background image

Christina Dodd

Oblubienica

(My Favorite Bride)

background image

Rozdział 1

Londyn Lato, 1847

- Nie chodzi o to, że byłaś złodziejką, Samantho. Chodzi o to, że wciąż 

wytykasz   swoim   pracodawcom   ich   słabostki,   a   oni   nie   życzą   sobie   tego.   - 
Adorna, lady Bucknell, mówiła cichym, beznamiętnym głosem, i ktokolwiek 
przysłuchiwałby się rozmowie, pomyślałby, że ze spokojem przyjęła niedawne 
zwolnienie Samanthy.

Samantha Prendregast nie dała się oszukać. Stała przed jej biurkiem z 

uniesioną brodą, ściągniętymi łopatkami, tak jak uczyła ją Adorna.

- Nie, proszę pani.

Biblioteka   Szacownej   Akademii   Guwernantek   urządzona   była   w 

bladoniebieskim odcieniu i na tym tle bujna blond uroda Adorny jaśniała jak 
diament w satynie.

-  Ostrzegałam cię co do pana Wordlawa. Mówiłam ci, że jest służbistą, 

który uważa, że kobiety powinny być widziane, lecz nie słyszane, a ty mnie 
zapewniałaś, że sobie z nim poradzisz.

Samantha powstrzymała się przed kołysaniem na obcasach.

- Tak, proszę pani.

-   A mimo to w ciągu dwóch krótkich miesięcy wróciłaś do Szacownej 

Akademii Guwernantek bez pracy, bez referencji i z gwarancją, że mściwy pan 
Wordlaw   rozpowie   o   twojej   złodziejskiej   reputacji   wśród   tych   nielicznych, 
którzy cię jeszcze nie znają. - Adorna splotła dłonie. - A więc co masz na swoje 
usprawiedliwienie tym razem?

Samantha   pomyślała   o   tym,   co   powinna   powiedzieć,   jak   mogłaby 

ułagodzić Adornę, ale przestała kłamać, gdy przestała kraść.

- Wyśmiewa  swojego   syna.   Dzieciak  nie  chce   uczyć  się   prawa.   Mały 

Norman już się jąka, a kiedy ojciec ośmieszał go przed całą rodziną, zrobiło mi 
się go żal i chciałam dać jego ojcu nauczkę.

- Więc powiedziałaś jego żonie o kochance, a kochankę przekonałaś, żeby 

go porzuciła. Jak mogłoby to przynieść korzyść młodemu Normanowi?

- Ojciec pani Wordlaw kontroluje pieniądze. Zabrała syna i odeszła od 

Wordlawa,   co   powinna   zrobić   już   dawno   temu,   ale   była   zbyt   dumna,   żeby 

background image

przyznać   się   do   pomyłki.   Dziadek   Normana   dopilnuje,   żeby   Norman   mógł 
spełnić   swoje   marzenia.   -   Samantha   przypomniała   sobie,   jak   nauka   bardzo 
chłopca fascynowała. - Sądzę, że dzieciak odkryje coś wspaniałego.

- A co z kochanką?

-  To   moja   znajoma   z   czasów   ulicznych.  Z  przyjemnością   pozbyła   się 

starego sukinsyna dla młodego lorda Penwyna.

- Jak jej się to udało?

- Zaaranżowałam to.

Ciche westchnienie Adorny oznaczało rezygnację.

- Z pewnością.

-   Moja   pani,   przykro   mi,   że   straciłam   posadę   i   przyniosłam   wstyd 

Szacownej Akademii Guwernantek.

Samancie naprawdę było przykro, bardziej niż umiała to wyrazić.

- Ale nie żałuję, że pomogłam Normanowi.

- Tak, ja również nie żałuję. Jednak są delikatniejsze metody działania.

Samantha żałowała, że zawiodła Adornę - ponownie.

- Wiem, naprawdę wiem. Staram się pamiętać, co mi pani mówiła, ale 

czasami   puszczają   mi   nerwy   i   długo   nie   jestem   w   stanie   się   opanować.   A 
później jest już za późno.

-  Usiądź. - Adorna wskazała obite niebieskim atłasem krzesło.

Samantha usiadła z gracją.

Adorna   zabrała   ją   z   ulicy   sześć   lat   temu   i   przez   pierwsze   trzy   lata 

Samantha studiowała każde słowo i ruch swej dobrodziejki w nadziei, że zyska 
jej urok i piękno. Teraz, mając dwadzieścia dwa lata, uświadomiła sobie, że 
wysoka   blondynka   z   charakterem   wikinga   i   skłonnością   do   niewyparzonego 
języka   nigdy   nie   będzie   w   stanie   naśladować   powściągliwego   i   delikatnego 
sposobu bycia Adorny. Jednak czas spędzony na obserwacji pozwolił Samancie 
poznać   skrywaną   naturę   patronki.   Najgorsza   część   nagany   była   skończona. 
Teraz musiała ponieść konsekwencje.

I doskonale wiedziała, jak ponosi się konsekwencje. Nauczyła się tego nie 

od Adorny, lecz od ojca, który jak tylko zaczęła chodzić, uczył ją jak kraść 
portfele, uśmiechając się przy tym uroczo przez cały czas.

background image

- Pan Wordlaw miał solidnie podbite oko, gdy przyszedł tu na skargę - 

powiedziała Adorna.

Samantha zacisnęła chudą pięść. 

Adorna dodała:

- Tak myślałam. Czy zaatakował cię?

- Próbował. Po tym, jak wyprowadziła się jego żona. - Szarpali się tylko 

przez krótką chwilę, ale ramię Samanthy nadal odczuwało skutki tej szarpaniny. 
Nie okazywała, jak bardzo ta sytuacja ją przeraziła, nie przyznałaby się również, 
że często w nocy budziła się z przerażeniem i walącym sercem. - To obrzydliwy 
mały człowieczek.

-  Ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Większość ludzi nie nazwałaby 

go małym.

- Nie o wzrost mi chodzi, lecz o jego charakter.

- Hm. Tak. W każdym razie jest szanowanym sędzią.

- Szanowanym?

-   Przez   jakiś   czas.   Dopóki   nie   rozpowiem   plotek,   które   ten   szacunek 

podważą.

- Jest pani dobra. - Samantha skrzyżowała dłonie na udach i usiłowała 

sprawiać wrażenie pokornej.

Najwyraźniej nie udało się jej, gdyż głos Adorny stał się ostrzejszy.

- Ale nawet wtedy, moja droga młoda wojowniczko o sprawiedliwość, 

będą ci, którzy wierzą, że kobieta powinna dotrzymywać swojej przysięgi bez 
względu na to, jak bardzo skorumpowany jest jej mąż.

- Głównie mężczyźni.

- Głównie. - Adorna postukała palcami w leżący przed nią list i spojrzała 

w dal. - Pewnym problemem ze znalezieniem dla ciebie miejsca jest fakt, że 
jesteś atrakcyjną, młodą kobietą.

-   Dziękuję,   pani.   -   Adorna   nauczyła   Samanthę   wielu   rzeczy,   między 

innymi tego, jak zrobić najlepszy użytek ze swojej urody. Samantha splatała w 
warkocz platynowe włosy, upinała je wokół uszu i w luźny węzeł z tyłu głowy. 
Miała pełne usta - jej zdaniem zbyt pełne, ale Adorna powiedziała, że mężczyźni 
z pewnością chcieliby je całować. Okazało się to prawdą, chociaż nie zależało 
jej na takim doświadczeniu.

background image

Była zbyt szczupła. Wiedziała o tym. Adorna też tak sądziła. Jednak coś 

w jej smukłych, silnych ramionach, eterycznym ciele, sposobie poruszania się 
przyciągało uwagę. Bardziej niż by sobie tego życzyła, ponieważ w dzieciństwie 
nabyła wiedzę o mężczyznach, kobietach, i o tym jak działają ich ciała, i nie 
chciała mieć z tym nic wspólnego.

Nic, co powiedziała Adorna, nie mogło zmienić zdania Samanthy.

-   Problem   ze   znalezieniem   ci   posady   wiąże   się   z   twoją   poprzednią 

profesją. Gdybyś nie była tak sławną - a raczej niesławną - złodziejką, byłoby 
teraz łatwiej.

Samantha odezwała się językiem ulicy ze swojego dzieciństwa.

- Dawałam im tylko to, co chcieli, pani. Trochę przygody i podniecenia. 

Nie moja wina, że pieklili się o skradziony portfel

Adorna nie uśmiechnęła się.

- W tym problem. Byłaś dobrze ubrana. Piękna. Wciągałaś ich w ciemne 

zaułki i okradałaś, a im się to podobało.

Samantha   przestała   mówić   slangiem   i   wróciła   do   czystego   akcentu 

wyższych sfer, którego nauczyła ją Adorna.

- Przynajmniej mężczyźni. Kobiety nie były takie tolerancyjne.

- Uważałam się za osobę całkiem tolerancyjną. Nie kazałam cię powiesić.

- Nigdy nie rozumiałam dlaczego.

Nie   rozumiała   również,   skąd   Adorna   wiedziała,   że   jej   torba   została 

przecięta,   ale   z   czasem   zrozumiała,   że   Adorna   posiada   szósty   zmysł   w 
kontaktach z ludźmi i przerażającą wiedzę o wszystkim wokół.

- Zobaczyłam w tobie coś, co mi się spodobało. - Adorna złagodniała i 

roześmiała się. - Przypominałaś mnie samą.

- Pani nigdy nie musiała kraść.

-   Nie,   ale   miałam   ojca,   który   chciał,   żebym   wyszła   za   mąż   dla   jego 

korzyści.   -   Spojrzała   na   rozłożony   przed   nią   list.   -   Znalazłam   rozwiązanie 
twojego problemu. Musisz opuścić Londyn.

Samantha zerwała się na równe nogi.

- Wyjechać z Londynu? - krzyknęła.

- Dama zawsze panuje nad swoim głosem. 

background image

Samantha spróbowała mówić normalnym tonem, ale nie była w stanie.

- Wyjechać z Londynu? - powtórzyła.

- Mam tu list od pułkownika Williama Gregory'ego z Kumbrii.

- Kumbria?

- W Krainie Jezior.

- Kraina Jezior? Ale przecież to... na prowincji.

- Świeże powietrze. 

Samantha machnęła dłonią.

-   To   jest   na   północy...   Daleko   na   północy.   I   na   zachód.   W   górach. 

Wielkich, groźnych górach.

- Jest tam śnieg. Orzeźwiający, czysty, biały śnieg. Są czyste strumienie. 

Piękne niebieskie jeziora. Zazdroszczę ci. Każdy dzień będzie jak wakacje.

Oszołomiona   Samantha   spojrzała   na   Adornę,   próbując   w   wyrazie   jej 

twarzy odnaleźć coś, co wskazywałoby, że kobieta żartuje.

Nie żartowała.

-   Pułkownik   Gregory   rozpaczliwie   potrzebuje   guwernantki   dla   swoich 

dzieci. Jesteś guwernantką i do tego bardzo dobrą.

- Wiem, ale... Na prowincji?

Przed oczami stanął jej obraz, który kiedyś widziała w Royal Museum. 

Wijąca się wiejska droga. Wybujałe, zielone drzewa. Jeleń przemykający przez 
las.   A   w   oddali   błękitne   jezioro   i   górskie   szczyty   przykryte   chmurami. 
Najbardziej obrzydliwy sielankowy obrazek, jaki można sobie wyobrazić.

- Pracować dla... pułkownika? W służbie Jej Królewskiej Mości?

-   Młodszy   syn,   wysłany   do   wojska,   odbywał   służbę   w   Indiach.   Tam 

ożenił się z Angielką, która uchodziła za piękną i dobrą. Byli bardzo szczęśliwi. 
Trzy   lata   temu   jego   starszy   brat   zmarł   i   pułkownik   Gregory   odziedziczył 
rodzinną posiadłość. Zanim mógł wrócić do domu, jego żona została zabita w 
tajemniczych okolicznościach. Mówi się, że musiał ją strasznie kochać, bo od 
tamtej pory nie spojrzał na inną kobietę.

Adorna   zamilkła   i   po   chwili   Samantha   zrozumiała,   że   czeka   na 

odpowiedni komentarz.

- To tragiczne.

background image

- Kiedy pułkownik Gregory powrócił ze swoją rodziną, o jego historii 

mówił cały Londyn. Oczywiście dlatego, że matrony miały nadzieję, iż osiądzie 
w   Londynie,   gdzie   mógłby   znaleźć   sobie   nową   żonę.   Zamiast   tego   od   razu 
pojechał do swojego domu na wsi w Silvermere, niedaleko Devil's Feli i tam 
pozostał.

-   Devil's   Feli?   -   W   głowie   Samanthy   od   razu   pojawił   się   obraz   ruin 

zamczyska, usytuowanego na kamienistej skale, na tle burzowego nieba.

- To podobno urocze miejsce.

Jeśli ktoś lubi nietoperze. Samantha spytała:

- Czy poznała pani pułkownika Gregory'ego?

- Nie, ale jest oficerem i dżentelmenem, który cieszy się nieskazitelną 

opinią   i   szacunkiem   swoich   przełożonych.   -   Adorna   spojrzała   uważnie   na 
Samanthę. - Jestem pewna, że nie da ci powodu do kolejnego skandalu.

- Mam nadzieję, proszę pani.

Adorna chrząknęła. Samantha poprawiła się szybko:

- Jestem pewna, że nie, proszę pani.

Adorna założyła okulary i przeczytała fragment listu pułkownika.

- Ponieważ mój dom znajduje się na odludziu  (Samantha pisnęła cicho) 

guwernantka nie będzie musiała martwić się o swoje bezpieczeństwo. Drogi są  
patrolowane   przez   lokalną   milicję,   którą   zorganizowałem,   a   która   jest  
wspierana przez moich ludzi.

Nie zważając na niechęć Samanthy, Adorna powiedziała:

-   A   kilka   linijek   dalej   pułkownik   Gregory   pisze:  Proponuję 

wynagrodzenie w wysokości czterech funtów tygodniowo, a także ekwiwalent na  
herbatę   i   cukier   oraz   co   tydzień   pól   dnia   wolnego.   Pozwolę   również  
guwernantce   na   tydzień   wolnego   rocznie,   by   mogła   odwiedzić   rodzinę.
  - 
Spojrzała znad okularów. - Bardzo hojne. O wiele bardziej niż to, co mogłabyś 
zarobić tu, w Londynie.

- Ale proszę pani, tam nawet nie dociera kolej. - Jeśli Samantha miała 

opuścić miasto, musiała być pewna, że będzie mogła w każdej chwili wrócić.

- Koleją dotrzesz w tamte okolice - zapewniła ją Adorna. - Pułkownik 

Gregory pisze: Powinna pojechać pociągiem do Yorku, a tam przesiąść się do  
powozu, który zawiezie ją do Hawksmouth. W zajeździe powinna powiedzieć  
właścicielowi   kim   jest,   a   on   dowiezie   ją   do   Silvermere,   gdzie   będą   na   nią  

background image

oczekiwać jej podopieczni i ja.

- Dlatego płaci cztery funty miesięcznie. - Samantha z łatwością mogła 

wyobrazić   sobie   pustkowie,   na   które   chciała   ją   zesłać   Adorna.   -   Nikt   nie 
zechciałby mieszkać w dziczy.

- Nie dlatego. - Adorna wczytywała się w list. - Chodzi o dzieci.

-   O   dzieci?   -   Robiło   się   coraz   gorzej.   -   Co   jest   nie   tak   z   dziećmi? 

Pułkownik Gregory pisze, że wszystko z nimi w porządku.

- Jeśli tak pisze, to znaczy, że z pewnością coś jest nie w porządku.

- To prawda. Sama tak pomyślałam. Z pewnością jest ich dużo.

- Dużo? - spytała zaniepokojona Samantha. - Co to znaczy dużo?

Adorna sprawdziła w liście.

- Sześcioro, od czterech do dwunastu lat.

-   Pułkownik   Gregory   nie   próżnował!   -   A   Samantha   z   pewnością   nie 

takiego pracodawcy oczekiwała. Gburowaty typ, który chciał, żeby guwernantka 
zajęła   się   jego   liczną   gromadką,   gdy   on   będzie   uganiał   się   po   okolicy   za 
bandytami.

Samantha rozłożyła ręce, prosząc o wyrozumiałość.

Adorna  zdjęła okulary, złożyła je i położyła na stole,  ze starannością, 

która wydawała się nienaturalna.

- Uważam, że powinnaś przyjąć tę posadę.

Och, nie. Adorna rzadko mówiła  z takim zdecydowaniem.  Wprawdzie 

niemal zawsze udawało się jej dostać to, czego chciała, ale z reguły osiągała to 
taktem   i   sprytem.   Gdy   mówiła   tak   zdecydowanym   tonem,   oznaczało   to,   że 
ofiara nie mogła liczyć na wyrozumiałość.

- Pani?

- Nadszarpnęłaś przychody pana Wordlawa, jego pozycję i męską dumę, a 

ta duma  nie spocznie, dopóki nie pogrzebie całkowicie twojej reputacji. Nie 
znajdę ci żadnej innej posady w Londynie.

- Ale… ale ja nigdy nie wyjeżdżałam z Londynu.

-  Sama jesteś sobie winna. Teraz musisz ponieść konsekwencje. - Adorna 

wpatrywała się w Samanthę. - Pojedziesz do Krainy Jezior. Już wysiałam list do 
pułkownika Gregory'ego, że powinien cię oczekiwać w ciągu dwóch tygodni. I 

background image

jeszcze jedno, Samantho.

Poważny ton Adorny zwracał uwagę.

- Tak, proszę pani?

- Pod żadnym pozorem nie mów  pułkownikowi o swojej przeszłości.- 

Adorna skrzyżowała dłonie na blacie biurka. - Dowiadywałam się o niego i 
powiedziano   mi,   że   jest   dobrym   człowiekiem,   sprawiedliwym,   ale 
nietolerancyjnym.

- Złodziej pozostaje złodziejem aż do śmierci? - Bunt ściskał ją za gardło. 

- To nic nowego. Mogę zostać świętą, a te dranie nadal będą mnie oceniać.

-   Nie bądź wulgarna - upomniała ją Adorna. - I obiecaj, że będziesz 

dyskretna.

Samantha uśmiechnęła się z goryczą.

-  Obiecuję, proszę pani. Nic nie powiem temu moraliście.

background image

Rozdział 2

Kraina Jezior

Dwa tygodnie później

Samantha  stała  w trawie obok swojego bagażu i patrzyła z otwartymi 

ustami za powozem, który w chmurze kurzu pędził z powrotem drogą do wioski 
Hawksmouth.

- Co ja powiedziałam? - krzyknęła za młodym woźnicą, który kompletnie 

ją zignorował.

Spytała tylko,  czy  wilki  nadal  jedzą mieszkańców  wioski.  Czy  będzie 

musiała ratować dzieci przed niedźwiedziami. I czy pułkownik Gregory trzymał 
żywy inwentarz w domu. Wszystkie te kwestie powinny zostać wyjaśnione, ale 
młodzik z zajazdu Hawksmouth obraził się i wyrzucił ją tutaj.

Okolica   była   tak   przerażająca,   jak   sobie   wyobrażała.   Drzewa   rosnące 

wzdłuż   drogi   przechodziły   w   ciemny   las,   gdzie,   jak   była   pewna,   grasowały 
niedźwiedzie   z   długimi   pazurami   i   kłami   zbrukany-mi   krwią.   Niedźwiedzie, 
które teraz ją osaczały, śliniąc się z głodu i czekając na zmrok, by ją dopaść i 
rozszarpać na kawałki. Przed sobą miała otwartą przestrzeń. Jedna z tych łąk, 
którą,   jak   sądziła,   mijał   powóz   w   drodze   tutaj.   Łąka   ogromna   i   zielona, 
opadająca   i   wznosząca   się,   pocięta   liniami   białych   kamiennych   ogrodzeń   i 
rozciągająca się po horyzont. Po łąkach chodziły wielkookie, żujące trawę owce, 
ciągle wypatrując... wilków.

Tak, wilków. Tu musiały być wilki. Wyobrażała sobie, jak się skradają, 

wlepiając czerwone ślepia w swoją ofiarę, aż nagle zauważają większy i bardziej 
smakowity kawał mięsa. Ją.

Zadrżała i powoli pochyliła się nad kufrem. Ador-nie chyba zrobiło się żal 

swojej protegowanej, ponieważ zadbała o to, aby Samantha na wygnaniu była 
odpowiednio ubrana. Podarowała jej niezliczoną ilość kreacji, szali, płaszczy, 
kapeluszy i butów. Niestety wszystko zgnije na tej dróżce; zaraz zapadnie noc, a 
Samantha nadal będzie tu siedzieć, stając się łakomym kąskiem dla wszelkich 
drapieżników, i nikt nawet nie usłyszy jej krzyków.

Ruszyła w stronę Silvermere. Rozejrzała się wokół. Wśród drzew robiło 

się coraz ciemniej. Słońce zbliżało się do horyzontu, ku górskim przepaściom, 
gdzie za chwilę miało zniknąć. Gdyby była rozsądna, wróciłaby do bagażu i 

background image

spędziła ostatnie chwile ze swoją garderobą, jednak wola przetrwania była zbyt 
silna. Chociaż wiedziała, że nie miało to większego sensu, musiała spróbować 
dotrzeć do celu. Poprawiła torbę na ramieniu. Miała tylko nadzieję, że te ruiny 
zamku znajdują się na końcu drogi.

Minęła   jezioro,   nieruchome,   niebieskie,   wyglądające   na   przerażająco 

głębokie   i   zimne.   Zapewne   mieszkały   tam   różne   okropności.   Wiedziała   to, 
ponieważ od czasu do czasu dobiegał ją plusk wody. Być może była to ryba. A 
może jakiś potwór, nurkujący w głębinach. Słyszała o potworach mieszkających 
w jeziorach. Niedawno czytała książkę o takim stworze ze Szkocji.

Przyspieszyła.   Przypomniała   sobie   gotyckie   powieści,   które   z   taką 

przyjemnością pakowała do kufra. Jeśli uda się jej przeżyć, wyrzuci je... Ale 
może nie do jeziora. Mogłoby to rozjuszyć potwora.

Spojrzała przed siebie, mając  nadzieję, że zobaczy jakiś budynek. Nie 

było tam niczego. Tylko wijąca się, wznosząca i opadająca droga. Drzewa o 
wybujałej zieleni. A nad wszystkim królowały surowe, skaliste i obojętne góry. 
Młody woźnica wskazał na nie i powiedział, że tutaj w Kumbrii nazywają je 
„spadami". Spytała, czy nazywają się tak dlatego, że ludzie z nich spadają, czy 
też dlatego, że one zwalają się na ludzi. To pytanie wydawało się jej logiczne, 
ale najwyraźniej rozzłościło woźnicę.

Słońce   zaszło   zbyt   gwałtownie,   zalewając   górskie   szczyty   czerwienią. 

Obłoki   mgły   uniosły   się   z   drzew,   a   potem   odpłynęły,   jakby   wessane   przez 
niewidzialnego olbrzyma. Mrok rozlał się między drzewami i w przydrożnym 
rowie.

Zwolniła i poprawiła uwierający gorset.

Prawdę powiedziawszy, żaden szanujący się wilk nie chciałby jej zjeść. 

Od czterech dni była w podróży - dwa dni w pociągu, krótka noc w zajeździe w 
Yorku, a potem dwa dni w powozie. Powieki piekły ją z niewyspania, brązowa 
suknia była wymięta i nieświeża, a stopy...

Stanęła i oparła się o drzewo.

- Bolą mnie stopy.

To   jednak   nie   miało   żadnego   znaczenia,   gdyż   usłyszała   trzask   w 

zaroślach.   Drogą  na   wprost   niej   pędził   koń.  Mężczyzna   w   siodle   wyciągnął 
ramię, chwycił ją za kołnierz i zagrzmiał:

- Stój! Co tu robisz?

Łapiąc go za nadgarstek, odwróciła się, żeby na niego spojrzeć.

- Kim jesteś, że tak niegrzecznie mnie wypytujesz? 

background image

Duży, wysoki, przystojny mężczyzna o ciemnych, schludnie ostrzyżonych 

włosach.  Miał  wyraźnie  zarysowane  kości  policzkowe,  mocną   szczękę,   a na 
dodatek cudownie szerokie bary, smukłą talię i bez wątpienia silne ramiona. 
Jego nadgarstek był twardy, żylasty i tak szeroki, że nie mogła objąć go palcami.

Mogłaby   przypuszczać,   że   kiedy   ją   zobaczy,   szczupłą,   drobną,   młodą 

kobietę, uratuje ją. On jednak zamiast tego wzmocnił tylko uścisk.

Jej   początkowa   ulga,   że   to   człowiek,   a   nie   wilk   lub   potwór,   osłabła. 

Trzymał ją tak blisko, że czulą ciepło końskiego ciała i jego pot. Końskie kopyta 
były tak blisko jej stóp, że chciała się cofnąć, a gdy przysuną! zwierzę jeszcze 
bliżej, pisnęła ze strachu.

- Przestań! Ta bestia zmiażdży mi stopy.

- Nie ruszaj się, a wszystko będzie w porządku. Dobrze pamiętała ton 

głosu policjanta, gdy schwytał złodzieja, a ten mężczyzna mówił tym samym 
tonem, ostro. Pogardliwie. Nieprzejednanie.

-   Nazywam   się   Samantha   Prendregast   i   jestem   nową   guwernantką   w 

Silvermere.

Mężczyzna puścił jej kołnierz. Westchnęła z ulgą i poprawiła strój.

- Tak już lepiej. A teraz - kim ty jesteś i co robisz, jeżdżąc po drogach i 

łapiąc młode kobiety za... 

Pochylił się i zdjął torbę z jej ramienia. Wyciągnęła po nią rękę.

Trzymał torbę poza jej zasięgiem.

- Co robisz? - wrzasnęła. Dobrze wiedziała co robił; po prostu nie mogła 

w to uwierzyć. Cóż za ironia, że ją okradziono, gdy tylko opuściła Londyn.

Włożył rękę do środka, a potem wyciągnął jej zawartość. Chustkę. Klucze 

do   kufra.   Skrawek   biletu   kolejowego.   I   skromną,   bardzo   skromną   sumę 
pieniędzy.

Nigdy nie popełniła tego błędu, żeby nosić więcej niż kilka funtów w 

torbie.   Pieniądze   trzymała   wetknięte   za   podwiązkę.   Dziś,   jeśli   opuściło   ją 
szczęście, on domyśli się tego i od razu zanurkuje pod jej spódnicę. Jednak 
mężczyzna włożył wszystkie rzeczy z powrotem i oddał jej torbę.

- Dlaczego poruszasz się pieszo? Czy zdarzył się wypadek? - Chociaż 

puścił jej kołnierz, to ton jego głosu był nadal rozkazujący, a nawet ostrzejszy.

- W pewnym sensie. Młodzik z Zajazdu Hawksmouth wyrzucił mnie i 

mój bagaż przy drodze i wrócił do miasta.

background image

- Dlaczego?

- Najwyraźniej obraziło go coś, co powiedziałam. 

Zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów.

- Mogę sobie wyobrazić. 

Zeskoczył z siodła.

Była   wysoka,   jednak   on   był   wyższy.   Musiał   mieć   ponad   metr 

osiemdziesiąt. Do tej chwili nie odczuwała strachu. Jednak teraz w jej głowie 
pojawiły się myśli o gwałcie i morderstwie i po raz drugi w ciągu kilku tygodni 
pożałowała, że nie zna więcej sposobów na zniechęcenie nachalnego zalotnika. 
Kiedyś wbiła paznokcie w szyję pana Wordlawa i uciekła w pośpiechu. Nie 
sądziła, że to podziała na tego typa.

- Kim jesteś? - spytała ponownie. Równie dobrze mogła się nie odzywać.

- Czy masz jakieś dokumenty, potwierdzające twoją tożsamość?

- Mam list od lady Bucknell.

- Pokaż.

- Jest w moim kufrze. - Ucieszyła się. Nawet gdyby miało oznaczać to 

kłopoty,   nawet   gdyby   ją   torturował,   ponieważ   jej   nie   wierzył,   chciała   dać 
nauczkę   temu   człowiekowi,   który   groził   i   straszył   bezbronne   kobiety   na 
pustkowiu.

Pochylił się nad nią i wpatrywał się, jakby chciał odgadnąć jej myśli.

Dobrze   wiedziała,   że   to   niemożliwe.   Z   każdą   chwilą   robiło   się   coraz 

ciemniej, nigdy wcześniej nie widziała takiej ciemności, pozbawionej miejskich 
świateł.   Na   niebie   pojawiły   się   gwiazdy,   jak   małe   żarzące   się   węgielki   w 
wielkim,   czarnym   palenisku,   a   on   wydawał   się   teraz   cieniem.   Nie   mogła 
opanować drżenia.

-   Skąd   pani   pochodzi,   panno   Prendregast?   -   Wyczuła   kpinę   w   jego 

głębokim głosie.

- Z Londynu.

- Nigdy wcześniej nie opuszczała pani Londynu, mam rację?

-   Nigdy.   -   W   napięciu   czekała,   że   powie   coś   złośliwego   na   temat 

mieszczuchów.

Zaśmiał się tylko, rozbawiony jej ignorancją.

background image

- Mam nadzieję, ze jest pani doskonałą guwernantką.

Zesztywniała.

- Jestem.

- To dobrze.

Zawrócił konia, wskoczył na niego i odjechał w stronę lasu.

Popatrzyła za nim z ulgą, zaskoczeniem.

- Proszę zaczekać! - krzyknęła. - Powinien pan mnie uratować!

Żadnej odpowiedzi, tylko słabnący odgłos końskich kopyt.

- Coś może mnie zjeść! Jak daleko jest do Silvermere? - wrzasnęła. - Czy 

możesz komuś powiedzieć, że tu jestem? - I ciszej dodała: - Ty nieczuły gburze, 
zostaw mi przynajmniej kij, żebym mogła odganiać niedźwiedzie.

Nic z tego. Nadal znajdowała się pośrodku dziczy, zmierzając w stronę 

domu oddalonego o wiele mil stąd.

Szlochając,   potarła   piekące   powieki.   Potem   wyprostowała   ramiona   i 

pomaszerowała   przed   siebie.   W   Londynie   nigdy   nie   panowała   cisza.   Ciągle 
słychać było stukot kół powozów, płacz dzieci, muzykę lub gwar dobiegający z 
tawern.   Tutaj   cisza   była   przytłaczająca,   czasami   tylko   przerywał   ją   łopot 
skrzydeł   lub   trzask   w   zaroślach.   Oddałaby   wszystko   za   jakiś   dźwięk,   który 
rozproszyłby tę wstrętną, nienaturalną ciszę.

Wtedy   w   oddali   dostrzegła   światło   błyskawicy   i   usłyszała   pierwszy 

pomruk burzy.

-   Uważaj   czego   pragniesz,   dziewczyno   -   wymamrotała   do   siebie.   - 

Doigrałaś się.

Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać i każdy krok kosztował ją coraz 

więcej   wysiłku.   Potykała   się   o   koleiny,   kamienie,   ale   nawet   zmęczenie   nie 
zmusiłoby jej, by iść łąką wzdłuż drogi. Węże. Wiedziała, że muszą być tam 
węże. A błyskawice były coraz bliżej, oślepiając ją za każdym razem błyskiem i 
ogłuszając grzmotem.

Początkowo   hałas   na   drodze   wzięła   za   kolejny   grzmot.   Potem 

uświadomiła sobie... pomyślała... to brzmiało zupełnie jak...

Zamarła. Schowała się w ciemności.

W   oddali   pojawiły   się   dwie   kołyszące   się   latarnie...   Powóz!   Niebo 

rozświetliła   błyskawica   -   miała   rację!   To   był   powóz.   Gdyby   nie   była   taka 

background image

zmęczona,   krzyczałaby   z   radości.   Musiała   tylko   zwrócić   na   siebie   uwagę 
woźnicy. Pojazd jechał w jej stronę, kołysząc się na boki. Gdy był bliżej, stanęła 
na   poboczu,   zaczęła   krzyczeć   i   wymachiwać   rękoma.   Po   raz   pierwszy   od 
okropnego   spotkania   z   panem   Wordlawem   dopisało   jej   szczęście,   powóz 
zatrzymał się. Lokaj zeskoczył na ziemię i otworzył drzwi. Podała mu dłoń, a on 
pomógł jej znaleźć się w luksusowym wnętrzu.

- Jadę do…

- Silvermere. Tak, panno Prendregast, wiemy. - Zamknął drzwi.

Siedziała   w   ciemności.   Przesunęła   dłonią   po   obiciu   siedzenia   i 

zastanawiała   się   co…   jak…   Ten   mężczyzna.   Był   zbyt   leniwy,   żeby   sam   ją 
uratować, ale pewnie wysłał tych ludzi.

Powóz   zawrócił   i   ruszył   z   taką   prędkością,   że   Samantha   opadła   na 

siedzenie.   Była   zbyt   zmęczona,   żeby   robić   coś   innego,   niż   odpoczywać. 
Zastanawiała się, czy powinna się martwić, że została porwana, i stwierdziła, że 
porwanie było niewielką ceną za możliwość siedzenia.

Jechali na tyle długo, że zdążyła zapaść w sen. Ocknęła się, gdy powóz 

zwolnił i się zatrzymał.

Drzwi otworzyły się i lokaj podał jej rękę; przyjęła ją i stanęła na stopniu.

Jej oczom ukazała się olśniewająca rezydencja.

background image

Rozdział 3

Samanthę obudził brzęk naczyń obok łóżka. Odgarnęła włosy z oczu i 

obserwowała,   jak   młoda,   pulchna   służąca   odsłania   oliwkowozłote   zasłony. 
Pokój zalało poranne słońce i Samantha zamrugała.

- Dzień dobry, panienko - odezwała się odziana w czarno-biały mundurek 

służąca, dygając przy tym nieznacznie. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście lat, 
dziecko natury, które tryskało zdrowiem, świeżym powietrzem i krochmalem. - 
Mam na imię Clarinda. Przyniosłam pani śniadanie.

- Dziękuję. - Samantha usiadła. - Która godzina?

- Dobrze po siódmej, ale była pani zmęczona po wczorajszej marszrucie.

Samantha rozejrzała się po pokoju, którego nie zdążyła obejrzeć zeszłej 

nocy. Jej sypialnia na drugim piętrze była przestronna. Jak wszystko w rym 
domu, emanowała dostatkiem. Między innymi za sprawą ciemnych dębowych 
mebli, rzeźbionych i ciężkich, i łóżka - szerokiego, z długą narzutą i materacem 
z pierza. A co najważniejsze, była tu osobna ubieralnia z bieżącą wodą, jak się 
domyśliła, ze zbiornika na dachu.

To   była   ta   rudera,   gdzie,   jak   myślała,   sześcioro   dzieci   i   ociężały 

pułkownik mieszkają pod jednym dachem z żywym inwentarzem?

-   Proszę,   panienko.   -   Clarinda   położyła   tacę   na   kolanach   Samanthy   i 

uniosła   srebrną   pokrywę,   uwalniając   zapach   świeżych   jajek,   pikantnych 
kiełbasek,   maślanych   bułeczek,   płatków   owsianych   gęstych   od   miodu,   i 
pokrojonej gruszki oproszonej cynamonem. - Kucharz nie wiedział, co panienka 
lubi, więc przygotował wszystkiego po trochu.

- Wygląda wspaniale. - Samantha wzięła głęboki oddech i uświadomiła 

sobie, że po raz pierwszy od czasu, gdy opuściła Londyn, czuje głód.

Clarinda nalała herbaty.

- Ach, jaki cudowny dzień, panienko.

Samantha zauważyła, że na zewnątrz było słonecznie. Olbrzymie korony 

drzew   ocierały   się   o   okna   i   przez   gałęzie   widziała   niebo   tak   niebieskie,   że 
patrzenie   na   nie   było   niemal   bolesne.   Gdzieniegdzie   jasność   przysłaniała 
chmura.

Clarinda podeszła do staromodnego kominka i dorzuciła polan do ognia.

background image

- Wczoraj ludzie zabrali pani kufer z drogi. - Clarinda poklepała dłonią 

pomalowaną na czarno drewnianą skrzynię ze skórzanymi pasami i ciężkimi 
zamkami. Spod czepka wyzierały niepokorne jasnobrązowe włosy, a piwne oczy 
świeciły z ciekawości. - Czy mam rozpakować?

- Tak. Gdybyś mogła. Klucz jest… Gdzie jest torba?

- Tutaj, panienko? - Clarinda podniosła czarną, aksamitną torbę z toaletki.

-   Tak,   dziękuję.   -   Samantha   wyciągnęła   rękę,   uszczęśliwiona,   że   nie 

zgubiła jej gdzieś ze zmęczenia.

Zastanawiała się, czy wczorajsze zdarzenie jej się przywidziało. Marsz w 

ciemności. Ten mężczyzna, pędzący przez zarośla. A potem, gdy już myślała, że 
jest uratowana, i to przez dżentelmena, on zaczął zasypywać ją pytaniami jak 
jakiś prawnik i zabrał jej torbę.

No dobrze. Nie przywłaszczył jej sobie. Ale odjechał, nie oferując żadnej 

pomocy. Co za prostak!

Chociaż… no cóż, jakim cudem powóz nadjechał tak szybko?

Wszystko wydawało się zbyt niesamowite, żeby mogło być prawdziwe, 

poza bolącymi stopami. Nigdy też nie zapomni, jak oniemiała, wychodząc z 
powozu   i   widząc   posiadłość   Silvermere.   Szeroki,   czteropiętrowy   budynek 
wznosił   się   w   ciemności   ponad   portyk.   We   wszystkich   oknach   jarzyły   się 
światła.   Szerokie,   dwuskrzydłowe   drzwi   było   otwarte,   a   pani   Shelbourn, 
dystyngowana, dojrzała gospodyni zapraszała ją gestem do środka.

- Pośpiesz się, kochana, czeka na ciebie ciepły posiłek.

Samantha   nie   była   w  stanie   dużo   zjeść,   ale   teraz   najadła   się   do  syta. 

Skończywszy, nalała resztkę herbaty do filiżanki i wstała z łóżka. Przeszła przez 
dywan, a potem na palcach po drewnianej podłodze zbliżyła się do okna.

Spojrzała na park, który tworzyły wspaniałe połacie trawnika, wielkie, 

stare drzewa, których wierzchołków nie mogła dojrzeć, a gdzieniegdzie widniała 
altana, klomby pełne kwiatów i krzewy, przycięte na kształt lwów i ptaków. 
Teren był piękny, a co ważniejsze…

- Nie widzę stąd gór.

-  Tak,   panienko,   ale   są   tam.   Góry   otaczają   Silvermere,   jak   olbrzymie 

ramiona. Są wspaniałe.

- Hm. - Samantha odwróciła się plecami do okna. - Czy burza przyniosła 

deszcz?

background image

- To była straszna nawałnica, pioruny błyskały od jednego wierzchołka 

góry do drugiego, a deszcz zalał górskie strumienie. - Clarinda uśmiechnęła się 
do niej, a w jej różowych, gładkich policzkach pojawiły się dołeczki. - Musiała 
pani być śmiertelnie zmęczona, skoro przespała pani całą burzę. Gdy pani się 
ubierze, pułkownik Gregory chciałby z panią porozmawiać.

- Tak. Oczywiście. Jak sobie życzy.

Czy  pułkownik Gregory będzie równie dużym zaskoczeniem,  jak jego 

dom?   Z   pewnością   Samantha   już   nie   wyobrażała   sobie   posiwiałego, 
skostniałego wojownika. Ktokolwiek był właścicielem tego domu, musiał mieć 
pojęcie   o   dobrym   smaku,   mimo   iż   spędził   wiele   lat   w   Indiach,   penetrując 
tamtejsze bezdroża i nieustannie zapładniając swoją żonę.

Podała Clarindzie klucz.

- Jaki jest pułkownik?

-   Ach,   panienko,   to   dobry   człowiek.   -   Clarinda   uklękła   przy   kufrze   i 

zaczęła siłować się z zamkiem.

Samantha czekała, ale dziewczyna nie powiedziała nic więcej.

- Czy jest bardzo stary?

- Nie bardzo. Nie tak stary jak mój dziadek.

- Och. - Samantha znowu wyobraziła sobie, że jest siwy.

- Ale moja mama mówi, że jest przystojny. 

Bardzo siwy. Pewnie ma stalowoszare oczy. 

- I zbyt surowy dla swoich dzieci, ale nie słyszała pani tego ode mnie. - 

Clarinda wyciągnęła pierwszą suknię, z bladoróżowego perkalu, i przewiesiła ją 
przez oparcie krzesła. Następna była z kwiecistej, szafirowej popeliny. W końcu 
sięgnęła po suknię z ciemnozielonej serży. - Panienko, czy mam to uprasować? 
Samantha rozmyślała o żołnierzu w mundurze, który na nią czekał. Zrzędliwi, 
podstarzali mężczyźni dobrze reagowali na młodość i urok.

- Nie, raczej nie. Chyba lepsza będzie ta różowa. 

Clarinda przyjrzała się sukni, a potem Samancie.

- Zobaczymy. 

Wzięła suknię i wyszła.

Zanim   wróciła,   Samantha   zdążyła   dopić   herbatę,   umyć   się   w   misce 

background image

stojącej w ubieralni i nałożyć bieliznę. Gdy Clarinda zakładała jej suknię przez 
głowę, Samantha spytała:

-  Dlaczego pułkownik Gregory jest taki surowy dla swoich dzieci?

-   To   przez   jego   wojskowe   wykształcenie.   Chce,   żeby   wykonywały 

rozkazy, równo maszerowały. Żeby nigdy się nie brudziły, a jeśli tak się stanie, 
żeby czyściły swoje buty, aż będą lśnić.

Samantha uniosła brwi.

-  Te dzieci muszą być święte. No cóż, nie będę miała nic do roboty!

Clarinda wybuchnęła śmiechem.

- To się okaże, panienko.

- Psst! - dźwięk rozległ się w korytarzu na drugim piętrze.

Samantha   zatrzymała   się   w   drodze   na   spotkanie   z   pułkownikiem 

Gregorym i rozejrzała się uważnie. Drzwi były lekko uchylone. Wyglądały zza 
nich trzy buzie i trzy ręce machaniem zachęcały ją do podejścia.

- Mnie wołacie? - Samantha wskazała na siebie. Jakby nie wiedziała.

-   Ciii!   -   Dzieci   przyłożyły   palce   wskazujące   do   ust,   a   potem   znowu 

zaczęły machać rękoma, żeby podeszła. Samantha, rozbawiona i zaciekawiona, 
weszła do sypialni. Przy ścianie stały trzy żelazne łóżka nakryte kapami. Na 
siedzisku   przy   oknie   w   równym   rzędzie   poukładane   były   lalki.   Wszystkie 
zabawki   ustawione   zostały   w   równych   rzędach.   W   oknach   wisiały   proste 
zasłony.   Samantha   uświadomiła   sobie,   że   pokój   dziewczynek   bardziej 
przypominał sierociniec niż sypialnię dzieci z zamożnej rodziny.

Potem stanęło przed nią sześcioro ciemnowłosych dzieci, te, które stały 

przy drzwiach i te, które czekały w środku. Samantha zdała sobie sprawę, że 
każde z tych dzieci było dziewczynką. Pułkownik miał same córki.

Prawie   się   roześmiała.   Od   czasu   rozmowy   z   Adorną   niepokoiła   się 

swoimi obowiązkami. Martwiła się, że po raz pierwszy wzięła na siebie więcej, 
niż mogła udźwignąć. Jednak dziewczynki z arystokracji były przecież słodkie, 
skromne   i   łatwe   w   wychowaniu,   i   tylko   wojskowy,   próbujący   narzucić   im 
żołnierskie normy, mógł pomyśleć, że to trudne zadanie.

-   Witam,   moje   dzieci!   Czy   to   wy   jesteście   moimi   nowymi 

podopiecznymi? - spytała radośnie Samantha.

Najwyższa   dziewczynka,  ślicznotka  z  już widocznym zarysem piersi  i 

poważną miną, wyciągnęła zza pleców szpicrutę i uderzyła się nią w czarne, 

background image

sięgające do kostki buty.

- Czy to pani jest nową guwernantką? 

Zaskoczona   Samantha   przyjrzała   się   dziewczynce   i   jej   siostrom,   w 

identycznych, prostych, ciemnoniebieskich sukienkach, z białymi fartuszkami 
na wierzchu. Każda dziewczynka miała włosy mocno splecione w warkocz i 
przewiązane   ciemnoniebieską   wstążką,   takie   same   buty   do   kostki,   a   na   ich 
buziach malował się wyraz nieufności i agresji.

- Tak, nazywam się panna Samantha Prendregast. - Coś kazało jej dodać: 

- Możecie mówić do mnie panno Prendregast.

- Ja jestem Agnes. - Dziewczynka wskazała następną w kolejności, która 

powinna się odezwać.

- Ja jestem Vivian. - Ta dziewczynka była równie wysoka jak jej siostra, 

zaskakująco atrakcyjna, z ciemnymi włosami i ładnymi brwiami.

Agnes   wskazywała   szpicrutą.   Kolejne   dziecko   o   ciemnych   włosach   i 

niebieskich oczach oznajmiło:

- Mara.

Samantha odzyskała równowagę i uśmiechnęła się ciepło.

- Miło was poznać, Vivian i Maro. Ile masz lat, Vivian?

- Jedenaście.

- A ty, Maro?

- Dziewięć.

Agnes zerkała na Samanthę.

- Proszę nie przerywać.

-   Jesteś   za   młoda   na   wydawanie   rozkazów   -   powiedziała   miękko 

Samantha. - Może się zastanowisz, zanim zaczniesz.

Jakby   zaskoczona   delikatną   reprymendą,   Agnes   zamrugała,   a   potem 

odzyskała pewność siebie.

- Nie.

Ton   jej   głosu   kogoś   Samancie   przypominał.   Samantha   skrzywiła   się. 

Kogoś, kogo niedawno spotkała. Ale kogo?

Agnes wskazała kolejną dziewczynkę.

background image

- Henrietta. - To dziecko, brunetka z brązowymi oczami, najwyraźniej nie 

rozumiało planu ośmieszenia nowej guwernantki i grzecznie dygnęło.

Nigdy   niesłuchająca   rozkazów,   zwłaszcza   od   rozwydrzonych   dzieci, 

Samantha przerwała.

- Jakie piękne imię, Henrietto. Masz siedem lat? 

Henrietta ostrożnie przytaknęła, z szeroko otwartymi oczyma.

- Skąd pani wiedziała?

- Umiem zgadywać.

Agnes uderzyła szpicrutą w but, żeby zwrócić na siebie uwagę, a potem 

wskazała na uśmiechnięte, szczerbate dziecko.

- Emmeline - powiedziała szczerbata dziewczynka.

- Masz pięć lat?

- Tak. I wypadły mi zęby.

- Widzę - Samantha zareagowała uśmiechem. Emmeline była urocza.

Agnes z naburmuszoną  miną  wskazała  na najmniejszą  dziewczynkę, z 

równie ciemnymi włosami i oczyma jak starsze siostry. Dziewczynka włożyła 
palec do buzi i wpatrywała się w dywan.

Agnes wzdychając powiedziała:

- To Kyla.

Kyla podbiegła do Agnes i ukryła twarz w spódnicy siostry.

Agnes   pogładziła   ją   po   włosach   i   spojrzała   na   Samanthę,   jakby 

prowokując ją do zrobienia jakiejś uwagi.

- Najwyraźniej Kyla cię ubóstwia - powiedziała Samantha. - I ma ku temu 

powód. To ty utrzymujesz harmonię w rodzinie, prawda?

- Tak. Nie potrzebujemy pani. - Agnes się wyprostowała. - Wyjaśnimy 

pani, dlaczego powinna wracać do domu.

Samantha również się wyprostowała.

- Nie mogę.

- Może pani! Musi pani!

-   Zostałam   wysłana   do   Kumbrii   z   wyraźnym   poleceniem   od   mojego 

background image

pracodawcy, żeby tu zostać i uczyć ciebie i twoje siostry wszystkiego, co wiem 
o geografii, grze na pianinie, pisaniu, czytaniu, literaturze, manierach, językach 
obcych…

- Nie potrzebuję tego! - przerwała jej Agnes. 

Samantha uniosła brwi.

- Wydaje mi się, że potrzebujesz. - Spojrzała na dziewczynki. - Wszystkie 

potrzebujecie.

Mara wystąpiła do przodu. Było w niej coś łobuzerskiego. Miała na sobie 

takie   samo   ubranie   jak   pozostałe   dziewczynki,   jednak   sukienka   była 
pognieciona.   Na   fartuchu   widniała   wielka,   różowa,   mokra   plama.   Włosy 
zaplecione   jak   u   sióstr,   ale   wokół   twarzy   wiły   się   niesforne   kosmyki.   Nie 
przeszkadzało jej to, by powiedzieć:

- Tata nie lubi guwernantek.

- Twój tata mnie zatrudnił.

Vivian włączyła się do walki.

- Zwolnił już pięć guwernantek, więc ich nie lubi.

- A ile miałyście guwernantek?

- Jedenaście - odparła Agnes.

-   Jedenaście!   -   Samantha   nie   chciała   zdradzać   zaskoczenia,   ale   była 

zaskoczona.

Jeśli   miarą   sukcesu   była   zuchwałość,   te   dzieci   osiągnęły   wspaniały 

wynik.

- Co się stało z pozostałymi?

- Odeszły.

- Dlaczego?

Wszystkie   dziewczynki   jednocześnie   rozłożyły   ręce   i   wzruszyły 

ramionami.

- No cóż. - Samantha wzięła głęboki oddech. - Ale nie martwcie się. Wasz 

tata mnie polubi. Wszyscy mnie lubią, zwłaszcza dzieci.

A jeśli były jakieś dzieci, które potrzebowały guwernantki, to właśnie te. 

Podeszła do Agnes, prowodyrki tej małej rebelii.

background image

- A jeśli on mnie nie polubi, to bez znaczenia, bo wy mnie polubicie.

Henrietta postanowiła wmieszać się w sprawę.

- Nie, nie polubimy!

- Nie! - potwierdziła Agnes.

- Ja ją lubię - odezwała się Emmeline. - Jest zabawna.

Samantha kiwnęła głową do Emmeline, swojego nowego sprzymierzeńca. 

Kyla wystawiła głowę ze spódnicy Agnes.

- Ja też ją lubię.

Drobne ciałko Emmeline zesztywniało z oburzenia.

- Nie lubisz. Ona jest moja!

Samantha wzięła Emmeline za rękę i dziewczynka uspokoiła się.

- Wszystko w porządku. - Usiadła na drewnianym krzesełku dla lalek i 

wskazała dłonią na Vivian. - Można mnie lubić, dlatego wasz tata mnie nie 
zwolni.

Vivian przysunęła się bliżej. Emmeline przytuliła się do niej.

- A poza tym jestem z Londynu i nie wiem nic o życiu na wsi.

- Naprawdę? - spytała Agnes.

Samantha niemal widziała trybiki w jej głowie, w której powstawał plan 

podstępu. Niestety Samantha miała inne plany.

-   Ale   wiem   mnóstwo   rzeczy   o   modzie   i   mogę   wam   powiedzieć,   że 

mundurki, które nosicie, są okropne.

Agnes i Vivian spojrzały najpierw na siebie, a potem na swoje ubranie. 

Samantha mówiła dalej:

- Mogłybyśmy je trochę upiąć, żeby ładniej wyglądały.

-   Naprawdę?   -   wykrzyknęła   Vivian.   -   Mam   dość   noszenia   tych 

koszmarnych fartuchów każdego dnia.

- Być może wasz tata mógłby przywieźć nam trochę materiału na nowe 

sukienki.

Oczywiście w ramach nauki szycia.

- Mrugnęła do Agnes.

background image

Agnes rzuciła jej wrogie spojrzenie.

Kyla podbiegła, przysiadła obok Samanthy i spytała:

- A czy ja też mogę mieć nową sukienkę? 

Agnes   skrzywiła   się   i   odwróciła   głowę.   Głaszcząc   policzek   Ryli, 

Samantha uświadomiła sobie, że będzie musiała zdobyć zaufanie Agnes.

- Oczywiście, że możesz, kociaczku.

Bez   ostrzeżenia   drzwi   otworzyły   się   z   impetem   i   uderzyły   o   ścianę. 

Samantha wstała, ściskając dłonie Emmeline i Henrietty.

W drzwiach stał mężczyzna. Był wysoki, barczysty… wyglądał znajomo. 

Miał   schludnie   przystrzyżone   ciemne   włosy,   wystające   kości   policzkowe, 
mocno zarysowaną szczękę, długi nos.

Ogarnął   wzrokiem   pokój,   a   potem   spojrzał   na   każdą   dziewczynkę   z 

osobna. Wpatrywały się w niego w niemym buncie.

- Dzień dobry, ojcze. - Agnes zbliżyła się do niego o parę kroków.

W tej chwili Samantha uświadomiła sobie, dlaczego głos dziewczynki i 

jej sposób bycia wydały się znajome. Agnes była taka, jak jej ojciec. Władcza, 
zdecydowana. Nieznośna.

Mężczyzna, którego spotkała ostatniej nocy, był jej nowym pracodawcą, 

pułkownikiem Williamem Gregorym.

background image

Rozdział 4

W   świetle   dnia   pułkownik   Gregory   wyglądał   jeszcze   korzystniej   -   i 

groźniej - niż w ciemności. Nosił się na czarno. Czarna wełniana marynarka. 
Czarne   buty,   nieskazitelnie   czyste.   Biała   koszula,   mocno   wykrochmalona   i 
wyprasowana. I czarny krawat, zawiązany z wojskową precyzją. Wszystko szyte 
na miarę… Świetnie dopasowane do umięśnionej sylwetki.

Był   typem   mężczyzny,   który   przyciąga   uwagę   kobiet.   Zdecydowanie 

przyciągnął   uwagę   Samanthy   i   czuła   się   z   tym   niezręcznie.   Miała   ochotę 
nawrzeszczeć na niego za to, że zostawił ją w ciemności. Pragnęła wtopić się w 
bladokremową   ścianę   i   obserwować   go,   aż   zrozumiałaby   przyczynę   drżenia 
swoich kolan i ucisku w żołądku.

A   może...   nie   w   żołądku.   Czuła   ucisk   niżej,   nie   bolesny,   ale...   Nie 

wiedziała, co to było, wiedziała  jednak, że jej się  nie podoba. Łatwiej było 
zrozumieć gniew.

Przyglądał się Kyli, która stała i pocierała rękawem nos, i Marze, która 

pocierała stopą o łydkę.

- Stanąć w rzędzie! - rozkazał.

Pośpiesznie uformowały szereg, Agnes stała na jednym końcu, a Kyla na 

drugim. Na baczność, jak mali, posłuszni żołnierze, ze ściągniętymi łopatkami i 
uniesionymi podbródkami.

Podszedł   do   Agnes,   zawrócił   w   prawo   i   przeszedł   wzdłuż   szeregu. 

Zatrzymał   się   i   gestem   nakazał   Emmeline   poprawienie   fartucha,   co 
niezwłocznie uczyniła. Potem przeszedł z powrotem i zatrzymał się przed Marą.

- Maro, co to za piskliwy dźwięk? 

Mara rozejrzała się wokół zmieszana.

- Jaki dźwięk, ojcze?

- Och, czekaj. - Pochylił się, aż ich oczy się spotkały. - Już wiem, co to 

jest. To twoje buty piszczą za pastą na moich butach.

Mara   spojrzała   na   swoje   poniszczone   i   matowe   trzewiki.   A   potem 

spojrzała na błyszczące buty ojca.

Gdy w oczach Mary pojawiły się łzy, Samantha się odezwała.

- Czy sam pan dba o swoje buty, pułkowniku Gregory?

background image

Spojrzał na nią, nie kryjąc zniecierpliwienia.

- Jestem oficerem. Oczywiście, że nie.

- No cóż, Mara również nie - powiedziała radośnie Samantha. - To coś, co 

was łączy.

Samantha usłyszała zduszony chichot i Mara rozluźniła się, jakby ktoś 

zdjął ciężar z jej ramion. Pułkownik Gregory nie był rozbawiony. Głębokim, 
poirytowanym, znajomym głosem powiedział:

- Panno Prendregast, kiedy posłałem po panią, oczekiwałem, że będzie 

pani wykonywać swoje obowiązki z należnym oddaniem.

- Zapamiętam to sobie na przyszłość. Ty pyszałku.

- W przyszłości nie życzę sobie, żeby przesiadywała pani z dziećmi i 

próbowała przekupić je ubraniami, które zamierza pani dostać ode mnie.

Słyszał to? Patrząc mu prosto w oczy, Samantha spytała:

- Do kogo innego powinnam zwracać się o ubrania, pułkowniku?

Na jego policzkach i czole pojawił się intensywny rumieniec.

- Jeśli będą potrzebne ubrania, ja się tym zajmę. To oczywiste.

Agnes zrobiła krok do przodu i stanęła obok ojca.

- Powiedziałam pannie Prendregast, żeby od razu poszła do ciebie, ojcze, 

ale nalegała, żeby nas odwiedzić.

Samantha   zaskoczona   łatwością,   z   jaką   Agnes   kłamała,   uniosła   brew. 

Agnes   zaczerwieniła   się   gwałtownie.   Pułkownik   Gregory   obserwował   całe 
zajście.

- Rozumiem. - Machnął ręką na pozostałe dzieci. - Spocznij.

Dziewczynki westchnęły i podzieliły się na trzy małe grupki, a Henrietta 

skorzystała   z   okazji,   żeby   dać   Agnes   kuksańca   w   bok.   Pułkownik   Gregory 
zwrócił się do Samanthy i Samantha zastanawiała się, co powinna powiedzieć. 
Co powinna myśleć.

Adorna   powiedziałaby,   że   był   wspaniały,   nieugięty.   Samantha 

przyznałaby jej rację, ale dodałaby: twardy, bezwzględny. Miał sztywne szczęki, 
małe   uszy   przylegające   do   głowy.   Na   jego   pełnych   ustach   błąkał   się   lekki 
uśmieszek,   jakby   próbował   zamaskować   pogardę   dla   kobiety,   która 
przestraszyła się ciemności.

background image

Zadrżała. Noc w górskich ostępach. Miała szczęście, że dotarła tu cała. 

Poczuła wszechogarniające oburzenie. Oburzenie, bo on, gdyby odpowiednio 
dobrał słowa, mógł zmniejszyć jej strach.

- No cóż. - Położyła ręce na biodrach i spojrzała na niego. - Przynajmniej 

wiem, dlaczego powóz po mnie przyjechał.

Nie przeprosił za swoje ohydne zachowanie, ale w odpowiedzi przyjrzał 

się jej uważnie.

- Ta suknia to nietypowy strój dla guwernantki, panno Prendregast.

Zeszłej nocy Samantha nie widziała jego oczu, ale widziała je teraz. Były 

niebieskie. Kobaltowoniebieskie, piękne, ciemne i… zimne jak lód w środku 
zimy, z ciemnymi brwiami, które unosiły się ku górze w prostej linii, nadając 
twarzy surowy wygląd. To nie był stary zrzęda. To był mężczyzna w sile wieku, 
który przekazał swoje zewnętrzne cechy dzieciom. Żadne różowe ozdóbki nie 
mogły złagodzić jego postawy. Nic dziwnego, że Clarinda sugerowała gładką, 
zieloną serżę.

Emmeline podbiegła do mężczyzny i objęła jego kolana.

- Ojcze?

Położył dłoń na jej głowie.

- Tak, Emmeline?

-  Wszyscy lubią pannę Prendregast, ojcze. Sama nam to powiedziała.

- Doprawdy? - Spojrzał wyniośle na Samanthę. - Więc jestem pewien, że 

ty też ją polubisz.

- I ty, ojcze! Ty też ją polubisz.

- Jestem pewien, że… zakładając, iż posiada odpowiednie referencje i 

udowodni, że umie żyć na wsi, i jest dobrą nauczycielką.

Zmarszczywszy buzię, Emmeline przyjrzała się Samancie.

- Lepiej niech tak będzie - powiedziała wojowniczo.

Na   ułamek   sekundy   pułkownik   Gregory   otworzył   szeroko   oczy   i 

Samantha   myślała,   że   wybuchnie   śmiechem.   Nic   takiego   się   nie   stało,   a 
Samantha zastanawiała się, czy to była jej wyobraźnia. Delikatnie odsunął od 
siebie Emmeline i lekkim klepnięciem odesłał ją do Vivian.

- Panno Prendregast, pozwoli pani za mną.

background image

Tak zrobiła. Wyszła z nim za drzwi i tak bardzo chciała się odezwać, że 

musiała ugryźć się w język, żeby nic nie powiedzieć. Ale oglądając się za siebie 
dostrzegła dzieci zerkające przez drzwi i mogła sobie wyobrazić, jak bardzo 
starają się usłyszeć, co się wydarzy.

Nie zamierzała tańczyć, jak jej zagrają.

Pułkownik zszedł po schodach i minął dwuskrzydłowe drzwi prowadzące 

w   czerń.   Weszli   do   olbrzymiego   foyer,   wysokiego   na   dwa   piętra,   przeszli 
wzdłuż   korytarzy   na   drugim   piętrze   wyłożonych   marmurem.   Prostokątne 
pomieszczenie, zbudowane w formie galerii z wielkimi kolumnami, na których 
wspierały   się   korytarze   powyżej,   pomalowane   było   odcieniami 
bladoniebieskiego   i   złotego.   Ponad   ich   głowami   połyskiwał   ogromny 
kryształowy   kandelabr.   Przez   otwarte   drzwi   Samantha   zaglądała   do   pokoi 
-zobaczyła bibliotekę, salon, salę balową. Pułkownik Gregory wprowadził ją do 
jednego z pokoi, puszczając ją przodem.

Podziękowała   mu,   zastanawiając   się   cynicznie,   czy   zawsze   był   taki 

uprzejmy dla służby, czy też wykorzystał sposobność, aby przyjrzeć się jej z 
tyłu.   Jednak   gdy   zerknęła   na   niego,   jego   twarz   pozostała   niewzruszona. 
Najwyraźniej ten dziwny dreszcz wzdłuż kręgosłupa był tylko wytworem jej 
wyobraźni, a dyskomfort, który odczuwała, będąc z nim sam na sam, był jedynie 
reakcją przewrażliwionej starej panny.

Czy znalazła się w krainie zdesperowanych starych panien, tworzących 

wyimaginowane związki między planowaniem lekcji a wycieraniem rozlanego 
mleka?

Ogarnęło ją przygnębienie.

- Jakiś problem, panno Prendregast? - spytał.

- Nie, proszę pana, dlaczego?

- Westchnęła pani.

- Pewnie tak było. Podziwiałam pański dom.

W pewnym sensie była to prawda.

Spodziewała się, że jego gabinet będzie surowy, urządzony na wojskową 

modłę.   Zamiast   tego   znalazła   się   w   pokoju   ozdobionym   w   stylu   indyjskim. 
Ściany i draperie miały kolor burgunda i jadeitu. Na drewnianej podłodze leżał 
bogato   zdobiony   dywan   w   tym   samym   odcieniu.   Duże,   pluszowe   krzesła 
zapraszały ją, by usiadła przy wielkim, rzeźbionym, mahoniowym biurku.

- Zeszłej nocy. Dlaczego nie powiedział mi pan, kim jest?

background image

Stał przed nią - uosobienie wyniosłości.

- Czemu miałoby to służyć?

- Nie bałabym się tak, gdybym wiedziała.

-   Chciałem,   żeby   się   pani   bała.   Nie   podoba   mi   się,   gdy   młode,   obce 

kobiety błąkają się po okolicy.

-  Czy często czuje się pan zagrożony przez obce, młode kobiety?

-   To   zależy,   jak   bardzo   są   obce.   -   Stanął   za   biurkiem.   -   Może   pani 

usiądzie.

Została   obrażona   i   to   przez   pracodawcę.   Żachnąwszy   się,   usiadła   na 

obitym krześle naprzeciw niego. On nadal stał.

- Muszę przyznać, że nie zachwyciło mnie pani zachowanie, gdy myślała 

pani, że jestem rabusiem. Nie ma pani doświadczenia w tej materii.

Nie mogła powstrzymać się od głośnego: 

- Ha!

-   Proszę   o   wybaczenie.   Zapomniałem.   Pochodzi   pani   z   Londynu, 

rzeczywiście   niebezpiecznego   miasta.   Być   może   ma   pani   doświadczenie   z 
rabusiami.

Nie w byciu obrabowaną.

- Nie, proszę pana.

Zmierzył ją wzrokiem, jakby była dziwadłem.

- Skoro pani tak twierdzi. - Przyjrzał się jej ponownie. - Tym razem jest 

pani   usprawiedliwiona,   ale   na   przyszłość,   jeśli   padnie   pani   ofiarą   rabusiów, 
proszę nie walczyć. A co ważniejsze w pani przypadku - proszę hamować swój 
tupet.

- Czy chce pan powiedzieć, że powinnam oddać swoją torbę każdemu, kto 

zechce ją wziąć?

- W przypadku kradzieży, tak.

- Nie. - Nie obchodziło jej, że to, co mówił było rozsądne, ani to, że to 

samo poradziłaby innej ofierze napaści. - Ciężko pracuję na to, co mam. Nie 
oddam tego bez walki.

- Pani rzeczy można zastąpić. A życia nie.

background image

- Pana rzeczy można zastąpić. - A on nigdy nie został okradziony. Żaden 

szanujący się złodziej nie próbowałby szczęścia z kimś tak wielkim. - Na swoje 
rzeczy muszę zapracować.

- Ja również zapracowałem na swoje rzeczy, panno Prendregast. Chociaż 

moja rodzina mieszka tu od trzystu lat, to byłem młodszym synem. Ojciec kupił 
mi patent oficerski, ale utrzymywałem siebie i bliskich ze swojej pracy. Teraz 
oczywiście - machnął ręką wokół - to wszystko jest moje, ale opłakuję ojca i 
brata.

Nie mogła go winić za posiadanie bogactwa, którego nie była w stanie 

sobie wyobrazić. Przynajmniej rozumiał, że wiedzie uprzywilejowane życie, i 
traktował swoje obowiązki poważnie. W rzeczywistości - przyjrzała się jego 
surowej twarzy - trochę zbyt poważnie.

- Moje wyrazy współczucia.

- Moje córki to cała moja rodzina i są dla mnie wszystkim.

- Pańskie uczucia dowodzą pańskiej szlachetności. - Jednak na górze nie 

zauważyła specjalnych oznak czułości. - Czy złodzieje są dużym problemem w 
tej okolicy?

- Teren jest dziki. Bandyci grasują po drogach od czasów rzymskich.

Zirytowała ją ta odpowiedź.

- Więc nie powinien pan mnie tam zostawiać. 

Wpatrywał się w nią,  jakby  mówiła  w obcym języku i znowu jej nie 

odpowiedział.

- Zapewniam panią, że przepędzę ich stąd, ale prosiłbym, żeby do tego 

czasu pozostawała  pani w posiadłości,  chyba że będą pani towarzyszyć moi 
ludzie. - Zacisnął palce na oparciu krzesła. - Proszę o to dla pani dobra. Ale 
także dla dobra moich dzieci.

- Tak.

Nadal się w nią wpatrywał.

- Proszę pana - dodała. W co ona się wpakowała? Jeśli wydarzy się coś 

złego - a z doświadczenia wiedziała, że coś złego zawsze się wydarza - będzie 
uwięziona w posiadłości, nie mogąc uciec do Londynu. - Chyba mogę pana 
zapewnić,  że  nie będę  błąkać  się  po  okolicy  bez  asysty   jednego z  pańskich 
silnych ludzi.

Jego usta drgnęły jakby w rozbawieniu - a twarz nie była już tak sroga.

background image

-   Z   powodu   rzeczy,   które   mogą   panią   zjeść?   A   więc   słyszał   ją,   gdy 

odjeżdżał.

-   Czy   uważa   pan,   że   wielkie   stworzenia   z   pazurami   są   zabawne, 

pułkowniku?

- Uważam, że są rzadko spotykane, panno Prendregast, ale jeśli pani wiara 

w niedźwiedzie i wilki zapewni bezpieczeństwo pani i moim dzieciom, to niech 
pani sobie wyobraża, co tylko pani chce. - Usiadł. - Czy mogę prosić o pani 
referencje?

Ależ był irytujący. Był żywym dowodem na to, że niektórzy przystojni 

mężczyźni mają wady, które sprawiają, że stają się oni nie do zniesienia. Co 
oczywiście było dobre. Takie wady trzymały dziewczynę na dystans.

-   Mam   list   od   lady   Bucknell.   -   Sięgnąwszy   do   kieszeni   w   spódnicy, 

wyciągnęła zapieczętowane pismo. - Zrozumiałam, że poinformowała pana o 
moim doświadczeniu.

- Nie rozwodziła się zbytnio nad szczegółami. 

Przybierając jak najbardziej niewinny wyraz twarzy, Samantha otworzyła 

szeroko oczy.

- Nie rozumiem dlaczego.

Złamawszy pieczęć, pułkownik Gregory zaczął czytać.

- Zapewne. - Gdy doczytał do końca, uniósł brwi. 

Na Boga. Co to mogło oznaczać?

- Czy wszystko w porządku?

Złożył starannie list i włożył go do wewnętrznej kieszeni marynarki.

- W rzeczy samej, tak. Lady Bucknell nie szczędzi pani pochwał.

Samantha   była   zbyt   dobrą   aktorką,   żeby   pokazać   ulgę,   którą   poczuła, 

jednak zastanawiała się… co takiego Adorna napisała.

- Przejdę do rzeczy. To będą pani obowiązki. Plan jest wywieszony w 

klasie. Każde dziecko musi mieć  zajęcia o określonej porze i z określonego 
przedmiotu.

Musiała coś zrobić, bo inaczej mężczyzna jego pokroju mógłby wejść jej 

na głowę - tak, jak robił ze wszystkimi.

- Nalegam na zrobienie pewnych zmian, jeśli uznam to za stosowne.

background image

- Gdy wykaże się pani kompetencjami, będzie pani mogła porozmawiać 

ze mną na temat zmian.

- Kto oceni, że się wykazałam? 

Jego oczy nabrały twardego wyrazu.

- Ja, panno Prendregast. Może być pani tego pewna.

Skinęła   głową.   Przynajmniej   interesowały   go   postępy   dzieci,   a   z 

doświadczenia wiedziała, że taka troska nie zdarzała się często.

Ciągnął dalej:

- Dzieci chodzą spać punktualnie o dziewiątej wieczorem. Bez wyjątków. 

Każde z moich dzieci ma swoją nianię, więc po obiedzie będzie pani miała czas 
dla siebie. Tego czasu nie powinna pani spędzać na zabawie i flirtach.

Czy   ten   człowiek   świadomie   ją   obrażał,   czy   też   nie   miał   pojęcia   o 

dobrych manierach? Nie miała ochoty zgadywać. Z drugiej strony pozwalał jej 
się odzywać, kiedy miała na to ochotę.

- Z kim? Z młodzieńcem z zajazdu Hawksmouth? 

Pułkownik Gregory zawahał się, może chcąc ją skarcić za przerywanie 

mu. Jednak nie, rzeczywiście nie miał pojęcia o dobrych manierach, ponieważ 
odpowiedział:

- Rozmawiałem z właścicielem zajazdu w Houksmouth.  Ten człowiek 

został zwolniony.

Zacisnęła palce na oparciu krzesła.

- Jak to?

- Miał obowiązek dowieźć panią tutaj. To, że zostawił panią, delikatną 

kobietę, pośrodku drogi w ciemności, jest przestępstwem.

- A więc pan jest również przestępcą?

-   Panno   Prendregast!   -   Uderzył   kłykciami   w   biurko.   -   Nic   pani   nie 

groziło!

- Poza dziką zwierzyną.

Opuścił powieki, jakby nie chciał na nią patrzeć.

- Proszę mi dać znać, jeśli zostanie pani zaatakowana przez królika.

- Chciałabym zauważyć, że ten młody człowiek jest tak samo winny, jak 

background image

pan. W Londynie, gdy ludzie tracą pracę, nieszczęście wiedzie ich na ulicę, do 
więzienia,   a   nazbyt   często   i   do   śmierci.   Nie   jestem   przesadnie   delikatna.   - 
Pokazała pułkownikowi Gregory'emu silną dłoń. - Myślę, że upomnienie byłoby 
wystarczającą nauczką.

- Pani dobroduszność dobrze o pani świadczy, ale nie. Jest pani kobietą, 

nieznajomą   i   to,   co   pani   powiedziała   w   swojej   niewiedzy   nie   mogło   zostać 
odebrane jako zniewaga przez kogokolwiek, poza w gorącej wodzie kąpanym 
młodzikiem.

- Ale…

-   Proszę   dać   spokój,   panno   Prendregast.   To   nie   było   jego   pierwsze 

uchybienie i wróci do domu, żeby mieszkać ze swoimi rodzicami na farmie. 
Jestem pewien, że po kilku miesiącach ciężkiej pracy zrozumie, że powinien 
przeprosić i powróci do zajazdu.

Samantha była zaskoczona ogromem głupoty pułkownika Gregory'ego. Z 

doświadczenia wiedziała, że mężczyźni, tacy jak młody człowiek z zajazdu, nie 
wyciągali wniosków. Czuli niechęć zarówno do lekcji, jak i do nauczyciela, i 
obwiniali wszystkich poza sobą. Ale może tu na wsi było inaczej.

Zaskrzypiało okno - jednak nie od podmuchu wiatru.

- Co to było? - Spojrzała przed siebie. Okno pułkownika Gregory'ego 

wychodziło na szeroką werandę, a za nią znajdował się park, który widziała ze 
swojej sypialni.

-   Powiew   wiatru.   -   Pułkownik   Gregory   nie   zadał   sobie   trudu,   żeby 

zerknąć przez ramię. - W Krainie Jezior często wieje. Proszę mocno wiązać 
czepek.

- Ale…

Przyglądał się jej z niechęcią.

- Tak?

- Nic, proszę pana. - Gałęzie drzew nie kołysały się, ale nie zamierzała się 

z nim kłócić. Nie z tego powodu. Były inne, ważniejsze.

- Rozmawialiśmy o pani wieczorach.

- Tak, proszę pana. - Byłaby głupia, gdyby narzekała na tak dużo wolnego 

czasu,  jednak te cztery funty  tygodniowo,  pół dnia  wolnego i tyle swobody 
wyglądały na próbę przekupstwa. A ponieważ poznała dzieci, miała podstawy 
tak uważać.

background image

Uśmiechnęła   się.   Nie   odrzuci   propozycji   pułkownika   Gregory'ego,   nie 

powie mu również, że uczyła gorsze diablęta i to z wyśmienitym skutkiem.

- Czego pan ode mnie oczekuje?

- Oczekuję, że będzie pani czytać, poszerzać swoje horyzonty, pisać listy, 

planować lekcje. - Pułkownik Gregory oparł się o tył krzesła, jego duże dłonie 
spoczęły   na   oparciach.   -   Będzie   pani   analizować   te   lekcje   ze   mną   raz   w 
tygodniu, w poniedziałkowe wieczory.

- Jak pan sobie życzy, proszę pana. - Wypowiadanie tych słów sprawiało 

jej przyjemność; jak dotychczas rozmowa była niemal zgodna.

Oczywiście pułkownik Gregory był nieznośny. Jednak, w opinii wielu 

ludzi, ona również taka była. Pułkownik albo tego nie zauważył, albo go to nie 
obchodziło - była tym zaskoczona. Z doświadczenia wiedziała, że te sztywne 
wojskowe   typy   lubiły,   gdy   okazywano   im   należny   szacunek.   Może   był   tak 
bardzo   zdesperowany,   żeby   zatrzymać   guwernantkę,   iż   gotów   był   znieść 
wszystko. Albo… Co Adorna napisała o niej w liście?

-   Bardzo   dobrze.   Wyjaśniłem   wszystko.   -   Podniósł   kartkę   z   biurka   i 

zaczął   ją   czytać.   -   Oczekuję   pani   tutaj   punktualnie   o   siódmej   wieczorem   w 
przyszły poniedziałek.

To było rzeczowe. Ona również zamierzała być rzeczowa.

- Jeśli chodzi o materiał na sukienki dla dziewczynek…

Powoli odłożył kartkę papieru. 

- Czego pani nie rozumie w słowie „nie”?

- To dziewczynki, nie żołnierze.

- To są praktyczne ubrania przewidziane do noszenia i niszczenia przez 

zdrowe dzieci.

- Zdrowe dziewczynki potrzebują ładnych sukienek na bale i zabawy - 

odparła.

- Moje dzieci nie chodzą na zabawy.

- Czy w okolicy nie odbywają się przyjęcia dla dzieci?

Rzucił jej groźne spojrzenie, a w jego niebieskich oczach malowało się 

zniecierpliwienie. 

- Nie.

background image

- Jeśli nie, to jak dzieci uczą się odpowiedniego zachowania? - Samantha 

potrząsnęła głową z dezaprobatą. - Pułkowniku Gregory, jest pan - musi pan być 
- jednym z ważniejszych właścicieli ziemskich w tej okolicy. Pana obowiązkiem 
jest   dawanie   przykładu   innym   rodzicom.   Powinniśmy   od   razu   zaplanować 
przyjęcie.

-   Nie   mam   zamiaru   -   przerwał,   wpatrując   się   w   nią,   jakby   miał 

objawienie. Wolniej powiedział: - Nie mam zamiaru organizować przyjęcia dla 
dzieci.

- Więc może dostarczy mi pan materiał na sukienki dziewczynek i raz w 

tygodniu   ja   zorganizuję   przyjęcie,   tylko   dla   nich,   i   będę   je   uczyć   zawiłości 
savoir-vivre'u.

- Można to rozważyć. - Potarł dłonią podbródek. 

Samantha mogłaby przysiąc, że nie zwracał na nią uwagi. Nie wiedziała, 

czy to dobrze, czy źle, ale napierała dalej.

-   Agnes   ma   tylko   kilka   lat   do   debiutu,   a   Vivian   jest   tuż   przed   tym 

wydarzeniem. Potrzebny jest inny kolor dla każdej dziewczynki. Chcemy, żeby 
czuły   się   jak   odrębne   osoby,   każda   ważna.   Bez   wzorków.   A   jeśli   chodzi   o 
materiał, to sądzę, że dżersej będzie odpowiedni, ponieważ, jak pan słusznie 
zauważył, to jeszcze dzieci i zapewne nie będą przywiązywały specjalnej wagi 
do ubrań. - Widziała, że nie zdołała go przekonać.

Wstał powoli.

- Panno Prendregast…

Był imponujący. Czuła się onieśmielona. Nie pokazała tego po sobie.

- Tak, pułkowniku Gregory?

-   Kyla   się   przeziębiła.   Proszę   powiadomić   jej   opiekunkę   i   przenieść 

dziewczynkę cło osobnej sypialni.

Samantha zamrugała. Z pewnością nie oczekiwała czegoś takiego.

- Oczywiście, proszę pana. Ale jeśli wolno spytać, skąd pan wie?

- Pocierała nos. Mara wyrosła z butów. Zamówię nowe, ale nie dostarczą 

ich przynajmniej przez tydzień. W tym czasie proszę dać jej do przymierzenia 
stare buty Vivian. Może będą dobre. - Splótł ręce z tyłu. - Właściwie proszę 
sprawdzić buty wszystkich dziewczynek, czy nie potrzebują nowych.

- Tak, proszę pana. - Samantha usiłowała przypomnieć sobie, co takiego 

mogło go zaniepokoić w zachowaniu Mary. Mara… pocierała stopą o łydkę!

background image

- I nie chce dbać o buty, jak ją prosiłem. Powiedziałem jej - powiedziałem 

wszystkim dziewczynkom - że mają od razu mnie poinformować, gdy buty staną 
się za małe, ale Mara ogranicza rozmowy ze mną do minimum.

Samantha nawet nie próbowała ukryć ironii.

- Ciekawe dlaczego?

Przeszedł   wzdłuż   biurka,   podszedł   do   niej   i   stanął   tak   blisko,   że   jej 

spódnica oparła się o jego buty.

Miała ochotę się wycofać, ale nigdy się nie wycofywała. Serce biło jej 

coraz głośniej. A może zawsze tak biło?…

-   Czy   przyszły   tydzień   to   wystarczająco   dużo   czasu   na   dostarczenie 

materiału?

Wymówił   starannie   każde   słowo   i   przyglądał   się   jej   tak   uważnie,   że 

wiedziała,   iż   dojrzał   jej   manipulację.   I   pozwolił   na   to,   chociaż   wolała   nie 
zgadywać dlaczego.

-  Zapewniłbym go  szybciej  -  powiedział  -  ale  tak niewiele  z  naszych 

guwernantek zostało dłużej niż kilka dni. Czasami tylko kilka godzin.

Prowokował ją i zareagowała.

-   Pułkowniku   Gregory,   będę   tutaj,   żeby   przygotować   ubrania 

dziewczynek.   Co   więcej,   będę   tutaj   za   rok.   Żadnemu   dziecku   nie   udało   się 
wyprowadzić mnie z równowagi i zapewniam pana, że nie uda się to również 
pana dzieciom. - A w myślach dodała: Ani tobie.

background image

Rozdział 5

Panna   Prendregast   wyszła   z   pokoju   i   zatrzasnęła   za   sobą   drzwi. 

Pułkownik William Gregory podszedł do okna, otworzył je i czekał, aż Duncan 
Monroe, oficer, którego poznał w Indiach - i wierny przyjaciel - wdrapie się do 
środka.

- Co masz? - spytał William.

- Zeszłej nocy złapałem kolejnego Rosjanina. - Duncan otrzepał proste, 

wełniane spodnie i poprawił czapkę.

- Coś ciekawego?

Duncan opróżnił na biurko małą, zawiązywaną saszetkę. Zmięty zwitek 

banknotów jednofuntowych. Fajka. Torebka z tytoniem. List…

William   sięgnął   po   list   i   skrzywił   się,   widząc,   że   jest   napisany   po 

rosyjsku.

-   Jutro   wyślę   to   do   Throckmortona   i   zobaczę,   co   uda   mu   się   z   tego 

wyczytać. - Nie widział niczego dziwnego w swojej znajomości z Duncanem. 
Pełnił   funkcję   stróża   porządku   w   Krainie   Jezior,   a   Duncan   odgrywał   rolę 
rozbójnika i ukrywali przed sobą nawzajem, że poszukują angielskich szpiegów, 
rosyjskich agentów, a czasami zwykłych złodziei. Grali przed sobą w tę grę, a 
jednocześnie   pozyskiwali   dużo   informacji   dla   Biura   Bezpieczeństwa 
Wewnętrznego. Nie byli jednak w stanie odkryć, dlaczego Kraina Jezior stała się 
głównym terenem działań.

Do dzisiaj.

- Co ty sobie wyobrażasz! Zakradać się pod okno, gdy ktoś u mnie jest?

-   Ktoś?   To   nie   był   ktoś.   To   była   piękność.   -   Duncan   zamrugał.   - 

Pułkowniku, nie wiedziałem, że jesteś odurzony.

-   Odurzony?   Nie   można   odurzyć   się   kobietą.   Można   się   odurzyć 

wyłącznie…

William dostrzegł uśmieszek Duncana i zamilkł.

Poczucie humoru Duncana było znane, o jego odwadze krążyły legendy, a 

Mary twierdziła, że jest przystojny, jednak William wiedział, jak zmazać ten 
głupawy uśmieszek z jego twarzy.

- Ta kobieta jest nową guwernantką moich dzieci. 

background image

Duncan pokiwał gwałtownie głową.

-   Guwernantka   twoich   dzieci?   -   Zagwizdał.   -   Nie   było   takich 

guwernantek, gdy ja byłem dzieckiem.

-   Posiada   wyśmienite   referencje   z   bardzo   szacownej   agencji.   Ściślej 

mówiąc z szacownej Akademii Guwernantek. - Jednak William zgadzał się z 
Duncanem. Co, u licha, wyobrażała sobie lady Bucknell, przysyłając mu taką 
guwernantkę? A raczej - jego dzieciom.

Nalał whisky do dwóch szklanek i jedną podał Duncanowi.

Wysoki i giętki, Duncan wziął drinka i kiwnął się na piętach.

- Wszystkie moje guwernantki były stare i złośliwe.

-   Z   pewnością   na   to   zasługiwałeś.   Nasze   w   większości   były   młode   i 

płoche. - William nigdy nie przypuszczał, że z tęsknotą będzie wspominał te 
głupiutkie   dziewczęta.   Ale   żadna   z   nich   nie   mogła   równać   się   z   panną 
Prendregast. Panna Prendregast, która poruszała się jak amazonka, wyglądała 
jak egzotyczna kapłanka, a język miała jak… ach, ale nie wolno mu było myśleć 
o jej języku. Jej język sprawiał, że myślał o całowaniu i innych czynnościach, 
więc lepiej powiedzieć, że jest zuchwała, i na tym poprzestać.

Upił trochę whisky i pozwolił, aby ciepło rozlało się w przełyku.

- Te jej włosy… peruka, nie sądzisz?

- Peruka? Oszalałeś? To nie peruka.

- Są zbyt jasne. - Zeszłej nocy kosmyki opadały jej na twarz i w mroku 

jaśniały jak światło księżyca. - To musi być peruka.

- Obaj wiemy, że nie masz zielonego pojęcia o kobietach, a już na pewno 

nic nie wiesz o ich włosach. - Duncan usiadł na krześle, na którym wcześniej 
siedziała guwernantka. - Nie widziałem jej oczu. Jakiego są koloru?

- Brązowe. - William uniósł szklankę. - Mniej więcej. Bardzo dziwne.

-   Zauważyłeś   kolor   jej   oczu.   -   Duncan   wyglądał   na   bardzo   z   siebie 

zadowolonego. Zamieszał whisky. - Nie mogę się doczekać, kiedy w nie zajrzę.

- Nie radzę ci jej uwodzić - ostrzegł William. - Chyba że jesteś gotowy 

zająć jej miejsce i uczyć moje dzieci.

- Nawet nie marzę o uwodzeniu twojej guwernantki. - Duncan położył 

dłoń   na   sercu.   -   Czy   widziałeś,   jak   ona   się   porusza?   Jak   wspaniała, 
majestatyczna pantera - czysty wdzięk i elegancja.

background image

- Jest za wysoka. - William był przyzwyczajony do drobnych kobiet, które 

musiały zadzierać głowę, żeby na niego spojrzeć, a gdy tańczył z nimi walca, 
opierały głowę na jego ramieniu.

- Czy wyobrażasz sobie, że te nogi oplatają twoją szyję?

Nazbyt łatwo. Czy Duncan nigdy nie znał umiaru?

- Jest za chuda.

- Jest za wysoka, jest za chuda. - Duncan zaczął przedrzeźniać Williama. - 

Jesteś zbyt wybredny, a poza tym jesteś biednym, zdesperowanym wdowcem, 
który potrzebuje żony, żeby zaopiekowała się jego dziećmi. Może ta panna… 
panna…

- Prendregast - podpowiedział William.

- Może panna Prendregast będzie odpowiednia. 

- Nie.

- Nie? - Kosmyk ciemnych włosów opadł Duncanowi na czoło; spojrzał z 

dezaprobatą na przyjaciela. - Minęły trzy lata od śmierci Mary.

- Od kiedy Mary została zabita - poprawił go William.

Najdelikatniej jak umiał, Duncan powiedział: 

- Tak, ale to nie była twoja wina. 

Oczywiście, że była to wina Williama.

- Dbanie o bezpieczeństwo żony jest obowiązkiem męża.

- Byliśmy z misją dla pułku. Skąd mogłeś wiedzieć, że Mary zareaguje na 

wołanie o pomoc i wpadnie w rosyjską zasadzkę, przygotowaną dla nas?

Williama przytłaczało poczucie winy.

-   Powinienem   był   odesłać   ją   do   domu.   Powinienem   był   je   wszystkie 

odesłać do domu. Wiedzieliśmy, jak jest niebezpiecznie tak blisko gór.

Duncan wstał i położył dłoń na ramieniu Williama.

- Wiem, że kochałeś Mary, i że twoje serce jest złamane, ale…

William strząsnął jego dłoń, podszedł do okna i spojrzał na park. Tu był 

problem. Kochał Mary, ale… udowodniła coś, czego domyślał się od lat. Żadna 
kobieta nie była tak interesująca, jak obóz wojskowy. Żadna kobieta nie dawała 
tyle radości,  co  jazda  konna po  wrzosowiskach.   Żadna  kobieta  nie  mogłaby 

background image

zawładnąć   jego   sercem,   gdyż   był   zimnym   mężczyzną,   znającym   gorącą 
namiętność, ale nie miłość.

Częściowo   dlatego   tak   bardzo   pragnął   złapać   bandytów 

odpowiedzialnych za śmierć Mary. Tak bardzo go kochała, a on nigdy nie mógł 
jej dać tyle miłości, na ile zasługiwała. Kierowały nim wyrzuty sumienia, ale nie 
mógł powiedzieć o tym Duncanowi ani żadnemu z tych romantyków, którzy 
wyobrażali sobie, że powoduje nim utracona miłość.

- Sprawiedliwości stanie się zadość.

-   Doprowadzimy   do   tego.   -   Duncan   rozparł   się   na   krześle.   -   Ale 

powinieneś znaleźć kobietę. Mężczyzna ma swoje potrzeby.

- Ty wiesz coś o tym. - William stanął twarzą zwrócony do Duncana. Nie 

zazdrościł Duncanowi reputacji podrywacza, którą ten cieszył się w okolicy. - 
Ty zaspokajasz swoje wystarczająco często.

- Powiem ci, że dużo czasu trzeba, aby ukoić złamane serce. - Duncan 

niewątpliwie cieszył się powodzeniem u oficerskich córek w Indiach, do czasu, 
aż   był   na   tyle   głupi,   aby   zakochać   się   w   córce   lorda   Barret-Derwina.   Jego 
lordowska mość nie widział mc zabawnego w tym, ze szkocki nicpoń adoruje 
jego córkę i dziewczyna została niezwłocznie odesłana do Anglii. Duncan złożył 
rezygnację, ale gdy dotarł do Londynu, dowiedział się, że jego ukochana wyszła 
za mąż za hrabiego Colyera. Był oszalały z wściekłości - dobrodziejstwo dla 
Williama, który potrzebował towarzysza w swojej misji.

- Panna Prendregast przywiozła mi to. - William wyciągnął z kieszeni list 

lady Bucknelł i podał go Duncanowi. - Rzekome rekomendacje.

Duncan wziął list.

- Rzekome?

- Przeczytaj.

Duncan rzucił okiem na pierwszy akapit.

- Panna Prendregast ma  bardzo dobre przygotowanie, jest inteligentna, 

pomysłowa… To wspaniale, Will, ale…

William   zauważył,   kiedy   Duncan   doszedł   do   stosownego   fragmentu. 

Duncan zesztywniał. Nie odrywając oczu od listu, sięgnął po okulary, leżące na 
biurku, i założył je na nos.

-   Przysłała   ci   to   lady   Bucknell?   Lady   Bucknell   pracuje   dla   Biura 

Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Dla Throckmortona? Lady Bucknell szpieguje 
na rzecz Anglii?

background image

- Sądzę, że lady Bucknelł służy Throckmortonowi, kiedy tylko może. To 

chyba przesada nazywać ją szpiegiem.

Duncan szybko przeczytał list do końca.

-  Throckmorton   mówi…   Kraina   Jezior   jest   głównym  terenem   działań, 

ponieważ… - opuścił rękę z listem na kolana. - Lord i lady Featherstonebaugh? 
Ta nieszkodliwa para staruszków kieruje siatką szpiegów, która pokrywa Anglię 
i większość świata? Lord i lady Featherstonebaugh?

-   Nie   słyszałem,   żeby   Throckmorton   kiedykolwiek   się   pomylił.   Z 

pewnością nie pomyliłby się, gdyby chodziło o coś tak ważnego, jak to.

- Nie wątpię w prawdziwość jego informacji, ale… - Duncan potrząsnął 

głową. - Jak to możliwe?

William miał kilka chwil więcej, aby się nad tym zastanowić.

-   Są   mile   widziani   w   każdym   szlacheckim   domu   w   Anglii.   Nikt   nie 

podejrzewa   ich   o   nic   bardziej   zdrożnego   niż   plotkowanie.   Nawet   gdyby 
przyłapano   ich   z   tajnymi   dokumentami,   puszczono   by   ich   bez   żadnych 
podejrzeń.

- Mam mętlik w głowie.

-   To   wszystko   wyjaśnia.   Ten   ciągły   strumień   obcych   w   okolicy   - 

cudzoziemcy, samotnie podróżujące kobiety…

-   Tak,   a   posiadłość   rodziny   Featherstonebaugh   rozciąga   się   aż   do 

wybrzeża. Tam jest port. Mają zapewnioną drogę ucieczki. - Duncan ponownie 
przeczytał list. - Throckmorton naprowadza lorda i lady Featherstonebaugh do 
nas.  Chce,  żebyśmy   wyciągnęli  od  nich  jak  najwięcej   informacji,  zanim ich 
aresztuje. Jak to zrobimy?

- Mam plan. - Był to jednak tylko doraźny plan, który wpadł mu do głowy 

w tej chwili. Stać go było zdecydowanie na więcej.

Duncan zatarł z radością dłonie.

-   Będziemy   ich   torturować?   Włamiemy   się   do   ich   posiadłości? 

Przejedziemy ich, jak żądne krwi psy, którymi są?

- Nie. - William skrzywił się. - Zamierzam wydać przyjęcie.

Zaskoczony Duncan powtórzył:

- Przyjęcie? 

-   Tak.   Pomyśl,   człowieku!   To   właśnie   robią   lord   i   lady 

background image

Featherstonebaugh.   Odwiedzają   najlepsze   domy   w   Anglii.   Lord 
Featherstonebaugh   próbuje   całować   debiutantki.   Lady   Featherstonebaugh 
plotkuje. I najwyraźniej przez cały czas podsłuchują. Kradną informacje, które 
mogą   sprzedać   Rosjanom.   Zwabimy   ich   obietnicą   pozyskania   informacji,   a 
potem ich złapiemy, gdy będą próbowali je przekazać.

- Przyjęcie. Doskonały pomysł. Jak sądzę. - Duncan westchnął. - Ale ty 

nie urządzasz przyjęć. Co cię do tego skłoniło?

- Guwernantka.

- Panna Prendregast?

-   Mówi,   że   jestem   potomkiem   jednego   z   najznamienitszych   rodów   w 

okolicy i że zaniedbuję towarzyską edukację córek.

- Od lat to powtarzam. Dlaczego posłuchałeś jej, a nie mnie?

-   Ponieważ   robię   to,   żeby   złapać   lorda   i   lady   Featherstonebaugh   na 

szpiegostwie.

- Ach. Oczywiście. - Duncan uniósł szklankę w stronę Williama.

William   wiedział,   o   czym   myślał   jego   rozmówca.   Duncan   myślał,   że 

William   zrobi   swój   pierwszy   krok,   by   ponownie   wejść   w   towarzystwo, 
zainteresuje   go   jakaś   kobieta   o   niezwykłych   zaletach   i   ponownie   się   ożeni. 
Duncan miał taką nadzieję, ponieważ nie podobał mu się u Williama brak joie 
de vivre
.

Duncan rozparł się na krześle.

-   Ale   jak…   wybacz,   mój   przyjacielu,   ale   nie   masz   doświadczenia   w 

planowaniu przyjęć, tak samo jak twoja służba, a Throckmorton spodziewa się, 
że   lady   i   lord   Featherstonebaugh   przybędą   tu   do   pierwszego   sierpnia.   Jak 
zdążysz przygotować się do tego czasu?

- Napiszę do hrabiny Marchant i poproszę ją o pomoc. - William czekał.

Duncan zamarł, a później na jego twarzy pojawił się grymas.

- Okropna lady Marchant. Czy naprawdę musimy? 

William   nigdy   nie   rozumiał   niechęci   Duncana,   nie   miał   też   do   niej 

cierpliwości.

- Teresa była przyjaciółką Mary. Lord Marchant był moim przyjacielem. I 

Teresa   wielokrotnie   oferowała   swoją   pomoc,   jeśli   tylko   będę   czegoś 
potrzebował.

background image

Niechęć Duncana nie odniosła skutku.

- Założę się, że tak. Na Boga, Williamie, każda, tylko nie ona! Czy nie 

wiesz, na co ona liczy?

- Nie. - Oczywiście, że wiedział. - Na co?

- Że zakochasz się w niej nieprzytomnie i dzięki temu złapie kolejnego 

bogatego i przystojnego męża, którego będą jej zazdrościć wszystkie panie w 
towarzystwie.

- Uważasz, że jestem przystojny?

- Uważam, że jesteś. - Duncan podniósł się i klepnął Williama w ramię. - 

Uważam, że jesteś osłem.

- Usiłuję wymyślić kolejny plan. Wszystko będzie lepsze niż…

Duncan wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Niż ona? Tak właśnie sądzę.

-   Zamierzałem   wydać   przyjęcie.   -   William   oparł   się   o   półkę   nad 

kominkiem. - Myślę, że mogę ci powiedzieć. Pozwolę Teresie mnie usidlić.

Duncan wyglądał na zaskoczonego.

- Nie! Dlaczego?

- Potrzebuję żony. - William pogardzał mężczyznami, którzy opłakiwali 

utraconą miłość i roztrząsali utracone szanse. Jednak śmierć Mary odbiła się na 
jego dzieciach. Świadomość, że ją zawiódł, ciążyła mu. Starał się więc radzić 
sobie   najlepiej,   jak   umiał   -   przy   pomocy   wojskowej   dyscypliny   i   ściśle 
określonych reguł.

W ciągu ostatniego roku zauważył, że dyscyplina się rozluźnia, a reguły 

przestają być oczywiste. Przez większość czasu nie wiedział, co się dzieje w 
jego domu.   Dziewczynki  dorastały   i nie  miał  pojęcia,  co  zrobić,  jak  z nimi 
postępować.

-   Chociaż   panna   Prendregast   wygląda   obiecująco,   to   jak   dotychczas 

guwernantki były wyłącznie utrapieniem.

Duncan łypnął z ukosa.

- Wygląda bardzo obiecująco.

-   Jednak   żadna   guwernantka   nie   może   zająć   miejsca   matki   w   życiu 

dziewczynek. Potrzebują stabilizacji, więc się ożenię. - Podszedł do biurka i 

background image

wziął kartkę papieru. - Zrobiłem listę swoich wymagań.

-   Listę   twoich   wymagań?   -   Duncan   z   całej   siły   próbował   się   nie 

roześmiać. - Jakie są te wymagania?

- Większość jest oczywista. Moja żona musi pochodzić z tej samej klasy, 

co   ja.   Musi   mieć   nieskazitelną   reputację.   Powinna   posiadać   talenty,   które 
przydadzą się w mojej rodzinie - powinna organizować przyjęcia i pomóc moim 
córkom przygotować się do debiutu.

- Rozsądne.

- Powinna mieć również miłą powierzchowność i przyjemny głos.

- Oczywiście. Dla twojego dobra.

- Tak. - William wiedział, że Duncan zrozumie to wymaganie. - Teresa 

spełnia wymagania z listy.

- Poza tym nie musiałbyś zadawać sobie trudu, żeby ją uwodzić. Ona 

sama do ciebie przyjdzie.

- Właśnie.

-   Niemądry   romantyku.   Jeśli   będziesz   mówił   takie   miłosne   zaklęcia, 

żadna kobieta ci się nie oprze.

William nie wiedział, dlaczego ogarnął go niepokój. Podszedł do okna i 

wyjrzał na park.

- O to właśnie chodzi. Mężczyzna nie wybiera sobie żony, kierując się 

romantyzmem.   Wybiera   sobie   żonę,   kierując   się   jej   pochodzeniem, 
odpowiednim charakterem, pozycją społeczną.

- Hrabina ma więcej niż miłą aparycję. Jest bardzo ładna. - Duncan nie 

mógł być bardziej znudzony.

-   Tak,   sądzę,   że   jest   ładna,   ale   nie   to   jest   ważne.   -   Williama   nie 

obchodziło, że jest piekielnie atrakcyjna, ani że ma uroczą figurę. Najważniejsze 
jest to, iż to wzór wszelkich cnót.

- Może nie wiesz o hrabinie wszystkiego. 

Wymamrotana przez Duncana uwaga zaskoczyła Williama. 

- Jeśli wiesz coś, co powinienem wiedzieć…

- Nie! Ja tylko… - Duncan machnął ręką. - To nic takiego.

Postawa Duncana zaskoczyła Williama.

background image

- Myślałem, że ucieszy cię fakt, że zastanawiam się nad ożenkiem.

Duncan uderzył dłonią w blat biurka.

- To nie małżeństwo, to układ! Czasami cieszę się, że nie jestem bogaty. 

Ożenię się z miłości, a reszta nie będzie ważna.

Williama często niepokoił brak zdrowego rozsądku Duncana.

- To nierozsądne podchodzić w ten sposób do tak ważnej kwestii.

- I dobrze. - Gwałtownie zmieniając temat, Duncan zapytał: - Będziesz 

mnie informował o swoich planach?

- Będziesz częścią każdego mojego posunięcia.

- Czy twoja guwernantka jest jedną z ludzi Throckmortona?

- Nie. Jest moją guwernantką.

- Czytała ten list?

- Był zapieczętowany.

- To żadna przeszkoda dla kogoś sprytnego. 

Duncan czasami naprawdę irytował Williama.

- Nie czytała listu. Lady Bucknell ręczyła za nią.

- Dobrze! Jestem ostrożny. Ty jesteś ostrożny. - Duncan napił się. - Jak 

zamierzasz spać w nocy, wiedząc, że obok śpi kobieta, która tak wygląda?

Duncan czasami zasługiwał na porządnego kopniaka. William starał się 

nie   okazać   irytacji,   ponieważ   gdyby   zdradził   się   przed   Duncanem   swoim 
zainteresowaniem panną Prendregast, ten męczyłby go niemiłosiernie.

- Widziałem już ładniejsze guwernantki.

Najwyraźniej   panna   Prendregast   nie   była   nim   zainteresowana,   a   to 

wydawało się dziwne. Ale dobrze. To dobrze, że nie zależało jej na nim.

Panna Prendregast gwarantowała, że będzie tutaj przez rok, i uwierzył jej. 

Jednak zastanawiał się - czy uda mu się przetrwać zamieszanie spowodowane jej 
obecnością w tym domu? Było w niej coś… prowokującego, jakby miała jakiś 
sekret.   Jakby   umiała   poradzić   sobie   w   każdej   sytuacji.   Surowa   w   obejściu. 
Czyżby miała do czynienia z najgorszym typem mężczyzn i nie spodziewała się 
po nich zbyt wiele?

A pod tym wszystkim urocze zaskoczenie, jakby uświadamiała sobie, że 

background image

on   ją   pociąga,   ale   nie   umiała   sobie   tego   wytłumaczyć.   Och,   tak.   Gdy 
rozmawiali, miał ochotę wstać, onieśmielić ją swoim wzrostem. Zamiast tego 
musiał siedzieć, aby ukryć banalną, oczywistą, prymitywną reakcję na widok 
pięknej kobiety.

Duncan obserwował Williama, jakby ten pokazał wszystkie swoje myśli, 

zamiast je ukryć.

- Twoje poprzednie guwernantki były skończonymi idiotkami. Słuchałem 

przez okno. Słyszałem, jak ta dawała ci nieźle popalić. Myślę, że trudno będzie 
się jej oprzeć.

- Nie lubię kobiet, które nie znają swojego miejsca.

Duncan   ponownie   wyszczerzył   zęby,   jednak   tym   razem   z   podszytym 

ironią zrozumieniem.

- Powtarzaj to sobie. Cały czas to sobie powtarzaj.

background image

Rozdział 6

Posiadłość Blythe, dom Throckmortona,

Suffolk, Anglia 

Tego samego dnia

-  Dobry Boże, młody człowieku, ty z pewnością wiesz, jak pokazać starej 

kobiecie   ognisty   taniec.   -   Valda,   hrabina   Featherstonebaugh,   oparła   się   o 
marmurową  kolumnę  w  wielkiej  sali   balowej  Throckmortonów   i  zaczęła   się 
ochładzać wachlarzem z pawich piór. - Założę się, że masz powodzenie wśród 
pań.

Komiczny   lord   Heath   uśmiechnął   się   głupkowato   i   podał   hrabinie   jej 

laskę.

- Dziękuję, pani, myślę, że na swój sposób umiem je zabawić. Czy nie 

chciałaby pani czegoś się napić? Po takim męczącym tańcu dama w pani wieku 
musi czuć się wykończona.

Złożyła wachlarz i poklepała go nim po ramieniu.

-   Ach,   ty   uwodzicielu!   Byłoby   cudownie,   gdybyś   poświęcił   jeszcze 

minutkę ze swojego cennego czasu i przyniósł mi lemoniadę.

- Tak, pani. Z przyjemnością. - Ukłonił się i odszedł - wysoki, ciemny, 

prawie przystojny. Gdyby nie te okropne pryszcze, które szpeciły jego twarz…

Valda poczekała, aż zniknął jej z oczu, a potem odeszła, uśmiechając się i 

kiwając   głową,   gdy   przechodziła   obok   kolejnych   osób,   jak   wilczyca   pośród 
stada   owiec.   Jedna   z   owieczek   miała   pióra   w   wysoko   upiętych   włosach   i 
wymuszony uśmiech. Inna ubrana była w balową suknię ze złotego jedwabiu, 
który   nadawał   jej  twarzy   żółtawy   odcień.   Mężczyźni   mieli   na   sobie   ciemne 
marynarki, gładkie spodnie, błyszczące czarne buty i śnieżnobiałe koszule.

W purpurowym, atłasowym turbanie z diamentową klamrą i purpurowej, 

atłasowej sukni z narzutką z różowego jedwabiu, zapinaną do wysokości talii, 
Valda wyglądała lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych.

Dostrzegła   swoje   odbicie   w   jednym   z   wielu   luster   otaczających   salę 

balową.   No,  może   wyglądałaby   lepiej,  gdyby   nie   była  taka   stara.   W  swojej 
twarzy   i   figurze   widziała  ślady   dawnej   urody,  która   urzekła   lorda.  Wysoka, 

background image

urocza, elegancka - nadal taka była.

Jednak i stara. Taka stara. Nienawidziła starzenia się. Walczyła z tym, ale 

przegrywała,   i   dla   kobiety   z   jej   urodzeniem   i   inteligencją   było   to   nie   do 
zniesienia. Całe życie spędziła na pokonywaniu trudności, które zgotował jej 
los. Była dobrze urodzona i biedna. Wyszła za mąż za bogatego arystokratę. Jej 
mąż stracił pieniądze i została zesłana do zapuszczonej posiadłości rodzinnej w 
Krainie   Jezior…  ach,  wyrwanie  się   z  posiadłości  Maitland   było  jej  wielkim 
sukcesem.  Odkryła sposób na zarobienie pieniędzy, o których innym się nie 
śniło, a przy tym udało się jej przechytrzyć psy, które strzegły tych szykownie 
ubranych,   nudnych   owiec,   które   tańczyły,   śmiały   się   i   flirtowały,   nic   nie 
podejrzewając, podczas gdy wilczyca wkradła się niepostrzeżenie w ich szeregi.

Valda   lubiła   być   sprytniejsza   od   wszystkich.   Ale   nienawidziła 

wątrobianych plam na swoich policzkach, bólu w krzyżu, laski, którą musiała 
się podpierać. A najbardziej nienawidziła tego, że młody, pryszczaty mężczyzna 
łaskawie   z   nią   zatańczył.   Trzydzieści   lat   temu   mężczyźni   błagali   ją   o   ten 
zaszczyt.   Teraz   spełniali   wobec   niej   swój   obowiązek   -   a   w   tańcu   bolało   ją 
biodro.

Featherstonebaugh, stary głupiec, nadal mógł tańczyć gawota. Zatrzymała 

się za wysokim wazonem, pełnym pięknych kwiatów, i obserwowała Ruperta, 
wirującego w tańcu z młodą panną Kaye. Był żwawy jak zawsze, uganiając się 
za dziewczętami, które nawet w połowie nie były tak ładne, jak Valda kiedyś. 
Gdyby   mógł,   porzuciłby   ją,   ale   trzymała   sakiewkę   z   pieniędzmi   w   swoich 
powykręcanych   artretyzmem   palcach.   A   ostatnio…   ostatnio   zauważyła,   że 
denerwował się przy niej. Może po tylu latach zaczął sobie uświadamiać, że 
ożenił się z wilczycą, która może zwrócić się przeciwko niemu i przegryźć mu 
gardło.

Nawet jej się podobało, że czuł przed nią respekt, ale to nie wystarczało - 

tym bardziej szkoda. Bo gdyby przestał być czujny w stosunku do niej, ludzie 
mogliby zacząć się zastanawiać, czy naprawdę ją znają. Zaczęliby baczniej jej 
się przyglądać, a to nie byłoby dobre. W końcu znała wszystkich z angielskiej 
socjety, a im się wydawało, że znają ją.

Nie, gdyby zaczęto ją podejrzewać, oznaczałoby to kłopoty. W jej pracy 

kłopoty oznaczały jeszcze większe kłopoty, a potem zazwyczaj śmierć od kuli 
między oczy. Wystarczająco często wyobrażała sobie takie rozwiązanie. Musi 
zacząć być milsza dla Ruperta i przestać rozmyślać o zabiciu go. Wdowy nie są 
zapraszane na przyjęcia. Od wdów oczekuje się żałoby, a jeśli nie mogłaby 
chodzić na przyjęcia, nie mogłaby pozyskiwać informacji od tych wystrojonych 
owiec.

- Lady Featherstonebaugh.

background image

Drgnęła   na   dźwięk   głosu   młodego   Throckmortona.   Nie   słyszała,   jak 

nadchodził. Słuch trochę jej się pogorszył - ryzyko zawodowe.

Stanął   przed   nią   i   ukłonił   się.   Niektóre   kobiety   uważały   go   za 

przystojnego. Valda tego nie dostrzegała. Był zbyt wysoki, zbyt barczysty, zbyt 
poważny, a jego przeszywające spojrzenie mogło zburzyć spokój kobiety, jeśli 
nie zachowała ostrożności.

- Garrick, młodzieńcze, miło cię widzieć. Masz jakieś informacje, gdzie 

powinnam zainwestować swoje oszczędności? - Czy mogę usiąść przy twoim 
biurku, wysłać cię po drinka i przegrzebać twoje szuflady?

-   Nie   dzisiaj.   -   Wyciągnął   dłoń,   a   ta   córka   ogrodnika,   z   którą   w 

przypływie głupoty się ożenił, zrobiła krok naprzód i podała mu dłoń. - Celeste i 
ja chcielibyśmy pani podziękować, że raczyła pani uświetnić nasze pierwsze 
przyjęcie swoją obecnością.

Valda posłała im fałszywy uśmiech.

- Moi kochani, za nic nie przegapilibyśmy waszej małej uroczystości. - Ze 

skrywaną   złośliwością   dodała:   -   No   cóż,   w   zasadzie   to   Rupert   i   ja   was 
połączyliśmy!

Ta dziewczyna, ta zdzira, Celeste, nie miała nawet tyle wstydu, żeby się 

zarumienić na wspomnienie tej żenującej sceny w cieplarni. Rozszerzyła tylko 
migdałowe oczy i powiedziała:

- Ja też tak sądzę. - Chwyciwszy ramię Valdy, uścisnęła je przyjacielsko.

Valda   miała   ochotę   wyrwać   się   i   odpłacić   za   zniewagę.   Jednak   nie 

pasowało   to   do   roli   przyjaciółki   rodziny,   a   jeśli   któraś   rodzina   posiadała 
informacje o zasięgu międzynarodowym, to właśnie rodzina Throckmortonów. 
Szpiegostwo   stało   się   dla   nich   rodzinną   tradycją   i   miała   nadzieję,   że   tego 
wieczoru uda się jej znowu coś wyciągnąć od młodego Throckmortona.

Ponownie się przed nią ukłonił.

- Jeśli  nie ma  pani nic przeciwko temu,  to zostawię Celeste pod pani 

opieką. Właśnie przybył posłaniec z bardzo ważną informacją dla… eee… dla 
moich interesów i muszę z nim natychmiast porozmawiać.

Valda miała ochotę pozbyć się Celesty jak pchły. Zamiast tego pokiwała 

strofująco palcem.

- Co się dzieje, kochany chłopcze? Jeśli jest to okazja do zainwestowania, 

powinieneś   powiedzieć   o   tym   swoim   drogim   przyjaciołom,   lordowi   i   lady 
Featherstonebaughom.

background image

- To niezupełnie jest okazja do zainwestowania. - Poprawił kołnierzyk. - 

Bardzo   ucierpieliśmy   z   powodu   zlekceważenia…   eee…   szczurów,   i 
powiedziano mi, kim są największe szczury. Proszę mi wybaczyć.

Valda obserwowała, jak szedł do swojego gabinetu. Szczury? Czy to był 

szyfr? Czy mówił o nich? O niej? Na pewno nie. Nie była małym, owłosionym, 
obrzydliwym gryzoniem. Była wilczycą - wilczycą, która musi się dowiedzieć, i 
to natychmiast, co się dzieje w tym biurze.

Odwróciła się do Celeste, która niezbyt mądrze się uśmiechała.

- Wiem, że zamiast opiekować się starą kobietą, wolałabyś teraz tańczyć.

Celeste zamrugała. 

-   Och,   lady   Featherstonebaugh,   z   wielką   przyjemnością   poznałam   tak 

wiekowego i honorowego gościa.

Ta mała dziwka położyła nacisk na słowo „wiekowy”. Valdę świerzbiły 

ręce. Miała ochotę zdzielić Celestę w twarz. W rewanżu za jej bezczelność, 
podchwyciła wzrok męża. Uniosła wyżej podbródek. Ruszył w ich stronę wśród 
tańczących par.

-   Jesteś   dla   mnie   zbyt   miła,   moja   droga.   -   Położyła   rękę   Celeste   na 

ramieniu Ruperta. - Nasza urocza gospodyni nie ma partnera do tańca.

Rupert nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Usiłował dotrzeć do młodej 

pani Throckmorton od czasu, kiedy po raz pierwszy ją zobaczył, gdy wróciła z 
Paryża   i   uwodziła   wszystkich   mężczyzn,   którzy   okazali   jej   zainteresowanie. 
Teraz uniósł brwi, ukłonił się i poprowadził ją na parkiet. Valda pozostała przez 
chwilę na miejscu, żeby się upewnić, iż na dobre pochłonął ich taniec, a potem 
ruszyła w stronę gabinetu Throckmortona.

Z   przedpokoju   dobiegł   ją   głos.   Głos   Throckmortona,   w   którym 

pobrzmiewało niedowierzanie.

- To absurd. Nie wierzę w to. Kto rzucił to oskarżenie?

Valda wytężyła słuch. Drugi głos był niski i beznamiętny.

-  Zapewniam cię,  nie  jest  na tyle  sprytny, żeby  mógł  mnie   tak  długo 

zwodzić - oznajmił Throckmorton.

Valda   głęboko   nabrała   powietrza.   Niski   głos   ponownie   odpowiedział. 

Valda przysunęła się bliżej.

-   Jak   bardzo   jest   to   prawdopodobne?   Ona   jest   stara.   -   W   głosie 

Throckmortona   pobrzmiewało   szyderstwo.   -   Co   więcej,   są   szanowanymi 

background image

przyjaciółmi rodziny Throckmortonów!

Valda usłyszała już dość. Mówili o Rupercic i… o niej.

Odeszła od drzwi w stronę sali balowej. Gdy tam dotarła, omiotła salę 

wzrokiem. Rupert, stary głupiec, stał sam na uboczu, krzyżując dłonie, jakby 
odczuwał ból.

Najwyraźniej młodej Celeste nie spodobało się jego obmacywanie.

Valda   spojrzała   na   niego,   ich   oczy   spotkały   się,   wtedy   uniosła   lekko 

podbródek.   Obserwowała,   jak   niezgrabnie   zbliżał   się   do   niej   kościsty   stary 
mężczyzna, który nie cieszył się powszechnym szacunkiem i którego chciała 
porzucić. Jednak jak zawsze uwiesił się na niej, ciągnąc ze sobą na dno.

Za dużo wiedział. Był zbyt strachliwy. Musiał z nią wrócić do Krainy 

Jezior i posiadłości Maitland. Tam, gdzie ukryła złoto i biżuterię.

Gdy już tam będą, przygotuje plan ucieczki i oboje znikną z Anglii.

Potarła bolące biodro. Gdyby była młodsza,  mogłaby  rozkoszować się 

przygodą.

background image

Rozdział 7

- Te dzieci to potwory.

- Tak, panienko.

- Traktuję je z szacunkiem i w zamian oczekuję odrobiny szacunku dla 

siebie.

- Tak, panienko.

-   A   mimo   to   nadal   się   dąsają,   odmawiają   współpracy   i   udają,   że   nie 

rozumieją lekcji, chociaż wiem, że doskonale wszystko rozumieją.

- Mogło być gorzej, panienko.

Samantha uniosła głowę i spojrzała na Clarindę. 

- Jak to „mogło być gorzej”?

- Pannie Ives, dwie guwernantki wcześniej, napełniły torbę śmieciami, 

podpaliły i podłożyły pod jej biurko, a kiedy guwernantka próbowała to ugasić...

Samantha   uniosła   dłoń,   nakazując   Clarindzie   zamilknąć.   Siedziała   w 

swojej sypialni, która stała się jej kryjówką, jedząc obiad, podczas gdy dzieci 
jadły   obiad   w   klasie,   w   towarzystwie   niańki.   Wstydziła   się   własnego 
tchórzostwa,   ale   po   czterech   dniach   była   wykończona   i   po   raz   pierwszy   w 
swojej karierze nie wiedziała, jak postępować w obliczu tak otwartej wrogości.

- Jak takie psikusy uchodzą im na sucho? Czy wszyscy w domu znoszą 

ich wybryki?

- W rzeczy samej, panienko. Ojciec poświęca im więcej uwagi, gdy nie 

mają guwernantki, dlatego są niegrzeczne. Oczywiście nie ja panience o tym 
powiedziałam.   Więc   my…   czasami   im   pomagamy.   Zwłaszcza   niańki.   Mają 
teraz   trochę   władzy,   która   uderzyła   im   do   głowy.   Tego   również   nie 
powiedziałam.   -   Clarinda   włożyła   widelec   w   dłoń   Samanthy.   -   Proszę   jeść, 
panienko, będzie panienka potrzebować dużo siły.

Po   obiedzie   Samantha   weszła   schodami   do   klasy   na   trzecim   piętrze, 

rozmyślając o tym, co powiedziała jej Clarinda. Nic dziwnego, że nie udało się 
jej zdobyć sympatii dziewczynek. Ich bunt wspierały niańki, a właściwie cała 
służba,   więc   jeśli   Samantha   chciała   odnieść   sukces,   musiała   podjąć 
zdecydowane kroki.

Musiała   wyciągnąć   dziewczynki   z   domu.   Z   dala   od   jakiegokolwiek 

background image

wsparcia.

Przez   zamknięte   drzwi   słyszała   ożywioną   rozmowę   dziewczynek,   ale 

umilkły, jak tylko weszła do sali.

Może gdy ona zastanawiała się, jak rozwiązać trudną sytuację, w której 

się   znalazła,   dziewczynki   uświadomiły   sobie,   jak   bardzo   były   niemiłe,   i 
postanowiły się zmienić.

Uśmiechnęła się do nich. Odwzajemniły uśmiech.

- Mam nadzieję, że obiad wam smakował - powiedziała.

Jednogłośnie odpowiedziały:

- Tak, panno Prendregast.

-   Teraz   będziemy   się   uczyć   matematyki.   -   Naprawdę   były   radosne. 

Samantha poczuła się nieswojo i ogarnęły ją złe przeczucia. - Wyjmijcie książki. 
- Wysunęła szuflady swojego biurka.

Kłębowisko zielonych węży rozpełzało się we wszystkich kierunkach, ale 

głównie w jej stronę. Nigdy w życiu nie widziała węża. Nie brakowało jej tego 
doświadczenia. Jednak wiedziała, jak wyglądały. Krzyknęła, przerażona wizją 
drgających języków, gładkiej skóry i pozbawionych powiek czarnych oczu.

Dzieci zawyły z uciechy. Węże opadały na podłogę, pełzły po jej biurku, 

przesuwały się po krześle. Wrzasnęła:

- Do diabła!

Dzieci! O Boże, węże pokąsają dzieci! Zbierając odwagę, podbiegła do 

Kyli i Emmeline, złapała je w pół i wyniosła na korytarz. Czując łomotanie 
serca, postawiła je na podłodze i pobiegła po kolejne dziewczynki.

Przestały się śmiać.

- Chodźcie! - Zamachała histerycznie rękoma. - Zanim was ukąszą.

Agnes wstała i przemądrzałym tonem powiedziała:

- To tylko zaskrońce. Nie rozpoznaje pani zaskrońca?

Jedno   z   obrzydliwych   stworzeń   przepełzało   pomiędzy   Samanthą   i 

dziećmi. Przeskakując ponad wężem, złapała Henriettę za ramię i nakazała:

- Chodźmy!

- To tylko zaskrońce - powtórzyła Agnes.

background image

- Już mi się nie podoba. - Henrietta wyszła z Samanthą na korytarz.

Dwie młodsze dziewczynki stały bez ruchu z szeroko otwartymi oczyma. 

Pozostałe wybiegły z pokoju i dołączyły do nich.

- To są zaskrońce. - Ale Agnes zdała sobie sprawę, że posunęła się za 

daleko i jej przekora zmieniła się we wrogość.

Samantha   zaprowadziła   dziewczynki   do   ich   sypialni,   gdzie   czekały 

pokojówki. Gdy przestąpiła próg pokoju, radosne rozmowy ucichły, a ich pełne 
poczucia winy twarze były dowodem, że Clarinda nie kłamała. Te pokojówki 
podpuszczały dziewczynki. Tak cicho, że musiały wytężyć słuch, by ją usłyszeć, 
rozkazała:

-   Przygotujcie   dzieci   do   spaceru.   Niedługo   po   nie   przyjdę.   A   wy   - 

spojrzała na każdą z sześciu pokojówek - usuńcie węże z klasy, zanim wrócimy.

Im ciszej mówiła, tym bardziej była wściekła. Chyba uświadomiły sobie 

ogrom jej gniewu, bo bez słowa sprzeciwu zaczęły wykonywać polecenie.

Samanthą   poszła   do   swojej   sypialni.   Spojrzała   przez   okno.   Słońce 

wreszcie   przedarło   się   przez   chmury.   Na   jej   twarzy   pojawił   się   diabelski 
uśmieszek. Przebrała się w zieloną suknię z serży i buty do spaceru, a potem 
wróciła po dzieci. Siedziały na podłodze w swojej sypialni i szeptały między 
sobą.   Samanthą   udawała,   że   tego   nie   zauważyła.   Klasnęła   w   dłonie,   żeby 
zwrócić na siebie ich uwagę.

- Chodźmy, dziewczynki. Idziemy na spacer.

Sześć twarzyczek odwróciło się w jej stronę. 

- Dlaczego? - spytała Agnes.

- Żebyście mogły mi powiedzieć, co wiecie. Zanudzałam was rzeczami, 

które od dawna znacie. Czas to zmienić.

- Teraz powinnyśmy się uczyć - odezwała się Mara.

- Poznamy się lepiej. - Samantha wyjrzała przez okno. - Świeci słońce, ale 

jeśli wolicie zostać w domu…

Emmeline podniosła się i podbiegła do Samanthy. Za nią ruszyła Kyla. 

Reszta   wstawała   wolniej   i   przyglądała   się   podejrzliwie   Samancie.   Agnes   i 
Vivian   wymieniły   spojrzenia.   Henrietta   i   Mara   pokiwały   głowami   ze 
zrozumieniem.   Miały   czas,   żeby   się   przegrupować.   Obmyślić   na   nowo   plan 
obrony. Nie mogła się doczekać, żeby się przekonać, co tym razem wymyśliły, 
bo na pewno coś uknuły.

background image

Zadrżała. Byle nie były to znowu węże.

W domu Gregory'ego wiele rzeczy ulegnie zmianie. Odwracając się do 

drzwi, powiedziała:

- To pierwszy  słoneczny  dzień od mojego  przyjazdu, a ja nie miałam 

okazji   zobaczyć,   jak   wygląda   wieś.   Możecie   mi   pokazać   wasze   ulubione 
miejsca?

Agnes klasnęła w dłonie.

- Pokażmy jej Żabi Mostek!

- Tak! - krzyknęły pozostałe dziewczynki. Nawet Emmeline i Kyla śmiały 

się i podskakiwały.

-   To   brzmi   wspaniale   -   powiedziała   Samantha.   To   brzmi   rybio.   Albo 

strasznie. Żabi Mostek. 

Z pewnością nad przepaścią. A one mają nadzieję, że ona spadnie i się 

zabije.   Zobaczyła   błyszczące   oczy   Emmeline   i   Kyli.   Zaczną   huśtać   linę   i 
wystraszą ją. 

- Mam czepek i rękawiczki. - Pokazała im. - Zabierzcie swoje.

Pobiegły po rzeczy. Ich czepki były równie brzydkie jak rękawiczki, a ich 

rękawiczki były… no cóż, przynajmniej połowy brakowało.

- Widzę, że jesteście typowymi dziewczynkami. 

Agnes odwróciła głowę.

- Co ma pani na myśli?

- Gubicie rękawiczki. Lubicie bawić się na powietrzu. Przypominacie mi 

dzieci, którymi wcześniej się zajmowałam.

- Pani nie przypomina nam naszych poprzednich guwernantek. One były 

mądre - rzuciła Agnes.

- Nie mogły być zbyt mądre, bo inaczej wciąż by tu były, a ja byłabym w 

Londynie.   Vivian,   gdzie   są   twoje   stare   buty?   -   Zanim   ubrała   Marę   w   buty 
Vivian, dziewczynki były gotowe do wyjścia i Samantha przytrzymując drzwi, 
powiedziała: - No, pośpieszcie się!

Dzieci ustawiły  się w szeregu jak mali żołnierze, na przedzie Kyla, a 

potem według wzrostu, aż do Agnes. Pomaszerowały, wymachując ramionami i 
tupiąc obcasami.  Równie zaskoczona,  co rozbawiona, Samantha  podążyła za 
nimi   po   schodach,   przez   olbrzymi   hol,   do   tylnego   wyjścia   -   wyjście   było 

background image

wystarczająco duże, by dać Samancie przedsmak oczekującego ją przepychu.

Odźwierny   otworzył   dwuskrzydłowe   drzwi.   Dzieci   wyszły   na   szeroki 

taras, który ciągnął się przez całą długość domu. Samantha poszła za dziećmi i 
po raz pierwszy zobaczyła cudowny widok, który się roztaczał przed domem. 
Syciła   oczy   pięknem   krajobrazu,   chłonąc   go   wszystkimi   zmysłami. 
Oszołomiona podeszła do szerokiej kamiennej poręczy i chwyciła ją mocno.

Wiedziała,   że   przy   domu   rozciąga   się   ogród.   Nawet   widziała   jego 

fragment, kiedy tu przyjechała. Jednak z tarasu wszystko wydawało się takie… 
wielkie. Słoneczne połacie przystrzyżonego trawnika schodziły do migocącego, 
błękitnego   jeziora.   W   gładkiej   tafli   wody   odbijały   się   górskie   wierzchołki   i 
szmaragdowe łąki. Gdzieniegdzie, w zacienionych miejscach, widać było czapy 
śniegu, które nie topniały nawet w lecie, a w niższych partiach rosły wiązy, 
jesiony i leszczyny, stojąc dumnie jak żołnierze, oczekujący na bitwę. Ptaki - 
olbrzymie ptaki - leniwie zataczały kręgi na błękitnym niebie.

Oszołomiona Samantha zakryła usta dłonią.

Emmeline chwyciła ją za drugą rękę.

- Panno Prendregast, dlaczego pani tak śmiesznie wygląda?

- Ja… tylko… nigdy nie widziałam niczego podobnego. To jest takie… 

dzikie. I… przerażające.

Agnes zrobiła krok naprzód.

- Powiem ojcu, że pani tak powiedziała. On kocha góry ponad wszystko.

Samantha oderwała wzrok od krajobrazu, żeby spojrzeć Agnes w oczy.

- Twój ojciec już wie, co sądzę o głuszy. Powiedziałam mu.

-   Nie…   powiedziała…   pani   -   Agnes   otworzyła   szeroko   oczy   w 

niedowierzaniu. - Nikt nie mówi tacie rzeczy, których on nie chce usłyszeć.

-   Ja   mówię.   -   Samantha   rozejrzała   się   po   tarasie,   wyłożonym 

polerowanym   granitem,   z   porozstawianymi   pod   markizami   stolikami   i 
krzesłami. - Taras wygląda całkiem przyjemnie. Może tu zostaniemy?

- Nie! Nie! - Henrietta zaczęła podskakiwać. - Chcemy panią zabrać do…

Vivian zakryła dłonią buzię Henrietty.

- Do mostu linowego. Chcemy panią zabrać do mostu linowego.

Samantha  przyjrzała  się  każdej   dziewczynce z osobna.

background image

- Do mostu linowego? 

Przytaknęły jednomyślnie.

- A więc koniecznie musimy zobaczyć ten most. - Samantha wskazała na 

Agnes. - Prowadź, Macduffie.

Ruszyły kamienistą ścieżką, która wiła się wzdłuż jeziora, a potem weszły 

między drzewa. Początkowo dęby były częścią parku, z miękkimi trawnikami i 
poustawianymi gdzieniegdzie ławkami dla zmęczonych spacerowiczów. Jednak 
wkrótce dzieci weszły w dziką część posiadłości, wspinając się na skały, idąc 
zarośniętymi ścieżkami, ukrytymi wśród łąk pełnych dzikich kwiatów.

Samantha zwolniła.

- Czy nadal znajdujemy się na terenie posiadłości waszego ojca?

Agnes odwróciła się do niej. 

- A co?

-   Ponieważ   wasz   ojciec   życzył   sobie,   żebyśmy   nie   wychodziły   poza 

posiadłość.

- Dlaczego nie powiedziała pani ojcu, że pani nie chce? - spytała słodko 

Agnes.

- Ponieważ chcę. Chcę być bezpieczna i tego samego chcę dla was. - 

Wytrzymała spojrzenie Agnes, dopóki dziewczynka nie odwróciła wzroku.

Teren   stawał   się   coraz   bardziej   górzysty.   Omijały   kałuże   i   szły   przez 

zarośla. Gdy szlak był stromy Agnes musiała pomagać Kyli, a Vivian pomagała 
Emmeline. Agnes spojrzała na Samanthę.

- Czy może pani iść tak daleko, panno Prendregast?

- Chociaż mam już swoje lata, to zadziwiająco dobrze sobie radzę.

Agnes   wyczuła   oschłość   w   głosie   Samanthy   i   rzuciła   jej   najpierw 

zaskoczone, a potem ostre spojrzenie. Nieświadoma niczego Mara podała jej 
dłoń.

- Pomogę pani, panno Prendregast. 

Samantha przyjęła dłoń dziewczynki i poczuła przyjemne ciepło małych 

paluszków w swojej dłoni.

- To niedaleko - zapewniła ją Mara.

Most linowy był dokładnie taki, jak mówiły. Most z grubych sznurów, 

background image

związanych   wokół  listewek,  tworzących   wąską  kładkę.   Nie  było  tu  żadnych 
drzew, tylko rzadkie kępy traw otaczające rów, nad którym wznosił się most. 
Rów   był   wypełniony   czarnym,   gęstym,   mulistym   błotem.   Końce   mostu 
przywiązane były do słupów wbitych w ziemię.

Most oczywiście nie miał żadnych poręczy.

Agnes zaczęła prowokować Samanthę.

- Założę się, że boi się pani przejść przez most. 

Samantha musiała rozegrać to bardzo ostrożnie.

Pozostałe   dziewczynki   były   jeszcze   naiwnymi   dziećmi.   Agnes   jednak 

starała się zachowywać prawie jak dorosła i zbyt długo dowodziła tym buntem. 
Samantha pochyliła się, złapała linę i mocno ją pociągnęła. Most podniósł się i 
zakołysał. Spojrzała w dół. Cofnęła się i potrząsnęła głową.

- Boję się.

Agnes była zaskoczona.

- Pani się… boi? Żadna z pozostałych guwernantek się nie bała.

- Nigdy wcześniej nie opuszczałam Londynu. Nigdy nie przechodziłam 

po takim moście. To zbyt trudne.

Vivian skrzywiła się.

- Nie. Nie jest trudne. To łatwe!

Samantha   postawiła   jedną   nogę   na   moście.   Dzieci   wyglądały   na 

zachwycone. Samantha cofnęła nogę.

- To zbyt trudne. - Machnęła dłonią. - To miejsce jest straszne. Chcę 

wrócić do domu.

Henrietta pierwsza złapała przynętę. Wbiegła na most i zaczęła huśtać się 

na nim w górę i w dół.

- Proszę spojrzeć. To zabawne!

-   Bądź   ostrożna!   -   Samantha   nadała   swojemu   głosowi   odpowiednio 

zatroskany ton.

- Ona nie spadnie - zapewniła ją Agnes. - Wróci i wtedy będzie pani 

mogła przejść.

- Jestem za ciężka. Most może się zarwać - powiedziała Samantha.

background image

- Proszę spojrzeć! - Vivian weszła na most, objęła Henriettę i obie zaczęły 

podskakiwać.

Mara potrząsnęła dłonią Samanthy.

- No dalej, nie pozwolimy pani spaść.

- Idź pierwsza, kochanie - Samantha lekko popchnęła ją naprzód.

Linowy most zaczął wyginać się na wszystkie strony pod ciężarem trójki 

dzieci.

- Czy to nie jest zabawa? - spytała Agnes. 

Samantha potrząsnęła głową.

- Mam lęk wysokości.

- Nawet Emmeline nie boi się wysokości - odparła Agnes.

Emmeline   pobiegła   na   most   i   zaczęła   na   nim   skakać,   piszcząc   i 

chichocząc.

-   Nie   pozwól   iść   jej   tam   samej!   -   krzyknęła   Samantha.   Najwyraźniej 

brzmiała   bardzo   przekonująco,   bo   Agnes   posłusznie   podbiegła   i   chwyciła 
Emmeline za ramię.

Samantha złapała Kylę, zanim ta dołączyła do sióstr.

-   Zostań   tutaj,   kochanie.   -   Uklęknąwszy,   złapała   koniec   liny   w   obie 

dłonie.   Usłyszała   pisk   -   to   Agnes   uświadomiła   sobie,   że   została   oszukana. 
Podnosząc wzrok, Samantha uśmiechnęła się do dziewczynek z satysfakcją i 
rozwiązała linę.

Z rozpostartymi ramionami  wpadły w gęste, czarne błoto - z głośnym 

plaśnięciem, które zadowoliło żądzę zemsty Samanthy. Agnes upadła na twarz. 
Vivian udało się spaść na nogi, ale potem straciła równowagę, przewróciła się 
na   plecy   i   zaczęła   płakać.   Samantha   uważnie   obserwowała   Emmeline   - 
dziewczynka klapnęła na pupę, ale szybko się podniosła, do tego ze śmiechem. 
Henrietta siedziała z szeroko otwartymi oczami. Mara zsunęła czepek i opadła 
na plecy z wyrazem radości na twarzy. Po chwili jedna po drugiej wstawały, 
ślizgały się, łapały nawzajem za sukienki i znowu upadały.

Kyla zaczęła przebierać nogami, wrzasnęła i wskazała na siostry.

- Chcę!

- Chcesz? - Samantha się roześmiała. Uwielbiała małe dzieci. Niczego nie 

udawały.

background image

Wiedziały,   że   błoto   oznacza   zabawę,   i   nie   obchodziło   ich,   że   później 

trzeba   się   wykąpać   i   wyczyścić   ubranie.   A   Kyla   pragnęła   uczestniczyć   w 
zabawie.

Biorąc ją na ręce, Samantha posadziła ją na krawędzi stoku i pozwoliła 

ześliznąć się w dół.

Kyla krzyknęła z radości, gdy wpadła na Emmeline i obie runęły w błoto.

Jeszcze   przez   chwilę   Samantha   pozwoliła   dziewczynkom   taplać   się   w 

błocie. W końcu położyła dłonie na biodrach i po raz pierwszy odezwała się 
rzeczowym głosem nauczycielki.

- Młode damy!

Dziewczynki ucichły. Rozpoznały ten ton.

- Jestem mądrzejsza, większa i sprytniejsza od każdej z was, i jeśli nadal 

będziecie ze mną walczyć, to przegracie. Może teraz mi uwierzycie i zaczniecie 
traktować mnie  z szacunkiem,  którego oczekuję. Albo - spojrzała na Agnes, 
która z wściekłością wycierała z twarzy błoto - nie zaczniecie. Możecie być 
pewne, nadal będziecie przegrywać. Nie jestem jedną z waszych poprzednich 
guwernantek,   słabych   i   przestraszonych.   Żadna   z   was   nie   jest   tak   twarda   i 
przebiegła, jak ja.

Mara parsknęła i odwróciła się do Vivian, która niepewnie trzymała się na 

nogach.

- Wiedziałam, że będzie z nią zabawnie.

-   Obiecałam   waszemu   ojcu,   że   będę   tu   przynajmniej   przez   rok. 

Zamierzam dotrzymać tej obietnicy.

Samantha spojrzała na dziewczynki.

- Czy są jakieś pytania?

-   Tak.   -   Agnes   z   trudem   się   podniosła   i   przesunęła   do   krawędzi.   Jej 

sukienka i fartuch były ciężkie od błota i Samantha mogła tylko wyobrazić sobie 
gniew malujący się na jej zabłoconej twarzy. Wyciągając rękę, spytała: - Czy 
pomoże mi pani wyjść?

- Z przyjemnością. - Samantha podała jej rękę, ale zanim Agnes zdążyła 

ją chwycić i pociągnąć w dół, Samantha cofnęła dłoń. Agnes z impetem upadła 
na plecy.

Samantha pochyliła się nad rowem i bardzo powoli powiedziała:

- Posłuchaj mnie, Agnes. Jestem sprytniejsza niż ty. Poddaj się. - I nie 

background image

czekając na odpowiedź, dodała: - Dobrze. Daję wam dziesięć minut na zabawę 
w błocie, potem wszystkie wychodzicie i wracamy do domu.

Vivian znowu zaczęła płakać.

- Tata będzie krzyczał.

-   Zajmę   się   waszym   ojcem.   -   Samantha   usadowiła   się   na   szerokim 

kamieniu i wyciągnęła z kieszonki zegarek. - Powiem wam, kiedy trzeba będzie 
wychodzić.

Mara popchnęła Vivian. Vivian przestała płakać, złapała Marę za głowę i 

wepchnęła ją w błoto.

- Vivian, proszę, nie utop siostry! - zawołała Samantha. Widząc, że Agnes 

usiłuje wydostać się z błota, dodała: - Mogłabyś spróbować dobrze się bawić, 
Agnes. Beze mnie nigdzie stąd nie pójdziesz.

Agnes   zawahała   się.   Samantha   niemal   widziała   burzę   myśli,   która 

przetoczyła się przez głowę dziewczynki. Podjąwszy decyzję, Agnes złapała się 
kępy trawy i wyszła z błota, a potem usiadła na kamieniu tyłem do sióstr, ze 
skrzyżowanymi na piersiach ramionami.

Zadowolona,   że   dziewczynka   zamierzała   zostać   z   nimi   do   końca, 

Samantha zwróciła uwagę na dziewczynki taplające się w błocie. Błoto latało w 
powietrzu, dzieci turlały się w czarnej mazi, a Samantha obserwowała wszystko 
z rozbawieniem.

To miejsce ładnie pachniało świeżością i miętą. Zerwała listek z małej 

rośliny, zwinęła go w palcach i podniosła do nosa. To było to. To ten zapach. 
Jak   mięta.   Może   zapach   pochodził   z   tej   rośliny.   I   może   roślina   przyciągała 
zapachem   nieświadomych   niczego   gości.   Upuściła   listek   i   wytarła   dłoń   o 
sukienkę.   Powinna   była   zabrać   z   miasta   książkę,   która   ostrzegałaby   przed 
niebezpieczeństwami czyhającymi w górach - jak węże w jej biurku czy trujące 
rośliny.

Zsunęła czepek i wystawiła twarz do słońca. Nie powinna, wiedziała o 

tym; taka zuchwałość była zabójcza dla wrażliwej cery, ale słońce nigdy tak 
jasno   nie   świeciło   w   Londynie.   W   Londynie   pył   węglowy   był   zawsze   w 
powietrzu, a ona nigdy nie widziała tak niebieskiego nieba. Gdyby tylko... no 
cóż,   gdybanie   nie   miało   większego   sensu.   Była   na   wygnaniu   ze   swojego 
ukochanego   Londynu   i   obiecała   pułkownikowi   Gregory'emu,   że   zostanie   w 
Silvermere przez rok.

To była bezpieczna obietnica. Lady Bucknell nie pozwoliłaby jej wrócić, 

dopóki nie udowodniłaby, że może mieszkać z rodziną bez mieszania się w ich 
sprawy przez przynajmniej dwanaście miesięcy. A wtedy damy z towarzystwa z 

background image

pewnością zapomniałyby o wszystkich złośliwych oskarżeniach pana Wordlawa 
i miałaby inną pozycję. Tymczasem jednak miała rok czasu przed sobą… rok, 
który spędzi na obcowaniu z panną Agnes i jej siostrami. Rok pod surowymi 
rządami pułkownika Gregory'ego.

Zerknęła na zegarek i zawołała:

- Minęło dziesięć minut!

Dziewczynki były uwalane błotem. Wgramoliły się na górę, pomagając 

sobie nawzajem i zupełnie nie przypominając tej ponurej grupki, którą zastała 
rano. Samantha musiała przyznać, że już odniosła sukces.

Zerknęła   na   skuloną   Agnes.   Z   wyjątkiem   Agnes   oczywiście.   Ta 

dziewczynka   była   wyzwaniem.   Pułkownik   Gregory   był   wyzwaniem.   Jednak 
czym było życie bez wyzwań?

background image

Rozdział 8

- Nie możemy tak jeść. - Henrietta rozłożyła ubłoconą spódnicę.

- Jak się wyczyścicie, możecie zjeść - obiecała Samantha. - Chodźmy, 

dziarskim krokiem wkrótce będziemy na miejscu!

Agnes szła za rozszczebiotaną gromadką w znacznej odległości, a kiedy 

Vivian spróbowała wciągnąć ją do grupy, Agnes zbyła siostrę.

Samantha   zamierzała   coś   z   nią   zrobić   i   to   szybko.   Tak   samo,   jak 

zamierzała coś zrobić z pułkownikiem Gregorym i jego naleganiem, żeby dzieci 
trzymały się ściśle określonych reguł bez względu na wiek i temperament. Ale 
Samantha nie mogła wepchnąć pułkownika Gregory'ego w błoto.

- Dziewczynki, dlaczego robicie te okropne rzeczy? - Samantha chyba 

znała odpowiedź, ale i tak spytała.

Henrietta zachichotała.

- Jakie okropne rzeczy? Jak wrzucanie naszej guwernantki w błoto?

- Albo wsuwanie jej pająków do kieszeni? - spytała Mara.

- Albo wkładanie węży do jej biurka? - dodała piskliwie Emmeline.

Samantha spojrzała na nie uważnie. Warga Emmeline drżała.

Vivian wmieszała się w rozmowę:

- Wszyscy mówią, że tata ma złamane serce po stracie swojej ukochanej 

żony…   ale   to   nieprawda.   Nigdy   nie   było   go   w   domu,   bo   dowodził   swoim 
doskonałym pułkiem. - Jej niechęć narastała. - My straciłyśmy matkę, to nam jej 
brakuje, on jest zapatrzony w siebie i wściekły, bo musi teraz zostawać z nami w 
domu, zamiast walczyć wraz ze swoimi żołnierzami.

- A każdej nocy, kiedy leżymy już w łóżkach, wymyka się na swoim 

koniu - powiedziała Kyla.

- Czy on myśli, że tego nie widzimy? - spytała Agnes.

Samantha   nie   była   zaskoczona   tą   uwagą,   ale   była   zaskoczona   tym 

wybuchem. Coś trzeba było zrobić, i to wkrótce, ale co? Musiała mieć pewność, 
że przyjdzie jej do głowy najlepsze rozwiązanie.

-  Panno Prendregast! - Emmeline  wskazała  w  stronę jeziora.  -  Proszę 

background image

spojrzeć!

Och, nie. Najlepsze rozwiązanie musiało się pojawić natychmiast, gdyż 

stało tam dwóch służących z bukłakami pełnymi wody, a obok nich pułkownik 
Gregory z gniewnym wyrazem twarzy, uderzający szpicrutą o but.

- A więc w taki sposób Agnes nabiera swoich nieznośnych nawyków - 

wymamrotała   Samantha   i   poprawiła   czepek.   Potrzebowała   natchnienia,   żeby 
wybrnąć z sytuacji, która ją czekała. Nie miała żadnego pomysłu.

Gdy   się   zbliżały,   zobaczyła,   że   pułkownik   Gregory   obserwuje   swoje 

zabłocone   od   stóp   do   głów   dzieci.   Jego   oczy   przybrały   zimny   wyraz.   Brwi 
uniosły się. Powiedział coś do jednego z służących, który położył na ziemię 
bukłak i pobiegł w stronę domu.

Dzieci schowały się za Samantha w bezpiecznej odległości.

Ponieważ nie przyszło jej do głowy żadne rozwiązanie, Samantha miała 

nadzieję,   że   pewność   siebie   wystarczy.   Gdy   zbliżyły   się   do   pułkownika, 
uśmiechnęła się promiennie.

- Pułkowniku! Cóż za miłe spotkanie! Miałam zamiar odnaleźć pana zaraz 

po powrocie. - W zasadzie nie było to kłamstwo, gdyż definicja słowa „zaraz” 
była różna dla różnych osób. - Dzieci miały mały wypadek i… eee… wpadły do 
rowu.

- Tak… widzę.

Kolejne uderzenie szpicruty o cholewę buta.

- Ale nikomu nic się nie stało. 

Uderzenie. Groźne spojrzenie. Uderzenie.

- Wygląda na to, że całe są ubłocone.

-  Doprawdy?  -  Samantha  nie  odrywała  wzroku  od jego  twarzy. - Nie 

zauważyłam.

- Ich ubrania są zniszczone.

Samantha dostrzegła, że jego oczy rozbłysły gniewem.

- Trochę mydła… trochę zimnej wody…

Wyminął ją, żeby przyjrzeć się dziewczynkom, które usiłowały odważnie 

na niego spojrzeć, ale żadnej się nie udało.

- Tamtego ranka, gdy panna Prendregast tu przybyła, powiedziałem jej, 

background image

czego   od   niej   oczekuję.   Oczekuję,   że   będzie   trzymała   się   planu.   -   Uderzył 
szpicrutą o cholewę i ostrym tonem powiedział: - Tego samego oczekuję od 
was. A co powinnyście teraz robić zgodnie z planem?

Emmeline przecisnęła się do przodu.

- Ojcze, poznawałyśmy się z panną Prendregast. Zignorował ją.

-   Co   powinnyście   teraz   robić   zgodnie   z   planem?   -Spojrzał   na 

dziewczynki. Opuściły głowy i żadna się nie odezwała. - Agnes?

- Agnes, nie! - Vivian przestrzegła ją szeptem.

Samantha   odwróciła   się,   by   spojrzeć   na   dziewczynki.   Pokusa, 

spowodowana niechęcią i uczciwością, żeby przejąć kontrolę nad sytuacją była 
niemal   nieodparta,   ale   Agnes   spojrzała   na   siostry.   Wpatrywały   się   w   nią   z 
groźbą i prośbą w oczach i najwyraźniej Agnes uświadomiła sobie zagrożenie, 
bo wymamrotała tylko:

- Powinnyśmy być w klasie.

- Właśnie. - Dwa uderzenia szpicrutą. - A dlaczego tam nie jesteście?

Mara zebrała się na odwagę, żeby powiedzieć: 

-  Panna   Prendregast   chciała   się   dowiedzieć,   co   już   umiemy,   żeby   nie 

musiała tego powtarzać.

Emmeline podbiegła do niego, rozpryskując dookoła błoto, i zatrzymała 

się tylko dlatego, że powstrzymał ją gestem.

- Proszę, ojcze, nie każ jej wyjeżdżać. 

Podszedł do dzieci.

- Nie podoba mi się to. Mam plan i oczekuję, że będziecie się go trzymać.

Agnes otworzyła usta. Odwrócił się do niej.

- Tak, Agnes? Czy chcesz coś powiedzieć?

- Panna Prendregast nie lubi gór.

Agnes nigdy nie przestanie popełniać błędów. Głosem tak chłodnym, jak 

górski strumień, Samantha powiedziała:

- Lubię góry tak samo jak dzieci, które skarżą swoim tatusiom.

- Panna Prendregast poinformowała mnie o swojej niechęci do dzikich 

stworzeń   i   miejsc,   ale   sądzę,   że   wynika   to   z   jej   niewiedzy   -   powiedział 

background image

pułkownik.

Samantha nabrała powietrza, żeby odpowiedzieć, ale zaraz je wypuściła. 

O niektóre rzeczy nie warto walczyć.

- Sprawimy,   że  zmieni  zdanie.   - Jeszcze  raz  przyjrzał   się  dzieciom.  - 

Wasze ubrania są zniszczone.

Spojrzały po sobie. Mara wymamrotała:

- Trochę mydła… trochę zimnej wody… 

Pułkownik Gregory odwrócił się szybko i Samantha się przestraszyła, że 

zdążył zauważyć jej uśmieszek.

- Może trochę mydła i zimnej wody wystarczy. - Wskazał na nadchodzącą 

służbę,  lokajów  i pokojówki, wszystkich  z  wiadrami  w  obu rękach.  Lokaj  i 
gospodyni stali na werandzie, patrząc na nich z niedowierzaniem.

- Mam dla was dobrą wiadomość. Zamówiłem materiał na nowe sukienki.

- Och, ojcze! - Dziewczynki zaczęły klaskać w dłonie i podskakiwać.

- Materiał przyjechał dzisiaj. - Uśmiechnął się, a Samantha jeszcze nie 

widziała   u   niego   tak   czarującego   uśmiechu.   -   Wiecie   dlaczego   zamówiłem 
materiał?

- Nie, ojcze, dlaczego? - spytały chórem dziewczynki.

- Panna Prendregast przekonała mnie, że potrzebujecie nowych sukienek.

Ubłocone   buzie   dzieci   pojaśniały   z   radości.   Błyszczały   im   oczy. 

Wszystkie zaczęły piszczeć jednocześnie.

Samantha   uświadomiła   sobie,   co   się   działo.   Uniosła   rękę,   żeby   je 

powstrzymać.

- Nie, nie, nie!

Rzuciły   się   na   nią.   Cofnęła   się,   ale   nic   nie   mogło   ich   powstrzymać. 

Otoczyły ją i zaczęły obejmować ubłoconymi ramionami, ocierać umorusane 
twarze o suknię, głaskać brudnymi rękoma jej ręce. W ich piskliwych glosach 
słychać było szczerą wdzięczność.

- Dziękujemy, panno Prendregast, dziękujemy!

Przytulała je, głaskała po ubłoconych głowach i zerkała na pułkownika 

Gregory'ego. Na jego ustach pojawił się uśmiech - uśmiech, który zniknął tak 
szybko, że mógł jej się wydawać iluzją. Ale nie był nią. Zrobił to specjalnie! 

background image

Specjalnie! Powiedziała więc:

- Nie mnie dziękujcie. To wasz ojciec zamówił materiał.

Znowu rozległy się dziewczęce piski. Córki rzuciły się na ojca i po chwili 

obejmowały go ubłoconymi ramionami.

Samantha cofnęła się z uśmiechem, splatając ręce na piersi.

- Cóż za wzruszający przejaw miłości córek. 

Usłyszał ją. Ich spojrzenia spotkały się. W jego oczach dostrzegła smutek 

i determinację i po raz pierwszy w życiu rozpoznała bratnią duszę - człowieka, 
który ukrywał swoje prawdziwe oblicze za fasadą surowości. Człowieka, który 
walczył z własną naturą.

Była   taka   sama.   Ugrzeczniona.   Rozsądna.   Podczas   gdy   najbardziej   na 

świecie pragnęła biegać, tańczyć, śpiewać. Cieszyć się życiem we wszystkich 
jego odcieniach.

Nie. Z pewnością się myliła. On nie był taki, jak ona.

Patrzyli   na   siebie   przez   jedną   długą   chwilę,   aż   Samantha   poczuła 

ogarniające ją ciepło i poruszenie. Pośpiesznie odwróciła wzrok. Poruszenie?! 
Nic   nie   było   w   stanie   jej   poruszyć.   Nigdy.   Ona   była   tą,   która   pozostawała 
opanowana   w   każdej   sytuacji,   wycofywała   się   i   obserwowała;   była   tą 
inteligentną. Nie podobało się jej, że zabrakło jej tchu w piersiach, i z pewnością 
nie podobało się jej to wrażenie bliskości.

- Dobrze już, dobrze! - Opędził się od dzieci, które pozostawiły ślady 

błota na jego ciemnoniebieskich  spodniach i czarnych butach. Miał błoto na 
kremowej kamizelce i ciemnoniebieskiej marynarce.

Samancie podobał się ten widok bardziej, niż powinien.

- Dzieci, stańcie w jeziorze, żeby służba mogła oblać was wodą z wiader - 

powiedział pułkownik Gregory.

- Jest zimno - zajęczała Vivian. 

Pochylił się nad nią.

- To kara za to, że nie udało się wam wepchnąć waszej guwernantki w 

błoto.

Samancie zaparło dech w piersiach. Nic dziwnego, że czekał ze służbą i 

wiadrami wody. Wiedział, co planują dzieci. Pozwolił im na to - ale dlaczego? 
Zdradził się, ale nie wyglądał na przejętego tym faktem. Ton jego głosu był 
zdecydowany.

background image

-   Gdy   człowiek   ma   sześć   córek,   musi   być   przygotowany   na   każdą 

ewentualność.

- Z pewnością. - Odchrząknęła. - Gdy ktoś jest guwernantką, również 

musi być przygotowany na każdą ewentualność. Dlatego uważam, że już czas, 
aby niańki zostały zastąpione.

- Czyżby? - Uniósł znacząco brew. - Czy to właśnie pani sugeruje?

- Tak.

- Załatwione.

Samantha miała ochotę roześmiać się radośnie. W czasie tego długiego, 

ciężkiego dnia zdobyła szacunek pułkownika Gregory'ego.

Jego córki jęknęły. Odwrócił się do nich.

- Jeśli chcecie przeciwko temu zaprotestować, musicie wykazać, dlaczego 

to nie jest dobry pomysł.

Dziewczynki wymieniły się spojrzeniami, a potem potrząsnęły głowami. 

Za bardzo nabroiły, żeby wdawać się w tę sprzeczkę.

-   Gdy   zmyjecie   błoto,   pójdziecie   na   górę.   Przyślę   gospodynię,   żeby 

doglądała   waszej   kąpieli.   Nie   spóźnijcie   się   na   kolację,   bo   muszę   coś   wam 
ogłosić. - Wskazał dłonią na zabłoconą suknię Samanthy. - Panno Prendregast, 
chyba pani również powinna wejść do jeziora.

Spojrzała wymownie na jego ubrudzone spodnie i marynarkę.

- Wejdę, jeśli pan wejdzie.

- Jest pani bardzo zuchwałą młodą damą. - Zaoferował jej swoje ramię, 

jakby prowokacyjnie.

Przyjęła je jak wyzwanie. 

- Jest pan bardzo spostrzegawczym człowiekiem. 

Ramię w ramię poszli w stronę domu, dając początek plotkom, których 

nie da się uciszyć.

background image

Rozdział 9

W   eleganckiej   jadalni,   u   szczytu   długiego   stołu,   pułkownik   Gregory 

pokroił   pieczeń   w   wąskie   plastry.   Siedzące   po   obu   stronach   stołu   dzieci 
przyglądały się temu łapczywie.

Naprzeciwko   pułkownika   zasiadła   Samantha,   ponownie   w   różowej, 

ozdobionej   koronkami   sukience,   i   próbowała   sprawiać   wrażenie,   że   taka 
sytuacja to dla niej nie pierwszyzna. W rzeczywistości był to trzeci raz, kiedy 
uczestniczyła w rodzinnym posiłku; jej poprzedni chlebodawcy woleli raczej 
jadać   sami,   niż   w   towarzystwie   guwernantki,   a   już   na   pewno   nie   jadali   w 
towarzystwie dzieci. Tak więc zadziwiona, jak ktoś, kto nigdy nie uczestniczył 
w rodzinnym posiłku, obserwowała każdy wyraz twarzy, każdy niuans, próbując 
zrozumieć istotę rodziny.

Dzisiejsze   przygody   wyostrzyły   dzieciom   apetyt   i   Samantha   w   pełni 

rozumiała ich głód. Zapach jedzenia przyprawił ją o ślinotok.

Gdy   ostry   nóż   zanurzał   się   w   chrupiące,   brązowe   mięso,   pułkownik 

Gregory oznajmił:

- Panna Prendregast zwróciła mi uwagę, że zaniedbuję swoje obowiązki, 

więc zdecydowałem się urządzić przyjęcie.

Słowa pułkownika wywołały wstrząs. Wszystkie oczy zwróciły się w jego 

stronę,   a   buzie   dziewczynek   otworzyły   się   ze   zdziwienia.   A   Samantha 
pomyślała:   Nic   dziwnego,   że   zgodził   się   kupić   materiał   na   nowe   sukienki. 
Potem spojrzała na niego, na jego szczękę, tak mocno zarysowaną, jakby za 
chwilę miała  się rozpaść. Na jego umięśnioną, żołnierską sylwetkę. Na jego 
zimne, zimne oczy. Ani na chwilę nie uwierzyła, że ten mężczyzna działał pod 
wpływem jej rady. Dlaczego więc urządzał przyjęcie?

Widząc   jej   wzrok,   uniósł   brwi,   udając   niewinne   zdziwienie. 

Odpowiedziała   takim   samym   wyrazem   twarzy   i   nie   wiedziała,   które   z   nich 
pierwsze   odwróci   wzrok.   Ale   w   tej   chwili   dziewczynki   odzyskały   zdolność 
mówienia.

- Kiedy, ojcze? Kogo zaprosisz? Czy będą na nim inne dzieci?

Mitten,   lokaj,   rozkazał   służbie   wnieść   półmiski   z   ziemniakami 

posypanymi   pietruszką,   parujący   groszek,   brukselkę,   aromatyczny   pudding   i 
złociste   bochny   chleba.  Służący  krążyli  wzdłuż  stołu,   a  Samantha  pomagała 
Kyli i Henriecie, siedzącym przy niej po obu stronach stołu, napełnić ich talerze.

background image

Pułkownik Gregory ułożył mięso na półmisku, odpowiadając na pytania 

zwięźle i po kolei.

- Zaproszenia  zostaną rozesłane  niezwłocznie  na pierwszego  września. 

Zaproszę wszystkich z okolicy i ilu się da znajomych z zagranicy i z czasów 
służby w wojsku. Zostaną tutaj przez trzy dni. Goście - jak ryba - po trzech 
dniach zaczynają cuchnąć.

Mitten wziął półmisek z mięsem i usłużył starszym dziewczynkom. Kyla 

zmarszczyła czoło.

- Czy nie mogliby się wykąpać?

Samantha   rzuciła   spojrzenie   w   stronę   Gregory'ego   i   napotkała   jego 

rozbawiony wzrok. Poczuła ciepło; zignorowała je i poklepała Kylę po dłoni.

- To takie powiedzenie, kochanie. Mogą kąpać się tak często, jak zechcą. 

Tak naprawdę to nie cuchną.

- Dorośli zawsze mówią takie dziwne rzeczy - Vivian głośno szepnęła do 

Kyli.

Mitten   przyniósł   półmisek   Samancie,   potem   odstawił   go   pospiesznie, 

żeby   złapać   widelec   Henrietty,   zanim   ten   spadł   na   podłogę.   Samantłia   się 
obsłużyła, potem pomogła Henriecie.

Otworzywszy szeroko oczy z przerażenia, Agnes powiedziała:

-  Pierwszy   września   jest  już za  dwa  tygodnie. Jak   zdążymy  wszystko 

przygotować?

Pułkownik Gregory pokroił Emmeline mięso na jej talerzu.

- Trzy dni temu wysłałem list do hrabiny Marchant z prośbą o pomoc.

Z   gardeł   dziewczynek   wydobył   się   wrogi   pomruk.   Spojrzał   na   nie 

przenikliwie.   Dzieci   natychmiast   zajęły   się   jedzeniem.   Odprawił   służbę, 
poczekał aż wyjdą, a potem powiedział:

- Lady Marchant jest doświadczoną organizatorką przyjęć i wszyscy z 

radością przyjmiemy jej pomoc.

Samantha   nie   wiedziała,   co   się   dzieje,   ale   rozumiała,   że   należało 

załagodzić sytuację.

- Jestem pewna, że to prawda. Jestem również przekonana, że jej pomoc 

będzie nieoceniona.

Agnes zamrugała, jakby samo napomknięcie o lady Marchant nastrajało ją 

background image

do płaczu. Samantha wzięła do ust odrobinę groszku, pogryzła i połknęła.

- Kiedy możemy się spodziewać lady Marchant?

-   Przy   odrobinie   szczęścia,   jeśli   nie   ma   żadnych   innych   zobowiązań, 

powinna tu być w ciągu tygodnia - odparł pułkownik.

Nie   mogąc   się   powstrzymać,   Henrietta   westchnęła   ciężko.   Samantha 

przysunęła talerz bliżej niej.

- Pokroję ci mięso.

-   Och   -   Mara   zakryła   usta   w   przerażeniu.   -   Czy   zdążymy   z   nowymi 

sukniami przed przyjęciem?

-  Zatrudniłem szwaczki  - powiedział  Gregory.  - Wasze   lekcje  zostaną 

czasowo zawieszone.

Dzieci rozpromieniły się.

- Czasowo - podkreślił. - Będziecie zajęte przygotowaniami do występu.

Agnes nawet nie próbowała ukryć wrogości.

- Po co mamy występować? 

Pułkownik Gregory spojrzał na nią ostro.

- Dla naszych gości, żeby pokazać, czego się nauczyłyście.

- Tak właśnie robią młode damy - odezwała się Samantłia.

Mara pobladła.

- Ale… ja nic nie umiem.

- Masz ładny głos - odparł pułkownik Gregory. - Więc będziesz śpiewać.

- Nie mogę śpiewać przed… ludźmi - zapłakała Mara.

- Śpiewasz jak twoja matka - odpowiedział. 

Mara zarumieniła  się z radości. Ku zaskoczeniu  Samanthy, pułkownik 

Gregory od czasu do czasu mówił odpowiednie rzeczy w odpowiednim czasie.

- Czy pani Gregory miała piękny głos?

-   Bardzo   piękny   -   powiedział   pułkownik   Gregory.   -   Wszystkie 

dziewczynki   ładnie   śpiewają,   ale   Mara   posiada   wyjątkową   czystość   i   barwę 
głosu.

background image

- Spróbuję - wymamrotała Mara.

- Zaśpiewasz, i to pięknie - odparł pułkownik Gregory.

Mówił tak zdecydowanym tonem, że Mara przytaknęła i spojrzała tak, 

jakby w to uwierzyła. Spytał:

- No dobrze, a co z resztą? Agnes, ćwiczyłaś grę na pianinie?

Agnes   odsunęła   krzesło   z   takim   impetem,   że   zakołysało   się 

niebezpiecznie. Rozpłakała się i wybiegła z pokoju.

Pozostałe dzieci rozglądały się wokół, próbując zrozumieć, co się stało. 

Samantha zaczęła się podnosić, ale pułkownik Gregory ją powstrzymał.

-   Proszę   siedzieć,   panno   Prendregast   i   dokończyć   posiłek.   Jest   pani 

ostatnią osobą, którą chciałaby teraz widzieć.

Samantha opadła na krzesło. Podejrzewała, że miał rację, ale jednocześnie 

nie chciała zostawiać płaczącej dziewczynki samej.

- Gospodyni da jej szklankę gorącego mleka i grzankę, a potem położy ją 

do łóżka.

Pułkownik Gregory polał kawałek mięsa sosem. Wargi Henrietty również 

drżały.

- Ale Agnes nigdy wcześniej tak się nie zachowywała.

-   Nie.   Ale   nigdy   wcześniej   nie   miała   takiej   guwernantki,   jak   panna 

Prendregast,   która   nauczyłaby   ją   najważniejszej   lekcji.   -   Omiótł   dzieci 
spojrzeniem, które mówiło, że wiedział o ich szwindlach.

Vivian i Mara zarumieniły się. Emmeline i Kyla zaczęły wiercić się na 

krzesłach. Buntownicza do końca Henrietta skrzyżowała ramiona na piersi.

-   Nie   martwcie   się.   Każdy   żołnierz   musi   nauczyć   się   z   godnością 

przyjmować   porażkę,   a   gdy   Agnes   tego   się   nauczy,   wszystko   będzie   w 
porządku.

Gdy pułkownik mówił, Emmeline sięgnęła po mleko i rozlała je. Pomógł 

jej zetrzeć plamę, a gdy wszyscy ochłonęli, oznajmił:

- Wystarczy już spraw osobistych. Dzieci, znacie zasady. Podczas kolacji 

rozmawiamy   o   rzeczach,   które   dotyczą   nas   wszystkich,   a   dziś   wieczorem 
tematem jest przyroda w naszej okolicy.

Samantha   przestała   jeść   ziemniaki   i   spojrzała   w   jego   stronę.   Czy 

próbował ją pouczać?

background image

- Ale, ojcze, mnie to nie interesuje - zaoponowała Vivian. - Chciałabym 

poznać najmodniejsze fasony sukien.

- Więc powinnaś siedzieć cicho, ponieważ wszyscy tutaj bardzo interesują 

się przyrodą w naszej okolicy - powiedział.

Wszystkie dzieci przecząco poruszyły głowami.

- Wszyscy, którzy nie są zainteresowani tym tematem, mogą wstać od 

stołu.   -  Jego   zimne,   niebieskie   oczy   nabrały   lodowatego   wyrazu.   -   Kucharz 
zrobił na deser truskawkowe biszkopty.

Głowy   kiwnęły   na   znak   aprobaty   i   podczas   pozostałej   części   posiłku, 

mimo   iż   Henrietta   również   rozlała   mleko,   a   Emmeline   upuściła   pudding   na 
perski dywan, Samantha dowiedziała się o sarnach, borsukach i wiewiórkach. 
Nie powiedziała, że temat jej nie interesuje, chociaż ożywiała się tylko wtedy, 
gdy rozprawiali o stworzeniach, które mogły ją zjeść. Jej również smakowały 
biszkopty. Gdy zniknęły ze stołu, a dzieci spytały, czy mogą wstać, pułkownik 
Gregory pozwolił im, na to. Dygnęły. Gdy wyszły, powiedział:

- Proszę zostać, panno Prendregast. Proszę nalać sobie kieliszeczek ratafii 

lub porto, jak pani woli, i powiedzieć mi, jak sprawy się mają w rzeczywistości.

Nie   było   to   zaproszenie.   Nie   podejrzewała,   żeby   wiedział,   jak 

wystosować zaproszenie. Był to jednak grzeczny rozkaz, który już wcześniej 
wyrażał, a Samantha tak bardzo miała ochotę zostać, że był to wystarczający 
powód, żeby wyjść.

- Powinnam przygotować lekcje na jutro.

- Może mogłaby je pani nauczyć czegoś o wężach. 

Usiadła.

- Czy pan wie o wszystkim, co zbroją pańskie dzieci?

Nie uśmiechnął  się, ale w tych błękitnych oczach pojawiło się  leniwe 

ciepło, pod którego wpływem zmiękły jej kolana.

- Nie o wszystkim. Nie zawsze. Z reguły jestem o krok z tyłu i o godzinę 

za późno.

Musiała przestać się oszukiwać. Nie zamierzała odejść od stołu. Chciała 

siedzieć i rozmawiać  z drugim dorosłym człowiekiem.  Chciała rozmawiać  o 
dzieciach, pogodzie, przyjęciu.

Chciała rozmawiać z pułkownikiem Gregorym. 

- Poproszę o porto.

background image

Wstał, nalał  porto do kieliszka  i postawił go przed nią. Upiła łyk i z 

trudem powstrzymała drżenie. Porto smakowało jak smoła i paliło jak nafta.

- Kto chciałby to pić? - spytała ochryple. 

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- To jeden gatunek. Może spróbujemy tego. Jest słodszy. - Postawił przed 

nią kieliszek z czerwonym płynem.

Ostrożnie powąchała zawartość. Pełny, ciepły aromat. Wzięła mały łyk.

- Och. - Płyn rozlał się po języku. - Dobre. Chyba to lubię.

- Nigdy wcześniej nie piła pani porto? 

Nie mogła powstrzymać się od ironii.

- Większość pracodawców nie zachęca guwernantek, żeby razem z nimi 

piły, a wszyscy zdecydowanie nie godzą się, żebym posiadała własny barek.

- Więc nie ma pani problemu z piciem?

- Nie, absolutnie. Dlaczego pan pyta?

- W Indiach moja żona kupiła mi skórzaną torbę do noszenia płynów. 

Tubylcy używali takich toreb podczas podróży, a ja woziłem ją na swoje nocne 
wyprawy po okolicy.

- Pełną porto?

-   Whisky,   panno   Prendregast.   Wymagałem   od   swoich   ludzi,   aby 

pozostawili swoje domy i podróżowali ze mną w ciemności i zimnie. Czasami 
dzieliłem się z nimi napitkiem.

Niemal uśmiechnęła się, słysząc jego podniosły ton, ale mówił poważnie.

- Ktoś wypił panu whisky?

- Ktoś zabrał mi torbę. W noc po pani przybyciu.

Ostrożnie postawiła kieliszek na stole. Wielokrotnie wcześniej oskarżano 

ją o kradzież i nie mogła znieść myśli, że on uważa ją za złodziejkę.

- Nie popijam w tajemnicy. A także nie kradnę.

- Nie, oczywiście, że nie. Cieszy się pani zaufaniem lady Bucknell. Ona 

wie, równie dobrze jak ja, że kto raz był złodziejem, zawsze nim pozostanie.

Samanthę   ogarnęła   wściekłość.   Wściekłość   i   strach.   Czy   znał   jej 

niechlubną   przeszłość?   Czy   w   ten   mało   wyszukany   sposób   chciał   pokazać, 

background image

gdzie jest jej miejsce?

Ale   nie.   Nie   pułkownik   Gregory.   Nie   był   przebiegły.   Ten   mężczyzna 

emanował prawością. Dlaczego więc był tak atrakcyjny?

- Pochlebiam sobie, że jestem w stanie rozpoznać charakter mężczyzny - 

czy też kobiety - a pani nie jest kobietą, która wybrałaby taki łatwy, plugawy 
sposób zarabiania na życie.

- Uroczy komplement, pułkowniku.

Już kiedyś słyszała takie brednie od ludzi, którzy nigdy nie czuli głodu, 

nigdy nie mieli potrzeb chwili, którym nigdy nie grożono pięścią i nie stanęli w 
obliczu posiadania niechcianego dziecka. Po dzisiejszym dniu wyobrażała sobie, 
miała nadzieję, że pułkownik Gregory jest inny… Ale Adorna ostrzegała ją, a 
tak   naprawdę   dlaczego   miałby   być   inny?   Był   właścicielem   ziemskim. 
Mężczyzną. Dlaczego miałaby spodziewać się po nim czegoś lepszego tylko 
dlatego, że mieszkał na wsi. Tylko dlatego, że miał niebieskie oczy i włosy 
koloru nocy.

- Czy coś się stało? - spytał.

Z   pewnością   nie   można   było   odmówić   mu   przenikliwości.   Zapewne 

nauczył   się   tego   prowadząc   angielskich   żołnierzy   po   bezludnych   ostępach 
Wschodu. Beznamiętnie powiedziała:

- Może położył pan torbę w innym miejscu. Tak się z reguły dzieje.

- Pewnie ma pani rację. - Odsuwając krzesło po jej prawej stronie, usiadł 

obok niej.

Ten silny, prawy, szanujący tradycję oficer usiadł obok służby. Dlaczego?

Odsunęła trochę swoje krzesło.

Co   miała   oznaczać   ta   poufałość?   Czy   powinna   obawiać   się   o   swoją 

przeszłość… czy też o cnotę?

Przyglądał się jej zbyt uważnie, aby mogła  czuć się komfortowo.  Nie 

chciała, żeby zaczął wypytywać ją o jej przeszłość. Nie chciała, żeby zadawał 
pytania, które  sprawiłyby  jej  problem  z  odpowiedzią. Skazała  się  na  roczny 
pobyt w tym miejscu. Musiała dotrzymać obietnicy. Spytała więc:

- Dlaczego pozwala pan, aby dzieciom uszły na sucho takie występki, jak 

kąpiel w błocie czy węże w biurku? Gdyby pan je powstrzymał, łatwiej byłoby 
panu zatrzymać tutaj guwernantki.

Nadal jej się przyglądał.

background image

Spróbowała spojrzeć mu w oczy. Jednak nie potrafiła; jej przeszłość, brak 

złudzeń co do jego osoby, a także uwierający pociąg, który do niego czuła, 
sprawiły,   że   spuściła   wzrok,   spojrzała   na   jego   prawe   ramię,   na   lustra   w 
złoconych ramach, a potem znów na jego podbródek. Zatrzymała tam wzrok i 
obserwowała jego usta, gdy odpowiedział:

- Często jestem poza domem, a jeśli guwernantka nie może poradzić sobie 

w różnych sytuacjach, które mogą zaistnieć, jest dla mnie bezużyteczna.

-   Domyślam   się.   -   Samantha   przyglądała   się   plamom   pozostawionym 

przez dzieci na białym obrusie. - Kim jest hrabina Marchant?

- Teresa jest uroczą damą, przyjaciółką mojej żony. - Obrócił kieliszek w 

dłoni   i   uśmiechnął   się   do   porto,   jakby   patrzył   w   oczy   hrabiny.   -   Od   czasu 
mojego powrotu do Anglii bardzo mi pomaga. Namawia mnie, żebym znowu 
zaczął   udzielać   się   towarzysko,   więc   wiem,   że   z   radością   pomoże   mi 
przygotować przyjęcie.

-   Och.   -   Samanthę   przeszedł   dreszcz   i   wyprostowała   się   na   krześle. 

Wiedziała, że musiał być jeszcze jakiś powód, dla którego zdecydował się na to 
przedsięwzięcie. Jeden z pewnością już znała - zdecydował się adorować lady 
Marchant w najlepszy sposób, jaki znał - dając jej swój dom jako przynętę. To z 
pewnością wyjaśniało, dlaczego dzieci nie były z tego zadowolone. Nie chciały, 
żeby ktokolwiek zajął miejsce ich ukochanej matki.

Nie wyjaśniało to jednak, dlaczego Samantha była niezadowolona, ale nie 

zamierzała się nad tym zastanawiać.

-  Czy   dzieci   będą   jadały   z   panem   kolację,   gdy   hrabina   przybędzie?   - 

Upijając kolejny łyk porto, rozkoszowała się aromatycznym smakiem.

- Nie podczas przyjęcia, ale poza tym… oczywiście. - Przybrał obojętny 

wyraz twarzy. - Dlaczego miałoby być inaczej?

Nie wiedziała jak wyjaśnić to, co było oczywiste.

- One… rozlewają mleko.

- Oczywiście, że rozlewają mleko. Moje córki ciągle rozlewają mleko. 

Dom zalany jest mlekiem. Dziwię się, że nie mieliśmy jeszcze potopu.

Samantha uśmiechnęła się, zaskoczona.

- Dlatego właśnie większość arystokracji nie jada w towarzystwie swoich 

młodszych dzieci.

- A więc dlaczego ja jadam? - Położył dłoń na stole. - Czy właśnie o to 

chciała pani zapytać, panno Prendregast?

background image

Nic   dziwnego,   że   tamtej   nocy   na   drodze   trzymał   ją   tak   mocno.   Miał 

mocne, duże ręce. Widziała tę moc w żyłach i ścięgnach, i poczuła dokuczliwy 
ucisk   w   żołądku.   Zarumieniła   się   aż   po   cebulki   włosów.   Ona,   która   nigdy 
wcześniej się nie rumieniła. Co to mogło oznaczać?

Dobrze wiesz, co to znaczy - pomyślała. Jednak zmusiła się, żeby o tym 

nie   myśleć.   Była   daleko   od   domu,   wśród   obcych,   i   w   jednym   mężczyźnie 
dostrzegła siłę i bezpieczeństwo. To wszystko.

- Większość arystokracji nie pozwala, aby dzieci uczyły się przy nich 

dobrych manier.

-   Jestem   zajętym   człowiekiem.   Nie   widuję   swoich   dzieci   tak   często, 

jakbym tego pragnął. Niemal zawsze mogę jeść z nimi kolację, a nie ma nikogo 
bardziej odpowiedniego, żeby nauczyć je manier, niż ich ojciec.

- Niesamowite - wyszeptała.

Robił to, co chciał, a nie to, co robili inni, a to czyniło go niebezpiecznym 

dla niej, która uważała rodzinę za światło życia, które było ulotne jak chimera. 
Dzieciństwo   spędziła   zaglądając   w   oświetlone   okna   mieszkań,   podpatrując 
rodziny   jak   ta,   zebrane   przy   stole,   jedzące,   śmiejące   się,   rozmawiające. 
Zdecydowała, że taki obraz jest nie dla niej. Twierdziła tak wiele razy, jednak 
pragnienie bycia częścią rodziny zawsze do niej wracało.

Jak w tak krótkim czasie mógł sprawić, że nie miała co do niego złudzeń, 

a jednocześnie podziwiała go?

- Opaliła się pani, panno Prendregast, a nawet - dotknął palcem czubka jej 

nosa - poparzyła.

Skorzystała   z   okazji,   żeby   uciec   od   stołu.   Od   niego.   Od   pytań   i 

nieproszonej poufałości. Wstała z krzesła i podeszła do lustra. Miał rację. Skóra 
na twarzy nabrała nieoczekiwanego koloru, a czubek nosa był wręcz czerwony.

- Lady Bucknell zawsze mi powtarza, że nie powinnam wychodzić bez 

czepka, ale dzisiaj nie mogłam się powstrzymać.

-   To   urocze.   -   A   potem   zepsuł   wszystko   niegrzecznym   pytaniem.   - 

Dlaczego nie jest pani zamężna?

Samantha odwróciła się.

- Cóż to za pytanie?

- Jest pani atrakcyjna, młoda. Pewnie szuka pani męża i zostanie tu pani 

tylko do czasu, aż kogoś pani znajdzie.

background image

Teraz zrozumiała. Pułkownik Gregory obawiał się, że ledwie jego nowa 

guwernantka zdąży uporać się z dziećmi, odjedzie, a on znowu będzie musiał 
szukać kogoś nowego. Jego ciekawość spowodowana była wyłącznie własnym 
interesem, a ona to doskonale rozumiała.

- Gdybym szukała męża, to mogę pana zapewnić, że w Londynie jest dość 

mężczyzn. - Usiadła ponownie. - Małżeństwo mnie nie interesuje.

- Woli pani raczej dbać o cudze dzieci, niż być bezpieczna u boku męża 

we własnym domu? - Ton jego głosu zdradzał niedowierzanie.

Ile powinna mu powiedzieć? Oczywiście nie wszystko.

-   Nie   miałam   unormowanego   życia   rodzinnego.   Nim   skończyłam 

dwanaście lat, utrzymywałam ojca. - Znowu spróbowała porto, ale tym razem 
nie wyczuła pełnego aromatu. - Pozwolić, aby o naszym życiu decydował jeden 
człowiek - ważny, ale tylko jeden człowiek - jest nierozsądne - dodała.

Nie wiedziała, dlaczego mu odpowiedziała. Może z powodu tego uniósł 

brew, jakby insynuując, że ona, kobieta, z samej natury rzeczy jest nierozsądna. 
Może   z   wiekiem   stała   się   mniej   cierpliwa   w   stosunku   do   mężczyzn   i   ich 
odwiecznej wyższości.

- Gdy miałam czternaście lat, moja najlepsza przyjaciółka zakochała się 

szaleńczo w młodym lordzie, a on w niej. Ale gdy w jej łonie rosło dziecko, on - 
wraz z uczuciem do niej - zniknął i nigdy więcej go nie widziała. Pomogłam jej 
urodzić   dziecko   i   pochować   je.   -   Gdy   patrzyła   na   pułkownika   Gregory'ego, 
zastanawiała się, dlaczego uznała go za pociągającego. - Proszę mi powiedzieć, 
pułkowniku, jaka korzyść płynie dla kobiety z małżeństwa?

Jak nadęty osioł powiedział:

- Porządny mężczyzna  nie błądzi, traktuje innych honorowo i wspiera 

swoją żonę.

- Proszę mi znaleźć dobrego mężczyznę, a poślubię go. - Pokazała, że nie 

ufa także jemu. - Być może.

Pułkownik nie naskoczył na nią za jej bezczelność, nie powiedział jej, że 

jest kobietą, która powinna być prowadzona przez życie przez mężczyznę, bez 
względu na okoliczności. 

- Czy pani ojciec żyje?

- Nie. - I tylko tyle miała na ten temat do powiedzenia.

- A pani matka?

background image

- Odeszła.

Wiele lat temu, pewnej zimnej nocy, której Samantha nigdy nie zapomni.

Mogli tak patrzeć na siebie w nieskończoność, gdyż żadne nie chciało się 

poddać i spuścić wzroku, ale wszedł Mitten z zaklejoną kopertą na srebrnej tacy 
i podał list pułkownikowi Gregory'emu.

- Jaśnie panie, to zostało przysłane z Londynu. 

Pułkownik Gregory otworzył list, pobieżnie go przeczytał, a potem wstał i 

ukłonił się Samancie.

-   Muszę   wyjść.   Proszę   powiedzieć   dziewczynkom,   że   nie   przyjdę 

powiedzieć im dobranoc.

- Dobrze. - Zawahała się. - Czy chodzi o bandytów?

Jego oczy nabrały zimnego wyrazu.

- To, co robię, panno Prendregast, nigdy nie powinno pani obchodzić.

background image

Rozdział 10

Duncan   pędził  na   swoim  ogierze  drogą   oświetloną   blaskiem   księżyca. 

Służył   z   Williamem   w   Indiach,   a   teraz   od   dwóch   lat   w   Anglii,   i   rzadko 
otrzymywał   od   niego   takie   wezwania.   Zwięzłe.   Tajemnicze.   Poślij   po   ludzi. 
Przybywaj natychmiast.

William   był   wytrawnym   wojownikiem.   Z   łatwością   przejmował 

dowództwo,   a   gdy   je   przejął,   oczekiwał   posłuszeństwa.   Jednak   szanował 
doświadczenie Duncana z armii i zawsze wyjaśniał mu, o co chodzi. Ale nie 
teraz.   Nie   dziś   w   nocy.   Było   tylko   jedno   wytłumaczenie.   Sprawy   wreszcie 
zbliżały się do rozwiązania.

Zwalniając bieg Trisama, Duncan skręcił w boczną dróżkę wśród drzew, 

aż   dotarł   do   polany.   William   siedział   okrakiem   na   absurdalnie   spokojnym 
wałachu, i Duncan podjechał do niego z boku. 

- O co chodzi? 

- Otrzymałem list od Throckmortona.  - Półksiężyc oświecał zasępioną 

twarz Williama. - Lord i lady Featherstonebaugh opuścili kręgi towarzyskie i 
zmierzają na północ.

- Czy będziemy gotowi na ich przybycie?

- Zaproszenia zostały rozesłane. Najważniejsi przybędą. Powiedziano im, 

że mają przyjąć zaproszenie. Generał Wilson. Minister Grey.

Będąc pod wrażeniem tak ważnych gości, Duncan zagwizdał.

- Z żonami?

- Oczywiście. Jest statek, który wypływa z tutejszego portu do Irlandii co 

dwa tygodnie. To statek, na który chcą wsiąść lord i lady Featherstonebaugh. 
Ale jak tylko przybędą do swojej posiadłości, postaram się, żeby dotarła do nich 
wiadomość, że statek właśnie odpłynął...

Duncan parsknął śmiechem.

-   …i   będą   zmuszeni   pozostać   w   posiadłości,   czekając   na   możliwość 

ucieczki, a zaledwie kilka mil od nich ja będę organizował przyjęcie, na którym 
będzie mnóstwo moich przyjaciół, znających każdy sekret w Anglii. - Na ustach 
Williama   pojawił   się   uśmiech,   ale   zaraz   znikł,   jak   północny   wiatr 
przemierzający wrzosowiska. - Och, tak. Będą chcieli zebrać kilka tajemnic na 
przyszłość. Przybędą.

background image

- Jesteś diabelsko przebiegły - powiedział z podziwem Duncan.

-   Zdeterminowany   -   odparł   William.   -   Powoli   zbliżają   się   do 

Hawksmouth.

Zaskoczony Duncan powiedział:

- Powoli? Dlaczego?

- Odwiedzają ludzi, którzy mogą mieć jakieś informacje, zostają na dłużej 

i starają się sprawiać wrażenie, że odbywają zwyczajną podróż. Zbaczają z drogi 
w nadziei, że zgubią ewentualny pościg.

Tristam poruszył się niespokojnie, reagując na niezadowolenie Duncana.

- Ale jeśli podejrzewają, że ktoś ich ściga, to czy nie boją się, że pościg 

dotrze do ich posiadłości przed nimi?

-   Mają   wiele   posiadłości.   Może   mają   nadzieję,   że   Throckmorton   nie 

zorientuje się, dokąd zmierzają. - Zanim Duncan zdołał zaprotestować, William 
wyciągnął dłoń. - Z tego, co udało się Throckmortonowi podsłuchać, wynika, że 
lord Featherstonebaugh zaczyna się stawiać.

Duncan poznał Feathersonebaugha. Był głupim, aroganckim mężczyzną, 

łasym   na   plotki   i   rozpustę,   i   Duncan   nadal   nie   mógł   zrozumieć,   jak   temu 
człowiekowi udało się oszukać najlepszych angielskich szpiegów. 

- Stawia się? Przeciwko czemu?

- Uważa, że nic im nie grozi. 

Duncan mógł w to uwierzyć.

- Od trzydziestu lat sprzedaje tajne informacje wrogom i uważa, że nic im 

nie grozi?

- Jest arystokratą starej daty. Uważa, że jest ponad prawem.

Zanim Duncan zdążył ochłonąć, William ciągnął:

-   Sposób,   w   jaki   wyjechali   wywołał   plotki.   Plotki   podsycane   przez 

Throckmortona   i   sieć   jego   współpracowników   w   nadziei,   że   wypłoszy   to 
popleczników Featherstonebaughów. - William chwycił Duncana za ramię.  - 
Hrabia Gayeff Fiers Pashenka opuścił Londyn.

Duncan doskonale rozumiał znaczenie tej informacji.

- Pashenka, tak? - Pashenka był eleganckim mężczyzną, popularnym w 

wyższych sferach, a zwłaszcza wśród pań, i cudzoziemcem, który od lat obracał 

background image

się w angielskim towarzystwie, wpraszając się na kolacje za pomocą  swojej 
wzbudzającej litość historii o pozbawieniu go ziemi w Rosji. Najwyraźniej cała 
historia   była   wyłącznie   rosyjską   bajką.   -   Czy   jest   w   drodze   tutaj?   Czy 
zamierzamy dziś w nocy na niego zapolować?

-   Throckmorton   uważa,   że   Pashenka   ucieka   do   posiadłości 

Featherstonebaughów,   a   stamtąd   na   morze.   -   Dobiegł   ich   odgłos   kopyt   na 
drodze. Zbliżali się jeźdźcy i William ściszył głos. - Wkrótce złapiemy nie tylko 
zdrajców   Anglii,   ale   jeśli   wszystko   dobrze   zaplanujemy,   to   dorwiemy   także 
Pashenkę, prowodyra, któremu składają raporty.

- To sprytne. - Duncan uśmiechnął się i zasugerował coś, co - jak wiedział 

- ucieszy Williama. - Nie byłoby lepiej podsunąć mu fałszywe informacje, żeby 
ruszył w drogę?

William wziął głęboki oddech.

- Do diabła, Duncanie! Teraz wiem, dlaczego lubię cię mieć przy sobie. 

Jesteś zbyt inteligentny, żeby przegrywać.

*

Trzecią   noc   z   rzędu   wyraźne   huczenie   sowy   rozlegało   się   na 

bezchmurnym, nocnym niebie. Ludzie Williama wracali na polanę, a William 
czekał tam na ich informacje.

Pierwszy przyjechał mer Hawksmouth, Dwight Greville.

- Na północy jest spokojnie, panie, przez całą drogę do George Cross. - 

Jego nozdrza drżały jak u węszącego królika. - Ale nie podoba mi się to. Moją 
żonę   swędzi   lewe   oko,   a   to   oznacza   kłopoty,   jeśli   się   na   tym   znam.   Tak, 
pułkowniku, nieciekawe przeczucie, w rzeczy samej. Powiem panu - coś wisi w 
powietrzu.

- Dopóki coś jest także na ziemi, nie mamy o co się martwić - odparł 

William. Greville ustawicznie przepowiadał niebezpieczeństwo, obawiając się, 
że   spokój   Hawksmouth   zostanie   zmącony   podczas   jego   rządów.   William 
większość   wieczorów   spędzał   na   zapewnianiu   go,   że   wszystko   będzie   w 
porządku.

Duncan jeździł na swoim diabelskim ogierze, pełnokrwistej bestii, która 

bardziej   była   zainteresowana   brykaniem   na   świeżym   powietrzu   niż   tym,   by 
dowieźć Duncana z miejsca na miejsce.

background image

- Spokojna noc - oznajmił Duncan. - Żadnego ruchu na południe.

Pozostałe   konie   zaczęły   stąpać   niespokojnie,   reagując   na   nieokrzesaną 

naturę Tristama. Nawet Osbern, wałach Williama, zaczął rzucać łbem i prze-
stępować z nogi na nogę. Ale Osberna zaniepokoiło coś jeszcze. Księżyc i lekka 
bryza,   gwiazdy   i   zapach   trawy   zdeptanej   kopytami.   To   musiało   być   to,   bo 
William również czuł niepokój. I rozdrażnienie. Po raz pierwszy od wielu lat 
niemal   słyszał   krążącą   w   jego   żyłach   krew.   Czuł   bicie   serca   i   zapach 
podekscytowania w powietrzu. Wmawiał sobie, że to dlatego, iż był bliski celu. 
Bestie, odpowiedzialne za śmierć jego żony, znajdowały się niemal w zasięgu 
ręki. Już wkrótce ją pomści.

Ale   było   coś   jeszcze.   Od   czasu,   gdy   spotkał   Samanthę,   idącą   drogą, 

chciał… czegoś innego.

Duncan,   ten   łotr,   od   razu   zauważył   zmianę   i   słusznie   przypisał   ją 

obecności Samanthy. William wmawiał sobie, że dopadły go prymitywne żądze, 
które od tak dawna w sobie dusił. Ale jeśli tak było, to dlaczego nie myślał z 
pożądaniem o Teresie? Była wyjątkowo atrakcyjną kobietą, wdową, wzorem 
elegancji i uroku, znała swoje miejsce i nigdy nie kwestionowała jego zdania, 
nie naigrawała się z niego ani nie sugerowała, że postępuje niewłaściwie. Tego 
właśnie pragnął.

Nie   pyskatej,   myślącej   młodej   kobiety   o   nieznanym   pochodzeniu. 

Kobiety,   która   manipulowała   sytuacją   dla   swojej   korzyści   i   miała   czelność 
podważać jego zdanie i krytykować jego podejście do dzieci. Kobiety, która 
jasno określiła swoją niechęć - co więcej, strach - przed jego ukochaną przyrodą.

Kobiety,   która   sprawiła,   że   nie   mógł   zasnąć,   ponieważ   ona   spała   na 

drugim końcu korytarza.

Zephaniah Ewan przyjechał następny. Trzeźwy, zamyślony, młody farmer 

obserwował drogę przebiegającą wzdłuż jego ziemi i miał niesamowitą zdolność 
rozpoznawania   kogo   należało   zostawić   w   spokoju,   a   kogo   zatrzymać. 
Poklepując konia po szyi, zdawał relację.

- Droga na wschodzie jest pusta, panie, z wyjątkiem cygańskich taborów.

-   Cyganie?   -   Głos   Greville'a   zadrżał   z   emocji.   -   Wszyscy   wiedzą,   że 

Cyganie oznaczają kłopoty.

- Nie  ci Cyganie - odparł Ewan. - Przejeżdżają  tędy każdego  roku w 

drodze na targ. Pilnują swojego nosa.

- Nie polujemy na Cyganów - powiedział William. - Szukamy dziwnych 

cudzoziemców, kobiet, i Anglików, którzy nie mają czego szukać w tej okolicy.

background image

- Zdrajcy trzymaliby się z daleka, gdybyśmy kilku złapali i powiesili dla 

przykładu   -   powiedział   Greville.   -   Już   niedługo,   prawda?   -   Jego   oczy 
rozświetliły się. - Teraz ich złapiemy i zatrzymamy, ponieważ… - Zawiesił głos. 
Nie wiedział dlaczego, ale William mówił mu tylko tyle, ile musiał.

-   Oczywiście   -   odparł   William.   -   Zatrzymamy   ich   wszystkich.   - 

Przeszukają   ich   rzeczy,   ubrania,   buty.   Wszystko,   w   czym   mogliby   ukryć 
korespondencję. Lord i lady Featherstonebaugh jechali do domu i plan Williama 
zaczynał się realizować.

W   oddali   usłyszał   tętent   kopyt.   Ktoś   bardzo   się   spieszył   i   czterech 

mężczyzn opuściło polanę i wjechało między drzewa. Był to młody Milo, nisko 
pochylony nad końskim karkiem. William wyjechał z cienia. Milo ściągnął lejce 
i wysapał:

-   Powóz!   Z   herbem!   Na   głównej   drodze   z   Hawksmouth,   jedzie   na 

zachód…

- Jaki herb? - William szykował się do szybkiej jazdy.

- W ciemności nie widziałem, panie.

- Teraz? Dziś w nocy? - Zająknął się Greville.

William, Duncan i Ewan nie tracili czasu na pytania, tylko popędzili za 

Milo polami w stronę głównej drogi. Greville podążył za nimi znacznie wolniej.

Czy to możliwe? Czyżby lord i lady Featherstonebaugh już przybyli?

Gdy   zbliżyli   się   do  wzniesienia   drogi,   naciągnęli   kapelusze   na   oczy   i 

zawiązali chustki na twarzach. Stali się rabusiami z Krainy Jezior.

Powóz posuwał   się  naprzód.  Rozstawili   się  w poprzek  drogi.  William 

wystrzelił w powietrze, a pozostali mężczyźni wycelowali strzelby w woźnicę. 
Woźnica ściągnął cztery konie. William krzyknął:

- Stój!

Duncan podjechał do drzwi powozu i otworzył je szarpnięciem.

- Wysiadać!

Ciepły, głęboki i rozbawiony kobiecy głos zaszczebiotał:

- Damy uwielbiają opowiadać swoim przyjaciółkom o takich powitaniach.

William   cieszył   się,   że   jego   twarz   była   zasłonięta   chustką,   bo   ze 

zdziwienia aż otworzył usta. Teresa? Teresa już przyjechała? Musiała bardzo 
szybko zareagować na jego zaproszenie.

background image

Wystawiła głowę za drzwi, a w świetle księżyca jej sylwetka wydawała 

się drobna i ostra. Uśmiechnęła się, ale William miał wrażenie, że uśmiech był 
bardziej rozdrażniony niż miły. Zeszła po schodkach na ziemię, jej peleryna 
rozchyliła   się   lekko   u   góry,   ukazując   apetyczną   talię.   Wszyscy   mężczyźni 
wpatrywali   się   w   nią   i   William   musiał   przyznać,   że   w   świetle   księżyca 
wyglądała uroczo i krucho.

-   Bandyci   zatrzymują   mnie,   żeby   zabrać   mi   biżuterię.   Poczekajcie, 

powiem   o   tym   mojemu   gospodarzowi,   pułkownikowi   Gregory'emu. 
Niewątpliwie bardzo go to rozbawi.

Duncan zapewne był oszołomiony jej wyglądem, ale bez trudu wcielił się 

w   rolę   brutalnego   bandyty.   Włożył   pistolet   do   kabury,   zeskoczył   z   siodła   i 
podchodząc bliżej, ukłonił się, zamiatając ziemię kapeluszem.

- Moja pani, z kim mam przyjemność rozmawiać?

-   Jestem   hrabina   Marchant.   A   pan   pożałuje,   że   ze   mną   rozmawia.   - 

Niespodziewanie złapała go za włosy, szybko szarpnęła i powaliła na kolana. 
Wyciągnąwszy   jego   pistolet   z   kabury,   przystawiła   mu   go   do   głowy   i   z 
uśmiechem,   który   zmroził   Williamowi   krew   w   żyłach,   rozejrzała   się   po 
rzekomych   bandytach.   -   Albo   pozwolicie   mi   przejechać,   albo   odstrzelę   mu 
głowę.

Greville   zabeczał   jak   owca.   Ewan   cofnął   konia.   Teresa   sprawiała 

wrażenie  drobnej, zdeterminowanej  i bezwzględnej.  William dał  znak i jego 
ludzie cofnęli się między drzewa.

Zawołała:

-  Moi   ludzie   mają   przygotowaną   do   strzału   broń.   Jeśli   pojedziecie   za 

nami, wystrzelają was jak kaczki.

William obserwował przez gałęzie, jak Duncan usiłuje wstać. Nie patrząc 

nawet na niego, kobieta kopnęła go w twarz.

Nigdy   wcześniej   nie   poznał   Teresy   od   tej   strony.   Zawsze   była 

perfekcyjnie   uczesana,   uśmiechnięta   i   modnie   ubrana.   Niezdolna   do 
zapobieżenia próbie rabunku swoimi delikatnymi dłońmi. Cały czas trzymając 
Duncana na muszce, weszła do powozu i zamknęła drzwi. Powóz odjechał w 
stronę Silvermere.

Duncan   zerwał   się   na   równe   nogi.   Trzymał   dłoń   przy   nosie   i   z 

wściekłością wpatrywał się w odjeżdżający powóz. William złapał wierzchowca 
Duncana i przytrzymał go, gdy ten na niego wsiadał.

- Złamany?

background image

- Nie sądzę. - Duncan otarł twarz chustką. - Ale rano będę miał dwie 

śliwy pod oczami. Lepiej pogoń konia, żebyś zdążył przed swoim gościem do 
domu - a jeśli to jest kobieta, którą zamierzasz poślubić, bądź ostrożny, kiedy 
padniesz na kolana, żeby się jej oświadczyć. Ma diabelskiego kopniaka.

- Panie! - W ich stronę nadjeżdżał od strony Hawksmouth wikary, pan 

Webber, i machał ręką. - W zajeździe jest cudzoziemiec, najwyraźniej całkiem 
dobrze   sytuowany   dżentelmen.   Zanim   się   położył,   zapytał   o   drogę   do 
posiadłości Feathersonebaughów. Czy mamy go zatrzymać?

- W rzeczy samej. - William zawrócił konia w stronę wsi. - Za chwilę 

odwiedzą   go   najbardziej   bezwzględni   złoczyńcy,   jakich   widziano   w   tym 
zajeździe.

Duncan wytarł nos.

- A jeśli nic nie znajdziemy?

- Puścimy go do posiadłości Feathersonebaughów, a jak już tam będzie, to 

postaramy   się,   żeby   dostał   jak   najwięcej   tajnych   informacji   o   rządzie 
brytyjskim.   -William   uśmiechnął   się   chłodno.   -   Szkoda,   że   gdy   zawiezie   te 
informacje do Rosji, okażą się fałszywe.

Udając zaskoczenie, Duncan rzekł:

- To będzie oznaczało jego koniec.

background image

Rozdział 11

Następnego dnia w południe Teresa zeszła na dół. W dziennym świetle 

wyglądała   zupełnie   inaczej,   uśmiechnięta,   z   pasemkami   ciemnych   włosów 
wokół   szczupłej   twarzy,   błyszczącymi   brązowymi   oczami   i   w   szerokiej 
spódnicy z różowej satyny, która szeleściła przy każdym kroku.

- Williamie, jak dobrze cię znowu widzieć. - Wyciągając dłoń, posłała mu 

uśmiech, będący mieszaniną rezerwy i wyważonej przyjemności.

Zupełnie   niepodobny   do   szerokiego,   prostackiego   szczerzenia   zębów, 

które świadczyło o radości panny Prendregast.

Ujmując wyciągniętą dłoń Teresy, powiedział:

- Dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie. Przykro mi, że mnie nie było, 

gdy wczoraj przyjechałaś.

- A tak bardzo cię potrzebowałam. - Wydęła z wyrzutem wargi. - Nie 

uwierzysz, mój drogi. Napadli na mnie złoczyńcy!

Wiedział doskonale, że nie był dobrym aktorem, jednak miał nadzieję, że 

wygląda na wystarczająco zaskoczonego i wstrząśniętego.

- Co?! Gdzie?

- Na drodze niedaleko stąd.

- Cóż za bezczelność! Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.

Złapała go za ramię.

- Moi służący ich przegonili, ale ja byłam przerażona!

Tym razem miał nadzieję, że nie wygląda na zaskoczonego.

- Biedactwo. Czy mogłabyś… rozpoznać któregoś z nich?

- Wiedziałam, że o to spytasz, ale nie. Mieli maski na twarzach, a poza 

tym,   mój   drogi,   nie   możesz   ryzykować   dla   mnie   życia.   Nic   nie   ukradli.   - 
Przykładając   wierzch   dłoni   do   czoła,   udała,   że   mdleje.   -   Poza…   spokojem 
ducha.

Czy   sobie   żartowała?   A   może   kłamała?   Rzadko   widywał   tak   dzielne 

kobiety, jak Teresa.

- Wybacz. Odpowiadam za bezpieczeństwo na drogach i obawiam się, że 

background image

zawiodłem cię.

- Pewnie dręczą cię wyrzuty sumienia, mój drogi, ale jesteś właścicielem 

ziemskim, nie łowcą złodziei. Nikt nie oczekuje, że będziesz po nocach jeździł 
po drogach, szukając łotrów.

- Niemniej…

- Chociaż zastanawiam się, gdzie byłeś zeszłej nocy… Nie! Nieważne. - 

Zaśmiała się i machnęła ręką. - Nie tłumacz się. Chłopcy na zawsze pozostaną 
chłopcami, a jeśli powody twojej nieobecności nie były szlachetne, to nie chcę 
ich znać.

Ukłonił   się.   Zabawne.   Zarzuciła   mu,   że   jest   nic   niewart,   nie   umie 

zapewnić bezpieczeństwa w swoim okręgu i pozwoliła mu być libertynem. Jak 
śmiała go o to podejrzewać?

- Jestem szlachcicem - odparł z nutą oburzenia w głosie.

Wkładając mu rękę pod ramię, uśmiechnęła się do niego.

- Wiem, że jesteś, mój drogi.

Uświadomił   sobie,   że   zachował   się   jak   bufon.   Gdyby   powiedział   coś 

takiego   do   Samanthy,   wyśmiałaby   go.   Teresa   bechtała   jego   męskość   tak 
zręcznie,   że   zastanawiał   się,   za   kogo   go   uważała.   Czy   myślała,   że   jest 
zdemoralizowany,   niepewny   siebie,   łaknący   potwierdzenia   swojej   wartości? 
Tak. Oczywiście, że tak myślała. Teresa myślała tak o wszystkich mężczyznach 
i rozdawała komplementy na prawo i lewo, żeby dopiąć swego, i kłamała, aby 
uchodzić za bardziej kruchą. Z tego zdawał sobie sprawę; wcześniej nie miał 
żadnych   podejrzeń.   Teraz,   gdy   codziennie   stykał   się   z   bezpośrednim 
zachowaniem   panny   Prendregast,   pochlebstwa   Teresy   wydawały   się   niemal 
niemoralne.

- O co chodzi, mój drogi? Wyglądasz dziwnie. - Teresa wpatrywała się w 

jego twarz.

Odgonił od siebie dziwne myśli.

- Jestem wstrząśnięty tym, co mi powiedziałaś. - A może to z powodu 

udanego   wieczoru,   podczas   włamania   do   pokoju   Pashenki   w   zajeździe? 
Pashenka nie był łatwą zdobyczą - trzymał Ewana na muszce, dopóki William 
nie zaszedł go od tyłu. Pistolet wystrzelił, raniąc Duncana w ramię.

Duncan miał paskudnego pecha.

Związali Pashenkę, przeszukali jego rzeczy i ukradli różne przedmioty, w 

tym pieniądze i listy, które miał wszyte w płaszcz. W tej chwili listy były w 

background image

drodze   do   Throckmortona,   a   z   pomocą   właściciela   zajazdu   Pashenka   był   w 
drodze do Maitland, gdzie zapewne ukryje się do czasu przyjazdu lady i lorda 
Featherstonebaugh.

William nie potrzebował zapewnień Teresy.

Wreszcie uda mu się pomścić śmierci Mary.

-   A   więc   mamy   zamiar   wydać   przyjęcie!   -   Teresa   rozejrzała   się   po 

wysokim holu, potem uścisnęła jego ramię, przyciskając je do swej piersi z taką 
niewinnością, że niemal uwierzył, iż nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. - 
Tak się cieszę, że poprosiłeś mnie o pomoc!

-   Kogóż   innego   miałbym   poprosić,   jak   nie   przyjaciółkę   Mary?   - 

Prowadząc ją do drzwi, powiedział: - Zarządziłem, żeby podano nam posiłek na 
tarasie.

- Jesteś taki władczy, mój drogi. - Ponownie uścisnęła jego ramię.

Uwolnił się, żeby mogła pójść przodem. Uśmiechnął się, gdy westchnęła, 

widząc przed sobą panoramę gór.

-   To   wspaniałe!   -   Podeszła   szybko   do   poręczy,   oparła   się   o   nią   i 

zapatrzyła się na góry. - Jak mogłeś znieść wyjazd do Indii?

- Wiesz przecież. Młodszy  syn, powołanie do wojska, brak wyboru. - 

Również   patrzył  na   góry,  pozwalając,   aby   skały   i  doliny   koiły   jego   zbolałą 
duszę. - Ale zauważyłaś, że udało mi się wyrwać w góry Kaszmiru. Dopiero po 
śmierci Mary zrozumiałem, że muszę wrócić do domu. Nie wiem czy udałoby 
mi   się   dojść   do   siebie   bez   widoku   i   zapachu   Silvermere.   Potrzebuję   tego 
miejsca.

Położyła dłoń na jego dłoni.

- Wybacz, przyjacielu… Mogę nazywać cię przyjacielem, prawda?

- Możesz. - Sądził, że dobrze ją zna, ale teraz wydawała się obca. Nie 

powinienem był jej tu przywozić.

-   Dziękuję.   -   Ignorując   jego   skrępowanie,   posłała   mu   kolejny 

uwodzicielski uśmiech. - Wszyscy kochaliśmy Mary, a okoliczności jej śmierci 
są ohydne, ale minęły już trzy lata od jej śmierci. Czas, żebyś skończył żałobę.

Uśmiechnął się z przymusem. Drażniło go, że daje mu takie rady. Być 

może była pierwszą kandydatką na żonę, ale powinna nauczyć się, gdzie jest jej 
miejsce.

- Ilu gości będzie na przyjęciu?

background image

- Zaprosiłem około trzydziestu osób.

- Trzydziestu? - Zamrugała. - Już ich zaprosiłeś? Myślałam, że przejrzę 

listę   i   powiem   ci   kogo…   -   Nagle   zrozumiała,   że   przekroczyła   granicę,   bo 
powiedziała:   -   Ale   oczywiście   to   twoje   przyjęcie.   Jestem   przekonana,   że 
zaprosiłeś   odpowiednie   osoby.   -   Dostrzegła   służących   stojących   przy   stole 
przykrytym   białym   obrusem,   zastawionym   chińską   porcelaną,   i   posłała   mu 
kolejny  uwodzicielski,   wyrachowany  uśmiech.  -  Och, Williamie,   jak pięknie 
wygląda   ten   pokój   śniadaniowy!   Chyba   urządzę   tu   swój   gabinet,   gdy   będę 
planować przyjęcie.

- Jak sobie życzysz, moja droga. - Poprowadził ją do stołu i odsunął jej 

krzesło. - Goście przybędą z dziećmi i służbą.

Zamarła.

- Dzieci? Chcesz zaprosić… dzieci?

- Jednym z powodów, dla których wydaję to przyjęcie, jest nauczenie 

moich córek sztuki savoir vivre'u. - Było to kłamstwo, ale nie zamierzał mówić 
jej   o   swoich   planach   zwabienia   lorda   i   lady   Featherstonebaugh   obietnicą 
zdobycia ostatnich, ważnych informacji, które ustawią ich na resztę życia.

- Och. Tak. Cóż za niezwykły pomysł. - Obserwowała go, jak siadał, a jej 

uniesiona brew zdradzała zakłopotanie i protekcjonalność. - A ile ma lat twoja 
najstarsza córka? Osiem?

- Agnes ma dwanaście lat.

- Już dwanaście! Jak ten czas leci. Pamiętam, kiedy Agnes się urodziła. 

Cóż to były za ekscytujące czasy, gdy wszyscy byliśmy w Indiach, a ty i Byron 
nosiliście mundury i wyglądaliście tak interesująco. Bardzo za nim tęsknię. - 
Dotknęła   chusteczką   kącika   oka.   -   A   jak   się   nazywał   ten   drugi   młody 
mężczyzna? Ten, który okrył się hańbą przez córkę lorda Barret-Derwina?

William zerknął na nią z ukosa. Dziwne, że pyta o Duncana po tym, jak w 

nocy Duncan ją schwytał, a ona nieźle mu dołożyła.

- Duncan Monroe i ja nadal się przyjaźnimy. Z pewnością spotkasz go 

podczas swojej bytności tutaj.

-   Naprawdę?   -   Uśmiechnęła   się.   -   Mój   drogi,   twoja   lojalność   jest 

niesamowita. Czy mówiłam ci już, jak pięknie jest na twoim uroczym tarasie z 
tym cudownym widokiem na góry?

Odchylając się do tyłu na krześle, zaczerpnął haust świeżego powietrza.

- Zawsze chętnie o tym słucham. 

background image

Ona również głęboko odetchnęła.

- Mogłabym zostać tu na zawsze.

- Niektórzy ludzie nie zostaliby. Niektórzy ludzie nie lubią wsi.

Niektórzy ludzie nazywali się panna Prendregast.

- Ba! Trudno mi uwierzyć, że komuś mogłoby się nie podobać w takim 

miejscu.

Niemal roześmiał się, przypominając sobie przekonanie Samanthy, że po 

lasach i łąkach krążą niedźwiedzie. A po łące chodziła, jakby bojąc się, że coś 
chwyci ją za nogę. I wiele by dał, żeby móc zobaczyć wyraz jej twarzy, gdy 
znalazła węże w swoim biurku.

Teresa przyglądała mu się z dziwnym wyrazem twarzy.

- Dlaczego się tak uśmiechasz?

Strząsnął serwetę i dał znak służbie. 

- Bez powodu. Jestem głodny.

Zjadł solidne śniadanie.

Teresa   jadła   jak   ptaszek,   ledwie   skubiąc   z   talerza   i   usiłując   z   nim 

rozmawiać, dopóki nie skończył. Wtedy oparła łokcie na stole i zapytała:

- Czy możemy omówić strategię przyjęcia?

Z domu dobiegło go trzaśniecie drzwi. Buty załomotały na schodach i 

Teresa podskoczyła, przykładając rękę do piersi.

- Cóż to za kakofonia?

- To dzieci. Domyślam się, że mają chwilę przerwy w lekcjach.

-   Mężczyzna   twojego   pokroju   nie   powinien   zajmować   się   takimi 

sprawami.

- Mamy nową guwernantkę. Ma niesamowitą zdolność nieprzestrzegania 

planu i sprawiania wrażenia, że robi to, co powinna.

- Zaskakujesz mnie! - Poklepała go po dłoni z dezaprobatą. - Musi być 

niezmiernie groźną, starą babą, skoro tak się jej boisz.

Nie chciał zastanawiać się nad mroczną satysfakcją, jaką odczuwał, gdy 

odparł:

- Spójrz, panna Prendregast i dzieci właśnie schodzą na dół.

background image

Jedna po drugiej dziewczynki pojawiły się na werandzie. Skrzywił się, 

słysząc ich paplaninę, ale stały w jednej linii, były czyste i schludne, i wszystkie 
się uśmiechały. Wszystkie, poza Agnes, która wyglądała tak, jakby kwaśna mina 
na zawsze przywarła do jej twarzy.

Nie rozumiał tego dziecka. Kiedyś było inaczej. Kiedy przestała siadać 

mu na kolanach i zwierzać się ze swych radości i smutków? Przyjrzał się jej.

Kyla dostrzegła ich pierwsza i zatrzymała się skonsternowana. Emmeline 

wpadła na nią, Henrietta wpadła na Emmeline i cały szereg zatrzymał się.

Panna Prendregast wyszła zza węgła, klaszcząc w dłonie,

-   Dziewczynki,   dziewczynki,   nie   zatrzymujcie   się!   Idziemy   ćwiczyć 

przedstawienie Mary w górach i nic nas nie zatrzyma.

Stanęła jak wryta, widząc Teresę i pułkownika, i przez krótki moment 

była równie skonsternowana, jak Kyla. Potem opanowała się, ruszyła do przodu, 
żeby wziąć Kylę za rękę i poprowadziła dzieci przed oblicze ojca i Teresy.

Panna Prendregast dygnęła. Dolna warga Agnes znowu drżała. Co było 

nie   tak   z   tym   dzieckiem?   Z   każdym   dniem   stawała   się   coraz   bardziej 
przewrażliwiona.

Spojrzał na Agnes i w tym samym czasie wstał, żeby dokonać prezentacji.

- Dzieci, z pewnością pamiętacie lady Marchant?

- Tak, ojcze - odparły jednogłośnie i dygnęły. - Jak się pani miewa, lady 

Marchant?

- Bardzo dobrze, dziękuję. - Teresa oparła się o krzesło i zwróciła się do 

Vivian. - A więc będziesz śpiewać, Maro?

- Nie nazywam się Mara. - Vivian wskazała na siostrę. - Ona nazywa się 

Mara. Śpiewa tak, jak mama.

Teresa skrzywiła się zasmucona i nie usiłowała już zwracać się osobno do 

każdej z dziewczynek.

-   To   wspaniale.   Jestem   pewna,   że   wszystkie   jesteście   bardzo 

utalentowane.

- Tak, lady Marchant - odpowiedziały chóralnie.

-   Lady   Marchant,   przedstawiam   naszą   guwernantkę,   pannę   Samanthę 

Prendregast.

Panna Prendregast ponownie dygnęła.

background image

- To dla mnie zaszczyt.

Teresa   rzuciła   pannie   Prendregast   wszystkowiedzące   spojrzenie,   a   jej 

uśmiech zmroził Williamowi krew w żyłach.

- Nie wygląda pani jak typowa guwernantka.

Panna Prendregast nie uśmiechnęła się, nie skrzywiła; jej zwykle pełna 

ekspresji twarz pozostała bez wyrazu.

-   Moją   patronką   jest   lady   Bucknell,   pani.   -   Jakby   to   miało   wszystko 

wyjaśnić, dygnęła jeszcze raz. - Wybaczcie państwo. Mamy mało czasu, bo za 
chwilę musimy wracać do klasy i uczyć się…

- Matematyki, panno Prendregast - podpowiedziała jej Henrietta.

- Matematyki - przytaknęła panna Prendregast. Zeszła z dziećmi z tarasu 

wśród krzewów ozdobnych, aż zniknęły obojgu z oczu.

Teresa siedziała z zaciśniętymi pięściami.

- Ona jest bezczelna.

- Naprawdę? - Sądzisz, że to była bezczelność? Powinnaś usłyszeć ją, gdy 

tu przyjechała.

Jakby zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to złośliwie, Teresa położyła 

dłoń na jego dłoni.

- Ale tak trudno w dzisiejszych czasach znaleźć odpowiednią pomoc, a ta 

przynajmniej jest młoda i ładna. Dzieciom musi się to podobać.

Żaden mężczyzna nie wiedział, jak postępować z kobietami, ale William z 

pewnością wiedział, kiedy przytaknąć.

- Tak, chyba tak.

- Ale… wygląda na chorą.

- Myślałem, że jest raczej opalona.

- Tak, jej biedna cera. - Teresa westchnęła ze współczuciem. - To skutek 

chodzenia   z   dziećmi   po   świeżym   powietrzu.   W   końcu   jest   pracującą 
dziewczyną.   Nie   możemy   oczekiwać,   że   będzie   wyglądać   jak   dama.   Jednak 
mówiłam o jej włosach. Ciekawe, skąd mają taki kolor.

- To znaczy?

Teresa roześmiała się perliście.

background image

- Chyba nie sądziłeś, że to naturalny kolor?

-   Zastanawiałem   się.   -   Do   diabła   z   tym   Duncanem.   Mówił,   że   był 

naturalny.

- A ja zastanawiam się, jakiego koloru są jej włosy, skoro uznała, że musi 

go zmienić. Pewnie ogniście rude, co tak okropnie wygląda. No cóż, niektóre 
kobiety nie mają w sobie tyle siły, żeby znieść dopust boży. - Teresa potrząsnęła 
głową. - I sądzę, że jest chuda. Czy karmisz ją odpowiednio, Williamie?

- Ależ tak. - Doskonale pamiętał, ile panna Prendregast mogła zjeść. - 

Zjada całkiem solidne kolacje.

- Jada z tobą kolacje? - Głos Teresy zadrżał.

- Dzieci również. - Uśmiechnął się. - Dziś wieczorem będziesz z nami, 

zaszczycając nas swoją obecnością.

-   Ależ   tak.   Oczywiście,   że   będę.   -   Zamrugała.   -   Dzieci?   Zawsze 

twierdziłam, że jesteś oryginałem, mój drogi.

Zastanawiał się, co chciała przez to powiedzieć. Uśmiechnęła się uroczo.

- Może następnym razem pomogę ci przy zatrudnieniu guwernantki.

- Dziękuję ci, Tereso, ale panna Prendregast obiecała mi, że zostanie tu 

przynajmniej przez rok i wiem, że mogę na niej polegać. - Zbliżył dłoń Teresy 
do ust. - Poczekaj, aż ją poznasz. Zobaczysz, o co mi chodzi.

- Nie mogę się doczekać, mój drogi. Po prostu nie mogę się doczekać.

*

Rupert, lord Featherstonebaugh, narzekał na staromodny powóz, kurz i 

konie, aż Valda, lady Featherstonebaugh, miała ochotę krzyczeć, ale krzyk nie 
był w jej stylu. Zamiast tego odwróciła się do niego z uprzejmą niechęcią.

- Czy wolałbyś jechać pociągiem, kochanie?

- To byłoby rozsądne!

- Byłoby rozsądnie postąpić tak, jak spodziewa się tego po nas Urząd 

Wewnętrzny?   Wybrać   najszybszy,   najbardziej   luksusowy   sposób 
podróżowania? Słyszałam ich. Ścigają nas!

- Bzdura. - Machnął żylastą ręką. - Dlaczego mieliby nas ścigać po tylu 

background image

latach?

- Ponieważ   mieliśmy   niespotykane   szczęście.   - Z  rezygnacją  w  głosie 

dodała: - To musiało się stać.

- Ten powóz pogruchocze mi wszystkie kości, a te drogi! - Rupert wyjrzał 

przez  okno.  -  Pełno w  nich  dziur.  Następnym  razem,  jak  będę  rozmawiał  z 
premierem, powiem mu…

- Jeśli jeszcze kiedykolwiek będziesz rozmawiał z premierem, to wtedy, 

gdy on będzie ogłaszał twój wyrok. On chce nas uwięzić. Chcą nas zabić. - 
Mówiła zbyt szybko, usiłując przekonać go wyłącznie siłą swej woli. Silna wola 
nigdy nie działała na Ruperta, więc oznajmiła: - A jeśli nie zabiją nas Anglicy, 
zrobią to Rosjanie.

-   Ależ,   kochanie,   przesadzasz.   -   Poklepał   ją   po   dłoni.   -   Czy   znowu 

dokuczają ci te uderzenia gorąca? Damy w twoim wieku cierpią na urojenia.

Nadal cedziła słowa.

- Nie cierpię na urojenia. Słyszałam ich rozmowę. Słyszałam młodego 

Throckmortona. Jesteśmy skończeni w tym interesie. Planowałam to od czasu, 
gdy zaczęliśmy tę grę. Uciekamy z Anglii, a jeśli wszystko pójdzie dobrze - a 
pójdzie - za niecały miesiąc będziemy mieszkać w pałacu we Włoszech pod 
fałszywym nazwiskiem.

- No cóż, mogłaś to lepiej zaplanować. Nie podoba mi się ten powóz. - 

Skrzyżował dłonie na piersiach i naburmuszył się. - Jest niemodny.

Może jednak krzyk był w jej stylu…

background image

Rozdział 12

Skrobanie w drzwi sypialni sprawiło, że Samantha uniosła głowę znad 

planu lekcji. Kto mógł być na korytarzu o tej godzinie? Na zewnątrz zapadła 
noc, ogień w kominku nie rozproszył chłodu wieczoru, więc siedziała zwinięta 
na łóżku i owinięta kocem. Bawełnianą koszulę nocną miała zapiętą po samą 
szyję. Włosy zaplecione w warkocz opadały na plecy. Nie miała najmniejszej 
ochoty wstawać bez względu na to, kto czekał pod drzwiami. Niezbyt miłym 
głosem zawołała:

- Wejdź, jeśli musisz.

Po chwili drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.

Agnes.   W   drzwiach   stała   Agnes   i   wyglądała   jak   miniaturowa   wersja 

Samanthy, w białej nocnej koszuli, boso, z włosami zaplecionymi w warkocz. 
Cała drżała i miała szeroko otwarte oczy z przerażenia.

Samantha   szybko   wstała   z   łóżka,   stawiając   bose   stopy   na   zimnej 

podłodze. Stała tak chwilę, nie wiedząc, czy powinna podbiec do dziecka, które 
wyglądało, jakby jednocześnie chciało uciec i zostać, czy też powinna poczekać, 
aż dziewczynka podejdzie do niej sama. W końcu zdjęła swój szali podała go 
Agnes.

- Wejdź, kochanie, i ogrzej się.

Twarz   Agnes   stężała.   Dziewczynka   załkała   i   rzuciła   się   w   ramiona 

Samanthy, przywierając do niej, jakby ta była ostatnią deską ratunku.

Samantha odgarnęła Agnes włosy z twarzy.

- Co się stało, skarbie?

Między jednym a drugim łkaniem dziewczynka powiedziała:

- To… okropne. Nie wiem… komu powiedzieć. To… boli. Ja… umieram.

- Umierasz? Dlaczego uważasz, że umierasz?

- Bo ja… bo ja… - Agnes wsunęła głowę pod ramię Samanthy. - To 

takie… obrzydliwe.

W głowie Samanthy zaświtało podejrzenie. 

- Umierasz i to jest obrzydliwe?

background image

- Ja… ja… - Dziecko nie mogło z siebie tego wydusić.

- Czy ty krwawisz?

Agnes spojrzała zaskoczona, z oczami mokrymi od łez.

- Skąd pani wie?

- Ponieważ tak się właśnie dzieje z kobietami.

- Ze wszystkimi?

- Z wszystkimi. 

- Kiedy?

- Co miesiąc.

Agnes przez chwilę się zastanawiała, a potem znów zalała się łzami.

- To… straszne.

- Tak, to prawda. - Zanim Samantha uspokoiła dziewczynkę, wyjaśniła jej 

całą sprawę i pomogła uporać się z tym. Nic dziwnego, że Agnes ostatnio była 
taka   przewrażliwiona.   Dziewczynka   przechodziła   przez   swoją   pierwszą 
menstruację,  pozostawiona sama  ze swoimi  lękami,  uczuciami,  myślami,  nie 
rozumiejąc, co dzieje się z jej ciałem.

- Czy mogę z panią spać? - spytała cichutko. 

Dzieci chodzą spać punktualnie o dziewiątej.  Nie ma wyjątków  od tej  

zasady. 

No cóż, pułkownik Gregory mógł się wypchać. Wydawało mu  się, że 

doskonale sobie ze wszystkim radzi, a proszę, co zrobił własnej córce przez 
zaniedbanie i głupotę. Unosząc koc, Samantha powiedziała:

- Oczywiście, że możesz ze mną spać. 

Agnes wdrapała się na łóżko.

- Dziękuję, panno Prendregast. Nie chciałam wracać do tamtego łóżka. - 

Zadrżała. - Rano wszyscy będą wiedzieli.

- Nie przejmuj się. - Samantha również się położyła. - Tylko kobiety, a 

one przywitają cię w swoim gronie. Wiesz, to nie jest takie straszne. Pewnego 
dnia dzięki temu będziesz mogła trzymać w ramionach dziecko.

- Więc to powinno się zdarzyć dopiero, jak wyjdę za mąż - powiedziała 

Agnes.

background image

Samantha powstrzymała uśmiech.

- No cóż, najwyższy czas, żebyśmy porozmawiały o tym, jak najlepiej 

upiąć twoje włosy.

Agnes usiadła na łóżku, objęła ramionami kolana i już trochę bardziej 

pogodnie powiedziała:

- I przedłużyć moją spódnicę do ziemi?

-   Dopiero   jak   skończysz   piętnaście   lat.   I   powiem   ci   prawdę   -   długie 

spódnice   dobrze   wyglądają,   ale   przeszkadzają.   Pomyśl,   jakie   to   będzie 
kłopotliwe wdrapać się na drzewo w długiej spódnicy.

- Mogę wdrapać się do tego pokoju z wężem w pudełku.

Samantha   sapnęła   przerażona,   potem   odwróciła   się   i   posłała   Agnes 

zabójcze spojrzenie.

- Ani… się… waż. Obiecuję ci, że się zemszczę.

-   Wiem.   -   Na   ustach   Agnes   pojawił   się   łobuzerski   uśmieszek.   -   Ale 

mogłabym zakraść się do pokoju lady Marchant.

Serce Samanthy zabiło żywiej z radości. Potem jednak skrzywiła się, jak 

przystało dobrej guwernantce.

- To nie byłoby odpowiednie.

- Ona chce wyjść za mąż za ojca.

- Nie możesz tego wiedzieć. 

Agnes skarciła Samanthę wzrokiem.

- Nie widziała jej pani dziś przy kolacji? Obserwuje go tak, jak pająk 

obserwuje muchę.

Samantha powinna czuć się rozbawiona. Nie była, a to niedobrze.

- Myślę, że twój tata sam umie się bronić.

- I usiadła na pani miejscu przy stole.

Zabawne. Samancie też to się nie podobało - została posadzona razem z 

dziećmi. Została wyłączona z dyskusji, która, jak zauważyła, nie dotyczyła już 
tematów   edukacyjnych,   ale   była   typową   rozmową   -   prowadzoną   przez   lady 
Marchant.

- To nie jest moje miejsce przy stole. Lady Marchant zachowuje się jak 

background image

pani domu, a pani domu siedzi naprzeciwko pana domu.

Agnes skrzyżowała ramiona na piersi i opuściła brodę.

- Chce być kimś więcej niż panią domu dla mojego ojca.

Nieważne,   jak   bardzo   Samantha   miała   ochotę   ponarzekać   z   Agnes, 

musiała   przede   wszystkim   pamiętać   o   swojej   pozycji.   Musiała   być   głosem 
rozsądku.

- Lady Marchant nie może zmusić twego ojca, żeby ją poślubił.

- Myślę, że on chce. Myślę, że on ją lubi. 

- Więc powinnaś cieszyć się razem z nim. Nie może wiecznie opłakiwać 

twojej mamy.

- Wiem. Nawet bym tego nie chciała. - Agnes przygryzła wargę. - Bardzo 

dobrze   pamiętam   mamę.   Vivian   też.   Nie   potrzebujemy   innej   matki.   Ale 
pozostałe… matka by im się przydała.

Agnes wydawała się taka dojrzała, że Samancie chciało się płakać.

- Ale nie lady Marchant - dodała Agnes. - Ona nas nie lubi. Mnie i moich 

sióstr. Pani też to wie.

- Byłoby lepiej, gdybyście nie były dziewczynkami. Widzi, jak pod jej 

bokiem dorastają jej rywalki… - Zamilkła przerażona. Powinna pamiętać, że 
Agnes nie była przyjaciółką, a już z pewnością nie była rówieśnicą.

- Ona nie myśli, że jesteśmy jej rywalkami. Jest stara. - Agnes założyła 

ręce na głowę. - Gdzie jest pani matka?

- Jest w niebie.

- Z moją mamą. Myśli pani, że się zaprzyjaźniły? 

Dama   i   zamiataczka   ulic?   Jakoś   Samantha   nie   mogła   sobie   tego 

wyobrazić.

- Może.

- Obudziłam się któregoś ranka i powiedzieli mi, że mama  nie żyje. - 

Agnes otarła łzę o poduszkę. - Jak zmarła pani mama?

- Zachorowała i nie miała co jeść, więc zmarła. - W zimnie, na jakichś 

łachmanach na podłodze, z siedmioletnią córką przytuloną do boku.

- To straszne.

background image

- Tak. Była naprawdę miłą kobietą. Chciała, żebym była… taka jak ona. 

Uczciwa   i   ciężko   pracująca.   Ale…   -   Samantha   ocknęła   się.   Nie   mogła 
opowiadać o swojej przeszłości biednej, nieszczęśliwej Agnes.

- Lubię panią, panno Prendregast. - Agnes przytuliła się do niej nieśmiało.

Samantha odwzajemniła się tym samym.

- Dziękuję, kochanie. Ja ciebie też lubię.

Agnes ziewnęła.

- Jestem taka zmęczona. Boli mnie głowa. Boli mnie brzuch.

- Wiem, kochanie. - Samantha nie chciała już dłużej o tym rozmawiać.

Zaledwie po kilku chwilach dziewczynka chrapała w najlepsze.

-   Biedne   dziecko   -   mruknęła   Samantha.   Przypomniała   sobie   swoją 

pierwszą   miesiączkę.   Jej   ojciec   porzucił   ją   w   sierocińcu,   a   sam   uciekł   z 
kochanką. Jedna z dziewcząt wytłumaczyła jej, co się z nią działo i co powinna 
zrobić.   Płakała   przed   snem,   tęskniąc   za   matką,   jak   nigdy   przedtem.   Żadna 
dziewczynka nie powinna być w takim dniu sama.

Uniosła głowę, słysząc głośne pukanie do drzwi. Kto tym razem?

Dobrze wiedziała. Po sposobie pukania mogła zgadnąć, że za drzwiami 

stał pułkownik Gregory.

Jednak musiała się uspokoić. Dostała nauczkę. Musiała hamować swój 

temperament, nie pozwolić, by gniew nią zawładnął, w przeciwnym wypadku 
wszystkie problemy, które wygoniły ją z Londynu do tej zapomnianej przez 
Boga dziury, nawiedzą ją ponownie.

Wstając z łóżka, złapała bladoniebieski szlafrok. Założyła go, zawiązała 

w pasie i otworzyła drzwi.

Pułkownik   miał   na   sobie   czarne   ubranie   do   konnej   jazdy   i   buty   z 

cholewami.   Za   pasem   tkwiły   skórzane   rękawice.   Patrzył   na   nią   w   ten   sam 
sposób,   jak   tej   pierwszej   nocy,   gdy   spotkała   go   na   drodze   -   surowo,   z 
wyższością i wściekłością.

Miał zamiar ją przestraszyć? Jej wściekłość dorównywała jego.

Złapał ją za ramię, wyciągnął do oświetlonego korytarza i cicho zamknął 

drzwi.

- Gdzie jest moja córka? Gdzie Agnes?

background image

Znał odpowiedź. Widział dziewczynkę, ale jeśli chciał grać w tę grę, to 

trafił na godnego siebie przeciwnika.

- W moim łóżku, śpi, a wie pan dlaczego?

- Ponieważ moja guwernantka nie jest w stanie wykonywać najprostszych 

poleceń.

- Ponieważ jej ojciec jest niekompetentny.

- O czym, do diabła, pani mówi?

- To dziecko - Samantha wskazała ręką na swoje drzwi - nie wiedziało, co 

się z nim dzieje.

Na swoje szczęście wyglądał na zaniepokojonego.

- A co się z nim dzieje?

Nie miała zamiaru go uspokajać.

- Dziś wieczorem Agnes stała się kobietą. 

Patrzył na nią, nie rozumiejąc.

Fałszywie cierpliwym tonem Samantha powiedziała:

- Ma pierwszą miesiączkę. 

Odskoczył do tyłu.

-   Panno   Prendregast!   To   nie   jest   temat,   który   powinienem   z   panią 

omawiać!

- Z kim więc powinnam to omawiać? A może raczej z kim pan powinien 

to omawiać? Jest pan jej ojcem. Twierdzi pan, że odpowiada pan za wszystko, 
co dotyczy pańskich córek, ale ignoruje pan te podstawowe przypadłości, które 
jedna z nich będzie znosić?

Otworzył usta, a potem zamknął. Po raz pierwszy od czasu ich spotkania 

nie wiedział, co powiedzieć. W końcu wydusił z siebie:

-   Nie   ignoruję   niczego,   co   dotyczy   moich   córek,   ale   to   naturalna 

przypadłość, o której, jestem pewien, uprzedziła je jedna z nauczycielek.

- Tego nie było w planie. - Oparła się o ścianę i skrzyżowała ręce na 

piersi, powstrzymując się, żeby nim nie potrząsnąć. - Kobiety nie różnią się od 
mężczyzn. Żadna kobieta nie chce powiedzieć dziewczynce, że jej szczęśliwe, 
beztroskie życie za chwilę się zmieni, że jej ciało podąża w stronę kobiecości, a 
to czasami oznacza ból i dyskomfort. Jak pan śmie zakładać, że ktoś inny zadba 

background image

o coś tak ważnego?

- Panno Prendregast, proszę do mnie nie mówić w ten sposób.

Jej postanowienie panowania nad sobą wzięło w łeb wraz z ogarniającą ją 

falą wściekłości.

- A właśnie że będę. Ktoś powinien do pana mówić w ten sposób. Żyje 

pan swoim radosnym życiem, włócząc się gdzieś przez całe noce, nieświadomy, 
że   pańskie   córki   martwią   się   o   pana,   że   niańki   spiskują   przeciwko 
guwernantkom,   nie   wiedząc   nic   o   obawach   Kyli,   lękach   Mary,   koszmarach 
Vivian i miesiączce Agnes. Uważa pan, że to takie światłe, że je pan kolacje z 
dziećmi,   ale   robi   pan   wszystko,   aby   rozmowa   nie   była   rozmową,   ale 
przewodnikiem po jakichś tematach, które pan ustala.

Zrobił krok do tyłu.

- Dzieci dobrze wykorzystują ten czas.

- Nie zna pan swoich dzieci i robi pan wszystko, żeby nie mogły z panem 

porozmawiać. Nie pozwala im pan powiedzieć sobie o ich lękach i nadziejach, 
spytać jak dorastać. Nigdy nie przyznaje się pan do błędu, a już z pewnością nie 
przyzna pan, że może nie wiedzieć wszystkiego. Udowodnił pan, że dużo wie na 
temat ryb w tej okolicy, ale nic pan nie wie o swoich dzieciach. Co noc ściga 
pan bandytów. - Wskazała  na drzwi wejściowe.  - Najwyższy  czas zostać w 
domu z córkami.

- Panno Prendregast! - Wyciągnął ręce w jej stronę i zatrzymał się kilka 

centymetrów od jej ramion. Zamiast tego oparł dłonie o ścianę po obu stronach 
jej głowy, wpatrując się w jej oczy i ciężko dysząc z wściekłości. - Może się 
pani spakować. Rano pani wyjeżdża.

Drżącym   palcem   wskazała   na   swoją   sypialnię.   Trzęsącym   głosem 

powiedziała:

- Agnes myślała, że umiera. 

Pobladł.

- Myślała, że wykrwawi się na śmierć. Jeśli uważa pan, że powiedziałam 

za   dużo   i   musi   mnie   pan   odesłać,   nie   mogę   pana   od   tego   odwieść,   ale, 
pułkowniku Gregory, każda z pańskich córek będzie przechodzić przez to samo 
i sądzę, że Vivian czeka to już niedługo. Potrzebuje pan kogoś, kto przygotuje je 
do   przekroczenia   progu   kobiecości.   Za   kilka   lat   Agnes   znajdzie   mężczyznę, 
który   będzie   chciał   się   z   nią   ożenić,   i   ktoś   musi   przygotować   ją   do   nocy 
poślubnej, porodu i rzeczywistości, skrywanej pod pozorami bajkowego świata. 
Czy może pan to zrobić? - Pochyliła się w jego stronę na tyle blisko, by mógł 

background image

poczuć żar jej wściekłości. - Czy naprawdę może pan to zrobić?

Jego oczy płonęły, ramiona drżały.

- Nigdy pani nie wie, kiedy zamilknąć. - Pochylił głowę i przycisnął usta 

do jej ust.

Przez chwilę była tak zaskoczona, że nie zdawała sobie sprawy, co robił. 

A później pomyślała: całuje mnie. Pułkownik Gregory mnie całuje.

Wściekłość.   Zmieszanie.   Zaskoczenie.   Odwróciła   twarz,   przycisnęła 

głowę do jego szyi, w miejscu, w którym krawat dotykał skóry.

- Oszalałeś?

- A jak myślisz? - Pocałował ją znowu. Musiała być także szalona, bo jej 

się to podobało.

Ale kłócili się.

Ale podobało się jej.

Ale dzieci… i Agnes…

Wszyscy spali. Nikt nie widział. Nikogo to nie obchodziło.

A jej się podobało.

Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Odsunęła się.

- Nie powinniśmy tego robić.

- Nie. - Ale nie ruszył się.

- Jesteś tym, kim jesteś i ja jestem tym, kim jestem.

- Tak. - Jego twarz była bardzo blisko. Tak blisko. Jego oddech pachniał 

porto i przywodził jej na myśl ten wieczór, kiedy po raz pierwszy powąchała 
trunek. Widziała kilkudniowy zarost na jego podbródku, zmysłowy zarys jego 
ust.

Zrobiłam w życiu wiele nieodpowiednich rzeczy, ale ta jest najgorsza - 

pomyślała.

Łapiąc koniec jego krawata, przyciągnęła jego usta ku sobie.

Jego dłonie spoczywały po obu stronach głowy Samanthy. Przywarł do 

niej całym ciałem. Dotykał jej ustami. Gdyby stała bez ruchu, może zmęczyłby 
się pocałunkami. Jednak mogłaby przysiąc, że okrył ją swoim ciepłem. Jego 

background image

buty i rękawice roztaczały intensywny zapach skóry. Ustami wędrował po jej 
wargach. Zamknęła oczy. Pod powiekami zaczęły pulsować kolory szlachetnych 
kamieni: rubin, szafir, szmaragd. Palcami wyczuwała jego tętno na szyi, a serce 
zaczynało bić w tym samym rytmie.

A więc dlatego mężczyźni i kobiety się całowali. Aby zobaczyć, poczuć, 

poznać się  nawzajem w  cudowny, niepowtarzalny  sposób.  Mogłaby  tak  stać 
przez całą noc i nigdy nie mieć dość jego czułości.

Wtedy przesunął językiem po jej wargach.

Gwałtownie   otworzyła   oczy.   Jego   język.   Złapała   go   za   nadgarstek   i 

szarpnęła. Jego nadgarstek… Delikatnie całował jej wargi.

- Otwórz usta.

Nie zrozumiała go. Uniosła powieki.

- Co? Dlaczego?

Również otworzył oczy i spojrzał na nią, a jego twarz była tak blisko, że 

mogła dostrzec każdą ciemną rzęsę.

- O tak - wyszeptał, a potem zamknął oczy i wsunął język między jej 

wargi.

Pierwszy   pocałunek   był   tylko   wstępem,   badaniem.   Teraz   jego   język 

wsunął się między jej wargi, poruszając się z pasją i poczuła się... inaczej. Już 
nie   taka   pewna   siebie,   niezależna   kobieta,   do   czego   zmusiło   ją   życie,   ale 
uwielbiana,   wspaniała,   kochana.   Krew   buzowała   jej   w   żyłach.   Oddychała 
chrapliwie.   Mocno   opierała   się   o   ścianę,   by   się   nie   osunąć,   i   pragnęła 
odwzajemnić jego pocałunek.

Nigdy nie nauczyła się tego, nigdy nie miała na to ochoty. Ale przy nim… 

jego siła ją zniewalała. W jej głowie pojawiały się obrazy. Sceny, w których byli 
razem, splecione ciała, jego dłonie dotykające miejsc na jej ciele, których nie 
dotykał dotychczas żaden mężczyzna. Wyobraziła sobie, jak wyglądałby bez 
ubrań, umięśniony, owłosiony, silny. Wyobraziła sobie, jak by na nią patrzył. 
Wyobraziła sobie, że on… robiłby rzeczy, którymi zawsze pogardzała. Bo te 
rzeczy   zadawały   kobiecie   wyłącznie   cierpienie   i   wydawały   się   dziwne   i 
odrażające. Tylko gdy myślała o robieniu ich z nim, wydawały się cudowne, jak 
dotyk miękkiego futra na jej skórze albo łyk wody po długiej suszy.

Był delikatny, ale stanowczy. Przechylił głowę najpierw w jedną, a potem 

w drugą stronę, smakując ją i zachęcając do oddania pocałunku.

Czuła mrowienie  w piersiach  i zacisnęła  mocno  uda, żeby zmniejszyć 

uczucie  obrzmienia  i  dyskomfortu.   Pomogło…   i pogorszyło  sprawę.  Chciała 

background image

przestać   i  chciała   ciągnąć   to   dalej.   Pragnęła   wtulić  się   w   niego,   ale  resztka 
rozsądku,   jaka   jej   pozostała,   kazała   jej   nadal   opierać   się   mocno   o   ścianę. 
Poczuła,   że   drżą   mu   nadgarstki.   Jego   język   wdarł   się   głębiej   w   jej   usta   i 
odpowiedziała mu, niepewnie, chętnie, z zadziwieniem. Jego pocałunki stawały 
się coraz bardziej namiętne, otwierając przed nią drzwi do pożądania.

Chciała,   żeby   coś   powiedział.   Wytężyła   słuch.   Drgnęła,   gwałtownie 

odsuwając się od niego. Pułkownik wyprostował się.

- Co? Co się stało?

- Chyba coś… słyszałam. Jakby trzaśniecie drzwi. 

Rozejrzał się po korytarzu.

- To tylko twoja wyobraźnia.

Złapał ją za ramiona, ale chwila szaleńczej namiętności minęła. Głębokim 

i namiętnym głosem powiedział:

- Twoje oczy… mają taki niespotykany kolor.

- Zwyczajny brązowy.

-   Nie,   dziś   przypominają   kolor   miodu,   złocisty   brąz.   -   Chwycił   ją   za 

podbródek. - Czy wiesz, że masz najbardziej wyraziste oczy, jakie znam?

Potrząsnęła głową.

- W twoich oczach czytam twoje myśli.

- Och, nie… - wykrztusiła. Jej myśli zbyt często wędrowały do niego i 

zbyt często były niestosowne i lubieżne. Odwróciła wzrok.

- Mogłabyś uwieść mnie swoimi oczami. 

Spojrzała na niego zakłopotana.

- Nie mam takiego zamiaru.

- Wiem. Ten pocałunek… to był błąd.

- Tak. Oczywiście. Był.

Jednak znowu głaskał ją po ramionach.

- Nie powinniśmy więcej tego robić.

- Nie. Nigdy. - Samantha spojrzała w dół na swoje bose stopy na zimnej 

podłodze.   Nigdy   wcześniej   nie   czuła   się   tak   skrępowana.   Całowała   się   z 
pułkownikiem   Gregorym.   Tak,   chciała   tego.   Potajemnie.   W   najgłębszych 

background image

zakamarkach umysłu chciała tego…

Ale zrobić to. I to tak długo, tak szczegółowo. Co więcej, podobało jej się 

to. A on o tym wiedział.

Jak miała jutro spojrzeć mu w twarz? Nawet teraz nie była w stanie na 

niego spojrzeć.

-   O   czym   rozmawialiśmy…   wcześniej?   -   Jego   głos   nadal   brzmiał 

nienaturalnie.

Wciąż pobrzmiewała w nim namiętność. Podkuliła stopy, wyczuwając tę 

namiętność. Ale musiała zachowywać się normalnie.

- Wcześniej. Powiedziałeś mi, żebym wyjechała. - Miała nadzieję, że nie 

zauważył   jej   bosych   stóp.   Lady   Bucknell   nigdy   nie   mówiła   jej   o   zasadach 
dotyczących bosych stóp, ale jeśli kobieta nie mogła podać mężczyźnie gołej 
dłoni,   to   zasady   dotyczące   stóp   musiały   być   znacznie   bardziej   surowe.   - 
Chciałeś, żebym spakowała walizki?

- Nie! Nie. To znaczy… nie, byłem zły. - Zakasłał. - Powiedziałem coś, 

czego nie powinienem był mówić.

Zerknęła na niego i dostrzegła, że z lekkim uśmiechem przygląda się jej 

palcom u stóp.

Cofnęła stopy pod szlafrok i uświadomiła sobie, że… poza koszulą nic na 

sobie nie miała. Martwiła się o swoje palce u stóp, a on musiał wiedzieć… no 
cóż, i tak niczego nie mógł zobaczyć. Szlafrok był mocno zawiązany, a koszula 
z grubego materiału, zupełnie nieprzezroczysta. Jednak sama myśl o tym, że 
stała tutaj, z nim, gdy w każdej chwili mógł unieść materiał i dotknąć jej nagiej 
skóry, aż do… zacisnęła mocno kolana. Gdyby to zrobił, odkryłby, że w środku 
się rozpuszczała. Na pewno; była wilgotna i nabrzmiała.

- Wolałbym, żebyś została. Jeśli możesz. 

Wyprostował się. Zdjął ręce z jej ramion i zrobił krok do tyłu.

- Nie musisz się obawiać, że moje dzisiejsze niestosowne zachowanie się 

powtórzy. Ja nie całuję… to znaczy całuję, ale nie guwernantki. Narzucanie się 
młodej kobiecie, która dla mnie pracuje, jest przejawem braku ogłady i jestem 
tego w pełni świadomy. Nie wiem, co mnie napadło.

Uśmiechnęła   się.   Dobrze   wiedziała   co,   a   wyobrażenie   sobie   tego 

zwiększyło tylko uczucie dyskomfortu.

-   Nie   całkiem   się   narzucałeś.   Mogłam   krzyczeć,   albo…   coś   w   tym 

rodzaju.

background image

- Niemniej, to oczywiste, że jesteś młodą damą z niewielkim lub żadnym 

doświadczeniem w sprawach alkowy…

Skonsternowana, rzuciła:

- Czy ten pocałunek był zły?

- Nie! - Przesunął palcami po jej wargach. Powstrzymała się, żeby ich nie 

pocałować.

- Wcale nie - powiedział. - Bardzo mi się podobał. Był taki, jak sobie 

wyobrażałem.

Wyobrażał sobie mój pocałunek?

- Ale nie objęłaś mnie, a kiedy pocałowałem cię po raz pierwszy, nie 

odwzajemniłaś mojego pocałunku. - Jakby chcąc rozkoszować się dotykiem jej 
skóry,   znowu   dotknął   palcami   jej   warg.   -   To   nie   była   niechęć,   raczej 
oszołomienie.

- Poznałeś to po moich ustach?

Powstrzymał się od uśmiechu. 

- A nie mogłaś poznać po moich ustach, co ja czułem?

-   No   cóż.   -   Znowu   spuściła   wzrok   i   zaczęła   bawić   się   guzikami.   - 

Mogłam.

- No widzisz. - Zerknął na jej palce. - Kiedy kobieta świadomie uwodzi 

mężczyznę,  odpina guziczki w odpowiednim miejscu,  aby  mógł  dostrzec jej 
biust.

Przestała bawić się guzikami.

-   Czy   wiesz,   co   mi   robisz,   gdy…   -   Jakby   nie   mogąc   się   opanować, 

rozwiązał jej szlafrok. - Nie. Oczywiście, że nie wiesz.

Gdyby była rozsądna, uderzyłaby go w twarz, aż zadźwięczałoby mu w 

uszach.   Zamiast   tego   odchyliła   głowę,   zamknęła   oczy   i   rozkoszowała   się 
dotykiem jego dłoni, tak cudownym i tak przelotnym. Spojrzał na swoją dłoń, 
jakby został na niej ślad skóry Samanthy.

-   Niemniej,   człowiek   honoru   nie   uwodzi   swojej   guwernantki.   - 

Wyprostował ramiona, a jego głos znowu brzmiał oschle, jak zazwyczaj brzmiał 
głos pułkownika Gregory'ego. - Jak już pani mówiłem, panno Prendregast, na 
tym świecie nadal są ludzie honoru, a ja jestem jednym z nich.

- Tak. - Przesunęła się w stronę drzwi. - Wierzę panu. Rano odeślę Agnes 

background image

do jej łóżka.

Patrzył na nią, jakby miał ochotę podążyć jej śladem.

- Chylę głowę przed pani mądrością w sprawach zdrowia mojej córki.

- Tak. No cóż. Dziękuję. - Stała w drzwiach i bawiła się klamką, tak 

bardzo   onieśmielona   i   zawstydzona,   że   pragnęła   jedynie   zniknąć   w   swoim 
pokoju i schować się pod kołdrą. Jednocześnie… jednocześnie chciała stać tutaj, 
patrzeć na niego, rozmawiać z nim o niczym, ponieważ… cóż, nie wiedziała 
dlaczego,   ale   tego   właśnie   chciała,   a   jedynie   głupiec   mógł   chcieć   czegoś 
takiego.

Prawda? Zrobiła krok w głąb pokoju.

-   Dobranoc,   panno   Prendregast.   -   Jego   głos   był   głębszy,   milszy   niż 

kiedykolwiek wcześniej, jak krem czekoladowy i porto.

- Dobranoc, pułkowniku Gregory. - Wchodząc do środka, zamknęła mu 

drzwi   przed   nosem   i   miała   wrażenie,   jakby   uniknęła   wielkich   kłopotów   -   i 
skazała się na samotność.

background image

Rozdział 13

William   otworzył   okno   w   swoim   pokoju,   wychylił   się,   rozkoszując 

porannym słońcem, i odetchnął rześkim górskim powietrzem.

- Cudownie być żywym w taki dzień!

- Tak, pułkowniku, to prawda. - Głos jego wysokiego, chudego służącego, 

zgorzkniałego   z   powodu   braku   żołnierskich   rozrywek,   nie   mógł   brzmieć 
bardziej sarkastycznie.

- Żadnej chmurki na niebie, żadnej bitwy do stoczenia; można umrzeć z 

nudów.

Nuda? Nie, nie kiedy Samantha jest na drugim końcu korytarza. Kto by 

pomyślał,   że  kobieta,  która tak  śmiało   przemawia   i  hardo patrzy,  całuje tak 
nieśmiało i powściągliwie?

- Niech pan weźmie kąpiel, zanim woda wystygnie. - Cleavers sprawdził 

jej temperaturę łokciem. - Jest taka, jak pan lubi - wystarczająco gorąca, żeby 
ugotować homara.

Zostawiwszy otwarte okno, William zanurzył się w miedzianej wannie.

- Idealna. - Gorąca woda łagodziła mięśnie obolałe od wczorajszej jazdy - 

i nocnych łowów.

Sprawy   posuwały   się   naprzód.   Jego   ludzie   schwytali   Rosjanina 

podążającego drogą do Maitland, a co ważniejsze, aresztowali dwóch Anglików 
i Angielkę, podróżujących osobno, którzy byli szpiegami i zmierzali w stronę 
posiadłości państwa Feathersonebaugh. Mężczyźni mówili z twardym akcentem 
i byli służącymi, którzy zbierali i sprzedawali informacje. Jednak kobieta była 
piękną  i  inteligentną  damą.  Miała  przy  sobie  listy   dotyczące  rozmieszczenia 
angielskich   wojsk   za   granicą   i   z   pewnością   mogła   użyć   swojej   urody,   by 
uniknąć aresztowania.

Próbowała   swoich   wdzięków   na   Williamie.   Nie   tylko   nie   był 

zainteresowany,   ale   też   upewnił   się,   że   będzie   jej   pilnować   wieśniaczka   o 
twardym charakterze. Dama z pewnością nie ucieknie.

Wstając z wanny, wytarł się i włożył spodnie oraz koszulę.

Cleavers pokazał mu dwie marynarki.

-  Czy włoży pan ciemnozieloną, pułkowniku, czy czarną?

background image

William przetrzymywał wszystkich szpiegów w wiejskim więzieniu. Miał 

nadzieję,   że   dziś   w   nocy   również   dopisze   mu   szczęście,   ponieważ   plan 
Throckmortona, aby wyłapać wrogów, postępował lepiej niż mogli marzyć, a 
jego własny plan pojmania lorda i lady Featherstonebaugh na gorącym uczynku 
wydawał się coraz bardziej realny.

-   Oczywiście   czarną.   Dlaczego   ciągle   pokazujesz   mi   te   marynarki   w 

absurdalnych kolorach?

-   Ponieważ   wiszą   w   pańskiej   szafie.   Ponieważ   dżentelmen   nosi   takie 

kolory. Ponieważ mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się pana zaciągnąć na 
salony, gdzie może uda się panu oczarować jakąś kobietę, która zgodzi się wyjść 
za pana, i nie będę już musiał dłużej wybierać panu ubrań.

Zaintrygowany, William spojrzał na Cleaversa.

- Kobiety lubią zielony?

Cleavers powiesił zieloną marynarkę na wieszaku.

- Tak, pułkowniku, powtarzam to panu od czasu śmierci pani, ale pan 

nigdy nie słucha.

Z   właściwym   dla   siebie   zdecydowaniem,   bez   zastanawiania   się   nad 

motywami, William podjął decyzję.

-   Dobrze.   Zielona.   -   Wybrał   pasujący   butelkowo-zielony   krawat   i 

zawiązał go precyzyjnie wokół szyi. Włożył czarną kamizelkę z haftem w tym 
samym kolorze na klapach.

Tak, sprawa ze szpiegami nabierała wreszcie rumieńców.

Co  więcej,   nowa  guwernantka  świetnie   się  sprawdzała.   Chociaż   miała 

tendencje do nadmiernego krytykowania, a ostatniej nocy była wręcz bezczelna 
w   swoich   opiniach   na   temat   jego   charakteru.   Jednak   z   przykrością   musiał 
przyznać, że miała dużo racji.

Na szczęście złagodziła jego gniew w sposób, o którym nawet nie marzył.

Podczas gdy William niecierpliwie czekał, Cleavers poprawił mu krawat i 

wygładził marynarkę.

- Dziękuję, Cleavers.

Cleavers uderzył się dłonią w piersi, zadowolony z efektów swojej pracy.

- Proszę bardzo, pułkowniku. - Pośpiesznie, z łobuzerskim błyskiem w 

oku dodał: - Domyślam się, że to na cześć lady Marchant?

background image

William spojrzał na niego beznamiętnie.

- Kogo? Och. Tak. Lady Marchant.

Gdy   szedł   korytarzem,   Cleavers   wyszedł   za   nim   i   obserwując   go, 

zastanawiał się. Może plotki, krążące po domu, były prawdziwe.

William nie zdawał sobie sprawy, że Agnes tak szybko dorosła. Nigdy nie 

przyszło mu  do głowy, że jego córka będzie potrzebować  kobiecej pomocy. 
Szczycił się tym, że jest przygotowany na każdą okoliczność, a zawiódł Agnes. 
Strasznie. Nie tolerował porażek, zwłaszcza własnych, i zamierzał coś z tym 
zrobić. Dzisiaj. Teraz.

Nacisnął klamkę w drzwiach do klasy.

Jego córki siedziały w ławkach, a William z zaskoczeniem stwierdził, że 

Samantha prowadziła lekcję historii. Postępowała zgodnie z jego planem, jednak 
prowadziła   zajęcia   z   taką   pasją,   że   dzieci   słuchały   z   błyszczącymi   oczami. 
Poczuł dziwny ucisk w dołku; po raz pierwszy od bardzo dawna jego córki były 
razem, szczęśliwe i zgodne - i to za sprawą Samanthy. Stała przy tablicy ze 
wskaźnikiem w dłoni. Pełnym entuzjazmu głosem mówiła:

- Widzicie, królowa Elżbieta zjednoczyła naród, z powodzeniem unikając 

małżeństwa kontraktowego, które pozbawiłoby ją niezależności i podważyłoby 
jej autorytet w zdominowanym przez mężczyzn rządzie. Bez względu na to, co 
powiedzą wam mężczyźni, kobieta może rozkwitnąć bez pomocy męża!

William  skrzywił   się.   Czego   ona   uczyła   jego  córki?   Siedem  par  oczu 

zwróciło się w jego stronę.

- Ojcze! - Agnes wstała.

Pozostałe   dziewczynki   również   zaczęły   się   podnosić,   ale   zatrzymał   je 

ruchem dłoni.

- Siedźcie, siedźcie. - Uśmiechając się do Samanthy przeszedł na tył klasy 

i oparł się o stół. Krzyżując ramiona, dał Samancie znak, aby kontynuowała.

Ponownie wzięła wskaźnik do ręki, a na jej policzkach pojawił się uroczy 

rumieniec.   Nie   patrzyła   na   niego.   Najwyraźniej   przypomniała   sobie   ich 
pocałunek. Nie powinien sobie tak pochlebiać. W końcu pozwolił Teresie mieć 
nadzieję, że jej się oświadczy. Rozum podpowiadał mu, że Teresa byłaby żoną, 
której potrzebował. Rozum podpowiadał mu również, że pożądanie w stosunku 
do Samanthy, które go spalało, było żałosne. Powiedziała:

- Dobra królowa Bess przez lata unikała ataku ze strony hiszpańskiej, 

posługując się  sprytem i obietnicami.  Z pewnością  jest to kobieca broń, ale 
sprawdza się tam, gdzie nic innego nie działa.

background image

Vivian oparła podbródek na dłoni i wpatrywała się w Samanthę.

- Co ona zrobiła, panno Prendregast?

- Obiecała, że pomyśli o ślubie z królem Hiszpanii, dobrze wiedząc, że 

jeśli   wyszłaby   za   niego,   byłaby   mu   podległa,   a   Anglia   byłaby   podległa 
Hiszpanii.

Samantha rzuciła spojrzenie w stronę Williama, ledwie zatrzymując się na 

jego   szyi,   piersi,   ale   omijając   twarz.   Pochylił   się   i   uchwycił   jej   wzrok,   co 
sprawiło, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

- Z… zanim zdał sobie sprawę, że bawiła się nim, i zaatakował nasze 

wybrzeże,   Anglia   zdążyła   zbudować   potężną   flotę   i   była   w   stanie   pokonać 
hiszpańską armadę.

Samantha była naprawdę piękna. Miała cudownie jasne włosy i ciepłe 

brązowe oczy. Wysoka, smukła… niektórzy powiedzieliby, że za szczupła, ale 
myliliby się. Podobały mu się kobiety, które nie miały zbyt obfitych kształtów i 
wyobrażał sobie, że kiedy będzie miał okazję zdjąć z niej bieliznę… nie. To nie 
było właściwe. Jeśli kiedykolwiek będzie miał okazję zdjąć z niej bieliznę…

Mężczyźni mają swoje fantazje, bez względu na to, jak bardzo z nimi 

walczą, a on wiedział, że jej piersi zmieściłyby się w jego dłoniach…

Miał wrażenie, że jego nagłe uczucie dyskomfortu jest widoczne jak na 

dłoni, więc skrzyżował nogi.

Problem   polegał   na   tym,   że   Samantha   miała   na   sobie   zupełnie 

nieodpowiednią suknię z fioletowego muślinu i różowej satyny. Guwernantki 
nie ubierały się w ten sposób. Nie uczyły z takim entuzjazmem. Nie całowały… 
jak zaskoczone dziewice, wkładając w to pasję i drżąc. Samantha nie powinna 
być guwernantką. Powinna zostać hurysą, kurtyzaną albo… żoną.

Wbił wzrok w podłogę. Żoną. Innego mężczyzny. Nie jego. Nie spełniała 

żadnego z kryteriów z jego listy. Nie znał jej pochodzenia. Nie znał jej rodziny. 
Znał jej temperament i nie można było powiedzieć, że była spolegliwa. Było 
oczywiste, że nic ich nie łączyło. A jednak… mogłaby być odpowiednią żoną 
dla niego.

Absurd. Sprowadził tu Teresę z zamiarem przekonania się, czy pasuje do 

jego rodziny, a zamiast tego rozmyślał o Samancie. Czy postradał rozum? Co 
więcej, jego uwagę przez większą część czasu powinna zajmować sprawa lady i 
lorda Featherstonebaugh. Mógł się nią zajmować i w tym samym czasie zalecać 
się   do   lady   Marchant.   Nie   było   to   możliwe,   gdyby   chciał   zalecać   się   do 
Samanthy.

background image

Do cholery, pożądanie sprawiło, że ledwie mógł ustać.

Uniósł   wzrok   i   uświadomił   sobie,   że   Samantha   i   dzieci   mu   się 

przyglądają.

- Czy nie zgadza się pan ze mną, pułkowniku? - spytała Samantha, trochę 

za słodko.

Już nie unikała jego wzroku; patrzyła wprost na niego, a jej spojrzenie 

przeszywało go na wskroś.

Spojrzał na dzieci. Nie mógł się przyznać, że nie słuchał. To podważyłoby 

autorytet Samanthy. Jednakże nie mógł zgodzić się z nią, nie wiedząc, o czym 
mówiła. Starannie dobierając słowa, powiedział:

- Zastanawiałem się po prostu, skąd takie wnioski.

-   Że   jej   wysokość   królowa   Elżbieta   była   jednym   z   najwybitniejszych 

taktyków w historii Anglii? - Samantha spytała, biorąc się pod boki. - Czy ma 
pan jakiś argument przeciw temu twierdzeniu?

-   Nie,   nie!   Zgadzam   się.   Po   prostu   uważam,   że   jak   wielu   naszych 

wybitnych   przywódców,   swoją   wielkość   zawdzięcza   rozważnemu   dobieraniu 
doradców, słuchaniu ich rad i postępowaniu zgodnie z nimi. A poza tym, jak 
wielu naszych wspaniałych przywódców, czasami postępowała tak, jak uważała 
za stosowne.

- Słuszna uwaga, pułkowniku! - Samantha posłała mu uśmiech. - Królowa 

Elżbieta   była   monarchą   absolutnym,   a   jednak   nie   była   tyranem,   jak   wielu 
naszych królów.

Odwzajemnił   uśmiech.   Na   jej   policzkach   pojawił   się   rumieniec.   Gdy 

wpatrywali się w siebie, w klasie zapanowała cisza. Dwoje ludzi niemających ze 
sobą nic wspólnego, a jednak połączonych niewidzialną nicią.

Wtedy Emmeline spytała:

- Ojcze, czy zostaniesz także na matematyce? 

Wziął się w garść, podszedł do Emmeline i przykląkł przy niej.

- Dlaczego na matematyce, Emmeline?

- Bo odejmowanie jest trudne.

- Nie dla ciebie. - Starając się, aby usłyszały go pozostałe dziewczynki, 

szepnął: - Jesteś moją najmądrzejszą córką.

- Nie jest - krzyknęła Kyla.

background image

Wyciągnął ramiona i dziewczynki przytuliły się do niego. Od lat już tak 

się nie przytulali, okazując sobie rodzinne uczucia, od tak dawna, że pamiętał, 
jak   Mary   uśmiechała   się,   patrząc   na   nich.   Tym   razem,   gdy   uniósł   głowę, 
zobaczył Samanthę, i czuł się z tym dobrze. Mary polubiłaby Samanthę - za jej 
dobroć, dyscyplinę, miłość do dzieci.

Gdy   przytulił   już   każdą   z   dziewczynek   z   osobna   i   wszystkie   razem, 

zapewniając Kylę, że jest jego najmądrzejszą córką, poza Henriettą, i Vivian, i 
Agnes i Marą - i Emmeline - podszedł do Samanthy i ukłonił się przed jedyną 
guwernantką, której udało się przechytrzyć jego córki.

- Świetnie pani sobie radzi, ucząc moje dzieci. 

Patrzyła na niego z dziwną powagą.

- Dziękuję, pułkowniku. To sama przyjemność. 

Ogarnął wzrokiem dziewczynki.

- Czy wasze sukienki są już gotowe? 

Wszystkie usiłowały mówić jednocześnie. Uciszył je i wskazał na Agnes.

- Jeszcze nie całkiem, ojcze, ale prawie - odpowiedziała. - Ciągle mamy 

przymiarki.

- To takie nudne - odezwała się Henrietta.

- Powiem szwaczkom, żeby natychmiast przestały, ponieważ moja córka 

jest znudzona.

- Nie! Nie, udaję, że jestem księżniczką, która idzie na bal, i nie myślę o 

tym. - Henrietta wydęła wargi. - No, chyba że ukłują mnie igłą.

Wszystkie dziewczynki przytaknęły.

-   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy   was   w   nich   zobaczę.   A   teraz   pójdę 

zaplanować  przyjęcie,  a wy  będziecie  uczyć się  matematyki.   -  Pogłaskał  po 
policzku Emmeline, potem Agnes i, zanim zdążył pomyśleć, Samanthę.

Samantha odsunęła głowę.

- Pułkowniku Gregory, nie jestem jedną z pańskich córek.

Jej ruch, reprymenda rozzłościły go.

- Z pewnością bym pani z nimi nie pomylił. - W jego spojrzeniu pojawił 

się żar ostatniej nocy.

Zarumieniła się, ale zacisnęła mocno usta i spojrzała mu w twarz. Kobietę 

background image

można było zniewolić tylko najsłodszą bronią.

- Życzę pani miłego dnia, panno Prendregast. Dzieci. - Przeszywając ją po 

raz ostatni spojrzeniem, wyszedł na taras.

Jedną z jego córek? Z pewnością nie!

background image

Rozdział 14

Jak   William   się   spodziewał,   Teresa   usadowiła   się   pod   markizą.   I   jak 

obiecała, zorganizowała na tarasie centrum przygotowań do przyjęcia. Na stole 
rozłożyła przed sobą listy gości z zapiskami  i tabelkami.  Pod ręką trzymała 
dzwonek do wzywania służących, którzy pojawiali się, aby przyjąć polecenia i 
zdać  relację  z   tego,  co  już  zrobili.  Obok  stał   wazon  z   białymi,  różowymi  i 
czerwonymi   goździkami.   William   stwierdził,   że   Teresa   byłaby   świetnym 
generałem.

Byłaby dobrą żoną dla niego.

- Williamie, nareszcie! - Uśmiechając się na powitanie, wyciągnęła ku 

niemu ręce.

Ucałował   je   z   galanterią.   Od   razu   je   cofnęła   i   chwyciła   pióro. 

Najwyraźniej jej przeszkadzał.

Zanurzywszy   stalówkę   w   atramencie,   napisała   kilka   słów,   a   potem 

oznajmiła:

-  Zdecydowałam.   Na   trawniku  pomiędzy   domem   i  jeziorem  rozstawię 

namioty, a jeśli pogoda pozwoli, będziemy podawać tam lunch przez trzy dni. - 
W swojej żółtej porannej sukience i rozłożystym czepku wyglądała świeżo i 
pogodnie. Na jej ustach błąkał się lekki uśmiech, ale oczy miały ostry wyraz.

- Namiot  na trawniku. - To był najgłupszy pomysł, jaki kiedykolwiek 

słyszał. - Dlaczego, skoro mamy odpowiednią jadalnię?

Skrzywiła się surowo.

- Chyba nie oczekujesz, że będziemy tam spożywać każdy posiłek. To 

byłoby nudne. Nie, ogród będzie urozmaiceniem, którego potrzebujemy, a poza 
tym pikniki są w modzie.

- A więc urządzimy piknik. - William do późna w nocy jeździł konno po 

okolicy,   szukając   zdrajców.   Nie   miał   cierpliwości   odwodzić   Teresę   od   jej 
szalonych pomysłów, nie mógł jednak okazać jej zniecierpliwienia, chociaż miał 
na to ochotę. W końcu oddawała mu wielką przysługę. - Chcę zrobić wrażenie 
na moich gościach.

Na lady i lordzie Featherstonebaugh.

-   Oczywiście,   że   zrobisz,   mój   drogi.   To   twoje   pierwsze   przyjęcie   od 

bardzo dawna. - Poklepała go po dłoni, uśmiechnęła się i wróciła do listy gości. 

background image

- Pierwszego dnia przygotujemy na ich przyjazd pożywny posiłek, aby mogli się 
dobrze  poczuć  po  podróży.  Ustawimy  krzesła,  oczywiście,   ale tylko  kilka, i 
żeby   byli   zmuszeni   ze   sobą   rozmawiać.   Tego   samego   wieczoru   urządzimy 
nieformalne spotkanie. Będzie pokój do kart i gier, a także do słuchania muzyki. 
Panie będą mogły grać…

- Nie zapominaj o dzieciach.

- Nie. Jak mogłabym o nich zapomnieć? - Uśmiechnęła się z fałszywym 

entuzjazmem.   -   W   tym   czasie   dzieci   gości   mogą   grzecznie   się   uśmiechać. 
Później, jeśli zechcą, tańce i kolacja o północy.

Brzmiało to, jak przyjęcie w każdym innym domu, gdyby nie te namioty; 

jednak nie był na tyle głupi, by powiedzieć to głośno.

- Bardzo nietypowe.

- Dziękuję. Drugiego dnia rozstawimy stoły i krzesła i podamy posiłek. 

Mam nadzieję, że będzie ciepło.

- Jeśli tak zarządzisz, na pewno będzie. - Nawet Bóg nie mógł pomieszać 

Teresie szyków w kwestii rozrywki.

- Dziękuję! Cóż za urocza myśl. - Ledwie zwracała na niego uwagę. - 

Podamy łososia w galarecie, sery, dziczyznę na zimno i lód… tak się cieszę, że 
masz pomieszczenie na lód, mój drogi.

- W tych okolicznościach jest bardzo przydatny. Nie zapominaj, że moje 

dzieci chciałyby zaprezentować swoje umiejętności.

- Och, kochanie.

Nie   wydawała   się   tak   entuzjastycznie   nastawiona,   jak   by   sobie   tego 

życzył. Nadal nie nauczyła się ich imion i nie udało się jej porozmawiać z żadną 
z dziewcząt. Czyżby Teresa nie lubiła dzieci? To stanowiłoby wielką przeszkodę 
w jego planach, aby się z nią ożenić. Spojrzała w swój plan.

-   Nie   ma   dla   nich   czasu.   Może…   późnym   popołudniem,   tuż   przed 

podaniem herbaty. Potem goście pójdą się przebrać. Tego wieczoru urządzimy 
bal.

Pomyślał, że być może powinien wyrazić swój entuzjazm. Zamiast tego 

ledwie powstrzymał się od westchnięcia. Zabawa wymagała nieludzkiej pracy, a 
jego ludzie będą patrolować drogi bez niego.

- Już zamówiłam orkiestrę - powiedziała Teresa. - Przyjedzie z Yorku.

Miał nadzieję, że królowa Wiktoria doceni jego wysiłki, aby zapewnić jej 

background image

królestwu bezpieczeństwo, ponieważ kosztowało go to majątek. Teresa chyba 
czytała w jego myślał, bo powiedziała:

- Kochanie, twoja twarz ma taki dziwny wyraz. Pamiętaj, że od trzech lat 

nie urządzałeś  przyjęć,  więc  pomyśl,   iż to  przyjęcie musi  nadrobić  stracony 
czas.

- Tak, a później każde następne przyjęcie będzie musiało być większe.

Wyciągnęła goździk z wazonu, urwała łodyżkę i wsunęła kwiat w klapę 

jego marynarki. Położyła mu dłoń na piersi i spojrzała w oczy.

-   Większość   mężczyzn   nie   zdaje   sobie   z   tego   sprawy.   Dotknęła   go. 

Mówiła   przymilnym   głosem.   Jednak   nie   doświadczał   poruszenia,   które 
ogarniało   go   na   dźwięk   głosu   Samanthy.   Samantha   ze   swoimi   ciętymi 
odpowiedziami, ciętymi uwagami i… słodkimi ustami, i smukłym ciałem.

- Oczywiście - powiedział mrukliwie, chociaż nie bardzo wiedział, z czym 

się zgodził.

- Nie martw się balem. Będzie wielki i wspaniały.

- Nie martwię się balem.

Martwił  się,  że   lord  i  lady  Featherstonebaugh   nie  wpadną  w  pułapkę, 

którą na nich zastawiał.

- I tak trzymać! Urządzimy o północy kolację. Ostatniego dnia… znowu 

przekąski w namiotach albo może na tarasie, a potem odjadą.

Skończyła. Wreszcie.

- Brzmi wspaniale. Nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć. - Chociaż 

nie miał ochoty na więcej przyjęć i rozmów takich, jak ta… jeśli miała zostać 
jego żoną, jak planował. - Upewnij się, że będzie dużo miejsc do poufnych 
rozmów,   gdzie   mężczyźni   będą   mogli   się   zrelaksować   i   porozmawiać   o 
interesach lub przyjemnościach.

-   Tak.   Tak,   oczywiście.   Jednak   na   tym   przyjęciu   nie   będzie   wiele 

przyjemności,   Williamie,   będzie   więcej   mężczyzn   niż   kobiet.   -   Postukała 
paznokciami w blat stołu. - Znacznie więcej mężczyzn niż kobiet.

- Tak. Tak, wiem.  - Jednak  tylko mężczyźni  zajmowali  stanowiska  w 

Biurze Bezpieczeństwa Wewnętrznego i w wojsku. Tylko mężczyźni przyciągali 
ważnych szpiegów. A zawodowi żołnierze bardzo często nie byli żonaci. - Nie 
znam zbyt wielu kobiet. Zaprosiłem wszystkich sąsiadów z córkami.

- Dlatego byłoby lepiej, gdybyś poczekał z ustalaniem listy gości na mój 

background image

przyjazd. - Teresa starała się zapanować nad poirytowaniem. - Co się stało, to 
się nie odstanie. Kilka samotnych kobiet będzie cieszyć się zainteresowaniem 
panów.

To dziwne. Wydawało się, że Teresa kocha jego dom, jego ziemie i jest 

nim zainteresowana. A jednak jakoś nie pasowała do Silvermere. Świeciła jak 
diament, za każdym razem ukazując inne oblicze, ale nie wiedział, które z nich 
jest prawdziwe. Zastanawiał się - jakie tajemnice skrywała, że tak bardzo się 
pilnowała?

I dlaczego w ogóle go to obchodziło? Wszystkie powody, dla których 

uważał ją za odpowiednią dla siebie partię, były nadal aktualne. Pochodziła z 
jego sfery, miała wdzięk, była dobrą gospodynią, świetnie się ubierała i mogła 
wprowadzić jego córki do towarzystwa. Tracił swój czas, próbując zrozumieć 
kobiety. Nie udało się to jeszcze żadnemu mężczyźnie. A jednak na tym właśnie 
polegał problem. Od czasu, gdy poznał Samanthę, czasami wydawało mu się, że 
ją rozumie. A nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Musiał przestać rozmyślać o takich głupstwach. Dał znak służącemu, a 

później spytał Teresę:

- Czy jadłaś już śniadanie?

- Tak, ale możesz sobie coś zamówić, jeśli chcesz. - Spojrzała na niego 

ostro.   -   Chociaż   nigdy   nie   sądziłam,   że   jesteś   takim   śpiochem.   Czy   znowu 
wychodziłeś zeszłej nocy?

Przystała na jego hulanki, więc uznał, iż może się przyznać:

- Wyszedłem około jedenastej.

-   A   nie   przed   jedenastą?   -   Wzięła   pióro,   zamoczyła   je   dwukrotnie   w 

atramencie,   a   potem   rzuciła   je   na   stół.   Upadło   na   jedną   z   jej   list,   tworząc 
wielkiego   kleksa,   ale   nie   zwróciła   na   to   uwagi.   -   Williamie!   Muszę   to 
powiedzieć!

- Oczywiście, moja droga. O co chodzi?

- Wiem, jak bardzo żołnierze cenią sobie dyskrecję, i wiem, że to, co 

powiem, będzie niedyskrecją, ale dotyczy to twoich dzieci.

Słuchał jej uważnie.

- O co chodzi?

- Zeszłej nocy nie mogłam spać. Usłyszałam głosy w korytarzu. Wyszłam 

na zewnątrz i zobaczyłam pannę Prendregast - rozmawiającą z mężczyzną.

background image

Spędził wiele lat w armii, negocjując z nieufnymi tubylcami, mając do 

czynienia z aroganckimi, głupimi oficerami. Nauczył się ukrywać swoje myśli, 
ale   nigdy   wcześniej   ta   umiejętność   nie   była   tak   przydatna   jak   teraz. 
Rozmawiającą? Czy widziała, że Samantha rozmawiała z mężczyzną? Z nim? A 
może widziała, jak Samantha całuje się z mężczyzną? Z nim?

Ale jeśli Teresa widziałaby ich całujących się, powiedziałaby o tym. Nie 

miała żadnego powodu, żeby unikać tego tematu.

A on z pewnością nie powtórzy już tego doświadczenia, bez względu na 

to, jak bardzo było ono przyjemne. Szanował pannę Prendregast. Może była 
uparta, zawzięta i pyskata, ale była również oddana jego dzieciom. Powinna 
dostać nagrodę za to, że była pyskata zeszłej nocy, a on nie mógł uwierzyć, jak 
bardzo był ślepy.

-   Ja   byłem   tym   mężczyzną.   Agnes   źle   się   czuła   i   poszła   do   panny 

Prendregast. Byłem zły i mieliśmy  ostrą wymianę  zdań. - I coś jeszcze,  ale 
nawet jeśli Teresa o tym wie, nie będzie go oceniać. Zapewniła go o tym.

- Mój Boże! Czy chcesz powiedzieć, że panna Prendregast nie ma dla 

siebie nawet wieczorów?

Teresa   zaskoczyła   go.   Sądził,   że   skrytykuje   pannę   Prendregast   za 

niestosowne zachowanie. Zamiast tego zastanawiała się nad niedogodnościami 
życia panny Prendregast.

- Mam zasadę, że dzieci kładą się o dziewiątej i zostają w łóżkach.

-   Najwyraźniej   panna   Prendregast   oczarowała   je   tak   bardzo,   że   bez 

żenady zakłócają jej czas wolny. 

Tak. Nie mógł się z tym nie zgodzić.

- Biedna panna Prendregast! - Teresa potrząsnęła głową i westchnęła. - 

Dzieci będą przychodzić do jej sypialni za każdym razem, kiedy przyjdzie im na 
to   ochota.   Nie   boisz   się,   że   ją   stracisz?   Mówi,   że   ukończyła   Akademię 
Guwernantek. Te panie mają duże wymagania. Nie musi zostawać w miejscu, w 
którym ma tak mało prywatności.

Skrzywił się. Uwagi Teresy były słuszne i to nawet bardzo. Nie chciał, 

aby   Samantha   była   niezadowolona   i   może   nawet   wyjechała…   oczywiście 
wyłącznie dlatego, że odpowiednia guwernantka była na wagę złota.

-  Niestety,  panna   Prendregast   jest   tak   towarzyska,   że   obawiam   się,   iż 

będzie przyjmować dzieci bez względu na to, co powiem.

- Jej maniery są nienaganne i cieszy się nieskazitelną reputacją. To urocza 

kobieta.   Urocza.   Po   prostu   czarująca.   -   Teresa   poklepała   się   po   policzku   w 

background image

zamyśleniu. - Może lepiej byłoby umieścić ją w jednym z domków dla gości, 
gdzie miałaby więcej czasu dla siebie.

Odpowiedział bez zastanowienia.

- Nie.

- Dlaczego nie?

Ponieważ chciał mieć Samanthę pod swoim dachem.

Ujmując jego dłonie w swoje, Teresa spojrzała mu w oczy.

- Wiem, że tobie jest wygodniej mieć pannę Prendregast w pobliżu, na 

wypadek gdyby któreś z dzieci się rozchorowało, ale musisz być w porządku 
wobec  tej biednej  dziewczyny, mój  drogi. Już   jest  chuda, a  jeśli  nie  będzie 
mogła spać w nocy, to obawiam się o jej zdrowie.

Zaniepokojony zapytał:

- Sądzisz, że jest chora?

- Nie, jestem pewna, że nic jej nie dolega, no cóż, wygląda zdrowo, gdy 

prowadzi dzieci na próby śpiewu. A poza tym, jak powiedziałeś, jada solidne 
posiłki. - Teresa przycisnęła dłonie do brzucha. - Ktoś mógłby pomyśleć, że ma 
tasiemca. Więc nie sądzę, żebyś musiał niepokoić się o jej zdrowie. Pomyśl 
raczej o jej samopoczuciu. Wiem, że podejmiesz słuszną decyzję.

Nie  chciał  tego  przyznać,   ale  Teresa   miała  rację,  a  jego  bezpośrednia 

reakcja była nie na miejscu.

Ponadto nocami nie byłoby Samanthy w pobliżu, a on myślał o niej leżąc 

samotnie   w   łóżku.   To   było   niedopuszczalne,   ponieważ   adorował   Teresę. 
Samantha go rozpraszała i chociaż wierzył, że uda mu się pokonać to absurdalne 
zauroczenie guwernantką, byłoby lepiej, gdyby widywał ją jak najrzadziej.

W końcu słyszał przecież o lordzie, który nie dalej jak w zeszłym roku 

postradał   zmysły   i   ożenił   się   ze   swoją   gospodynią,   ale   William   nigdy   nie 
straciłby głowy dla kobiety. Zwłaszcza dla kobiety, która prawdopodobnie nie 
pasowała do towarzystwa.

- Dziękuję, Tereso. Panna Prendregast jutro się przeprowadzi.

- Myślę, że tak będzie najlepiej. - Teresa uśmiechnęła się nieznacznie.

Wstał, ukłonił się i zamierzał odejść. Ale zatrzymał się.

-   Przyszło   mi   coś   do   głowy.   Sama   powiedziałaś,   że   maniery   panny 

Prendregast są nienaganne.

background image

Teresa obserwowała go uważnie. 

- Tak powiedziałam.

- A więc panna Prendregast będzie kolejną kobietą na przyjęciu. Dzięki 

temu   będziemy   mieli   mniejszą   przewagę   mężczyzn.   -   A   jemu   pozwoli   to 
sprawdzić, jak Samantha zachowuje się wśród jego znajomych. - Cieszę się, że 
przyszło mi to do głowy.

- Och, ja również.

background image

Rozdział 15

- Psst…

Agnes uniosła głowę znad poduszki i spojrzała w ciemność.

- Vivian?

- To ja. Mogę się z tobą położyć?

Agnes uniosła kołdrę i Vivian zajęła miejsce obok.

- Co chcesz? - Nie bardzo miała ochotę spać z Vivian. Nadal krwawiła i 

chciało jej się płakać, zwłaszcza gdy przypominała sobie, jak ojciec je dzisiaj 
przytulał. Wracała wtedy pamięcią do czasów, kiedy żyła mama, ale to, jak tata 
patrzył   na   pannę   Prendregast   niepokoiło   ją.   Vivian   powiedziała   śpiewnym 
głosem:

- Wiem coś, czego ty nie wiesz.

Agnes   zesztywniała.   Czyżby   Vivian   domyśliła   się,   jak   ciało   Agnes  ją 

zawiodło?

- Ojciec lubi pannę Prendregast.

Agnes odetchnęła z ulgą. Nie chciała opowiadać Vivian o comiesięcznym 

krwawieniu.

Wystarczyło jej, że musi się z tym uporać; nie miała już ochoty o tym 

rozmawiać.

- Skąd o tym wiesz?

Vivian przykryła głowę kołdrą. Agnes zrobiła to samo.

-   Ostatniej   nocy,   kiedy   wszyscy   spali   poszłam   siusiu   i   zgadnij,   co 

zobaczyłam w korytarzu?

- Co?

- Ojciec całował pannę Prendregast. 

- Nie!

Nie, panna Prendregast była w łóżku z Agnes.

- Tak, mówię ci, że to widziałam. 

background image

Oczywiście, Agnes spała. Mocno spała aż do rana, gdy panna Prendregast 

obudziła ją i odesłała do jej łóżka.

-   Całował   ją   jak…   no   nie   wiem…   jak   -   Vivian   nie   mogła   znaleźć 

właściwego słowa.

Z rosnącym podekscytowaniem, Agnes podrzuciła jej słowa.

- Jakby ją lubił?

- Tak! A ona była w koszuli nocnej! - Vivian wydawała się zaszokowana. 

- Co powinnyśmy zrobić?

Zawsze spiskowały, jak pozbyć się swoich guwernantek. Spiskowały w 

łóżku, razem, z głowami pod kołdrą. Jednak teraz było inaczej. Inaczej i lepiej.

-   Znaczy…   zęby   przepędzić   pannę   Prendregast?   -   Agnes   spytała 

niepewnie.

- Nie, głuptasie! Żeby sprawić, że tata się z nią ożeni!

Agnes ułożyła się wygodniej.

- Żebyśmy znowu mogli być rodziną.

- Tego bym chciała.

- Och, ja też.

Na   korytarzu   rozległy   się   zdecydowane   kroki.   Rozbłysło   światło 

pojedynczej świeczki i dziewczynki schowały się pod kołdrę. W drzwiach stała 
gospodyni w czepku i koszuli nocnej, z groźnym wyrazem twarzy.

- Wystarczy tego knowania na jedną noc, dziewczęta. Czas iść spać. Jutro 

jest wielki dzień i będę zmęczona, jeśli się dobrze nie wyśpię.

- Tak, psze pani. - Vivian wygramoliła się z łóżka. - Co będzie jutro?

- Jak to? Zostały już tylko dwa dni do wielkiego przyjęcia, oczywiście! - 

Pani   Shelbourn   zabrała   Vivian   do   jej   łóżka,   potem   wróciła,   żeby   pogłaskać 
Agnes po głowie. - Wszystko w porządku, kochanie?

W   rzeczywistości   pytała,   czy   Agnes   potrzebuje   czegoś   w   związku   z 

miesiączką.   Panna   Prendregast   miała   rację.   Wszystkie   kobiety   były   dla   niej 
bardzo miłe i wyrozumiałe, i Agnes nie przeszkadzało pytanie pani Shelbourn. 
Sprawiała, że wszystko wydawało się takie oczywiste. Agnes potrząsnęła głową 
i zamknęła oczy.

I   zaczęła   rozmyślać,   jak   doprowadzić   do   małżeństwa   ojca   z   panną 

background image

Prendregast.

Wyglądało na to, że nikt nie wiedział, jaki był powód tego spotkania. 

Samantha z pewnością nie miała na ten temat bladego pojęcia.

Służba ustawiła się wzdłuż ścian holu. Dzieci stały naprzeciwko, według 

wzrostu. Samantha  trzymała  Kylę za rękę i wszyscy  patrzyli na pułkownika 
Gregory'ego.

Odziany w konserwatywny garnitur z granatowego materiału, patrzył na 

zebranych ze środka holu. Dłonie trzymał wzdłuż ciała i przyglądał się stojącym 
przed nim pracownikom.

- Zebrałem was tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, jutro przyjeżdżają 

goście   i   chcę,   abyście   przyszli   do   mnie,   jeśli   zauważycie   coś   dziwnego. 
Cokolwiek.

Samantha widziała już wiele przyjęć i znudzonych gości, a także co mogą 

zrobić z czystej złośliwości, więc wiedziała, o co mu chodzi.

Mitten również wiedział, ale monotonnym głosem rzekł:

-   Przepraszam,   pułkowniku,   ale   czy   mógłby   pan   na   użytek   świeżo 

zatrudnionych służących wyjaśnić, co to mogłoby być?

- Nie byłbym zadowolony, gdyby goście pokradli srebra. - Pułkownik 

Gregory zasępił się. - A niestety czasami…

Mitten i reszta służących pokiwała głowami.

-   Co   łączy   się   z   drugim   powodem.   Zginął   miniaturowy   portret   mojej 

żony, który stał na moim biurku.

Samantha poczuła, że jej serce zamiera. Służący sapnęli i rozejrzeli się po 

sobie.

-   Wiem,   że   czasami   zdarzają   się   wypadki,   i   zakładam,   że   podczas 

sprzątania mógł zdarzyć się wypadek.

Wszyscy spojrzeli na pokojówkę, zajmującą się gabinetem pułkownika.

- Jeśli ktoś z was - ktokolwiek - złamał ramkę lub zrobił coś innego i nie 

chce się do tego przyznać, zrozumiem to. - Pułkownik Gregory wyglądał jak 

background image

przywódca,   wyprostowane   ramiona,   stopy   razem,   surowe,   ale   wyrozumiałe 
spojrzenie niebieskich oczu. - Możecie przynieść mi portret i obiecuję, że nie 
będzie żadnych konsekwencji. Albo zostawcie go na moim biurku i nie będę o 
nic pytał. Jednak proszę, abyście go zwrócili. Jest dla mnie bardzo cenny.

Samantha   rozejrzała   się   po   ludziach,   usiłując   zidentyfikować   sprawcę. 

Służący byli milczący i spokojni albo milczący i podenerwowani. Dzieci miały 
szeroko otwarte oczy i smutne miny; Agnes przyglądała się wszystkim, a Mara 
zagryzała wargi.

Pułkownik   Gregory   również   przyglądał   się   wszystkim   i   przez   krótki 

moment jego wzrok zatrzymał się na Samancie. Ale nie wyglądało na to, że 
uważa ją za złodzieja. Nie, jego ciepłe spojrzenie mówiło coś zupełnie innego. A 
przecież byli tu wszyscy. Z pewnością zauważyli, jak się zarumieniła. Spuściła 
wzrok. Jednak jeśli zauważyli, to z pewnością wzięli ją za złodzieja. Pułkownik 
Gregory podejrzewał, że ukradła jego torbę na alkohol, a nawet nie znał jej 
przeszłości.

Wyprostowała się. Musiała pamiętać, kim i czym była.

Na schodach rozległ się hałas i wszystkie głowy zwróciły się w tamtą 

stronę. Na ich szczycie stała lady Marchant, drobna i czarująca w porannej sukni 
z ciemnoniebieskiego muślinu w srebrne kwiaty.

- Przepraszam. - Uniosła do ust dłoń w srebrnej rękawiczce. - Zakłócam 

spotkanie robocze. Schodziłam na śniadanie.

- Bardzo dobry pomysł. - Pułkownik Gregory uśmiechnął się do niej, jak 

do najdroższej przyjaciółki.

Samantha zacisnęła zęby. Musiała pozbyć się tej niezrozumiałej antypatii 

do lady Marchant. Lady Marchant zdawała się nie wiedzieć o jej istnieniu, i 
można   to   było   z   łatwością   wytłumaczyć.   Wiedziała   tak   samo   dobrze   jak 
Samantha - najwyraźniej lepiej niż Samantha - że guwernantka nie jest dla niej 
zagrożeniem   jako   dla   potencjalnej   żony   pułkownika   Gregory'ego.   Samantha 
wiedziała,   że   przez   następny   tydzień   nie   będzie   miała   zbyt   wielu   okazji 
widywać   lady   Marchant   czy   pułkownika   Gregory'ego,   czy   któregokolwiek   z 
gości. Chyba że będzie towarzyszyła dzieciom. A kiedy lady Marchant zajmie 
miejsce   żony   Williama,   zechce   sprowadzić   tu   własną   służbę.   Z   pewnością 
zwolni   młodą   guwernantkę,   a   Adorna   nie   będzie   mogła   mieć   pretensji,   że 
Samantha wróciła do Londynu z takiego powodu.

Więc   lady   Marchant   mogła   sobie   pozwolić   na   to,   by   stać   się 

wybawicielką Samanthy. Samantha powinna być wdzięczna i wyzbyć się ochoty 
parodiowania jej płynnego kroku i trzepotania rzęsami.

background image

Pułkownik Gregory ciągnął dalej:

- Idź na taras, Tereso. Służący niedługo przyniosą ci śniadanie.

Lady Marchant zeszła z gracją po schodach i wyszła na taras, rozsiewając 

wokół czar. Pułkownik Gregory zwrócił się ponownie do służby.

- To wszystko. Musimy pracować w zespole, żeby to przyjęcie się udało i 

wiem, że możemy - razem. - Strzelił obcasami. - Rozejść się!

Samantha była poruszona tym, jak umiał wzbudzić w ludziach entuzjazm, 

ale zarazem ten jego wojskowy styl rozbawił ją. Wszyscy szybko się rozeszli do 
swoich zajęć. Zostało jeszcze sporo pracy przed przyjazdem gości. Zwłaszcza 
kucharz sprawiał wrażenie człowieka, którego goni czas.

Samantha   zaczęła   prowadzić   dzieci   w   stronę   klasy,   kiedy   pułkownik 

Gregory zawołał:

- Dzieci, zostańcie.

Dziewczynki zrobiły żołnierski „w tył zwrot” i czekały na rozkazy ojca. 

Podchodząc   do   Samanthy,   odezwał   się   cicho,   tak   żeby   tylko   ona   mogła   go 
słyszeć.

- Panno Prendregast, czy ja panią bawię?

- Ależ skąd, pułkowniku.

- Śmiała się pani ze mnie.

Nie wiedziała, czy patrzeć na niego, czy za niego, czy na własne stopy. 

Nadal pamiętała dotyk jego warg, jego napierające na nią ciało, i ledwie mogła 
mówić  z zażenowania i… - ach, dlaczegóż się nie przyznać? - …z powodu 
przyjemności. Chciała stać obok niego, słuchać jego głosu, wyobrażać sobie, że 
pragnie ją pocałować.

- Nie śmiałam się. Tylko… zachowywał się pan jak prawdziwy oficer.

- Jestem oficerem. Służyłem w Indiach i w górach przez ponad dziesięć 

lat. Niektórych nawyków nie da się wyplenić. Czy to pani przeszkadza?

Spojrzała na niego rozbawiona.

- Obchodzi pana to, co myślę?

- Jestem wrażliwym człowiekiem. - Na jego wargach błąkał się uśmiech.

A może się z niej śmiał?…

Ściągnęła usta. Przy kolacji pomoże Kyli wylać mleko na jego spodnie. 

background image

Tak. Rozluźniła się. Taka zemsta była niewielka i niegroźna, ale niewątpliwie 
przyjemna.

Odwracając się do dzieci, pułkownik Gregory powiedział:

- Idziemy do bawialni. Za mną. 

I poprowadził je po schodach na piętro.

Samantha szła z tyłu za Agnes i z całych sił usiłowała nie widzieć, jak 

spodnie   opinają   jego   uda,   a   pośladki   poruszają   się   przy   każdym   kroku. 
Dziewczyny na ulicy czasami dobitnie komentowały wygląd i poruszanie się 
męskiego ciała, ale Samantha zauważyła, że niewielu mężczyzn wartych było 
uwagi. Nie zwracała więc na nich uwagi.

Pułkownik   Gregory   był   wyjątkiem   od   tej   reguły.   Teraz   nie   mogła 

oderwać   od   niego   wzroku.   Weszli   na   drugie   piętro,   gdzie   znajdowała   się 
bawialnią. Dzieci poszły do pokoju, a Samantha podążyła za nimi.

Z   bujanego   fotela   wstała   drobna,   mniej   więcej   pięćdziesięcioletnia, 

kobieta. Miała okrągłą twarz, rumiane policzki i uśmiech, który wywoływał w 
Samancie   ciepłe   uczucia.   Dzieci   uśmiechnęły   się   do   niej,   zaskoczone,   ale 
zadowolone. Pułkownik Gregory podszedł do uroczej kobiety, wziął ją za rękę i 
podprowadził do Samanthy.

- Pani Chester, to jest panna Prendregast, nasza guwernantka.

- Ach, panna Prendregast, już pani jest sławna w Hawksmouth. - Pani 

Chester dygnęła, a jej twarz pojaśniała. - Bo udało się pani poskromić te urwisy.

Ku zaskoczeniu Samanthy dzieci zaszurały nogami i roześmiały się.

-   Pani   Chester,   a   oto   i   moje   urwisy…   znaczy…   córki.   -   Pułkownik 

Gregory przedstawił każdą z dziewczynek, które kłaniały się po kolei, bacznie 
przyglądając się pani Chester.

Pani Chester uśmiechnęła się jeszcze bardziej promiennie i klasnęła w 

dłonie.

- A więc to wy jesteście tymi dzieciaczkami, które będę tulić w nocy do 

snu.

Samantha   spojrzała   na   pułkownika   Gregory'ego   i   dostrzegła,   że   się 

uśmiechał.   Znowu   poczuła   ciepło;   musiała   przestać   się   rumienić   za   każdym 
razem, gdy to robił.

- Jestem waszą nową nianią i będzie nam razem cudownie, obiecuję. - W 

głosie pani Chester słychać było zadowolenie. - Nie opiekowałam się tak dużą 

background image

gromadką, od kiedy moje dzieci dorosły.

Dziewczynki jak na komendę spojrzały na ojca, który powiedział:

- Pani Chester zgodziła się być waszą nianią dopóty, dopóki będziecie jej 

potrzebować. Zaopiekuje się wami, zwłaszcza w czasie przyjęcia, gdy panna 
Prendregast będzie udzielać się towarzysko.

Zapadła cisza. Wszystkie dziewczynki wpatrywały się w Samanthę. Oczy 

Henrietty były pełne smutku.

- Och, panno Prendregast, musi pani iść na przyjęcie. - Agnes spojrzała 

wymownie na Vivian - z tatą.

Oczy Vivian były zaś okrągłe ze zdziwienia.

- Właśnie tak! Będzie pani tańczyć. Z tatą.

- Będzie pani ozdobą przyjęcia. - Agnes położyła rękę na ramieniu ojca. - 

Nie   sądzisz,   ojcze,   że   panna   Prendregast   będzie   najpiękniejszą   damą   na 
przyjęciu?

-   Wszystkie   damy   będą   śliczne   -   odparł   dyplomatycznie   William,   ale 

spojrzał na Samanthę z takim oczekiwaniem, że zadrżała.

To dziwne zauroczenie między nią a pułkownikiem mogło być zabójcze 

dla jej serca. Ale odzyskała trzeźwość myślenia. Była znaną złodziejką, córką 
złodziejki - kobiety, która miała niepohamowany temperament. Na Boga! Nie 
chciała brać udziału w tej fecie.

-   Pułkowniku,   nie   mówi   pan   poważnie.   Pańscy   goście   nie   będą 

zachwyceni, wiedząc, że zadają się z guwernantką.

-   Moi   goście   są   na   tyle   dobrze   wychowani,   że   nie   będą   nikogo 

krytykować.

-   Panno   Prendregast,   będzie   pani   najpiękniejszą   damą   na   przyjęciu   - 

odezwała się Mara.

- Dziękuję, kochanie. Ale… jestem tylko guwernantką.

To znaczy złodziejką. Do tego jednak nie mogła się przyznać. Obiecała to 

Adornie, a poza tym nie chciała, aby William o tym wiedział. Nie teraz. Nigdy.

Mara objęła się ramionami.

- Będzie pani jak kopciuszek. Pójdzie pani na bal i wyjdzie za mąż za 

księcia.

background image

-   Tak,   panno   Prendregast,   znajdzie   pani   swoją   prawdziwą   miłość   - 

powiedziała Vivian.

- Mam nadzieję, że nie - odparła Samantha. - Nie mam czasu na miłość.

Agnes i Vivian wymieniły przebiegłe uśmieszki.

- Większość gości na przyjęciu to będą moi przyjaciele z wojska - wtrącił 

pułkownik   nieco   zniecierpliwiony.   -   Będzie   wielu   synów   ze   szlacheckich 
rodzin, a nawet kilku mężczyzn, którzy zdobyli swoją pozycję ciężką pracą. 
Jednak będą narzekać na brak towarzystwa kobiet i pani jest naszym remedium.

-   Proszę   pana,   moje   pochodzenie   nie   jest   wystarczające,   aby   moje 

towarzystwo mogło zadowolić nawet młodszego syna oficera niższej rangi.

Zniecierpliwione   spojrzenie   pułkownika   Gregory'ego   wywołało   u   niej 

dreszcz i tym razem był to dreszcz nieprzyjemny.

-   Panno   Prendregast,   proszę   się   nie   niepokoić.   Będzie   pani   po   prostu 

osobą przy stole.

- Dobrze. Tylko proszę nie mówić, że pana nie ostrzegałam.

- Słucham? - warknął. - Nie dosłyszałem pani.

- Nic, proszę pana.

Przeszył ją pełnym zniecierpliwienia wzrokiem.

-   Dziewczynki,   zostawiam   was   z   panią   Chester,   abyście   mogły   się 

poznać. - Mocno chwycił Samanthę za ramię. - Panna Prendregast pójdzie ze 
mną i zapozna się ze swoimi nowymi obowiązkami. Popchnął ją przed siebie.

- Proszę zaczekać! - odezwała się Samantha. Nie posłuchał jej. Rzuciła 

przez ramię: - Dziewczynki mają o trzeciej przymiarkę sukienek.

- Zajmę się tym - odpowiedziała pani Chester.

- Muszą ćwiczyć grę na pianinie i śpiew.

- Dopilnuję tego.

- Nowe buty Kyli są za małe. Mają przysłać nowe.

- Proszę się nie martwić, panno Prendregast. Dzieci i ja wszystkim się 

zajmiemy.

Pułkownik   Gregory   wyciągnął   ją   na   korytarz   i   zamknął   drzwi   do 

bawialni. Strząsnęła jego rękę.

background image

- Nie ma potrzeby traktować mnie jak krnąbrne dziecko.

- Tylko wtedy, kiedy pani się tak zachowuje.

- Jestem odpowiedzialna za dzieci.

- Zwalniam panią czasowo z tej odpowiedzialności. 

Zaczęła coś mówić. Powstrzymał ją ruchem ręki.

- A plan zostawiłem pani Chester. Czy pani myślała, że o tym zapomnę?

Oczywiście. Musiała o tym pamiętać. Ta rodzina nie należała do niej. 

Miała tylko uczyć dzieci, a potem pójść swoją drogą.

Krocząc przed nim dumnym krokiem, powiedziała:

- Byłoby lepiej, gdybym pełniła swoje obowiązki przynajmniej do czasu, 

aż…

- Aż skończy się przyjęcie?

- Tak. Moje pochodzenie…

- Bez względu na pani pochodzenie, lady Bucknell z pewnością nauczyła 

panią, jak zachowywać się z godnością i wdziękiem. - Zszedł za nią po schodach 
na drugie piętro. - Czy sądzi pani, że przypisałbym jej taką rolę, gdybym nie 
obserwował   pani   przy   posiłkach?   Podczas   lekcji?   Podczas   rozmów?   Czy 
naprawdę tak uważnie się jej przyglądał?

-   Pan   nie   rozumie.   -   Usiłowała   wyjaśnić   mu,   bez   wdawania   się   w 

szczegóły. - Zdarzało się, że traciłam pracę ze względu na swoją przeszłość.

- I zyskała pani pozycję osoby zajmującej wolne krzesło ze względu na 

sytuację   obecną.   -   Wyglądał   na   zadowolonego   ze   swojej   uwagi.   -   Ponadto 
przeprowadzi się pani z posiadłości do domku dla gości.

- Słucham? - Spojrzała w stronę swojego pokoju i zobaczyła służących 

wynoszących jej kufer. - Nie może pan tego zrobić. Do kogo przyjdą dzieci, jeśli 
zachorują?

Znała   odpowiedź   w   momencie,   gdy   zadała   pytanie.   Mimo   to 

odpowiedział.

-   Dlatego   właśnie   zatrudniłem   panią   Chester.   Lady   Marchant   słusznie 

zauważyła, że jeśli dzieci będą panią odwiedzać w dzień i w nocy, nie będzie 
pani miała czasu dla siebie.

- Lady Marchant…

background image

Nie mogła powiedzieć, by lady Marchant nie była przebiegłą intrygantką.

- Lady Marchant jest bardzo troskliwa - dokończyła bez przekonania.

-   Poza   tym   potrzebujemy   sypialni   dla   jednej   z   samotnych   pań,   które 

przybędą na przyjęcie.

- Domek dla gości wydaje się taki… oddalony. - A ona chciała zostać 

tutaj, blisko niego, chociaż sama nie wiedziała dlaczego.

- Wolałbym, aby nie negowała pani spraw, których pani nie rozumie - 

powiedział oschle.

- Rozumiem. Wyrzuca mnie pan z mojej sypialni.

- Tak. Ponieważ nie może  pani tu zostać i wystawiać na próbę mego 

kręgosłupa   moralnego.   Nie  jest  aż tak  silny,  jak bym  chciał,  zwłaszcza   gdy 
chodzi   o   panią.   -   Mówił   beznamiętnie,   ale   jego   słowa   przypomniały   o 
pocałunku.   O   namiętności.   Cudowne,   wszechogarniające   uczucie   wspólnoty, 
które rosło samo z siebie i żądało więcej.

- Och. - Poruszyła ustami, ale głos uwiązł jej w gardle.

- Clarinda będzie mieszkać z panią w domku dla gości. Żaden z gości nie 

będzie   pani   niepokoić.   Będzie   pani   dobrze   strzeżona.   -   Pogłaskał   ją   po 
podbródku, co wywołało u niej gęsią skórkę, a jego gorące spojrzenie sprawiło, 
że miała ochotę zatopić się w nim.

Jednak go odepchnęła.

Odsuwając rękę, z obawą spojrzał na swoje palce. Potem z taką samą 

obawą spojrzał na Samanthę.

- Jak pani widzi, panno Prendregast, ta przeprowadzka będzie dla naszego 

wspólnego dobra, więc zgodzi się pani na nią z wdzięcznością i bez oporu.

Najwyraźniej jej nie ufał. A dlaczego? Ponieważ nie pochodziła z jego 

klasy i obawiał się, że używając swoich sztuczek, postawi go w niezręcznej 
sytuacji.   Powiedziała   mu,   że   mężczyźni   jej   nie   interesują;   on,   jak   każdy 
mężczyzna, uważał, że trudno mu się oprzeć.

Bardzo dobrze. Swoim zachowaniem okaże mu wyraźnie swoje uczucia.

- Jestem wdzięczna za pańską troskę i z przyjemnością się przeprowadzę. 

Zamierza   pan   poślubić   lady   Marchant.   -   I   nerwy   jej   puściły.   -   A   ja   nie 
chciałabym obudzić się z ręką w pudełku z ciastkami

Z wielką irytacją powiedział:

background image

- Nie jestem ciastkiem.

- Właśnie.

- Proszę za mną. - Znowu chwycił ją za ramię i wyprowadził z domu.

background image

Rozdział 16

Lady Marchant siedziała na jednym z krzeseł pod markizą na tarasie. Jej 

blada skóra była bez skazy. Brązowe włosy miała uczesane w idealny kok, z 
loczkami   po   bokach   głowy.   Popijała   herbatę   z   filiżanki,   potem   niemal 
bezgłośnie odstawiła ją na spodeczek i uśmiechnęła się do Samanthy.

-  A   oto   i   nasza   mała   guwernantka,   która   uzupełni   liczbę   gości.   Mam 

nadzieję,   że   docenia   pani   zaszczyt,   jaki   panią   spotkał   ze   strony   pułkownika 
Gregory'ego.

William odsunął krzesło i Samantha usiadła na nim.

- Nie umiem wyrazić swojej wdzięczności. 

Słysząc oschły ton Samanthy, lady Marchant zamrugała.

- Obawiam się, że goście będą zdegustowani moim pochodzeniem. 

William również usiadł.

- Jest pani rozsądną młodą kobietą! - Pochwaliła ją lady Marchant. - Ja 

również mówiłam ci o swoich obawach, Williamie.

- Znam tych ludzi. Są rozsądni i zwyczajni. Będą chcieli zrelaksować się 

w towarzystwie pięknych, czarujących kobiet. - Przeniósł wzrok na Samanthę i 
przyglądał się jej, oceniając ją w myślach.

Nie miała jednak pojęcia, co oceniał. Ciągnął dalej:

- Jak sama stwierdziłaś, Tereso, panna Prendregast jest piękna i czarująca.

- To prawda - powiedziała lady Marchant. - Obawiam się jednak o nią. 

Nie chciałabym, aby czuła się… niezręcznie. Nie na miejscu.

Kogo   lady   Marchant   próbowała   oszukać?   Chciałaby,   żebym   czuła   się  

niezręcznie i nie na miejscu - pomyślała Samantha. I powiedziała:

- Zdarzało mi się wcześniej poznawać porządnych mężczyzn - gdy kradła 

ich   portfele   -   i   muszę   stwierdzić,   że   nie   różnią   się   od   mężczyzn   o   złym 
charakterze. - Szeroko otwartymi oczami spojrzała na Williama. - Równie łatwo 
nimi manipulować.

Pochylił się do przodu.

- Czy uważa pani, że łatwo mną manipulować, panno Prendregast?

background image

Otwarcie spojrzała mu w oczy.

- Nie byłam zainteresowana na tyle, aby próbować, pułkowniku Gregory.

Najwyraźniej nie wyczuwając napięcia między Samanthą i Williamem, 

lady Marchant zaśmiała się gardłowo.

- Nie wszystkie kobiety są tobą tak zainteresowane, jak ja, Williamie. 

Panno Prendregast, manipulowanie mężczyznami ma sens, gdy oni nie zdają 
sobie z tego sprawy.

- Pozwalamy, abyście myślały, że wam się udaje - rzucił ostro William.

Samantha   ledwie   hamowała   swoje   zirytowanie   lady   Marchant   i   jej 

„filozofią”.

- Chodzi o to, aby nie znaleźć się w sytuacji, w której trzeba przejmować 

się mężczyznami. Kobieta niezależna jest w idealnym dla siebie położeniu.

Lady Marchant znowu zamrugała.

- Jest pani tak cudownie świeża, panno Prendregast. Chylę czoła przed 

pani niezależnością. To takie odpowiednie dla służby. Czy nie przyklaskujesz 
jej, Williamie?

- Oczywiście. - W jego tonie słychać było sceptycyzm. - To rzadkość, aby 

kobieta chciała stawić czoło zimnemu, okrutnemu światu samotnie.

- Tylko taka, która przekonała się, jak bardzo samotna jest kobieta, gdy 

ma u boku obojętnego partnera.

Lady Marchant ożywiła się.

- Czy była pani zamężna, panno Prendregast?

- Nie. I nie zamierzam.

- Bardzo ożywcze. - Lady Marchant oparła się o tył krzesła. - Sądzę…

William przerwał jej.

- Kobieta, która twierdzi, że nie chce związku z odpowiednim partnerem, 

musi być pozbawiona uczuć lub kobiecości.

Cóż za nieznośny mężczyzna!

- Uważa pan, że nie jestem kobieca? - spytała Samantha.

- Lubi pani dzieci - odparł William. - Czy nie chciałaby pani mieć kiedyś 

własnych?

background image

Nie   była   to   odpowiedź   na   jej   pytanie,   ale   Samantha   nie   mogła 

powstrzymać się od zareagowania na jego szyderstwo.

-   Bardzo   chciałabym   mieć   dzieci,   pułkowniku   Gregory,   ale   do   tego 

potrzebny jest mąż, a to nie najlepszy element rodziny.

- Williamie, naleję ci wody. - Lady Marchant chwyciła dzbanek i po raz 

pierwszy   zachowała   się   niezdarnie,   wylewając   kilka   kropel   na   spodnie 
pułkownika.

Samantha   ledwie   powstrzymała   się   od   śmiechu,   widząc   zaskoczenie   i 

oburzenie malujące się na twarzy Williama. Bez wątpienia wiedział, tak samo 
jak Samantha, że lady Marchant zrobiła to umyślnie. Jednak nie mógł zbesztać 
jej za niezgrabność. Kiedy zaczęła go przepraszać, starł wodę i stwierdził, że nic 
się nie stało.

Prawdę   powiedziawszy,   Samantha   cieszyła   się,   że   coś   przerwało   ich 

wymianę zdań. Tak bardzo zaangażowała się w spór z Williamem, że serce bilo 
jej szybciej i miała przyspieszony oddech. Ale dlaczego? Był tylko mężczyzną. 
Mężczyzną, który ją pociągał, to prawda, i przyznawała się do tego. Ale także 
mężczyzną, który być może chciał ją wykorzystać, jak ojciec wykorzystywał 
matkę.   A   ona,   Samantha,   była   zbyt   dumna,   aby   pozwolić   jakiemukolwiek 
mężczyźnie   bawić   się   jej   godnością.   Biorąc   szklankę,   którą   lady   Marchant 
napełniła dla niej wodą, Samantha wzniosła toast.

- Dziękuję, pani.

-   No   dobrze.   -   Lady   Marchant   usiadł   wygodniej.   -   A   teraz   muszę 

pomyśleć. Prendregast. Prendregast. Mam wrażenie, że znam to nazwisko.

Samantha  zacisnęła  dłonie.  Jeśli  lady  Marchant  znała  to nazwisko,  jej 

pobyt w tym domu, a także praca guwernantki skończyły się, zanim na dobre się 
zaczęły.

-   Czy   pochodzi   pani   z   Prendregastów   z   Somerset?   -   Lady   Marchant 

przyglądała się Samancie uważnie. - Wydawało mi się, że znam ich wszystkich, 
ale pani nie pamiętam.

Zaczęło się wypytywanie, które będzie się ciągnąć przez cale przyjęcie.

- Pochodzę z Londynu, proszę pani. 

Samantha wiedziała, że taka odpowiedź nie zadowoli lady Marchant.

- Tylko z Londynu?

-   To   dziewczyna   z   miasta,   która   boi   się   wszystkiego,   co   wiąże   się   z 

przyrodą. Boi się, że mogą na nią spaść góry. - William machnął ręką w stronę 

background image

Devil's Fell. - Że może ją ugryźć wąż albo pożre potwór z jeziora.

Samantha uniosła dłoń do szyi.

- Skąd pan wie o potworze z jeziora?

Odchylił głowę w tył i roześmiał się, a Samantha uświadomiła sobie, że 

nic nie wiedział o potworze. Zgadywał i udało mu się. 

- Potwór z jeziora? - odezwała się lady Marchant pytającym tonem.  - 

Kochanie, pani musi chyba żartować.

- Oczywiście, że żartuję.

Nagle Samantha poczuła, że jego stopa dotyka pod stołem jej stopy, i to w 

obecności kobiety, którą - jak uważali wszyscy - zamierzał poślubić.

Samantha   lubiła   znać   swoje   miejsce.   Lubiła   znać   zasady,   ponieważ 

nauczyła   się,   że   karą   za   łamanie   zasad   było   poniżenie   i   wygnanie.   A   teraz 
pułkownik Gregory łamał zasady. Chociaż nie mogła uwierzyć, że mężczyzna 
wyznający tak surowe zasady moralne, mógł im się sprzeniewierzyć. Może znał 
jeszcze inne zasady. Może je zmieniał. Nie wiedziała, na czym stoi. Wsunęła 
stopy pod krzesło.

- To miejsce jest przerażające, pułkowniku.

- Nauczymy panią je kochać.

Wydawał się pewny siebie; obrzydliwa cecha mężczyzn. Wskazując na 

szczyty, Samantha powiedziała:

- Wszystko jest zbyt duże. Jeziora są niebieskie, a nie brązowe. Powietrze 

jest tak czyste, że nie mogę go dostrzec.

-   To   dlatego,   że   nie   ma   tutaj   pyłu   kopalnianego   -   wyjaśniła   lady 

Marchant.

Pułkownik   Gregory   zamrugał   do   Samanthy   i   przez   moment   połączyło 

ich… och, jak to nazwać?… może koleżeństwo?

Wtedy   lady   Marchant   uświadomiła   sobie,   co   powiedziała   Samantha,   i 

zaśmiała się sztucznie.

- Och. To żart. Zabawny. No, ale skąd mogę panią znać? - Dama była jak 

tresowany   pies,   uganiający   się   za   kością,   nieustępliwy   i   skrywający 
nieokrzesanie pod pozorem grzeczności.

-   Mieszkałam   tylko   w   Londynie   i   dlatego   to   miejsce   wydaje   mi   się 

okropnie dziwne, a poza tym od czterech lat pracuję jako guwernantka. Może 

background image

spotkała mnie pani w jednym z miejsc mojej pracy.

A może widziałaś mnie w Newmarket, jak kradłam portfele…

Pułkownik   Gregory   obserwował   obie   kobiety,   przysłuchiwał   się   ich 

rozmowie i oceniał.

-   Bardzo   dobrze   znam   Londyn.   Może   powie   mi   pani,   u   kogo   pani 

pracowała, a ja… - lady Marchant skrzywiła się i przysłoniła oczy dłonią. - Kim 
jest ten młody człowiek, idący ze stajni?

Samantha nie wiedziała, kto to, ale już go lubiła za to, że ją wybawił z 

kłopotu.   Wysoki,   przystojny   mężczyzna,   ubrany   w   brązową   wełnianą 
marynarkę, brązowe spodnie i czarny kapelusz. Gdy wchodził po schodach na 
taras, w jego opalonych policzkach pojawiły się urocze dołeczki. Zdjął kapelusz 
i Samantha dostrzegła dwoje czarnych oczu i spuchnięty nos. Wesołym tonem 
obcy mężczyzna oznajmił:

- Williamie, przybyłem. Niech przyjęcie się zaczyna. 

Pułkownik Gregory roześmiał się, wstał i uścisnął jego dłoń.

- Monroe, czekaliśmy na ciebie, by zacząć zabawę. A więc pan Monroe 

był przyjacielem pułkownika

Gregory'ego.

- Och - odezwała się znudzonym głosem lady Marchant i ledwie na niego 

spojrzała. - Duncan Monroe. To pan.

Najwyraźniej lady Marchant nie była nim zainteresowana.

Pułkownik Gregory przedstawił Samanthę. Pan Monroe uniósł jej dłoń do 

ust, ukłonił się i omiótł ją wzrokiem.

- Cieszę się, że w końcu panią poznałem. Jest pani sławna ze względu na 

swój urok.

Samantha   natychmiast   zorientowała   się,   jakim   był   mężczyzną. 

Pogodnym, ukrywającym bogate wnętrze i bystry umysł pod maską hulaki.

- Cieszę się taką sławą, to prawda, wśród przedszkolnego bractwa.

Nawet lady Marchant zaśmiała się szczerze ubawiona.

Trzymając jej dłoń w swojej dłoni, Monroe zapytał:

- Czy ktoś już pani mówił, że ma pani niesamowite oczy? Koloru whisky, 

tak chyba je określają.

background image

Krzywiąc się ze złości, pułkownik Gregory rzucił:

- Wystarczy, Monroe. 

Samantha zabrała dłoń.

-   Dziękuję,   panie   Monroe.   -   Choć   Samantha   wiedziała,   że   było   to 

niemądre,  to jednak nie mogła  powstrzymać  radości, wiedząc, że pułkownik 
Gregory mówił o niej.

- Jak rozumiem, Monroe, poznałeś już hrabinę - kontynuował.

Duncan   ukłonił   się   z   taką   przesadą   i   wymachem   rąk,   że   zamiótł 

kapeluszem po podłodze.

- Lady Marchant. Przyjemność po mojej stronie. 

Lady Marchant wyglądała tak, jakby połknęła robaka.

-   Panie   Monroe.   Nie   sądzę,   aby   sukces   naszego   przyjęcia   zależał   od 

pańskiej obecności.

- Naszego przyjęcia? - Duncan spoglądał raz na lady Marchant, raz na 

pułkownika.   -   To   teraz   już   jest   nasze   przyjęcie?   Czy   powinniśmy   wkrótce 
spodziewać się ogłoszenia zaręczyn?

Samantha   wstrzymała   oddech.   Lady   Marchant   i   pułkownik   Gregory 

pasowali do siebie - on taki wysoki i śniady, a ona drobna brunetka. Ale dwie 
noce temu całował Samanthę, i z jakiegoś powodu czuła, że dało jej to jakieś 
prawo do niego.

To musi się natychmiast skończyć. Spojrzała na niego.

Obserwował   ją.   Nie   zerkał   zakochanym   wzrokiem   na   lady   Marchant. 

Jednak   nie   skarcił   Duncana.   Obserwował   ją.   Przywołała   więc   na   usta   swój 
najbardziej ugrzeczniony i miły uśmiech, i zwróciła się najpierw do niego, a 
potem do Duncana.

- Jestem gospodynią. - Lady Marchant zatrzepotała do Duncana rzęsami. - 

A więc, tak, to także moje przyjęcie.

- To prawda. - Z nonszalanckim uśmiechem Duncan usiadł za stołem. - 

Pani zawsze jest gospodynią. Pamiętam, że w Indiach wydawała pani najlepsze 
przyjęcia. Na pani przyjęciach spotykałem najciekawszych ludzi.

Lady   Marchant   odpowiedziała   z   tak   jawną   wrogością,   że   Samantha 

uniosła ze zdziwienia brwi.

- Podczas moich przyjęć robił pan z siebie głupca.

background image

- W rzeczy samej. - Duncan huśtał się na krześle. - To miło, że pani o tym 

wspomniała. 

Samantha nie rozumiała, co łączyło tych dwoje.

Najwyraźniej się nie znosili, a jednak… wydawało się, że kłócenie się 

sprawia im przyjemność.

Blask słoneczny oświetlił jego twarz i po raz pierwszy lady Marchant 

naprawdę na niego spojrzała.

-   Chwileczkę.   Te   ślady   na   pańskiej   twarzy…   Co   się   panu   stało?   - 

Uderzyła dłonią w stół. - To pan jest mężczyzną, który zatrzymał mój powóz 
tamtej nocy!

Samantha skupiła całą uwagę na lady Marchant.

- Zatrzymał pani powóz?

- Czy to mężczyzna, który zatrzymał twój powóz? - spytał pułkownik 

Gregory. - Nie sądzę, by było to możliwe. Nie było go nawet w okolicy.

- To możliwe - warknęła do pułkownika lady Marchant. - Złapałam go za 

włosy i zdzieliłam w twarz. Spójrz na pana Monroe!

-   Wpadłem   na   drzwi   -   powiedział   Duncan,   ale   roześmiał   się   z   tego 

oczywistego żartu.

- Śmie pan z tego kpić? Oskarżyłam pana o to, że jest pan złoczyńcą! - 

Zwróciła  się  do pułkownika  Gregory'ego  i  położyła mu   dłoń na  ramieniu.   - 
Jestem pewna tego, co mówię.

- Ależ, Tereso, powiedziałaś mi, że twój woźnica gonił bandytów. - W 

tonie   pułkownika   Gregory'ego   wyczuwało   się   kpinę,   a   Samantha   nie   mogła 
uwierzyć, że kpił z lady Marchant.

Przyłapana   na   kłamstwie,   lady   Marchant   wstrzymała   oddech,   a   potem 

ciężko westchnęła.

- Chyba odrobinę przeinaczyłam fakty.

-   Dzieje   się   tu   coś   dziwnego   -   odezwała   się   Samantha.   Coś   między 

dwoma   mężczyznami,   a   fakty   nie   pasowały   do   siebie.   -   Pierwszej   nocy 
pułkownik Gregory zatrzymał mnie na drodze i przeszukał mój bagaż. Sądzę, że 
szukał bandytów, chociaż nie wiem dlaczego uznał mnie, kobietę podróżującą 
pieszo, za bandytę. Może pan Monroe pracuje z pułkownikiem Gregorym.

Mężczyźni wymienili spojrzenia. Lady Marchant zerwała się na równe 

nogi.

background image

-   Na   Boga,   tak   właśnie   jest!   Prawda?   Wyglądacie   na   winnych,   jak 

żołnierze przyłapani na piciu wódki podczas warty.

- Panna Prendregast ma rację - przyznał pułkownik Gregory. - Jeździmy 

w   nocy   po   okolicy   i   usiłujemy   wyłapać   bandytów,   którzy   na   nas   napadają. 
-Rzucił im surowe spojrzenie. - Ale byłbym wdzięczny, gdybyście, drogie panie, 
zachowały tę informację dla siebie.

- Utrzymujesz  bezpieczeństwo w okolicy, grabiąc podróżnych? - Lady 

Marchant była najwyraźniej oburzona.

- Nie ograbiłem pani - rzucił z naciskiem Duncan.

- Ponieważ celowałam w pana z pańskiej broni i groziłam, że strzelę panu 

w głowę.

Samantha  spojrzała na drobną lady Marchant z szacunkiem.  Może źle 

oceniła   tę   damę.   Była   zdecydowanie   sprytniejsza   i   twardsza,   niż   na   to 
wyglądała. Należało o tym pamiętać.

Duncan ciągnął:

- Nie zamierzałem przeszukać pani rzeczy. Zatrzymaliśmy  panią przez 

pomyłkę.

Lady Marchant nadal na niego napadała.

- Jak mógł pan pomyśleć, że ja, podróżując w powozie z herbem, mogę 

być bandytą?

- Zapewniam cię, Tereso, że on mówi prawdę - powiedział pułkownik 

Gregory.

Lady Marchant zmierzyła go wzrokiem. Potem jej oczy rozszerzyły się.

- Ty byłeś jednym z tych mężczyzn! 

Samantha z przyjemnością obserwowała, jak pułkownik Gregory się wije.

- Tak. Przyznaję. Byłem. Ale jak powiedziałem…

- Nie wierzę - odezwała się lady Marchant. - To nawet nie ma sensu. Czy 

swoich gości również obrabujesz?

-   Ależ   skąd   -   uspokoił   ją   pułkownik   Gregory.   -   Wszystko   jest   pod 

kontrolą.

Lady   Marchant   zwróciła   się   do   Samanthy   i   w   pierwszym   przejawie 

kobiecej solidarności, jakiego doświadczyła od niej Samantha, spytała:

background image

- Czy pani coś z tego rozumie?

- Nie, proszę pani, ale jedno wiem. - Samantha mrugnęła do Duncana. - 

Na miejscu pana Duncana dobrze bym się zastanowiła, gdybym chciała panią 
jeszcze kiedyś zatrzymać.

W oczach Duncana pojawiły się wesołe iskierki.

- W przyszłości zamierzam bardzo dbać o lady Marchant.

W posiadłości Maitland, służący Featherstonebaughów wstawali i kłaniali 

się uniżenie. Zazwyczaj ten widok cieszył Valdę, ale teraz weszła szybko po 
schodach i przeszła wzdłuż szeregu służących nawet na nich nie patrząc. Jej 
oczy zwęziły się. Ten stary głupiec Rupert próbował na niej swoich sztuczek, a 
ona, jak idiotka, uległa mu. Potem, gdy spała, usiłował wykraść się cichaczem 
od   niej   i   uciec.   Nadal   nie   wierzył,   że   grozi   im   jakieś   niebezpieczeństwo. 
Zabiłaby go, gdyby tyle nie wiedział.

Zabicie go sprawiłoby jej przyjemność.

Gdy   weszła   do   środka,   podążający   za   nią   lokaj   wziął   jej   płaszcz   i 

kapelusz.

- Nie wiedzieliśmy, kiedy możemy się pani spodziewać.

Rozejrzała   się   wokół.   Maitland   był   pięknym   domem,   cudowną 

osiemnastowieczną   posiadłością,   rozłożoną   w   niepowtarzalnej   dolinie,   pełną 
dzieł sztuki i cennych pamiątek, a ona będzie musiała to wszystko porzucić. Na 
tę myśl robiło jej się niedobrze.

- To nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia. - Poza mapą, którą ukradła 

w drodze tutaj. Osioł, który nazywał się kapitan Farwell, zostawił ją zamkniętą 
w swoim kufrze. Zazwyczaj nie kradła rzeczy, których zniknięcie można było 
łatwo powiązać z jej osobą, ale już nie miało znaczenia, czy kapitan Farwell 
domyśli  się, kto wziął mapę,  ponieważ wyjeżdżała do Irlandii, a później do 
Włoch, a tam nikt już jej nie znajdzie.

Na mapie zaznaczone były miejsca pobytu i liczba wszystkich angielskich 

szpiegów w Rosji. Z pewnością sprzeda tę mapę za całkiem pokaźną sumę, co 
będzie stanowić zabezpieczenie, gdyby coś poszło nie tak. To była typowa dla 
niej   ostrożność.   Poza   Rupertem   i   jego   głupimi   błazeństwami,   od   czasu   gdy 
opuścili posiadłość Blythe, wszystko szło dobrze. Lokaj ciągnął:

background image

- Ale pani gość ostrzegł nas, że możecie państwo przyjechać, więc…

Gwałtownie się do niego odwróciła.

- Mój gość? Któż to taki?

W   holu   rozległ   się   głos,   którego   nie   miała   ochoty   słyszeć   -   głos   z 

wyraźnym akcentem.

- Ja, oczywiście. Twój drogi przyjaciel, hrabia Gayeff Fiers Pashenka.

Niespiesznie odwróciła się w jego stronę.

Wysoki,   przystojny,   wyprostowany   stał   z   pistoletem   niezbyt   dobrze 

ukrytym w kieszeni. Pistoletem wycelowanym prosto w jej serce.

background image

Rozdział 17

Domek   dla   gości   był   bardzo   przytulny.   Mały,   ale   przytulny.   Idealna 

kryjówka dla kogoś, kto chciał uniknąć przybywających gości.

Pomalowany na biało zarówno w środku, jak i na zewnątrz, domek był 

jednopiętrowy i stał wśród białych floksów, goździków i purpurowych bratków 
oraz szkarłatnych begonii. Na krytym dachem ganku, który prowadził do drzwi 
wejściowych, znajdowały  się  bujane  fotele  i  stół,  na wypadek  gdyby  goście 
zechcieli usiąść i sycić oczy widokiem gór.

Samantha nie miała na to ochoty, więc została w środku, przechadzając 

się   po   dwóch   pokojach,   żałując,   że   nie   była   wystarczająco   zdecydowana   w 
rozmowie z pułkownikiem Gregorym na temat swojego udziału w przyjęciu. 
Spędziła bezsenną noc w nowym łóżku, wyobrażając sobie kolejne katastrofy, 
które mogą się wydarzyć, gdy spotka się z przedstawicielami wyższych sfer. 
Adorna   wysłała   ją   do   Kumbrii,   aby   trzymała   się   z   dala   od   śmietanki 
towarzyskiej, a nie by się z nią zadawała.

-  Czy   wychodzi  pani teraz,  panno  Prendregast?  - zawołała  Clarinda  z 

sypialni.

-   Jeszcze   nie.   -   Samantha   spacerowała   energicznie   po   pokoju, 

wymachując ramionami jak żołnierz podczas parady.

Tak,   ten   domek   bardzo   jej   odpowiadał.   Sufity   były   wysokie,   z 

odsłoniętymi   krokwiami,   które   wznosiły   się   aż   do   pokrycia   dachu   i   dawały 
wrażenie   przestronności.   W   pokoju   znajdował   się   mały   stół   z   krzesłami, 
odpowiedni dla dwóch osób, które chciałyby zjeść przy nim posiłek lub zagrać 
w   jakąś   grę,   oraz   szafka,   w   której   znajdowały   się   naczynia   i   koce.   Obita 
niebieskim materiałem sofa stała przy wewnętrznej ścianie, przed kominkiem z 
białego kamienia, który wychodził również na sypialnię.

Sypialnia była idealna, z bieliźniarką i szafką z wieszakami na ubrania. 

Nad bieliźniarką wisiało lustro w dębowej ramie. Łóżko było mniejsze niż łóżko 
Samanthy   w   dużym   domu,   ale   wystarczające   dla   jednej   osoby,   a   puchowa 
kołdra była równie gruba i miękka, jak ta, którą Samantha zostawiła.

Było to idealne, przytulne miejsce  na romantyczną  schadzkę.  Jej oczy 

zwęziły się. Czy właśnie dlatego ją tu umieścił? 

Ależ   nie.   Owszem,   całował   ją,   ale   zrozumiała,   że   jej   nie   ufał,   skoro 

zaproponował ten domek. Najwyraźniej podejrzewał ją o jakieś niegodziwości. 
Może   o   to,   że   ukradła   miniaturowy   portret   jego   żony.   A   może   myślał,   że 

background image

próbowała   go   uwieść.   Wczoraj   jasno   wyraził   swoją   opinię.   Kobiety   pragną 
bezpieczeństwa i zrobią wszystko, żeby je osiągnąć. Podejrzewał, że uwiodłaby 
go, gdyby mogła, a w rzeczywistości to on uwiódł ją. Okropny mężczyzna, ale 
jednocześnie tak typowy - obwiniający ją za swoje grzechy.

- Pułkownik Gregory będzie się zastanawiał, gdzie pani jest, panienko - 

zawołała ponownie Clarinda.

Niech diabli porwą tego mężczyznę! Tak bardzo ją rozzłościł. Niedobrze 

się   stało,   że   ją   pocałował.   Ale   to   było   jednorazowe   zdarzenie.   Gdy   jednak 
powiedział, że musi się przeprowadzić, ponieważ kusi go do granic szaleństwa... 
No cóż, tego nie mogła zignorować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ma widywać go 
codziennie   w   towarzystwie,   nie   jako   guwernantka,   ale   równa   mu   kobieta. 
Zatrzymała się i potarła dłonią czoło. Clarinda stanęła w drzwiach sypialni.

-   Nic   dziwnego,   że   powłóczy   pani   nogami,   panienko.   Dlaczego   nie 

powiedziała  pani, że  dzieci  przychodzą,  żeby   się  pani pokazać?   -  Szczerząc 
zęby, wytarła dłonie o fartuch. - Na pewno wyglądają uroczo w swoich nowych 
sukienkach.

Samantha   podeszła   do   okna   i   rozchyliła   zasłony.   Pułkownik   Gregory 

inteligentnie   przesłał   jej   jedyny   rozkaz,   którego   nie   mogła   zignorować   - 
dostarczony jej przez dziewczynki.

Podskakiwały,   chichotały   i   rozmawiały.   Starsze   prowadziły   za   rękę 

młodsze. Pułkownik Gregory posłuchał rady Samanthy i każdej z dziewczynek 
sprawił   sukienkę   w   innym   kolorze,   więc   razem   wyglądały   jak   miniaturowa 
żółto-niebieskoczerwono-fioletowo-zielono-różowa tęcza. Młodsze dziewczynki 
miały   sukienki   w   ciemniejszym   odcieniu.   Kreacja   Agnes   była   różowa   i 
pasowała  do wypieków na jej policzkach.  Nawet Marze  udało się wyglądać 
schludnie   w   zielonej   sukience   ze   skromnym,   koronkowym   kołnierzykiem. 
Czepki   pasowały   do   sukienek   i   były   wiązane   pod   brodą   wstążką   w 
kontrastującym kolorze. 

Po raz pierwszy tego dnia Samantha uśmiechnęła się.

- Czyż nie wyglądają ślicznie? 

Clarinda stanęła obok niej.

- Tak, panienko, ślicznie.  Uszczęśliwiła  je pani, to widać. Czekały na 

kogoś takiego, jak pani. - Zdecydowanie poklepała Samanthę po ramieniu. - 
Proszę o tym pamiętać, panienko, gdy będzie pani myśleć, że nie pasuje pani do 
osób z wyższych sfer.

Samantha spojrzała na Clarindę z ukosa.

background image

- Czy to aż tak oczywiste?

-   To   normalne,   że   człowiek   się   denerwuje,   gdy   musi   znaleźć   się   w 

towarzystwie arystokracji, ale poradzi pani sobie. Pani Shelbourn mówi, że ma 
pani maniery prawdziwej damy, umie pani prowadzić rozmowę lepiej niż one i 
pasuje pani wszędzie, gdzie zdecyduje się pani być.

Samantha poczuła zadowolenie.

-   Lady   Bucknell   również   tak   mówi.   Dziękuję,   Clarindo.   Chciałam   to 

znowu usłyszeć.

- A teraz proszę iść i przywitać dzieci, a one zabiorą panią na przyjęcie. - 

A jeśli ktoś ją rozpozna… Cóż, wtedy będzie się zastanawiać, co zrobić. Tak 
właśnie   żyła   dotychczas,   radząc   sobie   z   każdą   sytuacją.   Nie   pozwoli,   aby 
pułkownik   Gregory   wyprowadził   ją   z   równowagi.   Nie   mogła   winić   tego 
mężczyzny za to, że zrobił słuszną rzecz i umieścił ją tak daleko od siebie, jak to 
tylko było możliwe.  Musi tylko przetrwać najbliższe trzy dni. Potem znowu 
będzie   tylko   guwernantką.   Nie   myślała   o   reszcie   roku.   Podjąwszy   decyzję, 
poszła otworzyć drzwi. 

Drogę zagrodziła jej Clarinda.

- Nie, panienko, drzwi gościom powinna otworzyć pokojówka. - Tak też 

uczyniła   i   poczekała,   aż   dzieci   wejdą   na   ganek.   Wtedy   ukłoniła   się   bardzo 
oficjalnie. - Kogo mam zapowiedzieć?

- To my, Clarindo. - Kyla wydawała się zaskoczona. - Nie znasz nas?

- Oczywiście, że zna, ale udaje, że jesteśmy dorosłe i składamy wizytę - 

wyjaśniła Henrietta.

- Och! - Kyla uniosła do góry pulchny, mały podbródek. - Wiedziałam o 

tym.

Stojąc w środku, Samantha obserwowała, jak Agnes ustawia dziewczynki 

w jednej linii. Vivian powiedziała:

- Jesteśmy panienki Gregory i przyszłyśmy odwiedzić pannę Prendregast.

- Sprawdzę, czy jest w domu. - Dzieci zachichotały, a Clarinda weszła do 

środka i oznajmiła: - Panny Gregory, proszę pani.

Samantha z uśmiechem wybiegła na ganek.

- To miło, że mnie odwiedziłyście. - Na widok dziewczynek nie mogła 

powstrzymać radości i klasnęła w dłonie. - Ależ pięknie wyglądacie.

- Tak, to prawda - wykrzyknęła Emmeline.

background image

- Pani również, panno Prendregast. - Mara wyglądała na wystraszoną.

-   Dziękuję.   -   Samantha   wygładziła   spódnicę.   Clarinda   obszyła   dekolt 

jednej   z   codziennych   sukienek   Samanthy,   z   szafirowozłotej   popeliny,   złotą 
tasiemką. Adornie spodobałaby się ta zmiana, ponieważ podkreślała długą szyję 
Samanthy i jej szczupłe ręce. - Zapraszam do środka, moje panie. 

-   Nie,   ojciec   przysłał   nas,   żebyśmy   panią   przyprowadziły.   -   Henrietta 

stanęła   obok   Samanthy.   -   Powiedział   -   zniżyła   głos,   naśladując   pułkownika 
Gregory'ego - czy ona boi się przyjść na przyjęcie?

- Nie boję się.

-   To   właśnie   mu   powiedziałam.   -   Mara   wzięła   Samanthę   za   rękę   i 

potrząsnęła ją. - Pani się niczego nie boi, prawda?

Gdyby to była prawda…

- Każdy czegoś się boi, Maro.

- A czego pani się boi, panno Prendregast? - spytała Agnes.

Samantha   oczyma   wyobraźni   widziała   scenę,   która   teraz   napawała   ją 

lękiem. Ktoś na przyjęciu wskaże ją palcem i nazwie złodziejką. Twarze dzieci 
skrzywią się do płaczu. Pułkownik Gregory pokaże jej drzwi, a ona odejdzie 
poniżona   i   zrozpaczona.   Adorna   ostrzegała   ją,   że   nie   uda   się   uciec   od 
przeszłości.   Myślała,   że   pogodziła   się   z   tym.   Ale   nigdy   nie   chodziło   o   tak 
wysoką stawkę. Nigdy wcześniej tak bardzo nie pragnęła odnalezienia swojego 
miejsca   na   ziemi.   To   bliskość   rodziny   Gregorych   tak   ją   pociągała.   Ciepło 
dziecięcych uczuć. Żarty i śmiech. Łzy i przytulanie. Nic więcej. Z pewnością 
nie pułkownik Gregory. Absolutnie nie.

-   Proszę   się   nie   martwić,   panno   Prendregast   -   powiedziała   Agnes.   - 

Będziemy bardzo grzeczne.

- Nie będzie żadnego błota? - zdecydowanym tonem zapytała Samantha.

- Nie, panno Prendregast - odparły chóralnie.

- A Mara pięknie śpiewa - ciągnęła Agnes.

- Po prostu pięknie - przytaknęła Henrietta. 

Emmeline stanęła przed Samanthą.

- My też pięknie śpiewamy.

- Tak - odezwała się Vivian. - Zaśpiewamy z Marą, więc nie będzie się 

tak bała.

background image

- Jestem pewna, że sobie świetnie poradzi. Wszystkie sobie poradzicie. - 

Samantha   dostrzegła   okazję,   żeby   odsunąć   w   czasie   moment   wyjścia   na 
przyjęcie. - Może zrobimy teraz jeszcze jedną próbę?

- Nie. Podają obiad pod namiotami i jest specjalny namiot dla dzieci z 

budyniem   i   biszkoptami.   -   Mara   pociągnęła   ją   za   rękaw.   -   Chodźmy   na 
przyjęcie.

Clarinda wybiegła z domu na ganek.

- Oto pani czepek, panno Prendregast. - Zawiązała tasiemki pod brodą 

Samanthy, podczas gdy Samantha wkładała złote, koronkowe rękawiczki.

- Powinnyśmy poćwiczyć - nalegała Samantha.

- Mam ćwiczyć o piątej po południu, więc nie będę ćwiczyć teraz. Ale 

mogłaby pani wtedy przyjść i pomóc mi - odezwała się przymilnie Mara.

-  Wspaniały   pomysł   -   powiedziała   pośpiesznie   Samantha.   Po   czterech 

godzinach z pewnością będzie miała ochotę na odpoczynek.

- A pani Chester mówi, że mam śpiewać jutro po obiedzie - powiedziała 

Mara.

Coraz lepiej.

- Więc również tam będę. Przecież ktoś musi ci akompaniować.

Gdy szły przez trawnik, Samantha zobaczyła trzy olbrzymie, kolorowe 

namioty   ustawione   nad   jeziorem,   otwarte   ze   wszystkich   stron   i   ozdobione 
flagami. W pierwszym służący ustawiali długie stoły i rozkładali zastawę. W 
drugim harcował tuzin dzieci pod czujnym okiem swoich guwernantek i niań. A 
w największym przechadzała się grupa elegancko ubranych mężczyzn, wśród 
nich   było   kilka   jaskrawo   przyodzianych   kobiet.   Wszyscy   witali   się   w   taki 
sposób,  jakby  od dawna  się  nie  widzieli.  Słychać  było  śmiech   i rozmowy   i 
Samantha poczuła ucisk w gardle.

Rozpoznała tylko jeden głos - pułkownika Gregory'ego. I dostrzegła go 

niemal od razu. Stał z lady Marchant u boku. Lady Marchant patrzyła na niego z 
podziwem, gdy mówił do grupy mężczyzn, między innymi wojskowych, którzy 
słuchali go, jakby był wyrocznią.

Taka atencja nie służyła mu. I tak już był zbyt pewny siebie.

Dziewczynki,   gdy   spełniły   swój   obowiązek,   puściły   ręce   Samanthy   i 

pobiegły do pozostałych dzieci.

- Do widzenia, panno Prendregast. Do widzenia! - krzyknęły.

background image

Słysząc jej imię, pułkownik Gregory odwrócił ku niej głowę; dostrzegła w 

jego oczach aprobatę. Samantha zarumieniła się i przeklęła w myślach swoją 
jasną   cerę.   Jeśli   lady   Marchant   zauważyła   jego   zainteresowanie   lub   reakcję 
Samanthy,   to   nie   dała   po   sobie   tego   poznać.   Ruszając   do   przodu,   wzięła 
Samanthę za rękę i poprowadziła ją w stronę grupy mężczyzn.

- Oto nasza mała guwernantka, panowie. 

Surowy   wyraz   ich   twarzy   zelżał   i   ukłonili   się   z   taką   radością,   że 

Samantha   uświadomiła   sobie,   iż   pułkownik   Gregory   mówił   prawdę.   Tych 
mężczyzn nie obchodziło, czy była guwernantką; pragnęli towarzystwa kobiety.

Lady Marchant ponownie wzięła Williama pod ramię. Jeśli miała jakieś 

wątpliwości co do obecności Samanthy, skrywała je pod uroczym uśmiechem.

- Czyż nie jest czarująca?

- W rzeczy samej, proszę pani. Byłbym zaszczycony, gdyby zechciała 

mnie pani przedstawić - odezwał się młody oficer.

-  Przedstawić   cię?   Du  Clos,   ty   psie.   -  Kolejny   oficer   postąpił   o  krok 

naprzód. - Proszę przedstawić mnie.

Samantha zaśmiała się radośnie.

- Lady Marchant, proszę przedstawić ich wszystkich.

Mężczyźni   uśmiechnęli   się   i   ustawili   w   kolejce   do   prezentacji.   Lady 

Marchant pogroziła im palcem.

- Zanim zacznę, panowie, muszę ostrzec pannę Prendregast, że wszyscy 

jesteście wolni i potrzebujecie żony, i jeśli nie chce ustatkować się u boku męża, 
to musi uważać na wasze komplementy.

- Wolni i potrzebujący żony? Zapamiętam to sobie - obiecała Samantha.

Lady Marchant przedstawiła pierwszego z ubranych na czarno mężczyzn, 

około   pięćdziesięcioletniego   dżentelmena   z   opadającymi   powiekami   i 
przerzedzonymi włosami.

- To pan Langdon, znany ze swojego uroku; świetny tancerz.

- Jestem zaszczycony, panno Prendregast. - W uroczy sposób ucałował 

koniuszki palców Samanthy.

- Hrabia Hartun. Jego matka chciałaby, żeby się ożenił i ustatkował. - 

Lady Marchant posłała mu wszystkowiedzący uśmiech. - Obiecałam jej, że mu 
pomogę.

background image

- Dziękuję za ostrzeżenie. Panno Prendregast, to zaszczyt, że jest pani 

wśród nas.

Lord   Hartun   nosił   się   z   europejską   nonszalancją,   ale   Samantha   miała 

ochotę   skulić   się   pod   jego   przeszywającym,   ponurym   spojrzeniem.   Jakby 
wiedział, że ona coś ukrywa, i chciał to wybadać.

Lady Marchant wskazała wąsatego oficera, który nosił mundur z dużą 

dozą nonszalancji.

- Porucznik Du Clos z kompanii mojego męża. Tej wiosny wrócił z Indii, 

gdzie uchodził za bawidamka.

Porucznik Du Clos również ucałował dłoń Samanthy, ale w taki sposób, 

że poczuła się zakłopotana. Jego sposób bycia i ostrzeżenie lady Marchant były 
dla Samanthy wyraźnym sygnałem, że jest wytrawnym łamaczem niewieścich 
serc. Postara się nigdy nie zostawać z nim sam na sam.

- Panowie, panowie! - Lady Marchant klasnęła w dłonie. - Spróbujcie się 

odpowiednio zachowywać. Panna Prendregast musi mieć trochę przestrzeni, by 
oddychać. Może kilku z was mogłoby się przypochlebić, przynosząc jej coś do 
jedzenia i picia.

Wokół   niej   zbierali   się   kolejni   dżentelmeni.   Przydawały   jej   się   teraz 

umiejętności, które zdobyła jako złodziejka. Nie słuchała tego, co mówią, ale 
obserwowała   ich   oczy   i   gesty,   próbując   odgadnąć,   jacy   naprawdę   byli.   Nie 
mogła tylko stracić głowy, a to potrafiła.

Och, i oczywiście potrzebowała odrobiny szczęścia. Mądry złodziej nigdy 

nie ignorował znaczenia szczęścia.

background image

Rozdział 18

- Widzisz, drogi Williamie?  Miałeś rację. Nasza guwernantka świetnie 

sobie radzi. - W głosie Teresy pobrzmiewała satysfakcja.

William wiedział dlaczego. Był coraz dalej od Samanthy, a o to właśnie 

Teresie chodziło. Sprawić, aby guwernantka znalazła się w centrum uwagi, a 
wtedy   lady   Marchant   będzie   mieć   Williama   wyłącznie   dla   siebie.   Godny 
podziwu   podstęp,   który   miał   przynieść   korzyści   zarówno   Samancie,   jak   i 
Teresie. Jedynie pułkownik był niezadowolony.

Chociaż w rzeczywistości… Dlaczego miałby być niezadowolony? Miał 

nadzieję, że Samantha poradzi sobie w towarzystwie. Nie dlatego, że jej pragnął, 
ale ponieważ takie doświadczenie dodałoby jej pewności siebie i sprawiło, że 
będzie   mogła   potem   nauczyć   jego   córki   towarzyskiego   obycia.   Spojrzał   na 
rozbite   szkło   pod   stopami   i   zastanowił   się,   dlaczego   nie   atakowała   innych 
mężczyzn tak, jak atakowała jego. Przy nich była urocza i swobodna. Przy nim 
była spięta i chłodna.

A fakt, że Teresa czuła, iż musi pokierować sytuacją, oznaczał, że nie 

udało   mu   się   ukryć   swojego   zainteresowania   Samantha,   a   to   wszystkim 
wyrządzało szkodę. Nawet jeśli Teresa nie interesowała go jako przyszła żona, 
to jednak zasługiwała na jego uwagę jako gospodyni przyjęcia.

- Chodź - odezwał się do Teresy. - Przyjechał generał i lady Stephens. 

Powinniśmy ich powitać. - Wyprowadził ją z namiotu.

Jednak   w   jakiś   sposób,   bezwiednie,   udało   mu   się   cały   czas   mieć 

Samanthę   w   zasięgu   wzroku.   A   ta   rozkoszowała   się   atencją   coraz   większej 
grupki   dżentelmenów,   lordów   i   oficerów   otaczających   ją   ciasnym   kręgiem. 
Udało jej się nawet zainteresować lorda Hartuna, człowieka, który - jak głosiła 
plotka   -   był   powiązany   z   tajnymi   służbami   Biura   Bezpieczeństwa 
Wewnętrznego   i   bardzo   chętny   do   udziału   w   planie   pojmania 
Featherstonebaughów.

Gdyby   nie   rekomendacja   lady   Bucknell,   William   byłby   bardzo 

podejrzliwy w stosunku do pełnej uroku Samanthy.

Ale jak mogła mu się nie podobać? W przeciwieństwie do pozostałych 

dam   rozproszonych   w   tłumie   gestykulowała   swobodnie.   Jej   smukłe   palce 
przecinały   powietrze   jak   ptaki.   Była   pełną   energii   blondynką,   której 
wyjątkowość   wykraczała   poza   zdolność   pojmowania   zebranych   na   przyjęciu 
mężczyzn. William witając gości, rozmawiając z nimi i żartując, cały czas ją 

background image

obserwował. Nie dlatego, że obawiał się, iż Samantha popełni gafę. Patrzył na 
nią, ponieważ nie mógł od niej oderwać oczu.

Głośno się roześmiała. Damy obecne na przyjęciu odwróciły w jej stronę 

głowy.

Teresa miała zimnostalowe spojrzenie.

- Muszę iść porozmawiać z moimi drogimi przyjaciółkami.

-  Oczywiście.   -  Patrzył,   jak  podeszła   do  grupki  kobiet   i  z   wdziękiem 

zaprowadziła je do Samanthy. Przedstawiła ją, a za chwilę wszyscy się śmiali i 
wesoło rozmawiali.

Trzeba przyznać, że Teresa uratowała przyjęcie.

- Wybór lady Marchant na gospodynię przyjęcia był bardzo słuszny - 

zauważył pan Gray

1

, którego wygląd pasował do nazwiska. Potem rozejrzał się i 

cicho zapytał: - Czy szczury złapały przynętę?

- Jeszcze nie. Nadal siedzą w swojej kryjówce. Ale nie tylko wysłałem im 

zaproszenie,   wyrażając   moje   najszczersze   życzenie,   aby   moi   sąsiedzi   swoją 
obecnością przydali blasku temu przyjęciu, ale także dałem naszym szpiegom 
wśród ich służby pełną listę gości. Sądzę, że lord i lady Featherstonebaugh znają 
już każde nazwisko. - William wskazał również na czterech otaczających go 
mężczyzn. - Gdy jesteście tutaj wy, pan Gray i generał Stephens, a także tak 
wielu innych dżentelmenów znających tajemnice stanu, jestem przekonany, że 
szczury wkrótce przybędą. - Teresa napotkała wzrok Williama; uśmiechnął się i 
kiwnął głową, jakby prowadził zwykłą, grzecznościową rozmowę.

Generał   Stephens,   gładko   ogolony   i   po   wojskowemu   wyprostowany 

mężczyzna, powiedział:

-   To   cholernie   ryzykowny   plan.   Ktoś   może   się   pomylić   i   podać 

prawdziwe informacje.

- To cholernie ryzykowny interes - przyznał William - ale żaden z tu 

obecnych mężczyzn nie osiągnął swojej pozycji, dlatego że często się mylił.

Podeszła do nich lady Stephens i panowie zrobili jej miejsce w swoim 

gronie. Cieszyła się ich powszechnym szacunkiem; poza tym mówiła w pięciu 
językach.

- Nie lubisz podróżować tak daleko w pośpiechu, Henry. A przynajmniej 

nie na przyjęcie. No, gdyby chodziło o bitwę…

Panowie zachichotali, a potem ucichli, gdy dołączyła do nich Teresa.

1 gray (ang.) - szary.

background image

-   Wybacz,   Williamie,   że   cię   opuściłam,   ale   chciałam   wytłumaczyć 

damom,   dlaczego   twoja   guwernantka   jest   na   przyjęciu.   Nie   chciałam,   żeby 
myślały o nas niestworzone rzeczy.

- Dlaczego ona jest na przyjęciu? - spytała lady Stephens.

- William zaprosił więcej mężczyzn niż kobiet, a panna Prendregast ma 

takie   urocze   maniery,   więc   od   razu   o   niej   pomyśleliśmy.   Jednak   jest   tak 
skromna, że musieliśmy bardzo mocno namawiać ją, aby przyszła na przyjęcie. - 
Teresa   poklepała  Williama  po  dłoni.  -  Więc  powinniście   winić  Williama   za 
obecność panny Prendregast.

- Raczej dać mu medal - odezwał się generał Stephens.

Pozostali mężczyźni roześmiali się.

-   Tak,   skupiła   na   sobie   uwagę   prawie   wszystkich   mężczyzn.   -   Lady 

Stephens spojrzała lodowatym wzrokiem na Samanthę. - Czy wiemy, kim ona 
jest?

- Masz na myśli jej rodzinę? Nie. - Teresa zrobiła smutną minę. - Jest 

sierotą, jak sądzę, ale opiekuje się nią lady Bucknell.

- Och! - wykrzyknął generał Stephens. - Całkiem nieźle.

Na ustach lady Stephens pojawił się jej sławny uśmiech.

- Tak, jeśli lady Bucknell uważa, że jest godna zaufania, to jest godna 

zaufania. Spójrzcie! Oto mój drogi przyjaciel ambasador z Włoch. Muszę się z 
nim przywitać.

-   O   nie,   beze   mnie   nie   pójdziesz.   Biedak   podkochuje   się   w   tobie   od 

dwudziestu lat.

Generał Stephens ruszył za żoną. Wszyscy roześmiali się i przyłączyli do 

różnych grupek. William odwrócił się do Teresy.

- Świetnie poradziłaś sobie z paniami. 

Usiłowała zrobić niewinną minkę, ale nie udało się jej i zachichotała.

- Uwielbiam kierować ich zachowaniem.

- Marnujesz się w towarzystwie. Powinnaś być ambasadorem brytyjskim 

w Paryżu.

Błyskotliwa Teresa naprawdę się zarumieniła.

- Podoba mi się to. Może mnie zarekomendujesz?

background image

-  Może  tak  zrobię.  - Zapomniał  o  jednym punkcie  z  listy  cech,  które 

powinna   mieć   idealna   żona   -   powinien   ją   lubić.   Pomimo   jej   wielu   wad   i 
słabości, bardzo lubił Teresę.

- Czy udało ci się odnaleźć portret Mary? Ten, którego szukałeś wczoraj? 

- spytała Teresa.

Zadowolenie z udanego przyjęcia, z realizacji jego planu przygasło.

-   Jeszcze   nie.   Nie   chciałbym   myśleć,   że   wziął   go   jeden   z   moich 

służących, ale obawiam się, że tak właśnie było.

- Nie masz czasu, zęby zająć się domem jak należy. - Teresa dotknęła 

jego policzka. - Potrzebujesz żony, mój drogi.

Jej gest nie był zbyt subtelny i zaskoczyło go to. Teresa zazwyczaj była 

wzorem subtelności. Rozglądając się wokół, dostrzegł, że kilka osób obserwuje 
ich z uśmiechem. Duncan patrzył spode łba. A Samantha stała odwrócona tyłem. 
Czyżby Teresa usiłowała zmusić go do oświadczyn?

- No cóż! - odezwała się beztrosko. - Może uważasz, że poradzisz sobie 

bez żony.

Niewątpliwie udawało ci się to przez kilka lat. - dodała w myślach.

Uświadomił sobie, że nie odpowiedział jej. Było to niegrzeczne, ale… cóż 

miałby   powiedzieć?   Nie   mógł   oświadczyć   się   jej   publicznie.   Nawet   nie 
zastanowił   się,   jak   miałby   to   zrobić…   a   to   było   do   niego   niepodobne.   Był 
człowiekiem,  który  wszystko  zawsze  planował. Jednak  w tej ważnej  kwestii 
zwlekał.

Z powodu jednego pocałunku z inną kobietą. Z ociąganiem odpowiedział 

Teresie.

- Pochlebiam sobie, że dobrze sobie radzę z służbą - jak do tej pory. 

Wierzę, że nic innego nie zginęło.

Uraził Teresę. Ściągnęła usta i odezwała się zbyt szybko.

- Ja również. Czy mogę cię teraz zostawić, abyś zabawiał gości, a ja pójdę 

sprawdzić, czy przywieźli jedwabie, które zamówiłam na bal?

- Jedwabie?

Ile to kosztowało?

- Do dekoracji sufitu w sali balowej. Nie martw się, twoi goście będą 

zachwyceni.

background image

- Jestem pewien - wymamrotał. Najwyraźniej nie udało mu się jej zwieść, 

bo się roześmiała.

- Obiecuję, że nie będę zawracać ci głowy szczegółami.

- Dziękuję.

Gdy   odeszła,   jeszcze   raz   rozejrzał   się   po   gościach.   Jego   córki   zajęły 

dwunastkę dzieci gości grą w krykieta. Głosy pań przyjemnie harmonizowały z 
niskimi głosami mężczyzn. Przyjęcie było bardzo udane - i pułapka również.

Napotkał   zatroskany   wzrok   Duncana.   Nie   było   tutaj   lorda   i   lady 

Featherstonebaugh.   Jego   ludzie   donieśli   mu,   że   para   przybyła   do   swojej 
posiadłości w Maitłand. Wysłał osobiste zaproszenie. Nie dostał jednak żadnej 
odpowiedzi i poczuł ucisk w żołądku. Jeśli ten plan się nie powiedzie, będą 
musieli aresztować lorda i lady Featherstonebaugh na podstawie podejrzeń, a to 
nie będzie tak oczywiste, jak dostarczenie Pashence fałszywych informacji, a 
później pozwolenie mu na wyjazd.

Z drugiej strony - wyprostował się - skoro lord i lady Featherstonebaugh 

nie przybyli, to mógł spokojnie porozmawiać z Samanthą.

Tłumek   mężczyzn   przerzedził   się   nieznacznie,   gdy   trzech   młodych 

oficerów zaczęło przepychać się dla żartu. Wyglądało na to, że nie zauważyła 
nadchodzącego Williama, ale gdy się odezwał, od razu odwróciła się w jego 
stronę.

Więc cały czas była świadoma jego obecności.

- Widzi pani, panno Prendregast? - Zdając sobie sprawę, że dwanaście par 

kobiecych oczu obserwuje każdy jego ruch, za wszelką cenę starał się jej nie 
dotknąć. - A nie mówiłem pani, że poradzi pani sobie na przyjęciu?

- Czy nikt panu nie mówił, że zwrot „a nie mówiłem”, jest okropny?

Roześmiał się.

- Tylko ludzie, do których tak się zwracam.

Uśmiechnęła się, ale nie z właściwą sobie otwartością i szczerością, która 

go oczarowała, i bardzo starała się na niego nie patrzeć. W zasadzie patrzyła 
przez niego i obok niego. Dla postronnego obserwatora nie łączyło ich nic poza 
relacją pracownik - pracodawca.

- Jeśli nie pozbędzie się pan tego nawyku, to obawiam się, że ma pan 

małe szanse na walca z którąś z tych uroczych dam.

- Więc zatańczę walca z panią.

background image

Jej wzrok na jedną krótką chwilę zatrzymał się na jego twarzy.

Był zadowolony. Tym jednym spojrzeniem pokazała mu swoją uległość i 

pragnienie, aby wziął ją w ramiona. A on, który zawsze nienawidził tańczyć, 
żałował, że bal nie odbędzie się dziś wieczorem, aby mógł przygarnąć ją do 
siebie i wymazać wspomnienie o zalotnikach, którzy ją otaczali.

Nadal zachowywała pozę obojętnej, a nawet znudzonej.

- Odpowiadając na pańską oryginalną uwagę - tak, odkryłam, że nieźle 

radzę sobie w towarzystwie. To wcale nie jest trudne. Traktuję panów jak małe 
dzieci, patrzę im w oczy, udaję zainteresowanie ich błahymi dysputami i karcę 
ich delikatnie, gdy ich zabawy wymykają się spod kontroli.

- Mówi pani z ironią o mojej płci. - Wcale mu to nie przeszkadzało. Nie 

chciał, aby znalazła powody do podziwiania innych mężczyzn.

- Ależ skąd. Panowie są bardzo mili. - Wskazała ręką w stronę kobiet. - 

Dzięki pomocy lady Marchant, panie również.

- Jak mogliby nie być oczarowani?

-   Damy   nie   tak   łatwo   dają   się   zwieść   modnym   sukniom   czy   ładnym 

dodatkom.

Miał   ochotę   się   roześmiać.   Czy   naprawdę   była   tak   niewinna?   Tak, 

wiedział, że była.

- Proszę mi wierzyć, moja droga, to nie pani suknia czy dodatki podobają 

się mężczyznom.

Zmarszczyła brwi.

- Czy chce pan powiedzieć, że… podoba im się moja figura? Wątpię. 

Jestem raczej chuda i nie mam żadnych krągłości. - Zdała sobie sprawę, że jest 
zbyt obcesowa i dodała: - Ale dziękuję za komplement.

Gdyby byli sami,  udowodniłby jej, jak bardzo mu  się podoba. Jednak 

oficerowie,   lordowie   i   pozostali   dżentelmeni,   którzy   nie   brali   udziału   w   ich 
wymianie   zdań   z   szacunku   do   niego,   teraz   zaczynali   ten   szacunek   tracić. 
Przestępowali   nerwowo   z   nogi   na   nogę   i   pomrukiwali   coś   pod   nosem. 
Zerknąwszy na nich, William odezwał się ponuro.

- Muszę  panią ostrzec. Młodsi  oficerowie dopiero co wrócili z Indii i 

trochę szaleją po powrocie. Proszę z dużą ostrożnością podchodzić do wszelkich 
propozycji spaceru po ogrodzie lub podziwiania gwiazd.

- Chyba, że chcę zakończyć te przepychanki? - W jej oczach widać było 

background image

irytację, chociaż nie wiedział, czym mógłby ją zirytować. - Proszę mi wierzyć, 
mężczyźni   bez   względu   na   pochodzenie   używają   tych   samych   żałosnych 
sztuczek. Znam je wszystkie.

Poczuł ukłucie zazdrości.

- Czy wielu mężczyzn próbowało panią uwieść?

- O tak, bardzo wielu. Żadnemu się nie udało. Jak już panu powiedziałam 

wcześniej, jestem samotna i bardzo sobie chwalę ten stan. - Przyglądając mu się 
z niechęcią, dodała: - I nic nie zmieni mojego zdania.

Podszedł do nich Duncan.

- Panno Prendregast, miło panią znowu widzieć. - Jednak nie zwracał na 

nią uwagi, a Duncan zawsze zwracał uwagę na kobiety. - Williamie, przybyli 
lord i lady Featherstonebaugh. Zapewne chciałbyś ich powitać.

William   odwrócił   się   i   dostrzegł   lady   Featherstonebaugh,   która   szła 

trawnikiem   od   strony   domu,   opierając   się   na   lasce.   Po   raz   pierwszy   tego 
wieczoru   dotknął   Samanthy   -   jej   dłoni   odzianej   w   rękawiczkę.   Tylko   raz, 
leciutko. Zaiskrzyło między nimi. Jej brązowe oczy rozszerzyły się. Głęboko 
zaczerpnęła powietrza. Powiedział cicho:

- Proszę   pamiętać,  że  nie  jest   pani  aż  tak  doświadczona,   jak  się  pani 

wydaje.

Gdy   szedł   w   stronę   lady   Featherstonebaugh,   wydawało   mu   się,   że 

Samantha mruknęła:

- Ani tak niewinna, za jaką chciałby mnie pan uważać.

-   Wybaczcie   mi,   panowie.   -   Następnego   dnia   po   obiedzie   Samantha 

odeszła od małej grupki mężczyzn. - Mam obowiązki.

-   Pułkownik   Gregory   nie   potrzebuje   pani.   -   Porucznik   Du   Clos 

uśmiechnął się uwodzicielsko, choć trochę nerwowo. Nie umiał pogodzić się z 
jej obojętnością. - Rozmawia z lordem i lady Featherstonebaugh.

- To nie pułkownik Gregory mnie potrzebuje, ale jedna z jego córek. - 

Samantha ukłoniła się i poszła w stronę domu. Dlaczego ten porucznik myślał, 
że jej obowiązki mają coś wspólnego z Williamem?  Czyżby zdradziła swoje 
zainteresowanie  pułkownikiem  Gregorym?   Czy   uśmiechała  się  zbyt  słodko  i 

background image

zerkała na niego ze zbytnią atencją?

To zakochanie było trudne do zniesienia.

Zakochanie.

Potknęła   się   na   schodach   prowadzących   do   domu.   Lokaj   złapał   ją   za 

ramię. Podziękowała mu i poszła dalej, mając nadzieję, że nie natknie się już na 
żadne przeszkody, i ciesząc się, że nikogo nie było w domu, ponieważ teraz nie 
potrafiłaby radzić sobie z trudnościami ani prowadzić inteligentnej rozmowy.

Zakochana?   W   pułkowniku   Gregorym?   To   niemożliwe.   Byłoby   to 

szczytem głupoty.

No   dobrze.   Przyznała   się   do   tego.   Pociągał   ją.   Podobała   się   jej   jego 

postawa, w inteligentny sposób prowadził rozmowę i namiętnie całował. Ale to 
wszystko. Żałosna fascynacja sposobem, w jaki całował. Dlatego obserwowała 
jego usta, gdy mówił, i wyobrażała je sobie na swojej skórze. Dlatego spędzała 
pół nocy, zastanawiając się za każdym razem, co ma na siebie włożyć. Uwiódł 
ją jego  magnetyzm  i nic  więcej.  Ten  ciągły  ból  serca,  nieodparta chęć,  aby 
tańczyć w promieniach słońca, potrzeba widywania go we dnie i w nocy - to nie 
była miłość. Nie do mężczyzny, który pochodził z wyższej klasy. Do żadnego 
mężczyzny.

Weszła do pokoju muzycznego i podeszła do fortepianu. Otworzyła go i 

przesunęła   palcami   po   klawiszach.   Gdy   grała   podkład   muzyczny,   cudowny 
instrument stapiał się w jedno z głosem Mary. Pułkownik Gregory będzie jutro 
dumny ze swojej córki. Tak, jak mówił, miała przepiękny głos. Ale wydawała 
się rozkojarzona. Przestraszona. Przytłaczało ją, że będzie śpiewać dla tak wielu 
osób.

Samantha to rozumiała. Gdy jej ojciec zdecydował, że powinna zarabiać 

na swoje utrzymanie, miała cztery lata. Stała na rogu ulicy, wysmarowana jakąś 
ohydną   mazią,   żeby   wyglądać   jeszcze   żałośniej,   i   śpiewała,   by   zarobić   na 
kolację. Była tak przerażona, że głos jej się trząsł i nikt nie dał jej żadnych 
pieniędzy.   I   tej   nocy   głodowała,   ponieważ   tata   uznał,   że   nie   będzie   żywił 
pasożytów.   Szybko   pozbyła   się   strachu,   ale   nigdy   nie   zapomniała   tego 
paraliżującego uczucia.

Jej   ojciec.   Tak.   Ilekroć   wyobrażała   sobie,   że  jest   zakochana,   powinna 

przypomnieć sobie ojca. Pół Walijczyka, pół szaleńca. Były noce, że pił i padał 
nieprzytomny na łóżko. I takie dni, kiedy - trzeźwy - szukał pieniędzy na dżin. 
Momenty, gdy się uśmiechał, czysty, ładnie ubrany, przynoszący prezenty córce 
i żonie. Jako dziecko nie rozumiała, dlaczego matka płakała - przecież był taki 
cudowny. Dopiero później zrozumiała, że znalazł sobie bogatą kochankę. Tak, 
był przystojny, a gdy mu na czymś lub na kimś zależało, potrafił być uroczy. 

background image

Kiedy pomyślała, jak skończył…

Tak.   Gdy   zamarzy   się   jej   pułkownik   Gregory,   powinna   przypomnieć 

sobie ojca.

Usłyszała stukot butów na drewnianej podłodze i szybko opuściła dłoń. W 

drzwiach stanęła Mara z zarumienionymi policzkami.

- Przepraszam za spóźnienie, panno Prendregast, ale graliśmy w piłkę.

- Dlatego masz na sobie stare ubranie?

- Pani Chester nalegała. Musiała zacerować dziurkę w nowej sukience, bo 

włożyłam za dużo kamieni do kieszeni. - Mara nie wyglądała na skruszoną.

Pułkownik   Gregory   miał   rację   co   do   pani   Chester.   Ta   kobietka 

sprawowała pełną kontrolę nad dziećmi, bez względu na ich liczbę, a jej zdrowy 
rozsądek   okazał   się   niezawodny.   Samantha   już   nie   martwiła   się   o   córki 
pułkownika   Gregory'ego;   były   w   dobrych   rękach,   przynajmniej   na   czas 
przyjęcia.

Samantha przesunęła palcami po klawiszach.

- Zaśpiewamy?

Podchodząc do pianina, Mara zaczęła śpiewać  „Barbara Allen”. Miała 

wysoki   i   czysty   głos,   a   starą   balladę   interpretowała   ze   wzruszającą 
niewinnością.   Nagle   w   połowie   drugiej   zwrotki   zamilkła   i   odwróciła   się   w 
stronę fortepianu.

- Czy pani wie, dokąd mój ojciec jeździ w nocy?

Samantha opuściła dłonie na kolana. Serce zaczęło bić jej szybciej. Co 

Mara miała na myśli? Czyżby widziała ich pocałunki?

- Twój ojciec gdzieś jeździ po nocy?

- Tak! Ojciec wyjeżdża konno każdej nocy.

-   Och.   -   Oddech   Samanthy   uspokoił   się.   -   Chodzi   ci   o   to,   że   łapie 

rabusiów?

- Nie. Gorzej niż rabusiów. - Mara brzmiała bardzo zasadniczo.

- Kto mógłby być gorszy od rabusiów?

-  Nie  wiem,  ale  złapał  jednego zeszłej   nocy.  Złapał  kogoś  więcej  niż 

rabusia. Złapał Samanthę.

W sidła miłości. Była głupia.

background image

- To dobrze - powiedziała do Mary. - To wspaniale, że twój tata jest 

odważny i zapewnia nam bezpieczeństwo. Musisz być z niego bardzo dumna.

Mara wzruszyła ramionami.

-   Tak,   panno   Prendregast.   -   Dziewczynka   przyglądała   się   jej   z 

przechyloną głową.

Samantha zaczęła nabierać podejrzeń.

- Jak dowiedziałaś się o ojcu? 

Mara uniosła podbródek.

- Ukryłam się pod biurkiem w gabinecie taty i słyszałam, jak rozmawia z 

panem Monroe.

- Dziś rano? 

- Tak.

Takie   momenty   były   ciężką   próbą   dla   każdej   guwernantki.   Samantha 

wyciągnęła ramiona.

-   Chodź   tutaj,   kochanie.   -   Gdy   Mara   usiadła   obok   niej   na   ławeczce, 

Samantha objęła ją i odgarnęła jej włosy z czoła. - Czy wiesz, że nie powinnaś 
podsłuchiwać?

- Wiem, ale nie powinnam też być w gabinecie, więc nie miałam wyboru. 

- Mara wzruszyła ramionami. - Tata nakrzyczałby na mnie.

To było oczywiste dla dziecka i, niestety, dla Samanthy.

- Tak, no cóż… nie ukrywaj się tak więcej.

- Obiecuję.

- Najlepiej będzie, jeśli nikomu nie powiesz o tym, co robi twój tata. To 

mogłoby narazić go na niebezpieczeństwo. - Samantha szybko ułożyła sobie w 
głowie   scenariusz,   w   którym   William   złapał   rabusia,   został   zaskoczony, 
postrzelony   i  upadł  na ziemię,   podczas gdy  rabuś  wymierzył  w  niego  drugi 
pistolet.

-   Wiem   -   powiedziała   Mara   lekceważąco.   -   Powiedziałam   tylko   pani. 

Mogę pani powiedzieć wszystko. Prawda?

Drżący głos Mary oderwał myśli Samanthy od obrazów w jej głowie. 

Potrafiła wyczuć kłopoty, gdy się pojawiały.

- Oczywiście. Czy chcesz powiedzieć mi coś jeszcze?

background image

- Tak… nie.

- Chcesz, żebym zgadywała?

- Nie. - Odsuwając  się od Samanthy, Mara usiadła przy fortepianie. - 

Chcę śpiewać.

Nie   można   było   zmusić   dziecka   do   wyznań,   ale   gdy   Mara   skończyła 

piosenkę, Samantha spróbowała dodać jej pewności siebie.

- Zaśpiewasz dziś wieczorem i będziesz gwiazdą wieczoru. Obiecuję. A 

twój tata będzie z ciebie bardzo dumny.

Mara zrobiła smutną minę.

- Panno Prendregast?

- O co chodzi, kochanie?

- Chodzi o… o… o…

- Gdy zaśpiewasz dziś wieczorem, zapomnisz o wszystkich swoich lękach 

i kłopotach, i przeniesiesz się w inny wymiar.

-   Tak,   proszę   pani,   wierzę,   ale…   -   Mara   spojrzała   na   Samanthę 

rozpaczliwym wzrokiem. - Nie o to chodzi.

- A o co?

- Panno Prendregast, mogę pani powiedzieć wszystko. - Głos Mary stał 

się o oktawę wyższy. - Prawda?

To samo pytanie. Samantha wstała i objęła ramionami Marę.

- Oczywiście.

- Nawet jeśli… - kroki za drzwiami powstrzymały Marę. Spojrzała na 

drzwi, przez które wbiegły pozostałe córki pułkownika Gregory'ego.

- Przyszłyśmy poćwiczyć naszą piosenkę - powiedziała Agnes.

-   Będziemy   ćwiczyć!   Będziemy   ćwiczyć!   -   Kyla   i   Emmeline 

podskakiwały i klaskały w dłonie.

Mara odsunęła się od Samanthy.

- Tak, chcę ćwiczyć naszą piosenkę!

Samantha   musiała   pamiętać,   kim   była   i   skąd   pochodziła,   i   nigdy   nie 

mogła się przyznać przed kimkolwiek, że kocha ojca tych dzieci.

background image

Nawet przed sobą samą.

background image

Rozdział 19

Tego wieczoru, w pokoju muzycznym, gdy te okropne dzieci Gregory'ego 

śpiewały   jakąś   żałosną   piosenkę,   lady   Featherstonebaugh   kiwała   głową   z 
aprobatą i wystukiwała nogą rytm. Była wilkiem w owczej skórze. Kobietą, 
która przybrała maskę dobrodusznej babci. Przynajmniej na razie.

Dotknęła pękniętej wargi.

Dopóki nie znikną siniaki.

Nienawidziła Pashenki z całego serca. Gdyby nie on, wkrótce byłaby we 

Włoszech, gdzie miała pieniądze w banku, fałszywą tożsamość i słońce, które 
ogrzałoby  jej obolałe kości. Obolałe,  ponieważ ten łajdak ją pobił, próbując 
wyciągnąć z niej informacje.

Dopiero po pół godziny Pashenka ją puścił. U pułkownika Gregory'ego 

odbywało się przyjęcie. Przyjęcie z wieloma wysoko postawionymi oficerami, 
ambasadorami,   a   nawet   kilkoma   pracownikami   Biura   Bezpieczeństwa 
Wewnętrznego. Pashenka, przebiegły lis, nie chciał ryzykować, że ktoś dowie 
się o jego zdradzie. Chciał, żeby poszła na przyjęcie. Ona i Rupert. Obiecał, że 
jeśli pójdzie i wróci z informacjami, to pozwoli jej żyć.

A   więc   była   tutaj,   w   ostatnim   rzędzie,   słuchając   grupy   wyjących 

dzieciaków,   podczas   gdy   ich   ojciec   promieniał   z   dumy.   Dzisiaj   siedziała 
całkiem   sama   na   wygodnym   krześle   w   alkowie,   a   także   na   niewygodnym 
krześle   w   jednym   z   tych   dziwacznych   namiotów.   Po   kolacji   zamierzała 
przywdziać piękną suknię balową, aby móc obserwować, jak inni tańczą.

Z powodu pękniętej wargi i bolącego biodra niewiele się uśmiechała, co 

było do niej niepodobne.

Zazwyczaj schlebiała innym, rozdawała czarujące uśmiechy i rozmawiała, 

cały czas nadstawiając uszu. Teraz musiała siedzieć jak stara kobieta i czekać, 
aż   ktoś   do   niej   podejdzie   i   porozmawia   o   rzeczach,   które   powinny   zostać 
tajemnicą.

I tak się działo. Jak zwykle generałowie i dyplomaci nie dostrzegali jej 

inteligencji   i   widzieli   w   niej   jedynie   starą   kobietę,   która   często   zapadała   w 
drzemkę   i   miała   problemy   ze   słuchem.   Mówili   o   wojskach   na   Krymie   i   w 
Egipcie, o szpiegach, wybuchach i amunicji. W ich słowach słyszała brzęk złota. 
A raczej… słyszałaby, gdyby udało się jej uciec Pashence.

Rupert przesunął się wzdłuż rzędu krzeseł i usiadł tak blisko niej, że nogą 

background image

przygniatał   jej   elegancką   spódnicę   z   welwetu   w   kolorze   lawendy.   Cholerny 
mężczyzna. Zawsze umiał zwrócić na siebie uwagę - i pognieść jej ubranie. 
Scenicznym szeptem spytał:

- Valdo, gdzie jest ta mapa?

Z niedowierzaniem spojrzała na siedzących przed nią ludzi. Rozkazała 

cicho:

- Przestań paplać. Nie możemy tu rozmawiać.

- Nikt nas nie słyszy. Dzieci śpiewają.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Dlatego właśnie nie mógł zostać 

wybitnym szpiegiem. Widział to, co chciał widzieć i zachowywał się, jak mu się 
podobało.

Nieznacznie podniósł głos.

- Jestem twoim mężem. Jestem mężczyzną i mówię ci, że powinnaś oddać 

tę mapę Pashence.

-   Na   litość   boską.   -   Przed   nimi   siedziała   lady   Marchant   i   trzy   inne 

wystrojone kobiety. - Usłyszą cię.

- Nie zwracają na nas uwagi, a nawet jeśli, to i tak by nie zrozumiały, o 

czym mówimy.

Jakby słuchała jakiejś mężowskiej reprymendy.

-   Nigdy   nie   lekceważ   potęgi   plotek.   Gdyby   bezrozumnie   powtórzyły 

komuś naszą rozmowę, mielibyśmy kłopoty.

- Nie  obchodzi mnie  to. - Jednak  Rupert zniżył głos.  - Po prostu daj 

Pashence tę mapę albo będą jeszcze większe kłopoty.

- Jakie? - Przyjrzała mu się badawczo: jego zakrzywionemu, cienkiemu 

nosowi, długim palcom, chudym łydkom odzianym w staromodne pończochy. - 
I dlaczego? On nie wie o mapie.

Rupert otworzył, a potem zamknął usta. Złapała go za ramię i wbiła w nie 

palce.

- Prawda?

Miał rozbiegany wzrok.

- Powiedziałeś mu? - zapytała podniesionym głosem.

- Jeśli dasz mu mapę, to już cię nie skrzywdzi. - Od czasu, gdy Rupert 

background image

zobaczył, jak leciała na ścianę, otrzeźwiał i był bardziej świadomy grożącego im 
niebezpieczeństwa. Och, i tak by ją porzucił, gdyby wiedział, że nie grożą mu za 
to  żadne  konsekwencje.  Nie   był wystarczająco  mądry,  aby  to  uczynić,   więc 
wysługiwał się Pashence. Obserwował ją, bo gdyby uciekła bez niego, byłby 
trupem.

- Nie - odezwała się z ironią - jeśli dam mu mapę, zabije mnie… nas.

- Nie, nie zabije. Obiecał, że tego nie zrobi. 

Uśmiechnęła się z chłodnym niedowierzaniem.

Włożyła   rękę   do   kieszeni,   żeby   poczuć   stal   pistoletu,   który   ukradła   z 

kolekcji   pułkownika   Gregory'ego,   i   pomyślała,   jak   wspaniale   byłoby   móc 
zastrzelić Ruperta.

- Dopóki nie postawię nogi na włoskiej ziemi jestem chodzącym trupem - 

i zabiorę cię ze sobą do grobu, więc lepiej mnie nie zdradź.

- Gdzie jest mapa?

Więc   Pashenka   kontaktował   się   z   Rupertem,   pociągając   za   sznurki, 

usiłując zmusić ją do ujawnienia sekretów. Czy Pashenka uważał ją za idiotkę? 
Jeśli odda mu mapę, ten ją zabije, ucieknie z Anglii i posłuży się informacjami, 
które zdobyła, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Musiała   obmyślić   więc   inny   plan.   Gdy   wróci   do   Maitland,   obieca 

Pashence, że odda mu mapę. Może nawet mu ją odda, jeśli będzie straszona. Ale 
zachowa   dla   siebie   informacje,   które   zdobędzie   na   przyjęciu.   Powie   mu,   że 
będzie rozmawiać wyłącznie z jego przełożonymi - w Rosji.

Oczywiście to bzdura. Jego przełożeni zabiliby ją jeszcze szybciej niż 

Pashenka, ale musiała zyskać na czasie. Tak, potrzebowała czasu, żeby obmyślić 
plan ucieczki. A jak można spędzić te chwile lepiej, niż słuchając angielskich 
tajemnic wojskowych?

Zawsze udawało jej się wyjść cało z każdej opresji. Tym razem też tak 

będzie. Uśmiechnęła  się. I skrzywiła z bólu, gdy rana gojąca się na wardze 
pękła.

William   stał   ze   skrzyżowanymi   ramionami   i   słuchał,   jak   jego   dzieci 

śpiewają   dla   gości.   Miały   na   sobie   nowe   sukienki   i   stały   w   jednej   linii. 
Samantha, w ślicznej sukni z różowej satyny, która podkreślała jej zaróżowione 
policzki, akompaniowała na fortepianie z delikatnym uśmiechem na ustach. Gdy 
dziewczynki skończyły, ukłoniły się, a goście dzieci klaskali i wołali:

- Uroczo! Wspaniale!

background image

Wszyscy   się   uśmiechali,   widząc   w   dzieciach   pułkownika   własne 

pociechy.

Samantha   szeptem   poinstruowała   dziewczynki   i   Agnes   z   Vivian 

wypchnęły   przed   siebie   Marę,   która   się   ukłoniła.   Klaskanie   wzmogło   się   i 
upojony ojcowską dumą William usłyszał okrzyki:

- Brawo!

Zanim   aplauz   ucichł,   Samantha   wyprowadziła   dziewczynki   z   pokoju 

muzycznego,   trzymając   Emmeline   za   rękę,   żeby   dziewczynka   nie   mogła 
przesyłać całusów w stronę gości.

- To było urocze, pułkowniku Gregory - pochwaliła lady Blair. - Ma pan 

bardzo utalentowane dzieci.

- Oczywiście. - Uśmiechnął się, jakby jego córki tworzyły najznakomitszy 

chór, o czym był zresztą przekonany. - Mają bardzo utalentowanego ojca.

Wszyscy się roześmiali. Byli zadowoleni z rozrywki, z jedzenia i wina. 

Byli zadowoleni z tego, jak Teresa ich usadziła, i podobały im się dekoracje. A 
ci, którzy znali prawdziwy powód, dla którego wydano przyjęcie, cieszyli się z 
obecności   lorda   i   lady   Featherstonebaugh   oraz   z   uwagi,   jaką   lady 
Featherstonebaugh   przejawiała,   ilekroć   ktoś   ważny   stawał   obok   niej   i   „w 
tajemnicy” mówił o ruchach angielskich wojsk, planach sabotażu, a nawet o 
sposobach przeniknięcia do ambasady rosyjskiej w Paryżu.

Tak.   Wszystko   szło   zgodnie   z   planem   Williama.   Wszystko   poza 

adorowaniem Teresy.

Przez   drzwi   zobaczył,   że   pani   Chester   zabiera   dzieci   od   Samanthy   i 

pokazuje jej, że powinna wrócić.

Wcale nie miał ochoty żenić się z Teresą. A wszystko przez Samanthę. To 

ona odciągała go od obowiązków. Przez nią traktował kwestię małżeństwa z 
taką obojętnością.

Jak   zwykle   obecność   pięknej   guwernantki   wywołała   podekscytowanie. 

Gdy   goście   przeszli   do   jadalni   i   służący   nakryli   do   stołu,   Duncan   wzniósł 
kieliszek w jej stronę.

- Guwernantka dziewczynek wykonała świetną pracę, przygotowując ten 

występ.

- Tak, to prawda. - William powiedział tylko tyle, ale ona zarumieniła się.

Lady  Stephens przystanęła,  a  obok niej  zatrzymał  się  również  generał 

Stephens.  Zerkali  to na  Samanthę,  to  na Williama.  Dostrzegli  wystarczająco 

background image

dużo   w   jego   spojrzeniu,   w   jej   opuszczonych   powiekach   i   usztywnionej 
postawie,   a   inni   też   zaczęli   coś   zauważać.   William   nie   chciał,   żeby   ludzie 
plotkowali o nim i jego guwernantce. Ale gdyby tak się stało, wszystko byłoby 
znacznie prostsze. Gdyby w ten sposób zniszczył jej reputację, musiałby się z 
nią ożenić, i z jakiegoś powodu wydawało mu się to świetnym pomysłem.

Czy omotała go jakąś magiczną siecią, że rozmyślał o takich głupstwach?

- No cóż! - Duncan głośno klasnął w dłonie, aż inni zwrócili na niego 

uwagę.   -   Chodźmy   jeść.   Ja,   na   przykład,   potrzebuję   towarzystwa   podczas 
kolacji. - Dziarskim krokiem ruszył w stronę Teresy.

Teresa odwróciła się do niego plecami i wyszła. Goście sapnęli i spojrzeli 

na zlekceważonego Duncana, który z typową dla siebie swadą powiedział:

- Damy nie mogą mi się oprzeć.

Wszyscy   ze   śmiechem   przeszli   do   jadalni,   gdzie   podano   niewielki 

posiłek, który miał pozwolić gościom wytrwać do kolacji podczas balu.

Duncan przesunął się do Williama.

- Przestań się gapić na pannę Prendregast. 

Porucznik   Du   Clos   zaoferował   Samancie   ramię,   które   ta   przyjęła. 

Słuchała porucznika, ale jej oczy cały czas zwracały się w stronę Williama i 
poczuł   ogarniający   go   od   stóp   do   głów   dreszcz.   Pociągała   go   w   każdej 
sekundzie. Chciał chodzić za nią, jak ogier za klaczą. Pragnął posiąść ją od tyłu, 
chwycić jej biodra i zanurzyć się w niej. Położyć ją na plecach, rozchylić jej 
nogi i pieścić ją do granic rozkoszy. Chciał, by wzięła go do ust…

Pośpiesznie wyszedł z pokoju muzycznego.  Mógł sobie fantazjować  o 

byciu ogierem, ale nie chciał wyglądać jak ogier.

-   Mało   brakowało,   i   musiałem   się   poniżyć.   -   Duncan   mówił   cichym 

głosem. - Mam nadzieję, że to doceniasz.

William zauważył z zadowoleniem, że lady Featherstonebaugh szła pod 

ramię z lordem Hartunem i słuchała uważnie.

- …ale widzę, że chyba nie - dokończył Duncan. - To niesamowite. Ty 

obserwujesz pannę Prendregast, a lady Marchant obserwuje ciebie.

- A ty obserwujesz lady Marchant. - William kiwnął głową, gdy goście 

gratulowali   mu   utalentowanych   córek.   -   Co   zrobiłeś,   że   Teresa   tak   cię 
potraktowała?

- Podobam się jej, ale nie chce, żebym jej się podobał.

background image

- Naprawdę? - Bez cienia zazdrości William zastanowił się nad tym. - A 

tobie ona się podoba?

- Jak cholera. A ty, no cóż, nie chcesz jej, czy tak?

- Tego nie powiedziałem.

- Nie musiałeś. To oczywiste, przynajmniej dla mnie.

William wziął kieliszek wina od przechodzącego obok służącego.

- Ona jest bogata. Ty nie masz złamanego grosza. 

Duncan przyglądał się Teresie, która prowadziła gości do zastawionego 

potrawami stołu.

-   Mógłbym dać jej szczęście. - Zatrzymując się gwałtownie, odciągnął 

Williama   do   pustego   gabinetu.   -   Poczekaj.   Chcesz   powiedzieć…   że   ci   nie 
zależy? Ani trochę? - Przybierając zasadniczy ton głosu, powiedział: - Mówię o 
uwiedzeniu kobiety, która spełnia wszystkie wymagania z twojej listy idealnej 
żony.

- To nie jedyna kobieta, która spełnia te wymagania. - William posłał 

Duncanowi groźne spojrzenie. - A ty choć raz powinieneś się postarać, by mieć 
uczciwe zamiary.

Duncan przyjrzał się uważnie Williamowi i to, co zobaczył, najwyraźniej 

sprawiło mu radość, bo odprężył się i uśmiechnął.

- Być może, jeśli chodzi o Teresę… Ale muszę być bardzo ostrożny. A ty 

robisz świetną robotę, rujnując reputację panny Prendregast i to tylko samym 
spojrzeniem.

To był dzień prawdy.

- Więcej niż spojrzeniem. Pocałowałem ją. 

- Raz?

- Raz.

- Do diabła, nie ma się z czego spowiadać. Kusi cię, żeby dostać więcej? - 

Duncan roześmiał się. - Oczywiście, że cię kusi. Okazałeś to wyraźnie.

- Nie powinienem. - Nie, dopóki… Ale musiał skupić się na powodzeniu 

swojej misji, zanim będzie mógł zrobić jakiś krok.

- Dlaczego? Jak tylko ją zobaczyłem, powiedziałem ci, że jest stworzona 

dla ciebie. - Duncan dał mu kuksańca w bok. - No dalej! Przez całe życie robiłeś 

background image

to, co należało. Zabaw się trochę.

- Chcesz powiedzieć, żebym uczynił z niej swoją kochankę? - William 

potrząsnął głową. - To nie byłoby w porządku. Ona jest niewinna.

- Och.

- Tak czy inaczej, to niemożliwe. Umieściłem ją w jednym z domków dla 

gości, z dala ode mnie.

-  Umieściłeś   ją…  poza   domem?   W  domku   dla  gości,   gdzie   będziecie 

mogli urządzić sobie całonocną orgię i nie martwić się o twoje dzieci?

William wzdrygnął się. Duncan klepnął go w ramię.

-  Dobra robota, przyjacielu.  Już  nigdy  nie  będziesz   spać  we  własnym 

łóżku.

William poszedł za Duncanem i obserwował, jak przyjaciel wszedł do 

jadalni.

Czy to właśnie William zrobił? Czy właśnie dlatego tak chętnie pozwolił 

Samancie   uciec   spod   swojego   dachu?   Czy   w   głębi   duszy   planował 
wyprowadzenie jej z domu, żeby mógł spędzać noce w jej ramionach?

Sam tego nie wiedział.

Stał i przysłuchiwał się pobrzękiwaniu sztućców, głosom gości… głosowi 

Samanthy. Uwielbiał jej głos. Raczej niski jak na kobietę, chropowaty i miękki, 
jakby po całej nocy kochania się poczuła zmęczenie. To sprawiało, że pragnął, 
aby jęczała dla niego. A mógł to uczynić. Wiedział, że mógł.

W domku była sama, oprócz Clarindy, która pełniła rolę przyzwoitki. Ale 

Clarinda większość czasu spędzała w dużym domu, więc…

Duncan wyszedł z jadalni, jakby trafiony z armaty. Półgębkiem odezwał 

się do Williama.

- W twoim gabinecie. Teraz.

Poszedł   za   Duncanem,   uśmiechając   się   i   kiwając   głową   do   mijanych 

gości, a gdy stanął przed drzwiami gabinetu, wszystko wróciło do normy. A 
raczej do tego, co było normą przed przybyciem panny Prendre-gast. Wszedł do 
środka i zamknął za sobą drzwi.

- O co chodzi?

Duncan wyszedł z cienia, a jego zazwyczaj radosna twarz była zasępiona.

background image

- O tego  głupca  Featherstonebaugha.  Teresa  słyszała,  jak rozmawiał  z 

lady Featherstonebaugh.

William od razu się skoncentrował.

- Gdzie?

- W pokoju muzycznym, przed chwilą. - Duncan zrobił smutną minę. - 

Nie jest zbyt przebiegły.

William kiwnął głową.

- Dlaczego Teresa przyszła do ciebie?

- Ponieważ uważała, że ta rozmowa była dziwna, a ciebie nie było w 

jadalni.   -   Duncan   z   irytacją   zamrugał.   -   Posłuchaj!   Featherstonebaugh 
powiedział lady Featherstonebaugh, że powinna oddać Pashence mapę albo będą 
mieli więcej problemów.

- Mapę? - William skrzywił się.

-   Teresa   nie   słyszała   wszystkiego,   ale   wygląda   na   to,   że   lady 

Featherstonebaugh   ukradła   jakąś   mapę   w   drodze   tutaj   i   trzyma   ją   jako 
gwarancję,   że   Pashenka…   -   Duncan   wzruszył   ramionami   i   włożył   ręce   do 
kieszeni - …że jej nie zabije.

- A więc to Pashenka zrobił jej te siniaki.

- Myślę, że możemy tak założyć.

- Żałowałbym jej… gdyby nie była odpowiedzialna za śmierć tylu ludzi. - 

Jego żony, Mary. William nerwowo zacisnął pięści. Myśl, że zmarła  w taki 
sposób… - Co to może być za mapa?

-  W  drodze  tutaj zatrzymali   się  w domu   kapitana  Farwella.  - Duncan 

pogładził wąsy, opadające na policzki. - Wyślij do niego posłańca i dowiedz się, 
ale   to   nie   ma   większego   znaczenia.   Lady   Featherstonebaugh   jest   bardzo 
przebiegłą kobietą. Dobrze wiesz, że mapa jest ważna.

William myślał intensywnie.

- Gdzie jest mapa?

- Featherstonebaugh nie wiedział. - Duncan podszedł do biurka. - Stary 

głupiec zdradziłby to, gdyby mógł.

- Zapewne. - Kilku najwybitniejszych, najbardziej inteligentnych ludzi w 

kraju pracowało dla Williama, ale żaden z nich nie miał do czynienia z takimi 
operacjami.  Żaden  z nich nie przydałby  się w sytuacji takiej, jak ta. - Dziś 

background image

wieczorem, gdy zacznie się bal, przeszukasz ich sypialnię, ale byłaby równie 
głupia, jak jej mąż, gdyby nie trzymała mapy przy sobie.

-   Tak   właśnie   pomyślałem.   -   Duncan   bawił   się   ołówkami   na   biurku 

Williama. - Moglibyśmy ją aresztować i zabrać jej mapę.

-   Ale   chcemy,   żeby   wróciła   do   niego   ze   wszystkimi   fałszywymi 

informacjami, które zdobędzie podczas przyjęcia.

Duncan podniósł jeden z ołówków, przyjrzał mu się, a potem unosząc 

brew spojrzał na Williama.

-  Nie   sądzę,   aby   udało   się   nam  skłonić   starą   kobietę   do   tego,   by   się 

rozebrała…

- Jesteś wspaniałym uwodzicielem. - William wyszczerzył zęby. - Ty to 

zrobisz.

Duncan potarł podbródek dłonią, udając, że się zastanawia.

- Właśnie sobie przypomniałem. W zasadzie nie jestem takim wspaniałym 

uwodzicielem.

- Musimy dokonać zamiany. 

Duncan kiwnął głową.

- Damy jej fałszywą mapę, zamiast prawdziwej.

- Gdybyśmy wiedzieli, gdzie ona jest, i gdyby komuś udał się ten numer, 

moglibyśmy to zrobić. - William rozważył i odrzucił kilka strategii. - Ale komu 
i jak?

background image

Rozdział 20

Teresa przyjrzała się swojemu dziełu. Najcudowniejszy brzoskwiniowy 

jedwab opadał udrapowany z sufitu wzdłuż ścian, przekształcając salę balową w 
przytulny,   pastelowy   harem.   Kryształowe   kandelabry   iskrzyły   się   ponad 
głowami   tysiącem   świec.   Orkiestra   wspaniale   grała.   Szampan   lał   się 
strumieniami, a panie porywane były do tańca. Panowie zbierali się w grupkach, 
rozmawiali   i   tylko   od   czasu   do   czasu   zaglądali   do   pokoju   karcianego   lub 
wychodzili   na   zewnątrz   zapalić   -  to   zawsze   był   znak,   że   dobrze   się   bawią. 
Nawet William zajmował się swoimi sprawami zamiast się gapić na Samanthę.

Na   sali   nie   było   Duncana   Monroe'a.   Świetnie.   Jeśli   wszystko   pójdzie 

dobrze, nadal go nie będzie.

Gdy Teresa rozglądała się po rozbawionym towarzystwie, nie mogła sobie 

przypomnieć,   by   w   dzieciństwie   zrobiła   cokolwiek   niestosownego.   Była 
posłuszna, chętna do nauki, na tyle inteligentna, by nie wpadać w kłopoty - po 
prostu   chluba   rodziców,   ale…   najwyraźniej   płaciła   teraz   za   jakiś   straszliwy 
grzech z przeszłości, ponieważ na tym przyjęciu nic nie szło tak, jak powinno.

Po   pierwsze   William   z   tym   swoim   idiotycznym   zauroczeniem 

guwernantką. Plotki roznosiły się lotem błyskawicy, ale Teresa umiała radzić 
sobie ze skandalem towarzyskim. Podczas całego przyjęcia często zagadywała 
do Samanthy, a do największych plotkarek na przyjęciu mówiła o niej w samych 
superlatywach.   Upewniła   się   nawet,   że   błękitna   suknia   balowa   Samanthy 
wygląda idealnie. Udało się jej uciszyć najgorsze plotki, ale jeśli William nadal 
będzie w taki sposób patrzeć na Samanthę, nie uda się opanować sytuacji.

A   im   więcej   czasu   Teresa   spędzała   z   Williamem,   tym   częściej   się 

zastanawiała, czy rzeczywiście wystarczająco zależy jej na zdobyciu go. Lubiła 
pułkownika, ale…

No cóż. Tutaj pojawiał się drugi problem - Monroe Duncan, były dragon 

królewskiej armii, a obecnie wielki dupek. Przyglądał się jej. Przyglądał się tak 
głodnym wzrokiem, że czasami czuła, jak płoną jej policzki, i zastanawiała się, 
jaką władzę miało nad nią gorące spojrzenie tego mężczyzny. To, o co nie dbał 
wcześniej, teraz go interesowało i dał to bardzo wyraźnie do zrozumienia. A 
ona… ona nie chciała mieć z nim do czynienia.

No cóż. Chciała. Ale powstrzymywała ją duma. Duma i… kobiece plany. 

Kobieta miała prawo zmienić plany, ale Teresa nie zmieniała swoich pod presją, 
a pan Monroe wywierał na nią presję. Nie słowami, ale tym zatrzymującym 
dech   w   piersiach   spojrzeniem.   Otworzyła   wachlarz,   by   ochłodzić   gorące 

background image

policzki.

A teraz kolejny dowód na to, że musiała czymś zgrzeszyć w przeszłości - 

w   jej   stronę   kuśtykała   lady   Featherstonebaugh,   która   zaczęła   mówić   zanim 
podeszła do Teresy.

-   Cóż   za   wspaniałą   młodą   kobietę   pułkownik   Gregory   zatrudnił   jako 

guwernantkę.

Teresa przyjrzała się krytycznie starszej kobiecie. Jej suknia słomkowego 

koloru   z   wąskimi   rękawami   i   głębokim   dekoltem   byłaby   odpowiednia   dla 
miodki, ale nie dla kobiety po czterdziestce, a już z pewnością nie dla kobiety, 
która musi wspierać się na lasce. Wachlarz z piór i pióra wpięte we włosy były 
ładnymi   dodatkami,   ale   sprawiały,   że   lady   Featherstonebaugh   wyglądała   na 
zmęczoną.   Miała   sińce   pod   oczami,   jakby   się   nie   wyspała.   Poczucie   winy, 
zdecydowała Teresa. Poczucie winy z powodu tajemniczej mapy. Była wściekła 
na lorda Featherstonebaugha, że wspomniał o mapie, a Duncan był roztrzęsiony, 
gdy Teresa powiedziała mu o rozmowie, którą usłyszała. Najwyraźniej ta mapa 
była   ważna,   chociaż   Teresa   nie   wiedziała   dlaczego   i   niespecjalnie   ją   to 
obchodziło.

- Panna Prendregast umie  grać, śpiewać,  dbać o dzieci, owinęła sobie 

wokół   palca   wszystkich   mężczyzn   na   przyjęciu…   Może   uwieść   swojego 
pracodawcę…   -   Orkiestra   zagrała,   na   parkiecie   pojawiły   się   pary,   a   lady 
Featherstonebaugh   uśmiechnęła   się   radośnie.   -  Raczej   upokarzające,   prawda, 
lady Marchant?

Teresa   nie   lubiła   lady   Featherstonebaugh.   Nigdy   jej   nie   lubiła,   a   ona 

odwzajemniała w pełni to uczucie, zresztą jak w przypadku każdej znanej sobie 
kobiety. Teresa uważała ją za pustą i okrutną osobę, która z wiekiem stawała się 
coraz bardziej zgorzkniała. To był tego dowód. Pierwszy raz zamieniły kilka 
słów, a lady Featherstonebaugh już wbijała Teresie szpile. Bardzo bolesne.

- Proszę się nie martwić o pułkownika Gregory'ego. Ja się nie martwię. 

Panna Prendregast jest równie uroczą, co rozsądną kobietą i z pewnością nie 
zamierza   uwieść   człowieka   o   takiej   pozycji   i   tak   majętnego,   jak   jej 
chlebodawca.

- Więc ktoś powinien mu o tym powiedzieć. Od dwóch dni robi do niej 

maślane   oczy.   -   Lady   Featherstonebaugh   machnęła   ręką,   kończąc   temat,   bo 
udało się jej zasiać ziarno niepokoju. - Ale nie dlatego tu przyszłam. Chciałam 
się komuś zwierzyć. Innej kobiecie… a jest ich tutaj niewiele. - Pochylając się, 
zniżyła   głos.   -   Przypomniałam   sobie,   gdzie   słyszałam   nazwisko   panny 
Prendregast.

Teresa nadstawiła uszu, chociaż nie dała tego po sobie poznać.

background image

- Czyżby?

- Panna Prendregast jest tą znaną złodziejką, która grasowała po Londynie 

jakieś sześć lat temu. Kręciła się koło teatru i kradła mężczyznom portfele i 
przechwalała się, że uciekając, posyłała im uśmiech. - Składając wachlarz, lady 
Featherstonebaugh przycisnęła go do nabrzmiałej wargi. - Sądzę, że należałoby 
powiedzieć o tym pułkownikowi Gregory'emu, prawda?

Teresa, zupełnie zaskoczona, wpatrywała się w lady Featherstonebaugh, 

wyglądającej   śmiesznie   w   szykownej   sukni.   Policzki   miała   przypudrowane 
różem… a może były to siniaki?

A   potem   dotarło   do   niej   znaczenie   słów   lady   Featherstonebaugh.   Do 

diabła. Teraz Teresa przypomniała sobie tę opowieść. Adorna wzięła pod swoje 
skrzydła złodziejkę i nauczyła ją, jak elegancko mówić, poruszać się, co czytać, 
jak i czego uczyć.

Co powinna zrobić z tą wiedzą? Nie mogła od razu podjąć decyzji, ale z 

przyjemnością pokrzyżowałaby plany lady Featherstonebaugh.

- Wiem, o kim mówisz, moja droga, ale pomyliły ci się nazwiska. To 

panna Penny Gast - wymówiła wyraźnie - była złodziejką. Łatwo się pomylić. 
Zwłaszcza komuś w podeszłym wieku, kto ma problemy ze słuchem.

Twarz lady Featherstonebaugh zalała się purpurowym rumieńcem. Przez 

moment Teresa zastanawiała się, czy nie powinna usunąć się z zasięgu jej laski. 
Jednak lady Featherstonebaugh spytała niskim głosem:

- Jesteś pewna? 

- Tak.

- Muszę usiąść.

- Potrzebuje pani pomocy? - Teresa naprawdę była zaniepokojona. Od 

przyjazdu   lady   Featherstonebaugh   bardzo   mocno   utykała,   jakby   dopadła   ją 
straszliwa podagra. Nie żeby sobie na to nie zasłużyła… Teresa nigdy nie znała 
tak   podłej   starej   kobiety,   ale   nie   mogła   ze   spokojem   przyglądać   się   jej 
cierpieniu.

-  Dojdę   do   swojej   sypialni.   -  Lady   Featherstonebaugh   posłała   Teresie 

uśmiech tak przepełniony nienawiścią, że ta się cofnęła.

Gdy odeszła, Teresa rozmasowała gęsią skórkę na ramionach. Gdyby lady 

Featherstonebaugh mogła, na pewno wyrządziłaby jej krzywdę. Im wszystkim. 
Teresa   rozejrzała   się   za   Samanthą   i   zobaczyła,   że   ta   rozmawia   z   lordem 
Hartunem.   Lady   Featherstonebaugh   mogła   wyrządzić   krzywdę   Samancie   -i 
miała ku temu środki.

background image

Można było usprawiedliwić lady Featherstonebaugh. Jej mąż wywijał na 

parkiecie z jedną z młodszych dam, a jego dłonie wędrowały po jej plecach. 
Stary zbereznik mógł każdą kobietę doprowadzić do szaleństwa i okrucieństwa, 
ale   Teresa   wątpiła,   aby   miał   jakiś   wpływ   na   swoją   żonę.   Lady 
Featherstonebaugh to był zbyt silny charakter.

Teresa przeniosła wzrok na Williama. Stał i rozmawiał zniżonym głosem 

z tym padalcem Duncanem Monroe'em, który wreszcie postanowił się pojawić. 
Duncan… najlepszy przyjaciel Williama. Duncan - zawsze szyderczy, zawsze 
obserwujący… zawsze pożądany. I te jego cholerne oczy.

Znowu spojrzała na Williama. William i Duncan bardzo często ostatnio 

rozmawiali zniżonym głosem. Duncan zniknął z jadalni, gdy powiedziała mu o 
mapie, i do kolacji nie pojawił się ani on, ani William.

A ostatniej nocy, gdy pozostali goście poszli spać, a ona wymknęła się na 

dół po szklaneczkę whisky - damom nigdy nie proponowano whisky, ponieważ 
były   zbyt   delikatne   -   słyszała   ich   głosy   w   gabinecie   Williama.   Chociaż 
przyłożyła szklankę do drzwi, nie usłyszała więcej niż kilka oderwanych słów - 
„Featherstonebaugh” i „Pashenka”. A przecież gdy opuszczała Londyn, hrabia 
Pashenka rozpuścił plotkę, że jest chory. Jednak wszyscy wiedzieli, że wyjechał 
na jakieś spotkanie.

Czyżby przyjechał tu, do Krainy Jezior? Czy William i Duncan przez 

przypadek pojmali go podczas jednej z tych swoich nocnych eskapad? Byłaby to 
głupia   pomyłka,   zwłaszcza   w   przypadku   dwóch   całkiem   inteligentnych 
mężczyzn, ale przecież co do niej też się pomylili…

Spojrzała na bąbelki w swoim kieliszku i zmrużyła oczy.

Featherstonebaugh.   Pashenka.   Działalność   Williama   i   Duncana, 

polegająca na łapaniu złoczyńców…

Gwałtownie   uniosła   głowę.   Rozejrzała   się   uważnie   po   sali.   Za   wielu 

generałów.   Za   dużo   ambasadorów.   Za   dużo   ubranych   na   czarno   mężczyzn, 
których   obecności   na   przyjęciu   nie   tłumaczyło   ani   ich   pochodzenie,   ani 
pieniądze,   ale   którzy   posiadali   władzę   i   tajne   informacje.   Ludzie   z   Biura 
Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Rozpoznała ich, chociaż nie znała powodu ich 
obecności.

Przywołała   obraz   Williama   i   Duncana.   Nie   zatrzymali   jej   powozu, 

ponieważ   wzięli   ją   za   zwykłego   bandytę.   Początkowo   zaś   myśleli,   że   była 
szpiegiem, uciekającym z Londynu w ślad za swoim dowódcą, hrabią Pashenka. 
Och, tak.

Mieszkała w Indiach i tam odczuła na własnej skórze rywalizację między 

background image

Anglią i Rosją o bogactwa Wschodu. Dobrze wiedziała, że szpiedzy działali w 
każdym tamtejszym mieście. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że byli również 
w Anglii.

No cóż. Teraz się dowiedziała.

Szpiedzy. Wylądowała w gnieździe szpiegów.

Samantha podziękowała panu Langdonowi za taniec - jego drugi i ostatni 

tego wieczora - i pożegnała się z nim. Drzwi na taras były otwarte, podmuchy 
wiatru unosiły brzoskwiniowy jedwab, jednak w sali balowej robiło się coraz 
bardziej duszno i Samantha czuła się zmęczona. Zmęczona tańcem, ciągłymi 
rozmowami, niekończącymi się pochlebstwami i tym, że pułkownik Gregory ani 
razu nie zatańczy! z nią walca. Zamiast tego prowadził poważne rozmowy z 
panem Monroe'em, a później z lordem Hartunem.

W zasadzie Samancie na tym nie zależało. Być może wydawało się jej, że 

jest zakochana w pułkowniku Gregorym, ale traktowała miłość tak, jak powinno 
się ją traktować, czyli jak obłok dymu z komina, który rozwieje się na wietrze. 
Może   gdyby   całowała   się   z   innymi   mężczyznami,   wtedy   także   by   się   jej 
wydawało, że jest w nich zakochana.

Tak.   To   był   rozsądny   plan.   Będzie   się   całować   i   porównywać,   a   pod 

wpływem namiętności innych mężczyzn zniknie ucisk, jaki czuła w okolicach 
serca,   i   znowu   będzie   sobą,   panną   Samantha   Prendregast,   niezależną,   pełną 
energii i pewną siebie.

Uśmiechnęła się i uciekła do eleganckiego i pustego pokoju dla pań. Na 

ścianach wisiały lustra, na stolikach ustawiono dzbanki z wodą, chusteczki i 
puder. Z westchnieniem ulgi nalała wody do miednicy, zamoczyła chusteczkę, 
wycisnęła ją i przetarła twarz. Poczuła przyjemny chłód i zamknęła oczy.

Pod   powiekami   od   razu   pojawiła   się   postać   Gregory'ego.   Żaden   inny 

mężczyzna tak się nie nosił: ciemnoniebieska marynarka, brokatowa kamizelka, 
czarne spodnie. To, że lubiła na niego patrzeć, nie oznaczało, że staczała się po 
równi   pochyłej   w   otchłań   rozpusty.   A   jego   twarz…   Wielu   było 
przystojniejszych   mężczyzn,   ale   on   miał   szlachetne,   wyraziste   rysy.   Po 
sposobie, w jaki się nosił, po wyrazie jego twarzy, zorientowała się, że umiałby 
się nią zaopiekować.

Usłyszała kroki, lekkie i energiczne. Ktoś nadchodził.

background image

Lady Marchant, w sukni z czerwonego jedwabiu, pachnąca różami i z 

kieliszkiem szampana w dłoni.

- Szukałam pani - powiedziała. 

Co tym razem?

Lady Marchant usiadła na stołku naprzeciwko i postawiła kieliszek na 

stole.   Ujęła   dłoń   Samanthy   -   był   to   gest,   który   wywołał   u   Samanthy 
podenerwowanie.

- Jest pani sama na świecie - powiedziała. - Nie ma nikogo, kto udzieliłby 

pani rady, więc ja to zrobię.

- Dobrze. Dlaczego?

- Du Clos jest uroczy, ale biedny. Podbiła pani serce pana Langdona. Jest 

wdowcem, z ośmioma tysiącami rocznie. Oczywiście musiałaby pani patrzeć na 
tę   twarz   każdego   ranka   przy   śniadaniu,   więc   należałoby   się   poważnie 
zastanowić. Lord Hartun… byłabym ostrożna. Jest wolny, ale wątpię, by jego 
rodzina   panią   zaakceptowała,   nawet   gdyby   stracił   głowę   na   tyle,   by   się 
oświadczyć.

Z mieszaniną zaskoczenia i cynizmu Samantha próbowała zrozumieć, co 

kierowało lady Marchant. Egoizm, z pewnością, ale sprawiała wrażenie tak… 
szczerze   oddanej.   Zdecydowanej.   I   niemal…   zażenowanej   rolą   mentora. 
Samantha musiała przełknąć dwa razy ślinę, nim zdołała się odezwać.

- Proszę pani, ja nie… nie jestem tu, by znaleźć męża.

- Więc jest pani bardzo nierozsądna. - Usta lady Marchant były zaciśnięte, 

a w jej oczach widać było zdecydowanie. - Jedzą pani z ręki. Nie obchodzi ich, 
że jest pani guwernantką. Jeśli postarałaby się pani trochę, mogłaby pani zostać 
żoną. Nigdy więcej nie musiałaby pani pracować.

Samantha energicznym ruchem rzuciła chusteczkę do miednicy.

- Lubię pracować.

- Bzdura. Lubię panią. Nie wiem dlaczego. Nie powinnam, ale lubię. - 

Zerkając w stronę drzwi, zniżyła głos. - Lady Featherstonebaugh rozpoznała 
panią. Z Londynu. Z ulicy.

Samantha   zrozumiała   wszystko   w   jednej   chwili.   Rozpoznano   ją. 

Przyłapano. Złodziejkę. Na zawsze. Może właśnie teraz lady Featherstonebaugh 
mówiła   o   tym   Williamowi   i   następnym   razem,   gdy   na   nią   spojrzy,   w   jego 
oczach dostrzeże obrzydzenie. Tego właśnie się bała. Poczuła przeszywający ból 
w piersiach, gdy zaczerpnęła powietrza.

background image

- Psiakrew. - Słowa same wyrwały jej się z ust. - Rozumiem, że muszę 

wyjechać. Natychmiast.

Lady Marchant chwyciła ją za ramię i potrząsnęła nią.

-   Nie.   Będę   panią   kryć.   Powiedziałam   jej,   że   się   pomyliła.   Jest   pani 

bezpieczna. Powtarzam pani, jeśli szybko złapie pani męża, nikt się nie dowie.

Samantha  nie rozumiała,  dlaczego lady Marchant mówiła te wszystkie 

rzeczy.

- To… straszne. Byłabym skazana na męża, który się mnie wstydzi.

- To lepsze niż bycie starą panną. - Teresa niecierpliwie machnęła ręką. - 

Jest pani na tyle znana, że z bogatym mężem u boku będzie pani hołubiona, a 
nie potępiana.

- A jeśli mój mąż rozzłości się, że tak go oszukałam? - Samantha dobrze 

pamiętała, jak boli uderzenie pięścią.

- To nie ma znaczenia. Jest pani na tyle ładna, że przynajmniej przez rok 

będzie się dobrze bawił. Będzie chciał mieć dziedzica i następcę, a później i tak 
znajdzie sobie kochankę. Tak to właśnie się toczy. - Teresa uniosła kieliszek w 
stronę Samanthy, a potem wypiła całą jego zawartość. - Czy w niższych klasach 
inaczej to wygląda?

- Nie. Małżeństwo jest wszędzie takie samo. Dlatego nie jestem zamężna.

- Życzę powodzenia. - Lady Marchant skrzywiła usta z niesmakiem.  - 

Jestem damą, bogatą damą, a mimo to potrzebuję męża, by mnie zapraszano we 
wszystkie odpowiednie miejsca i widywano z odpowiednimi ludźmi.

Lady   Marchant   była   szczera.   Lady   Marchant   zrobiła   jej   przysługę. 

Samantha wyczuła, że może odpłacić się tym samym.

-   Osiągnęła   to   pani.   Nie   wolałaby   pani   raczej   sypiać   z   ukochanym 

mężczyzną?

Lady Marchant zaskoczona gwałtownie zaczerpnęła powietrza.

- O czym pani mówi?

-   Dobrze   pani   wie,   o   czym   mówię.   Ja   także   panią   lubię.   Nie   wiem 

dlaczego. Nie powinnam, ale lubię. - Samantha uświadomiła sobie, że mówiła 
prawdę, i zaskoczyło ją to, a jednocześnie rozbawiło. - Jest pani kobietą, która 
przez   całe   swoje   życie   robiła   to,   co   należało.   Wyszła   pani   za   mąż   za 
odpowiedniego mężczyznę, zabawiała odpowiednich ludzi, nosiła odpowiednie 
ubrania, ale… po co? Na pewno nie dla siebie.

background image

- Lubię moje ubrania i moich… ludzi, których zabawiam.

- Nawet nie może ich pani nazwać przyjaciółmi. 

Lady Marchant pobladła i powiedziała:

- Przyjaźń to nie wszystko.

Samantha   poczuła   ukłucie   samotności,   pragnienie,   by   porozmawiać   z 

Adorną i pozostałymi dziewczętami z Akademii Guwernantek.

- Mnie brakuje moich przyjaciół.

Przez krótką chwilę ta zbita z tropu, zagubiona kobieta również wydała 

się jej przyjaciółką i Samantha złamała jedną ze swych zasad. Dała komuś radę.

- Pan Monroe tak bardzo pani pragnie. Mógłby dać pani wiele radości.

- To by nie przetrwało próby czasu.

-   A   co   trwa,   proszę   pani?   -   Samantha   usłyszała   cynizm   we   własnym 

głosie. - Co trwa?

Lady Marchant opanowała drżenie podbródka.

- Zanim skończy się to przyjęcie, zamierzam zdobyć męża. - Rzucając 

Samancie   wymowne   spojrzenie,   dodała:   -   Najwyższą   nagrodę.   Pułkownika 
Gregory'ego. Oczywiście.

- Jeśli pani to zrobi, obydwoje będziecie oszukani. - Gdy lady Marchant 

chciała   zaprotestować,   Samantha   powstrzymała   ją   ruchem   ręki.   -   Nigdy   nie 
wątpiłam, że zdobędzie go pani. Uważam, że to wielka szkoda, skoro jest inny 
mężczyzna, który tak bardzo pani pragnie. Tak czy inaczej, życzę pani udanego 
polowania.

Najwyraźniej życzenia Samanthy nie wystarczyły lady Marchant.

- Nie może go pani mieć. Czy zna pani historię śmierci jego żony?

- Nie, pani. - Samantha nie chciała jej poznać, ale słuchała z niezdrową 

ciekawością.

Lady Marchant mówiła szybko, jakby pragnęła wyrzucić z siebie całą tę 

historię, zanim się rozmyśli.

- Wszyscy stacjonowaliśmy  w Kaszmirze,  uroczym miejscu w górach. 

Chłodnym i wyjątkowo pięknym. Mieszkaliśmy  w osobnych kwaterach i nie 
umiem opisać samotności, którą się odczuwa, mieszkając w kraju, w którym 
wszystko jest obce… a tubylcy nas nienawidzą. Ktoś przysyłał zaproszenie, a 

background image

my   jechaliśmy.   Przemierzaliśmy   setki   mil,   żeby   spotkać   się   ze   starymi 
przyjaciółmi, posłuchać plotek z kraju, usłyszeć język angielski bez akcentu. - 
Patrzyła na Samanthę, ale oczyma wyobraźni widziała miejsca z przeszłości. - 
Zawsze   odczuwaliśmy   pewien   niepokój   powodowany   obecnością   Rosjan,   a 
kiedy coś się działo, William zawsze się zgłaszał, by dowodzić batalionem. Tuż 
przed   największym   balem   roku   nasi   żołnierze   zostali   wezwani,   aby   zdławić 
powstanie. Więc William znowu wyjechał. Mary była zła, co mnie zaskoczyło, 
ponieważ   Mary   była   najbardziej   spolegliwą   osobą,   jaką   znałam.   Uwielbiała 
Williama. Zawsze pozwalała, żeby dostawał to, co chciał. Wolała wrócić do 
Anglii, ale on nie chciał, więc zostali. Pragnęła, by dzieci chodziły do szkoły w 
Anglii, ale on nie chciał, więc dzieci zostały. Tęskniła za rodziną… mówiłam 
jej, że takie pobłażanie mężowi nie było dobre, ale nie słuchała mnie. - Lady 
Marchant machnęła ręką, odsuwając od siebie te myśli. - W każdym razie nigdy 
o nic Williama nie prosiła, ale miała ochotę pójść na ten bal, żeby spotkać się z 
przyjaciółmi. Nie pozwolił jej i kazał zostać w domu. Nie wiem dlaczego tamtej 
nocy mu się sprzeciwiła - domyślam się, że się pokłócili. Pojechała sama. Nigdy 
nie dotarła na bal.

Samantha podała jej chusteczkę, żałując, że nie ma drugiej. Strasznie było 

słuchać o żonie Williama, o tym jak cierpiała i umarła.

Lady Marchant otarła łzy.

-   Następnego   ranka   znaleziono   jej   ciało.   Bandyci   zepchnęli   powóz   z 

drogi. Mary zginęła od razu, bandyci zabili woźnicę i służących, i zabrali całą 
biżuterię i ubrania.

Lady Marchant wciągała Samanthę w dramat tamtych wydarzeń.

-   Biedna   kobieta   -   powiedziała   Samantha.   A   co   ważniejsze:   -   Biedne 

dzieci. - Czy wiedziały, że ich matka została odarta z ubrań i wrzucona do rowu 
jak śmieć?

- William nigdy nie był tolerancyjny, ale po tych wydarzeniach coś go 

opętało. Stał się służbistą. Ścigał bandytów i wieszał. Łapał każdego Rosjanina, 
buntownika i złodzieja w Kaszmirze. - Lady Marchant zadrżała. - Przywiózł 
dzieci   do   Anglii   i   został   pułkownikiem   własnego   regimentu   dziewczynek. 
Jestem pewna, że wmówił sobie, iż to dla ich bezpieczeństwa. Obwiniał się o 
śmierć Mary.

- Chyba miał ku temu powody - odparła cicho Samantha. Biedny William 

ze   swoim   poczuciem   odpowiedzialności,   które   tak   hołubił,   ale   przez   które 
jednocześnie cierpiał. Jak bardzo musiał przeżyć śmierć ukochanej żony. Jak 
bardzo musiał pragnąć zemsty…

- Oczywiście, że tak. Traktował uczucia Mary jako coś oczywistego. Nie 

background image

zdawał   sobie   sprawy,   kim   dla   niego   była,   dopóki   jej   nie   zabrakło.   Boże.   - 
Ściskając chusteczkę w dłoni, lady Marchant odetchnęła ciężko. 

Samanthę nagle olśniło i powiedziała:

- Jest pani na niego zła za to, że ją opuścił.

-   Zapewniam   panią,   że   mnie   nie   będzie   tak   traktował.   -   Oczy   lady 

Marchant   lśniły   od   łez   i   gniewu.   -  Ale,   Samantho,   przysięgam   pani.   Lepiej 
proszę zostawić Williama mnie. Wybaczy pani wszystko, ale nie to, że była pani 
złodziejką.

background image

Rozdział 21

Muzyka   z   sali   balowej   rozbrzmiewała   na   zewnątrz,   księżyc   oświetlał 

trawnik   i   jezioro,   a   Samantha,   ku   oburzeniu   Williama,   stała   na   tarasie   i 
rozmawiała z pożerającym ją spojrzeniem porucznikiem Du Closem.

Co  ona sobie  wyobraża?  Nie  dalej  jak wczoraj  zapewniała  go,  że nie 

zostanie sam na sam z porucznikiem, co William pochwalał. Teraz opierała się 
zalotnie  o poręcz  i patrzyła na  Du  Closa  tak  bałwochwalczo,  że  ten  gnojek 
niemal   rozpływał   się   ze   szczęścia.   Pochylił   się   nad   nią…   Jego   usta   niemal 
dotknęły jej ust…

William walnął drzwiami o ścianę.

- Poruczniku!

Du Clos podskoczył i odwrócił się, unosząc pięści.

- Potrzebują pana wewnątrz! 

Porucznik miał czelność odpysknąć.

- Kto taki?

W rzeczy samej, kto.

- Gospodyni balu. Potrzebuje partnera do tańca.

Porucznik Du Clos zawahał się, wiedząc, że był to absurdalny pretekst, i 

miał  ochotę przeciwstawić się Williamowi,  ale zabrakło mu  odwagi. Strzelił 
obcasami i ukłonił się Samancie.

- Czy mogę odprowadzić panią do środka, panno Prendregast?

- Tu mi dobrze, poruczniku Du Clos.

Du   Clos   skłonił   się   ponownie   i   sztywno   pomaszerował   w   stronę   sali 

balowej. Zatrzymując się obok Williama, powiedział:

- Czy idzie pan, pułkowniku Gregory? 

William   patrzył   się   na   niego,   dopóki   porucznik   Du   Clos   nie   spuścił 

wzroku. Potem rzekł:

- Niech pan nie będzie niegrzeczny. - Nie oglądając się na porucznika, 

podszedł do Samanthy i spojrzał na nią ponuro.

background image

- Postanowiłam całować więcej mężczyzn.

- Co? - Nie szedł za nią tutaj, żeby usłyszeć coś takiego.

-   Od   kiedy   mnie   pan   pocałował,   jestem…   -   najwyraźniej   szukała 

właściwego słowa - …rozbita. Kiedy pana widzę, rumienię się.

Opierając się o poręcz, skrzyżował ramiona.

- To urocze. Mówiła dalej.

- Nie mam apetytu i często marzę, zwłaszcza wtedy, gdy inni do mnie 

mówią.

- Doprawdy? - Sprawiła, że miał ochotę mruczeć. Mruczeć i mruczeć.

Potrząsnęła głową z dezaprobatą.

- To po prostu niedopuszczalne i po zastanowieniu doszłam do wniosku, 

że jedyną metodą jest nabranie doświadczenia.

- Zgadzam się.

Zawahała się, a potem bardzo cicho powiedziała:

- To dobrze.

-   Ale   -   zauważył   -   doświadczenia   nie   trzeba   zdobywać   z   wieloma 

mężczyznami. Zwłaszcza takimi, jak Du Clos.

- Wszyscy mnie ostrzegają, że jest kobieciarzem, więc na pewno umie 

całować.

- Umie rujnować reputację młodych kobiet. Ja pomogę pani dowiedzieć 

się więcej o całowaniu.

- Ale to nie spowoduje, że przestanę się rumienić na pana widok.

- Może ja też zacznę się rumienić.

Była taka bystra, a jednocześnie taka niemądra. I taka… piękna. Jej skóra 

lśniła w świetle świec. Pełne usta drżały - naprawdę była zraniona. Zmartwiona. 
Nieszczęśliwa. Nie wiedziała, co zrobić z uczuciami, które w niej narastały.

On wiedział, ale nie powinien. Nie powinien obejmować jej ramieniem. 

Nie powinien jej całować, jak to uczynił tamtej nocy. Jednak w jakiś sposób 
„nie powinien” zmieniło się w „zrobił”, gdy objął jej odzianą w jedwab talię.

Oparła dłonie o jego tors. Odwróciła głowę.

- Samantho - szepnął i pochylając głowę, odnalazł jej usta.

background image

Słodkie.   Była   taka   słodka.   Taka   zaskoczona,   oddana,   chętna, 

niedoświadczona… Przerwał pocałunek, jakby mogło go to uczynić lepszym. A 
był   największym   na   świecie   łajdakiem.   Deprawować   guwernantkę   własnych 
dzieci i wyobrażać sobie jeszcze większą deprawację…

Był   zawodowym   żołnierzem.   Każdemu   by   powiedział,   że   nie   posiada 

wyobraźni, a jednak okazało się inaczej. Gdy przytulał ją do siebie, czując jej 
ciepło, wzgórki jej piersi, widząc krągłe ramiona, jego wyobraźnia podsunęła 
mu wyraźny obraz dwóch ciał splecionych na łóżku. Chwyciłby jej biodra i 
wszedł w nią delikatnie, wiodąc ją do namiętności. Czyniąc z niej kobietę - 
swoją kobietę.

- Pułkowniku, proszę - Samantha odezwała się zduszonym głosem. - Ktoś 

może   zobaczyć.   -   Ręce   przycisnęła   do   boków,   jakby   wzdragając   się   przed 
dotknięciem go. - A jeśli ktoś zobaczy, dla pana nie będzie miało to znaczenia. 
Jest pan szanowany w towarzystwie. Ja nie. Ja jestem guwernantką, a wcześniej 
-  wstrzymała   oddech   -  parałam  się   jeszcze   mniej   godnym  zajęciem.   Proszę. 
Wiem, że nie mogę tu teraz zostać, ale proszę nie zmuszać mnie do porzucenia 
posady.

Puścił ją, jakby poparzył sobie dłonie.

- Ma pani rację. Proszę o wybaczenie. 

Wygładziła spódnicę.

- Więc zgadza się pan, że powinnam odejść? 

Nie. Nie, wcale się na to nie zgadzał. Ale jeśliby została… nie mógł się 

oszukiwać. Jeśliby została, wylądowałaby w jego łóżku, nawet jeśli miałby ją 
tam zanieść.

-  Może  dobrze  byłoby  spytać,  czy  dzieci  będą  miały  nową  mamę,   co 

będzie   oznaczało,   że   guwernantka…   no   cóż,   zapewne   sama   będzie   chciała 
wybrać guwernantkę. - Samantha odsunęła się od niego. - Zakładam, że to lady 
Marchant będzie tą szczęśliwą kobietą.

Nadal nie odpowiadał. Teraz nie był na to czas. Najpierw musiał zająć się 

sprawą   Featherstonebaughów.   Chociaż   niewiele   mógł   zdziałać   dziś 
wieczorem…

Ale nie. Musiał być rozsądny. Wyważonym tonem powiedział:

- Lady Marchant spełnia wszystkie wymagania z mojej listy i udowodniła, 

że jest wyśmienitą panią domu. Jest dla mnie odpowiednią partnerką.

- Tak. - Samantha uśmiechnęła się chłodno. - Więc życzę wam obojgu 

wszystkiego   najlepszego.   -   Odwróciła   się   gwałtownie,   zeszła   po   schodach   z 

background image

tarasu i znikła mu z oczu.

Sięgnął   po   cygaro   i   zapalił   je.   Jego   lista   wymagań   w   stosunku   do 

ewentualnej   żony   była   warta   tyle   co   nic.   Na   papierze   Teresa   była   idealną 
kandydatką.   Doskonale   wypełniała   swoje   obowiązki.   Ślicznie   wyglądała. 
William ją lubił. A o ślubie myślał z takim samym zapałem, jak o pójściu do 
lekarza.

Prawdę   powiedziawszy,   wyglądało   na   to,   że   Teresa   miała   taki   sam 

stosunek   do   niego.   Spędzała   z   nim   coraz   mniej   czasu,   woląc   plotkować   z 
przyjaciółkami lub doglądać służących - lub unikać Duncana tak wytrwale, że 
William miał ochotę się zaśmiać. Jego przyjaciele byli w sobie zakochani. Niech 
Bóg ma ich w swojej opiece.

Dobrze   więc.   Gdy   lord   i   lady   Featherstonebaugh   zostaną   pojmani,   a 

Pashenka   będzie   w   drodze   do   Rosji   z   mnóstwem   fałszywych   informacji, 
oświadczy się Samancie.  A potem się z nią ożeni. To było jedyne rozsądne 
wyjście z tej skomplikowanej sytuacji.

W drzwiach za swoimi plecami usłyszał szelest jedwabiu.

Teresa powiedziała:

-   Słyszałam   wiele   wzruszających   deklaracji,   ale   tę   chciałabym 

wyhaftować i oprawić w ramy. „Jest dla mnie odpowiednią partnerką”. To takie 
wzruszające.

Nie próbował nic powiedzieć poza:

- Tereso…

Poczuła   nagły,   zaskakujący   impuls.   To   było   szlachetne.   To   było 

niemądre. Mogło spowodować utratę najwyższej nagrody, zarówno finansowej, 
jak i społecznej i wcale jej się ten impuls nie podobał. Jednak miała dość bycia 
rozsądną i robienia tego, czego wszyscy od niej oczekiwali. Miała dość tych 
wszystkich odpowiednich mężczyzn, którzy jej nadskakiwali, ponieważ mieli 
chrapkę na jej majątek. Miała dość wymyślania sposobów, aby ustrzec się przed 
łowcą   posagów   i   planowania   ślubu   z   zamożnym   człowiekiem,   skoro   łowcy 
posagów byli znacznie bardziej czarujący niż poukładani dżentelmeni. Uniosła 
dłoń.

- Och, przestań. Nie próbuj mnie zmiękczyć. Nie wiem, czy zamierzasz 

mi się oświadczyć, czy nie, ale ja zwalniam cię z tego obowiązku. Nie chcę cię. 
Nie   wezmę   cię.   Już   kiedyś   wyszłam   za   mąż   za   człowieka,   który   mnie   nie 
kochał. Lubił mnie. Dobrze się ze mną czuł. Ale mnie nie kochał. Zamiast tego 
kochał   wojsko.   -   Wzięła   od   Williama   cygaro   i   zaciągnęła   się.   -   Jesteś   tak 
cholernie szaleńczo zakochany w tej swojej guwernantce…

background image

William gwałtownie wciągnął powietrze w płuca.

Czy to dlatego, że przeklęła, paliła, czy też dlatego, że przedstawiła mu 

prawdziwy obraz sytuacji. Nie obchodziło jej to.

-   Z   trudem   możesz   się   skupić   na   swoim   zadaniu,   które   zresztą 

rozszyfrowałam. - Znowu się zaciągnęła. - Ponieważ nie jestem tak głupia, jaką 
udaję. Prawdę powiedziawszy, jestem inteligentniejsza od większości zebranych 
tu mężczyzn - i mam dosyć ukrywania tego.

- Moje zadanie? - spytał ostrożnie.

- Szpiegostwo. Nie martw się. Nikomu nie powiem. Ale jedno ci powiem 

na pewno: idź i zdobądź pannę Prendregast. Jesteś człowiekiem honoru. Jesteś 
tak cholernie honorowy, że poprosiłbyś mnie o rękę, ponieważ uważasz, że tak 
właśnie należy postąpić, i nie uczyniłbyś z panny Prendregast swojej kochanki, 
ponieważ to byłoby niewłaściwe. Za każdym razem, kiedy byśmy się kochali, 
wiedziałabym, że wyobrażasz sobie, iż jestem nią. A ja jestem za dobra, żeby 
mnie tak traktować. - Zrobiła pauzę. - Jest w domku gościnnym, dąsa się albo 
płacze, a może, znając ją, zastanawia się, czy powinna pójść za tobą. Proponuję, 
żebyś pomógł jej podjąć decyzję.

Wpatrywał się w nią. W cygaro. W sardoniczny uśmiech na jej twarzy.

Uniósł jej dłoń i pocałował ją. Ukłonił się, przeskoczył przez poręcz i 

zniknął w ciemności.

Zaciągnęła się cygarem. Ależ była idiotką. Idiotką, ale wcale jej to nie 

obchodziło.

- No cóż. - Z cienia dobiegł głęboki, męski głos. - To było najbardziej 

interesujące widowisko, jakie kiedykolwiek widziałem.

Odwracając się, obserwowała z drżącym sercem wyłaniającą się z cienia 

postać. Psiakrew. To był on. 

Duncan pochylił się nad nią.

- A przechwalałaś się, że zawsze zdobywasz mężczyznę, na którym ci 

zależy.

Światła   z   sali   balowej   delikatnie   oświetlały   jego   twarz   i   dostrzegła 

dołeczki w jego policzkach. I siniaka.

- Od jak dawna podsłuchiwałeś?

-   Oczywiście   szedłem   tutaj   za   tobą.   Byłem   żywotnie   zainteresowany 

wynikiem tej pogaduszki.

background image

- Doprawdy? A co cię obchodzi, czy wyjdę za Williama?

- Wtedy nie mogłabyś mnie poślubić.

Tak mocno zaciągnęła się cygarem, że zaczęła kasłać. Duncan, całkiem 

nie jak dżentelmen, uderzył ją w plecy.

- Oddaj mi to. - Wyjął cygaro z jej dłoni i wyrzucił je w krzaki. Chwycił 

ją za ramiona, pochylił się i pocałował ją w usta.

Odepchnęła go od siebie i z całych sił uderzyła w twarz. Nienawidziła go. 

Boże, jak bardzo go nienawidziła! Gdy szykowała się do kolejnego uderzenia, 
złapał ją za nadgarstek.

- To, moja droga, był błąd. - Obejmując ją w talii, przyciągnął ją do siebie 

i przechylił do tyłu. I pocałował ją - gwałtownie i namiętnie.

Usiłowała na niego wrzasnąć, ale w ustach miała jego język. Puścił jej 

rękę i chwycił ją za kark. Zachwiała się i złapała go za ramiona. Poręcz wbijała 
jej się w uda.

Chciała być zła. Z powodu swojej pozycji, zniewagi, arogancji. Ale nie 

mogła.   Nie   wtedy,   gdy   czuła   dreszcz,   którego   nigdy   wcześniej   nie 
doświadczyła.   To   nie   były   dżentelmeńskie   dyrdymały.   To   było   wszystko,   o 
czym marzy każda kobieta, a przytrafiło się właśnie jej. Z zamkniętymi oczami, 
syciła się chwilą. Miała ochotę ciągle ocierać się o niego, delektując się tylko 
jego bliskością. Jednak trzymał ją zbyt mocno. Miał nad nią pełną kontrolę. Gdy 
przerwał,   by   zaczerpnąć   powietrza,   na   chwilę   wrócił   jej   zdrowy   rozsądek. 
Jednak znowu pochylił głowę, przesuwając usta wzdłuż linii jej szczęki, gryząc 
delikatnie jej ucho.

- To boli!

- Kochanie, nawet nie masz pojęcia, co lubisz. - Znowu ją ugryzł.

- Boże, Duncanie. - Złapała go mocno za włosy, chcąc także zadać mu 

ból.

Nie zwracał na to uwagi. Pocałował ją poniżej ucha, gdzie można było 

wyczuć puls, błądził wargami w miejscu, gdzie szyja przechodziła w ramiona. 
Usłyszała   swój   jęk,   bezwstydnie   zdradzający   uczucia.   Duncan   jednak   nie 
wyśmiał jej. Smakował ją, jakby nie mogąc się nią nasycić.

Spojrzała w gwiazdy i zapragnęła… zapragnęła, poczuć jego dłonie na 

swoich piersiach, jego głowę między swoimi nogami. Niech go diabli, pragnęła 
wszelkich możliwych igraszek.

Znowu   pocałował   ją   w   usta,   otwierając   jej   usta,   jakby   pewny,   że   go 

background image

przyjmie - a ona to zrobiła. Ponownie zamknęła oczy, bawiła się jego językiem, 
całowała go, jakby nigdy wcześniej nie całowała mężczyzny. I nie całowała. Nie 
w taki sposób. Nie całym ciałem. Nie całym umysłem, ogarniętym pożądaniem 
do mężczyzny, który trzymał ją w ramionach.

Gdy   w   końcu   uniósł   głowę,   przesunęła   palcami   po   jego   włosach. 

Ochrypłym głosem, którego niemal nie mogła rozpoznać, powiedziała:

- Spotkamy się w mojej sypialni.

- Tak - wyszeptał. - Później. 

Zamrugała, próbując odzyskać równowagę.

- Co… co masz na myśli, mówiąc później?

- Dziewczyno, wysłałaś Williama na spotkanie z miłością. William jest 

gospodarzem. To oznacza, że jesteś jedyną osobą, która może poprowadzić bal, 
ponieważ jesteś gospodynią.

Nie mogła w to uwierzyć. Miała trudności ze złapaniem oddechu. Nie był 

tak bardzo podniecony, jak ona. Nie stracił panowania nad sobą.

- Ty mi to zrobiłeś. Specjalnie to zrobiłeś.

- Co? Pocałowałem cię? Ależ oczywiście. Od lat należało ci się porządne 

całowanie.

Poczuła się upokorzona.

- Przywiodłeś mnie tutaj, zmuszałeś mnie, aż ja… zmuszałeś mnie.

- Kochanie, wcale cię nie trzymam.

To była prawda. W którymś momencie, podczas ostatniego pocałunku, 

wypuścił   jej   ręce,   a   ona   nadal   trzymała   go   za   ramiona,   jak   jakaś   słaba 
dziewczynka, która potrzebuje mężczyzny. Szybko zdjęła ręce z jego ramion i 
przycisnęła je do boków, zaciskając dłonie w pięści. Miała ochotę się rozpłakać. 
Kopnąć go, wydrapać mu oczy.

- Gdy bal się skończy - powiedział - odwiedzę cię w twojej sypialni.

Znowu dostrzegła dołeczki w jego policzkach i wiedziała, że śmiał się z 

niej. Nie zaangażował się tak bardzo, jak ona. Umyślnie sprawił, że zapragnęła 
go, a później udowodnił, że ma nad nią władzę.

- Nie będziesz mile widziany.

- Może nie na początku, ale oboje wiemy, że możesz zmienić zdanie.

background image

Uniosła dłoń, żeby wymierzyć mu kolejny policzek.

Nie dotknął jej, ale jego głos stał się nagle zimny i nieprzyjemny.

- Nie radzę.

Zawahała się i nagle ją olśniło. Oczywiście. Chciał ją upokorzyć przed 

wszystkimi. Ponieważ okazywała mu swoją pogardę, zemścił się na niej.

- Potargałeś mi włosy?

- Nie. Byłem ostrożny. Nawet nie wyjąłem spinki.

- Czy coś rozpinałeś? - Sięgnęła dłońmi do ubrania.

-   Twoja   suknia   jest   w   nienaruszonym   stanie.   -   Zrobił   krok   do   tyłu   i 

przyjrzał się jej.

- Jesteś pewien, że nie zrobiłeś nic, co mogłoby rzucić na mnie jakieś 

podejrzenia?

- Kochanie,   jesteś  nieprawdopodobnie  ostrożna.  Twoje  włosy   i suknia 

wyglądają świetnie, a jeśli bije od ciebie blask namiętności, to nie można mnie 
za to winić.

- Wracam na salę.

- Przyjdę w nocy do twojej sypialni.

- Nie trudź się.

Weszła do sali balowej z trochę zbyt wysoko uniesionym podbródkiem, 

ale   musiała   dodać   sobie   pewności.   Goście   uśmiechali   się   do   niej,   wznosili 
kieliszki   w   jej   stronę,   a   ona   odwzajemniała   uśmiechy,   świadoma   swoich 
obowiązków. Była świadoma. Ten wypadek na tarasie trudno było uznać za coś 
więcej   niż   chwilowe   szaleństwo.   Krążyła   po   sali,   przesuwając   się   w   stronę 
sceny.  Stanęła   przy   muzykach   i  kazała   im  zagrać   kilka   dźwięków.   Gdy   już 
wszyscy zwrócili na nią uwagę, oświadczyła:

- Pułkownik Gregory jest niedysponowany, ale prosił, abyśmy się dobrze 

bawili,   i   sądzę,   że   powinniśmy   to   dla   niego   zrobić.   -   Na   sali   rozległy   się 
śmiechy aprobaty, uśmiechnęła się zatem i ona, i pokiwała głową. - A teraz czas 
na kolację. Zostanie podana w wielkiej sali.

Zeszła ze sceny i spojrzała na Duncana. Stał w cieniu, oparty o drzwi na 

taras, i palił cygaro. Odwróciła od niego wzrok i poprowadziła gości do wielkiej 
sali. I od niechcenia zerknęła w jedno z mijanych luster - i dostrzegła to. Na 
bladej, gładkiej skórze, w miejscu, gdzie szyja stykała się z ramionami. Mały, 
purpurowy ślad. Malinka. Zatrzymała się. Wpatrywała się w swoje odbicie. Nie 

background image

mogła powstrzymać pełnego grozy westchnienia. W lustrze widziała również 
Duncana, który zmierzał w jej stronę. I skupiał na sobie spojrzenia wszystkich 
gości.

W świetle wyraźnie było widać ślad jej palców na jego policzku.

Ukłonił się szarmancko i powiedział: 

- Dziś w nocy.

background image

Rozdział 22

William   wszedł   na   werandę   domku   dla   gości.   Sfrustrowany   rzucił 

marynarkę na podłogę, zerwał z siebie kamizelkę i przerzucił ją przez poręcz. 
Podchodząc do drzwi, uniósł dłoń, by zapukać - i zatrzymał się.

To, co zamierzał, nie było szlachetne. Ta młoda kobieta nie zasługiwała 

na   to,   by   uwiódł   ją   jej   pracodawca,   bez   względu   na   to,   z   jaką   łatwością 
rozdawała pocałunki.

Opuścił dłoń.

Jednak tylko jego całowała. Tylko jego. A on powinien się wstydzić tego, 

że ją pocałował, a jeszcze bardziej tego, jaką dumą napawała go jej reakcja. Jej 
dziwaczna   reakcja.   Zdecydowanie   nie   była   kobietą   światową.   A   wręcz   dała 
wyraz swojej pogardy dla dam z towarzystwa, które emocjonowały się swoimi 
mężczyznami,   prawiąc   im   komplementy,   a   jednocześnie   obmawiając   za 
plecami.   Podszedł   do   poręczy   i   ścisnął   ją   tak   mocno,   że   poczuł,   jak   krew 
przestaje krążyć mu w dłoniach. Jednak pragnął Samanthy. Całe jego ciało i 
umysł pragnęły ją posiąść. Śnił o niej - o jej blond włosach rozrzuconych na 
poduszce, o satynowej skórze jej ramion, o tym, by ją posiąść raz za razem. To, 
co do niej czuł, było bezwzględne, jakby była wrogiem, którego należy pokonać. 
Chciał pokazać Samancie, gdzie jest jej miejsce - w jego łóżku.

Walnął pięścią w poręcz. Cholera. Cholera!

Był cywilizowanym człowiekiem, żołnierzem, który widział zbyt wiele w 

czasie licznych podróży, i który szczycił się tym, że jest światłym człowiekiem. 
Powinien spojrzeć na Samanthę i przypomnieć sobie jej delikatność w stosunku 
do jego dzieci, dobroć, jaką okazywała służbie, stosowne zachowanie wobec 
jego gości. Zamiast tego pamiętał, jak otwarcie się z niego śmiała, jak sprytnie 
go prowokowała, jak przechadzała się krokiem pantery i pachniała jak kobieta. 
Wszystko, co do niej czuł, było prymitywne, brutalne i nie podlegało żadnym 
regułom. Stracił nad sobą kontrolę.

Drzwi   za   nim   otworzyły   się.   Samantha   wychodziła   w   pośpiechu. 

Trzasnęła drzwiami tak mocno, że znowu się otworzyły.

To wystarczyło. Jej widok. Miał odrętwiałe wargi i chrapliwy głos.

- Samantho.

Zamarła, a potem powoli odwróciła się w jego stronę.

background image

Na   werandzie   panował   mrok.   Zasłony   w   oknach   nie   przepuszczały 

światła, ale widział jej postać na tle białej ściany. Miała tę samą suknię, w której 
była na balu, i która odsłaniała ramiona.

Patrzyła na niego, oddychając ciężko.

- Ty? Jak śmiesz nachodzić mnie tutaj? 

Ruszyła   ku   niemu.   Spodziewał   się   ataku.   Złapała   go   za   koszulę, 

przyciągnęła do siebie i pocałowała. Niemal słyszał, jak pękają w nim resztki 
oporu.

Przyciskała usta do jego ust i gryzła jego dolną wargę tak, jak ją nauczył. 

Delikatnie, a jednak z agresją, która przyprawiała go o dreszcz.

Nie, tego z pewnością jej nie uczył.

Jednak   nie   zamierzał   pozwolić,   aby   przejęła   inicjatywę.   Nie   -   gdy 

przepełniało   go   pożądanie:   oślepiające   i   burzące   krew   w   żyłach.   Usiadł   na 
poręczy, objął jej kark i przytrzymał ją. Wsunął język w jej usta. Smakował jej 
zaskoczenie, słaby opór, a później gwałtowną reakcję.

Nie   hamowała   się.   Usiłowała   go   pożreć,   odpowiadając   na   każdy   jego 

ruch. Przesunęła dłońmi po jego ramionach, co rozpaliło go do czerwoności. 
Gryzł jej wargi, a później łagodził ugryzienia delikatnymi muśnięciami języka. 
Stanęła między jego nogami i przywarła do niego.

Jej   piersi   napierały   na   niego,   a   on   pragnął…   wszystkiego.   Teraz. 

Natychmiast. Wstał. Objął ją w talii, obrócił i popchnął na ścianę domku.

Chwyciła   go  za   ramiona.   Uległ  jej,   przyciskając   biodra   do   jej  bioder, 

próbując   ulżyć  napięciu,  które  wywołała  rozmarzonymi   oczami,   zuchwałymi 
wargami, gładką skórą i ciałem, które tak namiętnie się poruszało. Przesuwając 
dłonie powyżej jej talii, odkrył… dobry Boże, nie miała na sobie gorsetu. Nie 
miała gorsetu. Nie miała bielizny. Jej skórę przykrywała tylko cienka warstwa 
jedwabiu.

Odnalazł jej piersi i zamknął je w dłoniach. Pełne. Wrażliwe, sądząc po 

westchnieniu, które wydała. 

- Szłaś do mnie? - Nie rozpoznawał własnego głosu.

Oparła się o ścianę, odchylając głowę i odsłaniając szyję, w pozie kobiety 

ogarniętej pożądaniem.

- Co? - Była zasapana. - Co powiedziałeś?

- Szukałaś mnie?

background image

Nie odpowiedziała, pokiwała tylko głową.

-   Samantho.   -   Z   trudem   zrobił   krok   w   tył,   ale   musiał   wiedzieć.   - 

Odpowiedz mi.

Chwyciła go i przyciągnęła do siebie.

- Tak. Ciebie. Pragnę cię.

Nagrodził ją, pieszcząc kciukiem jej sutki. Odpłaciła mu przejmującym 

jękiem.   Pochylił   się,   by   pocałować   jej   szyję,   smakować   słodycz   jej   skóry. 
Upajał się nią.

- Od chwili gdy cię ujrzałem… na drodze… wiedziałem, że będą z tobą 

kłopoty.

Roześmiała się ciepło.

- Wystraszyłeś mnie na śmierć.

- Nigdy bym się nie domyślił. - Bawił się guzikami z tyłu jej sukni. Stracił 

wprawę - albo był tak zdesperowany, że nie mógł… wreszcie! Trzy guziki od 
razu. Wystarczyło, by mógł zsunąć suknię z jej ramion. - Postawiłaś mi się.

-  Myślałam, że chcesz mi ukraść torbę. Obiecaj mi…

Guziki łatwiej się rozpinały i stanik sukni zsunął się do pasa.

- …obiecaj, że nie dasz się… zabić.

- Nie. Nie. Nie dam się zabić.

Chciał   jeszcze   coś   powiedzieć,   ale   poczuł   w   dłoniach   jej   piersi. 

Delektował   się   ich   ciężarem.   Objął   ją,   odchylił   do   tyłu   i   odnalazł   wargami 
cudowne wzniesienie.

Z jej ust wydobył się zduszony, niepewny krzyk, a potem jęknęła. Drżała 

w jego ramionach. Tuliła jego głowę. Głaskała po włosach.

- Williamie. Williamie…

Tygodnie,   gdy   ją   obserwował,   noce,   podczas   których   jej   pragnął 

doprowadziły go do szaleństwa. Pieścił językiem jej sutki, ustami dawał upust 
lubieżnemu pragnieniu i próbował opanować szaloną kobietę, którą stworzył. 
Chciał się z nią śmiać, tańczyć… chciał się w niej zanurzać, aż uznałaby go za 
swojego pana.

A ona… mała wiedźma, chciała odebrać mu panowanie i doprowadzić go 

do szaleństwa, w którym on ją pogrążył. Jednym ruchem ręki rozwiązała mu 

background image

krawat i odrzuciła na bok. Szarpała się z kołnierzykiem koszuli, a potem ją 
rozchyliła   i   wsunęła   pod   nią   dłonie.   Ledwie   mógł   oddychać.   Ugryzł   ją 
delikatnie, dając rozkosz, a jednocześnie ostrzegając. Wydała z siebie zduszony 
krzyk i zarzuciła mu nogę na biodro. Gdyby nic ich nie dzieliło… gdyby jakimś 
cudem jego spodnie zniknęły, a jej spódnica uniosła się do pasa… byłby już w 
niej. Wpychając swego członka w otchłań jej ciała. Sięgając jej granic. Czyniąc 
ją uległą jego żądaniom. Gdyby nic ich nie dzieliło…

Jej   dłonie   przesunęły   się   w   dół   i   zatrzymały   się   na   jego   spodniach. 

Dotykała jego bioder, brzucha… mój Boże. Była jego. Jego kobietą. Jego drugą 
połówką. I zareagował na nią całym sobą.

Przycisnął ją do ściany, chwycił jej spódnicę i uniósł. Kolanami rozsunął 

jej nogi. W jego ruchach nie było finezji. Zmierzał do podboju… a jej zduszony 
krzyk   nie   oznaczał   protestu.   Przesunął   dłonią   po   jej   udzie   i   odkrył…   nie 
powinien być zdziwiony - nie miała na sobie bielizny.

Zaśmiał się triumfująco. Myślała, że wprawi go w zakłopotanie. Zamiast 

tego sprowokowała go do bardziej gwałtownych ruchów. Przesunął nogę, aż jej 
udo znalazło się na jego biodrze.

- Williamie - szepnęła drżącym głosem. - Nie.

Zachichotał   i   wsunął   dłoń   między   jej   nogi.   Odnalazł   kępkę   włosów, 

wsunął dłoń głębiej i dotknął jej. Najbardziej wrażliwego miejsca, które mogło 
doprowadzić ją do granic rozkoszy. Rozchylił ją palcami, żeby nic nie broniło 
dostępu do spełnienia.

- Williamie. - Wbiła palce w jego ramiona. - Błagam.

- Nie? - wymamrotał. - A może błagasz o więcej? - I uniósł nogę. Trzymał 

ją za nagie biodra i poruszał ją w tył i w przód, tym samym odkrywając przed 
nią tajemnice przyjemności.

Nie mogła uciec. Bóg jej świadkiem, że próbowała. Przyciskała się do 

ściany. Odpychała go od siebie. Próbowała wszystkiego, ale w końcu uległa.

Zawsze   wiedział,   że   jeśli   Samantha   ulegnie,   ulegnie   całkowicie.   Nie 

hamowała   się.   Oparła   głowę   o   ścianę.   Chwyciła   w   dłonie   jego   koszulę. 
Oddychała   ciężko   i   chrapliwie.   Gdy   objął   ją   w   talii,   jej   ciałem   wstrząsnął 
dreszcz  orgazmu i krzyknęła, aż musiał zamknąć  jej usta pocałunkiem. Jeśli 
ktokolwiek przechadzał się po ogrodzie, z pewnością rozpoznałby krzyk kobiety 
doprowadzonej do rozkoszy.

Chciał ją uchronić przed potępieniem, ale jednocześnie - chciał oznajmić 

to   całemu   światu.   Doprowadził   Samanthę   do   eksplozji   rozkoszy.   Posiadł 
kobietę,  której   serce   i  umysł   kwestionowały   to   wszystko,   co   stanowiło   jego 

background image

świat.

Pocałował ją w czoło, dumny z siebie. Być może pożądanie odebrało mu 

rozum, ale doprowadził ją poza granice rozkoszy. A potem poczuł jej palce na 
swoich   spodniach.   Jakoś   udało   się   jej   rozpiąć   guziki   rozporka   i…   teraz   on 
wstrzymał oddech. Udało się jej wsunąć dłoń w jego spodnie.

Trzymała w dłoniach jego nabrzmiałą męskość. Nie zrobiła tego dotąd 

żadna kobieta. Trzymała, głaskała, bawiła się nim. Przez jeden moment myślał, 
że eksploduje w jej dłoni. Z trudem udało mu się odzyskać panowanie.

- Nie wiesz, co robisz.

- Nie, ale podoba mi się to. - Miała głęboki, chrapliwy głos zaspokojonej 

kobiety.

Nadal trzymał ją za nagie biodra. Pokaże jej rozkosz. Palcami odnalazł 

wejście do jej ciała. Podskoczyła i zadrżała - i chwyciła go mocniej. Wsunął w 
nią palec. Z jej gardła wydobył się jęk.

- Wystarczy - zdecydował. - To wszystko. - Chciał znaleźć się między jej 

nogami.   Pragnął   jej   teraz.   Pchnął   ją   na   ścianę   i   przywarł   do   niej   mocno. 
Otworzył ją dwoma palcami.

- To boli - powiedziała.

W odpowiedzi uniósł jej podbródek i pocałował ją, nie dając żadnych 

szans na protest. Nie cofnęła się. Nie Samantha.

Wiedział, że tak będzie.

Oddała mu pocałunek i przytuliła się do niego całym ciałem. Zatrzymali 

się. Wsunął się w nią odrobinę i przyzwyczajał ją do siebie. To był początek 
posiadania.   O   to   właśnie   walczyli   od   pierwszej   chwili,   gdy   się   spotkali.   O 
nieuniknione.

Przestali oddychać i całować się. Wpatrywali się w siebie, nie widząc 

własnych twarzy zbyt wyraźnie w słabym świetle. Ale nie musieli. Poruszyła 
biodrami i wsunął się w nią trochę głębiej. Syknęła z bólu.

Przysunął twarz do jej ucha.

- Wiedziałaś, że będzie cię bolało.

- Tak. Wiedziałam, że mnie zranisz.

Nie to powiedział. Ale znowu poruszyła biodrami i nie umiał już znaleźć 

żadnych słów. Uczucie, jakiego doznał, było takie, o jakim zawsze marzył. Była 
jedwabista, ciepła i ciasna. Chciał w nią wejść i tam pozostać. Chciał skończyć 

background image

szybko i zacząć od nowa. Ogarnęła go pasja, którą skrywał w zakamarkach swej 
zmrożonej duszy i po raz pierwszy od wielu lat poczuł pełnię człowieczeństwa. 
Po raz pierwszy w życiu.

Z   domu   dobiegł   śmiech.   Nie   mogli   zrobić   tego   tutaj.   Uniósł   głowę   i 

rozejrzał się wokół.

- Musimy się przenieść.

-   Nie   chcę.   -   Podniecało   go   jej   podniecenie.   Udało   mu   się   odzyskać 

resztki zdrowego rozsądku, jeśli można to było nazwać zdrowym rozsądkiem.

- Złapią nas. Do środka. - Podniósł ją. Oplotła go nogami. A on wsunął się 

w   nią   cały.   Jej   błona   dziewicza   pękła.   Krzyknęła   -   nie   wiedział   czy   z 
wściekłości, czy z bólu - i uderzyła go mocno w ramię.

- Cholera jasna! - Zaklęła jak żołnierz, ale jej mięśnie rozluźniły się.

W   nagłym,   niepohamowanym   przypływie   pożądania   zapomniał   o 

potrzebie prywatności. O dyskrecji.

Pragnął   tylko   zaspokojenia.   Oparł   jej   plecy   o   ścianę   i   powoli   niemal 

całkowicie z niej wyszedł. A później wsunął się ponownie. I znowu wyszedł.

Oddychała chrapliwie.

- Williamie. Dobry Boże. Williamie.

W jej głosie nie było już bólu, a nawet jeśli by był, to nie mógł temu 

zaradzić. Czuł w udach i łydkach jej ciężar, ale nie mógł przestać. Musiał ją 
posiąść, aż zrozumie, że należy tylko do niego.

Chwyciła   go   za   ramiona,   żeby   utrzymać   równowagę…   ledwie   mógł 

znieść tę rozkosz, ale jednocześnie pragnął na zawsze pozostać w jej uścisku. 
Jego pchnięcia były coraz szybsze i bardziej brutalne, a oddech chrapliwy. Nie 
mógł dojść wystarczająco blisko. Nie mógł dosięgnąć tego jednego miejsca… 
miejsca   wewnątrz   niej…   miejsca,   które   obiecywało   kontrolę,   władanie.   Nad 
Samanthą. Na zawsze. Musiał je dosięgnąć. Teraz.

- Teraz - rozkazał. - Teraz!

Jej nogi zadrżały konwulsyjnie wokół jego pasa. Wydała z siebie głęboki 

jęk.

Powoli opadł na kolana, przytrzymując ją, jęcząc zaspokojony… i czując 

pragnienie, by ponownie ją posiąść.

background image

Rozdział 23

Samanthę obudził trzask palącego się w kominku drewna. Poczuła ciepło 

na twarzy. Opierając policzek o poduszkę, uśmiechnęła się i czekała. Nie była 
rozczarowana.  William okrył ją kocem i położył się obok, przytulając ją do 
siebie.

- Hm - zamruczała - jesteś jak piec. Jego głos był głęboki i spokojny.

- Gorący?

- Bardzo gorący. - Otworzyła oczy i przekręciła się, by na niego spojrzeć. 

Ogień wplótł w jego ciemne włosy złote refleksy, a surowe rysy twarzy nabrały 
ciepłego wyrazu. Obserwował ją z uśmiechem, jakby jej widok sprawiał mu 
przyjemność.   Niewątpliwie   noc   przyniosła   ze   sobą   przyjemność.   Po 
gwałtownym wybuchu namiętności zaniósł ją z werandy do środka. Nie doszli 
dalej   niż   do   kanapy,   gdy   ponownie   ogarnęło   ich   pożądanie.   Poduszki 
wylądowały na podłodze. Ich ubrania wylądowały na podłodze. Oni również 
wylądowali na podłodze i tam zostali.

Teraz przyniósł koce i poduszki z jej łóżka, moszcząc gniazdko.

- Która godzina?

Nie patrząc w okno, odpowiedział:

- Dwie godziny do świtu.

- Jestem rozbudzona. - Spojrzała mu w oczy. - Co chcesz robić przez ten 

czas?

- Flirtować. - Palcami pogłaskał jej włosy. - Jesteś taka piękna.

Uśmiechnęła   się.   Ponieważ   mogła   się   z   nim   droczyć.   Ponieważ   ją 

uszczęśliwiał.

- Jesteś równie mądra, co piękna. - Przesunął jej biodra do siebie. Znowu 

był podniecony, przyciskając się do niej. Jednak nie wykonał żadnego ruchu, 
aby ją posiąść, choć ona poruszała się zachęcająco. - Jesteś dla mnie zbyt nowa, 
abym mógł cię ponownie posiąść.

- Nie chcesz…?

- Chcę. - Uniósł się na łokciach i oparł głowę na dłoni. - Jednak pomimo 

mojego bezczelnego zachowania dziś w nocy wiem, jak traktować kobietę.

Również uniosła się na łokciach.

background image

- Jakiego bezczelnego zachowania?

- Wziąłem cię na stojąco na werandzie.

- A cóż w tym jest bezczelnego? Mam raczej miłe wspomnienia z…

- Ja również. - Położył jej dłoń na ustach. - Jednak wprowadzić dziewicę 

w świat uciech cielesnych w taki sposób, tak bezwzględnie, bez zważania na 
twoją wygodę czy niewinność!…

Machnęła ręką.

- Wygodę? Mielibyśmy zwracać uwagę na wygodę? Nigdy nie przyszło 

mi to do głowy.

- Mężczyzna powinien wielbić kobietę podczas jej pierwszego razu. Taka 

brutalność jest dla doświadczonych kochanków, nie… nie dla ciebie. Jeszcze 
nieprędko.

- Czujesz się winny?

- Nie mogę uwierzyć, że straciłem panowanie nad sobą.

-   To   prawda.   -   Zadowolona,   pogłaskała   go   po   ramieniu.   -   Pułkownik 

Gregory stracił głowę dla kobiety.

- Nie dla byle jakiej kobiety. - Również pogłaskał ją po ramieniu. - Dla 

ciebie. Tylko dla ciebie. - Wziął w palce kosmyk jej włosów, przysunął go do jej 
piersi i zaczął drażnić sutek. - Skoro nie możemy się kochać, opowiedz mi o 
swojej rodzinie. O swoim dzieciństwie.

To zbudziło ją z cudownego snu. Miał powód, by zadawać te pytania. 

Chciał znać prawdę o kobiecie, która sprawiła, że złamał zasady.

Nie był tak zaangażowany, jak ona. Obserwował ją uważnie, jakby mógł 

czytać w jej duszy.

- Patrzysz na mnie tak oskarżająco, gdy ja próbuję zrobić coś właściwego.

- Chcesz poznać kobietę, z którą spałeś - powiedziała beznamiętnie.

- Kochankowie rozmawiają ze sobą. Opowiadają sobie o swoim życiu, o 

swoich wspomnieniach.

- O swoich rodzinach?

- Dokonałem wyboru. Pragnę ciebie. Nie twojej rodziny.

Wiedziała,   że   to   prawda.   Kilkakrotnie   rzucała   coś   na   temat   swojej 

przeszłości. Fragmenty życia. Mogła powiedzieć mu o matce i ojcu, o swoim 

background image

pochodzeniu,   a   on   nie   zmieniłby   zdania.   Dopóki   nie   posunęłaby   się   zbyt 
daleko… Dopóki nie opowie mu wszystkiego, poza tym jednym, co wyrządzała 
tak wielu ludziom przez tak wiele lat.

- Wychowałaś się na ulicach Londynu, jak sądzę.

- Zgadłeś. Z powodu akcentu? - Zaczęła mówić cockneyem. - A może 

poznałeś po tym, że jem palcami? Widziałeś, jak wycieram nos w rękaw?

Jego przenikliwość przeraziła ją.

- Jesteś zła.

Nie, nie była. Bała się. Po raz pierwszy w życiu rozpaczliwie pragnęła 

czegoś,   czego   nie   mogła   mieć.   Co   jej   radziła   lady   Marchant?   Jeśli   szybko 
złapiesz   męża,   nie   dowie   się   prawdy   o   tobie,   aż   będzie   za   późno,   by   cię 
zostawił. William przyznał, że nie może się jej oprzeć. Jeśliby go usidliła… ale 
dowiedziałby się o tym. Musiała o tym pamiętać. Kochała go, więc nigdy nie 
mogła go mieć.

Pogładził zmarszczkę między jej brwiami.

- Ktoś musiał cię bardzo skrzywdzić.

Wielu, a on był następny w kolejce. Wróciła do akcentu wyższych sfer, 

którego ją nauczono.

- Oddawałam im z nawiązką. Jeśli naprawdę wierzysz, że białe jest białe, 

a czarne jest czarne, i że nie ma odcieni szarości, to musisz wiedzieć, że cała 
jestem pokryta węgłowym pyłem.

- Jesteś najuczciwszą kobietą, jaką znam.

-   Nie!   -   Przekręcał   jej   słowa.   Próbowała   go   ostrzec,   a   on   ją   za   to 

podziwiał.   Ale   tylko   dlatego,   że   nie   uświadamiał   sobie   ogromu   jej 
niegodziwości.

- Wiem, wiem. - Przygarnął ją do siebie. - Masz ochotę mnie sprać za 

moje uprzedzenia. Ale teraz powiem to jak należy. Jesteś najuczciwszą osobą, 
jaką znam.

Powinna mu powiedzieć. Powinna. Ale na zewnątrz było zimno, on był 

ciepły i pozwolono jej na jeden dzień szczęścia. Weźmie sobie ten dzień.

Wziął ją w ramiona, a ona nie opierała się, pozwalając, by ogrzało ją jego 

ciepło. Głaszcząc go po ramionach, starała się nasycić się nim. Jego wyglądem, 
dotykiem jego skóry, opadającymi na brwi włosami, mocnymi palcami…

Dotknął kciukiem jej podbródka.

background image

- Powiedz mi coś dobrego o swoich rodzicach.

- Byli małżeństwem. 

Jego oczy pociemniały.

- Trochę mało.

Był środek nocy, czas zwierzeń. Był jej kochankiem, mężczyzną, któremu 

rozpaczliwie   chciała   zaufać.   Dlaczego   nie   powiedzieć   mu   wszystkiego?   W 
najgorszym wypadku odwróci się od niej...

- Kochanie, wyglądasz jakbyś cierpiała. - Przytulił jej głowę do swojej 

piersi. - Nie... przepraszam, że spytałem.

Pośpiesznie powiedziała:

-   Moja   matka   pochodziła   z   drobnej   szlachty,   była   córką   pastora   i 

pracowała jako guwernantka w wielkim domu.

Słyszała jego oddech.

- Więc idziesz w ślady swojej matki.

- Mam nadzieję, że nie. - Czy szła? Co się wydarzy po dzisiejszym dniu? - 

Mój   ojciec   spotkał   moją   matkę   w   parku,   gdy   miała   wolny   dzień.   Posiadała 
niewielki majątek po babce, więc uwiódł ją i wbrew woli swojego ojca wyszła 
za   niego  za   mąż.   I…   przekroczyła  bramy   piekła.   Oczywiście   utraciła   swoją 
pozycję.   Jej   rodzina   nie   chciała   z   nią   rozmawiać.   A   mój   ojciec   okazał   się 
bezdusznym łajdakiem. Przehulał jej pieniądze, a później wysłał ją do pracy, nie 
takiej, do jakiej była przyzwyczajona. Musiała całe dnie szyć, aż bolały ją oczy. 
Musiała żebrać… nienawidziła żebrać. Stała na rogu ulicy z wyciągniętą ręką, 
opluwana przez swoją dawną panią, wyśmiewana przez dzieciaki, namawiana 
do sprzedawania swego ciała. - Samantha ukryła twarz w dłoniach. Nie pragnął 
jej,   ale   nikt   inny   również   nie   powinien   jej   mieć.   -   Dlaczego   zaczęła   się 
zwierzać?   Teraz   była   zgubiona,   wracając   pamięcią   do   tych   nocy,   które 
wydawały się nie mieć końca, a głód był zawsze jej wiernym towarzyszem. - 
Moja matka rodziła mnie w strasznych bólach, a on w tym czasie uwodził inną 
kobietę. Lubił czarować kobiety. A później ściągać  je do swojego poziomu. 
Czasami miały pieniądze, a wtedy my mieliśmy pieniądze, żeby kupić jedzenie i 
węgiel.

William pogładził ją po włosach.

- Często byłaś głodna i zmarznięta?

- O tak, a moja mama oddawała mi niemal wszystko, co miała. - Gdy 

zaczynała   mówić   cockneyem,   wracało   do   niej   dawne   poczucie   winy.   - 

background image

Wiedziałam, że to nie w porządku, ale siedziałam przy kominku i jadłam jej 
jedzenie.

- Ile miałaś lat?

- Zmarła, gdy miałam siedem.

- Siedem? Miałaś siedem lat, gdy zmarła? - Wyczuwała w nim czułość, a 

jednocześnie   gniew.   -  Powiem  ci  prawdę   -  gdy   sprowadzisz   dziecko   na  ten 
świat, zrobisz wszystko, by przeżyło, będziesz nawet głodować i marznąć.

Samantha niemal zaśmiała się z niego, ale nie byłoby to zbyt grzeczne.

- Jesteś naiwny. Mój ojciec nie odczuwał żadnej rodzicielskiej miłości, 

tak samo jak świętoszkowaci rodzice mojej matki. Mama powiedziała im, że 
mają wnuczkę. Błagała ich, żeby mnie zabrali. Ona, która nienawidziła żebrać. - 
Wbiła palce w ramię Williama. - Odmówili jej, powiedzieli, że zasługuje na 
swój los tak, jak ja zasługuję na swój.

- Powinnaś im współczuć, że mają martwe dusze.

- Albo nienawidzić ich za to, że się od nas odwrócili. - Nienawidziła ich. - 

Gdy mama umarła, ojciec napisał do nich. Nie chciał mnie i chyba uważał, że 
może na mnie zarobić. - Potrząsnęła głową. Nikomu o tym nie mówiła. Bycie 
biedną i niechcianą zwłaszcza przez tych, którym powinno najbardziej zależeć, 
było takie upokarzające.

- Jak przetrwałaś? Siedmioletnie dziecko, o które nikt nie dbał?

- Śpiewałam na ulicy. Żebrałam. Zamiatałam ulice. Robiłam to, co robią 

dzieci na londyńskim bruku.

Nie odezwał się. Musiał nią teraz pogardzać. Wypaplała wszystkie swoje 

tajemnice - no, niemal wszystkie - i w końcu uświadomił sobie, jaką kobietę 
posiadł. Nie mogła spojrzeć mu w twarz… ale nie mogła tego uniknąć, więc w 
końcu uniosła głowę i spojrzała na niego.

Patrzył na nią jakby… z czułością.

-   Jesteś   niezwykłą   kobietą   -   powiedział,   wziął   jej   twarz   w   dłonie   i 

pocałował ją w usta.

Zaszlochała i przytuliła się do niego. Oddała mu się całkowicie, a w jej 

sercu pojawiła się nadzieja, na którą, jak sądziła, nie ma tam miejsca. Wierzyć, 
że  zaakceptuje  ją  całkowicie,  ponieważ   zaakceptował  horror jej  dzieciństwa, 
było   niebezpieczne.   Ale   nie   mogła   temu   zaradzić.   Może…   może   w   końcu 
znalazła dom.

background image

Opierając czoło o jego czoło, spojrzała mu w oczy.

- Zdradziłam ci swoje tajemnice. Teraz ty opowiedz mi o swoich.

Nie   wiedziała,   czego   się   spodziewać,   ale   nie   była   przygotowana   na 

prawdę.

- Moje tajemnice? Mam tylko jedną. Łapię szpiegów. 

Zamrugała.

- Co?

- Widzisz, jak ci ufam? - W jego oczach pojawiły się ogniki. Uśmiechnął 

się z dumą. - Przysięgam, że to prawda. Łapię szpiegów…

Ależ była niemądra!

-   Nocami,   na   drogach…   Oczywiście.   -   Przywarła   do   niego.   -   To 

niebezpieczne.

- Bardziej niż łapanie bandytów? - zażartował z niej.

Odpowiedziała poważnym tonem.

- Tak, tak sądzę. Bandyci, to z reguły ludzie, którzy nie mają szansy na 

inne życie.

Spoważniał.

- Jesteś zbyt łaskawa dla ludzi, którzy na to nie zasługują.

- Szpiedzy są bezwzględni. Nie chcą cię obrabować.

-   Ależ   chcą.   Szpiedzy   okradają   nas   z   naszego   życia,   honoru,   ziemi, 

żołnierzy, którzy służą swojemu krajowi najlepiej, jak potrafią, z dzieci… z żon.

Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Samantha czuła się tak, 

jakby   stała   teraz   na   środku   jeziora   pokrytego   cienką   warstwą   lodu   i   nie 
wiedziała, w którą stronę się zwrócić.

- Myślałam, że twoja żona zginęła w… napadzie rabunkowym.

- Złodzieje przyznali się, zanim zostali powieszeni. Rosjanie zapłacili im, 

żeby  zaczaili się właśnie na Mary. Mój zapał w wyeliminowaniu rosyjskich 
wpływów na prowincji stał się dla nich problemem,  którego postanowili się 
pozbyć.

- Bydlaki.

-   Opuściłem   więc   z   dziećmi   Indie,   postanawiając   dotrzeć   do   źródła 

background image

zdrady. I udało mi się. Zwabiłem na przyjęcie jedną z najważniejszych par, która 
zdradziła Anglię.

Przyjęcie było czymś więcej, niż tylko miejscem zalotów między nim a 

lady Marchant. Była to również pułapka na…

- Kogo?

- Jesteś taka uczciwa, prawdomówna, że obawiam się, iż jeśli zdradzę ci 

nazwisko, nie będziesz w stanie ukryć swojej pogardy.

Przypomniała   sobie   sytuację,   gdy   została   przyłapana   z   ręką   w   cudzej 

kieszeni,   jak   się   uśmiechała,   wykręcała   i   udawała   niewinną.   I   sytuacje,   gdy 
udawało się jej uniknąć aresztowania, ponieważ naśladowała akcent wyższych 
klas.

- Tylko przy tobie jestem prawdomówna, Williamie. Umiem zachować 

pozory.

- To lord i lady Featherstonebaugh. - Czekał na jej reakcję.

- Nie on. Ona.

William zaskoczony potrząsnął głową.

- Skąd to wiesz?

- Poznałam po zachowaniu. Ona coś ukrywa.

- Ona coś ukrywa. Ukradła mapę.  Teresa podsłuchała ich rozmowę,  a 

teraz   mamy   jeszcze   informacje   od…   od   człowieka,   któremu   ukradła   mapę. 
Bardzo nam zależy na odzyskaniu tej mapy, ale chcielibyśmy  ją podmienić, 
żeby   zmylić   wroga.   -   William   ścisnął   jej   ramię.   Gdyby   nam   się   to   udało, 
moglibyśmy ocalić wielu ludzi.

Wstrzymała oddech. Czuła ból w piersiach.

- Potrzebujecie kieszonkowca.

-   Tak.   Czy   wiesz,   gdzie   możemy   kogoś   takiego   znaleźć?   Myślę,   że 

możesz wiedzieć. Czy znałaś złodziei w Londynie?

- Tak.

Pocierając brodę, spojrzał w dal ponad jej głową.

- Ale zwykły złodziej nie może udawać szlachcica. Chyba moglibyśmy 

wprowadzić go na przyjęcie jako służącego. Ale nie, nie uda nam się ściągnąć 
go tu na czas. - Dostrzegł zdenerwowanie Samanthy i przytulił ją. - Nie martw 

background image

się, kochanie. Jakoś sobie poradzimy. To nie twój problem. Nie zaprzątaj tym 
swojej główki.

Zasnął, zostawiając Samanthę wpatrzoną w ścianę.

*

William obudził się wcześnie, gdy za oknem znikały resztki szarej mgły. 

W   środku   ogień   w   kominku   trzaskał   radośnie,   ogrzewając   cały   domek.   Ale 
Samanthy nie było w łóżku. Leżał z zamkniętymi oczami, wdychając jej zapach 
na poduszce i czekając, aż wróci, aby mógł jej powiedzieć, jak będzie wyglądało 
ich życie. Spędzą je razem. Może będą rozmawiać o podróżach i dzieciach…

Usłyszał szelest wykrochmalonej spódnicy. Otworzył oczy i spojrzał na 

Samanthę ubraną w jasnoszarą, skromną sukienkę. Wpatrywała się w niego z 
wyrazem   chłodnego   oczekiwania,   który   nie   przypominał   radości,   jaka 
przepełniała go na jej widok. Ale może była nieśmiała. A może bała się, że ją 
odrzuci tak, jak jej ojciec odrzucił matkę.

Ach, tak. W tej opowieści zdradziła, jak bardzo niepewnie musiała czuć 

się w jego sferze. To on musiał dodać jej pewności siebie.

Z uśmiechem poklepał poduszkę.

-   Wracaj,   kochanie.   Pokażę   ci,   jak   kochankowie   powinni   opuszczać 

małżeńskie łoże. - Chłodny wyraz na jej twarzy zastąpił szok i, przez ułamek 
sekundy, tak silne cierpienie, że zaskoczyło go to na dobre.

- Małżeńskie? - powiedziała. - Nigdy nie było mowy o małżeństwie.

Jej niedowierzanie na dłuższą chwilę odebrało mu mowę. Przyglądał się, 

jak stała z zaciśniętymi pięściami, oddychając szybko i nerwowo. W pewnym 
momencie w nocy dopadły ją obawy i strach - co do niego? Co do jego intencji? 
Ale jeśli była to prawda, to jego uwaga o małżeństwie powinna rozwiać jej 
wątpliwości.   Wstał   z   łóżka.   Przyglądała   mu   się   bez   cienia   pożądania   czy 
zainteresowania.

Ubrał się, cały czas próbując zrozumieć, co się stało. Czyją zranił? Zranił, 

ale   wynagrodził   jej   to.   Może   ją   przeraził?   Nic   nie   było   w   stanie   przerazić 
Samanthy.   W   nocy   była   zdenerwowana,   gdy   powiedział   jej   o   lady 
Featherstonebaugh - czy martwiła się, że ryzykował życie i mógł ją zostawić 
samą? Ale jeśli tak było, to dlaczego odsuwała się od niego?

- Powiedz mi, co się stało.

background image

Odwróciła   twarz   w   stronę   okna;   jej   wargi   zadrżały,   ale   zacisnęła   je 

mocno.

- Chodź ze mną do domu - rozkazał. Musiał zmusić ją do mówienia - i nie 

mogła zostać sama. - Muszę przygotować się do dzisiejszego dnia, porozmawiać 
z Duncanem.

W końcu spojrzała na niego, a pustka w jej oczach odsłoniła mu nagą i 

osamotnioną duszę.

- Najpierw muszę ci coś powiedzieć.

background image

Rozdział 24

-  Rozwiążesz mnie, czy zostawisz tak na cały dzień?

Teresa przestała się awanturować i spojrzała na Duncana, który leżał nagi 

na jej łóżku, przywiązany jej szarfą do zagłówka.

- Tak, tak, rozwiążę cię. - Postępowała tak zdecydowanie, że trudno było 

uwierzyć, iż pół godziny wcześniej całowała jego pośladki. Rozwiązała węzły, 
które   kilka   godzin   wcześniej   zaplątała   z   taką   radością.   -   Musisz   mi   pomóc 
zapiąć guziki.

- Z przyjemnością, moja pani. - Gdy uwolniła jego ręce, chwycił ją mocno 

w talii. - Ale najpierw chciałbym wiedzieć, czym cię rozzłościłem.

Spojrzała na niego wilgotnymi i zmartwionymi oczami.

-   Powiedziałeś,   że   potrzebujesz   kieszonkowca.   Powiedziałeś,   że   ty   i 

William potrzebujecie pomocy kieszonkowca.

- Gdybym wiedział, że to cię tak zdenerwuje, trzymałbym gębę na kłódkę. 

Wydawało mi się, że wiesz wszystko o wszystkich i możesz znać kogoś, kto by 
nam pomógł.

Zasmuciła się jeszcze bardziej.

- Muszę iść ostrzec Samanthę.

- Ostrzec Samanthę? Pannę Prendregast? Ale przed czym?

Teresa nerwowo podeszła do okna i spojrzała na zamglony krajobraz.

- Ona nie jest… nie ma… - Odwróciła się do Duncana. - Myślisz, że 

William jej zaufa?

- Nie wiem. - W umyśle Duncana pojawiły się podejrzenia, ale nie chciał 

w nie uwierzyć. Nie mógł sobie wyobrazić, że ta młoda guwernantka… nie. Nie, 
to   niemożliwe.   -   Powiedziałbym,   że   nigdy,   ale   William   jest   szaleńczo 
zakochany.

- Ale nie powie jej, prawda? - Teresa splotła dłonie. - Ponieważ obawiam 

się,   że   Samantha   może…   ale   on   nie   powie   jej   o   swoich   kłopotach.   Uważa 
kobiety   za   kruche   istoty,   które   nie   powinny   zaprzątać   sobie   główek 
skomplikowanymi sprawami.

Wszystkie podejrzenia Duncana połączyły się w jedną całość. Zerwał się 

background image

gwałtownie z łóżka.

- Cholera. Czy chcesz powiedzieć, że William romansuje ze złodziejką?

William prowadził Samanthę przez trawnik, trzymając ją mocno za ramię. 

Ta ulicznica miała czelność się z nim szarpać, żeby się uwolnić.

- Nie musisz mnie trzymać. Powiedziałam ci o tym, żeby ci pomóc.

- Powiedziałaś mi za późno. - Wzmocnił uścisk. - Zdążyłem narazić swoje 

dobre imię i honor.

Uderzyła go wolną ręką pod żebra. Takiego ciosu mogła nauczyć się tylko 

w czasach  swojej  niechlubnej  przeszłości.   Puścił  jej  ramię.  Zanim zdążył ją 
ponownie złapać, odskoczyła od niego i dobrze mu znanym ironicznym tonem 
powiedziała:

- Zapomniałam, że tylko ty uczestniczyłeś w tym, co wydarzyło się w 

nocy.

- Ale tylko ja miałem do stracenia swój honor.

- O tym również zapomniałam.

Mgła położyła się na trawie i rozświetliła delikatne pajęczyny rozpięte 

między krzakami róż. Drzewa to wyłaniały się, to znikały w szarości. Jeśli mgła 
będzie   się   utrzymywać,   to   pokrzyżuje   plany   Teresy   dotyczące   urządzenia 
pożegnalnego   obiadu   pod   namiotami.   Ale   Williamowi   mgła   była   na   rękę. 
Skrywała   dom,   a   także   ukrywała   ich   przed   wzrokiem   niepożądanych 
obserwatorów. Oczywiście goście jeszcze spali, ale ich służący byli na nogach, a 
on nie chciał, żeby donieśli swoim pracodawcom, że pułkownik Gregory spędził 
noc w ramionach swojej guwernantki. Z pewnością wielu ludzi zauważyło, że 
on i panna Prendregast znikli w tym samym czasie. Nie chciał, by potwierdziły 
się   podejrzenia   co   do   jego   niestosownego   zachowania.   Miał   do   stracenia 
godność, pozycję społeczną, poczucie własnej wartości.

- Jestem na siebie wściekły. - Nie próbował złagodzić ostrego tonu.

-   Tak,   panie,   wiem.   -   Odezwała   się   z   ciężkim   akcentem,   ale   nie 

powiedziała nic więcej.

Chciał, żeby coś powiedziała. Chciał, żeby z nim walczyła, podsycała 

płomień jego gniewu, udowodniła, że nie była warta jego uwagi. Ponieważ to on 
został skrzywdzony. Nie ona. Nie skrzywdził jej.

- Gdybyś od razu powiedziała mi prawdę…

- Siedziałabym w pociągu powrotnym przed nastaniem kolejnego dnia. To 

background image

niezbyt ciekawy scenariusz na drugi dzień po przyjeździe. - Uśmiechnęła się 
słabo. - Pociąg wydaje się teraz bardziej atrakcyjny.

Właśnie   tego   uśmiechu   potrzebował.   Doprowadził   go   do   wściekłości. 

Usprawiedliwił to, że bezwzględnie potępił ją i jej złodziejskie sztuczki.

-   Czy   nie   pomyślałaś,   jaki   możesz   mieć   wpływ   na   moje   dzieci? 

Obcowanie   z   kieszonkowcem   mogło   nieodwracalnie   wypaczyć   ich 
nieukształtowane jeszcze charaktery.

- Jeśli odcisnęłam piętno na ich charakterach - a mam nadzieję, że tak się 

stało - to nie z powodu tego, co robiłam jako podlotek.

- Nadal nosisz w sobie piętno swoich przestępstw.

-   W   takim   razie   nie   powinieneś   nigdy   więcej   oglądać   swoich   dzieci, 

ponieważ nosisz w sobie piętno ostatniej nocy.

Odwrócił się, złapał ją za ramiona i szarpnął.

- Nie waż się wmawiać mi, że mnie naznaczyłaś. 

Wydawała się zniecierpliwiona, ale jej oczy miały mądry i smutny wyraz.

- Okradłaś mnie. Zginęło moje pióro, portret. - Wtedy dotarło do niego 

znaczenie tego, co stracił. - Mój Boże, jaką jesteś osobą, żeby zabrać jedyne 
pamiątki, jakie mi zostały po żonie?

- Och. - Samantha  zagryzła wargę, zafrasowana,  i odwróciła wzrok. - 

Och.

To bolało bardziej, niż mógł sobie wyobrazić. Samantha go oszukiwała, 

zabrała pamiątki po jego uczciwej żonie i w zamian dała mu siebie. Czyli nic.

- Gdzie są moje rzeczy?

- Nie wiem.

- Gdzie? - Potrząsnął nią, jakby chciał z niej wytrząsnąć prawdę.

- Naprawdę nie wiem. - Pewnie znowu by nią potrząsnął, ale wyrwała 

ręce i powiedziała: - Ciii.

Również coś usłyszał. Dwoje ludzi, kobietę i mężczyznę, sprzeczających 

się. Nie rozumiał słów, ale rozpoznał głosy. Duncan i Teresa. Przyszło mu do 
głowy, że może właśnie idą ostrzec go przed niechlubną przeszłością Samanthy.

Nie. Nie wiedzieli o tym. Może szli, żeby zganić go za to, że wykorzystał 

jej niewinność. Ale nie, jej dziewictwo było jedynie towarem, który należało 

background image

sprzedać temu, kto da więcej, a ona miała nadzieję, że uda się jej w ten sposób 
go usidlić.

Teresa i Duncan wyłonili się z mgły i gwałtownie przestali rozmawiać. 

Kłócić się.

Znana ze swej elegancji Teresa wyglądała jakoś nieporządnie, ale William 

nie   mógł   stwierdzić   dlaczego.   Może   zapomniała   włożyć   wszystkie   części 
garderoby.   Jej   szal   był   niedbale   zawiązany   wokół   ramion,   a   zawsze   gładko 
zaczesane włosy były tak roztrzepane, jak włosy Mary.

Teresa   rzuciła   się   do   przodu   z   wyciągniętymi   ramionami.   William 

spodziewał się, że go obejmie. Jednak Teresa zmierzała w stronę Samanthy. 
Cofnął się. Teresa chwyciła Samanthę w talii i poprowadziła w stronę domu.

- Samantho! Kochanie! Znalazłam cię. Potrzebuję kogoś, drugiej kobiety, 

żeby mi pomogła… udekorować stoły. - Odezwała się do Williama, ale unikała 
jego wzroku: - Wiesz, Williamie, są rzeczy, w których pomóc może tylko druga 
kobieta. To jest właśnie jedna z tych rzeczy.

Samantha przerwała jej spokojnym tonem.

- On wie.

Teresa niewzruszenie kroczyła dalej.

-   Nie.   Jak?   -   Nie   czekając   na   odpowiedź,   rzuciła   oskarżająco:   - 

Powiedziałaś mu, prawda? Musiałaś spełnić swój obowiązek? Nie przyszło ci do 
głowy, że to nie twoja sprawa…

- Cicho - odezwał się Duncan.

- Ale to jest moja sprawa - powiedziała Samantha. - To mój kraj.

William prychnął. Samantha nie zwróciła na niego uwagi.

- I giną niewinni ludzie.

- Cicho - powtórzył Duncan.

Kobiety spojrzały na niego, rozejrzały się wokół i pokiwały głowami.

Duncan zmierzwił sobie włosy i cicho powiedział:

- Jestem piekielnie wdzięczny, panno Prendregast. 

William zwrócił się w jego stronę.

- Jak to jesteś wdzięczny? Nie pozwolimy jej tego zrobić. Mogłaby z 

czystej złośliwości ostrzec lady Featherstonebaugh. Zamknę ją na poddaszu i 

background image

wyrzucę klucz.

- Nie, nie zrobisz tego. - Duncan mówił cicho, ale zdecydowanie.

William ze zdumienia otworzył usta. Wyprostował się i spojrzał z góry na 

Duncana.

- Słucham?

- Przyjmiemy pomoc panny Prendregast i będziemy dziękować Bogu, że 

znalazła się we właściwym miejscu o właściwej porze.

- Jak możesz tak mówić?

- A jak ty możesz tego nie powiedzieć? - Duncan zniżył głos do szeptu. - 

Zależy   nam   na   tej   mapie.   Kapitan   Farwell   powiedział,   że   jest   niezmiernie 
ważna. Mamy szczęście, że lord Hartun przyjechał ze swoim sekretarzem, który 
jest   doświadczonym  kartografem.   Nie  można   przecenić   szkód,   jakie   poniosą 
Rosjanie, jeśli podmienimy mapy. A nie uda nam się tego dokonać bez panny 
Prendregast.

- Uważasz, że zadawanie się z tą… nierządnicą rozwiąże nasze problemy? 

-   William   wskazał   trzęsącym   się   palcem   na   Samanthę.   Jako   dowódca   był 
najlepszy. Chłodny. Opanowany. Wiedział, że nie powinien okazywać emocji, 
ale teraz nie był w stanie temu zaradzić.

Samantha obserwowała go ze spokojem, z rękoma zwieszonymi wzdłuż 

ciała, jakby nie spędzili razem ostatniej nocy. Jakby to, co mówił, nic dla niej 
nie znaczyło.

- Ona nie jest nierządnicą - a raczej nie była do ostatniej nocy - warknęła 

Teresa. - I ciebie należy za to winić, Williamie. I mnie,  czego strasznie się 
wstydzę. - Chwyciła Samanthę za ramię i spojrzała wrogo na Williama. - Nie 
jesteś człowiekiem, za którego cię uważałam.

William   miał   ochotę   na   nią   nawrzeszczeć.   Na   Teresę,   kobietę,   którą 

uważał za odpowiednią kandydatkę na żonę.

Jednak nie mógł znieść myśli o małżeństwie z nią i nie miał odwagi, żeby 

na nią krzyczeć. Teresa, jeśli chciała, potrafiła być bardzo władcza.

- Oczywiście,  że jest człowiekiem,  za którego go uważałaś.  - Duncan 

wziął ją za rękę, uniósł ją do swych ust i pocałował z czułością. - Dziś rano 
przewidziałaś,  że zareaguje gniewem,  gdy dowie się o specjalnym prezencie 
panny Prendregast.

Samantha spuściła głowę.

background image

Ale William dostrzegł jej uśmieszek. Spojrzała na Duncana i Teresę z 

czułością. I William uświadomił sobie, że… był wczesny ranek. Teresa była 
niekompletnie ubrana. Ubranie Duncana było wymięte, on sam był nieogolony i 
wyglądał tak… jak również i William musiał wyglądać.

Zostali   kochankami.   Teresa   wysłała   go   do   Samanthy,   żeby   zająć   się 

Duncanem. William powinien poczuć się urażony. Zamiast tego… zamiast tego 
zdał sobie sprawę, że nie obchodzą go Teresa i Duncan.

Mógł myśleć  tylko o jednym.  O jednej osobie.  O Samancie,  która go 

zdradziła.   Z   satysfakcją   rzucił   jedyny   argument,   który   mógł   zaskoczyć   jego 
przyjaciół.

- Okradała mnie. Zabrała portret Mary. Portret mojej żony!

W oczach Samanthy pojawił się gniew. Zwinęła dłonie w pięści. Przez 

krótką chwilę William sądził, że zdzieli go w twarz. Ale po chwili wyprostowała 
palce. Jednak nie zaprzeczyła jego oskarżeniom.

Jakaś jego część żałowała, że tak się nie stało. Ale zdusił ten wewnętrzny 

głos i z satysfakcją odwrócił się do milczącego Duncana i Teresy.

- Czy powierzycie tej łajdaczce taką misję?

- Jesteś bezgranicznie głupi - zauważyła Teresa.

Widząc ich niewzruszone, pełne dezaprobaty twarze, William uświadomił 

sobie, że cokolwiek by powiedział, to nie zmieni ich zdania na temat Samanthy. 
Więc zrobił to, co wychodziło mu najlepiej. Przejął dowodzenie.

- Powiedziałem, że nie użyjemy panny Prendregast.

Duncan   zrobił   krok   do   przodu   i   stanął   przed   Williamem.   Stanął   na 

baczność, ale nie skapitulował, jak William się spodziewał. Powiedział:

- A więc, pułkowniku Gregory, zwalniam pana z obowiązków.

- Co? - ryknął William.

- Jest pan wściekły i nie myśli logicznie - zmrużone oczy Duncana miały 

chłodny wyraz - mówi pan głośno o naszej misji, gdy nasz największy wróg 
może być tuż obok i podsłuchiwać.

Zdecydowanie   Duncana   zaskoczyło   Williama.   Przeszedł   go   dreszcz. 

Duncan   mówił   prawdę.   Ktoś   mógł   stać   niedaleko   i   przysłuchiwać   się   ich 
rozmowie, a oni nawet by go nie zauważyli. Nie lady Featherstonebaugh. Ona 
mocno utykała. Ale lord Featherstonebaugh. Albo Pashenka. Albo jeden z wielu 
szpiegów, którzy krążyli po Krainie Jezior.

background image

William i Duncan odwrócili wzrok. Duncan nie cofnął się jednak.

Zanim   William   zdecydował,   co   powinien   zrobić,   Samantha   uwolniła 

ramię z uścisku Teresy i stanęła między mężczyznami.

- Czuję się jak kość, o którą walczą dwa psy. Ale nie jestem kością i, 

pomimo   moich   dawnych   grzechów,   nie   jestem   również   zdrajcą.   -   Spojrzała 
Williamowi w oczy. Spokojnym tonem, który wystawiał na próbę resztki jego 
cierpliwości, powiedziała: - Kłócisz się z Duncanem, chociaż nie masz żadnego 
wyboru. Na tym przyjęciu nie ma żadnych innych złodziei czy kieszonkowców. 
To delikatne zadanie. Potrzebujesz zawodowca. Masz tylko mnie. - Wpatrywała 
się w niego tak, jak ostatniej nocy. Jednak w jej spojrzeniu nie było niczego z 
nocnego uczucia. Ta kobieta była chłodna, skoncentrowana i rozsądna. Taka, 
jaką nigdy nie powinna być kobieta.

Odwracając się do Duncana i Teresy, powiedziała:

- A teraz znajdźmy miejsce, w którym moglibyśmy się naradzić, i zróbmy 

to szybko, żebym mogła  wyjechać - i nigdy  więcej nie spotkać  pułkownika 
Gregory'ego.

- Brawo! - wykrzyknęła z ironią Teresa i klasnęła.

- Świetnie, panno Prendregast. - William zaoferował jej ramię. - Sądzę, że 

w altanie.

Teresa powinna pójść z Williamem, ale zignorowała go i wzięła Duncana 

pod drugie ramię. Triumwirat determinacji i siły pomaszerował przed siebie.

- Skoro William nie przyda się nam w planowaniu, może stać na czatach, 

żeby   nikt   nas   nie   podsłuchiwał.   Czy   możesz   zrobić   przynajmniej   tyle, 
Williamie? - zapytał Duncan.

William szedł za nimi, po raz pierwszy w życiu zadowolony, że jest z 

tyłu. W tej sytuacji nie mógł przejąć dowodzenia. Nie mógł zaufać Samancie, że 
postąpi właściwie. Nie mógł zaufać sobie, że postąpi właściwie. Rozpierały go 
emocje. Jego, który uważał kobiety za miłe urozmaicenie, ale nie nieodłączną 
część   życia   mężczyzny.   Jego,   który   wyobrażał   sobie,   że   jest   bezgranicznie 
oddany  armii  i walce  o sprawiedliwość,  ale nigdy nie oddał się  prawdziwie 
miłości.

Samantha pozbawiła go męskości - i Duncan miał rację. William stracił 

ostrość widzenia. Mówił nieostrożnie, myśląc przyrodzeniem. Nie był w stanie 
właściwie ocenić ryzyka.

Duncan, Teresa i Samantha weszli do altany. William po cichu obszedł 

budynek,   sprawdzając   pod   krzakami.   Byli   sami.   Sami   i   zagubieni   we   mgle. 

background image

Zamknął   oczy   i   oparł   rękę   o   ścianę   koło   drzwi.   Tak.   Był   zagubiony.   Nie 
zdarzyło mu się jeszcze nie wiedzieć, jak postąpić. To była jej wina… A on 
nienawidził mężczyzn, którzy obarczali winą za swoje problemy wszystkich, 
tylko nie siebie.

Kim się stał?

Usłyszał, jak Samantha mówi:

- W jej torebce. Mapa jest w jej torebce. 

Wsadzając głowę do środka, William odezwał się, nie kryjąc pogardy:

- Ciekawe, skąd o tym wiesz.

- Zamknij się, Williamie - powiedział Duncan. 

Samantha zignorowała ich. Jego.

- W tej czarnej błyszczącej torebce. Nosi ją do każdej sukienki i cały czas 

trzyma na niej rękę. Myślałam, że jest uzależniona od laudanum i właśnie w 
torebce trzyma buteleczkę. - Wzruszyła ramionami. - Mapa jest w jej torebce.

Duncan   pokiwał   głową.   Teresa   pokiwała   głową.   Najwyraźniej   oboje 

akceptowali   bez   zastrzeżeń   przypuszczenia   Samanthy.   William   oparł   się   o 
altanę, patrząc w mgłę. To było lepsze niż gapienie się na Duncana i Teresę. I 
Samanthę.

Duncan spytał:

- Czy może pani podmienić mapy?

William wytężył słuch, ale Samantha nie odpowiedziała.

Duncan odezwał się ponaglająco:

- Czy może pani zamienić prawdziwą mapę na fałszywą?

-   Oczywiście,   że   może.   -   William   uśmiechnął   się   złośliwie,   rzucając 

uwagę przez ramię. - Jest podła.

- Zamknij się, Williamie - powiedziała Teresa. - O co chodzi, Sam?

-   Zazwyczaj   kieszonkowiec   po   prostu   przecina   torebkę   i   wyciąga 

pieniądze.   -   Samantha   rozłożyła   ręce.   -   Nigdy   nie   otwierałam   torebek   i   nie 
podmieniałam niczego.

Teresa pokiwała głową.

- Rozumiem.

background image

- Z drugiej strony, Terry, może być gorzej. - Samantha uśmiechnęła się. - 

Może trzyma ją na piersi.

Duncan i Teresa zaśmiali się. William spojrzał na nich. „Sam” i „Terry”. 

Kiedy do tego doszło?

Zanim   William   zdążył   okazać   im   swoją   pogardę,   w   drzwiach   stanął 

Duncan.

- Williamie, obejdź budynek jeszcze raz. Chcę mieć pewność, że nikogo 

tam nie ma.

- Nie ma. - Ale od razu się ruszył, rozglądając się uważnie dokoła w 

poszukiwaniu śladów obecności kogoś takiego, jak Pashenka, który chciałby się 
przekonać, jak radzą sobie jego szpiedzy.

Jednak   jak   dotychczas   Pashenka   ukrywał   się   w   posiadłości 

Featherstonebaughów. Oczywiście. Siedział tam, gdzie był bezpieczny. William 
wrócił pod drzwi, gdy Duncan mówił: 

- A więc taki jest plan. Proszę się modlić, panno Prendregast, o zwinne 

ręce.

background image

Rozdział 25

To okropne przyjęcie z bandą idiotów już prawie dobiegało końca. Gdy 

obiad się skończy, Valda będzie mogła opuścić jadalnię w Silvermere, w której 
Gregory i lady Marchant, ta dziwka w roli gospodyni, zarządzili podanie obiadu. 
Valda wyjdzie na zewnątrz, wsiądzie do powozu i wreszcie pojedzie do domu w 
Maitland. Nie spała od dwóch nocy. Ból posiniaczonego ciała nie pozwalał jej 
zasnąć.

I niepokój związany z Pashenką. Jak z nim postępować. Jak wyjść z tej 

sytuacji z życiem i wolnym.

Nie tak dawno temu nie było rzeczy, która spędzałaby jej sen z powiek. 

Pashenka nie zaskoczyłby jej i nie skopał. Uważałaby to co najwyżej za swego 
rodzaju wyzwanie. Teraz w głowie kołatało się uporczywie tylko jedno słowo - 
pułapka. Była stara i wpadła w pułapkę. Ale nie. Nie pozwoli sobie na to.

Czuwanie przez całą noc miało swoje plusy. Słyszała, jak Rupert wstał i 

grzebał w jej rzeczach, szukając mapy. A ona leżała nieruchomo i uśmiechała 
się do poduszki, pod którą spoczywała czarna torebka - i bezcenna mapa.

Odda   Pashence   mapę.   Tak,   odda.   A   wcześniej   powie   mu,   że   więcej 

informacji kryje się w jej głowie. To pozwoli jej pozostać przy życiu i obmyślić 
plan ucieczki.

Dotknęła przewieszonej przez ramię torebki i rozejrzała się po gościach 

wokół stołu, nakładających sobie na talerze truskawki, chleb, cienkie plastry 
wołowiny,   szparagi.   Powinna   jeść,   ale   nie   była   głodna.   Chciała   po   prostu 
wyjechać. Nie dbała nawet o ubranie, a miała na sobie wspaniałą suknię z… 
Musiała spojrzeć w dół. Och, tak. Z brązowej satyny obszytej srebrną nicią. 
Była najlepiej ubraną kobietą na tym przyjęciu.

Rupert   również   dobrze   się   prezentował.   Smukły,   wysoki,   bardziej 

arystokratyczny niż ci wojskowi czy ambasadorowie. Rozmawiał teraz z jedną z 
prowincjonalnych debiutantek, obdarzając ją czarującym uśmiechem i krocząc 
za nią, gdy się odsuwała. Do diabła z Rupertem. Gdyby tylko można było na 
nim   polegać.   Gdyby   był   wierny.   Albo   nie   tak   tchórzliwy.   Wtedy   Valda 
zatrzymałaby go. Ale teraz było na to za późno. Zdradził ją w każdy możliwy 
sposób. W odpowiednim momencie będzie musiał zostać wyeliminowany.

Opierając   się   na   lasce,   spróbowała   przysłuchiwać   się   rozmowom. 

Dlaczego,   nie   wiedziała.   Zebrała   już   wystarczająco   dużo   informacji.   Zeszłej 
nocy była tak osłabiona, że niektóre z nich zapisała na kartce. Ona, która zawsze 

background image

wszystko pamiętała, zaczynała zapominać o drobiazgach.

Co więcej, niektórzy ludzie, których spotykała, wyglądali… dziwnie. Od 

czasu do czasu kątem oka widziała mężczyznę chudego jak kościotrup. Kobietę 
bladą   jak   śmierć.   Dziecko   mówiące   głosem   z   innego   świata.   Jakby 
prześladowały ją duchy tych, których zabiła.

Niemożliwe. Potrzebowała snu.

- Lady Featherstonebaugh. - Lady Marchant odezwała się prosto do jej 

ucha.

Valda podskoczyła tak gwałtownie, że łady Marchant musiała podtrzymać 

ją, żeby nie upadła.

- Lady Featherstonebaugh, musi pani uczestniczyć w obiedzie pułkownika 

Gregory'ego. - Lady Marchant popchnęła Valdę w stronę stołu. - Chcemy, żeby 
rozkoszowała się pani ostatnim posiłkiem w tej posiadłości.

Valda automatycznie przybrała pozę starej damy.

-   Kochanie,   nie   jestem   w   stanie   przepchać   się   przez   ten   tłum.   Może 

napełnisz mi talerz.

- Zawsze podziwiałam pani siłę. Chodźmy tędy. - Lady Marchant mocniej 

ścisnęła ramię Valdy, prowadząc ją w tłum. - Chyba nie chce pani przegapić 
takiej wspaniałej okazji.

-  Okazji?   -  W  miarę   jak Valda  była  coraz mocniej   poszturchiwana,  a 

paplanina tłumu wypełniała jej uszy, jej głos stawał się coraz ostrzejszy. - To 
żadna okazja jeść takie pomyje i pić cierpkie wino. Bardzo źle wybrałaś, moja 
pani, bardzo źle. - Świadoma, że straciła humor, który przez wszystkie lata był 
jej kamuflażem, spróbowała wziąć się w garść, ale bezskutecznie. - Nie patrz tak 
na mnie. - Dostrzegła jedną z tych trupich twarzy, wyłaniającą się zza ramienia 
lady Marchant. - Z takim wyrzutem. To ryzyko, które się podejmuje, zostając 
angielskim żołnierzem.

- Angielskim żołnierzem? - Lady Marchant spojrzała za siebie.

Valda zamrugała. Z tyłu stała tylko lady Stephens, rozmawiając z lady 

Blair.

- O czym pani mówi? - spytała lady Marchant.

- O niczym, o niczym. - Wśród gości rozległy się donośne okrzyki.

Lady Marchant zatrzymała się gwałtownie.

- Proszę spojrzeć, kłócą się.

background image

Odzyskując   zdrowy   rozsądek,   Valda   spojrzała   przez   tłum.   Pułkownik 

Gregory   trzymał   za   gardło   pana   Monroe'a.   Tłum   uformował   krąg   wokół 
walczących mężczyzn. Z napięciem obserwowali wściekłych rywali. Pułkownik 
wyglądał tak, jakby z chęcią zabił pana Monroe'a. Monroe był purpurowy, a 
jego oczy płonęły nienawiścią.

Pułkownik wrzasnął:

- Ty kłamco! Nie ścigałeś w nocy szpiegów!

Tym jednym słowem zwrócili na siebie uwagę Valdy. Szpiedzy? Co miał 

na myśli, mówiąc „szpiedzy”?

Pan Monroe wyrwał się z uścisku pułkownika Gregory'ego.

- Jak śmiesz nazywać mnie kłamcą? Jestem bohaterem. Większym niż ty!

-   Jesteś   nikim.   Szkocki   pomiot.   -   Pułkownik   Gregory   chwycił   go 

ponownie, szczerząc zęby jak wściekły pies. - Łowca posagów!

Do   diabła   z   łowcą   posagów.   Valda   chciała   usłyszeć   o   szpiegach. 

Pochyliła się, wytężając wzrok.

- Ja jestem łowcą posagów? A ty? Ja przynajmniej kocham tę kobietę!

Stojąca obok Valdy lady Marchant sapnęła głośno. Valda spojrzała na nią 

i uświadomiła sobie, że ci mężczyźni kłócą się o lady Marchant. Niesamowite.

I wspomnieli coś o szpiegach. Naprawdę niesamowite. Ból w żebrach, 

lęk, nawet świadomość tego, gdzie się znajduje zniknęły, gdy Valda skupiła się 
na rozgrywającej się przed jej oczami scenie.

- Wiem, co robiłeś - wrzasnął pułkownik Gregory. - Uganiasz się za lady 

Marchant.

W tłumie rozległ się głośny pomruk. Krąg zaczął się zacieśniać. Valda 

pochyliła się do przodu. Pan Monroe zamachnął się na pułkownika Gregory'ego. 
Pułkownik   Gregory   zatoczył   się.   Kobiety   zapiszczały,   mężczyźni   zaczęli 
pokrzykiwać. A Valda poczuła szarpnięcie. Jej cenna torebka!

Chwyciła   ją   ze   wszystkich   sił.   Nadal   była   przewieszona   przez   ramię. 

Odwróciła się do osoby obok - osoby, która próbowała ukraść jej mapę.

To była ta złodziejka. Ta wysoka guwernantka o jasnych włosach. Ta 

panna Penny Gast. Z szybkością węża Valda złapała dziewczynę za nadgarstek i 
wykręciła jej rękę.

- Oddawaj to!

background image

- Co? - Panna Gast udawała zaskoczoną. 

Drugą ręką Valda sięgnęła do kieszeni ukrytej w spódnicy. Nieporadnie 

wyciągnęła z niej pistolet. Celując w pannę Gast, powiedziała:

- Oddawaj!

-   Cholera   jasna!   -   Panna   Gast   usiłowała   się   cofnąć,   gdy   dostrzegła 

pistolet. Tłum ją zatrzymał.

Lady Marchant doskoczyła do Valdy.

- Lady Featherstonebaugh, co pani robi? 

Ludzie   zauważyli   pistolet.   Kobiety   zaczęły   jeszcze   głośniej   piszczeć. 

Bójka między pułkownikiem Gregorym a panem Monroe ustała.

-   Oddawaj   to!   -   zażądała   ponownie   Valda.   Panna   Gast   uniosła   ręce 

pokazując, że są puste.

- Nic nie mam. Proszę zobaczyć.

- Co się dzieje? - Pułkownik Gregory przedzierał się przez tłum w ich 

stronę.

Valda   wycelowała   pistolet   w   brzuch   panny   Gast.   Pułkownik   Gregory 

zamarł.

- Nie ruszaj się, Samantho. Nie ruszaj się.

- Ukradła moje… moje papiery - powiedziała Valda. - Wszyscy wiedzą, 

że to złodziejka.

- Nie, nie jest złodziejką - wtrąciła się lady Marchant. - Mówiłam pani, że 

nie jest złodziejką. Przekręciła pani jej nazwisko.

- Na Boga, Valdo, czy ty oszalałaś? - Rupert wpatrywał się w nią ponad 

głowami ludzi.

- Proszę spojrzeć, że nic nie mam. - Panna Gast mówiła łagodnym tonem, 

który doprowadzał Valdę do szału.

Valda miała ochotę wszystkich ich zastrzelić, ale miała tylko jeden nabój. 

Jeden nabój dla tej suki, która ukradła mapę.

- Nikt mnie bezkarnie nie będzie okradać. 

Poruszając się wolno, panna Gast pokazywała swoje puste dłonie.

- Proszę sprawdzić czy ma pani swoje papiery. Przekona się pani, że ja 

background image

ich nie mam.

Valda   zawahała   się.   Panna   Gast   brzmiała   przekonująco.   Pułkownik 

Gregory był blady.

Wolną   ręką   Valda   ścisnęła   bok   torebki.   W   środku   usłyszała   szelest 

papieru. Zrobiło się jej niedobrze. Ostrożnie cofnęła pistolet. Nikt w tłumie nie 
poruszył się, gdy otworzyła torebkę i zajrzała do środka.

Była tam. Złożona na pół mapa z czerwonymi literami, które świadczyły 

o jej znaczeniu.

Opuściła dłoń, w której trzymała pistolet.

- Ja… przepraszam, panno Gast. Myślałam, że ma pani… wzięłam panią 

za kogoś innego.

-   Nazywam   się   panna   Prendregast.   -   Głos   młodej   kobiety   był 

zdecydowany, ale ręce drżały jej tak mocno, że schowała je za siebie. - Panna 
Samantha Prendregast.

Obok Valdy pojawił się pan Monroe i wyjął jej pistolet z dłoni. Tłum 

odetchnął z ulgą. Lady Marchant przyłożyła dłoń do czoła i zupełnie jak nie 
dama osunęła się na podłogę.

Pan Monroe rzucił się na kolana obok niej, krzycząc:

- Sole trzeźwiące. Potrzebujemy soli trzeźwiących! 

Pułkownik Gregory chwycił pannę Gast i wziął ją w ramiona.

Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby również miała zemdleć. Potem 

jednak uniosła głowę i gniewnie powiedziała:

- Nie lubisz mnie, ja nie lubię ciebie i nie zamierzam ponosić kary za 

śmierć twojej żony. Nie będę kozłem ofiarnym dla twojego wstydu. Więc puść 
mnie - natychmiast!

Wyraz   twarzy   pułkownika   Gregory'ego   wart   był   każdej   ceny.   Valda 

chętnie by została, żeby zobaczyć scenę do końca, ale Rupert chwycił ją za 
ramię i próbował wyciągnąć z jadalni. Opierała się. Jednak ludzie wciąż jej się 
przyglądali. Ambasador i szef Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego patrzyli na 
nią z dziwnym zainteresowaniem. Pochylając się, podniosła pistolet z podłogi, 
włożyła go z powrotem do kieszeni i z uniesioną wysoko głową wyszła z sali z 
Rupertem.

Ostatnie   słowa,   które   usłyszała,   wypowiedział   wściekły   pułkownik 

Gregory:

background image

-   Panno   Prendregast,   proszę   pakować   swoje   rzeczy.   Wraca   pani   do 

Londynu z samego rana.

background image

Rozdział 26

William wszedł do swej sypialni i wskazał na służącego.

- Wyjdź! Wynoś się!

- Tak, panie, nie musi mi pan dwa razy powtarzać. - Cleavers wyszedł 

pośpiesznie z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami.

William spojrzał za nim. Co mu się, do cholery, stało? Co się stało ze 

wszystkimi?   Nawet  jego  goście,  którzy   powinni  byli  wiedzieć,  o  co  chodzi, 
sprawiali wrażenie, że nie mogą się doczekać, by stąd wyjechać. Zachowywali 
się   tak,   jakby   utopił   kociaka,   a   on   tylko   zachował   się   tak,   jak   powinien 
zachować   się   każdy   rozsądny   mężczyzna,   który   nakrył   złodzieja   w   swoim 
domu.  Wyrzuci tego złodzieja. Nieważne, że była nim piękna kobieta, którą 
wszyscy   uwielbiali.   Nieważne,   że   wniosła   spokój   i   muzykę   do   jego   domu. 
Nieważne, że odebrał jej dziewictwo z delikatnością marynarza, a ona oddała 
mu się z wdziękiem… kobiety. Kobiety dla niego stworzonej.

Ale  była   złodziejką,   a   kto  był  złodziejem,   na   zawsze   nim  pozostanie. 

Oddała mu, Anglii, przysługę i ryzykowała życie. Gdyby chodziło tylko o to, 
złamałby swoje zasady i ożeniłby się z nią. Jednak okradła również jego. Z 
małych   rzeczy,   niektórych   nieważnych,   a   niektórych   bardzo   ważnych.   Nie 
zwróciła   ich.   Wbrew   wszelkim   dowodom   nie   przyznała   się   do   kradzieży   i 
powiedziała, że nie wie, gdzie są te rzeczy, a on poznał po wyrazie jej twarzy, że 
wiedziała. Była oszustką i złodziejką.

Nerwowo   rozwiązał   krawat.   Ściągnął   marynarkę   i   kamizelkę.   Spojrzał 

przez okno, starając się dostrzec w ciemności światła w jej domku. Powinien był 
ją uwięzić. Wsadzić do więzienia w Hawksmouth i polecić, żeby jej nigdy nie 
wypuszczono.   Ale   nie   mógł   tego   zrobić.   Robił   się   miękki   jak   budyń,   gdy 
chodziło o Samanthę, i dlaczego?

Ponieważ nie mógł zapomnieć, jak wyglądała, gdy księżyc oświecał jej 

nagie ramiona. Nie mógł zapomnieć opowieści o jej bolesnym dzieciństwie i, o 
Boże, o tym, jak bardzo kochała jego dzieci…

Siadając na krześle, zaczął ściągać buty.

Więc odeśle ją do Londynu. Wygna ją z powrotem do lady Bucknell, 

którą   powiadomi   o   jej   złodziejskich   zapędach.   Wtedy   Samantha   zostanie 
pozbawiona szansy na uczciwą pracę. Będzie zmuszona wrócić na ulicę, kraść, 
dopóki jej nie złapią i nie powieszą za smukłą szyję.

background image

Z   przerażeniem   zerwał   się   na   równe   nogi.   Wzuł   buty.   Nie.   Nie 

postępował   właściwie.   Nie   postępował   właściwie,   skazując   mieszkańców 
Londynu   na   obecność   Samanthy   w   mieście.   Nie   powinien   również   patrzeć 
spokojnie,  jak  ona   będzie  się   staczać   na  samo   dno  z  powodu  swej  ułomnej 
natury.

W końcu nie tylko ona ponosiła winę. Uwiódł ją.

Powinien był wiedzieć.

Zanim zdążył się zastanowić, wybiegł z pokoju i popędził schodami na 

dół. Odźwierny zerwał się i otworzył drzwi; William znalazł się na zewnątrz i 
pobiegł do domku, w którym była uwięziona Samantha. Walnął pięścią w drzwi.

Clarinda   podeszła   w   pośpiechu   i   nawet   w   słabym   świetle   wyraźnie 

widział wyraz niezadowolenia na jej twarzy.

- Pułkownik?! Panna Prendregast nie życzy sobie nikogo widzieć.

Chwycił Clarindę za ramię i wypchnął ją na zewnątrz, a sam wszedł do 

środka.

- Nie wracaj. - Zatrzasnął jej drzwi przed nosem i rozejrzał się po pokoju 

rozświetlonym ogniem z kominka i świecami ustawionymi koło spakowanego 
kufra.

- Clarindo?  - Samantha  zawołała z sypialni. - Kto to był tym razem? 

Proszę, nie mów mi, że to jedno z dzieci. Nie zniosłabym, gdybym musiała 
odwrócić   się   od   któregoś   -   stanęła   w   drzwiach   i   jej   głos   zamarł.   Stała   z 
uniesionymi rękoma, trzymając w dłoni szczotkę do włosów z kości słoniowej. 
Jak wtedy, gdy pocałował ją po raz pierwszy, miała na sobie skromną białą 
koszulę nocną, na którą zarzuciła niebieski szlafrok.

Piękna. Była piękna. Jego serce zabiło szybciej na ten widok i pragnął 

tylko jednego. Mieć ją dla siebie. Widząc go, stała nieruchomo przez dłuższą 
chwilę.   Powoli   przesunęła   szczotką   po   włosach.   Potem   szybko   weszła   do 
sypialni i zamknęła drzwi. To było jednoznaczne odrzucenie. Jej bezczelność 
doprowadziła go do wściekłości. Tym bardziej, że usłyszał, jak przekręca klucz 
w zamku.

Podszedł do drzwi i kopnął w nie. Drzwi były solidne, ale zamek mniej. 

Kopnął jeszcze raz. Zamek trzasnął. Pchnął drzwi całym ciałem i… znalazł się 
w sypialni.

-   Okno   jest   otwarte.   W   szkole   złodziei   uczą   nas,   że   należy   wybierać 

najłatwiejszą drogę - powiedziała obojętnym tonem.

Wiedziała, że nie powinna się z niego naśmiewać. Stał przygarbiony i 

background image

obserwował ją jak byk, który zamierza zaatakować. Był rozgniewany: chciał, 
żeby   zapłaciła   za   zniszczenie   jego   dobrego   imienia.   Nie   obchodziło   jej,   że 
dłonie mu drżały z hamowanej agresji. Również miała ochotę go uderzyć. Nie 
chciała być ostrożna. Chciała wrzeszczeć i walić na oślep, ponieważ William 
znowu nauczył ją czegoś, czego powinna nauczyć się dawno temu.

Nie miało znaczenia, że zmieniła swoje życie. Że pracowała nad tym, by 

stać się lepszym człowiekiem. Że nic nie ukradła.

Kiedyś   była   złodziejką   i   na   zawsze   została   napiętnowana.   A   on   to 

mężczyzna, którego kochała. Mężczyzna, któremu się oddała. Powinien w nią 
wierzyć,   a   on   pierwszy   ją   potępił.   Potępił   i   wykorzystał   do   swoich   celów. 
Zacisnęła dłoń na szczotce.

Głośno wypuścił powietrze.

- Postanowiłem cię poślubić.

- Poślubić? Mnie? Postradałeś zmysły? 

Zacisnął pięści. Poczerwieniał na twarzy. Już nie był mężczyzną, stał się 

prymitywną bestią, próbującą ukryć się za pozorami ucywilizowania. Jakby to 
mogło uchronić go przed jego prawdziwą naturą.

- Byłaś niewinna w sensie fizycznym, a ja ci to zabrałem.

- Ach. A więc również jesteś złodziejem. - Uśmiechnęła się szeroko. - No 

cóż, kto z kim przestaje, takim się staje.

- Nie jestem złodziejem, ale ty jesteś i nie mogę pozwolić ci rozsiewać 

zbrodni po świecie.

- Więc poświęcasz się, biorąc mnie do swojego łoża. - Słowa piekły jej 

usta. - Jesteś bardzo szlachetny.

- Masz dobre serce. Potrzebujesz mężczyzny, który będzie cię pilnował.

Jego?   Chyba   żartuje!   Jedną   ręką   wygładziła   koszulę   na   piersiach, 

brzuchu, udach, ukazując mu swoją figurę i kusząc go.

- Jesteś pewien swoich motywów? Jesteś pewien, że nie chcesz się ze mną 

ożenić, ponieważ… mnie pragniesz?

- Nie. Nie jestem pewien. - Jego głos drżał z pożądania. - Pragnę cię.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Będę cię miał na oku. Dopilnuję, żebyś była porządna. Będziesz chodzić 

w ciąży. - Wyprostował się. - Pewnie już jesteś w ciąży.

background image

Jej uśmiech zbladł.

- Rozmawiałam z Terry i to mało prawdopodobne. Powiedziała, że to nie 

ten czas w miesiącu.

- Zatrzymam cię tutaj i zobaczymy. W tym czasie będziesz tak zajęta, że 

nie będziesz miała kiedy ulegać słabości do złodziejstwa.

Ogarnęła ją wściekłość.

- Drań. Cholerny drań! - rzuciła w niego szczotką. - Jak śmiesz? Jak…

Uchylił się, a potem rzucił się na nią. Chwycił ją w talii i rzucił na łóżko.

Tłamszony przez ostatnie dni gniew wybuchł z pełną siłą. Okładała go na 

ślepo pięściami, uderzając w głowę, piersi, ramiona. Kilka razy trafiła celnie, 
zanim chwycił jej ręce i przytrzymał nad głową. Przygniatał ją swoim ciężarem, 
a ona chciała zerwać się i… nie, nie uciec. Nic tak inteligentnego. Chciała go 
kopnąć.

- Złaź ze mnie, ty rozpalony… nadęty… głupi… buhaju.

Nie podniósł się. Lekko ugryzł ją w szyję. Krzyknęła i zaczęła wić się pod 

jego ciężarem. Nienawidziła go całym sercem.

Przytrzymywał ją swoim ciałem, dopóki nie opadła z sił i przestała z nim 

walczyć.   Wtedy   polizał   miejsce   ugryzienia.   Sapnęła.   Zmęczona   walką,   jego 
ciężarem.

- Nie wyszłabym za ciebie, nawet gdyby królowa Wiktoria zaoferowała 

mi cię na srebrnej tacy.

Uniósł się na rękach.

Nie ugryzł jej za karę. Znaczył ją. Chciał sprawić, żeby poczuła to, co on 

czuł, czyli… - gniew.

- Chcesz, żebym była zła. Nie obchodzi cię, że doprowadzasz mnie do 

wściekłości.

- Dlaczego miałoby mnie to obchodzić? Podoba mi się to. - Oddychał 

ciężko. - To coś, kochanie, co nas łączy.

Zwinęła uwięzione dłonie w pięści i wbiła sobie paznokcie w skórę.

- Nic nas nie łączy, pamiętasz? Ja jestem ulicznym śmieciem, złodziejką, 

a ty cholernym pułkownikiem w armii jej królewskiej mości. Dowódcą, który w 
całym swoim życiu nie splamił swojego honoru.

background image

Roześmiał się donośnie.

- Pamiętam jedną rzecz, która nas łączy. - Wziął obie jej dłonie w jedną 

rękę.

Wiedziała, co zamierzał zrobić. Rozpoznawała jego zamiary i spróbowała 

się od niego odsunąć.

Wyciągnął nóż z kieszeni i otworzył go. Zaschło jej w gardle.

- Nie ruszaj się - szepnął. Wsuwając ostrze pod jej dekolt, rozciął koszulę.

Materiał ustąpił, a on przesunął dłonią po jej piersiach. Kosmyki czarnych 

włosów spadały mu na czoło. Świece nadawały jego skórze złoty kolor. Miał 
mocno   zarysowaną   szczękę,   ale   jego   usta…   gdy   przesuwał   dłonią   po   jej 
piersiach, jego usta wykrzywiły się w lubieżnym uśmiechu, którego nigdy nie 
spodziewała się - nigdy nie chciała - ujrzeć na jego twarzy.

Jaką   była  idiotką,   kochając  go.  Jak   gorąca   i  namiętna  była  ta  miłość. 

Usiadł i rozciął materiał koszuli do wysokości kolan.

- Co robisz? - wrzasnęła. - Oszalałeś?

- Chcę się pozbyć koszuli nocnej. Chcę się pozbyć szlafroka. Chcę, żebyś 

była naga i bezbronna. To jedyny sposób, żeby cię okiełznać, Samantho. Gdyby 
to ode mnie zależało, uwięziłbym cię w wieży i trzymał tam.

W jego głosie było tyle emocji i szczerości, że poczuła w żołądku rosnącą 

kulę strachu. Ale wyśmiała go.

- Wykradłabym sobie wolność.

Zamknął oczy. Gdy je otworzył, na jego twarzy ponownie pojawił się 

uśmiech. Teatralnym ruchem zamknął nóż i schował go do kieszeni. Wolną ręką 
rozpiął   spodnie.   Z  szeroko   otwartymi   oczami   obserwowała,   jak   się   obnażył. 
Powoli wsunął kolano między jej nogi. Usiłowała trzymać uda razem. Rozchylił 
je. Pochylając się do jej ucha, wymamrotał:

- Rozumiesz bezwzględność?

Nie zrobiłby tego… Zrobiłby? Wiedziała, że nie zrobiłby, ale wiedziała 

również, że nie rozciąłby jej nocnej koszuli, ani nie przygniatałby jej swoim 
ciężarem, ani nie trzymał za nadgarstki.

Tak naprawdę go nie znała. Wcale go nie znała.

- Nigdy ci tego nie wybaczę - odparła.

- Czego? - Pocałował ją w usta. - Tego, że dzięki mnie to polubiłaś? - 

background image

Pocałował   jej   brew,   powiekę,   policzki.   Przesunął   językiem   po   małżowinie 
usznej.

I  uświadomiła   sobie,   o   co   mu   chodziło.   Mógł   trzymać   jej   nadgarstki, 

mogły spoczywać nieruchomo na łóżku. Niechęć i ból mogły zżerać ich oboje. 
Jednak   między   nimi   płonął   ogień,   którego   nic   nie   było   w   stanie   ugasić.   Z 
jakiegoś powodu przybyła do niego jako dziewica. Z jakiegoś powodu żył w 
celibacie od czasu śmierci swej żony. Czekali na siebie. Czekali na żar, który ich 
ogarnął. Nic nie mogło tego powstrzymać. Bez względu na to, jak bardzo się 
ranili, pragnęli się nawzajem. Nic nie mogło tego zmienić.

Owionął ją jego zapach. Miękki materiał jego białej koszuli muskał jej 

piersi. Ocierał się o jej nogi udami, naśladując stosunek. Sprawiając, że pragnęła 
czegoś prawdziwego. Jego usta na jej skórze, jego dłonie przytrzymujące ją, 
jego kolano…

- Nie! - Odwróciła głowę i kopnęła go w nogę.

-   O   co   chodzi?   Za   bardzo   to   lubisz?   Czy   twoja   skóra   rumieni   się,   a 

lędźwie płoną? - Przesunął wargami wzdłuż jej podbródka, a potem po szyi. - 
Jeśli wsunę w ciebie swoje palce, wejdą bez żadnego oporu, ponieważ jesteś 
wilgotna z pożądania.

Wszystko, co powiedział, było prawdą, ale usłyszenie tego pogorszyło 

tylko sytuację.

- Muszę rozciąć twój szlafrok do końca - zażartował.

- Nie!

-   Nie,   masz   rację.   Lubię   cię   tak   trzymać.   Bezbronną,   czekającą   i 

zastanawiającą   się,   co   zrobię.   -  Spojrzał   na   nią,  a   jego   uśmiech   sprawił,   że 
poczuła   ucisk   w   żołądku.   -   Masz   takie   piękne   piersi.   Nie   miałem   szansy 
dokładnie ich obejrzeć ostatnim razem. Było ciemno, a ja byłem zdesperowany. 
Ale są takie, jak sobie wyobrażałem.

- Jest mi zimno.

Wiedział, że kłamie, ale przybrał zatroskany wyraz.

- Więc powinienem cię ogrzać. - Schylając głowę, wziął do ust jej sutek i 

zaczął go pieścić językiem.

Nie mogąc się powstrzymać, zamknęła oczy. Wygięła się i zacisnęła nogi 

wokół jego kolana.

Jego pieszczoty stawały się coraz mocniejsze. Spędzili razem tylko jedną 

noc. Skąd wiedział tak dobrze, jak ją podniecić? Skąd wiedział, że powinien 

background image

przesunąć policzkiem po jej piersi, a później delikatnie gryźć jej dolną wargę? 
Otworzyła usta i westchnęła, a on wykorzystał to i wsunął język.

Uniosła   się,   aby   być   jak   najbliżej   niego.   Całował   ją   tak   długo,   aż 

pomyślała, że nawet jeśli udałoby się jej teraz uciec, na zawsze zapamiętałaby, 
jak smakował. Wtedy szepnął:

- Samantho.

Uniosła powieki i zobaczyła, że się w nią wpatruje.

- Nie wstawaj. Nie ruszaj się. Zostań tam, gdzie jesteś albo nie wstaniesz 

z tego łóżka, dopóki wikary nie przyjdzie dać nam ślubu. Rozumiesz?

Nie spuszczając z niego wzroku, pokiwała głową. Jednak nie uwierzył jej 

i choć wypuścił jej nadgarstki, to czekał w napięciu, żeby ponownie ją złapać, 
jeśli zrobi jakiś ruch. Duma wymagała, zęby jeszcze raz spróbowała uciec. Ale 
duma   była   głupim   doradcą,   a   ona   nie   była   głupia.   Była   praktyczna.   Była 
złodziejką z East Endu w Londynie.

Nie miała szans. Był większy i prawdopodobnie szybszy. A co więcej, 

chciała tego. Nie tak, jak on tego chciał, ale jako czułe pożegnanie. A także 
dlatego, że nie mogła inaczej. Zbyt mocno go kochała, żeby mu odmówić albo 
odmówić sobie.

Zerwał z siebie koszulę. Opuścił spodnie.

Już złamał jej serce. Cóż więcej mógłby zrobić?

Położył delikatnie dłonie na jej kostkach i gładził łydki oraz wewnętrzną 

stronę ud. Potem położył sobie jej nogi na ramionach.

- Co robisz? - Spróbowała się uwolnić. Wzmocnił uścisk i roześmiał się.

- To, co widzisz.

Zanurkował głową między jej nogi i poczuła ciepły oddech na wzgórku 

łonowym.

Uświadomiła   sobie,   że   widzi   ją.   Tam.   Między   nogami.   Światło   świec 

oświetlało to, czego oświecać nie powinno. A on zamierzał… pocałować ją? 
Tam, gdzie skupił się jej ból i pożądanie?

Nie mogła tego znieść. Nie mogła. Próbując uciec, odwróciła się na bok. 

Znowu się roześmiał i wsunął w nią język. Tym razem obróciła się nie po to, by 
uciec,   lecz   z   podniecenia.   Było   to   jak…   najgłębszy   pocałunek,   największy 
stopień intymności. Wszystkie jej tajemnice były dla niego oczywiste; nie mogła 
niczego przed nim ukryć.

background image

Chwyciła   prześcieradło   i   zacisnęła   na   nim   dłonie.   Niemal   nie   mogła 

znieść płonącego w niej pożądania. Doprowadzał ją do orgazmu, bezwzględny 
w   swym   postanowieniu,   by   ją   posiąść,   by   uświadomić   jej,   że   byli   sobie 
przeznaczeni.

I uświadomiła to sobie. Tak samo, jak uświadamiała sobie, że ich historia 

zakończy się tragicznie.

Jednak nie skończy się dziś w nocy.

Ssał ją, doprowadzając niemal do krawędzi rozkoszy. Wsunął w nią palec. 

I stało się. Zacisnęła mięśnie. Z jej ust wydobył się krzyk. Unosiła biodra i 
wszedł w nią.

Była wilgotna i śliska,  tak pragnąca poczuć go w sobie, że bez trudu 

znalazł się w niej cały. Był gorący i twardy, poruszał się w niej przez cały czas, 
nie pozwalając jej odpocząć. Nie panowała nad sobą.

- Błagam - wyszeptała. - Błagam, Williamie. - Jednak nie wiedziała, o co 

błaga.

Może błagała o jego miłość.

Poruszał   się   najpierw   powoli,   a   później   szybciej.   Głęboko,   a   później 

ledwie się w nią zanurzał. Drażnił ją swymi ruchami, przytrzymując jej nogę na 
swoim ramieniu, a wolną ręką pieszcząc ją tam, gdzie miał na to ochotę - po 
piersiach, brzuchu, między nogami. Kwiliła i jęczała, gdy ogarniało ją coraz 
większe wyczerpanie po kolejnym orgazmie, a jednak on nie przestawał się w 
niej   poruszać   i   ona   nie   przestawała   reagować.   Jakby   osłabiał   jej   obronę,   a 
jednocześnie wzmacniał więź między nimi.

Poruszał   się   coraz   szybciej.   Opuścił   jej   nogę   na   łóżko   i   przygniótł 

Samanthę swoim ciężarem.

- Spójrz na mnie.

Ledwie mogła go zrozumieć. Wziął jej twarz w dłonie.

- Spójrz na mnie.

Z trudem uniosła powieki - i spojrzała prosto w otchłań jego namiętności. 

Ten mężczyzna, silny, o miłej powierzchowności był w rzeczywistości dzikim 
barbarzyńcą. Wyraził swoje żądanie i nie przyjmował odmowy.

- Jesteś moja - powiedział. - Moja.

background image

Rozdział 27

Samantha obudziła się o brzasku. Ogień w kominku zgasł, nie miała na 

sobie niczego, a jednak było jej ciepło, gdy przytuliła się do pleców Williama. 
Trzymała   w   swoich   ramionach   nagiego   mężczyznę.   Cudownie   nagiego 
mężczyznę.

W   nocy   jasno   pokazał,   o   co   mu   chodzi.   Teraz   była   jej   kolej. 

Wykorzystując   doświadczenie,   które   nabyła   w   ciągu   ostatnich   dwóch   dni, 
pokaże mu swoją miłość i pokaże mu, za czym będzie tęsknił przez te długie 
lata, kiedy  nie  będą razem.   Wiedziała,  że  nie wynagrodzi  jej to  bólu, który 
będzie odczuwać.

Jedna jej ręka spoczywała na jego ramieniu.  Drugą obejmowała  go w 

pasie, a jej dłoń… uśmiechnęła się. Jej dłoń była w bardzo dogodnym miejscu.

Delikatnie  pogładziła  włosy  na  jego  piersiach,  zachwycając  się  rzeźbą 

mięśni. Palcami przesunęła po linii żeber i uśmiechnęła się, gdy wziął głęboki 
oddech. Czy już się obudził? Nie przypuszczała. Zsunęła dłoń w dół brzucha. 
Tam znalazła to, czego szukała.

Być może on nadal spał, ale niektóre części jego ciała się budziły. Znowu 

się uśmiechnęła. Nie miała pojęcia, jak zadowolić mężczyznę, ale wiedziała, jak 
zadowolić Williama. Wszystko, co robiła z jego ciałem, zadowalało go.

Tylko w innych rzeczach miał do niej pretensje.

W jej uśmiechu pojawiła się gorycz. Dla niej właśnie te inne rzeczy miały 

znaczenie. Dla niego kiedyś też będą miały. Więc opuści go i będzie wiodła 
życie pozbawione pełni, zmysłowości i miłości.

Ale odzyska swoją dumę.

Prychnęła cicho. Duma była kiepskim towarzyszem w zimne noce, ale jak 

spędzić   resztę   życia,   wiedząc,   że   mąż   obserwuje   ją   i   podejrzewa   o   upadek 
moralny,   co   mogło   oznaczać   romanse,   zdradę…   morderstwo?   Jeśli   William 
popuści wodze fantazji, będzie ją już zawsze podejrzewał.

Miała   więc   ten   ranek,   by   go   skosztować,   pieścić   i   pozostawić   mu 

wspomnienia.

Wzięła go w dłoń. A potem zaczęła go głaskać.

- Dobry Boże, Samantho - William był zaspany i odurzony.

background image

Uniosła   się   na   łokciu  i   pocałowała   go  w   ramię.   Odwrócił  się   do   niej 

twarzą. Ku jej zaskoczeniu jego oczy były przytomne. Czy nie spał cały ten 
czas? A może w taki sposób budził się łowca szpiegów i żołnierz? Nie miało to 
znaczenia.

- Jestem ci to winna - powiedziała. 

Wyciągnął dłonie, by ją objąć.

- Nie. - Odepchnęła go. - Teraz moja kolej. 

Jeszcze raz próbował ją objąć.

- Moja kolej - powtórzyła zdecydowanie. 

Przymknął powieki.

- Będę tego żałował.

- Och, tak. Taki jest mój plan. - Głaskała go po piersiach i obserwowała 

jego twarz, sycąc oczy jego cudownymi rysami, kolorem oczu, ustami, które 
dały jej tyle rozkoszy. Będzie miała w pamięci wszystko, co go dotyczyło, ale 
najbardziej   zapamięta   wyraz   jego   twarzy   w   tej   chwili,   pełen   oczekiwania   i 
lekkiego niepokoju.

- Już żałuję, jeśli to ma jakieś znaczenie. 

Uśmiechnęła się, słysząc jego słowa.

- Żadnego - odparła. 

Zza gór wschodziło słońce.

Przerzuciła włosy przez ramię i połaskotała go w szyję. Zacisnął dłonie na 

jej ramionach i zaczął je masować.

- Nie musisz nic robić - wymruczała.

- Jeśli nic nie będę robił, to natychmiast cię posiądę.

- Nie możemy. - Przesuwała włosami po jego twarzy. Był taki piękny… 

ale   to   było   nieodpowiednie   słowo.   Nie   piękny,   ale   niedostępny.   Kości 
policzkowe nadawały jego twarzy wyraz onieśmielającej siły.

Zaczęła   pieścić   językiem   jego   uszy.   Zacisnął   mocniej   palce   na   jej 

ramionach i jęknął. Oparła czoło o jego czoło.

- Odkryłam coś, co lubisz.

- Wszystko, co mi robisz.

background image

Nie mogła oderwać oczu od jego ust. Stworzonych wyłącznie po to, by 

dawać jej rozkosz. Powoli pochyliła głowę, a on delikatnie przesunął językiem 
po jej górnej wardze. Zaczęli się całować, jak ludzie spragnieni namiętności… 
miłości… Jak ona go kochała! Łapczywie zanurzała się w jego pocałunkach. 
Leżał   pod   nią   nieruchomo,   pozwalając   się   pieścić.   Zniewolony   na   własne 
życzenie. Uwielbiała to. Silny mężczyzna był na jej łasce. Wbijała paznokcie w 
jego skórę i czuła, jak brakuje mu tchu. Wiedziała, że pod prześcieradłem czeka 
na nią nagroda. Nic nie mogło zepsuć ich ostatniej wspólnej chwili… szybko 
wytarła łzę z jego piersi.

Z wrażliwością, o którą go nie podejrzewała, wypowiedział pytająco jej 

imię:

- Samantho? 

Spróbował unieść jej brodę.

Odsunęła się, pochylając głowę niżej i próbując odwrócić jego uwagę 

pocałunkami. Przesunęła dłonią po jego biodrach i udzie.

Wziął w dłonie jej piersi.

Odsunęła jego ręce.

- Powiedziałam ci. Ja to robię. Uczę się na pamięć twojego ciała. Sycę się 

rozkoszą. Robię dobrze i jestem pewna, że nigdy mnie nie zapomnisz. Ani ja 
ciebie.

- Jeśli chcesz, żebym trzymał ręce przy sobie, to musisz mnie związać.

Uniosła brew.

- To jest myśl. - Nawet bardzo dobra, tym bardziej, że wiedziała, iż będzie 

próbował ją zatrzymać. A ona nie umiała mu się oprzeć.

Wzięła jego ręce i oplotła wokół zagłówka.

- Wyobraź sobie, że jesteś związany. To powinno pomóc.

- Wątpię - mruknął. - Samantho, posłuchaj mnie… Gdy się z tobą ożenię, 

będziesz damą. Jesteś damą, ponieważ…

Dotknęła ustami jego penisa.

Miał napięte mięśnie i zbielałe kłykcie. Wreszcie udało się jej odwrócić 

jego uwagę.

Przywarła do jego ciała, całując go niespiesznie i ocierając się o niego jak 

kot. Nagle przestała.

background image

- Co się stało? - spytał chrapliwie.

- Nie bardzo wiem, co mam robić.

- Pokazałbym ci, ale nie wolno mi ruszać rękami. 

Zwęziła oczy. Czyżby się z niej naigrawał?

- Poradzę sobie.

Leżała   obok   niego.   Wystarczyło   tylko   przełożyć   przez   niego   nogę   i 

posiąść   go.   Nie   wyglądało   na   to,   że   mu   się   śpieszy.   Uśmiechnęła   się 
nieznacznie.   Dlaczego   ona   miałaby   się   śpieszyć?   No,   może   dlatego,   że   nie 
otworzył się dla niej. Nie był tak bezbronny, jak ona. A jednak nawet ostatniej 
nocy, gdy owładnął nim gniew i frustracja, nie skrzywdził jej. Nigdy by jej nie 
skrzywdził. Była tego pewna, tak samo jak tego, że zawsze będzie go kochać.

Nie   zwlekając   dłużej,   usiadła   na   nim   okrakiem.   Jego   ręce   nadal 

spoczywały na zagłówku, jego brzuch poruszał się przy każdym oddechu.

Przycisnęła się do jego bioder, ale nie pozwoliła mu w siebie wejść.

- Jeszcze nie, jeszcze nie. - Cudownie było ocierać się o niego, czuć nad 

nim władzę, widzieć, jak się pod nią wije. Delikatnie przesunęła paznokciami po 
jego   piersi.   Pochyliła   się,   pocałowała   go   w   usta   i   wyszeptała:   -   Jesteś   taki 
cudowny   jak   podarunek,   który   rozpakowałam,   ale   jeszcze   się   nim   nie 
nacieszyłam.

Poruszył biodrami.

- Naciesz się.

Poczuła falę podniecenia, z którym nie umiała  walczyć. Zdecydowana 

przejąć kontrolę, powiedziała:

- Nie ruszaj się. To ja mam władzę. 

Roześmiał się chrapliwie.

- Władzę? Nie masz władzy. Ja nie mam władzy. Jesteśmy zdani na łaskę 

naszej namiętności. - Znowu się zaśmiał. Spojrzał jej w oczy i uniósł rękę z 
zagłówka. Powoli dotknął jej ud i bioder…

Jej ciało poddało się podnieceniu. Miał rację. Ogarnęła ich namiętność, 

która zmieniła ich życie na zawsze.

Uniósł ją lekko i odnalazł wilgotne, ciepłe wejście do jej ciała. Zatrzymali 

się, sycąc się oczekiwaniem.

background image

Oczekiwanie było rozkoszą.

Powoli   wsuwał   się   w   nią,   a   ona   nigdy   w   życiu   nie   czuła   się   tak 

szczęśliwa.   Przyjmowała   go   w   siebie   niespiesznie.   Szybko   odsunęła   się   od 
niego, ale chwyci! ją za biodra i wszedł w nią ponownie. Poruszała się szybciej, 
a materac uginał się pod jej kolanami. Uwielbiała to; zapach, odgłosy, ciepło, 
bliskość.

Pochyliła się nad nim.

- Jestem twoja.

- Tak! - W jego oczach pojawił się błysk triumfu. 

Przyciągnęła go do siebie.

- A ty jesteś mój.

- Nie.

- Och, tak.

Kocham cię. Kocham cię.

- Nigdy mnie nie opuszczaj. Kocham cię.

Głowa opadła mu na poduszkę. Przycisnął Samanthę do siebie. Poruszał 

rytmicznie biodrami i wypełnił ją ciepłem. Sobą.

background image

Rozdział 28

Gdy   William   zasnął,   Samantha   wysunęła   się   z   łóżka.   Zeszłej   nocy 

Clarinda przygotowała jej suknię podróżną; Samantha chwyciła ją i na palcach 
przeszła   do   salonu.   Stał   tam   jej   spakowany   kufer,   gotowy   do   zabrania.   Jak 
również   jej   rękawiczki,   kapelusz   i   płaszcz.   Ubierając   się,   omiotła   pokój 
wzrokiem, szukając czegoś, czego zapomniała spakować, ale nic nie znalazła. 
Nie zostawiła żadnego śladu, w miejscu, w którym odkryła niebo i zstąpiła do 
piekła. Tak chyba było lepiej, ale… wyciągnęła z torby nóż i uklękła obok stołu, 
gdzie   William   dał   jej   tyle   miłości.   Pod   spodem   wycięła   inicjały   swoje   i 
Williama i otoczyła je sercem.

Naprawdę głupie. Nikt tego nigdy nie zobaczy. Ale ona będzie wiedziała, 

że tu jest, zawsze, i chciała, żeby coś w jej miłości było na zawsze.

A   raczej…   w   jej   namiętności.   William   miał   rację.   To   wyjaśniało, 

dlaczego mężczyzna taki jak on chciał ożenić się z kobietą, którą pogardzał. 
Dlaczego kobieta taka jak ona uwodziła oschłego i wyniosłego mężczyznę.

Wyglądając   przez   okno,   dostrzegła   sześć   dziewczynek   w 

ciemnoniebieskich sukienkach do kostek, z włosami zaplecionymi w warkocze i 
w wypastowanych butach. Emmeline miała tylko jedną rękawiczkę. Kapelusz 
Vivian zwisał jej na plecach. Wszystkie jakby trochę śpiące stały i wpatrywały 
się w mały domek, czekając na… no cóż, nie sądziła, że uda się jej wyjechać 
bez rozmowy z nimi.

Z ciężkim sercem wyszła na zewnątrz i podeszła do dzieci.

- Dziewczynki. - Wyciągnęła ramiona. 

Wpatrywały się w nią oskarżycielskim wzrokiem.

- Gospodyni powiedziała, że pani wyjeżdża - odezwała się Agnes. - To 

prawda?

Wtedy Emmeline nie wytrzymała i podbiegła do niej i objęła ją, a za nią 

pozostałe dziewczynki.

-   Panno   Prendregast,   panno   Prendregast,   proszę   nas   nie   opuszczać   - 

błagalnym tonem powiedziała Henrietta.

- Tak, panno Prendregast, będziemy grzeczne - dodała Emmeline.

Poważnym tonem, nie pasującym do dziecinnej buzi, Agnes oznajmiła:

background image

-   Panno   Prendregast,   jest   pani   naszą   najlepszą   guwernantką   i   moją 

najlepszą   przyjaciółką.   Proszę,   proszę,   czy   nie   może   pani   znaleźć   jakiegoś 
sposobu, żeby zostać?

Serce   Samanthy   pękało   z   bólu,   chociaż   nie   sądziła,   że   może   jeszcze 

bardziej cierpieć. Wzięła najmniejsze dziewczynki za ręce.

- Chodźmy na spacer.

- To znaczy nie - wyszeptała Kyla.

Poszły przez wilgotną trawę, zostawiając ślady stóp. Samantha wiedziała, 

że musi coś powiedzieć. Coś mądrego. Musiała powiedzieć coś właściwego.

Ale   obawiała   się,   że   jest   tylko   jedna   właściwa   rzecz,   którą   mogła 

powiedzieć, i miała tylko jedną szansę, by to zrobić.

- Czy  wiedzie, dlaczego wyjeżdżam?  Czy pani Shelbourn powiedziała 

wam o tym?

Dziewczynki potrząsnęły głowami.

- Ponieważ za młodu byłam złodziejką. 

Dzieci aż sapnęły.

- Och, tak. Byłam największą grzesznicą. Okradałam ludzi z ich pieniędzy 

i różnych rzeczy. Rozcinałam torebki. - Zatrzymała się i spojrzała na każdą z 
dziewczynek. Stały zaszokowane, z szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, co 
powiedzieć i zrobić. - Byłam w tym dobra i byłam sławna. Bogaci przechwalali 
się,   że   to   właśnie   ja   ich   ograbiłam.   Nawet   ci,   których   nie   okradłam.   Ale 
pewnego dnia przecięłam niewłaściwą torebkę i właścicielka tej torebki złapała 
mnie.   Lady   Bucknełl   pokazała   mi,   że   źle   postępowałam.   Zmieniłam   się.   - 
Samantha przełknęła ślinę. To była najgorsza część opowieści. Ta, która raniła. 
-Ale jeśli przylgnie do ciebie zła sława, pozostanie z tobą na zawsze. Gdy ludzie 
dowiadują się, że kiedyś byłam złodziejką, myślą, że nadal nią jestem. Jeśli coś 
zostaje skradzione, a ja jestem w pobliżu, winią mnie za to.

- Czy wzięła pani portret mojej mamy? - Vivian oskarżyła ją wyrazem 

twarzy i słowami.

Samantha   zadrżała   zraniona,   choć   nie   sądziła,   że   można   ją   jeszcze 

bardziej zranić.

- Nie, nie wzięła! - Mara uderzyła Vivian. 

Samantha cofnęła się, aż doszła do ławki i usiadła.

- Widzicie? Vivian już mnie podejrzewa. - Spojrzała na swoje rękawiczki, 

background image

a potem na dziewczynki. - Nie, Vivian, nie wzięłam, ale twój tata myśli, że to 
zrobiłam.

- Myślałam, że zeszłej nocy pomogła mu pani złapać tę niedobrą panią - 

powiedziała Mara. - Czy tata nie lubi pani przez to bardziej?

-  Pomogłam, ale to pogorszyło tylko jego opinię na mój temat. Użyłam 

swoich złodziejskich umiejętności,  by mu  pomóc,  i udowodniłam,  że jestem 
złodziejką. Byłabym potępiona bez względu na to, co bym zrobiła.

- Kto zabrał portret mamy? - spytała Agnes. - Gdyby udało nam się to 

odkryć, mogłaby pani zostać.

Samantha musiała uważać na słowa.

- Nie wiem, kto zabrał portret waszej mamy, ale nawet gdybym wiedziała, 

nie powiedziałabym. Widzicie, wasz tata ma o mnie jak najgorsze zdanie i nie 
będę czekać, aż zostanę ponownie oskarżona.

-   Panno   Prendregast,   przepraszam   -   Vivian   podbiegła   do   niej,   usiadła 

obok i objęła ją. - Nie powinnam pani obwiniać.

-  Wszystko   w  porządku.   -  Samantha   pogładziła   ją   po  włosach.   -  Inni 

ludzie też się pomylili.

- Chciałyśmy, żeby została pani naszą mamą - odezwała się Agnes.

O Boże.

- Bardzo chciałabym zostać waszą mamą, ale dobrze wiecie i ja to wiem, 

że   dawna   złodziejka,   guwernantka   i   kobieta   znikąd   nie   może   wyjść   za 
człowieka, który jest tak ważną osobą, jak wasz ojciec.

- Mogłaby pani. - Oczy Emmeline pojaśniały.

- Poza tym moja obecność nie byłaby dobra, gdy przyjdzie czas waszego 

debiutu w towarzystwie.

Agnes zacisnęła pięści.

- Niechby tylko ktoś spróbował powiedzieć coś złego o pani.

- Tata jest w pani zakochany - powiedziała Henrietta.

Samantha przestała oddychać. Czy dlatego nalegał, by została? Ponieważ 

wydawało mu  się, że jest w niej zakochany? A może  dlatego, że zabrał jej 
dziewictwo i w głębi duszy uważał, że musi postąpić właściwie?

- Może  tak mu  się  wydaje. Niedługo mu  przejdzie. - Zmusiła  się, by 

background image

powiedzieć: - Mężczyznom zawsze przechodzi.

- To niesprawiedliwe - pisnęła Kyla. 

Samantha poczuła, że na jej ustach pojawił się uśmiech.

- Takie jest życie, kochanie. Musicie o jednym pamiętać - jeśli robicie coś 

złego, przestańcie i naprawcie to.

- Jesteśmy tylko dziećmi. - Mara uniosła brodę. - Skąd mamy wiedzieć, że 

coś jest złe?

- Jeśli czujecie ucisk w żołądku i czekacie z lękiem, aż ktoś się dowie, to 

oznacza,   że   robicie   coś   złego.   Jeśli   się   ukrywacie   i   boicie,   że   zdradzi   was 
światło dnia, wtedy robicie coś złego. Jeśli kogoś ranicie, robicie coś złego. - 
Samantha wstała, podeszła do Mary i dotknęła jej podbródka. - Maro, słuchaj 
swego serca, a wszystko będzie dobrze. - Wystarczy. Była niebezpiecznie blisko 
wykładu.   -   A   teraz   muszę   już   iść.   Nigdy   was   nie   zapomnę.   Na   zawsze 
pozostaniecie   w   moim   sercu.   -   Przytuliła   każdą   z   nich,   próbując   każdej 
powiedzieć coś wyjątkowego, ale nie znalazła odpowiednich słów. Może nie 
była stworzona do tego, by być guwernantką. Może lepiej, że wyjeżdżała.

Zostawiła grupkę dzieci, które miały w swoich rękach jej skołatane serce.

Gdy weszła do domku, dostrzegła, że w salonie nie ma jej kufra.

Zły znak.

William stał w sypialni i przyglądał się dziurze w prześcieradle, którą 

zrobił w nocy butami.

- Służba będzie miała o czym plotkować - powiedziała.

Spojrzał na nią całkowicie opanowany i chociaż miał miły wyraz twarzy, 

w jego oczach iskrzyła wrogość. 

- Dlaczego masz na sobie kapelusz i rękawiczki? Chyba nie planowałaś 

odwiedzin o tak wczesnej porze? Musimy zaplanować nasz ślub.

Miała ochotę się rozpłakać.

Miała ochotę dać upust wściekłości.

Pozwoliła sobie tylko na to drugie.

- Wyjeżdżam, tak jak planowałam. Wracam do Akademii Guwernantek, a 

gdy   tam   dotrę,   zamierzam   powiedzieć   lady   Bucknell,   że   nie   nadaję   się   na 
guwernantkę.   Bardziej   się   sprawdzę   jako   towarzyszka   starszej   kobiety, 
dyrektorka szkoły albo na jakimkolwiek innym stanowisku, na którym nie będę 

background image

miała kontaktu z mężczyznami.

Podszedł do niej tak szybko, że cofnęła się i uderzyła o drzwi.

- Zdaje mi się, że będę musiał napisać do lady Bucknell, iż nie powinnaś 

zajmować żadnego stanowiska, na którym będziesz mieć dostęp do pieniędzy i 
rzeczy innych ludzi.

Jego oskarżenie zaparło jej dech w piersiach. Ależ była idiotką, sądząc, że 

po tak wspaniałej nocy on dostrzeże jej prawdziwe oblicze. Najwyraźniej taksie 
nie stało, ponieważ nie tylko nadal uważał ją za złodziejkę, ale wierzył, że z nim 
zostanie.

-  Tak,  a   dzięki  tobie   i  ostatniemu   mężczyźnie,   który   zapałał   do  mnie 

nienawiścią,   nie   będę   mogła   znaleźć   pracy   w   całej   Anglii.   -   Wzruszyła 
ramionami. - Wyjadę z kraju.

- Nie możesz tego zrobić. - Był spokojny, stanowczy i pewny siebie, jak 

bóstwo,  które  ogłasza  swój  werdykt.  -  Dlaczego  miałabyś  to robić?   Możesz 
zostać tutaj i być moją żoną, mając więcej majątku, niż udałoby ci się zdobyć 
jako guwernantka - lub złodziejka.

Nie powinien jej mówić, co ma robić. Utracił to prawo.

-   Ale   będzie   ci   brakowało   dreszczyku   emocji,   nielegalnych   uciech   i 

możliwości romansowania. Radość zniknie z twojego życia.

Postawił nogę na drewnianym krześle i oparł łokieć na kolanie.

- Możesz kraść moje rzeczy, jeśli zostaniesz. 

Spojrzała na niego.

- Jeśli wyjdę za ciebie, to wszystko i tak będzie moje. Nie mogę okradać 

siebie samej.

Przyjrzał   się   jej  uważnie.   Zbyt  uważnie   analizując   jej   reakcję,   widząc 

wszystko poza prawdą.

- Oddaj mi przynajmniej portret mojej żony. 

Zamknęła oczy,  by powstrzymać napływające do oczu łzy. Nie. Żadnych 

łez. Gniew był lepszy.

- Rzeczy twojej żony to niewielki dowód twojej wdzięczności za to, co 

zrobiłam z lady Featherstonebaugh.

Wstrzymał   oddech,   jakby   zdzieliła   go   batem.   Potem   chwycił   jej 

nadgarstek.

background image

- Czy to ojciec nauczył cię kraść?

- Tak, ale nie przejmuj się tym. Byłam w tym dobra i lubiłam to. Lubiłam 

dreszczyk emocji. Czasami nawet mi tego brakuje. - Zagryzła wargę. To była 
prawda, ale znaczyło również, że nie ukradła portretu jego żony. Jednak nie 
zamierzała tracić czasu na zapewnianie go o swojej niewinności, w co i tak by 
nie uwierzył.

- Głodowałaś, gdy nie udało ci się nic ukraść.

- To samo można powiedzieć o tysiącach złodziei, Williamie. Nie sil się 

teraz na współczucie. Będziesz sfrustrowany.

Stał tak blisko, że czuła ciepło jego ciała.

- Dzieci cię potrzebują.

- Dzieciom nic nie będzie. - To była prawda.

-   Ja   cię   potrzebuję.   -   Pogłaskał   opuszkami   palców   jej   policzek   i 

wypowiedział słowa, za które wczoraj mogłaby zabić. - Kocham cię.

Czy w to wierzył? Tak. Oczywiście, że wierzył. To był jedyny powód, dla 

którego jej się oświadczył. Myślał, że ją kocha - ale nie ufał jej.

Tym razem nie była w stanie powstrzymać łez.

-   Na   tym   właśnie   polega   miłość?   Na   zwątpieniu   przy   najmniejszych 

trudnościach? Na uczuciach bez zaufania? Na pustej namiętności? - Usiłował 
coś powiedzieć, ale zakryła mu usta dłonią. - Nie odpowiadaj. Na tym właśnie 
polega miłość. Widziałam to wiele razy i odrzucam ją. Nie chcę miłości, jaką mi 
oferujesz. - Odepchnęła jego rękę. - Zasługuję na coś lepszego.

Spojrzał na swoje palce, jakby go parzyły.

- Nie zniosę tego. To za bardzo boli.

- I dobrze. Twoim nędznym uczuciom daleko do moich.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się z bólem.

- O ile cierpisz tak bardzo, jak ja.

William siedział za biurkiem z pochylonymi ramionami, twarzą ukrytą w 

background image

dłoniach i zastanawiał się, jakim cudem wszystko tak szybko źle się potoczyło. 
Szaleńczo   się   zakochał.   Porzucił   swoją   moralność,   by   posiąść   Samanthę   na 
werandzie, przy dźwiękach muzyki, podczas gdy powinien zabawiać gości na 
balu.   Kobietę   z   nie   swojej   klasy,   o   nieznanym   pochodzeniu…   a   mimo   to 
całkowicie   pochłonęło   go   pożądanie.   Powinien   był   zażądać   informacji   o   jej 
rodzinie. Zbadać jej pochodzenie, wtedy nic takiego by się nie stało.

A mimo to… znowu jej pragnął. Teraz. Tutaj. Na biurku. Na podłodze. 

Na   kanapie.   Był   tak   opanowany   przez   pożądanie,   że   gotów   był   porzucić 
wszystko, w co wierzył, i wystawić swe dzieci na zgubny wpływ Samanthy, 
byle tylko ją mieć.

A ona go odrzuciła.

Warknął. Palił go wstyd i upokorzenie. Ta mała, zakłamana złodziejka 

rzuciła   mu   w   twarz   swoją   pogardę   i   odeszła   z   jego   życia.   Wyleczy   się, 
oczywiście. Zapomni o niej. Ale teraz czuł się tak, jakby każda cząstka jego 
ciała krwawiła. I nie mógł wyciszyć jeszcze czegoś, co najbardziej zatruwało 
jego spokój.

Wątpliwości.

A jeśli to nie ona ukradła jego rzeczy? A jeśli to duma kazała jej przyznać 

się do kradzieży, a tymczasem w jego domu jest inny złodziej, który zna jej 
niechlubną przeszłość i chce ich rozdzielić? Ale to nie mógł być nikt ze służby.

To były majaczenia cierpiącego mężczyzny. Samantha to zrobiła. Zrobiła 

to.

Nie uniósł nawet głowy, słysząc, że otworzyły się drzwi. Nie obchodziło 

go, kto przyszedł. Chciał, żeby zostawiono go w spokoju.

- Czego chcesz? - spytał.

- Mam raport z wybrzeża - powiedział Duncan.

- Wszystko dobrze poszło?

- Zależy, co rozumiesz przez dobrze. - Duncan stał w drzwiach, nie chcąc 

się zbliżać. Teraz nikt nie chciał być blisko Williama. - Statek zarzucił kotwicę 
w   zatoce.   Łódki   przypłynęły   po   pasażerów.   Pashenka   zrobił   to,   czego   się 
spodziewaliśmy. Wyrwał torebkę lady Featherstonebaugh, wskoczył do wody, 
wdrapał się na łódkę i kazał im odpłynąć. Featherstonebaugh ryczał jak osioł, 
gonił go i niemal dotarł do łódki. 

William uniósł głowę.

- Co znaczy niemal?

background image

Duncan był rozdarty między grozą a rozbawieniem.

- Lady Featherstonebaugh wyciągnęła pistolet i zastrzeliła go.

- Mój Boże! Nie żyje?

- Zdecydowanie. Nieprawdopodobny strzał, jak na kobietę i taką broń. - 

Duncan   zamrugał.   -   Wtedy   wkroczyliśmy,   ostrzelaliśmy   łódź,   a   Pashenka 
rozkazał   wiosłować   im   po   własne   życie.   Aresztowaliśmy   lady 
Featherstonebaugh, ale Williamie… ona sprawia wrażenie kompletnie szalonej. 
Rozmawiała z ludźmi, których tam nie było.

- Może sędzia się nad nią zlituje i wyśle ją do Bedlam.

- Jeśli można to nazwać litością. Wolałbym raczej zawisnąć.

- Więc wreszcie się skończyło. - Dziwnie było nie mieć nic do zrobienia, 

żadnej   misji   do   wykonania.   Pomścił   śmierć   Mary   i   myślał,   że   będzie   czuł 
radość, a zamiast tego czuł tylko ból.

Duncan przyglądał się Williamowi niemal ze współczuciem.

- Wszystko w porządku?

- Dam sobie radę.

- Wiem. Ale czy kiedykolwiek przyznasz, że popełniłeś błąd? - Duncan 

westchnął. - Nie odpowiadaj. Wyjeżdżam. Zabieram Teresę do domu. Ożenię 
się z nią.

William usiłował cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Cieszył się 

szczęściem swoich przyjaciół. Ale jednocześnie im zazdrościł. Wstał, obszedł 
biurko i podszedł do Duncana z wyciągniętą dłonią.

- Powodzenia. 

Uścisnęli sobie ręce.

William przypomniał sobie wszystkie wspólne miesiące, patrole, porażki i 

radości.

- Moje gratulacje - powiedział. - Teresa jest wspaniałą kobietą.

- Nie zasługuję na nią. Ale nie mów jej tego. 

I Duncan wyszedł.

William usłyszał, jak mówi:

- Dzień dobry, kruszynko. Idziesz do swojego taty?

background image

- Nn… nie - zająknął się dziecięcy głosik. 

Mara.

William   wiedział,   że   to   było   samolubne,   ale   cieszył   się,   że   nie   szła 

zobaczyć   się   z   nim.   Nie   chciał   tłumaczyć   dzieciom,   dlaczego   Samantha 
wyjechała.   Nie   miał   odpowiedzi,   ale   wiedział,   że   poniósł   klęskę   w 
najważniejszej misji swojego życia. Wrócił do biurka, opadł ciężko na krzesło i 
ponownie schował twarz w dłoniach.

Ale nie było mu pisane zaznać spokoju.

- Ojcze?

Szybko uniósł głowę.

Przed nim stała blada i przerażona Mara.

Nadał swojemu głosowi ciepły, ojcowski ton.

- Maro, czy to mogłoby poczekać? Jestem teraz bardzo zajęty.

Zerknęła na drzwi, jakby miała ochotę uciec. Potem potrząsnęła głową i 

szurając   nogami   podeszła   bliżej.   Powstrzymał   się   przed   skarceniem   jej   za 
zgarbione   plecy.   Jeśli   miał   być   sprawiedliwy   -   a   gdyby   Samantha   tu   była, 
nalegałaby na to - musiał przyznać, że sam nie był przykładem wojskowego 
zachowania. Mara stanęła po drugiej stronie biurka i wpatrywała się w niego 
szeroko otwartymi oczyma.

- O co chodzi, Maro? 

Piskliwym głosikiem zapytała:

- Czy ty płakałeś, tato?

- Nie. Nie płakałem.

Spojrzała w dół, włożyła rękę do kieszeni i wyciągnęła małą, złotą ramkę. 

Gdy podawała ją ojcu, drżała jej ręka.

Złapał ją za nadgarstek.

To był portret jego żony.

- Gdzie to znalazłaś?

- Nie znalazłam. Wzięłam go.

Puścił jej rękę. W głowie poczuł pustkę. Nie wiedział, co ma myśleć. Co 

powiedzieć.   Zerknął   na   portret,   spoczywający   na   drżącej   dłoni   córki.   Jego 

background image

własna córka. Jego krew.

Raz złodziej, zawsze złodziej. Czarne jest czarne, a białe jest białe i nie  

istnieją odcienie szarości.

Ledwo mógł mówić.

- Czy zabrałaś wszystkie rzeczy mamy?

Mara przytaknęła, a jej twarz stała się jeszcze bardziej blada. Nerwowo 

przełknęła ślinę. Co on narobił?

Wstał.

Mara cofnęła się, mała dziewczynka, która zebrała całą swoją odwagę, by 

stanąć przed ojcem i wyznać mu prawdę.

Powoli, by znowu jej nie przestraszyć, usiadł. Poklepał się po udzie.

- Chodź i opowiedz tacie o wszystkim.

background image

Rozdział 29

Powóz zjeżdżał z góry i na każdym zakręcie Samantha obijała się o ścianę 

powozu,   a   pozostali   pasażerowie   przygniatali   ją.   Gdy   powóz   znalazł   się 
ponownie   na   prostym   odcinku   drogi,   wracali   na   swoje   miejsca   i   czekali   ze 
smętnymi minami na kolejny zakręt. Osiem osób, cztery siedzące przodem do 
kierunku   jazdy   i   cztery   siedzące   tyłem.   Sześciu   mężczyzn   i   dwie   kobiety, 
stłoczonych w dusznym powozie z zamkniętymi oknami, by chronić się przed 
kurzem, nie mogło doczekać się dotarcia do Yorku.

Samantha wyjrzała przez okno, z całych sił usiłując wmówić sobie, że z 

radością opuszcza górzystą krainę. Nienawidziła wsi. Zawsze nienawidziła wsi i 
jej świeżego powietrza, falujących łąk i drapieżników czyhających na miejskie 
dziewczęta. Tak, nie mogła się doczekać, kiedy dotrze do Londynu, do jego 
hałasu, zapachu gnijących resztek i brudnej mgły, która wszystko pokrywała 
czarnym osadem.

Adorna nie będzie ucieszona jej widokiem…

- Prrr! - usłyszała okrzyk woźnicy. - Prrrrrr.

- Dlaczego stajemy? - Mieszczanin z Edynburga otworzył okno i wystawił 

głowę. - Ach, na drodze leży zwalone drzewo.

Samantha powstrzymała się, by nie skakać z radości. Drzewo opóźniało, 

było niedogodnością… ale dawało jej kilka chwil więcej tutaj, w Krainie Jezior. 
Stała na drodze i wpatrywała się w Devil's Fell, wodospady, skały… i płakała, 
ponieważ musiała wyjechać. Bez względu na to, co sobie mówiła, polubiła ten 
region. A raczej - ludzi, których tu spotkała.

- Stój i wykonuj polecenia! - Wołanie dochodziło zza drogi.

Stój i wykonuj polecenia? Samantha zmarszczyła brwi. I do tego drzewo 

na   drodze.   Z   pewnością   przypadek.   To   nie   był   głęboki   głos   Williama.   Nie 
pojechałby za nią. Nie po tym, co sobie powiedzieli. Dość jasno się wyraziła.

- Bandyci - zakrzyknęła kobieta w powozie. - Bandyci! Obrabują nas i 

zgwałcą.

- Panią pierwszą - mruknęła Samantha. Naprawdę musiała wziąć się w 

garść.

- Jest ich dużo. - Szkot pisnął zaskoczony. - Niektórzy są strasznie mali.

Mali? Co miał na myśli, mówiąc mali? Ale obawiała się, że wiedziała.

background image

- Jak dzieci? - spytała. 

Bandyci krzyknęli:

- Szukamy kobiety, wysokiej, szczupłej, pięknej. 

Zniżając głowę, Samantha wbiła się w siedzenie.

To był William i nigdy mu tego nie wybaczy. A jednak zarazem… miała 

ochotę się śmiać.

- Blondynka o włosach tak jasnych, jak światło księżyca. Oddajcie nam 

ją, a pozwolimy wam odjechać.

Wszyscy utkwili wzrok w Samancie.

- Ona nie jest piękna - oznajmiła kobieta - ale reszta pasuje do opisu.

Jeden z mężczyzn otworzył drzwi kopniakiem.

Wszyscy   w   powozie   wyciągnęli   ręce,   żeby   pomóc   Samancie   wyjść. 

Potknęła się i upadła jak kłoda na drogę.

- Hola, hola! - krzyknął woźnica do sześciu małych bandytów i jednego 

dużego   bandyty   z   chustkami   na   twarzach.   -   Nie   mogę   pozwolić,   żebyście 
poturbowali mojego pasażera. Będę miał złą opinię!

Najwyższe z dzieci krzyknęło:

- Przecież już ci zapłaciła. Co cię obchodzi, czy będzie poturbowana?

Agnes. Agnes brała udział w tej farsie. Samantha podniosła się z ziemi i 

dotarło do niej, że były tam wszystkie dziewczynki.

Dwójka najmniejszych bandytów siedziała na kucykach. Przyjechał po 

nią cały klan Gregorych. Chociaż dlaczego mieliby się fatygować…

Rzuciła szybkie spojrzenie na Williama.

Wyglądał tak samo, jak w nocy jej przybycia. Ubrany na czarno. Zbyt 

wysoki,   zbyt   barczysty.   Nierozsądny,   władczy   i…   te   oczy.   Te   błyszczące 
niebieskie oczy, które obserwowały, kpiły i pożądały. Jej.

Zarumieniła się, ale uniosła dumnie podbródek.

- Nie mogę wam pozwolić jej zabrać - zaprotestował woźnica. - Panna 

Prendregast jest moją pasażerką i muszę wykonać swój obowiązek.

Samantha   zobaczyła,   że   Vivian   kiwa   głową   do   najmniejszego   z 

bandytów. Kyla natychmiast zapiszczała:

background image

- To moja mama i tęsknię za nią. 

Woźnica spojrzał na Samanthę.

- Jezu, paniusiu, zostawiasz swoje dzieci?

- To nie moje dzieci - odparła sucho Samantha. Pasażerowie, zszokowani, 

wciągnęli głośno powietrze do płuc.

- Mamo, jak możesz tak mówić? - załkała Agnes. - Tęsknimy za tobą.

- Mamo! Mamo! Maaaamo! - Dziewczynki zaczęły się przekrzykiwać, 

jedne z rozpaczą, a inne z rozbawieniem w głosie.

William obserwował tę wzruszającą scenkę z ramionami skrzyżowanymi 

na piersiach. Samantha zignorowała go i rzuciła dzieciom karcące spojrzenie.

- Czegoś takiego mogłam się spodziewać po waszym ojcu, ale od was 

oczekuję bardziej stosownego zachowania.

Pasażerowie   wystawili   głowy   przez   okna   powozu   i   przysłuchiwali   się 

uważnie. Duża kobieta oznajmiła:

- To nie jest napad. To jest…

Zabrakło jej słów i wbiła wzrok w Samanthę.

- Ale panno Prendregast. - Emmeline zsunęła chustkę z twarzy. - Pani coś 

ukradła.

Samantha sapnęła oburzona i rzuciła Williamowi mordercze spojrzenie. 

Patrzył na nią bez emocji. Emmeline powiedziała:

- Ukradła pani moje serce.

- Moje serce też - odezwała się Kyla.

- Wszystkim nam ukradła pani serca. - Agnes zsiadła z konia, podeszła do 

Samanthy i wzięła ją za rękę. - Proszę, panno Prendregast, niech pani z nami 
zostanie.

Samantha   spojrzała   na   dziewczynki,   a   potem   na   Williama.   Zdjął 

rękawiczkę i dotknął palcami swojej piersi na wysokości serca.

Mrucząc z niechęcią, woźnica odwiązał kufer młodej pasażerki i rzucił go 

na pobocze. Drzewo zostało zabrane z drogi. Powóz ruszył, zostawiając za sobą 
tumany kurzu.

Pozostałe   dzieci   zsiadły   z   koni   i   zaczęły   podskakiwać.   Obejmowały 

Samanthę.

background image

- Nie byłyśmy dobre, panno Prendregast? Czy chciało się pani płakać? 

Nie cieszy się pani, że pani zostaje?

Przytulała je do siebie i śmiała się z ich błazeństw.

- Wystarczy, dziewczynki. - William zsiadł z konia i głośno klasnął w 

dłonie. - Dajcie nam kilka minut na osobności.

Dzieci spojrzały na siebie i zachichotały. A potem Agnes zaprowadziła je 

w stronę koni. Starsze pomogły młodszym wsiąść na konie. Samantha usiłowała 
je obserwować. Usiłowała ignorować Williama. Ale zmuszał ją do uwagi. Stał 
zbyt blisko i za szybko oddychał.

- Kochamy  panią, panno Prendregast - krzyknęły dzieci, odjeżdżając i 

zabierając ze sobą konia ojca.

Pomachała im niepewnie.

Promienie słońca pieściły jej policzki. Lekki wiaterek bawił się chustką 

na jego szyi.

- Więc… Znowu jesteśmy na drodze. - Wziął ją za rękę i delikatnie zdjął 

jej rękawiczkę. Ukłonił się i pocałował ją w dłoń. - Nareszcie sami.

Poczuła   na   ramionach   gęsią   skórkę.   Spróbowała   się   odsunąć,   ale   nie 

pozwolił jej na to.

- Dziękuję, że zgodziłaś się mnie wysłuchać. 

Już sobie coś wyobraził.

- Na nic się nie zgadzałam.

- Nie uciekłaś. A to już coś. To wystarczy. - Wskazał na leżący wśród 

drzew pień. - Czy pozwolisz, że usiądziemy, żeby porozmawiać?

Musiała z nim porozmawiać, ale wahała się. Wiedział dlaczego.

- Sprawdzę, czy nie ma tu węży - zapewnił ją i nie wyglądało na to, że kpi 

z jej lęków.

Poszła więc przez trawę i mech i pozwoliła, by sprawdził, czy wokół pnia 

nie   czają   się   jakieś   stworzenia.   Zdjął   kurtkę   i   położył   ją   na   pniu.   Usiadła, 
starając się zachowywać jak dama, jakby mogło to wymazać z jego pamięci jej 
rozpustne zachowanie.

Wtedy, ku jej przerażeniu, ukląkł przed nią.

- Proszę, nie. - Chwyciła go za ramiona. - Pułkowniku Gregory, proszę, to 

background image

niepotrzebne.

Nie ruszył się.

- Pułkowniku Gregory? Mówiłaś do mnie Williamie… Dziś rano.

Zalała się gorącym rumieńcem.

-   Tak,   ale   zanim   my…   Oczywiście,   masz   rację.   Skoro   to   zrobiliśmy, 

idiotycznie jest udawać, że tego nie zrobiliśmy.

- To prawda.

- Ale proszę, nie klęcz.

- Uważam, że należy przestrzegać protokołu. Uważam, że powinno się 

oddawać cześć królowej i salutować oficerowi. Uważam też, że przed ślubem 
dwoje   ludzi   powinno   się   do   siebie   zalecać,   że   powinni   znaleźć   się   w 
małżeńskim łożu dopiero po ślubie, a mężczyzna powinien oświadczyć się na 
kolanach.   -Wziął   ją   za   drugą   rękę   i   także   zdjął   rękawiczkę.   Schował   obie 
rękawiczki   do   kieszeni   i   zamknął   jej   dłonie   w   swoich.   -  Popełniłem  wobec 
ciebie wszystkie możliwe błędy.

Przypomniała sobie ostatnią noc. I poranek. I znowu się zarumieniła.

- Nie wszystkie.

- Dziękuję przynajmniej  za to. - Uśmiechnął  się tajemniczo,  ale zaraz 

spoważniał i powiedział: - Uważam również, że mężczyzna powinien klęczeć, 
gdy prosi damę o przebaczenie za to, że ją skrzywdził, tak jak ja skrzywdziłem 
ciebie. Mara wzięła rzeczy mojej żony.

Samantha poczuła, że coś w niej pęka. Mara przyznała się po wykładzie 

Samanthy. Samantha przynajmniej jedną rzecz zrobiła dobrze.

- Wiem. 

Uniósł brwi.

- Skąd wiedziałaś?

- Złodziej zawsze rozpozna drugiego złodzieja. - Samantha nieznacznie 

wzruszyła   ramionami.   -   Jest   dzieckiem   na   rozdrożu.   Jeszcze   nie   stała   się 
kobietą, jak Agnes i Vivian, ale już nie jest małą dziewczynką, jak Henrietta, 
Emmeline czy Kyla, więc czuje się zagubiona.

Wyglądał na zaskoczonego.

- Nawet o tym nie pomyślałem. Jak radziłem sobie ze swoimi dziećmi, 

background image

zanim przybyłaś ze swoją spostrzegawczością i mądrością?

Samantha chciała powiedzieć mu, że jej schlebiał - ale miał rację. Mógł 

narobić dużo złego, a ona zaoszczędziła mu wiele cierpienia.

- Powiedziała mi, że wspomnienia o mamie są coraz słabsze. Gdy czuła 

się   w   nocy   samotna,   próbowała   przypomnieć   sobie   twarz   Mary,   ale   nie 
pamiętała   jej.   Wzięła   rzeczy   mamy,   chcąc   przywołać   jej   wspomnienie.   Dla 
ukojenia.

Samantha załkała.

- Biedna mała dziewczynka.

-   Zrobię   kopię   portretu   dla   każdej   z   dziewczynek.   -   Ucałował   dłonie 

Samanthy. - Mam nadzieję, że będą miały nową mamę, która będzie je tulić do 
snu.

Odwróciła wzrok.

-   Jeśli   uda   mi   się   ją   przekonać,   by   mi   wybaczyła,   że   ją   niesłusznie 

oskarżałem na podstawie jej przeszłości.

Cały   ból,   rozgoryczenie,   lata   cierpienia   i   nienawiści   wypłynęły   z 

zakamarków   jej   duszy.   Przełknęła   ślinę.   Chciała   to   zrobić.   Kochała   go   tak 
bardzo, że powinna być w stanie wszystko mu wybaczyć… ale nie mogła.

Odkryła rzeczy, których nie mogła wybaczyć. Potrząsnęła głową.

- Nie potrafię.

Podniósł się, zmieszany, i zaczął mówić szybciej.

- Miałem niezłomne  zasady. Wszyscy znają różnicę między  dobrem a 

złem i nie istnieje żadne wytłumaczenie dla zdrady, kłamstwa… kradzieży. Ale 
moja córka, moja krew potrzebuje mojego wsparcia i nie odrzucę jej za zło, 
które wyrządziła. - Jego twarz przybrała smutny wyraz. - Chociaż muszę z nią 
poważnie porozmawiać o moralności.

- Tak. Dobrze. Ale Mara zawsze będzie sprawdzać, jak daleko może się 

posunąć.

- Będę potrzebował twojej pomocy, żeby utrzymać ją na wodzy.

Znowu odwróciła wzrok.

- Nawet zanim dowiedziałem się o Marze, zrozumiałem, że muszę się 

zmienić albo nie będę w stanie zatrzymać cię przy sobie. I ta myśl wydała mi się 
straszna. To było trudne, więc pomyślałem, że zmienię się tylko trochę, a ciebie 

background image

zmuszę, żebyś zmieniła się zupełnie.

Targał nią gniew i rozbawienie. Chciała się śmiać, a jednocześnie miała 

ochotę go udusić.

- Ale odrzuciłaś mnie. Oferowałem ci swój majątek, ale nie dbałaś o to. 

Więc przyznałem, że cię kocham. Wzgardziłaś moją miłością.

Potarła dłonią oczy.

-   Nie   chciałam.   Nigdy   żaden   mężczyzna   nie   powiedział   mi,   że   mnie 

kocha.

-  Więc   teraz   klęczę   przed   tobą.  Płaszczę   się.   -  Przysunął   się   bliżej.  - 

Myliłem się co do ciebie. Byłem głupi i uparty. Udawałem sprawiedliwego, a 
byłem egoistą. Błagam, błagam, wybacz mi.

-   Dobrze!   -   Nie   powinna   ulegać.   -   Oczywiście.   -   Ale   nie   mogła   się 

pohamować. - Wybaczam ci. - Pragnęła go. Kochała go.

- Więc… spojrzysz na mnie? 

Zerknęła na niego.

- Samantho, tak samo jak ty, nie jestem w stanie zmienić przeszłości. - 

Kciukiem pogładził jej dłoń. - Mogę ci tylko obiecać, że nie powtórzę swoich 
błędów.

Silą powstrzymała się, żeby na niego nie krzyknąć.

-  Ani   jednego?   Nawet   w   najgłębszych   zakamarkach   swojego   umysłu? 

Następnym razem, gdy położysz coś w innym miejscu albo służący ukradnie 
srebra, nie będziesz w duchu się zastanawiać, czy to przypadkiem nie ja?

Tak długo milczał, że chciała wstać i odejść… Zrobić to, o co prosił i 

spojrzeć mu  w oczy. Gdy wreszcie to zrobiła, dostrzegła zrozumienie, które 
ścisnęło ją za serce.

Spokojnym tonem powiedział:

- Zapewniam cię, że nigdy nie będę podejrzewał cię o nic poza byciem 

piękną, dobrą i inteligentną kobietą, ponieważ wierzę w ciebie. Ale nie mogę cię 
zmusić, żebyś uwierzyła we mnie. Nie dziwię się, że nie możesz mnie pokochać. 
Wątpisz w moją szczerość i mój charakter.

- Nie, nie! Wcale w ciebie nie wątpię. Ja… do tej pory wszyscy… - Nie 

mogła   uwierzyć,   że   to   mówi.   Taka   mierna   wymówka,   by   ukryć   tak   wielki 
strach. Ponieważ gdyby oddała się Williamowi na dobre i na złe, łatwo można 
byłoby ją zranić. To była ruletka, więc wolała spędzić resztę życia w biedzie i na 

background image

służbie, niż zaryzykować i zostać żoną Williama.

Poza jedną rzeczą. Chwyciła go za nadgarstek i spojrzała poważnie w 

jego twarz.

- Kocham cię. Pokochałam cię w chwili, gdy zobaczyłam cię na drodze i 

pomyślałam, że jesteś niebezpiecznie przystojnym łotrem.

Teraz on ją testował.

- Czy kochasz mnie na tyle mocno, by zaufać mi i oddać swoje serce?

- A obiecasz o nie dbać?

- Ależ tak.

- Nigdy mnie nie oszukasz. - Tym razem nie wahała się. - Kocham cię i 

wyjdę za ciebie.

Nie odrywając od niej wzroku, zawołał:

- Dzieci! Wszystko ustalone. Panna Prendregast zgodziła się zostać moją 

żoną.

Uśmiechnęli się do siebie, wyobrażając sobie radość dziewczynek.

- Dzieci! - zawołał głośniej.

Rozejrzała się. Była trochę zaskoczona, że dziewczynki nie przyglądały 

się im zza krzaków.

- Gdzie one są?

- Nie sądzisz chyba, że… postanowiły upewnić się, że wszystko ułoży się 

tak,   jak   chciały?   -   Pokiwał   głową   i   potarł   dłonią   podbródek.   -   Wspaniała 
taktyka. Muszę je pochwalić.

- Jak zamierzały to zrobić? - Otworzyła szeroko oczy. - Zostawiając nas w 

tej dziczy?

Zarechotał,   ale   widząc   wyraz   przerażenia   malujący   się   na   jej   twarzy, 

spoważniał.

- To nie jest dzicz. Pewnie myślały, że jeśli będziemy zmuszeni spędzić 

razem noc, będziemy musieli się pogodzić. W najgorszym wypadku po wspólnie 
spędzonej nocy bylibyśmy zmuszeni się pobrać.

Nie mogła uwierzyć, że dzieci zrobiły coś takiego.

- To szatański plan!

background image

- To prawda. 

Włożyła rękawiczki.

- Jesteś z nich dumny.

-   Nie   dumny.   Niezupełnie.   Tylko…   zaskoczony   ich   logicznym 

myśleniem.   -  Odchrząknął   i  zmienił   temat.   -  Jeśli   zostaniemy   na   drodze,   to 
pewnie za kilka dni ktoś będzie tędy przejeżdżał.

- Za kilka dni? - krzyknęła.

- Jeśli będziemy szli drogą i nikt się nie pojawi, to za jakieś dwa dni - 

góra cztery - dotrzemy do Silvermere. - Objął ją ramieniem i przyciągnął do 
siebie. - Z drugiej strony, jeśli mi zaufasz, to poprowadzę cię skrótem przez las.

Od jego bliskości zakręciło się jej w głowie.

- Jak długo…?

- Jutro rano będziemy w domu. 

Spojrzała na linię drzew przy drodze.

- Czy są tam wilki?

- Nie ma wilków. Nie ma niedźwiedzi. Jest bezpiecznie.

- Będziemy głodować.

- Nakarmię cię. Zaufaj mi.

- Gdzie będziemy spać?

Z  krzywym   uśmieszkiem   podszedł   do   torby,   pozostawionej   na   środku 

drogi.

- Założę się, że zostawiły nam to dzieci. - Otworzył ją. - Tak. Koce. 

Płótno. Jestem żołnierzem. Zdarzało mi się budować schronienie z niczego. - 
Wrócił do niej i znowu ją objął. - Pomyśl o tym. Ty i ja pod gwiazdami…

- Ćmy. Nietoperze. Małe, pełzające stworki.

- Kochanie, gdy się ściemni i będziesz się bać, to zrobię wszystko, żeby 

rozproszyć twój strach. - Spojrzał na nią.

Wiedziała, że zamierza ją pocałować. Wiedziała, że to będzie wyjątkowy 

pocałunek.   Przywarła   do   niego,   chwyciła   klapy   jego   marynarki   i   odwróciła 
głowę na spotkanie jego ust. Pocałunek był taki, o jakim marzyła.

- Czy to rozproszyło twoje obawy? - spytał. 

background image

Nie otwierając oczu, pokiwała głową.

- Pójdziemy do lasu? Ufasz mi? 

Znowu pokiwała głową.

- Tylko o to proszę. - Zarzucił sobie torbę na ramię i poprowadził ją 

między   drzewa.   -   Dziś   wieczorem   opowiesz   mi,   dlaczego   uznałaś   mnie   za 
niebezpiecznego, przystojnego łotra.

Wiedział, że jeśli dopisze mu szczęście, uda mu się ją ułagodzić i pobiorą 

się, zanim Samantha się zorientuje, że wioska leży tylko dwie mile stąd.

Nie tylko jego dzieci były taktykami w tej rodzinie. 


Document Outline