background image

Margaret Barker 

 

Wyspa marzeń 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Z  dołu  dobiegał  głośny  śmiech  i  tupot.  Demelza  wychyliła  się  z  kamiennego  tarasu,  by 

przekonać  się,  co  to  za  hałas.  Na  podwórzu  należącym  do  starej  willi  ścigało  się  dwóch 
roześmianych chłopców, nawołując się po  grecku. Słońce przyciemniło  ich skórę, jeden z nich 
był  zdecydowanie  mocniej  opalony.  Chłopiec  o  jaśniejszej  karnacji  podniósł  wzrok.  Demelza 
zobaczyła błysk jego białych zębów na radosnej twarzy.   

Mógł  mieć  jakieś  sześć  lat,  tyle  samo  miałby  teraz  jej  syn.  Łzy  cisnęły  jej  się  do  oczu, 

grożąc,  że  za  moment  zaleją  jej  policzki.  Pełni  dobrej  woli  przyjaciele  powtarzali  jej,  że  czas 
leczy rany. W jej przypadku to się nie sprawdziło. Wciąż czuła ból. Nabrała głęboko powietrza, 
przetarta wilgotne oczy i posłała chłopcu uśmiech.   

Przystanął i spojrzał na nią. Zaraz potem jego towarzysz pchnął go lekko i podjęli zabawę. 

Demelza obserwowała ich, zastanawiając się, jak to jest być tak szczęśliwym i beztroskim. Obaj 
malcy ubrani byli w mundurki pobliskiej szkoły. Ich zmięte koszule świadczyły o tym, że mają 
za sobą ciężki dzień.   

Kościelny  zegar  na  wzgórzu  wybił  szóstą.  Słońce  opadało  powoli  za  horyzont.  Jak  na 

początek  maja  popołudnie  było  gorące.  Demelza  wyglądała  wieczoru,  który  przyniesie 
chłodniejsze  powietrze.  Spojrzała  jeszcze  raz  na  dół,  zaciekawiona,  skąd  wzięli  się  ci  dwaj 
radośni chłopcy.   

Gdy  przyjechała  tu  dziś  z  lotniska,  lokal  piętro  niżej  wydał  jej  się  pusty.  Teraz  brama 

ogrodzonego podwórka stała otworem. Demelza dobrze pamiętała, że sama ją zamknęła.   

Raptem poczuła się nieswojo. Wprowadziła się do tej starej, dużej willi, nikogo tu nie znając. 

Znalazła się setki kilometrów od miejsc, które były jej bliskie.   

Wtem  na  kocich  łbach  dziedzińca  rozległy  się  czyjeś  kroki.  Demelza  ujrzała  niewysoką, 

pulchną kobietę, która, wytarłszy ręce w fartuch, rozpoczęła skierowaną do chłopców tyradę po 
grecku.  Stało  się  jasne,  że  nie  powinni  znajdować  się  na  podwórzu.  Kobieta  wskazywała 
wyraźnie na otwartą bramę. W tym samym momencie pojawił się w niej wysoki mężczyzna.   

Niósł  czarną  skórzaną  torbę.  Postawił  ją  na  bruku  i  zaczął  energicznie  wyłuszczać  coś 

kobiecie. Uśmiechnęła się w odpowiedzi, jakby ją przekonał i uspokoił, i opuściła gestykulujące 
nerwowo ręce. Chłopiec, który wcześniej uśmiechał  się do Demelzy, w radosnych podskokach 
rzucił się na mężczyznę, zasypując  go całą masą słów. Trzymał mężczyznę w pasie uczepiony 
jak rzep. Kobieta wyciągnęła rękę do drugiego chłopca i wyprowadziła go na zewnątrz.   

Solidna żelazna brama zamknęła się z trzaskiem. Wysoki mężczyzna odezwał się najczystszą 

angielszczyzną: 

–  Ianni,  ile  razy  mam  ci  powtarzać,  że  musisz  informować  Katerinę,  jeśli  chcesz  się  tu 

bawić? 

background image

Demelza osłupiała. Oliwkowa skóra mężczyzny i jego śródziemnomorskie rysy wskazywały, 

że jest Grekiem. Przewiesił marynarkę przez ramię. Jego rozpięta pod szyją biała koszula była 
niemal równie pognieciona jak koszula chłopca. Wyglądał na zmęczonego. Tymczasem chłopiec, 
patrząc na niego, przybrał skruszoną minę.   

–  Przepraszam,  tato.  Bawiliśmy  się  z  Lefterisem  na  ulicy  przed  domem.  Chciałem  tylko 

zobaczyć, czy już jesteś.   

Chłopiec  także  mówił  płynnie  po  angielsku.  Demelza  była  coraz  bardziej  zaciekawiona. 

Mężczyzna podniósł głowę i zauważył jej obecność. Słońce odbiło się w jego oczach. Zmrużył 
oczy.   

–  Dzień  dobry.  Pani  pewnie  jest  tą  nową  pielęgniarką.  Uprzedzono  mnie,  że  pani  dzisiaj 

przyjedzie. Jestem Nick Capodistrias.   

Pamiętała  to  nazwisko,  usłyszała  je  w  biurze  podróży,  które  ją  zatrudniło.  A  więc  tak 

wygląda  Nicholas  Capodistrias,  lekarz,  z  którym  polecono  jej  skontaktować  się  w  razie 
problemów w nowej pracy. Przechyliła się mocniej przez murek kamiennego tarasu.   

– Nazywam się Demelza Tregarron. Cieszę się, że jesteśmy sąsiadami. Będę wiedziała, gdzie 

pana szukać, gdyby...   

Urwała. Za bardzo wybiega myślą naprzód. Przecież doktor Capodistrias może uznać, że ona 

mu się narzuca. Może wcale nie ma ochoty pomagać jej po godzinach. Wiedziała, że pracuje w 
miejscowym szpitalu. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma ochotę i potrzebę odpocząć.   

– Proszono mnie, żebym się panią zaopiekował, dopóki nie poczuje się pani u nas pewnie – 

rzekł  obojętnym  tonem,  który  nie  zdradzał,  co  on  sam  o  tym  myśli.  –  Może  pani  zejdzie? 
Napijemy się czegoś. Trudno tak rozmawiać, pani krzyczy do mnie z góry, a mnie oślepia słońce.   

Mały Ianni podskakiwał jak piłka.   
– Tato, dostanę lemoniady? 
– Pewnie. – Doktor Capodistrias znów spojrzał do góry. – Zejdzie pani? 
Nie  skończyła  jeszcze  rozpakowywać  się,  jej  rzeczy  walały  się  po  całym  mieszkaniu. 

Wiedziała  wszak,  że  im  szybciej  się  zadomowi,  tym  będzie  jej  łatwiej.  Poza  tym,  ojciec  i  syn 
zaintrygowali  ją.  Chętnie  dowiedziałaby  się  na  przykład,  czy  mama  chłopca  szykuje  właśnie 
kolację  i  czy  to  ona  poda  im  coś  do  picia.  A  jeśli  tak,  to  dlaczego  nie  wyszła  przywitać  się  z 
mężem? 

Prócz  użytecznych  informacji  na  temat  ambulatorium,  które  mogła  uzyskać  od  Nicka, 

istniało  zatem  mnóstwo  niewiadomych.  Po  raz  pierwszy  od  sześciu  lat  Demelza  poczuła  –  w 
sobie  iskrę  entuzjazmu.  Tak,  stanowczy  krok,  by  porzucić  dotychczasowe  życie,  był  dobrą 
decyzją. Gdyby trwała w miejscu w swoim dojrzałym już wieku (w końcu te trzydzieści dwa lata 
na karku), groziłaby jej stagnacja.   

– Za pięć minut! – zawołała, wpadła do mieszkania i zaczęła szukać czegoś, w co mogłaby 

się przebrać.   

Nie zejdzie przecież w skąpych szortach i bluzce bez rękawów. Liczy się pierwsze wrażenie. 

background image

Doktor Capodistrias nie powinien stwierdzić, że Demelza nie nadaje się do kierowania nowym 
ambulatorium w nadmorskim kurocie. Że przyjechała tu na darmowy wypoczynek, a praca to dla 
niej coś drugoplanowego.   

Rozglądała  się  bezradnie  po  swoim  bałaganie.  W  końcu  włożyła  białe  płócienne  spodnie  i 

stary Tshirt w kolorze limonki, ten zestaw miała już wypróbowany. Chciała wyglądać schludnie i 
na  luzie,  jak  prawdziwy  zawodowiec  po  godzinach.  Zawodowiec!  No  tak,  miała  spore 
doświadczenie i chciała, żeby to było widać.   

Sprawdziła efekt w wysokim lustrze, przeczesując szczotką włosy. Były długie, kasztanowe. 

W ciągu dnia zazwyczaj spinała je na czubku głowy, wieczorem pozwalała im opaść na ramiona.   

Zbiegła na dół kamiennymi schodkami, besztając się w myśli. To tylko drink, dziewczyno! 

Nie  przesadzaj.  Po  drodze  stwierdziła,  że  ten,  kto  urządził  w  tej  starej  willi  dwa  osobne 
mieszkania,  zrobił  dobrą  robotę.  Wyposażając  je  we  wszelkie  współczesne  udogodnienia, 
zachował  dawny  klimat  tego  miejsca.  Demelza  miała  pewne  zastrzeżenia  do  hydrauliki,  ale 
uprzedzono ją, że to słaby punkt na wyspach Grecji. W każdym razie prysznic działał, chociaż, 
żeby się dokładnie spłukać, musiała trzymać główkę prysznica w ręce. Miała nadzieję, że da się 
zamocować go na ścianie. Może nawet zrobi to sama. W końcu na farmie nieźle radziła sobie z 
majsterkowaniem.   

Przecięła kamienny dziedziniec i stanęła w otwartych drzwiach, przez które widziała doktora 

i jego syna.   

– Proszę wejść! – zawołał zza drzwi gospodarz.   
Po  opuszczeniu  słonecznego  podwórza  mieszkanie  wydało  jej  się  mroczne.  Znalazła  się  w 

sporym salonie umeblowanym antykami. W serwantce pyszniła się delikatna porcelana: filiżanki 
i  spodki,  oraz  srebro  i  pokaźna  liczba  kryształów.  Ściany  zdobiły  liczne  portrety  rodzinne  – 
pojedyncze  i  grupowe.  Bukiet  wiosennych  kwiatów  na  samym  środku  stołu  wywołał  uśmiech 
Demelzy. Kwiaty stały w słoiku po dżemie, wciśnięte niezgrabnie zapewne rękami Ianniego. Na 
tle salonu słoik ów był pełnym ciepła zgrzytem.   

Nigdzie nie było za to widać śladu matki chłopca.   
Nicholas Capodistrias stanął w drzwiach prowadzących na taras i wyciągnął do niej rękę.   
–  Witam  –  rzekł  bez  emocji,  potrząsając  jej  dłonią.  Miał  silną  rękę.  I  ciepłą.  Demelza 

odebrała ten dotyk pozytywnie i spojrzała w brązowe oczy Nicka.   

– Proszę usiąść.   
Ianni siedział już przy stole na tarasie, zajęty miską chipsów. Podniósł wzrok na Demelzę i 

starał  się uśmiechnąć, co nie było  łatwe z pełną buzią. W zamian przywitał  ją niezrozumiałym 
bełkotem.   

–  Zostaw  coś  dla  nas!  –  rzekł  dobrodusznie  ojciec,  przesuwając  miskę  na  środek  stołu.  – 

Czego się pani napije? 

– Czegokolwiek, doktorze, co pan będzie pił – odparła uprzejmie.   
– Proszę mi mówić Nick. Mogę zwracać się do pani  tym fantastycznym imieniem? Po raz 

background image

pierwszy spotykam kogoś o imieniu Demelza.   

– Urodziłam się w Kornwalii, mam je po babce. Przyglądał jej się pełnymi wyrazu oczami.   
– Piękne. A więc ja napiję się ouzo, Demełzo. Próbowałaś już ouzo? 
Potrząsnęła głową.   
– Chętnie spróbuję.   
Z  uśmiechem  na  twarzy  wyglądał  młodziej  i  przyjaźniej.  Nie  miał  więcej  niż  trzydzieści 

kilka lat. Zatroskana, poważna mina, z jaką pojawił się w domu, postarzała go.   

Demelza  zauważyła,  że  zamienił  szare  spodnie  od  garnituru  na  stare,  wytarte  dżinsy,  w 

których  zresztą  wyglądał  o  wiele  lepiej.  Mówił  biegle  po  grecku  i  po  angielsku,  pracował  na 
słonecznej wyspie i opiekował się małym łobuziakiem  – swoim synem.  Ianni z miejsca zdobył 
serce Demelzy. Z każdą chwilą była bardziej zaintrygowana.   

Tak mało o nich wiedziała, i coraz więcej chciała się dowiedzieć.   
Nick wciąż się uśmiechał, ale jakoś tak żartobliwie.   
–  Muszę  cię  ostrzec,  że  ouzo  smakuje  wybornie  i  jest  bardzo  mocne.  Naleję  ci  tylko 

odrobinę, i to z wodą.   

Patrzyła,  jak  przejrzysty  płyn  mętnieje  pod  wpływem  wody.  Uniosła  szklankę  do  ust  i 

pociągnęła łyk. Zapiekło ją w gardle, musiała otworzyć usta i wciągnąć powietrze.   

Ojciec i syn zgodnie zanieśli się śmiechem.   
– Uprzedzałem – powiedział Nick.   
Ianni poderwał się na nogi i poklepał ją po plecach.   
– Dać ci mojej lemoniady, Demelo? 
Rozbawił ją, przekręcając jej imię. Spojrzała na zatroskaną twarz chłopca, który zaglądał jej 

przez ramię.   

– Bardzo chętnie napiję się lemoniady, Ianni.   
Chłopiec  pognał  do  kuchni,  skąd  wrócił  z  dużą butelką.  Z  wielką  powagą  odkorkował  ją  i 

chciał nalać do szklanki, z której Demelza piła ouzo.   

Nick szybko podał jej czystą szklankę i nadzorował syna.   
– Zobacz, czy ci smakuje – rzekł chłopiec. Demelza spróbowała i zamyśliła się.   
– Doskonała – stwierdziła po chwili. Uśmiechnięty Ianni usadowił się z powrotem na krześle.   
– Ianni, spróbuj powtórzyć: Demelza – poprosił Nick. – No, Demel...   
– Demel – zaczął chłopiec bardzo starannie.   
– I kończy się „za”.   
–  Za.  Demelza,  Demelza  –  wyśpiewywał  chłopiec.  –  Jak  się  to  pisze?  Pokażesz  mi? 

Przyniosę ci zeszyt.   

– A właśnie, odrobiłeś lekcje u Kateriny? – spytał Nick.   
Ianni wyszczerzył zęby w uśmiechu.   
– Prawie. Muszę jeszcze napisać kilka liter. Demelza, patrz.   
Była zaskoczona – zeszyt chłopca był porządny i czysty.   

background image

–  Ianni  uczy  się  równocześnie  czytać  i  pisać  po  grecku  i  po  angielsku.  Nie  ma  z  tym 

specjalnych  kłopotów  –  wyjaśniał  Nick.  –  Może  pójdziesz  do  siebie,  żebyśmy  ci  nie 
przeszkadzali? – zwrócił się do syna.   

Ianni uśmiechnął się.   
– Dobrze. A pójdziemy do Giorgia na kolację? 
– Nie jadłeś u Kateriny? Ianni skrzywił się.   
– Mało, bo wolę jeść z tobą. – Spojrzał na Demelzę.   
– Pójdziesz z nami? U Giorgia jest fajnie. Lubisz tańczyć? 
Nick położył dłoń na ramieniu syna.   
–  Skończ  lekcje  i  zobaczymy  –  rzekł  szybko.  Kiedy  chłopiec  zniknął  we  wnętrzu  domu, 

Demelza zwróciła się do Nicka.   

–  Muszę  się  rozpakować  i  trochę  urządzić.  Przestraszyła  się,  zwłaszcza  na  wspomnienie 

tańca.   

Nie  była  jeszcze  gotowa  rzucać  się  w  wir  życia  towarzyskiego.  Nie  chciała  niczego 

przyspieszać. Poza tym była pewna, że Nick nie życzy sobie intruza przy rodzinnej kolacji. Nick, 
jakby czytał w jej myślach, przechylił się przez stół.   

–  Jeśli  chodzi  o  tańce,  nie  musisz  się  obawiać.  Nikogo  nie  zmusza  się  tu  do  tańczenia,  a 

Ianniemu pozwalam zostać na tańce tylko w weekendy. A dziś jest poniedziałek. Więc jeśli masz 
chęć spróbować lokalnych specjałów, serdecznie zapraszam. Podejrzewam, że masz jeszcze pustą 
lodówkę.   

Mówił  to  wszystko  bardzo  uprzejmie.  Znakomicie  wywiązywał  się  z  roli  oficjalnego 

opiekuna. A ona z niechęcią myślała o porzuceniu ciepłej, rodzinnej atmosfery jego domu.   

–  To  kusząca  propozycja  –  zaczęła  ostrożnie.  –  Mam  też  wiele  pytań  dotyczących 

ambulatorium.   

–  Wszystko  ci  opowiem,  a  potem  będziesz  mnie  mogła  pytać,  jeśli  coś  okaże  się  niejasne. 

Kiedy zaczniesz pracę, szybko się w tym połapiesz. Przede wszystkim...   

Demelza  słuchała  z  uwagą.  Nick  poinformował  ją,  że  do  jej  obowiązków  należą  poranne 

dyżury  w  ambulatorium  przy  ośrodku  wypoczynkowym  przez  pięć  dni  w  tygodniu.  Ośrodek 
mieści  się  jakieś  półtora  kilometra  od  wioski.  W  razie  problemów  znajdzie  Nicka  w  miejskim 
szpitalu. A gdyby go tam nie było, ktoś z recepcji zadzwoni do niego na komórkę.   

– To nowe przedsięwzięcie. Wymusiła je na nas rosnąca liczba turystów. Będziesz głównie 

pośrednikiem  między  szpitalem  a  ośrodkiem  –  tłumaczył.  –  Jedno  mnie  zastanawia.  Czytałem 
twój życiorys. Byłaś przełożoną na chirurgii w Londynie. Co cię skłoniło do przyjęcia tej pracy? 

Demelza podniosła wzrok.   
–  To  było  siedem  lat  temu.  Rzuciłam  chirurgię,  kiedy  wyszłam  za  mąż.  Od  tamtej  pory 

zajmowałam się głównie domem na farmie męża.   

Nick badał ją wzrokiem.   
–  Nie  wiedziałem,  że  miałaś  taką  długą  przerwę.  Rozumiem,  że  w  Londynie  byli 

background image

usatysfakcjonowani twoim doświadczeniem, bo inaczej by cię tu nie przysłali – rzekł chłodno.   

Demelza zadrżała.   
– Nie martw się, dam sobie radę. Mam wykształcenie, doświadczenie. Poradzę sobie. Zresztą 

podpisano ze mną kontrakt tylko na pół roku, więc jeśli nie zostanie przedłużony. ..   

– Zobaczymy – wtrącił szybko. – Nie kwestionuję twoich kwalifikacji. Może sama zechcesz 

znaleźć sobie bardziej odpowiedzialną pracę w Anglii, a wtedy nie będziemy ci stać na drodze. – 
Odchrząknął, nie spuszczając z niej wzroku. – A co na to twój mąż? 

Ilekroć ktoś wspominał o Simonie, czuła ten sam dreszcz na plecach.   
– Jestem wdową – powiedziała cicho.   
Na twarzy Nicka odmalowało się prawdziwe, głębokie współczucie.   
– Wybacz, nikt mnie nie uprzedził. Tak, teraz rozumiem,  dlaczego chcesz zacząć wszystko 

od nowa. – Zawiesił głos, a potem odezwał się łagodniej: – Od dawna jesteś wdową? 

– Od sześciu lat. Nick był zaskoczony.   
– I dopiero teraz pomyślałaś o powrocie do pracy? 
– To nie takie proste, jak się zdaje. Chciałam, i to często, ale to było niemożliwe.   
– A teraz jest możliwe? 
– Tak. Brat  mojego męża ożenił się z dobrą, pracowitą dziewczyną. Mogłam jej spokojnie 

przekazać swoje obowiązki i wykorzystałam tę szansę.   

Jak  prosto  to  brzmiało.  Nie  miała  jednak  zamiaru  zapoznawać  Nicka  ze  wszystkimi 

szczegółami,  przynajmniej  dopóki  nie  pozna  go  bliżej.  Najpierw  straciła  męża,  potem  syna.  A 
potem nastąpiły długie lata, gdy czuła się na farmie jak więzień. Musiała sobie radzić z własnymi 
emocjami i cierpieniem rodziców Simona, którzy traktowali ją jak rodzoną córkę.   

Następnie  musiała  przekonać  się,  czy  nowa  synowa  jej  teściów  zechce  ją  zastąpić,  i  czy 

będzie  to  potrafiła,  bo  była  to  praca  bardzo  wyczerpująca,  fizycznie  i  emocjonalnie.  A  zatem 
Demelza  zaczęła  snuć  plan  ucieczki  dopiero  wtedy,  gdy  była  już  pewna,  że  Jane  zajmie  jej 
miejsce.   

Spojrzała na Nicka. Patrzył na nią pełen zdumienia.   
– Zgaduję chyba słusznie, że cierpiałaś – rzekł cicho.   
Każda kobieta utonęłaby w tych jego oczach, brązowych jeziorach współczucia. To był dla 

niej znaczący moment, kolejny krok na drodze powrotnej do świata.   

Ale  oto  Ianni  wpadł  z  powrotem  na  taras,  z  zeszytem  dla  Demelzy.  Wzięła  go  do  ręki  i 

podziwiała kształtne litery, greckie na jednej stronie i angielskie na następnej.   

– Bardzo ładnie piszesz, Ianni. Chłopiec przyjął pochwałę z zadowoleniem.   
– Tato, pójdziemy wszyscy do Giorgia? Nick spojrzał pytająco na Demelzę.   
– Bardzo chętnie – odparła z uśmiechem. Wtedy Ianni wziął ją za rękę i pociągnął.   
– No to wstawaj.   
 

Tawerna  Giorgia  emanowała  ciepłem  i  gościnnością.  Giorgio,  sękaty,  ogorzały  mężczyzna, 

background image

zdecydowanie  po  tej  złej  stronie  pięćdziesiątki,  za  to  z  szelmowskim  uśmiechem 
dwudziestolatka, przygrywał na akordeonie i śpiewał skoczną grecką piosenkę. Na widok gości 
oczy  mu  zabłysły.  Skinął  głową  w  stronę  Nicka,  zakończył  piosenkę,  odłożył  instrument  i 
pospieszył ich przywitać.   

– Nico! – Radośnie uściskał młodszego mężczyznę, potem porwał Ianniego i podźwignął go 

do góry, trajkocząc coś po grecku.   

Ianni  roześmiał  się  i  odpowiedział  gwałtownym  potokiem  słów,  który  z  kolei  rozbawił 

Giorgia. Demelza była przekonana, że ta dyskusja ma coś wspólnego z jej obecnością. Stanęła z 
boku,  nie  chcąc  psuć  rodzinnej  atmosfery.  Ale  Giorgio,  wciąż  z  chłopcem  na  rękach,  chwycił 
mocno jej dłoń.   

– Witam – rzekł radośnie. – Czego się pani napije? Przyjaciele Nica są moimi przyjaciółmi. 

Ouzo? Retsina? 

– Poproszę o lemoniadę – odparła szybko. Giorgio prowadził ich tymczasem do stolika, który 

znajdował się na dużym zarośniętym winoroślą tarasie z widokiem na zatokę.   

–  Lemoniada  jest  dobra  dla  dzieci  –  zauważył,  unosząc  brwi.  –  Przyniosę  pani  butelkę 

przedniego wina. Robią je na Krecie. Będzie pani smakować.   

–  Jeszcze  butelkę  wody,  Giorgio  –  poprosił  Nick.  Siedział  na  starym  żelaznym  krześle  i 

patrzył na Demelzę. Ianni przysunął do niej swoje krzesło. Giorgio sięgnął znów po akordeon i 
zaczął  śpiewać,  a  dwaj  przystojni  kelnerzy  stawiali  na  stoliku  wino,  kieliszki  i  koszyk  z 
pieczywem.   

Demelza  poczuła  spokój,  jakiego  od  lat  nie  dane  jej  było  zaznać.  Patrząc  w  dal,  widziała 

słońce  chowające  się  za  wzgórza  po  przeciwległej  stronie  zatoki  i  rzucające  na  wodę 
różnokształtne  cienie.  Zachodzące  słońce  miało  barwę  ognistej  czerwieni,  a  gdy  już  zniknęło, 
niebo płonęło jeszcze różem i oranżem.   

– Chodź, wybierzesz sobie coś do jedzenia. – Nick podniósł się i zaprowadził Demelzę do 

wnętrza tawerny.   

Kuchnia  sprawiała  wrażenie  wielkiego  chaosu.  Kobieta  w  średnim  wieku,  żona  Giorgia, 

mieszała coś na wielkiej patelni. Uniosła rękę i pomachała do nich, po czym wróciła do pracy. 
Nick i Demelza przyglądali się wystawionym potrawom.   

Baranina  z  warzywami,  musaka,  kurczak  na  rozmaite  sposoby,  bakłażany,  duszona 

wołowina,  ryby,  homary,  krewetki...  Demelza  miała  nie  lada  problem  z  wyborem.  Poczuła 
zmęczenie, długo tu leciała i masa nowych wrażeń zaczęła ją przygniatać.   

– Pozwolisz, że ja zdecyduję? – spytał cicho Nick. Skinęła głową z wdzięcznością.   
– Tylko proszę coś niedużego, może...   
– Wezmę dla nas coś na spółkę – odparł.   
Kiedy  jedzenie  wjechało  na  stół,  Demelza  próbowała  różnych  greckich  mięsnych  potraw 

podanych w wyjątkowo apetyczny sposób. Dodatek bakłażanów, nadziewanych liści winorośli o 
nazwie dolmados, krewetek, ryby z grilla i kurczaka pobudziły jej apetyt i wspaniale smakowały 

background image

popijane kreteńskim winem.   

– Nie miałam  pojęcia, że byłam taka  głodna  –  wyznała, odkładając  widelec i opierając się 

wygodnie.   

W  międzyczasie  niebo  pociemniało,  rozświetlał  je  tylko  sierp  księżyca.  Demelza  widziała 

zaledwie  kontury  tajemniczych  wzgórz,  które  być  może  odkryje  dla  siebie,  gdy  znajdzie  na  to 
czas  w  swoim  nowym  życiu.  Czuła  woń  oregano,  którą  rozpoznała  też  na  wzgórzu  górującym 
nad jej nowym domem. Był to prawdziwy raj do życia i do pracy.   

Ianni,  przysunąwszy  się  jeszcze  bliżej,  położył  głowę  na  jej  kolanach  i  zamknął  oczy. 

Demelza odruchowo wciągnęła go na kolana, a on zasnął głębokim, spokojnym snem.   

Nick patrzył na nią z wieloznaczną miną.   
–  Wezmę  go  –  odezwał  się  cicho.  –  Kiedy  żegna  się  na  noc  ze  światem,  jakoś  dziwnie 

przybiera na wadze.   

– Nie szkodzi.   
Było to wyjątkowo oględnie powiedziane. Demelza po prostu upajała się bliskim kontaktem 

ze  śpiącym,  wtulonym  w  nią  dzieckiem.  Chłopiec  spał  mimo  postukiwania  talerzy,  gwaru 
rozmów i śmiechu gości oraz miłosnej piosenki Giorgia.   

–  Lepiej  go  zawiozę  do  łóżka  –  rzekł  Nick.  –  O  tej  porze  zwykle  już  śpi.  –  Wciąż  nie 

spuszczał z niej wzroku. – Wyglądasz, jakby to nie była dla ciebie nowa sytuacja.   

Wiedziała,  że  Nick  stara  się  dyskretnie  wybadać,  czy  i  ona  ma  dzieci.  Wszyscy  tak  robią. 

Prędzej czy później to znienawidzone pytanie wypływa, a ona musi odpowiedzieć.   

–  Uwielbiam  dzieci  –  wyznała  powoli.  –  Spodziewałam  się  dziecka,  sześć  lat  temu. 

Poroniłam w szóstym miesiącu.   

Oddychała głęboko, jakby dopiero uczyła się sztuki oddychania. Robiła wszystko, byle tylko 

nie  płakać.  Minęło  już  tyle  czasu,  że  nie  powinno  jej  to  sprawiać  trudu.  Jej  bliscy  już  o  tym 
zapomnieli, a ona wciąż myślała o tamtej stracie. Gdyby żył Simon, mieliby drugie dziecko i jej 
cierpienie odpłynęłoby na dno pamięci.   

–  Przepraszam.  Przeżyłaś  ciężkie  chwile.  Ubolewanie  Nicka  brzmiało  szczerze.  Podniosła 

oczy znad śpiącego dziecka i spojrzała na niego z ufnością.   

– Czasami wydaje mi się, że nigdy się z tym nie uporam.   
Nick wyciągnął rękę przez stół i ujął jej dłoń.   
– Nigdy nie zapomnisz, ale z czasem będzie ci łatwiej żyć. Ból nie trwa wiecznie, nawet jeśli 

tak nam się zdaje.   

– Tak, ale to już sześć łat! 
Przygryzła wargę. Po co zwierza się obcemu człowiekowi? Od dłuższego czasu nikomu aż 

tak nie zaufała.   

– Gdybyś miała później drugie dziecko, byłoby ci łatwiej – rzekł, wyraźnie przejęty.   
Wpatrywała  się  w  jego  ciemne,  pełne  wyrazu  oczy.  Jego  praca  wymaga  od  niego 

zrozumienia dla innych. I ją też doskonale rozumiał. To była dla niej wielka pociecha. Tak długo 

background image

trzymała swoje uczucia na uwięzi, tyle czasu udawała siłaczkę.   

– Mieszkałam z rodziną Simona, ale chwilami czułam się w tym moim cierpieniu kompletnie 

samotna – mówiła cicho.   

Nick pokiwał głową.   
–  Utrata  życiowego  partnera  jest  bardzo  bolesna.  Demelza  głośno  przełknęła.  Zaczęła 

zastanawiać się, czy matka Ianniego jeszcze żyje.   

– A ty... sam wychowujesz Ianniego? – spytała. Twarz Nicka nie zmieniła się, tylko w jego 

oczach pojawił się przelotny błysk.   

– Jego matka mieszka w Anglii.   
– Ianni się z nią widuje? 
–  Czasami.  Lydia  prowadzi  bardzo  aktywne  życie.  Trudno  jej  wpasować  Ianniego  w 

terminarz. Ale w tym roku wybiera się tu na wakacje.   

– To miło. Nick uniósł brwi.   
–  Mam  nadzieję,  że  Ianniemu  będzie  miło.  Lydia  zamieszka  w  ośrodku,  nie  zniósłbym  jej 

obecności w domu. Jesteśmy rozwiedzeni.   

Samopoczucie Demelzy zmieniło się jednej chwili. Nie miała żadnych zamiarów wobec tego 

przystojnego lekarza ani też wobec żadnego innego, nawet hipotetycznego mężczyzny. A jednak 
gdy dowiedziała się, że Nick jest wolny, jej zainteresowanie nim znacznie wzrosło.   

Nick  wstał  tymczasem,  by  podnieść  syna  z  jej  kolan.  Jego  ręce  dotknęły  przelotnie  jej  rąk. 

Były ciepłe, miały w sobie coś kojącego. Był to dotyk wrażliwego, rozumiejącego mężczyzny. 
Nick nie kazał jej wziąć się w garść i przeć do przodu. A ona, paradoksalnie, po raz pierwszy od 
lat myślała, że najwyższy czas tak właśnie postąpić.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Urządzenie  i  zaopatrzenie  ambulatorium  zaskoczyło  Demelzę  pozytywnie.  Wszystko  było 

tam  nowiuteńkie.  Biuro  podróży  nie  szczędziło  grosza.  Nick  powiedział,  żeby  nie  wahała  się 
poprosić, jeśli uzna, że coś jeszcze jest jej potrzebne.   

Rozmawiali  wczoraj  wieczorem  szeptem,  wracając  wąską  ulicą  do  starej  willi.  Była  to 

absolutnie  zawodowa  rozmowa.  Jak  gdyby  oboje  doszli  do  wniosku,  że  pierwszy  wspólny 
wieczór był zanadto intymny i postanowili to zmienić.   

Idąc  do  siebie  na  górę,  Demelza  żałowała,  że  nie  zachowali  ciepłej  atmosfery  do  końca 

wieczoru. Ale z drugiej strony może tak jest lepiej. Nick jest w końcu zajęty pracą i synem, ona 
zaś... cóż, nie jest jeszcze gotowa na nic więcej prócz przyjaźni. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi 
przystojny grecki lekarz, myślała, wyglądając przez okno na plażę, która była taka gładka, jakby 
ktoś  ją  pozamiatał,  i  na  rażąco  niebieskie  śródziemnomorskie  niebo.  Dzieciarnia  grzebała  w 
piasku, dorośli, na wpół rozebrani,  w jasnych, czasem  wręcz jaskrawych  wakacyjnych strojach, 
ciągnęli w stronę leżaków, na których rozłożą za chwilę ręczniki, a potem ciała.   

I ona chętnie pogrzałaby się godzinkę czy dwie, by dodać koloru swej bladej skórze. Miała 

nadzieję,  że  uda  jej  się  zjeść  lunch  na  plaży,  jeżeli  nie  będzie  akurat  nic  pilnego.  Spojrzała  na 
komputer.  Uprzedzono  ją,  że  mogą  się  trafić  przerwy  w  dostawie  prądu,  w  związku  z  czym 
wszystkie ważne informacje powinna dublować na dyskietkach.   

Nie  dysponowała  listą  pacjentów  i  nie  wiedziała,  czego  ma  się  spodziewać.  Turyści 

przychodzili  i  czekali  w  kolejce.  Z  poczekalni  dochodził  szum  głosów.  Nacisnęła  dzwonek, 
wzywając pierwszego pacjenta.   

–  Bryony  Driver  –  przedstawiła  się  wysoka,  chuda  kobieta  koło  czterdziestki.  –  Musiałam 

wpaść,  siostro,  bo  czuję  się  po  prostu  koszmarnie.  W  środku  nocy  poczułam  się  bardzo  źle. 
Wczoraj jeszcze wszystko było dobrze, ale dzisiaj! 

Demelza  przysunęła  sobie  krzesło.  Wołała  siedzieć  obok  pacjenta,  pomagało  to  przełamać 

pierwsze lody.   

– Czy to już się kiedyś zdarzyło? 
–  O  tak!  Mój  lekarz  twierdzi,  że  to  rodzaj  depresji.  Dał  mi  nawet  jakieś  leki,  które  miały 

pomóc.  A  ja  nie  chcę  być  do  końca  życia  uzależniona  od  piguł.  Myślałam,  że  na  wakacjach 
poradzę sobie bez nich. Tutaj jest tak cudnie, powinnam przecież jakoś się pozbierać.   

– Co pani bierze? – spytała Demelza. Bryony wzruszyła ramionami, – Coś na uspokojenie. 

Lekarz  zmienia  mi  leki.  Kobieta  włożyła  rękę  do  dużej  torby  na  ramię.  Na  biurku  Demelzy 
lądowały kolejno szminka, grzebień, książeczka czekowa i portmonetka.   

– No, mam. – Bryony wyjęła triumfalnie pudełko z tabletkami. – Chciałam je spuścić z wodą 

w  ubikacji,  żeby  udowodnić,  że  mogę...  –  Twarz  Bryony  ściągnęła  się,  zniknął  gdzieś  jej 

background image

zawadiacki duch. Kobieta rozszlochała się niespodzianie. – No, nie mogę o nim zapomnieć.   

– O kim? – spytała delikatnie Demelza.   
–  O  moim  dwuetatowym  mężu!  Zostawił  mi  mnóstwo  kasy  i  dom,  więc  nie  mogę  się 

skarżyć. Ale nie mogę też zapomnieć, że siedzi teraz z kimś innym.   

Demelza współczująco pokiwała głową.   
– Rozumiem. Jak długo pani tu zostanie? Bryony uniosła ramiona.   
– Chciałam całe lato. Nie mam do czego wracać. Powiedzieli mi, że mogę zatrzymać pokój, 

ile zechcę.   

Demelza zerknęła na pudełko z lekami, zapisując ich nazwę. Był to jeden z nowszych leków 

uspokajających,  pozytywnie  oceniany  przez  prasę  fachową.  Nie  miał  żadnych  skutków 
ubocznych.  Przez  lata  spędzone  na  farmie  Demelza  starała  się  być  na  bieżąco  z  postępem  w 
medycynie, żyła bowiem nadzieją, że któregoś dnia do niej wróci. Dzięki temu odpowiedziała na 
wszystkie pytania podczas rozmowy w sprawie pracy w Londynie.   

– Moim zdaniem powinna pani zażywać leki – powiedziała pacjentce. – Proszę je brać przez 

tydzień, a potem przyjść znowu do mnie. Jeśli będzie pani czuła taką potrzebę, proszę oczywiście 
wpaść w każdej chwili.   

Bryony uspokoiła się i uśmiechnęła.   
– Dobrze jest czasem pogadać, prawda? Często nie trzeba nic więcej, starczy wypłakać się na 

czyimś  ramieniu.  Całą  noc  nie  spałam.  W  ogóle  nie  sypiam.  Mam  jakieś  prochy  na  sen,  ale 
staram się od nich odzwyczaić.   

– Proszę nie brać leków nasennych z innymi środkami uspokajającymi – rzekła Demelza. – A 

jeśli będzie pani miała kłopot z zaśnięciem, proszę poczytać książkę albo przejrzeć gazetę. Może 
pani też zdrzemnąć się na plaży, byle w cieniu.   

Bryony podniosła się z krzesła.   
– Bardzo dziękuję. Jak pani na imię? 
– Demelza.   
– Pięknie! Siostra Demelza. Dobrze brzmi, prawda? Wie pani, siostrzyczko, że oprócz pani 

nie mam tu nikogo znajomego. Będę niecierpliwie czekać na nasze spotkanie za tydzień.   

Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  pacjentką,  Demelza  pomyślała:  „Biedna  kobieta”.  I  nie 

wiedziała, co jest bardziej bolesne: śmierć męża czy jego odejście do innej.   

Cały ranek zgłaszali się pacjenci z drobnymi dolegliwościami. Dwoje z nich skarżyło się na 

nieżyt żołądka, ale ponieważ ich stan się poprawiał, Demelza nie podejrzewała, że to epidemia. 
Tego właśnie musiała najbardziej pilnować w tak dużym ośrodku wypoczynkowym, gdzie ludzie 
mają  bliski  kontakt.  Wszystkim  bez  wyjątku  przypomniała  o  konieczności  picia  wyłącznie 
butelkowanej wody.   

Zgłosiła się też pacjentka o bardzo jasnej karnacji z lekkim, uchwyconym w porę oparzeniem 

słonecznym. Demelza dała jej łagodzący krem i poleciła trzymać się w cieniu. Patrząc przez okno 
na zalaną słońcem plażę, widziała potencjalnych pacjentów na następny dzień. A przecież mają 

background image

do dyspozycji kremy ochronne. Na plaży nie brakuje także parasoli.   

Podeszła  do  lodówki.  Rano  kupiła  dwie  bułki  w  miejscowej  piekarni  i  kilka  plasterków 

salami w sklepie, który mijała w drodze na plażę. Mogła teraz poszukać sobie leżaka i parasolki 
jak najbliżej brzegu. Podniosła z podłogi sportową torbę i otworzyła drzwi.   

Z  plaży  biegła  w  jej  stronę  kobieta  w  zapiaszczonym,  mokrym  kostiumie  kąpielowym  z 

małym chłopcem na ręku.   

– Dzięki Bogu, że panią jeszcze złapałam! – wołała. – Powiedzieli mi, że gabinet jest o tej 

porze zamknięty. Harry zeskoczył ze skały i coś sobie zrobił w rękę.   

– Proszę do środka. – Demelza w jednej chwili zapomniała o słońcu. – No, Harry, pokażesz 

mi swoją rękę? 

Chłopiec  pojękiwał.  Siedział  na  kolanach  mamy,  wybałuszając  na  Demelzę  przestraszone 

oczy.   

–  Nie  zrobię  ci  nic  złego  –  zapewniła  go  Demelza.  Nie  musiała  go  dokładnie  badać,  było 

oczywiste, że ma do czynienia ze złamaniem jednej z dwu kości przedramienia. O jej diagnozie 
zdecydował nienaturalny kąt, pod jakim chłopiec trzymał dłoń. Dla potwierdzenia konieczne było 
jednak  prześwietlenie,  a  w  tym  celu  należało  wysłać  dziecko  do  szpitala.  Zaczęła  jednak  od 
wyjaśnienia zdenerwowanej matce, jak się rzeczy mają, potem założyła chłopcu temblak. Wzięła 
słuchawkę i wykręciła numer szpitala, prosząc o połączenie z doktorem Capodistriasem.   

Na dźwięk jego opanowanego głosu poczuła się pewniej.   
– Nick, tu Demelza. Mam małego pacjenta, podejrzewam, że złamał kość łokciową.   
– Kierowca z ośrodka przywiezie was do szpitala. Możesz z nim przyjechać? 
Nick był bardzo oficjalny, niemal szorstki. Demelza odpowiedziała mu podobnym tonem, że 

przyjadą jak najszybciej.   

Matka Harry’ego włożyła sukienkę na kostium i  wyruszyły czym prędzej wąską, wijącą się 

drogą z plaży do miasta. Stavros, kierowca, pędził co najmniej tak, jakby brał udział w wyścigu 
Formuły 1. Demelza trzymała się kurczowo fotela, a on prowadził samochód jedną ręką i nucił tę 
wpadającą w ucho melodię, którą słyszała poprzedniego wieczoru w tawernie. Zerknęła w bok, 
by  zobaczyć,  jak  czuje  się  jej  mały  pacjent.  Malec  zacisnął  powieki,  wsparty  o  matkę  bez 
przerwy postękiwał.   

Podróż zabrała im ledwie kilka minut. Demelza wysiadła z wozu z wielką ulgą.   
Szpital  był  nieduży  i  nowy,  mógł  mieć  najwyżej  trzy,  cztery  lata.  Recepcjonistka 

zaprowadziła ich do małego oddziału urazowego. Demelza poznała Nicka, nim zdążył się do nich 
odwrócić  od  pacjenta,  którym  się  właśnie  zajmował.  Podszedł  do  nich  szybkim  krokiem.  Jego 
koszula była rozpięta pod szyją, za to popielate spodnie nie znały śladu zagniecenia.   

– A to pewnie nasz nowy pacjent? – zwrócił się do chłopca. – Jak ci na imię? 
– Harry – odparł malec. – Poprawi mi pan rękę? 
–  Spróbuję  –  rzekł  Nick,  ostrożnie  zdejmując  temblak.  –  Na  początek  zrobimy  zdjęcie, 

żebym zobaczył, co się z nią stało.   

background image

– Mama mówi, że się złamała.   
– To się da naprawić – zapewnił Nick. – Naprawiłem już mnóstwo złamanych rąk. Ile masz 

lat? 

– Sześć, ale jestem duży. Wszyscy myślą, że mam siedem.   
Nick uśmiechnął się rozbawiony.   
–  Tak,  chyba  można  cię  wziąć  za  siedmiolatka.  Mam  syna  w  twoim  wieku,  i  chyba  jest 

trochę mniejszy.   

– Jak się nazywa? – zaciekawił się Harry.   
– Ianni – odparł Nick, mierzwiąc czuprynę chłopca uspokajającym gestem.   
Przeszli na radiologię. Demelza podziwiała opanowanie Nicka. Robił swoje, nie przerywając 

rozmowy z pacjentem, dzięki czemu chłopiec przestał się bać szpitalnego otoczenia.   

– Świetny ten lekarz – szepnęła matka Harry’ego do ucha Demelzy, gdy Nick zajmował się 

aparatem rentgenowskim. – Ciekawe, gdzie nauczył się mówić tak płynnie po angielsku? 

– Nie wiem – mruknęła Demelza. To jedna z otaczających tego mężczyznę tajemnic, którą 

chciała poznać.   

Przyszło  jej  raptem  do  głowy,  że  nabył  tę  umiejętność  podczas  czułych  rozmów  z  żoną. 

Zdumiała się, że myśli o tym z taką niechęcią. Wystarczyło kilka godzin, by obdarzyła sympatią 
tego lekarza, i zdecydowanie wolała widzieć go w myślach jako człowieka bez zobowiązań.   

– Miała pani rację, siostro – rzekł Nick, podchodząc do niej ze zdjęciem. – Złamanie kości 

łokciowej. Widzi pani? 

– Macie tu gipsownię? Twarz Nicka przeciął uśmiech.   
–  Wszyscy  w  tym  szpitalu  zajmują  się  dosłownie  wszystkim.  Sam  robię  zdjęcia  i  sam 

nastawiam złamania. Pomoże mi pani? Nie mam w tej chwili wolnego personelu. Przedpołudnie 
to pora powszechnego exodusu na długą przerwę. Popołudniami, jeśli nic się nie dzieje, personel 
występuje w formie szczątkowej. Na wszelki wypadek wszyscy mamy komórki.   

–  Pomogę,  oczywiście  –  zapewniła  zaraz  Demelza.  –  Proszę  mi  pokazać,  gdzie  trzymacie 

sprzęt i...   

– Tam. Mamy małą gipsownię, chociaż w tej chwili bez pracownika.   
Harry skulił się na kolanach matki. Po chwili patrzył, jak Demelza moczy bandaże w wapnie. 

Nick ostrożnie posadził chłopca na stole i fachowo nastawił mu rękę.   

– Dobrze się czujesz, Harry? Chłopiec skinął potwierdzająco głową.   
– Będę miał naprawioną rękę, jak pan ją tym owinie? 
–  No,  nie  tak  szybko,  niestety.  Złamanie  goi  się  jakieś  pięć  tygodni.  Pewnie  będziesz  już 

wtedy w Anglii, prawda? 

– Jedziemy do domu z końcem tygodnia, doktorze – odparła matka Harry’ego.   
– Nie możemy zostać, aż mi się naprawi? – spytał Harry. – Złamana ręka na pewno nie może 

latać samolotem, prawda, doktorze? 

Nick zaśmiał się.   

background image

– Brawo, Harry! A co na to mama? 
Mama stwierdziła, że tata Harry’ego musi wracać i zarabiać pieniądze, żeby mogli znowu za 

rok przyjechać do Grecji.   

–  Poza  tym  twoja  ręka  będzie  w  gipsie,  Harry  –  wtrąciła  Demelza.  –  Gips  ją  ochroni  w 

samolocie.   

–  A  ja  dam  ci  list  do  twojego  lekarza  w  domu  –  rzekł  Nick,  kończąc  gipsowanie.  –  No, 

zrobione. Za parę tygodni ręka będzie jak nowa. Tylko nie skacz już z żadnej skały. Obiecaj.   

Harry zrobił bardzo zmartwioną minę.   
– Obiecuję... Ale mogę się trochę bawić? 
– Oczywiście. Stavros zawiezie was z powrotem do ośrodka – rzekł Nick i odwrócił się do 

Demelzy. – Pani nie musi wracać, prawda? Może zechce pani obejrzeć nasz szpital przy okazji? 

– Bardzo chętnie. Zabiorę tylko z samochodu torbę.   
Pospieszyła  do  auta  i  pomogła  matce  Harry’ego  posadzić  chłopca  na  tylnym  siedzeniu. 

Poprosiła też Stavrosa, żeby bardzo uważał na pacjenta. Może mógłby jechać odrobinę wolniej 
po wyboistej, kamienistej drodze? 

Stavros wyszczerzył do niej zęby.   
–  Nie  ma  sprawy,  siostrzyczko.  –  Wrzucił  bieg  i  wyrwał  do  przodu,  zostawiając  za  sobą 

chmurę kurzu.   

Nick  czekał  na  nią  w  recepcji,  przeglądając  karty  pacjentów.  Demelza  podeszła  do  niego, 

kręcąc głową.   

– Co za diabeł siedzi w tym kierowcy? Skąd go wytrzasnęliście? Z wyścigu Monte Carlo? 
Nick zaśmiał się w głos.   
– Tutaj większość młodych mężczyzn tak jeździ, on inaczej nie potrafi. Dotąd nie straciliśmy 

przez to żadnego pacjenta.   

– Bardzo pokrzepiające.   
Nick oddał karty pielęgniarce i wziął Demelzę pod łokieć, prowadząc ją w stronę korytarza.   
– Najpierw interna. Wszystkie oddziały są u nas bardzo małe w porównaniu ze szpitalami, w 

których pracowałaś.   

Ręka Nicka tak blisko jej ciała. To przyjemne. Taki uprzejmy mężczyzna, taki szarmancki. 

Wcale nie miała poczucia, że mu się narzuca czy jest dla niego ciężarem.   

– To miło, że mnie oprowadzasz – zauważyła kurtuazyjnie, gdy pchnął drzwi na oddział. – 

Bo pewnie to twoja pora na lunch.   

Posłał jej uśmiech, bardzo przypominając jej w tej chwili uroczą twarz jego syna.   
–  Od  razu  widać,  że  nigdy  nie  mieszkałaś  w  Grecji.  W  środku  dnia  wszystko  tu  zamiera, 

życie  się  zatrzymuje,  to  pora  sjesty.  Mamy  długą  przerwę  na  lunch  i  czas  na  odpoczynek.  No, 
chyba że, jak już wspomniałem, jest coś pilnego.   

Na internie było tylko sześć łóżek, zasłona dzieliła część męską od żeńskiej. Dwaj mężczyźni 

i kobieta siedzieli przy stoliku, jedząc lunch. Przed nimi stała butelka wina. Demelza zauważyła 

background image

też  chrupiący  bochen,  ser  feta  i  miseczkę  oliwek  i  pomidorów  pośród  innych,  równie 
apetycznych dań.   

Pielęgniarka  w  białym  płóciennym  fartuchu  siadała  właśnie  do  stołu  wraz  z  pacjentami. 

Spojrzała na Nicka z uśmiechem i powiedziała coś po grecku.   

– Pytała, czy dołączymy do nich – wyjaśnił Demelzie.   
– Powiedziałem, że musimy najpierw wszystko obejrzeć.   
– Pacjenci mają bardzo zadowolone miny – odnotowała Demelza.   
–  Czekają  na  kieliszek  wina.  Jeśli  nie  ma  przeciwwskazań,  nie  ma  powodu  im  tego 

odmawiać.   

Nick  gawędził  przyjaźnie  z  pacjentami  parę  minut.  Następnie  udał  się  z  Demelzą  na 

chirurgię.  Tam  dwu  pacjentów  siedziało  przy  zastawionym  stole,  a  pielęgniarka  obsługiwała 
dwoje chorych przykutych do łóżka.   

Demelza  odniosła  wrażenie,  że  ten  niewielki  szpital  otacza  dobra  aura.  Panowała  tam 

atmosfera  pełna  ciepła  i  prawdziwej  troski.  Nawet  w  małej  sali  operacyjnej  pielęgniarka 
polerowała akurat z zacięciem uchwyty szafek.   

– Ona nie ma przerwy na lunch? – spytała, kiedy wyszli na korytarz.   
–  Eleni  pójdzie  na  lunch  dopiero  wtedy,  kiedy  uzna,  że  sala  operacyjna  lśni  jak  lustro. 

Zresztą nikt u nas nie ma określonych godzin pracy.   

– Jestem naprawdę pod wrażeniem – oznajmiła Demelza. – Chyba zaczynam rozumieć, jak 

wygląda tu życie.   

Nick przystanął przed skromnym oddziałem położniczym.   
– Jeśli cię to interesuje i zechcesz spędzić ze mną popołudnie, pokażę ci moje miejsca na tej 

mojej wyspie.   

– W jego głosie słyszała dumę.   
– Twojej wyspie? – wyraziła lekkie zdziwienie.   
– Tu się urodziłem – odparł. – Przez lata musiałem mieszkać w Anglii, ale wróciłem, kiedy 

tylko nadarzyła się sposobność. Nie ma na świecie drugiego takiego miejsca jak Kopelos.   

Demelza zadałaby mu chętnie wiele pytań, nie chciała jednak na początku znajomości wydać 

się nachalna. Liczyła na to, że z czasem, powolutku, odkryje jego tajemnice.   

–  Bardzo  chciałabym  poznać  tę  wyspę  –  powiedziała  za  to.  –  Zresztą  nie  mam  żadnych 

planów na popołudnie, miałam zamiar tylko byczyć się na plaży.   

– Chyba nie w tym tłumie w ośrodku? – spytał Nick. – Zabiorę cię na plażę, gdzie jedynym 

szumem  jest  szum  morza,  a  jedynym  głosem  pobekiwanie  owiec  na  wzgórzach.  –  Urwał  i 
uśmiechnął  się.  –  Dokończmy  to  zwiedzanie,  zanim  się  rozgadam  na  dobre.  Tu  mamy 
położnictwo, jak widzisz.   

W sali dwie młode mamy doglądały swoich maluchów. Nick przedstawił im Demelzę. Jedna 

z matek skończyła właśnie karmić dziecko i zawijała je w biały kokon pieluszki.   

– Śliczne maleństwo – zauważyła Demelza.   

background image

– Proszę, niech pani potrzyma – powiedziała matka, podając jej zawiniątko.   
Przytulając  biały  tłumoczek,  Demelza  poczuła  ten  trudny  do  opisania  zapach,  który  mają 

wszystkie niemowlaki, świeżo upudrowane i przebrane. Jej gardło zacisnęło się, gdy patrzyła na 
maleńkie różowe usteczka, policzki z dołeczkami, ciemne, długie firanki rzęs. Gdyby przyszło jej 
znowu  pracować  z  dziećmi,  musiałaby  uzbroić  się  w  zawodowy  dystans,  żeby  jej  bolesne 
doświadczenia nie odbiły się na pracy. Może z czasem okaże się to łatwiejsze, ale w tej chwili...   

Zmusiła  się  do  uśmiechu  i  oddała  niemowlę  matce.  Ma  przed  sobą  całe  życie  wypełnione 

cudzymi dziećmi.   

Podjęła postanowienie, że będzie sobie z tym radzić lepiej niż obecnie.   
Gdy  mieszkała  jeszcze  na  farmie,  z  całą  premedytacją  zabroniła  sobie  marzyć  o  kolejnym 

dziecku.  Zresztą  nowy  związek  wydawał  jej  się  wówczas  niemożliwy.  Pełne  miłości  chwile 
należały do przeszłości. Ale trzeba iść dalej, mimo wszystko. Dopiero wyruszyła w tę drogę, lecz 
już nabrała pewności, że przyjazd na Kopelos był krokiem w dobrą stronę.   

Otrząsnęła  się  z  tych  myśli.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  jej  nowa  droga  będzie  wymagała 

częstych kontaktów z personelem szpitala, powinna zatem poznać go możliwie najlepiej.   

–  Jesteśmy  w  stanie  poradzić  sobie  z  większością  mniej  skomplikowanych  przypadków 

internistycznych,  chirurgicznych,  położniczych,  ginekologicznych  i  ortopedycznych  –  mówił 
Nick, eskortując ją do wyjścia. – Przypadki wykraczające poza nasze kompetencje odsyłamy do 
Aten  albo  na  Rodos.  –  Kroczył  przed  nią  przez  niewielki  parking  przed  szpitalem.  –  To  mój 
samochód. Jak widzisz, stoi pod największym drzewem, które daje najgłębszy cień. Ale i tak w 
środku będzie nie do wytrzymania, póki nie zadziała klimatyzacja.   

Otworzył  drzwi,  Demelza  zajęła  miejsce  obok  kierowcy.  Rozpalona  skóra  fotela  piekła  ją 

przez cienką bawełnianą sukienkę. Postawiła torbę przy nogach.   

Wyjechali z miasta na wąską drogę wijącą się wokół wzgórza.   
– Kiedy byłem mały, była tu tylko ścieżka dla osłów – informował ją Nick, zmieniając bieg. 

– Matka wysyłała mnie po zioła, a ja zabierałem ze sobą paru kumpli i zapominaliśmy o Bożym 
świecie. Zdarzało się, że zapominaliśmy też nazrywać ziół! Miałem wtedy jakieś pięć, sześć lat. 
W Anglii nie mogłem się nadziwić, że dzieciom nie wolno biegać swobodnie jak nam kiedyś.   

– Dlaczego wyjechałeś do Anglii? Nick westchnął głęboko.   
– To długa historia.   
Demelza  zerknęła  na  niego  kątem  oka.  Spojrzenie  Nicka  było  chłodne,  jakby  dawał  jej  do 

zrozumienia, że brak mu ochoty do rozmowy na ten temat. Jego opuszczone ramiona zdradzały 
jakiś  smutek.  Patrzył  przed  siebie  na  ciasną  drogę  i  nie  miał  już  w  sobie  tej  niefrasobliwości 
sprzed paru zaledwie minut.   

Demelza  oparła  się  o  fotel,  chłodne  powietrze  z  klimatyzatora  studziło  też  jej  emocje.  Na 

zewnątrz pewny siebie, Nick był w gruncie rzeczy bezbronny. Kochał życie na tej wyspie, któż 
zresztą  by  go  nie  kochał?  Przenosiny  do  chłodnej  Anglii  musiały  być  dla  niego  przykrym 
doświadczeniem. Demelza domyślała się tylko, że powodem wyjazdu mógł być rodzinny kryzys.   

background image

Sądząc po jego śródziemnomorskiej urodzie i temperamencie, był stuprocentowym Grekiem. 

Może jednak jego matka pochodziła z Anglii? Demelza nie chciała być wścibska. Wiedziała, że 
Nick  sam  uzupełni  jej  wiedzę,  gdy  uzna  to  za  stosowne.  Intrygował  ją  swoją  osobowością  i 
ukrytymi sekretami. Dawno już nie interesowała się tak żadnym mężczyzną.   

Od śmierci Simona żyła jak zakonnica. Mężczyźni dla niej nie istnieli.   
– Tam jest zatoka, do której jedziemy. – Nick wyciągnął rękę.   
Demelza zerknęła na niego. Białe zęby błysnęły na tle oliwkowej twarzy. Samochód zjechał 

z drogi asfaltowej na brukowaną. Demelza trzymała się siedzenia, zadowolona, że jest przypięta 
pasem, kiedy Nick omijał dziury na drodze.   

–  W  zimie  spadło  dużo  deszczu.  Minie  jeszcze  pewnie  kilka  tygodni,  nim  ktoś  tu  dotrze  i 

naprawi  tę  część  drogi.  Mało  osób  z  niej  korzysta,  więc  nikt  nie  będzie  się  spieszył. 
Rozmawiałem o tym z burmistrzem Kopelos. Uśmiechnął się tylko,  rozłożył  ręce i powiedział: 
Avrio. 

– To znaczy? 
– Jutro! Nieraz to tu usłyszysz. Taka tu panuje filozofia, że większość spraw może poczekać 

do jutra. Dzięki temu żyje się spokojnie, i temu też zawdzięczamy dziurawe drogi.   

Demelza wyjrzała przez okno i zadrżała. Niemal tuż za szybą pobocze spadało ostro w dół. 

Nick poklepał jej dłoń.   

– Nie bój się. Nie pierwszy raz tędy jadę.   
Zabrał rękę i położył ją znów na kierownicy. Demelza poczuła natychmiast jakiś brak, choć 

równocześnie ulgę. Przeniosła spojrzenie za okno, starając się podziwiać widoki bez lęku. Jodły 
pięły się na zboczach, a w dolinie pojawił się ślad wody, tak cenny skarb na tej wyspie. Była to 
niewielka rzeczka, która płynęła do błękitnej zatoki.   

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił Nick. – W każdym razie najgorsze za nami.   
Droga otworzyła się na szeroką piaszczystą połać graniczącą z morzem.   
–  Zostawimy  tu  samochód  i  dalej  pójdziemy  piechotą.  Za  dużo  tu  skał,  żeby  ryzykować. 

Wezmę tylko jedzenie z bagażnika. Chcesz się tu przebrać? 

Demelza skinęła głową, zażenowana. Miała włożyć bikini i zdjąć sukienkę, ale...   
– Zabiorę to na plażę, a ty przyjdź, jak będziesz gotowa – rzekł Nick.   
No i po kłopocie! Wysiadła i poczuła uderzenie gorąca. Jest dopiero maj, to jak wyglądają tu 

prawdziwe letnie miesiące?! 

Stanęła za samochodem  i przebrała się w pośpiechu w swoje nowe białe bikini, które było 

tylko o ton bielsze od jej skóry. Wyjęła z torby krem z blokerem i wtarła go w skórę. Ma przed 
sobą sześć miesięcy i wiele okazji, żeby się opalić.   

Rozejrzała  się.  Nick  zniknął  za  drzewami.  Wzięła  torbę  i  szybkim  krokiem  ruszyła  jego 

śladem.  Jej  podniecenie  rosło.  Wszystko  jest  tu  niezwykłe  –  znajduje  się  daleko  od  Anglii,  na 
pustej plaży z przystojnym nieznajomym. Odniosła wrażenie, że od chwili przyjazdu na Kopelos 
zrzuciła z siebie dziesięć lat.   

background image

Zobaczyła  go,  gdy  pokonała  niewielką  wydmę  na  skraju  plaży.  Rozkładał  właśnie  koc  na 

piasku.  Zdążył  przebrać  się  w  spodenki  do  pływania,  a  ją  na  ten  widok  przeszył  dawno 
zapomniany dreszcz. Nie było  to  właściwie podniecenie, a może? Jeśli nie podniecenie, to  coś 
równie niebezpiecznego.   

Nick podniósł głowę i pomachał do niej. Demelza nabrała głęboko powietrza.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Ruszył  w  jej  stronę.  Już  chciał  odebrać  od  niej  torbę,  gdy  zatrzymał  się  i  omiótł  ją 

zagadkowym spojrzeniem.   

– W taki upał nie wolno się spieszyć.   
Jej kłopoty z oddychaniem nie miały nic wspólnego z pośpiechem! Nie pamiętała już, kiedy 

ostatnio widziała tak przystojnego faceta w tak skąpym stroju, i to z tak bliska. Trzeba przyznać, 
że sprawiło jej to przyjemność.   

Odpychała te myśli, ale one powracały. W końcu stwierdziła, że to efekt jej przebudzenia do 

życia, i że będzie musiała jakoś się z tym uporać.   

–  Radzę,  żebyśmy  popływali  przed  lunchem.  Pływanie  z  pełnym  żołądkiem  nie  jest 

wskazane – zauważył Nick, kładąc torbę Demelzy na piasku obok koca.   

– Mam tylko bułki i salami – wyjaśniła. – Nie spodziewałam się, że wybiorę się na piknik.   
Nick uśmiechnął się.   
– Moich zapasów starczyłoby dla całej armii. Kiedy rano wyjeżdżam z wioski, spotykam tylu 

znajomych i krewnych przekonanych o tym, że głoduję, że nauczyłem się już zabierać dodatkowe 
torby,  aby  pomieścić  ich  hojne  dary.  Ianni  codziennie  idzie  do  szkoły  obładowany  domowym 
ciastem,  którym  częstuje kolegów. A ja zwykle  dzielę się z personelem w szpitalu.  I jak  łatwo 
zgadnąć, jesteśmy z Iannim bardzo popularni.   

Szli  w  stronę  rozświetlonego  niebieskiego  morza.  Piasek  parzył  stopy.  Kilka  ostatnich 

kroków do wody Demelza pokonała biegiem. Nick puścił się naprzód rozbawiony.   

– Jak byłem mały, lubiłem biegać boso i mam teraz podeszwy jak ze stali.   
Z ulgą dotknęła stopami wody.   
–  Całkiem  chłodna,  aż  dziw!  –  zawołała,  zanurzając  się.  –  Zawsze  myślałam,  że  Morze 

Śródziemne jest ciepłe.   

– Dopiero późnym latem. Większość Greków uważa, że do sierpnia woda jest za zimna, żeby 

pływać. Ale ja jestem w połowie Anglikiem, wiec pływam razem z turystami już wiosną.   

– Więc jesteś w połowie Anglikiem? – podchwyciła. Teraz nie miała poczucia, że wściubia 

nos w nie swoje sprawy, skoro to wyszło od Nicka.   

Brnęli coraz głębiej, ale mocno zasolone Morze Śródziemne było tak pełne życia, że trudno 

im było utrzymać równowagę. Nick przysunął się do Demelzy na ryle blisko, że dotykał niemal 
jej białej skóry swoim ogorzałym ramieniem.   

–  Tak,  moja  matka  jest  Angielką.  Przyjechała  tu  jako  młoda  studentka,  zakochała  się 

najpierw  w  tej  wyspie,  a  potem  w  moim  ojcu.  Nie  wiem,  która  z  tych  miłości  była  silniejsza. 
Wyjazd  złamał  matce  serce,  mnie  też  zresztą,  ale  byłem  wtedy  mały,  a  dziecku  łatwiej  jest 
dostosować się do nowych warunków.   

background image

–  Czemu  musieliście  wyjechać?  –  spytała,  kładąc  się  na  plecy  z  zamkniętymi  oczami  i 

unosząc się na falach.   

Zdawało  jej  się,  że  leży  na  wodnym  materacu.  Drobne  ryby  smyrgały  wokół  jej  stóp. 

Rozłożyła  ręce  na  boki,  palcami  leniwie  głaskała  powierzchnię  wody.  Słońce  kładło  się  na  jej 
twarzy  rozkosznym  ciepłem.  Wokół  panowała  absolutna  cisza,  przerywana  co  najwyżej 
beczeniem  owcy  na  wzgórzu  albo  lekkim  pluskiem  wody,  kiedy  ona  lub  Nick  wykonywali 

leniwe ruchy.   

Słyszała,  jak  Nick  wciąga  powietrze.  Nie  odpowiadał  jej  przez  kilka  chwil,  by  wreszcie 

odezwać się cichym, pozbawionym emocji głosem.   

–  Moja  matka  musiała  wrócić  do  Anglii...  z  powodów  zdrowotnych.  Musiałem  jej 

towarzyszyć. To długa historia. No, dosyć tego pływania, umieram z głodu! 

Demelza usłyszała rozmyślną zmianę w tonie jego głosu. Nick coś przed nią ukrywa, a ona 

nie miała ochoty usłyszeć niczego, co zepsułoby tę rajską atmosferę.   

– Ja też – rzuciła szybko. – Ścigamy się? 
Ruszył naprzód kraulem i przemknął koło niej. Czekał na nią na piasku. Wyciągnął obie ręce, 

kiedy wyszła z wody. Było całkiem naturalne, że je chwyciła. Spojrzała mu w oczy i przeszył ją 
dreszcz.   

–  Zmarzłaś  –  zmartwił  się.  –  Chodź,  wytrzyj  się.  Nie  było  jej  wcale  zimno.  To  jego  ręce 

wywołały ten raptowny dreszcz. Wzięła ręcznik i udała się za drzewo, żeby zdjąć mokry kostium. 
Przebrała  się  w  drugie  bikini,  tym  razem  czarne,  które  przymierzała  w  sklepie  tylko  raz.  Góra 
była dość śmiała, nie zostawiała wiele wyobraźni. Sprzedawczyni zapewniała ją, że to się właśnie 
nosi na śródziemnomorskich plażach.   

Demelza czuła się jednak skrępowana, długo wahała się przed dokonaniem zakupu. Wyszła 

ze  sklepu  z  dwoma  kostiumami  bikini  i  przekonaniem,  że  wydała  kolosalną  sumę  na  cztery 
miniaturowe skrawki materiału.   

Zasłoniła oczy. Nick stał w samym słońcu, wycierając się ręcznikiem i zmieniając spodenki. 

Czym prędzej odwróciła wzrok. Już i tak miała puls jak po szybkim biegu. Suche spodenki Nicka 
były czarne, tak jak poprzednie. Demelza wychynęła zza drzew z taką miną, jakby lunch na plaży 
z nieznajomym przystojniakiem był dla niej nudną codziennością.   

– Wina? – spytał Nick, otwierając butelkę.   
– Bardzo chętnie.   
Siadłszy na kocu, uśmiechnęła się z wdzięcznością i wzięła od Nicka kieliszek. Zamoczyła 

usta w winie. Było orzeźwiające. Wsparła się na łokciu i z wolna je sączyła.   

–  Widzę,  że  przyzwyczajasz  się  do  naszego  życia?  Skinęła  głową  i  wypiła  kolejny  łyk, 

grzebiąc w piasku palcami stóp.   

–  Wczoraj  wieczorem  byłaś  zdenerwowana  –  rzekł  Nick.  –  Nie  byłem  pewny,  czy 

zaaklimatyzujesz się w miejscu, gdzie nikt się nie spieszy, ale teraz...   

Usiadła prosto, żeby lepiej widzieć jego oczy.   

background image

–  Mnóstwo  czasu  spędziłam  w  chłodzie  i  trudno  mi  uwierzyć...  –  Urwała,  szukając 

właściwych słów. – Trudno mi nawiązać kontakt z ludźmi, a zwłaszcza z mężczyznami.   

– Aha! Więc o to chodzi. – Zmrużył oczy. – Miałaś jakieś złe doświadczenia? 
– Nie, nie! Przeciwnie, kochałam... za bardzo... ale jednego mężczyznę, i teraz...   
Nick nachylił się.   
– Miłość to skarb, prawda? Kiedy odchodzi, trudno ją zastąpić.   
Mówił głosem nabrzmiałym od emocji. Demelza przełknęła ślinę i patrzyła, jak Nick kładzie 

się  na  kocu.  Przez  moment  miała  wrażenie,  że  chce  ją  pocałować.  Była  to  miła  perspektywa. 
Czuła,  że  sprawiłoby  jej  to  wielką  przyjemność.  Ale  zaraz  potem  doszła  do  wniosku,  że 
przeceniła  jego  intencje.  Był  dobrze  wychowany,  więc  i  ją  traktował  uprzejmie  i  po 

przyjacielsku.   

Nick  nie  miał  pojęcia,  że  wywołał  w  niej  takie  myśli.  Uniósł  się  i  zaczął  rozpakowywać 

swoje torby.   

– Koniecznie spróbuj placka ze szpinakiem. Anna robi najlepszą spanokopitę na tej wyspie.   
– Anna? – Demelza wgryzła się w miękkie ciasto. – Rzeczywiście pycha. A kim jest Anna? 
– To moja ciotka, siostra mojego ojca. Jest żoną Giorgia, właściciela tawerny. Widziałaś ją 

wczoraj w kuchni. Była zajęta, więc was sobie nie przedstawiłem. No i nie wiedziałem, czy masz 
ochotę ją poznać.   

Demelza wytarła z warg okruszki papierową serwetką.   
– Myślisz, że teraz znamy się już na tyle, że możesz mnie jej przedstawić? 
Spojrzał na nią z dziwnym, niejasnym uśmiechem.   
–  Myślę,  że  prawdziwa  Demelza  wciąż  chowa  się  za  żelazną  kurtyną.  Ale  chyba 

dowiedziałem się o tobie co nieco. Może coś dorzucisz, żebym miał pełniejszy obraz? 

Czy ona  coś ukrywa? Pewnie tak, a jednak uwaga  Nicka zaskoczyła ją.  Wypiła łyk wina i 

wsparła się na łokciach. Jodły, pod którymi urządzili sobie piknik, rzucały cudowny cień. Morze 
roziskrzone słońcem zapierało dech.   

– Tak dawno już nie myślałam o sobie jako o kimś wolnym, niezależnym, że czasem sama 

zastanawiam  się,  kim  jestem.  Od  śmierci  Simona  opiekowałam  się  innymi.  Byłam  tak 
sparaliżowana bólem, że nie miałam odwagi zobaczyć, co się ze mną dzieje.   

– A co się działo? – spytał cicho. Demelza wzięła głęboki oddech.   
– Tego dnia, kiedy Simon zginął, chciałam umrzeć.   
– Zginął? 
Zaskoczony i współczujący głos Nicka dał jej siłę, by zmierzyć się z lękiem i mówić o tym 

strasznym  dniu,  który  kompletnie  odmienił  jej  życie.  Nigdy  dotąd  nie  wypowiedziała  słowa 
„zginął”, ale takie były fakty. Dla niej to był szok.   

–  To  się  zdarzyło  cztery  miesiące  po  naszym  ślubie.  Byłam  w  trzecim  miesiącu  ciąży. 

Byliśmy bardzo szczęśliwi, marzyliśmy o dużej rodzinie, i nasze życzenia zaczęły się spełniać. – 
Demelza  odchrząknęła.  Czuła,  że  to  ważne,  by  przekazać  Nickowi  całą  historię,  nie  tylko  jej 

background image

skrót  czy  fragmenty,  do  których  się  zwykle  ograniczała,  zmuszona  do  powrotu  do  tamtych 
wydarzeń.  –  Ostatni  dzień  Simona  rozpoczął  się  jak  każdy  inny.  Wstał  wcześnie  i  poszedł 
nadzorować dojenie z dwoma pracownikami. Potem zwykle wracał na śniadanie, siadaliśmy do 
stołu i planowaliśmy dzień. – Urwała na chwilę. – Nie wiem, czemu mówię ci to wszystko. To 
cię nie dotyczy...   

– Ale bardzo mnie obchodzi.   
Jego  głos  po  raz  drugi  dał  jej  pewność  siebie.  Patrząc  w  jego  ciemne,  pełne  wyrazu  oczy, 

wiedziała, że znalazła prawdziwego przyjaciela.   

– Nie spiesz się, Demelzo. Dobrze ci zrobi ten powrót do przeszłości. Może cię uwolnić od 

smutku.   

Skinęła  głową.  Nick  mówił  jak  doświadczony  lekarz,  przyzwyczajony  do  wysłuchiwania 

pacjentów.  A  poza  tym,  czuła  podświadomie,  że  to  pierwszy  mężczyzna  od  śmierci  jej  męża, 
któremu może zaufać.   

–  Poszłam  wziąć  prysznic.  Potem  zeszłam  na  dół  przygotować  śniadanie.  Wyjmowałam  z 

kredensu pudełko z jajkami, kiedy usłyszałam potworny krzyk od strony obory. Wyjrzałam przez 
okno i zobaczyłam... Ręce odmówiły mi posłuszeństwa i pudełko z jajkami spadło na podłogę... – 
Demelza  schowała  twarz  w  dłoniach.  Nie  chciała,  żeby  Nick  widział  jej  łzy,  nad  którymi  nie 
potrafiła  zapanować.  Nick  przysuną)  się  do  niej,  zdjął  delikatnie  jej  ręce  z  twarzy  i  otarł  łzy 
chusteczką.   

– Nie bój się płaczu. Za długo dusiłaś w sobie tę bolesną pamięć.  – Zamilkł na chwilę, po 

czym spytał: – Co zobaczyłaś? 

Demelza wsparła się na jego ramieniu.   
– Zobaczyłam  Simona.  Leżał  na ziemi,  częściowo pod traktorem,  którym  najechał  go nasz 

najmłodszy pracownik. Wybiegłam z domu. Przyklękłam przy nim. Nie żył już. Próbowałam coś 
zrobić,  chociaż  wiedziałam,  że  to  beznadziejne.  Nie  chciałam  się  poddać,  aż  przyjechała 
karetka... – Nie mogła mówić dalej.   

Nick objął ją i przytulił.   
– Płacz, ile tylko chcesz – powiedział. – Wypłacz się. Musisz się pozbyć tego bólu.   
Jej szloch wygasał powoli. Po raz pierwszy od sześciu lat poczuła coś w rodzaju spokoju.   
Odsunęła się, by spojrzeć w oczy Nicka.   
–  Dziękuję  –  szepnęła.  –  Dziękuję,  że  mnie  wysłuchałeś,  dziękuję  za  współczucie.  Chyba 

zobaczyłam jakieś światełko w tym mrocznym tunelu.   

– Mam nadzieję. I wydaje mi się, że dostrzegłem przebłysk prawdziwej Demelzy. Kobiety za 

maską. Miałaś przy sobie jakąś rodzinę, która by cię wsparła? 

– Moi rodzice zmarli kilka lat przed  tym wypadkiem. Wybrali się na wycieczkę i  autokar, 

którym jechali, rozbił się. – Nabrała znowu powietrza. – Rodzina Simona błagała mnie, żebym z 
nimi została. Jego rodzice twierdzili, że beze mnie nie dadzą sobie rady. To zresztą prawda. We 
wszystkim na mnie polegali. Prowadziłam całą farmę i nie wiedziałam, jak się z tego wyplątać. 

background image

Nie chcę, żeby to zabrzmiało melodramatycznie, ale czasem odbierałam to jak dożywotni wyrok. 
Matka Simona szantażowała mnie emocjonalnie, bałam się, że już sobie z niczym nie poradzę.   

– Mówiłaś, że byłaś w trzecim miesiącu ciąży, kiedy zginął Simon? 
– Straciłam dziecko w szóstym miesiącu – wyjaśniła rzeczowym tonem, który przywoływała, 

ilekroć mówiła o swoim poronieniu. – To był chłopiec, jedyne, co trzymało mnie przy życiu po 

odejściu Simona. Kiedy i jego zabrakło, żyłam z dnia na dzień. Ale w zeszłym roku brat Simona 
ożenił się i jego żona zamieszkała z nim na farmie.   

– A ty zobaczyłaś przed sobą wolność? Demelza zmusiła się do uśmiechu.   
– Zobaczyłam drogę ucieczki i skorzystałam z niej. Co Nick pomyśli sobie o jej łzach? Ale w 

końcu  sam  zachęcał  ją,  żeby  się  przed  nim  otworzyła.  Poczuła  się  o  wiele  lepiej.  Nabrała 
przekonania, że Nick będzie dobrym przyjacielem.   

A  może  nawet  więcej?  Nie  mogła  ukrywać,  że  Nick  podoba  jej  się.  Była  szczerze, 

prawdziwie  nim  zauroczona.  Co  zrobi,  jeśli  ich  relacja  pogłębi  się?  Ma  przecież  tak  małe 
doświadczenie z mężczyznami. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że jest w tym względzie 
nowicjuszką. W tym kontekście myśl o bliskim związku z Nickiem była jej wyjątkowo miła, a 
równocześnie rodziła w niej obawę.   

– Gdzie studiowałeś medycynę? – spytała, zmieniając temat.   
Nick obrócił ku niej twarz.   
– W Londynie, praktykowałem w szpitalu St Celinę.   
– I wolisz pracować tutaj? Uśmiechnął się.   
–  A  ty  nie?  Czy  można  w  ogóle  porównywać  ponure  londyńskie  ulice  do  tej  słonecznej 

wyspy? 

Przesunęła się na skraj koca i oparła o rozgrzaną skałę.   
– Masz absolutną rację. Nie ma porównania.   
– Prawie nic nie zjadłaś. Łap! – Wziął do ręki dużego, soczystego pomidora i rzucił do niej.   
Chwyciła go roześmiana.   
–  Musisz  koniecznie  spróbować  serowych  placków,  które  zrobiła  Anna.  Nazywamy  je 

theropita.   

– Theropita – powtórzyła uważnie. – Przywiozłam samouczek do greckiego, ale nie miałam 

czasu do niego zajrzeć.   

– Mogę cię uczyć – zaoferował się Nick.   
– Dziękuję – odparła, wiedząc, że każda sposobność kontaktu z Nickiem będzie jej miła.   
Wtem  w  stosie  ubrań  rozległo  się  brzęczenie.  Nick  wyjął  telefon  komórkowy  z  kieszeni 

spodni.   

Słuchał z powagą i skupieniem, potem mówił po grecku, bardzo szybko. Przerwał połączenie 

i gwałtownie się podniósł.   

– To siostra Krisanthe. Przyjęła młodą kobietę w trzydziestym piątym tygodniu ciąży. Zdaje 

się,  że  zaczęła  rodzić  kilka  godzin  temu  i  w  ogóle  nie  zorientowała  się,  co  się  dzieje.  Siostra 

background image

uważa, że ze względu na bezpieczeństwo dziecka może być konieczne cesarskie cięcie.   

Wyrzucając  błyskawicznie  słowa,  wciągał  spodnie.  Demelza  zerwała  się  na  nogi  i  zaczęła 

ubierać.   

– Masz personel, żeby zrobić cesarkę? – spytała, zapinając sukienkę. Biegli już przez piach. 

Nick wyprzedzał ją – każdy jego krok równał się jej dwu krokom.   

– Prosiłem Krisanthe, żeby skontaktowała się pilnie z naszym anestezjologiem. Jeśli trzeba, 

sam zrobię operację. A może uda się przyjąć dziecko normalnie.   

– Ale skoro już ma problemy, to im szybciej je wyjmiemy, tym lepiej – stwierdziła Demelza 

zadyszana, wdrapując się do wnętrza landrovera.   

– Tak, jasne – odparł Nick z cieniem irytacji.   
Nie był to już przyjacielski kompan, jego miejsce zajął skupiony na  swoim zadaniu lekarz. 

Demelza doszła do wniosku, że powinna hamować swoje uwagi.   

Nick ściskał mocno kierownicę, kiedy samochód wspinał się na wzgórze. Demelza starała się 

nie myśleć o urwistym zboczu sąsiadującym z wyboistą drogą. Patrzyła przed siebie.   

– Rozumiem, że masz jakieś doświadczenie w położnictwie? – spytał Nick zdenerwowany.   
– Tak. Przez pewien czas pracowałam w sali operacyjnej na położnictwie.   
– Będziesz mi asystować? Moja pielęgniarka jest chora, nie chcę jej ściągać, dopóki całkiem 

nie wydobrzeje.   

– Tak. – Demelza miała doświadczenie, a mimo to trochę się bała. Przekonywała się zatem w 

duchu, że jej teoretyczna i praktyczna wiedza nie ulotniły się przecież bez śladu. Że nie traci się 
tych umiejętności, jeśli praktykowało się je przez lata.   

–  Świetnie!  –  Nick  posłał  jej  radosny  uśmiech,  a  ona  zaczynała  się  cieszyć,  że  po  długiej 

przerwie staje przed wyzwaniem.   

Młoda pielęgniarka oczekiwała ich w recepcji. Na ich widok wyraźnie odetchnęła.   
– Szybko, doktorze! 
Ruszyli przed siebie korytarzem. Siostra Krisanthe pochylała się nad pacjentką, wycierała jej 

czoło  wilgotną chusteczką. Młody  ojciec siedział przy łóżku, trzymając  żonę za rękę. Podniósł 
wzrok na Nicka i wyrzucił z siebie potok słów.   

–  Michaelis  mówi,  że  Katia  zaczęła  odczuwać  bóle  w  środku  nocy,  ale  nie  wiedziała,  że 

zaczyna się poród – tłumaczył Demelzie Nick, kiedy myli ręce przed badaniem.   

Demelza  z  przerażeniem  zobaczyła,  że  rozwarcie  jest  bardzo  niewielkie,  nie  mogli  więc 

przyjąć  dziecka  na  świat  naturalną  drogą.  W  międzyczasie,  zerkając  na  obraz  na  monitorze, 
widziała, że dziecko zaczyna mieć problemy z oddychaniem.   

– Zabieram Katię do operacyjnej – oznajmił Nick. Dołączył do nich niski mężczyzna.   
– To doktor Patruis, nasz anestezjolog – przedstawił Nick. Zamienił z lekarzem kilka słów, 

po czym wyjaśnił młodej matce i jej przejętemu mężowi, co ją czeka.   

Zabrakło  nawet  czasu  na  rutynowe  czynności  przedoperacyjne.  Pacjentka  została 

niezwłocznie przewieziona na małą salę operacyjną i uśpiona.   

background image

Stojąca  po  drugiej  stronie  stołu  operacyjnego  Demelza  czuła,  że  wraca  jej  siła  i  pewność 

siebie. Przekonała się, że zachowała swe umiejętności. Podała Nickowi skalpel.   

Za  każdym  razem  wzbudzało  to  w  niej  podobne  poruszenie.  Widok  nowo  narodzonego 

dziecka, uratowanego przez cesarskie cięcie, wydawał jej się cudem. Bez ich interwencji dziecko 
nie miało wiele szans na przeżycie.   

– Dziewczynka – ogłosił Nick. Jego oczy śmiały się nad maską chirurgiczną, kiedy przecinał 

pępowinę.   

Demelza  spojrzała  na  niego.  Była  szczęśliwa.  Jednocześnie  myśl  o  własnym  dziecku 

wywołała przelotne ukłucie bólu. Ale zaraz przypomniała sobie, że jest w pracy, a to nie miejsce 
na użalanie się nad sobą.   

– Płuca ma w porządku – oznajmiła, odebrawszy malucha, który krzyknął gromko. Położyła 

dziecko na stole, wytarła delikatnie pomarszczone ciałko i zawinęła w sterylną pieluszkę. Kiedy 
Nick skończył operację, przyszedł sam sprawdzić serce i płuca małej.   

–  Nie  widzę  komplikacji.  Mieliśmy  dużo  szczęścia.  Zdaje  się,  że  Katii  pomyliły  się  daty. 

Wydawało jej się, że to trzydziesty piąty tydzień ciąży, ale moim zdaniem było już dużo bliżej 
rozwiązania. Ile waży mała? 

– Trzy i pół kilograma. Nieźle jak na wcześniaka.   
– No to powiem, że na sto procent urodziło się w terminie – stwierdził Nick z uśmiechem i 

zniżył głos. – Pamiętam ślub Katii i Michaelisa. To było jakieś pół roku temu. Od tamtej pory 
odnosiłem wrażenie, że Katia mnie unika. Tutaj takie rzeczy wciąż mają znaczenie. Szkoda tylko, 
że ryzykowała życiem dziecka. Katia i Michaelis mają po siedemnaście lat, są wciąż pod kontrolą 
rodziców.  Będę  chyba  musiał  troszkę  nakłamać  i  powiedzieć  matce  Katii,  że  urodziła  przed 
czasem.   

Demelzę to rozbawiło.   
– Naprawdę chcesz tak zrobić? 
– Jeśli małe kłamstwo uszczęśliwi rodzinę, chętnie przyłączę się do spisku, chociaż wiem, że 

babcia  będzie  miała  własną  hipotezę,  kiedy  zobaczy  to  duże  dziecko  z  jej  pięknymi  czarnymi 
włosami i długimi paznokciami.   

– Widzę, że muszę się jeszcze dużo nauczyć o tutejszych zwyczajach.   
– Masz na to mnóstwo czasu – odparł, patrząc, jak Demelza ubiera maleństwo w bawełnianą 

koszulkę.   

–  Tylko  sześć  miesięcy  –  powiedziała  wolno,  biorąc  dziewczynkę  w  ramiona.  Ciepło  tego 

nowo narodzonego cudu wywołało ucisk w jej gardle. Przełknęła szybko. Nie wolno oglądać się 
za siebie. Liczy się przyszłość.   

–  Zapomniałem.  To  nowa  inicjatywa  i  biuro  podróży  chce  się  przekonać,  czy  gabinet  w 

ośrodku w ogóle ma sens. Zresztą zimą ośrodek i tak jest zamknięty. Bardzo dziękuję za pomoc. 
Bądź tak dobra i odprowadź mamę i dziecko na oddział. Zajrzę do nich za chwilę, teraz muszę 
zrobić obchód.   

background image

Demelza wciąż trzymała dziecko przy piersi. Nick wyszedł z sali operacyjnej. Znów stali się 

kolegami  z  pracy,  a  jej  wcale  się  to  nie  podobało.  Z  perspektywy  sali  operacyjnej  piknik  na 
bezludnej plaży wydawał się po prostu snem.   

Stojąc przed szpitalem jakiś czas później, Demelza nie potrafiła zrobić kroku. Zupełnie jakby 

ją zamurowało. Była już wolna, lecz nie umiała odejść. Miała przed sobą długi wieczór, czuła się 
zagubiona.  Słońce  zniżało  się,  mieszkańcy  wyspy  szykowali  się  do  wieczornych  spotkań 
towarzyskich. Po drugiej stronie drogi, naprzeciwko szpitala, grupka starych mężczyzn zasiadła 
przy  stole,  prowadząc  żywą  dyskusję  przy  wsparciu  ouzo.  Demelza  pomyślała,  że  powinna 
poszukać sobie towarzystwa, poznać nowych ludzi, dowiedzieć się czegoś o kulturze tej wyspy. 
Zdezorientowana czuła, że musi się pozbierać. Po euforii z powodu udanego cesarskiego cięcia 
ogarnęło ją przygnębienie.   

W głębi serca wiedziała, że chodzi o coś więcej. Od południa nie rozstawała się z Nickiem, 

który zaraził ją swoim entuzjazmem, rozbudził w niej chęć do życia. Rozeszli się niecałą godzinę 
temu, a w niej już odezwała się tęsknota.   

Tak, jest dla niego tylko parą pomocnych rąk, po co się oszukiwać. Nie powinna brać go zbyt 

serio.  Ale  to  właśnie  on  w  procesie  jej  przebudzenia  był  pierwszym  mężczyzną,  którym  się 
zainteresowała. Miała świadomość, że musi się dużo nauczyć, by nie dać się ponieść emocjom i 
nie wypaść za burtę.   

Od  wioski  dzieliło  ją  najwyżej  półtora  kilometra.  Spacer  może  mi  tylko  dobrze  zrobić, 

myślała, dać szansę otrząśnięcia się z posępnych myśli. Ruszyła zatem i z każdą chwilą czuła, że 
wraca  jej  dobry  nastrój.  Trudno  zresztą  tkwić  w  smutku,  gdy  wdycha  się  wibrującą  życiem 
atmosferę  Kopelos.  Minęła  dwie  tawerny,  gdzie  życie  towarzyskie  już  się  rozwijało.  Dźwięki 
greckiej muzyki towarzyszyły jej w drodze.   

Nagle jakiś pojazd zatrzymał się tuż za nią z piskiem opon. Demelza skoczyła na pobocze.   
– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – Nick otworzył drzwi samochodu. – Mogę cię 

podwieźć? 

Zawahała się. Przyznała się już przed sobą do niejasnych uczuć wobec Nicka, bezpieczniej 

zatem było wybrać spacer. Ale wówczas Nick głowiłby się, dlaczego odrzuciła jego zaproszenie.   

– Dzięki. – Wsiadła do landrovera. – To bardzo przyjemny spacer, swoją drogą.   
– Nie wątpię, ale chciałem z tobą porozmawiać. Liczyłem, że złapię cię, nim wyjdziesz ze 

szpitala, ale obchód trwał dłużej niż zwykle. Ze względu na Ianniego staram się wracać do domu 
możliwe  najszybciej.  Absolutnie  ufam  Katerinie,  ale  wiem  też, że  on  czuje  się  najlepiej,  kiedy 
jestem w domu.   

– Na pewno. A matka? Nie tęskni za nią? 
Nick nie odpowiedział od razu, zapatrzony przed siebie. Znienacka z bocznej drogi wyszedł 

na szosę osioł. Nick zwolnił, póki właściciel zwierzęcia nie zapanował nad nim.   

–  Ianni  przywykł  już,  że  jesteśmy  we  dwóch.  Rozwód  z  jego  matką  był  wyjątkowym 

koszmarem,  Ianni  doświadczył  tego  na  własnej  skórze.  Myślę,  że  poczuł  wielką  ulgę,  kiedy 

background image

wszystko się skończyło i zamieszkaliśmy z dala od Lydii.   

W takiej sytuacji byłoby nie fair, gdyby Demelza drążyła temat. Nick sam powie jej więcej, 

jeśli zechce. Usilnie starała się nie zagłębiać przesadnie w jego sprawy.   

– Obaj pewnie bardzo to przeżyliście – zauważyła tylko.   
–  Masz  rację.  Nie  chciałbym  przechodzić  przez  to  po  raz  drugi.  –  Zaśmiał  się  cierpko.  – 

Mówiąc szczerze, wiałbym co sił w nogach, gdybym spotkał znowu tak podstępną kobietę.   

– Twoja była żona jest podstępna? 
Ciekawość  wzięła  jednak  górę  nad  rozsądkiem.  Poza  tym  Demelza  nie  czuła,  że  Nick 

zwierza jej się pod przymusem. A może to tylko wrażenie? Oparte na własnym doświadczeniu, 
na tym, że bardzo jej pomogła rozmowa na plaży dotycząca jej przeszłości? 

– Nawet mi nie przypominaj! – rzucił z emfazą. – Ty to nazwałaś, ona to ćwiczyła. – Urwał 

na  moment.  –  Zabawne,  że  kiedy  uzgodniliśmy  sprawę  opieki  na  Iannim,  zrobiło  się  łatwiej.  – 
Zawiesił głos i uśmiechnął się. – O wilku mowa! 

Zatrzymał landrovera na rogatkach wioski, samochody nie miały tam prawa wjazdu. Uliczki 

były  tak  wąskie,  że  ledwo  mieściły  się  na  ich  motory.  Demelza  dowiedziała  się,  że  im  też 
ostatecznie zabroniono wjazdu, bo zbyt dokuczały mieszkańcom.   

– Widzisz to samo co ja? – spytał Nick.   
Dwaj  chłopcy  ścigali  się  przed  jednym  z  domów,  zanosząc  się  śmiechem.  Kiedy  Nick 

wjechał na parking u wylotu ulicy, Ianni spojrzał w jego stronę.   

– Tata! – krzyknął uszczęśliwiony.   
Lefteris, przyjaciel Ianniego, w mig poszedł w zapomnienie. Ianni gnał na spotkanie z ojcem.   
– Czekałem na ciebie, tato. Katerina powiedziała, że jeszcze za wcześnie, ale... – Ianni rzucił 

się w ramiona Nicka. Nick przytulił go i uśmiechnął się.   

– Pamiętasz Demelzę? Ianni wyszczerzył zęby.   
– Pewnie. – Okrążył samochód i wyciągnął do niej ręce.   
Demelza  przyklękła,  uśmiechając  się  z  radością,  kiedy  Ianni  objął  ją,  może  nie  tak 

entuzjastycznie jak ojca, ale w każdym razie po przyjacielsku.   

– Pójdziesz z nami jeszcze do Giorgia, Demel... Demelzo? – spytał, a jego oczy błyszczały 

podnieceniem i entuzjazmem.   

– Cóż, ja...   
Przerwał jej brzęczyk komórki Nicka, zresztą tylko się z tego ucieszyła. Czuła bowiem, że 

zbyt  chętnie  wrosłaby  w  tę  rodzinę.  Zerknęła  z  ukosa  na  Nicka,  który  prowadził  rozmowę  po 
grecku. Kończąc ją, był wyraźnie zmartwiony.   

–  Wracam  do  szpitala  –  oświadczył.  –  Kati  skarży  się  na  ból  brzucha.  Muszę  ją  zbadać. 

Chodzi o to... – Zerknął na syna, który zmarszczył brwi.  – Wybacz, Ianni. Najlepiej będzie, jak 
zostaniesz u Kateriny. Wrócę najszybciej, jak będę mógł.   

–  A  może  pójdę  do  domu  z  Demelzą?  –  spytał  chłopiec  błagalnym  głosem.  –  Odrobiłbym 

lekcje.   

background image

Twarz Nicka zmarszczyła się w uśmiechu.   
– Ty mały kombinatorze...   
–  Nie  martw  się  o  Ianniego  –  rzekła  Demelza  –  zajmę  się  nim  do  twojego  powrotu.  – 

Spojrzała na chłopca, który objął ją za nogi z wdzięczności. – Ale zaczniemy od lekcji, zgoda? 

Ianni  uśmiechnął  się od  ucha do ucha i  szepnął  coś  Lefterisowi, najwyraźniej dając mu  do 

zrozumienia,  że  koniec  zabawy.  Demelza  poczuła  dłoń  chłopca  w  ręce  i  pomyślała,  że  to 
wspaniałe uczucie być komuś potrzebnym.   

– Jeśli jesteś pewna – zaczął, Nick. – Zadzwonię do Kateriny, żeby wiedziała, co się dzieje z 

Iannim, a jeśli będziesz chciała wyjść, Katerina...   

– Nie martw się. Naprawdę chętnie się nim zaopiekuję.   
–  Idź już, tato  – poprosił  Ianni.  – Jak szybko pojedziesz, to  szybko wrócisz. Może jeszcze 

zdążymy pójść do Giorgia.   

Demelza spotkała się wzrokiem z Nickiem. Ianni był bardzo dojrzały na swój wiek. Zapewne 

sprawił to rozwód rodziców i związane z tym cierpienie dziecka, choć na pierwszy rzut oka nie 
było po nim widać owych przejść.   

– Do zobaczenia – zawołał Nick, zawracając w stronę miasta.   
Ianni  niecierpliwie  pociągnął  Demelzę  za  rękę.  Teraz  wiedziała  już,  czym  wypełni  swój 

wieczór. Stało się to jakby poza nią, mimo to przyjęła to z radością. Chyba nie angażuje się za 
bardzo, opiekując się dzieckiem Nicka? Przecież wcale o to  nie prosiła. To zwykły przypadek, 
tak zwane zrządzenie losu. Dawno nie było jej tak lekko na duszy.   

Nie  miała  nawet  ochoty  wracać  myślą  do  poprzedniej  chwili,  kiedy  czuła  się  równie 

szczęśliwa. Zresztą teraz jej radość to przecież skutek oczyszczających zwierzeń. A także ciepła, 
słońca i sypiącego iskrami błękitnego morza. Całkiem jakby wzięła sobie urlop od samej siebie. 
Czułaby się tak samo, nawet gdyby nie zaznała serdeczności rodziny Nicka.   

Ale czy na pewno? 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Siedziała na skraju kanapy. Z całej mocy starała się otworzyć oczy. Nick wrócił właśnie ze 

szpitala. Mały chłopiec w piżamie, wtulony w jej ramiona, poruszył się na dźwięk głosu ojca, ale 
nie podniósł powiek.   

Nick przysiadł obok nich.   
–  Przepraszam,  że  tyle  to  trwało.  Mówiłem  ci  przez  telefon,  że  są  pewne  komplikacje. 

Gdybym  nie  znał  Katii,  nie  wiedziałbym,  jak  sobie  poradzić.  –  Oparł  plecy  i  zamknął  oczy 
zmęczony.  –  Katia  upierała  się,  że  brzuch  strasznie  ją  boli.  Kiedy  zagroziłem,  że  wezmę  ją  z 
powrotem na operację, przyznała się, że kłamie. Tylko bardzo boi się reakcji rodziny na to, że 
dziecko przyszło na świat tak szybko po ślubie.   

– I co chciała tym uzyskać? – szepnęła Demelza, przesuwając nieco chłopca.   
Nick nachylił się i wziął Ianniego na ręce.   
– Zaniosę go do łóżka i zaraz ci dokończę.   
– Chciał się z tobą zobaczyć przed snem – powiedziała Demelza – więc nie kazałam mu iść 

do łóżka.   

Nick skinął głową i wyszedł. Wracając, przyniósł dwa kieliszki i butelkę wina.   
– Śpi jak suseł – rzekł. – Napijesz się? Demelza przytaknęła.   
– Zdumiewające, jak łatwo wsiąka się w tę kulturę słońca, morza i wina. Wierzyć mi się nie 

chce, że jestem tu zaledwie od dwóch dni.   

Nick zaśmiał się i podał jej kieliszek.   
–  Pod  koniec  lata  będziesz  wręcz  tubylcem.  Już  wyglądasz  inaczej...  jesteś  bardziej 

wypoczęta, spokojniejsza, jakbyś rozkwitała w słońcu niczym kwiat.   

Demelza bardzo nie chciała się zaczerwienić, niestety, policzki paliły ją jak diabli.   
–  Na  pewno  czuję  się  tak,  jakbym  po  długiej  zimie  znalazła  się  nagle  w  pełnym  słońcu  – 

wyznała.   

Nick dotknął lekko jej policzka.   
–  I  twoja  twarz  nabiera  koloru.  Za  długo  żyłaś  pozbawiona  tego,  dla  czego  warto  żyć,  ale 

teraz... – Rozłożył ręce gestem mówiącym, że świat stoi przed nią otworem.   

Poczuła  bardzo  przyjemne  igiełki  na  skórze,  kiedy  Nick  ją  dotknął  i  stuknął  się  z  nią 

kieliszkiem.   

– Dziękuję za opiekę nad  Iannim. Bardzo cię polubił.  Z Kateriną czuje się dobrze, ale ona 

chyba za bardzo nim rządzi, jak na jego gust. Zdaje się, że od rozwodu z jego matką trochę go 
rozpuściłem.  No,  ale  miałem  ci  opowiedzieć  o  Katii  –  zmienił  temat,  jakby  nie  chciał  wracać 
myślami do byłej żony.   

– Udawała, żeby zwrócić na siebie twoją uwagę? 

background image

–  I  to  świetnie,  ale  kiedy  ją  zbadałem,  nabrałem  podejrzeń.  No  więc,  żeby  się  nie 

denerwowała, obiecałem jej, że powiem jej matce, że to wcześniak.   

Demelza pokręciła głową z niedowierzaniem.   
– Muszę się jeszcze dużo nauczyć o życiu na Kopelos. A jak maleństwo? 
Nick uśmiechnął się pogodnie.   
–  Kwitnąco.  Katia  karmi  małą  na  leżąco,  bo  tak  jest  jej  wygodnie,  poza  tym  wszystko  w 

porządku.   

–  Cieszę  się.  –  Demelza  uprzytomniła  sobie,  że  po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu 

swobodnie rozmawia o dzieciach.   

Wstrzymała  oddech,  wiedziała,  że  Nick  jej  się  przygląda.  Czuła  się,  jakby  minęła  kolejny 

kamień milowy i  ciekawiło ją, czy Nick ma tę świadomość. Tak miło  jest  gawędzić z kimś na 
zakończenie  długiego  pracowitego  dnia.  Brakowało  jej  tego  od  śmierci  Simona.  Rodzice  męża 
zamęczali ją prośbami, by wieczorami wysiadywała z nimi w salonie. Niby chcieli rozmawiać, 
ale  zazwyczaj  kończyło  się  na  wspólnym  oglądaniu  telewizji  do  chwili,  kiedy  musiała  wstać  i 
podgrzać im mleko, które wypijali przed snem.   

– Znowu odpłynęłaś myślami gdzieś daleko – zauważył Nick. – Tęsknisz za domem? 
Demelza zaśmiała się. 
–  Żartujesz?  Nie,  zastanawiałam  się,  jak  Mark  i  Jane  dają  sobie  radę  na  farmie.  Mam 

nadzieję, że Jane nie ma jeszcze dość bezustannych wymagań rodziny.   

– Cóż, ty już swoje odsłużyłaś, jak mówisz. A twojej szwagierce będzie łatwiej, ma męża do 

pomocy.   

Demelza uśmiechnęła się.   
–  Czasami,  między  tymi  ciągłymi  obowiązkami  i  żałobą,  nie  wiedziałam  już,  dokąd  to 

wszystko zmierza.   

1 jak ja skończę? 
– A jak skończysz? – spytał Nick, kładąc rękę na oparciu kanapy.   
Znowu się zaśmiała.   
–  Zapewne  na  rauszu,  jeśli  wypiję  jeszcze  kropelkę.  Powiedzmy,  że  nie  wybiegam  myślą 

daleko w przyszłość. Na razie wystarcza mi to, że uciekłam od przeszłości.   

Nick pokiwał głową ze zrozumieniem.   
–  Tak  samo  czułem  się,  kiedy  w  końcu  uciekłem  z  Anglii,  od  Lydii,  i  zacząłem  od  nowa 

tutaj,  z  Iannim.  Teraz  życzę  sobie  tylko,  żeby  moja  przyszłość  była  wolna  od  osobistych 
komplikacji.   

Demelza czuła, że ręka Nicka przesuwa się za jej plecy. Obróciła na niego wzrok, jego oczy 

miały tęskny wyraz. Tak, on też był po przejściach i zasmakował wolności.   

– Cieszę się, że spotkałam przyjaciela, który tak samo patrzy na życie – powiedziała cicho.   
Jego palce zbliżyły się ostrożnie do jej ramienia, delikatnie przyciągnął ją do siebie. Czy nie 

posuwają się zbyt daleko jak na parę przyjaciół? Nick powoli skłonił głowę i pocałował ją w usta. 

background image

Kilka sekund później było po wszystkim. Demelza odsunęła się, Nick jej nie powstrzymywał, na 
jego ustach igrał czuły uśmiech.   

– Nie bój się. To był pocałunek przyjaciela.   
– Wiem – odparła prędko. – Oboje to wiemy, prawda? 
– Tak sądziłem – powiedział ostrożnie.   
Co  miał  na  myśli?  Czyżby  ów  pocałunek  był  dla  niego  równym  wstrząsem  co  dla  niej? 

Demelza wstała.   

–  Czas  na  mnie.  Irini  dzwoniła  do  mnie  na  komórkę.  To  pielęgniarka,  która  pomaga  w 

gabinecie. Przypomniała mi, że jutro zaczynamy wcześniej.   

Nick wstał i patrzył na nią z góry, i znowu był tylko kolegą z pracy. Jej zaś zmiękły kolana, 

kiedy  patrzyła  na  wargi,  które  dopiero  co  ją  całowały.  Nick  był  bardzo  wysoki,  dużo  od  niej 
wyższy, choć i ona nie należała do niskich kobiet.   

– Jeszcze raz dzięki za Ianniego – rzekł.   
–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  –  odparła,  bo  naprawdę  cieszyła  się  każdą  minutą 

spędzoną z tym uroczym chłopcem.   

Kiedy  szła  na  górę,  Nick  został  w  drzwiach.  Jasny  księżyc  oświetlał  jej  drogę,  nad  jej 

drzwiami  jarzyła  się  lampa  zapalona  przez  nią,  gdy  dotarli  z  Iannim  do  domu.  Chłopiec  był 
bardzo  ciekaw  jej  mieszkania,  spytał,  czy  może  ją  odwiedzić  następnego  dnia.  Demelza 
powiedziała, że Ianni musi to najpierw uzgodnić z ojcem, żywiąc przy tym  wielką nadzieję, że 
Nick wyrazi zgodę. Niczego tak nie pragnęła, jak tego, żeby Ianni bawił się w jej mieszkaniu i na 
jej tarasie.   

Zatrzymała się u szczytu schodów i przechyliła.   
– Dobranoc! 
Nick pomachał jej ręką.   
– Dobranoc. Śpij dobrze.   
Tak, będzie tej nocy dobrze spała. To był niezapomniany dzień. Niezapomniany i radosny, i 

nic więcej.   

Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie, ciężko oddychając. Przekonywała się w myśli, że 

nic się nie stało. Nick stwierdził, że nie chce komplikować sobie życia, jej też się do tego nie pali. 
Cóż, do pewnego stopnia. Wspomnienie pocałunku wciąż było szokiem.   

Zrzuciła  ubranie  i  usiadła  przy  małej  drewnianej  toaletce,  starając  się  zebrać  rozbiegane 

myśli.  Wzięła  do  ręki  szczotkę  i  energicznie  czesała  swoje  długie  włosy.  Patrząc  w  lustro, 
widziała w zielonych oczach ogniki podniecenia, a przecież te same oczy tak długo były martwe.   

To  wszystko  następstwo  jej  przebudzenia,  mówiła  sobie,  wielkiego  przełomu.  Powrotu  do 

życia po latach uśpienia. Nick nazwał to rozkwitaniem. To bardzo piękne określenie. I na pewno 
rozkwitłaby, nawet gdyby nie poznała Nicka.   

Nie,  wtedy  nie  czułaby  się  tak  jak  teraz.  Tylko  że  Nick  dźwigał  już  brzemię  przeszłości  i 

chciał w Demelzie widzieć wyłącznie przyjaciela. Ale jak wobec tego rozumieć jego pocałunek? 

background image

Przyjacielski pocałunek nie powinien przewracać świata do góry nogami.   

Położyła się i usiłowała zasnąć, jednak niejasne uczucia wobec Nicka nie dawały jej spokoju, 

co  raz  jeszcze  uświadomiło  jej  brak  doświadczenia  w  kontaktach  z  mężczyznami.  W  jej  życiu 
istniał dotąd tylko Simon. Znajomość z Nickiem była niczym krok w ciemnościach.   

 
Poranek  w  ambulatorium  okazał  się  pracowity.  Zgodnie  z  przewidywaniami  Demelzy, 

zgłosiło się kilka osób, które doznały bolesnych konsekwencji bezmyślnego wylegiwania się na 
słońcu.  Na  szczęście  nikt  nie  poparzył  się  tak  mocno,  żeby  wymagało  to  hospitalizacji,  choć 
pewna jasna blondynka była tego bliska.   

Demelza zdziwiła się na widok kolejnej pacjentki. Była to Bryony Driver, która odwiedziła 

ją już dwa dni wcześniej.   

– Dzień dobry, Bryony. Nie spodziewałam się pani tak szybko. Jak się pani czuje? 
Bryony powoli osunęła się na krzesło, dając Demelzie do zrozumienia, że nigdzie jej się nie 

spieszy.  Demelza  liczyła  tylko  na  to,  że  konsultacja  nie  przeciągnie  się  w  nieskończoność. 
Chorzy  na  depresję,  z  którymi  miała  dotąd  do  czynienia,  zabierali  jej  mnóstwo  czasu.  Cóż,  do 
normalności nie ma drogi na skróty.   

– Wróciłam do tabletek, ale przeżyłam koszmarną noc, siostro – oznajmiła głucho Bryony. – 

Przewracałam się z boku na bok i...   

– Nie sięgnęła pani po książkę, jak radziłam? 
–  Nie  mogłam  się  skupić.  Czytałam  jakiś  romans  i  cały  czas  myślałam  o  Vinnym. 

Zastanawiałam się, czy leży właśnie w łóżku z tą intrygantką i kokietą...   

Demelza  nie  przerywała  jej.  Bryony  powtórzyła  znaną  jej  już  historię.  Tylko  jedna  rzecz 

zaniepokoiła Demelzę. Minęła dopiero dziewiąta rano, a od Bryony wyraźnie czuć było alkohol. 
Kiedy pacjentka zrobiła dłuższą pauzę, Demelza natychmiast zagadnęła: 

– Wie pani na pewno, że nie wolno pić alkoholu, kiedy bierze się leki antydepresyjne? 
Bryony wytrzeszczyła na nią oczy.   
–  Siostro,  nawet  mi  do  głowy  nie  przyszło,  żeby  nadużywać  alkoholu.  –  Przerwała  na 

moment.  –  Co  innego  łyk  brandy  w  środku  nocy,  to  mi  się  zdarza,  kiedy  wpadam  już  w  taką 
rozpacz, że...   

– A rano to się pani nie zdarza? Bryony przytaknęła z zakłopotaniem.   
–  Gdyby  pani  była  na  moim  miejscu!  Codziennie  rano  budzę  się  i  mam  przed  sobą  cały 

dzień, i muszę stawić mu czoła.   

–  Ma  pani  rację,  Bryony,  nie  jestem  w  pani  skórze  –  przyznała  Demelza.  –  Ale  chcę  pani 

pomóc.  –  Miała  świadomość,  że  czekają  na  nią  inni  pacjenci,  a  ta  dyskusja  do  niczego  nie 

prowadzi. Bryony potrzebuje psychiatry.   

– Radziłabym pani wracać do domu – rzekła. – Lekarstwo, które pani bierze w tej chwili, nie 

działa na panią. Rozmowa z dobrym psychiatrą...   

–  Nie  chcę  jechać.  W  Anglii  jestem  kompletnie  sama.  Tutaj  obracam  się  między  ludźmi, 

background image

kiedy tylko mam ochotę. Czy tu nie ma psychiatrów? 

–  Zapytam  –  obiecała  Demelza.  –  Skontaktuję  się  ze  szpitalem  i  dam  pani  znać.  Jeśli 

odpowiedź będzie negatywna, naprawdę radzę...   

– Nie pojadę do domu. – Bryony podniosła się, jej oczy błyszczały wyzywająco. – Czuję się 

tutaj okropnie, ale w domu czuję się jeszcze gorzej. Kiedy będzie pani wiedziała, czy jest tu jakiś 
psychiatra? 

– Proszę wpaść za dwa dni – poprosiła Demelza. – I niech pani dba o siebie.   
Bryony wyszła. Demelza oparła się na krześle. Mogła od razu sięgnąć po słuchawkę i zdobyć 

w  szpitalu  niezbędne  informacje.  Wolała  jednak  przedyskutować  najpierw  sprawę  Bryony  z 
Nickiem.   

Pozostali  pacjenci,  którzy  zgłosili  się  tego  przedpołudnia,  skarżyli  się  tylko  na  lekkie 

dolegliwości:  kaszel,  przeziębienie,  ból  gardła.  Kiedy  ostatni  z  nich  opuścił  gabinet,  Demelza 
pomyślała, że o wiele łatwiej jest leczyć ciało niż duszę. W sprawie Bryony czuła się kompletnie 
zagubiona.   

Wstała z krzesła i wyjrzała do poczekalni. Nie było tam już nikogo prócz Irini, która robiła 

porządki.   

–  Jak  z  tym  skończysz,  jesteś  wolna,  Irini.  Dzięki.  Dziewczyna  uśmiechnęła  się  do  niej. 

Demelza  cieszyła  się  z  tak  pomocnej  asystentki.  Irini,  która  uczyła  się  zawodu  w  szpitalu  w 
Atenach,  była  dla  niej  bardzo  cenna  zdobyczą.  Wróciwszy  do  gabinetu,  Demelza  wzięła 
słuchawkę, wykręciła numer szpitala i poprosiła do telefonu Nicka.   

Słysząc, jak ktoś po drugiej stronie mówi szybko po grecku, uświadomiła sobie, że powinna 

pomyśleć o nauce języka. Nick obiecał, że jej w tym pomoże, ale...   

– Nick, mówi Demelza – powiedziała, gdy wreszcie usłyszała jego głos. – Mam pacjentkę, 

która  cierpi  na  poważną  depresję.  Moim  zdaniem  potrzebna  jest  konsultacja  psychiatry,  ale  ta 
kobieta  przyjechała  tu  na  dłużej  i  nie  chce  jeszcze  wracać  do  Anglii.  Czy  macie  u  siebie 
psychiatrę? 

– Na etacie nie. Jest tu lekarz, w zasadzie już na emeryturze, ale w dalszym ciągu przyjmuje. 

Prywatnie, i nie jest tani.   

– Nie sądzę, żeby to stanowiło problem. Sprawdzę na wszelki wypadek i jeśli Bryony wyrazi 

chęć wizyty, prosiłabym, żebyś pomógł mi ją umówić.   

–  Jasne.  Podaj  mi  tylko  jakieś  szczegóły,  ale  nie  przez  telefon.  Jestem  w  tej  chwili  zajęty. 

Może wpadniesz do nas wieczorem? 

Demelza ucieszyła się z tej propozycji.   
– Dobrze, wpadnę. Wielkie dzięki.   
Rozłączyła się, po czym zadzwoniła do pokoju Bryony. Kobieta była bardzo zadowolona, że 

sprawa  posuwa  się  tak  szybko  naprzód  i  zapewniła,  że  pieniądze  nie  są  dla  niej  problemem. 
Powtórzyła,  że  jej  były  mąż  szczodrze  ją  zabezpieczył,  a  poza  tym  ona  nie  ma  nikogo  na 
utrzymaniu.   

background image

 
Wróciwszy  do  domu,  Demelza  wzięła  prysznic  i  przebrała  się  w  bikini.  Przez  chwilę 

namyślała się, czy nie spędzić popołudnia na plaży, ostatecznie jednak doszła do wniosku, że ma 
w  domu  mnóstwo  pracy.  Może  zresztą  przeplatać  pranie,  prasowanie  i  układanie  rzeczy  z 
chwilami spędzonymi na słońcu na tarasie.   

Wyjrzała  z  tarasu  na  dół.  W  mieszkaniu  Nicka  nie  było  jeszcze  nikogo.  No  i  dobrze.  Na 

plaży bikini nie wprawiało jej w zakłopotanie, ale w domu to całkiem inna sprawa. Co prawda 
trudno  byłoby  ją  komukolwiek  podglądać.  Zbocze  wzgórza  pięło  się  ku  skalistemu 
wierzchołkowi i tylko kozy i owce, które skubały skromną trawę, mogły widzieć, co się u niej 
dzieje. Ale za drzwiami na podwórze willi była ulica z domami, których mieszkanki zakrywały 
się szczelnie niezależnie od temperatury.   

Demelza  rozłożyła  wyprane  rzeczy  na  suszarce  w  rogu  tarasu,  gdzie  słońce  operowało 

najmocniej.  Dość  szybko  poradziła  sobie z  praniem,  które  nagromadziło  się  od  jej  przyjazdu  z 
Anglii,  i  w  mieszkaniu  zapanował  porządek.  Szczotką  znalezioną  w  szafie  zamiotła  kamienną 
podłogę. Wytrzepała kolorowe dywaniki, ten z salonu i ten z sypialni, i rozłożyła je na nowo.   

Z  tak  prostym  sprzątaniem  już  od  dawna  nie  miała  do  czynienia.  Wyciągnęła  się  zatem  w 

słońcu pod parasolem. To dopiero życie! 

Ze  wzgórz  dobiegał  śpiew  cykad,  brzmiący  jak  melodyjna  kołysanka.  Gdy  połączyć  to  z 

upałem, nic dziwnego, że Demelza zamknęła oczy. Nie miała zamiaru zasypiać, to strata czasu, 
chciała poczytać książkę, którą zaczęła w samolocie...   

Obudził ją brzęk bramy. Podskoczyła, kompletnie zdezorientowana, i wyjrzała na podwórko.   
– Nick? Która godzina? Rozbawiło go jej zmieszanie.   
–  Wróciłem  wcześniej.  Dopiero  czwarta.  Przepraszam,  jeśli  zakłóciłem  ci  sjestę.  Chyba 

spałaś? 

Spojrzała na swoje na wpół roznegliżowane ciało i zmieszała się jeszcze bardziej. Być może 

jej strój jest w ogóle niestosowny w tej starej tradycyjnej części wyspy.   

Ale Nick bynajmniej nie miał jej za złe stroju. A odmieniona nowa Demelza uznała, że musi 

wykorzystać  to  cudowne  słońce,  bo  kiedy  wyjedzie  stąd  w  końcu  pięknego  greckiego  lata,  w 
Anglii powitają przenikliwe zimno.   

–  Napijesz  się  czegoś?  –  spytała,  zebrawszy  si§  na  odwagę,  co  było  do  niej  zupełnie 

niepodobne. – Wycisnęłam sok z pomarańczy, chłodzę go w lodówce.   

– Znakomicie! Tylko wezmę prysznic i zrzucę te ciuchy. Będę za kilka minut.   
Jego ciemne oczy patrzyły na jej bikini. Demelza stwierdziła, że posunęła się za daleko i nie 

miała pojęcia, jak z tego wybrnie. Odwróciła się, ruszając do mieszkania.   

– Wyjmę sok! – zawołała. – Jak trochę odpoczniesz, chciałabym porozmawiać o tej pacjentce 

z depresją.   

Zaraz, przecież zapraszając Nicka, odwdzięcza się tylko  za gościnność,  którą okazał  jej po 

przyjeździe. Nie ma powodu do niepokoju.   

background image

Wróciwszy  na  taras  z  dzbankiem  zimnego  soku,  kieliszkami  i  oliwkami,  które  kupiła  w 

drodze do domu, przesunęła parasol nad stół i usiadła. Zawiązała czarnobiały sarong na bikini, co 
pozwoliło jej poczuć się nieco swobodniej.   

Po chwili Nick wbiegł na taras w szortach w kolorze khaki i z gołym torsem.   
– Ładny sarong – zauważył, pochylając się, żeby odebrać od niej szklankę z sokiem. – Chyba 

nie kupiłaś go tutaj? 

– Kupiłam go w Kornwalii, razem z bikini. Moja teściowa domagała się, żebym pochwaliła 

się przed nią zakupami. Szkoda, że nie widziałeś jej miny! 

– Miała coś przeciwko? Demelza roześmiała się.   
– Delikatnie mówiąc. Wyraziła nadzieję, że nie zapomnę o swoim wdowieństwie.   
Patrzył na nią zza brzegu szklanki.   
– Nigdy nie zapomnisz, ale to nie znaczy, że nie możesz się dobrze bawić.   
– Tak właśnie zaczęłam sobie mówić – powiedziała szybko. – Nigdy nie zapomnę Simona, 

ale już czas iść do przodu.   

Nick nachylił się ku niej.   
– Czy Simon był twoją pierwszą miłością? Demelza skinęła potakująco głową.   
– Poznaliśmy się w wiejskiej szkole. Nikt prócz niego się nie liczył. Kiedy wyjechałam do 

Londynu, do szkoły pielęgniarskiej, staraliśmy się spotykać możliwie najczęściej. Simon był w 
tym czasie w szkole rolniczej, uczył się tam przez dwa lata. Potem wrócił na farmę. Cały ten czas 
i potem, kiedy skończyłam szkołę, nie rozstawaliśmy się na dłużej niż parę tygodni.   

– Musiała z was być faktycznie idealna para... Ja też na początku byłem z Lydią szczęśliwy, 

ale  to  się  szybko  skończyło.  Przeżyliśmy  krótki,  burzliwy  romans,  ale  poznaliśmy  się  tak 
naprawdę dopiero po ślubie.   

– Długo byliście małżeństwem? 
Nick oparł się, na jego twarz wypłynął zmęczony uśmiech.   
–  Za  długo.  Ianni  urodził  się  pod  koniec  pierwszego  roku  naszego  małżeństwa  i  tylko  on 

trzymał nas razem. Dość szybko po jego narodzinach Lydia wdała się w serię romansów. Doszła 
do  odkrywczego  wniosku,  że  opieka  nad  dzieckiem  i  bycie  żoną  zapracowanego  lekarza  nie 
należą do atrakcyjnych zajęć. Bardzo szybko się nudziła. Napracowała się, żeby przyciągnąć do 
siebie  mężczyzn,  zwłaszcza  bogatych.  Takich,  którzy  zapewnialiby  jej  porywające,  efektowne 
wieczory.   

– Kiedy się dowiedziałeś, że nie jest ci wierna? Nick roześmiał się gorzko.   
– Stało się to jasne, kiedy uparła się, żeby przyjąć pomoc do opieki nad Iannim. Byłem wtedy 

tak zajęty w szpitalu, że odłożyłem rozwiązanie tego problemu na później. Upewniłem się tylko, 
że niania dobrze wywiązuje się z obowiązków. – Wciągnął głęboko powietrze. – Nie chciałem, 
żeby nasza  rodzina się rozpadła, ze względu na  Ianniego. Ale z drugiej  strony nie można było 
tego  ciągnąć.  Więc  kiedy  Lydia  poprosiła  mnie  o  rozwód,  poczułem  niewypowiedzianą  ulgę. 
Znalazła  sobie  kogoś  zamożnego  i  ciekawszego  niż  lekarz,  który  większość  życia  spędza  w 

background image

pracy. – Skrzywił się. – To jej słowa.   

– I co, jest szczęśliwa z tym bogatym mężczyzną? Nick uniósł brwi.   
– Była przez chwilę, póki jej nie rzucił dla jakiejś innej. Biedna Lydia! Przybiegła do mnie, 

błagała,  żebym  ją  przyjął  z  powrotem.  –  Znowu  urwał  i  poruszył  się  nerwowo.  –  Nie  wiem, 
czemu cię tym zanudzam. Może chcę ci powiedzieć, że to dobrze, że zostałaś na farmie, dopóki 
nie byłaś gotowa znowu wyjść w świat. W przeciwnym razie mogłaś zakochać się w pierwszym 
napotkanym facecie, przeżyć gorący romans, a potem gorzko tego żałować. Tak jak ja.   

– Nie, mnie by się to nie zdarzyło – zapewniła go, a jakiś wewnętrzny głos przypomniał jej, 

że  tak  właśnie  się  dzieje.  –  Dolać  ci  soku?  –  Podniosła  dzbanek,  chciała  jakoś  rozrzedzić 
nasyconą emocjami atmosferę. – Trochę się już zagrzał. Dorzucę lodu.   

Wstała, węzeł rozwiązał się i sarong opadł na ziemię. Z dzbankiem w jednej ręce Demelza 

nie  bardzo  mogła  podnieść  go  i  zawiązać.  Przestąpiła  go  więc  z  fałszywą  obojętnością  i  na 
bosaka ruszyła po ciepłych kamieniach do drzwi.   

W jej niewielkiej kuchni było zimno i ciemno w porównaniu z rozgrzanym, rozświetlonym 

słońcem  tarasem.  Otworzyła  lodówkę,  żeby  wyjąć  tacę  z  kostkami  lodu.  Taca  przymarzła, 
Demelza musiała sobie pomóc nożem.   

– Au! – Trafiła palcem w ostry róg tacy. – Głupie ustrojstwo! 
Raptem poczuła za sobą Nicka.   
– Pozwól, ja to zrobię.   
Zajrzał do lodówki i dość łatwo wyciągnął tacę.   
– Masz krew na palcu. – Chwycił czystą ściereczkę, która była pod ręką, i owinął jej palec. – 

To nie jest sterylny opatrunek, ale chyba przeżyjesz.   

– Dzięki! – Wciąż kucała przed lodówką, przeklinając w duchu swą niezdarność. I czuła się 

potwornie głupio w skąpym bikini. Nick zaś trzymał ją cały czas za owinięty palec. Jego oczy 
były  niepokojąco  blisko.  Demelza  wstrzymała  oddech.  Nick  pochylił  się  i  pocałował  lekko  jej 
palec.   

Natychmiast uniosła głowę, a on uśmiechnął się do niej.   
– Robię tak, kiedy Ianni się skaleczy. Demelza przełknęła głośno ślinę.   
– Chcesz powiedzieć, że tylko dziecko jest takie głupie, żeby wyjmować tacę przy pomocy 

noża...   

–  Ty  to  powiedziałaś.  No,  zobaczmy  tę  ranę.  –  Z  powagą  zdjął  ściereczkę  z  jej  palca.  – 

Siostro,  proszę  szybko  o  plaster.  Ten  wystarczy  –  uznał,  kiedy  Demelza  zaczęła  grzebać  w 
apteczce obok zlewu. – Jak nowy. – Pomógł jej się podnieść. – Wyślę pani rachunek pocztą. Co 
mi przypomina, że rozmawiałem w twojej sprawie i wynegocjowałem, że ilekroć będziesz nam 
pomagać w szpitalu, otrzymasz za to wynagrodzenie.   

Demelza otworzyła szeroko oczy.   
– Żartujesz! 
–  Nie.  Jesteś  profesjonalistką.  Nie  mogę  od  ciebie  wymagać  pracy  za  darmo.  Wskazałem 

background image

odpowiednim  władzom,  że  to  wielkie  szczęście,  iż  mamy  na  wyspie  wykwalifikowaną  siłę 
medyczną.  Poza  tym,  oczywiście,  zasługujesz  na  to,  żeby  wybierać  zlecenia.  Nie  jesteś  do 
niczego zobligowana.  Będziemy się do  ciebie zwracać z prośbą o pomoc jedynie wtedy, kiedy 
będziesz wolna i gdy będzie taka konieczność. Zgadasz się na takie warunki? 

– Oczywiście. Bardzo się cieszę, że mam znów szansę pracować w szpitalu.   
– Witamy na pokładzie, siostro – powiedział cicho, a potem pochylił głowę i pocałował ją w 

usta. – Nie przyniosłem ci jeszcze kontraktu do podpisu, więc pomyślałem, że należy to inaczej 
przypieczętować, w jakiś przyjemniejszy sposób – szepnął, odsuwając się od niej. – Proszę, nie 
zrażaj się moim nieprofesjonalnym zachowaniem.   

– Cóż, w końcu jesteśmy już po godzinach, doktorze – zażartowała. Spostrzegła, że zaczyna 

z nim flirtować, a dawno już jej to nie bawiło. Posłała mu uśmiech, a jej serce wpadło w jakiś 
nietypowy rytm.   

– Zmieniasz się z minuty na minutę – zauważył.   
Kiedy  jego  wargi  przylgnęły  znowu  do  jej  ust,  z  trudem  opanowała  się,  by  nie  odrzucić 

wszelkich  obaw  i  nie  pójść  na  całość.  Zebrała  w  końcu  siły  i  oderwała  się  od  niego.  Jeszcze 
moment  i  nie  byłaby  w  stanie  zawrócić.  Chciała  się  z  nim  kochać,  a  równocześnie  jej  własne 
pragnienia napawały ją lękiem. Spojrzała w oczy Nicka, w których nie było nic prócz czułości.   

– Przepraszam – wyszeptała. – Tak dawno...   
– Tato! Tato, jestem! – Dziecięcy głos dobiegł ich z podwórka. – Katerina powiedziała, że 

wróciłeś wcześniej i pozwoliła mi iść do domu. Gdzie jesteś? 

Na twarzy Nicka pojawił się zrezygnowany uśmiech.   
– Jestem u Demelzy, na górze.   
– Super! Mogę do was przyjść? 
Nick roześmiał się, słysząc szybkie kroki Ianniego na kamiennych stopniach. Bez słowa ujął 

dłoń  Demelzy  i  pocałował  ją.  Wstrzymała  oddech.  To  taki  cenny  gest.  Bo  znaczy,  że  Nick  ją 
rozumie. Wyszła za nim na zalany słońcem taras. A może Nick sądzi, że ona nigdy nie spuści z 
tonu? 

Ale  nigdy  to  bardzo  długo.  Będzie  musiała  zrewidować  swój  sposób  myślenia,  jeśli  ma  w 

ogóle uporać się z tym emocjonalnym chaosem.   

– Demelza! – Ianni biegł ku niej z otwartymi ramionami.   
Przykucnęła  i  złapała  go  w  objęcia.  Przez  moment  pozwoliła  swojej  wyobraźni  na  pewien 

luksus. Wyobraziła sobie, że jest matką Ianniego, a Nick...   

– Pójdziemy wieczorem na kolację do Giorgia, tato? Ty, Demelza i...   
– Nie wiem, może Demelza ma jakieś plany na wieczór, ale jeśli nie...   
– Nie mam planów, pójdę z wami. – Wiedziała, że się pogrąża, lecz nie potrafiła się oprzeć. 

Odnosiła wrażenie, że jakaś nieznana siła ulokowała ją w tej rodzinie. Odłożyła na później lęki i 
wahania, w tej chwili ważniejsze było ciepło, które czuła w towarzystwie tych dwóch mężczyzn, 
dużego  i  małego.  Potem,  gdy  zapomni  już  dreszcze,  jakie  wywołała  w  niej  pieszczota  dłoni 

background image

Nicka, przemyśli ponownie sytuację. A póki co...   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Następnego  ranka  zjawiła  się  w  ambulatorium  dość  wcześnie,  przed  Mni,  która  zazwyczaj 

starała  się  przed  jej  przyjściem  przygotować  wszystko  do  pracy.  Demelzie  rzadko  zdarzały  się 
bezsenne noce, a taką właśnie noc miała za sobą, bardzo długą i męczącą. W pewnym momencie 
przypomniała jej się rada, której udzieliła Bryony  – żeby poczytać książkę. Ale nawet tego nie 
spróbowała. Z góry wiedziała, że gonitwa myśli nie pozwoli jej skoncentrować się.   

Stała  teraz  w  oknie,  patrząc  na  prawie  pustą  o  tej  porze  plażę.  Para  młodych  ludzi  biegła 

brzegiem,  korzystając  z  chłodu  poranka,  zanim  upalne  słońce  każe  im  puścić  w  niepamięć 
postanowienie,  by  podczas  wakacji  zadbać  o  formę.  Zauważyli  Demelzę,  młoda  kobieta 
pomachała do niej.   

Demelza także ją pozdrowiła, poznała w niej pacjentkę z poprzedniego dnia. Fiona przyszła 

do gabinetu zapytać, w którym z miesięcy roku najlepiej zajść w ciążę. Od pół roku starali się z 
partnerem o dziecko. Przyjechali na Kopelos, by przekonać się, czy wakacyjny odpoczynek nie 
okaże  się  dla  nich  łaskawy.  Na  co  dzień  oboje  prowadzili  intensywny,  stresujący  tryb  życia. 
Tworzyli za to szczęśliwą, dobrze dobraną parę.   

Demelza  podeszła  do  biurka  i  znienacka  dopadły  ją  nie  do  końca  sprecyzowane  myśli 

dotyczące Nicka. Minionego dnia spędzili wyjątkowo miły wieczór w tawernie u Giorgia. Dzięki 
obecności  Ianniego  nie  wypłynęło  zakłopotanie,  które  mogli  ewentualnie  czuć  po  namiętnych 
uściskach.   

Podczas  tej  wizyty  w  tawernie  Nick  przedstawił  ją  swojej  ciotce.  Anna  potraktowała  ją 

bardzo  przyjaźnie.  Jednocześnie  Demelza  czuła,  że  Anna  bacznie  ją  obserwuje.  Może 
zastanawiała się, jakie są jej intencje wobec Nicka? 

No  właśnie,  jakie  są  te  intencje?  Pytanie  za  tysiąc  dolarów,  Gdyby  znała  odpowiedź,  nie 

spędziłaby bezsennej nocy.   

Uważała,  że  pomimo  całej  serdeczności  Nicka,  jego  gorące  uściski  były  tylko  chwilowym 

zapomnieniem.  Pod  wpływem  słońca,  sytuacji,  w  której  się  znaleźli,  naturalnej  potrzeby,  żeby 
dotknąć czule drugiego człowieka...   

Mogłaby  podać  jeszcze  wiele  innych  powodów,  które  wzbudziły  w  Nicku  przelotną 

namiętność.  Nie  wolno  jej  jednak  posuwać  się  za  daleko.  Nick  oznajmił  jej  przecież,  że  po 
rozwodzie z Lydią nie życzy sobie żadnych uczuciowych komplikacji.   

Potem przypomniała sobie, że przyjęła zaloty Nicka z otwartymi ramionami... i to dosłownie! 

Kompletnie zapomniała o wstydzie, przynajmniej na dłuższą chwilę. Czuła się wtedy, jakby w jej 
żyłach płynęła wrząca lawa.   

– Kali mera, dzień dobry, siostro. Wcześnie pani przyszła.   
Irini wśliznęła się po cichu. Miała na sobie odprasowany biały fartuch, długie ciemne włosy 

background image

upięła  na  czubku  głowy.  Chwyciła  za  uchwyt  jednego  z  wózków  z  instrumentarium  i  z 
uśmiechem wywiozła go.   

– Jakaś kobieta już czeka. Powiedziałam jej, że jeszcze nie przyjmujemy, ale...   
– Poproś ją, Irini.   
Praca  zawsze  pozwalała  jej  zapomnieć  o  problemach.  Kobieta,  która  w  tym  momencie 

weszła do gabinetu, była zdenerwowana.   

– Nazywam się Josie Donaldson.   
–  Demelza  Tregarron.  –  Demelza  ujęła  dłoń  kobiety.  Czuła,  że  pacjentka  tego  potrzebuje, 

zanim przejdą do sedna.   

Twarz kobiety pojaśniała nieco.   
– Słyszałam już kiedyś to imię. Pochodzi z Kornwalii, prawda? 
– Urodziłam się w Konwalii.   
– Moi dziadkowie tam mieszkali, spędzałam u nich wakacje. Ale to zamierzchłe czasy, mam 

już prawie trzydzieści pięć lat.   

–  Biedna  staruszka  –  zażartowała  Demelza.  –  Ja  skończę  trzydzieści  pięć  za  trzy  lata.  W 

czym mogę pani pomoc, Josie? 

Josie zawahała się.   
– Byłam beznadziejnie głupia...   
– Wszystkim się to zdarza. Ale co się stało? Kobieta westchnęła głęboko.   
– Wczoraj wieczorem spotkałam tego gościa w barze. Wypiliśmy parę drinków i poszliśmy 

do  jego  pokoju.  Nigdy  tak  nie  robię,  ale  w  końcu  to  wakacje...  Od  lat  nie  miałam  wakacji. 
Opiekowałam się mamą. Zmarła miesiąc temu i pomyślałam sobie, że cóż, czas ucieka. Jadę.   

Jeszcze jedna osoba, która zostawiła za sobą przeszłość. Demelza czekała, aż Josie zacznie 

mówić dalej. Gdyby jej teraz przerwała, mogłaby zamilknąć i wyjść. Widać było, że mówienie 
nie przychodzi jej łatwo.   

Josie przeczesała dłonią krótkie włosy.   
–  Na  początku  to  mi  nawet  pochlebiło.  Nigdy  nie  miałam  czasu  na  facetów,  poczułam  się 

super, jak mi powiedział, że jestem fajna laska. Wiem, że nie jestem, ale jak się człowiek napije 
i...  Żeby  nie  przedłużać,  wylądowaliśmy  w  łóżku.  Całe  lata  tego  nie  robiłam  i  nie  byłam 
przygotowana. On też nie... czyli nie byliśmy zabezpieczeni.   

Josie rozbeczała się. Demelza wstała, objęła jej  wstrząsane szlochem ramiona. Kiedy płacz 

ustał, usiadła z powrotem.   

– Spotka się pani z tym mężczyzną? – spytała cicho. Josie podniosła na nią smutne, zalane 

łzami  oczy  z  rozmazanym  tuszem,  który  ściekał  strużkami  po  policzkach.  Demelza  podała  jej 
chusteczkę, Josie zaczęła dość bezskutecznie wycierać sobie twarz.   

– Mam nadzieję, że nie. Powiedział mi, że jest żonaty. To znaczy już po wszystkim. Świnia! 
– Sztuczka stara jak świat – uznała Demelza współczująco. – Nie uwierzyłaby pani, ile razy 

słyszałam już od pacjentek podobną historię. A więc? 

background image

– A więc chcę być absolutnie pewna, że nie zaszłam w ciążę. Ma pani te pigułki na dzień po? 
– Tak, mam – powiedziała Demelza ostrożnie. – Jest pani pewna, że są pani potrzebne? Bo 

takie pigułki mają działanie uboczne. Będę zmuszona zadać pani kilka pytań na temat stanu pani 
zdrowia. Lista problemów ze zdrowiem, które nie zezwalają na użycie takiej pigułki, jest dosyć 
długa.   

Demelza  wyjaśniła  pacjentce,  w  jakich  przypadkach  nie  wolno  brać  pigułki,  i  z  ulgą 

stwierdziła, że nie dotyczą one Josie.   

Zaraz  po  przyjeździe  z  radością  odkryła,  że  jej  gabinet  jest  bardzo  dobrze  wyposażony  i 

zaopatrzony. Miała też niezły zapas pigułek, o które prosiła Josie. Po raz pierwszy została o nie 
poproszona i nie wątpiła, że nie był to ostatni raz. Wakacyjne romanse mają to do siebie, że są 
gwałtowne i szybko się kończą.   

Pacjentka nachyliła się ku niej z błagalnym wyrazem twarzy.   
–  Siostro,  bardzo  proszę,  niech  mi  pani  da  tę  pigułkę.  Im  szybciej  tym  lepiej,  bo  nie  chcę 

mieć już do czynienia z tym draniem i nie mogę sobie wybaczyć tej głupoty...   

–  Jest  pani  zdrowa,  co  nie  znaczy,  że  nie  odczuje  pani  skutków  ubocznych.  Jakieś 

pięćdziesiąt procent kobiet, które biorą pigułkę, ma nudności, a dwadzieścia procent wymiotuje. 
Jeśli kobieta wymiotuje, istnieje podejrzenie, że jej organizm odrzucił...   

– Siostro, błagam! Wszystko zniosę, byle tylko mieć pewność, że nie jestem w ciąży z tym 

potworem.   

–  Zaznaczam  też,  że  pigułka  nie  gwarantuje  stuprocentowego  działania  –  poinformowała 

Demelza.   

Josie westchnęła głęboko.   
– Nie mam innego wyjścia, więc proszę... Demelza poklepała ją po ręce.   
– Spokojnie. Mam obowiązek to wszystko sprawdzić. Podniosła się z krzesła i podeszła do 

szafki z lekami, wyjęła z niej jedno z pudełeczek. Otworzyła je i pokazała Josie.   

–  Tu  są  dwie  pigułki.  Trzeba  je  wziąć  w  ciągu  siedemdziesięciu  dwu  godzin  od  chwili 

stosunku, a więc pod tym względem nam się zgadza. Teraz może pani łyknąć pierwszą. – Podała 
Josie  szklankę  wody.  –  Drugą  musi  pani  wziąć  dokładnie  za  dwanaście  godzin.  Proszę  sobie 
zanotować, którą mamy teraz godzinę, i nie zapomnieć.   

Josie uśmiechnęła się.   
– Proszę się nie martwić, siostro. Nie zapomnę.   
–  Jeśli  odczuje  pani  jakieś  działania  uboczne,  proszę  do  mnie  przyjść.  I  koniecznie,  po 

powrocie do domu, za trzy do czterech tygodni, proszę się zgłosić do swojego lekarza.   

Josie skrzywiła się.   
– Muszę? 
– Stanowczo doradzam.  To dla pani  dobra, żeby się upewnić, że jest pani  zdrowa.  Istnieje 

przecież także ryzyko zarażenia jakąś chorobą przenoszoną drogą płciową.   

– Wiem! To też mnie martwi.   

background image

–  A  więc  niech  pani  się  zbada,  zaraz  po  powrocie  do  Anglii.  Mogę  dać  pani  listę 

specjalistycznych klinik. Obowiązuje tam absolutna dyskrecja, a pani się uspokoi.   

Wręczyła pacjentce wydrukowaną z komputera listę. Josie przebiegła ją wzrokiem.   
–  Zbadam  się,  siostro.  Bardzo  dziękuję.  Aha,  w  folderze  ośrodka  jest  napisane,  że  za 

lekarstwa trzeba płacić.   

Demelza podała jej skrawek papieru.   
– Proszę to oddać Irini, ona się zajmuje finansami. I życzę pani miłego odpoczynku.   
Josie odwróciła się, będąc już przy drzwiach, i posłała jej uśmiech.   
– Postaram się. Już się tak nie wygłupię, ale to takie trudne, jak człowiek czuje się samotny 

jak pies.   

Demelza odpowiedziała jej uśmiechem.   
– Wiem.   
Josie postara się już nie wygłupić. A ona? Poprzedniego dnia o mały włos zapomniałaby o 

rozsądku w kąt. Brakowało dosłownie sekund. Josie ma rację.   

Trudno jest zachowywać się mądrze, kiedy człowiek czuje się samotny jak pies. Demelza nie 

była właściwie samotna, ale była sama, i to tak długo, że kilka chwil z Nickiem zawróciło jej w 
głowie. Tęskniła za tym, żeby być kochaną, pożądaną, chciała, żeby objął ją i... Terkot telefonu 
przywołał ją do teraźniejszości.   

– Demelza... Nick? 
Jej puls natychmiast przyspieszył, głos Nicka działał na nią tak samo jak jego obecność. To 

przerażające. Weź się w garść, dziewczyno! Jesteś w pracy i  Nick dzwoni  zapewne w sprawie 
służbowej! 

I  tak  było.  Nick  swoim  bardzo  oficjalnym  tonem  pytał,  czy  zgodziłaby  się  pomóc  po 

południu w szpitalu.   

– Chcę dzisiaj zrobić operację biodra. Normalnie wysłałbym pacjenta do Aten albo na Rodos, 

ale to starsza kobieta. Nie chce opuszczać wyspy, a operacja to jej jedyna szansa. Jeżeli jej nie 
zrobimy, chora spędzi resztę życia przykuta do wózka. Spojrzałem w twój życiorys, widziałem, 
że w Londynie asystowałaś też przy ortopedycznych operacjach.   

Demelza uśmiechnęła się pod nosem.   
– Sprawdzałeś mnie? 
–  No  wiesz,  nie  mamy  w  tej  chwili  nikogo  z  twoim  doświadczeniem.  Nasza  siostra  z 

ortopedii jest na macierzyńskim, więc gdybyś mogła... ? 

– O której? 
– O drugiej. Poproś Stavrosa, żeby cię podrzucił.   
– A jak mam go prosić, żeby tak nie pędził? Usłyszała, że Nick roześmiał się.   
– Nie ma na to sposobu. Jest genetycznie zaprogramowany, żeby pokonać barierę dźwięku. 

Zapnij dobrze pas i módl się. Ja zawsze tak robię, kiedy z nim jadę.   

– Bardzo dziękuję za radę.   

background image

– Bardzo proszę.   
Demelza  dotarła  do  szpitala  pół  godziny  przed  czasem,  żeby  dojść  do  siebie  po  szaleńczej 

podróży i zapoznać się z wyposażeniem sali operacyjnej.   

Pielęgniarka z recepcji zaprowadziła ją do pokoju Nicka.   
– Jesteś! I to wcześniej. Siadaj, proszę, przedstawię ci szczegóły.   
I znowu było zawodowo i oficjalnie. Demelza usiadła na krześle po drugiej stronie biurka. 

Komputer pomrukiwał cicho w rogu tego niedużego pokoju. Książki medyczne zajmowały jedną 
ze ścian. Na biurku Nicka leżała masa notatek i papierów. Demelza zastanowiła się, jakim cudem 
Nick tak świetnie daje sobie radę w tym chaosie.   

Nick  przeczesał  włosy  palcami.  Demelza  zauważyła,  że  jego  biała  koszula  z  zawiniętymi 

rękawami  ma  wilgotne  plamy.  Pewnie  pracował  ciężko  cały  ranek,  a  teraz  jeszcze  czeka  go 
operacja. I pewnie nie zrobił sobie nawet krótkiej przerwy.   

– Jadłeś lunch? 
Uniósł brwi z uśmiechem.   
– Czy to zaproszenie? Zaczerwieniła się.   
– Po prostu wyglądasz, jakbyś pracował bez przerwy.   
– Nie przejmuj się mną. Zjadłem kanapkę i wypiłem kawę. A ty? 
– Skończyłam pracę o dwunastej, miałam czas na sałatkę i owoce.   
Ta  rozmowa  na  temat  lunchu,  prowadzona  niemal  w  koturnowym  stylu,  wydała  jej  się 

dziwna. Demelza zgadywała, że Nick, podobnie jak ona, nie ma pewności, dokąd prowadzi ich 
znajomość.   

–  Więc  co  możesz  mi  powiedzieć  na  temat  dzisiejszej  operacji?  –  spytała,  zdenerwowana 

enigmatycznym spojrzeniem, które kierował na nią przez biurko.   

–  Nasza  pacjentka  nazywa  się  Maria,  ma  siedemdziesiąt  dwa  lata.  Zna  mnie  od  urodzenia, 

więc  próbuje  mnie  ustawiać.  –  Uśmiechnął  się.  –  Jest  bardzo  uparta  i  odporna  na  wpływy.  – 
Urwał  i  skrzywił  się  zabawnie.  –  Jak  się  już  pewnie  domyślasz,  darzę  ją  ogromną  sympatią  i 
życzę  jej  jak  najlepiej.  Wraz  z  rodziną  Marii  nakłanialiśmy  ją,  żeby  pojechała  na  operację  do 
Aten. Przez chwilę zdawało nam się, że na to przystała, wpisałem ją nawet na listę oczekujących. 
–  Oparł  się  wygodnie  i  westchnął.  –  Ale  to  nie  takie  proste.  Kiedy  zbliżyła  się  data  operacji, 
Maria oznajmiła, że nigdzie nie jedzie. Jej znajoma operowana kilka lat temu w Atenach zmarła 
pod  narkozą.  Na  nic  moje  wyjaśnienia,  że  to  inna  historia.  Maria  na  to,  że  albo  ja  ją  tutaj 
zoperuję, albo pogodzi się z wózkiem, który kupił jej syn.   

– Kiedy się poddałeś? 
–  Kiedy  syn  przywiózł  Marię  do  szpitala  z  prośbą,  żebym  jej  jakoś  wytłumaczył,  że  musi 

jechać. Cierpiała potworne bóle, a on nie mógł już na to patrzeć.   

– Nie przypominam sobie, żebym widziała Marię, kiedy mnie oprowadzałeś po szpitalu. A 

na pewno bym zapamiętała taką charakterną osóbkę.   

– Pielęgniarka powiedziała mi wtedy, że Maria śpi, nie chciałem jej przeszkadzać – wyjaśnił. 

background image

–  Masz  rację.  Na  pewno  byś  ją  zapamiętała.  Liczyłem  jeszcze  na  to,  że  dostarczę  ją  do  Aten 
śmigłowcem  ratunkowym  dzisiaj  rano.  Jej  konsultant  z  Aten  prosił,  żebym  ją  przygotował  do 
operacji, zbadał  grupę krwi i tym podobne. No i dosłownie w ostatniej chwili Maria odmówiła 
wyjazdu.  W  związku  z  tym  postanowiłem  ją  operować.  Główny  problem  polegał  na  tym,  że 
pielęgniarka z ortopedii jest na macierzyńskim, ale skoro mam ciebie... Demelza skinęła głową, a 
Nick kontynuował.   

–  Raz  jeszcze  skontaktowałem  się  z  Atenami  i  poinformowałem  ich,  jaka  jest  sytuacja. 

Proteza  została  już  przysłana  i  jesteśmy  gotowi.  –  Nick  zerwał  się  na  nogi.  –  Wystarczą  ci  te 
informacje? Jak widzisz, działamy tu dość nietypowo.   

Uśmiechnęła się, by ukryć zdenerwowanie.   
–  Ty  to  powiedziałeś.  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  londyński  szpital  tak  chętnie 

współpracował w takim przypadku. A ty? 

– Ja to wykluczam! Ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś bliski spędził resztę życia na wózku, 

nawet jeśli chodzi o starą uparciuchę – dokończył z krzywym uśmiechem.   

Demelza  porozmawiała  z  instrumentariuszką  na  temat  sprzętu  potrzebnego  do  operacji. 

Pielęgniarka zawiązała jej z tyłu sterylny fartuch i pomogła wciągnąć gumowe rękawiczki. Potem 
Demelza  weszła  za  Nickiem  do  sali  operacyjnej  i  znowu  wróciło  zdenerwowanie.  Ale 
wystarczyło jedno spojrzenie w spokojne oczy Nicka, by odnalazła wiarę w siebie. I pewną ręką 
podała Nickowi skalpel.   

Kość udowa Marii skruszała niemal do szczętu.   
– Teraz widzisz, dlaczego operacja była taka pilna – powiedział Nick.   
Podniósł  na  moment  głowę  i  wymienił  parę  słów  z  dwoma  pielęgniarkami  asystującymi 

Demelzie.   

– Usunę chorą część kości, na resztę zamocuję protezę.   
Potem wyjaśnił jej kolejne etapy operacji.   
Demelza podziwiała jego opanowanie. Pracował w wielkim skupieniu, tłumacząc każdy swój 

ruch.  I  zanim  się  spostrzegła,  operacja  dobiegła  końca.  Nick  dał  ostatnie  polecenia 
pielęgniarkom, które miały otoczyć Marię stałą opieką.   

Demelza zdjęła rękawiczki i rzuciła je do pojemnika na śmieci. Praca w tym małym szpitalu 

wcale nie różniła się od pracy w Londynie.   

– To zasługa klimatyzacji – stwierdził Nick, gdy podzieliła się z nim tym spostrzeżeniem. – 

Gdyby nie to...   

–  Nie  mówię  o  klimatyzacji.  Jestem  pod  wrażeniem,  że  udało  nam  się  to  zrobić  w  tak 

skromnym składzie, bez zamieszania.   

Nick zdjął chirurgiczną czapeczkę i spojrzał na Demelzę. Z potarganymi włosami wyglądał 

jak mały chłopiec. Podstawił jej palec pod brodę i obrócił jej twarz ku sobie.   

– Cieszę się, że pozytywnie oceniasz nasz szpital, bo ja też pozytywnie oceniam twoją pracę. 

Nie mówiłem ci tego, ale gdyby Maria czekała dłużej, nie miałaby szansy.   

background image

– Widziałam to – rzekła, myśląc tylko, kiedy Nick odsunie się od niej.   
On  tymczasem  przesunął  palec  i  dotknął  jej  policzka.  Nie  drgnęła,  zahipnotyzowana  jego 

spojrzeniem. Wtedy Nick spełnił jej nadzieję i pocałował ją w usta. Usłyszała jakieś westchnienie 
i uprzytomniła sobie, że to jej własne. Czekała na to, na jakikolwiek fizyczny kontakt z Nickiem.   

Raptem otworzyły się drzwi. Demelza odskoczyła.   
–  Doktorze...  Och,  przepraszam.  Nie  wiedziałam,  że  jest  pan...  zajęty.  Chciałam  prosić  na 

słówko w sprawie Marii.   

Demelza, nie dość, że zakłopotana, poczuła się też winna, bo po raz kolejny nie zachowała 

dostatecznej rozwagi.   

Za to Nick absolutnie panował nad sytuacją.   
– Oczywiście, siostro. O co chodzi? 
Demelza ruszyła do wyjścia. Jej zadanie skończyło się, nie powinna dłużej przeszkadzać.   
–  Chwileczkę,  siostro  –  zatrzymał  ją  oficjalny  głos  Nicka.  –  Jeśli  zechce  pani  na  mnie 

poczekać, podwiozę panią do wioski. Chyba że woli pani wracać ze Stavrosem.   

– Bardzo dziękuję, doktorze. Chętnie skorzystam z pańskiej uprzejmości.   
Żałowała, że nie ma już na twarzy maseczki, ponieważ irytująca czerwień zalała jej policzki. 

No ale gdyby miała na twarzy maskę, ominąłby ją odurzający pocałunek Nicka.   

Czekała  na  niego  w  pokoju  służbowym.  Było  to  niewielkie  pomieszczenie  zarzucone 

czasopismami  medycznymi  i  pustymi  kubkami  po  kawie.  Wszystkie  socjalne  pokoje  w 
szpitalach, które znała, wyglądały dokładnie tak samo. Ten miał nad nimi tę przewagę, że jego 
okna wychodziły na cudowną zatokę. Demelza tak się na nią zapatrzyła, że nie usłyszała kroków 
Nicka.   

– Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć.   
Obróciła się i ogarnęło ją znów skrępowanie połączone z pożądaniem. Usta wciąż drżały jej 

od pocałunku Nicka, a jej ciało znajdowało się w stanie podwyższonego napięcia.   

– Ja... podziwiałam właśnie widok.   
Ręka  Nicka  wciąż  spoczywała  na  jej  ramieniu.  Był  to  ciepły,  kojący  dotyk.  Powiedziała 

sobie w myśli, że łączy ich tylko wzajemne zrozumienie, ale nie brzmiało to zbyt wiarygodnie. 
Tęskniła  za  czymś  więcej  niż  sympatia.  A  jego  pocałunki  wzbudziły  w  niej  nadzieję,  że  i  on 
podzieli jej sposób myślenia.   

Przeniosła wzrok na przystań za oknem. Błękit wody lśnił w popołudniowym słońcu, a ona 

usiłowała przyzwyczaić się do dłoni Nicka na ramieniu. Powtarzanie sobie, że to przyjazny gest, 
było bezcelowe. Dla niej było to coś więcej.   

Tymczasem na przystani prom, który krąży między wyspami, wypływał właśnie załadowany 

po brzegi owcami, kozami, kurami i ludźmi. Przywiózł na Kopelos owoce i warzywa. Elegancko 
odziani pasażerowie statku pasażerskiego i niezobowiązująco ubrani pasażerowie jachtów, które 
zacumowały  tego  dnia,  sunęli  nabrzeżem  w  poszukiwaniu  tawerny,  w  której  najprzyjemniej 
minie im wieczór.   

background image

Również  Demelza  poczuła  podniecenie  na  myśl  o  zbliżającym  się  wieczorze.  Nie  miała  w 

zwyczaju  chodzić  w  miasto,  jak  pogardliwie  wyrażała  się  jej  teściowa  o  takim  spędzaniu 
wolnego  czasu.  Naraz  ogarnęła  ją  wielka  ochota  na  zmianę.  Najlepiej  gdyby  był  to  kameralny 
wieczór z kimś, z kim czuje się swobodnie. Tłum i światła jej nie bawiły.   

Zakręciła się i spojrzała Nickowi w oczy.   
– Dalibyście się dzisiaj zaprosić z Iannim na kolację? Ugotowałabym coś dla nas.   
Nick zdziwił się i ucieszył jednocześnie.   
– Jak mógłbym odrzucić takie zaproszenie? 
– Żadnych cudów, proste domowe jedzenie.   
– Tym lepiej. Bardzo lubię grecką kuchnię, ale czasami mam ochotę na coś innego.   
– Może zapiekankę pasterza? – spytała, podając nazwę bezpiecznego, wypróbowanego dania.   
Nick wyszczerzył zęby w uśmiechu.   
– Skąd wiesz, że bardzo to lubię? Moja angielska babka często mnie nim raczyła.   
Świetnie się składa, myślała Demelza. Nick odczyta jej zaproszenie jako wyraz wdzięczności 

za  kilka  wspólnych  posiłków  w  tawernie,  i  nie  przyjdzie  mu  do  głowy  doszukiwać  się  w  tym 
żadnych podtekstów.   

 
Nick  zaparkował  samochód  na  końcu  drogi  prowadzącej  do  wioski.  Ianni  bawił  się  jak 

zwykle z Lefterisem przed domem Kateriny.   

– Tato! Demelza! – wołał radośnie, rzucając się w objęcia ojca.   
Następnie przyszła kolej na Demelzę. Przytuliła chłopca ze wzruszeniem. Przyjeżdżając tu, 

bardzo  pragnęła  zacząć  nowe  życie.  Teraz  chciała  dodatkowo,  żeby  przyjęto  ją  do  tej  rodziny. 
Ostrożnie,  powiedziała  sobie,  kiedy  pokonywali  ostatni  odcinek  uliczki.  Nie  wolno  jej  niczego 
zakładać  ani  spieszyć  się  z  wchodzeniem  w  rolę  matki.  Ianni  wzbudza  w  niej  instynkt 
macierzyński, ale to jej do niczego nie upoważnia.   

–  Muszę  wpaść  do  sklepu  –  odezwała  się,  przystając  przed  fascynującym  maleńkim 

sklepikiem,  zawalonym  po  sufit  najrozmaitszym  towarem.  Skrzynki  z  owocami  i  warzywami 
stały na ulicy.   

– Mogę iść z tobą? – spytał Ianni. – Zostało mi jeszcze kieszonkowe. Kupię sobie słodycze.   
Demelza zerknęła na Nicka. Kiwał głową z uśmiechem.   
– Tylko nie przesadź, Ianni. Jesteśmy zaproszeni na kolację.   
Demelza  kupiła  wszystko,  co  było  jej  potrzebne:  mieloną  jagnięcinę,  zioła,  ziemniaki, 

cebulę, a Nick nadzorował w międzyczasie jakże ważny wybór słodyczy.   

Gdy w końcu dotarli do domu, Nick stanowczo poprosił syna, żeby odrobił lekcje i przebrał 

się przed kolacją u Demelzy.   

– No to do zobaczenia – powiedziała i pospieszyła na górę.   
Od  dawna  już  gotowanie  nie  sprawiło  jej  takiej  przyjemności.  Był  to  prosty  posiłek,  ale 

znaczył  dla  niej  tak  wiele.  Dzięki  niemu  spędzi  wieczór  z  Nickiem,  sytuacja  będzie  zupełnie 

background image

czysta i klarowna, i Demelza nie będzie musiała zamęczać się rozważaniem, dokąd zmierza ich 
znajomość.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Stojąc przy kuchence i mieszając mięso z przyrumienioną cebulą, Demelza z zadowoleniem 

myślała o nadchodzącym wieczorze. Będą przy stole tylko we troje i...   

Nagle  odłożyła  łyżkę  i  zdjęła  patelnię  z  ognia.  Co  ona  wyprawia?  Planuje  jakieś  rodzinne 

spotkanie? Przecież Nick pomyśli, że ona mu  się narzuca. Przecież jej powiedział, że ma dość 
romansowych  komplikacji.  Nie,  ona  nie  zamierza  mu  niczego  komplikować.  Zwyczajnie  są 
dwojgiem ludzi, którzy podobnie myślą i podobnie czują.   

– Tata bierze prysznic – usłyszała raptem dziecięcy głos.   
Odwróciła głowę i zobaczyła Ianniego na progu. Promienie słońca wpadały zza jego pleców 

do mieszkania. Chłopiec miał świeżo umyte włosy, był boso i w piżamie. Wyglądał jak aniołek.   

– Mogę wejść? – spytał.   
– Oczywiście.   
Podeszła do niego i wzięła jego drobną dłoń w ręce.   
– Jestem w piżamie – oznajmił poważnie chłopiec – bo tata pozwolił mi włożyć, co zechcę. 

Włożyłem piżamę, żeby się znowu nie przebierać. Nie lubię się przebierać, to takie nudne.   

Demelza przytaknęła.   
– A ja włożyłam tę sukienkę dlatego, że ją lubię i nie jest mi w niej gorąco przy kuchni.   
– Jest  bardzo ładna  – stwierdził  Ianni,  dotykając jasnozielonej  bawełny.  Podniósł  wzrok.  – 

Pasuje ci do włosów. Podobają mi się twoje włosy, mogę dotknąć? 

Demelza pochyliła się.   
– I co? – spytała.   
– Robisz sobie ten kolor z jakiejś butelki? – zaciekawił się znienacka.   
Demelza zaśmiała się.   
– Nie, już się z takim urodziłam, ale chyba troszkę mi spłowiał.   
–  Moja  mama  też  spłowiała,  bo  ciągle  musi  sobie  kłaść  na  włosy  rozjaśniacz.  Pytałem  ją, 

jakie miała kiedyś włosy. Powiedziała, że nie pamięta i żebym nie był ciekawski.   

– Czy tato wie, że tu jesteś, Ianni? 
– No...   
–  No,  nie  wie.  –  Wchodząc,  Nick  pochylił  głowę,  bo  drzwi  nie  były  robione  z  myślą  o 

wysokich mężczyznach. – Ty łobuzie! Demelza potrzebuje spokoju, żeby skończyć gotowanie.   

– Nie przeszkadza mi – zapewniła czym prędzej. – Mógłby mi nawet pomóc.   
– Co mam zrobić? 
–  Możesz  rozgnieść  ziemniaki.  Proszę,  dodamy  do  nich  trochę  masła.  A  teraz  naciskaj  tak 

mocno jak potrafisz. Niczego na pewno nie zepsujesz.   

Odwróciła się od stołu. Ianni zabrał się z zapałem do pracy. Nick stał tuż za nią, patrzył na 

background image

nią  czule.  Miał  mokre  włosy,  jak  jego  syn.  Chyba  ubierał  się  w  pośpiechu,  bo  jego  kolorowa 
koszula była zapięta tylko na jeden guzik nad paskiem szortów.   

– Jeszcze nigdy nie gotowałem – mówił Ianni. – Mama wyrzucała mnie z kuchni. Ale ona też 

dużo nie gotuje.   

W oczach Nicka pojawił się przelotny błysk.   
– Ianni, dostałem dzisiaj list od twojej mamy. Przyjedzie tu w lipcu.   
Ianni  nie  przerwał  ugniatania  ziemniaków,  nie  dał  po  sobie  znać,  że  słyszał  słowa  ojca. 

Demelza zauważyła jednak, że chłopiec ściągnął usta i najwyraźniej rozważał podaną przez ojca 
wiadomość. Podeszła do stołu.   

– Już wystarczy, Ianni – podziękowała. – Teraz nałożymy masę ziemniaczaną na mięso... o 

tak... i włożymy to do piekarnika. Uważaj na palce.   

Zastanawiała  się,  dlaczego  ten  żywiołowy  chłopiec  tak  nagle  przycichł.  Dlaczego  zostawił 

bez komentarza zapowiedź wizyty matki.   

– Cieszysz się, że mama przyjedzie, prawda? – spytała dyplomatycznie.   
– Tak – uciął Ianni obojętnie.   
Demelza zerknęła na Nicka, ale nie wzbogaciło to jej wiedzy. Nie chciała dalej naciskać na 

żadnego  z  nich.  Widać  istnieje  jakiś  problem  na  linii  matka-syn.  Zapewne  spędzony  wspólnie 
czas  ma  go  rozwiązać.  Demelza  tak  rozumiała  powód  przyjazdu  Lydii.  Pamiętała  opowieści 
Nicka i nie sądziła, by Lydia przyjeżdżała do byłego męża. A może? 

Może Lydia wciąż chce go odzyskać? Demelza umyślnie unikała takich podejrzeń.   
–  Napijmy  się  czegoś  –  zaproponowała.  –  Może  usiądziemy  na  tarasie  i  popatrzymy  na 

zachód słońca? W lodówce mam  wino. Nick, bądź tak dobry i  otwórz je, a ja naleję  Ianniemu 
lemoniadę.   

Zasiedli na tarasie. Ianni najpierw zajadał się chipsami, potem pomógł Nickowi i Demelzie 

uporać się z miseczką oliwek.   

– Nick, znasz właściciela mojego mieszkania? Chciałabym zrobić coś z prysznicem.   
Nick uśmiechnął się.   
– Oczywiście, że znam. Masz go przed sobą.   
– Och... wybacz, nie wiedziałam.   
–  Ta  willa  należy  do  mojej  rodziny.  Po  śmierci  rodziców,  kiedy  wyjechałem  do  Anglii, 

zajmowali  się  nią  dziadkowie.  Zresztą  odwiedzałem  ich,  kiedy  tylko  mogłem.  Od  śmierci 
dziadków willa należy do mnie. Kiedy mnie nie było, zaglądali tu krewni. Potem zdecydowałem 
się  na  powrót.  Kazałem  zrobić  niezbędne  naprawy  i  samodzielne  mieszkanie  na  piętrze.  Biuro 
podróży płaci mi za wynajem. Te pieniądze przeznaczam na dalszy remont. Co się dzieje z twoim 
prysznicem? 

Demelzie zrobiło się głupio. Nick opowiada jej o śmierci najbliższych, a ona wychyla się z 

takim drobiazgiem.   

–  Nic  takiego  –  powiedziała  szybko.  –  Po  prostu  nie  mogę  się  przyzwyczaić,  że  nie  jest 

background image

przytwierdzony do ściany i...   

Nick uderzył się w czoło.   
–  Przepraszam!  Miałem się  tym  zająć,  nim  przyjechałaś,  i  w  końcu  wyleciało  mi  z  głowy. 

Jesteś pierwszym lokatorem. Jutro zadzwonię do hydraulika.   

– Dziękuję. – Zawahała się. – Na pewno bardzo się cieszyłeś, wracając na Kopelos.   
Ianni w międzyczasie zeskoczył z krzesła i bawił się teraz kamykami w rogu tarasu. Budował 

z nich dom. Nick nie zwracał mu uwagi, że ubrudzi sobie piżamę, jakby wiedział, że nie to jest 
najważniejsze.   

–  Tak,  nareszcie  poczułem  znowu,  że  jestem  w  domu  –  rzekł  pełnym  emocji  głosem.  – 

Urodzili  się  tu  mój  ojciec  i  mój  dziadek.  Ojciec  był  rybakiem,  tak  jak  jego  ojciec.  Był 
doświadczonym  żeglarzem.  Nie  mogłem  uwierzyć,  kiedy  dowiedziałem  się,  że  utopił  się  w 
morzu. Demelza pochyliła się ku niemu.   

– Znasz okoliczności tego zdarzenia? – spytała. Nick nabrał głęboko powietrza.   
–  Zaraz  po  tym,  jak  wypłynęli  w  morze,  zerwała  się  gwałtowna  burza.  Zwykłe  rybacy  są 

informowani  o  takim  zagrożeniu  przez  służby  meteorologiczne,  ale  wtedy  burza  wszystkich 
zaskoczyła.  Utonęło  pięciu  rybaków,  wśród  nich  mój  ojciec.  Nie  chciano  mi  początkowo 
powiedzieć, dlaczego ojciec nie wraca, miałem wtedy sześć lat. – Nick spojrzał z ukosa na syna. 
– Tyle co teraz Ianni. Dziecko w tym wieku nie jest głupie, zwłaszcza gdy wszyscy wokół płaczą. 
W końcu moja babka uznała, że lepiej będzie, jeśli się dowiem, ponieważ, jak stwierdziła, to na 
mnie spada obowiązek opieki nad matką. Matka spodziewała się drugiego dziecka. Wyjaśniła mi, 
dlaczego rośnie jej brzuch. Pamiętam, że niecierpliwie czekałem, aż urodzi się jakiś towarzysz do 
zabawy.  –  Urwał  i  wypił spory łyk wina.  – To była trudna ciąża i  mama tęskniła za Anglią. W 
tamtych czasach nie było szpitala na wyspie, krewni mojego ojca martwili się o mamę. Zabrała 
mnie  więc  do  Anglii.  Zamieszkaliśmy  z  moimi  angielskimi  dziadkami.  Trzy  miesiące  później 
mama  poszła  do  szpitala.  Dziecko  urodziło  się  martwe,  mama  zmarła  na  skutek  rzucawki 
porodowej.   

Oczy Demelzy zaszły łzami. Patrząc na Nicka, widziała, że pogodził się jakoś z tą tragedią, 

choć pozostawiła w nim głębokie rany. Tak to już jest z cierpieniem. Człowiek może pokonać je 
do pewnego stopnia, ale ono w nas pozostaje, zakopane głęboko, i wpływa na nasze zachowania i 
myśli.   

Demelza delikatnie dotknęła ręki Nicka. Był to gest przyjacielski i nic ponadto. Nick spojrzał 

na nią. Wstała, obeszła stół i położyła mu dłonie na ramionach. Nick podniósł się powoli i objął 
ją.  Trzymał  ją  tak  przez  chwilę,  było  jej  tak  dobrze  jak  nigdy  przedtem.  I  w  tym  właśnie 
momencie nabrała pewności, że chce zrobić krok dalej. Że nie będzie się więcej opierać. Oboje, i 
ona i Nick, mają za sobą bolesne przejścia. Ale życie jest zbyt krótkie, żeby wciąż oglądać się za 
siebie. Nie wiedziała, jak się rozwinie ta znajomość, ~ale była gotowa zaryzykować. Poddać się 

wyrokowi losu.   

Wywinęła się delikatnie z ramion Nicka i spojrzała na Ianniego. Był wciąż zaabsorbowany 

background image

zabawą.   

– Poproszę go, żeby umył ręce. Mięso już pewnie się upiekło.   
Nick dotknął jej twarzy.   
– Ja to zrobię.   
– Dobrze. – Szybkim krokiem weszła do mieszkania. Wrzuciła szpinak na patelnię i zerknęła 

przez okno.   

Ianni wzbudzał w niej ciepłe uczucia, Nick prawdziwą miłość. Tak, zakochała się w Nicku, 

odżyła.  Jednak  znając  jego  przeszłość,  mogła  liczyć  wyłącznie  na  sympatię.  Na  razie  musi  się 
tym zadowolić. Nie trzeba się spieszyć. Poczeka.   

Mięso  z  ziemniakami  było  wyśmienite.  Szpinak  ugotowany  w  sam  raz.  Na  deser  Demelza 

podała  świeże  brzoskwinie.  Ianniemu  opadały  powieki,  bardzo  się  starał,  by  nie  zasnąć  na 
siedząco.   

W końcu Nick wstał od stołu i zaniósł go na kanapę.   
– Wypijmy kawę na tarasie – szepnęła Demelza. – Tam jest chłodniej.   
Nick zaniósł tacę na zewnątrz i postawił ją na stoliku.   
Wchodząc na taras, Demelza zobaczyła sylwetkę Nicka na tle księżycowego nieba. Szedł ku 

niej z wyciągniętymi rękami, a ona przytuliła się do niego, jakby było to zupełnie oczywiste.   

Złożyła głowę na jego ramieniu. Potem smakowała jego pocałunek. Jej ciało budziło się pod 

jego  pieszczotą.  Jego  podniecenie  wywoływało  w  niej  dreszcze.  I  wtedy  do  jej  świadomości 
przebił się jakże niepożądany w owej chwili dzwonek telefonu. Nick zaklął pod nosem i sięgnął 
po komórkę. Demelza nalała kawę do filiżanek, czarną i mocną. Potrzebowała czegoś, co by ją 
ściągnęło  na  ziemię.  Nick  wyrzucił  z  siebie  sekwencję  zdań  po  grecku.  Z  jego  twarzy 
wywnioskowała, że telefon jest ze szpitala.   

–  Wzywają  cię  –  stwierdziła,  kiedy  się  rozłączył  i  zajął  miejsce  przy  stole.  Podała  mu 

filiżankę.   

–  Teoretycznie  jestem  na  wezwanie  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Mam  świetny 

personel. Ale wiedzą też, że jeśli sobie z czymś nie radzą, zawsze mogą do mnie zadzwonić.   

– A z czym sobie nie radzą? – Demelza wróciła już na ziemię, chociaż jej ciało czuło jeszcze 

przyjemne wibracje.   

– Chodzi o Marię. Załamała się, jest przekonana, że operacja się nie udała. Chce się ze mną 

widzieć, żebym jej powiedział, co zrobiłem z nogą.   

Uśmiechnęła się ze smutkiem.   
– Czyli wybierasz się do szpitala? Nick skinął potakująco głową.   
– Chyba powinienem. O ile wiem, nie ma powodu do pooperacyjnych komplikacji, ale wolę 

zobaczyć, co się dzieje. Nie wiem, ile mi to zajmie, ale...   

– Nie martw się o Ianniego. Zatrzymam go tu na noc.   
Na sofie będzie mu bardzo dobrze, nie powinniśmy go budzić.   
– Zazwyczaj w takich wypadkach prowadzę go do Kateriny.   

background image

Demelza potrząsnęła głową.   
– Zostaw go tu, Nick. Rano ci go przyprowadzę.   
– To bardzo miło z twojej strony.   
Miło!  To  nie  jest  chyba  odpowiednie  słowo!  Była  zrozpaczona.  Dopiero  co  powzięła 

postanowienie,  że  nie  pozwoli  niczemu  ani  nikomu  stanąć  jej  na  drodze.  A  teraz  będzie 
zmuszona  czekać  na  następną  okazję,  żeby  dać  Nickowi  do  zrozumienia,  iż  pragnie  się  z  nim 
kochać.   

Cóż, takie są prawa tego zawodu. Pacjenci są na pierwszym miejscu, życie osobiste odkłada 

się  na  bliżej  nieokreślone  później.  Nick  musnął  przelotnie  ustami  jej  policzek  i  zbiegł  na  dół. 
Później szczęknęła brama. Kroki Nicka odbiły się echem na opustoszałej ulicy.   

Wsiadł  do  landrovera  i  zapalił  silnik.  Był  niespokojny.  Nie  tylko  w  związku  ze  stanem 

pacjentki. Czy potrafiłby zapanować nad sobą, gdyby nie telefon? Wziął głęboki oddech, żeby się 
wyciszyć, i ruszył do miasta.   

Demelza, jej gorące ciało, wzbudzała w nim pożądanie. Pragnął jej, i to jak! Nie zaplanował 

sobie, że spędzą tę noc razem, ale gdy tylko zbliżył do niej usta, wiedział, że instynkt bierze w 
nim górę.   

Uderzył  ręką  w  kierownicę.  Nie  wolno  mu  tego  robić!  Jeszcze  nie.  Zdawało  mu  się,  że 

Demelza  boi  się  angażować.  Trudno  się  temu  dziwić,  znając  jej  historię.  Dopiero  co  opuściła 
zamknięty świat, w którym żyła. Nie umie się jeszcze bronić. Nie wolno mu mylić jej sygnałów. 
Jej potrzeba bliskości wyrażona przytuleniem nie musi oznaczać, że Demelza chce z nim iść do 
łóżka. Nie wolno mu jej zranić. Ona jest niczym delikatny kwiat, który łatwo nadepnąć, czyniąc 
niewłaściwy  krok.  Wiedział,  że  trudno  mu  będzie  panować  nad  sobą,  mając  ją  tak  blisko.  Jej 
miękkie włosy, giętkie linie jej ciała...   

Otrząsnął się z tych myśli, dopiero wjeżdżając na szpitalny parking. Czas wziąć się w garść, 

pacjentka czeka! 

Demelza  oparła  się  wygodnie  i  spojrzała  na  księżyc.  Może  dobrze  się  stało,  że  nie 

przekroczyli tej nocy pewnej granicy. Krótko znała Nicka i mogłaby potem żałować.   

Z  drugiej  strony  jakoś  w  to  nie  wierzyła.  Czuła  wyraźnie,  że  Nick  chce  się  z  nią  kochać. 

Każdy jego nerw zdawał się o tym świadczyć. Zerwała się, zebrała filiżanki i weszła do środka. 
Ianni spał spokojnie z jedną ręką pod głową. Jego wargi zaokrąglił uśmiech, jakby chłopiec śnił 
jakiś słodki sen.   

Przykryła  go.  Jest  jeszcze  ciepło,  ale  w  nocy  powietrze  ochładza  się.  Zostawiła  zapaloną 

lampkę  w  rogu  pokoju  i  udała  się  do  swojej  sypialni.  Otworzyła  na  oścież  drzwi,  na  wypadek 
gdyby  Ianni  obudził  się  zdezorientowany.  Rozebrała  się  i  włożyła  obszerny  T-shirt  z  cienkiej 
bawełny, położyła się pod cienkim przykryciem i zamknęła oczy.   

Pod jej powiekami natychmiast pojawiła się twarz Nicka. Długo nie mogła usnąć.   
Zbudził ją Ianni, który wskoczył na jej łóżko.   
– Gdzie tata? Przywitała go uśmiechem.   

background image

– Musiał pojechać wieczorem do szpitala. Myślę, że już wrócił, ale lepiej sprawdźmy. Zjesz 

najpierw śniadanie? 

– Tak, proszę! 
Wstała i włożyła domową sukienkę. Razem przygotowali śniadanie i wyszli z nim na taras. 

Demelza przeciągnęła się i oddychała głęboko. W taki ranek człowiekowi chce się żyć. Słońce 
już grzało, wspinało się coraz wyżej nad horyzont i czerwone dachy wioski.   

W  mieszkaniu  Nicka  panowała  cisza.  Albo  nie  wrócił  dotąd  ze  szpitala,  albo  też  nadrabiał 

nieprzespaną noc. Demelza cieszyła się, że zje śniadanie z Iannim.   

Posmarowała mu grzankę masłem i miodem i podsunęła mu talerz. Ianni przeżuwał głośno, 

wyspany i szczęśliwy.   

– Bardzo lubię miód – powiedział jej między dwoma kęsami. – Robią go pszczoły, tam, na 

wzgórzach. Nie lubią, jak się na nie patrzy. Jedna to nawet ugryzła Lefterisa i Katerina złościła 
się na niego. Chyba powinna się złościć na pszczoły, prawda? Myśmy tylko  chcieli  popatrzeć. 
Nie chcieliśmy ich skrzywdzić. Nie wiem, czemu pszczoły są takie niedobre, ale i tak lubię miód. 
Mogę dostać jeszcze? 

Demelza uśmiechnęła się rozbawiona logiką chłopca.   
– Oczywiście.   
Wtem  usłyszała,  że  otwierają  się  drzwi  mieszkania  Nicka.  Wychyliła  się.  Nick  przecierał 

zaspane oczy. Był boso, ubrany tylko w szorty, i wyglądał bardzo seksownie.   

– Dzień dobry, Nick.   
– O, cześć! 
–  Tata,  my  jemy  śniadanie.  Mamy  pyszny  miód.  Chodź  tutaj.  Dobrze,  Demelzo?  –  spytał, 

jakby zdał sobie sprawę, że nadużywa gościnności.   

Roześmiała się.   
– Oczywiście, tata też może zjeść z nami śniadanie.   
– Proszę tylko o kawę – rzekł Nick, pokonawszy schody. Padł na krzesło. – Jak się czujesz? 

Chciałem powiedzieć, że nie tego oczekiwałaś, zapraszając nas wczoraj na kolację.   

Jego ciemne oczy nie były zbyt wymowne. Demelza wiedziała, do czego nawiązuje Nick.   
– Dobrze, dziękuję – odparła cicho.   
–  To  świetnie.  –  Nick  ujął  jej  rękę.  –  Bo  ja  się  wczoraj  bardzo  dobrze  bawiłem  i  nie 

chciałbym niczego zepsuć...   

– Tato, mówiłem ci, że Lefterisa ugryzła pszczoła? 
– Nie, nie mówiłeś. Kiedy? 
– Byliśmy na wzgórzu. Tam jest taka bramka, zamknięta na sznurek, Lefteris rozwiązał go, 

żebyśmy mogli wejść i popatrzeć na domki pszczół, na ule i wtedy...   

Demelza wstała od stołu, żeby zaparzyć więcej kawy. Kiedy wróciła, Ianni wciąż trajkotał.   
– Chwileczkę,  Ianni  – wtrącił Nick.  – Muszę powiedzieć Demelzie coś ważnego. O naszej 

pacjentce ze szpitala.   

background image

– Właśnie chciałam zapytać o Marię.   
– Czuje się dobrze. Chciała mnie tylko potrzymać za rękę, boi się szpitala. Tak myślę.   
Demelza świetnie znała tę potrzebę. Nick odstawił filiżankę.   
–  Szew  jest  czysty.  Dzisiaj  ma  przyjść  fizykoterapeuta.  Chcemy,  żeby  Maria  wstała  tak 

szybko,  jak  to  tylko  możliwe.  To  nie  będzie  łatwe,  bo  jej  się  zdaje,  że  będzie  sobie  leżeć,  a 
zdolność ruchu wróci bez żadnego wysiłku z jej strony.   

Demelza uśmiechnęła się.   
– Znałam takich pacjentów. Nick wstał z krzesła.   
– Muszę lecieć.   
– Ja też – powiedziała, zbierając naczynia ze stołu. – Irini pewnie już pracuje jak mrówka.   
– Jesteś z niej zadowolona? 
– Jest doskonała, można na niej całkowicie polegać. Nick posłał jej uśmiech.   
–  Cieszę  się,  sam  ją  wybrałem.  Jest  krewną  Giorgia,  a  więc  przez  małżeństwo  jest 

spokrewniona z rodziną mojego ojca.   

– Znasz chyba wszystkich na tej wyspie.   
– To bardzo mała społeczność, zresztą na tym też polega zaleta tego miejsca. Przynajmniej 

dla tych, którzy się tu urodzili. Katerina, która opiekuje się Iannim, jest moją kuzynką, bawiliśmy 
się  razem  w  dzieciństwie.  Sama  się  zaoferowała  z  pomocą  i  początkowo  nie  chciała  żądnych 
pieniędzy.  W  końcu  jakoś  ją  przekonałem,  że  bez  niej  nie  mógłbym  pracować,  więc  powinna 
dostawać zapłatę, tak jak ja.   

–  Ludzie są tu  bardzo otwarci  i  przyjaźni.  Nie spotkałam nikogo, kto  wzbudziłby we mnie 

antypatię... no, ale jestem tu dopiero kilka dni.   

– Wydaje się, że o wiele dłużej – zauważył Nick.   
– Tak. – Podniosła wzrok i po raz kolejny spotkała jego czułe spojrzenie.   
Była już pewna, że Nick ją polubił. Wątpiła, by się w niej zakochał. Nie był jeszcze gotowy, 

jak  sam  przyznał,  na  takie  komplikacje.  Odwróciła  się  i  wyniosła  talerze  i  filiżanki  do  kuchni. 
Nick wziął pusty dzbanek do kawy i ruszył za nią. Pochyliła się nad zlewem i polewała naczynia 
wodą.   

–  Dziękuję  ci  bardzo...  za  wszystko  –  powiedział.  Położył  jej  dłonie  na  ramionach.  Nie 

obróciła się do niego.   

– Ianni jest bardzo miłym towarzyszem – odparła ostrożnie.   
Jego ręce zacisnęły się mocniej, odwróciła się i spotkali się wzrokiem. Nick przechylił głowę 

i  musnął  ją  pocałunkiem,  który  skończył  się  zbyt  szybko,  by  zdołała  się  nim  nasycić.  Potem 
odszedł, jakby ten pocałunek nie miał żadnego znaczenia.   

Skończyła zmywanie, ciesząc się, że czeka ją pracowity ranek, który pozwoli jej nie myśleć o 

Nicku.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Wpisała  do  komputera  szczegółowe  dane  osób,  które  przyjęła  tego  przedpołudnia,  i 

wyłączyła  urządzenie.  Z  każdym  dniem  ubywało  jej  pacjentów.  Zupełnie  jakby  fala 
intensywnych  upałów  wypaliła  wszelkie  infekcje.  Większość  turystów  ciągnęła  przede 
wszystkim  na  plażę  i  do  wody.  Nikomu  nie  chciało  się  fatygować  do  niej  z  drobnymi 
dolegliwościami.   

Wyglądając  przez  okno,  widziała  wyciągnięte  na  leżakach  ciała,  ociężałe  od  upału. 

Większość osób miała na tyle rozsądku, by ukryć się w cieniu parasola.  Demelza informowała 
każdą  nowo  przybyłą  grupę  turystów  o  zagrożeniach  związanych  ze  zbyt  intensywnym 
korzystaniem z kąpieli słonecznych. Z radością stwierdziła, że jej słowa wielu zapadły w pamięć. 
Już w maju miała do czynienia z dość poważnymi poparzeniami  słonecznymi, a przecież teraz 
był lipiec i zagrożenie związane z nierozważnym plażowaniem poważnie wzrosło.   

W rozmowie z turystami podkreślała również, by pili wyłącznie butelkowaną wodę. Sądząc 

po niewielu zgłoszeniach dolegliwości gastrycznych, jej słowa i w tej materii nie poszły na wiatr.   

Lipiec! Jak to szybko minęło! I dlaczego nie rozwinął się jej związek z Nickiem, mimo że 

spędzali ze sobą tyle czasu? Prócz idyllicznego pikniku na dzikiej plaży, który miał miejsce zaraz 
po jej przyjeździe, żadnego z następnych spotkań nie można by nazwać randką.   

Najgorsze, że Nick od czasu do czasu przytulał ją i patrzył na nią z tym czułym wyrazem w 

oczach, który budził w niej rozpaczliwą tęsknotę.   

Wstała i zaczęła krążyć po gabinecie. Jej problem polegał głównie na braku doświadczenia. 

Nie  wiedziała,  jak  dać  znać  mężczyźnie,  że  go  pragnie.  A  Nick  na  dodatek  był  Grekiem.  No, 
pół-Grekiem,  co  tym  bardziej  utrudniało  jej  odgadnięcie  jego  myśli.  Oparła  się  o  szybę, 
zapatrzona  na  połać  piasku,  która  przechodziła  w  błękit  morskiej  wody.  I  raptem  zdała  sobie 
sprawę, że nie potrafi się zmienić. Odebrała określone wychowanie. Jej rodzice troszczyli się o 
nią,  ale  byli  też  bardzo  surowi  i  dominujący.  Spod  ich  skrzydeł  przeszła  wprost  pod  skrzydła 
Simona.  I  choć  brzmi  to  niewiarygodnie,  to  w  wieku  trzydziestu  dwóch  lat  była  po  prostu 
niedoświadczona. To nie do uwierzenia i przerażające.   

Westchnęła ciężko. Co chwilę tuż obok niej jakaś kobieta robi pierwszy krok ku wybranemu 

mężczyźnie, a ona jest bezradna. Wiedziała, że podoba się Nickowi, nie ukrywał tego. Ale co to 
znaczy? Czy wystarcza mu to, co ich dotąd łączy? Wspólne posiłki od czasu do czasu, skradzione 
pocałunki i wspólna praca w szpitalu? 

Głośne, podniecone głosy wtargnęły do jej myśli i przerwały je. Drzwi otworzyły się i weszła 

zdenerwowana Irini.   

– Siostro, mamy ciężko chorą dziewczynkę. Spojrzy pani na nią? 
– Ależ oczywiście, proszę.   

background image

W drzwiach stał rozdygotany mężczyzna, niosący na rękach około pięcioletnią dziewczynkę.   
– Nie wiem, co jest mojej Sarze, siostro. Urządziliśmy piknik pod parasolem, zaczęła jeść i 

nagle krzyczy wniebogłosy, że nie może przełknąć. Teraz nic nie mówi...   

– Proszę ją położyć na kanapce – poprosiła szybko Demelza. – Co jadła? 
– Kupiliśmy bułki we wsi. Tę właśnie ugryzła, kiedy...   
– Ziarenka sezamu. – Demelza wzięła bułkę do ręki. – Czy Sarah jest uczulona na sezam? 
Mężczyzna pokręcił głową.   
– Nic o tym nie wiem. Ma alergię na orzechy i kiedyś bardzo chorowała po chałwie, jeden 

raz. Gardło jej się zacisnęło i musieliśmy ją wieźć do szpitala.   

–  Chałwa  jest  właśnie  z  ziarna  sezamowego  –  wyjaśniła  Demelza,  zaglądając  do  ust 

dziewczynki.   

Gardło Sary puchło niemal w oczach.   
–  Sarah  jest  uczulona  na  sezam  –  stwierdziła,  podchodząc  do  szafki  z  lekami.  –  Dam  jej 

zastrzyk  z  adrenaliny  i  leku  antyhistaminowego.  Przez  kilka  najbliższych  godzin  musimy  ją 
obserwować, więc zawiozę ją do szpitala.  – Mówiąc to,  przygotowywała strzykawkę. Zerknęła 
przez ramię. – Irini, bądź tak dobra i powiadom szpital, że jadę do nich z Sarą.   

 
Droga do szpitala zabrała im tylko trzy minuty. Tym razem Demelza cieszyła się, że Stavros 

jest najszybszym kierowcą na wyspie. Nick oczekiwał ich na oddziale.   

– Saro, czy mnie słyszysz? 
Dziewczynka  jęknęła  i  otworzyła  oczy.  Zakaszlała  lekko  i  przez  moment  przerazili  się,  że 

zadławi się własną śliną, ale jakimś cudem ją połknęła.   

Demelza czym prędzej podzieliła się z Nickiem tym, co usłyszała od ojca Sary oraz swoimi 

obserwacjami. Poinformowała go też o zastrzyku.   

Nick skinął głową.   
–  Adrenalina  już  działa.  –  Zajrzał  dziecku  do  gardła.  Po  chwili  wyprostował  się  z 

uśmiechem. – Proszę zobaczyć, siostro.   

Teraz Demelza nachyliła się nad małą pacjentką.   
– Znakomicie – odetchnęła. – Kiedy chciałam ją zbadać u siebie, nie mogłam zajrzeć poza 

jamę ustną.   

– Pańska córka będzie zdrowa – oznajmił Nick ojcu Sary, któremu wciąż trzęsły się ręce.   
– Dzielna dziewczyna – szepnął mężczyzna, głaszcząc córkę po głowie.  – Mamusia tak się 

ucieszy, jak wrócimy razem.   

–  Lekarstwa,  które  podała  jej  siostra,  spowodowały  zmniejszenie  opuchlizny.  Chciałbym 

jednak  zatrzymać  Sarę  na  dwadzieścia  cztery  godziny  –  wtrącił  szybko  Nick.  –  Żeby  mieć 
absolutną pewność, że nie ma żadnych komplikacji.   

Mężczyzna zgodził się bez słowa.   
– Mogę z nią zostać? 

background image

Nick poklepał go po plecach.   
– Jasne. Dziękuję, siostro.   
W jego głosie zabrzmiało coś ostatecznego. Demelza została odprawiona.   
Ilekroć  wychodziła  ze  szpitala,  doznawała  pewnego  rozczarowania.  W  szpitalu  czuła  się 

potrzebna,  jej  kwalifikacje  były  tam  pożądane  i  chętnie  zostałaby  w  nim  na  stałe.  Gabinet  w 
ośrodku  przy  plaży,  choć  bardzo  przydatny,  stanowił  działalność  peryferyjną.  Demelza  miała 
świadomość, że nastąpi taki moment, kiedy jako wykwalifikowana siła medyczna zechce wziąć 
na siebie większą odpowiedzialność.   

Wyszła  na  zewnątrz,  na  palące  słońce  samego  południa.  Stavros  na  nią  czekał.  Szczerząc 

zęby w uśmiechu, otworzył jej drzwi samochodu.   

– Wracamy na plażę, siostro? Odpowiedziała uśmiechem.   
– Tak, proszę.   
Parę godzin w cieniu parasola pozwoli jej się zrelaksować. No i przy okazji oddali jej myśli 

od Nicka.   

Wspięła się na skały i wypatrzyła wolne miejsce w małej zatoczce z boku głównej plaży. W 

pobliżu odpoczywały tylko dwie pary. Zdjęła ubranie i została w bikini. Wyjęła z torby bułki i 
ser feta, które kupiła we wsi, i zjadła lunch.   

Zamknęła oczy i odpłynęła na falach snu...   
W  pewnej  chwili  dotarł  do  niej  jakiś  męski  głos.  Coś  do  niej  mówił.  Czy  to  sen?  Uniosła 

powieki.   

– Nick! Skąd się tu wziąłeś? 
Usiadła, przecierając oczy i zbierając myśli. Nick dość dziwnie wygląda na plaży w ubraniu, 

w którym chodził do pracy.   

–  Stavros  powiedział  mi,  że  cię  tu  znajdę.  Mam  się  spotkać  z  Lydią,  ale  jeszcze  nie 

przyjechała z lotniska.   

–  Lydia  dzisiaj  przyjeżdża?  Nic  nie  mówiłeś.  Wyraziwszy  zdumienie,  natychmiast  tego 

pożałowała.   

Bo  brzmiało  to  tak,  jakby  jego  relacja  z  byłą  żoną  bardzo  ją  interesowała.  A  to  przecież 

wierutne kłamstwo! Nick wzruszył ramionami.   

– Wyleciało mi z głowy. Katerina mi przypomniała.   
Demelza  wstała,  żeby  wygodniej  było  jej  patrzeć  na  Nicka.  Chwyciła  swój  sarong  i 

zawiązała go, bo Nick jakoś osobliwie zawiesił wzrok na jej prawie gołym ciele. On zaś odwrócił 
się i wskazał wzgórze, z którego droga wiła się w dół na plażę.   

– Chyba widzę mikrobus. Pójdziesz ze mną spotkać się z Lydią? 
– Uważasz, że to dobry pomysł? – zapytała sceptycznie.   
Nick szeroko otworzył zdumione oczy.   
– A czemu nie? 
Aha. Dostała kolejny znak, że jest dla niej tylko przyjacielem. Przecież nie przedstawiałby jej 

background image

byłej żonie, gdyby było inaczej.   

– No, chodź. Nie mogę z nią długo zostać, muszę wracać do Ianniego.   
– Tylko coś na siebie wrzucę.   
– Nie mamy czasu. Wyglądasz znakomicie, ubierzesz się w samochodzie – rzucił, porywając 

jej torbę.   

Pobiegła  za  nim.  Rozgrzany  piasek  palił  jej  stopy,  Kiedy  dotarli  do  budynku  ośrodka, 

mikrobus akurat zajechał przed recepcję.   

W sarongu i na bosaka Demelza czuła się jak wieśniaczka. Nick zbliżył się do zbierającego 

się przy mikrobusie tłumu. Wciąż trzymał jej torbę, nie mogła nawet włożyć butów.   

Z mikrobusu wysiadła wysoka blondynka. Rozdawała na prawo i lewo łaskawe uśmiechy i 

machała do Nicka.   

–  Lydio,  przedstawiam  ci  Demelzę.  To  nasza  pielęgniarka,  która  prowadzi  ambulatorium 

przy ośrodku.   

Lydia obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem. Bez butów Demelza była od niej niższa. Lydia po 

długiej  podróży  wyglądała  wprost  nieskazitelnie,  co  zupełnie  nie  mieściło  się  w  głowie. 
Perfekcyjnie pomalowane długie paznokcie w wyciągniętej dłoni Lydii budziły prawdziwą grozę.   

Była żona Nicka wspaniałomyślnie obdarzyła Demelzę uśmiechem, pokazując drobne białe 

zęby, tak idealne, jakby zawdzięczała ich symetrię kosztownemu zabiegowi stomatologicznemu.   

– Więc pani tu pracuje? Przepraszam, zapomniałam imienia...   
– Demelza.   
– Cóż za imię! Chyba zagraniczne? Skąd pani pochodzi? 
Demelza  już  nie  lubiła  tej  traktującej  ją  z  góry  kobiety,  ale  z  trudem  powstrzymywała  się, 

żeby tego nie wyrazić.   

– Z Kornwalii.   
– Ach, południowo zachodnia Anglia. Nigdy tam nie byłam. Za daleko od Londynu. No i nie 

znoszę błota. Macie tam jakieś przyzwoite sklepy? – spytała, rzucając pogardliwe spojrzenie na 
pognieciony sarong Demelzy.   

Demelza  cofnęła  się,  nie  odpowiadając  na  tę  bezczelną  zaczepkę.  Ucieszyła  się,  kiedy  ta 

podła kobieta przeniosła uwagę na Nicka.   

– Sądziłam, że przyjedziecie z Iannim na lotnisko.   
– Ianni jest w szkole. Zresztą właśnie za chwilę kończy lekcje i chciałbym wrócić przed nim 

do domu.   

Z  twarzy  Lydii  nie  schodził  wprost  olśniewający  bielą  uśmiech.  Coraz  bardziej  rozciągała 

kąciki pomalowanych jaskrawą szminką warg.   

– Ach tak. No to pojadę z tobą. Mój syneczek! Tak się za nim stęskniłam. Na pewno urósł? 
No pewnie, że urósł, pomyślała Demelza, patrząc, jak była żona Nicka mizdrzy się do niego. 

Czyżby zamierzała pogodzić się z nim podczas tej wizyty? Na samą myśl o tym Demelzie robiło 
się słabo.   

background image

– Nie chcesz się rozpakować? – rzucił szybko Nick.   
– Wolę być z wami. W końcu nie po to przejechałam taki szmat drogi, żeby siedzieć sama. 

Poproś tego człowieczka, żeby wstawił moje bagaże do pokoju.   

Nick  wszedł  w  rolę  uprzejmego  mężusia.  Demelzę  z  wolna  ogarniało  zniecierpliwienie. 

Przecież  nie  musi  być  taki  milusi  dla  swojej  byłej?  A  może  przesadzał,  mówiąc,  że  ich 
małżeństwo było katastrofą? Może to małżeństwo wcale się nie skończyło? 

Przeniosła wzrok na Nicka, który właśnie instruował przewodnika, co ma zrobić z pokaźnym 

i zapewne kosztownym bagażem Lydii. Przewodnik patrzył na niego urażony. Nick włożył rękę 
do kieszeni i wyjął kilka banknotów, które co nieco spacyfikowały mężczyznę.   

Demelza  odwróciła  wzrok.  Nie  mogła  dłużej  znieść  widoku  Nicka,  który  tak  usłużnie 

pomaga swojej kategorycznej eks-małżonce.   

– Gdzie twój samochód? – spytała Lydia.   
– Tam, pod drzewem – odparł na to Nick. Lydia zaśmiała się perliście.   
– Za skarby świata nie wdrapię się tam w tej wąskiej spódnicy. Podaj mi rękę.   
Nick  posłusznie  podsadził  Lydię  na  przednie  siedzenie.  Szukając  pasa  bezpieczeństwa, 

chichotała jak nastolatka.   

– Nick, bądź tak dobry i pomóż mi z tym pasem. Nigdy nie mogę sobie z tym poradzić.   
Demelza wsiadła z tyłu, gotując się ze złości. Nick zapinał pas Lydii. Demelza nie mogła na 

nich patrzeć. Zaczęła się zastanawiać, co tam w ogóle robi.   

Nick bez słowa podał Demelzie jej torbę. Szybko włożyła służbową białą sukienkę i buty.   
–  O,  jak  uroczo!  –  zauważyła  Lydia,  odwracając  się  do  tyłu.  –  Jakie  to  słodkie  i 

staroświeckie! Musisz to nosić cały czas? 

– Tylko  w pracy  – odrzekła Demelza spokojnie.  – Po prostu  nie chciało mi się przebierać. 

Byłam zmęczona.   

– Mieliśmy małą alergiczkę, która o mało się nie udusiła – wyjaśnił Nick, wpatrzony w krętą 

drogę. – Demelza zapobiegła tragedii. Postawiła szybko diagnozę i podała właściwe leki.   

– Wasze życie jest takie ekscytujące! Czasem żałuję, że nie studiowałam medycyny. Wczoraj 

wieczorem oglądałam w telewizji serial o lekarzach...   

– Zycie to nie serial – rzucił Nick. – Moim zdaniem powinnaś się trzymać wybiegu, Lydio. A 

jak ci się wiedzie? 

–  Świetnie!  Za  moment  podpisuję  kolejny  kontrakt  z  tym  londyńskim  domem  mody,  o 

którym ci wspominałam. Prawdę mówiąc, bałam się, że w ogóle nie wyrwę się z Londynu, no ale 
w końcu musiałam zobaczyć mężczyzn mojego życia.   

Nick milczał. Kiedy zaparkował przed wjazdem do wsi, wyskoczył z wozu i otworzył drzwi 

obu swoim pasażerkom. Demelza zeskoczyła na ziemię, Lydia oczywiście miała znowu problem 
ze spódnicą i zaśmiewała się z kokieteryjną bezradnością.   

– Kochanie, chyba musisz mnie znieść. Albo będę zmuszona zdjąć spódnicę. Wybieraj.   
– Nie powinnaś się tu rozbierać – rzucił Nick. Demelza odwróciła twarz.   

background image

Kiedy  szli  wszyscy  troje  w  stronę  willi,  wysokie  obcasy  Lydii  stukały  głośno  o  stary 

kamienisty chodnik. Nick zatrzymał się przed domem Kateriny.   

– Zaczekaj tu moment, zapomniałem powiedzieć Ianniemu, że dzisiaj przyjeżdżasz i...   
Lydia przeszyła go wzrokiem.   
– Zapomniałeś? Mówiłam ci o tym wieki temu! 
– Wiem, byłem zajęty...   
– Tata! 
Na dźwięk głosu ojca przez otwarte drzwi wypadł w podskokach Ianni. Rzucił się na Nicka, 

po czym odsunął się raptownie, uprzytomniwszy sobie, że jest tam ktoś jeszcze.   

– Cześć, mamo – powiedział cicho. – Kiedy przyjechałaś? 
– Kochanie moje! Daj mamusi buzi. – Lydia pochyliła głowę, ale nie przykucnęła, jak robili 

to Nick i Demelza.   

Jej  spódnica  pękłaby  z  trzaskiem,  gdyby  spróbowała  przykucnąć,  myślała  Demelza, 

obserwując to spotkanie. Drobne ciało chłopca zesztywniało, gdy matka całowała go w policzek. 
Z  pewnością  brakowało  tu  serdeczności.  No  ale  dla  Demelzy  ważniejszy  był  związek  między 
Lydią i Nickiem, a ten był dużo cieplejszy niż jej to przedstawiono.   

–  No  to  pokaż  mi  ten  rodzinny  dom,  o  którym  tyle  się  nasłuchałam  –  powiedziała 

bezceremonialnie Lydia.   

Nalegała, by Nick pokazał jej cały dom. Wykazała wyjątkowe zainteresowanie mieszkaniem 

Demelzy.   

– Och, jak tu przytulnie, prawda? – zaświergotała, przenosząc wzrok z Nicka na Demelzę.   
– Demelza bardzo dobrze gotuje – poinformował Ianni. – Robi superkolacje.   
– No, szczęściarz z ciebie – odparła Lydia, patrząc na swojego byłego męża. – Masz pod ręką 

nianię i kucharkę. Długo tu jesteś, Demelzo? 

– Dwa miesiące. Mam kontrakt do końca października.   
– A potem wracasz do domu? 
Demelza  poczuła  się  zmęczona  tym  śledztwem.  Wiedziała,  dokąd  ono  prowadzi.  Lydia 

bardzo wyraźnie pokazała, że jest zazdrosna.   

– Może – odparła.   
Przelotny niepokój na twarzy Lydii bardzo ją ucieszył. Niech sobie babsko zgaduje, myślała 

z satysfakcją.   

Zauważyła, że Nick jej się przygląda. Odchrząknął i zwrócił się do Lydii: 
– No, widziałaś się już z  Iannim, zobaczyłaś dom,  to  chyba odwiozę  cię teraz do ośrodka. 

Pewnie chcesz się rozpakować i...   

– Mam apartament z obsługą i dwoma sypialniami. Ianni może zostać ze mną – oznajmiła. – 

Dziś jest sobota, jutro możemy cały dzień spędzić na plaży. Ianni, co ty na to? 

Ianni zerknął na ojca.   
– Tato, ty też pójdziesz? Nick pokręcił przecząco głową.   

background image

– Rano muszę jechać do szpitala. Będziesz sam z mamusią – oznajmił i dodał: – Na pewno 

będziesz zadowolony, prawda? 

Chłopiec przygryzł wargi i posmutniał.   
– Ale po pracy do nas przyjedziesz? 
– Przyjadę wieczorem. Pokopiemy sobie piłkę albo zagramy w krykieta, co tylko zechcesz.   
– Ty też przyjedziesz, Demelzo? – spytał Ianni, patrząc na nią błagalnie.   
Demelza widziała, jak Lydia marszczy czoło i ściąga usta. Zawahała się. Spojrzała na Nicka, 

szukając u niego odpowiedzi.   

– Oczywiście, że Demelza też przyjedzie. Jeśli będzie miała czas – rzekł szybko Nick.   
– Dobrze – zgodził się chłopiec z promiennym uśmiechem.   
–  Włóż  do  bagażnika  jakieś  rzeczy  dla  Ianniego  –  poleciła  Lydia  lodowatym  tonem.  – 

Piżamy, coś do pływania, może sweter, gdyby się zrobiło wieczorem chłodno.   

Demelza z ulgą pożegnała się z Lydią i poszła do siebie. Robiąc herbatę, myślała o Iannim. 

Nie  miał  najmniejszej  ochoty  rozstawać  się  z  Nickiem.  Ale,  jak  by  nie  było,  Lydia  jest  jego 
matką. Ma prawo spotykać się z synem. Może nawet takie spotkania sam na sam poprawią ich 
relacje.   

Miała co do tego wątpliwości, w każdym razie była całym sercem za chłopcem.   
 
Słońce  opuszczało  się  już  na  niebie,  kiedy  zauważyła,  że  Nick  wraca  z  ośrodka.  Jej  serce 

zabiło  mocniej,  gdy  usłyszała  na  kamiennych  schodach  jego  kroki.  Wyszła  mu  naprzeciw.  Był 
zmęczony i smutny.   

–  Nie  znoszę  rozstawać  się  z  Iannim  –  oznajmił  cicho.  Demelza  wyciągnęła  ręce,  a  on 

przytulił się do niej, kładąc głowę na jej ramieniu.   

– Tak bardzo go kocham. Tak bardzo za nim tęsknię, kiedy go nie ma – mówił. – Z drugiej 

strony powinien nawiązać kontakt z matką. Rodzina jest bardzo ważna.   

Demelza  zajrzała  mu  w  oczy.  Były  zamglone,  wypełnione  bólem.  Delikatnie  uniosła  jego 

brodę i pocałowała go.   

Najpierw się zdziwił, a zaraz potem objął ją i trzymał tak bez tchu.   
– Demelzo, Demelzo – powtarzał szeptem. – Czasem wydaje mi się, że pragniesz mnie tak 

bardzo jak ja ciebie. Ale boję się, że się przestraszysz, że mi uciekniesz.   

Pożądanie dodało jej odwagi. Nadszedł czas, żeby wyznać, co naprawdę czuje.   
– Nick, od dawna cię pragnę. Ja...   
Urwała  i  spojrzała  mu  w  twarz.  Była  zaskoczona,  że  poszło  jej  tak  łatwo,  kiedy  już 

postanowiła być z nim szczera.   

– Chcę się z tobą kochać, niczego tak nie pragnę...   
– Gdybym wiedział... Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Nie miałem odwagi...   
–  Nie  umiałam,  nie  wiedziałam  jak.  I  poza  wszystkim,  nie  było  okazji.  Nie  byliśmy  sami 

dość długo...   

background image

– Teraz jesteśmy sami – powiedział Nick.   
Jego dłonie przesuwały się po jej ciele. Pieścił ją tak długo, że zdawało jej się, iż wybuchnie.   
– Wejdźmy do środka – szepnął, biorąc ją na ręce. Zaniósł ją do sypialni, położył na łóżku i 

zdejmował z niej ubranie, całując każdy odkryty kawałek jej skóry. Zmysły Demelzy wyostrzyły 
się. Przytuliła się, zaczęła zdzierać ubranie z Nicka, a on obdarowywał ją pieszczotami. Czuła, że 
się z sobą łączą, że unosi  ich silna fala,  a  potem  rozpłakała się, bo jej  zmysły nigdy dotąd nie 
zostały tak pobudzone.   

Gdy się zbudziła, słońce wpadało przez otwarte okno. Wciąż drżała. Obróciła się i popatrzyła 

na Nicka. Miał potargane włosy, jedną rękę trzymał pod głową, identycznie jak Ianni.   

W końcu podniósł  powieki  i  uśmiechnął  się do  niej leniwie, zupełnie jakby  wyczuł,  że jest 

obserwowany.   

– Chodź do mnie – szepnął i wyciągnął ręce.   
Wtuliła się w niego, czując znów radosną jedność z tym mężczyzną, z którym spędziła pełną 

ekstazy  noc.  Pierwszy  raz  kochali  się  nerwowo  i  pospiesznie,  potem  kochali  się  drugi  raz...  i 

trzeci...   

Miała  dość  niejasny  obraz  tego,  co  działo  się  wcześniej.  Jak  gdyby  przeniosła  się  gdzieś, 

gdzie prócz niej i Nicka nie było świata. Zmysłowa miłość oplotła ich kokonem, którego żadne z 
nich nie chciało opuścić.   

Raptem rozdzwonił  się telefon Nicka, brutalnie  przecinając ciszę. Nick  grzebał po omacku 

obok  łóżka,  aż  znalazł  komórkę  w  kieszeni  spodni.  Z  włosami  opadającymi  na  oczy  wyglądał 
chłopięco, ale szybko przybrał skupiony wyraz twarzy.   

– Nick Capodistrias... Ianni! Jak się masz? – Uśmiechnął się szeroko, usłyszawszy głos syna. 

Nagłe  ów  uśmiech  przygasł.  –  Tak,  ale  mama  na  pewno  nie  chce,  żebyś  został?  Rozumiem, 
jeszcze śpi. To może lepiej poczekać, aż się obudzi, nie sądzisz? Dobrze, zaraz przyjadę, Ianni, i 
załatwię to. Nie martw się, za kilka minut będziemy razem.   

Odłożył telefon i spojrzał na Demelzę.   
– Ianni chce wracać do domu. Demelza poprawiła poduszkę.   
– Domyśliłam się. Jest mu tam źle? 
– Chyba tak. Nie do końca rozumiem, w czym problem, pojadę tam i zobaczę.   
– Zaczekam na ciebie – oznajmiła Demelza. – Ianni może zostać ze mną, jak będziesz jechał 

do szpitala. Zawołamy Lefterisa, a potem pójdziemy na plażę.   

Nick wziął ją w ramiona.   
– Dziękuję ci, że jesteś taka... że jesteś – szepnął. Musnął ją ledwo wargami i wystarczyło to, 

żeby obudzić pożądanie. Czym prędzej wywinęła się z jego ramion.   

– Jedź już – powiedziała.   
–  Nie  chodź  nigdzie.  –  Przerzucił  nogi  przez  łóżko.  Po  chwili  Demelza,  wsparta  na 

poduszkach, słyszała, jak Nick śpiewa pod prysznicem.   

Wyszedł z łazienki owinięty białym ręcznikiem.   

background image

– Fajnie, że twój gospodarz naprawił ci wreszcie prysznic – zauważył z uśmiechem. – Jak go 

do tego zmusiłaś? 

Roześmiała się – Och, to proste. Dałam mu kilka razy w łapę i był mój.   
– Chciałbym ci wybudować ogromną łazienkę, z jacuzzi na dwie osoby.   
Wskoczył na łóżko, lecz go odepchnęła.   
– Zabieram się zaraz za kawę, ruszaj po Ianniego. Wyszła za nim na taras. Nick pomachał jej 

z dołu.   

Stała  jeszcze  chwilę,  patrząc  za  nim,  ciekawa,  co  los  szykuje  dla  niej  i  dla  Nicka.  Zostali 

kochankami, tego nie da się już cofnąć.   

Wystawiła twarz ku słońcu, szczęśliwa, że Nick przywrócił ją do życia. Myślała, że nigdy się 

na to nie zdobędzie, a tu rzeczywistość okazała się tak prosta.   

Tak prosta i tak cudowna. Demelza była już po uszy zakochana w Nicku. Bał się okazać jej 

swoje uczucie, żeby jej nie odstraszyć! 

Gdyby znał prawdę! Spojrzała w dal na iskrzące się morze.   
– Wracaj szybko – szepnęła, uprzytamniając sobie bolesny fakt. Jej życie bez Nicka byłoby o 

wiele uboższe.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Demelza  nuciła  radośnie,  wrzucając  bakłażany  do  garnka.  Może  ciut  oregano?  Sypnęła 

ziołami, które Ianni i Lefteris zebrali dla niej na wzgórzu tego ranka. Wychyliła się przez okno, 
podziwiając urodę zapadającego zmierzchu.   

Spojrzała  na  Ianniego  i  westchnęła  z  zadowoleniem.  Chłopiec  siedział  na  tarasie  i  rysował 

zachód  słońca.  Skupiony  na  swoim  dziele,  wysunął  czubek  języka.  Przed  wyjazdem  na 
wieczorny obchód Nick obiecał synowi, że następny dzień spędzą na plaży.   

Kiedy  Nick  przywiózł  Ianniego  z  ośrodka,  chłopiec  nie  zdradził  im,  dlaczego  nie  chciał 

zostać  z  matką.  Powtórzył  jedynie,  że  woli  być  z  ojcem.  Potem  Nick  pojechał  do  szpitala,  a 
Demelza wysłała Ianniego po Lefterisa. Chciała, by chłopcy nazbierali dla niej ziół na wzgórzu.   

Ianni  i  Lefteris  wykorzystali  tę  okazję  do  znakomitej  zabawy.  Wołali  kozy,  które 

podzwaniały  dzwoneczkami,  poklepywali  osły,  które  wędrowały  z  jednej  strony  wzgórza  na 
drugą,  dźwigając  na  grzbiecie  ciężki  ładunek  do  miasta.  Spałaszowali  też  lunch  złożony  z 
ciepłych jeszcze, świeżo upieczonych bułeczek.   

– Przyniosę sobie z dołu więcej kredek! – zawołał do niej Ianni. – Mam taką czerwoną, która 

będzie pasowała do zachodu słońca. Dobrze? 

– Dobrze. Ale nie siedź tam długo. Tata zaraz wróci. Demelza położyła rękę na sercu, które 

rosło z radości.   

O takim właśnie scenariuszu marzyła. Spokojny dom, który dzieli z kochającym mężczyzną i 

uroczym dzieckiem.   

Osoba, która pojawiła się znienacka u szczytu schodów, oderwała Demelzę od miłych sercu 

konstatacji. Długie jasne włosy ułożone według najnowszych kanonów mody należały do Lydii. 
Demelza podeszła szybko do drzwi i otworzyła je szeroko.   

– Witaj, Lydio. Właśnie minęliście się z Iannim. Pobiegł na dół. A Nick jest w szpitalu, ale 

niedługo powinien być.   

– Przyszłam do ciebie – podkreśliła Lydia lodowatym tonem, opadając na jedno z krzeseł na 

tarasie. – Miałam nadzieję, że zastanę cię samą. Skoro Nick ma się zaraz zjawić, przejdę od razu 

do rzeczy.   

Demelza usiadła naprzeciw niemile widzianego gościa.   
Lydia patrzyła na nią przez stół z wrogim błyskiem w oczach.   
– Bardzo wygodna sytuacja, prawda? Jak to praktycznie wprowadzić się do domu swojego 

szefa.   

Demelza żachnęła się.   
–  Nie  skomentuję  tej  uwagi,  ale  proszę  nie  zabierać  mi  na  coś  takiego  czasu.  Po  co  pani 

przyszła? 

background image

Lydia wyszczerzyła białe zęby, pokazując coś, co przypominało przesłodzony uśmiech.   
–  Jestem  matką  Ianniego,  nie  zapomniałaś  przypadkiem?  A  może  wygodniej  ci  o  tym  nie 

pamiętać?  Chodzi  mi  wyłącznie  o  dobro  mojego  syna.  Zdaje  mi  się,  że  ty  kompletnie  je 
lekceważysz.   

Demelza wstrzymała oddech.   
– Jak pani śmie? Ianni jest dla mnie jak syn i...   
–  No  właśnie!  –  Oczy  Lydii  błysnęły  z  triumfem.  –  Dlatego  tu  jestem.  Poznałam  się  na 

twoich  gierkach,  ale  nie  licz,  że  ci  się  uda.  Przyjechałam  pogodzić  się  Nickiem.  To  on  mnie 
zaprosił,  to  on  chce  się  przekonać,  czy  możemy  znowu  być  razem.  Zatelefonował  do  mnie  i 
powiedział, że Ianni za mną tęskni i że chciałby, żebyśmy znowu byli rodziną.   

– Bardzo trudno mi w to uwierzyć – odparła spokojnie Demelza. – Nick twierdzi, że między 

wami wszystko skończone.   

Lydia zaśmiała się szyderczo.   
– A co miał ci powiedzieć? Jest mężczyzną, na Boga! Jak by sobie radził bez żony, gdyby nie 

znalazł sobie dziewczyny, która zaspokoiłaby jego temperament? Tego mu na pewno nie brakuje, 
prawda? Chyba się zgodzisz, że jest świetny w łóżku? 

Demelza wstała, zirytowana do granic wytrzymałości.   
– Chyba czas na panią.   
Lydia tkwiła na krześle, jakby zapuściła tam korzenie.   
–  Jeszcze  nie  skończyłam.  Kiedy  byliśmy  małżeństwem,  jego  skoki  w  bok  doprowadzały 

mnie do szału. Zresztą to był powód rozwodu. Z czasem zdałam sobie sprawę, że zrobiłam błąd. 
Że są mężczyźni tak naładowani seksem, że potrzebują więcej niż jednej kobiety. Nick do nich 
należy.  Kiedy  się  znowu  pobierzemy,  bo  to  nie  ulega  wątpliwości,  jestem  gotowa  przymykać 
czasami oczy. Ale póki co, nie będę tolerować żadnych konkurentek.   

Demelza oparła ręce na stole i wbiła wzrok w Lydię.   
–  Nick  opowiedział  mi  kompletnie  inną  historię.  Według  niego,  to  ty  bez  przerwy 

romansowałaś.   

–  Ha!  Przecież  nie  powie  ci,  jak  bardzo  lubi  te  swoje  rozrywki.  Ale  rodzina  jest  na 

pierwszym miejscu, a Nick zna swoje obowiązki.   

Demelza  odniosła  wrażenie,  że  nad  tarasem  powiał  chłodny  wiatr.  Nie  chciała  wierzyć  w 

historyjki  Lydii,  lecz  jedno  z  jej  stwierdzeń,  dotyczące  roli  rodziny,  uderzyło  ją  dość 
nieprzyjemnie. Nick podkreślał to sam, kiedy z nią rozmawiał.   

–  Nick  nie  chciał  rozbijać  rodziny,  zresztą  sam  widzi,  jaki  to  ma  wpływ  na  Ianniego  – 

ciągnęła Lydia ostrym tonem. – Dlatego chce, żebym wróciła. Dlatego ja chcę, żebyś zniknęła i 
zostawiła go w spokoju. Ianni potrzebuje rodzonej matki. Nie pchaj się tam, gdzie cię nie chcą. 
Jeśli lubisz Ianniego, pozwól mu być z matką. To jest mój syn, Nicka i mój, nie twój.   

Lydia  podniosła  się  gwałtownie.  Żelazne  krzesło  przewróciło  się  z  hałasem  na  podłogę. 

Dźwięk poniósł się echem po cichych wzgórzach niczym podzwonne dla marzeń Demelzy. Czy 

background image

Nick naprawdę zaprosił Lydię na wyspę, by się z nią pogodzić? Czy ona, Demelza, jest dla niego 
tylko kolejnym skokiem w bok? 

Lydia  przystanęła  u  szczytu  schodów  i  obróciła  się,  obejmując  rywalkę  spojrzeniem 

zwężonych w szparki oczu.   

– Przemyśl to, nim posuniesz się za daleko. Jak byś się czuła, gdyby ktoś chciał rozbić twoją 

rodzinę? 

– Przecież jesteście rozwiedzeni! – odparowała Demelza.   
– Zapewniam cię, że to był tylko błąd. Powinnam była wykazać więcej wyrozumiałości dla 

mojego błądzącego męża. Ale już wiem, co robić.   

Demelza odprowadzała ją wzrokiem, wstrząsana dreszczem. Kiedy brama na dole zatrzasnęła 

się z hukiem, Demelza opadła na najbliższe krzesło i schowała twarz w dłoniach.   

Lekki dotyk małej ręki poderwał ją na nogi.   
– Ianni! Znalazłeś kredkę, której szukałeś? Ianni przytaknął, patrząc na nią z powagą.   
– Co chciała mama? Czekałem, aż sobie pójdzie. Myślałem, że chce mnie zabrać.   
Jak smutno brzmią takie słowa w ustach dziecka! Demelza przetarła wilgotne oczy. Czy i ona 

unieszczęśliwia tego malca? Czy z jej winy nie jest lojalny wobec własnej matki? 

– Mama wpadła do mnie, ale bardzo się spieszyła. Dlatego nie czekała na ciebie ani na tatę.   
Zaraz potem znajomy dźwięk powiedział jej, że Nick wrócił do domu. Wybiegła na schody. 

Nick chwycił ją w ramiona. Ianni objął ich oboje małymi rączkami.   

Lecz już po chwili Demelza odsunęła się. Przypomniała sobie, że takie właśnie zachowania 

rozbijają prawdziwą rodzinę Ianniego. Nie może dłużej odgrywać zastępczej matki ani zastępczej 
żony.  Jeżeli  prawdą  jest,  że  Nick  pragnie  odbudować  swoje  małżeństwo,  ona  zaś  jest  tylko 
tymczasową kochanką, czyż nie będzie najwłaściwsze, gdy się wycofa? 

Podeszła do otwartych drzwi swojego mieszkania.   
– Ugotowałam kolację dla nas trojga, ale jeśli wolicie gdzieś wyjść...   
Nick położył jej dłonie na ramionach.   
–  Oczywiście,  że  nigdzie  nie  wychodzimy,  skoro  ugotowałaś  kolację.  To  moje  najlepsze 

chwile, kiedy jesteśmy tu w trójkę.   

Odwróciła  się  i  popatrzyła  mu  w  oczy.  Tak  bardzo  go  kocha!  Dalsze  życie  bez  Nicka 

wydawało jej się nieprawdopodobne.   

–  Nie  sądzisz,  że  powinieneś  wziąć  Ianniego  do  ośrodka  i  spędzić  jakiś  czas  z  Lydią?  W 

końcu przejechała taki szmat drogi. Może jak z nim będziesz, łatwiej przywyknie do matki. To 
oczywiste, że przychodzi mu to z trudem, skoro...   

– Hej! O co chodzi? – Nick przytulił ją tak mocno, że czuła przez skórę bicie jego serca. – 

Ianni chce być tutaj, ja też. Chyba że masz nas już dosyć. Jeśli tak...   

Demelza podniosła na niego oczy.   
–  Chcę,  żebyście  zostali  ze  mną  –  oznajmiła  cicho.  –  Po  prostu  pomyślałam,  że  może 

powinieneś jakoś dogadać się z Lydią, ze względu na Ianniego.   

background image

– Zostajemy – stwierdził stanowczo Nick i zasiadł przy stole obok syna. – Piękny obrazek! 
Ianni ucieszył się.   
– Dla Demelzy.   
Demelza usiadła po drugiej stronie Ianniego.   
– Bardzo ci dziękuję. Powieszę go w salonie, żeby wszyscy go widzieli.   
– A może narysujesz coś dla mamy? Zanieślibyśmy jej rysunek w poniedziałek.   
– Muszę iść? – spytał żałośnie Ianni. – Chcę zostać z Demelza.   
Nick przeniósł na nią wzrok. Miał jakiś niepokój w oczach, a może tylko jej się zdawało.   
– Umówiłem się, że zawiozę go do niej na całe przedpołudnie – poinformował. – Są wakacje, 

będzie  miał  więcej  czasu.  Lydii  było  bardzo  przykro,  że  nie  chciał  z  nią  zostać  dziś  rano. 
Uzgodniliśmy, że do końca jej pobytu będę go do niej woził na kilka godzin dziennie.   

Sądzę, że powinien ją lepiej poznać. Więzy rodzinne to podstawa.   
Demelza  zmarkotniała.  Tak,  Nick  ma  rację,  Ianni  musi  przyzwyczaić  się  do  matki,  skoro 

Nick i Lydia chcą się zejść na nowo.   

– Ale wrócę tu na noc? – dopytywał się chłopiec.   
– Oczywiście, że tak – potwierdził Nick. Demelza wstała.   
– Przyniosę kolację.   
– Możemy potem wyskoczyć do Giorgia, zabawić się. Jest sobota. Co ty na to? – wołał za nią 

Nick.   

Od razu się wypogodziła.   
 
Wsłuchując się w hipnotyczną  grecką melodię,  miała kłopot  z odtworzeniem sobie emocji, 

które  towarzyszyły  jej  podczas  pierwszej  wizyty  w  tawernie.  Miłość  do  Nicka  kompletnie 
wszystko  odmieniła.  Demelza  nie  wiedziała  teraz,  dokąd  zmierza.  Kiedy  udało  jej  się  pokonać 
lęk, odkryła, że jej przeznaczeniem jest bycie w życiu Nicka tą drugą.   

Jeżeli,  oczywiście,  wierzyć  zapewnieniom  Lydii.  Tylko  czas  może  to  wyjaśnić.  Tak  oczy 

owak, Demelza zaczęła  odnosić wrażenie, że Nick podejmuje kroki  prowadzące do zbliżenia z 
byłą żoną.   

– Nie wypiłaś wina. Dobrze się czujesz? Zatroskany głos Nicka wtargnął raptem w jej myśli.   
Wysiliła się na uśmiech.   
– Jestem trochę zmęczona, i do tego ten upał. Nawet wieczorami nie robi się chłodniej.   
–  Ale  chyba  w  dalszym  ciągu  jesteś  tu  szczęśliwa?  Demelza  zatonęła  w  jego  serdecznym 

spojrzeniu.   

– Tak.   
–  Nie  musisz  wyjeżdżać  w  październiku,  kiedy  skończy  ci  się  kontrakt.  Potrzebujemy  w 

szpitalu doświadczonej pielęgniarki. Pomyśl o tym.   

Kusiło  ją,  żeby  zostać  na  wyspie  na  stałe,  razem  z  Nickiem.  Nie  zostałaby  jednak,  gdyby 

Nick pogodził się z Lydią czy też, zgodnie z teorią Lydii, chciał mieć równocześnie więcej niż 

background image

jedną  kobietę.  Marzyła,  by  mieć  go  tylko  dla  siebie,  nie  poszłaby  na  żaden  kompromis  w  tym 
względzie. Jak dotąd Nick wydawał jej się mężczyzną, który potrafi być wierny i oddany. No ale 
ich  znajomość  liczy  sobie  ledwie  kilka  tygodni.  To  jakby  wciąż  miesiąc  miodowy,  i  to  bez 
nadziei na ślub! 

Zerkała na Ianniego, który usnął w ramionach Nicka.   
– Chyba powinniśmy zabrać go do domu – powiedziała cicho.   
– Niech sobie tu jeszcze pośpi – odparł Nick. – Anna właśnie skończyła gotować, ona chętnie 

się nim zajmuje.   

Demelza spojrzała przez salę. Ciotka Nicka przyglądała im się z daleka.  I jakby domyśliła 

się, że o niej mowa, podeszła do nich krętą drogą między stolikami.   

– Zatańczcie – powiedziała swoją przezabawną angielszczyzną. – Zostawcie go ze mną. Jak 

śpi, to wykapany dziadek.   

Przytuliła chłopca i posłała uśmiech Demelzie.   
– Ojciec Nicka, Andreas, był ślicznym chłopcem, zupełnie jak Ianni. Był ode mnie pięć lat 

młodszy. Opiekowałam się nim, kiedy mama była zajęta w kuchni. Zabierałam go na nabrzeże, 
patrzyliśmy na wracające do portu kutry... – Anna zawiesiła głos, wzruszona. – Bardzo kochałam 
swojego  braciszka.  A  potem  urósł  i  dopiero  zrobił  się  z  niego  przystojniak.  Wszystkie 
dziewczyny z wioski za nim biegały. Nie podobało im się, kiedy zakochał się w Lucy. To znaczy 
w matce Nicka, Angielce. Ja ją lubiłam, była piękna i uwielbiała Andreasa. Nie miałam jej za złe, 
że  mi  go  zabiera.  Ale  kiedy  Andreas  utonął...  –  Raz  jeszcze  przerwała.  Wyjęła  chusteczkę  z 
kieszeni  obszernej  spódnicy  i  osuszyła  oczy.  –  Kiedy  morze  zabrało  Andreasa,  myślałam,  że 
serce  mi  pęknie.  Został  mi  Nick,  a  teraz  jest  jeszcze  Ianni.  Obaj  przypominają  mi  o  bracie. 
Zostanę z małym, Demelzo. Nick nie może się doczekać, żeby z tobą zatańczyć.   

– Co tam szepczecie? – spytał Nick, nachylając się ku nim.   
– Właśnie opowiedziałam twojej miłej Demełzie fragment naszej rodzinnej historii – odparła 

Anna. – Idźcie tańczyć, pozwólcie mi pobyć trochę z Iannim.   

Składający  się  z  trzech  muzyków  zespół  po  kilku  skocznych  kawałkach  uderzył  w 

sentymentalną  nutę.  Nick  przyciągnął  do  siebie  Demelzę.  Poruszali  się  powoli  po  nierównej 
kamiennej podłodze służącej za parkiet do tańca. Demelza czuła bicie jego serca, a w jej sercu 
narastał  konflikt.  Wybrać  kompromis  i  płynąć  z  prądem?  Zgodzić  się  na  każdą,  choćby 
najmniejszą rolę, jaką wyznaczy jej Nick w swoim życiu? 

Przez chwilę była zdolna wyłącznie do jednej decyzji: aby w ogóle nie postanawiać niczego 

w kwestii przyszłości. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku, jakim była informacja Lydii. Może czas 
okaże  się  dla  niej  łaskawy  i  pozwoli  jej  ocenić  sytuację  bez  emocji,  które  w  tej  chwili 
zaciemniają jej osąd? W każdym razie dopóki nie nabierze pewności, czy dojdzie do pojednania 
małżonków, powinna zachowywać się tak, jakby w ogóle nie było o tym mowy.   

– Masz bardzo poważną minę – szepnął Nick.   
Wzięła głęboki oddech.   

background image

–  Myślałam  o  poniedziałkowej  wizycie  Ianniego  u  matki.  Jak  długo  Lydia  zamierza  tu 

zostać? 

Jakiś cień przesłonił czułość w oczach Nicka.   
– Dokładnie nie wiem. Zdaje się, że dłużej, niż przewidywaliśmy wstępnie.   
– Zdawało mi się, że musi wracać do pracy.   
– Lydia jest wolnym strzelcem, sama dysponuje swoim czasem – powiedział spokojnie Nick. 

– A czemu tak się dopytujesz? Wiem, że nie darzysz jej sympatią, rozumiem to. Działa tak na 
wszystkie kobiety. No ale w końcu nie musicie się spotykać.   

– A ty? – spytała Demelza. Nick uniósł brwi.   
– Co? 
– A ty musisz? 
Odsunął ją na wyciągnięcie ręki.   
– Zabawne pytanie. Muszę się z nią widywać, kiedy zawożę jej Ianniego. Ona bardzo stara 

się z nim zaprzyjaźnić, w końcu jest jego matką. Genetycznie niewątpliwie coś ich łączy. Dobrze 
byłoby, gdyby się dogadali.   

Demelza z trudem przełknęła ślinę.   
– Tak, masz rację.   
– To co? Przestań się nią przejmować. Odpręż się. Znów ją przytulił, a ona czuła, że w jego 

ramionach  ucieka  z  niej  siła.  Wciąż  miała  w  pamięci  spędzoną  wspólnie  noc,  owo  przeżycie 
zupełnie nie z tej ziemi. Czy potrafiłaby odmówić sobie tej radości, gdy ją już poznała? Nie, nie 
zrezygnuje z tego z powodu jakiejś hipotetycznej ugody między Nickiem i Lydią. Będzie o niego 
walczyć.  Pod  warunkiem,  że  nie  ucierpi  na  tym  Ianni.  Jeśli  chłopiec  wybierze  inaczej,  ona  się 
wycofa.   

Wracali przez opustoszałą ulicę. Ianni spał zwinięty w ramionach Nicka. Przy bramie Nick 

spojrzał na Demelzę.   

– Zostaniesz ze mną? – spytał.   
Demelza popatrzyła na śpiące słodko dziecko i pokręciła głową.   
– Nie chciałabym, żeby Ianni zobaczył mnie w twoim łóżku.   
– Ianni cię akceptuje, jakbyś była jego mamą.   
– Ale nie jestem jego mamą i nie chcę mu mieszać w głowie.   
Mówiąc to, łamała sobie serce, czuła się jednak w obowiązku zająć stanowisko. Niczego tak 

nie  pragnęła  jak  wtulić  się  w  Nicka,  leżeć  w  jego  ramionach  cały  ranek,  nasycona  miłością, 
udając, że jest dla niego najważniejsza. Mogła udawać też, że jest matką Ianniego, ale gdyby tak 
postąpiła, zżerałyby ją wyrzuty sumienia.   

– Dobranoc, Nick.   
Patrzył na nią smutno, ledwie musnął jej usta pocałunkiem. Wbiegła na schody. Emocje w 

niej szalały. Spodziewała się, że ta decyzja przyniesie jej spokój. Tak się jednak nie stało.   

Długie, upalne lato raczyło wszystkich bezchmurnym  niebem  i  nieposkromionym  słońcem. 

background image

Ogromna  liczba  pacjentów  zgłaszała  się  do  Demelzy  z  oparzeniem  słonecznym.  Dwie  osoby 
trzeba  było  hospitalizować.  Jedna  z  nich  była  tak  poparzona,  że  musiała  przesunąć  wyjazd  do 
kraju.   

Była dopiero połowa sierpnia, od chłodniejszych dni października dzieliło ich jeszcze kilka 

tygodni. Demelza porządkowała papiery na biurku. Miała za sobą pracowity ranek. Po południu 
chciała odpocząć i zastanowić się nad swoim związkiem z Nickiem.   

Od momentu,  gdy  Lydia poprosiła ją, by się wycofała, Demelza nie była w stanie określić 

swoich uczuć. Instynkt kazał jej walczyć, miłość do Ianniego nakazywała ostrożność i rozwagę. 
Jeśli  Nick  poważnie  myśli  o  scementowaniu  na  nowo  swojej  rodziny,  byłoby  niewybaczalnym 
błędem mu w tym przeszkadzać. Nick nie zmienił się w stosunku do niej, był wciąż opiekuńczy i 
czuły.  Tyle  że  od  czasu  wizyty  Lydii  u  Demelzy  nie  sypiali  już  razem.  Demelza  liczyła,  że 
sytuacja się wyjaśni, tymczasem tkwiła w emocjonalnym zawieszeniu.   

Wyjrzała przez okno na  plażę. Tego jej  tylko brakowało!  Lydia szła do  wody z  Iannim za 

rękę. W drugiej ręce chłopiec niósł nową piłkę. Tego ranka Nick zawiózł  Ianniego do matki, a 
przy  okazji  podrzucił  Demelzę  do  ośrodka.  Demelza  miała  jeszcze  przed  oczami  obraz 
nieskazitelnie  umalowanej  Lydii,  w  jakiejś  oszałamiającej  plażowej  sukni  i  sandałkach,  które 
składały  się  niemal  wyłącznie  z  cieniutkich  paseczków  i  niewiarygodnie  wysokich  obcasów. 
Lydia wybiegła na parking, gdy tylko ich wypatrzyła, i na powitanie zarzuciła Nickowi ręce na 
szyję i pocałowała go. Potem dała Ianniemu nową piłkę, a Ianni skakał z radości.   

Demelza  wciąż  słyszała  radosne  okrzyki  chłopca,  który  domagał  się,  żeby  natychmiast 

ruszali na plażę.   

– Najpierw pójdziesz ze mną do restauracji, dobrze? Na śniadanie – mówiła słodko Lydia. – 

Zamówię ci lody, jeśli masz ochotę.   

Lydia od przyjazdu zarzucała syna prezentami.  Ianni  nie sprzeciwiał  się  już tak stanowczo 

wizytom u matki. Spędzał z nią dnie, ale na noc zawsze wracał do domu.   

Z  jakiegoś  znanego  tylko  sobie  powodu  nie  chciał  zostawać  na  noc  w  jej  luksusowym 

apartamencie. Kilka razy w tygodniu Nick wiózł więc Ianniego do ośrodka, Demelzę natomiast 
roznosiła ciekawość, czy i jak zmieniły się stosunki Nicka z byłą żoną.   

Powtarzała sobie, że prędzej  czy później dowie  się tego, ale ta nadzieja  nie uspokajała jej. 

Kilka razy miała już ochotę zapytać Nicka wprost o jego zamiary. W ostatniej chwili zaciskała 
zęby, by nie psuć tego, co jest między nimi. Nie miała prawa oczekiwać od niego wierności, nie 
miała prawa stawiać mu żadnych warunków.   

Każda  chwila  z  Nickiem  była  wspaniała,  nawet  jeśli  wisiało  nad  jej  głową  zagrożenie,  że 

każda może być ostatnią. Starała się więc żyć i cieszyć tymi chwilami.   

Raptem zadzwonił telefon.   
– Gabinet... Tak, Nick...   
Usiadła wygodnie i wsłuchiwała się w jego głos.   
– Tak, właśnie skończyłam – mówiła. – Mogę przyjechać do szpitala, jeśli jestem potrzebna.   

background image

Nick  jej  potrzebuje!  Czuła  dziwne  mrowienie  w  stopach,  a  w  zasadzie  w  koniuszkach 

palców, które zawsze towarzyszyło jej spotkaniom z Nickiem. Nie miało znaczenia, że chodzi o 
sprawy służbowe.   

Nick,  tak  jak  się  umówili,  czekał  na  nią  w  gabinecie.  Przez  telefon  jego  głos  brzmiał 

oficjalnie. Demelza domyśliła się, że nie jest sam. Wstał, żeby ją przywitać i podszedł do krzesła 
z drugiej strony biurka.   

– Poznała już pani Bryony Driver, siostro – zaczął, wskazując na pacjentkę, która siedziała 

na krześle.   

Demelza uśmiechnęła się. Tak, Bryony była u niej w maju, cierpiała na depresję.   
– Jak się pani czuje? Wygląda pani dużo lepiej niż ostatnio.   
–  Czuję  się  cudownie  –  odparła  Bryony  z  uśmiechem.  –  Ten  psychiatra,  którego  mi  pani 

poleciła, to cudotwórca.   

– Cieszę się. To doktor Capodistrias go polecił. A jak przebiega kuracja? 
– Właśnie o tym musimy porozmawiać. Pani Driver twierdzi, że dalsze leczenie nie jest jej 

potrzebne.  Moim  zdaniem  jest  na  to  za  wcześnie.  Bryony  jest  również  pani  pacjentką,  siostro, 
dlatego  chciałem  się  z  panią  skonsultować.  Problem  w  tym,  że  Bryony  nie  skończyła  nawet 
pierwszego etapu leczenia i...   

– Przepraszam, doktorze – wtrąciła Bryony. – Powiem wam, o co chodzi. Chcę, żebyście to 

oboje usłyszeli. – Zawahała się na moment, spojrzała na Nicka, potem na Demelzę, jakby chciała 
ich  wysondować.  –  No  więc  tak.  Poznałam  mężczyznę...  fantastycznego...  Mamy  romans.  Nie 
chcę, żeby się dowiedział, że leczę się u psychiatry. Pomyśli sobie, że jestem wariatką! Doktor 
Michaelis chce, żebym dalej do niego przychodziła, a ja uważam, że to niepotrzebne. Czuję się 
świetnie, jestem szczęśliwa! 

– Cieszę się, że jest pani szczęśliwa, Bryony – powiedziała Demelza. – Bierze pani jeszcze 

leki uspokajające? 

Bryony posłała jej promienny uśmiech.   
–  Nie.  I  to  jest  najlepsze!  Rzuciłam  je  w  czerwcu,  dwa  tygodnie  po  tym,  jak  poznałam 

Costasa.   

Nick wstał i obszedł biurko. Spojrzał na Bryony z uwagą.   
– Czy mówi pani o tym Costasię, który prowadzi restaurację rybną w porcie? 
Bryony przytaknęła rozpromieniona.   
– Zna go pan? 
–  Od  dziecka.  Jesteśmy  w  podobnym  wieku.  Parę  lat  temu  owdowiał,  matka  pomaga  mu 

opiekować się dwójką dzieci.   

– Cudowni chłopcy! – entuzjazmowała się Bryony. – Zawsze chciałam mieć dzieci, ale mój 

mąż był innego zdania. A ci malcy bardzo mnie polubili, myślę, że Costas poprosi mnie o rękę. 
No i mam kłopot z tym leczeniem. Zapomniałam już, co to jest depresja, chcę żyć.   

– Rozumiem, Bryony, i się cieszę – rzekła ostrożnie Demelza. – Czy Costas tak samo myśli o 

background image

waszym związku? 

–  No  pewnie!  Dlatego  chcę  zakończyć  leczenie.  I  nie  chcę,  żeby  ktokolwiek  wiedział,  że 

byłam pacjentką doktora Michaelisa.   

–  Porozmawiam  z  nim  dyskretnie  –  rzekł  Nick.  –  Poproszę,  żeby  wykreślił  panią  z  listy 

pacjentów. Gdyby jednak poczuła się pani gorzej...   

Bryony obdarzyła go radosnym uśmiechem.   
– Proszę się nie martwić. Mogę spokojnie zapomnieć o doktorze Michaelisie. A czy mogę 

liczyć na dyskrecję? 

– Ma się rozumieć – przyrzekł Nick.   
– Dziękuję. – Bryony wstała, uścisnęła im dłonie i wyszła szybkim krokiem, tak lekko, jakby 

jej wysokie obcasy nie dotykały ziemi.   

Demelza spojrzała na Nicka. Nick ujął jej ręce.   
– Siła miłości – powiedział.   
– Cud, prawda? Myślisz, że jej się uda? Nick wzruszył ramionami.   
–  Kto  to  wie?  Kto  potrafi  przewidzieć  przyszłość?  Demelza  miała  wrażenie,  że  sprawa 

Bryony jest jej bardzo bliska.   

–  A  ten  Costas  to  uczciwy  człowiek?  Nie  oszuka  jej?  To  bardzo  wrażliwa,  niestabilna 

emocjonalnie  kobieta.  Ma  już za  sobą  dość  paskudne  doświadczenie,  mąż  ją zdradzał.  Kolejne 
rozczarowanie mogłoby jej bardzo zaszkodzić.   

Oczy Nicka błyszczały.   
– Costas jest uczciwy. No ale z drugiej strony, jakie ja mam prawo go oceniać? W każdym 

razie nie ma dotąd żadnej plamy na honorze. O ile wiem, był wierny żonie. Co nie znaczy, że nie 
może być niewierny w przyszłości. Miłość to ryzyko. W życiu nie ma nic pewnego.   

Demelza omal nie zadrżała. Czy Nick chce jej coś powiedzieć? Bała się, że zechce wrócić do 

Lydii...   

– Cóż, musi się cieszyć szczęściem, póki ono trwa – powiedziała cicho.   
– Skąd ten pesymizm? Szczęście może trwać wiecznie. Zmusiła się do uśmiechu, który miał 

zatuszować jej prawdziwe uczucia. Nick pochylił się, pomógł jej wstać. Czuła się bezpiecznie w 
jego ramionach. Gdyby tylko miała pewność...   

–  Jest  jeszcze  coś,  o  czym  chciałem  z  tobą  porozmawiać  –  szepnął.  –  Widzę,  że  coś  cię 

dręczy, a tyle czasu już nie byliśmy sami, naprawdę sami.   

– Nick, ja...   
– Posłuchaj. Zawsze, kiedy chcę być z tobą, znajdujesz jakąś wymówkę. Wciąż powtarzasz, 

że Ianni nie powinien widzieć nas razem w... no, w intymnej sytuacji. Dzisiaj Ianni zostaje na noc 
u  Anny.  Urządzają  przyjęcie  urodzinowe  dla  wnuków,  dzieciaki  będą  u  nich  nocować. 
Chciałbym cię zaprosić do nowej restauracji w porcie, a potem może... może poszłabyś do mnie i 
moglibyśmy być sami, naprawdę sami...   

Patrzył na nią tym samym błagalnym wzrokiem, którym spoglądał na nią lanni, kiedy chciał 

background image

coś zyskać.   

–  Bardzo  chętnie  –  wyszeptała,  ignorując  ciche  ostrzeżenie,  które  odzywało  się,  ilekroć 

folgowała pragnieniom serca.   

Nick przechylił głowę i pocałował ją w usta, najpierw delikatnie, a potem pokazał jej, co ją 

czeka później.   

– Nie rozmyślisz się? 
– Dlaczego miałabym się rozmyślić? 
– Nie wiem, wydajesz mi się w tej chwili nieprzewidywalna. Przestałem cię rozumieć.   
– Ja też cię nie rozumiem – przyznała.   
– No to musimy coś z tym zrobić – stwierdził. – Ale nie tutaj. Wieczorem...   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Siedziała przy oknie. Patrząc przez salę i dalej przez otwarte drzwi kuchni portowej tawerny, 

widziała  obracany  wolno  rożen,  na  którym  piekł  się  ociekający  tłuszczem  baran.  Zapach 
pieczonego mięsa i ziół wyraźnie pobudził jej apetyt.   

– Są jeszcze oliwki. – Nick podsunął jej talerz. – Na pewno umierasz z głodu, ja zresztą też.   
–  Właśnie  sobie  uświadomiłam,  że  nie  jadłam  lunchu  –  stwierdziła.  –  Kiedy  wróciłam  ze 

szpitala,  wezwano  mnie  do  ośrodka.  Młoda  kobieta  cierpiąca  na  astmę.  Nie  mogła  oddychać, 
podałam  jej  tlen.  Przyjechała  dziś  rano  i  zapomniała  o  lekach.  Posiedziałam  z  nią  ze  dwie 
godziny.   

– No to zmieścisz solidną porcję jagnięciny. Tutaj lubią ludzi, którzy jedzą z apetytem. Już 

dawno chciałem tu wpaść, ale jakoś ciągle oboje byliśmy zajęci.   

– Mogłeś zaprosić Lydię.   
– Nie rozumiem, czemu stale mi o niej przypominasz.   
– Uniósł brwi. – To jest nasz wieczór.   
– Wiem...   
Żeby tak zdołała całkiem zapomnieć o Lydii! Żeby ta przeklęta kobieta siedziała sobie cicho 

gdzieś  za  morzem,  z  tym  swoim  perfekcyjnym  makijażem,  nieskazitelnym  manikiurem  i 
bezużytecznymi rękami! 

Nick powiedział, że ten wieczór należy do nich. Nie chciała tego psuć. Pragnęła wyrzucić z 

myśli wszystko, co nie pozwala jej skupić się na Nicku, który patrzył na nią pytająco, jakby nie 
wiedział, czego może się po niej spodziewać.   

–  Fantastyczna  tawerna  –  uznała,  rozejrzawszy  się.  –  I  jaki  widok  na  port.  Popatrz  na  te 

mrugające światełka na łodziach. Jesteśmy tak blisko wody, że mogłabym zanurzyć rękę.   

Nick rozciągnął twarz w uśmiechu.   
–  Wychyl  się  przez  okno,  a  ja  potrzymam  cię  za  nogi.  Roześmiała  się  spontanicznie.  Tak 

dobrze jest być znowu blisko niego i  mieć go wyłącznie dla siebie. Rozśmiesza ją, ale czasem 
sprawia też, że łzy napływają jej do oczu. A wszystko przez to, że ona tak bardzo go kocha.   

Spojrzała na spokojną wodę, na łódki kołyszące się w księżycowym blasku. Z różnych stron 

portu  dobiegały  rozmaite  dźwięki,  muzyka  mieszała  się  z  radosnymi  głosami  ucztujących. 
Kopelos to magiczne miejsce! Chciałaby spędzić tam resztę życia, gdyby to było możliwe...   

–  Znów  masz  ten  dziwny  wyraz  twarzy  –  zaczepił  ją  Nick.  –  Trochę  szczęśliwy,  trochę 

smutny. Czym się tak zamartwiasz? 

–  Niczym  –  odparła  natychmiast.  –  Boję  się  tylko,  że  naprawdę  umrę  z  głodu,  nim  coś 

przyniosą. No, nareszcie! 

Kelner  zastawił  ich  stół  jedzeniem.  Stuknęli  się  kieliszkami  i  zabrali  się  za  soczystą 

background image

jagnięcinę.   

–  Pycha  –  stwierdziła  Demelza.  Delikatne  mięso  rozpływało  się  w  ustach.  –  I  fasolka 

ugotowana w sam raz, tak jak lubię. Trochę al denle, dzięki temu nie traci smaku.   

Dwóch kelnerów tańczyło w drugim końcu tawerny, ucząc skomplikowanych kroków grupę 

turystów, która się do nich przyłączyła. Skoczna muzyka dodatkowo poprawiła nastrój Demelzy. 
Podniosła wzrok i natknęła się na oczy Nicka.   

– Jesteś teraz szczęśliwa? – Ujął jej dłoni. Przytaknęła z uśmiechem.   
– Dobrze czasem uciec we dwoje.   
– No, myślę – powiedział i nagle spoważniał.   
– Nick...   
Nie, to nie jest dobry moment, by zapytać go wprost o jego zamiary wobec Lydii. Mogłaby 

się dowiedzieć, że Nick wybrał dobro rodziny. Lepiej nie psuć sobie wieczoru.   

– Tak? 
Czekał na jej odpowiedź. Musiała coś naprędce wymyślić.   
– Cieszę się, że Ianni ma na wyspie rodzinę. Jest jedynakiem,  mógłby się czuć samotny. Z 

tymi wszystkimi ciotkami, wujami, kuzynami to mu nie grozi...   

Nick spojrzał na nią jakoś inaczej.   
–  Mam  nadzieję,  że  doczeka  się  w  przyszłości  sióstr  albo  braci.  To  jedno  z  moich 

najgorętszych życzeń.   

Demelza przełknęła ślinę. Tak, to wystarczający powód, żeby Nick zszedł się z Lydią.   
Kelner postawił tymczasem na stole talerz z pomarańczami.   
– Na koszt gospodarza – powiedział z uśmiechem. – Życzycie sobie państwo kawę? 
Nick  zamówił  małe  filiżanki  greckiej  kawy,  którą  Demelza  polubiła  w  czasie  pobytu  na 

wyspie.   

–  Tak,  bardzo  mi  teraz  smakuje,  a  zaraz  po  przyjeździe  wydawało  mi  się,  że  ma  za  dużo 

goryczki – powiedziała, popijając gęsty ciemny napój.   

– Jesteś już prawie miejscowa  – rzekł  Nick.  – Myślałaś o tym,  żeby zostać w szpitalu, jak 

skończy ci się kontrakt? 

– Kiedy mam ci dać odpowiedź? 
– Do połowy września. Jeśli się nie zgodzisz, dam ogłoszenie. Na wyspie nie ma nikogo o 

takich kwalifikacjach.   

– Powiem ci, jak tylko to przemyślę.   
– A o czym tu myśleć? Sądziłem, że ci się spodobało.   
–  Tak.  –  Wstrzymała  oddech.  –  Ale  chcę  być  pewna  czy...  czy  to  dla  mnie  dobre.  Daj  mi 

trochę czasu.   

I  daj  mi  jakieś  wskazówki,  pomyślała.  Jakie  masz  plany  wobec  Lydii?  Gdy  tylko  się  tego 

dowie, będzie wiedziała, co robić. Za nic w świecie nie zgodzi się być tą drugą.   

Kiedy jechali potem krętą drogą do wioski, Demelza milczała. Nick zaparkował jak zwykle, 

background image

wziął ją za rękę i ruszyli spacerkiem do willi. A gdy znaleźli się na swoim podwórku, Nick wziął 
ją w ramiona.   

–  Zostaniesz  ze  mną  na  noc?  Nie  zmieniłaś  zdania?  Popatrzyła  mu  w  oczy,  wilgotne  ze 

wzruszenia.   

– Nie, nie zmieniłam.   
Ten wieczór jest tylko dla nich. Demelza postanowiła udawać, że nie ma nikogo więcej w ich 

życiu.   

Nick wziął ją na ręce i wniósł do swojego mieszkania, nie puszczając jej, póki nie znaleźli się 

w  sypialni.  Demelza  pociągnęła  go  za  sobą  na  łóżko,  hamowana  namiętność  wybuchła  ze 
zdwojoną siłą. Widziała najpierw zdumienie, a zaraz potem radość w oczach Nicka.   

Dotykał ją na początku tak, że prawie tego nie czuła, ale zaraz potem zdarł z niej sukienkę, 

spragniony  ciepła  jej  skóry.  Demelza  gwałtownie  rozpinała  mu  koszulę.  Po  chwili  ich  ubrania 
leżały już na łóżku i podłodze. Ich nagie ciała spotkały się na wspólnej drodze do tego samego 
celu, i dążyły do niego w tym samym rytmie i tak samo żarliwie. W końcu Demelza krzyknęła z 
radości, pozbawiona trosk, odrodzona.   

Gdy brzask przykucnął na parapecie okna, wtuliła się w Nicka. Nie miała cienia wątpliwości, 

że chce spędzić w ten sposób resztę swoich dni.   

Kiedy obudziła się na dobre, zrzucając z siebie resztki snu, promienie słońca rozgrzały już jej 

ciało.  Czas  wracać  do  rzeczywistości,  myślała,  przeciągając  się,  i  wtedy  Nick  znowu  zaczął  ją 
pieścić.   

– Nick, muszę wstać – szepnęła.   
– Ja też – odparł, całując ją. – Za chwilę...   
Obudził  ją  telefon.  Gdy  Nick  sięgnął  po  słuchawkę,  Demelza  spojrzała  na  zegarek  i 

przeraziła  się.  Natychmiast  wzięła  do  ręki  swoją  komórkę  i  zadzwoniła  do  gabinetu,  by 
zawiadomić Irini, że się spóźni. Mni przyjęła to z całkowitym spokojem i dodała, że Demelza nie 
musi się spieszyć.   

Skończyli swoje rozmowy niemal równocześnie.   
– Jeden z pacjentów po operacji ma krwotok – rzucił Nick w pośpiechu. Wyskoczył z łóżka i 

zbierał ubrania z podłogi. – Muszę pędzić. Mogłabyś odebrać Ianniego od Anny i wziąć go do 
ośrodka? Lydia będzie na niego czekać...   

– Nie ma sprawy.   
Tak, stanowczo wraca do rzeczywistości. Wzywają ich obowiązki. I tylko lekkie mrowienie 

przypominało jej o raju, w którym spędziła noc. Wygrzebała się z łóżka i chwyciła to, co miała 
pod ręką: ręcznik kąpielowy Nicka.   

Owinęła się nim, zawiązując końce.   
– Gdybyś nie zawiązała tak mocno, mógłbym... Posłała mu zagadkowy uśmiech i spojrzała 

mu w oczy.   

– Idź już lepiej. I nie martw się o Ianniego. Zajmę się nim, gdyby Lydia nie miała czasu.   

background image

– Dzięki. – Pocałował ją w przelocie i pognał do wyjścia.   
Słyszała  jego  kroki  na  podwórku,  potem  trzaśniecie  bramy.  Przysiadła  na  skraju  łóżka  i 

siedziała tak kilka chwil, pozwalając sobie na pewien luksus. Luksus marzeń. Wyobraziła sobie, 
że  jest  żoną  Nicka,  spędza  każdą  noc  wtulona  w  jego  ramiona,  kocha  się  z  nim,  kiedy  tylko 
przyjdzie im na to ochota. W tym marzeniu występowały też dzieci, nie tylko Ianni, jeszcze jakaś 
dwójka... może dziewczynka...   

Demelza  potrząsnęła  głową  i  ruszyła  do  łazienki.  Ciepła  woda  spadała  na  nią  kaskadą, 

pomagając jej wrócić do normalności. Owszem, chętnie zostałaby na zawsze w świecie marzeń, 
lecz nie wolno jej tam zostać. Ani chwili dłużej. Marzenia nie rozwiążą jej problemów.   

Anna wyszła przywitać Demelzę na schody domu, który sąsiadował z tawerną.   
– Kali mera, Demelzo. Dzień dobry. Demelza uśmiechnęła się do niej.   
– Kali mera, Anno. Anna wzięła ją za rękę.   
–  Wejdź,  właśnie  zrobiłam  kawę,  na  pewno  zdążysz  wypić.  Niedobrze  tak  ciągle  się 

spieszyć.  To  Kopelos,  nie  Anglia.  Ianni  jest  jeszcze  w  piżamie,  na  górze.  Usiądź.  Upiekłam 
ciastka. Spróbuj, z domowym dżemem morelowym...   

Bardzo  trudno  było  wyrwać  się  z  domu  Anny.  Demelza  musiała  uwierzyć  Irini  na  słowo  i 

liczyć na to, że naprawdę sobie radzi.   

– Nie przejmuj się pracą – mówiła Anna. – Giorgio zawiezie cię potem na plażę.   
Demelza  piła  kawę,  czując  na  sobie  wzrok  Anny.  Starsza  kobieta  pochyliła  się  ku  niej 

konspiracyjnie i zniżyła głos.   

– Jak ci się podoba Lydia? 
– No... – Demelza spojrzała na Annę, szukając słów. Zresztą nie były potrzebne, jej wahanie 

było bardzo wymowne.   

–  No  właśnie  –  skwitowała  Anna  triumfalnie.  –  Nic  nie  mów,  widzę  wszystko  w  twoich 

oczach. Nigdy nie pojmę, czemu Nick się z nią ożenił. Od razu wiedzieliśmy, że to nie przetrwa. 
Taka  byłam  szczęśliwa,  kiedy  usłyszałam,  że  się  rozwiedli.  Gdyby  nie  Ianni...  Ale  Nick  jest 
bardzo dobrym ojcem.   

Demelza przełknęła kawałek ciastka i popiła łykiem kawy. Lubiła Annę. Łączyła je miłość 

do  Nicka  i  wrogość  do  Lydii.  Stwierdziła,  że  może  spokojnie  otworzyć  serce  przed  tą  starszą, 
bardziej doświadczoną kobietą.   

– Tak, jest dobrym ojcem – zaczęła ostrożnie. – Ale dziecko powinno mieć dwoje rodziców, 

prawda? Lydia mi mówiła, że zaprosił ją tu, żeby się z nią pogodzić.   

– Nigdy! – Anna walnęła ręką w stół, aż zabrzęczały filiżanki.  – Mój Nico nie chce już tej 

obłudnicy. Okłamała cię. Znamy te jej sztuczki. Wyszła za niego tylko po to, żeby mieć ten... no, 
jak to się nazywa po angielsku? Mężczyznę, który będzie płacił jej rachunki.   

–  Myślałam,  że  jest  znaną  modelką,  że  robi  karierę  –  rzekła  niewinnie  Demelza,  pragnąć 

wyłuskać jak najwięcej informacji.   

–  Karierę?  Jaką  karierę?  Jak  miała  siedemnaście  lat,  wygrała  konkurs  piękności  w  jakiejś 

background image

dziurze. Raz czy dwa miała pracę w domu handlowym, prezentowała nowe kolekcje przez dzień 
czy  dwa.  Nic  na  tym,  nie  zarobiła.  Wymyśla  to  wszystko.  Ją  interesuje  tylko  jedno  zajęcie: 
zakupy. Nowe ubrania i kosmetyki, żeby wyglądać coraz lepiej i coraz młodziej.   

– Myślisz, że Nick nie chce się z nią pogodzić? 
– Ale skąd! To ona chce go znowu złapać, i nie będzie przebierać w środkach.   
– Dziękuję, Anno – rzekła cicho Demelza. – Uspokoiłaś mnie. Lydia kazała mi się wycofać, 

mówiła, że rozbijam rodzinę.   

– Ianni chce być z Nickiem i z tobą. Powiem ci coś. To był mój pomysł, żeby Ianni został u 

nas na noc. Patrzę na was i wiem, że jesteście dla siebie stworzeni. To samo widziałam, patrząc 
na ojca Nicka, mojego ukochanego brata Andreasa i jego Lucy. To było prawdziwie niebiańskie 
małżeństwo... i oboje są teraz w niebie. – Anna sięgnęła po chusteczkę i wytarła oczy. – Obiecaj 
mi, że wyjdziesz za Nicka.   

–  Anno,  Nick  i  ja  jesteśmy  tylko  przyjaciółmi  –  powiedziała  Demelza.  –  No,  może  ciut 

więcej...   

Anna uśmiechała się od ucha do ucha.   
– Dużo więcej! Nie miałabyś tego blasku, gdybyś poszła wczoraj grzecznie sama spać. Więc 

kiedy Nico poprosi cię...   

– Najpierw muszę wiedzieć, jakie są jego prawdziwe zamiary wobec Lydii.   
– Nie ma żadnych. Zapytaj go. No idź, zapytaj.   
– To nie takie proste, Anno. Nie chcę go do niczego zmuszać. Cześć, Ianni! 
Demelza  odetchnęła.  Ianni  wybawił  ją  z  dość  kłopotliwej  sytuacji.  Dla  Anny  sytuacja 

Demelzy była czarno-biała. A przecież należało wpierw zbadać te wszystkie szarości.   

Ianni wpadł w ramiona Demelzy. Wyściskała go i podniosła wzrok na Annę. Ta patrzyła na 

nich z szerokim uśmiechem.   

–  Doskonale  –  szepnęła.  –  Zobaczysz,  że  wszystko  będzie  doskonale.  Najpierw  tylko 

musisz...   

– Najpierw muszę jechać do ośrodka – dokończyła czym prędzej Demelza. – Irini jest sama 

i...   

–  Och,  Irini  to  bardzo  zdolna  dziewczyna,  skończyła  z  nagrodą  szkołę  pielęgniarską  w 

Atenach.  Wróciła  na  wyspę  tylko  dlatego,  że  jest  związana  z  Demetriusem  ze  wsi.  Możesz 
spokojnie zostawić gabinet na jej głowie. Pamiętam jeszcze jej pierwszy dzień w naszej wiejskiej 
szkole...   

– Zdaje się, że mam cię podwieźć do ośrodka? – wtrącił Giorgio, wchodząc do pokoju.   
– Tak, będę wdzięczna. – Demelza podniosła się z uśmiechem. – Dziękuję, Anno. Miło się 

rozmawiało i...   

–  I  pomyśl  o  tym,  co  ci  powiedziałam.  Zrób  coś  z  tym,  dobrze?  –  powiedziała  starsza 

kobieta.   

– Będę musiała.   

background image

Anna otworzyła szeroko ramiona.   
– O czym tu myśleć? 
– Daj dziewczynie spokój, Anno – wtrącił jowialnie Giorgio. – Nie wiem, o czym mówisz, 

ale pozwól jej samej podjąć decyzję. Chodźmy, Demelzo.   

– Zostaniesz w ośrodku z mamą, Ianni? – spytał Giorgio, gdy znaleźli się już w samochodzie 

na krętej drodze.   

– Tylko w dzień – odparł cicho Ianni. – Nie lubię tam zostawać na noc.   
– A to czemu? – spytał znów Giorgio.   
Demelza zauważyła, że Giorgio zwolnił. Zbliżali się do celu, Giorgio wyraźnie chciał zyskać 

trochę czasu na rozmowę.   

Chłopiec skrzywił się, myśląc nad odpowiedzią.   
– Powiem ci, wujku. Demelzie też powiem. Tylko nie tacie, bo tata byłby zły.   
– Byłby na ciebie zły? – zdziwił się Giorgio. Zatrzymał wóz w końcu parkingu, i odwrócił 

się do chłopca z zachęcającym uśmiechem. Wszyscy troje siedzieli na przednim siedzeniu jeepa. 
Demelza położyła dłoń na ręce chłopca. Ścisnęła jego palce, a on zaczął mówić: 

– Mama ma okropnego narzeczonego – powiedział powoli. – Krzyczał na mnie i przeklinał. 

Kazał mi... sobie iść. Jak zostaje z mamą na noc, to strasznie chrząka, słyszę przez ścianę różne 
śmieszne głosy. Tylko nie mówcie tacie, bo przyjedzie i będzie się kłócił z tym panem i mama 
będzie płakać tak jak wtedy, kiedy mieszkali razem. Kiedyś, jak tata był w nocy w szpitalu, to do 
mamy przyszedł narzeczony, a potem przyszedł tata i wszyscy krzyczeli...   

Ianni  obrócił  się  do  Demelzy  i  zaczął  popłakiwać.  Przytuliła  go  i  głaskała.  Kiedy  się 

uspokoił, wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła mu twarz.   

–  Jak  się  nazywa  ten  narzeczony,  który  przychodzi  do  mamy  w  ośrodku?  –  spytał  bardzo 

spokojnie Giorgio.   

Ianni skrzywił się.   
– Mama mówi do niego Danny. W dzień pilnuje basenu albo sali gimnastycznej, a w nocy, 

jak jest ciemno, przychodzi do mamy. Ona go chyba lubi, ale ja go nie lubię i on mnie chyba też 
nie.   

Twarz Giorgia poszarzała jak  gradowa chmura.  Wysiadł z samochodu i  zniósł Ianniego na 

ziemię, a kiedy chłopiec odszedł parę kroków, Giorgio szepnął do Demelzy: 

– Lydia znowu stosuje swoje stare sztuczki. Pięciu minut nie wytrzyma bez chłopa. Kłopot w 

tym, że szuka gościa z pełnym portfelem, a Danny jest goły. Dlatego próbuje wkręcić się w łaski 
Nicka. Nie ma szans, nie wiem, czemu jeszcze tu siedzi. Ianni jest tylko pretekstem. Gdyby Nick 
ją przyjął, zaraz pokazałaby, na czym jej naprawdę zależy.   

Demelza zadrżała.   
– Zaprowadzę Ianniego do Lydii.   
– Uważaj, Demelzo, tej kobiecie nie można ufać.   
– Wiem – przyznała. – Mam tylko nadzieję, że nie zaniedbuje syna.   

background image

– Pogadam z Nickiem o tym jej narzeczonym.   
– Ale Ianni prosił, żeby nic nie mówić. Obawiam się, że skończyłoby się sceną.   
Giorgio uniósł ramiona.   
– Ktoś musi mu to powiedzieć. Im szybciej Lydia wyjedzie, tym lepiej.   
Demelza pożegnała się  z Giorgiem i  pospieszyła do chłopca, który czekał  na nią na skraju 

parkingu. Ianni niechętnie ciągnął nogami po piaszczystej ścieżce.   

– Muszę być z mamą cały dzień? – spytał cicho.   
–  Mama  tęskni  za  tobą  i  czeka  –  odparła  Demelza,  pełna  współczucia  dla  chłopca.  – 

Wieczorem wrócisz do domu.   

– Będziesz w domu? 
– Tak, będę. – Podjęła decyzję. Przyszedł czas na ostateczne rozstrzygnięcia.   
Zatrzymała się przed apartamentem Lydii. Wszystkie okna były jeszcze zasłonięte, a minęło 

już  wszak  południe.  Poza  tym  Lydia  spodziewała  się  syna,  więc  tym  bardziej  było  to  dziwne. 
Demelza podeszła do drzwi i zapukała.   

Lydia uchyliła drzwi, patrząc na nią na wpół przytomnie, okryta przezroczystym szlafrokiem.   
– Mówiłam, żeby nie mi nie przeszkadzać... Ach, to ty. I Ianni! Przecież Anna dzwoniła rano 

i mówiła, że Ianni zostanie dzisiaj u niej. Jeszcze się nie ubrałam...   

–  Czy  to  kelner?  W  samą  porę!  –  Za  plecami  Lydii  wyrósł  nagle  muskularny,  opalony 

mężczyzna w jaskrawych bokserkach. – A, to ten mały. Mówiłaś, że dzisiaj nie przyjdzie.   

– Bo tak miało być – odparła szybko Lydia.   
Ianni ściskał mocno dłoń Demelzy i schował się za nią.   
– Nie zostawiaj mnie – szepnął. – To ten narzeczony.   
– Widzę, że jesteś bardzo zajęta, Lydio – stwierdziła Demelza. – Wezmę Ianniego do siebie.   
Odwróciła się i odeszła z Iannim szybkim krokiem.   
– Demelzo, zaczekaj! – wołała za nią Lydia przerażonym głosem. – Wyjaśnię ci! 
– Nie wątpię – syknęła Demelza przez zęby.   
– Naprawdę mogę z tobą zostać? – pytał lanni, biegnąc, by za nią nadążyć. – Pomogę ci w 

pracy. Jak urosnę, będę lekarzem tak jak tata. Umiem zakleić plastrem przecięty palec.   

Demelza czule ścisnęła jego małą dłoń.   
– Oczywiście, że możesz ze mną zostać.   
Weszli do gabinetu. Irini stała za parawanem pochylona nad leżącą na kozetce pacjentką.   
– Ianni, posiedzisz z Irini w recepcji, dobrze? Narysuj mi coś – poprosiła Demelza, dając mu 

ołówek i papier.   

Przed  wyjściem  Irini  przekazała  jej  informacje  na  temat  pacjentki.  Była  to 

dziewiętnastoletnia dziewczyna o imieniu Selina. Przyjechała na Kopelos z chłopakiem i dwójką 
przyjaciół. Tego ranka poczuła się źle i nie pojechała z nimi na sąsiednią wyspę. Skarżyła się na 
bóle brzucha.   

– Powiedz mi, gdzie dokładnie cię boli – poprosiła Selinę Demelza, badając jej brzuch. Jej 

background image

doświadczone  palce  uciskały  lekko  napiętą  skórę.  Kiedy  nacisnęła  prawą  dolną  część  brzucha, 
Selina zawyła z bólu.   

– Przepraszam. Muszę to sprawdzić. Oddychaj głęboko, dam ci środek przeciwbólowy.   
Puls  dziewczyny  był  słaby  i  przyspieszony.  Selina  miała  też  niebezpiecznie  wysoką 

gorączkę.   

– Zawiozę cię do szpitala – powiedziała Demelza. – Chcę, żeby zbadał cię lekarz.   
Dość szybko złapała telefonicznie Nicka.   
– To może być wyrostek albo ciąża pozamaciczna – oznajmiła. – Tak czy owak, powinieneś 

jak najprędzej ją zobaczyć.   

–  Zaraz  zadzwonię  do  Stavrosa,  a  ty  w  międzyczasie  przygotuj  pacjentkę  –  odparł 

natychmiast Nick.   

– Aha, jeszcze jedno. Ianni jest ze mną. Lydia była... nie spodziewała się go dzisiaj i... była 

zajęta.   

– Przecież umówiliśmy się wczoraj! 
– To nieporozumienie. Anna dzwoniła do niej i odwołała wszystko.   
– Nie wiem, po co miałaby robić coś takiego. Demelza wiedziała, po co, ale nie było teraz 

czasu, żeby oświecać Nicka.   

– To na razie.   
 
Ianni  siedział  w  szpitalnej  recepcji.  Kończył  rysunek,  który  zaczął  w  gabinecie  Demelzy. 

Były  z  nim  dwie  młodziutkie  pielęgniarki,  które  rozpieszczały  go  jak  mogły.  Nick  i  Demelza 
pochylali się nad pacjentką w małym pomieszczeniu przed salą operacyjną. Nick stwierdził, że 
Selinę trzeba operować.   

Z odpowiedzi Seliny i na podstawie objawów klinicznych doszli do wniosku, że dziewczyna 

jest w ciąży pozamacicznej. Powiedziała im, że od dwu miesięcy nie ma okresu, liczyła na to, że 
jest w ciąży, oboje z narzeczonym bardzo pragnęli dziecka.   

Demelza przypatrywała się młodej pacjentce. Jeśli ją dobrze zdiagnozowali, rozwijający się 

w niewłaściwym miejscu płód stanowił zagrożenie dla jej życia.   

Demelza  zgodziła  się  asystować  przy  zabiegu.  Była  to  zresztą  zupełnie  naturalna  kolej 

rzeczy. Anestezjolog przygotowywał ogólną narkozę. Demelza i Nick, przebrani i gotowi, weszli 
na salę operacyjną. Kiedy po chwili Nick zlokalizował miniaturowy płód, Demelza spojrzała na 
niego. Stan pacjentki był naprawdę poważny.   

– Muszę wyciąć jajowód – stwierdził cicho Nick. – Nie da się go uratować. Nie odbierze to 

możliwości zajścia w ciążę za jakiś czas. Zostanie jej jeszcze drugi, sprawny.   

Demelza zgodziła się z nim.   
– Trudno to potem wytłumaczyć pacjentkom – dodała tylko z żalem.   
–  Chciałbym  cię  prosić,  żebyś  mi  w  tym  pomogła  –  rzekł  Nick,  patrząc  na  nią  znad 

chirurgicznej maski.   

background image

Demelza  odczekała  kilka  godzin  po  przebudzeniu  Seliny  z  narkozy.  Dopiero  wówczas 

powiedziała jej, że płód rozwijał się poza macicą i trzeba go było usunąć, wraz z uszkodzonym 
nieodwracalnie jajowodem. Selina uniosła się znad poduszek, przytuliła się do Demelzy i załkała 
cicho.   

– Masz jeszcze drugi, zdrowy jajowód, Selino. Możesz mieć dziecko, tylko najpierw nabierz 

siły – dodał Nick.   

– Nie planowaliśmy tego dziecka – powiedziała Selina. – Ale kiedy zaczęłam podejrzewać, 

że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyłam. Mark chciał, żebyśmy pobrali się zaraz po powrocie z 
wakacji.   

– Mark tu jest – rzekła Demelza. – Chcesz się z nim teraz widzieć? 
Selina uśmiechnęła się smutno.   
– Tak, proszę.   
Nick wyszedł po młodego człowieka, który natychmiast podbiegł do łóżka Seliny i przytulił 

ją, szepcząc jej czule do ucha. Nick objął ramieniem Demelzę.   

– Czas na nas.   
Spojrzał na siostrę, która stawiła się na nocnej zmianie, i powiedział jej coś po grecku.   
–  Prosiłem,  żeby  zadzwoniła  do  mnie  na  komórkę,  gdyby  coś  się  działo  –  wyjaśnił, 

wychodząc z Demelzą z oddziału.   

Nick  niósł  śpiącego  syna  na  rękach.  Jeszcze  przed  operacją  spytał  Ianniego,  czy  nie  ma 

ochoty  pobawić się z  Lefterisem  u  Kateriny, ale  Ianni  upierał  się, żeby zostać w szpitalu,  jeśli 
zostaje tam także Demelza.   

– Nigdy nie był taki uparty i do nikogo się tak nie przylepiał – szepnął Nick, kładąc chłopca 

na tylnym siedzeniu samochodu. – Nie wiesz czasem, co mu się stało? 

Usiadł  za  kierownicą.  Demelza  zapięła  pas.  Miała  wielką  ochotę  oświecić  Nicka, 

powstrzymywała ją przed tym wyłącznie prośba Ianniego.   

– Nie jestem pewna – wyznała, zwlekając z odpowiedzią.   
– Co to za sekrety? – spytał Nick, zapalając silnik. Ruszyli w ciemność, opuszczając cichy o 

tej  porze  szpital,  z  którego  okien  padało  przytłumione  światło  nocnych  lamp.  –  Ty  coś  wiesz. 
Podejrzewam,  że  ma  to  związek  z  Lydią  i  chyba  domyślam  się,  o  co  chodzi.  Jeśli  ma  to  jakiś 
wpływ na Ianniego, bardzo cię proszę, żebyś tego nie ukrywała.   

– Nie wiem, ile mogę ci powiedzieć. – Spojrzała na jego surowy profil. Nick skręcił w pustą 

wiejską uliczkę. – Czy rozmawiałeś dzisiaj z Giorgiem? 

– Demelzo, cały dzień spędziłem w szpitalu. Powiedz mi, o co chodzi.   
Bała  się.  Nick  mówił  takim  ostrym  tonem.  Przypomniała  sobie,  jak  Ianni  przedstawiał 

rozgniewanego ojca.   

– Najpierw połóżmy Ianniego do łóżka – oznajmiła.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Demelza  szczelnie  otuliła  Ianniego  bawełnianym  nakryciem.  Kiedy  go  pocałowała  w 

policzek, poruszył się lekko, ale się nie obudził.   

– Śpi jak suseł – powiedziała, wracając do salonu. Nick podniósł na nią wzrok.   
– Chodź tu i  powiedz mi,  co go tak zdenerwowało.  Demelza celowo usiadła na krześle po 

drugiej  stronie  małego  stolika.  Chciała  widzieć  reakcję  Nicka  na  swoje  słowa,  na  relację  ze 
spotkania z Lydią. Miała tylko nadzieję, że Nick nie podniesie głosu i nie zbudzi syna.   

– Napijesz się wina? – spytał jak uprzejmy gospodarz.   
– Może później.   
Czuła, że mimo iż w pokoju jest ciepło, atmosfera wyraźnie się ochłodziła. Odchrząknęła.   
– Ktoś był u Lydii, kiedy do niej zapukaliśmy. Nick zmarszczył czoło.   
– Ten chłopak z basenu? Wysoki, około dwudziestki, długawe jasne włosy...   
Demelza patrzyła na niego osłupiała.   
– To wiesz o nim? Westchnął zrezygnowany.   
–  Lydia  zawsze  kogoś  ma.  Teraz  jest  akurat  Danny.  Niestety,  Danny  ma  tylko  młodość  i 

urodę, nie przyda jej się na długo.   

–  Giorgio  mówił  to  samo.  Powiedział,  że  Lydia  szuka  bogatego  sponsora.  Chciał  z  tobą  o 

tym porozmawiać, ale...   

– Demelzo, ja ją świetnie znam! Udawałem tylko przez wzgląd na Ianniego. Starałem się być 

miły,  a  to  wcale  nie  przychodziło  mi  łatwo,  wierz  mi.  Ale  nie  wolno  mi  odmawiać  Ianniemu 
kontaktu z matką. Łudziłem się, że tym razem może się dogadają. Chyba się nie udało. Dlatego 
dałem jej sygnał do wyjazdu.   

– To znaczy? 
–  Odmówiłem  dalszego  płacenia  za  jej  apartament.  Płaciłem,  póki  była  jakaś  szansa  na 

porozumienie między nią a Iannim. Kiedy dowiedziałem się o Dannym, sytuacja się zmieniła. W 
przyszłym tygodniu Lydia wraca do Anglii.   

– Kiedy się dowiedziałeś? 
–  Podejrzewałem  to  od  początku,  kiedy  Ianni  powiedział,  że  nie  chce  tam  nocować.  Nie 

chciałem go pytać o szczegóły, sam się domyślałem. Poprosiłem kogoś z obsługi, żeby przyjrzał 
się Lydii, i od nich usłyszałem o jej nowej zabawce. Wtedy postanowiłem, że Ianni będzie z nią 
spędzał tylko kilka godzin w dzień. Lydia zazwyczaj przyjmuje swoich gości w nocy. Gdybym 
choć przez chwilę przypuszczał...   

– Lydia nie spodziewała się dziś Ianniego – odezwała się Demelza – dlatego Danny jeszcze z 

nią  był.  –  Urwała  na  moment.  –  Lydia  przyszła  do  mnie  wkrótce  po  przyjeździe  –  podjęła.  – 
Usiłowała mnie przekonać, że jest idealną żoną i że to twoja niewierność była powodem waszego 

background image

rozwodu.   

Nick ściągnął brwi i wykrzywił usta z niesmakiem.   
–  Tak,  ona  umie  zmyślać.  Każdy,  kto  ją  pozna,  szybko  spostrzega,  że  Lydia  kłamie 

nałogowo. Przykro mi, że cię nachodziła, że cię przed tym nie ustrzegłem. Wiem, że nie brakuje 
jej jadu, i że od początku uznała cię za rywalkę.   

– Wiedziałeś, że chce cię skłonić do powrotu? 
–  Oczywiście!  Ona  jest  sprytna,  ale  ja  ją  widzę  na  wylot.  To  jej  odgrywanie  bezradnej 

dziewczynki! Można by się z tego śmiać w innej sytuacji. Wypróbowała już na mnie chyba cały 
arsenał swoich sztuczek i musi wreszcie pojąć, że nie chcę jej już znać. Moja uprzejmość jej nie 
oszuka. Ona wie, że robię to dla syna, a jeśli jej w ogóle zaświtało, że mógłbym coś do niej czuć, 
to  jest  to  wyłącznie  myślenie  życzeniowe.  –  Patrzył  na  Demelzę  strapiony.  –  To  Danny  tak 
zdenerwował Ianniego? 

– Ianni powiedział mi, że go nie lubi – odparła. – Nie chciał, żebym ci o tym mówiła. Bał się, 

że będziesz krzyczał na Lydię, że ona się rozpłacze...   

– O mój Boże, ile on przeze mnie wycierpiał... – Nick zawiesił głos.   
Demelza poderwała się, okrążyła stolik i przytuliła Nicka.   
– To nie twoja wina, z tobą jest szczęśliwy. Nick podniósł głowę.   
–  Dlatego  rozwiodłem  się  z  Lydią.  Kiedy  ją  dobrze  poznałem,  stała  mi  się  kompletnie 

obojętna. Stwierdziłem, że lepiej będzie dla Ianniego, jeżeli będzie się wychowywał bez kłótni i 
złości.   

–  Lydia  mówiła,  że  oboje  chcecie  odbudować  wasz  związek.  Bałam  się,  że  wasze  częste 

spotkania doprowadzą do tego. I że ja... – Urwała, napłynęły przykre wspomnienia.   

Teraz Nick wziął ją w ramiona.   
– Szkoda, że mnie nie było przy tej rozmowie. Ale znów gdybym był, nie odważyłaby się tak 

bezczelnie kłamać. Jesteś jedyną kobietą, której  pragnę. Chcę, żebyśmy byli razem, na zawsze. 
Czy mogę mieć nadzieję? Próbuję ci powiedzieć... Wyjdziesz za mnie? 

Spojrzała na niego. Serce biło jej tak szybko, że była przekonana, iż nawet Nick je słyszy. 

Tak bardzo czekała na te słowa i tak bardzo bała się, że nigdy ich nie usłyszy.   

– Tak – odparła szeptem, widząc, jak twarz Nicka rozpromienia się natychmiast. – A co na to 

Ianni? – zapytała chwilę później.   

Nick uśmiechał się radośnie.   
–  Będzie  w  siódmym  niebie!  Jest  tobą  zachwycony.  Nie  mógłby  sobie  wymarzyć  lepszej 

matki.   

– Nie mów tak – wtrąciła czym prędzej. – Nie próbowałam zastąpić mu matki, ja tylko...   
– Nie ty go urodziłaś, ale to ty znalazłaś drogę do jego serca.   
Demelza  podniosła  wzrok  na  Nicka.  Spełniło  się  jej  marzenie.  I  nie  zamierzała  już  nigdy 

trapić się tym, że wychodzi za mąż za kogoś, kto miał już żonę.   

–  Zostaniesz  ze  mną  na  noc?  –  spytał  cicho  Nick,  kładąc  ją  na  chłodnym  bawełnianym 

background image

prześcieradle. – Jesteśmy już zaręczeni, nie musimy się ukrywać przed Iannim.   

Uśmiechnęła się do niego i powoli zaczęła rozpinać mu koszulę.   
– Zostanę. Na zawsze...   
Różowa  poświata  porannego  słońca  wkradła  się  przez  otwarte  okno  i  próbowała  wpełznąć 

pod  jej  powieki.  Demelza  powoli  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  leżącego  obok  Nicka. 
Uśmiechał się przez sen, jakby wspominał ich namiętną noc.   

Nie przypuszczała dotąd, że można tak kochać, iż żal zasnąć choćby na sekundę. Zasypiała 

na  chwilę,  by  poczuć  zaraz  pieszczotę  rąk  Nicka,  obracała  się  do  niego  i  znowu  stawali  się 
jednością, która odrywa się od ziemi.   

Ciszę  poranka  przeciął  dźwięk  telefonu.  Demelza  westchnęła.  Czas  wracać  na  ziemię.  Nie 

można,  niestety,  spędzić  życia  w  chmurach.  Nick,  postękując,  wyciągnął  po  omacku  rękę, 
szukając telefonu koło łóżka.   

–  Nick  Capodistrias  –  mruknął  półprzytomnie.  –  A,  Giorgio.  –  Przerzucił  się  na  grecki  i 

mówił jak zwykle tak szybko, że Demelza nie była w stanie za nim nadążyć. Potem roześmiał się 
i  skończył  rozmowę.  –  Wuj  Giorgio  przesyła  ucałowania,  kazał  ci  przekazać,  że  jest  bardzo 
szczęśliwy.   

– Powiedziałeś mu, że się pobieramy? 
Mówiąc te słowa, jeszcze nie bardzo w nie wierzyła.   
– No, oczywiście. Zresztą właśnie w tej sprawie dzwonił. Kazał mi pozbyć się Lydii i ożenić 

się  z  tobą.  Poinformowałem,  że  już  się  tym  zająłem.  Pobiegł  zawiadomić  Annę,  która  zaraz 
obejdzie wioskę i zaprosi wszystkich na wesele.   

– Przecież nie ustaliliśmy jeszcze daty.   
– Im szybciej, tym lepiej. Może wrzesień? Demelza wstrzymała oddech.   
– Raczej październik. Skończą się upały, a ja będę miała czas, żeby się przyzwyczaić do tej 

myśli, że zostanę panią Capodistrias. Trzeba też wybrać kościół i salę na przyjęcie...   

– To już postanowione. Anna i Giorgio uważają, że najlepszy będzie kościół na wzgórzu nad 

portem,  gdzie  moi  rodzice  brali  ślub.  A  przyjęcie  urządzimy  oczywiście  w  tawernie  Giorgia. 
Uprzedzam cię, że greckie wesela trwają nawet kilka dni.   

–  Może  powinniśmy  obudzić  Ianniego  i  wszystko  mu  powiedzieć?  –  spytała  radośnie 

Demelza.   

Nick przytulił ją z figlarnym uśmiechem.   
–  Jeszcze  nie.  To  jest  nasz  czas.  Trzeba  też  zastanowić  się,  kiedy  powiększymy  rodzinę. 

Chyba chcesz mieć dzieci? 

Otarła się o niego pieszczotliwie.   
– No pewnie, całą armię.   
– No to do roboty.   

background image

EPILOG 

 

–  Wiesz,  jakoś  mi  się  nie  mieści  w  głowie,  że  jesteśmy  już  rok  po  ślubie  –  zauważyła 

Demelza, przenosząc prezenty otrzymane z okazji rocznicy ślubu ze stołu w salonie do sypialni. 
–  Wszyscy  byli  dzisiaj  tacy  mili,  ale  bałam  się,  że  nigdy  sobie  nie  pójdą.  –  Padła  na  łóżko, 
zrzucając pantofle. – Potwornie niewygodne. Pewnie przesadnie eleganckie, ale chciałam dobrze 
wyglądać. No a ta sukienka! Myślisz, że uda nam się wymknąć wcześniej od Giorgia? 

Nick przysiadł obok niej na łóżku.   
– Nie widzę takiej szansy. Rocznice ślubu świętuje się tutaj równie hucznie jak śluby. Nasze 

wesele ciągnęło się prawie tydzień, pamiętasz? 

Roześmiała się i  zaczęła rozpinać stanik jedwabnej  sukienki,  którą zaprojektowała i  uszyła 

dla niej Katerina.   

– Przepiękna suknia. Ale za ciepła, nawet na październik.   
– Pomogę ci, kochanie – zaoferował się Nick, zabierając się za obszyte jedwabiem guziki.   
– Nie powinnam się rozbierać, jeżeli mamy znowu wyjść.   
Nick uśmiechnął się chytrze.   
– Mamy chwilkę na krótką sjestę. Kiedy przyjdzie Katerina z dziećmi? 
– Błagała mnie, żebym  oddała bliźniaczki pod jej opiekę na parę godzin, żeby jej dzieci je 

poznały. A Ianni, oczywiście, nie spuszcza ich z oka, więc też poszedł do Kateriny.   

Nick oparł się na poduszkach i objął żonę.   
– Jest bardzo dumny ze swoich siostrzyczek.   
– Cieszę się, że ich nie odrzucił. Teraz chyba jeszcze bardziej je polubił. Lucy i Anna mają 

już cztery miesiące i zaczynają przypominać” ludzi. Najlepsze przed nami.   

Nick westchnął.   
– Moja matka byłaby bardzo dumna, że wnuczka nosi po niej imię.   
– A znów Anna oszalała na punkcie małej  Ani. Nick przewrócił się na bok. Wsparł  się na 

łokciu i patrzył na żonę z czułością, która zawsze ją rozbrajała.   

–  No,  w  każdym  razie  zrobiliśmy  dobry  początek  –  uznał.  –  Kiedy  nabierzesz  siły  po 

bliźniaczkach, moglibyśmy powiększyć jeszcze naszą rodzinę o jedno czy dwoje...   

Demelza zaśmiała się podejrzanie.   
– Na pewno da się to zrobić, doktorze. Prawdę mówiąc, już się zrobiło.   
Nick otworzył szeroko oczy.   
– To znaczy... Co to właściwie znaczy? 
– Robiłam sobie rano test ciążowy, ale nic nie mówiłam. Chciałam, żeby bliźniaczki miały 

dzisiaj swoje święto.   

Nick przyciągnął ją i pocałował gorąco.   

background image

– Jesteś cudowna! Uśmiechnęła się.   
– Nie zrobiłam  tego sama. Pamiętam, kiedy poczęły się bliźniaczki.  To musiało  być w ten 

ostatni  wrześniowy  wieczór,  kiedy  wybraliśmy  się  na  dziką  plażę,  żeby  popływać,  a  potem... 
Dobrze, że nikt nie porównywał daty ich narodzin z datą ślubu.   

–  Daję  ci  słowo,  że  wszyscy  wszystko  dokładnie  policzyli,  ale  czy  to  najważniejsze?  – 

Spojrzał jej prosto w oczy. – Czy w dalszym ciągu wyznajesz tę teorię na temat kochania się w 
ciąży? 

– Że zdrowej kobiecie seks w ciąży przynosi same korzyści? Przetestowałam ją już.   
– Tak, właśnie tę. Wtuliła się w niego.   
– Zawsze można ją sprawdzić jeszcze raz.