background image

Anne Ashley 

background image

Rozdział pierwszy 

Musiała upłynąć cała minuta, zanim panna Annis Mil-

bank zdołała zebrać myśli na tyle, by wykrzyknąć: 

- Ależ droga pani! Skąd, na Boga, to przypuszczenie, że 

właśnie ja jestem najodpowiedniejszą osobą, by pani po­

móc? Wprawdzie dokładam wszelkich starań, by zachowy­

wać się tak, jak by sobie tego życzyła moja kochana ma­
ma, zdarza mi się jednak grzeszyć nadmierną szczerością, 
przez co nie mam stosownych kwalifikacji, by wystąpić 
w roli mediatora. A już zwłaszcza w tak delikatnej materii. 

Lady Pelham uśmiechnęła się wyrozumiale i podniosła 

wzrok, by przyjrzeć się uroczej twarzyczce obramowanej 
masą lśniących, kasztanowych pukli. Jej chrześnica, jak za­
wsze rozbrajająco szczera, powiedziała ni mniej, ni więcej, 

tylko całą prawdę. Jednak, mimo iż jej maniery i zachowa­
nie odbiegały czasami od ogólnie przyjętych zasad, skut­
kiem czego niektórzy uważali ją za osobę nieco zbyt nieza­
leżną jak na jej młody wiek, Annis odziedziczyła po matce 
spokój, wyrozumiałość i dobroć, po ojcu zaś determinację 
oraz zdrowy rozsądek. 

background image

Te właśnie godne podziwu przymioty, w połączeniu 

z rezolutnym wdziękiem, czyniły z niej wręcz idealną kan­
dydatkę do roli posłańca. 

- Mylisz się, kochanie - zaoponowała ze spokojem lady 

Pelham. - W tym wypadku twoja szczerość może się oka­
zać zaletą. 

Annis sceptycznie uniosła brwi. 

- Jeśli obecny lord Greythorpe przypomina charakterem 

swoich przodków, wątpię, czy zechce wysłuchać tego, co 
mam mu do powiedzenia. 

- Prawdę mówiąc, moje dziecko, nie mam pojęcia, ja­

kim człowiekiem jest wicehrabia. - Milady podniosła się 
z westchnieniem i podeszła do okna. - Opinie o nim są 
bardzo zróżnicowane. Podobno potrafi być chłodny i nie­
przystępny, jak jego świętej pamięci ojciec, są jednak i tacy, 
którzy mają o nim zupełnie odmienne zdanie. Co do mnie, 
staram się być bezstronna. - Nagle posmutniała i odwró­
ciła się, by spojrzeć na chrześnicę. - Nie myśl, że łatwo mi 
przyszło cię o to prosić - wyznała po chwili. - Szczerze 
mówiąc, gdybym mogła zwrócić się do kogoś innego, ko­
goś z mojej najbliższej rodziny lub przyjaciół obecnie ba­

wiących w Bath, nigdy bym nie napisała tak melodrama-

tycznego listu i nie błagała cię o bezzwłoczny przyjazd bez 
podania konkretnej przyczyny. Musiał cię nieco zaniepo­
koić brak jakichkolwiek wyjaśnień. 

Wrodzone poczucie humoru sprawiło, że Annis skwito­

wała to niedopowiedzenie uśmiechem. Po otrzymaniu listu 

nie wahała się ani chwili i natychmiast wyruszyła do Bath, 
a choć podróż z rodzinnego domu w Leicestershire prze-

background image

biegła bez zakłóceń, i tak miała wystarczająco dużo czasu, 
by sobie wyobrażać wszystko co najgorsze. 

Po przybyciu na miejsce była niemal pewna, że powita 

ją wiadomość o poważnej chorobie matki chrzestnej lub 

o jakimś nieszczęściu, które przytrafiło się jej siostrzeni­
cy Helen. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przy­
puszczała, że wezwano ją jedynie po to, by wystąpiła w roli 
posłańca, a zarazem mediatora, chociaż nie miała w tym 

żadnego doświadczenia. Dlatego też mogła się tylko domy­
ślać, że sytuacja jest poważniejsza, niż początkowo sądziła. 

- Może źle panią zrozumiałam, lady Pelham. Powiedzia­

ła pani, że ni stąd, ni zowąd nadszedł list od przyrodniego 
brata Helen, w którym zaprasza was obie na kilka tygodni 
do swojej rodzinnej posiadłości w Hampshire, a także że 
Helen potraktowała tę propozycję bez najmniejszego en­
tuzjazmu. No cóż, przynajmniej w tym wypadku jestem 

w stanie w pełni zrozumieć jej uczucia - dodała z gorzkim 

uśmiechem. - Dotychczas doskonale sobie radziła, mimo 
że krewni jej zmarłego ojca nie raczyli jej uznać. 

- Helen nie żywi urazy do Greythorpe'ów. - Lady Pelham 

usiadła i przyjrzała jej się uważnie. - Mam natomiast po­

ważne podejrzenia, że ty nadal doświadczasz takich uczuć 
wobec krewnych twojej matki, moja droga. - Z uznaniem 

skonstatowała, że Annis nie zamierza podjąć drażliwego te­

matu relacji z najbliższą rodziną zmarłej matki. - Nie zro­
zum mnie źle. Do twojej mamy czułam wyłącznie szacu­
nek. W przeciwieństwie do mnie i mojej siostry miała na 
tyle silny charakter, by wbrew życzeniu rodziny poślubić 
człowieka, którego sama sobie wybrała. Często myślę, jak 

background image

inaczej mogłoby wyglądać życie Charlotte i moje, gdyby­

śmy miały dosyć odwagi, by pójść w jej ślady. 

Annis dobrze znała historię małżeństw lady Pelham oraz 

jej nieżyjącej siostry. Związki te, na szczęście krótkotrwałe, 

trudno było uznać za choćby umiarkowanie udane. Z uwa­
gi jednak na szczególną sytuację poczuła, że musi wyjaśnić 
pewną istotną kwestię, dlatego bez wahania zadała to za­

sadnicze pytanie, i otrzymała taką oto odpowiedź wyrażo­
ną zdecydowanym tonem: 

- Nigdy nie miałam najmniejszych wątpliwości, że szósty 

wicehrabia Greythorpe był ojcem Helen. Zachowanie mojej 

siostry, może istotnie niezbyt rozważne, było jednak zrozu­

miałe w jej sytuacji. Wbrew jej woli wydano ją za zgorzknia­
łego, nieprzystępnego i o wiele od niej starszego człowieka, 

życzliwie więc przyjęła czułe zaloty młodego artysty, który 
niedługo po jej ślubie otrzymał zlecenie, by namalować jej 
portret. Charlotte wcale zresztą nie ukrywała, że gdy ów ma­
larz przebywał w Greythorpe Manor, a trwało to kilka tygo­

dni, sama szukała jego towarzystwa, przysięgała jednak, że 
ich znajomość nie przekroczyła granic niewinnego flirtu. 

Niestety, niefortunnym zbiegiem okoliczności Helen zosta­
ła poczęta w tym właśnie okresie. - Lady Pelham westchnęła. 

- Co gorsza, odziedziczyła występujące w naszej rodzinie od 

pokoleń rude włosy, czego ja sama jestem przykładem. 

- To dziwne, że świętej pamięci lord Greythorpe nie zda­

wał sobie z tego sprawy. 

- Może i zdawał... Bo choć miał skłonność do popadania 

w głęboką melancholię, nie słyszałam, by cierpiał na brak 

inteligencji i z pewnością wiedział, że czasami rodzicom 

background image

o bardzo ciemnych włosach rodzi się potomstwo o włosach 

rudych lub kasztanowych. Całe nieszczęście polegało jed­
nak na tym, że ów malarz miał włosy tycjanowskie. 

- To rzeczywiście bardzo niefortunny zbieg okoliczno­

ści - przyznała Annis. - Skoro jednak, jak sama pani mówi, 
Helen nie żywi pretensji do rodziny zmarłego ojca, czemu 
odrzuca zaproszenie do posiadłości swoich przodków? 

- Och, ona nie jest temu całkowicie przeciwna. Rzecz 

w tym, że wcześniej przyjęłyśmy zaproszenie przyjaciół­

ki Helen z Devonshire, by spędzić u niej kilka dni pod 
koniec lutego, a w tym właśnie czasie lord Greythor-
pe chciałby ją widzieć w Hampshire. Odpisałam więc 
z wyjaśnieniem, sugerując, iż krótszy pobyt byłby bar­
dziej stosowny, zwłaszcza że ma to być pierwsza wizyta 
Helen w Greythorpe Manor. 

- Czy Helen ma coś przeciwko dłuższemu pobytowi 

na wsi? 

- Nie, skądże. Sądzę, że w innych okolicznościach odwie­

dziłaby z radością swego przyrodniego brata. - Lady Pel-
ham nagle sposępniała. - Jednak w obecnej sytuacji Helen 
nie chciałaby się oddalać z Bath na dłuższy okres. 

Annis ożywiła się, poczuła bowiem, iż nareszcie dotarły 

do sedna sprawy, i znów bez wahania postanowiła zaspo­
koić swą ciekawość, przed czym zresztą lady Pelham się nie 

wzbraniała, gdyż odrzekła na jej pytanie: 

- Powód jest taki, że tuż przed otrzymaniem zaprosze­

nia od lorda Greythorpe'a Helen napotkała na swojej dro­
dze przystojnego, złotoustego hultaja, który wciąż wytrwa­
le jej asystuje. 

background image

10 

- Łowca posagów... 
- Niewątpliwie! Helen, niestety, musi sama dopiero się 

przekonać, co to za człowiek. Na szczęście, jak dobrze 

wiesz, nie ma zwyczaju popełniać głupstw, jest też całkiem 

dojrzała jak na swoje lata, dlatego wierzę, że z czasem zdro­

wy rozsądek weźmie górę i Helen przezwycięży to nieroz­

sądne zauroczenie. Trzeba jej jednak dać na to trochę cza­
su! - Znowu podniosła się z fotela i wyraźnie wzburzona, 
zaczęła krążyć po pokoju. - Czego się najbardziej obawiam, 

to tego, że jeśli siłą zabierzemy ją z Bath, teraz, kiedy jest 
tak bez reszty oczarowana tym nicponiem, gotowa ulec je­
go namowom i uciec z nim. A wtedy, obawiam się, ani jej 
prawni opiekunowie, ani ja nie będziemy w stanie zapo­
biec temu, by ten nieudacznik Daniel Draycot położył rękę 
przynajmniej na części jej majątku. - Wzburzona zaczęła 
bezwiednie przestawiać bibeloty na kominku. - Widzisz, 
moja siostra Charlotte postanowiła, że jej córka, podobnie 

jak twoja matka, powinna wyjść za mąż z miłości, dlatego 
Helen otrzyma bezwarunkowo swój spadek w dniu ślubu, 

a przynajmniej tę jego część, i to wcale niemałą, którą zo­
stawiła jej matka. 

Annis doskonale rozumiała obawy matki chrzestnej. Na 

sercowe problemy Helen nic zaradzić nie mogła, jednak 

kompromis w sprawie wizyty w Hampshire wydawał jej się 
łatwy do osiągnięcia. 

- Nie można by po prostu postąpić zgodnie z życzeniem 

Helen i napisać do lorda Greythorpe'a, sugerując nieco 
krótszy pobyt w późniejszym terminie? Zadowoliłoby to 

chyba wszystkich zainteresowanych. 

background image

- Tak właśnie zrobiłam, moja droga, lecz zdecydowanie 

nie przypadło to do gustu jego lordowskiej mości. Oto co 
przysłał mi w odpowiedzi! 

Lady Pelham wzięła z sekretarzyka list i podała go An-

nis, a potem patrzyła, jak ciemne, delikatnie zarysowane 
brwi jej chrześnicy ściągają się, zaś w pięknych szarych 
oczach, prześlizgujących się po tekście skreślonym pewną, 
męską ręką, zapalają się intensywnie zielone błyski. 

- Co za arogancja! - Zdegustowana Annis odrzuciła kart­

kę. - Co on sobie właściwie wyobraża? Za kogo się ma, skoro 
ośmiela się nalegać, by jego przyrodnia siostra złożyła wizy­
tę właśnie wtedy, kiedy szanownemu wicehrabiemu to odpo­

wiada? Jakaś babka ze strony matki... - Urwała, spojrzała na 

list. - Przecież lady Kilbane nie jest w żaden sposób spokrew­
niona z Helen, tak więc pani siostrzenica nie ma obowiązku 
pojawiać się na jej przyjęciu urodzinowym, które ma się od­
być w Greythorpe Manor. Będąc na pani miejscu, odesłała­
bym powóz, który lord Greythorpe zamierza po was przysłać 

w przyszłym tygodniu, i dałabym mu wyraźnie do zrozumie­

nia, że to pani zadecyduje, kiedy Helen odwiedzi Greythorpe 

Manor. 

- Moja droga, możesz mi wierzyć, że nic nie sprawiło­

by mi większej satysfakcji, mam jednak poważne obawy, 
że lord Deverel Greythorpe jest, podobnie jak jego ojciec, 
apodyktyczny i uparty i mało go obchodzą cudze uczu­
cia. Niestety, ma pełne prawo nalegać, by Helen złożyła 
mu wizytę wtedy, kiedy mu to odpowiada. - Na widok 
zdezorientowanej miny Annis uśmiechnęła się. - Świętej 
pamięci lord Greythorpe z sobie tylko znanych przyczyn 

background image

12 

po separacji z moją siostrą nie wszczął kroków rozwo­
dowych, dlatego po jego śmierci opieka prawna nad cór­
ką, której nigdy nie uznał, oraz wszystko, co posiadał, 
przeszło w ręce jego jedynego syna i spadkobiercy, obec­
nego lorda Greythorpe'a. 

- Nie wiedziałam o tym! Byłam pewna, że to pani 

sprawuje prawną opiekę nad Helen. - Zamyśliła się na 
chwilę. - Skoro tak, to nie sposób nie zadać sobie pyta­
nia, jakie były zamysły zmarłego lorda Greythorpe'a. 

Dlaczego po śmierci żony nie przekazał pani, jako ciot­

ce, opieki nad córką, z którą przecież nie chciał mieć 
absolutnie nic wspólnego? 

- Jakiekolwiek byłyby jego motywy, nie mogę sobie na­

wet wyobrazić, by leżało mu na sercu dobro jego najmłod­

szego dziecka. Nie, wygląda mi raczej na to, że ten eks-
centryk całkowicie wymazał z pamięci jej istnienie, stąd to 
zaniedbanie. 

Brzmiało to wysoce prawdopodobnie, więc Annis poki­

wała głową, a potem nagle coś ją zastanowiło. 

- Nie wydaje się pani dziwne, że wicehrabia tak nagle za­

interesował się swoją przyrodnią siostrą? 

- Tak, to prawdziwa zagadka... Wiem tylko tyle, że lord 

Greythorpe sporo podróżuje i wiadomość o śmierci ojca 
dosięgła go za granicą. Być może dlatego odczekał pra­

wie rok, zanim się z nami skontaktował. Rodzinny mają­

tek obejmuje wiele akrów ziemi w Hampshire. Jest także 
mała posiadłość w Derbyshire oraz elegancka rezydencja 

w Londynie. Wicehrabia wizytował je w ostatnich miesią­

cach. Musiał być bardzo zajęty po powrocie do kraju. 

background image

13 

- Rzeczywiście, to całkiem możliwe. Myśli pani, że teraz, 

po śmierci ojca, wicehrabia skłonny jest oficjalnie uznać 
Helen za swoją siostrę? 

- Jeżeli takie są jego intencje, to tym lepiej dla mojej sio­

strzenicy. Nie zamierzam bynajmniej sugerować, że w ja­
kiś szczególnie bolesny sposób ucierpiała na skutek nienor­
malnego zachowania jej świętej pamięci ojca, choć swoje 
przeżyła. Niestety zdarzało się od czasu do czasu, że ja­
kiś łajdak bez serca kwestionował pochodzenie Helen, i to 

w jej obecności. 

- Pozostaje więc mieć nadzieję, że przyrodni brat podej­

mie stosowne kroki, by uciąć dalsze spekulacje, a jego żona 
życzliwie przyjmie pani siostrzenicę. 

- On nie jest żonaty, moja droga - rzuciła lady Pelham 

z zagadkowym uśmiechem. - Z jednej strony mnie to dzi­

wi, wszak jest świetną partią, z drugiej jednak nie, bo je­

śli odziedziczył po ojcu melancholijną, skłonną do dzi­
wactw naturę... Cóż, spotkałam go tylko raz, gdy wkrótce 
po śmierci Charlotte przybył tu z niespodziewaną wizytą, 
by złożyć kondolencje. Nie jestem pewna, czy uczynił to za 

wiedzą i aprobatą swego ojca, odniosłam natomiast wra­

żenie, że jego żal po śmierci macochy był szczery. Oczy­

wiście po dziesięciu latach obraz jego zatarł się w mojej 

pamięci, przypominam sobie jednak pełnego powagi i za­
dumy młodzieńca, niepozbawionego swoistego uroku, jeśli 
ktoś gustuje w romantycznych samotnikach. Słyszałam, że 
mieszka z niezamężną siostrą, która, o ile dobrze pamię­
tam, jest w zbliżonym wieku. - Lady Pelham opadła z wes­
tchnieniem na fotel i przez kilka chwil kontemplowała wy-

background image

14 

imaginowaną plamę na dywanie. - Jest jeszcze coś. Helen 
nic nie wie o liście lorda Greythorpe'a, przede wszystkim 
zaś nie zdaje sobie sprawy z zakresu władzy, jaką wicehra­
bia nad nią sprawuje. 

- Dobry Boże! Dlaczego zataiła pani przed nią ten jak­

że ważny fakt? 

- Teraz widzę, że to był błąd, choć wcześniej tak nie my­

ślałam. Wprawdzie od razu po śmierci ojca Helen poinfor­
mowano mnie, iż Deverel Greythorpe stał się jej prawnym 

opiekunem, po prostu nie przywiązywałam do tego więk­
szej wagi, jako że zmarły lord nie starał się przecież party­
cypować w wychowaniu córki. Co więcej, nigdy nawet nie 

próbował się z nią skontaktować, jakby w ogóle nie istnia­
ła, co warto odnotować, bo właśnie to ostatecznie umocni­
ło mnie w przekonaniu, że jej przyrodni brat zachowa się 
tak samo. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej, skoro He­
len została tak dokumentnie wykluczona z rodziny? - Wes­
tchnęła głęboko. - Wierz mi, nie zataiłam tego przed nią 
z innych przyczyn, a jednak odnoszę wrażenie, że błędem 

byłoby powiedzieć jej o tym właśnie teraz, gdy wciąż jesz­
cze patrzy przez różowe okulary na tego cynicznego hulta-

ja Draycota. 

- Rozumiem. Boi się pani, że mogłaby uznać propozycję 

dłuższego pobytu w Greythorpe Manor za spisek, który zo­
stał uknuty przez panią oraz jej przyrodniego brata w celu 
rozdzielenia jej z ukochanym? 

Lady Pelham uśmiechnęła się zagadkowo. 

- Nie chodzi tylko o to, moja droga. Jestem głęboko prze­

konana, że rezygnacja z wyjazdu do Devonshire byłaby po-

background image

15 

ważnym błędem. Otóż ostatnio odkryłam, że temu Drayco-

towi z nieznanych mi przyczyn bardzo zależy na tym, byśmy 
tam nie pojechały. Przypuszczam jednak, że jego obiekcje nie 

wynikają z niemożności rozstania się z Helen. 

- To ciekawe! Naprawdę ciekawe... Czyżby się bał, że 

odkryje tam pani jakieś kompromitujące fakty dotyczące 

jego osoby? 

- Owszem, tak sądzę, i mówiąc szczerze, bardzo na to 

liczę. Draycot zdradził się kiedyś, że przebywał w tamtych 
stronach, choć nie pamiętam, czy akurat w samym Oke-
hampton, gdzie mieszka przyjaciółka Helen z rodzicami. 

Wiem też na pewno, że wielokrotnie próbował przekonać 

Helen, by zrezygnowała z tych odwiedzin, twierdząc, iż nie 
zniesie nawet kilkudniowej rozłąki. Na szczęście dotąd nie 
uległa jego namowom i nadal chce tam jechać. - Urwała na 
moment, gdyż z holu dobiegły jakieś głosy, po czym mówi­
ła dalej: - O ile się nie mylę, Helen znów, całkiem przypad­
kowo rzecz jasna, natknęła się w parku na pana Draycota 
i, jeśli mnie słuch nie myli, zaprosiła go na podwieczo­
rek. Będziesz zatem mogła sama ocenić, co to za człowiek. 

Uważaj jednak, Annis - dorzuciła półgłosem. - Helen nie 

spodziewa się zastać cię tutaj, dlatego musisz utrzymywać, 
że to niezaplanowana wizyta. Po prostu w drodze do przy­

jaciół wstąpiłaś do nas, bo będąc tak blisko, nie mogłaś nie 
wpaść do Bath na dzień czy dwa. Helen pod żadnym pozo­

rem nie może się dowiedzieć, że to ja cię tu wezwałam. 

Skutek tego jedynego spotkania z panem Danielem 

Draycotem był taki, że Annis nie zabawiła zbyt długo 

background image

16 

w Bath. Nie minęły dwa dni i znów wynajętym dyliżansem 

pocztowym przemierzała kraj, z tą różnicą, że tym razem 
podróżowała przez hrabstwo Hampshire, w którym jesz­
cze nigdy nie była. 

W normalnych okolicznościach z ciekawością przyglą­

dałaby się mijanym okolicom, nawet jeśli o tej porze roku 
krajobraz nie wygląda najpiękniej, lecz tym razem jedno 
tylko zaprzątało jej myśli: jak najprędzej dotrzeć do celu. 

Niestety, ledwie wyjechała z Bath, pogoda raptownie się 

pogorszyła. W ciągu doby temperatura spadła gwałtow­
nie, zerwał się zimny wschodni wiatr, a z ołowianego nie­
ba sypnęło śniegiem. 

- Powinnam była zamówić pokój na stacji dyliżansów, 

zamiast tak nierozsądnie upierać się przy tym, by jeszcze 
dziś dotrzeć do Greythorpe Manor - zwierzyła się Annis 

jedynej towarzyszce podróży. - Przecież wszyscy przepo­
wiadali rychłe opady. 

- Panienka nie ma zwyczaju lekceważyć dobrych rad. -

Eliza Disher zawsze starała się być lojalna. - Chyba że jest 
jakaś poważna przyczyna. Wiem, jak bardzo krępująca jest 
misja, którą obarczyła panienkę łady Pelham. Dlatego im 
prędzej będzie miała to panienka za sobą, tym lepiej. 

- Zakładając, oczywiście, że jego lordowska mość mnie 

przyjmie - odparła Annis z uśmiechem, choć nie miała 

w tej kwestii większych złudzeń. Istniała bowiem całkiem 

realna możliwość, że nie zostanie dopuszczona przed ob­
licze wicehrabiego i wszelkie niewygody, jakie przyszło jej 
znosić od paru dni, związane z podróżowaniem o tak nie­
stosownej porze roku, pójdą na marne. - Mam wprawdzie 

background image

17 

list polecający od chrzestnej matki, ale czy to wystarczy 
i czy lord Greythorpe zechce ze mną porozmawiać, to już 
całkiem inna kwestia. Co więcej, sprawa, o jakiej chcę roz­
mawiać, jest natury osobistej, mogą mi więc pokazać drzwi, 
zanim zdążę przedstawić punkt widzenia lady Pelham. 

- Moim skromnym zdaniem wywiąże się panienka wy­

śmienicie ze swojej misji - zapewniła ją zacna pokojowa, 
która przed niemal ćwierćwieczem pomogła Annis przyjść 

na ten świat. - Znam panienkę lepiej niż ktokolwiek inny 
i wiem, że gdyby panienka nie była przekonana o słuszno­

ści swojej decyzji reprezentowania lady Pelham, nie byłoby 
panienki w tym dyliżansie. 

Annis nie mogła nie przyznać jej racji. Lady Pelham była 

jedną z nielicznych osób z rodziny jej matki, które darzy­
ła szczerym podziwem. Owdowiała przed laty, Henrietta 
Pelham była damą inteligentną i wszystkim życzliwą, zaś 

obowiązki chrzestnej matki traktowała niezwykle poważ­
nie. To głównie dzięki niej podczas licznych wizyt w Bath, 

tak przed, jak i po śmierci ukochanej matki, Annis mogła 
zakosztować przyjemności dostępnych jedynie najbardziej 
uprzywilejowanym. 

Obecna misja miała więc być formą podziękowania lady 

Pelham za jej wieloletnią dobroć. Mimo to Annis podjęła 

decyzję dopiero po głębokim namyśle. 

- Sądzę, że lady Pelham ma poważne powody, by nie ufać 

Danielowi Draycotowi. To cyniczny łajdak, bez dwóch zdań! 
Nie wątpię, że moja matka chrzestna doskonale sobie poradzi, 

jeśli, rzecz jasna, dostanie taką szansę. Moim zadaniem jest 

zadbać o to, by miała dość czasu na zdemaskowanie praw-

background image

18 

dziwych intencji tego... - Urwała, gdyż dyliżans zatrzymał 
się nagle pośrodku gościńca. Ponieważ na drogach nie po­
tworzyły się jeszcze zaspy, które mogłyby uniemożliwić dalszą 
podróż, Annis doszła do wniosku, że to pocztylioni, niezna-

jący dokładnej drogi do Greythorpe Manor, spierają się, jaki 
wybrać kierunek na rozstajach. 

Otulając się szczelniej ciepłą peleryną, uchyliła okien­

ko i zażądała wyjaśnień co do przyczyny zwłoki. Natych­
miast pojawił się pocztylion i wyjaśnił, że na drodze leży 

jakiś człowiek. 

Zaskoczona, lecz wcale nie przerażona Annis wysiadła 

z dyliżansu, gdy tylko przystawiono schodki. Za nią ruszy­

ła opiekuńcza Disher. 

Annis przywykła do tego, iż porównywano ją z ojcem. 

Przypominała go nie tylko z wyglądu, ale i do pewnego 
stopnia z charakteru. Cechą, którą niewątpliwie odzie­
dziczyła po świętej pamięci doktorze Milbanku, była wy­
bitna spostrzegawczość, która nadzwyczaj się potęgowała 

w chwilach szczególnych, jak na przykład ta. 

Annis podeszła do mężczyzny rozciągniętego na drodze 

oraz zgrabnego kasztanka, który stał kilka metrów obok 
swojego nieprzytomnego pana. 

Zerknęła przez ramię na drzewa rosnące wzdłuż dro­

gi, po czym przyklękła, by dokładniej się przyjrzeć niefor­
tunnemu jeźdźcowi. Krew wypływająca z rozdartego ręka­

wa kurtki pomiędzy ramieniem i łokciem mówiła sama za 

siebie, podobnie lekko nabrzmiałe rozcięcie na czole. Przy 

pomocy Disher udało jej się odwrócić rannego na wznak. 
Pobieżne przeszukanie jego licznych kieszeni nie ujawniło, 

background image

~

 19 ~ 

niestety, jego tożsamości, a jedynie potwierdziło przypusz­
czenie, że motywem napaści nie był raczej rabunek. 

- Bardzo przepraszam, panienko - odezwał się zdener­

wowany pocztylion, gdy po dokonaniu bliższych oględzin 

Annis podniosła się w końcu z klęczek - ale myślę, że lepiej 

już dłużej nie zwlekać. Kto wie, może jeszcze ktoś tu gdzieś 

leży... - Widać było, iż chciałby jak najprędzej odjechać. 

- Nie sugerujesz chyba, byśmy zostawili tutaj tego bieda­

ka i po prostu pojechali dalej? - Uniosła ciemne, wyraziste 
brwi. Zdaniem Disher, przypominała swoją władczą, ary­

stokratyczną babkę. Spojrzenie odniosło zamierzony sku­

tek. Dwaj pocztylioni zanieśli rannego do dyliżansu, choć 
nie bez utyskiwań i mamrotanych pod nosem soczystych 
przekleństw. Annis, która także nie chciała już zwlekać ani 
chwili, kazała ruszać w dalszą drogę, gdy tylko piękny kasz­
tanek zostanie uwiązany z tyłu powozu. 

- Ma panienka nadzieję, że w Greythorpe Manor mogą 

wiedzieć, kto to? - zapytała Disher, patrząc, jak Annis pod­
kłada rannemu pod głowę mufkę i nakrywa go pledem, aby 
było mu wygodniej. 

- Jeżeli pochodzi z tych stron, a zapewne tak jest, to są spore 

szanse, że ktoś z Manor może go znać. - Przyjrzała się uważ­
nie nieznajomemu. Jego twarz o arystokratycznych rysach, 
choć może nie klasycznie przystojna, była jednak na swój 
sposób atrakcyjna i wyrazista. - Jego strój sugeruje, że jest to 
człowiek zamożny, a już koń to przepiękny okaz. Ale dżen­
telmeni, którzy dysponują większymi zasobami finansowymi, 
zwykli podróżować na dalsze trasy powozem, a nie konno, 
dlatego skłonna jestem przypuszczać, że to ktoś tutejszy. 

background image

20 

Disher uśmiechnęła się ciepło. 

- W takich momentach strasznie mi panienka przypo­

mina swojego ojca. - Jeśli sądziła, że pochwałą tą sprawi 

Annis przyjemność, to się zawiodła. Nie słysząc odpowie­

dzi, odwróciła się i ku swemu zdumieniu zobaczyła, że czo­
ło jej młodej pani przecina głęboka zmarszczka. - Czym się 
panienka tak trapi? Boi się panienka, że ten dżentelmen 

jest poważnie ranny? 

- Trzeba go, oczywiście, dokładniej zbadać, ale sądzę, że 

raczej nie - odparła Annis. - Został postrzelony w ramię, 
myślę jednak, że to tylko lekkie draśnięcie. Rana na czole 

wygląda groźniej i, o ile się nie mylę, jest skutkiem upadku 

z konia. - Znowu zmarszczyła brwi. - Czego nie potrafię 
zrozumieć, to powodów tej napaści, bo z całą pewnością 
nie chodziło o rabunek. Przecież widziałaś wypchaną sa­

kiewkę, którą wyciągnęłam z jego kieszeni. 

- Może spłoszyłyśmy napastnika, zanim zdążył go 

okraść? - zasugerowała Disher. - Zobaczył nadjeżdżający 
dyliżans i uciekł. 

- To mało prawdopodobne. Nie słyszałyśmy przecież 

żadnych strzałów, podobnie zresztą jak pocztylioni, naj­
pewniej więc wypadek zdarzył się jakiś czas przed naszym 
przyjazdem. Za tą wersją przemawia także brak śladów na 
śniegu, są tylko nasze i tego kasztanka. Śnieg zaczął padać 
mniej więcej przed kwadransem, więc do napaści doszło 
trochę wcześniej. Rabuś miałby aż nadto czasu na przeszu­
kanie kieszeni tego dżentelmena. 

Gdy dyliżans zwolnił, przejeżdżając pomiędzy kamienny­

mi filarami monumentalnej bramy Greythorpe Manor, An-

background image

21 

nis znów zwróciła myśli ku bardziej przyziemnym sprawom. 
Od kiedy ruszyły w dalszą drogę, pogoda jeszcze bardziej się 
pogorszyła. Śnieg przysypał drogi i pola tak grubą warstwą, 
że powrót do miasta musiał napawać lękiem. Teraz liczył się 
przede wszystkim czas. Gdy po kilku minutach dyliżans za­
trzymał się na frontowym podjeździe, nie tracąc bezcennych 
sekund na studiowanie architektonicznych wspaniałości tej 
siedemnastowiecznej rezydencji, Annis od razu pomaszero­

wała do solidnych dębowych wrót. 

Lokaj w zielonej liberii, który w mig zjawił się na jej wład­

cze kołatanie, nie omieszkał poinformować już od progu, że 

jaśnie pana nie ma w domu i że wicehrabia Greythorpe rzad­

ko przyjmuje nieumówionych nieznajomych. 

Niezrażona tym Annis stwierdziła, że w takim razie 

zostawi list polecający i pozwoli sobie wrócić nazajutrz, 

jeśli pogoda okaże się łaskawsza, po czym wyraziła oba­
wy o stan rannego, który bez przytomności spoczywał 
w dyliżansie. 

Zaskoczony lokaj ruszył za nią, a kiedy zajrzał do dyli­

żansu, po prostu osłupiał. 

- Rozumiem, że rozpoznajesz tego dżentelmena? - spy­

tała Annis. 

- Czy rozpoznaję? Przecież to jego lordowska mość! 

background image

Rozdział drugi 

Wyrzucając sobie w duchu że nie wzięła pod uwagę ta­

kiej możliwości, Annis poleciła oszołomionemu lokajowi 
i pocztylionowi zanieść lorda Greythorpea do domu. 

Choć nic tego dnia nie poszło zgodnie z planem, za­

chowywała wyniosły spokój, jaki nieodmiennie jej towa­
rzyszył w trudnych chwilach, za co tak bardzo ją podziwia­
no. Wkroczyła do przestronnego holu, gdzie natychmiast 
zauważyła zmierzającego w jej kierunku mężczyznę. Jego 
marsowa mina sugerowała, że jest to sam groźny major-
domus. 

Człowiek ów nie okazał najmniejszego zdumienia na 

widok nieprzytomnego pana, dopiero gdy utkwił stalowy 
wzrok w Annis, przez jego twarz przemknął cień odrazy, 
jakby poczuł niezbyt miły zapach. 

Jej matka często powtarzała: 

- Nigdy nie okazuj onieśmielenia, gdy masz do czynie­

nia ze służbą, zwłaszcza tą z wyższego szczebla. Dobry 
służący jest bystrym człowiekiem i bez trudu rozpozna 

background image

23 

osobę z wyższej sfery, do której należy odnosić się z sza­
cunkiem. 

Mając w pamięci tę światłą radę, Annis nie ulękła się 

podejrzliwego spojrzenia majordomusa, lecz unosząc lek­
ko głowę, powiedziała: 

- Natknęłam się na drodze na tego dżentelmena, który, 

jak mnie poinformowano, okazał się lordem Greythorpeem, 
waszym panem. Nie sądzę, by odniósł poważniejsze obra­
żenia, trzeba go jednak niezwłocznie ogrzać i położyć do 
łóżka, i oczywiście wezwać doktora. 

Lokaj nieomylnie wychwycił w jej głosie rozkazującą 

nutę i przywołał kilku podległych mu służących. 

Gdy nieprzytomny pan domu został wniesiony na pię­

tro po wspaniale rzeźbionych schodach, Annis znów zwró­
ciła się do majordomusa: 

- Czy siostra jego lordowskiej mości jest w domu? - za­

pytała, udowadniając tym samym, iż choć obca, orientuje 
się jednak w sytuacji rodzinnej wicehrabiego. 

- Panna Greythorpe udała się w odwiedziny do starej 

służącej, która mieszka na terenie majątku, madame - od­
parł z rezerwą. 

Annis nie miała najmniejszych wątpliwości, że w nor­

malnych warunkach nawet by mu przez myśl nie przeszło, 
by obcej osobie zdradzić miejsce pobytu swojej pani, sy­
tuacja była jednak wyjątkowa, mógł więc chwilowo zapo­
mnieć o protokole. 

- Jeżeli twoja pani udała się tam jakiś czas temu, zwłasz­

cza na piechotę, radzę bezzwłocznie wysłać po nią po­

wóz - ciągnęła dalej, spoglądając na niego surowo. - Dro-

background image

24 

gi wprawdzie są jeszcze przejezdne, obawiam się jednak, 

że nie na długo. Wiatr wzmaga się z każdą chwilą i zaczną 

się tworzyć zaspy... - Spojrzała na pocztyliona, który po 

przeniesieniu lorda do domu czekał w sieni. - Wracajcie 
do miasta, póki to jeszcze możliwe. Wynajmijcie pokoje 
w zajeździe pocztowym i czekajcie na moje dalsze polece­
nia. - Teraz zwróciła się do swojej pokojowej, która z błys­
kiem aprobaty w oczach śledziła godne i rozsądne poczy­
nania młodej pani w tak nietypowej i krępującej sytuacji. 

- Dish, proszę, zadbaj, by przyniesiono z dyliżansu nasz 

podręczny bagaż oraz mój neseserek. Nie może być nawet 
mowy o wyjeździe, póki nie wróci panna Greythorpe. Je­
stem pewna, że będzie chciała usłyszeć, jak doszło do tego, 
że nieznajoma osoba przywiozła do domu pocztowym dy­
liżansem jego lordowską mość. 

Majordomus zmarszczył brwi, jakby zamierzał wydać 

inne polecenie, na co w łagodnych oczach Disher pojawił 
się stalowy błysk. 

- Panna Greythorpe z pewnością będzie panience 

wdzięczna, panienko Annis, zwłaszcza gdyby doktor nie 

był w stanie przyjechać. Tak czy inaczej, będziemy mogły 
dopilnować, by lordowi zapewniono wszelkie możliwe wy­

gody. Pozwoli panienka, że pierwsza go obejrzę? 

- Oczywiście, Dish, ale najpierw dopilnuj, by wyładowa­

no nasze bagaże. Ja tymczasem zaczekam na powrót pan­
ny Greythorpe. Ale nie w holu. - Wyzywająco spojrzała na 
majordomusa. 

Nie miała żadnych wątpliwości, że rządzący żelazną rę­

ka szef służby, choć zaskoczony ostatnimi wydarzeniami 

background image

25 

i zdumiony jej niespodziewanym pojawieniem się na sce­
nie, zdążył już dojść do wniosku, że osoba, która w tak nie­
typowy sposób uratowała jego pana, musi być co najmniej 

córką dżentelmena, jeśli już nie lorda, gdyż bez wahania 
zaprowadził ją do przytulnego saloniku, gdzie niezwłocz­

nie zajęła miejsce w fotelu przy rozpalonym kominku. Do­
piero wtedy przedstawiła się i zapytała służącego o jego na­

zwisko. 

- Nazywam się Dunster, panno Milbank. Czy życzy so­

bie pani coś do picia lub jakąś przekąskę? 

- Owszem, Dunster, chętnie napiję się herbaty w ocze­

kiwaniu na powrót panny Greythorpe, ale nie będę jadła, 
dziękuję. Mam nadzieję, że twoja pani wkrótce się pojawi, 
bym mogła zdążyć do miasta na kolację. 

Wyraźne życzenie Annis, by bezzwłocznie wyjechać 

z Greythorpe Manor, świadczące o cnocie nienadużywa-
nia gościnności gospodarza, wywołało kolejny błysk uzna­
nia w oku surowego majordomusa. Wkrótce okazało się 

jednak, że trzeba będzie zrewidować plany, gdyż wraz z fi­

liżanką herbaty przyniesiono Annis wiadomość, iż jest pil­
nie potrzebna w pokoju lorda. 

Dunster zaproponował, że ją tam zaprowadzi, lecz An­

nis nie była wcale pewna, czy pragnął w ten sposób okazać 

jej szczególny szacunek, czy po prostu chciał mieć oko na 

porcelanę i srebra porozmieszczane po drodze. Było jej to 
zresztą obojętne, gdyż nie interesowały jej bogactwa tego 
domu, dotychczas nie zauważyła też u siebie szabrowni-
czych inklinacji. Porzuciwszy te płoche rozważania, czym 

background image

26 

prędzej ruszyła na wezwanie, którego przyczyny z pewnoś 
cią musiały być poważne. 

Jedno spojrzenie na rękę lorda wystarczyło, by utwier 

dzić ją w przekonaniu, że nie bez powodu obdarzała swa, 
pokojową bezgranicznym zaufaniem. 

- Miałaś rację, Dish - powiedziała, przysiadając na brze 

gu łoża z baldachimem, by obejrzeć z bliska ślad po kuli. 

W ranie są nitki. Podaj mi, z łaski swojej, pincetę. 

- Nie śmiałam ryzykować, panienko, bo oko już mnie 

zawodzi, a ta rana wygląda tak, że lepiej nie grzebać w niej 
bez potrzeby. 

- Tak. Widzę, że wdała się infekcja, ale na szczęście nie 

zbyt poważna. Bogu dzięki, ominęła mnie też konieczność 
dłubanina w ranie w poszukiwaniu kawałków ołowiu. 

Kątem oka dostrzegła, jak majordomus oraz inny mężczyz 
na, najpewniej osobisty lokaj lorda, wymieniają zdumione 

spojrzenia. Widocznie nie mieściło im się w głowie, że ta 

kie młode dziewczę może w ogóle brać pod uwagę coś po 
dobnego. Uśmiechnęła się lekko i znów zajęła się zraniona 
ręka lorda. - To wszystko, co można na razie zrobić - ode 
zwała się po chwili, gdy oczyściła ranę i zręcznie ją opatrzy 
ła. - Czy choć na moment odzyskał przytomność? 

- Niestety nie - odpowiedział lokaj. - Nawet nie drgnął 

kiedy go rozbieraliśmy i kładliśmy do łóżka. 

Choć wiadomość ta nie ucieszyła Annis, nie okazała tego 

po sobie, lecz ze spokojem zwróciła się do swojej pokojowej: 

- Zostanę z nim, Dish, a ty trochę odpocznij i skorzy 

staj z poczęstunku. Dunster z pewnością troskliwie zadba 
o ciebie. 

background image

27 

Lekki ukłon, jakim Dunster skwitował to polecenie, 

utwierdził Annis w przekonaniu, że - przynajmniej na ra­
zie - skłonny był zostawić chorego pod opieką osoby, któ­
ra wykazała się tak imponującą wiedzą oraz przytomnością 
umysłu. Mimo to poprosiła go, by ją zawiadomiono, gdy 
lylko wróci siostra lorda. 

Lokaj, któremu także spieszno było podjąć swe zwy­

kłe obowiązki, opuścił pokój wraz z innymi, potrząsając 
z ubolewaniem głową nad zniszczonym ubiorem swo­

jego pana. 

Po ich wyjściu Annis mogła nareszcie swobodnie przyj­

rzeć się wicehrabiemu Deverelowi Greythorpeowi. 

Jego smukłe i dobrze umięśnione ciało świadczyło o ży­

ciu wprawdzie wygodnym, lecz nie rozpustnym. Dokład­

ne oględziny jego fizjonomii nie wpłynęły na zmianę jej 

wcześniejszego zdania na temat urody lorda. Rysy twarzy, 
choć niewątpliwie regularne, były jednak zbyt ostre, by 
można go było nazwać klasycznie przystojnym. Miał za to 
wysokie czoło, co znaczyło, że nie brak mu inteligencji. La­
dy Pelham mówiła, iż lord przed paroma tygodniami skoń­
czył trzydzieści lat, Annis nie dostrzegła jednak zbyt wie­
lu zmarszczek wokół jego oczu i ust. Mogło to oczywiście 
sugerować, że lord Greythorpe niezbyt często się uśmiecha, 
co jednak wcale nie czyniło z niego od razu człowieka nie­
sympatycznego i pozbawionego humoru. Na razie sprawa 

pozostawała nierozstrzygnięta, skoro wicehrabia był nie­
przytomny. 

Nachyliła się nad nim i dotknęła głębokiej zmarszczki 

pomiędzy kruczoczarnymi brwiami, świadczącej raczej 

background image

28 

o powadze niż frywolności. O niczym jednak więcej, po­

myślała, starając się zachować bezstronność. 

Czując jego suchą, ciepłą skórę pod palcami, odwróciła 

głowę i zapatrzyła się w okno, za którym śnieg coraz grub­
szą warstwą pokrywał parapet i całkowicie już teraz biały 

krajobraz. Ten widok skłonił ją do zadumy, myślała o tym 
i owym, bez planu, bez żadnej idei przewodniej, jakby za­
padała w sen, choć śpiąca nie była. 

Gdy wreszcie po jakimś czasie znów spojrzała na lorda, 

poczuła na sobie jego przenikliwy, lekko zdumiony wzrok. 

- Miło, że się pan wreszcie obudził - powiedziała łagod­

nie, cofając rękę i wstając. - Czy rozpoznaje pan swoje oto­
czenie? 

- Owszem... Ale nie mogę tego samego powiedzieć o pani. 
- Nic dziwnego. - Annis z miejsca polubiła jego kultu­

ralny, lekko schrypnięty głos. - Wystarczy powiedzieć, że 

spadł pan z konia, a ja przywiozłam pana do domu. 

Krzywiąc się lekko z bólu, lord uniósł czarnebrwi. 

- Anioł miłosierdzia, jednym słowem. 

Nutka sceptycyzmu w jego głosie skłoniła ją do uśmiechu. 

- Różnie mnie nazywano, ale nikt, jak dotąd, nie ujrzał 

we mnie anioła. - Znów spoważniała. - Jak się pan czuje, 

milordzie? Pewnie jakby pana kopnął muł? 

- To wcześniej... Teraz mi się zdaje, że ktoś uparcie wali 

mnie młotkiem po głowie. 

- Ile palców pan widzi? - Uniosła dłoń. 

Przez jego twarz przemknął cień znudzenia. 

- Trzy. 
- Czy widzi mnie pan wyraźnie? 

background image

29 

Zapadła cisza, podczas której ciemnoniebieskie oczy 

prześlizgnęły się wolno po masie kasztanowych pukli oka­
lających jej twarz. 

- Znakomicie. 
- Skoro tak, nie będę już dłużej pana męczyć. - Wyjęła 

z neseserka buteleczkę i uważnie odmierzyła kilka kropel 
do szklanki z wodą, po czym podsunęła mu rękę pod plecy, 
by mógł się lekko unieść. - To pomoże panu szybciej za­
snąć. Mam nadzieję, że kiedy się pan znów obudzi, z pań­
ską głową będzie znacznie lepiej. 

Greythorpe wypił posłusznie miksturę. Wyraźnie nie 

zdradzał ochoty, by kontynuować rozmowę. Przez tych 
kilka minut, kiedy miał otwarte oczy, powiedział zaledwie 

parę słów, Annis odniosła jednak wrażenie, że był bardzo 
świadomy jej obecności. A potem powieki nagle mu opad­
ły i zapadł w sen. 

Jakiś czas później błogi spokój sypialni zakłóciło poja­

wienie się majordomusa, który przyniósł wiadomość, że 

panna Greythorpe dotarła bezpiecznie do domu i oczeku­

je panny Milbank w salonie. Także i tym razem podjął się 

roli przewodnika, a nawet zaanonsował Annis, i dopiero 
potem zostawił panie same. 

Ściskając rękę panny Greythorpe, Annis nie mogła nie 

zauważyć uderzającego podobieństwa pomiędzy rodzeń­
stwem, potem jednak uwagę jej przykuł wyraz niepokoju 

w jej błękitnych oczach. 

- Nie wiem, co pani powiedziano - zaczęła bez wstępów, by 

od razu rozwiać najgorsze obawy wystraszonej siostry milor­
da - mogę panią jednak zapewnić, że według mnie wicehra-

background image

30 

bia nie odniósł poważniejszych obrażeń. Kilka minut temu 
ocknął się i był całkiem przytomny. Sprawdziłam, że z jego 

wzrokiem wszystko w porządku, ma też świadomość miejsca 

i czasu, co dobrze rokuje. Oczywiście skarżył się na ból głowy, 

lecz w jego położeniu to całkiem zrozumiałe. Nie zauważy­
łam też, by miał podwyższoną temperaturę. - Urwała i znów 
popatrzyła na śnieg, który coraz grubszą warstwą pokrywał 
krajobraz za oknem. - Wydaje mi się mało prawdopodobne, 
by doktor był w stanie przybyć w najbliższym czasie, w każ­
dym razie nie dzisiaj, dlatego pozwoliłam sobie opatrzyć ra­
ny pani brata i zaordynowałam mu kilka kropel laudanum, 
by mógł spokojnie przespać choćby parę godzin. Proszę się 
nie obawiać - dorzuciła, widząc błysk niepokoju w oczach 
panny Greythorpe. - Ojciec mój był lekarzem, i to, śmiem 
powiedzieć, znakomitym. Przekazał mi część swojej wiedzy 
oraz praktycznych umiejętności, w każdym razie wyeduko­

wał mnie na tyle, bym mogła bardziej pomóc pani bratu, niż 

zaszkodzić. 

Zasępiona twarz panny Greythorpe nieco się rozchmu­

rzyła. 

- Panno Milbank, proszę mi wybaczyć moje maniery. 

Zechce pani usiąść. Na pewno się pani domyśla, że wiado­
mość, jaką usłyszałam po powrocie, mocno mnie poruszy­
ła. Jak rozumiem, natknęła się pani na mojego brata, kiedy, 
postrzelony, leżał bez przytomności na drodze? 

Ani przez chwilę nie wątpiła, że pannie Greythorpe trud­

no pojąć, dlaczego taki los spotkał jej brata, bez względu 

bowiem na to, co inni myśleli o lordzie Greythorpie, siostra 
uważała go za człowieka bez skazy. 

background image

31 

- Tak, madame. Może jednak powinnam zacząć od wyjaś­

nienia, jak doszło do tego, że ja, osoba zupełnie obca, pojawi­
łam się w najstosowniejszym momencie - zaczęła Annis, gdy 
zajęła już miejsce w fotelu przy kominku. - Otóż jedynym ce­
lem mojej wyprawy w te strony była chęć odbycia rozmowy 
z wicehrabią Greythorpe'em. Nie znam wprawdzie lorda oso­
biście, ale od lat znam dobrze kogoś innego z waszej rodziny, 
a mianowicie waszą siostrę Helen. Jej ciotka, która ją wycho­

wuje, jest moją matką chrzestną. I to właśnie na życzenie lady 

Pelham wybrałam się do Hampshire. 

- O tym może za chwilę, jeśli będzie pani tak łaskawa... 

- Sarah Greythorpe była wyraźnie zaintrygowana, nadal 

jednak bardziej interesowały ją okoliczności wypadku jej 

brata. - Jak rozumiem, w drodze do Manor natknęła się 
pani na lorda, który bez zmysłów leżał na gościńcu? 

- W samej rzeczy, madame. Oczywiście nie miałam poję­

cia, kto to, bo go nigdy nie widziałam. O tym, że to sam wice­
hrabia, dowiedziałam się dopiero po przyjeździe do Manor. 

- Mój Boże... Jestem pani ogromnie wdzięczna. - Panna 

Greythorpe drżącą ręką dotknęła czoła, na którym zaryso­

wała się głęboka zmarszczka. - Nie potrafię jednak zrozu­

mieć, kto mógł źle życzyć Deverelowi. 

Annis doskonale pojmowała jej stan ducha, jednak jako 

osoba praktyczna za rzecz znacznie większej wagi uznała 

kwestię najbliższych godzin. 

- Z pewnością dowiemy się czegoś więcej, gdy pani brat 

dojdzie do siebie, co, mam nadzieję, wkrótce nastąpi. Mi­
mo to pozwoliłam sobie posłać po tutejszego doktora. Mo­
gę zapytać, co to za człowiek? 

background image

32 

- Chwalić Boga, niezwykle sumienny - odparła po­

spiesznie panna Greythorpe. 

- Czyli pojawi się bezzwłocznie, jeśli tylko będzie to 

możliwe? 

- Nie wiem tylko, czy będzie... - Znów się zasępiła. - Już 

raz wzywałam go dzisiaj, żeby opatrzył ranę staruszkowi, 
który służył dawniej we dworze. Doktor był jeszcze u nas, 
gdy przyszła wiadomość, że jest pilnie potrzebny o kilka 
mil stąd, Kiedy wyjeżdżał, zaczynał właśnie padać śnieg. 

- W tej sytuacji to raczej nierealne, by zdołał tu wrócić. 

Powiem nawet, byłoby to wielce nierozsądne z jego strony, 
bo śnieg sypie coraz gęściej. Właśnie, skoro o tym mowa... 
Muszę wspomnieć o czymś, co mnie w tej chwili najbar­

dziej dręczy. Po przyjeździe postanowiłam zaczekać na pa­

ni powrót i odesłałam wynajęty dyliżans do miasta. W żad­
nym razie nie chciałabym nadużywać pani gościnności, 

wygląda jednak na to, że będę musiała skorzystać z pani 

zaproszenia i poszukać schronienia pod tym dachem, pó­

ki pogoda nie poprawi się na tyle, bym mogła wraz z moją 
pokojową wrócić do zajazdu. 

W tym momencie drzwi otwarły się niespodzianie 

i młodziutka dziewczyna, podlotek jeszcze, wślizgnęła się 
nieśmiało do salonu, uniemożliwiając pannie Greythorpe 

odpowiedź, musiała bowiem, by nie uchybić formom, do­
konać prezentacji. 

Sarah była początkowo niezbyt uszczęśliwiona wizją przy­

musowego pobytu w jej domu dwóch nieznajomych osób, i to 
przez czas bliżej nieokreślony, jednak w miarę upływu dnia 

background image

33 

wątpliwości jej stopniowo się rozwiewały i gdy po raz drugi 

odwiedzała apartamenty brata w zachodnim skrzydle rezy­
dencji, serce jej przepełniało uczucie zadowolenia. 

Zaskakująco dobre samopoczucie panny Greythorpe 

poprawiło się jeszcze, gdy po wkroczeniu do sypialni zo­
baczyła, że pan tego domu, całkiem już przytomny, siedzi 
oparty o górę poduszek, wpatrując się ponuro w talerz chu­
dego rosołu, który postawiono przed nim na tacy. 

Zgodnie z trafną oceną Annis wicehrabiego Greythorpe a 

trudno było nazwać człowiekiem pogodnym, jednak Sarah 
nie przejęła się srogą miną i bez wahania podeszła do łóżka. 

- Spałeś przez tyle godzin! Jak się czujesz? Lepiej, mam na­

dzieję? - zapytała z dawno niewidzianym u niej ożywieniem. 

Przyjrzał jej się w milczeniu, po czym znów wbił wzrok 

w zawartość talerza. 

- Czułbym się znacznie lepiej, gdyby nie przeświadcze­

nie, iż od paru godzin rządy w moim domu sprawuje oso­
ba zupełnie obca i, śmiem podejrzewać, wysoce apodyk­
tyczna. 

- Och nie, na pewno panna Milbank nie jest apodyk­

tyczna! - ofuknęła go Sarah.- No, może trochę - dodała, by 
choć częściowo pozostać w zgodzie z prawdą. - Jestem jed­
nak pewna, że miała na względzie wyłącznie twoje dobro. 

Uśmiechnął się ponuro. 

- Cieszę się, moja droga, że wykazałaś na tyle rozumu, 

by nie zaprzeczać, choć owo „trochę" zabrzmiało dość mi­
zernie, nie uważasz? Ty nie miałabyś śmiałości zmuszać 
mnie, bym po całodziennej głodówce pił czystą wodę i jadł 
tylko chudy rosół. 

background image

34 

- Och... no więc... Annis... to znaczy panna Milbank wy­

tłumaczyła mi, że przynajmniej dziś powinieneś zachować 
lekką dietę, gdyż istnieje pewne ryzyko pojawienia się go­
rączki - wyjaśniła tonem łagodnej perswazji, jakby chcia­

ła przekonać uparte dziecko. - Doktor Prentiss nie pojawił 

się - podjęła, gdy nie doczekała się odpowiedzi. - Nic w tym 
dziwnego, mój drogi, bo śnieg pada od popołudnia. Wiem 
od Dunstera, że zaspy mają już po sześć stóp i więcej. Gdyby 

nie przytomność umysłu Annis, utknęłybyśmy wraz z Louise 

w chatce niani Berry. Nie powinnam była wybierać się do niej 

po lunchu na piechotę. - Bezradnie machnęła ręką. - Sam 

jednak wiesz, jakie to trudne zadanie zabawiać naszą kuzynkę 
Louise... Myślałam, że w ten sposób szybciej minie nam czas. 

Wcale zresztą nie żałuję, że tam poszłam, bo niania upadła 

dziś rano i mocno skręciła kostkę. Dunster powiedział mi, że 
to Annis kazała mu wysłać po nas powóz. To bardzo prak­
tyczna osoba - ciągnęła dalej, podczas gdy wicehrabia z ka­
miennym obliczem wysłuchiwał tej litanii pochwał. - Nie 

wiesz nawet, jaka to dla mnie ulga mieć ją przy sobie. Poza 

tym spędziłyśmy razem bardzo przyjemny wieczór. Nigdy 
dotąd nie widziałam naszej małej Louise tak ożywionej! Od­
kąd zostały sobie przedstawione, nie okazywała najmniejsze­
go onieśmielenia w towarzystwie Annis. 

- Ach, skoro tak, to chyba nie ta twoja wesoła panna 

Milbank przyniosła mi przed chwilą ten postny posiłek? 

- Nie, to musiała być Disher, jej pokojowa, która siedzia­

ła przy tobie niemal przez cały wieczór, ale to Annis czuwa­
ła nad tobą wcześniej i to właśnie ona znalazła cię na goś­
cińcu i odwiozła do domu. 

background image

35 

- Tak, Flitwick też mi o tym przed chwilą mówił - od­

parł lord, przywołując jednocześnie obraz kasztanowych 
loków okalających twarzyczkę niezwykle miłą dla oka, na­

wet jeśli nie klasycznie piękną. - Nie rozpoznałem jej. Chy­

ba nie pochodzi z tych stron? 

- Rzeczywiście nie - przytaknęła Sarah. - Przez całe ży­

cie mieszkała w środkowej Anglii, w Shires. Prawdę mó­

wiąc, to chęć odbycia rozmowy z tobą przywiodła ją w te 

okolice... 

- Doprawdy? - Choć jego ton zdradzał lekkie zaintere­

sowanie, nuta dezaprobaty dowodziła jasno, że wcale nie 
ucieszyła go ta wiadomość. 

Sarah, choć w pełni popierała jego zasadę, by nie wpusz­

czać do domu obcych, dla Annis postanowiła uczynić wy­

jątek i z zapałem zaczęła bronić niespodziewanego gościa. 

- Przyznam, że panna Milbank nie jest kobietą... typową, 

powiedziałabym nawet, że jest wielce niekonwencjonalna, 
zapewniam cię jednak, że w jej zachowaniu nie ma nic, co 
mogłoby sugerować, iż nie jest to osoba jak najbardziej na 
miejscu. Uwierzyłbyś, że nawet Dunster polecił zanieść jej 
bagaże do zielonej sypialni? A sam przecież mówiłeś, że 
nikt tak dobrze jak lokaj nie potrafi ocenić, kto jest kto. 

- Do zielonej sypialni, powiadasz? Co za wyraz uznania! 

- rad nierad musiał przyznać lord, unosząc przy tym brwi. 

Sarah pospiesznie kiwnęła głową. 

- Nie potrafię podać ci powodu, dla którego panna Mil­

bank chce z tobą porozmawiać, bo mi go nie zdradziła, a ja 
nie pytałam. Przypuszczam jednak, że nawet gdybym się 
na to odważyła, i tak moja ciekawość nie zostałaby zaspo-

background image

36 

kojona. Wiem tylko, że lady Henrietta Pelham jest jej mat­
ką chrzestną, dlatego mniemam, że sprawa, z jaką przyje­
chała, musi dotyczyć Helen. 

Jeśli sądziła, że ta wiadomość go uspokoi, to się grubo 

pomyliła. Zmarszczka pomiędzy hebanowymi brwiami po­

głębiła się - wyraźny znak, że początkowe zaciekawienie 
ustąpiło miejsca silnej irytacji. Ci, którzy dobrze znali lorda 
Greythorpe'a, mogli zaświadczyć, że jest on człowiekiem 
sprawiedliwym i zazwyczaj tolerancyjnym, wręcz obsesyj­

nie jednak nie znosi, gdy ktoś wtrąca się w jego prywatne 
sprawy. Wtedy potrafi być naprawdę niemiły. 

- Ach, skoro tak, przekaż naszej nieocenionej damie -

stwierdził z nieskrywaną ironią - że rozmowa, na której 
tak jej zależy, odbędzie się jutro rano, zaraz po śniadaniu. 

- Uśmiech, jaki przemknął przez jego usta, nie był wcale 

przyjemny. - A czy jej się ta rozmowa spodoba, czy też nie, 
to już całkiem inna sprawa. 

background image

Rozdział trzeci 

Annis obudziła się cudownie wyspana z uczuciem bło­

giego zadowolenia. Na ile było ono zasługą najwygodniej­
szego łóżka, w jakim kiedykolwiek zdarzyło jej się nocować, 
tego nie potrafiła powiedzieć, tak czy inaczej nie martwi­

ła jej już perspektywa, iż będzie musiała zostać w Manor 

co najmniej na dzień, a niewykluczone, że znacznie dłużej. 

Mówiąc prawdę, cieszyła się, iż spędzi trochę czasu w tak 

przemiłym damskim towarzystwie, na co w normalnych 
okolicznościach nie miałaby okazji. 

Była jednak również realistką i doskonale zdawała so­

bie sprawę, iż nie wszyscy mieszkańcy Greythorpe Manor 
muszą być szczęśliwi, goszcząc pod swoim dachem obcą 
osobę. Pamiętała o ważkich powodach, jakie sprowadziły 

ją do Hampshire, dlatego po spożytym w łóżku śniadaniu 

udała się niezwłocznie do biblioteki, by porozmawiać z pa­
nem domu. 

Dunster, który wyraźnie polubił rolę osobistego prze­

wodnika panny Milbank, czekał już pod drzwiami, by za­

prowadzić ją do pełnego książek pokoju na parterze, gdzie 

background image

38 

lord Greythorpe stał nieruchomo przy oknie, zapatrzony 

w zasypany śniegiem park. 

Gdy majordomus zaanonsował gościa, nawet nie drgnął, 

dopiero po dłuższej chwili odwrócił się niespiesznie i ob­

rzucił Annis przeciągłym spojrzeniem. 

Jaki był wynik tych oględzin, tego panna Milbank nie­

stety nie wiedziała, bo gdy wicehrabia obszedł biurko i dał 

jej znak, by usiadła przy kominku, twarz miał nieprzenik­

nioną. 

- Panno Milbank, po pierwsze muszę pani podziękować 

za szczególną przysługę, jaką mi pani wczoraj wyświadczy­

ła. Gdyby nie pani pomoc, tak bardzo na czasie, znalazł­
bym się w poważnych opałach. 

- Wygląda na to, milordzie, że nie ucierpiał pan zbyt po-

ważnie podczas tego niefortunnego incydentu. - Wciąż 

nie potrafiła zdecydować, czy lord jest jej autentycznie 

wdzięczny, czy też, wyrażając podziękowanie, stara się je­

dynie zadośćuczynić konwenansom. 

- Jednak gdyby nie pani interwencja, mogłoby się nie 

skończyć na kilku sińcach i skaleczonym ramieniu. 

- Och, wyolbrzymia pan moje zasługi. - Lekceważąco 

machnęła ręką, jakby chciała odpędzić uprzykrzoną muchę. 

- Moja siostra, a także służba, mówią co innego - stwier­

dził tonem równie beznamiętnym jak jego spojrzenie. 

- W takim razie po prostu podziękujmy opatrzności - za­

proponowała swoisty kompromis, a wyczuwając, iż lord 
Greythorpe należy do ludzi, którzy cenią sobie szczerość, do­
dała: - Nasze przypadkowe spotkanie przyniosło korzyść za­
równo mnie, jak i panu. Gdybym nie znalazła pana na dro-

background image

39 

dze, mogłabym nie mieć okazji, by z panem porozmawiać. 

- W ciemnoniebieskich oczach mignęło coś na kształt błys­

ku uznania, który zgasł jednak zbyt szybko, by Annis mogła 
mieć pewność, lecz i tak przyjęła to za swoje małe zwycię­

stwo. Jakkolwiek było, udało jej się, choćby tylko na moment, 

przebić przez tę nieprzeniknioną maskę. Może nigdy nie bę­
dzie miała okazji sprawdzić, co kryje się za tą kamienną fasa­
dą, ale jednego była już pewna: właściciel Greythorpe Manor 
nie jest taki zimny i obojętny, za jakiego chciałby uchodzić. -
Dopiero tej nocy, kiedy leżałam w łóżku, dotarło do mnie, że 
dżentelmen, który wysoko ceni sobie swoją reputację, musi 
nieustannie mieć się na baczności. To samo, rzecz jasna, do­
tyczy kobiet, które powinny zachować szczególną ostrożność. 

Na nieroztropnych obu płci czyha wiele pułapek - ciągnęła 

zapatrzona w ogień, przez co nie zauważyła zupełnie inne­
go błysku, jaki na moment rozświetlił oczy wicehrabiego. -

Weźmy na przykład mnie, kobietę zupełnie obcą... Skąd pan 

może wiedzieć, czy jestem na pewno tą osobą, za którą się 
podaję, i szukam kontaktu z panem z całkiem konkretnych 
i ważnych powodów, a nie na przykład jakąś wyrachowaną 

oszustką, która pragnie zwabić pana w pułapkę dla osobi­
stych i niecnych korzyści? 

- Jeżeli o to chodzi, może pani być spokojna - odparł 

z doskonałym spokojem, niczym nie okazując, czy dość 
brutalne słowa panny Milbank go zaskoczyły. - Nie mam 
żadnych wątpliwości, że jest pani panną Annis Milbank 
z Shires, ufam też, że nie przybyła tu pani z jakichś nie­
czystych, osobistych powodów. - Spojrzał na nią spod oka. 

- Wierzę również, że choć przyjechała tu pani z własnej, 

background image

40 

nieprzymuszonej woli, uczyniła to pani na wyraźną proś­
bę lady Pelham, której odmówić pani nie mogła, choć za­
pewne chciała. 

Jest bystry, pomyślała. Siostra musiała mu przekazać 

skąpe informacje, jakie od niej uzyskała, on zaś słusznie 

wydedukował, że przyjechała tu z konkretnym zleceniem 

otrzymanym od konkretnej osoby. Czy jednak ta wiado­

mość go ucieszyła, to już całkiem inna sprawa. Annis przy­
puszczała, że nie, choć starał się to ukryć. 

- Tak jest istotnie, milordzie, i byłabym w stanie tego do­

wieść, gdyby nie to, że wczoraj nieopatrznie odesłałam do 

miasta torbę, w której były listy polecające od mojej mat­
ki chrzestnej. Co więcej - dodała, kiedy nie odpowiadał 

- pańskie przypuszczenia są jak najbardziej słuszne. To 

prawda, że niechętnie podjęłam się tej misji. 

Najwyraźniej ciekawość wzięła w końcu górę, bo prze­

rwał jej ostro: 

- Dlaczego? 
- Ponieważ uważam, że nie jestem najodpowiedniej­

szą osobą do roli mediatora. Bywam czasami, jak na gusta 
niektórych, nadmiernie szczera. - Wzruszyła ramionami. 

- Lady Pelham uważa jednak inaczej. Pewnie dlatego, że 

przyjaźniła się z moją zmarłą matką, więc siłą rzeczy je­

stem doskonale zorientowana w jej problemach. 

- Panno Milbank - odezwał się lord po dłuższej chwili, 

podczas której poddawał ją dalszym uważnym oględzinom 

- stanowczo wolę, gdy wykłada się kawę na ławę, a nie rzecz 

całą owija w bawełnę i kluczy, nim dotrze się do sedna, mo­
że więc pani bez obaw odegrać swoją rolę. 

background image

41 

Po tym zapewnieniu Annis bez ogródek przedstawiła 

mu rozterki, którymi zadręcza się lady Henrietta Pelham. 

Wyliczając powody, dla których jej matka chrzestna 

uważała, iż wizyta w Greythorpe Manor byłaby w tym mo­
mencie niewskazana, świadomie starała się nie dodawać 
niczego od siebie. A jednak, ku jej zdumieniu, to właśnie 
o jej zdanie zapytał, ledwie skończyła mówić. 

- Panno Milbank - nalegał, widząc cień nieufności w jej 

spojrzeniu. - Rozumiem, że nie miała pani okazji, by dobrze 

poznać Draycota, nie mogę jednak uwierzyć, by nawet po tak 
krótkim widzeniu nie zrobił na pani żadnego wrażenia. 

Cień uśmiechu przemknął przez słodkie usta Annis, za­

nim odwróciła głowę, by wbić wzrok w roztańczone pło­
mienie. Przez kilka chwil jedynym odgłosem słyszalnym 

w pokoju był regularny oddech Greythorpea, wtórujący 

miarowemu tykaniu zegara na kominku. To właśnie wtedy 

w jego umyśle zrodziło się podejrzenie, że Annis Milbank 
jest z natury bardzo spokojną młodą damą. 

- Intuicja podpowiada mi - powiedziała wreszcie - że 

moja matka chrzestna niewiele się pomyliła w ocenie cha­
rakteru tego człowieka. Jestem pewna, że pan Draycot nie­

zbyt przejmuje się cudzymi uczuciami. - Znów odwróciła 
głowę i spojrzała na niego tak przeciągle, że bez trudu do­
strzegł ciemnozielone plamki na jej szarych tęczówkach. -
Sądzę też, że lady Pelham doskonale oceniła sytuację. Przy­

musowe rozdzielenie Helen z Draycotem akurat w tym 
momencie mogłoby się okazać poważnym błędem. 

- Więc pani także uważa, że byłby on w stanie namówić 

moją siostrę, by z nim uciekła? 

background image

42 

- Moim zdaniem to wysoce prawdopodobne. - Głoś­

no westchnęła. - Wczoraj wieczorem wielokrotnie przy­
łapywałam się na porównywaniu Helen z waszą kuzynką 
Louise. Dzielą je niespełna dwa lata, a jednak różnica jest 
bardzo wyraźna. Pańskiej siostrze, w przeciwieństwie do 

Louise, nie brak pewności siebie, jest też bardzo dojrzała 
jak na swój wiek. 

- A jednak, sądząc po tym, co mi pani powiedziała, nie 

aż tak, by zdać sobie sprawę, że padła ofiarą jakiegoś cy­
nicznego łowcy posagów. 

- To prawda. Nie brak jej jednak innych kobiecych atry­

butów - odparowała równie gładko. - Której dziewczynie, 
u progu dojrzałości, nie pochlebiałaby świadomość, że sta­
nowi obiekt adoracji przystojnego młodzieńca? Przecież 
ten Draycot to istny adonis! Kiedy wszedł do salonu la­
dy Pelham, nawet mnie dech zaparło z wrażenia, chociaż 
mogę pana zapewnić, milordzie, że serce od lat nie zabiło 

mi szybciej na widok przystojnej męskiej twarzy! - Może 
była to sprawa migoczącego światła, ale Annis wydało się, 
iż kąciki jego ust lekko drgnęły, nim podniósł rękę, by po­
trzeć w zamyśleniu podbródek. - Nie będę nawet próbo­

wała pana przekonać, że pańska siostra jest na tyle dorosła, 

by nie potrzebować światłej porady - mówiła dalej, pod­
czas gdy lord wpatrywał się nieruchomo w jakiś punkt na 
dywanie. - Ufam jednak, że zdrowy rozsądek weźmie górę 
i Helen w końcu przejrzy na oczy i zrozumie, kim napraw­
dę jest Draycot. Życzeniem lady Pelham jest, by Helen by­
ła obecna na przyjęciu, które ma się tu odbyć w kwietniu, 
i by poznała swoich krewnych ze strony Greythorpeów, nie 

background image

43 

zamierza jednak zdradzać się ze swoją opinią o Draycocie. 

Nie chce, by Helen pomyślała, że pańskie zaproszenie zo­

stało przyjęte, bo chce się ją rozdzielić z ukochanym. 

- A jednak lady Pelham nalega, by Helen wyjechała na 

kilka dni do Devonshire w przyszłym tygodniu. 

- Moja matka chrzestna bardzo dobrze to wszystko 

wymyśliła. - Annis nie ukrywała uznania dla jej taktyki. 

- Musi pan pamiętać, że zaproszenie to zostało przyjęte 

długo przed pojawieniem się Draycota w Bath, a tak­
że zanim lady Pelham otrzymała pierwszy pański list. 
Helen z początku cieszyła się, że będzie na urodzino­

wym przyjęciu swojej najlepszej przyjaciółki, lecz kie­

dy pojawił się Draycot i starał się wyperswadować jej 
ten wyjazd, zaczęła się wahać. Na szczęście lady Pel­

ham nie próbowała z nią dyskutować, bo tylko zaogni­
łaby sytuację. Postąpiła inaczej, powiedziała bowiem, że 

wprawdzie sama nie zamierza zmieniać planów, nato­

miast Helen może oczywiście zostać, jeśli chce, ale tylko 

wtedy, gdy na ten czas zamieszka u bliskich przyjaciół 

lady Pelham. Skutek był taki, że Helen, wbrew prote­
stom Draycota, zdecydowała się towarzyszyć ciotce do 
Devonshire. Co więcej, Helen mi powiedziała, że pań­
skie zaproszenie do Greythorpe Manor przyszło w czasie, 
gdy poważnie się zastanawiała, czy pojechać na urodzi­
ny przyjaciółki, tymczasem Draycot, który twierdził, iż 
na myśl o kilkudniowej rozłące pęknie mu serce, zaczął 

ją nagle gorąco namawiać na wyjazd, i to kilkutygodnio­
wy, do Hampshire! Nawet zakochanej Helen wydało się 

to bardzo dziwne. I lady Pelham, i ja jesteśmy zdania, że 

background image

44 

ten Draycot to jakaś mętna figura - dorzuciła ze zna­
czącym uśmiechem. - Musi też mieć jakieś poważne 
powody, by tak bardzo się obawiać wizyty mojej matki 
chrzestnej i Helen w Devonshire. 

Zapadła cisza, wreszcie wicehrabia spytał: 

- Czy dobrze usłyszałem, że przyjęcie urodzinowe przy­

jaciółki mojej siostry ma się odbyć w Okehampton? 

- Tak, milordzie. 
- Aha... - Wstał i marszcząc brwi, podszedł do okna. 

Ponieważ milczenie przedłużało się, Annis doszła 

do wniosku, że wicehrabia uznał rozmowę za zakoń­
czoną. Specjalnie się tym nie zmartwiła. Wypełniła już 

powierzoną sobie misję, a dalsze nalegania mijałyby się 
z celem. 

- Mogę panią zapewnić, panno Milbank, że dokładnie 

przemyślę to, co mi pani powiedziała, i w stosownym cza­
sie przekażę swoją decyzję - odezwał się, gdy ciszę roz­
darł szelest spódnic Annis, która podniosła się z krzesła. 

- W końcu nie ma pośpiechu. Nie wyjeżdża przecież pani 

przecież ani dziś, ani jutro. 

Podeszła do drzwi, przekonana, że oboje są jednako ra­

dzi, iż ta trudna rozmowa dobiegła końca, i nagle coś so­

bie przypomniała. Wyciągnęła z kieszeni ciężką sakiewkę 
i rzuciła ją na biurko. 

- To należy do pana, prawda? Wyjęłam ją z pańskiej 

kieszeni, kiedy leżał pan nieprzytomny na drodze, i zapo­
mniałam oddać. - Gdy jego niebieskie oczy spoczęły na 
pękatym skórzanym woreczku, nie zdołała powściągnąć 
uśmiechu. - Jakakolwiek była przyczyna tego ataku na pa-

background image

45 

na, milordzie, na pewno nie był to napad rabunkowy. To 
kolejna zagadka, która domaga się rozwiązania. 

Poczekał, aż wyszła, i dopiero wtedy sięgnął po swoją 

własność. 

- Tak, panno Annis Milbank - mruknął, ważąc w ręku 

sakiewkę, jakby chciał oszacować jej zawartość. - Zagadka 
nie mniej intrygująca, niż pewna młoda dama, która za­

trzymała moją własność jako zabezpieczenie. 

Annis nie spotkała wicehrabiego aż do wieczora. Przez 

większą część popołudnia panna Greythorpe oprowadzała 
ją po rodzinnej rezydencji, a Louise dotrzymywała im to­
warzystwa i zaśmiewała się, słuchając niezbyt pochlebnych 

komentarzy Annis na temat rodzinnych portretów zdobią­
cych ściany galerii. 

Dlatego też, kiedy wszyscy spotkali się przed kolacją, 

Annis ze zdumieniem wyczuła aurę skrępowania panują­

cą w przytulnym saloniku, w którym spędziła sporą część 
dnia, a to wyszywając, a to gawędząc o tym i owym, a to 
słuchając całkiem niezłej gry Louise na stojącym w rogu 
pokoju fortepianie. 

Atmosfera stała się jeszcze bardziej sztywna, gdy wszy­

scy zasiedli przy stole w niewielkiej jadalni. Annis bez tru­
du odgadła przyczynę. Sarah Greythorpe, która tak goś­
cinnie podejmowała ją pod swoim dachem, miała jednak 

w sobie sporą dozę rezerwy. Była, podobnie jak jej brat, 

niezbyt skora do rozmowy, i zapewne rodzeństwo przy­

wykło spędzać wieczory w milczeniu. Niewykluczone, że 

po przyjeździe Louise próbowali choć trochę zmienić swo-

background image

46 

je obyczaje, ale i tak trudno było się spodziewać, by nad­

zwyczaj powściągliwa para mogła znaleźć wspólny język 
z dziewczęciem. Trudności miał zwłaszcza lord, który zu­
pełnie nie wiedział, jak przełamać wrodzoną nieśmiałość 

młodziutkiej kuzynki. 

Wiedziona współczuciem, Annis postanowiła przyjść 

mu w sukurs, zwracając się bezpośrednio do Louise, a tym 
samym zmuszając ją do udziału w rozmowie: 

- O ile pamiętam, wspominałaś, że masz brata w Oksfor­

dzie - powiedziała w nadziei, że uda jej się zobaczyć choć­
by bladą kopię ożywionej dziewczyny, w której towarzy­
stwie tak dobrze się bawiła tego popołudnia. 

- Tak, Toma. Ostatnio napisał, że postara się mnie od­

wiedzić. - Louise wyglądała na jeszcze bardziej zagubio­

ną. - Ale nie sądzę, żeby to było w ten weekend. 

- Raczej nie - zgodził się lord. - Tylko głupiec wybierał­

by się w taką podróż, zanim stopnieją śniegi. 

- Co, da Bóg, może nastąpić już wkrótce - wtrąciła 

szybko Annis, zanim wicehrabia zdążył, świadomie czy 
nie, jeszcze bardziej pognębić Louise. - Wtedy skończy się 

wreszcie to siedzenie w domu i będziesz mogła zażywać 
przejażdżek po parku. 

Zgnębiona mina dziewczęcia powiedziała jej, że mimo 

najlepszych intencji źle trafiła, bo Louise wyznała z wiel­
kim wstydem: 

- Nie jeżdżę konno. Nie lubię koni. 
- Nasza kuzynka jakiś czas temu miała przykry upadek 

podczas przejażdżki i złamała obojczyk - wyjaśniła Sarah. 

- Dlatego boi się teraz koni. 

background image

47 

- To całkowicie zrozumiałe - powiedziała współczują­

cym tonem Annis. Udało jej się w ten sposób odwrócić 
uwagę dziewczyny od lorda, zanim przez jego surowe obli­
cze przemknął wyraz zniecierpliwienia. 

Żywiła poważne obawy, że wicehrabia miał mało współ­

czucia dla tych, którzy nie próbują pokonać swoich lęków. 

To prawda, w jakimś stopniu podzielała jego punkt widze­

nia, nie mogła jednak znieść przygnębionej miny Louise, 

więc pospieszyła z dalszą pomocą: 

- Nawet najlepiej ułożone konie są nieobliczalne, taką 

bowiem mają naturę. Płoszą się i parskają, kiedy człowiek 
się tego najmniej spodziewa, a jakby to nie wystarczyło, są 

jeszcze i takie, które lubią gryźć albo deptać ludziom po 
palcach. Najgorsze jednak są te, które kopią! 

Musiała przyznać, że udało jej się skupić na sobie uwa­

gę Louise. Nieprzyzwyczajona do tego, by ktoś zwracał się 

wyłącznie do niej, dziewczyna spojrzała na nią z głębo­

ką wdzięcznością. Także Sarah słuchała uważnie jej słów, 
uznając pewnie za miłą odmianę, że nareszcie ktoś inny 

wziął na siebie ciężar prowadzenia konwersacji. Lord rów­

nież skierował wzrok w stronę Annis, lecz w jego stalowych 
oczach dostrzegła podejrzliwy błysk - czyżby oznakę dez­
aprobaty? 

Mimo to niezrażona ciągnęła: 

- Mój świętej pamięci dziadek miał konia, który uwiel­

biał wierzgać. Pięknego siwego ogiera do polowań, nieulęk-
łego, lecz bezlitosnego wobec każdego nieszczęśnika, któ­
remu zdarzyło się zajść go od tyłu. Oczywiście dziadek, jak 
to on, postanowił wykorzystać tę jego cechę. Pamiętam, jak 

background image

48 

któregoś ranka, a nie mogłam wtedy mieć więcej niż dzie­
sięć lat, odwiedził nas sąsiad, niejaki McGregor. Znając je­
go chciwość, dziadek skusił go bez trudu, rzucając na zie­
mię złotą gwineę w zasięgu końskich kopyt. Do dziś nie 

wiem, jak to możliwe, że ten biedak nie wylądował głową 
w błocie. 

- Z pani dziadka musiał być niezły żartowniś, panno 

Milbank - rzucił sucho lord Greythorpe. 

Natomiast jego zdrajczyni siostra bezskutecznie usiło­

wała stłumić chichot, młoda kuzyneczka też nie kryła roz­

bawienia. 

- Owszem, potrafił być niezłym hultajem, kiedy mu 

w duszy zagrała fantazja - przyznała Annis. - Da pan wia­

rę, że kiedy miał czternaście lat, uciekł ze szkoły i przez 

wiele miesięcy jeździł po całym kraju z trupą wędrownych 

artystów? 

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła wstrząśnięta Sarah. -

Co też go opętało? Przecież mogło mu się Bóg wie co 
przydarzyć! 

- Z pewnością niejedno mu się przydarzyło. - Annis po­

kiwała głową. - Dziadek zawsze twierdził, że przez tych kilka 
miesięcy nauczył się więcej niż przez całą resztę życia. Mu­

szę przy tym zaznaczyć, że dzięki tej ucieczce dopiął swego. 

- Uśmiechnęła się na. widok uniesionych brwi wicehrabiego. 

Czyżby w ten sposób wreszcie raczył wyrazić zainteresowa­
nie jej opowieścią? - Ojciec mojego dziadka przeznaczył go 
do stanu duchownego, marzył, by syn zrobił karierę, z czasem 
został biskupem. Był to kompletny nonsens, bo trudno wyob­
razić sobie kogoś, kto mniej nadawałby się na pasterza złak-

background image

49 

nionych prawdy o Bogu owieczek... - Znów uśmiechnęła się 
lekko. - Kiedy więc syn marnotrawny wreszcie się odnalazł, 
do tego zdrów i cały, jego rodzice tak się uradowali, że z tego 
szczęścia pozwolili mu wstąpić do marynarki. Postawili tyl­
ko jeden warunek - musi najpierw skończyć szkoły. Niestety 
nie zdołał ziścić swych marzeń o bezkresnych wodnych prze­
strzeniach, gdyż los stanął temu na przeszkodzie. Jego star­
szy brat zmarł podczas epidemii ospy i dziadek musiał zająć 
się majątkiem. Trzeba mu przyznać, że jako właściciel ziem­
ski bardzo poważnie traktował swoje obowiązki. Nigdy jed­

nak nie zapomniał tego, czego się nauczył podczas tych kilku 
miesięcy spędzonych wśród handlarzy koni, Cyganów i akro-
batów. Po kolacji - dorzuciła, zwracając się znów do Louise 

- pozwolę sobie zademonstrować państwu pewną sztuczkę, 

której nauczył się w trakcie tej grzesznej eskapady. 

Trudno powiedzieć, co było przyczyną, że Louise tak 

szybko uporała się z kolacją. Może posiłki w obecności su­
rowego lorda były dla niej uciążliwe, a może rzeczywiście 

była ciekawa, czego nauczył się Josiah Milbank w tym krót­
kim okresie burzliwej młodości. W każdym razie nie mi­
nęło wiele czasu, a już Annis wracała wraz z paniami do 
saloniku, a w ślad za nimi, o dziwo, podążył również lord 
Greythorpe. Czy dlatego, że czuł się w obowiązku pełnić 
honory pana domu nawet wobec osoby całkiem obcej, czy 
też chciał mieć oko na wszystko, tego także nie sposób by­
ło odgadnąć. 

Gdy uprzątnięto ze stołu filiżanki po herbacie, Dun-

ster, który zawsze był pod ręką, dostarczył Annis potrzeb­
ne przedmioty, by mogła zademonstrować swoją sztuczkę. 

background image

50 

Choć pewnie by wolała, żeby trzy porcelanowe kubki, które 
majordomus postawił przed nią na stole, nie były tak kosz­
towne i kruche, już po chwili w skupieniu zaczęła nama­

wiać panie, by sięgnęły do sakiewek. 

- Oto doskonały przykład na to, jak zwinna ręka mo­

że oszukać oko - mruknął lord, patrząc na systematycznie 
rosnący stos monet przy łokciu Annis. - Albo jak nieroz­
tropnie można tracić pieniądze - dodał nieszczególnie roz­
bawiony, ale i bez wyraźniej nagany w głosie. 

Podniosła trzymany w prawej ręce porcelanowy kubek, 

odsłaniając mały kamyk, wobec czego Sarah i Louise mu­
siały po raz kolejny dorzucić garść drobniaków na stosik. 

- Nie upadajcie na duchu, moje panie - pocieszyła je 

radosnym tonem. - Pamiętajcie, że wszystko to dzieje się 

w zbożnym celu. Liczę na to, że wrzucicie moją wygraną 

do skarbonki na ubogich, bo choć nic na to nie wskazuje, 
aby śniegi miały szybko stopnieć, wątpię, czy zostanę tu na 
tyle długo, by móc to zrobić osobiście podczas niedzielne­
go nabożeństwa. 

Gdy nikt nie odpowiedział, Annis podniosła wzrok i zo­

baczyła, jak uśmiech znika z twarzy Sarah, a Louise wyglą­
da na kompletnie zdruzgotaną. Trzeba przyznać, że jej to 
trochę pochlebiło. Nie sposób było jednak odgadnąć, co 
sądzi lord o jej rychłym wyjeździe, gdyż wyraz twarzy miał 

jak zwykle nieprzenikniony, podobnie jak spojrzenie, któ­

rym taksował ją spod przymkniętych powiek. 

- A pan nie spróbuje szczęścia? - Potrząsnęła zachęca­

jąco kubkiem. 

- Nie mam nic przeciwko grom hazardowym, panno 

background image

51 

Milbank, ale nie jestem aż tak naiwny, żeby brać udział 

w takich, w których nie widzę nawet cienia szansy na wy­

graną. Gdybyśmy tak zagrali w pikietę, to co innego. - Spoj­
rzał na nią wyzywająco. 

Para uroczych dołeczków przyozdobiła policzki Annis, 

a potem szelmowski uśmiech opromienił jej śliczne usteczka. 

- Pan mnie zdumiewa! Jest pan gotów zaryzykować par­

tyjkę z osobą, która od kolebki pobierała nauki u arcymi-
strza szachrajstwa i zna pewnie co najmniej tuzin karcia­
nych sztuczek? 

Była to jawna prowokacja, mimo to lord wstał, podszedł 

do karcianego stolika, wyjął z szufladki nową talię kart, po 
czym gestem zaprosił Annis, by się do niego dosiadła. 

Zawahała się, ale w końcu uległa, przekonana, że ma ja­

kieś powody, by ją na kilka chwil odciągnąć od reszty to­

warzystwa. Nasunęło jej się nawet podejrzenie, że zamie­
rza poddać ją jakiejś próbie. Wszystko stało się jasne, gdy 
nieoczekiwanie zaproponował zmianę pikiety na inną grę, 
wymagającą znacznie większych umiejętności. 

Już po chwili okazało się, że lord jest doskonałym gra­

czem, nie tylko bystrym, ale i, co znacznie ważniejsze, nad­
zwyczaj opanowanym. Umiarkowane sumy przechodziły 
z rąk do rąk, a gdy wieczór zbliżał się ku końcowi, wygrane 
i przegrane były po obu stronach mniej więcej jednakowe. 

- Moje wyrazy uznania, panno Milbank. Okazała się pa­

ni godnym przeciwnikiem - powiedział, gdy chciała wstać, 
by dołączyć na moment do pań, zanim uda się na spoczy­
nek. Patrzył na nią przez chwilę z cieniem uśmiechu na us­
tach, po czym dodał: - Mając na uwadze to, co nam pani 

background image

52 

opowiedziała o swoim dziadku, a także to, że ów szacow­
ny dżentelmen wprowadzał panią w arkana sztuk rozmai­
tych, byłbym zdumiony, gdyby nie otrzymała pani konkret­
nych instrukcji, jak ograć do suchej nitki swojego bliźniego. 

Zresztą wspomniała o tym pani, mówiąc o tuzinie szachraj-

skich sztuczek, których dziadek panią nauczył. - Znów pa­
trzył na nią z wielką uwagą. - Zarazem jednak zdumiony 

byłbym, gdyby kiedykolwiek użyła pani tych niecnych spo­

sobów dla pozyskania osobistych korzyści. 

- Widzę, że zdążył mnie pan dobrze poznać. - Gdy Annis 

podniosła wzrok, zobaczyła, o cudzie, że lord się uśmiecha! 

Ten jakże niespodziewany widok wytrącił ją kompletnie 

z równowagi. Nigdy by się, oczywiście, nie przyznała do 

lekkiej zadyszki czy przyspieszonego tętna, poczuła jednak, 
jak coś w niej drgnęło. Uczucie to było dla niej zupełną no­
wością, dlatego nie potrafiła go opisać. 

Patrząc na uśmiechniętego lorda Greythorpe a, nie mogła 

oprzeć się refleksji, że choć może nigdy nie trafi on na listę 
najprzystojniejszych mężczyzn, jakich znała, z tym uśmie­
chem znajdzie bez trudu miejsce pośród tych niezwykłych. I, 

była pewna, takich, o których niełatwo zapomnieć. 

background image

Rozdział czwarty 

Gdy rankiem czwartego dnia Annis obudziła się w luk­

susowym łożu z baldachimem, stwierdziła, że w nocy za­
częła się odwilż. 

Nie zdziwił jej wcale łagodny szum wody w rynnach ani 

widok kropelek topniejącego śniegu spływających wartkimi 

strumykami po szybach. Doktor Prentiss, któremu udało 
się pokonać głębokie zaspy, dotarł wreszcie poprzedniego 

popołudnia ze spóźnioną wizytą do Manor. Po dokład­
nym zbadaniu wicehrabiego, którego znalazł w doskonałej 
kondycji, dołączył do pań w saloniku, by obwieścić wszem 
i wobec, że podczas podróży do Manor miał okazję stwier­
dzić, iż temperatura zdecydowanie się podniosła. Powie­
dział też, że byłby wielce zdziwiony, gdyby wkrótce nie za­
częła się odwilż. 

Annis, chociaż nie miała zwyczaju ferować pochopnych 

sądów, polubiła poczciwego doktora prawie natychmiast. 
Sumienny i stanowczy, a zarazem łagodny, potrafił uspoko­
ić nawet najbardziej nerwowego pacjenta. Przypominał jej 
pod tym względem ojca, dlatego wcale się nie zdziwiła, gdy 

background image

54 

meteorologiczna prognoza doktora okazała się trafna. Co 

ją natomiast zdumiało, to przykre uczucie zawodu związa­

ne z tym, że nie ma już żadnych powodów, by przedłużać 

wizytę w Manor. 

- Och, Dish! - powiedziała, zwracając głowę ku drzwiom, 

w których stanęła jej pokojowa i wierna towarzyszka. - My­
ślę, że pora się pakować. 

- Nic nie stoi na przeszkodzie, by wyjechać do miasta 

jeszcze dziś przed południem, panienko. - Disher posta­
wiła dzbanek z gorącą wodą na umywalce. - Stajenny po­
wiedział mi, że wszystkie drogi są przejezdne, możemy za­

tem śmiało ruszać. 

- To dobra wiadomość - przekonująco skłamała Annis, 

która nie miała zamiaru okazywać po sobie, jak bardzo 
martwi ją perspektywa wyjazdu z Manor, tym bardziej że 

wciąż nie potrafiła odgadnąć przyczyny tego nagłego przy­

pływu melancholii. 

- Mam zadzwonić, żeby przynieśli śniadanie, panienko? 
- Szczerze mówiąc, wolałabym zjeść w saloniku. Słysza­

łam jednak, że lord woli spożywać swój pierwszy posiłek 

w wypróbowanym przez lata, to znaczy tylko swoim, to­
warzystwie. Może więc lepiej uszanować jego fanaberie, 

zwłaszcza że już wkrótce będę zmuszona po raz kolejny 
skorzystać z jego uprzejmości i poprosić go, by dał nam. 
powóz, który nas odwiezie do miasta. 

- Sądzi panienka, że mógłby odmówić? 
- Gdybyś zadała mi to pytanie zaraz po tym, jak prze­

czytałam jego arogancki list do lady Pelham, skłonna była­
bym przypuszczać, że istnieje spore prawdopodobieństwo, 

background image

55 

iż tak właśnie by postąpił, teraz jednak mogę z ręką na ser­
cu powiedzieć, że absolutnie nie. - Skubiąc mimowolnie 
narzutę, Annis snuła dalej rozważania nad charakterem 
lorda Greythorpea: - Jestem pewną, że jedynie garstka 

wybrańców, których łaskawie zaliczył do swoich najbliż­
szych przyjaciół, ma ów rzadki przywilej znać lorda na­
prawdę, niemniej podczas naszego pobytu w Greythorpe 
Manor miałam okazję przekonać się, że wicehrabia ani na 

jotę nie przypomina tego surowego, pozbawionego poczu­

cia humoru, wręcz odpychającego ekscentryka, jakim się 
wydaje na pierwszy rzut oka. Choć oczywiście ma w sobie 
sporo owej ekscentryczności, to z całą pewnością jest męż­
czyzną inteligentnym, który rzadko działa bez zastanowie­
nia. Myślę, że tylko głupiec nie doceniłby jego zalet. Nie 

było też dla mnie żadnym zaskoczeniem, że w gniewie po­

trafi być naprawdę bezwzględny. Przede wszystkim jednak, 
o czym nigdy nie należy zapominać, jego lordowska mość 

jest dżentelmenem z krwi i kości. Nie może znieść widoku 

damy w opałach i nie zostawi jej bez pomocy. Nie ma naj­
mniejszych powodów do obaw, że przyjdzie nam wracać 
do miasta na piechotę. 

Choć Annis była głęboko przekonana, że trafnie oceni­

ła charakter lorda, na ile to oczywiście było możliwe po tak 

krótkiej znajomości, wcale nie zdziwił jej marsowy wyraz 

jego twarzy, gdy niespełna godzinę później zebrała się na 

odwagę i niezapowiedziana wślizgnęła się do jego sanktu­
arium. Lord cenił sobie bowiem wysoko prywatność, co 
więcej, nie tylko podczas śniadania z lubością kontento-

background image

56 

wał się wyłącznie swoim towarzystwem. Zwykł spędzać 
większość czasu w samotności. Annis oczywiście nie wi­

działa w tym nic nagannego, jego gusty, jego wybór, i jako 
gość nigdy nie ośmieliłaby się przeszkodzić mu w pracy czy 
swobodnych dumaniach, usprawiedliwiała ją jednak wy­
raźna i nagląca potrzeba. 

- Wybaczy pan, że pana niepokoję, milordzie - powie­

działa, osuwając się na krzesło po drugiej stronie biurka, 
gdy zaskoczony podniósł się, by ją powitać krótkim skinie­
niem głowy. - Chciałam jednak porozmawiać z panem jak 
najprędzej. Ufam, że nie ma mi pan tego za złe. 

Wicehrabia usiadł z powrotem za biurkiem, odłożył list, 

który właśnie czytał, i okazał się na tyle uprzejmy, by obda­
rzyć ją całą swoją uwagą. Minę miał jednak nadal surową i, 
prawdę mówiąc, niezbyt zachęcającą. 

- Czynię to bardzo niechętnie - mówiła dalej - ale zmu­

szona jestem poprosić pana o kolejną przysługę, a miano­

wicie, by zechciał pan dać nam powóz, który odwiózłby 

mnie oraz moją pokojową do miasteczka. Biorąc po uwagę 
korzystną zmianę pogody, nie widzę już powodu, dla któ­
rego miałybyśmy dłużej nadużywać gościnności zarówno 
pana, jak i pańskiej siostry. 

- Nie może tu być mowy o żadnym nadużywaniu goś­

cinności - energicznie zaprzeczył ku wielkiemu zdumie­
niu Annis, po czym, konfundując ją jeszcze bardziej, dodał: 

- Czy pani prośba o powóz nie jest nieco przedwczesna, 

a tym samym, jeśli wolno mi tak powiedzieć, pochopna? 

Miała pani przecież konkretny powód, aby tu przyjechać, 
panno Milbank. 

background image

57 

- Ależ milordzie - rzuciła wielce zaskoczona - przecież... 

Och, proszę mówić dalej. 

- Wybaczy pani, ale wnosząc z pani zachowania, docho­

dzę do wniosku, że uznała pani swą misję nie tylko za za­
kończoną, ale również za zakończoną pełnym sukcesem, 
mnie zaś, zgodnie z tym scenopisem, nie pozostaje nic in­
nego, jak tylko ochoczo przychylić się do życzeń lady Pel-
ham w kwestii terminu wizyty mojej siostry przyrodniej. 

Musiała przyznać, że jego szczerość, choć mocno sarka­

styczna, zrobiła na niej wrażenie. Podobnie jak ona, lord 
nie lubił bawić się w gładkie słówka, stanowczo wolał sta­
wiać sprawę jasno. Rzeczywiście postąpiła zbyt pochop­
nie. Mając go jako człowieka rozsądnego, czy raczej unika­

jącego niepotrzebnych konfliktów, uznała tym samym za 

pewnik, iż zadośćuczyni życzeniu lady Pelham i nie będzie 
chciał narzucać jej swojej woli. Jak się jednak okazało, mu­
siał mieć jakieś inne cele na widoku, które niestety były jej 
nieznane. 

- Istotnie, posunęłam się zbyt daleko w swoich przy­

puszczeniach - stwierdziła spokojnie. - Skoro jednak jest 
nie tak, jak myślałam, nie sądzę, bym mogła jeszcze coś 
zrobić, co wpłynęłoby na zmianę pana stanowiska, tak więc 
mój dalszy pobyt w Greythorpe Manor nie przyniósłby już 
pożytku ani panu, milordzie, ani mnie. 

- Mylisz się, moja droga - odparował gładko. - Twój dal­

szy pobyt, Bóg mi świadkiem, posłuży bardzo pożytecz­

nemu celowi. 

Annis, choć zaskoczona tym oświadczeniem, nie omiesz­

kała dostrzec tego samego dziwnego uśmieszku, jaki zdarzy-

background image

58 

ło jej się parokrotnie widzieć na jego twarzy, gdy wieczorami 
grali w karty. Czy rozbawiło go jej zmieszanie, którego nie by­
ła w stanie ukryć? Tego nie potrafiła powiedzieć. Postanowiła 

jednak wyjaśnić od razu wszelkie wątpliwości: 

- Mogę zapytać, na jakiej podstawie pan tak sądzi? 

Podniósł się zza biurka i podszedł do tego samego okna, 

przy którym stał podczas ich poprzedniego spotkania w tym 
pokoju. Trzeba przyznać, że posturę miał imponującą, mi­
mo to, ku zdumieniu Annis, nigdy jej nie onieśmielał. Wręcz 
przeciwnie, ujmowały ją jego spokój i godność, zdawały jej się 
kojące i dziwnie znajome, przywodząc nieodparcie na myśl 
aurę, która otaczała jej świętej pamięci matkę. 

Lord spojrzał na nią, a potem powoli, starannie ważąc 

słowa, powiedział: 

- Pozwoli pani, że zacznę od spraw dotyczących mo­

jej siostry przyrodniej. Nie zamierzam udawać, że cieszy 

mnie obecna sytuacja, nie mogę też ż ręką na sercu po­

wiedzieć, bym w pełni popierał metodę, za pomocą której 
lady Pelham ma nadzieję rozwiązać problem nierozsądne­

go zadurzenia mojej siostry. Doceniam jednak jej intencje 
oraz wiarę, że działa w najlepszym interesie Helen, której 
charakter z pewnością zna dogłębnie, to nie podlega żad­

nej dyskusji. Z tego też powodu nie zamierzam w tej spra­

wie podejmować żadnej interwencji czy wywierać jakich­
kolwiek nacisków, mógłbym bowiem bardziej zaszkodzić 

niż pomóc. 

- Zapewniam pana - z ulgą stwierdziła Annis - że nie 

będzie pan żałował swojej decyzji. 

- Ufam, że racja jest po pani stronie - odparł, sadowiąc 

background image

59 

się znów za biurkiem i spoglądając jej głęboko w oczy. -
Chciałbym, żebyśmy dobrze się zrozumieli, panno Mil-
bank, dlatego powiem wprost: w przeciwieństwie do pani 

nie znam zbyt dobrze lady Pelham, ale też nigdy nie słysza­
łem nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób zdyskredyto­

wać. Wprost przeciwnie, dochodziły do mnie nad wyraz 

pochlebne opinie. Pani matka chrzestna od lat przykład­
nie żyje we wdowieństwie otoczona powszechnym szacun­
kiem, a nawet admiracją wielu zacnych ludzi. Musiałaby 

jednak być istotą nadludzką, wręcz nie z tego świata, by nie 

posiadać żadnych wad. Zgadza się pani ze mną w tej kwe­
stii, panno Milbank? - Spojrzał na nią przenikliwie. 

Annis nie przejęła się tym przewiercającym ją spojrze­

niem. Sztuczka była może i dobra, ale nie na nią: najpierw 
uśpij czujność, potem nagle posiej wątpliwość i spraw, by 
delikwent poczuł się jak na przesłuchaniu. 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Milordzie, ma pan całkowitą rację, nikt z nas nie jest 

bez wad. W każdym razie nikt, kogo poznałam w mym 
krótkim życiu. - Spojrzała na niego z wymowną kpiną, 

a potem dodała tonem zwierzenia: - Ja również nie jestem 
od nich wolna, wyznam panu w zaufaniu. - Spoważniała. 

- Są jednak wady i wady, milordzie. Co zatem pan sugeruje 

w związku z lady Pelham? 

Wicehrabia zadumał się na chwilę. Taka szermierka 

słowna wcale mu nie odpowiadała, tym bardziej że rezo­

lutna i zadziorna panna Milbank, w której uczciwość zresz­

tą nie wątpił, prowokowana do takiej gry, mogłaby mu nie--

jednego figla spłatać. 

background image

60 

Znów nieznacznie się uśmiechnął. 

- Droga Annis, proponuję, byśmy porzucili te prztycz­

ki i ukłucia, zabawne, przyznaję, lecz odwodzące od istoty 
rzeczy. Mówmy wprost co i jak, zgoda? 

- Zgoda, milordzie. 
- Zatem do rzeczy. Jak już mówiłem, mimo dochodzą­

cych do mnie pochlebnych opinii o lady Pelham, nie zna­

jąc tej damy zbyt dobrze, muszę zachować rozsądną ostroż­

ność. Dlatego właśnie zastanawiam się, czy jej niechęć do 
złożenia mi dłuższej wizyty wynika wyłącznie ze szczerego 
przekonania, że działa dla dobra mojej siostry. Bo może 

jest to także z jej strony prowokowanie faktów dokonanych, 

czyli dążenie do dalszego sprawowania opieki nad Helen 
bez żadnej ingerencji z zewnątrz. 

- Świetnie rozumiem pana zastrzeżenia, milordzie, 

w każdym razie zrozumiałam je teraz, kiedy je pan 
wyłuszczył. Skoro więc pan mnie pyta, czy lady Pelham 
jest niezadowolona, że został pan prawnym opieku­

nem Helen, mogę powiedzieć tylko tyle: podczas moje­
go u niej pobytu nic takiego mi nie mówiła. I to jest 
fakt. Natomiast jeśli interesują pana moje odczucia, to 
odniosłam wrażenie, że ucieszyły ją dowody pańskiego 
zainteresowania losem siostry, co jest całkiem zrozumia­
łe z uwagi na powikłane losy jej rodziny. 

- Zaiste, bardzo powikłane... Lecz teraz wiele się zmie­

niło, panno Milbank. Chciałbym zatem wiedzieć, czy He­
len została poinformowana, jaki jest zakres mojej nad nią 

władzy? 

- Na razie nie, i przyznam, milordzie, że sprawa nie jest 

background image

łatwa. Na mnie samą wiadomość ta spadła jak grom z jas­
nego nieba, dlatego też mogę sobie wyobrazić, co poczuje 
Helen, kiedy się o tym dowie. Pozwolę sobie jednak pana 

zapewnić, że ukrywając przed nią prawdę, lady Pelham nie 
zrobiła tego umyślnie, powodowana złą intencją. Po pro­
stu była przekonana, że postąpi pan w tym względzie tak 
samo jak pański ojciec, czyli wykaże całkowity brak zain­

teresowania, i faktyczną opiekunką pozbawionej rodziców 
Helen nadal pozostanie ona. A przez te wszystkie lata spra­

wowała ten obowiązek z wielkim sercem i mądrością. He­

len, jak całe otoczenie, była przekonana, że tak będzie aż 
do jej zamążpójścia, jednak w obliczu podjętych przez pa­
na kroków lady Pelham bezwzględnie zamierza powiedzieć 

o tym swej siostrzenicy, pragnie jedynie wybrać najstosow­
niejszy moment. 

- Widzę, że darzy pani swoją matkę chrzestną wielkim 

szacunkiem, panno Milbank. Nie tylko w tej rozmowie po­
twierdza to pani każdym swoim słowem. 

- To niewątpliwie najbardziej światła ze znanych mi ko­

biet, obdarzona nie tylko rozumem, ale i sercem, a przy 
tym niezwykle uczciwa i słowna, niezależnie od okoliczno­
ści. Zapewniam pana, że ma szczery zamiar przywieźć tu 
Helen pod koniec marca, żebyście się mogli poznać przed 
planowanym przyjęciem. 

Zapadła cisza, podczas której lord przyglądał się Annis 

uważnie. W końcu doszła do wniosku, że wszystko zostało 
powiedziane i już miała wstać, gdy nagle się odezwał: 

- Myślę, że zgodnie z umową była pani ze mną szczera, 

panno Milbank, więc i ja odpowiem równie szczerze. Ist-

background image

62 

nieje kilka powodów, dla których życzę sobie poznać moją 
przyrodnią siostrę. Mam tu na myśli również korzyść, jaką 
z naszych bliższych kontaktów może odnieść Sarah. 

- Sarah? Nie rozumiem, jaki jest jej związek z tą sprawą. 
- Otóż jest. Nie mogło ujść pani uwagi, że moja starsza 

siostra jest osobą zamkniętą w sobie, wręcz introwertyczką. 

Źle to rzutuje na jej życie, niestety... Pomyślałem więc, że 
tych kilka tygodni, podczas których mogłyby się lepiej po­

znać, zanim zjedzie reszta rodziny, byłoby z korzyścią dla 
nich obu. - Westchnął cicho, po czym wbił wzrok w syg­
net na prawym ręku. - Jednak muszę przyznać, że wbrew 

moim nadziejom pobyt naszej młodej kuzynki nie okazał 

się oszałamiającym sukcesem. Nie musi mi pani mówić, że 

moja siostra oraz Louise mają mało z sobą wspólnego i że 
choć Sarah jest do niej przywiązana, to niezbyt sobie radzi 

we wzajemnych relacjach. Po prostu konieczność zabawia­

nia Louise bywa dla niej bardzo kłopotliwa. Może więc je­
stem w błędzie, licząc na to, że Sarah i Helen znajdą wspól­
ny język? 

- Pamiętajmy, że przez wiele lat były z dala od siebie, 

choć nie z własnej winy. - Cóż mogłaby jeszcze dodać? Wi­
cehrabia wyraźnie oczekiwał pełniejszej odpowiedzi. - Mi­
lordzie, powiem wprost, to nie jest łatwa sprawa. Chodzi 
nie tylko o różnicę wieku, ale i charakterów. Mimo wszyst­
ko należy mieć nadzieję, że w końcu znajdą wspólny ję­
zyk, choć to z pewnością potrwa. Potrzebny jest czas, za­
nim zrodzi się między nimi siostrzana więź. 

- Właśnie tak, panno Milbank! A czas nie jest, niestety, 

moim sprzymierzeńcem. - Znów przeszył ją wnikliwym 

background image

63 

spojrzeniem szafirowych oczu. - W przeciwieństwie do 
opatrzności. To ona przywiodła na mój próg kogoś, kto... 

- Urwał, potrząsając głową, i po raz pierwszy w jej obecno­

ści uśmiechnął się z ironicznym rozbawieniem. - Kogoś, 
kogo Bóg pobłogosławił niezwykłą umiejętnością komu­
nikowania się z ludźmi, dzięki czemu pozbywają się, przy­
najmniej częściowo, swoich zahamowań. Nie można nie 
zauważyć, że pani obecność w naszym domu, panno Mil-
bank, okazała się dla nas wszystkich zbawienna. W sobie 
tylko znany sposób, niby nie czyniąc wiele, a jednak doko­
nując prawie cudu, przerzuciła pani most nad przepaścią 
pomiędzy moją siostrą a Louise, skutkiem czego atmosfera 
zrobiła się znacznie przyjemniejsza. 

Annis nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek 

komplementowano ją w takich słowach, więc choć jej to 
istotnie pochlebiało, przeczuwała, że musi być jakiś powód 
tych niepohamowanych pochwał. 

Tak też było w istocie, bo wicehrabia dodał po chwili: 

- Jeżeli to możliwe, pragnąłbym utrzymać tę miłą at­

mosferę. Przede wszystkim, ze względu na Sarah, którą 

w najbliższych tygodniach czeka mnóstwo pracy w związ­

ku z przygotowaniami do uroczystych urodzin naszej bab­
ki. Sama więc pani rozumie, że bardzo by ją to odciążyło, 
gdyby miała przy sobie kogoś, kto pomógłby jej zabawiać 
Louise. - Lord znowu się uśmiechnął, weselej niż kiedykol­

wiek. - Nie jest to może najbardziej eleganckie zaproszenie, 
jakie zdarzyło się pani otrzymać, panno Milbank, ale chcę 

być z panią równie szczery jak pani wobec mnie. Zapro­
szenie to nie jest jedynie uprzejmym gestem z mojej strony, 

background image

64 

mam bowiem konkretne powody, dla których życzyłbym 

sobie, żeby pani tu została. Tylko, broń Boże, proszę nie 

myśleć, że jest mi pani coś winna. Nic podobnego. Może 
pani być pewna, że bez względu na pani decyzję nie będę 

się domagał, by Helen spędziła z nami tych kilka najbliż­
szych tygodni. 

Patrzył na Annis jeszcze przez chwilę, a potem nagle 

wstał i podszedł do okna, by, jak przypuszczała, upajać się 
widokiem swoich rozległych włości. Ona tymczasem była 
w głębokiej rozterce. Z jednej strony nie umiała zdecydo­
wać, czy rozsądnie byłoby zostać, zwłaszcza na tak długi 

czas. Z drugiej zaś nie mogła pojąć, skąd w ogóle te waha­
nia, skoro jeszcze niedawno myśl, iż nie ma już żadnych 
powodów, by przedłużać wizytę w Manor, budziła w niej 
uczucie głębokiego zawodu. Te rozterki, ten brak zdecydo­

wania, to przecież takie do niej niepodobne! 

Lord znów zaczął mówić: 

- Oczywiście rozumiem, że może pani mieć pewne zobo­

wiązania w Leicestershire, które uniemożliwiają pani prze­

dłużenie pobytu, nie będę więc nalegał. Zechce pani jednak 

wyświadczyć mi ten zaszczyt i dać sobie dzień lub dwa do 

namysłu. Ja w tym czasie załatwię kwestię wydatków, jakie 
pani poniosła w związku z rezerwacją pokojów w zajeździe, 
dopilnuję też, by bezzwłocznie przywieziono tu resztę pani 
rzeczy. Tyle przynajmniej mogę zrobić w rewanżu za przy­
sługę, jaką mi pani wyświadczyła swoim przyjazdem. 

Nie słysząc żadnej odpowiedzi, wicehrabia odwrócił się 

w samą porę, by dostrzec intrygujące spojrzenie prześlicz­

nych szarozielonych oczu. 

background image

65 

- Brak kategorycznej odmowy pozwala mi mieć nadzie­

ję, że mogę liczyć na pani towarzystwo bodaj przez następ­

ny tydzień? 

- Tydzień z całą pewnością - zgodziła się w końcu Annis, 

odrywając wzrok od wyimaginowanej plamy na ścianie. -

Będę przynajmniej miała okazję zaspokoić to, co niektórzy 
piętnują jako moją nienasyconą ciekawość. 

- Hm, nie rozumiem... Mogłaby pani przybliżyć mi tę 

kwestię, panno Milbank? 

- Zamierzam wrócić na to miejsce, gdzie pana trzy dni 

temu znalazłam. Może uda mi się natrafić na coś, co pomo­
że nam zidentyfikować napastnika. 

- Przypuszczam, że ślad po nim zaginął. - Lord wzruszył 

ramionami, ewidentnie niezainteresowany tą sprawą. - Ale 

skoro planuje pani podjąć śledztwo, dotrzymam pani towa­
rzystwa. Mówiąc prawdę, będę na to nalegał, na wypadek 
gdyby ten łajdak kręcił się po okolicy, co zresztą wydaje mi 
się mało prawdopodobne. Czy może pani być gotowa po­

wiedzmy za... godzinę? Proponuję pojechać moim wolan­

tem, chyba że będzie pani zbyt zimno w otwartym powozie 
o tej porze roku? 

- Wręcz przeciwnie, to idealny pomysł! - zapewniła go 

bez wahania. - Dzięki temu będę miała lepszy widok. 

Po tych słowach Annis niezwłocznie wróciła do swoje­

go pokoju, gdzie z miejsca powiadomiła pokojową o zmia­
nie planów. 

- Zostajemy, panienko? A po co? - zapytała Disher z po­

ufałością dozwoloną jedynie oddanym, wiernym sługom. 

- Przecież od samego początku była panienka przeciwna 

background image

66 

pomysłowi, żeby tu przyjechać. Myślałam, że panienka 
z radością stąd wyjedzie. 

- Też tak myślałam, ale prawda jest taka, że kiedy się dziś 

rano obudziłam i zobaczyłam, że nie mam już powodów 

żeby tu dłużej zabawić, poczułam się potwornie zawiedzio­
na. - Rozejrzała się po pokoju. Jakość materii, z której wy­
konano portiery oraz baldachim nad jej łóżkiem, mówi­
ła sama za siebie. Orzechowe meble wyszły niewątpliwie 

spod ręki najlepszych rzemieślników, zaś tapety oraz dy­

wany dobrano bez oglądania się na koszta. Lecz nie luksu­

sy i bogactwa miały dla niej znaczenie, sprawa była głęb­
szej natury. - Spójrz wokół siebie, Dish. Ta sypialnia musi 

być ze cztery razy większa od tej w moim domu, meble 
i całe wyposażenie pochłonęły majątek, powinnam więc al­
bo tym się zachwycać w płochym uniesieniu, albo czuć się 
onieśmielona zbyt wysokimi progami, tak czy siak nie być 

w zgodzie z sobą. A jednak wcale nie mam wrażenia, bym 

była tu nie na miejscu. Niemal od momentu, kiedy zna­
lazłam się w Greythorpe Manor, czułam się bardzo swo­
bodnie nawet w tych salonach umeblowanych z wielkim 
przepychem, używanych wyłącznie przy szczególnych oka­

zjach. Przyznam szczerze, że tego nie rozumiem! - Potrząs­

nęła głową. - Wiem, że jestem córką dżentelmena i przy­

wykłam do wszelkich wygód, ale doskonale zdaję sobie 

sprawę z ogromnej różnicy pomiędzy wygodami a wielko-

pańskim luksusem. A jednak nie czuję się ani trochę skrę­
powana. .. Czuję się... jak u siebie w domu. 

Pokojowa wzruszyła ramionami. 

- Jeśli się zastanowić, nic w tym dziwnego, panienko An-

background image

67 

nis. Jest panienka przecież córką swojej matki i potrafi pa­
nienka docenić to, co w życiu najlepsze. Ma to panienka we 
krwi. Nie można zaprzeczyć, że to bardzo elegancki dom, 
nie dorównuje jednak rezydencji, w której wychowała się 

świętej pamięci matka panienki, przynajmniej pod wzglę­
dem wielkości, bo Tavistoke Court jest ze trzy razy większy 
od Greythorpe Manor. 

- Muszę ci wierzyć na słowo, Dish, jako że wątpię, bym 

kiedykolwiek została zaproszona do tej imponującej rezy­
dencji - odparła Annis, a po namyśle dorzuciła: - Prawdę 
mówiąc, to poza naleganiami lady Pelham, również cieka­

wość, jak wygląda życie tej sfery, skłoniła mnie do przyjaz­

du. Chciałam czegoś więcej niż tylko obejrzeć dom podob­
ny do tego, w jakim wychowała się moja matka. Oczywiście 
nawet mi przez myśl nie przeszło, że dane mi będzie korzy­
stać z takich luksusów przez tyle dni. 

Poczciwa pokojowa obrzuciła ją zatroskanym wzrokiem. 

- To całkiem zrozumiałe, panienko, ale lepiej, żeby pa­

nienka nie zagustowała za bardzo w tych ekskluzywnych 

warunkach. 

- Nie martw się, Dish, jestem zbyt wielką realistką, by się 

oszukiwać. Powody, dla których lord życzy sobie, żebym tu 
została, są szlachetne, jeśli nawet nie do końca eleganckie, 

jak to sam przyznał. Uważa mianowicie, że moja obecność 

będzie korzystna dla lady Sarah i Louise, natomiast on nie 

jest mną absolutnie zainteresowany. 

Disher nie była jednak wcale przekonana, by jej uro­

cza młoda pani, która od maleńkości zadziwiała bystroś­
cią, z czasem zaczęła wykazywać nadzwyczajne zdolności 

background image

68 

w ocenie ludzkich charakterów, a jej przewidywania z regu­
ły były trafne, musiała w każdym wypadku mieć rację. 

Lojalna pokojowa nie była jedyną osobą spośród służ­

by, która tego dnia zastanawiała się nad intencjami lorda 
Greythorpe'a. Wilks, najstarszy służący we dworze, myślał 
o tym od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył młodą damę, 
która zajęła się rannym wicehrabią. Już samo to wystarczy­
ło, by Wilks spoglądał życzliwym okiem na pannę Milbank, 
teraz jednak, patrząc, jak lekkim krokiem przemierza dzie­
dziniec przed stajnią, musiał przyznać, że to całkiem nie­
brzydka młoda dama, której suta, oblamowana futrem pe­
leryna musi, jak podejrzewał, ukrywać szczupłą i kształtną 

figurę. Mimo to nie mógł z ręką na sercu powiedzieć, by 
dama ta była w guście jego pana. 

Wilks, podobnie jak Dunster, był oddanym sługą. 

U Greythorpeów przesłużył prawie całe życie i to on sadzał 

obecnego lorda na grzbiet jego pierwszego kucyka. Fak­

tycznie miał swój znaczący udział w wychowaniu chłopca 
i z całej służby był z nim najbardziej związany. To on nie­
odmiennie podróżował z wicehrabią do stolicy, miał więc 
często okazję oglądać kobiety, które znajdywały uznanie 

w oczach jego pana, a także te, których starał się unikać. 

Lord zaś niewątpliwie gustował w złotowłosych ślicz­

notkach. Jego kochanki, a było ich kilka w ciągu paru lat, 
uchodziły za uznane piękności. Były to aktorki bądź kobie­
ty, które ze swej urody uczyniły dochodowy interes, zawo­
dowe utrzymanki, rzec by można. Nawet prawdziwe damy, 
z którymi jedynie flirtował, bo musiały dbać o reputację, 

background image

69 

a jeśli nawet brał je do łoża, to tylko w wielkiej dyskrecji 
przed plotkarskim i zawistnym towarzystwem, były równie 

śliczne. A przy tym, zgodnie ze swym stanem, pełne stylu 
i elegancji. W każdym razie interesowały go zachwycające 
urodą i biegłe w sztuce flirtu i miłości dojrzałe kobiety, nie 
zaś młode niewinne panienki, skłonne opacznie zrozumieć 
powody, dla których stały się obiektem jego szczególnych 

względów. 

A tak właśnie było tym razem, jeśli wierzyć najśwież­

szym plotkom, jakie dotarły do stajni. Wilks wciąż rozmy­

ślał o tym, wskakując na ławeczkę z tyłu powozu w chwilę 
po tym, jak jego pan ujął lejce. Co dziwniejsze, to nikt inny 

jak sam wicehrabia zażyczył sobie, by panna Milbank prze­

dłużyła swoją wizytę. 

Spoglądając na znajdujący się na poziomie jego oczu 

kapturek obszyty futerkiem, zakrywający kształtną dam­

ską główkę, Wilks nie mógł się oprzeć refleksji, że lord 

Greythorpe zachowuje się bardzo dziwnie. To wielka rzad­
kość, nawet w Londynie, by jego pan zabierał jakąś damę 
na przejażdżkę swoim powozem, a jeszcze rzadziej zdarza­
ło mu się prowadzić z nią ożywioną rozmowę, co właśnie 
czynił w tej chwili. Co więcej, panna odpowiadała szczerze 
na wszystkie pytania, jakie jej zadawał, a już najbardziej 
zdumiewające było to, że lord słuchał jej uwag i opinii z za­
interesowaniem, a nie tylko przez uprzejmość - chyba że 
stary sługa źle wszystko zrozumiał. 

Nie mógł się temu nadziwić, a gdy przybyli na miejsce, 

był już głęboko przekonany, że panna Annis Milbank to 
rzadki typ kobiety. Jego podziw dla niej jeszcze wzrósł, gdy 

background image

70 

wysiadłszy z powozu, zadała sobie trud, by podejść do nie­

go i zapytać o kasztanka, na którym lord jeździł owego fe­
ralnego popołudnia. 

- Przemarzł tylko trochę od stania na zimnym wietrze, 

ale poza tym nic mu się nie stało - zapewnił ją, myśląc 
przy tym, że w życiu nie widział słodszego i bardziej na­
turalnego uśmiechu niż ten, jaki opromienił twarz panny 

Milbank. 

- Miło mi to słyszeć - odparła z niebudzącą wątpliwości 

szczerością. - Byłoby mi przykro, gdyby ucierpiał. To wy­

jątkowo piękny koń. Powinnam się była domyślić, że po­

chodzi z Shires, bo widziałam tam wiele równie wspania­

łych czempionów. 

Sympatia, z jaką wyrażała się o koniach lorda, kazała 

Wilksowi przypuszczać, że panna Milbank prawdziwie ko­

cha te zwierzęta. 

- Zawsze będzie panienka mile widziana w stajniach, je­

śli tylko panienka będzie miała ochotę obejrzeć konie. Po­

zwolę sobie powiedzieć, że wszystkie są najlepszej krwi. 

Lord, który bezwstydnie podsłuchiwał tę rozmowę, od­

wrócił się w samą porę, by dostrzec, jak jego wierny sługa 

uśmiecha się ukradkiem, a jego pobrużdżona twarz mar­
szczy się jeszcze bardziej. Ale czemu się dziwić, skoro nawet 
taki stary wyga jak Dunster padł ofiarą wrodzonego, arcy-
kobiecego wdzięku Annis. To dowodziło, że nie ma szans, 
by wielu przedstawicieli płci męskiej potrafiło oprzeć się jej 

wdzięcznym manierom oraz ujmującemu uśmiechowi. 

Wicehrabia znowu się odwrócił, by ujrzeć panią swoich 

myśli. Annis właśnie przykucnęła i z uwagą zaczęła stu-

background image

71 

diować fragment ziemi na skraju gościńca. Po chwili wsta­

ła i odwróciła się tak raptownie, że kaptur oblamowanej 
futrem peleryny zsunął się na plecy, odsłaniając falę kasz­
tanowych loków związanych na karku czerwoną atłasową 

wstążką. 

Lordowi zaparło dech, i to wcale nie z winy tego samego 

ostrego podmuchu wiatru, który potargał wspaniałą pło­
mienną grzywę i kazał rudym pasmom chłostać miękko 
zaokrągloną linię dziewczęcego podbródka oraz policzka. 

Annis podniosła rękę, by niecierpliwie odgarnąć niesforne 

kosmyki. Wpatrywała się jednocześnie z uwagą w zagaj­
nik po drugiej stronie drogi. Robiła to z takim skupieniem, 

jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że jest obiektem 

bacznej obserwacji pewnego wybrednego dżentelmena -
i że egzamin ten wypadł nadzwyczaj korzystnie. 

- Wybaczy pani, panno Milbank, ale przebywałem w in­

nym świecie - zaczął ją przepraszać, gdy w końcu zdał sobie 
sprawę, że coś do niego powiedziała i przygląda mu się teraz 
nieco drwiąco. - Hm... co pani mówiła? 

- Pytałam, czy tamtego dnia nie odniósł pan wrażenia, że 

jest pan śledzony, w mieście czy w drodze powrotnej? 

Lord postanowił dogłębnie rozważyć tę kwestię, choć 

w głębi duszy żywił niezłomne przekonanie, że ten niefor­

tunny incydent był po prostu wynikiem pecha. Ot, znalazł 
się w złym miejscu o złej godzinie i skusił jakiegoś rze­
zimieszka, którego nagłe pojawienie się Annis pozbawiło 
spodziewanych łupów. 

- Nie, panno Milbank. To był wtorek jak każdy inny, z tą 

tylko różnicą, że było piekielnie zimno. Czyli nic, tylko 

background image

72 

czapka na uszy, kołnierz do góry i galopem do domu, za­
nim zacznie padać śnieg. Jedyne, co pamiętam, to świado­

mość, że mój koń sprawuje się naprawdę świetnie. 

- No tak, ale nawet uwzględniając warunki panujące te­

go dnia i pańskie starania, by uchronić się przed zimnem 
i jak najszybciej dotrzeć do domu, musiałby pan być chy­
ba ślepy, żeby nie zauważyć człowieka, który czai się w tym 
zagajniku. Na drzewach nie ma żadnych liści i żaden pień 
nie jest na tyle gruby, żeby mogło się za nim ukryć choć­

by dziecko, a co dopiero dorosły mężczyzna. Możemy więc 
przyjąć za pewnik, że on się tu nie ukrywał. 

Wicehrabia spojrzał z żalem na swoje wypucowane buty, 

poczuł się jednak w obowiązku towarzyszyć Annis aż na dru­
gi kraniec zagajnika. A choć jego najczarniejsze przypuszcze­
nia sprawdziły się w ciągu paru sekund i lśniące buty, przed­
miot dumy jego pedantycznego lokaja, pokryły się błotem, 
przyłapał się na tym, że się uśmiecha. Panna Milbank nieod­
parcie przywodziła mu na myśl jego ulubionego teriera, któ­
rego miał w dzieciństwie: małe, uparte stworzenie, które ni­
gdy nie daje za wygraną, gdy tylko zwęszy szkodnika. 

- Oho! - wykrzyknęła, zaglądając do rowu niewidocz­

nego z drogi. - Oto znacznie bardziej prawdopodobna 
kryjówka naszego złoczyńcy, który mógł czekać w niej na 
przybycie ofiary. Nie mam racji, milordzie? 

Wicehrabia nie mógł się z nią nie zgodzić. Co więcej, 

doszedł nawet do wniosku, że wykazał spory brak rozsąd­
ku, podchodząc tak lekceważąco do tej sprawy. 

- Mieszkam tu przez całe życie, a do dziś nie wiedziałem, 

że to pole jest otoczone głębokim rowem melioracyjnym. 

background image

73 

- Więc to nie są pańskie włości? 
- Nie, ta ziemia należy do pana Hastiego, sąsiada, a zara­

zem bliskiego przyjaciela naszej rodziny. 

Annis gwałtownie odwróciła głowę. 

- Hastie? Czyżby pułkownik Hilary Hastie? 
- Ależ tak! Zna go pani? 
- Spotkałam go kilka razy, bo przyjaźnił się z moim dziad­

kiem. Pamiętam, że był zapalonym myśliwym. Nie przepuścił 
sezonu łowieckiego w Shires, aż wreszcie lata nieumiarkowa-
nia w piciu porto i brandy nadszarpnęły mu zdrowie. 

- Taki właśnie jest nasz stary pułkownik. Wciąż hoduje 

konie, ale już ich nie ujeżdża. A tak na marginesie, ogier, na 
którym jechałem tamtego dnia, pochodził z jego stajni. 

- Koń napastnika raczej nie... o ile w ogóle przyjechał 

konno. Człowiek może się bez trudu ukryć w tym rowie, 
ale już nie takie duże zwierzę. Mógł, oczywiście, zostawić 
wierzchowca tam. - Wskazała las na odległym krańcu pola. 

- Sam zaś ukrył się tutaj i czekał na pana. 

Przyjrzał jej się w milczeniu. Jeszcze przed chwilą gotów 

był odrzucić tę możliwość, ale już nie teraz. 

- Sugeruje pani, że byłem nieprzypadkową ofiarą? 
- Moim zdaniem to wysoce prawdopodobne. 
- Być może ma pani rację... Jak pani widzi, ta dro­

ga nie jest zbytnio uczęszczana, odkąd tu jesteśmy, nie 
zjawił się żaden pojazd czy jeździec. Korzystają z niej 

wyłącznie ci, którzy chcą mnie odwiedzić. Podróżujący 

do Greythorpe Magna, dużej wsi graniczącej od wscho­
du z moimi włościami, jadą głównym traktem, gdyż tak 

jest znacznie krócej. 

background image

74 

- A to odgałęzienie w prawo? - zapytała, gdy zawrócili 

w stronę powozu. 

- Prowadzi do majątku lorda Fanhope'a oraz domów je­

go służby. - Zamyślił się na moment, a potem pokręcił gło­

wą. - Jakieś pół mili dalej droga nie prowadzi już przez 

tereny tak otwarte. Gdyby ktoś chciał zaatakować kogo­
kolwiek z rodziny Fanhope'ów, czekałby raczej tam, a nie 

w tym rowie... Twierdzi pani, że bandyta działał z pobudek 

osobistych? Właśnie mnie, a nie jakiegoś przypadkowego 

podróżnego, chciał napaść? 

- Nie posunęłabym się aż tak daleko, w każdym razie 

na takie wnioski jeszcze za wcześnie. Proponowałabym, 
żeby najpierw przeanalizować fakty, wyciągnąć z nich ty­
le treści, ile tylko się da, a dopiero potem spekulować na 
temat motywów. Zgromadzone fakty mogą niektóre hi­
potezy wzmocnić, a inne wykluczyć, natomiast odwrotna 
kolejność postępowania może nas skłonić do traktowania 

śladów pod kątem z góry przyjętej, ale niekoniecznie praw­
dziwej tezy. 

- Cóż więc pani ustaliła do tej pory? - spytał z niekłama­

nym zaciekawieniem i szacunkiem dla jej bystrości. 

- Sądząc po tym, co już zobaczyłam, śmiem twierdzić, 

że należy pan do tych dżentelmenów, których życie rzadko 

odbiega od wyznaczonej rutyny. Czyli, mówiąc krótko, jest 

pan bardzo przywiązany do swoich nawyków. 

- Hm... Chyba rzeczywiście w miarę upływu lat stawa­

łem się coraz mniej elastyczny - przyznał niechętnie, nieco 
urażony taka charakterystyką swej osoby. 

- Jak rozumiem, niezmiennie też odwiedza pan najbliż-

background image

75 

sze miasteczko we wtorki. - Jej kształtne usteczka drgnęły 

w uśmiechu. 

Lord nie mógł się oprzeć refleksji, że urocza panna Mil-

bank nie tylko doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo 
irytuje go to przesłuchanie, ale świetnie się przy tym bawi. 

- Z całą pewnością w każdy ostatni wtorek miesiąca, kie-

dy spotykam się na lunchu z moimi wspólnikami w inte­
resach. - Chrząknął głośno. - Powie pani pewnie, że stało 
się to moim... hm... rytuałem. 

- Każdy więc, kto zna pana w miarę dobrze, musi o tym 

wiedzieć... Czy w tamten wtorek wyruszył pan w drogę 

powrotną o zwykłej porze? 

- Nie, trochę wcześniej niż zwykle - odparł po namyśle. 

- Kiedy już się żegnałem, do zajazdu wszedł pułkownik Has-

tie i zaczęliśmy rozmawiać o ogierze, którego mi niedaw­
no sprzedał. 

- Konno jechał pan pewnie dość szybko, czyli, wedle 

wszelkiego prawdopodobieństwa, musiał pan po drodze 
minąć nasz dyliżans. Czy pamięta pan padający śnieg? 

- Nie, czyli zaczął padać już po tym, jak mnie postrzelo­

no. Owszem, minąłem jakiś dyliżans, a potem już nie wi­
działem żywego ducha, w każdym razie odkąd zjechałem 
z głównego traktu. Przypominam sobie tylko nagły ból ra­
mienia. Następnie obudziłem się we własnym łóżku i zoba­
czyłem.. . nieznajomą damę. - Nie przyznał się, że uznał ją 

wtedy za istotę nadprzyrodzoną. Cóż w tym zresztą dziw­

nego, skoro głowa panny Milbank na tle okna wydawała się 
otoczona świetlistą aureolą... 

- Wypełnię więc tę lukę w pańskiej pamięci - powiedzia-

background image

76 

ła, zmuszając go, by wrócił z obłoków na ziemię. - My­
ślę, że nie mogłam przyjechać później niż jakieś dziesięć, 
piętnaście minut po panu. Wnioskuję to stąd, że kiedy pa­
na znalazłam, był pan jeszcze całkiem ciepły, a śnieg po­
krył już wszystko wokół warstwą na tyle grubą, że gdyby 
ktoś się tam kręcił, zostałyby ślady. Lecz wokół pana nic 
nie było poza odciskami kopyt kasztanka. Zwróciłam na to 
szczególną uwagę. Czyli ten, kto pana postrzelił, miał dosyć 
czasu, by przed moim przybyciem okraść pana i zniknąć. 

- Zmarszczyła brwi. - Teraz od faktów przejdźmy do hipo­

tez. Po pierwsze możemy przyjąć za pewnik, że nie był to 
napad rabunkowy. Po drugie motywem nie była też zemsta, 
bo gdyby napastnikowi chodziło o pańskie życie, czemu, na 

Boga, nie dokończył swojego dzieła? Na razie mamy więc 

nie tyle hipotezy, ile kompletny ich brak... W każdym razie 
ten, kto do pana strzelał, albo nie miał wprawy w posługi­

waniu się bronią, albo był świetnym strzelcem. Podejrze­
wałabym raczej to drugie, co każe mi się domyślać, że jego 

intencją było unieszkodliwić pana tylko chwilowo, nie za­
dając trwałych obrażeń. Jest to więc jakiś trop, bo intencja 

świadczy o człowieku i na jej podstawie być może uda się 
go zidentyfikować. Jednak tylko pan ma odpowiednią wie­

dzę o swoim życiu, by snuć jakieś domysły wiodące w tym 

kierunku. 

- Mogę panią zapewnić, panno Milbank, że dla mnie jest 

to jeszcze większą zagadką - wyznał po namyśle. - Utrzy­
muję przecież poprawne stosunki ze wszystkimi sąsiadami 
i dzierżawcami, choć oczywiście z jednymi lepsze, z inny­
mi gorsze. Nie miałem też z nikim żadnych zatargów, od-

background image

77 

kąd odziedziczyłem ten majątek. Oczywiście zastanowię się 
nad pani sugestią... - Nagle uśmiechnął się. - Muszę wy­
znać, że jestem pełen podziwu dla pani spostrzegawczo­

ści. Jestem pewien, że mało kto zauważyłby tyle szczegółów, 

gdyby natknął się na człowieka leżącego na drodze. 

Pochwała wyraźnie jej się spodobała. 

- Nauczyłam się tego od mojego ojca. Chyba już panu 

mówiłam, że był lekarzem. Często zabawialiśmy się w ten 

sposób, że na podstawie wyglądu musiałam odgadnąć czy­

jąś dolegliwość. 

- I udawało się pani? 
- Czasami tak, choć to żadna sztuka już na pierwszy rzut 

oka rozpoznać, że ktoś chorował na ospę, przeszedł w dzie­
ciństwie krzywicę lub ma skłonności do podagry. Nato­

miast umiejętność rozpoznawania innych, nie tak oczywi­
stych symptomów, które świadczą o czyimś stanie zdrowia, 
trybie życia, a czasami również charakterze, to już kwestia 
doświadczenia i wprawy. 

Również lordowi zdarzyło się to robić w ostatnich 

dniach. Doszedł wówczas do pewnych wniosków, które 
chciałby teraz zweryfikować. 

- Musiała pani być bardzo przywiązana do ojca, panno 

Milbank - zaczął ostrożnie - a także do dziadka. Wspo­
mina pani o nich często, nie słyszałem jednak, by mówiła 
pani o matce. 

Annis, która właśnie poprawiała kapturek, zastygła na 

moment. 

- Kochałam moją matkę i odkąd zmarła, bardzo mi jej 

brakuje, może bardziej nawet niż ojca i dziadka, bo z nią 

background image

78 

spędzałam znacznie więcej czasu jako dorastająca panien­

ka. To jej w znacznym stopniu zawdzięczam moje wycho­

wanie. 

- Mogę to sobie bez trudu wyobrazić, panno Milbank -

odparł z przekonaniem. - Widać od razu, że jest pani córką 
dżentelmena z dobrej szlacheckiej rodziny, jednak maniery 
i klasę ma pani niewątpliwie po kądzieli. - Dostrzegł cień 
uśmiechu na twarzy Annis. 

- Jest pan bardzo domyślny. 
- Wolno zapytać, jak brzmi panieńskie nazwisko pani 

matki? 

- Moją świętej pamięci matką była lady Frances Stowe, 

najmłodsza siostra obecnego hrabiego Tavistoke'a. 

W jednej chwili niemal wszystko, co tak intrygowało 

lorda Greythorpea w jego towarzyszce, stało się jasne. 

background image

Rozdział piąty 

Pod wpływem trafnych, a zarazem nieco kąśliwych uwag 

swojego miłego gościa, lord Greythorpe postanowił odejść 
od rutyny i spożyć tego dnia lunch w towarzystwie pań. 
Zaraz potem jednak, zgodnie ze swoim zwyczajem, wyco­
fał się do biblioteki. Stał właśnie przy biurku, przeglądając 
tablice przedstawiające różne odgałęzienia drzewa genea­
logicznego rodziny Greythorpeów, której korzenie sięgały 
czasów Wilhelma Zdobywcy, gdy nagle Sarah wpadła na 
niezwykły pomysł, by złożyć mu wizytę w miejscu, które 
uważała za jego prywatne terytorium. 

Jednak nie miał jej tego za złe, tylko przywołał ją ku sobie. 

- Spójrz na to, Sally - zwrócił się do niej zdrobnieniem, 

jakim zwykł ją nazywać, kiedy byli dziećmi. 

- Och... Nie przeglądałam naszych rodowych dokumen­

tów od lat. 

- Ja też nie, dlatego poleciłem Dunsterowi, żeby je odna­

lazł. Co mu się, oczywiście, bez większego trudu udało. By­

ły na strychu, w jednym z kufrów. - Zaczął bezwiednie ko­
łysać monoklem zawieszonym na czarnej wstążce. - Wiesz 

background image

80 

co, Sal, bawi mnie, że tak dobrze wiem, czego mogę się spo­
dziewać po naszej służbie. Na przykład Dunster to książę 

wśród lokajów. Jak sama niedawno stwierdziłaś, na pierw­

szy rzut oka potrafi bezbłędnie rozpoznać, kto jest kim. Już 

wtedy, kiedy mi powiedziałaś, że ulokował ją w zielonej sy­

pialni, powinienem był się domyślić, że to ktoś ważniejszy, 
niż mogłoby się wydawać. Dunster od razu to wyczuł. 

- Chodzi ci oczywiście o pannę Milbank? To dziwne, bo 

właśnie z jej powodu postanowiłam cię poszukać. - Nie po 

raz pierwszy żałowała, że odkąd skończyło się ich dzieciń­
stwo, tak mało czasu spędzili z sobą. Gdyby częściej się wi­
dywali, pewnie lepiej by go rozumiała i potrafiłaby odgad­
nąć jego intencje. - Zastanawiałam się, dlaczego poprosiłeś 

ją, żeby została u nas jeszcze przez kilka dni. 

- Masz jakieś obiekcje? - zdziwił się lord. - Myślałem, 

że się ucieszysz. 

- Ależ cieszę się! - zapewniła pospiesznie. - Rzecz w tym, 

że wcześniej zdawało mi się, że zamierza wyjechać przy 
pierwszej nadarzającej się okazji, ale pewnie się myliłam. 

- Wcale się nie myliłaś, bo rzeczywiście miała taki za­

miar. - Znów wbił wzrok w arkusze na biurku. - Na szczęś­
cie zdołałem ją przekonać, by odłożyła swój wyjazd jeszcze 
przynajmniej na kilka dni. Mam też nadzieję, że uda mi 

się powtórzyć ten sukces i namówić ją, by została jeszcze 
dłużej, najlepiej aż do urodzin babki. - Widząc zdumiony 

wzrok Sarah, dodał: - Obecność panny Milbank z pewnoś­

cią bardzo ułatwi nam bliższe poznanie naszej przyrodniej 
siostry, kiedy wreszcie tu dotrze, a do tego czasu mogłaby 

ci pomóc, dotrzymując towarzystwa Louise. Miałabyś dzię-

background image

81 

ki temu więcej czasu, żeby się skupić na organizacji przyję­

cia urodzinowego. - Spojrzał uważnie na siostrę. Miał na­
dzieję, że nie uzna tego za krytykę własnej osoby, gdyż było 
to jak najdalsze od prawdy. 

Któż bowiem mógł wiedzieć lepiej niż on, jak samot­

ną i smętną egzystencję wiodła Sarah przez większą część 

życia, znosząc humory nieczułego, samolubnego ojca. On 
był w szkole w Eton, studiował w Oksfordzie, zarządzał ro­
dzinną posiadłością w Derbyshire, podróżował też wiele 
po świecie, dzięki czemu spędzał dużo czasu z dala od ro­
dzinnego domu i jego zatrutej atmosfery. Niestety biedna 
Sarah nie miała tyle szczęścia. Po dwóch sezonach w Lon­
dynie, podczas których nie trafił się ani jeden pretendent 
do jej ręki, zdecydowanie przedwcześnie pogodziła się ze 
staropanieństwem i poświęciła następne lata opiece nad oj­
cem, który przez całe życie okazywał jej bardzo mało uczu­
cia. Czy można się więc dziwić, że stała się introwertyczką, 
preferującą swoje własne towarzystwo? 

- Nie przeczę, że obecność panny Milbank podniosła 

mnie na duchu i okazała się prawdziwym dobrodziejstwem 

- przyznała Sarah z bladym uśmiechem. - Także nasza ku­

zynka Louise lubi ją i szczerze podziwia. Jest to niewątpli­

wie bardzo dzielna i przedsiębiorcza młoda osoba. Nie ma 

dla niej rzeczy nieosiągalnych. 

- Nie znam jej na tyle dobrze, by móc wypowiadać się na 

ten temat. - Wbił wzrok w jakiś punkt na przeciwległej ścia­
nie. - Wiem jedno, że wraz z jej pojawieniem się nasz dom 
nagle jakby odmienił oblicze. Wystarczyło, że weszła do po­
koju, by sztywna atmosfera, znana nam aż nazbyt dobrze 

background image

82 

z dzieciństwa, rozwiała się jak za dotknięciem czarodziejskiej 
różdżki. Zupełnie jakby ktoś otworzył szeroko okna w pogod­
ny wiosenny dzień. Ona jest po prostu jak świeży, ożywczy 

powiew, a to coś, czego ten dom rozpaczliwie potrzebował od 

wielu, wielu lat. - Uświadomił sobie, że siostra przygląda mu 

się z ogromnym zaciekawieniem, więc znów skupił się na ar­

kuszach rozłożonych na biurku. - Cóż, nasza panna Milbank 

jest pełna niespodzianek. Wyobraź sobie, że jesteśmy spo­

krewnieni, choć w dość dalekim stopniu, bo mieliśmy tych 
samych praprapraprapradziadków. Jest ona, ni mniej, ni wię­
cej, tylko siostrzenicą hrabiego Tavistoke'a! 

- Coś podobnego! Dlaczego o tym nigdy nie wspomniała? 

Lord uśmiechnął się melancholijnie. 

- Gdybym chciał być nieżyczliwy, powiedziałbym, że dla­

tego, iż jej wuj nie uznaje tego pokrewieństwa. Sądzę jednak, 
że przyczyna jest inna. Nasza... kuzynka Annis jest... hm... 
zbyt dobrze wychowana, by robić aluzje do nazwisk. 

- Sądzisz, że przyczyną tego jest rozłam w rodzinie, ja­

kieś nieporozumienia? 

- Najwyraźniej tak, ale zapytam jeszcze Dunstera, który, 

jak się pewnie domyślasz, stanowi istną kopalnię wiedzy na 

ten temat. Musi pamiętać skandal, jakim było małżeństwo 
najmłodszej siostry Tavistoke'a, lady Frances Stowe. Wyob­
raź sobie, że ta dziewczyna miała dość odwagi, by po dłuż­
szym pobycie w Shires uciec z mało znanym wiejskim le­
karzem. Przypuszczam, że rodzina nigdy nie pogodziła się 
z tym mezaliansem i zerwała z nią wszelkie stosunki. 

- Och, biedna Annis! - wykrzyknęła Sarah ze współ­

czuciem. 

background image

83 

- Źle ulokowałaś swoje współczucie, Sal, bo o ile się nie 

mylę, dla Annis nie ma to żadnego znaczenia, i pewnie ni­
gdy nie miało, w każdym razie jeśli chodzi o nią samą. Wspo­
mniała mi, że miała cudowne, beztroskie dzieciństwo, dopóki 
nie straciła rodziców podczas epidemii tyfusu, zresztą później 
też żyła szczęśliwie i dostatnio pod opieką dziadka Milbanka, 
którego wręcz uwielbiała. Nie, Sally, Annis dane było cieszyć 
się tym, czym nas los nigdy nie pobłogosławił. Myślę też, że 

jest na tyle mądra, by zdawać sobie z tego sprawę. 

Lord nie mylił się w swoich przypuszczeniach. Annis 

rzeczywiście doszła już do wniosku, że rodzeństwo Grey-
thorpeów musiało mieć dzieciństwo nie do pozazdroszcze­
nia. Mimo to, gdy siedząc w saloniku haftowała pracowicie, 

myśli jej błądziły nie wokół przeszłości, lecz wokół całkiem 
niedawnych, zdumiewających wydarzeń. 

Szycie pomagało jej zazwyczaj zebrać myśli, więc ilekroć 

coś ją gnębiło, sięgała po robótkę, tym razem jednak jej umie­

jętności krawieckie okazały się zupełnie nieprzydatne, gdyż 

mimo najszczerszych chęci nie potrafiła zrozumieć, dlacze­
go ktoś przy zdrowych zmysłach miałby urządzać zasadzkę 
lub opłacić jakiegoś zbira po to tylko, by lekko kogoś zranić. 

Przypominało to szczenięcy wybryk, jakby jakiś psotny dzie­

ciak chciał się odegrać na zbyt surowym nauczycielu czy opie­

kunie! Trudno jej jednak było uwierzyć, by w grę wchodziła 
małostkowa, dziecinna zemsta. Napaść na lorda Greythorpe'a 
musiała mieć jakąś konkretną przyczynę. Annis nagle bar­
dzo się zaniepokoiła. A może to jeszcze nie koniec? Być może 
ktoś, kto za tym stał, nie poczuł się w pełni usatysfakcjonowa-

background image

84 

ny! Co będzie, jeśli spróbuje po raz kolejny, i to ze znacznie 
groźniejszym skutkiem? 

- Nie podobało ci się, jak gram ten utwór? - Louise wstała 

od fortepianu i od razu zauważyła zasępioną minę Annis. 

- Ależ skąd, kochanie, grasz bardzo pięknie. Wiesz prze­

cież, że nie uznaję nieszczerych pochwal. Twoja mama mu­
si być z ciebie bardzo dumna. 

- Nie sądzę - odparła ze smutkiem Louise. - Umiem tyl­

ko dość dobrze grać na fortepianie, natomiast to ty wszyst­
ko robisz świetnie. 

Annis uniosła brwi. 

- Nie pojmuję, na jakiej podstawie doszłaś do tak mylnej 

konkluzji, bo na pewno nie na podstawie tego, co mogłam 
kiedykolwiek powiedzieć! Przyznałam się tylko do tego, że 
mam liczne zainteresowania, a nie że jestem we wszystkim 
perfekcjonistką, bo byłaby to gigantyczna bzdura - powie­
działa stanowczym tonem. 

- Wiem przecież, że dobrze grasz na fortepianie - wy­

tknęła jej Louise. 

- Ale nie tak dobrze jak ty. 
- No tak, jeździsz za to konno. 
- To prawda, ale nie myśl sobie, że jestem jakąś wybitną 

amazonką. Posiadłam podstawowe umiejętności i potrafię 

utrzymać się w siodle, to wszystko. 

- Nie możesz jednak zaprzeczyć, że mistrzowsko po­

sługujesz się igłą - obstawała przy swoim Louise. - Na­

wet Sarah, którą uważa się za najlepszą pod tym względem 
w rodzinie, mówi, że ze świecą szukać kogoś, kto potrafi 
wykonywać równiejsze ściegi. 

background image

85 

- Oj, Louise, Louise, chyba się uparłaś, żeby mnie przy­

prawić o rumieniec zażenowania - powiedziała Annis 
tonem łagodnego wyrzutu, lecz po chwili przyznała: -
Dobrze, niech ci będzie, umiem zręcznie posługiwać się 
igłą. Jednak, mówiąc szczerze, wcale nie doskonaliłam 
świadomie tej sztuki podczas wielogodzinnych zajęć. 
Przywykłam po prostu sięgać po tamborek, ilekroć coś 
leży mi na sercu. 

- Czy dlatego dziś wzięłaś się za szycie? - zaniepokoiła 

się Louise.- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że zmieniłaś 
zdanie i masz zamiar wyjechać? 

- Nie, nie w tym momencie - zapewniła ją z uśmie­

chem Annis. Prawdę mówiąc, bardzo jej pochlebiało, że 

była tu tak mile widziana. Nie zamierzała jednak wpro­

wadzać dziewczyny w błąd. - Przyjęłam zaproszenie lorda 

Greythorpea, by zostać tu jeszcze przez kilka dni, głównie 
ze względu na moją pokojową. Poczciwa Disher nie jest 

już taka młoda i nie mogę od niej wymagać, by jeździła 

tam i z powrotem po całym kraju bez chwili wytchnienia. 

- Potrząsnęła głową. - To nawet całkiem zabawne. To ona 

miała się mną opiekować, a tymczasem odnoszę wrażenie, 
że jest na odwrót. 

- Tak samo jest z Sarah i nianią Berry - przyznała Louise 

ze śmiechem. - A przynajmniej tak było, póki wreszcie ja­

kiś rok temu nie udało im się jej przekonać, że powinna 

już odpocząć. Sarah wspominała mi, że jutro znów się do 

niej wybiera, chce bowiem sprawdzić, jak staruszka się czu­

je. Może poszłabyś z nami? To śmieszne, ale Sarah robi się 

przy niej czerwona jak burak, bo niania Berry nadal traktu-

background image

86 

je ją jak małe dziecko. Nie ma rzeczy, której nie wiedziałaby 

o moich kuzynach i nie robi z tego sekretu. 

- To ciekawe... - mruknęła Annis jakby do siebie, wbi­

jając igłę w materiał, by wykonać kolejny perfekcyjny ścieg. 

- Chyba się z wami wybiorę, Louise. To może być bardzo 

pouczająca wizyta. 

Niespodziewane pojawienie się Sarah w towarzystwie 

brata sprawiło, że Louise na moment zamilkła onieśmie­
lona, nie aż tak jednak, by nie zażądać wyjaśnień, gdy lord 
zwrócił się do Annis per kuzynko. 

- Po tym, czego dowiedziałem się tego ranka, postano­

wiłem niezwłocznie sprawdzić nasze drzewo genealogiczne 

- odparł. - I okazało się, że panna Milbank i ja mamy tych 

samych praprapraprapradziadków. 

- Ach! To doprawdy bardzo bliskie pokrewieństwo! - za­

śmiała się Annis, spoglądając nań z żartobliwą dezaprobatą. 

Nie udało jej się jednak zbić go z tropu. 

- Myślę, że na tyle bliskie, by można było porzucić ofi­

cjalne formy, Annis - odparował, a w jego wzroku czaiło 
się jawne wyzwanie. 

- Och, czy jest również moją kuzynką? - wtrąciła się 

Louise, zanim Annis zdążyła cokolwiek powiedzieć. 

- Nie, kochanie. To pokrewieństwo ze strony 

Greythorpe'ów - wyjaśniła Sarah. - Jednak jeśli nasza ku­
zynka nie ma nic przeciwko temu, nie widzę powodu, by 
nadal trzymać się oficjalnych form. 

Czy mam coś przeciwko temu? A może jednak powin­

nam? - zastanawiała się Annis, zirytowana swoim brakiem 
zdecydowania. 

background image

87 

Nie mogła zaprzeczyć, że w ostatnich latach zdarzało jej 

się żałować, iż pozbawiono ją szansy swobodnego obraca­
nia się w sferach, z których wywodziła się jej matka. Tutaj 

jednak otwarcie ją o to poproszono i potraktowano jak oso­

bę równą stanem. Przywilej ten zawdzięczała inicjatywie 
lorda, który od początku traktował ją z najwyższą reweren-

cją. Z wyjątkiem tych pierwszych kilku chwil przesyconych 
nieufnością, całkiem zresztą zrozumiałą, jego zachowanie 

wobec niej było wręcz przykładne. I z pewnością to się nie 

zmieni, gdy zgodnie z jego życzeniem zaczną się do siebie 
zwracać po imieniu. Zwiększy się konfidencja, ale na pew­

no nie zmniejszy się poszanowanie. 

Ponieważ Sarah także nie kryła uradowania odkrytym 

nagle pokrewieństwem, nawet jeśli było tak dalekie, Annis 
doszła do wniosku, że byłoby grubym nietaktem zgłaszać 

jakieś obiekcje, choć, prawdę mówiąc, wolałaby mieć tro­

chę więcej czasu na oswojenie się z tą nową, bardziej fami­

liarną formą. 

Niestety nie było jej to dane, gdyż do salonu wkroczył 

Dunster, by zaanonsować przybycie dwóch osób, którym lord 
natychmiast pospieszył przedstawić ją jako swoją kuzynkę. 

Annis poczuła, jak lustrują ją dwie pary zdumionych 

niebieskich oczu o dokładnie takim samym odcieniu. Na 
tym jednak kończyło się wszelkie zewnętrzne podobień­
stwo pomiędzy panną Caroline Fanhope a jej bratem bliź­
niakiem Charlesem. 

Caroline Fanhope była smukłą i niewątpliwie bardzo 

ładną młodą osobą, a jej otwarte, choć nie do końca życz­
liwe spojrzenie zdradzało pewną inteligencję. Brat jej nato-

background image

88 

miast już w wieku lat dwudziestu czterech zdradzał wyraź­
ne symptomy przyszłej tuszy, o ile oczywiście nie podejmie 
radykalnych kroków, by temu zapobiec. W jego pucołowa­
tej twarzy o lekko cofniętym podbródku nie było nic uj­
mującego lub godnego uwagi, choć Charles wyraźnie sta­
rał się pozować na jowialnego ziemianina. Mimo to Annis 
nie mogła się pozbyć podejrzeń, iż pod tą pozornie banalną 
powierzchownością kryje się całkiem inny i zapewne nie­
pokojący charakter. 

- Dopiero dzisiaj dowiedzieliśmy się o pańskim wypadku, 

milordzie - zaczęła Caroline po wstępnej wymianie grzecz­
ności. - Choć doktor Prentiss zapewniał nas, że nic już panu 
nie grozi, doszliśmy z Charlesem do wniosku, że nie zaznamy 
spokoju, póki sami się o tym nie przekonamy. 

Panna Fanhope mówiła dalej, a Annis dyskretnie ob­

serwowała reakcję gospodarzy na tę niespodziewaną wi­
zytę. Lord Greythorpe siedział najbliżej gości ze wzrokiem 

wbitym w dywan i jak zwykle nieprzeniknionym obliczem, 

natomiast Sarah, jak to prawdziwa dama, z uprzejmym 
uśmiechem przysłuchiwała się rozmowie. Najciekawsza 

jednak była reakcja Louise. Dziewczyna nagle zamknęła 

się w sobie i przysunęła do Annis, jakby szukając u niej 
ochrony przed nowo przybyłymi. 

- Domyślam się też, że to właśnie obecna tu panna Mil-

bank odegrała rolę miłosiernej samarytanki i odwiozła cię 
do domu, Greythorpe - odezwał się Charles, gdy jego sio­
stra skończyła mówić i zajęła się obserwacją siedzącej na­
przeciw niej kuzynki gospodarzy. - Gdyby nie mama, któ­
ra tego dnia poczuła się w obowiązku zamienić kilka słów 

background image

89 

z pułkownikiem oraz panią Hastie, mogliśmy pierwsi na­
tknąć się na ciebie i tym samym oszczędzić pannie Milbank 
fatygi związanej z odtransportowaniem cię do Manor. 

- Och, nasza droga kuzynka zrobiła znacznie więcej, 

Fanhope - pospieszył z wyjaśnieniem lord, lecz twarz miał 
nadal nieprzeniknioną. - Dopilnowała mianowicie, by mi 

jak najlepiej opatrzono rany. Sam doktor Prentiss musiał 

przyznać, że nie mógłby zrobić nic więcej, nawet gdyby 
udało mu się od razu przyjechać. Miałem więc wyjątko­

we szczęście, że ją spotkałem. A tak na marginesie, zaczy­

nam powątpiewać czy to, co mi się przydarzyło tuż przed 

jej przyjazdem, było zwykłą napaścią jakiegoś przypadko­
wego łotrzyka. 

- Ależ milordzie! - Chociaż panna Fanhope wzrok mia­

ła utkwiony w Annis, chciwie słuchała każdego słowa wi­

cehrabiego. - Komu, na Boga, mogłoby na tym zależeć, by 

pana zranić? Jestem absolutnie pewna, że nie ma pan żad­
nych wrogów. To musiał być jakiś włóczęga! 

- Nie tak łatwo znaleźć człowieka, który byłby powszech­

nie lubiany - uprzejmie zauważyła Annis. - To zdumiewa­

jące, jak najbłahsze nawet urazy mogą przybrać zatrważa­
jące rozmiary, przerodzić się w głęboką niechęć, nienawiść, 

a nawet pragnienie mordu. Oczywiście nie próbuję nawet 
sugerować, że... yyy... Deverel rozmyślnie się komuś nara­
ził - dodała, widząc błysk rozbawienia w jego szafirowych 
oczach - ale skoro natura ludzka jest ułomna, ludzie potra­

fią żywić najbardziej niezrozumiałe pretensje wobec swo­
ich bliźnich, a wynikająca z tego złość pobudza ich do na­
prawdę okropnych uczynków. 

background image

90 

Caroline Fanhope nie dała się jednak zbić z tropu. 

- Gdyby pani pochodziła z tych stron, panno Milbank, 

wiedziałaby pani, że wicehrabia jest osobą powszechnie 

szanowaną. Nie usłyszy pani złego słowa na jego temat. 

- W tym cała rzecz, Caroline - odezwał się lord. - Moja 

kuzynka nie pochodzi z naszych stron i właśnie dlatego po­
trafi ujrzeć to, co się wydarzyło, w sposób bardziej obiek­
tywny niż my wszyscy. Do tego jej spojrzenie na świat jest 
nadzwyczaj rzeczowe i pozbawione rozleniwiającej umysł 
rutyny, i z tych właśnie przyczyn bardzo sobie cenię jej zda­
nie. I oboje, wraz z Sarah, mamy nadzieję, że uda nam się 
namówić Annis, by zechciała przedłużyć swą wizytę. 

- Och, doprawdy? - W uśmiechu, jaki posłała jej Caro­

line, było niewiele ciepła. - Czy to pani pierwsza wizyta 

w Greythorpe Manor, panno Milbank? Chyba się nie mylę, 

mówiąc, że nie miałyśmy okazji poznać się wcześniej? 

- Nie myli się pani. Nie poznałyśmy się wcześniej. - Po­

stanowiła jak najprędzej wyjaśnić sytuację, zanim lord do­
starczy gościom powodów do kolejnych domysłów. - Moje 

związki z rodziną Greythorpeów są tak dalekie, że nawet 
nie wspominam o tym pokrewieństwie, znam jednak do­
brze Helen Greythorpe i przyjechałam tu, by porozmawiać 
z lordem w imieniu jego przyrodniej siostry, a nie w swo­
ich sprawach. 

To z kolei ogromnie zainteresowało pannę Fanhope, 

która zasypała ją gradem niewinnych z pozoru pytań. 

- Skoro pochodzi pani z Shires, panno Milbank, pewnie 

pani często poluje? - brzmiało kolejne z nich, a jej cieka­

wość zdawała się nie mieć końca. 

background image

91 

- Bynajmniej - odparła Annis. 

Na twarzy panny Fanhope pojawił się przebiegły 

uśmieszek. 

- Ojej! Jaka szkoda - zmartwiła się obłudnie. - Pro­

szę mi nie mówić, że ma pani awersję do koni i nie bierze 

udziału w imprezach hippicznych. 

- Wręcz przeciwnie, kocham konie i uwielbiam na nich 

jeździć. Lecz nie o to mnie pani pytała. 

- Skoro jednak już jesteśmy przy tym temacie... - Caro-

line uśmiechnęła się nieszczerze. - Otóż próbowałam prze­
konać Louise, by znów zaczęła jeździć konno i zechciała mi 
towarzyszyć, ale na próżno. Jeżeli nie zdoła przemóc swo­
ich dziecinnych lęków, nie zyska opinii osoby z należytą 
ogładą. Nie uważa pani, panno Milbank? 

- Nie, wcale tak nie uważam - odparła Annis stanowczo 

zbyt ostrym tonem, łamiąc konwencję umiaru i opanowa­
nia. - Pokonywanie choćby najbardziej irracjonalnych lę­
ków nie jest rzeczą łatwą. Mogę coś o tym powiedzieć, bo 
przez całe życie nie udało mi się pozbyć strachu przed cias­
nymi, ciemnymi pomieszczeniami. Z własnego doświad­
czenia wiem, że zmuszanie ludzi, by stawili czoło swym fo­

biom, przynosi im więcej szkody niż pożytku. Jeżeli Louise 

znowu zapragnie zasiąść w siodle, jestem pewna, że znaj­
dzie się wiele życzliwych osób, które z przyjemnością jej 

w tym pomogą. A nawet jeśli nie, i tak nie ma się czego 
wstydzić. Prawdę mówiąc, wręcz przeciwnie! Może ni­

gdy nie zobaczymy jej na polowaniu, zachwyci za to gości 

w każdym salonie, jeśli się ją poprosi, by zagrała na for­

tepianie. Osobiście wolałabym uchodzić za utalentowaną 

background image

92 

w jednej tylko z tak zwanych damskich dziedzin, a nie za­

ledwie być przeciętną na każdym polu. 

Obserwując reakcję na swoją wypowiedź, Annis do­

szła do wniosku, że panna Caroline nie przywykła do te­
go, by ktoś się jej sprzeciwiał. Przez kilka sekund wyda­

wała się lekko wytrącona z równowagi, można nawet 
powiedzieć poirytowana, zaś jej bratu, mówiąc brutalnie, 
po prostu opadła szczęka. Sarah zainteresowała się nagle 
barwnym wzorem na dywanie, Louise wyraźnie się ożywi­
ła, a w oczach lorda pojawił się błysk rozbawienia, całkiem 
nie na miejscu, rzecz jasna. 

I to on właśnie przerwał zapadłą nagle ciszę, przyznając, 

że też uważa swoją młodziutką kuzynkę za bardzo uzdol­

nioną pianistkę. 

- Nie zechciałabyś sprawić nam wszystkim przyjemno­

ści, Louise, grając na urodzinowym przyjęciu naszej bab­
ki? - zaproponował, a widząc, że dziewczyna znów jakby 
przygasła, szybko dorzucił: - Ale nie czuj się zobowiązana. 
Dobrze wiemy, że babcia lubi dopatrywać się we wszyst­
kim wad, jednak reszta z nas byłaby ci bardzo wdzięczna 
za piękną muzykę. 

- Podobnie jak nasza mama, gdybyś zechciała zagrać na 

naszym przyjęciu w przyszłym tygodniu. - Caroline, jak 

widać, przełknęła już urażoną dumę. Po chwili zaś, w wi­

domy sposób wiedziona konwenansem, dodała: - Może 
i panna Milbank wyświadczyłaby nam ten zaszczyt? Oczy­

wiście o ile jeszcze będzie na miejscu - stwierdziła szybko 

na koniec. 

- Och, mogę ci obiecać, że będzie - odparł lord, uprze-

background image

93 

dzając Annis, która już miała na końcu języka uprzejmą 
odmowę. - Czy zechce jednak publicznie zademonstrować 
swój niezaprzeczalny talent pianistyczny, to już całkiem in­
na sprawa. 

Nie wiedziała, czy powinna się ucieszyć, czy ziryto­

wać. Lord był kiedyś świadkiem, jak grała na cztery ręce 

z Louise, słyszał też, jak wykonywała któryś ze swoich 
ulubionych utworów, mogła więc być pewna, że jego 
pochwały płyną ze szczerego serca. Ale jako osoba nie­
omal dwudziestoczteroletnia, od dawna przywykła sama 
stanowić o sobie, a także decydować, z kim chce spędzać 
czas. Tymczasem wicehrabia wyraźnie zamierzał uczy­
nić to za nią, gdyż mu to z jakichś przyczyn odpowiada­

ło. Nie miała jednak pojęcia, dlaczego tak bardzo chce, 
by została i wzięła udział w przyjęciu wydanym przez 
jego sąsiadów. 

Charles podniósł się z fotela. 

- Mamy nadzieję, że zaszczyci nas pani swoją obecnoś­

cią, panno Milbank - odezwał się, widząc, że jego siostra 
nie potrafi, a może nie chce powiedzieć czegoś, co tak da­
lece mijałoby się z prawdą. 

Annis była absolutnie pewna, że Caroline wolałaby jej 

już nigdy więcej nie widzieć na oczy, choć pomna manier 

zdołała wykrztusić kilka uprzejmych słów pożegnania. Wi­
cehrabia nie omieszkał oczywiście zaproponować, że od­
prowadzi gości do stajni. Był to z jego strony uprzejmy gest, 
za który Louise była mu wdzięczna, bo ledwie drzwi się za 
nimi zamknęły, dziewczyna dała upust swojej niechęci, cze­
go na pewno by nie zrobiła, gdyby lord został w salonie. 

background image

94 

- Boże, co to za kobieta! - rzuciła przez zęby, zaciska­

jąc pięści. 

- Widzę, że nie jest to twoja faworytka - zauważyła 

Annis. 

- Okropne babsko! Nie przepuści żadnej okazji, żeby mnie 

ośmieszyć, i to tylko dlatego, że przestałam jeździć konno. 

- Jestem pewna, kochanie, że nie było to jej intencją -

wtrąciła się Sarah, choć bez większego przekonania. - My­

ślę, że to raczej kwestia jej wychowania. Słyszałam, że la­
dy Fanhope była bardzo wyrozumiała dla swoich synów, 
a zwłaszcza Charlesa. Okropnie go rozpuściła, i nadal roz­
puszcza, natomiast w stosunku do Caroline była zupełnie 
inna. Zmuszała swoją jedynaczkę do nieustannych ćwiczeń, 
póki nie opanowała ona biegle wszystkich kobiecych umie­

jętności. Pilnowała też, by Caroline potrafiła zachować się 

odpowiednio w każdej sytuacji. 

Annis znowu sięgnęła po robótkę. 

- Jeżeli jest tak wykształcona, jak powiadasz, dziwię się, 

że jeszcze nie wyszła za mąż. Cokolwiek by o niej myśleć, 
trzeba przyznać, że jest nadzwyczaj urodziwa. 

- Ja zmarnowałam aż dwa sezony w Londynie, natomiast 

Caroline podczas jednego otrzymała kilka propozycji mał­
żeńskich, które jednak odrzuciła. Niestety lord Fanhope 
dokonał kilku bardzo nierozsądnych inwestycji, skutkiem 
czego, jak sądzę, stracił mnóstwo pieniędzy i mocno za­
dłużył swój majątek. Cała rodzina musiała solidnie zacis­
nąć pasa, z tej więc przyczyny, jak możesz sobie wyobrazić, 
drugi sezon dla Caroline w ogóle nie wchodził w rachubę. 

Przypuszczam jednak, że obecnie ich położenie nie jest już 

background image

95 

tak fatalne. Charles jeździ przecież eleganckim ekwipażem, 
ma też własną podróżną karetę oraz osobistego lokaja. 

- Sądzę, że Caroline nie jest głupia - powiedziała An-

nis po namyśle. - Musiała zdawać sobie sprawę, że ten se­
zon w Londynie to jej jedyna okazja, by zrobić dobrą partię. 
Czemu więc nie przyjęła oświadczyn któregoś z wielbicie­

li? Czyżby żaden z nich nie przypadł jej do gustu? - Nie 

słysząc odpowiedzi, podniosła wzrok, by się przekonać, że 
Sarah wciąż wpatruje się w ten sam fragment dywanu, któ­
ry jakiś czas temu przykuł jej uwagę. Odpowiedź była tak 
oczywista, że dziwne, iż sama na to nie wpadła. Dlaczego 

jednak w ślad za zrozumieniem pojawił się bolesny skurcz 
w piersi, tego nie potrafiła powiedzieć. - A więc panna 
Fanhope ma nadzieję na oświadczyny któregoś z dżentel­

menów z sąsiedztwa, prawda? 

Zadane cichym głosem pytanie wywołało grymas zdu­

mienia na twarzy Louise oraz lekki rumieniec na bladych 
policzkach Sarah. 

- Papa nigdy nie robił z tego tajemnicy, że taki mariaż 

byłby bardzo po jego myśli, przyjaźnił się przecież 
z lordem Fanhope'em od dziecka, jednak Deverel nigdy 
o tym ze mną nie rozmawiał, więc nie znam jego poglą­
dów w tej kwestii. Wiem tylko, że woli Caroline od jej 
brata Charlesa. 

- Z całą pewnością nie jest to wystarczający powód, by 

myśleć o małżeństwie - rzuciła sucho Annis. 

Louise otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Ależ Sarah, nie chcesz chyba powiedzieć, że kuzyn 

Deverel myśli serio, by oświadczyć się tej kobiecie? Och 

background image

96 

nie! - wykrzyknęła z przerażeniem. - Nie miałabyś po 
co żyć, gdyby Caroline Fanhope została kolejną wicehra-
biną Greythorpe! Przypomnij sobie tylko jej odwiedziny 

w ubiegłym tygodniu. Kazała ci poinstruować kucharza, 
jak ma przyrządzać jagnięcinę, krytykowała cię też za zbyt 

bezpośredni stosunek do służby. 

Usiłowania Sarah, by wziąć niemiłą sąsiadkę w obronę, 

nie trafiły Louise do przekonania. 

- Możesz sobie myśleć, że ona nadaje się na żonę wice­

hrabiego, ale ja tak nie uważam! - upierała się i nagle do 
niej dotarło, że w obecności Annis wystarcza jej odwagi, 
by głośno wypowiedzieć swoje zdanie. - Jestem pewna, że 
ledwie zostałaby panią tego domu, zaczęłaby cię traktować 
niewiele lepiej niż swoją służącą. 

To dziwne, ale Sarah także nie ukrywała swoich poglądów. 

- Nie, nie mogłaby tego zrobić. Jej obecność nie miałaby 

żadnego wpływu na moje życie, ponieważ już dawno pod­

jęłam decyzję, że gdy tylko Deverel przywiezie do domu 

żonę, od razu opuszczę Manor. Ciotka Beatrice zapropo­
nowała mi swego czasu, że mogłabym zamieszkać u niej 

w Londynie. 

Wyraz komicznego przerażenia na twarzy Louise nasu­

nął Annis podejrzenie, że rzeczona ciotka również nie cie­
szyła się jej zbyt wielką sympatią. 

Ani przez chwilę jednak nie myślała, że Sarah podziela 

opinię kuzynki o poczciwej cioci Beatrice. Bo choć pan­
na Greythorpe bywała nieraz uległa, robiła tak pewnie dla 

świętego spokoju, jednak nie miała aż tak biernego cha­
rakteru, by w swych planach życiowych kontentować się 

background image

97 

pierwszym z brzegu rozwiązaniem. I z pewnością nie roz­
ważałaby na serio możliwości zamieszkania z krewną, do 
której nie byłaby szczerze przywiązana i z którą nie mia­
łaby dobrego kontaktu. Mimo to Annis wątpiła, czy prze­
prowadzka do stolicy jest najrozsądniejszym wyjściem dla 
osoby, która zdawała się tak bardzo lubić ciche, spokojne 

wiejskie życie. 

Co więcej, chociaż Sarah skończyła już dwadzieścia 

osiem lat i dawno wyzbyła się wszelkich romantycznych 
marzeń, zdaniem Annis nie przekroczyła jeszcze granicy 

wieku, w którym zawiera się trwałe związki. I nawet jeśli 
przez wiele lat musiała być na każde zawołanie kogoś, kto 
jej nie kochał i nie doceniał jej zalet, z całą pewnością nie 
była przeciwna samej idei małżeństwa. 

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że po latach 

tak smętnej egzystencji Sarah zdawała się nie czuć nienawi­

ści do rodu męskiego. Ewidentnie uwielbiała swojego bra­
ta, widać też było, że wysoko ceni doktora Prentissa. Szko­
da, pomyślała Annis, że poczciwy doktor jest już żonaty, 
i to, jak ludzie mówią, szczęśliwie, ponieważ ktoś właśnie 
taki byłby odpowiednim człowiekiem dla Sarah. A gdzie 
najłatwiej spotkać kogoś w tym typie, jeśli nie w mieście, 
w którym mieszkała lady Pelham? Bath przyciągało niema­
łą rzeszę wdowców i dżentelmenów, którzy, nie będąc już 
pierwszej młodości, woleli egzystencję spokojniejszą od tej, 

jaką oferowała tętniąca życiem metropolia. 

- Przepraszam, że ci to mówię, Sarah, ale trudno mi so­

bie wyobrazić, by stały pobyt w stolicy mógł ci odpowiadać. 

- Annis wiedziała, że udzielając tej rady, przekracza delikat-

background image

98 

ną granicę zażyłości, czyni ją bardziej rodzinną, i zrobiła to 
całkiem świadomie. Co innego wysłuchać czyichś planów 

życiowych, co innego natomiast złożyć pewne propozy­
cje, które mogą nieco te plany skorygować, a właśnie to za­
mierzała uczynić. - Nie brałaś nigdy pod uwagę, by osiąść 

w którymś z kurortów, na przykład w Tunbridge Wells lub 
jeszcze lepiej w Bath? Myślę, że kiedy poznasz swoją siostrę 
Helen, zyskasz w niej pokrewną duszę. Nie potrafię też so­
bie wyobrazić, by można było nie lubić lady Pelham, mojej 

matki chrzestnej. Od razu zyskałabyś więc tam przyjaciół. 

Ja także poważnie rozważam myśl, by przenieść się na sta­
łe do Bath. 

Owszem, na Sarah pomysł ten zrobił pewne wrażenie, 

za to Louise przyjęła go z prawdziwym entuzjazmem: 

- Och, byłoby cudownie, gdybyście obie zamieszka­

ły w Bath! - wykrzyknęła, klaszcząc w ręce jak podekscy­
towane dziecko. - Mama chce mnie tam zawieźć w przy­
szłym roku, żeby mnie przygotować do pierwszego sezonu 

w stolicy. 

- Skoro tak, to nawet dobrze, że zostałaś zaproszona do 

Fanhope'ów w przyszłym tygodniu, co więcej, będziesz 
mogła tam zagrać, Louise. Im prędzej przyzwyczaisz się do 
demonstrowania swoich umiejętności przed większym au­
dytorium, tym swobodniej będziesz się czuła, gdy cię o to 
poproszą w Londynie - powiedziała Sarah. 

- Tak, chyba masz rację - przyznała z westchnieniem 

Louise. - Chodzi tylko o to, że nie chciałabym występo­

wać przed Caroline. Ona z pewnością będzie się starała wy­

chwycić każde najmniejsze potknięcie. 

background image

i> 

99 

- Obawiam się, że to bardzo możliwe, Louise - przyzna­

ła Annis - ale spróbuj na to spojrzeć z drugiej strony. Nie 

proszą cię o to, byś robiła coś, czego nie lubisz, na przykład 

jeździła konno, choć muszę przyznać, że Caroline w pew­

nym stopniu ma rację. Nie popieram wprawdzie jej metod, 
ale jedynym sposobem na to, byś wyzbyła się strachu, jest 
powrót na siodło. 

- Tak, chyba masz rację - zgodziła się niechętnie Louise, 

a potem nagle się rozpromieniła. - Dobrze, że i ty wybie­
rasz się na to przyjęcie. Będę przynajmniej miała kogoś, kto 
doda mi otuchy. 

Jednak Annis wcale nie uradowała ta wizja. 

- Nie mam żadnych obiekcji, jeśli chodzi o dodawanie ci 

otuchy, natomiast nie znoszę, gdy ktoś próbuje urządzać mi 
życie. - Spojrzała wymownie na Sarah. - Twój brat może 
sobie być tu panem, ale jeśli mu się wydaje, że pozwolę, by 
mną rządził, to się jeszcze musi sporo nauczyć... O czym 
z pewnością przekona się na własnej skórze przy naszym 
następnym spotkaniu. 

Sarah i Louise wymieniły pełne niepokoju spojrzenia. 

Wszyscy przecież wiedzieli, że pan na Greythorpe Manor nie 

przywykł do tego, by ktokolwiek kwestionował jego decyzje. 

background image

Rozdział szósty 

Wizyta w chatce niani Berry okazała się niezwykle przy­

jemna, dla Annis zaś również bardzo pouczająca. Między 
nią a staruszką od razu zawiązała się nić porozumienia, co 
w najmniejszym stopniu nie zdziwiłoby lorda, gdyby miał 

okazję być świadkiem ich pierwszego spotkania. Były do 
tego stopnia zaabsorbowane sobą, że Sarah bez wahania 
zdecydowała się zostawić je same i wziąwszy młodą, swa­

wolną suczkę niani na spacer, złożyła krótką wizytę na ple­

banii, gdzie Louise mogła przez kilka chwil pobyć w towa­
rzystwie najstarszej córki pastora, niemal jej rówieśnicy. 

- Panienka Marshal wydaje mi się o wiele weselsza niż 

ostatnim razem - stwierdziła niania Berry. Staruszka sie­
działa w wygodnym fotelu pod oknem, skąd obserwowa­

ła przyjścia oraz wyjścia sąsiadów. - Mimo to myślę, że 
musi się nudzić w Manor. Nawet w najlepszych czasach 
nie było to zbyt radosne miejsce, a przynajmniej przez te 
lata, kiedy tam pracowałam. Może teraz to się zmieni... 

W każdym razie powinno, odkąd nastał panicz Deverel. 

Oczywiście dużo będzie zależało od tego, z kim się oże-

background image

101 

ni, jestem jednak pewna, że wybierze sobie odpowiednią 
pannę. Młody pan dobrze wie, czego chce. On jeden śmiał 

sprzeciwić się staremu wicehrabiemu, kiedy ten wpadał 

w jeden z tych swoich ataków złego humoru, choć biedny 

chłopiec nieraz napytał sobie przez to biedy. Pamiętam, 

jakby to było wczoraj - ciągnęła, wyraźnie w nastro­
ju do wspomnień. - Stary wicehrabia, zamiast sięgnąć 

po rózgę, kazał zamknąć panicza Deverela w piwnicz­
ce za to, że mu zuchwale odpowiedział. Co za podłość 
i okrucieństwo! Tamtego grudnia było mnóstwo śniegu, 

jak kilka dni temu. Przecież chłopiec mógł się przezię­

bić na śmierć! - Jej cichy śmiech przerodził się w kaszel. 

- Szepnęłyśmy jednak słówko stajennym, a Wilks zaraz 

go wypuścił i ukrył w stodole. Nikt ze służby nie puścił 

pary z ust, nawet Dunster, choć był wtedy starszym loka­

jem i bardzo chciał awansować na majordomusa. Jednak 

starego pana, gdy po jakimś czasie domyślił się, co się 
stało, niczego to nie nauczyło. Ignorował cichy sprze­
ciw otoczenia wobec jego postępków, nie zastanawiał się 
nad ich skutkami. - Pogrążona w przeszłości, pokiwa­

ła smutno głową. - Nie rozumiał, jaki mają wpływ na 

jego dzieci. A przecież to właśnie wtedy panicz Deverel 

zaczął się zmieniać. Stał się bardziej podobny do ojca, 
zimny, zamknięty w sobie, w powszechnej opinii po pro­
stu obojętny na innych. Wcale jednak nie uważam, żeby 

naprawdę tak było. On po prostu zdał sobie sprawę, że 

jego sprzeczki z ojcem pogarszają tylko sytuację biednej 

panienki Sarah, aby więc nie denerwować starego zrzędy, 
zamknął się w sobie i starał się nie wchodzić mu w para-

background image

102 

dę. Nie sądzę jednak, by podupadł na duchu, pogrążył 
się w bierności. Może to tylko moje pobożne życzenia, 
ale wydaje mi się, że kiedy mnie ostatnio odwiedził, 
miał w oku ten sam błysk, co wtedy, kiedy był młodym 
chłopcem. To prawda, że jego matka nie okazywała zbyt 

wielkiej miłości i uczucia swoim dzieciom, ale przynaj­

mniej za jej życia można było usłyszeć śmiech w poko­

ju dziecinnym. 

- Zgadzam się z tobą, nianiu. - Opowieść staruszki 

potwierdziła tylko przypuszczenia Annis. - Metody jego 
ojca niewątpliwie odbiły się na nim negatywnie, stary 

wicehrabia nie zdołał jednak złamać charakteru syna, 

a w każdym razie szkody nie okazały się nieodwracal­

ne. Tego możesz być pewna. Lord Greythorpe, podob­
nie jak jego ojciec, ceni sobie chwile samotności, nie jest 

jednak ani oziębły, ani obojętny. Prawdę mówiąc, dale­
ko mu do tego! Co więcej, ma zaskakujące, ironiczne 

poczucie humoru, o czym wielokrotnie miałam okazję 
się przekonać, ot, choćby wczoraj, kiedy to posprzecza­
liśmy się z pewnego powodu. 

Niania Berry spojrzała na nią ze zdumieniem, ale za­

nim zdążyła coś powiedzieć, usłyszały skrobanie do drzwi, 
a potem gwałtowne ujadanie. 

Annis podniosła się, by wpuścić suczkę, która z radości 

zaczęła drapać jej suknię. 

- Patrzcie tylko! - wykrzyknęła staruszka. - Lubisz spa­

cery, prawda, Rosie? Ale coś mi mówi, że dzisiaj zerwałaś 
się ze smyczy. Pewnie nie chciała panienki zostawić, panno 

Milbank. Widać, że do pani przylgnęła! 

background image

103 

Musiały minąć ze dwie minuty, zanim podniecona psina 

usiadła przy fotelu Annis, wpatrując się w nią jak w bogi­
nię, której przyszło jej strzec. 

Annis wyciągnęła rękę i zaczęła machinalnie głaskać je­

dwabiste ucho Rosie. 

- Nianiu, wybacz, że to mówię, bo to nie moja sprawa, 

ale nie uważasz, że... że nie jesteś odpowiednią osobą dla 
tak żywego psa? Ona potrzebuje dużo ruchu, a ty przecież 
nie możesz zabierać jej na długie spacery, zwłaszcza kie­
dy jest tak zimno. Słyszałam, jak kaszlałaś, nie mówiąc już 
o skręconej kostce. 

- Oczywiście, że jestem za stara, żeby się nią zajmo­

wać. - Niania wcale nie poczuła się dotknięta. - Lecz 
słowo to słowo, a ja przysięgłam staremu Benowi Tur­

nerowi, że zaopiekuję się Rosie po jego śmierci, dopó­
ki nie znajdę kogoś bardziej odpowiedniego. Z Benem 
przyjaźniłam się od dziecka, panienko, i wiem, jak bar­
dzo był przywiązany do tej psiny. Mówił, że była najlep­
sza z całego miotu i będzie jak jej matka, która miała 
doskonały węch. - Westchnęła ciężko. - Wiedziałam, że 
lord nie chciałby wziąć Rosie. Jego łowczy trzyma dwa 
psy gończe w swoim domku, na skraju lasu. To strasz­
nie wielkie, kosmate bestie i z pewnością przy pierw­
szej okazji pożarłyby biedną Rosie na śniadanie. Stary 
Ben nie lubił też nigdy łowczego z Fanhope Hall i nie 
chciał, żeby Rosie do niego trafiła, a w pałacu nie mie­
li psa, odkąd zmarła matka wicehrabiego, więc nie było 
sensu prosić panienki Sarah, żeby ją wzięła. Zresztą ona 

raczej nie przepada za psami. Tak więc pozostał tylko 

background image

104 

pułkownik Hastie, ale jemu od dawna szwankują oczy 
i nie poluje już zbyt często, więc nawet go nie prosiłam. 

A może panienka by się zgodziła przygarnąć Rosie? 

Choć Annis była przygotowana na to pytanie, odpo­

wiedź nie przyszła jej łatwo. 

- Przykro mi, nianiu, ale nie mam warunków, żeby ją za­

brać do siebie. Gdybym miała własny dom, nie wahałabym 

się ani chwili, bo kocham psy, a Rosie to kochane stworze­
nie. Ale mieszkam z wujostwem, a moja ciotka, podobnie 

jak Sarah, nie przepada za psami. Bałabym się też puszczać 

Rosie samopas, bo mogłaby napadać na owce wuja albo 

straszyć kury i kaczki na podwórku. Ale zaraz... Już wiem! 

Przecież Helen Greythorpe strasznie lubi psy i ciągle mówi, 
że chciałaby mieć jakiegoś na własność. To prawdziwa psia 
mama... Co więcej, lady Pelham z pewnością nie będzie 
miała żadnych obiekcji. Zamierzałam dziś do nich napisać, 

więc wspomnę także o Rosie. Kto wie, może uda się znaleźć 

dobry dom dla naszej słodkiej psiny! 

Na wzmiankę o Helen Greythorpe staruszka nagle 

przestała się interesować Rosie. Do tego momentu nie 

zdawała sobie sprawy, że jej gość tak dobrze zna naj­

młodszą latorośl rodu Greythorpe'ów, teraz jednak 
zapragnęła dowiedzieć się wszystkiego, co tylko moż­
liwe, o ostatnim dziecku, które, choć na krótki czas, 
powierzono przed laty jej opiece. 

Annis z przyjemnością zaspokoiła jej ciekawość, gdyż 

widać było, iż niania Berry zachowała, miłe wspomnienia 

o Helen oraz ostatniej pani Manor, tak nieludzko potrak­
towanej przez nieżyjącego już lorda Greythorpe'a. Gdy jed-

background image

105 

nak wizyta dobiegła końca, Annis z ulgą pożegnała się ze 
staruszką, a to dlatego, że Rosie, zdecydowana nawiązać 
bliższą znajomość, wskoczyła jej na kolana i przesiedzia­
ła tak przez całą wizytę, ona zaś nie miała serca zrzucić jej 
na podłogę. 

Uczyniła to dopiero wtedy, gdy do małej, lecz przytul­

nej chatki powróciła Sarah. Potargana, w przekrzywionym 

czepku, obrzuciła psa nieżyczliwym spojrzeniem, po czym 
oznajmiła, że jeśli chcą zdążyć na lunch, powinny już wra­
cać do domu, zmuszając tym samym Annis do rozstania się 
z nową przyjaciółką. 

Sarah natomiast, która przez ostatnie pół godziny na 

próżno zaglądała za okoliczne żywopłoty, próbując znaleźć 
Kosie, nie żywiła do poczciwej psiny zbyt ciepłych uczuć. 

- Co za paskudne stworzenie! - wykrzyknęła, ledwie 

zamknęły za sobą drzwi i ruszyły wiejską drogą ku pleba­
nii w Greythorpe Magna. - Po raz ostatni w życiu zapro­
ponowałam, że wezmę ją na spacer! 

- O tak, rozumiem, że dla ciebie to bardzo irytujące za­

danie - przyznała Annis, starając się ukryć kpiący uśmie­
szek. - Zwłaszcza że po męczących i bezowocnych poszu­

kiwaniach Rosie masz przekrzywiony czepek. 

Powstrzymała się jednak od dalszych uwag i może na­

wet udałoby jej się zapomnieć o biednej Rosie, gdyby nie 
gwałtowne szczekanie, które dotarło do jej uszu, gdy stanę­
ły przed furtką ogrodu plebanii. 

- Ach, więc udało ci się ją w końcu znaleźć, Sarah - ucie­

szyła się Louise, która wybiegła im naprzeciw. 

background image

106 

Zanim spokojna zazwyczaj panna Greythorpe zdąży­

ła dać rzadki popis złego humoru, Annis szybko powie­

działa: 

- Nie martw się, Sarah, odprowadzę ją do niani Berry 

i dopilnuję, żeby została w domu. 

- Pójdę z tobą - zaproponowała Louise. - Jest coś, o co 

pilnie chciałam cię zapytać. Nami się nie przejmuj, Sarah. 

Wracaj do Manor, dogonimy cię. 

- Co takiego masz mi do powiedzenia, czego Sarah nie 

powinna słyszeć? - zapytała Annis. Nie pożałowała swej 
niewczesnej ciekawości, gdy tylko usłyszała odpowiedź. 

Spoglądając na małego pieska, który radośnie podska­

kiwał u jej kolan, nie mogła się oprzeć refleksji, że jeśli zo­

stało jej choć trochę rozumu w głowie, powinna niezwłocz-

nie wyjechać, zanim pozwoli się wciągnąć jeszcze bardziej 

w sprawy Greythorpe Manor i jego mieszkańców. Nieste­

ty wyjazd nie wchodził już w rachubę, skoro została zob­
ligowana, by przyjąć zaproszenie Fanhopeów. Jednak przy 
pierwszej nadarzającej się okazji musi jasno i wyraźnie po­

wiedzieć lordowi, że bez dwóch zdań wyjeżdża w przy­

szłym tygodniu! 

Lord Greythorpe, który przez większą część poranka 

objeżdżał konno swoje włości w towarzystwie służącego, 

niecierpliwie wyglądał chwili, gdy w miłej atmosferze bę­
dzie mógł zasiąść do lunchu w towarzystwie pań, zwłaszcza 
zaś jednej z nich! Nie mógł sobie przypomnieć, by kiedy­
kolwiek w życiu tak bardzo spieszyło mu się Z powrotem 
do Manor. Tego ranka, po przekroczeniu progu domu, wy-

background image

107 

raźnie wyczuł nieomal namacalną zmianę panującego tu 
nastroju. 

Nie, nie była to jego wyobraźnia, uznał po namyśle, wy­

chodząc z sypialni, gdzie zrzucił strój jeździecki i przebrał 
się w bardziej stosowny przyodziewek. Co takiego powie­
działa mu Caroline, gdy poprzedniego popołudnia odpro­
wadzał ją oraz tego jej brata tłuściocha do stajni? Ach tak, 
właśnie to! 

- Co za rozkosz po tylu dniach zamknięcia w czterech 

ścianach móc wreszcie wyjść na dwór i zaczerpnąć świe­
żego powietrza - stwierdziła z uśmiechem panna Fanhope. 

- Tych kilka godzin słońca dobrze wszystkim zrobiło. Na­

wet w domu powietrze wydaje się znacznie świeższe, bo 

nie trzeba już palić bez przerwy w kominkach. Nie zauwa­

żył pan żadnych zmian w Manor? Bo ja u siebie zdecydo­
wanie tak. 

Być może Caroline miała na myśli tylko powietrze 

w Manor, znacznie rzeźwiejsze niż w jej domu, bo komin­

ki w Fanhope Hall niemiłosiernie dymiły, zwłaszcza gdy 

wiał wschodni wiatr, jak w ostatnich dniach. Lord przy­

puszczał jednak, iż Caroline, tak spostrzegawcza i wyczu­
lona na wszelkie niedociągnięcia, i wzorem kochanej lady 
Fanhope zawsze gotowa doradzać innym w gospodarskich 
sprawach, musiała już od progu wyczuć aurę nadchodzą­
cych przemian. A czy je całym sercem aprobowała, czy nie, 
to już inna kwestia. 

Niespodziewane spotkanie z osobą, której obecność za­

inicjowała te przemiany, do tego stopnia zaskoczyło lor­
da, że stanął jak wryty przy wejściu do galerii portretów. 

background image

108 

Osoba owa była do tego stopnia pogrążona w kontempla­
cji podobizny jego zmarłego ojca, namalowanej wkrótce po 
odziedziczeniu przez niego szlacheckiego tytułu, że nie od 
razu go zauważyła, dzięki czemu mógł przyjrzeć jej się bar­
dziej uważnie. 

Była niewątpliwie atrakcyjna, jeśli mowa o twarzy oraz 

figurze, choć jej maniery wielu osobom mogły wydawać się 

zbyt swobodne, a kompletny brak zahamowań w wyraża­

niu opinii, a zapewne i czynach, gdyby tego wymagały oko­
liczności, był wręcz szokujący. Natomiast naturalny wdzięk, 
z jakim się nosiła, był absolutnie bez zarzutu. 

Lord nie mógł jednak zaprzeczyć, że gdyby ją ujrzał w któ­

rymś z modnych londyńskich salonów, nie zwróciłby na nią 

uwagi i z całą pewnością nie obdarzyłby szczególnymi wzglę­
dami. Prawdę mówiąc, była skrajnie odmienna od kobiet, 
które w swojej głupocie uznawał za odpowiednie dla siebie 
partnerki. Czyli te wszystkie olśniewające, wystrojone blond 
bóstwa, które, trzeba to niestety przyznać, często miały wię­
cej włosów na głowie niż rozumu, ale które obdarzone by­

ły również słodkimi usposobieniami, namiętnymi ciałami 

i kochającymi sercami. A to jedynie dowód na to, jak dalece 
był zaślepiony przez te wszystkie lata, kiedy głęboko wierzył, 
że gorąca w łożu kochanka, a w dalszej perspektywie miła 
i troskliwa matka jego dzieci, to wszystko, czego może wy­
magać od przyszłej żony. Teraz jednak zaczynał rozumieć, że 
oprócz tych niewątpliwie bezcennych zalet powinna również 
być jego przyjacielem, prawdziwą partnerką, jednym słowem 

- towarzyszką życia. 

Nagle przyłapał się na tym, że się uśmiecha. Ostatnio 

background image

109 

zdarzało mu się to coraz częściej, choć nie potrafił powie­
dzieć, dlaczego. Może zabrzmi to dziwnie, ale on, dżen­
telmen poważny i nadzwyczaj ostrożny, po tak śmiesz­
nie krótkiej znajomości zaczynał serio zastanawiać się 
nad kandydaturą panny Annis Milbank na przyszłą panią 

Greythorpe Manor. Nie było w tym żadnej kalkulacji, zwy­
czajowo wręcz koniecznej w jego sferach, gdy w grę wcho­
dziło małżeństwo, najczęściej traktowane przez obie stro­
ny jako interes. Wzajemna inklinacja, owszem, brana była 
pod uwagę, ale na szarym końcu, jako dodatek do całości. 

Otóż prawda była taka, że nadzwyczajna i szokująca 

panna Annis Milbank w najwyższym stopniu przypadła 
mu do gustu, choć charakterem tak bardzo różniła się od 
niego, nie mówiąc już o wychowaniu, które diametralnie 
kontrastowało z tym, jakie sam otrzymał. 

Musiał przyznać, że nie miałby szans natknąć się na nią 

na żadnym londyńskim przyjęciu, dlatego zawsze będzie 

wdzięczny opatrzności lub innym mocom, które kazały się 

przeciąć ich ścieżkom, i to w taki sposób, że zmuszony był 
poświęcić jej więcej uwagi, niż byłby to uczynił w normal­
nych okolicznościach. 

Jednak w obecnej sytuacji doświadczenie podpowiadało 

mu, że co do panny Milbank powinien wykazać się szcze­
gólną rozwagą, a to dlatego, iż tak różniła się od pozosta­
łych kobiet. Ta samodzielna, wręcz zuchwała panna nigdy 
nie ulegnie pochlebstwom mającym skruszyć jej opór... 

już widział to wzgardliwe prychnięcie wdzięcznych uste­

czek. .. ani nie da się skłonić do małżeństwa skuszona wizją 
szlacheckiego tytułu. Z pewnością pieniądze oraz pozycja 

background image

110 

społeczna nie miały dla niej bowiem większego znaczenia. 

Tego, że wyraźnie preferował jej towarzystwo, nie zinter­

pretowałaby jako coś więcej niż uprzejmość pana domu, 
nigdy więc nawet by jej przez myśl nie przeszło, by dopa­
trywać się w nim kandydata na męża. O nie, w jej wypadku 
normalne konkury nie wchodzą w rachubę! Będzie musiał 

jednak spróbować, i to z pełnym determinacji uporem, aż 

do skutku, bo w przeciwnym razie czeka go beznadziejna, 
niespełniona przyszłość. 

Przeczuwając, że lada moment wyostrzone zmysły pan­

ny Milbank odnotują jego obecność, ruszył wolnym kro­
kiem w jej stronę. 

- Co za miła niespodzianka, kuzynko! Jak spędziłaś dzi­

siejszy ranek? A może jesteś jeszcze zbyt nadąsana, by mieć 
ochotę na żarciki? 

- Nadąsana? - powtórzyła, odrywając wzrok od portretu. 

- Nie jestem nadąsana i nigdy nie byłam. Trzeba by czegoś 

więcej niż tylko drobnej różnicy zdań, by mnie rozgniewać. 
Kiedy jednak już zacznę się dąsać, nie będziesz miał żad­

nych wątpliwości, kuzynie, możesz mi wierzyć! 

Na te słowa lord wybuchnął głośnym śmiechem, wywo­

łując na twarzy Annis życzliwy uśmiech, po czym spojrzał 
na portret starego lorda Greythorpea. 

- Cóż takiego w moim ukochanym zmarłym ojcu przy­

kuło twoją uwagę? 

- Myślałam sobie, co za ironia losu, że dziecko, którego 

nie chciał uznać przez całe swe życie, okazało się najbar­
dziej do niego podobne. 

- Doprawdy? - zdumiał się. 

background image

111 

- Tak, nie wyobrażaj sobie jednak, że Helen jest jego ży­

wym obrazem, bo to nieprawda. Dostrzegam jednak zde­

cydowane podobieństwo w oczach i ustach, o czym sam się 
przekonasz, kiedy do was przyjedzie. - Cofnęła się o krok, 
by lepiej się przyjrzeć wiszącemu obok portretowi. - Prze­
praszam, że to mówię, ale ty jesteś bardzo podobny do te­
go tutaj młodego dżentelmena, którego imię umknęło mi 
z pamięci, chociaż Sarah musiała mi je podać, kiedy była 
uprzejma oprowadzić mnie po domu dzień po moim przy­

jeździe. 

- To przecież nikt inny jak świętej pamięci nieodżało­

wany stryj Henry, który miał zostać spadkobiercą naszego 

dziadka. Niestety, bawiąc w Oksfordzie, uwikłał się w dość 
głupią aferę, która stała się przyczyną jego przedwczesnej 

śmierci, tytuł przeszedł zaś na młodszego syna, który w ni­

czym mu nie dorównywał. 

- Czyli twojego ojca? 
- Tak. Mój ojciec bardzo cierpiał, gdyż od urodzenia po­

równywano go ze starszym bratem, a Henry był we wszyst­
kim lepszy: wyższy, przystojniejszy i po stokroć bardziej 

sympatyczny, o ile wierzyć powszechnej opinii. Moim zda­
niem to nieuniknione, że ojciec stawał się coraz bardziej 
zgorzkniały. Spełniając powszechne oczekiwania, posunął 
się nawet tak daleko, że poślubił kobietę, która miała zo­
stać żoną jego brata. Może to dziwne, ale mimo iż moi ro­
dzice nie darzyli się większym uczuciem, małżeństwo ich 
nie okazało się kompletną klęską, choć nie sposób nazwać 
go sielanką. Łatwo zrozumieć, dlaczego po przedwczes­
nej śmierci mojej matki ojciec postanowił poślubić kobietę, 

background image

112 

którą sam sobie wybrał, nietrudno też pojąć jego gorycz, 
gdy doszedł do wniosku, że jego wybranka go zdradziła. 

- Mogę mu więc współczuć, ale tylko do pewnego stop­

nia - stwierdziła Annis - bo za nic na świecie nie potrafię 
zrozumieć, dlaczego tak głęboko wierzył, że Helen nie jest 

jego dzieckiem. Może i był człowiekiem zgorzkniałym, ale 

nie słyszałam, by zarzucano mu brak inteligencji, a musiał 
przecież wiedzieć, że rude włosy występowały w rodzinie 

jego żony od wielu pokoleń. Czemu z takim uporem twier­

dził, że Helen jest dzieckiem tego malarza, choć żona przy­
sięgała mu, że to nieprawda? 

- To dla mnie prawdziwa zagadka. - Wzruszył ramio­

nami. - Nigdy nie byliśmy blisko z ojcem, więc nawet 
nie próbowałem go zrozumieć. Wiem tylko, że zawsze 
przedkładał obowiązek nad osobiste szczęście. Trze­
ba mu przyznać, że nie uchylał się od odpowiedzialno­
ści, przynajmniej tam, gdzie w grę wchodziły interesy 
rodzinne. Zostawił je przecież w jak najlepszym porząd­
ku i w doskonałej kondycji. Natomiast w sprawach 

prywatnych... - Bezradnie pokręcił głową. - Może mał­
żeństwo to nie okazało się tak wielkim sukcesem, jak to 

sobie wymarzył. W końcu moja macocha była od niego 

młodsza o ponad dwadzieścia lat, wątpię więc, by mieli 

ze sobą wiele wspólnego. Inne pokolenia, inne zaintere­
sowania, inne temperamenty i potrzeby... Być może po 

prostu skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, by 
pozbyć się kobiety, która w krótkim czasie stała się dla 
niego nikim więcej jak tylko rozkapryszoną młodą żoną. 

- Znów wzruszył ramionami. - Byłem w szkole z inter-

background image

113 

natem, więc nie wiem, co działo się w domu. Sarah musi 

wiedzieć coś więcej na ten temat. Jednak moim zdaniem 

sposób, w jaki ojciec potraktował Helen oraz jej matkę, 

wyszedł im tylko na dobre, dzięki temu bowiem Helen 

nie musiała znosić humorów człowieka, który nie tyl­
ko sam postanowił być nieszczęśliwy, ale również unie-
szczęśliwiał wszystkich wokół. Jedno, czego nie potrafię 
mu wybaczyć, Annis, to tego, jak traktował Sarah, która 
dbała o jego wygody przez te wszystkie lata. Nie mogę 
mu też zapomnieć, że mnie doprowadził niemal do tego, 
że zacząłem uważać to miejsce za więzienie, a nie za 
rodzinny dom. Muszę jednak z satysfakcją przyznać, że 
mu się nie udało. Do ciemnych kątów, pełnych przykrych 

wspomnień, po tylu latach nareszcie zaczęło docierać 

światło. Zrobię, co w mojej mocy, by Greythorpe Manor 

znów stało się miejscem równie szczęśliwym jak za cza­
sów mego dziadka. - Gdy uświadomił sobie, że para 

ślicznych szarozielonych oczu przygląda mu się bacz­
nie, a zarazem współczująco, uśmiechnął się ironicz­
nie. - Annis, musisz być czarownicą, która tajemnymi 

sztuczkami skłania człowieka, by odsłonił się przed tobą 
znacznie bardziej, niż było to jego intencją. Nie przy­

puszczam jednak, bym ci powiedział coś ponad to, czego 
się dowiedziałaś dziś rano u niani Berry. 

Niby kpił, a jednak czuł pewną urazę, co Annis bez tru­

du wychwyciła. 

- Jeżeli tak myślisz, to jesteś w błędzie. Twoja stara nia­

nia chciała dowiedzieć się czegoś o Helen, a nie rozmawiać 
o tobie. Mimo to - mówiła dalej, gdy gong obwieścił porę 

background image

114 

lunchu - chciałabym porozmawiać z tobą po południu, je­
śli tylko znajdziesz chwilę. Jest pewna ważna sprawa, którą 
powinnam z tobą przedyskutować. 

- Możesz przyjść do mnie, kiedy tylko zechcesz - odparł 

najuprzejmiej, jak potrafił. - Przez większą część popołu­
dnia będę w bibliotece. 

I tak też było. Niestety Annis najpierw postanowiła na­

pisać dwa listy, a dopiero potem pójść do lorda, by omówić 
sprawy powrotu do Leicestershire w nadchodzącym tygo­
dniu, i wtedy dowiedziała się od Dunstera, że jego lordow-
ska mość właśnie przyjmuje gościa. Wobec tego, by zająć 
się czymś, póki gość sobie nie pójdzie, postanowiła przyjąć 
zaproszenie sprzed kilku dni. 

Wczesne marcowe popołudnie było tak zdumiewająco 

ciepłe, że nawet nie wzięła płaszcza, uznając, iż wełniany 
szal zapewni jej wystarczającą ochronę podczas krótkie­
go spaceru do stajni. Gdy dotarła na miejsce, Wilks po­

witał ją z radosnym zdumieniem, które jasno wskazywało, 
że nie spodziewał się, by jego zaproszenie zostało przyjęte, 

a w każdym razie nie tak prędko. Oczywiście z miejsca był 
gotów oprowadzić ją po swoim królestwie, dzieląc się ol­

brzymią wiedzą na temat zalet każdego zwierzęcia, z wyjąt­
kiem jednego, które minął z pogardliwym prychnięciem. 

Annis z najwyższym trudem zdołała zachować powagę. 

- Chyba się nie mylę, że ten osiodłany koń nie pochodzi 

ze stajni lorda, tylko należy do jego gościa? 

- Gdyby jego lordowska mość okazał się na tyle niemą­

dry, żeby się skusić na kupno takiego wierzchowca, panien-

background image

115 

ko, wyparłbym się go, słowo daję, i zgłosiłbym się do pracy 
u pułkownika, który mieszka na drugim końcu gościńca! 

Wciąż mnie namawiał, żebym zostawił mojego pana, Bóg 

mi świadkiem, przy każdej wizycie pyta, czy nie zmieni­
łem zdania. 

- Czyli nie jest to koń pułkownika Hastiego - stwierdziła 

Annis z udaną powagą. - Oczywiście nawet nie przemknę­

ło mi przez głowę takie przypuszczenie. Mogę zatem zapy­
tać, kto jest jego właścicielem? 

- Jeden tylko człowiek w tych stronach jest na tyle głu­

pi, by wydać pieniądze na takiego łacha, a mianowicie 
pan Charles Fanhope. Współczuję jego nowemu parobko­

wi, Jackowi Fletcherowi, bo kiedy przychodzi wieczorami 
do karczmy, wszyscy się z niego śmieją. Jednak to dobry 
chłopak, więc nie bierze sobie tego do serca. Szkoda, że nie 
może znaleźć lepszej posady. W czasie wojny służył krajo­

wi w jednym z tych nowo utworzonych regimentów, więc 
świetnie umie obchodzić się z bronią. Byłby dobrym łow­

czym - dorzucił Wilks, drapiąc się po zarośniętym pod­
bródku. - Być może powinienem porozmawiać o nim 
z naszym panem, chociaż nie przypuszczam, bym wiele 

wskórał. Lord Greythorpe na pewno nie chce być oskar­
żony o to, że po tym wszystkim, co się stało, zabiera ludzi 
Fanhopeom. Prawda, panienko? 

- Pewnie tak... - Zapewne chodziło o nieudane inwesty­

cje starego lorda, o czym wspominała Sarah, Annis uzna­

ła jednak, że nie wypada wypytywać wiernego stajennego, 

zwłaszcza że nagle się stropił, jakby powiedział więcej, niż 
zamierzał. A ponieważ już wcześniej tego dnia zarzucono 

background image

116 

jej, że nakłania łudzi do niechcianych zwierzeń, zmieniła 

szybko temat i zapytała Wilksa, który z koni w tej stajni 

jest najspokojniejszy i najlepiej ułożony, by mogła na nim 
jeździć młoda i bardzo nerwowa dama. 

- Dobry Boże, panienko! Nie ma chyba panienka na my­

śli siebie?! Pani proponowałbym... 

- Chodzi mi o stosownego wierzchowca dla panny Louise. 

Wyraz zdumienia w oczach doświadczonego stajenne­

go nie był dla niej żadnym zaskoczeniem. Służący z regu­
ły wiedzieli bardzo dużo o ludziach, u których pracowali, 
zwłaszcza ci wyższego szczebla, a także ci, którzy z różnych 
przyczyn nawiązali bliższy kontakt ze swoim panem lub 

panią. Dlatego Wilks musiał znać wszystkie okoliczności 

wypadku sprzed dwóch lat, kiedy biedna Louise złamała 

obojczyk i nabawiła się panicznego strachu przed końmi. 

- Myślę, panienko, że dobrze by jej zrobiło, gdyby znów 

zaczęła jeździć na siwej klaczce panny Sarah. Panna Sarah 
rzadko teraz oddaje się tej przyjemności, a spokojniejszej 

klaczki tu nie znajdziemy. 

- A dla mnie, panie Wilks? Louise z pewnością będzie 

nalegała, bym jej towarzyszyła, inaczej nawet nie zbliży się 
do stajni, nie może więc to być zbyt rączy koń. Oczywi­
ście nie miałabym nic przeciwko temu, bo lubię prawdziwe 

galopady, lepiej jednak nie straszyć panny Louise, dlatego 

wierzchowiec nie może być płochliwy ani narowisty, tylko 

potulny jak baranek. 

- Mam takiego konia, panienko. Będzie też pewnie pa­

nience potrzebny ktoś do asysty, tak na wszelki wypadek. 
Mógłbym wyznaczyć któregoś z moich parobków, prawdę 

background image

117 

jednak mówiąc, pomyślałem o sobie. Nasz pan na pewno 

by sobie tego życzył. 

Nie potrafiła ocenić, czy to prawda, lecz oczywiście nie 

miała nic przeciwko temu, by Wilks dotrzymał im towa­
rzystwa, choć wcale nie planowała wyjeżdżać poza teren 
posiadłości, przynajmniej do czasu, aż zyska pewność, że 
nerwy nie staną się przyczyną kolejnego wypadku Louise. 
Powiedziała więc stajennemu, że w razie czego powiadomi 
go nazajutrz rano, by osiodłał konie. 

Ponieważ gość lorda wyraźnie nie miał zamiaru jeszcze 

się żegnać, ruszyła w stronę zagajnika, uznając, że na razie 
nie ma sensu wracać do domu. 

Niestety wyprawa do zagajnika także pozbawiona 

była większego sensu, bo o tak wczesnej porze roku nie 
było czego oglądać, poszła więc dalej dróżką, aż dotar­
ła do rozstajów, gdzie wybrała biegnącą u stóp pagórka' 

węższą ścieżkę, która miała ją doprowadzić z powrotem 

do dworu. 

W którymś momencie niemal podświadomie zareje­

strowała trzask łamanej gałęzi gdzieś z tyłu, w zaroślach, 
uwagę jej jednak przykuły kamienne schodki prowadzą­
ce do ziemianki wykopanej w stromym zboczu na tyłach 
dworu. 

Piwniczka! To tutaj przywleczono w dzieciństwie bied­

nego Deverela i zamknięto za karę. Nie wątpiła, że krzy­
czał przy tym i wierzgał. To prawda, że dzieciom potrzebna 

jest dyscyplina, ale to już było naprawdę godne najwyższej 

dezaprobaty okrucieństwo! Dzięki Bogu miał wokół siebie 
oddanych ludzi, którzy nie potrafili z założonymi rękami 

background image

118 

przyglądać się cierpieniom młodego panicza, które mogły 
skończyć się ciężką chorobą lub załamaniem nerwowym. 

Nic dziwnego, że silna więź połączyła lorda ze stajennym, 
który przed laty zaryzykował tak wiele, by pomóc młode­
mu panu. 

Annis zawahała się, a potem, wiedziona ciekawością, 

zeszła po schodkach, odsunęła żelazną sztabę i uniosła 

haczyk. Drzwi w pierwszej chwili stawiały opór, ale przy 

silniejszym nacisku otworzyły się. Ze środka wionął prze­

nikliwy chłód. 

Uczucie było tak nieprzyjemne, jakby weszła na lodo­

wą ścianę, mimo to ostrożnie postąpiła kilka kroczków. 
Była to próba, którą sama sobie narzuciła, by pokonać 

towarzyszące jej od dzieciństwa lęki. Zawsze bała się 
ciasnych, dusznych pomieszczeń i przypuszczała, że to 
się nigdy nie zmieni. Mogła sobie bez trudu wyobrazić, 
co przeżywał mały Deverel w tym lodowatym więzie­
niu, zanim nadszedł błogosławiony ratunek. Lodowaty 
ziąb kąsający stopy i dłonie jak wściekły pies, ciemność 
spowijająca jak całun i okrutny, maniakalny śmiech ojca, 
a potem brzęk haczyka i głuchy stukot sztaby. A teraz 
ona doświadczała tego samego, i wcale nie w jakimś sen­

nym koszmarze, tylko na jawie! 

Nagle drzwi zatrzasnęły się za jej plecami. Annis poczu­

ła, jak lodowate szpony histerii ściskają jej gardło, pozba­

wiając tchu. Mimo to zdołała wyciągnąć drżącą rękę i na-
macać ścianę pokrytą wilgotną pleśnią, następnie drzwi, 

a także - co za ulga! - zapadkę. Uniosła ją i pchnęła deski, 

pewna, że zaraz odzyska wolność. Nic takiego się jednak 

background image

119 

nie stało. To tylko drzwi się zacięły, zapewniła samą siebie. 

Trzeba je tylko mocniej popchnąć. 

W końcu kto chciałby zrobić jej tak okrutny i bezsen­

sowny żart? Komu, na Boga, mogłoby przyjść do głowy, 
by zamknąć ją w lodowatej piwniczce? Ktoś musi przecież 
usłyszeć jej wołanie. Ktoś ją na pewno słyszy... 

background image

Rozdział siódmy 

Przeraźliwy krzyk, po którym nastąpił złowieszczy 

brzęk tłuczonej porcelany, nie przeraził lorda. Hałasy 
były jednak na tyle natrętne, że zaczęły mu przeszka­
dzać, wobec czego wstał zza biurka i wyszedł do holu 
sprawdzić, co się dzieje. 

- Co u licha...? - zdumiał się, odkrywszy przyczynę za­

mieszania. 

Przy drzwiach frontowych lokaj podrywał się właśnie 

z podłogi, trzymając się za lewy pośladek, a u stóp schodów 

wśród potłuczonych skorup pokojówka, w podobnej pozy­

cji, na przemian krzyczała i zanosiła się piskliwym lamen­
tem. Dunster, który po raz pierwszy w życiu utracił swój 
niezmącony spokój, robił, co mógł, by złapać sprawcę tej 
awantury, który właśnie zderzył się ze stojakiem na kape­

lusze, tak że cała jego zawartość potoczyła się po podłodze, 
potęgując straszliwy bałagan. 

Drzwi bawialni otworzyły się, przykuwając na moment 

uwagę lorda, po czym Sarah wkroczyła do holu i wydała 
okrzyk przerażenia. 

background image

121 

- O Boże, tylko nie Rosie! - wykrzyknęła, gdy wzrok jej 

padł na stworzenie, które zakłóciło spokój tego domu. 

- Znasz tego nieszczęsnego psa, Sarah? - Lord stracił 

nagle swą zimną krew. 

- Ależ tak. Przecież to suczka niani Berry. 
- Założę się, że szuka Annis! - W ślad za Sarah z ba­

wialni wyłoniła się wyraźnie rozbawiona sytuacją Louise. 

Bardzo się do niej przywiązała. Już raz próbowała tu 

przyjść za nami. Mądra psina! Potrafiła znaleźć drogę do 

domu, w którym mieszka Annis! 

Na lordzie nie zrobiło to jednak większego wrażenia. 

Spojrzał groźnie na nieszczęsną suczkę, która prześlizgnę­
ła się pomiędzy nogami Dunstera i pomknęła po schodach, 
węsząc zawzięcie. 

- Na miłość boską, sprowadź jakąś pomoc, Dunster! -

rozkazał lord, widząc, że jego wierny sługa chce pobiec za 
nią na górę. - Nigdy nie złapiesz tego potwora. Albo nie, 
mam lepszy pomysł... Pozwólmy jej znaleźć pannę Mil-
bank, a ona niech sobie z nią sama radzi - stwierdził z po­
nurą satysfakcją. - Bo wygląda na to, że temu wściekłemu 
stworzeniu bardzo zależy na jej towarzystwie. 

Potem lord obdarzył rozhisteryzowaną pokojów­

kę spojrzeniem podobnym do tego, jakie posłał suczce, 
i osiągnął podobny skutek, bo dziewczyna poderwała się 
i popędziła do komórki pod schodami, by choć trochę 
się uspokoić. 

Na koniec wicehrabia odwrócił się do siostry. 

- A tak przy okazji, gdzie nasza kuzynka? Nie widziałem 

jej od lunchu. 

background image

122 

- My też nie - odparła Sarah.- Wspominała, że zamie­

rza napisać listy. 

- Tak, ale to było dawno temu - zauważyła Louise. - To 

. całkiem niepodobne do Annis, żeby tak długo siedzieć 

w swoim pokoju. A może źle się poczuła? 

- Za przeproszeniem, milordzie - wtrącił się Dunster -

ale panny Milbank nie ma w pokoju. Przypuszczam, że nie 

wróciła jeszcze do domu. Widziałem ją mniej więcej go­

dzinę temu. Chciała z panem porozmawiać, ale był wtedy 
u pana pan Fanhope, więc wyszła na dwór. Raczej jednak 
nie wybierała się gdzieś dalej, bo nawet nie wzięła pelery­
ny, tylko sam szal. 

Lord ruszył bez słowa na górę. To, czego się właśnie 

dowiedział, wcale mu się nie podobało. Annis była prze­

cież osobą rozsądną i na dłuższą przechadzkę nie wyszłaby 

w taką pogodę lekko ubrana. 

Idąc korytarzem, usłyszał dobiegającą z zielonej 

sypialni serię łagodnych próśb, a zaraz potem gróźb. 
Spanielka, jak widać, dostała się bez trudu do środka, 

lecz swą niezapowiedzianą wizytą wcale nie uradowała 
pokojowej, która na wszelkie sposoby próbowała wygo­
nić ją na korytarz. 

- Ty jesteś Disher, prawda? - spytał, stając w progu lord. 

- Widziałaś swoją panią w ciągu ostatniej godziny? 

- Nie, milordzie. Kiedy skończyła pisać listy, powiedziała, 

że idzie na dół, bo chciała z panem porozmawiać. - Spoj­
rzała na czworonożnego gościa, który podejrzanie zain­
teresował się dywanikiem leżącym przed drzwiami szafy, 
i nagle w jej oczach pojawił się błysk zrozumienia. - Zaraz, 

background image

123 

zaraz, czy to aby nie jest ta suczka, o której panienka An-
uis już mi wspominała? Ta, dla której miała nadzieję zna­
leźć dobry dom? 

- Wcale bym się nie zdziwił - odparł sucho lord. - Myślę, 

że najlepiej będzie niezwłocznie ją o to zapytać. Wiem też 
chyba, w jaki sposób można najłatwiej ją znaleźć. Bądź tak 
dobra i podaj mi pelerynę twojej pani. 

Disher zrobiła, o co lord prosił, a on od razu podsunął 

suczce pelerynę pod nos. Rosie obwąchała materiał, kicha­
jąc i szczekając na przemian, po czym ochoczo wybiegła za 
lordem z pokoju. 

W przeciwieństwie do siostry wicehrabia darzył psy wiel­

ką sympatią, zwłaszcza te, które towarzyszyły mu na polo­

waniach, miał też na tyle doświadczenia, by od razu ocenić, 

które zwierzę rokuje wielkie nadzieje. A mała spanielka zde­
cydowanie należała do tej kategorii. Oczywiście trzeba by ją 

jeszcze podszkolić, ale już samo to, że znalazła drogę do dwo­

ru położonego o dwie mile od domków dla służby, można 

było uznać za nie lada wyczyn. Gdy zaś byli już za drzwiami, 

jakby na potwierdzenie życzliwej opinii o swoich umiejętnoś­

ciach, suczka szybko złapała trop. 

Rosie pomknęła ścieżką w kierunku stajni. Lord, na 

szczęście dla niej, nie pozostawał daleko w tyle i dotarł 
w samą porę, by powstrzymać stajennego, który już zama-
chiwał się na nią grubym polanem. 

- W porządku, Wilks. Ona przyszła ze mną. Szukamy 

panny Milbank. Podobno tu była? 

- Tak, jaśnie panie, ale już jakiś czas temu. - Stajen­

ny przeczesał palcami siwe włosy. - O ile wiem, poszła... 

background image

124 

- Urwał, bo pies wypadł ze stajni i pomknął w kierun­

ku zagajnika. - Właśnie w tamtą stronę. Mam tam pójść 

z panem? 

Lord pokiwał głową, po czym ruszył w ślad za Rosie. 

Z każdą minutą upewniał się, że byłaby doskonałym 
psem myśliwskim. Zaraz jednak zwątpił w to, gdy zoba­

czył, jak suczka wściekle ryje pod drzwiami piwniczki. 

Pomyślał, że wyczuła zapach szczura i już chciał ją przy­

wołać, lecz zmienił zamiar i postanowił sprawdzić, co ją 

tak zainteresowało. 

Drzwi nagle ustąpiły i Annis upadła do tyłu na kamienną 

posadzkę. Nagły ból, jaki przeszył jej czaszkę, okazał się wy­

starczająco silny, by ją otrzeźwić, ale dopiero gdy znalazła się 
na świeżym powietrzu, owinięta swoją peleryną i przytulona 

do czyjejś twardej jak skała piersi, zaczęła z wolna odzyskiwać 
czucie. 

Najpierw poczuła dziwne mrowienie w palcach rąk 

i nóg, a potem palący ból dłoni oraz nadgarstków. Krzy­

wiąc się, zaryzykowała i otworzyła to oko, które nie było 

przyciśnięte do ciepłej wełnianej kurtki. Spojrzała w górę 
i zobaczyła zarys męskiego podbródka, a nad nim usta za­
ciśnięte w posępną linię. 

Dopiero wtedy na dobre oprzytomniała. 

- Co to ma znaczyć? Umiem przecież chodzić! Proszę 

mnie natychmiast puścić! - zażądała głosem schrypniętym 

od krzyków, jakimi na próżno usiłowała zwrócić na siebie 

uwagę, gdy siedziała zamknięta w lodowatej ciemnicy. 

Wciąż niosąc ją w stronę domu, lord odburknął coś, cze-

background image

125 

go nie zrozumiała, wyczuła jednak nieuprzejmy, nieustęp-
liwy ton. 

Z chwilą, gdy znaleźli się pod dachem Manor, Annis za­

niechała dalszych prób, by z nim dyskutować, mimo że wy­
raźnie zamierzał wnieść ją na górę, aż do sypialni. 

Choć od czasu, gdy była niesiona w męskich ramionach, 

minęło wiele lat, wciąż doskonale pamiętała ten epizod. 
Skręciła wtedy nogę w kostce i ojciec wziął ją na ręce, nie 
mogła sobie jednak przypomnieć, by czuła się wówczas tak 
nieswojo jak w tej chwili. Nie pamiętała suchości w ustach 
ani ucisku w piersi. Nie miała też pojęcia, skąd te rozpalo­
ne policzki, skoro nadał drżała z zimna po przymusowym 
pobycie w lodowatej piwniczce. 

Kiedy w końcu została ostrożnie położona na łóżku i te 

same silne ramiona wypuściły ją z uścisku, nie umiała po­
wiedzieć, czy jej ulżyło, czy może doznała zawodu. Nie wie­
działa też, czy ma się cieszyć, czy gniewać, gdy wbrew jej 

wyraźnemu życzeniu wezwano doktora i poddano ją cał­

kiem, jej zdaniem, zbędnym oględzinom. Co więcej, nie 

wiedziała, czy powinna z wdzięcznością przyjąć, czy raczej 
zignorować polecenie lorda, by przez resztę dnia pozosta­
ła w łóżku. Wiedziała tylko jedno - że gdy przyszedł, przy­
prowadzając z sobą jej małą wybawicielkę, wkrótce po tym, 

jak zabrano tacę z resztkami wieczornego posiłku, ogarnę­

ło ją uczucie niewysłowionej wdzięczności dla człowieka, 

który zrobił wszystko, co w jego mocy, by jak najszybciej 
doszła do siebie po tych niemiłych przeżyciach. 

- Nie dziękuj mi znowu, bo to zaczyna być nudne. - Lord 

uniósł rękę, by powstrzymać jej płynące z głębi serca wyra-

background image

126 

zy wdzięczności. - Poza tym to nie mnie powinnaś dzięko­

wać, ale twojej czworonożnej przyjaciółce. 

Annis, która świadomie unikała do tej pory kontaktu 

wzrokowego z poczciwą psiną, wreszcie na nią spojrzała, 

co Rosie natychmiast uznała za zaproszenie i wskoczyła na 

łóżko, by się ułożyć u boku swojej pani, którą tak stanow­

czo sobie wybrała na resztę życia. Pani oczywiście nie za­
protestowała, miała wszak serce. 

O tym, że Rosie jest w Manor, wiedziała od chwili, gdy 

została wypuszczona z lodowatego więzienia, ale dopiero 
od Disher dowiedziała się, że to właśnie niespodziewana 

wizyta spanielki skłoniła lorda do wszczęcia poszukiwań. 

Choć więc zdawała sobie sprawę, iż Rosie nie została powi­
tana we dworze z entuzjazmem, ani przez moment nie ża­
łowała, że jej poszczekująca przyjaciółka odważyła się prze­
kroczyć święte progi Greythorpe Manor. 

- Co mam teraz z tobą począć? - spytała, głaszcząc jej je­

dwabiste, brązowe ucho. Z tego, że powiedziała to na głos, 
zdała sobie sprawę, dopiero gdy na twarzy lorda, który za­
siadł w fotelu przy jej łóżku, pojawił się wyraz podszytego 
rezygnacją rozbawienia. - Och, nie! Nie śmiałabym ci jej 
narzucać - zapewniła pospiesznie. - Już i tak zrobiłeś dla 
niej więcej niż trzeba. Wiem też, że nie przepadasz za psa­
mi. 

- To kolejne nieporozumienie, Annis. Ja nic dla niej nie 

zrobiłem. To Wilks ją wykąpał, kucharz nakarmił, a lokaj, 
który przez nią najbardziej ucierpiał, nie tylko jej wybaczył, 
ale zabrał również na spacer. Poza tym skąd to przypusz­
czenie, że nie lubię psów? 

background image

127 

- Tak, rzeczywiście, wszystko mi się pomieszało. To Sa­

rah nie przepada za nimi. 

- Istotnie, woli koty, ale nawet ona przyznaje, że nie 

można znów oddać tej psiny do niani Berry, która, tak na 
marginesie, została już powiadomiona o miejscu jej pobytu. 

Uśmiechnął się ironicznie. - Twoja poranna wizyta u nia­

ni, moja droga kuzynko, pociągnęła za sobą pewne... że się 
lak wyrażę... reperkusje. 

- Masz na myśli moją niefortunną wyprawę do piwnicz­

ki? Tak, nie przeczę. Kiedy się dowiedziałam, że jako dziec­
ko zostałeś tam zamknięty za karę, ciekawość wzięła gó­
rę nad zdrowym rozsądkiem i postanowiłam sprawdzić na 

własnej skórze, co to za uczucie. - Wzdrygnęła się. - Mu­
siałam chyba upaść na głowę, żeby się na coś takiego od­
ważyć! 

- Przyznam, że ci się dziwię, znając twoją klaustrofobię 

stwierdził lord, a widząc jej zdumione spojrzenie, dodał: 

Sama kiedyś przyznałaś mi się do tej słabości. Nie pojmu­

ję jednak, dlaczego natychmiast nie wyszłaś z powrotem 
na dwór - dorzucił po chwili. - Czyżbyś do tego stopnia 

wpadła w panikę? 

- O czym ty mówisz, Dev?! Nie mogłam wyjść z piw­

niczki, bo drzwi zostały zaryglowane! 

Zmarszczył brwi. Czy po tym, co właśnie usłyszał, czy 

dlatego, że po raz pierwszy zwróciła się do niego po imie­
niu, trudno powiedzieć. 

- O co ci chodzi...? - mówiła dalej Annis. - Najpierw 

ktoś mnie śledził, słyszałam podejrzane szmery, potem za­

ryglował drzwi od zewnątrz i nie mogłam ich otworzyć... 

background image

128 

On śmiał się ze mnie, słyszałam taki dziwaczny cichy chi­
chot. Zaczęłam wzywać pomocy, waliłam tak mocno 

w drzwi, że pokaleczyłam sobie ręce. 

Gdyby usłyszał to od kogoś innego, nigdy by nie uwie­

rzył, że drzwi były rzeczywiście zamknięte, i złożyłby 

wszystko na karb paniki, chodziło jednak o Annis, która 

zawsze zwracała baczną uwagę na szczegóły. Teraz także 
musiało coś ją bardzo niepokoić. 

- Uważasz, że to podejrzana sprawa? Nie myśl o tym na 

razie - powiedział łagodnie. - A jutro, jeśli starczy ci odwa­
gi, wybierzemy się na miejsce tego tajemniczego zdarzenia. 
Kto wie, może uda nam się odkryć przyczynę, dla której ot­

warte drzwi nie chciały się otworzyć, przez co nie mogłaś 
wyjść z piwniczki. 

Gdy okazało się że Rosie, która parokrotnie tego dnia 

została zabrana do innej części pałacu, nie ma żadnych kło­
potów z odnalezieniem drogi do zielonej sypialni, Annis 
doszła do wniosku, że najrozsądniejszym wyjściem będzie 

pozwolić jej zostać. Tak więc suczka spędziła całkiem przy­

jemnie pierwszą noc w swoim nowym domu, zwinięta bo­
wiem w kłębek, przespała błogo aż do rana w nogach łóżka 

swojej nowej pani. 

Mimo obolałych rąk Annis także spała dość spokoj­

nie, z jednym wyjątkiem - kiedy się obudziła z wyjątko­

wo realistycznego, przykrego snu, który utwierdził ją tylko 
w przekonaniu, że drzwi do piwniczki zostały umyślnie za­

ryglowane, choćby tylko na chwilę, i że musi powrócić na­
zajutrz na miejsce przymusowego uwięzienia. 

background image

129 

- A nie mówiłam? - zwróciła się z satysfakcją do lorda, 

gdy w zimnym świetle dnia drzwi ustąpiły pod naciskiem 

jej dłoni i mogła wyjść z ciemnicy. 

Oczywiście tym razem było inaczej, wiedziała przecież, 

że lord czeka na zewnątrz, gotów w każdej chwili przyjść jej 
z pomocą. Nie zmieniało to jednak faktu, że choć po wej­

ściu do środka starannie zamknęła za sobą drzwi, zdołała 

je później bez trudu otworzyć. 

- Wiem, o czym myślisz, Dev - dodała, widząc jego 

sceptyczne spojrzenie. - To prawda, że teraz się nie 
denerwuję, bo wiem, że jesteś ze mną. Po prostu nacis­
nęłam zapadkę i wyszłam na dwór, chociaż drzwi są 
spaczone i zahaczają o kamienne płyty przy wejściu. To 
prawda, wczoraj byłam bliska paniki, nie zmienia to 

jednak faktu, że zachowałam przytomność umysłu. Nie 

miotałam się jak szalona, tylko wielokrotnie z nadzwy­

czajną starannością starałam się zrobić to samo. Musisz 

mi uwierzyć, ktoś zasunął od zewnątrz żelazną sztabę... 

Ten sam ktoś, kto szedł wcześniej za mną, kryjąc się 

w zaroślach, a potem zaryglował drzwi. Później, oczy­
wiście, musiał odsunąć zasuwę. Może gdy wyczerpana 

przestałam się dobijać, uznał, że nie warto, bym sobie 
nadal raniła ręce. - Widziała, że lord zamyślił się, jak­
by zaczynał nabierać jakichś podejrzeń, ona zaś mówi­

ła dalej: - Wiatr zerwał się długo po tym, jak weszłam 
do piwniczki, czyli to nie on zatrzasnął drzwi. Popatrz -
dorzuciła, wskazując wyraźne rysy na kamiennej posadz­
ce. - Żeby je zamknąć, potrzebna jest znacznie większa 
siła niż podmuch wiatru. 

background image

130 

Gdy spróbował zamknąć drzwi, musiał przyznać jej 

rację. Wniosek nasuwał się sam - uwięzienie Annis nie 
było dziełem przypadku lub skutkiem jej paniki. 

- Ale kto mógłby zrobić coś takiego? - Zniżył głos. - Nie 

podejrzewasz chyba kogoś ze służby? Sarah? Louise... albo 
mnie? 

- Oczywiście, że nie! - zaprzeczyła szczerze. - Nikt ze 

służby, kto ceni sobie posadę w tym domu, nie odważył-

by się na coś takiego, ryzykując wyrzucenie bez referencji. 
Odkąd wojna z Francją dobiegła końca, nie tak łatwo o do­
brą posadę, bo mnóstwo ludzi jest bez pracy. Poza tym z te­
go, co mi Sarah mówiła któregoś dnia, wywnioskowałam, 
że większość personelu jest u was od dłuższego czasu. Mu­

szą być więc zadowoleni, a ja nie zrobiłam nic, co mogło­

by to zmienić. Prawdę mówiąc, wprost przeciwnie! - Zde­

zorientowana potrząsnęła głową. - To bez sensu, zupełnie 

jak ta napaść na ciebie. Z pozoru wygląda to na sztubacki 
żart... Niestety jestem niemal pewna, że nie jest to robota 
jakiegoś złośliwego wyrostka. 

- Masz rację, ale nie wygląda to również na postępek 

osoby dorosłej. Zastanawiam się, jak daleko posunie się 
sprawca, jeżeli... 

- Może powinniśmy na razie skupić się na przyczynie 

- zaproponowała Annis. - Może, jeśli nam się poszczę­

ści, dojdziemy do tego, kto odpowiada za te akty irytu­

jącej głupoty. 

W niemym porozumieniu zawrócili i zatrzymali się do­

piero na podwórzu przed stajnią, ponieważ jednak w tym 
samym momencie pojawiła się tu również Louise, lord od-

background image

131 

łożył na później ten temat. Louise, w przeciwieństwie do 

jego rezolutnej towarzyszki, której zdanie z dnia na dzień 

coraz bardziej sobie cenił, była istotą dość nerwową i trze­
ba jej to było zaliczyć na ogromny plus, że zdecydowała 
się znów zasiąść w siodle. Dlatego uznał, że lepiej jej nie 
mówić, iż uwięzienie Annis nie było dziełem przypadku, 
a gdzieś nieopodal ktoś o spaczonym poczuciu humoru 
czai się, by zaatakować kolejną Bogu ducha winną ofiarę. 

Szczerze mówiąc, nie był zadowolony z tego, że Annis 

uparła się i nie przełożyła przejażdżki z Louise, ale ponie­

waż miała tylko podrapane ręce, do tego asystę miał za­

pewnić wierny Wilks, uznał, iż lepiej będzie, przynajmniej 
na razie, zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. 

W tej sytuacji pozostawało mu już tylko dotrzymać słowa 

danego w momencie chwilowego zmącenia umysłu, czyli do­
pilnować, by najmłodsza mieszkanka Manor nie zerwała się 
ze smyczy i nie popędziła w ślad za uwielbianą panią. Rosie 

jednak, po kilku szarpnięciach oraz hałaśliwych próbach wy­

rażenia protestu, wydawała się całkiem zadowolona, że może 
zostać z lordem. Biegła u jego boku tak bardzo rozradowana, 

że zapomniał o swoim postanowieniu, by po powrocie do do­

mu przekazać ją któremuś ze służących, i zgodził się, by do-
trzymała mu towarzystwa w jego sanktuarium. 

Gdy rezolutna psinka znalazła się w obcym otoczeniu, 

najpierw obwąchała uważnie wszystkie kąty, potem zaś 
rozlokowała się na dywaniku przed kominkiem i przele­

żałaby tam pewnie w błogim nieróbstwie aż do powrotu 
swojej pani, gdyby Dunster nie zapukał z wiadomością, że 

przyjechali panicz i panna Fanhope. 

background image

132 

Mimo silnej pokusy, by zrzucić na Sarah obowiązek za­

bawiania gości, lord postanowił jednak nie stronić od to­

warzystwa, przywołał więc Rosie do nogi, a ona, o dziwo, 

usłuchała, po czym udali się do salonu, gdzie powitały ich 
zdumione miny. 

W odpowiedzi wykrzyknął z udanym zaskoczeniem: 

- Dobry Boże! Trzy wizyty w ciągu trzech dni, Fanhope. 

To dla mnie wielki zaszczyt! 

- Przyjechaliśmy wyłącznie z mojego powodu. Mama 

dała mi świetny przepis na duszoną jagnięcinę, więc pomy­
ślałam sobie, że może Sarah chciałaby dostać odpis - wy­

jaśniła pospiesznie Caroline ze wzrokiem wbitym w czwo­

ronożne stworzenie, które odważyło się warknąć na jej 
ukochanego brata, a teraz obwąchiwało jej suknię. - My­
ślałam, że nie lubi pan psów i nie toleruje ich w domu. 

- Nie mam pojęcia, skąd ludzie czerpią te fałszywe wy­

obrażenia - odparł lord niezbyt zgodnie z prawdą, gdyż do­
skonale wiedział, skąd Caroline brała swoje. Nigdy nie pró­
bował ukrywać niechęci do rozpieszczonego, spasionego 
mopsa lady Fanhope. Pies ów rzadko ruszał się z najwy­
godniejszego fotela w salonie, budząc tym wyraźną niechęć 

lorda, ilekroć odwiedzał Fanhope Hall. - To prawda, że nie 
pozwoliłbym moim alzatczykom hasać samopas po domu, 
nie widzę jednak nic niewłaściwego w obecności tej małej 
psiny pod moim dachem. 

- To ja odziedziczyłam po ojcu niechęć do psów, nie De-

verel - wyjaśniła Sarah - ale nie mam nic przeciwko Rosie, 

zwłaszcza w obecnej sytuacji. To pies panny Milbank, jej 
najświeższy nabytek. 

background image

133 

- Czy panna Milbank nie zaszczyci nas dziś swoim towa­

rzystwem? Mam nadzieję, że nie jest niedysponowana? 

Wicehrabia przeszył Fanhopea badawczym wzrokiem. 

Czy mu się tylko zdawało, czy rzeczywiście wychwycił fał­
szywą nutę w jego niewinnym z pozoru pytaniu? 

- Pozwól, że cię uspokoję, Charles. Panna Milbank ma 

się dobrze, lecz właśnie towarzyszy pannie Marshal w kon­
nej przejażdżce. 

W przeciwieństwie do brata Caroline wydawała się bar­

dziej uradowana tą wieścią niż zaskoczona. 

- Och, to cudowna wiadomość! Cieszę się, że twoja ku­

zynka wzięła sobie wreszcie do serca moje porady i posta­
nowiła znów pojeździć konno. To jedyny sposób, by pozby­

ła się tych swoich głupich lęków. 

Lord dyskretnie uśmiechnął się do siebie. Caroline 

z pewnością miała dobre intencje, ale jeżeli wyobrażała so­
bie, że Louise mogłaby zrobić cokolwiek pod wpływem jej 
perswazji, to była w wielkim błędzie. Owszem, był ktoś, kto 
zdołał przełamać lęki jego małej kuzynki, lecz z pewnością 
nie była to panna Fanhope. 

Po wypełnieniu obowiązków pana domu i zadyspono­

waniu poczęstunku lord rozsiadł się wygodnie w fotelu 

i znad kieliszka zaczął uważnie obserwować gości, a zwłasz­
cza Caroline. 

Nigdy nie robił z tego tajemnicy, że ją podziwia, i to 

z wielu powodów. Już jako dziecko była wybitnie ładna, 
a upływający czas tego nie zmienił. Nie brakowało jej rów­
nież inteligencji i nigdy się nie bała wyrażać głośno swo­
ich poglądów, dzięki czemu odbyli wiele ożywionych, in-

background image

134 

teresującycłi dyskusji. Niestety zbyt długo przebywała pod 

wpływem głupiej, zadufanej w sobie matki, która przekaza­

ła jej niezachwiane przekonanie o własnej wyższości, skut­

kiem czego Caroline zaczęła się robić coraz bardziej zaro­

zumiała. 

Czy to ta właśnie skaza na jej charakterze, której po­

wolny rozwój od lat obserwował, sprawiła, że wbrew po­
wszechnym oczekiwaniom nie był w stanie poprosić 
Caroline o rękę? Prawdę mówiąc, nawet z tą wadą była­
by niewątpliwie idealną żoną właściciela ziemskiego. Jego 
ojciec zdecydowanie sprzyjał temu mariażowi, co jednak, 

jak przypuszczał, odniosło przeciwny skutek, podsycając 

tylko jego własny upór. Przysiągł sobie bowiem nigdy nie 

ustępować tylko po to, aby zyskać przychylność srogiego 
rodzica. Co więcej, nie zamierzał stać się zadośćuczynie­
niem za złe porady, jakich ojciec udzielił kiedyś lordowi 

Fanhopeowi, a które doprowadziły barona na skraj finan­
sowej ruiny. Tu trzeba wspomnieć, że lord Fanhope, jako 
dżentelmen o niezłomnych zasadach, nie winił nikogo in­
nego prócz siebie za chybione inwestycje. 

Pogrążony w zadumie lord zaczął machinalnie głaskać 

brązowo-biały, jedwabisty łepek, który spoczął na jego le­

wym udzie. Myślał o tym, że był taki czas, kiedy poważnie 

zastanawiał się nad ożenkiem z Caroline, jednak ten czas 
bezpowrotnie minął i im prędzej ona się o tym dowie, tym 

lepiej. Oczywiście ani przez moment nie przypuszczał, że 

wyznaniem tym złamie jej serce. Wiedział, że przy wyborze 

stosownej partii panna Fanhope nie będzie brała pod uwa­
gę czegoś równie wulgarnego jak miłość. Jej celem zawsze 

background image

135 

będą pozycja społeczna oraz obowiązek względem rodziny, 
uważała bowiem, i nie była w tym odosobniona, że roman-
tyczne uczucia należy zostawić tym, którzy mogą sobie na 
nic pozwolić. 

Mimo to długoletnia przyjaźń oraz szacunek, jakim ją 

obdarzał, nie pozwalały mu z czystym sumieniem utrzy­
mywać jej w przekonaniu, że może liczyć na jego oświad-
czyny. Wiedząc, jak się sprawy mają, będzie mogła pod­
­ąć stosowne kroki w celu znalezienia innego kandydata 
do swojej ręki. Sytuacja finansowa Fanhopeów musiała nie 
być w tej chwili aż tak zła, skoro stać ich było na kosztowne 
zachcianki Charlesa oraz jego częste wyjazdy. Czemu więc 
nie mieliby sfinansować Caroline drugiego sezonu w Lon­
dynie, zanim osiągnie wiek, w którym przestanie się liczyć 

jako kandydatka na żonę? 

Lord wrócił myślami do chwili obecnej, szybko jednak 

znudził się wymianą wzajemnych grzeczności i myśli jego 
poszybowały ku właścicielce stworzenia, które przed chwi­

lą miało czelność użyć jego uda jako poduszki. Bardzo ża­

łował, że jej tu nie ma, gdyż samą swoją obecnością ożywi­
łaby sztuczną, monotonną konwersację. 

Nagle przyłapał się na tym, że się uśmiecha, co w ostat­

nich dniach zdarzało mu się coraz częściej. Jakże szybko 
nauczył się cenić jej szczerość oraz kąśliwe poczucie hu­
moru! Jak błyskawicznie polubił tę żywiołową wymianę 
ciętych uwag w trakcie wspólnie spędzanych wieczorów. 

W żadnym razie nie pasowała do zachowujących się we­

dług obowiązującej konwencji młodych dam, które pod­
czas sezonu tłumnie wypełniały salony, paplały na tę sa-

background image

130 

mą nutę i tęsknie wypatrywały dobrego mariażu. Och nie! 
Panna Milbank była ich całkowitym zaprzeczeniem. Samo­
dzielna w działaniu, myślach i słowie, nadzwyczaj bystra 
i przenikliwa, szlachetna i nieugięta, a przy tym, gdy zacho­
dziła potrzeba, za nic mająca wszelkie konwenanse. Z całą 
pewnością życie z taką kobietą pod jednym dachem nigdy 
nie byłoby nudne! Och, gdybyż wreszcie wróciła z tej prze­

jażdżki i uwolniła go od wszechogarniającej nudy właśnie, 

która nieodmiennie go dopadała, gdy rozstawali się choć­
by na krótką chwilę. 

Na szczęście lord tkwił w błogiej nieświadomości, nie 

wiedział bowiem, że jego nadzieje nie mają szans się ziś­

cić. Na widok powozu Fanhopeów, sunącego cisową aleją 

w kierunku dworu, kuzynka Louise podjęła natychmiasto­
wą decyzję i ku zdumieniu towarzyszących jej osób zawró­

ciła wierzchowca i puściła się galopem w stronę lasu. 

- Dobra robota! - stwierdziła Annis, gdy bezpiecznie 

ukryte przed wzrokiem gości lorda znalazły się wśród 
drzew. - Oto najlepszy dowód, co można osiągnąć w krót­
kim czasie, jeśli się zapomni o strachu. 

Louise roześmiała się rozbrajająco. 

- Mając do wyboru kolejny upadek z konia albo groźbę, 

że pan Fanhope będzie znów miętosił moją rękę, wolę już 
to pierwsze. 

- Wcale ci się nie dziwię, też go nie cierpię. Muszę cię 

nauczyć, jak się rzuca lodowate spojrzenia. Uwierz mi, to 
najskuteczniejsza broń przeciwko niepożądanym zalotni­
kom, sprawdziłam to wielokrotnie. Lecz jeśli chodzi o pa-

background image

137 

na Fanhopea, to nie przypuszczam, rzecz jasna, bym kie­

dykolwiek musiała hamować jego zapędy. Chwalić Boga, 
z pewnością nie jestem w jego typie. 

Louise popatrzyła na nią uważnie. 

- Annis, czy właśnie dzięki temu, że hamowałaś 

męskie zapędy, pozostałaś niezamężna? Przyznam, że 

często się na tym zastanawiałam. Przecież w twoim wie­

ku musiałaś już otrzymać co najmniej kilka poważnych 
propozycji. 

- Co mam ci na to odpowiedzieć, paskudna dziewczy­

no! - roześmiała się, rozbawiona tym dwuznacznym kom­
plementem. - A tych propozycji wcale nie było tak dużo. 

W ostatnich latach starałam się unikać towarzystwa mło­
dych mężczyzn, by nie pomnażać zranionych serc. Pano­
wie w wieku bardziej statecznym mają, ogólnie rzecz bio­

rąc, większe życiowe doświadczenie, i nie tak łatwo padają 
ofiarą romantycznych uniesień, dlatego stanowczo preferu­

ję ich towarzystwo. 

- Czy dlatego tak lubisz przebywać z lordem? - Louise 

nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo zbiła Annis z tropu 
lą niewinną uwagą. - Bo on wyraźnie lubi, gdy jesteście 
razem. Sarah mówi, że jej brat, zazwyczaj w towarzystwie 
kobiet znudzony i konwencjonalnie uprzejmy, przy tobie 
odpręża się, nabiera wigoru i błyszczy humorem. 

Czy to prawda? - zastanawiała się Annis. I skąd to 

poczucie satysfakcji na myśl o tym, że to możliwe? To 
prawda, po krótkim okresie nieufności zrodziła się mię­
dzy nimi przyjaźń, a zważywszy na to, że oboje byli 
z natury ostrożni, tempo, w jakim się rozwijała, było 

background image

138 

wręcz zaskakujące. Co więcej, sugestia, że od jej niefor­

tunnej wyprawy do piwniczki ich relacje przeniosły się 
na nieco bardziej intymną płaszczyznę, nie była wcale 
aż tak absurdalna. 

Przez kilka następnych chwil Annis doznawała tych sa­

mych dziwnych sensacji co poprzedniego dnia, gdy nios­
ły ją do domu silne męskie ramiona. Potem jednak rozsą­
dek wziął górę i nakazał uciąć wszelkie dalsze spekulacje 
na temat jej osoby oraz wicehrabiego Greythorpea, zanim 
staną się źródłem żenujących nieporozumień między nimi, 
niszcząc to, co uważała za cudowną i naturalną przyjaźń ze 
szlachetnym dżentelmenem. 

- Tak, masz rację, Louise. Bardzo lubię towarzystwo lor­

da i nie potrafię sobie nawet wyobrazić, by można go by­
ło nie lubić - wyznała szczerze. - To człowiek wrażliwy 
i w gruncie rzeczy całkiem sympatyczny, ale proszę cię, nie 

wyobrażaj sobie, że nasza przyjaźń to coś więcej. Musia­

łabym chyba być idiotką, żeby myśleć o jego lordowskiej 
mości jako o ewentualnym wielbicielu, on nigdy nie do­
strzeże we mnie stosownej kandydatki na żonę. - Oczy­

wiście chciałaby wierzyć, że to nieprawda, była jednak na 

to zbyt dużą realistką. - Bo choć jestem córką dżentelme-
na i pochodzę z dobrej rodziny, nie należę do sfery lorda 
Greythorpea. 

Louise wydawała się przez chwilę zdumiona i zawie­

dziona, a potem, spoglądając na pałac, rzuciła z żalem: 

- A niech to! Fanhope'owie jeszcze tam siedzą. 

Wiedząc, że Caroline nigdy nie zostałaby z wizytą dłu­

żej, niż to było przyjęte, Annis powiodła wzrokiem w ślad 

background image

139 

za spojrzeniem dziewczyny. Na podjeździe przed domem 
zobaczyła zgrabny powozik. 

- Ależ to nie jest powóz na wysokich resorach! To dwu-

kółka. Nie wiem, kto nią przyjechał, ale na pewno nie 
Charles Fanhope. 

Mrużąc oczy, Louise raz jeszcze przyjrzała się powozowi, 

tym razem uważniej. 

- To przecież kochany Tom, mój brat! - pisnęła radośnie 

i po raz drugi tego dnia puściła się galopem. 

background image

Rozdział ósmy 

Thomas Marshal, podobnie jak wicehrabia, doczekał 

się szybkiej oceny ze strony Annis, która polubiła go od 

pierwszego wejrzenia. Bezpośredni styl bycia oraz chłopię­
cy wdzięk wydały jej się odświeżającą odmianą po wystu­
diowanej grzeczności, jaka cechowała większość młodzień­
ców w jego wieku i z jego sfery. 

Z przyjemnością przekonała się też, że darzy młodszą 

siostrę szczerym i w pełni odwzajemnionym uczuciem. 

Większość czasu spędzał na pogwarkach z Louise lub to­

warzyszył jej podczas konnych przejażdżek. Jednak już po 

krótkim czasie Annis doszła do wniosku, że coś jest nie tak 
z tym sympatycznym młodzieńcem, który od rana do wie­
czora wręcz tryskał humorem. Tak wyśmienitym, że posta­
nowiła przyjrzeć mu się bliżej i parokrotnie przyłapała go 
na tym, jak zasępiony wpatrywał się tępo w ścianę, gdy są­
dził, że nikt go nie widzi. W takich chwilach ten przystojny 
dwudziestojednoletni mężczyzna przemieniał się w stra­
pionego chłopca, który nie wie, jak poradzić sobie z prze­
rastającymi go problemami. 

background image

141 

Annis lubiła jego towarzystwo, nie zamierzała jednak 

angażować się w sprawy, które ani jej nie dotyczą, ani na­
wet nie ma o nich bladego pojęcia. Bo cóż w końcu mog­
ła wiedzieć o problemach młodych nieżonatych dżentel­
menów? Absolutnie nic, i szczęśliwie żyłaby sobie w stanie 
błogiej nieświadomości aż do końca pobytu Toma w Ma-
nor, gdyby nie wszedł do biblioteki tego właśnie ranka, kie­
dy siedziała tam sama i pisała list do wujostwa. 

- Jeżeli szukasz twojego kuzyna, to masz pecha - poin­

formowała go, przybierając swobodny ton starszej siostry, 

jakim zwykła zwracać się do niego od początku ich znajo­

mości. - Deverel pojechał do miasta, ale ma zamiar wrócić 
przed lunchem. 

- Och, nie szkodzi, to nic ważnego - zapewnił pospiesznie. 

Annis pewnie by mu uwierzyła, gdyby go wcześniej nie 

widziała w stanie skrajnego przygnębienia. 

- Na pewno? - Uniosła brwi. 

Tom zawahał się. Chłopięcy uśmiech znikł z jego twarzy. 

- Tak, na pewno. Czemu... czemu sądzisz, że mogłoby 

być inaczej? 

Ostatni czas, by wzruszyć lekceważąco ramionami, 

pomyślała, Annis. Zdrowy rozsądek nakazywał przyjąć 

jego słowa za dobrą monetę, nie domagając się dalszych 
wyjaśnień. 

Czy nie napisała właśnie do wujostwa, że choć nie po-

trafi powiedzieć dokładnie, kiedy wróci do Leicestershire, 
mogą się jej spodziewać w niedalekiej przyszłości? Poza 
tym nie po to tu przecież przyjechała, by pomagać róż­
nym osobom z kręgu Greythorpe'ów w rozwiązywaniu ich 

background image

142 

problemów. Problemy te nie mogą też w żadnym wypad­
ku stać się dla niej pretekstem do przedłużenia pobytu. Im 
prędzej zacznie więc myśleć o wyjeździe, tym lepiej! 

Lecz choć wszystko ostrzegało ją przed mieszaniem się 

w cudze sprawy, wiedziona jakimś przemożnym impulsem 
powiedziała: 

- Bo czuję, że z tobą coś nie w porządku, Thomasie. 

Czymś się dręczysz... Może chodzi o kobietę albo... 

- A niech to, Annis! - przerwał jej, szarpiąc krawat, jak­

by nagle zaczął się dusić. - To nic z tych rzeczy! Aż tak głu­
pi to ja nie jestem! 

- Wobec tego masz pustkę w kieszeni - stwierdziła rze­

czowym tonem, jakim potrafiła zaskoczyć nawet samego 

lorda, a którym już na początku znajomości podbiła ser­

ce Toma. 

- Świetna kobieta z tej Annis Milbank - zwierzył się sio­

strze wkrótce po przyjeździe do Manor, co Louise uznała 
za najwyższą pochwałę. - W jej towarzystwie człowiek nie 

musi wciąż zważać na swoje maniery, za to może szczerze 
podyskutować o tym i owym. Dlatego czuję się z nią tak 
dobrze. 

Teraz zaś stał przed tą nadzwyczajną panną, która do 

swego celnego spostrzeżenia dodała radę: 

- Sądzę, że Dev bez większego trudu będzie w stanie ci 

pomóc. 

Ledwie skończyła mówić, uświadomiła sobie, że nie jest 

to stosowna porada, gdyż myśl, że miałby się zwrócić do 

wicehrabiego, zdawała się napawać Toma niewysłowioną 

trwogą. 

background image

143 

- Daj spokój, Annis! Nie mogę przecież prosić wicehra­

biego, żeby za mnie poręczył. To Greythorpe Manor, nie 
Marshal Hall. A poza wszystkim on... on... Po prostu nie 

wypada i tyle! 

-Naprawdę? - zapytała ze zdumieniem Annis. - To 

dziwne! Gdyby był moim bliskim krewnym, byłby pierw­
szą osobą, do której bym się zwróciła w razie jakichkolwiek 
kłopotów. 

- O to właśnie chodzi! - wybuchnął Tom. - To nie są ja­

kieś tam kłopoty. Zgrałem się do nitki. Popadłem w strasz­
ne długi! 

Annis nie miała zbyt wielkiego doświadczenia w postę­

powaniu z młodzieńcami, którzy znaleźli się w tarapatach, 

jako że los nie pobłogosławił jej młodszymi braćmi, wie­

działa jednak przynajmniej tyle, że na nic się nie zda wy­
głaszanie kazań na temat szkodliwości hazardu. Jej ojciec, 
którego rady oraz opinie wysoce sobie ceniła, twierdził, że 
trudno znaleźć mężczyznę, który od czasu do czasu nie ule­
gałby tej słabości. Oczywiście rozsądny gracz, bez względu 
na to, czy wygrywa, czy przegrywa, wie, kiedy należy prze­
rwać, i nigdy nie ryzykuje ponad stan. Dżentelmen godny 
swego szlachectwa zawsze traktuje zobowiązania wynikłe 

hazardu jako honorowe i reguluje je bez zwłoki, nawet 

jeśli oznacza to niezapłacone rachunki u krawca. 

- Nie zdołasz wyrównać długu na czas? - zapytała łagod­

nie, choć znała odpowiedź. 

- Mówiąc między nami, Annis, dlatego tu przyjechałem. 

Chciałem poprosić o trochę więcej czasu. Napisałem, oczy­
wiście, do ojca, ale Bóg jeden wie, ile to jeszcze potrwa, za-

background image

144 

nim mój list do niego dotrze. Podróżują z mamą po Italii 
i nie ustalili sztywnej trasy, więc mogą być w różnych miej­
scach. Tak czy inaczej, w tej chwili nie ma to już większe­
go znaczenia. Muszę zebrać potrzebną sumę do końca te­
go miesiąca. 

Dla Annis zabrzmiało to tak, jakby dostał ultimatum już 

po przyjeździe do Manor. Zasępiła się. 

- U kogo masz długi, Tom? 
- U Charlesa Fanhope'a. 
- Przecież on nie mieszka już w Oksfordzie, prawda? 
- Wyjechał ze dwa lata temu, ale nadal ma tam dom... 

To znaczy na spółkę z przyjacielem, który rezyduje w nim 

ze swoją matką. Na zewnątrz wszystko wygląda bardzo 
przyzwoicie, ot, małe karciane przyjęcia dla wybrańców, 

ale pozostałe pokoje służą całkiem innym celom. - Oblał 
się rumieńcem. 

Annis przypomniała sobie opowieści dziadka, w mło­

dości hulaki i szaławiły, dżentelmena o wielkim życiowym 
doświadczeniu, który zwykł pogadywać z nią bardziej 
szczerze, niż było to przyjęte, szczególnie gdy rozmówczy­
nią była młoda niewinna panienka. 

- Aha, teraz już rozumiem - mruknęła. - Nielegalny 

dom gier. - I zapewne schadzek, dodała w duchu. - Słysza­
łam o takich miejscach. - Usadowiła się wygodniej w ele­
ganckim skórzanym fotelu, rada, że udało jej się zaspokoić 
ciekawość. - No, no, no! A więc to stąd Charles Fanhope 
czerpie środki na swoje kosztowne zachcianki. Muszę wy­
znać, że często się nad tym zastanawiałam. 

- Wprost trudno uwierzyć, jakie ma szczęście w kar-

background image

145 

tach. Zupełnie jakby diabła miał na usługi! - rzucił ze złoś­
cią Tom. - Nie mogę jednak winić nikogo oprócz siebie 
za swoje kłopoty. Wygrywałem zawsze tylko drobne sumy, 
a przegrywałem wielkie, aż nagle okazało się, że po uszy 
tkwię w długach... 

Gdy zawstydzony niepewnym głosem wymienił kon­

kretną sumę, Annis osłupiała, zrobiła jednak wszystko, by 
nie okazać nie tylko przerażenia czy konsternacji, ale nawet 
cienia dezaprobaty. W końcu jako osoba prawie obca nie 
miała żadnego tytułu do prawienia mu kazań. Biedak dość 
się ich jeszcze nasłucha od rodziców, gdy prędzej czy póź­
niej prawda wyjdzie na jaw. 

- Co więc zamierzasz, Tom? Masz jakiś pomysł, jak ze­

brać te pieniądze? 

- Jest tylko jedna taka osoba w mojej rodzinie, do której 

mógłbym się zwrócić. To mój stryjeczny dziadek, Cedric. Na­
zwałby mnie pewnie patentowanym osłem, ale nie ciosałby 
kołków na głowie. Kłopot polega na tym, że bawi obecnie 

w Irlandii z wizytą u przyjaciół, więc to jeszcze musi trochę 

potrwać, zanim uda mi się z nim skontaktować, a Fanhope, 

jak już mówiłem, chce spłaty długu do końca miesiąca. Nie 

mogę zresztą mieć o to do niego pretensji, już i tak dał mi 

aż nazbyt wiele czasu na zebranie gotówki... Dlatego przy­
szedłem tu, by powiedzieć Greythorpeowi, że pilne intere­
sy wzywają mnie do miasta i muszę niezwłocznie wyjechać 
do stolicy Wiem, że Louise będzie strasznie rozczarowana, 

bo obiecałem jej być na jutrzejszym przyjęciu u Fanhope'ów, 
ale czy mam inne wyjście, Annis? Muszę zebrać te pieniądze 

i jest tylko jeden sposób, by to osiągnąć. 

background image

146 

Aż pobladła ze zdenerwowania, wiedziała bowiem, co 

to za sposób. 

- Zamierzasz oddać się w łapy jakiegoś pokątnego li­

chwiarza?! - Nie czekając na odpowiedź, wykrzyknęła: -
Och nie, Tom! Nie! Nie wolno ci tego zrobić! Nigdy! Jeśli 
raz wpadniesz w ich sidła, nigdy cię nie wypuszczą ze swo­
ich szponów! 

- Wiem... - Ukrył twarz w dłoniach. - Nie mam jednak 

wyboru. Nie będę chodził i błagał mojej rodziny oraz przy­
jaciół. Po prostu nie będę! Skoro sam nawarzyłem sobie pi­
wa, muszę je teraz wypić. 

W jednej chwili podjęła decyzję. 

- No cóż, skoro absolutnie nie chcesz poprosić lorda 

o pomoc, choć uważam, że powinieneś, pozostaje ci jesz­
cze jedno wyjście... Ja pożyczę ci te pieniądze. 

Tom w pierwszej chwili nie zareagował na tę wielko­

duszną ofertę, a potem uniósł wolno głowę. 

-Ty, Annis... ale...? - Sprawiał wrażenie, jakby miał 

trudności ze zrozumieniem jej słów. - Dysponujesz taki­
mi pieniędzmi? 

- Oczywiście, że tak! - odparła. - Przecież gdyby tak nie 

było, nie proponowałabym ci pożyczki. 

- Wielkie nieba! Nigdy bym nie pomyślał... to znaczy... 

ani przez chwilę nie przypuszczałem, że ty... Dobry Boże! 

- No właśnie! - odparła szybko, licząc na to, że Tom od­

zyska przytomność umysłu i będzie znów w stanie wypo­

wiadać się w sposób bardziej zrozumiały. 

Choć tak się rzeczywiście stało, okazało się jednak, że 

siedzący naprzeciw niej młody dżentelmen, którego mina 

background image

147 

w ciągu kilku sekund ze zrozpaczonej zmieniła się w roz­

radowaną, ma nadmierne poczucie niezależności oraz fał­
szywie pojmuje rycerski honor. 

Popatrzył na nią z żalem, potrząsnął głową. 

- To miło z twojej strony, Annis. Szczerze mówiąc, nawet 

bardzo miło! Nie mogę jednak w tak skandaliczny sposób 

wykorzystywać kogoś, kogo znam tak krótko. A zwłaszcza 
kobiety! 

- Mój drogi Thomasie, jeżeli sobie choć przez chwilę 

wyobrażałeś, że zamierzam zwrócić się do swoich bankie­

rów, by wystawili ci weksel, to jesteś w błędzie. - Widząc, 

że zaczyna jej słuchać uważniej, uśmiechnęła się, po czym 
mówiła dalej: - Nigdy w życiu. Proponuję ci pożyczkę na 
umiarkowany procent oraz ściśle określony czas. Załatwię 
to przez mojego finansistę w Leicestershire. Skontaktu­

ję się z nim natychmiast po powrocie do Shires i polecę 

mu przygotować umowę, która będzie do przyjęcia dla nas 
obojga. Wszystko, czego od ciebie potrzebuję, to twojego 
dokładnego adresu w Oksfordzie, ty zaś do końca pobytu 

w Manor masz już tylko zadbać o to, żeby twoja siostra do­

brze się bawiła. 

Tego samego przedpołudnia, tylko nieco później, 

Annis natknęła się na wicehrabiego w galerii obra­

zów. Stał wpatrzony w ten sam portret starego lorda 
Greythorpea, który przed paroma dniami przykuł jej 
uwagę. Z wyrazu jego zamyślonej twarzy raczej trud­
no było odgadnąć, co działo się w jego głowie. Łatwiej 
natomiast można było wskazać kierunek, w jakim zmie-

background image

148 

rzał, gdyż miał na sobie strój do konnej jazdy. Zapew­
ne zatrzymał się tylko na moment w drodze do swoich 
prywatnych apartamentów w zachodnim skrzydle, gdzie 
zamierzał przebrać się przed lunchem. 

Był tak zajęty kontemplacją portretu zmarłego ojca, że 

nie zauważył Annis, która postanowiła wykorzystać okazję, 
by lepiej mu się przyjrzeć. 

O tym, że nie jest w klasycznym sensie przystojny, zde­

cydowała już wtedy, kiedy go po raz pierwszy zobaczy­

ła, i nawet coraz większy szacunek, jakim go darzyła, nie 
wpłynął na zmianę tej opinii. 

W najlepszym wypadku można by go nazwać męskim 

lub pociągającym, bezdyskusyjny jednak pozostawał fakt, 
iż natura pobłogosławiła go znakomitą sylwetką, co uwy­
puklał jeszcze jego strój. Szewcowi trudno byłoby znaleźć 
parę bardziej muskularnych nóg, na których mógłby zade­
monstrować swoje wyroby, każdy zaś mistrz krawiecki był­
by dumny, mogąc oglądać owoce swojej pracy udrapowane 

na tak okazałych ramionach. Podchodząc bliżej, Annis po­
myślała, że kobieta, na której wicehrabia Greythorpe już na 
pierwszy rzut oka nie zrobiłby wrażenia, musiałaby mieć 
bardzo słaby wzrok albo nie być przy zdrowych zmysłach. 

- Och, Annis, moja droga! - wykrzyknął na jej widok. 

- Jak to dobrze, że cię widzę! - Wyjął zza klapy list, któ­

ry odebrał tego ranka na poczcie. - Oto dowód, że notuję 

w pamięci to, co mówisz - dorzucił, wręczając jej kopertę, 

niewątpliwie zaadresowaną eleganckim pismem lady Pel-
ham. - Jak widzisz, wybrałem się w interesach do miasta 
dzisiaj, a nie, zgodnie ze swoim zwyczajem, we wtorek. 

background image

149 

- Sądząc po twoim radosnym humorze, nie było już żad­

nych dalszych zamachów na twoje zacne życie. 

- Nie wiem, czy aż tak zacne, ale nie było. - Nagle spo­

ważniał. - Wyznam ci, że po tamtym incydencie coś się 
zmieniło. Tak wiele razy pokonywałem tę drogę, czując się, 

jakbym przemierzał własne włości, wszak to moje rodzin­

ne strony, lecz dzisiaj czujnie rozglądałem się wokół, wy­
patrując podstępnego wroga. Cały czas też zachodziłem 

w głowę, co ja takiego mogłem zrobić, by wzbudzić w kimś 

nienawiść tak wielką, że aż gotów jest dybać na moje ży­

cie. Nic takiego nie przychodzi mi jednak do głowy, Annis, 
mój drogi aniele. 

Wpatrzona w portret tuż przed sobą, udała, że nie słyszy 

tych czułych słówek. 

- Nie możesz jednak powiedzieć tego samego o swoim 

ojcu, prawda? Musiałeś przecież zadać sobie to pytanie. No 

wiesz, grzechy ojców... 

- Owszem, brałem pod uwagę taką ewentualność. Rzecz 

w tym, że w miarę upływu lat coraz bardziej oddalaliśmy 

się od siebie, aż wreszcie staliśmy się sobie całkiem obcy, 
prawie nic więc nie wiem o jego życiu prócz tego, że miał 
niewielu przyjaciół i że z wiekiem stał się zgorzkniałym, cy­
nicznym odludkiem. Muszę jednak dodać na jego obronę, 
że nigdy nie słyszałem o niczym, co mogłoby go skompro­
mitować. No, z jednym wyjątkiem... Można mu bowiem, 
mając ku temu podstawy, zarzucić, że udzielił komuś złej 
porady. - Mówiąc to, czuł na sobie wzrok Annis. - Nie da 
się ukryć, że mój ojciec miał wiele wad, lecz jeśli chodzi 
o wyczucie w interesach, był najlepszy. Prawdziwy król Mi-

background image

150 

das, czegokolwiek tknął, zamieniało się w złoto. Ciułanie 
drobnej fortuny przy karcianym stoliku nigdy go nie inte­
resowało, ale podejmowanie wielkich, ryzykownych inwe­
stycji, zdecydowanie tak. Zrozumiałe, że jego nieomylność 

w interesach zyskała mu powszechne uznanie i ludzie sta­
rali się zabiegać o jego porady. O ile mi jednak wiadomo, 

odmawiał konsultacji nawet członkom najbliższej rodziny, 
choć nie zawsze udawało mu się wymigać, jednak po pew­
nym zdarzeniu zaczął unikać tego jak ognia. Rada, której 
udzielił, okazała się nietrafna. Jestem gotów dać za to gło­

wę, że działał w dobrej wierze. Po pierwsze nigdy by się nie 

posunął do celowo złych sugestii, a po wtóre doradzał na­
szemu najbliższemu sąsiadowi. Lord Fanhope, jak wielu in­
nych, uwierzył bezkrytycznie w nieomylność ojca i popeł­
nił ten błąd, iż zaciągnął olbrzymią pożyczkę w nadziei, że 
inwestycja szybko się zwróci. Warto dodać, że ojciec także 
chciał zainwestować w to przedsięwzięcie, jednak znacz­
nie mniej i własne fundusze, nie zaś oprocentowany kre­
dyt. A reszta to już zrządzenie losu. Otóż kilka dni przed 
podpisaniem papierów ojciec dowiedział się, że jego przy­

jaciel z uniwersytetu trafił do więzienia za długi. - Lord 

uśmiechnął się gorzko. - Choć może to zabrzmi dziwnie, 
ale mój ojciec bywał czasami zdolny do altruistycznych ge­
stów, przynajmniej w tych wcześniejszych latach, zanim 
stał się skwaśniałym do cna malkontentem. Pieniądze, któ­
re zamierzał zainwestować wraz z Fanhope'em, poszły za­
tem na spłatę długów przyjaciela. Jegomość ów pięknie się 

później odpłacił człowiekowi, któremu zawdzięczał zwol­
nienie z więzienia. Wyjechał po prostu za granicę bez słowa 

background image

151 

podziękowania, nie podając żadnego adresu, była to więc 
ze wszech miar fatalna inwestycja. Lordowi Fanhope'owi 
także się nie powiodło. Przedsiębiorstwo okrętowe, które 
miało zapewnić szybki zwrot zainwestowanego kapitału, 

wkrótce upadło, a on stracił wszystko, co do grosza. Dzie­

sięć lat później, gdy nadal cierpiał wskutek tej chybionej in­
westycji i wraz z całą rodziną zaciskał pasa, w Greythorpe 
Manor pojawił się posłaniec od owego dżentelmena, który 
po wyjściu z więzienia dla dłużników zapadł się pod ziemię. 

Człowiek ten przekazał memu ojcu kilka sztuk wspaniałej 

biżuterii, stanowiącej obecnie ozdobę rodzinnego skarbca, 

a także list bankowy na sumę przekraczającą wielokrotnie 

tę, jaką mój ojciec wyłożył przed laty. Były dłużnik, jak się 
okazało, wyjechał do południowej Afryki, gdzie szczęśli­

wym zrządzeniem losu natrafił na kopalnię szmaragdów 

i bardzo się wzbogacił. To chyba jednak nie do końca fair, 

że jeden człowiek traci prawie wszystko na skutek czegoś, 
co w swoim czasie wydawało się nadzwyczaj zyskowną in­
westycją, drugi zaś zgarnia krocie za to, co początkowo wy­
glądało na finansową katastrofę. 

- Nie byłoby dziwne, gdyby lord Fanhope miał preten­

sje - stwierdziła Annis. - Jeżeli jednak winą za swoje nie­
dostatki obarczał twojego ojca, to czekał bardzo długo, by 
się zemścić. 

- No właśnie! Ja zaś ani przez chwilę nie podejrzewa­

łem, by właśnie on stał za tym, co mnie spotkało. Nigdy 
nie okazywał najmniejszej wrogości ani mnie, ani nikomu 
z naszej rodziny. Wprost przeciwnie, zawsze mu zależało 
na bliskich kontaktach naszych rodzin i zachęcał nas, by-

background image

152 

śmy z Sarah, jako dzieci, bywali jak najczęściej w Hall. Co 

więcej, pozostał jedną z nielicznych osób do końca mile 
widzianych przez mego ojca. Historię tę opowiedziałem ci 

przede wszystkim dlatego, żeby pokazać, jak trudno będzie 
zidentyfikować sprawcę. Pierwszy gotów jestem potwier­
dzić, że ojciec mój nie był lubiany i miał niewielu przyja­
ciół, nie czynił jednak nic szczególnego, by narobić sobie 

wrogów. Sądzę więc, że możemy wykluczyć zemstę za winy 

ojca jako ewentualny motyw napaści na moją osobę. 

- Zgodziliśmy się też, że nie był to napad rabunkowy. 
- Nic więc już nam nie pozostaje. 
- Pozostaje poważne podejrzenie, że to ja stałam się nie­

przewidzianym czynnikiem, który pomieszał napastniko­

wi szyki. 

- Ty? Nie rozumiem... 
- Zimą po tej drodze prawie nikt nie jeździ, prawda? 
- Jeden czy dwa pojazdy z okolicznych dworów, czasami 

jakiś konny, nieraz przez całe dnie nikt. 

- Tak więc napastnik mógł bez trudu zaplanować, by na 

pustej drodze znalazła cię konkretna osoba. Niestety poja­

wiłam się ja, ktoś nie z tych stron, kto nigdy dotąd tu nie 

był, i wszystko legło w gruzach. 

- A twoje uwięzienie w piwniczce miało być drobną ze­

mstą za pokrzyżowanie planów? - Zmarszczył brwi w za­
myśleniu, po czym wolnym krokiem ruszył w stronę apar­
tamentów w zachodnim skrzydle. 

- To sugestia, nad którą z całą pewnością warto się za­

stanowić - przyznała Annis, bez namysłu ruszając w ślad 
za nim. - Ma ona jednak jeden słaby punkt. Kto mógł wie-

background image

153 

dzieć, że mam zamiar zajrzeć do piwniczki tego ranka, sko­
ro sama tego nie wiedziałam? Była to spontaniczna decyzja, 
podobnie jak moja wizyta w stajni. No tak... Albo ktoś śle­

dził wszystkie moje kroki, odkąd przyjechałam do Manor, 
czekając na stosowną okazję, w co mocno wątpię, bo służ­

ba z pewnością musiałaby zauważyć, gdyby ktoś podejrza­
ny kręcił się po posiadłości, albo oba te incydenty nie mają 
ze sobą nic wspólnego. 

- Być może był to ktoś, kogo obecność na tym terenie 

nie wzbudziłaby żadnych podejrzeń, to znaczy ktoś spo­

śród domowników lub służby. 

- Nie wierzę, byś w ogóle brał pod uwagę taką ewentu­

alność - odparła bez wahania. - Podobnie zresztą jak ja. 
Bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta wersja, że to jed­
nak silny podmuch wiatru zatrzasnął drzwi piwniczki, a ja 

w panice nie byłam w stanie się uwolnić. 

- Nie wierzę, Annis, to do ciebie niepo...- Nagle palnął 

się w czoło. - Przecież tamtego dnia był tu Fanhope! No 
tak, ale podejrzewać go... Przecież jego ojciec nie ma do 
mnie żadnych pretensji, dlaczego więc on miałby je żywić? 

Zwłaszcza że jako jedyny spośród Fanhopeów nie ucierpiał 
zbyt dotkliwie na skutek złej porady mego ojca, bo żyje so­
bie całkiem dostatnio, a nawet wystawnie. 

- Pewnie masz rację... Wróćmy jednak do twojego wy­

padku. Jeżeli jestem na dobrym tropie, to znaczy, że miała 

cię znaleźć konkretna osoba, trzeba się zastanowić, czemu 

(o miało służyć? Co mnie jednak bardziej niepokoi... to 
odpowiedź na pytanie, czy powód tej napaści był na tyle 

ważny, że napastnik znów zaryzykuje? A najbardziej niepo-

background image

154 

kojąca wydaje mi się możliwość, że strzelec, który cię zranił 
tak zręcznie, nie uszkadzając żadnych istotnych organów, 
może nie trafić tak celnie następnym razem. 

- Co za rozkoszna perspektywa - rzucił kwaśno lord. -

Przyznam, źe potrafisz być brutalnie szczera, mój aniele. 

- Z przyjemnością patrzył, jak nieskazitelnie białe policz­

ki Annis okrywają się uroczym rumieńcem. - A choć nie 
podejrzewam cię o przesadny pesymizm ani nadmiernie 

wybujałą wyobraźnię, nie zamierzam żyć w ciągłym stra­

chu, że każdy żywopłot, rów czy płot może być kryjówką 
zabójcy. Z drugiej strony rozsądnie byłoby nie podróżo­

wać przez jakiś czas bez broni. Ty także powinnaś zacho­
wać czujność i nie wypuszczać się nigdzie samopas. 

Nie zamierzała lekceważyć tego ostrzeżenia, ale i nie 

martwiła się szczególnie o swoje bezpieczeństwo, jako że 

jej pobyt w Manor zbliżał się ku końcowi. 

- Więc nie dasz sobie wyperswadować, by zostać tu jesz­

cze przez kilka tygodni, bym miał przyjemność przedsta­

wić moją uroczą samarytankę mym krewnym? - zapytał, 

gdy wyznała mu, że zamierza wyjechać na początku przy­
szłego tygodnia. 

- Niestety nie mogę zostać dłużej. Pewne sprawy wzy­

wają mnie pilnie do Leicestershire. - Lord na pozór po­

godził się z tą decyzją i nie pokazał po sobie ani zdziwie­
nia, ani rozczarowania, Annis odniosła jednak wrażenie, iż 
nie do końca uwierzył w jej wyjaśnienia. Trudno go zresz­
tą było o to winić, gdyż z jakichś niepojętych powodów od 
tej strasznej przygody z piwniczką ani razu nie poruszy­

ła kwestii wyjazdu z Manor. Nie mogła jednak powiedzieć 

background image

155 

nic więcej, nie mówiąc mu o kłopotach finansowych Toma. 

A tego zrobić nie było jej wolno! Dała przecież Tomowi 

słowo, że ta sprawa pozostanie na zawsze ich obopólną ta­

jemnicą. Mimo to, widząc, że lord powstrzymał się od ko­

mentarzy, poczuła się w obowiązku dorzucić: - Naturalnie 
bardzo żałuję, że nie będę mogła zostać dłużej, by zobaczyć 
się z Helen i moją matką chrzestną, tym bardziej że w dro­

dze powrotnej do domu nie będę miała czasu, by do nich 
wstąpić. - Wyjęła kopertę z kieszeni. - Mam nadzieję, że 

ten list przynosi lepsze wieści z Bath. 

- Ach tak! Zapomniałem ci powiedzieć, że na poczcie 

czekał na mnie list od przyjaciela z Exeter, z którym się 
skontaktowałem wkrótce po twoim przyjeździe, gdy od­
kryłaś przede mną pewne niepokojące fakty dotyczące źle 

ulokowanych sympatii mojej przyrodniej siostry. 

Ironiczny uśmiech lorda przypomniał Annnis, że wice­

hrabia, choć uprzejmy i czarujący, ma jednak silny charak-
ler i w razie potrzeby potrafi wykazać się niezłomną deter­
minacją. 

- List był niezwykle interesujący, moja droga. Okazało 

się, że podejrzenia lady Pelham to nie czcze fantazje. Dray-
cot rzeczywiście cieszy się niedobrą opinią, jeśli mowa o je­
go kontaktach z płcią piękną. Co najmniej jedna dobrze sy­
tuowana rodzina z Okehampton doskonale go zapamiętała, 
i wszyscy z największą ochotą podzielili się wspomnienia­
mi ze swojej nieszczęsnej znajomości z panem Danielem 
Denby, bo za takiego się wtedy podawał. Tenże Draycot 

vel Denby otoczył swymi względami ich córkę, jak to robił 
w ostatnich tygodniach z Helen - ciągnął z zaciętą miną. 

background image

156 

- Z listu przyjaciela wywnioskowałem, że z tamtą młodą 

panną poszło mu znacznie łatwiej, gdyż w ciągu kilku ty­
godni zdołał namówić ją, by zgodziła się z nim uciec, i był­
by niechybnie uwiózł ją za granicę, gdyby nie suta rekom­
pensata od kochającego ojca nieszczęsnej dziewczyny. Nie 
muszę mówić, że gdy już wziął pieniądze, jego uczucie do 
tej młodej damy z miejsca wygasło i ulotnił się z tamtych 
stron, pozostawiając za sobą złamane serce. 

- Jesteś pewny, że ten Draycot i Denby to ta sama oso­

ba? - zapytała Annis, której teraz spieszno było zapoznać 

się z treścią listu od lady Pelham. 

- Jak najbardziej. Mój przyjaciel zadał sobie wiele trudu, 

żeby to sprawdzić. Pojechał nawet do Bath z ojcem tamtej 

dziewczyny, by potwierdzić fakty. Nie trzeba dodawać, iż 
dołożył wszelkich starań, aby ten nicpoń nie zorientował 
się, że jest śledzony. 

- Ciekawa jestem, czy lady Pelham wie już o wcześniej­

szych poczynaniach Draycota i o jego różnych nazwiskach. 

A także o tym, że zwykł zadowalać się sutym odszkodo­

waniem w zamian za odstąpienie od zamiaru wywiezienia 

nieszczęsnej ofiary za granicę. 

- Już wkrótce się dowie, gdyż zamierzam jeszcze dziś 

skreślić do niej parę słów, załączając list od przyjaciela, na­

tomiast czy po otrzymaniu tych wiadomości wyjawi prawdę 
Helen, to już będzie zależało tylko od niej. W każdym razie 
nie mam zamiaru w to ingerować, dotąd bowiem intuicja 
nie zawiodła tej czcigodnej damy... w żadnym względzie 

- dorzucił z enigmatycznym uśmiechem. - A teraz, moja 

droga Annis, o ile nie masz do mnie jakichś innych pilnych 

background image

157 

spraw, muszę cię przeprosić, gdyż chciałbym się przebrać. -
Nagle wyraz jego twarzy się zmienił i w jego oczach pojawił 
się wyzywający błysk. - Jeśli chcesz, możesz mi oczywiście 
dotrzymać towarzystwa podczas moich starań, by przybrać 
bardziej cywilizowany wygląd. 

Obróciła się na pięcie i oddaliła szybkim krokiem 

w przeciwnym kierunku, ścigana jego gromkim, męskim 

śmiechem, a gdy znalazła się wreszcie w zaciszu swego po­

koju, pomyślała, że konieczność rychłego wyjazdu może się 
okazać zbawienna. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Gdy następnego dnia, pod wieczór, jechali resorowa­

nym powozem lorda do wiejskiej rezydencji Fanhopeów, 

Annis po raz kolejny doszła do wniosku, że jedynym sen­

sownym wyjściem, jakie jej pozostało, jest natychmiastowy 

wyjazd do Leicestershire. 

Louise paplała jak podekscytowane dziecko, ale do An­

nis prawie nic nie docierało, bo całym swoim jestestwem 
odczuwała jedynie obecność siedzącego naprzeciw lorda. 
Uporczywie wzdragała się spojrzeć w jego stronę, bojąc się, 
iż mogłaby ujrzeć w jego oczach ten sam ciepły błysk, ja­
kim powitał ją, gdy schodziła na dół po schodach tuż przed 

wyjazdem z Manor. 

Choć z Leicestershire wyjeżdżały w wielkim pośpie­

chu, dzięki nieocenionej Disher Annis nie wyruszyła z 
nagłą wizytą do Bath bez stosownego zestawu garde­
roby. Jako osobista pokojowa córki właściciela ziem­
skiego Disher odebrała dobre wyszkolenie i ze zwykłą 
sobie sprawnością zapakowała spory wybór sukien, sto­
sownych na niemal każdą okazję. Dzięki jej staraniom, 

background image

159 

schodząc po schodach, by przyłączyć się do lorda i jego 
rodziny, Annis mogła być pewna, że jej wygląd nie pozo­
stawia nic do życzenia. 

Suknia z turkusowego jedwabiu była dziełem znakomi­

tego krawca, doskonale zorientowanego w najnowszej mo­

dzie. Disher, której pulchne palce nie straciły z wiekiem 

nic ze swej zwinności, ułożyła włosy swej pani w misterną 
kaskadę lśniących kasztanowych loczków, po czym wpię­
ła w nie piękny perłowy diadem, będący częścią komple-
tu, jaki matka Annis dostała przed laty w z okazji swoje­

go wejścia w świat. Annis wybrała sobie jeszcze trzy inne 
sztuki biżuterii z tego zestawu, a całości dopełniały dłu­
gie wieczorowe rękawiczki oraz jedwabny szal koloru ko­
ści słoniowej. 

Annis lubiła wyglądać elegancko, lecz grzech próżności 

był jej obcy. Można by raczej powiedzieć, że nie docenia­
ła swojego wyglądu i nigdy nie czuła najmniejszej potrze­
by, by uchodzić za piękność. Nigdy też nie była podatna na 
pełne podziwu męskie spojrzenia, które ścigały ją, odkąd 
skończyła lat szesnaście. Miała również wyczulone ucho na 

fałszywe pochlebstwa. Lecz kiedy podeszła do lorda w holu 
i zobaczyła błysk prawdziwego podziwu w jego oczach, coś 

drgnęło w jej piersi. 

Takie uczucia to czyste szaleństwo, myślała, wpatrując 

się w mijany krajobraz, tonący w coraz bledszym świetle. 
Uznanie lorda nie powinno mieć dla niej większego zna­
czenia, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że jest inaczej. Nie 

mogła także zaprzeczyć, że polubiła go od pierwszego wej­
rzenia, i sama nie wiedząc kiedy, zaczęła obdarzać takim 

background image

160 

szacunkiem, że zaliczał się w tej chwili do tej nielicznej 
grupki ludzi, z których zdaniem naprawdę się liczyła: 

Gdyby mogła mieć pewność, że szacunek, jakim go da­

rzy, nie przerodzi się w coś całkiem innego, nie niepokoiło­
by jej to, co w tej chwili przeżywała. Prawda jednak wyglą­
dała tak, że nie była już pewna, czy potrafi zapanować nas 

swymi uczuciami do wicehrabiego Greythorpea. Co wię­

cej, brakowało jej odwagi, by przyznać, że ta żelazna samo­
kontrola, którą tak się szczyciła, okazała się niewystarczają­
cą ochroną przed emocjami, jakich zaczynała doświadczać 
po raz pierwszy w życiu. 

- Przepraszam, ale nie słuchałam - przyznała się, gdy 

głos Sarah wdarł się w jej rozmyślania. 

- Moja siostra chciała tylko powiedzieć, że podziwia 

twoje perły, i zapytała, gdzie zostały kupione - odezwał się 
lord, zmuszając tym samym Annis, by wreszcie zwróciła 
na niego uwagę. 

- Chyba u Rundella i Bridge'a - odparła. - Należały kie­

dyś do mojej matki. 

- Istotnie, są niezwykle piękne - przyznał ze wzrokiem 

wbitym w sznur zdobiący jej szyję. - Myślę, że z twoją 

karnacją możesz nosić prawie wszystkie klejnoty, jednak 
szmaragdy, moim zdaniem, pasowałyby najlepiej... - ciąg­
nął w zamyśleniu. - Hm, tak... no cóż... jaka szkoda... 

Miała nadzieję, że półmrok ukryje purpurowy rumie­

niec, jednak nagły błysk białych zębów obudził w niej po­

dejrzenia, że bystre oko lorda nie omieszkało dostrzec jej 
zmieszania. 

Po raz pierwszy od dłuższego czasu zatraciła jasność 

background image

161 

umysłu i nie potrafiła odgadnąć, co wicehrabia chciał jej 
przekazać. Czy była to tylko niewinna uwaga? A może coś 
się za nią kryło, jakaś subtelna aluzja? 

Jeżeli chciał dać jej do zrozumienia, że rodzinne klej­

noty Greythorpe'ów nigdy nie ozdobią jej szyi, to nie­

potrzebnie się trudził. Uczucie zażenowania przerodziło 
się w tak rzadki u niej atak gniewu. Wiedziała przecież 
od dawna, że wybrała absolutnie wyjątkową drogę życia, 
natomiast dla większości ludzi z najwyższych sfer wybór 
partnera spoza ich kręgu jest czymś absolutnie nie do 
przyjęcia. Jeżeli lordowi choć przez chwilę się wydawało, 

że ona sobie z tego nie zdaje sprawy, z rozkoszą pozba­
wi go złudzeń! 

- Mogło to umknąć pańskiej uwagi, milordzie, ale nie 

należę do osób obwieszających się biżuterią - rzuciła, gdy 
powóz zatrzymał się przed imponującą bramą rezydencji 
Fanhopeów. - Moje gusta są proste. Nie zazdroszczę niko­
mu ani bogactwa, ani pozycji, i nie wyobrażam sobie, bym 
mogła zmienić zdanie w tym względzie. 

Lord, który właśnie wysiadał z powozu, zmierzył ją 

przenikliwym spojrzeniem, za to Sarah z aprobatą pokiwa­

ła głową i wchodząc do domu Fanhopeów, powiedziała, że 

zawsze uważała umiar w strojach oraz biżuterii za oznakę 
dobrego smaku. 

Słysząc to, Annis zadała sobie pytanie, jaka musi być 

opinia Sarah o lady Fanhope, której obfita pierś była ledwie 
widoczna spod kaskady brylantów i rubinów tworzących 
ciężki naszyjnik. Można by się też zastanawiać, czy klejnoty 
te są prawdziwe, zważywszy na trudną sytuację finansową 

background image

162 

Fanhopeów. Dla Annis nie była to jednak kwestia na tyle 
ważna, by dłużej zaprzątała tym sobie głowę. 

Znacznie ciekawsze, przynajmniej jej zdaniem, okazały 

się próby odgadnięcia opinii lady Fanhope o każdej oso­

bie z towarzystwa Greythorpeów. Powitanie lorda było tak 

wylewne, że komuś patrzącemu z boku mogłoby wydać 

się wręcz służalcze. Sarah przywitana została ze znacznie 

mniejszym entuzjazmem, a biedna Louise wręcz protekcjo­
nalnie. Sama zaś Annis podczas owego powitania poczuła 

się, jakby zetknęła się z lodowatą górą, choć lody nieznacz­

nie stopniały, gdy lady Fanhope dowiedziała się, że panna 
Milbank zamierza wyjechać w najbliższym tygodniu. 

Zupełnie inne było spotkanie z przemiłym panem domu 

lordem Fanhopeem, którego powitanie, choć nie przesad­
nie serdeczne, było jednak autentycznie życzliwe. 

Gdyby Annis nie czuła się nadal lekko urażona z po­

wodu całkiem zbędnych uwag lorda podczas jazdy po­
wozem, może, pozostałaby nieco dłużej w towarzystwie 

Greythorpeów, jednak w obecnym stanie ducha na wi­
dok zażywnego dżentelmena o różowych policzkach, który 

właśnie zajmował jeden z wygodnych foteli, bez wahania 

skorzystała z okazji, by wymknąć się spod kurateli lorda. 

Przyjaciel jej zmarłego ojca, pułkownik Hastie, nie ukry­

wał radości z powodu tego spotkania. Na widok Annis roz­

promienił się i posunął się nawet tak daleko, że gdy do nie­
go podeszła, spróbował wstać. 

- Znów odezwała mi się dawna dolegliwość, moja dusz­

ko - wyjaśnił, po czym szybko usiadł, ledwie Annis za­

jęła miejsce w sąsiednim fotelu. - Teraz jest znacznie le-

background image

163 

piej, ale ciągle męczą mnie te bolesne skurcze, jak tylko 

trochę dłużej postoję. Gdyby nie to, dawno wpadłbym do 

Greythorpeów, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście ty goś­
cisz w Manor. 

Po wyrażeniu współczucia z powodu nawracających do­

legliwości i przyjęciu kondolencji z powodu śmierci dziad­
ka, Annis zaspokoiła ciekawość pułkownika, wyjaśniając 
pokrótce powody swojej obecności w tej okolicy. 

- Zastanawiałem się, co cię przywiodło w nasze strony 

- wyznał pułkownik półgłosem. - Nie dalej jak wczoraj po­

wiedziałem do mojej staruszki Sophie, że nie przypomi­

nam sobie, byś znała tu kogoś poza nami. 

Wzmianka o jego przemiłej żonie kazała Annis zapytać 

o zdrowie lady, której nie zauważyła w salonie. 

- Jest w karcianym saloniku, moja droga, i gra z przyja­

ciółmi w wista. Oczywiście wie, że tu będziesz, i już się nie 
może ciebie doczekać. Głowę dam, że zaraz się pojawi. 

Pułkownik, który potrafił być czasami szorstki, żeby nie 

powiedzieć obcesowy, zwłaszcza gdy dopadała go stara do­
legliwość, miał jednak spore poczucie humoru, dlatego An­
nis postanowiła się z nim trochę podroczyć. 

- Dziwię się, że nie próbuje pan szczęścia przy stolikach, 

panie pułkowniku. Doskonale pamiętam, jak dziadek mó­
wił mi, że gry hazardowe, oczywiście poza ukochanymi 
końmi, to pańska pasja. 

- Jak śmiesz wytykać mi moje słabości, niedobra dziew­

czyno! - zganił ją ze śmiechem. - Jednak cóż, masz rację. 

Na szczęście wraz wiekiem przyszło pewne opamiętanie, 
więc hazard już mnie nie pociąga tak jak dawniej. Poza 

background image

164 

tym przyznam, że nie szczęściło mi się, ilekroć grałem pod 
tym dachem, zwłaszcza gdy zasiadałem przy jednym stoli­
ku z Charlesem Fanhope'em. Ten młody człowiek ma dia­
belne szczęście w kartach! 

Annis zawahała się, a potem upiła łyk szampana. 

- Doprawdy? Nie wie pan przypadkiem, czy w pokoju 

karcianym nie ma również młodego Thomasa Marshala? 

Wyruszył przed nami, bo zabrakło dla niego miejsca w po­

wozie. Poza tym powiedział, że woli jechać wierzchem. 

- Teraz, kiedy mi to mówisz, moja duszko, przypomi­

nam sobie, że widziałem, jak się tu kręcił - odparł po na­
myśle pułkownik. - Ale, o ile mnie pamięć nie myli, przy­
patrywał się tylko grze. 

Bogu niech będą dzięki! - wykrzyknęła w duchu Annis. 

I nie chodziło wcale o to, że nagle zaczęła się wahać w kwe­

stii pożyczki, jakiej miała udzielić Tomowi na uregulowa­
nie długów. Nic podobnego! Nawet by jej to przez myśl 
nie przeszło! Nie miała jednak najmniejszej ochoty stać się 
studnią bez dna dla kogoś, kto nie ma na tyle silnej woli, by 

wyrwać się z sideł zgubnego nałogu. Na szczęście wygląda­
ło na to, że jej obawy były płonne. 

- Może sama spróbuję szczęścia w kartach - powiedziała. 

- Czy jest jakiś inny stolik oprócz tego, przy którym siedzi 

młody Fanhope, bo wiem już, że tego lepiej unikać? 

Pułkownik zaśmiał się półgłosem. 

- Dżentelmen, który musi być ci wdzięczny za to, że zja­

wiłaś się w samą porę, także nie jest złym graczem, choć 

pewnie już sama zdążyłaś się o tym przekonać. Nie mu­

sisz się jednak niczego obawiać. Twój dziadek mówił mi, 

background image

165 

że potrafisz sobie poradzić z najwytrawniejszymi gracjami. 

Przyznam, że wcale mnie to nie zdziwiło. Głowę dam, że 
otrzymałaś od niego najlepsze instrukcje. 

- Z całą pewnością tak - przyznała z dumą Annis. 

- Dziadek naprawdę świetnie grał w karty. 

- Jeżeli mogę ci doradzić, moje dziecko, unikaj naszej 

pani domu jako partnerki do wista. W przeciwieństwie do 
syna w ogóle nie ma pojęcia o kartach. 

Annis uśmiechnęła się sceptycznie. 

- To raczej niemożliwe, żeby mnie zaprosiła do swojego 

stolika. Nie wyglądała na zbyt uszczęśliwioną, gdy przyszło 

jej powitać na swoim przyjęciu niespodziewanego gościa 

Greythorpeów. 

- Och, nie tak trudno zrozumieć powody - odparł puł­

kownik, patrząc na delikatny profil Annis. - To, że za­
trzymałaś się w Manor, nikogo szczególnie nie zdziwiło, 
zwłaszcza że mieliśmy ostatnio okropną pogodę. Nato­

miast to, że tu zostałaś, choć warunki na drogach znacz­
nie się poprawiły, stworzyło asumpt do różnych domysłów. 
Mogło też wzbudzić podejrzenia oraz złość u tych, którzy 
ze szczególnym zainteresowaniem śledzą wszelkie poczy­
nania Greythorpe ów. Zapewne zostałaś uznana za zagro­

żenie, gdyż ci ludzie lada dzień spodziewają się deklaracji 

od dziedzica Greythorpe Manor. 

- Myśli pan, że wicehrabia planuje publicznie ogłosić za­

miar poślubienia Caroline Fanhope? - zapytała przez ściś­
nięte gardło. 

- Powiem szczerze, moja droga, że nie byłbym wcale 

zaskoczony, bo choć wszyscy wiedzą, że Greythorpe i je-

background image

166 

go ojciec nigdy nie byli sobie bliscy, chłopak odziedziczył 
po starym lordzie jedną cechę, mianowicie wielką dbałość 
o formy. Nic więc dziwnego, że zwlekał z oświadczynami 
z uwagi na okres żałoby. Natomiast z Caroline przyjaźni się 
od lat i mimo licznych sezonów w stolicy nie zainteresował 
się poważnie żadną inną panną, przynajmniej z tego, co mi 

wiadomo. Nic więc dziwnego, że wszyscy w tym domu ro­
bią sobie wielkie nadzieje. 

- Tak, istotnie - przyznała niechętnie Annis, a serce ścis­

nęło jej się w piersi. - Żeby jednak zaraz podejrzewać, że 
mogłabym stanowić zagrożenie dla tak korzystnego maria­
żu... Nigdy w życiu! - zaśmiała się sztucznie, machając rę­
ką, co natychmiast zostało zauważone przez pewną osobę, 
o której przed chwilą mówił pułkownik Hastie. 

- Widzę, że twój gość świetnie się bawi w towarzystwie 

naszego sąsiada - zwróciła się panna Fanhope do lorda 
Greythorpea. 

Wicehrabia, który przez cały czas dyskretnie obserwo­

wał tę parę, nie był tego wcale taki pewny. 

- Owszem, można by tak powiedzieć - zgodził się jed­

nak uprzejmie. - Wiem, że znają się od lat, więc Hastie, 
który, jak ci wiadomo, słabo sobie radzi w damskim to­

warzystwie, akurat przy pannie Milbank czuje się swobod­

nie. Co więcej, Annis niełatwo zaszokować, nie zachowuje 
się też jak pensjonarka, dzięki czemu natychmiast zdobywa 
sympatię ludzi pokroju pułkownika. Jak zresztą i pozosta­
łych mężczyzn, mówiąc szczerze. 

Lord nie był wcale zdumiony, gdy poczuł na sobie bacz­

ny wzrok młodej damy o ponadprzeciętnej inteligencji. Nie 

background image

167 

był też w najmniejszym stopniu zmieszany szczerością py­
tania, które do niego skierowała: 

- Czy słuszne są moje domysły, że bardzo sobie cenisz 

jej towarzystwo? 

- Owszem, słuszne, Caroline - odparł cicho, a gdy deli­

katne powieki na moment opadły, zrozumiał, że nie musi 

już mówić nic więcej o swoich intencjach. 

Nie poczuł ani żalu, ani wyrzutów sumienia, mimo że 

chodziło kobietę, z którą przyjaźnił się od lat. Jeżeli już, to 

raczej podziwiał godność, z jaką Caroline potrafiła prze­

łknąć tę gorzką pigułkę. 

Co więcej, w jej zachowaniu nie było nic takiego, co ka­

załoby mu się obawiać, że po jego zupełnie jasnym, acz 
subtelnie przekazanym wyznaniu młoda dama wpadnie 

w rozpacz. Wiedział, że Caroline go szanuje, ale nie był 

na tyle głupi, by przypuszczać, iż kiedykolwiek darzyła go 
głębszym uczuciem. Po prostu pragnęła zostać jego żoną 
dla wygodnego życia i zaspokojenia rodzinnych aspiracji. 

Obce było mu także poczucie winy, bo ani razu, słowem 

lub czynem, nie dał jej do zrozumienia, że zamierza po­
prosić ją o rękę. 

To prawda, że odkąd stał się panem Greythorpe Ma-

nor, zaczął się poważnie zastanawiać nad ożenkiem, pró­
bując przy tym stworzyć wyimaginowany wizerunek ko­
biety, która byłaby dla niego najstosowniejszą partią. I to 
także prawda, że gdy nie udało mu się znaleźć piękności 
o prostym, pełnym miłości sercu, doszedł do wniosku, iż 

Caroline, a w każdym razie ktoś w jej typie, byłaby dla nie­
go najlepszą partnerką. Tak było jednak oczywiście, zanim 

background image

— 168 

pewna niezwykła młoda dama wkroczyła niespodziewanie 

w jego życie, zmuszając go do przewartościowania swoich 

nadziei i aspiracji. 

Już wkrótce po ich pierwszym spotkaniu zaczął się 

zmieniać jego stosunek do różnych spraw. Wciąż nie 
posiadał się ze zdumienia, że sama obecność Annis 
pod jego dachem wystarczyła, by zmienił się jego stosu­
nek do rodzinnego domu. Przez całe życie marzył tylko 
o jednym, by uciec jak najdalej od tego miejsca, tym­
czasem teraz zaczęło mu się ono kojarzyć z uczuciem 
błogiego zadowolenia. Zaczął myśleć o nim jak o swo­
im cudownym małym królestwie, i to tylko dlatego, że 
mieszkała w nim panna Milbank. 

Najbardziej jednak zdumiewała go skłonność, jaką do 

niej odczuwał od początku ich znajomości. W jego życiu 
było niewiele kobiet, z którymi utrzymywałby bliskie, acz 
kompletnie platoniczne relacje, w każdym razie niewie­
le młodych i atrakcyjnych. Przez całe swoje dorosłe życie 
nie miał najmniejszych kłopotów z przypisaniem przed­
stawicielek płci pięknej do konkretnej i wyraźnie określo­
nej kategorii. Były więc damy bardziej dojrzałe, których 
towarzystwa poszukiwał dla ich ciętego dowcipu bądź in­
telektualnej stymulacji, którą czerpał z rozmów z nimi. By­

ły też takie, z którymi nawiązał bardziej intymne kontakty 

oraz kilka takich, które zdołały go zainteresować, choć na 

krótko, jako kandydatki na żonę. Były też utrzymanki, ale 
to zupełnie się nie liczyło. 

Zanim poznał Annis, nigdy nie przyszło mu do głowy, 

że jedna kobieta mogłaby spełniać wszystkie jego wymaga-

background image

169 

nia. Pociągająca fizycznie i stymulująca intelektualnie pan­
na Annis Milbank miała morale bez skazy, będąc zarazem 
bardzo niekonwencjonalną młodą damą. 

Świetnie rozumiał, dlaczego pułkownik Hastie - ten 

szczęściarz! - wydawał się taki rozluźniony i zadowolony 

w jej towarzystwie. Sam przecież nigdy się przy niej nie nu­

dził i nie mógł sobie nawet wyobrazić, by mogło być ina­
czej, gdyż pociągała go nie tylko fizycznie. 

Tego jednak wieczoru, być może po raz pierwszy, w peł­

ni docenił jej czysto fizyczne walory. Choć nie miał już 
żadnych wątpliwości, że Annis byłaby dla niego idealną 
żoną, nie był na tyle zaślepiony, by uważać ją za olśniewa­

jącą piękność, stworzoną po to, by stać na na piedestale, 

podczas gdy inni podziwialiby ją za samą doskonałość. To 
prawda, że aparycję miała bardziej niż przyjemną, wartą 
tego, by się jej bliżej przyjrzeć. Prawda też, że jej kobiece, 
cudownie proporcjonalne kształty nie miały sobie równych. 
Co wyróżniało ją jednak spośród innych znajomych ko­
biet, to urok, jakim obdarzyła ją natura. Cienia sztuczności, 

sam wdzięk czy to w gniewie, czy w uśmiechu, zawsze ta 
sama, niepowtarzalna i nieoceniona, prawdziwa jak polny 
kwiat czy płatek róży, wiosenny promyk słońca lub grado­

wa chmura. Wspaniała panna Annis Milbank! 

Gdy odwrócił się i ujrzał, jak właśnie schodzi po scho­

dach w Greythorpe Manor, istne uosobienie kobiecości 
i wdzięku, w jego oczach błysnął zachwyt. Zaraz potem za­
czął się jej przyglądać uważnie, wiedziony podświadomym 
pragnieniem, by znaleźć bodaj drobną skazę na tym ideal­
nym wizerunku. Lecz na jego późniejszą, całkiem niewin-

background image

170 

ną uwagę o szmaragdach w jej cudownych oczach pojawił 
się gniew, a potem żal. 

Jej reakcja poważnie go zaniepokoiła, gdyż znał Annis 

na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zwykła przywiązywać 

wagi do drobnostek. Na pewno więc nie poczułaby się do­
tknięta tylko dlatego, że jego zdaniem wyglądałaby jesz­

cze lepiej, gdyby ją przystroić w inne klejnoty. Odniósł 

wrażenie, jakby cofnęła się za pewną granicę, najpewniej 
w obronnym odruchu. Ale przed czym, na miłość boską, 

się broniła?! Skąd ta nagła potrzeba obrony? 

Targany niepokojem, nie mógł jednak zapomnieć, gdzie 

się znajduje i w czyim przebywa towarzystwie. Zepchnął 

więc tę zagadkę w głąb podświadomości, by do niej po­
wrócić w czasie bardziej stosownym, po czym znów zwró­

cił się do Caroline, która, trzeba przyznać, robiła wszystko, 
by zachować kamienny spokój po miażdżącym ciosie, jaki 

jej przed chwilą zadał. 

- Wyświadczysz mi ten zaszczyt i zgodzisz się partnero­

wać mi w tańcach, które, jak słyszałem, mają się zacząć lada 

chwila? 

Lady Fanhope, świadoma swych obowiązków jako pani 

domu, nie zapomniała o tym, że na przyjęciu będzie pew­
na ilość młodzieży i już wcześniej poprosiła jedną z matron, 
by zechciała zagrać wiązankę ludowych tańców. 

Caroline patrzyła przez chwilę, jak przyjaciółka jej 

matki sadowi się przed stojącym w rogu instrumentem, 
po czym z błyskiem żalu w oczach odwróciła się do lor­
da i powiedziała: 

background image

171 

- Z największą przyjemnością, Dev, ale naprawdę nie 

musisz, jeżeli nie masz ochoty na tańce. 

Uśmiechnął się życzliwie i spontanicznie otoczył ją ra­

mieniem, by poprowadzić na parkiet. Zawsze żywił do niej 
szczerą sympatię i wątpił, by miało się to kiedykolwiek 
zmienić. 

- Możesz mi wierzyć, Caro, mało rzeczy sprawia mi 

większą przyjemność. 

Powiedział prawdę, Caroline była bowiem wdzięczną 

tancerką, wykonującą bezbłędnie swoje partie. Niestety nie 
miał aż tyle szczęścia ze swoją drugą partnerką, która czy 
to z nerwów, czy też z wrodzonej nieporadności przez cały 
czas boleśnie deptała mu po palcach. Mimo to, ryzykując 
dalsze cierpienia, poprosił do tańca kolejną ładną panienkę, 
niemal podlotka. Dopiero wtedy dama przy fortepianie uli­
towała się nad nim i oznajmiła, że przyszła kolej na walca. 

Słysząc to, wicehrabia niezwłocznie odprowadził 

młodziutką partnerkę pod opiekuńcze skrzydła dumnej 
mamusi, po czym pomknął chyżo w kierunku jedynej 
młodej damy, z którą miał ochotę zawirować w tańcu 
tak popularnym wśród ludzi jego pokolenia, a ostatnio 
zyskującym coraz większe uznanie nawet w oczach naj­
surowszych matron. 

Stojąca w grupce starszych dam, wśród których była je­

go kochana siostra oraz gadatliwa żona pułkownika Has-
tiego, Annis znów zdawała się być sobą. Uniosła tylko ze 
zdumieniem brwi, ale poza tym wydawała się całkiem za­
dowolona, mogąc towarzyszyć mu na parkiecie. Tak było 
aż do chwili, gdy objął ramieniem jej talię i zamknął w dło-

background image

172 

ni jej palce, czekając na pierwsze akordy. Wtedy bowiem 
stała się jedną uroczą konfuzją. 

Wystarczyła chwila, by doszedł do wniosku, że to nie 

wyobraźnia płata mu figle. Musi być jakiś związek pomię­

dzy zdrowym odcieniem, jaki zabarwił jej delikatne po­

liczki, spojrzeniem szarozielonych oczu, wpatrujących się 
nieruchomo w okolicę jego fontazia, jakby lada chwila spo­
dziewała się zobaczyć potwora wyglądającego spomiędzy 

jedwabnych fałdek, i wreszcie przyspieszonym falowaniem 

stanika przepięknej sukni. 

Na widok tych zdradzieckich objawów z poczuciem du­

my uśmiechnął się do siebie. Annis sprawiała wrażenie tak 

spokojnej i opanowanej, tak rozsądnej i pewnej siebie, że 
patrząc na nią, zapominało się, iż pod pewnymi względami 
była jeszcze całkiem niewinna i nietknięta, czekająca na to, 
by ktoś doświadczony wprowadził ją w świat bardziej in­
tymnych doznań. 

Uczucie niekłamanej satysfakcji, płynące z postanowie­

nia, że to on będzie jej przewodnikiem, przyćmiło jednak 
podejrzenie, iż nadal coś jej tego wieczoru doskwiera. Nie­
stety ani miejsce, ani czas nie były stosowne ku temu, by 
mógł choćby spróbować dowiedzieć się, co leży jej na sercu, 

wobec czego postanowił zająć czymś innym jej myśli. Za­

pewnił ją więc, że nie musi czuć się skrępowana, nawet jeśli 

w przeszłości rzadko tańczyła publicznie walca. 

- Zdradzę ci, że moje biedne palce u nóg musiały już 

wiele znieść tego wieczoru. 

Ku jego uldze i radości Annis zachichotała, a potem 

rzekła: 

background image

173 

- Twierdzenie, że nie byłam świadkiem zmagań twoich 

kolejnych partnerek, Dev, byłoby dalekie od prawdy. Mu­
szę też przyznać, że jestem pełna podziwu dla twojej cierp­
liwości, zwłaszcza że, zdaniem Sarah, rzadko pojawiasz się 
na parkiecie, chyba że panna Fanhope zgodzi ci się part-
nerowć. 

- O tak, kochana Caro! Zawsze mogę polegać na jej umie­

jętnościach. Gdyby tak wszystkie młode damy miały jej lek­

kość i wdzięk na parkiecie! - mruknął z uczuciem. 

To wtedy właśnie Annis przekonała się na własnej 

skórze, że jest sporo prawdy w powiedzeniu, iż zawsze 

jest ten pierwszy raz. Nagły przypływ dzikiej, kąsającej 

zazdrości był dla niej dotąd czymś kompletnie obcym. 

Ten wybuch furii w sercu i duszy, dojmująca moc nie­

nawiści, pragnienie fizycznego unicestwienia szczęśliwej 
rywalki, a przynajmniej rozorania pazurami tej gładkiej, 
znienawidzonej buzi... 

Ile to trwało? Sekundę, może trzy. 
Opanowała się błyskawicznie, po chwili rzuciła obo­

jętnie: 

- Może i nie mam wprawy panny Fanhope, Dev, ale za­

pewniam cię, że nie przysporzę ci dodatkowych nagniot­
ków. Nawet w Shires tańczy się już walca i tak się akurat 
składa, że jest to jeden z moich ulubionych tańców. 

Dowiodła tego na parkiecie, lecz za niemałą cenę. By­

ła do tego stopnia zdecydowana pokazać mu, że Caroline 
l'anhope nie jest jedyną panną, która potrafi poruszać się 
z gracją na parkiecie, iż skupiona wyłącznie na swoich 

drobnych stopkach, kompletnie zapomniała o partnerze. 

background image

174 

Dopiero później, gdy przekazał ją pod opiekę swojej 

siostry, uświadomiła sobie, że powodowana głupią dumą 
sama sobie popsuła przyjemność pierwszego tańca z wi­
cehrabią. Może i zdołała zapanować nad dreszczem, jaki 

wzbudził w niej delikatny, lecz prowokacyjny dotyk lorda, 

on sam musiał jednak odnieść wrażenie, że wiruje po par­

kiecie z jakąś kukłą albo manekinem. Tak więc wcale się 
nie zdziwiła, gdy wkrótce potem oddalił się, nie zamawia­

jąc kolejnego tańca. 

Uczucie zawodu, jakie ją wówczas ogarnęło, rozwiało 

się na widok Toma, który poprosił ją do ostatniego tańca 

przed kolacją, po czym, nadal odgrywając rolę jej kawalera, 
poprowadził do stołu, gdzie natychmiast dołączyła do nich 

Sarah z towarzyszącą jej damą w średnim wieku, a także 
siostra Toma, którą wyraźnie cieszyły względy okazywane 

jej przez przystojnego oficera w eleganckim mundurze. 

Przy stole nie było wolnego miejsca dla wicehrabiego, 

który wkroczył do jadalni u boku energicznej damy mniej 

więcej w swoim wieku. Annis poczuła ukłucie żalu, że zo­

stała pozbawiona jego towarzystwa, byłaby jednak na tym 
poprzestała, gdyby lord, ignorując wszystkie inne wolne 
miejsca, nie skierował się wprost do stolika w rogu, gdzie 
siedziała córka pani domu wraz ze swoim dworem. 

Walcząc z narastającym przygnębieniem, Annis starała 

się nie słuchać odgłosów wesołej konwersacji. Przed kom­
pletnym poczuciem klęski uchroniły ją usilne starania jej 

młodego towarzysza. 

Tom swoim młodzieńczym zapałem zdołał stworzyć 

przy stoliku radosną atmosferę, po czym nastąpiła seria do-

background image

175 

brodusznych żartów, głównie kosztem Louise, która z uro­
czym wdziękiem brała jego niegroźne podkpiwania za do­
brą monetę, lecz od czasu do czasu sama delikatnie żądliła 

- ku uciesze zgromadzonych. Czy ta jej nagła dojrzałość, 

subtelnie zaznaczana samodzielność, bystrość myśli i śmia­
łość języka, jednym słowem owa zbawienna pewność siebie, 
tak dotąd jej obca, zrodziła się w siodle, kiedy pokonała ok­
ropny strach i po latach naznaczonych fobią dosiadła konia, 
by niósł ją w wyzwalającym galopie? Czy może powodowa­
ła nią chęć zaimponowania temu młodzieńcowi w czerwo­
nym uniformie, który tak otwarcie okazywał jej względy? 
Nieważne, pomyślała Annis, w każdym razie przerodze­
nie się Louise z zalęknionego dziewczątka w uroczą, bystrą 
i pewną siebie młodą damę nastąpiło w najbardziej pożą­
danym momencie, gdyż ledwie goście przeszli do salonu, 
pani domu zażądała, by panna Marshal, zgodnie z obietni­
cą, zademonstrowała swoje umiejętności pianistyczne, za­
nim znów zaczną się tańce. 

Annis rzuciła kilka słów zachęty, po czym zajęła miejsce 

obok Sarah. Tom, który udzielił siostrze godnego pochwa­

ły braterskiego wsparcia, stanął tuż za nimi, gdyż zabrakło 
krzeseł dla wszystkich gości pragnących posłuchać recita­
lu. Oczywiście nie wszyscy mieli na to ochotę. Wystarczyło 

rozejrzeć się, by stwierdzić, że brakowało paru osób, z któ­
rych większość zapewne poszukała schronienia w pokoju 
karcianym. Tak przynajmniej przypuszczała Annis. 

Zaczynała też podejrzewać, że Deverel zalicza się do 

tych, którzy nie kochają muzyki, gdy nagle dostrzegła go 
obok siwowłosego pana domu. Kilka minut później była 

background image

176 

świadkiem, jak z werwą dołączył do tych, którzy głośnym 
aplauzem nagrodzili bezbłędną grę jego młodziutkiej ku­
zynki. 

Uszczęśliwiona Louise spłonęła rumieńcem, po czym 

pozostała przy fortepianie, by akompaniować swojej przy­

jaciółce, najstarszej córce pastora, obdarzonej przepięk­

nym sopranem, która odśpiewała ludową balladę. Następ­
nie przyszła kolej na nieznanego Annis dżentelmena, który 
zasiadł przy klawiaturze, aż wreszcie córka państwa domu 
podniosła się z krzesła i podeszła do fortepianu. 

W tym właśnie momencie Annis uświadomiła sobie, że 

Tom nie stoi już jak wartownik za jej krzesłem, i przez kil­

ka minut rozglądała się po pokoju, na próżno szukając go 

wzrokiem. Zaniepokojona przeprosiła Sarah i wyszła z sa­
lonu, starając się przekonać samą siebie, że nie ma to nic 

wspólnego z niechęcią, jaką obdarzała pannę Fanhope, i że 

chodzi jej tylko o to, by rozwiać dręczące podejrzenia, iż 
zadłużony młodzieniec jednak uległ pokusie i także udał 
się do pokoju, w którym grano w karty. 

Jej podejrzenia okazały się słuszne, gdyż Tom rzeczy­

wiście siedział przy jednym ze stolików. Sądząc jednak po 

zbolałym spojrzeniu, jakie jej rzucił, partnerowanie pani 
domu w partyjce wista nie sprawiało mu większej przyjem­
ności. Nie było zresztą wątpliwości, że został do tego zmu­
szony. 

Stanęła za jego krzesłem i poklepała go po ramieniu, by 

dodać mu ducha. Już po chwili zorientowała się, że opinia 
pułkownika Hastiego o karcianych umiejętnościach lady 

Fanhope była trafna. Jej grę można było w najlepszym wy-

background image

177 

padku określić jako marną, jeśli chciało się być uprzejmym, 
co jednak mógł sobie na ten temat myśleć jej partner, to już 
inna sprawa. Z tej przyczyny rozgrywka była żałośnie jed­
nostronna, więc Annis zaczęła dyskretnie rozglądać się po 
sali. Szybko zainteresowała się stolikiem w rogu. Tam jeden 
z graczy był antytezą szacownej pani domu albo szczęś­
cie mu wyjątkowo sprzyjało, przynajmniej sądząc po ilości 
monet, które leżały przed nim w równych stosikach. 

Nie ruszając się z miejsca, zaczęła ukradkiem obserwo­

wać miny graczy oraz każdy ich ruch. Nie minęło wiele 

czasu, a w duszy jej zakiełkowało podejrzenie, które nara­
stało w zastraszającym tempie. 

Skupiła się, wzmogła swe i tak nadzwyczajne zdolności 

obserwacyjne, ową tak rzadką umiejętność dostrzegania 
niewidocznych dla innych najdrobniejszych szczegółów 
i migawkowych zdarzeń, a potem błyskawicznie złożyła to 

w całość. 

Bezwiednie uniosła dłoń, by zakryć usta, i zamknęła 

na moment oczy, by odciąć się od tego, czego właśnie była 
świadkiem. Dobry Boże, tylko nie to, modliła się w duchu. 

Błagam cię, tylko nie to... 

background image

Rozdział dziesiąty 

- A niech to wszyscy diabli! - Niefortunny przeciwnik 

Fanhope'a rzucił karty i wstał od stolika. - Za każdym ra­
zem, kiedy gram z tobą, mam piekielnego pecha! 

- Znam to uczucie - mruknął Tom do Annis. 

Odpowiedziała enigmatycznym uśmiechem. W tej chwi­

li była już pewna, że co najmniej połowa spośród tych, któ­
rzy mieli nieszczęście zasiąść do gry z wielmożnym Charle-
sem Fanhopeem, prędzej czy później wstawała od stolika 
z pustą kiesą. Co więcej, doskonale wiedziała, dlaczego tak 
się działo! 

Nie mogła natomiast przewidzieć, że decyzja, jaką po­

dejmie za chwilę, diametralnie odmieni jej życie. Patrząc, 

jak najświeższa ofiara Charlesa Fanhopea kompletnie 

zdruzgotana opuszcza pokój, miała ochotę wycofać się, 
zostawiając sprawy własnemu biegowi. Czy nie lepiej by­

łoby zachować ledwie zdobytą wiedzę dla siebie, a za trzy 

dni wyjechać z Hampshire, nie mówiąc nikomu o swoim 
odkryciu, nawet samemu lordowi Greythorpe'owi? A jed­
nak wrodzone poczucie sprawiedliwości nie pozwoliło jej 

background image

179 

przejść obojętnie obok tak jawnego pogwałcenia zasad fair 
play, nawet gdyby na skutek ujawnienia oszustw Fanhope'a 
miał ucierpieć nie tylko winowajca, ale i osoby całkiem nie­

winne. 

- Chodźmy zobaczyć, czy uda nam się namówić panią 

Fortunę, która lubi być zmienna, by zechciała, choćby na 
chwilę, uśmiechnąć się do kogoś innego - szepnęła Tomo­

wi na ucho, po czym przeszła do stolika w rogu pokoju. 

- Och, panna Milbank! - Zaskoczony Charles Fanhope 

poderwał się na równe nogi. - Zamierzałem pokazać się 

właśnie na chwilę w salonie, gdyż obiecałem mamie, że nie 

będę grał w karty przez cały wieczór, ale zajmę się również 
zabawianiem gości. Wobec tego pozwoli pani, że będę jej 
towarzyszył? Czy mogę liczyć na kolejną serię tańców, któ­
re, jak słyszałem, mają się zacząć lada chwila? 

Annis udała głębokie rozczarowanie. 

- Byłabym zachwycona, mając takiego partnera do tań­

ca, choć, prawdę mówiąc, zamierzałam przez jakiś czas od­
dać się innym rozrywkom. Tego wieczoru spędziłam już na 
parkiecie sporo czasu, ale, oczywiście, jeśli pan woli... 

- Och, bynajmniej! Bynajmniej! - zapewnił ją pospiesz­

nie, po czym zaczął tak skwapliwie zapraszać do stolika, 
jakby chodziło mu wyłącznie o towarzystwo Annis, a nie 

o zawartość jej sakiewki. - A jakie ma pani preferencje, 
madame? Może być pikieta, powiedzmy sobie, po szylin­
gu za punkt? 

Annis znowu udała, że jest bardzo zawiedziona. 

- No cóż, skoro pan tak sobie życzy... Ale czy nie będzie 

to ze stratą dla pana? - Spojrzała na równe stosiki złotych 

background image

180 

monet obok jego łokcia. - Cokolwiek by tu mówić, wyglą­
da na to, że tego wieczoru karta świetnie panu idzie. Nie 

wolałby pan zagrać w to samo co przedtem? 

Fanhope zdziwił się, ale niczego nie podejrzewał. 

- Zna pani french ruff? 

-

 Raz czy dwa grałam w to i mniej więcej pamiętam za­

sady. O ile mnie pamięć nie myli, to gra podobna do wi­
sta, prawda? 

Chytry uśmieszek wykrzywił pulchne wargi Fanhopea. 

Popatrzył na nią jak na dojrzały do zerwania smakowity 

owoc. 

- Właśnie tak, madame. - Uśmiechnął się jeszcze sze­

rzej, zaś gdy Annis sięgnęła do ozdobnego woreczka, w jego 
oczach pojawiły się chciwe błyski. - Widzę, że jest pani za­
można - zauważył, pożerając wzrokiem pokaźną sakiewkę. 

Liczyła w duchu na to, że Fanhope, zwietrzywszy łatwą 

okazję, zapomni o ostrożności i podejrzliwości, tak waż­
nych przymiotach w procederze, który sobie obrał jako 
źródło dochodów. Zdawała też sobie sprawę, że samo na­
piętnowanie go tu i teraz jako chciwego oszusta, który zro­
bi wszystko, by napełnić sobie kieszenie, to jeszcze za mało. 
Skoro udawało mu się do tej pory ukrywać swoje łajdactwa, 
to znaczy że potrafił w razie potrzeby wykręcić się sianem, 

mydląc innym oczy. Inaczej mówiąc, musiał mieć przy­
gotowane różne sztuczki, w razie gdyby grunt zaczął usu­

wać mu się spod nóg. Trzeba więc zdemaskować go głośno, 

z hukiem i bez cienia wątpliwości, do tego w obecności jak 
największego audytorium, by jego tłumaczenia i odwraca­
nie kota ogonem na nic się nie zdały. 

background image

181 

Niezastąpiony dziadek wprowadził ją w arkana szulerki, 

traktując to jako zabawę, ale i swoisty posag dla ukocha­
nej wnuczki: 

- Znając te szalbierstwa, Annis, łatwo je zdemaskujesz 

i nigdy nie pozwolisz się oskubać, co przekłada się na cał­

kiem ładne sumki zachowane w sakiewce, które możesz so­
bie policzyć za zysk - powiedział jej kiedyś. 

Ona zaś umiała dopowiedzieć resztę, to znaczy wyob­

razić sobie całą tę psychologiczną konstrukcję, którą mu­
siał stworzyć oszust, by odnosić długotrwałe sukcesy. Tak 
uzbrojona, w głębi ducha wypowiedziała wojnę Charleso-

wi Fanhopeowi. Raz na zawsze ukróci ten jego niecny pro­

ceder. 

- Nie jestem uboga, więc nie musi się pan obawiać, że 

nie będę w stanie spłacić ewentualnych długów - stwier­
dziła beztrosko, by go zachęcić, choć przypuszczała, że był 

już w wystarczającym stopniu zachęcony. Toż za przeciw­

nika, nie, za ofiarę, trafiła mu się kobieta, z samej swej defi­
nicji bezbronna i naiwna, więc nic, tylko skubać! 

- Nawet by mi to przez myśl nie przeszło, droga panno 

Milbank - zapewnił ją z namaszczeniem. - Nie mówiąc 

już o tym, że nie zamierzam grać o wysoką stawkę. Co to, 

to nie! - zaśmiał się fałszywie. - Greythorpe mógłby mieć 
później pretensję, gdyby się okazało, że ograłem jego krew­
ną, a tego byśmy nie chcieli, prawda? 

Odpowiedziała słodkim uśmiechem. 

- Pozwolę sobie przypomnieć, że pokrewieństwo między 

lordem Greythorpe'em a mną jest, mówiąc oględnie, dość 

odległe, i z tego też powodu lord nie ma tu nic do powie-

background image

182 

dzenia. Gdyby jednak nawet próbował, dostałby solidną re­
prymendę. Poza tym - dodała, widząc, że na Fanhopie jej 

wyznanie nie zrobiło najmniejszego wrażenia - z począt­
kiem przyszłego tygodnia opuszczam te strony, więc przez 

ten krótki czas, jaki pozostał do mego wyjazdu, mój sza­
nowny kuzyn nie będzie chyba próbował prawić mi kazań. 

Radosny błysk w bladoniebieskich oczach Fanhope'a 

jednoznacznie świadczył o tym, jak bardzo ucieszyła go 
wiadomość o rychłym wyjeździe panny Milbank. To jed­

nak nie było aż tak ważne. Annis przystępowała do wojny, 

w której polem bitwy był karciany stolik, orężem - karty, 

a sztaby generalne mieściły się w głowach i psychice obu 
przeciwników. 

Początkowo nie miała podstaw, by przypuszczać, że 

Charles zamierza uczynić z niej swoją kolejną ofiarę. Gra 
była wyrównana i tak pozostało do momentu, gdy po wy­
graniu pięciu rozdań postanowiła zrobić to, co zrobiłby 
każdy na jej miejscu, czyli podwyższyła stawkę. 

Aż do tej pory wszystko było w najlepszym porządku, Fan-

hope nie oszukiwał. Podwyższenie miało być dla niego osta­
tecznym sprawdzianem, pokusą, której ulegnie lub nie. 

Uległ, bo nagle wszystko się zmieniło. Przewrócony kie­

liszek z winem na pewno nie był dziełem przypadku. Czuj­
ności Annis nie uśpiła również nowa, zapieczętowana talia 
kart, wyjęta z szuflady stolika, przy którym Fanhope grał 
przez cały wieczór. 

Z pewnością są znaczone. To dopiero oszust! - pomyśla­

ła, patrząc jak z wprawą tasuje karty. 

Niestety, by nie wzbudzać podejrzeń, nie mogła 

background image

183 

dokładnie sprawdzić talii. W chwilę później nie było to 

już zresztą potrzebne, gdyż prawa ręka Fanhope'a sięg­

nęła po monokl. Dla kogoś, kto niczego nie podejrze­

wał, mogło to wyglądać, jakby miał zwyczaj bezwiednie 

bawić się czarną wstążką od monokla, Annis odkry­
ła jednak swym przenikliwym wzrokiem, że przy oka­
zji wykonał kilka dodatkowych, niemal niewidocznych 
ruchów. Niemal, bo ona je wychwyciła. Znała tę sztucz­
kę od dziadka, sama dla zabawy ją wykonywała, teraz 

jednak miała okazję obserwować mistrza przy robocie. 
Po chwili zdemaskowała inne jego triki. 

Oczywiście wygrał trzy kolejne rozdania, a wraz z nimi 

wszystkie pieniądze, jakie Annis miała przy sobie. 

Gdy zgarniał łapczywie wygraną, dostrzegła wysoką syl­

wetkę lorda, który manewrował między stolikami w ich kie­

runku. Z radością pomyślała, że Greythorpe nie mógł się 
pojawić w bardziej pożądanym momencie, choć poważnie 

wątpiła, by Fanhope podzielał jej radość. Śledząc bacznie 

każdy jego najdrobniejszy ruch, nie przeoczyła czujnego, 
niemal trwożnego błysku w jego oczach. Wtedy ostatecznie 
upewniła się w przekonaniu, że swój sukces zawdzięczał 
nie tylko zwinnym rękom, lecz także silnemu instynkto­

wi samozachowawczemu, który nakazywał mu mieć się na 

baczności w każdej sytuacji. Charles świetnie zdawał sobie 
sprawę, po jak cienkiej linie stąpa, dlatego wypracował so­
bie cały system natychmiastowych, wręcz instynktownych 
reakcji na wszelkie zagrożenia. 

Tak właśnie wyobrażała sobie Annis psychikę odno­

szącego sukcesy szulera. Czy jednak rzeczywiście był 

background image

184 

w tym doskonały? - zaczęła się zastanawiać. Młody Fan-

hope nie był młodzieńcem szczególnie bystrym, choć 
z pewnością sprytnym, lecz to wielka różnica. I o tej 
różnicy nieraz musiał boleśnie się przekonać, a ciężkie 
razy nauczyły go tym większej ostrożności i kazały nie 

wychylać się ponad miarę. 

Całkiem niedawno bardzo się zdziwiła, kiedy dowie­

działa się o istnieniu pewnego domu w Oksfordzie. Za­
stanawiała się wówczas, dlaczego Fanhope nie zamieszkał 

w stolicy. Teraz wszystko stało się dla niej jasne. Londyn 

oznaczał wyższe wygrane, ale również wyższe ryzyko, że 
zostanie się zdemaskowanym, a to oznaczałoby rychłą 
i nieuchronną katastrofę. Annis była tego pewna. 

Zdała sobie bowiem sprawę, że jej pierwsze wrażenie, 

jakoby miała do czynienia z prawdziwym księciem szuler-

ki, było całkowicie mylne. Odwrotnie, siedziała oko w oko 
z podrzędnym oszustem. Fanhope znał niewiele więcej taj­
ników szulerki od niej, a przecież ona w zabawie nauczy­
ła się od dziadka kilku podstawowych sztuczek. Po latach 

ćwiczeń wykonywał je sprawnie, lecz nic ponadto. Była 

pewna, że po, dajmy na to, miesiącu treningów znacznie 
by go przewyższyła w tym rzemiośle, poza tym wymyśli­
łaby jakieś nowe, trudniejsze do wykrycia triki. Pierwsze 

wrażenie, że jest mistrzem, wynikało z tego, że był pierw­

szym szulerem, jakiego widziała przy robocie, teraz jednak 

diametralnie zmieniła zdanie. Po prostu Charles Fanhope 
był za głupi, by w jakiejkolwiek dziedzinie osiągnąć już na­

wet nie mistrzostwo, lecz choćby dość wysoki poziom. 

Już wydedukowała, że życie bolesnymi ciosami musiało 

background image

185 

mu wskazać właściwe miejsce w szyku. Może wyrzucono 
go po cichu z jakiegoś klubu po próbie oszustwa, może ktoś 
obił go szpicrutą po podobnym zdarzeniu, stąd ten jego 

wyostrzony instynkt samozachowawczy, bo tak głupi i za­

rozumiały człowiek bez twardej lekcji sam by go w sobie nie 

wypracował. Tak czy inaczej, Charles Fanhope z pewnoś­

cią zdawał sobie sprawę, że wytrawny gracz nigdy nie stał­
by się jego ofiarą, nie zdołałby też przechytrzyć kogoś tak 
inteligentnego i bywałego w świecie jak lord Greythorpe. 
Chcąc zatem po latach wyrzeczeń zapewnić sobie stosowne 

środki na luksusowe i hulaszcze życie, wybierał swoje ofia­

ry spośród nieopierzonych arystokratów, którzy zjeżdżali 

tłumnie do Oksfordu na studia. Wiedział, że ich ojców bę­
dzie stać na to, by w razie potrzeby uregulować największe 

nawet długi swoich latorośli. 

Wszystko wskazywało na to, że za łatwy łup uważał rów­

nież kobiety. Annis wcale by się nie zdziwiła, gdyby oprócz 
siostry, może jeszcze matki, Charles lekceważył je wszyst­
kie, a nawet miał w pogardzie. To dlatego bez żadnych 
skrupułów postanowił wypróbować na niej swoje oszukań­
cze sztuczki. Potraktował ją, jakby miała ptasi móżdżek, co 
samo w sobie było mało pochlebne, okazało się jednak bar­
dziej przydatne dla jej zamiarów, niż gdyby uznał ją za inte­
lektualistkę, bo wtedy miałby się na baczności. 

Niestety udawanie głupiej gąski przed Greythorpe'em 

nie będzie już takie łatwe. Liczyła jednak na bystrość lorda. 
Powinien szybko się zorientować, że coś jest nie w porząd­
ku, a ona pilnie potrzebuje jego pomocy. 

Na szczęście nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. 

background image

186 

Rozkoszny uśmiech Annis i jej trzepoczące zalotnie rzęsy 

wystarczyły, by obudzić jego czujność. 

- Dev, nie gniewaj się na mnie, kochanie - by nie miał 

już żadnych wątpliwości, dorzuciła tonem ociekającym sło­

dyczą. Jednak wpatrzone w niego szarozielone oczy mówiły 
zupełnie co innego. Gdy wyczytał w nich ostrzeżenie, a po­
tem prośbę, zwrócił pytający wzrok na stosiki monet na 
tym końcu stolika, przy którym siedział Fanhope. - Nieste­
ty tak, najdroższy kuzynie. - Annis ze smutkiem pokiwa­

ła głową. - Mam dziś potwornego pecha! A wiesz przecież, 

jak straszliwie nienawidzę przegrywać. - Kolejne kłamstwo, 

które miało potwierdzić jego podejrzenia, że coś jest nie 

w porządku. Całkiem zresztą zbędne. Spędził z nią prze­

cież wiele wieczorów przy kartach i wiedział, że potrafiła 
zachować żelazną dyscyplinę. Nie próbowała nadmiernie 
kusić losu, gdy jej sprzyjała karta, nie dałaby się też nigdy 
namówić na pozostanie przy stoliku w nadziei na przeła­
manie złej passy. - Proszę, kuzynie, spróbuj wytłumaczyć 
panu Fanhopeowi, że nie ma podstaw do obaw, by moje 

weksle nie znalazły pokrycia. 

Fanhope aż się zachłysnął, gdy żarliwie zaczął zapew­

niać, że w żadnym wypadku nie śmiałby kwestionować wy­
płacalności damy, jaką niewątpliwie jest panna Milbank. 

- Och, znam lepszy sposób, najdroższa Annis - przerwał 

mu lord, a gdy się zapłoniła, sięgnął z uśmiechem do kie­
szeni i rzucił na stół ciężką sakiewkę. - Przychodząc tu, by­
łem przygotowany na to, że rozegram jedną czy dwie par­
tyjki, jednak w obliczu całkiem realnej szansy, iż przyjdzie 
mi przyjąć zaszczytną funkcję twego bankiera, chyba się 

background image

187 

powstrzymam. Obiecaj mi tylko, droga Annis, że zostawisz 
mi przynajmniej koszulę. 

- Och, obiecuję, Dev - odparła równie żartobliwym to­

nem. - Ale teraz proszę, idź już sobie! Nie mogę tego znieść, 

jak stoisz tak nade mną ze srogą miną. - I dodała rozkapry­

szonym tonem: - To mnie rozprasza, wiesz? 

Chodziło jej o to, by Fanhope, zaniepokojony obecnoś­

cią Greythorpe'a, nie wycofał się z gry lub nie przestał jej 
oszukiwać. Bo choć niewątpliwie starał się to ukryć, widać 
było po nim, że jest bardzo spięty. Jednak gdy lord prze­
szedł w końcu do stolika, przy którym Tom usiłował roze­
grać choćby jedną w miarę przyzwoitą partyjkę z lady Fan­
hope, Charles wyraźnie odetchnął, a nawet pozwolił Annis 

wygrać dwie następne kolejki. 

- Och, tak się cieszę! Znowu wygrałam! - zaszczebiotała, 

klaszcząc w dłonie. - Przeczucie mnie nie zawiodło. Jak to 
dobrze, że nie wycofałam się zbyt szybko! 

Gdy smukłymi palcami zgarniała wygraną, Fanhope 

rzucił z nieszczerym uśmiechem: 

- Powinna pani podziękować kuzynowi za jego szczod­

rość, panno Milbank. Oczywiście nie miałbym nic prze­
ciwko pani wekslom - dodał pospiesznie. 

- Nie muszę mu za nic dziękować! - zaprotestowała ura­

żonym tonem. - Nie jestem ubogą krewną, panie Fanhope, 
o czym mój kuzyn dobrze wie. 

Łakomy wzrok Fanhope'a powędrował wzdłuż sznura 

pereł zdobiącego jej smukłą szyję. 

- Sądzi pani, że kuzyn Deverel dał pani tę sakiewkę 

w spontanicznym odruchu, bez zastanowienia? - Zgar-

background image

188 

nął karty i zaczął je tasować. Jego pulchne ręce poruszały 
się z zaskakującą zręcznością. - Muszę przyznać, że tym 
hojnym gestem nieco mnie zadziwił. Oczywiście ostatnia 
rzecz, jaką można powiedzieć o Greythorpie, to to, że jest 
skąpy, ma jednak opinię bardzo wstrzemięźliwego gracza. 

Tacy jak on nie mają cienia współczucia dla cudzych skłon­

ności do hazardu. 

Annis wzruszyła ramionami. 

- Myślę, że postąpił tak, ponieważ jestem jego gościem 

- powiedziała, nie spuszczając wzroku z lorda, który stał 

w drugim końcu pokoju i nachylony szeptał coś do ucha 

swojej młodziutkiej kuzynce Louise. - Musi pan też pamię­
tać, że Greythorpe jest dżentelmenem. Najważniejsze jed­
nak, że moi bliscy zadbali, bym nigdy nie musiała liczyć się 

z kosztami, o czym mój kuzyn Deverel dobrze wie. 

Wyznanie jej zostało skwitowane łaskawym uśmiechem. 

- Ach, rzeczywiście! Przypominam sobie, jak mama mó­

wiła mi któregoś dnia, że znała przed laty pani matkę... za­

nim pani szanowna rodzicielka przestała bywać w towarzy­
stwie i nikt już jej nigdy nie widział. 

- Jeżeli lady Fanhope istotnie tak panu mówiła, to wpro­

wadziła pana w błąd - odparowała Annis. - Moja mama 

była często widywana w towarzystwie ludzi, których lubiła 
i darzyła szacunkiem, choć rzeczywiście muszę przyznać, 
że wśród jej bliskich przyjaciół było niewielu przedstawi­

cieli najwyższych sfer. 

W odwecie za jej wyzywający ton, a może po prostu dla­

tego, że Greythorpe wyszedł wreszcie z pokoju, Fanhope 

szybko wygrał kolejne rozdanie, a później jeszcze cztery 

background image

189 

następne, skutkiem czego zawartość lordowskiej sakiewki 
została mocno uszczuplona, Annis zaś zostało akurat tyle 
pieniędzy, by mogła obstawić już tylko jedną grę. 

Tymczasem przyjęcie trwało w najlepsze i wiele osób, 

znękanych głośną muzyką, przeszło do saloniku, gdzie gra­
no w karty. 

Gdy mięsiste paluchy Fanhope'a po raz kolejny zgarnęły 

wygraną, Annis spostrzegła, że ich stolik znalazł się w cen­

trum uwagi. Wśród tych, którzy bacznie przyglądali się ich 
zmaganiom, byli pułkownik Hastie z żoną oraz Tom. Zdo­
łał wreszcie namówić jakiegoś poczciwca, by zechciał go 
zastąpić przy stoliku lady Fanhope. 

Akurat im wolałaby oszczędzić okropnego spektaklu, 

który niebawem się odbędzie, ale nie miała wyboru. Oba­

wiała się tylko, by wystraszony tak licznym audytorium 

oszust się nie wycofał, a w każdym razie nie zrezygno­

wał ze swoich machinacji, jednak nic takiego się nie stało. 
Wręcz przeciwnie, z zadowoleniem przyjął jej ofertę i wy­

raźnie nie miał zamiaru zakończyć tej nieuczciwej gry. 

Annis zdawała sobie jednak sprawę, że czas działa na jej 

niekorzyść, bo Fanhope nie będzie licytować w nieskoń­

czoność. W tej sytuacji postanowiła już teraz go zdema­
skować, kusząc tak wysoką wygraną, by nie był w stanie 
odmówić. 

Gdy rozpięła swój ukochany perłowy naszyjnik i rzuci­

ła go na stół, wokół rozległy się trwożliwe szepty. Po chwili 

obok niego wylądowały bransoletka oraz pierścionek z te­
go samego kompletu, co wywołało powszechną już kon­
sternację. 

background image

190 

- Ależ moje dziecko, tak nie można! - nie krył oburze­

nia pułkownik Hastie. - Przecież to perły twojej świętej 
pamięci matki! Czyżby nie przedstawiały dla ciebie żad­
nej wartości? 

Annis tylko machnęła ręką. Ten lekceważący gest mógł 

zwieść każdego - z jednym tylko wyjątkiem. Była przeko­
nana, że Tom wymknął się po to, by poszukać tego właśnie 
człowieka. O tak, czas działał wybitnie na jej niekorzyść! 

- No i co pan na to, Fanhope? - rzuciła. - Postawi pan 

całą swoją dzisiejszą wygraną przeciwko tym perłom... 

w ostatniej rozgrywce? 

Niecierpliwe klepnięcie w ramię sprawiło, że lord, który 

właśnie rozmawiał z panem domu, uniósł groźnie brwi i od­
wrócił się, by zobaczyć zasępioną twarz młodego kuzyna. 

- Musi pan tam przyjść! - nalegał Tom gorączkowym 

szeptem. - Trzeba ją natychmiast powstrzymać! To wszyst­
ko moja wina, ale ona mnie nie posłucha. 

Lord nie był wcale zdziwiony tym nagłym wezwaniem, 

bo choć nie miał pojęcia, o co Annis chodziło, wiedział, że 
próbowała mu coś przekazać za pomocą kilku ukradko­

wych, znaczących spojrzeń, pozostających w sprzeczności 

z frywolnym zachowaniem, które tak bardzo było nie w jej 
stylu. Wyraźnie nie chciała, by został tam dłużej, tego był 
absolutnie pewny, jak również tego, że jej zachowanie mia­

ło jakieś konkretne i z pewnością poważne przyczyny. Jaki 

jednak związek miał z tym wszystkim Tom, pozostawało 

dla niego absolutną zagadką. 

- Masz nade mną pewną przewagę, kuzynie - rzucił żar-

background image

191 

tobliwym tonem. - Na jakiej podstawie sądzisz, że twoja 
osoba mogłaby mieć jakikolwiek wpływ na zachowanie na­

szej ślicznej panny Milbank? 

- Czy robiłaby to, gdyby było inaczej? - zapytał Tom, 

wprawiając wicehrabiego w jeszcze większą konfuzję. -
Obiecała mi, że mi pomoże... że pożyczy mi pieniędzy... 

Ale nigdy bym nie przypuszczał, iż będzie próbowała zdo­

być je w tak głupi sposób! Nie mogę pozwolić, by straciła 
swoje perły... Nie mogę! 

Lord nie był w stanie zrozumieć, do czego czynił aluzje 

jego młody kuzyn, jednak z chaotycznej wypowiedzi wyło­
wił jeden punkt, który mocno go zaniepokoił. 

Przypomniał sobie, jak pewnego wieczoru rozmawiali 

długo z Annis. To właśnie wtedy dowiedział się ze zdu­

mieniem, że jej matka zatrzymała bardzo niewiele pamią­
tek z czasów, gdy jako córka hrabiego należała do uprzy­

wilejowanej klasy, co skończyło się, gdy wyszła za Arthura 
Milbanka. Komplet biżuterii z perłami należał do tych nie­

licznych przedmiotów, które lady Frances zabrała z sobą tej 
nocy, gdy uciekła z rodzinnego domu, by poślubić ukocha­
nego mężczyznę. Annis strzegła jak skarbu każdej z tych 
drogocennych pamiątek po matce, najbardziej zaś prze­
pięknych pereł. 

Zaintrygowany wyznaniem Toma, nie próbował jednak 

dowiedzieć się czegoś więcej, tylko niespiesznym krokiem 
wrócił do karcianego pokoju, jakby nic specjalnego się nie 

działo. Ot, dżentelmen w każdym calu. 

Annis od razu wyczuła, kiedy tyko się zjawił, by być 

świadkiem tego, co miało teraz nastąpić, choć nawet się nie 

background image

192 

odwróciła, by na niego spojrzeć. Wywnioskowała to z na­
głego ożywienia, jakie zapanowało wokół, a także z błysku 
niepokoju w oczach Fanhope'a. Mogła tylko mieć nadzie­

ję, że skoro w odpowiedzi na jej propozycję wypowiedział 
już znamienne słowo „zgoda!", wrodzona chciwość nakaże 

mu oszukać ją po raz ostatni. Na pewno chciał zgarnąć tak 

ogromną pulę. 

Mijały wolno sekundy, a każda z nich zdawała się wiecz­

nością. Napięcie rosło, tymczasem lord w zadumie obser­

wował lśniący stos złotych monet, gruby perłowy naszyjnik 

i resztę biżuterii, a także dwie osoby walczące o to, która 
z nich wstanie od stolika ze znacznie cięższą sakiewką. 

Oboje sprawiali wrażenie spokojnych, wytwornie obo­

jętnych w obliczu groźby znacznego zubożenia. Wiedział, 
że Annis jest niebywale opanowana. To właśnie, bardziej 

niż uroda, na początku ich znajomości tak go zafascyno­

wało. Wizja wygranej musiała niewiele dla niej znaczyć, ale 
utrata pereł to całkiem inna sprawa. Co zatem skłoniło ją 

do podjęcia takiego ryzyka? 

Kątem oka zobaczył, jak pułkownik Hastie przysuwa się 

do niego, marszcząc siwe, krzaczaste brwi. Widać było, jak 
bardzo przeżywa to, co działo się przed jego oczami. 

- Niech to diabli, Greythorpe! Zrób coś, żeby przerwać 

tę fanfaronadę! - zażądał scenicznym szeptem, na co wszy­
scy odwrócili głowy i spojrzeli wyczekująco na wicehrabie­
go. - Na Boga! Przecież ona postawiła perły swojej matki! 

- Ma święte prawo, jeżeli takie jest jej życzenie, panie 

pułkowniku - rzucił lord. - Ja nie mam przecież nad pan­
ną Milbank żadnej władzy, a nawet gdybym miał, nie pró-

background image

193 

bowałbym egzekwować jej na tym etapie gry. Zapropono­

wana stawka została przyjęta, klamka więc zapadła. 

Ton, jakim to wypowiedział, był tak kategoryczny, że 

pułkownik rozsądnie zaniechał dalszych protestów i po­
stanowił poszukać pocieszenia w tabakierze. Był jednak, 
co zrozumiałe, tak wzburzony, że wciągnął w nozdrza zbyt 
dużo proszku i zaczął gromko kichać. Brunatny obłoczek, 
który uniósł się w powietrzu, sprawił, iż stojący najbliżej 
cofnęli się nieco, zaś Fanhope sięgnął do kieszeni po chu­
steczkę. 

To w tym właśnie momencie Greythorpe wszystkiego 

się domyślił. Nie zwiodły go już dalsze popisy Fanhope'a, 
który ostentacyjnie zamachał chusteczką, zanim schował 

ją do kieszeni, co więcej, był absolutnie pewny, że Annis 
jest we wszystkim doskonale zorientowana i nie pozwoli 

się oszukać. Dlatego też to, co potem nastąpiło, nie było dla 
niego żadnym zaskoczeniem. 

Patrzył, jak Annis pozbywa się trzech kart, by je zastąpić 

trzema innymi z samego wierzchu leżącego stosu. Usłyszał 

głos Fanhopea, który zadeklarował podobny zamiar i zo­
baczył, jak rzuca swoje trzy karty na osobną kupkę. Po­

lem mięsiste palce sięgnęły po nowe trzy karty, i w tym 
momencie szczupła dłoń zamknęła się wokół nadgarstka 
Fanhope'a, wykręcając mu rękę do góry, zanim zdążył się 
zorientować. Na widok trzech kart, które wypadły mu z rę­
ki, część gości zamilkła, a reszta aż zająknęła się ze zgrozą 
i oburzeniem. 

To Tom wypowiedział w końcu głośno powszechne po­

dejrzenia: 

• 

background image

194 

- Ty obrzydliwy oszuście! Ty przeklęty łajdaku! Nie wzią­

łeś tych kart ze stosu! Wyjąłeś je z kieszeni! 

- Nie, nie z kieszeni - ku zdumieniu obecnych popra­

wiła go Annis. - Te akurat wyciągnął z rękawa, i to nie 

po raz pierwszy. Nie mam żadnych wątpliwości, że bliższe 
oględziny tego arcydzieła sztuki krawieckiej ujawnią więcej 
takich przemyślnie rozmieszczonych kieszeni, w których 
ukryte są karty. 

Fanhope zerwał się na równe nogi, szurając hałaśliwie 

krzesłem o drewnianą podłogę, i rozognionym wzrokiem 

zmierzył swą oskarżycielkę. Wydawał się jednak raczej do­
tknięty niż zdenerwowany. Ostatecznie nie przygwożdżono 
go żadnym dowodem, tylko zinterpretowano jego gest pod­
czas rozgrywki, a wiadomo, jak to z interpretacjami bywa. 

- Nie sądzę, by ktoś z tu obecnych był skłonny uwierzyć 

w pani ciężkie oskarżenia, panno Milbank - rzucił tonem 

spokojnym, a zarazem pogardliwym. - Radziłbym pani od­

wołać natychmiast te bzdury, bo gdy zażądam satysfakcji, 
jak pani się obroni? 

-Ja ją obronię! 

Wypowiedziane ze złowrogim spokojem zapewnienie 

lorda wywołało kolejną falę niepewnych pomruków. Ci, 
którzy początkowo skłonni byli odrzucić oskarżenie prze­
ciwko synowi jednego z najbardziej poważanych dżen­
telmenów w tych okolicach, traktując je jako wymysł źle 

wychowanej młodej kobiety oraz nazbyt zapalczywego 

młodzieńca, zaczęli się teraz wahać. Lord Greythorpe tak­
że był znaną postacią i cieszył się powszechnym szacun­
kiem, z jego zdaniem bardzo się liczono. Skoro więc bez-

background image

195 

warunkowo poparł oskarżenie panny Milbank, mogło ono 
być prawdziwe. 

Jednak wątpliwości pozostały. 

- Jest jeden sposób, by to rozstrzygnąć - ponad pomruki 

protestu i powątpiewania wybił się donośny głos Toma. 

Wzburzony młodzieniec doskoczył do stolika i zaczął 

szarpać Fanhope'a za pięknie uszyty frak, co oczywiście 
spotkało się z gwałtowną reakcją. Szarpanina mogłaby się 
rychło przekształcić w bójkę, gdyby jegomość, który grał 
w karty z Fanhopeem, zanim Annis zajęła jego miejsce, nie 
zdecydował się pospieszyć Tomowi w sukurs. 

Fanhope nie miał już żadnych szans. Zanim zdążyli ze­

drzeć z niego frak, dowody jego winy posypały się na pod­
łogę. Przenikliwy kobiecy krzyk dobiegający od stolika, 
przy którym grano w wista, zagłuszył na moment przytłu­
mione pomruki oburzenia tych, którzy stali na tyle blisko, 
by widzieć fałszywe karty sfruwające na podłogę. 

Winowajca, który zrezygnował już z nierównej walki, 

przybrał teraz zupełnie inną taktykę. Zamiast się oburzać 
i protestować, zaczął wszystkich przekonywać, że to był tyl­
ko żart umówiony wcześniej z pewną osobą w celu spraw­

dzenia, czy potrafi wygrać w ten sposób jakieś pieniądze. 
Oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru zatrzymać ani 
pensa ze swojej wygranej. Zabrzmiało to jednak mało prze­
konująco, a prawdę mówiąc, żałośnie. Goście okazali się 
głusi na te rozpaczliwe tyrady. Wreszcie postanowiono, że 
pan tego domu, który musiał już usłyszeć o próbie oszu­
stwa pod swoim dachem, sam zadecyduje, jakie podjąć dal­
sze kroki. 

background image

196 

Lord Greythorpe, który przez cały czas wpatrywał się 

w młodą damę trwającą w dumnym milczeniu przy stoli­

ku, jako jeden z pierwszych zobaczył zbliżającego się lorda 
Fanhope'a, i odsunął się na bok. 

Zawsze poważał swego sąsiada, ale nigdy bardziej niż 

w tym momencie, gdy w oczach barona pojawił się błysk 

zrozumienia, a jego posępny wzrok spoczął na zmiętym 
stroju syna. 

Potem, na widok spektaklu, jaki urządziła jego żona, 

omdlewająca w fotelu i łapiąca powietrze jak ryba, wyraz 
niesmaku zniekształcił jego arystokratyczne rysy. Uniósł 
smukłą dłoń i nagle, jakby spod ziemi, u jego boku wyros­

ła Caroline. 

- Zdaje się, że twoja matka się źle poczuła i pilnie po­

trzebuje twojej pomocy. Bądź tak uprzejma odprowadzić 

ją do pokoju i zadbać, by miała wszystkie wygody. - Po 

tych słowach odwrócił się na powrót do syna. Wyraz nie­

smaku zniknął na moment z jego szarych oczu, jednak lo­

dowata nuta w jego cichym, starannie modulowanym gło­
sie, nie mogła ujść niczyjej uwagi. - Choć twoja obecność, 

jak widać, wniosła wiele ożywienia w to przyjęcie, myślę, 
że możemy sobie darować twoje towarzystwo aż do końca 

tego wieczoru, Charles. Dzięki temu będziesz miał okazję 
dogłębnie zastanowić się nad swoją przyszłością, nie tylko 
najbliższą, ale i tą dalszą. Potem zaś, kiedy już skończę peł­
nić honory pana domu i pożegnam ostatnich gości, będę 
cię oczekiwał w bibliotece. 

Przed wyjściem z pokoju zwrócił się do Greythorpea 

z prośbą, by zechciał zostać i przywrócić ład, a także dopil-

background image

197 

nować, by wszyscy, którzy przegrali tego wieczoru z jego 

synem, otrzymali pełną rekompensatę. 

Choć Greythorpe nigdy nie śmiałby twierdzić, że jego 

i lorda Fanhope'a łączy zażyłość, utrzymywał zawsze przy­

jazne kontakty ze swoim sąsiadem, z chęcią więc posłu­
żył mu wsparciem w tak przykrej chwili. Zależało mu przy 

tym, by wszyscy zobaczyli, że choć oburzyło go postępowa­
nie syna, nie żywi jednak urazy do ojca, wręcz przeciwnie, 
darzy go szacunkiem i sąsiedzką przyjaźnią. Niestety tylko 
lyle mógł dla niego zrobić, bo skandal był niezaprzeczalny. 

Nie zdziwił się, gdy u jego boku wyrosła Sarah, sugeru­

jąc, że i oni nie powinni zostawać zbyt długo. Wiedział, iż 

nie znosi przykrych scen oraz napiętej atmosfery, a goście 

coraz bardziej otwarcie zaczynali dawać wyraz swojemu 

potępieniu. Mimo to byłby jej może odmówił, gdyby nie 
troska o pewną młodą damę, która swoim postępowaniem 
doprowadziła do tego, że wokół zaczęły padać przykre ko­
mentarze na temat Charlesa. 

Annis nie odezwała się już ani słowem po tym, jak głoś­

no oskarżyła młodego Fanhopea o oszustwo. Nie wzięła 
leż z powrotem drogocennych pereł, które wciąż leżały na 
nietkniętym stosie monet. 

Lord był pewny, że ani przez chwilę nie żałowała tego, co 

zrobiła, choć zarazem z faktu, że jej starania zostały uwień-
czone powodzeniem, nie czerpała specjalnej satysfakcji. 

Pomyślał, że nie czas i miejsce na słowa poparcia lub 

gratulacje. Wszystko, co mógł teraz zrobić, to oszczędzić 
jej konieczności odpowiadania na dziesiątki dociekliwych 
pytań, co niewątpliwie nastąpi, gdy tylko goście otrząsną 

background image

198 

się z pierwszego szoku. Dlatego postanowił dopilnować, by 
niezwłocznie odwieziono ją do Manor. 

Było już dobrze po północy, gdy lord znalazł się wresz­

cie w swojej rezydencji. Choć nigdy nie żądał od służby, by 
czekała na jego powrót, nie zdziwił go widok sumiennego 

Dunstera gaszącego świece w holu, co było ostatnim z je­
go codziennych obowiązków. Zdziwiła go natomiast wia­
domość, że Tom Marshal, którego wcześniej prosił o od­

wiezienie pań do Manor, nie położył się jeszcze i czeka na 

niego w bibliotece. 

Gdy udał się tam, kuzyn siedział w fotelu z na wpół 

opróżnioną szklaneczką w ręku, wpatrzony z zadumą w ża­
rzące się na kominku węgle. 

Ten sympatyczny młodzieniec dotychczas ani razu nie 

miał ochoty dotrzymać mu towarzystwa nocną porą, gdy 
panie wycofywały się do swoich sypialni, lord przypuszczał 

więc, że na tę zmianę obyczajów musiał mieć wpływ ja­

kiś szczególny powód. Szczerze mówiąc, zdecydowanie by 

wolał, żeby Tom wstrzymał się z tym akurat tej nocy, gdyż 

czuł się wyjątkowo zmęczony, poza tym nie przepadał za 

rozmowami do świtu. Zważywszy jednak na to, że Marshal 

ochoczo pospieszył mu z pomocą, eskortując po przyjęciu 

panie z Hall do Manor, wicehrabia postanowił zapomnieć 

o zmęczeniu i zdać się na rozwój wypadków. 

- Nie, nie wstawaj - rzucił, gdy Tom zaczął podnosić się 

z fotela. - Wypij, to ci jeszcze doleję. 

Toma nie trzeba było specjalnie namawiać, więc po na­

pełnieniu dwóch hojnych miarek brandy lord Greythorpe 

background image

199 

rozsiadł się w fotelu po przeciwnej stronie kominka, goto­

wy wysłuchać tego, co młody kuzynek, nie czekając ranka, 
chciał tak pilnie z siebie wyrzucić. 

- Dziwna historia z tym Fanhope'em, prawda? - zaczął 

Tom po dłuższym milczeniu. - Mam nadzieję, że nie uważa 

pan, że posunąłem się za daleko, szarpiąc się z nim publicz­

nie... - Urwał, a potem dorzucił: - Szczerze mówiąc, by­

łem wściekły, bo... bo mam poważne podstawy przypusz­
czać, że i ja mogłem być jedną z jego ofiar. 

- Tak, moim zdaniem to całkiem możliwe - przyznał 

lord. - A tak na marginesie, nie jestem twoim opiekunem, 
chłopcze, nie ma więc powodu, dla którego nie miałbyś 
zwracać się do mnie po imieniu. Tak bym nawet wolał, mó­

wiąc szczerze - dorzucił z uśmiechem. 

Tom zdumiał się w pierwszej chwili, a potem promien­

ny uśmiech rozjaśnił jego chłopięcą twarz. Wyraźnie roz­
luźniony, rozsiadł się wygodniej w fotelu i wychylił spory 
łyk brandy. 

- Tak po prawdzie, sir... to znaczy Deverel... nie mam 

pojęcia, co robić. Honor nakazywał mi wykupić weksle od 

Charlesa Fanhope'a i załatwiłem już nawet na to potrzebne 
środki, ale po tym, czego dowiedziałem się tej nocy, poczu­

łem się zwolniony z wszelkich zobowiązań wobec niego. To 

nikczemny oszust, który nie zasługuje na żadne względy! 

Wicehrabia wyjął z kieszeni kartę do gry, przez chwilę 

przyglądał się uważnie jej koszulce, po czym znów scho­
wał ją do kieszeni. 

- Och, to niezaprzeczalnie szuler - przyznał. - Co do 

lego nie mam żadnych wątpliwości. Pewnie już od dłuż-

background image

198 

się z pierwszego szoku. Dlatego postanowił dopilnować, by 

niezwłocznie odwieziono ją do Manor. 

Było już dobrze po północy, gdy lord znalazł się wresz­

cie w swojej rezydencji. Choć nigdy nie żądał od służby, by 
czekała na jego powrót, nie zdziwił go widok sumiennego 
Dunstera gaszącego świece w holu, co było ostatnim z je­
go codziennych obowiązków. Zdziwiła go natomiast wia­
domość, że Tom Marshal, którego wcześniej prosił o od­

wiezienie pań do Manor, nie położył się jeszcze i czeka na 

niego w bibliotece. 

Gdy udał się tam, kuzyn siedział w fotelu z na wpół 

opróżnioną szklaneczką w ręku, wpatrzony z zadumą w ża­
rzące się na kominku węgle. 

Ten sympatyczny młodzieniec dotychczas ani razu nie 

miał ochoty dotrzymać mu towarzystwa nocną porą, gdy 
panie wycofywały się do swoich sypialni, lord przypuszczał 

więc, że na tę zmianę obyczajów musiał mieć wpływ ja­

kiś szczególny powód. Szczerze mówiąc, zdecydowanie by 

wolał, żeby Tom wstrzymał się z tym akurat tej nocy, gdyż 

czuł się wyjątkowo zmęczony, poza tym nie przepadał za 
rozmowami do świtu. Zważywszy jednak na to, że Marshal 
ochoczo pospieszył mu z pomocą, eskortując po przyjęciu 

panie z Hall do Manor, wicehrabia postanowił zapomnieć 

o zmęczeniu i zdać się na rozwój wypadków. 

- Nie, nie wstawaj - rzucił, gdy Tom zaczął podnosić się 

z fotela. - Wypij, to ci jeszcze doleję. 

Toma nie trzeba było specjalnie namawiać, więc po na­

pełnieniu dwóch hojnych miarek brandy lord Greythorpe 

background image

199 

rozsiadł się w fotelu po przeciwnej stronie kominka, goto­

wy wysłuchać tego, co młody kuzynek, nie czekając ranka, 

chciał tak pilnie z siebie wyrzucić. 

- Dziwna historia z tym Fanhopeem, prawda? - zaczął 

Tom po dłuższym milczeniu. - Mam nadzieję, że nie uważa 

pan, że posunąłem się za daleko, szarpiąc się z nim publicz­
nie... - Urwał, a potem dorzucił: - Szczerze mówiąc, by­
łem wściekły, bo... bo mam poważne podstawy przypusz­
czać, że i ja mogłem być jedną z jego ofiar. 

- Tak, moim zdaniem to całkiem możliwe - przyznał 

lord. - A tak na marginesie, nie jestem twoim opiekunem, 
chłopcze, nie ma więc powodu, dla którego nie miałbyś 
zwracać się do mnie po imieniu. Tak bym nawet wolał, mó­

wiąc szczerze - dorzucił z uśmiechem. 

Tom zdumiał się w pierwszej chwili, a potem promien­

ny uśmiech rozjaśnił jego chłopięcą twarz. Wyraźnie roz­
luźniony, rozsiadł się wygodniej w fotelu i wychylił spory 
łyk brandy. 

- Tak po prawdzie, sir... to znaczy Deverel... nie mam 

pojęcia, co robić. Honor nakazywał mi wykupić weksle od 
Charlesa Fanhopea i załatwiłem już nawet na to potrzebne 
środki, ale po tym, czego dowiedziałem się tej nocy, poczu­
łem się zwolniony z wszelkich zobowiązań wobec niego. To 
nikczemny oszust, który nie zasługuje na żadne względy! 

Wicehrabia wyjął z kieszeni kartę do gry, przez chwilę 

przyglądał się uważnie jej koszulce, po czym znów scho­
wał ją do kieszeni. 

- Och, to niezaprzeczalnie szuler - przyznał. - Co do 

tego nie mam żadnych wątpliwości. Pewnie już od dłuż-

background image

200 

szego czasu trudnił się tym niecnym procederem i udało 
mu się oszukać wiele osób. Choć lord Fanhope obstaje przy 

pełnej rekompensacie, obawiam się, że nigdy nie poznamy 

wszystkich ofiar jego syna. 

- Ale ty się do nich nie zaliczasz, prawda? 
- Nie przypuszczam, by przy tych nielicznych okazjach, 

kiedy graliśmy w karty, próbował mnie oszukać. Nie, ra­
czej nie. 

- Skoro tak, to co wzbudziło twoje podejrzenia? - Tom 

zmarszczył brwi. - Musiałeś przecież czegoś się domyślać, 
skoro prosiłeś mnie, żebym miał przez cały czas na oku 
stolik Fanhope'a. 

Łagodny uśmiech złagodził ostre rysy lorda. 

- Byłem pewny, że panna Milbank coś podejrzewa. To 

niezwykle bystra młoda osoba, która odebrała bardzo nie­
konwencjonalne wychowanie - dorzucił z ciepłym błys­
kiem w oku. - Młody Fanhope popełnił ten błąd, że jej nie 
docenił. Zdolności percepcyjne i dedukcyjne panny Mil­
bank są wprost niewiarygodne. Kto jak kto, ale akurat ona 
nie pozwoli się oszukać. 

- To prawda - przyznał ochoczo Tom. - Ma też głowę 

do interesów. Choć, muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem, 

jak rzuca na stół te klejnoty, przeraziłem się, że zmieniła 

zdanie w sprawie pożyczki, i w ten właśnie sposób próbu­

je odzyskać moje weksle. To dlatego szukałem cię tak go­

rączkowo. Nie mogłem przecież do tego dopuścić, by grała 
z Fanhope'em o swoje perły. 

Jeżeli Tom się spodziewał, że wyznaniem tym zy­

ska uznanie lorda, to czekała go przykra niespodzianka. 

background image

201 

Uśmiech znikł z twarzy Greyfhorpea, a lodowaty ton, ja­

kim przemówił, mógł śmiało rywalizować z tym, jakim 

lord Fanhope oznajmiał swoją wolę synowi. 

- Czy dobrze zrozumiałem? Ośmieliłeś się zwrócić do 

panny Milbank o pożyczkę na polcrycie swoich karcianych 

długów? 

- Dobry Boże! Nigdy w życiu! To nie było tak! - zarzekał 

się Tom. - Nie chciałem nikomu o tym mówić... ale An-

nis wyczuła, że coś jest nie tak i... jak by tu powiedzieć... 

wyciągnęła to ze mnie. - Gdyby przestał choć na moment 

wpatrywać się w swoją szklaneczkę, musiałby zauważyć 

wyraz aprobaty na twarzy lorda. - Byłem już skłonny pójść 

do lichwiarzy, ale Annis nawet nie chciała o tym słyszeć. 

Powiedziała, że pożyczy mi te pieniądze i że w związku 

z tym musi wracać do Leicestershire na początku przyszłe­

go tygodnia, żeby się skonsultować z człowiekiem, który 

prowadzi jej interesy. - Dopiero wtedy odważył się pod­

nieść oczy i zobaczył, że lord wygląda już znacznie bardziej 

przystępnie. - Nie chodziło o umowę w cztery oczy, zamie­

rzaliśmy załatwić to formalnie, ze wszystkimi wymagany­

mi dokumentami. Oczywiście miałem jej płacić ustalony 

procent od pożyczki. Nie jestem jednak w tej chwili pewny, 

czy po tym, co odkryliśmy tej nocy, powinienem brać od 

niej te pieniądze. 

- Jeżeli jesteś gotowy z tą chwilą przekazać swoje intere­

sy w moje ręce, Tom, będę bardziej niż szczęśliwy, mogąc 
działać w twoim imieniu. Tym bardziej że, jak słyszałem, 

w przyszłym tygodniu chcesz wracać do Oksfordu. 

- Byłbym ci bardzo wdzięczny! - Tom wyglądał, jakby 

background image

202 

ktoś zdjął mu z pleców wielki ciężar. Dopiwszy swoją bran­
dy, wstał i podszedł do drzwi. - Annis powiedziała mi pod­
czas tamtej rozmowy, że powinienem ci zaufać... i że gdyby 
miała jakieś kłopoty, byłbyś pierwszą osobą, do której by 
się zwróciła. I tu też miała rację... Dobranoc, Deverel. 

- Tak powiedziała? - mruknął lord, uśmiechając się z za­

dowoleniem, gdy drzwi zamknęły się cicho za jego kuzy­
nem. A potem, idąc za przykładem Toma, jednym haustem 
opróżnił swoją szklaneczkę. - Nie ty jeden, kuzynie, nie 

wiedziałeś, co począć w pewnych sytuacjach. Ja również 

przeżywałem podobne rozterki... Ale, jak mi Bóg miły, już 
nigdy więcej! 

background image

Rozdział jedenasty 

Annis nie była zdziwiona, gdy w najbliższą niedzie­

lę nikt z rodziny Fanhope'ów nie pojawił się w kościele 
na nabożeństwie. Nie zdziwiło jej także i to, że w dro­
dze powrotnej nie padło na ten temat ani jedno słowo, 
gdyż wszyscy w Manor, łącznie z nią samą, starannie 
unikali wszelkich aluzji do feralnych zdarzeń, jakie mia­
ły miejsce na przyjęciu u Fanhope'ów. Wszyscy, dodała 

w myślach, oprócz Toma, który zapukał do niej poprzed­

niego wieczoru w tym tylko celu, by ją powiadomić, że 
odzyskał swoje weksle. 

- Muszę przyznać, że poczułem się okropnie - powie­

dział - bo to nie Charles anulował moje długi, tylko jego 
ojciec. Jedno, co dobre w tej nieszczęsnej aferze, to że nie 
będę już musiał od ciebie pożyczać. Greythorpe poradził 
mi, bym przyjął te weksle, a lordowi Fanhope'owi wysłał 
pokwitowanie wraz z kilkoma słowami podziękowania. 

Dla Annis postępowanie lorda Fanhopea po ujawnie­

niu szachrajstw jego pozbawionego skrupułów syna nie by­
ło żadnym zaskoczeniem. Baron starał się odwrócić skut-

background image

204 

ki oszustw Charlesa, by choć trochę zmniejszyć rozmiary 
skandalu. Po prostu nie miał innego wyjścia. Miłym zasko­
czeniem okazało się natomiast to, że Tom wreszcie zaufał 
swemu starszemu kuzynowi. 

Gdy poruszyła ten temat, stwierdził: 

- Wiesz co, miałaś rację. Nie pojmuję, dlaczego na po­

czątku tak się opierałem. Dev to najlepszy człowiek pod 
słońcem! Nawet nie próbował prawić mi morałów, nie na­
zwał mnie też osłem za moje karciane tarapaty, choć zży­

mał się bardzo, gdy powiedziałem mu, że zgodziłem się 
przyjąć twoją pomoc. Powiedział, że gdybym jeszcze kie­
dyś znalazł się w trudnym położeniu, mam się zwrócić tyl­
ko do niego. Oczywiście nie będzie to już potrzebne, bo 
dostałem niezłą nauczkę. 

Na wspomnienie słów Toma, że pragnie odtąd kroczyć 

prostą drogą, Annis uśmiechnęła się pobłażliwie. Czy mu 
się to uda, czas pokaże. Nie wiedziała też, co naprawdę są­
dzi lord o przykrych wydarzeniach minionych dni. 

Złożyła z roztargnieniem kolejną część garderoby i do­

dała ją do stosu ubrań w kufrze, gdy dobiegł ją odgłos kół 
na wyżwirowanej alei. Pewnie jakiś gość odjeżdża po krót­

kiej wizycie, pomyślała i wróciła myślami do wicehrabiego. 
Dlaczego w ostatnich dniach zachowywał się tak dziwnie, 

skąd te jego nietypowe reakcje? 

Gdy przed paroma dniami poinformowała go, że z po­

wodu pewnej ważnej sprawy musi wracać pilnie do domu, 

poczuła ulgę, bo nie próbował dojść przyczyn tej nagłej de­
cyzji - ale i głęboką wdzięczność, gdy wielkodusznie oddał 
do jej dyspozycji swój powóz oraz służbę na czas powrót-

background image

205 

nej podróży. Musiała także ze wstydem przyznać, że tym 
pozytywnym uczuciom towarzyszyło ukłucie żalu, nie pró­
bował bowiem wpłynąć na nią, by zmieniła zdanie i zosta­
ła w Manor. 

- Oczywiście bym mu odmówiła - powiedziała do siebie, 

wciąż czując urazę, że nie prosił jej, by przedłużyła swój 

pobyt. 

Dlatego też twardo zamierzała wyjechać nazajutrz, choć 

przyczyna tej podróży przestała już istnieć. Co ją dziwiło 
i coraz bardziej... no tak, bolało... to wyraźna obojętność 
lorda. Nie mógł się przecież nie domyślać, dlaczego posta­

nowiła wyjechać, a jednak nie próbował odwieść jej od te­
go zamiaru. 

Nie była to kwestia jej przeczulonej wyobraźni. Stosunek 

lorda do jej osoby zmienił się zdecydowanie w ostatnich 
dniach. Czy dlatego, że w głębi duszy nie pochwalał sposo­
bu, w jaki zdemaskowała publicznie Charlesa Fanhopea? 
Nie posunęłaby się wprawdzie tak daleko, by zaryzykować 
twierdzenie, że po niezaprzeczalnej furorze, jaką zrobiła 
tamtego wieczoru, uznał jej obecność pod swoim dachem 

za krępującą, a jednak oddalił się od niej i zaczął znów, jak 
dawniej, zamykać się popołudniami w bibliotece. 

Pojawienie się Disher zmusiło Annis do zakończenia 

tych niewesołych rozważań i kazało jej skupić się na spra­

wie bardziej przyziemnej, czyli na pakowaniu bagaży. 

- Ja dokończę, panienko Annis - zaproponowała poko­

jowa, odkładając na bok stertę świeżo wypranej bielizny. -

Spotkałam pana Dunstera w holu. Jego lordowska mość ży­
czy sobie widzieć panienkę w bibliotece, jak tylko będzie 

background image

206 

panienka miała wolną chwilę. Czyli wygląda na to, że spra­

wa musi być pilna. 

- Wielkie nieba! Czego on może chcieć ode mnie? 
- Nic mi nie powiedział. Mam tylko nadzieję, że lord 

Greythorpe nie zmienił zdania i pożyczy nam swój powóz. 

Tak się cieszyłam, że powrotną podróż odbędę w wielkim 

stylu. 

- Snobka z ciebie, moja Dish - skwitowała Annis, po 

czym wyszła, zanim pokojowa zdążyła ochłonąć na tyle, by 
zaprotestować przeciwko tak oburzającej sugestii. 

Z pozoru spokojna, lecz naprawdę roztrzęsiona, Annis 

udała się niezwłocznie na spotkanie z lordem. Ledwie prze­
kroczyła próg jego sanktuarium, uczucie żalu i skrępowa­
nia przerodziło się w osłupienie, gdyż lord zerwał się na jej 

widok, podszedł do drzwi, chwycił ją za ręce i podprowa­

dził do kominka. 

- Dziękuję ci, droga Annis, że tak szybko przybyłaś na 

moje wezwanie. - Puścił niechętnie jej ręce, by mogła za­

jąć miejsce w jednym z wygodnych foteli. - Miałem przed 

chwilą wizytę lorda Fanhopea. Nieszczęśnik jest okropnie 
zbulwersowany, bo Charles nie wykazał najmniejszej chę­
ci, by stawić czoło konsekwencjom swoich niecnych czy­

nów. Wyobraź sobie, że uciekł z domu tej nocy! Nikt nie 

wie, gdzie się podziewa, nawet Caroline nie zna jego dal­

szych zamiarów. 

- O Boże! - Annis tyle tylko była w stanie wykrztusić, 

póki nie wypiła podanego przez lorda kieliszka madery, 
co jednak nie wystarczyło, by przywrócić jej równowa­
gę ducha. 

background image

207 

- Nie wątpię, że lord Fanhope mnie obarcza winą za 

wszystkie kłopoty, jakie stały się udziałem jego rodziny. 

- Wręcz przeciwnie, moja droga, wini wyłącznie siebie. 

Muszę przy tym dodać, że nie bez pewnych podstaw, choć 
mu oczywiście tego nie powiedziałem. Wiedział już prze­

cież od dłuższego czasu, że pensja, jaką wypłacał Char-
lesowi, to stanowczo za mało, by wieść tak wystawne ży­
cie, a jednak nigdy nie próbował się dowiedzieć, skąd jego 
syn bierze środki na finansowanie swoich ekstrawagancji. 

- Urwał na moment, by ugasić pragnienie. - Obwinia się 

także, i również nie bez podstaw, o to, że pozwolił, by jego 
żona bez umiaru faworyzowała najstarszego syna, po pro­
stu od najmłodszych lat pozwalała mu na wszystko. Sku­
tek tego był taki, że od maleńkości, gdy cokolwiek szło nie 
po jego myśli, wrzeszczał, miotał się, wpadał w szał, i za­
raz dostawał to, na co miał ochotę. I tak już mu zostało... 

Teraz zaś jasno mu oznajmiono, że jeśli chce kiedykolwiek 
jeszcze być przyjmowany w towarzystwie, musi odpoku­

tować za swoje błędy i zwrócić zdobyte nieuczciwą drogą 
pieniądze. 

- On zaś uciekł... Nigdy nie ceniłam Charlesa Fanhopea, 

nawet przed ujawnieniem jego szachrajstw, a jednak się 
dziwię. Popełnił straszną rzecz, musi jednak wiedzieć, że 
teraz pozostaje mu tylko jedno, a mianowicie postąpić jak 
człowiek honoru i wziąć na swoje barki odpowiedzialność. 
Stanąć twarzą w twarz z pokrzywdzonymi, zrekompenso­

wać straty, a potem udowodnić wszystkim, że radykalnie 

odmienił swoje życie. To jedyna droga, by po jakimś czasie 

wrócić do towarzystwa. On zaś zniknął. Dlaczego? 

background image

208 

- Bo jest niedojrzałym głupcem, oto dlaczego. Wymyślił 

sobie, że zwrot pieniędzy, a choćby ich części, wystarczy, 

by oczyścić jego imię w oczach naszej sfery. Jakby chodzi­
ło o stłuczoną filiżankę z porcelany! Wystarczy kupić no­

wą, wstawić do kredensu i sprawa załatwiona... A to prze­

cież dorosły mężczyzna! On naprawdę nie poczuwa się do 

żadnej odpowiedzialności. Wyobraź sobie, że kategorycz­
nie odmówił wyjazdu do Indii Zachodnich, gdzie miałby 
zająć się podupadającą plantacją, która w części należy do 
Fanhopeów. Gdyby tam odniósł sukces, po kilku latach 
mógłby wrócić do Anglii i nikt by mu już nie wypominał 
dawnych grzechów. Lecz ze złością odrzucił tę szansę. 

Annis zastanowiła się przez chwilę. 

- To dziwne, co powiem, ale w jakimś sensie go rozu­

miem. Indie Zachodnie! Fiu, fiu! Więc coś takiego zapla­
nował dla niego lord Fanhope! Znając zamiłowanie Char-
lesa do zbytku i luksusów, nie mogę powiedzieć, bym go 
tak do końca potępiała za to, że zbuntował się przeciwko 
takiej decyzji. 

Po srogiej minie lorda poznała, że nie podziela jej 

opinii. 

- Charles, jak już mówiłem, musi być półgłówkiem, 

jeżeli choć przez chwilę sądził, że zwrot zdobytej nie­

uczciwą drogą wygranej wszystko załatwi. Większość 
ludzi z naszej sfery może sobie być płytka i żądna świe­

żych plotek, zwłaszcza pikantnych, jednak pewnych 
występków nie zapomina się i nie wybacza bardzo dłu­
go. Kto jak kto, ale ty powinnaś to wiedzieć najlepiej... 

- Urwał, a gdy delikatne powieki opadły w niemym 

background image

209 

potwierdzeniu, mówił dalej: - Choć może się to wydać 
niewiarygodne, ale w naszym świecie morderstwo ucho­

dzi za znacznie mniejsze przestępstwo niż niepłacenie 
honorowych długów, a oszustwo przy karcianym stoli­
ku uznawane jest za najcięższą przewinę. Lord Fanhope 

pragnie, by jego syn zniknął ludziom z oczu nie tylko 
dla własnego dobra, ale i dla dobra reszty rodziny. Bło­
to rozbryzguje się daleko, moja droga... Dlatego baron 
podejmie wszelkie możliwe kroki, by zmniejszyć skutki 
tego, co nieuchronnie musi nastąpić, gdy skandal prze­
dostanie się do wiadomości publicznej. - Z głębokim 

westchnieniem odwrócił się do kominka. - Bóg jeden 
wie, jak bardzo nie chcę angażować się w tę sprawę, lecz 

zarazem wiem, że nie tylko muszę, ale i pragnę być dla 
lorda Fanhope'a oraz pewnych członków jego rodzi­

ny wsparciem w tych ciężkich chwilach. - Wpatrzony 

w rozżarzone węgle, nie zauważył badawczego spojrze­

nia szarozielonych oczu i drżącej ręki unoszącej kieliszek 
do ust, z których nagle zniknął uśmiech. - Po dzisiejszej 
porannej wizycie barona zmuszony byłem zmienić swo­

je plany na najbliższą przyszłość. - Choć ton jego głosu 

brzmiał rzeczowo, jakby mówił na przykład o pogodzie, 

Annis wydało się, że wychwyciła nutkę żalu i frustra­

cji. - Lord Fanhope nie jest już młody, a przygnieciony 
nieszczęściem, jakie spadło na niego w ostatnich dniach, 
nie jest w odpowiedniej kondycji, by jeździć samemu po 
całym kraju, próbując odszukać Charlesa. W tej sytua­
cji nie miałem innego wyjścia i musiałem zaproponować 
mu swoje towarzystwo oraz powóz, jako że jego jest już 

background image

210 

przestarzały i niezbyt wygodny. Trzeba też pamiętać, że 
baron jest człowiekiem zbyt pryncypialnym, by używać 

w obecnej chwili eleganckiego ekwipażu syna. 

- To Charles nie wyjechał własnym powozem? - zdu­

miała się. 

- Nie, moja droga. Jak ci już chyba mówiłem, uciekł 

w środku nocy, i to, wyobraź sobie, na tym swoim parad­

nym kasztanku. Widocznie uznał, że będzie mu łatwiej 
uciekać konno. Poza tym nie mógłby już nigdzie pojechać 
swoim powozem, bo kazano mu odprawić służbę, łącznie 
z lokajem oraz świeżo najętym stajennym. 

Gdyby nie przykra świadomość, iż swym łajdackim wy­

brykiem Charles przysporzył okropnej zgryzoty swojej ro­
dzinie, Annis byłaby parsknęła śmiechem. Wizja, jak mło­
dy Fanhope ucieka na koniu, który nadaje się wyłącznie do 
niedzielnych przejażdżek, była naprawdę komiczna. 

- Daleko nie ujedzie na tym łachu... Więc może ukrył 

się gdzieś w tych stronach? 

- Raczej nie. Moim zdaniem wyprawił się gdzieś dalej. 

Może z powrotem do Oksfordu? Z drugiej strony, trudno 
przewidzieć, ile mil zdołał przebyć, zanim musiał zmienić 
konia. Nie zapominaj, że w kwestii doboru najgorszych 

wierzchowców Charles nie ma sobie równych. 

Annis z trudem powstrzymała się od śmiechu. 

- Kiedy zamierzasz wyjechać? - zapytała. 
- Za godzinę. Pojedzie też z nami Tom, gdyż zna adres 

tej jaskini hazardu, której Charles jest współwłaścicielem. 

Być może uda nam się go tam dopaść, jeżeli jednak nie, 
trzeba będzie przeszukać stolicę, bo jeśli zamierza ukryć się 

background image

211 

gdzieś na dłuższy czas, trudno o lepsze miejsce niż metro­

polia. Znaczy to, że nie będzie mnie przez kilka dni, a mo­
że nawet tydzień lub więcej, ponieważ, korzystając z okazji, 
zatrzymam się w mojej londyńskiej rezydencji, by załatwić 
kilka pilnych spraw. - Pociągnął długi łyk, patrząc na An-
nis, lecz twarz miał nieprzeniknioną. - Oznacza to również, 
że muszę cofnąć dane słowo, gdyż nie będę mógł służyć ci 
moim ekwipażem. 

Czy go to zmartwiło, trudno powiedzieć, gdyż głos miał 

równie beznamiętny jak spojrzenie, Annis nie miała jed­
nak zwyczaju rozczulać się nad sobą tylko dlatego, że coś 
poszło nie po jej myśli. 

- Tym sobie nie zaprzątaj głowy, potrzebuję jednak kilku 

dni, by zorganizować podróż dyliżansem pocztowym, co 
oznacza, że będę zmuszona skorzystać z twojej... 

- Wręcz przeciwnie... - Lord odebrał jej niedopity kie­

liszek i odstawił go na bok, po czym ujął jej ręce i deli­
katnie pociągnął do góry, a ona doznała uczucia, jakby jej 
dłonie znalazły się w doskonale dopasowanych rękawicz­
kach. Rzecz jednak w tym, że nie mogła sobie przypo­
mnieć, by włożenie ciepłych rękawiczek wywołało kiedy­
kolwiek nagłą falę gorąca oraz przedziwny dreszcz. - To ja 
zamierzam skorzystać z twojej uprzejmości i po raz kolej­
ny poprosić cię, byś zechciała przełożyć swój wyjazd przy­
najmniej do mego powrotu. W normalnych warunkach na­

wet by mi przez myśl nie przeszło, by wyjeżdżać z Manor 
w takim okresie, zbliżają się przecież urodziny mojej babki 

i tyle jeszcze rozmaitych spraw wymaga załatwienia. Sarah, 

jak wiesz, doskonale sobie radzi, ma jednak skłonności do 

background image

212 

przesadnego zamartwiania się, ilekroć coś idzie niezgodnie 
z planem. Ty, na szczęście, jesteś inna, miałabyś więc na nią 
kojący wpływ. Mogłabyś także służyć jej rozsądną poradą. 

Trzeba także wziąć pod uwagę wizytę naszych pierwszych 

gości. Twoja matka chrzestna, jak ci wiadomo, wybiera 
się tu za dwa tygodnie. Chciałbym wrócić do tego czasu, 
ale jeśli nie wszystko pójdzie po mojej myśli i spóźnię się 
z jakichś przyczyn, będę mógł spać spokojnie, wiedząc, że 

w Manor jest ktoś, kto potrafi wszystkim zarządzać i podej­

mować decyzje pod moją nieobecność. 

Nie była to może pochwała, jaką większość kobiet chcia­

łaby usłyszeć, co gorsza, nie był to nawet komplement, bo 
trudno za taki uznać stwierdzenie, iż ktoś lubi rządzić, 
a jednak solenna powaga, z jaką się do niej zwrócił, kazała 

Annis z miejsca wyrazić zgodę. 

Skutek był taki, iż lord wypuścił jej dłonie ze swego ko­

jącego uścisku i niezwłocznie się pożegnał. 

Annis zupełnie zapomniała o starym przysłowiu „co 

nagle, to po diable". Dopiero gdy znalazła się w swoim po­
koju i kazała Disher rozpakować kufry, w duszy jej zakieł­
kowało ziarno zwątpienia. 

- Jestem poważnie zaniepokojona! - bez ogródek stwier­

dziła pokojowa. - Mam rozumieć, że znowu zmieniła pa­
nienka zdanie w sprawie wyjazdu? - Potrząsnęła głową, 
a na jej pulchnej twarzy odmalowało się niezadowolenie. -

Nie jestem pewna, czy jego lordowska mość ma na panien­
kę dobry wpływ, panienko Annis. Zawsze myślałam, że jest 
panienka młodą damą, która ma własne zdanie, ale wcale 

background image

213 

już tak nie myślę! Wygląda mi na to, że lord Greythorpe 

owinął sobie panienkę wokół małego palca! 

- Bzdura! - Annis nie była pewna, czy powinna poczuć 

się dotknięta, czy rozbawiona tak absurdalnym przypusz­
czeniem. - Na jakiej podstawie twierdzisz, że to wicehrabia 
sprawił, iż zmieniłam plany? 

- A kto, jak nie on? Prawdę powiedziawszy, panienko, 

gdybym choć przez chwilę mogła mieć pewność, że pa­
nienka wie, co robi, wcale bym się nie martwiła, tylko by­
łabym szczęśliwa, że nareszcie znalazła panienka godnego 
siebie przeciwnika. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Dish - obruszyła 

się Annis. - Jeżeli już chcesz koniecznie wiedzieć, skutek 

piątkowych wydarzeń był taki, że Charles Fanhope uciekł 
z domu w środku nocy, a nasz lord zaproponował barono­

wi pomoc w ściganiu syna. 

- No i co z tego? 
- Z uwagi na okoliczności jego lordowska mość uznał, iż 

najlepiej będzie pojechać jego powozem. 

- No i co z tego? - powtórzyła Disher, wprawiając w co­

raz większą irytację swoją młodą panią. - Przecież zawsze 
możemy wynająć dyliżans. 

- To prawda - niechętnie przyznała Annis, po czym do­

rzuciła: - Ale on poprosił mnie też, żebym została aż do 

jego powrotu i pomogła pannie Greythorpe w przygoto­
waniach do przyjęcia urodzinowego ich babki. Rozumiesz, 

o co chodzi? W razie potrzeby mam być pod ręką. 

-I panienka mu uwierzyła? - Klęcząca obok kufra, Di­

sher pokiwała sceptycznie głową, po czym podniosła się 

background image

214 

z trudem. - Nie wiem, co się ostatnimi czasy dzieje z pa­
nienki głową! Wydaje mi się, że zaczyna panienka wie­
rzyć w to, co panience pasuje, i nie chce spojrzeć prawdzie 

w oczy - ciągnęła, odbierając Annis możliwość wyrażenia 

gorącego protestu przeciwko tak krzywdzącym oskarże­
niom. - Nie twierdzę oczywiście, że panienka Sarah jest 

we wszystkim doskonała, ale nie mogę też powiedzieć, że 

nie potrafi rozsądnie zarządzać domem. Może i zamartwia 
się drobiazgami i potrafi wpaść w panikę, ale zarazem wie, 

że ma pod ręką całą armię służących, którzy znają się na 
rzeczy. Nie widzę więc powodu, żeby musiała się specjalnie 
przejmować, jeśli przyjęcie okaże się większe niż planowa­

no, a okazja ważniejsza niż urodziny starszej pani. 

Annis nadstawiła ucha. 

- O co chodzi z tym przyjęciem, Dish? 

Pokojowa obrzuciła ją enigmatycznym spojrzeniem, po 

czym odwróciła się i odwiesiła dwie suknie do szafy. 

- Oficjalnie nic nie wiem, panienko, mogę tylko powie­

dzieć, że w pałacu mówi się to i owo. 

- Chcesz powiedzieć, że służba plotkuje - poprawiła ją 

lekceważącym tonem Annis. 

- To coś więcej niż plotki - obruszyła się Disher. - Oczy­

wiście przy mnie wszystkiego nie mówią, wiadomo, jak to 

przy obcych, ale wiem na pewno, że wicehrabia polecił 
Dunsterowi przygotować zawczasu wszystkie sypialnie na 
przyjęcie gości, a kuchnia ma być gotowa na wydawanie 

większej ilości posiłków bez uprzedzenia. Mówi się też, że 
jego lordowska mość, nie dalej jak wczoraj, osobiście wizy­

tował piwnice, a nie robił tego, odkąd objął tę posiadłość. 

background image

215 

- Przecież to jego piwnice, prawda? - zauważyła Annis, 

przekonana, że skoro nie dotarły do niej żadne słuchy, to 
znaczy, że Disher robi z igły widły. - Wolno mu przecież 
przeglądać swoje zapasy win i trunków, kiedy mu przyj­
dzie ochota, wolno mu też wydać większe przyjęcie z okazji 
urodzin swojej babki, jeśli tak mu się podoba. 

- Ma panienka świętą rację - skwitowała Disher, po 

czym wyszła szybko z pokoju, pozostawiając Annis na pa­
stwę domysłów. Czy rzeczywiście coś niezwykłego dzieje 
się w Greythorpe Manor? 

Nazajutrz rano jak zwykle zeszła na śniadanie do saloni­

ku, gdzie, ku swemu zdumieniu, zastała już Louise. Z wy­

jątkiem tych kilku pierwszych dni, kiedy jadała w swoim 

pokoju, Annis wolała dołączyć do lorda, który nie tylko nie 
okazywał niezadowolenia z tego powodu, ale wręcz prosił 

ją, by zechciała dotrzymać mu towarzystwa przy porannym 

posiłku. Louise też zaczęła schodzić po przyjeździe Toma 
i widocznie polubiła te wspólne śniadania, choć po wyjeź­
dzie brata nie mogła już liczyć na jego wsparcie. Annis bar­
dzo lubiła towarzystwo dziewczyny. Niestety Louise, choć 
czarująca, nie mogła jej przecież zastąpić lorda. 

Boże, jak ona strasznie za nim tęskniła! Minęła zaledwie 

doba, odkąd wyjechał, a już dotkliwie odczuwała jego nie­
obecność. Miała wrażenie, jakby wraz z nim zniknęła jakaś 

jej istotna cząstka, pozostawiając po sobie bolesną pustkę. 

- Co za miła odmiana, śniadanie tylko w damskim towa­

rzystwie - skłamała w żywe oczy, uśmiechając się do Louise. 

- Chociaż, mówiąc prawdę, spodziewałam się raczej, że po 

background image

216 

wyjeździe Toma do Oksfordu zechcesz znów jadać w swo­

im pokoju. 

- Och nie, lubię posiłki w większym gronie, i będę 

schodziła na dół, dopóki ty tu będziesz. Tylko Sarah wo­
li samotnie jeść śniadanie u siebie. Zresztą tym lepiej, bo 
dzięki temu mam okazję pomówić z tobą w cztery oczy... 

- Urwała, a widząc, że Annis spogląda na nią z uwagą, ciąg­

nęła: - Chciałam jak zwykle wybrać się po śniadaniu na 
konną przejażdżkę, ale Sarah wspomniała mi wczoraj, że 
zamierza pojechać z wizytą do lady Fanhope. Mówią, że 
baronowa prawie nie opuszcza sypialni, a ponieważ nie są­
dzę, byś miała ochotę ją odwiedzić, zastanawiam się, czy 

nie powinnam zaproponować mojej kuzynce, że będę jej 
towarzyszyć. 

- Nie chodzi o to, że nie chcę z wami jechać - powiedzia­

ła Annis. - Myślę jednak, że moja wizyta byłaby straszli­

wym nietaktem, gdyż to ja jestem pośrednio odpowiedzial­

na za obecne kłopoty tej rodziny. 

- Nadal tak się tym przejmujesz, Annis? W każdym ra­

zie tak sądzi lord. Powiedział, że pod żadnym pozorem nie 

wolno nam nawet słówkiem o tym wspomnieć w twojej 

obecności, bo to cię dodatkowo zmartwi. 

Naprawdę to zrobił? - zastanawiała się Annis, rada, że 

choć jedna zagadka została rozwiązana. Teraz przynaj­
mniej wiedziała, że to wzgląd na jej uczucia był przyczyną 
braku komentarzy na temat ostatnich wydarzeń, a nie, jak 
się obawiała, upatrywanie w niej wyłącznej sprawczyni te­
go nieszczęścia. 

- Nie posunęłabym się aż tak daleko, by twierdzić, że się 

background image

217 

tym tak strasznie przejęłam - stwierdziła po namyśle. - Nie 
odczułam jednak żadnej satysfakcji, że to akurat ja zdema­
skowałam niecne praktyki Charlesa Fanhopea, przysparza­

jąc tym samym wiele zgryzoty reszcie jego rodziny. 

- Nie można przecież obarczać cię winą za to, co sta­

ło się potem. - Ośmielona nieobecnością lorda Louise 
nie bała się wygłaszać śmiało swoich opinii. - Tom uwa­
ża, że jesteś wspaniała i mądra, bo bez trudu rozszyfro­
wałaś Charlesa, nawet Sarah podziwia cię za to, że nie 

zawahałaś się urządzić sceny, choć zawsze gotowa jest 
zrobić wszystko, byle tylko uniknąć scysji. - Westchnęła. 

- Właśnie dlatego uważam, że nie powinna jechać sama 

do Hall. Wiesz, jak łatwo ją zranić byle uwagą, a nie 

wykluczam, że lady Fanhope będzie prawić jakieś złoś­

liwości pod twoim adresem, choć prawie nie opuszcza 
łóżka i nerwy ma w strzępach. 

Przez ostatnie tygodnie Louise rzeczywiście bardzo się 

zmieniła, i to na lepsze. W towarzystwie lorda była już tyl­
ko nieco onieśmielona, natomiast ani trochę przy Sarah, 
która z kolei nie miała już najmniejszych kłopotów z pro­

wadzeniem konwersacji ze swoją młodą kuzynką. 

- Przypuszczam, że Sarah będzie rada, jeśli dotrzymasz 

jej

 towarzystwa. W innych okolicznościach oczywiście bym 

się do was przyłączyła, ale, jak już mówiłam, w tej chwili 
nie chciałabym się narzucać Fanhopeom. Cóż, z pewnoś­
cią jestem ostatnią osobą, którą chcieliby teraz oglądać. 

Godzinę później ubrana wizytowo Sarah wyszła z sy­

pialni. Choć nie do końca zgadzała się z punktem widzenia 

background image

218 

Annis, jako osoba taktowna nie próbowała jej namawiać, 

by zmieniła zdanie 

- Co będziesz robić pod naszą nieobecność? Oczywi­

ście nie wybieram się do Hall na długo, bo ostatnimi czasy 
mam stanowczo za dużo zajęć w domu. 

- Mną się nie przejmuj, Sarah. Pod nieobecność twojego 

brata muszę opiekować się Rosie. Deverel był dla niej ta­
ki dobry, zabierał ją na długie spacery. Będzie za nim bar­
dzo tęskniła. 

- Nie bardziej niż ja. Jego wyjazd akurat teraz jest mi 

bardzo nie na rękę. Do przyjęcia zostały już tylko trzy tygo­
dnie, a nic nie zostało jeszcze oficjalnie ustalone. - Mówiąc 
to, starannie unikała jej wzroku. 

Annis przypomniała sobie natychmiast to, czego się do­

wiedziała poprzedniego dnia od Disher, i zaczęła podej­

rzewać, że w rewelacjach jej pokojowej było coś więcej, niż 
początkowo sądziła. 

- Doszły mnie słuchy, że Deverel chce wydać znacznie 

większe przyjęcie niż zaplanowano. Czy to prawda? 

- No... tak, nie... - Sarah znów się zmieszała. - To zna­

czy nie jestem całkiem pewna. Sądzę, że nie było jeszcze 

żadnych ostatecznych ustaleń. W każdym razie Deverel nic 
mi nie mówił... ani nikomu. Może uważa, że w obecnej sy­
tuacji lepiej trochę zaczekać. Szkoda, że musiał wyjechać, 
i to na tak długo, bo można by już w wielu sprawach coś 
zdecydować, a tak to wszystko zawisło w próżni... Trudno 
powiedzieć, co będzie najlepsze... O, jak dobrze, jest już 
Louise! Pora ruszać w drogę! 

Patrząc na Sarah, która umykała pospiesznie w stronę 

background image

219 

przedpotopowej kariolki, należącej niegdyś do jej matki, 

Annis nie mogła się oprzeć refleksji, że gdyby ktoś obcy 

słuchał tych nieskładnych zdań, miałby pełne prawo przy­
puszczać, iż panna Greythorpe jest niespełna rozumu. Kie­
dy powozik odjechał, zawołała Rosie i ruszyła szybkim 
marszem przez park. 

Oczywiście wiedziała, że umysł Sarah funkcjonuje pra­

widłowo, a jej nerwowość i niezdecydowanie to przykre 

skutki wieloletniego przebywania w towarzystwie zgryźli­

wego, małomównego ojca, który zbyt często ganił, a nigdy 

nie chwalił. Nic dziwnego, że doprowadziła się do stanu, 

w którym każde, nawet najbłahsze odstępstwo od normy 
wytrącało ją z równowagi. 

A może jednak dziwaczne zachowanie Sarah miało jesz­

cze jakieś inne przyczyny? Deverel, w przeciwieństwie do 
starego lorda, nie był ani krytyczny, ani przesadnie wyma­
gający, w każdym razie wobec siostry. Nawet jeśli nie po­

wiedział Sarah wszystkiego, musiał coś wspomnieć na te­

mat większej liczby gości. Dlaczego więc Sarah nie chciała 
jej tego powtórzyć? I dlaczego Deverel nie powiedział jej 

o swoich planach wtedy, kiedy ją prosił, by została w Ma-
nor? Czy miał jakieś konkretne powody, by zatajać przed 
nią swoje zamiary? A może po prostu ostatnie wydarze­
nia zmusiły go do zmiany planów? Lecz jeśli tak, to dla­
czego? Dlaczego jego zaangażowanie w sprawy rodzinne 

Fanhope'ów miałoby mieć jakikolwiek związek z przyję­

ciem zaplanowanym na początek przyszłego miesiąca? 

Poczuła, że od natłoku pytań mąci jej się w głowie, i po 

raz pierwszy zrozumiała, jak musiała czuć się biedna Sa-

background image

220 

rah, tak zagubiona i niepewna, w którą najpierw obrócić się 
stronę. A potem nagle, w jakiś cudowny sposób, rozjaśniło 

jej się w głowie i rozbiegane myśli ułożyły się w jedyne sen­

sowne wytłumaczenie: Deverel musiał całkiem niedawno 

dojść do wniosku, że przyjęcie urodzinowe jego babki to 
idealna okazja, by świętować zarazem coś innego. 

To nagłe olśnienie powinno było przywrócić jej spokój 

ducha, lecz stało się całkiem odwrotnie. Poczuła, że kola­
na się pod nią uginają, a świat zawirował jej przed oczyma. 

Żeby nie upaść, musiała przysiąść na leżącym nieopodal 

zwalonym drzewie. 

Nigdy dotąd nie zdarzyło jej się doznać tak potężnego 

wstrząsu. Musiało minąć kilka chwil, zanim zdołała opa­

nować te niemiłe objawy. Gdy wreszcie doszła jako tako do 
siebie, zaczęła się zastanawiać nad przyczyną swojej niety­
powej reakcji. 

Nigdy przecież nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy, bez 

względu na to, jak bolesna i okrutna mogła być. A praw­

da wyglądała tak, że była beznadziejnie zakochana w męż­
czyźnie, który, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, za­

mierza za trzy tygodnie publicznie ogłosić swoje zaręczyny 

z Caroline Fanhope! 

Wróciła myślami do przyjęcia w Fanhope Hall i szereg 

obrazów raz jeszcze przesunął jej się przed oczyma: Deve-

rel w towarzystwie Caroline, taki swobodny i rozluźniony; 
Deverel spoglądający na Caroline z nieukrywaną sympatią; 
Deverel i Caroline w tańcu, ich ruchy tak precyzyjnie zgra­
ne, jakby stanowili dwie połówki idealnej całości. 

Czy to możliwe, że już tamtej nocy zamierzali ogłosić 

background image

221 

swoje zaręczyny? Na myśl o tym jęknęła głośno. Jeże­

li rzeczywiście tak było, nic dziwnego, że lord wydawał 
się ostatnio jakby obcy. Mimowolnie zniszczyła przecież 
ich nadzieję na najbliższą przyszłość oraz szczęście mał­
żeńskie. 

Oczywiście Disher od razu odgadła prawdę, o czym 

świadczyły jej niedawne dziwne uwagi. Wszystko, co jej 
wtedy powiedziała, zaczynało teraz brzmieć całkiem roz­

sądnie! Kochana Disher bez trudu zorientowała się, że wi­
cehrabia nie jest Annis obojętny i zaczęła się, nie bez racji, 
niepokoić. Powiedziała jej też, że cieszyłaby się, gdyby mog­

ła mieć pewność, że rozsądek weźmie górę nad emocjami, 
i jej pani pogodziła się z myślą, że związek inny niż przy­

jaźń nie wchodzi tu w rachubę. 

Jeżeli to prawda, a ona podświadomie nie chciała wcześ­

niej przyjąć jej do wiadomości, to z tą chwilą wszystko się 
zmieniło. Przypadek jej matki był tu, oczywiście, wyjąt­
kiem! Zdarzało się przecież niezmiernie rzadko, by ktoś 
z arystokracji wybierał sobie współmałżonka spoza swojej 
sfery. I te zasady miały swój sens, bo nikt nie wiedział le­
piej niż ona, jakim trudnościom muszą stawić czoło dzieci 
będące owocem talach związków. 

Chcąc pojąć Caroline Fanhope za żonę, wicehrabia 

Greythorpe nie mógł dokonać lepszego wyboru. Nie mia­
ło przy tym żadnego znaczenia, że nie byli w sobie ani tro­
chę zakochani, być może zresztą lordowi to nawet odpo­

wiadało. W końcu pierwsze małżeństwo jego ojca, które 

zawarte zostało z rozsądku, okazało się znacznie bardziej 
udane niż drugie, wynikłe z zaangażowania uczuciowego. 

background image

222 

Annis nigdy nie zgodziłaby się na związek bez miłości. No, 

ale przecież nie jest pełną arystokratką, jedynie po kądzie­
li. Jednak wielokrotnie dawała dowody, że jest nieodrodną 
córką swojej matki. Także i teraz, gdy próbowała poskro­

mić falę gwałtownych namiętności. 

Wysokiemu mężczyźnie, który natknął się na nią 

przypadkowo, a który już od dłuższej chwili przyglądał 

jej się zza zasłony drzew, nawet by przez myśl nie prze­

szło, że pod tą miłą, spokojną powierzchownością bije 
rozdarte serce, a jego krwawiące rany może już nigdy się 
nie zabliźnią. Jedynym uczuciem, jakie Annis okazała na 

jego widok, gdy odwróciwszy się, zobaczyła go wyłania­
jącego się z zarośli, było, co całkiem zrozumiałe, zasko­

czenie pomieszane z lękiem. 

background image

Rozdział dwunasty 

To, że Rosie zniknęła gdzieś bez śladu, ani trochę nie 

zaniepokoiło Annis. Podczas wspólnych spacerów suczka 
często znikała w lesie, gdy zwęszyła trop królika czy in­

nego leśnego drobiazgu, zawsze jednak wracała po chwili. 

Widok strzelby w ręce nieznajomego także Annis nie zde­

nerwował, gdyż broń nie była wycelowana w jej kierunku. 
Niepokój jej wzbudziło jednak to, że absolutnie nie przy­
pomina sobie tego człowieka. Oczywiście nie zdążyła po­
znać wszystkich pracowników lorda, choćby tylko z widze­
nia, jednak gajowy i jego obaj pomocnicy nie byli jej obcy. 

A ten człowiek z całą pewnością nie był żadnym z nich! 

Co zatem robi tu w lesie? Chyba raczej nie kłusuje w bia­

ły dzień, pomyślała, po czym zapytała go, czy pracuje u lor­

da, na co potrząsnął przecząco głową. 

- U nikogo w tej chwili nie pracuję... dzięki panience. 

Ta obcesowa odpowiedź mogłaby mieć złowieszczy wy­

dźwięk, gdyby głos jego brzmiał nieprzyjaźnie, ale tak nie 
było. Jeżeli już, to zabrzmiał raczej beznamiętnie, tylko 

w oku nieznajomego pojawił się ironiczny błysk. 

background image

224 

- Przepraszam... czy powinnam cię znać? 
- Nie, panienka mnie nie zna. - Ruszył wolno w jej stro­

nę, a ona, o dziwo, już się go nie obawiała. - Ale widzia­
łem panienkę wcześniej. To było tego dnia, kiedy panienka 
przyjechała w te strony. - Uśmiechnął się melancholijnie. 

- Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to właśnie przez pa­

nienkę stracę zajęcie, choć nie mogę powiedzieć, żebym był 
z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. 

Zaintrygowana przyjrzała mu się bliżej, lecz na przy­

stojnej twarzy nie dostrzegła nawet cienia niechęci. Było 

to, prawdę mówiąc, dosyć dziwne, jeżeli rzeczywiście stra­
cił przez nią posadę. 

Niepewna, czy powinna mu uwierzyć, czy nie, zaczęła 

od pytania, na czym polega jej wina, skoro do tej pory nie 

wiedziała nawet o jego istnieniu. 

- Po tym, jak panienka pokazała lordowi Fanhope'owi, 

jakim sposobem jego synalek zdobywa środki na własną 

służbę, jego lordowska mość zadecydował, że pan Charles 

może się doskonale objeść beze mnie i bez lokaja. - Wzru­

szył ramionami. - Nie powiem, żebym się tym zmartwił, 

bo od początku nie lubiłem pracować u pana Charlesa, 

a lord Fanhope był na tyle przyzwoity, że zapłacił nam za 
cały kwartał i dopilnował, żebyśmy dostali dobre referencje. 

Kazał napisać, że straciliśmy pracę z nie swojej winy. Lokaj 
jest już w drodze do Londynu i tam będzie szukał zajęcia. 
Chyba też za nim pojadę, bo w tych stronach ciężko o pra­
cę. Rozpytywałem się już od dłuższego czasu, ale nic nie 
znalazłem, więc będę musiał wyjechać. Ale przedtem mu­
szę jeszcze coś zrobić... muszę zrzucić ciężar... 

background image

225 

Wyznaniem tym jeszcze bardziej rozbudził ciekawość 

Annis, jednak wyrzuty sumienia kazały jej skupić się na 

bytowych kłopotach byłego sługi Charlesa. 

- Nie mogę powiedzieć na pewno, ale być może lordowi 

Greythorpe'owi przyda się dodatkowa para rąk do pracy. 
Zapytaj jego rządcę, będzie wiedział coś więcej. 

Ku jej zdumieniu człowiek, któremu chciała przecież 

pomóc, parsknął śmiechem. 

- Niech Bóg broni, panienko! Po tym, co zrobiłem, nie 

miałbym śmiałości prosić jego lordowskiej mości o pra­
cę... Nie, panienko. Przyszedłem tutaj, bo miałem nadzie­

ję spotkać starego stajennego, Jeremiaha Wilksa. Zna mnie 

od dziecka i chciałem z nim zamienić słówko... zrzucić 
ciężar z serca... 

Przyjrzała mu się uważnie. 

- Czy mogłam już kiedyś słyszeć twoje nazwisko? 
- Czemu miałaby je panienka słyszeć? Nazywam się Jack 

Fletcher. 

- Więc jednak słyszałam o tobie, i to właśnie od Wilk­

sa. O ile dobrze pamiętam, mówił, że byłeś żołnierzem 
i umiesz obchodzić się z bronią. Służyłeś w jednym z tych 
nowo utworzonych regimentów strzelców na Półwyspie 

Iberyjskim. 

- Tak, panienko, tak właśnie było. 

W tym momencie Annis podjęła pewne podejrzenie. 

- Mówiłeś, że mnie widziałeś tego dnia, kiedy tu przyje­

chałam. Zastanawiam się, jak to możliwe, że nie zauważy­

łam takiego postawnego mężczyzny, a przecież cieszę się 
reputacją osoby spostrzegawczej. Czyli wniosek nasuwa się 

background image

226 

sam: musiałeś zadać sobie wiele trudu, żeby nikt cię nie zo­
baczył. 

W niebieskich oczach pojawił się błysk, a potem Fletcher 

uśmiechnął się kwaśno. 

- To by znaczyło, że powinienem się przyznać, prawda, 

panienko? 

- Możesz mi śmiało wszystko powiedzieć, bo trafnie od­

gadłam, czyż nie? Poza tym nie uda ci się zobaczyć z Wilk-
sem ani dziś, ani w następnych dniach, bo pojechał z lor­
dem Greythorpe'em i baronem Fanhope'em do Oksfordu 

w poszukiwaniu twojego byłego pana. 

Fletcher uniósł brwi. 

- A więc uciekł, tak? Nie starczyło mu odwagi... - Splu­

nął z pogardą. - Wcale mnie to nie dziwi. 

Pomyślała, że skoro Fletcher temat zamachu na lorda 

zamknął enigmatycznym pytaniem, nie powinna dłużej go 
zatrzymywać. Owo pytanie, jak i wcześniejsza skrucha tak 
naprawdę były wyznaniem winy, lecz nie dosłownym, nie 

jak na spowiedzi, bo ten człowiek, choć zdradził się nie­

opatrznym słowem, nie zamierzał mówić jej prawdy. Mu­
siała to uszanować, nie była wszak sędzią pokoju i nie miała 
prawa nikogo przesłuchiwać wbrew jego woli. Pozostało jej 
czekać na rozwój wypadków, tym bardziej że wiele wskazy­

wało, iż skruszony grzesznik wybrał na duchowego powier­

nika nieobecnego niestety Wilksa. 

Już chciała odprawić Fletchera, lecz w tym właśnie mo­

mencie pojawiła się Rosie. 

Suczka, która nie lubiła obcych, a czasami wręcz oka­

zywała im wrogość, tym razem zachowała się zupełnie 

background image

227 

nietypowo. Zaczęła merdać radośnie ogonem i wskaki­

wać Fletcherowi na nogę, żeby zwrócić na siebie uwagę, on 
zaś natychmiast zrobił to, czego sobie Rosie życzyła, czyli 

ukląkł, położył strzelbę na ziemi, a potem zaczął ją głaskać 
tak, że się od razu uspokoiła. Annis, poza sobą, znała tylko 

jedną osobę, której tak szybko udało się zdobyć sympatię 

i zaufanie Rosie. 

A skoro w wypadku lorda Greythorpe'a suczka wykazała 

się niezawodnym instynktem, dlaczego tym razem miałoby 
być inaczej, zwłaszcza że Annis również życzliwie oceniała 
Fletchera. Była też wdzięczna Rosie za coś innego, a miano­

wicie za to, że swoim pojawieniem zmieniła nieco atmosfe­
rę, która stała się swobodniejsza. Annis postanowiła więc 
jednak poddać Fletchera nieformalnemu przesłuchaniu. 

- Widzę, że masz dobre podejście do zwierząt - powie­

działa. - Może nawet należysz do tych, którzy zrobią 
wszystko, by nie skrzywdzić żadnej żywej istoty. Lata 

w armii, rzecz jasna, wymagały od ciebie innego nasta­
wienia, przynajmniej wobec dwunożnego gatunku, na 
którym, jak sądzę, musiałeś często wypróbowywać swo­
je umiejętności strzeleckie. Powiedz mi jednak, Fletcher, 

czy jeśli chodzi o wicehrabiego Greythorpe'a, to było 
naprawdę konieczne? - Gdy wyprostował się, a twarz 
mu stężała, dodała stanowczym, choć wcale nie agre­
sywnym czy potępiającym tonem: - Proszę nie obrażać 
mojej inteligencji, Fletcher. Nie próbuj temu zaprze­
czać. Gdybyś rzeczywiście miał jakieś osobiste preten­
sje do lorda, nie szukałbyś Wilksa, który go uwielbia, by 
ulżyć swemu sumieniu. Nigdy w to nie uwierzę. Moim 

background image

228 

zdaniem cały kłopot polega na tym, że trudno wyko­
rzenić dawne nawyki. Po prostu po latach spędzonych 

w wojsku nie byłeś w stanie odmówić wykonania roz­

kazu. Jednego nie potrafię zrozumieć - dorzuciła, gdy 

wciąż trwał w milczeniu. - Powiedz mi, proszę, na czyj 

rozkaz postrzeliłeś lorda Greythorpe'a? 

Fletcher patrzył na nią przez chwilę, wreszcie wyznał: 

- Panicza Charlesa Fanhopea. 

Prawdę mówiąc, Annis byłaby mniej zdziwiona, gdy­

by wymienił barona Fanhope'a, który przynajmniej mógł 
żywić zadawnione pretensje do syna starego wicehrabiego. 
Lecz jego syn? Nie była w stanie tego pojąć, więc zapytała, 
czy Charles o coś obwiniał wicehrabiego. 

- Niech Bóg broni, panienko! Panicz Charles nie ży­

czy źle jego lordowskiej mości - zapewnił Jack Fletcher. -
Przynajmniej wtedy nie życzył, bo nie wiem, co teraz czuje. 
Ostatnio zachowywał się, jakby miał źle w głowie. 

Annis skwitowała półuśmiechem tę rubaszną charakte­

rystykę stanu psychicznego Charlesa Fanhopea. 

- Czemu więc kazał ci do niego strzelać? 
- Bo wbił sobie do głowy, że tym sposobem szybciej 

sprowadzi lorda do obory. - Wyraz najwyższego zdumie­

nia na twarzy Annis uświadomił mu, że śliczna panna nie 
zrozumiała jego obrazowej wypowiedzi. - Panicz Charles 
był przekonany, że jeżeli lord Greythorpe spędzi trochę 
czasu w Fanhope Hall pod opieką panienki Caroline, bę­
dzie jej taki wdzięczny, że szybciej wyznaczy datę ślubu -

wyjaśnił z łobuzerskim uśmiechem. 

Annis omal nie otworzyła ust ze zdumienia. 

background image

229 

- Myślisz, że panna Caroline była wtajemniczona w ten 

idiotyczny spisek? 

Po raz drugi obdarzył ją męskim, ujmującym uśmie­

chem, który przypominał jej uśmiech lorda Greythorpe'a. 

- Nic mi o tym nie wiadomo, panienko. To był pomysł 

pana Charlesa. 

- Wielkie nieba! To nie do wiary! Jak mógł w ogóle po­

myśleć, że tak kretyński zamiar może się powieść? 

- Prawda, to nie do wiary. Tak po prawdzie to miałem 

zranić lorda na tyle poważnie, żeby musiał poleżeć w Hall 

przez tydzień czy dwa, nie wyrządzając mu jednak więk­

szej krzywdy. To jednak śliska sprawa, bo naoglądałem się 

w życiu takich ran, które miały się łatwo zagoić, a okazały 

się śmiertelne... Może mi panienka wierzyć, że bez wzglę­
du na rozkazy panicza Charlesa chciałem tylko drasnąć lor­
da. Byłbym też przy nim został, kiedy jego koń stanął dęba 
i zrzucił go na ziemię, gdyby nie to, że zaczął padać śnieg. 

Zdążyłem dotrzeć do lasu pułkownika Hastiego, kiedy wasz 

dyliżans wyjechał zza zakrętu. Przyznam, że na ten widok 
bardzo mi ulżyło. Panicz Charles pojawił się nie więcej niż 

pięć minut po waszym odjeździe. Kiedy zrozumiał, że je­

go plan diabli wzięli, wściekł się jak wariat. - Przerwał na 
chwilę. - Może to kara boża, że straciłem później pracę... 

Spojrzała na Rosie sadowiącą się u jej boku, i uśmiech­

nęła się w zadumie. Pomyślała, że skoro podczas swego po­
bytu w Manor znalazła dom dla jednej bezpańskiej istoty, 

jeszcze jedna nie zrobi chyba większej różnicy. Czuła się 

przy tym częściowo odpowiedzialna za to, że ten młody 

człowiek znalazł się w takich opałach. 

background image

230 

Spojrzała na jego pomięte ubranie, długie, potargane 

włosy. 

- Sądząc po twoim wyglądzie, Fletcher, musiało ci być 

ciężko, odkąd opuściłeś Hall. 

- Przynajmniej było sucho - machnął ręką w stronę lasu 

- ale po rozmowie z panienką nic mnie tu już nie trzyma. 

- Nie masz żadnych konkretnych planów? - Czy nie 

chciał ich zdradzić, czy ich rzeczywiście nie miał, tego An-
nis nie potrafiła powiedzieć, nie zdziwiła się jednak, gdy 
zamiast odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. - Fletcher, 
miałbyś coś przeciwko temu, żeby pracować dla kobiety? 

Mówię poważnie - dodała, napotkawszy jego na poły zdu­
mione, na poły rozbawione spojrzenie. - Uprzedzam cię 
jednak, że może przyjdzie ci jechać aż do Bath, a twoje 

obowiązki będą bardzo liczne, więc jeżeli nie dojrzałeś do 
radykalnych zmian w swoim życiu, mów od razu. 

Po chwili milczenia zasypał ją gradem słów. Z bezładnej 

wypowiedzi Annis zdołała wyłowić wyrazy wdzięczności 

oraz zapewnienia, że przyjmuje tę propozycję i gotów jest 
podjąć się wszelkich obowiązków. 

- Skoro tak, Fletcher, trzeba ci znaleźć jakiś dach nad gło­

wą. Nie mogę wyjechać z Manor do powrotu lorda, a cho­

ciaż wiem, że w normalnych warunkach chętnie udzieliłby 
schronienia każdemu spośród mojej służby, nie chciałabym 
nadużywać jego filantropijnych skłonności. Choć z cudze­
go rozkazu, jednak go postrzeliłeś... Aha, jeszcze coś. Otóż 
starsza dama, u której mam zamiar cię umieścić, jest bez­
granicznie oddana jego lordowskiej mości, więc radziła­

bym ci nie zwierzać jej się ze wszystkiego. 

background image

231 

- Ale lordowi powie panienka, że to ja go wtedy 

postrzeliłem? 

- Nie jestem taka pewna. Nie, raczej nie - odrzekła po 

namyśle. W końcu, pomyślała, idąc za swoim nowym słu­

żącym do lasu po jego rzeczy, które ukrył pod splątanymi 

korzeniami starego drzewa, czemu Caroline wraz z resz­
tą rodziny miałaby znosić dodatkowe upokorzenia z po­

wodu śmiesznych i zupełnie zbytecznych knowań Char-

lesa? W obecnej sytuacji może lepiej pozostawić lorda 

Greythorpe'a w stanie błogiej nieświadomości, pomyślała 

ponuro, tym bardziej że teraz nic już mu nie zagraża, skoro 
nadzieje młodego Fanhopea na korzystny mariaż siostry 
miały się niebawem ziścić. 

Zanim dotarli do chatki niani Berry, Annis zdążyła do­

wiedzieć się czegoś więcej o swoim nowym służącym. Naj­

bardziej zdumiała ją informacja, że umie czytać i pisać, a to 
dzięki staraniom pewnego młodego kapitana, z którym 
przebywał w więzieniu, gdy wpadli w ręce Francuzów. 

Niania Berry także odebrała pewną edukację w młodo­

ści, kiedy była pokojówką u pewnej miłej damy, więc z ra­
dością zgodziła się dopilnować dalszej nauki Jacka w za­
mian za pomoc w cięższych pracach domowych. 

- Nie, nie mam nic przeciwko temu, panienko - powie­

działa, gdy Jack zniknął w ogrodzie, by zacząć od przygo­
towania solidnego zapasu drewna na podpałkę. - Dosko­
nale pamiętam jego ojca. To był taki przystojny, pracowity 
chłopak. A Jack, jak już nie będzie miał nic do roboty, to 
przynajmniej dotrzyma mi towarzystwa. Rozłożę mu po-

background image

232 

słanie przy kuchennym piecu, na pewno będzie mu wygod­
nie. Myślę jednak, że lord nie miałby nic przeciwko temu, 
gdyby panienka wzięła go do dworu. 

- Też tak myślę, nianiu, nie chciałabym jednak lorda wy­

korzystywać. Z drugiej strony czuję się w pewnym sensie 

odpowiedzialna za Jacka, bo to przeze mnie stracił posa­
dę w Hall. 

Staruszka przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu, 

a potem stwierdziła: 

- Tego bym nie powiedziała. Oczywiście dotarły do 

mnie różne wieści i wiem, że nie ty zawiniłaś, panienko, 
tylko panicz Charles, i przez jego uczynki służba poszła 
na bruk. Przyznam, że to okropne zdarzenie nie było dla 
mnie żadnym zaskoczeniem, jak i dla kogokolwiek z tych 
stron, bo panicz Charles niejednemu dał się we znaki. 

Już jako dziecko był wredny i fałszywy, a z doświadcze­

nia wiem, że złe dzieci aż tak bardzo się z wiekiem nie 
zmieniają. 

- Wniosek z tego, że Charles nie może liczyć na zbyt wie­

le współczucia - stwierdziła Annis po namyśle. 

- Na pewno nie u tych, którzy pracują w Hall. Wystar­

czy z nimi porozmawiać, a wszyscy powiedzą, że panicz 
Giles jest sto razy więcej wart od starszego brata. O pani­
czu Charlesie nikt, oprócz lady Fanhope, nie powie dobre­
go słowa. 

- A Caroline? Odniosłam wrażenie, że kocha brata. 
- Och, mój Boże, można się tego spodziewać, nie­

prawdaż, panienko? W końcu to bliźnięta. Myślę jednak, 
że nawet panienka Caroline nie jest ślepa na jego wady. 

background image

233 

Urodziła się pierwsza i jest od niego o wiele bystrzej­

sza. Paniczowi Charlesowi zawsze gorzej szła nauka. No 
cóż... - niania Berry wzruszyła ramionami - rodził się 
ciężko. Pamiętam, jak położna mówiła, że ma za dużą 
głowę. 

Widząc, że nianię znów naszła ochota na wspominki, 

Annis postanowiła niezwłocznie się pożegnać. Jack, który 
wrócił właśnie z ogrodu z naręczem polan, zaproponował, 

że ją odprowadzi na skraj lasu, do miejsca, w którym ze­
tknął ich los. 

Również ona w najmniejszym stopniu nie żałowała te­

go niespodziewanego spotkania, a jednak z chwilą, gdy się 
rozstali, jej nowo pozyskany służący tak szybko wyleciał 

jej z pamięci, że po powrocie do Manor nawet o nim nie 
wspomniała ani Sarah, ani Louise. 

W następnych dniach czas coraz bardziej dłużył się An­

nis. Bez względu na to, ile rozmaitych zajęć sobie wynaj­
dywała, nie była w stanie przemóc ataków apatii, które do­
padały ją coraz częściej. Nawet codzienne przejażdżki po 
okolicy z Louise tylko trochę podnosiły ją na duchu, a i to 
nie na długo. Najgorsze były godziny spędzane z Sarah, 
podczas których omawiały różne sprawy związane ze zbli­

żającym się przyjęciem. Jedynie dzięki niewyczerpanym 
pokładom silnej woli zdołała powściągnąć chęć poinfor­

mowania Bogu ducha winnej Sarah, że kompletnie straciła 
zainteresowanie imprezą, w której za żadne skarby nie weź­
mie udziału, a która, o czym była coraz bardziej przekona­
na, nie powinna w ogóle się odbyć. 

background image

234 

Ciężką nudę zdołała rozproszyć, niestety na krótko, wi­

zyta lorda Fanhope'a, który sam powrócił z wyprawy po­
szukiwawczej. Miał niewiele do zakomunikowania poza 

tym, że jego starszy syn i spadkobierca rzeczywiście bawił 
przez chwilę w Oksfordzie, skąd udał się do stolicy, gdzie 
tak dobrze zatarł za sobą ślady, że wszelki słuch o nim za­
ginął. 

- Wybaczy pan, że to powiem, milordzie - powiedziała 

Annis, gdy ulegając jego prośbie, odprowadzała go do stajni 

- ale nie wygląda pan na szczególnie zmartwionego tym, że 

nie udało się panu odnaleźć Charlesa. 

Stary baron westchnął ciężko, lecz gdy przemówił, w je­

go głosie zadźwięczała silna determinacja. 

- Panno Milbank, wstyd mi się do tego przyznać, ale nie 

zmartwiłbym się, gdybym go nigdy więcej nie zobaczył. 
Zbyt długo nie dopuszczałem do siebie prawdy o charakte­
rze mego pierworodnego syna... a także o moim. Niestety, 
zwlekałem z podjęciem bardziej zdecydowanych kroków, 
choć już od dawna podejrzewałem, że Charles zdobywa 
pieniądze w nieuczciwy sposób. Wolałem jednak nie in­
gerować zbyt głęboko w. jego prywatne sprawy, chciałem 

bowiem mieć spokój. - Znów westchnął. - Powinienem 
był zająć twardsze stanowisko wiele lat temu, kiedy Charles 
był jeszcze małym chłopcem, a nie biernie patrzeć, jak żo­
na go rozpuszcza i nieodwracalnie psuje jego charakter. 

Ja tymczasem, widząc, że tak jawnie faworyzuje Charlesa, 

spędzałem w zamian więcej czasu z naszą córką i młod­
szym synem. Między nami mówiąc, panno Milbank, sta­

nowczo uważam, że Giles, choć taki jeszcze młody, znacz-

background image

235 

nie bardziej nadaje się na mego następcę. Nie zmienia to 

jednak faktu, że zgodnie z prawem to Charlesowi przypad­
nie w spadku cały mój majątek oraz lordowski tytuł. - Ze 

smutkiem potrząsnął głową. - Może już za późno, by za­
siać w nim choć ziarnko honoru, ale jedno, co jeszcze mo­
gę zrobić, to zmusić go, by poniósł konsekwencje swoich 
czynów. Zapewniam panią, że nie odstąpię od tego zamia­
ru bez względu na to, jak długo przyjdzie mi czekać na je­
go powrót. 

Dopiero w tym momencie Annis w pełni uzmysłowiła 

sobie skutki swoich poczynań. 

- Może mi pan wierzyć, milordzie, ale nie odczuwam 

żadnej satysfakcji z tego powodu, iż stałam się przyczyną 
nieszczęścia, jakie dotknęło pańską rodzinę - zapewniła 

szczerze. 

Baron zamknął na moment jej ręce w swoich dłoniach. 

- Moje drogie dziecko, nie waż się więcej myśleć, że uwa­

żam cię za winną w jakikolwiek sposób. Greythorpe jest 
pełen obaw, że wciąż zadręczasz się wyrzutami sumienia. 
Zapomnij o tym. Cała wina spoczywa na barkach mojej 
rodziny, a zwłaszcza na moich. 

Nie mogła się z nim zgodzić, uznała jednak, że lepiej 

będzie zaniechać dalszych dyskusji. Dlatego, by zmienić te­
mat, zapytała o coś, co od dawna zaprzątało jej myśli, i uzy­
skała taką oto odpowiedź: 

- Przykro mi, moja miła, ale nie potrafię powiedzieć, 

kiedy Greythorpe zamierza wrócić. Odniosłem wraże­
nie, że sam jeszcze tego nie wiedział. Jak widzisz, był 
na tyle uprzejmy, że kazał mnie odwieźć do domu swo-

background image

236 

im powozem. Mogę ci tylko powiedzieć, że tego ranka, 
kiedy wyjeżdżałem z Londynu, on także szykował się do 
opuszczenia stolicy w towarzystwie bliskiego przyjacie­
la, który, o ile się nie mylę, udawał się do swoich włości 

w Nottinghamshire. - Widząc zaskoczenie na jej twa­

rzy, dodał: - Nie mam pojęcia, co konkretnie skłoniło 
Greythorpea do wyprawy na północ, choć wiem, że ma 
niewielką posiadłość w Derbyshire. 

- Tak, słyszałam o tym. To jednak dziwne, że wybrał się 

tam z wizytą akurat teraz. Przecież przyjęcie urodzinowe 

jego babki ma się odbyć za niespełna dwa tygodnie! 

- To niemożliwe, by o tym zapomniał, moja droga. 

Słyszałem przecież, że nosi się z zamiarem urządzenia 

wspaniałej imprezy, znacznie większej, niż początkowo 

zamierzał. Może planuje podwójną uroczystość, również 
z okazji przejęcia lordowskiego tytułu? Tak czy inaczej, 

wszyscy nie możemy się już tego doczekać - dorzucił 

rozpromieniony. 

Wkrótce się okazało, że także Sarah podziela ten po­

wszechny entuzjazm. Czy nowy zapał, z jakim zabrała się 

do prac związanych z przyjęciem, był skutkiem listu od lor­
da, doręczonego jej przez wiernego Wilksa w tym samym 
dniu, w którym obaj wrócili z Londynu? Trudno powie­
dzieć, ponieważ Sarah nie chciała nikomu zdradzić treści 
tego listu, a w każdym razie nie pokazała go Annis, której 
serce przepełniały całkiem odmienne uczucia. 

Miała jednak nadzieję, że wreszcie, kiedy lord wrócił, po 

okresie beznadziei i marazmu będzie mogła podjąć jakieś 

background image

237 

decyzje, choćby i najtrudniejsze. Dotąd bowiem nie działo 
się nic, a czas wlókł się niemiłosiernie. Annis coraz trud­
niej przychodziło okazywanie entuzjazmu, gdy Sarah pro­
siła ją o radę, dlatego też w miarę możności zaczęła unikać 
tych spotkań. Zabierała Rosie na coraz dłuższe spacery, al­

bo, jeśli pogoda dopisywała, chroniła się w odległym za­
kątku ogrodu. 

Oczywiście zdawała sobie sprawę, że unikanie Sarah to 

żadne wyjście na dłuższą metę, pod koniec tygodnia zaś 
zmuszona była stawić czoło kilku trudnym do przełknię­
cia prawdom. Na przykład prawdzie o stanie swego ducha. 
Na myśl o zaręczynach wicehrabiego z panną Caroline Fan-
hope zżerała ją zazdrość. Jak mogła kiedykolwiek pomy­
śleć, że byłaby w stanie pojawić się na przyjęciu wydanym 
na cześć mariażu, który wielu uzna za idealny, nie zdra­

dzając się przed nikim, że to ona jest tą kobietą, która na­

prawdę kocha Deverela Greythorpea każdą cząstką swego 

jestestwa? I że tylko ona byłaby dla niego idealną partnerką 

i przyjaciółką aż po grób? 

Z goryczą pomyślała, że wicehrabia na pewno bez trudu 

zrozumie miotające nią uczucia i łatwo pogodzi się z jej de­
cyzją o wyjeździe. Wie przecież doskonale, że ona nie po­
trafi być taką hipokrytką, by zostać i życzyć mu szczęścia 
z okazji jego zaręczyn. 

A jaka może być stosowniejsza pora, by mu to powie­

dzieć? - pomyślała, unosząc głowę na odgłos zbliżających 
się kroków. Powie mu to za chwilę, skoro właśnie zbliża się 
do niej... 

Wstała i jak lunatyczka ruszyła mu na spotkanie. 

background image

238 

Uśmiechnięty, z wyciągniętymi rękami, szedł ku niej. Bez­
wiednie powtórzyła jego gest, a wtedy zamknął na moment 

jej dłonie w krzepiącym uścisku, a potem silne ramiona 

otoczyły ją w talii, a gorące wargi musnęły jej policzek 

i spoczęły na chętnych, spragnionych ustach. 

background image

Rozdział trzynasty 

Lord Greythorpe powrócił do Manor w samą porę, by 

spożyć lunch w miłym towarzystwie swojej siostry i kuzyn­
ki, przede wszystkim jednak młodej damy, która niemal od 

chwili, gdy się poznali, stała się wyłączną panią jego myśli. 

Przebrał się w rekordowym tempie, gdyż nie chciał się 

ani chwili spóźnić, dlatego pedantycznemu służącemu, nie 
udało się postawić na swoim i zatrzymać go dłużej w ce­
lu poprawienia jakichś drobnych niedociągnięć. Po chwili 
znalazł się w holu, gdzie Dunster wydawał polecenia słu­

żącym, by wnieśli olbrzymi, zawadzający w sieni kufer na 

górę, do pokoju panienki Annis. 

Jeden rzut oka na stojący zegar wystarczył lordowi, by się 

zorientować, gdzie może przebywać w tej chwili jego siostra, 
której tak rzadko zdarzały się odstępstwa od rutyny. 

- Czy wszystkie panie są już w salonie i czekają na 

gong? 

- Siostra i kuzynka jego lordowskiej mości z całą pew­

nością tak, ale panna Milbank chyba jeszcze nie wróciła 
do domu. - Majordomus kaszlnął dyskretnie. - Jeżeli za-

background image

240 

mierzą trzymać się swoich ostatnich zwyczajów, przyjdzie 
dopiero w ostatniej chwili. 

Lord, który już kierował się do biblioteki, gdzie chciał 

bezpiecznie zdeponować pewien bardzo szczególny przed­
miot, żachnął się, a potem odwrócił. 

- Coś jest nie tak, Dunster? 
- Nie posunąłbym się aż tak daleko, ale zauważyłem, że 

od paru dni panna Milbank zdecydowanie woli własne to­

warzystwo i zwykła spędzać dużo czasu poza domem, w ja­

kimś miejscu, gdzie jej nie widać, ale gdzie dobrze słychać 
zegar z wieży kościelnej. 

- Dobra robota, Dunster! Wiedziałem, że mogę na 

tobie polegać. Pod moją nieobecność miałeś na wszyst­
ko oko. W razie czego poczekaj z lunchem. Idę teraz do 
ogrodu! 

Nie czekając na odpowiedź, ruszył ku drzwiom fronto­

wym, licząc, że majordomus dopilnuje, by nikt go przez 

czas jakiś nie szukał. Nie potrafił wprawdzie powiedzieć, 
skąd ta nagła potrzeba prywatności, bo jeżeli wierzyć Dun-
sterowi, nie wszystko układało się jak powinno. Co, rzecz 

jasna, nie znaczy wcale, że coś poważnie szwankuje. Sko­

ro jednak wielka miłość jego życia zdawała się mieć jakieś 
drobne troski, nie był to chyba najlepszy czas na czułe wy­
znania. 

Tak myślał, lecz gdy wyszedł zza zakrętu i wzrok jego 

padł na tę absolutnie wyjątkową istotę, ukrytą za bujnie 
rozrośniętym rododendronem, cała jego misterna strategia 

w jednej chwili wzięła w łeb, a przećwiczone wielokrotnie 

słowa wyleciały z pamięci. 

background image

241 

Na odgłos jego kroków Annis odwróciła głowę, w sza­

rozielonych oczach pojawił się błysk radości, a cudownie 
ukształtowane usta wygięły się w spontanicznym uśmie­
chu. Zerwała się na równe nogi i ruszyła w jego stronę tym 
swoim wdzięcznym, posuwistym krokiem. Bezwiednie wy­
ciągnął ku niej ramiona i w odpowiedzi zobaczył, jak jej 
szczupłe ręce unoszą się, by mógł je uścisnąć. 

Czy są w ogóle potrzebne wyznania, gdy ukochana po­

nad miarę istota topnieje w jego ramionach, a jej szczupłe, 
kształtne ciało tuli się do jego ciała, nad którym tak roz­
paczliwie starał się zapanować? Gdy jej usta tak otwarcie 
dopraszają się bardziej intymnego dowodu jego uczuć, tak 
długo z trudem tłumionych? Przez tyle dni modlił się, by 

jego powrót wywołał jakieś widoczne objawy radości na 

twarzy kobiety, której opanowanie i siła charakteru napa­

wały go nieustannym podziwem. Nawet w najśmielszych 

marzeniach nie wyobrażał sobie, że w ciągu tych kilku 
chwil spontanicznej radości da mu tak jawnie do zrozu­
mienia, że darzy go równie głębokim uczuciem jak on ją. 

Odwzajemniona miłość i niezaspokojone pragnienia to 

upojny trunek, który łatwo uderza do głowy. Byłby więc 
może uległ pokusie i wypił ponad miarę z tego pucharu, 
gdyby jego wyczulone ucho nie wychwyciło jakiegoś dziw­
nego odgłosu. Z piersi Annis wyrwał się ni to szloch, ni to 

jęk, a potem spróbowała oswobodzić się z jego uścisku. 

Oczywiście puścił ją natychmiast i cofnął się nieco na 

wypadek, gdyby pokusa okazała się zbyt silna, po czym 

spojrzał na słodką twarzyczkę, na której boleść mieszała 
się z zażenowaniem. 

background image

242 

- O Boże! - Drżącymi palcami dotknęła rozpalonych 

policzków, które panieński wstyd zabarwił wymownym 
karminem. - To straszne! Ja tego nie chciałam! Co musisz 
teraz sobie o mnie myśleć, Greythorpe? 

- Myślę, moje słodkie kochanie, że przed chwilą powie­

działaś o wiele więcej, niż było to kiedykolwiek twoim za­

miarem. - Podprowadził ją do zacisznej ławeczki i delikat­
nie pociągnął, by obok niego usiadła. - Powinienem cię też 

chyba uprzedzić, że od tej chwili wszelkie twoje wysiłki, by 

wyprzeć się swoich uczuć, będą raczej daremne. 

- Naprawdę nie chciałam do tego dopuścić! - upierała 

się, bliska płaczu. - Jedyne, co mam na swoje usprawied­

liwienie, to że nie znałam daty twego powrotu. Twój nagły 
przyjazd wytrącił mnie kompletnie z równowagi. 

- Doprawdy? - Błysk w jego oku świadczył, że nie po­

trafi zrezygnować z okazji, by się z nią trochę podroczyć. -
Skoro tak, moja słodka Annis, muszę nadal podtrzymywać 
ten element zaskoczenia, zwłaszcza jeśli efekt tego będzie 
równie satysfakcjonujący. 

Ze zbolałej twarzyczki spojrzały na niego pełne wyrzu­

tu oczy. 

- Jak możesz tak żartować? Wiem z absolutnie wiary­

godnych źródeł, że panowie mają zwyczaj myśleć inaczej 
o tych rzeczach, ale nawet w takim wypadku twój lekcewa­

żący stosunek do tych spraw wydaje się przekraczać grani­

ce dobrego smaku. Co więcej, utwierdza mnie to jeszcze 
bardziej w przekonaniu, że jesteś o krok od popełnienia 
ciężkiego grzechu, jakim jest podjęcie mylnej decyzji. 

W swoim ferworze tak bardzo przypominała surową 

background image

243 

guwernantkę karcącą niesfornego ucznia, że z najwyższym 
trudem powstrzymał się od śmiechu. 

- Pękam z ciekawości, moja najdroższa złośnico, wyznaj 

mi więc, któraż to z moich decyzji ma się okazać tak mylna, 

oczywiście twoim zdaniem? - Zaalarmowany jej gniew­
nym sykiem, chwycił ją mocno za nadgarstki, zanim zdą­

żyła zerwać się z ławeczki i odejść. 

- Proszę mnie natychmiast puścić, Greythorpe! 

Był jednak głuchy na jej prośby. 

- Zejdź z obłoków, moja słodka, i wytłumacz mi przy­

czynę twego wzburzenia. 

Patrzyła na niego przez chwilę, zastanawiając się, czy 

nie powinna zignorować jego prośby, ale w końcu przewa­
żył zdrowy rozsądek. Pomyślała, że jeżeli nie zamierza an­
gażować się w niegodną walkę, która zakończy się jej nie­
uchronną klęską, lepiej zadośćuczynić jego życzeniu. Choć, 
prawdę powiedziawszy, nie potrafiła zrozumieć, dlaczego 

w tej kwestii udawał tak tępego. 

-Doskonale, jeżeli tak sobie życzysz... Powiedz mi... 

masz zamiar ogłosić swoje zaręczyny podczas urodzino­

wego przyjęcia twojej babki, czyż nie? 

Ciemne brwi uniosły się w kpiącym zdumieniu. 

- Mając w pamięci twoje niedawne zachowanie, mo­

ja najdroższa, skłonny jestem uznać to pytanie za całkiem 

zbędne. A może próbujesz sugerować, że pomyliłem się 
dogłębnie w ocenie twego charakteru i że masz zwyczaj 

jawnie zachęcać dżentelmenów, by robili ci awanse? Nie 

powiem, żebym był temu tak do końca przeciwny, rozu­
miesz - ciągnął dalej, ewidentnie w żartobliwym nastroju. 

background image

244 

- Oczywiście pod warunkiem, że to ja jestem tym dżentel­

menem i chodzi wyłącznie o moje awanse. 

- Moje zachowanie?! - Nie wiadomo, co było w niej więk­

sze, wściekłość czy zdumienie. - A co powiesz o twoim? 
Czy w celu zaspokojenia swoich prymitywnych instynk­

tów zamierzasz nadal ochoczo przyjmować miłosne awan­

se każdej kobiety, która stanie na twojej drodze i okaże ci 
odrobinę zachęty? 

- O, wypraszam sobie! Odrzucam to oskarżenie! Nie 

prowadziłem się może jak mnich, ale gdyby ktoś mi zarzu­
cił, że nie byłem nadzwyczaj wybredny, to miałbym prawo 
nazwać go łgarzem. 

- Jak możesz żartować z tych spraw, Greythorpe? - po­

wiedziała z wyrzutem. - Nie pojmuję, dlaczego gotów jesteś 

zaryzykować swoje przyszłe szczęście, wiążąc się dozgon­
nie z kobietą, która, z czego musisz zdawać sobie sprawę, 
absolutnie do ciebie nie pasuje? 

- Wręcz przeciwnie - zaoponował, tym razem serio. -

Pragnę poślubić damę, która w niepojęty wprost sposób 
przypadła mi do serca, i to tylko dlatego, że nie wyobra­
żam sobie bez niej życia. Owo pragnienie przemieniło się 

w pewność w tych ostatnich, bezcennych minutach, kiedy 

to rzeczona dama definitywnie rozwiała moje wątpliwości 
co do tego, że mogłaby nie być we mnie równie głęboko za­
kochana jak ja w niej. 

Zapadła cisza. Lord czekał, pełen obaw, że go nie zrozu­

miała lub, co gorsza, nie chciała zrozumieć. Potem Annis 
podniosła na niego te swoje cudne, szarozielone oczy, prze­
pełnione teraz trwożnym zdumieniem. Na koniec zaś de-

background image

245 

likatne powieki opadły, na próżno próbując powstrzymać 
gwałtowny strumień łez. 

Annis z wdzięcznością przyjęła chusteczkę, którą wi­

cehrabia wcisnął jej pomiędzy drżące palce, a także ostoję 

w postaci męskiego, szerokiego ramienia. Cudowne uczu­

cie ulgi, gdy upewniła się, że mężczyzna, którego tak głębo­
ko pokochała, nie zamierza popełnić grzechu czystej głu­
poty, w połączeniu z euforią, jaka nią zawładnęła na wieść 
o tym, że uczucia jej są w pełni odwzajemnione, sprawiły, 
że nie była już w stanie dłużej panować nad emocjami. 

- Boże, co ty sobie musisz o mnie myśleć - stwierdziła, 

gdy wreszcie zdołała dojść do siebie na tyle, by zrobić do­
bry użytek z batystowej chusteczki. 

- Myślę, moja najdroższa, że jesteś mi winna wyjaśnie­

nie - odparł głosem łagodnym, a zarazem stanowczym. -
Rozumiem, że spodziewałaś się mojej publicznej deklaracji 
podczas urodzinowego przyjęcia naszej babki, ale, o ile się 
nie mylę, nie miała ona dotyczyć nas obojga. 

- Oczywiście, że nie! Sądziłam, że zamierzasz poślubić 

pannę Fanhope. 

- Caroline... ale...? - Lord osłupiał ze zdumienia. - Kto, 

na Boga, podsunął ci tę absurdalną myśl? I nie próbuj mi 

wmawiać, że Sarah, bo ci na pewno nie uwierzę! Owszem, 

napisałem do niej z podróży, że odwiedziłem w Londy­
nie paru bliższych przyjaciół i zaprosiłem ich na przyjęcie, 
znam ją jednak na tyle dobrze, by mieć pewność, że nawet 
gdyby w tym zaproszeniu dostrzegła jakieś ukryte motywy, 
zachowałaby to dla siebie, póki nie zostałaby oficjalnie po­

wiadomiona. - Odsunął Annis w samą porę, by zobaczyć 

background image

246 

jej skruszoną minę. - Sama na to wpadłaś, tak? - dorzucił 

oskarżycielskim tonem. 

- Tak... nie... Och, chyba tak - przyznała w końcu. - Jak 

tylko się dowiedziałam, że chcesz zaprosić więcej osób, za­
częłam się zastanawiać nad przyczyną, no i stanęło na za­
ręczynach. 

- Tyle że pomyliłaś się co do mojej wybranki. 
- Skąd, na Boga, mogłam wiedzieć, że się... 
- Beznadziejnie w tobie zakochałem - dokończył za 

nią, gdy panieński wstyd kazał jej zamilknąć. Delikatnie 
uniósł ku sobie jej twarz, zmuszając Annis, by spojrzała mu 

w oczy. - Jak mogłaś nie wiedzieć, skoro od dnia twojego 
przyjazdu robiłem wszystko, co w mojej mocy, by cię za­

trzymać. Ba, byłem nawet gotów uwięzić cię w twoim po­
koju! Zaczynało mi już brakować pretekstów... 

- Znacznie łatwiej zachować trzeźwy osąd, gdy serce nie 

podszeptuje tego czy owego - powiedziała z uśmiechem, 
a potem nagle spoważniała. - Dev, zastanawiałeś się nad 
tym, że nie wszyscy członkowie twojej rodziny i przyja­
ciele mogą pochwalać twój wybór? Pamiętaj, że nie jestem 
z twojej sfery. Decyzja mojej matki pociągnęła za sobą... 

- Dość! - Na dźwięk jego głosu, ostrego jak rewolwero­

wy wystrzał, Annis drgnęła. - Tak, masz prawo być prze­

rażona, dziewczyno! Rozumiem to... i nie chcę więcej sły­
szeć takich bzdur! Owszem, odebrałaś niekonwencjonalne 

wychowanie, ale twoja świętej pamięci matka wychowała 

cię na prawdziwą damę. Mądrą, szlachetną, o czułym ser­
cu i niezłomnym charakterze, a zarazem zdolną błyszczeć 

w wielkim świecie. Co do tego nie może być żadnych wąt-

background image

247 

pliwości! I tylko dureń albo ślepiec może myśleć inaczej. 
Cała twoja i moja rodzina zostanie zaproszona na nasz ślub, 

a jeżeli ktoś uzna, że lepiej sobie darować, to krzyżyk mu 
na drogę. Mnie na pewno nie spędzi to snu z powiek. Zdzi­

wisz się jednak, kiedy ci powiem, ile osób zamierza się po­
jawić. 

Mówił to tonem poważnym i kategorycznym, by raz na 

zawsze ją przekonać, że jej obawy są płonne. Jej pozycja 
społeczna nie ma dla niego żadnego znaczenia, bo on nie 
dba o to, co inni powiedzą. 

- Widzę, że się nad tym zastanawiałeś - stwierdziła 

wzruszona Annis. 

- Tylko trochę, bo to oczywista sprawa. Za to nad wy­

borem tego drobiazgu deliberowałem i deliberowałem. -

Wyjął z kieszeni drogocenny pierścień i zanim zdążyła się 

przyjrzeć pięknym, skrzącym się brylantom, nasunął go jej 
na serdeczny palec lewej ręki. - W pierwszej chwili pomy­
ślałem o szmaragdach, ale potem przypomniałem sobie, że 
myśl o noszeniu tych szlachetnych kamieni nie wzbudziła 

w tobie entuzjazmu. 

Nie zamierzała udawać, że nie rozumie, do czego pił. 

Wciąż pamiętała tamten wieczór, gdy mylnie zinterpreto­

wała powody, jakie skłoniły go do wszczęcia rozmowy na 

temat rodzinnych klejnotów. 

- Zrozumiałeś opacznie moją reakcję, Dev - powiedziała 

łagodnym tonem - podobnie jak ja źle zrozumiałam inten­
cje, jakimi się kierowałeś, gdy mówiłeś o tych szmaragdach. 
Od dziś postaram się mówić jasno i wyraźnie, by na przy­

szłość uniknąć podobnych nieporozumień. - Wyciągnęła 

background image

248 

rękę, by dokładniej obejrzeć perfekcyjny szlif diamentów. 

- Zacznę od tego, że nie mogłeś lepiej wybrać. Pierścionek 

jest naprawdę przepiękny, poza tym wprost idealnie dobra­
łeś rozmiar. 

- To akurat nie było trudne. Sprawdziłem rozmiar pier­

ścionka, który zostawiłaś na stoliku u Fanhopeów, zanim 

oddałem go twojej pokojowej. 

Na wspomnienie tych przykrych wydarzeń Annis po­

smutniała. Widząc to, lord zerwał się na równe nogi. 

- Chodź, wracajmy do domu - pociągnął ją za rękę - bo 

już się nie mogę doczekać, kiedy będę mógł obwieścić całe­

mu światu radosną nowinę o naszych zaręczynach. 

Następnego ranka Annis nadal pławiła się w błogim upo­

jeniu, lewitując pomiędzy rzeczywistością a baśniową krainą, 

której bohaterkę czeka wieczna szczęśliwość, bo zapewniła 

sobie dozgonną miłość i opiekę wymarzonego księcia. 

- Jestem taka szczęśliwa, że się zaręczyłam, Dish. 
- To widać, panienko Annis. Głowę dam, że nie oderwa­

ła panienka oczu od tej błyskotki, odkąd wsunięto ją pa­
nience na palec. A ten kamień jest wielkości kurzego jaja! 

Annis oderwała na moment rozmarzone oczy od palców 

lewej ręki, by skarcić wzrokiem pokojową. 

- Słuchając cię, można by pomyśleć, że najcenniejszy 

klejnot, jaki mam, jest wulgarnie ostentacyjny. A to nie­
prawda! Jest wręcz idealny. Tak samo jak ten cudowny 
człowiek, który mi go ofiarował. 

Pokojowa wzniosła oczy do nieba. 

- Ufam, że szybko zejdzie panienka z obłoków na zie-

background image

249 

mię. Po matce ma panienka za dużo zdrowego rozsądku, 
żeby tego nie zrobić. 

- Jego lordowska mość jest tego samego zdania. W każ­

dym razie utrzymuje, że jestem bardziej podobna do mo­

jej najdroższej mamy niż myślałam. Chociaż, jak przypusz­

cza, to raczej mój hultajski wdzięk, odziedziczony po moim 
dziadku, ujął go na początku. No i co, czy nie pięknie po­
wiedziane? 

Disher znów przewróciła oczami. 

- Skoro panienka tak uważa. 
-Jak właśnie uważam. - Zamilkła na chwilę, mie­

rząc wzrokiem swą wieloletnią, zacną towarzyszkę, po 
czym nagle rzuciła oskarżycielskim tonem: - Wiedziałaś 
o wszystkim, prawda, Dish? Nie byłaś ani trochę zdziwio­
na, kiedy przybiegłam wczoraj, żeby ci opowiedzieć o na­
szych zaręczynach. 

Na ustach pokojowej pojawił się uśmieszek zadowolenia. 

- Rzeczywiście, nie byłam zdziwiona, panienko. Zresztą 

już wcześniej próbowałam napomknąć o tym i owym, pa­

mięta panienka? Mówiłam przecież, że zapowiada się więk­
sze przyjęcie. 

- Mhm... Musiałam chyba być ślepa, jeśli chodzi o lorda, 

bo ani Sarah, ani Louise nie okazały zdumienia na wieść o na­
szych zaręczynach. Były szczerze uradowane, ale wcale nie 
zdziwione. Nie przyszłoby mi też nigdy do głowy, że wyłącz­
nym celem podróży lorda na północ było spotkanie z moim 
wujostwem i zaproszenie ich na nasz ślub." Szczerze mówiąc, 
nie mam mu za złe, że to zrobił, bo choć zakładając z góry, że 
od razu usłyszy moje „tak", ryzykował wiele, zarazem okazał 

background image

250 

się na tyle przezorny, że przywiózł jeszcze jeden kufer moich 
ubrań, by dama, o którą będzie zabiegał przez następne ty­
godnie, prezentowała się wystarczająco elegancko... - Zachi­
chotała, lecz zaraz, marszcząc brwi, dodała: - Nie powinnam 

jednak zbytnio mu ulegać. Ten sposób, w jaki wywierał na 

mnie nacisk, bym zjadła dziś śniadanie w łóżku... 

- Och, niechże panienka zejdzie wreszcie z obłoków na 

ziemię! - wykrzyknęła Disher. - Jak panienka myśli, cze­
mu tak mu zależało, bym przyłączyła się do was wczoraj 

wieczorem w salonie? I dzisiaj też mam wam dotrzymać 

towarzystwa. On nie chce do tego dopuścić, by choć cień 

skandalu skalał imię panienki, i zrobi w tym celu wszyst­

ko, co w jego mocy. Jego siostra doskonale nadawała się do 

roli przyzwoitki przed waszymi zaręczynami, ale wiadomo, 

jak chętnie ludzie strzępią sobie języki. To dlatego lord tak 

nalegał, by lady Pelham przyjechała już jutro. 

Annis zamyśliła się na chwilę, a potem powiedziała: 

- Biorąc pod uwagę tę niezapowiedzianą wizytę, jaką 

pułkownik Hastie złożył nam wczoraj tuż przed obiadem, 
coś musi być w tym, co mówisz. Nie wątpię bowiem, że 
z chwilą, gdy pułkownik poinformuje panią Hastie o za­
ręczynach, zresztą już to na pewno uczynił, wieść rozej­
dzie się lotem błyskawicy. Zanim się obejrzę, będę musia­
ła na każdy spacer zabierać z sobą osobistego służącego... 

- Nagle poderwała się, omal nie zrzucając resztek śniadania 

na kołdrę. - Jezus Maria! Zapomniałam powiedzieć o Ja­
cku! Dobry Boże! To dopiero kłopot. 

Disher okazała się na tyle przezorna, by zabrać tacę i od­

stawić ją na komódkę, i dopiero potem zapytała: 

background image

251 

- Nie rozumiem, czemu tak się panienka tym przejmuje. 

- Kilka dni wcześniej towarzyszyła Annis podczas space­

ru do chatki niani Berry, gdzie miała okazję poznać Jacka 
i przekonać się, że jest solidnym, pracowitym człowiekiem. 

- Nie wiadomo, czy lord nie zatrudni go u siebie, lecz jeśli 

się okaże, że nie potrzebuje dodatkowego pracownika, nie 

może panienka mieć do niego pretensji. Nie wyobrażam 

sobie jednak, by go wyrzucił, zanim chłopak znajdzie so­
bie jakąś inną posadę. 

- Nie to mnie martwi. - Usiadła na łóżku. - Jest coś, co 

dotyczy Jacka Fletchera, o czym zapomniałam ci wspo­

mnieć. Ale lord pierwszy musi się o tym dowiedzieć. I to 
natychmiast! 

- Ale nie wcześniej, niż panienkę uczeszę - oświadczy­

ła Disher tonem nieznoszącym sprzeciwu. - I po co to 
mordercze spojrzenie, młoda damo? Nigdy nie wątpiłam 
w uczucia jego lordowskiej mości do panienki - ciągnęła 

dalej - natomiast jeśli chodzi o panienkę, nie byłam wcale 
taka pewna, czy będzie panienka gotowa ograniczyć swo­

ją bezcenną wolność i wyrzec się niektórych przyzwycza­
jeń... No cóż, teraz już za późno, by się nad tym zasta­
nawiać! Jeżeli wszystko pójdzie po myśli lorda, niedługo 

zostanie panienka wicehrabiną Greythorpe, więc niech się 
lepiej panienka od razu z tym pogodzi, że pewne rzeczy 
się zmienią. I muszą się zmienić! Na przykład będzie mu­
siała być panienka nienagannie zadbana, i to zawsze, a nie 
tylko wtedy, kiedy się będzie panience chciało! Więc lepiej 
zacząć już teraz. 

background image

252 

Disher bardzo zależało na tym, by nikt nie pomyślał, 

że źle wywiązuje się ze swoich obowiązków pokojowej. 

Skutek tego był taki, że gdy Annis udało się wreszcie wy­

mknąć z sypialni, dochodziło południe. Ubrana bez zarzu­
tu, w jednej z sukien przywiezionych przez lorda z Leice-
stershire, uczesana tak, że ani jedno kasztanowe pasemko 
nie wymknęło się z kunsztownej fryzury, prezentowała się 

jak dama w każdym calu. 

A ponieważ wiedziała, że lord zamierza poświęcić pora­

nek na nadrobienie różnych zaległości, wiedziała też, gdzie 
można go znaleźć, i udała się do biblioteki. Zastała go przy 
biurku pogrążonego w pracy. Mimo to, gdy podniósł gło­

wę i zobaczył, kto ośmielił się naruszyć jego azyl, w jego 

oczach błysnęła niekłamana radość. 

-Wybacz, że ci przeszkadzam, Dev - przepraszała za­

rumieniona, gdy wymienili powitalne pocałunki. - W 
normalnych okolicznościach za nic bym tego nie zrobi­
ła, zwłaszcza że wiem, jak bardzo musisz być zajęty po tak 
długiej nieobecności, ale... ale pomyślałam, że nie wypa­
da. .. To znaczy, że jeśli nie zrobię tego natychmiast, mogła­
bym po namyśle zmienić zdanie. I to właśnie nie wypada! 

- Zabrzmiało dość złowieszczo - skomentował tę dość 

chaotyczną przemowę. - Możesz być pewna, że dla ciebie 
nigdy nie będę zbyt zajęty, gdy przyjdziesz z jakąś ważną 
sprawą. Niech to będzie dla ciebie jasne od samego począt­

ku. - Choć w jego oczach było rozbawienie, głos zabrzmiał 
poważnie, gdy dodał: - A teraz mów, co cię tak zaniepo­
koiło. 

- Nie mam żadnych powodów do niepokoju, Dev, mart-

background image

253 

wię się tylko o los pewnego człowieka. Otóż kiedy cię tu nie 

było, odkryłam, kto do ciebie strzelał. 

Lord przyjął tę rewelację z kamienną twarzą. 

- I z jakichś przyczyn postanowiłaś nie ujawniać tożsa­

mości tego złoczyńcy? 

- Uczynię to z chęcią, ale musisz mi obiecać, że nie bę­

dziesz wyciągał konsekwencji. - Brak odpowiedzi utwier­
dził ją w przekonaniu, że w tym względzie nie może liczyć 
na poparcie lorda. Lecz cóż w tym dziwnego! Gdyby zna­
lazła się wówczas na jego miejscu, niechętnie wyrzekłaby 
się zemsty na kimś, kto ją zranił. Nadal jednak wierzyła, 

że zyska poparcie lorda, jeśli zdradzi mu pewien pikantny 
szczegół. - Mając świadomość, że tutejszym sędzią poko­
ju jest nikt inny, lecz sam lord Fanhope, na pewno nie bę­

dziesz chciał tego ciągnąć, zwłaszcza w obliczu ostatnich 

wydarzeń. 

Wystarczyły sekundy, by lord wszystko zrozumiał. 

- Na miłość boską! - wykrzyknął, wznosząc oczy do 

nieba. - Tylko mi nie mów, że stał za tym ten szubrawiec 
Charles! 

- To on wydał rozkaz. 
- Ale dlaczego? Kompletnie tego nie rozumiem... To ja­

kiś absurd! Co ja mu takiego zrobiłem, by wzbudzić w nim 
nienawiść? 

- Nie powodowały nim ani nienawiść, ani chęć zemsty. 

- I dodała ze swym hultajskim wdziękiem: - On chciał cię 

tylko jak najprędzej złapać. Przyskrzynić, innymi słowy. 

- Oczywiście zdumiony takim słownictwem lord niczego 

nie pojął, podeszła więc bliżej i położyła mu ręce na ra-

background image

254 

mionach. - Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie tylko ja by­
łam przekonana, że zamierzasz poślubić Caroline Fanhope. 
Gdy Charles nabrał pewności, że chcesz prosić jego sio­
strę o rękę, postanowił przyspieszyć bieg wydarzeń. Choć 
może zabrzmi to nieprawdopodobnie, on kocha swoją sio­
strę, a może nawet resztę rodziny... Ten nieszczęsny idiota 
był święcie przekonany, że jeśli ranny i potrzebujący opie­
ki znajdziesz się w Hall, a Caroline, jak dobry anioł stróż, 
zacznie cię pielęgnować, uczucie wdzięczności każe ci nie­
zwłocznie się oświadczyć. 

- Dobry Boże! - jęknął lord. - Lepiej mi wszystko 

opowiedz... Daję ci słowo, że nie będę wyciągać kon­
sekwencji... 

Dopiero po lunchu lord wyruszył konno do chatki niani 

Berry. Towarzyszyła mu jedynie Rosie, która dzieliła czas 
pomiędzy swoich nowych państwa nie tylko z psiej miłości, 

ale i w nadziei na dodatkowy spacer. 

Annis zrezygnowała z wyprawy, mimo że w kufrze przy­

wiezionym z Leicestershire znajdował się jej najlepszy strój 

do konnej jazdy. Lord nie potrafił powiedzieć, czy jej od­
mowa wynikała ze szczerej chęci pozostania z Sarah i włą­
czenia się w przygotowania do zbliżającego się przyjęcia, 
czy też, w co był bardziej skłonny uwierzyć, uznała, że le­
piej będzie, jeśli narzeczony spotka się z Fletcherem w czte­
ry oczy i bez jej nacisków podejmie decyzję. 

Już wcześniej obiecał jej, że nie wniesie oskarżenia prze­

ciwko Jackowi Fletcherowi, i nie miał zamiaru cofać dane­
go słowa. Czy jednak znajdzie u siebie miejsce dla człowie-

background image

255 

ka, który miał czelność go postrzelić, to już całkiem inna 
sprawa. Jadąc wzdłuż rzędu świeżo pobielonych, zadba­
nych chat, podjął postanowienie, że postara się być abso­
lutnie bezstronny. 

Zatrzymał się pod domkiem niani Berry, przywiązał 

konia do furtki i spędził dłuższą chwilę na pogawędce ze 
staruszką, która, gdy był dzieckiem, jako jedna z niewielu 
osób okazywała mu prawdziwe uczucia,. Wieść o jego za­
ręczynach dotarła już do niewielkiej osady zamieszkanej 
przez byłych pracowników Greythorpe Manor oraz ich ro­
dziny, niewątpliwie przyniesiona przez kogoś z dworskiej 
służby. Niania Berry w pierwszych słowach zapewniła go, 

że jest uszczęśliwiona i z całego serca popiera jego wybór. 

Nie mogła się też nachwalić młodego pomocnika, któ­

ry w ciągu zaledwie kilku dni zdążył przekształcić zagon 
na tyłach chatki, zarośnięty chwastami podczas jej choro­
by, w zadbany ogródek, gotowy pod zasiew drogocennych 

warzyw, jakimi żywiła się przez resztę roku. 

Jack Fletcher miał na pewno różne wady, ale, jak widać, 

nie bał się ciężkiej pracy. Już po kilku minutach znajomo­
ści lord postanowił puścić w niepamięć jego nierozważny 
postępek i dać mu szansę. 

- Powiedz mi, młody nicponiu, jesteś gotów u mnie 

pracować, skoro panna Milbank postanowiła zostać 

w Manor? 

- Tak, panie. 
- Sądząc po tym, czego zdążyłem się dowiedzieć od sta­

jennego, byłbyś idealnym następcą łowczego, gdy ten za rok 

czy dwa przejdzie na emeryturę. Twój kunszt strzelecki nie 

background image

256 

podlega kwestii - ciągnął z kwaśnym uśmiechem. - Przy­

szła wicehrabina Greythorpe utrzymuje, że gdyby nie twoja 

pewna ręka i oko, doznałbym znacznie gorszych obrażeń, 
dlatego uważam, że szkoda byłoby zmarnować twoje talen­
ty. Do czasu, aż zostaniesz łowczym, przydasz się Wilkso-

wi w stajniach. Chcę też, być podjął obowiązki osobistego 

służącego panny Milbank. - Lord nagle spoważniał. - Nie 

wolno jej nigdzie jeździć samej, nawet na terenie posiad­
łości. 

Jack przyglądał się przez chwilę swojemu nowemu panu, 

po czym zapytał: 

- Czy dzieje się tu coś podejrzanego, sir? 
- Sam chciałbym to wiedzieć, w każdym razie pułkow­

nik Hastie, który odwiedził mnie wczoraj, przysięgał, że wi­
dział kasztanka młodego Fanhopea na gościńcu i pytał, czy 
twój dawny pan wrócił do Hall. Wysłałem dziś rano list 
do barona, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi, więc naj­

wyraźniej jego syn nie wrócił, albo, jeśli nawet się pojawił 
w tej okolicy, trzyma się z dala od rodzinnego domu. 

-Może pułkownik się pomylił? - Zasugerował Jack. 

- Wszyscy znają jego skłonność do brandy, a i wzrok ma 

już nie ten co kiedyś. 

- Gdyby twierdził, że widział Charlesa Fanhope a, mógł­

bym mieć pewne wątpliwości, ale on powiedział, że rozpo­

znał jego konia, a w tej kwestii Hastie nigdy się nie myli. 

- Milordzie, nie pojmuję, po co by tu wracał. 
- Miałem nadzieję, że ty mnie oświecisz. 

Jack zasępił się, potarł dłonią zarośnięty podbródek. 

- Trudna sprawa z paniczem Charlesem, bo to człek nie-

background image

257 

przewidywalny. - Przerwał na chwilę. - Nie przypominam 
sobie, by odwiedzał w tych stronach jakąś kobietę, ma nato­
miast kochankę w Oksfordzie. Nie przypuszczam też, żeby 
chciał się zobaczyć z rodziną. - Patrzył przez chwilę wice­
hrabiemu w oczy, po czym stwierdził: - Wygląda mi na to, 

że pan ma rację. Lepiej przez jakiś czas mieć oko na pan­
nę Milbank. Nie mówię, że on zjawił się tu specjalnie po 
to, by zrobić panience krzywdę. Zbyt wielki z niego tchórz, 
by osobiście ważyć się na porwanie czy zamach. Lecz kie­
dy będzie w jednym z tych swoich dziwacznych humorów 
i trafi mu się okazja do zemsty, może ją wykorzystać. 

Ta właśnie ewentualność nie dawała lordowi spokoju od 

ostatniej wizyty pułkownika. 

- Oczywiście nie mamy żadnej pewności, te Fanhope 

wrócił. Może tylko zmienił konia przed dalszą jazdą do 

Oksfordu, a swojego kasztanka zostawił w jednym z oko­
licznych zajazdów i ktoś zabrał go na przejażdżkę. Lepiej 

jednak mieć przez jakiś czas oczy i uszy otwarte. Zostań tu 

do wieczora, a rano zgłoś się do Wilksa. 

Lord Greythorpe wolał nie przysparzać przyszłej żonie 

zbędnych zmartwień, dlatego nie poinformował jej o tym, 

że najpewniej w okolicy pojawił się Charles Fanhope, dzię­
ki czemu po pracowitym dniu położyła się do łóżka nicze­
go nieświadoma i w stanie błogiego zadowolenia. 

A dzień rzeczywiście był pracowity. Louise została za­

proszona do najstarszej córki pastora, Annis została więc 
tylko z Sarah i mogły skupić się na dalszym planowaniu 
przyjęcia i obmyślaniu kwater dla zwiększonej liczby gości. 

background image

258 

Ponieważ, jak się okazało, miał to być jej bal zaręczynowy, 

Annis diametralnie zmieniła swój stosunek do przygoto­

wań, natomiast Sarah, choć chętna do pomocy, z ulgą prze­
jęła rolę pomocnicy i pozwoliła przyszłej bratowej podjąć 

ostateczne decyzje dotyczące dekoracji sali balowej oraz 

menu na obiad i kolację, na szczęście zaakceptowane rów­
nież przez kucharza. 

W zaciszu saloniku, nad filiżanką herbaty, rozmawiały 

także o planach Sarah na przyszłość. Jak się okazało, była 
to jedyna skaza na tym cudownym skądinąd dniu. 

Sarah, choć szczęśliwa z powodu zaręczyn brata oraz 

osoby przyszłej bratowej, nie zamierzała pozostać w Ma-

nor po ślubie. I żadne argumenty Annis nie mogły wpły­
nąć na zmianę jej postanowienia. Postanowiła osiedlić się 
gdzieś indziej, a na czele jej listy znajdowało się Bath. Z te­
go też powodu niecierpliwie wyczekiwała przyjazdu lady 

Pelham oraz swojej przyrodniej siostry, które miały poja­
wić się następnego dnia. 

Annis także nie mogła się doczekać ich przyjazdu, choć 

z całkiem innych powodów. Była po prostu ciekawa naj­

świeższych wieści z Bath. Z ostatniego listu matki chrzest­
nej wywnioskowała, że w uczuciach Helen do pana Daniela 
Draycota nastąpiło pewne ochłodzenie, a choć nie można 
było jeszcze powiedzieć, czy znajomość ta została defini­
tywnie zakończona, ów podejrzany osobnik, zdaniem lady 
Pelham, przestał już być poważnym problemem. 

Uśmiechając się do siebie, Annis wślizgnęła się do wy­

godnego łóżka i zaczęła się zastanawiać, jak zareagują obie 
panie, gdy ona nazajutrz powita je w progu Greythorpe 

background image

259 

Manor. W ostatnim liście napisała im, że postanowiła wy­

jechać przed przyjęciem, nie spodziewają się zatem jej tu 

zastać, a już z całą pewnością żadna z nich nie przypuszcza, 
że zaręczyła się z wicehrabią Greythorpeem! 

- Nie mogę się już doczekać, kiedy je zobaczę, Rosie! 

Co to ma znaczyć, czemu skrobiesz w drzwi? Nie chcesz 

chyba znowu wyjść na dwór? - Rosie sprawiała jed­

nak wrażenie, jakby właśnie o to jej chodziło, i dopóty 
skamlała i piszczała, dopóki Annis nie podniosła się nie­
chętnie z łóżka. - Nie powiem, bym miała z tobą same 
przyjemności, ty paskudny kundlu- ofuknęła suczkę, 

wiedząc, że o tej porze będzie musiała sama załatwić tę 

sprawę, od pół godziny nie słyszała bowiem żadnych 
odgłosów, co musiało oznaczać, że służba udała się już 

na spoczynek. - Czemu nie wykorzystałaś okazji, kiedy 

James wyprowadzał cię godzinę temu? 

W odpowiedzi Rosie spojrzała na nią wyczekująco i za-

merdała radośnie ogonem. Annis pozostawało tylko wło­
żyć szlafrok, pantofle i pelerynę, bo skąd mogła wiedzieć, 

jak długo przyjdzie jej czekać na psa. Zabrała też świeczkę 

i ruszyła w stronę kuchennych schodów, którymi najbliżej 
było do wyjścia na podwórze przy stajniach. 

Zanim zeszła na dół i wypuściła Rosie na dwór, zdąży­

ła już się rozchmurzyć, i byłaby pewnie wybaczyła swojej 
pupilce, że zmusiła ją do opuszczenia ciepłego łóżka, gdy­
by nie to, że przez ponad dziesięć minut na próżno czekała 
na jej powrót. 

W końcu doszła do wniosku, że suczka musiała zwęszyć 

szczura albo jakieś inne stworzenie i zachciało jej się polować 

background image

260 

po nocy. Wzięła więc jedną z lampek zostawionych na stoliku 
przy drzwiach i ruszyła na poszukiwanie Rosie, 

Nie doczekała się jednak żadnej odpowiedzi na swoje 

ciche wołania i pogwizdywania, natomiast, gdy była już 

w połowie podwórza, usłyszała coś, co zabrzmiało jak głu­

che uderzenie, a potem ledwie dosłyszalny skowyt dobiega­

jący od strony stajni. W normalnych okolicznościach była­

by zaniechała dalszych poszukiwań, zwłaszcza że noc była 
czarna, pełna groźnych, tajemniczych cieni. To jednak ta­
kie niepodobne do Rosie, by się nie zjawić na jej wezwa­
nie. Pełna obaw, że psa spotkało coś złego, Annis ruszyła 
do stajni. Na widok smugi światła, które sączyło się spod 
stajennych wrót i odsuniętych zasuw, nabrała pewności, że 

jest tam jakiś nieproszony gość. 

Niepokój o Rosie przytłumił wewnętrzny głos nakazu­

jący zachować ostrożność. Śmiało weszła do stajni i zoba­

czyła znajomą postać trzymającą zapaloną świecę. Płomień 
nie był jednak zabezpieczony szklanym kloszem, lecz od­
słonięty. Na kamiennej ścianie rysował się groźny, olbrzy­
mi cień intruza. 

- Skąd pan się tu wziął? - zapytała. -I co pan tu robi? 

background image

Rozdział czternasty 

Lord Greythorpe oderwał wzrok od kieliszka z burszty­

nowym napojem, by sprawdzić położenie wskazówek zega­
ra z pozłacanego brązu, zajmującego honorowe miejsce na 
bibliotecznym kominku. Panie udały się jakiś czas temu na 
spoczynek, podobnie jak służba, z wyjątkiem Dunstera. 

Najwyższa pora, by i on sam położył się wreszcie do łóż­

ka, jednak tylko w takich jak ta chwilach samotności mógł 
rozmyślać do woli o swoim wielkim szczęściu i błogosławić 
opatrzność za to, że pewnego zimowego dnia postawiła na 

jego drodze niezwykłą osobę. 

Tego wieczoru zmuszony był pozostawić panie ich 

własnym zajęciom, sam zaś zdołał się uporać z kilko­

ma pilnymi sprawami. Dzięki temu będzie miał dosyć 

czasu, by z radością pełnić obowiązki pana domu, gdy 
nazajutrz pojawi się lady Pelham wraz z jego przyrodnią 
siostrą Helen. Była to wielce radosna perspektywa i nie 
mógł się już doczekać ich przyjazdu. Żałował jedynie, że 
nie było mu dane spędzić wieczornych godzin w uro­
czym towarzystwie Annis. Na szczęście jak zwykle oka-

background image

262 

zała wyrozumiałość i nie robiła mu żadnych wyrzutów. 
O tak, spotkało go wielkie szczęście, że panna Annis 

Milbank wkroczyła w jego życie! 

Jak to możliwe, że dwoje tak różnych pochodzeniem 

i wychowaniem ludzi w cudowny wprost sposób zgrało się 
z sobą i pozostawało w idealnej wręcz harmonii? Mężczyz­
na i kobieta... W jego przynajmniej sferze takie związki po 
prostu się nie zdarzają, w każdym razie on o nich nie sły­
szał. Miłość, zaufanie, szacunek i partnerstwo. Wszystko 
to było tak rzadkie czy zgoła niedostępne w jego świecie, 

w którym małżeństwa traktowane były jak umowa han­

dlowa. Kupczono tytułem, majątkiem i pozycją, kupczono 
obietnicą urodzenia dziedzica, uczucia traktując jako ma­

ło istotny dodatek. Lecz dla niego i Annis to, co dla innych 
miało tak wielkie znaczenie, zupełnie się nie liczyło. Już 

od pierwszego wejrzenia zrodziła się między nimi nadzwy­
czajna empatia. Wprawdzie nie odważyłby się twierdzić, że 

wie dokładnie, co czuje i myśli jego narzeczona, a jej re­

akcje nigdy go nie zaskakują i nie mijają się z jego ocze­

kiwaniami, lecz zdarzało się to rzadko. Zazwyczaj potrafił 
przewidzieć jej zachowanie. Ileż to razy w ciągu minionych 

wieczorów patrzyli na siebie porozumiewawczo i wspólnie 

śmiali się bezgłośnie z jego siostry, gdy wpadała w ten swój 
histeryczny nastrój, albo z jakiejś bezmyślnie dwuznacznej 
uwagi Louise? Odpowiedź była prosta - niezliczoną ilość 
razy! I oby tak było wiecznie! 

Najdroższa Annis, niech Bóg ma ją w swojej opiece, 

uwolniła go z okowów surowego, pozbawionego miłości 

wychowania. Od dziecka karcony za niewinne przyjemno-

background image

263 

ści i karany za każdą próbę okazania uczuć, teraz, dzięki 

Annis, uśmiechał się coraz częściej i żartował ze słabostek 

bliźnich, ilekroć przyszła mu na to ochota. W zamian oba­
lił mur uprzedzeń pomiędzy nią a jego sferą. 

Z uśmiechem wzniósł w myślach toast na cześć kobie­

ty, która miała zostać wicehrabiną Greythorpe. Jeżeli cho­
dzi o niego, nie mógł się już tego doczekać. Przemyślne 
fortele, do jakich się uciekał, by jak najdłużej zatrzymać ją 
pod swym dachem, okazały się skuteczne i wielce satysfak­
cjonujące, nie mógł jednak zaprzeczyć, że jej nieustanna 
obecność w Manor stanowiła dla niego ciężką próbę, nie 
mówiąc już o rycerskich obyczajach. Może to i lepiej, że la­
dy Pelham miała przybyć nazajutrz, gdyż zanim pastor po­
błogosławi ich nierozerwalny związek, jego przyszłej żonie 
przyda się obrona solidniejsza od tej, jaką jej mogła zapew­
nić zacna pokojowa o sokolim wzroku. 

Jednym haustem dopił brandy, po czym wstał i obszedł 

pokój, gasząc świece, poza jedną, konieczną, by bezpiecz­
nie trafić do apartamentów na pierwszym piętrze. Nie było 

w tym nic nadzwyczajnego, że jako ostatni w całym domu 

udawał się do łóżka. Nie zaniepokoił go też dziwny odgłos, 
gdy po wyjściu z biblioteki skierował się w stronę schodów. 
Co go jednak nieco zdziwiło, to głośne skrzypienie drzwi 
i silny przeciąg, który o mały włos nie zdmuchnął płomie­
nia jego świecy. 

Najwyraźniej ktoś jeszcze oprócz mnie nie śpi o tej po­

rze, pomyślał, i nagle zastygł u stóp schodów. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to najpewniej 

spóźniony Dunster sprawdza, czy pozamykano wszystkie 

background image

264 

drzwi i okna, jednak nie usłyszał już żadnego dźwięku, na­

wet odgłosu kroków. 

Wówczas odezwał się ów niepokój, który zasiał w nim 

pułkownik Hastie podczas swej ostatniej wizyty. Wicehra­
bia postanowił sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. 

Greythorpe znał oczywiście w Manor każdy zakątek, 

rozkład mebli oraz dokładne miejsce wszystkich przedmio­
tów, nie tylko tych drogocennych. Wiedział, że na stoliku 
przy każdych drzwiach stoją zawsze lampki i świece. Jed­

nak zapalona świeca o tak później porze - co więcej, w por­
celanowym lichtarzu, którego miejsce było w sypialni na 
górnym piętrze, to rzecz z całą pewnością niezwykła. 

Niepokój jego wzrósł gwałtownie, kiedy się okazało, że 

drzwi na podwórze są otwarte. Mówiąc szczerze, wolałby 
natknąć się na przyczajonego w mroku intruza, ale nawet 
nie chciało mu się tego sprawdzać, bo wiedział już, że jest 
sam w ciemnym korytarzu. Nie było przecież żadnych śla­
dów włamania. To tylko ktoś z mieszkańców dworu za­
pragnął wyjść na dwór. Niestety wiedział, kim był ten ktoś, 
a także dlaczego uznał za stosowne spacerować o tak nie­
ludzkiej porze. 

Annis, która tak troszczyła się o innych, za nic nie ze­

rwałaby z łóżka kogoś ze służby i nie kazała wyprowadzić 
psa, skoro mogła zrobić to sama. Nie chciałaby też zakłó­
cać spokoju domownikom, chodząc nocą po głównej części 
dworu, ominęła więc centralną klatkę schodową i główne 

wejście, gdyż nawet najmniejszy hałas rozbrzmiewał pod 
wysokim sklepieniem sieni jak wystrzał. 

Wymykając się kuchennymi schodami i tylnymi drzwia-

background image

265 

mi, zapomniała naturalnie, że on jeszcze się nie położył. 

Jednak wkrótce się tego dowie! I będzie musiała wysłu­

chać jego reprymendy! Z posępnym westchnieniem Zapa­
lił lampkę, by ruszyć na poszukiwanie narzeczonej. Te jej 

wędrówki po nocy muszą się skończyć! Trzeba będzie za­
mykać Rosie na noc w jednym z budynków gospodarczych, 

przynajmniej dopóki nie będzie pewności, że Charles Fan-
hope nie stanowi już żadnego zagrożenia. 

W połowie podwórza zorientował się, że jego obawy 

były w pełni usprawiedliwione. Zbyt wiele razy słyszał 

w przeszłości ten piskliwy, karykaturalnie niemal dziecięcy 
śmiech, by nie wiedzieć, kto stoi po drugiej stronie stajen­

nych wrót. Co gorsza, podejrzewał, że ten ze wszech miar 

niepożądany gość nie jest sam! 

Annis także rozpoznała ten bezmyślny chichot i zaraz 

przypomniała sobie, gdzie i kiedy go słyszała. Dlaczego ty­
le czasu zajęło jej jego zidentyfikowanie, nie miała pojęcia, 
zwłaszcza że lord przypomniał jej, kiedy i gdzie, a także 
przy kim wspomniała o swojej klaustrofobii. Jeszcze jeden 
dowód na to, że w ostatnich tygodniach nie była całkiem 
sobą! 

- Ach, więc to szanowny pan był łaskaw zaryglować 

drzwi piwniczki, wiedząc, że jestem w środku. - Otrząsnę­
ła się już z szoku wywołanego obecnością w stajni Charlesa 

Fanhope'a, strach też minął, pozostał jedynie lekki, wyma­

gający czujność i mobilizujący do działania niepokój. Nie 
stała wprawdzie na tyle blisko, by wyczuć zapach, Charles 

miał jednak błyszczące oczy i chwiał się na nogach, wido-

background image

266 

my znak, że nie był trzeźwy. Wiedząc, że niektórzy pano­

wie w tym stanie skłonni są ulegać najgorszym instynktom, 

uznała, że lepiej go nie denerwować. 

- Mogę zapytać, czym zasłużyłam sobie na pańską nie­

chęć? W końcu nie mieliśmy z sobą wiele wspólnego. -

Znała, oczywiście, odpowiedź, doszła jednak do wniosku, 
że jeśli zachęci go do mówienia, nie okazując przy tym 
wrogości, może uda jej się z niego wyciągnąć, jaki jest cel 
tej nocnej wizyty w Manor. 

- Zrujnowała pani moje plany co do przyszłości siostry. 

- Szpetny grymas wykrzywił mu usta, ale na szczęście Fan-

hope nie zachowywał się agresywnie. - Gdyby nie pani 
intrygi, byliby już zaręczeni. Lecz co się odwlecze, to nie 

uciecze, już moja w tym głowa. 

Więc to tak, pomyślała. Charles nie wiedział o jej zarę­

czynach z lordem, zważywszy więc na okoliczności, najroz­
sądniejszym wyjściem było utrzymywać go w tej niewiedzy. 

Niech sobie wierzy, wbrew oczywistym faktom, że jest jesz­
cze jakaś szansa na mariaż jego siostry z wicehrabią. Lepiej 
go także nie informować, że Jack Fletcher znalazł zatrud­
nienie u lorda. 

Nie rozumiała celu jego nocnej wizyty, przecież nie zja­

wił się tu, by porozmawiać z lordem Greythorpeem. Był 

przy tym bardzo rozgoryczony, więc Annis, która zasta­
nawiała się nad właściwą taktyką, uznała, że najlepiej bę­
dzie pozwolić mu się wyżalić. Może wtedy złagodnieje i po 
prostu zniknie stąd, oszczędzając sobie i innym zbędnych 
przykrości. 

- Obawiam się, że nie do końca pana rozumiem, panie 

background image

267 

Fanhope - skłamała. - W jaki sposób moja skromna 

osoba mogła przeszkodzić pańskim planom dotyczą­
cym siostry? 

Otworzył usta, lecz szybko je zamknął. Widocznie wo­

lał się nie przyznawać, że to on kazał Jackowi strzelać do 
lorda. 

- Pani przyjazd stał się źródłem samych kłopotów - nie­

mal wybełkotał z ponurą miną. 

- Nie było to moim zamiarem - zapewniła zgodnie 

z prawdą. - Przybyłam tu na prośbę mojej matki chrzest­
nej, by przekazać pewne wiadomości dotyczące przyrod­
niej siostry lorda, to wszystko. 

- To dlaczego została pani tak długo? Miała pani nadzie­

ję złowić Greythorpe'a dla siebie? - Nieprzyjemny uśmiech 
wykrzywił mu usta. - Gdyby nie pani, siedziałbym sobie 

spokojnie w Fanhope Hall - dorzucił ze złością. 

- Niech mi pan wierzy, że to, co się stało tamtej nocy, 

nie sprawiło mi żadnej satysfakcji, ale też niech się pan nie 
spodziewa przeprosin. Oszukał pan Thomasa Marshala na 
sporą sumę pieniędzy, a z tego, co mi wiadomo, również 

wielu innych. Mnie też próbował pan oskubać. Nie mam 
więc żadnych powodów, by żałować, że udało mi się poło­
żyć kres pańskim nagannym praktykom. 

Na to oświadczenie Charles wybuchnął śmiechem. 

- Jeżeli pani tak myśli, madame, to się pani grubo myli. 

Co najwyżej ukróciła pani na chwilę moje intratne zajęcie. 

- Czy dobrze zrozumiałam? Zamierza pan to kontynuo­

wać? Nie przybył pan tutaj, by pogodzić się z rodziną, obie­

cać poprawę i wypełnić wolę ojca? 

background image

268 

- Dobrze pani zrozumiała. Wróciłem tylko po parę dro­

biazgów, które zostawiłem, opuszczając w pośpiechu Hall, 
a które umożliwią mi dostatnie życie, póki się nie urządzę 
na kontynencie. - Wsunął rękę pod sutą opończę i pokle­

pał się pieszczotliwie po kieszeni surduta. - Wiedziałem, 
którego ze służących zawsze było łatwo przekupić. Nie mu­
siałem nawet wchodzić do domu. 

Annis z największą chęcią starłaby mu z twarzy ten 

chełpliwy uśmieszek. Nie wątpiła, że ktoś, a może wielu lu­
dzi ucierpi, by Fanhope mógł zapewnić sobie wypłacalność. 

Nikczemnicy jego pokroju nie zawahają się nawet przed 

szantażem. Jednak pewnie nigdy się nie dowie, jakie doku­

menty wykradł z rodzinnego domu. 

- Pańscy bliscy martwią się o pana. Nie próbował się pan 

z nimi skontaktować? - zapytała z nadzieją, że pogarda, ja­
ką do niego czuła, nie przebija z jej głosu. 

Odpowiedzią, która jej wcale nie zdziwiła, było obojętne 

wzruszenie ramionami. 

-Może kiedyś napiszę do Caro... ale co do reszty... 

I tak się z nimi wkrótce zobaczę, kiedy będę przejmował 
po ojcu szlachecki tytuł. Przecież staruszek nie będzie 
żył wiecznie. 

Kompletna obojętność Charlesa wobec najbliższej 

rodziny, która ucierpiała i nadal będzie cierpieć na sku­
tek jego egoistycznych poczynań, także nie była żadnym 
zaskoczeniem dla Annis. Coraz trudniej przychodzi­
ło jej jednak ukrywanie pogardy wobec kogoś, kto 
myśli wyłącznie o sobie. 

Charles Fanhope, bezlitosny egoista, stanowił uoso-

background image

269 

bienie najgorszych cech swojej sfery. Był jednym z tych, 
którzy gotowi są iść po trupach do celu, nie zaprząta­

jąc sobie głowy cierpieniem bliźnich, fizycznym czy 

psychicznym, byle tylko nadal żyć w luksusie. Nie był 

jednak, zdaniem Annis, z natury agresywny, choć roz­
juszony mógł być niebezpieczny. Dlatego musiała zrobić 
wszystko, by nie doszło do bezpośredniej konfrontacji, 

która mogła zakończyć się nawet czyjąś śmiercią. Niech 

wszystko skończy się na słowach. 

Uznała, że skoro wie już o nim tak wiele, pora dowie­

dzieć się reszty. 

- Po co więc przybył pan do Manor? Bo chyba nie po to, 

by osobiście podziękować jego lordowskiej mości za po­

moc okazaną pańskiemu szanownemu ojcu w trakcie bez­
owocnych prób ustalenia miejsca pańskiego pobytu. 

- Niebrzydka z pani osóbka, panno Milbank! - Zaczął 

błądzić oczyma po jej sylwetce, jakby obmacywał ją wzro­
kiem. - Jak się człowiek lepiej przyjrzy, widać, że nie jest pa­
ni pozbawiona pewnych... wdzięków. - Nagle zmarszczył 
brwi, a w jego oczkach błysnęła podejrzliwość. - A może 

jednak Greythorpe interesuje się panią? Wydaje się fawo­

ryzować kobiety o bystrym umyśle. Mnie natomiast pocią­
gają czysto fizyczne atrybuty. - Jeszcze bardziej się zasępił. 

- A nie takie wścibskie intrygantki jak ty! - syknął. - To 

przez ciebie popadłem w tarapaty! 

Annis z trudem powściągnęła uśmiech satysfakcji. 

- Więc co pan tu robi? - powtórzyła, próbując odwrócić 

jego uwagę od własnej osoby. - Chyba nie chodzi panu o to, 

by zapewnić sobie kryjówkę i przenocować na słomie? 

background image

270 

Przyjęta przez nią taktyka okazała się skuteczna. Charles 

opanował się i lekko zirytowanym tonem powiedział: 

- Ten idiota, któremu powierzyłem mojego konia, nad­

werężył mu pęcinę w trakcie przejażdżki, przez co musia­

łem wziąć najgorszą szkapę, jaką kiedykolwiek podkuwano 
i która na domiar wszystkiego zgubiła podkowę w drodze 
do zajazdu. Dlatego potrzebuję nowego konia pod wierzch. 

- Urwał, by zetrzeć z policzka resztki pajęczyny. - Mógłbym 

oczywiście pozbawić pułkownika Hastiego jednego z je­
go rasowych rumaków, zdecydowałem się jednak zabrać 
Greythorpe'owi jego ulubionego czempiona, bo do Manor 
było bliżej. - Na jego ustach pojawił się wredny uśmiech. 

- A pani, moja droga panno Milbank, przyda mi się w roli 
stajennego. Będzie to przynajmniej częściowa rekompensa-

ta za kłopoty, jakich mi pani przysporzyła. 

- Jeszcze czego! Ani mi się śni! - Na końcu języka miała 

najbarwniejsze przekleństwa swojego zmarłego dziadka. 

- Nie zrobisz tego, to pożałujesz - ostrzegł ją z przebiegłym 

uśmieszkiem, cofając się, by odsłonić to, co skutecznie ukry­

wał dotąd przed jej wzrokiem pod obszerną peleryną. 

Oburzenie Annis w jednej chwili przerodziło się 

w przerażenie. Szok, jaki przeżyła, zobaczywszy Charlesa 
Fanhopea w stajni, sprawił, że kompletnie zapomniała 

o swojej ulubienicy. 

Nie zważając na swoje bezpieczeństwo, odepchnęła 

Fanhope a tak mocno, że zachwiał się na obcasach. Dopadł­

szy Rosie, uklękła i dopiero gdy się przekonała, że suczka 
została ogłuszona ciosem w głowę i jest nieprzytomna, ale 

żyje, znów skierowała oczy na Charlesa. 

background image

271 

- Powinna mi pani dziękować, panno Milbank, a nie 

patrzeć na mnie wilkiem. Ma pani szczęście, że zado­

woliłem się tylko ogłuszeniem tej wściekłej bestii, któ­

ra miała czelność ugryźć mnie w nogę. - Nachylił się 
i uprzedzając Annis, złapał grube polano, które okazało 
się tak skutecznym orężem przeciwko Rosie. - A teraz, 
panno Milbank, jeżeli nie chce pani dostać takiej samej 
nauczki jak ten przeklęty kundel, zrobi pani, co każę. 
I to migiem! 

Pewnie zawahałby się przed morderstwem z zimną 

krwią, Annis podejrzewała jednak, że był w stanie pod­
nieść rękę na kobietę, zwłaszcza tak mu nienawistną jak 

ona, więc niechętnie wstała z klęczek. 

Od przyjazdu do Manor często zachodziła do stajni, nie 

zapominała przy tym o smakołykach, więc konie cieszyły 
się zawsze na jej widok. Ulubiony czempion lorda, który 
raczej nie przepadał za obcymi, dość szybko przyzwyczaił 
się do jej częstych wizyt i choć był teraz trochę niespokojny, 
nie spłoszył się, gdy weszła do jego boksu. 

Kiedy zaczęła mu zakładać uzdę, usłyszała ciche, lecz 

wyraźne odgłosy dobiegające z podwórza. 

Wyprowadzając potężnego ogiera z boksu, zerknęła 

ukradkiem w stronę stajennych wrót. Kompletny brak re­

akcji ze strony Fanhopea zdawał się świadczyć o tym, że 
nic nie usłyszał. Mógł to być oczywiście szczur szukający 

pożywienia, ale mogło być i tak, że któryś ze stajennych, 
może nawet sam Wilkes, zaalarmowany odgłosami dobie­
gającymi ze stajni, postanowił sprawdzić, co się dzieje. Je­
żeli tak właśnie było, jedyne, co mogła zrobić, to odwrócić 

background image

272 

uwagę Fanhope'a, by ten ktoś mógł wślizgnąć się niepo­
strzeżenie do środka. 

- Jest pan pewny, że poradzi pan sobie z Assaye'em? 

Greythorpe to znakomity jeździec, ale nawet on narzeka 
czasami, że ten ogier bywa narowisty. 

- Pani troska o moje bezpieczeństwo jest całkiem zbęd­

na, panno Milbank - rzucił tonem tak protekcjonalnym, że 
niewiele brakowało, a byłaby zapomniała o swoim posta­
nowieniu i trzasnęła go w tłusty policzek. 

Patrząc, jak się odwraca, by postawić zapaloną świeczkę 

na półce pod ścianą, pomyślała, że w całym swoim życiu 
spotkała niewiele osób, do których czułaby większą niechęć 
niż do wielmożnego Charlesa Fanhopea. Gdyby nie sza­
cunek, jakim darzyła starego barona, oraz chęć zaoszczę­
dzenia mu dodatkowych cierpień, nie uroniłaby jednej łzy, 
gdyby jego nikczemny synalek skręcił sobie ten swój by­
czy kark. 

Wstydząc się swoich grzesznych myśli, sięgnęła po siod­

ło, które Charles przyniósł już przed jej przyjściem. Posta­
nowił jednak sam osiodłać konia, pewnie nie wierząc, że 
kobieta potrafi zrobić to porządnie, a może chciał jak naj­
prędzej odjechać. Stanęła więc z boku i z bijącym sercem 

patrzyła, jak drzwi uchylają się powoli i mężczyzna, który 
był dla niej wszystkim, z kocią zręcznością wślizguje się 
do stajni. 

- Przykro mi, panno Milbank, ale będzie pani musiała 

znosić pewne niewygody aż do rana, póki nie odjadę wy­
starczająco daleko - oznajmił Fanhope, kompletnie nie­

świadom tego, co działo się przy drzwiach. - Taka sprytna 

background image

273 

osóbka z pewnością zrozumie, że nie mogę pozwolić, by 
podniosła pani krzyk tuż po moim odjeździe i zaalarmo­

wała całą okolicę. Dlatego muszę panią związać i zakneb­

lować, żeby mnie pani nie mogła zatrzymać. 

- Jeżeli ona tego nie zrobi... ja zrobię to z całą pewnoś­

cią! - rozległ się nagle złowieszczy głos lorda. 

Nalana twarz Fanhopea zastygła. Nie wierzył własnym 

uszom. Wyglądał tak komicznie, że Annis omal nie parsk­
nęła śmiechem. 

Niestety, nie było jej dane zbyt długo tym się cieszyć, 

Fanhope bowiem, odwracając się do drzwi, zawadził pele­
ryną o Assaye'a. Spłoszony ogier naskoczył na niego z ta­
kim impetem, że Fanhope zatoczył się na półki pod ścia­
ną. Odstawiona przed chwilą płonąca świeczka oraz różne 
gliniane naczynia, słoje i butelki pospadały z brzękiem na 
ziemię i potłukły się, a ich zawartość wymieszała się, two­
rząc strugę płynącą w stronę sterty siana, na której leżała 
nieprzytomna Rosie. 

Pojedyncze strużki, same w sobie nieszkodliwe, po po­

łączeniu stworzyły w wybuchową mieszankę, która zajęła 

się od ognia świecy. Jeszcze nie umilkła litania przekleństw 
gramolącego się spod ściany Fanhope'a, gdy płomienie 
buchnęły z hukiem w górę, podpalając nie tylko pryzmę 
siana, na której leżała Rosie, ale i większą stertę w kącie, 
a najwyższe dosięgły nawet drewnianych krokwi stropu. 

Zapanowało straszliwe zamieszanie. Annis rzuciła się 

w panice ratować psa, a lord starał się uspokoić przerażo­

nego czempiona. Fanhope chwycił tymczasem niepostrze­
żenie polano, które wcześniej z tak dobrym skutkiem wy-

background image

274 

próbował na Rosie. Zanim Annis zdążyła się zorientować 

w jego zamiarach i wydać ostrzegawczy okrzyk, zamachnął 

się i walnął nim wicehrabiego z całej siły w ramię. 

To chyba jakiś cud, że Greythorpe tak szybko doszedł 

do siebie po miażdżącym ciosie i nie wpadł prosto pod ko­
pyta oszalałego ze strachu Assayea. Annis, niestety, nie by­
ła w stanie mu pomóc, bo pędziła do drzwi z Rosie w ra­
mionach. Zanim wypadła na podwórze, zdążyła jeszcze 
kątem oka dostrzec, jak jej narzeczony skutecznie odpiera 
kolejny cios Fanhopea. 

Na dworze, w bezpiecznej odległości od stajni, poło­

żyła ostrożnie Rosie na ziemi, po czym niezwłocznie 

wszczęła alarm, uderzając z całych sił w metalowy trójkąt 

zawieszony na ścianie budynku. Dopiero gdy z czwora­

ków rozległ się zaspany głos Wilksa, a w oknach Manor 
zamigotały światła, popędziła z powrotem do stajni na 
pomoc lordowi. 

Jeden rzut oka wystarczył, by zdała sobie sprawę, że nic 

nie zdoła okiełznać ognia, zbyt się bowiem rozprzestrzenił. 
Drewniane krokwie już się paliły i w każdej chwili mógł 
się zająć dach. 

Na szczęście lord poradził sobie całkiem nieźle pod jej 

nieobecność. Na wpół ogłuszony ciosem Fanhopea, zdołał 

jednak zyskać przewagę i teraz, trzymając nieproszonego 

gościa za klapy, starał się wytłumaczyć mu, że nikt nie ma 
zamiaru odstawiać go do Fanhope Hall; że jest wolny i mo­

że się oddalić, kiedy tylko zechce - ale na piechotę! Nieste­
ty jego argumenty były jak groch o ścianę. 

Może Fanhope nie miał już sił wracać do swojej kry-

background image

275 

jówki, a może umysł miał zbyt zamroczony brandy, którą 
wcześniej wypił dla kurażu, dość, że nadal walczył jak roz­

juszony bachor, drapiąc po rękach i wykrzykując obraźliwe 

słowa do lorda, który wreszcie stracił cierpliwość. 

Niefortunnym zrządzeniem losu Annis w tym samym 

momencie postanowiła zabrać się do wyprowadzania koni. 
Podbiegła do Assaye'a i zaczęła odwiązywać wodze od słu­
pa, do którego został wcześniej przywiązany, właśnie wte­
dy, kiedy lord zamachnął się, by zadać swemu nieproszone­
mu gościowi ostatni, obezwładniający cios. Ugodził ją przy 
tym boleśnie łokciem w policzek i gdyby nie Wilks, który 
zjawił się w samą porę, byłaby wylądowała na ziemi jak 
kupka nieszczęścia. 

Greythorpe tymczasem, nieświadom obrażeń, jakich był 

mimowolnym sprawcą, trzasnął Fanhopea w szczękę z ta­
ką siłą, że pechowy młodzian zatoczył się do tyłu i wylą­
dował o włos od rozszalałego piekła. I albo się przeraził, 
że lord zamierza bezlitośnie wykorzystać swoją przewagę, 
albo w swojej głupocie uznał ogień za mniejsze niebezpie­
czeństwo, dość, że odwrócił się i ku przerażeniu wszystkich 

jednym susem przesadził płonącą stertę. 

Jak to możliwe, że zdołał przedrzeć się do tylnych drzwi 

przez morze płomieni, tego Annis nigdy nie zdołała pojąć. 
Niestety pani Fortuna, która dotąd zdawała mu się sprzyjać, 
postanowiła opuścić go w tym właśnie momencie. Nagle 
rozległ się złowieszczy trzask, a w chwilę później strop nad 

jego głową runął, grzebiąc go pod stertą płonącej słomy 

i belek. 

background image

276 

Konie, choć przerażone, pozwoliły się wyprowadzić na 

podwórze, nikt z ludzi i zwierząt nie doznał przy tym więk­

szych obrażeń. Dzięki połączonym wysiłkom służby domo­

wej oraz dworskich parobków udało się zapobiec rozprze­

strzenieniu się ognia na pozostałe budynki gospodarcze. 

Musiało jednak minąć kilka godzin, zanim spod tlących 

się zgliszczy stajni wyciągnięto zwęglone szczątki Charle-
sa Fanhopea. 

background image

Rozdział piętnasty 

Annis była nie tylko zmęczona, ale i głęboko zasmucona 

nocną tragedią, mimo to bardzo niechętnie przyjęła sugestię, 
że powinna pozostać następnego dnia w łóżku. Byłaby pew­
nie protestowała i buntowała się przeciwko takiej decyzji, nie 
chciała jednak przysparzać dodatkowych zmartwień temu, 
kto wydał to polecenie. Wizję całodziennej nudy na szczęście 
rozproszyła niespodziewana wizyta lorda. 

Około południa zapukał cichutko do drzwi jej sypialni 

i nie czekając na zaproszenie, wkroczył do pokoju z taką 
pewnością siebie, jakby zwykł robić to regularnie, mając 
ku temu wszelkie prawo. 

Disher, tak zawsze surowa i uważająca, bardzo dziwnie 

przyjęła to nagłe pojawienie się gościa. Na prośbę lorda, by 
zostawiła ich na jakiś czas samych, dygnęła skromnie, za­
brała tacę i bez słowa protestu wyszła, zamykając za sobą 

starannie drzwi. 

- Masz zdumiewający wpływ na moją pokojową, Dev -

stwierdziła Annis, gdy lord bez skrępowania rozsiadł się na 
brzegu jej łóżka. 

background image

278 

- Disher i ja rozumiemy się całkiem dobrze. Naturalnie 

nie ma do mnie pełnego zaufania, jako że jestem przede 

wszystkim mężczyzną, a dopiero potem człowiekiem, wie­

rzy jednak, że w razie gdyby naszła mnie jakaś pokusa, bę­
dę pamiętał o tym, iż szlachectwo zobowiązuje. 

Zapominając na moment o tragicznych wydarzeniach 

minionej nocy, Annis posłała mu zalotny uśmiech. 

- Ciekawe, czy rzeczywiście pamiętałbyś o tym, gdybym się 

zapomniała do tego stopnia, by wodzić cię na pokuszenie? 

Wbił wzrok w stanik skromnej koszuli nocnej swo­

jej ukochanej. Cóż z tego, że okrywała ją od stóp do głów, 

skoro nie była w stanie ukryć jej smukłej, kształtnej figu­
ry? Nawet fala bujnych kasztanowych włosów, opadających 

jak jedwabisty welon na jej piersi i ramiona, zamiast stano­
wić dodatkową barierę, czyniła ją jeszcze bardziej ponętną. 
Miał ochotę wyciągnąć rękę i owinąć kilka miękkich pa­

semek wokół palca, nie ufał sobie jednak aż tak dalece, by 
odważyć się na ten z pozoru niewinny, lecz w istocie pro­

wokacyjny gest. 

On także, choć na krótko, zdołał wymazać z pamięci nie­

fortunne wydarzenia, jakie rozegrały się ostatniej nocy, lecz 
teraz ich wspomnienie zaatakowało go ze zdwojoną siłą. 

- Moje życzenie, aby zostawiono nas samych, wynika­

ło z całkiem niewinnych pobudek. Przyszedłem tu przede 
wszystkim po to, by ci powiedzieć, że złożyłem już wizytę 
w Fanhope Hall. 

- I co? - zapytała Annis, wzdrygnąwszy się na myśl o bo­

lesnej, acz koniecznej misji, której lord musiał się podjąć. 

- Doszedłem do wniosku, że wczorajszej nocy miałaś 

background image

279 

absolutną rację, mówiąc, że ujawnienie całej prawdy nie 
przyniesie nikomu pożytku, a już na pewno nie rodzinie 

Fanhope'ów. 

Wiedziona spontanicznym odruchem, pogłaskała go 

delikatnie po policzku. Pomyślała, że mówiąc przed chwi­

lą o sobie, iż jest przede wszystkim mężczyzną, stanowczo 
zbyt nisko się ocenił. Był bowiem nie tylko mężczyzną, ale 
i człowiekiem szlachetnym i honorowym, który brzydzi się 

wszelkiego rodzaju fałszem. Mimo to za jej namową- po­

stanowił skłamać, by nie przysparzać bólu ludziom, którzy 

i tak zaznali go już nazbyt wiele. 

- Wkrótce rozejdzie się wieść, że nie ma już wśród nas 

Charlesa Fanhope'a. Będzie się mówić, że pewnej nocy 
stracił życie, pomagając sąsiadowi wyprowadzić stado ra­

sowych koni z płonącej stajni. Jeżeli zostanie po nim ja­

kakolwiek pamięć, to jako o młodzieńcu, który w swoim 
krótkim życiu mało dbał o honor, lecz swą śmiercią zdołał 
odkupić swoje winy. 

Annis głęboko westchnęła. Możliwość pochowania sy­

na i brata z dumnie uniesioną głową to niewielkie zadość­
uczynienie dla jego najbliższych, którzy tak wiele wycier­
pieli z jego powodu. 

- Dev, zapewniam cię, że ode mnie nikt nie dowie się 

prawdy. Ani od Wilksa, tego możesz być absolutnie pew­
ny. .. - Przyjrzała mu się uważnie, po czym zapytała: - My-
ślisz, że lord Fanhope ci uwierzył? 

- Prawdę mówiąc, nie. Poznałem to po nim, oczy nie 

kłamią, szczególnie gdy rozpacz odziera człowieka z kon­

wenansów. Niewątpliwie był mi jednak wdzięczny za to 

background image

280 

kłamstwo, które stanie się powszechnie znaną prawdą. -
Zamyślił się na chwilę. - Myślę też, że mimo wszystko ode­
tchnął z ulgą. Wiesz przecież, że nie miał żadnych złudzeń 
co do charakteru starszego syna, a nawet całkiem otwarcie 
przyznawał, jak bardzo żałuje, że to nie Gilesowi będzie 
dane odziedziczyć po nim tytuł i majątek. Jednak los zrzą­
dził inaczej. Ja także nie żałuję, że tak się stało. Wolałbym 

wprawdzie, by odbyło się to w jakiś inny sposób, i nie tutaj, 
w Manor, a także nie po tym wszystkim, co się wydarzyło 
w przeszłości, tej bliższej i tej dalszej. Gdyby odwrócić czas, 

cofnąć bieg rzeczy... 

Annis wiedziała, co dzieje się w jego duszy, i znów nie 

zawahała się dotknąć czule jego policzka. 

- Mój kochany, wybij sobie z głowy raz na zawsze, że 

ponosisz jakąkolwiek winę za to, co się stało ostatniej nocy. 
Równie dobrze mógłbyś oskarżyć o to mnie, rodzinę Char-
lesa, twojego ojca za złą radę, jakiej udzielił przed laty jego 
ojcu, i tak dalej, i tak dalej... Moim zdaniem nic nie zy­
skamy, obdzielając się winą. Jeśli zaś chodzi o bieg rzeczy... 

Jest on nieodwracalny, o czym dobrze wiesz, natomiast ży­

cie składa się z tysięcy epizodów, których skutków jakże 
często nie potrafimy przewidzieć. Człowieka można winić 
tylko za złe intencje czy niefrasobliwość, a nie za coś, co 
przekracza moc jego rozumu. I te złe intencje miał Charles, 
nikt inny. 

- Masz oczywiście rację - przyznał po chwili. - Wszel­

kie domniemania, co by było gdyby, są bezowocne. Trzeba 
po prostu iść dalej przed siebie, bacząc na intencje, które 
nami kierują. - Popatrzył na nią i smutek znikł z jego oczu. 

background image

281 

- Przed nami nowe życie, Annis. Najcudowniejsze jest to, że 

będziemy je dzielić. - Niepomny swoich solennych posta­
nowień, wziął ją w ramiona i przygarnął do piersi. Starając 
się uważać na obrażenia, jakich z jego winy doznała minio­
nej nocy, powiódł ostrożnie wargami po jej czole i policz­
ku, oczywiście tym zdrowym. Gdy jednak dosięgnął jej ust, 
poczuł, że się lekko wzdrygnęła, więc natychmiast wypuś­
cił ją z objęć. - Och, moje kochane biedactwo - wyszeptał 
ze współczuciem. - Bardzo cię boli? Dobrze wiesz, że nie 
chciałem, za nic na świecie! Poza tym możemy w każdej 
chwili posłać po doktora. Nich ci zapisze jakieś inne okłady 
oprócz tych, jakie z pewnością już ci zaordynowała twoja 
niezrównana Disher. 

- Co? Mielibyśmy wzywać doktora Prentissa z powo­

du takiego głupstwa? Drobnego zadraśnięcia? - oburzyła 
się Annis. - Przecież ktoś może go naprawdę potrzebować 

w poważnej chorobie. 

- Hm... drobne zadraśnięcie... - powtórzył lord, czym 

z miejsca wzbudził jej podejrzenia. 

- Podaj mi lusterko! - rozkazała, a gdy to zrobił, na 

widok fioletowego sińca pod lewym okiem krzyknęła 

z przerażenia. - Nic dziwnego, że Dish ukryła przede mną 

wszystkie lustra! Och, coś okropnego! - Była tak zrozpa­

czona, że nie zauważyła, jak lord z trudem stara się po­

wstrzymać śmiech. - Chciałam, żeby wszystko wyglądało 

idealnie, kiedy zjedzie się twoja rodzina, nie mówiąc już 
o przyjaciołach i całej śmietance towarzyskiej, jeśli wierzyć 
słowom Sarah. Tymczasem przyjdzie mi wystąpić na moim 
zaręczynowym balu z podbitym okiem! To już przekracza 

background image

282 

wszelkie pojęcie! Twoi goście gotowi pomyśleć, że zamiast 

dobrze ułożonej młodej damy znalazłeś sobie jakiegoś dra-
pichrusta! 

Gromki wybuch śmiechu, jaki nastąpił po tej tyradzie, 

nie podniósł jej wcale na duchu. 

- Deverelu Greythorpie - rzekła, starannie akcentując 

słowa - niech mi będzie wolno powiedzieć, że jak na ko­
goś, kto wedle własnych słów nadzwyczaj rzadko się śmiał, 
zanim pojawiłam się w jego życiu, dziwnie szybko wyrobi­

łeś sobie niezwykle przewrotne poczucie humoru. 

W odpowiedzi wycałował ją siarczyście, po czym się od­

dalił, i tylko jego śmiech długo odbijał się echem od ścian 

galerii. 

Śmiech ten był później często słyszany przez czwórkę 

dzieci lorda Greythorpe'a aż do końca jego długiego i nie­

zwykle szczęśliwego żywota. 

koniec

jan+an