background image

EMILIE RICHARDS 

ROMANS Z NIEZNAJOMĄ 

Tytuł oryginału: Woman Without A Nam 

background image

PROLOG

 

Norbert Colter nie zakochał się w Paryżu. Podczas tygodniowego pobytu w Mieście 

Światła nocą spacerował po Polach Elizejskich, a w dzień patrzył na lśniącą w blasku słońca 
wstęgę  Sekwany.  Jadał  coq au vin i  haricot de mouton w romantycznych kafejkach oraz 
sypiał w nieskazitelnej pościeli najlepszych paryskich hoteli. Ale nie poddał się magii Paryża. 

Przyjec

hał tutaj w interesach i nie oczekiwał żadnych szczególnych wrażeń. Od dawna 

miał zwyczaj kolekcjonować miasta równie beznamiętnie, jak zbierał dzieła sztuki z okresu 
renesansu.  Codziennie  pozwalał  sobie  przez  pewien  czas  obserwować  świat,  lecz  podróże 

b

yły tylko zajęciem akademickim, poniekąd ćwiczeniem intelektu. 

Teraz  Norbert  od  godziny  siedział  na  ławce  w  Ogrodzie  Luksemburskim,  kończąc 

notatki. W otoczeniu równiutkich klombów, palm w wielkich donicach oraz spacerowiczów, 

niekiedy  podnosił  głowę,  aby  poobserwować  spektakl.  W  to  letnie  przedpołudnie  chyba 
większość paryżan znalazła jakąś wymówkę, aby udać się do parku. W pewnej chwili jego 
uwagę zwróciła młoda kobieta, której widok podziałał na niego zdumiewająco silnie. 

Poruszała się z wdziękiem, mijając grupki wielbicieli słońca i dzieci szykujących się 

do puszczania łódeczek na płytkim stawie. Miała na sobie prostą, czarną sukienkę opinającą 
biodra  i  piersi,  rozciętą  z  boku  na  tyle  wysoko,  że  odkrywała  smukłe,  kremowe  udo. 
Niezależnie od tego, skąd pochodziła ta kreacja - z butiku Chanel czy też z wyprzedaży w 

Bon Marche - 

wyglądała tak, jakby została stworzona z myślą o tej dziewczynie. 

Norbert  zauważył  również  szczególny  sposób  chodzenia  nieznajomej.  Przy  każdym 

kroku lekko unosiła się na palcach, jakby chciała wznieść się aż do nieba, oraz łagodnie, lecz 
prowokująco kołysała biodrami. A ciało Norberta, od dawna pozbawione seksu, natychmiast 
zareagowało na taką podnietę. 

Kobieta wyglądała jak galijska leśna nimfa - jej lśniące, kasztanowe włosy z rudawym 

odcieniem  lekko  falowały  na  ramionach,  a  nogi  o  długości  równie  imponującej,  co  wyob-
raźnia  Francuzów,  były  bardzo  zgrabne.  Mimo  to  Norbert  nie  całkiem  rozumiał,  dlaczego 
nieznajoma  tak  szybko  obudziła  jego  libido.  Widywał  w  Paryżu  piękniejsze  dziewczyny. 
Należała  do  nich  na  przykład  ta,  z  którą  wczoraj  jadł  kolację.  Spotkanie  miało  charakter 
służbowy,  lecz  bez  trudu  zakończyłby  je  bardziej  intymnie,  gdyby  nie  wyczuł  pułapki  w 
drapieżnym uśmiechu towarzyszki. 

background image

Natomiast  ta  leśna  nimfa  wcale  się  nie  uśmiechała.  Szła  dość  szybko,  obserwując 

mijanych  ludzi,  lecz  nie  patrzyła  im  w  oczy,  tylko  uważnie  omiatała  spojrzeniem  kolejne 
twarze, jakby je skanowała. Norbert był niemal pewien, że ona kogoś lub czegoś wypatruje. 

Normalnie  już  by  się  znudził  obserwowaniem  jednej  osoby  i  znów  zabrałby  się  do 

pracy.  Ale  dzisiaj,  całkiem  bez  zastanowienia,  wepchnął  dokumenty  do  teczki  i  wstał. 
Wyjeżdżał dopiero wieczorem, miał więc sporo wolnego czasu. Zaliczył już wszystkie muzea 
i  po  raz  pierwszy  od  kilku  dni  był  zaintrygowany.  Pójście  śladem  uroczej  nieznajomej 
wydawało się wybaczalne w mieście słynącym z romantyzmu. 

Po  wyjściu  z  parku  Norbert  starał  się  nie  zgubić  jej  z  oczu,  chociaż  sam  się  sobie 

dziwił, że za nią idzie. Było to całkiem nie w jego stylu i już zaczynał czuć się głupio. Nie 
zmartwiłby  się,  gdyby  dziewczyna  znikła  w  tłumie,  lecz  ona  skręciła  w  wąską  uliczkę  i 
weszła do jakiegoś lokalu. 

Może właśnie spotkała się z kochankiem - jakimś młodym, ciemnookim Francuzem - 

lub  z  przyjaciółkami?  Norbert  nie  miał  pojęcia,  co  odkryje.  Nie  spodziewał  się  jednak,  że 
nieznajoma  stanie  za  ladą  drugorzędnej  kawiarenki  w  Dzielnicy  Łacińskiej,  weźmie  z  rąk 
nabzdyczonej  paniusi  biały  fartuszek  i  go  założy.  Z  tymi  wysoko  sklepionymi  kośćmi 
policzkowymi i dumną postawą wyglądała jak księżniczka. Idealnie pasowałaby do katedry 
na Sorbonie, lecz jako osoba podająca kawę i maślane bułeczki wydawała się dziwnie nie na 
miejscu. Norbert uznał, że warto jeszcze trochę ją poobserwować. 

W  kiosku  na  rogu  kupił  dziennik  „USA  Today”  i  poszedł  do  kawiarni.  Nimfa  była 

sama. 

-  Cafe au lait, s'il vous plait 

powiedział,  uśmiechem  przepraszając  za  swój 

beznadziejnie amerykański akcent. 

Zauważył, że dziewczyna przez sekundę mu się przyglądała, zanim odwróciła się do 

ekspresu. Jej twarz była równie intrygująca, jak sposób chodzenia. Dość długi, wąski nos i 
przeciętne  usta  nie  zwracały  uwagi,  w  przeciwieństwie  do  szerokich,  ciemniejszych  niż 
włosy, brwi i zadziwiająco turkusowych oczu. Te oczy na moment leciutko pociemniały, gdy 

nieznajoma stwi

erdziła, że klient patrzy na nią badawczo. 

Podała mu filiżankę kawy z mleczną pianką, której odrobina spływała na spodek. 

Co poleciłaby pani do tego? - Norbert nadal mówił po francusku. 

- Wszystko jest dobre - 

odpowiedziała w nienagannej, urokliwej francuszczyźnie. Głos 

zabrzmiał miękko i o ton niżej, niż się spodziewał. 

Więc poproszę croissanta. 

background image

Dziewczyna  podała  rogalik  bez  słowa  i  dopiero  po  chwili  powiedziała,  ile  franków 

wynosi należność. 

W małej, niezbyt czystej kawiarence stały tylko cztery stoliki. Norbert usiadł w rogu, 

gdzie na blacie mógł rozłożyć gazetę i widzieć ladę. Niczego nie planował, chciał tylko miło 
spędzić nieco czasu. Z przyjemnością zabawił się w kotka i myszkę z atrakcyjną nieznajomą, 
tropiąc ją ulicami Paryża, a teraz zamierzał poczytać. 

Od  lat  pasjonował  się  psychologią  i  był  wielkim  znawcą  charakterów,  co  zawsze 

przydawało mu się w prowadzeniu firmy. Osobiście wybrał lub zatwierdził każdego pracow-

nika na szczeblu kierowniczym Tri - C International, wiel

kiej korporacji założonej prawie sto 

lat  temu  przez  jego  pradziadka.  Norbert  nigdy  nie  miał  powodu  żałować  żadnej  z  tych 
decyzji. Lubił wyobrażać sobie życie innych ludzi, ich nadzieje i obawy, codzienny byt. A 
gdy już zebrał garść spostrzeżeń, szedł dalej, nie oglądając się za siebie. Tak było najlepiej - 
żadnych komplikacji, zbędnych zobowiązań ani powodów do cierpienia. 

Znalazł stronę ze sportem i sprawdził wyniki rozgrywek baseballowych. Raz zerknął 

na dziewczynę i zauważył - zanim pospiesznie spuściła oczy - że na niego patrzy. 

Kilka  minut  później  dopił  zimną  kawę.  Musiał  jeszcze  jakoś  zagospodarować 

popołudnie i jechać na dworzec. Składając gazetę, poszukał spojrzeniem dziewczyny. 

I stwierdził, że jest w kawiarni sam. 
Po chwili do lokalu wszedł ciemnowłosy mężczyzna. Postał przy ladzie, po czym za 

nią  zajrzał,  jakby  podejrzewając,  że  ktoś  się  tam  chowa.  Nikogo  nie  zobaczył,  więc 
mamrocząc pod nosem, wyszedł na ulicę. 

Po  kwadransie  wróciła  nabzdyczona  paniusia  i  na  widok  pustego  miejsca  za  ladą 

brzydko  zaklęła.  Następnie  odsunęła  ciemną  zasłonkę  i  zajrzała  na  zaplecze.  Norbert 
zobaczył,  że w małym pomieszczeniu  też nikogo  nie ma,  lecz tylne drzwi są otwarte,  a na 
klamce wisi biały fartuszek. 

Uśmiechnął się do siebie. Siedzenie leśnej nimfy okazało się bardziej interesujące, niż 

oczekiwał, gdy ujrzał ją dzisiaj po raz pierwszy w Ogrodzie Luksemburskim. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Celestine St.Gervais uważnie przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Jej włosy były 

podzielone  na  równe  pasma  i  pospinane  grubymi  klipsami.  Dłonie  nadal  lekko  drżały  po 
ucieczce  z  kawiarni,  lecz  mimo  to  sięgnęła  po  nożyczki.  Kolejno  odpinała  klipsy, 
przeczesywała pasma i znacznie je skracała. Na podłodze leżało coraz więcej włosów w od-

cieniu ciemnego cynamonu. 

Po chwili Celestine oceniła rezultaty strzyżenia. Fryzura była krótsza, niż w założeniu, 

ponieważ należało wyrównać niektóre kosmyki z tyłu głowy. Teraz włosy sięgały do nasady 
kołnierzyka, a z tą puszystą grzywką były w bardzo angielskim stylu i nie wymagały żadnego 
układania ani zakręcania na wałki. A co najważniejsze - zmieniły jej wygląd. Lecz ta zmiana 
okazała się niewystarczająca. 

Godzinę  później  Celestine  była  prawie  nie  do  poznania.  Po  zmyciu  koloryzującej 

pianki,  którą  nakładała  na  włosy  podczas  pobytu  w  Paryżu,  teraz  miały  one  barwę  prawie 

natu

ralną, czyli ciemnopopielatą, zawsze szalenie łatwą do ufarbowania. 

Twarz  także  wyglądała  na  tyle  neutralnie,  że  można  było  wiele  zdziałać.  Dawniej 

Celestine martwiła się brakiem wyrazistych rysów, lecz obecnie bardzo  się z tego cieszyła. 

Starannie wydepil

owała  brwi,  nadając  im  kształt  cieniutkich  łuków,  usunęła  makijaż  i 

wymieniła  turkusowe  soczewki  kontaktowe  na  takie,  które  nadawały  jej  niebieskim  oczom 

kolor ciemnoszary. 

Teraz  Celestine  była  nie  do  poznania.  Patrząc  w  lustro,  przećwiczyła  nowy  sposób 

mówienia. 

Tak,  dziękuję  -  powiedziała  po  angielsku  z  akcentem  wykształconej  Brytyjki.  - 

Chciałabym podjąć pracę, o której mowa w waszym ogłoszeniu, tym naklejonym na szybie. 

Jestem... Tina St. James. 

Nie była pewna, czy chodzi właśnie o to nazwisko. Podeszła do łóżka, wsunęła dłoń 

pod  materac  i  wyjęła  plastikowy  woreczek  z  dokumentami.  Przejrzała  kilka  z  wierzchu  i 
znalazła to, czego szukała. 

-  Tina St. James. Amerykanka  - 

przeczytała  półgłosem.  -  Wspaniale  -  mruknęła 

sarkastycznie. 

Paszportowe  zdjęcie  przedstawiało  całkiem  inną  Celestine  -  brunetkę  z  długimi, 

kręconymi włosami. W tamtym wcieleniu miała oczy mocno podkreślone niebieskim cieniem 
do powiek i mówiła przez nos jak mieszkańcy Brooklynu. 

background image

Zajrzała do kilku innych paszportów i wybrała ten z fotografią, na której wyglądała 

prawie  tak,  jak  teraz.  Był  to  paszport  brytyjski  wystawiony  na  nazwisko  Lesley  McBain. 
Urodzona  w  Stevenage,  na  północ  od  Londynu,  wychowana  przez  starszą  siostrę,  która  po 
śmierci ich rodziców często zmieniała miejsce zatrudnienia i zamieszkania. Lesley McBain - 
biedna, ale dumna dziewczyna, gotowa zarabiać w jakikolwiek sposób, byle uczciwie. 

Tak, to odpowiednia historyjka. W Londynie na pewno uda się znaleźć jakąś pracę. 

Celestine wiedziała, że nie może tracić czasu, ponieważ zostało jej niewiele pieniędzy. Paryż 
okazał  się  nadzwyczaj  drogim  miastem,  ostatnie  zajęcie  było  słabo  płatne,  a  powrót  do 
kawiarni madame Duchampier po zaległe wynagrodzenie nie wchodził w grę. 

Celestine  usiadła  na  łóżku,  przyciskając  paszport  do  piersi.  Może  popełniała  błąd? 

Boże  drogi,  czyżby  już  popadła  w  klasyczną  paranoję,  całkiem  zwariowała?  A  jeśli  ten 
mężczyzna w ciemnym garniturze rzeczywiście pojawił się w Paryżu, aby ją zabić? Był mniej 
więcej w wieku swoich poprzedników, niewątpliwie pochodził ze Stanów i śledził ją aż do 
kawiarni. Potem postał przed wejściem, wszedł do wnętrza i przyglądał się jej. Dyskretnie, 

lecz prawie bezustannie. 

Celestine zamknęła oczy. Wciąż widziała tego człowieka. Był uderzająco przystojnym 

szatynem  z  włosami  gładko  zaczesanymi  do  tyłu,  prostym  nosem,  kwadratową  szczęką  i 

bystrymi, orzechowymi oczami, które niczego nie zdradza

ły.  Garnitur  z  wełny  i  jedwabiu 

sprawiał wrażenie kosztownego, szytego na miarę w Anglii lub Hongkongu. 

A  ta  twarz...  było  w  niej  coś  bezwzględnego,  natomiast  sposób  poruszania  się 

mężczyzny  sugerował  agresywność,  wyczuwalną  nawet  wówczas,  gdy  spokojnie  popijał 
kawę i udawał, że czyta. 

Celestine westchnęła ciężko. Była wykończona, a musiała szybko się spakować, aby 

zdążyć  na  dworzec  kolejowy  Gare  du  Nord.  Na  szczęście  nie  miała  zbyt  wiele  garderoby 
pasującej  do nowego wcielenia. Mogła zabrać tylko długą, kwiecistą spódnicę, sweterek w 

lawendowym kolorze, gra

natowy żakiet z tanimi, mosiężnymi guzikami oraz szare spodnie. 

Marie St. Germaine, ze sw

oimi cynamonowymi włosami i stylowo szczupłą sylwetką, prawie 

całkiem  zniszczyła  jedne  porządne  dżinsy,  wąską  spódniczkę  z  guzikami  rozpiętymi  do 
połowy  uda  i  obcisły,  żółty  pulowerek,  który  prowokacyjnie  opinał  piersi.  Obecna  Lesley 
powinna  włożyć  te  rzeczy  oraz  czarną  sukienkę  do  papierowej  torby  i  zostawić,  aby 
konsjerżka komuś je oddała lub wyrzuciła. 

Celestine  palcami  przeczesała  włosy  i  przez  jedną  krótką  chwilę  żałowała  ściętych 

loków.  Już  dawno  przestała  być  próżna,  lubiła  jednak,  gdy  tak  przyjemnie  falowały  na 

background image

ramionach.  I  cieszyły  ją  spojrzenia  mężczyzn,  którzy  często  patrzyli  na  nią  z 

zainteresowaniem. 

Wątpliwe, aby komuś spodobała się Lesley McBain, lecz im mniej będzie się rzucać w 

oczy,  tym  lepiej.  Jeśli  jeszcze  trochę  się  zgarbi  w  tych  dużo  za  luźnych  ciuchach  i  będzie 
uśmiechać się nieśmiało, to chyba nikt jej nie rozpozna. 

Poza  tym  często  powinna  zaciskać  usta  i  może  znów  nosić  okulary.  Te  w 

bladoniebieskich oprawkach, niemodnych od dobrych kilku lat. 

Nie ma sensu roztkliwiać się nad fryzurami i odzieżą. Włosy odrastają, a odzież jest 

wszędzie dostępna. Ale jednego nadal nie umiała traktować z filozoficznym spokojem - tego 
bezustannego uciekania. W ciągu minionych czterech lat wcieliła się już w tyle postaci, że 
chwilami zatracała poczucie prawdziwej tożsamości. 

Czasami zastanawiała się też, czy naprawdę musi wciąż uciekać. 
Znów  pomyślała  o  mężczyźnie  w  ciemnym  ubraniu.  Czy  czekał  na  nią  gdzieś  za 

ścianami  tego  pokoiku  na  poddaszu?  Czy  znajdzie  ją,  zanim  ona  zdąży  opuścić  Paryż?  A 
może  ten  człowiek  o  szerokich  barach  i  z  twarzą  nie  wyrażającą  żadnych  uczuć  był  tylko 
zwyczajnym turystą, który chciał posiedzieć w taniej, francuskiej kawiarence? 

Nie wiedziała. Może nigdy tego się nie dowie. Ale jednego była pewna. Nadal żyła. 
I zamierzała zachować to status quo. 

Norbert, odwiedzisz nas znów w Paryżu? - Jeanette Girbaud wręczyła mu teczkę z 

dodatkowymi danymi, co było wystarczającym pretekstem do przyjścia na stację. 

W  razie  konieczności.  -  Norbert  uśmiechem  okrasił  swoją  odpowiedź.  W  ostrym 

świetle na peronie kolejowym Jeanette wyglądała tak samo atrakcyjnie, jak wczoraj w blasku 
świec. Była drobną, zgrabną brunetką o kilka lat starszą od swego trzydziestoletniego szefa i 
zajmowała dyrektorskie stanowisko w paryskiej filii Tri - C International. 

A dla przyjemności? Chyba zakochałeś się w moim pięknym mieście? 

Rzeczywiście jest powodem do dumy. 

Mogę więc oczekiwać twojego przyjazdu? 

Przez chwilę miał ochotę zignorować podtekst pytania, ale uznał, że to bez sensu. 

- Jeanette, nigd

y nie romansuję z pracownikami Tri - C. 

- Nie? 

- Nie. 

A w ogóle... z kimś romansujesz, Norbercie? Bo wydajesz mi się taki... - Francuzka 

wzruszyła ramionami - samotny. 

background image

Zdumiała go jej otwartość, a jeszcze bardziej autentyczne zatroskanie pobrzmiewające 

w głosie Jeanette. 

Nie jestem nieszczęśliwy. 

Ale to nie oznacza, że jesteś szczęśliwy. 

Moje życie mi odpowiada. 

Cóż, wolałabym, żebyś lepiej się bawił, lecz... jak widać, nie mam na to wielkiego 

wpływu. - Jeanette uśmiechnęła się serdecznie. - Udanej podróży do Londynu. 

Dzięki za pokazanie mi Paryża. - Uścisnął jej dłoń. 

Dobrze, że mogłam ci pokazać  chociaż tyle.  Odprowadził ją wzrokiem. Uwielbiał 

przyglądać  się  idącym  ludziom.  Jeanette  szła  naprawdę  ładnie  -  szybko,  jak  na  taką 
niewysoką kobietę, lecz z imponującym wdziękiem. 

Znów  pomyślał  o  nieznajomej  nimfie,  której  sposób  chodzenia  podziwiał  dziś  po 

południu.  Jej  zniknięcie  trochę  go  zaintrygowało,  toteż  nawet  się  zastanawiał  nad  jego 
przyczynami. Starsza Francuzka, prawdopodobnie właścicielka, była wściekła. Norbert wręcz 
zbaraniał,  słysząc  monolog  godny  pijanego  marynarza,  chociaż  nie  zrozumiał  wszystkich 
wyrafinowanych przekleństw. Nie ulegało wątpliwości, że smukła nieznajoma nie ma tam po 
co wracać. 

Przeszedł  przez  kontrolę  celną  i  wsiadł  do  pociągu.  Wsadził  torbę  z  ubraniami  do 

szafki przy wejściu, po czym odnalazł swoje miejsce. Wykupił bilet także na sąsiednie, aby 
uniknąć konwersacji, i położył na fotelu teczkę. Wolał podróż Eurostarem niż promem lub lot 

samolotem, ponie

waż od początku interesował się budową tunelu pod kanałem La Manche i 

chciał  sprawdzić,  jak  jedzie  się  szybkobieżnym  pociągiem.  Poza  tym  nie  spieszył  się  do 
Londynu. Był tam wielokrotnie i tym razem nie musiał załatwiać niczego szczególnego. Mógł 
więc stracić trochę czasu przed powrotem do Kolorado, gdzie mieściła  się centrala Tri - C 

International. 

Spokojna kolorystyka wnętrza wagonu działała kojąco, a szaroniebieskie fotele były 

wygodne.  Pociąg  jechał  gładko  jak  po  stole,  więc  Norbert  postanowił  poczytać.  Właśnie 

o

tworzył książkę, gdy przechodząca obok młoda kobieta niechcący potrąciła go w ramię i po 

angielsku  mruknęła  „przepraszam”.  Norbert  zdążył  zauważyć,  że  jest  atrakcyjna,  choć 
wyglądała bardzo skromnie. Miała ciemnoszare oczy i twarz bez śladu makijażu, a na sobie 
zbyt luźną odzież. 

Powrócił do swojej lektury - kryminału o łatwym do przewidzenia zakończeniu - lecz 

jakoś nie mógł się skupić. Jego myśli zaprzątała dziewczyna, którą przed chwilą zobaczył. 
Dziwne, ale przypominała mu nieznajomą z paryskiej kawiarenki. Ale dlaczego? Tamta była 

background image

piękna  i  zmysłowa,  z  długimi,  kasztanowymi  lokami,  nogami  tancerki  i  wiotką  talią. 
Natomiast  ta  miała  krótką,  praktyczną  fryzurkę,  hoże  policzki  dojarki  i  skromną  minę 
kobietki,  która  zacisnęłaby  powieki  i  myślała  o  pieczeniu  chleba,  gdyby  mężczyzna 
spróbował się z nią kochać. 

Z wyglądu były zupełnie inne... ale chodziły identycznie. 
Norbert zamknął książkę i usiłował przypomnieć sobie szczegóły.  Tamta Francuzka 

szła  z  wdziękiem,  przy  każdym  kroku  lekko  unosząc  się  na  palcach  i  łagodnie  kołysząc 
biodrami. Ta Angielka poruszała się dokładnie tak samo. 

Zdumiewający zbieg okoliczności? 
Norbert odłożył książkę na wolne miejsce i spojrzał w okno, lecz mijane z szybkością 

ponad dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę francuskie pejzaże zlewały się w jedną 
niewyraźną  plamę.  Zamknął  więc  oczy,  a  pod  powiekami  zaczęły  mu  się  przesuwać 
zapamiętane wizerunki dwóch różnych kobiet. 

Niech  diabli  porwą  ślepy  los!  Jechała  superekspresem  pędzącym  jak  błyskawica  w 

stronę  tunelu  pod  kanałem  La  Manche,  a  w  tym  samym  pociągu  siedział  mężczyzna  z 

kawiarni! 

Ten potencjalny morderca, któremu już raz się wymknęła! 
Celestine padła na fotel i wlepiła wzrok w drzwi prowadzące do sąsiedniego wagonu. 

Przypadkiem szturchnęła w ramię tego człowieka. Gdyby nie to, może nie podniósłby wzroku 
i nie spojrzał jej w oczy. Może nie zorientował się, że to ona? Może jej nie rozpoznał? 

Bała się nawet mrugać, zbyt przerażona, że on nagle tu wejdzie, wyciągnie pistolet i 

błyskawicznie  zastrzeli  Lesley  McBain,  czyli  Marie  St.  Germaine,  Elenę  Kovacs,  Tinę  St. 

James i tak dalej. 

Z jej ust wydobył się zduszony jęk, ale nikt na nią nie spojrzał. Była jedną z kilkuset 

osób jadących tym pociągiem, zwyczajną szarą myszką. Nikt nie wiedział, że czyha na nią 

zabójca. Nie pi

erwszy i zapewne nie ostatni, chyba że ten należycie wykona swoje zadanie. 

Celestine spróbowała zebrać myśli. Z tego pociągu nie dało się wysiąść podczas jazdy, 

co miało swoje plusy i minusy. Morderca nie mógł zabić i uciec. Nie był Jessem Jamesem, 

który z

atrzyma  parowóz  i  wyskoczy  na  tory  gdzieś  na  amerykańskim  Dzikim  Zachodzie. 

Tutaj  nie  dało  się  otworzyć  doskonale  zabezpieczonych  drzwi  ani  wyprowadzić  w  pole 
pracowników  ochrony,  dysponujących  wyrafinowanym  sprzętem  elektronicznym.  Lecz  ona 
też była na razie uziemiona. A do stacji Waterloo były tylko dwie godziny. 

Jeśli  ten  zbir  nie  spróbuje  zlikwidować  jej  tutaj,  to  mogła  spotkać  swoje  własne 

Waterloo właśnie tam, między licznymi kioskami i agencjami wynajmu samochodów. Albo 

background image

poza terenem dworca. Co pra

wda  była  mistrzynią  w  znikaniu,  lecz  ten  mężczyzna  to 

profesjonalista,  który  żyje  z  zabijania.  Jeśli  posiadał  wizytówki,  to  zapewne  z  napisem 
„Szukasz zamachowca? Już go znalazłeś”. 

Celestine  poczuła  przypływ  gniewu,  który  zajął  miejsce  paraliżującego  strachu. Nie 

mogła  dopuścić,  aby  znów  odezwały  się  obawy.  Przetrwała  tak  długo  dzięki  swojej 
inteligencji i pomysłowości oraz niezaprzeczalnej odwadze. Poradziła sobie w sytuacjach, w 
których tchórz skończyłby marnie. Była więc dzielna i bystra. 

A może szalona? 
Mimo  przyjemnego  chłodu,  na  jej  czole  pojawiły  się  kropelki  potu.  Spróbowała 

odegnać ostatnią myśl, lecz była ona prawie tak samo niepokojąca, jak obecność w pociągu 
tego barczystego szatyna. Celestine jęknęła w duchu. Może tylko miała przywidzenia? Może 
naprawdę  była  niezrównoważona  psychicznie,  co  wmawiano  jej  przez  tyle  lat?  Może  ten 
mężczyzna wcale nie szukał Celestine St. Gervais? Może to nawet nie ten, który obserwował 
ją w kawiarni? A może żaden z nich nie istniał, zaś wszystkie wydarzenia minionych czterech 

lat to tylko urojenia? 

Ale musnęła jego  ramię. Już w Paryżu  zauważyła,  że mężczyzna ma szerokie bary. 

Takie, które wymagają szycia garnituru na miarę. 

To ten sam człowiek, ona zaś nie powinna ani wpadać w panikę, ani tracić wiary w 

siebie. M

oże  i  była  bliska  obłędu,  lecz  nadal  oddychała,  wolała  ten  stan  od  utraty  życia  w 

pełni władz umysłowych. 

Drzwi  nagle  rozsunęły  się,  a  jej  serce  szaleńczo  przyspieszyło  tempo.  Do  wagonu 

wszedł mężczyzna w ciemnym garniturze. 

Odwróciła się całym ciałem do okna, chociaż wiedziała, że to na nic się nie zda. Ten 

mężczyzna nie spacerował, aby rozprostować nogi. Nie szedł do bufetu, aby coś zjeść. Zjawił 
się z jej powodu. 

Pozwoli pani, że usiądę tu na chwilę? Poznałaby jego głos nawet w ciemnościach. 

Mówił po angielsku tak samo dźwięcznym barytonem, jak rano po francusku. Jakimś cudem 
zdołała podnieść wzrok i zmarszczyła brwi, jakby trochę się zirytowała. Dzięki temu zyskała 
na czasie i wydobyła głos z zaciśniętego gardła. 

Proszę wybaczyć, ale mój mąż zaraz wróci. 

Szatyn  tylko  się  uśmiechnął.  Nie  złowrogo,  tylko  jak  ktoś  przywykły  do  tego,  że 

zawsze dostaje wszystko, na czym mu zależy, ale lubi drobne trudności. Celestine zmartwiała, 
w  duchu  nakazując  sobie  spokój.  Wiedziała,  że  nie  wolno  jej  okazać  zdenerwowania ani 
tchórzliwie wciskać się w fotel. 

background image

Chyba już panią widziałem. Pani twarz... wydaje mi się znajoma. 

Obawiam się, że mnie pan z kimś pomylił. Nigdy wcześniej pana nie widziałam - 

wycedziła  chłodnym  tonem  dobrze  wychowanej  angielskiej  damy.  Lód,  który  ją  dławił, 
doskonale zamroził timbre jej głosu. Ale nie zniechęcił mężczyzny, który siadł obok i lekko 
pochylił się w jej stronę. 

Nie  pamięta  mnie  pani  z  kawiarni?  Dziś  rano  zamówiłem  kawę  z  mlekiem  i 

croissanta. 

Uważnie przyglądał się jej twarzy okiem bystrego detektywa. 

Zapewniam, że pana nie pamiętam - wyniośle odparła Celestine. - I nie chadzam po 

kawiarniach. 

Mężczyzna najwyraźniej jej nie uwierzył, lecz wolno skinął głową. 

Paryż to wspaniałe miasto, prawda? 

Mój  mąż  też  tak  sądzi.  -  Zauważyła,  że  zerknął  na  jej  dłoń,  i  zaklęła  w  duchu. 

Dlaczego nie włożyła obrączki? Przecież czasem ją nosiła. - Byliśmy tam z ramienia naszego 
kościoła - dodała, kłamiąc jak z nut. - Uważam, że Paryż jest przesiąknięty zepsuciem. Ludzie 
żyją  tam  tylko  sprawami  ciała,  piją,  tańczą,  eksponują  goliznę.  -  Zrobiła  zgorszoną  minę 

purytanki.  - 

A  ja  jestem  prostą,  bogobojną  kobietą  -  dokończyła  i  zacisnęła  usta,  ale  jej 

rozmówca chyba nie przejął się tym kazaniem. 

Kobieta, którą... pani mi przypomina... nie oceniałaby tego tak surowo. 

Na świecie jest o wiele za mało kobiet wyznających wartości podobne do moich. 

Mimo to wydaje mi się... - Szatyn znów się uśmiechnął, jakby zamierzał zdradzić jej 

sekret. - 

Że pani i ona jesteście niezmiernie do siebie podobne. 

To z pewnością interesujące, ale naprawdę muszę pana prosić o odejście. Mojemu 

mężowi  nie  spodoba  się  fakt,  że  z  panem  gawędzę.  Nasze  małżeństwo  opiera  się  na 
staroświeckich zasadach. 

Gdyby pani na mnie nie wpadła... chyba nie skojarzyłbym pani z tamtą dziewczyną. 

Wpadłam na pana? - spytała z udawanym zdumieniem. - Och, jak mi przykro. 

Rzeczywiście świetna z pani aktorka - mruknął mężczyzna, przysuwając się do niej 

jeszcze bardziej. - Po

dziwiam ten talent, ale muszę panią ostrzec. Chodzi pani krokiem, który 

niesłychanie  zwraca  uwagę.  Proszę  o  tym  pamiętać  następnym  razem,  gdy  będzie  pani 
udawać  kogoś  innego.  Trzeba  zmienić  także  ruchy  ciała.  A  tak  a  propos  zmian...  wolałem 
tamte dłuższe włosy i swobodniejsze maniery. - Wstał, dotknął czoła, żartobliwie salutując, i 
poszedł do swojego wagonu. 

Przerażenie zaćmiło jej cały zdrowy rozsądek. Zmartwiała ze strachu Celestine przez 

chwilę miała ochotę wyskoczyć z pociągu, nie bacząc na konsekwencje. 

background image

Nie zdołała wyprowadzić w pole tego mężczyzny. Rozpoznał ją. I teraz perwersyjnie 

bawił się z nią w kotka i myszkę. 

Ale zawsze jest jakieś wyjście. Musiała za wszelką cenę opuścić pociąg i zniknąć z 

dworca,  zanim  morderca  podąży  jej  śladem.  Przychodziły  jej  do  głowy  kolejne  nierealne 
pomysły, gdy drzwi wagonu znów się rozsunęły. 

Dźwięk przypominający żałosne jęknięcie zamarł w gardle Celestine, gdy zobaczyła, 

kto  wchodzi.  Mężczyzna  z  wąsami inspektora Clouseau i rumianymi policzkami, w kole-
jowym  mundurze  konduktora.  Podjęła  decyzję,  zanim  jeszcze skierował  się  w  jej  stronę,  i 
przywołała go ruchem dłoni. 

Mężczyzna  podszedł  bliżej  i  przystanął  z  taką  miną,  jakby  sugerował,  że  ma 

ważniejsze sprawy do załatwienia, niż rozmowa z pasażerką lub podawanie jej koca. 

Sir, muszę prosić pana o pomoc - powiedziała odpowiednio boleściwym tonem. 

- W czym problem? 

Tym pociągiem jedzie pewien mężczyzna - szepnęła, rzucając spłoszone spojrzenie 

na drzwi, po czym na moment uniosła drżącą dłoń do ust. - Przed chwilą był tutaj. Och, tak 
bardzo się boję... 

- Dlaczego, Mademoiselle? 

To długa historia. Ten człowiek... jest bardzo niebezpieczny. - Tu nie minęła się z 

prawdą. - Widzi pan, do niedawna byliśmy kochankami... - Jej głos stał się bardzo  cichy i 
konduktor lekko się pochylił. - Rzuciłam go, a on grozi, że mnie zabije, jeśli kiedykolwiek... 

Siedzi mnie... 

Bardzo mi przykro, ale co to ma wspólnego z pani podróżą? 

Och, on jest potwornie zazdrosny! Może spróbować mnie zabić. To istny szaleniec. 

Sugeruje pani, że chciałby panią zabić tutaj? W szybkobieżnym pociągu? Musiałby 

nie mieć krzty rozumu, żeby porywać się na coś takiego. 

Jest wystarczająco zdesperowany - zapewniła, zdając sobie sprawę, że nie przekonała 

swojego rozmówcy. - 

Ale  obawiam  się,  że  jest  jeszcze  coś.  Odeszłam  od  niego,  ponieważ 

podejrzewam,  że  szmugluje...  -  wzięła  głęboki  oddech  i  na  sekundę  odwróciła  wzrok  - 

...narkotyki. 

Może pani to udowodnić? 

Niby jak? Ale wiem, co mówię, bo z nim mieszkałam! Zorientowałam się, co robi, 

ale przecież nie mogłam wziąć kilku torebeczek z kokainą, aby pokazać je władzom. 

- Czego oczekuje pani ode mnie? 

Proszę go zatrzymać. 

background image

Nie mam takich uprawnień. 

Ale londyńscy celnicy mogliby go przeszukać i znaleźć przy nim lub w jego bagażu 

te narkotyki. 

- Ma je przy sobie? Jest pani pewna? 

Bóg  mi  świadkiem,  że  wolałabym,  aby  to  nie  było  prawdą.  Ale  on  należy  do 

narkotykowego kartelu. Zawsze wozi ze sobą próbki oferowanego towaru. 

Złożyłaby pani stosowne oświadczenie? 

-  Ja?!  - 

Celestine potrząsnęła głową i załamała ręce. - To wykluczone! Nie rozumie 

pan?  Nawet  jeśli  on  pójdzie  do  więzienia,  to  ktoś  później  mnie  zlikwiduje.  W  razie 
przesłuchania  wszystkiemu  zaprzeczę.  Można  go  jedynie  zatrzymać  w  taki  sposób,  jakby 
chodziło o rutynową kontrolę, przeszukać go i jego rzeczy. Dokładnie, bo jest bardzo sprytny. 

- A pan

i w tym czasie oczywiście zniknie? 

Och,  tak.  Błagam  pana,  to  moja  jedyna  szansa...  Konduktor  przez  chwilę  się 

zastanawiał, ale nie było oczywiste, do jakiego wniosku doszedł. 

Gdzie siedzi ten mężczyzna? 

Podała numer wagonu i przypuszczalny numer miejsca oraz starannie opisała wygląd i 

ubranie swojego prześladowcy. 

Jak się nazywa? 

-  John Albert - 

odparła  bez  wahania.  -  Ale  z  pewnością  nie  podróżuje  pod  tym 

nazwiskiem. Używa wielu różnych paszportów, może nawet udawać Amerykanina lub Kana-

dyjczyka. 

- R

ozumiem. Co zamierza pani robić, dopóki nie przyjedziemy do Londynu? 

Jest  gdzieś  w  pociągu  jakieś  bezpieczne  miejsce,  gdzie  on  mnie  nie  znajdzie? 

Błagam, proszę mi pomóc. - Jej oczy wypełniły się łzami. 

Nie mogę sam podjąć decyzji, lecz może uda mi się zapewnić pani trochę spokoju. 

Proszę  wziąć  swoje  rzeczy  i  iść  ze  mną.  Jeśli  pani  sobie  życzy,  mogę  również  zlecić 
przeniesienie pani bagażu. 

Och,  dziękuję.  -  Łzy  spłynęły  po  jej  policzkach,  w  przeciwieństwie  do  zmyślonej 

historii były całkiem prawdziwe. 

Konduktor stuknął obcasami i sztywno skinął głową. Celestine powiedziała, gdzie jest 

jej jedyna walizka, zdjęła z półki torbę i poszła za nim, rzuciwszy szybkie spojrzenie przez 
ramię. Nikt jej nie obserwował, więc przyspieszyła kroku, z każdym kolejnym oddalając się 
od mężczyzny w ciemnym garniturze. I zwiększając swoje szanse na przeżycie. 

background image

Norbert  był  zmęczony.  Miał  się  zatrzymać  w  domu  niedaleko  Pałacu  Kensington  i 

marzył  tylko  o  gorącym  prysznicu  oraz  późnej  kolacji.  Podróż  pociągiem  okazała  się 

przyj

emna, lecz niezbyt ciekawa. Nawet dwadzieścia minut w tunelu pod kanałem La Manche 

przypominało zwyczajną jazdę metrem. 

Po  rozmowie  z  tajemniczą  nieznajomą  nie  wydarzyło  się  już  nic  interesującego,  co 

przerwałoby monotonię tej podróży. Po przekroczeniu granicy Anglii pociąg znacznie zwolnił 
i jedyną rozrywką było liczenie mijanych stacji oraz spekulacje na temat owej nimfy, która 
uciekła z Paryża, uprzednio zmieniwszy swój wygląd i pewnie całą tożsamość. 

Norbert od dawna nie był aż tak zaintrygowany. Nie wątpił, że Angielka mówiąca z 

nieskazitelnie  brytyjskim  akcentem  to  ta  sama  kobieta,  na  którą  zwrócił  uwagę  w  Paryżu. 
Owszem, zmieniła swój wygląd, lecz jedwabista cera była identyczna, podobnie jak delikatny 
zarys twarzy i kształt oczu oraz wysoko sklepione kości policzkowe. 

Co  skłoniło  piękną  nimfę  do  dokonania  drastycznych  zmian?  I  dlaczego  tak  się 

przestraszyła? Dał jej spokój tylko z powodu tego przerażenia, które dostrzegł w jej oczach. 
Mimo oczywistych talentów aktorskich nie zdołała ukryć, że się go boi. On zaś uznał, że nie 
ma prawa jej kosztem zaspokajać swojej ciekawości, choć nadal miał na to ochotę. 

Po pewnym czasie postanowił trochę rozprostować nogi i jeszcze raz spojrzeć na tę 

dziewczynę.  Nie zamierzał z nią rozmawiać, tylko sprawdzić,  czy rzeczywiście towarzyszy 
jej mężczyzna. Przeszedł prawie przez cały pociąg, ale nigdzie jej nie zauważył. 

A  teraz  czekał  w  kolejce  do  odprawy  celnej,  aby  otrzymać  pozwolenie  wejścia  na 

angielską ziemię. W dłoni trzymał paszport, a torbę z zapasowym garniturem przerzucił sobie 
przez ramię. Kolejka była długa i przesuwała się równie powoli, jak amerykański kierowca na 

brytyjskim rondzie. 

W  życiu  nie  widziałem  czegoś  takiego  -  stwierdził  mężczyzna  stojący  tuż  przed 

Norbertem, obwieszony aparatami fotograficz

nymi i kilkoma torbami. Miał na sobie szorty i 

barwną,  hawajską  koszulę,  jakby  chciał  podkreślić,  że  nie  jest  Europejczykiem.  -  Chyba 
wszystkich biorą na spytki. 

Może mają na kogoś namiar. 

Pewnie tak. Oby znaleźli go jak najszybciej i dali nam święty spokój. 

Norbert zabijał czas, szukając wzrokiem tajemniczej nieznajomej, ale nigdzie jej nie 

dostrzegł.  Najwyraźniej  wywiodła  go  w  pole.  Albo  stała  w  kolejce  poruszającej  się  dużo 
szybciej i w tej chwili już jechała taksówką, zastanawiając się, gdzie zjeść kolację. 

W końcu dotarł do urzędniczki i odprowadził spojrzeniem odchodzącego mężczyznę 

w  koszuli  w  hawajskie  wzorki.  Następnie  postawił  torbę  na  podłodze  i  podał  paszport. 

background image

Kobieta przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Właśnie zamierzał spytać, czy może iść, 
gdy obok niego wyrosło dwóch funkcjonariuszy. 

Jakiś problem? Moje dokumenty są w porządku - zapewnił. - Proszę sprawdzić. 

Musi pan iść z nami - oznajmił starszy mężczyzna. 

Dlaczego? Przecież mam dowód tożsamości. 

Oczywiście,  sir,  ale  proszę  iść  z  nami.  -  Mężczyźni  przysunęli  się  bliżej, 

niedwuznacznie dając do zrozumienia, że w razie oporu zastosują przymus fizyczny. 

- Dobrze. - 

Schylił się po torbę, ale natychmiast został powstrzymany. 

Nie dotykać bagażu! 

- Jest mój. - 

Norbert stopniowo tracił cierpliwość. - Sam mogę go nieść. 

Powiedziałem  „nie  dotykać”.  -  Starszy  mężczyzna  ruchem  głowy  wskazał  torbę 

młodszemu, który natychmiast ją wziął. 

Żądam wyjaśnień - parsknął Norbert. 

Proszę  iść  z  nami.  -  Starszy funkcjonariusz ostrzegawczo  położył  rękę  na  jego 

ramieniu. 

Norbert omal się nie roześmiał.  Facet był od  niego  z dziesięć centymetrów niższy i 

lżejszy  o  jakieś  dwadzieścia  kilogramów.  Wystarczyłoby  jedno  szarpnięcie,  aby  go  prze-
wrócić. Norbert ledwie się powstrzymał, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek. 

Chodźmy, chcę to załatwić jak najszybciej. 

Dobre podejście, sir. 

Mogę pana o coś prosić? 

- Tak? 

Proszę nie mówić do mnie „sir”. 

- Idziemy. 

Norbert  zrobił,  co  mu  kazano,  a  z  jego  gardła  wydobył  się  dźwięk  przypominający 

warczenie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Celestine  już  przywykła  do  mieszkań  na  poddaszu.  W  ciągu  tych  kilku  lat  poza 

domem rzadko mogła sobie pozwolić na coś lepszego. Postanowiła więc, że kiedyś, gdy już 
nie będzie uciekać, napisze przewodnik zatytułowany „Facjatki Europy”. Znała ten temat jak 

nikt. 

Londyńska  facjatka  nie  była  taka  zła.  Składała  się  z  dwóch  pokoików  na  czwartym 

piętrze,  z  toaletą  i  umywalką  w  pomieszczeniu,  które  dawniej  służyło  za  szafę,  oraz  z 
elektryczną płytką i elektrycznym czajnikiem w kącie saloniku. Do łazienki, z której korzystał 
również  drugi  lokator,  wchodziło  się  z  korytarza.  Sufit  w  mieszkanku  opadał  pod  ostrym 
kątem,  lecz  okna  wychodziły  na  New  Row,  uroczy  zaułek  w  pobliżu  Covent  Garden. 
Celestine miała szczęście, znajdując w tej drogiej dzielnicy Londynu takie malownicze i tanie 
lokum.  Mieszkała  tu  już  miesiąc  i  była  bardzo  zadowolona.  Pragnęła  tylko  w  spokoju  do-
czekać dnia dwudziestych piątych urodzin. A wtedy może wreszcie będzie mogła wrócić do 

domu. 

Prawie zaraz po przy

jeździe z Paryża znalazła pracę  w punkcie naprawczym.  Znów 

zmieniła  wcielenie,  rezygnując  z  zaniedbanej  Lesley  na  rzecz  Celie  Sherwood  -  zgrabnej i 
bystrej  osóbki.  Celie  miała  modną,  fachowo  wycieniowaną  fryzurę  z  jasnymi  pasemkami  i 

oczy w naturalnym ni

ebieskim kolorze. Nosiła okulary w metalowych oprawkach, odzież w 

stylu  klasycznym  i  prawie  się  nie  malowała.  Szukając  zajęcia,  odbyła  trzy  rozmowy 

kwalifika

cyjne i nazajutrz otrzymała dwie propozycje zatrudnienia. 

Teraz wybierała się do pracy, lecz przed wyjściem musiała do kogoś zadzwonić. 
Telefon pochodził chyba z okresu międzywojennego, a obrotowa tarcza kręciła się tak 

ciężko,  że  po  wybraniu  kilkunastu  numerów  Celestine  rozbolał  palec.  Stukając  nim 
niecierpliwie  o  drewnianą  skrzynkę  służącą  za  stolik,  modliła  się  w  duchu,  aby  Allison 
zbudziła się i odebrała. 

Na litość boską, kto dzwoni o tej porze! 

- Allie, to ja. - 

Celestine uśmiechnęła się, a po drugiej stronie przez moment panowało 

milczenie. 

- Celestine? 

- Wiem, która godzina, ale o normalnej po

rze nigdy nie mogę cię zastać. Bez przerwy 

balujesz. 

- Nic ci nie jest? 

background image

Nie. Mam pracę i mieszkanie. Ale nie tam, gdzie poprzednio. 

Gdzie się podziewasz, u licha? 

Lepiej, żebyś wiedziała jak najmniej. Nie chcę cię narażać. Musiałam tylko usłyszeć 

twó

j głos. 

O trzeciej trzydzieści nad ranem nie brzmi najlepiej. 

Rozmawiałaś z Whitem? 

- Ostatnio nie. 

Myślę o powrocie. 

Jezu, skarbeńku, to chyba nie najlepszy pomysł... 

- Wiem, ale nadchodzi pora na debiut. 

-  Celie?  - 

Na korytarzu rozległ się jakiś hałas i ktoś gwałtownie zastukał do drzwi. - 

Celie, jesteś już na nogach? 

Muszę lecieć, Allie. Zajrzyj do dziadka Suttera, proszę cię. Zdaniem Whita czuje się 

dobrze, ale wolę być pewna. Nie zdołałam dodzwonić się do niego. 

Sprawdzę, co u niego - obiecała Allison. - Błagam cię, uważaj na siebie. 

Będę. - Celestine odłożyła słuchawkę. 

Celie, wstałaś? - zawołał ktoś na korytarzu. 

Jasne, że tak. - W wiekowych drzwiach nie było wizjera, lecz Celestine otworzyła je, 

ponieważ wiedziała, że za nimi stoi Marshall Winston, jej współlokator na czwartym piętrze i 
od niedawna... także przyjaciel. 

-  O, rany - 

jęknął Marshall na widok jej kostiumu i zacisnął usta. - Ależ bym chciał 

odziać cię w coś czerwonego! Albo w ten koral, który lansujemy w tym roku. 

- Chyb

a w następnym wcieleniu, Marsh. - Cofnęła się, zapraszając go do wnętrza. 

Mamy też na wystawie istne cudo z białego szyfonu. Stworzone dla ciebie. 

Na coś takiego pozwolę sobie dopiero za dwa wcielenia. Napijesz się herbaty? 

- Chyba nie. - Marshall pod

szedł do okna i spojrzał na New Row. Po wąskiej uliczce 

snuła się mgła, chyba równie gęsta, jak na niskobudżetowych filmach o Sherlocku Holmesie. 

Cóż za piękny dzień. 

Dlaczego nie jesteś w pracy? 

Uznałem,  że  podrepczę  koło  południa.  -  Marshall  był  właścicielem  butiku  z 

ekskluzywną  odzieżą  damską.  Nie  miał  wielkiego  talentu  do  interesów,  lecz  zawsze  jakoś 
utrzymywał  się  na  powierzchni,  a  kobiety  go  uwielbiały  za  jego  poczucie  stylu.  Marshall 
rewanżował  się  wielką  sympatią,  choć  jego  serce  od  niedawna  należało  do  Bobby'ego  - 

background image

przystojnego  atlety,  który  przed  wejściem  do  pobliskich  pawilonów  żonglował  kręglami  i 
połykał ogień. 

Ja muszę lecieć. Jestem pracującą dziewczyną. 

Celie, dlaczego nie poszukasz sobie czegoś lepszego? Czegoś na twoim poziomie? 

Masz wykształcenie. 

Niewystarczające.  I  żadnych  referencji.  Poza  tym  moja  praca  mi  odpowiada,  a  w 

zachwyt wprawia te dziesięć metrów, jakie mnie od niej dzieli. 

Punkt  rzeczywiście  znajdował  się  naprzeciwko,  a  Harry  -  szef Celestine -  dał  jej 

namiar na ta

nie mieszkanko. Praca okazała się łatwa, a miejsce miało wielką zaletę. 

Do punktu Harry'ego nigdy nie zaglądali amerykańscy turyści. 

Na pewno nie pozwolisz, żebym przerobił cię na kogoś innego, prawda? Już ja cię 

znam, Celie. -  Marshall oskar

życielsko  wycelował  w  nią  palec.  -  W  życiu  nie  ułożyłabyś 

inaczej nawet kosmyczka włosów ani na jotę nie zmieniłabyś podejścia do świata. Zejdziesz z 
niego dokładnie taka sama, jak się urodziłaś. 

Trafiłeś w sedno, Marsh - przyznała bez mrugnięcia okiem. - Celie Sherwood jest 

jaka jest. Konserwatywna do szpiku kości. 

Na ulicy ktoś gwizdnął i Celestine pomachała potężnie zbudowanemu blondynowi w 

obcisłych spodniach z czarnej skóry, a on odpowiedział podobnym gestem. 

- Bobby czeka - 

oznajmiła. 

Umówiłem się z nim na miłe śniadanko. 

No  to  leć,  skarbie.  -  Celestine  cmoknęła  Marshalla  w  policzek.  -  Daj ode mnie 

buziaka Bobby'emu. 

Po  wyjściu  przyjaciela  chwyciła  przeciwdeszczowy  płaszcz  i  zgodnie  ze  swoim 

zwyczajem  uważnie  rozejrzała  się  po  mieszkaniu.  Jego  zakamarki  ukrywały  różne  sekrety. 
Szczegółowe  przeszukanie  ujawniłoby  wszystkie,  ale  szybka  rewizja  nie  przyniosłaby 
pożądanych  rezultatów.  Zadowolona  z  tego,  że  pokój  wygląda,  jak  trzeba,  Celestine  także 
wyszła i starannie zamknęła za sobą drzwi na klucz. 

Norbert w pierwszej chwili miał wątpliwości, czy wychodząca z wąskiego, piętrowego 

domu kobieta to Angielka z pociągu. Ale widział, jak zgasło światło na facjatce, a prywatny 
detektyw  zapewnił,  że  mieszka  tam  niejaka  Celie  Sherwood  alias  Lesley  McBain  -  osoba, 

która spowo

dowała zatrzymanie Norberta na dworcu Waterloo. 

Nawet  teraz,  po  upływie  miesiąca,  Norbert  zatrząsł  się  z  gniewu  na  wspomnienie 

tamtego doświadczenia. Detektyw początkowo nie był w stanie wpaść na trop dziewczyny z 
ekspresu Paryż - Londyn. Chyba nigdy by jej nie odnalazł, gdyby nie przypadkowa uwaga 

background image

jednego z celników, która oświeciła Norberta co do przyczyn jego upokarzającej przygody. 
Odnalezienie  Angielki  okazało  się  jednak  niełatwe,  lecz  Norbert  wynajął  odpowiedniego 
człowieka i dobrze mu zapłacił. 

A poszukiwania doprowadziły go tutaj. 
Ze swojego miejsca widział wejście do małego warsztatu, a Celie Sherwood właśnie 

na moment przystanęła i wsunęła dłoń do torebki, jakby coś sprawdzała. Następnie zamknęła 
ją i ruszyła w stronę krawężnika. Z tej odległości wcale nie przypominała kobiety z pociągu, 
lecz gdy specyficznym krokiem przeszła przez jezdnię, Norbert już był pewien, że to ta sama 

osoba. 

Zapłacił  Hindusce  w  niebieskim  sari  za  o  wiele  za  drogą  babeczkę,  którą  zjadł  w 

maleńkiej cukierni, postawił kołnierz prochowca i wyszedł na zewnątrz. Długo czekał na tę 
chwilę i zamierzał poczekać jeszcze trochę. Aż do południowej przerwy, aby rozmówić się z 
panną Sherwood w cztery oczy. 

Harry,  jeśli  chcesz,  wyślę  te  faktury,  idąc  na  lunch  -  zaproponowała  Celestine.  - 

Szybciej dojdą. 

Harry  chrząknął  i  z  parasolem  w  dłoni  wyłonił  się  z  zaplecza.  Był  siwym  starszym 

panem z młodymi, zręcznymi palcami, które umiały naprawić niemal wszystko. 

Ja to zrobię. Będę mijał pocztę. 

- Na pewno? 

W odpowiedzi 

Harry znów chrząknął i zgarnął z lady kilka kopert. Celestine polubiła 

swojego  szefa,  był  dobrym  człowiekiem  i  niewiele  wymagał.  Nie  przepadał  też  za 
konwersacją. 

Zamknę przed wyjściem - obiecała Celestine. 

Harry  wziął  kapelusz  z  wieszaka  przy  drzwiach  i  chrząknął  na  pożegnanie,  a  gdy 

zatrzaskiwał drzwi, wiszący nad nimi dzwonek melodyjnie zabrzęczał. 

Celestine  uporządkowała  rzeczy  na  ladzie  i  zaniosła  na  roboczy  blat  Harry'ego 

przedwojenny  opiekacz.  Przylepiła  do  niego  kartkę,  na  której  napisała:  „Właścicielka 
twierdzi, że poranna grzanka smakowała jak relikt z okresu wielkiego pożaru Londynu”. 

Nadsłuchując  jednym  uchem,  czy  ktoś  nie  wchodzi,  starła  z  blatu  kurz  i  wyrzuciła 

resztki śniadania Harry'ego. Zadowolona z rezultatów sprzątania wróciła do kantorku. 

I cofnęła się o krok na widok opartego o ladę mężczyzny z paryskiej kawiarni. 

Na pani miejscu nigdzie bym nie uciekał, Celie. Jeśli natychmiast pani nie złapię, co 

jest mało prawdopodobne, to i tak znów panią odnajdę, a wtedy naprawdę się wkurzę. 

Naw

et nie przełknęła śliny, tylko wysunęła brodę. 

background image

- Nie wiem, o co panu chodzi. 

Czyżby? - Mężczyzna uśmiechnął się, lecz jego twarz nadal wyglądała jak wykuta z 

kamienia. 

Dzisiaj  nie  miał  na  sobie  ciemnego  garnituru.  Pod  brązowym  trenczem  Celie 

dostrzegła spłowiałe dżinsy, rozpiętą pod szyją kremową koszulę i sztruksową marynarkę w 
kolorze  myśliwskiej  zieleni.  Ale  nigdzie  nie  zauważyła  kabury  z  bronią,  więc  spojrzała 
mężczyźnie prosto w oczy. 

Nie mam pojęcia, w czym rzecz i w ogóle pana nie znam. Chyba pomylił mnie pan z 

kimś innym. 

- Doprawdy? 

Proszę wybaczyć, ale właśnie wychodziłam. Może pan wrócić za godzinę? 

Żeby  stwierdzić,  że  pani  znów znikła?  Nie  wątpię,  że  opuści  pani  pana  Harry'ego 

Atkinsa dokładnie tak samo, jak panią Duchampier w Paryżu. Nie oglądając się za siebie. 

Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi i nie będę tracić czasu na zgadywanie. 

Odświeżę  pani  pamięć.  W  ubiegłym  miesiącu  pracowała  pani  na  lewym  brzegu 

Sekwany.  Ta  czuprynka  była  wtedy  dużo  dłuższa  i  w  innym  kolorze.  Nie  nosiła  pani 
okularów i posługiwała się francuskim równie imponująco, jak później angielskim. Nazywała 
się pani Marie St. Germaine. Dowiedziałem się tego bez trudu. Mój człowiek dał w łapę pani 
byłej pracodawczyni, która, nawiasem mówiąc, nie wyrażała się o pani w superlatywach. 

Na  pewno  mnie  pan  z  kimś  pomylił.  Nazywam  się  Celie  Sherwood  i  nigdy  nie 

pracowałam w Paryżu. 

Była pani kiedyś rewidowana przez celników, Celie? A może Lesley? 

Nie odpowiedziała. Nawet nie mrugnęła, a on lekko wzruszył ramionami. 

Celnicy  potrafią  być  cholernie  dokładni.  I  wiedzą,  jak  człowieka  upokorzyć. 

Zdumiałaby  się  pani,  w  jakich  miejscach  handlarze  narkotyków  przemycają  towar.  Ale 
agentów nie sposób oszukać, zajrzą dosłownie wszędzie, w każdy zakamarek ciała, a potem 

jeszcze 

delikwenta prześwietlą... 

Zaraz wychodzę. 

Nie sądzę. - Mężczyzna obszedł ladę. Poruszał się lekko jak komandos. Gdyby miał 

pod stopami suche gałązki, żadna by nie trzasnęła. 

Będę krzyczeć. 

- Tak? Po francusku czy po angielsku? Zna pani jeszcze inne j

ęzyki? 

background image

Jest  pan  niezrównoważony.  Proszę  natychmiast  wyjść  albo  wezwę  pomoc.  - 

Wiedziała, że nie zdoła uciec przez tylne wyjście, bo on stał tuż przed nią. Mogła tylko liczyć 
na to, że ktoś wejdzie od frontu. Zerknęła na drzwi. 

Zamknąłem je na klucz. - Mężczyzna chyba czytał w jej myślach. - A teraz proszę 

wreszcie mi powiedzieć, kim pani jest i dlaczego mnie pani wrobiła? 

Nie mam zielonego pojęcia, o czym pan gada! I z jakiej racji mnie pan przepytuje! 

Jestem obywatelką brytyjską i stoimy na brytyjskiej ziemi. 

Cóż,  zacznijmy  od  tego.  Niejaka  Celie  Sherwood  istotnie  urodziła  się  w  Wielkiej 

Brytanii. A konkretnie... w Bourton -  on  -  the  - 

Water, jakieś dwadzieścia cztery lata temu. 

Ale prawdziwa Celie w wieku osiemnastu lat wstąpiła do klasztoru w Walii i od tego czasu 
nie potrzebuje dokumentów potwierdzających jej tożsamość. Może więc nawet nie miałaby 
nic przeciwko temu, że ktoś przywłaszczył sobie jej personalia? Ale ja się na to nie zgadzam, 

jasne? 

W  życiu  nie  słyszałam  takich  głupot.  Jestem  Celie  Sherwood  i  rzeczywiście 

pochodzę z Bourton - on - the - Water, lecz reszta pańskiej historyjki to stek bzdur. 

Niby dlaczego miałbym coś zmyślać? Nie znamy się. Zauważyłem panią w Paryżu, 

ale  nie  jestem  zboczeńcem.  Nawet  za  bardzo  się  na  panią  nie  gapiłem.  Nie  należę  też  do 
żadnej  grupy  przestępczej  i  nie  chciałem  pani  porwać  z  zamiarem  sprzedaży  do  jakiegoś 
haremu. Byłem tylko zwyczajnym biznesmenem, któremu zostało trochę czasu do zabicia. - 
Zauważył,  że  ostatnie  słowa  przyprawiły  ją  o  prawie  niedostrzegalny  dreszcz,  i  trochę  się 
zmitygował. - Nie stanowię dla pani żadnego zagrożenia. Nie wiem, za kogo mnie pani bierze 
ani kim pani jest, ale zapewniam, że nie przyszedłem pani skrzywdzić. 

Więc proszę mnie zostawić w spokoju! Zniknąć z tego miejsca i z mojego życia! 

Najpierw wyjaśnijmy, dlaczego musiałem przejść tę wstrętną kontrolę osobistą. 

Skąd  mam  wiedzieć?  Nigdy  nie  pracowałam  w  Paryżu  ani  nawet  nie  jechałam 

Eurostarem! - 

palnęła jak idiotka. 

Mężczyzna  w  milczeniu  świdrował  ją  wzrokiem.  Orzechowe oczy niczego nie 

zdradzały, lecz było oczywiste, o czym myśli. 

Czy wspomniałem o Eurostarze? - spytał w końcu. 

Skoro przyjechał pan z Paryża, to właśnie Eurostar kończy jazdę na Waterloo. 

Czy wspomniałem o Waterloo? 

Wpadła w panikę i trzęsła się z przerażenia. Nieważne, co powiedział. Zaraz pewnie 

wyciągnie pistolet lub nóż i zabije jak zawodowiec, a Harry po powrocie znajdzie ją w kałuży 

background image

krwi na posypanej trocinami podłodze. I strasznie się zirytuje, że musi odpowiadać na pytania 

policji. 

-  Ja tylko...  - 

Urwała,  słysząc  szczęk  obracanego  w  zamku klucza i wymamrotane 

przekleństwo. Zabrzęczał dzwonek i w drzwiach stanął Harry. 

Zapomniałem portfela... 

Nie czekała na reakcję swego prześladowcy. Potrzebowała właśnie tej jednej sekundy, 

gdy  miał  rozproszoną  uwagę.  Błyskawicznie  się  odwróciła,  skoczyła  na  zaplecze,  zręcznie 
ominęła  roboczy  blat  Harry'ego,  biodrem  pchnęła  tylne  drzwi,  które  natychmiast  stanęły 
otworem i znalazła się w gęstej, londyńskiej mgle, uciekając przed śmiercią. 

Norbert zawa

hał  się.  Może  nie  powinien  gonić  Celie  Sherwood,  czy  jak  tam  się 

nazywała.  Niewątpliwie  ją  przestraszył.  Była  doskonałą  aktorką,  lecz  w  jej  szafirowych 
oczach czaiło się przerażenie. Jeśli będzie ją ścigał, dziewczyna może zrobić coś, czego oboje 
pożałują. Chyba rzeczywiście lepiej ją zostawić i o wszystkim zapomnieć. 

Mimo  tego  rozsądnego  wniosku  Norbert  ruszył  w  pościg.  Musiał  wyświetlić 

tajemniczą sprawę. Celie niewątpliwie sądziła, że on chce zrobić jej krzywdę, a nawet zabić. 
Może  przypominał  kogoś,  kto  naprawdę  jej  zagrażał.  A  może  pasował  do  opisu,  który  jej 
przekazano. W ogóle ciekawe, dlaczego kobieta wyglądająca jak ucieleśnienie spokoju, tak 
strasznie boi się o swoje życie. 

Pragnął  ją  zapewnić,  że  jego  nie  musi  się  obawiać.  Przejęty  jej  bezpieczeństwem 

zapomniał o swoim gniewie. Zaangażował się, chociaż dobrze wiedział, że to nie ma sensu. A 

teraz oboje mieli powody do frustracji. 

Zaułek  na  tyłach  warsztatu  okazał  się  ślepy,  więc  Norbert  pognał  w  prawo  i 

wybiegając zza rogu, dostrzegł plecy Celie. Szkoda, że ma na sobie szary płaszcz, a nie coś 
czerwonego  lub  pomarańczowego,  pomyślał,  gdy  wpadła  do  jakiegoś  sklepiku.  Dotarł  do 
niego w kilkunastu susach i za moment stanął oko w oko z potężnie zbudowanym rzeźnikiem, 
który trzymał się pod boki i głośno klął. 

Norbert  pędem  go  ominął,  przebiegł  między  dyndającymi na hakach baranimi 

półtuszami i znalazł się na wąskiej uliczce. Usłyszał pisk hamulców, odwrócił się w prawo i 
spostrzegł umykającą Celie oraz wrzeszczącego na nią kierowcę. 

Dziewczyna spojrza

ła  przez  ramię  i  zaczęła  biec  jeszcze  szybciej.  Poruszała  się  z 

imponującą  zręcznością,  jakby  uciekała  nie  pierwszy  raz.  Wkrótce  oboje  znaleźli  się  w 
pobliżu wielkiego, przeszklonego budynku targowiska. W tej handlowej dzielnicy było wiele 

sklepów i restau

racji, toteż wszędzie panował tłok. Norbert nie wątpił, że on i Celie zwracają 

background image

powszechną uwagę. Zanim jednak ktoś ruszył ich śladem, niebiosa nagle się otworzyły i lunął 
rzęsisty deszcz. Spłoszeni przechodnie zaczęli pospiesznie chować się, gdzie się tylko dało. 

Norbert osłonił dłonią oczy, wypatrując uciekinierki, lecz nie był pewien, czy biegnie 

w  odpowiednim  kierunku.  W  pewnej  chwili  odniósł  wrażenie,  że  widzi  Celie  Sherwood 
pędzącą  na  ukos  w  stronę  kościoła  stojącego  na  brukowanym  kostką  placyku  w  pobliżu 
pawilonów handlowych. Lecz kiedy tam dotarł, dziewczyny już nie było. 

Ruszył  w  przeciwnym  kierunku,  zajrzał  też  na  zadaszony  bazar  -  i nic. Celie 

Sherwood,  która  powinna  spędzać  dni  na  modlitwie  w  walijskim  klasztorze,  dosłownie 
rozpłynęła się we mgle. 

Bobby!  O,  Jezu,  Bobby!  Musisz  mnie  ukryć!  Natychmiast!  -  Celestine  padła  na 

muskularną  pierś  jasnowłosego  atlety,  który  skradł  serce  Marshalla.  Co  za  szczęście,  że 
jeszcze tu był. 

- Celie? - 

Bobbie zamknął ją w mocarnych ramionach. - Na litość boską, co się stało? 

Co tutaj robisz? 

Goni mnie jakiś szaleniec! Przyszedł do punktu i zaczął mi grozić, a potem chciał 

mnie złapać. Nie wiem, czy go zgubiłam! 

Bobby odsunął ją na odległość ramienia. Miał zielone oczy i dość długie włosy, a na 

sobie obcisłe spodnie z czarnej skóry i kamizelkę w cętki leoparda. W ciągu kilku minionych 
tygodni,  gdy  pokazywał  swoje  sztuczki  w  okolicy  Covent  Garden,  stał  się  ulubieńcem 
zwiedzających. Zarabiał tyle, że nawet odpalał pewne sumki Marshallowi, co było najszybszą 
drogą do jego serca. 

Hej, już jesteś bezpieczna. - Bobby kojąco pomasował plecy Celie i patrzył na nią 

wyraźnie zatroskany. - Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. 

Musisz mnie ukryć! 

- Mieszkam daleko. 

- Wiem. - 

Celestine spróbowała przebić wzrokiem ścianę deszczu. Stali pod daszkiem 

przy wejściu do sklepu z latawcami i modelami samolotów. Drzwi znajdowały się w głębi, 
toteż z daleka byli niewidoczni, lecz jeśli ten mężczyzna jakimś cudem tu trafi... 

Chodźmy do sklepu Marsha. - Bobby włożył czarną skórzaną kurtkę. - Pójdziemy 

bocznymi zaułkami. To prawdziwy labirynt, ale już tamtędy chodziłem. Jeśli nawet ktoś cię 
śledzi, to zaraz się zgubi. 

A jeśli trafi do Marsha? Może mnie obserwował, więc zechce sprawdzić ten adres. 

Przecież obaj będziemy z tobą. Jeśli ten typ się zjawi, to już my go załatwimy. 

Dobrze. Ale pospieszmy się. 

background image

Bobby uspokajająco uścisnął jej dłonie, po czym się cofnął i popatrzył w obie strony. 

Nikogo nie widzę. Chodź. I trzymaj się blisko mnie. 

Wrześniowy deszcz był chłodny, a Celestine już przemokła do suchej nitki. Drżąc z 

zimna  pomaszerowała  za  Bobbym  i  w  wąskich  zaułkach  prawie  natychmiast  straciła 
orientację, więc wlepiła wzrok w muskularną sylwetkę idącego przodem siłacza. 

Ale zdenerwowanie zrobiło swoje, więc po kilku minutach poczuła obezwładniające 

zmęczenie.  Właśnie  zamierzała  poprosić  Bobby'ego,  aby  chwilkę  odpoczęli,  gdy  on 
przystanął i wskazał wiszący nad zaułkiem łącznik między dwoma budynkami. 

Schroniła się w jego zaciszu i zdjęła pantofel, aby rozmasować stopę. Co za szczęście, 

że zawsze nosiła buty na płaskich obcasach. W szpilkach od razu byłaby na straconej pozycji. 

Gdzie jesteśmy? - spytała. 

W pobliżu sklepu Marsha. 

Miałeś rację, że to istny labirynt. - Usiłowała powstrzymać się od łez, lecz zbierało 

się jej na płacz. - Już się zgubiłam. 

Biedactwo. Trzęsiesz się ze strachu. 

Jestem ci taka wdzięczna. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

Czego chciał tamten facet, Celie? 

Żałowała, że nie może Bobby'emu powiedzieć całej prawdy. 

Właściwie nie wiem. Zachowywał się jak szaleniec. Jakby mu odbiło. Wziął mnie za 

kogoś innego i groził mi. 

Pomylił cię z kimś? 

Eee... chyba tak. Zresztą... nie mam pojęcia. Przeraził mnie, więc biegiem uciekłam. 

Jesteś w tym niezła. 

Dużo biegałam w szkole, więc zachowałam dobrą formę. 

Nie o to mi chodziło. 

Nie sądzisz, że lepiej już iść? - Rozejrzała się wokoło. Nigdzie nie było żywej duszy. 

Chyba mnie nie zrozumiałaś, malutka. 

Słucham? - Spojrzała na Bobby'ego zaskoczona dziwną nutą w jego głosie. I poczuła 

ukłucie  strachu.  W  tych  okolicznościach  uśmiech  Bobby'ego  wydawał  się  całkiem  nie  na 

miejscu. 

Celie.  Ładne  imię,  chociaż  dość  niezwykłe,  prawda?  Zwraca  uwagę.  Nie 

podejrzewałbym, że je wybierzesz. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Och, wiesz. 

background image

Cofnęła się, ale za sobą miała ceglany mur. 

Stąd chyba już sama trafię do sklepu Marsha - oświadczyła z udawanym spokojem. - 

Dzięki, że mnie podprowadziłeś aż tutaj. - Odwróciła się, aby zwiać, lecz palce Bobby'ego 
zacisnęły się na jej przedramieniu. 

- Nigdzie nie odejdziesz, Celestine. 

Słowa Bobby'ego zagłuszył grzmot, lecz i tak je zrozumiała. 

Puść mnie! To boli! 

- Przykro mi, bo zaraz zaboli jeszcze bardziej. 

Kim ty, u diabła, jesteś? 

Ucieleśnieniem  twoich  wszystkich  koszmarów.  Spróbowała  się  wyswobodzić. 

Bobby trzyma

ł  ją  lewą  ręką,  lecz  był  taki  silny,  jak  demonstrował  to  swojej  ulicznej 

publiczności.  Celestine  zaczęła  się  wyrywać,  ale  on  coraz  bardziej  przyciągał  ją  do  siebie, 
chociaż szarpała się i kopała. Zdwoiła wysiłki, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy 
prawą ręką sięgnął pod kurtkę. Wyjął nóż z osiemnastocentymetrowym ostrzem i efektownie 
poruszył bronią, jakby popisywał się przed zachwyconymi gapiami. 

Tak między nami, droga Celie... zdecydowanie wolę kobiety od mężczyzn, chociaż 

biedaczek Marsh tego nie wie. Zamierzałem dopiero w przyszłym tygodniu trochę się z tobą 
zabawić, zanim cię unieszkodliwię. Ale dzisiaj tak bardzo ułatwiłaś mi wykonanie zadania, 
więc nie będę już zwlekał ani tym bardziej narzekał... 

Wrzasnęła,  co  sił  w  płucach,  gdy  podniósł  nóż,  a  Bobby  uśmiechnął  się,  jakby 

znajdował przyjemność w tym, co zamierzał uczynić. 

Tutaj nikt cię nie usłyszy, skarbie - szepnął jej prosto do ucha. - Poddaj się, a pójdzie 

nam dużo łatwiej. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Norbert usłyszał krzyk właśnie wtedy, gdy postanowił zrezygnować z dalszej pogoni. 

Mimo  przeciwdeszczowego  płaszcza  był  kompletnie  przemoczony,  a  zdrowy  rozsądek 
podpowiadał, że szukanie Celie jest bezcelowe. Pewnie już nigdy jej nie odnajdzie i nie dowie 
się, dlaczego w popłochu uciekła i dlaczego spowodowała zatrzymanie przez celników Bogu 
ducha winnego człowieka. 

Norbert  westchnął  zrezygnowany,  lecz  słysząc  wrzask  kobiety,  pobiegł  w  tamtą 

stronę. Lało jak z cebra, co chwilę ogłuszająco grzmiało i normalni ludzie już dawno gdzieś 
się pochowali. Miał więc dla siebie całe ulice i biegnąc, nie musiał nikogo potrącać. 

Minął  kilkanaście  budynków  i  zaczął  mieć  wątpliwości,  czy  biegnie  w  dobrym 

kierunku. W Londynie wszystko brzmiało głośniej niż w innych miastach. Domy były z cegły 

lu

b kamienia, a wysokie mury odbijały każdy dźwięk, zwielokrotniając jego siłę. Krzyk mógł 

dochodzić z daleka i już się nie powtórzył. 

Norbert  nieco  zwolnił,  usiłując  zebrać  myśli.  Zanim  jednak  zawrócił  w  przeciwną 

stronę, kobieta znów wrzasnęła. Tym razem znajdowała się dużo bliżej. 

Wypadł  zza  rogu  i  spojrzał  w  głąb  uliczki,  która  właściwie  była  wąskim  zaułkiem 

między  niezamieszkałymi  domami.  Przeprowadzano  tu  prace  renowacyjne,  o  czym 
świadczyły schowane pod prowizorycznymi namiotami narzędzia i sprzęt budowlany. Ale w 
porze lunchu nie było na budowie robotników. 

Domy stały w zabudowie szeregowej, zrośnięte bokami, a między dwoma znajdował 

się łącznik. W jego cieniu Norbert dostrzegł dwie postacie - atletę w ubraniu z czarnej skóry 

oraz Celie Sherwood. 

Była śmiertelnie przerażona, lecz jak dzika lwica walczyła o życie. W tym miejscu, 

gdzie echo niosło się daleko, jej przeraźliwy krzyk był bronią niemal równie skuteczną, jak 
nóż lśniący w dłoni zamachowca. Z tą różnicą, że zabić mógł tylko nóż. 

Zostaw  ją!  -  Norbert  ruszył  w  stronę  wzniesionego  ramienia  zabójcy.  Celie  już 

krwawiła, jej okulary leżały roztrzaskane na bruku, a wielkolud znów szykował się do zadania 
ciosu. Dziewczyna bezskutecznie usiłowała uwolnić się z mocarnego chwytu. 

Szukasz kłopotów? - Blondyn spojrzał na nadbiegającego mężczyznę i uśmiechnął 

się kpiąco. 

Norbert był dobrze zbudowany, co w przeszłości niejeden raz zniechęciło mniejszego 

napastnika do wszczęcia bójki. Ale ten osobnik wyglądał jak atleta i najwyraźniej ucieszył się 

background image

z wid

oku jeszcze jednej potencjalnej ofiary. Norbert uniósł ręce w geście rezygnacji i zrobił 

krok wstecz, a blondyn dwukrotnie przeciął nożem powietrze i roześmiał się. Lecz w chwili, 
gdy odwracał się do Celie, Norbert zaatakował. 

Bezbłędnie  oszacował  odległość  i  wylądował  dokładnie  tam,  gdzie  zamierzał  -  na 

lewym barku olbrzyma. Jedną ręką chwycił jego nadgarstek, a drugą błyskawicznie zadał cios 
w przedramię. Blondyn zawył z bólu i puścił Celie, lecz nadal ściskał w dłoni nóż. Obrócił się 
raptownie, aby złapać Norberta, on jednak przewidział to posunięcie i już zdążył odskoczyć 
do tyłu. 

Celie potykając się, dotarła do przeciwległej ściany, zgięta w pół, jakby nie mogła się 

wyprostować.  Norbert  nie  miał  czasu  jej  się  przyjrzeć,  ponieważ  wielkolud  znów  na  niego 
skoczył,  lecz  nie  okazał  się  wystarczająco  szybki.  Te  wspaniałe  mięśnie,  które  przez  lata 
rozwijał z taką czułością, teraz stały się przeszkodą. Norbert kopnął go w udo i tył kolana, a 
gdy mężczyzna się pochylił, ciosem stopy w łokieć wytrącił mu nóż, który zręcznie chwycił. 

Już nie żyjesz - wychrypiał siłacz. 

Tak  sądzisz?  -  Norbert  jak  doświadczony  ulicznik  przerzucił  nóż  z  ręki  do  ręki, 

następnie przeciął powietrze w taki sam sposób, jak przed chwilą zrobił to napastnik. - Jestem 

cholernie wkurzony. I 

nie lubię facetów, którzy krzywdzą kobiety. 

Atleta ruszył do przodu z głową wciśniętą w ramiona jak atakujący baran. Tym razem 

Norbert nie miał miejsca, aby uskoczyć, mógł tylko mocno stać na rozstawionych nogach i w 
ostatnim momencie obrócić się bokiem, aby nie paść na ziemię. Gdyby został przygnieciony 
wielkim ciałem przeciwnika, nie wyszedłby żywy z tej walki. Było jasne, że ona rozstrzygnie 
się właśnie tutaj. 

Przyjął barkiem potężne uderzenie i walnął głową o ścianę, a nogi pojechały mu do 

przodu, le

cz nie wypuścił noża ani się nie przewrócił. Zdołał też złapać napastnika za długie 

włosy i szarpnąć jego głowę do tyłu, jednocześnie przykładając mu do gardła nagie ostrze. 

To jak będzie, Goliacie? - syknął rozjuszony. - Mam ci puścić krew, czy wolisz dać 

nogę, póki możesz? 

Dlaczego... mam wybierać? 

Norbert  kątem  oka  zobaczył  Celie.  Podczas  starcia  całkiem  o  niej  zapomniał.  Nie 

zdziwiłby się, gdyby znów uciekła. Lecz ona stała teraz tuż obok, ściskając w dłoniach wielki 
kamień przypominający te, z których zbudowano okoliczne domy. Uniosła go i z całej siły 
zdzieliła nim atletę w tył czaszki, po czym padła zemdlona na jego bezwładne ciało. 

Celestine nie wiedziała, gdzie się znajduje. Miała wrażenie, że jest lekka jak piórko i 

cała  mokra.  Rozpaczliwie  pragnęła  znów  pogrążyć  się  w  nieświadomości,  lecz 

background image

uniemożliwiała to spływająca po twarzy woda. A z gardła, zamiast słów, wydobył się tylko 
zduszony jęk. 

Nie bój się, Celie. Zawiozę cię do szpitala. 

- Nie... - 

Ktoś ją trzymał, a właściwie niósł, więc spróbowała się uwolnić. Otworzyła 

oczy i zaraz je zamknęła, bo padał deszcz. - Nie... zostaw mnie... 

- Wykluczone. 

Oni  mnie  znajdą...  zabiją...  nie  mogę...  do  szpitala...  -  Jej  język  był  zdrętwiały,  a 

umysł coraz bardziej zasnuwała mgła. Ale strach był silny jak zawsze. 

Jesteś ranna, a sam nie zatamuję krwotoku. Musisz iść do szpitala. 

Zabiją mnie... Czy ty... mnie zabijesz? - Może już próbował? Chociaż... chyba to nie 

on.  Nie  pamiętała,  co  dokładnie  się  wydarzyło  ani  dlaczego.  Ale  umierała  z  przerażenia. 
Chciała  się  wyswobodzić,  lecz  jej  członki  nie  reagowały  na  rozkazy  mózgu.  A  ciało  nagle 
znalazło się w stanie nieważkości, zaczęło odpływać gdzieś w przestworza, coraz dalej i dalej 
od tego deszczu i niosącego ją mężczyzny. 

Kiedy ponownie odzyskała przytomność, nadal znajdowała się w jego ramionach, lecz 

deszcz chyba ustał. 

Nie może pan jechać szybciej? - spytał trzymający ją człowiek. 

Przykro mi, chłopie, ale w tej ulewie prawie nic nie widać. Jak nasza pasażerka? 

Nic jej nie będzie. 

- Na p

ewno nie trzeba zawieźć jej do szpitala? 

Nie, tylko zemdlała, bo nic dzisiaj nie jadła. Potrzebuje porządnej kolacji i trochę snu 

we własnym łóżku. 

Radzę podać rosołek i gorącą, słodką herbatkę z cytryną. 

Otóż to. - Mężczyzna chyba mówił przez zaciśnięte zęby. 

Jesteśmy prawie na miejscu. 

Świetnie. 

Pomóc panu ją wnieść? 

Nie, damy sobie radę. 

Celestine chciałaby w to uwierzyć, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans. Ona już 

nie da sobie rady. Nigdy nie będzie żyć jak normalna kobieta. Nigdy nie... 

Spróbowała  się  odezwać,  powiedzieć  mężczyźnie,  aby  nie  kłamał.  Zdołała  tylko 

jęknąć, ale to już było bez znaczenia, ponieważ znów wzlatywała gdzieś wysoko. 

Tym razem Norbert był zadowolony z tego, że zatrzymał się w domu należącym do 

Tri  -  C International, przeznaczo

nym dla odwiedzających Londyn szefów firmy. Normalnie 

background image

nie przepadał za tą siedzibą w wiktoriańskim stylu, była zbyt staroświecka, jak na jego gust. 
Betty  Prynne,  gospodyni,  uwielbiała  ogrody,  więc  i  tutaj  posadziła  na  podwórzu  mnóstwo 

kwia

tów  i  krzewów  efektownych  o  każdej  porze  roku.  A  wnętrze  domu,  z  jego  wysokimi 

pokojami i wyposa

żeniem  z  ciemnego,  rzeźbionego  drewna,  nieco  zmiękczyła  uroczymi 

antykami  oraz  dodatkami  w  pastelowych  barwach.  Wszystko  emanowało  domowym 
ciepełkiem,  co  Norberta  zazwyczaj  irytowało,  lecz  dzisiaj  poczucie  prywatności  i  domowe 
wygody stanowiły niezaprzeczalny plus. 

Deszcz  nadal  padał,  gdy  taksówka  zatrzymała  się  przed  wejściem.  Zaciągnięte 

burzowymi chmurami niebo miało kolor ołowiu, a na dworze było ciemno, co Norberta także 
cieszyło.  W  takich  warunkach  sąsiedzi  nie  będą  w  stanie  zobaczyć,  że  nowy  mieszkaniec 
rezydencji w Kensington dźwiga kobietę owiniętą w swój brązowy płaszcz. 

Norbert  wiedział,  dlaczego  przywiózł  Celie  tutaj,  ale  nie  był  pewien,  czy  podjął 

w

łaściwą  decyzję.  Zanim  zemdlała  po  raz  drugi,  Celie  przez  chwilę  patrzyła  na  niego,  a 

malujące się w jej oczach przerażenie zmieniło się w coś bardziej mrożącego krew w żyłach. 
Ta dziewczyna myślała, że umiera, i już zaczęła godzić się z tym, co nieuniknione. 

A  on  nagle  doszedł  do  wniosku,  że  nie  może  jej  zawieść.  Nie  miał  pojęcia,  co 

przeszła, lecz chyba została przez kogoś straszliwie skrzywdzona. Jeśli on, Norbert, także ją 

zawie

dzie, to ona już nigdy się nie podźwignie. 

Taksówkarz, młody człowiek z kozią bródką, osłonił go wielkim parasolem i razem 

pobiegli do wejścia. Celie wydawała się strasznie lekka. Norbert dopiero teraz stwierdził, jaka 

jest szczuplutka. 

Wręczył taksówkarzowi klucz i poczekał, aż chłopak otworzy drzwi, po czym wcisnął 

mu do ręki banknot. 

Jak się nazywasz, chłopcze? 

- Nigel. Nigel Clark. 

Posłuchaj, Nigel. Moja żona umarłaby ze wstydu, gdyby ktoś się dowiedział o jej 

omdleniu. Proszę cię więc, żebyś nikomu o tym nie mówił. Nawet gdyby cię o nią pytano. 

Niby kto miałby mnie pytać? 

Ona  jest  znaną  osobistością  w  Ameryce.  -  Norbert  powiedział  to  przyciszonym 

tonem. - 

Występuje w telewizji, w nowym programie, którego jeszcze nie nadają tutaj. Musi 

bardzo dbać o dyskrecję. 

- Rozumiem. - 

Nigel spojrzał na pieniądze i jego oczy się rozszerzyły. 

background image

Jeśli  w  ciągu  kilku  najbliższych  tygodni  nikt  nie  będzie  zawracał  jej  głowy,  to 

uznam,  że  zachowałeś  nasz  mały  sekret  tylko  dla  siebie.  A  wtedy  dostaniesz  kolejne  sto 

funtów. 

Nikomu nie pisnę ani słowa. 

Doskonale. Dzięki za pomoc. 

Nigel 

skinął głową i pobiegł do samochodu, a Norbert wszedł do wnętrza. 

Betty? Jesteś w domu? 

Ale  nikt  nie  odpowiedział.  Gospodyni  prawdopodobnie  poszła  po  zakupy.  Rano 

Norbert uprzedził, że zje kolację tutaj, i teraz żałował tej decyzji.  Betty znała się na  wielu 
sprawach i była osobą ze wszech miar godną zaufania. Mogłaby doradzić, co począć z ranną 
kobietą. 

Norbert prowizorycznie opatrzył ramię Celie za pomocą chusteczki do nosa i paska od 

płaszcza, nie obejrzał jednak zranionego miejsca, aby nie alarmować taksówkarza. I teraz nie 
miał pojęcia, czego się spodziewać. 

Zaniósł  dziewczynę  do  sypialni  na  piętrze,  kolanem  otworzył  drzwi  i  dotarł  do 

mahoniowego  łoża  z  koronkowym  baldachimem.  Jedną  ręką  odrzucił  haftowaną  kapę  i 
położył Celie na białej pościeli. 

Dzi

ewczyna  miała  twarz  kredowobladą  i  nawet  się  nie  poruszyła,  gdy  odwinął  ją  z 

płaszcza. Granatowy żakiet był pocięty nożem i cały we krwi, lecz ukrywał to, co najgorsze. 
Norbert zdjął prymitywny opatrunek i wzrokiem poszukał czegoś do rozcięcia marynarki, aby 
łatwiej ją zdjąć. Nie chciał zostawiać rannej nawet na moment, lecz stwierdził, że musi iść po 
jakieś  nożyczki.  W  drzwiach  jeszcze  raz  się  upewnił,  że  Celie  nadal  jest  nieprzytomna,  i 
pomaszerował do swojego apartamentu, gdzie w łazience miał zestaw drobiazgów do szycia. 

Gdy wrócił, Celie leżała całkiem nieruchomo dokładnie w tej samej pozycji, co przed 

chwilą,  i  chyba  była  jeszcze  bledsza.  Norbert  ostrożnie  usiadł  obok  niej  i  zaczął  rozcinać 
żakiet, a następnie bluzkę. 

Zadanie  okazało  się  piekielnie  trudne,  ponieważ  maleńkie  nożyczki  nadawały  się 

wyłącznie do odcinania nitek, a Norbert nie zaliczał się do osób cierpliwych. W końcu jakimś 
cudem odciął cały rękaw i zsunął go w dół, delikatnie ciągnąc za mankiet. 

Rana  wyglądała  gorzej,  niż  się  spodziewał  -  była  zygzakowata  i  tak  głęboka,  jakby 

sięgała  prawie  do  kości.  Zdumiewające,  że  przy  tak  poważnym  obrażeniu  Celie  zdołała 
podnieść  wielki  kamień  i  zdzielić  nim  napastnika.  Ta  dziewczyna  stanowiła  jedną  wielką 
zagadkę, lecz jedno wydawało się oczywiste - była najdzielniejszą osobą, jaką Norbert znał. 

background image

Rana  krwawiła  i  niewątpliwie  należało  założyć  szwy.  Mimo  nadzwyczajnej  jakości 

przybornika do szycia, nie zawierał on niczego odpowiedniego do wykonania tego zabiegu. 
Niezbędna  była  pomoc  chirurga,  znieczulenie  i  antybiotyki.  Norbert  złożył  na  pół  dwie 
wyprasowane serwetki, które wziął z szafy w korytarzu, i przycisnął je do rany. Postanowił 
wezwać pogotowie i złożyć na policji zeznanie oraz poprosić o ochronę dla Celie Sherwood. 

- Panie Colter? 

Niemal podskocz

ył na dźwięk głosu Betty. Nawet nie słyszał, że wróciła. 

- Jestem tutaj - 

zawołał. - I potrzebuję pani pomocy. 

Przepraszam, że przeszkadzam, ale... - Kobieta weszła do sypialni i ze zdumieniem 

popatrzyła na Celie. - Boże drogi! 

Wszystko w porządku, Betty. - Trudno o coś dalszego od prawdy, pomyślał kpiąco. - 

Chociaż... niezupełnie. Jakiś mężczyzna usiłował ją zabić, ale błagała, żeby nie zawozić jej do 
szpitala. Chyba obawia się o swoje życie. 

- Och, panie Colter... 

Myślę, że trzeba wezwać pogotowie. 

Lecz  jeśli  ona  się  boi...  -  Betty  podeszła  bliżej.  Była  panią  zbliżającą  się  do 

sześćdziesiątki,  korpulentną  i  siwiejącą,  jak  kobieta,  która  nie  przejmuje  się  nadchodzącą 
starością. - Biedactwo. Jak to się stało? 

Facet  zaatakował  ją  nożem.  -  Norbert na  moment  podniósł  opatrunek,  a  Betty 

przymrużyła oczy i uważnie obejrzała ranę, która krwawiła trochę mniej. 

Widziałam lepsze i gorsze. Są inne zranienia? 

Widziała pani gorsze? 

Dawniej pracowałam w Glasgow jako pielęgniarka na chirurgii. Potem przeniosłam 

się do Londynu i podjęłam tę pracę. Mniej męczy nogi. 

Chyba nie ma więcej ran, ale nie jestem pewien. 

No to bierzmy się do roboty. 

- Do roboty? 

Jasne.  Pan  szybko  sprawdzi  stan  naszej  pacjentki,  a  ja  zadzwonię  do  przyjaciela. 

Tylko proszę nie marudzić, bo ta rana wymaga ucisku, zanim zostanie zeszyta. Chyba może-
my wziąć to na siebie, jeśli pan chce. 

Najchętniej  zacząłby  ten  dzień  od  nowa,  wykreślając  z  niego  konfrontację  z  Celie 

Sherwood. A jeszcze lepiej - 

cofnąłby się do tamtego przedpołudnia w Paryżu i poszedłby w 

przeciwną  stronę  niż  rudowłosa  nimfa.  Celie  Sherwood  była  mu  całkiem  obca.  Nie 
potrzebował tej komplikacji, nie miał ochoty brać na siebie tego ciężaru. 

background image

Nie wiem, co robić. - Spojrzał na bledziutką twarz dziewczyny. - Nie jestem za nią 

odpowiedzialny. 

Oczywiście - z przyganą w głosie powiedziała Betty. 

Naprawdę nie jestem. A jeśli zajmiemy się nią tutaj, to automatycznie zaangażujemy 

się w jej sprawy. Nie rozumie pani? 

Och, rozumiem. Również i to, że pan nie lubi się angażować. 

Podniósł  głowę,  a  Betty  z  wyzywającą  miną  wytrzymała  jego  spojrzenie.  Nie  mógł 

mieć jej za złe, że wali prawdę w oczy. Wszyscy pracownicy Tri - C mieli do tego prawo. 
Przejmując  zarządzanie  firmą,  Norbert  uświadomił  im,  że  życzy  sobie  szczerości  w 
kontaktach międzyludzkich. 

Odniosłem wrażenie, że to raczej ona unika zaangażowania. 

Więc co mam zrobić? Zadzwonić po pogotowie czy po kogoś, kto udzieli jej pomocy 

tutaj? 

- Jak pani widzi to drugie? 

Mam dobrego znajomego, właściwie przyjaciela. Przez wiele lat był chirurgiem, ale 

zaczął  zaglądać  do  butelki.  -  Betty  wzruszyła  ramionami.  -  Odebrano mu prawo 
wykonywania zawodu, ale później przestał pić i ręce mu nie drżą. 

Przyjechałby do nas? 

- Na pewno. Mieszka niedaleko i uczyni wszystko, o co go 

poproszę. 

Więc proszę go wezwać. 

- Dobrze. - 

Betty ruszyła do drzwi. - Jeśli znajdzie pan jeszcze inne rany, proszę mnie 

zawołać. 

Norbert  został  sam  z  Celie,  która  nadal  była  nieprzytomna  i  leżała  tak  nieruchomo, 

jakby już umarła. A on... tylko jeden raz w życiu rozbierał kobietę w takim stanie. 

Zacisnął powieki na wspomnienie tamtych przeżyć. Mimo upływu czasu nadal były 

bolesne. W pokoju panował chłód, lecz poczuł, że dłonie mu się pocą, i przez długą chwilę 
nie  mógł  złapać  tchu.  W  końcu  otworzył  oczy  i  już  nie  miał  wątpliwości,  że  musi  pomóc 
Celie.  Stracił  prawo  wyboru,  gdy  popatrzyła  na  niego,  najwyraźniej  przekonana  o  swojej 
rychłej śmierci, i zaczęła się godzić z tym, co nieuniknione. 

Teraz  nawet  gdyby  chciał,  już  nie  mógł  zostawić  na  pastwę  losu  tej kobiety, która 

pożyczyła sobie personalia Celie Sherwood. 

Sięgnął do guzików bluzki. Rozpiął je bez trudu i rozchylił poły. Celie w ogóle nie 

była  opalona,  toteż  cieniutkie,  niebieskie  żyłki  wyglądały  niemal  jak  skazy  na  idealnie 
gładkiej, kremowej skórze. Na ramieniu i klatce piersiowej znajdowało się trochę zaschniętej 

background image

krwi, lecz Norbert nigdzie nie stwierdził śladów obrażeń. Cieniutki stanik okrywający drobne, 
jędrne  piersi  był  nasiąknięty  krwią,  Norbert  wsunął  więc  dłoń  pod  plecy  Celie  i  rozpiął 

mal

eńką  klamerkę.  Aby  zsunąć  stanik,  musiał  najpierw  zdjąć  z  Celie  bluzkę,  a  do  tego 

potrzebował pomocy Betty. Kontynuował więc badanie za pomocą dotyku, a nie wzroku. 

Celie  miała  gładkie,  lecz  o  wiele  za  chłodne  ciało,  które  delikatnie  zareagowało  na 

muśnięcia rąk, a z ust dziewczyny wydobył się cichy jęk. Cóż za ironia, przemknęło Norber-
towi  przez  głowę.  Wtedy,  w  Paryżu,  zwrócił  uwagę  na  atrakcyjną  nieznajomą  i  nawet 
fantazjował na jej temat, wyobrażając sobie,  że ją pieści,  a ona rozkosznie pojękuje.  Teraz 
jego życzenia się spełniły, lecz niezupełnie tak, jakby tego pragnął. 

- Wyjdziesz z tego, Celie - 

zamruczał. - Zajmiemy się tobą. 

Nie wykrył innych obrażeń powyżej talii, więc rozpiął suwak spódnicy i ściągnął ją 

poniżej  bioder.  Tutaj  też  nie  stwierdził  żadnych  ran.  Wielkolud  z  nożem  celował  wysoko. 
Norbert miał cichą nadzieję, że jedynym problemem jest rozcięte ramię. Położył na nim drugi 
opatrunek z serwetki i lekko go przycisnął, a Celie znów jęknęła i zatrzepotała powiekami. 
Spojrzała mu prosto w oczy, wątpił jednak, czy naprawdę go zobaczyła. 

- Wyjdziesz z tego - 

powtórzył. 

- Nie... 

Masz ranę na ramieniu. Usiłuję zatamować krwotok. Celie zaczęła rzucać się z boku 

na bok, więc mocno przytrzymał jej drugi bark. 

Spokojnie, Celie, bo krwawienie się zwiększy. Nikt cię nie skrzywdzi. Usiłujemy ci 

pomóc. 

Proszę... nie chcę... - Zamknęła oczy i bezwładnie opadła na prześcieradło. 

Jerry już jedzie. - Do pokoju weszła Betty. - Co z nią? 

Na chwilę odzyskała przytomność. 

- Biedulka. 

- Chyba nie ma inn

ych obrażeń. 

Rozbierzmy ją. 

Co  mam  robić?  -  Nie  był  zachwycony  czekającym  go  zadaniem.  Już  i  tak 

zaangażował się bardziej, niż powinien, ale Betty nie dałaby sobie rady sama. 

Najpierw rozetnę trochę dalej ten żakiet. O, tak. Teraz proszę ją unieść. Ostrożnie. 

Zsunę go, a potem zdejmiemy bluzkę i bieliznę. 

- Wspaniale - 

mruknął z przekąsem. 

Nigdy nie widział pan nagiej kobiety, panie Colter? 

- Róbmy, co trzeba, dobrze? 

background image

Cieszę się, że został pan bogaty nie jako lekarz. 

- Co pani wyprawia? 

- Rozcinam 

resztę jej ubrania. - Betty zręcznie zdjęła z Celie stanik. - Szczuplutka, ale 

kształtna, prawda? 

Norbert zerknął na Celie i w duchu przyznał rację Betty. 

Co to jest? Pierwsza pomoc czy konkurs piękności? 

burknął, odwracając wzrok. 

Nawet  sama  mogłabym  założyć  szwy,  gdyby  nie  te  poszarpane  krawędzie  rany.  - 

Gospodyni pokręciła głową. 

Lepiej niech Jerry się  tym zajmie.  Taka z niej chudzina,  więc trzeba się postarać, 

żeby nie została duża blizna. 

Długo potrwa rekonwalescencja? 

To zależy, czy ta biedulka nie zechce od razu zerwać się z łóżka. Jeśli trochę poleży, 

to za jakiś tydzień lub dwa stanie na nogi. - Betty wzruszyła ramionami. - Ale zawsze istnieje 

ryzyko infekcji. 

Tydzień lub dwa? 

Ma gdzie się zatrzymać? Jakieś bezpieczne miejsce? 

Już pani mówiłem, że jej nie znam. 

Zaraz przyniosę mydło i wodę, żeby dziewczynę trochę umyć, a pan niech przyciska 

ten opatrunek. Jerry zjawi się lada chwila. 

Znów  został  sam  z  Celie.  Ciekawe,  co  by  powiedziała,  gdyby  teraz  odzyskała 

przytomność i zobaczyła, że on się na nią gapi. Było oczywiste, że się go bała. Co pomyślała, 
gdy zjawił się, nie wiadomo skąd, aby ją ratować? Uznała go za dobrego faceta czy też nadal 
uważała za jakiegoś groźnego wroga? 

I kim był tamten atleta w czarnej skórze? Przypadkowym napastnikiem, który usiłował 

ją okraść lub zgwałcić? To wydawało się mało realne, ale też cała ta historia nie mieściła się 
w głowie, a jednak działa się naprawdę. 

Wbrew  własnej  woli  powędrował  spojrzeniem  do  piersi  Celie  i  przez  chwilę 

wyobrażał sobie, jakby wyglądała w innych, korzystniejszych okolicznościach. Nie była ani 
ultraszczupła  jak  modelka,  ani  biuściasta  jak  dziewczyna  z  „Playboya”.  Miała  normalne, 
kobiece kształty, a teraz jej ciało pokrywały plamy zaschniętej krwi i świeże siniaki. Na ich 

widok 

Norbert  poczuł  przypływ  takiej  wściekłości,  że  zdumiała  go  siła  tego  uczucia.  Jak 

można  zrobić  coś  takiego  bezbronnej  dziewczynie!  Słyszał,  jak  krzyczała,  lecz  chyba  nie 
spodziewała się, że ktoś jej pomoże. Sądziła, że zaraz umrze. 

background image

Niechętnie przeniósł wzrok na twarz Celie i stwierdził, że ona go obserwuje. 

Dlaczego... tego nie dokończysz? - Jej głos zabrzmiał tak, jakby dochodził z daleka. 

Niebieskie oczy nie wyrażały żadnych emocji. 

Wkrótce  przyjdzie  lekarz  i  zeszyje  ci  ramię.  Nie,  nie  ruszaj  się!  Krwotok  się 

zmniejszył.  -  Przytrzymał  ją,  gdy  spróbowała  się  podnieść.  -  Zamierzamy  opatrzyć  twoją 
ranę, a później sobie pośpisz. Jesteś bezpieczna. Nie mam pojęcia, co ci chodzi po głowie, ale 
tu nic ci nie grozi. Facet w czarnej skórze pewnie nadal leży tam, gdzie go zostawiliśmy, a ja 
nie zawiozłem cię do szpitala, bo tego się bałaś. 

Puść mnie. - Znów zaczęła się wyrywać. 

Nie. A jeśli nie przestaniesz się szamotać, to wezwę pogotowie i pojedziesz na ostry 

dyżur. Rozumiesz? Nie chcę, żebyś wykrwawiła się na śmierć. 

- Dlaczego nie? 

Jej pytanie było tak dalece pozbawione cienia nadziei, że Norbert na moment oniemiał 

z wrażenia. 

-  Nie wiem, za kogo mnie bierzesz - 

odparł w końcu. - Ani czego się obawiasz. Ale 

właśnie chyba uratowałem ci życie. Coś ci świta w tej łepetynie? 

- Czego... ode mnie oczekujesz? 

Najchętniej zobaczyłbym cię w pełni sił i powiedział „żegnaj”. Ale to niemożliwe, 

więc chwilowo zadowolę się twoim grzecznym zachowaniem, gdy lekarz będzie zakładał ci 

szwy. A potem zobaczymy. 

Z korytarza 

dobiegły jakieś odgłosy i do sypialni weszła Betty. 

Jerry  przyjechał.  Nasza  pacjentka  jest  przytomna?  Norbert  skonstatował,  że  wciąż 

przyciska półnagą Celie do łóżka. Nie chciał, aby inny mężczyzna popatrzył na nią tak, jak on 
przed chwilą. Wzrokiem, którego nie można oderwać. 

Puścił  ją  i  podciągnął  haftowaną  kapę,  zasłaniając  Celie  aż  po  pachy,  chociaż  nie 

miało  to  żadnego  sensu.  Przecież  Betty  zamierzała  ją  umyć.  Ale  po  prostu  nie  mógł  jej 
zostawić, gdy leżała taka odkryta i bezbronna. Ona zaś nadal patrzyła na niego z obawą. 

Mogę  wyjść  albo  zostać  -  oznajmił.  -  Gdy  lekarz  będzie  opatrywał  ci  ramię...  ty 

decyduj, czy mam zostać. 

Kim... jesteś? 

Nie chciał jej powiedzieć całej prawdy. Był postacią dobrze znaną, a jego nazwisko 

wielu  ludziom  kojarzyło  się  z  pewnymi  wydarzeniami,  o  których  wolał  nie  mówić.  Miał 
święte prawo do zachowania resztek swojej prywatności. 

background image

Nazywam się Norbert James. - Wstał i spojrzał na Betty. Chyba nie zdziwiła się, że 

skłamał. Przeciwnie, miała taką minę, jakby go rozumiała. 

Niech  pan  stąd  idzie,  panie  James  -  poleciła  stanowczym tonem. -  My  się  nią 

zajmiemy. Zawołamy pana, gdy będzie po wszystkim. 

Do pokoju wszedł łysiejący mężczyzna w wieku Betty i podobnej jak ona postury. W 

ręce trzymał staroświecką lekarską torbę i miał wręcz żałosną minę człowieka, który pragnie 
zabrać się do pracy, a widzi, że inni mu w tym przeszkadzają. 

Norbert  skinął  głową  i  jeszcze  raz  spojrzał  na  leżącą  z  zamkniętymi  oczami  Celie. 

Ciekawe,  o  czym  myślała.  Czy  uwierzyła,  że  chcą  jej  pomóc?  A  może  jej  się  zdawało,  że 
nadal jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie? 

Od czego uciekała? I dlaczego? 
Norbert  rozumiał  ludzi,  którzy  uciekają.  I  żałował,  że  człowiek  nie  jest  w  stanie 

ukrywać się w nieskończoność ani stać się kimś innym. Sam wiedział to z pierwszej ręki. Już 
dawno się przekonał, że niezależnie od tego, na jaki kraniec świata pojechał, patrząc w lustro, 
zawsze widział siebie - Norberta Jamesa Coltera. Szkoda, że nie mógł tego wyjaśnić Celie. 

Bądź dzielna - powiedział. - Zresztą... chyba już jesteś, prawda? 

Nie  odpowiedziała  ani  nie  otworzyła  oczu.  Znów  leżała  bezwładnie  jak  szmaciana 

lalka, czekając na swój los. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dobrze zniosła zabieg. Teraz śpi. Jerry podał jej środek przeciwbólowy. Nie chciała 

połknąć  tabletki,  więc  musiałam  głaskać  ją  jak  słabego  szczeniaczka,  ale  w  końcu  wzięła 
lekarstwo  i  usnęła.  -  Betty  włączyła  elektryczny  czajnik.  Zastała  Norberta  w  kuchni,  gdy 
szukał  czegoś  do  zjedzenia,  i  kazała  mu  usiąść  przy  stole.  -  Biedulka  nawet  nie  jęczała,  a 
musiało ją boleć. 

Ona nie z tych, co jęczą. To wiem na pewno. 

A ja wiem, że przedstawił się pan nieprawdziwym nazwiskiem. 

Norbert  przymknął  powieki.  Dopiero  teraz  zaczął  sobie  uświadamiać,  że  nie  tylko 

Celie odniosła obrażenia w starciu z atletą. 

Wolałem nie ujawniać swojej tożsamości - mruknął znużony. - Nie mam pojęcia, na 

co stać tę dziewczynę. Wolałbym, żeby mi nie zaszkodziła. 

Chyba niełatwo być Norbertem Colterem. 

Norbert przez moment żałował, że jako mały, przeraźliwie spragniony uczuć chłopiec 

nie  miał  przy  sobie  kogoś  równie  serdecznego  jak  Betty.  Wtedy  tak  bardzo  potrzebował 
czyjegoś zrozumienia i ciepła. Obecnie uważał to za zbędne. 

- Przeciwnie - 

odparł lekkim tonem. - Moje życie to marzenie każdego nastolatka. 

Nastolatka? Oboje wiemy, którą częścią ciała rozumuje nastolatek... 

Nasza pacjentka długo będzie spała? 

Z godzinę. Przy odrobinie szczęścia może dwie. 

Zastanawiam się, kiedy zapukają do drzwi inspektorzy ze Scotland Yardu. 

Niby  dlaczego  mieliby  tu  przyjść?  -  Betty  zastygła  z  ręką  nad  srebrną  puszką  z 

herbatą. - Chociaż... co ja mówię. Oni działają perfekcyjnie. 

Dałem taksówkarzowi w łapę, żeby zachował dyskrecję. Lecz jeśli policja znajdzie 

napastnika, który zranił Celie, to dokładnie go przesłucha. I po nitce do kłębka w końcu trafi 

tutaj. 

Może tak byłoby najlepiej? Sam pan powiedział, że tę dziewczynę trzeba chronić. 

Gdybym uważał, że ochroni ją policja, to od razu wezwałbym gliny. 

Cóż, akurat pan ma powody, aby nie wierzyć władzom. Zignorował te słowa. Betty 

usilnie starała się traktować go ciepło, a on równie zdecydowanie ignorował te próby. 

Może powinienem sam ją gdzieś zabrać? 

Ale dokąd? Do Ameryki? Przewiózłby pan kobietę przez zieloną granicę? 

background image

Ten pomysł był kuszący, ale nie z powodów, które Betty brała pod uwagę. Norbert 

miał coraz więcej podstaw, aby sądzić, że pochodzenie Celie Sherwood to sprawa nadzwyczaj 
tajemnicza.  Na  pewno  nie  była  tą  osobą,  za  którą  się  podawała.  Miała  imponujące  talenty 

aktorskie oraz lingwis

tyczne. Mówiła znakomicie zarówno po francusku, jak i po angielsku. 

A jeśli nie była ani Francuzką, ani Angielką? Może obie te narodowości stanowiły tylko część 

jej mas

kującego repertuaru? 

Gdy  odzyskała  przytomność,  z  pewnością  nie  była  w  stanie  niczego  udawać.  Co 

prawda niewiele mówiła, lecz wyszeptane słowa miały rytm i miękkość typową dla ojczyzny 
Norberta, czyli Południa Stanów Zjednoczonych. 

Kim, u licha, jest ta kobieta? 

Naprawdę chciałby pan porwać tę biedulkę? 

To nie powieść kryminalna, Betty - parsknął zirytowany. - Usiłuję tylko zapewnić 

dziewczynie bezpieczeństwo, dopóki nie dowiem się o niej czegoś więcej. 

-  Znam odpowiednie miejsce. - 

Betty  wcale  nie  przejęła  się  opryskliwym  tonem 

Norberta. - 

Lecz jeśli nie potrzebuje pan mojej pomocy... 

- Co to za miejsce? 

-  Moja siostra Joan ma domek w hrabstwie Kent. Nic szczególnego, ale przyjemnie 

uciec tam z miasta, żeby złapać oddech. Wokoło nic, tylko same pola i farmy. Prawie nikt tam 
nie  przyjeżdża.  Kiedyś  przez  kilka  tygodni  nie  widziałam  w  okolicy  żywej  duszy.  Ale 
niedaleko jest wieś, ze sklepem i kościołem, więc można coś kupić i się pomodlić. 

Sądzi pani, że siostra pozwoli mi się tam zatrzymać? 

Powiem  jej,  że  sama  chcę  trochę  odsapnąć.  Nie  będzie  mnie  indagować.  Zresztą 

wkrótce jedzie na urlop do Madrytu, a domek prawie zawsze stoi pusty. 

Mógłby się przydać. 

Chyba że znajdzie pan coś lepszego. 

To daleko stąd? 

Właśnie na tym polega urok tego miejsca, że jedzie się tam tylko godzinę lub nieco 

dłużej, wszystko zależy od tego, czy od razu zauważy pan tę chałupkę. 

W pierwszej chwili Norbert pomyślał, że najwygodniej byłoby wysłać tam Celie wraz 

z  Betty.  Ale  zaraz  porzucił  ten  pomysł.  Nie  wiedział  o  Celie  nic  poza  tym,  że  ktoś 
niewątpliwie  nastaje  na  jej  życie.  Oddawanie  jej  pod  opiekę  Betty  mogłoby  narazić 
gospodynię na nieprzewidziane zagrożenia. 

Bez  sensu  było  też  zabieranie  Betty,  gdyby  sam  pojechał  z  Celie  na  wieś.  Nie 

potrzebował  gospodyni,  a  Celie  chyba  obejdzie  się  bez  pielęgniarki.  Zresztą  Betty  zawsze 

background image

mogła  szybko  się  zjawić.  Tylko  w  razie  absolutnej  konieczności,  ponieważ  nawet  jego 
obecność nikomu nie gwarantowała bezpieczeństwa. 

Ostatnia kobieta, którą miał pod swoją opieką, nie przeżyła... 

Sąsiedzi się nie zdziwią, że ktoś zamieszkał w tym domku? 

Zawiadomię  najbliżej  mieszkającą  rodzinę,  że  jesteście  młodym  małżeństwem  i 

marzycie o krótkim miodowym miesiącu tylko we dwoje. 

Taka historyjka, chociaż w założeniu idiotyczna, mogła okazać się przekonująca dla 

tamtejszych  mieszkańców.  A  gdyby  prześladowcy  i  tak  zdołali  wyśledzić  Celie,  to  trzeba 
będzie chronić się w inny sposób. Po krótkim namyśle Norbert podjął decyzję. 

Zgoda,  Betty,  zawiozę  ją  tam,  jeśli  zechce.  Chyba  że  sama  wpadnie  na  lepszy 

pomysł, w którym nie będzie miejsca dla mnie. Wolałbym taki wariant. 

Czyżby? Odniosłam wrażenie, że świetnie pan się bawi. - Uśmiech Betty był niemal 

równie szeroki jak jej biodra. 

Doceniam szczerość, ale nie lubię wtykania nosa w moje życie. - Norbert zmierzył 

gospodynię surowym spojrzeniem. 

-  Wielka szkoda. - 

Betty wzięła się pod boki. - Powinien pan wreszcie wyleźć z tej 

swojej skorupy. Zawsze panu wygarnę, co myślę, bo mogę robić, co mi się podoba. 

Może pani stracić tę robotę - burknął ostrzegawczo. 

Proszę  spróbować  mnie  zwolnić.  Dzięki  moim  kruchym  ciasteczkom  mam  wśród 

szefów Tri - 

C więcej przyjaciół niż pan. 

Usiłował się nie uśmiechnąć, ale w końcu nie wytrzymał i roześmiał się. 
Norbert zdążył zjeść porządny lunch, wziąć prysznic i się przebrać, zanim Celie się 

obudziła.  Betty  troskliwie  doglądała  jej  przez  całe  popołudnie  i  przy  pierwszych oznakach 
życia pacjentki natychmiast wezwała Norberta, który przeglądał w bibliotece dzisiejsze faksy. 

Wchodząc  do  oświetlonego  tylko  nocną  lampką  pokoju,  Norbert  niemal  się 

spodziewał, że nie zastanie w nim Celie. W końcu już zdążył się przekonać, że ta dziewczyna 
umie zniknąć w najdziwniejszy sposób. Lecz tym razem nadal tu była - z ręką na temblaku 
leżała  oparta  o  dwie  poduszki,  blada  jak  szanujący  się  duch  z  jakiegoś  angielskiego  zam-

czyska. 

Jak się czujesz? - Norbert stanął w nogach łóżka i skrzyżował ramiona na piersi. 

Jak ktoś pocięty na kawałki. 

Słowa  zabrzmiały  cicho  i  sennie,  lecz  Norbert  stwierdził,  że  Celie  znów  mówi  z 

brytyjskim akcentem. 

Jak widzisz bez okularów? Bo Goliat je rozdeptał. 

background image

Widzę nieźle. 

Więc  chyba  zauważyłaś,  że  oczekuję  paru  odpowiedzi.  Trochę  się  zgarbiła,  lecz 

buntowniczo wysunęła brodę, jak ktoś mający poczucie klęski, lecz nadal odważny. 

Nie wiem, kim jesteś ani czego chcesz. 

Więc dlaczego uciekłaś dzisiaj z tego punktu napraw? Zacznijmy od tego miejsca i 

cofajmy się w czasie. 

Przestraszyłeś mnie. Myślałam, że chcesz mi zrobić coś złego. 

-  Daj spokój. - 

Norbert  z  politowaniem  pokręcił  głową.  -  Przecież  wcale  ci  nie 

groziłem. Poprosiłem tylko o garść wyjaśnień. 

Nie mogłam ich udzielić. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Nadal tego nie wiem. 

Dzisiaj omal nie straciłaś życia. Zdajesz sobie z tego sprawę? 

Owszem. To było niezapomniane przeżycie. 

Zechcesz  mi  powiedzieć,  dlaczego  stało  się  twoim  udziałem?  Dlaczego  ktoś 

próbował cię zabić? Może dla ciebie to pestka,  ale ja inaczej traktuję taki zamach. Tamten 
facet usiłował zabić także i mnie. 

Nie  wiem,  dlaczego.  Nawet  nie  jestem  pewna,  czy  miał  takie  zamiary.  Chyba... 

chyba planował coś innego, ale się broniłam, więc... 

Sama powiedziałaś, że chciał cię zabić. 

Ja? Ja tak powiedziałam? 

Ty. I błagałaś, żebym cię nie zawoził do szpitala, bo tam też ktoś może pozbawić cię 

życia.  O  kim  mówiłaś,  Celie?  I  co  tamten  wielkolud  ma  z  tym  wspólnego?  Musisz  mi  to 
wyjaśnić albo ci nie pomogę. 

Ty... miałbyś mi pomóc? - Tym razem jej zdumienie było autentyczne. 

Nie rozumiem, co cię tak dziwi. Przecież cię tu przyniosłem, prawda? 

Uciekałam z twojego powodu. Zacząłeś bredzić o jakichś pociągach i kawiarniach. 

Gdybym  chciał  twojej  zguby,  to  zostawiłbym  cię  na  pastwę  tamtego  Goliata  z 

wielkim  nożem.  -  Norbert  stwierdził,  że  logika  tego  rozumowania  nie  wywarła  na  Celie 
żadnego wrażenia. - Nie sądzisz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia? 

Dlaczego mnie tu przyniosłeś? 

Mój osąd jest najwyraźniej tak samo wadliwy, jak twoje nowe wcielenie. 

- Czego ode mnie chcesz? 

- Tylko prawdy. 

Nazywam się Celie Sherwood - powiedziała powoli jak do dziecka lub jakby jeszcze 

pozostawała  pod  wpływem  środków  nasennych.  -  Urodziłam  się  w  Bourton  -  on  -  the  -  - 

background image

Water. Nie jestem 

zakonnicą ani od dziecka nie byłam w Paryżu. Przestraszyłeś mnie swoimi 

pytaniami, więc uciekłam. Nie wiem, kim był mężczyzna z nożem. 

Świetnie. Zadzwonię więc na policję i zgłoszę ten napad. Zabiorą cię do szpitala, a ja 

zapomnę o całym incydencie. 

Celi

e  opuściła  nogi  z  łóżka.  Miała  na  sobie  wielką,  kwiecistą  koszulę  nocną, 

prawdopodobnie Betty. 

Norbert  błyskawicznie  dał  susa  i  zdążył  podtrzymać  dziewczynę,  gdy  wstała  i  się 

zachwiała. Zwiotczała w jego ramionach, a on  mocno ją obejmował i przez moment chciał 
zatrzymać przy sobie. 

Celie, mogę ci pomóc... gdybyś tylko powiedziała mi, o co chodzi... 

Muszę... stąd iść. 

Jesteś za słaba, żeby sama gdzieś iść. - Norbert westchnął. - Słuchaj, nie zamierzam 

zatrzymywać  cię  tutaj  wbrew  twojej  woli.  Możesz  odejść,  jeśli  chcesz.  Ale  powiedz,  kogo 
mam zawiadomić,  żeby  po  ciebie przyjechał.  Straciłaś sporo  krwi,  a twoje ramię musi być 

unieruchomio

ne,  dopóki  bark  się  nie  wygoi.  Przez  tydzień  lub  dwa  będziesz  potrzebowała 

pomocy. 

Celie  milczała,  a  Norbert  poczuł  przypływ  frustracji.  Chciał  odepchnąć  tę 

niewdzięcznicę, ale całkiem wbrew sobie jeszcze mocniej ją przytulił.  A ona trzęsła się ze 
strachu, po czym nagle zaczęła szlochać. 

-  Celie...  - 

Pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Do  licha,  Celie,  kim  jesteś  i  o  co  w  tym 

wszystkim, u diabła, chodzi? 

Nie odpowiedziała, lecz jej szlochanie się wzmogło, chociaż najwyraźniej starała się 

uspokoić. W końcu zrezygnowała i płakała po cichutku, jakby już dawno temu nauczyła się 
wstydzić swoich łez. I właśnie to wzruszyło Norberta bardziej, niż by sobie życzył. 

Położę cię do łóżka. Odpoczniesz, a później porozmawiamy. 

Nie mam... kogo zawiadomić - szepnęła z rozpaczą w głosie. 

- A twój szef? 

Nie! Nie mogę tam wrócić... 

Już dobrze, dobrze. Nie musisz. - Odsunął ją od siebie, trzymając obu rękami w talii. 

Ale powiedz mi, co się dzieje? Powinienem wiedzieć, żeby ci pomóc. 

Boję się... - Jej wykrzywiona bólem twarz jeszcze zbladła. 

- Dlaczego? 

Lepiej, żebyś nie wiedział. Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo. 

- Zaryzy

kuję. 

background image

Proszę... 

Uznał, że teraz nic więcej z niej nie wydobędzie. Celie była bliska zemdlenia, więc 

wziął ją na ręce i ułożył na pościeli. 

Zbieraj siły, bo wkrótce cię stąd zabiorę. 

- Gdzie? - 

Jej oczy lekko się rozszerzyły. 

- Joan, siostra Betty, moje

j gospodyni, ma domek w Kent. Możemy tam pojechać. 

- Dlaczego? 

Przywiozłem cię tutaj taksówką. I obawiam się, że policja może trafić pod ten adres, 

jeśli  znajdzie  Goliata.  Nadal  oddychał,  gdy  go  zostawiliśmy,  ale  nie  był  w  dobrej  formie. 
Nieźle  mu  przyłożyłaś.  -  Znów  skrzyżował  ramiona,  żeby  jej  nie  dotknąć.  Potrzebowała 
ukojenia, on zaś nie był w stanie ofiarować go ani jej, ani żadnej innej kobiecie. - Gliniarze 
przeprowadzą  śledztwo  i  wezmą  cię  w  większe obroty  niż  ja.  Chcesz  odpowiedzieć  na  ich 

pytani

a czy wolisz gdzieś zniknąć? 

Powiedziałeś „możemy”. Ty też byś pojechał? 

A  co?  Spodziewałaś  się,  że  po  prostu  wręczę  ci  kluczyki  do  domu  i  samochodu? 

Wybacz, ale nie mogę ufać ci bardziej niż ty mnie. 

Dlaczego miałbyś mi pomagać? 

Domyślił się, o co jeszcze chciała spytać. „Masz w tym jakiś własny interes?” Sam też 

się nad tym zastanawiał. I nie był zadowolony z odpowiedzi, ale tylko takiej mógł udzielić. 

-  Jestem zaintrygowany - 

odparł  szczerze.  -  Tobą,  twoją  sytuacją.  A  mnie  trudno 

zaintrygować. 

- I 

naraziłbyś się na niebezpieczeństwo... z powodu ciekawości? 

Widział, że Celie drży. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona nie zdoła sama 

o siebie zadbać. Został wplątany w utkaną przez nią sieć. 

- Nie mam nic do stracenia - 

mruknął, odwracając się do drzwi. 

Nie wierzę. 

Szkoda. Jeśli chcesz stąd odejść beze mnie, to wolna droga. Lecz jeśli za godzinę, 

gdy na dworze zapadnie zmrok, jeszcze tu będziesz, to razem pojedziemy do Kent. 

Bark piekielnie bolał, a cały pokój wirował. Mężczyzna, który zakładał jej szwy, kazał 

połknąć jakieś tabletki, a ona była zbyt słaba, aby się przeciwstawić. I teraz nie mogła jasno 
myśleć. Czy to na skutek szoku? Lub z powodu dużego upływu krwi? A może podano jej 
jakiś narkotyk, żeby stała się bezwolnym narzędziem w czyichś rękach? 

Ale co ktoś mógłby w ten sposób uzyskać? Chyba lepiej byłoby ją zabić? 

background image

Przygryzła  wargi,  żeby  nie  jęczeć.  Jej  umysł  nadal  funkcjonował  w  zwolnionym 

tempie, otumaniony pigułkami, ale bark palił żywym ogniem, a unieruchomione prawe ramię 
było  bezużyteczne.  Nawet  gdyby  zdjęła  temblak,  to  prawdopodobnie  zemdlałaby  z  bólu. 
Przecież była praworęczna. 

Oparła głowę na poduszce i spróbowała zebrać myśli. Jak nazywał się ten mężczyzna? 

Norbert? Norbert chciał, aby mu zaufała. Aby powiedziała mu prawdę. Ale Norbert śledził ją 
aż od Paryża. Trafił za nią do punktu napraw, a potem jakimś cudem znów ją odnalazł - w 
samą porę, aby powstrzymać Bobby'ego. 

Ale to ona walnęła go w głowę... Norbert mu groził, ale był skłonny go puścić... 
Tym razem z jej ust wydarł się jęk. 
Drzwi  sypialni  otworzyły  się  i  do  pokoju  weszła  tęgawa  kobieta  z  ciepłym 

spojrzeniem. Betty, jak nazywał ją Norbert. Jego gospodyni... tak przynajmniej o niej mówił. 

O, dziecinko, środki przeciwbólowe przestają działać, co? - Betty podeszła do łóżka. 

Obawiam się, że będzie pani musiała trochę pocierpieć. 

- Gdzie... moje ubranie? 

Niestety całe w strzępach. Ale wysłałam Jerry'ego po jakieś odpowiednie ciuszki. 

Muszę iść. 

Tak myślałam. Ale ten domek w Kent na pewno się pani spodoba. Jest z kamienia 

starego  jak  królestwo,  a  pod  dachem  chętnie  założyłyby  gniazdo  ptaszki,  gdyby  im  na  to 
pozwolić. Zaś na pięterku... zresztą sama pani wkrótce zobaczy. 

Nie jadę tam. 

- Zna pani lepsze miejsce? - 

Betty wyraźnie się zafrasowała. 

Celestine pomyślała, że każde miejsce będzie lepsze. Musiała natychmiast stąd odejść, 

znów zmienić tożsamość, zniknąć w innym kraju, zacząć żyć innym życiem. 

Problem  w  tym,  że  nie  miała  pieniędzy.  Ani  grosza.  A  wszystkie  dokumenty, 

paszporty i metryki, które zebrała z takim trudem i za które zapłaciła majątek, znajdowały się 
w mieszkanku na New Row. Absolutnie nie mogła tam wrócić. Skoro Bobby ją namierzył, to 
kto jeszcze wiedział o tym adresie? Kto tylko czekał, aby znów ją zaatakować? 

-  Panno Sherwood? - 

Betty  przysiadła  na  brzegu  łóżka.  -  Ma  pani  jakieś  poważne 

kłopoty, prawda? 

Celestine przez chwilę zastanawiała się, jakby to było zwierzyć się tej kobiecie. Już od 

kilku lat nie miała kogoś godnego zaufania, z kim mogłaby rozmawiać o ważnych sprawach. 
A kłamstwa z konieczności tak dalece weszły jej w krew, że teraz nawet nie była pewna, czy 
jeszcze umiałaby powiedzieć prawdę. 

background image

Nie można dusić wszystkiego w sobie. - Betty z dezaprobatą pokręciła głową. - W 

końcu płaci się za to wysoką cenę. Rozumie mnie pani, prawda? A jeśli nie dowiemy się, w 
czym rzecz, to nie znajdziemy rozwiązania. 

Nie ma rozwiązania. 

Tak pani sądzi? A może warto uczynić pierwszy krok? 

I to szybko. Pan... James uważa, że policja zjawi się tutaj jeszcze przed północą. Nie 

zostało więc zbyt wiele czasu na rozmyślania. - Betty pochyliła się w jej stronę. - Może pani 
zaufać panu Jamesowi. Jeśli on obiecuje pomóc, to tak zrobi. 

- Kim on jest? 

Chyba  wolałby  sam  opowiedzieć  o  sobie.  -  Betty  uśmiechnęła  się  leciutko.  -  Ale 

zapewniam panią, że to dobry człowiek. A jeśli pani mu nie zdradzi, że to powiedziałam, to 
jeszcze coś dodam. Pan James wiele przeszedł i umie poznać, że ktoś cierpi. 

Celestine doszła do wniosku, że już niczego więcej o Norbercie Jamesie nie wyciągnie 

z Betty. 

- Jak tam jest... w tym Kent? 

To ładne miejsce i doskonale nadaje się na azyl, w którym odzyska pani siły. Tam 

można się ukrywać w nieskończoność. 

Celestine  zrozumiała,  że  stoi  w  obliczu  trudnego  wyboru.  Musiała  albo  wrócić  do 

mieszkanka na poddaszu, za

brać dokumenty i trochę odłożonych pieniędzy, albo złożyć swój 

los w ręce Norberta Jamesa i Betty. Przynajmniej na pewien czas. Nie mogła przecież błąkać 
się  bez  grosza  przy  duszy,  dopóki  jakoś  nie  załatwi  przekazania  gotówki.  Miała  jedynie  te 
dwie  możliwości  -  jedna  była  niemal  na  pewno  śmiertelnie  niebezpieczna,  a  druga  -  może 
trochę bardziej bezpieczna. 

Pojadę do Kent. 

Doskonale. Spakuję pani rzeczy, gdy tylko Jerry je przywiezie. Chce pani łyknąć coś 

przeciwbólowego? - 

Betty wyjęła z kieszeni plastikowy słoiczek. 

Już nie będę brać tych tabletek. 

Dam je panu Jamesowi, na wszelki wypadek. Nie ma sensu się umartwiać. - Betty 

podeszła  do  drzwi  i  na  moment  przystanęła.  -  Podjęła  pani  właściwą  decyzję.  Pan  James 
dopilnuje,  aby  nie  spotkało  pani  nic  złego.  A  ja  mam  nadzieję,  że  pozwoli  mu  pani 
wyprostować swoje sprawy. To by wam obojgu wyszło na dobre. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Celie  drzemała  prawie  przez  całą  drogę  do  Kent.  Od  czasu  do  czasu  raptownie  się 

budziła i rozglądała spłoszona, jakby zaraz miała wyskoczyć z samochodu. Norbert wolałby, 
żeby się odprężyła i smacznie spała, ale czuł, że to niemożliwe. Ta dziewczyna zawsze miała 
się na baczności, nawet wtedy, gdy gryzła wargi z bólu. 

Norbert nie był zachwycony jazdą. Musiał bardzo uważać, prowadząc auto po lewej 

stronie jezdni, co okazało się trudniejsze, gdy zjechał z autostrady. Pejzaż prawdopodobnie 
był uroczy za dnia, w blasku słońca, natomiast w nocy ciemne zarysy wzgórz wyglądały dość 
ponuro. Norbert zapisał sobie wskazówki Betty, lecz i tak raz zgubił drogę i musiał zawrócić. 
Czytając „Proszę skręcić na szczycie drugiego wzgórza” nie przypuszczał, że chodzi o ledwie 
widoczny podjazd prowadzący do owczarni u stóp niewielkiego pagórka obok lśniącego w 
blasku księżyca stawu. 

Kiedy  wreszcie  zajechał  przed  -  jak  miał  nadzieję  -  właściwy  domek,  jednego  był 

pewien. Betty mówiła szczerą prawdę. To miejsce idealnie nadawało się na kryjówkę. Skoro 
on z trudem tu trafił, dysponując dokładnym opisem trasy i mapą, to prześladowcy Celie - 
jeśli w ogóle istnieli - będą tak długo krążyć po bezdrożach Kentu, że w końcu kompletnie 
stracą orientację i nigdy więcej nikt o nich nie usłyszy. 

Celie  nie  zbudziła  się,  gdy  zgasił  silnik,  co  dobitnie  świadczyło  o  jej  wyczerpaniu. 

Norbert  oparł  ręce  na  kierownicy  i  patrząc  na  szarą  chałupkę,  zastanawiał  się,  w  co  się 
wpakował. 

Domek zbudowany z kamienia, zwanego przez Betty łupkiem z Kentu, miał wielkość 

szopy  na  narzędzia  w  posiadłości  Norberta  w  Górach  Skalistych.  Stał  w  pobliżu  wąskiego 
strumienia migoczącego w świetle księżyca jak srebrzysta wstążeczka. Stromy dach mocno 
wystawał poza obrzeże ścian, zaś podwórze było częściowo wysypane żwirem i właśnie tam 
Norbert zaparkował wypożyczony samochód. Z jednej strony rosły jakieś wysokie krzaki, a z 
drugiej,  bliżej  potoku  -  wspaniała,  rozłożysta  wierzba.  Całość  zapewne  była  malownicza  i 
odseparowana od reszty świata.  Nie ulegało  też wątpliwości,  że na takiej małej przestrzeni 
mieszkalnej dwoje lokatorów niczego przed sobą nie ukryje. 

Dojechaliśmy? 

Norbert nie zdziwił się, że Celie wreszcie otworzyła oczy. Dziwne, że dopiero teraz, 

pomyślał z przekąsem. 

Chyba tak. Ale nabiorę pewności, gdy mój klucz otworzy te drzwi. 

background image

- Ten dom jest taki... 

Maciupeńki. Tylko to  słowo przychodzi mi do głowy.  - Norbert wyjął kluczyk ze 

stacyjki 

i dopiero wtedy wysiadł. Celie była chwilowo jednoręczna, lecz niebywale wytrwała. 

Pewnie mogłaby ukraść auto i odjechać prosto w ciemną noc. A zanim znalazłby w tej głuszy 
jakichś  sąsiadów  i  dowiedział  się,  gdzie  zgłosić  kradzież,  Celie  może  już  byłaby  fertyczną 
brunetką z loczkami, serwującą sznycle we Frankfurcie lub Wiedniu. 

Ruszył w stronę wejścia i usłyszał trzaśniecie drzwiczek. Celie szła za nim, co uznał 

za bardzo w jej stylu. 

Brukowana kamiennymi płytkami dróżka była po obu stronach wysadzana lawendą, 

która wyschła, eksponując szpiczaste, szare nasionka. Norbert zerwał kilka z nich, roztarł je w 
dłoni i powąchał... po czym nagle znalazł się o tysiące kilometrów stąd, w małym domku w 

Tarpon Springs na Florydzie. 

I poczuł, że nogi wrosły mu w ziemię. Nie mógł zrobić kroku ani nawet oddychać. 

Znów  była  z  nim  Lynn  -  tak,  jak  dawniej,  w  latach  ich  małżeństwa.  Lynn,  która  umarła, 
ponieważ nie umiał jej ochronić. 

Dlaczego przystanąłeś? 

Usłyszał  głos  Celie  jakby  z  oddali.  W  głowie  mu  szumiało  i  mimo  wieczornego 

chłodu poczuł, że się poci. Nie był w stanie odpowiedzieć, wydobyć z zaciśniętego gardła ani 
słowa, ale jakimś cudem zmusił się do zrobienia kroku. A potem kilku następnych, aż dotarł 

do szerokiego daszku nad drzwiami. 

Zauważył tylko tyle, że daszek jest jaskrawoniebieski. Wsunął wilgotną od potu dłoń 

do  kieszeni  i  wyjął  duży  staroświecki  klucz,  który  dostał  od  Betty.  Ręka  mu  drżała,  lecz 
zdołał wsunąć go do zamka i przekręcić. 

Gdzieś tu musi być wyłącznik - powiedział, wchodząc do mrocznego wnętrza. Tylko 

on  wiedział,  z  jakim  trudem  panuje  nad  własnym  głosem.  Po  omacku  odnalazł  pstryczek  i 
włączył  światło.  Zapaliła  się  duża  lampa  przy  drzwiach  oraz  mniejsza,  obok  kamiennego 

kominka. 

Pokoik  wyglądał  w  miarę  przyzwoicie.  Ściany  były  chropawe,  jakby  otynkował  je 

ktoś  mający  słaby  wzrok  i  zrobił  to  w  okresie  średniowiecza.  Dach  podtrzymywały  grube, 
drewniane belki, z których zwisały pęki suszonych kwiatów i gałązek. W głębi znajdowała się 
maleńka  łazienka  wielkości  szafy  oraz  niewiele  większa  sypialnia.  Wąziutki  korytarzyk 
prowadził  do  zaskakująco  obszernej  kuchni,  najwyraźniej  dobudowanej  kilkaset  lat  po  po-

stawieniu domu. 

background image

Celie nadal stała na zewnątrz, a raczej opierała się o framugę, jakby całkiem opadła z 

sił po przejściu paru metrów. 

Wejdź i usiądź - polecił Norbert. - Tam jest bujak. 

Ale  ona  nawet  nie  drgnęła.  Norbert  odwrócił  się  i  stwierdził,  że  dziewczyna  bada 

wnętrze takim przenikliwym wzrokiem, jakby jej życie zależało od dokładnego sprawdzenia 
każdego kąta i zakamarka. 

Żadnych  duchów  ani  facetów w czarnej skórze -  zapewnił  Norbert.  -  Ale nie 

zdziwiłbym  się  na  widok  myszy,  chociaż  pewnie  umkną,  sfrustrowane  naszym 

towarzystwem. 

Celie  nadal  się  nie  poruszyła,  wpatrzona  w  drewniane  schodki  -  niewiele lepsze od 

drabiny  - 

prowadzące na wąski stryszek z ukośnie ściętym sufitem. Wzdłuż krawędzi biegł 

niski murek, za którym rzeczywiście można by się ukryć. 

Zajrzę na górę - zaproponował Norbert, a Celie zrobiła taką minę, jakby nie uważała 

wyników jego inspekcji za wiarygodne. -  Celie, musisz mi 

zaufać,  jeśli  mamy  ze  sobą 

wytrzymać. 

Popatrzyła na niego, a w przyćmionym świetle jej oczy były błękitne, jak u dziecka. 

Takie same, jak kiedyś oczy Josha, synka Norberta. Ale Josh nigdy nie spoglądał na nikogo 

tak podejrzliwie. 

Może czułbym się podobnie na twoim miejscu - ugodowym tonem przyznał Norbert. 

Chociaż  trudno  powiedzieć,  bo  właściwie  nie  znam  twojej  sytuacji.  Ale  rzeczywiście 

niełatwo ufać komuś obcemu. 

Wcale ci nie ufam. Przyjechałam tutaj, ponieważ tylko to mogłam zrobić. 

- Prawienie 

pochlebstw nie jest twoją najmocniejszą stroną, co? - Norbert uśmiechnął 

się, aby Celie wiedziała, że on do pewnego stopnia ją rozumie. 

Chyba  zaskoczył  ją  jego  uśmiech.  I  nic  dziwnego,  bo  rzadko  gościł  na  twarzy 

Norberta, który już w dzieciństwie się przekonał, że uśmiech to wyłom w nawet najlepszej 

obronie. 

- Sprawdzisz, co jest na górze? 

A nadal tu będziesz, gdy zejdę? 

Raczej nie nadaję się do włóczęgi po leśnej głuszy. 

Ładne określenie pustkowia. 

Tak nazywamy tę część hrabstwa Kent. 

Oczywiście nauczyłaś się tej terminologii w angielskich szkołach? 

background image

Zajrzysz  na  górę?  -  przynagliła,  ignorując  jego  ironię.  Wdrapał  się  na  stryszek  i 

ujrzał tam kilka łóżek, jak w jakimś młodzieżowym schronisku. 

-  Nikogo tu nie ma - 

oznajmił,  schodząc  na  parter.  -  Rozejrzę  się  w  pozostałych 

pomieszczeniach. 

Nie  sprawiły  żadnej  niespodzianki.  Kuchnia  rzeczywiście  była  duża,  przyzwoicie 

wyposażona, z kominkiem w jednym rogu i wielkim, sosnowym stołem na środku. Norbert 
wyobraził  sobie  siedzące  tutaj  dzieciaki  oraz  kobietę  mieszającą  zupę  w  dużym  garnku. 
Niemal usłyszał wesołe przekomarzania i śmiech ludzi, którzy się kochają. Lecz może nigdy 
nie było tutaj nikogo takiego. 

Jesteśmy  sami  -  powiedział  do  Celie,  która  wciąż  stała  w  otwartych  drzwiach.  - 

Powinnaś się położyć. Wyglądasz tak, jakbyś miała zemdleć. 

Gdzie ty będziesz spać? 

Na górze też są łóżka, więc pozwolę ci wybrać. Gdzie poczujesz się najbezpieczniej? 

Gdzieś w Alpach. Z dzikim owczarkiem u boku. 

Nie podejrzewałem cię o poczucie humoru. 

- Dzisiaj 

nie zdarzyło się nic zabawnego. 

Celie budziła jego ciekawość, lecz w tej chwili ogarnęło go również współczucie dla 

tej tajemniczej dziewczyny, która okazała się taka zdeterminowana i dzielna. Kojarzyła mu 
się z pewną biegaczką startującą w olimpijskim maratonie. Tamta kobieta omal nie zemdlała 
tuż przed ukończeniem biegu. Chociaż jednak straciła wszelkie szanse na medal, dotarła do 
mety kulejąc i słaniając się na nogach, a tłum wiwatował na jej cześć. 

Na cześć Celie nie wiwatował nikt. No, może z wyjątkiem Norberta Coltera. 

Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś wdrapywała się po tych stopniach. Jesteś za 

słaba. Jeśli jednak ja zostanę na dole, to ewentualni napastnicy będą musieli najpierw załatwić 
mnie, zanim dotrą do ciebie. Więc wybieraj. 

- Drzwi sy

pialni zamykają się na klucz? Norbert poszedł sprawdzić. 

Nie. Ale możesz zablokować klamkę krzesłem. 

Wolę spać na górze. 

- Jak chcesz. Pomóc ci? 

- Nie. 

Tak  myślałem.  Lepiej  skorzystaj  z  łazienki,  zanim  pójdziesz  na  strych.  Ja  w  tym 

czasie zaniosę tam twoje rzeczy. 

Jerry kupił dla niej sweter i spódnicę, którą teraz miała na sobie, trochę bielizny, drugą 

zmianę odzieży i cienki prochowiec. Betty dodała trochę kosmetyków, lecz w porównaniu z 

background image

milionami  innych  młodych  kobiet  Celie  Sherwood  nie  posiadała  prawie  nic.  Była  chyba 
najbiedniejszą dziewczyną, jaką Norbert kiedykolwiek znał. 

Gdy poszła się umyć, przygotował dla niej wszystko na górze. Wyjął z szafy świeżą 

pościel i starannie posłał największe łóżko, następnie położył na nim wyjętą z plastikowego 
woreczka nocną koszulę i otworzył jedno z okien, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. 
Rozejrzał się jeszcze wokoło, stwierdził, że nic więcej nie może zrobić, i zszedł na dół. 

Chyba  powinnaś  wziąć  coś  przeciwbólowego  -  zasugerował,  gdy  Celie  wyszła  z 

łazienki. - Bo inaczej czeka cię przykra noc. 

Dzięki, ale nie. 

Celie,  naprawdę  sądzisz,  że  w  razie  konieczności  byś  mnie  pokonała?  Gdybym 

chciał cię skrzywdzić, to już dawno byłabyś martwa. Więc idź po rozum do głowy i łyknij 
jakąś tabletkę, żeby zasnąć. Musisz odzyskiwać siły, a nie tracić. - Wyjął z kieszeni słoiczek z 
pigułkami. - Możesz nawet mi nie mówić, co zdecydowałaś. 

Popatrzyła  na  lekarstwo  i  z  wahaniem  je  wzięła.  Betty  sugerowała,  aby  nie  dawać 

Celie całego zapasu, ale Norbert wiedział, że ktoś jej pokroju na pewno nie zechce skończyć 
ze  swoimi  problemami,  łykając  garść  proszków.  Celie  należała  do  tych,  którzy  się  nie 
poddają. 

- Aha, jeszcze jedno. - 

Norbert wyciągnął do niej dłoń, na której leżała złota obrączka. 

To pomysł Betty. Mamy wyglądać na małżeństwo. A propos obrączki... jej brak na palcu 

niejakiej Lesley McBain obudził moją czujność i upewnił mnie, że ona kłamie. 

Do kogo należy? - Celie zignorowała jego uwagę i ze zdegustowaną miną patrzyła na 

złote kółeczko. - Skąd Betty ją wzięła? 

Podobno należała do kogoś z rodziny, ale nie jest wartościowa. Musisz ją włożyć. 

Żonaci mężczyźni często jej nie noszą i nikt się im nie dziwi. 

Celie sięgnęła po obrączkę i wsunęła ją na palec. 

- Pasuje? 

- Ujdzie. 

- To dobrze. - 

Norbert skinął głową. - Rano nadal tu będę. Wtedy porozmawiamy. 

Celie odwróciła się i powoli zaczęła wchodzić po stromych schodkach. Raz lekko się 

zachwiała  i  Norbert  już  myślał,  że  trzeba  będzie  ją  wnieść.  Lecz  odzyskała  równowagę  i 
weszła na górę samodzielnie. 

On zaś zostawił otwarte drzwi do swojej sypialni. Na wszelki wypadek, żeby usłyszeć 

wołanie Celie, gdyby czegoś potrzebowała. Minęło dużo czasu, zanim wreszcie zdołał zasnąć. 

background image

Obudziło  ją  słońce,  lecz  najpierw  uświadomiła  sobie  brak  jakichkolwiek  dźwięków. 

Od uciec

zki z domu zawsze mieszkała w wielkich metropoliach, gdzie najłatwiej zniknąć w 

tłumie.  Małe  miejscowości  nie  wchodziły  w  grę,  ponieważ  tam  ludzie  uwielbiają  plotki  i 
każdy  nowy  przybysz  budzi  zainteresowanie.  Dlatego  od  bardzo  dawna  nie  słyszała  takiej 
cudownej ciszy, zmąconej jedynie świergotaniem ptaków i szelestem liści. 

Takiej, jak w rodzinnym domu. W Haven House. 

Przez  chwilę  miała  przemożne  wrażenie,  że  znów  jest  w  Północnej  Karolinie,  w 

pokoju, który należał do niej, gdy była dzieckiem. W sosnowym zagajniku śpiewały drozdy, 
powietrze  przesycał  świeży  zapach  atlantyckiej  bryzy.  Właśnie  z  tym  kojarzył  się  Celie 
Haven House. Tam czuła się bezpieczna i szczęśliwa, ale było to dawno temu. 

A teraz znajdowała się daleko od Haven House. I od wielu lat nikt nie zadbał o jej 

bezpieczeństwo. Nikt, z wyjątkiem Stephena, który przypłacił to własnym życiem. 

Usłyszała jakiś szmer, potem odgłos kroków i zaczęła nadsłuchiwać. Norbert James 

był obcym człowiekiem, który podążał za nią ulicami Paryża, następnie z uporem jej szukał i 
wyśledził aż na New Row. Norbert rzucił się na Bobby'ego i uratował ją, lecz zrezygnował z 

zadania ostatecz

nego ciosu. To ona zdzieliła Bobby'ego kamieniem. 

Norbert zamierzał puścić napastnika wolno. 
Znów przypomniała sobie wszystkie szczegóły tamtego zdarzenia. Norberta na pewno 

coś  łączyło  zarówno  z  Bobbym,  jak  i  z  pozostałymi  osobami,  które  pragnęły  widzieć  ją 
martwą. Przecież niemożliwe, żeby chciał połazić za nią w Paryżu tylko dla rozrywki. Ale co 
planował tutaj? 

Mógł tylko nastawać na jej życie... 
Kroki chyba się oddalały, ona zaś spróbowała sobie przypomnieć rozkład wnętrz. Z 

saloniku  prowadził  na  tyły  domku  wąski  korytarzyk.  Przypuszczalnie  do  kuchni.  Może 
Norbert poszedł właśnie tam. 

Powolutku podniosła się do pozycji siedzącej. Bark pulsował tak boleśnie, jakby nadal 

tkwiło w nim ostrze noża. Tej nocy spała bardzo niespokojnie i z przerwami, ponieważ nie 
zażyła ani jednej tabletki. Wzięła je od Norberta tylko dlatego, żeby ewentualnie nie dodał ich 

do jej jedzenia. Zdumi

ewające, jak nauczyła się rozumować w ciągu minionych czterech lat. 

Jeśli nawet jeszcze nie stała się paranoiczką, to mogłaby perfekcyjnie ją udawać. 

Może w ogóle nikt nie usiłował jej zabić. Może Bobby był tylko groźnym maniakiem, 

współczesnym Kubą Rozpruwaczem, wybierającym swe ofiary na chybił trafił. Może wczoraj 
akurat szukał blondynki. Albo kobiety w szarym płaszczu. 

background image

Może  wszystkie  wydarzenia  z  tych  czterech  lat  to  tylko  przypadki  lub  wytwory  jej 

wybujałej, wręcz chorej wyobraźni. 

Skądże!  Celie  zdecydowanie  odegnała  wątpliwości.  Zawsze  osaczały  ją  w  trudnych 

chwilach.  Po  raz  pierwszy  pojawiły  się  dawno  temu,  już  wtedy,  gdy  Haven  House  stał  się 
istnym polem bitwy. Wiedziała, że nie należało ich słuchać ani upadać na duchu. 

Wstała  i  z  trudem  się  ubrała  w  nowe,  workowate  ciuszki.  Powoli  wyjęła  rękę  z 

temblaka i wsunęła ją w rękaw swetra, który miała na sobie wczoraj. Prawie zemdlała z bólu - 
tak samo, jak wtedy, gdy się rozbierała przed pójściem do łóżka. 

Zaczęło  jej  się  zbierać  na  płacz.  Czuła  się  taka  bezradna.  Co  zrobi,  jeśli  Norbert 

przestanie bawić się w te swoje gierki i postanowi dzisiaj ją wykończyć? Ukryła w kieszeni 
maleńkie nożyczki z zestawu do szycia, które zabrała z nocnej szafki domu w Kensington, ale 
była  to  beznadziejna  broń.  W  starciu  z  mordercą  nie  nadawała  się  do  niczego.  A  na  tym 
odludziu Norbert bez problemu ukryje ciało swojej ofiary. Tak dobrze, że nikt nigdy jej nie 

znajdzie. 

No tak, ale co ktoś mógłby zyskać, gdyby nie odnaleziono i nie zidentyfikowano jej 

ciała? 

Znów  usłyszała  odgłos  kroków  i  jakieś  skrzypnięcie.  Czyżby  Norbert  wchodził  po 

schodkach? Błyskawicznie sięgnęła po nożyczki, które wczoraj schowała pod poduszką. Ale 
skrzypienie nie ustawało, a Norbert się nie pokazywał. Jakoś zdołała włożyć rękę w temblak i 
ścisnęła w dłoni nożyczki. Następnie powoli, krok za krokiem, aby nie robić hałasu, podeszła 
do niskiego murku, przykucnęła i ostrożnie zza niego wyjrzała. 

Norbert siedział w bujaku przy kominku i trzymał na kolanach wielkiego, zwiniętego 

w kłębek, czarnego kocura. 

Celie na moment oniemiała ze zdumienia. Wyobrażała sobie skradającego się zabójcę, 

a  ujrzała  kogoś  wyglądającego  jak  ucieleśnienie  spokojnego  domatora,  który  nie  skrzyw-
dziłby nawet muchy. Huśtał się powoli w przód i w tył, i patrzył na kota ze zdumieniem, ale 
chyba nie zamierzał zrzucić go na podłogę. 

Miał na sobie dżinsy - raczej ekskluzywne, sądząc z ich kroju - i wpuszczoną w nie, 

rozpiętą  pod  szyją,  zieloną  koszulę.  Ciemne  włosy  były  zwichrzone,  a  stopy  bose.  Celie 
odniosła  wrażenie,  że  jest  zaspany,  może  trochę  nie  w  sosie  i  -  co  wydało  się  jej  dziwne, 
zważywszy na jej obawy - bardzo atrakcyjny. 

Od  dawna  nie  widziała  mężczyzny  z  samego  rana.  Już zapomniała,  jak  pociągający 

bywa jednodniowy zarost, jak prowokuje widok kawałka nagiego torsu. Miała tylko jednego 

background image

kochanka,  a  później  usilnie  starała  się  go  nie  wspominać.  Dawno  temu  połączyło  ich 
młodzieńcze, namiętne uczucie, a obecnie on nie żył - z jej powodu. 

Ale teraz, dyskretnie obserwując Norberta Jamesa, zastanawiała się, kim on jest. Tak 

naprawdę. 

Wiesz coś o tych stworzeniach? - spytał Norbert. Ciekawe, kiedy się zorientował, że 

na niego patrzę, pomyślała spłoszona i wyprostowała się, bo dalsze chowanie się za murkiem 
straciło sens. 

Czarne koty przynoszą pecha. 

Więc jakiś pewnie przebiegł mi drogę tamtego dnia, gdy ujrzałem cię w Paryżu. 

Nie byłam w Paryżu... 

Od  dzieciństwa.  I  nigdy  nie  jechałaś  Eurostarem  ani  nie  udawałaś  purytanki 

wracającej z krucjaty w stolicy moralnego zepsucia. Pamiętam. 

Chyba wręcz przeciwnie, skoro bezustannie próbujesz pociągnąć mnie za język. 

Wyjrzałem niedawno  na podwórze... -  Norbert puścił mimo uszu jej słowa - i ten 

kiciuś wmaszerował do środka. Ciekawe, czego chce. 

Złapać mysz? 

Nie, jest zbyt rozleniwiony jak na takiego, który ugania się za myszami. Tamte są 

smukłe i drapieżne, prawda? Zresztą... nie znam się na kotach. 

W dzieciństwie zawsze miałam koty - palnęła bez namysłu. Co prawda nie ujawniła 

tą informacją niczego ważnego na swój temat, ale powinna bardziej uważać. 

Ja nigdy nie miałem żadnego zwierzaka. 

Ten chyba przypadł ci do gustu. 

Jak spałaś? 

Dziękuję, całkiem dobrze. 

Ale z ciebie kłamczucha. Jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek spotkałem. 

Dlaczego sądzisz, że kłamię? 

Bo nad ranem, gdy w końcu zdołałem zmrużyć oko, zaczęłaś jęczeć. Cholernie cię 

bolało, ale prawdopodobnie nie wzięłaś ani jednej tabletki. - Norbert podniósł wzrok. 

Schodzisz  na  dół?  -  Wypłoszył  kota  z  kolan  i  wstał,  gdy  ostrożniutko  zeszła  po 

drewnianych stopniach na parter. 

Zrobiłem kawę. Napijesz się? 

Chętnie. - Wstąpiła do łazienki, a po wyjściu na korytarz stwierdziła, że kot na nią 

czeka. Z podniesionym puszystym ogonem pomaszerował za nią do kuchni - zdumiewająco 
dużej i skąpanej w złocistym blasku słońca. Celestine usiadła przy stole w takim miejscu, aby 

background image

dobrze widzieć Norberta, zaś kot wskoczył na krzesło w kącie i zwinął się w kłębek, żeby 
uciąć sobie drzemkę. 

- W Stanach konsumujemy mnóstwo kawy - 

zagaił Norbert, nalewając pachnący płyn 

ze staroświeckiego zaparzacza. - W moich stronach, na Zachodzie, pijemy mocną i czarną. 
Chyba podobnie, jak Południowcy, prawda? 

Celestine na moment straciła dech. Norbert najwyraźniej na coś czekał. Wiedział. 

Nie mam pojęcia - odparła, starannie modulując głos na angielską modłę. - Nigdy nie 

byłam w twoim kraju. 

Serio?  Ani  w  Georgii,  ani  w  obu  Karolinach?  Więc  gdzie  wyssałaś  ten  akcent? 

Myślałem, że z mlekiem matki... 

- Nie wiem, o czym mówisz. - 

Sięgnęła po filiżankę, a Norbert usłużnie ją podał. 

Przysiągłbym, Celie, że będąc półprzytomna, gdy nie udawałaś Angielki, mówiłaś z 

amerykańskim akcentem, jak wszyscy Amerykanie z Południa. 

Masz wybujałą wyobraźnię. 

Tak sądzisz? Może więc wymyślę ciekawą historię. 

Och,  nie  krępuj  się.  Na  pewno  będzie  fascynująca.  Oparł  się  o  blat  i  skrzyżował 

ramiona na piersi. 

Żyła  sobie  kiedyś  pewna  młoda  kobieta,  która  wciąż  uciekała.  Nie  wiem,  przed 

czym, ale robiła to bardzo skutecznie. Przejechała na drugą stronę oceanu, aby znaleźć się jak 
najdalej  od  zagrożenia,  często  zmieniała  tożsamość  i  narodowość.  Umiała  skutecznie  się 
maskować,  lecz  przeoczyła  coś  ważnego.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  chodzi  w  bardzo 
specyficzny sposób. Właśnie dlatego zauważył ją mężczyzna, który lubił obserwować ludzi. 
A później znów zwrócił na nią uwagę, gdy już udawała kogoś innego. Poznał ją tylko po jej 

chodzie. 

Celie poruszyła filiżanką, wprawiając kawę w wirowy ruch, i w zamyśleniu popatrzyła 

na lśniącą w słońcu obrączkę. Norbert okazał się zadziwiająco przenikliwy i spostrzegawczy. 
Nie miało sensu wmawiać mu, że się myli. To tylko wzmogłoby jego ciekawość. 

O ile on już nie znał całej prawdy. 

- Dlaczego mi pomagasz? 

Niech mnie licho, jeśli wiem. - Otworzył szafkę i sięgnął po miseczki. - Zjesz płatki? 

Betty dała nam trochę zapasów. Na dzień lub dwa wystarczy, zanim znajdziemy w okolicy 
jakiś sklep. 

Zjem. Dzięki. 

background image

Norbert postawił na stole karton mleka, a Celestine niezręcznie sięgnęła po nie lewą 

ręką,  co  było  przykrym  doświadczeniem.  Widocznie  w  niebiosach  dano  człowiekowi dwie 
ręce nie bez powodu. 

Jesteś praworęczna? - Norbert przysunął jej miseczkę z musli i nalał do niej trochę 

mleka. 

- Tak. - 

Wiedziała, że nic nie zyska, kłamiąc, a odruchy i tak szybko by ją zdradziły. 

Powiedz, gdybyś potrzebowała pomocy. 

Prędzej piekło zamarznie, niż cię poproszę, pomyślała. I przypuszczała, że on o tym 

wie. Wzięła łyżkę do lewej ręki i zaczęła uczyć się jeść tą ręką. 

To  jak  będzie?  Wyznasz  mi  prawdę?  -  Norbert  usiadł  naprzeciwko.  -  Bo nie 

zamierzam  dłużej  ryzykować.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  pomagam  i  ukrywam 
przestępczynię. 

- Nie. 

Dlaczego miałbym ci uwierzyć? 

Było  to  sensowne  pytanie,  jeśli  Norbert  rzeczywiście  nie  należał  do  jej 

prześladowców. 

Zjadła  połowę  swoich  płatków,  zanim  odpowiedziała.  Żałowała,  że  on  jej  się 

przygląda,  rozchlapała  bowiem  nieco  mleka,  bark  ją  bolał  i  czuła  się  zmęczona,  jak  nigdy 
dotąd.  Najchętniej położyłaby  głowę na stole i zaczęła szlochać, ale na to  nie mogła sobie 
pozwolić. Odłożyła więc łyżkę i spojrzała na Norberta. Obserwował ją z nieprzeniknionym 
wyrazem twarzy i czekał na wyjaśnienia. 

-  Najpierw ty - 

oświadczyła.  -  Jak  mam  powierzyć  ci  swoje  tajemnice,  skoro  nie 

opowiedziałeś mi nic o sobie? 

Grasz  na  zwłokę.  -  Norbert  rozsiadł  się  wygodniej,  jakby  zamierzał  w  tej  pozycji 

spędzić dużo czasu. 

Kim jesteś? Ujawnij coś więcej niż nazwisko. 

Pracuję  jako  konsultant  dla  kilku  wielkich  korporacji.  Moja  specjalność  to 

zabezpieczenia dla różnych urządzeń technicznych produkcji tych firm.  Wiele podróżuję w 

ce

lach służbowych... także do Paryża, gdzie pierwszy raz cię ujrzałem. 

- Jakie to korporacje? 

Różne.  -  Norbert  wzruszył  ramionami.  -  Mam  własny  zespół  ekspertów,  którym 

kieruję. 

Zdaniem  Celestine  to  wszystko  brzmiało  szalenie  ogólnikowo  i  wydawało  się 

niemożliwe do zweryfikowania. 

background image

A ten dom, do którego mnie zabrałeś... jest twój? 

Nie. Należy do firmy, która korzysta z moich usług. Zatrzymują się tam pracownicy 

ze szczebla kierowniczego. 

Ta firma ma jakąś nazwę? 

- Tri - C International. 

Nazwa nic jej nie mówiła. 

Jak  na  kogoś,  kto  wpadł  tam  tylko  przelotnie,  byłeś  mocno  zaprzyjaźniony z 

gospodynią. 

Już kiedyś pracowałem dla Tri - C. Betty i ja jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. 

- Dlaczego obserwujesz ludzi? 

Dawno temu stwierdziłem, że to lepsza metoda, niż bezpośrednie, bliskie kontakty. 

W  mojej  pracy  muszę  rozumieć,  co  stymuluje  kogoś  do  działania.  Nie  wolno  mi  niczego 
przeoczyć.  A osobiste zaangażowanie może utrudnić dokonanie właściwej oceny. Wolę się 
więc przyglądać z dystansu, aby zachować obiektywizm. 

A na dodatek nikt cię nie zrani. Interesujące... - Celestine wypiła kilka łyków kawy. 

W  duchu  musiała  przyznać,  że  słowa  Norberta  brzmiały  przekonująco.  Niewątpliwie  dużo 
jeździł po świecie. Jeśli osiągnął sukces w sferze zawodowej, to było go stać na kosztowne 

garnitury i krawa

ty. I może faktycznie umiał zebrać mnóstwo cennych informacji, uważnie 

przyglądając się ludziom wokół siebie. Potrafił też zauważyć wszelkie odstępstwa od normy. 

Skończyłaś mnie maglować? 

Jeszcze  nie.  Skoro  jesteś  konsultantem,  to  nie  powinieneś  czegoś  konsultować? 

Możesz sobie pozwolić na marnowanie czasu, niańcząc przypadkowo spotkaną osobę? Co z 
obowiązkami, terminami... i rodziną, która czeka na twój powrót? 

Nie  mam  rodziny.  I  mogę  robić,  co  mi  się  podoba,  jeśli  będę  wysyłał  i  odbierał 

faksy. 

- Przebywamy na odludziu. 

Mam  przenośny  komputer,  za  pomocą  którego  można  faksować,  a  w  sypialni  jest 

telefon. 

Celestine ucieszyła się z tej wiadomości. I pożałowała, że wybrała stryszek. 

-  Teraz twoja kolej. - 

Norbert  uniósł  swoją  filiżankę  w  żartobliwym  toaście.  -  Za 

prawdę. Niech nic cię nie powstrzyma. Mogę słuchać przez cały dzień. 

Właśnie  opisałeś  kogoś,  kto  jest  wolny,  jak  ptak.  Żadnej  rodziny,  praca  dająca 

niesamowitą swobodę działania, życie wiecznie w drodze. Równie dobrze mógłbyś mówić o 

zawo

dowym  zabójcy  mordującym  ludzi  na  zlecenie. Oprócz komputera z faksem 

potrzebowałbyś tylko pistoletu. 

background image

Akurat skończyły mi się naboje. 

- Czy w Tri - 

C ktoś potwierdziłby, że dla nich pracujesz? 

Z pewnością, jeśli trafisz na odpowiednie osoby. Ale nie jestem na liście ich stałego 

personelu. 

Idealne rozwiązanie. 

Dlaczego miałbym chcieć cię zabić, Celie? 

Nie  musiała  odpowiadać,  ponieważ  ktoś  nagle  załomotał  do  kuchennych  drzwi. 

Całkiem  automatycznie  dała  susa  pod  stół,  a  Norbert  skoczył  do  przodu,  lecz  nie  zdążył 
zamknąć ich na klucz. 

-  Tu 

jesteś, ty moje utrapienie! - Do kuchni wkroczyła wysoka kobieta w brązowym 

stroju, pomaszerowała prosto do krzesła w kącie i zgarnęła z niego drzemiącego kota. - Nie 
lubimy siedzieć u siebie w domu, prawda, Śpiąca Królewno? Musicie wiedzieć, że ona nigdy 
nie akceptuje tego, co dla niej zaplanowałam. Cudownie, że ją zatrzymaliście, dopóki jej nie 
znajdę. - Kobieta uniosła kota wysoko nad głowę i lekko nim potrząsnęła, po czym przytuliła 

go do obfitego biustu. - 

A teraz... witajcie. Kiedy się pobraliście, jeśli wolno spytać, i co mogę 

dla was uczynić podczas waszego pobytu w Trillingden? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Potężnie  zbudowana,  grubokoścista  i  energiczna  kobieta  patrzyła  na  nich  tak 

serdecznie, że Norbert nie był w stanie wyrzucić jej za drzwi, choć w pierwszej chwili chciał 
to  zrobić.  Była  nie  tyle  stara,  co  w  wieku  trudnym  do  określenia.  Miała  włosy  w  kolorze 
swetra i tweedowej spódnicy, lecz mocno poprzetykane siwizną, oraz czerstwą, zaróżowioną 
cerę  z  mnóstwem  drobniutkich  zmarszczek.  Nie  ulegało  też  wątpliwości,  że  oczekuje 

natychmiastowych odpowiedzi na swoje pytania. 

-  Jestem Marian Farnsworth - 

oznajmiła  takim  tonem,  jakby  cały  świat  znał  to 

nazwisko. 

- Norbert James. - 

Norbert uścisnął podaną mu dłoń. 

Znałam  Jamesów  z  okolicy  Charing.  Byli  dosyć  rachityczni.  To  chyba  nie  żadna 

rodzina? - 

Pani Farnsworth odwróciła się do Celie. - Bo jeśli tak, to lepiej się zastanowić, czy 

warto decydować się na dzieci, kochaniutka. 

Będę  o  tym  pamiętać.  -  Celie  miała  taką  minę,  jakby  tuż  obok  właśnie  wybuchł 

granat. 

Norbert położył dłoń na jej ramieniu tak czule, jakby uczynił to młody żonkoś. 

Nie martw się, kochanie, prawdopodobnie nie mam tam żadnych krewnych. A jeśli 

nawet, to są najwyżej dziesiątą wodą po kisielu. 

Ostrożności nigdy za wiele - stwierdziła Marian. 

Trzeba coś niecoś wiedzieć o genetyce. Znam się na rzeczy, bo hoduję owce. Na ich 

przykładzie można sporo się nauczyć. 

To moja... żona, Celie. - Norbert spojrzał na nią sugestywnie. 

Ach,  nowożeńcy,  prawda?  Dziwne,  że  już  wyskoczyliście  z  łóżka.  -  Marian 

wyciągnęła  rękę  do  Celie,  która  już  nie  była  tak  przeraźliwie  blada,  jak  przed  chwilą.  - 
Zadowolę się lewą, skoro prawa wisi na tym durnym temblaku. 

Celie  podała  kobiecie  dłoń,  a  cofając  ją,  zerknęła  na  rękę  takim  wzrokiem,  jakby 

sprawdzała, czy nadal ma palce. 

Pobraliśmy się dwa tygodnie temu - powiedział Norbert, odpowiadając na wstępne 

pytanie. - 

Ale od ślubu prawie nie mieliśmy okazji do bycia tylko we dwoje. 

Och, nie będę wam przeszkadzać. Przynajmniej nie za często. Ale jutro po południu 

urządzamy podwieczorek na waszą cześć. U mnie, czyli na najbliższej farmie od wschodu. 

background image

Przyjdą  wszyscy  sąsiedzi,  żeby  na  was  zerknąć,  więc  pewnie  się  zjawicie.  Bardzo  lubimy 
Joan i Betty, i pragniemy włączyć was do swojego grona, skoro to one was przysłały. 

Nie sądzę, żebyśmy... - powiedziała Celie, lecz Marian nie pozwoliła jej dokończyć. 

Tylko  mi  nie  dziękujcie.  Tworzymy  tutaj  małą,  ale  zgraną  społeczność  i  nie 

tolerujemy między nami obcych. Zostaniecie więc naszymi przyjaciółmi. - Marian na sekundę 
przestała żywo gestykulować i zerknęła na swój duży, męski zegarek. - Muszę lecieć. Zatem 
jutro  o  trzeciej.  I  żadnego  spóźniania.  A  gdyby  Śpiąca  Królewna  znów  wpadła  was 
odwiedzić, to wcale się nie przejmujcie. Przyjdę i ją zabiorę. Strasznie niedobra kocina z tej 

Królewny. 

Marian Farnsworth wyszła z takim samym impetem, jak weszła. Norbert odprowadził 

ją wzrokiem, gdy maszerowała dróżką, trzymając pod pachą niesfornego ulubieńca. 

Jezu, co to było? - jęknęła Celie. 

- Produkt sielankowej prowincji hrabstwa Kent. 

- Raczej Baba - 

Jaga z leśnych ostępów. 

Mieszkając  tutaj,  człowiek  chyba  szybko  staje  się  bezpośredni.  Musi  wydobyć  z 

rozmówcy jak najwięcej, jeśli już dorwie kogoś nowego. - Norbert zacisnął dłoń na zdrowym 
barku Celie, zanim zdążyła się odwrócić. - Nigdzie nie zmykaj, Celie. Mimo tej niezwykłej 
dygresji pragnę kontynuować naszą rozmowę. Jeszcze jej nie skończyliśmy. 

- Ja... tak. - 

Poruszyła się, zrzucając jego rękę. - Źle się czuję. 

Norbert  umiał  rozpoznać  czyjś  unik,  miał  jednak  świadomość  tego,  że  Celie  mówi 

prawdę.  Znów  bardzo  zbladła  i  ledwie  trzymała  się  na  nogach,  chociaż  nadal  buntowniczo 
wysuwała brodę. 

Powstrzymał się więc od oferowania pomocy. Wczoraj zdążył poznać smukłość talii 

Celie  oraz  kobiecą  krągłość  jej  bioder  i  niepotrzebnie  myślał  później  o  tym,  jak  cudownie 
było ją dotykać, a wspomnienie tych chwil wciąż odzywało się w jego pamięci. Zapadając tej 
nocy w sen, znów przypomniał sobie kształty ciała Celie, przyjemność, jaką odczuwał, niosąc 
ją do sypialni, muśnięcia jedwabistych włosów na swojej ręce. Ta dziewczyna budziła jego 
pożądanie nawet wówczas, gdy leżąc na stryszku, pojękiwała z bólu. 

A  przecież  seksualne  zauroczenie  dodatkowo  skomplikowałoby  tę  i  tak  dziwaczną 

sytuację. 

Utwierdził się w tym przekonaniu i zignorował fakt, że Celie ledwie stoi. Ale trzymał 

się blisko niej, na wypadek, gdyby jednak musiał jej pomóc. 

background image

Może  chociaż  weźmiesz  aspirynę?  -  zaproponował.  -  Nie  zaćmi  jasności  twojego 

umysłu,  więc  gdybym  spróbował  skręcić  ci  kark  lub  zastrzelić  z  nieistniejącego  pistoletu, 
nadal będziesz w stanie dziabnąć mnie tymi śmiesznymi nożyczuszkami. 

Jakimi nożyczuszkami? 

Przecież widzę, co masz w kieszeni. To te same, którymi wczoraj rozciąłem twoją 

odzież? 

Ty to zrobiłeś? 

Owszem i gdybym chciał cię zabić, to miałem wtedy nadzwyczajną okazję. Leżałaś 

na łóżku półnaga i nieprzytomna. Całkiem w mojej mocy. 

Przez  chwilę  analizowała  jego  słowa,  nie  patrząc  mu  w  oczy,  jakby  była  trochę 

zażenowana wizją opisanej przez niego intymności. 

Zażyję aspirynę. 

- Siadaj. - 

Norbert wskazał krzesło i odwrócił się do zlewozmywaka, aby nalać wody. 

Proszę.  -  Postawił  przed  Celie  pełną  szklankę  i  położył  dwie  tabletki  z  zapasów  Betty.  - 

Powinienem był dać ci je wczoraj wieczorem, ale sądziłem, że zdrowy rozsądek skłoni cię do 
zażycia środka przeciwbólowego. 

Połknęła pigułki tak ochoczo, jakby miała nadzieję, że zadziałają natychmiast. 

Wkrótce poczujesz się lepiej. 

Na pewno masz rację. 

A na razie odpowiesz mi na parę pytań. 

Naprawdę chciałabym odpocząć. 

Rzeczywiście wyglądała tak, jakby nie nadawała się do przesłuchiwania. Norbert omal 

nie powiedział, że poczeka, ale w porę przypomniał sobie ocieniony koroną wierzby strumień. 

Nie ma problemu. Znam świetne miejsce. 

Wolę iść na górę. - Celie wyprostowała plecy, swoją postawą dając do zrozumienia, 

że nie zamierza się poddać. 

Mam lepszy pomysł. - Norbert podszedł do drzwi i wyjrzał na podwórze. - Trzeba 

uważać, żeby ten kotek znów tu nie wlazł, bo Marian wprowadzi się do naszej kuchni. 

Betty zapewniała, że to odludzie. 

Już ja z nią pogadam. - Norbert wyszedł na dwór i ruchem głowy wskazał pobliskie 

drzewa. - 

To dwa kroki stąd. Dasz radę? 

- Tak. 

Oniemiał ze zdziwienia. Oczekiwał protestów, lecz Celie widocznie uznała, że lepiej 

być z nim na zewnątrz, niż sam na sam w ciasnym domku. 

background image

Ranek był pogodny, a niebo intensywnie błękitne. Słońce świeciło jasno i powietrze 

już  zdążyło  się  rozgrzać,  obiecując  jeden  z  tych  pięknych  dni  późnego  lata,  gdy  każdy 
angielski ogrodnik pragnie aż do wieczora pracować pośród swoich roślinek. Norbert poszedł 
wyłożoną  kamieniami  ścieżką,  wzdłuż  której  rosły  krzaki  z  wdzięcznymi,  stożkowatymi 
kwiatkami. Zerwała się z nich chmurka białych motyli, lecz nie odleciały daleko, jakby po 
jego odejściu zamierzały wrócić do źródła słodkiego nektaru. 

- Motylowe krzaczki - 

stwierdziła Celie, sięgając po fioletowy kwiat. 

Tak się nazywają? 

- Fachowa nazwa to budleia. Ten rodzaj to prawdopodobnie „czarny rycerz”. 

A więc jesteś ogrodniczką? 

Niezupełnie. - Zawahała się i wzruszyła ramionami. - Przez pewien czas pracowałam 

w szklarniach. 

- Jako Celie Sherwood czy Marie St. Germaine? - Nor

bert nie omieszkał wykorzystać 

tej okazji, lecz Celie zig

norowała jego pytanie. 

Powąchaj. Mają subtelny, ale śliczny zapach. Norbert pomyślał o swojej wczorajszej 

reakcji na aromat lawendy i nie skorzystał z zachęty. 

Prawie jesteśmy na miejscu. 

Nie martw się o mnie. 

Doskonała rada, pomyślał. Wcale nie chciał przejmować się niczyim losem. Od lat żył 

właśnie tak i nie zamierzał tego zmieniać. Lecz Celie już wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, 
zawładnęła jego emocjami, a jedną z nich była troska. Podchodził z ostrożnym dystansem do 
osoby Celie Sherwood i nadal miał wątpliwości, czy chce zgłębić jej problemy, lecz mimo to 
pragnął ją chronić. 

Jak  tu  ładnie.  -  Celie  przystanęła  i  z  autentycznym  zachwytem  spojrzała  na 

szemrzący  strumień.  Na  obu  brzegach  leżały  różnej  wielkości  głazy,  niektóre  takie  duże  i 
płaskie, że można było się na nich położyć i opalać. 

Nawet  ładniej,  niż  przypuszczałem.  O,  mamy  miejsce  do  siedzenia.  -  Norbert 

wskazał dwa głazy tworzące jakby fotel z wysokim oparciem. - Zdołasz tam zejść? 

- Tak. 

Naprawdę  nie  chciał  znów  jej  dotknąć,  lecz  wolałby  też  nie  podnosić  jej  z  tej 

kamienistej ścieżki. Nie była szczególnie stroma, lecz Celie przecież nie odzyskała jeszcze sił. 

Chodź. - Wyciągnął rękę. - Pomogę ci. 

Poradzę sobie. 

background image

Wątpię. - Cofnął się o krok i ujął jej nadgarstek. Nie spróbowała wyswobodzić dłoni, 

ale też się nie poruszyła. - Słuchaj, ja też nie jestem zachwycony tym całym układem, ale nie 
chcę, żebyś się potknęła i coś sobie zrobiła. Teraz ci pomogę, lecz wystarczy, że poczujesz się 
lepiej, a dam ci święty spokój. Zgoda? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  ruszył  w  dół,  a  Celie  z  westchnieniem  pozwoliła  się 

poprowadzić. Pomógł jej usadowić się na głazie, następnie usiadł dwa metry dalej, żeby nie 
czuła się zdominowana jego bliskością. 

Przez kilka minut ciszę przerywał jedynie świergot ptaków i szmer wody opływającej 

kamienie  na  dnie  potoku.  Norbert  wystawił  twarz  do  słońca  i  podwinął  rękawy  koszuli. 
Gdzieś w pobliżu domku przejechał samochód, a po chwili zaszczekał pies. 

Co chcesz wiedzieć? - spytała w końcu Celie. 

Zacznij od początku. I dotrzyj do końca. 

Nie  myliłeś  się.  Rzeczywiście  uciekam.  Odwrócił  się,  aby  widzieć  jej twarz, lecz 

Celie nie patrzyła na niego. Miała taką minę, jakby analizowała swoją przeszłość, wybierając 
z niej te strzępki, którymi mogła się z nim podzielić. Niewiele, pomyślał, ale zawsze to jakiś 
postęp. 

Nie mogłabyś najpierw się przedstawić? 

Uważaj mnie za Celie Sherwood. 

Ale nią nie jesteś. 

- Nie. 

Ucieszył się z tego maleńkiego zwycięstwa. 

Nie masz ochoty usłyszeć swojego prawdziwego imienia i nazwiska? 

Gdy ostatnio je usłyszałam, facet usiłował mnie zabić. 

- Bobby? 

- Tak. 

Więc  rzeczywiście  nie  uważasz  go  za  przypadkowego  napastnika.  Sądzisz,  że 

chodziło mu właśnie o ciebie? 

Prawie zawsze tak myślę. 

- Prawie zawsze? 

Gdy uciekasz, trudno zachować obiektywizm. Wydawało mi się, że Bobby wymówił 

moje  imię,  ale  nie  jestem  pewna.  W  chwili  zagrożenia  percepcja  czasem  kuleje,  instynkt 

zawodzi. 

Twój zawiódł cię wtedy w Paryżu. 

Nie chcę rozmawiać o Paryżu. 

background image

Czy w ten sposób przyznajesz, że byłaś Marie St. Germaine? 

- Nie. 

Norbert ledwie powstrzymał się od gniewnej odpowiedzi. Zanadto naciskał. Jeśli Celie 

miała powiedzieć mu coś o sobie, to niech zrobi to w dowolnym tempie i w taki sposób, jaki 

jej najbardziej odpowiada. 

Przepraszam.  Mów  to,  co  uznasz  za  stosowne.  Uważnie  popatrzyła  mu  prosto  w 

oczy, on zaś bez trudu domyślił się jej wątpliwości. Zastanawiała się, ile może ujawnić. Jak 
dalece mu zaufać. 

Widziałam, jak popełniono morderstwo - oznajmiła i czekała na jego reakcję, lecz on 

postarał się nawet nie mrugnąć okiem. - Zabity mężczyzna był... - wzięła głęboki oddech - 

moim kochankiem. 

Boisz się, że morderca chce zabić również ciebie? 

Na pewno usiłują to zrobić. 

- Oni? 

To tylko takie sformułowanie. 

- Czyli nie wiesz, kim jest zabójca? 

- Nie. 

- Rozumiem. - 

Nieprawda. Nic nie rozumiał. Ta historia niewątpliwie zawierała więcej 

niewiadomych, niż początkowo sądził. 

Ten ktoś myśli, że znam jego tożsamość i chce się mnie pozbyć. 

Norbert  zauważył,  że  teraz  użyła  liczby  pojedynczej.  Czyżby  celowo  starała  się 

wprowadzić go w błąd? 

Nie lepiej zgłosić się na policję i zażądać ochrony? 

Naprawdę wierzysz, że policja jest w stanie ją zapewnić? 

- Chyba nie. 

No właśnie. Dlatego uciekłam. 

Skąd?  -  spytał,  a  ona  natychmiast  zacisnęła  usta.  -  Celie, mam powody, aby 

podejrzewać, że jesteś Amerykanką. Nie możesz powiedzieć mi chociaż tyle? Stany to wielki 
kraj, zamieszkany przez ćwierć miliarda ludzi. Nie pytam cię o adres i numer ubezpieczenia. 

Dla dobra nas obojga powinieneś wiedzieć jak najmniej. 

Dlaczego? Ponieważ chcę cię chronić? Czy dlatego, że nadal mi nie ufasz? 

- Nie ufam nikomu. 

background image

A co planujesz? Do końca życia zmieniać tożsamość i przenosić się z kraju do kraju? 

Jak  to  organizujesz?  Załatwiasz  fałszywe  paszporty  i  metryki  osób  zmarłych  lub  takich, 
którzy nie funkcjonują w normalnym społeczeństwie? 

Nic więcej ci nie powiem. 

Zastanawiał się, czy to, co wyznała, jest prawdą. Jeśli tak, to musiała rozwiać jedną 

ważną wątpliwość. 

Jesteś współwinna tej zbrodni? Uciekasz przed wymiarem sprawiedliwości? 

- Nie! 

Odpowiedź padła tak szybko i zabrzmiała tak szczerze, że w nią uwierzył. Owszem, 

Celie Sherwood była wspaniałą aktorką i równie utalentowaną kłamczuchą, lecz tym razem 
chyba mówiła szczerze. 

Dlaczego zamierzałeś puścić Bobby'ego? 

Jak to... puścić? 

Wtedy, gdy go pokonałeś. Chciałeś go puścić i to ja walnęłam go kamieniem. 

A co według ciebie miałem uczynić? Poderżnąć mu gardło? Oddać w ręce policji? 

Niby jak? Sam? Ty na pewno zaraz byś zwiała, więc mogłem albo go zabić, albo zostawić. 
Nie widzę się w roli mordercy ani kata wymierzającego sprawiedliwość. 

Może znałeś Bobby'ego. 

Sugerujesz,  że  razem  dybaliśmy  na  twoje  życie?  Że  znałem  jego  plany  względem 

ciebie? 

Celie wzruszyła ramionami. 

Chyba  całkiem  ci  odbiło.  Niby  skąd  wiedziałbym,  że  z  tego  punktu  naprawczego 

pobiegniesz  do  tego  atlety?  Nawet  gdybyśmy  obaj  byli  w  zmowie,  to  nie  moglibyśmy 
zgadnąć, co zrobisz, prawda? 

Nie odpowiedziała. 

Twierdzisz,  że  ktoś  usiłuje  cię  zabić.  Ja  miałem  do  tego  wiele  okazji,  od  kiedy 

znalazłem cię w tamtym zaułku, ale nic ci nie zrobiłem. Przeciwnie, przywiozłem cię tutaj, 
żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Czy to nic dla ciebie nie znaczy? 

Już sama się w tym gubię - mruknęła. - Wystarczy, że komuś zaufam, że przestanę 

oglądać się za siebie i już... 

Bobby nie był pierwszym zamachowcem, który cię zaatakował, prawda? 

- Nie. 

Ile razy cię to spotkało? 

- Sporo. 

background image

Sposób, w jaki powiedziała to jedno krótkie słowo, mówił dużo więcej niż ono samo. 

Celie  Sherwood  chyba  w  każdej  chwili  spodziewała  się  śmierci.  Była  tak  znużona  długo-
trwałą  ucieczką,  tak  bardzo  udręczona  wiszącym  nad  jej  głową  niebezpieczeństwem,  że 
obecnie akceptowała swoją sytuację, chociaż nie zamierzała się poddać. 

-  Celie.  - 

Norbert  pokręcił  głową.  -  Nie  jestem  w  stanie  nawet  sobie  wyobrazić,  co 

przeżywasz. 

Traktuję to jak śmiertelną chorobę. Nie mam żadnych objawów, ale śmierć czeka na 

mnie za rogiem. Tyle tylko, że w moim przypadku kostucha rzuci się na mnie znienacka i 
nigdy się nie dowiem, kto mnie załatwił. 

Naprawdę tak sądzisz? 

W  zasadzie  tak,  chociaż...  gdzieś  w  głębi  duszy  kołacze  się  odrobina  nadziei,  że 

zdołam  wyjść  z  tego  cało.  Że  pokonam  przeciwnika  i  kiedyś,  w  przyszłości,  już  nie  będę 
musiała uciekać. 

Jak możesz pokonać kogoś nieznanego? 

Po troszeczku. Tak, jak wymykając się z rąk Bobby'ego... Jak radząc sobie z tym... - 

Wskazała na zraniony bark. 

I znów zmieniając nazwisko, aby pojawić się na Fidżi lub na australijskiej prowincji? 

W Kangurowie, stary? Co mogłaby tam zdziałać taka dziewuszka, jak ja? 

Norbert z podziwem słuchał, gdy gładko przeszła na australijski akcent i slang. 

Wygląda na to, że już tam byłaś. 

W dzieciństwie zawsze marzyłam o dalekich podróżach. Moje przyjaciółki pragnęły 

zostać tancerkami lub lekarkami, a ja chciałam wędrować po Antarktydzie i zdobywać Mont 

Everest. Niekoniecznie naraz - 

dokończyła z uśmiechem. 

Chyba zrealizowałaś część tych marzeń. 

Może. 

Ale  nie  tak,  jak  zamierzałaś.  -  Przysunął  się  bliżej,  a  na  jej  twarzy  natychmiast 

pojawił się wyraz czujności. - Pozwól, że ci pomogę. 

- Niby jak? 

Mam szerokie koneksje. Jestem w stanie zapewnić ci bezpieczeństwo. I ustalić, kto 

cię prześladuje. 

Podróżuję w pojedynkę. 

Gdybyś w tamtym zaułku podróżowała w pojedynkę, już leżałabyś dwa metry pod 

ziemią. 

A kto mi zaręczy, że wkrótce tam nie wyląduję? 

background image

Nikt. Ale będziesz miała większe szanse przetrwać, jeśli ktoś cię wesprze. To twoje 

życie, Celie. A ja jestem kimś obcym. Nie winię cię za brak zaufania do mnie. Twoja sytuacja 
uczyniła z ciebie paranoiczkę... 

Nie  jestem  paranoiczką!  Nie  wymyśliłam  tego  wszystkiego.  Żyję  w  bezustannym 

zagrożeniu i ono jest bardzo realne! 

Patrzył  na  nią,  świadomy  tego,  że  wystarczyło  jedno  słowo,  aby  porzuciła 

dotychczasową rezerwę. 

Zamierzałem  tylko  powiedzieć,  że  twoje  doświadczenia  uczyniły  z  ciebie  osobę 

niesamowicie ostrożną. Byłem z tobą w tamtym zaułku, pamiętasz? Wiem, że nie wymyśliłaś 
zagrożenia. 

Chciałabym już wracać. 

-  Dobrze.  - 

Wstał i wyciągnął do niej rękę. - Ale przemyśl moją propozycję. Mogę 

wydatnie ci pomóc. Chętnie to zrobię, jeśli dasz mi szansę. Ale najpierw powinienem poznać 
całą prawdę, co oznacza, że musiałabyś mi zaufać. 

Nie  odpowiedziała  i  nie  chwyciła  jego  dłoni.  Wdrapała  się  na  górę  samodzielnie  i 

oboje w milczeniu poszli do domu. 

Celestine  koniecznie  chciała  skorzystać  z  telefonu  i  późnym  popołudniem  już  nie 

mogła  się  doczekać,  aż  Norbert  gdzieś  wyjdzie.  Po  powrocie  znad  strumienia  prawie  nie 
rozmawiali.  Ona  trochę  odpoczywała,  potem  zjadła  przyniesiony  na  górę  lunch  i  znów 
poleżała. 

Właściwie  nie  znała  Norberta  Jamesa,  zdążyła  jednak  się  zorientować,  że  nie  jest 

c

złowiekiem,  który  lubi  przymusową  bezczynność.  Słyszała  cichy  szum  jego  przenośnego 

komputera i zastanawiała się, co Norbert robi. Załatwiał sprawy służbowe dla owego Tri - C 
International lub innych firm, w których rzekomo był konsultantem? 

A może za pomocą komputera kontaktował się z Millie lub Rogerem? Informował ich, 

że ma ją w garści i już wkrótce problem Celestine St. Gervais przestanie istnieć? 

Uważnie  nadsłuchiwała,  gdy  chodził  po  pokoju.  Wychodził  ze  swojego  saloniku  i 

szedł do kuchni, potem wracał do pokoju, ale nawet nie zbliżył się do schodków. Celestine 
nie  pozwoliła  sobie  na  głęboki  sen,  którego  rozpaczliwie  potrzebowała,  ale  przymknęła 
powieki  i  trochę  się  zdrzemnęła.  Gdy  wreszcie  usłyszała  szczęknięcie  zamykanych drzwi, 
wstała z łóżka i ostrożnie wyjrzała zza murka. Norbert podszedł do samochodu i wyjął coś ze 

skrytki - 

chyba przeciwsłoneczne okulary - a następnie pomaszerował w stronę drogi. 

Celestine  nie  wiedziała,  dokąd  się  udał,  ale  teraz  mogła  zadzwonić.  Zeszła  na  dół  i 

zajrzała do jego sypialni. Z zadowoleniem stwierdziła, że już wyłączył komputer i wyjął jego 

background image

kabel  z  gniazdka  telefonicznego.  Celestine  szybko  policzyła  w  myśli,  która  jest  godzina  w 
Północnej  Karolinie,  i  wystukała  numer.  Ufała  tylko  trojgu  ludziom  i  właśnie  oni  powinni 
wiedzieć,  co  się  z  nią  dzieje.  Obawiała  się,  że  teraz  nie  zdąży  skontaktować  się  z  nimi 
wszystkimi,  postanowiła  więc  najpierw  porozmawiać  z  osobą  najważniejszą  dla  jej  dalszej 

egzystencji. 

Podała sekretarce nazwisko, które dawno temu ustaliła z Whitem, i czekała. 
Whit  długo  się  nie  zgłaszał,  więc  podeszła  do  drzwi,  aby  mieć  na  oku  dróżkę.  Na 

widok Norberta mogła natychmiast odłożyć słuchawkę i wrócić na górę, zanim on zdążyłby 
wejść do środka. 

- Celestine! 

- Och, Whit. - 

Na moment zamknęła oczy, dziękując Opatrzności za to, że go słyszy. - 

Już się bałam, że cię nie złapię. 

Gdzie jesteś? Wszystko w porządku? 

- Tak. I nie. - 

Jej zduszony śmiech zabrzmiał niemal jak szloch. - Zaatakowano mnie, 

ale żyję. 

Co się stało? 

Nie mogę teraz o tym mówić. Ale straciłam wszystkie swoje rzeczy, Whit. Nie mam 

złamanego grosza przy duszy. Możesz przekazać mi telegraficznie trochę pieniędzy na nowy 
początek? 

Jasne, że tak. Gdzie? Jak? 

Jeszcze nie wiem. Na razie zorganizuj jakąś kwotę. Później omówimy szczegóły. 

-  J

eśli  mi  podasz miejsce  pobytu,  to  sprawdzę,  gdzie  znajduje  się  najbliższy  bank  i 

załatwię formalności. 

Zawahała  się.  Znała  nazwę  wioski.  Trillingden.  Ale  udzielając  Whitowi  zbyt  wiele 

informacji,  mogła  niechcący  narazić  go  na  niebezpieczeństwo.  Oczywiście  ufała  przyja-
cielowi bez zastrzeżeń, wolała jednak jak najwięcej danych zachować w tajemnicy. 

Chwilowo mieszkam na jakimś odludziu - odparła wymijająco, a Whit nie nalegał na 

konkretną odpowiedź. 

Masz jakiś dokument potwierdzający twoją tożsamość? 

- Nic. 

To niedobrze, ale coś wymyślę. 

Dziękuję. Bardzo, bardzo. 

To przecież twoje pieniądze, Celestine, a ja tylko nimi zarządzam w twoim imieniu. 

background image

Nie  zdołam  zadzwonić  do  Allie  ani  dziadka  Suttera.  Pozdrowisz  ich  ode  mnie? 

Powiedz, że jestem cała i zdrowa. 

Załatwione. Coś jeszcze? 

Tak.  Jestem  teraz  z  mężczyzną,  który  nazywa  się  Norbert  James.  Twierdzi,  że 

pracuje jako konsultant dla korporacji Tri - 

C International. Słyszałeś o niej? 

Oczywiście. To jedna z tych wielkich kolosów - konglomeratów, które mają związki 

z  wieloma  działami  gospodarki,  z  produkcją  przemysłową,  wydobyciem  surowców, 
telekomunikacją... 

Możesz go sprawdzić? 

Powiedziałaś Norbert James? 

- Tak. 

Jak go poznałaś? 

Nie mam teraz czasu, żeby ci opowiadać. I nie mogę podać ci swojego numeru, bo 

nie widzę go na aparacie. 

Daj mi dzień lub dwa na przygotowania. Możesz poczekać aż tyle? 

- Chyba tak. 

Kiedy wracasz do domu? Chyba już nadeszła pora na twój ruch. Ale musisz tu być, 

żeby go wykonać. Bez ciebie mam związane ręce. 

Powinnam  kończyć  -  powiedziała  pospiesznie,  widząc  Norberta  skręcającego  na 

ścieżkę. - Zadzwonię jutro. 

Odłożyła słuchawkę, zanim Whit zdążył odpowiedzieć. I spokojnie siedziała w bujaku 

obok kominka, gdy Norbert otworzył drzwi. 

Gdzie byłeś? - spytała, udając zaskoczenie. 

- Na spacerze. 

- Przyjemnym? 

Owszem.  Wdrapałem  się  na  szczyt  tego  wzgórza.  Wczoraj  w  tych  egipskich 

ciemnościach nie było nic widać, więc postanowiłem sprawdzić, jak blisko mamy sąsiadów. 

- I co? 

- Po linii prostej nawet niedaleko

. Niecały kilometr przez lasek i pola. To chyba dom 

Farnsworthów. A poza tym kompletne pustkowie. 

Celestine  znów  ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  Norbert  James  to  przystojny 

mężczyzna, na którego aż miło popatrzeć. Po przechadzce miał zwichrzone przez wiatr włosy 
i zarumienione policzki. Stał w drzwiach, trzymając ręce w kieszeniach  dżinsów i uważnie 
przesuwał spojrzeniem po każdym zakątku wnętrza. Zdaniem Celestine zaliczał się chyba do 

background image

tych ludzi, którzy przywykli do stawiania na swoim, zawsze nad wszystkim 

panują i nie lubią 

oddawać władzy. Celestine przypuszczała, że jest dla niego twardym orzechem do zgryzienia 
i trochę ją to cieszyło. 

Ale nie byłaby zachwycona, gdyby ją zdradził. 

Jak się czujesz? - spytał, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. 

W zasadzie dobrze, chociaż wolałabym mieć sprawne obie ręce. 

Powinienem ci zmienić opatrunek. Teraz czy po obiedzie? 

Chciała  powiedzieć,  że  sama  się  tym  zajmie,  ale  znała  swoje  obecne  możliwości. 

Norbert mógł zrobić to lepiej, a im szybciej ramię się zgoi, tym szybciej ona będzie mogła 
przystąpić do kreowania swojej nowej tożsamości. 

Wolę to mieć z głowy - oświadczyła. 

Zostań tutaj, a ja przyniosę, co trzeba. 

Huśtając się na fotelu, zastanawiała się,  czy Norbert zauważy, że jest coś nie tak w 

pobl

iżu telefonu. Starała się niczego nie przesunąć, ale czy jej się to udało? 

Norbert  wrócił  z  apteczką,  którą  naprędce  skompletowała  Betty.  Przysunął  lampę  i 

skrzyżowawszy ramiona, popatrzył na Celie. 

Musisz zdjąć sweter. Mam ci pomóc? 

Wciąż  usiłowała  sobie  przypomnieć,  czy  zostawiła  wszystko w pokoju Norberta 

identycznie  jak  było,  więc  nawet  nie  pomyślała  o  konieczności  rozebrania  się.  Teraz 
odruchowo zacisnęła palce na górnym guziku pulowera. 

Poradzę sobie. 

- Pozwól sobie pomóc. - 

Norbert kucnął przed nią. - Nie ma sensu, żebyś się męczyła. 

Przecież i tak zobaczę kawałek twojego ciała. 

Zrozumiała,  że  byłoby  głupotą  protestować.  Norbert  rozpiął  pasek  temblaka, 

delikatnie go zsunął i odłożył na gzyms kominka. A Celestine zacisnęła palce na schowanych 

kieszeni  spódnicy  nożyczkach,  zaczęła  je  uważać  za  coś  w  rodzaju  talizmanu 

przynoszącego szczęście. 

Pewnie trochę cię zabolało - współczującym tonem stwierdził Norbert. 

- Nic mi nie jest. 

Powiesz to nawet na łożu śmierci. 

Oby jak najpóźniej. 

Norbert 

uśmiechnął  się,  a  Celestine  oniemiała  z  wrażenia,  ponieważ  dzięki  temu 

uśmiechowi  Norbert  zmienił  się  prawie  nie  do  poznania.  Nagle  przestał  być  kimś,  kogo 

background image

należy  się  obawiać,  a  stał  się  po  prostu  uroczym  mężczyzną.  Nadzwyczaj  atrakcyjnym 
mężczyzną, który właśnie miał ją rozebrać. 

Z rozpinaniem sama sobie poradzę. - Przesunęła przez dziurkę górny guzik. 

Chyba zdążę się zdrzemnąć. - Norbert przymknął powieki. 

Uznaj  to  za  ćwiczenie,  obowiązkowy  element  mojej  fizykoterapii.  Gdy  skończę, 

będę w pełni oburęczna. - Rozpięła drugi guzik. 

Wcześniej pewnie umrę z głodu. - Norbert otworzył oczy. 

Betty dała nam kanapki, czy zamierzasz coś ugotować? 

- To drugie. 

Dlaczego  mi  się  zdaje,  że  nie  masz  o  tym  pojęcia?  -  Jakoś  zdołała  rozpiąć  trzeci 

guzik. 

- Bo zo

stawiłem w twojej kanapce plastikową osłonkę na plasterkach szynki? 

Więc w swojej chyba też zostawiłeś. - Pokonała czwarty guzik. 

Na ogół jadam w restauracjach. 

A gdy jesteś w domu? Podobno mieszkasz w zachodniej części Stanów. Czyli gdzie? 

W  promieniu  jakichś  czterech  i  pół  tysiąca  kilometrów  od  twojego  domu, 

gdziekolwiek on jest. 

Jestem Amerykanką - powiedziała po chwili milczenia, mając do rozpięcia jeszcze 

tylko jeden guzik. 

Dzięki za szczerość. - Spojrzenie Norberta wyraźnie się ociepliło. 

Teraz mogę już wrócić do swojego akcentu. 

Słyszę, że pochodzisz z Południa. 

A ty... skąd? - Pośrednio wyznała prawdę. 

- Z Kolorado. 

Zawsze tam mieszkałeś? 

Nie. Dorastałem w Los Angeles. 

Pomożesz mi z tym rękawem? 

-  Po raz pierwszy pop

rosiłaś  mnie  o  pomoc.  Robisz  postępy.  -  Norbert  znów  się 

uśmiechnął, następnie uniósł jej rękę i zaczął powolutku ciągnąć mankiet. 

Celestine  zacisnęła  zęby  i  zdołała  nie  wydać  żadnego  dźwięku.  Norbert  spojrzał  na 

nią, a w jego oczach pojawił się wyraz zatroskania... lub jego przekonująca imitacja. 

Nie  wolno  nam  dopuścić  do  infekcji,  Celie.  Wiem,  że  nie  życzysz  sobie 

dodatkowych problemów. 

background image

Jakie to dziwne, pomyślała. Mężczyzna, którego podejrzewała o to, że chce ją zabić, 

teraz starał się naprawić zło wyrządzone jej przez Bobby'ego - człowieka obdarzonego przez 
nią  zaufaniem,  oczywiście  do  pewnego  stopnia.  Co  prawda  nadal  nie  ufała  Norbertowi 
Jamesowi i nie wierzyła, że wkroczył w jej życie przypadkiem, lecz w tej chwili jakoś nie 
potrafiła wykrzesać z siebie wystarczającej podejrzliwości. Nie mogła też przypomnieć sobie 
nikogo, kto dotykał jej bardziej delikatnie i z większą troską. I po raz pierwszy od śmierci 
Stephena czuła się przy mężczyźnie taka bezbronna, jakby on był jej bliski. 

- Dlaczego mi pomagasz? - 

spytała. - Tak naprawdę? 

Nie wiem. Chyba dlatego, że jesteś w potrzebie. 

Zawsze wspierasz potrzebujących? 

Rzadko wiem, czy komuś bym się przydał. 

Ponieważ nie zbliżasz się do ludzi na tyle, aby się o tym przekonać? 

Wydał dźwięk, który mógł uchodzić zarówno za „tak”, jak i za „nie”, lecz Celestine 

wolała wybrać to pierwsze. 

Na  pewno  nie  zbliżyłbyś  się  do  mnie,  gdybym  nie  zakablowała  cię  władzom  na 

dworcu Waterloo. 

Uważaj, Celie. Właśnie przyznałaś się do wcielenia Lesley. 

To  była  jedna  z  moich  najmniej  udanych  ról.  Norbert  skończył  zdejmować  z  niej 

sweter, a chłód powietrza sprawił, że Celestine poczuła się wyjątkowo obnażona. Miała na 
sobie  stanik,  lecz  rano  odpięła  jedno  ramiączko,  aby  nie  ocierało  się  o  bandaż.  Teraz 
wiedziała, że miękka miseczka obsunęła się i tylko częściowo zasłania pierś. I niemal poczuła 
na niej wzrok Norberta. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale nieoczekiwanie wyobraziła sobie 
dotyk  jego  palców  nie  tylko  na  swoim  barku,  nie  tylko  na  opatrunku,  lecz  także  niżej,  na 
swoim nagim ciele... i ta myśl wcale nie wydawała się niemiła. Dłonie Norberta były ciepłe i 
delikatne... na pewno mogły sprawić przyjemność, dać ukojenie... 

Nie  będzie  bolało.  -  Norbert  położył  palce  na  opatrunku,  lecz  wewnętrzna  strona 

nadgarstka lekk

o spoczywała na piersi Celestine. - Weź głęboki oddech. 

Zamknęła oczy i zacisnęła wargi. Norbert szybko i sprawnie zdjął stary bandaż, lecz 

mimo to Celestine poczuła łzy pod powiekami. 

- Przepraszam. - 

Głos Norberta zabrzmiał gardłowo. 

- Nie ma za co. 

Dobrze się czujesz? 

Tak. Jak to wygląda? 

Nie gorzej niż wczoraj. To chyba dobra nowina. 

background image

- Chyba tak. 

Oczyszczę ranę i założę nowy opatrunek. Trzymasz się jakoś? 

Skinęła głową, a gdy Norbert skończył, znów oddychała prawie normalnie. 

Pomogę ci włożyć ten rękaw. - Norbert sięgnął za jej plecy, szukając poły swetra, i 

znalazł się tak blisko Celestine, że torsem musnął jej piersi. 

Ona  zaś  wbrew  własnej  woli  zobaczyła  w  Norbercie  seksownego  mężczyznę.  Nie 

tajemniczego  nieznajomego. Nie  wybawcę.  Ale  pociągającego  mężczyznę,  który znajdował 
się tak bliziutko, że mogłaby go pocałować. I nagle zapragnęła podnieść lewą rękę i wpleść 
palce  we  włosy  Norberta.  Czuła  jego  ciepło,  chciała  jeszcze  poczuć  jego  siłę.  Spróbowała 
sobie  wmówić,  że  jest  taka  poruszona  z  powodu  ulgi  i  wdzięczności,  lecz  chociaż  była 
wspaniałą  kłamczuchą,  nigdy  nie  oszukiwała  samej  siebie.  W  tej  chwili  przepełniały  ją 
zupełnie inne, bardziej prymitywne emocje. Najbardziej zbliżone do pożądania. 

Wreszcie capnąłem ten sweter! - Norbert zaśmiał się krótko i przelotnie napotkał jej 

wzrok, jakby chciał sprawdzić, czy ją też ubawiła jego niezdatność. I zaraz spoważniał. Nie 
poruszył się, nie usiłował wsunąć ręki Celie w rękaw, tylko na nią patrzył z dziwnym żarem 

w oczach. 

- Teraz... moja kolej - 

powiedziała cicho, niemal szeptem. 

- Na co? 

Pytanie  zawisło  między  nimi.  Oboje  wiedzieli,  co  sugerował.  Ale  żadne  z  nich  nie 

chciało postawić kropki nad „i”. 

Miałaś  rację,  mówiąc,  że  to  będzie  niebezpieczny  układ.  -  Norbert  przysiadł  na 

piętach, lecz nadal patrzył Celie prosto w oczy. 

Potrafię obronić się w każdej sytuacji. 

Czyżby? 

Chyba trochę się rozgniewał, Celestine nie wiedziała jednak, na kogo. 

Nie traktuj moich słów jak wyzwania, Norbercie. Daj mi święty spokój, a zrewanżuję 

ci się tym samym. 

- Chcesz, czy nie, ale tkwimy w tym razem. Przynajmniej na razie. - 

Norbert wstał z 

podłogi.  -  Ale  nie  obawiaj  się,  Celie.  Nie  zamierzam  do  niczego  cię  przymuszać.  Moja 
samokontrola cieszy się legendarną sławą. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Daleko stąd do Canterbury? 

Norbert  podniósł  wzrok  znad  patelni,  na  której  smażył  drugą  porcję  kiełbasek. 

Niedawno  w  możliwie  najgorszy  sposób  przekonał  się,  że  angielskie  kiełbaski  są  zupełnie 
inne niż amerykańskie. W domu czasem je smażył. Po prostu kładł na patelni i ze dwa razy 
obracał.  Ale  te  angielskie  -  od  ulubionego  rzeźnika  Betty  -  wymagały  wcześniejszego 
ugotowania, o czym poinformowała go Celie, gdy kilka pierwszych z hukiem eksplodowało. 

Do Canterbury? Jakieś trzy kwadranse jazdy. A bo co? - Zmniejszył płomień gazu, 

tak na wszelki wypadek, gdyby gotowanie okazało się niewystarczającą obróbką cieplną. 

Usiłuję się połapać, gdzie jesteśmy. 

W samochodzie mam mapę. 

Chętnie na nią zerknę. 

Dobrze  spałaś?  -  Norbert  oparł  się  o  kuchenkę  i  swoim  zwyczajem  skrzyżował 

ramiona. 

Celie  wyglądała  dziś  dużo  lepiej  i  nie  była  taka  blada,  jak  wczoraj.  Miała  na  sobie 

drugi strój kupiony przez Jerry'ego - 

skromną  białą  sukienkę  w  fiołki  i  różyczki.  Norbert 

przypomniał  sobie  obcisłą,  czarną  suknię  Marie  St.  Germaine  i  pożałował,  że  to  nie  on 
wybierał garderobę dla Celie. 

- Nie najgorzej. 

Nie czekałaś przez calutką noc, aż wdrapię się na górę i cię wykończę? 

- Masz dziwaczne poczucie humoru. 

Usiłuję tylko coś ci unaocznić. 

Ty niewątpliwie też spałeś, skoro nadal oddycham, a moje serce bije. 

Jesteś głodna? 

Zawsze jestem głodna. 

Zdążył  to  zauważyć.  Celie  zjadała  absolutnie  wszystko,  co  dostała.  Miała  apetyt 

osoby, która nie wie, kiedy zdarzy się okazja do następnego posiłku. Wczoraj Norbert podał 

n

a kolację zanadto przysmażone kotlety z baraniny i zielony groszek rozgotowany prawie na 

papkę. Celie omal nie wylizała talerza. 

Jak radzisz sobie finansowo? Wiem, że pracujesz, gdy możesz, ale te zmiany miejsca 

zamieszkania i tożsamości... To musi sporo kosztować. 

- Nie narzekam. 

background image

Pewnie minimalizujesz wydatki. Nawet te na żywność. 

Umiem przygotować ryż i fasolkę na tysiąc sposobów. 

Ktoś ci pomaga? Przysyła pieniądze? 

- Dlaczego pytasz? 

Bo  muszę  wyciągać  z  ciebie  twoją  historię  po  jednej  sylabie.  -  Przyglądał  się 

dłoniom Celie,  gdy  w milczeniu  obracała kubek. Miała śliczne,  smukłe ręce, z zadbanymi, 

lecz nie polakierowanymi paznokciami. 

Muszę dostać się do Canterbury. - Podniosła wzrok. - Zawieziesz mnie? 

- Po co? 

To dla mnie ważne. 

- Kiedy? 

- Jeszcze nie wiem. 

A  jeśli  tam  pojedziemy,  znowu  znikniesz?  Lub  może  będę  zmuszony  walczyć  z 

jakimś Bobbym? 

Nie zniknę. 

- A co z Bobbym? 

Norbert, jestem ostatnią osobą, która coś o nim wie. 

Podobało mu się, jak Celie wymawia jego imię. Z tą odrobiną śpiewności typowej dla 

południowców.  Był  też  zachwycony  grą  uczuć  na  twarzy  Celie.  Zazwyczaj  nie  ujawniała 
żadnych emocji, natomiast teraz patrzyła wręcz błagalnie. Potrzebowała go. 

Wcale nie chciał, aby go potrzebowano. 

Zawiozę cię - mruknął, odwracając się do kuchenki. - Tylko powiedz, kiedy. 

Dziękuję. 

Jej głos zabrzmiał cicho,  a podziękowanie naprawdę szczerze.  Nie ufała mu,  ale po 

troszeczku topniała. Mijały kolejne godziny, a ona nadal była bezpieczna, więc jej zaufanie 
do  niego  rosło.  Tylko  co  miał  począć  z  tym  zaufaniem?  Jak  mógłby  zapewnić  Celie 
bezpieczeństwo, skoro nie zdołał ochronić własnej żony i syna? 

Zauważył, że stoi obok niego dopiero wtedy, gdy wyjęła mu z dłoni łopatkę. 

Rzeczywiście żałosny z ciebie kucharz, Norbercie Jamesie. Jesteś pewien, że gdzieś 

tam nie czeka na ciebie troskliwa żoneczka? Osoba, która parzy ci kawę, nabija fajkę i podaje 
gazetę? - Celie zręcznie przewróciła kiełbaski, chociaż zrobiła to lewą ręką. 

Wszystkie żony są takie? 

Mam nadzieję, że nie. 

Nagle zapragnął powiedzieć jej o sobie coś ważnego. 

background image

Kiedyś byłem żonaty. 

Już nie jesteś? 

To się skończyło jakiś czas temu. 

Nie wyobrażam sobie ciebie w roli męża. Sprawiasz wrażenie samotnika. 

- Takiego, jak ty? 

Nie  wiem.  Trudno  powiedzieć,  jaka  byłabym,  gdyby  moje  życie  potoczyło  się 

inaczej. 

Przecież kogoś miałaś. Tego kochanka, którego później zabito. 

- Tak. 

Więc nie zawsze żyłaś sama. 

Był moim pierwszym i ostatnim mężczyzną. - Jej twarz znów stała się maską bez 

wyrazu. - 

Nasz romans trwał bardzo krótko. Ledwie się zaczął, a już było po wszystkim. 

Zawsze  tak  nam  się  wydaje,  gdy  kogoś  tracimy.  -  Norbert  poczuł  przypływ 

współczucia. 

Też miałeś takie wrażenie po rozwodzie? Nie sprostował tej istotnej nieścisłości. 

To  dość  powszechne  odczucie.  Wiesz,  dlaczego zabito twojego kochanka, Celie? 

Może znając powody, łatwiej odkryłabyś, kto cię prześladuje? 

I co mogłabym zrobić? Nie mam żadnych dowodów. Żadnej władzy. Ktokolwiek to 

jest, dysponuje środkami, o jakich ja nawet nie marzę. Podaj mi jego nazwisko, a i tak nie 
będę w stanie nic zdziałać. 

Ja mam stosowne środki. 

To nie jest twoja walka. A dla mnie najlepszym wyjściem jest ucieczka. Może kiedyś 

znajdę miejsce, które uznam za bezpieczny azyl. Gdzie nikt mnie nie wyśledzi. 

- Niby gdzie? W niebie? 

Celie najpierw zrobiła dziwną minę, po czym nagle zaczęła się śmiać. Norbert spojrzał 

na nią zaskoczony i całkiem wbrew sobie też się uśmiechnął. 

Trafiłeś w dziesiątkę.  To jedyne schronienie, gdzie już nic człowiekowi nie grozi, 

prawda? 

- Najpierw rozejr

zyjmy się za mniej drastycznym rozwiązaniem. 

Celie natychmiast spoważniała. 

Jeśli  istotnie  nie  dybiesz  na  moje  życie,  to  muszę  przyznać,  że  naprawdę  miły  z 

ciebie facet. 

Chyba  nie  ma  na  tej  planecie  nawet  trzech  osób,  które  określiłyby  mnie  w  ten 

sposób. 

background image

Betty powiedziała, że jesteś dobrym człowiekiem. Kimś, kto sam wiele przeszedł. 

Już ja z nią pogadam. 

Co miała na myśli? 

Nie wiem. Może usiłowała uatrakcyjnić mój wizerunek. 

Jakbyś nie był wystarczająco atrakcyjny... - palnęła i natychmiast tego pożałowała. 

- A jestem? 

Na  pewno  mnóstwo  kobiet  już  ci  to  mówiło.  -  Umknęła  spojrzeniem  w  bok  i 

przestawiła patelnię na palnik z tyłu. - To niewiarygodne - mruknęła. - Gawędzimy jak para 
przyjaciół.  Jeszcze  chwila  i  zaczniemy  się  sobie  zwierzać.  Ty  mi  wyjaśnisz,  o  co  chodziło 
Betty,  a  ja  opowiem  ci  tyle  o  sobie,  że  zapłacisz  za to  życiem.  Musimy  uważać  na  słowa, 
Norbercie.  Nie  paplać  o  wszystkim,  bo  wejdzie  nam  to  w  zwyczaj.  I  ściągnie  na  nas 
nieszczęście. 

Odwrócił się i sięgnął po grzankę. Smarując ją masłem, słuchał znajomych odgłosów. 

Szczęknęła  odkładana  na  patelnię  metalowa  łopatka.  Nóż  przesuwał  się  po  chrupiącym 
chlebie. Na ścianie tykał zegar. 

Gdy poprzednim razem Norbert pomagał kobiecie przygotowywać posiłek, krzątając 

się wraz z nią po kuchni, tą kobietą była jego żona. A dwanaście godzin później ona i jego 
syn już nie żyli. 

Śmierć  może  człowieka  dosięgnąć  niezależnie  od  naszych  działań.  Kłamstwa  i 

oszustwa nie zagrodzą jej drogi. Nie lepiej zdobyć się na szczerość? Bez niej i tak jesteśmy 
poniekąd martwi, nie sądzisz? 

Łatwo ci mówić - prychnęła Celie. - To nie twoje życie jest w niebezpieczeństwie. 

Łatwo mi mówić, bo wiem, jak się żyje po utracie tego, co najdroższe. I nie życzę ci 

takiej egzystencji. - 

Zauważył,  że  znieruchomiała  i  otworzyła  usta,  jakby  zamierzała  coś 

powiedzieć, ale się nie odezwała. - Nie mam pojęcia, jakim cudem stałem się częścią twojego 
życia, Celie. A jeszcze mniej rozumiem, dlaczego. Ale cieszę się, że do tego doszło. Tylko nie 
odcinaj się teraz ode mnie. Masz powody do strachu, lecz moja przyjaźń nie jest jednym z 

nich. 

Celestine  dyskretnie  podziwiała  Norberta  podczas  jazdy. Po raz pierwszy mieli 

wystąpić jako małżeństwo i Norbert przed wyjściem wziął prysznic oraz starannie się ogolił. 

Jego woda kolońska miała przyjemny zapach, a krój granatowej marynarki podkreślał 

szerokość  barów.  Celie  podobały  się  też  dłonie,  które  trzymały  kierownicę  lekko,  lecz 
pewnie. Ten mężczyzna był zrelaksowany, jednocześnie w pełni panował nad sytuacją. 

background image

Ciekawe, jak to jest ni

czego  się  nie  obawiać,  pomyślała  Celestine.  Od  kilku  lat 

właściwie nie sprawowała kontroli nad swoim życiem. Od tak dawna bezustannie uciekała, że 
chwilami miała wątpliwości, czy zdoła przestać, gdy znów będzie bezpieczna. 

Jeśli w ogóle tego doczeka. 

Przyp

omniała  sobie  dzisiejszą  rozmowę  z  Whitem.  Norbert  zaraz  po  śniadaniu 

pojechał do miasteczka, więc natychmiast skorzystała z okazji i znów zadzwoniła do Whita - 
tym razem do jego domu w Wilmington. Koniecznie musiała powiedzieć, że będzie mogła 
wybrać się do Canterbury i odebrać pieniądze, gdyby Whit - zgodnie z obietnicą - zdołał je 
jakoś przesłać. 

Później rozmowa zeszła na tematy osobiste. 

Skontaktowałem się z Earlem Sutterem i z Allison - oznajmił Whit. - Już wiedzą, że 

jesteś cała i zdrowa. 

Celestine 

zamknęła  oczy,  a  pod  powiekami  natychmiast  pojawił  się  wizerunek  tych 

dwóch czy trzech osób, którym bezgranicznie ufała i na które zawsze mogła liczyć. Dziadek 
Sutter nie był jej prawdziwym krewnym, lecz najlepszym przyjacielem jej dziadka i za jego 
życia  zarządzał  wielką  posiadłością  Haven  House.  Obecnie  miał  siedemdziesiąt  sześć  lat  i 
nadal  mieszkał  na  jej  terenie,  w  małym  ceglanym  domku  z  długą  werandą  wychodzącą  na 
pola, o które dawniej tak dbał. Ciotka i wuj Celestine nie chcieli, aby Earl Sutter pozostał w 
Haven House. Zawsze mieli starszemu panu za złe, że tak dobrze ją traktuje, chwali jej talenty 
i wspiera pod każdym względem. Zwłaszcza wtedy, gdy oni usilnie starali się skrzywić jej 
osobowość.  Nie  znosili  Earla,  ale  nie  byli  w  stanie  się  go  pozbyć. W swoim testamencie 
Alexander  St.  Gervais  zapisał  przyjacielowi  domek  i  sporą  działkę,  toteż  Millie  i  Roger 
musieli się z tym pogodzić. 

Celestine całym sercem kochała też Allison  Freeman, swoją wspaniałą przyjaciółkę, 

którą poznała jeszcze w szkole. Czarnowłosa Allie wzięła zbuntowaną Celestine pod swoje 
skrzydełka  i  nauczyła  ją  trudnej  sztuki  przetrwania  w  internacie,  gdzie  panował  iście 
wojskowy reżim, a jego celem było złamanie ducha pełnych temperamentu cór Południa. 

Celestine nie widziała ani dziadka Suttera, ani Allie od długich czterech lat. Rzadko 

dzwoniła  do  swoich  bliskich,  ponieważ  nie  chciała  narażać  ich  na  niebezpieczeństwo. 
Wolałaby też nie wciągać w swoje sprawy Whita, ale niestety nie miała wyboru. 

Zresztą  po  śmierci  Stephena,  swojego  najlepszego przyjaciela, Whit sam 

zaproponował pomoc. 

Norbert  spod  oka  zerknął  na  Celie  i  stwierdził,  że  ona  patrzy  na  niego  lub  raczej... 

przez niego. 

background image

Musimy ustalić pewne fakty - powiedział. - Jeżeli inne panie są pokroju Marian, to 

zasypią nas pytaniami. 

-  Na jaki temat? - 

Celestine  znów  powróciła  do  swojego  brytyjskiego  akcentu.  Nie 

chciała pomylić się podczas wizyty. 

Nasz. Kim jesteśmy. Gdzie mieszkamy. Gdzie się poznaliśmy. Może coś o naszym 

ślubie. 

- Co proponujesz? 

Cóż, mogę wspomnieć o moim zawodzie konsultanta. 

Świetnie.  Może  powiem,  że  byłam  sekretarką,  ale  zrezygnowałam  z  pracy,  żeby 

towarzyszyć ci w podróżach? 

Gdzie do tej pory pracowałaś? 

Och, coś mi wpadnie do głowy. Nie masz pojęcia, jak dobrze umiem zmyślać. 

-  Mam  - 

odparł,  unosząc  brew.  -  Podejrzewam,  że  połowa  tego,  co  mówisz,  jest 

wyssana z palca. 

- Gdzie mieszkamy? 

W Kensington. Ale przeprowadzamy się do... do Nowego Jorku. 

Super. Zawsze chciałam zamieszkać w „Wielkim Jabłku”. 

- Na Park Avenue? 

- Na Central Park West, albo si

ę nie zgadzam. Norbert się uśmiechnął. Ostatnio robił 

to coraz częściej i nawet nieźle mu szło. Stopniowo zaczynała się do tego przyzwyczajać. 

- Co jeszcze? 

Poznałam cię na przyjęciu. Przez wspólnych przyjaciół. Zaproponowałam, że pokażę 

ci Londyn. 

- Wz

ięliśmy ślub w małym wiejskim kościółku. W hrabstwie Yorkshire? 

Nie, lepiej w Stanach. Ktoś na tej herbatce może pochodzić z Yorkshire i spytać o 

jakichś znajomych z tamtych stron. Wyznam, że jestem sierotą i oboje pragnęliśmy się pobrać 

w katedrze, do 

której kiedyś chodziła twoja rodzina... 

- W Filadelfii. 

Dobrze. Widzisz, jaka to radość od nowa wymyślać swoje życie? 

Już nigdy więcej nie powiem prawdy. 

Jeśli spytają cię o mnie, wyślij ich do źródła. Powiedz: „Celie pewnie wolałaby sama 

opowiedzie

ć wam tę historię”. Ja zrobię podobnie,  gdyby ktoś  wypytywał mnie o ciebie.  I 

będziemy uważnie słuchać swoich wersji, żeby nie palnąć jakiegoś głupstwa. 

Nie ruszę się od twego boku. 

background image

Nie żałujesz, że wtedy w Paryżu nie popatrzyłeś w drugą stronę, co, Norbercie? 

Zauważyła  w  jego  oczach  ciepły  błysk.  Norbert  niewątpliwie  zrozumiał,  że  ona 

właśnie odkryła przed nim kolejny prawdziwy szczegół ze swojego życia. 

Czy ja wiem... Marie St. Germaine była warta zachodu. 

- Ale nie Lesley? 

Lesley  przydałaby  się  subskrypcja  na  rocznik  katalogu  z  seksowną  bielizną  firmy 

Victoria's Secret i kilka nasyco

nych erotyką romansów na nocnej szafce. 

Ależ, sir, Lesley byłaby zaszokowana! 

Najbardziej lubię chyba Celie Sherwood. 

-  Dlaczego?  - 

Zbliżali  się  do  domu  Farnsworthów,  ale  Celestine  pragnęła  usłyszeć 

odpowiedź, zanim wejdą do środka. 

Norbert zaparkował auto pod rozłożystym bukiem, gdzie już stało kilka samochodów, 

i zgasił silnik. 

Ponieważ od czasu do czasu Celie na moment przestaje grać swoją rolę i staje się 

sobą, a ja widzę, jaką kobietą jest naprawdę. Wtedy mi się podoba, chociaż nadal nie wiem o 

niej prawie nic. 

-  Wiesz tyle, ile trzeba. - 

Celestine  usiłowała  nie  poddać  się  magii  ciepła,  jakim 

emanowały słowa Norberta. 

Nie sądzę. - Dotknął jej policzka i tym nieoczekiwanym gestem zdumiał tak samo 

siebie, jak i ją. - Chciałbym poznać Celie Sherwood dużo lepiej. 

Powiedziałam ci wszystko, co mogłam. 

- Zobaczymy. - 

Cofnął rękę i odwrócił się, aby otworzyć drzwiczki. 

A  Celestine  miała  przemożną  ochotę  musnąć  palcami  miejsce,  gdzie  przed  chwilą 

spoczywała dłoń Norberta. 

Dom  Farnsworthów  zbudowano  chyba  przed  wiekami.  Był  częściowo  drewniany, 

dość duży i stał z boku wąskiej, polnej drogi z iglastymi, wiecznie zielonymi krzaczkami po 

obu stronach. Poszli wybruk

owanym  cegłą  podjazdem  do  głównego  wejścia,  gdzie  na 

zadbanym klombie rosły piękne, białe chryzantemy. 

Norbert uniósł metalową kołatkę w kształcie podkowy i stuknął nią o drzwi na tyle 

wąskie, aby stanowiły przeszkodę trudną do pokonania przez hordy dzikusów, którzy kiedyś 
najeżdżali tę część angielskiego wybrzeża. 

Jesteście  punktualni.  Cecha  godna  podziwu,  zwłaszcza u Amerykanów, którzy 

prawie zawsze się spóźniają - powitała ich Marian. Dzisiaj miała na sobie identyczny sweter i 
spódnicę,  co  wczoraj,  tylko w szarym kolorze. -  Ale  pan  może  się  zmienił  na  lepsze  pod 

background image

wpływem żony - Angielki. Bo jest pani z Anglii, prawda? Jakoś nie zdołałam umiejscowić 
pani  akcentu,  choć  zazwyczaj  umiem  na  tej  podstawie  co  do  kilometra  ustalić  miejsce 
czyjegoś pochodzenia. 

Och,  mój  akcent  rzeczywiście  może  być  nieco  mylący  -  przyznała  Celestine.  -  W 

dzieciństwie  często  zmieniałam  miejsce  zamieszkania.  -  Weszła  za  gospodynią  do  niewiel-
kiego holu i poczuła za plecami obecność Norberta. 

Naprawdę? Gdzie pani mieszkała? 

W Sussex i w Oxfordshire. A także w Kornwalii. Na krótko wyjechaliśmy również 

do Pakistanu i do Jukonu. Tego wymagała praca taty, więc życie nigdy nie było nudne. 

I chyba nie będzie u boku tego młodego człowieka. Amerykanie lubią urozmaicenie i 

nigdy ni

e przychodzą o czasie. Jedno ma chyba  coś wspólnego z drugim. - Marian gestem 

zaprosiła ich do salonu. - Zaraz poznacie wszystkich. Bardzo się cieszymy, że zgodziliście się 
przyjść. 

Marian poszła przodem, a Norbert przytrzymał Celie za łokieć. 

- Jukon? - s

pytał przyciszonym tonem. 

Zawsze marzyłam o udziale w wyścigu psich zaprzęgów. 

Moja wyobraźnia to zero przy twojej. 

Salon  okazał  się  obszernym,  widnym  pokojem  z  lśniącym, sosnowym parkietem i 

dużymi oknami ze sfazowanych szybek w metalowych ramkach. Sufitowe belki były bardzo 
grube i ozdobione podobnymi pękami suszonych kwiatów, jakie wisiały w domku Betty. Na 
ogromnym  kominku  płonął  ogień,  a  na  dwupoziomowym  barku  stały  tace  z  kanapkami i 
pokrojonym  ciastem,  natomiast  na  niskim  stoliku  pyszniła  się  śliczna, srebrna zastawa do 

herbaty oraz fili

żanki z delikatnej porcelany. 

Marian poprowadziła Norberta i Celie wokół pokoju, przedstawiając kilkunastu innym 

gościom, którzy  gawędzili w kilkuosobowych  grupkach. Kobiet było więcej niż mężczyzn. 

Marian z du

mą  pochwaliła  się  dwoma  dziesięcioletnimi wnuczkami w kwiecistych 

sukieneczkach  i  pogłaskała  Śpiącą  Królewnę  zwiniętą  na  kolanach  jednej  z  dziewczynek. 
Następnie podeszła do rysującego coś w kącie cztero - lub pięcioletniego chłopczyka. 

- A to mój wnucze

k Edward. Teddy, przywitaj się z państwem James. 

Dziecko  podniosło  głowę  znad  rysunku  i  Celie  natychmiast  zorientowała  się,  że 

okrągła buzia i charakterystyczne rysy świadczą o zespole Downa. Chłopiec uśmiechnął się i 
pokazał Celie swój rysunek, a ona przykucnęła, aby go obejrzeć. 

O, wybrałeś śliczne kolory, Teddy - powiedziała. 

- Niebieski to mój ulubiony. 

background image

- Fioletowy... - 

Dzieciak uśmiechnął się jeszcze radośniej. 

Tak,  fioletowy  też  lubię.  Spójrz...  -  Dotknęła  palcem  fiołka na swojej sukni. - 

Widzisz? Te kwiatuszki też są fioletowe. 

Cześć, Teddy. - Norbert kucnął obok nich. 

Cześć. - Teddy również i jego obdarzył serdecznym uśmiechem, a następnie rzucił 

się Norbertowi na szyję. 

Hej,  chłopie.  Gdzie  się  wybierasz?  -  Norbert  chwycił  malca  w  ramiona  i  wstał, 

trzymając go na rękach. 

Jego ojciec często wyjeżdża służbowo i Teddy ma trochę dosyć wielu kobiet wokół 

siebie - 

wyjaśniła Marian. 

Obawiam  się,  że  bywa  męczący,  gdy  ma  okazję  przebywać  w  towarzystwie 

mężczyzny. 

Cel

ie obserwowała reakcję Norberta. Najwyraźniej wcale nie miał chłopcu za złe jego 

zainteresowania swoją osobą. Przeciwnie, był chyba oczarowany Teddym. Nie zaprotestował 
nawet wówczas, gdy głaszczący go po twarzy maluch prawie wsadził mu palce do oka. 

- Chyba lubi pan dzieci, panie James, prawda? - 

spytała Marian. 

- Bardzo. 

-  To zawsze dobry znak - 

stwierdziła Marian, zwracając się do Celie. - Mężczyzna, 

który lubi dzieci, zanim urodzą mu się jego własne, będzie wspaniałym ojcem. 

Celie zauważyła, że słowa Marian wywarły na Norbercie silne wrażenie. 

Nie wystarczy lubić dzieci, żeby być dobrym ojcem. 

Głos Norberta zabrzmiał dziwnie głucho. 

Oczywiście - zgodziła się gospodyni. - Ale to niezły początek. A pan ma zadatki na 

świetnego  tatę.  To  oczywiste.  -  Marian  wyciągnęła  ręce  do  wnuczka.  - Chodź,  Teddy.  Nie 
męcz pana Jamesa. 

Niech zostanie ze mną, jeśli chce. - Norbert nie wypuścił dziecka z objęć. 

Doskonale. Będzie pan więc musiał jedną ręką trzymać jego, a w drugiej filiżankę. 

Zgadza się, Teddy? 

C

elestine była zafascynowana wyrazem twarzy Norberta. Wielu dorosłych mężczyzn 

uznałoby  dziecko  z  zespołem  Downa  za  co  najmniej  degustujące.  Lecz  Norbert  był 
zachwycony tym chłopczykiem. 

Celestine zwróciła też uwagę na coś innego. Norbert z przyjemnością tulił malca do 

siebie,  lecz  jednocześnie  chyba  sprawiało  mu  to  ból.  Jakby  obecność  Teddy'ego  obudziła 
jakieś przykre wspomnienia. Czyżby o innym dziecku? 

background image

-  Dobrze sobie z nim radzisz - 

stwierdziła Celie, gdy Marian odeszła, aby rozpocząć 

rytuał nalewania herbaty. - Jakbyś miał praktykę. 

Zdarzyło mi się trzymać dzieci na rękach. 

- Masz dzieci? 

Teddy właśnie zajął się jego jedwabnym, niewątpliwie kosztownym krawatem. Zaczął 

miętosić go w rączce, lecz Norbert wcale się tym nie przejął. 

- Nie. 

Cóż, Marian chyba miała rację. Nadajesz się na tatusia. Kilka pań podeszło do nich i 

zaprosiło na poczęstunek. 

Przez  następną  godzinę  ze  smakiem  pałaszowali  maleńkie  kanapeczki  z  ciemnego 

chleba wypieku Marian oraz aroma

tyczny keks, również domowej roboty. 

Zgodnie z przewidywaniami Norberta posypały się pytania, lecz na ogół nie dotyczyły 

one spraw szczególnie osobistych. Widocznie nie wszyscy mieszkańcy Trillingden byli tacy 
bezpośredni jak Marian lub tacy pewni, że są uprawnieni do poznania każdego szczegółu z 
życia nowych sąsiadów. Tylko jeden z gości interesował się nimi z zastanawiającym uporem i 
skupił uwagę na Celie. 

Mężczyzna, którego nazwiska nie zapamiętała, został jej przedstawiony przez Marian. 

Przyszedł  dosyć  późno  i  miał  niemiły  zwyczaj  stopniowego  przysuwania  się  do  swojego 
rozmówcy. A ponieważ towarzyszył Celie już od kilku minut, więc stał irytująco blisko. Poza 
tym mówił chrapliwym głosem i zdecydowanie za głośno. 

Powiedziała pani w Oxfordshire? A dokładnie gdzie? Mam tam rodzinę. 

-  Och, 

mieszkaliśmy  tam  strasznie  dawno  temu.  -  Celie  zaczęła  się  zastanawiać, 

dlaczego ten osobnik tak ją indaguje. - O ile pamiętam, w okolicy Woodstock. Ale nie jestem 
pewna, bo byłam wtedy małą dziewczynką. 

Wspomniała  pani  jeszcze  o  Kornwalii,  nieprawdaż?  Celie  postanowiła  przejąć 

inicjatywę, coraz bardziej rozstrojona tymi pytaniami. Nie znała ani nazwiska mężczyzny, ani 
nie  wiedziała,  czym  on  się  zajmuje.  Na  pozór  wyglądał  niegroźnie  -  zbliżał  się  do 
pięćdziesiątki, był średniego wzrostu i przeciętnej wagi, miał kasztanowe włosy i piwne oczy. 
A także silny tik, który  sprawiał wrażenie porozumiewawczego mrugania i zmieniał wyraz 
twarzy, co utrudniało interpretację tego wyrazu. 

Przepraszam, ale nie przypominam sobie pańskiego nazwiska - powiedziała Celie. 

- Dougie. Dougie Ferguson. 

Ach tak, rzeczywiście. Mieszka pan na pobliskiej farmie? 

background image

Och nie, droga pani. Ja też jestem tu nowy. Niedawno kupiłem miejscowy pub „Pod 

lwem i owieczką”. Może wpadną państwo na piwo? 

Z przyjemnością. 

A  wracając  do  tematu...  -  Pan  Ferguson  nie  dawał  za  wygraną.  -  W  której  części 

Kornwalii pani rezydowała? 

Tam też ma pan rodzinę? 

Nie, ale znam tamte strony. Sporo kręciłem się po świecie. 

Zawsze prowadził pan pub, panie Ferguson? 

-  Wystarczy Dougie, dobrze? A co do p

ytania...  nie,  pub  to  dla  mnie  coś  nowego. 

Robiłem już różne rzeczy. 

Mężczyzna znów mrugnął i tym razem Celie nie uznała tego za tik. Jej dłonie nagle 

stały  się  lodowate,  a  oddychanie  przychodziło  jej  z  trudem.  Jakie  rzeczy  robił  Dougie 

Ferguson? Dlaczego 

tak bardzo interesował się jej życiem? Może tylko prowadził uprzejmą 

pogawędkę?  Celie  wmawiała  sobie,  że  nikt  nie  zdołałby  tak  szybko  trafić  na  jej  ślad  ani 
wprosić  się  na  herbatkę  do  szacownych  mieszkańców  Trillingden.  Nie  wydawało  się  też 
możliwe, aby ktoś stąd zgodził się dokonać zabójstwa na zlecenie. 

Celie  bezwiednie  westchnęła.  Usilnie  pragnęła  wierzyć,  że  przesadza  ze  swoją 

podejrzliwością. 

Ale  z  drugiej  strony...  przecież  nadal  żyła  tylko  dlatego,  że  nauczyła  się  nie  ufać 

pozorom. 

Wolno spytać, co takiego pan robił? - Była dumna z tonu swojego głosu. Zabrzmiał 

imponująco spokojnie i chłodno. 

Och,  parę rzeczy,  którymi wolę się nie chwalić,  i parę całkiem przyzwoitych.  Ale 

prowadzenie pubu odpowiada mi najbardziej. Ludzie, którzy tam się przewijają, budzą moje 
zainteresowanie, jeśli pani się domyśla, o co mi chodzi. 

Celie  obawiała  się,  że  doskonale  wie,  co  Dougie  chciał  wyrazić.  I  już  zaczęła  się 

zastanawiać, czy ktoś z gości pubu złożył jej właścicielowi propozycję nie do odrzucenia. 

Nie, to czysty 

nonsens. Absolutnie niemożliwe. 

Albo... kolejna pułapka z długiej serii zastawianych na Celestine St. Gervais. 

Życzę powodzenia. - Celie znów pogratulowała sobie w duchu opanowania. - Może 

znajdzie pan w Trillingden to, czego pan szukał, i już pan tutaj zostanie. 

O, z pewnością już znalazłem to coś. 

background image

Równie  dobrze  mógł  powiedzieć  „tego  kogoś”,  pomyślała  Celestine.  Nie  zdążyła 

zareagować, ponieważ podeszła do nich Jane, miła pani w średnim wieku. Była niska, miała 
nogi grube w kostkach i pantofle na płaskich obcasach. 

Mogę wziąć filiżankę, pani James? 

Proszę. - Celie wręczyła jej filiżankę, mimo zdenerwowania usiłując zdobyć się na 

sympatyczny uśmiech. 

Dougie Ferguson wciąż świdrował ją wzrokiem. - Jane, chyba chciała mi pani pokazać 

ogród Marian, prawda? 

Bardzo chętnie. - Jane ucieszyła się, że Celie pamięta o jej wcześniejszej sugestii. - 

Idziemy? 

Zechce pan nam wybaczyć? - Celie spojrzała na Fergusona. 

Oczywiście. Na pewno wkrótce znów się spotkamy. 

Celie  podejrzewała,  że  jej  serce  łomocze  w  maksymalnym  tempie.  W  głębi  pokoju 

zobaczyła  Norberta  z  Teddym,  który  radośnie  obejmował  go  za  nogi.  Pragnęła  podbiec  do 
Norberta, paść mu w ramiona i podzielić się z nim swoimi podejrzeniami. Ale jemu też nie 
mogła ufać. 

Nie mogła ufać nikomu. 
Poszła za Jane, nie zwracając uwagi na to, gdzie idą. Gdy wyszły na zewnątrz, poczuła 

na  policzkach  cudownie  chłodne  powietrze  i  z  ulgą  wzięła  głęboki  oddech,  po  czym 
dyskretnie zerknęła przez ramię. Fergusona nie było w zasięgu wzroku. 

-  Marian hoduje 

najpiękniejsze róże w Kent. - Jane poszła przodem krótką dróżką. - 

Niektóre  krzaki  są  równie  stare  jak  dom.  Poza  tym  chętnie  rozdaje  zaszczepki,  lecz  skoro 
przenosicie się do Ameryki, to raczej nie będziecie mogli ich tam wwieźć. O ile wiem, nie jest 

to dozwolone. 

- Jane, zna pani dobrze Dougiego? 

- Raczej nie. 

Wydaje się miły... 

Chyba tak, ale dziwak z niego, prawda? Tyle, że nieszkodliwy. I dobrze sobie radzi 

w tym pubie. Do

prowadził go do porządku, zatrudnił kucharkę. Nawet zastanawialiśmy się, 

skąd ma fundusze na wprowadzanie tylu zmian, ale... to nie nasza sprawa. W sumie cieszymy 
się, że lokal prosperuje. 

Douggie powiedział mi coś... zastanawiającego... że robił rzeczy, którymi wolałby 

się nie chwalić... 

Cóż, pewnie każdy z nas ma coś takiego na sumieniu. 

background image

- Ale o tym nie mówimy, prawda? 

Doug  chyba  na  ogół  plecie  bez  zastanowienia.  Ma  troszkę  nierówno  pod  sufitem, 

jeśli wie pani, o co mi chodzi. Podobno kilka lat temu został ranny podczas jakiegoś napadu 
rabunkowego.  Dostał  kulkę  i  niektóre  skutki  okazały  się  nieodwracalne.  Ale  umie  o  siebie 
zadbać. 

Celestine w milczeniu analizowała te słowa. Jak dalece Dougie umie troszczyć się o 

siebie?  Czy  chciałby  żyć  na  wyższej  stopie?  Czy  wydał  zbyt  dużo  na  odnawianie  pubu  i 
potrzebuje  gotówki,  więc  ochoczo  przyjął  zlecenie  dotyczące  uciekającej  Amerykanki?  A 
jeśli zagalopowała się w swoich domysłach? 

Jak wygląda prawda? 

Dobrze się pani czuje? - z troską w głosie spytała Jane. 

Ależ  tak,  dziękuję.  -  Celie  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  niewidzącym  wzrokiem 

spogląda w przestrzeń. - Tylko troszkę kręci mi się w głowie. 

Może lepiej wróćmy do środka? 

-  Nie.  - 

Nie  nadawała  się  do  kolejnej  rundy  z  Dougiem  Fergusonem.  Postrzał? 

Rabunkowy napad? Jaką rolę odegrał w nim Dougie? Znów miała przemożną ochotę zaalar-
mować Norberta. I znów powtórzyła w myśli, że nie może mu ufać. Przecież śledził ją jeszcze 
w Paryżu. 

Lecz czy człowiek, który tak czule trzyma w ramionach dziecko, mógł być mordercą? 

Lub jego wspólnikiem? W końcu uratował ją z rąk Bobby'ego, ukrył i wywiózł w bezpieczne 
miejsce.  Ale...  czy  na  pewno  bezpieczne?  Może  tylko  usiłował  zyskać  jej  zaufanie?  Z 
powodów,  których  na  razie  nie  rozumiała.  Czy  zwróci  się  przeciwko  niej,  gdy  uzna  to  za 

stosowne? 

Mam zawołać pani męża? 

Nie, nie chcę go niepokoić. Chyba tylko potrzebuję trochę świeżego powietrza. Sądzi 

pani, że Marian mi wybaczy, jeśli już pójdę do domu? 

Oczywiście, że tak. Zawiozę panią. 

Dziękuję, ale wolę się przejść. To mi dobrze zrobi. 

Na pewno, moja droga? Skoro kręci się pani w głowie... 

Och,  już  mi  lepiej.  Przespaceruję  się  polami.  Ale  proszę  na  razie  nie  mówić 

Norbertowi, że poszłam. Po co ma się martwić. 

- Dobrze - 

bez przekonania zgodziła się Jane i na moment położyła dłoń na ręce Celie. 

Ale proszę po drodze odpoczywać. Nie ma sensu zemdleć pośród pszenicy. 

Obiecuję uważać. Zawsze jestem ostrożna. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

W  stronę  domku  Betty  prowadziła  ścieżka,  pochodząca  zapewne  jeszcze  z  czasów, 

gdy  wieśniacy  wędrowali  piechotą.  Podobne  dróżki  krzyżowały  się  na  całej  angielskiej 

prowinc

ji,  a  właściciele  ziemscy  utrzymywali  je  w  dobrym  stanie.  Ta  wiła  się  w  kierunku 

zachodnim i idąc nią, należało przejść przez lasek. 

Celestine  w  ciągu  kilku  minut zostawiła  dom  Marian  za  sobą  i  weszła między  pola 

wysokiej pszenicy, idąc tak szybko, że jej serce biło w rytmie kroków. 

Ale już wkrótce stwierdziła, że palnęła wielkie głupstwo. Jeszcze nie zdołała odzyskać 

sił. Okłamała Jane, mówiąc o zawrocie głowy, ale teraz rzeczywiście miała wrażenie, że świat 
zaczął  wokół  niej  wirować.  Zwolniła  więc,  uważnie  nadsłuchując,  ale  nikt  jej  nie  gonił. 
Jedynym dźwiękiem był tylko łagodny szum poruszanych wiatrem łanów zboża. 

Celestine znów zaczęła bić się z myślami. Czy rzeczywiście powinna uciekać? Może 

Dougie Ferguson to tylko zwyczajny człowiek, który niezbyt zręcznie prowadził zwyczajną 
rozmowę? Był trochę nachalny i ciekawski, a mając złe zamiary chyba nie zachowywałby się 
w ten sposób.  Raczej starałby się wtopić w tło,  aby nie zwracać uwagi swojej potencjalnej 

ofiary. 

Może jednak chciał w ten sposób potwierdzić, że istotnie ma do czynienia z Celestine 

St. Gervais? Że znalazł właściwą osobę? Może prześladowcy dotarli za nią i Norbertem aż 
tutaj i już szykowali się do zadania ostatecznego ciosu? 

Celie nie miała pojęcia, co robić i dokąd się udać. Norbert wkrótce zacznie jej szukać. 

Gdyby wróciła do domku, on zaraz by ją tam znalazł. 

Boże,  właśnie  tego  chciała.  Najbardziej  pragnęła  pomocy  Norberta,  jego  kojącej 

obecności. Podejrzewała, że skrywa on jakieś tajemnice, lecz prawdopodobnie nie miały one 
żadnego związku z nią. Ale nie była tego pewna. Przecież ruszył jej śladem już w Paryżu. 
Dotarł aż do punktu naprawczego na New Row... 

I zostawił Bobby'ego w spokoju... 
Wzięła głęboki oddech, usiłując zapanować nad swoimi myślami. Owszem, całą duszą 

pragnęła zaufać Norbertowi, uwierzyć w jego logiczne wyjaśnienia, ale nie mogła sobie na to 
pozwolić. Musiała więc jakoś dotrzeć do Canterbury, zadzwonić do Whita i dowiedzieć się, 
jak  przekaże  jej  pieniądze.  Pod  osłoną  ciemności  mogła  też  udać  się  do  miejscowego 

proboszcz

a, powiedzieć mu, że jej życie jest w niebezpieczeństwie, podać kilka mało istot-

nych,  lecz  prawdziwych  informacji  i  błagać  o  pomoc.  A  znalazłszy  się  w  Canterbury, 

background image

zrealizowałaby przekaz i znów by znikła. Mogła liczyć na swoje kontakty, znała ludzi, którzy 
trudnili się podrabianiem dokumentów, więc już wkrótce zaczęłaby wszystko od nowa. 

Ale nie chciała tego. 
Coś  zbyt  podobnego  do  łez  zapiekło  ją  w  oczy.  Uciekała  już  tyle  razy.  Znała 

zagrożenia i obawy. Przywykła do nich. A samotność traktowała jak coś oczywistego. Lecz 
po raz pierwszy od lat miała dojmujące poczucie straty. Już zaczęła ufać Norbertowi. Zaczęła 
go lubić. A na dodatek między nią a Norbertem pojawiły się jakieś trudne do sprecyzowania, 
lecz niebezpieczne emocje, które przypomniały jej, że jest kobietą. 

Po prostu kobietą. Nie tylko kobietą, która bezustannie ucieka, aby zachować życie. 
Usiłowała się zastanowić, gdzie mogłaby się ukryć, zanim będzie mogła bezpiecznie 

iść do Trillingden. Znała kierunek i wiedziała, że powinna unikać sąsiedztwa pubu „Pod lwem 
i  owieczką”.  Gdyby  nie  zastała  pastora  w  domu,  poszłaby  dalej.  W  tych  stronach  nie 
brakowało kościołów. Na pewno w końcu ktoś by jej pomógł. 

Oparła  się  o  pień  przydrożnego  drzewa  i  przez  chwilę  odpoczywała.  Uważnie 

wsłuchała się we wszelkie odgłosy i, uspokojona ciszą, zamknęła oczy.  Znów pomyślała o 

Nor

bercie,  o  tym,  jak  delikatnie  zmienił  jej  opatrunek.  W  parę  minut  mogłaby  dotrzeć  do 

domku i powiedzieć Norbertowi o swoich podejrzeniach wobec Dougiego. A Norbert z pew-
nością coś by wymyślił. 

Mogła  też  rozpłynąć  się  we  mgle  i  ukryć  się  w  jakiejś  mysiej  dziurze,  dopóki  nie 

nadejdzie  pora  powrotu  do  rezydencji  Haven  House,  aby  zgodnie  z  prawem  objąć  ją  w 

posiadanie. 

Po krótkim namyśle ruszyła w stronę strumienia, zostawiając domek za sobą. 

-  Pos

zła  do  domu?!  -  Norbertowi  nie  udało  się  ukryć  zdenerwowania,  wiedział,  że 

Jane wolałaby w tej chwili znajdować się z dala od niego. 

Tak. Nie czuła się najlepiej i chciała odetchnąć świeżym powietrzem. Prosiła, żebym 

od  razu  pana nie  alarmowała.  Przykro  mi,  ale musiałam z tym poczekać, skoro  obiecałam, 

prawda? 

Norbert tylko skinął głową, ponieważ był zbyt zdenerwowany, aby mówić. Celie znów 

odeszła. Nawet nie wziął tego pod uwagę. Co innego dziś rano, niemal się spodziewał, że po 
powrocie ze spaceru już jej nie zastanie. 

I zdziwił się, bo nigdzie nie umknęła. To uśpiło jego czujność. 

Może  powinien  pan  jej  poszukać?  -  zasugerowała  Jane.  -  Pani  James  była  taka 

bledziutka. 

background image

Tak,  zaraz  pójdę.  -  Norbert  poszukał  wzrokiem  gospodyni.  Niektórzy  goście  już 

wyszli, a kilka osób oglądało albumy z rodzinnymi fotografiami. Królewna Śnieżka została 

zdetronizowana i teraz na kolanach jednej z dziew

czynek smacznie spał Teddy. 

Obawiam się, że Celie już wyszła - powiedział Norbert, odnalazłszy Marian w holu. 

Przepraszam, że bez pożegnania, ale podobno nie czuła się dobrze i chciała łyknąć trochę 

powietrza. 

Biedactwo. Oczywiście rozumiem. Zresztą zauważyłam, że rozmawiając z Dougiem 

była na buzi biała jak moje chryzantemy. 

- Z Dougiem? 

To nowy właściciel miejscowego pubu. 

- Jeszcze tu jest? 

Nie, wyszedł jako jeden z pierwszych. 

- Mieszka tu od dawna? 

Skądże.  W  tej  okolicy  „dawno”  oznacza  kilka  stuleci  wstecz.  Dougie  dopiero  co 

przyjechał z Londynu. Dziwny jegomość, lecz chyba poczciwina. 

- Na pewno. - N

orbert właśnie tego wcale nie był pewien. Czyżby Celie uciekła stąd z 

powodu owego Dougiego? Przestraszyła się go? 

A może nadal bała się jego, Norberta? 
Pospiesznie się pożegnał i wyszedł. Nie znalazł jej ani w samochodzie, ani w domu. 

Obszedł  go  dookoła,  wołając  Celie  po  imieniu  i  na  moment  wszedł  do  środka.  Wziął  jej 
płaszcz oraz latarkę, na wypadek, gdyby musiał kontynuować poszukiwania po zapadnięciu 
zmroku, zamknął za sobą drzwi na klucz i ruszył w kierunku domu Farnsworthów. 

Dokąd udała się Celie? Norbert podejrzewał, że zawsze miała w zanadrzu jakiś plan 

ucieczki.  Jeśli  mówiąc  o  sobie,  powiedziała  choć  trochę  prawdy,  to  postrzegała  życie  jako 
wielkie  pole  minowe.  Musiała  bezustannie  być  czujna,  ponieważ  każde  zaniedbanie  mogła 
przepłacić własnym życiem. 

Takie  podejście  oznaczało,  że  czasem  popełniała  błędy.  Brała  Bogu  ducha  winnych 

ludzi  za  zabójców.  Niewinne  w  treści  pogawędki  uważała  za  pełne  ukrytych  gróźb.  Nie 
wiedziała, kto usiłuje ją zabić, więc sądziła, że potencjalnym mordercą może być każdy, kto 
się do niej zbliżył. 

Norbert  usiłował  sobie  przypomnieć,  czy  zauważył  u  Marian  coś  szczególnego. 

Początkowo on i Celie trzymali się razem, lecz później, gdy już zaspokoili ciekawość gości na 
swój temat, zaczęli krążyć wśród nich oddzielnie. On na prośbę Marian porozmawiał z jakimś 

background image

staruszkiem, Celie swobodnie gawędziła z jej wnuczkami. Uśmiechała się do nich i parę razy 
pogłaskała Śpiącą Królewnę. 

Czy widział Celie w towarzystwie mężczyzny? Chyba nie. Dlaczego, u licha, bardziej 

na nią nie uważał? 

N

a  dworze  robiło  się  coraz  chłodniej,  więc  przyspieszył  kroku,  lecz  co  chwilę 

przystawał,  aby  przesunąć  spojrzeniem  po  okolicy,  wypatrując  jakiegoś  ruchu.  Jeśli  Celie 
rzeczywiście uciekała, to na pewno nie zostanie długo na otwartej przestrzeni, tylko poszuka 
schronienia między drzewami. Ale w którą stronę się udała? 

Pytała o Canterbury, więc może zmierza właśnie tam? Chociaż, znając Celie, równie 

dobrze mogła celowo wprowadzić go w błąd, aby potem udać się z powrotem do Londynu. 

Autostopem lub poprosiwszy 

o podwiezienie kogoś poznanego na herbatce u Marian. 

Niech cię diabli, Celie. 

Norbert trochę zwolnił. Czy nie lepiej zrezygnować z szukania? Uczynił wszystko, co 

w jego mocy, aby zyskać zaufanie Celie, a mimo to ona przy pierwszej nadarzającej się okazji 
znów uciekła. Celie Sherwood - która wcale nią nie była - to przecież nie jego problem. Skoro 
zrezygnowała z jego pomocy, to niech teraz sama sobie radzi. 

Omal  nie  odwrócił  się,  aby  wracać.  Ale  w  jego  uszach  wciąż  pobrzmiewały  słowa 

Marian.  „Zauważyłam,  że  rozmawiając  z  Dougiem,  była  na  buzi  biała  jak  moje  chryzan-

temy”. 

Czy Celie znów znalazła się w niebezpieczeństwie? Czy potrzebowała pomocy, lecz 

obawiała się o nią poprosić? 

Do licha, nie mógł zostawić jej na pastwę losu. Nie teraz. 
Powziął  decyzję  i  skierował  się  w  stronę  potoku.  Na  miejscu  Celie  szedłby  wzdłuż 

niego, aby dotrzeć do wsi. 

A  tam  zmyśliłby  jakąś  wzruszająca  historyjkę  i  opowiedział  ją  komuś  godnemu 

zaufania, człowiekowi szanowanemu, błagając go o podwiezienie do Canterbury. 

Ciekawe, jak 

daleko zdołała się oddalić. Jeszcze nie odzyskała sił, a poza tym chyba 

wolałaby poczekać na zapadnięcie zmroku, aby trudniej ją było zauważyć. Może więc uda się 
ją dogonić. 

Norbert  wmawiał  sobie,  że  uczyniłby  to  dla  każdego  człowieka  w  kłopotach.  Nie 

zost

awiłby bez pomocy kogoś potrzebującego ratunku. A że pomagał akurat Celie? No cóż, 

tak  się  złożyło...  Była  dla  niego  tylko  kobietą  w  niebezpieczeństwie.  Nie  budziła  w  nim 
żadnych szczególnych uczuć. Jasne, że nie. 

background image

Ale jakiś wewnętrzny głos odpowiedział, że Norbert Colter staje się równie dobrym 

kłamczuchem, jak kobieta, która nazywała siebie Celie Sherwood. 

Celie nie wiedziała, ile czasu minęło. Szła teraz w cieniu, a słońce prawie znikło za 

horyzontem i zrobiło się jej zimno. Ale nie mogła nic na to poradzić.  Jej płaszcz został w 
domku; ten płaszcz, kupiony przez Jerry'ego, który opatrzył ją tak troskliwie, chociaż była dla 
niego całkiem obca. A Betty ją nakarmiła i dbała o nią jak o własną córkę. 

Zaś Norbert... 
Oparła się o drzewo, żałując, że ma na sobie biały strój. Ten kolor zanadto rzucał się 

w  oczy.  Ciekawe,  czy  Norbert  będzie  jej  szukał.  Może  raczej  spisze  ją  na  straty,  spakuje 
swoje rzeczy do małego auta i spokojnie wróci do wygodnych pieleszy domu w Kensington. 
Przecież  nie  miał  wobec  niej  żadnych  zobowiązań.  Jeśli  istotnie  tylko  przez  przypadek 
wkroczył  w  jej  życie,  to  pewnie  ucieszy  się  z  jej  zniknięcia.  Nie  będzie  dłużej  musiał 
przejmować  się  sprawami  jej  bezpieczeństwa.  Zajmie  się  obowiązkami  zawodowymi i 

zapomni o kobiecie, której tak deli

katnie zmieniał opatrunek. 

Spojrzała  na  płynący  parę  metrów  niżej  strumień.  Wczoraj  Norbert  wbrew  jej  woli 

wziął  ją  za  rękę  i  sprowadził  na  dół,  gdzie  poczęstowała  go  kolejnymi  kłamstwami.  Ale 
dzisiaj  nikt  jej  nie  pomoże.  Wolałaby  iść  wzdłuż  potoku,  obawiała  się  jednak,  że  później 
może nie mieć siły wdrapać się z powrotem na górę. Musiała więc podążać wierzchem skarpy 
i pocieszać się nadzieją, że nie zostanie zauważona. 

Po  przejściu  dwustu  metrów  znów  przystanęła,  aby  odpocząć.  Las  był  tutaj  bardzo 

gęsty, a strumień prawie całkiem niknął za rozłożystymi dębami i bukami. Bezsilnie osunęła 
się  n a  ziemię  p o d  jed nym  z  d rzew  i  p rzymknęła  powieki,  słuchając  świergotania  ptaków. 
Tutaj śpiewały inaczej niż te z Południowej Karoliny. Tam każdego lata powietrze wypełniały 
słodkie  trele  drozdów,  pomieszane  z  rechotem  żab,  a  na  granatowym,  wieczornym niebie 
lśniły niezliczone gwiazdy i maleńkie, tańczące świetliki. 

Boże,  ależ  chciała  wrócić  do  domu!  Pragnęła  tego  tak  rozpaczliwie,  że niemal  była 

skłonna zaryzykować. Już wkrótce miała skończyć dwadzieścia pięć lat,  ale te ostatnie dni 
mogły  się  okazać  śmiertelnie  niebezpieczne,  dopóki  Whit  w  jakiś  magiczny  sposób  nie 
załatwiłby  formalności.  Mimo  to  prawie  się  poddała,  straszliwie  znużona  tym  kilkuletnim 
uciekaniem.  Już  nie  ufała  swojej  intuicji.  Zawierzyła  Bobby'emu,  a  on  usiłował  ją  zabić. 
Teraz zaś wymknęła się spod kurateli Norberta... 

Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem pomagał jej się ubrać. Poczuła wtedy coś 

bardzo zbliżonego do pożądania. A w nocy przyśniło się jej, że Norbert leży tuż obok, zaś ona 
już się nie boi. Przepełniało ją zupełnie inne uczucie... 

background image

Chyba  zapadła  w  drzemkę,  z  której  wyrwał  ją  głośny  krzyk  jakiegoś  ptaka.  Przez 

chwilę sądziła, że jest na terenie rodzinnej posiadłości. Jako mała dziewczynka często włó-
czyła się po lasach wokół Haven House, sypiała w gałęziach drzew, zbierała jagody i orzechy. 
Była  dzieckiem  nieustraszonym, z rumianymi policzkami i piegami na nosie, zawsze 

zadowolonym - zarówno na dworze, jak i w domu. 

Przeciągnęła się leniwie, otworzyła oczy i ujrzała nad sobą... Dougiego Fergusona! 

Co  pani  tutaj  porabia,  pani  James?  Nikt  pani  nie  powiedział,  że  w  ciemnym  lesie 

czyha wiele niebezpie

czeństw? 

Po raz drugi w ciągu krótkiej znajomości z Celie Norbert zorientował się, gdzie ona 

jest,  słysząc  jej  krzyk.  Niestety  dochodził  z  oddali,  widocznie  Celie  pokonała  większą 
odległość, niż przypuszczał. 

Zawołał ją dwa razy po imieniu, aby zasygnalizować, że nadchodzi i wpadł między 

drzewa, pełen obaw o jej bezpieczeństwo. Ale znajdował się daleko od niej. Na dodatek nie 
mógł  biec  wystarczająco  szybko,  ponieważ  w  lesie  rosło  mnóstwo  gęstych  krzaków,  które 
musiał bezustannie odgarniać obu rękami. 

Celie! Gdzie jesteś? - huknął jeszcze raz. 

Tutaj! Chyba zemdlała! 

Norbert odwrócił się, słysząc męski głos, i pognał w kierunku strumienia. Przedarł się 

przez  kolczaste  gałęzie  głogu  oraz  splątane  pnącza  i  ujrzał  klęczącego  na  ziemi  Dougiego 

Fergusona. 

Nie wiem, co jej się stało. Chyba spała, obudziła się, a potem wrzasnęła. 

- Co jej pan 

zrobił?! - Norbert odepchnął mężczyznę i upewnił się, że Celie oddycha. 

Nic. Kompletnie nic! Zawsze łowię tutaj ryby. To moje ulubione miejsce. Zabrałem 

do Marian wędkę, a po podwieczorku przyszedłem spróbować szczęścia. Najpierw siedziałem 

tam - Dougie 

machnął ręką w prawo - ale nic nie złapałem, więc postanowiłem przenieść się 

trochę dalej. Może niechcący przestraszyłem pańską żonę, bo nagle wyłoniłem się zza drzew. 
Wiem,  że  moja  twarz  czasem  budzi  w  kobietach  zgrozę,  ale  nic  nie  mogę  na  to  poradzić. 

D

ziesięć lat temu postrzelono mnie w policzek. Pracowałem wtedy w sklepie i zranił mnie 

rabuś, gdy usiłowałem obronić przed nim kobietę. Dostałem od władz medal za odwagę, a ten 
cholerny tik to skutek porażenia nerwu. 

Gdzie pańska wędka? - Norbert chwycił mężczyznę za przód koszuli. 

Tam, oparta o pień. - Dougie wskazał kciukiem za siebie. 

Norbert spojrzał w tamtą stronę i rzeczywiście zobaczył wędkę oraz stojące obok niej 

małe wiaderko. 

background image

Naprawdę  nie  chciałem  skrzywdzić  pańskiej  żony.  Rozmawiałem  z  nią  u Marian. 

Wie, kim jestem. Nie przypuszczałem, że tak zareaguje. 

Norbert prawie był pewny, że Dougie mówi prawdę. Biedak wydawał się przerażony i 

zmartwiony stanem Celie. 

W porządku. - Norbert puścił koszulę Dougiego i pozwolił mu się cofnąć. Następnie 

u

kląkł  przy  Celie  i  położył  jej  głowę  na  swoich  kolanach.  -  Jak  to  było?  Zwyczajnie 

zemdlała? 

Z krzykiem poderwała się z ziemi, odwróciła się, jakby zamierzała uciec i wpadła 

prosto na drzewo. 

Prawdopodobnie uraziła zraniony bark i straciła przytomność z bólu. 

Dlaczego włóczyła się sama po lesie? To niebezpieczne. Ten świat już nie jest taki 

dobry, jak dawniej. Ktoś powinien się nią opiekować. To chyba pana obowiązek, prawda? 

Proszę  mi  wierzyć,  że  niełatwo  mieć  na  oku  taką  niezależną  osóbkę.  -  Norbert 

pogłaskał Celie po trochę brudnym policzku. Ona zaś wydała dźwięk przypominający ciche 
jęknięcie i otworzyła oczy. 

Celie,  jesteś  bezpieczna.  Nie  wrzeszcz,  bo  moje  uszy  chyba  tego  nie  zniosą.  - 

Pomógł jej usiąść i przytulił, zanim zdążyła się odsunąć. - Dobrze się czujesz? - Zauważył, że 
z  przestrachem  spojrzała  na  Dougiego  i  dodał:  -  Pan  Ferguson  łowił  ryby.  Tam  stoi  jego 
wędka i wiaderko. Nie zamierzał cię zabić. 

Zabić?!  -  Dougie  sapnął  gniewnie.  -  Co  też  pan  plecie?  Niby  dlaczego  miałaby 

m

yśleć coś takiego? Przecież mnie zna. Wie, że prowadzę pub „Pod lwem i owieczką”. 

Jesteś bezpieczna. - Norbert odwrócił twarz Celie do siebie i mocniej ją objął, ona 

zaś zaczęła cichutko pochlipywać. - Dougie, mógłby pan zostawić nas samych? 

- Jasne. Na 

dzisiaj chyba mam dosyć łowienia. I wpadnijcie kiedyś do mojego pubu na 

kolację. Ja stawiam. - Dougie ruszył po swoje rzeczy. - Ale żeby podejrzewać mnie o chęć 

zabicia... - 

Mężczyzna pokręcił głową. - Raz ryzykowałem życiem, ratując kobietę... 

Już dobrze, Celie? - Norbert zaczął łagodnie huśtać ją w ramionach. Przypuszczał, że 

wpadła w szok. Była silną kobietą, lecz zbyt długo żyła w strachu i dzisiaj coś w niej pękło. 
Znalazła się o krok od utraty zmysłów. 

Norbert znał ten stan ducha. Po śmierci Lynn był w podobnym stanie - dotarł na sam 

skraj przepaści i wiedział, jaka jest głęboka. 

Uspokajająco gładził Celie po włosach, mrucząc jakieś kojące słowa. Żadna kobieta 

nie jest pociągająca, gdy płacze, lecz Celie wyglądała słodko i bezbronnie, a jej pełne łez oczy 
były jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle. 

background image

Uciekłaś  ode  mnie,  prawda?  -  Uniósł  jej  twarz.  -  Dougie  cię  przestraszył,  więc 

zostawiłaś także i mnie? Dlaczego? Nie udowodniłem ci, że chcę twojego dobra? 

Z  jej  spojrzenia  wyczytał  odpowiedź.  Celie  Sherwood  była  sama  na  świecie,  gdzie 

każdy może okazać się zdrajcą. Ale chciała zaufać Norbertowi Jamesowi. Tak bardzo... 

A on jej pragnął. 
Uświadomił  to  sobie  niemal  z  bólem  serca.  Dawno  temu  poprzysiągł  sobie,  że  już 

nigdy nie zwiąże się emocjonalnie z żadną kobietą. Wiedział, jak to jest stracić kogoś ukocha-
nego. I wolał więcej nie ryzykować. Oczywiście było to podejście tchórza, ale Norbert chyba 
nie przeżyłby takiego cierpienia, jakie już raz zesłał mu los. A Celie Sherwood była kobietą, 
którą na pewno łatwiej utracić, niż zatrzymać przy sobie. 

Norbert  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  lecz  już  nie  miał  wyboru,  ponieważ  Celie 

Sherwood stała się dla niego kimś najważniejszym, chociaż nie miał pojęcia, kim ona jest, ani 
od  czego  ucieka.  Chociaż  go  okłamywała  i  niewątpliwie  zrobi  to  jeszcze  wielokrotnie. 
Chociaż podejrzewał, że pewnie znów go opuści, nie bacząc na wszystko, co dla niej uczynił. 

Byłaby dla niego równie cenna nawet wtedy, gdyby całkiem zwariowała. 

Pragnę cię, Celie. - Pocałował ją w czoło i przygarnął do siebie. - Pragnę cię i chcę ci 

pomagać. 

Nie mam nic, co mogłabym ci ofiarować. 

Pozwól, że ja to ocenię. 

Jej wargi były miękkie i podatne, gdy ogarnął je ustami, dłoń spoczęła na jego szyi, 

jakby Celie zamierza

ła  go  objąć.  Norbert  był  do  głębi  poruszony  zarówno  słodyczą  tej 

bliskości, jak i smutkiem. Obejmował Celie - taką żywą i ciepłą - a może za parę godzin ona 

znów zniknie. 

Pogłębił pocałunek, jakby wbrew własnej woli o coś nim pytał. I odniósł wrażenie, że 

Celie  odpowiedziała  „tak”.  Wtedy  odezwały  się  pragnienia,  które  dusił  w  sobie  od  lat. 
Pragnienia fizycznej bliskości oraz tej emocjonalnej. Znów wydawało mu się, że ma szanse 
na całkiem nowe życie,  na szczęście, które przed laty uznał za nierealne. Zamknął Celie w 
ciasnym  uścisku  i  na  moment  zapomniał  o  całym  świecie,  z  wyjątkiem  trzymanej  w 

ramionach kobiety. 

Ona pierwsza się odsunęła, a wtedy  ujął jej bledziutką twarz w dłonie i wyczytał z 

niebieskich oczu, że Celie jest tak samo zagubiona jak on. 

Zabiorę cię do domu, Celie. Musisz odzyskać siły przed kolejną ucieczką. Wiem, że 

znów uciekniesz. Nie zaprzeczaj. Pozwól mi jednak opiekować się tobą, dopóki nie będziesz 
na tyle zdrowa, aby jakoś dać sobie radę. Niedawno zemdlałaś. Czy to nic ci nie mówi? 

background image

- Co z Dougiem? 

Groził ci? 

- Nie... 

Chyba jest nieszkodliwy. Może niewłaściwie zinterpretowałaś to, co mówił. 

Jane wspomniała, że został postrzelony podczas napadu... 

Wiem. Ale nie był napastnikiem, tylko chciał ratować jakąś kobietę. Sprawdzę to, 

jeśli chcesz. Ale moim zdaniem facet powiedział prawdę. 

Myślałam,  że  oni  znów  mnie  znaleźli.  Że  mnie  śledzili  lub  namierzyli  po  mojej 

rozmowie telefonicznej... 

Po rozmowie? Dzwoniłaś stąd do kogoś, Celie? Ktoś ci pomaga? - Widział, jak z jej 

twarzy znika 

wyraz bezradności, a pojawia się obojętna maska, będąca fasadą, za którą Celie 

zawsze  się  ukrywała.  -  Rozumiem.  -  Norbert  ze  smutkiem  potrząsnął  głową.  -  Nadal nie 
chcesz  zdobyć  się  wobec  mnie  na  szczerość,  prawda?  Wiesz,  kto  ci  zagraża,  ale  nie 

zamierzas

z podzielić się ze mną tą informacją. I masz pomocnika, do którego telefonowałaś 

stąd. 

Nie mogę powiedzieć ci niczego więcej. 

- I pewnie tego nie zrobisz. - 

Odsunął ją od siebie, wstał i otrzepał spodnie. 

- Nie. 

Pomógł jej się podnieść, usiłując wykrzesać z siebie choć trochę gniewu. Chciał być 

zły na Celie, lecz nic z tego nie wyszło. Rozumiał, że w jej świecie błędne decyzje mogły 
kosztować życie. 

Celie, jestem w stanie ci pomóc, chociaż pewnie w to nie wierzysz. Pozwól więc, że 

najpierw zabiorę cię do domku i trochę o ciebie zadbam. A później nie będę cię zatrzymywał, 
jeśli zechcesz uciec. 

Zamknęła oczy, całkiem zrezygnowana. Norbert rozumiał, że ona boi się zostać. Ale 

jeszcze bardziej obawiała się odejść... 

Dziękuję - szepnęła. 

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Ani za co mu podziękowała. Za to, że jej szukał? Za 

propozycję  pomocy?  Lub  za  tę  chwilę  intymności?  A  może  za  coś  tak  podstawowego,  jak 
fakt, że nie okazał się zdrajcą? Przynajmniej na razie. 

Niedaleko jest ścieżka. - Kiwnął głową w prawo. 

Podprowadzę cię do niej, chwilę tam zaczekasz, a ja skoczę po samochód. Zdołasz 

przejść ten kawałeczek? 

Miałam zamiar dotrzeć aż do Canterbury - odparła z bladym uśmiechem. 

background image

Mogłaś umrzeć po drodze, Celie. - Objął ją w talii i razem ruszyli przez pole. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Zaczęła  ćwiczyć  ramię,  podnosząc  prawą  ręką  rolkę  papierowego  ręcznika.  Bark 

piekielnie bolał, lecz Celestine nie zamierzała przestać. Położyła rolkę na kuchennym blacie, 
następnie  znów  ją  uniosła,  tym  razem  aż  na  wysokość  ramienia  i  z  ręką  wyprostowaną  w 
łokciu. 

- Jak idzie? 

Odwróciła się do drzwi i z nieśmiałym uśmiechem spojrzała na Norberta. Nie słyszała, 

jak wchodził. 

Dobrze wreszcie nie nosić tego temblaka i robić coś sensownego. 

Betty mówiła, żebyś nie przesadzała z ruchami. 

Wiem.  Wcale  nie  chcę  się  przetrenować.  Ale  musiałam  sprawdzić,  jak  dalece 

zaszkodził mi Bobby. 

Zdaniem Betty odzyskasz pełną sprawność, lecz powinnaś chodzić na fizykoterapię. 

To niemożliwe. Sama nad sobą popracuję. 

Cóż, w twojej sytuacji rzeczywiście nie sposób umawiać się na wizyty. Jesteś raz tu, 

raz tam, nie wiadomo, gdzie będziesz jutro. - Norbert wzruszył ramionami. 

Wcale nie lubię uciekać. - Oparta o blat patrzyła, jak Norbert sięga do lodówki po 

puszkę z napojem. 

Ale nie chcesz przyjąć mojej pomocy. 

Nie możesz mi pomóc. 

Otworzył colę i wypił dwa łyki. Po raz pierwszy od dnia, gdy znalazł Celie w lesie, 

poruszył  drażliwy  temat.  Aż  do  tej  pory  prawie  ze  sobą  nie  rozmawiali,  spotykając  się 
wyłącznie podczas posiłków. Rzadko nawet przebywali w tym samym pomieszczeniu. 

Celestine dużo odpoczywała i planowała swoje następne posunięcie. Whit obiecał, że 

pieniądze  będą  do  odebrania  dzisiaj.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  po  wejściu  w  ich 

posiadanie musi szybko zadecydowa

ć,  co  dalej.  Inne  wieści  okazały  się  niepokojące.  Whit 

próbował znaleźć jakąkolwiek  informację o  Norbercie Jamesie,  konsultancie firmy Tri - C, 
lecz  nigdzie  nie  trafił  na  jego  ślad.  Miał  nadal  szukać,  lecz  sugerował  zachowanie  daleko 
idącej ostrożności. 

C

óż,  Whit  oczywiście  mógł  nie  dokopać  się  do  źródła.  Korporacja  Tri  -  C  była 

ogromnym konglomeratem z filiami w różnych częściach świata, a Norbert sam powiedział, 
że  nie  znajduje  się  na  regularnej  liście  płac.  Ale  wątpliwości  nie  zostały  wyjaśnione,  toteż 

background image

Celie znów czuła się bardzo niepewnie. Zwłaszcza że Norbert całymi godzinami siedział przy 
komputerze oraz często rozmawiał przez telefon. Zastanawiała się, z kim - i jej obawy rosły. 

Norbert  rzadko  wychodził  z  domu,  ale  wczoraj  rano  poszedł  odwiedzić  Teddy'ego. 

Celestine  dowiedziała  się  o  tym  od  Marian,  która  po  południu  przyniosła  wykonany  przez 
chłopca rysunek - kilka czarnych i pomarańczowych smug, które tylko rodzic mógł uznać za 
ładne.  Norbert  przyczepił  malunek  do  ściany  swojej  sypialni,  a  Celestine  chciała  spytać, 
dlaczego to zrobił. Pragnęła zadać mu wiele różnych pytań, wolała jednak unikać okazji do 

ewentual

nych wzruszeń. Wystarczy, że bez przerwy myślała o Norbercie, nawet jeśli nie byli 

razem. Przypominała sobie ich pocałunek, tę niespodziewaną pieszczotę wydartą z absurdu jej 
życia. I zastanawiała się, czy pozwolić sobie na więcej takich szaleństw. 

Nagle skonstatowała, że gapi się na Norberta, i pospiesznie umknęła spojrzeniem w 

bok. 

Nie byłem wobec ciebie całkiem szczery, Celie - powiedział Norbert, opróżniwszy 

przynajmniej  połowę  puszki.  -  Odniosłem  zawodowy  sukces  i  mam  więcej  pieniędzy,  niż 
pewnie zdołam wydać do końca życia. Znam też sporo wpływowych ludzi. 

Ja również. I właśnie oni usiłują mnie zabić. 

Kim są? 

W odpowiedzi tylko pok

ręciła głową. 

Wciąż mi nie ufasz. 

-  Nie bierz tego do siebie. - 

Spróbowała złagodzić swoje słowa uśmiechem, lecz na 

Norbercie nie wywarło to żadnego wrażenia. 

Skoro  nie  chcesz  żadnej  pomocy,  przyjmij  ode  mnie  chociaż  pieniądze.  Na  nowy 

początek. 

- Nie 

mogłabym wziąć od ciebie pieniędzy. 

Stać mnie na to. 

Praca  konsultanta  jest  aż  tak  dobrze  płatna?  Musisz  być  bardzo  dobry  w  tym,  co 

robisz. 

- Jestem. Ale nie wszystko mi wychodzi. - 

Zgniótł puszkę w dłoni. - Jak sama widzisz, 

nie umiem wzbudzić zaufania. 

Dzięki  za  propozycję,  ale  nie  przyjmę  żadnych  funduszy.  Nawet  gdybyś  był 

prawdziwym  krezusem.  Już  i tak  zabrałam  ci  mnóstwo  czasu,  wystawiłam  na  liczne  próby 
twoją cierpliwość... 

To na pewno. Prawie mi się skończyła. - Zgrabnie wrzucił puszkę do kosza. 

background image

Wyobrażam  sobie.  Nigdy  się  nie  dowiesz,  jak  bardzo  jestem  ci  wdzięczna  za 

wszystko, co dla mnie uczyniłeś. Gdyby nie ty, już bym nie żyła. 

Mimo to nadal ukrywasz przede mną swoją tożsamość. Pragnęła mu powiedzieć coś 

o sobie. Była mu to winna. 

Ch

ciała wyznać, że jest Celestine St. Gervais, dziewczyną z amerykańskiego Południa, 

a nie kimś posługującym się cudzymi personaliami. 

- No dobrze - 

mruknęła, gdy Norbert odwrócił się, aby wyjść. - Moje prawdziwe imię 

to Celestine. 

Norbert cofnął się i patrzył na nią wyczekująco. 

Dodam jeszcze coś. Dzisiaj po południu kończę dwadzieścia pięć lat. 

Masz dziś urodziny? 

- Tak wynika z kalendarza. 

- Wszystkiego najlepszego, Celestine. 

Mogłam... wybrać sobie jakieś inne dane. Jedną z możliwości była Celie Sherwood. 

Gdy byłam mała, mój ojciec czasem mówił do mnie „Celie”. Zdecydowałam się używać tego 
imienia,  ponieważ  działało  na  mnie  kojąco.  Prawdziwa  Celie  chyba  nie  miałaby  nic 

przeciwko temu. 

Masz jakieś nazwisko? 

- Tak. 

- Pewnie go nie poznam. 

Proszę cię... niech to wystarczy. 

Jak będziemy świętować twoje urodziny? 

Wcale. Nie robiłam tego od... od bardzo dawna. 

Więc pora zmienić zwyczaj. 

Chciałabym pojechać do Canterbury. 

- A wrócisz? 

Powiedziała mu już tyle kłamstw. Nie zamierzała karmić go kolejnymi. Nie teraz. 

Znów muszę zniknąć. Mogłabym już dzisiaj. 

- W swoje urodziny? 

To byłby kiepski prezent, prawda? 

- Raczej tak. 

Ramię  się  goi,  już  nim  poruszam  i  nie  potrzebuję  temblaka.  Powinnam  iść  swoją 

drogą. Ty też. 

Dlaczego? Już zacząłem się przyzwyczajać. Lubić to. 

background image

- Co? 

Ciebie.  Siebie.  Nas  razem.  Obserwowanie,  jak  na  słońcu  twoje  policzki  znów 

różowieją. Jak popijasz poranną kawę, jak w południe jesz zupę. Wsłuchiwanie się nocą w 
odgłosy, jakie wydajesz przez sen. 

Poczuła, że się rumieni. Ciekawe, czy Norbert oczekiwał jakiejś reakcji. 

Nie ma sensu przyzwyczajać się do czegoś, co długo nie potrwa. 

Do ciebie należy decyzja, czy z Canterbury udasz się tam, gdzie uznasz za stosowne. 

Nie  zamierzam  zatrzymywać  cię  siłą,  ale  chociaż  obiecaj,  że  nie  wyjedziesz  bez  przygoto-
wania. Jeśli potrzebujesz pieniędzy, powiedz tylko słowo. Możesz to uznać za pożyczkę, jeśli 

chcesz. 

Wolałabym wrócić z tobą do Londynu. Tam mogę wszystko załatwić. 

I znów zniknąć? Skinęła głową. 

- Kiedy? 

Wzięła głęboki oddech. 

- Wkrótce. 

Więc dobrze. Ale najpierw musisz pojechać do Canterbury? 

- Tak. 

Za pół godziny? 

- Doskonale. 

- Wieczorem uczcimy twoje urodziny. 

Niekoniecznie. Naprawdę nie musisz... 

Ale chcę.  - Podszedł do niej i wsunął jej za ucho kosmyk włosów. - Tylko raz w 

życiu człowiek kończy dwadzieścia pięć lat. 

Fakt. Nawet nie byłam pewna, czy tego dożyję. 

Udało się. Stoję tuż obok ciebie, a ty nie sięgasz po nóż. 

- Jest za daleko. 

Już nie podskakujesz, gdy wchodzę do pokoju. 

Co mam powiedzieć? Że zaczynam ci ufać? 

To zabrzmiałoby jak najsłodsza muzyka. 

- Norbert... - 

Była pewna, że oboje patrzą na siebie ze smutkiem w oczach. - Nie ufam 

żadnemu z nas. Tak lepiej? 

- Wiesz co? Najbardziej nie ufasz chyba sobie samej. 

Nor

bert  nigdy  nie  był  w  Canterbury,  nigdy  nie  widział  przepięknej  katedry,  gdzie 

Thomas Beckett spotkał się ze swoim stwórcą, i do której dawniej pielgrzymowali ludzie z 

background image

całej Anglii. Po drodze Celie powiedziała, że też jedzie tam po raz pierwszy. Ale żadne jej 
zapewnienie nie musiało być prawdą. 

Norbert  zostawił  auto  na  płatnym  parkingu,  wrzucił  do  parkometru  stosowną  liczbę 

monet,  po  czym  oboje  skręcili  w  lewo,  aby  dojść  do  centrum.  Współczesne  Canterbury 
odwiedzali pielgrzymi z całego świata, obwieszeni kamerami, aparatami fotograficznymi i z 
torbami  pełnymi  zakupów.  Po  wąskich  uliczkach  z  czasów  średniowiecza  przelewały  się 
tłumy hałaśliwych turystów. 

Masz ochotę obejrzeć katedrę, gdy załatwisz swoje sprawy? 

Bardzo chętnie. Zawsze chciałam ją zobaczyć. 

Ja też. - Przypuszczał, że tym razem Celie powiedziała prawdę. 

Dwie  przecznice  dalej  przystanęła  przed  wystawą  sklepu  z  porcelaną,  lecz  chyba 

nawet jej nie zauważyła. 

Teraz cię zostawię - oznajmiła. - Muszę coś załatwić. 

Tak myślałem. 

Możemy  spotkać  się  tutaj  o...  -  Podniosła  jego  rękę  i  spojrzała  na  zegarek.  -  O 

jedenastej? 

Zdążysz do tego czasu? 

Mam nadzieję. 

- To do jedenastej. - 

Stwierdził, że Celie ma niepewną minę. - Nie zamierzam deptać 

ci po piętach. Idź. 

Dziękuję. 

Dotrzymał obietnicy, wchodząc do pierwszego sklepu po przeciwnej stronie uliczki. I 

zaraz  pożałował,  że  wcześniej  nie  spojrzał  na  szyld.  Znalazł  się  bowiem  w  królestwie 
zabawek, a nie był w takim miejscu od śmierci Josha. Teraz nagle odżyły wspomnienia. 

Czym mogę służyć? 

Bezradnie  pokręcił  głową,  zaskoczony  pytaniem  siwowłosej  ekspedientki,  która 

wyglądała raczej na babcię kupującą prezenty dla wnuków. 

Oszałamiający wybór, prawda? - dodała kobieta. 

Rzeczywiście. 

Szuka pan czegoś dla chłopca czy dziewczynki? 

Właściwie... niczego nie szukam. 

- Och... rozumiem. 

Niczego nie rozumiesz, pomyślał z goryczą, która nieoczekiwanie zalała go jak wielka 

fala. 

background image

Miałem  syna,  ale  on  umarł.  Od  tego  czasu  nie  byłem  w  sklepie  z  zabawkami  - 

wypalił bez namysłu, czując nagłą potrzebę podzielenia się swoim bólem. 

Och, tak mi przykro. Przeżył pan prawdziwą tragedię. 

On uwielbiał oglądać zabawki. Był... 

Tak? Jaki był? 

Norbert  odwrócił  się,  aby  widzieć  twarz  kobiety.  Patrzyła  na  niego  z  autentycznym 

współczuciem i skrzyżowała ręce,  jakby zamierzała cierpliwie słuchać.  A on,  nie wiadomo 
dlaczego, postanowił się jej zwierzyć. 

Miał zespół Downa. Wie pani, co to takiego? 

- O, tak. 

Był  moim  pasierbem  i  kiedy  poznałem  jego  matkę,  ona  uważała,  że  jej  synek 

wzbudzi moją niechęć. Ale ja natychmiast go pokochałem. On emanował słodyczą. 

- Wiem, o czym pan mówi. 

Cieszyłem się nim tylko przez dwa lata. 

To był dobry okres w pańskim życiu? 

Wspaniały. 

Bardzo się cieszę. 

Parę dni temu spotkałem chłopca z zespołem Downa. - Norbert podszedł do półki, na 

której  znajdowało  się  mnóstwo  pluszowych  misiów.  Spojrzeniem  wielkich,  plastikowych 
oczu błagały o zabranie ich do domu. - Ten malec przypomniał mi o Joshu. Ma takie same 
jasne  włosy,  taki  sam  uśmiech.  -  Norbert  sięgnął  po  zielono  -  fioletowego smoka, z 
rozanieloną miną szczerzącego wielkie zębiska. - Zauważyłem, że mały lubi fioletową barwę. 
Chyba spodobałby mu się ten smok. Josh byłby nim zachwycony. 

Więc powinien pan kupić mu tę zabawkę. Norbert trzymał smoka w obu rękach. Po 

śmierci Josha i Lynn stał się niemal odludkiem, głęboko pogrzebał swoją zdolność kochania. 
Dlaczego  więc  teraz  wydawało  mu  się,  że  ona  odżyła?  Jak  to  się  stało,  że  tak  czule  tulił 
Teddy'ego w ramionach? I że był w stanie opowiedzieć obcej osobie najsmutniejszą historię 
ze swego życia? 

Wezmę go. - Wepchnął smoka w dłonie serdecznie uśmiechniętej sprzedawczyni. 

Cieszę się. 

Norbert też się ucieszył, chociaż wraz ze zmartwychwstaniem dawno zapomnianych 

uczuć pojawił się także ból. 

background image

To prawie jak prezent od pańskiego synka, prawda? - Kobieta włożyła zabawkę do 

kolorowej torby. - 

Bo gdyby tak bardzo pan go nie kochał, to nie kupowałby tego dla innego 

dziecka. 

Celestine podeszła do stanowiska urzędnika bankowego, którego opisał jej Whit. Dwa 

razy zrezygnowała z załatwiania sprawy przez młodą kobietę, czekając, aż mężczyzna będzie 
wolny. W końcu nadeszła jej kolej. 

- Jestem Celestine St. Gervais - 

powiedziała, siadając na wskazanym jej krześle. 

- Witam, panno St. Gervais. - 

Mężczyzna miał jakieś pięćdziesiąt kilka lat i bielutkie 

wąsy. Zdaniem Celie wyglądał jak dobroduszny Święty Mikołaj. A ona była tego roku bardzo 

grzeczna. 

Rozumiem,  że  pan  Whit  Sanderson  z  kancelarii  prawniczej „Flinders, Billett & 

Crane”, z siedzibą w Wilmington, w stanie Północna Karolina, już się z panem skontaktował? 

Oczywiście.  Przelaliśmy  pieniądze  na  pani  osobiste  konto.  Cała  suma  jest  do 

natychmiastowej dyspozycji. 

Dziękuję. - Celie z ulgą przymknęła powieki. - To wiele dla mnie znaczy. - Podpisała 

w

ymagane dokumenty i uścisnęła dłoń urzędnika. 

Proszę powiedzieć, ile pieniędzy życzy pani sobie dzisiaj pobrać, a ja zaraz załatwię 

polecenie wypłaty. 

Trzymała  w  garści  gotówkę,  zanim  się  zorientowała,  że  z  braku  torebki  musi 

wepchnąć  banknoty  do  kieszeni.  Ale  teraz  już  mogła  sobie  kupić  kilka  rzeczy,  choć  nie 
powinna zanadto szastać pieniędzmi. 

Wychodząc  z  banku,  stwierdziła,  że  ma  jeszcze  pół  godziny  do  spotkania  z 

Norbertem, poszła więc po zakupy. Potrzebowała torebki, zegarka i pary wygodnych butów, 

p

onieważ  w  tych,  w  których  szła  przez  las,  chwiał  się  obcas.  Z  kupowaniem  dodatkowej 

garderoby  i  bielizny  musiała  jeszcze  się  wstrzymać  -  zarówno z braku czasu, jak i konie-
czności podróżowania z niewielkim bagażem. 

Znalazła sklep z galanterią i wybrała torebkę z imitacji skóry, wystarczającą dużą, aby 

służyła  za  niewielki  neseser.  Nabyła  też  tani,  okrągły  zegarek  z  metalową  bransoletką  i 
szmacianą  portmonetkę.  Nigdzie  nie  trafiła  na  porządne  pantofle,  lecz  zauważyła  warsztat 

szewca, który na poczekaniu umo

cnił obcas. 

O jedenastej stwierdziła, że jest z siebie zadowolona. 
Norbert już czekał w umówionym miejscu. Oparty o ścianę obserwował mijających go 

turystów z miną osobnika, który nie potrzebuje niczego ani nikogo. 

background image

Ale  Celestine  już  wiedziała,  że  to  nieprawdziwy wizerunek  Norberta.  W  ciągu  tych 

kilku dni zdążyła trochę go poznać,  chociaż się  maskował. Był spokojnym, ale wrażliwym 
człowiekiem,  nieskłonnym  do  wydawania  pochopnych  sądów.  Cechowała  go  też  siła  i 
odwaga  kogoś,  kto  umie  wycisnąć,  ile  się  da,  nawet  z  niekorzystnej  sytuacji.  Działał 

konsekwentnie i skutecznie. 

Celie bezwiednie westchnęła. Norbert pokonał Bobby'ego i pomógł jej w warunkach, 

kiedy inni ludzie pewnie by ją zawiedli. Mimo ostrzeżeń Whita jakoś nie mogła uwierzyć, że 

Norbert tylko ud

aje,  aby  ją  przechytrzyć.  Ale  z  drugiej  strony...  już  popełniła  kilka 

poważnych  błędów.  Pomyliła  się  co  do  Bobby'ego  i  prawdopodobnie  co  do  Dougiego 

Fergusona. 

Ale  teraz,  patrząc  na  Norberta,  poczuła,  że  jej  serce  zabiło  szybciej.  Gdyby  znów 

zawiodła ją intuicja i Norbert okazałby się zdrajcą, to świat chyba już nigdy nie byłby taki 
sam, jak dotąd. Z całej duszy pragnęła, aby Norbert był dokładnie taki, za jakiego chciała go 
uważać. Dobry, serdeczny, godny zaufania. 

Teraz wyprostował się, trochę obrócił, zauważył, że ona na niego patrzy i uśmiechnął 

się. Lubiła, gdy w jego oczach pojawiał się taki cudowny, ciepły blask. I przez chwilę miała 
ogromną, absurdalną ochotę paść w ramiona Norberta i pocałować go, na środku zabytkowej 

uliczki Canterbury. 

Załatwiłaś, co trzeba? 

- Tak. 

- To dobrze. 

Nie spytał o nic więcej, ponieważ chyba już wiedział, że byłoby to stratą czasu, lecz 

Celestine  poczuła  niemal  rozczarowanie.  Chętnie  podzieliłaby  się  z  Norbertem  dobrymi 
wiadomościami. Tych złych mu nie szczędziła. 

- Co 

robiłeś? 

Małe zakupy. 

Chyba maciupeńkie, bo nie masz żadnych pakunków. 

Zaniosłem je do samochodu. 

Zwiedzimy  katedrę?  -  Celestine  cofnęła  się,  przepuszczając  grupę  rozkrzyczanych 

niemieckich turystów. 

Może najpierw wolisz iść na lunch? 

Nie, zjemy coś później. 

Nie zaprotestowała, gdy Norbert wziął ją za rękę. To wydawało się takie oczywiste. 

Wolnym  krokiem  ruszyli  przed  siebie,  zatrzymując  się  czasami,  aby  obejrzeć  wystawy  lub 

background image

spenetrować  malownicze  boczne  uliczki.  Celestine  usiłowała  sobie  przypomnieć,  kiedy 
ostatnio była na spacerze z mężczyzną. Ominęło ją tyle przyjemności, które jej rówieśniczki 
uważały za  coś najnormalniejszego na świecie.  Myśląc  o tym teraz, doszła do wniosku, że 

mimo niebez

pieczeństw  czyhających  na  nią  w  ciągu  kilku ostatnich lat, mimo strachu i 

niepewności, w tym trudnym okresie swojego życia nauczyła się czegoś niezmiernie cennego. 
Poznała wartość każdej ulotnej chwili. I wiedziała, że nawet gdyby kiedyś mogła normalnie 
egzystować, to dostrzeże wokół siebie piękno we wszystkim. W każdym zachodzie słońca. W 
każdym płatku róży i jej aromacie. W muśnięciu jedwabiu o nagą skórę. 

Doceni bliskość takiego mężczyzny jak Norbert. 

Kupiłem prezent dla Teddy'ego. 

Naprawdę? Co? 

- Smoka. 

- Chyba nie prawdziwego? W takim m

iasteczku, jak Canterbury, żywe smoki pewnie 

są w cenie. 

Ten powinien przypaść małemu do gustu. Ponieważ to Norbert poruszył ten temat, 

więc uznała, że można go kontynuować. 

Masz  wspaniałe  podejście  do  tego  chłopca.  Marian  mówiła,  że  będzie  chodził  do 

miejscowej  szkoły,  żeby  jak  najwięcej  przebywać  z  rodzicami.  To  doskonałe  rozwiązanie. 
Każde dziecko powinno czuć, że jest kochane. A takie, jak Teddy, musi być całkiem pewne 
ich miłości. 

Miałem kiedyś synka z zespołem Downa. Był moim pasierbem. 

Mówiłeś, że nie masz dzieci. 

On umarł. 

Mocniej ścisnęła dłoń Norberta. 

Już  zapomniałem  o  różnych  rzeczach  z  nim  związanych, ale Teddy wszystko mi 

przypomniał.  Josh  wszędzie  nosił  ze  sobą  swoją  ulubioną  zabawkę...  taką  małą  pluszową 
małpkę  imieniem  Dawg.  Zabierał  ją  nawet  do  wanny.  Znał  wszystkie  litery,  chociaż  miał 
niecałe  pięć  lat.  Moja  żona  pracowała  z  nim  codziennie  całymi  godzinami.  Czasem  po 
powrocie do domu zastawałem ich oboje niemal we łzach. Ale ona postanowiła nauczyć go 
czytać i pisać, znać się na godzinach... - Norbert umilkł na chwilę. - Na pewno wszystko by 
umiał. 

Co się stało? 

Wieczorem poszedł spać, a nazajutrz już się nie obudził. 

- Tak mi przykro... 

background image

- Uhm. - 

Norbert westchnął. - Żałuję, że celowo tyle rzeczy o nim zapomniałem. Już 

nie 

pamiętam tytułu jego ulubionej bajki, koloru ścian w jego sypialni ani tego, co Josh chciał 

dostać na następne urodziny. Pewnie już nigdy sobie tego nie przypomnę. 

Nie zapomniałeś tego, co najważniejsze. 

- Sam nie wiem... 

Moi  rodzice  zmarli,  gdy  byłam  małą  dziewczynką.  Prawie  ich  nie  pamiętam,  ale 

nigdy  nie  zapomnę  tego,  jak  bardzo  mnie  kochali.  Ta  świadomość  dodawała  mi  sił,  gdy 
pokonywałam kolejne setki kilometrów. 

Najeździłaś się po świecie. 

Wiesz co? Cieszę się, że teraz nigdzie nie jadę. 

- Spójrz tam. - 

Norbert ścisnął jej dłoń. 

Celestine  podniosła  głowę  i  ujrzała  wspaniałą  bramę,  za  którą  było  widać  słynną 

katedrę.  Przez  długą  chwilę  oboje  milczeli,  podziwiając  niezwykłe  dzieło  średniowiecznej 

architektury. 

Patrząc na coś tak imponującego, łatwo uwierzyć, że człowiek może wszystko. Jeśli 

tylko bardzo tego pragnie - 

stwierdził Norbert. - Chyba musimy kupić bilety, żeby wejść do 

środka. Pójdę do... 

Celestine nie zwróciła uwagi na to, że Norbert urwał w pół zdania. 

Tylko pomyśl o tych wielu wiekach historii - powiedziała, przepełniona podobnym 

podziwem, jaki zapewne czuli dawni pielgrzymi. - 

Podobno część tych witraży jest równie 

stara, jak sama budowla... 

Nagle Norbert mocno szarpnął ją za rękę. 

- O co chodzi? 

- Szybko! - 

Odwrócił się i pociągnął ją za sobą. 

- Zaufaj mi! 

Zaufała. Widocznie coś było nie tak i nie należało tracić ani chwili, więc posłusznie 

pomknęła  za  Norbertem.  On  zaś  bezceremonialnie  wepchnął  ją  do  najbliższego  sklepiku, 
zawadzając o regał z pamiątkami i niechcący szturchając dwie siwowłose matrony. 

Stańmy tam. - Ruchem głowy wskazał zasłonięty stojakami kąt pomieszczenia. 

Co się dzieje? - cicho spytała Celie, gdy znaleźli się za nimi. Norbert stał odwrócony 

plecami do drzwi, więc nie widziała ulicy. 

Co  sądzisz  o  tym?  -  Norbert  wziął  do  ręki  komplet  serwetek  z  wyhaftowanymi 

strofami wierszy Chaucera, poety z czternastego wieku. - 

Świetny prezent dla mojej matki, 

prawda? 

background image

Masz matkę? 

Gdzieś mam. 

Celie dopiero teraz się zorientowała, że on obserwuje drzwi sklepu, patrząc w lustro za 

jej plecami. 

-  W czym problem? - 

spytała  przyciszonym  tonem,  a  Norbert  na  ułamek  sekundy 

odwrócił wzrok. 

- Tam jest Bobby. 

O, Boże! 

- Co kupimy dla twojej rodziny? - 

spytał głośniej. 

Zabójcę. 

Norbert znów szybko na nią zerknął, nie ulegało wątpliwości, że dobrze ją zrozumiał. 

- Gdzie go widzisz? - 

szepnęła. 

Wraca z codziennej modlitwy w katedrze. Celestine przymknęła powieki. Chyba już 

nigdy nie będzie bezpieczna. Ani wolna. Nawet dom boży nie mógł dać schronienia przed 

tymi, którzy prag

nęli jej śmierci. 

Jak za mną trafił? 

Opuść głowę, Celie. On właśnie mija sklep. 

Stała  całkiem  bez  ruchu,  jak  zahipnotyzowana,  zaś  Norbert  znów  zaczął  paplać  o 

prezentach dla jej nieist

niejącej rodziny. A gdy nagle przestał porównywać walory serwetek z 

zaletami porcelanowych Big Benów, domyśliła się, że bezpośrednie zagrożenie zniknęło. 

Musimy założyć, że Bobby jakoś nas namierzył i albo on, albo jakiś jego wspólnik 

ma teraz na oku parking - 

stwierdził Norbert. - Nie możemy sami iść po samochód. Ktoś musi 

to zrobić za nas. 

- Ale kto? 

W pubie na pewno znajdzie się chętny, który za stosowną opłatą przyprowadzi nam 

auto  pod  wskazany  adres.  Tam,  gdzie  Bobby  pewnie  nie  będzie  nas  szukał.  Na  jakieś 

spokojnej, willowej uliczce. Wskoczymy do samo

chodu  i  błyskawicznie znikniemy z 

Canterbury. 

Jakim cudem nas znalazł? 

Może ty mi wyjaśnisz, po co tu przyjechałaś, zanim sam się tego dowiem. 

Moje sprawy na pewno nie mogą mieć z tym nic wspólnego. 

Ale Bobby za tobą trafił do Canterbury. Zjawił się tu właśnie dziś. Pomyśl o tym, 

Celie. 

Nie. Wiem, że to nie może być to! 

background image

A  więc  Bobby  -  atleta  to  po  prostu  szalenie  religijny  osobnik,  który  przybył  tu  z 

pielgrzymką. Które wyjaśnienie uważasz za sensowniejsze? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Obecnie  moje  życie  też  jest  w  niebezpieczeństwie,  więc  powinnaś  powiedzieć  mi 

wszystko.  - 

Norbert spojrzał na Celie. Nadal myślał o niej właśnie tak, chociaż już znał jej 

prawdziwe  imię.  Siedziała  skulona  na  przednim  siedzeniu,  włosy  zasłaniały  połowę  jej 

twarzy, lecz on i tak wiedzi

ał,  jakie  uczucia  się  na  niej  malują.  Celie  była  przerażona. 

Zdesperowana. Zraniona. 

Okazałeś mi dużo dobroci - powiedziała, nie patrząc na niego. - Ale nie mam wobec 

ciebie żadnych zobowiązań. Nie prosiłam cię o pomoc. 

Poniekąd tak. Prosiłaś, żebym nie zabierał cię do szpitala. Może powinienem był tam 

cię zawieźć i teraz nie miałbym na karku tych problemów - palnął bez namysłu i zaraz tego 
pożałował. Ale był zły, ponieważ Celie nadal nie chciała puścić pary z ust. 

Po powrocie do domku spakuję się i zaraz odejdę. Na pewno zdołam jakoś dotrzeć z 

Trillingden do Londynu. 

-  Nie.  - 

Jego  ciężkie  westchnienie  dobrze  wyrażało  głębię  dręczącej  go  frustracji.  - 

Przepraszam. 

- Nie masz za co. 

- Zazwyczaj nie bywam okrutny. 

- Zazwyczaj nie uciekasz. 

Chciałbym wiedzieć, dlaczego teraz to robię. Musisz więc powiedzieć mi prawdę. 

Tak  sądzisz?  Niby  dlaczego  miałabym  ci  ufać?  Tylko  troje  ludzi  znało  moje 

dzisiejsze plany. Jesteś jednym z tej trójki. 

To ja zauważyłem Bobby'ego. - Norbert zacisnął dłonie na kierownicy. 

Owszem i to właśnie ty mogłeś spotkać się z nim, gdy załatwiałam swoje sprawy. 

Mogłeś go na mnie napuścić. Albo zmyśliłeś, że on tam jest. Ja go nie widziałam! 

A więc dobrze. - Norbert ledwie zdołał to powiedzieć i zaraz zacisnął wargi, żeby nie 

pa

lnąć głupstwa, które później by sobie wyrzucał. 

Jechali  w  milczeniu  aż  do  najbliższej  wioski.  Tam  Norbert  zignorował  objazd, 

dojechał  wąskimi  uliczkami  do  centrum  miejscowości  i  zatrzymał  auto  przed  ceglanym 
budynkiem, w którym mieścił się sklep spożywczy i poczta. 

Jeszcze  wcześnie.  Na  pewno  złapiesz  jakiś  środek  komunikacji.  Zakładam,  że 

zdobyłaś pieniądze, ponieważ masz nową torebkę. Sugeruję więc, żebyś postarała się znów 
zniknąć.  Najlepiej  zmień  autobusy  kilkakrotnie,  abym  nie  wpadł  na  twój  ślad,  ponieważ 

background image

oczywiście będę próbował cię tropić. Od dawna usiłuję cię zamordować, chociaż nic złego ci 
się nie stało, od kiedy jesteś ze mną. - Skończył perorować i dopiero wtedy spojrzał na Celie. 
Bezgłośnie płakała. 

Przymknął powieki i oparł głowę o fotel. Wnętrze samochodu cuchnęło tak, jak facet, 

który przyprowadził go z parkingu - papierosami, potem i zachłannością. 

Rozumiem, że nie wiesz, komu ufać, ale już nie jestem w stanie znieść tej twojej 

permanentnej podejrzliwości, Celie. Albo mi zaufasz, albo się rozstaniemy. 

Naprawdę  oczekiwał,  że  ona  wysiądzie.  Na  jej  miejscu  może  by  tak  uczynił.  Ale 

drzwiczki nie szczęknęły. 

- Przepraszam. - 

Łzy zmiękczyły jej głos. 

Nie  współpracuję  z  Bobbym.  Pierwszy  raz  w  życiu  zobaczyłem  go  w  tamtym 

londyńskim zaułku. 

Wierzę ci. 

A dzisiaj naprawdę był przed katedrą. 

Nie pojmuję, jak za mną trafił. 

Norbert otworzył oczy i odwrócił się twarzą do Celie. 

Nie  zdołam  pomóc  ci  rozwikłać  tej  zagadki,  jeśli  mi  nie  powiesz,  po  co  tu 

przyjechałaś.  Wspomniałaś  o  trzech  osobach,  które  wiedziały  o  tym,  że  będziesz  w 
Canterbury. Kim są pozostałe dwie? 

Muszę to przemyśleć. 

Żeby zdecydować, co mi powiesz? 

-  Tak.  - 

Wyjęła  z  kieszeni  chusteczkę  higieniczną.  -  Jeśli  tego  nie  akceptujesz,  to 

wysiądę. 

Przez chwilę ważył w myśli te słowa. Tym razem Celie przynajmniej była szczera. Co 

za odmiana. 

- Zgoda. 

Dziękuję. 

- Wracajmy do domu. 

A jeśli on nas tam namierzył? 

Gdyby znał nasz adres, nie szukałby nas w Canterbury. 

Skoro trafił tam, to trafi i do domu. 

Norbert  zapalił  silnik  i  włączył  się  do  ulicznego  ruchu.  Nie  mógł  w  żaden  sposób 

uspokoić Celie, ponieważ prawdopodobnie miała rację. I oboje o tym wiedzieli. 

background image

Celestine ostrożnie zeszła nad brzeg strumienia, pomagając sobie prawą ręką, chociaż 

bark nadal pobolewał. Minie sporo czasu, zanim ramię odzyska pełną sprawność. 

Norbert  pracował  w  swoim  pokoju,  ale  uprzedziła  go,  dokąd  idzie,  żeby  się  nie 

martwił. Czuła się tutaj tak samo bezpieczna, jak gdzie indziej. Nawet gdyby Bobby wytropił 

ich w Trillingden, to w tym miejscu szy

bko by jej nie znalazł. 

Słońce chyliło się ku zachodowi i niebo już nabrało koralowego odcienia. Celestine 

pomyślała o zachodach w posiadłości Haven House. Rodzice uczynili rytuał z ich oglądania i 
niezależnie od pogody lub innych zajęć codziennie przychodzili z drinkami na wielki taras, 
aby  obserwować niknący  za horyzontem złocisty  krąg. Ona zaś towarzyszyła im, popijając 
sok jabłkowy doprawiony wodą sodową i ozdobiony największą wisienką, jaką tylko zdołała 
znaleźć w słoiku. Ojciec często powtarzał, że Bóg był dla nich wyjątkowo łaskawy, powinni 
więc podziwiać wszystkie jego piękne dzieła. 

Właśnie  o  tej  porze  dnia  Celestine  zawsze  czuła  się  najbliżej  ojca  i  matki. 

Gdziekolwiek  przebywała,  nadal  starała  się  znaleźć  takie  miejsce,  gdzie  mogła  być  sama  i 

ws

pominać. 

Ostatnio rzadko miała po temu okazję, ponieważ wciąż się przeprowadzała, nikomu 

nie  ufając.  I  gdzieś  po  drodze  stała  się  kimś  innym,  osobą,  której  sama  nie  poznawała. 
Niewiele było w niej tamtej młodej kobiety, która zakochała się w Stephenie Montgomerym, 
która  wierzyła  w  istnienie  miłości  na  tym  świecie,  chociaż  doświadczyła  na  nim  tyle  zła. 
Która jeszcze wierzyła w przyszłość. 

Cztery lata bezustannego uciekania zmieniło tamtą niewinną dziewczynę w kogoś, kto 

już nie umie zaufać mężczyźnie, który dwukrotnie stanął między nią a jej zabójcą. 

Zresztą... może chodziło o coś zupełnie innego. Może obawiała się, że ten mężczyzna 

ze  swoim  cynicznym  uśmieszkiem  i  uważnym,  często  smutnym  spojrzeniem  orzechowych 
oczu sprawi, że ona rozpaczliwie zapragnie tego wszystkiego, czego nie wolno jej mieć... i 
wtedy zapomni o konieczności uciekania. A za to oboje zapłaciliby wysoką cenę. 

Pięknie, prawda? 

Błyskawicznie się odwróciła i ujrzała stojącego na skarpie Norberta. Nie słyszała jego 

kroków i gdyby to był Bobby, to pewnie już leżałaby martwa. 

Wybacz. Usiłowałem hałasować, ile wlezie. 

Zejdź tu i usiądź przy mnie - zaproponowała, podziwiając jego sylwetkę w dżinsach i 

wiśniowym  swetrze  oraz  wyraziste  rysy  twarzy  oświetlonej  padającymi niemal poziomo 
promieniami słońca. 

Mogę? Przed chwilą wyglądałaś tak spokojnie. 

background image

- Ty chyba nie zburzysz mojego spokoju? 

- Tego nie wiem. 

Przekonajmy się. 

Zszedł  na  dół  i  zajął  miejsce  tuż  obok,  lecz  nie  na  tyle  blisko,  aby  jej  dotykać. 

Celestine s

podobał  się  zarys  jego  muskularnych  ud,  który  dostrzegła,  gdy  Norbert  wypros-

tował nogi, oraz niecierpliwy ruch, jakim podciągnął rękawy. Jego przedramiona pokrywało 
ciemne,  delikatne  owłosienie,  zaś  dłonie  były  duże  i  kształtne.  Widziała,  jak  tymi  rękami 
chwytał  Bobby'ego,  jak  walczył  z  nim  o  jej  życie,  a  jednak  z  uporem  starała  się  o  tym 
zapomnieć.  Dlaczego?  Ponieważ  się  bała.  Ponieważ  zawsze  musiała  kierować  się  tylko 
strachem, niczym więcej. 

- Obiad prawie gotowy - 

oznajmił Norbert. 

Może chwilę poczekać? 

- Na pewno. 

W jego głosie tym razem nie było ciepła. Znali się od niedawna, lecz Norbert ostatnio 

próbował trochę się do niej zbliżyć. Pomyślała o tym, co dziś powiedział jej o swoim synku, i 
zaczęło dławić ją w gardle. Norbert także wiele przeszedł. Przypuszczalnie dlatego traktował 
świat z dystansem, zadowalając się rolą obojętnego obserwatora, który stoi z boku i sam nie 
bierze udziału w tym, co widzi. Ale przypadkiem wkroczył w jej życie i wtedy bez wahania 
zadziałał odważnie, okazał jej przy tym wiele serca. 

Celestine podjęła decyzję. Było to zdumiewająco łatwe. Norbert zasługiwał na to, aby 

poznać  powody  jej  prześladowania.  Musiała  mu  powiedzieć.  Zaufać  mu.  Bo  gdyby  nie 
zaufała właśnie temu mężczyźnie, to nie mogłaby już nigdy zawierzyć nikomu. A wówczas 
życie straciłoby sens. 

Chciałeś wiedzieć o mnie trochę więcej - zagaiła. 

Pytałem, po co pojechałaś do Canterbury. 

Nie byłam z tobą całkiem szczera. 

Jesteś mistrzynią w używaniu niedomówień. 

Masz rację. W ogóle nie byłam z tobą szczera. 

To dla mnie żadna nowina. 

Znam osoby, które usiłują mnie zabić. 

Ale nie powiesz mi, kim są, żeby nie narazić mnie na niebezpieczeństwo. 

Mogę opowiedzieć ci pewną historię? 

Zamieniam  się  w  słuch.  I  nigdzie  się  nie  wybieram.  Zrozumiała,  co  sugerował. 

Mogła zebrać myśli, mówić w dowolnym tempie, ponieważ on zamierzał cierpliwie słuchać. 

background image

Tak,  jak  cierpliwie  pomagał  jej  od  samego  początku.  I  pomimo  jej  zachowania  wciąż 
pozostawał u jej boku. 

W  dzieciństwie  byłam  bardzo  mocno  związana  z  moimi rodzicami  -  powiedziała, 

nadal  patrząc  przed  siebie  i  podziwiając  zachód  słońca.  -  Oni chyba mnie rozpieszczali, 
ponieważ moja mama nie mogła mieć więcej dzieci. Z wyglądu bardzo ją przypominam, ale 
poruszam się jak mój ojciec. Podobno mam identyczny chód, stawiam nogi jak ktoś pragnący 
szybko  dotrzeć  do  celu.  Może  właśnie  na  to  zwróciłeś  uwagę,  gdy  mnie  pierwszy  raz 
zobaczyłeś. 

Podejrzewam, że w twoim wykonaniu ten chód ma więcej uroku. 

Straciłam ich oboje, mając prawie dziewięć lat. Mieszkaliśmy nad wodą i oni byli 

doskonałymi żeglarzami. Lubili wyzwania, ale zawsze uważali, natomiast pływając po morzu, 
czasem trochę ryzykowali. Tamtego dnia, gdy zginęli, nagle rozszalała się burza, a oni podjęli 
o jedno ryzyko za dużo. 

Norbert wziął ją za rękę. Tak zwyczajnie, od niechcenia. Jak dobry przyjaciel. Lecz 

Celestine  zareagowała  na  to  inaczej,  niż  na  przyjacielski  dotyk.  I  nie  po  raz  pierwszy 
wyobraziła sobie dłonie Norberta na jej bardziej intymnych częściach ciała. 

- Mów dalej. 

Przez chwilę przesiewała w pamięci okruchy swojego życia. 

Większość  sierot  zamieszkuje  u  najbliższych  krewnych. Ale moja ciotka i wuj 

sprowadzili się do mnie. Moi rodzice byli bogaci. Ojciec dostał w spadku całą posiadłość po 
swoim  ojcu,  ponieważ  dziadek  przed  śmiercią  wydziedziczył  moją  ciotkę.  Nie  znosił  jej 
męża, a ona wielokrotnie zniesławiła naszą rodzinę. Dlatego nic jej nie zapisał, tylko udzielił 

kilku rad. 

Które zapewne wzięła sobie do serca. 

Bynajmniej. Była rozjuszona brakiem spadku i żądała, aby mój ojciec podzielił się z 

nią  tym,  co  otrzymał.  On  zaś  chyba  doskonale  wiedział,  że  ona  i  tak  wszystko  roztrwoni. 
Obiecał więc zawsze o nią dbać, ale zachował kontrolę nad całym majątkiem. 

I właśnie ta ciotka wzięła cię pod opiekę? 

Cóż, była jedyną bliską krewną. Zgodnie z testamentem mojego ojca ustanowiono 

fundusz powierniczy, z które

go  można  było  pobierać  tylko  kwoty  potrzebne  na  życie  i 

utrzymanie...  - 

Urwała,  nie  chcąc  ujawnić  żadnych  nazw.  -  Posiadłości  -  dokończyła.  - 

Całością zarządzali prawnicy, którzy mieli podejmować wszelkie decyzje, dopóki nie osiągnę 
określonego wieku. 

Twój ojciec postąpił bardzo rozsądnie. 

background image

Owszem, w interesie naszej posiadłości. Ale nie moim. Gdy ciotka i wuj zamieszkali 

ze mną, moje życie zmieniło się w piekło. 

Norbert współczująco ścisnął jej dłoń, a Celestine przez chwilę milczała. 

To właśnie oni... oboje chcą mojej śmierci - powiedziała w końcu, gdy już zdołała 

wydobyć  głos.  -  Nie  wiem,  kiedy  zrozumieli,  że  pozbywając  się  mnie,  mogą  wejść  w 
posiadanie  całego  majątku.  Ojciec  obawiał  się,  że  gdyby  coś  mi  się  stało,  zanim  zacznę 
zarządzać naszymi dobrami, gros majątku zjedzą podatki oraz honoraria prawników. Dlatego 
rozporządził,  że  gdybym  zmarła  przed  ustanowionym terminem, fundusz powierniczy 
przechodzi na moją ciotkę. Tata nie przepadał za swoim szwagrem, lecz chyba w głębi duszy 
kochał siostrę. I nie chciał, żeby została bez niczego. Po pewnym czasie wuj i ciotka doszli do 
wniosku, że jestem dla nich przeszkodą, którą należy usunąć... 

Sądzisz, że to oni cię prześladują? 

Z całą pewnością stoją za każdym dotychczasowym zamachem na moje życie. 

- Jakie masz dowody? 

Oprócz  motywu?  Oprócz  tego,  że  przez  długie  lata  usiłowali  zniszczyć  mnie 

psychicznie? - 

Ostatnie słowa powiedziała podniesionym głosem i zacisnęła wargi. 

- To przekonu

jąca motywacja. 

- To jedyna motywacja. 

- Celie... - 

Norbert przysunął się i otoczył ją ramieniem, przytulając jej dłoń do swojej 

piersi. - 

A informacja o śmierci twojego kochanka... to było kłamstwo? 

- Nie. 

Więc... co się wydarzyło? 

Celestine z trudem pr

zełknęła  ślinę,  w  myślach  powracając  do  tamtych  bolesnych 

przeżyć. Znów odezwał się zadawniony ból. I gniew, który zżerał jej duszę od dnia pogrzebu 

rodziców. 

Pierwszy  raz  próbowano  mnie  zabić,  gdy  byłam  na  studiach.  Zdołałam  przekonać 

prawników  zajmujących  się  moimi  sprawami,  że  powinnam  wyjechać  z...  Południa. 
Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od ciotki i wuja. Do college'u w Nowej Anglii wybierała 
się moja najlepsza szkolna przyjaciółka, więc postanowiłam zamieszkać z nią w akademiku. 

Wujostwo oczywi

ście  się  sprzeciwili,  lecz  nie  oni  ponosili  koszty,  więc  postawiłam  na 

swoim.  Wyjechałam  i  po  raz  pierwszy  od  śmierci  rodziców  byłam  naprawdę  szczęśliwa. 
Zdecydowałam się studiować aktorstwo. To cię dziwi? 

Ani trochę. 

background image

Uczyłam się też języków. Zawsze miałam do nich talent. Obecnie mówię biegle po 

francusku i niemiecku, a mój węgierski też jest całkiem niezły... 

Węgierski? 

W  ciągu  minionych  czterech  lat  mieszkałam  również  w  Budapeszcie.  Jako  Elena 

Kovacs. W drugim pokoleniu Amerykanka, szukająca swoich korzeni. 

Norbert  odgarnął  z  jej  czoła  kosmyk  włosów.  Zrobił  to  delikatnie,  ale  teraz  nic  nie 

mogło podziałać na nią kojąco. Chciała wreszcie wyrzucić z siebie wszystko, aby mieć to za 
sobą. 

Co stało się w college'u? 

Na ostatnim roku wracałam kiedyś z zajęć późno wieczorem. Było już ciemno, ale na 

terenie  campusu  wszyscy  się znaliśmy,  więc nawet nie myśleliśmy o jakichś zagrożeniach. 
Moja  przyjaciółka  czekała  na  mnie  w  pokoju,  bo  zamierzałyśmy  razem  skoczyć  na  pizzę. 
Spieszyłam  się  i  pobiegłam  na  skróty  między  dwoma  budynkami.  W  pewnej chwili 
usłyszałam  za  sobą  odgłos  kroków,  ktoś  chwycił  mnie  za  kołnierz  i  przewrócił.  Leżałam 
twarzą do dołu, więc nic nie widziałam. 

Chcesz  o  tym  mówić?  -  Norbert  obrócił  jej  twarz  do  siebie  i  leciutko  pogłaskał 

jedwabisty policzek. 

- Tak. - 

Skinęła głową. - Napastnik chwycił mnie za gardło i zaczął dusić. Nawet nie 

zdążyłam wrzasnąć. 

Ktoś musiał przyjść ci z pomocą? 

Profesor biologii zauważył nas przez okno. Najpierw uznał, że uprawiamy seks, ale 

potem posta

nowił  sprawdzić,  czy  się  nie  pomylił.  Gdy  nadbiegł,  tamten  facet  uciekł.  A  ja 

zostałam ze spuchniętą tchawicą i siniakami na całej szyi. 

Dlaczego uznałaś, że nie chodziło o przypadkowy napad? 

Najpierw niczego nie podejrzewałam. Ale potem pojawiły się wątpliwości. Ten ktoś 

nie próbował mnie zgwałcić. Ani okraść. 

Może zabrakło mu czasu? 

Właśnie  to  stwierdziła  policja.  Ale  jeden  z  funkcjonariuszy, starszy pan z 

wieloletnim doświadczeniem, wziął mnie na bok i spytał, czy ktoś mógłby zyskać na mojej 
śmierci.  Aż  do  tej  pory  nawet  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  wujostwo  chcieliby  się  mnie 
pozbyć.  Ale  potem  zaczęłam  się  nad  tym  zastanawiać.  Nazajutrz  zjawili  się  oboje,  żeby 
zabrać  mnie  do  domu.  Zanim  zdążyłam  się  obejrzeć,  wypisali  mnie  ze  studiów.  Moja 

przyj

aciółka  usiłowała  ich  powstrzymać.  Znała  ich  jak  zły  szeląg  i  wiedziała,  do  czego  są 

zdolni, ale nic nie wskórała. Ciotka i wuj stwierdzili, że potrzebuję pomocy, aby stanąć na 

background image

nogi po urazie psychicz

nym.  Że  przyda  mi  się  odpoczynek  na  łonie  rodziny.  -  Celestine 

zaśmiała się z goryczą. 

Rozumiem, że raczej ci nie pomogli. 

Byłam  młoda  i  przerażona,  a  oni  mi  wmawiali,  że  jestem  niezrównoważona 

emocjonalnie i brak mi rozsądku. Ich zdaniem okazałam się idiotką, idąc sama przez ciemny 

campus. Sugerowali nawe

t,  że  pewnie  nikt  mnie  nie  napadł,  tylko  kochałam  się  z 

gwałtownym chłopakiem... 

Zamknęła oczy i oparła głowę o bark Norberta. W ten sposób było łatwiej jeszcze raz 

przeżyć tamten koszmar. 

Nie  pozwalali  mi  stanąć  na  nogi.  Wysłali  mnie  do  psychiatry,  który  uznał,  że 

wykazuję  skłonność  do  urojeń.  W  końcu  zaczęłam  się  bać,  że  to  prawda.  Że  rzeczywiście 
jestem wariatką. Lecz nadszedł taki dzień, kiedy zaczęłam obawiać się ich, a nie siebie... 

Jak sobie poradziłaś? 

Postanowiłam zapoznać się ze szczegółami testamentu moich rodziców. Musiałam 

się  przekonać,  czy  wuj  i  ciotka  mieliby  po  co  mnie  zabić.  Poszłam  więc  do  adwokatów 
prowadzących nasze sprawy. Tak się złożyło, że prawnik, z którym się umówiłam, niestety 
zachorował.  Przyjął  mnie  jego  młody  asystent.  Byłam  taka  roztrzęsiona,  że  nie  wiadomo 
kiedy  opowiedziałam  mu  całą  swoją  historię,  nie  ukrywając  podejrzeń  wobec  wujostwa. 
Powiedziałam też o obawach związanych z moim stanem psychicznym, o napadzie i sugestii 
tamtego  policjanta.  Gdy  skończyłam,  byłam  niemal  pewna,  że  adwokat  wezwie  facetów  w 
białych  kitlach.  Ale  on  wyjął  z  sejfu  testament  i  dokładnie  mi  wyjaśnił,  dlaczego  jest 
możliwe, że wujostwo pragną mojej śmierci. 

Usiłował mi pomóc i... i po pewnym czasie... zakochaliśmy się w sobie. Okazało się, 

że  wuj  usiłował  umieścić  mnie  w  prywatnym  zakładzie  psychiatrycznym.  Mój  lekarz 
zamierzał poprzeć ten wniosek. Wtedy mój przyjaciel... 

Jakoś się nazywał? 

- Stephen. Na razie tylko tyle, dobrze? - 

powiedziała po krótkim namyśle, a Norbert na 

moment zaci

snął usta. 

- I co dalej? 

Stepehen poruszył niebo i ziemię, żeby powstrzymać moją rodzinę. Starsi wspólnicy 

z  jego  kancelarii  nie  wierzyli  w  moją  historię.  Ciotka  i  wuj  uchodzili  za  szanowanych 
obywateli i mieli po swojej stronie psychiatrę. Natomiast ja byłam młoda i prawie oszalała ze 
strachu, więc istotnie mogło się wydawać, że trzeba mnie leczyć. 

background image

Celestine  umilkła.  Nie  zostało  wiele  do  opowiadania,  ale  te  wspomnienia  były 

najgorsze.  Wiedziała,  że  dziś  znów  -  podobnie, jak wiele razy przedtem -  przyśni  się  jej 
śmierć Stephena. 

Stepehen  zginął  tego  dnia,  gdy  formalnie  wystąpił  o  nakaz  sądowy  pozbawiający 

moją  rodzinę  prawa  do  zamknięcia  mnie  w  zakładzie  psychiatrycznym.  W  budynku, gdzie 
mieszkał,  było  sporo  włamań.  Łupem  padały  sprzęt  audiowizualny,  biżuteria...  Policja 
stwierdziła,  że  Stepehen  prawdopodobnie  zaskoczył  włamywacza.  Ale  mnie  ta  wersja  nie 
przekonała.  Z  mieszkania  Stephena  niczego  nie  zabrano,  nadal  miał  przy  sobie  zegarek  i 
portfel. A zginął od jednej kuli. 

Mówiłaś, że byłaś świadkiem morderstwa. 

Zmarł na moich rękach, ale zabójca zdążył uciec. Tego wieczoru umówiłam się ze 

Stepehenem,  ale  coś  mi  wypadło,  więc  zadzwoniłam  i  uprzedziłam,  że  się  spóźnię.  Gdy 
przyszłam, drzwi były otwarte na oścież, a w korytarzu zaczęli zbierać się ludzie. Weszłam i 
stwierdziłam,  że Stephen  jeszcze żyje.  Zobaczył mnie i usiłował coś wyszeptać.  Uklękłam, 
położyłam jego głowę na kolanach i wtedy znów się odezwał. Po czym umarł. 

Co powiedział? - Norbert objął ją mocniej. 

Tylko jedno słowo: „Uciekaj”. Kazał mi uciekać. Na pewno to oni go zabili, moja 

ciotka i wuj. Oczywiście sami nie pociągnęli za spust, ale są za to odpowiedzialni. 

- Ale dlaczego zabili jego? Dlaczego nie ciebie? 

Co do tego nie mam pewności. Może zamierzali mnie zgładzić, ale się nie zjawiłam, 

albo postanowili trochę poczekać, żeby moja śmierć nie wzbudziła podejrzeń. Nie wątpię, że 
gdyby  zdołali  umieścić  mnie  w  zakładzie  psychiatrycznym,  to  żywa  nigdy  bym  go  nie 
opuściła. Ale Stephen stanął im na drodze. Dopóki żył, nie zdołaliby nic mi zrobić. On jeden 
mi wierzył i postarałby się ujawnić ich machinacje. 

- Kto obecnie ci pomaga? 

Stephen powiedział mi kiedyś, że  gdyby coś  mu się stało, to mam zwrócić się do 

jego najlepszego przyjaciela, również zatrudnionego w tej kancelarii. To właśnie przyjaciel 
Stephena pomógł mi uciec i od tego czasu mnie wspiera. Ma dostęp do małej części mojego 
majątku,  ponieważ  zajmuje  się  niektórymi  inwestycjami.  Czasami  trochę  żongluje  tymi 
pieniędzmi, żeby dyskretnie przekazać mi drobne sumy. Byłby zawodowo skończony, gdyby 
ktoś to odkrył. 

On przysłał ci pieniądze? 

- Tak. 

Więc orientuje się, gdzie przebywasz? 

background image

- To nie on, Norbert. Na pewno nie. 

Kto jeszcze wiedział, że będziesz w Canterbury? 

Urzędnik bankowy. Całkiem mi obcy. 

- Rozumiem. - Norbert w

yraźnie się zasępił. 

Podejrzewasz  niewłaściwego  człowieka.  -  Celestine  bez  trudu  domyśliła  się,  co 

Norbertowi chodzi po głowie. - Przyjaciel Stephena nigdy by mnie nie zdradził. 

Nawet najlepszy przyjaciel może okazać się przekupny. 

On od dawna usiłuje zapewnić mi bezpieczeństwo. Robi wszystko, co w jego mocy. 

Czyli zna trasy twoich podróży? 

Nie, ale w razie konieczności dzwonię do niego. Czasem na moją prośbę przekazuje 

paru osobom wiado

mość, że jestem cała i zdrowa. Gdyby nie on, nie miałabym nikogo... 

Celie, tylko pomyśl. Dzwonisz do niego. On może cię namierzyć. 

Nigdy nie rozmawiam z nim na tyle długo. 

Więc jednak nie ufasz mu w stu procentach? 

Przeżyłam  jeszcze  kilka  innych  zamachów  na  moje  życie.  Jakiś  rok  temu 

zauważyłam, że śledzi mnie mężczyzna. Lub tak mi się zdawało. Usiłowałam nie panikować, 
wmawiałam sobie, że nikt nie mógł mnie znaleźć. Ale tamtego wieczora omal nie przejechał 
mnie samochód. Były też inne incydenty. Może przypadkowe, ale kto wie... 

- Celie... 

-  Nie widzisz, j

ak  wygląda  moje  życie?  -  Nie  zamierzała  się  rozpłakać.  Norbert 

wystarczająco napatrzył się na jej łzy. Nikt nie widział jej szlochającej tyle razy, co on. Ale w 
jej głosie zabrzmiała rozpacz człowieka, który pragnie, aby go zrozumiano. 

- To istny koszmar. 

Nie mam pojęcia, jak przetrwałaś do tej pory. 

Jego  orzechowe  oczy  w  blasku  słonecznej  poświaty  stały  się  niemal  złociste,  a 

Celestine wyczytała z nich, że Norbert jej wierzy. Słuchał jej, lecz nie osądzał. I był zły, że 
los zgotował jej życie uciekinierki. 

Odczuła taką przemożną ulgę, że przez chwilę nie była w stanie mówić. Dopiero w tej 

chwili  pojęła,  co  w  dużym  stopniu  powstrzymywało  ją  od  opowiedzenia  Norbertowi 
wszystkiego.  Obawiała  się,  że  on  nie  da  wiary  tej  opowieści.  Rzeczywiście  brzmiała  ona 

miejs

cami nieprawdopodobnie. I niełatwo było się nią podzielić. 

Jakoś  dałam  sobie  radę.  -  Niewiele  myśląc,  wsunęła  palce  w  jego  włosy.  -  I 

zamierzam nadal się trzymać. A także znaleźć sposób, żeby kiedyś znów normalnie żyć... tak 
naprawdę żyć. 

background image

Norbert przygar

nął  ją  do  siebie.  Widziała  w  jego  spojrzeniu  te  same  wątpliwości,  z 

którymi  ona  też  się  zmagała.  Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu  i  każde  z  nich  obawiało  się 
uczynić pierwszy krok. 

A gdyby mi się nie udało... gdybym nie przeżyła najbliższych dni czy tygodni, to 

chciałabym mieć świadomość, że przed śmiercią bez reszty zaufałam chociaż jednej osobie. 

Nie musisz mówić nic więcej. Nie jesteś mi nic winna, Celie. 

-  Jestem to winna sobie. - 

Lubiła  cyniczne  wygięcie  jego  ust,  lecz  jeszcze  bardziej 

spodobało się jej to, jak zmiękły, dotknięte jej wargami. 

Pocałunek  podziałał  na  niego  jak  płomień  zapałki  na  las  w  okresie  suszy.  Norbert 

chwycił Celie w talii, jakby chciał ją odsunąć, ale tego nie zrobił. Nie mógł zrobić, ponieważ 
nagle ogarnęło go pragnienie, które wzięło nad nim górę. Przytulił Celie do siebie, aż poczuł 
na torsie miękki ucisk jej piersi. 

Celestine od tak dawna tłumiła wszelkie emocje, że nieoczekiwany przypływ ciepła i 

nadziei  podziałał  na  nią  oszałamiająco.  Od  śmierci  Stephena  aż  do  tej  chwili  nigdy nie 
pozwoliła sobie na przeżywanie takiej rozkoszy, ani na moment nie zapomniała o niezbędnej 
ostrożności. Ale teraz znalazła się we władaniu zmysłów. Poczuła muśnięcia języka Norberta 
i marzyła tylko o tym, aby mu się oddać, aby te godziny, które jeszcze im pozostały, okazały 
się cudowną magią. 

- Celie... - 

Norbert trochę się odsunął, lecz jego dłonie nadal niespokojnie błądziły po 

jej biodrach. - 

To  nie  najlepszy  pomysł.  Jesteś  rozstrojona  -  argumentował,  lecz  mimo  to 

ogarnął jej usta swoimi, ona zaś jęknęła, gdy znów podniósł głowę. 

Nie chcę myśleć, Norbercie. Nieważne, jaki to pomysł... dobry czy zły... 

- Ja oceniam to inaczej. 

Przecież o nic cię nie proszę. Już nic więcej nie możesz dla mnie uczynić. 

Tym razem Norbert jednak opuścił ręce, gwałtownie wstał i cofnął się o krok. 

Mógłbym  pomóc  ci  jeszcze  bardziej...  gdybyś  tylko  podała  mi  swoje  prawdziwe 

nazwisko i miejsce opisanych wydarzeń. 

Nie. Już jeden  mężczyzna zginął tylko  dlatego,  że mi pomagał. Nie narażę cię na 

takie niebezpieczeństwo. 

Czy to oznacza, że zamierzasz znów odejść? Nie odpowiedziała. 

Więc  czego  ode  mnie  oczekujesz?  Przygody  na  jedną  noc?  Miłej  przerwy  w  tym 

nieustającym horrorze, jakim stało się twoje życie? 

Czego oczekuję? Wspomnienia. Jednego dobrego wspomnienia... 

background image

Potrząsnął  głową,  jakby  dostał  w  twarz.  Następnie  bez  jednego  słowa  pognał  w 

kierunku domu. 

-  Norbert!  - 

Ruszyła  za  nim,  ale  nie  zdołała  go  dogonić.  Gdy  wbiegła  do  domu, 

Norberta  tam  nie  było.  Zajrzała  do  kuchni  i  oniemiała  z  wrażenia.  Na  stole  leżały  dwa 
nakrycia, stały jeszcze nie zapalone świece, a obok nich - urodzinowy tort. Zaś po tej stronie, 
gdzie zazwyczaj siedziała ona, leżał stos pięknie opakowanych prezentów. 

- Norbert! - 

Celestine zauważyła, że frontowe drzwi są lekko uchylone. Otworzyła je 

sz

erzej i wyjrzała na zewnątrz, gdzie powoli zapadał zmrok. - Norbert! - zawołała ponownie i 

nagle usłyszała trzaśniecie drzwiczek auta. Stał obok samochodu. 

Umiesz prowadzić? - Norbert odwrócił się twarzą do niej. 

- Co? 

Pytam, czy umiesz jeździć samochodem? 

Oczywiście, ale... 

- A twój bark? Poradzisz sobie z trzymaniem kierownicy na krótkim dystansie? 

- Chyba tak, ale... 

To  dobrze.  Proszę.  -  Podszedł  do  niej  i  włożył  jej  w  dłoń  kluczyki.  -  Weź  ten 

samochód  i  jedź,  dokąd  ci  pasuje.  Chcę  tylko,  żebyś  po  dotarciu  do  celu  zawiadomiła 
wypożyczalnię,  gdzie  zostawiasz  pojazd.  Ktoś  go  stamtąd  zabierze,  a  ja  ureguluję  opłaty. 

Dowód rejestracyjny jest w skrytce. 

- Dlaczego to robisz? 

A  co  mam  zrobić?  Ty  pragniesz  seksu  na  jedną  noc,  a  potem  zamierzasz  stąd 

z

niknąć. Opowiadasz wstrząsającą historię swojego życia, ale nie pozwalasz mi sobie pomóc. 

Przyjmij do wiadomości, że nie bawię się w taką grę. Albo jestem z tobą, albo się rozstajemy, 

Celestine. 

Ty nic nie rozumiesz! Nie możesz mi pomóc! 

Tak sądzisz? Więc teraz ja coś ci opowiem. 

Stał  tuż  przed  nią  i  w  łagodnym  świetle  padającym  przez  otwarte  drzwi  dobrze 

widziała posępną minę Norberta i jego ponure spojrzenie. 

Kilka  lat  temu  byłem  człowiekiem  żonatym.  Miałem  synka  i  żonę,  którą 

uwielbiałem. Ale nie dbałem o nich w należyty sposób i pewnego dnia oboje odeszli. O, tak. - 
Norbert pstryknął palcami. - Może nie rozumiem, przez co przechodzisz, ale jedno wiem na 
pewno. Nigdy nie będę stał z boku i patrzył, jak kobieta, na której mi zależy, ponosi przykre 
konsekwencje mojego braku zaangażowania. Wolałbym umrzeć, niż jeszcze raz popełnić ten 
błąd. - Norbert przysunął się jeszcze bliżej. - Decyzja należy do ciebie, Celestine. Uciekasz 

background image

albo  zostajesz.  Lecz  jeśli  zostaniesz,  to  zmierzymy  się  ze  wszystkim  we  dwoje.  Więc 

wybieraj. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Było oczywiste, że Celie jest wykończona zarówno pod względem psychicznym, jak i 

fizycznym.  Norbert  widział  malujące  się  na  jej  twarzy  znużenie  i  targały  nim  sprzeczne 
uczucia.  Chciał  zażądać,  aby  Celie  dokonała  wyboru.  Ale  inna  strona  jego  osobowości,  ta 
słabsza, pragnęła czegoś zupełnie innego - scałować z ust Celie jej kłamstwa i błagać, żeby 
zgodziła się z nim zostać chociaż na tę jedną jedyną noc. 

Celie wyciągnęła do niego ręce, a on zrozumiał, że mogła zdobyć się tylko na tyle. 

Natychmiast chwycił ją w ramiona i przycisnął usta do jej warg. 

Drżała. Jedną ręką objęła go za szyję i rozchyliła usta. Norbert nigdy nie smakował 

czegoś równie słodkiego i kuszącego. Z całego serca chciał wierzyć, że oboje rozpoczynają 
nowy etap w ich życiu. Przedstawił swoje stanowisko i głęboko wierzył w każde słowo tej 
szlachetnej  perory...  ale  miał  świadomość,  że  ten  pocałunek  równie  dobrze  może  być 
pożegnaniem. 

Z Celie w ramionach wszedł do domu i kopnięciem zamknął za sobą drzwi. 

Co ja mam z tobą zrobić? - spytał bezradnie i znów ją pocałował, tym razem bardziej 

namiętnie, uważając jednak, aby nie urazić jej w bark. 

Nic  nie  rób.  Niech  wszystko  po  prostu  się  toczy.  Wiedział,  że  właśnie  na  to  nie 

powinien się zgodzić, ale teraz już nie był w stanie podejmować decyzji. Znajdował się pod 
urokiem Celie, która zaczarowała go, zanim się zorientował, że jest kobietą nadzwyczajną... 

Kobietą bez nazwiska. Tajemniczą nieznajomą. 
Gdy się odsunęła, pomyślał, że zmieniła zamiar. Lecz ona ruszyła w stronę sypialni, a 

w drzwiach przystanęła, odwróciła się i powoli rozpięła górny guzik sweterka. 

Niech się to stanie, Norbercie. 

Podszedł  do  niej,  zafascynowany  widokiem  rozbierającej  się  kobiety.  Smukła  dłoń 

poruszała  się  z  gracją  Marie  St.  Germaine.  W  błękitnych  oczach  malowała  się  śmiałość  i 
zdecydowanie  Celie  Sherwood.  Ale  przecież  ta  kobieta  miała  na  imię  Celestine!  On  zaś 
dopiero tego wieczoru zrozumiał, jak bardzo jest niezwykła. 

Przydałoby  mi  się  trochę  pomocy.  -  Jej  głos  miał  niskie,  wibrujące  brzmienie. 

Celestine  była  teraz  uwodzicielką,  zdecydowaną  dopiąć  swego.  Jej  palce  leciutko  drżały, 
niepewnie  uśmiechnięte  usta  również,  co  świadczyło  o  wzbierającej  namiętności.  A 
zmysłowe wygięcie ciała kusiło, przyzywało... 

background image

-  Dobrze sobie radzisz - 

stwierdził Norbert, zdumiony również swoim głosem, który 

teraz wcale nie należał do Norberta Coltera, zawsze idealnie panującego nad każdą sytuacją. 
Zwykle  ograniczającego  się  do  obserwowania  świata  z  dużego  dystansu.  Natomiast  teraz, 
patrząc na Celestine, Norbert pragnął znaleźć się tak blisko niej, jak tylko mężczyzna może 
być blisko z kobietą. 

Celie rozpięła drugi i trzeci guzik, następnie czwarty i nagle znieruchomiała z dłonią 

na biuście. 

Chyba już nie radzę sobie tak dobrze jak przed chwilą. Może jednak pomógłbyś mi? 

spytała niemal szeptem, opuszczając ręce wzdłuż ciała. 

Podszedł do niej i rozpiął piąty guzik. Spod rozchylonego swetra było widać skromny, 

bawełniany stanik, kupiony przez Jerry'ego w tanim sklepie. Zdaniem Norberta Celie zasługi-
wała  na  jedwabie  i  koronki,  które  wyglądałyby  cudownie  na  tych  kształtnych  piersiach  i 
łagodnie zaokrąglonych biodrach. 

Celie położyła dłonie na jego ramionach, on zaś poczuł ciepło jej palców przez sweter 

i na moment wstrzymał oddech. 

Nie chciałbym sprawić ci bólu. Jeszcze nie wyzdrowiałaś. 

Nie pozwolę, żebyś sprawił mi ból. 

Wiedział,  że  miała  na  myśli  nie  tylko  swój  zraniony  bark.  Bez  wahania  rozpiął  jej 

sweterek  do  samego  dołu  i  wreszcie  dotknął  nagiej  skóry.  Celie  zamknęła  oczy,  mocniej 

zacis

kając palce na jego ramionach. 

Tylko udajesz twardą. - Pocałował jej powieki i czoło, ale nie usta. - Jesteś cała jak 

nie zabliźniona rana, Celestine. Twoje życie to seria zamachów... 

Więc  ulecz  mnie  chociaż  na  tę  jedną  noc.  Nie  na  zawsze.  Tego  nie  zdołałbyś 

dokonać. Ale tylko na dziś... 

Odchyliła głowę i podała mu usta, które natychmiast ogarnął wargami. Teraz już nie 

mógł się zatrzymać. Pozwalająca na odwrót chwila niepewności dawno  minęła. Z niejakim 
zdumieniem stwierdził, że nie jest takim mężczyzną, za którego się uważał. 

Celie wyślizgnęła się ze sweterka, który upadł na podłogę u ich stóp. Norbert odnalazł 

klamerkę  staniczka,  a  Celie  pozwoliła  zsunąć  go  z  siebie,  więc  zaraz  też  wylądował  na 

dywaniku. 

Od  pierwszej  chwili,  gdy  ujrzał  tę  kobietę,  Norbert  pragnął  pogłaskać  jej  atłasową 

skórę.  Piersi  Celie  były  małe,  krągłe,  idealne  pod  każdym  względem.  Przez  tych  kilka 
minionych dni starał się stłumić przemożną chęć dotykania jej, zaniepokojony tym, że jego 

mroczne pragnienia od

zywają  się  z  taką  siłą.  A  teraz  wreszcie  mógł  je  zaspokoić.  Z 

background image

zachwytem  pieścił  więc  ciało  Celie,  które  było  właśnie  takie,  jakiego  się  spodziewał  - 
delikatne, lecz silne, gładkie jak marmur, lecz emanujące cudownym ciepłem. 

Ona  zaś  objęła  go  w  pasie  i  trochę  nieśmiało  wsunęła  dłonie  pod  gruby  sweter. 

Muśnięcie jej palców na nagiej skórze podziałało na Norberta niezwykle podniecająco. Był 
doświadczonym kochankiem, umiał sprawić kobiecie rozkosz i sam ją przeżyć, nie dając z 
siebie zbyt wiele. Ale przy Celestine stracił wszelkie hamulce. Chciał chwycić ją na ręce, paść 
z nią na łóżko i szaleńczo kochać się z nią aż do utraty tchu, zrzuciwszy z siebie i z niej tylko 
najbardziej przeszkadzające części garderoby. Chciał zatonąć w tej kobiecie jak najgłębiej i 
uczynić  z  niej  swoją  jedyną,  upragnioną  partnerkę.  Pożądał  jej  tak  dziko,  że  prawie  nie 
rozpoznawał tego uczucia. Nigdy by nie przypuszczał, że go na nie stać. 

Ale ono naprawdę nim targało. 
Jednym gwałtownym ruchem ściągnął sweter przez głowę i cisnął na podłogę, a oczy 

Celest

ine rozbłysły. Powędrowała dłońmi po jego nagiej piersi, następnie zarzuciła mu ręce 

na szyję i przylgnęła do niego, on zaś mocno ją przytulił. Była niewiarygodnie miękka i taka 
delikatna,  jak  płatek  egzotycznego  kwiatu.  Norbert  odnalazł  suwak  spódnicy,  która za 
moment znalazła się u stóp Celestine. 

Będziemy  kochać  się  tutaj?  -  Głos Celie  także  był  miękki  i  równie  zmysłowy  jak 

gorące noce pod niebem Georgii, równie słodki jak poranek w Karolinie. 

A Norbert wiedział, że tym razem trzyma w ramionach prawdziwą Celestine. Wziął ją 

na ręce i znów się zdumiał, jaka jest drobna. W zasadzie powinna zginąć od jednego ciosu 

Bobby'ego  - 

atlety.  Ale  ona  oprócz  szczupłego  ciała  miała  jeszcze  kolosalną  wolę 

przetrwania, dużo silniejszą niż zaciekłość wszystkich zamachowców, którzy próbowali po-
zbawić życia tę niezwykłą kobietę. 

Norbert  położył  ją  na  kwiecistej  kołdrze  i  pospiesznie  się  rozebrał,  a  wtedy  Celie 

wyciągnęła do niego ręce. Leżąc obok niej wplótł palce w jej jedwabiste włosy, powędrował 

wargami po jej twarzy

, ucząc się konturów na pamięć. 

Będę ostrożny - obiecał. - Ale musisz mi pomóc... 

Norbert,  ja...  nie  stosuję  żadnych  środków  zapobiegawczych.  I  nie  mogę 

ryzykować... 

Uciszył ją pocałunkiem. 

Biorę to na siebie. Nie dopuszczę, żebyś miała jakiekolwiek problemy. 

- Wiem - 

odparła z westchnieniem. - Już to wiem. Jej ufność podziałała na niego jak 

ciepły promień słońca. 

Zadbam o to, żebyś była bezpieczna. Pod każdym względem. 

background image

Wiem, że chcesz. Wierzę ci... 

Obrysował  czubkami  palców  jedną  pierś,  a  słowa  Celestine  przeszły  w  cichutkie, 

słodkie jęknięcie. 

Twoje  nerwy  nie  są  nawet  tuż  pod  skórą,  tylko  na  samym  wierzchu  -  szepnął.  - 

Chyba  dzięki  tej  wrażliwości  udawało  ci  się  przeżyć.  A  teraz  wykorzystamy  ją  w  innym 

celu... - 

Zaczął delikatnie gładzić pierś, która pod wpływem tej pieszczoty nabrzmiała i stała 

się jeszcze cieplejsza. Po chwili położył dłoń na brzuchu Celestine i przesunął rękę niżej tak 
powoli, że sam był zdumiony swoim opanowaniem. 

Czuł  na  swojej  skórze  dłonie  Celestine;  błądziły  po  jego  ciele  z  cudowną 

delikatnością,  lecz  budziły  doznania,  jakich  Norbert  nigdy  przedtem  nie  doświadczył. 
Sprawiały, że chciał być dotykany wszędzie i sam też pragnął dotykać z taką samą czułością. 
Chwilami nie potrafił rozróżnić swojej rozkoszy od tej, którą dawał Celestine. Gdy poruszyła 
biodrami i głośno wciągnęła powietrze, wydał pomruk zachwytu i poczuł drobną, ciepłą dłoń, 
która umiejętnie zintensyfikowała jego zmysłowe doznania. 

Pocałunek,  którym  obdarzył  Celestine,  zdawał  się  nie  mieć  końca.  Ta  kobieta  była 

równie słodka, jak zapach rozgrzanych słońcem róż. I miała ciało, które poznawał z radością, 
wędrując  dłońmi  po  jego  wklęsłościach  i  wypukłościach,  po  jedwabistych,  długich  udach, 
kształtnych pośladkach i cudownie jędrnych piersiach. 

Serce  waliło  mu  jak  oszalałe,  a  mięśnie  boleśnie  się  kurczyły,  gdy  usiłował 

powstrzymać się od tego, czego pragnął najbardziej. Ale wyczuwał, że Celestine nie robiła 
tego  często.  Z  przejawami  jej  namiętności  splatało  się  bowiem  wahanie  kobiety 
niedoświadczonej  seksualnie.  Wspomniała  o  jednym  kochanku.  Norbert  wątpił,  czy  miała 
drugiego. Uciekała od tak dawna, w takim strachu, że w jej życiu chyba nie było miejsca na 
mężczyznę. 

Również dlatego, że w jej życiu nie było miejsca na zaufanie. 
Przewrócił się na wznak i sięgnął do szuflady nocnej szafki po zabezpieczenie. 

- Celestine... - 

Położył ją na sobie i zamknął oczy, a ona znów go pocałowała. Czuł na 

ciele jej powabne miękkości i niczego innego bardziej nie pragnął, jak odwrócić ją na plecy i 
w niej zatonąć, biorąc w posiadanie ją całą. Chciał zawładnąć nie tylko jej ciałem, lecz także 
sercem  i  duszą,  zapanować  nad  jej  życiem.  Było  to  odwiecznym  dążeniem  wszystkich 
prawdziwych mężczyzn i on pod tym względem wcale się od nich nie różnił. Ale miał sporo 
rozsądku  i  zanadto  zależało  mu  na  Celestine,  aby  kierować  się  wyłącznie  pierwotnymi 
żądzami. Obawiał się ją przestraszyć lub uczynić jej coś złego. Musiał więc dostosować się 

do niej. 

background image

Co mogę zrobić, żeby dać ci rozkosz? - szepnęła, patrząc mu w oczy. 

Gdyby nie wzruszenie i p

odniecenie, chyba parsknąłby śmiechem. Ale dostrzegł w jej 

spojrzeniu autentyczny niepokój, wiedział więc, że ona mówi serio. 

Cokolwiek. Na co masz ochotę. 

Chcę się z tobą kochać... 

- To dobrze. - 

Ledwie zdołał wydusić z siebie te słowa. 

Tak... całkowicie. Powoli. 

Położył dłonie na jej biodrach, a ona przyjęła go w sobie właśnie tak, jak powiedziała 

całkowicie i powoli. Norbert na moment wstrzymał oddech i gardłowo jęknął, gdy płynnie 

zakołysała  ciałem.  Już  zapomniał,  że  mężczyzna  i  kobieta  mogą  tak wspaniale do siebie 
pasować. I że seks może być czymś więcej, niż tylko sposobem pozwalającym zapomnieć o 

duchowej pustce. 

Każdy ruch Celestine cudownie przypominał o tym, że ta intymność oferuje również 

nieskończenie wiele czułości i ekstazę oraz poczucie jedności, którego nie sposób porównać z 
żadną  inną  emocją.  Norbert  już  kiedyś  jej  doświadczył,  lecz  teraz  nie  czuł  się  winny, 
przeżywając  to  wszystko  po  raz  drugi.  Lynn  na  pewno  by  zrozumiała.  Chciałaby,  żeby 
naprawdę żył... A przecież on od tak dawna tylko wegetował. 

- Norbert... - 

szepnęła Celestine. Miała zamknięte oczy, a na jej twarzy malowało się 

napięcie. 

Znów spróbowała się poruszyć, a on dopiero teraz zauważył, że Celie może opierać 

się tylko na jednej ręce. 

-  Zaczekaj.  - 

Obrócił się wraz z Celie i delikatnie położył ją na wznak. - Dobrze się 

czujesz? 

Nawet nie pamiętałam, że boli mnie bark. - Otworzyła oczy, a Norbert ujrzał w nich 

łzy. - Zawsze myślałam, że... że to tylko seks. 

Oczywiście, że między nimi chodziło o coś więcej, ale Norbert jeszcze nie chciał tego 

nazwać. Nadal za wiele stało między nim a Celestine. 

Teraz on zaczął się poruszać, a ona nie przymknęła powiek i nie uciekła spojrzeniem 

w bok. Norbert mógł więc zobaczyć w jej oczach całą gamę cudownych doznań i wiedział, że 

Celestine to samo widzi na jego twarzy. 

Nigdy przedtem nie przeżyła takiej ekstazy, nie czuła takiego słodkiego pulsowania. 

Teraz leżała obok Norberta, słuchając jego coraz spokojniejszego oddechu. Ale była pewna, 
że Norbert nie śpi, chociaż oboje milczeli. 

background image

C

elestine miała w głowie zbyt wielki zamęt, aby trafnie nazwać to, co właśnie stało się 

ich  udziałem.  Gdyby  koniecznie  musiała  powiedzieć,  co  czuła,  zanim  zaczęli  się  kochać, 
użyłaby  słowa  „pożądanie”.  Pragnęła  zneutralizować  napięcie.  Pragnęła  być  dotykana. I 
kusząca. Tylko tyle, bo do miłości chyba nie była zdolna. Nie mogła nawet pozwolić sobie na 
marzenia, skoro żyła w ciągłym zagrożeniu. 

Może więc czuła jedynie wdzięczność? W ramionach Norberta doświadczyła czegoś, 

co do tej pory uważała za nierealne. Całkowicie zaufała temu mężczyźnie. Pozwoliła wziąć 
górę  swoim  wszystkim  sekretnym  pragnieniom,  a  Norbert  je  spełnił.  Dlatego  słowo 
„wdzięczność”  wydawało  się  zbyt  ubogim  określeniem  tych  cudownie  wstrząsających 
doznań. I tych emocji, które nadal w niej buzowały. 

- Spisz? 

- A powinnam? - 

Otworzyła oczy i ujrzała twarz Norberta tuż nad swoją. 

To podobno tak działa. 

Ale ty nie jesteś senny. - Spróbowała wyczytać coś z jego spojrzenia, lecz Norbert 

chyba znów zamknął się w sobie. 

Nie chcę stracić ani sekundy z tych chwil, które spędzamy razem. 

Cieszę  się  -  odparła  z  uśmiechem  i  odniosła  wrażenie,  że  ten  uśmiech  został 

wywołany przez coś, co stało się dla niej dostępne dopiero teraz. Ale nie wiedziała jeszcze, co 

to jest. 

Zostań tutaj. 

- Dlaczego? D

okąd idziesz? 

Zaraz wrócę. 

W  pokoju  było  już  prawie  ciemno,  lecz  Celestine  odprowadziła  zachwyconym 

wzrokiem  muskularną  sylwetkę  wychodzącego  z  sypialni  mężczyzny.  Dopiero  gdy  znikł, 
przypomniała sobie o prezentach. I o torcie. 

Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. Już nie pamiętała, kiedy jej urodziny 

były  czymś  więcej,  niż  tylko  okazją  do  stwierdzenia,  że  przeżyła  kolejny  rok.  A  Norbert 
nawet nie podejrzewał, jakie ważne są te dwudzieste piąte urodziny. 

Zgodnie  z  jej  przewidywaniem  wrócił  do  sypialni  z  naręczem  podarunków.  Zapalił 

nocną lampkę i rozsiadł się po turecku na łóżku. 

Tylko nie śpiewaj - jęknęła. - Bo się rozpłaczę ze wzruszenia. 

Nigdy nie śpiewam. Doprowadziłbym do płaczu każdego. 

background image

Celestine także usiadła. Nigdy dotąd nie była całkiem naga w obecności mężczyzny. 

Ale przy Norbercie nie czuła zawstydzenia. Poza tym on przecież znał każdy zakamarek jej 
ciała. 

Nie musiałeś tego robić. Niepotrzebnie powiedziałam ci o tych urodzinach. 

A ja jeszcze ci nie powiedziałem, jaka jesteś piękna. 

Komplementy są zbędne. - Spojrzała na niego i poczuła, że się rumieni. - Wiem, że 

mam przeciętną urodę,  ale ta przeciętność działała zawsze na moją korzyść,  gdy musiałam 
zmieniać swój wygląd, więc nie narzekam. Mam rysy, które nikomu nie pozostają w pamięci. 

Nonsens. Ja natychmiast zapamiętałem twoją twarz. 

Podobno zwróciłeś uwagę na mój chód. 

Wszystko  w  tobie  jest  nadzwyczajne.  Zwłaszcza  teraz.  Sięgnęła  po  jego  dłoń,  nie 

wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić. 

- Nie otworzysz prezentów, trzy

mając mnie za rękę. 

Więc pewnie mi pomożesz? 

Nie. Wolę patrzeć, jak sama je wyjmujesz. 

Zrobiłeś  zakupy  w  Canterbury?  -  spytała  z  uśmiechem,  rozwiązując  pierwszą 

kokardkę. 

- Tak. 

Celestine zdjęła lśniący papier i podniosła wieczko białego pudełka. 

- Och! Norbert, jakie... 

- Wyjmij i zobacz. 

Już  wiedziała,  co  to.  Trzymała  w  dłoniach  nocną  koszulkę  ze  szmaragdowego 

jedwabiu, na cieniutkich ramiączkach i z dekoltem chyba do pępka. 

Przypuszczałeś, że...? 

Nie.  Ale  podczas  długich,  bezsennych  nocy  wciąż  sobie  wyobrażałem,  jak 

wyglądasz, leżąc tam na górze w łóżku. I nie byłem w stanie nawet w myślach rozebrać cię z 
tego flanelowego namiotu, który dała ci Betty. 

Celestine pochyliła się i cmoknęła Norberta w usta, po czym z zachwytem przyłożyła 

koszulkę do piersi. 

Zaraz ją włożę. 

Ani się waż. - Norbert wyjął jej koszulę z rąk, a Celestine wesoło się roześmiała. 

Dziękuję. 

- Otwórz to. 

Przesadziłeś z tą ilością. 

background image

Już zapomniałem, jaką radość sprawia kupowanie prezentów kobiecie. 

Naprawdę? - spytała, poważniejąc. 

- Tak. 

Wiedziała,  że  powiedział  prawdę.  Na  pewno  od  czasu  swojego  rozwodu  nie  miał 

wystarczająco bliskiej kobiety, której chciałby zrobić prezent. 

Cieszę się, że miałeś frajdę. 

- Teraz zajrzyj tutaj. 

Sięgnęła  po  kolejny  prezent  i  wlepiła  oszołomione  spojrzenie  w  czarną  suknię  - 

niewątpliwie kaszmirową, piękniejszą niż wszystko, co miała w  ciągu  minionych kilku lat, 
zaprojektowaną tak, aby budziła grzeszne myśli. 

Znalazłeś coś takiego w Canterbury? 

Wydała mi się trochę podobna do tej, którą nosiłaś, gdy pierwszy raz cię ujrzałem. 

Och, ta jest o wiele piękniejsza. - Celestine lekko strzepnęła sukienkę i przyłożyła ją 

do siebie. - Jest cudow

na. Dziękuję. 

Pogratuluję sobie, jeśli będzie leżała, jak tamta. 

Wiele zawdzięczam owej sukience, prawda? Gdybyś wtedy za mną nie poszedł, teraz 

nie bylibyśmy razem. 

-  Jest jeszcze jedna rzecz. - 

Wręczył  jej  prezent  w  czerwono  -  złotym  pudełku, 

przewiązanym białą wstążeczką. 

Wyjęła  z  niego  kawałek  jasnego  drewna  i  zaraz  stwierdziła,  że  jest  to  swoista 

układanka w formie kostki, składającej się z wielu elementów. 

Och, to przecież arka Noego! - Celestine musnęła palcami drewniany statek i małe 

figurki zwierząt. - Jakie śliczne! Nie masz pojęcia, jak mi się to podoba. 

Znalazłem tę kostkę w sklepie, gdzie kupiłem smoka dla Teddy'ego. 

Zachowam ją na zawsze. 

Chciałem, żebyś miała coś przypominającego o mnie. 

Nie odpowiedziała, ponieważ nie wiedziała, co powiedzieć. I dławiło ją w gardle. 

Żeby zostało ci nie tylko wspomnienie tej nocy - dodał Norbert, bez cienia uśmiechu 

na twarzy. 

Celestine  starannie  powkładała  wszystkie  prezenty  do  pudełek  i  postawiła  je  na 

podłodze. 

Arka jest prześliczna - powiedziała. - I będzie dla mnie jak skarb. Ale nie potrzebuję 

zabawki, aby pamiętać o tobie, Norbercie. 

Nie zgodzisz się na moją pomoc? 

background image

-  Nie rozmawiajmy o tym. Nie teraz, dobrze? - 

Wstała  i  położyła  dłonie  na  jego 

ramionach. - W ogóle niczego nie mówmy. 

Przez  chwilę  miał  ochotę  się  sprzeciwić.  Celestine  uklękła  przed  nim,  błagając  go 

samym spojrzenie

m. Nie zniosłaby kolejnej sprzeczki z Norbertem. 

Niektórzy  ludzie  uważają  mnie  za  najbardziej  nieugiętego  człowieka  świata  - 

mruknął. - Ale nie znają ciebie. 

To moje najpiękniejsze urodziny, Norbercie. Mogę ci przyzwoicie podziękować? 

Wolałbym nieprzyzwoicie. 

- Norbercie... - 

Musnęła kącik jego ust czubkiem palca. - Chciałbyś, żebym włożyła tę 

czarną suknię... i nic pod spód? 

- Bardzo. - 

Błysk w oczach Norberta zmienił się w płomień. 

Przykro mi, że ścięłam włosy. Ale mógłbyś udawać... 

Nie muszę udawać, że biorę cię za kogoś innego. I nie chcę, żebyś ty udawała inną 

kobietę. 

Nie inną. Marie St. Germaine była częścią mnie. Lubiłam ją. 

Wzięła  sukienkę  i  powoli  ją  uniosła,  prowokacyjnie  kołysząc  biodrami.  Następnie 

wsunęła ją przez głowę i powolutku ściągnęła w dół, stopniowo zasłaniając piersi i biodra. 
Sukienka sięgała przed kolana i okazała się bardziej obcisła, niż tamta poprzednia. 

Celestine zburzyła włosy i stanęła w pozie modelki, wysuwając do przodu jedną nogę. 

I jak? Podoba ci się? 

Norbert zerwał się z łóżka i podszedł do Celestine. Bez uśmiechu i bez jednego słowa 

położył dłonie na piersiach Celie, a ona gwałtownie wciągnęła powietrze. Wtedy przesunął 
rękami  wzdłuż  jej  ciała,  wygładzając  dżersej,  zatrzymał  je  na  biodrach  i  kucnął  przed  nią, 
następnie powędrował dłońmi po udach i sięgnął pod sukienkę. 

Tylko jedno spodobałoby mi się bardziej od wkładania tego ciuszka. 

- Co takiego? - 

Głos Celestine zabrzmiał zmysłowo. 

- Zdejmowanie. 

Gdy Celestine zbudziła się o świcie, Norbert jeszcze smacznie spał. We śnie wyglądał 

mniej surowo, jak człowiek, który uznał świat za bezpieczne miejsce, gdzie można usnąć z 
kobietą w ramionach. 

Lecz świat wcale taki nie był. I może Norbert jednak to wiedział. Może domyślił się, 

że śpiąc z nim tej nocy, popełniła najgorsze z oszustw. Nie obiecała, że z nim zostanie, że 
zgodzi się, aby pomógł jej zmierzyć się z jej demonami. Kochając się z nim, właściwie z góry 
wiedziała, że go zostawi... Było to więc jak zdrada... ponieważ teraz musiała znów uciec. 

background image

Pow

olutku usiadła, a Norbert nawet się nie poruszył. W pokoju panował chłód, lecz 

dzięki temu szybciej oprzytomniała. Wstała i szybko zebrała z podłogi swoje prezenty. Jak 
zwykle powinna ruszyć w drogę, mając przy sobie niewielki bagaż, ale nie mogła zmusić się 
do  pozostawienia  tego,  co  dał  jej  Norbert.  W  ciągu  ostatnich  kilku  lat  nauczyła  się  nie 
przywiązywać do przedmiotów, ale te rzeczy już stały się bliskie jej sercu. 

Wzięła jeszcze odzież leżącą przy drzwiach i ubrała się w kuchni. Niebo za oknami 

dopier

o  zaczynało  szarzeć.  Na  stole  walały  się  resztki  ich  kolacji,  którą  zjedli  o  północy, 

wszędzie  leżały  okruchy  urodzinowego  tortu.  Zaledwie  parę  godzin  temu  oboje  śmiali  się 
dosłownie z niczego, łapczywie zjedli pieczonego kurczaka, a później karmili się nawzajem 
tortem jak para nowożeńców na ślubnym przyjęciu. 

Ciekawe, czy Norbert już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że wkrótce się rozstaną. 

Siadając do stołu, Celestine wiedziała, co powinna zrobić. A zanim zaczęli kochać się po raz 
ostatni, wiedziała także, jak ma zrealizować swoje plany. 

Jeszcze  raz  rozejrzała  się  po  kuchni.  Wszystko  nagle  zaczęło  się  wydawać  takie 

nadzwyczajne, pełne wspomnień. Wiedziona impulsem, urwała jeden suchy kwiatek z gałązki 
oplatającej sufitową belkę. Norbert dowiedział się od Marian, że są to pędy chmielu, które w 
hrabstwie Kent często służą do ozdabiania wnętrz pubów i domów mieszkalnych. Chmiel był 
tu kiedyś głównym źródłem dochodu i okoliczni mieszkańcy nadal wierzyli, że przejście pod 
wiązką chmielu zapewni człowiekowi powodzenie w interesach i szczęście osobiste. 

W kilka minut spakowała do nowej torby wszystkie swoje rzeczy. Zabierała ze sobą 

niewiele,  lecz  i  tak  więcej,  niż  kiedykolwiek  miała.  A  najcenniejsze  były  wspomnienia  tej 

ostatniej nocy. 

Napisała liścik, w którym poprosiła Norberta, aby się na nią nie gniewał. Zostawiła 

kartkę na stoliku i przycisnęła ją zdjętą z palca ślubną obrączką. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Telewizor odbierał tylko program jednej stacji, chyba że ktoś chciał za opłatą obejrzeć 

emitowane filmy pornog

raficzne. Celestine nie była spragniona takich rozrywek. Miała ich aż 

nadto,  z  konieczności  słuchając  odgłosów  dobiegających  z  sąsiedniego  pokoju. 
Wynajmowano go na godziny i kolejne pary robiły z łóżka imponujący użytek. 

Celestine nie spodziewała się tutaj żadnych luksusów. Wystarczy, że po ścianach nie 

łaziły karaluchy, pościel była czysta, choć pożółkła ze starości, a w drzwiach znajdował się 
wizjer.  Zaś  decydującym  czynnikiem  okazała  się  solidna  zasuwka.  Teraz,  gdy  ktoś  głośno 
zapukał, Celestine na palcach podeszła do drzwi, aby sprawdzić, kto ją niepokoi. 

Natychmiast otworzyła i znalazła się w objęciach gościa. 

- Allie... - 

Wciągnęła swoją najlepszą przyjaciółkę do pokoju i zamknęła drzwi. - Och, 

Allie... - 

Celestine rozpłakała się ze wzruszenia. - Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę. 

Jezu, Celestine, chyba już nie mogłaś znaleźć gorszej nory? 

Obrażasz moją skromną siedzibę. - Celestine otarła oczy i niechętnie wysunęła się z 

objęć Allie. 

Skromna to mało powiedziane! Chryste, z lewej strony lombard, z prawej... też. Jeśli 

zapragniesz kupić spluwę to trafiłaś, gdzie trzeba. 

Spluwa może by mi się przydała - mruknęła Celestine, zasuwając łańcuch. 

Skarbeńku, nawet nie mów takich rzeczy! Nikt nie wie, że tu jesteś. Wszystko będzie 

dobrze. Już wkrótce. 

Celestine nie mogła oderwać wzroku od twarzy Allie. Jej długie do ramion, ciemne 

włosy  lśniły,  a  spojrzenie  piwnych  oczu  wędrowało  po  sylwetce  przyjaciółki,  oceniając 
zmiany, jakie w niej zaszły w ciągu minionych kilku lat. 

Allie  miała  mały,  zadarty  nosek,  pełne,  zmysłowo  wykrojone  usta  oraz  wspaniałą 

figurę z talią osy. Zawsze uchodziła za największą buntowniczkę ze wszystkich uczennic w 
ich  liceum,  a  także  w  internacie,  gdzie  obie  mieszkały.  W  tym  czasie,  gdy  Celestine 
przebywała  za  granicą,  Allie  skończyła  studia  i  zaczęła  pracować  jako  przedstawicielka 
handlowa dużej firmy farmaceutycznej z Północnej Karoliny. Celestine była pewna, że wielu 
lekarzy  ze  wschodniej  części  stanu  niecierpliwie  wyczekuje  służbowych  wizyt  pięknej 

Allison. 

- I jak? - 

spytała Allie. 

Wyglądasz bosko! Mowę mi odjęło. 

background image

Nie żartuj! - Allie uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się śliczne dołeczki. 

Ty też nieźle się prezentujesz. Może to skakanie po świecie dobrze ci robi? 

Celestine  odruchowo  przeczesała palcami krótkie, rozjaśnione  na  blond  włosy. 

Doskonale pasowały do sportowej odzieży w kalifornijskim stylu i złocistej opalenizny, będą-
cej  rezultatem  wylegiwania  się  na  opalającym  łóżku  u  kosmetyczki w Edynburgu, gdy 
Celestine czekała na zrobienie nowych dokumentów. Nikt, kto znał Celie Sherwood, teraz nie 
rozpoznałby jej na pierwszy rzut oka. Czasem zastanawiała się, co na jej widok powiedziałby 
Norbert... Wciąż pojawiał się w jej snach, choć od ucieczki z Trilling - den minął miesiąc. 

Nienawidzę  tych  podróży  -  mruknęła,  opuszczając  rękę.  -  Zamierzam z nimi 

skończyć. 

Cieszę się, że wróciłaś. O nic się nie martw. 

Usiądź.  -  Celestine  wskazała  krzesło  z  podniszczonym  siedzeniem  z  plastikowej 

plecionki. - 

Mam dla nas colę. 

Otworzyła puszkę i podała ją Allie. - Szkoda, że nie mogę zatrzymać się u ciebie. Z 

radością zobaczyłabym twój apartament. 

Pamiętasz,  jak  dawniej  gadałyśmy  po  nocach  o  tym,  co  zrobimy,  gdy  wreszcie 

będziemy wolne? Dokąd pojedziemy? Co sobie kupimy? - Allie uniosła puszkę. - Wypijmy 
za spełnione marzenia. Ty pewnie byłaś we wszystkich miejscach, które wymieniłyśmy. A ja 
znajdywałam jednego dobrego chłopaka po drugim, żeby kupował mi śliczne rzeczy... 

- Jednego po drugim? - 

Celestine otworzyła drugą puszkę. 

Ty miałaś klasę i dobry gust. Ja nie. - Allie wzruszyła ramionami. 

Nie spotkałaś nikogo nadzwyczajnego? 

W przeciwieństwie do ciebie nie wierzę w bajki. 

Allie uśmiechem złagodziła swój cierpki ton. - To ty czekałaś na rycerza w lśniącej 

zbroi, który zabierze cię na białym koniu do krainy baśni. Ja zawsze zadowalałam się jakimś 
szarakiem, dopóki się nie zmył. 

Celestine  uśmiechnęła  się,  lecz  była  pewna,  że  Allie  mówi  szczerze.  Jako  jedyne 

dziecko  samotnej  matki,  Allie  w  porównaniu  z  pozostałymi  dziewczętami  z  liceum  była 
ubogim  Kopciuszkiem.  A  po  śmierci  jej  matki  jacyś  krewni  zaczęli  opłacać  dość  wysokie 
czesne, żeby tylko nie mieć z Allie do czynienia, lecz nie dawali jej kieszonkowego. Dawno 
temu  Allie  poprzysięgła  sobie  -  jak Scarlett O'Hara -  że  zrobi  wszystko,  aby  tylko nigdy 
więcej nie cierpieć głodu. 

background image

-  A ty? - 

Allie  oparła  bose  stopy  o  łóżko  i  poruszyła  palcami  z  polakierowanymi 

paznokciami.  - 

Wiem,  że  uważałaś  Stephena  za  swojego  rycerzyka.  Nie  spotkałaś  jakiegoś 

innego rycerza Okrągłego Stołu? 

Był  pewien  mężczyzna w Anglii... -  Celestine  zaczęła  skubać  wypłowiałą  kapę.  - 

Amerykanin. 

Jakoś go tu nie widzę... 

Zostawiłam go. Nie chciałam bardziej go angażować. 

- Bardziej? 

Uratował mnie. Był kolejny zamach na moje życie. 

O, Boże. - Allie wyprostowała się i spoważniała. 

Dlaczego nic nie powiedziałaś? 

Po co? Żeby cię zmartwić? 

- Niech szlag trafi tych drani! - 

Allie walnęła pięścią w poduszkę. 

Pokonam ich. Dlatego wróciłam. Nie zamierzam więcej uciekać. Dowiedziałam się, 

że wkrótce odbędzie się wstępna rozprawa rozpoczynająca proces formalnego uznania mnie 
za zmarłą. Millie i Roger uczynią absolutnie wszystko, żebym nie weszła w posiadanie tego, 
co mi się należy. Ale już skończyłam dwadzieścia pięć lat. Cała posiadłość jest moja, a raczej 
będzie, gdy w piątek wejdę do sali sądowej i powiem sędziemu, jak się nazywam. 

Taki masz plan? Sądzisz, że możesz zaryzykować? 

Allie znów wzięła puszkę. 

Muszę. Chcę wreszcie zacząć normalnie żyć. Te minione lata były jednym wielkim 

koszmarem. 

- Whit wie? 

- Nie. 

- Jakim cudem? 

- Nie ufam mu. 

Skarbeńku...  -  Allie  z  niedowierzaniem  pokręciła  głową.  -  Skoro nie ufasz 

poczciwemu, staremu Whitowi, to komu uwierzysz? 

Doskonałe  pytanie,  pomyślała  Celestine.  Sama  wciąż  je  sobie  zadawała.  Ale  po 

długich rozważaniach nie mogła zlekceważyć ostrzeżeń Norberta. Whit był jednym z trojga 
ludzi,  którzy  wiedzieli,  kiedy  ona  będzie  w  Canterbury.  Oczywiście  nie  musiał  okazać  się 
zdrajcą. Może  Bobby trafił na jej ślad samodzielnie, popytał taksówkarzy, pracowników  w 
wypożyczalniach aut... Ale wątpliwości pozostały, toteż wolała nie ryzykować. 

background image

Chyba  nikt  nie  oczekuje,  że  przyjdę  na  tę  rozprawę.  Wszyscy  zainteresowani 

prawdopodobnie przypuszczali, że jeśli się zjawię, to dokładnie w swoje urodziny. Wtedy nie 
wróciłam, więc wujostwo złożyli wniosek o uznanie mnie za zmarłą. Zazwyczaj musi minąć 
siedem  lat,  lecz  oni  twierdzą,  że  pewnie  popełniłam  samobójstwo,  ponieważ  mój  stan 
psychiczny bardzo się pogorszył po śmierci Stephena. 

Przecież oni wiedzą, że żyjesz. Usiłowali cię zabić. 

-  A

le  sędzia  nie  ma  o  tym  pojęcia.  A  Roger  i  Millie  nie  spodziewają  się  mnie 

zobaczyć. Mają nadzieję, że zdążą załatwić niezbędne formalności, zanim przyjadę. Jeśli w 
ogóle to nastąpi. 

Skąd wiesz, jak rozumują? 

Zgaduję. 

Chwileczkę. - Allie usiadła po turecku. - Co będzie, jeśli postanowią cię zabić, gdy 

się  pojawisz?  Och,  nie  w  sali  sądowej,  oczywiście,  ale  trochę  później,  zanim  formalnie 
staniesz  się  właścicielką  posiadłości?  Bo  jestem  pewna,  że  spróbują  odroczyć  decyzję 
sędziego. Użyją argumentu, że jesteś niepoczytalna i miną całe tygodnie, nim położysz łapkę 

na swoich dobrach. 

Zamierzam  zlecić  Whitowi  sporządzenie  mojego  testamentu.  Zapiszę  dosłownie 

wszystko największej organizacji dobroczynnej, jaką zdołam znaleźć. Takiej, która zatrudnia 

najba

rdziej  bezwzględnych  prawników.  Dwie  minuty  po  udowodnieniu  sędziemu,  że  żyję, 

posiadłość  stanie  się  moją  własnością,  chociaż  sprawy  papierkowe  jeszcze  nie  będą 
załatwione. Załóżmy, że w międzyczasie umrę. Wówczas mój testament natychmiast nabierze 

mocy u

rzędowej, a jeśli ktoś go zakwestionuje, to rozpęta się sądowe piekło. Kiedy opadnie 

kurz, Millie i Roger zostaną z niczym. A poza tym mam zamiar dokładnie wyjaśnić sędziemu, 
dlaczego przez te lata się ukrywałam i czego się obawiam. Nawet jeśli uzna mnie za wariatkę, 
a ja umrę, zanim wszystkie papierki zostaną skompletowane, to on z pewnością każe wszcząć 

dochodzenie. 

- Fiuuu... - 

Allie gwizdnęła z podziwu. - To niezłe zagranie. 

- Jest pewien haczyk. 

- Jak zawsze. 

Whit musi przygotować niezbędne dokumenty. - Celestine dokładnie to przemyślała. 

Jej życie zależało od tego, jak rozegra tę partię. Od wyjazdu z Kentu nie przespała porządnie 

ani jednej nocy. 

- Dlaczego on? 

background image

Ponieważ  dysponuje  wszystkimi  danymi  na  temat  posiadłości  i  majątku  po  moich 

rodzicach, 

a ja nie mogę sobie pozwolić na jakikolwiek błąd w dokumentach. Mój testament 

musi być nie do obalenia... lub jestem martwa. Jeśli zwrócę się do jakiegoś adwokata z ulicy, 
to  on  i  tak  będzie  musiał  iść  do  kancelarii  „Flinders,  Billett  &  Crane”,  aby  otrzymać 
niezbędne informacje. To nie tylko przedłuży sprawę, ale i zasygnalizuje Whitowi, że jestem 
tutaj.  Lepiej  więc  zwrócić  się  od  razu  do  niego.  A  później  najwyżej  poproszę  eksperta  o 

sprawdzenie dokumentu. 

- Jak zlecisz Whitowi napisanie testamentu? 

Pomożesz mi, Allie? 

Wiesz, że tak. Dla ciebie przeszłabym po rozżarzonych węglach. 

Pójdziesz  do  Whita  i  powiesz  mu,  że  potrzebuję  testamentu.  Nie  mów,  gdzie 

przebywam,  ani  po  co  mi  ten  papierek.  Niech  go  sporządzi  dokładnie  tak,  jak  to  kiedyś 
ustaliliśmy. Potem weź kopię, którą zaniosę do sądu. 

-  Tylko tyle? - 

Allie  była  wyraźnie  rozczarowana.  -  Liczyłam  na  coś  w  stylu  Maty 

Hari. Miałam nadzieję, że przynajmniej będę musiała sprzedać moje ciało. 

Zwrócisz się do Whita? 

Jasne, że tak. 

Dziękuję. 

Zaraz  powinnam  zmykać.  Chyba  nikt  mnie  nie  śledził,  bo  uważałam,  żeby  jakiś 

szpieg Millie i Rogera nie siedział mi na ogonie, ale lepiej nie ryzykować. 

- Ten motel to nie miejsce w twoim stylu. 

Przeciwnie!  Twoja  rodzinka  uważa,  że  właśnie  w  takie  miejsca  jeżdżę,  żeby  się 

zabawić. Zawsze uważali mnie za ladaco. 

Nie warto nawet o nich mówić. 

Powinnaś  o  czymś  wiedzieć.  -  Allison  spoważniała.  -  Dziadek  Sutter  chorował. 

Widziałam się z nim parę dni temu. Czasem do niego wpadam, z uwagi na ciebie. 

- Napra

wdę? - Celestine poczuła, że jej oczy wilgotnieją. - Odwiedzasz go ze względu 

na mnie? 

Gdy  moja  firma  przeniosła  mnie  do  Wilmington,  pomyślałam,  że  mogę  się  jakoś 

przydać... chociaż w ten sposób. Więc odwiedzam dziadka Suttera, słucham jego historyjek, 
wypijamy razem parę piw... 

Nie powinien pić. 

- Jemu to powiedz, nie mnie. Straszny z niego uparciuch. 

Wiem. Szkoda, że nie mogę się z nim zobaczyć. 

background image

Możesz. 

Jak? Na razie muszę trzymać się jak najdalej od Haven House. 

Starszy  pan  w  ubiegłym  tygodniu  przeniósł  się  do  córki.  Tylko  na  pewien  czas, 

dopóki nie wydobrzeje. Zadzwonił do mnie, żebym wiedziała, gdzie jest. Nikomu nawet nie 
przyjdzie  do  głowy,  że  znasz  tę  informację,  więc  twoi  wujostwo  nie  każą  obstawić  domu. 
Córka i zięć dziadka pracują na nocną zmianę. Ucieszy się, jeśli do niego zajrzysz. A później 
rozpłyniesz się w mroku. 

Pomyślę o tym. Podaj mi adres. 

Allison pogrzebała w torebce i wyjęła z niej karteczkę. 

Dziadkowi  też  nie  powiedziałam,  że  wróciłaś,  ani  nawet,  że  się  nad  tym 

zastanawiasz. 

- Ufam mu tak, jak tobie. 

Mogę tu dzwonić do ciebie? - Allison wstała. 

Lepiej nie. Skontaktuję się z tobą, korzystając z automatów. 

Twoje życie to kryminał klasy B. 

Ale  jakoś  to  przetrwam.  -  Celestine  odprowadziła  przyjaciółkę  do  drzwi.  -  A  już 

wkrótce będziesz do mnie dzwonić, ile razy zechcesz. Pokażesz mi swój apartament... 

Poderwiemy jakichś facetów. 

Wargi  Celestine  leciutko  zadrżały.  Perspektywa  podrywania  mężczyzn  wcale  nie 

wydawała się kusząca. Celestine myślała wyłącznie o Norbercie, lecz nawet gdyby zdołała go 
odnaleźć, to on zapewne nie chciałby jej widzieć po tym, co zrobiła. 

Dobrze zamknij za mną drzwi. Ten motel to okropna nora. Nie wiadomo, kto może 

się czaić za rogiem... Nigdy nie było wiadomo, prawda? - Allie uśmiechnęła się współczująco 
i  musnęła  wierzchem  dłoni  policzek  Celestine.  -  Trzymaj  się,  skarbeńku.  I  odezwij  się 
czasami. Twój wielki dzień się zbliża. 

Po  wyjściu  przyjaciółki  Celestine  zaryglowała  drzwi  i  oparła  się  o  nie  plecami.  Już 

wkrótce to wszystko się skończy. Ale na razie była zmęczona i samotna. 

Ciekawe,  gdzie teraz jest Norbert. Czy myślał o niej od tamtego świtu,  kiedy znów 

uciekła?  A  może  poprzysiągł  sobie  zapomnieć  o  niej  na  zawsze?  Lecz  gdziekolwiek 
przebywał, ona pragnęła być właśnie tam. 

Rhonda, c

órka dziadka Suttera, mieszkała w Morehead City, w drewnianym domku, 

który  wyglądał jak barak z bazy marynarki. Stał w rzędzie jemu podobnych, ukrytych pod 
koronami starych, rozłożystych drzew, które w upalny dzień dawały niemal tyle chłodu, co 

klimatyzacj

a. Na małym podjeździe ani pod daszkiem nie było samochodu, ale w saloniku 

background image

paliło się światło, widoczne przez szparę między zasłonami. Celestine dwa razy przejechała 
obok domu, aby zorientować się, z której strony najlepiej do niego podejść. Wynajęła auto z 
przyciemnionymi szybami, lecz mimo to miała wrażenie, że wszyscy na nią patrzą. 

W końcu zostawiła pojazd trzy przecznice dalej, ponieważ w tej okolicy ktoś idący 

piechotą nie wzbudzał zdziwienia. Na trawnikach bawiły się dzieci, poszczekiwały psy, a z 
okien  dochodziły  dźwięki  z  włączonych  telewizorów.  Na  wszelki  wypadek  poszła  jednak 
okrężną trasą, zmieniając kierunek i trzymając się największego cienia. 

Znając  dziadka  Suttera,  wiedziała,  że  zastanie  otwarte  drzwi.  I  nie  pomyliła  się. 

Wślizgnęła się do wnętrza, minęła skromniutko wyposażoną kuchnię z wiszącymi na ścianach 
tanimi obrazkami i weszła do pokoju. W bujaku, obok stojącej lampy, drzemał mężczyzna. 
Był niewątpliwie starszy o cztery lata, ale jak zawsze drogi sercu Celestine. 

- Dziadku? - Nie ch

ciała go przestraszyć, od razu podchodząc bliżej. - Dziadku? 

Otworzył oczy i spojrzał w jej stronę. 

- Kto to? 

- To ja, Celestine. - 

Zbliżyła się i uklękła obok fotela. 

-  Celestine?  - 

Przez  chwilę  mogło  się  wydawać,  że  to  imię  nic  mu  nie  mówi.  Ale 

staruszek 

zaraz oprzytomniał i uważniej spojrzał na twarz gościa. - Laleczko, to naprawdę ty? 

Dotknął jej włosów i zmarszczył brwi. 

Ja, dziadku, ale rozjaśniłam czuprynę, żeby trochę zmienić wygląd. 

Ciemne włosy też są ładne. Bóg ci je dał. 

Jak  się  czujesz,  dziadku?  - Wzięła  go  za  ręk ę  i  p o  raz  pierwszy  o d  czasu  gdy  się 

poznali, zauważyła, że naprawdę jest stary. Mocno przerzedzone włosy były całkiem siwe, a 
postać wydawała się skurczona i krucha. - Wiem od Allie o twojej chorobie. 

Starszy pan pochylił się i serdecznie ją objął. 

Dobra dziewczyna z tej Allie. Wiedziałem, że jeśli wrócisz do domu, to ona powie 

ci, gdzie jestem. 

Co ci dolegało? 

Głupstwo.  Zwyczajne  zapalenie  płuc.  Musiałem  rzucić  palenie.  Pożałowałem,  że 

żyję. 

Celestine roześmiała się i cmoknęła go w policzek. 

- Dochodzisz do siebie? 

Wolniej,  niż  bym  chciał.  Wkrótce  pojadę  na  swoje  śmieci,  chociaż  Rhonda  staje 

okoniem. Ale co ona tam wie. 

Rhonda cię uwielbia. Musisz o siebie dbać. 

background image

Rhonda martwi się o ciebie. 

Bardzo chciałabym się z nią spotkać, ale to zbyt ryzykowne, na razie tylko ty i Allie 

możecie wiedzieć o moim powrocie. 

Nie miałem pojęcia, że przyjedziesz. Może źle zrobiłaś? Ten Roger już liczy forsę, 

którą zgarnie, gdy sąd uzna cię za zmarłą. Jest zdolny do wszystkiego. 

- Z

nam go jak zły szeląg. 

Naprawdę jesteś cała i zdrowa, dziecinko? 

Tak. Trochę przerażona, ale też pełna nadziei. 

- Co zamierzasz? 

Przedstawiła mu swój plan, a staruszek słuchał, kręcąc głową i zadając pytania. 

Niewiarygodne,  że  do  tego  doszło  -  stwierdził  w  końcu.  -  Twój  dziadek  obdarłby 

Millie żywcem ze skóry, gdyby przypuszczał, co ta baba zacznie knuć. Zawsze uchodziła za 
czarną owcę. Nigdy nie było drugiej takiej w całej rodzinie St. Gervais. 

Ale to ja będę śmiać się ostatnia. 

- Jak ci pomóc? 

Życz  mi  szczęścia.  Tylko  tyle.  -  Celestine  cmoknęła  dłoń  staruszka.  -  Muszę  już 

lecieć. Chyba nie zobaczymy się przed rozprawą. 

Może nie powinnaś była tu przychodzić? Wiem, że te dranie bezustannie mają mnie 

na oku, gdy jestem u siebie. Nawet i 

tutaj mogą mnie obserwować. 

Warto było zaryzykować. 

Nie mów mi, gdzie mieszkasz. Nie jestem pewien, czy wytrzymałbym tortury. Co 

zrobię, jeśli dadzą mi papierosa za wydanie ciebie? 

Celestine parsknęła śmiechem, a dziadek Sutter patrzył na nią z czułością. 

Będziesz na siebie uważać, laleczko? Tak porządnie? Bo tych dwoje nie żartuje. 

Już się o tym przekonałam. - Podniosła się z klęczek. - Zadzwonię do ciebie, gdy 

wszystko  się  wyjaśni.  Wtedy  skoczymy  na  krewetki.  Coś  mi  się  zdaje,  że  trzeba  cię 

podtu

czyć. 

Nawet nie mając zębów, zjem więcej niż ty. 

-  Zobaczymy.  - 

Od  drzwi  przesłała  mu  buziaka  i  wyszła.  Uliczka  była  słabo 

oświetlona, co Celestine uznała teraz za plus. W cieniu wielkiego dębu poczekała, aż sąsiad, 
który wyrzucał śmieci, spłucze wyłożone kamiennymi płytami patio, ustawi ogrodowe meble 
i  wejdzie  do  domu.  Wtedy  przeszła  przez  płot  i  przemknęła  wzdłuż  rzędu  wysokich 
cyprysów. Później wróciła do samochodu inną trasą, niż przyszła - wąską alejką prowadzącą 

background image

do małego kościoła. Tam przystanęła, uważnie odprowadzając wzrokiem przejeżdżające auta, 
i pobiegła na ukos przez parking do następnej przecznicy. 

Rozglądając  się  wokoło,  doszła  do  wniosku,  że  nikt  jej  nie  śledzi.  W  oddali,  pod 

rozłożystym platanem, widziała swój samochód. W pobliżu stał jeszcze tylko jeden pojazd - 

ciemny sedan zaparkowany przed domem z remontowanym podjazdem. 

Wrześniowa noc była przyjemnie ciepła,  a na granatowym niebie mrugały gwiazdy. 

Celestine  z  zachwytem  oddychała  aromatycznym  powietrzem,  przesyconym  słonawym 

zapache

m  oceanicznej  bryzy.  Gdzieś  w  pobliżu  zaśpiewał  drozd,  a  od  strony  wybrzeża 

doleciał  krzyk  mew.  Westchnęła,  rozkoszując  się  tym  wszystkim.  Znajdowała  się  zaledwie 
parę kilometrów od Haven House. Prawie zwyciężyła. Była prawie bezpieczna. 

Jeszcze raz omio

tła  wzrokiem  najbliższą  okolicę  i  wsiadła  do  auta,  natychmiast 

zatrzaskując drzwiczki. Zanim jednak odwróciła się, aby sięgnąć po pasy, ktoś chwycił ją za 
ramię. Nie zdążyła wrzasnąć, ponieważ zasłonięto jej usta. 

Skoro ja zdołałem odnaleźć cię tak łatwo, to co z tymi, którzy pragną twojej śmierci, 

Celestine? 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

- Norbert! - 

zawołała zdławionym głosem i oderwała od ust jego rękę. 

Nie sprawdzasz auta, zanim do niego wsiądziesz? Nie odpowiedziała, oddychając tak 

głęboko, jakby chciała zmagazynować w organizmie zapas tlenu na cały rok. 

Nawet  nie  zauważyłaś,  że  nie  zapaliło  się  światło,  gdy  otworzyłaś  drzwiczki. 

Wykręciłem żarówkę. W tej chwili już mogłabyś być martwa. - Norbertem targały sprzeczne 
uczucia. Pragnął uspokoić Celestine, którą niewątpliwie bardzo przeraził, ale od miesiąca był 
na nią wściekły i chętnie wyładowałby teraz skumulowany gniew. 

Jak mnie znalazłeś? - spytała, ciężko dysząc. 

Zostawiłaś za sobą ślad wystarczająco długi i szeroki. 

Nigdy nie podałam ci swojego prawdziwego nazwiska! 

Jesteś  Celestine  Marie  St.  Gervais.  Córka Melanie i Simona St. Gervais, który po 

śmierci twojego dziadka odziedziczył wielki kawał wybrzeża nad zatoką oraz pakiety akcji 
firm przewozowych, zakładów przemysłu tytoniowego i tartaków. Siedzibą rodu jest Haven 
House, wspaniała posiadłość niedaleko Beaufort w Północnej Karolinie. Spałaś w tym pokoju 
nawiedzanym przez ducha żołnierza Unii, czy w tym z damą w błękicie, która stoi w oknie, 
wypatrując zaginionego na morzu kochanka? 

- Moje gratul

acje. Nie muszę już niczego dodawać. 

I tak byś tego nie zrobiła. - Chciał, aby na niego spojrzała, lecz ona niewidzącym 

wzrokiem wpatrywała się w przednią szybę. - Co stało się z twoimi włosami? 

- To chyba oczywiste? 

Podobają mi się. Wyglądasz jak licealistka... 

Marzenie każdej dorosłej kobiety. 

A  marzeniem  każdego  mężczyzny  jest  ratowanie  kobiety  w  tarapatach.  Zwłaszcza 

takiej, do której się przywiązał. 

Nie mogłam wciągać cię w swoje sprawy! - Wreszcie się odwróciła. 

Już dawno mnie wciągnęłaś. I to jak! A teraz zaangażowałem się jeszcze bardziej. 

Dlatego  zadam  ci  pytanie.  Naprawdę  chcesz,  żebym  zostawił  cię  w  spokoju?  Jeśli  tak,  to 
zgoda. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz. A może wolisz, żebym został i ci pomógł? Mam 
swoje możliwości. Nawet zdobyłem potrzebną ci informację. 

Jaką? 

Najpierw odpowiedz. Potem i tak ją usłyszysz. 

background image

Jej oczy podejrzanie zalśniły, lecz jej nie dotknął ani się nie uśmiechnął. 

Nadeszła godzina zero, Celestine. Żadnych gierek. Żadnych kłamstw. 

Nie  przeżyłabym,  gdyby  coś  ci  się  stało  -  szepnęła,  gdy  już  sądził,  że  mu  nie 

odpowie. 

Jego gniew natychmiast wyparował. Norbert już zdążył dowiedzieć się nieco więcej o 

Stephenie Montgomerym. Celestine nie kłamała na temat jego śmierci, tylko powstrzymała 
się od mówienia o szoku, jakiego doświadczyła, znajdując swojego kochanka całego we krwi. 
Bezskutecznie  usiłowała  go  ratować,  stosując  sztuczne  oddychanie,  i  sanitariusze ledwie 
zdołali ją odciągnąć od martwego mężczyzny. 

-  Celie...  - 

Przygarnął ją do siebie. - Zrozum... ja też nie mogę pozwolić, aby ciebie 

spotkało coś złego. Oboje czujemy dokładnie to samo. Przyjmij moją pomoc. Razem zdołamy 
pokonać twoich wrogów. 

Zaczęła  pochlipywać.  Trzymał  ją  w  ramionach,  zastanawiając  się,  jak  wiele  łez 

musiała powstrzymywać przez te kilka minionych, iście piekielnych lat. Zbyt długo żyła w 
strachu, że każda kolejna godzina może się okazać ostatnią. 

-  Nie jestem Stephenem Montgomerym - 

powiedział, gdy już się wypłakała. -  I nie 

będziemy walczyć sami. Nawet w tej chwili dwóch moich ludzi ma na oku to auto. 

-  Co?  - 

Poderwała  głowę  i  spojrzała  na  niego.  Wiedział,  że  nie  powinien  teraz  jej 

całować. Była zbyt wstrząśnięta, zbyt bezradna. Ale jej wargi znajdowały się tak blisko, że 
uniemożliwiało mu to racjonalne myślenie. Okazały się takie słodkie, jak pamiętał, i chyba 
jeszcze bardziej miękkie. Zamknął Celie w ciaśniejszym uścisku i natychmiast ogarnęło go 
pożądanie. 

Nie możemy tego robić. - Raptownie odsunęła się od niego. 

Już tego próbowaliśmy. 

- Kto nas obserwuje? Jacy ludzie? 

Wiedział,  że  jeszcze  nie  czas  wyznać  jej  prawdę  o  sobie.  Zresztą  jego  prawdziwe 

nazwisko i pozycja w tych okolicz

nościach mogły jedynie pogorszyć sytuację. Musiałby wy-

jaśnić  Celie,  dlaczego  od  początku  nie  był  wobec  niej  szczery  i  zapewne  opowiedzieć  jej 
więcej o sobie. Nie sądził jednak, że już teraz powinna poznać historię jego życia. Dlatego 
zdecydował się podać tylko skrawek prawdy. 

To wykwalifikowani ochroniarze. Jedni z najlepszych na świecie. Tri - C pozwoliła 

mi skorzystać z ich usług. 

- Dlaczego? 

background image

Firma miała wobec mnie dług wdzięczności. Ci dwaj dopilnują, żeby nawet włos ci z 

głowy nie spadł do chwili, gdy wkroczysz do sądu. 

Skąd pomysł, że się tam wybieram? 

Ty  jesteś  tutaj,  a  za  dwa  dni  jest  termin  rozprawy,  więc  dodałem  dwa  do  dwóch. 

Znasz inne wyjaśnienie? 

- Wiesz wszystko, co? 

Oprócz  twojej  odpowiedzi.  Zgodzisz  się,  żebym  cię  wspierał?  -  Obserwował  grę 

uczuć na jej twarzy, odzwierciedlających walkę toczoną w myślach i postanowił rzucić na stół 

ostatniego asa. - 

Skoro ja cię znalazłem, Celie, to kto jeszcze zdoła? Kto cię namierzy? 

Najwyraźniej  przestała  zmagać  się  sama  ze  sobą,  odchyliła  głowę  na  oparcie  i 

przymknęła powieki. 

Jeśli zginiesz przeze mnie... 

Nie zamierzam. Będę  u twego boku,  gdy przejmiesz Haven House i  wszystko, co 

prawnie ci się należy. 

Jak mnie odnalazłeś? 

Z  domku  Betty  dzwoniłaś  do  Whita.  Nawet  dziecko  sprawdziłoby  numery  na 

rachunku. Trafiłem do Wilmington, przez cały dzień wertowałem w bibliotece stare gazety, 
popytałem ludzi. Poszło jak z płatka. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, co planujesz - 
zostać i iść do sądu, czy znów nawiać. Przez tydzień obserwowaliśmy dom starszego pana, 
śledziliśmy  twojego  prawnika  i  niejaką  Allison  oraz  parę  innych  osób.  Allison  dzisiaj 
zgubiliśmy, bo chyba starała się wywieść w pole ewentualny „ogon”. Widziała się z tobą? 

- Allie do tego nie mieszaj. Ani dziadka Suttera. 

- A Sandersona? 

Co do niego... nie mam pewności. 

Pomyślałaś o mnie po ucieczce z Anglii? 

- Tak - 

szepnęła, odwracając głowę. 

Wynająłem  dom  w  Atlantic  Beach.  Chciałbym,  żebyś  ze  mną  wróciła.  Gdzie  się 

zatrzymałaś? 

Nie uwierzyłbyś. 

W jakimś luksusowym miejscu? 

W  takim,  że  nawet  nie  muszę  jechać  po  swoje  rzeczy,  bo  byłoby  niebezpiecznie 

zostawić je tam chociaż na chwilę. Wszystkie wożę w bagażniku. 

Pewnie nie masz takiej zielonej nocnej koszuli, której nigdy na tobie nie widziałem? 

spytał lekkim tonem, lecz zdumiało go to, że niecierpliwie czeka na odpowiedź. 

background image

A jakże, mam ją. I czarną sukienkę, którą włożyłam tylko na minutę. Oraz... - Głos 

Celestine lekko się załamał. - Arkę Noego - dokończyła cicho. 

Położył dłoń na jej policzku, wsunął palce we włosy - jasne, krótsze niż przedtem i 

niewiarygodnie seksowne. 

Pojedziemy  moim  samochodem,  a  jeden  z  ochroniarzy  sprowadzi  twój,  gdy  się 

upewni,  że  nikt  go  nie  śledzi.  Poczekaj  chwilę.  Zaparkuję  tuż  obok  i  wtedy  szybko  się 
przesiądziesz, dobrze? 

- Tak. 

Pocałował ją i pospiesznie wysiadł z auta. 
Gdyby  Norbert  nie  powiedział  jej  o  ochroniarzach,  nie  domyśliłaby  się,  że  ktoś  ich 

obserwuje. Wi

docznie  jej  instynkt  nie  był  aż  tak  wyostrzony,  jak  sądziła.  A  ci  dwaj  z 

pewnością  należeli  do  najlepszych  w  swoim  fachu  i  umieli  perfekcyjnie  wtopić  się  w 

otoczenie. 

Przestała  więc  ich  wypatrywać  i  wygodniej  usadowiła  się  na  siedzeniu.  Samochód 

Norberta b

ył  szczytem  luksusu  -  miał  tapicerkę  z  mięciusieńkiej  skóry  i  system  stereo 

zapewniający jakość dźwięku zbliżoną do tego, jaki oferują najlepsze miejsca w londyńskiej 

filharmonii. 

Usiłowała podczas jazdy nie wpatrywać się w Norberta. Nie zapomniała jego twarzy 

ani  żadnego  szczegółu  z  jego  wyglądu,  lecz  człowiek  z  krwi  i  kości  znacznie  przewyższał 
wszystko, co zachowała we wspomnieniach. Dzisiaj miał na sobie jasną, płócienną marynarkę 
i popielate spodnie. Raz się uśmiechnął, ale teraz znów miał poważną minę. 

Pierwszy raz jestem w tej części Północnej Karoliny. 

Szybko się urbanizuje. Buduje się tu zbyt wiele małych pól golfowych i budynków 

mieszkalnych. 

Niektóre powstały na twoich terenach. 

On rzeczywiście wie wszystko, pomyślała. Może nawet to, kiedy zaczęła ząbkować. 

Nigdy  nie  pozwolono  mi  decydować  o  planach  zagospodarowania tej ziemi. A 

ustanowieni  przez  mojego  ojca  pełnomocnicy  poczytywali  sobie  za  swój  obowiązek  tylko 
pomnażanie  dochodów  z  naszej  posiadłości.  Mają  procentowy  udział  w  zyskach,  więc 
sprzedają działki, jeśli to się opłaci. Niejeden raz płakałam z powodu decyzji prawników. 

Już nie będziesz płakała. 

Norbert,  nie  musiałeś  tu  za  mną  przyjeżdżać.  Dlaczego  to  zrobiłeś?  -  spytała, 

zmieniając temat. 

background image

Powiedziałaś  mi  wystarczająco  dużo,  abym  łatwo  cię  zidentyfikował  -  odparł  po 

chwili zastanowienia. - Zo

stawiłaś namiary telefoniczne. Podałaś parę imion. Chciałaś, żebym 

cię odnalazł. 

- Wcale nie! 

- Tak. 

Odwróciła  twarz  do  okna.  Akurat  przejeżdżali  przez  most  prowadzący do Atlantic 

Beach i w świetle księżyca lśniła pod nimi woda cieśniny. 

Pragnęłam cię chronić. 

Rozegrałaś  to  tak,  żebym  mógł  wybrać...  albo  cię  zlokalizować,  albo  mieć  parę 

powodów zniechęcających do szukania. 

Więc czułeś się zobowiązany? 

O  mało  nie  zwariowałem  z  niepokoju  o  ciebie,  kobieto ! -  Norbert  walnął  dłonią 

kierownicę. - A chwilami byłem taki wściekły, że prawie sobie odpuściłem. 

Dlaczego więc tego nie zrobiłeś? 

Ponieważ mnie potrzebowałaś. 

Rozczarowały ją te słowa. Miała nadzieję usłyszeć coś innego, coś bardziej od serca. 

A działaniem Norberta kierowało chyba tylko poczucie winy. 

Tamtej nocy, gdy się kochali, wspomniał o swoich najbliższych. Podobno o nich nie 

zadbał i dlatego ich utracił. Mówił o sobie niewiele, a ona prawie o nic nie pytała, ponieważ 
nie  mogłaby  się  zrewanżować  informacjami  o  sobie.  Lecz  teraz  Norbert  wiedział  o  niej 
wszystko, natomiast ona o nim nadal bardzo mało. Uznała, że pora to zmienić. 

Opowiedz mi o swojej żonie i synku. 

- Dlaczego? 

Bo cokolwiek się stało, wywarło na ciebie ogromny wpływ. 

Oboje nie żyją. 

Myślałam, że... 

Że jestem rozwiedziony, tak? Nigdy tego nie powiedziałem. 

Ale pozwoliłeś mi tak sądzić. 

Nie było powodu, żeby wyjaśniać tę sprawę. To nie miało żadnego znaczenia. 

Może to ja byłam dla ciebie bez znaczenia? Uznałeś, że nie zasługuję na poznanie 

prawdy? 

Najwidoczniej  uznałem  wtedy,  że  prawda  jest  dla  mnie  równie  nieistotna,  jak  dla 

ciebie.  - 

Zjechał  z  mostu  i  skręcił  na  szosę  prowadzącą  wokół  wyspy.  -  Można  by  mówić 

background image

dużo albo wcale, lecz teraz lepiej to sobie darować. Skupmy uwagę na tobie... żebyś wyszła 
żywa z tego... A później spokojnie wyjaśnimy inne wątpliwości. 

Czyli dokładnie jakie? 

Te,  które  do  tej  pory  nie  zostały  wyjaśnione.  Celestine  ani  myślała  się  tym 

zadowolić. Jej frustracja sięgnęła zenitu. 

Chcę teraz wiedzieć, czy jestem dla ciebie kimś więcej, niż tylko osobą potrzebującą 

ratunku. Zjawiłeś się jedynie po to, żeby tym razem kogoś nie zawieść? Powiedz mi chociaż 

tyle, do cholery! 

Żadne wydarzenia nie sprawią, że Lynn zmartwychwstanie. Nie mogę przywrócić jej 

życia za pomocą swoich dobrych uczynków. Nie jesteś dla mnie żadnym substytutem. O to 
pytałaś? 

- Prze... praszam - 

mruknęła zaszokowana. - Naprawdę nie... 

Chcesz  wiedzieć,  czy  coś  dla  mnie  znaczysz? Odpowiedź  brzmi:  tak.  Ale  nie 

będziemy  teraz  o  tym  mówić.  Twoja  przyszłość  to  na  razie  jedna  wielka  niewiadoma.  Nie 
zamierzam ciągnąć cię ani popychać w żadną stronę. Pragnę tylko utrzymać cię przy życiu. 

- Rozumiem. 

Wątpię. 

Poddała się. Odchyliła głowę na miękki podgłówek i zamknęła oczy. Od tak dawna 

musiała być czujna, lecz teraz Norbert na pewien czas przejmie kontrolę, więc... 

Bezwiednie  westchnęła.  Nie  miała  pojęcia,  co  Norbert  naprawdę  czuje.  Za  mało  go 

znała, aby ocenić jego stan ducha i podejście do wielu spraw. Ale jedno wiedziała na pewno - 
był  człowiekiem  godnym  zaufania.  Mogła  bez  obaw  powierzyć  mu  swoje  życie,  a  może 

nawet swoje serce... 

Chyba  się  zdrzemnęła,  a  gdy  otworzyła  oczy,  samochód  stał  w  ciemnym  garażu. 

Trzasnęły drzwiczki, zabrzmiał odgłos szybkich kroków i Norbert zastukał w szybę. 

Gdzie jesteśmy? - Celestine odblokowała zamek po swojej stronie i powoli postawiła 

nogi na ziemi. 

- W bezpiecznym miejscu. Sami. 

Wysiadła z auta, a Norbert wziął ją w ramiona, ponieważ chwiała się na nogach. 

Tamtego ranka w Trillingden... Nie chciałam od ciebie odejść - szepnęła, patrząc mu 

w oczy. 

- Jak twój bark? 

background image

Prawie się zgoił. Czasami pobolewa, ale poza tym w porządku. Byłam u lekarza, a 

on  stwierdził,  że  ten,  kto  mnie  zszywał,  ma  talent  chirurga plastycznego. Zostanie tylko 
maleńka blizna. 

Odgarnął  włosy  z  jej  twarzy,  po  czym  znów  je  zwichrzył.  Czekała,  aż  ją  pocałuje. 

Rozpaczliwie tego pragnęła. 

Niczego od ciebie nie oczekuję, Celestine. Żadnego rewanżu. 

A gdybym chciała się zrewanżować? Powiedzmy, że całkiem nieoczekiwanie, nagle 

uznam cię za atrakcyjnego mężczyznę... 

Wtedy  musisz  mnie  o  tym  uprzedzić.  Na  wypadek,  gdybym  ja  uznał  cię  za 

atrakcyjną kobietę. 

Jest szansa, że pomyślisz tak w tej chwili? - Zamierzała powiedzieć to żartobliwym 

tonem,  ale  usłyszała  w  swoim  głosie  żałośnie  błagalne  nuty  i  wiedziała,  że  Norbert  też  je 
rozpoznał. 

Nieduża - zamruczał, przyciskając ją do siebie, aby wyczuła oczywisty dowód jego 

pożądania. 

- Moja nocna koszula nadal jest w samochodzie. 

Więc musimy poczekać. Chyba że... moglibyśmy kochać się bez niej. 

Raz nam się udało. 

- Nie tylko raz. 

Norbert, tęskniłam za tobą. 

Więc jednak wynikło z tego wszystkiego coś dobrego? 

Musnął  wargami  jej  usta.  Dwukrotnie.  -  Ale  z  faktu,  że  jesteśmy  razem,  może 

wyniknąć jeszcze coś lepszego. 

Odsunął się i wziął ją za rękę. - Chodź. 

Otworzył  drzwi  i  wprowadził  Celestine  do  środka.  Już  na  pierwszy  rzut  oka  było 

widać, że dom jest ogromny. Tak dalece różnił się od chatki w hrabstwie Kent, jak Anglia od 
Północnej  Karoliny.  Ta  położona  tuż  przy  plaży  rezydencja  rozprzestrzeniała  się  we 

wszystkich kierunkach - 

za  każdymi  drzwiami  znajdował  się  taras,  a  okna  były  po  prostu 

wielkimi,  szklanymi  taflami.  Boazeria  nadal  pachniała  cedrowym  drewnem,  z  którego  ją 
wykonano,  a  projektanta  tych  wnętrz  niewątpliwie  zainspirował  widok  tutejszych  wydm  i 

oceanu. 

Ten dom tylko z pozoru jest taki wyeksponowany. W pobliżu nie ma innych siedzib, 

a od tyłu widok zasłaniają drzewa. 

background image

Celestine podeszła do dużych, balkonowych drzwi prowadzących na taras od strony 

plaży. Zza wysokich, białych diun dochodził łagodny szum fal, a w ciągu dnia pewnie było 
gdzieniegdzie widać połyskującą taflę morza. 

Jesteś prawie w domu, Celie. - Norbert delikatnie ją objął, a ona oparła się o niego i 

poczuła na włosach jego usta. 

Nic lepszego nie mogłem znaleźć. 

To jak przebudzenie ze złego snu. - Odwróciła się i ujęła w dłonie twarz Norberta. 

Pomogę ci się zbudzić. - Znów ją pocałował, tym razem nadzwyczaj sugestywnie. 

Odsunęli się tylko na parę chwil, aby zrzucić ubrania, następnie znów padli sobie w 

ramiona. Sypialnie znaj

dowały się zbyt daleko, a puszysty dywan, na którym stali, okazał się 

wystarczająco miękki. 

Celestine  była  prawie  w  domu,  lecz  w  objęciach  Norberta  ten  dom  nagle  stał  się 

czymś  więcej  niż  tylko  swojską  oceaniczną  bryzą  i  niewidzianą  od  pięciu  długich  lat 
rezydencją  Haven  House.  Gdy  zaczęli  się  kochać,  Celestine  myślała  tylko  o  tym,  z  czego 
niemal zrezygnowała. 

Celestine była opalona równo na całym ciele. Norbert poczuł ukłucie zazdrości, zanim 

skonstatował,  że  opalenizna  pewnie  jest  skutkiem  działania  lamp.  Skóra  Celestine  miała 
odcień złocistego miodu, a jasne włosy lśniły jak promienie porannego słońca. Norbert znów 
zaczął  się  zastanawiać,  gdzie  znikła  ta  dziewczyna,  gdy  porzuciła  jego  auto  na  rynku  w 
Trillingden. Nikt jej tam nie zauważył, a poszukiwania w sąsiednich miejscowościach także 
nie  przyniosły  pożądanego  rezultatu.  Na  szczęście  pozostawiła  wystarczająco  dużo  śladów, 
aby mógł ją odnaleźć. I teraz znów byli razem. 

Celestine poruszyła się, unosząc ramię. Łatwo się z nią spało. Nie wierciła się i miała 

lekki sen. Prawdopodobnie nauczyła się budzić  z byle powodu. Ale  w tej chwili sprawiała 
wrażenie zrelaksowanej, jakby śniła o czymś przyjemnym. 

Wtedy, w Trillingd

en, Norbert przypuszczał, że nazajutrz już jej nie będzie i wcale się 

nie  zdziwił  jej  nieobecnością.  Nie  podejrzewał  jednak,  że  ogarnie  go  takie  dojmujące 
poczucie straty. Wiedział, że w końcu znajdzie Celestine, lecz przez następny miesiąc, dopóki 

jej n

ie zlokalizował, nie był w stanie myśleć o niczym innym. 

Nie zdołałam cię zmęczyć? - zamruczała, otwierając oczy, i dotknęła jego policzka. 

Ani trochę. 

Śniło mi się, że jestem w domu, a ty leżysz przy mnie w łóżku. 

Od dawna nie byłaś u siebie? 

- Od wieków. 

background image

Chciałabyś tam pojechać? 

- Jak to? 

Twoi wujostwo są nieobecni. 

Skąd wiesz? 

Znam każdy ich ruch. 

Gdzie są? 

Twoja ciotka to snobka. Uwielbia obracać się w kręgach bogaczy. W ten weekend 

baluje  z  mężem  na  wielkim  przyjęciu  w  Waszyngtonie.  Wracają  jutro  po  południu.  W 
dwadzieścia  minut  możemy  być  w  okolicy  twojej  rezydencji,  żebyś  nasyciła  nią  wzrok. 
Oczywiście nie wysiadając z samochodu. O tej porze nocy to bezpieczna wyprawa. 

Myślisz, że... że oni coś tam pozmieniali? 

Nie sądzę. Twój ojciec w testamencie nie zezwolił na żadne przebudowy. 

Możemy pojechać? Zrobiłbyś to dla mnie? 

Uczyniłby  dla  niej  o  wiele  więcej.  Zaczynał  podejrzewać,  że  chyba  wszystko. 

Odpowiedział jej długim, czułym pocałunkiem. 

- A chcesz? 

- Och, bardzo! 

To się ubierz. 

Będziemy bezpieczni, bo jest tak późno? - spytała, obejmując go za szyję. 

- Chyba tak - 

odparł, opierając się na łokciu. 

A nie byłoby bezpieczniej, gdybyśmy poczekali jeszcze troszkę? 

Masz ochotę pospać? 

- Nie. - 

Posłała mu zmysłowy uśmiech Marie St. Germaine. - Mam ochotę na ciebie, 

Norbercie. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Celestine  już  drugi  raz  w  ciągu  dziesięciu  minut  pomieszała  kawę,  która  chyba 

zdążyła wystygnąć. 

Potrzebujesz  więcej  snu.  -  Norbert  uniósł  twarz  Celestine  i  spojrzał  jej  w  oczy.  - 

Jesteś wykończona. 

Zasnę na tydzień, gdy będzie po wszystkim. 

- Nie bawi mnie ta perspektywa. 

Czasem będę się budzić. - Celestine uśmiechnęła się figlarnie. 

- To dobrze. - 

Zauważył, że spoważniała i najwyraźniej się zamyśliła. 

Może nie należało zabierać jej do Haven House? Pojechali tam nad ranem i Celestine 

długo  wpatrywała  się  w  wielką  rezydencję  takim  wzrokiem,  jakby  patrzyła  na  siedlisko 
duchów.  Dom  sprawiał  imponujące  wrażenie  -  był  wielki,  chyba  co  najmniej 

dwudziestopokojowy, z licznymi balkon

ami  i  gankami.  Norbert  naliczył  sześć  kominów  i 

cztery przyczółki oraz tyle okien, że służba musiałaby je myć chyba przez cały tydzień. Aleja 
wysadzana  rozłożystymi  dębami  prowadziła  do  frontowej  werandy  wspartej  na  grubych 

kolumnach. 

Nie  wiem,  czy  będę  mogła  znów  tu  zamieszkać  -  powiedziała  Celestine,  gdy 

odjeżdżali. 

- Dlaczego? 

Oni  zajmowali  ten  dom  tak  długo,  że  chyba  bezustannie  myślałabym  o  nich  w 

każdym pomieszczeniu. 

Wezwiemy egzorcystę. Wyrzucimy wszystko, co budziłoby przykre wspomnienia. 

Może lepiej spalić Haven House? 

Wrócili do willi nad plażą i długo tulił Celestine w ramionach, aby przestała zadręczać 

się  myślami  o  przeszłości.  Lecz  teraz  chyba  znów  przypomniała  sobie  o  wujostwie.  Wziął 
filiżankę z zimną kawą, wylał ją, nalał z dzbanka gorącej i podał ją Celestine. 

Nie  ma  sensu  teraz  się  tym  martwić,  Celie.  Podejmiesz  decyzję,  gdy  sytuacja  się 

wyjaśni. Pij gorącą kawę. 

Gdy  tylko  Millie  i  Roger  wprowadzili  się  do  mnie,  natychmiast  kazali  spakować 

wszystko,  co  należało  do  moich  rodziców,  a  nie  miało  szczególnej  wartości,  i  oddali  te 
rzeczy. Błagałam Millie, żeby pozwoliła mi zachować sztuczną biżuterię mojej mamy, ale się 
nie zgodziła. 

background image

Norbert nie zaliczał się do ludzi agresywnych i nie lubił przemocy fizycznej, ale w tej 

chwili wyobrażał sobie, z jaką rozkoszą zacisnąłby dłonie na szyi owej Millie. 

- Tak mi przykro. 

-  Niepotrzebnie.  - 

Celestine znów pomieszała kawę. - Znalazłam te błyskotki, zanim 

zostały zabrane, i schowałam na strychu. A do pudeł włożyłam parę garści ozdób należących 
do Millie. Aż do dziś pewnie nie ma pojęcia, gdzie podziały się jej ukochane perły. Byłam 
naprawdę okropnym bachorem. 

Norbert zawył z uciechy. 

Od początku mówiłam do niej po imieniu, a ona tego nie znosiła. Rogera nigdy nie 

nazywałam wujkiem. Odnosiłam małe zwycięstwa, ale i to sprawiało mi satysfakcję. 

Wspomniałem ci, że zebrałem trochę informacji. Chcesz je poznać? 

Wiesz, że tak. 

Na początek: Millie i Roger. Zdołali odłożyć na czarną godzinę niezły mająteczek, 

co sugeruje, że nie są całkiem pewni swojego zwycięstwa w tej grze. Jeśli poniosą klęskę, to 
będą mieli z czego żyć. 

Z jakich źródeł pochodzi owo zabezpieczenie? 

To ci się nie spodoba. 

Żadna niespodzianka. 

Sprzedali niektóre antyki i dzieła sztuki, które prawnie należą do ciebie. A Roger nie 

jest głupi. Żongluje funduszami, do których ma dostęp, sporządza fałszywe raporty, przenosi 
pieniądze z konta na konto. Ma więcej sprytu niż pełnomocnicy wyznaczeni do zarządzania 

twoimi sprawami. 

Ile skumulował? 

- W porówna

niu do całości twojego majątku? Niewielki odsetek. 

- Ile? 

Około pół miliona. 

Jak to odkryłeś? 

- Mam pewne koneksje. 

- Jakie? 

Takie,  dzięki  którym  obecnie  wiadomo,  co  wpływa  na  konto  i  wypływa  z  konta 

Rogera w waszyngtońskim banku. Bo tam ukrywa swoje pieniążki. 

Cóż za ulga wiedzieć, że moi kochani krewni nie będą nędzarzami, gdy dobiorę się 

im do skóry. - 

Jad w głosie Celestine niemal zatruł powietrze. 

background image

Prawdopodobnie  uda  się  dowieść  przepływu  każdego  centa,  więc  dostaniesz 

wszystko z powrotem. A u

rząd skarbowy z zachwytem przyjrzy się machinacjom Rogera. 

Zajmę się tym później - powiedziała z zasępioną miną. - Co jeszcze? 

Ta część informacji była łatwa do przekazania. Norbert przez chwilę zastanawiał się, 

jak powiedzieć Celestine resztę. Odchylił się wraz z krzesłem do tyłu i skrzyżował ramiona. 

Kolejne złe wieści? 

Szybko  stwierdziłem,  kim  naprawdę  jesteś.  Zostało  mi  sporo  czasu,  więc 

prześwietliłem wszystkie osoby z twojego najbliższego otoczenia. 

Widzę, że moje życie to otwarta księga. 

Ciesz się, że nadal jest otwarta. 

Celestine lekko się wzdrygnęła. 

Komu naprawdę ufasz, Celie? 

Rozpromieniła  się.  Zawsze  się  uśmiechała,  gdy  zwracał  się  do  niej  w  ten  sposób. 

Celie. 

- Ufam tobie. 

- Komu jeszcze? 

Allison i dziadkowi Sutterowi. Są oboje na pierwszym miejscu. 

- To wszystko? 

Ufam  też  córce  dziadka,  Rhondzie.  Jest  wspaniała.  Po  śmierci  moich  rodziców 

starała  się  zastąpić  mi  matkę,  oczywiście  za  plecami  Millie,  bo  ta  wiedźma  jasno  dała  do 
zrozumienia, że Rhonda nie jest wystarczająco dobra, aby spoufalać się z rodziną St. Gervais. 

A co z Whitem Sandersonem? Wczoraj stwierdziłaś, że nie jesteś go pewna... 

Cóż, zasiałeś ziarno wątpliwości. Wykiełkowało. 

- To dobrze. 

- Dlaczego? 

Twój przyjaciel Sanderson jest hazardzistą, regularnym bywalcem kasyn w Atlantic 

City,  a  raz  na  miesiąc  lata  do  Las  Vegas.  Nawet  niezły  z  niego  gracz,  trzeba  przyznać.  - 
Norbert wzruszył ramionami. - Nie zrobił majątku, ale też nie przegrał ostatniej koszuli. Stoi 
nieźle finansowo, lecz nie wiem, dlaczego. Albo radzi sobie lepiej, niż sądzą moje źródła z 
Vegas, albo ma jakieś inne dochody, których nie ujawnia w zeznaniu podatkowym. 

Na przykład dochody czerpane z kont Millie i Rogera? 

Możliwe. 

Stephen uważał Whita za człowieka o nieposzlakowanej uczciwości! 

background image

Tonący  brzytwy  się  chwyta.  A  Sanderson  może  obecnie  bardzo  potrzebować 

pieniędzy. - Norbert stwierdził, że Celestine nie wyklucza takiej ewentualności, choć nie chce 
w nią uwierzyć. 

Norbert, masz kontakty dosłownie wszędzie? Jak zdobywasz takie informacje? 

Znów pożałował, że od początku nie był z nią całkiem szczery. 

Wiem, jak skłonić ludzi do ujawnienia tego i owego. To ważne w mojej pracy. 

Są jeszcze jakieś złe wiadomości? 

Najgorszą zachowałem na koniec - odparł z wahaniem. 

- Strzelaj. Na razi

e idzie ci nieźle. 

Zastanawiałaś  się  kiedyś,  jakim  cudem  Earl  Sutter  wkradł  się  w  łaski  twojego 

dziadka, który później zapisał mu w testamencie dom, niezłą działkę i dożywotnią rentę? 

Nie było powodów, żeby się nad tym głowić. Dziadek Sutter to wspaniały człowiek. 

Najlepszy  na  świecie.  Zawsze  był  stuprocentowo  lojalny  wobec  mojego  dziadka,  który 
postanowił mu się odwdzięczyć. 

Celestine najwyraźniej zirytowała się zawoalowaną sugestią, że dziadek Sutter mógłby 

być  kimś  mniej  godnym  zaufania,  niż  sądziła.  Norbert  spodziewał  się  takiej  reakcji,  ale  to 
niczego nie ułatwiało. 

Nie zabijaj posłańca, Celie. 

Lepiej  nie  mów  nic  złego  o  dziadku  Sutterze.  -  Celestine  ciskała  wzrokiem 

błyskawice, a rzucona na stół łyżeczka kilkakrotnie podskoczyła i zatrzymała się w połowie 

blatu. - No dobrze, do cholery. O co chodzi? 

Znasz historię Haven Haouse? 

Mniej więcej. Pamiętam to, co opowiadał mi ojciec. 

Powiedział ci kiedyś, jak Sutterowie trafili do was? 

- Chyba nie. 

-  W okresie wielkiego kryzysu twoja rodzina 

omal  nie  straciła  wszystkiego  w 

rezultacie  złego  zarządzania  oraz  ogólnej  recesji  gospodarczej.  Twój  pradziadek  Raoul  był 
marzycielem, nie biznesmenem. Ojciec Earla Suttera, Ike, zjawił się pewnego dnia u waszych 
drzwi, szukając pracy. Towarzyszyła mu żona i mały Earl. Ike uważnie rozejrzał się wokoło i 
zauważył,  co  natychmiast  można  by  zrobić.  Zaproponował  twojemu  pradziadkowi,  że 
poprowadzi plantację w zamian za dach nad głową i utrzymanie. Natomiast jeśli postawi ją na 

nogi, to otrzyma nie wynagrodzenie

,  lecz  sporą  część  posiadłości.  Raoul  był  w  tak 

rozpaczliwej sytuacji, że przystał na postawione warunki. 

Nigdy o tym nie słyszałam. 

background image

Po  śmierci  Raoula  okazało  się,  że  w  swoim  testamencie niczego Sutterom nie 

zapisał. Zawarta z Ikem umowa miała charakter werbalny i przypieczętowano ją tylko uścis-
kiem ręki. Twój dziadek Alexander oraz Earl dorastali razem, i Alexander obiecał mu, że Earl 
zawsze będzie miał w Haven House swój dom. Ale nigdy nie zrealizował obietnicy danej ojcu 

Earla przez twojego pradziadka. Zapi

sał Earlowi tylko domek, działkę i rentę. 

A  jednak  Earl  został  w  Haven  House.  Widocznie  nie  uważał  się  za  oszukanego. 

Prawdopodobnie otrzymał zadowalającą rekompensatę. 

A jeśli mniejszą, niż się spodziewał? 

Jaki to mogłoby mieć związek ze mną? 

Jeśli Earl Sutter przez te wszystkie lata skrywał urazę do twojej rodziny, to może 

chętnie dostarczał informacje o tobie twojej ciotce i wujowi. A nawet z uciechą obserwował, 
jak ostatni członkowie rodu St. Gervais wydrapują sobie nawzajem oczy. 

-  Nie!  - 

Celestine  trzepnęła  dłonią  o  stół.  -  To wykluczone! Dziadek Sutter mnie 

kocha. I zapominasz o tym, że mój dziadek zostawił dziadkowi Sutterowi naprawdę sporo. 

Zachłanność nie wzmaga naszego obiektywizmu, Celie. Ona go wykrzywia. 

Zapomniałam  jeszcze  o  czymś  -  odparła  po  długiej  chwili  milczenia.  -  Dziadek 

Sutter nie wiedział o mojej planowanej bytności w Canterbury tamtego dnia. Powiedziałam o 

tym tylko Whitowi. 

Ale  on  często  kontaktował  się  z  Allison  i  Earlem  Sutterem.  Mógł  się  wygadać, 

zwłaszcza jeśli ktoś umiejętnie pociągnął go za język. 

Nie wierzę w to. 

Nie musisz. Ale weź to pod uwagę. 

Pewnie odkryłeś też sporo brudów w życiu Allie. Jej nie zależy na opinii innych, ale 

jest moją najlepszą przyjaciółką od dnia, w którym się poznałyśmy.  Została nią w okresie, 
kiedy byłam w największym dołku i od tego czasu nieprzerwanie stoi u mego boku. 

Dla  pieniędzy  twoja  Allison  uczyniłaby  niemal  wszystko  -  oględnie  zasugerował 

Norbert. 

Ale nigdy by mnie nie skrzywdziła. Nienawidzi Millie i Rogera prawie tak samo, jak 

ja.  Oni  zawsze  traktowali  ją  okropnie.  Gdy  otrzymałyśmy  świadectwa  maturalne,  Millie 
oświadczyła  Allie  prosto  w  twarz,  że  wywiera  na  mnie  zły  wpływ  i  należy  nas  rozdzielić. 
Allie za żadne pieniądze nie skumałaby się z moją ciotką i wujem. 

Cóż, spróbuj to przemyśleć. 

- Wykluczone. 

Obyś się nie myliła. Wolałbym, żeby moje podejrzenia okazały się bezpodstawne. 

background image

Wiem, że mam rację. Ani dziadek Sutter, ani Allie nie działaliby na moją szkodę. Za 

nic w świecie. 

Ja też, Celie. - Wyciągnął do niej ręce. - Pragnę tylko zapewnić ci bezpieczeństwo. 

- Wiem - 

odparła i podała mu swoje dłonie. 

- Opowiedz, co zamierzasz. 

Słuchał, gdy przedstawiała mu swoje plany, które najwyraźniej długo opracowywała. 

Wczoraj widziałam się z Allie - oznajmiła w końcu. - Pewnie wtedy ją zgubiliście. 

Przyjechała  do  mnie  do  motelu.  Powiedziałam  jej  to,  co  teraz  tobie,  i  poprosiłam,  żeby  w 
moim imieniu zleciła Whitowi spisanie ostatecznej wersji mojego testamentu. 

Chyba powinienem osobiście przypomnieć mu o twojej prośbie. 

Po co? Allie pewnie już u niego była. 

Chcę spotkać się z Whitem Sandersonem. Dzisiaj. Niech wie, że go obserwuję. 

Przypuszczalnie chciałbyś również poznać Allie i dziadka? 

Nie zawadzi. Może zaprosisz Allie na lunch? Zaproponuj jakieś niepozorne miejsce, 

a ja zapewnię ci ochronę. 

- Jednego z twoich niewidocznych ludzi? 

Tym  razem  będzie  tuż  obok,  przy  sąsiednim  stoliku.  Przyjadę  po  ciebie,  a  ty 

przedstawisz mnie Allie. 

Zadzwonię do niej. 

Nie stąd. Zadzwoń z mojej komórki. 

- Dlaczego? 

Ponieważ numer może doprowadzić do adresu, a ten dom musi pozostać bezpieczny. 

Przewidujący z ciebie człowiek, co? Ale nie marnuj czasu na działania bez sensu. To 

Millie  i  Roger  pragną  mojej  śmierci.  Nie  musisz  chronić  mnie  przed  tymi, którzy mnie 
kochają. 

- Nie przed wszystkimi. - 

Zauważył, że pytająco uniosła brwi, ale nie rozwinął tematu. 

Niedawno powie

dział jej, że później wyjaśnią wszelkie wątpliwości. I oby tak się stało. 

Biuro Whita Sandersona miało przyjemny wystrój z widoczkami oceanu na ścianach, 

a w recepcji urzędowała tylko jedna sekretarka. Norbert doszedł do wniosku, że w kancelarii 
są  też  większe  gabinety,  a  pan  Sanderson  zapewne  stara  się  zasłużyć  na  jeden  z  nich.  Ale 
kontynuacja  hazardu  mogła  to  uniemożliwić.  Właściciele takiej firmy prawniczej, jak 

„Flinders, Billett & Crane” chyba nie tolerowaliby nawet cienia skandalu. 

Zaledwie  po  paru  minutach  oczekiwania  Norbert  został  wprowadzony  do  gabinetu 

Whita.  Zapisał  się  na  wizytę  jako  Norbert  James  i  był  pewien,  że  Sanderson kojarzy go z 

background image

osobnikiem, o którego jakiś czas temu pytała Celestine. Młody adwokat wstał na powitanie. 
Był niski, łysiejący i z nieco wystającym brzuszkiem, który mógł stanowić rezultat zbyt wielu 
nocy spędzonych w kasynach Vegas. 

Obaj panowie otaks

owali się spojrzeniami i Whit wskazał gościowi krzesło naprzeciw 

swego biurka, chyba równie starego i solidnego, jak reputacja firmy. Wszędzie widać było 
wysokie pod sufit regały zastawione książkami. 

- Wiem, kim pan jest - 

oświadczył Whit. 

- Doprawdy? 

- Chodzi o Celestine? 

Wyłącznie. 

Jest cała i zdrowa? - Whit pochylił się do przodu i lekko przymrużył oczy. - Bo jeśli 

nie, to... 

-  To co? Utopi pan smutki w paru butelkach szampana i paru rundach gry w 

dwadzieścia jeden? Dokąd tym razem pan skoczy? Do Las Vegas czy Atlanic City? Trudno 
za panem nadążyć, panie Sanderson. 

Whit  na  ułamek  sekundy  znieruchomiał,  po  czym  tak  błyskawicznie  zerwał  się  z 

miejsca i wyskoczył zza biurka, że Norbert nie zdążył się połapać, co adwokat zamierza. On 
zaś chwycił go za klapy akurat wtedy, gdy Norbert wstał. 

Co jej zrobiłeś?! 

Z Celestine wszystko w porządku. - Norbert z łatwością strząsnął z siebie ręce Whita 

i złapał go za ramiona. - Pogadajmy o panu. 

Gwoli ścisłości, nie bawię się w dwadzieścia jeden. - Whit gładko się wyswobodził, 

ale się nie odsunął. - A pan najwyraźniej bawi się w szantaż. 

Bynajmniej. Chronię Celestine. Osiłek, który próbował zabić ją w Londynie, później 

czekał na nią w Canterbury tamtego dnia, gdy pojechała po pieniądze. Oprócz urzędnika w 
banku tylko pan wiedział, że ona tam będzie. 

Więc pańskim zdaniem usiłuję ją zabić?! 

Przyszło mi to do głowy. 

Kim pan jest, u diabła? Bo nikt z Tri - C International, z kim rozmawiałem, w życiu 

o panu nie słyszał! 

-  Za to w Vegas i Atlantic C

ity  wszyscy,  z  kim  ja  rozmawiałem,  słyszeli  o  panu, 

Sanderson.  Ma  pan  wszelkie  powody,  aby  potrzebować  pieniędzy.  Wiadomo,  że  nałogowi 
hazardziści  rozstają  się  z  moralnością  równie  łatwo,  jak  ptaki  z  piórkami  w  okresie  ich 

wymiany. 

background image

Jak się pan nazywa? 

Norbert James. I nie pozwolę, aby kiedykolwiek coś złego spotkało Celestine. 

Nigdy bym jej nie skrzywdził. - Whit przeczesał palcami mocno przerzedzone włosy. 

Wiem, że mam problem. Naprawdę. Ale samowolnie nie tknąłem ani centa z jej pieniędzy. 

Pobiera

łem je tylko wówczas, gdy prosiła mnie o przekaz. Nigdy nie wziąłem cudzego grosza 

dla siebie. 

Więc czyją gotówkę pan przegrywa? 

Swoją. Majątek po rodzinie. 

Albo  Sanderson  dobrze  udawał,  albo  mówił  prawdę.  Norbert  nie  zamierzał  jednak 

wierzyć mu na słowo, skoro stawką było życie Celestine. 

Proszę posłuchać mnie uważnie, Sanderson. Celestine chce, żeby sporządził pan jej 

testament. Tak, jak to kiedyś ustaliliście. 

Allison Freeman już mnie zawiadomiła. Gdzie jest Celestine? 

Sądzi pan, że powiem? 

- W

ięc skąd mam wiedzieć, że to jej pomysł? 

Ma  pan  przygotować  ten  testament.  Jeszcze  dzisiaj.  Guzik  mnie  obchodzi,  jakie 

obowiązki musi pan skreślić, żeby to zrobić. Wieczorem przyślę kogoś po kopię. Później moi 
prawnicy  dokładnie  przeanalizują  każdy  akapit.  Jeśli  wszystko  będzie  w  porządku,  jutro 

wieczo

rem spotka się pan z Celestine i popatrzy, jak ona składa podpis. 

- I co dalej? 

Radzę złożyć dłonie i się modlić, aby okazał się pan taki uczciwy i lojalny wobec 

Celestine, jak pan twierdzi. Bo jeśli odkryję, że kiedykolwiek działał pan na jej szkodę, to 
podczas następnej wizyty w Vegas będzie pan szukał posady pucybuta. 

Wybrana  przez  Allison  restauracja  znajdowała  się  na  peryferiach  Wilmington,  była 

udekorowana rybackimi sieciami i nie podawano w niej niczego gotowanego na parze ani 

pieczonego  bez  tłuszczu.  Poza  tym  miała  jeszcze  jedną  niezaprzeczalną  zaletę  -  świeciła 

pustkami. Celestine za

mówiła ostrygi i zaczęła od przystawek w postaci smażonych kulek z 

kukurydzianego ciasta. Allison jeszcze niczego n

ie wybrała. 

- Zawsze tak jesz? - 

spytała. - Jakbyś umierała z głodu? 

Gdy  nie  wiesz,  kiedy  trafi  ci  się  następny  posiłek,  jedzenie  staje  się  czymś 

niezmiernie cennym. 

Biedactwo. Wiele przeszłaś. 

Może ten koszmar wkrótce się skończy. 

Wczoraj wieczorem złapałam Whita. Zasypał mnie pytaniami. 

background image

Chyba nie udzieliłaś mu zbyt wielu odpowiedzi? 

Żadnych, których nie powinnam. - Allison wzięła od kelnerki oszroniony kufel piwa 

i wzniosła toast. - Za ciebie, za mnie i tamtego faceta, który siedzi przy stoliku w rogu i nie 

spuszcza nas z oka. 

Celestine  doskonale  wiedziała,  o  kogo  chodzi.  Mężczyzna  miał  na  imię  Hank,  był 

emerytowanym agentem FBI i przywiózł ją tutaj. 

Nie marnowałabym na niego czasu. 

- Dlaczego? 

Jest ze mną. 

Więc dlaczego nie przyjdzie... - Oczy Allison rozbłysły. - On cię chroni? 

Jasne.  Każdemu  podejrzanemu  chluśnie  sałatką  w  oczy  i  dołoży  w  łeb  frytkami 

prosto z wrzącego oleju. 

Skąd w takim krótkim czasie wytrzasnęłaś takiego atletę? 

Nie ja. Norbert go wynajął. 

- Norbert? 

Pamiętasz, jak wspomniałam ci o pewnym mężczyźnie? Tym, którego poznałam w 

Anglii? No więc... on mnie odnalazł. I mi pomaga. 

Szczęściara z ciebie. - Allison gwizdnięciem wyraziła podziw. 

Nie powiedziałabym, żeby te cztery lata były szczęśliwe. 

Oczywiście, że nie. Ale tylko pomyśl, jak będzie, gdy załatwisz swoje sprawy. Jesteś 

w czepku urodzona. Może trochę przyżółkł, ale szybciutko go wybielisz i zaczniesz żyć jak 
księżniczka. 

Zabawne,  ale  nigdy  nie  podniecała  mnie  perspektywa  posiadania  tego  majątku. 

Owszem, Haven House coś dla mnie znaczy, lecz głównie dlatego, że ta posiadłość należała 
do  moich  rodziców.  Natomiast  pieniędzmi  chętnie  podzieliłabym  się  z  Millie  i  Rogerem, 
gdyby tylko traktowali mnie jak człowieka. Nie jak bratanicę. Po prostu jak ludzką istotę. 

- Szlachetne sentymenty. 

-  Daj spokój, Allie. - 

Celestine  dotknęła  dłoni  przyjaciółki.  -  Nie  wmawiaj  mi,  że 

mając do wyboru miłość i forsę, w dzieciństwie wybrałabyś szmal. 

Jasne, że tak, głuptasku. 

- Serio? 

-  Skarbie, przez 

tych  parę  latek  tułałaś  się  bez  pieniędzy.  Naprawdę  możesz  mi 

powiedzieć, że kasa nie jest ważna? Ja dawno temu odpuściłam sobie miłość, ale pieniążki to 

co innego. 

background image

Wcale  nie  zrezygnowałaś  z  miłości.  Nadal  mnie  kochasz.  I  jesteś  uczuciowym 

stworzonkiem, które odwiedza dziadka Suttera. 

Ty  jedna  na  całym  świecie  postrzegasz  mnie  w  ten  sposób.  -  Allison  umknęła 

spojrzeniem w bok. 

Kelnerka  przyniosła  talerze  z  lunchem,  więc  obie  zabrały  się  do  jedzenia.  Wkrótce 

znów wesoło paplały i chichotały, lecz Celestine myślała o tym, co zostało powiedziane. Po 
czterech latach piekła teraz wiedziała, co w życiu naprawdę się liczy. Nie kolosalny spadek, 
lecz coś, czego brak odczuwała tak boleśnie po śmierci rodziców. I co od niedawna zaczęła 
odnajdywać wraz z Norbertem... Miłość. 

Masz  taką  rozmarzoną  minę  -  zauważyła  Allie.  Celestine  odsunęła  swój  talerz. 

Zostało na nim trochę sałatki i frytek, ale już nie była w stanie tego zjeść. 

Norbert zaraz tu przyjdzie. Opowiedziałam mu wszystko o tobie. 

- Wspaniale. Norbert... tajemniczy nieznajomy. Pewnie na dodatek bogaty, co? 

Chyba w miarę zamożny, ale nie obchodzi mnie jego stan posiadania. 

W  razie  czego  ty  będziesz  mieć  tyle  forsy,  że  wystarczy  dla  was  obojga.  Tylko 

sprawdź, że to nie jakiś łowca posagów. 

Tego mogę być pewna. Gdy pierwszy raz mnie ujrzał, serwowałam kawę w paryskiej 

kawiarence.  - 

Podniosła wzrok i zobaczyła wchodzącego do restauracji Norberta. Wymienił 

spojrzenia z Hankiem i skierował się do ich stolika. 

Uśmiechnął  się  najpierw  samymi  oczami,  a  dopiero  potem  wygięły  się  jego  wargi. 

Miał poluzowany krawat, a biała koszula była rozpięta pod szyją. Poruszał się jak właściciel 
ziemi, po której stąpał. Celestine kolejny raz zdumiała się tym, jak wiele ten mężczyzna dla 

niej znaczy... 

oraz jak szybko jej uczucie do niego pobudzało te części ciała, które znajdują 

się dość daleko od serca. 

- Celestine... - 

Norbert powitał ją skinieniem głowy i spojrzał na Allison. 

Norbert, to moja najlepsza przyjaciółka, Allison Freeman. Allison, poznaj Norberta 

Jamesa. 

Allison przez chwilę gapiła się na niego, nie podając mu ręki. Następnie popatrzyła na 

Celestine. 

Robisz mnie w konia, skarbeńku? - spytała w końcu. Celestine nie miała pojęcia, o 

co chodzi. Zerknęła na Norberta, a on jakby się skurczył i zrobił dziwną minę. 

- Norbert James? - 

Tym razem Allison posłała mu uroczy uśmiech, a na jej policzkach 

pojawiły się słodkie dołeczki. - Człowieku, masz przed sobą wierną czytelniczkę czasopisma 
„People”. Kurczę, czytuję wszystkie plotkarskie gazety tak zawzięcie, jak niektórzy  Biblię. 

background image

Norbert James. Dobre sobie! Jesteś Norbert Colter, właściciel korporacji Tri - C International, 

prawda? - 

Allison popatrzyła na Celestine i pokręciła głową. - Jezu, Celestine, tylko ty mogłaś 

zakochać się w jednym z najbogatszych facetów Ameryki. Twój fart jest bezgraniczny. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Norbert uważnie obserwował twarz Celestine. Natychmiast sięgnęła po swoje talenty 

aktorskie,  zdążył  jednak  dostrzec  wyraz  zdumienia  i  cień  zawodu,  jakby  poczuła  się 

zdradzona. 

-  Le

piej  wyznaj  Allison  prawdę  -  powiedziała,  unikając  jego  spojrzenia.  -  Jej nie 

oszukasz. 

Nie wiedziałem, że moja twarz jest tak dobrze znana. 

Może nie wszystkim szarym obywatelom. - Allie chyba świetnie bawiła się swoim 

odkryciem. - 

Ale ja mam obsesję na punkcie znakomitości. 

Żadna ze mnie znakomitość. Jestem tylko biznesmenem. 

Którego  przeszłość  mogłaby  posłużyć  za  kanwę  bestsellera.  Media  przez  pewien 

czas  pana  uwielbiały,  ja  też.  Ilu  mężczyzn  najpierw  rzuca  na  kolana  swoich  ojców  - 

miliarderów, a 

później wszystko po nich dziedziczy? 

Nie był to szczególnie udany okres w moim życiu i nie lubię o tym rozmawiać. 

Święta racja - cierpkim tonem wtrąciła Celestine. - Norbert nigdy o tym nie mówi. 

Nikomu. 

Kochamy swoją prywatność, co? - Allie skrzywiła się pociesznie. - Przepraszam, że 

pana rozpoznałam, ale Celestine i tak by mi powiedziała. Jesteśmy jak siostry. 

Celie, chyba powinniśmy wracać. Idzie burza i jazda będzie trudna. - Norbert położył 

rękę na dłoni Celestine, lecz ona ją cofnęła. 

-  Ja 

też muszę już lecieć. - Allison chwyciła ze stołu rachunek i wstała. - Kiedy się 

zobaczymy, Celestine? Mam iść z tobą do sądu? 

Zadzwonię do ciebie. 

Chcę tam być, gdy dostaniesz wszystko, co ci się należy. 

-  Dobrze.  - 

Celestine  ścisnęła  dłoń  przyjaciółki.  Norbert  odprowadził  uważnym 

spojrzeniem odchodzącą w stronę kasy Allison i dopiero po jej wyjściu z restauracji odwrócił 
się do Celestine. 

Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? 

Gdy będziesz bezpieczna. Gdy odzyskasz swoje życie. 

Zaufałam ci. - Celestine wstała z krzesła. - I chyba popełniłam błąd. 

background image

-  Jestem Norbert Colter. - 

Przytrzymał ją za ramię, aby nie odeszła. - I pracowałem 

jako konsultant, zanim przejąłem Tri - C International. Ani razu cię nie okłamałem, jedynie 
podałem trochę fragmentarycznych informacji. 

Tylko tyle byłam dla ciebie warta? Garść byle czego? 

Wolałem od razu nie mówić ci wszystkiego. Gdy ludzie dowiadują się, kim jestem... 

Co wtedy? Padają przed tobą plackiem i modlą się u twoich stóp? 

- Prasa brukowa bez 

przerwy rozpisuje się na mój temat, więc nie chciałem powtarzać 

ci tego, co wie o mnie cały świat. Poza tym twoje życie było w niebezpieczeństwie, a ja nie 
wiedziałem, dlaczego. W tych okolicznościach moja osoba zeszła na dalszy plan. 

Wyznać ci coś zabawnego? 

Marzę o takiej odmianie. 

- Ja nie wiem o tobie absolutnie nic. O Tri - C Inter

national pierwszy raz usłyszałam 

od ciebie, a nazwisko Norbert Colter nic mi nie mówi. Przez ostatnie cztery lata wiele mnie 

ominęło.  Na  ogół  nie  stać  mnie  było  nawet  na  gazety,  więc  nie  rozczytywałam  się  w 
opowieściach o takich magnatach jak ty. - Strząsnęła jego dłoń z ramienia i ruszyła do drzwi. 

-  Celestine...  - 

Znów  chwycił  ją  za  ramię.  -  Wysłuchasz  mnie  teraz?  Pozwolisz  mi 

wszystko  opowiedzieć?  Zrobiłbym to w odpowiednim  czasie.  Wiem,  że  czujesz  się 

oszukana... 

-  Doprawdy?  - 

Znów  strząsnęła  jego  rękę.  -  Nie  masz  pojęcia,  co  czuję!  Wszyscy, 

których kocham, są kłamczuchami. Dziś rano zasugerowałeś, żebym nie ufała żadnej z osób, 
które pomagały mi przetrwać. A po południu dowiaduję się, że nie jesteś tym, za kogo się 
podawałeś. - Poszła do wyjścia. 

Dokąd idziesz? 

Chyba bez przeszkód mogę paradować ulicami w biały dzień, skoro ludzie, którzy 

mnie wspierali, prawdopodobnie są moimi prześladowcami. 

Zaczekaj, wysłuchaj mnie. A później odejdź, jeśli będziesz tego chciała, ale w jakieś 

bezpieczne miejsce. Proszę - dokończył niemal błagalnym tonem. 

Nie  zgodziła  się,  ale  też  nie  odeszła,  więc  gestem  nakazał  Hankowi  przyprowadzić 

samochód i po chwili jechał z Celestine w stronę Atlantic Beach. 

Burza  szybko  się  zbliżała.  Nad  horyzontem  raz  po  raz  rozbłyskiwały  gigantyczne 

błyskawice,  a  o  przednią  szybę  już  bębniły  krople  deszczu.  Norbert  zerknął  we  wsteczne 
lusterko i stwierdził, że Hank jedzie z tyłu, za kilkoma pojazdami. John, drugi ochroniarz z 

Tri - 

C, pilnował domu. 

background image

Po pierwsze, pozwól mi coś wyjaśnić. Ukrywałem przed tobą prawdę nie dlatego, że 

podejrzewałem cię o polowanie na mój majątek. 

Bardzo  śmieszne.  Allie  niedawno  ostrzegała  mnie  przed  łowcami  posagów. 

Oczy

wiście, zanim cię rozpoznała. Ale mój spadek to pewnie kropla w morzu tego, co należy 

do ciebie. 

Norbert był zadowolony z konieczności patrzenia na mokrą szosę. Chwilowo nie miał 

ochoty widzieć miny Celestine. 

Spróbuj  mnie  uważnie  posłuchać,  dobrze?  Ty  serwowałaś  mi  jedno  kłamstwo  po 

drugim,  a  jednak  nadal  tu  jestem.  Teraz  twoja  kolej  obdarzyć  mnie  zaufaniem  na  kredyt, 

Celie. 

Mów, bo chcę to mieć za sobą. 

Moim  ojcem  był  James  Colter.  Jego  dziadek  stworzył  Tri  -  C  International,  choć 

wtedy  firma  nosiła  inną  nazwę.  Trzy  litery  C  oznaczały  trzy  pokolenia  Colterów,  którzy 
przekształcili  ją  w  obecnego  giganta.  Gdy  dorastałem,  mój  ojciec  jasno  dał  mi  do 
zrozumienia, że nigdy nie będzie czwartego C. Był surowym, wymagającym człowiekiem i 
nie  miałem  szans,  aby  kiedykolwiek  spełnić  jego  oczekiwania.  Moi  rodzice  rozwiedli  się 
kilka lat po moim przyjściu na świat i niezmiernie rzadko widywałem ojca. Odpłacałem mu 
nieskrywaną niechęcią za jego brak zainteresowania, a więc ojciec spotykał się ze mną coraz 

rzadziej 

i  też  okazywał  mi  swoją  niechęć.  To  było  błędne  koło.  W  zasadzie  mieszkałem  z 

matką,  lecz  ona  wolała  spędzać  czas  na  żeglowaniu  jachtem  i  bywaniu  w  narciarskich 
kurortach.  Nigdy  nie  pragnęła  dziecka  i  urodziła  mnie  tylko  dlatego,  że  ojciec  zażądał 

dziedzic

a. Wychowywała mnie służba, która często się zmieniała, ponieważ nawet najwyższa 

pensja nie rekompen

sowała konieczności zajmowania się takim złośliwym szczeniakiem jak 

ja. 

Norbert umilkł, oczekując jakichś pytań, lecz Celestine milczała. 

Gdy kończyłem college, nie utrzymywałem już żadnych kontaktów z ojcem, który 

wcześniej oświadczył, że nigdy więcej nie chce mnie widzieć. Co niewiele zmieniało, toteż 
nie było czego żałować. Babcia ze strony matki zapisała mi mały spadek, uznałem więc, że 

wystarczy, ab

y stanąć na własnych nogach. Na miejsce zamieszkania wybrałem południową 

Florydę. 

Norbert powoli przejechał po zatłoczonym samochodami moście i odezwał się dopiero 

po wjeździe na ląd. 

Nie wiem, kim bym się stał,  gdyby nie  Lynn.  Była ode mnie starsza o dwa lata i 

miała synka, Josha. Mówiłem ci o nim. 

background image

- Tak. 

Uznał, że ta odpowiedź Celestine, choć krótka, to dobry znak. 

Początkowo  nie  widziałem  siebie  w  roli  człowieka  żonatego.  Nie  miałem  o  sobie 

zbyt wysokiego mniemania, ale Lynn przekonała mnie, że jestem coś wart. Po pewnym czasie 
skonstatowałem,  że  ona  i  Josh  są  tym,  czego  zawsze  brakowało  w  moim  życiu.  Bardzo  ją 
kochałem. Po raz pierwszy byłem naprawdę szczęśliwy. 

Zmieniając  pas  ruchu,  zastanawiał  się,  jak  opowiedzieć  resztę,  którą  dawno  temu 

zepchnął na peryferie swojej pamięci. 

Założyłem  firmę  świadczącą  usługi  konsultacyjne.  Lynn  prowadziła  biuro,  a  ja 

zająłem się sprawami merytorycznymi. Zrobiłem dyplom z inżynierii i chociaż byłem prze-
ciętnym  studentem,  to  sporo  się  nauczyłem.  Postanowiłem  skupić  się  na  technikach 
bezpieczeństwa. W tamtym okresie odbyło się kilka głośnych procesów, w których skarżono 
wielkie  korporacje.  Zarzucano  im,  że  produkowane  przez  nie  wyroby  nie  posiadają 
niezbędnych  elementów  lub  urządzeń  zabezpieczających.  W  mojej  firmie przeprowadzano 
niezależne  badania  i  ekspertyzy.  Wybór  dziedziny  okazał  się  strzałem  w  dziesiątkę,  więc 
odniosłem sukces. 

Norbert  zerknął  na  Celestine.  Wyglądała  przez  okno,  lecz  niewątpliwie  słuchała. 

Siedziała sztywno i chyba była spięta, jakby na coś czekała. 

Obecnie zdaję sobie sprawę ze swojej ówczesnej motywacji. Pragnąłem udowodnić 

ojcu  swoją  samodzielność,  pokazać,  że  dam  sobie  radę  bez  niego.  Postarałem  się,  aby 
wiedział, co robię, lecz on mnie ignorował. Po pewnym czasie przestało mnie to obchodzić. 
Miałem Lynn i Josha. Nie byliśmy bogaci, ale żyliśmy dosyć wygodnie, moja firma stawała 
się coraz bardziej znana i klientów przybywało. 

Dlaczego ukryłeś to przede mną? 

Lynn i ja byliśmy małżeństwem od dwóch lat. Przed ślubem powiedziała mi, że nie 

chce więcej dzieci. Uwielbiała Josha, lecz wolała nie ryzykować urodzenia kolejnego dziecka 
z zespołem Downa. Uszanowałem to, lecz poprosiłem, aby na razie nie decydowała się na nic 

ostatecz

nego, bo może kiedyś zmienić zdanie. Brała więc tabletki antykoncepcyjne i mimo to 

zaszła  w  ciążę.  Źle  ją  znosiła.  Josh  zawsze  wymagał  dużo  uwagi,  a  Lynn  żyła  w  ciągłym 
napięciu. Nie chciała zrobić specjalistycznych badań, ponieważ niezależnie od rezultatu i tak 
nie  zdecydowałaby  się  na  aborcję,  ale  stałe  obawy  były  stresujące.  Po  kilku  miesiącach 
przestała  pracować  i  zajmowała  się  tylko  Joshem  oraz  domem.  Starałem  się  ją  wspierać  i 
byłem pewien, że sobie poradzimy. Pewnego dnia pojechałem do pracy bardzo wcześnie, gdy 
Josh i Lynn jeszcze spali. Nie chciałem ich budzić, więc tylko ją pocałowałem, poprawiłem 

background image

Joshowi kołdrę i wyszedłem. Sądziłem, że później Lynn do mnie zadzwoni. Nie odezwała się, 
więc sam zadzwoniłem, ale nikt nie odpowiadał. Uznałem, że poszła po zakupy. Jeszcze kilka 

razy bezskutecznie próbowa

łem  się  połączyć,  ale  o  czwartej  zacząłem  się  martwić,  więc 

wyszedłem wcześniej z biura, żeby sprawdzić, co się dzieje. 

Norbert... nie musisz... opowiadać tego... 

Wjeżdżając  na  podjazd,  odniosłem  wrażenie,  że  dom  jest  jakby  opustoszały.  Z 

powodu zimna 

okna  były  pozamykane,  a  wewnątrz  nigdzie  nie  paliło  się  światło,  chociaż 

zapadał  zmrok.  Samochód  Lynn  stał  pod  daszkiem.  Zaparkowałem  obok,  wszedłem  do 

kuchni i na

tychmiast zacząłem kasłać, bo wewnątrz brakowało powietrza. 

Norbert mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Tyle razy wracał we wspomnieniach 

do tamtych przeżyć i zawsze były równie bolesne jak w dniu tragedii. 

Cały dom był pełen tlenku węgla. Wypadłem na zewnątrz i zawołałem sąsiada. Zaraz 

przybiegł, odetchnął tym czadem i chciał mnie zatrzymać, ale zasłoniłem usta i wbiegłem do 
środka. W naszej sypialni otworzyłem okna i stwierdziłem, że Lynn leży w łóżku tak, jak ją 

zo

stawiłem.  Zacząłem  jej  robić  sztuczne  oddychanie,  słyszałem,  że  sąsiad  wybija  kolejne 

szyby, i zemdlałem. Ktoś wezwał policję i pogotowie. Wyniesiono nas na zewnątrz, ale Lynn 
i Josh już dawno nie żyli. We śnie zatruli się czadem. 

- Norbert... 

Później  okazało  się,  że  piec  miał  wadliwe  zawory.  -  Norbert  walnął  dłonią  w 

kierownicę. - A teraz się dowiesz, co uczyniło ze mnie tego człowieka, jakim jestem obecnie. 

Wiedział, że mówi z goryczą w głosie. To już nigdy miało się nie zmienić. - Zawory były 

produkcji Tri - 

C International. Szefowie firmy zdawali sobie sprawę z tego, że wypuścili na 

rynek  partię  wybrakowanego towaru. Początkowo  nawet  chcieli  poinformować  o  tym 
nabywców, ale księgowi podliczyli koszty wymian, ewentualnych odszkodowań i uznali, że 
lepiej niczego nie ujawniać. Wtedy już byłem w stanie odkryć prawdę. Pochowałem żonę i 
syna, po czym zabrałem się za zbieranie informacji kompromitujących naganne działania Tri - 
C.  Przez  rok  harowałem  tylko  w  tym  celu,  jak  opętany,  i  w  końcu  dysponowałem 
wystarczającymi  dowodami,  aby  podać  korporację  ojca  do  sądu.  Ich  prawnicy  usiłowali 
argumentować,  że  pragnę  tylko  zarobić  na  osobistym  nieszczęściu  i  rozzłościć  ojca,  ale 
wygrałem proces. Tri - C wypłaciła mi ogromną kwotę tytułem zadośćuczynienia. 

Norbert... nie wiem, co powiedzieć. 

Jeszcze  się  wstrzymaj  z  mówieniem.  Nie  usłyszałaś  wszystkiego.  Podczas  całego 

procesu ojci

ec i ja ze sobą nie rozmawialiśmy. Nigdy nie powiedział, że mu przykro z po-

wodu śmierci moich najbliższych, w tym jego nie narodzonego wnuka. Nie zadzwonił, aby 

background image

wyrazić  żal,  ponieważ  to  jego  firma  pośrednio  pozbawiła  ich  życia.  Przeciwnie,  zrobił 

wszystk

o, aby ukryć swoją winę. Ale w testamencie uczynił mnie jedynym spadkobiercą. Gdy 

zmarł,  z  dnia  na  dzień  zostałem  największym  udziałowcem  korporacji,  którą  usiłowałem 
rzucić na kolana. 

Chciał w ten sposób powiedzieć „przepraszam”? 

-  Bynajmniej. Do testa

mentu  był  dołączony  list.  Zdaniem  ojca  ponad  wszelką 

wątpliwość  udowodniłem,  że  jestem  wystarczająco  mściwy  i  bezwzględny,  aby  zająć  jego 
miejsce. Wyraził też nadzieję, że będę miał frajdę, naprawiając to, co tak usilnie starałem się 
zepsuć. 

Źle cię ocenił. Wcale się nie mściłeś. Postępowałeś słusznie. 

Owszem, ale pragnąłem też go ukarać. Sam nie wiem, co bardziej popychało mnie 

do działania. 

Chciał, aby Celestine wreszcie zaczęła coś mówić. Jakoś skomentowała historię jego 

życia,  zdobyła  się  na  więcej  niż  kilka  słów.  Spojrzał  na  nią  i  stwierdził,  że  jej  policzki  są 
mokre od łez. Nadal jednak patrzyła na wycieraczki, zamiast na niego, więc sam też utkwił w 

nich wzrok. 

Gazety  rozpisywały  się  na  mój  temat.  Człowiek  traci  rodzinę  z  winy  korporacji. 

Poda

je ją do sądu. Wygrywa z nią, a później ją dziedziczy. Nie wiadomo kiedy, z żywej istoty 

zmieniłem  się  w  symbol.  Utraciłem  wszystko,  co  się  dla  mnie  liczyło,  a  świat  uznał,  że 
triumfuję. Byłem jednym z najbogatszych ludzi Ameryki i prawie nikogo nie obchodziło, że 
w głębi duszy stopniowo umieram. 

I nie chciałeś, żebym ja też postrzegała cię w ten sposób. 

Nie.  Pragnąłem  znów  być  zwyczajnym  mężczyzną  uwikłanym  w  coś 

zdumiewającego. Nie zamierzałem obciążać cię całą prawdą o sobie i kolejach mojego losu. 

Ale prosiłeś,  żebym ci zaufała.  Zapewniałeś,  że mogę zdać się na ciebie.  A przez 

cały ten czas kłamałeś na swój temat. Nie sądziłeś, że byłabym w stanie zrozumieć, jaki jesteś 
naprawdę i co przeszedłeś? Że nie sugerowałabym się tą całą otoczką? 

- Jak mo

głem wszystko ci wyznać? Sama nawet nie podałaś mi swojego prawdziwego 

nazwiska! 

Mam taki straszny zamęt w głowie. Moje życie to jedno wielkie kłamstwo. - Teraz w 

głosie Celestine wyraźnie dało się słyszeć łzy. - W ciągu minionych czterech lat wcieliłam się 
w  tyle  postaci,  że  już  nie  wiem,  kim  jestem,  ani  komu  mogę  wierzyć.  Ktoś  mi  bliski 
prawdopodobnie knuje coś przeciwko mnie. A mężczyzna, w którym się zakochuję, okazuje 
się kimś innym, niż sądziłam! - dokończyła histerycznie podniesionym tonem. 

background image

Jestem dokładnie tym mężczyzną, za którego mnie uważałaś. Fakt, nie powiedziałem 

ci wszystkiego. Powinie

nem był. Już dawno zdałem sobie z tego sprawę. Ale nie kłamałem, 

wyrażając  chęć  udzielenia  ci  pomocy  i  zapewniając  cię  o  tym,  że  pragnę  twojego  dobra. 
Stawałem na głowie, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, ponieważ też zaczynałem cię kochać. 

To szczera prawda. 

Usłyszał  szloch  Celestine,  ale  nie  mógł  się  nią  zająć,  ponieważ  właśnie  wjechali  w 

największą  nawałnicę  i  musiał  skupić  uwagę  na  prowadzeniu  samochodu szarpanego 
wściekłymi  podmuchami  wichury.  Od  paru  minut  nie  widział  we  wstecznym  lusterku  auta 
Hanka, sądził jednak, że ochroniarz nadal jest w pobliżu i skutecznie walczy z atakami burzy. 

Po  wjeździe  do  garażu  Norbert  odetchnął  z  ulgą.  Nie  miał  pojęcia, jak zareaguje 

Celestine,  lecz  wolał  jej  gniew  od  milczenia  i  od  zmagań  z  żywiołem.  Zgasił  więc  silnik, 
spojrzał na nią i stwierdził, że ona go obserwuje. 

Kocham cię. - Pochylił się nad nią, a ona się nie odsunęła. - Sam nie wiem, od kiedy. 

Może  nawet  od  chwili,  w  której  pierwszy  raz  cię  ujrzałem.  A  później,  gdy  na  dodatek 
przekonałem się, jaka jesteś odważna, pomysłowa... - Dotknął jej policzka. - Tylko to było dla 
mnie ważne. Nie twoje nazwisko. 

- Norbert, ja... 

Nie  usłyszał  jej  odpowiedzi.  Tuż  za  nim  coś  trzasnęło.  Nie  zdążył  się  odwrócić, 

ponieważ czyjaś ręka chwyciła go za szyję i z całej siły uderzyła jego głową o kierownicę. W 
ułamku sekundy pochłonęła go czerń. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Celestine  ocknęła  się  w  całkowitych  ciemnościach  i  dopiero  po  długiej chwili 

przypomniała sobie, co zaszło. Teraz nie wiedziała, gdzie jest, nie mogła też mówić, a jej ręce 
były  związane.  Zdążyła  tylko  zobaczyć,  jak  ktoś  uderza  głową  Norberta  o  kierownicę  i 
natychmiast  poczuła  koszmarny  ból  w  tyle  czaszki,  wywołany  silnym ciosem. Nikogo nie 
widziała, ponieważ zemdlała. A teraz pewnie ktoś ją zabije. 

Przez moment to spostrzeżenie było tylko kolejnym elementem układanki tworzącej 

jej życie. Zaraz jednak pojawił się paniczny strach. Tym razem naprawdę miała umrzeć. Nikt 

ni

e przybędzie na ratunek. Nikt zapewne nie wie, gdzie ona jest. Sama tego nie wiedziała. A 

Norbert... 

Była  na  niego  taka  rozgniewana.  Wyznał,  że  ją  kocha,  a  ona  nie  zdążyła  mu 

odpowiedzieć. Wysłuchała opowieści o tragedii, którą przeżył, i nawet nie zapewniła, że go 
rozumie i że mu wybacza zatajenie prawdy. 

Przypuszczała, że zaraz umrze, a on nigdy się nie dowie o jej uczuciach... lub może 

Norbert już nie żyje. 

Przygryzła wargi, aby nie jęknąć, i zmusiła się do bezruchu. Na razie najlepiej udawać 

nieprzytomn

ą. Powinna oszczędzać siły, aby podjąć walkę. Nawet jeśli szanse jej wygrania 

tym  razem  były  bliskie  zeru.  Ale  chciała  przynajmniej  spróbować,  aby  się  dowiedzieć,  że 
Norbert żyje. Dzięki temu łatwiej pogodziłaby się z własną śmiercią. 

Norbert gniewnie st

rzepnął ze swojego czoła rękę Johna. Ten były agent FBI, który 

miał pilnować domu, gęsto się tłumaczył, lecz Norberta nie przekonywały żadne wyjaśnienia. 

Nie wiem, kto tu wszedł i w jaki sposób tego dokonał! Sprawdziłem cały dom, każde 

cholerne pomiesz

czenie! Nikogo nie było. I nagle, gdy zajrzałem do kuchni... 

Dostałeś w łeb - dokończył Norbert. - Wiem, psiakrew. Już mi to mówiłeś. - Norbert 

ścisnął skronie obu rękami. Nadal miał zamglony wzrok, a w głowie huczało. 

Musi pan jechać do szpitala - stwierdził John. - Nieźle pan oberwał. 

Dokąd mogli ją zabrać? - Norbert zignorował sugestię ochroniarza. - Dlaczego po 

prostu nie zabili jej tutaj? Pozorując napad rabunkowy. 

Może nie pojechali daleko. 

- Dlaczego? 

Jeśli  chodzi  o  zabójstwo  na  zlecenie,  to  walną  ją  raz  i  gdzieś  w  odosobnionym 

miejscu wyrzucą ciało. 

background image

Nie owijasz w bawełnę. 

Nie płaci mi pan za ładne słówka. 

Wezwałeś gliny? 

Tak. A pan, panie Colter, powinien trafić na ostry dyżur. Nie podoba  mi się pana 

głowa. 

Norbert marzył tylko o tym, aby mu się w niej rozjaśniło. Jeśli Celestine jeszcze żyła, 

to nie pożyje długo. Wszystkie poszlaki prowadziły do jej ciotki i wuja, lecz oni jeszcze nie 
wrócili do domu, gdyż wyjechali z Waszyngtonu dziś w południe. Norbert o tym wiedział, 
ponieważ miesiąc temu kazał bezustannie ich śledzić. 

Sami jej nie zabiją - mruknął. 

- Co? - 

John kucnął obok niego. 

Powiedziałem, że jej ciotka i wuj sami tego nie zrobią. Pewnie wynajęli zawodowca, 

który upozoruje wypadek. 

-  Wykluczone  - 

zaprotestował  John.  -  Przecież  pan  złoży  zeznanie.  Nikt  nie  kupi 

wersji wypadku. 

Norbert usiłował zebrać myśli. Pod czaszką nadal mu szumiało, lecz nie tak bardzo, 

jak przed chwilą. 

Ale ciotka i wuj będą głównymi podejrzanymi. To nie trzyma się kupy. 

Więc może to nie oni? 

Celestine była pewna, że dybią na jej życie. 

Może ktoś chciał, aby tak sądziła. 

Może  ktoś  chciał  ich  wrobić...  -  Norbert  sam  był  zaskoczony  swoim  pomysłem. 

Przecież tylko Millie odziedziczyłaby majątek po śmierci bratanicy. - Jak by to zrealizował? 

Podrzuciłby jakieś dowody rzeczowe na miejscu zbrodni. 

Norbert  miał  przemożne  wrażenie,  że  powinien  sobie  coś  przypomnieć.  Jakiś 

szczegół, który uleciał mu z pamięci. 

- A ten adwokat? - 

spytał John. 

Mało prawdopodobne. 

Whit osobiście nic nie zyskałby na zabiciu Celestine. Gdyby zaś współdziałał z Millie 

i  Rogerem,  to  nie  próbowałby  kierować  podejrzenia  na  nich.  Albo...  Nie,  to  odpada. 
Wykluczone,  aby  ów  dziadek  Sutter  chciał  się  zemścić  na  rodzinie  St.  Gervais.  Staruszek 
niedawno wyszedł ze szpitala, sam ledwie żył po ciężkiej chorobie i chyba nie byłby w stanie 
intrygować oraz najmować płatnego zabójcy. Norbert potrząsnął głową i zobaczył wszystkie 

gwiazdy. 

background image

A ta przyjaciółeczka, z którą panna Celestine jadła dzisiaj lunch? 

-  Allison? Nie, 

podobnie  jak  Whit,  nie  ma  motywu.  Dziewczyna  wydawała  się 

najzupełniej  lojalna  wobec  Celestine.  Norbert  przypomniał  sobie  urodziwą  brunetkę, 
odchodzącą od restauracyjnego stolika. Szła z wdziękiem, zupełnie jak... 

Do licha! Norbert zerwał się na równe nogi, a pokój zawirował. Jej chód! 

Panie Colter, trzeba pana zawieźć do szpitala... 

-  Nic mi nie jest. - 

Norbert słyszał syrenę nadjeżdżającego radiowozu. - To Allison! 

Chodzi identycznie jak Celestine. One muszą być spokrewnione. Nie mam pojęcia, dlaczego 

C

elestine tego nie wie, lecz jeśli tak jest, to Allison może chcieć jej śmierci! 

Celestine  już  była  pewna,  że  znajduje  się  w  bagażniku  auta  -  skrępowana  i 

zakneblowana. Wieziono ją na miejsce zbrodni. 

Spróbowała rozluźnić więzy, lecz okazało się to niewykonalne. Jej prześladowca znał 

się  na  swojej  robocie.  Po  jakichś  dziesięciu  minutach  jazdy  auto  się  zatrzymało,  trzasnęły 
jedne  drzwiczki,  zaraz  potem  drugie.  A  więc  morderców  było  przynajmniej  dwóch.  To 

znacznie zmniej

szało szanse przeżycia. 

Zgrzytnął  obracany  w  zamku  kluczyk  i  Celestine  poczuła  na  policzku  powiew 

wilgotnego powietrza. Nadal padał deszcz, lecz burza już się oddalała. 

Wyjmij ją. 

Celestine nie znała tego męskiego głosu. Leżała całkiem nieruchomo, dopóki ktoś nie 

wsunął pod nią rąk. Wtedy z całej siły kopnęła, trafiając stopą w coś miękkiego. Mężczyzna 
zaklął i trzepnął ją w twarz. Mimo bólu Celestine poczuła przypływ triumfu. 

Pomóż mi - burknął facet i wraz z kimś innym wywlókł ją z bagażnika. - Gdzie ją 

położyć? 

- Tam. 

Tym razem odezwała się kobieta. Mimo dzwonienia w uszach Celestine była pewna, 

że  już  słyszała  ten  głos.  Nie  należał  do  Millie.  Brzmiał...  o  wiele  młodziej...  I  nagle  go 
rozpoznała. 

Zaczęła się szamotać. Nie mogła uwierzyć, że to prawda. 

Co z tobą, Celestine? Nie stawiałaś się na swoje randki ze śmiercią. Jesteś ciekawa, 

jaka będzie ta ostatnia? 

Celestine usiłowała odpowiedzieć, ale knebel jej to uniemożliwił. 

Rozwiąż tę chustkę - poleciła Allison. - Chcę usłyszeć jej pożegnalne słowa. 

- Lepiej nie - 

zaprotestował mężczyzna. - Zacznie wrzeszczeć. 

background image

Wrzaśnij, skarbeńku,  a natychmiast cię załatwię.  Wystarczy jeden  strzał.  - Allison 

odpowiednio cmoknęła językiem. - Rozumiesz? 

Celestine skinęła głową. 

Równie dobrze można też odsłonić jej oczy - uznała Allison. 

Celestine g

wałtownie wciągnęła powietrze. Jeden mężczyzna stał za nią, trzymając jej 

nadgarstki, a drugi - 

z bronią w ręku - znajdował się kilka metrów dalej. 

Pewnie  się  zastanawiasz,  po  co  zorganizowałam  to  spotkanie  -  słodziutko 

powiedziała Allison. 

Celestine ni

e miała co do tego żadnych wątpliwości. Wiedziała też, gdzie przyjechali - 

na  bagna  w  okolicy  Haven  House.  W  dzieciństwie  lubiła  się  tu  bawić,  ku  zgrozie  matki  i 

uciesze ojca. 

Sprzedałaś mnie. - Celestine z uwagą wpatrywała się w twarz kobiety, którą uważała 

za najbliższą osobę na świecie. 

- Bynajmniej. 

Ile płacą ci za to Millie i Roger? 

Oni?  Ani  grosza.  W  ogóle  nie  biorą  w  tym  udziału.  To  ja zawsze  usiłowałam  cię 

usunąć. Nawet planowałam z chłopcami porwanie sprzed domu dziadka Suttera, ale niestety 
miałaś towarzystwo. 

Więc Millie i Roger... 

Roger byłby w stanie popełnić morderstwo, ale jest za głupi, żeby znaleźć się poza 

wszelkimi podejrzeniami. Poza tym to tchórz, ten nasz Roger. W więzieniu sobie nie poradzi. 

Zamierzasz go wrobić? 

Piątka z plusem, Celestine. Co zresztą mnie nie dziwi. W rodzinie St. Gervais nie 

brakowało geniuszy. Ty. Tatuś. Ja. 

- Co ty pleciesz? 

Do tej pory się nie połapałaś, prawda? Może nie jesteś aż taka genialna. Przez tyle lat 

miałaś to tuż przed nosem i nigdy nie zaczęłaś główkować. 

Co miałam przed nosem? 

Jezu,  muszę  ci  wszystko  przeliterować?  To  wydaje  ci  się  takie  niewiarygodne,  że 

nawet nie bierzesz tego pod uwagę. Jesteś moją siostrą. Tylko przyrodnią, ale zawsze. 

Nie jesteśmy siostrami. 

-  Nigdzie nie odc

hodź,  skarbeńku,  a  wyjaśnię  ci, w czym rzecz. Cóż, nasz tatko za 

młodu lubił się zabawić. Moja mama wpadła mu w oko i tuż przed ślubem z twoją zalał się w 
pestkę i spędził noc z moją. Och, nazajutrz cholernie tego żałował, ale ziarno zostało posiane. 

background image

Moja 

mama zorientowała się, że jest w ciąży, gdy nasz staruszek już się ożenił. Powiedziała 

mu o mnie, a jego żona już nosiła w brzuszku ciebie. Ale numer, co? Taki porządny gość, jak 
nasz tatuś, znalazł się w paskudnej sytuacji. 

Nie wierzę w to. 

- Niby dlacz

egoś? - Allison gniewnie przymrużyła piękne oczy. - Twoim zdaniem nie 

nadaję  się  na  jedną  z  rodu  St.  Gervais?  Przez  te  wszystkie  lata,  gdy  robiłaś  mi  malutkie 
prezenciki i dawałaś pieniądze ze swojego kieszonkowego, uważałaś się za lepszą ode mnie, 

prawda? 

Celestine wiedziała, że byłoby błędem odpowiedzieć na to pytanie. Chciała zachować 

życie, a rozgniewana Allison mogła je zakończyć szybciej niż planowała. 

Opowiedz mi całą resztę. 

Proszę. Wymów to magiczne słówko. Gdzie twoje maniery? 

Proszę, Allie. 

Tatuś dał mamie trochę gotówki. - Allie znów zaczęła mówić gawędziarskim tonem. 

Nie  tyle,  ile  powinien,  to  pewne.  A  moja  mama  obiecała,  że  nie  będzie  go  o  nic  więcej 

prosić i nikomu nie piśnie, kto jest ojcem jej dziecka. Dotrzymała słowa. I pewnego pięknego 
dnia  zmarła.  Tak  po  prostu.  Nie  wiem,  co  tatko  chciał  począć  z  takim  fantem  jak  ja. 
Podejrzewam,  że  nieźle  się  gryzł  tym  problemem.  Ale  zmarł,  zanim  cokolwiek 
wykoncypował. Moja mama kiepsko inwestowała, więc po jej śmierci zostało niewiele forsy. 
Rodzina opłaciła z nich moją szkołę i wysłała do internatu, żeby mieć mnie z głowy. I nikt 
nawet się nie domyślał, kto jest moim tatą. 

Więc jak się dowiedziałaś? 

Tatuś  nie  był  aż  taki  mądry,  za  jakiego  się  uważał.  Po  moim  przyjściu  na  świat 

nap

isał do mojej mamy list. Tylko jeden. Prosił, aby mu wybaczyła. Oczywiście zrobiła to. 

Dobre  serduszko  miała  ta  moja  mamusia.  Kiedyś  powiedziała  mi,  że  mój  tata  to  dobry 
człowiek. Trzeba przyznać, że była z niej lojalna kobitka, choć nieszczególnie bystra. 

Celestine z przerażeniem zauważyła, że Allie przeniosła wzrok na mężczyznę z tyłu, 

jakby dawała do zrozumienia, co powinien uczynić. 

Co zyskasz na mojej śmierci, Allie? - spytała, rozpaczliwie usiłując grać na zwłokę. 

Zauważyła, że Allie na szczęście chyba pragnęła powiedzieć jej wszystko. 

Jeszcze nie kapujesz, skarbeńku? 

- Nie - 

skłamała Celestine, chociaż doskonale wiedziała, co usłyszy. 

Rany, zaczynam martwić się o ciebie. Uważałam cię za mądrzejszą. 

Może w pozycji związanego indyka człowiek szybciej traci szare komórki. 

background image

Zawsze miałaś poczucie humoru, Celestine. 

- Co ci przyjdzie z zabicia mnie? 

Co? Wszystko!  Twoi  wujostwo  wylądują  w  więzieniu.  On za  morderstwo,  ona  za 

współudział. Cieszę się, że wcześniej cię nie załatwiłam, bo tym razem nie będzie absolutnie 
żadnych wątpliwości co do osoby sprawcy. Mam pistolet Rogera, zarejestrowany na niego, z 
jego odciskami. Tak się składa, że twój wujaszek lubi po pijanemu strzelać z balkonów Haven 
House do ptaków. Zdobycie tej broni poszło jak z płatka. 

Allison uśmiechnęła się jeszcze radośniej. 

Roger  wkrótce  wróci.  Podrzucę  też  tutaj  jego  myśliwski kapelusik. Co jeszcze? - 

Allie udała, że się zastanawia. 

Aha,  list  twojej  ciotki  do  kogoś,  kto  za  opłatą  miał  cię  szukać.  Roger  i  Millie 

naprawdę liczyli na to, że nie żyjesz. Chcieli dysponować dowodem, ale w tym liście nic nie 
jest jasno sformułowane. Wynika z niego tylko, że pragną cię znaleźć. Chyba zawieszę go na 
tamtej  gałązce.  -  Allie  wskazała  powyginaną  kłodę  wystającą  z  grzęzawiska.  -  Obciążymy 
twoje ciało i wrzucimy do wody, a później poczekamy na powrót cioci i wujka. Wtedy jeden 
z chłopców anonimowo zadzwoni do szeryfa. 

Więc Roger i Millie pójdą za kratki. A jak ty  udowodnisz, że jesteś z rodziny St. 

Gervais? 

Zapomniałaś o liście do mojej mamy? Zrobi się też badania DNA. To wygrywająca 

kombinacja.  Ależ  tak,  proszę  państwa,  stoi  przed  wami  zwyciężczyni.  A  poważnie... 
zaczekam  kilka  miesięcy,  następnie  oświadczę,  że  znalazłam  list  w  starych  dokumentach 
mojej  mamy.  Dobrze  się  składa,  ponieważ  jedna  z  moich  ciotek  niedawno  dała  mi  jakieś 

rodzinne papierzyska. 

- DNA? 

Przykro mi to mówić, Celestine, ale w razie potrzeby wykopiemy naszego tatusia. 

Skoro udało się zidentyfikować Jesse Jamesa na podstawie badania jego potomków, to mój 

przypad

ek  będzie  łatwizną.  A  wtedy  wszystko  przejdzie  w  moje  ręce.  -  Allison znów 

spojrzała na mężczyznę za plecami Celestine, a ją przeszedł dreszcz. 

- Jeszcze jedno pytanie. - 

Celestine spróbowała zrobić krok do przodu, lecz mężczyzna 

wykręcił jej ręce. 

- Twój 

czas dobiega końca, skarbeńku. 

Dlaczego  to  zrobiłaś?  Gdybyś  przyszła  do  mnie,  opowiedziała  mi  tę  historię, 

pokazała list, podzieliłabym się z tobą całym majątkiem. Wiesz, że tak. Kochałam cię, a tobie 
słusznie należałaby się połowa. Więc... dlaczego? 

background image

Ciekawe, czy wymyślisz dobrą odpowiedź. 

Bo mnie nienawidzisz? Bo byłam ślubnym dzieckiem, a ty nie? 

To także, ale zapominasz o jednym drobiażdżku. Celestine milczała. 

Ja nie lubię się dzielić - dodała Allison. - Chcę dostać wszystko. 

Mężczyzna  stojący  za  Celestine  poruszył  się.  Wiedziała,  co  zaraz  nastąpi. 

Przypuszczała  też,  że  nie  chcąc  zatrzeć  odcisków  na  pistolecie  Rogera,  będzie  musiał  na 
moment ją puścić. Skoncentrowała się więc, ignorując panikę. 

- Zegnaj, Celestine - 

powiedziała Allison. 

Celes

tine błyskawicznie się odwróciła i kopnęła mężczyznę kolanem w krocze. A gdy 

zawył  z  bólu  i  niechcący  strzelił  w  powietrze,  zygzakiem  podbiegła  do  swojej  niedawnej 
przyjaciółki. 

-  Nie strzelaj! - 

wrzasnęła  Allison.  Chciała  złapać  Celestine, lecz ona uderzyła  ją 

barkiem, przewracając na ziemię, i pognała w stronę mokradła. 

Oby  ktoś  usłyszał  strzały.  Rogera  i  Millie  nie  było  w  domu,  lecz  mieszkała  tam 

również  służba  -  pokojówki,  ogrodnicy.  Prawdopodobnie  uznają,  że  ktoś  kłusuje,  i  wezwą 

szeryfa. 

Celestine 

dobrze znała ten teren. Przez chwilę mogła się skryć w wysokich trawach, 

lecz Allison i jej ludzie na pewno ruszą w pościg. Mieli zbyt wiele do stracenia, aby teraz 
pozwolić jej ujść z życiem. 

Zanurkowała w trawę, słysząc świst kolejnego pocisku. Dopiero wtedy, gdy poczuła 

pieczenie  w  boku,  zrozumiała,  że  została  trafiona.  Mimo  to  zaczęła  czołgać  się  przez 
grzęzawisko,  aby  pozostać  w  ukryciu.  Jednak  zdradzał  ją  ruch  traw,  musiała  więc  jak 
najszybciej dotrzeć do wody, ponieważ ciągle była zbyt łatwym celem. 

Następna kula przeleciała jej nad głową, rzadkie błoto kląskało pod stopami. Celestine 

miała jeszcze do pokonania ze czterdzieści metrów, nie była jednak pewna, czy zdoła płynąć 
ze związanymi rękami. 

Zastanawiała się, czy Norbert żyje i czy będzie obwiniał się za jej śmierć tak samo, jak 

za  śmierć  żony.  Poczuła  muśnięcie  kuli  na  ramieniu,  ale  się  nie  zatrzymała,  tylko  dzielnie 
brnęła w stronę zbawczej wody. 

I właśnie wtedy usłyszała wycie syren. 
Norbert obiegł Haven House, wołając Celestine po imieniu. John i Hank biegli przy 

nim, a szeryf wraz z dwoma zastępcami gnał ich śladem. Jeśli Allison chciała zwalić winę za 

zabicie Celestine na Millie i Rogera, to najprawdopodob

niej wybrała tę  okolicę na miejsce 

zbrodni. 

background image

Przyjechaliście  z  powodu  strzałów?  -  spytała  starsza  kobieta  w  szarym  uniformie, 

wychodząc na ganek. 

Jakich strzałów? Gdzie? - Norbert poczuł, że serce ma w gardle. 

W rejonie grzęzawiska. - Kobieta wskazała kierunek. 

Prowadzi tam jakaś droga? 

Taka wąska. 

Norbert  pognał  w  tamtą  stronę.  Towarzyszyli mu obaj ochroniarze, natomiast 

policjanci wrócili po swoje samochody. 

- My to sprawdzimy! - 

krzyknął John. - Niech pan tu zostanie. 

Norbert  zignorował  jego  słowa,  podobnie,  jak  wściekłe  łomotanie  w  skroniach. 

Biegnąc,  słyszał  syreny  radiowozów,  aż  w  końcu  dotarł  do  małej  kępy  drzew,  za  którymi 
ujrzał bagna. Trochę dalej dwóch mężczyzn pędziło do starego auta. Gdy się zbliżył, jeden z 
nich wycelował do niego z pistoletu. 

Zjeżdżaj!  -  zawołał  i  ostrzegawczo  strzelił  w  ziemię  u  stóp  Norberta.  Następnie 

wskoczył  do  samochodu  i  zapalił  silnik.  Drugi  zdołał  otworzyć  drzwiczki  i  dał  susa  do 
wnętrza, gdy pojazd już ruszył. 

Norbert usłyszał huk strzału i zobaczył, że John celuje w opony. Jedna pękła i autem 

ostro zarzuciło, po czym uciekinierom drogę zajechał radiowóz szeryfa. 

-  Celestine!  - 

Norbert oraz obaj ochroniarze skierowali się prosto na bagna. Żaden z 

nich  nie  zauważył  Allison,  dopóki  nie  wynurzyła  się  spomiędzy  wysokich  traw  tuż  przed 
Norbertem, celując gdzieś w wodę. 

Witam, panie Colter. Zjawił się pan, aby popatrzeć, jak ją zabijam? - wycedziła. - 

Jeśli już tego nie zrobiłam. 

Odłóż broń, Allison. - Norbert powoli przysunął się bliżej. 

- Wykluczone. - 

Wycelowała prosto w niego, więc przystanął. 

Dostaniesz dożywocie. Albo nawet karę śmierci. 

Bardzo możliwe. - Znów machnęła pistoletem. - Ale wiesz co? Skoro nie mogę mieć 

całego szmalu naszego tatusia, to zaraz wywabię stamtąd jego ukochaną, małą księżniczkę, 
aby ona też nie położyła łapki na tej forsie. Ani na twojej, Colter. 

Jest ze mną dwóch ludzi, którzy mają cię na muszce, Allie. Poddaj się. 

Coś  ty...  Chyba  wolę  kogoś  zabić.  Ciebie?  Ją?  -  Allison  potrząsnęła  głową  i 

uśmiechnęła się uroczo. - Jak ja nie cierpię podejmowania decyzji. 

Pomożemy ci. Potrzebujesz pomocy specjalistów. Ale rzuć broń. 

background image

Skarbie,  mnie  nikt  nie  pomoże.  Już  mam  na  sumieniu  śmierć  jednego  człowieka. 

Zastrzeliłam  Stephena  Montgomery'ego.  To  ci  dopiero  był  bystrzak.  Zaczął  zadawać 
niewygodne pytania. Jeszcze się nie połapał, że jestem starszą siostrą Celestine, ale pewnie by 
do tego doszedł. 

Jeśli naciśniesz spust, jeden z tych mężczyzn do ciebie strzeli. Tego chcesz? 

-  Ce  -  le  - stine!  - 

zawołała Allison. - Już nie żyjesz? Bo jeśli tak, to zaraz zastrzelę 

Norberta! 

Norbert natychmiast się zorientował, do czego Allison zmierza, i że jej się to udało. 

Spomiędzy wysokiej trawy chwiejnie wyłoniła się Celestine. Oddawała za niego swoje życie. 

Nie  stracił  ani  ułamka  sekundy  na  myślenie,  tylko  błyskawicznie  rzucił  się  między 

Celestine a Allison. Wtedy Allison strzeliła do niego. 

Usłyszał jeszcze dwa strzały, lecz ból poczuł tylko po tym pierwszym. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

Z Whitem po jednej stronie oraz z Franklinem Billettem z kancelarii adwokackiej 

„Flinders,  Billett  &  Crane”  po  drugiej,  Celestine  wkroczyła  do  gabinetu  sędziego.  Sędzią 
okazała  się  starsza,  siwowłosa  kobieta,  której  rozpięta,  czarna  toga  ujawniała  klasyczny 
granatowy kostium. Whit przedstawił swoją klientkę, a sędzia uścisnęła jej dłoń i poprosiła o 
zajęcie miejsca po przeciwnej stronie biurka. 

Whit  ujął  Celestine  pod  ramię,  aby  jej  pomóc,  lecz  ona  tylko  pokręciła  głową.  Już 

odzyskała formę po niedawnych dwóch postrzałach i mimo nowych blizn nie potrzebowała 

asysty. 

Myślałam,  że  Millie  i Roger  już  tu  są  -  szepnęła  do  Whita.  Nie  była  zachwycona 

perspektywą spotkania z wujostwem. Co prawda wiedziała, że nie oni stali za zamachami na 
jej życie, lecz wspomnienia o ciotce i wuju i tak były przykre. 

Pewnie uznali, że nie ma sensu przychodzić. Ta rozprawa to czysta formalność. 

Za ich plecami rozległ się jakiś szmer. Celestine odwróciła się i po raz pierwszy od 

dawna spojrzała na dwie osoby, którym przed laty powierzono opiekę nad nią. 

Millie Debham, drobna brunetka, zaczynała wyglądać na swoje lata, lecz niewątpliwie 

starała  się  ukryć  wiek.  Miała  świeżo  ufarbowane,  starannie  ułożone  włosy  i  nieskazitelny 
makijaż. Natomiast Roger był o wiele za tęgi i prawie łysy. 

Ich  adwokat  przedstawił  oboje  sędzi,  która  potraktowała  ich  równie  formalnym,  jak 

przed  chwilą,  uściskiem  dłoni,  i  wskazała  krzesła.  Następnie  ułożyła  leżące  na  stole  doku-

menty w równiutki stosik. 

Dokładnie zapoznałam się ze sprawą - oświadczyła. 

Panna  St.  Gervais  żyje  i  nie  widzę  żadnych  podstaw  do  uznania  jej  za  osobę 

niezdolną  do  czynności  prawnych.  Zaś  niedawne  wydarzenia  ponad  wszelką  wątpliwość 

udowod

niły, że miała przekonujące powody, aby obawiać się o swoje życie. Wykazała się też 

wielkim  rozsądkiem,  ukrywając  się  aż  do  ukończenia  dwudziestu  pięciu  lat.  Osiągnęła  ten 
wiek i absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby formalnie stała się właścicielką zapisanych 
jej  dóbr.  Pozostaje  tylko  sprawa  funduszy,  o  które  został  uszczuplony  jej  majątek.  -  Znad 
wąskich  okularów  w  metalowej  oprawce  sędzia  spojrzała  na  Millie  i  Rogera.  -  Dysponuję 
szczegółową listą wszystkiego, czego brakuje oraz opisem metod, jakimi dokonano kradzieży. 
Adwokat  państwa  posiada  kopię  tego  dokumentu.  Oczywiście  mogą  państwo  skierować 
pozew do sądu, broniąc owego stanu posiadania, lecz ostrzegam, że nie ma szans na wygraną. 

background image

Przeciwnie, można nawet spodziewać się wyroku skazującego państwa na karę pozbawienia 
wolności. Alternatywą jest zwrot zagarniętego mienia i zwrócenie się z prośbą do panny St. 
Gervais o zgodę na takie rozwiązanie. 

Roger i Millie przez chwilę konferowali szeptem ze swoim prawnikiem. 

- Zaakceptuje pani ten wariant? - 

spytał adwokat. - Czy też i tak oskarży pani moich 

klientów? 

Zgadzam  się,  aby  zatrzymali  pieniądze  -  oświadczyła  Celestine,  ignorując  Whita, 

który usiłował ją powstrzymać. 

Mój dziadek nie miał moralnego prawa wydziedziczyć mojej ciotki, zaś mój ojciec 

pragnął  zapewnić  jej  byt.  To  jasno  wynika  z  jego  testamentu.  Jeżeli  państwo  Debham  na 
piśmie  przysięgną,  że  ich  noga  nigdy  więcej  nie  postanie  w  Północnej  Karolinie,  pozwolę, 
aby  zachowali  to,  co  mi  ukradli.  Muszą  jednak  opuścić  Haven  House  do  jutrzejszego 
południa, zabierając ze sobą tylko  rzeczy  osobistego użytku, co zostanie  sprawdzone przez 
moich pełnomocników. Pragnę jednak nadmienić, że gdyby kiedykolwiek złamali dane słowo 
lub  spróbowali  w  jakikolwiek  sposób  skontaktować  się  ze  mną,  to  zażądam zwrotu 
wszystkiego i formalnie oskarżę ich o kradzież. 

To mi się podoba. - Frank Billett zachichotał. - Zasługujesz na nazwisko St. Gervais, 

Celestine. Twój ojciec też wiedział, jak osiągnąć swój cel. 

Celestine  zastanawiała  się,  czy  rzeczywiście  dostanie to, czego najbardziej pragnie. 

Lecz na razie nie sposób było przewidzieć dalszego rozwoju sytuacji. 

Moi klienci akceptują ofertę panny St. Gervais - oznajmił adwokat Rogera i Millie. 

Oboje wstali i -  ku zdumieniu Celestine - 

ciotka podeszła do niej. Celestine dopiero 

teraz zauważyła, że Allison była podobna do Millie. Miała jej oczy i zadarty nosek. Szkoda, 
że  wcześniej  tego  nie  spostrzegłam,  pomyślała  Celestine.  Może  Allison  nadal  by  żyła,  a 
Norbert nie zostałby postrzelony. 

-  Nigdy nie cz

ułam  do  ciebie  nienawiści,  Celestine  -  powiedziała  Millie.  -  Ani nie 

chciałam twojej śmierci. Po prostu nie wiedziałam, jak sobie z tobą poradzić. Nie lubię dzieci. 

Okazywałaś to od samego początku. 

I szczerze mówiąc... naprawdę sądziłam, że tracisz zdrowe zmysły. 

Szczerze mówiąc, bywały takie chwile, gdy już ze mną zamieszkaliście, że sama też 

tak myślałam. 

- Przykro mi. - 

Millie potrząsnęła głową. 

Doceniam twoje słowa, Millie, lecz niestety to niczego nie zmieni. 

background image

Millie odwróciła się i wraz z mężem oraz adwokatem ruszyła do drzwi, a Celestine 

odprowadziła całą trójkę wzrokiem. Nareszcie uwolniła się od ciotki i wuja. Podpisała swój 
testament. Już nikt nie miał powodów, aby chcieć ją zabić. 

Pytanie tylko, czy komuś zależało na tym, aby żyła. 

Żałuję, że ten sąd nie był w stanie oszczędzić pani kilku lat piekła, panno St. Gervais. 

Sędzia uścisnęła jej rękę. 

- To jest nas dwie - 

z uśmiechem przyznała Celestine. - Ale już po wszystkim. Co za 

ulga. 

Planuje pani jakąś uroczystość? 

-  Tak.  - 

Pomyślała  o  dziadku  Sutterze  czekającym  na  nią  w  domu  córki.  Whit  też 

obiecał wpaść na kieliszek szampana i kawałek wspaniałego tortu Rhondy. Miało brakować 
tylko jednej ważnej osoby... 

To dobrze. Życzę pani wszystkiego najlepszego. Celestine wyszła na zewnątrz. Było 

piękne,  jesienne  popołudnie,  świeciło  złociste  słońce,  a  powietrze  dopiero  leciutko  się 
ochładzało. Obecnie już mogła spokojnie stać w biały dzień, niczego się nie obawiając. Na 
razie wydawało się jej to dziwne. 

Pożegnała obu swoich prawników i popatrzyła za nimi, gdy odchodzili. W ubiegłym 

tygodniu Whit powiedział jej, że przestał odwiedzać kasyna i chodzi na zajęcia terapeutyczne, 
gdzie uczą, jak walczyć z uzależnieniem. Wierzyła, że uda mu się zerwać z nałogiem hazardu. 

Jej auto stało zaparkowane w pobliżu, wolała jednak się przejść. W takiej mieścinie 

jak Beaufort wszędzie można było dojść na piechotę. Poza tym tyle się tu zmieniło w ciągu 
minionych lat, więc miała ochotę się porozglądać. 

Szła wolno po ocienionych drzewami ulicach, z przyjemnością patrząc na zabytkowe 

białe domy osadników z Wysp Bahama i z Indii Zachodnich. Czasem spoglądała na sklepowe 
wystawy, lecz jej myśli krążyły gdzie indziej... 

W  końcu  dotarła  na  przykościelny  cmentarz,  miejsce  pochówku  Allison.  Ani  Hank, 

ani John nie strzelali z zamia

rem  zabicia,  lecz  celując  do  Norberta,  Allison  zrobiła  jeden 

fatalny w skutkach krok - 

i zginęła na miejscu. 

Celestine  poruszyła  piaszczystą  ziemię  czubkiem  szarego  pantofla,  usiłując 

przypomnieć  sobie  coś  naprawdę  dobrego  na  temat  Allison.  Chociaż  jedno  jedyne  wspo-
mnienie o niej, które mogłaby zachować. 

Nie jestem pewien, czy miała wpływ na to, kim się stała - usłyszała głos za plecami. 

Gdzieś po drodze ktoś musi nas kochać, bo inaczej w głębi duszy usychamy. 

background image

Celestine  odwróciła  się  i  przy  cmentarnej  bramie  ujrzała  Norberta.  Opierał  się  na 

lasce, lecz miał ładne rumieńce. Nie wyglądał na człowieka, który niedawno omal nie umarł. 

- Co tutaj robisz? - 

Celestine nie ruszyła się z miejsca. 

Obserwuję cię. Polubiłem to, gdy przez krótki czas byliśmy razem. 

Powinieneś być w domu i dochodzić do zdrowia. 

- Kolorado jest za daleko. 

Zacisnęła powieki i znów ujrzała Norberta padającego  na ziemię,  powiększającą się 

plamę krwi wokół niego... 

Celie, to nie była twoja wina. 

Omal cię nie zabito. Więc kto zawinił? 

Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, żeby Allison strzeliła do ciebie, a nie do mnie. 

Celestine widziała Norberta tylko raz, zanim z miejscowego szpitala przewieziono go 

helikopterem do najlep

szego  centrum  medycznego.  Norbert  otworzył  oczy,  ale  jej nie 

rozpoznał, ponieważ nadal był nieprzytomny. 

Gdy wypisano mnie ze szpitala, pragnęłam się z tobą zobaczyć, lecz ludzie z Tri - C 

utrzymywali miejsce twojego pobytu w tajemnicy... - 

Ruszyła w jego stronę. - Przekazali ci 

wiadomości ode mnie? 

- Tak. 

Dlaczego więc...? 

Kula  Allison  utkwiła  blisko  kręgosłupa.  Lekarze  długo  nie  mieli  pewności,  czy 

jeszcze kiedykolwiek będę chodzić. 

I wolałeś mnie nie widzieć? 

Uznałem, że muszę stać na własnych nogach podczas naszego pierwszego spotkania 

i... pojednania. 

Pragnęła być na niego wściekła. Chciała go zbesztać. Ale on był dumnym mężczyzną, 

który własnym ciałem zasłonił ją przed kulą. Jak mogła mieć mu cokolwiek za złe? 

Nie znałeś mnie na tyle, aby wiedzieć, że to, czy chodzisz, czy nie, nigdy nie zmieni 

moich uczuć? 

Nie chciałem, żebyś wróciła do mnie powodowana poczuciem winy. I bałem się, że 

w takim przypadku nie umiałbym powiedzieć „nie”. 

Wróciłabym do ciebie zawsze i wszędzie. - Stała już prawie przy nim. Wystarczyło 

otworzyć metalową bramę, aby znaleźć się w jego ramionach. - Oddałabym za ciebie swoje 
życie. 

Prawie to zrobiłaś. 

background image

A ty byłeś gotów poświęcić swoje, aby mnie uratować. 

Zawsze do usług, Celie. 

Kocham cię, Norbercie. 

Po  jego  twarzy  przemknął  wyraz  ulgi,  a  Celestine  zrozumiała,  że  Norbert  nie  był 

pewien jej uczuć. Szarpnęła więc bramę, podbiegła do niego i objęła go. 

Kocham cię - powtórzyła. - I nie ma to nic wspólnego z żadnym poczuciem winy, 

wdzięcznością  czy  nawet  stuprocentowym  zaufaniem.  Po  prostu  cię  kocham.  Nadal  z 

wza

jemnością? 

Odpowiedział  namiętnym  pocałunkiem.  Gdzieś  w  pobliżu  rozkrzyczały  się  mewy, 

szybując w przesyconym solą, nadmorskim powietrzu. 

A Celestine nareszcie była w domu. Tym prawdziwym, wymarzonym. W Północnej 

Karolinie i w ramionach Norberta. 

background image

EPILOG 

Dziadek  Sutter  obserwował  słońce,  które  powoli  chowało  się  za  ośnieżonymi 

szczytami  gór,  wznoszącymi  się  niedaleko  drewnianej  willi,  w  której  mieszkali  Celestine  i 
Norbert podczas pobytów w Kolorado. Haven House był pełen antyków kolekcjonowanych 

przez ko

lejne  pokolenia  rodziny  St.  Gervais  oraz  dzieł  sztuki  zbieranych  przez  Norberta. 

Natomiast dom tutaj był piękny wyłącznie dzięki wspaniałemu sąsiedztwu majestatycznych 

Gór Skalistych. 

Jednak wolę ocean. Nie ma jak jego fale. 

Możemy cieszyć się i jednym, i drugim - z uśmiechem stwierdziła Celestine. - Haven 

House jesienią i wiosną. A góry w upalne lato i najzimniejszą zimę... 

Nie lubię, jak zjeżdżasz z tych stromych zboczy, laleczko. 

Dzięki  temu  jestem  w  formie  i  zachowuję  figurę.  Lub  raczej  zachowywałam,  gdy 

jeszcze ją miałam. 

- Twoja figura jest idealna, Celie. - 

Norbert podszedł do niej od tyłu i objął ją w talii. - 

Zwłaszcza po tym, jak zrzuciłaś ten nadmiar wagi. 

Ten „nadmiar wagi” właśnie rozpłakał się trzy pokoje dalej. Oboje nawet nie chcieli 

myśleć o zatrudnieniu niani do opieki nad pyzatym chłopczykiem, który już od minuty głośno 
wyrażał swoje zachcianki. Woleli zajmować się nim razem. 

- Twoja kolej, tatusiu. 

Woła mamusię. Jest głodny. 

Skąd wiesz? 

- Rozumiem, co go kusi. 

Przynieś go, dobrze? - Celestine cmoknęła męża w czubek nosa i usiadła w bujaku. 

Po  chwili  Norbert  wrócił  z  Christopherem.  Dwumiesięczne  niemowlę  miało  oczy 

swojego  taty.  Podnosząc  bluzkę,  Celestine  czule  gruchała  do  dziecka,  a  ono  po  chwili 
radośnie przyssało się do jej piersi. 

Wielkie chłopaczysko - stwierdził dziadek Sutter i znów odwrócił się do okna, jakby 

liczył na to, że wpatrując się w góry wystarczająco długo, zdoła się do nich przyzwyczaić. 

Będzie taki duży, jak jego tatuś. - Celestine poklepała Christophera po pupie. Oboje 

z Norbertem postanowili, że nie poprzestaną na jednym dziecku. Sami nie mieli rodzeństwa, 
zamierzali  więc  stworzyć  liczną,  kochającą  się  rodzinę.  Oraz  cieszyć  się  każdą  sekundą 

owego tworzenia. 

background image

Nie  brak  ci  podróżowania, Celestine? -  spytał  dziadek  Sutter.  -  Zawsze  chciałaś 

zobaczyć cały świat, lecz teraz będzie trochę trudniej, prawda? 

Norbert uśmiechnął się samymi oczami, a Celestine odpowiedziała mężowi w taki sam 

sposób.  W  ciągu  roku,  jaki  minął  od  ich  ślubu,  napisała  listy  do  wielu  osób  poznanych 
podczas  jej  długiej  tułaczki.  Odezwała  się  między innymi do Betty i Marian oraz do 
Marshalla,  który  obiecał  wkrótce  przyjechać  z  wizytą.  Nadmienił  też,  że  Bobby  popełnił 
jakieś poważne przestępstwo i zaczyna odsiadywać długi wyrok. 

Życie  w  ciągłym  strachu  już  Celestine  nie  groziło  i  obecnie  mogła  być  losowi 

wdzięczna za tych ludzi, którzy okazali się jej przyjaciółmi. 

Chcę jeździć tylko tam, gdzie mogłabym zabrać ze sobą Christophera. Ale na razie 

nie zamierzam nigdzi

e się ruszać. Tutaj mam wszystko, czego potrzebuję. 

Rozumiem  cię,  dziecinko.  -  Radosny  uśmiech  sprawił,  że  na  starej,  zniszczonej 

twarzy dziadka Suttera pojawiło się tysiąc zmarszczek. 

Norbert  kucnął  obok  Celestine  i  odgarnął  z  jej  czoła  kasztanowe  włosy  -  teraz  już 

prawie takie długie, jak u Marie St. Germaine. 

Celie chciała powiedzieć, że ma mnie, ciebie i tego maluszka. Czegóż więcej trzeba 

jej do szczęścia? 

Musiałaś pokonać cały ocean, aby to odnaleźć, prawda, laleczko? Ale przyznam, że 

nieźle sobie poradziłaś. 

Celestine też tak sądziła. Obecnie nazywała się Celestine St. Gervais Colter. Objechała 

pół świata, aby z dumą móc nosić te dwa nazwiska. 


Document Outline