background image

Margaret Barker

Wyspa marzeń

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z dołu dobiegał  głośny śmiech  i tupot. Demelza  wychyliła  się z kamiennego  tarasu, by 

przekonać   się,   co   to   za   hałas.   Na   podwórzu   należącym   do   starej   willi   ścigało   się   dwóch 
roześmianych chłopców, nawołując się po grecku. Słońce przyciemniło ich skórę, jeden z nich 
był zdecydowanie mocniej opalony. Chłopiec o jaśniejszej karnacji podniósł wzrok. Demelza 
zobaczyła błysk jego białych zębów na radosnej twarzy. 

Mógł mieć jakieś sześć lat, tyle  samo miałby teraz jej syn. Łzy cisnęły jej się do oczu, 

grożąc, że za moment zaleją jej policzki. Pełni dobrej woli przyjaciele powtarzali jej, że czas 
leczy rany. W jej przypadku to się nie sprawdziło. Wciąż czuła ból. Nabrała głęboko powietrza, 
przetarta wilgotne oczy i posłała chłopcu uśmiech. 

Przystanął i spojrzał na nią. Zaraz potem jego towarzysz pchnął go lekko i podjęli zabawę. 

Demelza obserwowała ich, zastanawiając się, jak to jest być tak szczęśliwym i beztroskim. Obaj 
malcy ubrani byli w mundurki pobliskiej szkoły. Ich zmięte koszule świadczyły o tym, że mają 
za sobą ciężki dzień. 

Kościelny   zegar   na   wzgórzu   wybił   szóstą.   Słońce   opadało   powoli   za   horyzont.   Jak   na 

początek   maja   popołudnie   było   gorące.   Demelza   wyglądała   wieczoru,   który   przyniesie 
chłodniejsze   powietrze.   Spojrzała   jeszcze   raz   na   dół,   zaciekawiona,   skąd   wzięli   się   ci   dwaj 
radośni chłopcy. 

Gdy   przyjechała   tu   dziś   z   lotniska,   lokal   piętro   niżej   wydał   jej   się   pusty.   Teraz   brama 

ogrodzonego podwórka stała otworem. Demelza dobrze pamiętała, że sama ją zamknęła. 

Raptem poczuła się nieswojo. Wprowadziła się do tej starej, dużej willi, nikogo tu nie znając. 

Znalazła się setki kilometrów od miejsc, które były jej bliskie. 

Wtem na kocich łbach dziedzińca rozległy się czyjeś kroki. Demelza  ujrzała  niewysoką, 

pulchną kobietę, która, wytarłszy ręce w fartuch, rozpoczęła skierowaną do chłopców tyradę po 
grecku.   Stało   się   jasne,   że   nie   powinni   znajdować   się   na   podwórzu.   Kobieta   wskazywała 
wyraźnie na otwartą bramę. W tym samym momencie pojawił się w niej wysoki mężczyzna. 

Niósł   czarną   skórzaną   torbę.   Postawił   ją   na   bruku   i   zaczął   energicznie   wyłuszczać   coś 

kobiecie. Uśmiechnęła się w odpowiedzi, jakby ją przekonał i uspokoił, i opuściła gestykulujące 
nerwowo ręce. Chłopiec, który wcześniej uśmiechał się do Demelzy, w radosnych podskokach 
rzucił się na mężczyznę, zasypując go całą masą słów. Trzymał mężczyznę w pasie uczepiony 
jak rzep. Kobieta wyciągnęła rękę do drugiego chłopca i wyprowadziła go na zewnątrz. 

Solidna żelazna brama zamknęła się z trzaskiem. Wysoki mężczyzna odezwał się najczystszą 

angielszczyzną:

– Ianni, ile razy mam  ci powtarzać,  że musisz  informować  Katerinę,  jeśli chcesz  się tu 

bawić?

background image

Demelza osłupiała. Oliwkowa skóra mężczyzny i jego śródziemnomorskie rysy wskazywały, 

że jest Grekiem. Przewiesił marynarkę przez ramię. Jego rozpięta pod szyją biała koszula była 
niemal równie pognieciona jak koszula chłopca. Wyglądał na zmęczonego. Tymczasem chłopiec, 
patrząc na niego, przybrał skruszoną minę. 

– Przepraszam, tato. Bawiliśmy się z Lefterisem na ulicy przed domem.  Chciałem  tylko 

zobaczyć, czy już jesteś. 

Chłopiec   także   mówił   płynnie   po   angielsku.   Demelza   była   coraz   bardziej   zaciekawiona. 

Mężczyzna podniósł głowę i zauważył jej obecność. Słońce odbiło się w jego oczach. Zmrużył 
oczy. 

– Dzień dobry. Pani pewnie jest tą nową pielęgniarką. Uprzedzono mnie, że pani dzisiaj 

przyjedzie. Jestem Nick Capodistrias. 

Pamiętała   to   nazwisko,   usłyszała   je   w   biurze   podróży,   które   ją   zatrudniło.   A   więc   tak 

wygląda   Nicholas   Capodistrias,   lekarz,   z   którym   polecono   jej   skontaktować   się   w   razie 
problemów w nowej pracy. Przechyliła się mocniej przez murek kamiennego tarasu. 

– Nazywam się Demelza Tregarron. Cieszę się, że jesteśmy sąsiadami. Będę wiedziała, gdzie 

pana szukać, gdyby... 

Urwała. Za bardzo wybiega myślą naprzód. Przecież doktor Capodistrias może uznać, że ona 

mu się narzuca. Może wcale nie ma ochoty pomagać jej po godzinach. Wiedziała, że pracuje w 
miejscowym szpitalu. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma ochotę i potrzebę odpocząć. 

– Proszono mnie, żebym się panią zaopiekował, dopóki nie poczuje się pani u nas pewnie – 

rzekł   obojętnym   tonem,   który   nie   zdradzał,   co   on   sam   o   tym   myśli.   –   Może   pani   zejdzie? 
Napijemy się czegoś. Trudno tak rozmawiać, pani krzyczy do mnie z góry, a mnie oślepia słońce. 

Mały Ianni podskakiwał jak piłka. 
– Tato, dostanę lemoniady?
– Pewnie. – Doktor Capodistrias znów spojrzał do góry. – Zejdzie pani?
Nie   skończyła   jeszcze   rozpakowywać   się,   jej   rzeczy   walały   się   po   całym   mieszkaniu. 

Wiedziała wszak, że im szybciej się zadomowi, tym będzie jej łatwiej. Poza tym, ojciec i syn 
zaintrygowali ją. Chętnie dowiedziałaby się na przykład, czy mama chłopca szykuje właśnie 
kolację i czy to ona poda im coś do picia. A jeśli tak, to dlaczego nie wyszła przywitać się z 
mężem?

Prócz   użytecznych   informacji   na   temat   ambulatorium,   które   mogła   uzyskać   od   Nicka, 

istniało zatem mnóstwo niewiadomych. Po raz pierwszy od sześciu lat Demelza poczuła – w 
sobie   iskrę   entuzjazmu.   Tak,   stanowczy   krok,   by   porzucić   dotychczasowe   życie,   był   dobrą 
decyzją. Gdyby trwała w miejscu w swoim dojrzałym już wieku (w końcu te trzydzieści dwa lata 
na karku), groziłaby jej stagnacja. 

– Za pięć minut! – zawołała, wpadła do mieszkania i zaczęła szukać czegoś, w co mogłaby 

się przebrać. 

Nie zejdzie przecież w skąpych szortach i bluzce bez rękawów. Liczy się pierwsze wrażenie. 

background image

Doktor Capodistrias nie powinien stwierdzić, że Demelza nie nadaje się do kierowania nowym 
ambulatorium w nadmorskim kurocie. Że przyjechała tu na darmowy wypoczynek, a praca to dla 
niej coś drugoplanowego. 

Rozglądała się bezradnie po swoim bałaganie. W końcu włożyła białe płócienne spodnie i 

stary Tshirt w kolorze limonki, ten zestaw miała już wypróbowany. Chciała wyglądać schludnie i 
na   luzie,   jak   prawdziwy   zawodowiec   po   godzinach.   Zawodowiec!   No   tak,   miała   spore 
doświadczenie i chciała, żeby to było widać. 

Sprawdziła efekt w wysokim lustrze, przeczesując szczotką włosy. Były długie, kasztanowe. 

W ciągu dnia zazwyczaj spinała je na czubku głowy, wieczorem pozwalała im opaść na ramiona. 

Zbiegła na dół kamiennymi schodkami, besztając się w myśli. To tylko drink, dziewczyno! 

Nie   przesadzaj.   Po   drodze   stwierdziła,   że   ten,   kto   urządził   w   tej   starej   willi   dwa   osobne 
mieszkania,   zrobił   dobrą   robotę.   Wyposażając   je   we   wszelkie   współczesne   udogodnienia, 
zachował   dawny  klimat   tego   miejsca.   Demelza   miała   pewne   zastrzeżenia   do   hydrauliki,   ale 
uprzedzono ją, że to słaby punkt na wyspach Grecji. W każdym razie prysznic działał, chociaż, 
żeby się dokładnie spłukać, musiała trzymać główkę prysznica w ręce. Miała nadzieję, że da się 
zamocować go na ścianie. Może nawet zrobi to sama. W końcu na farmie nieźle radziła sobie z 
majsterkowaniem. 

Przecięła kamienny dziedziniec i stanęła w otwartych drzwiach, przez które widziała doktora 

i jego syna. 

– Proszę wejść! – zawołał zza drzwi gospodarz. 
Po opuszczeniu słonecznego podwórza mieszkanie wydało jej się mroczne. Znalazła się w 

sporym salonie umeblowanym antykami. W serwantce pyszniła się delikatna porcelana: filiżanki 
i spodki, oraz srebro i pokaźna liczba kryształów.  Ściany zdobiły liczne portrety rodzinne – 
pojedyncze i grupowe. Bukiet wiosennych kwiatów na samym środku stołu wywołał uśmiech 
Demelzy. Kwiaty stały w słoiku po dżemie, wciśnięte niezgrabnie zapewne rękami Ianniego. Na 
tle salonu słoik ów był pełnym ciepła zgrzytem. 

Nigdzie nie było za to widać śladu matki chłopca. 
Nicholas Capodistrias stanął w drzwiach prowadzących na taras i wyciągnął do niej rękę. 
–   Witam   –   rzekł   bez   emocji,   potrząsając   jej   dłonią.   Miał   silną   rękę.   I   ciepłą.   Demelza 

odebrała ten dotyk pozytywnie i spojrzała w brązowe oczy Nicka. 

– Proszę usiąść. 
Ianni siedział już przy stole na tarasie, zajęty miską chipsów. Podniósł wzrok na Demelzę i 

starał się uśmiechnąć, co nie było łatwe z pełną buzią. W zamian przywitał ją niezrozumiałym 
bełkotem. 

– Zostaw coś dla nas! – rzekł dobrodusznie ojciec, przesuwając miskę na środek stołu. – 

Czego się pani napije?

– Czegokolwiek, doktorze, co pan będzie pił – odparła uprzejmie. 
– Proszę mi mówić Nick. Mogę zwracać się do pani tym fantastycznym imieniem? Po raz 

background image

pierwszy spotykam kogoś o imieniu Demelza. 

– Urodziłam się w Kornwalii, mam je po babce. Przyglądał jej się pełnymi wyrazu oczami. 
– Piękne. A więc ja napiję się ouzo, Demełzo. Próbowałaś już ouzo?
Potrząsnęła głową. 
– Chętnie spróbuję. 
Z uśmiechem na twarzy wyglądał młodziej i przyjaźniej. Nie miał więcej niż trzydzieści 

kilka lat. Zatroskana, poważna mina, z jaką pojawił się w domu, postarzała go. 

Demelza  zauważyła,   że  zamienił  szare  spodnie  od  garnituru  na  stare,  wytarte  dżinsy,   w 

których zresztą wyglądał o wiele lepiej. Mówił biegle po grecku i po angielsku, pracował na 
słonecznej wyspie i opiekował się małym łobuziakiem – swoim synem. Ianni z miejsca zdobył 
serce Demelzy. Z każdą chwilą była bardziej zaintrygowana. 

Tak mało o nich wiedziała, i coraz więcej chciała się dowiedzieć. 
Nick wciąż się uśmiechał, ale jakoś tak żartobliwie. 
–   Muszę   cię   ostrzec,   że   ouzo   smakuje   wybornie   i   jest   bardzo   mocne.   Naleję   ci   tylko 

odrobinę, i to z wodą. 

Patrzyła,   jak   przejrzysty   płyn   mętnieje   pod   wpływem   wody.   Uniosła   szklankę   do   ust   i 

pociągnęła łyk. Zapiekło ją w gardle, musiała otworzyć usta i wciągnąć powietrze. 

Ojciec i syn zgodnie zanieśli się śmiechem. 
– Uprzedzałem – powiedział Nick. 
Ianni poderwał się na nogi i poklepał ją po plecach. 
– Dać ci mojej lemoniady, Demelo?
Rozbawił ją, przekręcając jej imię. Spojrzała na zatroskaną twarz chłopca, który zaglądał jej 

przez ramię. 

– Bardzo chętnie napiję się lemoniady, Ianni. 
Chłopiec pognał do kuchni, skąd wrócił z dużą butelką. Z wielką powagą odkorkował ją i 

chciał nalać do szklanki, z której Demelza piła ouzo. 

Nick szybko podał jej czystą szklankę i nadzorował syna. 
– Zobacz, czy ci smakuje – rzekł chłopiec. Demelza spróbowała i zamyśliła się. 
– Doskonała – stwierdziła po chwili. Uśmiechnięty Ianni usadowił się z powrotem na krześle. 
– Ianni, spróbuj powtórzyć: Demelza – poprosił Nick. – No, Demel... 
– Demel – zaczął chłopiec bardzo starannie. 
– I kończy się „za”. 
–   Za.   Demelza,   Demelza   –   wyśpiewywał   chłopiec.   –   Jak   się   to   pisze?   Pokażesz   mi? 

Przyniosę ci zeszyt. 

– A właśnie, odrobiłeś lekcje u Kateriny? – spytał Nick. 
Ianni wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
– Prawie. Muszę jeszcze napisać kilka liter. Demelza, patrz. 
Była zaskoczona – zeszyt chłopca był porządny i czysty. 

background image

–   Ianni   uczy   się   równocześnie   czytać   i   pisać   po   grecku   i   po   angielsku.   Nie   ma   z   tym 

specjalnych   kłopotów   –   wyjaśniał   Nick.   –   Może   pójdziesz   do   siebie,   żebyśmy   ci   nie 
przeszkadzali? – zwrócił się do syna. 

Ianni uśmiechnął się. 
– Dobrze. A pójdziemy do Giorgia na kolację?
– Nie jadłeś u Kateriny? Ianni skrzywił się. 
– Mało, bo wolę jeść z tobą. – Spojrzał na Demelzę. 
– Pójdziesz z nami? U Giorgia jest fajnie. Lubisz tańczyć?
Nick położył dłoń na ramieniu syna. 
– Skończ lekcje i zobaczymy – rzekł szybko. Kiedy chłopiec zniknął we wnętrzu domu, 

Demelza zwróciła się do Nicka. 

– Muszę się rozpakować  i trochę  urządzić.  Przestraszyła  się, zwłaszcza na wspomnienie 

tańca. 

Nie   była   jeszcze   gotowa   rzucać   się   w   wir   życia   towarzyskiego.   Nie   chciała   niczego 

przyspieszać. Poza tym była pewna, że Nick nie życzy sobie intruza przy rodzinnej kolacji. Nick, 
jakby czytał w jej myślach, przechylił się przez stół. 

– Jeśli chodzi o tańce, nie musisz się obawiać. Nikogo nie zmusza się tu do tańczenia, a 

Ianniemu pozwalam zostać na tańce tylko w weekendy. A dziś jest poniedziałek. Więc jeśli masz 
chęć spróbować lokalnych specjałów, serdecznie zapraszam. Podejrzewam, że masz jeszcze pustą 
lodówkę. 

Mówił   to   wszystko   bardzo   uprzejmie.   Znakomicie   wywiązywał   się   z   roli   oficjalnego 

opiekuna. A ona z niechęcią myślała o porzuceniu ciepłej, rodzinnej atmosfery jego domu. 

–   To   kusząca   propozycja   –   zaczęła   ostrożnie.   –   Mam   też   wiele   pytań   dotyczących 

ambulatorium. 

– Wszystko ci opowiem, a potem będziesz mnie mogła pytać, jeśli coś okaże się niejasne. 

Kiedy zaczniesz pracę, szybko się w tym połapiesz. Przede wszystkim... 

Demelza słuchała z uwagą. Nick poinformował ją, że do jej obowiązków należą poranne 

dyżury w ambulatorium przy ośrodku wypoczynkowym  przez pięć dni w tygodniu. Ośrodek 
mieści się jakieś półtora kilometra od wioski. W razie problemów znajdzie Nicka w miejskim 
szpitalu. A gdyby go tam nie było, ktoś z recepcji zadzwoni do niego na komórkę. 

– To nowe przedsięwzięcie. Wymusiła je na nas rosnąca liczba turystów. Będziesz głównie 

pośrednikiem między szpitalem a ośrodkiem – tłumaczył. – Jedno mnie zastanawia. Czytałem 
twój życiorys. Byłaś przełożoną na chirurgii w Londynie. Co cię skłoniło do przyjęcia tej pracy?

Demelza podniosła wzrok. 
– To było siedem lat temu. Rzuciłam chirurgię, kiedy wyszłam za mąż. Od tamtej pory 

zajmowałam się głównie domem na farmie męża. 

Nick badał ją wzrokiem. 
–   Nie   wiedziałem,   że   miałaś   taką   długą   przerwę.   Rozumiem,   że   w   Londynie   byli 

background image

usatysfakcjonowani twoim doświadczeniem, bo inaczej by cię tu nie przysłali – rzekł chłodno. 

Demelza zadrżała. 
– Nie martw się, dam sobie radę. Mam wykształcenie, doświadczenie. Poradzę sobie. Zresztą 

podpisano ze mną kontrakt tylko na pół roku, więc jeśli nie zostanie przedłużony. .. 

– Zobaczymy – wtrącił szybko. – Nie kwestionuję twoich kwalifikacji. Może sama zechcesz 

znaleźć sobie bardziej odpowiedzialną pracę w Anglii, a wtedy nie będziemy ci stać na drodze. – 
Odchrząknął, nie spuszczając z niej wzroku. – A co na to twój mąż?

Ilekroć ktoś wspominał o Simonie, czuła ten sam dreszcz na plecach. 
– Jestem wdową – powiedziała cicho. 
Na twarzy Nicka odmalowało się prawdziwe, głębokie współczucie. 
– Wybacz, nikt mnie nie uprzedził. Tak, teraz rozumiem, dlaczego chcesz zacząć wszystko 

od nowa. – Zawiesił głos, a potem odezwał się łagodniej: – Od dawna jesteś wdową?

– Od sześciu lat. Nick był zaskoczony. 
– I dopiero teraz pomyślałaś o powrocie do pracy?
– To nie takie proste, jak się zdaje. Chciałam, i to często, ale to było niemożliwe. 
– A teraz jest możliwe?
– Tak. Brat mojego męża ożenił się z dobrą, pracowitą dziewczyną. Mogłam jej spokojnie 

przekazać swoje obowiązki i wykorzystałam tę szansę. 

Jak   prosto   to   brzmiało.   Nie   miała   jednak   zamiaru   zapoznawać   Nicka   ze   wszystkimi 

szczegółami, przynajmniej dopóki nie pozna go bliżej. Najpierw straciła męża, potem syna. A 
potem nastąpiły długie lata, gdy czuła się na farmie jak więzień. Musiała sobie radzić z własnymi 
emocjami i cierpieniem rodziców Simona, którzy traktowali ją jak rodzoną córkę. 

Następnie musiała przekonać się, czy nowa synowa jej teściów zechce ją zastąpić, i czy 

będzie to potrafiła, bo była to praca bardzo wyczerpująca, fizycznie i emocjonalnie. A zatem 
Demelza  zaczęła  snuć plan ucieczki  dopiero wtedy,  gdy była  już pewna, że Jane zajmie  jej 
miejsce. 

Spojrzała na Nicka. Patrzył na nią pełen zdumienia. 
– Zgaduję chyba słusznie, że cierpiałaś – rzekł cicho. 
Każda kobieta utonęłaby w tych jego oczach, brązowych jeziorach współczucia. To był dla 

niej znaczący moment, kolejny krok na drodze powrotnej do świata. 

Ale oto Ianni wpadł z powrotem na taras, z zeszytem dla Demelzy. Wzięła go do ręki i 

podziwiała kształtne litery, greckie na jednej stronie i angielskie na następnej. 

– Bardzo ładnie piszesz, Ianni. Chłopiec przyjął pochwałę z zadowoleniem. 
– Tato, pójdziemy wszyscy do Giorgia? Nick spojrzał pytająco na Demelzę. 
– Bardzo chętnie – odparła z uśmiechem. Wtedy Ianni wziął ją za rękę i pociągnął. 
– No to wstawaj. 

Tawerna Giorgia emanowała ciepłem i gościnnością. Giorgio, sękaty, ogorzały mężczyzna, 

background image

zdecydowanie   po   tej   złej   stronie   pięćdziesiątki,   za   to   z   szelmowskim   uśmiechem 
dwudziestolatka, przygrywał na akordeonie i śpiewał skoczną grecką piosenkę. Na widok gości 
oczy   mu   zabłysły.   Skinął   głową   w   stronę   Nicka,   zakończył   piosenkę,   odłożył   instrument   i 
pospieszył ich przywitać. 

– Nico! – Radośnie uściskał młodszego mężczyznę, potem porwał Ianniego i podźwignął go 

do góry, trajkocząc coś po grecku. 

Ianni   roześmiał   się   i   odpowiedział   gwałtownym   potokiem   słów,   który   z   kolei   rozbawił 

Giorgia. Demelza była przekonana, że ta dyskusja ma coś wspólnego z jej obecnością. Stanęła z 
boku, nie chcąc psuć rodzinnej atmosfery. Ale Giorgio, wciąż z chłopcem na rękach, chwycił 
mocno jej dłoń. 

– Witam – rzekł radośnie. – Czego się pani napije? Przyjaciele Nica są moimi przyjaciółmi. 

Ouzo? Retsina?

– Poproszę o lemoniadę – odparła szybko. Giorgio prowadził ich tymczasem do stolika, który 

znajdował się na dużym zarośniętym winoroślą tarasie z widokiem na zatokę. 

–   Lemoniada   jest   dobra   dla   dzieci   –   zauważył,   unosząc   brwi.   –   Przyniosę   pani   butelkę 

przedniego wina. Robią je na Krecie. Będzie pani smakować. 

– Jeszcze butelkę wody, Giorgio – poprosił Nick. Siedział na starym żelaznym  krześle i 

patrzył na Demelzę. Ianni przysunął do niej swoje krzesło. Giorgio sięgnął znów po akordeon i 
zaczął   śpiewać,   a   dwaj   przystojni   kelnerzy   stawiali   na   stoliku   wino,   kieliszki   i   koszyk   z 
pieczywem. 

Demelza poczuła spokój, jakiego od lat nie dane jej było zaznać. Patrząc w dal, widziała 

słońce   chowające   się   za   wzgórza   po   przeciwległej   stronie   zatoki   i   rzucające   na   wodę 
różnokształtne cienie. Zachodzące słońce miało barwę ognistej czerwieni, a gdy już zniknęło, 
niebo płonęło jeszcze różem i oranżem. 

– Chodź, wybierzesz sobie coś do jedzenia. – Nick podniósł się i zaprowadził Demelzę do 

wnętrza tawerny. 

Kuchnia   sprawiała   wrażenie   wielkiego   chaosu.  Kobieta   w średnim   wieku,  żona   Giorgia, 

mieszała coś na wielkiej patelni. Uniosła rękę i pomachała do nich, po czym wróciła do pracy. 
Nick i Demelza przyglądali się wystawionym potrawom. 

Baranina   z   warzywami,   musaka,   kurczak   na   rozmaite   sposoby,   bakłażany,   duszona 

wołowina,   ryby,   homary,   krewetki...   Demelza   miała   nie   lada   problem   z   wyborem.   Poczuła 
zmęczenie, długo tu leciała i masa nowych wrażeń zaczęła ją przygniatać. 

– Pozwolisz, że ja zdecyduję? – spytał cicho Nick. Skinęła głową z wdzięcznością. 
– Tylko proszę coś niedużego, może... 
– Wezmę dla nas coś na spółkę – odparł. 
Kiedy jedzenie wjechało na stół, Demelza próbowała różnych greckich mięsnych  potraw 

podanych w wyjątkowo apetyczny sposób. Dodatek bakłażanów, nadziewanych liści winorośli o 
nazwie dolmados, krewetek, ryby z grilla i kurczaka pobudziły jej apetyt i wspaniale smakowały 

background image

popijane kreteńskim winem. 

– Nie miałam pojęcia, że byłam taka głodna – wyznała, odkładając widelec i opierając się 

wygodnie. 

W międzyczasie niebo pociemniało, rozświetlał je tylko sierp księżyca. Demelza widziała 

zaledwie kontury tajemniczych wzgórz, które być może odkryje dla siebie, gdy znajdzie na to 
czas w swoim nowym życiu. Czuła woń oregano, którą rozpoznała też na wzgórzu górującym 
nad jej nowym domem. Był to prawdziwy raj do życia i do pracy. 

Ianni,   przysunąwszy   się   jeszcze   bliżej,   położył   głowę   na   jej   kolanach   i   zamknął   oczy. 

Demelza odruchowo wciągnęła go na kolana, a on zasnął głębokim, spokojnym snem. 

Nick patrzył na nią z wieloznaczną miną. 
– Wezmę go – odezwał się cicho. – Kiedy żegna się na noc ze światem, jakoś dziwnie 

przybiera na wadze. 

– Nie szkodzi. 
Było to wyjątkowo oględnie powiedziane. Demelza po prostu upajała się bliskim kontaktem 

ze   śpiącym,   wtulonym   w   nią   dzieckiem.   Chłopiec   spał   mimo   postukiwania   talerzy,   gwaru 
rozmów i śmiechu gości oraz miłosnej piosenki Giorgia. 

– Lepiej  go zawiozę do łóżka – rzekł Nick. – O tej porze zwykle już śpi. – Wciąż nie 

spuszczał z niej wzroku. – Wyglądasz, jakby to nie była dla ciebie nowa sytuacja. 

Wiedziała, że Nick stara się dyskretnie wybadać, czy i ona ma dzieci. Wszyscy tak robią. 

Prędzej czy później to znienawidzone pytanie wypływa, a ona musi odpowiedzieć. 

–   Uwielbiam   dzieci   –   wyznała   powoli.   –   Spodziewałam   się   dziecka,   sześć   lat   temu. 

Poroniłam w szóstym miesiącu. 

Oddychała głęboko, jakby dopiero uczyła się sztuki oddychania. Robiła wszystko, byle tylko 

nie płakać. Minęło już tyle czasu, że nie powinno jej to sprawiać trudu. Jej bliscy już o tym 
zapomnieli, a ona wciąż myślała o tamtej stracie. Gdyby żył Simon, mieliby drugie dziecko i jej 
cierpienie odpłynęłoby na dno pamięci. 

– Przepraszam. Przeżyłaś ciężkie chwile. Ubolewanie Nicka brzmiało szczerze. Podniosła 

oczy znad śpiącego dziecka i spojrzała na niego z ufnością. 

– Czasami wydaje mi się, że nigdy się z tym nie uporam. 
Nick wyciągnął rękę przez stół i ujął jej dłoń. 
– Nigdy nie zapomnisz, ale z czasem będzie ci łatwiej żyć. Ból nie trwa wiecznie, nawet jeśli 

tak nam się zdaje. 

– Tak, ale to już sześć łat!
Przygryzła wargę. Po co zwierza się obcemu człowiekowi? Od dłuższego czasu nikomu aż 

tak nie zaufała. 

– Gdybyś miała później drugie dziecko, byłoby ci łatwiej – rzekł, wyraźnie przejęty. 
Wpatrywała   się   w   jego   ciemne,   pełne   wyrazu   oczy.   Jego   praca   wymaga   od   niego 

zrozumienia dla innych. I ją też doskonale rozumiał. To była dla niej wielka pociecha. Tak długo 

background image

trzymała swoje uczucia na uwięzi, tyle czasu udawała siłaczkę. 

– Mieszkałam z rodziną Simona, ale chwilami czułam się w tym moim cierpieniu kompletnie 

samotna – mówiła cicho. 

Nick pokiwał głową. 
–   Utrata   życiowego   partnera   jest   bardzo   bolesna.   Demelza   głośno   przełknęła.   Zaczęła 

zastanawiać się, czy matka Ianniego jeszcze żyje. 

– A ty... sam wychowujesz Ianniego? – spytała. Twarz Nicka nie zmieniła się, tylko w jego 

oczach pojawił się przelotny błysk. 

– Jego matka mieszka w Anglii. 
– Ianni się z nią widuje?
–   Czasami.   Lydia   prowadzi   bardzo   aktywne   życie.   Trudno   jej   wpasować   Ianniego   w 

terminarz. Ale w tym roku wybiera się tu na wakacje. 

– To miło. Nick uniósł brwi. 
– Mam nadzieję, że Ianniemu będzie miło. Lydia zamieszka w ośrodku, nie zniósłbym jej 

obecności w domu. Jesteśmy rozwiedzeni. 

Samopoczucie Demelzy zmieniło się jednej chwili. Nie miała żadnych zamiarów wobec tego 

przystojnego lekarza ani też wobec żadnego innego, nawet hipotetycznego mężczyzny. A jednak 
gdy dowiedziała się, że Nick jest wolny, jej zainteresowanie nim znacznie wzrosło. 

Nick wstał tymczasem, by podnieść syna z jej kolan. Jego ręce dotknęły przelotnie jej rąk. 

Były ciepłe, miały w sobie coś kojącego. Był to dotyk wrażliwego, rozumiejącego mężczyzny. 
Nick nie kazał jej wziąć się w garść i przeć do przodu. A ona, paradoksalnie, po raz pierwszy od 
lat myślała, że najwyższy czas tak właśnie postąpić. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Urządzenie i zaopatrzenie ambulatorium zaskoczyło Demelzę pozytywnie. Wszystko było 

tam nowiuteńkie. Biuro podróży nie szczędziło grosza. Nick powiedział, żeby nie wahała się 
poprosić, jeśli uzna, że coś jeszcze jest jej potrzebne. 

Rozmawiali   wczoraj   wieczorem   szeptem,   wracając   wąską   ulicą   do   starej   willi.   Była   to 

absolutnie   zawodowa   rozmowa.   Jak   gdyby   oboje   doszli   do   wniosku,   że   pierwszy   wspólny 
wieczór był zanadto intymny i postanowili to zmienić. 

Idąc do siebie na górę, Demelza  żałowała,  że nie zachowali  ciepłej  atmosfery do końca 

wieczoru. Ale z drugiej strony może tak jest lepiej. Nick jest w końcu zajęty pracą i synem, ona 
zaś... cóż, nie jest jeszcze gotowa na nic więcej prócz przyjaźni. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi 
przystojny grecki lekarz, myślała, wyglądając przez okno na plażę, która była taka gładka, jakby 
ktoś ją pozamiatał,  i  na  rażąco  niebieskie  śródziemnomorskie  niebo.  Dzieciarnia   grzebała  w 
piasku, dorośli, na wpół rozebrani, w jasnych, czasem wręcz jaskrawych wakacyjnych strojach, 
ciągnęli w stronę leżaków, na których rozłożą za chwilę ręczniki, a potem ciała. 

I ona chętnie pogrzałaby się godzinkę czy dwie, by dodać koloru swej bladej skórze. Miała 

nadzieję, że uda jej się zjeść lunch na plaży, jeżeli nie będzie akurat nic pilnego. Spojrzała na 
komputer. Uprzedzono ją, że mogą się trafić przerwy w dostawie prądu, w związku z czym 
wszystkie ważne informacje powinna dublować na dyskietkach. 

Nie   dysponowała   listą   pacjentów   i   nie   wiedziała,   czego   ma   się   spodziewać.   Turyści 

przychodzili   i   czekali   w  kolejce.   Z   poczekalni   dochodził   szum   głosów.   Nacisnęła   dzwonek, 
wzywając pierwszego pacjenta. 

– Bryony Driver – przedstawiła się wysoka, chuda kobieta koło czterdziestki. – Musiałam 

wpaść, siostro, bo czuję się po prostu koszmarnie. W środku nocy poczułam się bardzo źle. 
Wczoraj jeszcze wszystko było dobrze, ale dzisiaj!

Demelza przysunęła sobie krzesło. Wołała siedzieć obok pacjenta, pomagało to przełamać 

pierwsze lody. 

– Czy to już się kiedyś zdarzyło?
– O tak! Mój lekarz twierdzi, że to rodzaj depresji. Dał mi nawet jakieś leki, które miały 

pomóc. A ja nie chcę być do końca życia uzależniona od piguł. Myślałam, że na wakacjach 
poradzę sobie bez nich. Tutaj jest tak cudnie, powinnam przecież jakoś się pozbierać. 

– Co pani bierze? – spytała Demelza. Bryony wzruszyła ramionami, – Coś na uspokojenie. 

Lekarz zmienia mi leki. Kobieta włożyła  rękę do dużej torby na ramię. Na biurku Demelzy 
lądowały kolejno szminka, grzebień, książeczka czekowa i portmonetka. 

– No, mam. – Bryony wyjęła triumfalnie pudełko z tabletkami. – Chciałam je spuścić z wodą 

w   ubikacji,   żeby   udowodnić,   że   mogę...   –   Twarz   Bryony   ściągnęła   się,   zniknął   gdzieś   jej 

background image

zawadiacki duch. Kobieta rozszlochała się niespodzianie. – No, nie mogę o nim zapomnieć. 

– O kim? – spytała delikatnie Demelza. 
–   O   moim   dwuetatowym   mężu!   Zostawił   mi   mnóstwo   kasy   i   dom,   więc   nie   mogę   się 

skarżyć. Ale nie mogę też zapomnieć, że siedzi teraz z kimś innym. 

Demelza współczująco pokiwała głową. 
– Rozumiem. Jak długo pani tu zostanie? Bryony uniosła ramiona. 
– Chciałam całe lato. Nie mam do czego wracać. Powiedzieli mi, że mogę zatrzymać pokój, 

ile zechcę. 

Demelza zerknęła na pudełko z lekami, zapisując ich nazwę. Był to jeden z nowszych leków 

uspokajających,   pozytywnie   oceniany   przez   prasę   fachową.   Nie   miał   żadnych   skutków 
ubocznych. Przez lata spędzone na farmie Demelza starała się być na bieżąco z postępem w 
medycynie, żyła bowiem nadzieją, że któregoś dnia do niej wróci. Dzięki temu odpowiedziała na 
wszystkie pytania podczas rozmowy w sprawie pracy w Londynie. 

– Moim zdaniem powinna pani zażywać leki – powiedziała pacjentce. – Proszę je brać przez 

tydzień, a potem przyjść znowu do mnie. Jeśli będzie pani czuła taką potrzebę, proszę oczywiście 
wpaść w każdej chwili. 

Bryony uspokoiła się i uśmiechnęła. 
– Dobrze jest czasem pogadać, prawda? Często nie trzeba nic więcej, starczy wypłakać się na 

czyimś  ramieniu. Całą noc nie spałam. W ogóle nie sypiam. Mam jakieś prochy na sen, ale 
staram się od nich odzwyczaić. 

– Proszę nie brać leków nasennych z innymi środkami uspokajającymi – rzekła Demelza. – A 

jeśli będzie pani miała kłopot z zaśnięciem, proszę poczytać książkę albo przejrzeć gazetę. Może 
pani też zdrzemnąć się na plaży, byle w cieniu. 

Bryony podniosła się z krzesła. 
– Bardzo dziękuję. Jak pani na imię?
– Demelza. 
– Pięknie! Siostra Demelza. Dobrze brzmi, prawda? Wie pani, siostrzyczko, że oprócz pani 

nie mam tu nikogo znajomego. Będę niecierpliwie czekać na nasze spotkanie za tydzień. 

Kiedy   drzwi   zamknęły   się   za   pacjentką,   Demelza   pomyślała:   „Biedna   kobieta”.   I   nie 

wiedziała, co jest bardziej bolesne: śmierć męża czy jego odejście do innej. 

Cały ranek zgłaszali się pacjenci z drobnymi dolegliwościami. Dwoje z nich skarżyło się na 

nieżyt żołądka, ale ponieważ ich stan się poprawiał, Demelza nie podejrzewała, że to epidemia. 
Tego właśnie musiała najbardziej pilnować w tak dużym ośrodku wypoczynkowym, gdzie ludzie 
mają   bliski   kontakt.   Wszystkim   bez   wyjątku   przypomniała   o   konieczności   picia   wyłącznie 
butelkowanej wody. 

Zgłosiła się też pacjentka o bardzo jasnej karnacji z lekkim, uchwyconym w porę oparzeniem 

słonecznym. Demelza dała jej łagodzący krem i poleciła trzymać się w cieniu. Patrząc przez okno 
na zalaną słońcem plażę, widziała potencjalnych pacjentów na następny dzień. A przecież mają 

background image

do dyspozycji kremy ochronne. Na plaży nie brakuje także parasoli. 

Podeszła  do lodówki. Rano kupiła  dwie  bułki w miejscowej  piekarni  i  kilka  plasterków 

salami w sklepie, który mijała w drodze na plażę. Mogła teraz poszukać sobie leżaka i parasolki 
jak najbliżej brzegu. Podniosła z podłogi sportową torbę i otworzyła drzwi. 

Z plaży biegła  w jej stronę kobieta  w zapiaszczonym,  mokrym  kostiumie kąpielowym  z 

małym chłopcem na ręku. 

– Dzięki Bogu, że panią jeszcze złapałam! – wołała. – Powiedzieli mi, że gabinet jest o tej 

porze zamknięty. Harry zeskoczył ze skały i coś sobie zrobił w rękę. 

– Proszę do środka. – Demelza w jednej chwili zapomniała o słońcu. – No, Harry, pokażesz 

mi swoją rękę?

Chłopiec pojękiwał. Siedział na kolanach mamy, wybałuszając na Demelzę przestraszone 

oczy. 

– Nie zrobię ci nic złego – zapewniła go Demelza. Nie musiała go dokładnie badać, było 

oczywiste, że ma do czynienia ze złamaniem jednej z dwu kości przedramienia. O jej diagnozie 
zdecydował nienaturalny kąt, pod jakim chłopiec trzymał dłoń. Dla potwierdzenia konieczne było 
jednak prześwietlenie, a w tym  celu należało wysłać dziecko do szpitala. Zaczęła jednak od 
wyjaśnienia zdenerwowanej matce, jak się rzeczy mają, potem założyła chłopcu temblak. Wzięła 
słuchawkę i wykręciła numer szpitala, prosząc o połączenie z doktorem Capodistriasem. 

Na dźwięk jego opanowanego głosu poczuła się pewniej. 
– Nick, tu Demelza. Mam małego pacjenta, podejrzewam, że złamał kość łokciową. 
– Kierowca z ośrodka przywiezie was do szpitala. Możesz z nim przyjechać?
Nick był bardzo oficjalny, niemal szorstki. Demelza odpowiedziała mu podobnym tonem, że 

przyjadą jak najszybciej. 

Matka Harry’ego włożyła sukienkę na kostium i wyruszyły czym prędzej wąską, wijącą się 

drogą z plaży do miasta. Stavros, kierowca, pędził co najmniej tak, jakby brał udział w wyścigu 
Formuły 1. Demelza trzymała się kurczowo fotela, a on prowadził samochód jedną ręką i nucił tę 
wpadającą w ucho melodię, którą słyszała poprzedniego wieczoru w tawernie. Zerknęła w bok, 
by   zobaczyć,   jak   czuje   się   jej   mały   pacjent.   Malec   zacisnął   powieki,   wsparty   o   matkę   bez 
przerwy postękiwał. 

Podróż zabrała im ledwie kilka minut. Demelza wysiadła z wozu z wielką ulgą. 
Szpital   był   nieduży   i   nowy,   mógł   mieć   najwyżej   trzy,   cztery   lata.   Recepcjonistka 

zaprowadziła ich do małego oddziału urazowego. Demelza poznała Nicka, nim zdążył się do nich 
odwrócić od pacjenta, którym się właśnie zajmował. Podszedł do nich szybkim krokiem. Jego 
koszula była rozpięta pod szyją, za to popielate spodnie nie znały śladu zagniecenia. 

– A to pewnie nasz nowy pacjent? – zwrócił się do chłopca. – Jak ci na imię?
– Harry – odparł malec. – Poprawi mi pan rękę?
–   Spróbuję   –   rzekł   Nick,   ostrożnie   zdejmując   temblak.   –   Na   początek   zrobimy   zdjęcie, 

żebym zobaczył, co się z nią stało. 

background image

– Mama mówi, że się złamała. 
– To się da naprawić – zapewnił Nick. – Naprawiłem już mnóstwo złamanych rąk. Ile masz 

lat?

– Sześć, ale jestem duży. Wszyscy myślą, że mam siedem. 
Nick uśmiechnął się rozbawiony. 
– Tak, chyba można cię wziąć za siedmiolatka. Mam syna w twoim wieku, i chyba jest 

trochę mniejszy. 

– Jak się nazywa? – zaciekawił się Harry. 
– Ianni – odparł Nick, mierzwiąc czuprynę chłopca uspokajającym gestem. 
Przeszli na radiologię. Demelza podziwiała opanowanie Nicka. Robił swoje, nie przerywając 

rozmowy z pacjentem, dzięki czemu chłopiec przestał się bać szpitalnego otoczenia. 

– Świetny ten lekarz – szepnęła matka Harry’ego do ucha Demelzy, gdy Nick zajmował się 

aparatem rentgenowskim. – Ciekawe, gdzie nauczył się mówić tak płynnie po angielsku?

– Nie wiem – mruknęła Demelza. To jedna z otaczających tego mężczyznę tajemnic, którą 

chciała poznać. 

Przyszło jej raptem do głowy, że nabył  tę umiejętność podczas czułych  rozmów z żoną. 

Zdumiała się, że myśli o tym z taką niechęcią. Wystarczyło kilka godzin, by obdarzyła sympatią 
tego lekarza, i zdecydowanie wolała widzieć go w myślach jako człowieka bez zobowiązań. 

– Miała pani rację, siostro – rzekł Nick, podchodząc do niej ze zdjęciem. – Złamanie kości 

łokciowej. Widzi pani?

– Macie tu gipsownię? Twarz Nicka przeciął uśmiech. 
–   Wszyscy   w   tym   szpitalu   zajmują   się   dosłownie   wszystkim.   Sam   robię   zdjęcia   i   sam 

nastawiam złamania. Pomoże mi pani? Nie mam w tej chwili wolnego personelu. Przedpołudnie 
to pora powszechnego exodusu na długą przerwę. Popołudniami, jeśli nic się nie dzieje, personel 
występuje w formie szczątkowej. Na wszelki wypadek wszyscy mamy komórki. 

– Pomogę, oczywiście – zapewniła zaraz Demelza. – Proszę mi pokazać, gdzie trzymacie 

sprzęt i... 

– Tam. Mamy małą gipsownię, chociaż w tej chwili bez pracownika. 
Harry skulił się na kolanach matki. Po chwili patrzył, jak Demelza moczy bandaże w wapnie. 

Nick ostrożnie posadził chłopca na stole i fachowo nastawił mu rękę. 

– Dobrze się czujesz, Harry? Chłopiec skinął potwierdzająco głową. 
– Będę miał naprawioną rękę, jak pan ją tym owinie?
– No, nie tak szybko, niestety. Złamanie goi się jakieś pięć tygodni. Pewnie będziesz już 

wtedy w Anglii, prawda?

– Jedziemy do domu z końcem tygodnia, doktorze – odparła matka Harry’ego. 
– Nie możemy zostać, aż mi się naprawi? – spytał Harry. – Złamana ręka na pewno nie może 

latać samolotem, prawda, doktorze?

Nick zaśmiał się. 

background image

– Brawo, Harry! A co na to mama?
Mama stwierdziła, że tata Harry’ego musi wracać i zarabiać pieniądze, żeby mogli znowu za 

rok przyjechać do Grecji. 

– Poza tym twoja ręka będzie w gipsie, Harry – wtrąciła Demelza. – Gips ją ochroni w 

samolocie. 

– A ja dam ci list do twojego lekarza w domu – rzekł Nick, kończąc gipsowanie. – No,  

zrobione. Za parę tygodni ręka będzie jak nowa. Tylko nie skacz już z żadnej skały. Obiecaj. 

Harry zrobił bardzo zmartwioną minę. 
– Obiecuję... Ale mogę się trochę bawić?
– Oczywiście. Stavros zawiezie was z powrotem do ośrodka – rzekł Nick i odwrócił się do 

Demelzy. – Pani nie musi wracać, prawda? Może zechce pani obejrzeć nasz szpital przy okazji?

– Bardzo chętnie. Zabiorę tylko z samochodu torbę. 
Pospieszyła   do   auta   i   pomogła   matce   Harry’ego   posadzić   chłopca   na   tylnym   siedzeniu. 

Poprosiła też Stavrosa, żeby bardzo uważał na pacjenta. Może mógłby jechać odrobinę wolniej 
po wyboistej, kamienistej drodze?

Stavros wyszczerzył do niej zęby. 
– Nie ma sprawy, siostrzyczko. – Wrzucił bieg i wyrwał do przodu, zostawiając za sobą 

chmurę kurzu. 

Nick czekał na nią w recepcji, przeglądając karty pacjentów. Demelza podeszła do niego, 

kręcąc głową. 

– Co za diabeł siedzi w tym kierowcy? Skąd go wytrzasnęliście? Z wyścigu Monte Carlo?
Nick zaśmiał się w głos. 
– Tutaj większość młodych mężczyzn tak jeździ, on inaczej nie potrafi. Dotąd nie straciliśmy 

przez to żadnego pacjenta. 

– Bardzo pokrzepiające. 
Nick oddał karty pielęgniarce i wziął Demelzę pod łokieć, prowadząc ją w stronę korytarza. 
– Najpierw interna. Wszystkie oddziały są u nas bardzo małe w porównaniu ze szpitalami, w 

których pracowałaś. 

Ręka Nicka tak blisko jej ciała. To przyjemne. Taki uprzejmy mężczyzna, taki szarmancki. 

Wcale nie miała poczucia, że mu się narzuca czy jest dla niego ciężarem. 

– To miło, że mnie oprowadzasz – zauważyła kurtuazyjnie, gdy pchnął drzwi na oddział. – 

Bo pewnie to twoja pora na lunch. 

Posłał jej uśmiech, bardzo przypominając jej w tej chwili uroczą twarz jego syna. 
– Od razu widać, że nigdy nie mieszkałaś w Grecji. W środku dnia wszystko tu zamiera, 

życie się zatrzymuje, to pora sjesty. Mamy długą przerwę na lunch i czas na odpoczynek. No, 
chyba że, jak już wspomniałem, jest coś pilnego. 

Na internie było tylko sześć łóżek, zasłona dzieliła część męską od żeńskiej. Dwaj mężczyźni 

i kobieta siedzieli przy stoliku, jedząc lunch. Przed nimi stała butelka wina. Demelza zauważyła 

background image

też   chrupiący   bochen,   ser   feta   i   miseczkę   oliwek   i   pomidorów   pośród   innych,   równie 
apetycznych dań. 

Pielęgniarka   w  białym  płóciennym  fartuchu   siadała  właśnie  do  stołu  wraz  z  pacjentami. 

Spojrzała na Nicka z uśmiechem i powiedziała coś po grecku. 

– Pytała, czy dołączymy do nich – wyjaśnił Demelzie. 
– Powiedziałem, że musimy najpierw wszystko obejrzeć. 
– Pacjenci mają bardzo zadowolone miny – odnotowała Demelza. 
–   Czekają   na   kieliszek   wina.   Jeśli   nie   ma   przeciwwskazań,   nie   ma   powodu   im   tego 

odmawiać. 

Nick   gawędził   przyjaźnie   z   pacjentami   parę   minut.   Następnie   udał   się   z   Demelzą   na 

chirurgię.  Tam  dwu pacjentów  siedziało   przy zastawionym   stole,  a  pielęgniarka  obsługiwała 
dwoje chorych przykutych do łóżka. 

Demelza   odniosła   wrażenie,   że   ten   niewielki   szpital   otacza   dobra   aura.   Panowała   tam 

atmosfera   pełna   ciepła   i   prawdziwej   troski.   Nawet   w   małej   sali   operacyjnej   pielęgniarka 
polerowała akurat z zacięciem uchwyty szafek. 

– Ona nie ma przerwy na lunch? – spytała, kiedy wyszli na korytarz. 
–  Eleni   pójdzie   na  lunch   dopiero  wtedy,  kiedy  uzna,  że   sala  operacyjna   lśni  jak  lustro. 

Zresztą nikt u nas nie ma określonych godzin pracy. 

– Jestem naprawdę pod wrażeniem – oznajmiła Demelza. – Chyba zaczynam rozumieć, jak 

wygląda tu życie. 

Nick przystanął przed skromnym oddziałem położniczym. 
– Jeśli cię to interesuje i zechcesz spędzić ze mną popołudnie, pokażę ci moje miejsca na tej 

mojej wyspie. 

– W jego głosie słyszała dumę. 
– Twojej wyspie? – wyraziła lekkie zdziwienie. 
– Tu się urodziłem – odparł. – Przez lata musiałem mieszkać w Anglii, ale wróciłem, kiedy 

tylko nadarzyła się sposobność. Nie ma na świecie drugiego takiego miejsca jak Kopelos. 

Demelza zadałaby mu chętnie wiele pytań, nie chciała jednak na początku znajomości wydać 

się nachalna. Liczyła na to, że z czasem, powolutku, odkryje jego tajemnice. 

– Bardzo chciałabym  poznać tę wyspę – powiedziała za to. – Zresztą nie mam żadnych 

planów na popołudnie, miałam zamiar tylko byczyć się na plaży. 

– Chyba nie w tym tłumie w ośrodku? – spytał Nick. – Zabiorę cię na plażę, gdzie jedynym  

szumem   jest   szum   morza,   a   jedynym   głosem   pobekiwanie   owiec   na   wzgórzach.   –   Urwał   i 
uśmiechnął   się.   –   Dokończmy   to   zwiedzanie,   zanim   się   rozgadam   na   dobre.   Tu   mamy 
położnictwo, jak widzisz. 

W sali dwie młode mamy doglądały swoich maluchów. Nick przedstawił im Demelzę. Jedna 

z matek skończyła właśnie karmić dziecko i zawijała je w biały kokon pieluszki. 

– Śliczne maleństwo – zauważyła Demelza. 

background image

– Proszę, niech pani potrzyma – powiedziała matka, podając jej zawiniątko. 
Przytulając biały tłumoczek, Demelza poczuła ten trudny do opisania zapach, który mają 

wszystkie niemowlaki, świeżo upudrowane i przebrane. Jej gardło zacisnęło się, gdy patrzyła na 
maleńkie różowe usteczka, policzki z dołeczkami, ciemne, długie firanki rzęs. Gdyby przyszło jej 
znowu   pracować   z   dziećmi,   musiałaby   uzbroić   się   w   zawodowy   dystans,   żeby   jej   bolesne 
doświadczenia nie odbiły się na pracy. Może z czasem okaże się to łatwiejsze, ale w tej chwili... 

Zmusiła się do uśmiechu i oddała niemowlę matce. Ma przed sobą całe życie wypełnione 

cudzymi dziećmi. 

Podjęła postanowienie, że będzie sobie z tym radzić lepiej niż obecnie. 
Gdy mieszkała jeszcze na farmie, z całą premedytacją zabroniła sobie marzyć o kolejnym 

dziecku.  Zresztą   nowy związek   wydawał  jej   się wówczas  niemożliwy.   Pełne  miłości   chwile 
należały do przeszłości. Ale trzeba iść dalej, mimo wszystko. Dopiero wyruszyła w tę drogę, lecz 
już nabrała pewności, że przyjazd na Kopelos był krokiem w dobrą stronę. 

Otrząsnęła się z tych  myśli.  Nie ulega wątpliwości, że jej nowa droga będzie wymagała 

częstych kontaktów z personelem szpitala, powinna zatem poznać go możliwie najlepiej. 

–   Jesteśmy   w   stanie   poradzić   sobie   z   większością   mniej   skomplikowanych   przypadków 

internistycznych,   chirurgicznych,   położniczych,   ginekologicznych   i   ortopedycznych   –   mówił 
Nick, eskortując ją do wyjścia. – Przypadki wykraczające poza nasze kompetencje odsyłamy do 
Aten albo na Rodos. – Kroczył przed nią przez niewielki parking przed szpitalem. – To mój 
samochód. Jak widzisz, stoi pod największym drzewem, które daje najgłębszy cień. Ale i tak w 
środku będzie nie do wytrzymania, póki nie zadziała klimatyzacja. 

Otworzył drzwi, Demelza zajęła miejsce obok kierowcy. Rozpalona skóra fotela piekła ją 

przez cienką bawełnianą sukienkę. Postawiła torbę przy nogach. 

Wyjechali z miasta na wąską drogę wijącą się wokół wzgórza. 
– Kiedy byłem mały, była tu tylko ścieżka dla osłów – informował ją Nick, zmieniając bieg. 

– Matka wysyłała mnie po zioła, a ja zabierałem ze sobą paru kumpli i zapominaliśmy o Bożym 
świecie. Zdarzało się, że zapominaliśmy też nazrywać ziół! Miałem wtedy jakieś pięć, sześć lat. 
W Anglii nie mogłem się nadziwić, że dzieciom nie wolno biegać swobodnie jak nam kiedyś. 

– Dlaczego wyjechałeś do Anglii? Nick westchnął głęboko. 
– To długa historia. 
Demelza zerknęła na niego kątem oka. Spojrzenie Nicka było chłodne, jakby dawał jej do 

zrozumienia, że brak mu ochoty do rozmowy na ten temat. Jego opuszczone ramiona zdradzały 
jakiś smutek. Patrzył przed siebie na ciasną drogę i nie miał już w sobie tej niefrasobliwości 
sprzed paru zaledwie minut. 

Demelza oparła się o fotel, chłodne powietrze z klimatyzatora studziło też jej emocje. Na 

zewnątrz pewny siebie, Nick był w gruncie rzeczy bezbronny. Kochał życie na tej wyspie, któż 
zresztą   by   go   nie   kochał?   Przenosiny   do   chłodnej   Anglii   musiały   być   dla   niego   przykrym 
doświadczeniem. Demelza domyślała się tylko, że powodem wyjazdu mógł być rodzinny kryzys. 

background image

Sądząc po jego śródziemnomorskiej urodzie i temperamencie, był stuprocentowym Grekiem. 

Może jednak jego matka pochodziła z Anglii? Demelza nie chciała być wścibska. Wiedziała, że 
Nick sam uzupełni jej wiedzę, gdy uzna to za stosowne. Intrygował ją swoją osobowością i 
ukrytymi sekretami. Dawno już nie interesowała się tak żadnym mężczyzną. 

Od śmierci Simona żyła jak zakonnica. Mężczyźni dla niej nie istnieli. 
– Tam jest zatoka, do której jedziemy. – Nick wyciągnął rękę. 
Demelza zerknęła na niego. Białe zęby błysnęły na tle oliwkowej twarzy. Samochód zjechał 

z drogi asfaltowej na brukowaną. Demelza trzymała się siedzenia, zadowolona, że jest przypięta 
pasem, kiedy Nick omijał dziury na drodze. 

– W zimie spadło dużo deszczu. Minie jeszcze pewnie kilka tygodni, nim ktoś tu dotrze i 

naprawi   tę   część   drogi.   Mało   osób   z   niej   korzysta,   więc   nikt   nie   będzie   się   spieszył. 
Rozmawiałem o tym z burmistrzem Kopelos. Uśmiechnął się tylko, rozłożył ręce i powiedział: 
Avrio.

– To znaczy?
– Jutro! Nieraz to tu usłyszysz. Taka tu panuje filozofia, że większość spraw może poczekać 

do jutra. Dzięki temu żyje się spokojnie, i temu też zawdzięczamy dziurawe drogi. 

Demelza wyjrzała przez okno i zadrżała. Niemal tuż za szybą pobocze spadało ostro w dół. 

Nick poklepał jej dłoń. 

– Nie bój się. Nie pierwszy raz tędy jadę. 
Zabrał rękę i położył ją znów na kierownicy. Demelza poczuła natychmiast jakiś brak, choć 

równocześnie ulgę. Przeniosła spojrzenie za okno, starając się podziwiać widoki bez lęku. Jodły 
pięły się na zboczach, a w dolinie pojawił się ślad wody, tak cenny skarb na tej wyspie. Była to 
niewielka rzeczka, która płynęła do błękitnej zatoki. 

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił Nick. – W każdym razie najgorsze za nami. 
Droga otworzyła się na szeroką piaszczystą połać graniczącą z morzem. 
– Zostawimy tu samochód i dalej pójdziemy piechotą. Za dużo tu skał, żeby ryzykować. 

Wezmę tylko jedzenie z bagażnika. Chcesz się tu przebrać?

Demelza skinęła głową, zażenowana. Miała włożyć bikini i zdjąć sukienkę, ale... 
– Zabiorę to na plażę, a ty przyjdź, jak będziesz gotowa – rzekł Nick. 
No i po kłopocie! Wysiadła i poczuła uderzenie gorąca. Jest dopiero maj, to jak wyglądają tu 

prawdziwe letnie miesiące?!

Stanęła za samochodem i przebrała się w pośpiechu w swoje nowe białe bikini, które było 

tylko o ton bielsze od jej skóry. Wyjęła z torby krem z blokerem i wtarła go w skórę. Ma przed  
sobą sześć miesięcy i wiele okazji, żeby się opalić. 

Rozejrzała się. Nick zniknął za drzewami. Wzięła torbę i szybkim  krokiem ruszyła  jego 

śladem. Jej podniecenie rosło. Wszystko jest tu niezwykłe – znajduje się daleko od Anglii, na 
pustej plaży z przystojnym nieznajomym. Odniosła wrażenie, że od chwili przyjazdu na Kopelos 
zrzuciła z siebie dziesięć lat. 

background image

Zobaczyła go, gdy pokonała niewielką wydmę na skraju plaży. Rozkładał właśnie koc na 

piasku.   Zdążył   przebrać   się   w   spodenki   do   pływania,   a   ją   na   ten   widok   przeszył   dawno 
zapomniany dreszcz. Nie było to właściwie podniecenie, a może? Jeśli nie podniecenie, to coś 
równie niebezpiecznego. 

Nick podniósł głowę i pomachał do niej. Demelza nabrała głęboko powietrza. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Ruszył   w   jej   stronę.   Już   chciał   odebrać   od   niej   torbę,   gdy   zatrzymał   się   i   omiótł   ją 

zagadkowym spojrzeniem. 

– W taki upał nie wolno się spieszyć. 
Jej kłopoty z oddychaniem nie miały nic wspólnego z pośpiechem! Nie pamiętała już, kiedy 

ostatnio widziała tak przystojnego faceta w tak skąpym stroju, i to z tak bliska. Trzeba przyznać, 
że sprawiło jej to przyjemność. 

Odpychała te myśli, ale one powracały. W końcu stwierdziła, że to efekt jej przebudzenia do 

życia, i że będzie musiała jakoś się z tym uporać. 

–   Radzę,   żebyśmy   popływali   przed   lunchem.   Pływanie   z   pełnym   żołądkiem   nie   jest 

wskazane – zauważył Nick, kładąc torbę Demelzy na piasku obok koca. 

– Mam tylko bułki i salami – wyjaśniła. – Nie spodziewałam się, że wybiorę się na piknik. 
Nick uśmiechnął się. 
– Moich zapasów starczyłoby dla całej armii. Kiedy rano wyjeżdżam z wioski, spotykam tylu 

znajomych i krewnych przekonanych o tym, że głoduję, że nauczyłem się już zabierać dodatkowe 
torby, aby pomieścić ich hojne dary. Ianni codziennie idzie do szkoły obładowany domowym 
ciastem, którym częstuje kolegów. A ja zwykle dzielę się z personelem w szpitalu. I jak łatwo 
zgadnąć, jesteśmy z Iannim bardzo popularni. 

Szli   w   stronę   rozświetlonego   niebieskiego   morza.   Piasek   parzył   stopy.   Kilka   ostatnich 

kroków do wody Demelza pokonała biegiem. Nick puścił się naprzód rozbawiony. 

– Jak byłem mały, lubiłem biegać boso i mam teraz podeszwy jak ze stali. 
Z ulgą dotknęła stopami wody. 
– Całkiem chłodna, aż dziw! – zawołała,  zanurzając się. – Zawsze myślałam,  że Morze 

Śródziemne jest ciepłe. 

– Dopiero późnym latem. Większość Greków uważa, że do sierpnia woda jest za zimna, żeby 

pływać. Ale ja jestem w połowie Anglikiem, wiec pływam razem z turystami już wiosną. 

– Więc jesteś w połowie Anglikiem? – podchwyciła. Teraz nie miała poczucia, że wściubia 

nos w nie swoje sprawy, skoro to wyszło od Nicka. 

Brnęli coraz głębiej, ale mocno zasolone Morze Śródziemne było tak pełne życia, że trudno 

im było utrzymać równowagę. Nick przysunął się do Demelzy na ryle blisko, że dotykał niemal 
jej białej skóry swoim ogorzałym ramieniem. 

–   Tak,   moja   matka   jest   Angielką.   Przyjechała   tu   jako   młoda   studentka,   zakochała   się 

najpierw w tej wyspie, a potem w moim ojcu. Nie wiem, która z tych miłości była silniejsza. 
Wyjazd  złamał  matce  serce, mnie  też zresztą,  ale byłem  wtedy mały,  a dziecku  łatwiej  jest 
dostosować się do nowych warunków. 

background image

–   Czemu   musieliście   wyjechać?   –   spytała,   kładąc   się  na   plecy  z   zamkniętymi   oczami   i 

unosząc się na falach. 

Zdawało   jej   się,   że   leży   na   wodnym   materacu.   Drobne   ryby   smyrgały   wokół   jej   stóp. 

Rozłożyła ręce na boki, palcami leniwie głaskała powierzchnię wody. Słońce kładło się na jej 
twarzy   rozkosznym   ciepłem.   Wokół   panowała   absolutna   cisza,   przerywana   co   najwyżej 
beczeniem   owcy   na   wzgórzu   albo   lekkim   pluskiem   wody,   kiedy   ona   lub   Nick   wykonywali 
leniwe ruchy. 

Słyszała,  jak Nick wciąga powietrze.  Nie odpowiadał jej przez kilka chwil,  by wreszcie 

odezwać się cichym, pozbawionym emocji głosem. 

–   Moja   matka   musiała   wrócić   do   Anglii...   z   powodów   zdrowotnych.   Musiałem   jej 

towarzyszyć. To długa historia. No, dosyć tego pływania, umieram z głodu!

Demelza usłyszała rozmyślną zmianę w tonie jego głosu. Nick coś przed nią ukrywa, a ona 

nie miała ochoty usłyszeć niczego, co zepsułoby tę rajską atmosferę. 

– Ja też – rzuciła szybko. – Ścigamy się?
Ruszył naprzód kraulem i przemknął koło niej. Czekał na nią na piasku. Wyciągnął obie ręce, 

kiedy wyszła z wody. Było całkiem naturalne, że je chwyciła. Spojrzała mu w oczy i przeszył ją 
dreszcz. 

– Zmarzłaś – zmartwił się. – Chodź, wytrzyj się. Nie było jej wcale zimno. To jego ręce 

wywołały ten raptowny dreszcz. Wzięła ręcznik i udała się za drzewo, żeby zdjąć mokry kostium. 
Przebrała się w drugie bikini, tym razem czarne, które przymierzała w sklepie tylko raz. Góra 
była dość śmiała, nie zostawiała wiele wyobraźni. Sprzedawczyni zapewniała ją, że to się właśnie 
nosi na śródziemnomorskich plażach. 

Demelza czuła się jednak skrępowana, długo wahała się przed dokonaniem zakupu. Wyszła 

ze sklepu z dwoma  kostiumami  bikini i przekonaniem,  że wydała  kolosalną sumę  na cztery 
miniaturowe skrawki materiału. 

Zasłoniła oczy. Nick stał w samym słońcu, wycierając się ręcznikiem i zmieniając spodenki. 

Czym prędzej odwróciła wzrok. Już i tak miała puls jak po szybkim biegu. Suche spodenki Nicka 
były czarne, tak jak poprzednie. Demelza wychynęła zza drzew z taką miną, jakby lunch na plaży 
z nieznajomym przystojniakiem był dla niej nudną codziennością. 

– Wina? – spytał Nick, otwierając butelkę. 
– Bardzo chętnie. 
Siadłszy na kocu, uśmiechnęła się z wdzięcznością i wzięła od Nicka kieliszek. Zamoczyła 

usta w winie. Było orzeźwiające. Wsparła się na łokciu i z wolna je sączyła. 

– Widzę,  że  przyzwyczajasz  się  do naszego  życia?  Skinęła  głową i  wypiła  kolejny łyk, 

grzebiąc w piasku palcami stóp. 

–   Wczoraj   wieczorem   byłaś   zdenerwowana   –   rzekł   Nick.   –   Nie   byłem   pewny,   czy 

zaaklimatyzujesz się w miejscu, gdzie nikt się nie spieszy, ale teraz... 

Usiadła prosto, żeby lepiej widzieć jego oczy. 

background image

–   Mnóstwo   czasu   spędziłam   w   chłodzie   i   trudno   mi   uwierzyć...   –   Urwała,   szukając 

właściwych słów. – Trudno mi nawiązać kontakt z ludźmi, a zwłaszcza z mężczyznami. 

– Aha! Więc o to chodzi. – Zmrużył oczy. – Miałaś jakieś złe doświadczenia?
– Nie, nie! Przeciwnie, kochałam... za bardzo... ale jednego mężczyznę, i teraz... 
Nick nachylił się. 
– Miłość to skarb, prawda? Kiedy odchodzi, trudno ją zastąpić. 
Mówił głosem nabrzmiałym od emocji. Demelza przełknęła ślinę i patrzyła, jak Nick kładzie 

się na kocu. Przez moment miała wrażenie, że chce ją pocałować. Była to miła perspektywa. 
Czuła,   że   sprawiłoby   jej   to   wielką   przyjemność.   Ale   zaraz   potem   doszła   do   wniosku,   że 
przeceniła   jego   intencje.   Był   dobrze   wychowany,   więc   i   ją   traktował   uprzejmie   i   po 
przyjacielsku. 

Nick nie miał pojęcia, że wywołał w niej takie myśli. Uniósł się i zaczął rozpakowywać 

swoje torby. 

– Koniecznie spróbuj placka ze szpinakiem. Anna robi najlepszą spanokopitę na tej wyspie. 
– Anna? – Demelza wgryzła się w miękkie ciasto. – Rzeczywiście pycha. A kim jest Anna?
– To moja ciotka, siostra mojego ojca. Jest żoną Giorgia, właściciela tawerny. Widziałaś ją 

wczoraj w kuchni. Była zajęta, więc was sobie nie przedstawiłem. No i nie wiedziałem, czy masz 
ochotę ją poznać. 

Demelza wytarła z warg okruszki papierową serwetką. 
– Myślisz, że teraz znamy się już na tyle, że możesz mnie jej przedstawić?
Spojrzał na nią z dziwnym, niejasnym uśmiechem. 
–   Myślę,   że   prawdziwa   Demelza   wciąż   chowa   się   za   żelazną   kurtyną.   Ale   chyba 

dowiedziałem się o tobie co nieco. Może coś dorzucisz, żebym miał pełniejszy obraz?

Czy ona coś ukrywa? Pewnie tak, a jednak uwaga Nicka zaskoczyła ją. Wypiła łyk wina i 

wsparła się na łokciach. Jodły, pod którymi urządzili sobie piknik, rzucały cudowny cień. Morze 
roziskrzone słońcem zapierało dech. 

– Tak dawno już nie myślałam o sobie jako o kimś wolnym, niezależnym, że czasem sama 

zastanawiam   się,   kim   jestem.   Od   śmierci   Simona   opiekowałam   się   innymi.   Byłam   tak 
sparaliżowana bólem, że nie miałam odwagi zobaczyć, co się ze mną dzieje. 

– A co się działo? – spytał cicho. Demelza wzięła głęboki oddech. 
– Tego dnia, kiedy Simon zginął, chciałam umrzeć. 
– Zginął?
Zaskoczony i współczujący głos Nicka dał jej siłę, by zmierzyć się z lękiem i mówić o tym 

strasznym  dniu,   który  kompletnie   odmienił  jej  życie.  Nigdy dotąd   nie   wypowiedziała   słowa 
„zginął”, ale takie były fakty. Dla niej to był szok. 

–   To   się   zdarzyło   cztery   miesiące   po   naszym   ślubie.   Byłam   w   trzecim   miesiącu   ciąży. 

Byliśmy bardzo szczęśliwi, marzyliśmy o dużej rodzinie, i nasze życzenia zaczęły się spełniać. – 
Demelza odchrząknęła. Czuła, że to ważne, by przekazać Nickowi całą historię, nie tylko jej 

background image

skrót   czy   fragmenty,   do   których   się   zwykle   ograniczała,   zmuszona   do   powrotu   do   tamtych 
wydarzeń.   –   Ostatni   dzień   Simona   rozpoczął   się   jak   każdy   inny.   Wstał   wcześnie   i   poszedł 
nadzorować dojenie z dwoma pracownikami. Potem zwykle wracał na śniadanie, siadaliśmy do 
stołu i planowaliśmy dzień. – Urwała na chwilę. – Nie wiem, czemu mówię ci to wszystko. To 
cię nie dotyczy... 

– Ale bardzo mnie obchodzi. 
Jego głos po raz drugi dał jej pewność siebie. Patrząc w jego ciemne, pełne wyrazu oczy, 

wiedziała, że znalazła prawdziwego przyjaciela. 

– Nie spiesz się, Demelzo. Dobrze ci zrobi ten powrót do przeszłości. Może cię uwolnić od 

smutku. 

Skinęła  głową. Nick mówił  jak doświadczony lekarz,  przyzwyczajony do wysłuchiwania 

pacjentów. A poza tym, czuła podświadomie, że to pierwszy mężczyzna od śmierci jej męża, 
któremu może zaufać. 

– Poszłam wziąć prysznic. Potem zeszłam na dół przygotować śniadanie. Wyjmowałam z 

kredensu pudełko z jajkami, kiedy usłyszałam potworny krzyk od strony obory. Wyjrzałam przez 
okno i zobaczyłam... Ręce odmówiły mi posłuszeństwa i pudełko z jajkami spadło na podłogę... – 
Demelza schowała twarz w dłoniach. Nie chciała, żeby Nick widział jej łzy, nad którymi nie 
potrafiła zapanować. Nick przysuną) się do niej, zdjął delikatnie jej ręce z twarzy i otarł łzy 
chusteczką. 

– Nie bój się płaczu. Za długo dusiłaś w sobie tę bolesną pamięć. – Zamilkł na chwilę, po 

czym spytał: – Co zobaczyłaś?

Demelza wsparła się na jego ramieniu. 
– Zobaczyłam Simona. Leżał na ziemi, częściowo pod traktorem, którym najechał go nasz 

najmłodszy pracownik. Wybiegłam z domu. Przyklękłam przy nim. Nie żył już. Próbowałam coś 
zrobić,   chociaż   wiedziałam,   że   to   beznadziejne.   Nie   chciałam   się   poddać,   aż   przyjechała 
karetka... – Nie mogła mówić dalej. 

Nick objął ją i przytulił. 
– Płacz, ile tylko chcesz – powiedział. – Wypłacz się. Musisz się pozbyć tego bólu. 
Jej szloch wygasał powoli. Po raz pierwszy od sześciu lat poczuła coś w rodzaju spokoju. 
Odsunęła się, by spojrzeć w oczy Nicka. 
– Dziękuję – szepnęła. – Dziękuję, że mnie wysłuchałeś, dziękuję za współczucie. Chyba 

zobaczyłam jakieś światełko w tym mrocznym tunelu. 

– Mam nadzieję. I wydaje mi się, że dostrzegłem przebłysk prawdziwej Demelzy. Kobiety za 

maską. Miałaś przy sobie jakąś rodzinę, która by cię wsparła?

– Moi rodzice zmarli kilka lat przed tym wypadkiem. Wybrali się na wycieczkę i autokar, 

którym jechali, rozbił się. – Nabrała znowu powietrza. – Rodzina Simona błagała mnie, żebym z 
nimi została. Jego rodzice twierdzili, że beze mnie nie dadzą sobie rady. To zresztą prawda. We 
wszystkim na mnie polegali. Prowadziłam całą farmę i nie wiedziałam, jak się z tego wyplątać. 

background image

Nie chcę, żeby to zabrzmiało melodramatycznie, ale czasem odbierałam to jak dożywotni wyrok. 
Matka Simona szantażowała mnie emocjonalnie, bałam się, że już sobie z niczym nie poradzę. 

– Mówiłaś, że byłaś w trzecim miesiącu ciąży, kiedy zginął Simon?
– Straciłam dziecko w szóstym miesiącu – wyjaśniła rzeczowym tonem, który przywoływała, 

ilekroć mówiła o swoim poronieniu. – To był chłopiec, jedyne, co trzymało mnie przy życiu po 
odejściu Simona. Kiedy i jego zabrakło, żyłam z dnia na dzień. Ale w zeszłym roku brat Simona 
ożenił się i jego żona zamieszkała z nim na farmie. 

– A ty zobaczyłaś przed sobą wolność? Demelza zmusiła się do uśmiechu. 
– Zobaczyłam drogę ucieczki i skorzystałam z niej. Co Nick pomyśli sobie o jej łzach? Ale w 

końcu   sam   zachęcał   ją,   żeby   się   przed   nim   otworzyła.   Poczuła   się   o   wiele   lepiej.   Nabrała 
przekonania, że Nick będzie dobrym przyjacielem. 

A   może   nawet   więcej?   Nie   mogła   ukrywać,   że   Nick   podoba   jej   się.   Była   szczerze, 

prawdziwie   nim   zauroczona.   Co   zrobi,   jeśli   ich   relacja   pogłębi   się?   Ma   przecież   tak   małe 
doświadczenie z mężczyznami. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że jest w tym względzie 
nowicjuszką. W tym kontekście myśl o bliskim związku z Nickiem była jej wyjątkowo miła, a 
równocześnie rodziła w niej obawę. 

– Gdzie studiowałeś medycynę? – spytała, zmieniając temat. 
Nick obrócił ku niej twarz. 
– W Londynie, praktykowałem w szpitalu St Celinę. 
– I wolisz pracować tutaj? Uśmiechnął się. 
– A ty nie? Czy można w ogóle porównywać ponure londyńskie ulice do tej słonecznej 

wyspy?

Przesunęła się na skraj koca i oparła o rozgrzaną skałę. 
– Masz absolutną rację. Nie ma porównania. 
– Prawie nic nie zjadłaś. Łap! – Wziął do ręki dużego, soczystego pomidora i rzucił do niej. 
Chwyciła go roześmiana. 
–   Musisz   koniecznie   spróbować   serowych   placków,   które   zrobiła   Anna.   Nazywamy   je 

theropita. 

– Theropita – powtórzyła uważnie. – Przywiozłam samouczek do greckiego, ale nie miałam 

czasu do niego zajrzeć. 

– Mogę cię uczyć – zaoferował się Nick. 
– Dziękuję – odparła, wiedząc, że każda sposobność kontaktu z Nickiem będzie jej miła. 
Wtem w stosie ubrań rozległo się brzęczenie.  Nick wyjął  telefon komórkowy z kieszeni 

spodni. 

Słuchał z powagą i skupieniem, potem mówił po grecku, bardzo szybko. Przerwał połączenie 

i gwałtownie się podniósł. 

– To siostra Krisanthe. Przyjęła młodą kobietę w trzydziestym piątym tygodniu ciąży. Zdaje 

się, że zaczęła rodzić kilka godzin temu i w ogóle nie zorientowała się, co się dzieje. Siostra 

background image

uważa, że ze względu na bezpieczeństwo dziecka może być konieczne cesarskie cięcie. 

Wyrzucając błyskawicznie słowa, wciągał spodnie. Demelza zerwała się na nogi i zaczęła 

ubierać. 

– Masz personel, żeby zrobić cesarkę? – spytała, zapinając sukienkę. Biegli już przez piach. 

Nick wyprzedzał ją – każdy jego krok równał się jej dwu krokom. 

– Prosiłem Krisanthe, żeby skontaktowała się pilnie z naszym anestezjologiem. Jeśli trzeba, 

sam zrobię operację. A może uda się przyjąć dziecko normalnie. 

– Ale skoro już ma problemy, to im szybciej je wyjmiemy, tym lepiej – stwierdziła Demelza 

zadyszana, wdrapując się do wnętrza landrovera. 

– Tak, jasne – odparł Nick z cieniem irytacji. 
Nie był to już przyjacielski kompan, jego miejsce zajął skupiony na swoim zadaniu lekarz. 

Demelza doszła do wniosku, że powinna hamować swoje uwagi. 

Nick ściskał mocno kierownicę, kiedy samochód wspinał się na wzgórze. Demelza starała się 

nie myśleć o urwistym zboczu sąsiadującym z wyboistą drogą. Patrzyła przed siebie. 

– Rozumiem, że masz jakieś doświadczenie w położnictwie? – spytał Nick zdenerwowany. 
– Tak. Przez pewien czas pracowałam w sali operacyjnej na położnictwie. 
– Będziesz mi asystować? Moja pielęgniarka jest chora, nie chcę jej ściągać, dopóki całkiem 

nie wydobrzeje. 

– Tak. – Demelza miała doświadczenie, a mimo to trochę się bała. Przekonywała się zatem w 

duchu, że jej teoretyczna i praktyczna wiedza nie ulotniły się przecież bez śladu. Że nie traci się 
tych umiejętności, jeśli praktykowało się je przez lata. 

– Świetnie! – Nick posłał jej radosny uśmiech, a ona zaczynała się cieszyć, że po długiej 

przerwie staje przed wyzwaniem. 

Młoda pielęgniarka oczekiwała ich w recepcji. Na ich widok wyraźnie odetchnęła. 
– Szybko, doktorze!
Ruszyli przed siebie korytarzem. Siostra Krisanthe pochylała się nad pacjentką, wycierała jej 

czoło wilgotną chusteczką. Młody ojciec siedział przy łóżku, trzymając żonę za rękę. Podniósł 
wzrok na Nicka i wyrzucił z siebie potok słów. 

– Michaelis mówi, że Katia zaczęła odczuwać bóle w środku nocy, ale nie wiedziała, że 

zaczyna się poród – tłumaczył Demelzie Nick, kiedy myli ręce przed badaniem. 

Demelza  z przerażeniem  zobaczyła,  że rozwarcie jest bardzo niewielkie,  nie  mogli  więc 

przyjąć  dziecka  na świat  naturalną  drogą. W międzyczasie,  zerkając na obraz na monitorze, 
widziała, że dziecko zaczyna mieć problemy z oddychaniem. 

– Zabieram Katię do operacyjnej – oznajmił Nick. Dołączył do nich niski mężczyzna. 
– To doktor Patruis, nasz anestezjolog – przedstawił Nick. Zamienił z lekarzem kilka słów, 

po czym wyjaśnił młodej matce i jej przejętemu mężowi, co ją czeka. 

Zabrakło   nawet   czasu   na   rutynowe   czynności   przedoperacyjne.   Pacjentka   została 

niezwłocznie przewieziona na małą salę operacyjną i uśpiona. 

background image

Stojąca po drugiej stronie stołu operacyjnego Demelza czuła, że wraca jej siła i pewność 

siebie. Przekonała się, że zachowała swe umiejętności. Podała Nickowi skalpel. 

Za   każdym   razem   wzbudzało   to   w   niej   podobne   poruszenie.   Widok   nowo   narodzonego 

dziecka, uratowanego przez cesarskie cięcie, wydawał jej się cudem. Bez ich interwencji dziecko 
nie miało wiele szans na przeżycie. 

– Dziewczynka – ogłosił Nick. Jego oczy śmiały się nad maską chirurgiczną, kiedy przecinał 

pępowinę. 

Demelza   spojrzała   na   niego.   Była   szczęśliwa.   Jednocześnie   myśl   o   własnym   dziecku 

wywołała przelotne ukłucie bólu. Ale zaraz przypomniała sobie, że jest w pracy, a to nie miejsce 
na użalanie się nad sobą. 

– Płuca ma w porządku – oznajmiła, odebrawszy malucha, który krzyknął gromko. Położyła 

dziecko na stole, wytarła delikatnie pomarszczone ciałko i zawinęła w sterylną pieluszkę. Kiedy 
Nick skończył operację, przyszedł sam sprawdzić serce i płuca małej. 

– Nie widzę komplikacji. Mieliśmy dużo szczęścia. Zdaje się, że Katii pomyliły się daty. 

Wydawało jej się, że to trzydziesty piąty tydzień ciąży, ale moim zdaniem było już dużo bliżej 
rozwiązania. Ile waży mała?

– Trzy i pół kilograma. Nieźle jak na wcześniaka. 
– No to powiem, że na sto procent urodziło się w terminie – stwierdził Nick z uśmiechem i 

zniżył głos. – Pamiętam ślub Katii i Michaelisa. To było jakieś pół roku temu. Od tamtej pory 
odnosiłem wrażenie, że Katia mnie unika. Tutaj takie rzeczy wciąż mają znaczenie. Szkoda tylko, 
że ryzykowała życiem dziecka. Katia i Michaelis mają po siedemnaście lat, są wciąż pod kontrolą 
rodziców. Będę chyba  musiał  troszkę nakłamać  i powiedzieć  matce  Katii,  że urodziła  przed 
czasem. 

Demelzę to rozbawiło. 
– Naprawdę chcesz tak zrobić?
– Jeśli małe kłamstwo uszczęśliwi rodzinę, chętnie przyłączę się do spisku, chociaż wiem, że 

babcia będzie miała własną hipotezę, kiedy zobaczy to duże dziecko z jej pięknymi czarnymi 
włosami i długimi paznokciami. 

– Widzę, że muszę się jeszcze dużo nauczyć o tutejszych zwyczajach. 
– Masz na to mnóstwo czasu – odparł, patrząc, jak Demelza ubiera maleństwo w bawełnianą 

koszulkę. 

– Tylko sześć miesięcy – powiedziała wolno, biorąc dziewczynkę w ramiona. Ciepło tego 

nowo narodzonego cudu wywołało ucisk w jej gardle. Przełknęła szybko. Nie wolno oglądać się 
za siebie. Liczy się przyszłość. 

– Zapomniałem. To nowa inicjatywa i biuro podróży chce się przekonać, czy gabinet w 

ośrodku w ogóle ma sens. Zresztą zimą ośrodek i tak jest zamknięty. Bardzo dziękuję za pomoc. 
Bądź tak dobra i odprowadź mamę i dziecko na oddział. Zajrzę do nich za chwilę, teraz muszę 
zrobić obchód. 

background image

Demelza wciąż trzymała dziecko przy piersi. Nick wyszedł z sali operacyjnej. Znów stali się 

kolegami z pracy, a jej wcale się to nie podobało. Z perspektywy sali operacyjnej piknik na 
bezludnej plaży wydawał się po prostu snem. 

Stojąc przed szpitalem jakiś czas później, Demelza nie potrafiła zrobić kroku. Zupełnie jakby 

ją zamurowało. Była już wolna, lecz nie umiała odejść. Miała przed sobą długi wieczór, czuła się 
zagubiona.   Słońce   zniżało   się,   mieszkańcy   wyspy   szykowali   się   do   wieczornych   spotkań 
towarzyskich. Po drugiej stronie drogi, naprzeciwko szpitala, grupka starych mężczyzn zasiadła 
przy   stole,   prowadząc   żywą   dyskusję   przy   wsparciu   ouzo.   Demelza   pomyślała,   że   powinna 
poszukać sobie towarzystwa, poznać nowych ludzi, dowiedzieć się czegoś o kulturze tej wyspy. 
Zdezorientowana czuła, że musi się pozbierać. Po euforii z powodu udanego cesarskiego cięcia 
ogarnęło ją przygnębienie. 

W głębi serca wiedziała, że chodzi o coś więcej. Od południa nie rozstawała się z Nickiem, 

który zaraził ją swoim entuzjazmem, rozbudził w niej chęć do życia. Rozeszli się niecałą godzinę 
temu, a w niej już odezwała się tęsknota. 

Tak, jest dla niego tylko parą pomocnych rąk, po co się oszukiwać. Nie powinna brać go zbyt 

serio. Ale to właśnie on w procesie jej przebudzenia  był  pierwszym  mężczyzną,  którym  się 
zainteresowała. Miała świadomość, że musi się dużo nauczyć, by nie dać się ponieść emocjom i 
nie wypaść za burtę. 

Od   wioski   dzieliło   ją   najwyżej   półtora   kilometra.   Spacer   może   mi   tylko   dobrze   zrobić, 

myślała, dać szansę otrząśnięcia się z posępnych myśli. Ruszyła zatem i z każdą chwilą czuła, że 
wraca  jej  dobry nastrój. Trudno zresztą  tkwić  w smutku,  gdy wdycha  się wibrującą życiem 
atmosferę Kopelos. Minęła dwie tawerny, gdzie życie towarzyskie już się rozwijało. Dźwięki 
greckiej muzyki towarzyszyły jej w drodze. 

Nagle jakiś pojazd zatrzymał się tuż za nią z piskiem opon. Demelza skoczyła na pobocze. 
– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – Nick otworzył drzwi samochodu. – Mogę cię 

podwieźć?

Zawahała się. Przyznała się już przed sobą do niejasnych uczuć wobec Nicka, bezpieczniej 

zatem było wybrać spacer. Ale wówczas Nick głowiłby się, dlaczego odrzuciła jego zaproszenie. 

– Dzięki. – Wsiadła do landrovera. – To bardzo przyjemny spacer, swoją drogą. 
– Nie wątpię, ale chciałem z tobą porozmawiać. Liczyłem, że złapię cię, nim wyjdziesz ze 

szpitala, ale obchód trwał dłużej niż zwykle. Ze względu na Ianniego staram się wracać do domu 
możliwe najszybciej. Absolutnie ufam Katerinie, ale wiem też, że on czuje się najlepiej, kiedy 
jestem w domu. 

– Na pewno. A matka? Nie tęskni za nią?
Nick nie odpowiedział od razu, zapatrzony przed siebie. Znienacka z bocznej drogi wyszedł 

na szosę osioł. Nick zwolnił, póki właściciel zwierzęcia nie zapanował nad nim. 

–   Ianni   przywykł   już,   że   jesteśmy   we   dwóch.   Rozwód   z   jego   matką   był   wyjątkowym 

koszmarem,  Ianni doświadczył  tego na własnej skórze. Myślę,  że poczuł wielką ulgę, kiedy 

background image

wszystko się skończyło i zamieszkaliśmy z dala od Lydii. 

W takiej sytuacji byłoby nie fair, gdyby Demelza drążyła temat. Nick sam powie jej więcej, 

jeśli zechce. Usilnie starała się nie zagłębiać przesadnie w jego sprawy. 

– Obaj pewnie bardzo to przeżyliście – zauważyła tylko. 
– Masz rację. Nie chciałbym przechodzić przez to po raz drugi. – Zaśmiał się cierpko. – 

Mówiąc szczerze, wiałbym co sił w nogach, gdybym spotkał znowu tak podstępną kobietę. 

– Twoja była żona jest podstępna?
Ciekawość   wzięła   jednak   górę   nad   rozsądkiem.   Poza   tym   Demelza   nie   czuła,   że   Nick 

zwierza jej się pod przymusem. A może to tylko wrażenie? Oparte na własnym doświadczeniu, 
na tym, że bardzo jej pomogła rozmowa na plaży dotycząca jej przeszłości?

– Nawet mi nie przypominaj! – rzucił z emfazą. – Ty to nazwałaś, ona to ćwiczyła. – Urwał 

na moment. – Zabawne, że kiedy uzgodniliśmy sprawę opieki na Iannim, zrobiło się łatwiej. – 
Zawiesił głos i uśmiechnął się. – O wilku mowa!

Zatrzymał landrovera na rogatkach wioski, samochody nie miały tam prawa wjazdu. Uliczki 

były  tak   wąskie,   że  ledwo   mieściły  się  na   ich  motory.   Demelza  dowiedziała   się,  że   im  też 
ostatecznie zabroniono wjazdu, bo zbyt dokuczały mieszkańcom. 

– Widzisz to samo co ja? – spytał Nick. 
Dwaj   chłopcy   ścigali   się   przed   jednym   z   domów,   zanosząc   się   śmiechem.   Kiedy   Nick 

wjechał na parking u wylotu ulicy, Ianni spojrzał w jego stronę. 

– Tata! – krzyknął uszczęśliwiony. 
Lefteris, przyjaciel Ianniego, w mig poszedł w zapomnienie. Ianni gnał na spotkanie z ojcem. 
– Czekałem na ciebie, tato. Katerina powiedziała, że jeszcze za wcześnie, ale... – Ianni rzucił 

się w ramiona Nicka. Nick przytulił go i uśmiechnął się. 

– Pamiętasz Demelzę? Ianni wyszczerzył zęby. 
– Pewnie. – Okrążył samochód i wyciągnął do niej ręce. 
Demelza   przyklękła,   uśmiechając   się   z   radością,   kiedy   Ianni   objął   ją,   może   nie   tak 

entuzjastycznie jak ojca, ale w każdym razie po przyjacielsku. 

– Pójdziesz z nami jeszcze do Giorgia, Demel... Demelzo? – spytał, a jego oczy błyszczały 

podnieceniem i entuzjazmem. 

– Cóż, ja... 
Przerwał jej brzęczyk komórki Nicka, zresztą tylko się z tego ucieszyła. Czuła bowiem, że 

zbyt chętnie wrosłaby w tę rodzinę. Zerknęła z ukosa na Nicka, który prowadził rozmowę po 
grecku. Kończąc ją, był wyraźnie zmartwiony. 

– Wracam do szpitala – oświadczył. – Kati skarży się na ból brzucha. Muszę ją zbadać. 

Chodzi o to... – Zerknął na syna, który zmarszczył brwi. – Wybacz, Ianni. Najlepiej będzie, jak 
zostaniesz u Kateriny. Wrócę najszybciej, jak będę mógł. 

– A może pójdę do domu z Demelzą? – spytał chłopiec błagalnym głosem. – Odrobiłbym 

lekcje. 

background image

Twarz Nicka zmarszczyła się w uśmiechu. 
– Ty mały kombinatorze... 
–  Nie  martw   się o  Ianniego  –  rzekła  Demelza  –  zajmę   się nim  do  twojego  powrotu.  – 

Spojrzała na chłopca, który objął ją za nogi z wdzięczności. – Ale zaczniemy od lekcji, zgoda?

Ianni uśmiechnął się od ucha do ucha i szepnął coś Lefterisowi, najwyraźniej dając mu do 

zrozumienia,   że   koniec   zabawy.   Demelza   poczuła   dłoń   chłopca   w   ręce   i   pomyślała,   że   to 
wspaniałe uczucie być komuś potrzebnym. 

– Jeśli jesteś pewna – zaczął, Nick. – Zadzwonię do Kateriny, żeby wiedziała, co się dzieje z 

Iannim, a jeśli będziesz chciała wyjść, Katerina... 

– Nie martw się. Naprawdę chętnie się nim zaopiekuję. 
– Idź już, tato – poprosił Ianni. – Jak szybko pojedziesz, to szybko wrócisz. Może jeszcze 

zdążymy pójść do Giorgia. 

Demelza spotkała się wzrokiem z Nickiem. Ianni był bardzo dojrzały na swój wiek. Zapewne 

sprawił to rozwód rodziców i związane z tym cierpienie dziecka, choć na pierwszy rzut oka nie 
było po nim widać owych przejść. 

– Do zobaczenia – zawołał Nick, zawracając w stronę miasta. 
Ianni niecierpliwie  pociągnął  Demelzę  za rękę. Teraz  wiedziała  już, czym  wypełni  swój 

wieczór. Stało się to jakby poza nią, mimo to przyjęła to z radością. Chyba nie angażuje się za 
bardzo, opiekując się dzieckiem Nicka? Przecież wcale o to nie prosiła. To zwykły przypadek, 
tak zwane zrządzenie losu. Dawno nie było jej tak lekko na duszy. 

Nie   miała   nawet   ochoty   wracać   myślą   do   poprzedniej   chwili,   kiedy   czuła   się   równie 

szczęśliwa. Zresztą teraz jej radość to przecież skutek oczyszczających zwierzeń. A także ciepła, 
słońca i sypiącego iskrami błękitnego morza. Całkiem jakby wzięła sobie urlop od samej siebie. 
Czułaby się tak samo, nawet gdyby nie zaznała serdeczności rodziny Nicka. 

Ale czy na pewno?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Siedziała na skraju kanapy. Z całej mocy starała się otworzyć oczy. Nick wrócił właśnie ze 

szpitala. Mały chłopiec w piżamie, wtulony w jej ramiona, poruszył się na dźwięk głosu ojca, ale 
nie podniósł powiek. 

Nick przysiadł obok nich. 
–   Przepraszam,   że   tyle   to   trwało.   Mówiłem   ci   przez   telefon,   że   są   pewne   komplikacje. 

Gdybym  nie znał Katii, nie wiedziałbym,  jak sobie poradzić. – Oparł plecy i zamknął  oczy 
zmęczony. – Katia upierała się, że brzuch strasznie ją boli. Kiedy zagroziłem, że wezmę ją z 
powrotem na operację, przyznała się, że kłamie. Tylko bardzo boi się reakcji rodziny na to, że 
dziecko przyszło na świat tak szybko po ślubie. 

– I co chciała tym uzyskać? – szepnęła Demelza, przesuwając nieco chłopca. 
Nick nachylił się i wziął Ianniego na ręce. 
– Zaniosę go do łóżka i zaraz ci dokończę. 
– Chciał się z tobą zobaczyć przed snem – powiedziała Demelza – więc nie kazałam mu iść 

do łóżka. 

Nick skinął głową i wyszedł. Wracając, przyniósł dwa kieliszki i butelkę wina. 
– Śpi jak suseł – rzekł. – Napijesz się? Demelza przytaknęła. 
– Zdumiewające, jak łatwo wsiąka się w tę kulturę słońca, morza i wina. Wierzyć mi się nie 

chce, że jestem tu zaledwie od dwóch dni. 

Nick zaśmiał się i podał jej kieliszek. 
–   Pod   koniec   lata   będziesz   wręcz   tubylcem.   Już   wyglądasz   inaczej...   jesteś   bardziej 

wypoczęta, spokojniejsza, jakbyś rozkwitała w słońcu niczym kwiat. 

Demelza bardzo nie chciała się zaczerwienić, niestety, policzki paliły ją jak diabli. 
– Na pewno czuję się tak, jakbym po długiej zimie znalazła się nagle w pełnym słońcu – 

wyznała. 

Nick dotknął lekko jej policzka. 
– I twoja twarz nabiera koloru. Za długo żyłaś pozbawiona tego, dla czego warto żyć, ale 

teraz... – Rozłożył ręce gestem mówiącym, że świat stoi przed nią otworem. 

Poczuła   bardzo   przyjemne   igiełki   na   skórze,   kiedy   Nick   ją   dotknął   i   stuknął   się   z   nią 

kieliszkiem. 

– Dziękuję za opiekę nad Iannim. Bardzo cię polubił. Z Kateriną czuje się dobrze, ale ona 

chyba za bardzo nim rządzi, jak na jego gust. Zdaje się, że od rozwodu z jego matką trochę go 
rozpuściłem. No, ale miałem ci opowiedzieć o Katii – zmienił temat, jakby nie chciał wracać 
myślami do byłej żony. 

– Udawała, żeby zwrócić na siebie twoją uwagę?

background image

–   I   to   świetnie,   ale   kiedy   ją   zbadałem,   nabrałem   podejrzeń.   No   więc,   żeby   się   nie 

denerwowała, obiecałem jej, że powiem jej matce, że to wcześniak. 

Demelza pokręciła głową z niedowierzaniem. 
– Muszę się jeszcze dużo nauczyć o życiu na Kopelos. A jak maleństwo?
Nick uśmiechnął się pogodnie. 
– Kwitnąco. Katia karmi małą na leżąco, bo tak jest jej wygodnie, poza tym wszystko w 

porządku. 

–   Cieszę   się.   –   Demelza   uprzytomniła   sobie,   że   po   raz   pierwszy   od   długiego   czasu 

swobodnie rozmawia o dzieciach. 

Wstrzymała oddech, wiedziała, że Nick jej się przygląda. Czuła się, jakby minęła kolejny 

kamień milowy i ciekawiło ją, czy Nick ma tę świadomość. Tak miło jest gawędzić z kimś na 
zakończenie długiego pracowitego dnia. Brakowało jej tego od śmierci Simona. Rodzice męża 
zamęczali ją prośbami, by wieczorami wysiadywała z nimi w salonie. Niby chcieli rozmawiać, 
ale zazwyczaj kończyło się na wspólnym oglądaniu telewizji do chwili, kiedy musiała wstać i 
podgrzać im mleko, które wypijali przed snem. 

– Znowu odpłynęłaś myślami gdzieś daleko – zauważył Nick. – Tęsknisz za domem?
Demelza zaśmiała się.
–   Żartujesz?   Nie,   zastanawiałam   się,   jak   Mark   i   Jane   dają   sobie   radę   na   farmie.   Mam 

nadzieję, że Jane nie ma jeszcze dość bezustannych wymagań rodziny. 

– Cóż, ty już swoje odsłużyłaś, jak mówisz. A twojej szwagierce będzie łatwiej, ma męża do 

pomocy. 

Demelza uśmiechnęła się. 
–   Czasami,   między   tymi   ciągłymi   obowiązkami   i   żałobą,   nie   wiedziałam   już,   dokąd   to 

wszystko zmierza. 

1 jak ja skończę?
– A jak skończysz? – spytał Nick, kładąc rękę na oparciu kanapy. 
Znowu się zaśmiała. 
– Zapewne na rauszu, jeśli wypiję jeszcze kropelkę. Powiedzmy, że nie wybiegam myślą 

daleko w przyszłość. Na razie wystarcza mi to, że uciekłam od przeszłości. 

Nick pokiwał głową ze zrozumieniem. 
– Tak samo czułem się, kiedy w końcu uciekłem z Anglii, od Lydii, i zacząłem od nowa 

tutaj,   z   Iannim.   Teraz   życzę   sobie   tylko,   żeby   moja   przyszłość   była   wolna   od   osobistych 
komplikacji. 

Demelza czuła, że ręka Nicka przesuwa się za jej plecy. Obróciła na niego wzrok, jego oczy 

miały tęskny wyraz. Tak, on też był po przejściach i zasmakował wolności. 

– Cieszę się, że spotkałam przyjaciela, który tak samo patrzy na życie – powiedziała cicho. 
Jego palce zbliżyły się ostrożnie do jej ramienia, delikatnie przyciągnął ją do siebie. Czy nie 

posuwają się zbyt daleko jak na parę przyjaciół? Nick powoli skłonił głowę i pocałował ją w usta. 

background image

Kilka sekund później było po wszystkim. Demelza odsunęła się, Nick jej nie powstrzymywał, na 
jego ustach igrał czuły uśmiech. 

– Nie bój się. To był pocałunek przyjaciela. 
– Wiem – odparła prędko. – Oboje to wiemy, prawda?
– Tak sądziłem – powiedział ostrożnie. 
Co miał na myśli?  Czyżby ów pocałunek był  dla niego równym  wstrząsem co dla niej? 

Demelza wstała. 

– Czas na mnie.  Irini dzwoniła do mnie  na komórkę.  To pielęgniarka,  która pomaga  w 

gabinecie. Przypomniała mi, że jutro zaczynamy wcześniej. 

Nick wstał i patrzył na nią z góry, i znowu był tylko kolegą z pracy. Jej zaś zmiękły kolana, 

kiedy patrzyła na wargi, które dopiero co ją całowały. Nick był bardzo wysoki, dużo od niej 
wyższy, choć i ona nie należała do niskich kobiet. 

– Jeszcze raz dzięki za Ianniego – rzekł. 
– Cała przyjemność  po mojej  stronie – odparła, bo naprawdę cieszyła  się każdą minutą 

spędzoną z tym uroczym chłopcem. 

Kiedy   szła   na   górę,   Nick   został   w  drzwiach.   Jasny   księżyc   oświetlał   jej   drogę,   nad   jej 

drzwiami jarzyła się lampa zapalona przez nią, gdy dotarli z Iannim do domu. Chłopiec był 
bardzo   ciekaw   jej   mieszkania,   spytał,   czy   może   ją   odwiedzić   następnego   dnia.   Demelza 
powiedziała, że Ianni musi to najpierw uzgodnić z ojcem, żywiąc przy tym wielką nadzieję, że 
Nick wyrazi zgodę. Niczego tak nie pragnęła, jak tego, żeby Ianni bawił się w jej mieszkaniu i na 
jej tarasie. 

Zatrzymała się u szczytu schodów i przechyliła. 
– Dobranoc!
Nick pomachał jej ręką. 
– Dobranoc. Śpij dobrze. 
Tak, będzie tej nocy dobrze spała. To był niezapomniany dzień. Niezapomniany i radosny, i 

nic więcej. 

Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie, ciężko oddychając. Przekonywała się w myśli, że 

nic się nie stało. Nick stwierdził, że nie chce komplikować sobie życia, jej też się do tego nie pali. 
Cóż, do pewnego stopnia. Wspomnienie pocałunku wciąż było szokiem. 

Zrzuciła  ubranie  i usiadła  przy małej  drewnianej  toaletce,  starając się zebrać  rozbiegane 

myśli.   Wzięła   do   ręki   szczotkę   i   energicznie   czesała   swoje   długie   włosy.   Patrząc   w   lustro, 
widziała w zielonych oczach ogniki podniecenia, a przecież te same oczy tak długo były martwe. 

To wszystko następstwo jej przebudzenia, mówiła sobie, wielkiego przełomu. Powrotu do 

życia po latach uśpienia. Nick nazwał to rozkwitaniem. To bardzo piękne określenie. I na pewno 
rozkwitłaby, nawet gdyby nie poznała Nicka. 

Nie, wtedy nie czułaby się tak jak teraz. Tylko że Nick dźwigał już brzemię przeszłości i 

chciał w Demelzie widzieć wyłącznie przyjaciela. Ale jak wobec tego rozumieć jego pocałunek? 

background image

Przyjacielski pocałunek nie powinien przewracać świata do góry nogami. 

Położyła się i usiłowała zasnąć, jednak niejasne uczucia wobec Nicka nie dawały jej spokoju, 

co raz jeszcze uświadomiło jej brak doświadczenia w kontaktach z mężczyznami. W jej życiu 
istniał dotąd tylko Simon. Znajomość z Nickiem była niczym krok w ciemnościach. 

Poranek   w   ambulatorium   okazał   się   pracowity.   Zgodnie   z   przewidywaniami   Demelzy, 

zgłosiło się kilka osób, które doznały bolesnych konsekwencji bezmyślnego wylegiwania się na 
słońcu. Na szczęście nikt nie poparzył  się tak mocno, żeby wymagało to hospitalizacji, choć 
pewna jasna blondynka była tego bliska. 

Demelza zdziwiła się na widok kolejnej pacjentki. Była to Bryony Driver, która odwiedziła 

ją już dwa dni wcześniej. 

– Dzień dobry, Bryony. Nie spodziewałam się pani tak szybko. Jak się pani czuje?
Bryony powoli osunęła się na krzesło, dając Demelzie do zrozumienia, że nigdzie jej się nie 

spieszy.   Demelza   liczyła   tylko   na   to,   że   konsultacja   nie   przeciągnie   się   w   nieskończoność. 
Chorzy na depresję, z którymi miała dotąd do czynienia, zabierali jej mnóstwo czasu. Cóż, do 
normalności nie ma drogi na skróty. 

– Wróciłam do tabletek, ale przeżyłam koszmarną noc, siostro – oznajmiła głucho Bryony. – 

Przewracałam się z boku na bok i... 

– Nie sięgnęła pani po książkę, jak radziłam?
–   Nie   mogłam   się   skupić.   Czytałam   jakiś   romans   i   cały   czas   myślałam   o   Vinnym. 

Zastanawiałam się, czy leży właśnie w łóżku z tą intrygantką i kokietą... 

Demelza nie przerywała jej. Bryony powtórzyła znaną jej już historię. Tylko jedna rzecz 

zaniepokoiła Demelzę. Minęła dopiero dziewiąta rano, a od Bryony wyraźnie czuć było alkohol. 
Kiedy pacjentka zrobiła dłuższą pauzę, Demelza natychmiast zagadnęła:

– Wie pani na pewno, że nie wolno pić alkoholu, kiedy bierze się leki antydepresyjne?
Bryony wytrzeszczyła na nią oczy. 
–   Siostro,   nawet   mi   do   głowy   nie   przyszło,   żeby   nadużywać   alkoholu.   –   Przerwała   na 

moment. – Co innego łyk brandy w środku nocy, to mi się zdarza, kiedy wpadam już w taką 
rozpacz, że... 

– A rano to się pani nie zdarza? Bryony przytaknęła z zakłopotaniem. 
– Gdyby pani była na moim miejscu! Codziennie rano budzę się i mam przed sobą cały 

dzień, i muszę stawić mu czoła. 

– Ma pani rację, Bryony, nie jestem w pani skórze – przyznała Demelza. – Ale chcę pani 

pomóc.  – Miała  świadomość,  że  czekają na  nią inni  pacjenci,  a ta dyskusja do niczego  nie 
prowadzi. Bryony potrzebuje psychiatry. 

– Radziłabym pani wracać do domu – rzekła. – Lekarstwo, które pani bierze w tej chwili, nie 

działa na panią. Rozmowa z dobrym psychiatrą... 

– Nie chcę jechać. W Anglii jestem kompletnie sama. Tutaj obracam się między ludźmi, 

background image

kiedy tylko mam ochotę. Czy tu nie ma psychiatrów?

–   Zapytam   –   obiecała   Demelza.   –   Skontaktuję   się   ze   szpitalem   i   dam   pani   znać.   Jeśli 

odpowiedź będzie negatywna, naprawdę radzę... 

– Nie pojadę do domu. – Bryony podniosła się, jej oczy błyszczały wyzywająco. – Czuję się 

tutaj okropnie, ale w domu czuję się jeszcze gorzej. Kiedy będzie pani wiedziała, czy jest tu jakiś 
psychiatra?

– Proszę wpaść za dwa dni – poprosiła Demelza. – I niech pani dba o siebie. 
Bryony wyszła. Demelza oparła się na krześle. Mogła od razu sięgnąć po słuchawkę i zdobyć 

w  szpitalu   niezbędne   informacje.   Wolała   jednak   przedyskutować   najpierw   sprawę   Bryony   z 
Nickiem. 

Pozostali   pacjenci,   którzy   zgłosili   się   tego   przedpołudnia,   skarżyli   się   tylko   na   lekkie 

dolegliwości: kaszel, przeziębienie, ból gardła. Kiedy ostatni z nich opuścił gabinet, Demelza 
pomyślała, że o wiele łatwiej jest leczyć ciało niż duszę. W sprawie Bryony czuła się kompletnie 
zagubiona. 

Wstała z krzesła i wyjrzała do poczekalni. Nie było tam już nikogo prócz Irini, która robiła 

porządki. 

– Jak z tym  skończysz, jesteś wolna, Irini. Dzięki. Dziewczyna  uśmiechnęła się do niej. 

Demelza cieszyła się z tak pomocnej asystentki. Irini, która uczyła się zawodu w szpitalu w 
Atenach,   była   dla   niej   bardzo   cenna   zdobyczą.   Wróciwszy   do   gabinetu,   Demelza   wzięła 
słuchawkę, wykręciła numer szpitala i poprosiła do telefonu Nicka. 

Słysząc, jak ktoś po drugiej stronie mówi szybko po grecku, uświadomiła sobie, że powinna 

pomyśleć o nauce języka. Nick obiecał, że jej w tym pomoże, ale... 

– Nick, mówi Demelza – powiedziała, gdy wreszcie usłyszała jego głos. – Mam pacjentkę, 

która cierpi na poważną depresję. Moim zdaniem potrzebna jest konsultacja psychiatry, ale ta 
kobieta   przyjechała   tu   na   dłużej   i   nie   chce   jeszcze   wracać   do   Anglii.   Czy   macie   u   siebie 
psychiatrę?

– Na etacie nie. Jest tu lekarz, w zasadzie już na emeryturze, ale w dalszym ciągu przyjmuje.  

Prywatnie, i nie jest tani. 

– Nie sądzę, żeby to stanowiło problem. Sprawdzę na wszelki wypadek i jeśli Bryony wyrazi 

chęć wizyty, prosiłabym, żebyś pomógł mi ją umówić. 

– Jasne. Podaj mi tylko jakieś szczegóły, ale nie przez telefon. Jestem w tej chwili zajęty.  

Może wpadniesz do nas wieczorem?

Demelza ucieszyła się z tej propozycji. 
– Dobrze, wpadnę. Wielkie dzięki. 
Rozłączyła się, po czym zadzwoniła do pokoju Bryony. Kobieta była bardzo zadowolona, że 

sprawa posuwa się tak szybko naprzód i zapewniła, że pieniądze nie są dla niej problemem. 
Powtórzyła,   że   jej   były   mąż   szczodrze   ją   zabezpieczył,   a   poza   tym   ona   nie   ma   nikogo   na 
utrzymaniu. 

background image

Wróciwszy   do   domu,   Demelza   wzięła   prysznic   i   przebrała   się   w   bikini.   Przez   chwilę 

namyślała się, czy nie spędzić popołudnia na plaży, ostatecznie jednak doszła do wniosku, że ma 
w   domu   mnóstwo   pracy.   Może   zresztą   przeplatać   pranie,   prasowanie   i   układanie   rzeczy   z 
chwilami spędzonymi na słońcu na tarasie. 

Wyjrzała z tarasu na dół. W mieszkaniu Nicka nie było jeszcze nikogo. No i dobrze. Na 

plaży bikini nie wprawiało jej w zakłopotanie, ale w domu to całkiem inna sprawa. Co prawda 
trudno   byłoby   ją   komukolwiek   podglądać.   Zbocze   wzgórza   pięło   się   ku   skalistemu 
wierzchołkowi i tylko kozy i owce, które skubały skromną trawę, mogły widzieć, co się u niej 
dzieje. Ale za drzwiami na podwórze willi była ulica z domami, których mieszkanki zakrywały 
się szczelnie niezależnie od temperatury. 

Demelza   rozłożyła   wyprane   rzeczy   na   suszarce   w   rogu   tarasu,   gdzie   słońce   operowało 

najmocniej. Dość szybko poradziła sobie z praniem, które nagromadziło się od jej przyjazdu z 
Anglii, i w mieszkaniu zapanował porządek. Szczotką znalezioną w szafie zamiotła kamienną 
podłogę. Wytrzepała kolorowe dywaniki, ten z salonu i ten z sypialni, i rozłożyła je na nowo. 

Z tak prostym sprzątaniem już od dawna nie miała do czynienia. Wyciągnęła się zatem w 

słońcu pod parasolem. To dopiero życie!

Ze wzgórz dobiegał śpiew cykad, brzmiący jak melodyjna kołysanka. Gdy połączyć to z 

upałem, nic dziwnego, że Demelza zamknęła oczy. Nie miała zamiaru zasypiać, to strata czasu, 
chciała poczytać książkę, którą zaczęła w samolocie... 

Obudził ją brzęk bramy. Podskoczyła, kompletnie zdezorientowana, i wyjrzała na podwórko. 
– Nick? Która godzina? Rozbawiło go jej zmieszanie. 
–   Wróciłem   wcześniej.   Dopiero   czwarta.   Przepraszam,   jeśli   zakłóciłem   ci   sjestę.   Chyba 

spałaś?

Spojrzała na swoje na wpół roznegliżowane ciało i zmieszała się jeszcze bardziej. Być może 

jej strój jest w ogóle niestosowny w tej starej tradycyjnej części wyspy. 

Ale Nick bynajmniej nie miał jej za złe stroju. A odmieniona nowa Demelza uznała, że musi 

wykorzystać to cudowne słońce, bo kiedy wyjedzie stąd w końcu pięknego greckiego lata, w 
Anglii powitają przenikliwe zimno. 

–   Napijesz   się   czegoś?   –   spytała,   zebrawszy   si§   na   odwagę,   co   było   do   niej   zupełnie 

niepodobne. – Wycisnęłam sok z pomarańczy, chłodzę go w lodówce. 

– Znakomicie! Tylko wezmę prysznic i zrzucę te ciuchy. Będę za kilka minut. 
Jego ciemne oczy patrzyły na jej bikini. Demelza stwierdziła, że posunęła się za daleko i nie 

miała pojęcia, jak z tego wybrnie. Odwróciła się, ruszając do mieszkania. 

– Wyjmę sok! – zawołała. – Jak trochę odpoczniesz, chciałabym porozmawiać o tej pacjentce 

z depresją. 

Zaraz, przecież zapraszając Nicka, odwdzięcza się tylko za gościnność, którą okazał jej po 

przyjeździe. Nie ma powodu do niepokoju. 

background image

Wróciwszy na taras z dzbankiem  zimnego  soku, kieliszkami  i oliwkami,  które kupiła w 

drodze do domu, przesunęła parasol nad stół i usiadła. Zawiązała czarnobiały sarong na bikini, co 
pozwoliło jej poczuć się nieco swobodniej. 

Po chwili Nick wbiegł na taras w szortach w kolorze khaki i z gołym torsem. 
– Ładny sarong – zauważył, pochylając się, żeby odebrać od niej szklankę z sokiem. – Chyba 

nie kupiłaś go tutaj?

– Kupiłam go w Kornwalii, razem z bikini. Moja teściowa domagała się, żebym pochwaliła 

się przed nią zakupami. Szkoda, że nie widziałeś jej miny!

– Miała coś przeciwko? Demelza roześmiała się. 
– Delikatnie mówiąc. Wyraziła nadzieję, że nie zapomnę o swoim wdowieństwie. 
Patrzył na nią zza brzegu szklanki. 
– Nigdy nie zapomnisz, ale to nie znaczy, że nie możesz się dobrze bawić. 
– Tak właśnie zaczęłam sobie mówić – powiedziała szybko. – Nigdy nie zapomnę Simona, 

ale już czas iść do przodu. 

Nick nachylił się ku niej. 
– Czy Simon był twoją pierwszą miłością? Demelza skinęła potakująco głową. 
– Poznaliśmy się w wiejskiej szkole. Nikt prócz niego się nie liczył. Kiedy wyjechałam do 

Londynu, do szkoły pielęgniarskiej, staraliśmy się spotykać możliwie najczęściej. Simon był w 
tym czasie w szkole rolniczej, uczył się tam przez dwa lata. Potem wrócił na farmę. Cały ten czas 
i potem, kiedy skończyłam szkołę, nie rozstawaliśmy się na dłużej niż parę tygodni. 

– Musiała z was być faktycznie idealna para... Ja też na początku byłem z Lydią szczęśliwy, 

ale   to   się   szybko   skończyło.   Przeżyliśmy   krótki,   burzliwy   romans,   ale   poznaliśmy   się   tak 
naprawdę dopiero po ślubie. 

– Długo byliście małżeństwem?
Nick oparł się, na jego twarz wypłynął zmęczony uśmiech. 
– Za długo. Ianni urodził się pod koniec pierwszego roku naszego małżeństwa i tylko on 

trzymał nas razem. Dość szybko po jego narodzinach Lydia wdała się w serię romansów. Doszła 
do odkrywczego wniosku, że opieka nad dzieckiem i bycie  żoną zapracowanego lekarza  nie 
należą do atrakcyjnych zajęć. Bardzo szybko się nudziła. Napracowała się, żeby przyciągnąć do 
siebie mężczyzn, zwłaszcza bogatych. Takich, którzy zapewnialiby jej porywające, efektowne 
wieczory. 

– Kiedy się dowiedziałeś, że nie jest ci wierna? Nick roześmiał się gorzko. 
– Stało się to jasne, kiedy uparła się, żeby przyjąć pomoc do opieki nad Iannim. Byłem wtedy 

tak zajęty w szpitalu, że odłożyłem rozwiązanie tego problemu na później. Upewniłem się tylko, 
że niania dobrze wywiązuje się z obowiązków. – Wciągnął głęboko powietrze. – Nie chciałem, 
żeby nasza rodzina się rozpadła, ze względu na Ianniego. Ale z drugiej strony nie można było 
tego ciągnąć. Więc kiedy Lydia poprosiła mnie o rozwód, poczułem niewypowiedzianą ulgę. 
Znalazła  sobie  kogoś zamożnego  i ciekawszego  niż  lekarz,  który większość życia  spędza  w 

background image

pracy. – Skrzywił się. – To jej słowa. 

– I co, jest szczęśliwa z tym bogatym mężczyzną? Nick uniósł brwi. 
– Była przez chwilę, póki jej nie rzucił dla jakiejś innej. Biedna Lydia! Przybiegła do mnie, 

błagała, żebym ją przyjął z powrotem. – Znowu urwał i poruszył się nerwowo. – Nie wiem, 
czemu cię tym zanudzam. Może chcę ci powiedzieć, że to dobrze, że zostałaś na farmie, dopóki 
nie byłaś gotowa znowu wyjść w świat. W przeciwnym razie mogłaś zakochać się w pierwszym 
napotkanym facecie, przeżyć gorący romans, a potem gorzko tego żałować. Tak jak ja. 

– Nie, mnie by się to nie zdarzyło – zapewniła go, a jakiś wewnętrzny głos przypomniał jej, 

że   tak   właśnie   się   dzieje.   –   Dolać   ci   soku?   –   Podniosła   dzbanek,   chciała   jakoś   rozrzedzić 
nasyconą emocjami atmosferę. – Trochę się już zagrzał. Dorzucę lodu. 

Wstała, węzeł rozwiązał się i sarong opadł na ziemię. Z dzbankiem w jednej ręce Demelza 

nie bardzo mogła  podnieść go i zawiązać.  Przestąpiła  go więc z fałszywą  obojętnością  i na 
bosaka ruszyła po ciepłych kamieniach do drzwi. 

W jej niewielkiej kuchni było zimno i ciemno w porównaniu z rozgrzanym, rozświetlonym 

słońcem   tarasem.   Otworzyła   lodówkę,   żeby   wyjąć   tacę   z   kostkami   lodu.   Taca   przymarzła, 
Demelza musiała sobie pomóc nożem. 

– Au! – Trafiła palcem w ostry róg tacy. – Głupie ustrojstwo!
Raptem poczuła za sobą Nicka. 
– Pozwól, ja to zrobię. 
Zajrzał do lodówki i dość łatwo wyciągnął tacę. 
– Masz krew na palcu. – Chwycił czystą ściereczkę, która była pod ręką, i owinął jej palec. – 

To nie jest sterylny opatrunek, ale chyba przeżyjesz. 

– Dzięki! – Wciąż kucała przed lodówką, przeklinając w duchu swą niezdarność. I czuła się 

potwornie głupio w skąpym bikini. Nick zaś trzymał ją cały czas za owinięty palec. Jego oczy 
były niepokojąco blisko. Demelza wstrzymała oddech. Nick pochylił się i pocałował lekko jej 
palec. 

Natychmiast uniosła głowę, a on uśmiechnął się do niej. 
– Robię tak, kiedy Ianni się skaleczy. Demelza przełknęła głośno ślinę. 
– Chcesz powiedzieć, że tylko dziecko jest takie głupie, żeby wyjmować tacę przy pomocy 

noża... 

– Ty to powiedziałaś. No, zobaczmy tę ranę. – Z powagą zdjął ściereczkę z jej palca. – 

Siostro,  proszę  szybko   o  plaster.   Ten  wystarczy   –  uznał,   kiedy  Demelza   zaczęła  grzebać  w 
apteczce obok zlewu. – Jak nowy. – Pomógł jej się podnieść. – Wyślę pani rachunek pocztą. Co 
mi przypomina, że rozmawiałem w twojej sprawie i wynegocjowałem, że ilekroć będziesz nam 
pomagać w szpitalu, otrzymasz za to wynagrodzenie. 

Demelza otworzyła szeroko oczy. 
– Żartujesz!
– Nie. Jesteś profesjonalistką. Nie mogę od ciebie wymagać pracy za darmo. Wskazałem 

background image

odpowiednim   władzom,   że   to   wielkie   szczęście,   iż   mamy   na   wyspie   wykwalifikowaną   siłę 
medyczną.   Poza   tym,   oczywiście,   zasługujesz   na   to,   żeby   wybierać   zlecenia.   Nie   jesteś   do 
niczego zobligowana. Będziemy się do ciebie zwracać z prośbą o pomoc jedynie wtedy, kiedy 
będziesz wolna i gdy będzie taka konieczność. Zgadasz się na takie warunki?

– Oczywiście. Bardzo się cieszę, że mam znów szansę pracować w szpitalu. 
– Witamy na pokładzie, siostro – powiedział cicho, a potem pochylił głowę i pocałował ją w 

usta. – Nie przyniosłem ci jeszcze kontraktu do podpisu, więc pomyślałem, że należy to inaczej 
przypieczętować, w jakiś przyjemniejszy sposób – szepnął, odsuwając się od niej. – Proszę, nie 
zrażaj się moim nieprofesjonalnym zachowaniem. 

– Cóż, w końcu jesteśmy już po godzinach, doktorze – zażartowała. Spostrzegła, że zaczyna 

z nim flirtować, a dawno już jej to nie bawiło. Posłała mu uśmiech, a jej serce wpadło w jakiś 
nietypowy rytm. 

– Zmieniasz się z minuty na minutę – zauważył. 
Kiedy jego wargi przylgnęły znowu do jej ust, z trudem opanowała się, by nie odrzucić 

wszelkich obaw i nie pójść na całość. Zebrała w końcu siły i oderwała się od niego. Jeszcze 
moment i nie byłaby w stanie zawrócić. Chciała się z nim kochać, a równocześnie jej własne 
pragnienia napawały ją lękiem. Spojrzała w oczy Nicka, w których nie było nic prócz czułości. 

– Przepraszam – wyszeptała. – Tak dawno... 
– Tato! Tato, jestem! – Dziecięcy głos dobiegł ich z podwórka. – Katerina powiedziała, że 

wróciłeś wcześniej i pozwoliła mi iść do domu. Gdzie jesteś?

Na twarzy Nicka pojawił się zrezygnowany uśmiech. 
– Jestem u Demelzy, na górze. 
– Super! Mogę do was przyjść?
Nick roześmiał się, słysząc szybkie kroki Ianniego na kamiennych stopniach. Bez słowa ujął 

dłoń Demelzy i pocałował ją. Wstrzymała oddech. To taki cenny gest. Bo znaczy, że Nick ją 
rozumie. Wyszła za nim na zalany słońcem taras. A może Nick sądzi, że ona nigdy nie spuści z 
tonu?

Ale nigdy to bardzo długo. Będzie musiała zrewidować swój sposób myślenia, jeśli ma w 

ogóle uporać się z tym emocjonalnym chaosem. 

– Demelza! – Ianni biegł ku niej z otwartymi ramionami. 
Przykucnęła i złapała go w objęcia. Przez moment pozwoliła swojej wyobraźni na pewien 

luksus. Wyobraziła sobie, że jest matką Ianniego, a Nick... 

– Pójdziemy wieczorem na kolację do Giorgia, tato? Ty, Demelza i... 
– Nie wiem, może Demelza ma jakieś plany na wieczór, ale jeśli nie... 
– Nie mam planów, pójdę z wami. – Wiedziała, że się pogrąża, lecz nie potrafiła się oprzeć. 

Odnosiła wrażenie, że jakaś nieznana siła ulokowała ją w tej rodzinie. Odłożyła na później lęki i 
wahania, w tej chwili ważniejsze było ciepło, które czuła w towarzystwie tych dwóch mężczyzn, 
dużego i małego.  Potem,  gdy zapomni już dreszcze, jakie wywołała w niej pieszczota  dłoni 

background image

Nicka, przemyśli ponownie sytuację. A póki co... 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Następnego ranka zjawiła się w ambulatorium dość wcześnie, przed Mni, która zazwyczaj 

starała się przed jej przyjściem przygotować wszystko do pracy. Demelzie rzadko zdarzały się 
bezsenne noce, a taką właśnie noc miała za sobą, bardzo długą i męczącą. W pewnym momencie 
przypomniała jej się rada, której udzieliła Bryony – żeby poczytać książkę. Ale nawet tego nie 
spróbowała. Z góry wiedziała, że gonitwa myśli nie pozwoli jej skoncentrować się. 

Stała teraz w oknie, patrząc na prawie pustą o tej porze plażę. Para młodych ludzi biegła 

brzegiem,   korzystając   z   chłodu   poranka,   zanim   upalne   słońce   każe   im   puścić   w   niepamięć 
postanowienie,   by   podczas   wakacji   zadbać   o   formę.   Zauważyli   Demelzę,   młoda   kobieta 
pomachała do niej. 

Demelza także ją pozdrowiła, poznała w niej pacjentkę z poprzedniego dnia. Fiona przyszła 

do gabinetu zapytać, w którym z miesięcy roku najlepiej zajść w ciążę. Od pół roku starali się z 
partnerem o dziecko. Przyjechali na Kopelos, by przekonać się, czy wakacyjny odpoczynek nie 
okaże się dla nich łaskawy. Na co dzień oboje prowadzili intensywny,  stresujący tryb życia. 
Tworzyli za to szczęśliwą, dobrze dobraną parę. 

Demelza   podeszła   do   biurka   i   znienacka   dopadły   ją   nie   do   końca   sprecyzowane   myśli 

dotyczące Nicka. Minionego dnia spędzili wyjątkowo miły wieczór w tawernie u Giorgia. Dzięki 
obecności Ianniego nie wypłynęło zakłopotanie, które mogli ewentualnie czuć po namiętnych 
uściskach. 

Podczas   tej   wizyty   w   tawernie   Nick   przedstawił   ją   swojej   ciotce.   Anna   potraktowała   ją 

bardzo   przyjaźnie.   Jednocześnie   Demelza   czuła,   że   Anna   bacznie   ją   obserwuje.   Może 
zastanawiała się, jakie są jej intencje wobec Nicka?

No właśnie, jakie są te intencje? Pytanie za tysiąc dolarów, Gdyby znała odpowiedź, nie 

spędziłaby bezsennej nocy. 

Uważała, że pomimo całej serdeczności Nicka, jego gorące uściski były tylko chwilowym 

zapomnieniem. Pod wpływem słońca, sytuacji, w której się znaleźli, naturalnej potrzeby, żeby 
dotknąć czule drugiego człowieka... 

Mogłaby   podać   jeszcze   wiele   innych   powodów,   które   wzbudziły   w   Nicku   przelotną 

namiętność.  Nie wolno jej jednak posuwać się za daleko. Nick oznajmił  jej przecież,  że po 
rozwodzie z Lydią nie życzy sobie żadnych uczuciowych komplikacji. 

Potem przypomniała sobie, że przyjęła zaloty Nicka z otwartymi ramionami... i to dosłownie! 

Kompletnie zapomniała o wstydzie, przynajmniej na dłuższą chwilę. Czuła się wtedy, jakby w jej 
żyłach płynęła wrząca lawa. 

– Kali mera, dzień dobry, siostro. Wcześnie pani przyszła. 
Irini wśliznęła się po cichu. Miała na sobie odprasowany biały fartuch, długie ciemne włosy 

background image

upięła   na   czubku   głowy.   Chwyciła   za   uchwyt   jednego   z   wózków   z   instrumentarium   i   z 
uśmiechem wywiozła go. 

– Jakaś kobieta już czeka. Powiedziałam jej, że jeszcze nie przyjmujemy, ale... 
– Poproś ją, Irini. 
Praca   zawsze   pozwalała   jej   zapomnieć   o   problemach.   Kobieta,   która   w   tym   momencie 

weszła do gabinetu, była zdenerwowana. 

– Nazywam się Josie Donaldson. 
– Demelza Tregarron. – Demelza ujęła dłoń kobiety. Czuła, że pacjentka tego potrzebuje, 

zanim przejdą do sedna. 

Twarz kobiety pojaśniała nieco. 
– Słyszałam już kiedyś to imię. Pochodzi z Kornwalii, prawda?
– Urodziłam się w Konwalii. 
– Moi dziadkowie tam mieszkali, spędzałam u nich wakacje. Ale to zamierzchłe czasy, mam 

już prawie trzydzieści pięć lat. 

– Biedna staruszka – zażartowała Demelza. – Ja skończę trzydzieści pięć za trzy lata. W 

czym mogę pani pomoc, Josie?

Josie zawahała się. 
– Byłam beznadziejnie głupia... 
– Wszystkim się to zdarza. Ale co się stało? Kobieta westchnęła głęboko. 
– Wczoraj wieczorem spotkałam tego gościa w barze. Wypiliśmy parę drinków i poszliśmy 

do jego pokoju. Nigdy tak nie robię, ale w końcu to wakacje... Od lat nie miałam  wakacji. 
Opiekowałam się mamą. Zmarła miesiąc temu i pomyślałam sobie, że cóż, czas ucieka. Jadę. 

Jeszcze jedna osoba, która zostawiła za sobą przeszłość. Demelza czekała, aż Josie zacznie 

mówić dalej. Gdyby jej teraz przerwała, mogłaby zamilknąć i wyjść. Widać było, że mówienie 
nie przychodzi jej łatwo. 

Josie przeczesała dłonią krótkie włosy. 
– Na początku to mi nawet pochlebiło. Nigdy nie miałam czasu na facetów, poczułam się 

super, jak mi powiedział, że jestem fajna laska. Wiem, że nie jestem, ale jak się człowiek napije 
i...   Żeby   nie   przedłużać,   wylądowaliśmy   w   łóżku.   Całe   lata   tego   nie   robiłam   i   nie   byłam 
przygotowana. On też nie... czyli nie byliśmy zabezpieczeni. 

Josie rozbeczała się. Demelza wstała, objęła jej wstrząsane szlochem ramiona. Kiedy płacz 

ustał, usiadła z powrotem. 

– Spotka się pani z tym mężczyzną? – spytała cicho. Josie podniosła na nią smutne, zalane 

łzami oczy z rozmazanym tuszem, który ściekał strużkami po policzkach. Demelza podała jej 
chusteczkę, Josie zaczęła dość bezskutecznie wycierać sobie twarz. 

– Mam nadzieję, że nie. Powiedział mi, że jest żonaty. To znaczy już po wszystkim. Świnia!
– Sztuczka stara jak świat – uznała Demelza współczująco. – Nie uwierzyłaby pani, ile razy 

słyszałam już od pacjentek podobną historię. A więc?

background image

– A więc chcę być absolutnie pewna, że nie zaszłam w ciążę. Ma pani te pigułki na dzień po?
– Tak, mam – powiedziała Demelza ostrożnie. – Jest pani pewna, że są pani potrzebne? Bo 

takie pigułki mają działanie uboczne. Będę zmuszona zadać pani kilka pytań na temat stanu pani 
zdrowia. Lista problemów ze zdrowiem, które nie zezwalają na użycie takiej pigułki, jest dosyć 
długa. 

Demelza   wyjaśniła   pacjentce,   w   jakich   przypadkach   nie   wolno   brać   pigułki,   i   z   ulgą 

stwierdziła, że nie dotyczą one Josie. 

Zaraz po przyjeździe z radością odkryła, że jej gabinet jest bardzo dobrze wyposażony i 

zaopatrzony. Miała też niezły zapas pigułek, o które prosiła Josie. Po raz pierwszy została o nie 
poproszona i nie wątpiła, że nie był to ostatni raz. Wakacyjne romanse mają to do siebie, że są 
gwałtowne i szybko się kończą. 

Pacjentka nachyliła się ku niej z błagalnym wyrazem twarzy. 
– Siostro, bardzo proszę, niech mi pani da tę pigułkę. Im szybciej tym lepiej, bo nie chcę 

mieć już do czynienia z tym draniem i nie mogę sobie wybaczyć tej głupoty... 

–   Jest   pani   zdrowa,   co   nie   znaczy,   że   nie   odczuje   pani   skutków   ubocznych.   Jakieś 

pięćdziesiąt procent kobiet, które biorą pigułkę, ma nudności, a dwadzieścia procent wymiotuje. 
Jeśli kobieta wymiotuje, istnieje podejrzenie, że jej organizm odrzucił... 

– Siostro, błagam! Wszystko zniosę, byle tylko mieć pewność, że nie jestem w ciąży z tym 

potworem. 

– Zaznaczam też, że pigułka nie gwarantuje stuprocentowego działania – poinformowała 

Demelza. 

Josie westchnęła głęboko. 
– Nie mam innego wyjścia, więc proszę... Demelza poklepała ją po ręce. 
– Spokojnie. Mam obowiązek to wszystko sprawdzić. Podniosła się z krzesła i podeszła do 

szafki z lekami, wyjęła z niej jedno z pudełeczek. Otworzyła je i pokazała Josie. 

– Tu  są dwie  pigułki.  Trzeba  je wziąć  w ciągu  siedemdziesięciu  dwu godzin od chwili 

stosunku, a więc pod tym względem nam się zgadza. Teraz może pani łyknąć pierwszą. – Podała 
Josie szklankę wody. – Drugą musi pani wziąć dokładnie za dwanaście godzin. Proszę sobie 
zanotować, którą mamy teraz godzinę, i nie zapomnieć. 

Josie uśmiechnęła się. 
– Proszę się nie martwić, siostro. Nie zapomnę. 
–   Jeśli   odczuje   pani   jakieś   działania   uboczne,   proszę   do  mnie   przyjść.   I  koniecznie,   po 

powrocie do domu, za trzy do czterech tygodni, proszę się zgłosić do swojego lekarza. 

Josie skrzywiła się. 
– Muszę?
– Stanowczo doradzam. To dla pani dobra, żeby się upewnić, że jest pani zdrowa. Istnieje 

przecież także ryzyko zarażenia jakąś chorobą przenoszoną drogą płciową. 

– Wiem! To też mnie martwi. 

background image

–   A   więc   niech   pani   się   zbada,   zaraz   po   powrocie   do   Anglii.   Mogę   dać   pani   listę 

specjalistycznych klinik. Obowiązuje tam absolutna dyskrecja, a pani się uspokoi. 

Wręczyła pacjentce wydrukowaną z komputera listę. Josie przebiegła ją wzrokiem. 
–   Zbadam   się,   siostro.   Bardzo   dziękuję.   Aha,   w   folderze   ośrodka   jest   napisane,   że   za 

lekarstwa trzeba płacić. 

Demelza podała jej skrawek papieru. 
– Proszę to oddać Irini, ona się zajmuje finansami. I życzę pani miłego odpoczynku. 
Josie odwróciła się, będąc już przy drzwiach, i posłała jej uśmiech. 
– Postaram się. Już się tak nie wygłupię, ale to takie trudne, jak człowiek czuje się samotny 

jak pies. 

Demelza odpowiedziała jej uśmiechem. 
– Wiem. 
Josie postara się już nie wygłupić. A ona? Poprzedniego dnia o mały włos zapomniałaby o 

rozsądku w kąt. Brakowało dosłownie sekund. Josie ma rację. 

Trudno jest zachowywać się mądrze, kiedy człowiek czuje się samotny jak pies. Demelza nie 

była właściwie samotna, ale była sama, i to tak długo, że kilka chwil z Nickiem zawróciło jej w  
głowie. Tęskniła za tym, żeby być kochaną, pożądaną, chciała, żeby objął ją i... Terkot telefonu 
przywołał ją do teraźniejszości. 

– Demelza... Nick?
Jej puls natychmiast przyspieszył, głos Nicka działał na nią tak samo jak jego obecność. To 

przerażające. Weź się w garść, dziewczyno! Jesteś w pracy i Nick dzwoni zapewne w sprawie 
służbowej!

I   tak   było.   Nick   swoim   bardzo   oficjalnym   tonem   pytał,   czy   zgodziłaby   się   pomóc   po 

południu w szpitalu. 

– Chcę dzisiaj zrobić operację biodra. Normalnie wysłałbym pacjenta do Aten albo na Rodos, 

ale to starsza kobieta. Nie chce opuszczać wyspy, a operacja to jej jedyna szansa. Jeżeli jej nie 
zrobimy, chora spędzi resztę życia przykuta do wózka. Spojrzałem w twój życiorys, widziałem, 
że w Londynie asystowałaś też przy ortopedycznych operacjach. 

Demelza uśmiechnęła się pod nosem. 
– Sprawdzałeś mnie?
–   No   wiesz,   nie   mamy   w   tej   chwili   nikogo   z   twoim   doświadczeniem.   Nasza   siostra   z 

ortopedii jest na macierzyńskim, więc gdybyś mogła... ?

– O której?
– O drugiej. Poproś Stavrosa, żeby cię podrzucił. 
– A jak mam go prosić, żeby tak nie pędził? Usłyszała, że Nick roześmiał się. 
– Nie ma na to sposobu. Jest genetycznie zaprogramowany, żeby pokonać barierę dźwięku. 

Zapnij dobrze pas i módl się. Ja zawsze tak robię, kiedy z nim jadę. 

– Bardzo dziękuję za radę. 

background image

– Bardzo proszę. 
Demelza dotarła do szpitala pół godziny przed czasem, żeby dojść do siebie po szaleńczej 

podróży i zapoznać się z wyposażeniem sali operacyjnej. 

Pielęgniarka z recepcji zaprowadziła ją do pokoju Nicka. 
– Jesteś! I to wcześniej. Siadaj, proszę, przedstawię ci szczegóły. 
I znowu było zawodowo i oficjalnie. Demelza usiadła na krześle po drugiej stronie biurka. 

Komputer pomrukiwał cicho w rogu tego niedużego pokoju. Książki medyczne zajmowały jedną 
ze ścian. Na biurku Nicka leżała masa notatek i papierów. Demelza zastanowiła się, jakim cudem 
Nick tak świetnie daje sobie radę w tym chaosie. 

Nick przeczesał włosy palcami. Demelza zauważyła, że jego biała koszula z zawiniętymi 

rękawami  ma wilgotne plamy.  Pewnie pracował ciężko cały ranek, a teraz jeszcze czeka go 
operacja. I pewnie nie zrobił sobie nawet krótkiej przerwy. 

– Jadłeś lunch?
Uniósł brwi z uśmiechem. 
– Czy to zaproszenie? Zaczerwieniła się. 
– Po prostu wyglądasz, jakbyś pracował bez przerwy. 
– Nie przejmuj się mną. Zjadłem kanapkę i wypiłem kawę. A ty?
– Skończyłam pracę o dwunastej, miałam czas na sałatkę i owoce. 
Ta   rozmowa   na   temat   lunchu,   prowadzona   niemal   w   koturnowym   stylu,   wydała   jej   się 

dziwna. Demelza zgadywała, że Nick, podobnie jak ona, nie ma pewności, dokąd prowadzi ich 
znajomość. 

– Więc co możesz mi powiedzieć na temat dzisiejszej operacji? – spytała, zdenerwowana 

enigmatycznym spojrzeniem, które kierował na nią przez biurko. 

– Nasza pacjentka nazywa się Maria, ma siedemdziesiąt dwa lata. Zna mnie od urodzenia, 

więc próbuje mnie ustawiać. – Uśmiechnął się. – Jest bardzo uparta i odporna na wpływy. – 
Urwał i skrzywił się zabawnie. – Jak się już pewnie domyślasz, darzę ją ogromną sympatią i 
życzę jej jak najlepiej. Wraz z rodziną Marii nakłanialiśmy ją, żeby pojechała na operację do 
Aten. Przez chwilę zdawało nam się, że na to przystała, wpisałem ją nawet na listę oczekujących. 
– Oparł się wygodnie i westchnął. – Ale to nie takie proste. Kiedy zbliżyła się data operacji, 
Maria oznajmiła, że nigdzie nie jedzie. Jej znajoma operowana kilka lat temu w Atenach zmarła 
pod narkozą.   Na  nic  moje  wyjaśnienia,  że  to  inna  historia.  Maria  na  to,  że  albo  ja ją tutaj 
zoperuję, albo pogodzi się z wózkiem, który kupił jej syn. 

– Kiedy się poddałeś?
– Kiedy syn przywiózł Marię do szpitala z prośbą, żebym jej jakoś wytłumaczył, że musi 

jechać. Cierpiała potworne bóle, a on nie mógł już na to patrzeć. 

– Nie przypominam sobie, żebym widziała Marię, kiedy mnie oprowadzałeś po szpitalu. A 

na pewno bym zapamiętała taką charakterną osóbkę. 

– Pielęgniarka powiedziała mi wtedy, że Maria śpi, nie chciałem jej przeszkadzać – wyjaśnił. 

background image

– Masz rację. Na pewno byś ją zapamiętała. Liczyłem jeszcze na to, że dostarczę ją do Aten 
śmigłowcem ratunkowym dzisiaj rano. Jej konsultant z Aten prosił, żebym ją przygotował do 
operacji, zbadał grupę krwi i tym podobne. No i dosłownie w ostatniej chwili Maria odmówiła 
wyjazdu. W związku z tym postanowiłem ją operować. Główny problem polegał na tym,  że 
pielęgniarka z ortopedii jest na macierzyńskim, ale skoro mam ciebie... Demelza skinęła głową, a 
Nick kontynuował. 

–   Raz   jeszcze   skontaktowałem   się   z   Atenami   i   poinformowałem   ich,   jaka   jest   sytuacja. 

Proteza została już przysłana i jesteśmy gotowi. – Nick zerwał się na nogi. – Wystarczą ci te 
informacje? Jak widzisz, działamy tu dość nietypowo. 

Uśmiechnęła się, by ukryć zdenerwowanie. 
–   Ty   to   powiedziałeś.   Nie   wyobrażam   sobie,   żeby   londyński   szpital   tak   chętnie 

współpracował w takim przypadku. A ty?

– Ja to wykluczam! Ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś bliski spędził resztę życia na wózku, 

nawet jeśli chodzi o starą uparciuchę – dokończył z krzywym uśmiechem. 

Demelza   porozmawiała   z   instrumentariuszką   na   temat   sprzętu   potrzebnego   do   operacji. 

Pielęgniarka zawiązała jej z tyłu sterylny fartuch i pomogła wciągnąć gumowe rękawiczki. Potem 
Demelza   weszła   za   Nickiem   do   sali   operacyjnej   i   znowu   wróciło   zdenerwowanie.   Ale 
wystarczyło jedno spojrzenie w spokojne oczy Nicka, by odnalazła wiarę w siebie. I pewną ręką 
podała Nickowi skalpel. 

Kość udowa Marii skruszała niemal do szczętu. 
– Teraz widzisz, dlaczego operacja była taka pilna – powiedział Nick. 
Podniósł na moment  głowę i wymienił  parę słów z dwoma  pielęgniarkami  asystującymi 

Demelzie. 

– Usunę chorą część kości, na resztę zamocuję protezę. 
Potem wyjaśnił jej kolejne etapy operacji. 
Demelza podziwiała jego opanowanie. Pracował w wielkim skupieniu, tłumacząc każdy swój 

ruch.   I   zanim   się   spostrzegła,   operacja   dobiegła   końca.   Nick   dał   ostatnie   polecenia 
pielęgniarkom, które miały otoczyć Marię stałą opieką. 

Demelza zdjęła rękawiczki i rzuciła je do pojemnika na śmieci. Praca w tym małym szpitalu 

wcale nie różniła się od pracy w Londynie. 

– To zasługa klimatyzacji – stwierdził Nick, gdy podzieliła się z nim tym spostrzeżeniem. – 

Gdyby nie to... 

–  Nie   mówię  o  klimatyzacji.  Jestem   pod  wrażeniem,   że  udało  nam   się  to  zrobić  w  tak 

skromnym składzie, bez zamieszania. 

Nick zdjął chirurgiczną czapeczkę i spojrzał na Demelzę. Z potarganymi włosami wyglądał 

jak mały chłopiec. Podstawił jej palec pod brodę i obrócił jej twarz ku sobie. 

– Cieszę się, że pozytywnie oceniasz nasz szpital, bo ja też pozytywnie oceniam twoją pracę. 

Nie mówiłem ci tego, ale gdyby Maria czekała dłużej, nie miałaby szansy. 

background image

– Widziałam to – rzekła, myśląc tylko, kiedy Nick odsunie się od niej. 
On tymczasem przesunął palec i dotknął jej policzka. Nie drgnęła, zahipnotyzowana jego 

spojrzeniem. Wtedy Nick spełnił jej nadzieję i pocałował ją w usta. Usłyszała jakieś westchnienie 
i uprzytomniła sobie, że to jej własne. Czekała na to, na jakikolwiek fizyczny kontakt z Nickiem. 

Raptem otworzyły się drzwi. Demelza odskoczyła. 
– Doktorze... Och, przepraszam. Nie wiedziałam, że jest pan... zajęty. Chciałam prosić na 

słówko w sprawie Marii. 

Demelza, nie dość, że zakłopotana, poczuła się też winna, bo po raz kolejny nie zachowała 

dostatecznej rozwagi. 

Za to Nick absolutnie panował nad sytuacją. 
– Oczywiście, siostro. O co chodzi?
Demelza ruszyła do wyjścia. Jej zadanie skończyło się, nie powinna dłużej przeszkadzać. 
–   Chwileczkę,   siostro   –   zatrzymał   ją  oficjalny  głos   Nicka.   –  Jeśli   zechce   pani   na   mnie 

poczekać, podwiozę panią do wioski. Chyba że woli pani wracać ze Stavrosem. 

– Bardzo dziękuję, doktorze. Chętnie skorzystam z pańskiej uprzejmości. 
Żałowała, że nie ma już na twarzy maseczki, ponieważ irytująca czerwień zalała jej policzki. 

No ale gdyby miała na twarzy maskę, ominąłby ją odurzający pocałunek Nicka. 

Czekała   na   niego   w   pokoju   służbowym.   Było   to   niewielkie   pomieszczenie   zarzucone 

czasopismami   medycznymi   i   pustymi   kubkami   po   kawie.   Wszystkie   socjalne   pokoje   w 
szpitalach, które znała, wyglądały dokładnie tak samo. Ten miał nad nimi tę przewagę, że jego 
okna wychodziły na cudowną zatokę. Demelza tak się na nią zapatrzyła, że nie usłyszała kroków 
Nicka. 

– Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć. 
Obróciła się i ogarnęło ją znów skrępowanie połączone z pożądaniem. Usta wciąż drżały jej 

od pocałunku Nicka, a jej ciało znajdowało się w stanie podwyższonego napięcia. 

– Ja... podziwiałam właśnie widok. 
Ręka Nicka wciąż spoczywała na jej ramieniu. Był  to ciepły,  kojący dotyk. Powiedziała 

sobie w myśli, że łączy ich tylko wzajemne zrozumienie, ale nie brzmiało to zbyt wiarygodnie. 
Tęskniła za czymś więcej niż sympatia. A jego pocałunki wzbudziły w niej nadzieję, że i on 
podzieli jej sposób myślenia. 

Przeniosła wzrok na przystań za oknem. Błękit wody lśnił w popołudniowym słońcu, a ona 

usiłowała przyzwyczaić się do dłoni Nicka na ramieniu. Powtarzanie sobie, że to przyjazny gest, 
było bezcelowe. Dla niej było to coś więcej. 

Tymczasem na przystani prom, który krąży między wyspami, wypływał właśnie załadowany 

po brzegi owcami, kozami, kurami i ludźmi. Przywiózł na Kopelos owoce i warzywa. Elegancko 
odziani pasażerowie statku pasażerskiego i niezobowiązująco ubrani pasażerowie jachtów, które 
zacumowały   tego   dnia,   sunęli   nabrzeżem   w   poszukiwaniu   tawerny,   w   której   najprzyjemniej 
minie im wieczór. 

background image

Również Demelza poczuła podniecenie na myśl o zbliżającym się wieczorze. Nie miała w 

zwyczaju   chodzić   w   miasto,   jak   pogardliwie   wyrażała   się   jej   teściowa   o   takim   spędzaniu 
wolnego czasu. Naraz ogarnęła ją wielka ochota na zmianę. Najlepiej gdyby był to kameralny 
wieczór z kimś, z kim czuje się swobodnie. Tłum i światła jej nie bawiły. 

Zakręciła się i spojrzała Nickowi w oczy. 
– Dalibyście się dzisiaj zaprosić z Iannim na kolację? Ugotowałabym coś dla nas. 
Nick zdziwił się i ucieszył jednocześnie. 
– Jak mógłbym odrzucić takie zaproszenie?
– Żadnych cudów, proste domowe jedzenie. 
– Tym lepiej. Bardzo lubię grecką kuchnię, ale czasami mam ochotę na coś innego. 
– Może zapiekankę pasterza? – spytała, podając nazwę bezpiecznego, wypróbowanego dania. 
Nick wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
– Skąd wiesz, że bardzo to lubię? Moja angielska babka często mnie nim raczyła. 
Świetnie się składa, myślała Demelza. Nick odczyta jej zaproszenie jako wyraz wdzięczności 

za kilka wspólnych posiłków w tawernie, i nie przyjdzie mu do głowy doszukiwać się w tym 
żadnych podtekstów. 

Nick   zaparkował   samochód   na   końcu   drogi   prowadzącej   do   wioski.   Ianni   bawił   się   jak 

zwykle z Lefterisem przed domem Kateriny. 

– Tato! Demelza! – wołał radośnie, rzucając się w objęcia ojca. 
Następnie przyszła kolej na Demelzę. Przytuliła chłopca ze wzruszeniem. Przyjeżdżając tu, 

bardzo pragnęła zacząć nowe życie. Teraz chciała dodatkowo, żeby przyjęto ją do tej rodziny. 
Ostrożnie, powiedziała sobie, kiedy pokonywali ostatni odcinek uliczki. Nie wolno jej niczego 
zakładać   ani   spieszyć   się   z   wchodzeniem   w   rolę   matki.   Ianni   wzbudza   w   niej   instynkt 
macierzyński, ale to jej do niczego nie upoważnia. 

–   Muszę   wpaść   do   sklepu   –   odezwała   się,   przystając   przed   fascynującym   maleńkim 

sklepikiem, zawalonym po sufit najrozmaitszym  towarem. Skrzynki z owocami i warzywami 
stały na ulicy. 

– Mogę iść z tobą? – spytał Ianni. – Zostało mi jeszcze kieszonkowe. Kupię sobie słodycze. 
Demelza zerknęła na Nicka. Kiwał głową z uśmiechem. 
– Tylko nie przesadź, Ianni. Jesteśmy zaproszeni na kolację. 
Demelza   kupiła   wszystko,   co   było   jej   potrzebne:   mieloną   jagnięcinę,   zioła,   ziemniaki, 

cebulę, a Nick nadzorował w międzyczasie jakże ważny wybór słodyczy. 

Gdy w końcu dotarli do domu, Nick stanowczo poprosił syna, żeby odrobił lekcje i przebrał 

się przed kolacją u Demelzy. 

– No to do zobaczenia – powiedziała i pospieszyła na górę. 
Od dawna już gotowanie nie sprawiło jej takiej przyjemności. Był  to prosty posiłek, ale 

znaczył dla niej tak wiele. Dzięki niemu spędzi wieczór z Nickiem, sytuacja będzie zupełnie 

background image

czysta i klarowna, i Demelza nie będzie musiała zamęczać się rozważaniem, dokąd zmierza ich 
znajomość. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Stojąc przy kuchence i mieszając mięso z przyrumienioną cebulą, Demelza z zadowoleniem 

myślała o nadchodzącym wieczorze. Będą przy stole tylko we troje i... 

Nagle odłożyła łyżkę i zdjęła patelnię z ognia. Co ona wyprawia? Planuje jakieś rodzinne 

spotkanie? Przecież Nick pomyśli, że ona mu się narzuca. Przecież jej powiedział, że ma dość 
romansowych   komplikacji.   Nie,   ona   nie   zamierza   mu   niczego   komplikować.   Zwyczajnie   są 
dwojgiem ludzi, którzy podobnie myślą i podobnie czują. 

– Tata bierze prysznic – usłyszała raptem dziecięcy głos. 
Odwróciła głowę i zobaczyła Ianniego na progu. Promienie słońca wpadały zza jego pleców 

do mieszkania. Chłopiec miał świeżo umyte włosy, był boso i w piżamie. Wyglądał jak aniołek. 

– Mogę wejść? – spytał. 
– Oczywiście. 
Podeszła do niego i wzięła jego drobną dłoń w ręce. 
– Jestem w piżamie – oznajmił poważnie chłopiec – bo tata pozwolił mi włożyć, co zechcę. 

Włożyłem piżamę, żeby się znowu nie przebierać. Nie lubię się przebierać, to takie nudne. 

Demelza przytaknęła. 
– A ja włożyłam tę sukienkę dlatego, że ją lubię i nie jest mi w niej gorąco przy kuchni. 
– Jest bardzo ładna – stwierdził Ianni, dotykając jasnozielonej bawełny. Podniósł wzrok. – 

Pasuje ci do włosów. Podobają mi się twoje włosy, mogę dotknąć?

Demelza pochyliła się. 
– I co? – spytała. 
– Robisz sobie ten kolor z jakiejś butelki? – zaciekawił się znienacka. 
Demelza zaśmiała się. 
– Nie, już się z takim urodziłam, ale chyba troszkę mi spłowiał. 
– Moja mama też spłowiała, bo ciągle musi sobie kłaść na włosy rozjaśniacz. Pytałem ją, 

jakie miała kiedyś włosy. Powiedziała, że nie pamięta i żebym nie był ciekawski. 

– Czy tato wie, że tu jesteś, Ianni?
– No... 
– No, nie wie. – Wchodząc, Nick pochylił  głowę, bo drzwi nie były robione z myślą  o 

wysokich mężczyznach. – Ty łobuzie! Demelza potrzebuje spokoju, żeby skończyć gotowanie. 

– Nie przeszkadza mi – zapewniła czym prędzej. – Mógłby mi nawet pomóc. 
– Co mam zrobić?
– Możesz rozgnieść ziemniaki. Proszę, dodamy do nich trochę masła. A teraz naciskaj tak 

mocno jak potrafisz. Niczego na pewno nie zepsujesz. 

Odwróciła się od stołu. Ianni zabrał się z zapałem do pracy. Nick stał tuż za nią, patrzył na 

background image

nią czule. Miał mokre włosy, jak jego syn. Chyba ubierał się w pośpiechu, bo jego kolorowa 
koszula była zapięta tylko na jeden guzik nad paskiem szortów. 

– Jeszcze nigdy nie gotowałem – mówił Ianni. – Mama wyrzucała mnie z kuchni. Ale ona też 

dużo nie gotuje. 

W oczach Nicka pojawił się przelotny błysk. 
– Ianni, dostałem dzisiaj list od twojej mamy. Przyjedzie tu w lipcu. 
Ianni nie przerwał  ugniatania  ziemniaków,  nie dał po sobie znać, że słyszał  słowa ojca. 

Demelza zauważyła jednak, że chłopiec ściągnął usta i najwyraźniej rozważał podaną przez ojca 
wiadomość. Podeszła do stołu. 

– Już wystarczy, Ianni – podziękowała. – Teraz nałożymy masę ziemniaczaną na mięso... o 

tak... i włożymy to do piekarnika. Uważaj na palce. 

Zastanawiała się, dlaczego ten żywiołowy chłopiec tak nagle przycichł. Dlaczego zostawił 

bez komentarza zapowiedź wizyty matki. 

– Cieszysz się, że mama przyjedzie, prawda? – spytała dyplomatycznie. 
– Tak – uciął Ianni obojętnie. 
Demelza zerknęła na Nicka, ale nie wzbogaciło to jej wiedzy. Nie chciała dalej naciskać na 

żadnego z nich. Widać istnieje jakiś problem na linii matka-syn. Zapewne spędzony wspólnie 
czas ma  go rozwiązać.  Demelza  tak rozumiała  powód przyjazdu  Lydii.  Pamiętała  opowieści 
Nicka i nie sądziła, by Lydia przyjeżdżała do byłego męża. A może?

Może Lydia wciąż chce go odzyskać? Demelza umyślnie unikała takich podejrzeń. 
– Napijmy się czegoś – zaproponowała. – Może usiądziemy  na tarasie i popatrzymy  na 

zachód słońca? W lodówce mam wino. Nick, bądź tak dobry i otwórz je, a ja naleję Ianniemu  
lemoniadę. 

Zasiedli na tarasie. Ianni najpierw zajadał się chipsami, potem pomógł Nickowi i Demelzie 

uporać się z miseczką oliwek. 

– Nick, znasz właściciela mojego mieszkania? Chciałabym zrobić coś z prysznicem. 
Nick uśmiechnął się. 
– Oczywiście, że znam. Masz go przed sobą. 
– Och... wybacz, nie wiedziałam. 
– Ta willa należy do mojej  rodziny.  Po śmierci  rodziców, kiedy wyjechałem  do Anglii, 

zajmowali   się   nią   dziadkowie.   Zresztą   odwiedzałem   ich,   kiedy   tylko   mogłem.   Od   śmierci 
dziadków willa należy do mnie. Kiedy mnie nie było, zaglądali tu krewni. Potem zdecydowałem 
się na powrót. Kazałem zrobić niezbędne naprawy i samodzielne mieszkanie na piętrze. Biuro 
podróży płaci mi za wynajem. Te pieniądze przeznaczam na dalszy remont. Co się dzieje z twoim 
prysznicem?

Demelzie zrobiło się głupio. Nick opowiada jej o śmierci najbliższych, a ona wychyla się z 

takim drobiazgiem. 

– Nic takiego – powiedziała szybko. – Po prostu nie mogę się przyzwyczaić, że nie jest 

background image

przytwierdzony do ściany i... 

Nick uderzył się w czoło. 
– Przepraszam! Miałem się tym zająć, nim przyjechałaś, i w końcu wyleciało mi z głowy. 

Jesteś pierwszym lokatorem. Jutro zadzwonię do hydraulika. 

– Dziękuję. – Zawahała się. – Na pewno bardzo się cieszyłeś, wracając na Kopelos. 
Ianni w międzyczasie zeskoczył z krzesła i bawił się teraz kamykami w rogu tarasu. Budował 

z nich dom. Nick nie zwracał mu uwagi, że ubrudzi sobie piżamę, jakby wiedział, że nie to jest 
najważniejsze. 

– Tak, nareszcie poczułem znowu, że jestem w domu – rzekł pełnym  emocji głosem. – 

Urodzili   się   tu   mój   ojciec   i   mój   dziadek.   Ojciec   był   rybakiem,   tak   jak   jego   ojciec.   Był 
doświadczonym   żeglarzem.   Nie   mogłem   uwierzyć,   kiedy   dowiedziałem   się,   że   utopił   się   w 
morzu. Demelza pochyliła się ku niemu. 

– Znasz okoliczności tego zdarzenia? – spytała. Nick nabrał głęboko powietrza. 
– Zaraz po tym, jak wypłynęli w morze, zerwała się gwałtowna burza. Zwykłe rybacy są 

informowani   o   takim   zagrożeniu   przez   służby   meteorologiczne,   ale   wtedy   burza   wszystkich 
zaskoczyła.   Utonęło   pięciu   rybaków,   wśród   nich   mój   ojciec.   Nie   chciano   mi   początkowo 
powiedzieć, dlaczego ojciec nie wraca, miałem wtedy sześć lat. – Nick spojrzał z ukosa na syna. 
– Tyle co teraz Ianni. Dziecko w tym wieku nie jest głupie, zwłaszcza gdy wszyscy wokół płaczą. 
W końcu moja babka uznała, że lepiej będzie, jeśli się dowiem, ponieważ, jak stwierdziła, to na 
mnie spada obowiązek opieki nad matką. Matka spodziewała się drugiego dziecka. Wyjaśniła mi, 
dlaczego rośnie jej brzuch. Pamiętam, że niecierpliwie czekałem, aż urodzi się jakiś towarzysz do 
zabawy. – Urwał i wypił spory łyk wina. – To była trudna ciąża i mama tęskniła za Anglią. W 
tamtych czasach nie było szpitala na wyspie, krewni mojego ojca martwili się o mamę. Zabrała 
mnie więc do Anglii. Zamieszkaliśmy z moimi angielskimi dziadkami. Trzy miesiące później 
mama   poszła   do   szpitala.   Dziecko   urodziło   się   martwe,   mama   zmarła   na   skutek   rzucawki 
porodowej. 

Oczy Demelzy zaszły łzami. Patrząc na Nicka, widziała, że pogodził się jakoś z tą tragedią, 

choć pozostawiła w nim głębokie rany. Tak to już jest z cierpieniem. Człowiek może pokonać je 
do pewnego stopnia, ale ono w nas pozostaje, zakopane głęboko, i wpływa na nasze zachowania i 
myśli. 

Demelza delikatnie dotknęła ręki Nicka. Był to gest przyjacielski i nic ponadto. Nick spojrzał 

na nią. Wstała, obeszła stół i położyła mu dłonie na ramionach. Nick podniósł się powoli i objął 
ją.   Trzymał   ją   tak   przez   chwilę,   było   jej   tak   dobrze   jak   nigdy   przedtem.   I   w   tym   właśnie 
momencie nabrała pewności, że chce zrobić krok dalej. Że nie będzie się więcej opierać. Oboje, i 
ona i Nick, mają za sobą bolesne przejścia. Ale życie jest zbyt krótkie, żeby wciąż oglądać się za 
siebie. Nie wiedziała, jak się rozwinie ta znajomość, ~ale była gotowa zaryzykować. Poddać się 
wyrokowi losu. 

Wywinęła się delikatnie z ramion Nicka i spojrzała na Ianniego. Był wciąż zaabsorbowany 

background image

zabawą. 

– Poproszę go, żeby umył ręce. Mięso już pewnie się upiekło. 
Nick dotknął jej twarzy. 
– Ja to zrobię. 
– Dobrze. – Szybkim krokiem weszła do mieszkania. Wrzuciła szpinak na patelnię i zerknęła 

przez okno. 

Ianni wzbudzał w niej ciepłe uczucia, Nick prawdziwą miłość. Tak, zakochała się w Nicku, 

odżyła. Jednak znając jego przeszłość, mogła liczyć wyłącznie na sympatię. Na razie musi się 
tym zadowolić. Nie trzeba się spieszyć. Poczeka. 

Mięso z ziemniakami było wyśmienite. Szpinak ugotowany w sam raz. Na deser Demelza 

podała   świeże   brzoskwinie.   Ianniemu   opadały   powieki,   bardzo   się   starał,   by   nie   zasnąć   na 
siedząco. 

W końcu Nick wstał od stołu i zaniósł go na kanapę. 
– Wypijmy kawę na tarasie – szepnęła Demelza. – Tam jest chłodniej. 
Nick zaniósł tacę na zewnątrz i postawił ją na stoliku. 
Wchodząc na taras, Demelza zobaczyła sylwetkę Nicka na tle księżycowego nieba. Szedł ku 

niej z wyciągniętymi rękami, a ona przytuliła się do niego, jakby było to zupełnie oczywiste. 

Złożyła głowę na jego ramieniu. Potem smakowała jego pocałunek. Jej ciało budziło się pod 

jego pieszczotą. Jego podniecenie wywoływało w niej dreszcze. I wtedy do jej świadomości 
przebił się jakże niepożądany w owej chwili dzwonek telefonu. Nick zaklął pod nosem i sięgnął 
po komórkę. Demelza nalała kawę do filiżanek, czarną i mocną. Potrzebowała czegoś, co by ją 
ściągnęło   na   ziemię.   Nick   wyrzucił   z   siebie   sekwencję   zdań   po   grecku.   Z   jego   twarzy 
wywnioskowała, że telefon jest ze szpitala. 

–   Wzywają   cię   –   stwierdziła,   kiedy   się   rozłączył   i   zajął   miejsce   przy   stole.   Podała   mu 

filiżankę. 

–   Teoretycznie   jestem   na   wezwanie   dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę.   Mam   świetny 

personel. Ale wiedzą też, że jeśli sobie z czymś nie radzą, zawsze mogą do mnie zadzwonić. 

– A z czym sobie nie radzą? – Demelza wróciła już na ziemię, chociaż jej ciało czuło jeszcze 

przyjemne wibracje. 

– Chodzi o Marię. Załamała się, jest przekonana, że operacja się nie udała. Chce się ze mną 

widzieć, żebym jej powiedział, co zrobiłem z nogą. 

Uśmiechnęła się ze smutkiem. 
– Czyli wybierasz się do szpitala? Nick skinął potakująco głową. 
– Chyba powinienem. O ile wiem, nie ma powodu do pooperacyjnych komplikacji, ale wolę 

zobaczyć, co się dzieje. Nie wiem, ile mi to zajmie, ale... 

– Nie martw się o Ianniego. Zatrzymam go tu na noc. 
Na sofie będzie mu bardzo dobrze, nie powinniśmy go budzić. 
– Zazwyczaj w takich wypadkach prowadzę go do Kateriny. 

background image

Demelza potrząsnęła głową. 
– Zostaw go tu, Nick. Rano ci go przyprowadzę. 
– To bardzo miło z twojej strony. 
Miło!   To   nie   jest   chyba   odpowiednie   słowo!   Była   zrozpaczona.   Dopiero   co   powzięła 

postanowienie,   że   nie   pozwoli   niczemu   ani   nikomu   stanąć   jej   na   drodze.   A   teraz   będzie 
zmuszona czekać na następną okazję, żeby dać Nickowi do zrozumienia, iż pragnie się z nim 
kochać. 

Cóż, takie są prawa tego zawodu. Pacjenci są na pierwszym miejscu, życie osobiste odkłada 

się na bliżej nieokreślone później. Nick musnął przelotnie ustami jej policzek i zbiegł na dół. 
Później szczęknęła brama. Kroki Nicka odbiły się echem na opustoszałej ulicy. 

Wsiadł   do landrovera   i  zapalił   silnik.  Był   niespokojny.   Nie  tylko   w  związku  ze  stanem 

pacjentki. Czy potrafiłby zapanować nad sobą, gdyby nie telefon? Wziął głęboki oddech, żeby się 
wyciszyć, i ruszył do miasta. 

Demelza, jej gorące ciało, wzbudzała w nim pożądanie. Pragnął jej, i to jak! Nie zaplanował 

sobie, że spędzą tę noc razem, ale gdy tylko zbliżył do niej usta, wiedział, że instynkt bierze w 
nim górę. 

Uderzył  ręką w kierownicę.  Nie wolno mu  tego robić! Jeszcze nie. Zdawało mu się, że 

Demelza boi się angażować. Trudno się temu dziwić, znając jej historię. Dopiero co opuściła 
zamknięty świat, w którym żyła. Nie umie się jeszcze bronić. Nie wolno mu mylić jej sygnałów. 
Jej potrzeba bliskości wyrażona przytuleniem nie musi oznaczać, że Demelza chce z nim iść do 
łóżka. Nie wolno mu jej zranić. Ona jest niczym delikatny kwiat, który łatwo nadepnąć, czyniąc 
niewłaściwy krok. Wiedział, że trudno mu będzie panować nad sobą, mając ją tak blisko. Jej 
miękkie włosy, giętkie linie jej ciała... 

Otrząsnął się z tych myśli, dopiero wjeżdżając na szpitalny parking. Czas wziąć się w garść, 

pacjentka czeka!

Demelza   oparła   się   wygodnie   i   spojrzała   na   księżyc.   Może   dobrze   się   stało,   że   nie 

przekroczyli tej nocy pewnej granicy. Krótko znała Nicka i mogłaby potem żałować. 

Z drugiej strony jakoś w to nie wierzyła. Czuła wyraźnie, że Nick chce się z nią kochać. 

Każdy jego nerw zdawał się o tym świadczyć. Zerwała się, zebrała filiżanki i weszła do środka. 
Ianni spał spokojnie z jedną ręką pod głową. Jego wargi zaokrąglił uśmiech, jakby chłopiec śnił 
jakiś słodki sen. 

Przykryła go. Jest jeszcze ciepło, ale w nocy powietrze ochładza się. Zostawiła zapaloną 

lampkę w rogu pokoju i udała się do swojej sypialni. Otworzyła na oścież drzwi, na wypadek 
gdyby Ianni obudził się zdezorientowany. Rozebrała się i włożyła obszerny T-shirt z cienkiej 
bawełny, położyła się pod cienkim przykryciem i zamknęła oczy. 

Pod jej powiekami natychmiast pojawiła się twarz Nicka. Długo nie mogła usnąć. 
Zbudził ją Ianni, który wskoczył na jej łóżko. 
– Gdzie tata? Przywitała go uśmiechem. 

background image

– Musiał pojechać wieczorem do szpitala. Myślę, że już wrócił, ale lepiej sprawdźmy. Zjesz 

najpierw śniadanie?

– Tak, proszę!
Wstała i włożyła domową sukienkę. Razem przygotowali śniadanie i wyszli z nim na taras. 

Demelza przeciągnęła się i oddychała głęboko. W taki ranek człowiekowi chce się żyć. Słońce 
już grzało, wspinało się coraz wyżej nad horyzont i czerwone dachy wioski. 

W mieszkaniu Nicka panowała cisza. Albo nie wrócił dotąd ze szpitala, albo też nadrabiał 

nieprzespaną noc. Demelza cieszyła się, że zje śniadanie z Iannim. 

Posmarowała mu grzankę masłem i miodem i podsunęła mu talerz. Ianni przeżuwał głośno, 

wyspany i szczęśliwy. 

– Bardzo lubię miód – powiedział jej między dwoma kęsami. – Robią go pszczoły, tam, na 

wzgórzach. Nie lubią, jak się na nie patrzy. Jedna to nawet ugryzła Lefterisa i Katerina złościła 
się na niego. Chyba powinna się złościć na pszczoły, prawda? Myśmy tylko chcieli popatrzeć. 
Nie chcieliśmy ich skrzywdzić. Nie wiem, czemu pszczoły są takie niedobre, ale i tak lubię miód. 
Mogę dostać jeszcze?

Demelza uśmiechnęła się rozbawiona logiką chłopca. 
– Oczywiście. 
Wtem usłyszała, że otwierają się drzwi mieszkania Nicka. Wychyliła się. Nick przecierał 

zaspane oczy. Był boso, ubrany tylko w szorty, i wyglądał bardzo seksownie. 

– Dzień dobry, Nick. 
– O, cześć!
– Tata, my jemy śniadanie. Mamy pyszny miód. Chodź tutaj. Dobrze, Demelzo? – spytał, 

jakby zdał sobie sprawę, że nadużywa gościnności. 

Roześmiała się. 
– Oczywiście, tata też może zjeść z nami śniadanie. 
– Proszę tylko o kawę – rzekł Nick, pokonawszy schody. Padł na krzesło. – Jak się czujesz? 

Chciałem powiedzieć, że nie tego oczekiwałaś, zapraszając nas wczoraj na kolację. 

Jego ciemne oczy nie były zbyt wymowne. Demelza wiedziała, do czego nawiązuje Nick. 
– Dobrze, dziękuję – odparła cicho. 
–   To   świetnie.   –   Nick   ujął   jej   rękę.   –   Bo   ja   się   wczoraj   bardzo   dobrze   bawiłem   i   nie 

chciałbym niczego zepsuć... 

– Tato, mówiłem ci, że Lefterisa ugryzła pszczoła?
– Nie, nie mówiłeś. Kiedy?
– Byliśmy na wzgórzu. Tam jest taka bramka, zamknięta na sznurek, Lefteris rozwiązał go, 

żebyśmy mogli wejść i popatrzeć na domki pszczół, na ule i wtedy... 

Demelza wstała od stołu, żeby zaparzyć więcej kawy. Kiedy wróciła, Ianni wciąż trajkotał. 
– Chwileczkę, Ianni – wtrącił Nick. – Muszę powiedzieć Demelzie coś ważnego. O naszej 

pacjentce ze szpitala. 

background image

– Właśnie chciałam zapytać o Marię. 
– Czuje się dobrze. Chciała mnie tylko potrzymać za rękę, boi się szpitala. Tak myślę. 
Demelza świetnie znała tę potrzebę. Nick odstawił filiżankę. 
– Szew jest  czysty.  Dzisiaj  ma  przyjść  fizykoterapeuta.  Chcemy,  żeby Maria wstała  tak 

szybko, jak to tylko możliwe. To nie będzie łatwe, bo jej się zdaje, że będzie sobie leżeć, a 
zdolność ruchu wróci bez żadnego wysiłku z jej strony. 

Demelza uśmiechnęła się. 
– Znałam takich pacjentów. Nick wstał z krzesła. 
– Muszę lecieć. 
– Ja też – powiedziała, zbierając naczynia ze stołu. – Irini pewnie już pracuje jak mrówka. 
– Jesteś z niej zadowolona?
– Jest doskonała, można na niej całkowicie polegać. Nick posłał jej uśmiech. 
–   Cieszę   się,   sam   ją   wybrałem.   Jest   krewną   Giorgia,   a   więc   przez   małżeństwo   jest 

spokrewniona z rodziną mojego ojca. 

– Znasz chyba wszystkich na tej wyspie. 
– To bardzo mała społeczność, zresztą na tym też polega zaleta tego miejsca. Przynajmniej 

dla tych, którzy się tu urodzili. Katerina, która opiekuje się Iannim, jest moją kuzynką, bawiliśmy 
się razem w dzieciństwie. Sama się zaoferowała z pomocą i początkowo nie chciała żądnych 
pieniędzy. W końcu jakoś ją przekonałem, że bez niej nie mógłbym pracować, więc powinna 
dostawać zapłatę, tak jak ja. 

– Ludzie są tu bardzo otwarci i przyjaźni. Nie spotkałam nikogo, kto wzbudziłby we mnie 

antypatię... no, ale jestem tu dopiero kilka dni. 

– Wydaje się, że o wiele dłużej – zauważył Nick. 
– Tak. – Podniosła wzrok i po raz kolejny spotkała jego czułe spojrzenie. 
Była już pewna, że Nick ją polubił. Wątpiła, by się w niej zakochał. Nie był jeszcze gotowy, 

jak sam przyznał, na takie komplikacje. Odwróciła się i wyniosła talerze i filiżanki do kuchni. 
Nick wziął pusty dzbanek do kawy i ruszył za nią. Pochyliła się nad zlewem i polewała naczynia  
wodą. 

– Dziękuję ci  bardzo... za  wszystko  – powiedział.  Położył  jej  dłonie na  ramionach.  Nie 

obróciła się do niego. 

– Ianni jest bardzo miłym towarzyszem – odparła ostrożnie. 
Jego ręce zacisnęły się mocniej, odwróciła się i spotkali się wzrokiem. Nick przechylił głowę 

i musnął ją pocałunkiem, który skończył się zbyt szybko, by zdołała się nim nasycić. Potem 
odszedł, jakby ten pocałunek nie miał żadnego znaczenia. 

Skończyła zmywanie, ciesząc się, że czeka ją pracowity ranek, który pozwoli jej nie myśleć o 

Nicku. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Wpisała   do   komputera   szczegółowe   dane   osób,   które   przyjęła   tego   przedpołudnia,   i 

wyłączyła   urządzenie.   Z   każdym   dniem   ubywało   jej   pacjentów.   Zupełnie   jakby   fala 
intensywnych   upałów   wypaliła   wszelkie   infekcje.   Większość   turystów   ciągnęła   przede 
wszystkim   na   plażę   i   do   wody.   Nikomu   nie   chciało   się   fatygować   do   niej   z   drobnymi 
dolegliwościami. 

Wyglądając   przez   okno,   widziała   wyciągnięte   na   leżakach   ciała,   ociężałe   od   upału. 

Większość osób miała na tyle rozsądku, by ukryć się w cieniu parasola. Demelza informowała 
każdą   nowo   przybyłą   grupę   turystów   o   zagrożeniach   związanych   ze   zbyt   intensywnym 
korzystaniem z kąpieli słonecznych. Z radością stwierdziła, że jej słowa wielu zapadły w pamięć. 
Już w maju miała do czynienia z dość poważnymi poparzeniami słonecznymi, a przecież teraz 
był lipiec i zagrożenie związane z nierozważnym plażowaniem poważnie wzrosło. 

W rozmowie z turystami podkreślała również, by pili wyłącznie butelkowaną wodę. Sądząc 

po niewielu zgłoszeniach dolegliwości gastrycznych, jej słowa i w tej materii nie poszły na wiatr. 

Lipiec! Jak to szybko minęło! I dlaczego nie rozwinął się jej związek z Nickiem, mimo że 

spędzali ze sobą tyle czasu? Prócz idyllicznego pikniku na dzikiej plaży, który miał miejsce zaraz 
po jej przyjeździe, żadnego z następnych spotkań nie można by nazwać randką. 

Najgorsze, że Nick od czasu do czasu przytulał ją i patrzył na nią z tym czułym wyrazem w 

oczach, który budził w niej rozpaczliwą tęsknotę. 

Wstała i zaczęła krążyć po gabinecie. Jej problem polegał głównie na braku doświadczenia. 

Nie wiedziała, jak dać znać mężczyźnie, że go pragnie. A Nick na dodatek był Grekiem. No, pół-
Grekiem, co tym bardziej utrudniało jej odgadnięcie jego myśli. Oparła się o szybę, zapatrzona 
na połać piasku, która przechodziła w błękit morskiej wody. I raptem zdała sobie sprawę, że nie 
potrafi się zmienić. Odebrała określone wychowanie. Jej rodzice troszczyli się o nią, ale byli też 
bardzo surowi i dominujący. Spod ich skrzydeł przeszła wprost pod skrzydła Simona. I choć 
brzmi to niewiarygodnie, to w wieku trzydziestu dwóch lat była po prostu niedoświadczona. To 
nie do uwierzenia i przerażające. 

Westchnęła ciężko. Co chwilę tuż obok niej jakaś kobieta robi pierwszy krok ku wybranemu 

mężczyźnie, a ona jest bezradna. Wiedziała, że podoba się Nickowi, nie ukrywał tego. Ale co to 
znaczy? Czy wystarcza mu to, co ich dotąd łączy? Wspólne posiłki od czasu do czasu, skradzione 
pocałunki i wspólna praca w szpitalu?

Głośne, podniecone głosy wtargnęły do jej myśli i przerwały je. Drzwi otworzyły się i weszła 

zdenerwowana Irini. 

– Siostro, mamy ciężko chorą dziewczynkę. Spojrzy pani na nią?
– Ależ oczywiście, proszę. 

background image

W drzwiach stał rozdygotany mężczyzna, niosący na rękach około pięcioletnią dziewczynkę. 
– Nie wiem, co jest mojej Sarze, siostro. Urządziliśmy piknik pod parasolem, zaczęła jeść i 

nagle krzyczy wniebogłosy, że nie może przełknąć. Teraz nic nie mówi... 

– Proszę ją położyć na kanapce – poprosiła szybko Demelza. – Co jadła?
– Kupiliśmy bułki we wsi. Tę właśnie ugryzła, kiedy... 
– Ziarenka sezamu. – Demelza wzięła bułkę do ręki. – Czy Sarah jest uczulona na sezam?
Mężczyzna pokręcił głową. 
– Nic o tym nie wiem. Ma alergię na orzechy i kiedyś bardzo chorowała po chałwie, jeden 

raz. Gardło jej się zacisnęło i musieliśmy ją wieźć do szpitala. 

–   Chałwa   jest   właśnie   z   ziarna   sezamowego   –   wyjaśniła   Demelza,   zaglądając   do   ust 

dziewczynki. 

Gardło Sary puchło niemal w oczach. 
– Sarah jest uczulona na sezam – stwierdziła, podchodząc do szafki z lekami. – Dam jej 

zastrzyk   z  adrenaliny  i   leku  antyhistaminowego.   Przez  kilka  najbliższych   godzin   musimy  ją 
obserwować, więc zawiozę ją do szpitala. – Mówiąc to, przygotowywała strzykawkę. Zerknęła 
przez ramię. – Irini, bądź tak dobra i powiadom szpital, że jadę do nich z Sarą. 

Droga do szpitala zabrała im tylko trzy minuty. Tym razem Demelza cieszyła się, że Stavros 

jest najszybszym kierowcą na wyspie. Nick oczekiwał ich na oddziale. 

– Saro, czy mnie słyszysz?
Dziewczynka jęknęła i otworzyła oczy. Zakaszlała lekko i przez moment przerazili się, że 

zadławi się własną śliną, ale jakimś cudem ją połknęła. 

Demelza czym prędzej podzieliła się z Nickiem tym, co usłyszała od ojca Sary oraz swoimi 

obserwacjami. Poinformowała go też o zastrzyku. 

Nick skinął głową. 
–   Adrenalina   już   działa.   –   Zajrzał   dziecku   do   gardła.   Po   chwili   wyprostował   się   z 

uśmiechem. – Proszę zobaczyć, siostro. 

Teraz Demelza nachyliła się nad małą pacjentką. 
– Znakomicie – odetchnęła. – Kiedy chciałam ją zbadać u siebie, nie mogłam zajrzeć poza 

jamę ustną. 

– Pańska córka będzie zdrowa – oznajmił Nick ojcu Sary, któremu wciąż trzęsły się ręce. 
– Dzielna dziewczyna – szepnął mężczyzna, głaszcząc córkę po głowie. – Mamusia tak się 

ucieszy, jak wrócimy razem. 

– Lekarstwa, które podała jej siostra, spowodowały zmniejszenie  opuchlizny.  Chciałbym 

jednak   zatrzymać   Sarę   na   dwadzieścia   cztery   godziny   –   wtrącił   szybko   Nick.   –   Żeby   mieć 
absolutną pewność, że nie ma żadnych komplikacji. 

Mężczyzna zgodził się bez słowa. 
– Mogę z nią zostać?

background image

Nick poklepał go po plecach. 
– Jasne. Dziękuję, siostro. 
W jego głosie zabrzmiało coś ostatecznego. Demelza została odprawiona. 
Ilekroć  wychodziła  ze  szpitala,  doznawała  pewnego rozczarowania.  W szpitalu  czuła  się 

potrzebna, jej kwalifikacje były tam pożądane i chętnie zostałaby w nim na stałe. Gabinet w 
ośrodku przy plaży,  choć bardzo przydatny,  stanowił działalność peryferyjną. Demelza miała 
świadomość, że nastąpi taki moment, kiedy jako wykwalifikowana siła medyczna zechce wziąć 
na siebie większą odpowiedzialność. 

Wyszła na zewnątrz, na palące słońce samego południa. Stavros na nią czekał. Szczerząc 

zęby w uśmiechu, otworzył jej drzwi samochodu. 

– Wracamy na plażę, siostro? Odpowiedziała uśmiechem. 
– Tak, proszę. 
Parę godzin w cieniu parasola pozwoli jej się zrelaksować. No i przy okazji oddali jej myśli 

od Nicka. 

Wspięła się na skały i wypatrzyła wolne miejsce w małej zatoczce z boku głównej plaży. W 

pobliżu odpoczywały tylko dwie pary. Zdjęła ubranie i została w bikini. Wyjęła z torby bułki i 
ser feta, które kupiła we wsi, i zjadła lunch. 

Zamknęła oczy i odpłynęła na falach snu... 
W pewnej chwili dotarł do niej jakiś męski głos. Coś do niej mówił. Czy to sen? Uniosła 

powieki. 

– Nick! Skąd się tu wziąłeś?
Usiadła, przecierając oczy i zbierając myśli. Nick dość dziwnie wygląda na plaży w ubraniu, 

w którym chodził do pracy. 

–   Stavros   powiedział   mi,   że   cię   tu   znajdę.   Mam   się   spotkać   z   Lydią,   ale   jeszcze   nie 

przyjechała z lotniska. 

–   Lydia   dzisiaj   przyjeżdża?   Nic   nie   mówiłeś.   Wyraziwszy   zdumienie,   natychmiast   tego 

pożałowała. 

Bo brzmiało to tak, jakby jego relacja z byłą żoną bardzo ją interesowała. A to przecież 

wierutne kłamstwo! Nick wzruszył ramionami. 

– Wyleciało mi z głowy. Katerina mi przypomniała. 
Demelza   wstała,   żeby   wygodniej   było   jej   patrzeć   na   Nicka.   Chwyciła   swój   sarong   i 

zawiązała go, bo Nick jakoś osobliwie zawiesił wzrok na jej prawie gołym ciele. On zaś odwrócił 
się i wskazał wzgórze, z którego droga wiła się w dół na plażę. 

– Chyba widzę mikrobus. Pójdziesz ze mną spotkać się z Lydią?
– Uważasz, że to dobry pomysł? – zapytała sceptycznie. 
Nick szeroko otworzył zdumione oczy. 
– A czemu nie?
Aha. Dostała kolejny znak, że jest dla niej tylko przyjacielem. Przecież nie przedstawiałby jej 

background image

byłej żonie, gdyby było inaczej. 

– No, chodź. Nie mogę z nią długo zostać, muszę wracać do Ianniego. 
– Tylko coś na siebie wrzucę. 
– Nie mamy czasu. Wyglądasz znakomicie, ubierzesz się w samochodzie – rzucił, porywając 

jej torbę. 

Pobiegła   za   nim.   Rozgrzany   piasek   palił   jej   stopy,   Kiedy   dotarli   do   budynku   ośrodka, 

mikrobus akurat zajechał przed recepcję. 

W sarongu i na bosaka Demelza czuła się jak wieśniaczka. Nick zbliżył się do zbierającego 

się przy mikrobusie tłumu. Wciąż trzymał jej torbę, nie mogła nawet włożyć butów. 

Z mikrobusu wysiadła wysoka blondynka. Rozdawała na prawo i lewo łaskawe uśmiechy i 

machała do Nicka. 

– Lydio, przedstawiam ci Demelzę. To nasza pielęgniarka, która prowadzi ambulatorium 

przy ośrodku. 

Lydia obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem. Bez butów Demelza była od niej niższa. Lydia po 

długiej   podróży   wyglądała   wprost   nieskazitelnie,   co   zupełnie   nie   mieściło   się   w   głowie. 
Perfekcyjnie pomalowane długie paznokcie w wyciągniętej dłoni Lydii budziły prawdziwą grozę. 

Była żona Nicka wspaniałomyślnie obdarzyła Demelzę uśmiechem, pokazując drobne białe 

zęby, tak idealne, jakby zawdzięczała ich symetrię kosztownemu zabiegowi stomatologicznemu. 

– Więc pani tu pracuje? Przepraszam, zapomniałam imienia... 
– Demelza. 
– Cóż za imię! Chyba zagraniczne? Skąd pani pochodzi?
Demelza już nie lubiła tej traktującej ją z góry kobiety, ale z trudem powstrzymywała się, 

żeby tego nie wyrazić. 

– Z Kornwalii. 
– Ach, południowo zachodnia Anglia. Nigdy tam nie byłam. Za daleko od Londynu. No i nie 

znoszę błota. Macie tam jakieś przyzwoite sklepy? – spytała, rzucając pogardliwe spojrzenie na 
pognieciony sarong Demelzy. 

Demelza cofnęła się, nie odpowiadając na tę bezczelną zaczepkę. Ucieszyła się, kiedy ta 

podła kobieta przeniosła uwagę na Nicka. 

– Sądziłam, że przyjedziecie z Iannim na lotnisko. 
– Ianni jest w szkole. Zresztą właśnie za chwilę kończy lekcje i chciałbym wrócić przed nim 

do domu. 

Z twarzy Lydii nie schodził wprost olśniewający bielą uśmiech. Coraz bardziej rozciągała 

kąciki pomalowanych jaskrawą szminką warg. 

– Ach tak. No to pojadę z tobą. Mój syneczek! Tak się za nim stęskniłam. Na pewno urósł?
No pewnie, że urósł, pomyślała Demelza, patrząc, jak była żona Nicka mizdrzy się do niego. 

Czyżby zamierzała pogodzić się z nim podczas tej wizyty? Na samą myśl o tym Demelzie robiło 
się słabo. 

background image

– Nie chcesz się rozpakować? – rzucił szybko Nick. 
– Wolę być z wami. W końcu nie po to przejechałam taki szmat drogi, żeby siedzieć sama. 

Poproś tego człowieczka, żeby wstawił moje bagaże do pokoju. 

Nick   wszedł   w   rolę   uprzejmego   mężusia.   Demelzę   z   wolna   ogarniało   zniecierpliwienie. 

Przecież   nie   musi   być   taki   milusi   dla   swojej   byłej?   A   może   przesadzał,   mówiąc,   że   ich 
małżeństwo było katastrofą? Może to małżeństwo wcale się nie skończyło?

Przeniosła wzrok na Nicka, który właśnie instruował przewodnika, co ma zrobić z pokaźnym 

i zapewne kosztownym bagażem Lydii. Przewodnik patrzył na niego urażony. Nick włożył rękę 
do kieszeni i wyjął kilka banknotów, które co nieco spacyfikowały mężczyznę. 

Demelza   odwróciła   wzrok.   Nie   mogła   dłużej   znieść   widoku   Nicka,   który   tak   usłużnie 

pomaga swojej kategorycznej eks-małżonce. 

– Gdzie twój samochód? – spytała Lydia. 
– Tam, pod drzewem – odparł na to Nick. Lydia zaśmiała się perliście. 
– Za skarby świata nie wdrapię się tam w tej wąskiej spódnicy. Podaj mi rękę. 
Nick   posłusznie   podsadził   Lydię   na   przednie   siedzenie.   Szukając   pasa   bezpieczeństwa, 

chichotała jak nastolatka. 

– Nick, bądź tak dobry i pomóż mi z tym pasem. Nigdy nie mogę sobie z tym poradzić. 
Demelza wsiadła z tyłu, gotując się ze złości. Nick zapinał pas Lydii. Demelza nie mogła na 

nich patrzeć. Zaczęła się zastanawiać, co tam w ogóle robi. 

Nick bez słowa podał Demelzie jej torbę. Szybko włożyła służbową białą sukienkę i buty. 
–   O,   jak   uroczo!   –   zauważyła   Lydia,   odwracając   się   do   tyłu.   –   Jakie   to   słodkie   i 

staroświeckie! Musisz to nosić cały czas?

– Tylko w pracy – odrzekła Demelza spokojnie. – Po prostu nie chciało mi się przebierać. 

Byłam zmęczona. 

– Mieliśmy małą alergiczkę, która o mało się nie udusiła – wyjaśnił Nick, wpatrzony w krętą 

drogę. – Demelza zapobiegła tragedii. Postawiła szybko diagnozę i podała właściwe leki. 

– Wasze życie jest takie ekscytujące! Czasem żałuję, że nie studiowałam medycyny. Wczoraj 

wieczorem oglądałam w telewizji serial o lekarzach... 

– Zycie to nie serial – rzucił Nick. – Moim zdaniem powinnaś się trzymać wybiegu, Lydio. A 

jak ci się wiedzie?

–   Świetnie!   Za   moment   podpisuję   kolejny   kontrakt   z   tym   londyńskim   domem   mody,   o 

którym ci wspominałam. Prawdę mówiąc, bałam się, że w ogóle nie wyrwę się z Londynu, no ale 
w końcu musiałam zobaczyć mężczyzn mojego życia. 

Nick milczał. Kiedy zaparkował przed wjazdem do wsi, wyskoczył z wozu i otworzył drzwi 

obu swoim pasażerkom. Demelza zeskoczyła na ziemię, Lydia oczywiście miała znowu problem 
ze spódnicą i zaśmiewała się z kokieteryjną bezradnością. 

– Kochanie, chyba musisz mnie znieść. Albo będę zmuszona zdjąć spódnicę. Wybieraj. 
– Nie powinnaś się tu rozbierać – rzucił Nick. Demelza odwróciła twarz. 

background image

Kiedy   szli   wszyscy   troje   w   stronę   willi,   wysokie   obcasy   Lydii   stukały   głośno   o   stary 

kamienisty chodnik. Nick zatrzymał się przed domem Kateriny. 

– Zaczekaj tu moment, zapomniałem powiedzieć Ianniemu, że dzisiaj przyjeżdżasz i... 
Lydia przeszyła go wzrokiem. 
– Zapomniałeś? Mówiłam ci o tym wieki temu!
– Wiem, byłem zajęty... 
– Tata!
Na dźwięk głosu ojca przez otwarte drzwi wypadł w podskokach Ianni. Rzucił się na Nicka, 

po czym odsunął się raptownie, uprzytomniwszy sobie, że jest tam ktoś jeszcze. 

– Cześć, mamo – powiedział cicho. – Kiedy przyjechałaś?
– Kochanie moje! Daj mamusi buzi. – Lydia pochyliła głowę, ale nie przykucnęła, jak robili 

to Nick i Demelza. 

Jej   spódnica   pękłaby   z   trzaskiem,   gdyby   spróbowała   przykucnąć,   myślała   Demelza, 

obserwując to spotkanie. Drobne ciało chłopca zesztywniało, gdy matka całowała go w policzek. 
Z pewnością brakowało tu serdeczności. No ale dla Demelzy ważniejszy był związek między 
Lydią i Nickiem, a ten był dużo cieplejszy niż jej to przedstawiono. 

–   No   to   pokaż   mi   ten   rodzinny   dom,   o   którym   tyle   się   nasłuchałam   –   powiedziała 

bezceremonialnie Lydia. 

Nalegała, by Nick pokazał jej cały dom. Wykazała wyjątkowe zainteresowanie mieszkaniem 

Demelzy. 

– Och, jak tu przytulnie, prawda? – zaświergotała, przenosząc wzrok z Nicka na Demelzę. 
– Demelza bardzo dobrze gotuje – poinformował Ianni. – Robi superkolacje. 
– No, szczęściarz z ciebie – odparła Lydia, patrząc na swojego byłego męża. – Masz pod ręką 

nianię i kucharkę. Długo tu jesteś, Demelzo?

– Dwa miesiące. Mam kontrakt do końca października. 
– A potem wracasz do domu?
Demelza   poczuła   się   zmęczona   tym   śledztwem.   Wiedziała,   dokąd   ono   prowadzi.   Lydia 

bardzo wyraźnie pokazała, że jest zazdrosna. 

– Może – odparła. 
Przelotny niepokój na twarzy Lydii bardzo ją ucieszył. Niech sobie babsko zgaduje, myślała 

z satysfakcją. 

Zauważyła, że Nick jej się przygląda. Odchrząknął i zwrócił się do Lydii:
– No, widziałaś się już z Iannim, zobaczyłaś dom, to chyba odwiozę cię teraz do ośrodka. 

Pewnie chcesz się rozpakować i... 

– Mam apartament z obsługą i dwoma sypialniami. Ianni może zostać ze mną – oznajmiła. – 

Dziś jest sobota, jutro możemy cały dzień spędzić na plaży. Ianni, co ty na to?

Ianni zerknął na ojca. 
– Tato, ty też pójdziesz? Nick pokręcił przecząco głową. 

background image

– Rano muszę jechać do szpitala. Będziesz sam z mamusią – oznajmił i dodał: – Na pewno 

będziesz zadowolony, prawda?

Chłopiec przygryzł wargi i posmutniał. 
– Ale po pracy do nas przyjedziesz?
– Przyjadę wieczorem. Pokopiemy sobie piłkę albo zagramy w krykieta, co tylko zechcesz. 
– Ty też przyjedziesz, Demelzo? – spytał Ianni, patrząc na nią błagalnie. 
Demelza widziała, jak Lydia marszczy czoło i ściąga usta. Zawahała się. Spojrzała na Nicka, 

szukając u niego odpowiedzi. 

– Oczywiście, że Demelza też przyjedzie. Jeśli będzie miała czas – rzekł szybko Nick. 
– Dobrze – zgodził się chłopiec z promiennym uśmiechem. 
–   Włóż   do   bagażnika   jakieś   rzeczy   dla   Ianniego   –   poleciła   Lydia   lodowatym   tonem.   – 

Piżamy, coś do pływania, może sweter, gdyby się zrobiło wieczorem chłodno. 

Demelza z ulgą pożegnała się z Lydią i poszła do siebie. Robiąc herbatę, myślała o Iannim. 

Nie miał najmniejszej ochoty rozstawać się z Nickiem. Ale, jak by nie było, Lydia jest jego 
matką. Ma prawo spotykać się z synem. Może nawet takie spotkania sam na sam poprawią ich 
relacje. 

Miała co do tego wątpliwości, w każdym razie była całym sercem za chłopcem. 

Słońce opuszczało się już na niebie, kiedy zauważyła, że Nick wraca z ośrodka. Jej serce 

zabiło mocniej, gdy usłyszała na kamiennych schodach jego kroki. Wyszła mu naprzeciw. Był 
zmęczony i smutny. 

–  Nie  znoszę  rozstawać   się z  Iannim  – oznajmił  cicho.   Demelza   wyciągnęła  ręce,   a on 

przytulił się do niej, kładąc głowę na jej ramieniu. 

– Tak bardzo go kocham. Tak bardzo za nim tęsknię, kiedy go nie ma – mówił. – Z drugiej 

strony powinien nawiązać kontakt z matką. Rodzina jest bardzo ważna. 

Demelza zajrzała mu w oczy. Były zamglone, wypełnione bólem. Delikatnie uniosła jego 

brodę i pocałowała go. 

Najpierw się zdziwił, a zaraz potem objął ją i trzymał tak bez tchu. 
– Demelzo, Demelzo – powtarzał szeptem. – Czasem wydaje mi się, że pragniesz mnie tak 

bardzo jak ja ciebie. Ale boję się, że się przestraszysz, że mi uciekniesz. 

Pożądanie dodało jej odwagi. Nadszedł czas, żeby wyznać, co naprawdę czuje. 
– Nick, od dawna cię pragnę. Ja... 
Urwała   i   spojrzała   mu   w   twarz.   Była   zaskoczona,   że   poszło   jej   tak   łatwo,   kiedy   już 

postanowiła być z nim szczera. 

– Chcę się z tobą kochać, niczego tak nie pragnę... 
– Gdybym wiedział... Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Nie miałem odwagi... 
– Nie umiałam, nie wiedziałam jak. I poza wszystkim, nie było okazji. Nie byliśmy sami 

dość długo... 

background image

– Teraz jesteśmy sami – powiedział Nick. 
Jego dłonie przesuwały się po jej ciele. Pieścił ją tak długo, że zdawało jej się, iż wybuchnie. 
– Wejdźmy do środka – szepnął, biorąc ją na ręce. Zaniósł ją do sypialni, położył na łóżku i 

zdejmował z niej ubranie, całując każdy odkryty kawałek jej skóry. Zmysły Demelzy wyostrzyły 
się. Przytuliła się, zaczęła zdzierać ubranie z Nicka, a on obdarowywał ją pieszczotami. Czuła, że 
się z sobą łączą, że unosi ich silna fala, a potem rozpłakała się, bo jej zmysły nigdy dotąd nie 
zostały tak pobudzone. 

Gdy się zbudziła, słońce wpadało przez otwarte okno. Wciąż drżała. Obróciła się i popatrzyła 

na Nicka. Miał potargane włosy, jedną rękę trzymał pod głową, identycznie jak Ianni. 

W końcu podniósł powieki i uśmiechnął się do niej leniwie, zupełnie jakby wyczuł, że jest 

obserwowany. 

– Chodź do mnie – szepnął i wyciągnął ręce. 
Wtuliła się w niego, czując znów radosną jedność z tym mężczyzną, z którym spędziła pełną 

ekstazy noc. Pierwszy raz kochali się nerwowo i pospiesznie, potem kochali się drugi raz... i 
trzeci... 

Miała dość niejasny obraz tego, co działo się wcześniej. Jak gdyby przeniosła się gdzieś, 

gdzie prócz niej i Nicka nie było świata. Zmysłowa miłość oplotła ich kokonem, którego żadne z 
nich nie chciało opuścić. 

Raptem rozdzwonił się telefon Nicka, brutalnie przecinając ciszę. Nick grzebał po omacku 

obok łóżka, aż znalazł komórkę w kieszeni spodni. Z włosami opadającymi na oczy wyglądał 
chłopięco, ale szybko przybrał skupiony wyraz twarzy. 

– Nick Capodistrias... Ianni! Jak się masz? – Uśmiechnął się szeroko, usłyszawszy głos syna. 

Nagłe ów uśmiech przygasł. – Tak, ale mama na pewno nie chce, żebyś  został? Rozumiem, 
jeszcze śpi. To może lepiej poczekać, aż się obudzi, nie sądzisz? Dobrze, zaraz przyjadę, Ianni, i 
załatwię to. Nie martw się, za kilka minut będziemy razem. 

Odłożył telefon i spojrzał na Demelzę. 
– Ianni chce wracać do domu. Demelza poprawiła poduszkę. 
– Domyśliłam się. Jest mu tam źle?
– Chyba tak. Nie do końca rozumiem, w czym problem, pojadę tam i zobaczę. 
– Zaczekam na ciebie – oznajmiła Demelza. – Ianni może zostać ze mną, jak będziesz jechał 

do szpitala. Zawołamy Lefterisa, a potem pójdziemy na plażę. 

Nick wziął ją w ramiona. 
– Dziękuję ci, że jesteś taka... że jesteś – szepnął. Musnął ją ledwo wargami i wystarczyło to, 

żeby obudzić pożądanie. Czym prędzej wywinęła się z jego ramion. 

– Jedź już – powiedziała. 
–   Nie   chodź   nigdzie.   –   Przerzucił   nogi   przez   łóżko.   Po   chwili   Demelza,   wsparta   na 

poduszkach, słyszała, jak Nick śpiewa pod prysznicem. 

Wyszedł z łazienki owinięty białym ręcznikiem. 

background image

– Fajnie, że twój gospodarz naprawił ci wreszcie prysznic – zauważył z uśmiechem. – Jak go 

do tego zmusiłaś?

Roześmiała się – Och, to proste. Dałam mu kilka razy w łapę i był mój. 
– Chciałbym ci wybudować ogromną łazienkę, z jacuzzi na dwie osoby. 
Wskoczył na łóżko, lecz go odepchnęła. 
– Zabieram się zaraz za kawę, ruszaj po Ianniego. Wyszła za nim na taras. Nick pomachał jej 

z dołu. 

Stała jeszcze chwilę, patrząc za nim, ciekawa, co los szykuje dla niej i dla Nicka. Zostali 

kochankami, tego nie da się już cofnąć. 

Wystawiła twarz ku słońcu, szczęśliwa, że Nick przywrócił ją do życia. Myślała, że nigdy się 

na to nie zdobędzie, a tu rzeczywistość okazała się tak prosta. 

Tak prosta i tak cudowna. Demelza była już po uszy zakochana w Nicku. Bał się okazać jej 

swoje uczucie, żeby jej nie odstraszyć!

Gdyby znał prawdę! Spojrzała w dal na iskrzące się morze. 
– Wracaj szybko – szepnęła, uprzytamniając sobie bolesny fakt. Jej życie bez Nicka byłoby o 

wiele uboższe. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Demelza   nuciła   radośnie,   wrzucając   bakłażany   do   garnka.   Może   ciut   oregano?   Sypnęła 

ziołami, które Ianni i Lefteris zebrali dla niej na wzgórzu tego ranka. Wychyliła się przez okno, 
podziwiając urodę zapadającego zmierzchu. 

Spojrzała na Ianniego i westchnęła z zadowoleniem. Chłopiec siedział na tarasie i rysował 

zachód   słońca.   Skupiony   na   swoim   dziele,   wysunął   czubek   języka.   Przed   wyjazdem   na 
wieczorny obchód Nick obiecał synowi, że następny dzień spędzą na plaży. 

Kiedy Nick przywiózł  Ianniego z ośrodka, chłopiec  nie zdradził  im,  dlaczego  nie chciał 

zostać z matką. Powtórzył  jedynie, że woli być z ojcem. Potem Nick pojechał do szpitala, a 
Demelza wysłała Ianniego po Lefterisa. Chciała, by chłopcy nazbierali dla niej ziół na wzgórzu. 

Ianni   i   Lefteris   wykorzystali   tę   okazję   do   znakomitej   zabawy.   Wołali   kozy,   które 

podzwaniały  dzwoneczkami,  poklepywali   osły,   które  wędrowały  z   jednej   strony  wzgórza  na 
drugą,   dźwigając   na   grzbiecie   ciężki   ładunek   do   miasta.   Spałaszowali   też   lunch   złożony   z 
ciepłych jeszcze, świeżo upieczonych bułeczek. 

– Przyniosę sobie z dołu więcej kredek! – zawołał do niej Ianni. – Mam taką czerwoną, która 

będzie pasowała do zachodu słońca. Dobrze?

– Dobrze. Ale nie siedź tam długo. Tata zaraz wróci. Demelza położyła rękę na sercu, które 

rosło z radości. 

O takim właśnie scenariuszu marzyła. Spokojny dom, który dzieli z kochającym mężczyzną i 

uroczym dzieckiem. 

Osoba, która pojawiła się znienacka u szczytu schodów, oderwała Demelzę od miłych sercu 

konstatacji. Długie jasne włosy ułożone według najnowszych kanonów mody należały do Lydii. 
Demelza podeszła szybko do drzwi i otworzyła je szeroko. 

– Witaj, Lydio. Właśnie minęliście się z Iannim. Pobiegł na dół. A Nick jest w szpitalu, ale 

niedługo powinien być. 

– Przyszłam do ciebie – podkreśliła Lydia lodowatym tonem, opadając na jedno z krzeseł na 

tarasie. – Miałam nadzieję, że zastanę cię samą. Skoro Nick ma się zaraz zjawić, przejdę od razu 
do rzeczy. 

Demelza usiadła naprzeciw niemile widzianego gościa. 
Lydia patrzyła na nią przez stół z wrogim błyskiem w oczach. 
– Bardzo wygodna sytuacja, prawda? Jak to praktycznie wprowadzić się do domu swojego 

szefa. 

Demelza żachnęła się. 
– Nie skomentuję tej uwagi, ale proszę nie zabierać mi na coś takiego czasu. Po co pani 

przyszła?

background image

Lydia wyszczerzyła białe zęby, pokazując coś, co przypominało przesłodzony uśmiech. 
– Jestem matką Ianniego, nie zapomniałaś przypadkiem? A może wygodniej ci o tym nie 

pamiętać?   Chodzi   mi   wyłącznie   o   dobro   mojego   syna.   Zdaje   mi   się,   że   ty   kompletnie   je 
lekceważysz. 

Demelza wstrzymała oddech. 
– Jak pani śmie? Ianni jest dla mnie jak syn i... 
– No właśnie! – Oczy Lydii błysnęły z triumfem. – Dlatego tu jestem. Poznałam się na 

twoich gierkach, ale nie licz, że ci się uda. Przyjechałam pogodzić się Nickiem. To on mnie 
zaprosił, to on chce się przekonać, czy możemy znowu być razem. Zatelefonował do mnie i 
powiedział, że Ianni za mną tęskni i że chciałby, żebyśmy znowu byli rodziną. 

– Bardzo trudno mi w to uwierzyć – odparła spokojnie Demelza. – Nick twierdzi, że między 

wami wszystko skończone. 

Lydia zaśmiała się szyderczo. 
– A co miał ci powiedzieć? Jest mężczyzną, na Boga! Jak by sobie radził bez żony, gdyby nie 

znalazł sobie dziewczyny, która zaspokoiłaby jego temperament? Tego mu na pewno nie brakuje, 
prawda? Chyba się zgodzisz, że jest świetny w łóżku?

Demelza wstała, zirytowana do granic wytrzymałości. 
– Chyba czas na panią. 
Lydia tkwiła na krześle, jakby zapuściła tam korzenie. 
– Jeszcze nie skończyłam. Kiedy byliśmy małżeństwem, jego skoki w bok doprowadzały 

mnie do szału. Zresztą to był powód rozwodu. Z czasem zdałam sobie sprawę, że zrobiłam błąd. 
Że są mężczyźni tak naładowani seksem, że potrzebują więcej niż jednej kobiety. Nick do nich 
należy. Kiedy się znowu pobierzemy, bo to nie ulega wątpliwości, jestem gotowa przymykać 
czasami oczy. Ale póki co, nie będę tolerować żadnych konkurentek. 

Demelza oparła ręce na stole i wbiła wzrok w Lydię. 
–   Nick   opowiedział   mi   kompletnie   inną   historię.   Według   niego,   to   ty   bez   przerwy 

romansowałaś. 

–   Ha!   Przecież   nie   powie   ci,   jak   bardzo   lubi   te   swoje   rozrywki.   Ale   rodzina   jest   na 

pierwszym miejscu, a Nick zna swoje obowiązki. 

Demelza odniosła wrażenie, że nad tarasem powiał chłodny wiatr. Nie chciała wierzyć w 

historyjki   Lydii,   lecz   jedno   z   jej   stwierdzeń,   dotyczące   roli   rodziny,   uderzyło   ją   dość 
nieprzyjemnie. Nick podkreślał to sam, kiedy z nią rozmawiał. 

– Nick nie chciał  rozbijać rodziny,  zresztą sam widzi, jaki to ma  wpływ  na Ianniego – 

ciągnęła Lydia ostrym tonem. – Dlatego chce, żebym wróciła. Dlatego ja chcę, żebyś zniknęła i 
zostawiła go w spokoju. Ianni potrzebuje rodzonej matki. Nie pchaj się tam, gdzie cię nie chcą. 
Jeśli lubisz Ianniego, pozwól mu być z matką. To jest mój syn, Nicka i mój, nie twój. 

Lydia   podniosła  się  gwałtownie.   Żelazne  krzesło  przewróciło   się z  hałasem  na podłogę. 

Dźwięk poniósł się echem po cichych wzgórzach niczym podzwonne dla marzeń Demelzy. Czy 

background image

Nick naprawdę zaprosił Lydię na wyspę, by się z nią pogodzić? Czy ona, Demelza, jest dla niego 
tylko kolejnym skokiem w bok?

Lydia   przystanęła   u   szczytu   schodów   i   obróciła   się,   obejmując   rywalkę   spojrzeniem 

zwężonych w szparki oczu. 

– Przemyśl to, nim posuniesz się za daleko. Jak byś się czuła, gdyby ktoś chciał rozbić twoją 

rodzinę?

– Przecież jesteście rozwiedzeni! – odparowała Demelza. 
– Zapewniam cię, że to był tylko błąd. Powinnam była wykazać więcej wyrozumiałości dla 

mojego błądzącego męża. Ale już wiem, co robić. 

Demelza odprowadzała ją wzrokiem, wstrząsana dreszczem. Kiedy brama na dole zatrzasnęła 

się z hukiem, Demelza opadła na najbliższe krzesło i schowała twarz w dłoniach. 

Lekki dotyk małej ręki poderwał ją na nogi. 
– Ianni! Znalazłeś kredkę, której szukałeś? Ianni przytaknął, patrząc na nią z powagą. 
– Co chciała mama? Czekałem, aż sobie pójdzie. Myślałem, że chce mnie zabrać. 
Jak smutno brzmią takie słowa w ustach dziecka! Demelza przetarła wilgotne oczy. Czy i ona 

unieszczęśliwia tego malca? Czy z jej winy nie jest lojalny wobec własnej matki?

– Mama wpadła do mnie, ale bardzo się spieszyła. Dlatego nie czekała na ciebie ani na tatę. 
Zaraz potem znajomy dźwięk powiedział jej, że Nick wrócił do domu. Wybiegła na schody. 

Nick chwycił ją w ramiona. Ianni objął ich oboje małymi rączkami. 

Lecz już po chwili Demelza odsunęła się. Przypomniała sobie, że takie właśnie zachowania 

rozbijają prawdziwą rodzinę Ianniego. Nie może dłużej odgrywać zastępczej matki ani zastępczej 
żony.  Jeżeli  prawdą  jest,  że  Nick   pragnie  odbudować   swoje   małżeństwo,   ona  zaś  jest   tylko 
tymczasową kochanką, czyż nie będzie najwłaściwsze, gdy się wycofa?

Podeszła do otwartych drzwi swojego mieszkania. 
– Ugotowałam kolację dla nas trojga, ale jeśli wolicie gdzieś wyjść... 
Nick położył jej dłonie na ramionach. 
– Oczywiście, że nigdzie nie wychodzimy,  skoro ugotowałaś kolację. To moje najlepsze 

chwile, kiedy jesteśmy tu w trójkę. 

Odwróciła   się   i   popatrzyła   mu   w   oczy.   Tak   bardzo   go   kocha!   Dalsze   życie   bez   Nicka 

wydawało jej się nieprawdopodobne. 

– Nie sądzisz, że powinieneś wziąć Ianniego do ośrodka i spędzić jakiś czas z Lydią? W 

końcu przejechała taki szmat drogi. Może jak z nim będziesz, łatwiej przywyknie do matki. To 
oczywiste, że przychodzi mu to z trudem, skoro... 

– Hej! O co chodzi? – Nick przytulił ją tak mocno, że czuła przez skórę bicie jego serca. – 

Ianni chce być tutaj, ja też. Chyba że masz nas już dosyć. Jeśli tak... 

Demelza podniosła na niego oczy. 
–   Chcę,   żebyście   zostali   ze   mną   –   oznajmiła   cicho.   –   Po   prostu   pomyślałam,   że   może 

powinieneś jakoś dogadać się z Lydią, ze względu na Ianniego. 

background image

– Zostajemy – stwierdził stanowczo Nick i zasiadł przy stole obok syna. – Piękny obrazek!
Ianni ucieszył się. 
– Dla Demelzy. 
Demelza usiadła po drugiej stronie Ianniego. 
– Bardzo ci dziękuję. Powieszę go w salonie, żeby wszyscy go widzieli. 
– A może narysujesz coś dla mamy? Zanieślibyśmy jej rysunek w poniedziałek. 
– Muszę iść? – spytał żałośnie Ianni. – Chcę zostać z Demelza. 
Nick przeniósł na nią wzrok. Miał jakiś niepokój w oczach, a może tylko jej się zdawało. 
– Umówiłem się, że zawiozę go do niej na całe przedpołudnie – poinformował. – Są wakacje, 

będzie   miał   więcej   czasu.   Lydii   było   bardzo   przykro,   że   nie   chciał   z   nią   zostać   dziś   rano. 
Uzgodniliśmy, że do końca jej pobytu będę go do niej woził na kilka godzin dziennie. 

Sądzę, że powinien ją lepiej poznać. Więzy rodzinne to podstawa. 
Demelza zmarkotniała. Tak, Nick ma rację, Ianni musi przyzwyczaić się do matki, skoro 

Nick i Lydia chcą się zejść na nowo. 

– Ale wrócę tu na noc? – dopytywał się chłopiec. 
– Oczywiście, że tak – potwierdził Nick. Demelza wstała. 
– Przyniosę kolację. 
– Możemy potem wyskoczyć do Giorgia, zabawić się. Jest sobota. Co ty na to? – wołał za nią 

Nick. 

Od razu się wypogodziła. 

Wsłuchując się w hipnotyczną grecką melodię, miała kłopot z odtworzeniem sobie emocji, 

które   towarzyszyły   jej   podczas   pierwszej   wizyty   w   tawernie.   Miłość   do   Nicka   kompletnie 
wszystko odmieniła. Demelza nie wiedziała teraz, dokąd zmierza. Kiedy udało jej się pokonać 
lęk, odkryła, że jej przeznaczeniem jest bycie w życiu Nicka tą drugą. 

Jeżeli, oczywiście, wierzyć zapewnieniom Lydii. Tylko czas może to wyjaśnić. Tak oczy 

owak, Demelza zaczęła odnosić wrażenie, że Nick podejmuje kroki prowadzące do zbliżenia z 
byłą żoną. 

– Nie wypiłaś wina. Dobrze się czujesz? Zatroskany głos Nicka wtargnął raptem w jej myśli. 
Wysiliła się na uśmiech. 
– Jestem trochę zmęczona, i do tego ten upał. Nawet wieczorami nie robi się chłodniej. 
– Ale chyba w dalszym ciągu jesteś tu szczęśliwa? Demelza zatonęła w jego serdecznym 

spojrzeniu. 

– Tak. 
– Nie musisz wyjeżdżać w październiku, kiedy skończy ci się kontrakt. Potrzebujemy w 

szpitalu doświadczonej pielęgniarki. Pomyśl o tym. 

Kusiło ją, żeby zostać na wyspie na stałe, razem z Nickiem. Nie zostałaby jednak, gdyby 

Nick pogodził się z Lydią czy też, zgodnie z teorią Lydii, chciał mieć równocześnie więcej niż 

background image

jedną kobietę. Marzyła, by mieć go tylko dla siebie, nie poszłaby na żaden kompromis w tym 
względzie. Jak dotąd Nick wydawał jej się mężczyzną, który potrafi być wierny i oddany. No ale 
ich znajomość liczy sobie ledwie kilka  tygodni.  To jakby wciąż miesiąc  miodowy,  i to bez 
nadziei na ślub!

Zerkała na Ianniego, który usnął w ramionach Nicka. 
– Chyba powinniśmy zabrać go do domu – powiedziała cicho. 
– Niech sobie tu jeszcze pośpi – odparł Nick. – Anna właśnie skończyła gotować, ona chętnie 

się nim zajmuje. 

Demelza spojrzała przez salę. Ciotka Nicka przyglądała im się z daleka. I jakby domyśliła 

się, że o niej mowa, podeszła do nich krętą drogą między stolikami. 

– Zatańczcie – powiedziała swoją przezabawną angielszczyzną. – Zostawcie go ze mną. Jak 

śpi, to wykapany dziadek. 

Przytuliła chłopca i posłała uśmiech Demelzie. 
– Ojciec Nicka, Andreas, był ślicznym chłopcem, zupełnie jak Ianni. Był ode mnie pięć lat 

młodszy. Opiekowałam się nim, kiedy mama była zajęta w kuchni. Zabierałam go na nabrzeże, 
patrzyliśmy na wracające do portu kutry... – Anna zawiesiła głos, wzruszona. – Bardzo kochałam 
swojego   braciszka.   A   potem   urósł   i   dopiero   zrobił   się   z   niego   przystojniak.   Wszystkie 
dziewczyny z wioski za nim biegały. Nie podobało im się, kiedy zakochał się w Lucy. To znaczy 
w matce Nicka, Angielce. Ja ją lubiłam, była piękna i uwielbiała Andreasa. Nie miałam jej za złe, 
że mi go zabiera. Ale kiedy Andreas utonął... – Raz jeszcze przerwała. Wyjęła chusteczkę z 
kieszeni obszernej spódnicy i osuszyła oczy. – Kiedy morze zabrało Andreasa, myślałam, że 
serce mi  pęknie. Został mi Nick, a teraz jest jeszcze Ianni. Obaj przypominają mi  o bracie. 
Zostanę z małym, Demelzo. Nick nie może się doczekać, żeby z tobą zatańczyć. 

– Co tam szepczecie? – spytał Nick, nachylając się ku nim. 
– Właśnie opowiedziałam twojej miłej Demełzie fragment naszej rodzinnej historii – odparła 

Anna. – Idźcie tańczyć, pozwólcie mi pobyć trochę z Iannim. 

Składający   się   z   trzech   muzyków   zespół   po   kilku   skocznych   kawałkach   uderzył   w 

sentymentalną  nutę. Nick przyciągnął  do siebie Demelzę.  Poruszali  się powoli  po nierównej 
kamiennej podłodze służącej za parkiet do tańca. Demelza czuła bicie jego serca, a w jej sercu 
narastał   konflikt.   Wybrać   kompromis   i   płynąć   z   prądem?   Zgodzić   się   na   każdą,   choćby 
najmniejszą rolę, jaką wyznaczy jej Nick w swoim życiu?

Przez chwilę była zdolna wyłącznie do jednej decyzji: aby w ogóle nie postanawiać niczego 

w kwestii przyszłości. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku, jakim była informacja Lydii. Może czas 
okaże   się   dla   niej   łaskawy   i   pozwoli   jej   ocenić   sytuację   bez   emocji,   które   w   tej   chwili 
zaciemniają jej osąd? W każdym razie dopóki nie nabierze pewności, czy dojdzie do pojednania 
małżonków, powinna zachowywać się tak, jakby w ogóle nie było o tym mowy. 

– Masz bardzo poważną minę – szepnął Nick. 
Wzięła głęboki oddech. 

background image

–   Myślałam   o   poniedziałkowej   wizycie   Ianniego   u   matki.   Jak   długo   Lydia   zamierza   tu 

zostać?

Jakiś cień przesłonił czułość w oczach Nicka. 
– Dokładnie nie wiem. Zdaje się, że dłużej, niż przewidywaliśmy wstępnie. 
– Zdawało mi się, że musi wracać do pracy. 
– Lydia jest wolnym strzelcem, sama dysponuje swoim czasem – powiedział spokojnie Nick. 

– A czemu tak się dopytujesz? Wiem, że nie darzysz jej sympatią, rozumiem to. Działa tak na 
wszystkie kobiety. No ale w końcu nie musicie się spotykać. 

– A ty? – spytała Demelza. Nick uniósł brwi. 
– Co?
– A ty musisz?
Odsunął ją na wyciągnięcie ręki. 
– Zabawne pytanie. Muszę się z nią widywać, kiedy zawożę jej Ianniego. Ona bardzo stara 

się z nim zaprzyjaźnić, w końcu jest jego matką. Genetycznie niewątpliwie coś ich łączy. Dobrze 
byłoby, gdyby się dogadali. 

Demelza z trudem przełknęła ślinę. 
– Tak, masz rację. 
– To co? Przestań się nią przejmować. Odpręż się. Znów ją przytulił, a ona czuła, że w jego 

ramionach ucieka z niej siła. Wciąż miała w pamięci spędzoną wspólnie noc, owo przeżycie 
zupełnie nie z tej ziemi. Czy potrafiłaby odmówić sobie tej radości, gdy ją już poznała? Nie, nie 
zrezygnuje z tego z powodu jakiejś hipotetycznej ugody między Nickiem i Lydią. Będzie o niego 
walczyć. Pod warunkiem, że nie ucierpi na tym Ianni. Jeśli chłopiec wybierze inaczej, ona się 
wycofa. 

Wracali przez opustoszałą ulicę. Ianni spał zwinięty w ramionach Nicka. Przy bramie Nick 

spojrzał na Demelzę. 

– Zostaniesz ze mną? – spytał. 
Demelza popatrzyła na śpiące słodko dziecko i pokręciła głową. 
– Nie chciałabym, żeby Ianni zobaczył mnie w twoim łóżku. 
– Ianni cię akceptuje, jakbyś była jego mamą. 
– Ale nie jestem jego mamą i nie chcę mu mieszać w głowie. 
Mówiąc to, łamała sobie serce, czuła się jednak w obowiązku zająć stanowisko. Niczego tak 

nie pragnęła jak wtulić się w Nicka, leżeć w jego ramionach cały ranek, nasycona miłością, 
udając, że jest dla niego najważniejsza. Mogła udawać też, że jest matką Ianniego, ale gdyby tak 
postąpiła, zżerałyby ją wyrzuty sumienia. 

– Dobranoc, Nick. 
Patrzył na nią smutno, ledwie musnął jej usta pocałunkiem. Wbiegła na schody. Emocje w 

niej szalały. Spodziewała się, że ta decyzja przyniesie jej spokój. Tak się jednak nie stało. 

Długie, upalne lato raczyło wszystkich bezchmurnym niebem i nieposkromionym słońcem. 

background image

Ogromna liczba pacjentów zgłaszała się do Demelzy z oparzeniem słonecznym.  Dwie osoby 
trzeba było hospitalizować. Jedna z nich była tak poparzona, że musiała przesunąć wyjazd do 
kraju. 

Była dopiero połowa sierpnia, od chłodniejszych dni października dzieliło ich jeszcze kilka 

tygodni. Demelza porządkowała papiery na biurku. Miała za sobą pracowity ranek. Po południu 
chciała odpocząć i zastanowić się nad swoim związkiem z Nickiem. 

Od momentu, gdy Lydia poprosiła ją, by się wycofała, Demelza nie była w stanie określić 

swoich uczuć. Instynkt kazał jej walczyć, miłość do Ianniego nakazywała ostrożność i rozwagę. 
Jeśli Nick poważnie myśli o scementowaniu na nowo swojej rodziny, byłoby niewybaczalnym 
błędem mu w tym przeszkadzać. Nick nie zmienił się w stosunku do niej, był wciąż opiekuńczy i 
czuły.  Tyle  że od czasu wizyty Lydii  u Demelzy nie sypiali już razem. Demelza liczyła,  że 
sytuacja się wyjaśni, tymczasem tkwiła w emocjonalnym zawieszeniu. 

Wyjrzała przez okno na plażę. Tego jej tylko brakowało! Lydia szła do wody z Iannim za 

rękę. W drugiej ręce chłopiec niósł nową piłkę. Tego ranka Nick zawiózł Ianniego do matki, a 
przy   okazji   podrzucił   Demelzę   do   ośrodka.   Demelza   miała   jeszcze   przed   oczami   obraz 
nieskazitelnie umalowanej Lydii, w jakiejś oszałamiającej plażowej sukni i sandałkach, które 
składały się niemal  wyłącznie  z cieniutkich  paseczków i niewiarygodnie  wysokich  obcasów. 
Lydia wybiegła na parking, gdy tylko ich wypatrzyła, i na powitanie zarzuciła Nickowi ręce na 
szyję i pocałowała go. Potem dała Ianniemu nową piłkę, a Ianni skakał z radości. 

Demelza   wciąż   słyszała   radosne   okrzyki   chłopca,   który   domagał   się,   żeby   natychmiast 

ruszali na plażę. 

– Najpierw pójdziesz ze mną do restauracji, dobrze? Na śniadanie – mówiła słodko Lydia. – 

Zamówię ci lody, jeśli masz ochotę. 

Lydia od przyjazdu zarzucała syna prezentami. Ianni nie sprzeciwiał się już tak stanowczo 

wizytom u matki. Spędzał z nią dnie, ale na noc zawsze wracał do domu. 

Z   jakiegoś   znanego   tylko   sobie   powodu   nie   chciał   zostawać   na   noc   w   jej   luksusowym 

apartamencie. Kilka razy w tygodniu Nick wiózł więc Ianniego do ośrodka, Demelzę natomiast 
roznosiła ciekawość, czy i jak zmieniły się stosunki Nicka z byłą żoną. 

Powtarzała sobie, że prędzej czy później dowie się tego, ale ta nadzieja nie uspokajała jej. 

Kilka razy miała już ochotę zapytać Nicka wprost o jego zamiary. W ostatniej chwili zaciskała 
zęby, by nie psuć tego, co jest między nimi. Nie miała prawa oczekiwać od niego wierności, nie 
miała prawa stawiać mu żadnych warunków. 

Każda chwila z Nickiem była wspaniała, nawet jeśli wisiało nad jej głową zagrożenie, że 

każda może być ostatnią. Starała się więc żyć i cieszyć tymi chwilami. 

Raptem zadzwonił telefon. 
– Gabinet... Tak, Nick... 
Usiadła wygodnie i wsłuchiwała się w jego głos. 
– Tak, właśnie skończyłam – mówiła. – Mogę przyjechać do szpitala, jeśli jestem potrzebna. 

background image

Nick   jej   potrzebuje!   Czuła   dziwne   mrowienie   w   stopach,   a   w   zasadzie   w   koniuszkach 

palców, które zawsze towarzyszyło jej spotkaniom z Nickiem. Nie miało znaczenia, że chodzi o 
sprawy służbowe. 

Nick,   tak   jak   się   umówili,   czekał   na   nią   w   gabinecie.   Przez   telefon   jego   głos   brzmiał 

oficjalnie. Demelza domyśliła się, że nie jest sam. Wstał, żeby ją przywitać i podszedł do krzesła 
z drugiej strony biurka. 

– Poznała już pani Bryony Driver, siostro – zaczął, wskazując na pacjentkę, która siedziała 

na krześle. 

Demelza uśmiechnęła się. Tak, Bryony była u niej w maju, cierpiała na depresję. 
– Jak się pani czuje? Wygląda pani dużo lepiej niż ostatnio. 
– Czuję się cudownie – odparła Bryony z uśmiechem. – Ten psychiatra, którego mi pani 

poleciła, to cudotwórca. 

– Cieszę się. To doktor Capodistrias go polecił. A jak przebiega kuracja?
– Właśnie o tym musimy porozmawiać. Pani Driver twierdzi, że dalsze leczenie nie jest jej 

potrzebne. Moim zdaniem jest na to za wcześnie. Bryony jest również pani pacjentką, siostro, 
dlatego chciałem się z panią skonsultować. Problem w tym,  że Bryony nie skończyła  nawet 
pierwszego etapu leczenia i... 

– Przepraszam, doktorze – wtrąciła Bryony. – Powiem wam, o co chodzi. Chcę, żebyście to 

oboje usłyszeli. – Zawahała się na moment, spojrzała na Nicka, potem na Demelzę, jakby chciała 
ich wysondować. – No więc tak. Poznałam mężczyznę... fantastycznego... Mamy romans. Nie 
chcę, żeby się dowiedział, że leczę się u psychiatry. Pomyśli sobie, że jestem wariatką! Doktor 
Michaelis chce, żebym dalej do niego przychodziła, a ja uważam, że to niepotrzebne. Czuję się 
świetnie, jestem szczęśliwa!

– Cieszę się, że jest pani szczęśliwa, Bryony – powiedziała Demelza. – Bierze pani jeszcze 

leki uspokajające?

Bryony posłała jej promienny uśmiech. 
– Nie. I to jest najlepsze! Rzuciłam  je w czerwcu, dwa tygodnie  po tym,  jak poznałam 

Costasa. 

Nick wstał i obszedł biurko. Spojrzał na Bryony z uwagą. 
– Czy mówi pani o tym Costasię, który prowadzi restaurację rybną w porcie?
Bryony przytaknęła rozpromieniona. 
– Zna go pan?
– Od dziecka. Jesteśmy w podobnym wieku. Parę lat temu owdowiał, matka pomaga mu 

opiekować się dwójką dzieci. 

– Cudowni chłopcy! – entuzjazmowała się Bryony. – Zawsze chciałam mieć dzieci, ale mój 

mąż był innego zdania. A ci malcy bardzo mnie polubili, myślę, że Costas poprosi mnie o rękę. 
No i mam kłopot z tym leczeniem. Zapomniałam już, co to jest depresja, chcę żyć. 

– Rozumiem, Bryony, i się cieszę – rzekła ostrożnie Demelza. – Czy Costas tak samo myśli o 

background image

waszym związku?

– No pewnie! Dlatego chcę zakończyć leczenie. I nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że 

byłam pacjentką doktora Michaelisa. 

– Porozmawiam z nim dyskretnie – rzekł Nick. – Poproszę, żeby wykreślił panią z listy 

pacjentów. Gdyby jednak poczuła się pani gorzej... 

Bryony obdarzyła go radosnym uśmiechem. 
– Proszę się nie martwić. Mogę spokojnie zapomnieć o doktorze Michaelisie. A czy mogę 

liczyć na dyskrecję?

– Ma się rozumieć – przyrzekł Nick. 
– Dziękuję. – Bryony wstała, uścisnęła im dłonie i wyszła szybkim krokiem, tak lekko, jakby 

jej wysokie obcasy nie dotykały ziemi. 

Demelza spojrzała na Nicka. Nick ujął jej ręce. 
– Siła miłości – powiedział. 
– Cud, prawda? Myślisz, że jej się uda? Nick wzruszył ramionami. 
–   Kto   to   wie?   Kto   potrafi   przewidzieć   przyszłość?   Demelza   miała   wrażenie,   że   sprawa 

Bryony jest jej bardzo bliska. 

–   A   ten   Costas   to   uczciwy   człowiek?   Nie   oszuka   jej?   To   bardzo   wrażliwa,   niestabilna 

emocjonalnie kobieta. Ma już za sobą dość paskudne doświadczenie, mąż ją zdradzał. Kolejne 
rozczarowanie mogłoby jej bardzo zaszkodzić. 

Oczy Nicka błyszczały. 
– Costas jest uczciwy. No ale z drugiej strony, jakie ja mam prawo go oceniać? W każdym 

razie nie ma dotąd żadnej plamy na honorze. O ile wiem, był wierny żonie. Co nie znaczy, że nie 
może być niewierny w przyszłości. Miłość to ryzyko. W życiu nie ma nic pewnego. 

Demelza omal nie zadrżała. Czy Nick chce jej coś powiedzieć? Bała się, że zechce wrócić do 

Lydii... 

– Cóż, musi się cieszyć szczęściem, póki ono trwa – powiedziała cicho. 
– Skąd ten pesymizm? Szczęście może trwać wiecznie. Zmusiła się do uśmiechu, który miał 

zatuszować jej prawdziwe uczucia. Nick pochylił się, pomógł jej wstać. Czuła się bezpiecznie w 
jego ramionach. Gdyby tylko miała pewność... 

– Jest jeszcze coś, o czym chciałem z tobą porozmawiać – szepnął. – Widzę, że coś cię 

dręczy, a tyle czasu już nie byliśmy sami, naprawdę sami. 

– Nick, ja... 
– Posłuchaj. Zawsze, kiedy chcę być z tobą, znajdujesz jakąś wymówkę. Wciąż powtarzasz, 

że Ianni nie powinien widzieć nas razem w... no, w intymnej sytuacji. Dzisiaj Ianni zostaje na noc 
u   Anny.   Urządzają   przyjęcie   urodzinowe   dla   wnuków,   dzieciaki   będą   u   nich   nocować. 
Chciałbym cię zaprosić do nowej restauracji w porcie, a potem może... może poszłabyś do mnie i 
moglibyśmy być sami, naprawdę sami... 

Patrzył na nią tym samym błagalnym wzrokiem, którym spoglądał na nią lanni, kiedy chciał 

background image

coś zyskać. 

–   Bardzo   chętnie   –   wyszeptała,   ignorując   ciche   ostrzeżenie,   które   odzywało   się,   ilekroć 

folgowała pragnieniom serca. 

Nick przechylił głowę i pocałował ją w usta, najpierw delikatnie, a potem pokazał jej, co ją 

czeka później. 

– Nie rozmyślisz się?
– Dlaczego miałabym się rozmyślić?
– Nie wiem, wydajesz mi się w tej chwili nieprzewidywalna. Przestałem cię rozumieć. 
– Ja też cię nie rozumiem – przyznała. 
– No to musimy coś z tym zrobić – stwierdził. – Ale nie tutaj. Wieczorem... 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Siedziała przy oknie. Patrząc przez salę i dalej przez otwarte drzwi kuchni portowej tawerny, 

widziała   obracany   wolno   rożen,   na   którym   piekł   się   ociekający   tłuszczem   baran.   Zapach 
pieczonego mięsa i ziół wyraźnie pobudził jej apetyt. 

– Są jeszcze oliwki. – Nick podsunął jej talerz. – Na pewno umierasz z głodu, ja zresztą też. 
– Właśnie sobie uświadomiłam, że nie jadłam lunchu – stwierdziła. – Kiedy wróciłam ze 

szpitala, wezwano mnie do ośrodka. Młoda kobieta cierpiąca na astmę. Nie mogła oddychać, 
podałam   jej   tlen.   Przyjechała   dziś   rano   i   zapomniała   o   lekach.   Posiedziałam   z   nią   ze   dwie 
godziny. 

– No to zmieścisz solidną porcję jagnięciny. Tutaj lubią ludzi, którzy jedzą z apetytem. Już 

dawno chciałem tu wpaść, ale jakoś ciągle oboje byliśmy zajęci. 

– Mogłeś zaprosić Lydię. 
– Nie rozumiem, czemu stale mi o niej przypominasz. 
– Uniósł brwi. – To jest nasz wieczór. 
– Wiem... 
Żeby tak zdołała całkiem zapomnieć o Lydii! Żeby ta przeklęta kobieta siedziała sobie cicho 

gdzieś   za   morzem,   z   tym   swoim   perfekcyjnym   makijażem,   nieskazitelnym   manikiurem   i 
bezużytecznymi rękami!

Nick powiedział, że ten wieczór należy do nich. Nie chciała tego psuć. Pragnęła wyrzucić z 

myśli wszystko, co nie pozwala jej skupić się na Nicku, który patrzył na nią pytająco, jakby nie 
wiedział, czego może się po niej spodziewać. 

– Fantastyczna tawerna – uznała, rozejrzawszy się. – I jaki widok na port. Popatrz na te 

mrugające światełka na łodziach. Jesteśmy tak blisko wody, że mogłabym zanurzyć rękę. 

Nick rozciągnął twarz w uśmiechu. 
– Wychyl się przez okno, a ja potrzymam cię za nogi. Roześmiała się spontanicznie. Tak 

dobrze jest być znowu blisko niego i mieć go wyłącznie dla siebie. Rozśmiesza ją, ale czasem 
sprawia też, że łzy napływają jej do oczu. A wszystko przez to, że ona tak bardzo go kocha. 

Spojrzała na spokojną wodę, na łódki kołyszące się w księżycowym blasku. Z różnych stron 

portu   dobiegały   rozmaite   dźwięki,   muzyka   mieszała   się   z   radosnymi   głosami   ucztujących. 
Kopelos to magiczne miejsce! Chciałaby spędzić tam resztę życia, gdyby to było możliwe... 

– Znów masz ten dziwny wyraz twarzy – zaczepił ją Nick. – Trochę szczęśliwy,  trochę 

smutny. Czym się tak zamartwiasz?

– Niczym  – odparła natychmiast.  – Boję się tylko, że naprawdę umrę  z głodu, nim coś 

przyniosą. No, nareszcie!

Kelner   zastawił   ich   stół   jedzeniem.   Stuknęli   się   kieliszkami   i   zabrali   się   za   soczystą 

background image

jagnięcinę. 

–   Pycha   –   stwierdziła   Demelza.   Delikatne   mięso   rozpływało   się   w   ustach.   –   I   fasolka 

ugotowana w sam raz, tak jak lubię. Trochę al denle, dzięki temu nie traci smaku. 

Dwóch kelnerów tańczyło w drugim końcu tawerny, ucząc skomplikowanych kroków grupę 

turystów, która się do nich przyłączyła. Skoczna muzyka dodatkowo poprawiła nastrój Demelzy. 
Podniosła wzrok i natknęła się na oczy Nicka. 

– Jesteś teraz szczęśliwa? – Ujął jej dłoni. Przytaknęła z uśmiechem. 
– Dobrze czasem uciec we dwoje. 
– No, myślę – powiedział i nagle spoważniał. 
– Nick... 
Nie, to nie jest dobry moment, by zapytać go wprost o jego zamiary wobec Lydii. Mogłaby 

się dowiedzieć, że Nick wybrał dobro rodziny. Lepiej nie psuć sobie wieczoru. 

– Tak?
Czekał na jej odpowiedź. Musiała coś naprędce wymyślić. 
– Cieszę się, że Ianni ma na wyspie rodzinę. Jest jedynakiem, mógłby się czuć samotny. Z 

tymi wszystkimi ciotkami, wujami, kuzynami to mu nie grozi... 

Nick spojrzał na nią jakoś inaczej. 
–   Mam   nadzieję,   że   doczeka   się   w   przyszłości   sióstr   albo   braci.   To   jedno   z   moich 

najgorętszych życzeń. 

Demelza przełknęła ślinę. Tak, to wystarczający powód, żeby Nick zszedł się z Lydią. 
Kelner postawił tymczasem na stole talerz z pomarańczami. 
– Na koszt gospodarza – powiedział z uśmiechem. – Życzycie sobie państwo kawę?
Nick zamówił małe  filiżanki greckiej kawy,  którą Demelza polubiła w czasie pobytu  na 

wyspie. 

– Tak, bardzo mi teraz smakuje, a zaraz po przyjeździe wydawało mi się, że ma za dużo 

goryczki – powiedziała, popijając gęsty ciemny napój. 

– Jesteś już prawie miejscowa – rzekł Nick. – Myślałaś o tym, żeby zostać w szpitalu, jak 

skończy ci się kontrakt?

– Kiedy mam ci dać odpowiedź?
– Do połowy września. Jeśli się nie zgodzisz, dam ogłoszenie. Na wyspie nie ma nikogo o 

takich kwalifikacjach. 

– Powiem ci, jak tylko to przemyślę. 
– A o czym tu myśleć? Sądziłem, że ci się spodobało. 
– Tak. – Wstrzymała oddech. – Ale chcę być pewna czy... czy to dla mnie dobre. Daj mi 

trochę czasu. 

I daj mi jakieś wskazówki, pomyślała. Jakie masz plany wobec Lydii? Gdy tylko się tego 

dowie, będzie wiedziała, co robić. Za nic w świecie nie zgodzi się być tą drugą. 

Kiedy jechali potem krętą drogą do wioski, Demelza milczała. Nick zaparkował jak zwykle, 

background image

wziął ją za rękę i ruszyli spacerkiem do willi. A gdy znaleźli się na swoim podwórku, Nick wziął  
ją w ramiona. 

– Zostaniesz ze mną na noc? Nie zmieniłaś zdania? Popatrzyła  mu w oczy,  wilgotne ze 

wzruszenia. 

– Nie, nie zmieniłam. 
Ten wieczór jest tylko dla nich. Demelza postanowiła udawać, że nie ma nikogo więcej w ich 

życiu. 

Nick wziął ją na ręce i wniósł do swojego mieszkania, nie puszczając jej, póki nie znaleźli się 

w   sypialni.   Demelza   pociągnęła   go   za   sobą   na   łóżko,   hamowana   namiętność   wybuchła   ze 
zdwojoną siłą. Widziała najpierw zdumienie, a zaraz potem radość w oczach Nicka. 

Dotykał ją na początku tak, że prawie tego nie czuła, ale zaraz potem zdarł z niej sukienkę, 

spragniony ciepła jej skóry. Demelza gwałtownie rozpinała mu koszulę. Po chwili ich ubrania 
leżały już na łóżku i podłodze. Ich nagie ciała spotkały się na wspólnej drodze do tego samego 
celu, i dążyły do niego w tym samym rytmie i tak samo żarliwie. W końcu Demelza krzyknęła z 
radości, pozbawiona trosk, odrodzona. 

Gdy brzask przykucnął na parapecie okna, wtuliła się w Nicka. Nie miała cienia wątpliwości, 

że chce spędzić w ten sposób resztę swoich dni. 

Kiedy obudziła się na dobre, zrzucając z siebie resztki snu, promienie słońca rozgrzały już jej 

ciało. Czas wracać do rzeczywistości, myślała, przeciągając się, i wtedy Nick znowu zaczął ją 
pieścić. 

– Nick, muszę wstać – szepnęła. 
– Ja też – odparł, całując ją. – Za chwilę... 
Obudził   ją   telefon.   Gdy   Nick   sięgnął   po   słuchawkę,   Demelza   spojrzała   na   zegarek   i 

przeraziła   się.   Natychmiast   wzięła   do   ręki   swoją   komórkę   i   zadzwoniła   do   gabinetu,   by 
zawiadomić Irini, że się spóźni. Mni przyjęła to z całkowitym spokojem i dodała, że Demelza nie 
musi się spieszyć. 

Skończyli swoje rozmowy niemal równocześnie. 
– Jeden z pacjentów po operacji ma krwotok – rzucił Nick w pośpiechu. Wyskoczył z łóżka i 

zbierał ubrania z podłogi. – Muszę pędzić. Mogłabyś odebrać Ianniego od Anny i wziąć go do 
ośrodka? Lydia będzie na niego czekać... 

– Nie ma sprawy. 
Tak, stanowczo wraca do rzeczywistości. Wzywają ich obowiązki. I tylko lekkie mrowienie 

przypominało jej o raju, w którym spędziła noc. Wygrzebała się z łóżka i chwyciła to, co miała  
pod ręką: ręcznik kąpielowy Nicka. 

Owinęła się nim, zawiązując końce. 
– Gdybyś nie zawiązała tak mocno, mógłbym... Posłała mu zagadkowy uśmiech i spojrzała 

mu w oczy. 

– Idź już lepiej. I nie martw się o Ianniego. Zajmę się nim, gdyby Lydia nie miała czasu. 

background image

– Dzięki. – Pocałował ją w przelocie i pognał do wyjścia. 
Słyszała  jego kroki na podwórku, potem trzaśniecie  bramy.  Przysiadła  na skraju łóżka  i 

siedziała tak kilka chwil, pozwalając sobie na pewien luksus. Luksus marzeń. Wyobraziła sobie, 
że jest żoną Nicka, spędza każdą noc wtulona w jego ramiona, kocha się z nim, kiedy tylko 
przyjdzie im na to ochota. W tym marzeniu występowały też dzieci, nie tylko Ianni, jeszcze jakaś 
dwójka... może dziewczynka... 

Demelza   potrząsnęła   głową   i   ruszyła   do   łazienki.   Ciepła   woda   spadała   na   nią   kaskadą, 

pomagając jej wrócić do normalności. Owszem, chętnie zostałaby na zawsze w świecie marzeń, 
lecz nie wolno jej tam zostać. Ani chwili dłużej. Marzenia nie rozwiążą jej problemów. 

Anna wyszła przywitać Demelzę na schody domu, który sąsiadował z tawerną. 
– Kali mera, Demelzo. Dzień dobry. Demelza uśmiechnęła się do niej. 
– Kali mera, Anno. Anna wzięła ją za rękę. 
–   Wejdź,   właśnie   zrobiłam   kawę,   na   pewno   zdążysz   wypić.   Niedobrze   tak   ciągle   się 

spieszyć.  To Kopelos, nie Anglia. Ianni jest jeszcze w piżamie, na górze. Usiądź. Upiekłam 
ciastka. Spróbuj, z domowym dżemem morelowym... 

Bardzo trudno było wyrwać się z domu Anny. Demelza musiała uwierzyć Irini na słowo i 

liczyć na to, że naprawdę sobie radzi. 

– Nie przejmuj się pracą – mówiła Anna. – Giorgio zawiezie cię potem na plażę. 
Demelza   piła   kawę,   czując   na   sobie   wzrok   Anny.   Starsza   kobieta   pochyliła   się   ku   niej 

konspiracyjnie i zniżyła głos. 

– Jak ci się podoba Lydia?
– No... – Demelza spojrzała na Annę, szukając słów. Zresztą nie były potrzebne, jej wahanie 

było bardzo wymowne. 

– No właśnie – skwitowała Anna triumfalnie. – Nic nie mów, widzę wszystko w twoich 

oczach. Nigdy nie pojmę, czemu Nick się z nią ożenił. Od razu wiedzieliśmy, że to nie przetrwa. 
Taka byłam szczęśliwa, kiedy usłyszałam, że się rozwiedli. Gdyby nie Ianni... Ale Nick jest 
bardzo dobrym ojcem. 

Demelza przełknęła kawałek ciastka i popiła łykiem kawy. Lubiła Annę. Łączyła je miłość 

do Nicka i wrogość do Lydii. Stwierdziła, że może spokojnie otworzyć serce przed tą starszą, 
bardziej doświadczoną kobietą. 

– Tak, jest dobrym ojcem – zaczęła ostrożnie. – Ale dziecko powinno mieć dwoje rodziców, 

prawda? Lydia mi mówiła, że zaprosił ją tu, żeby się z nią pogodzić. 

– Nigdy! – Anna walnęła ręką w stół, aż zabrzęczały filiżanki. – Mój Nico nie chce już tej 

obłudnicy. Okłamała cię. Znamy te jej sztuczki. Wyszła za niego tylko po to, żeby mieć ten... no, 
jak to się nazywa po angielsku? Mężczyznę, który będzie płacił jej rachunki. 

– Myślałam, że jest znaną modelką, że robi karierę – rzekła niewinnie Demelza, pragnąć 

wyłuskać jak najwięcej informacji. 

– Karierę? Jaką karierę? Jak miała siedemnaście lat, wygrała konkurs piękności w jakiejś 

background image

dziurze. Raz czy dwa miała pracę w domu handlowym, prezentowała nowe kolekcje przez dzień 
czy dwa. Nic na tym,  nie zarobiła. Wymyśla  to wszystko.  Ją interesuje tylko  jedno zajęcie: 
zakupy. Nowe ubrania i kosmetyki, żeby wyglądać coraz lepiej i coraz młodziej. 

– Myślisz, że Nick nie chce się z nią pogodzić?
– Ale skąd! To ona chce go znowu złapać, i nie będzie przebierać w środkach. 
– Dziękuję, Anno – rzekła cicho Demelza. – Uspokoiłaś mnie. Lydia kazała mi się wycofać, 

mówiła, że rozbijam rodzinę. 

– Ianni chce być z Nickiem i z tobą. Powiem ci coś. To był mój pomysł, żeby Ianni został u 

nas na noc. Patrzę na was i wiem, że jesteście dla siebie stworzeni. To samo widziałam, patrząc 
na ojca Nicka, mojego ukochanego brata Andreasa i jego Lucy. To było prawdziwie niebiańskie 
małżeństwo... i oboje są teraz w niebie. – Anna sięgnęła po chusteczkę i wytarła oczy. – Obiecaj 
mi, że wyjdziesz za Nicka. 

– Anno, Nick i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi  – powiedziała Demelza. – No, może ciut 

więcej... 

Anna uśmiechała się od ucha do ucha. 
– Dużo więcej! Nie miałabyś tego blasku, gdybyś poszła wczoraj grzecznie sama spać. Więc 

kiedy Nico poprosi cię... 

– Najpierw muszę wiedzieć, jakie są jego prawdziwe zamiary wobec Lydii. 
– Nie ma żadnych. Zapytaj go. No idź, zapytaj. 
– To nie takie proste, Anno. Nie chcę go do niczego zmuszać. Cześć, Ianni!
Demelza   odetchnęła.   Ianni   wybawił   ją   z   dość   kłopotliwej   sytuacji.   Dla   Anny   sytuacja 

Demelzy była czarno-biała. A przecież należało wpierw zbadać te wszystkie szarości. 

Ianni wpadł w ramiona Demelzy. Wyściskała go i podniosła wzrok na Annę. Ta patrzyła na 

nich z szerokim uśmiechem. 

–   Doskonale   –   szepnęła.   –   Zobaczysz,   że   wszystko   będzie   doskonale.   Najpierw   tylko 

musisz... 

– Najpierw muszę jechać do ośrodka – dokończyła czym prędzej Demelza. – Irini jest sama 

i... 

–   Och,   Irini   to   bardzo   zdolna   dziewczyna,   skończyła   z   nagrodą   szkołę   pielęgniarską   w 

Atenach.   Wróciła   na  wyspę   tylko  dlatego,   że  jest   związana   z  Demetriusem   ze  wsi.  Możesz 
spokojnie zostawić gabinet na jej głowie. Pamiętam jeszcze jej pierwszy dzień w naszej wiejskiej 
szkole... 

– Zdaje się, że mam cię podwieźć do ośrodka? – wtrącił Giorgio, wchodząc do pokoju. 
– Tak, będę wdzięczna. – Demelza podniosła się z uśmiechem. – Dziękuję, Anno. Miło się 

rozmawiało i... 

–   I  pomyśl   o   tym,   co   ci   powiedziałam.   Zrób   coś  z   tym,   dobrze?   –  powiedziała   starsza 

kobieta. 

– Będę musiała. 

background image

Anna otworzyła szeroko ramiona. 
– O czym tu myśleć?
– Daj dziewczynie spokój, Anno – wtrącił jowialnie Giorgio. – Nie wiem, o czym mówisz, 

ale pozwól jej samej podjąć decyzję. Chodźmy, Demelzo. 

– Zostaniesz w ośrodku z mamą, Ianni? – spytał Giorgio, gdy znaleźli się już w samochodzie 

na krętej drodze. 

– Tylko w dzień – odparł cicho Ianni. – Nie lubię tam zostawać na noc. 
– A to czemu? – spytał znów Giorgio. 
Demelza zauważyła, że Giorgio zwolnił. Zbliżali się do celu, Giorgio wyraźnie chciał zyskać 

trochę czasu na rozmowę. 

Chłopiec skrzywił się, myśląc nad odpowiedzią. 
– Powiem ci, wujku. Demelzie też powiem. Tylko nie tacie, bo tata byłby zły. 
– Byłby na ciebie zły? – zdziwił się Giorgio. Zatrzymał wóz w końcu parkingu, i odwrócił 

się do chłopca z zachęcającym uśmiechem. Wszyscy troje siedzieli na przednim siedzeniu jeepa. 
Demelza położyła dłoń na ręce chłopca. Ścisnęła jego palce, a on zaczął mówić:

– Mama ma okropnego narzeczonego – powiedział powoli. – Krzyczał na mnie i przeklinał. 

Kazał mi... sobie iść. Jak zostaje z mamą na noc, to strasznie chrząka, słyszę przez ścianę różne 
śmieszne głosy. Tylko nie mówcie tacie, bo przyjedzie i będzie się kłócił z tym panem i mama 
będzie płakać tak jak wtedy, kiedy mieszkali razem. Kiedyś, jak tata był w nocy w szpitalu, to do 
mamy przyszedł narzeczony, a potem przyszedł tata i wszyscy krzyczeli... 

Ianni   obrócił   się   do   Demelzy   i   zaczął   popłakiwać.   Przytuliła   go   i   głaskała.   Kiedy   się 

uspokoił, wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła mu twarz. 

– Jak się nazywa ten narzeczony, który przychodzi do mamy w ośrodku? – spytał bardzo 

spokojnie Giorgio. 

Ianni skrzywił się. 
– Mama mówi do niego Danny. W dzień pilnuje basenu albo sali gimnastycznej, a w nocy, 

jak jest ciemno, przychodzi do mamy. Ona go chyba lubi, ale ja go nie lubię i on mnie chyba też 
nie. 

Twarz Giorgia poszarzała jak gradowa chmura. Wysiadł z samochodu i zniósł Ianniego na 

ziemię, a kiedy chłopiec odszedł parę kroków, Giorgio szepnął do Demelzy:

– Lydia znowu stosuje swoje stare sztuczki. Pięciu minut nie wytrzyma bez chłopa. Kłopot w 

tym, że szuka gościa z pełnym portfelem, a Danny jest goły. Dlatego próbuje wkręcić się w łaski 
Nicka. Nie ma szans, nie wiem, czemu jeszcze tu siedzi. Ianni jest tylko pretekstem. Gdyby Nick 
ją przyjął, zaraz pokazałaby, na czym jej naprawdę zależy. 

Demelza zadrżała. 
– Zaprowadzę Ianniego do Lydii. 
– Uważaj, Demelzo, tej kobiecie nie można ufać. 
– Wiem – przyznała. – Mam tylko nadzieję, że nie zaniedbuje syna. 

background image

– Pogadam z Nickiem o tym jej narzeczonym. 
– Ale Ianni prosił, żeby nic nie mówić. Obawiam się, że skończyłoby się sceną. 
Giorgio uniósł ramiona. 
– Ktoś musi mu to powiedzieć. Im szybciej Lydia wyjedzie, tym lepiej. 
Demelza pożegnała się z Giorgiem i pospieszyła do chłopca, który czekał na nią na skraju 

parkingu. Ianni niechętnie ciągnął nogami po piaszczystej ścieżce. 

– Muszę być z mamą cały dzień? – spytał cicho. 
–   Mama   tęskni   za   tobą   i   czeka   –   odparła   Demelza,   pełna   współczucia   dla   chłopca.   – 

Wieczorem wrócisz do domu. 

– Będziesz w domu?
– Tak, będę. – Podjęła decyzję. Przyszedł czas na ostateczne rozstrzygnięcia. 
Zatrzymała się przed apartamentem Lydii. Wszystkie okna były jeszcze zasłonięte, a minęło 

już wszak południe. Poza tym Lydia spodziewała się syna, więc tym bardziej było to dziwne. 
Demelza podeszła do drzwi i zapukała. 

Lydia uchyliła drzwi, patrząc na nią na wpół przytomnie, okryta przezroczystym szlafrokiem. 
– Mówiłam, żeby nie mi nie przeszkadzać... Ach, to ty. I Ianni! Przecież Anna dzwoniła rano 

i mówiła, że Ianni zostanie dzisiaj u niej. Jeszcze się nie ubrałam... 

–  Czy  to kelner?   W  samą   porę! –  Za  plecami  Lydii   wyrósł   nagle  muskularny,  opalony 

mężczyzna w jaskrawych bokserkach. – A, to ten mały. Mówiłaś, że dzisiaj nie przyjdzie. 

– Bo tak miało być – odparła szybko Lydia. 
Ianni ściskał mocno dłoń Demelzy i schował się za nią. 
– Nie zostawiaj mnie – szepnął. – To ten narzeczony. 
– Widzę, że jesteś bardzo zajęta, Lydio – stwierdziła Demelza. – Wezmę Ianniego do siebie. 
Odwróciła się i odeszła z Iannim szybkim krokiem. 
– Demelzo, zaczekaj! – wołała za nią Lydia przerażonym głosem. – Wyjaśnię ci!
– Nie wątpię – syknęła Demelza przez zęby. 
– Naprawdę mogę z tobą zostać? – pytał lanni, biegnąc, by za nią nadążyć. – Pomogę ci w 

pracy. Jak urosnę, będę lekarzem tak jak tata. Umiem zakleić plastrem przecięty palec. 

Demelza czule ścisnęła jego małą dłoń. 
– Oczywiście, że możesz ze mną zostać. 
Weszli do gabinetu. Irini stała za parawanem pochylona nad leżącą na kozetce pacjentką. 
– Ianni, posiedzisz z Irini w recepcji, dobrze? Narysuj mi coś – poprosiła Demelza, dając mu 

ołówek i papier. 

Przed   wyjściem   Irini   przekazała   jej   informacje   na   temat   pacjentki.   Była   to 

dziewiętnastoletnia dziewczyna o imieniu Selina. Przyjechała na Kopelos z chłopakiem i dwójką 
przyjaciół. Tego ranka poczuła się źle i nie pojechała z nimi na sąsiednią wyspę. Skarżyła się na 
bóle brzucha. 

– Powiedz mi, gdzie dokładnie cię boli – poprosiła Selinę Demelza, badając jej brzuch. Jej 

background image

doświadczone palce uciskały lekko napiętą skórę. Kiedy nacisnęła prawą dolną część brzucha, 
Selina zawyła z bólu. 

– Przepraszam. Muszę to sprawdzić. Oddychaj głęboko, dam ci środek przeciwbólowy. 
Puls   dziewczyny   był   słaby   i   przyspieszony.   Selina   miała   też   niebezpiecznie   wysoką 

gorączkę. 

– Zawiozę cię do szpitala – powiedziała Demelza. – Chcę, żeby zbadał cię lekarz. 
Dość szybko złapała telefonicznie Nicka. 
– To może być wyrostek albo ciąża pozamaciczna – oznajmiła. – Tak czy owak, powinieneś 

jak najprędzej ją zobaczyć. 

–   Zaraz   zadzwonię   do   Stavrosa,   a   ty   w   międzyczasie   przygotuj   pacjentkę   –   odparł 

natychmiast Nick. 

– Aha, jeszcze jedno. Ianni jest ze mną. Lydia była... nie spodziewała się go dzisiaj i... była 

zajęta. 

– Przecież umówiliśmy się wczoraj!
– To nieporozumienie. Anna dzwoniła do niej i odwołała wszystko. 
– Nie wiem, po co miałaby robić coś takiego. Demelza wiedziała, po co, ale nie było teraz 

czasu, żeby oświecać Nicka. 

– To na razie. 

Ianni siedział w szpitalnej recepcji. Kończył rysunek, który zaczął w gabinecie Demelzy. 

Były z nim dwie młodziutkie pielęgniarki, które rozpieszczały go jak mogły. Nick i Demelza 
pochylali się nad pacjentką w małym pomieszczeniu przed salą operacyjną. Nick stwierdził, że 
Selinę trzeba operować. 

Z odpowiedzi Seliny i na podstawie objawów klinicznych doszli do wniosku, że dziewczyna 

jest w ciąży pozamacicznej. Powiedziała im, że od dwu miesięcy nie ma okresu, liczyła na to, że 
jest w ciąży, oboje z narzeczonym bardzo pragnęli dziecka. 

Demelza przypatrywała się młodej pacjentce. Jeśli ją dobrze zdiagnozowali, rozwijający się 

w niewłaściwym miejscu płód stanowił zagrożenie dla jej życia. 

Demelza   zgodziła   się   asystować   przy   zabiegu.   Była   to   zresztą   zupełnie   naturalna   kolej 

rzeczy. Anestezjolog przygotowywał ogólną narkozę. Demelza i Nick, przebrani i gotowi, weszli 
na salę operacyjną. Kiedy po chwili Nick zlokalizował miniaturowy płód, Demelza spojrzała na 
niego. Stan pacjentki był naprawdę poważny. 

– Muszę wyciąć jajowód – stwierdził cicho Nick. – Nie da się go uratować. Nie odbierze to 

możliwości zajścia w ciążę za jakiś czas. Zostanie jej jeszcze drugi, sprawny. 

Demelza zgodziła się z nim. 
– Trudno to potem wytłumaczyć pacjentkom – dodała tylko z żalem. 
–   Chciałbym   cię   prosić,   żebyś   mi   w   tym   pomogła   –   rzekł   Nick,   patrząc   na   nią   znad 

chirurgicznej maski. 

background image

Demelza   odczekała   kilka   godzin   po   przebudzeniu   Seliny   z   narkozy.   Dopiero   wówczas 

powiedziała jej, że płód rozwijał się poza macicą i trzeba go było usunąć, wraz z uszkodzonym 
nieodwracalnie jajowodem. Selina uniosła się znad poduszek, przytuliła się do Demelzy i załkała 
cicho. 

– Masz jeszcze drugi, zdrowy jajowód, Selino. Możesz mieć dziecko, tylko najpierw nabierz 

siły – dodał Nick. 

– Nie planowaliśmy tego dziecka – powiedziała Selina. – Ale kiedy zaczęłam podejrzewać, 

że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyłam. Mark chciał, żebyśmy pobrali się zaraz po powrocie z 
wakacji. 

– Mark tu jest – rzekła Demelza. – Chcesz się z nim teraz widzieć?
Selina uśmiechnęła się smutno. 
– Tak, proszę. 
Nick wyszedł po młodego człowieka, który natychmiast podbiegł do łóżka Seliny i przytulił 

ją, szepcząc jej czule do ucha. Nick objął ramieniem Demelzę. 

– Czas na nas. 
Spojrzał na siostrę, która stawiła się na nocnej zmianie, i powiedział jej coś po grecku. 
–   Prosiłem,   żeby   zadzwoniła   do   mnie   na   komórkę,   gdyby   coś   się   działo   –   wyjaśnił, 

wychodząc z Demelzą z oddziału. 

Nick niósł śpiącego syna  na rękach. Jeszcze przed operacją spytał  Ianniego, czy nie ma 

ochoty pobawić się z Lefterisem u Kateriny, ale Ianni upierał się, żeby zostać w szpitalu, jeśli 
zostaje tam także Demelza. 

– Nigdy nie był taki uparty i do nikogo się tak nie przylepiał – szepnął Nick, kładąc chłopca 

na tylnym siedzeniu samochodu. – Nie wiesz czasem, co mu się stało?

Usiadł   za   kierownicą.   Demelza   zapięła   pas.   Miała   wielką   ochotę   oświecić   Nicka, 

powstrzymywała ją przed tym wyłącznie prośba Ianniego. 

– Nie jestem pewna – wyznała, zwlekając z odpowiedzią. 
– Co to za sekrety? – spytał Nick, zapalając silnik. Ruszyli w ciemność, opuszczając cichy o 

tej porze szpital, z którego okien padało przytłumione światło nocnych lamp. – Ty coś wiesz. 
Podejrzewam, że ma to związek z Lydią i chyba domyślam się, o co chodzi. Jeśli ma to jakiś 
wpływ na Ianniego, bardzo cię proszę, żebyś tego nie ukrywała. 

– Nie wiem, ile mogę ci powiedzieć. – Spojrzała na jego surowy profil. Nick skręcił w pustą 

wiejską uliczkę. – Czy rozmawiałeś dzisiaj z Giorgiem?

– Demelzo, cały dzień spędziłem w szpitalu. Powiedz mi, o co chodzi. 
Bała   się.   Nick   mówił   takim   ostrym   tonem.   Przypomniała   sobie,   jak   Ianni   przedstawiał 

rozgniewanego ojca. 

– Najpierw połóżmy Ianniego do łóżka – oznajmiła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Demelza   szczelnie   otuliła   Ianniego   bawełnianym   nakryciem.   Kiedy   go   pocałowała   w 

policzek, poruszył się lekko, ale się nie obudził. 

– Śpi jak suseł – powiedziała, wracając do salonu. Nick podniósł na nią wzrok. 
– Chodź tu i powiedz mi, co go tak zdenerwowało. Demelza celowo usiadła na krześle po 

drugiej stronie małego  stolika.  Chciała  widzieć reakcję Nicka na swoje słowa, na relację ze 
spotkania z Lydią. Miała tylko nadzieję, że Nick nie podniesie głosu i nie zbudzi syna. 

– Napijesz się wina? – spytał jak uprzejmy gospodarz. 
– Może później. 
Czuła, że mimo iż w pokoju jest ciepło, atmosfera wyraźnie się ochłodziła. Odchrząknęła. 
– Ktoś był u Lydii, kiedy do niej zapukaliśmy. Nick zmarszczył czoło. 
– Ten chłopak z basenu? Wysoki, około dwudziestki, długawe jasne włosy... 
Demelza patrzyła na niego osłupiała. 
– To wiesz o nim? Westchnął zrezygnowany. 
– Lydia zawsze kogoś ma. Teraz jest akurat Danny. Niestety, Danny ma tylko młodość i 

urodę, nie przyda jej się na długo. 

– Giorgio mówił to samo. Powiedział, że Lydia szuka bogatego sponsora. Chciał z tobą o 

tym porozmawiać, ale... 

– Demelzo, ja ją świetnie znam! Udawałem tylko przez wzgląd na Ianniego. Starałem się być 

miły, a to wcale nie przychodziło mi łatwo, wierz mi. Ale nie wolno mi odmawiać Ianniemu 
kontaktu z matką. Łudziłem się, że tym razem może się dogadają. Chyba się nie udało. Dlatego 
dałem jej sygnał do wyjazdu. 

– To znaczy?
–   Odmówiłem   dalszego   płacenia   za   jej   apartament.   Płaciłem,   póki   była   jakaś   szansa  na 

porozumienie między nią a Iannim. Kiedy dowiedziałem się o Dannym, sytuacja się zmieniła. W 
przyszłym tygodniu Lydia wraca do Anglii. 

– Kiedy się dowiedziałeś?
– Podejrzewałem to od początku, kiedy Ianni powiedział, że nie chce tam nocować. Nie 

chciałem go pytać o szczegóły, sam się domyślałem. Poprosiłem kogoś z obsługi, żeby przyjrzał 
się Lydii, i od nich usłyszałem o jej nowej zabawce. Wtedy postanowiłem, że Ianni będzie z nią 
spędzał tylko kilka godzin w dzień. Lydia zazwyczaj przyjmuje swoich gości w nocy. Gdybym 
choć przez chwilę przypuszczał... 

– Lydia nie spodziewała się dziś Ianniego – odezwała się Demelza – dlatego Danny jeszcze z 

nią był. – Urwała na moment. – Lydia przyszła do mnie wkrótce po przyjeździe – podjęła. – 
Usiłowała mnie przekonać, że jest idealną żoną i że to twoja niewierność była powodem waszego 

background image

rozwodu. 

Nick ściągnął brwi i wykrzywił usta z niesmakiem. 
–   Tak,   ona   umie   zmyślać.   Każdy,   kto   ją   pozna,   szybko   spostrzega,   że   Lydia   kłamie 

nałogowo. Przykro mi, że cię nachodziła, że cię przed tym nie ustrzegłem. Wiem, że nie brakuje 
jej jadu, i że od początku uznała cię za rywalkę. 

– Wiedziałeś, że chce cię skłonić do powrotu?
–  Oczywiście!   Ona jest sprytna,  ale   ja  ją  widzę  na wylot.  To  jej   odgrywanie   bezradnej 

dziewczynki! Można by się z tego śmiać w innej sytuacji. Wypróbowała już na mnie chyba cały 
arsenał swoich sztuczek i musi wreszcie pojąć, że nie chcę jej już znać. Moja uprzejmość jej nie 
oszuka. Ona wie, że robię to dla syna, a jeśli jej w ogóle zaświtało, że mógłbym coś do niej czuć, 
to jest to wyłącznie myślenie  życzeniowe.  – Patrzył  na Demelzę strapiony.  – To Danny tak 
zdenerwował Ianniego?

– Ianni powiedział mi, że go nie lubi – odparła. – Nie chciał, żebym ci o tym mówiła. Bał się, 

że będziesz krzyczał na Lydię, że ona się rozpłacze... 

– O mój Boże, ile on przeze mnie wycierpiał... – Nick zawiesił głos. 
Demelza poderwała się, okrążyła stolik i przytuliła Nicka. 
– To nie twoja wina, z tobą jest szczęśliwy. Nick podniósł głowę. 
–   Dlatego   rozwiodłem   się   z   Lydią.   Kiedy   ją   dobrze   poznałem,   stała   mi   się   kompletnie 

obojętna. Stwierdziłem, że lepiej będzie dla Ianniego, jeżeli będzie się wychowywał bez kłótni i 
złości. 

– Lydia mówiła, że oboje chcecie odbudować wasz związek. Bałam się, że wasze częste 

spotkania doprowadzą do tego. I że ja... – Urwała, napłynęły przykre wspomnienia. 

Teraz Nick wziął ją w ramiona. 
– Szkoda, że mnie nie było przy tej rozmowie. Ale znów gdybym był, nie odważyłaby się tak 

bezczelnie kłamać. Jesteś jedyną kobietą, której pragnę. Chcę, żebyśmy byli razem, na zawsze. 
Czy mogę mieć nadzieję? Próbuję ci powiedzieć... Wyjdziesz za mnie?

Spojrzała na niego. Serce biło jej tak szybko, że była przekonana, iż nawet Nick je słyszy. 

Tak bardzo czekała na te słowa i tak bardzo bała się, że nigdy ich nie usłyszy. 

– Tak – odparła szeptem, widząc, jak twarz Nicka rozpromienia się natychmiast. – A co na to 

Ianni? – zapytała chwilę później. 

Nick uśmiechał się radośnie. 
– Będzie w siódmym niebie! Jest tobą zachwycony. Nie mógłby sobie wymarzyć lepszej 

matki. 

– Nie mów tak – wtrąciła czym prędzej. – Nie próbowałam zastąpić mu matki, ja tylko... 
– Nie ty go urodziłaś, ale to ty znalazłaś drogę do jego serca. 
Demelza podniosła wzrok na Nicka. Spełniło się jej marzenie. I nie zamierzała już nigdy 

trapić się tym, że wychodzi za mąż za kogoś, kto miał już żonę. 

– Zostaniesz  ze mną  na noc?  – spytał  cicho Nick, kładąc ją na chłodnym  bawełnianym 

background image

prześcieradle. – Jesteśmy już zaręczeni, nie musimy się ukrywać przed Iannim. 

Uśmiechnęła się do niego i powoli zaczęła rozpinać mu koszulę. 
– Zostanę. Na zawsze... 
Różowa poświata porannego słońca wkradła się przez otwarte okno i próbowała wpełznąć 

pod   jej   powieki.   Demelza   powoli   otworzyła   oczy   i   popatrzyła   na   leżącego   obok   Nicka. 
Uśmiechał się przez sen, jakby wspominał ich namiętną noc. 

Nie przypuszczała dotąd, że można tak kochać, iż żal zasnąć choćby na sekundę. Zasypiała 

na chwilę, by poczuć zaraz pieszczotę rąk Nicka, obracała się do niego i znowu stawali się 
jednością, która odrywa się od ziemi. 

Ciszę poranka przeciął dźwięk telefonu. Demelza westchnęła. Czas wracać na ziemię. Nie 

można,   niestety,   spędzić   życia   w   chmurach.   Nick,   postękując,   wyciągnął   po   omacku   rękę, 
szukając telefonu koło łóżka. 

– Nick Capodistrias – mruknął półprzytomnie. – A, Giorgio. – Przerzucił się na grecki i 

mówił jak zwykle tak szybko, że Demelza nie była w stanie za nim nadążyć. Potem roześmiał się 
i skończył  rozmowę. – Wuj Giorgio przesyła  ucałowania, kazał ci przekazać, że jest bardzo 
szczęśliwy. 

– Powiedziałeś mu, że się pobieramy?
Mówiąc te słowa, jeszcze nie bardzo w nie wierzyła. 
– No, oczywiście. Zresztą właśnie w tej sprawie dzwonił. Kazał mi pozbyć się Lydii i ożenić 

się z tobą. Poinformowałem,  że już się tym  zająłem. Pobiegł zawiadomić Annę, która zaraz 
obejdzie wioskę i zaprosi wszystkich na wesele. 

– Przecież nie ustaliliśmy jeszcze daty. 
– Im szybciej, tym lepiej. Może wrzesień? Demelza wstrzymała oddech. 
– Raczej październik. Skończą się upały, a ja będę miała czas, żeby się przyzwyczaić do tej 

myśli, że zostanę panią Capodistrias. Trzeba też wybrać kościół i salę na przyjęcie... 

– To już postanowione. Anna i Giorgio uważają, że najlepszy będzie kościół na wzgórzu nad 

portem, gdzie moi rodzice brali ślub. A przyjęcie urządzimy oczywiście w tawernie Giorgia. 
Uprzedzam cię, że greckie wesela trwają nawet kilka dni. 

–   Może   powinniśmy   obudzić   Ianniego   i   wszystko   mu   powiedzieć?   –   spytała   radośnie 

Demelza. 

Nick przytulił ją z figlarnym uśmiechem. 
– Jeszcze nie. To jest nasz czas. Trzeba też zastanowić się, kiedy powiększymy rodzinę. 

Chyba chcesz mieć dzieci?

Otarła się o niego pieszczotliwie. 
– No pewnie, całą armię. 
– No to do roboty. 

background image

EPILOG

– Wiesz, jakoś mi  się nie mieści  w głowie, że jesteśmy już rok po ślubie – zauważyła 

Demelza, przenosząc prezenty otrzymane z okazji rocznicy ślubu ze stołu w salonie do sypialni. 
– Wszyscy byli dzisiaj tacy mili, ale bałam się, że nigdy sobie nie pójdą. – Padła na łóżko, 
zrzucając pantofle. – Potwornie niewygodne. Pewnie przesadnie eleganckie, ale chciałam dobrze 
wyglądać. No a ta sukienka! Myślisz, że uda nam się wymknąć wcześniej od Giorgia?

Nick przysiadł obok niej na łóżku. 
– Nie widzę takiej szansy. Rocznice ślubu świętuje się tutaj równie hucznie jak śluby. Nasze 

wesele ciągnęło się prawie tydzień, pamiętasz?

Roześmiała się i zaczęła rozpinać stanik jedwabnej sukienki, którą zaprojektowała i uszyła 

dla niej Katerina. 

– Przepiękna suknia. Ale za ciepła, nawet na październik. 
– Pomogę ci, kochanie – zaoferował się Nick, zabierając się za obszyte jedwabiem guziki. 
– Nie powinnam się rozbierać, jeżeli mamy znowu wyjść. 
Nick uśmiechnął się chytrze. 
– Mamy chwilkę na krótką sjestę. Kiedy przyjdzie Katerina z dziećmi?
– Błagała mnie, żebym oddała bliźniaczki pod jej opiekę na parę godzin, żeby jej dzieci je 

poznały. A Ianni, oczywiście, nie spuszcza ich z oka, więc też poszedł do Kateriny. 

Nick oparł się na poduszkach i objął żonę. 
– Jest bardzo dumny ze swoich siostrzyczek. 
– Cieszę się, że ich nie odrzucił. Teraz chyba jeszcze bardziej je polubił. Lucy i Anna mają 

już cztery miesiące i zaczynają przypominać” ludzi. Najlepsze przed nami. 

Nick westchnął. 
– Moja matka byłaby bardzo dumna, że wnuczka nosi po niej imię. 
– A znów Anna oszalała na punkcie małej Ani. Nick przewrócił się na bok. Wsparł się na 

łokciu i patrzył na żonę z czułością, która zawsze ją rozbrajała. 

–   No,   w   każdym   razie   zrobiliśmy   dobry   początek   –   uznał.   –   Kiedy   nabierzesz   siły   po 

bliźniaczkach, moglibyśmy powiększyć jeszcze naszą rodzinę o jedno czy dwoje... 

Demelza zaśmiała się podejrzanie. 
– Na pewno da się to zrobić, doktorze. Prawdę mówiąc, już się zrobiło. 
Nick otworzył szeroko oczy. 
– To znaczy... Co to właściwie znaczy?
– Robiłam sobie rano test ciążowy, ale nic nie mówiłam. Chciałam, żeby bliźniaczki miały 

dzisiaj swoje święto. 

Nick przyciągnął ją i pocałował gorąco. 

background image

– Jesteś cudowna! Uśmiechnęła się. 
– Nie zrobiłam tego sama. Pamiętam, kiedy poczęły się bliźniaczki. To musiało być w ten 

ostatni wrześniowy wieczór, kiedy wybraliśmy się na dziką plażę, żeby popływać, a potem... 
Dobrze, że nikt nie porównywał daty ich narodzin z datą ślubu. 

–  Daję  ci  słowo,  że   wszyscy  wszystko   dokładnie   policzyli,   ale  czy  to  najważniejsze?  – 

Spojrzał jej prosto w oczy. – Czy w dalszym ciągu wyznajesz tę teorię na temat kochania się w 
ciąży?

– Że zdrowej kobiecie seks w ciąży przynosi same korzyści? Przetestowałam ją już. 
– Tak, właśnie tę. Wtuliła się w niego. 
– Zawsze można ją sprawdzić jeszcze raz. 


Document Outline