background image

Margaret Barker

Dzika plaża

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Jacky zerknęła na  nowego lekarza  z  oddziału  ratownictwa medycznego i  krew odpłynęła 

jej  z  twarzy.  Pierre.  Nie  spodziewała  się,  że  spotkają  się  po  tylu  latach,  na  dodatek  tu,  w 

gabinecie Marcela. Co za początek dnia! 

- Dziwne - mruknęła zaintrygowana, gdy z samego rana Marcel bez uprzedzenia zaprosił ją 

do siebie. - Dzisiaj przekazuję swoje obowiązki na oddziale - oznajmił. Zanim zdążyła go o 

cokolwiek zapytać, wszedł nowo przyjęty specjalista. 

Pierre ... Tyle wspomnień, tyle sprzecznych uczuć. 

Pokój zatańczył jej przed oczami. W głowie powstał zamęt. To chyba nie może być prawda ... 

- Miło cię widzieć, Pierre. - Marcel uśmiechnął się ciepło i wyciągnął rękę na powitanie. 

Jacky  machinalnie  przysunęła  sobie  najbliższe  krzesło.  Bała  się,  że  nogi  odmówią  jej 

posłuszeństwa.  Dlaczego  Marcel  nie  uprzedził  jej,  że  dziś  odchodzi?  A  przede  wszystkim 

dlaczego nie powiedział, kto go zastąpi? 

-  To  jest  doktor  Jacky  Manson.  Jacky,  to  doktor  Pierre  Mellanger.  Jacky  przez  miesiąc 

pracowała z moją żoną, Debbie, a teraz ją zastępuje w czasie urlopu macierzyńskiego ... 

- My się znamy - powiedziała, niepewnie wstając z miejsca.

Spojrzała na Pierre'a i zaczerwieniła się trochę bardziej, niżby sobie życzyła. Wyciągnęła 

do  niego  rękę,  czując  do  siebie  niechęć  za  to,  iż  wprost  nie  może  się  doczekać,  kiedy  go 

dotknie. Zachowywała przy tym pozory całkowitego spokoju, gdyż nie chciała pokazać, jak 

bardzo  poruszyło  ją  to  spotkanie.  To  była  jej  tarcza  ochronna.  Kryła  się  za  nią,  odkąd 

zrozumiała, że Pierre, jej ideał, nigdy jej nie pokocha. 

Wymienili krótki uścisk dłoni. 

- Proszę mi przypomnieć, gdzie się poznaliśmy - poprosił. Widać było, że jest zaskoczony. 

-  W  Normandii.  Moja  matka  nalegała,  żebym  nie  zdrabniała  imienia,  więc  wszyscy 

zwracali się do mnie Jacqueline, ty też ... 

- Jacqueline! To naprawdę ty? Ależ się zmieniłaś! Poczuła ulgę. Jednak trochę ją pamięta. 

- Oczywiście, że się zmieniłam. Kiedy wyjeżdżałeś do Australii, miałam szesnaście lat. 

Uśmiechał się do niej szeroko, odsłaniając mocne białe zęby. Wtedy ten uśmiech wzbudzał 

w niej zachwyt. 

- Jak mogłem od razu nie poznać tych pięknych kasztanowych włosów i zielonych oczu! 

Moja mama ciągle powtarzała, że śliczna z ciebie panienka. 

Co z tego, że śliczna, skoro i tak interesowałeś się dużo starszymi dziewczynami? 

- Manson? Zmieniłaś nazwisko. Wyszłaś za mąż? 

background image

- Tak, ale ... rozwiedliśmy się· 

-  Pamiętam,  że  jako  jedyna  w  miasteczku  nosiłaś  angielskie  nazwisko.  Twój  ojciec  jest 

Anglikiem, a mama Francuzką, prawda? Shaftesbury. Jak na Francję, nazywaliście się bardzo 

nietypowo.

Jacky uśmiechnęła się sceptycznie. 

-  Kiedy  byłam  mała,  dzieciaki  nie  potrafiły  wymówić  naszego  nazwiska.  Nawet 

nauczycielka  ze  szkoły  podstawowej  miała  problemy.  Mimo  to  czasem  kusi  mnie,  żeby 

wrócić do panieńskiego nazwiska i odciąć się raz na zawsze od... trudnej przeszłości. 

- Ciężko zaczynać wszystko od nowa - westchnął. 

W jego niskim, lekko ochrypłym głosie zabrzmiała nuta smutku. 

- Bardzo ciężko - przyznała. 

Popatrzyli sobie w oczy, a ona poczuła ogromną radość, że pojawiła się między nimi nić 

porozumienia. Odkąd Pierre opuścił Normandię, słuch o nim zaginął. Nie miała pojęcia,  co 

się z nim działo przez te lata. Wyobrażała sobie, że jest szczęśliwy u boku pięknej koleżanki 

ze  studiów, którą przywiózł  kiedyś do miasteczka.  Tym bardziej  zaskoczył ją bezgraniczny 

smutek  w  jego  oczach.  Wprawdzie  nie  stracił  nic  ze  swego  uroku,  wciąż  był  przystojny  i 

pewny siebie, lecz nie miał już w sobie tej beztroski, którą tak bardzo ją ujął. 

- Życie przynosi mnóstwo niespodzianek - stwierdził sentencjonalnie. - Szkoda, że niektóre 

są wyjątkowo przykre. 

Uciekła  wzrokiem  w  bok.  Czyżby  Pierre,  podobnie  jak  ona,  dostał  surową  lekcję  życia? 

Ona,  mimo  trudnych  doświadczeń,  starała  się  z  optymizmem  patrzeć  w  przyszłość.  Od 

rozwodu minęły dwa lata, więc pora, by definitywnie zamknąć ten rozdział życia. Może rany 

szybciej się zabliźnią, jeśli pozbędzie się reliktów przeszłości i faktycznie wróci do panieńs-

kiego nazwiska. Smutna prawda była taka, że z małżeństwa nie wyniosła nic, o czym warto 

by pamiętać ... 

Z wyjątkiem … Cóż, gdyby jej ukochane dziecko żyło, może wtedy.

Marcel dyskretnie odchrząknął. 

- O ile zrozumiałem, znacie się od dawna, tak? 

- Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, Jacqueline była jeszcze dzieckiem. - Na ustach Pierre'a 

pojawił  się  chłopięcy  uśmiech.  -  Bardzo  sympatycznym  i  uroczym.  Mieszkaliśmy  po 

sąsiedzku  w  małym  miasteczku  nad  morzem,  blisko  Mont  Saint  Michel.  Jaqueline  i  jej 

koledzy łazili za mną krok w krok. Zwłaszcza gdy towarzyszyła mi jakaś dziewczyna. 

-  Byłeś  od  nas  sporo  starszy.  -  Jacky  uśmiechnęła  się  do  wspomnień.  Czuła,  że  powoli 

odzyskuje spokój.  - Studiowałeś w Paryżu,  a my byliśmy bardzo ciekawi  życia w  wielkim 

mieście. Ty jednak uważałeś się za dorosłego i nie chciałeś zadawać się z małolatami. 

- W tamtym czasie marzyłem tylko o tym, żeby jak najszybciej wyrwać się z prowincji -

westchnął. A teraz, jak na ironię, uciekam od zgiełku Paryża i z ulgą wracam na wieś. Sto 

Martin  sur  mer  przypomina  mi  nasze  miasteczko.  Jestem  pewien,  że  zmiana  stylu  życia 

dobrze mi zrobi. 

Spojrzał na morze widoczne za oknem i poczuł, jak budzi się w nim energia. 

background image

Choć przyjechał do Sto Martin zaledwie wczoraj, miał przeczucie, że tu szybciej wyleczy 

zranioną duszę i nabierze dystansu do tego, co przeżył. 

Zerknął na Jacky. Nie mógł uwierzyć, że ta piękna kobieta była kiedyś rozbrykaną, wesołą 

dziewczynką, która uganiała się po wsi z bandą dzieciaków. 

Pamiętał, że była bardzo lubiana. Żywiołowa, pomysłowa i tryskająca energią, wyróżniała 

się z tłumu i przewodziła wiejskiej dzieciarni. Bardzo się od tamtej pory zmieniła, pomyślał, 

przyglądając się  jej  dyskretnie.  Sprawiała  wrażenie  zagubionej  i  bezradnej.  Zupełnie jakby 

czekała na cios, który odbierze jej resztę wiary w siebie. 

Piękna  kobieta,  pomyślał  z  zachwytem,  choć  ze  względu  na  trudną  sytuację  osobistą 

rzadko interesował się kobietami. Pamiętał, że już jako szesnastolatka wyróżniała się urodą, 

ale on wtedy czuł, że nie powinien oglądać się za dziewczynami. Miał dwadzieścia pięć lat i 

wyjeżdżał  do  Australii,  gdzie  zamierzał  się  ożenić.  Podziwiał  więc  Jacky  z  daleka, 

tłumacząc sobie, że przecież patrzenie to nie grzech. 

-  Myślałam,  że  mieszkasz  w  Australii  -  powiedziała.  Gdyby  podejrzewała,  że  istnieje 

bodaj cień szansy, iż  spotkają się na  gruncie zawodowym, nigdy nie  wróciłaby do  Francji. 

Nie odwzajemniona pierwsza miłość tkwiła w jej sercu jak zadra. Łudziła się, że ból kiedyś 

minie, ale nie. Został i co pewien czas dawał o sobie znać. Nie lubiła o tym myśleć. 

- Mój dom jest tu, we Francji - odparł, nie kryjąc wzruszenia. - Kiedy życie daje w kość ... 

- Umilkł, nie dokończywszy zdania. 

Marcel położył rękę na jego ramieniu. 

-  Znamy  się  ze  studiów  -  wyjaśnił.  -  Po  dyplomie  obaj  wyjechaliśmy  do  Australii  i 

zaczęliśmy pracować w szpitalu w Sydney. 

- Byliśmy młodzi i ciekawi świata - dodał Pierre. 

Opanował  już  emocje  i  jego  głos  odzyskał  siłę.  -  Ale  kiedy  człowiekowi  wali  się  świat, 

lepiej być wśród swoich. Prawda, Marcel? 

Ten pokiwał głową. 

Dlatego  wróciliśmy  do  Francji.  Ale  dość  wspomnień,  skupmy  się  na  sprawach 

aktualnych. Jak już mówiłem, przekazuję obowiązki Pierre' owi i przenoszę się piętro wyżej, 

na chirurgię.

-  Załatwiłeś  to  wyjątkowo  dyskretnie  -  zauważyła  z  przekąsem.  -  Po  co  te  tajemnice? 

Wydawało mi się, że jesteś zadowolony z pracy na oddziale ratownictwa. 

Marcel wzruszył ramionami. 

-  Jestem  zadowolony,  a  właściwie...  byłem,  dopóki  nie  odkryłem,  że  chirurgia  daje  mi 

więcej satysfakcji. - Rozumiem. 

Odwróciła się w stronę Pierre'a. Widok jego przystojnej twarzy obudził w niej znajomy 

dreszcz podniecenia. Co z nią jest nie tak, że nie potrafi uwolnić się od dziecinnej miłości? 

W  dodatku  niechcianej  i  niepotrzebnej.  Zwłaszcza  teraz.  Nawet  gdyby  Pierre  się  nią 

zainteresował, i tak musiałaby oprzeć się pokusie. 

- Czy to Marcel zaproponował ci, żebyś przejął jego stanowisko? - zapytała. 

background image

-  Tak.  Propozycja  przyszła  w  idealnym  momencie,  bo  akurat  musiałem...  wyjechać  z 

Paryża. O miejsce po Marcelu starało się kilku kandydatów, ale podejrzewam, że dzięki jego

rekomendacji zarząd szpitala wybrał właśnie mnie... 

- Po prostu byłeś najlepszy - podkreślił Marcel chociaż fakt, że znamy się i przyjaźnimy, 

nie był bez znaczenia. 

- To dziwne uczucie, tak niespodziewanie spotkać starych znajomych - powiedział cicho 

Pierre. - Miałem nadzieję, że gdy wyjadę z Paryża... 

-  Przepraszam  was.  -  Marcel  nacisnął  przycisk  na  interkomie,  który  brzęczał  już  od  kilku 

sekund. - Tak? - Przez chwilę słuchał w skupieniu. - Już idę. 

Natychmiast wstał zza biurka. 

-  Musimy  wracać  na  oddział.  Na  morzu  wydarzył  się  wypadek,  zatonął  statek 

wycieczkowy.  Karetki  z  poszkodowanymi  już  są  w  drodze.  Trochę  wam  pomogę,  ale  za 

godzinę mam planową operację. 

Na  oddziale  rozdzielili  się  i  zajęli  badaniem  poszkodowanych.  Jacky  trafiła  na  starszą

panią, którą bardzo bolała noga. 

- Pewnie ją złamałam, prawda, pani doktor? 

-  Obawiam  się,  że  tak,  ale  żeby  mieć  pewność,  musimy  zrobić  prześwietlenie,  pani...  -

Zerknęła do karty, żeby sprawdzić, jak nazywa się pacjentka. 

- Marguerite - podpowiedziała starsza pani. 

- Dobrze, pani Marguerite. Ja mam na imię Jacky albo, jeśli pani woli, Jacqueline. 

-  O  tak,  zdecydowanie  wolę  Jacqueline.  Tak  ma  na  imię  moja  córka  -  oznajmiła  pani 

Marguerite i zaczęła opowiadać o swoich dzieciach i wnukach. 

Jacky  starała  się  słuchać,  gdyż  jak  zawsze  zależało  jej  na  zdobyciu  zaufania  pacjentki. 

Jednocześnie  przeglądała  informacje  dostarczone  przez  ratowników,  którzy  wyciągali 

rozbitków z wody. 

W drodze na prześwietlenie pani Marguerite opowiedziała, co wydarzyło się na statku: 

- Rejs był naprawdę wspaniały, wszyscy tak dobrze się bawili. Właśnie dopływaliśmy do 

małej  wyspy,  na  której  mieliśmy  urządzić  piknik,  kiedy  nagle  coś  przeraźliwie 

zatrzeszczało. Nasz statek wpadł na podwodne skały i zaczął nabierać wody. Wtedy młodsi 

pasażerowie  powyskakiwali  za  burtę,  ale  ja  nie  jestem  już  tak  sprawna  jak  kiedyś,  więc 

siedziałam i modliłam się, żeby ktoś mnie uratował. 

-  Na  szczęście  pani  modlitwy  zostały  wysłuchane.  Przerwały  rozmowę  na  czas 

prześwietlenia, a gdy po kilku minutach radiolog przyniósł klisze, Jacky wytłumaczyła pani 

Marguerite,  co  wykazał  rentgen:  -  Złamała  pani  nogę  w  miejscu,  gdzie  kość  łączy  się  ze 

stawem biodrowym. 

-  To  znaczy  kość  udową,  tak?  Jestem  emerytowaną  pielęgniarką,  więc  proszę  śmiało 

powiedzieć, jak poważny jest uraz. 

-  Cóż,  główka  kości  przemieściła się i wysunęła  z  panewki.  Trzeba  będzie  wstawić 

protezę.. 

Pani Marguerite beztrosko Wzruszyła ramionami. 

background image

- I dobrze. Ostatnio często dokuczały mi bóle stawów, nawet wybierałam się do lekarza, 

żeby  porozmawiać  o  wstawieniu  protezy.  No  i  sprawa  załatwiona.  -  Chciałabym,  żeby 

wszyscy moi pacjenci mieli równie pozytywne nastawienie - uśmiechnęła się Jacky. - Zaraz 

umieścimy panią na ortopedii. . 

- Dziękuję, pani doktor. Bardzo miła z pani osoba. 

- Zajrzy pani do mnie? 

- Oczywiście. Zawsze sprawdzam, Jak radzą sobie moi pacjenci. 

Na korytarzu pojawił się kolejny ratownik z noszami. 

- Mam tu małe dziecko. Dominie, dwa lata. Przed chwilą go przywieziono  - raportował 

pospiesznie.  -  Bardzo  długo  przebywał  pod  wodą.  Rokowania  raczej  kiepskie  -  zaznaczył, 

zniżając  głos. -  Brak wyczuwalnego  pulsu,  nie oddycha.  Próbowaliśmy go reanimować, ale 

bez skutku. 

-  Dajcie  go  tutaj  -  wskazała  jedno  z  wydzielonych  stanowisk  -  a  pani  -  zwróciła  się  do 

pielęgniarki  niech  się  zajmie  jego  rodzicami.  Są  w  szoku,  więc  proszę  im  dać  coś  na 

uspokojenie,  a  jeśli  to  nie  pomoże,  wezwać  któregoś  z  lekarzy  -  poinstruowała,  po  czym 

skupiła się całkowicie na drobnym, bezwładnym ciałku okrytym ciepłym kocem. 

Wystająca spod niego blada buzia miała nieziemski,  niemal anielski wyraz. Malujący się 

na niej głęboki spokój nasuwał podejrzenie, że chłopczyk znajduje się już po drugiej stronie. 

Jacky zaczerpnęła głęboko powietrza. Nie mogła pozwolić, by niepotrzebne myśli zakłócały

jej koncentrację. 

- Jak długo znajdował się pod wodą? 

- Co najmniej pół godziny. Kiedy nurek go wydobył, był już bardzo wychłodzony - odparł 

ratownik. - Mówi pan, że był wychłodzony? To dobrze. Jest szansa, że da się go uratować -

powiedział Pierre, który wchodząc, usłyszał ich rozmowę. 

Jacky podłączyła chłopca do urządzenia monitorującego parametry życiowe i już po chwili 

mieli  potwierdzenie,  że  temperatura  ciała  jest  rzeczywiście  niebezpiecznie  niska.  Jacky 

jeszcze  nigdy  nie  miała  do  czynienia  z  pacjentem  w  stanie  tak  znacznego  wychłodzenia, 

przypomniała  sobie  jednak,  że  w  jednym  z  podręczników  opisywano  przypadek  dziecka, 

które przeżyło właśnie dlatego, że niemal zamarzło w zimnej wodzie. 

-  Czy  ty  też  uważasz,  że  dzięki  skrajnemu  wychłodzeniu  Dominie  ma  szansę  przeżyć?  -

zapytała Pierre'a. 

Skinął głową. 

Tak,  spotkałem  się  z  podobnym  przypadkiem  w  Australii.  Kiedy  ciało  opada  na  dno, 

gdzie panuje niska temperatura, metabolizm staje się wolniejszy, dzięki czemu mózg lepiej 

radzi  sobie  z  niedoborem  tlenu.  Musimy  go  powoli  rozgrzać.  Nie  odpuszczę,  dopóki  nie 

przywrócimy mu normalnej temperatury. 

Pierre  poprosił  pielęgniarkę,  by  przyniosła  specjalny  pled  dmuchający  ciepłym 

powietrzem, po czym on i Jacky zajęli się chłopcem. Po pewnym czasie, który wydawał się 

wiecznością, Jacky zerknęła na monitor. 

background image

- Spójrz! Pojawił się słaby puls! - zawołała, obejmując palcami przegub chłopca. 

W  pierwszym  momencie  nie  poczuła  nic  poza  chłodem  pozbawionej  życia  kończyny, 

jednak po chwili pod palcami. wyczuła słabiutkie pulsowanie. 

-  Zaczynam  masaż  serca  -  oznajmił  Pierre.  Minuty  przeszły  w  godziny,  a  oni  wciąż  nie 

dawali za  wygraną. Rodzice  chłopca zostali  na wszelki  wypadek  uprzedzeni,  że  szanse na 

uratowanie Dominica są niewielkie. 

Po  czterech  godzinach  bezustannych  wysiłków  Jacky  zaczęła  odczuwać  napięcie. 

Polubiła to dziecko i nie wyobrażała sobie, że mogliby je stracić. 

-  Jeszcze  raz  sprawdzę,  czy  reaguje  na  światło  -powiedziała  do  Pierre'a  i  skierowała 

strumień  światła  prosto  w  źrenicę.  I  wstrzymała  oddech.  -  Reaguje!  Jestem  pewna,  że 

źrenica się zmniejszyła. Zresztą chodź i sam zobacz! - zawołała. - Pierre  wziął  od  niej 

wziernik i pochylił się nad Dominikiem. 

- Masz rację, Jacky! - oznajmił  głosem; w którym ulga mieszała się z radością.  - Teraz 

szansa, że  przeżyje,  zwiększa  się z  każdą minutą.  Świetnie!  - Uradowany, obrócił  się  w jej 

stronę i spontanicznie przytulił ją do siebie. 

Poruszona  jego zaraźliwym  entuzjazmem,  z  uśmiechem spojrzała  mu  w  oczy.  Cudownie 

było czuć jego dotyk. I strasznie. Czy onw ogóle zdaje sobie sprawę, co się z nią teraz dzieje? 

Pierre  zerknął  na  piękną  kobietę,  którą  ku  swemu  zaskoczeniu  znienacka  porwał  w 

ramiona,  i  natychmiast  się  opanował.  Demonstracyjne  okazywanie  uczuć  nie  leżało  w  jego 

naturze,  dlatego  zupełnie  nie  rozumiał,  jaki  impuls  nim  powodował.  Owszem,  on  i  Jacky 

mieli z czego się cieszyć, ale nie musiał być aż tak wylewny. Jeśli Jacky opacznie zrozumie 

jego intencje, będzie prawdziwa katastrofa. 

Pochylił się nad Dominikiem i dokładnie go osłuchał. 

- Serce podjęło pracę. Bije coraz mocniej ... 

- Temperatura ciała wraca do normy - powiedziała Jacky, spojrzawszy na monitor. 

- Oddech się stabilizuje. Wydaje mi się, że on próbuje ... Otwiera oczy! 

Jacky chwyciła chłopca za rękę i w napięciu obserwowała gwałtowne ruchy jego powiek. 

Po chwili usłyszała cichutki jęk. Dominic zakrztusił się, a potem pisnął żałośnie: 

- Mamusiu! 

Wzruszona pochyliła się nad nim. - Mama zaraz przyjdzie, Dominic. 

- A tata? 

- Tata też - zapewniła. - To cud - szepnęła, odwracając się do Pierre'a. 

Miała w oczach łzy, więc chciał znów ją przytulić, lecz nie zrobił tego. Tylko raz widział, 

jak płakała. Przewróciła się podczas zabawy na plaży i zraniła o ostre kamienie. Miała wtedy 

jakieś pięć lat. On grał z kolegami w piłkę, lecz kiedy usłyszał jej płacz, pobiegł zobaczyć, co 

się  stało.  Z  rozciętego  kolana  ciekła  krew,  więc  oddarł  kawałek  koszuli  i  zrobił  z  niego 

opatrunek,  a  potem  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  swojego  ojca,  który  miał  w  miasteczku 

gabinet lekarski. 

Pamiętał, że mała dziewczynka wydała się jemu, dużemu, silnemu czternastolatkowi, lekka 

jak  piórko.  Gdy  ją  niósł,  objęła  go  za  szyję  i  mocno  się  przytuliła.  Wzruszyło  go  jej 

background image

bezgraniczne  zaufanie  i  wiara,  że  będzie  umiał  jej  pomóc.  Jego  matka  odnosiła  się  do 

Shaftesburych  z  rezerwą,  gdyż  pani  Shaftesbury  była  zbyt  ekscentryczna,  a jej  mąż  zbyt 

niekonwencjonalny  jak  na  gust  społeczności  małego  miasteczka.  Jednak  gdy  zobaczyła 

Pierre'a przed gabinetem, natychmiast przybiegła pomóc mężowi. 

Ojciec  musiał  założyć  Jacky  kilka  szwów.  Była  zaledwie  pięcioletnim  dzieckiem,  ale 

zniosła to bardzo dzielnie. Cukierki, które ojciec zawsze trzymał w szufladzie, osłodziły żal i 

pomogły  ukoić  łzy.  Pierre  gotów  był  iść  o  zakład,  że  elegancka  pani  doktor  nawet  nie 

pamięta, jak kurczowo trzymała go za rękę, gdy ojciec znieczulał ją przed szyciem. Domyślał 

się, że w owych czasach był dla niej jednym z tych bezimiennych, dużo starszych chłopaków, 

z którymi nie miała nic wspólnego. 

-  Tak,  to  rzeczywiście  cud,  że  udało  nam  się  go  odratować -  przyznał,  wracając  do 

rzeczywistości. 

Jacky uśmiechnęła się z ulgą. - Jest co świętować, prawda? 

Natychmiast pożałowała swoich słów. Pierre mógł pomyśleć, że po pracy chce pójść z nim 

na drinka, a przecież nie to miała na myśli. Choć pomysł jest rzeczywiście kuszący. 

Pierre wyglądał na zaskoczonego. 

- Faktycznie, po pracy możemy gdzieś pójść rzekł z namysłem. - Może... 

-  Źle  mnie  zrozumiałeś.  Ja  tylko...  - Nie  dokończyła,  bo  musiała  zająć  się  Dominikiem. 

Ścisnęła go lekko za rękę i zaczęła łagodnie do niego mówić. Nagrodą był słaby uśmiech i 

kilka bezładnych słów. 

-  Naprawdę  musimy  to  jakoś  uczcić  -  podchwycił  Pierre.  -  Zaraz  uprzedzę...  - Nie 

dokończył, gdyż przyszli wezwani na konsultację lekarze z intensywnej terapii i kardiologii, 

którzy mieli zdecydować o dalszym leczeniu chłopca. 

Choć przekazali Dominica kolegom, i tak nie mieli czasu wracać do rozmowy o fetowaniu 

sukcesu,  bo  musieli  pomóc  pozostałym  uczestnikom  pechowego  rejsu.  Jacky  opatrywała 

starszego pana, który stracił żonę· Zespół reanimacyjny długo o nią walczył, lecz nie udało 

się jej uratować. 

-  Do  widzenia,  Anne-Marie.  Wkrótce  się  zobaczymy  -  mówił  mężczyzna,  ściskając rękę 

kobiety, z którą przeżył życie. 

Jacky  patrzyła  na  niego  z  boku  i  połykała  łzy.  Choć  była  doświadczonym  lekarzem  i 

widziała w szpitalu niejedno, rutyna nie zabiła w niej wrażliwości na ludzkie nieszczęście. 

-  Chcemy  zatrzymać  pana  na  obserwacji  -  powiedziała  łagodnie.  -  Życzy  pan  sobie, 

żebyśmy poinformowali o tym kogoś z rodziny? 

- Tak, moją córkę. Niestety, nie pamiętam jej numeru. 

-  Ja  się  tym  zajmę,  pani  doktor-  powiedziała  siostra  Marie.  -  W  czwórce  czeka  pacjent 

ranny w nogę. To już ostatni z poszkodowanych. 

-  Muszę  iść,  ale  zostawiam  pana  w  fachowych  rękach  -  powiedziała  do  starszego pana  i 

zniknęła. 

Jej dyżur trwał dzisiaj dłużej niż zazwyczaj. 

background image

-  Pora  iść  do  domu,  pani  doktor  -  uśmiechnęła  się  do  niej  Marie,  gdy  wyszła  z  sali 

zabiegowej. - Zaraz zaczyna się nocny dyżur. 

- A pani? Przecież pani też pracowała cały dzień. 

- Ja wytrzymam. 

Idąc do szatni, rozejrzała się po opustoszałym korytarzu. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze 

niedawno  wyglądał  jak  pole  bitwy.  Po  drodze  rozpuściła  włosy,  a  gdy  opadły  luźno  na 

ramiona, od razu poczuła ulgę. Ten rytualny gest oznaczał koniec pracowitego dnia. 

- Właśnie taką cię pamiętam. 

Słysząc za plecami głos Pierre' a, zatrzymała się. 

-  Chciałem  z  tobą  porozmawiać,  zanim  wyjdziesz  -  powiedział,  biorąc  ją  za  rękę.  -

Musimy przełożyć nasze świętowanie na inny dzień, bo ... 

- Och, Pierre! Już ci mówiłam, że wcale nie miałam na myśli ... 

- Ale ja miałem! Zależy mi, żebyśmy uczcili nasz sukces, ale dziś to niemożliwe. 

- Pierre, naprawdę nie musimy nigdzie iść. A jeśli już, to razem z twoją żoną i ... 

- Przepraszam, powinienem był ci powiedzieć. -. Z jego twarzy zniknął pogodny wyraz. -

Moja żona zmarła. 

- Tak mi przykro. - Szczerze mu współczuła. Cóż jeszcze mogła powiedzieć? 

Pamięć  podsunęła  jej  obraz  młodej,  ślicznej  narzeczonej  Pierre'a.  Byli  w  siebie  tak 

bardzo  zakochani.  Zbliżyła  się  do  niego,  by  dodać  mu  otuchy  ciepłym  gestem,  lecz 

ostatecznie  nie  zrobiła  tego.  Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  dla  własnego  dobra  powinna 

trzymać się na dystans. 

- Dawno odeszła? - zapytała cicho. 

- Pięć lat temu. Wydawałoby się, że to szmat cza-

su, ale jakość wciąż nie mogę się pozbierać ... Niektóre rany nigdy się nie goją. 

- Wiem - szepnęła, przybita nagłym wspomnieniem o własnej tragicznej stracie. 

- Muszę zostać dzisiaj dłużej w szpitalu, żeby zorientować się w sytuacji. Marcel obiecał, 

że  jak  skończy  operować,  spotka  się  ze  mną  i  wprowadzi  mnie  w  najważniejsze 

zagadnienia. Miałem nadzieję, że załatwimy to w ciągu dnia, ale nie było czasu. 

- Co ty powiesz! - zażartowała. - Swoją drogą, miło pogadać z kimś po angielsku. 

- A ja się czuję trochę dziwnie. Pamiętam, że jako dziecko mówiłaś tylko po francusku. 

- Bo matka mi kazała! Nie lubiła, kiedy mówiliśmy po angielsku. 

-  Już  czuję,  jak  miło  będzie  powspominać  dawne  czasy.  Zjedzmy  razem  kolację.  Ja 

stawiam. Poważnie! Masz jutro czas? Jeśli tak, postaram się, żebyśmy skończyli pracę o tej 

samej porze. 

Chętnie zjem z tobą kolację - uśmiechnęła się do niego - a jeśli chodzi o jutro, muszę 

najpierw  zerknąć  do  kalendarza.  Żartuję.  Nie  jestem  zbyt  aktywna  towarzysko.  Większość 

czasu poświęcam pracy. 

-  Ja  nawet  nie  muszę  sprawdzać,  bo  i  tak  wiem,  że  w  moim  kalendarzu  jest  pusto.  -

Uśmiechnął się, biorąc w palce pasmo jej włosów. - Twoje włosy są jak złocista przędza -

background image

powiedział miękko. - Jak byłem mały, czytałem bajkę o królewnie, która miała takie włosy. 

Myślałem,  że  to  tylko  fantazja,  lecz  gdy  parę  lat  później  zobaczyłem,  jak  z  rozwianymi 

lokami biegasz po miasteczku, zrozumiałem, co autor miał na myśli. 

- Nie sądziłam, że zwróciłeś na mnie uwagę. 

-  Owszem,  zwróciłem.  Wyróżniałaś  się  i  byłaś...  słodka  jak  cukierek.  -  Pochylił  się  i 

pocałował ją w policzek. - Dobranoc, Jacky. 

Poszła w swoją stronę, a on zawrócił. Przy końcu korytarza zatrzymała się i obejrzała. Nagle 

zdała sobie sprawę, że zjej strony nic się nie zmieniło. Nadal była w nim zakochana. 

Jaka szkoda, że on wciąż nosi w sercu żałobę po kobiecie, która była miłością jego życia. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Następnego dnia w pracy często się spotykali. 

- Tylko pamiętaj, że wieczorem jesteśmy umówieni - zaznaczył na dzień dobry. 

Jak  by  mogła  o  tym  zapomnieć!  Tak  się  przejęła,  że  z  wrażenia  nie  mogła  zasnąć. 

Zupełnie  jak  wtedy,  gdy  przeżywała  swoją  szczenięcą  miłość.  Gdy  miała  naście  lat, 

intensywne  młodzieńcze  emocje  dały  jej  się  mocno  we  znaki.  Dziś  jako 

dwudziestodziewięcioletnia  rozwódka,  a  przez  krótki  czas  również  matka  powinna  łatwo 

sobie z nimi poradzić. Po swych doświadczeniach powinna być twarda i odporna, tymczasem 

była przejęta jak przed pierwszą randką. 

W przerwie między badaniem pacjentów zgłaszających się do szpitala z różnymi urazami 

znalazła czas, by zajrzeć do osób, którym pomogła poprzedniego dnia. 

Mały  Dominic  dochodził  do  siebie  na  oddziale  intensywnej  terapii,  gdzie  przez  okrągłą 

dobę otaczany był wyjątkowo troskliwą opieką. Badanie tomograficzne wykazało, że mózg 

nie  został  uszkodzony.  Jacky  przyjęła  tę  wiadomość  z  ogromną  ulgą  i  po  raz  kolejny 

uświadomiła sobie, że na jej oczach stał się prawdziwy cud. 

Historia  o  niezwykłym  ocaleniu  dwuletniego  dziecka  przeciekła  do  prasy  i  dziennikarz, 

który opisał zdarzenie, chciał zrobić zdjęcie jej i Pierre' owi. 

-  Co  O  tym  myślisz?  -  Pierre  skonsultował  się  przedtem  z  Marcelem.  -  Nie  masz  nic 

przeciwko temu? 

- Nie, dlaczego? Niech społeczeństwo dowie się o triumfie medycyny. Może dzięki temu 

jakiś  niezadowolony  pacjent  zastanowi  się,  zanim  nas  obsmaruje  w  którejś  z  gazet.  Tylko 

proszę, żebyście nie dopuszczali dziennikarzy do Dominica. Zrobią mu zdjęcia, jak wróci do 

domu, o ile zgodzą się na to jego rodzice. 

I takim oto sposobem Jacky, w nieskazitelnie białym fartuchu, ze stetoskopem wiszącym 

na szyi, stanęła obok Pierre'a w samym środku głównego holu. 

- Mamy bardzo mało czasu - uprzedził Pierre reporterów - więc proszę się spieszyć. 

- Proszę przysunąć się do uroczej pani doktor - polecił reporter, ustawiając kadr. 

background image

- Czy mogłaby pani rozpuścić włosy? - zapytała jego asystentka. - Są bardzo piękne, a nasi 

czytelnicy ... 

Jacky bez słowa rozpięła klamrę, choć pomysł nie przypadł jej do gustu. 

- Dziękuję, pani doktor. Tak, teraz lepiej ... Proszę o uśmiech! 

- Jaka piękna para! - zachwyciła się pielęgniarka, która właśnie przechodziła przez hol. 

Jacky poczuła się zażenowana. Nie podobało jej się całe to zamieszanie wokół jej osoby. 

Rozstrajała ją bliskość Pierre'a. Nie mogła się skupić! Uśmiechała się, ale wewnątrz dygotała 

ze zdenerwowania. 

- Musimy kończyć - oznajmił Pierre stanowczo. 

-  Artykuł  i  zdjęcia  ukażą  się  w  popołudniowym  wydaniu  -  rzekł  fotograf.  -  Przyślemy 

państwu kilka egzemplarzy. 

Pierre spojrzał na nią porozumiewawczo. 

- Wprost nie możemy się doczekać - stwierdził.

- O tak. Umieramy z ciekawości. 

- Zanim dotrzemy do restauracji, będziemy już lokalnymi sławami. Dadzą nam najlepszy 

stolik i poproszą o autografy - szydził. 

- Żebym tylko nie zapomniała długopisu! 

Zaraz po spotkaniu z dziennikarzami Jacky wróciła do swoich obowiązków. 

Właśnie  porządkowała  salę  zabiegową  po  opatrzeniu  ostatniego  pacjenta;  gdy przyszedł 

Pierre. 

- Już skończyłem. Daj znać, jak będziesz gotowa. 

Przyjdę po ciebie i pojedziemy moim samochodem. 

- Dobrze, bo ja nawet nie mam auta. Po pierwsze kupno i utrzymanie to spory wydatek, a 

po  drugie  na  mojej  wąskiej  uliczce  trudno  zaparkować.  Do  szpitala  mam  zaledwie  parę 

kroków, więc po co mi samochód? 

- Na przykład po to, żeby pojechać na wieś. Chyba nie spędzasz całego czasu w pracy? 

- Kiedy chcę odpocząć, spaceruję po plaży - odparła. 

-  Aha.  Słuchaj,  Marcel  polecił  mi  małą  restaurację  na  wzgórzach  za  miastem. 

Zaznaczyłem sobie to miejsce na mapie. Będziesz mnie pilotować? 

Jacky odsunęła wózek z przyrządami i zaczęła myć ręce. 

- Mogę spróbować - odparła. - Chyba nie jedziemy bardzo daleko?

Pierre stał tuż  za  nią. Czuła  na karku jego  ciepły oddech.  Naraz  bez  uprzedzenia  rozpiął 

klamrę, którą miała we włosach, i na jej ramiona spłynęły gęste pasma. 

Odwróciła się zaskoczona. 

-  Co  z  wami  jest,  faceci?  Dlaczego  wszyscy  się  upieracie,  żebym  nosiła  rozpuszczone 

włosy? 

Uniósł do góry brwi. 

-  Może  dlatego,  że  wyglądasz  wtedy  mniej  surowo?  -  powiedział  i  zniżając  głos  do 

zmysłowego szeptu, dodał: - I bardziej seksownie. 

background image

Naraz  odsunął  się  od  niej  i  ruszył  do  wyjścia.  Żałował,  że  pozwolił  sobie  na  tę 

niepotrzebną  uwagę·  To  bliskość  Jacky  tak  zamąciła  mu  w  głowie.  Poczuł  się  tak,  jakby 

wszystkie trudne lata, które przyszły po jego wyjeździe z miasteczka, były tylko złym snem. 

Cofnął się w czasie do dnia, gdy po raz ostatni widział śliczną szesnastoletnią dziewczynę i 

uświadomił  sobie,  że  ta  zjawiskowa  nastolatka  dorosła.  Jaka  szkoda,  że  spotkali  się  tak 

późno.  Musi  bardziej  się  kontrolować.  Co  będzie,  jeśli  Jacky  źle  zrozumie  jego  intencje? 

Przecież  przysiągł  Liliane  dozgonną  wierność  i  bezgraniczną  lojalność,  którą  chciał  się 

odwdzięczyć za jej ogromne poświęcenie. 

Jego  związki  z  kobietami  ograniczały  się  do  okazjonalnych,  nic  nieznaczących 

erotycznych  przygód.  Czuł  przez  skórę,  że  z  Jacky  będzie  inaczej.  Nie  uniknie 

zaangażowania. Odkąd się spotkali, coraz częściej o niej myślał. 

- Jak będziesz gotowa, przyjdź do mojego gabinetu - rzucił sucho i czym prędzej wyszedł. 

Odprowadziła  go  pytającym  wzrokiem.  Zaskoczył  ją  tą  nagłą  zmianą  zachowania.  Przed 

chwilą był taki miły, nawet więcej niż miły... 

To  bez  znaczenia,  stwierdziła.  Widocznie  ten  typ  tak  ma.  Zje  z  nim  tę  kolację  jak  ze 

znajomym z dawnych lat. Powspominają, pośmieją się. I tyle. 

W szatni wzięła szybki prysznic i przebrała się w spodnie i żakiet z białego lnu, pod który 

włożyła  czarną  bluzkę  wykończoną  angielskim  haftem.  Na  koniec  zrobiła  lekki  makijaż. 

Najważniejszy był czarny tusz do rzęs, żeby zielone oczy stały się bardziej wyraziste. Hm ... 

Przejrzała się w lustrze. Dlaczego tak się stara, skoro Pierre jest tylko dawnym kolegą? 

Po tym, co przeżyła, nie była gotowa na nic poza przyjaźnią. Tak podpowiadał rozsądek, 

ale serce wiedziało swoje. Tak czy owak sytuacja stawała się niebezpieczna. 

Gdy weszła, Pierre powitał ją przyjaznym uśmiechem. Ledwie wstał zza biurka, odezwała 

się jego komórka. 

- Tak? Ach, to ty, Nadine! O co chodzi? Dobrze, zaraz przyjadę. 

-  Po  drodze  muszę  wstąpić  do  domu  -  uprzedził,  gdy  się-rozłączył.  -  Mały  ...  mam  taki 

mały problem. 

Zaintrygował  ją.  Kim  jest  Nadine?  Gdy  z  nią  rozmawiał,  mówiła  podniesionym  głosem. 

Jacky miała wrażenie, że była mocno zirytowana. 

Na  korytarzu  spotkali  Marcela,  który  przyniósł  im  jeszcze  gorące  wydanie  wieczornej 

gazety. 

-  Kurier  właśnie  to  przywiózł -  wyjaśnił,  podając  ją  Pierre'owi.  -  Patrz,  jesteście  na 

pierwszej stronie. Wyglądacie fantastycznie. Chcecie wiedzieć, co piszą? 

"Przystojny doktor Pierre i urocza doktor Jacqueline dokonali wczoraj cudu ... ". 

-  Starczy!  -  jęknął  Pierre.  -  Sam  to  przeczytam,  później.  Proszę  -  zwrócił  się  do  Jacky, 

podając jej gazetę. - Nie zapomniałaś pióra do podpisywania autografów? 

Nic nie mówiąc, zerknęła na zdjęcie. 

-  Doskonała  reklama  szpitala  -  cieszył  się  tymczasem  Marcel.  -  Może  uzmysłowi 

ludziom, że czasem naprawdę jesteśmy potrzebni. A SWoją drogą, dokąd się wybieracie? 

background image

- Do. restauracji, którą mi poleciłeś. 

- Świetnie! - Marcel przyjrzał im się uważniej. 

-  Wobec  tego.  nie  będę  was  zatrzymywał.  Wpadnijcie  do  nas  na  kolację  któregoś  dnia. 

Debbie będzie w siódmym niebie. Usycha z tęsknoty za kolegami z pracy. 

- Mam zamiar niedługo. ją odwiedzić - obiecała Jacky. 

Marcel uśmiechnął się. 

-  Jacky  jest  dla  nas  jak  rodzina  -  wyjaśnił  Pierre'o.wi.  -  Poznały  się  z  moją  żoną  przez 

Internet i zaprzyjaźniły. 

- Bardzo się ucieszyłam, kiedy w grudniu ubiegłego roku Debbie zaprosiła mnie na wasz 

ślub. To. była naprawdę piękna uroczystość. 

- Miło, że tak mówisz. Ale nie będę was zatrzymywał. 

- Rzeczywiście, musimy już jechać - przyznał 

Pierre, kładąc dłoń na ramieniu Jacky. - Miłego wieczoru! 

- Dziękujemy. 

Marcel  odprowadził  ich  wzrokiem.  Cieszył  się,  że  tak  szybko  się  polubili.  Gdyby  nie  znał 

Pierre'a,  przysiągłby,  że  zanosi  się  na  romans.  Mając  na  uwadze  jego  przeszłość  wątpił 

jednak,  by  znajomość  z  Jacky  wyszła  kiedykolwiek  poza  ramy  przyjaźni.  Obawiał  się,  że 

jego. kolega w ogóle nie myśli Q stałym związku. 

Szkoda,  westchnął,  bo  on  i  Jacky  wyjątkowo  do  siebie  pasują,  a  Pierre  jest  bardzo 

spragniony miłości. Gdyby związał się z kobietą taką jak Jacky, jego życie zmieniłoby się na 

lepsze. Marcel chciał jakoś pomóc, ale czuł, że nie ma prawa wtrącać się w prywatne sprawy 

kolegi. Gdyby  jednak  ten  poprosił  go  o  radę, to  ze  swoją  wiedzą  na  temat  Liliane  mógłby 

skłonić go do zmiany zdania ... 

Jacky zapięła pas i usadowiła się wygodnie w fotelu pasażera. 

- Fajny samochód - pochwaliła Sportowy kabriolet, który kupił od kolegi z Paryża. 

- Mieszkam na wzgórzu, przy tej samej ulicy co. 

Marcel.  To  on  pomógł  mi  znaleźć  dom  Tak  mi  się  spodobał,  że  obejrzałem  go  tylko  raz  i 

natychmiast zdecydowałem się na kupno. - oznajmił, gdy minąwszy główną bramę, wyjechali 

na drogę. 

-  Musisz.  mieć  wspaniały  widok  z  okien  -  stwierdziła,  patrząc  na  okazałe  rezydencje 

rozlokowane na wzgórzu powyżej drogi biegnącej między szpalerem starych drzew. 

- Dlatego. go. kupiłem. Przesądziły piękne widoki i duży ogród, idealny dla ... - Urwał w 

pół zdania. Duży ogród to dobra rzecz - dokończył po chwili. 

Znów  ją  zaintrygował.  Nie  pierwszy  raz  odnosiła  wrażenie,  że  Coś  przed  nią  ukrywa. 

Ciekawe, dlaczego? 

- Lubisz pracować w ogrodzie? Zawahał się. 

- Czasami. 

Nie potrafiła odgadnąć, dlaczego nagle przygasł. 

background image

Uznała, że nie ma sensu dociekać i wróciła do podziwiania malowniczych widoków. 

Jachty i statki wycieczkowe kołysały się na lekkiej fali, a promienie zachodzącego słońca 

barwiły  morze  intensywnym  kolorem  złota  i  purpury.  Na  plaży  widać  było  wielu 

spacerowiczów, którzy z tej odległości wyglądali jak ludziki narysowane pojedynczą kreską· 

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Pierre, zatrzymując samochód na żwirowym podjeździe. 

Niemal  w  tej  samej  chwili  otworzyły  się  masywne  dębowe  drzwi  i  przed  dom  wyszła 

wysoka,  młoda  dziewczyna  w  dżinsach  i  białym  T-shircie.  Wyglądała  na  zadowoloną,  że 

Pierre się pojawił. 

- Zaraz wracam - powiedział, wysiadając z samochodu. 

Jacky  obserwowała,  jak  wraz  z  dziewczyną  wchodzi  do  domu.  Ciekawe,  dlaczego  nie 

zaprosił jej do środka? I kim jest dla niego ta dziewczyna? Nagle poczuła się jak nieproszony 

gość.  Nie  spodziewała  się  takiego  zachowania,  Pierre  normalnie  był  przecież  otwarty  i 

towarzyski. Widocznie kiepsko go znam, stwierdziła, ale musiała przyznać, że jak na jej gust 

jest - zbyt tajemniczy. 

W  pewnej  chwili  z  otwartych  okien  na  piętrze  dobiegły  histeryczne  wrzaski  małego, 

rozzłoszczonego  dziecka.  Jacky  słyszała,  jak  Pierre  stara  się  je  uspokoić.  Nie  rozumiała 

pojedynczych słów, ale słyszała, że mówi stanowczo, lecz cierpliwie i ze spokojem. Po chwili 

dziecko  ucichło,  a  potem  zaczęło  się  śmiać.  Wtórował  mu  śmiech  Pierre'a  i  wesoły  głos 

dziewczyny. 

Skoro ma dziecko, dlaczego jej o tym nie powiedział? 

Z góry dobiegł już tylko głos dziewczyny rozmawiającej z dzieckiem. Jacky spojrzała na 

zegarek. Minęło zaledwie pięć minut. Niewiele, ale i tak postanowiła wysiąść z samochodu i 

rozprostować nogi. Kiedy stanęła na żwirowym podjeździe, do buta wpadł jej mały kamyk, 

pochyliła się więc, by go wyjąć. Właśnie wtedy z dom- wyszedł Pierre. 

Zmieszała się. Może niepotrzebnie wysiadała? 

Pierre chciał, by zaczekała w samochodzie. W jej głowie pojawiła się irracjonalna myśl, że 

zaraz  usłyszy reprymendę.  Nic takiego oczywiście  się nie stało. Pierre  miał  znękany wyraz 

twarzy i mocno zaciśnięte usta, ale nie powiedział ani słowa o tym, co się stało. 

- Przepraszam, że musiałaś czekać - rzucił sucho i otworzył jej drzwi.

Była ciekawa, czy powie coś o dziecku. Spoglądała na niego wyczekująco, gdy uruchamiał 

silnik,  ale on błądził myślami gdzieś daleko. Odprężył się dopiero  wtedy,  gdy dom  zniknął 

między wzgórzami. Korciło ją, żeby go o wszystko wypytać, ale ugryzła się w język. 

Wiedziała  tylko  tyle,  -  że  dziewczyna  na  pewno  nie  jest  jego  siostrą,  bo  nie  miał 

rodzeństwa.  Ani  żoną,  bo  ta  przecież  umarła.  Przyjaciółką?  Mało  prawdopodobne!  Która 

przyjaciółka zgodziłaby się, żeby jej partner szedł na kolację z inną kobietą? 

Intuicja  podpowiadała  jej,  że  nie  powinna  być  wścibska.  Było  oczywiste,  Pierre  nie  ma 

ochoty tłumaczyć, po co musiał wrócić do domu. Lepiej, żeby przestała o tym myśleć i zajęła 

się czymś konkretnym. Na przykład czytaniem mapy, którą trzymała na kolanach. Odnalazła 

zaznaczony przez Pierre' a punkt. Znajdował się za następną doliną, na skraju wioski, o której 

nigdy nie słyszała. 

background image

- Jakieś dwieście metrów za skrzyżowaniem będzie ostry skręt w prawo - poinformowała. 

-  Dzięki.  -  Zwolnił,  gdyż  droga  stała  się  wąska  i  kręta,  a  widoczność  ograniczały  gęste 

żywopłoty. - Piękna okolica, prawda? - Słychać było, że odzyskuje spokój. 

- Fantastyczna. Może kiedyś kupię jednak samochód, zwłaszcza jeśli zostanę tu dłużej. Na 

razie podpisałam umowę na rok. .. 

-  Powiedz,  jeśli  będziesz  miała  ochotę  na  wycieczkę.  Chętnie  gdzieś  z  tobą  pojadę  -

powiedział lekkim tonem. 

Jacky odebrała to jak drobną przysługę dla starej znajomej 

- Dziękuję. Byłoby miło gdzieś pojechać... raz na jakiś czas - odparła cicho. Nie chciała 

się narzucać. 

Obróciła  nieco  głowę  i  dyskretnie  studiowała  jego  profil:  mocno  zarysowana  szczęka, 

wyraźne  kości  policzkowe,  gęste  ciemne  włosy.  Gdyby  tylko  mogła,  najchętniej 

przyjeżdżałaby tu z nim codziennie. Nareszcie byliby sami, uwolnieni od absorbujących obo-

wiązków. Skarciła się za takie myśli. Gdyby naprawdę zaczęła się z nim spotykać, wpadłaby 

w niezłe tarapaty. 

Pierre  musiał  wyczuć, że  mu  się  przygląda, bo  spojrzał  na  nią  przelotnie  i  się  uśmiechnął. 

Zaczerwieniła się, dziękując opatrzności, że Pierre nie może poznać jej myśli. 

- Ładnie ci z rozpuszczonymi włosami - powiedział miękko. - Wiem, że byłaś zła, kiedy 

fotograf zaczął się nimi zachwycać, ale ... 

- Wszystko zależy od tego, kto się zachwyca. Nie mam nic przeciwko komplementom, o 

ile słyszę je od ... przyjaciół. 

- Miło mi, że uważasz mnie za przyjaciela. - Zdjął rękę z kierownicy i na moment położył 

na jej dłoni. Z trudem opanowała przyjemny dreszcz. Domyślała się, że dla niego był to nic 

nieznaczący przyjazny gest, ale dla niej ten przelotny dotyk znaczył wiele - o wiele więcej, 

niż powinien. 

Zaczęli zjeżdżać w stronę doliny, więc Pierre skupił się na prowadzeniu. Naraz na wąskiej 

drodze tuż przed nimi pojawiło się stado krów pędzone przez gospodarza. 

- Chyba nie ma sensu ich wyprzedzać? - zapytał Pierre, ostro hamując. 

-  Niedaleko  jest  gospodarstwo  -  powiedziała,  patrząc  na  mapę  -  więc  pewnie  zaraz  tam 

skręcą. 

-  Utalentowany  z  ciebie  pilot  -  pochwalił,  gdy  stad?  skierowało  się  ku  widocznym 

nieopodal zabudowaniom. 

- Pilotowanie to nic trudnego - odparła z uśmiechem. - Ojciec nauczył mnie czytać mapy. 

Kiedy  mama  od  nas  odeszła,  w  czasie  wakacji  jeździliśmy  na  dalekie  wycieczki.  Tata 

prowadził, a ja siedziałam z mapą i mówiłam mu, gdzie ma jechać. 

-  Na  pewno  bardzo  przeżyłaś  rozpad  rodziny,  prawda?  Pamiętam,  że  moja  mama 

wspominała mi o tym, co was spotkało. Ile miałaś wtedy lat? 

Sposępniała,  niechętnie  wspominając  tamto  zagubienie  i  gorycz,  jakie  narodziły  się  w 

porzuconym dziecku. 

background image

-  Dziesięć  ...  Dopóki  rodzice  byli  razem,  moje  dzieciństwo  był  piękne  i  beztroskie.  A 

potem idylla się skończyła, musiałam szybko dorosnąć. Ojciec bardzo źle znosił tę sytuację. 

Myślę, że nigdy nie pogodził się z odejściem matki. 

Pierre  milczał.  Gdy  Jacky  przeżywała  swój  dramat,  on  studiował  w  Paryżu,  ale  i  tak 

dotarły  do  niego  plotki  o  skandalu  wywołanym  przez  ekstrawagancką  panią  Shaftesbury, 

która podobno miała w Paryżu kochanka. Miał ochotę porozmawiać o tym z Jacky, ale bał 

się, że  swymi  pytaniami  sprawi jej  przykrość.  Przeczuwał, że  jest bardzo  wrażliwa i  tylko 

udaje,  iż  mówienie  o  tych  wydarzeniach  jej  nie  boli.  Zwłaszcza  że  jako  dziecko  była 

podobno bardzo zżyta z matką· 

-  Ojciec  bardzo  dobrze  się  mną  opiekował.  Pierwsza  przerwała  milczenie.  -  Był  taki 

szczęśliwy, kiedy postanowiłam zostać lekarką i pojechałam na studia do Londynu. On też 

wrócił do Anglii. Kupił małe mieszkanie, bo chciał, żebyśmy nadal byli blisko siebie. 

- To było chyba najlepsze rozwiązanie. 

-  Rzeczywiście.  Nie  chciałam  zostawiać  go  samego  we  Francji.  Był  sporo  starszy  od 

mamy, a po jej odejściu bardzo się posunął. Martwiłam się o niego, jak się zresztą okazało, 

nie  bez  powodu.  Kiedy  byłam na  pierwszym  roku,  zachorował.  Od  dawna  źle  się  czuł,  ale 

ignorował objawy choroby. Gdy wreszcie zdecydował się pójść do szpitala, na ratunek było 

już za późno. 

Z trudem przełknęła ślinę. 

- Cieszę się, że mogłam z nim być ... do końca. 

- Bardzo mi przykro. Jego śmierć musiała być dla 

ciebie  strasznym  ciosem.  -  Imponowała  mu  swoim  spokojem,  choć  przecież  wiedział,  że 

zawsze  była  twarda.  Przez  ułamek  sekundy  kusiło  go,  by  zjechać  na  pobocze  i  mocno  ją 

przytulić.  Nie  zrobił  tego,  bo  się  bał,  że  gdyby  wziął  ją  w  ramiona,  sytuacja  mogłaby 

wymknąć się spod kontroli. Poza tym Jacky mogłaby opacznie zrozumieć jego gest. Lepiej, 

żeby ich znajomość nie wykroczyła poza granice przyjaźni. 

Jacky  patrzyła  w  bok,  walcząc  ze  łzami.  Spokojny  wiejski  krajobraz  budził  w  niej 

wspomnienia  dzieciństwa;  cudownych  beztroskich  lat,  gdy  byli  zgodną  rodziną.  Rodzice 

bardzo ją kochali, a ojciec darzył matkę prawdziwym uwielbieniem. Jacky nie zdawała sobie 

sprawy, że jest to uczucie jednostronne. 

- Ani tata, ani ja nie mieliśmy pojęcia, że mama chce od nas odejść. Zostawiła list, ale tata 

nigdy mi go nie pokazał. Mówił tylko, że mama bardzo mnie kocha. To dało mi nadzieję, że 

kiedyś do nas wróci, ale...

Głos zaczął jej drżeć, więc wzięła głęboki oddech. 

- Dwa dni po jej zniknięciu przyjechała do nas policja - ciągnęła po chwili. - Powiedzieli 

nam, że mama i jej ... kochanek mieli wypadek. Obydwoje zginęli na miejscu. 

Pierre wstrzymał oddech. 

- Serdecznie ci współczuję. Moja mama wspominała, że  twoją rodzinę  spotkała tragedia, 

ale nie potrafiła powiedzieć, co dokładnie się stało.

- Och, miasteczko trzęsło się od plotek, ale nikt nie wiedział, jak było naprawdę. Nawet ja 

background image

mogę się tylko domyślać. Tak czy owak ten pierwszy kopniak od życia przygotował mnie na 

następne. A dostałam ich niemało. 

Gdy wjechali do wioski, Pierre zwolnił. Przemieszczali się wolno wśród domów krytych 

czerwoną dachówką i wypatrywali restauracji. 

-  Powinna  być  już  blisko.  Marcel  dokładnie  mi  ją  opisał.  Zdaje  się,  że  to  ten  dom  ...  U 

Jules'a. Tak, to tutaj! 

- Wygląda bardzo szykownie - zauważyła. 

- I pewnie taka jest, sądząc po samochodach, które 

przed nią parkują, i naleganiach Marcela, żebym koniecznie zarezerwował stolik. . 

Dom  był  obszerny  i  bardzo  stary,  z  pewnością  pełnił  kiedyś  funkcję  dworu,  do  którego 

przytuliła się malownicza wioska. Gdy weszli do środka, Jacky z zachwytem przyglądała się 

stylowym  wnętrzom.  Zdobiły  je  wspaniałe  obrazy  oraz  różne  dzieła  sztuki,  które 

rozmieszczono ze smakiem w przestronnych salach. 

-  Dobry  wieczór,  jestem  Jules  -  powitał  ich  właściciel,  dystyngowany  brunet  w  średnim 

wieku.  -  Zapraszam  na  aperitif  -  dodał  i  zaprowadził  ich  do  przytulnego  baru,  który 

urządzono w rogu głównego holu. 

Jacky wybrała swój ulubiony kir składający się z likieru porzeczkowego i białego wina, a 

Pierre zamówił pastis, czyli aperitif z wódki anyżkowej, wody oraz lodu. 

Dostali  stolik  przyoknie,  więc  jedząc  kolację,  mogli  podziwiać  wypielęgnowany  ogród.  Z 

łatwością  nawiązali  rozmowę, ale  starannie  unikali  osobistych  wątków.  Wymieniali uwagi 

na temat książek, filmów ora sztuk teatralnych. Porównywali atrakcje Londynu i Pa ryża. I 

choć rozmowa toczyła się wartko i była interesująca, Jacky wolałaby, by zeszła na sprawy 

prywatne. 

- Może wypijemy kawę na tarasie? - zaproponował Pierre, gdy okazało się, że obydwoje 

rezygnuj. z deseru. 

-  Bardzo  chętnie.  Wieczór  jest  taki  piękny.  Wokół  tarasu  był  ogród  różany,  więc  gdy 

usiedli w wyściełanych poduszkami wiklinowych fotelach otoczyła ich słodka woń kwiatów. 

Słońce schowało sil  już za  wzgórzami, lecz na ciemniejącym niebie  pozo  stały purpurowo-

złote smugi. 

- Wspaniałe miejsce - westchnęła Jacky. 

- Szkoda, że w naszym miasteczku nie mieliśmy tak ekskluzywnej restauracji - zauważył 

Pierre. 

- Obok sklepu była mała kawiarenka - przypomniała mu. 

- Która nie słynęła z wykwintnej kuchni - rzek z uśmiechem. 

- To prawda. Mimo to tata i ja często tam chodziliśmy po odejściu mamy. Żadne z nas nie 

miało pojęcia o gotowaniu, a przecież musieliśmy coś jeść. 

Westchnęła ciężko. 

- Biedny tata! Mama strasznie mu namieszała w życiu. Nawet wtedy, kiedy byłam jeszcze 

dzieckiem  i  z  pozoru  wszystko  toczyło  się  normalnie,  czułam  przez  skórę,  że  tata  nie  jest 

background image

szczęśliwy. 

- Dlaczego? 

- Kiedy byłam mała, często zastanawiałam się, jak to się w ogóle stało, że moi rodzice są 

razem.  Kiedy  podrosłam,  każde  z  nich  opowiedziało  mi  swoją  wersję  zdarzeń,  a  ja  na  tej 

podstawie  stworzyłam  własny  obraz.  -  Zamilkła  na  chwilę,  by  zebrać  myśli.  -  Myślę,  że 

ojciec,  który  był  już  wtedy  w  średnim  wieku,  przeżył  drugą  młodość  u  boku  mamy,  która 

słuchała  go  jak  wyroczni.  Ona  była  początkującą  aktorką,  miała  urok  i  charyzmę,  i  co 

ważniejsze, jako jedyna spośród jego studentów autentycznie interesowała się jego zawiłymi 

teoriami dotyczącymi sztuki dramatycznej. Wiem, że była łasa na pochwały, których jej nie 

szczędził... 

Zawahała się. Nigdy dotąd nie rozmawiała z nikim o swoich rodzicach. 

- Ojciec nie powinien był się z nią żenić - stwierdziła w końcu. - Zbyt wiele ich różniło. 

Mniej więcej na tydzień przed śmiercią opowiedział mi, jak się poznali. Ona grała wtedy w 

małym  teatrze  na  przedmieściach  Londynu,  a  on  wykładał  na  uniwersytecie.  Pewnego 

wieczoru po spektaklu poszedł za kulisy, żeby porozmawiać z zespołem o kontrowersyjnym 

współczesnym dramacie, który wystawiali. 

Poprawiła się w fotelu, wspominając, jak bardzo schlebiało jej, że ojciec wtajemnicza ją w 

tak osobiste sprawy. 

-  Ojciec  mówił,  że  miłość·  spadła  na  niego  jak  grom  z  jasnego  nieba.  Po  prostu  nagle 

zakochał  się  w  kwintesencji  kobiecości  -  jak  określił  mamę  -  i  zanim  zdążył  pomyśleć,  co 

robi, zaprosił ją na drinka. Przegadali całą n.oc i umówili się na następne spotkanie. Wkrótce 

się oświadczył, a ona, ku jego zaskoczeniu, od razu się zgodziła. 

Pierre pochylił się lekko w jej stronę. 

- Pamiętam, że twoja mama była bardzo piękna. 

- Ale zdecydowanie za młoda dla mojego ojca Kiedyś, po jednej z ich okropnych kłótni, 

powiedział mi, że żałuje, że wyszła za mąż. Ponoć zgodziła się, bo ojciec obiecał zabrać ją do 

Francji. Kiepsko jej się wtedy wiodło i miała dość pracy w małym, słabym zespole. Pomysł,

żeby  uciec  i  związać  się  z  moim  ojcem,  wydał  jej  się  bardzo  romantyczny.  Mama  wy. 

obrażała  sobie,  że  życie  w  małym  normandzkim  miasteczku  będzie  bajką.  Ojciec  miał 

porzucić pracę akademicką i zarabiać pisaniem, ona zaś miała spędzała dni na lekturze, a od 

czasu  do  czasu  grywać  ambitne  role  w  którymś  z  paryskich  teatrów.  Żyła  nadzieją,  ż-

pewnego  dnia  odniesie  wielki  sukces.  Ponieważ  tak  się  nie  stało,  przeżyła  wielkie 

rozczarowanie. Czuła, że znalazła się w potrzasku. 

- Teraz rozumiem, skąd wzięłaś się w naszym miasteczku. 

Pokiwała głową. 

-  Proza  życia  szybko  zabiła  miłość  moich  rodziców.  Ciągle  brakowało  im  pieniędzy. 

Ojciec  napisał  kilka  podręczników,  które  wprawdzie  przyniosły  mu  uznanie  w  kręgach 

akademickich, ale fortuny na nich nie zbił. Próbował swoich sił jako powieściopisarz, ale nic 

z tego nie wyszło. 

- A mnie się zawsze wydawało, że jesteście taką niebanalną rodziną. 

background image

- Bo byliśmy niebanalni. - Uśmiechnęła się. - Tylko biedni jak myszy kościelne. Nie to co 

zamożni Mellangerowie. 

-  Wcale  nie  byliśmy  tacy  bogaci!  -  zaprotestował.  -  Dziadek  miał  majątek  z  dworem  i 

winnicą,  na  której  zarobił  trochę  pieniędzy.  Ojciec  postanowił  wstać  lekarzem,  ale 

odziedziczył ziemię i rodzinny interes. Dziadek zaznaczył jednak; że połowa majątku należy 

do mnie. Ojciec uszanował jego wolę. Kiedy rodzice przeszli na emeryturę, przenieśli się do 

Australii, żeby być bliżej mnie. 

- Nadal tam mieszkają? 

- Tak, nawiązali wiele przyjaźni, więc postanowili 

wstać.  Kupili  sobie  mały  dom,  a  resztę  kapitału  zainwestowali,  dzięki  czemu  moja  część 

spadku  przynosiła  dochód,  który  bardzo  mi  się  przydał  w  pierwszych  latach  pracy.  Choć 

byłem początkującym lekarzem, miałem z czego żyć. Po prostu dopisało mi szczęście. 

- Owszem. Pamiętam, że jako dziecko zatrzymywałam się czasem przed bramą posiadłości 

twojego dziadka i wyobrażałam sobie, jak cudownie jest być bogatym.

- Znałaś mojego dziadka? 

-  Zetknęłam  się  z  nim  tylko  raz.  Pewnego  dnia  razem  z  koleżanką  zakradłyśmy  się  do 

waszego  sadu  po  jabłka.  Wisiały  tuż  przy  ogrodzeniu,  a  my  jak  zwykle  byłyśmy  głodne. 

Wspięłam  się na mur i zawisłam odwrócona do niego twarzą, szykując  się do skoku, kiedy 

nadbiegły psy i zaczęły okropnie szczekać. Po chwili ktoś złapał mnie za nogi i powiedział, 

żebym się nie ruszała. 

- Dziadek? 

-  Tak.  Byłam  przerażona,  kiedy  srogim  głosem  zaczął  krzyczeć  na  psy.  To  swój, 

powiedział im. Swój? Zdziwiłam się. Przyszłam ukraść jego jabłka! 

Pierre się roześmiał. 

- I co było dalej? 

-  Och,  twój  dziadek  odpędził  psy  i  pomógł  mi  zjeść  z  muru.  A  potem  dał  mi  kilka 

dorodnych owoców i odprowadził mnie do bramy. 

- Dziadek był bardzo porządnym człowiekiem. 

Przypuszczam, że poczuł się rozbawiony całą sytuacją· Pewnie odetchnął z ulgą, że psy nic ci 

nie zrobiły - westchnął.  - Tak, miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo, za to  potem... - Ton 

jego głosu raptownie się zmienił. - W dorosłym życiu spadło na mnie mnóstwo ... 

- Nieszczęść? - dopowiedziała cicho. Wziął ją za rękę. 

- Tak. Los mi ich nie szczędził. Jak każdy, miałem swoje tłuste lata, ale ... 

Wstał, podszedł do niej i pociągnął ją ku sobie. 

-  Nie  chcę,  żebyś  pomyślała,  że  się  nad  sobą  użalam.  Każdy  jest  kowalem  swego  losu. 

Zgodzisz się ze mną? 

Spojrzała mu w oczy. Mogłaby przysiąc, że mimo pozornie hardego wyrazu widzi w nich 

zagubienie i bezradność. 

- Na tak wiele spraw nie mamy wpływu - szepnęła. 

Nagle  poczuła  się  tak,  jakby  w  restauracji  poza  nimi  nie  było  nikogo.  Świat  przestał 

background image

istnieć.  Liczyło  się  tylko  to,  że  jest  przy niej  naj  wspanialszy  mężczyzna,  jakiego  w  życiu 

spotkała. Jej książę z bajki, który po latach wreszcie się zjawił i z którym od tej chwili miała 

żyć  długo  i  szczęśliwie.  Jaka  szkoda,  że  takie  cudowne  zakończenia  zdarzają  się  tylko  w 

bajkach. 

W  ułamku  sekundy  pojęła,  co  czuł  ojciec,  gdy  pierwszy  raz  zbliżył  się  do  jej  matki.  To 

wszystko  nie  miało  sensu  ...  ale  czy  miłość  może  mieć  sens?  Jest  uczuciem  irracjonalnym, 

nieziemskim, więc choćby człowiek starał się z nią walczyć, i tak musi przegrać. 

-  O  tak.  Jesteśmy  kowalami  swego  losu  -  szepnęła.  Pierre  pochylił  się  i  lekko  musnął 

ustami jej usta. 

Z trudem powstrzymała się, by nie jęknąć z rozkoszy. 

- Panie doktorze? 

Obok nich stanął kelner. 

- Bardzo państwa przepraszam, ale pan Jules kazał zapytać, czy życzą sobie państwo jakiś 

trunek do kawy? 

-  Nie,  dziękujemy.  -  Pierre  wypuścił  ją  z'  objęć.  Usiadła  w  fotelu,  starając  się  jak 

najszybciej uspokoić przyspieszony oddech. Czar prysnął. Na szczęście, bo jeszcze chwila i 

zrobiłaby z siebie kompletną idiotkę.

- Poproszę rachunek. - Słowa Pierre' a dotarły do niej jak przez mgłę. 

W  drodze  powrotnej  nawet  nie  próbowali  odtworzyć  atmosfery tamtej  magicznej  chwili. 

Jacky miała  wrażenie, że  Pierre  chce jak najszybciej wrócić na  bezpieczny  grunt uprzejmej 

rozmowy,  tak  jak  było  na  początku  wieczoru.  Nie  próbował  też  przedłużać  spotkania. 

Odwiózł  ją  do  domu,  a  gdy  wysiedli  z  samochodu,  spojrzał  na  nią  z  nieodgadnionym 

wyrazem twarzy. 

Próbowała  odnaleźć  w  jego  oczach  bodaj  cień  obietnicy,  że  mogą  przeżyć  to  wszystko 

jeszcze raz. Ale nie, znów był tylko kolegą z dawnych lat. Starszym bratem, o którym zawsze 

marzyła. Mogła  zaprosić  go  na  drinka,  ale  uznała,  że  to.  kiepski  pomysł.  Po  co  ryzykować 

odmowę? 

-  Dziękuję  za  przemiły  wieczór  -  powiedziała,  posyłając  mu  uśmiech,  który  zdawał  się 

mówić: "Nie bój się, nie zamierzam ciągnąć cię do środka" .. 

Ujął jej twarz w dłonie i delikatnie pocałował w usta. Gdy po chwili uniósł głowę, w jego 

lśniących oczach pojawił się wyraz oczekiwania. 

Ona jednak odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi.

ROZDZIAŁ TRZECI 

Był bardzo sfrustrowany. Odjeżdżając sprzed domu Jacky, spojrzał we wsteczne lusterko, 

by sprawdzić, czy weszła do środka. Tak, już jej nie było. Dała mu wyraźnie do zrozumienia, 

że nie ma ochoty przedłużać spotkania. 

background image

Nacisnął pedał gazu. Źle to wszystko dziś rozegrał, zwłaszcza przy kawie. Nie powinien 

był jej całować. Problem w tym, że nie mógł się powstrzymać. A przecież dobrze wiedział, 

że musi unikać zaangażowania. 

Jego  frustracja,  fizyczna  i  emocjonalna,  stawała  się  coraz  bardziej  dokuczliwa.  Jęknął 

zdesperowany. Może nie powinien umawiać się z nią po pracy? Tylko jak ma zrezygnować z 

jej  towarzystwa,  skoro  tak  bardzo  mu  się  podoba?  Śliczna,  żywiołowa,  rozbrykana 

dziewczynka  z  jego  wspomnień  wyrosła  na  najpiękniejszą,  najbardziej  seksowną  i  mądrą 

kobietę, jaką w życiu spotkał. 

Po raz pierwszy od śmierci Liliane miał taki kłopot. 

Jego żona zmarła w czasie porodu, wydając na świat jego syna. Początkowo wydawało mu 

się,  że  wyrzuty  sumienia  nie  pozwolą  mu  dalej  żyć.  Z  czasem  nauczył  się  radzić  sobie  z 

bólem,  nie  było  jednak  szans,  by  rana  w  sercu  kiedykolwiek  się  zabliźniła.  Ogarnięty 

wspomnieniami  o  Liliane  mocno  zacisnął  dłonie  na  kierownicy.  Miała  wątpliwości,  czy 

dojrzała do macierzyństwa, za to on wciąż powtarzał, że marzy o dziecku. Przekonywał ją, że 

na  pewno  poradzi  sobie  w  roli  matki.  Biedna,  zapłaciła  za  jego  marzenia  najwyższą  cenę. 

Trudno o większe poświęcenie. Odkąd odeszła, nie opuszczało go poczucie winy. 

Zatrzymał  się  przed  domem,  ale  nie  wysiadł.  Wyłączywszy  silnik,  oparł  głowę  o 

kierownicę i siedział tak, rozpamiętując swoją sytuację. Od pięciu lat dotrzymywał przysięgi 

złożonej  Liliane.  Przez  pierwszy  rok  po  jej  śmierci  żył  jak  mnich...  obarczony 

odpowiedzialnością za dziecko. Przymknął oczy, pozwalając, by przesuwały się przed nimi 

obrazy wspomnień.  Przypomniał  sobie  dzień,  w  którym musiał  skapitulować  przed  własną 

cielesnością. Nie był w stanie dłużej ignorować pewnych potrzeb, zaczął więc spotykać się z 

kobietami, jednak w sercu pozostał wiemy zmarłej żonie. 

Obiecał sobie, że będzie wybierał partnerki, które z pewnością nie odegrają większej roli w 

jego  życiu.  Miał  więc  na  swym  koncie  kilka  przelotnych  romansów  z  kobietami,  które, 

podobnie jak on, nie zamierzały wiązać się na stałe. Mimo to natknął się na problem. Gdy po 

kilku miesiącach znajomości zaczął zapraszać jedną z nich do domu, spragniony matczynego 

ciepła  Christophe  zaczął  traktować  ją  jak  przyszywaną  mamę.  Kiedy  związek  się  rozpadł, 

chłopiec był zrozpaczony. To doświadczenie uzmysłowiło mu, że synek nie może poznawać 

jego przyjaciółek. Postanowił więc, że nie będzie im mówił, że ma dziecko, a co za tym idzie, 

nie będzie przyprowadzał ich do domu. 

Jacky jednak  była  inna.  Dziś  miał  ochotę  opowiedzieć  jej  o  swoich  nieszczęściach.  Bardzo 

brakowało  mu  kogoś,  przed  kim  mógłby  się  otworzyć.  Nie  zrobił  tego,  gdyż  nie  chciał 

jeszcze  bardziej  komplikować  sytuacji.  Zwierzenia  i  rozmowy  o  najbardziej  osobistych 

sprawach  nieuchronnie  prowadziłyby  da  uczuciowego  zaangażowania,  przed  którym  się 

bronił. Uniósł głowę, gdyż nagle poczuł, że ktoś mu się przygląda. 

- Wszystka w porządku? - spytała zaniepokojona Nadine. - Usłyszałam, że pan przyjechał, 

ale długo nie wchodził pan do domu, więc ... 

- Niepotrzebnie  się  martwiłaś.  Nic  mi  nie  jest.  Zaraz  przyjadę,  a  ty  kładź  się  spać.  Jak 

Christophe? 

background image

- Dobrze. Uspokoił się po pana wyjściu. 

- Spodziewałem się, że tak będzie. Dobranoc, Nadine. 

- Dobranoc. 

Patrzył,  jak  opiekunka  wchodzi  da  domu,  zastawiając  dla  niego  uchylane  drzwi. 

Zajmowała się Christophe'em zaledwie od trzech miesięcy i a dziwa, zgodziła się przenieść z 

nimi z Paryża da St. Martin sur mer. Była miła, rozsądna i inteligentna, miał więc nadzieję, że 

zastanie z nimi na dłużej, zwłaszcza że Christophe wyraźnie ją polubił. 

Nianie ta był osobny problem. Żadna z opiekunek nie zagrzała dłużej miejsca. Dobrze im 

płacił, a one i tak odchodziły. Christophe nie był łatwym dzieckiem. Na szczęście chodził już 

da  przedszkolna,  więc  Nadine  nie  była  tak  obciążana  jak  jej  poprzedniczki,  które  szybka 

wypalały się, pracując od rana do nocy. 

Zaczekał, aż automatycznie zasunie się dach, i wysiadł z samochodu. Idąc do domu, myślał o 

tym,  że  Nadine  prędzej  czy  później  zapragnie  wrócić  da  Paryża.  Już  wspominała,  że 

chciałaby spędzać więcej czasu ze swoim chłopakiem. Początkowo ucieszył się, że kogoś ma, 

bo  to by  znaczyło,  że  w  odróżnieniu  od  paru  poprzedniczek,  nie  będzie  próbowała  z  nim 

flirtować. 

Wbiegł  na  górę,  przeskakując  pa  dwa  stopnie,  chciał  bowiem  jak  najszybciej  zobaczyć

syna. Miał wyrzuty sumienia, że pa pracy nie wrócił prosto do domu. Obiecał sobie, że jutra 

spędzi  z  chłopcem  cały  wieczór.  Pa  cichu  wszedł  da  pokoju  synka  i  usiadł  przy  łóżku.  Z 

rozczuleniem patrzył na jego miękkie jasne włosy rozrzucane na poduszce. Christophe zasnął 

z  kciukiem w buzi.  Pierre uśmiechnął się i  delikatnie  wyjął palec z  jego  ust.  Ssanie kciuka 

pomagało chłopcu wyciszyć się i uspokoić. Pierre dobrze wiedział, że właśnie spokoju jego 

ukochane dziecka potrzebuje najbardziej. Gdyby mama nie osierociła go w chwili narodzin, 

gdyby była z nim przez cały czas, czułby się bezpieczny i na pewno nie wszczynałby dzikich 

awantur, które wykańczały nerwowo opiekunki. 

Pochylił  się  i  pocałował  ciepły,  gładki  paliczek  synka.  Christophe  poruszył  się,  a  patem 

otworzył oczy i objął go za szyję. 

- Kocham cię, tatusiu - mruknął i natychmiast zasnął. - Pierre pa czuł dławienie w gardle. 

- Ja też cię kocham, synku - szepnął, okrywając go kołderką.

Poszedł da siebie, i zamknąwszy drzwi, oparł się o nie plecami. Patrzył na pokój rozjaśniany 

księżycową poświatą i wdychał rześkie powietrze. Letnia noc, pachnąca kwiatami i morzem, 

była wprost stworzona do miłości. Mógł spędzić ją z Jacky, gdyby odważył się ją tu zaprosić. 

Tyle że z nią nie mogło być mowy o przygodzie na jedną noc. Instynkt ostrzegał go, że jeśli 

raz  spróbuje,  nie  będzie  umiał  zapomnieć.  A  przysięga  złożona  Liliane  wciąż  go 

obowiązywała. 

Jaka  szkoda,  że  nie  jest kawalerem  wolnym  od  trosk  i  obowiązków!  Kimś,  kto  nie  musi 

zmagać się z wiecznym poczuciem winy wobec kobiety, która poświęciła dla niego życie ... 

Jacky  wbiegła  na  górę.  Nie  chciała  przedłużać  spotkania  -  Pierre  mógłby  poczuć  się 

niezręcznie. W końcu dał do zrozumienia, że nie zależy mu, by ich znajomość przerodziła się 

background image

w romans. Właściwie to dobrze. Ona też nie szuka takich wrażeń. 

W mieszkaniu od razu zrzuciła buty i poszła prosto do sypialni. Jak stała, padła na łóżko i 

zaczęła  masować  zmęczone  stopy;  całodzienne  bieganie  po  szpitalu  nie  wyszło  im  na 

zdrowie. 

Ułożyła  się  na  poduszkach  i  zatonęła  w  rozmyślaniach  o  Pierze  -  silnym,  przystojnym, 

wysportowanym  młodym  mężczyźnie,  w  którym  podkochiwała  się  jako  podlotek,  i  tym 

dzisiejszym, starszym, ale wciąż przystojnym, pogrążonym w żałobie wdowcu. Cieszyła się, 

że  w  czasie  kolacji  udało  jej  się  go  rozweselić.  Kiedy  zaczęli  wspominać  stare  czasy, 

rozchmurzył się i przestał robić minę zagubionego małego chłopca. Rozmawiali o wszystkim 

z  wyjątkiem  swoich  poprzednich  związków.  Nadal  więc  nic  nie  wiedziała  o  jego  pięknej 

żonie, a on nie usłyszał słowa na temat Paula. 

Na myśl o byłym mężu westchnęła ciężko. Nie lubiła go wspominać. A przecież na początku 

małżeństwa  tak  bardzo  go  kochała.  Studiowali  na jednym  roku,  byli  biedni  jak  myszy 

kościelne,  ale  szczęśliwi,  że  się  kochają.  Pod  koniec  studiów  zamieszkali  razem  w  jej 

mieszkaniu. 

- Wyjdź za mnie - poprosił Paul. - Małżeństwo jest takie romantyczne ... - przekonywał: 

Równie romantyczny wydał mu się pomysł posiadania dziecka. 

-  Zobaczysz,  ono  nam  w  niczym  nie  będzie  przeszkadzało.  Będziemy  żyli  jak  dawniej  -

zapewniał.  -  Weźmiesz  urlop  macierzyński, a  potem  wrócisz  do  pracy. Będę  ci  pomagał  w 

czasie ciąży i potem przy dziecku. 

Uwierzyła  mu!  Zresztą  z  perspektywy  czasu  dochodziła  do  wniosku,  że  wtedy  Paul 

naprawdę  wierzył  w  to,  co  mówi.  Ot,  jeszcze  jeden  fajny  pomysł,  który  zrodził  się  w  jego 

ptasim  móżdżku.  A  takie  cnoty  jak  miłość  i  wierność?  Cóż,  nad  tym  w  ogóle  się  nie 

zastanawiał. 

Nie pojmowała, jak mogła aż tak się na nim nie poznać. Dlaczego nie przewidziała, że Paul 

po  prostu  nie  umie  być  wiemy?  Gdy  po  kilku  miesiącach  euforia  opadła  i  jej  ciąża 

spowszedniała,  stał  się  nerwowy  i  coraz  częściej  znikał  z  domu.  Mimo  to  nie  przeczuwała 

najgorszego. Do głowy jej nie przyszło, że Paul ją zostawi. 

Nigdy nie zapomni dnia, w którym to się stało. 

-  Poznałem  kogoś  -  przyznał  wprost.  -  To  pielęgniarka,  pracujemy  razem  na  ortopedii. 

Kocham ją. Tym razem to już na zawsze. 

Była wtedy w szóstym  miesiącu ciąży. On przeniósł  się' ze  swoją dziewczyną do innego 

szpitala.  Nie  miał  wyjścia,  bo  gdy  się  rozniosło,  że  chce  zostawić  ciężarną  żonę,  wybuchł 

skandal i koledzy nie zostawili na nim suchej nitki. 

Teraz, gdy emocje dawno opadły, stwierdziła, że Paul był po prostu niedojrzały. Uczciwie 

zapracował a swój wizerunek Piotrusia Pana. Przerosła go perspektywa rychłego ojcostwa i 

związanych  z  tym  obowiązków.  Gdy  w  dramatycznych  okolicznościach  zaczęła  rodzić  i 

cierpiała  przez  długie  godziny,  koledzy  e  szpitala  zawiadomili  go,  że  jest  z  nią  niedobrze. 

Pojawił się następnego dnia, gdy ich dziecko już nie było.

background image

Wciąż  go pamiętała, jak stał przy jej łóżku  i  nie wiedział,  jak się zachować. A ona leżała 

nieruchomo,  wycieńczona  przedwczesnym  porodem,  w  czasie  któgo  omal  nie  umarła. 

Odetchnęła, gdy pielęgniarka oprosiła go, by wyszedł. 

- Dam pani kolejną dawkę środków przeciw bóloych - powiedziała. 

Jacky  czekała  na  tę  chwilę  jak  na  zbawienie.  Kiedy  zaczynał  działać,  przymykała  oczy  i 

zapadała  się  nicość.  Tam  znajdowała  ukojenie  i  uwalniała  się  od  nieludzkiego  cierpienia, 

które dręczyło ją od śmierci decka. 

Na  wspomnienie  dramatu,  który  przeżyła,  instynkwnie  położyła  dłoń  na  brzuchu.  Wciąż 

pamiętała  współczujące  spojrzenie  lekarza,  który  odważył  się  powiedzieć  jej  prawdę.  A  ta 

brzmiała jak wyrok. 

-  Nie  mam  dla  ciebie  dobrych  wiadomości  -  zaczął  ostrożnie.  -  Sama  wiesz,  jak  ciężki 

miałaś  poród.  Niestety,  doszło  do  poważnego  uszkodzenia  organów  rozrodczych.  -  Na 

moment zawiesił głos. - Powiem otarcie. Twoje szanse na następną ciążę są bliskie zeru. Jeśli 

będzie  ci  bardzo  zależało  na  urodzeniu  dziecka,  będziesz  musiała  poddać  się  operacji. 

Powinnaś  jednak  wiedzieć,  że  nawet  jeśli  uda  ci  się  donosić  ciążę,  następny  poród  będzie 

równie skomplikowany. 

-  Nie  będzie  następnego  porodu  -  uspokoiła  go.  Sięgnęła  po  chusteczkę  i  wytarła  nos. 

Próbowała odegnać wspomnienia, które często nawiedzały ją w koszmarnych snach, jednak 

wyjątkowo wyraźne obrazy uparcie wypływały z mroków nie pamięci. Znów była w ósmym 

miesiącu ciąży i pracowała na oddziale ratownictwa medycznego. Nie wzięła zwolnienia, bo 

nie chciała siedzieć całymi dniami w pustym mieszkaniu, rozmyślając o Paulu i martwiąc się, 

jak sobie poradzi jako samotna matka. Poza tym chciała udowodnić kolegom, że traktuje swój 

zawód poważnie. 

Postanowiła,  że  po  urodzeniu  dziecka  szybko  wróci  do  pracy.  Miała  zamiar  zatrudnić 

opiekunkę,  nawet  jeśli  miałaby  oddawać  jej  połowę  pensji.  Tamtego  dnia,  gdy  urodził  się 

Simon,  w  czasie  przerwy  na  lunch  też  była  na  rozmowie  w  agencji  pośredniczącej  w  za-

trudnianiu fachowych opiekunek. 

Po spotkaniu wróciła na dyżur. Jej pierwszym pacjentem był jakiś pijak, który wdał się W 

bójkę w pubie i oberwał butelką. Wyglądało na to, że delikwentowi urwał się film, pochyliła 

się więc nad nim i zaczęła zszywać ranę na twarzy. Wtedy niespodziewanie poderwał się i z 

całej siły uderzył ją w brzuch. Poczuła przeszywający ból i kurczowo chwyciła się za miejsce, 

z którego promieniował. Gorączkowo powtarzała sobie, że nic się nie stało, że wcale nie czuje 

gorącej, lepkiej krwi sączącej się spomiędzy nóg ... 

Obróciła się na bok i wtuliła twarz w poduszkę. 

Przeżyła, ale  naprawdę  niewiele brakowało!  Życie  zawdzięczała fachowości  kolegów.  Gdy 

było już po wszystkim, znalazła w sobie dość siły, by wziąć na ręce swego wytęsknionego 

synka. Doznał śmiertelnych obrażeń, więc nie było dla niego ratunku. Tuliła go, dopóki biło 

maleńkie serce, a potem zaczęła oswajać się z myślą, że znów została sama ... 

Usiadła  na  łóżku  i  otarła  łzy.  Nigdy  się  nad  sobą  nie  użalała,  więc  teraz  też  nie  będzie. 

Rozebrała się i zarzuciwszy na siebie szlafrok, poszła do łazienki. Ciepła odprężająca kąpiel 

background image

na pewno dobrze jej zrobi. 

Na  oddziale  ratownictwa  zawsze  było  mnóstwo  pracy.  Właśnie  dlatego  wybrała  tę 

dziedzinę  medycyny.  Tu  nie  groziła  monotonia.  Nigdy  nie  było  wiadomo,  co  przyniesie 

dzień. Po dwóch tygodniach od wypadku na morzu mały Dominic został wypisany do domu. 

Jego  rodzice  koniecznie  chcieli  zrobić  mu  pamiątkowe  zdjęcie  z  lekarzami,  którym 

zawdzięczał życie. 

- Pojedziesz ze mną do domku? - zapytało dziecko Pierre'a. 

-  Bardzo  bym  chciał,  ale  dziś  nie  mogę,  bo  muszę  zostać  w  pracy  -  odparł.  -  Chodź, 

zrobimy sobie razem fajne zdjęcie - zaproponował, a rozbiegany chłopczyk wreszcie stanął 

w miejscu i posłusznie spojrzał w obiektyw. 

- Będzie mi brakowało tego małego urwisa - westchnęła Jacky, gdy wracali na oddział. 

- Kochasz dzieci, prawda? - zapytał cicho Pierre. Obserwując ją w czasie pracy, zauważył, że 

lubi dzieci i ma z nimi doskonały kontakt. Cieszyło go to i martwiło jednocześnie. Między 

innymi  dlatego  nie  proponował  jej  kolejnej  randki.  Prędzej  czy  później  będzie  musiał  się 

przyznać  do  tego,  że  ma  syna.  Ona  na  pewno  zechce  go  poznać,  a  Christophe  od  razu  ją 

polubi.  Nie  chciał  narażać  syna  na  kolejne  rozczarowanie,  a  przecież  Jacky pewnego  dnia 

zniknie z ich życia. 

- Chodźmy na kawę, póki - na oddziale panuje względny spokój - zaproponował. 

- Lepiej chodźmy do mojego gabinetu. Mam tam zaparzarkę i kawę o niebo lepszą od tej, 

którą podają w bufecie. 

- Nie mogłem się doczekać, kiedy mnie wreszcie zaprosisz - rzekł z uśmiechem. - Ludzie 

opowiadają cuda o waszym gabinecie. Podobno ty i Debbie wygodnie się urządziłyście. 

-  To  prawda,  jest  u  nas  trochę  bardziej  po  domowemu  niż  w  przeciętnym  gabinecie. 

Uznałyśmy, że coś nam się należy od życia. 

- Bardzo tu przytulnie - pochwalił, gdy weszli do środka. 

- Rozumiem, że to eufemizm. Agenci od nieruchomości używają go, kiedy chcą ci dać do 

zrozumienia, że straszna tu ciasnota. 

- Zauważyłem, że lubisz dzieci. Nie chciałaś mieć własnych? - zapytał, siadając w fotelu. 

Nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Aby  zyskać  na  czasie,  zajęła  się  odmierzaniem  kawy. 

Odetchnęła głęboko, i siląc się na spokój, powiedziała: 

- Miałam dziecko, synka, bardzo krótko. Niestety, umarł... - Przełknęła ślinę, by uwolnić się 

do bolesnego dławienia w gardle. - Jaką pijesz kawę, słabą czy mocną? - Głos jej się załamał.

Pierre wstał i ją objął. 

- Przepraszam, nie powinienem był pytać. Nie wiedziałem ... 

W  jego  oczach  było  tyle  serdeczności  i  dobroci,  że  poczuła  chęć,  by  skryć  się  w  jego 

ramionach. Potrzebowała jego siły i spokoju. Gdyby mogła pozostać w jego objęciach, ból 

serca trochę by zelżał. Może nawet wstąpiłaby w nią nowa nadzieja. 

Delikatnie  pocałował  ją  w  policzek,  a  ona  instynktownie  rozchyliła  usta.  Pocałował  ją 

więc i  poczuł,  jak jej ciało się odpręża. Przestała drżeć i  wtuliła  się w niego. Przez  chwilę 

background image

pozwolił  sobie  rozkoszować  się  jej  bliskością,  a  potem  wolno  się  odsunął.  Ona  też  się 

cofnęła. Wiedziała, że musi natychmiast wrócić z obłoków na ziemię. 

Pierre starał się ochłonąć. Usiadł w fotelu i zgnębiony pomyślał o tym, że oto sprawdza się 

czarny  scenariusz.  Miał  już  pewność,  że  jeśli  zacznie  romansować  z  Jacky,  na  pewno  się 

zaangażuje. Tego nie wolno mu robić. Poza tym nawet nie wie, czy ona chce układać sobie 

życie na nowo. 

Domyślał  się,  ile  wycierpiała.  Nawet  nie  chciał  wiedzieć,  co  czuje  ktoś,  komu  umiera 

dziecko.  A  gdyby  takie  nieszczęście  spotkało  jego?  Nie  potrafił  wyobrazić  sobie  życia bez 

swojego ukochanego syna. 

- Już w porządku - powiedziała, podając mu kawę. 

- Zawsze, kiedy myślę albo mówię o Simonie, puszczają mi nerwy. 

-  Ile  miał  Simon,  kiedy  ...  ?  -  odważył  się  zapytać,  gdy  usiedli  naprzeciw  siebie  przy 

małym stoliku. 

- Trochę ponad dwie godziny. 

Głośno wciągnął powietrze. Co mógł powiedzieć? 

Nic dziwił się już, że Jacky często bywa smutna. Zwłaszcza gdy wydaje jej się, że nikt na nią 

nie patrzy, bo na co dzień pokazywała światu pogodną twarz. 

- Dziękuję, że okazałaś mi zaufanie - powiedział łagodnie. 

Postanowiła wykorzystać sytuację i zadać pytanie, które od dawna ją nurtowało. 

-  Kiedy  czekałam  na  ciebie  w  samochodzie  przed  domem,  słyszałam  dziecięcy  głos.  To 

twoje dziecko? 

Zawahał się. 

- Tak. Mam syna. Christophe ma pięć lat. 

- Dlaczego nigdy o nim nie mówiłeś? 

Uciekł spojrzeniem w bok. 

-  Dlatego,  że  ...  Kiedyś  ci  to  wytłumaczę.  Mam  swoje  powody,  ale  to  skomplikowana 

historia. 

-  Nic  mu  nie  jest?  To  znaczy,  nie  ma  żadnych  problemów  ze  zdrowiem?  -  Próbowała 

wyrazić się oględnie. 

Pierre popatrzył jej prosto w oczy. 

-  Jest  zdrowy  jak  ryba  i  bardzo  aktywny  -  odparł  ..  Zamilkł  na  moment.  Prędzej  czy 

później  i  tak  musi  to  nastąpić.  Nie  może  traktować  Jacky  tak,  jak  traktował  przygodne 

partnerki, które szybko znikały z jego życia. - Musisz go poznać. 

A  więc  stało  się!  Już  nie  ma  odwrotu.  Nie  miał  pojęcia,  jak  poradzi  sobie  z 

konsekwencjami tej decyzji. Na razie postanowił nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. W 

tej chwili zależało mu na tym, by częściej widywać Jacky. Kilka minut w czasie przerwy na 

kawę  zdecydowanie  mu  nie  wystarczało! Pragnienia  mają  swoją  cenę.  Nic,  co  w  życiu 

ważne, nie przychodzi łatwo. 

Z zamyślenia  wyrwał  go dźwięk  pagera. Jacky podała  mu  słuchawkę,  a  on przez  chwilę 

słuchał w skupieniu. 

background image

- Zaraz tam będę! - rzucił, kończąc rozmowę.

- Znów wypadek na morzu. Karetki zaraz przywiozą poszkodowanych. 

Jacky natychmiast odstawiła kubek z niedopitą kawą i razem z nim pobiegła na oddział. 

W pokojach zabiegowych czekali już na nich dwaj pacjenci: młody Anglik, który uczył 

się  jeździć  na  nartach  wodnych,  i  nieco  starszy  Francuz,  jego  instruktor.  W  czasie  lekcji 

niedoświadczony  uczeń  wykonał  niefortunny  manewr  i  zranił  się  w  nogę.  Instruktor 

próbował go ratować i również doznał kontuzji. 

Jacky  zajęła  się  Anglikiem,  który  bardzo  się  ucieszył,  że  wreszcie  spotkał  kogoś,  z  kim 

może bez trudu się porozumieć. 

- Mój francuski jest bardzo kiepski - przyznał. 

-  Zaraz  sprawdzimy,  co  się  panu  stało.  -  Delikatnie  dotknęła  uda,  na  którym  zrobił  się 

wielki wylew. - Dam panu zastrzyk przeciwbólowy i dopiero potem pana zbadam. 

- Dziękuję - jęknął, zaciskając zęby. 

Gdy postawiła wstępną diagnozę, zawołała Pierre'a, żeby się z nim skonsultować. 

- Zerwał więzadła łączące mięsień z kością udową - powiedziała. 

Pierre zbadał chłopaka i potwierdził jej podejrzenia. 

- Trzeba zrobić prześwietlenie i sprawdzić, w jakim stanie jest kość. Z kolei Franek, wiesz, 

ten instruktor, zerwał ścięgno Achillesa. Muszę dowiedzieć się na ortopedii, czy mogą go dziś 

zoperować. Mogłabyś na chwilę do niego zajrzeć? 

-  Co  za  pech,  pani  doktor.  Co  za  straszny  pech  -  skrzywił  się  instruktor,  gdy  do  niego 

przyszła. - Że też to się musiało stać akurat teraz, w pełni sezonu, kiedy mam najwięcej pracy. 

Okropnie chce mi się pić. Mógłbym dostać trochę wody? 

- Raczej nie, bo prawdopodobnie będzie pan dziś  operowany. Doktor Mellanger właśnie 

ustala termin zabiegu. 

-  Koledzy  z  ortopedii  będą  gotowi  za  godzinę oznajmił  Pierre,  wchodząc  do  pokoju 

zabiegowego.  -  Dziękuję,  Jacky.  Ja  już  się  panem  zajmę  -  powiedział,  i  zaczął  tłumaczyć 

Franekowi, na czym będzie polegała operacja. 

Do  końca  dyżuru  miała  wielu  pacjentów,  ale  wygospodarowała  chwilę,  by  zajrzeć  do 

młodego Anglika, który został przewieziony na ortopedię· 

- Jak się pan czuje? 

-  Kiepsko.  Noga  okropnie  mnie  boli,  ale  nie  umiem  poprosić,  żeby  dali  mi  coś 

przeciwbólowego. Gapię się więc w telewizor, chociaż nic nie rozumiem, ale to mi pomaga 

zapomnieć o bólu. 

-  Nie  ma  sensu,  żeby  pan  cierpiał.  Zaraz  poproszę  siostrę,  aby  zrobiła  panu  zastrzyk  -

powiedziała i poszła poszukać pielęgniarki. 

Na korytarzu spotkała Pierre'a. 

- Idę sprawdzić, jak czuje się Franek. Koledzy z ortopedii mówili, że operacja się udała. 

Powiem mu, że miał pecha. Gdyby sobie tę nogę złamał, przynajmniej krócej nosiłby gips -

ironizował. 

background image

- Nie jestem pewna, czy twój żart przypadnie mu do gustu. 

-  Dlaczego?  Franck  ma  poczucie  humoru.  Poznałem  go  w  zeszłym  tygodniu,  gdy 

poszedłem  do  jego  wypożyczalni  dowiedzieć  się  o  łódź.  Chciałbym  zabrać  Christophe'a  w 

krótki rejs po morzu. 

- Myślisz, że mu się spodoba? 

- Na pewno! - Zawahał się. - Jeśli dziś wieczorem masz czas, wpadnij do nas na kolację. 

Poznasz go. 

- Bardzo chętnie! - Nie chciała, by zabrzmiało to aż tak entuzjastycznie. Wszystko przez to,

że zaskoczył ją tym zaproszeniem. 

Pierre  też  się  nie  spodziewał,  że  ona  natychmiast  się  zgodzi.  Kości  zostały  rzucone, 

powiedział sobie. Za późno, żeby się wycofać. 

-  Nie  umawiajmy  się  na  konkretną  godzinę.  Po  prostu  przyjdź,  kiedy  będzie  ci 

odpowiadało.  Gdybym  musiał  zostać  dłużej  w  szpitalu,  w  domu  będzie  Nadine,  opiekunka 

Christophe'a. Do zobaczenia. 

Wróciła  do  swoich  zajęć,  ale  nie  mogła  pozbyć  się  wrażenia,  że  Pierre  zaprosił  ją 

spontanicznie, a teraz tego żałuje. Gdyby naprawdę chciał, by poznała jego syna, mógł go jej 

przedstawić, gdy szli do restauracji. Tymczasem on kazał jej czekać w samochodzie. Ciekawe 

dlaczego? 

Źle  zrobiła,  przyjmując  zaproszenie;  Jeszcze  nie  jest  za  późno,  aby  się  wycofać.  Może 

powiedzieć, że właśnie sobie przypomniała, że jest umówiona. 

Odwróciła się, ale Pierre'a już nie było. Trudno. 

Skoro  się  zgodziła,  musi  pójść.  Może  przy  okazji  dowie  się,  dlaczego  jest  taki  tajemniczy. 

Ajeśli poczuje, że jest nieproszonym gościem, pod byle pretekstem wróci do domu. 

Nagle  przypomniała  sobie,  co  czuła  dziś  rano,  gdy  Pierre  ją  przytulił.  Może  warto 

zaryzykować jeszcze kilka takich dreszczy w zamian za cały wieczór w jego towarzystwie? 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Spojrzała na imponującą fasadę domu Pierre'a. Dobrze, że opowiedział jej o ostatniej woli 

dziadka Mellangera. Spadek pewnie był spory, skoro stać go na taką rezydencję. Hojny senior 

rodu musiał bardzo kochać wnuka. Kiedyś widziała ich razem w miasteczku - krótko po tym, 

jak została przyłapana w sadzie. Od razu rzucało się w oczy, że są ze sobą mocno związani. 

Patrzyła  na  porośnięte  bluszczem  kamienne  mury  i  podziwiała  urodę  domu,  który  dzięki 

szeroko  otwartym  dwuskrzydłowym  oknom,  pozwalającym  ciekawskiemu  przechodniowi 

zerknąć  do  środka,  sprawiał  wrażenie  przyjaznego.  Wprawdzie  z  ulicy  nie  było  widać,  co 

dzieje się w środku, ale i tak odnosiło się wrażenie, iż jest to prawdziwe gniazdo rodzinne. 

Idąc  tu,  z  trudem  panowała  nad  radosnym  podnieceniem.  Czuła  się  jak  mała  dziewczynka, 

background image

która wreszcie została zaproszona na wymarzone przyjęcie do domu, który do tej pory był dla 

niej  niedostępny.  Uspokój  się,  kobieto,  i  przestań  fantazjować!  -  napominała  się  surowo. 

Stanęła przed masywnymi dębowymi drzwiami ze świeżo wypolerowaną mosiężną kołatką, 

która lśniła w wieczornym słońcu, i jeszcze raz rozejrzała się dokoła. Na podjeździe nie było 

samochodu  Pierre'  a,  za  to  obok  bocznych  drzwi  stało  małe  auto,  z  pewnością  należące  do 

opiekunki.

Szkoda. Wolałaby, żeby Pierre był już W domu. 

Gdyby uprzedził,  że  będzie długo  pracował,  przyszłaby później.  W  końcu  lepiej  trochę  się 

spóźnić,  niż  zjawić  się  za  wcześnie.  Jeszcze  gotów  sobie  pomyśleć,  że  nie  mogła  się 

doczekać.  A  może  by  tak  się  wycofać  i  pospacerować  po  okolicy,  dopóki  ...  Nie  bądź 

infantylna! - zirytowała się. Zachowuj się normalnie. 

Wszystko dobrze, tylko dlaczego znów czuła się jak niedoświadczona panienka, którą była 

w  czasach,  gdy  usychała  z  miłości  do  Pierre'a.  Zniecierpliwiona  swoim  zachowaniem, 

podniosła rękę, by zastukać do drzwi. Nim jednak zdążyła dotknąć kołatki, te się otworzyły. 

- Dobry wieczór, pani doktor. Proszę wejść. 

To pewnie Nadine, pomyślała, przypatrując się dziewczynie, która zaprosiła ją do środka. 

Była miła i uprzejma, ale Jacky wyczuła, że jest zdenerwowana. Zachowywała się jak ktoś, 

kto został nagle oderwany od ważnych zajęć. 

- Doktor Mellanger jeszcze nie wrócił ze szpitala - uprzedziła. - Mam nadzieję, że zechce 

pani zaczekać. 

Zaprowadziła  ją  na  taras,  gdzie  przy  stoliku  siedział  jasnowłosy  chłopiec,  pochłonięty 

rysowaniem.  Kiedy  weszły,  zerknął  przelotnie  na  Jacky,  po  czym  bez  słowa  wrócił  do 

swojego zajęcia. 

Natychmiast  pomyślała  o  swoim  małym  Simonie,  który  byłby  teraz  na  tyle  duży,  że  też 

mógłby  rysować  kredkami.  Pewnie  zaglądałaby  mu  przez  ramię,  chwaliłaby  postępy. 

Pomagałaby mu stawiać pierwsze kroki ...

Zdusiła  w  sobie  tęsknotę  i  podeszła  do  Christophe'a.  Chciała  się  z  nim  przywitać,  ale 

Nadine delikatnie odciągnęła ją na bok. 

- Pani doktor, musi pani mi pomóc - wyszeptała nerwowo. - Zostaje pani na kolacji? 

- Owszem. A o co chodzi? 

-  Właśnie  dostałam  wiadomość,  że  mój  chłopak,  który  jechał  do  mnie  z  Paryża,  miał 

wypadek  i  został  zabrany  do  szpitala  parę  kilometrów  stąd.  Prosi,  żebym  do  niego 

przyjechała. Czy mogłaby pani zająć się Christophe'em, dopóki doktor nie wróci? 

- Czy pani chłopak jest ciężko ranny? - zapytała ze współczuciem. 

- Nie wiem. Powiedzieli mi, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Błagam, niech 

się pani zgodzi! 

Jacky chciała jej pomóc, ale uważała, że najpierw powinna zamienić słowo z Pierre'em. 

- Zadzwonię do doktora i zapytam, kiedy wróci - zaproponowała. 

- Ale ja muszę jechać teraz! - niecierpliwiła się dziewczyna. 

background image

Już  miała  powiedzieć  Nadine,  że  skoro  chłopak  nie  odniósł  poważnych  obrażeń,  parę 

minut  jej  nie  zbawi,  ale  widząc  jej  narastające  zdenerwowanie,  dała  za  wygraną.  Jeszcze 

biedaczka wpadnie w histerię i przestraszy Christophe'a, który i tak wyczuł, że dzieje się coś 

niedobrego. Zaniepokojony, odłożył kredki i wstał z krzesła. 

-  Dobrze,  niech  pani  jedzie.  Ale  proszę  skontaktować  się  z  doktorem  i  powiedzieć  mu, 

kiedy pani wróci, zgoda? 

- Oczywiście, zaraz do niego zadzwonię. Bardzo pani dziękuję! Do widzenia! 

-  Nadine!  - zawołał  Christophe,  widząc,  że  opiekunka  wychodzi  i  zostawia  go  z  obcą 

osobą. - Nadine! - Cześć, Christophe! - zawołała dziewczyna, zatrzaskując za sobą kuchenne 

drzwi. Po chwili rozległ się stłumiony warkot silnika. 

Chłopiec tupnął nogą i zaczął przeraźliwie krzyczeć. 

Jacky przyklękła przy nim i mocno go objęła. Był tak wzburzony, że cały drżał. Próbował 

się wyrywać,  ale ona  go nie puszczała.  Mówiła  do niego łagodnym  głosem, dopóki  się nie 

uspokoił. Dopiero wtedy go puściła. 

- Kim jesteś? - zapytał, wpatrując się w nią z niepokojem. - Znasz mojego tatę? 

Mówił  z  wyraźnym  paryskim  akcentem,  który  tak  bardzo  podobał  jej  się  u  Pierre'a.  Był 

zresztą bardzo do niego podobny. Miał tak samo wyraziste oczy i mocno zarysowane kości 

policzkowe, a jego rozwichrzone jasne włosy już zaczynały ciemnieć. Gdy z czasem staną się 

brązowe, Christophe będzie łudząco podobny do ojca. 

Gwałtowna reakcja chłopca trochę ją zdenerwowała, lecz nie zaskoczyła. Miał prawo się 

przestraszyć, zwłaszcza że opiekunka nie wyjaśniła mu, co się dzieje. 

- Twój tata i ja pracujemy razem, ale znamy się już bardzo długo. Kiedyś, dawno, dawno 

temu,  mieszkaliśmy  w  tym  samym  miasteczku  -  tłumaczyła,  starając  się  zdobyć  jego 

zaufanie. Słuchał uważnie, więc nabrała nadziei, że uda j ej się z nim porozumieć. - Może 

chcesz, żebym opowiedziała ci jakąś bajkę? - zapytała, siadając w wiklinowym fotelu. 

Christophe  spojrzał  nieufnie  na  ręce,  które  ku  niemu  wyciągnęła.  Wyraźnie  się  wahał. 

Miał taką minę, jakby zaraz miał się rozpłakać. 

- Mogę opowiedzieć ci o Kopciuszku - zaproponowała. - Lubisz tę bajkę? 

Skinął głową i nieśmiało do niej podszedł. Po chwili już siedział jej na kolanach. 

- To co? Mam ci opowiedzieć o Kopciuszku? 

- Tak, proszę pani. 

- Mam na imię Jacky. 

-  Jacky  ...  -  Wolno  powtórzył  obco  brzmiące  słowo,  po  czym  usadowił  się  wygodnie, 

gotowy do słuchania. 

- A więc była sobie raz ... - Jej matka zawsze zaczynała bajkę tymi słowami. 

Miała wrodzony dar  opowiadania i  umiała to  robić  w sposób  wyjątkowo barwny, dając 

przy okazji upust swoim niewykorzystanym aktorskim talentom. 

-  Mamo,  a  może  przebierzemy się  i  odegramy historię  Kopciuszka?  - zaproponowała jej 

pewnego razu. 

- Doskonale! Ja będę Kopciuszkiem, a ty macochą i złymi siostrami! - Matka natychmiast 

background image

zapaliła się do pomysłu. Chyba nigdy nie bawiły się tak dobrze jak wtedy. 

Zostawiła  wspomnienia  i  wróciła  do  teraźniejszości.  Spojrzała  na  Christophe'a.  Oparł 

głowę  o  jej  ramię  i  siedział  zasłuchany,  więc  nie  przerywając  opowieści,  zerknęła  na 

zegarek. Co się dzieje z Pierre'em? Dlaczego nie zadzwonił i nie uprzedził, że się spóźni? I

jak zareaguje, kiedy dowie się o Nadine ... ? 

Nagle zadzwoniła jej komórka. Pierre. Chyba ściągnęła go myślami. 

- Cześć, Jacky. Wstąpię po ciebie, jak będę wracał ze szpitala. - W jego głosie słychać było 

znużenie. 

- Nie musisz. Już tu jestem. To znaczy, u ciebie w domu i ... 

- Przepraszam, że musisz czekać. Tuż przed końcem dyżuru mieliśmy tu straszne urwanie 

głowy.  Na  szczęście  sytuacja  jest  już  opanowana  i  właśnie  wychodzę.  -  Zrobił  pauzę  dla 

nabrania tchu. - Mam nadzieję, że Nadine zajęła się tobą. 

- Wiesz, tak prawdę mówiąc, to jej tu nie ma - przyznała i w kilku słowach opowiedziała 

mu, jak wygląda sytuacja.

- Biedna Nadine. Szczęście, że jej chłopak wyszedł z wypadku cało. Mówiła, kiedy wróci? 

- zapytał, robiąc w pamięci szybki przegląd spraw, które musi jutro załatwić. 

- Prosiłam, żeby się z tobą skontaktowała, jak dotrze do szpitala. 

- To tata? - zapytał Christophe, wyciągając rękę po telefon. 

- Tak. 

- Tatuś? - zawołał, gdy przyłożyła mu komórkę do ucha. - Gdzie jesteś? 

- W szpitalu, ale już stąd wychodzę. Zaraz będę w domu. 

-  Jacky  opowiada  mi  bajkę  o  Kopciuszku.  Wracaj  szybko,  to  usłyszysz,  jak  Kopciuszek 

zamienia się w dynię, czy coś takiego. Zapomniałem, jak to było, ale Jacky zaraz mi opowie. 

W telefonie rozległ się śmiech Pierre'a. 

- Cześć, tato! - powiedział Christophe i znów się do niej przytulił. 

Pierre  jechał  do  domu,  rozmyślając  po  drodze  o  rozmowie  z  synem.  Z  jednej  strony 

cieszył się, że mały zaakceptował Jacky i dobrze czuł się w jej towarzystwie, z drugiej zaś 

martwił, że stało się to, czego chciał uniknąć. Co za pech, że akurat dziś musiał zostać dłużej 

w pracy. Gdyby był w domu, przedstawiłby Jacky Christophe'a, a potem poprosiłby Nadine, 

żeby położyła go spać. 

Westchnął ciężko. Nie  miał pojęcia, co pocznie, gdy jego związek z Jacky stanie się na 

tyle zażyły, że będzie musiał się z niego wycofać. To jest przecież nieuniknione. Już teraz 

czuł, że jeszcze chwila i gotów się w niej zakochać. 

Postanowił  odłożyć  uczuciowe  rozterki  na  potem  i  skupić  się  na  sprawach  bardziej 

przyziemnych.  Zaprosił  Jacky  na  kolację,  więc  musi  wstąpić  do  sklepu.  Zawrócił  na 

najbliższym  rondzie  i  pojechał  w  stronę  głównej  ulicy.  Gdy  zatrzymał  się  przed 

delikatesami, Jacques, właściciel, właśnie zamykał sklep. 

- Przepraszam bardzo ... - Pierre wychylił się ze swojego kabrioletu. 

- A, pan doktor! - Mężczyzna uśmiechnął się na widok spóźnionego klienta. - Zrobimy dla 

background image

pana wyjątek i popracujemy pięć minut dłużej. Zapraszam do środka. Co podać? - zapytał, 

stając za ladą. 

Pierre chwilę się namyślał, po czym wybrał soczystego pieczonego kurczaka. 

- Doskonały wybór, doktorze. Ma pan dziś gości na kolacji? - zagadnął. 

- Tylko koleżankę z pracy. 

Jacques  uśmiechnął  się  do  siebie.  Lubił  doktora  i  bardzo  żałował,  że  taki  młody, 

przystojny mężczyzna nie ma żony. Miał nadzieję, że wspomniana koleżanka to jakaś ładna 

pielęgniarka albo sympatyczna pani doktor. 

Droga  powrotna  zajęła  Pierre'  owi  zaledwie  kilka  minut.  Zdążył  zajechać  przed  dom,  gdy 

drzwi otworzyły się z hukiem i na podwórze wybiegł Christophe. - Tato! Spóźniłeś się. Jacky 

już skończyła opowiadać bajkę, ale jak ją poprosisz, opowie jeszcze raz .. Prawda, Jacky? 

-  Tak,  ale  nie  teraz  -  odparła  z  uśmiechem.  Pierre  jeszcze  nigdy  nie  widział  jej  tak 

odprężonej. Podniósł Christophe'a wysoko do góry, a potem mocno pocałował. Jacky stała z 

boku.  Czuła  się  trochę  jak  intruz  i  nie  chciała  przeszkadzać  w  czułym  powitaniu.  Pierre 

chyba się zorientował, że sytuacja jest dla niej niezręczna, bo podszedł i wziął ją za ręce. 

- Bardzo ci dziękuję - powiedział i pocałował ją w oba policzki. 

Był to gest, jakim Francuzi witają swych przyjaciół. 

Pierre nie zrobił dla niej żadnego wyjątku, a jednak te konwencjonalne pocałunki znaczyły 

dla niej bardzo wiele. Poczuła się zaakceptowana. 

- Synu, czy Nadine dała ci kolację, zanim wyszła? - zapytał Pierre, gdy szli do domu. 

- No ... właściwie nie. 

Spodziewał się takiej odpowiedzi. 

- Rozumiem, że kolacja była dawno, więc zdążyłeś już zgłodnieć i chcesz zjeść razem ze 

mną i Jacky, tak? 

Skąd wiesz?! 

- Zawsze jesteś głodny, kiedy trzeba pójść spać. 

- Tato, przecież jutro jest sobota. Nie idę do przedszkola. 

-  Rzeczywiście,  nie  idziesz  -  przyznał,  zastanawiając  się  jednocześnie,  co  zrobi,  jeśli 

Nadine do jutra nie wróci. 

Będzie się o to martwił potem. Teraz musi szybko przygotować coś do jedzenia. 

- Na początek kieliszek wina - oznajmił, wyjmując z lodówki butelkę chablis. 

Odwrócił  się,  by  podać  kieliszek  Jacky,  ale  ona  była  na  tarasie  i  oglądała  rysunki 

Chrisophe'a. 

Pierre dołączył do nich, zabrawszy ze sobą wino. 

Nic  się  nie  stanie,  jeśli  zjedzą  później.  Widok  rozpromienionej  buzi  syna  sprawiał  mu 

ogromną  radość.  Choć  na  moment  chciał  zapomnieć,  iż  ściąga  sobie  na  głowę  problemy, 

którym będzie musiał stawić czoła. 

- Zostańmy na tarasie - zaproponował, podając Jacky kieliszek. - A ty, synku, jeszcze coś 

narysuj. Jak skończysz, pokażesz rysunek Jacky, dobrze? 

- Dobrze. - Chłopiec ochoczo sięgnął po czerwoną kredkę i zaczął rysować słońce, które 

background image

właśnie chowało się za drzewami. 

Pierre ustawił fotele w miejscu, z którego mogli podziwiać ogród oraz widoczne w oddali 

morze. 

- Niesamowity widok - westchnęła z zachwytem, sącząc powoli wino. 

- Tak, to największy atut tego domu. Nie licząc tego, że mam stąd blisko do pracy. 

Zamilkli i przez chwilę podziwiali zachód słońca. 

Nie krępowała ich cisza, która między nimi zapadła. 

Gdy  tarcza  słoneczna  znikła  i  zaczęło  zmierzchać,  Pierre  włączył  nastrojowe  oświetlenie 

ukryte  wśród  zieleni  otaczającej  taras.  Wieczór  był  tak  piękny,  że  Jacky  brakło  słów,  by 

opisać jego urodę. Od bardzo dawna nie czuła się tak zadowolona z życia. 

- Skończyłem! - Christophe podbiegł do niej, wymachując kartką. 

- Pięknie! - pochwaliła. 

-  Daj,  powiesimy  go  w  kuchni  na  ścianie  -  powiedział  Pierre.  -  A  teraz  chodźmy 

przygotować kolację. - Mogę obejrzeć film na wideo? - zapytał Christophe, i przewidując, że 

ojciec dziś się zgodzi, poszedł prosto do małej bawialni przylegającej do kuchni. 

- Możesz, ale musisz przyjść, jak cię zawołam dodał Pierre, rozpakowując kurczaka. 

- Mogę przygotować sałatę - zaproponowała Jacky. 

- Świetnie. Sałata jest w lodówce, oliwa z oliwek i ocet winny w szafce, a świeże zioła na 

parapecie. Mamy jeszcze zupę ze szpinaku, o ile Christophe i Nadine jej nie zjedli ... 

- Nie, jedliśmy omlet! - zawołał chłopiec. - Tato, jestem głodny! 

- Wiem, wiem!- Pierre uśmiechnął się pobłażliwie i otworzył lodówkę, żeby wyjąć zupę. 

Jacky skorzystała z okazji i sięgnęła po leżącą na dolnej półce sałatę. Kiedy ich dłonie na 

moment się zetknęły, Pierre spojrzał na nią i wzruszenie ścisnęło go za serce. Wyglądała tak 

pogodnie,  krzątając  się  po  jego  kuchni.  Miał  wrażenie,  że  nikt  przed  Jacky  nie  poruszył 

równie czułej struny w jego sercu. 

Niewiele  myśląc,  pochylił  się  i  pocałował  ją  w  policzek.  I  natychmiast  tego  pożałował. 

Wyprostował się i spojrzał z góry na jej uśmiechniętą twarz. Z włosami miękko opadającymi 

na ramiona wyglądała jak młodziutka dziewczyna, którą pamiętał sprzed lat. 

- Wspaniałe jest to, co robisz... - powiedział cicho. W zruszyła niedbale ramionami. 

- Nie przesadzaj, to tylko sałata, a nie badania nuklearne. 

- Nie to miałem na myśli. Dzięki tobie ten wieczór jest wyjątkowy. 

Przeraził  się,  że  jeszcze  chwila  i  zdradzi  się  z  tym,  co  czuje.  Bliskość  tej  kobiety 

niesamowicie  drażniła  jego  zmysły.  Powinien  się  opanować,  bo  przecież  nie  może  ulec 

niebezpiecznej  pokusie.  Nie  wolno  mu  zbliżać  się  do  syreny,  która  podstępnie  rzuciła  na 

niego urok. .. A może jednak powinien dać się uwieść? 

Jacky na pewno nie próbuje go omotać. Nie bawi się z nim w żadne damsko-męskie gry. 

Nie miął prawa jej o to podejrzewać. Sam musi zdecydować, czy jest gotów pokazać jej, co 

czuje. Problem w tym, że w tej chwili czuł się po prostu ... zdezorientowany! 

Jedno jest pewne: niewiele brakuje, by machnął ręką na rozsądek! A wieczór dopiero się 

zaczyna!  Pierwsza  część  powinna  być  bezpieczna;  zwykłe  spotkanie,  w  czasie  którego 

background image

wystąpi w roli kolegi z dawnych lat. Taki ktoś przecież nie będzie rzucał się na dziewczynę z 

rodzinnego miasteczka, w którym spędzili ... a raczej zmarnowali pierwszą młodość. 

Tylko co będzie potem, gdy Christophe pójdzie spać, a oni zostaną sami? 

- Ugotowałem tę zupę wczoraj o północy: - Próbował zająć myśli czymś konkretnym. 

Mów o rzeczach prozaicznych, nakazał sobie. 

W  dodatku  po  angielsku,  bo  przynajmniej  będziesz  musiał  myśleć,  co  gadasz.  Zignoruj 

erotyczne pokusy. Skup się na robieniu kolacji, to zapomnisz o głupotach. Potem nadejdzie 

chwila próby, a teraz po prostu o czymś mów ... 

-  Mam  nadzieję,  że  lubisz  szpinak.  Dodam  trochę  śmietany,  żeby  złagodzić  smak  -

opowiadał,  mieszając  zupę  w  garnku.  Z  uwagą  śledził  okrężne  ruchy  łyżki,  bo  to  go 

uspokajało. A tak swoją drogą, Jacky nigdy by się nie domyśliła, jakie myśli snują mu się po 

głowie! 

-  Doktorze  Mellanger,  jestem  pod  wrażeniem  pańskich  talentów  - powiedziała,  robiąc 

winegret. - Widać, że lubisz gotować. 

- A początkowo nienawidziłem. Mama nie dopuszczała mnie do kuchni. Obsługiwała mnie 

i  ojca,  najwyraźniej  uważając,  że  gotowanie  jest  wiedzą  tajemną,  której  prymitywni 

mężczyźni nie są w stanie przyswoić. 

Zawahał się. 

-  Liliane  nie  lubiła  gotować,  więc  jadaliśmy  w  mieście  albo  zamawialiśmy  dania  na 

wynos. 

Więc stało się! Wspomniał o żonie, nie czując przy tym wyrzutów sumienia. Pierwszy raz! 

Przełamał tabu. Zachęcony, postanowił pójść za ciosem. Jacky umie słuchać, a mówienie o 

Liliane pomaga mu uwolnić się od mistycznej aury, którą otoczył swe małżeństwo. Przez lata 

nie potrafił zdobyć się na szczerą rozmowę o tym, co naprawdę się między nimi wydarzyło. 

- Po śmierci Liliane postanowiłem sprawdzić, jak to jest z tym gotowaniem. Wyszedłem z 

założenia, że przecież ugotowanie zupy nie może być trudniejsze niż zrobienie operacji. Nie 

pretenduję do miana mistrza sztuki kulinarnej. Jeśli mam ochotę na coś wykwintnego, idę do 

dobrej  restauracji.  Na  co  dzień,  gdy jestem  zajęty,  kupuję  na  przykład  kurczaka.  Ale  kiedy 

mam czas albo kogoś, dla kogo warto się starać, lubię przyTządzić coś wyjątkowego. Musisz 

kiedyś spróbować mojej kuchni. 

- Często zapraszasz gości? - zapytała z głupia frant. 

Nie czuła się komfortowo, gdy opowiadał o życiu z Liliane. To jednak była już przeszłość. 

O wiele bardziej intrygowała ją teraźniejszość, a konkretnie, kogo Pierre zaprasza na kolacje! 

Chciała wiedzieć, czy któraś z koleżanek ze szpitala już u niego była i - co ważniejsze - czy 

została na śniadaniu? 

-  Jeszcze  nie  miałem  tu  żadnych  gości.  Nie  było  czasu  -  wyznał,  krojąc  kurczaka  na 

porcje. 

Odetchnęła z ulgą. 

- Czuję się zaszczycona - powiedziała, nakrywając do stołu. 

background image

- Rzeczywiście, jesteś pierwsza. 

Odłożył nóż i spojrzał na nią ponad stołem. Była dla niego kimś więcej niż tylko miłym 

gościem. Na razie nie potrafił sprecyzować; co do niej czuje. Wydawało mu się, że znają całe 

życie.  Po  wyjeździe  z  miasteczka  często  o  niej  myślał.  Wspominał  rozbrykaną,  wesołą 

dziewczynę,  która  przykuła  jego  uwagę  burzą  rudych  włosów  i  uroczą  niefrasobliwością. 

Gdy spotkał ją po latach, wciąż tę samą, choć już nieco inną, nie potrafił jej się oprzeć. 

Obszedł stół i lekko dotknął jej ramienia. Przerwała układanie sztućców i spojrzała mu w 

oczy. 

Zaryzykował  i  pocałował  ją  w  usta.  Zareagowała  tak,  jakby  od  bardzo  dawna  na  to 

czekała. Dobry Boże! 

Poczuła, jak pod wpływem pocałunku jej ciało budzi się do życia. Zaskoczyło ją to, gdyż 

nie  sądziła,  że  jeszcze  kiedyś  doświadczy  takich  emocji.  Rozsądek  podpowiadał,  że  to 

niebezpieczna gra. Jeśli się nie opanuje ... 

- Tato, co z tą kolacją? - Christophe wszedł do kuchni, trąc zaspane oczy. 

Odskoczyli do siebie, uśmiechając się konspiracyjnie, jak para nastolatków przyłapanych 

in jlagranti. Pierre cały czas trzymał ją za rękę, za co była mu wdzięczna, gdyż pomogło jej 

to łagodnie sfrunąć z obłoków na ziemię. Przyszła tu na kolację, ale głodu, który ją trawił, 

nie  dało  się  zaspokoić.  Dręczył  ją,  odkąd  pierwszy  raz  zobaczyła  Pierre'a.  Nie  rozumiała, 

dlaczego  los,  który  wreszcie  zetknął  ich  ze  sobą  i  postanowił  uczynić  kochankami,  wciąż 

rzuca im kłody pod nogi? Dlaczego Pierre nie może zapomnieć o zmarłej żonie, a ona wciąż 

rozpamiętuje traumatyczne przeżycia i boi się nowej miłości? 

Jaka szkoda, że nie spotkali się, gdy oboje byli jeszcze wolni; zanim ciężko doświadczeni 

przez życie zbudowali wokół siebie mury, które teraz stanęły na przeszkodzie ich wspólnemu 

szczęściu.  Razem  mogłoby im  być  tak  dobrze!  Dziś  jest  już za  późno.  Gdybanie  nic  tu  nie 

pomoże. 

- Chodź, synu. - Pierre wziął Christophe'a na ręce. 

- Gdzie chcesz siedzieć? Przy Jacky. Tylko nie dawaj mi zupy, dobrze? Poproszę malutki 

kawałek kurczaka. 

- Podobno jesteś strasznie głodny - roześmiał się Pierre i nałożył mu niedużą porcję. 

W czasie posiłku jak zwykle wspominali stare czasy. W pewnym momencie ich oczy się 

spotkały  i  nagle  zadziałała  jakaś  magia.  Słowa  stały  się  zbędne.  Pierre  niemal  fizycznie 

poczuł, jak budzi się w nim miłość. Czuł się tak, jakby spadał w dół z szaloną prędkością. W 

rzeczywistości  nigdy  mu  się  to  nie  zdarzyło,  ale  mógł  przysiąc,  że  odczuwa  się  wtedy 

podobny zawrót głowy. 

W  chwili,  gdy  popatrzyli  sobie  w  oczy,  zrozumiała,  że  kocha  go  od  zawsze.  Wraz  z 

upływem czasu to uczucie jedynie nabierało mocy. 

- Tatusiu, już się najadłem - jęknął Christophe. 

Włożył do buzi kciuk i oparł się o Jacky. Wzięła go na kolana, a on spontanicznie przytulił się 

do niej i zamknął oczy. 

background image

- Jesteś śpiący, synku? 

Nie przestając ssać palca, kiwnął głową. Kiedy 

Pierre brał go na ręce, powiedział sennym głosem: 

- Chciałbym, żeby Jacky poszła ze mną do pokoju. Spojrzała pytająco na Pierre'a. 

- Chodź z nami na górę - szepnął. - Obawiam się, że bez ciebie nie będzie chciał zasnąć. 

Bardzo cię polubił. 

Ledwie to powiedział, ogarnął go niepokój. Źle się stało, że pozwolił, by ten wieczór upłynął 

w  tak  idyllicznej,  rodzinnej  atmosferze.  Trudno.  Później  będzie  myślał  o  konsekwencjach. 

Jeśli okaże się, że Jacky też tego chce, nie będzie się dłużej bronił. Dziś będzie inaczej. Choć 

przez chwilę nie będzie się zamartwiał, co nastąpi potem ... 

Christophe zasnął, ledwie przyłożył głowę do poduszki. Pierre pocałował go na dobranoc i 

troskliwie okrył kołderką. 

Gdy szli na dół, Jacky toczyła walkę z samą sobą. 

Przeczuwała, co się za chwilę stanie. Jej ciało było już gotowe, ale rozsądek wciąż nie dawał 

za wygraną. Może powinna powiedzieć Pierre' owi, że musi już wracać? 

Zanim zdążyła wymyślić dobry pretekst, Pierre objął ją i zaczął całować. To wystarczyło, 

by wątpliwości znikły. 

- Chciałbym się z tobą kochać - szepnął. - Ale pod warunkiem, że ty ... 

- Chcę, bardzo chcę! 

Zaniósł ją do sypialni i ostrożnie położył na łóżku. 

Miękka pościel przyjemnie chłodziła rozgrzane ciało. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie 

go dotknie. 

Położyła dłoń na jego policzku. Musi sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest piękny sen. 

Czuła  się  jak  podróżnik,  który  po  męczącej  drodze  dociera  wreszcie  do  domu.  Zawsze 

wiedziała,  że  ta  chwila kiedyś przyjdzie,  a  teraz  ogarnął ją  lęk,  że  los  znów  pokrzyżuje im 

plany. 

Pierre zaczął ją rozbierać, a kiedy wreszcie przytulili się do siebie, zdawało im się, że są

dwiema  połówkami  jednego  owocu.  Poznawał  ją,  pieszcząc  czule  jej  ciało.  Nie  była 

przygotowana  na  taką  rozkosz.  Chciała  krzyczeć,  by  przestał  i  wreszcie  się  z  nią  połączył. 

Zacisnęła  zęby,  bo  przecież  wiedziała,  że  im  dłużej  pozwoli  mu  się  pieścić,  tym  większą 

przeżyją rozkosz, gdy staną się jednością ...

Otworzyła oczy i spojrzała na nieznajomy sufit. 

W świetle lampki stojącej obok obcego łóżka zobaczyła białą pościel na swoim nagim ciele. 

Z rozkoszą  wyprostowała nogi.  Ach,  jak  wielką  przyjemność znajdowała  w każdym  ruchu! 

Zupełnie  jakby  została  stworzona  z  wyjątkowo  wrażliwej  materii,  która  reaguje  na  każdy 

bodziec milionem słodkich dreszczy. 

Ułożyła  się  wygodnie  i  podłożywszy  rękę  pod  głowę,  zaczęła  wspominać  cudowną  noc. 

Pierre był dla niej taki czuły. Dobrze, że pamiętał, by się zabezpieczyć, bo ona po odejściu 

Paula  nie  stosowała  antykoncepcji.  Wprawdzie  prawie  nie  miała  szans  zajść  w  ciążę,  ale 

ryzyko zawsze istnieje. Gdyby ktoś jej powiedział, że seks może być rodzajem ekstazy, chyba 

background image

by  nie  uwierzyła.  Dopiero  Pierre  pokazał  jej,  że  w  tych  słowach  nie  ma  ani  odrobiny 

przesady. Jeśli o nią chodzi, tej nocy była w niebie. 

Pierre  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Widząc  Jacky  obok  siepie,  natychmiast  wziął  ją  w 

ramiona.  Zaczął  ją  pieścić  i  po  chwili  znów  się  kochali,  kołysani  harmonijnym  rytmem 

swoich ciał. Jutro nie istniało. Liczyła się tylko ta noc. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Obudził się, gdy za oknem wstawał świt. Czuł się szczęśliwy i spełniony. Czuł, że wreszcie 

nie jest sarn. Gdyby tylko zdołał pozbyć. się wyrzutów sumienia ... Odwrócił głowę i spojrzał 

na  śpiącą  Jacky.  Jest  taka  piękna,  westchnął,  patrząc  na jej  splątane  włosy.  Co  za  radość 

budzić się u boku tak niezwykłej kobiety! 

Przymknął  oczy,  lecz  bezlitosna  pamięć  natychmiast  podsunęła  mu  obraz  Liliane.  Tak 

realny, że niemal słyszał jej głos. 

- Czy na pewno chcesz, żebyśmy już teraz mieli dzieci?  - zapytała nerwowo. - Bo ja nie 

czuję się gotowa. Chyba nie mam instynktu macierzyńskiego. 

-  Nie  martw  się,  kochanie.  Jak  urodzisz  dziecko,  instynkt  sam  się  w  tobie  obudzi  -

uspokajał ją. - Moja mama, było nie było położna, zawsze powtarzała, że miłość przychodzi 

razem z dziećmi. Zobaczysz, jaka będziesz szczęśliwa, gdy zostaniesz matką. 

Uległa jego namowom. A potem ... 

Jęknął, przytłoczony wspomnieniami. Jacky otworzyła oczy i obróciła się w jego stronę. 

-  Co  się  stało?  -  zapytała,  dotykając  jego  twarzy.  Przytulił  ją  mocno  i  przez  chwilę 

delektował  się  zapachem  jej  rozgrzanego  ciała.  Gdyby  życie  było  proste!  Gdyby  mógł  bez 

poczucia winy kochać i być kochanym. 

- Powiedz, co cię dręczy - poprosiła. 

- Nie powinienem był się z tobą kochać. Ja ... 

- Ale ja tego chciałam! Oboje chcieliśmy. 

- Było mi z tobą cudownie. Chciałbym, żeby każda noc była taka, ale ... 

-  Nie  możesz  zapomnieć  o  żonie,  prawda?  -  Wysunęła  się  zjego  objęć  i  opadła  na 

poduszkę.  Spojrzała  na sufit i  dopiero teraz spostrzegła ozdobny stiuk  przedstawiający parę 

gołębi. Co za romantyzm, westchnęła. Idealna scenografia dla miłosnej nocy. Szkoda, że już 

po wszystkim. 

-  Nie  mogę  uwolnić  się  od  poczucia  winy  -  wyznał  matowym  głosem,  przeczesując 

palcami włosy. - Liliane umarła przeze mnie. 

- Jak to? Co zrobiłeś? 

- Namówiłem ją, żebyśmy mieli dziecko. 

Poderwał  się  z  łóżka,  owinął  się  szlafrokiem  i  podszedł  do  okna.  Oparł  ręce  o  parapet  i 

spojrzał  na  ogród,  który  zaczynał  budzić  się  do  życia.  W  oddali  szumiało  morze  wciąż 

background image

otulone poranną mgłą, przez którą przebijały się pierwsze promienie słońca. Patrząc, jak po-

woli rozjaśniają posępną szarość, szukał w myślach bodaj jednego promyka nadziei. 

Jacky  uważnie  go  obserwowała.  Był  opanowany,  ale  nie  zmylił  jej  ten  pozorny  spokój. 

Czuła,  że  Pierre  zmaga  się  sam  ze  sobą,  być  może  stojąc  na  granicy  ważnych  życiowych 

zmian. Po chwili odwrócił się i spojrzał jej w oczy. 

-  Jestem  ci  winien  wyjaśnienia.  -  Zawahał  się,  ale  szybko  podjął  decyzję.  -  Kiedy  Liliane 

zmarła przy porodzie, uznałem, że była to z jej strony największa ofiara, jaką kobieta może 

złożyć mężczyźnie. Poświęciła życie, dając mi dziecko, na które tak bardzo czekałem. A mnie 

nawet przy niej nie było ... Nie mogłem jej pomóc ... 

Głos  zaczął  mu  się  łamać,  więc  zdesperowany  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Bez  namysłu 

odrzuciła kołdrę. 

- Och, Jacky! 

Słońce nie zdążyło jeszcze ogrzać powietrza, więc dygotała z zimna. W stając, nawet nie 

pomyślała o tym,  żeby czymś  się owinąć.  Chciała  jak najszybciej znaleźć  się obok niego  i 

dodać mu otuchy. 

- Zimno ci - stwierdził i otulił ją swoim szlafrokiem. 

- Rozumiem, że twoja żona zapłaciła najwyższą cenę - zaczęła ostrożnie - ale przecież to 

nie  twoja  wina.  Skąd  mogłeś  wiedzieć,  że  będzie  miała  skomplikowany  poród?  Poza  tym 

zgodziła się na to dziecko. 

- Tak, wiele o tym rozmawialiśmy. Liliane miała silną osobowość, była bardzo niezależna, 

ale ostatecznie poddała się. Powiedziała, że skoro tak bardzo zależy mi na dziecku, możemy 

spróbować.  Obiecywałem,  że  nie  będzie  żałowała  tej  decyzji.  Miałem  jej  we  wszystkim 

pomagać. Niestety, nie było mi dane ... 

- Wyobrażam sobie, jak się czułeś po jej śmierci. 

- Przysiągłem sobie, że będę jej wiemy do końca życia. Że już nigdy nikogo nie pokocham, 

ale ... 

Czekała w napięciu, a on tulił ją coraz mocniej. 

Jego ciało zaczęło reagować na jej bliskość. 

- Tej nocy było mi z tobą tak dobrze, za dobrze - szepnął. - Prawie uwierzyłem, że znów 

jestem wolny i... 

Objęła  go  za  szyję  i  pocałowała.  Była  gotowa  na  wszystko,  byle  go  pocieszyć  i  otoczyć 

miłością,  której  tak  bardzo  potrzebował.  Chciała,  by  jego  smutne  oczy  znów  jaśniały 

radością, jak w dawnych dobrych czasach, zanim życie obeszło się z nim tak okrutnie. 

- Pierre, nie możesz się ciągle obwiniać - zauważyła łagodnie. - Twoja żona zgodziła się 

urodzić  dziecko,  a  przecież  jako  kobieta  inteligentna  i  mająca  własne  zdanie,  na  pewno 

rozważyła wszystkie za i przeciw. Mówisz, że miała silną osobowość. Tym bardziej więc nie 

zdecydowałaby się na ważne zmiany tylko po to, żeby kogoś zadowolić. 

Dostrzegła błysk nadziei w jego oczach. Uznała to za dobry znak i postanowiła pójść dalej 

tym tropem. Zależało jej, by Pierre spojrzał na swoją sytuację obiektywnie. 

- Zadręczasz się już od pięciu lat. Wycierpiałeś swoje, odpokutowałeś. Nie sądzisz, że pora 

background image

zacząć żyć normalnie? 

Próbowała się od niego odsunąć, ale ją zatrzymał. 

A potem wziął ją za rękę i zaprowadził z powrotem do łóżka. 

- Dziś w nocy naprawdę uwierzyłem, że mam prawo do szczęścia - wyznał. 

- Więc nie przestawaj wierzyć! 

Pociągnął ją ku sobie i zaczął czule gładzić jej twarz i ramiona. 

- Tak mi z tobą dobrze - mruknął. - Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. 

Pożądanie okazało się skutecznym lekarstwem na wyrzuty sumienia. Przyjdzie na nie czas 

później, dużo, dużo później, pomyślał Pierre. 

Gdy  obudził  się  po  raz  drugi,  sypialnię  zalewał  słoneczny  blask.  Tym  razem  czuł  się 

niezwykle  spokojny.  Przypomniał  sobie,  w  jak  kiepskim  był  nastroju,  zanim  zaczęli  się 

kochać. Gdyby zdołał uwolnić się od poczucia winy, on i Jacky mogliby zostać kochankami. 

Najgorsze, że prędzej czy później musieliby się rozstać, a przecież nie chciał, by przez niego 

cierpiała. 

Zależało mu, by zapomniała o smutku, żeby przestała rozdrapywać stare rany. Chciałby jej 

w tym pomóc, ale obawiał  się, że tylko pogorszyłby sytuację· Gdyby zaczęli  regularnie  się 

spotykać,  po  pewnym  czasie  zapragnęłaby  tego,  czego  on  nie  mógł  jej  dać.  Wątpił,  by 

odpowiadał  jej  status  jego  kochanki.  Zresztą  zasługiwała  na  lepszy  los.  Ma  prawo  chcieć 

więcej  od  życia,  dlatego  powinna  związać  się  z  mężczyzną,  który  byłby  w  stanie  dać  jej 

wszystko, co najlepsze. 

Westchnął ciężko. Powoli docierało do niego, że nigdy nie pozbędzie się wątpliwości. A 

ponieważ  nie  chce,  by  Jacky przez  niego  cierpiała,  musi  być  z  nią  szczery.  Nie  ma  prawa 

robić jej złudnych nadziei. 

Zaczekał, aż się obudzi, i przytulił się do niej. 

-  Cudownie  było -  westchnął.  -  To,  co  mówiłaś  o  poczuciu  winy, ma  sens,  obawiam  się 

jednak ...

Słuchała go w milczeniu. 

- Obawiam się, że nie jestem w stanie złamać przysięgi, którą złożyłem. Chcę z tobą być, 

nasz związek jest dla mnie ważny, ale wiem, że będziemy musieli się rozstać ... 

- Nie szukam stałego związku. To nie dla mnie - powiedziała cicho. - Jak widzisz, mamy 

ten sam problem. Nie będę miała dzieci, więc byłoby z mojej strony nie w porządku wiązać 

się kimś na stałe ... 

-  Nie  mów  tak,  kochanie!  -  Przygarnął  ją  do  siebie.  -  Życie  toczy  się  dalej.  Z  czasem 

żałoba minie i znów zapragniesz mieć dziecko ... 

- Nie o to  chodzi  - szepnęła i  łykając  łzy, opowiedziała  mu  o okolicznościach, w jakich 

urodziła Simona. 

-  Boże,  tak  mi  przykro,  że  cię  to  spotkało  -  rzekł  poruszony.  Czule  gładził  jej  włosy, 

czekając, aż się uspokoi. 

- Tato! - Zza ściany dobiegło wołanie Christophe'a. 

Zwinnie wysunęła się z jego objęć. - Na mnie już czas. 

background image

Chwycił ją za ręce. 

- Dobrze się czujesz? Nie idź, jeśli ... 

- Wolę już pójść. 

- Odwiozę cię. 

- Nie trzeba. Nie martw się, poradzę sobie. 

Zebrała z podłogi swoje rzeczy i zamknęła się w przylegającej do sypialni łazience. Ubrała 

się, rezygnując z  prysznica, który postanowiła  wziąć w domuGdyby została  na śniadaniu, 

sytuacja  stałaby  się  niezręczna,  a  ona  nie  chciała  komplikować  i  tak  niełatwych  spraw. 

Byłoby miło  spędzić  więcej  czasu z  Pierre'em  i  jego synem,  ale nie czuła się na siłach od-

powiadać na dociekliwe pytania pięciolatka. 

Domyśliła się, że Pierre poszedł do pokoju syna. 

Słyszała  przez  ścianę  ich  śmiech.  Wyjrzała  ostrożnie  na  korytarz,  a  gdy  upewniła  się,  że 

droga jest wolna, szybko zbiegła po schodach i wyszła przez kuchenne drzwi. 

Właśnie wychodziła zza rogu, gdy przyjechała Nadine.

-  Dzień  dobry,  pani  doktor!  -  zawołała,  wysiadając  z  samochodu.  Nie  wyglądała  na 

zaskoczoną,  że  widzi  ją  o  tak  wczesnej  porze.  Jacky  postanowiła,  że  ona  również  będzie 

zachowywała się tak, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. 

- Dzień dobry, Nadine. Jak się czuje pani chłopak? 

- Dziś o wiele lepiej. Złamał nogę, ale za parę dni wyjdzie ze szpitala. 

- Dobrze, że to tylko złamanie. Pierre ucieszy się, że pani wróciła. 

-  Doktor  Mellańger  może  na  mnie  polegać  -  oświadczyła  opiekunka  i  pospieszyła  do 

domu. 

Jacky  ruszyła  w  swoją  stronę.  Ma  przed  sobą  cały  wolny  weekend,  za  to  Pierre  musi 

pracować, więc nie ma szans, żeby mogli się spotkać. 

Przez  dwa  tygodnie  widywali  się  wyłącznie  w  szpitalu.  Nic  się  nie  zmieniło  w  ich 

wzajemnych relacjach, ale żadne z nich nie przejawiało ochoty na spotkania po pracy. 

Podczas  bezsennych  nocy  Jacky  powtarzała  sobie,  że  prędzej  czy  później  sytuacja  się 

wyklaruje.  W  końcu  los  nie  bez  powodu  zetknął  ją  po  tylu  latach  z  mężczyzną,  którego 

kochała od dziecka. Na razie mogła się pocieszać wspomnieniami ich miłosnej nocy .. 

Pewnego  sierpniowego  poranka,  gdy  szpitalna  klimatyzacja  zaczęła  przegrywać  walkę  z 

upałem, musiała zająć się dwoma pacjentami naraz. Pierwszym z nich był młody mężczyzna, 

który  wpadł  pod  autobus  i  został  ranny  w  głowę.  Właśnie  oglądała  prześwietlenie  jego 

czaszki, gdy do sali weszła Marie. 

- Pani doktor, niech pani zbada pacjenta, którego właśnie przywiozło pogotowie, dobrze? 

-  poprosiła.  -  Ja  się  tym  zajmę  -  dodała,  wskazując  na  klisze.  Przewiozę  tego  pana  na 

intensywną terapię· 

Jacky skinęła głową i przeszła do sali obok. Ratownicy umieścili tam mężczyznę, który w 

trakcie  malowania  kuchni  spadł  z  drabiny  tak  niefortunnie,  że  nadział  się  na  nogę 

odwróconego krzesła. 

background image

Jacky odchyliła prześcieradło i spojrzała na obrażenia. Widok był tak wstrząsający, że po 

plecach  przebiegł  jej  dreszcz.  Szczęście,  że  biedak  stracił  przytomność,  pomyślała, 

przystępując  do  szczegółowych  oględzin.  We  wstępnej  diagnozie  ustaliła,  że  doszło  do 

perforacji  pęcherza  moczowego  i  uszkodzenia  odbytu.  Jedynym  ratunkiem  była 

natychmiastowa operacja. 

Drzwi  otworzyły  się  i  do  sali  wszedł  Pierre,  który  właśnie  skończył  operować.  Jacky 

poczuła  ulgę,  że  może  się  z  nim  skonsultować  i  niezwłocznie  przekazała  mu  wszystkie 

informacje. 

-  Zadzwonię  do  Marcela  i  zapytam,  o  której  może  operować.  Im  szybciej  wezmą  go  na 

stół, tym większa szansa, że przeżyje - powiedział Pierre, sięgając po telefon. 

Podczas gdy rozmawiał, pielęgniarka przyniosła wyniki badania krwi. 

-  W  laboratorium  akurat  mieli  odpowiednią  grupę·  Na  razie  dali  mi  dwie  dawki,  więc 

możemy zaczynać - mówiła zdyszana. 

-  Świetnie!  -  Jacky  podłączyła  do  kroplówki  zbiornik  z  krwią.  W  tej  samej  chwili 

mężczyzna otworzył oczy. 

- Co się dzieje? -wychrypiał słabym głosem. 

- Jest pan w szpitalu. Miał pan wypadek. Jak się pan czuje? 

- Sam nie wiem. Co z moimi nogami? Czuję się tak, jakbym ich w ogóle nie miał. 

- Z nogami wszystko w porządku, ale ma pan poważne obrażenia dolnej  części ciała. Za 

chwilę będzie pan operowany. 

- Operowany? Co mi się stało? 

Pierre, który właśnie' skończył rozmawiać przez telefon, położył dłoń na jej ramieniu. 

- Ja panu wszystko wytłumaczę - powiedział. 

- Czy jest tu gdzieś moja żona? - zapytał mężczyzna, coraz bardziej przerażony sytuacją. 

- Nie. Pojechała do domu zająć się dziećmi, ale obiecała, że wróci, jak tylko znajdzie kogoś 

do opieki - odparła Jacky. Gdy do sali wszedł wezwany na konsultację neurolog, wróciła do 

innych pacjentów. 

 Z  utęsknieniem  wyczekiwała  końca  dyżuru,  choć  nie  miała  żadnych  planów  na  wieczór. 

Przed  wyjściem  do  domu  zajrzała  jeszcze  do  gabinetu  i  sprawdziła  pocztę  w  komputerze. 

Odpowiedziała na najważniejsze maile, a potem po prostu oparła się, na łokciach i siedziała 

nieruchomo.  Po  długim  i  męczącym  dniu  czuła  się  wyjątkowo  znużona.  Z  ulgą  położyła 

głowę na skrzyżowanych ramionach. Nawet nie miała czasu zjeść lunchu. I jeszcze ten upał! 

Oby szybko naprawili klimatyzację. 

O  tak!  W  domu  weźmie  chłodny  prysznic,  zrobi  sobie  coś  zimnego  do  picia  i  poczyta 

książkę, którą kupiła rano w drodze do pracy. A na kolację zje bagietkę z camembertem. Nie 

miała siły gotować. 

  - Jacky, dobrze się czujesz? 

Otworzyła oczy i wolno uniosła głowę. 

-  Pierre?!  Przepraszam,  nie  słyszałam,  jak  wszedłeś.  Jestem  trochę  zmęczona,  poza  tym 

wszystko w porządku. 

background image

Podszedł do niej i uważnie się jej przyjrzał. 

- Chcesz, żebym się pobawił w doktora? Boże, co ja wygaduję! Nie to miałem na myśli. -

Roześmiał się· - Chciałem tylko powiedzieć, że mogę cię zbadać, jeśli chcesz. 

- A już myślałam, że coś z tego będzie! - Uśmiechnęła się swawolnie. - Szkoda. 

Wziął  ją za  ręce i  pociągnął ku sobie. Gdy stanęła  naprzeciw niego, popatrzył na nią tak 

przenikliwie, że z wrażenia ugięły się pod nią nogi. Nie mogła dłużej znieść napięcia. Uznała, 

że dwa tygodnie bez pocałunku to o wiele za długo i pierwsza zaczęła go całować. 

- I co pan na to, doktorze? - zapytała lekko zdyszana. - Nadal chce pan badać? 

- Oczywiście! I to jak najszybciej. Może dziś wieczorem? Chciałbym sprawdzić, jak bije 

pani  serce,  więc  zalecam  spacer  po  plaży,  a  potem  lekką  kolację  połączoną  z  oglądaniem 

zachodu słońca ... - Niespodziewanie urwał. - Przepraszam, pewnie masz plany na wieczór. 

Powinienem był najpierw zapytać. 

- Nie zaplanowałam na dziś niczego, co nie mogłoby zaczekać - mruknęła, przytulając się 

do niego. Zapomniała o zmęczeniu, skuszona perspektywą wieczornego pikniku na plaży. 

- Jeśli ostatnio byłem zamknięty w sobie, to dlatego, że sporo o nas myślałem. Doszedłem 

do wniosku, że w uczuciu takim jak nasze ... 

Przerwał, bo znienacka pocałowała go w usta. 

- Proszę kontynuować, doktorze - zachęciła go. 

- W uczuciu takim jak nasze nie może być nic złego. 

Wierzył  w  to,  co  mówi,  ale  gdzieś  na  dnie  dusz:  odezwało  się  poczucie  winy.  Musi 

nauczyć  się  z  tym  żyć,  bo  wiedział  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  nie  jest  w  stanie 

zrezygnować z Jacky. Nawet jeśli ich miłosna przygoda skazana jest na krótki żywot, gotów 

by zrobić wszystko, by Jacky nie żałowała ani jednej spędzonej z nim minuty. 

Dotknęła  palcami  jego  czoła,  próbując  wygładzie  pionową  zmarszczkę,  która  często 

pojawiała się, gdy byli razem. 

- Przestań się zadręczać - poprosiła i wróciła z, biurko. 

- Za ile będziesz gotowa? - zapytał. 

- Daj mi pół godziny. A ty nie musisz wrócić do domu, żeby zająć się Christophe'em? 

- Nie. Mówiłem ci, że chłopak Nadine wyszedł już ze szpitala? Zaproponowałem, żeby na 

czas rekonwalescencji zamieszkał z nią u mnie. 

- Dobry pomysł. Przynajmniej nie ma obawy, że będzie chciała wracać z nim do Paryża. 

-  Właśnie  -  potaknął.  -  Christopher  pojechał  dziś  z  nimi  do  parku  wodnego,  więc  mamy 

cały wieczór dla siebie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

W drodze na plażę wstąpili do delikatesów. 

-  Weź  wszystko,  na  co  masz  ochotę.  Ja  płacę  -  powiedział  Pierre,  wyjmując  kartę 

background image

kredytową. 

-  Tylko  żebyś  potem  nie  żałował.  Uprzedzam,  że  na  jedzenie  potrafię  wydać  majątek. 

Pewnie kupię za dużo. 

- Nie szkodzi. Umieram z głodu.

-  Nie  tylko  ty  -  westchnęła  i  zaczęła  przyglądać  się  regałom  pełnym  smakołyków. 

Ostatecznie  zdecydowała  się  na  pasztet  z  gęsich  wątróbek  i  świeżo  upieczoną  tartę  ze 

szparagami. 

Pierre obserwował ją z boku, ciesząc się, że zakupy sprawiają jej taką radość. W pewnej 

chwili  przypomniał  sobie  scenę  sprzed  lat:  mała  Jacky  stoi  z  nosem  przyklejonym  do 

sklepowej szyby i przygląda się produktom na wystawie. Jak to dobrze, pomyślał, że nawet 

teraz, będąc poważną panią doktor, potrafi czerpać radość z prostych rzeczy. 

Gdy  po  kilku  minutach  wychodzili  ze  sklepu,  niosąc  oprócz  jedzenia  butelkę  wina  i 

kieliszki pożyczone od właścicieli, Jacky miała zadowoloną minę dziecka, które roztrwoniło 

na łakocie całe kieszonkowe. 

- Ale będzie uczta! - cieszyła się, pomagając mu włożyć zakupy do samochodu. - Musimy 

jeszcze kupić bagietkę i jakieś owoce. 

Zrobili to w sklepiku obok. 

- Upał nareszcie zelżał - powiedziała z ulgą, gdy w końcu ruszyli. Oparła się wygodnie o 

fotel  i  pozwoliła  sobie  na  luksus  całkowitego  relaksu.  Nie  dalej  jak  godzinę  temu  padała z 

nóg, teraz zaś była radosna i ożywiona. 

- To będzie piękny zachód słońca - obiecał Pierre, kładąc dłoń na jej dłoni. - Bardzo lubię 

letnie wieczory, a ty? 

- Ja też ... 

Kiedy jestem z tobą, kocham każdą porę dnia, pomyślała, patrząc na połyskujące w słońcu 

morze. 

Skręcili  w  boczną  drogę,  która  po  pewnym  czasie  zmieniła  się  w  piaszczysty  trakt 

prowadzący do podnóża wydm. 

Pierre,  który  dobrze  znał  ten  fragment  plaży,  wskazał  ręką  miejsce  pomiędzy  dwoma 

pagórkami. 

- Podoba ci się? 

-  Tak,  jest  idealne.  Tego  mi  było  trzeba:  ciszy  i  spokoju  -  westchnęła,  z  rozkoszą 

wdychając morskie powietrze. 

-  Spójrz,  ani  żywego  ducha.  Tylko  my  i  morze.  Słyszysz,  jak  szumi?  -  Otoczył  ją 

ramieniem  i  lekko  pocałował.  -  Chodźmy,  szkoda  czasu!  -  zawołał,  i  wyskoczywszy  z 

samochodu, pomógł jej wysiąść. 

Zabrali  pakunki  i  brnąc  przez  ciepły  piasek,  ruszyli  w  stronę  upatrzonego  miejsca 

pomiędzy wydmami. 

- Rozpakowywanie jedzenia jest niemal tak samo przyjemne jak kupowanie - zauważyła, 

układając  rzeczy  na  papierowym  obrusie.  -  Kiedy  jest  się  biednym  w  dzieciństwie,  w 

dorosłym życiu bardziej docenia się korzyści, jakie daje posiadanie pieniędzy. 

background image

-  Jakoś  nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  jesteście  biedni  -  przyznał.  -  Pamiętam,  że 

wyglądałaś na zadowoloną z życia. 

-  To  były  pozory.  Nie  chciałam,  żeby  ktokolwiek  wiedział,  jak  bardzo  mi  smutno, 

zwłaszcza po odejściu matki - przyznała. - Niestety, w dorosłym życiu trudniej o optymizm, 

zwłaszcza  po  tym,  jak  los  daje  w  kość.  Przepraszam,  nie  chcę  psuć  nastroju,  więc  lepiej 

zmieńmy temat. Dziś wolę nie oglądać się za siebie, tylko myśleć o tym, co dopiero przed 

nami. 

- A więc cieszmy się chwilą! Odkorkował butelkę i napełnił kieliszki. 

- Na zdrowie! - powiedział, wznosząc toast. 

- Sante! 

- Ciekawe, dlaczego na świeżym powietrzu  wszystko  lepiej smakuje - zastanowiła się na 

głos, ścierając z palców krople soku brzoskwini. - W życiu nie jadłam tak smacznej kolacji. 

Spójrz!  Słońce  za-  chwilę  schowa  się  w  morzu.  Jak  byłam  mała,  święcie  wierzyłam,  że 

naprawdę nurkuje i siedzi pod wodą aż do rana. Nie mogłam tylko zrozumieć, czemu o świcie 

wynurza się w innym miejscu. Dopiero ojciec wyjaśnił mi, że zachód słońca nad morzem to 

piękne  złudzenie.  Byłam  rozczarowana,  bo  odarł  to  zjawisko  z  tajemniczości.  A  ja  lubię 

tajemnice ... 

Zawiesiła głos i spojrzała mu w oczy. - Może ciebie też lubię dlatego, że ... 

- Jestem dla ciebie zagadką? 

- Nie potrafię cię rozszyfrować. Skomplikowany z ciebie człowiek! 

- Myślisz, że o tym nie wiem! - westchnął. - Chciałbym cofnąć czas i wrócić do tych lat, gdy 

wszystko  było  cudownie  proste.  Kiedy  życie  otwierało  się  przede  mną  i  czułem,  że  mogę 

robić, co zechcę. 

Przytuliła się do niego. 

- Pomyśl sobie marzenie. Właśnie teraz, kiedy słońce znika w morzu. To magiczna chwila. 

Czujesz tę magię? Może mityczny bóg słońca złoży wizytę Neptunowi i ... 

Pierre uśmiechnął się czule. 

- Jesteś niesamowita! Jeśli kiedyś uznasz, że traktuję siebie zbyt poważnie, opowiedz mi 

taką zabawną historię - poprosił. 

- I już po wszystkim! - zasmuciła się, gdy fale przykryły ostatni skrawek słonecznej tarczy. 

- Czar prysł. 

- Chodź! - Pociągnął ją do góry. - Przejdźmy się w stronę morza. 

- Będziemy szukali słońca? - zażartowała. 

- Tak, czemu nie. 

-  To  już  lepiej  poszukajmy  księżyca.  -  Nagle  wyrwała  dłoń  z  jego ręki  i  zaczęła  biec  w 

stronę wody. - Kto pierwszy, ten lepszy! - zawołała. - Nie dogonisz mnie! 

Za plecami słyszała głuchy tupot jego stóp, powiew wiatru przyjemnie chłodził jej twarz. 

Wspaniale  było  biec  po  pustej  plaży.  Czuła  się  tak,  jakby  skrzydła  rosły  jej  u  ramion. 

Chwilami odnosiła wrażenie, że to tylko sen. Czysta fantazja. Ona i on sami na pustej plaży. 

background image

Pierre złapał ją i wziął na ręce. 

-  Mój  książę  z  bajki  -  szepnęła,  gdy  zaczął  ją  całować.  Oto  spełnia  się  jej  największe 

marzenie! 

Napawała się tą cudowną chwilą, próbując zapomnieć, że  kiedyś będzie  musiała wrócić do 

rzeczywistości. 

Pierre zrzucił buty i zaczął powoli wchodzić do morza. 

- Naprawdę będziemy szukali słońca - roześmiała się, chwytając go mocniej za szyję - czy 

po prostu wrzucisz mnie do wody? 

- To zależy wyłącznie od ciebie - powiedział, zatrzymując się. - Jeśli obiecasz, że mnie do 

siebie zaprosisz, zaniosę cię na brzeg. Umowa nie podlega negocjacjom. 

Ogarnęła ją fala młodzieńczej radości. 

-  Zgadzam  się  na  takie  warunki  -  szepnęła,  bez  trudu  odczytując  jego  intencje.  -

Wracajmy! 

Gdy,  pozbierawszy  swoje  rzeczy,  wrócili  do  samochodu,  Pierre  wyjął  komórkę,  by 

sprawdzić, czy nie ma sms-ów od Nadine. 

-  Jak  mawiają  Anglicy,  brak  wiadomości  to  dobra  wiadomość  -  powiedział,  chowając 

telefon.  -  Wygląda  na  to,  że  Nadirte  i  jej  chłopakowi  odpowiada  rola  rodziców.  Czuję,  że 

zanosi się na ślub. 

- I co? Będziesz musiał szukać nowej opiekunki? 

- Nawet mi o tym nie mów. Nadine jest świetna. 

Wolę nie myśleć, jak zareagowałby Christophe, gdyby odeszła. 

- Pewnie się martwisz, że wychowuje go tyle różnych osób. 

-  Owszem,  to  jedno  z  największych  zmartwień  samotnego  ojca  -  przyznał.  -  Z  jednej 

strony cieszę się, kiedy Christophe kogoś polubi, lecz kiedy ta osoba znika z jego życia ... 

-  To  dlatego  nie  chciałeś,  żebym  od  razu  go  poznała,  i  zostawiłeś  mnie  samą  w 

samochodzie? 

- Przepraszam cię za to - odparł, dotykając jej dłoni. - Wiedziałem, że Christophe od razu 

cię polubi. I nie myliłem się. 

- W porządku. Rozumiem. 

- Często cię wspomina. Nie dalej jak wczoraj pytał, kiedy znów do nas przyjdziesz. 

- Ja też go polubiłam. Jak przestaniemy się spotykać ... 

- Daj spokój! Na razie jesteśmy razem i tylko to się liczy. Odkąd cię spotkałem, przestałem 

wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość. 

- Ja też. 

- Na pewno chcesz, żebym wszedł na górę? - zapytał, gdy zatrzymali się przed jej domem. 

- Tak, ale pod warunkiem, że porządnie wytrzesz buty i nie naniesiesz mi piasku z plaży. 

- Dla ciebie mogę pójść nawet boso. 

Rozbawieni,  wzięli  się  za  ręce  i  poszli  do  jej  mieszkania.  Gdy  byli  już  w  środku, 

niespodziewanie poczuła się skrępowana. 

background image

-  Mieszkam  raczej  skromnie,  ale  nie  mogłam  być  wybredna  -  tłumaczyła.  -  Zaraz  cię 

oprowadzę po moim królestwie. Tu jest pokój, tu kuchnia ... 

Chwycił ją w ramiona. 

- Nie przyszedłem tu podziwiać wystroju wnętrz. 

Interesujesz mnie tylko ty, kochanie. 

- Skoro tak, zapraszam do sypialni - szepnęła, biorąc go za rękę. 

Tej  nocy  kochali  się  dużo  bardziej  namiętnie  niż  za  pierwszym  razem.  Ich  ciała  powoli 

przestawały  być  dla  nich  tajemnicą,  a  w  miarę  jak  je  poznawali,  uczyli  się  dawać  sobie 

nawzajem coraz większą przyjemność. 

Jacky  starała  się  nie  myśleć,  jak  zniesie  nieuchronne  rozstanie.  Patrząc  na  śpiącego 

spokojnie Pierre'a, marzyła o tym, żeby został z nią na zawsze. 

- Nie śpisz? - mruknął, patrząc na jej twarz w jasnym świetle księżyca. 

- Nie. Musisz już iść? - zapytała, gdy ją do siebie przytulił. 

- Jeszcze nie. Nadine ma zadzwonić, gdyby coś się stało. Poza tym nie chcę odchodzić bez 

pożegnania. - Uśmiechnął się znacząco i zaczęli kochać się po raz drugi. 

Gdy  pod  koniec  długiej  miłosnej  sesji  Jacky  krzyczała  w  obezwładniającej  rozkoszy,  w 

myślach błagała go, by jej nie opuszczał... 

Wstał z łóżka i zaczął zbierać swoje rzeczy rozrzucone po podłodze. 

- Ale mi się spieszyło! - roześmiał się. 

- Zjesz śniadanie? - zapytała, przeciągając się z rozkoszą. 

- Teraz? Skarbie, jest druga w nocy. 

- To co? 

- Muszę wracać. Ale obiecaj mi, że jak się spotkamy w pracy, zaprosisz mnie do siebie na 

kawę. 

Ubrał się i na chwilę przysiadł obok niej na brzegu łóżka. Jego zapach, który odtąd miał jej 

się  kojarzyć  z  największą  namiętnością,  natychmiast  podziałał  na  jej  zmysły.  Zaczęli  się 

całować, ale tym razem słodycz pocałunku podszyta była goryczą, bowiem Jacky próbowała 

sobie  wyobrazić,  że  jest  to  ich  pożegnanie.  Z  przerażeniem  uświadomiła  sobie,  że  gdyby 

naprawdę miała go więcej nie zobaczyć, chyba umarłaby z tęsknoty. 

Delikatnie  wysunęła  się  z  jego  objęć.  Pora  przestać  udawać,  że  ta  miłość  nigdy  się  nie 

skończy. 

-  Nie  zapiąłeś  guzika  -  stwierdziła  rzeczowym  tonem  i  zrobiła  to  za  niego,  muskając 

opuszkiem palca jego brzuch. 

-Wszystko w porządku? - zapytał, zaskoczony tą nagłą zmianą nastroju. 

-  Tak,  ale  idź  już.  Niedługo  się  zobaczymy.  Niemal  wypchnęła  go  z  sypialni  i  szybko 

wyprawiła z mieszkania. Kiedy wyszedł, oparła się o drzwi i chwilę oddychała ciężko, jak po 

męczącym biegu. 

-I  co ja  mam  teraz  zrobić?  -  pomyślała  zdesperowana.  Rozsądek  ostrzegał,  że  na  własne 

życzenie pakuje. się w poważne kłopoty, za to wrodzony optymizm nakazywał iść za głosem 

background image

serca, cieszyć się chwilą i nie myśleć o jutrze. 

Czuła, że sama nie znajdzie rozsądnego rozwiązania, postanowiła więc poradzić się kogoś, 

kto też był w podobnej sytuacji. Debbie. Ona na pewno coś jej zasugeruje. 

Przyjaciółka  już  kilka  razy  próbowała  zagadnąć  ją  o  Pierre'a,  ale  za  każdym  razem  ją 

zbywała. Uważała, że nie jest gotowa do szczerej rozmowy o swojej trudnej miłości. Dopiero 

teraz  zrozumiała,  że  nie  poradzi  sobie  bez  pomocy  kogoś  życzliwego.  Mam  dziś  wolne 

popołudnie,  więc  rano  zadzwonię  do  Debbie  i  zapytam,  czy  może  się  ze  mną  spotkać, 

postanowiła, wracając do łóżka. 

- Mam nadzieję, że nie musiałaś zmieniać przeze mnie planów. 

- Ależ skąd! Tak się cieszę, że przyszłaś! - Debbie pocałowała ją na powitanie. 

- Jak malutki Thiery? Nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę. 

- Śpi na górze. Jeśli chcesz, możemy do niego zajrzeć. 

-  Oczywiście,  że  chcę.  Przepiękny  jest  ten  wasz  dom  -  westchnęła,  rozglądając  się  po 

gustownie urządzonym jasnym wnętrzu. 

-  Jest  dziełem  tego  samego  architekta,  który  projektował  dom  Pierre'a.  Widzisz,  ma 

identyczne schody i rozkład pokoi. 

- Dlaczego myślisz, że  znam dom  Pierre'a?  - Jacky uśmiechnęła się z  przekąsem. - Aha, 

znowu próbujesz mnie wybadać, tak? 

-  W  porządku,  poddaję  się.  O  nic  już  nie  będę  pytać.  -  Debbie  uniosła  ręce  w  geście 

kapitulacji. 

-  Wręcz  przeciwnie,  pytaj.  Między  innymi  po  to  tu  przyszłam.  Muszę  z  tobą  pogadać  o 

mnie i o Pierze, ale najpierw chciałabym zobaczyć twoje maleństwo. 

Weszły na palcach do dziecięcego pokoju i chwilę stały nad kołyską. Jacky popatrzyła na 

słodką  buzię  niemowlęcia  i  boleśnie  zatęskniła  za  swoim  zmarłym  synkiem.  Oddałaby 

wszystko, byle go odzyskać! 

- Będę mogła wziąć go na ręce? - szepnęła do Debbie. 

- Jak się obudzi. A teraz chodźmy do ogrodu. Napijemy się herbaty. 

Lewie usiadły na tarasie, Debbie natychmiast zaczęła wypytywać ją o Pierre'a. 

- Powiedz, zaczęliście się spotykać? To coś poważnego? 

Jacky bezradnie wzruszyła ramionami. 

-  Rzeczywiście,  od  pewnego  czasu  się  spotykamy.  I  jest  nam  wspaniale.  Tyle  że  ja  nie 

mogę  w  nieskończoność  rywalizować  z  jego  zmarłą  żoną.  Pierre  ustawił  ją  na  piedestale  i 

niemal się do niej modli. Ona to ideał, a ja jestem tylko kochanką, jedną z wielu. 

- Posłuchaj, Liliane nie była takim ideałem, za jaki Pierre ją uważa. - Debbie popatrzyła jej 

znacząco w oczy. 

- Jak to? 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  powinnam  ci  o  tym  mówić.  -  Zawahała  się.  -  Zresztą  sama 

niewiele  wiem.  Marcel  wspomniał  kiedyś,  że  Pierre  nie  miał  z  Liliane  łatwego  życia. 

Podobno go zdradzała. 

background image

-  Nie!  -  Jacky  oniemiała  ze  zdumienia.  -  Przecież  Pierre  mówi  o  niej  tak,  jakby  była 

uosobieniem wszelkich cnót! 

- Pierre nie miał pojęcia, że jest zdradzany. Do dziś o niczym nie wie. Marcel strasznie się 

z tą tajemnicą czuje, ale nic nie mówi, żeby go nie dobijać. 

- Wiesz coś więcej? 

- Nie. Marcel nie chciał mi powiedzieć. Stwierdził, że i tak nie mamy prawa wtrącać się w 

prywatne sprawy Pierre'a. Tylko że teraz sytuacja jest inna. Nie sądzisz, że pora, aby Pierre 

dowiedział się prawdy o swojej żonie?

- Nie! Nie możemy mu tego zrobić! - zawołała poruszona. 

- Ale dlaczego? - zdziwiła się Debbie. 

-  Bo  ta  prawda  by  go  zabiła  -  odrzekła  Jacky.  -  Pomyśl  tylko,  od  pięciu  lat  idealizuje 

Liliane, czci jej pamięć i wierzy w jej bezgraniczne poświęcenie. Nie wolno nam niszczyć tej 

wiary. Nie zniosłabym, gdyby poczuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwy. 

- Bardzo go kochasz, prawda? - Debbie delikatnie dotknęła jej dłoni. 

-  Owszem,  i  to  już  od  wielu  lat  -  przyznała.  -  Jestem  zazdrosna  o  Liliane,  ale  nie  chcę 

pozbawiać go złudzeń. 

- Przecież miałabyś wymarzoną okazję, żeby go pocieszyć! - Debbie próbowała przemówić 

jej do rozsądku. - Na pewno potrzebowałby wsparcia, więc szybko stałabyś się niezastąpiona. 

-  Nie,  Debbie.  To,  o  czym  mówisz,  jest  po  prostu  niemożliwe.  Istnieją  inne  poważne 

powody, dla których nie mogę wiązać się na stałe z Pierre' em. 

- Jakie znowu powody? 

- Nie mogę mieć dzieci. Nawet gdyby udało mi się zajść w ciążę, poród mógłby skończyć 

się  źle.  Nie  chcę  ryzykować.  Sama  rozumiesz,  że  w  tej  sytuacji  nie  jestem  odpowiednią 

partnerką dla Pierre'a. 

- Ale Jacky ... 

- Proszę cię, zostawmy to ... - Urwała w pół zdania. 

- Zdaje się, że Thiery się obudził. Chyba płacze. 

- I to jak! 

- Mogę po niego pójść? 

- Oczywiście. Masz taki świetny kontakt z dziećmi. 

- Cudzymi! - rzuciła cierpko i poszła na górę. Chodź do mnie, słoneczko! No powiedz, co 

się stało? - szepnęła do maluszka, biorąc go na ręce. 

Od razu przestał płakać i  ufnie przytulił buzię  do jej policzka. Charakterystyczny zapach 

niemowlęcia obudził w niej wspomnienia o Simonie. Wydawało jej się, że dawno pogodziła 

się  z  tym,  że  już  nigdy  nie  będzie  matką.  Jednak  ilekroć  brała  na  ręce  czyjeś  dziecko, 

zaczynała  marzyć  o  własnym.  Wiedziała,  że  nie  pozbędzie  się  tej  tęsknoty,  więc  musi 

nauczyć się z nią żyć. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Jacky  wyjrzała  przez  okno  swojego  gabinetu.  Lejący  się  z  nieba  żar  stopił  asfalt  na 

szpitalnym podjeździe, dlatego teraz kręcili się po nim robotnicy i naprawiali szkody. Ruszali 

się jak przysłowiowe muchy w smole i widać było, że praca im nie idzie. 

Nie  winiła  ich  za  to,  gdyż  sierpniowe  upały dawały  się  we  znaki  wszystkim.  Sarna  była 

ledwie  żywa,  gdy  z  rana  przyjmowała  pacjentów  w  salach  położonych  blisko  drzwi 

wejściowych.  Ponieważ  były  prawie  cały  czas  otwarte,  klimatyzacja  w  tej  części  szpitala 

praktycznie nie działała. 

Gdy przestała być potrzebna w salach zabiegowych, z ulgą zaszyła się w swoim chłodnym 

gabinecie  i  zajęła  papierkami.  Właśnie  skończyła  ostatni  raport  i  wyłączyła  komputer,  po 

czym wstała i podniósłszy do góry ręce, zaczęła się rozciągać. 

- Proszę, proszę, poranna gimnastyka. Aż miło popatrzeć! - zawołał Pierre. 

Minęło  zaledwie  parę  godzin,  odkąd  rozstali  się  po  kolejnej  spędzonej  razem  nocy.  Od 

pamiętnej kolacji na plaży spotykali się regularnie i z każdym dniem byli sobie coraz bliżsi. 

Jacky po raz pierwszy w życiu czuła się tak szczęśliwa. Wystarczyło jednak, że przypomniała 

sobie, jak kruche jest to szczęście, i jej oczy traciły blask.

Stało się coś? - Pierre potrafił czytać w niej jak w otwartej księdze. 

- Nie. - Uśmiechnęła się, odsuwając od siebie czarne myśli. - Jak sytuacja na oddziale? 

- W  miarę spokojnie  - odparł,  a wyjrzawszy przez  okno, dodał:  -  I całe szczęście, bo ci 

panowie  zamiast  pracować,  urządzili  sobie  solarium  akurat  w  miejscu,  gdzie  podjeżdżają 

karetki. Jedni się opalają, a inni ... Człowieku, uważaj! Rany boskie! 

- Co się stało? 

- Rozpędzona karetka wpadła prosto na jednego z nich. A tuż za nią nadjeżdża następna. 

Chodźmy! 

Wybiegli przed budynek, gdzie już czekał portier z noszami. 

-  Trzeba  natychmiast  zabrać  go  do  środka  -  zawołał  Pierre  i  pochylił  się  nad 

zakrwawionym robotnikiem, by sprawdzić, czy można go przenieść na nosze. 

- Panie doktorze, mam poszkodowanego z wypadku! - krzyknął kierowca drugiej karetki. -

Zawaliła  się  stara  kawiarnia  na  plaży.  Jest  co  najmniej  dziesięciu  rannych.  Zaraz  będą  tu 

następne dwie karetki - relacjonował, wyciągając z ambulansu nosze z pacjentem. 

Ustalili, że Pierre zajmie się robotnikiem, a Jacky ofiarami katastrofy. Marie miała w tym 

czasie ściągnąć kogoś do pomocy. 

Jako  pierwszy  do  sali  zabiegowej  trafił  sześcioletni  chłopiec,  który  przez  cały  czas 

rozpaczliwie wołał mamę.

-  Przywieźli  nas  razem,  ale  potem  gdzieś  ją  zabrali.  Mamusia  usnęła  i  nie  mogłem  jej 

obudzić - mówił, krztusząc się łzami. 

- Obiecuję, że zaraz poszukam twojej marny - uspokajała go Jacky - ale najpierw muszę 

cię zbadać. Spróbuj się przez chwilę nie ruszać, dobrze ... 

background image

Na  podstawie  pobieżnego  badania  stwierdziła,  że  chłopiec  ma  złamaną  rękę  i  możliwe 

obrażenia  wewnętrzne.  Starała  się  obchodzić  z  nim  jak  najostrożniej,  by  nie  sprawiać  mu 

dodatkowego bólu. 

- Jedliśmy z mamą lody na tarasie, kiedy to się stało. - O nic go nie pytała, ale i tak bez 

przerwy mówił o wypadku. - Nagle powiał wiatr i z dachu spadła belka. Mama dostała nią w 

głowę  i  wtedy  ...  zasnęła.  Prosiłem  ją,  żeby  się  obudziła,  bo  musimy  uciekać,  ale  ona  cały 

czas  spała.  Dach  się  zawalił...  Wszyscy  tak  strasznie  krzyczeli.  Na  mnie  też  coś  spadło. 

Przewróciłem się i ... 

- Odnalazłam twoją mamę - wysapała pielęgniarka, którą Jacky wcześniej poprosiła, by się 

tym zajęła. - Jeszcze nie odzyskała przytomności, ale zaraz zbada ją neurolog. 

-  Co  się  stało mojej  mamusi?  -  Wystraszony chłopiec  spojrzał  na Jacky  oczami  pełnymi 

łez. 

- Cały czas śpi, ale lekarze pomogą jej się obudzić. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. 

A teraz zrobimy ci prześwietlenie ręki i dokładnie obejrzymy kość. - Jest złamana? 

- Chyba tak. Powiem ci, jak zobaczę rentgen. 

- Pewnie założą mi gips. Tylko żeby nie był brązowy! 

-  Dobry  pomysł  -  powiedziała,  uśmiechając  się  do  niego.  -  Poproś  pana  technika  o 

niebieski albo jakiś inny.

- Tylko nie brązowy! 

- Wykluczone! - odparła z powagą.

Gdy  pielęgniarka  zabrała  chłopca  na  prześwietlenie,  Jacky  zajęła  się  kolejnymi 

poszkodowanymi.  Dwie  najciężej  ranne  osoby  zmarły,  a  pozostałe  miały  liczne  złamania  i 

wymagały  natychmiastowej  operacji.  Jacky  miała  cichą  nadzieję,  że  mama  dzielnego 

sześciolatka nie powiększy listy śmiertelnych ofiar wypadku. 

Do końca dnia pracowała bez chwili wytchnienia. 

Po  dyżurze  nie  poszła jednak  do  domu,  tylko  do  swojego  gabinetu.  Z  ulgą  zdjęła  buty  i 

zaparzywszy  świeżą  kawę,  ciężko  usiadła  w  fotelu.  Zastanawiała  się,  czy  Pierre  zajrzy  do 

niej,  czy  pojedzie  prosto  do  domu.  Chyba  ściągnęła  go  myślami,  bo  po  chwili  stanął  w 

drzwiach. 

- Wpadłem na kawę - oznajmił. 

- Dobrze trafiłeś, właśnie zaparzyłam. 

- Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Są wyniki szczegółowych badań tego chłopca, którego 

rano ratowałaś. Nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych. 

- Całe szczę.ście. Wiadomo, co z jego mamą? 

- Niestety, jeszcze nie odzyskała przytomności. Jest pod stałą opieką neurologów. 

Przymknęła oczy. 

- Modlę się, żeby z tego wyszła. 

Poczuła, że Pierre bierze ją za rękę. Jego ciepłe,  pełne zrozumienia spojrzenie dodało jej 

otuchy. Wiedziała, że lekarz, aby mógł być skuteczny, nie powinien nadmiernie wczuwać się 

background image

w sytuację pacjentów. Jednak temu małemu chłopcu współczuła z całego serca. 

-  Mam  nadzieję,  że  ta  kobieta  nie  umrze  -  powie  działa  ledwie  słyszalnym  głosem.  -  Dla 

dziecka to niewyobrażalny dramat, gdy matka ... 

Urwała, spłoszona myślą, że przecież Christophe jest półsierotą. 

- Przepraszam - powiedziała szybko, próbując naprawić  gafę. - Miałam na myśli własne 

doświadczenia. 

-  Wiem.  -  Delikatnie  -ścisnął  jej  dłoń.  -  Odczułaś  na  własnej  skórze,  jak  to  jest,  kiedy 

dzieciństwo kończy się zbyt szybko. Christophe nigdy nie miał mamy. W pewnym sensie tak 

jest dla niego lepiej, choć z drugiej strony ... 

Westchnął i odchyliwszy głowę, oparł się o fotel. - Najgorsze - rzekł po chwili - że jutro nie 

ma kto się nim zająć. Nadine i jej chłopak chcą jechać na kilka dni do Paryża. Przecież siłą 

jej nie zatrzymam. 

- Nie możesz wziąć urlopu? W końcu ty tu jesteś szefem. 

- Rano mam ważne spotkanie, którego nie -mogę odwołać. Będę miał wolne popołudnie i 

cały  następny  dzień,  ale  na  rano  muszę  wziąć  jakąś  nianię  z  agencji.  Nie  wiem,  jak 

Christophe zareaguje. Nie znosi obcych ... 

- Biedny dzieciak. - Zastanowiła się przez chwilę. - Gdybyś zmienił plan moich dyżurów, 

mogłabym się nim zająć. 

- Bardzo bym chciał, ale ... 

-  Ale  co?  -  Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  dziedziniec.  Czekała,  co  jej  odpowie,  choć 

doskonale wiedziała, skąd bierze się jego rezerwa. Zaoferowała pomoc. Nic więcej zrobić nie 

mogła. Uznała, że lepiej będzie zmienić temat. 

Co z tym robotnikiem, w którego wjechała karetka? 

- Musieliśmy amputować mu nogę. Nie wiadomo, czy uda się uratować drugą. - Zamilkł i 

spojrzał jej w oczy. - W porównaniu z tym, co spotyka naszych pacjentów, moje problemy 

wydają się błahe, prawda? 

- Ja wcale tak nie myślę! Posłuchaj, naprawdę chętnie popilnuję Christophe'a. 

- Wiem, że byłby tym zachwycony, ale ... 

- Jesteś okropnie uparty! 

-  Nie  jestem!  Po  prostu  nie  chcę,  żeby  przeżył  wielkie  rozczarowanie,  jeśli  ...  -

Rozstaniemy się? Przytulił ją do siebie mocno. 

- Nie chcę tego! Wiesz, od pewnego czasu męczy mnie ten sam koszmarny sen. Dziś w 

nocy też mi się śnił. Liliane rodzi, woła mnie, a mnie przy niej nie ma! 

Zaczerpnął powietrza. 

- Nie było mnie przy niej, kiedy rodziła.  I kiedy umarła. To niewybaczalne - wyrzucił z 

siebie jednym tchem. 

- Nie istnieją winy, których nie da się wybaczyć. 

Skoro cię z nią nie było, musiałeś mieć ważny powód. Co wtedy robiłeś, Pierre? 

- Brałem udział w konferencji medycznej. Wygłaszałem wykład, więc musiałem wyłączyć 

background image

komórkę.  Liliane  była  w  siódmym  miesiącu.  Czuła  się  dobrze,  dziecko  rozwijało  się 

prawidłowo. Naprawdę nie było żadnych powodów do niepokoju. - Umilkł, jakby wahał się, 

czy  mówić  dalej.  -  Ginekolog  nie  stwierdził  żadnych  wad  wrodzonych,  które  mogłyby 

spowodować przedwczesny poród ... 

Słuchała  go  w  skupieniu,  nie  przerywając  pytaniami.  Miała  ochotę  podejść  do  niego, 

objąć, dodać otuchy, lecz nie ruszyła się z miejsca. Podświadomie wyczuwała, że Pierre nie 

mówi jej wszystkiego. 

-  Tak  naprawdę  nie  wiem,  co  dokładnie  stało  się  tamtego  dnia  -  przyznał.  -  Z  karty 

informacyjnej, którą przekazał mi szpital, wynika, że rano Nadine poczuła się źle. Albo nie 

zorientowała  się,  że  zaczął  się  poród,  albo  ...  Wiadomo,  że  dostała  krwotoku.  Próbowała 

wezwać  pogotowie,  ale  zemdlała,  zanim  zdążyła  podać  adres.  Dyspozytor  zdołał ją jakoś 

namierzyć, ale kiedy załoga przyjechała na miejsce i wyważyła drzwi, było już po wszystkim.

Znaleźli ją w łazience, nieprzytomną. Obok niej na podłodze leżał Christophe, którego zdołała 

urodzić. Cudem udało się go uratować. Liliane zmarła w drodze do szpitala ... 

Otuliła  go  ramionami  i  delikatnie  głaskała  po  głowie,  szepcząc  do  niego  po  francusku, 

choć doskonale wiedziała, że w żadnym języku nie istnieją słowa, które mogłyby przynieść 

mu ulgę. On nigdy nie zapomni. Bo czy można zapomnieć o takim koszmarze? 

Chyba  że  ktoś  wyjawiłby  mu  całą  prawdę  o  ...  Nie,  gdyby  Marcel  powiedział  mu  o

niewierności  Liliane,  tylko  pogorszyłby  sytuację.  Trzeba  zostawić  go  w  spokoju.  Niech 

pamięta swoje małżeństwo jak najlepiej. Nikt  nie ma prawa odbierać mu  tych bezcennych 

wspomnień. 

- Niesamowite, że Christophe przeżył - powiedziała, gdy Pierre nieco się uspokoił. 

- Ratownicy dali z siebie wszystko. Na szczęście mieli w karetce inkubator. Poza tym mój 

syn to twardy gość, nigdy się łatwo nie poddaje.  

- Zupełnie jak jego ojciec. 

Odwróciła się  od  niego,  gdyż bała  się,  że  się  rozpłacze. Jego  opowieść  poruszyła  ją  do 

żywego. 

Pierre stanął tuż za nią. 

- Doceniam, że  chcesz  się  nim  zająć -  powie. dział,  otaczając ją  ramionami.  - Mogę na 

ciebie liczyć? 

- Jasne! - Poczuła, jak wraca jej nadzieja. - Tylko musisz najpierw zapytać mojego szefa, 

czy zgodzi się przesunąć mój dyżur. Uprzedzam, że facet jest cholernie uparty. 

- Nie zawsze. - Odetchnął głęboko. Właśnie podjął jedną z najważniejszych decyzji. - To 

co? Przyjdziesz do nas jutro na śniadanie? 

Idąc  nazajutrz  do  jego  domu  zastanawiała  się,  co  go  skłoniło  do  zmiany  zdania.  Miała 

wrażenie,  że  w  chwili, gdy  opowiedział  jej  o  śmierci  żony,  przeżył  katharsis.  Być  może 

dzięki  zwierzeniom  poczuł  się  oczyszczony.  Nie  miała  pojęcia,  co  wywołało  w  nim  taką 

reakcję, ale czuła ogromną ulgę. 

Żwir  zaskrzypiał  pod  jej  sandałkami  na  płaskim  obcasie,  gdy  weszła  na  podjazd  przed 

background image

domem. Ruszyła do drzwi lekkim krokiem, niosąc na ramieniu dużą torbę, a w niej kostium 

kąpielowy,  wodę  mineralną  i  herbatniki,  czyli niezbędnik  plażowicza.  Zamierzała  bowiem 

pójść z Christophe'em nad morze. 

- Cześć, Jacky! - zawołał chłopczyk, biegnąc jej na spotkanie. 

- Cześć, Christophe. - Przykucnęła, by mógł ją pocałować na dzień dobry. 

- Śniadanie jest gotowe. Chodź szybko, bo jestem okropnie głodny! - ponaglał, ciągnąc ją 

za rękę do kuchni. 

- Mmm, jak pięknie pachnie! Uwielbiam świeże rogaliki - westchnęła, delektując się ich 

zapachem. 

- Ja też. - Pierwszy usiadł przy stole i sięgnął po morelowy dżem. - Sam odkręcę, dobrze? 

To  przecież  nic  trudnego.  Ojej,  przepraszam,  nie  chciałem  -  jęknął  skruszony,  gdy  słoik 

wyśliznął mu się z rąk i dżem poplamił czysty obrus. 

- Nic się nie stało - uspokoiła go. - Zaraz posprzątamy. 

-  Wiedziałem,  że  przesadzam  z  tym  obrusem.  -  Pierre  uśmiechnął  się  do  niej 

porozumiewawczo  i  zaczął  ścierać  plamę;  -  Ale  cóż,  w  końcu  nie  co  dzień  gości  się  na 

śniadaniu VIP-a - stwierdził, wracając na swoje miejsce. 

-  A co to jest VIP? - zainteresował się Christophe. 

- Bardzo ważna osoba - wyjaśnił, podając jej koszyczek z pieczywem. 

- Jacky jest bardzo ważna? - ciągnął chłopiec. 

- Dla mnie tak. 

-  Dla  mnie  też!  Bo  dziś  ze  mną  zostaje.  Co  będziemy  robili?  -  zapytał,  patrząc  na  nią 

wyczekująco. Może pogramy w piłkę w ogrodzie? 

- A nie lepiej na plaży? - podrzuciła. 

-  Super!  I  popływamy  w  morzu,  dobrze?  Ja  już  umiem  ...  no,  prawie.  Tata  każe  mi 

zakładać rękawki, bo mówi, że może porwać mnie fala ... 

Christophe  z  podniecenia  trajkotał  jak  katarynka,  a  oni  słuchali  go,  uśmiechając  się 

pobłażliwie.  W  pewnej  chwili  spojrzeli  sobie  w  oczy.  Jacky  miała  wspaniałe  poczucie,  że 

panuje między nimi pełna harmonia. 

- Uważaj, mam ręce lepkie od dżemu - szepnęła, gdy Pierre nakrył dłonią jej dłoń. 

-  Ja  też.  Będziemy  się  do  siebie  kleić.  Uśmiechnęła  się,  czując  w  całym  ciele  rozkoszne 

mrowienie. Było jej z nimi tak dobrze. Chwilami zdawało się, że są najprawdziwszą rodziną. 

Nie chciała  pamiętać o  problemach, które  na nich  czyhały. Chwilo,  jesteś piękna.  Trwaj!  -

pomyślała wzruszona. 

- Nie wyłączaj komórki na plaży - poprosił Pierre, całując ją przed wyjściem do pracy. 

- Myślałam, że jedziesz na ważne spotkanie. Będziesz miał możliwość do nas dzwonić? 

-  Nie  w  czasie  spotkania,  bo  będę  rozmawiał  z  radą  gubernatorów,  ale  potem  teoretycznie 

jestem wolny. Jeśli skończymy w miarę wcześnie, przyjadę do was. - Świetnie! 

-  Jacky!  Nie  mogę  znaleźć  kąpielówek!  -  zawołał  z  góry  Christophe.  -  Pomożesz  mi 

szukać? 

- Już do ciebie idę! - odkrzyknęła. 

background image

-  Sprawdź  w  górnej  szufladzie  komody  -  zasugerował  Pierre.  -  Pewnie  nie  może  sam 

dosięgnąć. Zobaczymy się później. 

- Powodzenia. - Pocałowała go w policzek, a potem stała w drzwiach, dopóki nie odjechał. 

- Już idę, kochanie! - zawołała do Christophe'a i pobiegła na górę. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Christophe biegł przodem,  kopiąc piłkę. Co  chwila odwracał się i  wykonywał  efektowne 

podanie,  zmuszając  Jacky  do  karkołomnych  wyczynów.  Szybko  odkryła,  że  sandały 

zdecydowanie nie nadają się do gry w piłkę, zdjęła je więc i szła boso, grzęznąc po kostki w 

gorącym  piasku.  Pierwszy  raz  od  bardzo  dawna  czuła  niczym  niezmącony  wewnętrzny 

spokój i radość. 

Polubiła Christophe'a i cieszyła się, że mogą spędzić razem przedpołudnie. Gdyby los był 

dla niej łaskawszy, pewnie chodziłaby na takie spacery z własnym dzieckiem. 

- Christophe, może zostawimy tu nasze rzeczy i popływamy? - zaproponowała. 

- A umiesz pływać? - upewnił się. 

- Tak. I bardzo lubię. 

Przebrali się w kostiumy i trzymając się za ręce, pobiegli do morza. 

- Ale zimna woda! - Wzdrygnął się. - Dlaczego jest taka lodowata, a piasek parzy w stopy? 

- Dlatego, że morze jest ogromne i mimo upału bardzo długo się nagrzewa. 

-  To  znaczy,  że  nawet  gdybym  wlał  do  niego  wiadro  gorącej  wody,  nie  zrobiłoby  się 

cieplejsze? 

- Niestety, nie. 

- Pokazać ci, jak pływam? - ożywił się. 

- Chwileczkę. Najpierw poprawię ci rękawki. 

Wskoczył  do  wody,  która  w  tym  miejscu  sięgała  dorosłemu  do  kolan,  i  przepłynął kilka 

metrów  pieskiem,  po  czym  zalała  go  fala.  Wynurzył  się,  parskając  i  prychając,  ale 

roześmiany. 

- Spróbuję jeszcze raz! - zawołał, niezrażony niepowodzeniem. 

Szło mu coraz lepiej, więc poprosił Jacky, by do niego dołączyła. Wprawdzie woda była dla 

niej  zdecydowanie  za  płytka, ale  udało  jej  się  nie  poobcierać  kolan.  -  Ale  fajnie! Pływamy 

sobie razem jak dwa delfiny! - cieszył się. - Widziałaś kiedyś żywego delfina? - Tutaj nie, ale 

na południu ... - Opowiedziała mu o wszystkich delfinach, jakie w życiu widziała, budząc tym 

jego podziw. 

- Chciałbym być podróżnikiem, wiesz? - wyznał. 

- Będę jeździł po świecie i oglądał lwy i tygrysy, i .. 

- Lista stworzeń, które zamierzał zobaczyć na własne oczy, była imponująca. 

Jeszcze  chwilę  gawędzili  o  jego  planach  na  przyszłość,  pluskali  się  w  wodzie  i  ćwiczyli 

background image

pływanie pieskiem, a potem wrócili na koc, by się wytrzeć i przebrać w suche stroje. 

Jacky  położyła  się  na  gorącym  piasku  i  przyglądała  się,  jak  Christophe  buduje  zamek. 

Myślała o tym, jak bardzo jest mądry i wrażliwy. Choć nie miał mamy, wyrósł na pogodnego 

i  bardzo  sympatycznego  chłopca,  co  z  pewnością  była  zasługą  kochającego  i  troskliwego 

ojca. 

W torbie zabrzęczała komórka, sięgnęła więc po nią, by sprawdzić, kto dzwoni. 

- Pierre! Jak spotkanie? Już się skończyło? 

- Tak, na szczęście trwało nadspodziewanie krótko. Ku mojemu zaskoczeniu gubernatorzy 

bez większego oporu zgodzili się wyasygnować dodatkowe pieniądze na szpital. 

- Świetnie!

- Zaraz do was przyjadę. 

- To tata? - zapytał Christophe. 

- Tak. Chcesz z nim porozmawiać? Proszę. - Podała mu telefon. 

-  Cześć,  tato.  Buduję  zamek.  Mógłbyś  przyjechać  i  mi  pomóc?  Naprawdę?!  Super! 

Dobrze. Jacky, tata chce z tobą rozmawiać. 

- Tak? 

- Gdzie was szukać? 

Wytłumaczyła  mu,  gdzie  są,  a  gdy  skończyli  rozmawiać,  wstała  i  przyłączyła  się  do 

Christophe'a. 

Właśnie szukała kamyków do ozdobienia wieży, gdy usłyszała głos Pierre'a. Serce zabiło 

jej radośnie. Uśmiechnięta patrzyła, jak zbiega z wydm, trzymając w ręku dużą plastikową 

torbę. W dżinsach i koszulce polo wyglądał bardzo młodo, wręcz chłopięco, jak w dawnych 

beztroskich latach pierwszej młodości. 

- Tatuś! - zawołał Christophe i rzucił mu się na szyję.

- Proszę, kupiłem ci nowe łopatki.

- Ale super! Dzięki, tatusiu! - Chłopiec ucieszył się, wyciągając je z torby. 

- Jak tam? - Pierre spojrzał ponad jego głową na Jacky. 

- Doskonale. Nie nudzimy się. 

- Właśnie widzę. - Czule pogładził jej dłoń. 

- Tato, no chodź! Obiecałeś, że mi pomożesz budować. - Christophe pociągnął go za rękę, 

nie mogąc się doczekać wspólnej zabawy. 

- Więc do dzieła! - Pierre zatarł ręce i wszyscy troje zabrali się do pracy. 

- Jacky, gdzie się nauczyłaś układać takie fajne wzory z kamyków? - zapytał Christophe, 

przyglądając się jej dziełu. 

-  Jak  byłam  mała,  mieszkałam  nad  morzem  -  odparła,  wciskając  w  piasek  biało-szary 

kamyk. 

- A rodzice pomagali ci budować zamki, tak jak wy pomagacie mnie? 

- Raczej nie. Nie lubili chodzić na plażę. Budowałam zamki z innymi dziećmi. 

Zauważyła, że Pierre przestał kopać i przysłuchuje się ich rozmowie. 

background image

- Kiedy byłem chłopcem, mieszkałem blisko Jacky - powiedział Christophe' owi. 

- Naprawdę? I co, bawiliście się razem? 

- Nie. - Uśmiechnęła się. - Twój tata był ode mnie starszy i nie chciał bawić się z małymi 

dziewczynkami. Wolał grać z kolegami w piłkę. 

- Ale kilka razy spotkaliśmy się na plaży, pamiętasz? - wtrącił Pierre. - Na przykład wtedy, 

kiedy się przewróciłaś i rozcięłaś kolano. 

-  A  ty  mnie  zaniosłeś  do  swojego  ojca.  Pamiętam  to  tak  dokładnie,  jakby  zdarzyło  się 

wczoraj. 

- Miałaś wtedy tyle lat, co Christophe - powiedział zaskoczony. 

- To prawda, ale wszystko pamiętam. 

Wymienili  spojrzenia  pełne  czułości  i  wzajemnego  zachwytu.  Christophe  musiał  wyczuć 

ogarniającą ich falę miłości, bo wcisnął się między nich. Przytulili go do siebie i przez jeden 

niezapomniany  moment  byli  prawdziwą  rodziną.  Jacky  odsunęła  się  pierwsza  i  wróciła  do 

przebierania kamieni. Po chwili znów zgodnie budowali zamek, ale łącząca ich ciepła więź 

nie zniknęła. 

Gdy ich zamek był  tak-doskonały, że  nie było już  czego poprawiać, Pierre stwierdził,  że 

pora zjeść lunch-. 

-  Niedaleko  stąd  jest  mała  restauracja,  o  której  mówił  mi  Marcel.  Możemy  pójść  tam 

pieszo - powiedział. - Zaniosę rzeczy do samochodu, a wy się w tym czasie ubierzcie. 

Wrócił po paru minutach i ruszyli w stronę baru. 

Christophe jak zwykle pobiegł przodem. 

- Nie miałaś z nim żadnych problemów? - zapytał Pierre, przyglądając jej się dyskretnie. 

Ucieszył się, że wygląda na odprężoną i wypoczętą. 

- Nie. Twój syn to fantastyczny dzieciak. Świetnie nam się rozmawiało. 

- A o czym, jeśli wolno spytać? 

- Och, o tysiącu ważnych rzeczy. O zwierzętach, ptakach, książkach, które ty albo Nadine 

czytacie mu na dobranoc. 

Wziął ją za rękę· 

-  Christophe  lubi  być  traktowany  po  partnersku  -  wyjaśnił.  -  Niektóre  z  opiekunek  nie 

umiały się z nim dogadać. Krzyczały na niego, kiedy był niegrzeczny, i nie rozumiały, że jego 

złe zachowanie to nic innego jak błaganie o pomoc. 

-  Jakoś  nie  mogę sobie  wyobrazić  Christophe'a  sprawiającego problemy  wychowawcze. 

Szkoda, że ... 

Urwała  w  pół  słowa.  Miała  zamiar  powiedzieć,  że  to  niedobrze,  iż  chłopiec  ma  tylu 

różnych opiekunów, ale doszła do wniosku, że lepiej nie poruszać tego tematu. Gdyby zaczęli 

o tym rozmawiać, nieuchronnie dotknęliby problemów, o których wolała nie pamiętać. 

- Zaczęłaś coś mówić - przypomniał jej Pierre. 

- Chciałam zapytać, czy idziemy do tego baru - skłamała, wskazując widoczne nieopodal 

stoliki. 

-  Chciałaś  powiedzieć  coś  zupełnie  innego  -  zaprotestował  cicho.  -  Martwi  mnie,  że 

background image

mojemu synowi brakuje poczucia bezpieczeństwa, ale nie chcę o tym teraz rozmawiać. Po co 

psuć miły nastrój. Cieszmy się słońcem i tym, że mamy dla siebie cały dzień. 

Właściciele małej restauracji, Henri i Antoinette, przywitali ich serdecznie i posadzili przy 

stoliku  przy oknie. Z rozmowy wynikało, że  Pierre zrobił  wcześniej rezerwację. Widocznie 

Marcel uprzedził go, że restauracja cieszy się popularnością. Rzeczywiście, wszystkie stoliki 

były  zajęte,  a  dobra  opinia  wśród  gości w  pełni  uzasadniona,  gdyż potrawy, które  wybrali, 

smakowały wyśmienicie. Nawet Christophe zjadł wszystko z wielkim apetytem. 

- Ryba nie zawsze mi smakuje - przyznał, połykając ostatni kęs soli w sosie cytrynowym -

ale ta była bardzo dobra. I ładnie pachniała. Czasem w przedszkolu dają nam na lunch rybę, 

która okropnie śmierdzi. Wtedy zostawiam swoją porcję. 

- I nie jesteś potem głodny? - zapytała Jacky. 

- Jestem. I co z tego? - Wzruszył ramionami z typową galijską nonszalancją. Zupełnie jak 

ojciec, pomyślała Jacky i uśmiechnęła się do siebie. 

- Co chciałbyś na deser? - zapytała go Antoinetle. - Szarlotkę czy lody? Mamy cytrynowe, 

waniliowe, czekoladowe i truskawkowe. 

Christophe  długo  nie  mógł  zdecydować,  więc  restauratorka  rozwiązała  problem, 

proponując mu po małej kulce każdego. 

- Mają państwo uroczego synka - pochwaliła go, kładąc mu rękę na ramieniu. 

Jacky już miała sprostować, że nie jest jego mamą, ale Pierre ją uprzedził. 

- Miło nam to słyszeć. Jesteśmy z niego bardzo dumni - oznajmił. 

Popatrzyła  na  Pierre'a  znad  filiżanki  kawy,  ale  nic  nie  wyczytała  z  zagadkowego 

spojrzenia  jego  ciemnych  oczu.  Wiedziała,  że  chwila  nie  jest  odpowiednia,  by  pytać, 

dlaczego nie wyprowadził Antoinette z błędu. Może wolał udawać, że czasem marzenia się 

spełniają? 

Uśmiechnęła się do niego, a on odpowiedział  beztroskim uśmiechem, z którym było mu 

wyjątkowo do twarzy. Podziwiała jego urodę, czując, jak powoli budzi się w niej pożądanie. 

Nie miałaby nic przeciwko temu, by zrobili sobie gdzieś sjestę, u niej czy u niego ... 

Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziała, że Pierre myśli o tym samym. 

-  Tato!  -  Christophe  pociągnął  go za  rękaw.  -  Czy  możemy  wrócić  na  plażę,  tam,  gdzie 

zbudowaliśmy zamek? Chciałbym zbudować jeszcze jeden. Pójdziemy? 

- Jasne, że tak. 

Musieli skończyć swą rozmowę bez słów, ale pozo stały im gesty. Kiedy Pierre odsuwał jej 

krzesło, czule pogładził jej ramiona, a ona pocałowała go w policzek. - Mam nadzieję, że nie 

zachowujemy się niestosownie - szepnęła.

Otoczył ją ramieniem. 

- A kto powiedział, że w restauracji nie wolno okazywać czułości? - zapytał i posłał jej tak 

gorące spojrzenie, że aż ugięły się pod nią nogi. - Masz jakieś plany na wieczór? 

- Muszę zajrzeć do kalendarza. 

- Dlaczego szepczecie? - zainteresował się Christophe. Zeskoczył z krzesełka i podszedł do 

background image

nich. 

- Ustalamy, co będziemy robili po południu - odparł Pierre. - A teraz chodźmy na plażę. 

Zbudujemy ogroIlflle zamczysko. 

-  Super!  -  Uradowany  chłopiec  wszedł  między  nich  i  wziął  ich  za  ręce.  -  A  potem 

popływamy, zagramy w piłkę, pobawimy się i ... 

Pod  koniec  dnia  Jacky  tryskała  radością.  Po  wspólnej  zabawie  na  plaży  jej  i  Pierre'owi 

udzielił  się  doskonały  nastrój  Christophe'a.  Na  myśl,  że  gdy  chłopiec  zaśnie,  będą  mieli 

wieczór dla siebie, dostawała rozkosznej gęsiej skórki. Fakt, że muszą trochę poczekać, tylko 

zaostrzył jej apetyt na miłość. 

- Jesteś taka małomówna - zauważył Pierre. O czym myślisz? 

Zerknęła na Christophe'a, który przekładał kamyki z wiaderka do plastikowej torby. 

- Później ci powiem - odparła. 

- Chyba się domyślam. - Pierre uśmiechnął się. - I chciałbym. się nie mylić. 

Musnął dłonią jej ramię, a ona poczuła się tak, jakby przepłynął przez nią prąd. 

Po powrocie z plaży spędziła dużo czasu z chłopem. Usiadła z nim na tarasie i trochę mu 

poczytała, i potem patrzyła, jak maluje nowymi farbami, które dostał od ojca. 

Kiedy skończył, zjedli kolację, na którą Pierre usmażył omlet, a ona przygotowała sałatę. 

Potem siedzieli chwilę przy kuchennym stole, pijąc wino. 

-  To  był  dzień  pełen  wrażeń  -  podsumował  Pierre,  wspierając  się  wygodnie  o  krzesło.  -

Jesteś śpiący? - zapytał Christophe'a, któremu powieki same opadały. 

- Nie. To znaczy ... trochę. Jacky, położysz mnie spać? 

- Oczywiście. Z wielką chęcią. 

- Wobec tego ja sprzątnę po kolacji - oświadczył Pierre. 

Minęło sporo czasu, zanim Christophe wreszcie się położył. Najdłużej trwała kąpiel, gdyż 

leżąc w wanilie, pokazywał Jacky swoją imponującą kolekcję i zabawek. 

- Masz ich tak dużo, że niedługo zabraknie dla ciebie miejsca - żartowała. 

-  Jak  wam  idzie?  -  Pierre  wszedł  do  łazienki,  a  widząc  ich  w  tak  doskonałej  komitywie, 

uśmiechnął się z czułością. - Wszystko w porządku, Jacky? 

Klęczała na podłodze i wyglądała na szczęśliwą· Policzki miała zaróżowione i wilgotne od 

parującej wody. 

- Tak, wszystko dobrze. - Uśmiechnęła się.

- Nie jesteś zbyt zmęczona? - zapytał, ale szczególny błysk w jego oku podpowiedział jej, 

do czego naprawdę zmierza. 

- Nigdy nie jestem zbyt zmęczona! 

- Cieszę się. - Wsunął dłoń w jej włosy i musnął palcami kark. - Skończyłem już w kuchni, 

ale widzę, że nieprędko będziesz wolna. 

- Nie lubię się spieszyć. 

- Słusznie. - Posłał jej pocałunek i wyszedł. 

background image

Spotkali się kilka minut później w pokoju Christophe'a. 

- Narzekał, że mu gorąco, więc przykryłam go samym prześcieradłem - powiedziała. 

- Dobrze. - Objął ją w pasie i pochylił 'się, by pocałować syna. - Dobranoc, synku. Kocham 

cię. 

- Dobranoc. Kocham cię, tatusiu. I ciebie też, Jacky -mruknął sennie. 

-  I ja  cię kocham,  malutki  - szepnęła  wzruszona.  Nie potrafiła  opisać,  jak  wiele  znaczą dla 

niej te proste słowa. Poczuła się tak, jakby nagle odzyskała swojego maleńkiego Simona. Jak 

ona przeżyje dzień, w którym będzie musiała odejść; raz na zawsze zniknąć z ich życia? Skąd 

weźmie siłę, by zostawić tego kochanego chłopca i tego wspaniałego mężczyznę? 

Pierre przytulil ją do siebie i wyprowadził z dziecięcego pokoju. 

Ledwie zamknął drzwi swojej sypialni, zasypał ją tysiącem wytęsknionych 'pocałunków. 

Noc wciąż była młoda i należała tylko do nich ... 

- Dlaczego nie chcesz zostać? - Pierre zmrużył oczy i próbował dojrzeć, która jest godzina. 

Zaczynało świtać. - Mam dziś wolny dzień. Jest za wcześnie, żeby ... 

- Muszę iść - odparła i szybko zapięła bluzkę. Mam dziś poranny dyżur. 

- Zadzwonię do szpitala i powiem, żeby ktoś cię zastąpił. Przecież nic się nie stanie, jeśli 

się z kimś zamienisz. 

W stał z łóżka i podszedł do niej. 

- Naprawdę muszę iść - powtórzyła. - Christophe na pewno się ucieszy, że przez cały dzień 

będzie cię miał tylko dla siebie. 

Położył dłonie na jej ramionach i z niepokojem spojrzał w oczy. 

- Ale co się stało? Spędziliśmy razem cudowny dzień. Dlaczego nagle tak się spieszysz? 

Spojrzała mu w oczy i od razu wiedziała, że to błąd. 

Ciało  zaczęło  buntować  się  przeciw  nakazom  rozsądku.  Nie,  tym  razem  się  nie  złamie. 

Przecież podjęła decyzję. Kiedy minęło miłosne uniesienie, w ogóle nie mogła zasnąć. Leżała 

obok  Pierre'a,  myśląc  o  tym,  że  czuje  się  bezgranicznie  szczęśliwa,  lecz,  to  szczęście  jest 

wyjątkowo  kruche  i  nietrwałe.  Co  gorsza,  zdarzało  jej  się  o  tym  zapominać.  Od  czasu  do 

czasu odzywał się w niej instynkt samozachowawczy i podpowiadał, że musi się ratować, bo 

rozstanie z Pierre' em po prostu złamie jej serce. 

Wiedziała,  że  prędzej  czy  później  ich  drogi  muszą  się  rozejść,  ale  nie  zamierzała  niczego 

przyspieszać. Nadal chciała spotykać się z Pierre'em, tyle że byłoby nierozsądnie z jej strony 

angażować się w ten związek bez reszty. Dlatego uznała, że kolejny dzień zabawy w rodzinę 

absolutnie nie wchodzi w grę. Choćby dlatego, że jest to nie fair wobec chłopca. Martwiło ją, 

że  tak  szybko  się  do  niej  przywiązał.  Dręczyło  pytanie,  czy  pięcioletnie  dziecko  będzie  w 

stanie zrozumieć, że wszystko kiedyś się kończy? 

- Martwisz się - stwierdził Pierre. - Czy naprawdę nie możemy żyć chwilą, nie wybiegając 

zbyt daleko w przyszłość? Jacky, proszę cię ... Jeszcze nigdy nie czułem się tak szczęśliwy! 

- Ja też - szepnęła. - Mimo to muszę wrócić do rzeczywistości. Choćby tylko na moment. -

Uśmiechnęła się smutno. - Spokojnie, przecież jeszcze się nie rozstajemy! Po prostu uważam, 

że spędziliśmy dostatecznie dużo czasu, bawiąc się w ... 

background image

- Rodzinę? - dokończył za nią. Skinęła głową. 

-  Rozumiem.  Sam  do  niedawna  uważałem,  że  nie  powinniśmy  angażować  w  to 

Christophe'a. Ale cóż, stało się. 

- Owszem. I przyjdzie dzień, kiedy on będzie musiał zrozumieć, że ... 

-  Jacky,  będziemy  się  o  to  martwili  w  swoim  czasie.  Razem  na  pewno  znajdziemy 

rozwiązanie. 

- Tak myślisz? - Wzięła głęboki oddech. - Muszę iść. 

- Skoro tak postanowiłaś - westchnął zrezygnowany i pocałował ją w policzek. 

Odsunęła się od niego i wyszła. Rozsądek mówił jej, że postępuje właściwie, za to serce 

wyrywało się do niego i do Christophe'a. 

Posłuchała głosu rozsądku, wierząc, że tak będzie lepiej dla nich wszystkich. Wydawało jej 

się  oczywiste,  że  im  bardziej  się  do  siebie  zbliżą,  tym  gorzej  zniosą  rozstanie.  Ich sytuacja 

przypominała  błędne  koło.  Dlatego  uznała,  że  musi  zachować  minimum  niezależności  i 

dopóki może, powinna przynajmniej próbować postępować racjonalnie. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Przez  następne  tygodnie  trzymała  się  z  dala  od  Pierre'a.  Ponieważ  spotykali  się  tylko  w 

szpitalu,  nie  było  okazji,  by  wrócić  do  ostatniej  rozmowy.  Jacky  była  jednak  pewna,  że 

przemyślał to, co zostało wtedy powiedziane. 

Sama  starała  się  ostudzić  emocje  i  zdystansować  wobec  trapiących  ich  problemów.  Nie 

mogła  jednak  udawać,  że  nie  wyczuwa  napięcia,  które  pojawiało  się  między  nimi  nawet 

wtedy, gdy tak jak dziś, pełnili razem dyżur. 

Właśnie  oglądali  zdjęcia  rentgenowskie  złamanej  nogi  chłopaka,  który  miał  wypadek 

samochodowy. 

-  Brakuje  fragmentów  kości  -  stwierdził  Pierre,  zerkając  na  uśpionego  dwudziestolatka, 

który dzięki silnym środkom przeciwbólowym był nieświadom tego, co się z nim dzieje. 

-  Kości  piszczelowa  i  strzałkowa  są  poważnie  uszkodzone.  Widzisz,  tu  i  tu.  -  Wskazała 

miejsca na kliszy. 

- Na szczęście kość udowa jest cała. Mam nadzieję, że uda się uratować całą nogę i nawet 

stopę. Ortopedzi będą go operować jeszcze przed południem. 

-  Może  chcecie  zrobić  sobie  krótką  przerwę?  -  zapytała  Marie,  która  właśnie  weszła  do 

pokoju  zabiegowego.  -  Na·  razie  ,mamy  spokój,  więc  trzeba  to  wykorzystać.  Sama  mogę 

przygotować pacjenta do operacji, bo ortopedzi właśnie mi powiedzieli, że będą zaczynać za 

godzinę. 

- Dziękujemy, siostro. Chętnie skorzystamy z pani uprzejmości - odparł Pierre. - Myślisz, 

że Marie próbuje nas wyswatać? - zapytał żartobliwym tonem, gdy szli do gabinetu Jacky. 

- Wątpię - odpowiedziała ze śmiechem. 

background image

- Czy wiesz, że nie słyszałem twojego śmiechu 

od ... - zawiesił głos - od bardzo dawna - dokończył pośpiesznie. 

-  Od  tego  poranka,  gdy  wyszłam  do  ciebie,  choć  prosiłeś,  żebym  została?  -  rzekła, 

otwierając drzwi gabinetu. 

Ledwie zostali sami, Pierre od razu przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. 

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudziły się w niej pragnienia i emocje, które w 

ostatnich dniach usiłowała stłumić. 

- Rzeczywiście, długo się nie śmiałam - przyznała. 

- Cieszę się, że wreszcie pozwoliłaś mi się dotknąć. 

- Przecież nawet nie próbowałeś. 

- Dziwisz się? Zachowywałaś się jak Miss Sopel Lodu. Bałem się, że coś sobie odmrożę. 

- Miss Sopel Lodu? Ciekawe porównanie. Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Nie wiem. Ale pasowało do ciebie. Byłaś strasznie niedostępna. 

- Tylko udawałam, jeśli już musisz wiedzieć przyznała, mówiąc ze sztuczną wyniosłością.

- Tak myślałem. Nie potrafisz blefować. Ale i tak cię kocham – szepnął jej do ucha. 

Spojrzała na niego, czując nagły skok adrenaliny. 

Jeszcze  nigdy  nie  mówił,  że  ją  kocha.  Marzyła,  by  to  od  niego  usłyszeć,  a  teraz,  gdy 

upragnione słowa wreszcie padły, nie mogła w nie uwierzyć. 

Brzmiało to  paradoksalnie, ale jej pozorny chłód  najwyraźniej podgrzał temperaturę  jego 

uczuć.  Tyle  że  Pierre,  wyznając  jej  miłość,  jeszcze  bardziej  skomplikował  ich  sytuację.  Po 

pierwsze,  nie  wyobrażała  sobie  życia  w  trójkącie,  gdzie  miałaby  za  rywalkę  cień  zmarłej 

żony. Po drugie, nawet gdyby Pierre z czasem zapomniał o Liliane, i tak nie mogła związać 

się z nim na stałe. 

Byłoby  to  z  jej  strony  nieuczciwe,  bo  przecież  nie  miała  prawa  odbierać  mu  szansy  na 

posiadanie  dzieci.  Jeśli  kiedyś  uda  mu  się  uwolnić  od  brzemienia  przeszłości,  powinien 

ułożyć sobie życie z kobietą, z którą stworzy prawdziwą rodzinę. 

-  Nie  mówiłem  ci  dotąd,  że  cię  kocham -  szepnął  -  ale  w  ciągu  ostatnich  tygodni,  kiedy 

naprawdę bałem się, że cię stracę, dokładnie wszystko przemyślałem. 

Wstrzymała oddech. - I? - zawiesiła głos. 

- Zastanawiałem się, dokąd-zmierza nasz związek. .. 

- Też o tym myślałam - weszła mu w słowo. - Postanowiłam nie wybiegać zbyt daleko w 

przyszłość. Jest mi z tobą bardzo dobrze, ale ... 

- Nie kochasz mnie? 

- Oczywiście, że cię kocham! - zawołała i natychmiast zasłoniła dłonią usta.

- Nie chciałaś się do tego przyznać. Dlaczego? 

-  Istnieje  mnóstwo  przeszkód,  których  nie  zdołamy  ominąć  -  odparła.  -  Nie  zamierzam 

odwoływać tego, co powiedziałam. Kocham cię, ale nie widzę możliwości, żebyśmy ... 

W tym momencie zadzwonił telefon, więc musieli przerwać rozmowę. 

- Tak, Marie, proszę mówić. Chwilę słuchała uważnie. 

- Wspaniale! - zawołała. - Zaraz tam będziemy! 

background image

- Co się stało? - zapytał. 

-  Pamiętasz  tego  chłopca,  którego  przywieźli  po  katastrofie  w  starej  kawiarni  na  plaży? 

Jego  mama  odzyskała  przytomność.  Marie  mówi,  że  mały  bardzo  prosi,  żebyśmy do  niej 

przyszli. 

- Więc chodźmy! - powiedział Pierre, puszczając ją przodem. - Zaglądałem  do niej kilka 

razy, gdy była  w śpiączce.  Neurolodzy nie dawali  jej zbyt dużych szans,  a jednak  cuda się 

zdarzają. 

- I całe szczęście - odparła, przyspieszając, by dotrzymać mu  kroku.  - Pamiętasz  małego 

Dominica? 

- Jak mógłbym go zapomnieć! 

Kiedy  weszli  do  sali,  w  której  leżała  kobieta,  jej  synek  zerwał  się  z  krzesła  i  zawołał 

radośnie: 

- Popatrzcie na moją mamę! 

Kobieta próbowała unieść rękę i uśmiechnąć się, ale Pierre natychmiast ją powstrzymał. 

-  Proszę  oszczędzać  siły  -  polecił.  -  Nie  powinna  pani  wykonywać  zbędnych  mchów. 

Koledzy z neurologii zaraz poinformują panią o dalszym leczeniu. 

Na ustach kobiety pojawił się blady uśmiech. 

- Wszyscy byliście dla mnie tacy dobrzy - szepnęła ledwie słyszalnym głosem.- Od pewnego 

czasu  miałam  świadomość,  że  obok  mnie  są  ludzie,  ale  nie  mogłam  otworzyć  oczu  ani 

mówić... 

- Na pewno wyzdrowiejesz, mamusiu - oświadczył chłopiec, całując ją w policzek. - Tak 

się bałem, że już nigdy się nie obudzisz! 

Z oczu kobiety popłynęły łzy. 

- Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że jednak się obudziłam. 

- Pójdziemy już - odezwał się Pierre. - Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. 

Chłopiec wyszedł z nimi i odprowadził ich do drzwi oddziału. 

- Jak twoja ręka? - zapytała go Jacky. 

- Widzi pani? Już nie mam gipsu. 

- Tego niebieskiego? 

- A skąd pani wie? 

- Ode mnie - wtrącił Pierre. - Mówiłem pani doktor, że masz bardzo fajny gips. 

- Mnie też się podobał! Nawet go nie wyrzuciłem, tylko powiesiłem na ścianie w pokoju -

pochwalił się chłopiec. - Lepiej już pójdę. Mama może mnie potrzebować. Do widzenia. 

- Kochany dzieciak- zauważyła Jacky, gdy wracali do jej gabinetu. - Jak myślisz, zdążymy 

wypić kawę? 

- Marie wie, gdzie nas szukać. Wezwie nas, jeśli będziemy potrzebni. 

-Gdy kawa była gotowa, Jacky usiadła wygodnie w swoim ulubionym· fotelu. 

- Lato minęło nie wiadomo kiedy ... - westchnęła. 

- Ludzie zaczynają wracać z urlopów, a ja ...

background image

- Właśnie, a propos wakacji - przypomniał sobie Pierre. - Miałem powiedzieć ci o tym już 

w  zeszłym  tygodniu,  ale  byłaś  taka  najeżona,  że  nie  miałem  odwagi.  Dzwonił  Marcel  i 

mówił,  że  jak  wrócą  z  Bordeaux,  chcieliby  zaprosić  nas  do  siebie  na  kolację·  Wracają  w 

pierwszym tygodniu września. 

- To już w przyszłym tygodniu. 

- Wiem. - Uśmiechnął się skonsternowany. - Miałem dać Debbie odpowiedź, ale tego nie 

zrobiłem,  więc  wczoraj  zadzwoniła  jeszcze  raz  i  nagrała  wiadomość.  Nie  mam  pojęcia, 

dlaczego to takie ważne, żebyśmy spotkali się, jak tylko wrócą· 

Jacky  miała  niejasne  przeczucie,  że  wie,  skąd  ten  pośpiech.  No  ładnie!  Oby  tylko  nie 

skończyło się wielką awanturą, jeśli Marcel zdecyduje się powiedzieć Pierre' owi prawdę o 

Liliane.  Jacky  miała  nadzieję,  że  Marcel  nie  zrobi  tego  swojemu  najlepszemu  koledze. 

Westchnęła  ciężko,  tknięta  niedobrym  przeczuciem,  i  na  wszelki  wypadek  postanowiła 

spotkać się wcześniej z Debbie. 

-  Co  się  stało?  -  Pierre  był  zdezorientowany.  Myślałem,  że  ucieszysz  się  ze  spotkania. 

Przecież Debbie to twoja przyjaciółka. 

- Ależ cieszę się! - skłamała gładko. - Sprawdzę w kalendarzu, kiedy mam wolny wieczór. 

-  Jacky,  daj  spokój.  Przecież  wiem,  że  nie  udzielasz  się  towarzysko.  Powinienem  był 

oddzwonić  do  Debbie  już  wczoraj,  więc  nie  chcę  z  tym  dłużej  zwlekać.  Pamiętam,  że  w 

przyszłą środę nie masz dyżuru. Zgadza się? 

- Sam wiesz najlepiej. W końcu to ty układasz grafik. 

- Dobrze. W takim razie umówię nas na środę, tak? Spróbowała się uśmiechnąć, choć W 

sercu czuła lęk. - W porządku, niech będzie środa - odparła. 

- Jakoś nie słyszę entuzjazmu w twoim głosie. 

Naprawdę nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież to tylko zwykła kolacja z przyjaciółmi. -

Jeśli  Marcel  zdecyduje  się  wyjawić  pewien  sekret,  ta  kolacja  z  pewnością  nie  będzie  taka 

zwykła, pomyślała ponuro. Z zamyślenia wyrwał ją kolejny telefon. - Tak, Marie? Dobrze, 

już idziemy. 

W następną  środę  z  samego  rana  zadzwoniła  do  Debbie.  Niestety,  nikt  nie  odbierał 

telefonu,  więc  zostawiła  wiadomość,  że  wieczorem  przyjdzie  trochę  wcześniej,  a  Pierre 

dołączy później. W pewnym sensie cieszyła się, że nie zastała przyjaciółki i nie musiała jej 

tłumaczyć, skąd taka zmiana. 

Gdy wczesnym wieczorem  szła  w stronę domu  Marcela, rosło jej zdenerwowanie.  Żeby 

odegnać czarne myśli, zaczęła bacznie przyglądać się otoczeniu. 

Dom stał na początku ulicy, którą młodzi  lekarze ze szpitala żartobliwie nazywali "aleją 

dyrektorów".  Rzeczywiście,  ulokowane  przy  niej  rezydencje  zostały  zbudowane  według 

indywidualnych projektów i prezentowały się wyjątkowo okazale. Agenci od nieruchomości 

określiliby  taką  lokalizację  mianem  "prestiżowej"  lub  "cieszącej  się  zainteresowaniem 

wymagających  klientów".  Pokoje  z  widokiem  na  morze,  duże  ogrody,  wszelkie  możliwe 

wygody ... Czegóż chcieć więcej? 

background image

Odruchowo spojrzała na dom Pierre' a, ukryty w gąszczu starych drzew. Niepotrzebnie, bo 

od razu zaczęła się stresować. Gdy wychodziła ze szpitala, zamienili tylko kilka zdań, gdyż 

Pierre był akurat zajęty. 

-  Chciałabym  wyjść  dziś  trochę  wcześniej  -  oznajmiła,  wsuwając  głowę  do  pokoju 

zabiegowego. 

- Nie ma problemu - odparł, nie pytając o powody, dla których nie chce jechać razem z 

nim. 

Zwolniła  kroku  i  po  chwili  stanęła  przed  domem  Debbie.  A  więc  jestem,  pomyślała  z 

westchnieniem.  Wzięła  kilka  głębokich  uspokajających  oddechów,  a  potem  zaczęła 

wchodzić po szerokich kamiennych schodach. 

Debbie otworzyła jej niemal natychmiast. 

- Cześć. Odebrałam twoją wiadomość - rzekła na powitanie. 

- Fajnie, że już wróciliście. Jak się udały wakacje? 

- Było cudownie,  tylko  sama wiesz,  jak to  jest:  wszędzie  dobrze, ale w  domu  najlepiej. 

Stęskniłam się za tobą i za Pierre'em - mówiła przyjaciółka, prowadząc ją do salonu. - Co się 

stało, że przyszłaś sama? - zapytała, gdy usiadły w miękkich fotelach. 

- Pomyślałam, że może przydam się do pomocy. 

- Ej, nie zmyślaj! Przecież wiesz, że kiedy mamy 

mieć gości, Franoise nie pozwala mi zbliżać się do .kuchni.- Debbie zawiesiła głos. - Przede 

mną nie musisz niczego udawać. Mów, o co chodzi? 

- Nie domyślasz się? - zapytała Jacky, kręcąc się nerwowo. 

-  Pewnie,  że  się  domyślam,  ale  chcę  to  usłyszeć  od  ciebie.  Dobrze,  niech  zgadnę  ... 

Chcesz  się  dowiedzieć,  czy  udało  mi  się  wyciągnąć  z  Marcela  jakieś  informacje  na  temat 

żony Pierre'a. Mam rację? 

Jacky skinęła głową. 

- I co? Powiedział ci coś? - spytała z nadzieją. 

- Nie, słówka nie pisnął. 

- Niemożliwe! Nie było żadnych intymnych rozmów przed zaśnięciem? 

- Były, ale akurat nie o tym. Jacky odetchnęła z ulgą. 

- To dobrze. Cieszę się, że temat przestał być aktualny. 

Debbie miała dziwną minę. 

- Niezupełnie - przyznała po chwili. - Wspomniałam Marcelowi, że narzekasz, że musisz 

rywalizować z mitem rzekomo idealnej żony, na co on stwierdził, że już najwyższy czas, aby 

Pierre poznał prawdę. Postanowił... - Urwała, gdyż Marcel właśnie wszedł do pokoju. 

- Cześć, kochanie. Witaj, Jacky. Miło cię widzieć - powiedział, całując ją w policzek. 

- Daj, potrzymam Thiery'ego. - Jacky wyciągnęła ręce, żeby wziąć od niego dziecko. - Oj, 

czy mi się zdaje, czy zaczynają mu wychodzić ząbki? 

- Owszem, przez całą noc słuchaliśmy, jak rosną, prawda, kochanie? - zwróciła się Debbie 

do męża. 

- Niestety. Co za szczęście, że zostało mi jeszcze parę dni urlopu i nie musiałem iść dziś do 

background image

pracy - westchnął Marcel, przyłączając się do nich. - Gdzie Pierre? 

- Niedługo będzie. Przyszłam wcześniej, żeby pomóc Debbie, ale widzę, że wszystko jest 

pod kontrolą. 

- Jeśli chcesz, możesz wziąć małego na górę i pobawić się trochę z nim i z Emmą - podsunął. 

- Emma uwielbia bawić się z Thierym na macie edukacyjnej, ale musi przy tym być- ktoś z

dorosłych. Musimy pilnować, żeby z miłości nie zrobiła mu niechcący krzywdy. 

- Bardzo chętnie do niej pójdę-powiedziała Jacky, wstając. - Gdybyście mnie potrzebowali, 

będę w którymś z dziecięcych pokoi - uprzedziła i poszła na górę. 

Emma rysowała w swoim pokoju.

- O, Jacky! Chcesz zobaczyć mój rysunek? To jest mały Thiery, to ja, a to mama i Marcel. 

- Ślicznie! Słuchaj, może pójdziemy do pokoju Thiery'ego i pobawimy się nim? 

- Super! Uwielbiam się z nim bawić. 

Po chwili ułożyły maluszka na miękkiej, kolorowej macie i z rozbawieniem obserwowały, 

jak energicznie kopie nóżkami. 

Siedmioletnia Emma, córka Debbie z poprzedniego związku, była bardzo gadatliwą i nad 

wiek  rozwiniętą  dziewczynką.  Korzystając  z  okazji,  że  ma  w  Jacky  wdzięczną  słuchaczkę, 

opowiedziała jej o tyrp, jak jej prawdziwy tata odszedł  od mamy, kiedy  ona, Emma, miała 

dwa latka. A potem mama wyszła za mąż za Marcela i teraz on jest jej prawdziwym tatusiem. 

Jacky wiedziała o tym wszystkim od Debbie, ale Emma nie pozwoliła sobie przerwać.

- Marcel mnie adoptował, wiesz? - powiedziała z dumą, wyraźnie napawając się mądrym 

słowem,  którego  użyła.  -  Teraz  jestem  jego  prawdziwą  córką.  Bo  mama  mówi,  że  mój 

pierwszy tata już do nas nie wróci. 

Po pewnym czasie do pokoju zajrzała Debbie. - Jak wam idzie, dziewczęta? - zapytała. 

- Doskonale. Tylko Thiery chyba trochę się zmęczył - odparła Jacky, biorąc chłopczyka na 

ręce. 

- Bardzo mi pomogłyście - pochwaliła je Debbie. - Nie wiem, jak bym sobie dała radę bez 

mojej  dużej,  mądrej  córeczki.  Kochanie,  zaraz  siadamy  do  stołu,  więc  przebierz  się  i  umyj 

rączki - poprosiła. 

- Dobrze, mamusiu. A poradzisz sobie beze mnie? 

-  Myślę,  że  tak.  Jacky  na  pewno  mi  pomoże  -  powiedziała  Debbie,  biorąc  na  ręce 

Thiery'ego. 

Kiedy Emma wyszła, Jacky nabrała głęboko powietrza i wyrzuciła z siebie jednym tchem: 

-  Debbie,  musimy poważnie  porozmawiać.  Jak  ci  mówiłam,  nie  chcę, żeby Pierre  został 

brutalnie pozbawiony złudzeń. Nie mogę zgodzić się na to, aby cierpiał. Dlatego proszę cię, 

przekonaj Marcela ... 

-  Jacky,  mój  mąż  nie  jest  dzieckiem,  więc  nie  mogę  mu  niczego  zabronić.  Zrobi  to,  co 

uważa za stosowne. I co jego zdaniem jest dobre dla Pierre'a. I dla ciebie. 

- To wszystko nie jest takie proste, jak myślisz - rzekła ze smutkiem. - Jeśli Pierre dowie 

się prawdy o swojej żonie, być może poczuje się wreszcie wolny i będzie chciał ułożyć sobie 

życie od nowa. A ja nie jestem dla niego odpowiednią partnerką. On potrzebuje kobiety, która 

background image

... 

-  O  wilku  mowa  -  przerwała  jej  Debbie,  słysząc  donośny  gong.  -  Nakarmię  teraz 

Thiery'ego, a ty wracaj na dół. 

- Biedny Pierre! - jęknęła. - Nie wie, biedak, co go tu dzisiaj czeka. 

Debbie  usiadła  na  niskim  fotelu  do  karmienia,  który  dostała  w  prezencie  od  Jacky. 

Uważała ją za  swoją najlepszą koleżankę i  było jej przykro, że  widzi  ją tak zestresowaną i 

nieszczęśliwą. 

- Debbie, może jednak ... - Jacky wciąż stała w drzwiach. 

-  Obiecuję  ci,  że  nie  pozwolę,  żeby  Marcel  zepsuł  nam  wszystkim  wieczór.  Poza  tym 

będzie  z  nami  Emma, więc  przy niej  nie  będzie poruszał  takich  tematów.  Podejrzewam,  że 

dopiero po kolacji poprosi Pierre'a na słowo na osobności. 

Jacky zaczęła schodzić na dół. Nie chciała myśleć o tym, co ich czeka. Zrobiła wszystko, 

co  mogła,  by  nie  dopuścić  do  ujawnienia  mrocznych  sekretów  Liliane.  Miała  jeszcze 

nadzieję,  że  po  kolacji  wszyscy  będą  w  tak  doskonałych  humorach,  że  Marcel  nie  będzie 

chciał psuć nastroju i odłoży rozmowę na kiedy indziej. 

- Cześć, Jacky! - powitał ją ciepło Pierre, który stał z Marcelem w holu. 

Pierre  z  podziwem  obserwował  każdy jej  ruch,  gdy  schodziła  na  dół.  Zawsze  wyglądała 

pięknie, lecz dziś miała na sobie wyjątkowo kobiecą sukienkę, która podkreślała jej zgrabną 

sylwetkę i niezwyklą urodę· Szkoda, że tak rzadko ubiera śię w taki sposób, pomyślał, biorąc 

ją za rękę. Pocałował ją na powitanie i natychmiast wyczuł, że jest skrępowana. Pewnie peszy 

ją obecność Marcela, który pierwszy raz jest świadkiem ich zażyłości. Obiecał sobie, że gdy 

tylko zostaną sami, pomoże jej się odprężyć. 

- Pierre! Pierre! - Emma zbiegła po schodach i zawisła mu na szyi. - Gdzie Christophe? 

- Został  w  domu.  Pierwszy  dzień  w  przedszkolu  bardzo  go  zmęczył,  więc  chciał  pójść 

wcześniej spać - wyjaśnił. 

- No tak, on ma dopiero pięć lat - stwierdziła Emma wyrozumiale.

- Zapraszam na drinka! - zawołał Marcel i ruszył do salonu. 

Jacky ucieszyła się, że Emma będzie jadła z dorosłymi. Marcel musi poczekać ze swoimi 

rewelacjami. 

- Kolacja była  pyszna,  Fran90ise.  Istne mistrzostwo  świata, zwłaszcza  zapiekane mięso i 

flan owocowy. - Jacky,  która pomagała Debbie  sprzątnąć ze  stołu, nie mogła nachwalić się 

gosposi. 

-  Tak,  Franoise  to  prawdziwy  skarb  -  potaknęła  Debbie.  -  Może  napije  się  pani  z  nami 

kawy na tarasie? - zapytała. 

-  O  nie,  dziękuję.  -  Gosposia  energicznie  pokręciła  głową.  -  Nie  mogłabym  potem  spać. 

Zrobię sobie gorącej czekolady i pójdę do siebie oglądać telewizję. - Ja też chcę czekoladę! -

zawołała Emma. - Mogę pooglądać telewizję z Fntn90ise? 

-  Kochanie,  jutro  idziesz  do  szkoły,  musisz  rano  wstać  -  przypomniała  Debbie.  -  Lepiej 

będzie, jeśli wypijesz czekoladę w swoim pokoju, a potem umyjesz się i położysz spać. 

background image

-  Jeśli  chcesz,  pójdę  z  tobą  na  górę  -  zaproponowała  Jacky.  Przeczuwała,  że  Marcel 

niebawem wyjawi swoje sensacje i nie chciała być tego świadkiem. 

- O, jak fajnie! - Emma z entuzjazmem złapała ją za rękę. - Już nie chcę czekolady. Jacky, 

poczytasz mi książkę? 

- A może to ty mi poczytasz? Słyszałam, że świetnie ci idzie. 

-  Dobrze  -  zgodziła  się  dziewczynka  i  pociągnęła  ją  w  stronę  schodów.  -  Uwielbiam 

czytać. I mam nowe książki. 

- Tylko nie męcz Jacky za długo! - napomniała ją Debbie. 

- Nie będę, mamusiu. Obiecuję.

- Przecież wiesz, że Emma nigdy mnie nie męczy - powiedziała Jacky, przechylając się 

przez poręcz. - Lubię spędzać z nią czas. 

- Wiem - odparła Debbie. - Tylko że dziś ... Pierre może cię potrzebować! 

- Oby nie - westchnęła. - Zaraz wrócę. 

Pomogła  Emmie  umyć  się,  a  potem  wybrała  bajkę,  którą  dziewczynka  przeczytała  jej  z 

wielkim zapałem. 

- Pięknie czytasz! - pochwaliła ją.

-  Dziękuję  -  odparła  Emma,  ziewając.  -  Poczytałabym  ci  jeszcze,  ale  bardzo  chce mi  się 

spać. Dobranoc, Jacky! 

- Słodkich snów, kochanie. - Pogłaskała ją po buzi i wyszła z pokoju. Przed pójściem na 

dół zajrzała jeszcze do łazienki i przejrzała się w lustrze. Szybko poprawiła włosy, choć i tak 

pewnie nikt by nie zauważył, że jest trochę potargana. - No to do boju! - mruknęła, zaciskając 

dłoń na poręczy schodów. 

Zanim  zrobiła  pierwszy  krok,  chwilę  stała  i  w  skupieniu  nasłuchiwała.  Cisza.  Pewnie 

wyszli na taras, pocieszyła się, ale ze zdenerwowania aż jej zaschło w gardle. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Na  dole  panowała  nienaturalna  cisza.  Aha,  zdaje  się,  że  bomba  wybuchła,  domyśliła  się 

Jacky, bezbłędnie wyczuwając napiętą atmosferę. 

Marcel i  Debbie  siedzieli  na  tarasie, ale  miny  mieli  grobowe  i  w  ogóle  się  do  siebie  nie 

odzywali. Gdy do nich podeszła, rzucili jej spłoszone spojrzenia. 

- Gdzie Pierre? - Rozejrzała się niespokojnie. 

- Gdzieś w ogrodzie - odparła Debbie. 

Zbliżyła  się  do  krawędzi  tarasu  i  zaczęła  wpatrywać  się  w  mrok  rozjaśniony  nikłym 

światłem  ogrodowych  lamp.  Dopiero  po  chwili  dostrzegła  jego  sylwetkę.  Stał  przy  końcu 

ścieżki, nieruchomy jak posąg. Nie wiedziała, czy do niego podejść, czy raczej zostawić go w 

spokoju. Ostatecznie doszła do wniosku, że w tej chwili powinien być sam. 

- Zrobię ci kawę - zaproponował jej Marcel. 

background image

- Dziękuję· 

Kiedy wszedł do środka, przysiadła się do Debbie. - Jak poszło? - zapytała cicho. 

-  Sama  nie  wiem.  Pierre  prawie  nic  nie  mówił,  ale  widać  było,  że  ta  wiadomość  nim 

wstrząsnęła. - Co mu powiedział Marcel? 

Debbie zawahała się. 

- Chyba wszystko, co wiedział o romansie Liliane. 

Aż  przykro  było  słuchać.  Tylko  nie  pytaj  mnie  o  szczegóły.  Najlepiej  jeśli  Pierre  sam  ci 

powie tyle, ile uzna za stosowne. Myślę, że ... jesteś mu teraz bardzo potrzebna. Nie zostawiaj 

go samego z tym balastem. 

Jacky chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. 

- Na nas już czas - stwierdził Pierre, wchodząc na taras. - Dziękujemy za kolację. 

-  Naprawdę  musicie  już  iść?  Marcel  zaraz  przyniesie  kawę.  Zostańcie  jeszcze  -  prosiła 

Debbie. 

- Dziękujemy, ale lepiej będzie, jak już pójdziemy - odparła Jacky, całując ją w policzek. 

-  Nie  napijecie  się  kawy?  -  zapytał  Marcel,  z  którym  minęli  się  w  drzwiach.  -  Pierre, 

posłuchaj, usiądźmy i spokojnie porozmawiajmy ... 

- Dzięki, stary, ale w tej chwili chcę zostać sam - odparł Pierre. - Kiedyś pewnie będę ci 

wdzięczny za to,  co dla  mnie zrobiłeś, ale na razie ... Co tu dużo  gadać, jestem w szoku!  -

Zawahał  się.  -  Nie  powiem,  że  twoje  rewelacje  były  dla  mnie  całkowitym  zaskoczeniem. 

Miałem pewne podejrzenia, ale nie 'spodziewałem się po Liliane aż tylu kłamstw. 

Urwał, zbyt wzburzony, by mówić dalej. Jacky ścisnęła go lekko za ramię. 

- Wracajmy do domu, Pierre. 

W samochodzie uzmysłowiła sobie, że nawet nie wie, do czyjego domu mają jechać. 

- Może wstąpisz do mnie na kawę? - zaproponowała, patrząc na jego posępną twarz. 

Na  sekundę  oderwał  wzrok  od  drogi i  spojrzał  na  nią.  Dopiero  gdy w  świetle  ulicznych 

latami zobaczyła jego twarz, dotarło do niej, jak bardzo jest przybity. 

-  Zastanawiasz  się  pewnie,  co  się  stało.  Zaraz  ci  o  wszystkim  opowiem  -  obiecał.  -  Nie 

musisz. 

- Ale chcę. 

Objechali  rondo  i  skręcili  w  drogę  biegnącą  wzdłuż  morza.  Widzieli  jego  czarną  toń 

srebrzącą się w świetle księżyca. 

- Może chciałbyś przejść się po plaży? Zerknął w tamtym kierunku. 

- Dobry pomysł. Morze jest dziś takie spokojne. Zjechali na parking, a potem wzięli się za 

ręce  i  ruszyli  wąską  ścieżką  w  stronę  wydm.  Nie  rozmawiali  ze  sobą.  Pierre  był  mocno 

zamyślony, a ona nie chciała mu przeszkadzać. Wolała, by sam zaczął mówić. 

W bladej księżycowej poświacie pusta plaża wydawała się jeszcze bielsza niż w dzień. W 

innej  sytuacji  uznałaby  taką  scenerię  za  wyjątkowo  romantyczną,  dziś  jednak  nie  była  w 

nastroju do kontemplowania piękna księżycowej nocy. Za bardzo martwiła się o Pierre'a. 

Usiedli na skałach  nad  samym brzegiem  i  przez  chwilę trwali  w milczeniu.  Nie pytała  o 

background image

nic. Cierpliwie czekała, aż poczuje się gotowy do zwierzeń. 

-  Jak  się  zapewne  domyślasz,  Marcel  wyjawił  mi  pewne  fakty  z  życia  mojej  żony,  o 

których jego zdaniem powinienem wiedzieć. - Sięgnął po kamień i z całej siły cisnął nim: w 

morze, próbując rozładować napięcie. 

Spojrzał na nią, a ona zauważyła, że z jego twarzy zniknął wyraz udręki. Znów był- tym 

silnym, zdecydowanym mężczyzną, którego znała. 

-  W  czasie  naszego pobytu  w  Australii  Liliane  wpadła  w  depresję  -  ciągnął  po  chwili.  -

Zrezygnowała z pracy w szpitalu, bo twierdziła, że ją to męczy. Prosiła, żebyśmy wrócili do 

Paryża, bo ma dość życia na obczyźnie i bardzo tęskni za domem. Zgodziłem się, gdyż byłem 

pewny, że ze swoimi kwalifikacjami bez trudu znajdę dobrą pracę. Wróciliśmy - westchnął -

ale depresja mojej żony nie minęła. 

- Domyślałeś się, co ją wywołało? 

- Nie - rzucił sucho. - Dopiero dziś, dzięki Marcelowi, zorientowałem się, o co naprawdę 

chodziło. Podobno po naszym powrocie do Francji jeden z kolegów lekarzy przyznał mu się, 

że miał romans z Liliane. 

- Niczego nie podejrzewałeś? 

-  Wtedy  jeszcze  nie  -  przyznał.  -  Dopiero  potem  coś  mnie  tknęło.  Według  informacji 

Marcela Liliane zaszła w ciążę z tym lekarzem. 

- Nie! To okropne . 

Pierre zniżył głos do przejmującego szeptu: 

- Zdecydowała się usunąć ciążę i zrobiła to po kryjomu w małej prywatnej klinice z dala 

od Sydney. Nie chciała, żeby dowiedział się o tym ktoś z naszego szpitala. Marcel podał mi 

daty, które niestety pokrywają się z terminami urlopów Liliane. 

- Skąd wiedziała, że to nie twoje dziecko? Nie odpowiedział od razu. 

-  Nasze  małżeństwo  przechodziło  wtedy  poważny  kryzys.  Przestaliśmy  ze  sobą  sypiać. 

Chciałem nawet zaproponować, żebyśmy się rozstali, ale właśnie wtedy wpadła w depresję. 

Wiedziałem, że nie poradzi sobie beze mnie. Nie mogłem jej tak zostawić. 

- Zawsze myślałam, że byliście szczęśliwi! 

Westchnął ciężko. 

- Byliśmy, dopóki nie wdała się w ten romans. 

Marcel mówił, że nasz "przyjaciel" zostawił ją wkrótce po tym, jak zrobiła zabieg. 

Jacky wzięła garść piasku i obserwowała, jak wysypuje się z jej zaciśniętej dłoni i rozbija 

o głaz, na którym siedziała. Piach był zimny i wilgotny. Lato się kończy, pomyślała, czując, 

że głęboki smutek Pierre'a przenika wprost do jej duszy. 

-Myślisz, że wpadła w depresję, bo rzucił ją kochanek? - zapytała po chwili. 

- Nie wiem. Pewnie tak. Po powrocie do Paryża poszła do psychiatry, ale ten uznał, że nic 

jej nie dolega. Zasugerował, że problem bierze się z nadmiaru wolnego czasu i zapytał, czy 

myślała o powiększeniu rodziny. 

Jacky słuchała go w napięciu. 

- Doskonale pamiętam dzień, gdy po którejś z wizyt zapytała, co ja na to, żebyśmy zaczęli 

background image

starać się o dziecko. Uprzedziła jednak, że nie widzi siebie w roli matki. 

- Więc to jednak nie ty pierwszy zacząłeś mówić o dziecku? 

- Nie, ale od razu zapaliłem się do tego pomysłu. 

Nie kryłem, że zawsze chciałem zostać ojcem. - Ale nie naciskałeś na nią? 

- Nie. Podejrzewam natomiast, że gdybym się nie zgodził, nie upierałaby się przy swoim. 

Miała  ambiwalentny  stosunek  do  macierzyństwa.  Jestem  pewny,  że  przekonał  ją  mój 

entuzjazm. 

Chwyciła go mocno za ramiona. 

- Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za to, CO się stało - powiedziała z mocą. -

To nie twoja wina, że Liliane zmarła w czasie porodu. 

-  To  straszne,  ale  przestałem  czuć  się  winny.  Po  tym,  co  usłyszałem  dziś  od  Marcela, 

jestem przerażony, bo ... 

Urwał i  na  długo  zapatrzył  się  w  morze.  O  tym,  jak  bardzo  jest  wzburzony,  świadczyły 

nerwowe ruchy dłoni, które bezwiednie splatał i rozplatał. 

-  Kiedy  o  tym  wszystkim  myślę  ...  Marcel  dowiedział  się,  że  klinika,  w  której  Liliane 

usunęła  ciążę,  została  wkrótce  potem  zamknięta.  Podobno  personel  nie  miał  odpowiednich 

kwalifikacji do przeprowadzania takich zabiegów. Kiedy po jej śmierci przeglądałem wyniki 

sekcji zwłok, uderzyło mnie stwierdzenie, że przyczyną śmierci był krwotok spowodowany 

pęknięciem  macicy,  która  została  poważnie  uszkodzona  podczas  poprzedniego  porodu  lub 

zabiegu przerywania ciąży. 

- Nie kwestionowałeś tych wyników? 

- Oczywiście, że  kwestionowałem. Patolog stanowczo podtrzymał swoją  opinię, uznałem 

więc, że Liliane musiała przerwać ciążę, zanim się poznaliśmy. Nie byłem zachwycony tym

odkryciem, ale postanowiłem jak najszybciej o tym zapomnieć. Tłumaczyłem sobie, że kiedy 

zdecydowała się na aborcję, nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Dopiero Marcel otworzył mi 

dziś  oczy.  Chciał  mi  o  wszystkim  powiedzieć  dużo  wcześniej,  jak  tylko  dowiedział  się  o 

śmierci  Liliane.  Doszedł  jednak  do  wniosku,  że  akurat  w  tamtym  momencie  wyjawianie 

prawdy w niczym by nie pomogło. 

- Tak długo żyłeś w nieświadomości. Powiedz, co teraz czujesz? - zapytała łagodnie. 

- Nic - wyznał cicho: - Dziękuję, że mnie wy- słuchałaś. To, że tu ze mną jesteś ... - Nie 

mógł dalej mówić. - Odwiozę cię do domu - rzekł po chwili. 

Wstali  więc  i  powolnym  krokiem  wrócili  do  samochodu.  Gdy  dojechali  na  miejsce, 

pomógł jej wysiąść, a potem ścisnął jej dłonie i powiedział: 

- Nie będę wchodził na górę. I tak nie miałabyś dziś ze mnie żadnego pożytku. Przeżyłem 

spory szok i po prostu chcę być sam. 

- Rozumiem. 

Pocałował ją lekko w usta, ale dla niej ten pocałunek trwał o wiele za krótko. Gdy Pierre 

odsunął się, poczuła się tak, jakby straciła go na zawsze. 

Wziął od niej klucze i otworzył drzwi, więc przez moment łudziła się, że zmienił zdanie i 

background image

mimo wszystko wejdzie. Jednak on wrócił do samochodu. 

Szła na górę z ciężkim sercem, pocieszając się, że jutro znów się zobaczą. Rozumiała, że 

w  tej  chwili  nie  może  mu  się  narzucać.  Musi  uszanować  jego  żałobę  po  straconych 

złudzeniach. 

Podczas  dni,  które  nastąpiły  po  pamiętnym  wyznaniu  Marcela,  Pierre  funkcjonował  w 

pracy  nad  wyraz  sprawnie.  Mimo  osobistego  dramatu,  zawodowo  osiągał  wyżyny  swych 

możliwości,  czym  wprawiał  Jacky  w  niemałe  zdumienie.  Nikt,  kto  widział  go  w  akcji,  nie 

uwierzyłby, że kilka dni temu zawalił mu się świat. 

Jacky nie próbowała umawiać się z nim, czekając, aż sam wystąpi z tą propozycją. On jednak 

milczał.  Był  jak  zawsze  uprzejmy  i  czarujący,  ale  wyraźnie  zachowywał  dystans.  Gdy 

zostawali  na  chwilę  sami,  sprawiał  wrażenie  nieobecnego  duchem.  Często  miała  ochotę 

zbliżyć się do niego, przytulić, zapewnić, że gdyby chciał porozmawiać, ona zawsze chętnie 

go wysłucha. Nie zrobiła tego jednak. 

Półtora  tygodnia  później  Pierre  wyjechał  na  kilkudniową  konferencję  medyczną.  Nie 

dzwonił  do niej, ona też  się z  nim  nie kontaktowała. Czuła  wokół siebie  straszliwą  pustkę, 

której nie umiała niczym wypełnić. Intensywna praca była jedynym lekarstwem na tęsknotę i 

samotność, a także obawę, że ich romans należy już do przeszłości. 

Czasem  górę  brał  jej  wrodzony  optymizm.  Pocieszała  się  wtedy,  że  wyjazd  i  zmiana 

otoczenia  dobrze  mu  zrobią.  Liczyła  na  to,  że  Pierre  odzyska  siłę  ducha  i  wróci  do  niej 

podbudowany wewnętrznie. I znów będzie takim człowiekiem, jakiego pokochała. 

Siedziała  przy  biurku  w  swoim  gabinecie  i  sporządzała  dzienny  raport.  Gdy  wpisała  do 

komputera  aktualną  datę,  uzmysłowiła  sobie,  że  nazajutrz  kończy  się  konferencja.  Pierre 

wróci  do  St.  Martin  przed  weekendem.  Ciekawe,  czy  się  spotkamy?  -  pomyślała.  I, co 

ważniejsze, czy uporał się ze swoimi problemami ... 

- Proszę! - zawołała, gdy rozległo się pukanie. Usłyszała, że ktoś wszedł, ale nie przerwała 

pracy. 

Wpatrzona w ekran, opisywała obrażenia, których doznał jej ostatni pacjent. 

- Jeszcze pracujesz?! Już dawno miało cię tu nie być. 

- Pierre! 

Spojrzała na niego i od razu poczuła ogromną ulgę.

Znów się uśmiechał, więc najgorsze miał już chyba za sobą· 

- Myślałam, że wrócisz dopiero na weekend. 

- Główna część konferencji skończyła się w porze lunchu. Potem były już tylko spotkania 

towarzyskie i rozmowy. A ponieważ ja miałem na głowie o wiele ważniejsze sprawy, od razu 

wsiadłem w samochód i wróciłem do domu.

Pociągnął ją ku sobie, a potem podniósł do góry i zaczął się z nią kręcić w miejscu. 

- Pierre, czy ty coś piłeś? Roześmiany, postawił ją na ziemi. 

- Ani kropli. Przecież mówię, że właśnie przyjechałem z Paryża - powtórzył. - Ale czuję 

background image

się tak, jakbym był pijany. Ze szczęścia. Przepraszam, że nie dzwoniłem, ale potrzebowałem 

czasu, żeby pogodzić się z trudną prawdą o swoim małżeństwie. 

Znów spoważniał. 

-  Kiedy  byłem  teraz  w  Paryżu,  poszedłem  do  mieszkania,  które  wynajmowaliśmy  z 

Liliane.  Zadzwoniłem  z  dołu  domofonem,  przedstawiłem  się  i  powiedziałem,  że  kiedyś  tu 

mieszkałem  i  że  jeśli  to  możliwe,  chciałbym  odwiedzić  stare  kąty.  O  dziwo,  młody  męż-

czyzna, z którym rozmawiałem, zaprosił mnie na górę. Okazało się, że mieszka tam ze swoją 

dziewczyną.  Obydwoje  byli  bardzo  sympatyczni,  zaproponowali  mi  coś  do  picia,  ale 

podziękowałem. Powiedziałem im, że chcę tylko powspominać przeszłość. 

- Bardzo przeżyłeś tę wizytę? 

- Nowi lokatorzy zupełnie zmienili wystrój wnętrz. 

Pokój  dzienny  w  niczym  nie  przypominał  naszego  pokoju.  Rozejrzałem  się  wokół  i  nagle 

poczułem,  że  ogarnia  mnie  bezgraniczny  spokój  i  dziwna  radość.  Od  bardzo  dawna  nie 

doświadczałem  tak  pozytywnych  uczuć.  Kiedy  w  końcu  stamtąd  wyszedłem,  miałem 

pewność,  że  pożegnałem  się  z  przeszłością.  Razem  z  nią  znikły  lęki,  które  mnie 

prześladowały. 

Odetchnął z ulgą, jak ktoś, kto pozbył się ogromnego ciężaru. 

- Moje małżeństwo to już zamknięty rozdział. Czuję się wolny, chcę zacząć normalnie żyć. 

Chcę, żebyśmy już zawsze byli razem. 

Umilkł i spojrzał jej w oczy. Nigdy dotąd nie widziała  go w takiej euforii. Miał w sobie 

radość człowieka, który wreszcie pogodził się z samym sobą· 

- Chodźmy gdzieś wieczorem - zaproponował. Chcę z tobą świętować odzyskaną wolność. 

Pomyśl  tylko,  koniec  z  wyrzutami  sumienia!  Koniec  z  rozdrapywaniem  starych  ran. 

Nareszcie  możemy  być  razem.  Musimy  wszystko  omówić,  podjąć  jakieś  decyzje.  Bardzo 

bym chciał, żeby to był niezapomniany wieczór. Najpiękniejszy, jaki dotąd nam się zdarzył... 

- Tak się cieszę, że wróciła ci chęć do życia! Objęła go za szyję, a on przytulił ją mocno i 

zaczął  całować.  Zamknęła  oczy  i  poddała  się  miłosnej  magii,  ale  jej  szczęście  nie  trwało 

długo.  Choć  w  ramionach  Pierre'a  zapominała  o  bożym  świecie,  to  jednak  z  tyłu  głowy 

kołatała się myśl, że przecież takie szczęście, o jakim  mówił, jest dla niej nieosiągalne. Co 

prawda nie musi  już  zmagać się z  mitem  idealnej żony, ale  nie ma prawa myśleć o stałym 

związku. I nie wolno jej udawać, że jest inaczej. 

- Rozmawiałem już z Christophe'em i Nadine mówił tymczasem Pierre. - Zgodzili się dać 

mi wolny wieczór, więc zarezerwowałem dla nas stolik w wyjątkowym miejscu. Pojedziemy 

tam taksówką, żebyśmy mogli napić się szampana ... 

Urwał i przyjrzał jej się badawczo. 

- Dlaczego nic nie mówisz? Czy wszystko jest w porządku? 

Trudno było pozostać obojętną wobec jego entuzjazmu,  ale lęk zabił  w niej całą radość. 

Pierre  chce,  by  ten  wieczór  był  wyjątkowy,  tymczasem  ona  będzie  musiała  sprawić  mu 

ogromny  zawód.  Nie  miała  pojęcia,  skąd  weźmie  siłę,  by  powiedzieć  "nie",  gdy  zada  jej 

pytanie,  którego  się  spodziewała.  A  przecież  odpowiedź  nie  może  być  inna.  Dla  jego 

background image

własnego dobra. 

Przeczuwała,  że  czeka  ich  wyjątkowo  trudna  rozmowa,  ale  nie  wyobrażała  sobie,  żeby 

mogli mówić o tak trudnych i osobistych sprawach w restauracji pełnej ludzi. 

-  Jestem  zmęczona  -  odparła wymijająco.  -  Miałam  dziś  ciężki  dzień.  Szczerze  mówiąc, 

nie  mam  ochoty  nigdzie  iść.  Co  ty  na  to,  żebyśmy  zjedli  kolację  u  mnie?  Powiedzmy  za 

godzinę? 

- Nie ma sprawy, będzie, jak chcesz. Ale i tak przyniosę szampana. 

Ledwie  zdążyła  kupić  coś  na  kolację,  wziąć  prysznic  i  nakryć  do  stołu,  gdy  przyszedł 

Pierre. Nadal tryskał energią i był w doskonałym humorze. 

Zgodnie z obietnicą, zaczęli wieczór od szampana. 

Kiedy wznieśli toast, z przerażeniem zdała sobie sprawę, że być może już za chwilę będzie 

musiała rozwiać jego nadzieje na stały związek. 

-  Wiesz  co?  Zostaw  to  gotowanie,  bo  z  emocji  i  tak  nie  mogę  nic  przełknąć.  Lepiej 

usiądźmy i porozmawiajmy - zaproponował, wyciągając ją z kuchni. 

U siedli na kanapie, lecz zamiast rozmawiać, od razu zaczęli się całować. Od tak dawna 

nie byli sami, tylko we dwoje ... 

- Rozlałam szampana - powiedziała, gdy zrobili przerwę na złapanie oddechu. 

-  Nic  nie  szkodzi.  -  Poszedł  do  kuchni  i  wrócił  z  butelką.  -  Mam  nadzieję,  że  nie 

zapomnimy tego wieczoru - rozmarzył się, nalewając jej następny kieliszek. - Jacky, pewnie 

domyślasz się, że chcę ci zadać ważne pytanie ... 

Odstawiła  szampana  na  stolik  obok  kanapy.  Serce  bilo  jej  tak  mocno,  że  aż  czuła 

pulsowanie w skroniach. 

- Mam zamiar zrobić to jak Bóg przykazał - uprzedził i przykląkł na jedno kolano. - Jacky, 

czy zostaniesz moją żoną?  -

-  Pierre,  ja  ...  -  Urwała,  rozpaczliwie  szukając  słów,  które  złagodziłyby  odmowę·  -  Nie 

mogę za ciebie wyjść. Naprawdę. Nie mam prawa ci tego robić - szepnęła przez łzy. 

Usiadł przy niej i otoczył ją ramieniem. 

- Ale dlaczego? Wytłumacz mi, bo nic z tego nie rozumiem. 

- Po tym, co przeżyłeś, powinieneś ożenić się z kobietą, która urodzi ci dzieci. Przecież nie 

chcesz, żeby Christophe nigdy nie miał brata ani siostry. Ja nie jestem odpowiednią kobietą 

dla ciebie. 

- Co ty mówisz? Sam wiem najlepiej, kto jest dla mnie odpowiedni, a kto nie. Chcę być z 

tobą! 

- Pierre, przecież wiesz, że nie mogę mieć dzieci. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że ja chcę je mieć? Zależy mi wyłącznie na tobie. Do głowy 

by  mi  nie  przyszło,  żeby  narażać  cię  na  jeszcze  jeden  ciężki  poród.  Przecież  mamy 

Christophe'a, a on ze swoimi pomysłami wystarczy za dziesięć pociech. Poza tym jest jeszcze 

twój chrześniak, Thiery, no i Emma. Po co nam więcej dzieci? 

Sięgnął po chusteczkę i delikatnie otarł jej łzy. 

background image

-  Mamy  wszystko,  czego  trzeba  do  szczęścia.  Jedyne,  o  czym  marzę,  to  żebyś  za  mnie 

wyszła.  Żebyś ze  mną była na dobre  i  na złe.  W zdrowiu  i  chorobie. W dostatku i  biedzie. 

Dopóki śmierć nas nie rozdzieli. 

-  Proszę  cię,  przestań!  Zaraz  znów  się  rozpłaczę  -  szepnęła,  czując  na  policzkach  ciepłe 

łzy. Tym razem jednak były to łzy szczęścia. - Jesteś pewny, że nie będziesz kiedyś żałował, 

że nie stworzyliśmy prawdziwej rodziny? 

- Jak to nie stworzyliśmy? Przecież jest nas troje: ty, ja i Christophe. I wystarczy. Nie chcę 

się  tobą  dzielić  z jakimś  bobasem!  -  Uśmiechnął  się  ironicznie.  - Jeśli  bardzo chcesz,  żeby 

było nas więcej, możemy sobie kupić psa albo kota. A dodatkowo papużki nierozłączki, kilka 

złotych rybek, chomika ... 

-  Jesteś  niemożliwy!  -  Roześmiała  się  przez  łzy.  -  Tak  bardzo  cię  kocham  -  wyznała  po 

chwili wahania. - Chcę- żebyś był szczęśliwy. 

-  Słońce  moje,  ja  jestem  szczęśliwy!  Ale  tylko  z  tobą  -  rzekł,  poważniejąc.  -  Mnie  też 

zależy  na  tym,  żeby  było  ci  dobrze.  Nawet  nie  potrafię  powiedzieć,  jak  mi  przykro,  że 

straciłaś dziecko. Rozumiem, że pogodziłaś się z tym, że nie będziesz matką. Szanuję twoją 

decyzję,  choć  wiem,  że  wymusiły  ją  na  tobie  okoliczności.  Przecież  my  nie  będziemy 

bezdzietni, bo mamy Christophe'a. Widzisz chyba, że mój syn kocha cię jak rodzoną matkę. 

Ja też cię kocham. Zycie bez ciebie nie ma dla mnie sensu. 

Przyjrzała się jego poważnej twarzy. Patrząc w jego oczy, nie miała cienia wątpliwości, że 

jest z nią szczery. 

- Przekonałeś mnie  - powiedziała cicho. - Nawet nie wiesz, jak wielki ciężar spadł mi z 

serca. 

-  Świetnie.  Zacznijmy  więc  od  początku.  -  Ożywił  się  i  znów  przed  nią  klęknął.  -

Potraktujmy  moje  pierwsze  oświadczyny  jak  próbę  generalną.  -  Odchrząknął.  -  Jacky,  czy 

zostaniesz moją żoną? 

- Tak. Tak! Tak, tak, tak!!! - zawołała, nie posiadając się ze szczęścia. 

- Co ty na to, żebyśmy zerwali z tradycją i od razu zrobili próbę generalną nocy poślubnej? 

- zapytał, wstając i biorąc ją na ręce. 

- Genialna myśl! - Uśmiechnęła się, obejmując go za szyję. 

 Tak jak obiecał, była to najpiękniejsza noc w ich życiu. Jacky uśmiechała się z rozkoszą na 

myśl o tych, które jeszcze są przed nimi. 

Czuła,  że  rozpiera  ją  radość  i  energia,  postanowiła  więc  niezwłocznie  przystąpić  do 

organizowania ślubu. U siadła na łóżku i sięgnęła po leżący na nocnej szafce notatnik. 

- Co ty robisz? - zdziwił się Pierre. Uniósł się na łokciu i obserwował ją z wyrazem czułości 

w oczach. - Planuję nasz ślub. Jak chcesz, możesz mi pomóc. 

-  Po  pierwsze,  trzeba  ustalić  datę  -  zauważył  przy  tomille.  -  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  im 

szybciej,  tym  lepiej.  Powiedz,  kiedy  będziesz  mogła  przeprowadzić  się  do  mojego  domu? 

Chciałem powiedzieć, do naszego domu. Oczywiście pod warunkiem, że ci odpowiada. Jeśli 

wolisz inny ... 

background image

-  Twój  dom  jest  piękny,  ale  nie  tak  wspaniały  jak  ty!  -  odparła,  odkładając  notatnik.  -

Wiesz, co mnie cieszy? Że nie będę musiała kupować zasłon do sypialni. - Uśmiechnęła się, 

wskazując głową okno. 

- Jak zawsze praktyczna. 

- O, przepraszam, nie zawsze! - zaprotestowała. - Potrafię być też romantyczna. 

- Mhm ... Zauważyłem ... 

Pobrali się pod koniec października w małym kościółku w Sto Martin sur mer w obecności 

licznie przybyłych przyjaciół, kolegów z pracy i krewnych. 

Marcelowi  przypadł  zaszczyt  poprowadzenia  panny  młodej  do  ołtarza.  Jacky  szła, 

trzymając  go pod  ramię,  a tuż  za  nimi  dreptali  Emma i  Christophe w  roli  druhny i  drużby. 

Gdy  ich  mały  orszak  przystanął  w  szeroko  otwartych  drzwiach  kościoła,  z  góry  popłynęły 

dźwięki  organów.  Jacky  spojrzała  przed  siebie  i  na  końcu  szerokiego  przejścia  między 

ławkami  dostrzegła  Pierre'a  stojącego  przed  ołtarzem.  Uświadomiła  sobie,  że  oto  przed  jej 

oczami rozgrywa się scena wyjęta z jej dziewczęcych marzeń. 

- Jak dobrze, że tym razem nie przydepnęłam sobie sukienki - szepnęła Emma, poprawiając 

fałdy różowej satyny. - Jacky, pamiętasz, jak musiałaś spinać mi sukienkę szpilkami na ślubie 

mojej mamy? 

- Pamiętam. Byłaś prześliczną druhną.

- Bardzo podoba mi się twoja suknia - pochwaliła dziewczynka. - To jedwab? 

- Tak. Jedwab i koronki - odrzekła Jacky, zerkając na Christophe'a, który był wyjątkowo 

blady  i  milczący.  Biedactwo,  chyba  przytłoczył  go  nadmiar  wrażeń,  pomyślała  ze 

współczuciem. - Dobrze się czujesz, skarbie? - zapytała, pochylając się nad nim. 

- Ten kołnierzyk jest okropnie ciasny - jęknął, wciskając palec między brzeg sztywnej stójki 

a szyję· - Poczekaj, zaraz go rozluźnimy - pocieszyła go i odpięła haftkę. - Teraz lepiej? - O 

tak. Dzięki! 

- Jacky, czekają na nas - przypomniał Marcel. 

- Wiem. Jeszcze sekundę - poprosiła, chcąc się upewnić, czy Christophe na nic się już nie 

skarży. 

- Bardzo się cieszę, że zostaniesz moją mamą - szepnął, obejmując ją za szyję. 

- A ja się cieszę, że będę miała takiego kochanego synka - odszepnęła. 

Potem  wyprostowała  się,  wzięła Marcela pod rękę i  z  radością w sercu ruszyła w stronę 

ołtarza, gdzie czekał na nią najwspanialszy mężczyzna, jakiego mogła sobie wymarzyć ... 

background image

EPILOG 

-  Mogę  teraz  wziąć  ją  na  ręce?  -  zapytała  Debbie,  gdy  Jacky  skończyła  przewijać 

dwutygodniową Suzanne. 

- Tak, ale pod warunkiem, że dasz mi swoją Marguerite - odparła z uśmiechem. 

- Zgoda. No to się zamieńmy! 

Trzytygodniowa Marguerite zamknęła oczy i spokojnie zasnęła w ramionach Jacky. 

- Wiesz, że jutro -mija pierwsza rocznica naszego ślubu? - zapytała Jacky przyjaciółkę. -

Pierre chce, żebyśmy świętowali tylko we czwórkę, ale ja zamierzam go namówić na wielką 

imprezę.  Chciałabym  zaprosić  kolegów  ze  szpitala,  zwłaszcza  tych  z  ginekologii  i 

położnictwa,  bo  przecież  to  dzięki  nim  mam  moją  śliczną  córeczkę  -  mówiła,  obserwując 

morze widoczne z okien sypialni. - Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, byłam w szoku. 

Naprawdę nie sądziłam, że to się może zdarzyć. A potem, kiedy wyniki testów potwierdziły 

moje przypuszczenia, myślałam, że oszaleję z radości. 

- Pamiętam, kiedy mi o tym powiedziałaś. Byłaś w siódmym niebie - potaknęła Debbie. -

Widziałam jednak, że się martwisz, czy wszystko będzie dobrze. Nic ci wtedy nie mówiłam, 

ale ... 

- Boże, jak ja się bałam tej ciąży i  porodu! - przyznała Jacky. - A Pierre chyba jeszcze 

bardziej. Chuchał na mnie i dmuchał, jakbym była z porcelany. Nadal tak się o mnie troszczy. 

Jest  przeciwny  urządzaniu  dużego  przyjęcia,  bo  uważa,  że  jeszcze  nie  odzyskałam  sił.  W 

sumie chyba ma rację. Przecież możemy zaprosić gości trochę później. 

-  Co  za  piękny  widok!  -  zawołał  Marcel,  który  właśnie  wszedł  do  pokoju  i  chwilę 

przyglądał im się z wyraźną przyjemnością. - I wcale nie mam na myśli ogrodu ani morza. 

Ślicznie wyglądacie wy, moje panie. Dwie mamy i ich nowo narodzone córeczki. 

- Przyznaj się, podsłuchiwałaś! - rzekła Debbie. 

- Ależ skąd! - Pierre pośpieszył w sukurs koledze. - Mówiłyście tak głośno, że słychać was 

było na dole. - Podszedł do Jacky i położył dłonie na jej ramionach. - Jeśli czujesz się na 

siłach urządzić przyjęcie, nie będę się sprzeciwiał. 

- Zastanowimy się nad tym później. 

- Na nas już czas - powiedziała Debbie. 

Pierre ostrożnie wziął od niej Suzanne, a ona od razu przytuliła się do niego. Popatrzył na 

nią z ogromną tkliwością· 

- Chodź, królewno, tata położy cię do łóżeczka - szepnął, całując ją w główkę. - O czym 

plotkowałyście, dziewczyny? - zapytał, siadając obok Jacky, gdy Debbie już wyszła. 

- O tym, jak wiele może zmienić się przez rok. Kto by wtedy pomyślał, że zostanę matką? 

- Byłaś bardzo dzielna, kochanie! - westchnął. A ja się tak o ciebie bałem. 

- Wiem. - Z czułością zmierzwiła mu włosy. - Byłeś dla mnie ogromnym wsparciem, choć 

background image

czasem  prze  sadzałeś!  Jak  sobie  pomyślę  o  tych  wszystkich  badaniach,  które  kazałeś  mi 

robić!  . 

-  Musiałem  się  upewnić,  że  nic  ci  nie  grozi.  Dlatego  zgodziłem  się  z  opinią  twojego 

lekarza, że dwa ostatnie miesiące powinnaś spędzić w szpitalu. 

- Bardzo się przed tym broniłam. Nie chciałam zostawać tam bez ciebie. Gdy na to patrzę z 

dzisiejszej perspektywy, cieszę się, że mnie przekonałeś. Kiedy zaczął się poród ... 

- To musiało być dla ciebie traumatyczne, prawda? 

- Tak, ale wszystko poszło niesamowicie szybko. 

Spodziewałam  się  najgorszego,  tymczasem...  - Urwała,  szukając  słów,  które  w  pełni 

oddałyby to, co wtedy czuła. 

- Kiedy przyszedłem do sali porodowej, mówiłaś, że' strasznie cierpisz - przypomniał. 

- Tak mówiłam? Nic nie pamiętam. Dostałam końską dawkę środków znieczulających. 

-  Dobrze,  że  poród  zaczął  się  w  szpitalu.  Gdyby  karetka  musiała  zabrać  cię  z  domu, 

niepotrzebnie stracilibyśmy cenny czas. Gdyby coś się stało tobie albo Suzanne .... 

Wolał nawet o tym nie myśleć. 

- Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo jestem z tobą szczęśliwy - szepnął, tuląc ją do siebie. 

- Tak bardzo cię kocham. 

- Ja ciebie też. 

Dobiegające  z  dołu  głosy  wyrwały  ich  z  transu.  -  Zdaje  się,  że  wrócili  Christophe  i 

Nadine. 

- Mamo! Narysowałem dla ciebie Suzanne! - wołał chłopiec, biegnąc na górę. - Tata? Już 

wróciłeś z pracy?! - ucieszył się, wpadając do pokoju. - Popatrz, podoba ci się mój rysunek? 

Powiedz, czy Suzanne jest podobna? 

- Spójrz, kochanie. - Pierre podał kartkę Jacky. 

- Uderzająco - powiedziała, podchodząc z rysunkiem do łóżeczka. - Oprawię go w ramki. 

W końcu to pierwszy portret Suzanne. 

-  Narysowany  przez  prawdziwego,  choć  jeszcze  nie  odkrytego  artystę  -  dodał  Pierre  z 

powagą. 

- Pójdziemy na plażę? - zapytał Christophe. 

- My możemy pójść, ale dla mamy i twojej siostrzyczki jest dziś trochę za chłodno. 

-  Ubiorę  się  ciepło  i  pójdę  z  wami.  A  Suzanne  będzie  teraz  spała,  więc  zostawię  ją  z 

Nadine. 

- Jesteś pewna, że spacer nie będzie zbyt męczący? - zaniepokoił się Pierre. 

- Nie martw się, naprawdę świetnie się czuję. Jeszcze trochę i będę jak nowa. 

Uśmiechnęła się do niego, a on spojrzał na nią z taką czułością, że przebiegł ją rozkoszny 

dreszcz. Wciąż są w sobie bezgranicznie zakochani. Jacky była pewna, że ten płomień nigdy 

nie zgaśnie ... 

--------------------------------