background image
background image

EMILIE RICHARDS 

ROMANS Z NIEZNAJOMĄ 

Tytuł oryginału: Woman Without A Nam 

background image

PROLOG

 

Norbert  Colter  nie  zakochał  się  w  ParyŜu.  Podczas  tygodniowego  pobytu  w  Mieście 

Ś

wiatła nocą spacerował po Polach Elizejskich, a w dzień patrzył na lśniącą w blasku słońca 

wstęgę  Sekwany.  Jadał  coq  au  vin  i  haricot  de  mouton  w  romantycznych  kafejkach  oraz 

sypiał w nieskazitelnej pościeli najlepszych paryskich hoteli. Ale nie poddał się magii ParyŜa. 

Przyjechał tutaj w interesach i nie oczekiwał Ŝadnych szczególnych wraŜeń. Od dawna 

miał  zwyczaj  kolekcjonować  miasta  równie  beznamiętnie,  jak  zbierał  dzieła  sztuki  z  okresu 

renesansu.  Codziennie  pozwalał  sobie  przez  pewien  czas  obserwować  świat,  lecz  podróŜe 

były tylko zajęciem akademickim, poniekąd ćwiczeniem intelektu. 

Teraz  Norbert  od  godziny  siedział  na  ławce  w  Ogrodzie  Luksemburskim,  kończąc 

notatki. W otoczeniu równiutkich klombów, palm w wielkich donicach oraz spacerowiczów, 

niekiedy  podnosił  głowę,  aby  poobserwować  spektakl.  W  to  letnie  przedpołudnie  chyba 

większość  paryŜan  znalazła  jakąś  wymówkę,  aby  udać  się  do  parku.  W  pewnej  chwili  jego 

uwagę zwróciła młoda kobieta, której widok podziałał na niego zdumiewająco silnie. 

Poruszała  się  z  wdziękiem,  mijając  grupki wielbicieli  słońca i dzieci szykujących się 

do puszczania łódeczek na płytkim stawie. Miała na sobie prostą, czarną sukienkę opinającą 

biodra  i  piersi,  rozciętą  z  boku  na  tyle  wysoko,  Ŝe  odkrywała  smukłe,  kremowe  udo. 

NiezaleŜnie  od  tego,  skąd  pochodziła  ta  kreacja  -  z  butiku  Chanel  czy  teŜ  z  wyprzedaŜy  w 

Bon Marche - wyglądała tak, jakby została stworzona z myślą o tej dziewczynie. 

Norbert  zauwaŜył  równieŜ  szczególny  sposób  chodzenia  nieznajomej.  Przy  kaŜdym 

kroku lekko unosiła się na palcach, jakby chciała wznieść się aŜ do nieba, oraz łagodnie, lecz 

prowokująco kołysała biodrami. A ciało Norberta, od dawna pozbawione seksu, natychmiast 

zareagowało na taką podnietę. 

Kobieta wyglądała jak galijska leśna nimfa - jej lśniące, kasztanowe włosy z rudawym 

odcieniem  lekko  falowały  na  ramionach,  a  nogi  o  długości  równie  imponującej,  co  wyob-

raźnia  Francuzów,  były  bardzo  zgrabne.  Mimo  to  Norbert  nie  całkiem  rozumiał,  dlaczego 

nieznajoma  tak  szybko  obudziła  jego  libido.  Widywał  w  ParyŜu  piękniejsze  dziewczyny. 

NaleŜała  do  nich  na  przykład  ta,  z  którą  wczoraj  jadł  kolację.  Spotkanie  miało  charakter 

słuŜbowy,  lecz  bez  trudu  zakończyłby  je  bardziej  intymnie,  gdyby  nie  wyczuł  pułapki  w 

drapieŜnym uśmiechu towarzyszki. 

background image

Natomiast  ta  leśna  nimfa  wcale  się  nie  uśmiechała.  Szła  dość  szybko,  obserwując 

mijanych  ludzi,  lecz  nie  patrzyła  im  w  oczy,  tylko  uwaŜnie  omiatała  spojrzeniem  kolejne 

twarze, jakby je skanowała. Norbert był niemal pewien, Ŝe ona kogoś lub czegoś wypatruje. 

Normalnie  juŜ  by  się  znudził  obserwowaniem  jednej  osoby  i  znów  zabrałby  się  do 

pracy.  Ale  dzisiaj,  całkiem  bez  zastanowienia,  wepchnął  dokumenty  do  teczki  i  wstał. 

WyjeŜdŜał dopiero wieczorem, miał więc sporo wolnego czasu. Zaliczył juŜ wszystkie muzea 

i  po  raz  pierwszy  od  kilku  dni  był  zaintrygowany.  Pójście  śladem  uroczej  nieznajomej 

wydawało się wybaczalne w mieście słynącym z romantyzmu. 

Po  wyjściu  z  parku  Norbert  starał  się  nie  zgubić  jej  z  oczu,  chociaŜ  sam  się  sobie 

dziwił,  Ŝe  za  nią  idzie.  Było  to całkiem  nie w  jego stylu  i juŜ zaczynał  czuć się  głupio. Nie 

zmartwiłby  się,  gdyby  dziewczyna  znikła  w  tłumie,  lecz  ona  skręciła  w  wąską  uliczkę  i 

weszła do jakiegoś lokalu. 

MoŜe właśnie spotkała się z kochankiem - jakimś młodym, ciemnookim Francuzem - 

lub  z  przyjaciółkami?  Norbert  nie  miał  pojęcia,  co  odkryje.  Nie  spodziewał  się  jednak,  Ŝe 

nieznajoma  stanie  za  ladą  drugorzędnej  kawiarenki  w  Dzielnicy  Łacińskiej,  weźmie  z  rąk 

nabzdyczonej  paniusi  biały  fartuszek  i  go  załoŜy.  Z  tymi  wysoko  sklepionymi  kośćmi 

policzkowymi  i  dumną  postawą  wyglądała  jak  księŜniczka.  Idealnie  pasowałaby  do  katedry 

na Sorbonie, lecz jako osoba podająca kawę i maślane bułeczki wydawała się dziwnie nie na 

miejscu. Norbert uznał, Ŝe warto jeszcze trochę ją poobserwować. 

W  kiosku  na  rogu  kupił  dziennik  „USA  Today”  i  poszedł  do  kawiarni.  Nimfa  była 

sama. 

-  Cafe  au  lait,  s'il  vous  plait  -  powiedział,  uśmiechem  przepraszając  za  swój 

beznadziejnie amerykański akcent. 

ZauwaŜył, Ŝe  dziewczyna  przez  sekundę  mu  się  przyglądała,  zanim odwróciła się do 

ekspresu.  Jej  twarz  była  równie  intrygująca,  jak  sposób  chodzenia.  Dość  długi,  wąski  nos  i 

przeciętne  usta  nie  zwracały  uwagi,  w  przeciwieństwie  do  szerokich,  ciemniejszych  niŜ 

włosy, brwi i zadziwiająco turkusowych oczu. Te oczy na moment leciutko pociemniały, gdy 

nieznajoma stwierdziła, Ŝe klient patrzy na nią badawczo. 

Podała mu filiŜankę kawy z mleczną pianką, której odrobina spływała na spodek. 

- Co poleciłaby pani do tego? - Norbert nadal mówił po francusku. 

- Wszystko jest dobre - odpowiedziała w nienagannej, urokliwej francuszczyźnie. Głos 

zabrzmiał miękko i o ton niŜej, niŜ się spodziewał. 

- Więc poproszę croissanta. 

background image

Dziewczyna  podała  rogalik  bez  słowa  i  dopiero  po  chwili  powiedziała,  ile  franków 

wynosi naleŜność. 

W małej, niezbyt czystej kawiarence stały tylko cztery stoliki. Norbert usiadł w rogu, 

gdzie na blacie mógł rozłoŜyć gazetę i widzieć ladę. Niczego nie planował, chciał tylko miło 

spędzić nieco czasu. Z przyjemnością zabawił się w kotka i myszkę z atrakcyjną nieznajomą, 

tropiąc ją ulicami ParyŜa, a teraz zamierzał poczytać. 

Od  lat  pasjonował  się  psychologią  i  był  wielkim  znawcą  charakterów,  co  zawsze 

przydawało mu się w prowadzeniu firmy. Osobiście wybrał lub zatwierdził kaŜdego pracow-

nika na szczeblu kierowniczym Tri - C International, wielkiej korporacji załoŜonej prawie sto 

lat  temu  przez  jego  pradziadka.  Norbert  nigdy  nie  miał  powodu  Ŝałować  Ŝadnej  z  tych 

decyzji.  Lubił  wyobraŜać  sobie  Ŝycie  innych  ludzi,  ich  nadzieje  i  obawy,  codzienny  byt.  A 

gdy juŜ zebrał garść spostrzeŜeń, szedł dalej, nie oglądając się za siebie. Tak było najlepiej - 

Ŝ

adnych komplikacji, zbędnych zobowiązań ani powodów do cierpienia. 

Znalazł  stronę  ze  sportem i  sprawdził wyniki rozgrywek  baseballowych. Raz zerknął 

na dziewczynę i zauwaŜył - zanim pospiesznie spuściła oczy - Ŝe na niego patrzy. 

Kilka  minut  później  dopił  zimną  kawę.  Musiał  jeszcze  jakoś  zagospodarować 

popołudnie i jechać na dworzec. Składając gazetę, poszukał spojrzeniem dziewczyny. 

I stwierdził, Ŝe jest w kawiarni sam. 

Po  chwili  do  lokalu  wszedł  ciemnowłosy męŜczyzna.  Postał  przy ladzie, po  czym  za 

nią  zajrzał,  jakby  podejrzewając,  Ŝe  ktoś  się  tam  chowa.  Nikogo  nie  zobaczył,  więc 

mamrocząc pod nosem, wyszedł na ulicę. 

Po  kwadransie  wróciła  nabzdyczona  paniusia  i  na  widok  pustego  miejsca  za  ladą 

brzydko  zaklęła.  Następnie  odsunęła  ciemną  zasłonkę  i  zajrzała  na  zaplecze.  Norbert 

zobaczył,  Ŝe  w  małym  pomieszczeniu  teŜ  nikogo  nie  ma,  lecz  tylne  drzwi  są  otwarte,  a  na 

klamce wisi biały fartuszek. 

Uśmiechnął się do siebie. Siedzenie leśnej nimfy okazało się bardziej interesujące, niŜ 

oczekiwał, gdy ujrzał ją dzisiaj po raz pierwszy w Ogrodzie Luksemburskim. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Celestine  St.Gervais  uwaŜnie  przyjrzała się  swemu odbiciu  w lustrze.  Jej włosy  były 

podzielone  na  równe  pasma  i  pospinane  grubymi  klipsami.  Dłonie  nadal  lekko  drŜały  po 

ucieczce  z  kawiarni,  lecz  mimo  to  sięgnęła  po  noŜyczki.  Kolejno  odpinała  klipsy, 

przeczesywała pasma i znacznie je skracała. Na podłodze leŜało coraz więcej włosów w od-

cieniu ciemnego cynamonu. 

Po chwili Celestine oceniła rezultaty strzyŜenia. Fryzura była krótsza, niŜ w załoŜeniu, 

poniewaŜ naleŜało wyrównać niektóre kosmyki z tyłu głowy. Teraz włosy sięgały do nasady 

kołnierzyka, a z tą puszystą grzywką były w bardzo angielskim stylu i nie wymagały Ŝadnego 

układania ani zakręcania na wałki. A co najwaŜniejsze - zmieniły jej wygląd. Lecz ta zmiana 

okazała się niewystarczająca. 

Godzinę  później  Celestine  była  prawie  nie  do  poznania.  Po  zmyciu  koloryzującej 

pianki,  którą  nakładała  na  włosy  podczas  pobytu  w  ParyŜu,  teraz  miały  one  barwę  prawie 

naturalną, czyli ciemnopopielatą, zawsze szalenie łatwą do ufarbowania. 

Twarz  takŜe  wyglądała  na  tyle  neutralnie,  Ŝe  moŜna  było  wiele  zdziałać.  Dawniej 

Celestine  martwiła  się  brakiem  wyrazistych  rysów,  lecz  obecnie  bardzo  się  z  tego  cieszyła. 

Starannie  wydepilowała  brwi,  nadając  im  kształt  cieniutkich  łuków,  usunęła  makijaŜ  i 

wymieniła  turkusowe  soczewki  kontaktowe  na  takie,  które  nadawały  jej  niebieskim  oczom 

kolor ciemnoszary. 

Teraz  Celestine  była  nie  do  poznania.  Patrząc  w  lustro,  przećwiczyła  nowy  sposób 

mówienia. 

-  Tak,  dziękuję  -  powiedziała  po  angielsku  z  akcentem  wykształconej  Brytyjki.  - 

Chciałabym podjąć pracę, o której mowa w waszym ogłoszeniu, tym naklejonym na szybie. 

Jestem... Tina St. James. 

Nie  była  pewna,  czy  chodzi  właśnie o  to nazwisko.  Podeszła  do łóŜka,  wsunęła  dłoń 

pod  materac  i  wyjęła  plastikowy  woreczek  z  dokumentami.  Przejrzała  kilka  z  wierzchu  i 

znalazła to, czego szukała. 

-  Tina  St.  James.  Amerykanka  -  przeczytała  półgłosem.  -  Wspaniale  -  mruknęła 

sarkastycznie. 

Paszportowe  zdjęcie  przedstawiało  całkiem  inną  Celestine  -  brunetkę  z  długimi, 

kręconymi włosami. W tamtym wcieleniu miała oczy mocno podkreślone niebieskim cieniem 

do powiek i mówiła przez nos jak mieszkańcy Brooklynu. 

background image

Zajrzała  do  kilku  innych  paszportów  i  wybrała  ten  z  fotografią,  na  której  wyglądała 

prawie  tak,  jak  teraz.  Był  to  paszport  brytyjski  wystawiony  na  nazwisko  Lesley  McBain. 

Urodzona  w  Stevenage,  na  północ  od  Londynu,  wychowana  przez  starszą  siostrę,  która  po 

ś

mierci ich rodziców często zmieniała miejsce zatrudnienia i zamieszkania. Lesley McBain - 

biedna, ale dumna dziewczyna, gotowa zarabiać w jakikolwiek sposób, byle uczciwie. 

Tak,  to  odpowiednia  historyjka.  W  Londynie  na  pewno  uda  się  znaleźć  jakąś  pracę. 

Celestine wiedziała, Ŝe nie moŜe tracić czasu, poniewaŜ zostało jej niewiele pieniędzy. ParyŜ 

okazał  się  nadzwyczaj  drogim  miastem,  ostatnie  zajęcie  było  słabo  płatne,  a  powrót  do 

kawiarni madame Duchampier po zaległe wynagrodzenie nie wchodził w grę. 

Celestine  usiadła  na  łóŜku,  przyciskając  paszport  do  piersi.  MoŜe  popełniała  błąd? 

BoŜe  drogi,  czyŜby  juŜ  popadła  w  klasyczną  paranoję,  całkiem  zwariowała?  A  jeśli  ten 

męŜczyzna w ciemnym garniturze rzeczywiście pojawił się w ParyŜu, aby ją zabić? Był mniej 

więcej  w  wieku  swoich  poprzedników,  niewątpliwie  pochodził  ze  Stanów  i  śledził  ją  aŜ  do 

kawiarni.  Potem  postał  przed  wejściem,  wszedł  do  wnętrza  i  przyglądał  się  jej.  Dyskretnie, 

lecz prawie bezustannie. 

Celestine zamknęła oczy. WciąŜ widziała tego człowieka. Był uderzająco przystojnym 

szatynem  z  włosami  gładko  zaczesanymi  do  tyłu,  prostym  nosem,  kwadratową  szczęką  i 

bystrymi,  orzechowymi  oczami,  które  niczego  nie  zdradzały.  Garnitur  z  wełny  i  jedwabiu 

sprawiał wraŜenie kosztownego, szytego na miarę w Anglii lub Hongkongu. 

A  ta  twarz...  było  w  niej  coś  bezwzględnego,  natomiast  sposób  poruszania  się 

męŜczyzny  sugerował  agresywność,  wyczuwalną  nawet  wówczas,  gdy  spokojnie  popijał 

kawę i udawał, Ŝe czyta. 

Celestine  westchnęła  cięŜko.  Była  wykończona,  a  musiała  szybko  się  spakować,  aby 

zdąŜyć  na  dworzec  kolejowy  Gare  du  Nord.  Na  szczęście  nie  miała  zbyt  wiele  garderoby 

pasującej  do  nowego  wcielenia.  Mogła  zabrać  tylko  długą,  kwiecistą  spódnicę,  sweterek  w 

lawendowym  kolorze,  granatowy  Ŝakiet  z  tanimi,  mosięŜnymi  guzikami  oraz  szare  spodnie. 

Marie St. Germaine, ze swoimi cynamonowymi włosami i stylowo szczupłą sylwetką, prawie 

całkiem  zniszczyła  jedne  porządne  dŜinsy,  wąską  spódniczkę  z  guzikami  rozpiętymi  do 

połowy  uda  i  obcisły,  Ŝółty  pulowerek,  który  prowokacyjnie  opinał  piersi.  Obecna  Lesley 

powinna  włoŜyć  te  rzeczy  oraz  czarną  sukienkę  do  papierowej  torby  i  zostawić,  aby 

konsjerŜka komuś je oddała lub wyrzuciła. 

Celestine  palcami  przeczesała  włosy  i  przez  jedną  krótką  chwilę  Ŝałowała  ściętych 

loków.  JuŜ  dawno  przestała  być  próŜna,  lubiła  jednak,  gdy  tak  przyjemnie  falowały  na 

background image

ramionach.  I  cieszyły  ją  spojrzenia  męŜczyzn,  którzy  często  patrzyli  na  nią  z 

zainteresowaniem. 

Wątpliwe, aby komuś spodobała się Lesley McBain, lecz im mniej będzie się rzucać w 

oczy,  tym  lepiej.  Jeśli  jeszcze  trochę  się  zgarbi  w  tych  duŜo  za  luźnych  ciuchach  i  będzie 

uśmiechać się nieśmiało, to chyba nikt jej nie rozpozna. 

Poza  tym  często  powinna  zaciskać  usta  i  moŜe  znów  nosić  okulary.  Te  w 

bladoniebieskich oprawkach, niemodnych od dobrych kilku lat. 

Nie  ma  sensu  roztkliwiać  się  nad  fryzurami i odzieŜą. Włosy  odrastają,  a odzieŜ jest 

wszędzie dostępna. Ale jednego nadal nie umiała traktować z filozoficznym spokojem - tego 

bezustannego  uciekania.  W  ciągu  minionych  czterech  lat  wcieliła  się  juŜ  w  tyle  postaci,  Ŝe 

chwilami zatracała poczucie prawdziwej toŜsamości. 

Czasami zastanawiała się teŜ, czy naprawdę musi wciąŜ uciekać. 

Znów  pomyślała  o  męŜczyźnie  w  ciemnym  ubraniu.  Czy  czekał  na  nią  gdzieś  za 

ś

cianami  tego  pokoiku  na  poddaszu?  Czy  znajdzie  ją,  zanim  ona  zdąŜy  opuścić  ParyŜ?  A 

moŜe  ten  człowiek  o  szerokich  barach  i  z  twarzą  nie  wyraŜającą  Ŝadnych  uczuć  był  tylko 

zwyczajnym turystą, który chciał posiedzieć w taniej, francuskiej kawiarence? 

Nie wiedziała. MoŜe nigdy tego się nie dowie. Ale jednego była pewna. Nadal Ŝyła. 

I zamierzała zachować to status quo. 

-  Norbert,  odwiedzisz  nas  znów  w ParyŜu?  - Jeanette  Girbaud  wręczyła  mu  teczkę  z 

dodatkowymi danymi, co było wystarczającym pretekstem do przyjścia na stację. 

-  W  razie  konieczności.  -  Norbert  uśmiechem  okrasił  swoją  odpowiedź.  W  ostrym 

ś

wietle na peronie kolejowym Jeanette wyglądała tak samo atrakcyjnie, jak wczoraj w blasku 

ś

wiec. Była drobną, zgrabną brunetką o kilka lat starszą od swego trzydziestoletniego szefa i 

zajmowała dyrektorskie stanowisko w paryskiej filii Tri - C International. 

- A dla przyjemności? Chyba zakochałeś się w moim pięknym mieście? 

- Rzeczywiście jest powodem do dumy. 

- Mogę więc oczekiwać twojego przyjazdu? 

Przez chwilę miał ochotę zignorować podtekst pytania, ale uznał, Ŝe to bez sensu. 

- Jeanette, nigdy nie romansuję z pracownikami Tri - C. 

- Nie? 

- Nie. 

- A w ogóle... z kimś romansujesz, Norbercie? Bo wydajesz mi się taki... - Francuzka 

wzruszyła ramionami - samotny. 

background image

Zdumiała go jej otwartość, a jeszcze bardziej autentyczne zatroskanie pobrzmiewające 

w głosie Jeanette. 

- Nie jestem nieszczęśliwy. 

- Ale to nie oznacza, Ŝe jesteś szczęśliwy. 

- Moje Ŝycie mi odpowiada. 

-  CóŜ,  wolałabym, Ŝebyś  lepiej się bawił, lecz...  jak  widać, nie  mam na  to wielkiego 

wpływu. - Jeanette uśmiechnęła się serdecznie. - Udanej podróŜy do Londynu. 

- Dzięki za pokazanie mi ParyŜa. - Uścisnął jej dłoń. 

-  Dobrze,  Ŝe  mogłam  ci  pokazać  chociaŜ  tyle.  Odprowadził  ją  wzrokiem.  Uwielbiał 

przyglądać  się  idącym  ludziom.  Jeanette  szła  naprawdę  ładnie  -  szybko,  jak  na  taką 

niewysoką kobietę, lecz z imponującym wdziękiem. 

Znów  pomyślał  o  nieznajomej  nimfie,  której  sposób  chodzenia  podziwiał  dziś  po 

południu.  Jej  zniknięcie  trochę  go  zaintrygowało,  toteŜ  nawet  się  zastanawiał  nad  jego 

przyczynami. Starsza Francuzka, prawdopodobnie właścicielka, była wściekła. Norbert wręcz 

zbaraniał,  słysząc  monolog  godny  pijanego  marynarza,  chociaŜ  nie  zrozumiał  wszystkich 

wyrafinowanych przekleństw. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe smukła nieznajoma nie ma tam po 

co wracać. 

Przeszedł  przez  kontrolę  celną  i  wsiadł  do  pociągu.  Wsadził  torbę  z  ubraniami  do 

szafki  przy  wejściu,  po  czym  odnalazł  swoje  miejsce. Wykupił  bilet takŜe  na  sąsiednie, aby 

uniknąć konwersacji, i połoŜył na fotelu teczkę. Wolał podróŜ Eurostarem niŜ promem lub lot 

samolotem, poniewaŜ od początku interesował się budową tunelu pod kanałem La Manche i 

chciał  sprawdzić,  jak  jedzie  się  szybkobieŜnym  pociągiem.  Poza  tym  nie  spieszył  się  do 

Londynu. Był tam wielokrotnie i tym razem nie musiał załatwiać niczego szczególnego. Mógł 

więc  stracić  trochę  czasu  przed  powrotem  do  Kolorado,  gdzie  mieściła  się  centrala  Tri  -  C 

International. 

Spokojna  kolorystyka  wnętrza  wagonu  działała  kojąco,  a  szaroniebieskie  fotele  były 

wygodne.  Pociąg  jechał  gładko  jak  po  stole,  więc  Norbert  postanowił  poczytać.  Właśnie 

otworzył ksiąŜkę, gdy przechodząca obok młoda kobieta niechcący potrąciła go w ramię i po 

angielsku  mruknęła  „przepraszam”.  Norbert  zdąŜył  zauwaŜyć,  Ŝe  jest  atrakcyjna,  choć 

wyglądała  bardzo  skromnie. Miała  ciemnoszare  oczy i twarz bez  śladu makijaŜu, a na sobie 

zbyt luźną odzieŜ. 

Powrócił do swojej lektury - kryminału o łatwym do przewidzenia zakończeniu - lecz 

jakoś  nie  mógł  się  skupić.  Jego  myśli  zaprzątała  dziewczyna,  którą  przed  chwilą  zobaczył. 

Dziwne, ale przypominała mu nieznajomą z paryskiej kawiarenki. Ale dlaczego? Tamta była 

background image

piękna  i  zmysłowa,  z  długimi,  kasztanowymi  lokami,  nogami  tancerki  i  wiotką  talią. 

Natomiast  ta  miała  krótką,  praktyczną  fryzurkę,  hoŜe  policzki  dojarki  i  skromną  minę 

kobietki,  która  zacisnęłaby  powieki  i  myślała  o  pieczeniu  chleba,  gdyby  męŜczyzna 

spróbował się z nią kochać. 

Z wyglądu były zupełnie inne... ale chodziły identycznie. 

Norbert  zamknął  ksiąŜkę  i  usiłował  przypomnieć  sobie  szczegóły.  Tamta  Francuzka 

szła  z  wdziękiem,  przy  kaŜdym  kroku  lekko  unosząc  się  na  palcach  i  łagodnie  kołysząc 

biodrami. Ta Angielka poruszała się dokładnie tak samo. 

Zdumiewający zbieg okoliczności? 

Norbert odłoŜył ksiąŜkę na wolne miejsce i spojrzał w okno, lecz mijane z szybkością 

ponad  dwustu  pięćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę  francuskie  pejzaŜe  zlewały  się  w  jedną 

niewyraźną  plamę.  Zamknął  więc  oczy,  a  pod  powiekami  zaczęły  mu  się  przesuwać 

zapamiętane wizerunki dwóch róŜnych kobiet. 

Niech  diabli  porwą  ślepy  los!  Jechała  superekspresem  pędzącym  jak  błyskawica  w 

stronę  tunelu  pod  kanałem  La  Manche,  a  w  tym  samym  pociągu  siedział  męŜczyzna  z 

kawiarni! 

Ten potencjalny morderca, któremu juŜ raz się wymknęła! 

Celestine padła na fotel i wlepiła wzrok w drzwi prowadzące do sąsiedniego wagonu. 

Przypadkiem szturchnęła w ramię tego człowieka. Gdyby nie to, moŜe nie podniósłby wzroku 

i nie spojrzał jej w oczy. MoŜe nie zorientował się, Ŝe to ona? MoŜe jej nie rozpoznał? 

Bała  się  nawet  mrugać,  zbyt  przeraŜona,  Ŝe  on nagle  tu  wejdzie, wyciągnie  pistolet i 

błyskawicznie  zastrzeli  Lesley  McBain,  czyli  Marie  St.  Germaine,  Elenę  Kovacs,  Tinę  St. 

James i tak dalej. 

Z jej ust wydobył się zduszony jęk, ale nikt na nią nie spojrzał. Była jedną z kilkuset 

osób  jadących  tym  pociągiem,  zwyczajną  szarą  myszką.  Nikt  nie  wiedział,  Ŝe  czyha  na  nią 

zabójca. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni, chyba Ŝe ten naleŜycie wykona swoje zadanie. 

Celestine spróbowała zebrać myśli. Z tego pociągu nie dało się wysiąść podczas jazdy, 

co  miało  swoje  plusy  i  minusy.  Morderca  nie  mógł  zabić  i  uciec.  Nie  był  Jessem Jamesem, 

który  zatrzyma  parowóz  i  wyskoczy  na  tory  gdzieś  na  amerykańskim  Dzikim  Zachodzie. 

Tutaj  nie  dało  się  otworzyć  doskonale  zabezpieczonych  drzwi  ani  wyprowadzić  w  pole 

pracowników  ochrony,  dysponujących  wyrafinowanym  sprzętem  elektronicznym.  Lecz  ona 

teŜ była na razie uziemiona. A do stacji Waterloo były tylko dwie godziny. 

Jeśli  ten  zbir  nie  spróbuje  zlikwidować  jej  tutaj,  to  mogła  spotkać  swoje  własne 

Waterloo  właśnie  tam,  między  licznymi  kioskami  i  agencjami  wynajmu  samochodów.  Albo 

background image

poza  terenem  dworca.  Co  prawda  była  mistrzynią  w  znikaniu,  lecz  ten  męŜczyzna  to 

profesjonalista,  który  Ŝyje  z  zabijania.  Jeśli  posiadał  wizytówki,  to  zapewne  z  napisem 

„Szukasz zamachowca? JuŜ go znalazłeś”. 

Celestine  poczuła  przypływ  gniewu,  który  zajął  miejsce  paraliŜującego  strachu.  Nie 

mogła  dopuścić,  aby  znów  odezwały  się  obawy.  Przetrwała  tak  długo  dzięki  swojej 

inteligencji i pomysłowości oraz niezaprzeczalnej odwadze. Poradziła sobie w sytuacjach, w 

których tchórz skończyłby marnie. Była więc dzielna i bystra. 

A moŜe szalona? 

Mimo  przyjemnego  chłodu,  na  jej  czole  pojawiły  się  kropelki  potu.  Spróbowała 

odegnać  ostatnią  myśl,  lecz  była ona  prawie tak  samo  niepokojąca, jak obecność w pociągu 

tego barczystego szatyna. Celestine jęknęła w duchu. MoŜe tylko miała przywidzenia? MoŜe 

naprawdę  była  niezrównowaŜona  psychicznie,  co  wmawiano  jej  przez  tyle  lat?  MoŜe  ten 

męŜczyzna wcale nie szukał Celestine St. Gervais? MoŜe to nawet nie ten, który obserwował 

ją w kawiarni? A moŜe Ŝaden z nich nie istniał, zaś wszystkie wydarzenia minionych czterech 

lat to tylko urojenia? 

Ale  musnęła  jego  ramię.  JuŜ  w  ParyŜu  zauwaŜyła,  Ŝe  męŜczyzna  ma  szerokie  bary. 

Takie, które wymagają szycia garnituru na miarę. 

To  ten  sam  człowiek,  ona  zaś  nie  powinna  ani  wpadać  w  panikę,  ani  tracić  wiary  w 

siebie.  MoŜe  i  była  bliska  obłędu,  lecz  nadal  oddychała,  wolała  ten  stan  od  utraty  Ŝycia  w 

pełni władz umysłowych. 

Drzwi  nagle  rozsunęły  się,  a  jej  serce  szaleńczo  przyspieszyło  tempo.  Do  wagonu 

wszedł męŜczyzna w ciemnym garniturze. 

Odwróciła się całym ciałem do okna, chociaŜ wiedziała, Ŝe to na nic się nie zda. Ten 

męŜczyzna nie spacerował, aby rozprostować nogi. Nie szedł do bufetu, aby coś zjeść. Zjawił 

się z jej powodu. 

-  Pozwoli  pani,  Ŝe  usiądę  tu  na  chwilę?  Poznałaby  jego  głos  nawet  w  ciemnościach. 

Mówił po angielsku tak samo dźwięcznym barytonem, jak rano po francusku. Jakimś cudem 

zdołała podnieść wzrok i zmarszczyła brwi, jakby trochę się zirytowała. Dzięki temu zyskała 

na czasie i wydobyła głos z zaciśniętego gardła. 

- Proszę wybaczyć, ale mój mąŜ zaraz wróci. 

Szatyn  tylko  się  uśmiechnął.  Nie  złowrogo,  tylko  jak  ktoś  przywykły  do  tego,  Ŝe 

zawsze dostaje wszystko, na czym mu zaleŜy, ale lubi drobne trudności. Celestine zmartwiała, 

w  duchu  nakazując  sobie  spokój.  Wiedziała,  Ŝe  nie  wolno  jej  okazać  zdenerwowania  ani 

tchórzliwie wciskać się w fotel. 

background image

- Chyba juŜ panią widziałem. Pani twarz... wydaje mi się znajoma. 

-  Obawiam  się,  Ŝe  mnie  pan  z  kimś  pomylił.  Nigdy  wcześniej  pana  nie  widziałam  - 

wycedziła  chłodnym  tonem  dobrze  wychowanej  angielskiej  damy.  Lód,  który  ją  dławił, 

doskonale zamroził  timbre jej głosu. Ale nie zniechęcił męŜczyzny, który siadł obok i lekko 

pochylił się w jej stronę. 

-  Nie  pamięta  mnie  pani  z  kawiarni?  Dziś  rano  zamówiłem  kawę  z  mlekiem  i 

croissanta. - UwaŜnie przyglądał się jej twarzy okiem bystrego detektywa. 

- Zapewniam, Ŝe pana nie pamiętam - wyniośle odparła Celestine. - I nie chadzam po 

kawiarniach. 

MęŜczyzna najwyraźniej jej nie uwierzył, lecz wolno skinął głową. 

- ParyŜ to wspaniałe miasto, prawda? 

-  Mój  mąŜ  teŜ  tak  sądzi.  -  ZauwaŜyła,  Ŝe  zerknął  na  jej  dłoń,  i  zaklęła  w  duchu. 

Dlaczego nie włoŜyła obrączki? PrzecieŜ czasem ją nosiła. - Byliśmy tam z ramienia naszego 

kościoła - dodała, kłamiąc jak z nut. - UwaŜam, Ŝe ParyŜ jest przesiąknięty zepsuciem. Ludzie 

Ŝ

yją  tam  tylko  sprawami  ciała,  piją,  tańczą,  eksponują  goliznę.  -  Zrobiła  zgorszoną  minę 

purytanki.  -  A  ja  jestem  prostą,  bogobojną  kobietą  -  dokończyła  i  zacisnęła  usta,  ale  jej 

rozmówca chyba nie przejął się tym kazaniem. 

- Kobieta, którą... pani mi przypomina... nie oceniałaby tego tak surowo. 

- Na świecie jest o wiele za mało kobiet wyznających wartości podobne do moich. 

- Mimo to wydaje mi się... - Szatyn znów się uśmiechnął, jakby zamierzał zdradzić jej 

sekret. - śe pani i ona jesteście niezmiernie do siebie podobne. 

-  To  z  pewnością  interesujące,  ale  naprawdę  muszę  pana  prosić  o  odejście.  Mojemu 

męŜowi  nie  spodoba  się  fakt,  Ŝe  z  panem  gawędzę.  Nasze  małŜeństwo  opiera  się  na 

staroświeckich zasadach. 

- Gdyby pani na mnie nie wpadła... chyba nie skojarzyłbym pani z tamtą dziewczyną. 

- Wpadłam na pana? - spytała z udawanym zdumieniem. - Och, jak mi przykro. 

- Rzeczywiście świetna z pani aktorka - mruknął męŜczyzna, przysuwając się do niej 

jeszcze bardziej. - Podziwiam ten talent, ale muszę panią ostrzec. Chodzi pani krokiem, który 

niesłychanie  zwraca  uwagę.  Proszę  o  tym  pamiętać  następnym  razem,  gdy  będzie  pani 

udawać  kogoś  innego.  Trzeba  zmienić  takŜe  ruchy  ciała.  A  tak  a  propos  zmian...  wolałem 

tamte dłuŜsze włosy i swobodniejsze maniery. - Wstał, dotknął czoła, Ŝartobliwie salutując, i 

poszedł do swojego wagonu. 

PrzeraŜenie zaćmiło jej cały zdrowy rozsądek. Zmartwiała ze strachu Celestine przez 

chwilę miała ochotę wyskoczyć z pociągu, nie bacząc na konsekwencje. 

background image

Nie zdołała wyprowadzić w pole tego męŜczyzny. Rozpoznał ją. I teraz perwersyjnie 

bawił się z nią w kotka i myszkę. 

Ale  zawsze  jest  jakieś  wyjście.  Musiała  za  wszelką  cenę  opuścić  pociąg  i  zniknąć  z 

dworca,  zanim  morderca  podąŜy  jej  śladem.  Przychodziły  jej  do  głowy  kolejne  nierealne 

pomysły, gdy drzwi wagonu znów się rozsunęły. 

Dźwięk  przypominający  Ŝałosne  jęknięcie zamarł  w  gardle  Celestine, gdy zobaczyła, 

kto  wchodzi.  MęŜczyzna  z  wąsami  inspektora  Clouseau  i  rumianymi  policzkami,  w  kole-

jowym  mundurze  konduktora.  Podjęła  decyzję,  zanim  jeszcze  skierował  się  w  jej  stronę,  i 

przywołała go ruchem dłoni. 

MęŜczyzna  podszedł  bliŜej  i  przystanął  z  taką  miną,  jakby  sugerował,  Ŝe  ma 

waŜniejsze sprawy do załatwienia, niŜ rozmowa z pasaŜerką lub podawanie jej koca. 

- Sir, muszę prosić pana o pomoc - powiedziała odpowiednio boleściwym tonem. 

- W czym problem? 

- Tym pociągiem jedzie  pewien męŜczyzna - szepnęła, rzucając spłoszone spojrzenie 

na drzwi, po czym na moment uniosła drŜącą dłoń do ust. - Przed chwilą był tutaj. Och, tak 

bardzo się boję... 

- Dlaczego, Mademoiselle? 

-  To  długa  historia.  Ten  człowiek...  jest  bardzo  niebezpieczny.  -  Tu  nie  minęła  się  z 

prawdą.  -  Widzi  pan,  do  niedawna  byliśmy  kochankami...  -  Jej  głos  stał  się  bardzo  cichy  i 

konduktor lekko się pochylił. - Rzuciłam go, a on grozi, Ŝe mnie zabije, jeśli kiedykolwiek... 

Siedzi mnie... 

- Bardzo mi przykro, ale co to ma wspólnego z pani podróŜą? 

- Och, on jest potwornie zazdrosny! MoŜe spróbować mnie zabić. To istny szaleniec. 

- Sugeruje pani,  Ŝe chciałby panią zabić tutaj? W szybkobieŜnym pociągu? Musiałby 

nie mieć krzty rozumu, Ŝeby porywać się na coś takiego. 

- Jest wystarczająco zdesperowany - zapewniła, zdając sobie sprawę, Ŝe nie przekonała 

swojego  rozmówcy.  -  Ale  obawiam  się,  Ŝe  jest  jeszcze  coś.  Odeszłam  od  niego,  poniewaŜ 

podejrzewam,  Ŝe  szmugluje...  -  wzięła  głęboki  oddech  i  na  sekundę  odwróciła  wzrok  - 

...narkotyki. 

- MoŜe pani to udowodnić? 

- Niby jak? Ale wiem, co mówię, bo z nim mieszkałam! Zorientowałam się, co robi, 

ale przecieŜ nie mogłam wziąć kilku torebeczek z kokainą, aby pokazać je władzom. 

- Czego oczekuje pani ode mnie? 

- Proszę go zatrzymać. 

background image

- Nie mam takich uprawnień. 

- Ale londyńscy celnicy mogliby go przeszukać i znaleźć przy nim lub w jego bagaŜu 

te narkotyki. 

- Ma je przy sobie? Jest pani pewna? 

-  Bóg  mi  świadkiem,  Ŝe  wolałabym,  aby  to  nie  było  prawdą.  Ale  on  naleŜy  do 

narkotykowego kartelu. Zawsze wozi ze sobą próbki oferowanego towaru. 

- ZłoŜyłaby pani stosowne oświadczenie? 

-  Ja?!  -  Celestine  potrząsnęła  głową  i  załamała  ręce.  -  To  wykluczone!  Nie  rozumie 

pan?  Nawet  jeśli  on  pójdzie  do  więzienia,  to  ktoś  później  mnie  zlikwiduje.  W  razie 

przesłuchania  wszystkiemu  zaprzeczę.  MoŜna  go  jedynie  zatrzymać  w  taki  sposób,  jakby 

chodziło o rutynową kontrolę, przeszukać go i jego rzeczy. Dokładnie, bo jest bardzo sprytny. 

- A pani w tym czasie oczywiście zniknie? 

-  Och,  tak.  Błagam  pana,  to  moja  jedyna  szansa...  Konduktor  przez  chwilę  się 

zastanawiał, ale nie było oczywiste, do jakiego wniosku doszedł. 

- Gdzie siedzi ten męŜczyzna? 

Podała numer wagonu i przypuszczalny numer miejsca oraz starannie opisała wygląd i 

ubranie swojego prześladowcy. 

- Jak się nazywa? 

-  John  Albert  -  odparła  bez  wahania.  -  Ale  z  pewnością  nie  podróŜuje  pod  tym 

nazwiskiem. UŜywa wielu róŜnych paszportów, moŜe nawet udawać Amerykanina lub Kana-

dyjczyka. 

- Rozumiem. Co zamierza pani robić, dopóki nie przyjedziemy do Londynu? 

-  Jest  gdzieś  w  pociągu  jakieś  bezpieczne  miejsce,  gdzie  on  mnie  nie  znajdzie? 

Błagam, proszę mi pomóc. - Jej oczy wypełniły się łzami. 

- Nie mogę sam podjąć  decyzji, lecz moŜe uda mi się zapewnić pani trochę spokoju. 

Proszę  wziąć  swoje  rzeczy  i  iść  ze  mną.  Jeśli  pani  sobie  Ŝyczy,  mogę  równieŜ  zlecić 

przeniesienie pani bagaŜu. 

-  Och,  dziękuję.  -  Łzy  spłynęły  po  jej  policzkach,  w  przeciwieństwie  do  zmyślonej 

historii były całkiem prawdziwe. 

Konduktor stuknął obcasami i sztywno skinął głową. Celestine powiedziała, gdzie jest 

jej  jedyna  walizka,  zdjęła  z  półki  torbę  i  poszła  za  nim,  rzuciwszy  szybkie  spojrzenie  przez 

ramię. Nikt jej nie obserwował, więc przyspieszyła kroku, z kaŜdym kolejnym oddalając się 

od męŜczyzny w ciemnym garniturze. I zwiększając swoje szanse na przeŜycie. 

background image

Norbert  był  zmęczony.  Miał  się  zatrzymać  w  domu  niedaleko  Pałacu  Kensington  i 

marzył  tylko  o  gorącym  prysznicu  oraz  późnej  kolacji.  PodróŜ  pociągiem  okazała  się 

przyjemna, lecz niezbyt ciekawa. Nawet dwadzieścia minut w tunelu pod kanałem La Manche 

przypominało zwyczajną jazdę metrem. 

Po  rozmowie  z  tajemniczą  nieznajomą  nie  wydarzyło  się  juŜ  nic  interesującego,  co 

przerwałoby monotonię tej podróŜy. Po przekroczeniu granicy Anglii pociąg znacznie zwolnił 

i  jedyną  rozrywką  było  liczenie  mijanych  stacji  oraz  spekulacje  na  temat  owej  nimfy,  która 

uciekła z ParyŜa, uprzednio zmieniwszy swój wygląd i pewnie całą toŜsamość. 

Norbert  od  dawna  nie  był  aŜ  tak  zaintrygowany.  Nie  wątpił,  Ŝe  Angielka  mówiąca  z 

nieskazitelnie  brytyjskim  akcentem  to  ta  sama  kobieta,  na  którą  zwrócił  uwagę  w  ParyŜu. 

Owszem, zmieniła swój wygląd, lecz jedwabista cera była identyczna, podobnie jak delikatny 

zarys twarzy i kształt oczu oraz wysoko sklepione kości policzkowe. 

Co  skłoniło  piękną  nimfę  do  dokonania  drastycznych  zmian?  I  dlaczego  tak  się 

przestraszyła? Dał jej spokój tylko z powodu tego przeraŜenia, które dostrzegł w jej oczach. 

Mimo oczywistych talentów aktorskich nie zdołała ukryć, Ŝe się go boi. On zaś uznał, Ŝe nie 

ma prawa jej kosztem zaspokajać swojej ciekawości, choć nadal miał na to ochotę. 

Po  pewnym  czasie  postanowił  trochę  rozprostować  nogi  i  jeszcze  raz  spojrzeć  na  tę 

dziewczynę.  Nie  zamierzał  z  nią  rozmawiać,  tylko  sprawdzić,  czy  rzeczywiście  towarzyszy 

jej męŜczyzna. Przeszedł prawie przez cały pociąg, ale nigdzie jej nie zauwaŜył. 

A  teraz  czekał  w  kolejce  do  odprawy  celnej,  aby  otrzymać  pozwolenie  wejścia  na 

angielską ziemię. W dłoni trzymał paszport, a torbę z zapasowym garniturem przerzucił sobie 

przez ramię. Kolejka była długa i przesuwała się równie powoli, jak amerykański kierowca na 

brytyjskim rondzie. 

-  W  Ŝyciu  nie  widziałem  czegoś  takiego  -  stwierdził  męŜczyzna  stojący  tuŜ  przed 

Norbertem, obwieszony aparatami fotograficznymi i kilkoma torbami. Miał na sobie szorty i 

barwną,  hawajską  koszulę,  jakby  chciał  podkreślić,  Ŝe  nie  jest  Europejczykiem.  -  Chyba 

wszystkich biorą na spytki. 

- MoŜe mają na kogoś namiar. 

- Pewnie tak. Oby znaleźli go jak najszybciej i dali nam święty spokój. 

Norbert  zabijał  czas,  szukając  wzrokiem  tajemniczej  nieznajomej,  ale  nigdzie  jej  nie 

dostrzegł.  Najwyraźniej  wywiodła  go  w  pole.  Albo  stała  w  kolejce  poruszającej  się  duŜo 

szybciej i w tej chwili juŜ jechała taksówką, zastanawiając się, gdzie zjeść kolację. 

W  końcu  dotarł  do  urzędniczki  i  odprowadził  spojrzeniem  odchodzącego  męŜczyznę 

w  koszuli  w  hawajskie  wzorki.  Następnie  postawił  torbę  na  podłodze  i  podał  paszport. 

background image

Kobieta przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Właśnie zamierzał spytać, czy moŜe iść, 

gdy obok niego wyrosło dwóch funkcjonariuszy. 

- Jakiś problem? Moje dokumenty są w porządku - zapewnił. - Proszę sprawdzić. 

- Musi pan iść z nami - oznajmił starszy męŜczyzna. 

- Dlaczego? PrzecieŜ mam dowód toŜsamości. 

-  Oczywiście,  sir,  ale  proszę  iść  z  nami.  -  MęŜczyźni  przysunęli  się  bliŜej, 

niedwuznacznie dając do zrozumienia, Ŝe w razie oporu zastosują przymus fizyczny. 

- Dobrze. - Schylił się po torbę, ale natychmiast został powstrzymany. 

- Nie dotykać bagaŜu! 

- Jest mój. - Norbert stopniowo tracił cierpliwość. - Sam mogę go nieść. 

-  Powiedziałem  „nie  dotykać”.  -  Starszy  męŜczyzna  ruchem  głowy  wskazał  torbę 

młodszemu, który natychmiast ją wziął. 

- śądam wyjaśnień - parsknął Norbert. 

-  Proszę  iść  z  nami.  -  Starszy  funkcjonariusz  ostrzegawczo  połoŜył  rękę  na  jego 

ramieniu. 

Norbert  omal  się  nie  roześmiał.  Facet  był  od  niego  z  dziesięć  centymetrów  niŜszy  i 

lŜejszy  o  jakieś  dwadzieścia  kilogramów.  Wystarczyłoby  jedno  szarpnięcie,  aby  go  prze-

wrócić. Norbert ledwie się powstrzymał, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek. 

- Chodźmy, chcę to załatwić jak najszybciej. 

- Dobre podejście, sir. 

- Mogę pana o coś prosić? 

- Tak? 

- Proszę nie mówić do mnie „sir”. 

- Idziemy. 

Norbert  zrobił,  co  mu  kazano,  a  z  jego  gardła  wydobył  się  dźwięk  przypominający 

warczenie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Celestine  juŜ  przywykła  do  mieszkań  na  poddaszu.  W  ciągu  tych  kilku  lat  poza 

domem rzadko mogła sobie pozwolić na coś lepszego. Postanowiła więc, Ŝe kiedyś, gdy juŜ 

nie będzie uciekać, napisze przewodnik zatytułowany „Facjatki Europy”. Znała ten temat jak 

nikt. 

Londyńska  facjatka  nie  była  taka  zła.  Składała  się  z  dwóch  pokoików  na  czwartym 

piętrze,  z  toaletą  i  umywalką  w  pomieszczeniu,  które  dawniej  słuŜyło  za  szafę,  oraz  z 

elektryczną płytką i elektrycznym czajnikiem w kącie saloniku. Do łazienki, z której korzystał 

równieŜ  drugi  lokator,  wchodziło  się  z  korytarza.  Sufit  w  mieszkanku  opadał  pod  ostrym 

kątem,  lecz  okna  wychodziły  na  New  Row,  uroczy  zaułek  w  pobliŜu  Covent  Garden. 

Celestine miała szczęście, znajdując w tej drogiej dzielnicy Londynu takie malownicze i tanie 

lokum.  Mieszkała  tu  juŜ  miesiąc  i  była  bardzo  zadowolona.  Pragnęła  tylko  w  spokoju  do-

czekać dnia dwudziestych piątych urodzin. A wtedy moŜe wreszcie będzie mogła wrócić do 

domu. 

Prawie  zaraz  po  przyjeździe  z  ParyŜa  znalazła  pracę  w  punkcie  naprawczym.  Znów 

zmieniła  wcielenie,  rezygnując  z  zaniedbanej  Lesley  na  rzecz  Celie  Sherwood  -  zgrabnej  i 

bystrej  osóbki.  Celie  miała  modną,  fachowo  wycieniowaną  fryzurę  z  jasnymi  pasemkami  i 

oczy  w  naturalnym  niebieskim  kolorze.  Nosiła okulary  w  metalowych  oprawkach, odzieŜ w 

stylu  klasycznym  i  prawie  się  nie  malowała.  Szukając  zajęcia,  odbyła  trzy  rozmowy 

kwalifikacyjne i nazajutrz otrzymała dwie propozycje zatrudnienia. 

Teraz wybierała się do pracy, lecz przed wyjściem musiała do kogoś zadzwonić. 

Telefon pochodził chyba z okresu międzywojennego, a obrotowa tarcza kręciła się tak 

cięŜko,  Ŝe  po  wybraniu  kilkunastu  numerów  Celestine  rozbolał  palec.  Stukając  nim 

niecierpliwie  o  drewnianą  skrzynkę  słuŜącą  za  stolik,  modliła  się  w  duchu,  aby  Allison 

zbudziła się i odebrała. 

- Na litość boską, kto dzwoni o tej porze! 

- Allie, to ja. - Celestine uśmiechnęła się, a po drugiej stronie przez moment panowało 

milczenie. 

- Celestine? 

- Wiem, która godzina, ale o normalnej porze nigdy nie mogę cię zastać. Bez przerwy 

balujesz. 

- Nic ci nie jest? 

background image

- Nie. Mam pracę i mieszkanie. Ale nie tam, gdzie poprzednio. 

- Gdzie się podziewasz, u licha? 

- Lepiej, Ŝebyś wiedziała jak najmniej. Nie chcę cię naraŜać. Musiałam tylko usłyszeć 

twój głos. 

- O trzeciej trzydzieści nad ranem nie brzmi najlepiej. 

- Rozmawiałaś z Whitem? 

- Ostatnio nie. 

- Myślę o powrocie. 

- Jezu, skarbeńku, to chyba nie najlepszy pomysł... 

- Wiem, ale nadchodzi pora na debiut. 

-  Celie?  -  Na  korytarzu  rozległ  się  jakiś  hałas i ktoś  gwałtownie  zastukał do  drzwi. - 

Celie, jesteś juŜ na nogach? 

- Muszę lecieć, Allie. Zajrzyj do dziadka Suttera, proszę cię. Zdaniem Whita czuje się 

dobrze, ale wolę być pewna. Nie zdołałam dodzwonić się do niego. 

- Sprawdzę, co u niego - obiecała Allison. - Błagam cię, uwaŜaj na siebie. 

- Będę. - Celestine odłoŜyła słuchawkę. 

- Celie, wstałaś? - zawołał ktoś na korytarzu. 

- Jasne, Ŝe tak. - W wiekowych drzwiach nie było wizjera, lecz Celestine otworzyła je, 

poniewaŜ wiedziała, Ŝe za nimi stoi Marshall Winston, jej współlokator na czwartym piętrze i 

od niedawna... takŜe przyjaciel. 

-  O,  rany  -  jęknął  Marshall  na  widok  jej  kostiumu  i  zacisnął  usta.  -  AleŜ bym  chciał 

odziać cię w coś czerwonego! Albo w ten koral, który lansujemy w tym roku. 

- Chyba w następnym wcieleniu, Marsh. - Cofnęła się, zapraszając go do wnętrza. 

- Mamy teŜ na wystawie istne cudo z białego szyfonu. Stworzone dla ciebie. 

- Na coś takiego pozwolę sobie dopiero za dwa wcielenia. Napijesz się herbaty? 

- Chyba nie. - Marshall podszedł do okna i spojrzał na New Row. Po wąskiej uliczce 

snuła się mgła, chyba równie gęsta, jak na niskobudŜetowych filmach o Sherlocku Holmesie. 

- CóŜ za piękny dzień. 

- Dlaczego nie jesteś w pracy? 

-  Uznałem,  Ŝe  podrepczę  koło  południa.  -  Marshall  był  właścicielem  butiku  z 

ekskluzywną  odzieŜą  damską.  Nie  miał  wielkiego  talentu  do  interesów,  lecz  zawsze  jakoś 

utrzymywał  się  na  powierzchni,  a  kobiety  go  uwielbiały  za  jego  poczucie  stylu.  Marshall 

rewanŜował  się  wielką  sympatią,  choć  jego  serce  od  niedawna  naleŜało  do  Bobby'ego  - 

background image

przystojnego  atlety,  który  przed  wejściem  do  pobliskich  pawilonów  Ŝonglował  kręglami  i 

połykał ogień. 

- Ja muszę lecieć. Jestem pracującą dziewczyną. 

-  Celie,  dlaczego  nie  poszukasz  sobie  czegoś  lepszego?  Czegoś  na  twoim  poziomie? 

Masz wykształcenie. 

-  Niewystarczające.  I  Ŝadnych  referencji.  Poza  tym  moja  praca  mi  odpowiada,  a  w 

zachwyt wprawia te dziesięć metrów, jakie mnie od niej dzieli. 

Punkt  rzeczywiście  znajdował  się  naprzeciwko,  a  Harry  -  szef  Celestine  -  dał  jej 

namiar na tanie mieszkanko. Praca okazała się łatwa, a miejsce miało wielką zaletę. 

Do punktu Harry'ego nigdy nie zaglądali amerykańscy turyści. 

-  Na  pewno  nie  pozwolisz, Ŝebym  przerobił  cię  na kogoś  innego, prawda? JuŜ ja cię 

znam,  Celie.  -  Marshall  oskarŜycielsko  wycelował  w  nią  palec.  -  W  Ŝyciu  nie  ułoŜyłabyś 

inaczej nawet kosmyczka włosów ani na jotę nie zmieniłabyś podejścia do świata. Zejdziesz z 

niego dokładnie taka sama, jak się urodziłaś. 

-  Trafiłeś  w  sedno,  Marsh  -  przyznała  bez  mrugnięcia  okiem.  -  Celie  Sherwood  jest 

jaka jest. Konserwatywna do szpiku kości. 

Na ulicy ktoś gwizdnął i Celestine pomachała potęŜnie zbudowanemu blondynowi w 

obcisłych spodniach z czarnej skóry, a on odpowiedział podobnym gestem. 

- Bobby czeka - oznajmiła. 

- Umówiłem się z nim na miłe śniadanko. 

-  No  to  leć,  skarbie.  -  Celestine  cmoknęła  Marshalla  w  policzek.  -  Daj  ode  mnie 

buziaka Bobby'emu. 

Po  wyjściu  przyjaciela  chwyciła  przeciwdeszczowy  płaszcz  i  zgodnie  ze  swoim 

zwyczajem  uwaŜnie  rozejrzała  się  po  mieszkaniu.  Jego  zakamarki  ukrywały  róŜne  sekrety. 

Szczegółowe  przeszukanie  ujawniłoby  wszystkie,  ale  szybka  rewizja  nie  przyniosłaby 

poŜądanych  rezultatów.  Zadowolona  z  tego,  Ŝe  pokój  wygląda,  jak  trzeba,  Celestine  takŜe 

wyszła i starannie zamknęła za sobą drzwi na klucz. 

Norbert w pierwszej chwili miał wątpliwości, czy wychodząca z wąskiego, piętrowego 

domu kobieta to Angielka z pociągu. Ale widział, jak zgasło światło na facjatce, a prywatny 

detektyw  zapewnił,  Ŝe  mieszka  tam  niejaka  Celie  Sherwood  alias  Lesley  McBain  -  osoba, 

która spowodowała zatrzymanie Norberta na dworcu Waterloo. 

Nawet  teraz,  po  upływie  miesiąca,  Norbert  zatrząsł  się  z  gniewu  na  wspomnienie 

tamtego doświadczenia. Detektyw początkowo nie był w stanie wpaść na trop dziewczyny z 

ekspresu  ParyŜ  -  Londyn.  Chyba  nigdy  by  jej  nie  odnalazł,  gdyby  nie  przypadkowa  uwaga 

background image

jednego  z  celników,  która  oświeciła  Norberta  co  do  przyczyn  jego  upokarzającej  przygody. 

Odnalezienie  Angielki  okazało  się  jednak  niełatwe,  lecz  Norbert  wynajął  odpowiedniego 

człowieka i dobrze mu zapłacił. 

A poszukiwania doprowadziły go tutaj. 

Ze  swojego  miejsca  widział  wejście do  małego  warsztatu,  a Celie  Sherwood  właśnie 

na moment przystanęła i wsunęła dłoń do torebki, jakby coś sprawdzała. Następnie zamknęła 

ją i ruszyła w stronę krawęŜnika. Z tej odległości wcale nie przypominała kobiety z pociągu, 

lecz gdy specyficznym krokiem przeszła przez jezdnię, Norbert juŜ był pewien, Ŝe to ta sama 

osoba. 

Zapłacił  Hindusce  w  niebieskim  sari  za  o  wiele  za  drogą  babeczkę,  którą  zjadł  w 

maleńkiej  cukierni,  postawił  kołnierz  prochowca  i  wyszedł  na  zewnątrz.  Długo  czekał  na  tę 

chwilę i zamierzał poczekać jeszcze trochę. AŜ do południowej przerwy, aby rozmówić się z 

panną Sherwood w cztery oczy. 

-  Harry,  jeśli  chcesz,  wyślę  te  faktury,  idąc  na  lunch  -  zaproponowała  Celestine.  - 

Szybciej dojdą. 

Harry  chrząknął  i  z  parasolem  w  dłoni  wyłonił  się  z  zaplecza.  Był  siwym  starszym 

panem z młodymi, zręcznymi palcami, które umiały naprawić niemal wszystko. 

- Ja to zrobię. Będę mijał pocztę. 

- Na pewno? 

W odpowiedzi Harry znów chrząknął i zgarnął z lady kilka kopert. Celestine polubiła 

swojego  szefa,  był  dobrym  człowiekiem  i  niewiele  wymagał.  Nie  przepadał  teŜ  za 

konwersacją. 

- Zamknę przed wyjściem - obiecała Celestine. 

Harry  wziął  kapelusz  z  wieszaka  przy  drzwiach  i  chrząknął  na  poŜegnanie,  a  gdy 

zatrzaskiwał drzwi, wiszący nad nimi dzwonek melodyjnie zabrzęczał. 

Celestine  uporządkowała  rzeczy  na  ladzie  i  zaniosła  na  roboczy  blat  Harry'ego 

przedwojenny  opiekacz.  Przylepiła  do  niego  kartkę,  na  której  napisała:  „Właścicielka 

twierdzi, Ŝe poranna grzanka smakowała jak relikt z okresu wielkiego poŜaru Londynu”. 

Nadsłuchując  jednym  uchem,  czy  ktoś  nie  wchodzi,  starła  z  blatu  kurz  i  wyrzuciła 

resztki śniadania Harry'ego. Zadowolona z rezultatów sprzątania wróciła do kantorku. 

I cofnęła się o krok na widok opartego o ladę męŜczyzny z paryskiej kawiarni. 

- Na pani miejscu nigdzie bym nie uciekał, Celie. Jeśli natychmiast pani nie złapię, co 

jest mało prawdopodobne, to i tak znów panią odnajdę, a wtedy naprawdę się wkurzę. 

Nawet nie przełknęła śliny, tylko wysunęła brodę. 

background image

- Nie wiem, o co panu chodzi. 

- CzyŜby? - MęŜczyzna uśmiechnął się, lecz jego twarz nadal wyglądała jak wykuta z 

kamienia. 

Dzisiaj  nie  miał  na  sobie  ciemnego  garnituru.  Pod  brązowym  trenczem  Celie 

dostrzegła spłowiałe dŜinsy,  rozpiętą pod szyją  kremową koszulę i sztruksową marynarkę w 

kolorze  myśliwskiej  zieleni.  Ale  nigdzie  nie  zauwaŜyła  kabury  z  bronią,  więc  spojrzała 

męŜczyźnie prosto w oczy. 

- Nie mam pojęcia, w czym rzecz i w ogóle pana nie znam. Chyba pomylił mnie pan z 

kimś innym. 

- Doprawdy? 

- Proszę wybaczyć, ale właśnie wychodziłam. MoŜe pan wrócić za godzinę? 

-  śeby  stwierdzić,  Ŝe  pani  znów  znikła?  Nie  wątpię,  Ŝe  opuści  pani  pana  Harry'ego 

Atkinsa dokładnie tak samo, jak panią Duchampier w ParyŜu. Nie oglądając się za siebie. 

- Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi i nie będę tracić czasu na zgadywanie. 

-  OdświeŜę  pani  pamięć.  W  ubiegłym  miesiącu  pracowała  pani  na  lewym  brzegu 

Sekwany.  Ta  czuprynka  była  wtedy  duŜo  dłuŜsza  i  w  innym  kolorze.  Nie  nosiła  pani 

okularów i posługiwała się francuskim równie imponująco, jak później angielskim. Nazywała 

się pani Marie St. Germaine. Dowiedziałem się tego bez trudu. Mój człowiek dał w łapę pani 

byłej pracodawczyni, która, nawiasem mówiąc, nie wyraŜała się o pani w superlatywach. 

-  Na  pewno  mnie  pan  z  kimś  pomylił.  Nazywam  się  Celie  Sherwood  i  nigdy  nie 

pracowałam w ParyŜu. 

- Była pani kiedyś rewidowana przez celników, Celie? A moŜe Lesley? 

Nie odpowiedziała. Nawet nie mrugnęła, a on lekko wzruszył ramionami. 

-  Celnicy  potrafią  być  cholernie  dokładni.  I  wiedzą,  jak  człowieka  upokorzyć. 

Zdumiałaby  się  pani,  w  jakich  miejscach  handlarze  narkotyków  przemycają  towar.  Ale 

agentów nie sposób oszukać, zajrzą dosłownie wszędzie, w kaŜdy zakamarek ciała, a potem 

jeszcze delikwenta prześwietlą... 

- Zaraz wychodzę. 

- Nie sądzę. - MęŜczyzna obszedł ladę. Poruszał się lekko jak komandos. Gdyby miał 

pod stopami suche gałązki, Ŝadna by nie trzasnęła. 

- Będę krzyczeć. 

- Tak? Po francusku czy po angielsku? Zna pani jeszcze inne języki? 

background image

-  Jest  pan  niezrównowaŜony.  Proszę  natychmiast  wyjść  albo  wezwę  pomoc.  - 

Wiedziała, Ŝe nie zdoła uciec przez tylne wyjście, bo on stał tuŜ przed nią. Mogła tylko liczyć 

na to, Ŝe ktoś wejdzie od frontu. Zerknęła na drzwi. 

-  Zamknąłem  je  na  klucz.  -  MęŜczyzna chyba  czytał  w  jej  myślach. - A teraz proszę 

wreszcie mi powiedzieć, kim pani jest i dlaczego mnie pani wrobiła? 

- Nie mam zielonego pojęcia, o czym pan  gada!  I z jakiej racji mnie pan  przepytuje! 

Jestem obywatelką brytyjską i stoimy na brytyjskiej ziemi. 

-  CóŜ,  zacznijmy  od  tego.  Niejaka  Celie  Sherwood  istotnie  urodziła  się  w  Wielkiej 

Brytanii.  A  konkretnie...  w  Bourton  -  on  -  the  -  Water,  jakieś  dwadzieścia  cztery  lata  temu. 

Ale prawdziwa  Celie  w  wieku osiemnastu lat wstąpiła do  klasztoru w Walii i od tego czasu 

nie  potrzebuje  dokumentów  potwierdzających  jej  toŜsamość.  MoŜe  więc  nawet  nie  miałaby 

nic przeciwko temu, Ŝe ktoś przywłaszczył sobie jej personalia? Ale ja się na to nie zgadzam, 

jasne? 

-  W  Ŝyciu  nie  słyszałam  takich  głupot.  Jestem  Celie  Sherwood  i  rzeczywiście 

pochodzę z Bourton - on - the - Water, lecz reszta pańskiej historyjki to stek bzdur. 

- Niby dlaczego miałbym coś zmyślać? Nie znamy się. ZauwaŜyłem panią w ParyŜu, 

ale  nie  jestem  zboczeńcem.  Nawet  za  bardzo  się  na  panią  nie  gapiłem.  Nie  naleŜę  teŜ  do 

Ŝ

adnej  grupy  przestępczej  i  nie  chciałem  pani  porwać  z  zamiarem  sprzedaŜy  do  jakiegoś 

haremu.  Byłem  tylko  zwyczajnym  biznesmenem,  któremu  zostało  trochę czasu do zabicia. - 

ZauwaŜył,  Ŝe  ostatnie  słowa  przyprawiły  ją  o  prawie  niedostrzegalny  dreszcz,  i  trochę  się 

zmitygował. - Nie stanowię dla pani Ŝadnego zagroŜenia. Nie wiem, za kogo mnie pani bierze 

ani kim pani jest, ale zapewniam, Ŝe nie przyszedłem pani skrzywdzić. 

- Więc proszę mnie zostawić w spokoju! Zniknąć z tego miejsca i z mojego Ŝycia! 

- Najpierw wyjaśnijmy, dlaczego musiałem przejść tę wstrętną kontrolę osobistą. 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  Nigdy  nie  pracowałam  w  ParyŜu  ani  nawet  nie  jechałam 

Eurostarem! - palnęła jak idiotka. 

MęŜczyzna  w  milczeniu  świdrował  ją  wzrokiem.  Orzechowe  oczy  niczego  nie 

zdradzały, lecz było oczywiste, o czym myśli. 

- Czy wspomniałem o Eurostarze? - spytał w końcu. 

- Skoro przyjechał pan z ParyŜa, to właśnie Eurostar kończy jazdę na Waterloo. 

- Czy wspomniałem o Waterloo? 

Wpadła w  panikę i trzęsła się z przeraŜenia. NiewaŜne, co powiedział. Zaraz  pewnie 

wyciągnie pistolet lub nóŜ i zabije jak zawodowiec, a Harry po powrocie znajdzie ją w kałuŜy 

background image

krwi na posypanej trocinami podłodze. I strasznie się zirytuje, Ŝe musi odpowiadać na pytania 

policji. 

-  Ja  tylko...  -  Urwała,  słysząc  szczęk  obracanego  w  zamku  klucza  i  wymamrotane 

przekleństwo. Zabrzęczał dzwonek i w drzwiach stanął Harry. 

- Zapomniałem portfela... 

Nie czekała na reakcję swego prześladowcy. Potrzebowała właśnie tej jednej sekundy, 

gdy  miał  rozproszoną  uwagę.  Błyskawicznie  się  odwróciła,  skoczyła  na  zaplecze,  zręcznie 

ominęła  roboczy  blat  Harry'ego,  biodrem  pchnęła  tylne  drzwi,  które  natychmiast  stanęły 

otworem i znalazła się w gęstej, londyńskiej mgle, uciekając przed śmiercią. 

Norbert  zawahał  się.  MoŜe  nie  powinien  gonić  Celie  Sherwood,  czy  jak  tam  się 

nazywała.  Niewątpliwie  ją  przestraszył.  Była  doskonałą  aktorką,  lecz  w  jej  szafirowych 

oczach czaiło się przeraŜenie. Jeśli będzie ją ścigał, dziewczyna moŜe zrobić coś, czego oboje 

poŜałują. Chyba rzeczywiście lepiej ją zostawić i o wszystkim zapomnieć. 

Mimo  tego  rozsądnego  wniosku  Norbert  ruszył  w  pościg.  Musiał  wyświetlić 

tajemniczą sprawę. Celie niewątpliwie sądziła, Ŝe on chce zrobić jej krzywdę, a nawet zabić. 

MoŜe  przypominał  kogoś,  kto  naprawdę  jej  zagraŜał.  A  moŜe  pasował  do  opisu,  który  jej 

przekazano.  W  ogóle  ciekawe,  dlaczego  kobieta  wyglądająca  jak  ucieleśnienie  spokoju,  tak 

strasznie boi się o swoje Ŝycie. 

Pragnął  ją  zapewnić,  Ŝe  jego  nie  musi  się  obawiać.  Przejęty  jej  bezpieczeństwem 

zapomniał o swoim gniewie. ZaangaŜował się, chociaŜ dobrze wiedział, Ŝe to nie ma sensu. A 

teraz oboje mieli powody do frustracji. 

Zaułek  na  tyłach  warsztatu  okazał  się  ślepy,  więc  Norbert  pognał  w  prawo  i 

wybiegając zza rogu, dostrzegł plecy Celie. Szkoda,  Ŝe ma na sobie szary płaszcz, a nie coś 

czerwonego  lub  pomarańczowego,  pomyślał,  gdy  wpadła  do  jakiegoś  sklepiku.  Dotarł  do 

niego w kilkunastu susach i za moment stanął oko w oko z potęŜnie zbudowanym rzeźnikiem, 

który trzymał się pod boki i głośno klął. 

Norbert  pędem  go  ominął,  przebiegł  między  dyndającymi  na  hakach  baranimi 

półtuszami i znalazł się na wąskiej uliczce. Usłyszał pisk hamulców, odwrócił się w prawo i 

spostrzegł umykającą Celie oraz wrzeszczącego na nią kierowcę. 

Dziewczyna  spojrzała  przez  ramię  i  zaczęła  biec  jeszcze  szybciej.  Poruszała  się  z 

imponującą  zręcznością,  jakby  uciekała  nie  pierwszy  raz.  Wkrótce  oboje  znaleźli  się  w 

pobliŜu wielkiego, przeszklonego budynku targowiska. W tej handlowej dzielnicy było wiele 

sklepów i restauracji, toteŜ wszędzie panował tłok. Norbert nie wątpił, Ŝe on i Celie zwracają 

background image

powszechną uwagę. Zanim jednak ktoś ruszył ich śladem, niebiosa nagle się otworzyły i lunął 

rzęsisty deszcz. Spłoszeni przechodnie zaczęli pospiesznie chować się, gdzie się tylko dało. 

Norbert osłonił dłonią oczy, wypatrując uciekinierki, lecz nie był pewien, czy biegnie 

w  odpowiednim  kierunku.  W  pewnej  chwili  odniósł  wraŜenie,  Ŝe  widzi  Celie  Sherwood 

pędzącą  na  ukos  w  stronę  kościoła  stojącego  na  brukowanym  kostką  placyku  w  pobliŜu 

pawilonów handlowych. Lecz kiedy tam dotarł, dziewczyny juŜ nie było. 

Ruszył  w  przeciwnym  kierunku,  zajrzał  teŜ  na  zadaszony  bazar  -  i  nic.  Celie 

Sherwood,  która  powinna  spędzać  dni  na  modlitwie  w  walijskim  klasztorze,  dosłownie 

rozpłynęła się we mgle. 

-  Bobby!  O,  Jezu,  Bobby!  Musisz  mnie  ukryć!  Natychmiast!  -  Celestine  padła  na 

muskularną  pierś  jasnowłosego  atlety,  który  skradł  serce  Marshalla.  Co  za  szczęście,  Ŝe 

jeszcze tu był. 

- Celie? - Bobbie zamknął ją w mocarnych ramionach. - Na litość boską, co się stało? 

Co tutaj robisz? 

-  Goni  mnie  jakiś  szaleniec!  Przyszedł  do  punktu  i  zaczął  mi  grozić,  a  potem  chciał 

mnie złapać. Nie wiem, czy go zgubiłam! 

Bobby odsunął ją na odległość ramienia. Miał zielone oczy i dość długie włosy, a na 

sobie obcisłe spodnie z czarnej skóry i kamizelkę w cętki leoparda. W ciągu kilku minionych 

tygodni,  gdy  pokazywał  swoje  sztuczki  w  okolicy  Covent  Garden,  stał  się  ulubieńcem 

zwiedzających. Zarabiał tyle, Ŝe nawet odpalał pewne sumki Marshallowi, co było najszybszą 

drogą do jego serca. 

-  Hej,  juŜ  jesteś  bezpieczna.  -  Bobby  kojąco  pomasował  plecy  Celie  i  patrzył  na  nią 

wyraźnie zatroskany. - Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. 

- Musisz mnie ukryć! 

- Mieszkam daleko. 

- Wiem. - Celestine spróbowała przebić wzrokiem ścianę deszczu. Stali pod daszkiem 

przy  wejściu  do  sklepu  z  latawcami  i  modelami  samolotów.  Drzwi  znajdowały  się  w  głębi, 

toteŜ z daleka byli niewidoczni, lecz jeśli ten męŜczyzna jakimś cudem tu trafi... 

-  Chodźmy  do  sklepu  Marsha.  -  Bobby  włoŜył  czarną  skórzaną  kurtkę.  -  Pójdziemy 

bocznymi zaułkami. To  prawdziwy labirynt,  ale  juŜ tamtędy chodziłem.  Jeśli nawet ktoś cię 

ś

ledzi, to zaraz się zgubi. 

- A jeśli trafi do Marsha? MoŜe mnie obserwował, więc zechce sprawdzić ten adres. 

- PrzecieŜ obaj będziemy z tobą. Jeśli ten typ się zjawi, to juŜ my go załatwimy. 

- Dobrze. Ale pospieszmy się. 

background image

Bobby uspokajająco uścisnął jej dłonie, po czym się cofnął i popatrzył w obie strony. 

- Nikogo nie widzę. Chodź. I trzymaj się blisko mnie. 

Wrześniowy  deszcz  był  chłodny,  a  Celestine  juŜ  przemokła  do  suchej  nitki.  DrŜąc  z 

zimna  pomaszerowała  za  Bobbym  i  w  wąskich  zaułkach  prawie  natychmiast  straciła 

orientację, więc wlepiła wzrok w muskularną sylwetkę idącego przodem siłacza. 

Ale  zdenerwowanie  zrobiło  swoje,  więc  po  kilku  minutach  poczuła  obezwładniające 

zmęczenie.  Właśnie  zamierzała  poprosić  Bobby'ego,  aby  chwilkę  odpoczęli,  gdy  on 

przystanął i wskazał wiszący nad zaułkiem łącznik między dwoma budynkami. 

Schroniła się w jego zaciszu i zdjęła pantofel, aby rozmasować stopę. Co za szczęście, 

Ŝ

e zawsze nosiła buty na płaskich obcasach. W szpilkach od razu byłaby na straconej pozycji. 

- Gdzie jesteśmy? - spytała. 

- W pobliŜu sklepu Marsha. 

- Miałeś rację, Ŝe to istny labirynt. - Usiłowała powstrzymać się od łez, lecz zbierało 

się jej na płacz. - JuŜ się zgubiłam. 

- Biedactwo. Trzęsiesz się ze strachu. 

- Jestem ci taka wdzięczna. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Czego chciał tamten facet, Celie? 

ś

ałowała, Ŝe nie moŜe Bobby'emu powiedzieć całej prawdy. 

- Właściwie nie wiem. Zachowywał się jak szaleniec. Jakby mu odbiło. Wziął mnie za 

kogoś innego i groził mi. 

- Pomylił cię z kimś? 

- Eee... chyba tak. Zresztą... nie mam pojęcia. Przeraził mnie, więc biegiem uciekłam. 

- Jesteś w tym niezła. 

- DuŜo biegałam w szkole, więc zachowałam dobrą formę. 

- Nie o to mi chodziło. 

- Nie sądzisz, Ŝe lepiej juŜ iść? - Rozejrzała się wokoło. Nigdzie nie było Ŝywej duszy. 

- Chyba mnie nie zrozumiałaś, malutka. 

- Słucham? - Spojrzała na Bobby'ego zaskoczona dziwną nutą w jego głosie. I poczuła 

ukłucie  strachu.  W  tych  okolicznościach  uśmiech  Bobby'ego  wydawał  się  całkiem  nie  na 

miejscu. 

-  Celie.  Ładne  imię,  chociaŜ  dość  niezwykłe,  prawda?  Zwraca  uwagę.  Nie 

podejrzewałbym, Ŝe je wybierzesz. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Och, wiesz. 

background image

Cofnęła się, ale za sobą miała ceglany mur. 

- Stąd chyba juŜ sama trafię do sklepu Marsha - oświadczyła z udawanym spokojem. - 

Dzięki,  Ŝe  mnie  podprowadziłeś  aŜ  tutaj.  -  Odwróciła  się,  aby  zwiać,  lecz  palce  Bobby'ego 

zacisnęły się na jej przedramieniu. 

- Nigdzie nie odejdziesz, Celestine. 

Słowa Bobby'ego zagłuszył grzmot, lecz i tak je zrozumiała. 

- Puść mnie! To boli! 

- Przykro mi, bo zaraz zaboli jeszcze bardziej. 

- Kim ty, u diabła, jesteś? 

-  Ucieleśnieniem  twoich  wszystkich  koszmarów.  Spróbowała  się  wyswobodzić. 

Bobby  trzymał  ją  lewą  ręką,  lecz  był  taki  silny,  jak  demonstrował  to  swojej  ulicznej 

publiczności.  Celestine  zaczęła  się  wyrywać,  ale  on  coraz  bardziej  przyciągał  ją  do  siebie, 

chociaŜ  szarpała  się  i  kopała.  Zdwoiła  wysiłki,  a jej oczy  rozszerzyły się z  przeraŜenia,  gdy 

prawą ręką sięgnął pod kurtkę. Wyjął nóŜ z osiemnastocentymetrowym ostrzem i efektownie 

poruszył bronią, jakby popisywał się przed zachwyconymi gapiami. 

- Tak między nami, droga Celie... zdecydowanie wolę kobiety od męŜczyzn, chociaŜ 

biedaczek Marsh tego nie wie. Zamierzałem dopiero w przyszłym  tygodniu trochę się z tobą 

zabawić,  zanim  cię  unieszkodliwię.  Ale  dzisiaj  tak  bardzo  ułatwiłaś  mi  wykonanie  zadania, 

więc nie będę juŜ zwlekał ani tym bardziej narzekał... 

Wrzasnęła,  co  sił  w  płucach,  gdy  podniósł  nóŜ,  a  Bobby  uśmiechnął  się,  jakby 

znajdował przyjemność w tym, co zamierzał uczynić. 

- Tutaj nikt cię nie usłyszy, skarbie - szepnął jej prosto do ucha. - Poddaj się, a pójdzie 

nam duŜo łatwiej. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Norbert usłyszał krzyk właśnie wtedy, gdy postanowił zrezygnować z dalszej pogoni. 

Mimo  przeciwdeszczowego  płaszcza  był  kompletnie  przemoczony,  a  zdrowy  rozsądek 

podpowiadał, Ŝe szukanie Celie jest bezcelowe. Pewnie juŜ nigdy jej nie odnajdzie i nie dowie 

się, dlaczego w popłochu uciekła i dlaczego spowodowała zatrzymanie przez celników Bogu 

ducha winnego człowieka. 

Norbert  westchnął  zrezygnowany,  lecz  słysząc  wrzask  kobiety,  pobiegł  w  tamtą 

stronę. Lało jak z cebra, co chwilę ogłuszająco grzmiało i normalni ludzie juŜ dawno gdzieś 

się pochowali. Miał więc dla siebie całe ulice i biegnąc, nie musiał nikogo potrącać. 

Minął  kilkanaście  budynków  i  zaczął  mieć  wątpliwości,  czy  biegnie  w  dobrym 

kierunku. W Londynie wszystko brzmiało głośniej niŜ w innych miastach. Domy były z cegły 

lub kamienia, a wysokie mury odbijały kaŜdy dźwięk, zwielokrotniając jego siłę. Krzyk mógł 

dochodzić z daleka i juŜ się nie powtórzył. 

Norbert  nieco  zwolnił,  usiłując  zebrać  myśli.  Zanim  jednak  zawrócił  w  przeciwną 

stronę, kobieta znów wrzasnęła. Tym razem znajdowała się duŜo bliŜej. 

Wypadł  zza  rogu  i  spojrzał  w  głąb  uliczki,  która  właściwie  była  wąskim  zaułkiem 

między  niezamieszkałymi  domami.  Przeprowadzano  tu  prace  renowacyjne,  o  czym 

ś

wiadczyły schowane pod prowizorycznymi namiotami narzędzia i sprzęt budowlany. Ale w 

porze lunchu nie było na budowie robotników. 

Domy  stały  w  zabudowie szeregowej,  zrośnięte  bokami,  a między dwoma znajdował 

się łącznik. W jego cieniu Norbert dostrzegł dwie postacie - atletę w ubraniu z czarnej skóry 

oraz Celie Sherwood. 

Była  śmiertelnie  przeraŜona,  lecz  jak  dzika  lwica  walczyła  o  Ŝycie.  W  tym  miejscu, 

gdzie  echo  niosło  się  daleko,  jej  przeraźliwy  krzyk  był  bronią  niemal  równie  skuteczną,  jak 

nóŜ lśniący w dłoni zamachowca. Z tą róŜnicą, Ŝe zabić mógł tylko nóŜ. 

-  Zostaw  ją!  -  Norbert  ruszył  w  stronę  wzniesionego  ramienia  zabójcy.  Celie  juŜ 

krwawiła, jej okulary leŜały roztrzaskane na bruku, a wielkolud znów szykował się do zadania 

ciosu. Dziewczyna bezskutecznie usiłowała uwolnić się z mocarnego chwytu. 

-  Szukasz  kłopotów?  -  Blondyn  spojrzał  na  nadbiegającego  męŜczyznę  i  uśmiechnął 

się kpiąco. 

Norbert był dobrze zbudowany, co w przeszłości niejeden raz zniechęciło mniejszego 

napastnika do wszczęcia bójki. Ale ten osobnik wyglądał jak atleta i najwyraźniej ucieszył się 

background image

z widoku jeszcze jednej potencjalnej ofiary. Norbert uniósł ręce w  geście rezygnacji i zrobił 

krok wstecz, a blondyn dwukrotnie przeciął noŜem powietrze i roześmiał się. Lecz w chwili, 

gdy odwracał się do Celie, Norbert zaatakował. 

Bezbłędnie  oszacował  odległość  i  wylądował  dokładnie  tam,  gdzie  zamierzał  -  na 

lewym barku olbrzyma. Jedną ręką chwycił jego nadgarstek, a drugą błyskawicznie zadał cios 

w przedramię. Blondyn zawył z bólu i puścił Celie, lecz nadal ściskał w dłoni nóŜ. Obrócił się 

raptownie,  aby  złapać  Norberta, on  jednak  przewidział to  posunięcie  i juŜ zdąŜył odskoczyć 

do tyłu. 

Celie potykając się, dotarła do przeciwległej ściany, zgięta w pół, jakby nie mogła się 

wyprostować.  Norbert  nie  miał  czasu  jej  się  przyjrzeć,  poniewaŜ  wielkolud  znów  na  niego 

skoczył,  lecz  nie  okazał  się  wystarczająco  szybki.  Te  wspaniałe  mięśnie,  które  przez  lata 

rozwijał z taką czułością, teraz stały się przeszkodą. Norbert kopnął go w udo i tył kolana, a 

gdy męŜczyzna się pochylił, ciosem stopy w łokieć wytrącił mu nóŜ, który zręcznie chwycił. 

- JuŜ nie Ŝyjesz - wychrypiał siłacz. 

-  Tak  sądzisz?  -  Norbert  jak  doświadczony  ulicznik  przerzucił  nóŜ  z  ręki  do  ręki, 

następnie przeciął powietrze w taki sam sposób, jak przed chwilą zrobił to napastnik. - Jestem 

cholernie wkurzony. I nie lubię facetów, którzy krzywdzą kobiety. 

Atleta ruszył do przodu z głową wciśniętą w ramiona jak atakujący baran. Tym razem 

Norbert nie miał miejsca, aby uskoczyć, mógł tylko mocno stać na rozstawionych nogach i w 

ostatnim momencie obrócić się bokiem, aby nie paść na ziemię. Gdyby został przygnieciony 

wielkim ciałem przeciwnika, nie wyszedłby Ŝywy z tej walki. Było jasne, Ŝe ona rozstrzygnie 

się właśnie tutaj. 

Przyjął  barkiem  potęŜne  uderzenie  i  walnął  głową  o  ścianę,  a  nogi  pojechały  mu  do 

przodu, lecz nie wypuścił noŜa ani się nie przewrócił. Zdołał teŜ złapać napastnika za długie 

włosy i szarpnąć jego głowę do tyłu, jednocześnie przykładając mu do gardła nagie ostrze. 

- To jak będzie, Goliacie? - syknął rozjuszony. - Mam ci puścić krew, czy wolisz dać 

nogę, póki moŜesz? 

- Dlaczego... mam wybierać? 

Norbert  kątem  oka  zobaczył  Celie.  Podczas  starcia  całkiem  o  niej  zapomniał.  Nie 

zdziwiłby się, gdyby znów uciekła. Lecz ona stała teraz tuŜ obok, ściskając w dłoniach wielki 

kamień  przypominający  te,  z  których  zbudowano  okoliczne  domy.  Uniosła  go  i  z  całej  siły 

zdzieliła nim atletę w tył czaszki, po czym padła zemdlona na jego bezwładne ciało. 

Celestine nie wiedziała, gdzie się znajduje. Miała wraŜenie, Ŝe jest lekka jak piórko i 

cała  mokra.  Rozpaczliwie  pragnęła  znów  pogrąŜyć  się  w  nieświadomości,  lecz 

background image

uniemoŜliwiała  to  spływająca  po  twarzy  woda.  A  z  gardła,  zamiast  słów,  wydobył  się  tylko 

zduszony jęk. 

- Nie bój się, Celie. Zawiozę cię do szpitala. 

- Nie... - Ktoś ją trzymał, a właściwie niósł, więc spróbowała się uwolnić. Otworzyła 

oczy i zaraz je zamknęła, bo padał deszcz. - Nie... zostaw mnie... 

- Wykluczone. 

-  Oni  mnie  znajdą...  zabiją...  nie  mogę...  do  szpitala...  -  Jej  język  był  zdrętwiały,  a 

umysł coraz bardziej zasnuwała mgła. Ale strach był silny jak zawsze. 

- Jesteś ranna, a sam nie zatamuję krwotoku. Musisz iść do szpitala. 

- Zabiją mnie... Czy ty... mnie zabijesz? - MoŜe juŜ próbował? ChociaŜ... chyba to nie 

on.  Nie  pamiętała,  co  dokładnie  się  wydarzyło  ani  dlaczego.  Ale  umierała  z  przeraŜenia. 

Chciała  się  wyswobodzić,  lecz  jej  członki  nie  reagowały  na  rozkazy  mózgu.  A  ciało  nagle 

znalazło się w stanie niewaŜkości, zaczęło odpływać gdzieś w przestworza, coraz dalej i dalej 

od tego deszczu i niosącego ją męŜczyzny. 

Kiedy ponownie odzyskała przytomność, nadal znajdowała się w jego ramionach, lecz 

deszcz chyba ustał. 

- Nie moŜe pan jechać szybciej? - spytał trzymający ją człowiek. 

- Przykro mi, chłopie, ale w tej ulewie prawie nic nie widać. Jak nasza pasaŜerka? 

- Nic jej nie będzie. 

- Na pewno nie trzeba zawieźć jej do szpitala? 

- Nie, tylko zemdlała, bo nic dzisiaj nie jadła. Potrzebuje porządnej kolacji i trochę snu 

we własnym łóŜku. 

- Radzę podać rosołek i gorącą, słodką herbatkę z cytryną. 

- OtóŜ to. - MęŜczyzna chyba mówił przez zaciśnięte zęby. 

- Jesteśmy prawie na miejscu. 

- Świetnie. 

- Pomóc panu ją wnieść? 

- Nie, damy sobie radę. 

Celestine  chciałaby  w  to  uwierzyć,  ale  wiedziała,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych  szans.  Ona  juŜ 

nie da sobie rady. Nigdy nie będzie Ŝyć jak normalna kobieta. Nigdy nie... 

Spróbowała  się  odezwać,  powiedzieć  męŜczyźnie,  aby  nie  kłamał.  Zdołała  tylko 

jęknąć, ale to juŜ było bez znaczenia, poniewaŜ znów wzlatywała gdzieś wysoko. 

Tym  razem  Norbert  był  zadowolony  z  tego,  Ŝe  zatrzymał  się  w  domu  naleŜącym  do 

Tri  -  C  International,  przeznaczonym  dla  odwiedzających  Londyn  szefów  firmy.  Normalnie 

background image

nie przepadał za tą siedzibą w wiktoriańskim stylu, była zbyt staroświecka, jak na jego gust. 

Betty  Prynne,  gospodyni,  uwielbiała  ogrody,  więc  i  tutaj  posadziła  na  podwórzu  mnóstwo 

kwiatów  i  krzewów  efektownych  o  kaŜdej  porze  roku.  A  wnętrze  domu,  z  jego  wysokimi 

pokojami  i  wyposaŜeniem  z  ciemnego,  rzeźbionego  drewna,  nieco  zmiękczyła  uroczymi 

antykami  oraz  dodatkami  w  pastelowych  barwach.  Wszystko  emanowało  domowym 

ciepełkiem,  co  Norberta  zazwyczaj  irytowało,  lecz  dzisiaj  poczucie  prywatności  i  domowe 

wygody stanowiły niezaprzeczalny plus. 

Deszcz  nadal  padał,  gdy  taksówka  zatrzymała  się  przed  wejściem.  Zaciągnięte 

burzowymi chmurami niebo miało kolor ołowiu, a na dworze było ciemno, co Norberta takŜe 

cieszyło.  W  takich  warunkach  sąsiedzi  nie  będą  w  stanie  zobaczyć,  Ŝe  nowy  mieszkaniec 

rezydencji w Kensington dźwiga kobietę owiniętą w swój brązowy płaszcz. 

Norbert  wiedział,  dlaczego  przywiózł  Celie  tutaj,  ale  nie  był  pewien,  czy  podjął 

właściwą  decyzję.  Zanim  zemdlała  po  raz  drugi,  Celie  przez  chwilę  patrzyła  na  niego,  a 

malujące się w jej oczach przeraŜenie zmieniło się w coś bardziej mroŜącego krew w Ŝyłach. 

Ta dziewczyna myślała, Ŝe umiera, i juŜ zaczęła godzić się z tym, co nieuniknione. 

A  on  nagle  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  nie  moŜe  jej  zawieść.  Nie  miał  pojęcia,  co 

przeszła, lecz chyba została przez kogoś straszliwie skrzywdzona. Jeśli on, Norbert, takŜe ją 

zawiedzie, to ona juŜ nigdy się nie podźwignie. 

Taksówkarz,  młody  człowiek  z  kozią  bródką,  osłonił  go  wielkim  parasolem  i  razem 

pobiegli do wejścia. Celie wydawała się strasznie lekka. Norbert dopiero teraz stwierdził, jaka 

jest szczuplutka. 

Wręczył taksówkarzowi klucz i poczekał, aŜ chłopak otworzy drzwi, po czym wcisnął 

mu do ręki banknot. 

- Jak się nazywasz, chłopcze? 

- Nigel. Nigel Clark. 

-  Posłuchaj,  Nigel.  Moja  Ŝona  umarłaby  ze  wstydu,  gdyby  ktoś  się  dowiedział  o  jej 

omdleniu. Proszę cię więc, Ŝebyś nikomu o tym nie mówił. Nawet gdyby cię o nią pytano. 

- Niby kto miałby mnie pytać? 

-  Ona  jest  znaną  osobistością  w  Ameryce.  -  Norbert  powiedział  to  przyciszonym 

tonem. - Występuje w telewizji, w nowym programie, którego jeszcze nie nadają tutaj. Musi 

bardzo dbać o dyskrecję. 

- Rozumiem. - Nigel spojrzał na pieniądze i jego oczy się rozszerzyły. 

background image

-  Jeśli  w  ciągu  kilku  najbliŜszych  tygodni  nikt  nie  będzie  zawracał  jej  głowy,  to 

uznam,  Ŝe  zachowałeś  nasz  mały  sekret  tylko  dla  siebie.  A  wtedy  dostaniesz  kolejne  sto 

funtów. 

- Nikomu nie pisnę ani słowa. 

- Doskonale. Dzięki za pomoc. 

Nigel skinął głową i pobiegł do samochodu, a Norbert wszedł do wnętrza. 

- Betty? Jesteś w domu? 

Ale  nikt  nie  odpowiedział.  Gospodyni  prawdopodobnie  poszła  po  zakupy.  Rano 

Norbert  uprzedził,  Ŝe  zje  kolację  tutaj,  i  teraz  Ŝałował  tej  decyzji.  Betty  znała  się  na  wielu 

sprawach i była osobą ze wszech miar godną zaufania. Mogłaby doradzić, co począć z ranną 

kobietą. 

Norbert prowizorycznie opatrzył ramię Celie za pomocą chusteczki do nosa i paska od 

płaszcza, nie obejrzał jednak zranionego miejsca, aby nie alarmować taksówkarza. I teraz nie 

miał pojęcia, czego się spodziewać. 

Zaniósł  dziewczynę  do  sypialni  na  piętrze,  kolanem  otworzył  drzwi  i  dotarł  do 

mahoniowego  łoŜa  z  koronkowym  baldachimem.  Jedną  ręką  odrzucił  haftowaną  kapę  i 

połoŜył Celie na białej pościeli. 

Dziewczyna  miała  twarz  kredowobladą  i  nawet  się  nie  poruszyła,  gdy  odwinął  ją  z 

płaszcza. Granatowy Ŝakiet był pocięty noŜem i cały we krwi, lecz ukrywał to, co najgorsze. 

Norbert zdjął prymitywny opatrunek i wzrokiem poszukał czegoś do rozcięcia marynarki, aby 

łatwiej ją zdjąć. Nie chciał zostawiać rannej nawet na moment, lecz stwierdził, Ŝe musi iść po 

jakieś  noŜyczki.  W  drzwiach  jeszcze  raz  się  upewnił,  Ŝe  Celie  nadal  jest  nieprzytomna,  i 

pomaszerował do swojego apartamentu, gdzie w łazience miał zestaw drobiazgów do szycia. 

Gdy wrócił, Celie leŜała całkiem nieruchomo dokładnie w tej samej pozycji, co przed 

chwilą,  i  chyba  była  jeszcze  bledsza.  Norbert  ostroŜnie  usiadł  obok  niej  i  zaczął  rozcinać 

Ŝ

akiet, a następnie bluzkę. 

Zadanie  okazało  się  piekielnie  trudne,  poniewaŜ  maleńkie  noŜyczki  nadawały  się 

wyłącznie do odcinania nitek, a Norbert nie zaliczał się do osób cierpliwych. W końcu jakimś 

cudem odciął cały rękaw i zsunął go w dół, delikatnie ciągnąc za mankiet. 

Rana  wyglądała  gorzej,  niŜ  się  spodziewał  -  była  zygzakowata  i  tak  głęboka,  jakby 

sięgała  prawie  do  kości.  Zdumiewające,  Ŝe  przy  tak  powaŜnym  obraŜeniu  Celie  zdołała 

podnieść  wielki  kamień  i  zdzielić  nim  napastnika.  Ta  dziewczyna  stanowiła  jedną  wielką 

zagadkę, lecz jedno wydawało się oczywiste - była najdzielniejszą osobą, jaką Norbert znał. 

background image

Rana  krwawiła  i  niewątpliwie  naleŜało  załoŜyć  szwy.  Mimo  nadzwyczajnej  jakości 

przybornika  do  szycia,  nie  zawierał  on  niczego  odpowiedniego  do  wykonania  tego  zabiegu. 

Niezbędna  była  pomoc  chirurga,  znieczulenie  i  antybiotyki.  Norbert  złoŜył  na  pół  dwie 

wyprasowane  serwetki,  które  wziął  z  szafy  w  korytarzu,  i  przycisnął  je  do  rany.  Postanowił 

wezwać pogotowie i złoŜyć na policji zeznanie oraz poprosić o ochronę dla Celie Sherwood. 

- Panie Colter? 

Niemal podskoczył na dźwięk głosu Betty. Nawet nie słyszał, Ŝe wróciła. 

- Jestem tutaj - zawołał. - I potrzebuję pani pomocy. 

- Przepraszam,  Ŝe przeszkadzam, ale... - Kobieta weszła do sypialni i ze zdumieniem 

popatrzyła na Celie. - BoŜe drogi! 

- Wszystko w porządku, Betty. - Trudno o coś dalszego od prawdy, pomyślał kpiąco. - 

ChociaŜ... niezupełnie. Jakiś męŜczyzna usiłował ją zabić, ale błagała, Ŝeby nie zawozić jej do 

szpitala. Chyba obawia się o swoje Ŝycie. 

- Och, panie Colter... 

- Myślę, Ŝe trzeba wezwać pogotowie. 

-  Lecz  jeśli  ona  się  boi...  -  Betty  podeszła  bliŜej.  Była  panią  zbliŜającą  się  do 

sześćdziesiątki,  korpulentną  i  siwiejącą,  jak  kobieta,  która  nie  przejmuje  się  nadchodzącą 

starością. - Biedactwo. Jak to się stało? 

-  Facet  zaatakował  ją  noŜem.  -  Norbert  na  moment  podniósł  opatrunek,  a  Betty 

przymruŜyła oczy i uwaŜnie obejrzała ranę, która krwawiła trochę mniej. 

- Widziałam lepsze i gorsze. Są inne zranienia? 

- Widziała pani gorsze? 

- Dawniej pracowałam w Glasgow jako pielęgniarka na chirurgii. Potem przeniosłam 

się do Londynu i podjęłam tę pracę. Mniej męczy nogi. 

- Chyba nie ma więcej ran, ale nie jestem pewien. 

- No to bierzmy się do roboty. 

- Do roboty? 

-  Jasne.  Pan  szybko  sprawdzi  stan  naszej  pacjentki,  a  ja  zadzwonię  do  przyjaciela. 

Tylko proszę nie marudzić, bo ta rana wymaga ucisku, zanim zostanie zeszyta. Chyba moŜe-

my wziąć to na siebie, jeśli pan chce. 

Najchętniej  zacząłby  ten  dzień  od  nowa,  wykreślając  z  niego  konfrontację  z  Celie 

Sherwood. A jeszcze lepiej - cofnąłby się do tamtego przedpołudnia w ParyŜu i poszedłby w 

przeciwną  stronę  niŜ  rudowłosa  nimfa.  Celie  Sherwood  była  mu  całkiem  obca.  Nie 

potrzebował tej komplikacji, nie miał ochoty brać na siebie tego cięŜaru. 

background image

- Nie wiem, co robić. - Spojrzał na bledziutką twarz dziewczyny. - Nie jestem za nią 

odpowiedzialny. 

- Oczywiście - z przyganą w głosie powiedziała Betty. 

- Naprawdę nie jestem. A jeśli zajmiemy się nią tutaj, to automatycznie zaangaŜujemy 

się w jej sprawy. Nie rozumie pani? 

- Och, rozumiem. RównieŜ i to, Ŝe pan nie lubi się angaŜować. 

Podniósł  głowę,  a  Betty  z  wyzywającą  miną  wytrzymała  jego  spojrzenie.  Nie  mógł 

mieć  jej  za  złe,  Ŝe  wali  prawdę  w  oczy.  Wszyscy  pracownicy  Tri  -  C  mieli  do  tego  prawo. 

Przejmując  zarządzanie  firmą,  Norbert  uświadomił  im,  Ŝe  Ŝyczy  sobie  szczerości  w 

kontaktach międzyludzkich. 

- Odniosłem wraŜenie, Ŝe to raczej ona unika zaangaŜowania. 

- Więc co mam zrobić? Zadzwonić po pogotowie czy po kogoś, kto udzieli jej pomocy 

tutaj? 

- Jak pani widzi to drugie? 

- Mam dobrego znajomego, właściwie przyjaciela. Przez wiele lat był chirurgiem, ale 

zaczął  zaglądać  do  butelki.  -  Betty  wzruszyła  ramionami.  -  Odebrano  mu  prawo 

wykonywania zawodu, ale później przestał pić i ręce mu nie drŜą. 

- Przyjechałby do nas? 

- Na pewno. Mieszka niedaleko i uczyni wszystko, o co go poproszę. 

- Więc proszę go wezwać. 

- Dobrze. - Betty ruszyła do drzwi. - Jeśli znajdzie pan jeszcze inne rany, proszę mnie 

zawołać. 

Norbert  został  sam  z  Celie,  która  nadal  była  nieprzytomna  i  leŜała  tak  nieruchomo, 

jakby juŜ umarła. A on... tylko jeden raz w Ŝyciu rozbierał kobietę w takim stanie. 

Zacisnął  powieki  na  wspomnienie  tamtych  przeŜyć.  Mimo  upływu  czasu  nadal  były 

bolesne. W  pokoju  panował  chłód, lecz poczuł,  Ŝe  dłonie mu  się  pocą, i przez  długą chwilę 

nie  mógł  złapać  tchu.  W  końcu  otworzył  oczy  i  juŜ  nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  musi  pomóc 

Celie.  Stracił  prawo  wyboru,  gdy  popatrzyła  na  niego,  najwyraźniej  przekonana  o  swojej 

rychłej śmierci, i zaczęła się godzić z tym, co nieuniknione. 

Teraz  nawet  gdyby  chciał,  juŜ  nie  mógł  zostawić  na  pastwę  losu  tej  kobiety,  która 

poŜyczyła sobie personalia Celie Sherwood. 

Sięgnął  do  guzików  bluzki.  Rozpiął  je  bez  trudu  i  rozchylił  poły.  Celie  w  ogóle  nie 

była  opalona,  toteŜ  cieniutkie,  niebieskie  Ŝyłki  wyglądały  niemal  jak  skazy  na  idealnie 

gładkiej, kremowej skórze. Na ramieniu i klatce piersiowej znajdowało się trochę zaschniętej 

background image

krwi, lecz Norbert nigdzie nie stwierdził śladów obraŜeń. Cieniutki stanik okrywający drobne, 

jędrne  piersi  był  nasiąknięty  krwią,  Norbert  wsunął  więc  dłoń  pod  plecy  Celie  i  rozpiął 

maleńką  klamerkę.  Aby  zsunąć  stanik,  musiał  najpierw  zdjąć  z  Celie  bluzkę,  a  do  tego 

potrzebował pomocy Betty. Kontynuował więc badanie za pomocą dotyku, a nie wzroku. 

Celie  miała  gładkie,  lecz  o  wiele  za  chłodne  ciało,  które  delikatnie  zareagowało  na 

muśnięcia rąk, a z ust dziewczyny wydobył się cichy jęk. CóŜ za ironia, przemknęło Norber-

towi  przez  głowę.  Wtedy,  w  ParyŜu,  zwrócił  uwagę  na  atrakcyjną  nieznajomą  i  nawet 

fantazjował  na  jej  temat,  wyobraŜając  sobie,  Ŝe  ją  pieści,  a  ona  rozkosznie  pojękuje.  Teraz 

jego Ŝyczenia się spełniły, lecz niezupełnie tak, jakby tego pragnął. 

- Wyjdziesz z tego, Celie - zamruczał. - Zajmiemy się tobą. 

Nie  wykrył  innych  obraŜeń  powyŜej  talii,  więc  rozpiął  suwak  spódnicy  i  ściągnął  ją 

poniŜej  bioder.  Tutaj  teŜ  nie  stwierdził  Ŝadnych  ran.  Wielkolud  z  noŜem  celował  wysoko. 

Norbert miał cichą nadzieję, Ŝe jedynym problemem jest rozcięte ramię. PołoŜył na nim drugi 

opatrunek  z  serwetki  i  lekko  go  przycisnął,  a  Celie  znów  jęknęła  i  zatrzepotała  powiekami. 

Spojrzała mu prosto w oczy, wątpił jednak, czy naprawdę go zobaczyła. 

- Wyjdziesz z tego - powtórzył. 

- Nie... 

- Masz ranę na ramieniu. Usiłuję zatamować krwotok. Celie zaczęła rzucać się z boku 

na bok, więc mocno przytrzymał jej drugi bark. 

- Spokojnie, Celie, bo krwawienie się zwiększy. Nikt cię nie skrzywdzi. Usiłujemy ci 

pomóc. 

- Proszę... nie chcę... - Zamknęła oczy i bezwładnie opadła na prześcieradło. 

- Jerry juŜ jedzie. - Do pokoju weszła Betty. - Co z nią? 

- Na chwilę odzyskała przytomność. 

- Biedulka. 

- Chyba nie ma innych obraŜeń. 

- Rozbierzmy ją. 

-  Co  mam  robić?  -  Nie  był  zachwycony  czekającym  go  zadaniem.  JuŜ  i  tak 

zaangaŜował się bardziej, niŜ powinien, ale Betty nie dałaby sobie rady sama. 

-  Najpierw  rozetnę  trochę  dalej  ten  Ŝakiet.  O,  tak.  Teraz  proszę  ją  unieść.  OstroŜnie. 

Zsunę go, a potem zdejmiemy bluzkę i bieliznę. 

- Wspaniale - mruknął z przekąsem. 

- Nigdy nie widział pan nagiej kobiety, panie Colter? 

- Róbmy, co trzeba, dobrze? 

background image

- Cieszę się, Ŝe został pan bogaty nie jako lekarz. 

- Co pani wyprawia? 

- Rozcinam resztę jej ubrania. - Betty zręcznie zdjęła z Celie stanik. - Szczuplutka, ale 

kształtna, prawda? 

Norbert zerknął na Celie i w duchu przyznał rację Betty. 

- Co to jest? Pierwsza pomoc czy konkurs piękności? 

- burknął, odwracając wzrok. 

-  Nawet  sama  mogłabym  załoŜyć  szwy,  gdyby  nie  te  poszarpane  krawędzie  rany.  - 

Gospodyni pokręciła głową. 

-  Lepiej  niech  Jerry  się  tym  zajmie.  Taka  z  niej  chudzina,  więc  trzeba  się  postarać, 

Ŝ

eby nie została duŜa blizna. 

- Długo potrwa rekonwalescencja? 

- To zaleŜy, czy ta biedulka nie zechce od razu zerwać się z łóŜka. Jeśli trochę poleŜy, 

to za jakiś tydzień lub dwa stanie na nogi. - Betty wzruszyła ramionami. - Ale zawsze istnieje 

ryzyko infekcji. 

- Tydzień lub dwa? 

- Ma gdzie się zatrzymać? Jakieś bezpieczne miejsce? 

- JuŜ pani mówiłem, Ŝe jej nie znam. 

- Zaraz przyniosę mydło i wodę, Ŝeby dziewczynę trochę umyć, a pan niech przyciska 

ten opatrunek. Jerry zjawi się lada chwila. 

Znów  został  sam  z  Celie.  Ciekawe,  co  by  powiedziała,  gdyby  teraz  odzyskała 

przytomność i zobaczyła, Ŝe on się na nią gapi. Było oczywiste, Ŝe się go bała. Co pomyślała, 

gdy zjawił się, nie wiadomo skąd, aby ją ratować? Uznała go za dobrego faceta czy teŜ nadal 

uwaŜała za jakiegoś groźnego wroga? 

I kim był tamten atleta w czarnej skórze? Przypadkowym napastnikiem, który usiłował 

ją okraść lub zgwałcić? To wydawało się mało realne, ale teŜ cała ta historia nie mieściła się 

w głowie, a jednak działa się naprawdę. 

Wbrew  własnej  woli  powędrował  spojrzeniem  do  piersi  Celie  i  przez  chwilę 

wyobraŜał  sobie,  jakby  wyglądała  w  innych,  korzystniejszych  okolicznościach.  Nie  była  ani 

ultraszczupła  jak  modelka,  ani  biuściasta  jak  dziewczyna  z  „Playboya”.  Miała  normalne, 

kobiece kształty,  a teraz jej ciało pokrywały plamy zaschniętej krwi i  świeŜe siniaki. Na ich 

widok  Norbert  poczuł  przypływ  takiej  wściekłości,  Ŝe  zdumiała  go  siła  tego  uczucia.  Jak 

moŜna  zrobić  coś  takiego  bezbronnej  dziewczynie!  Słyszał,  jak  krzyczała,  lecz  chyba  nie 

spodziewała się, Ŝe ktoś jej pomoŜe. Sądziła, Ŝe zaraz umrze. 

background image

Niechętnie przeniósł wzrok na twarz Celie i stwierdził, Ŝe ona go obserwuje. 

- Dlaczego... tego nie dokończysz? - Jej głos zabrzmiał tak, jakby dochodził z daleka. 

Niebieskie oczy nie wyraŜały Ŝadnych emocji. 

-  Wkrótce  przyjdzie  lekarz  i  zeszyje  ci  ramię.  Nie,  nie  ruszaj  się!  Krwotok  się 

zmniejszył.  -  Przytrzymał  ją,  gdy  spróbowała  się  podnieść.  -  Zamierzamy  opatrzyć  twoją 

ranę, a później sobie pośpisz. Jesteś bezpieczna. Nie mam pojęcia, co ci chodzi po głowie, ale 

tu nic ci nie grozi. Facet w czarnej skórze pewnie nadal leŜy tam, gdzie go zostawiliśmy, a ja 

nie zawiozłem cię do szpitala, bo tego się bałaś. 

- Puść mnie. - Znów zaczęła się wyrywać. 

- Nie. A jeśli nie przestaniesz się szamotać, to wezwę pogotowie i pojedziesz na ostry 

dyŜur. Rozumiesz? Nie chcę, Ŝebyś wykrwawiła się na śmierć. 

- Dlaczego nie? 

Jej pytanie było tak dalece pozbawione cienia nadziei, Ŝe Norbert na moment oniemiał 

z wraŜenia. 

-  Nie  wiem,  za  kogo  mnie  bierzesz -  odparł  w końcu.  - Ani czego się obawiasz.  Ale 

właśnie chyba uratowałem ci Ŝycie. Coś ci świta w tej łepetynie? 

- Czego... ode mnie oczekujesz? 

-  Najchętniej  zobaczyłbym  cię  w  pełni  sił  i  powiedział  „Ŝegnaj”.  Ale  to  niemoŜliwe, 

więc  chwilowo  zadowolę  się  twoim  grzecznym zachowaniem,  gdy  lekarz  będzie  zakładał  ci 

szwy. A potem zobaczymy. 

Z korytarza dobiegły jakieś odgłosy i do sypialni weszła Betty. 

-  Jerry  przyjechał.  Nasza  pacjentka  jest  przytomna?  Norbert  skonstatował,  Ŝe  wciąŜ 

przyciska półnagą Celie do łóŜka. Nie chciał, aby inny męŜczyzna popatrzył na nią tak, jak on 

przed chwilą. Wzrokiem, którego nie moŜna oderwać. 

Puścił  ją  i  podciągnął  haftowaną  kapę,  zasłaniając  Celie  aŜ  po  pachy,  chociaŜ  nie 

miało  to  Ŝadnego  sensu.  PrzecieŜ  Betty  zamierzała  ją  umyć.  Ale  po  prostu  nie  mógł  jej 

zostawić, gdy leŜała taka odkryta i bezbronna. Ona zaś nadal patrzyła na niego z obawą. 

-  Mogę  wyjść  albo  zostać  -  oznajmił.  -  Gdy  lekarz  będzie  opatrywał  ci  ramię...  ty 

decyduj, czy mam zostać. 

- Kim... jesteś? 

Nie  chciał  jej  powiedzieć  całej  prawdy.  Był  postacią  dobrze  znaną,  a  jego  nazwisko 

wielu  ludziom  kojarzyło  się  z  pewnymi  wydarzeniami,  o  których  wolał  nie  mówić.  Miał 

ś

więte prawo do zachowania resztek swojej prywatności. 

background image

- Nazywam się Norbert James. - Wstał i spojrzał na Betty. Chyba nie zdziwiła się, Ŝe 

skłamał. Przeciwnie, miała taką minę, jakby go rozumiała. 

-  Niech  pan  stąd  idzie,  panie  James  -  poleciła  stanowczym  tonem.  -  My  się  nią 

zajmiemy. Zawołamy pana, gdy będzie po wszystkim. 

Do pokoju wszedł łysiejący męŜczyzna w wieku Betty i podobnej jak ona postury. W 

ręce trzymał staroświecką lekarską torbę i miał wręcz Ŝałosną minę człowieka, który pragnie 

zabrać się do pracy, a widzi, Ŝe inni mu w tym przeszkadzają. 

Norbert  skinął  głową  i  jeszcze  raz  spojrzał  na  leŜącą  z  zamkniętymi  oczami  Celie. 

Ciekawe,  o  czym  myślała.  Czy  uwierzyła,  Ŝe  chcą  jej  pomóc?  A  moŜe  jej  się  zdawało,  Ŝe 

nadal jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie? 

Od czego uciekała? I dlaczego? 

Norbert  rozumiał  ludzi,  którzy  uciekają.  I  Ŝałował,  Ŝe  człowiek  nie  jest  w  stanie 

ukrywać się w nieskończoność ani stać się kimś innym. Sam wiedział to z pierwszej ręki. JuŜ 

dawno się przekonał, Ŝe niezaleŜnie od tego, na jaki kraniec świata pojechał, patrząc w lustro, 

zawsze widział siebie - Norberta Jamesa Coltera. Szkoda, Ŝe nie mógł tego wyjaśnić Celie. 

- Bądź dzielna - powiedział. - Zresztą... chyba juŜ jesteś, prawda? 

Nie  odpowiedziała  ani  nie  otworzyła  oczu.  Znów  leŜała  bezwładnie  jak  szmaciana 

lalka, czekając na swój los. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Dobrze zniosła zabieg. Teraz śpi. Jerry podał jej środek przeciwbólowy. Nie chciała 

połknąć  tabletki,  więc  musiałam  głaskać  ją  jak  słabego  szczeniaczka,  ale  w  końcu  wzięła 

lekarstwo  i  usnęła.  -  Betty  włączyła  elektryczny  czajnik.  Zastała  Norberta  w  kuchni,  gdy 

szukał  czegoś  do  zjedzenia,  i  kazała  mu  usiąść  przy  stole.  -  Biedulka  nawet  nie  jęczała,  a 

musiało ją boleć. 

- Ona nie z tych, co jęczą. To wiem na pewno. 

- A ja wiem, Ŝe przedstawił się pan nieprawdziwym nazwiskiem. 

Norbert  przymknął  powieki.  Dopiero  teraz  zaczął  sobie  uświadamiać,  Ŝe  nie  tylko 

Celie odniosła obraŜenia w starciu z atletą. 

- Wolałem nie ujawniać swojej toŜsamości - mruknął znuŜony. - Nie mam pojęcia, na 

co stać tę dziewczynę. Wolałbym, Ŝeby mi nie zaszkodziła. 

- Chyba niełatwo być Norbertem Colterem. 

Norbert przez moment Ŝałował, Ŝe jako mały, przeraźliwie spragniony uczuć chłopiec 

nie  miał  przy  sobie  kogoś  równie  serdecznego  jak  Betty.  Wtedy  tak  bardzo  potrzebował 

czyjegoś zrozumienia i ciepła. Obecnie uwaŜał to za zbędne. 

- Przeciwnie - odparł lekkim tonem. - Moje Ŝycie to marzenie kaŜdego nastolatka. 

- Nastolatka? Oboje wiemy, którą częścią ciała rozumuje nastolatek... 

- Nasza pacjentka długo będzie spała? 

- Z godzinę. Przy odrobinie szczęścia moŜe dwie. 

- Zastanawiam się, kiedy zapukają do drzwi inspektorzy ze Scotland Yardu. 

-  Niby  dlaczego  mieliby  tu  przyjść?  -  Betty  zastygła  z  ręką  nad  srebrną  puszką  z 

herbatą. - ChociaŜ... co ja mówię. Oni działają perfekcyjnie. 

-  Dałem  taksówkarzowi  w  łapę,  Ŝeby zachował dyskrecję.  Lecz jeśli policja  znajdzie 

napastnika, który zranił Celie, to dokładnie go przesłucha. I po nitce do kłębka w końcu trafi 

tutaj. 

- MoŜe tak byłoby najlepiej? Sam pan powiedział, Ŝe tę dziewczynę trzeba chronić. 

- Gdybym uwaŜał, Ŝe ochroni ją policja, to od razu wezwałbym gliny. 

- CóŜ, akurat pan ma powody, aby nie wierzyć władzom. Zignorował te słowa. Betty 

usilnie starała się traktować go ciepło, a on równie zdecydowanie ignorował te próby. 

- MoŜe powinienem sam ją gdzieś zabrać? 

- Ale dokąd? Do Ameryki? Przewiózłby pan kobietę przez zieloną granicę? 

background image

Ten  pomysł  był  kuszący,  ale  nie  z  powodów,  które  Betty  brała  pod  uwagę.  Norbert 

miał coraz więcej podstaw, aby sądzić, Ŝe pochodzenie Celie Sherwood to sprawa nadzwyczaj 

tajemnicza.  Na  pewno  nie  była  tą  osobą,  za  którą  się  podawała.  Miała  imponujące  talenty 

aktorskie oraz lingwistyczne. Mówiła znakomicie zarówno po francusku,  jak i po  angielsku. 

A jeśli nie była ani Francuzką, ani Angielką? MoŜe obie te narodowości stanowiły tylko część 

jej maskującego repertuaru? 

Gdy  odzyskała  przytomność,  z  pewnością  nie  była  w  stanie  niczego  udawać.  Co 

prawda niewiele mówiła, lecz wyszeptane słowa miały rytm i miękkość typową dla ojczyzny 

Norberta, czyli Południa Stanów Zjednoczonych. 

Kim, u licha, jest ta kobieta? 

- Naprawdę chciałby pan porwać tę biedulkę? 

-  To  nie  powieść  kryminalna,  Betty  -  parsknął  zirytowany.  -  Usiłuję  tylko  zapewnić 

dziewczynie bezpieczeństwo, dopóki nie dowiem się o niej czegoś więcej. 

-  Znam  odpowiednie  miejsce.  -  Betty  wcale  nie  przejęła  się  opryskliwym  tonem 

Norberta. - Lecz jeśli nie potrzebuje pan mojej pomocy... 

- Co to za miejsce? 

-  Moja  siostra  Joan  ma  domek  w  hrabstwie  Kent.  Nic  szczególnego,  ale  przyjemnie 

uciec tam z miasta, Ŝeby złapać oddech. Wokoło nic, tylko same pola i farmy. Prawie nikt tam 

nie  przyjeŜdŜa.  Kiedyś  przez  kilka  tygodni  nie  widziałam  w  okolicy  Ŝywej  duszy.  Ale 

niedaleko jest wieś, ze sklepem i kościołem, więc moŜna coś kupić i się pomodlić. 

- Sądzi pani, Ŝe siostra pozwoli mi się tam zatrzymać? 

-  Powiem  jej,  Ŝe  sama  chcę  trochę  odsapnąć.  Nie  będzie  mnie  indagować.  Zresztą 

wkrótce jedzie na urlop do Madrytu, a domek prawie zawsze stoi pusty. 

- Mógłby się przydać. 

- Chyba Ŝe znajdzie pan coś lepszego. 

- To daleko stąd? 

- Właśnie na tym polega urok tego miejsca, Ŝe jedzie się tam tylko godzinę lub nieco 

dłuŜej, wszystko zaleŜy od tego, czy od razu zauwaŜy pan tę chałupkę. 

W pierwszej chwili Norbert pomyślał, Ŝe najwygodniej byłoby wysłać tam Celie wraz 

z  Betty.  Ale  zaraz  porzucił  ten  pomysł.  Nie  wiedział  o  Celie  nic  poza  tym,  Ŝe  ktoś 

niewątpliwie  nastaje  na  jej  Ŝycie.  Oddawanie  jej  pod  opiekę  Betty  mogłoby  narazić 

gospodynię na nieprzewidziane zagroŜenia. 

Bez  sensu  było  teŜ  zabieranie  Betty,  gdyby  sam  pojechał  z  Celie  na  wieś.  Nie 

potrzebował  gospodyni,  a  Celie  chyba  obejdzie  się  bez  pielęgniarki.  Zresztą  Betty  zawsze 

background image

mogła  szybko  się  zjawić.  Tylko  w  razie  absolutnej  konieczności,  poniewaŜ  nawet  jego 

obecność nikomu nie gwarantowała bezpieczeństwa. 

Ostatnia kobieta, którą miał pod swoją opieką, nie przeŜyła... 

- Sąsiedzi się nie zdziwią, Ŝe ktoś zamieszkał w tym domku? 

-  Zawiadomię  najbliŜej  mieszkającą  rodzinę,  Ŝe  jesteście  młodym  małŜeństwem  i 

marzycie o krótkim miodowym miesiącu tylko we dwoje. 

Taka  historyjka,  chociaŜ  w  załoŜeniu  idiotyczna,  mogła  okazać  się  przekonująca  dla 

tamtejszych  mieszkańców.  A  gdyby  prześladowcy  i  tak  zdołali  wyśledzić  Celie,  to  trzeba 

będzie chronić się w inny sposób. Po krótkim namyśle Norbert podjął decyzję. 

-  Zgoda,  Betty,  zawiozę  ją  tam,  jeśli  zechce.  Chyba  Ŝe  sama  wpadnie  na  lepszy 

pomysł, w którym nie będzie miejsca dla mnie. Wolałbym taki wariant. 

- CzyŜby? Odniosłam wraŜenie, Ŝe świetnie pan się bawi. - Uśmiech Betty był niemal 

równie szeroki jak jej biodra. 

-  Doceniam  szczerość,  ale  nie lubię  wtykania  nosa  w moje  Ŝycie.  - Norbert zmierzył 

gospodynię surowym spojrzeniem. 

-  Wielka  szkoda.  -  Betty  wzięła  się  pod  boki.  -  Powinien  pan  wreszcie  wyleźć  z  tej 

swojej skorupy. Zawsze panu wygarnę, co myślę, bo mogę robić, co mi się podoba. 

- MoŜe pani stracić tę robotę - burknął ostrzegawczo. 

-  Proszę  spróbować  mnie  zwolnić.  Dzięki  moim  kruchym  ciasteczkom  mam  wśród 

szefów Tri - C więcej przyjaciół niŜ pan. 

Usiłował się nie uśmiechnąć, ale w końcu nie wytrzymał i roześmiał się. 

Norbert  zdąŜył  zjeść  porządny  lunch,  wziąć  prysznic  i  się  przebrać,  zanim  Celie  się 

obudziła.  Betty  troskliwie  doglądała  jej  przez  całe  popołudnie  i  przy  pierwszych  oznakach 

Ŝ

ycia pacjentki natychmiast wezwała Norberta, który przeglądał w bibliotece dzisiejsze faksy. 

Wchodząc  do  oświetlonego  tylko  nocną  lampką  pokoju,  Norbert  niemal  się 

spodziewał, Ŝe nie zastanie w nim Celie. W końcu juŜ zdąŜył się przekonać, Ŝe ta dziewczyna 

umie  zniknąć  w  najdziwniejszy  sposób.  Lecz  tym  razem nadal  tu  była  - z  ręką na  temblaku 

leŜała  oparta  o  dwie  poduszki,  blada  jak  szanujący  się  duch  z  jakiegoś  angielskiego  zam-

czyska. 

- Jak się czujesz? - Norbert stanął w nogach łóŜka i skrzyŜował ramiona na piersi. 

- Jak ktoś pocięty na kawałki. 

Słowa  zabrzmiały  cicho  i  sennie,  lecz  Norbert  stwierdził,  Ŝe  Celie  znów  mówi  z 

brytyjskim akcentem. 

- Jak widzisz bez okularów? Bo Goliat je rozdeptał. 

background image

- Widzę nieźle. 

-  Więc  chyba  zauwaŜyłaś,  Ŝe  oczekuję  paru  odpowiedzi.  Trochę  się  zgarbiła,  lecz 

buntowniczo wysunęła brodę, jak ktoś mający poczucie klęski, lecz nadal odwaŜny. 

- Nie wiem, kim jesteś ani czego chcesz. 

- Więc dlaczego uciekłaś dzisiaj z tego punktu napraw? Zacznijmy od tego miejsca i 

cofajmy się w czasie. 

- Przestraszyłeś mnie. Myślałam, Ŝe chcesz mi zrobić coś złego. 

-  Daj  spokój.  -  Norbert  z  politowaniem  pokręcił  głową.  -  PrzecieŜ  wcale  ci  nie 

groziłem. Poprosiłem tylko o garść wyjaśnień. 

- Nie mogłam ich udzielić. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Nadal tego nie wiem. 

- Dzisiaj omal nie straciłaś Ŝycia. Zdajesz sobie z tego sprawę? 

- Owszem. To było niezapomniane przeŜycie. 

-  Zechcesz  mi  powiedzieć,  dlaczego  stało  się  twoim  udziałem?  Dlaczego  ktoś 

próbował  cię  zabić?  MoŜe  dla  ciebie  to  pestka,  ale  ja  inaczej  traktuję  taki  zamach.  Tamten 

facet usiłował zabić takŜe i mnie. 

-  Nie  wiem,  dlaczego.  Nawet  nie  jestem  pewna,  czy  miał  takie  zamiary.  Chyba... 

chyba planował coś innego, ale się broniłam, więc... 

- Sama powiedziałaś, Ŝe chciał cię zabić. 

- Ja? Ja tak powiedziałam? 

- Ty. I błagałaś, Ŝebym cię nie zawoził do szpitala, bo tam teŜ ktoś moŜe pozbawić cię 

Ŝ

ycia.  O  kim  mówiłaś,  Celie?  I  co  tamten  wielkolud  ma  z  tym  wspólnego?  Musisz  mi  to 

wyjaśnić albo ci nie pomogę. 

- Ty... miałbyś mi pomóc? - Tym razem jej zdumienie było autentyczne. 

- Nie rozumiem, co cię tak dziwi. PrzecieŜ cię tu przyniosłem, prawda? 

- Uciekałam z twojego powodu. Zacząłeś bredzić o jakichś pociągach i kawiarniach. 

-  Gdybym  chciał  twojej  zguby,  to  zostawiłbym  cię  na  pastwę  tamtego  Goliata  z 

wielkim  noŜem.  -  Norbert  stwierdził,  Ŝe  logika  tego  rozumowania  nie  wywarła  na  Celie 

Ŝ

adnego wraŜenia. - Nie sądzisz, Ŝe naleŜą mi się jakieś wyjaśnienia? 

- Dlaczego mnie tu przyniosłeś? 

- Mój osąd jest najwyraźniej tak samo wadliwy, jak twoje nowe wcielenie. 

- Czego ode mnie chcesz? 

- Tylko prawdy. 

- Nazywam się Celie Sherwood - powiedziała powoli jak do dziecka lub jakby jeszcze 

pozostawała  pod  wpływem  środków  nasennych.  -  Urodziłam  się  w  Bourton  -  on  -  the  -  - 

background image

Water. Nie jestem zakonnicą ani od dziecka nie byłam w ParyŜu. Przestraszyłeś mnie swoimi 

pytaniami, więc uciekłam. Nie wiem, kim był męŜczyzna z noŜem. 

- Świetnie. Zadzwonię więc na policję i zgłoszę ten napad. Zabiorą cię do szpitala, a ja 

zapomnę o całym incydencie. 

Celie  opuściła  nogi  z  łóŜka.  Miała  na  sobie  wielką,  kwiecistą  koszulę  nocną, 

prawdopodobnie Betty. 

Norbert  błyskawicznie  dał  susa  i  zdąŜył  podtrzymać  dziewczynę,  gdy  wstała  i  się 

zachwiała.  Zwiotczała  w  jego  ramionach,  a  on  mocno  ją  obejmował  i  przez  moment  chciał 

zatrzymać przy sobie. 

- Celie, mogę ci pomóc... gdybyś tylko powiedziała mi, o co chodzi... 

- Muszę... stąd iść. 

- Jesteś za słaba, Ŝeby sama gdzieś iść. - Norbert westchnął. - Słuchaj, nie zamierzam 

zatrzymywać  cię  tutaj  wbrew  twojej  woli.  MoŜesz  odejść,  jeśli  chcesz.  Ale  powiedz,  kogo 

mam  zawiadomić,  Ŝeby  po  ciebie  przyjechał.  Straciłaś  sporo  krwi,  a  twoje  ramię  musi  być 

unieruchomione,  dopóki  bark  się  nie  wygoi.  Przez  tydzień  lub  dwa  będziesz  potrzebowała 

pomocy. 

Celie  milczała,  a  Norbert  poczuł  przypływ  frustracji.  Chciał  odepchnąć  tę 

niewdzięcznicę,  ale  całkiem  wbrew  sobie  jeszcze  mocniej  ją  przytulił.  A  ona  trzęsła  się  ze 

strachu, po czym nagle zaczęła szlochać. 

-  Celie...  -  Pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Do  licha,  Celie,  kim  jesteś  i  o  co  w  tym 

wszystkim, u diabła, chodzi? 

Nie  odpowiedziała,  lecz  jej  szlochanie  się  wzmogło,  chociaŜ  najwyraźniej  starała  się 

uspokoić.  W  końcu zrezygnowała i  płakała po  cichutku,  jakby  juŜ  dawno temu  nauczyła się 

wstydzić swoich łez. I właśnie to wzruszyło Norberta bardziej, niŜ by sobie Ŝyczył. 

- PołoŜę cię do łóŜka. Odpoczniesz, a później porozmawiamy. 

- Nie mam... kogo zawiadomić - szepnęła z rozpaczą w głosie. 

- A twój szef? 

- Nie! Nie mogę tam wrócić... 

- JuŜ dobrze, dobrze. Nie musisz. - Odsunął ją od siebie, trzymając obu rękami w talii. 

- Ale powiedz mi, co się dzieje? Powinienem wiedzieć, Ŝeby ci pomóc. 

- Boję się... - Jej wykrzywiona bólem twarz jeszcze zbladła. 

- Dlaczego? 

- Lepiej, Ŝebyś nie wiedział. Nie chcę cię naraŜać na niebezpieczeństwo. 

- Zaryzykuję. 

background image

- Proszę... 

Uznał,  Ŝe  teraz  nic  więcej  z  niej  nie  wydobędzie.  Celie  była  bliska  zemdlenia,  więc 

wziął ją na ręce i ułoŜył na pościeli. 

- Zbieraj siły, bo wkrótce cię stąd zabiorę. 

- Gdzie? - Jej oczy lekko się rozszerzyły. 

- Joan, siostra Betty, mojej gospodyni, ma domek w Kent. MoŜemy tam pojechać. 

- Dlaczego? 

- Przywiozłem cię tutaj taksówką. I obawiam się, Ŝe policja moŜe trafić pod ten adres, 

jeśli  znajdzie  Goliata.  Nadal  oddychał,  gdy  go  zostawiliśmy,  ale  nie  był  w  dobrej  formie. 

Nieźle  mu  przyłoŜyłaś.  -  Znów  skrzyŜował  ramiona,  Ŝeby  jej  nie  dotknąć.  Potrzebowała 

ukojenia, on zaś nie był  w stanie ofiarować  go ani jej, ani Ŝadnej innej kobiecie. - Gliniarze 

przeprowadzą  śledztwo  i  wezmą  cię  w  większe  obroty  niŜ  ja.  Chcesz  odpowiedzieć  na  ich 

pytania czy wolisz gdzieś zniknąć? 

- Powiedziałeś „moŜemy”. Ty teŜ byś pojechał? 

-  A  co?  Spodziewałaś  się,  Ŝe  po  prostu  wręczę  ci  kluczyki  do  domu  i  samochodu? 

Wybacz, ale nie mogę ufać ci bardziej niŜ ty mnie. 

- Dlaczego miałbyś mi pomagać? 

Domyślił się, o co jeszcze chciała spytać. „Masz w tym jakiś własny interes?” Sam teŜ 

się nad tym zastanawiał. I nie był zadowolony z odpowiedzi, ale tylko takiej mógł udzielić. 

-  Jestem  zaintrygowany  -  odparł  szczerze.  -  Tobą,  twoją  sytuacją.  A  mnie  trudno 

zaintrygować. 

- I naraziłbyś się na niebezpieczeństwo... z powodu ciekawości? 

Widział, Ŝe Celie drŜy. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, Ŝe ona nie zdoła sama 

o siebie zadbać. Został wplątany w utkaną przez nią sieć. 

- Nie mam nic do stracenia - mruknął, odwracając się do drzwi. 

- Nie wierzę. 

-  Szkoda.  Jeśli  chcesz  stąd  odejść  beze  mnie,  to  wolna  droga.  Lecz  jeśli  za  godzinę, 

gdy na dworze zapadnie zmrok, jeszcze tu będziesz, to razem pojedziemy do Kent. 

Bark piekielnie bolał, a cały pokój wirował. MęŜczyzna, który zakładał jej szwy, kazał 

połknąć jakieś tabletki, a ona była zbyt słaba, aby się przeciwstawić. I teraz nie mogła jasno 

myśleć.  Czy  to  na  skutek  szoku?  Lub  z  powodu  duŜego  upływu  krwi?  A  moŜe  podano  jej 

jakiś narkotyk, Ŝeby stała się bezwolnym narzędziem w czyichś rękach? 

Ale co ktoś mógłby w ten sposób uzyskać? Chyba lepiej byłoby ją zabić? 

background image

Przygryzła  wargi,  Ŝeby  nie  jęczeć.  Jej  umysł  nadal  funkcjonował  w  zwolnionym 

tempie, otumaniony pigułkami, ale bark palił Ŝywym ogniem, a unieruchomione prawe ramię 

było  bezuŜyteczne.  Nawet  gdyby  zdjęła  temblak,  to  prawdopodobnie  zemdlałaby  z  bólu. 

PrzecieŜ była praworęczna. 

Oparła głowę na poduszce i spróbowała zebrać myśli. Jak nazywał się ten męŜczyzna? 

Norbert? Norbert chciał, aby mu zaufała. Aby powiedziała mu prawdę. Ale Norbert śledził ją 

aŜ  od  ParyŜa.  Trafił  za  nią  do  punktu  napraw,  a  potem  jakimś  cudem  znów  ją  odnalazł  -  w 

samą porę, aby powstrzymać Bobby'ego. 

Ale to ona walnęła go w głowę... Norbert mu groził, ale był skłonny go puścić... 

Tym razem z jej ust wydarł się jęk. 

Drzwi  sypialni  otworzyły  się  i  do  pokoju  weszła  tęgawa  kobieta  z  ciepłym 

spojrzeniem. Betty, jak nazywał ją Norbert. Jego gospodyni... tak przynajmniej o niej mówił. 

- O, dziecinko, środki przeciwbólowe przestają działać, co? - Betty podeszła do łóŜka. 

- Obawiam się, Ŝe będzie pani musiała trochę pocierpieć. 

- Gdzie... moje ubranie? 

- Niestety całe w strzępach. Ale wysłałam Jerry'ego po jakieś odpowiednie ciuszki. 

- Muszę iść. 

-  Tak  myślałam.  Ale  ten  domek w Kent na  pewno  się  pani  spodoba. Jest  z kamienia 

starego  jak  królestwo,  a  pod  dachem  chętnie  załoŜyłyby  gniazdo  ptaszki,  gdyby  im  na  to 

pozwolić. Zaś na pięterku... zresztą sama pani wkrótce zobaczy. 

- Nie jadę tam. 

- Zna pani lepsze miejsce? - Betty wyraźnie się zafrasowała. 

Celestine pomyślała, Ŝe kaŜde miejsce będzie lepsze. Musiała natychmiast stąd odejść, 

znów zmienić toŜsamość, zniknąć w innym kraju, zacząć Ŝyć innym Ŝyciem. 

Problem  w  tym,  Ŝe  nie  miała  pieniędzy.  Ani  grosza.  A  wszystkie  dokumenty, 

paszporty i metryki, które zebrała z takim trudem i za które zapłaciła majątek, znajdowały się 

w mieszkanku na New Row. Absolutnie nie mogła tam wrócić. Skoro Bobby ją namierzył, to 

kto jeszcze wiedział o tym adresie? Kto tylko czekał, aby znów ją zaatakować? 

-  Panno  Sherwood?  -  Betty  przysiadła  na  brzegu  łóŜka.  -  Ma  pani  jakieś  powaŜne 

kłopoty, prawda? 

Celestine przez chwilę zastanawiała się, jakby to było zwierzyć się tej kobiecie. JuŜ od 

kilku lat nie miała kogoś godnego zaufania, z kim mogłaby rozmawiać o waŜnych sprawach. 

A kłamstwa z konieczności tak dalece weszły jej w krew, Ŝe teraz nawet nie była pewna, czy 

jeszcze umiałaby powiedzieć prawdę. 

background image

-  Nie  moŜna  dusić  wszystkiego  w sobie.  -  Betty  z  dezaprobatą pokręciła  głową. - W 

końcu płaci się za to wysoką cenę. Rozumie mnie pani, prawda? A jeśli nie dowiemy się, w 

czym rzecz, to nie znajdziemy rozwiązania. 

- Nie ma rozwiązania. 

- Tak pani sądzi? A moŜe warto uczynić pierwszy krok? 

I to szybko. Pan... James uwaŜa, Ŝe policja zjawi się tutaj jeszcze przed północą. Nie 

zostało więc zbyt wiele czasu na rozmyślania. - Betty pochyliła się w jej stronę. - MoŜe pani 

zaufać panu Jamesowi. Jeśli on obiecuje pomóc, to tak zrobi. 

- Kim on jest? 

-  Chyba  wolałby  sam  opowiedzieć  o  sobie.  -  Betty  uśmiechnęła  się  leciutko.  -  Ale 

zapewniam panią, Ŝe to dobry człowiek. A jeśli pani mu nie zdradzi, Ŝe to powiedziałam, to 

jeszcze coś dodam. Pan James wiele przeszedł i umie poznać, Ŝe ktoś cierpi. 

Celestine doszła do wniosku, Ŝe juŜ niczego więcej o Norbercie Jamesie nie wyciągnie 

z Betty. 

- Jak tam jest... w tym Kent? 

-  To  ładne  miejsce  i  doskonale nadaje się na  azyl,  w  którym odzyska pani  siły. Tam 

moŜna się ukrywać w nieskończoność. 

Celestine  zrozumiała,  Ŝe  stoi  w  obliczu  trudnego  wyboru.  Musiała  albo  wrócić  do 

mieszkanka na poddaszu, zabrać dokumenty i trochę odłoŜonych pieniędzy, albo złoŜyć swój 

los w ręce Norberta Jamesa i Betty. Przynajmniej na pewien czas. Nie mogła przecieŜ błąkać 

się  bez  grosza  przy  duszy,  dopóki  jakoś  nie  załatwi  przekazania  gotówki.  Miała  jedynie  te 

dwie  moŜliwości  -  jedna  była  niemal  na  pewno  śmiertelnie  niebezpieczna,  a  druga  -  moŜe 

trochę bardziej bezpieczna. 

- Pojadę do Kent. 

- Doskonale. Spakuję pani rzeczy, gdy tylko Jerry je przywiezie. Chce pani łyknąć coś 

przeciwbólowego? - Betty wyjęła z kieszeni plastikowy słoiczek. 

- JuŜ nie będę brać tych tabletek. 

-  Dam  je  panu  Jamesowi,  na  wszelki  wypadek.  Nie  ma  sensu  się  umartwiać.  -  Betty 

podeszła  do  drzwi  i  na  moment  przystanęła.  -  Podjęła  pani  właściwą  decyzję.  Pan  James 

dopilnuje,  aby  nie  spotkało  pani  nic  złego.  A  ja  mam  nadzieję,  Ŝe  pozwoli  mu  pani 

wyprostować swoje sprawy. To by wam obojgu wyszło na dobre. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Celie  drzemała  prawie  przez  całą  drogę  do  Kent.  Od  czasu  do  czasu  raptownie  się 

budziła i rozglądała spłoszona, jakby zaraz miała wyskoczyć z samochodu. Norbert wolałby, 

Ŝ

eby się odpręŜyła i smacznie spała, ale czuł, Ŝe to niemoŜliwe. Ta dziewczyna zawsze miała 

się na baczności, nawet wtedy, gdy gryzła wargi z bólu. 

Norbert  nie  był  zachwycony  jazdą.  Musiał  bardzo  uwaŜać,  prowadząc  auto  po  lewej 

stronie  jezdni,  co  okazało  się  trudniejsze,  gdy  zjechał  z  autostrady.  PejzaŜ  prawdopodobnie 

był uroczy za dnia, w blasku słońca, natomiast w nocy ciemne zarysy wzgórz wyglądały dość 

ponuro. Norbert zapisał sobie wskazówki Betty, lecz i tak raz zgubił drogę i musiał zawrócić. 

Czytając „Proszę skręcić na szczycie drugiego wzgórza” nie przypuszczał, Ŝe chodzi o ledwie 

widoczny  podjazd  prowadzący  do  owczarni  u  stóp  niewielkiego  pagórka  obok  lśniącego  w 

blasku księŜyca stawu. 

Kiedy  wreszcie  zajechał  przed  -  jak  miał  nadzieję  -  właściwy  domek,  jednego  był 

pewien. Betty mówiła szczerą prawdę. To miejsce idealnie nadawało się na kryjówkę. Skoro 

on  z  trudem  tu  trafił,  dysponując  dokładnym  opisem  trasy  i  mapą,  to  prześladowcy  Celie  - 

jeśli  w  ogóle  istnieli  -  będą  tak  długo  krąŜyć  po  bezdroŜach  Kentu, Ŝe  w  końcu  kompletnie 

stracą orientację i nigdy więcej nikt o nich nie usłyszy. 

Celie  nie  zbudziła  się,  gdy  zgasił  silnik,  co  dobitnie  świadczyło  o  jej  wyczerpaniu. 

Norbert  oparł  ręce  na  kierownicy  i  patrząc  na  szarą  chałupkę,  zastanawiał  się,  w  co  się 

wpakował. 

Domek zbudowany z kamienia, zwanego przez Betty łupkiem z Kentu, miał wielkość 

szopy  na  narzędzia  w  posiadłości  Norberta  w  Górach  Skalistych.  Stał  w  pobliŜu  wąskiego 

strumienia  migoczącego  w  świetle  księŜyca  jak  srebrzysta  wstąŜeczka.  Stromy  dach  mocno 

wystawał poza obrzeŜe ścian, zaś podwórze było częściowo wysypane Ŝwirem i właśnie tam 

Norbert zaparkował wypoŜyczony samochód. Z jednej strony rosły jakieś wysokie krzaki, a z 

drugiej,  bliŜej  potoku  -  wspaniała,  rozłoŜysta  wierzba.  Całość  zapewne  była  malownicza  i 

odseparowana  od  reszty  świata.  Nie  ulegało  teŜ  wątpliwości,  Ŝe  na  takiej  małej  przestrzeni 

mieszkalnej dwoje lokatorów niczego przed sobą nie ukryje. 

- Dojechaliśmy? 

Norbert  nie  zdziwił się, Ŝe Celie wreszcie otworzyła oczy.  Dziwne,  Ŝe  dopiero teraz, 

pomyślał z przekąsem. 

- Chyba tak. Ale nabiorę pewności, gdy mój klucz otworzy te drzwi. 

background image

- Ten dom jest taki... 

-  Maciupeńki.  Tylko  to  słowo  przychodzi  mi  do  głowy.  -  Norbert  wyjął  kluczyk  ze 

stacyjki i dopiero wtedy wysiadł. Celie była chwilowo jednoręczna, lecz niebywale wytrwała. 

Pewnie mogłaby ukraść auto i odjechać prosto w ciemną noc. A zanim znalazłby w tej głuszy 

jakichś  sąsiadów  i  dowiedział  się,  gdzie  zgłosić  kradzieŜ,  Celie  moŜe  juŜ  byłaby  fertyczną 

brunetką z loczkami, serwującą sznycle we Frankfurcie lub Wiedniu. 

Ruszył w stronę wejścia i usłyszał trzaśniecie drzwiczek. Celie szła za nim, co uznał 

za bardzo w jej stylu. 

Brukowana  kamiennymi  płytkami  dróŜka  była  po  obu  stronach  wysadzana  lawendą, 

która wyschła, eksponując szpiczaste, szare nasionka. Norbert zerwał kilka z nich, roztarł je w 

dłoni i powąchał... po czym nagle znalazł się o tysiące kilometrów stąd, w małym domku w 

Tarpon Springs na Florydzie. 

I  poczuł,  Ŝe  nogi  wrosły  mu  w  ziemię.  Nie  mógł  zrobić  kroku  ani  nawet  oddychać. 

Znów  była  z  nim  Lynn  -  tak,  jak  dawniej,  w  latach  ich  małŜeństwa.  Lynn,  która  umarła, 

poniewaŜ nie umiał jej ochronić. 

- Dlaczego przystanąłeś? 

Usłyszał  głos  Celie  jakby  z  oddali.  W  głowie  mu  szumiało  i  mimo  wieczornego 

chłodu poczuł, Ŝe się poci. Nie był w stanie odpowiedzieć, wydobyć z zaciśniętego gardła ani 

słowa, ale jakimś cudem zmusił się do zrobienia kroku. A potem kilku następnych, aŜ dotarł 

do szerokiego daszku nad drzwiami. 

ZauwaŜył tylko tyle, Ŝe daszek jest jaskrawoniebieski. Wsunął wilgotną od potu dłoń 

do  kieszeni  i  wyjął  duŜy  staroświecki  klucz,  który  dostał  od  Betty.  Ręka  mu  drŜała,  lecz 

zdołał wsunąć go do zamka i przekręcić. 

- Gdzieś tu musi być wyłącznik - powiedział, wchodząc do mrocznego wnętrza. Tylko 

on  wiedział,  z  jakim  trudem  panuje  nad  własnym  głosem.  Po  omacku  odnalazł  pstryczek  i 

włączył  światło.  Zapaliła  się  duŜa  lampa  przy  drzwiach  oraz  mniejsza,  obok  kamiennego 

kominka. 

Pokoik  wyglądał  w  miarę  przyzwoicie.  Ściany  były  chropawe,  jakby  otynkował  je 

ktoś  mający  słaby  wzrok  i  zrobił  to  w  okresie  średniowiecza.  Dach  podtrzymywały  grube, 

drewniane belki, z których zwisały pęki suszonych kwiatów i gałązek. W głębi znajdowała się 

maleńka  łazienka  wielkości  szafy  oraz  niewiele  większa  sypialnia.  Wąziutki  korytarzyk 

prowadził  do  zaskakująco  obszernej  kuchni,  najwyraźniej  dobudowanej  kilkaset  lat  po  po-

stawieniu domu. 

background image

Celie nadal stała na zewnątrz, a raczej opierała się o framugę, jakby całkiem opadła z 

sił po przejściu paru metrów. 

- Wejdź i usiądź - polecił Norbert. - Tam jest bujak. 

Ale  ona  nawet  nie  drgnęła.  Norbert  odwrócił  się  i  stwierdził,  Ŝe  dziewczyna  bada 

wnętrze takim przenikliwym wzrokiem, jakby jej  Ŝycie zaleŜało od dokładnego sprawdzenia 

kaŜdego kąta i zakamarka. 

-  śadnych  duchów  ani  facetów  w  czarnej  skórze  -  zapewnił  Norbert.  -  Ale  nie 

zdziwiłbym  się  na  widok  myszy,  chociaŜ  pewnie  umkną,  sfrustrowane  naszym 

towarzystwem. 

Celie  nadal  się  nie  poruszyła,  wpatrzona  w  drewniane  schodki  -  niewiele  lepsze  od 

drabiny  -  prowadzące  na  wąski  stryszek  z  ukośnie  ściętym  sufitem.  WzdłuŜ  krawędzi  biegł 

niski murek, za którym rzeczywiście moŜna by się ukryć. 

- Zajrzę na górę - zaproponował Norbert, a Celie zrobiła taką minę, jakby nie uwaŜała 

wyników  jego  inspekcji  za  wiarygodne.  -  Celie,  musisz  mi  zaufać,  jeśli  mamy  ze  sobą 

wytrzymać. 

Popatrzyła  na  niego,  a  w  przyćmionym świetle  jej oczy  były błękitne, jak  u dziecka. 

Takie same, jak kiedyś oczy Josha, synka Norberta. Ale Josh nigdy nie spoglądał na nikogo 

tak podejrzliwie. 

- MoŜe czułbym się podobnie na twoim miejscu - ugodowym tonem przyznał Norbert. 

-  ChociaŜ  trudno  powiedzieć,  bo  właściwie  nie  znam  twojej  sytuacji.  Ale  rzeczywiście 

niełatwo ufać komuś obcemu. 

- Wcale ci nie ufam. Przyjechałam tutaj, poniewaŜ tylko to mogłam zrobić. 

- Prawienie pochlebstw nie jest twoją najmocniejszą stroną, co? - Norbert uśmiechnął 

się, aby Celie wiedziała, Ŝe on do pewnego stopnia ją rozumie. 

Chyba  zaskoczył  ją  jego  uśmiech.  I  nic  dziwnego,  bo  rzadko  gościł  na  twarzy 

Norberta,  który  juŜ  w  dzieciństwie  się  przekonał,  Ŝe  uśmiech  to  wyłom  w  nawet  najlepszej 

obronie. 

- Sprawdzisz, co jest na górze? 

- A nadal tu będziesz, gdy zejdę? 

- Raczej nie nadaję się do włóczęgi po leśnej głuszy. 

- Ładne określenie pustkowia. 

- Tak nazywamy tę część hrabstwa Kent. 

- Oczywiście nauczyłaś się tej terminologii w angielskich szkołach? 

background image

-  Zajrzysz  na  górę?  -  przynagliła,  ignorując  jego  ironię.  Wdrapał  się  na  stryszek  i 

ujrzał tam kilka łóŜek, jak w jakimś młodzieŜowym schronisku. 

-  Nikogo  tu  nie  ma  -  oznajmił,  schodząc  na  parter.  -  Rozejrzę  się  w  pozostałych 

pomieszczeniach. 

Nie  sprawiły  Ŝadnej  niespodzianki.  Kuchnia  rzeczywiście  była  duŜa,  przyzwoicie 

wyposaŜona,  z  kominkiem  w  jednym  rogu  i  wielkim,  sosnowym  stołem  na  środku.  Norbert 

wyobraził  sobie  siedzące  tutaj  dzieciaki  oraz  kobietę  mieszającą  zupę  w  duŜym  garnku. 

Niemal usłyszał wesołe przekomarzania i śmiech ludzi, którzy się kochają. Lecz moŜe nigdy 

nie było tutaj nikogo takiego. 

-  Jesteśmy  sami  -  powiedział  do  Celie,  która  wciąŜ  stała  w  otwartych  drzwiach.  - 

Powinnaś się połoŜyć. Wyglądasz tak, jakbyś miała zemdleć. 

- Gdzie ty będziesz spać? 

- Na górze teŜ są łóŜka, więc pozwolę ci wybrać. Gdzie poczujesz się najbezpieczniej? 

- Gdzieś w Alpach. Z dzikim owczarkiem u boku. 

- Nie podejrzewałem cię o poczucie humoru. 

- Dzisiaj nie zdarzyło się nic zabawnego. 

Celie budziła jego ciekawość, lecz w tej chwili ogarnęło go równieŜ współczucie dla 

tej  tajemniczej  dziewczyny,  która  okazała  się  taka  zdeterminowana  i  dzielna.  Kojarzyła  mu 

się z pewną biegaczką startującą w olimpijskim maratonie. Tamta kobieta omal nie zemdlała 

tuŜ  przed  ukończeniem  biegu.  ChociaŜ  jednak  straciła  wszelkie  szanse  na  medal,  dotarła  do 

mety kulejąc i słaniając się na nogach, a tłum wiwatował na jej cześć. 

Na cześć Celie nie wiwatował nikt. No, moŜe z wyjątkiem Norberta Coltera. 

- Nie wiem, czy to dobry pomysł,  Ŝebyś wdrapywała się po tych stopniach. Jesteś za 

słaba. Jeśli jednak ja zostanę na dole, to ewentualni napastnicy będą musieli najpierw załatwić 

mnie, zanim dotrą do ciebie. Więc wybieraj. 

- Drzwi sypialni zamykają się na klucz? Norbert poszedł sprawdzić. 

- Nie. Ale moŜesz zablokować klamkę krzesłem. 

- Wolę spać na górze. 

- Jak chcesz. Pomóc ci? 

- Nie. 

-  Tak  myślałem.  Lepiej  skorzystaj  z  łazienki,  zanim  pójdziesz  na  strych.  Ja  w  tym 

czasie zaniosę tam twoje rzeczy. 

Jerry kupił dla niej sweter i spódnicę, którą teraz miała na sobie, trochę bielizny, drugą 

zmianę odzieŜy i cienki prochowiec. Betty dodała trochę kosmetyków, lecz w porównaniu z 

background image

milionami  innych  młodych  kobiet  Celie  Sherwood  nie  posiadała  prawie  nic.  Była  chyba 

najbiedniejszą dziewczyną, jaką Norbert kiedykolwiek znał. 

Gdy  poszła  się  umyć,  przygotował dla niej wszystko  na  górze.  Wyjął z  szafy świeŜą 

pościel  i  starannie  posłał  największe łóŜko,  następnie  połoŜył  na nim wyjętą z  plastikowego 

woreczka  nocną  koszulę  i  otworzył  jedno  z  okien,  aby  wpuścić  trochę  świeŜego  powietrza. 

Rozejrzał się jeszcze wokoło, stwierdził, Ŝe nic więcej nie moŜe zrobić, i zszedł na dół. 

-  Chyba  powinnaś  wziąć  coś  przeciwbólowego  -  zasugerował,  gdy  Celie  wyszła  z 

łazienki. - Bo inaczej czeka cię przykra noc. 

- Dzięki, ale nie. 

-  Celie,  naprawdę  sądzisz,  Ŝe  w  razie  konieczności  byś  mnie  pokonała?  Gdybym 

chciał  cię  skrzywdzić,  to  juŜ  dawno  byłabyś  martwa.  Więc  idź  po  rozum  do  głowy  i  łyknij 

jakąś tabletkę, Ŝeby zasnąć. Musisz odzyskiwać siły, a nie tracić. - Wyjął z kieszeni słoiczek z 

pigułkami. - MoŜesz nawet mi nie mówić, co zdecydowałaś. 

Popatrzyła  na  lekarstwo  i  z  wahaniem  je  wzięła.  Betty  sugerowała,  aby  nie  dawać 

Celie całego zapasu, ale Norbert wiedział, Ŝe ktoś jej pokroju na pewno nie zechce skończyć 

ze  swoimi  problemami,  łykając  garść  proszków.  Celie  naleŜała  do  tych,  którzy  się  nie 

poddają. 

- Aha, jeszcze jedno. - Norbert wyciągnął do niej dłoń, na której leŜała złota obrączka. 

-  To  pomysł  Betty.  Mamy  wyglądać  na  małŜeństwo.  A  propos  obrączki...  jej  brak  na  palcu 

niejakiej Lesley McBain obudził moją czujność i upewnił mnie, Ŝe ona kłamie. 

- Do kogo naleŜy? - Celie zignorowała jego uwagę i ze zdegustowaną miną patrzyła na 

złote kółeczko. - Skąd Betty ją wzięła? 

-  Podobno  naleŜała  do  kogoś  z  rodziny,  ale  nie  jest  wartościowa.  Musisz  ją  włoŜyć. 

ś

onaci męŜczyźni często jej nie noszą i nikt się im nie dziwi. 

Celie sięgnęła po obrączkę i wsunęła ją na palec. 

- Pasuje? 

- Ujdzie. 

- To dobrze. - Norbert skinął głową. - Rano nadal tu będę. Wtedy porozmawiamy. 

Celie odwróciła się i powoli zaczęła wchodzić po stromych schodkach. Raz lekko się 

zachwiała  i  Norbert  juŜ  myślał,  Ŝe  trzeba  będzie  ją  wnieść.  Lecz  odzyskała  równowagę  i 

weszła na górę samodzielnie. 

On zaś zostawił otwarte drzwi do swojej sypialni. Na wszelki wypadek, Ŝeby usłyszeć 

wołanie Celie, gdyby czegoś potrzebowała. Minęło duŜo czasu, zanim wreszcie zdołał zasnąć. 

background image

Obudziło  ją  słońce,  lecz  najpierw  uświadomiła  sobie  brak  jakichkolwiek  dźwięków. 

Od ucieczki z domu zawsze mieszkała w wielkich metropoliach,  gdzie najłatwiej zniknąć w 

tłumie.  Małe  miejscowości  nie  wchodziły  w  grę,  poniewaŜ  tam  ludzie  uwielbiają  plotki  i 

kaŜdy  nowy  przybysz  budzi  zainteresowanie.  Dlatego  od  bardzo  dawna  nie  słyszała  takiej 

cudownej ciszy, zmąconej jedynie świergotaniem ptaków i szelestem liści. 

Takiej, jak w rodzinnym domu. W Haven House. 

Przez  chwilę  miała  przemoŜne  wraŜenie,  Ŝe  znów  jest  w  Północnej  Karolinie,  w 

pokoju, który naleŜał do niej, gdy była dzieckiem. W sosnowym zagajniku śpiewały drozdy, 

powietrze  przesycał  świeŜy  zapach  atlantyckiej  bryzy.  Właśnie  z  tym  kojarzył  się  Celie 

Haven House. Tam czuła się bezpieczna i szczęśliwa, ale było to dawno temu. 

A  teraz  znajdowała  się  daleko  od  Haven  House.  I  od  wielu  lat  nikt  nie  zadbał  o  jej 

bezpieczeństwo. Nikt, z wyjątkiem Stephena, który przypłacił to własnym Ŝyciem. 

Usłyszała  jakiś  szmer,  potem  odgłos  kroków  i  zaczęła  nadsłuchiwać.  Norbert  James 

był obcym człowiekiem, który podąŜał za nią ulicami ParyŜa, następnie z uporem jej szukał i 

wyśledził aŜ na New Row. Norbert rzucił się na Bobby'ego i uratował ją, lecz zrezygnował z 

zadania ostatecznego ciosu. To ona zdzieliła Bobby'ego kamieniem. 

Norbert zamierzał puścić napastnika wolno. 

Znów przypomniała sobie wszystkie szczegóły tamtego zdarzenia. Norberta na pewno 

coś  łączyło  zarówno  z  Bobbym,  jak  i  z  pozostałymi  osobami,  które  pragnęły  widzieć  ją 

martwą. PrzecieŜ niemoŜliwe, Ŝeby chciał połazić za nią w ParyŜu tylko dla rozrywki. Ale co 

planował tutaj? 

Mógł tylko nastawać na jej Ŝycie... 

Kroki  chyba  się  oddalały,  ona  zaś  spróbowała  sobie  przypomnieć  rozkład  wnętrz.  Z 

saloniku  prowadził  na  tyły  domku  wąski  korytarzyk.  Przypuszczalnie  do  kuchni.  MoŜe 

Norbert poszedł właśnie tam. 

Powolutku podniosła się do pozycji siedzącej. Bark pulsował tak boleśnie, jakby nadal 

tkwiło  w  nim  ostrze  noŜa.  Tej  nocy  spała  bardzo  niespokojnie  i  z  przerwami,  poniewaŜ  nie 

zaŜyła ani jednej tabletki. Wzięła je od Norberta tylko dlatego, Ŝeby ewentualnie nie dodał ich 

do jej jedzenia. Zdumiewające, jak nauczyła się rozumować w ciągu minionych czterech lat. 

Jeśli nawet jeszcze nie stała się paranoiczką, to mogłaby perfekcyjnie ją udawać. 

MoŜe w ogóle nikt nie usiłował jej zabić. MoŜe Bobby był tylko groźnym maniakiem, 

współczesnym Kubą Rozpruwaczem, wybierającym swe ofiary na chybił trafił. MoŜe wczoraj 

akurat szukał blondynki. Albo kobiety w szarym płaszczu. 

background image

MoŜe  wszystkie  wydarzenia  z  tych  czterech  lat  to  tylko  przypadki  lub  wytwory  jej 

wybujałej, wręcz chorej wyobraźni. 

SkądŜe!  Celie  zdecydowanie  odegnała  wątpliwości.  Zawsze  osaczały  ją  w  trudnych 

chwilach.  Po  raz  pierwszy  pojawiły  się  dawno  temu,  juŜ  wtedy,  gdy  Haven  House  stał  się 

istnym polem bitwy. Wiedziała, Ŝe nie naleŜało ich słuchać ani upadać na duchu. 

Wstała  i  z  trudem  się  ubrała  w  nowe,  workowate  ciuszki.  Powoli  wyjęła  rękę  z 

temblaka i wsunęła ją w rękaw swetra, który miała na sobie wczoraj. Prawie zemdlała z bólu - 

tak samo, jak wtedy, gdy się rozbierała przed pójściem do łóŜka. 

Zaczęło  jej  się  zbierać  na  płacz.  Czuła  się  taka  bezradna.  Co  zrobi,  jeśli  Norbert 

przestanie bawić się w te swoje  gierki i postanowi dzisiaj ją wykończyć? Ukryła  w kieszeni 

maleńkie noŜyczki z zestawu do szycia, które zabrała z nocnej szafki domu w Kensington, ale 

była  to  beznadziejna  broń.  W  starciu  z  mordercą  nie  nadawała  się  do  niczego.  A  na  tym 

odludziu  Norbert  bez  problemu ukryje  ciało swojej ofiary.  Tak  dobrze,  Ŝe  nikt  nigdy jej  nie 

znajdzie. 

No  tak,  ale  co  ktoś  mógłby  zyskać,  gdyby  nie  odnaleziono  i  nie  zidentyfikowano  jej 

ciała? 

Znów  usłyszała  odgłos  kroków  i  jakieś  skrzypnięcie.  CzyŜby  Norbert  wchodził  po 

schodkach? Błyskawicznie sięgnęła po noŜyczki, które wczoraj schowała pod poduszką. Ale 

skrzypienie nie ustawało, a Norbert się nie pokazywał. Jakoś zdołała włoŜyć rękę w temblak i 

ś

cisnęła w dłoni noŜyczki. Następnie powoli, krok za krokiem, aby nie robić hałasu, podeszła 

do niskiego murku, przykucnęła i ostroŜnie zza niego wyjrzała. 

Norbert siedział w bujaku przy kominku i trzymał na kolanach wielkiego, zwiniętego 

w kłębek, czarnego kocura. 

Celie na moment oniemiała ze zdumienia. WyobraŜała sobie skradającego się zabójcę, 

a  ujrzała  kogoś  wyglądającego  jak  ucieleśnienie  spokojnego  domatora,  który  nie  skrzyw-

dziłby nawet muchy. Huśtał się powoli w przód i w tył, i patrzył na kota ze zdumieniem, ale 

chyba nie zamierzał zrzucić go na podłogę. 

Miał na sobie dŜinsy -  raczej ekskluzywne, sądząc z ich kroju - i wpuszczoną w nie, 

rozpiętą  pod  szyją,  zieloną  koszulę.  Ciemne  włosy  były  zwichrzone,  a  stopy  bose.  Celie 

odniosła  wraŜenie,  Ŝe  jest  zaspany,  moŜe  trochę  nie  w  sosie  i  -  co  wydało  się  jej  dziwne, 

zwaŜywszy na jej obawy - bardzo atrakcyjny. 

Od  dawna  nie  widziała  męŜczyzny  z  samego  rana.  JuŜ  zapomniała,  jak  pociągający 

bywa jednodniowy zarost, jak prowokuje widok kawałka nagiego torsu. Miała tylko jednego 

background image

kochanka,  a  później  usilnie  starała  się  go  nie  wspominać.  Dawno  temu  połączyło  ich 

młodzieńcze, namiętne uczucie, a obecnie on nie Ŝył - z jej powodu. 

Ale teraz, dyskretnie obserwując Norberta Jamesa, zastanawiała się, kim on jest. Tak 

naprawdę. 

- Wiesz coś o tych stworzeniach? - spytał Norbert. Ciekawe, kiedy się zorientował, Ŝe 

na niego patrzę, pomyślała spłoszona i wyprostowała się, bo dalsze chowanie się za murkiem 

straciło sens. 

- Czarne koty przynoszą pecha. 

- Więc jakiś pewnie przebiegł mi drogę tamtego dnia, gdy ujrzałem cię w ParyŜu. 

- Nie byłam w ParyŜu... 

-  Od  dzieciństwa.  I  nigdy  nie  jechałaś  Eurostarem  ani  nie  udawałaś  purytanki 

wracającej z krucjaty w stolicy moralnego zepsucia. Pamiętam. 

- Chyba wręcz przeciwnie, skoro bezustannie próbujesz pociągnąć mnie za język. 

-  Wyjrzałem  niedawno  na  podwórze...  -  Norbert  puścił  mimo  uszu  jej  słowa  -  i  ten 

kiciuś wmaszerował do środka. Ciekawe, czego chce. 

- Złapać mysz? 

-  Nie,  jest  zbyt  rozleniwiony  jak  na  takiego,  który  ugania  się  za  myszami.  Tamte  są 

smukłe i drapieŜne, prawda? Zresztą... nie znam się na kotach. 

- W dzieciństwie zawsze miałam koty - palnęła bez namysłu. Co prawda nie ujawniła 

tą informacją niczego waŜnego na swój temat, ale powinna bardziej uwaŜać. 

- Ja nigdy nie miałem Ŝadnego zwierzaka. 

- Ten chyba przypadł ci do gustu. 

- Jak spałaś? 

- Dziękuję, całkiem dobrze. 

- Ale z ciebie kłamczucha. Jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek spotkałem. 

- Dlaczego sądzisz, Ŝe kłamię? 

-  Bo  nad  ranem,  gdy  w  końcu  zdołałem zmruŜyć  oko, zaczęłaś jęczeć.  Cholernie  cię 

bolało, ale prawdopodobnie nie wzięłaś ani jednej tabletki. - Norbert podniósł wzrok. 

-  Schodzisz  na  dół?  -  Wypłoszył  kota  z  kolan  i  wstał,  gdy  ostroŜniutko  zeszła  po 

drewnianych stopniach na parter. 

- Zrobiłem kawę. Napijesz się? 

- Chętnie.  -  Wstąpiła do łazienki, a po wyjściu na korytarz stwierdziła,  Ŝe  kot na  nią 

czeka.  Z podniesionym  puszystym ogonem pomaszerował za nią do kuchni  - zdumiewająco 

duŜej i skąpanej w złocistym blasku słońca. Celestine usiadła przy stole w takim miejscu, aby 

background image

dobrze  widzieć  Norberta,  zaś  kot  wskoczył  na  krzesło  w  kącie  i  zwinął  się  w  kłębek,  Ŝeby 

uciąć sobie drzemkę. 

- W Stanach konsumujemy mnóstwo kawy - zagaił Norbert, nalewając pachnący płyn 

ze  staroświeckiego  zaparzacza.  -  W  moich  stronach,  na  Zachodzie,  pijemy  mocną  i  czarną. 

Chyba podobnie, jak Południowcy, prawda? 

Celestine na moment straciła dech. Norbert najwyraźniej na coś czekał. Wiedział. 

- Nie mam pojęcia - odparła, starannie modulując głos na angielską modłę. - Nigdy nie 

byłam w twoim kraju. 

-  Serio?  Ani  w  Georgii,  ani  w  obu  Karolinach?  Więc  gdzie  wyssałaś  ten  akcent? 

Myślałem, Ŝe z mlekiem matki... 

- Nie wiem, o czym mówisz. - Sięgnęła po filiŜankę, a Norbert usłuŜnie ją podał. 

- Przysiągłbym, Celie, Ŝe będąc półprzytomna, gdy nie udawałaś Angielki, mówiłaś z 

amerykańskim akcentem, jak wszyscy Amerykanie z Południa. 

- Masz wybujałą wyobraźnię. 

- Tak sądzisz? MoŜe więc wymyślę ciekawą historię. 

-  Och,  nie  krępuj  się.  Na  pewno  będzie  fascynująca.  Oparł  się  o  blat  i  skrzyŜował 

ramiona na piersi. 

-  śyła  sobie  kiedyś  pewna  młoda  kobieta,  która  wciąŜ  uciekała.  Nie  wiem,  przed 

czym, ale robiła to bardzo skutecznie. Przejechała na drugą stronę oceanu, aby znaleźć się jak 

najdalej  od  zagroŜenia,  często  zmieniała  toŜsamość  i  narodowość.  Umiała  skutecznie  się 

maskować,  lecz  przeoczyła  coś  waŜnego.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  chodzi  w  bardzo 

specyficzny  sposób.  Właśnie  dlatego zauwaŜył ją  męŜczyzna, który  lubił  obserwować ludzi. 

A później znów zwrócił na nią uwagę, gdy juŜ udawała kogoś innego. Poznał ją tylko po jej 

chodzie. 

Celie poruszyła filiŜanką, wprawiając kawę w wirowy ruch, i w zamyśleniu popatrzyła 

na lśniącą w słońcu obrączkę. Norbert okazał się zadziwiająco przenikliwy i spostrzegawczy. 

Nie miało sensu wmawiać mu, Ŝe się myli. To tylko wzmogłoby jego ciekawość. 

O ile on juŜ nie znał całej prawdy. 

- Dlaczego mi pomagasz? 

- Niech mnie licho, jeśli wiem. - Otworzył szafkę i sięgnął po miseczki. - Zjesz płatki? 

Betty  dała  nam  trochę  zapasów.  Na  dzień  lub  dwa  wystarczy,  zanim  znajdziemy  w  okolicy 

jakiś sklep. 

- Zjem. Dzięki. 

background image

Norbert  postawił  na  stole  karton  mleka,  a  Celestine  niezręcznie  sięgnęła  po  nie  lewą 

ręką,  co  było  przykrym  doświadczeniem.  Widocznie  w  niebiosach  dano  człowiekowi  dwie 

ręce nie bez powodu. 

-  Jesteś  praworęczna? - Norbert przysunął jej  miseczkę  z  musli i nalał  do niej  trochę 

mleka. 

- Tak. - Wiedziała, Ŝe nic nie zyska, kłamiąc, a odruchy i tak szybko by ją zdradziły. 

- Powiedz, gdybyś potrzebowała pomocy. 

Prędzej  piekło  zamarznie,  niŜ  cię  poproszę,  pomyślała.  I  przypuszczała,  Ŝe  on  o  tym 

wie. Wzięła łyŜkę do lewej ręki i zaczęła uczyć się jeść tą ręką. 

-  To  jak  będzie?  Wyznasz  mi  prawdę?  -  Norbert  usiadł  naprzeciwko.  -  Bo  nie 

zamierzam  dłuŜej  ryzykować.  Wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  pomagam  i  ukrywam 

przestępczynię. 

- Nie. 

- Dlaczego miałbym ci uwierzyć? 

Było  to  sensowne  pytanie,  jeśli  Norbert  rzeczywiście  nie  naleŜał  do  jej 

prześladowców. 

Zjadła  połowę  swoich  płatków,  zanim  odpowiedziała.  śałowała,  Ŝe  on  jej  się 

przygląda,  rozchlapała  bowiem  nieco  mleka,  bark  ją  bolał  i  czuła  się  zmęczona,  jak  nigdy 

dotąd.  Najchętniej  połoŜyłaby  głowę  na  stole  i  zaczęła  szlochać,  ale  na  to  nie  mogła  sobie 

pozwolić.  OdłoŜyła  więc  łyŜkę  i  spojrzała  na  Norberta.  Obserwował  ją  z  nieprzeniknionym 

wyrazem twarzy i czekał na wyjaśnienia. 

-  Najpierw  ty  -  oświadczyła.  -  Jak  mam  powierzyć  ci  swoje  tajemnice,  skoro  nie 

opowiedziałeś mi nic o sobie? 

-  Grasz  na  zwłokę.  -  Norbert  rozsiadł  się  wygodniej,  jakby  zamierzał  w  tej  pozycji 

spędzić duŜo czasu. 

- Kim jesteś? Ujawnij coś więcej niŜ nazwisko. 

-  Pracuję  jako  konsultant  dla  kilku  wielkich  korporacji.  Moja  specjalność  to 

zabezpieczenia  dla  róŜnych  urządzeń  technicznych  produkcji  tych  firm.  Wiele  podróŜuję  w 

celach słuŜbowych... takŜe do ParyŜa, gdzie pierwszy raz cię ujrzałem. 

- Jakie to korporacje? 

-  RóŜne.  -  Norbert  wzruszył  ramionami.  -  Mam  własny  zespół  ekspertów,  którym 

kieruję. 

Zdaniem  Celestine  to  wszystko  brzmiało  szalenie  ogólnikowo  i  wydawało  się 

niemoŜliwe do zweryfikowania. 

background image

- A ten dom, do którego mnie zabrałeś... jest twój? 

- Nie. NaleŜy do firmy, która korzysta z moich usług. Zatrzymują się tam pracownicy 

ze szczebla kierowniczego. 

- Ta firma ma jakąś nazwę? 

- Tri - C International. Nazwa nic jej nie mówiła. 

-  Jak  na  kogoś,  kto  wpadł  tam  tylko  przelotnie,  byłeś  mocno  zaprzyjaźniony  z 

gospodynią. 

- JuŜ kiedyś pracowałem dla Tri - C. Betty i ja jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. 

- Dlaczego obserwujesz ludzi? 

-  Dawno  temu  stwierdziłem,  Ŝe  to  lepsza metoda,  niŜ  bezpośrednie,  bliskie  kontakty. 

W  mojej  pracy  muszę  rozumieć,  co  stymuluje  kogoś  do  działania.  Nie  wolno  mi  niczego 

przeoczyć.  A  osobiste  zaangaŜowanie  moŜe  utrudnić  dokonanie  właściwej  oceny.  Wolę  się 

więc przyglądać z dystansu, aby zachować obiektywizm. 

- A na dodatek nikt cię nie zrani. Interesujące... - Celestine wypiła kilka łyków kawy. 

W  duchu  musiała  przyznać,  Ŝe  słowa  Norberta  brzmiały  przekonująco.  Niewątpliwie  duŜo 

jeździł  po  świecie.  Jeśli  osiągnął  sukces  w  sferze  zawodowej,  to  było  go  stać  na  kosztowne 

garnitury  i  krawaty.  I  moŜe  faktycznie  umiał  zebrać  mnóstwo  cennych  informacji,  uwaŜnie 

przyglądając się ludziom wokół siebie. Potrafił teŜ zauwaŜyć wszelkie odstępstwa od normy. 

- Skończyłaś mnie maglować? 

-  Jeszcze  nie.  Skoro  jesteś  konsultantem,  to  nie  powinieneś  czegoś  konsultować? 

MoŜesz sobie pozwolić na marnowanie czasu, niańcząc przypadkowo spotkaną osobę? Co z 

obowiązkami, terminami... i rodziną, która czeka na twój powrót? 

-  Nie  mam  rodziny.  I  mogę  robić,  co  mi  się  podoba,  jeśli  będę  wysyłał  i  odbierał 

faksy. 

- Przebywamy na odludziu. 

-  Mam  przenośny  komputer,  za  pomocą  którego  moŜna  faksować,  a  w  sypialni  jest 

telefon. 

Celestine ucieszyła się z tej wiadomości. I poŜałowała, Ŝe wybrała stryszek. 

-  Teraz  twoja  kolej.  -  Norbert  uniósł  swoją  filiŜankę  w  Ŝartobliwym  toaście.  -  Za 

prawdę. Niech nic cię nie powstrzyma. Mogę słuchać przez cały dzień. 

-  Właśnie  opisałeś  kogoś,  kto  jest  wolny,  jak  ptak.  śadnej  rodziny,  praca  dająca 

niesamowitą swobodę działania, Ŝycie wiecznie w drodze. Równie dobrze mógłbyś mówić o 

zawodowym  zabójcy  mordującym  ludzi  na  zlecenie.  Oprócz  komputera  z  faksem 

potrzebowałbyś tylko pistoletu. 

background image

- Akurat skończyły mi się naboje. 

- Czy w Tri - C ktoś potwierdziłby, Ŝe dla nich pracujesz? 

- Z pewnością, jeśli trafisz na odpowiednie osoby. Ale nie jestem na liście ich stałego 

personelu. 

- Idealne rozwiązanie. 

- Dlaczego miałbym chcieć cię zabić, Celie? 

Nie  musiała  odpowiadać,  poniewaŜ  ktoś  nagle  załomotał  do  kuchennych  drzwi. 

Całkiem  automatycznie  dała  susa  pod  stół,  a  Norbert  skoczył  do  przodu,  lecz  nie  zdąŜył 

zamknąć ich na klucz. 

-  Tu  jesteś,  ty  moje  utrapienie!  - Do  kuchni  wkroczyła wysoka  kobieta  w  brązowym 

stroju, pomaszerowała  prosto  do  krzesła w  kącie i zgarnęła z  niego  drzemiącego kota. - Nie 

lubimy siedzieć u siebie w domu, prawda, Śpiąca Królewno? Musicie wiedzieć, Ŝe ona nigdy 

nie akceptuje tego, co dla niej zaplanowałam. Cudownie, Ŝe ją zatrzymaliście, dopóki jej nie 

znajdę. - Kobieta uniosła kota wysoko nad głowę i lekko nim potrząsnęła, po czym przytuliła 

go do obfitego biustu. - A teraz... witajcie. Kiedy się pobraliście, jeśli wolno spytać, i co mogę 

dla was uczynić podczas waszego pobytu w Trillingden? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

PotęŜnie  zbudowana,  grubokoścista  i  energiczna  kobieta  patrzyła  na  nich  tak 

serdecznie, Ŝe Norbert nie był w stanie wyrzucić jej za drzwi, choć w pierwszej chwili chciał 

to  zrobić.  Była  nie  tyle  stara,  co  w  wieku  trudnym  do  określenia.  Miała  włosy  w  kolorze 

swetra i tweedowej spódnicy, lecz mocno poprzetykane siwizną, oraz czerstwą, zaróŜowioną 

cerę  z  mnóstwem  drobniutkich  zmarszczek.  Nie  ulegało  teŜ  wątpliwości,  Ŝe  oczekuje 

natychmiastowych odpowiedzi na swoje pytania. 

-  Jestem  Marian  Farnsworth  -  oznajmiła  takim  tonem,  jakby  cały  świat  znał  to 

nazwisko. 

- Norbert James. - Norbert uścisnął podaną mu dłoń. 

-  Znałam  Jamesów  z  okolicy  Charing.  Byli  dosyć  rachityczni.  To  chyba  nie  Ŝadna 

rodzina? - Pani Farnsworth odwróciła się do Celie. - Bo jeśli tak, to lepiej się zastanowić, czy 

warto decydować się na dzieci, kochaniutka. 

-  Będę  o  tym  pamiętać.  -  Celie  miała  taką  minę,  jakby  tuŜ  obok  właśnie  wybuchł 

granat. 

Norbert połoŜył dłoń na jej ramieniu tak czule, jakby uczynił to młody Ŝonkoś. 

- Nie martw się, kochanie, prawdopodobnie nie  mam tam  Ŝadnych krewnych. A jeśli 

nawet, to są najwyŜej dziesiątą wodą po kisielu. 

- OstroŜności nigdy za wiele - stwierdziła Marian. 

- Trzeba coś niecoś wiedzieć o genetyce. Znam się na rzeczy, bo hoduję owce. Na ich 

przykładzie moŜna sporo się nauczyć. 

- To moja... Ŝona, Celie. - Norbert spojrzał na nią sugestywnie. 

-  Ach,  nowoŜeńcy,  prawda?  Dziwne,  Ŝe  juŜ  wyskoczyliście  z  łóŜka.  -  Marian 

wyciągnęła  rękę  do  Celie,  która  juŜ  nie  była  tak  przeraźliwie  blada,  jak  przed  chwilą.  - 

Zadowolę się lewą, skoro prawa wisi na tym durnym temblaku. 

Celie  podała  kobiecie  dłoń,  a  cofając  ją,  zerknęła  na  rękę  takim  wzrokiem,  jakby 

sprawdzała, czy nadal ma palce. 

-  Pobraliśmy  się  dwa  tygodnie  temu  -  powiedział  Norbert,  odpowiadając  na  wstępne 

pytanie. - Ale od ślubu prawie nie mieliśmy okazji do bycia tylko we dwoje. 

- Och, nie będę wam przeszkadzać. Przynajmniej nie za często. Ale jutro po południu 

urządzamy  podwieczorek  na  waszą  cześć.  U  mnie,  czyli  na  najbliŜszej  farmie  od  wschodu. 

background image

Przyjdą  wszyscy  sąsiedzi,  Ŝeby  na  was  zerknąć,  więc  pewnie  się  zjawicie.  Bardzo  lubimy 

Joan i Betty, i pragniemy włączyć was do swojego grona, skoro to one was przysłały. 

- Nie sądzę, Ŝebyśmy... - powiedziała Celie, lecz Marian nie pozwoliła jej dokończyć. 

-  Tylko  mi  nie  dziękujcie.  Tworzymy  tutaj  małą,  ale  zgraną  społeczność  i  nie 

tolerujemy między nami obcych. Zostaniecie więc naszymi przyjaciółmi. - Marian na sekundę 

przestała Ŝywo gestykulować i zerknęła na swój duŜy, męski zegarek. - Muszę lecieć. Zatem 

jutro  o  trzeciej.  I  Ŝadnego  spóźniania.  A  gdyby  Śpiąca  Królewna  znów  wpadła  was 

odwiedzić, to wcale się nie przejmujcie. Przyjdę i ją zabiorę. Strasznie niedobra kocina z tej 

Królewny. 

Marian Farnsworth wyszła z takim samym impetem, jak weszła. Norbert odprowadził 

ją wzrokiem, gdy maszerowała dróŜką, trzymając pod pachą niesfornego ulubieńca. 

- Jezu, co to było? - jęknęła Celie. 

- Produkt sielankowej prowincji hrabstwa Kent. 

- Raczej Baba - Jaga z leśnych ostępów. 

-  Mieszkając  tutaj,  człowiek  chyba  szybko  staje  się  bezpośredni.  Musi  wydobyć  z 

rozmówcy jak najwięcej, jeśli juŜ dorwie kogoś nowego. - Norbert zacisnął dłoń na zdrowym 

barku Celie,  zanim  zdąŜyła  się  odwrócić.  -  Nigdzie  nie zmykaj,  Celie. Mimo tej  niezwykłej 

dygresji pragnę kontynuować naszą rozmowę. Jeszcze jej nie skończyliśmy. 

- Ja... tak. - Poruszyła się, zrzucając jego rękę. - Źle się czuję. 

Norbert  umiał  rozpoznać  czyjś  unik,  miał  jednak  świadomość  tego,  Ŝe  Celie  mówi 

prawdę.  Znów  bardzo  zbladła  i  ledwie  trzymała  się  na  nogach,  chociaŜ  nadal  buntowniczo 

wysuwała brodę. 

Powstrzymał  się  więc  od  oferowania  pomocy.  Wczoraj  zdąŜył  poznać  smukłość  talii 

Celie  oraz  kobiecą  krągłość  jej  bioder  i  niepotrzebnie  myślał  później  o  tym,  jak  cudownie 

było ją dotykać, a wspomnienie tych chwil wciąŜ odzywało się w jego pamięci. Zapadając tej 

nocy w sen, znów przypomniał sobie kształty ciała Celie, przyjemność, jaką odczuwał, niosąc 

ją  do  sypialni,  muśnięcia  jedwabistych  włosów  na  swojej  ręce.  Ta  dziewczyna  budziła  jego 

poŜądanie nawet wówczas, gdy leŜąc na stryszku, pojękiwała z bólu. 

A  przecieŜ  seksualne  zauroczenie  dodatkowo  skomplikowałoby  tę  i  tak  dziwaczną 

sytuację. 

Utwierdził się w tym przekonaniu i zignorował fakt, Ŝe Celie ledwie stoi. Ale trzymał 

się blisko niej, na wypadek, gdyby jednak musiał jej pomóc. 

background image

-  MoŜe  chociaŜ  weźmiesz  aspirynę?  -  zaproponował.  -  Nie  zaćmi  jasności  twojego 

umysłu,  więc  gdybym  spróbował  skręcić  ci  kark  lub  zastrzelić  z  nieistniejącego  pistoletu, 

nadal będziesz w stanie dziabnąć mnie tymi śmiesznymi noŜyczuszkami. 

- Jakimi noŜyczuszkami? 

-  PrzecieŜ  widzę,  co  masz  w  kieszeni.  To  te  same,  którymi  wczoraj  rozciąłem  twoją 

odzieŜ? 

- Ty to zrobiłeś? 

- Owszem i gdybym chciał cię zabić, to miałem wtedy nadzwyczajną okazję. LeŜałaś 

na łóŜku półnaga i nieprzytomna. Całkiem w mojej mocy. 

Przez  chwilę  analizowała  jego  słowa,  nie  patrząc  mu  w  oczy,  jakby  była  trochę 

zaŜenowana wizją opisanej przez niego intymności. 

- ZaŜyję aspirynę. 

- Siadaj. - Norbert wskazał krzesło i odwrócił się do zlewozmywaka, aby nalać wody. 

-  Proszę.  -  Postawił  przed  Celie  pełną  szklankę  i  połoŜył  dwie  tabletki  z  zapasów  Betty.  - 

Powinienem był dać ci je wczoraj wieczorem, ale sądziłem, Ŝe zdrowy rozsądek skłoni cię do 

zaŜycia środka przeciwbólowego. 

Połknęła pigułki tak ochoczo, jakby miała nadzieję, Ŝe zadziałają natychmiast. 

- Wkrótce poczujesz się lepiej. 

- Na pewno masz rację. 

- A na razie odpowiesz mi na parę pytań. 

- Naprawdę chciałabym odpocząć. 

Rzeczywiście wyglądała tak, jakby nie nadawała się do przesłuchiwania. Norbert omal 

nie powiedział, Ŝe poczeka, ale w porę przypomniał sobie ocieniony koroną wierzby strumień. 

- Nie ma problemu. Znam świetne miejsce. 

- Wolę iść na górę. - Celie wyprostowała plecy, swoją postawą dając do zrozumienia, 

Ŝ

e nie zamierza się poddać. 

-  Mam  lepszy  pomysł.  -  Norbert  podszedł  do  drzwi  i  wyjrzał  na  podwórze.  -  Trzeba 

uwaŜać, Ŝeby ten kotek znów tu nie wlazł, bo Marian wprowadzi się do naszej kuchni. 

- Betty zapewniała, Ŝe to odludzie. 

- JuŜ ja z nią pogadam. - Norbert wyszedł na dwór i ruchem głowy wskazał pobliskie 

drzewa. - To dwa kroki stąd. Dasz radę? 

- Tak. 

Oniemiał  ze zdziwienia.  Oczekiwał protestów, lecz Celie widocznie uznała, Ŝe  lepiej 

być z nim na zewnątrz, niŜ sam na sam w ciasnym domku. 

background image

Ranek  był  pogodny,  a  niebo  intensywnie  błękitne.  Słońce  świeciło  jasno  i  powietrze 

juŜ  zdąŜyło  się  rozgrzać,  obiecując  jeden  z  tych  pięknych  dni  późnego  lata,  gdy  kaŜdy 

angielski ogrodnik pragnie aŜ do wieczora pracować pośród swoich roślinek. Norbert poszedł 

wyłoŜoną  kamieniami  ścieŜką,  wzdłuŜ  której  rosły  krzaki  z  wdzięcznymi,  stoŜkowatymi 

kwiatkami.  Zerwała  się  z  nich  chmurka  białych  motyli,  lecz  nie  odleciały  daleko,  jakby  po 

jego odejściu zamierzały wrócić do źródła słodkiego nektaru. 

- Motylowe krzaczki - stwierdziła Celie, sięgając po fioletowy kwiat. 

- Tak się nazywają? 

- Fachowa nazwa to budleia. Ten rodzaj to prawdopodobnie „czarny rycerz”. 

- A więc jesteś ogrodniczką? 

- Niezupełnie. - Zawahała się i wzruszyła ramionami. - Przez pewien czas pracowałam 

w szklarniach. 

- Jako Celie Sherwood czy Marie St. Germaine? - Norbert nie omieszkał wykorzystać 

tej okazji, lecz Celie zignorowała jego pytanie. 

- Powąchaj. Mają subtelny, ale śliczny zapach. Norbert pomyślał o swojej wczorajszej 

reakcji na aromat lawendy i nie skorzystał z zachęty. 

- Prawie jesteśmy na miejscu. 

- Nie martw się o mnie. 

Doskonała rada, pomyślał. Wcale nie chciał przejmować się niczyim losem. Od lat Ŝył 

właśnie tak i nie zamierzał tego zmieniać. Lecz Celie juŜ wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, 

zawładnęła jego emocjami, a jedną z nich była troska. Podchodził z ostroŜnym dystansem do 

osoby Celie Sherwood i nadal miał wątpliwości, czy chce zgłębić jej problemy, lecz mimo to 

pragnął ją chronić. 

-  Jak  tu  ładnie.  -  Celie  przystanęła  i  z  autentycznym  zachwytem  spojrzała  na 

szemrzący  strumień.  Na  obu  brzegach  leŜały  róŜnej  wielkości  głazy,  niektóre  takie  duŜe  i 

płaskie, Ŝe moŜna było się na nich połoŜyć i opalać. 

-  Nawet  ładniej,  niŜ  przypuszczałem.  O,  mamy  miejsce  do  siedzenia.  -  Norbert 

wskazał dwa głazy tworzące jakby fotel z wysokim oparciem. - Zdołasz tam zejść? 

- Tak. 

Naprawdę  nie  chciał  znów  jej  dotknąć,  lecz  wolałby  teŜ  nie  podnosić  jej  z  tej 

kamienistej ścieŜki. Nie była szczególnie stroma, lecz Celie przecieŜ nie odzyskała jeszcze sił. 

- Chodź. - Wyciągnął rękę. - Pomogę ci. 

- Poradzę sobie. 

background image

- Wątpię. - Cofnął się o krok i ujął jej nadgarstek. Nie spróbowała wyswobodzić dłoni, 

ale teŜ się nie poruszyła. - Słuchaj, ja teŜ nie jestem zachwycony tym całym układem, ale nie 

chcę, Ŝebyś się potknęła i coś sobie zrobiła. Teraz ci pomogę, lecz wystarczy, Ŝe poczujesz się 

lepiej, a dam ci święty spokój. Zgoda? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  ruszył  w  dół,  a  Celie  z  westchnieniem  pozwoliła  się 

poprowadzić. Pomógł jej usadowić się na głazie, następnie usiadł dwa metry dalej,  Ŝeby nie 

czuła się zdominowana jego bliskością. 

Przez kilka minut ciszę przerywał jedynie świergot ptaków i szmer wody opływającej 

kamienie  na  dnie  potoku.  Norbert  wystawił  twarz  do  słońca  i  podwinął  rękawy  koszuli. 

Gdzieś w pobliŜu domku przejechał samochód, a po chwili zaszczekał pies. 

- Co chcesz wiedzieć? - spytała w końcu Celie. 

- Zacznij od początku. I dotrzyj do końca. 

-  Nie  myliłeś  się.  Rzeczywiście  uciekam.  Odwrócił  się,  aby  widzieć  jej  twarz,  lecz 

Celie nie patrzyła na niego. Miała taką minę, jakby analizowała swoją przeszłość, wybierając 

z niej te strzępki, którymi mogła się z nim podzielić. Niewiele, pomyślał, ale zawsze to jakiś 

postęp. 

- Nie mogłabyś najpierw się przedstawić? 

- UwaŜaj mnie za Celie Sherwood. 

- Ale nią nie jesteś. 

- Nie. 

Ucieszył się z tego maleńkiego zwycięstwa. 

- Nie masz ochoty usłyszeć swojego prawdziwego imienia i nazwiska? 

- Gdy ostatnio je usłyszałam, facet usiłował mnie zabić. 

- Bobby? 

- Tak. 

-  Więc  rzeczywiście  nie  uwaŜasz  go  za  przypadkowego  napastnika.  Sądzisz,  Ŝe 

chodziło mu właśnie o ciebie? 

- Prawie zawsze tak myślę. 

- Prawie zawsze? 

- Gdy uciekasz, trudno zachować obiektywizm. Wydawało mi się, Ŝe Bobby wymówił 

moje  imię,  ale  nie  jestem  pewna.  W  chwili  zagroŜenia  percepcja  czasem  kuleje,  instynkt 

zawodzi. 

- Twój zawiódł cię wtedy w ParyŜu. 

- Nie chcę rozmawiać o ParyŜu. 

background image

- Czy w ten sposób przyznajesz, Ŝe byłaś Marie St. Germaine? 

- Nie. 

Norbert ledwie powstrzymał się od gniewnej odpowiedzi. Zanadto naciskał. Jeśli Celie 

miała powiedzieć mu coś o sobie, to niech zrobi to w dowolnym tempie i w taki sposób, jaki 

jej najbardziej odpowiada. 

-  Przepraszam.  Mów  to,  co  uznasz  za  stosowne.  UwaŜnie  popatrzyła  mu  prosto  w 

oczy, on zaś bez trudu domyślił się jej wątpliwości. Zastanawiała się, ile moŜe ujawnić. Jak 

dalece mu zaufać. 

- Widziałam, jak popełniono morderstwo - oznajmiła i czekała na jego reakcję, lecz on 

postarał  się  nawet  nie  mrugnąć  okiem.  -  Zabity  męŜczyzna  był...  -  wzięła  głęboki  oddech  - 

moim kochankiem. 

- Boisz się, Ŝe morderca chce zabić równieŜ ciebie? 

- Na pewno usiłują to zrobić. 

- Oni? 

- To tylko takie sformułowanie. 

- Czyli nie wiesz, kim jest zabójca? 

- Nie. 

- Rozumiem. - Nieprawda. Nic nie rozumiał. Ta historia niewątpliwie zawierała więcej 

niewiadomych, niŜ początkowo sądził. 

- Ten ktoś myśli, Ŝe znam jego toŜsamość i chce się mnie pozbyć. 

Norbert  zauwaŜył,  Ŝe  teraz  uŜyła  liczby  pojedynczej.  CzyŜby  celowo  starała  się 

wprowadzić go w błąd? 

- Nie lepiej zgłosić się na policję i zaŜądać ochrony? 

- Naprawdę wierzysz, Ŝe policja jest w stanie ją zapewnić? 

- Chyba nie. 

- No właśnie. Dlatego uciekłam. 

-  Skąd?  -  spytał,  a  ona  natychmiast  zacisnęła  usta.  -  Celie,  mam  powody,  aby 

podejrzewać, Ŝe jesteś Amerykanką. Nie moŜesz powiedzieć mi chociaŜ tyle? Stany to wielki 

kraj, zamieszkany przez ćwierć miliarda ludzi. Nie pytam cię o adres i numer ubezpieczenia. 

- Dla dobra nas obojga powinieneś wiedzieć jak najmniej. 

- Dlaczego? PoniewaŜ chcę cię chronić? Czy dlatego, Ŝe nadal mi nie ufasz? 

- Nie ufam nikomu. 

background image

- A co planujesz? Do końca Ŝycia zmieniać toŜsamość i przenosić się z kraju do kraju? 

Jak  to  organizujesz?  Załatwiasz  fałszywe  paszporty  i  metryki  osób  zmarłych  lub  takich, 

którzy nie funkcjonują w normalnym społeczeństwie? 

- Nic więcej ci nie powiem. 

Zastanawiał  się,  czy  to,  co  wyznała,  jest  prawdą.  Jeśli  tak,  to  musiała  rozwiać  jedną 

waŜną wątpliwość. 

- Jesteś współwinna tej zbrodni? Uciekasz przed wymiarem sprawiedliwości? 

- Nie! 

Odpowiedź  padła  tak  szybko  i  zabrzmiała  tak  szczerze,  Ŝe  w  nią  uwierzył.  Owszem, 

Celie  Sherwood  była  wspaniałą  aktorką  i  równie  utalentowaną  kłamczuchą,  lecz  tym  razem 

chyba mówiła szczerze. 

- Dlaczego zamierzałeś puścić Bobby'ego? 

- Jak to... puścić? 

- Wtedy, gdy go pokonałeś. Chciałeś go puścić i to ja walnęłam go kamieniem. 

-  A  co  według  ciebie  miałem  uczynić?  PoderŜnąć  mu  gardło?  Oddać  w  ręce  policji? 

Niby  jak?  Sam?  Ty  na  pewno  zaraz  byś  zwiała,  więc  mogłem  albo  go  zabić, albo zostawić. 

Nie widzę się w roli mordercy ani kata wymierzającego sprawiedliwość. 

- MoŜe znałeś Bobby'ego. 

-  Sugerujesz,  Ŝe  razem  dybaliśmy  na  twoje  Ŝycie?  śe  znałem  jego  plany  względem 

ciebie? 

Celie wzruszyła ramionami. 

-  Chyba  całkiem  ci  odbiło.  Niby  skąd  wiedziałbym,  Ŝe  z  tego  punktu  naprawczego 

pobiegniesz  do  tego  atlety?  Nawet  gdybyśmy  obaj  byli  w  zmowie,  to  nie  moglibyśmy 

zgadnąć, co zrobisz, prawda? 

Nie odpowiedziała. 

-  Twierdzisz,  Ŝe  ktoś  usiłuje  cię  zabić.  Ja  miałem  do  tego  wiele  okazji,  od  kiedy 

znalazłem  cię  w  tamtym  zaułku,  ale  nic  ci  nie  zrobiłem.  Przeciwnie,  przywiozłem  cię  tutaj, 

Ŝ

eby zapewnić ci bezpieczeństwo. Czy to nic dla ciebie nie znaczy? 

- JuŜ sama się w tym gubię - mruknęła. - Wystarczy,  Ŝe komuś zaufam, Ŝe przestanę 

oglądać się za siebie i juŜ... 

- Bobby nie był pierwszym zamachowcem, który cię zaatakował, prawda? 

- Nie. 

- Ile razy cię to spotkało? 

- Sporo. 

background image

Sposób, w jaki powiedziała to jedno krótkie słowo, mówił duŜo więcej niŜ ono samo. 

Celie  Sherwood  chyba  w  kaŜdej  chwili  spodziewała  się  śmierci.  Była  tak  znuŜona  długo-

trwałą  ucieczką,  tak  bardzo  udręczona  wiszącym  nad  jej  głową  niebezpieczeństwem,  Ŝe 

obecnie akceptowała swoją sytuację, chociaŜ nie zamierzała się poddać. 

-  Celie.  -  Norbert  pokręcił  głową.  -  Nie  jestem  w  stanie  nawet  sobie  wyobrazić,  co 

przeŜywasz. 

- Traktuję to jak śmiertelną chorobę. Nie mam Ŝadnych objawów, ale śmierć czeka na 

mnie  za  rogiem.  Tyle  tylko,  Ŝe  w  moim  przypadku  kostucha  rzuci  się  na  mnie  znienacka  i 

nigdy się nie dowiem, kto mnie załatwił. 

- Naprawdę tak sądzisz? 

-  W  zasadzie  tak,  chociaŜ...  gdzieś  w  głębi  duszy  kołacze  się  odrobina  nadziei,  Ŝe 

zdołam  wyjść  z  tego  cało.  śe  pokonam  przeciwnika  i  kiedyś,  w  przyszłości,  juŜ  nie  będę 

musiała uciekać. 

- Jak moŜesz pokonać kogoś nieznanego? 

- Po troszeczku. Tak, jak wymykając się z rąk Bobby'ego... Jak radząc sobie z tym... - 

Wskazała na zraniony bark. 

- I znów zmieniając nazwisko, aby pojawić się na FidŜi lub na australijskiej prowincji? 

- W Kangurowie, stary? Co mogłaby tam zdziałać taka dziewuszka, jak ja? 

Norbert z podziwem słuchał, gdy gładko przeszła na australijski akcent i slang. 

- Wygląda na to, Ŝe juŜ tam byłaś. 

- W dzieciństwie zawsze marzyłam o dalekich podróŜach. Moje przyjaciółki pragnęły 

zostać tancerkami lub lekarkami, a ja chciałam wędrować po Antarktydzie i zdobywać Mont 

Everest. Niekoniecznie naraz - dokończyła z uśmiechem. 

- Chyba zrealizowałaś część tych marzeń. 

- MoŜe. 

-  Ale  nie  tak,  jak  zamierzałaś.  -  Przysunął  się  bliŜej,  a  na  jej  twarzy  natychmiast 

pojawił się wyraz czujności. - Pozwól, Ŝe ci pomogę. 

- Niby jak? 

- Mam szerokie koneksje. Jestem w stanie zapewnić ci bezpieczeństwo. I ustalić, kto 

cię prześladuje. 

- PodróŜuję w pojedynkę. 

-  Gdybyś  w  tamtym  zaułku  podróŜowała  w  pojedynkę,  juŜ  leŜałabyś  dwa  metry  pod 

ziemią. 

- A kto mi zaręczy, Ŝe wkrótce tam nie wyląduję? 

background image

- Nikt. Ale będziesz miała większe szanse przetrwać, jeśli ktoś cię wesprze. To twoje 

Ŝ

ycie, Celie. A ja jestem kimś obcym. Nie winię cię za brak zaufania do mnie. Twoja sytuacja 

uczyniła z ciebie paranoiczkę... 

-  Nie  jestem  paranoiczką!  Nie  wymyśliłam  tego  wszystkiego.  śyję  w  bezustannym 

zagroŜeniu i ono jest bardzo realne! 

Patrzył  na  nią,  świadomy  tego,  Ŝe  wystarczyło  jedno  słowo,  aby  porzuciła 

dotychczasową rezerwę. 

-  Zamierzałem  tylko  powiedzieć,  Ŝe  twoje  doświadczenia  uczyniły  z  ciebie  osobę 

niesamowicie ostroŜną. Byłem z tobą w tamtym zaułku, pamiętasz? Wiem, Ŝe nie wymyśliłaś 

zagroŜenia. 

- Chciałabym juŜ wracać. 

-  Dobrze.  -  Wstał  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  -  Ale  przemyśl  moją  propozycję.  Mogę 

wydatnie ci pomóc. Chętnie to zrobię, jeśli dasz mi szansę. Ale najpierw powinienem poznać 

całą prawdę, co oznacza, Ŝe musiałabyś mi zaufać. 

Nie  odpowiedziała  i  nie  chwyciła  jego  dłoni.  Wdrapała  się  na  górę  samodzielnie  i 

oboje w milczeniu poszli do domu. 

Celestine  koniecznie  chciała  skorzystać  z  telefonu  i  późnym  popołudniem  juŜ  nie 

mogła  się  doczekać,  aŜ  Norbert  gdzieś  wyjdzie.  Po  powrocie  znad  strumienia  prawie  nie 

rozmawiali.  Ona  trochę  odpoczywała,  potem  zjadła  przyniesiony  na  górę  lunch  i  znów 

poleŜała. 

Właściwie  nie  znała  Norberta  Jamesa,  zdąŜyła  jednak  się  zorientować,  Ŝe  nie  jest 

człowiekiem,  który  lubi  przymusową  bezczynność.  Słyszała  cichy  szum  jego  przenośnego 

komputera i zastanawiała się, co Norbert robi. Załatwiał sprawy słuŜbowe dla owego Tri - C 

International lub innych firm, w których rzekomo był konsultantem? 

A moŜe za pomocą komputera kontaktował się z Millie lub Rogerem? Informował ich, 

Ŝ

e ma ją w garści i juŜ wkrótce problem Celestine St. Gervais przestanie istnieć? 

UwaŜnie  nadsłuchiwała,  gdy  chodził  po  pokoju.  Wychodził  ze  swojego  saloniku  i 

szedł  do  kuchni,  potem  wracał  do  pokoju,  ale  nawet  nie  zbliŜył  się  do  schodków.  Celestine 

nie  pozwoliła  sobie  na  głęboki  sen,  którego  rozpaczliwie  potrzebowała,  ale  przymknęła 

powieki  i  trochę  się  zdrzemnęła.  Gdy  wreszcie  usłyszała  szczęknięcie  zamykanych  drzwi, 

wstała z łóŜka i ostroŜnie wyjrzała zza murka. Norbert podszedł do samochodu i wyjął coś ze 

skrytki - chyba przeciwsłoneczne okulary - a następnie pomaszerował w stronę drogi. 

Celestine  nie  wiedziała,  dokąd  się  udał,  ale  teraz  mogła  zadzwonić.  Zeszła  na  dół  i 

zajrzała do jego sypialni. Z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe juŜ wyłączył komputer i wyjął jego 

background image

kabel  z  gniazdka  telefonicznego.  Celestine  szybko  policzyła  w  myśli,  która  jest  godzina  w 

Północnej  Karolinie,  i  wystukała  numer.  Ufała  tylko  trojgu  ludziom  i  właśnie  oni  powinni 

wiedzieć,  co  się  z  nią  dzieje.  Obawiała  się,  Ŝe  teraz  nie  zdąŜy  skontaktować  się  z  nimi 

wszystkimi,  postanowiła  więc  najpierw  porozmawiać  z  osobą  najwaŜniejszą  dla  jej  dalszej 

egzystencji. 

Podała sekretarce nazwisko, które dawno temu ustaliła z Whitem, i czekała. 

Whit  długo  się  nie  zgłaszał,  więc  podeszła  do  drzwi,  aby  mieć  na  oku  dróŜkę.  Na 

widok Norberta mogła natychmiast odłoŜyć słuchawkę i wrócić na górę, zanim on zdąŜyłby 

wejść do środka. 

- Celestine! 

- Och, Whit. - Na moment zamknęła oczy, dziękując Opatrzności za to, Ŝe go słyszy. - 

JuŜ się bałam, Ŝe cię nie złapię. 

- Gdzie jesteś? Wszystko w porządku? 

- Tak. I nie. - Jej zduszony śmiech zabrzmiał niemal jak szloch. - Zaatakowano mnie, 

ale Ŝyję. 

- Co się stało? 

- Nie mogę teraz o tym mówić. Ale straciłam wszystkie swoje rzeczy, Whit. Nie mam 

złamanego grosza przy duszy. MoŜesz przekazać mi telegraficznie trochę pieniędzy na nowy 

początek? 

- Jasne, Ŝe tak. Gdzie? Jak? 

- Jeszcze nie wiem. Na razie zorganizuj jakąś kwotę. Później omówimy szczegóły. 

-  Jeśli  mi  podasz  miejsce  pobytu,  to  sprawdzę,  gdzie  znajduje  się  najbliŜszy  bank  i 

załatwię formalności. 

Zawahała  się.  Znała  nazwę  wioski.  Trillingden.  Ale  udzielając  Whitowi  zbyt  wiele 

informacji,  mogła  niechcący  narazić  go  na  niebezpieczeństwo.  Oczywiście  ufała  przyja-

cielowi bez zastrzeŜeń, wolała jednak jak najwięcej danych zachować w tajemnicy. 

- Chwilowo mieszkam na jakimś odludziu - odparła wymijająco, a Whit nie nalegał na 

konkretną odpowiedź. 

- Masz jakiś dokument potwierdzający twoją toŜsamość? 

- Nic. 

- To niedobrze, ale coś wymyślę. 

- Dziękuję. Bardzo, bardzo. 

- To przecieŜ twoje pieniądze, Celestine, a ja tylko nimi zarządzam w twoim imieniu. 

background image

-  Nie  zdołam  zadzwonić  do  Allie  ani  dziadka  Suttera.  Pozdrowisz  ich  ode  mnie? 

Powiedz, Ŝe jestem cała i zdrowa. 

- Załatwione. Coś jeszcze? 

-  Tak.  Jestem  teraz  z  męŜczyzną,  który  nazywa  się  Norbert  James.  Twierdzi,  Ŝe 

pracuje jako konsultant dla korporacji Tri - C International. Słyszałeś o niej? 

- Oczywiście. To jedna z tych wielkich kolosów - konglomeratów, które mają związki 

z  wieloma  działami  gospodarki,  z  produkcją  przemysłową,  wydobyciem  surowców, 

telekomunikacją... 

- MoŜesz go sprawdzić? 

- Powiedziałaś Norbert James? 

- Tak. 

- Jak go poznałaś? 

- Nie mam teraz czasu,  Ŝeby ci opowiadać. I nie mogę podać ci swojego numeru, bo 

nie widzę go na aparacie. 

- Daj mi dzień lub dwa na przygotowania. MoŜesz poczekać aŜ tyle? 

- Chyba tak. 

- Kiedy wracasz do domu? Chyba juŜ nadeszła pora na twój ruch. Ale musisz tu być, 

Ŝ

eby go wykonać. Bez ciebie mam związane ręce. 

-  Powinnam  kończyć  -  powiedziała  pospiesznie,  widząc  Norberta  skręcającego  na 

ś

cieŜkę. - Zadzwonię jutro. 

OdłoŜyła słuchawkę, zanim Whit zdąŜył odpowiedzieć. I spokojnie siedziała w bujaku 

obok kominka, gdy Norbert otworzył drzwi. 

- Gdzie byłeś? - spytała, udając zaskoczenie. 

- Na spacerze. 

- Przyjemnym? 

-  Owszem.  Wdrapałem  się  na  szczyt  tego  wzgórza.  Wczoraj  w  tych  egipskich 

ciemnościach nie było nic widać, więc postanowiłem sprawdzić, jak blisko mamy sąsiadów. 

- I co? 

- Po linii prostej nawet niedaleko. Niecały kilometr przez lasek i pola. To chyba dom 

Farnsworthów. A poza tym kompletne pustkowie. 

Celestine  znów  ze  zdumieniem  stwierdziła,  Ŝe  Norbert  James  to  przystojny 

męŜczyzna, na którego aŜ miło popatrzeć. Po przechadzce miał zwichrzone przez wiatr włosy 

i  zarumienione  policzki.  Stał  w  drzwiach,  trzymając  ręce  w  kieszeniach  dŜinsów  i  uwaŜnie 

przesuwał spojrzeniem po kaŜdym zakątku wnętrza. Zdaniem Celestine zaliczał się chyba do 

background image

tych ludzi, którzy przywykli do stawiania na swoim, zawsze nad wszystkim panują i nie lubią 

oddawać władzy. Celestine przypuszczała, Ŝe jest dla niego twardym orzechem do zgryzienia 

i trochę ją to cieszyło. 

Ale nie byłaby zachwycona, gdyby ją zdradził. 

- Jak się czujesz? - spytał, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. 

- W zasadzie dobrze, chociaŜ wolałabym mieć sprawne obie ręce. 

- Powinienem ci zmienić opatrunek. Teraz czy po obiedzie? 

Chciała  powiedzieć,  Ŝe  sama  się  tym  zajmie,  ale  znała  swoje  obecne  moŜliwości. 

Norbert  mógł  zrobić  to  lepiej,  a  im  szybciej  ramię  się  zgoi,  tym  szybciej  ona  będzie  mogła 

przystąpić do kreowania swojej nowej toŜsamości. 

- Wolę to mieć z głowy - oświadczyła. 

- Zostań tutaj, a ja przyniosę, co trzeba. 

Huśtając  się  na  fotelu,  zastanawiała  się,  czy  Norbert  zauwaŜy,  Ŝe  jest  coś  nie  tak  w 

pobliŜu telefonu. Starała się niczego nie przesunąć, ale czy jej się to udało? 

Norbert  wrócił  z  apteczką,  którą  naprędce  skompletowała  Betty.  Przysunął  lampę  i 

skrzyŜowawszy ramiona, popatrzył na Celie. 

- Musisz zdjąć sweter. Mam ci pomóc? 

WciąŜ  usiłowała  sobie  przypomnieć,  czy  zostawiła  wszystko  w  pokoju  Norberta 

identycznie  jak  było,  więc  nawet  nie  pomyślała  o  konieczności  rozebrania  się.  Teraz 

odruchowo zacisnęła palce na górnym guziku pulowera. 

- Poradzę sobie. 

- Pozwól sobie pomóc. - Norbert kucnął przed nią. - Nie ma sensu, Ŝebyś się męczyła. 

PrzecieŜ i tak zobaczę kawałek twojego ciała. 

Zrozumiała,  Ŝe  byłoby  głupotą  protestować.  Norbert  rozpiął  pasek  temblaka, 

delikatnie go zsunął i odłoŜył na gzyms kominka. A Celestine zacisnęła palce na schowanych 

w  kieszeni  spódnicy  noŜyczkach,  zaczęła  je  uwaŜać  za  coś  w  rodzaju  talizmanu 

przynoszącego szczęście. 

- Pewnie trochę cię zabolało - współczującym tonem stwierdził Norbert. 

- Nic mi nie jest. 

- Powiesz to nawet na łoŜu śmierci. 

- Oby jak najpóźniej. 

Norbert  uśmiechnął  się,  a  Celestine  oniemiała  z  wraŜenia,  poniewaŜ  dzięki  temu 

uśmiechowi  Norbert  zmienił  się  prawie  nie  do  poznania.  Nagle  przestał  być  kimś,  kogo 

background image

naleŜy  się  obawiać,  a  stał  się  po  prostu  uroczym  męŜczyzną.  Nadzwyczaj  atrakcyjnym 

męŜczyzną, który właśnie miał ją rozebrać. 

- Z rozpinaniem sama sobie poradzę. - Przesunęła przez dziurkę górny guzik. 

- Chyba zdąŜę się zdrzemnąć. - Norbert przymknął powieki. 

-  Uznaj  to  za  ćwiczenie,  obowiązkowy  element  mojej  fizykoterapii.  Gdy  skończę, 

będę w pełni oburęczna. - Rozpięła drugi guzik. 

- Wcześniej pewnie umrę z głodu. - Norbert otworzył oczy. 

- Betty dała nam kanapki, czy zamierzasz coś ugotować? 

- To drugie. 

-  Dlaczego  mi  się  zdaje,  Ŝe  nie  masz  o  tym  pojęcia?  -  Jakoś  zdołała  rozpiąć  trzeci 

guzik. 

- Bo zostawiłem w twojej kanapce plastikową osłonkę na plasterkach szynki? 

- Więc w swojej chyba teŜ zostawiłeś. - Pokonała czwarty guzik. 

- Na ogół jadam w restauracjach. 

- A gdy jesteś w domu? Podobno mieszkasz w zachodniej części Stanów. Czyli gdzie? 

-  W  promieniu  jakichś  czterech  i  pół  tysiąca  kilometrów  od  twojego  domu, 

gdziekolwiek on jest. 

-  Jestem  Amerykanką  -  powiedziała  po  chwili  milczenia,  mając  do  rozpięcia  jeszcze 

tylko jeden guzik. 

- Dzięki za szczerość. - Spojrzenie Norberta wyraźnie się ociepliło. 

- Teraz mogę juŜ wrócić do swojego akcentu. 

- Słyszę, Ŝe pochodzisz z Południa. 

- A ty... skąd? - Pośrednio wyznała prawdę. 

- Z Kolorado. 

- Zawsze tam mieszkałeś? 

- Nie. Dorastałem w Los Angeles. 

- PomoŜesz mi z tym rękawem? 

-  Po  raz  pierwszy  poprosiłaś  mnie  o  pomoc.  Robisz  postępy.  -  Norbert  znów  się 

uśmiechnął, następnie uniósł jej rękę i zaczął powolutku ciągnąć mankiet. 

Celestine  zacisnęła  zęby  i  zdołała  nie  wydać  Ŝadnego  dźwięku.  Norbert  spojrzał  na 

nią, a w jego oczach pojawił się wyraz zatroskania... lub jego przekonująca imitacja. 

-  Nie  wolno  nam  dopuścić  do  infekcji,  Celie.  Wiem,  Ŝe  nie  Ŝyczysz  sobie 

dodatkowych problemów. 

background image

Jakie to dziwne, pomyślała. MęŜczyzna, którego podejrzewała o to,  Ŝe  chce ją zabić, 

teraz starał się naprawić zło wyrządzone jej przez Bobby'ego - człowieka obdarzonego przez 

nią  zaufaniem,  oczywiście  do  pewnego  stopnia.  Co  prawda  nadal  nie  ufała  Norbertowi 

Jamesowi  i  nie  wierzyła,  Ŝe  wkroczył  w  jej  Ŝycie  przypadkiem,  lecz  w  tej  chwili  jakoś  nie 

potrafiła wykrzesać z siebie wystarczającej podejrzliwości. Nie mogła teŜ przypomnieć sobie 

nikogo,  kto  dotykał  jej  bardziej  delikatnie  i  z  większą  troską.  I  po  raz  pierwszy  od  śmierci 

Stephena czuła się przy męŜczyźnie taka bezbronna, jakby on był jej bliski. 

- Dlaczego mi pomagasz? - spytała. - Tak naprawdę? 

- Nie wiem. Chyba dlatego, Ŝe jesteś w potrzebie. 

- Zawsze wspierasz potrzebujących? 

- Rzadko wiem, czy komuś bym się przydał. 

- PoniewaŜ nie zbliŜasz się do ludzi na tyle, aby się o tym przekonać? 

Wydał  dźwięk,  który  mógł  uchodzić  zarówno  za „tak”,  jak  i  za  „nie”,  lecz  Celestine 

wolała wybrać to pierwsze. 

-  Na  pewno  nie  zbliŜyłbyś  się  do  mnie,  gdybym  nie  zakablowała  cię  władzom  na 

dworcu Waterloo. 

- UwaŜaj, Celie. Właśnie przyznałaś się do wcielenia Lesley. 

-  To  była  jedna  z  moich  najmniej  udanych  ról.  Norbert  skończył  zdejmować  z  niej 

sweter,  a  chłód  powietrza  sprawił,  Ŝe  Celestine  poczuła  się  wyjątkowo  obnaŜona.  Miała  na 

sobie  stanik,  lecz  rano  odpięła  jedno  ramiączko,  aby  nie  ocierało  się  o  bandaŜ.  Teraz 

wiedziała, Ŝe miękka miseczka obsunęła się i tylko częściowo zasłania pierś. I niemal poczuła 

na  niej  wzrok  Norberta.  Nie  wiedziała,  co  powiedzieć,  ale  nieoczekiwanie  wyobraziła  sobie 

dotyk  jego  palców  nie  tylko  na  swoim  barku,  nie  tylko  na  opatrunku,  lecz  takŜe  niŜej,  na 

swoim nagim ciele... i ta myśl wcale nie wydawała się niemiła. Dłonie Norberta były ciepłe i 

delikatne... na pewno mogły sprawić przyjemność, dać ukojenie... 

-  Nie  będzie  bolało.  -  Norbert  połoŜył  palce  na  opatrunku,  lecz  wewnętrzna  strona 

nadgarstka lekko spoczywała na piersi Celestine. - Weź głęboki oddech. 

Zamknęła  oczy  i  zacisnęła  wargi.  Norbert  szybko i  sprawnie zdjął stary bandaŜ, lecz 

mimo to Celestine poczuła łzy pod powiekami. 

- Przepraszam. - Głos Norberta zabrzmiał gardłowo. 

- Nie ma za co. 

- Dobrze się czujesz? 

- Tak. Jak to wygląda? 

- Nie gorzej niŜ wczoraj. To chyba dobra nowina. 

background image

- Chyba tak. 

- Oczyszczę ranę i załoŜę nowy opatrunek. Trzymasz się jakoś? 

Skinęła głową, a gdy Norbert skończył, znów oddychała prawie normalnie. 

- Pomogę ci włoŜyć ten rękaw. - Norbert sięgnął za jej plecy, szukając poły swetra, i 

znalazł się tak blisko Celestine, Ŝe torsem musnął jej piersi. 

Ona  zaś  wbrew  własnej  woli  zobaczyła  w  Norbercie  seksownego  męŜczyznę.  Nie 

tajemniczego  nieznajomego.  Nie  wybawcę.  Ale  pociągającego  męŜczyznę,  który  znajdował 

się  tak  bliziutko, Ŝe  mogłaby  go  pocałować.  I  nagle  zapragnęła  podnieść  lewą rękę i  wpleść 

palce  we  włosy  Norberta.  Czuła  jego  ciepło,  chciała  jeszcze  poczuć  jego  siłę.  Spróbowała 

sobie  wmówić,  Ŝe  jest  taka  poruszona  z  powodu  ulgi  i  wdzięczności,  lecz  chociaŜ  była 

wspaniałą  kłamczuchą,  nigdy  nie  oszukiwała  samej  siebie.  W  tej  chwili  przepełniały  ją 

zupełnie inne, bardziej prymitywne emocje. Najbardziej zbliŜone do poŜądania. 

- Wreszcie capnąłem ten sweter! - Norbert zaśmiał się krótko i przelotnie napotkał jej 

wzrok,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  ją teŜ  ubawiła  jego niezdatność.  I zaraz spowaŜniał. Nie 

poruszył się, nie usiłował wsunąć ręki Celie w rękaw, tylko na nią patrzył z dziwnym Ŝarem 

w oczach. 

- Teraz... moja kolej - powiedziała cicho, niemal szeptem. 

- Na co? 

Pytanie  zawisło  między  nimi.  Oboje  wiedzieli,  co  sugerował.  Ale  Ŝadne  z  nich  nie 

chciało postawić kropki nad „i”. 

-  Miałaś  rację,  mówiąc,  Ŝe  to  będzie  niebezpieczny  układ.  -  Norbert  przysiadł  na 

piętach, lecz nadal patrzył Celie prosto w oczy. 

- Potrafię obronić się w kaŜdej sytuacji. 

- CzyŜby? 

Chyba trochę się rozgniewał, Celestine nie wiedziała jednak, na kogo. 

- Nie traktuj moich słów jak wyzwania, Norbercie. Daj mi święty spokój, a zrewanŜuję 

ci się tym samym. 

- Chcesz, czy nie, ale tkwimy w tym razem. Przynajmniej na razie. - Norbert wstał z 

podłogi.  -  Ale  nie  obawiaj  się,  Celie.  Nie  zamierzam  do  niczego  cię  przymuszać.  Moja 

samokontrola cieszy się legendarną sławą. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Daleko stąd do Canterbury? 

Norbert  podniósł  wzrok  znad  patelni,  na  której  smaŜył  drugą  porcję  kiełbasek. 

Niedawno  w  moŜliwie  najgorszy  sposób  przekonał  się,  Ŝe  angielskie  kiełbaski  są  zupełnie 

inne niŜ amerykańskie.  W domu czasem je smaŜył. Po prostu kładł na patelni i ze dwa razy 

obracał.  Ale  te  angielskie  -  od  ulubionego  rzeźnika  Betty  -  wymagały  wcześniejszego 

ugotowania, o czym poinformowała go Celie, gdy kilka pierwszych z hukiem eksplodowało. 

- Do Canterbury? Jakieś trzy kwadranse jazdy. A bo co? - Zmniejszył płomień gazu, 

tak na wszelki wypadek, gdyby gotowanie okazało się niewystarczającą obróbką cieplną. 

- Usiłuję się połapać, gdzie jesteśmy. 

- W samochodzie mam mapę. 

- Chętnie na nią zerknę. 

-  Dobrze  spałaś?  -  Norbert  oparł  się  o  kuchenkę  i  swoim  zwyczajem  skrzyŜował 

ramiona. 

Celie  wyglądała  dziś  duŜo  lepiej  i  nie  była  taka  blada,  jak  wczoraj.  Miała  na  sobie 

drugi  strój  kupiony  przez  Jerry'ego  -  skromną  białą  sukienkę  w  fiołki  i  róŜyczki.  Norbert 

przypomniał  sobie  obcisłą,  czarną  suknię  Marie  St.  Germaine  i  poŜałował,  Ŝe  to  nie  on 

wybierał garderobę dla Celie. 

- Nie najgorzej. 

- Nie czekałaś przez calutką noc, aŜ wdrapię się na górę i cię wykończę? 

- Masz dziwaczne poczucie humoru. 

- Usiłuję tylko coś ci unaocznić. 

- Ty niewątpliwie teŜ spałeś, skoro nadal oddycham, a moje serce bije. 

- Jesteś głodna? 

- Zawsze jestem głodna. 

ZdąŜył  to  zauwaŜyć.  Celie  zjadała  absolutnie  wszystko,  co  dostała.  Miała  apetyt 

osoby, która nie wie, kiedy zdarzy się okazja do następnego posiłku. Wczoraj Norbert podał 

na kolację zanadto przysmaŜone kotlety z baraniny i zielony groszek rozgotowany prawie na 

papkę. Celie omal nie wylizała talerza. 

- Jak radzisz sobie finansowo? Wiem, Ŝe pracujesz, gdy moŜesz, ale te zmiany miejsca 

zamieszkania i toŜsamości... To musi sporo kosztować. 

- Nie narzekam. 

background image

- Pewnie minimalizujesz wydatki. Nawet te na Ŝywność. 

- Umiem przygotować ryŜ i fasolkę na tysiąc sposobów. 

- Ktoś ci pomaga? Przysyła pieniądze? 

- Dlaczego pytasz? 

-  Bo  muszę  wyciągać  z  ciebie  twoją  historię  po  jednej  sylabie.  -  Przyglądał  się 

dłoniom  Celie,  gdy  w  milczeniu  obracała  kubek.  Miała  śliczne,  smukłe  ręce,  z  zadbanymi, 

lecz nie polakierowanymi paznokciami. 

- Muszę dostać się do Canterbury. - Podniosła wzrok. - Zawieziesz mnie? 

- Po co? 

- To dla mnie waŜne. 

- Kiedy? 

- Jeszcze nie wiem. 

-  A  jeśli  tam  pojedziemy,  znowu  znikniesz?  Lub  moŜe  będę  zmuszony  walczyć  z 

jakimś Bobbym? 

- Nie zniknę. 

- A co z Bobbym? 

- Norbert, jestem ostatnią osobą, która coś o nim wie. 

Podobało mu się, jak Celie wymawia jego imię. Z tą odrobiną śpiewności typowej dla 

południowców.  Był  teŜ  zachwycony  grą  uczuć  na  twarzy  Celie.  Zazwyczaj  nie  ujawniała 

Ŝ

adnych emocji, natomiast teraz patrzyła wręcz błagalnie. Potrzebowała go. 

Wcale nie chciał, aby go potrzebowano. 

- Zawiozę cię - mruknął, odwracając się do kuchenki. - Tylko powiedz, kiedy. 

- Dziękuję. 

Jej  głos  zabrzmiał  cicho,  a  podziękowanie  naprawdę  szczerze.  Nie  ufała  mu,  ale  po 

troszeczku  topniała.  Mijały  kolejne  godziny,  a  ona  nadal  była  bezpieczna,  więc  jej  zaufanie 

do  niego  rosło.  Tylko  co  miał  począć  z  tym  zaufaniem?  Jak  mógłby  zapewnić  Celie 

bezpieczeństwo, skoro nie zdołał ochronić własnej Ŝony i syna? 

ZauwaŜył, Ŝe stoi obok niego dopiero wtedy, gdy wyjęła mu z dłoni łopatkę. 

- Rzeczywiście Ŝałosny z ciebie kucharz, Norbercie Jamesie. Jesteś pewien, Ŝe gdzieś 

tam nie czeka na ciebie troskliwa Ŝoneczka? Osoba, która parzy ci kawę, nabija fajkę i podaje 

gazetę? - Celie zręcznie przewróciła kiełbaski, chociaŜ zrobiła to lewą ręką. 

- Wszystkie Ŝony są takie? 

- Mam nadzieję, Ŝe nie. 

Nagle zapragnął powiedzieć jej o sobie coś waŜnego. 

background image

- Kiedyś byłem Ŝonaty. 

- JuŜ nie jesteś? 

- To się skończyło jakiś czas temu. 

- Nie wyobraŜam sobie ciebie w roli męŜa. Sprawiasz wraŜenie samotnika. 

- Takiego, jak ty? 

-  Nie  wiem.  Trudno  powiedzieć,  jaka  byłabym,  gdyby  moje  Ŝycie  potoczyło  się 

inaczej. 

- PrzecieŜ kogoś miałaś. Tego kochanka, którego później zabito. 

- Tak. 

- Więc nie zawsze Ŝyłaś sama. 

-  Był  moim  pierwszym  i  ostatnim  męŜczyzną.  -  Jej  twarz  znów  stała  się  maską  bez 

wyrazu. - Nasz romans trwał bardzo krótko. Ledwie się zaczął, a juŜ było po wszystkim. 

-  Zawsze  tak  nam  się  wydaje,  gdy  kogoś  tracimy.  -  Norbert  poczuł  przypływ 

współczucia. 

- TeŜ miałeś takie wraŜenie po rozwodzie? Nie sprostował tej istotnej nieścisłości. 

-  To  dość  powszechne  odczucie.  Wiesz,  dlaczego  zabito  twojego  kochanka,  Celie? 

MoŜe znając powody, łatwiej odkryłabyś, kto cię prześladuje? 

- I co mogłabym zrobić? Nie mam Ŝadnych dowodów. śadnej władzy. Ktokolwiek to 

jest,  dysponuje  środkami,  o  jakich  ja  nawet  nie  marzę.  Podaj  mi  jego  nazwisko,  a  i  tak  nie 

będę w stanie nic zdziałać. 

- Ja mam stosowne środki. 

- To nie jest twoja walka. A dla mnie najlepszym wyjściem jest ucieczka. MoŜe kiedyś 

znajdę miejsce, które uznam za bezpieczny azyl. Gdzie nikt mnie nie wyśledzi. 

- Niby gdzie? W niebie? 

Celie najpierw zrobiła dziwną minę, po czym nagle zaczęła się śmiać. Norbert spojrzał 

na nią zaskoczony i całkiem wbrew sobie teŜ się uśmiechnął. 

-  Trafiłeś  w  dziesiątkę.  To  jedyne  schronienie,  gdzie  juŜ  nic  człowiekowi  nie  grozi, 

prawda? 

- Najpierw rozejrzyjmy się za mniej drastycznym rozwiązaniem. 

Celie natychmiast spowaŜniała. 

-  Jeśli  istotnie  nie  dybiesz  na  moje  Ŝycie,  to  muszę  przyznać,  Ŝe  naprawdę  miły  z 

ciebie facet. 

-  Chyba  nie  ma  na  tej  planecie  nawet  trzech  osób,  które  określiłyby  mnie  w  ten 

sposób. 

background image

- Betty powiedziała, Ŝe jesteś dobrym człowiekiem. Kimś, kto sam wiele przeszedł. 

- JuŜ ja z nią pogadam. 

- Co miała na myśli? 

- Nie wiem. MoŜe usiłowała uatrakcyjnić mój wizerunek. 

- Jakbyś nie był wystarczająco atrakcyjny... - palnęła i natychmiast tego poŜałowała. 

- A jestem? 

-  Na  pewno  mnóstwo  kobiet  juŜ  ci  to  mówiło.  -  Umknęła  spojrzeniem  w  bok  i 

przestawiła patelnię na palnik z tyłu. - To niewiarygodne - mruknęła. - Gawędzimy jak para 

przyjaciół.  Jeszcze  chwila  i  zaczniemy  się  sobie  zwierzać.  Ty  mi  wyjaśnisz,  o  co  chodziło 

Betty,  a  ja  opowiem  ci  tyle  o  sobie,  Ŝe  zapłacisz  za  to  Ŝyciem.  Musimy  uwaŜać  na  słowa, 

Norbercie.  Nie  paplać  o  wszystkim,  bo  wejdzie  nam  to  w  zwyczaj.  I  ściągnie  na  nas 

nieszczęście. 

Odwrócił się i sięgnął po grzankę. Smarując ją masłem, słuchał znajomych odgłosów. 

Szczęknęła  odkładana  na  patelnię  metalowa  łopatka.  NóŜ  przesuwał  się  po  chrupiącym 

chlebie. Na ścianie tykał zegar. 

Gdy  poprzednim  razem  Norbert  pomagał  kobiecie  przygotowywać  posiłek,  krzątając 

się  wraz  z  nią  po  kuchni,  tą  kobietą  była  jego  Ŝona.  A  dwanaście  godzin  później  ona  i  jego 

syn juŜ nie Ŝyli. 

-  Śmierć  moŜe  człowieka  dosięgnąć  niezaleŜnie  od  naszych  działań.  Kłamstwa  i 

oszustwa nie zagrodzą jej drogi. Nie lepiej zdobyć się na szczerość? Bez  niej i tak jesteśmy 

poniekąd martwi, nie sądzisz? 

- Łatwo ci mówić - prychnęła Celie. - To nie twoje Ŝycie jest w niebezpieczeństwie. 

- Łatwo mi mówić, bo wiem, jak się Ŝyje po utracie tego, co najdroŜsze. I nie Ŝyczę ci 

takiej  egzystencji.  -  ZauwaŜył,  Ŝe  znieruchomiała  i  otworzyła  usta,  jakby  zamierzała  coś 

powiedzieć, ale się nie odezwała. - Nie mam pojęcia, jakim cudem stałem się częścią twojego 

Ŝ

ycia, Celie. A jeszcze mniej rozumiem, dlaczego. Ale cieszę się, Ŝe do tego doszło. Tylko nie 

odcinaj  się  teraz  ode  mnie.  Masz  powody  do  strachu,  lecz  moja  przyjaźń  nie  jest  jednym  z 

nich. 

Celestine  dyskretnie  podziwiała  Norberta  podczas  jazdy.  Po  raz  pierwszy  mieli 

wystąpić jako małŜeństwo i Norbert przed wyjściem wziął prysznic oraz starannie się ogolił. 

Jego woda kolońska miała przyjemny zapach, a krój granatowej marynarki podkreślał 

szerokość  barów.  Celie  podobały  się  teŜ  dłonie,  które  trzymały  kierownicę  lekko,  lecz 

pewnie. Ten męŜczyzna był zrelaksowany, jednocześnie w pełni panował nad sytuacją. 

background image

Ciekawe,  jak  to  jest  niczego  się  nie  obawiać,  pomyślała  Celestine.  Od  kilku  lat 

właściwie nie sprawowała kontroli nad swoim Ŝyciem. Od tak dawna bezustannie uciekała, Ŝe 

chwilami miała wątpliwości, czy zdoła przestać, gdy znów będzie bezpieczna. 

Jeśli w ogóle tego doczeka. 

Przypomniała  sobie  dzisiejszą  rozmowę  z  Whitem.  Norbert  zaraz  po  śniadaniu 

pojechał do miasteczka, więc natychmiast skorzystała z okazji i znów zadzwoniła do Whita - 

tym  razem  do  jego  domu  w  Wilmington.  Koniecznie  musiała  powiedzieć,  Ŝe  będzie  mogła 

wybrać  się  do  Canterbury  i  odebrać  pieniądze,  gdyby  Whit -  zgodnie z  obietnicą  - zdołał  je 

jakoś przesłać. 

Później rozmowa zeszła na tematy osobiste. 

- Skontaktowałem się z Earlem Sutterem i z Allison - oznajmił Whit. - JuŜ wiedzą, Ŝe 

jesteś cała i zdrowa. 

Celestine  zamknęła  oczy,  a  pod  powiekami  natychmiast  pojawił  się  wizerunek  tych 

dwóch czy trzech osób, którym bezgranicznie ufała i na które zawsze mogła liczyć. Dziadek 

Sutter nie był jej prawdziwym krewnym, lecz najlepszym przyjacielem jej dziadka i za jego 

Ŝ

ycia  zarządzał  wielką  posiadłością  Haven  House.  Obecnie  miał  siedemdziesiąt  sześć  lat  i 

nadal  mieszkał  na  jej  terenie,  w  małym  ceglanym  domku  z  długą  werandą  wychodzącą  na 

pola, o które dawniej tak dbał. Ciotka i wuj Celestine nie chcieli, aby Earl Sutter pozostał w 

Haven House. Zawsze mieli starszemu panu za złe, Ŝe tak dobrze ją traktuje, chwali jej talenty 

i  wspiera  pod  kaŜdym  względem.  Zwłaszcza  wtedy,  gdy  oni  usilnie  starali  się  skrzywić  jej 

osobowość.  Nie  znosili  Earla,  ale  nie  byli  w  stanie  się  go  pozbyć.  W  swoim  testamencie 

Alexander  St.  Gervais  zapisał  przyjacielowi  domek  i  sporą  działkę,  toteŜ  Millie  i  Roger 

musieli się z tym pogodzić. 

Celestine  całym  sercem  kochała  teŜ  Allison  Freeman,  swoją  wspaniałą  przyjaciółkę, 

którą  poznała  jeszcze  w  szkole.  Czarnowłosa  Allie  wzięła  zbuntowaną  Celestine  pod  swoje 

skrzydełka  i  nauczyła  ją  trudnej  sztuki  przetrwania  w  internacie,  gdzie  panował  iście 

wojskowy reŜim, a jego celem było złamanie ducha pełnych temperamentu cór Południa. 

Celestine  nie  widziała  ani  dziadka  Suttera,  ani  Allie  od  długich  czterech  lat.  Rzadko 

dzwoniła  do  swoich  bliskich,  poniewaŜ  nie  chciała  naraŜać  ich  na  niebezpieczeństwo. 

Wolałaby teŜ nie wciągać w swoje sprawy Whita, ale niestety nie miała wyboru. 

Zresztą  po  śmierci  Stephena,  swojego  najlepszego  przyjaciela,  Whit  sam 

zaproponował pomoc. 

Norbert  spod  oka  zerknął  na  Celie  i  stwierdził,  Ŝe  ona  patrzy  na  niego  lub  raczej... 

przez niego. 

background image

- Musimy ustalić pewne  fakty - powiedział. - JeŜeli inne panie są pokroju Marian, to 

zasypią nas pytaniami. 

-  Na  jaki  temat?  -  Celestine  znów  powróciła  do  swojego  brytyjskiego  akcentu.  Nie 

chciała pomylić się podczas wizyty. 

-  Nasz.  Kim jesteśmy.  Gdzie  mieszkamy. Gdzie się  poznaliśmy. MoŜe  coś o  naszym 

ś

lubie. 

- Co proponujesz? 

- CóŜ, mogę wspomnieć o moim zawodzie konsultanta. 

-  Świetnie.  MoŜe  powiem,  Ŝe  byłam  sekretarką,  ale  zrezygnowałam  z  pracy,  Ŝeby 

towarzyszyć ci w podróŜach? 

- Gdzie do tej pory pracowałaś? 

- Och, coś mi wpadnie do głowy. Nie masz pojęcia, jak dobrze umiem zmyślać. 

-  Mam  -  odparł,  unosząc  brew.  -  Podejrzewam,  Ŝe  połowa  tego,  co  mówisz,  jest 

wyssana z palca. 

- Gdzie mieszkamy? 

- W Kensington. Ale przeprowadzamy się do... do Nowego Jorku. 

- Super. Zawsze chciałam zamieszkać w „Wielkim Jabłku”. 

- Na Park Avenue? 

- Na Central Park West, albo się nie zgadzam. Norbert się uśmiechnął. Ostatnio robił 

to coraz częściej i nawet nieźle mu szło. Stopniowo zaczynała się do tego przyzwyczajać. 

- Co jeszcze? 

- Poznałam cię na przyjęciu. Przez wspólnych przyjaciół. Zaproponowałam, Ŝe pokaŜę 

ci Londyn. 

- Wzięliśmy ślub w małym wiejskim kościółku. W hrabstwie Yorkshire? 

-  Nie,  lepiej  w  Stanach.  Ktoś  na  tej  herbatce  moŜe  pochodzić z  Yorkshire  i  spytać  o 

jakichś znajomych z tamtych stron. Wyznam, Ŝe jestem sierotą i oboje pragnęliśmy się pobrać 

w katedrze, do której kiedyś chodziła twoja rodzina... 

- W Filadelfii. 

- Dobrze. Widzisz, jaka to radość od nowa wymyślać swoje Ŝycie? 

- JuŜ nigdy więcej nie powiem prawdy. 

- Jeśli spytają cię o mnie, wyślij ich do źródła. Powiedz: „Celie pewnie wolałaby sama 

opowiedzieć  wam  tę  historię”.  Ja  zrobię  podobnie,  gdyby  ktoś  wypytywał  mnie  o  ciebie.  I 

będziemy uwaŜnie słuchać swoich wersji, Ŝeby nie palnąć jakiegoś głupstwa. 

- Nie ruszę się od twego boku. 

background image

- Nie Ŝałujesz, Ŝe wtedy w ParyŜu nie popatrzyłeś w drugą stronę, co, Norbercie? 

ZauwaŜyła  w  jego  oczach  ciepły  błysk.  Norbert  niewątpliwie  zrozumiał,  Ŝe  ona 

właśnie odkryła przed nim kolejny prawdziwy szczegół ze swojego Ŝycia. 

- Czy ja wiem... Marie St. Germaine była warta zachodu. 

- Ale nie Lesley? 

-  Lesley  przydałaby  się  subskrypcja  na  rocznik  katalogu  z  seksowną  bielizną  firmy 

Victoria's Secret i kilka nasyconych erotyką romansów na nocnej szafce. 

- AleŜ, sir, Lesley byłaby zaszokowana! 

- Najbardziej lubię chyba Celie Sherwood. 

-  Dlaczego?  -  ZbliŜali  się  do  domu  Farnsworthów,  ale  Celestine  pragnęła  usłyszeć 

odpowiedź, zanim wejdą do środka. 

Norbert zaparkował auto pod rozłoŜystym bukiem, gdzie juŜ stało kilka samochodów, 

i zgasił silnik. 

-  PoniewaŜ  od  czasu  do  czasu  Celie  na  moment  przestaje  grać  swoją  rolę  i  staje  się 

sobą, a ja widzę, jaką kobietą jest naprawdę. Wtedy mi się podoba, chociaŜ nadal nie wiem o 

niej prawie nic. 

-  Wiesz  tyle,  ile  trzeba.  -  Celestine  usiłowała  nie  poddać  się  magii  ciepła,  jakim 

emanowały słowa Norberta. 

-  Nie  sądzę.  -  Dotknął  jej  policzka  i  tym  nieoczekiwanym  gestem  zdumiał  tak  samo 

siebie, jak i ją. - Chciałbym poznać Celie Sherwood duŜo lepiej. 

- Powiedziałam ci wszystko, co mogłam. 

- Zobaczymy. - Cofnął rękę i odwrócił się, aby otworzyć drzwiczki. 

A  Celestine  miała  przemoŜną  ochotę  musnąć  palcami  miejsce,  gdzie  przed  chwilą 

spoczywała dłoń Norberta. 

Dom  Farnsworthów  zbudowano  chyba  przed  wiekami.  Był  częściowo  drewniany, 

dość duŜy i stał z boku wąskiej, polnej drogi z iglastymi, wiecznie zielonymi krzaczkami po 

obu  stronach.  Poszli  wybrukowanym  cegłą  podjazdem  do  głównego  wejścia,  gdzie  na 

zadbanym klombie rosły piękne, białe chryzantemy. 

Norbert  uniósł  metalową  kołatkę  w  kształcie  podkowy  i  stuknął  nią  o  drzwi  na  tyle 

wąskie, aby stanowiły przeszkodę trudną do pokonania przez hordy dzikusów, którzy kiedyś 

najeŜdŜali tę część angielskiego wybrzeŜa. 

-  Jesteście  punktualni.  Cecha  godna  podziwu,  zwłaszcza  u  Amerykanów,  którzy 

prawie zawsze się spóźniają - powitała ich Marian. Dzisiaj miała na sobie identyczny sweter i 

spódnicę,  co  wczoraj,  tylko  w  szarym  kolorze.  -  Ale  pan  moŜe  się  zmienił  na  lepsze  pod 

background image

wpływem  Ŝony  -  Angielki.  Bo  jest  pani  z  Anglii,  prawda?  Jakoś  nie  zdołałam  umiejscowić 

pani  akcentu,  choć  zazwyczaj  umiem  na  tej  podstawie  co  do  kilometra  ustalić  miejsce 

czyjegoś pochodzenia. 

-  Och,  mój  akcent  rzeczywiście  moŜe  być  nieco  mylący  -  przyznała  Celestine.  -  W 

dzieciństwie  często  zmieniałam  miejsce  zamieszkania.  -  Weszła  za  gospodynią  do  niewiel-

kiego holu i poczuła za plecami obecność Norberta. 

- Naprawdę? Gdzie pani mieszkała? 

- W Sussex i w Oxfordshire. A takŜe w Kornwalii. Na krótko wyjechaliśmy równieŜ 

do Pakistanu i do Jukonu. Tego wymagała praca taty, więc Ŝycie nigdy nie było nudne. 

- I chyba nie będzie u boku tego młodego człowieka. Amerykanie lubią urozmaicenie i 

nigdy  nie  przychodzą  o  czasie.  Jedno  ma  chyba  coś  wspólnego  z  drugim.  -  Marian  gestem 

zaprosiła ich do salonu. - Zaraz poznacie wszystkich. Bardzo się cieszymy, Ŝe zgodziliście się 

przyjść. 

Marian poszła przodem, a Norbert przytrzymał Celie za łokieć. 

- Jukon? - spytał przyciszonym tonem. 

- Zawsze marzyłam o udziale w wyścigu psich zaprzęgów. 

- Moja wyobraźnia to zero przy twojej. 

Salon  okazał  się  obszernym,  widnym  pokojem  z  lśniącym,  sosnowym  parkietem  i 

duŜymi oknami ze sfazowanych szybek w metalowych ramkach. Sufitowe belki były bardzo 

grube i ozdobione podobnymi pękami suszonych kwiatów, jakie wisiały w domku Betty. Na 

ogromnym  kominku  płonął  ogień,  a  na  dwupoziomowym  barku  stały  tace  z  kanapkami  i 

pokrojonym  ciastem,  natomiast  na  niskim  stoliku  pyszniła  się  śliczna,  srebrna  zastawa  do 

herbaty oraz filiŜanki z delikatnej porcelany. 

Marian poprowadziła Norberta i Celie wokół pokoju, przedstawiając kilkunastu innym 

gościom,  którzy  gawędzili  w  kilkuosobowych  grupkach.  Kobiet  było  więcej  niŜ  męŜczyzn. 

Marian  z  dumą  pochwaliła  się  dwoma  dziesięcioletnimi  wnuczkami  w  kwiecistych 

sukieneczkach  i  pogłaskała  Śpiącą  Królewnę  zwiniętą  na  kolanach  jednej  z  dziewczynek. 

Następnie podeszła do rysującego coś w kącie cztero - lub pięcioletniego chłopczyka. 

- A to mój wnuczek Edward. Teddy, przywitaj się z państwem James. 

Dziecko  podniosło  głowę  znad  rysunku  i  Celie  natychmiast  zorientowała  się,  Ŝe 

okrągła buzia i charakterystyczne rysy świadczą o zespole Downa. Chłopiec uśmiechnął się i 

pokazał Celie swój rysunek, a ona przykucnęła, aby go obejrzeć. 

- O, wybrałeś śliczne kolory, Teddy - powiedziała. 

- Niebieski to mój ulubiony. 

background image

- Fioletowy... - Dzieciak uśmiechnął się jeszcze radośniej. 

-  Tak,  fioletowy  teŜ  lubię.  Spójrz...  -  Dotknęła  palcem  fiołka  na  swojej  sukni.  - 

Widzisz? Te kwiatuszki teŜ są fioletowe. 

- Cześć, Teddy. - Norbert kucnął obok nich. 

-  Cześć.  -  Teddy  równieŜ  i  jego  obdarzył  serdecznym  uśmiechem,  a  następnie  rzucił 

się Norbertowi na szyję. 

-  Hej,  chłopie.  Gdzie  się  wybierasz?  -  Norbert  chwycił  malca  w  ramiona  i  wstał, 

trzymając go na rękach. 

- Jego ojciec często wyjeŜdŜa słuŜbowo i Teddy ma trochę dosyć wielu kobiet wokół 

siebie - wyjaśniła Marian. 

-  Obawiam  się,  Ŝe  bywa  męczący,  gdy  ma  okazję  przebywać  w  towarzystwie 

męŜczyzny. 

Celie obserwowała reakcję Norberta. Najwyraźniej wcale nie miał chłopcu za złe jego 

zainteresowania swoją osobą. Przeciwnie, był chyba oczarowany Teddym. Nie zaprotestował 

nawet wówczas, gdy głaszczący go po twarzy maluch prawie wsadził mu palce do oka. 

- Chyba lubi pan dzieci, panie James, prawda? - spytała Marian. 

- Bardzo. 

-  To  zawsze  dobry  znak  -  stwierdziła  Marian,  zwracając  się  do  Celie.  -  MęŜczyzna, 

który lubi dzieci, zanim urodzą mu się jego własne, będzie wspaniałym ojcem. 

Celie zauwaŜyła, Ŝe słowa Marian wywarły na Norbercie silne wraŜenie. 

- Nie wystarczy lubić dzieci, Ŝeby być dobrym ojcem. 

- Głos Norberta zabrzmiał dziwnie głucho. 

- Oczywiście - zgodziła się gospodyni. - Ale to niezły początek. A pan ma zadatki na 

ś

wietnego  tatę.  To  oczywiste.  -  Marian  wyciągnęła  ręce  do  wnuczka.  -  Chodź,  Teddy.  Nie 

męcz pana Jamesa. 

- Niech zostanie ze mną, jeśli chce. - Norbert nie wypuścił dziecka z objęć. 

-  Doskonale.  Będzie  pan  więc musiał  jedną ręką  trzymać  jego, a  w drugiej filiŜankę. 

Zgadza się, Teddy? 

Celestine  była  zafascynowana wyrazem  twarzy  Norberta.  Wielu dorosłych  męŜczyzn 

uznałoby  dziecko  z  zespołem  Downa  za  co  najmniej  degustujące.  Lecz  Norbert  był 

zachwycony tym chłopczykiem. 

Celestine  zwróciła  teŜ  uwagę  na  coś  innego.  Norbert  z  przyjemnością  tulił  malca  do 

siebie,  lecz  jednocześnie  chyba  sprawiało  mu  to  ból.  Jakby  obecność  Teddy'ego  obudziła 

jakieś przykre wspomnienia. CzyŜby o innym dziecku? 

background image

-  Dobrze  sobie  z  nim  radzisz  -  stwierdziła  Celie, gdy  Marian  odeszła, aby  rozpocząć 

rytuał nalewania herbaty. - Jakbyś miał praktykę. 

- Zdarzyło mi się trzymać dzieci na rękach. 

- Masz dzieci? 

Teddy właśnie zajął się jego jedwabnym, niewątpliwie kosztownym krawatem. Zaczął 

miętosić go w rączce, lecz Norbert wcale się tym nie przejął. 

- Nie. 

- CóŜ, Marian chyba miała rację. Nadajesz się na tatusia. Kilka pań podeszło do nich i 

zaprosiło na poczęstunek. 

Przez  następną  godzinę  ze  smakiem  pałaszowali  maleńkie  kanapeczki  z  ciemnego 

chleba wypieku Marian oraz aromatyczny keks, równieŜ domowej roboty. 

Zgodnie z przewidywaniami Norberta posypały się pytania, lecz na ogół nie dotyczyły 

one spraw szczególnie  osobistych.  Widocznie nie wszyscy  mieszkańcy  Trillingden byli tacy 

bezpośredni  jak  Marian  lub  tacy  pewni,  Ŝe  są  uprawnieni  do  poznania  kaŜdego  szczegółu  z 

Ŝ

ycia nowych sąsiadów. Tylko jeden z gości interesował się nimi z zastanawiającym uporem i 

skupił uwagę na Celie. 

MęŜczyzna, którego nazwiska nie zapamiętała, został jej przedstawiony przez Marian. 

Przyszedł  dosyć  późno  i  miał  niemiły  zwyczaj  stopniowego  przysuwania  się  do  swojego 

rozmówcy. A poniewaŜ towarzyszył Celie juŜ od kilku minut, więc stał irytująco blisko. Poza 

tym mówił chrapliwym głosem i zdecydowanie za głośno. 

- Powiedziała pani w Oxfordshire? A dokładnie gdzie? Mam tam rodzinę. 

-  Och,  mieszkaliśmy  tam  strasznie  dawno  temu.  -  Celie  zaczęła  się  zastanawiać, 

dlaczego ten osobnik tak ją indaguje. - O ile pamiętam, w okolicy Woodstock. Ale nie jestem 

pewna, bo byłam wtedy małą dziewczynką. 

-  Wspomniała  pani  jeszcze  o  Kornwalii,  nieprawdaŜ?  Celie  postanowiła  przejąć 

inicjatywę, coraz bardziej rozstrojona tymi pytaniami. Nie znała ani nazwiska męŜczyzny, ani 

nie  wiedziała,  czym  on  się  zajmuje.  Na  pozór  wyglądał  niegroźnie  -  zbliŜał  się  do 

pięćdziesiątki, był średniego wzrostu i przeciętnej wagi, miał kasztanowe włosy i piwne oczy. 

A  takŜe  silny  tik,  który  sprawiał  wraŜenie  porozumiewawczego  mrugania  i  zmieniał  wyraz 

twarzy, co utrudniało interpretację tego wyrazu. 

- Przepraszam, ale nie przypominam sobie pańskiego nazwiska - powiedziała Celie. 

- Dougie. Dougie Ferguson. 

- Ach tak, rzeczywiście. Mieszka pan na pobliskiej farmie? 

background image

- Och nie, droga pani. Ja teŜ jestem tu nowy. Niedawno kupiłem miejscowy pub „Pod 

lwem i owieczką”. MoŜe wpadną państwo na piwo? 

- Z przyjemnością. 

-  A  wracając  do  tematu...  -  Pan  Ferguson  nie  dawał  za  wygraną.  -  W  której  części 

Kornwalii pani rezydowała? 

- Tam teŜ ma pan rodzinę? 

- Nie, ale znam tamte strony. Sporo kręciłem się po świecie. 

- Zawsze prowadził pan pub, panie Ferguson? 

-  Wystarczy  Dougie,  dobrze?  A  co  do  pytania...  nie,  pub  to  dla  mnie  coś  nowego. 

Robiłem juŜ róŜne rzeczy. 

MęŜczyzna  znów  mrugnął  i  tym  razem  Celie  nie  uznała  tego  za  tik.  Jej  dłonie  nagle 

stały  się  lodowate,  a  oddychanie  przychodziło  jej  z  trudem.  Jakie  rzeczy  robił  Dougie 

Ferguson?  Dlaczego  tak  bardzo  interesował  się  jej  Ŝyciem?  MoŜe  tylko  prowadził  uprzejmą 

pogawędkę?  Celie  wmawiała  sobie,  Ŝe  nikt  nie  zdołałby  tak  szybko  trafić  na  jej  ślad  ani 

wprosić  się  na  herbatkę  do  szacownych  mieszkańców  Trillingden.  Nie  wydawało  się  teŜ 

moŜliwe, aby ktoś stąd zgodził się dokonać zabójstwa na zlecenie. 

Celie  bezwiednie  westchnęła.  Usilnie  pragnęła  wierzyć,  Ŝe  przesadza  ze  swoją 

podejrzliwością. 

Ale  z  drugiej  strony...  przecieŜ  nadal  Ŝyła  tylko  dlatego,  Ŝe  nauczyła  się  nie  ufać 

pozorom. 

- Wolno spytać, co takiego pan robił? - Była dumna z tonu swojego głosu. Zabrzmiał 

imponująco spokojnie i chłodno. 

-  Och,  parę  rzeczy,  którymi  wolę  się  nie  chwalić,  i  parę  całkiem  przyzwoitych.  Ale 

prowadzenie pubu odpowiada mi najbardziej. Ludzie, którzy tam się przewijają, budzą moje 

zainteresowanie, jeśli pani się domyśla, o co mi chodzi. 

Celie  obawiała  się,  Ŝe  doskonale  wie,  co  Dougie  chciał  wyrazić.  I  juŜ  zaczęła  się 

zastanawiać, czy ktoś z gości pubu złoŜył jej właścicielowi propozycję nie do odrzucenia. 

Nie, to czysty nonsens. Absolutnie niemoŜliwe. 

Albo... kolejna pułapka z długiej serii zastawianych na Celestine St. Gervais. 

- śyczę powodzenia. - Celie znów pogratulowała sobie w duchu opanowania. - MoŜe 

znajdzie pan w Trillingden to, czego pan szukał, i juŜ pan tutaj zostanie. 

- O, z pewnością juŜ znalazłem to coś. 

background image

Równie  dobrze  mógł  powiedzieć  „tego  kogoś”,  pomyślała  Celestine.  Nie  zdąŜyła 

zareagować, poniewaŜ podeszła do nich Jane, miła pani w średnim wieku. Była niska, miała 

nogi grube w kostkach i pantofle na płaskich obcasach. 

- Mogę wziąć filiŜankę, pani James? 

-  Proszę.  -  Celie  wręczyła  jej  filiŜankę,  mimo zdenerwowania usiłując  zdobyć się na 

sympatyczny uśmiech. 

Dougie Ferguson wciąŜ świdrował ją wzrokiem. - Jane, chyba chciała mi pani pokazać 

ogród Marian, prawda? 

- Bardzo chętnie. - Jane ucieszyła się, Ŝe Celie pamięta o jej wcześniejszej sugestii. - 

Idziemy? 

- Zechce pan nam wybaczyć? - Celie spojrzała na Fergusona. 

- Oczywiście. Na pewno wkrótce znów się spotkamy. 

Celie  podejrzewała,  Ŝe  jej  serce  łomocze  w  maksymalnym  tempie.  W  głębi  pokoju 

zobaczyła  Norberta  z  Teddym,  który  radośnie  obejmował  go  za  nogi.  Pragnęła  podbiec  do 

Norberta,  paść  mu  w  ramiona  i  podzielić  się  z nim swoimi  podejrzeniami.  Ale jemu  teŜ nie 

mogła ufać. 

Nie mogła ufać nikomu. 

Poszła za Jane, nie zwracając uwagi na to, gdzie idą. Gdy wyszły na zewnątrz, poczuła 

na  policzkach  cudownie  chłodne  powietrze  i  z  ulgą  wzięła  głęboki  oddech,  po  czym 

dyskretnie zerknęła przez ramię. Fergusona nie było w zasięgu wzroku. 

-  Marian  hoduje  najpiękniejsze  róŜe  w  Kent.  -  Jane  poszła  przodem  krótką  dróŜką.  - 

Niektóre  krzaki  są  równie  stare  jak  dom.  Poza  tym  chętnie  rozdaje  zaszczepki,  lecz  skoro 

przenosicie się do Ameryki, to raczej nie będziecie mogli ich tam wwieźć. O ile wiem, nie jest 

to dozwolone. 

- Jane, zna pani dobrze Dougiego? 

- Raczej nie. 

- Wydaje się miły... 

- Chyba tak, ale dziwak z niego, prawda? Tyle, Ŝe nieszkodliwy. I dobrze sobie radzi 

w  tym  pubie.  Doprowadził  go  do  porządku,  zatrudnił  kucharkę.  Nawet  zastanawialiśmy  się, 

skąd ma fundusze na wprowadzanie tylu zmian, ale... to nie nasza sprawa. W sumie cieszymy 

się, Ŝe lokal prosperuje. 

-  Douggie  powiedział  mi  coś...  zastanawiającego...  Ŝe  robił  rzeczy,  którymi  wolałby 

się nie chwalić... 

- CóŜ, pewnie kaŜdy z nas ma coś takiego na sumieniu. 

background image

- Ale o tym nie mówimy, prawda? 

-  Doug  chyba  na  ogół  plecie  bez  zastanowienia.  Ma  troszkę  nierówno  pod  sufitem, 

jeśli wie pani, o co mi chodzi. Podobno kilka lat temu został ranny podczas jakiegoś napadu 

rabunkowego.  Dostał  kulkę  i  niektóre  skutki  okazały  się  nieodwracalne.  Ale  umie  o  siebie 

zadbać. 

Celestine  w  milczeniu  analizowała  te  słowa.  Jak  dalece  Dougie  umie  troszczyć  się  o 

siebie?  Czy  chciałby  Ŝyć  na  wyŜszej  stopie?  Czy  wydał  zbyt  duŜo  na  odnawianie  pubu  i 

potrzebuje  gotówki,  więc  ochoczo  przyjął  zlecenie  dotyczące  uciekającej  Amerykanki?  A 

jeśli zagalopowała się w swoich domysłach? 

Jak wygląda prawda? 

- Dobrze się pani czuje? - z troską w głosie spytała Jane. 

-  AleŜ  tak,  dziękuję.  -  Celie  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  niewidzącym  wzrokiem 

spogląda w przestrzeń. - Tylko troszkę kręci mi się w głowie. 

- MoŜe lepiej wróćmy do środka? 

-  Nie.  -  Nie  nadawała  się  do  kolejnej  rundy  z  Dougiem  Fergusonem.  Postrzał? 

Rabunkowy napad? Jaką rolę odegrał w nim Dougie? Znów miała przemoŜną ochotę zaalar-

mować Norberta. I znów powtórzyła w myśli, Ŝe nie moŜe mu ufać. PrzecieŜ śledził ją jeszcze 

w ParyŜu. 

Lecz czy człowiek, który tak czule trzyma w ramionach dziecko, mógł być mordercą? 

Lub jego wspólnikiem? W końcu uratował ją z rąk Bobby'ego, ukrył i wywiózł w bezpieczne 

miejsce.  Ale...  czy  na  pewno  bezpieczne?  MoŜe  tylko  usiłował  zyskać  jej  zaufanie?  Z 

powodów,  których  na  razie  nie  rozumiała.  Czy  zwróci  się  przeciwko  niej,  gdy  uzna  to  za 

stosowne? 

- Mam zawołać pani męŜa? 

- Nie, nie chcę go niepokoić. Chyba tylko potrzebuję trochę świeŜego powietrza. Sądzi 

pani, Ŝe Marian mi wybaczy, jeśli juŜ pójdę do domu? 

- Oczywiście, Ŝe tak. Zawiozę panią. 

- Dziękuję, ale wolę się przejść. To mi dobrze zrobi. 

- Na pewno, moja droga? Skoro kręci się pani w głowie... 

-  Och,  juŜ  mi  lepiej.  Przespaceruję  się  polami.  Ale  proszę  na  razie  nie  mówić 

Norbertowi, Ŝe poszłam. Po co ma się martwić. 

- Dobrze - bez przekonania zgodziła się Jane i na moment połoŜyła dłoń na ręce Celie. 

- Ale proszę po drodze odpoczywać. Nie ma sensu zemdleć pośród pszenicy. 

- Obiecuję uwaŜać. Zawsze jestem ostroŜna. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

W  stronę  domku  Betty  prowadziła  ścieŜka,  pochodząca  zapewne  jeszcze  z  czasów, 

gdy  wieśniacy  wędrowali  piechotą.  Podobne  dróŜki  krzyŜowały  się  na  całej  angielskiej 

prowincji,  a  właściciele  ziemscy  utrzymywali  je  w  dobrym  stanie.  Ta  wiła  się  w  kierunku 

zachodnim i idąc nią, naleŜało przejść przez lasek. 

Celestine  w  ciągu  kilku  minut  zostawiła  dom  Marian  za  sobą  i  weszła  między  pola 

wysokiej pszenicy, idąc tak szybko, Ŝe jej serce biło w rytmie kroków. 

Ale juŜ wkrótce stwierdziła, Ŝe palnęła wielkie głupstwo. Jeszcze nie zdołała odzyskać 

sił. Okłamała Jane, mówiąc o zawrocie głowy, ale teraz rzeczywiście miała wraŜenie, Ŝe świat 

zaczął  wokół  niej  wirować.  Zwolniła  więc,  uwaŜnie  nadsłuchując,  ale  nikt  jej  nie  gonił. 

Jedynym dźwiękiem był tylko łagodny szum poruszanych wiatrem łanów zboŜa. 

Celestine znów zaczęła bić się z myślami. Czy rzeczywiście powinna uciekać? MoŜe 

Dougie  Ferguson  to  tylko  zwyczajny  człowiek,  który  niezbyt  zręcznie  prowadził  zwyczajną 

rozmowę? Był trochę nachalny i ciekawski, a mając złe zamiary chyba nie zachowywałby się 

w  ten  sposób.  Raczej  starałby  się  wtopić  w  tło,  aby  nie  zwracać  uwagi  swojej  potencjalnej 

ofiary. 

MoŜe jednak chciał w ten sposób potwierdzić, Ŝe istotnie ma do czynienia z Celestine 

St.  Gervais?  śe  znalazł  właściwą  osobę?  MoŜe  prześladowcy  dotarli  za  nią  i  Norbertem  aŜ 

tutaj i juŜ szykowali się do zadania ostatecznego ciosu? 

Celie nie miała pojęcia, co robić i dokąd się udać. Norbert wkrótce zacznie jej szukać. 

Gdyby wróciła do domku, on zaraz by ją tam znalazł. 

BoŜe,  właśnie  tego  chciała.  Najbardziej  pragnęła  pomocy  Norberta,  jego  kojącej 

obecności. Podejrzewała, Ŝe skrywa on jakieś tajemnice, lecz prawdopodobnie nie miały one 

Ŝ

adnego  związku  z  nią.  Ale  nie  była  tego  pewna.  PrzecieŜ  ruszył  jej  śladem  juŜ  w  ParyŜu. 

Dotarł aŜ do punktu naprawczego na New Row... 

I zostawił Bobby'ego w spokoju... 

Wzięła głęboki oddech, usiłując zapanować nad swoimi myślami. Owszem, całą duszą 

pragnęła zaufać Norbertowi, uwierzyć w jego logiczne wyjaśnienia, ale nie mogła sobie na to 

pozwolić. Musiała więc jakoś dotrzeć  do Canterbury, zadzwonić do Whita i dowiedzieć się, 

jak  przekaŜe  jej  pieniądze.  Pod  osłoną  ciemności  mogła  teŜ  udać  się  do  miejscowego 

proboszcza,  powiedzieć  mu,  Ŝe  jej  Ŝycie  jest  w  niebezpieczeństwie,  podać  kilka  mało  istot-

nych,  lecz  prawdziwych  informacji  i  błagać  o  pomoc.  A  znalazłszy  się  w  Canterbury, 

background image

zrealizowałaby przekaz i znów by znikła. Mogła liczyć na swoje kontakty, znała ludzi, którzy 

trudnili się podrabianiem dokumentów, więc juŜ wkrótce zaczęłaby wszystko od nowa. 

Ale nie chciała tego. 

Coś  zbyt  podobnego  do  łez  zapiekło  ją  w  oczy.  Uciekała  juŜ  tyle  razy.  Znała 

zagroŜenia i  obawy.  Przywykła  do  nich. A  samotność  traktowała jak  coś oczywistego.  Lecz 

po raz pierwszy od lat miała dojmujące poczucie straty. JuŜ zaczęła ufać Norbertowi. Zaczęła 

go lubić. A na dodatek między nią a Norbertem pojawiły się jakieś trudne do sprecyzowania, 

lecz niebezpieczne emocje, które przypomniały jej, Ŝe jest kobietą. 

Po prostu kobietą. Nie tylko kobietą, która bezustannie ucieka, aby zachować Ŝycie. 

Usiłowała  się  zastanowić,  gdzie  mogłaby się  ukryć,  zanim będzie  mogła  bezpiecznie 

iść do Trillingden. Znała kierunek i wiedziała, Ŝe powinna unikać sąsiedztwa pubu „Pod lwem 

i  owieczką”.  Gdyby  nie  zastała  pastora  w  domu,  poszłaby  dalej.  W  tych  stronach  nie 

brakowało kościołów. Na pewno w końcu ktoś by jej pomógł. 

Oparła  się  o  pień  przydroŜnego  drzewa  i  przez  chwilę  odpoczywała.  UwaŜnie 

wsłuchała  się  we  wszelkie  odgłosy  i,  uspokojona  ciszą,  zamknęła  oczy.  Znów  pomyślała  o 

Norbercie,  o  tym,  jak  delikatnie  zmienił  jej  opatrunek.  W  parę  minut  mogłaby  dotrzeć  do 

domku i powiedzieć Norbertowi o swoich podejrzeniach wobec Dougiego. A Norbert z pew-

nością coś by wymyślił. 

Mogła  teŜ  rozpłynąć  się  we  mgle  i  ukryć  się  w  jakiejś  mysiej  dziurze,  dopóki  nie 

nadejdzie  pora  powrotu  do  rezydencji  Haven  House,  aby  zgodnie  z  prawem  objąć  ją  w 

posiadanie. 

Po krótkim namyśle ruszyła w stronę strumienia, zostawiając domek za sobą. 

-  Poszła  do  domu?!  -  Norbertowi  nie  udało  się  ukryć  zdenerwowania,  wiedział,  Ŝe 

Jane wolałaby w tej chwili znajdować się z dala od niego. 

- Tak. Nie czuła się najlepiej i chciała odetchnąć świeŜym powietrzem. Prosiła, Ŝebym 

od  razu  pana  nie  alarmowała.  Przykro  mi,  ale  musiałam  z  tym  poczekać,  skoro  obiecałam, 

prawda? 

Norbert tylko skinął głową, poniewaŜ był zbyt zdenerwowany, aby mówić. Celie znów 

odeszła. Nawet nie wziął tego pod uwagę. Co innego dziś rano, niemal się spodziewał, Ŝe po 

powrocie ze spaceru juŜ jej nie zastanie. 

I zdziwił się, bo nigdzie nie umknęła. To uśpiło jego czujność. 

-  MoŜe  powinien  pan  jej  poszukać?  -  zasugerowała  Jane.  -  Pani  James  była  taka 

bledziutka. 

background image

-  Tak,  zaraz  pójdę.  -  Norbert  poszukał  wzrokiem  gospodyni.  Niektórzy  goście  juŜ 

wyszli,  a  kilka  osób  oglądało  albumy  z  rodzinnymi  fotografiami.  Królewna  ŚnieŜka  została 

zdetronizowana i teraz na kolanach jednej z dziewczynek smacznie spał Teddy. 

- Obawiam się, Ŝe Celie juŜ wyszła - powiedział Norbert, odnalazłszy Marian w holu. 

-  Przepraszam,  Ŝe  bez  poŜegnania,  ale  podobno  nie  czuła  się  dobrze  i  chciała  łyknąć  trochę 

powietrza. 

- Biedactwo. Oczywiście rozumiem. Zresztą zauwaŜyłam, Ŝe rozmawiając z Dougiem 

była na buzi biała jak moje chryzantemy. 

- Z Dougiem? 

- To nowy właściciel miejscowego pubu. 

- Jeszcze tu jest? 

- Nie, wyszedł jako jeden z pierwszych. 

- Mieszka tu od dawna? 

-  SkądŜe.  W  tej  okolicy  „dawno”  oznacza  kilka  stuleci  wstecz.  Dougie  dopiero  co 

przyjechał z Londynu. Dziwny jegomość, lecz chyba poczciwina. 

- Na pewno. - Norbert właśnie tego wcale nie był pewien. CzyŜby Celie uciekła stąd z 

powodu owego Dougiego? Przestraszyła się go? 

A moŜe nadal bała się jego, Norberta? 

Pospiesznie  się  poŜegnał  i wyszedł. Nie znalazł jej ani  w  samochodzie, ani  w domu. 

Obszedł  go  dookoła,  wołając  Celie  po  imieniu  i  na  moment  wszedł  do  środka.  Wziął  jej 

płaszcz  oraz  latarkę,  na  wypadek,  gdyby  musiał  kontynuować  poszukiwania  po  zapadnięciu 

zmroku, zamknął za sobą drzwi na klucz i ruszył w kierunku domu Farnsworthów. 

Dokąd  udała  się  Celie?  Norbert  podejrzewał,  Ŝe  zawsze  miała  w  zanadrzu  jakiś  plan 

ucieczki.  Jeśli  mówiąc  o  sobie,  powiedziała  choć  trochę  prawdy,  to  postrzegała  Ŝycie  jako 

wielkie  pole  minowe.  Musiała  bezustannie  być  czujna,  poniewaŜ  kaŜde  zaniedbanie  mogła 

przepłacić własnym Ŝyciem. 

Takie  podejście  oznaczało,  Ŝe  czasem  popełniała  błędy.  Brała  Bogu  ducha  winnych 

ludzi  za  zabójców.  Niewinne  w  treści  pogawędki  uwaŜała  za  pełne  ukrytych  gróźb.  Nie 

wiedziała, kto usiłuje ją zabić, więc sądziła, Ŝe potencjalnym mordercą moŜe być kaŜdy, kto 

się do niej zbliŜył. 

Norbert  usiłował  sobie  przypomnieć,  czy  zauwaŜył  u  Marian  coś  szczególnego. 

Początkowo on i Celie trzymali się razem, lecz później, gdy juŜ zaspokoili ciekawość gości na 

swój temat, zaczęli krąŜyć wśród nich oddzielnie. On na prośbę Marian porozmawiał z jakimś 

background image

staruszkiem, Celie swobodnie gawędziła z jej wnuczkami. Uśmiechała się do nich i parę razy 

pogłaskała Śpiącą Królewnę. 

Czy widział Celie w towarzystwie męŜczyzny? Chyba nie. Dlaczego, u licha, bardziej 

na nią nie uwaŜał? 

Na  dworze  robiło  się  coraz  chłodniej,  więc  przyspieszył  kroku,  lecz  co  chwilę 

przystawał,  aby  przesunąć  spojrzeniem  po  okolicy,  wypatrując  jakiegoś  ruchu.  Jeśli  Celie 

rzeczywiście uciekała, to na pewno nie zostanie długo na otwartej przestrzeni, tylko poszuka 

schronienia między drzewami. Ale w którą stronę się udała? 

Pytała o Canterbury, więc moŜe zmierza właśnie  tam? ChociaŜ, znając Celie, równie 

dobrze  mogła  celowo  wprowadzić  go  w  błąd,  aby  potem udać  się  z  powrotem do  Londynu. 

Autostopem lub poprosiwszy o podwiezienie kogoś poznanego na herbatce u Marian. 

- Niech cię diabli, Celie. 

Norbert trochę zwolnił. Czy nie lepiej zrezygnować z szukania? Uczynił wszystko, co 

w jego mocy, aby zyskać zaufanie Celie, a mimo to ona przy pierwszej nadarzającej się okazji 

znów uciekła. Celie Sherwood - która wcale nią nie była - to przecieŜ nie jego problem. Skoro 

zrezygnowała z jego pomocy, to niech teraz sama sobie radzi. 

Omal  nie  odwrócił  się,  aby  wracać.  Ale  w  jego  uszach  wciąŜ  pobrzmiewały  słowa 

Marian.  „ZauwaŜyłam,  Ŝe  rozmawiając  z  Dougiem,  była  na  buzi  biała  jak  moje  chryzan-

temy”. 

Czy  Celie  znów  znalazła  się  w  niebezpieczeństwie?  Czy  potrzebowała  pomocy,  lecz 

obawiała się o nią poprosić? 

Do licha, nie mógł zostawić jej na pastwę losu. Nie teraz. 

Powziął  decyzję  i  skierował  się  w  stronę  potoku.  Na  miejscu  Celie  szedłby  wzdłuŜ 

niego, aby dotrzeć do wsi. 

A  tam  zmyśliłby  jakąś  wzruszająca  historyjkę  i  opowiedział  ją  komuś  godnemu 

zaufania, człowiekowi szanowanemu, błagając go o podwiezienie do Canterbury. 

Ciekawe, jak daleko zdołała się oddalić. Jeszcze nie odzyskała sił, a poza tym  chyba 

wolałaby poczekać na zapadnięcie zmroku, aby trudniej ją było zauwaŜyć. MoŜe więc uda się 

ją dogonić. 

Norbert  wmawiał  sobie,  Ŝe  uczyniłby  to  dla  kaŜdego  człowieka  w  kłopotach.  Nie 

zostawiłby bez  pomocy  kogoś potrzebującego ratunku. A  Ŝe pomagał  akurat  Celie? No cóŜ, 

tak  się  złoŜyło...  Była  dla  niego  tylko  kobietą  w  niebezpieczeństwie.  Nie  budziła  w  nim 

Ŝ

adnych szczególnych uczuć. Jasne, Ŝe nie. 

background image

Ale  jakiś  wewnętrzny  głos  odpowiedział,  Ŝe  Norbert  Colter  staje  się  równie  dobrym 

kłamczuchem, jak kobieta, która nazywała siebie Celie Sherwood. 

Celie  nie  wiedziała,  ile  czasu  minęło.  Szła  teraz  w  cieniu,  a  słońce  prawie  znikło  za 

horyzontem  i  zrobiło  się  jej  zimno.  Ale  nie  mogła  nic  na  to  poradzić.  Jej  płaszcz  został  w 

domku; ten płaszcz, kupiony przez Jerry'ego, który opatrzył ją tak troskliwie, chociaŜ była dla 

niego całkiem obca. A Betty ją nakarmiła i dbała o nią jak o własną córkę. 

Zaś Norbert... 

Oparła się o drzewo, Ŝałując, Ŝe ma na sobie biały strój. Ten kolor zanadto rzucał się 

w  oczy.  Ciekawe,  czy  Norbert  będzie  jej  szukał.  MoŜe  raczej  spisze  ją  na  straty,  spakuje 

swoje rzeczy do małego auta i spokojnie wróci do wygodnych pieleszy domu w Kensington. 

PrzecieŜ  nie  miał  wobec  niej  Ŝadnych  zobowiązań.  Jeśli  istotnie  tylko  przez  przypadek 

wkroczył  w  jej  Ŝycie,  to  pewnie  ucieszy  się  z  jej  zniknięcia.  Nie  będzie  dłuŜej  musiał 

przejmować  się  sprawami  jej  bezpieczeństwa.  Zajmie  się  obowiązkami  zawodowymi  i 

zapomni o kobiecie, której tak delikatnie zmieniał opatrunek. 

Spojrzała  na  płynący  parę  metrów  niŜej  strumień.  Wczoraj  Norbert  wbrew  jej  woli 

wziął  ją  za  rękę  i  sprowadził  na  dół,  gdzie  poczęstowała  go  kolejnymi  kłamstwami.  Ale 

dzisiaj  nikt  jej  nie  pomoŜe.  Wolałaby  iść  wzdłuŜ  potoku,  obawiała  się  jednak,  Ŝe  później 

moŜe nie mieć siły wdrapać się z powrotem na górę. Musiała więc podąŜać wierzchem skarpy 

i pocieszać się nadzieją, Ŝe nie zostanie zauwaŜona. 

Po  przejściu  dwustu  metrów  znów  przystanęła,  aby  odpocząć.  Las  był  tutaj  bardzo 

gęsty, a strumień prawie całkiem niknął za rozłoŜystymi dębami i bukami. Bezsilnie osunęła 

się  na  ziemię  pod  jednym  z  drzew  i  przymknęła  powieki,  słuchając  świergotania  ptaków. 

Tutaj śpiewały inaczej niŜ te z Południowej Karoliny. Tam kaŜdego lata powietrze wypełniały 

słodkie  trele  drozdów,  pomieszane  z  rechotem  Ŝab,  a  na  granatowym,  wieczornym  niebie 

lśniły niezliczone gwiazdy i maleńkie, tańczące świetliki. 

BoŜe,  aleŜ  chciała  wrócić  do  domu!  Pragnęła  tego  tak  rozpaczliwie,  Ŝe  niemal  była 

skłonna  zaryzykować.  JuŜ  wkrótce  miała  skończyć  dwadzieścia  pięć  lat,  ale  te  ostatnie  dni 

mogły  się  okazać  śmiertelnie  niebezpieczne,  dopóki  Whit  w  jakiś  magiczny  sposób  nie 

załatwiłby  formalności.  Mimo  to  prawie  się  poddała,  straszliwie  znuŜona  tym  kilkuletnim 

uciekaniem.  JuŜ  nie  ufała  swojej  intuicji.  Zawierzyła  Bobby'emu,  a  on  usiłował  ją  zabić. 

Teraz zaś wymknęła się spod kurateli Norberta... 

Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem pomagał jej się ubrać. Poczuła wtedy coś 

bardzo zbliŜonego do poŜądania. A w nocy przyśniło się jej, Ŝe Norbert leŜy tuŜ obok, zaś ona 

juŜ się nie boi. Przepełniało ją zupełnie inne uczucie... 

background image

Chyba  zapadła  w  drzemkę,  z  której  wyrwał  ją  głośny  krzyk  jakiegoś  ptaka.  Przez 

chwilę  sądziła,  Ŝe  jest  na  terenie  rodzinnej  posiadłości.  Jako  mała  dziewczynka  często  włó-

czyła się po lasach wokół Haven House, sypiała w gałęziach drzew, zbierała jagody i orzechy. 

Była  dzieckiem  nieustraszonym,  z  rumianymi  policzkami  i  piegami  na  nosie,  zawsze 

zadowolonym - zarówno na dworze, jak i w domu. 

Przeciągnęła się leniwie, otworzyła oczy i ujrzała nad sobą... Dougiego Fergusona! 

-  Co  pani  tutaj  porabia,  pani  James?  Nikt  pani  nie  powiedział,  Ŝe  w  ciemnym  lesie 

czyha wiele niebezpieczeństw? 

Po  raz  drugi  w  ciągu  krótkiej  znajomości  z Celie  Norbert  zorientował  się,  gdzie  ona 

jest,  słysząc  jej  krzyk.  Niestety  dochodził  z  oddali,  widocznie  Celie  pokonała  większą 

odległość, niŜ przypuszczał. 

Zawołał  ją  dwa  razy  po  imieniu,  aby  zasygnalizować,  Ŝe  nadchodzi  i  wpadł  między 

drzewa, pełen obaw o jej bezpieczeństwo. Ale znajdował się daleko od  niej. Na dodatek nie 

mógł  biec  wystarczająco  szybko,  poniewaŜ  w  lesie  rosło  mnóstwo  gęstych  krzaków,  które 

musiał bezustannie odgarniać obu rękami. 

- Celie! Gdzie jesteś? - huknął jeszcze raz. 

- Tutaj! Chyba zemdlała! 

Norbert odwrócił się, słysząc męski głos, i pognał w kierunku strumienia. Przedarł się 

przez  kolczaste  gałęzie  głogu  oraz  splątane  pnącza  i  ujrzał  klęczącego  na  ziemi  Dougiego 

Fergusona. 

- Nie wiem, co jej się stało. Chyba spała, obudziła się, a potem wrzasnęła. 

- Co jej pan zrobił?! - Norbert odepchnął męŜczyznę i upewnił się, Ŝe Celie oddycha. 

- Nic. Kompletnie nic! Zawsze łowię tutaj ryby. To moje ulubione miejsce. Zabrałem 

do Marian wędkę, a po podwieczorku przyszedłem spróbować szczęścia. Najpierw siedziałem 

tam - Dougie machnął ręką w prawo - ale nic nie złapałem, więc postanowiłem przenieść się 

trochę dalej. MoŜe niechcący przestraszyłem pańską Ŝonę, bo nagle wyłoniłem się zza drzew. 

Wiem,  Ŝe  moja  twarz  czasem  budzi  w  kobietach  zgrozę,  ale  nic  nie  mogę  na  to  poradzić. 

Dziesięć  lat  temu  postrzelono  mnie  w  policzek.  Pracowałem  wtedy  w  sklepie  i  zranił  mnie 

rabuś, gdy usiłowałem obronić przed nim kobietę. Dostałem od władz medal za odwagę, a ten 

cholerny tik to skutek poraŜenia nerwu. 

- Gdzie pańska wędka? - Norbert chwycił męŜczyznę za przód koszuli. 

- Tam, oparta o pień. - Dougie wskazał kciukiem za siebie. 

Norbert spojrzał w tamtą stronę i rzeczywiście zobaczył wędkę oraz stojące obok niej 

małe wiaderko. 

background image

-  Naprawdę  nie  chciałem  skrzywdzić  pańskiej  Ŝony.  Rozmawiałem  z  nią  u  Marian. 

Wie, kim jestem. Nie przypuszczałem, Ŝe tak zareaguje. 

Norbert prawie był pewny, Ŝe Dougie mówi prawdę. Biedak wydawał się przeraŜony i 

zmartwiony stanem Celie. 

- W porządku. - Norbert puścił koszulę Dougiego i pozwolił mu się cofnąć. Następnie 

ukląkł  przy  Celie  i  połoŜył  jej  głowę  na  swoich  kolanach.  -  Jak  to  było?  Zwyczajnie 

zemdlała? 

-  Z  krzykiem  poderwała  się  z  ziemi,  odwróciła  się,  jakby  zamierzała  uciec  i  wpadła 

prosto na drzewo. 

- Prawdopodobnie uraziła zraniony bark i straciła przytomność z bólu. 

- Dlaczego włóczyła się  sama po lesie? To niebezpieczne. Ten świat juŜ nie jest taki 

dobry, jak dawniej. Ktoś powinien się nią opiekować. To chyba pana obowiązek, prawda? 

-  Proszę  mi  wierzyć,  Ŝe  niełatwo  mieć  na  oku  taką  niezaleŜną  osóbkę.  -  Norbert 

pogłaskał  Celie  po  trochę  brudnym  policzku. Ona zaś  wydała dźwięk przypominający  ciche 

jęknięcie i otworzyła oczy. 

-  Celie,  jesteś  bezpieczna.  Nie  wrzeszcz,  bo  moje  uszy  chyba  tego  nie  zniosą.  - 

Pomógł jej usiąść i przytulił, zanim zdąŜyła się odsunąć. - Dobrze się czujesz? - ZauwaŜył, Ŝe 

z  przestrachem  spojrzała  na  Dougiego  i  dodał:  -  Pan  Ferguson  łowił  ryby.  Tam  stoi  jego 

wędka i wiaderko. Nie zamierzał cię zabić. 

-  Zabić?!  -  Dougie  sapnął  gniewnie.  -  Co  teŜ  pan  plecie?  Niby  dlaczego  miałaby 

myśleć coś takiego? PrzecieŜ mnie zna. Wie, Ŝe prowadzę pub „Pod lwem i owieczką”. 

-  Jesteś  bezpieczna.  -  Norbert  odwrócił  twarz  Celie  do  siebie  i  mocniej  ją  objął,  ona 

zaś zaczęła cichutko pochlipywać. - Dougie, mógłby pan zostawić nas samych? 

- Jasne. Na dzisiaj chyba mam dosyć łowienia. I wpadnijcie kiedyś do mojego pubu na 

kolację.  Ja  stawiam.  -  Dougie  ruszył  po  swoje  rzeczy.  -  Ale  Ŝeby  podejrzewać  mnie  o  chęć 

zabicia... - MęŜczyzna pokręcił głową. - Raz ryzykowałem Ŝyciem, ratując kobietę... 

- JuŜ dobrze, Celie? - Norbert zaczął łagodnie huśtać ją w ramionach. Przypuszczał, Ŝe 

wpadła w szok. Była silną kobietą, lecz zbyt długo Ŝyła w strachu i dzisiaj coś w niej pękło. 

Znalazła się o krok od utraty zmysłów. 

Norbert znał ten stan ducha. Po śmierci Lynn był w podobnym stanie - dotarł na sam 

skraj przepaści i wiedział, jaka jest głęboka. 

Uspokajająco  gładził  Celie  po  włosach,  mrucząc  jakieś  kojące  słowa.  śadna  kobieta 

nie jest pociągająca, gdy płacze, lecz Celie wyglądała słodko i bezbronnie, a jej pełne łez oczy 

były jeszcze bardziej niebieskie niŜ zwykle. 

background image

-  Uciekłaś  ode  mnie,  prawda?  -  Uniósł  jej  twarz.  -  Dougie  cię  przestraszył,  więc 

zostawiłaś takŜe i mnie? Dlaczego? Nie udowodniłem ci, Ŝe chcę twojego dobra? 

Z  jej  spojrzenia  wyczytał  odpowiedź.  Celie  Sherwood  była  sama  na  świecie,  gdzie 

kaŜdy moŜe okazać się zdrajcą. Ale chciała zaufać Norbertowi Jamesowi. Tak bardzo... 

A on jej pragnął. 

Uświadomił  to  sobie  niemal  z  bólem  serca.  Dawno  temu  poprzysiągł  sobie,  Ŝe  juŜ 

nigdy nie zwiąŜe się emocjonalnie z Ŝadną kobietą. Wiedział, jak to jest stracić kogoś ukocha-

nego. I wolał więcej nie ryzykować. Oczywiście było to podejście tchórza, ale Norbert chyba 

nie przeŜyłby takiego cierpienia, jakie juŜ raz zesłał mu los. A Celie Sherwood była kobietą, 

którą na pewno łatwiej utracić, niŜ zatrzymać przy sobie. 

Norbert  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  lecz  juŜ  nie  miał  wyboru,  poniewaŜ  Celie 

Sherwood stała się dla niego kimś najwaŜniejszym, chociaŜ nie miał pojęcia, kim ona jest, ani 

od  czego  ucieka.  ChociaŜ  go  okłamywała  i  niewątpliwie  zrobi  to  jeszcze  wielokrotnie. 

ChociaŜ podejrzewał, Ŝe pewnie znów go opuści, nie bacząc na wszystko, co dla niej uczynił. 

Byłaby dla niego równie cenna nawet wtedy, gdyby całkiem zwariowała. 

- Pragnę cię, Celie. - Pocałował ją w czoło i przygarnął do siebie. - Pragnę cię i chcę ci 

pomagać. 

- Nie mam nic, co mogłabym ci ofiarować. 

- Pozwól, Ŝe ja to ocenię. 

Jej  wargi  były  miękkie  i  podatne,  gdy  ogarnął  je  ustami,  dłoń  spoczęła  na  jego  szyi, 

jakby  Celie  zamierzała  go  objąć.  Norbert  był  do  głębi  poruszony  zarówno  słodyczą  tej 

bliskości, jak i smutkiem. Obejmował Celie - taką Ŝywą i ciepłą - a moŜe za parę godzin ona 

znów zniknie. 

Pogłębił pocałunek, jakby wbrew własnej woli o coś nim pytał. I odniósł wraŜenie, Ŝe 

Celie  odpowiedziała  „tak”.  Wtedy  odezwały  się  pragnienia,  które  dusił  w  sobie  od  lat. 

Pragnienia  fizycznej  bliskości  oraz  tej  emocjonalnej.  Znów  wydawało  mu  się,  Ŝe  ma  szanse 

na  całkiem  nowe  Ŝycie,  na  szczęście,  które  przed  laty  uznał  za  nierealne.  Zamknął  Celie  w 

ciasnym  uścisku  i  na  moment  zapomniał  o  całym  świecie,  z  wyjątkiem  trzymanej  w 

ramionach kobiety. 

Ona  pierwsza  się  odsunęła,  a  wtedy  ujął  jej  bledziutką  twarz  w  dłonie  i  wyczytał  z 

niebieskich oczu, Ŝe Celie jest tak samo zagubiona jak on. 

- Zabiorę cię do domu, Celie. Musisz odzyskać siły przed kolejną ucieczką. Wiem, Ŝe 

znów uciekniesz. Nie zaprzeczaj. Pozwól mi jednak opiekować się tobą, dopóki nie będziesz 

na tyle zdrowa, aby jakoś dać sobie radę. Niedawno zemdlałaś. Czy to nic ci nie mówi? 

background image

- Co z Dougiem? 

- Groził ci? 

- Nie... 

- Chyba jest nieszkodliwy. MoŜe niewłaściwie zinterpretowałaś to, co mówił. 

- Jane wspomniała, Ŝe został postrzelony podczas napadu... 

-  Wiem.  Ale  nie  był  napastnikiem,  tylko  chciał  ratować  jakąś  kobietę.  Sprawdzę  to, 

jeśli chcesz. Ale moim zdaniem facet powiedział prawdę. 

-  Myślałam,  Ŝe  oni  znów  mnie  znaleźli.  śe  mnie  śledzili  lub  namierzyli  po  mojej 

rozmowie telefonicznej... 

- Po rozmowie? Dzwoniłaś stąd do kogoś, Celie? Ktoś ci pomaga? - Widział, jak z jej 

twarzy znika wyraz bezradności, a pojawia się obojętna maska, będąca fasadą, za którą Celie 

zawsze  się  ukrywała.  -  Rozumiem.  -  Norbert  ze  smutkiem  potrząsnął  głową.  -  Nadal  nie 

chcesz  zdobyć  się  wobec  mnie  na  szczerość,  prawda?  Wiesz,  kto  ci  zagraŜa,  ale  nie 

zamierzasz podzielić się ze mną tą informacją.  I  masz pomocnika, do którego telefonowałaś 

stąd. 

- Nie mogę powiedzieć ci niczego więcej. 

- I pewnie tego nie zrobisz. - Odsunął ją od siebie, wstał i otrzepał spodnie. 

- Nie. 

Pomógł  jej  się  podnieść,  usiłując  wykrzesać  z siebie  choć trochę  gniewu. Chciał być 

zły  na  Celie,  lecz  nic  z  tego  nie  wyszło.  Rozumiał,  Ŝe  w  jej  świecie  błędne  decyzje  mogły 

kosztować Ŝycie. 

- Celie, jestem w stanie ci pomóc, chociaŜ pewnie w to nie wierzysz. Pozwól więc, Ŝe 

najpierw zabiorę cię do domku i trochę o ciebie zadbam. A później nie będę cię zatrzymywał, 

jeśli zechcesz uciec. 

Zamknęła  oczy,  całkiem  zrezygnowana. Norbert rozumiał,  Ŝe  ona  boi  się zostać. Ale 

jeszcze bardziej obawiała się odejść... 

- Dziękuję - szepnęła. 

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Ani za co mu podziękowała. Za to, Ŝe jej szukał? Za 

propozycję  pomocy?  Lub  za  tę  chwilę  intymności?  A  moŜe  za  coś  tak  podstawowego,  jak 

fakt, Ŝe nie okazał się zdrajcą? Przynajmniej na razie. 

- Niedaleko jest ścieŜka. - Kiwnął głową w prawo. 

- Podprowadzę cię do niej, chwilę tam zaczekasz, a ja skoczę po  samochód. Zdołasz 

przejść ten kawałeczek? 

- Miałam zamiar dotrzeć aŜ do Canterbury - odparła z bladym uśmiechem. 

background image

- Mogłaś umrzeć po drodze, Celie. - Objął ją w talii i razem ruszyli przez pole. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Zaczęła  ćwiczyć  ramię,  podnosząc  prawą  ręką  rolkę  papierowego  ręcznika.  Bark 

piekielnie bolał, lecz Celestine nie zamierzała przestać. PołoŜyła rolkę na kuchennym blacie, 

następnie  znów  ją  uniosła,  tym  razem  aŜ  na  wysokość  ramienia  i  z  ręką  wyprostowaną  w 

łokciu. 

- Jak idzie? 

Odwróciła się do drzwi i z nieśmiałym uśmiechem spojrzała na Norberta. Nie słyszała, 

jak wchodził. 

- Dobrze wreszcie nie nosić tego temblaka i robić coś sensownego. 

- Betty mówiła, Ŝebyś nie przesadzała z ruchami. 

-  Wiem.  Wcale  nie  chcę  się  przetrenować.  Ale  musiałam  sprawdzić,  jak  dalece 

zaszkodził mi Bobby. 

- Zdaniem Betty odzyskasz pełną sprawność, lecz powinnaś chodzić na fizykoterapię. 

- To niemoŜliwe. Sama nad sobą popracuję. 

- CóŜ, w twojej sytuacji rzeczywiście nie sposób umawiać się na wizyty. Jesteś raz tu, 

raz tam, nie wiadomo, gdzie będziesz jutro. - Norbert wzruszył ramionami. 

-  Wcale  nie  lubię  uciekać.  -  Oparta  o  blat  patrzyła,  jak  Norbert  sięga  do  lodówki  po 

puszkę z napojem. 

- Ale nie chcesz przyjąć mojej pomocy. 

- Nie moŜesz mi pomóc. 

Otworzył  colę  i  wypił  dwa  łyki.  Po  raz  pierwszy  od  dnia,  gdy  znalazł  Celie  w  lesie, 

poruszył  draŜliwy  temat.  AŜ  do  tej  pory  prawie  ze  sobą  nie  rozmawiali,  spotykając  się 

wyłącznie podczas posiłków. Rzadko nawet przebywali w tym samym pomieszczeniu. 

Celestine duŜo odpoczywała i planowała swoje następne posunięcie. Whit obiecał, Ŝe 

pieniądze  będą  do  odebrania  dzisiaj.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  po  wejściu  w  ich 

posiadanie  musi  szybko  zadecydować,  co  dalej.  Inne  wieści  okazały  się  niepokojące.  Whit 

próbował  znaleźć  jakąkolwiek  informację  o  Norbercie  Jamesie,  konsultancie  firmy  Tri  -  C, 

lecz  nigdzie  nie  trafił  na  jego  ślad.  Miał  nadal  szukać,  lecz  sugerował  zachowanie  daleko 

idącej ostroŜności. 

CóŜ,  Whit  oczywiście  mógł  nie  dokopać  się  do  źródła.  Korporacja  Tri  -  C  była 

ogromnym konglomeratem z filiami w róŜnych częściach świata, a Norbert sam powiedział, 

Ŝ

e  nie  znajduje  się  na  regularnej  liście  płac.  Ale  wątpliwości  nie  zostały  wyjaśnione,  toteŜ 

background image

Celie znów czuła się bardzo niepewnie. Zwłaszcza Ŝe Norbert całymi godzinami siedział przy 

komputerze oraz często rozmawiał przez telefon. Zastanawiała się, z kim - i jej obawy rosły. 

Norbert  rzadko  wychodził  z  domu,  ale  wczoraj  rano  poszedł  odwiedzić  Teddy'ego. 

Celestine  dowiedziała  się  o  tym  od  Marian,  która  po  południu  przyniosła  wykonany  przez 

chłopca rysunek - kilka czarnych i pomarańczowych smug, które tylko rodzic mógł uznać za 

ładne.  Norbert  przyczepił  malunek  do  ściany  swojej  sypialni,  a  Celestine  chciała  spytać, 

dlaczego  to  zrobił.  Pragnęła  zadać  mu  wiele  róŜnych  pytań,  wolała  jednak  unikać  okazji  do 

ewentualnych wzruszeń. Wystarczy, Ŝe bez przerwy myślała o Norbercie, nawet jeśli nie byli 

razem. Przypominała sobie ich pocałunek, tę niespodziewaną pieszczotę wydartą z absurdu jej 

Ŝ

ycia. I zastanawiała się, czy pozwolić sobie na więcej takich szaleństw. 

Nagle  skonstatowała,  Ŝe  gapi  się  na  Norberta,  i  pospiesznie  umknęła  spojrzeniem  w 

bok. 

-  Nie  byłem  wobec  ciebie  całkiem  szczery,  Celie  -  powiedział  Norbert,  opróŜniwszy 

przynajmniej  połowę  puszki.  -  Odniosłem  zawodowy  sukces  i  mam  więcej  pieniędzy,  niŜ 

pewnie zdołam wydać do końca Ŝycia. Znam teŜ sporo wpływowych ludzi. 

- Ja równieŜ. I właśnie oni usiłują mnie zabić. 

- Kim są? 

W odpowiedzi tylko pokręciła głową. 

- WciąŜ mi nie ufasz. 

-  Nie  bierz  tego  do  siebie.  -  Spróbowała  złagodzić  swoje  słowa  uśmiechem,  lecz  na 

Norbercie nie wywarło to Ŝadnego wraŜenia. 

-  Skoro  nie  chcesz  Ŝadnej  pomocy,  przyjmij  ode  mnie  chociaŜ  pieniądze.  Na  nowy 

początek. 

- Nie mogłabym wziąć od ciebie pieniędzy. 

- Stać mnie na to. 

-  Praca  konsultanta  jest  aŜ  tak  dobrze  płatna?  Musisz  być  bardzo  dobry  w  tym,  co 

robisz. 

- Jestem. Ale nie wszystko mi wychodzi. - Zgniótł puszkę w dłoni. - Jak sama widzisz, 

nie umiem wzbudzić zaufania. 

-  Dzięki  za  propozycję,  ale  nie  przyjmę  Ŝadnych  funduszy.  Nawet  gdybyś  był 

prawdziwym  krezusem.  JuŜ  i  tak  zabrałam  ci  mnóstwo  czasu,  wystawiłam  na  liczne  próby 

twoją cierpliwość... 

- To na pewno. Prawie mi się skończyła. - Zgrabnie wrzucił puszkę do kosza. 

background image

-  WyobraŜam  sobie.  Nigdy  się  nie  dowiesz,  jak  bardzo  jestem  ci  wdzięczna  za 

wszystko, co dla mnie uczyniłeś. Gdyby nie ty, juŜ bym nie Ŝyła. 

- Mimo to nadal ukrywasz przede mną swoją toŜsamość. Pragnęła mu powiedzieć coś 

o sobie. Była mu to winna. 

Chciała wyznać, Ŝe jest Celestine St. Gervais, dziewczyną z amerykańskiego Południa, 

a nie kimś posługującym się cudzymi personaliami. 

- No dobrze - mruknęła, gdy Norbert odwrócił się, aby wyjść. - Moje prawdziwe imię 

to Celestine. 

Norbert cofnął się i patrzył na nią wyczekująco. 

- Dodam jeszcze coś. Dzisiaj po południu kończę dwadzieścia pięć lat. 

- Masz dziś urodziny? 

- Tak wynika z kalendarza. 

- Wszystkiego najlepszego, Celestine. 

- Mogłam... wybrać sobie jakieś inne dane. Jedną z moŜliwości była Celie Sherwood. 

Gdy byłam mała, mój ojciec czasem mówił do mnie „Celie”. Zdecydowałam się uŜywać tego 

imienia,  poniewaŜ  działało  na  mnie  kojąco.  Prawdziwa  Celie  chyba  nie  miałaby  nic 

przeciwko temu. 

- Masz jakieś nazwisko? 

- Tak. 

- Pewnie go nie poznam. 

- Proszę cię... niech to wystarczy. 

- Jak będziemy świętować twoje urodziny? 

- Wcale. Nie robiłam tego od... od bardzo dawna. 

- Więc pora zmienić zwyczaj. 

- Chciałabym pojechać do Canterbury. 

- A wrócisz? 

Powiedziała mu juŜ tyle kłamstw. Nie zamierzała karmić go kolejnymi. Nie teraz. 

- Znów muszę zniknąć. Mogłabym juŜ dzisiaj. 

- W swoje urodziny? 

- To byłby kiepski prezent, prawda? 

- Raczej tak. 

-  Ramię  się  goi,  juŜ  nim  poruszam  i  nie  potrzebuję  temblaka.  Powinnam  iść  swoją 

drogą. Ty teŜ. 

- Dlaczego? JuŜ zacząłem się przyzwyczajać. Lubić to. 

background image

- Co? 

-  Ciebie.  Siebie.  Nas  razem.  Obserwowanie,  jak  na  słońcu  twoje  policzki  znów 

róŜowieją.  Jak  popijasz  poranną  kawę,  jak  w  południe  jesz  zupę.  Wsłuchiwanie  się  nocą  w 

odgłosy, jakie wydajesz przez sen. 

Poczuła, Ŝe się rumieni. Ciekawe, czy Norbert oczekiwał jakiejś reakcji. 

- Nie ma sensu przyzwyczajać się do czegoś, co długo nie potrwa. 

- Do ciebie naleŜy decyzja, czy z Canterbury udasz się tam, gdzie uznasz za stosowne. 

Nie  zamierzam  zatrzymywać  cię  siłą,  ale  chociaŜ  obiecaj,  Ŝe  nie  wyjedziesz  bez  przygoto-

wania. Jeśli potrzebujesz pieniędzy, powiedz tylko słowo. MoŜesz to uznać za poŜyczkę, jeśli 

chcesz. 

- Wolałabym wrócić z tobą do Londynu. Tam mogę wszystko załatwić. 

- I znów zniknąć? Skinęła głową. 

- Kiedy? 

Wzięła głęboki oddech. 

- Wkrótce. 

- Więc dobrze. Ale najpierw musisz pojechać do Canterbury? 

- Tak. 

- Za pół godziny? 

- Doskonale. 

- Wieczorem uczcimy twoje urodziny. 

- Niekoniecznie. Naprawdę nie musisz... 

-  Ale  chcę.  -  Podszedł  do  niej  i  wsunął  jej  za  ucho  kosmyk  włosów.  -  Tylko  raz  w 

Ŝ

yciu człowiek kończy dwadzieścia pięć lat. 

- Fakt. Nawet nie byłam pewna, czy tego doŜyję. 

- Udało się. Stoję tuŜ obok ciebie, a ty nie sięgasz po nóŜ. 

- Jest za daleko. 

- JuŜ nie podskakujesz, gdy wchodzę do pokoju. 

- Co mam powiedzieć? śe zaczynam ci ufać? 

- To zabrzmiałoby jak najsłodsza muzyka. 

- Norbert... - Była pewna, Ŝe oboje patrzą na siebie ze smutkiem w oczach. - Nie ufam 

Ŝ

adnemu z nas. Tak lepiej? 

- Wiesz co? Najbardziej nie ufasz chyba sobie samej. 

Norbert  nigdy  nie  był  w  Canterbury,  nigdy  nie  widział  przepięknej  katedry,  gdzie 

Thomas  Beckett  spotkał  się  ze  swoim  stwórcą,  i  do  której  dawniej  pielgrzymowali  ludzie  z 

background image

całej  Anglii.  Po  drodze  Celie  powiedziała,  Ŝe  teŜ  jedzie  tam  po  raz  pierwszy.  Ale  Ŝadne  jej 

zapewnienie nie musiało być prawdą. 

Norbert  zostawił  auto  na  płatnym  parkingu,  wrzucił  do  parkometru  stosowną  liczbę 

monet,  po  czym  oboje  skręcili  w  lewo,  aby  dojść  do  centrum.  Współczesne  Canterbury 

odwiedzali  pielgrzymi  z  całego  świata,  obwieszeni  kamerami,  aparatami fotograficznymi i z 

torbami  pełnymi  zakupów.  Po  wąskich  uliczkach  z  czasów  średniowiecza  przelewały  się 

tłumy hałaśliwych turystów. 

- Masz ochotę obejrzeć katedrę, gdy załatwisz swoje sprawy? 

- Bardzo chętnie. Zawsze chciałam ją zobaczyć. 

- Ja teŜ. - Przypuszczał, Ŝe tym razem Celie powiedziała prawdę. 

Dwie  przecznice  dalej  przystanęła  przed  wystawą  sklepu  z  porcelaną,  lecz  chyba 

nawet jej nie zauwaŜyła. 

- Teraz cię zostawię - oznajmiła. - Muszę coś załatwić. 

- Tak myślałem. 

-  MoŜemy  spotkać  się  tutaj  o...  -  Podniosła  jego  rękę  i  spojrzała  na  zegarek.  -  O 

jedenastej? 

- ZdąŜysz do tego czasu? 

- Mam nadzieję. 

- To do jedenastej. - Stwierdził, Ŝe Celie ma niepewną minę. - Nie zamierzam deptać 

ci po piętach. Idź. 

- Dziękuję. 

Dotrzymał obietnicy, wchodząc do pierwszego sklepu po przeciwnej stronie uliczki. I 

zaraz  poŜałował,  Ŝe  wcześniej  nie  spojrzał  na  szyld.  Znalazł  się  bowiem  w  królestwie 

zabawek, a nie był w takim miejscu od śmierci Josha. Teraz nagle odŜyły wspomnienia. 

- Czym mogę słuŜyć? 

Bezradnie  pokręcił  głową,  zaskoczony  pytaniem  siwowłosej  ekspedientki,  która 

wyglądała raczej na babcię kupującą prezenty dla wnuków. 

- Oszałamiający wybór, prawda? - dodała kobieta. 

- Rzeczywiście. 

- Szuka pan czegoś dla chłopca czy dziewczynki? 

- Właściwie... niczego nie szukam. 

- Och... rozumiem. 

Niczego nie rozumiesz, pomyślał z goryczą, która nieoczekiwanie zalała go jak wielka 

fala. 

background image

-  Miałem  syna,  ale  on  umarł.  Od  tego  czasu  nie  byłem  w  sklepie  z  zabawkami  - 

wypalił bez namysłu, czując nagłą potrzebę podzielenia się swoim bólem. 

- Och, tak mi przykro. PrzeŜył pan prawdziwą tragedię. 

- On uwielbiał oglądać zabawki. Był... 

- Tak? Jaki był? 

Norbert  odwrócił  się,  aby  widzieć  twarz  kobiety.  Patrzyła  na  niego  z  autentycznym 

współczuciem  i  skrzyŜowała  ręce,  jakby  zamierzała  cierpliwie  słuchać.  A  on,  nie  wiadomo 

dlaczego, postanowił się jej zwierzyć. 

- Miał zespół Downa. Wie pani, co to takiego? 

- O, tak. 

-  Był  moim  pasierbem  i  kiedy  poznałem  jego  matkę,  ona  uwaŜała,  Ŝe  jej  synek 

wzbudzi moją niechęć. Ale ja natychmiast go pokochałem. On emanował słodyczą. 

- Wiem, o czym pan mówi. 

- Cieszyłem się nim tylko przez dwa lata. 

- To był dobry okres w pańskim Ŝyciu? 

- Wspaniały. 

- Bardzo się cieszę. 

- Parę dni temu spotkałem chłopca z zespołem Downa. - Norbert podszedł do półki, na 

której  znajdowało  się  mnóstwo  pluszowych  misiów.  Spojrzeniem  wielkich,  plastikowych 

oczu  błagały  o  zabranie  ich  do  domu.  -  Ten  malec  przypomniał  mi  o  Joshu.  Ma  takie  same 

jasne  włosy,  taki  sam  uśmiech.  -  Norbert  sięgnął  po  zielono  -  fioletowego  smoka,  z 

rozanieloną miną szczerzącego wielkie zębiska. - ZauwaŜyłem, Ŝe mały lubi fioletową barwę. 

Chyba spodobałby mu się ten smok. Josh byłby nim zachwycony. 

- Więc powinien pan kupić mu tę zabawkę. Norbert trzymał smoka w obu rękach. Po 

ś

mierci Josha i Lynn stał się niemal odludkiem, głęboko pogrzebał swoją zdolność kochania. 

Dlaczego  więc  teraz  wydawało  mu  się,  Ŝe  ona  odŜyła?  Jak  to  się  stało,  Ŝe  tak  czule  tulił 

Teddy'ego w ramionach?  I Ŝe był w stanie opowiedzieć obcej osobie najsmutniejszą historię 

ze swego Ŝycia? 

- Wezmę go. - Wepchnął smoka w dłonie serdecznie uśmiechniętej sprzedawczyni. 

- Cieszę się. 

Norbert  teŜ  się  ucieszył,  chociaŜ  wraz  ze  zmartwychwstaniem  dawno  zapomnianych 

uczuć pojawił się takŜe ból. 

background image

- To prawie jak prezent  od pańskiego synka, prawda? - Kobieta włoŜyła zabawkę do 

kolorowej torby. - Bo gdyby tak bardzo pan go nie kochał, to nie kupowałby tego dla innego 

dziecka. 

Celestine podeszła do stanowiska urzędnika bankowego, którego opisał jej Whit. Dwa 

razy zrezygnowała z załatwiania sprawy przez młodą kobietę, czekając, aŜ męŜczyzna będzie 

wolny. W końcu nadeszła jej kolej. 

- Jestem Celestine St. Gervais - powiedziała, siadając na wskazanym jej krześle. 

- Witam, panno St. Gervais. - MęŜczyzna miał jakieś pięćdziesiąt kilka lat i bielutkie 

wąsy. Zdaniem Celie wyglądał jak dobroduszny Święty Mikołaj. A ona była tego roku bardzo 

grzeczna. 

-  Rozumiem,  Ŝe  pan  Whit  Sanderson  z  kancelarii  prawniczej  „Flinders,  Billett  & 

Crane”, z siedzibą w Wilmington, w stanie Północna Karolina, juŜ się z panem skontaktował? 

-  Oczywiście.  Przelaliśmy  pieniądze  na  pani  osobiste  konto.  Cała  suma  jest  do 

natychmiastowej dyspozycji. 

- Dziękuję. - Celie z ulgą przymknęła powieki. - To wiele dla mnie znaczy. - Podpisała 

wymagane dokumenty i uścisnęła dłoń urzędnika. 

- Proszę powiedzieć, ile pieniędzy Ŝyczy pani sobie dzisiaj pobrać, a ja zaraz załatwię 

polecenie wypłaty. 

Trzymała  w  garści  gotówkę,  zanim  się  zorientowała,  Ŝe  z  braku  torebki  musi 

wepchnąć  banknoty  do  kieszeni.  Ale  teraz  juŜ  mogła  sobie  kupić  kilka  rzeczy,  choć  nie 

powinna zanadto szastać pieniędzmi. 

Wychodząc  z  banku,  stwierdziła,  Ŝe  ma  jeszcze  pół  godziny  do  spotkania  z 

Norbertem, poszła więc po zakupy. Potrzebowała torebki, zegarka i pary wygodnych butów, 

poniewaŜ  w  tych,  w  których  szła  przez  las,  chwiał  się  obcas.  Z  kupowaniem  dodatkowej 

garderoby  i  bielizny  musiała  jeszcze  się  wstrzymać  -  zarówno  z  braku  czasu,  jak  i  konie-

czności podróŜowania z niewielkim bagaŜem. 

Znalazła sklep z galanterią i wybrała torebkę z imitacji skóry, wystarczającą duŜą, aby 

słuŜyła  za  niewielki  neseser.  Nabyła  teŜ  tani,  okrągły  zegarek  z  metalową  bransoletką  i 

szmacianą  portmonetkę.  Nigdzie  nie  trafiła  na  porządne  pantofle,  lecz  zauwaŜyła  warsztat 

szewca, który na poczekaniu umocnił obcas. 

O jedenastej stwierdziła, Ŝe jest z siebie zadowolona. 

Norbert juŜ czekał w umówionym miejscu. Oparty o ścianę obserwował mijających go 

turystów z miną osobnika, który nie potrzebuje niczego ani nikogo. 

background image

Ale  Celestine  juŜ  wiedziała,  Ŝe  to  nieprawdziwy  wizerunek  Norberta.  W  ciągu  tych 

kilku  dni  zdąŜyła  trochę  go  poznać,  chociaŜ  się  maskował.  Był  spokojnym,  ale  wraŜliwym 

człowiekiem,  nieskłonnym  do  wydawania  pochopnych  sądów.  Cechowała  go  teŜ  siła  i 

odwaga  kogoś,  kto  umie  wycisnąć,  ile  się  da,  nawet  z  niekorzystnej  sytuacji.  Działał 

konsekwentnie i skutecznie. 

Celie bezwiednie westchnęła. Norbert pokonał Bobby'ego i pomógł jej w warunkach, 

kiedy inni ludzie pewnie by ją zawiedli. Mimo ostrzeŜeń Whita jakoś nie mogła uwierzyć, Ŝe 

Norbert  tylko  udaje,  aby  ją  przechytrzyć.  Ale  z  drugiej  strony...  juŜ  popełniła  kilka 

powaŜnych  błędów.  Pomyliła  się  co  do  Bobby'ego  i  prawdopodobnie  co  do  Dougiego 

Fergusona. 

Ale  teraz,  patrząc  na  Norberta,  poczuła,  Ŝe  jej  serce  zabiło  szybciej.  Gdyby  znów 

zawiodła  ją  intuicja  i  Norbert  okazałby  się  zdrajcą,  to  świat  chyba  juŜ  nigdy  nie  byłby  taki 

sam, jak dotąd. Z całej duszy pragnęła, aby Norbert był dokładnie taki, za jakiego chciała go 

uwaŜać. Dobry, serdeczny, godny zaufania. 

Teraz wyprostował się, trochę obrócił, zauwaŜył, Ŝe ona na niego patrzy i uśmiechnął 

się. Lubiła, gdy w jego oczach pojawiał się taki cudowny, ciepły blask. I przez chwilę miała 

ogromną, absurdalną ochotę paść w ramiona Norberta i pocałować go, na środku zabytkowej 

uliczki Canterbury. 

- Załatwiłaś, co trzeba? 

- Tak. 

- To dobrze. 

Nie spytał o nic więcej,  poniewaŜ chyba juŜ wiedział, Ŝe byłoby to stratą czasu, lecz 

Celestine  poczuła  niemal  rozczarowanie.  Chętnie  podzieliłaby  się  z  Norbertem  dobrymi 

wiadomościami. Tych złych mu nie szczędziła. 

- Co robiłeś? 

- Małe zakupy. 

- Chyba maciupeńkie, bo nie masz Ŝadnych pakunków. 

- Zaniosłem je do samochodu. 

-  Zwiedzimy  katedrę?  -  Celestine  cofnęła  się,  przepuszczając  grupę  rozkrzyczanych 

niemieckich turystów. 

- MoŜe najpierw wolisz iść na lunch? 

- Nie, zjemy coś później. 

Nie  zaprotestowała,  gdy  Norbert  wziął  ją  za  rękę.  To  wydawało  się  takie  oczywiste. 

Wolnym  krokiem  ruszyli  przed  siebie,  zatrzymując  się  czasami,  aby  obejrzeć  wystawy  lub 

background image

spenetrować  malownicze  boczne  uliczki.  Celestine  usiłowała  sobie  przypomnieć,  kiedy 

ostatnio była na spacerze z męŜczyzną. Ominęło ją tyle przyjemności, które jej rówieśniczki 

uwaŜały  za  coś  najnormalniejszego  na  świecie.  Myśląc  o  tym  teraz,  doszła  do  wniosku,  Ŝe 

mimo  niebezpieczeństw  czyhających  na  nią  w  ciągu  kilku  ostatnich  lat,  mimo  strachu  i 

niepewności, w tym trudnym okresie swojego Ŝycia nauczyła się czegoś niezmiernie cennego. 

Poznała wartość  kaŜdej ulotnej  chwili.  I  wiedziała, Ŝe  nawet gdyby kiedyś mogła  normalnie 

egzystować, to dostrzeŜe wokół siebie piękno we wszystkim. W kaŜdym zachodzie słońca. W 

kaŜdym płatku róŜy i jej aromacie. W muśnięciu jedwabiu o nagą skórę. 

Doceni bliskość takiego męŜczyzny jak Norbert. 

- Kupiłem prezent dla Teddy'ego. 

- Naprawdę? Co? 

- Smoka. 

- Chyba nie prawdziwego? W takim miasteczku, jak Canterbury,  Ŝywe smoki pewnie 

są w cenie. 

-  Ten  powinien  przypaść  małemu  do  gustu. PoniewaŜ  to  Norbert poruszył ten temat, 

więc uznała, Ŝe moŜna go kontynuować. 

-  Masz  wspaniałe  podejście  do  tego  chłopca.  Marian  mówiła,  Ŝe  będzie  chodził  do 

miejscowej  szkoły,  Ŝeby  jak  najwięcej  przebywać  z  rodzicami.  To  doskonałe  rozwiązanie. 

KaŜde dziecko powinno czuć, Ŝe jest kochane. A takie, jak Teddy, musi być całkiem pewne 

ich miłości. 

- Miałem kiedyś synka z zespołem Downa. Był moim pasierbem. 

- Mówiłeś, Ŝe nie masz dzieci. 

- On umarł. 

Mocniej ścisnęła dłoń Norberta. 

-  JuŜ  zapomniałem  o  róŜnych  rzeczach  z  nim  związanych,  ale  Teddy  wszystko  mi 

przypomniał.  Josh  wszędzie  nosił  ze  sobą  swoją  ulubioną  zabawkę...  taką  małą  pluszową 

małpkę  imieniem  Dawg.  Zabierał  ją  nawet  do  wanny.  Znał  wszystkie  litery,  chociaŜ  miał 

niecałe  pięć  lat.  Moja  Ŝona  pracowała  z  nim  codziennie  całymi  godzinami.  Czasem  po 

powrocie  do  domu  zastawałem  ich oboje  niemal  we  łzach.  Ale  ona  postanowiła nauczyć  go 

czytać i pisać, znać się na godzinach... - Norbert umilkł na chwilę. - Na pewno wszystko by 

umiał. 

- Co się stało? 

- Wieczorem poszedł spać, a nazajutrz juŜ się nie obudził. 

- Tak mi przykro... 

background image

- Uhm. - Norbert westchnął. - śałuję, Ŝe celowo tyle rzeczy o nim zapomniałem. JuŜ 

nie pamiętam tytułu jego ulubionej bajki, koloru ścian w jego sypialni ani tego, co Josh chciał 

dostać na następne urodziny. Pewnie juŜ nigdy sobie tego nie przypomnę. 

- Nie zapomniałeś tego, co najwaŜniejsze. 

- Sam nie wiem... 

-  Moi  rodzice  zmarli,  gdy  byłam  małą  dziewczynką.  Prawie  ich  nie  pamiętam,  ale 

nigdy  nie  zapomnę  tego,  jak  bardzo  mnie  kochali.  Ta  świadomość  dodawała  mi  sił,  gdy 

pokonywałam kolejne setki kilometrów. 

- Najeździłaś się po świecie. 

- Wiesz co? Cieszę się, Ŝe teraz nigdzie nie jadę. 

- Spójrz tam. - Norbert ścisnął jej dłoń. 

Celestine  podniosła  głowę  i  ujrzała  wspaniałą  bramę,  za  którą  było  widać  słynną 

katedrę.  Przez  długą  chwilę  oboje  milczeli,  podziwiając  niezwykłe  dzieło  średniowiecznej 

architektury. 

- Patrząc na coś tak imponującego, łatwo uwierzyć, Ŝe człowiek moŜe wszystko. Jeśli 

tylko bardzo tego pragnie - stwierdził Norbert. - Chyba musimy kupić bilety, Ŝeby wejść do 

ś

rodka. Pójdę do... 

Celestine nie zwróciła uwagi na to, Ŝe Norbert urwał w pół zdania. 

-  Tylko  pomyśl  o  tych  wielu  wiekach historii  - powiedziała, przepełniona  podobnym 

podziwem,  jaki  zapewne  czuli  dawni  pielgrzymi.  -  Podobno  część  tych  witraŜy  jest  równie 

stara, jak sama budowla... 

Nagle Norbert mocno szarpnął ją za rękę. 

- O co chodzi? 

- Szybko! - Odwrócił się i pociągnął ją za sobą. 

- Zaufaj mi! 

Zaufała.  Widocznie  coś  było  nie  tak  i  nie  naleŜało  tracić  ani  chwili,  więc  posłusznie 

pomknęła  za  Norbertem.  On  zaś  bezceremonialnie  wepchnął  ją  do  najbliŜszego  sklepiku, 

zawadzając o regał z pamiątkami i niechcący szturchając dwie siwowłose matrony. 

- Stańmy tam. - Ruchem głowy wskazał zasłonięty stojakami kąt pomieszczenia. 

- Co się dzieje? - cicho spytała Celie, gdy znaleźli się za nimi. Norbert stał odwrócony 

plecami do drzwi, więc nie widziała ulicy. 

-  Co  sądzisz  o  tym?  -  Norbert  wziął  do  ręki  komplet  serwetek  z  wyhaftowanymi 

strofami  wierszy  Chaucera,  poety  z  czternastego  wieku.  -  Świetny  prezent  dla  mojej  matki, 

prawda? 

background image

- Masz matkę? 

- Gdzieś mam. 

Celie dopiero teraz się zorientowała, Ŝe on obserwuje drzwi sklepu, patrząc w lustro za 

jej plecami. 

-  W  czym  problem?  -  spytała  przyciszonym  tonem,  a  Norbert  na  ułamek  sekundy 

odwrócił wzrok. 

- Tam jest Bobby. 

- O, BoŜe! 

- Co kupimy dla twojej rodziny? - spytał głośniej. 

- Zabójcę. 

Norbert znów szybko na nią zerknął, nie ulegało wątpliwości, Ŝe dobrze ją zrozumiał. 

- Gdzie go widzisz? - szepnęła. 

- Wraca z codziennej modlitwy w katedrze. Celestine przymknęła powieki. Chyba juŜ 

nigdy  nie  będzie  bezpieczna.  Ani  wolna.  Nawet  dom  boŜy  nie  mógł  dać  schronienia  przed 

tymi, którzy pragnęli jej śmierci. 

- Jak za mną trafił? 

- Opuść głowę, Celie. On właśnie mija sklep. 

Stała  całkiem  bez  ruchu,  jak  zahipnotyzowana,  zaś  Norbert  znów  zaczął  paplać  o 

prezentach dla jej nieistniejącej rodziny. A gdy nagle przestał porównywać walory serwetek z 

zaletami porcelanowych Big Benów, domyśliła się, Ŝe bezpośrednie zagroŜenie zniknęło. 

- Musimy załoŜyć, Ŝe  Bobby jakoś nas namierzył i albo on, albo jakiś jego wspólnik 

ma teraz na oku parking - stwierdził Norbert. - Nie moŜemy sami iść po samochód. Ktoś musi 

to zrobić za nas. 

- Ale kto? 

- W pubie na pewno znajdzie się chętny, który za stosowną opłatą przyprowadzi nam 

auto  pod  wskazany  adres.  Tam,  gdzie  Bobby  pewnie  nie  będzie  nas  szukał.  Na  jakieś 

spokojnej,  willowej  uliczce.  Wskoczymy  do  samochodu  i  błyskawicznie  znikniemy  z 

Canterbury. 

- Jakim cudem nas znalazł? 

- MoŜe ty mi wyjaśnisz, po co tu przyjechałaś, zanim sam się tego dowiem. 

- Moje sprawy na pewno nie mogą mieć z tym nic wspólnego. 

-  Ale  Bobby  za  tobą  trafił  do  Canterbury.  Zjawił  się  tu  właśnie  dziś.  Pomyśl  o  tym, 

Celie. 

- Nie. Wiem, Ŝe to nie moŜe być to! 

background image

-  A  więc  Bobby  -  atleta  to  po  prostu  szalenie  religijny  osobnik,  który  przybył  tu  z 

pielgrzymką. Które wyjaśnienie uwaŜasz za sensowniejsze? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Obecnie  moje  Ŝycie  teŜ  jest  w  niebezpieczeństwie,  więc  powinnaś  powiedzieć  mi 

wszystko.  -  Norbert  spojrzał  na  Celie.  Nadal  myślał  o  niej  właśnie  tak,  chociaŜ  juŜ  znał  jej 

prawdziwe  imię.  Siedziała  skulona  na  przednim  siedzeniu,  włosy  zasłaniały  połowę  jej 

twarzy,  lecz  on  i  tak  wiedział,  jakie  uczucia  się  na  niej  malują.  Celie  była  przeraŜona. 

Zdesperowana. Zraniona. 

- Okazałeś mi duŜo dobroci - powiedziała, nie patrząc na niego. - Ale nie mam wobec 

ciebie Ŝadnych zobowiązań. Nie prosiłam cię o pomoc. 

- Poniekąd tak. Prosiłaś, Ŝebym nie zabierał cię do szpitala. MoŜe powinienem był tam 

cię zawieźć i teraz nie miałbym na karku tych  problemów - palnął bez namysłu i zaraz tego 

poŜałował. Ale był zły, poniewaŜ Celie nadal nie chciała puścić pary z ust. 

- Po powrocie do domku spakuję się i zaraz odejdę. Na pewno zdołam jakoś dotrzeć z 

Trillingden do Londynu. 

-  Nie.  -  Jego  cięŜkie  westchnienie  dobrze  wyraŜało  głębię  dręczącej  go  frustracji.  - 

Przepraszam. 

- Nie masz za co. 

- Zazwyczaj nie bywam okrutny. 

- Zazwyczaj nie uciekasz. 

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego teraz to robię. Musisz więc powiedzieć mi prawdę. 

-  Tak  sądzisz?  Niby  dlaczego  miałabym  ci  ufać?  Tylko  troje  ludzi  znało  moje 

dzisiejsze plany. Jesteś jednym z tej trójki. 

- To ja zauwaŜyłem Bobby'ego. - Norbert zacisnął dłonie na kierownicy. 

-  Owszem  i  to  właśnie  ty  mogłeś  spotkać  się  z  nim,  gdy  załatwiałam  swoje  sprawy. 

Mogłeś go na mnie napuścić. Albo zmyśliłeś, Ŝe on tam jest. Ja go nie widziałam! 

- A więc dobrze. - Norbert ledwie zdołał to powiedzieć i zaraz zacisnął wargi, Ŝeby nie 

palnąć głupstwa, które później by sobie wyrzucał. 

Jechali  w  milczeniu  aŜ  do  najbliŜszej  wioski.  Tam  Norbert  zignorował  objazd, 

dojechał  wąskimi  uliczkami  do  centrum  miejscowości  i  zatrzymał  auto  przed  ceglanym 

budynkiem, w którym mieścił się sklep spoŜywczy i poczta. 

-  Jeszcze  wcześnie.  Na  pewno  złapiesz  jakiś  środek  komunikacji.  Zakładam,  Ŝe 

zdobyłaś  pieniądze,  poniewaŜ  masz  nową  torebkę.  Sugeruję  więc,  Ŝebyś  postarała  się  znów 

zniknąć.  Najlepiej  zmień  autobusy  kilkakrotnie,  abym  nie  wpadł  na  twój  ślad,  poniewaŜ 

background image

oczywiście będę próbował cię tropić. Od dawna usiłuję cię zamordować, chociaŜ nic złego ci 

się nie stało, od kiedy jesteś ze mną. - Skończył perorować i dopiero wtedy spojrzał na Celie. 

Bezgłośnie płakała. 

Przymknął powieki i oparł głowę o fotel. Wnętrze samochodu cuchnęło tak, jak facet, 

który przyprowadził go z parkingu - papierosami, potem i zachłannością. 

-  Rozumiem,  Ŝe  nie  wiesz,  komu  ufać,  ale  juŜ  nie  jestem  w  stanie  znieść  tej  twojej 

permanentnej podejrzliwości, Celie. Albo mi zaufasz, albo się rozstaniemy. 

Naprawdę  oczekiwał,  Ŝe  ona  wysiądzie.  Na  jej  miejscu  moŜe  by  tak  uczynił.  Ale 

drzwiczki nie szczęknęły. 

- Przepraszam. - Łzy zmiękczyły jej głos. 

-  Nie  współpracuję  z  Bobbym.  Pierwszy  raz  w  Ŝyciu  zobaczyłem  go  w  tamtym 

londyńskim zaułku. 

- Wierzę ci. 

- A dzisiaj naprawdę był przed katedrą. 

- Nie pojmuję, jak za mną trafił. 

Norbert otworzył oczy i odwrócił się twarzą do Celie. 

-  Nie  zdołam  pomóc  ci  rozwikłać  tej  zagadki,  jeśli  mi  nie  powiesz,  po  co  tu 

przyjechałaś.  Wspomniałaś  o  trzech  osobach,  które  wiedziały  o  tym,  Ŝe  będziesz  w 

Canterbury. Kim są pozostałe dwie? 

- Muszę to przemyśleć. 

- śeby zdecydować, co mi powiesz? 

-  Tak.  -  Wyjęła  z  kieszeni  chusteczkę  higieniczną.  -  Jeśli  tego  nie  akceptujesz,  to 

wysiądę. 

Przez chwilę waŜył w myśli te słowa. Tym razem Celie przynajmniej była szczera. Co 

za odmiana. 

- Zgoda. 

- Dziękuję. 

- Wracajmy do domu. 

- A jeśli on nas tam namierzył? 

- Gdyby znał nasz adres, nie szukałby nas w Canterbury. 

- Skoro trafił tam, to trafi i do domu. 

Norbert  zapalił  silnik  i  włączył  się  do  ulicznego  ruchu.  Nie  mógł  w  Ŝaden  sposób 

uspokoić Celie, poniewaŜ prawdopodobnie miała rację. I oboje o tym wiedzieli. 

background image

Celestine ostroŜnie zeszła nad brzeg strumienia, pomagając sobie prawą ręką, chociaŜ 

bark nadal pobolewał. Minie sporo czasu, zanim ramię odzyska pełną sprawność. 

Norbert  pracował  w  swoim  pokoju,  ale  uprzedziła  go,  dokąd  idzie,  Ŝeby  się  nie 

martwił. Czuła się tutaj tak samo bezpieczna, jak gdzie indziej. Nawet gdyby Bobby wytropił 

ich w Trillingden, to w tym miejscu szybko by jej nie znalazł. 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi  i  niebo  juŜ  nabrało  koralowego  odcienia.  Celestine 

pomyślała o zachodach w posiadłości Haven House. Rodzice uczynili rytuał z ich oglądania i 

niezaleŜnie  od  pogody  lub  innych  zajęć  codziennie  przychodzili  z  drinkami  na  wielki  taras, 

aby  obserwować  niknący  za  horyzontem  złocisty  krąg.  Ona  zaś  towarzyszyła  im,  popijając 

sok jabłkowy doprawiony wodą sodową i ozdobiony największą wisienką, jaką tylko zdołała 

znaleźć w słoiku. Ojciec często powtarzał, Ŝe Bóg był dla nich wyjątkowo łaskawy, powinni 

więc podziwiać wszystkie jego piękne dzieła. 

Właśnie  o  tej  porze  dnia  Celestine  zawsze  czuła  się  najbliŜej  ojca  i  matki. 

Gdziekolwiek  przebywała,  nadal  starała  się  znaleźć  takie  miejsce,  gdzie  mogła  być  sama  i 

wspominać. 

Ostatnio  rzadko  miała  po  temu  okazję,  poniewaŜ  wciąŜ  się  przeprowadzała,  nikomu 

nie  ufając.  I  gdzieś  po  drodze  stała  się  kimś  innym,  osobą,  której  sama  nie  poznawała. 

Niewiele było w niej tamtej młodej kobiety, która zakochała się w Stephenie Montgomerym, 

która  wierzyła  w  istnienie  miłości  na  tym  świecie,  chociaŜ  doświadczyła  na  nim  tyle  zła. 

Która jeszcze wierzyła w przyszłość. 

Cztery lata bezustannego uciekania zmieniło tamtą niewinną dziewczynę w kogoś, kto 

juŜ nie umie zaufać męŜczyźnie, który dwukrotnie stanął między nią a jej zabójcą. 

Zresztą... moŜe chodziło o coś zupełnie innego. MoŜe obawiała się, Ŝe ten męŜczyzna 

ze  swoim  cynicznym  uśmieszkiem  i  uwaŜnym,  często  smutnym  spojrzeniem  orzechowych 

oczu  sprawi,  Ŝe  ona  rozpaczliwie  zapragnie  tego  wszystkiego,  czego  nie  wolno  jej  mieć...  i 

wtedy zapomni o konieczności uciekania. A za to oboje zapłaciliby wysoką cenę. 

- Pięknie, prawda? 

Błyskawicznie się odwróciła i ujrzała stojącego na skarpie Norberta. Nie słyszała jego 

kroków i gdyby to był Bobby, to pewnie juŜ leŜałaby martwa. 

- Wybacz. Usiłowałem hałasować, ile wlezie. 

- Zejdź tu i usiądź przy mnie - zaproponowała, podziwiając jego sylwetkę w dŜinsach i 

wiśniowym  swetrze  oraz  wyraziste  rysy  twarzy  oświetlonej  padającymi  niemal  poziomo 

promieniami słońca. 

- Mogę? Przed chwilą wyglądałaś tak spokojnie. 

background image

- Ty chyba nie zburzysz mojego spokoju? 

- Tego nie wiem. 

- Przekonajmy się. 

Zszedł  na  dół  i  zajął  miejsce  tuŜ  obok,  lecz  nie  na  tyle  blisko,  aby  jej  dotykać. 

Celestine  spodobał  się  zarys  jego  muskularnych  ud,  który  dostrzegła,  gdy  Norbert  wypros-

tował nogi, oraz niecierpliwy  ruch, jakim podciągnął rękawy. Jego przedramiona pokrywało 

ciemne,  delikatne  owłosienie,  zaś  dłonie  były  duŜe  i  kształtne.  Widziała,  jak  tymi  rękami 

chwytał  Bobby'ego,  jak  walczył  z  nim  o  jej  Ŝycie,  a  jednak  z  uporem  starała  się  o  tym 

zapomnieć.  Dlaczego?  PoniewaŜ  się  bała.  PoniewaŜ  zawsze  musiała  kierować  się  tylko 

strachem, niczym więcej. 

- Obiad prawie gotowy - oznajmił Norbert. 

- MoŜe chwilę poczekać? 

- Na pewno. 

W jego głosie tym razem nie było ciepła. Znali się od niedawna, lecz Norbert ostatnio 

próbował trochę się do niej zbliŜyć. Pomyślała o tym, co dziś powiedział jej o swoim synku, i 

zaczęło dławić ją w gardle. Norbert takŜe wiele przeszedł. Przypuszczalnie dlatego traktował 

ś

wiat z dystansem, zadowalając się rolą obojętnego obserwatora, który stoi z boku i sam nie 

bierze udziału w tym, co widzi. Ale przypadkiem wkroczył w jej  Ŝycie i wtedy bez wahania 

zadziałał odwaŜnie, okazał jej przy tym wiele serca. 

Celestine podjęła decyzję. Było to zdumiewająco łatwe. Norbert zasługiwał na to, aby 

poznać  powody  jej  prześladowania.  Musiała  mu  powiedzieć.  Zaufać  mu.  Bo  gdyby  nie 

zaufała  właśnie  temu  męŜczyźnie,  to  nie  mogłaby  juŜ  nigdy  zawierzyć  nikomu.  A  wówczas 

Ŝ

ycie straciłoby sens. 

- Chciałeś wiedzieć o mnie trochę więcej - zagaiła. 

- Pytałem, po co pojechałaś do Canterbury. 

- Nie byłam z tobą całkiem szczera. 

- Jesteś mistrzynią w uŜywaniu niedomówień. 

- Masz rację. W ogóle nie byłam z tobą szczera. 

- To dla mnie Ŝadna nowina. 

- Znam osoby, które usiłują mnie zabić. 

- Ale nie powiesz mi, kim są, Ŝeby nie narazić mnie na niebezpieczeństwo. 

- Mogę opowiedzieć ci pewną historię? 

-  Zamieniam  się  w  słuch.  I  nigdzie  się  nie  wybieram.  Zrozumiała,  co  sugerował. 

Mogła zebrać myśli, mówić w dowolnym tempie, poniewaŜ on zamierzał cierpliwie słuchać. 

background image

Tak,  jak  cierpliwie  pomagał  jej  od  samego  początku.  I  pomimo  jej  zachowania  wciąŜ 

pozostawał u jej boku. 

-  W  dzieciństwie  byłam  bardzo  mocno  związana  z  moimi  rodzicami  -  powiedziała, 

nadal  patrząc  przed  siebie  i  podziwiając  zachód  słońca.  -  Oni  chyba  mnie  rozpieszczali, 

poniewaŜ moja mama nie mogła mieć więcej dzieci. Z wyglądu bardzo ją przypominam, ale 

poruszam się jak mój ojciec. Podobno mam identyczny chód, stawiam nogi jak ktoś pragnący 

szybko  dotrzeć  do  celu.  MoŜe  właśnie  na  to  zwróciłeś  uwagę,  gdy  mnie  pierwszy  raz 

zobaczyłeś. 

- Podejrzewam, Ŝe w twoim wykonaniu ten chód ma więcej uroku. 

-  Straciłam  ich  oboje,  mając  prawie  dziewięć  lat.  Mieszkaliśmy  nad  wodą  i  oni  byli 

doskonałymi Ŝeglarzami. Lubili wyzwania, ale zawsze uwaŜali, natomiast pływając po morzu, 

czasem trochę ryzykowali. Tamtego dnia, gdy zginęli, nagle rozszalała się burza, a oni podjęli 

o jedno ryzyko za duŜo. 

Norbert  wziął  ją  za  rękę.  Tak  zwyczajnie,  od  niechcenia.  Jak  dobry  przyjaciel.  Lecz 

Celestine  zareagowała  na  to  inaczej,  niŜ  na  przyjacielski  dotyk.  I  nie  po  raz  pierwszy 

wyobraziła sobie dłonie Norberta na jej bardziej intymnych częściach ciała. 

- Mów dalej. 

Przez chwilę przesiewała w pamięci okruchy swojego Ŝycia. 

-  Większość  sierot  zamieszkuje  u  najbliŜszych  krewnych.  Ale  moja  ciotka  i  wuj 

sprowadzili się do mnie. Moi rodzice byli bogaci. Ojciec dostał w spadku całą posiadłość po 

swoim  ojcu,  poniewaŜ  dziadek  przed  śmiercią  wydziedziczył  moją  ciotkę.  Nie  znosił  jej 

męŜa, a ona wielokrotnie zniesławiła naszą rodzinę. Dlatego nic jej nie zapisał, tylko udzielił 

kilku rad. 

- Które zapewne wzięła sobie do serca. 

- Bynajmniej. Była rozjuszona brakiem spadku i Ŝądała, aby mój ojciec podzielił się z 

nią  tym,  co  otrzymał.  On  zaś  chyba  doskonale  wiedział,  Ŝe  ona  i  tak  wszystko  roztrwoni. 

Obiecał więc zawsze o nią dbać, ale zachował kontrolę nad całym majątkiem. 

- I właśnie ta ciotka wzięła cię pod opiekę? 

-  CóŜ,  była  jedyną  bliską  krewną.  Zgodnie  z  testamentem  mojego  ojca  ustanowiono 

fundusz  powierniczy,  z  którego  moŜna  było  pobierać  tylko  kwoty  potrzebne  na  Ŝycie  i 

utrzymanie...  -  Urwała,  nie  chcąc  ujawnić  Ŝadnych  nazw.  -  Posiadłości  -  dokończyła.  - 

Całością zarządzali prawnicy, którzy mieli podejmować wszelkie decyzje, dopóki nie osiągnę 

określonego wieku. 

- Twój ojciec postąpił bardzo rozsądnie. 

background image

- Owszem, w interesie naszej posiadłości. Ale nie moim. Gdy ciotka i wuj zamieszkali 

ze mną, moje Ŝycie zmieniło się w piekło. 

Norbert współczująco ścisnął jej dłoń, a Celestine przez chwilę milczała. 

-  To  właśnie  oni...  oboje  chcą  mojej  śmierci  -  powiedziała  w  końcu,  gdy  juŜ zdołała 

wydobyć  głos.  -  Nie  wiem,  kiedy  zrozumieli,  Ŝe  pozbywając  się  mnie,  mogą  wejść  w 

posiadanie  całego  majątku.  Ojciec  obawiał  się,  Ŝe  gdyby  coś  mi  się  stało,  zanim  zacznę 

zarządzać naszymi dobrami, gros majątku zjedzą podatki oraz honoraria prawników. Dlatego 

rozporządził,  Ŝe  gdybym  zmarła  przed  ustanowionym  terminem,  fundusz  powierniczy 

przechodzi na moją ciotkę. Tata nie przepadał za swoim szwagrem, lecz chyba w głębi duszy 

kochał siostrę. I nie chciał, Ŝeby została bez niczego. Po pewnym czasie wuj i ciotka doszli do 

wniosku, Ŝe jestem dla nich przeszkodą, którą naleŜy usunąć... 

- Sądzisz, Ŝe to oni cię prześladują? 

- Z całą pewnością stoją za kaŜdym dotychczasowym zamachem na moje Ŝycie. 

- Jakie masz dowody? 

-  Oprócz  motywu?  Oprócz  tego,  Ŝe  przez  długie  lata  usiłowali  zniszczyć  mnie 

psychicznie? - Ostatnie słowa powiedziała podniesionym głosem i zacisnęła wargi. 

- To przekonująca motywacja. 

- To jedyna motywacja. 

- Celie... - Norbert przysunął się i otoczył ją ramieniem, przytulając jej dłoń do swojej 

piersi. - A informacja o śmierci twojego kochanka... to było kłamstwo? 

- Nie. 

- Więc... co się wydarzyło? 

Celestine  z  trudem  przełknęła  ślinę,  w  myślach  powracając  do  tamtych  bolesnych 

przeŜyć. Znów odezwał się zadawniony ból. I gniew, który zŜerał jej duszę od dnia pogrzebu 

rodziców. 

-  Pierwszy  raz  próbowano  mnie  zabić,  gdy  byłam  na  studiach.  Zdołałam  przekonać 

prawników  zajmujących  się  moimi  sprawami,  Ŝe  powinnam  wyjechać  z...  Południa. 

Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od ciotki i wuja. Do college'u w Nowej Anglii wybierała 

się moja najlepsza szkolna przyjaciółka, więc postanowiłam zamieszkać z nią w akademiku. 

Wujostwo  oczywiście  się  sprzeciwili,  lecz  nie  oni  ponosili  koszty,  więc  postawiłam  na 

swoim.  Wyjechałam  i  po  raz  pierwszy  od  śmierci  rodziców  byłam  naprawdę  szczęśliwa. 

Zdecydowałam się studiować aktorstwo. To cię dziwi? 

- Ani trochę. 

background image

- Uczyłam się teŜ języków. Zawsze miałam do nich talent. Obecnie mówię biegle po 

francusku i niemiecku, a mój węgierski teŜ jest całkiem niezły... 

- Węgierski? 

-  W  ciągu  minionych  czterech  lat  mieszkałam  równieŜ  w  Budapeszcie.  Jako  Elena 

Kovacs. W drugim pokoleniu Amerykanka, szukająca swoich korzeni. 

Norbert  odgarnął  z  jej  czoła  kosmyk  włosów.  Zrobił  to  delikatnie,  ale  teraz  nic  nie 

mogło podziałać na nią kojąco. Chciała wreszcie wyrzucić z siebie wszystko, aby mieć to za 

sobą. 

- Co stało się w college'u? 

- Na ostatnim roku wracałam kiedyś z zajęć późno wieczorem. Było juŜ ciemno, ale na 

terenie  campusu  wszyscy  się  znaliśmy,  więc  nawet  nie  myśleliśmy  o  jakichś  zagroŜeniach. 

Moja  przyjaciółka  czekała  na  mnie  w  pokoju,  bo  zamierzałyśmy  razem  skoczyć  na  pizzę. 

Spieszyłam  się  i  pobiegłam  na  skróty  między  dwoma  budynkami.  W  pewnej  chwili 

usłyszałam  za  sobą  odgłos  kroków,  ktoś  chwycił  mnie  za  kołnierz  i  przewrócił.  LeŜałam 

twarzą do dołu, więc nic nie widziałam. 

-  Chcesz  o  tym  mówić?  -  Norbert  obrócił  jej  twarz  do  siebie  i  leciutko  pogłaskał 

jedwabisty policzek. 

- Tak. - Skinęła głową. - Napastnik chwycił mnie za gardło i zaczął dusić. Nawet nie 

zdąŜyłam wrzasnąć. 

- Ktoś musiał przyjść ci z pomocą? 

- Profesor biologii zauwaŜył nas przez okno. Najpierw uznał,  Ŝe uprawiamy seks, ale 

potem  postanowił  sprawdzić,  czy  się  nie  pomylił.  Gdy  nadbiegł,  tamten  facet  uciekł.  A  ja 

zostałam ze spuchniętą tchawicą i siniakami na całej szyi. 

- Dlaczego uznałaś, Ŝe nie chodziło o przypadkowy napad? 

- Najpierw niczego nie podejrzewałam. Ale potem pojawiły się wątpliwości. Ten ktoś 

nie próbował mnie zgwałcić. Ani okraść. 

- MoŜe zabrakło mu czasu? 

-  Właśnie  to  stwierdziła  policja.  Ale  jeden  z  funkcjonariuszy,  starszy  pan  z 

wieloletnim  doświadczeniem,  wziął  mnie  na  bok  i  spytał,  czy  ktoś  mógłby  zyskać  na  mojej 

ś

mierci.  AŜ  do  tej  pory  nawet  nie  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  wujostwo  chcieliby  się  mnie 

pozbyć.  Ale  potem  zaczęłam  się  nad  tym  zastanawiać.  Nazajutrz  zjawili  się  oboje,  Ŝeby 

zabrać  mnie  do  domu.  Zanim  zdąŜyłam  się  obejrzeć,  wypisali  mnie  ze  studiów.  Moja 

przyjaciółka  usiłowała  ich  powstrzymać.  Znała  ich  jak  zły  szeląg  i  wiedziała,  do  czego  są 

zdolni,  ale  nic  nie  wskórała.  Ciotka  i  wuj  stwierdzili,  Ŝe  potrzebuję  pomocy,  aby  stanąć  na 

background image

nogi  po  urazie  psychicznym.  śe  przyda  mi  się  odpoczynek  na  łonie  rodziny.  -  Celestine 

zaśmiała się z goryczą. 

- Rozumiem, Ŝe raczej ci nie pomogli. 

-  Byłam  młoda  i  przeraŜona,  a  oni  mi  wmawiali,  Ŝe  jestem  niezrównowaŜona 

emocjonalnie i brak mi rozsądku. Ich zdaniem okazałam się idiotką, idąc sama przez ciemny 

campus.  Sugerowali  nawet,  Ŝe  pewnie  nikt  mnie  nie  napadł,  tylko  kochałam  się  z 

gwałtownym chłopakiem... 

Zamknęła oczy i oparła głowę o bark Norberta. W ten sposób było łatwiej jeszcze raz 

przeŜyć tamten koszmar. 

-  Nie  pozwalali  mi  stanąć  na  nogi.  Wysłali  mnie  do  psychiatry,  który  uznał,  Ŝe 

wykazuję  skłonność  do  urojeń.  W  końcu  zaczęłam  się  bać,  Ŝe  to  prawda.  śe  rzeczywiście 

jestem wariatką. Lecz nadszedł taki dzień, kiedy zaczęłam obawiać się ich, a nie siebie... 

- Jak sobie poradziłaś? 

-  Postanowiłam  zapoznać  się  ze  szczegółami  testamentu  moich  rodziców.  Musiałam 

się  przekonać,  czy  wuj  i  ciotka  mieliby  po  co  mnie  zabić.  Poszłam  więc  do  adwokatów 

prowadzących  nasze  sprawy.  Tak  się  złoŜyło,  Ŝe  prawnik,  z  którym  się  umówiłam,  niestety 

zachorował.  Przyjął  mnie  jego  młody  asystent.  Byłam  taka  roztrzęsiona,  Ŝe  nie  wiadomo 

kiedy  opowiedziałam  mu  całą  swoją  historię,  nie  ukrywając  podejrzeń  wobec  wujostwa. 

Powiedziałam teŜ o obawach związanych z moim stanem psychicznym, o napadzie i sugestii 

tamtego  policjanta.  Gdy  skończyłam,  byłam  niemal  pewna,  Ŝe  adwokat  wezwie  facetów  w 

białych  kitlach.  Ale  on  wyjął  z  sejfu  testament  i  dokładnie  mi  wyjaśnił,  dlaczego  jest 

moŜliwe, Ŝe wujostwo pragną mojej śmierci. 

- Usiłował mi pomóc i... i po pewnym czasie... zakochaliśmy się w sobie. Okazało się, 

Ŝ

e  wuj  usiłował  umieścić  mnie  w  prywatnym  zakładzie  psychiatrycznym.  Mój  lekarz 

zamierzał poprzeć ten wniosek. Wtedy mój przyjaciel... 

- Jakoś się nazywał? 

- Stephen. Na razie tylko tyle, dobrze? - powiedziała po krótkim namyśle, a Norbert na 

moment zacisnął usta. 

- I co dalej? 

- Stepehen poruszył niebo i ziemię, Ŝeby powstrzymać moją rodzinę. Starsi wspólnicy 

z  jego  kancelarii  nie  wierzyli  w  moją  historię.  Ciotka  i  wuj  uchodzili  za  szanowanych 

obywateli i mieli po swojej stronie psychiatrę. Natomiast ja byłam młoda i prawie oszalała ze 

strachu, więc istotnie mogło się wydawać, Ŝe trzeba mnie leczyć. 

background image

Celestine  umilkła.  Nie  zostało  wiele  do  opowiadania,  ale  te  wspomnienia  były 

najgorsze.  Wiedziała,  Ŝe  dziś  znów  -  podobnie,  jak  wiele  razy  przedtem  -  przyśni  się  jej 

ś

mierć Stephena. 

-  Stepehen  zginął  tego  dnia,  gdy  formalnie  wystąpił  o  nakaz  sądowy  pozbawiający 

moją  rodzinę  prawa  do  zamknięcia  mnie  w  zakładzie  psychiatrycznym.  W  budynku,  gdzie 

mieszkał,  było  sporo  włamań.  Łupem  padały  sprzęt  audiowizualny,  biŜuteria...  Policja 

stwierdziła,  Ŝe  Stepehen  prawdopodobnie  zaskoczył  włamywacza.  Ale  mnie  ta  wersja  nie 

przekonała.  Z  mieszkania  Stephena  niczego  nie  zabrano,  nadal  miał  przy  sobie  zegarek  i 

portfel. A zginął od jednej kuli. 

- Mówiłaś, Ŝe byłaś świadkiem morderstwa. 

-  Zmarł  na  moich  rękach,  ale  zabójca  zdąŜył  uciec.  Tego  wieczoru  umówiłam  się  ze 

Stepehenem,  ale  coś  mi  wypadło,  więc  zadzwoniłam  i  uprzedziłam,  Ŝe  się  spóźnię.  Gdy 

przyszłam, drzwi były otwarte na ościeŜ, a w korytarzu zaczęli zbierać się ludzie. Weszłam i 

stwierdziłam,  Ŝe  Stephen  jeszcze  Ŝyje.  Zobaczył  mnie  i  usiłował  coś  wyszeptać.  Uklękłam, 

połoŜyłam jego głowę na kolanach i wtedy znów się odezwał. Po czym umarł. 

- Co powiedział? - Norbert objął ją mocniej. 

-  Tylko  jedno  słowo:  „Uciekaj”.  Kazał  mi  uciekać.  Na  pewno  to  oni  go  zabili,  moja 

ciotka i wuj. Oczywiście sami nie pociągnęli za spust, ale są za to odpowiedzialni. 

- Ale dlaczego zabili jego? Dlaczego nie ciebie? 

- Co do tego nie mam pewności. MoŜe zamierzali mnie zgładzić, ale się nie zjawiłam, 

albo postanowili trochę poczekać, Ŝeby moja śmierć nie wzbudziła podejrzeń. Nie wątpię, Ŝe 

gdyby  zdołali  umieścić  mnie  w  zakładzie  psychiatrycznym,  to  Ŝywa  nigdy  bym  go  nie 

opuściła. Ale Stephen stanął im na drodze. Dopóki Ŝył, nie zdołaliby nic mi zrobić. On jeden 

mi wierzył i postarałby się ujawnić ich machinacje. 

- Kto obecnie ci pomaga? 

-  Stephen  powiedział  mi  kiedyś,  Ŝe  gdyby  coś  mu  się  stało,  to  mam  zwrócić  się  do 

jego  najlepszego  przyjaciela,  równieŜ  zatrudnionego  w  tej  kancelarii.  To  właśnie  przyjaciel 

Stephena pomógł mi uciec i od tego czasu mnie wspiera. Ma dostęp do małej części mojego 

majątku,  poniewaŜ  zajmuje  się  niektórymi  inwestycjami.  Czasami  trochę  Ŝongluje  tymi 

pieniędzmi, Ŝeby dyskretnie przekazać mi drobne sumy. Byłby zawodowo skończony, gdyby 

ktoś to odkrył. 

- On przysłał ci pieniądze? 

- Tak. 

- Więc orientuje się, gdzie przebywasz? 

background image

- To nie on, Norbert. Na pewno nie. 

- Kto jeszcze wiedział, Ŝe będziesz w Canterbury? 

- Urzędnik bankowy. Całkiem mi obcy. 

- Rozumiem. - Norbert wyraźnie się zasępił. 

-  Podejrzewasz  niewłaściwego  człowieka.  -  Celestine  bez  trudu  domyśliła  się,  co 

Norbertowi chodzi po głowie. - Przyjaciel Stephena nigdy by mnie nie zdradził. 

- Nawet najlepszy przyjaciel moŜe okazać się przekupny. 

- On od dawna usiłuje zapewnić mi bezpieczeństwo. Robi wszystko, co w jego mocy. 

- Czyli zna trasy twoich podróŜy? 

- Nie, ale w razie konieczności dzwonię do niego. Czasem na moją prośbę przekazuje 

paru osobom wiadomość, Ŝe jestem cała i zdrowa. Gdyby nie on, nie miałabym nikogo... 

- Celie, tylko pomyśl. Dzwonisz do niego. On moŜe cię namierzyć. 

- Nigdy nie rozmawiam z nim na tyle długo. 

- Więc jednak nie ufasz mu w stu procentach? 

-  PrzeŜyłam  jeszcze  kilka  innych  zamachów  na  moje  Ŝycie.  Jakiś  rok  temu 

zauwaŜyłam, Ŝe śledzi mnie męŜczyzna. Lub tak mi się zdawało. Usiłowałam nie panikować, 

wmawiałam sobie, Ŝe nikt nie mógł mnie znaleźć. Ale tamtego wieczora omal nie przejechał 

mnie samochód. Były teŜ inne incydenty. MoŜe przypadkowe, ale kto wie... 

- Celie... 

-  Nie  widzisz,  jak  wygląda  moje  Ŝycie?  -  Nie  zamierzała  się  rozpłakać.  Norbert 

wystarczająco napatrzył się na jej łzy. Nikt nie widział jej szlochającej tyle razy, co on. Ale w 

jej głosie zabrzmiała rozpacz człowieka, który pragnie, aby go zrozumiano. 

- To istny koszmar. Nie mam pojęcia, jak przetrwałaś do tej pory. 

Jego  orzechowe  oczy  w  blasku  słonecznej  poświaty  stały  się  niemal  złociste,  a 

Celestine wyczytała z nich, Ŝe Norbert jej wierzy. Słuchał jej, lecz nie osądzał.  I był zły, Ŝe 

los zgotował jej Ŝycie uciekinierki. 

Odczuła taką przemoŜną ulgę, Ŝe przez chwilę nie była w stanie mówić. Dopiero w tej 

chwili  pojęła,  co  w  duŜym  stopniu  powstrzymywało  ją  od  opowiedzenia  Norbertowi 

wszystkiego.  Obawiała  się,  Ŝe  on  nie  da  wiary  tej  opowieści.  Rzeczywiście  brzmiała  ona 

miejscami nieprawdopodobnie. I niełatwo było się nią podzielić. 

-  Jakoś  dałam  sobie  radę.  -  Niewiele  myśląc,  wsunęła  palce  w  jego  włosy.  -  I 

zamierzam nadal się trzymać. A takŜe znaleźć sposób, Ŝeby kiedyś znów normalnie Ŝyć... tak 

naprawdę Ŝyć. 

background image

Norbert  przygarnął  ją  do  siebie.  Widziała  w  jego  spojrzeniu  te  same  wątpliwości,  z 

którymi  ona  teŜ  się  zmagała.  Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu  i  kaŜde  z  nich  obawiało  się 

uczynić pierwszy krok. 

-  A  gdyby  mi  się  nie  udało...  gdybym  nie  przeŜyła  najbliŜszych  dni  czy  tygodni,  to 

chciałabym mieć świadomość, Ŝe przed śmiercią bez reszty zaufałam chociaŜ jednej osobie. 

- Nie musisz mówić nic więcej. Nie jesteś mi nic winna, Celie. 

-  Jestem  to  winna  sobie.  -  Lubiła  cyniczne  wygięcie  jego  ust,  lecz  jeszcze  bardziej 

spodobało się jej to, jak zmiękły, dotknięte jej wargami. 

Pocałunek  podziałał  na  niego  jak  płomień  zapałki  na  las  w  okresie  suszy.  Norbert 

chwycił Celie w talii, jakby chciał ją odsunąć, ale tego nie zrobił. Nie mógł zrobić, poniewaŜ 

nagle ogarnęło go pragnienie, które wzięło nad nim górę. Przytulił Celie do siebie, aŜ poczuł 

na torsie miękki ucisk jej piersi. 

Celestine od tak dawna tłumiła wszelkie emocje, Ŝe nieoczekiwany przypływ ciepła i 

nadziei  podziałał  na  nią  oszałamiająco.  Od  śmierci  Stephena  aŜ  do  tej  chwili  nigdy  nie 

pozwoliła sobie na przeŜywanie takiej rozkoszy, ani na moment nie zapomniała o niezbędnej 

ostroŜności. Ale teraz znalazła się we władaniu zmysłów. Poczuła muśnięcia języka Norberta 

i marzyła tylko o tym, aby mu się oddać, aby te godziny, które jeszcze im pozostały, okazały 

się cudowną magią. 

- Celie... - Norbert trochę się odsunął, lecz jego dłonie nadal niespokojnie błądziły po 

jej  biodrach.  -  To  nie  najlepszy  pomysł.  Jesteś  rozstrojona  -  argumentował,  lecz  mimo  to 

ogarnął jej usta swoimi, ona zaś jęknęła, gdy znów podniósł głowę. 

- Nie chcę myśleć, Norbercie. NiewaŜne, jaki to pomysł... dobry czy zły... 

- Ja oceniam to inaczej. 

- PrzecieŜ o nic cię nie proszę. JuŜ nic więcej nie moŜesz dla mnie uczynić. 

Tym razem Norbert jednak opuścił ręce, gwałtownie wstał i cofnął się o krok. 

-  Mógłbym  pomóc  ci  jeszcze  bardziej...  gdybyś  tylko  podała  mi  swoje  prawdziwe 

nazwisko i miejsce opisanych wydarzeń. 

-  Nie.  JuŜ  jeden  męŜczyzna  zginął  tylko  dlatego,  Ŝe  mi  pomagał.  Nie  naraŜę  cię  na 

takie niebezpieczeństwo. 

- Czy to oznacza, Ŝe zamierzasz znów odejść? Nie odpowiedziała. 

-  Więc  czego  ode  mnie  oczekujesz?  Przygody  na  jedną  noc?  Miłej  przerwy  w  tym 

nieustającym horrorze, jakim stało się twoje Ŝycie? 

- Czego oczekuję? Wspomnienia. Jednego dobrego wspomnienia... 

background image

Potrząsnął  głową,  jakby  dostał  w  twarz.  Następnie  bez  jednego  słowa  pognał  w 

kierunku domu. 

-  Norbert!  -  Ruszyła  za  nim,  ale  nie  zdołała  go  dogonić.  Gdy  wbiegła  do  domu, 

Norberta  tam  nie  było.  Zajrzała  do  kuchni  i  oniemiała  z  wraŜenia.  Na  stole  leŜały  dwa 

nakrycia, stały jeszcze nie zapalone świece, a obok nich - urodzinowy tort. Zaś po tej stronie, 

gdzie zazwyczaj siedziała ona, leŜał stos pięknie opakowanych prezentów. 

- Norbert! - Celestine zauwaŜyła, Ŝe frontowe drzwi są lekko uchylone. Otworzyła je 

szerzej i wyjrzała na zewnątrz, gdzie powoli zapadał zmrok. - Norbert! - zawołała ponownie i 

nagle usłyszała trzaśniecie drzwiczek auta. Stał obok samochodu. 

- Umiesz prowadzić? - Norbert odwrócił się twarzą do niej. 

- Co? 

- Pytam, czy umiesz jeździć samochodem? 

- Oczywiście, ale... 

- A twój bark? Poradzisz sobie z trzymaniem kierownicy na krótkim dystansie? 

- Chyba tak, ale... 

-  To  dobrze.  Proszę.  -  Podszedł  do  niej  i  włoŜył  jej  w  dłoń  kluczyki.  -  Weź  ten 

samochód  i  jedź,  dokąd  ci  pasuje.  Chcę  tylko,  Ŝebyś  po  dotarciu  do  celu  zawiadomiła 

wypoŜyczalnię,  gdzie  zostawiasz  pojazd.  Ktoś  go  stamtąd  zabierze,  a  ja  ureguluję  opłaty. 

Dowód rejestracyjny jest w skrytce. 

- Dlaczego to robisz? 

-  A  co  mam  zrobić?  Ty  pragniesz  seksu  na  jedną  noc,  a  potem  zamierzasz  stąd 

zniknąć. Opowiadasz wstrząsającą historię swojego Ŝycia, ale nie pozwalasz mi sobie pomóc. 

Przyjmij do wiadomości, Ŝe nie bawię się w taką grę. Albo jestem z tobą, albo się rozstajemy, 

Celestine. 

- Ty nic nie rozumiesz! Nie moŜesz mi pomóc! 

- Tak sądzisz? Więc teraz ja coś ci opowiem. 

Stał  tuŜ  przed  nią  i  w  łagodnym  świetle  padającym  przez  otwarte  drzwi  dobrze 

widziała posępną minę Norberta i jego ponure spojrzenie. 

-  Kilka  lat  temu  byłem  człowiekiem  Ŝonatym.  Miałem  synka  i  Ŝonę,  którą 

uwielbiałem. Ale nie dbałem o nich w naleŜyty sposób i pewnego dnia oboje odeszli. O, tak. - 

Norbert pstryknął palcami. - MoŜe nie rozumiem, przez co przechodzisz, ale jedno wiem na 

pewno. Nigdy nie będę stał z boku i patrzył, jak kobieta, na której mi zaleŜy, ponosi przykre 

konsekwencje mojego braku zaangaŜowania. Wolałbym umrzeć, niŜ jeszcze raz popełnić ten 

błąd.  -  Norbert  przysunął  się  jeszcze  bliŜej.  -  Decyzja  naleŜy  do  ciebie,  Celestine.  Uciekasz 

background image

albo  zostajesz.  Lecz  jeśli  zostaniesz,  to  zmierzymy  się  ze  wszystkim  we  dwoje.  Więc 

wybieraj. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Było oczywiste, Ŝe Celie jest wykończona zarówno pod względem psychicznym, jak i 

fizycznym.  Norbert  widział  malujące  się  na  jej  twarzy  znuŜenie  i  targały  nim  sprzeczne 

uczucia.  Chciał  zaŜądać,  aby  Celie  dokonała  wyboru.  Ale  inna  strona  jego  osobowości,  ta 

słabsza,  pragnęła  czegoś  zupełnie  innego  -  scałować  z ust  Celie  jej  kłamstwa i błagać, Ŝeby 

zgodziła się z nim zostać chociaŜ na tę jedną jedyną noc. 

Celie  wyciągnęła  do  niego  ręce,  a  on  zrozumiał,  Ŝe  mogła  zdobyć  się  tylko  na  tyle. 

Natychmiast chwycił ją w ramiona i przycisnął usta do jej warg. 

DrŜała.  Jedną  ręką  objęła  go  za  szyję  i  rozchyliła  usta.  Norbert  nigdy  nie  smakował 

czegoś  równie  słodkiego  i  kuszącego.  Z  całego  serca  chciał  wierzyć,  Ŝe  oboje  rozpoczynają 

nowy  etap  w  ich  Ŝyciu.  Przedstawił  swoje  stanowisko  i  głęboko  wierzył  w  kaŜde  słowo  tej 

szlachetnej  perory...  ale  miał  świadomość,  Ŝe  ten  pocałunek  równie  dobrze  moŜe  być 

poŜegnaniem. 

Z Celie w ramionach wszedł do domu i kopnięciem zamknął za sobą drzwi. 

- Co ja mam z tobą zrobić? - spytał bezradnie i znów ją pocałował, tym razem bardziej 

namiętnie, uwaŜając jednak, aby nie urazić jej w bark. 

-  Nic  nie  rób.  Niech  wszystko  po  prostu  się  toczy.  Wiedział,  Ŝe  właśnie  na  to  nie 

powinien się zgodzić, ale teraz juŜ nie był w stanie podejmować decyzji. Znajdował się pod 

urokiem Celie, która zaczarowała go, zanim się zorientował, Ŝe jest kobietą nadzwyczajną... 

Kobietą bez nazwiska. Tajemniczą nieznajomą. 

Gdy się odsunęła, pomyślał, Ŝe zmieniła zamiar. Lecz ona ruszyła w stronę sypialni, a 

w drzwiach przystanęła, odwróciła się i powoli rozpięła górny guzik sweterka. 

- Niech się to stanie, Norbercie. 

Podszedł  do  niej,  zafascynowany  widokiem  rozbierającej  się  kobiety.  Smukła  dłoń 

poruszała  się  z  gracją  Marie  St.  Germaine.  W  błękitnych  oczach  malowała  się  śmiałość  i 

zdecydowanie  Celie  Sherwood.  Ale  przecieŜ  ta  kobieta  miała  na  imię  Celestine!  On  zaś 

dopiero tego wieczoru zrozumiał, jak bardzo jest niezwykła. 

-  Przydałoby  mi  się  trochę  pomocy.  -  Jej  głos  miał  niskie,  wibrujące  brzmienie. 

Celestine  była  teraz  uwodzicielką,  zdecydowaną  dopiąć  swego.  Jej  palce  leciutko  drŜały, 

niepewnie  uśmiechnięte  usta  równieŜ,  co  świadczyło  o  wzbierającej  namiętności.  A 

zmysłowe wygięcie ciała kusiło, przyzywało... 

background image

-  Dobrze  sobie  radzisz  -  stwierdził  Norbert,  zdumiony  równieŜ  swoim  głosem,  który 

teraz wcale nie naleŜał do Norberta Coltera, zawsze idealnie panującego nad kaŜdą sytuacją. 

Zwykle  ograniczającego  się  do  obserwowania  świata  z  duŜego  dystansu.  Natomiast  teraz, 

patrząc  na  Celestine,  Norbert  pragnął  znaleźć  się  tak  blisko  niej, jak  tylko męŜczyzna  moŜe 

być blisko z kobietą. 

Celie rozpięła drugi i trzeci guzik, następnie czwarty i nagle znieruchomiała z dłonią 

na biuście. 

- Chyba juŜ nie radzę sobie tak dobrze jak przed chwilą. MoŜe jednak pomógłbyś mi? 

- spytała niemal szeptem, opuszczając ręce wzdłuŜ ciała. 

Podszedł do niej i rozpiął piąty guzik. Spod rozchylonego swetra było widać skromny, 

bawełniany stanik, kupiony przez Jerry'ego w tanim sklepie. Zdaniem Norberta Celie zasługi-

wała  na  jedwabie  i  koronki,  które  wyglądałyby  cudownie  na  tych  kształtnych  piersiach  i 

łagodnie zaokrąglonych biodrach. 

Celie połoŜyła dłonie na jego ramionach, on zaś poczuł ciepło jej palców przez sweter 

i na moment wstrzymał oddech. 

- Nie chciałbym sprawić ci bólu. Jeszcze nie wyzdrowiałaś. 

- Nie pozwolę, Ŝebyś sprawił mi ból. 

Wiedział,  Ŝe  miała  na  myśli  nie  tylko  swój  zraniony  bark.  Bez  wahania  rozpiął  jej 

sweterek  do  samego  dołu  i  wreszcie  dotknął  nagiej  skóry.  Celie  zamknęła  oczy,  mocniej 

zaciskając palce na jego ramionach. 

- Tylko udajesz twardą. - Pocałował jej powieki i czoło, ale nie usta. - Jesteś cała jak 

nie zabliźniona rana, Celestine. Twoje Ŝycie to seria zamachów... 

-  Więc  ulecz  mnie  chociaŜ  na  tę  jedną  noc.  Nie  na  zawsze.  Tego  nie  zdołałbyś 

dokonać. Ale tylko na dziś... 

Odchyliła  głowę  i  podała  mu usta, które natychmiast  ogarnął wargami.  Teraz juŜ nie 

mógł  się  zatrzymać.  Pozwalająca  na  odwrót  chwila  niepewności  dawno  minęła.  Z  niejakim 

zdumieniem stwierdził, Ŝe nie jest takim męŜczyzną, za którego się uwaŜał. 

Celie wyślizgnęła się ze sweterka, który upadł na podłogę u ich stóp. Norbert odnalazł 

klamerkę  staniczka,  a  Celie  pozwoliła  zsunąć  go  z  siebie,  więc  zaraz  teŜ  wylądował  na 

dywaniku. 

Od  pierwszej  chwili,  gdy  ujrzał  tę  kobietę,  Norbert  pragnął  pogłaskać  jej  atłasową 

skórę.  Piersi  Celie  były  małe,  krągłe,  idealne  pod  kaŜdym  względem.  Przez  tych  kilka 

minionych  dni  starał  się  stłumić  przemoŜną  chęć  dotykania  jej,  zaniepokojony  tym,  Ŝe  jego 

mroczne  pragnienia  odzywają  się  z  taką  siłą.  A  teraz  wreszcie  mógł  je  zaspokoić.  Z 

background image

zachwytem  pieścił  więc  ciało  Celie,  które  było  właśnie  takie,  jakiego  się  spodziewał  - 

delikatne, lecz silne, gładkie jak marmur, lecz emanujące cudownym ciepłem. 

Ona  zaś  objęła  go  w  pasie  i  trochę  nieśmiało  wsunęła  dłonie  pod  gruby  sweter. 

Muśnięcie  jej  palców  na  nagiej  skórze  podziałało  na  Norberta  niezwykle  podniecająco.  Był 

doświadczonym  kochankiem,  umiał  sprawić  kobiecie  rozkosz  i  sam  ją  przeŜyć,  nie  dając  z 

siebie zbyt wiele. Ale przy Celestine stracił wszelkie hamulce. Chciał chwycić ją na ręce, paść 

z nią na łóŜko i szaleńczo kochać się z nią aŜ do utraty tchu, zrzuciwszy z siebie i z niej tylko 

najbardziej  przeszkadzające  części  garderoby.  Chciał  zatonąć  w  tej  kobiecie  jak  najgłębiej  i 

uczynić  z  niej  swoją  jedyną,  upragnioną  partnerkę.  PoŜądał  jej  tak  dziko,  Ŝe  prawie  nie 

rozpoznawał tego uczucia. Nigdy by nie przypuszczał, Ŝe go na nie stać. 

Ale ono naprawdę nim targało. 

Jednym gwałtownym ruchem ściągnął sweter przez głowę i cisnął na podłogę, a oczy 

Celestine  rozbłysły.  Powędrowała  dłońmi  po  jego  nagiej  piersi,  następnie  zarzuciła  mu  ręce 

na szyję i przylgnęła do niego, on zaś mocno ją przytulił. Była niewiarygodnie miękka i taka 

delikatna,  jak  płatek  egzotycznego  kwiatu.  Norbert  odnalazł  suwak  spódnicy,  która  za 

moment znalazła się u stóp Celestine. 

-  Będziemy  kochać  się  tutaj?  -  Głos  Celie  takŜe  był  miękki  i  równie  zmysłowy  jak 

gorące noce pod niebem Georgii, równie słodki jak poranek w Karolinie. 

A Norbert wiedział, Ŝe tym razem trzyma w ramionach prawdziwą Celestine. Wziął ją 

na  ręce  i  znów  się  zdumiał,  jaka  jest  drobna.  W  zasadzie  powinna  zginąć  od  jednego  ciosu 

Bobby'ego  -  atlety.  Ale  ona  oprócz  szczupłego  ciała  miała  jeszcze  kolosalną  wolę 

przetrwania,  duŜo  silniejszą  niŜ  zaciekłość  wszystkich  zamachowców,  którzy  próbowali  po-

zbawić Ŝycia tę niezwykłą kobietę. 

Norbert  połoŜył  ją  na  kwiecistej  kołdrze  i  pospiesznie  się  rozebrał,  a  wtedy  Celie 

wyciągnęła do niego ręce. LeŜąc obok niej wplótł palce w jej jedwabiste włosy, powędrował 

wargami po jej twarzy, ucząc się konturów na pamięć. 

- Będę ostroŜny - obiecał. - Ale musisz mi pomóc... 

-  Norbert,  ja...  nie  stosuję  Ŝadnych  środków  zapobiegawczych.  I  nie  mogę 

ryzykować... 

Uciszył ją pocałunkiem. 

- Biorę to na siebie. Nie dopuszczę, Ŝebyś miała jakiekolwiek problemy. 

- Wiem - odparła z westchnieniem. - JuŜ to wiem. Jej ufność podziałała na niego jak 

ciepły promień słońca. 

- Zadbam o to, Ŝebyś była bezpieczna. Pod kaŜdym względem. 

background image

- Wiem, Ŝe chcesz. Wierzę ci... 

Obrysował  czubkami  palców  jedną  pierś,  a  słowa  Celestine  przeszły  w  cichutkie, 

słodkie jęknięcie. 

-  Twoje  nerwy  nie  są  nawet  tuŜ  pod  skórą,  tylko  na  samym  wierzchu  -  szepnął.  - 

Chyba  dzięki  tej  wraŜliwości  udawało  ci  się  przeŜyć.  A  teraz  wykorzystamy  ją  w  innym 

celu... - Zaczął delikatnie gładzić pierś, która pod wpływem tej pieszczoty nabrzmiała i stała 

się jeszcze cieplejsza. Po chwili połoŜył dłoń na brzuchu Celestine i przesunął rękę niŜej tak 

powoli, Ŝe sam był zdumiony swoim opanowaniem. 

Czuł  na  swojej  skórze  dłonie  Celestine;  błądziły  po  jego  ciele  z  cudowną 

delikatnością,  lecz  budziły  doznania,  jakich  Norbert  nigdy  przedtem  nie  doświadczył. 

Sprawiały, Ŝe chciał być dotykany wszędzie i sam teŜ pragnął dotykać z taką samą czułością. 

Chwilami nie potrafił rozróŜnić swojej rozkoszy od tej, którą dawał Celestine. Gdy poruszyła 

biodrami i głośno wciągnęła powietrze, wydał pomruk zachwytu i poczuł drobną, ciepłą dłoń, 

która umiejętnie zintensyfikowała jego zmysłowe doznania. 

Pocałunek,  którym  obdarzył  Celestine,  zdawał  się  nie  mieć  końca.  Ta  kobieta  była 

równie słodka, jak zapach rozgrzanych słońcem róŜ. I miała ciało, które poznawał z radością, 

wędrując  dłońmi  po  jego  wklęsłościach  i  wypukłościach,  po  jedwabistych,  długich  udach, 

kształtnych pośladkach i cudownie jędrnych piersiach. 

Serce  waliło  mu  jak  oszalałe,  a  mięśnie  boleśnie  się  kurczyły,  gdy  usiłował 

powstrzymać  się  od  tego,  czego  pragnął  najbardziej.  Ale  wyczuwał,  Ŝe  Celestine  nie  robiła 

tego  często.  Z  przejawami  jej  namiętności  splatało  się  bowiem  wahanie  kobiety 

niedoświadczonej  seksualnie.  Wspomniała  o  jednym  kochanku.  Norbert  wątpił,  czy  miała 

drugiego. Uciekała od tak dawna, w takim strachu,  Ŝe w jej Ŝyciu chyba nie było miejsca na 

męŜczyznę. 

RównieŜ dlatego, Ŝe w jej Ŝyciu nie było miejsca na zaufanie. 

Przewrócił się na wznak i sięgnął do szuflady nocnej szafki po zabezpieczenie. 

- Celestine... - PołoŜył ją na sobie i zamknął oczy, a ona znów go pocałowała. Czuł na 

ciele jej powabne miękkości i niczego innego bardziej nie pragnął, jak odwrócić ją na plecy i 

w niej zatonąć, biorąc w posiadanie ją całą. Chciał zawładnąć nie tylko jej ciałem, lecz takŜe 

sercem  i  duszą,  zapanować  nad  jej  Ŝyciem.  Było  to  odwiecznym  dąŜeniem  wszystkich 

prawdziwych męŜczyzn i on pod tym względem wcale się od nich nie róŜnił. Ale miał sporo 

rozsądku  i  zanadto  zaleŜało  mu  na  Celestine,  aby  kierować  się  wyłącznie  pierwotnymi 

Ŝą

dzami. Obawiał  się ją  przestraszyć lub uczynić jej coś złego. Musiał więc  dostosować się 

do niej. 

background image

- Co mogę zrobić, Ŝeby dać ci rozkosz? - szepnęła, patrząc mu w oczy. 

Gdyby nie wzruszenie i podniecenie, chyba parsknąłby śmiechem. Ale dostrzegł w jej 

spojrzeniu autentyczny niepokój, wiedział więc, Ŝe ona mówi serio. 

- Cokolwiek. Na co masz ochotę. 

- Chcę się z tobą kochać... 

- To dobrze. - Ledwie zdołał wydusić z siebie te słowa. 

- Tak... całkowicie. Powoli. 

PołoŜył dłonie na jej biodrach, a ona przyjęła go w sobie właśnie tak, jak powiedziała 

- całkowicie i powoli. Norbert na moment wstrzymał oddech i gardłowo  jęknął, gdy płynnie 

zakołysała  ciałem.  JuŜ  zapomniał,  Ŝe  męŜczyzna  i  kobieta  mogą  tak  wspaniale  do  siebie 

pasować.  I Ŝe seks moŜe być czymś więcej, niŜ tylko sposobem pozwalającym zapomnieć o 

duchowej pustce. 

KaŜdy  ruch Celestine cudownie przypominał o tym,  Ŝe ta intymność oferuje równieŜ 

nieskończenie wiele czułości i ekstazę oraz poczucie jedności, którego nie sposób porównać z 

Ŝ

adną  inną  emocją.  Norbert  juŜ  kiedyś  jej  doświadczył,  lecz  teraz  nie  czuł  się  winny, 

przeŜywając  to  wszystko  po  raz  drugi.  Lynn  na  pewno  by  zrozumiała.  Chciałaby,  Ŝeby 

naprawdę Ŝył... A przecieŜ on od tak dawna tylko wegetował. 

- Norbert... - szepnęła Celestine. Miała zamknięte oczy, a na jej twarzy malowało się 

napięcie. 

Znów  spróbowała  się  poruszyć,  a  on  dopiero  teraz  zauwaŜył,  Ŝe  Celie  moŜe  opierać 

się tylko na jednej ręce. 

-  Zaczekaj.  -  Obrócił  się  wraz  z  Celie  i  delikatnie  połoŜył  ją  na  wznak.  -  Dobrze  się 

czujesz? 

- Nawet nie pamiętałam, Ŝe boli mnie bark. - Otworzyła oczy, a Norbert ujrzał w nich 

łzy. - Zawsze myślałam, Ŝe... Ŝe to tylko seks. 

Oczywiście, Ŝe między nimi chodziło o coś więcej, ale Norbert jeszcze nie chciał tego 

nazwać. Nadal za wiele stało między nim a Celestine. 

Teraz on zaczął się poruszać, a ona nie przymknęła powiek i nie uciekła spojrzeniem 

w bok. Norbert mógł więc zobaczyć w jej oczach całą gamę cudownych doznań i wiedział, Ŝe 

Celestine to samo widzi na jego twarzy. 

Nigdy  przedtem  nie  przeŜyła  takiej  ekstazy,  nie  czuła  takiego  słodkiego  pulsowania. 

Teraz leŜała obok Norberta, słuchając jego coraz spokojniejszego oddechu. Ale była pewna, 

Ŝ

e Norbert nie śpi, chociaŜ oboje milczeli. 

background image

Celestine miała w głowie zbyt wielki zamęt, aby trafnie nazwać to, co właśnie stało się 

ich  udziałem.  Gdyby  koniecznie  musiała  powiedzieć,  co  czuła,  zanim  zaczęli  się  kochać, 

uŜyłaby  słowa  „poŜądanie”.  Pragnęła  zneutralizować  napięcie.  Pragnęła  być  dotykana.  I 

kusząca. Tylko tyle, bo do miłości chyba nie była zdolna. Nie mogła nawet pozwolić sobie na 

marzenia, skoro Ŝyła w ciągłym zagroŜeniu. 

MoŜe więc czuła jedynie wdzięczność? W ramionach Norberta doświadczyła czegoś, 

co  do  tej  pory  uwaŜała  za  nierealne.  Całkowicie  zaufała  temu  męŜczyźnie.  Pozwoliła  wziąć 

górę  swoim  wszystkim  sekretnym  pragnieniom,  a  Norbert  je  spełnił.  Dlatego  słowo 

„wdzięczność”  wydawało  się  zbyt  ubogim  określeniem  tych  cudownie  wstrząsających 

doznań. I tych emocji, które nadal w niej buzowały. 

- Spisz? 

- A powinnam? - Otworzyła oczy i ujrzała twarz Norberta tuŜ nad swoją. 

- To podobno tak działa. 

-  Ale  ty  nie  jesteś  senny. -  Spróbowała  wyczytać  coś  z jego  spojrzenia, lecz  Norbert 

chyba znów zamknął się w sobie. 

- Nie chcę stracić ani sekundy z tych chwil, które spędzamy razem. 

-  Cieszę  się  -  odparła  z  uśmiechem  i  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  ten  uśmiech  został 

wywołany przez coś, co stało się dla niej dostępne dopiero teraz. Ale nie wiedziała jeszcze, co 

to jest. 

- Zostań tutaj. 

- Dlaczego? Dokąd idziesz? 

- Zaraz wrócę. 

W  pokoju  było  juŜ  prawie  ciemno,  lecz  Celestine  odprowadziła  zachwyconym 

wzrokiem  muskularną  sylwetkę  wychodzącego  z  sypialni  męŜczyzny.  Dopiero  gdy  znikł, 

przypomniała sobie o prezentach. I o torcie. 

Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. JuŜ nie pamiętała, kiedy jej urodziny 

były  czymś  więcej,  niŜ  tylko  okazją  do  stwierdzenia,  Ŝe  przeŜyła  kolejny  rok.  A  Norbert 

nawet nie podejrzewał, jakie waŜne są te dwudzieste piąte urodziny. 

Zgodnie  z  jej  przewidywaniem  wrócił  do  sypialni  z  naręczem  podarunków.  Zapalił 

nocną lampkę i rozsiadł się po turecku na łóŜku. 

- Tylko nie śpiewaj - jęknęła. - Bo się rozpłaczę ze wzruszenia. 

- Nigdy nie śpiewam. Doprowadziłbym do płaczu kaŜdego. 

background image

Celestine  takŜe  usiadła.  Nigdy  dotąd nie była  całkiem  naga w obecności  męŜczyzny. 

Ale przy  Norbercie  nie  czuła  zawstydzenia. Poza tym  on  przecieŜ  znał kaŜdy  zakamarek jej 

ciała. 

- Nie musiałeś tego robić. Niepotrzebnie powiedziałam ci o tych urodzinach. 

- A ja jeszcze ci nie powiedziałem, jaka jesteś piękna. 

- Komplementy są zbędne. - Spojrzała na niego i poczuła, Ŝe się rumieni. - Wiem, Ŝe 

mam  przeciętną  urodę,  ale  ta  przeciętność  działała  zawsze  na  moją  korzyść,  gdy  musiałam 

zmieniać swój wygląd, więc nie narzekam. Mam rysy, które nikomu nie pozostają w pamięci. 

- Nonsens. Ja natychmiast zapamiętałem twoją twarz. 

- Podobno zwróciłeś uwagę na mój chód. 

-  Wszystko  w  tobie  jest  nadzwyczajne.  Zwłaszcza  teraz.  Sięgnęła  po  jego  dłoń,  nie 

wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić. 

- Nie otworzysz prezentów, trzymając mnie za rękę. 

- Więc pewnie mi pomoŜesz? 

- Nie. Wolę patrzeć, jak sama je wyjmujesz. 

-  Zrobiłeś  zakupy  w  Canterbury?  -  spytała  z  uśmiechem,  rozwiązując  pierwszą 

kokardkę. 

- Tak. 

Celestine zdjęła lśniący papier i podniosła wieczko białego pudełka. 

- Och! Norbert, jakie... 

- Wyjmij i zobacz. 

JuŜ  wiedziała,  co  to.  Trzymała  w  dłoniach  nocną  koszulkę  ze  szmaragdowego 

jedwabiu, na cieniutkich ramiączkach i z dekoltem chyba do pępka. 

- Przypuszczałeś, Ŝe...? 

-  Nie.  Ale  podczas  długich,  bezsennych  nocy  wciąŜ  sobie  wyobraŜałem,  jak 

wyglądasz, leŜąc tam na górze w łóŜku. I nie byłem w stanie nawet w myślach rozebrać cię z 

tego flanelowego namiotu, który dała ci Betty. 

Celestine pochyliła się i cmoknęła Norberta w usta, po czym z zachwytem przyłoŜyła 

koszulkę do piersi. 

- Zaraz ją włoŜę. 

- Ani się waŜ. - Norbert wyjął jej koszulę z rąk, a Celestine wesoło się roześmiała. 

- Dziękuję. 

- Otwórz to. 

- Przesadziłeś z tą ilością. 

background image

- JuŜ zapomniałem, jaką radość sprawia kupowanie prezentów kobiecie. 

- Naprawdę? - spytała, powaŜniejąc. 

- Tak. 

Wiedziała,  Ŝe  powiedział  prawdę.  Na  pewno  od  czasu  swojego  rozwodu  nie  miał 

wystarczająco bliskiej kobiety, której chciałby zrobić prezent. 

- Cieszę się, Ŝe miałeś frajdę. 

- Teraz zajrzyj tutaj. 

Sięgnęła  po  kolejny  prezent  i  wlepiła  oszołomione  spojrzenie  w  czarną  suknię  - 

niewątpliwie  kaszmirową,  piękniejszą  niŜ  wszystko,  co  miała  w  ciągu  minionych  kilku  lat, 

zaprojektowaną tak, aby budziła grzeszne myśli. 

- Znalazłeś coś takiego w Canterbury? 

- Wydała mi się trochę podobna do tej, którą nosiłaś, gdy pierwszy raz cię ujrzałem. 

- Och, ta jest o wiele piękniejsza. - Celestine lekko strzepnęła sukienkę i przyłoŜyła ją 

do siebie. - Jest cudowna. Dziękuję. 

- Pogratuluję sobie, jeśli będzie leŜała, jak tamta. 

- Wiele zawdzięczam owej sukience, prawda? Gdybyś wtedy za mną nie poszedł, teraz 

nie bylibyśmy razem. 

-  Jest  jeszcze  jedna  rzecz.  -  Wręczył  jej  prezent  w  czerwono  -  złotym  pudełku, 

przewiązanym białą wstąŜeczką. 

Wyjęła  z  niego  kawałek  jasnego  drewna  i  zaraz  stwierdziła,  Ŝe  jest  to  swoista 

układanka w formie kostki, składającej się z wielu elementów. 

-  Och,  to  przecieŜ  arka  Noego!  -  Celestine  musnęła  palcami  drewniany  statek i  małe 

figurki zwierząt. - Jakie śliczne! Nie masz pojęcia, jak mi się to podoba. 

- Znalazłem tę kostkę w sklepie, gdzie kupiłem smoka dla Teddy'ego. 

- Zachowam ją na zawsze. 

- Chciałem, Ŝebyś miała coś przypominającego o mnie. 

Nie odpowiedziała, poniewaŜ nie wiedziała, co powiedzieć. I dławiło ją w gardle. 

- śeby zostało ci nie tylko wspomnienie tej nocy - dodał Norbert, bez cienia uśmiechu 

na twarzy. 

Celestine  starannie  powkładała  wszystkie  prezenty  do  pudełek  i  postawiła  je  na 

podłodze. 

- Arka jest prześliczna - powiedziała. - I będzie dla mnie jak skarb. Ale nie potrzebuję 

zabawki, aby pamiętać o tobie, Norbercie. 

- Nie zgodzisz się na moją pomoc? 

background image

-  Nie  rozmawiajmy  o  tym.  Nie  teraz,  dobrze?  -  Wstała  i  połoŜyła  dłonie  na  jego 

ramionach. - W ogóle niczego nie mówmy. 

Przez  chwilę  miał  ochotę  się  sprzeciwić.  Celestine  uklękła  przed  nim,  błagając  go 

samym spojrzeniem. Nie zniosłaby kolejnej sprzeczki z Norbertem. 

-  Niektórzy  ludzie  uwaŜają  mnie  za  najbardziej  nieugiętego  człowieka  świata  - 

mruknął. - Ale nie znają ciebie. 

- To moje najpiękniejsze urodziny, Norbercie. Mogę ci przyzwoicie podziękować? 

- Wolałbym nieprzyzwoicie. 

- Norbercie... - Musnęła kącik jego ust czubkiem palca. - Chciałbyś, Ŝebym włoŜyła tę 

czarną suknię... i nic pod spód? 

- Bardzo. - Błysk w oczach Norberta zmienił się w płomień. 

- Przykro mi, Ŝe ścięłam włosy. Ale mógłbyś udawać... 

- Nie muszę udawać, Ŝe biorę cię za kogoś innego. I nie chcę, Ŝebyś ty udawała inną 

kobietę. 

- Nie inną. Marie St. Germaine była częścią mnie. Lubiłam ją. 

Wzięła  sukienkę  i  powoli  ją  uniosła,  prowokacyjnie  kołysząc  biodrami.  Następnie 

wsunęła  ją  przez  głowę  i  powolutku  ściągnęła  w  dół,  stopniowo  zasłaniając  piersi  i  biodra. 

Sukienka sięgała przed kolana i okazała się bardziej obcisła, niŜ tamta poprzednia. 

Celestine zburzyła włosy i stanęła w pozie modelki, wysuwając do przodu jedną nogę. 

- I jak? Podoba ci się? 

Norbert zerwał się z łóŜka i podszedł do Celestine. Bez uśmiechu i bez jednego słowa 

połoŜył  dłonie  na  piersiach  Celie,  a  ona  gwałtownie  wciągnęła  powietrze.  Wtedy  przesunął 

rękami  wzdłuŜ  jej  ciała,  wygładzając  dŜersej,  zatrzymał  je  na  biodrach  i  kucnął  przed  nią, 

następnie powędrował dłońmi po udach i sięgnął pod sukienkę. 

- Tylko jedno spodobałoby mi się bardziej od wkładania tego ciuszka. 

- Co takiego? - Głos Celestine zabrzmiał zmysłowo. 

- Zdejmowanie. 

Gdy Celestine zbudziła się o świcie, Norbert jeszcze smacznie spał. We śnie wyglądał 

mniej  surowo,  jak  człowiek,  który  uznał  świat  za  bezpieczne  miejsce,  gdzie  moŜna  usnąć  z 

kobietą w ramionach. 

Lecz świat wcale taki nie był. I moŜe Norbert jednak to wiedział. MoŜe domyślił się, 

Ŝ

e  śpiąc  z  nim  tej  nocy,  popełniła  najgorsze  z  oszustw.  Nie  obiecała,  Ŝe  z  nim  zostanie,  Ŝe 

zgodzi się, aby pomógł jej zmierzyć się z jej demonami. Kochając się z nim, właściwie z góry 

wiedziała, Ŝe go zostawi... Było to więc jak zdrada... poniewaŜ teraz musiała znów uciec. 

background image

Powolutku  usiadła,  a  Norbert  nawet  się  nie  poruszył.  W  pokoju  panował  chłód,  lecz 

dzięki  temu  szybciej  oprzytomniała.  Wstała  i  szybko  zebrała  z  podłogi  swoje  prezenty.  Jak 

zwykle powinna ruszyć w drogę, mając przy sobie niewielki bagaŜ, ale nie mogła zmusić się 

do  pozostawienia  tego,  co  dał  jej  Norbert.  W  ciągu  ostatnich  kilku  lat  nauczyła  się  nie 

przywiązywać do przedmiotów, ale te rzeczy juŜ stały się bliskie jej sercu. 

Wzięła  jeszcze  odzieŜ  leŜącą  przy  drzwiach  i  ubrała  się  w  kuchni.  Niebo  za  oknami 

dopiero  zaczynało  szarzeć.  Na  stole  walały  się  resztki  ich  kolacji,  którą  zjedli  o  północy, 

wszędzie  leŜały  okruchy  urodzinowego  tortu.  Zaledwie  parę  godzin  temu  oboje  śmiali  się 

dosłownie  z  niczego,  łapczywie  zjedli pieczonego  kurczaka,  a  później karmili  się nawzajem 

tortem jak para nowoŜeńców na ślubnym przyjęciu. 

Ciekawe, czy Norbert juŜ wtedy zdawał sobie sprawę z tego, Ŝe wkrótce się rozstaną. 

Siadając do stołu, Celestine wiedziała, co powinna zrobić. A zanim zaczęli kochać się po raz 

ostatni, wiedziała takŜe, jak ma zrealizować swoje plany. 

Jeszcze  raz  rozejrzała  się  po  kuchni.  Wszystko  nagle  zaczęło  się  wydawać  takie 

nadzwyczajne, pełne wspomnień. Wiedziona impulsem, urwała jeden suchy kwiatek z gałązki 

oplatającej sufitową belkę. Norbert dowiedział się od Marian, Ŝe są to pędy chmielu, które w 

hrabstwie Kent często słuŜą do ozdabiania wnętrz pubów i domów mieszkalnych. Chmiel był 

tu kiedyś głównym źródłem dochodu i okoliczni mieszkańcy nadal wierzyli, Ŝe przejście pod 

wiązką chmielu zapewni człowiekowi powodzenie w interesach i szczęście osobiste. 

W  kilka  minut  spakowała  do  nowej  torby  wszystkie  swoje  rzeczy.  Zabierała  ze  sobą 

niewiele,  lecz  i  tak  więcej,  niŜ  kiedykolwiek  miała.  A  najcenniejsze  były  wspomnienia  tej 

ostatniej nocy. 

Napisała  liścik,  w  którym  poprosiła  Norberta,  aby  się  na  nią  nie  gniewał.  Zostawiła 

kartkę na stoliku i przycisnęła ją zdjętą z palca ślubną obrączką. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Telewizor odbierał tylko program jednej stacji, chyba Ŝe ktoś chciał za opłatą obejrzeć 

emitowane filmy pornograficzne. Celestine nie była spragniona takich rozrywek. Miała ich aŜ 

nadto,  z  konieczności  słuchając  odgłosów  dobiegających  z  sąsiedniego  pokoju. 

Wynajmowano go na godziny i kolejne pary robiły z łóŜka imponujący uŜytek. 

Celestine nie spodziewała się tutaj Ŝadnych luksusów. Wystarczy,  Ŝe po ścianach nie 

łaziły  karaluchy,  pościel  była  czysta,  choć  poŜółkła  ze  starości,  a  w  drzwiach  znajdował  się 

wizjer.  Zaś  decydującym  czynnikiem  okazała  się  solidna  zasuwka.  Teraz,  gdy  ktoś  głośno 

zapukał, Celestine na palcach podeszła do drzwi, aby sprawdzić, kto ją niepokoi. 

Natychmiast otworzyła i znalazła się w objęciach gościa. 

- Allie... - Wciągnęła swoją najlepszą przyjaciółkę do pokoju i zamknęła drzwi. - Och, 

Allie... - Celestine rozpłakała się ze wzruszenia. - Myślałam, Ŝe juŜ nigdy cię nie zobaczę. 

- Jezu, Celestine, chyba juŜ nie mogłaś znaleźć gorszej nory? 

- ObraŜasz moją skromną siedzibę. - Celestine otarła oczy i niechętnie wysunęła się z 

objęć Allie. 

- Skromna to mało powiedziane! Chryste, z lewej strony lombard, z prawej... teŜ. Jeśli 

zapragniesz kupić spluwę to trafiłaś, gdzie trzeba. 

- Spluwa moŜe by mi się przydała - mruknęła Celestine, zasuwając łańcuch. 

- Skarbeńku, nawet nie mów takich rzeczy! Nikt nie wie, Ŝe tu jesteś. Wszystko będzie 

dobrze. JuŜ wkrótce. 

Celestine  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  twarzy  Allie.  Jej  długie  do  ramion,  ciemne 

włosy  lśniły,  a  spojrzenie  piwnych  oczu  wędrowało  po  sylwetce  przyjaciółki,  oceniając 

zmiany, jakie w niej zaszły w ciągu minionych kilku lat. 

Allie  miała  mały,  zadarty  nosek,  pełne,  zmysłowo  wykrojone  usta  oraz  wspaniałą 

figurę  z talią  osy.  Zawsze  uchodziła  za największą  buntowniczkę  ze wszystkich uczennic  w 

ich  liceum,  a  takŜe  w  internacie,  gdzie  obie  mieszkały.  W  tym  czasie,  gdy  Celestine 

przebywała  za  granicą,  Allie  skończyła  studia  i  zaczęła  pracować  jako  przedstawicielka 

handlowa duŜej firmy farmaceutycznej z Północnej Karoliny. Celestine była pewna, Ŝe wielu 

lekarzy  ze  wschodniej  części  stanu  niecierpliwie  wyczekuje  słuŜbowych  wizyt  pięknej 

Allison. 

- I jak? - spytała Allie. 

- Wyglądasz bosko! Mowę mi odjęło. 

background image

- Nie Ŝartuj! - Allie uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się śliczne dołeczki. 

- Ty teŜ nieźle się prezentujesz. MoŜe to skakanie po świecie dobrze ci robi? 

Celestine  odruchowo  przeczesała  palcami  krótkie,  rozjaśnione  na  blond  włosy. 

Doskonale pasowały do sportowej odzieŜy w kalifornijskim stylu i złocistej opalenizny, będą-

cej  rezultatem  wylegiwania  się  na  opalającym  łóŜku  u  kosmetyczki  w  Edynburgu,  gdy 

Celestine czekała na zrobienie nowych dokumentów. Nikt, kto znał Celie Sherwood, teraz nie 

rozpoznałby jej na pierwszy rzut oka. Czasem zastanawiała się, co na jej widok powiedziałby 

Norbert... WciąŜ pojawiał się w jej snach, choć od ucieczki z Trilling - den minął miesiąc. 

-  Nienawidzę  tych  podróŜy  -  mruknęła,  opuszczając  rękę.  -  Zamierzam  z  nimi 

skończyć. 

- Cieszę się, Ŝe wróciłaś. O nic się nie martw. 

-  Usiądź.  -  Celestine  wskazała  krzesło  z  podniszczonym  siedzeniem  z  plastikowej 

plecionki. - Mam dla nas colę. 

- Otworzyła puszkę i podała ją Allie. - Szkoda, Ŝe nie mogę zatrzymać się u ciebie. Z 

radością zobaczyłabym twój apartament. 

-  Pamiętasz,  jak  dawniej  gadałyśmy  po  nocach  o  tym,  co  zrobimy,  gdy  wreszcie 

będziemy wolne?  Dokąd  pojedziemy? Co sobie  kupimy? -  Allie uniosła  puszkę. - Wypijmy 

za spełnione marzenia. Ty pewnie byłaś we wszystkich miejscach, które wymieniłyśmy. A ja 

znajdywałam jednego dobrego chłopaka po drugim, Ŝeby kupował mi śliczne rzeczy... 

- Jednego po drugim? - Celestine otworzyła drugą puszkę. 

- Ty miałaś klasę i dobry gust. Ja nie. - Allie wzruszyła ramionami. 

- Nie spotkałaś nikogo nadzwyczajnego? 

- W przeciwieństwie do ciebie nie wierzę w bajki. 

- Allie uśmiechem złagodziła swój cierpki ton. - To ty czekałaś na rycerza w lśniącej 

zbroi, który zabierze cię na białym koniu do krainy baśni. Ja zawsze zadowalałam się jakimś 

szarakiem, dopóki się nie zmył. 

Celestine  uśmiechnęła  się,  lecz  była  pewna,  Ŝe  Allie  mówi  szczerze.  Jako  jedyne 

dziecko  samotnej  matki,  Allie  w  porównaniu  z  pozostałymi  dziewczętami  z  liceum  była 

ubogim  Kopciuszkiem.  A  po  śmierci  jej  matki  jacyś  krewni  zaczęli  opłacać  dość  wysokie 

czesne, Ŝeby tylko nie mieć z Allie do czynienia, lecz nie dawali jej kieszonkowego. Dawno 

temu  Allie  poprzysięgła  sobie  -  jak  Scarlett  O'Hara  -  Ŝe  zrobi  wszystko,  aby  tylko  nigdy 

więcej nie cierpieć głodu. 

background image

-  A  ty?  -  Allie  oparła  bose  stopy  o  łóŜko  i  poruszyła  palcami  z  polakierowanymi 

paznokciami.  -  Wiem,  Ŝe  uwaŜałaś  Stephena  za  swojego  rycerzyka.  Nie  spotkałaś  jakiegoś 

innego rycerza Okrągłego Stołu? 

-  Był  pewien  męŜczyzna  w  Anglii...  -  Celestine  zaczęła  skubać  wypłowiałą  kapę.  - 

Amerykanin. 

- Jakoś go tu nie widzę... 

- Zostawiłam go. Nie chciałam bardziej go angaŜować. 

- Bardziej? 

- Uratował mnie. Był kolejny zamach na moje Ŝycie. 

- O, BoŜe. - Allie wyprostowała się i spowaŜniała. 

- Dlaczego nic nie powiedziałaś? 

- Po co? śeby cię zmartwić? 

- Niech szlag trafi tych drani! - Allie walnęła pięścią w poduszkę. 

- Pokonam ich. Dlatego wróciłam. Nie zamierzam więcej uciekać. Dowiedziałam się, 

Ŝ

e  wkrótce  odbędzie  się  wstępna  rozprawa  rozpoczynająca proces formalnego  uznania  mnie 

za zmarłą. Millie i Roger uczynią absolutnie wszystko, Ŝebym nie weszła w posiadanie tego, 

co mi się naleŜy. Ale juŜ skończyłam dwadzieścia pięć lat. Cała posiadłość jest moja, a raczej 

będzie, gdy w piątek wejdę do sali sądowej i powiem sędziemu, jak się nazywam. 

- Taki masz plan? Sądzisz, Ŝe moŜesz zaryzykować? 

- Allie znów wzięła puszkę. 

- Muszę. Chcę wreszcie zacząć normalnie Ŝyć. Te minione lata były jednym wielkim 

koszmarem. 

- Whit wie? 

- Nie. 

- Jakim cudem? 

- Nie ufam mu. 

-  Skarbeńku...  -  Allie  z  niedowierzaniem  pokręciła  głową.  -  Skoro  nie  ufasz 

poczciwemu, staremu Whitowi, to komu uwierzysz? 

Doskonałe  pytanie,  pomyślała  Celestine.  Sama  wciąŜ  je  sobie  zadawała.  Ale  po 

długich  rozwaŜaniach  nie  mogła  zlekcewaŜyć  ostrzeŜeń  Norberta.  Whit  był  jednym  z  trojga 

ludzi,  którzy  wiedzieli,  kiedy  ona  będzie  w  Canterbury.  Oczywiście  nie  musiał  okazać  się 

zdrajcą.  MoŜe  Bobby  trafił  na  jej  ślad  samodzielnie,  popytał  taksówkarzy,  pracowników  w 

wypoŜyczalniach aut... Ale wątpliwości pozostały, toteŜ wolała nie ryzykować. 

background image

-  Chyba  nikt  nie  oczekuje,  Ŝe  przyjdę  na  tę  rozprawę.  Wszyscy  zainteresowani 

prawdopodobnie przypuszczali, Ŝe jeśli się zjawię, to dokładnie w swoje urodziny. Wtedy nie 

wróciłam, więc wujostwo złoŜyli wniosek o uznanie mnie za zmarłą. Zazwyczaj musi minąć 

siedem  lat,  lecz  oni  twierdzą,  Ŝe  pewnie  popełniłam  samobójstwo,  poniewaŜ  mój  stan 

psychiczny bardzo się pogorszył po śmierci Stephena. 

- PrzecieŜ oni wiedzą, Ŝe Ŝyjesz. Usiłowali cię zabić. 

-  Ale  sędzia  nie  ma  o  tym  pojęcia.  A  Roger  i  Millie  nie  spodziewają  się  mnie 

zobaczyć.  Mają  nadzieję,  Ŝe  zdąŜą  załatwić  niezbędne  formalności,  zanim  przyjadę.  Jeśli  w 

ogóle to nastąpi. 

- Skąd wiesz, jak rozumują? 

- Zgaduję. 

- Chwileczkę. - Allie usiadła po turecku. - Co będzie, jeśli postanowią cię zabić, gdy 

się  pojawisz?  Och,  nie  w  sali  sądowej,  oczywiście,  ale  trochę  później,  zanim  formalnie 

staniesz  się  właścicielką  posiadłości?  Bo  jestem  pewna,  Ŝe  spróbują  odroczyć  decyzję 

sędziego. UŜyją argumentu, Ŝe jesteś niepoczytalna i miną całe tygodnie, nim połoŜysz łapkę 

na swoich dobrach. 

-  Zamierzam  zlecić  Whitowi  sporządzenie  mojego  testamentu.  Zapiszę  dosłownie 

wszystko największej organizacji dobroczynnej, jaką zdołam znaleźć. Takiej, która zatrudnia 

najbardziej  bezwzględnych  prawników.  Dwie  minuty  po  udowodnieniu  sędziemu,  Ŝe  Ŝyję, 

posiadłość  stanie  się  moją  własnością,  chociaŜ  sprawy  papierkowe  jeszcze  nie  będą 

załatwione. ZałóŜmy, Ŝe w międzyczasie umrę. Wówczas mój testament natychmiast nabierze 

mocy urzędowej, a jeśli ktoś go zakwestionuje, to rozpęta się sądowe piekło. Kiedy opadnie 

kurz, Millie i Roger zostaną z niczym. A poza tym mam zamiar dokładnie wyjaśnić sędziemu, 

dlaczego przez te lata się ukrywałam i czego się obawiam. Nawet jeśli uzna mnie za wariatkę, 

a ja umrę, zanim wszystkie papierki zostaną skompletowane, to on z pewnością kaŜe wszcząć 

dochodzenie. 

- Fiuuu... - Allie gwizdnęła z podziwu. - To niezłe zagranie. 

- Jest pewien haczyk. 

- Jak zawsze. 

- Whit musi przygotować niezbędne dokumenty. - Celestine dokładnie to przemyślała. 

Jej Ŝycie zaleŜało od tego, jak rozegra tę partię. Od wyjazdu z Kentu nie przespała porządnie 

ani jednej nocy. 

- Dlaczego on? 

background image

-  PoniewaŜ  dysponuje  wszystkimi  danymi  na  temat  posiadłości  i  majątku  po  moich 

rodzicach, a ja nie mogę sobie pozwolić na jakikolwiek błąd w dokumentach. Mój testament 

musi być nie do obalenia... lub jestem martwa. Jeśli zwrócę się do jakiegoś adwokata z ulicy, 

to  on  i  tak  będzie  musiał  iść  do  kancelarii  „Flinders,  Billett  &  Crane”,  aby  otrzymać 

niezbędne informacje. To nie tylko przedłuŜy sprawę, ale i zasygnalizuje Whitowi, Ŝe jestem 

tutaj.  Lepiej  więc  zwrócić  się  od  razu  do  niego.  A  później  najwyŜej  poproszę  eksperta  o 

sprawdzenie dokumentu. 

- Jak zlecisz Whitowi napisanie testamentu? 

- PomoŜesz mi, Allie? 

- Wiesz, Ŝe tak. Dla ciebie przeszłabym po rozŜarzonych węglach. 

-  Pójdziesz  do  Whita  i  powiesz  mu,  Ŝe  potrzebuję  testamentu.  Nie  mów,  gdzie 

przebywam,  ani  po  co  mi  ten  papierek.  Niech  go  sporządzi  dokładnie  tak,  jak  to  kiedyś 

ustaliliśmy. Potem weź kopię, którą zaniosę do sądu. 

-  Tylko  tyle?  -  Allie  była  wyraźnie  rozczarowana.  -  Liczyłam  na  coś  w  stylu  Maty 

Hari. Miałam nadzieję, Ŝe przynajmniej będę musiała sprzedać moje ciało. 

- Zwrócisz się do Whita? 

- Jasne, Ŝe tak. 

- Dziękuję. 

-  Zaraz  powinnam  zmykać.  Chyba  nikt  mnie  nie  śledził,  bo  uwaŜałam,  Ŝeby  jakiś 

szpieg Millie i Rogera nie siedział mi na ogonie, ale lepiej nie ryzykować. 

- Ten motel to nie miejsce w twoim stylu. 

-  Przeciwnie!  Twoja  rodzinka  uwaŜa,  Ŝe  właśnie  w  takie  miejsca  jeŜdŜę,  Ŝeby  się 

zabawić. Zawsze uwaŜali mnie za ladaco. 

- Nie warto nawet o nich mówić. 

-  Powinnaś  o  czymś  wiedzieć.  -  Allison  spowaŜniała.  -  Dziadek  Sutter  chorował. 

Widziałam się z nim parę dni temu. Czasem do niego wpadam, z uwagi na ciebie. 

- Naprawdę? - Celestine poczuła, Ŝe jej oczy wilgotnieją. - Odwiedzasz go ze względu 

na mnie? 

-  Gdy  moja  firma  przeniosła  mnie  do  Wilmington,  pomyślałam,  Ŝe  mogę  się  jakoś 

przydać... chociaŜ w ten sposób. Więc odwiedzam dziadka Suttera, słucham jego historyjek, 

wypijamy razem parę piw... 

- Nie powinien pić. 

- Jemu to powiedz, nie mnie. Straszny z niego uparciuch. 

- Wiem. Szkoda, Ŝe nie mogę się z nim zobaczyć. 

background image

- MoŜesz. 

- Jak? Na razie muszę trzymać się jak najdalej od Haven House. 

-  Starszy  pan  w  ubiegłym  tygodniu  przeniósł  się  do  córki.  Tylko  na  pewien  czas, 

dopóki nie wydobrzeje.  Zadzwonił do mnie,  Ŝebym wiedziała, gdzie jest. Nikomu nawet nie 

przyjdzie  do  głowy,  Ŝe  znasz  tę  informację,  więc  twoi  wujostwo  nie  kaŜą  obstawić  domu. 

Córka i zięć dziadka pracują na nocną zmianę. Ucieszy się, jeśli do niego zajrzysz. A później 

rozpłyniesz się w mroku. 

- Pomyślę o tym. Podaj mi adres. 

Allison pogrzebała w torebce i wyjęła z niej karteczkę. 

-  Dziadkowi  teŜ  nie  powiedziałam,  Ŝe  wróciłaś,  ani  nawet,  Ŝe  się  nad  tym 

zastanawiasz. 

- Ufam mu tak, jak tobie. 

- Mogę tu dzwonić do ciebie? - Allison wstała. 

- Lepiej nie. Skontaktuję się z tobą, korzystając z automatów. 

- Twoje Ŝycie to kryminał klasy B. 

-  Ale  jakoś  to  przetrwam.  -  Celestine  odprowadziła  przyjaciółkę  do  drzwi.  -  A  juŜ 

wkrótce będziesz do mnie dzwonić, ile razy zechcesz. PokaŜesz mi swój apartament... 

- Poderwiemy jakichś facetów. 

Wargi  Celestine  leciutko  zadrŜały.  Perspektywa  podrywania  męŜczyzn  wcale  nie 

wydawała się kusząca. Celestine myślała wyłącznie o Norbercie, lecz nawet gdyby zdołała go 

odnaleźć, to on zapewne nie chciałby jej widzieć po tym, co zrobiła. 

- Dobrze zamknij za mną drzwi. Ten motel to okropna nora. Nie wiadomo, kto moŜe 

się czaić za rogiem... Nigdy nie było wiadomo, prawda? - Allie uśmiechnęła się współczująco 

i  musnęła  wierzchem  dłoni  policzek  Celestine.  -  Trzymaj  się,  skarbeńku.  I  odezwij  się 

czasami. Twój wielki dzień się zbliŜa. 

Po  wyjściu  przyjaciółki  Celestine  zaryglowała  drzwi  i  oparła  się  o  nie  plecami.  JuŜ 

wkrótce to wszystko się skończy. Ale na razie była zmęczona i samotna. 

Ciekawe,  gdzie  teraz  jest  Norbert.  Czy  myślał  o  niej  od  tamtego  świtu,  kiedy  znów 

uciekła?  A  moŜe  poprzysiągł  sobie  zapomnieć  o  niej  na  zawsze?  Lecz  gdziekolwiek 

przebywał, ona pragnęła być właśnie tam. 

Rhonda,  córka  dziadka  Suttera,  mieszkała  w  Morehead  City,  w  drewnianym  domku, 

który  wyglądał  jak  barak  z  bazy  marynarki.  Stał  w  rzędzie  jemu  podobnych,  ukrytych  pod 

koronami  starych,  rozłoŜystych  drzew,  które  w  upalny  dzień  dawały  niemal  tyle  chłodu,  co 

klimatyzacja.  Na  małym  podjeździe  ani  pod  daszkiem  nie  było  samochodu,  ale  w  saloniku 

background image

paliło  się  światło,  widoczne  przez  szparę  między  zasłonami.  Celestine  dwa  razy  przejechała 

obok domu, aby zorientować się, z której strony najlepiej do niego podejść. Wynajęła auto z 

przyciemnionymi szybami, lecz mimo to miała wraŜenie, Ŝe wszyscy na nią patrzą. 

W  końcu  zostawiła  pojazd  trzy  przecznice  dalej,  poniewaŜ  w  tej  okolicy  ktoś  idący 

piechotą  nie  wzbudzał  zdziwienia.  Na  trawnikach  bawiły  się  dzieci,  poszczekiwały  psy,  a  z 

okien  dochodziły  dźwięki  z  włączonych  telewizorów.  Na  wszelki  wypadek  poszła  jednak 

okręŜną trasą, zmieniając kierunek i trzymając się największego cienia. 

Znając  dziadka  Suttera,  wiedziała,  Ŝe  zastanie  otwarte  drzwi.  I  nie  pomyliła  się. 

Wślizgnęła się do wnętrza, minęła skromniutko wyposaŜoną kuchnię z wiszącymi na ścianach 

tanimi  obrazkami  i  weszła  do  pokoju.  W  bujaku,  obok  stojącej  lampy,  drzemał  męŜczyzna. 

Był niewątpliwie starszy o cztery lata, ale jak zawsze drogi sercu Celestine. 

- Dziadku? - Nie chciała go przestraszyć, od razu podchodząc bliŜej. - Dziadku? 

Otworzył oczy i spojrzał w jej stronę. 

- Kto to? 

- To ja, Celestine. - ZbliŜyła się i uklękła obok fotela. 

-  Celestine?  -  Przez  chwilę  mogło  się  wydawać,  Ŝe  to  imię  nic  mu  nie  mówi.  Ale 

staruszek zaraz oprzytomniał i uwaŜniej spojrzał na twarz gościa. - Laleczko, to naprawdę ty? 

- Dotknął jej włosów i zmarszczył brwi. 

- Ja, dziadku, ale rozjaśniłam czuprynę, Ŝeby trochę zmienić wygląd. 

- Ciemne włosy teŜ są ładne. Bóg ci je dał. 

-  Jak  się  czujesz,  dziadku?  -  Wzięła  go  za  rękę  i  po  raz  pierwszy  od  czasu  gdy  się 

poznali, zauwaŜyła, Ŝe naprawdę jest stary. Mocno przerzedzone włosy były całkiem siwe, a 

postać wydawała się skurczona i krucha. - Wiem od Allie o twojej chorobie. 

Starszy pan pochylił się i serdecznie ją objął. 

- Dobra dziewczyna z tej Allie. Wiedziałem, Ŝe jeśli wrócisz do domu, to ona powie 

ci, gdzie jestem. 

- Co ci dolegało? 

-  Głupstwo.  Zwyczajne  zapalenie  płuc.  Musiałem  rzucić  palenie.  PoŜałowałem,  Ŝe 

Ŝ

yję. 

Celestine roześmiała się i cmoknęła go w policzek. 

- Dochodzisz do siebie? 

-  Wolniej,  niŜ  bym  chciał.  Wkrótce  pojadę  na  swoje  śmieci,  chociaŜ  Rhonda  staje 

okoniem. Ale co ona tam wie. 

- Rhonda cię uwielbia. Musisz o siebie dbać. 

background image

- Rhonda martwi się o ciebie. 

- Bardzo chciałabym się z nią spotkać, ale to zbyt ryzykowne, na razie tylko ty i Allie 

moŜecie wiedzieć o moim powrocie. 

- Nie miałem pojęcia, Ŝe przyjedziesz. MoŜe źle zrobiłaś? Ten Roger juŜ liczy forsę, 

którą zgarnie, gdy sąd uzna cię za zmarłą. Jest zdolny do wszystkiego. 

- Znam go jak zły szeląg. 

- Naprawdę jesteś cała i zdrowa, dziecinko? 

- Tak. Trochę przeraŜona, ale teŜ pełna nadziei. 

- Co zamierzasz? 

Przedstawiła mu swój plan, a staruszek słuchał, kręcąc głową i zadając pytania. 

-  Niewiarygodne,  Ŝe  do  tego  doszło  -  stwierdził  w  końcu.  -  Twój  dziadek  obdarłby 

Millie Ŝywcem ze skóry, gdyby przypuszczał, co ta baba zacznie knuć. Zawsze uchodziła za 

czarną owcę. Nigdy nie było drugiej takiej w całej rodzinie St. Gervais. 

- Ale to ja będę śmiać się ostatnia. 

- Jak ci pomóc? 

-  śycz  mi  szczęścia.  Tylko  tyle.  -  Celestine  cmoknęła  dłoń  staruszka.  -  Muszę  juŜ 

lecieć. Chyba nie zobaczymy się przed rozprawą. 

- MoŜe nie powinnaś była tu przychodzić? Wiem, Ŝe te dranie bezustannie mają mnie 

na oku, gdy jestem u siebie. Nawet i tutaj mogą mnie obserwować. 

- Warto było zaryzykować. 

-  Nie  mów  mi,  gdzie  mieszkasz.  Nie  jestem  pewien,  czy  wytrzymałbym  tortury.  Co 

zrobię, jeśli dadzą mi papierosa za wydanie ciebie? 

Celestine parsknęła śmiechem, a dziadek Sutter patrzył na nią z czułością. 

- Będziesz na siebie uwaŜać, laleczko? Tak porządnie? Bo tych dwoje nie Ŝartuje. 

-  JuŜ  się  o  tym  przekonałam.  -  Podniosła  się  z  klęczek.  -  Zadzwonię  do  ciebie,  gdy 

wszystko  się  wyjaśni.  Wtedy  skoczymy  na  krewetki.  Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  trzeba  cię 

podtuczyć. 

- Nawet nie mając zębów, zjem więcej niŜ ty. 

-  Zobaczymy.  -  Od  drzwi  przesłała  mu  buziaka  i  wyszła.  Uliczka  była  słabo 

oświetlona, co Celestine uznała teraz za plus. W cieniu wielkiego dębu poczekała, aŜ sąsiad, 

który wyrzucał śmieci, spłucze wyłoŜone kamiennymi płytami patio, ustawi ogrodowe meble 

i  wejdzie  do  domu.  Wtedy  przeszła  przez  płot  i  przemknęła  wzdłuŜ  rzędu  wysokich 

cyprysów. Później wróciła do samochodu inną trasą, niŜ przyszła - wąską alejką prowadzącą 

background image

do małego kościoła. Tam przystanęła, uwaŜnie odprowadzając wzrokiem przejeŜdŜające auta, 

i pobiegła na ukos przez parking do następnej przecznicy. 

Rozglądając  się  wokoło,  doszła  do  wniosku,  Ŝe  nikt  jej  nie  śledzi.  W  oddali,  pod 

rozłoŜystym platanem, widziała swój samochód. W pobliŜu stał jeszcze tylko jeden pojazd - 

ciemny sedan zaparkowany przed domem z remontowanym podjazdem. 

Wrześniowa  noc  była  przyjemnie  ciepła,  a  na  granatowym  niebie  mrugały  gwiazdy. 

Celestine  z  zachwytem  oddychała  aromatycznym  powietrzem,  przesyconym  słonawym 

zapachem  oceanicznej  bryzy.  Gdzieś  w  pobliŜu  zaśpiewał  drozd,  a  od  strony  wybrzeŜa 

doleciał  krzyk  mew.  Westchnęła,  rozkoszując  się  tym  wszystkim.  Znajdowała  się  zaledwie 

parę kilometrów od Haven House. Prawie zwycięŜyła. Była prawie bezpieczna. 

Jeszcze  raz  omiotła  wzrokiem  najbliŜszą  okolicę  i  wsiadła  do  auta,  natychmiast 

zatrzaskując drzwiczki. Zanim jednak odwróciła się, aby sięgnąć po pasy, ktoś chwycił ją za 

ramię. Nie zdąŜyła wrzasnąć, poniewaŜ zasłonięto jej usta. 

- Skoro ja zdołałem odnaleźć cię tak łatwo, to co z tymi, którzy pragną twojej śmierci, 

Celestine? 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

- Norbert! - zawołała zdławionym głosem i oderwała od ust jego rękę. 

- Nie sprawdzasz auta, zanim do niego wsiądziesz? Nie odpowiedziała, oddychając tak 

głęboko, jakby chciała zmagazynować w organizmie zapas tlenu na cały rok. 

-  Nawet  nie  zauwaŜyłaś,  Ŝe  nie  zapaliło  się  światło,  gdy  otworzyłaś  drzwiczki. 

Wykręciłem Ŝarówkę. W tej chwili juŜ mogłabyś być martwa. - Norbertem targały sprzeczne 

uczucia. Pragnął uspokoić Celestine, którą niewątpliwie bardzo przeraził, ale od miesiąca był 

na nią wściekły i chętnie wyładowałby teraz skumulowany gniew. 

- Jak mnie znalazłeś? - spytała, cięŜko dysząc. 

- Zostawiłaś za sobą ślad wystarczająco długi i szeroki. 

- Nigdy nie podałam ci swojego prawdziwego nazwiska! 

-  Jesteś  Celestine  Marie  St.  Gervais.  Córka  Melanie  i  Simona  St.  Gervais,  który  po 

ś

mierci  twojego  dziadka  odziedziczył  wielki  kawał  wybrzeŜa  nad  zatoką  oraz  pakiety  akcji 

firm  przewozowych,  zakładów  przemysłu  tytoniowego  i  tartaków.  Siedzibą  rodu  jest  Haven 

House, wspaniała posiadłość niedaleko Beaufort w Północnej Karolinie. Spałaś w tym pokoju 

nawiedzanym przez ducha  Ŝołnierza Unii, czy w tym z damą w błękicie, która stoi w oknie, 

wypatrując zaginionego na morzu kochanka? 

- Moje gratulacje. Nie muszę juŜ niczego dodawać. 

-  I  tak  byś  tego  nie  zrobiła.  -  Chciał,  aby  na  niego  spojrzała,  lecz  ona  niewidzącym 

wzrokiem wpatrywała się w przednią szybę. - Co stało się z twoimi włosami? 

- To chyba oczywiste? 

- Podobają mi się. Wyglądasz jak licealistka... 

- Marzenie kaŜdej dorosłej kobiety. 

-  A  marzeniem  kaŜdego  męŜczyzny  jest  ratowanie  kobiety  w  tarapatach.  Zwłaszcza 

takiej, do której się przywiązał. 

- Nie mogłam wciągać cię w swoje sprawy! - Wreszcie się odwróciła. 

-  JuŜ  dawno  mnie  wciągnęłaś.  I  to  jak!  A  teraz  zaangaŜowałem  się  jeszcze  bardziej. 

Dlatego  zadam  ci  pytanie.  Naprawdę  chcesz,  Ŝebym  zostawił  cię  w  spokoju?  Jeśli  tak,  to 

zgoda.  Nigdy  więcej  mnie  nie  zobaczysz.  A  moŜe  wolisz,  Ŝebym  został  i  ci  pomógł?  Mam 

swoje moŜliwości. Nawet zdobyłem potrzebną ci informację. 

- Jaką? 

- Najpierw odpowiedz. Potem i tak ją usłyszysz. 

background image

Jej oczy podejrzanie zalśniły, lecz jej nie dotknął ani się nie uśmiechnął. 

- Nadeszła godzina zero, Celestine. śadnych gierek. śadnych kłamstw. 

-  Nie  przeŜyłabym,  gdyby  coś  ci  się  stało  -  szepnęła,  gdy  juŜ  sądził,  Ŝe  mu  nie 

odpowie. 

Jego gniew natychmiast wyparował. Norbert juŜ zdąŜył dowiedzieć się nieco więcej o 

Stephenie  Montgomerym.  Celestine  nie  kłamała  na  temat  jego  śmierci,  tylko  powstrzymała 

się od mówienia o szoku, jakiego doświadczyła, znajdując swojego kochanka całego we krwi. 

Bezskutecznie  usiłowała  go  ratować,  stosując  sztuczne  oddychanie,  i  sanitariusze  ledwie 

zdołali ją odciągnąć od martwego męŜczyzny. 

-  Celie...  -  Przygarnął  ją  do  siebie.  -  Zrozum...  ja  teŜ  nie  mogę  pozwolić,  aby  ciebie 

spotkało coś złego. Oboje czujemy dokładnie to samo. Przyjmij moją pomoc. Razem zdołamy 

pokonać twoich wrogów. 

Zaczęła  pochlipywać.  Trzymał  ją  w  ramionach,  zastanawiając  się,  jak  wiele  łez 

musiała  powstrzymywać  przez  te  kilka  minionych,  iście  piekielnych  lat.  Zbyt  długo  Ŝyła  w 

strachu, Ŝe kaŜda kolejna godzina moŜe się okazać ostatnią. 

-  Nie  jestem  Stephenem  Montgomerym  -  powiedział,  gdy  juŜ  się  wypłakała.  -  I  nie 

będziemy walczyć sami. Nawet w tej chwili dwóch moich ludzi ma na oku to auto. 

-  Co?  -  Poderwała  głowę  i  spojrzała  na  niego.  Wiedział,  Ŝe  nie  powinien  teraz  jej 

całować.  Była  zbyt  wstrząśnięta,  zbyt  bezradna.  Ale  jej  wargi  znajdowały  się  tak  blisko,  Ŝe 

uniemoŜliwiało  mu  to  racjonalne  myślenie.  Okazały  się  takie  słodkie,  jak  pamiętał,  i  chyba 

jeszcze  bardziej  miękkie.  Zamknął  Celie  w  ciaśniejszym  uścisku  i  natychmiast  ogarnęło  go 

poŜądanie. 

- Nie moŜemy tego robić. - Raptownie odsunęła się od niego. 

- JuŜ tego próbowaliśmy. 

- Kto nas obserwuje? Jacy ludzie? 

Wiedział,  Ŝe  jeszcze  nie  czas  wyznać  jej  prawdę  o  sobie.  Zresztą  jego  prawdziwe 

nazwisko i pozycja w tych okolicznościach mogły jedynie pogorszyć sytuację. Musiałby wy-

jaśnić  Celie,  dlaczego  od  początku  nie  był  wobec  niej  szczery  i  zapewne  opowiedzieć  jej 

więcej  o  sobie.  Nie  sądził  jednak,  Ŝe  juŜ  teraz  powinna  poznać  historię  jego  Ŝycia.  Dlatego 

zdecydował się podać tylko skrawek prawdy. 

- To wykwalifikowani ochroniarze. Jedni z najlepszych na  świecie. Tri - C pozwoliła 

mi skorzystać z ich usług. 

- Dlaczego? 

background image

- Firma miała wobec mnie dług wdzięczności. Ci dwaj dopilnują, Ŝeby nawet włos ci z 

głowy nie spadł do chwili, gdy wkroczysz do sądu. 

- Skąd pomysł, Ŝe się tam wybieram? 

-  Ty  jesteś  tutaj,  a  za  dwa  dni  jest  termin  rozprawy,  więc  dodałem  dwa  do  dwóch. 

Znasz inne wyjaśnienie? 

- Wiesz wszystko, co? 

-  Oprócz  twojej  odpowiedzi.  Zgodzisz  się,  Ŝebym  cię  wspierał?  -  Obserwował  grę 

uczuć na jej twarzy, odzwierciedlających walkę toczoną w myślach i postanowił rzucić na stół 

ostatniego asa. - Skoro ja cię znalazłem, Celie, to kto jeszcze zdoła? Kto cię namierzy? 

Najwyraźniej  przestała  zmagać  się  sama  ze  sobą,  odchyliła  głowę  na  oparcie  i 

przymknęła powieki. 

- Jeśli zginiesz przeze mnie... 

-  Nie  zamierzam.  Będę  u  twego  boku,  gdy  przejmiesz  Haven  House  i  wszystko,  co 

prawnie ci się naleŜy. 

- Jak mnie odnalazłeś? 

-  Z  domku  Betty  dzwoniłaś  do  Whita.  Nawet  dziecko  sprawdziłoby  numery  na 

rachunku.  Trafiłem  do  Wilmington,  przez  cały  dzień  wertowałem  w  bibliotece  stare  gazety, 

popytałem ludzi. Poszło jak z płatka. Najgorsze było to, Ŝe nie miałem pojęcia, co planujesz - 

zostać  i  iść  do  sądu,  czy  znów  nawiać.  Przez  tydzień  obserwowaliśmy  dom  starszego  pana, 

ś

ledziliśmy  twojego  prawnika  i  niejaką  Allison  oraz  parę  innych  osób.  Allison  dzisiaj 

zgubiliśmy, bo chyba starała się wywieść w pole ewentualny „ogon”. Widziała się z tobą? 

- Allie do tego nie mieszaj. Ani dziadka Suttera. 

- A Sandersona? 

- Co do niego... nie mam pewności. 

- Pomyślałaś o mnie po ucieczce z Anglii? 

- Tak - szepnęła, odwracając głowę. 

-  Wynająłem  dom  w  Atlantic  Beach.  Chciałbym,  Ŝebyś  ze  mną  wróciła.  Gdzie  się 

zatrzymałaś? 

- Nie uwierzyłbyś. 

- W jakimś luksusowym miejscu? 

-  W  takim,  Ŝe  nawet  nie  muszę  jechać  po  swoje  rzeczy,  bo  byłoby  niebezpiecznie 

zostawić je tam chociaŜ na chwilę. Wszystkie woŜę w bagaŜniku. 

- Pewnie nie masz takiej zielonej nocnej koszuli, której nigdy na tobie nie widziałem? 

- spytał lekkim tonem, lecz zdumiało go to, Ŝe niecierpliwie czeka na odpowiedź. 

background image

- A jakŜe, mam ją. I czarną sukienkę, którą włoŜyłam tylko na minutę. Oraz... - Głos 

Celestine lekko się załamał. - Arkę Noego - dokończyła cicho. 

PołoŜył  dłoń  na  jej  policzku,  wsunął  palce  we  włosy  -  jasne,  krótsze  niŜ  przedtem  i 

niewiarygodnie seksowne. 

-  Pojedziemy  moim  samochodem,  a  jeden  z  ochroniarzy  sprowadzi  twój,  gdy  się 

upewni,  Ŝe  nikt  go  nie  śledzi.  Poczekaj  chwilę.  Zaparkuję  tuŜ  obok  i  wtedy  szybko  się 

przesiądziesz, dobrze? 

- Tak. 

Pocałował ją i pospiesznie wysiadł z auta. 

Gdyby  Norbert  nie  powiedział  jej  o  ochroniarzach,  nie  domyśliłaby  się,  Ŝe  ktoś  ich 

obserwuje.  Widocznie  jej  instynkt  nie  był  aŜ  tak  wyostrzony,  jak  sądziła.  A  ci  dwaj  z 

pewnością  naleŜeli  do  najlepszych  w  swoim  fachu  i  umieli  perfekcyjnie  wtopić  się  w 

otoczenie. 

Przestała  więc  ich  wypatrywać  i  wygodniej  usadowiła  się  na  siedzeniu.  Samochód 

Norberta  był  szczytem  luksusu  -  miał  tapicerkę  z  mięciusieńkiej  skóry  i  system  stereo 

zapewniający jakość dźwięku zbliŜoną do tego, jaki oferują najlepsze miejsca w londyńskiej 

filharmonii. 

Usiłowała podczas jazdy nie wpatrywać się w Norberta. Nie zapomniała  jego twarzy 

ani  Ŝadnego  szczegółu  z  jego  wyglądu,  lecz  człowiek  z  krwi  i  kości  znacznie  przewyŜszał 

wszystko, co zachowała we wspomnieniach. Dzisiaj miał na sobie jasną, płócienną marynarkę 

i popielate spodnie. Raz się uśmiechnął, ale teraz znów miał powaŜną minę. 

- Pierwszy raz jestem w tej części Północnej Karoliny. 

- Szybko się urbanizuje. Buduje się tu zbyt  wiele małych pól  golfowych i budynków 

mieszkalnych. 

- Niektóre powstały na twoich terenach. 

On rzeczywiście wie wszystko, pomyślała. MoŜe nawet to, kiedy zaczęła ząbkować. 

-  Nigdy  nie  pozwolono  mi  decydować  o  planach  zagospodarowania  tej  ziemi.  A 

ustanowieni  przez  mojego  ojca  pełnomocnicy  poczytywali  sobie  za  swój  obowiązek  tylko 

pomnaŜanie  dochodów  z  naszej  posiadłości.  Mają  procentowy  udział  w  zyskach,  więc 

sprzedają działki, jeśli to się opłaci. Niejeden raz płakałam z powodu decyzji prawników. 

- JuŜ nie będziesz płakała. 

-  Norbert,  nie  musiałeś  tu  za  mną  przyjeŜdŜać.  Dlaczego  to  zrobiłeś?  -  spytała, 

zmieniając temat. 

background image

-  Powiedziałaś  mi  wystarczająco  duŜo,  abym  łatwo  cię  zidentyfikował  -  odparł  po 

chwili zastanowienia. - Zostawiłaś namiary telefoniczne. Podałaś parę imion. Chciałaś, Ŝebym 

cię odnalazł. 

- Wcale nie! 

- Tak. 

Odwróciła  twarz  do  okna.  Akurat  przejeŜdŜali  przez  most  prowadzący  do  Atlantic 

Beach i w świetle księŜyca lśniła pod nimi woda cieśniny. 

- Pragnęłam cię chronić. 

-  Rozegrałaś  to  tak,  Ŝebym  mógł  wybrać...  albo  cię  zlokalizować,  albo  mieć  parę 

powodów zniechęcających do szukania. 

- Więc czułeś się zobowiązany? 

-  O  mało  nie  zwariowałem  z  niepokoju  o  ciebie,  kobieto  !  -  Norbert  walnął  dłonią 

kierownicę. - A chwilami byłem taki wściekły, Ŝe prawie sobie odpuściłem. 

- Dlaczego więc tego nie zrobiłeś? 

- PoniewaŜ mnie potrzebowałaś. 

Rozczarowały ją te słowa. Miała nadzieję usłyszeć coś innego, coś bardziej od serca. 

A działaniem Norberta kierowało chyba tylko poczucie winy. 

Tamtej  nocy,  gdy  się  kochali, wspomniał o  swoich  najbliŜszych. Podobno o nich  nie 

zadbał i dlatego ich utracił. Mówił o sobie niewiele, a ona prawie o nic nie pytała, poniewaŜ 

nie  mogłaby  się  zrewanŜować  informacjami  o  sobie.  Lecz  teraz  Norbert  wiedział  o  niej 

wszystko, natomiast ona o nim nadal bardzo mało. Uznała, Ŝe pora to zmienić. 

- Opowiedz mi o swojej Ŝonie i synku. 

- Dlaczego? 

- Bo cokolwiek się stało, wywarło na ciebie ogromny wpływ. 

- Oboje nie Ŝyją. 

- Myślałam, Ŝe... 

- śe jestem rozwiedziony, tak? Nigdy tego nie powiedziałem. 

- Ale pozwoliłeś mi tak sądzić. 

- Nie było powodu, Ŝeby wyjaśniać tę sprawę. To nie miało Ŝadnego znaczenia. 

-  MoŜe  to  ja  byłam  dla  ciebie  bez  znaczenia?  Uznałeś,  Ŝe  nie  zasługuję  na  poznanie 

prawdy? 

-  Najwidoczniej  uznałem  wtedy,  Ŝe  prawda  jest  dla  mnie  równie  nieistotna,  jak  dla 

ciebie.  -  Zjechał  z  mostu  i  skręcił  na  szosę  prowadzącą  wokół  wyspy.  -  MoŜna  by  mówić 

background image

duŜo albo wcale, lecz teraz lepiej to sobie darować. Skupmy uwagę na tobie... Ŝebyś wyszła 

Ŝ

ywa z tego... A później spokojnie wyjaśnimy inne wątpliwości. 

- Czyli dokładnie jakie? 

-  Te,  które  do  tej  pory  nie  zostały  wyjaśnione.  Celestine  ani  myślała  się  tym 

zadowolić. Jej frustracja sięgnęła zenitu. 

- Chcę teraz wiedzieć, czy jestem dla ciebie kimś więcej, niŜ tylko osobą potrzebującą 

ratunku. Zjawiłeś się jedynie po to, Ŝeby tym razem kogoś nie zawieść? Powiedz mi chociaŜ 

tyle, do cholery! 

- śadne wydarzenia nie sprawią, Ŝe Lynn zmartwychwstanie. Nie mogę przywrócić jej 

Ŝ

ycia  za  pomocą  swoich  dobrych  uczynków.  Nie  jesteś  dla  mnie  Ŝadnym  substytutem.  O  to 

pytałaś? 

- Prze... praszam - mruknęła zaszokowana. - Naprawdę nie... 

-  Chcesz  wiedzieć,  czy  coś  dla  mnie  znaczysz?  Odpowiedź  brzmi:  tak.  Ale  nie 

będziemy  teraz  o  tym  mówić.  Twoja  przyszłość  to  na  razie  jedna  wielka  niewiadoma.  Nie 

zamierzam ciągnąć cię ani popychać w Ŝadną stronę. Pragnę tylko utrzymać cię przy Ŝyciu. 

- Rozumiem. 

- Wątpię. 

Poddała  się.  Odchyliła  głowę  na  miękki  podgłówek  i  zamknęła  oczy.  Od  tak  dawna 

musiała być czujna, lecz teraz Norbert na pewien czas przejmie kontrolę, więc... 

Bezwiednie  westchnęła.  Nie  miała  pojęcia,  co  Norbert  naprawdę  czuje.  Za  mało  go 

znała, aby ocenić jego stan ducha i podejście do wielu spraw. Ale jedno wiedziała na pewno - 

był  człowiekiem  godnym  zaufania.  Mogła  bez  obaw  powierzyć  mu  swoje  Ŝycie,  a  moŜe 

nawet swoje serce... 

Chyba  się  zdrzemnęła,  a  gdy  otworzyła  oczy,  samochód  stał  w  ciemnym  garaŜu. 

Trzasnęły drzwiczki, zabrzmiał odgłos szybkich kroków i Norbert zastukał w szybę. 

- Gdzie jesteśmy? - Celestine odblokowała zamek po swojej stronie i powoli postawiła 

nogi na ziemi. 

- W bezpiecznym miejscu. Sami. 

Wysiadła z auta, a Norbert wziął ją w ramiona, poniewaŜ chwiała się na nogach. 

- Tamtego ranka w Trillingden... Nie chciałam od ciebie odejść - szepnęła, patrząc mu 

w oczy. 

- Jak twój bark? 

background image

-  Prawie  się  zgoił.  Czasami  pobolewa, ale poza tym w  porządku.  Byłam u lekarza,  a 

on  stwierdził,  Ŝe  ten,  kto  mnie  zszywał,  ma  talent  chirurga  plastycznego.  Zostanie  tylko 

maleńka blizna. 

Odgarnął  włosy  z  jej  twarzy,  po  czym  znów  je  zwichrzył.  Czekała,  aŜ  ją  pocałuje. 

Rozpaczliwie tego pragnęła. 

- Niczego od ciebie nie oczekuję, Celestine. śadnego rewanŜu. 

- A gdybym chciała się zrewanŜować? Powiedzmy, Ŝe całkiem nieoczekiwanie, nagle 

uznam cię za atrakcyjnego męŜczyznę... 

-  Wtedy  musisz  mnie  o  tym  uprzedzić.  Na  wypadek,  gdybym  ja  uznał  cię  za 

atrakcyjną kobietę. 

- Jest szansa, Ŝe pomyślisz tak w tej chwili? - Zamierzała powiedzieć to Ŝartobliwym 

tonem,  ale  usłyszała  w  swoim  głosie  Ŝałośnie  błagalne  nuty  i  wiedziała,  Ŝe  Norbert  teŜ  je 

rozpoznał. 

- NieduŜa - zamruczał, przyciskając ją do siebie, aby wyczuła oczywisty  dowód jego 

poŜądania. 

- Moja nocna koszula nadal jest w samochodzie. 

- Więc musimy poczekać. Chyba Ŝe... moglibyśmy kochać się bez niej. 

- Raz nam się udało. 

- Nie tylko raz. 

- Norbert, tęskniłam za tobą. 

- Więc jednak wynikło z tego wszystkiego coś dobrego? 

-  Musnął  wargami  jej  usta.  Dwukrotnie.  -  Ale  z  faktu,  Ŝe  jesteśmy  razem,  moŜe 

wyniknąć jeszcze coś lepszego. 

- Odsunął się i wziął ją za rękę. - Chodź. 

Otworzył  drzwi  i  wprowadził  Celestine  do  środka.  JuŜ  na  pierwszy  rzut  oka  było 

widać, Ŝe dom jest ogromny. Tak dalece róŜnił się od chatki w hrabstwie Kent, jak Anglia od 

Północnej  Karoliny.  Ta  połoŜona  tuŜ  przy  plaŜy  rezydencja  rozprzestrzeniała  się  we 

wszystkich  kierunkach  -  za  kaŜdymi  drzwiami  znajdował  się  taras,  a  okna  były  po  prostu 

wielkimi,  szklanymi  taflami.  Boazeria  nadal  pachniała  cedrowym  drewnem,  z  którego  ją 

wykonano,  a  projektanta  tych  wnętrz  niewątpliwie  zainspirował  widok  tutejszych  wydm  i 

oceanu. 

- Ten dom tylko z pozoru jest taki wyeksponowany. W pobliŜu nie ma innych siedzib, 

a od tyłu widok zasłaniają drzewa. 

background image

Celestine  podeszła  do  duŜych,  balkonowych  drzwi  prowadzących  na  taras  od  strony 

plaŜy.  Zza  wysokich,  białych  diun dochodził łagodny  szum  fal,  a  w ciągu dnia pewnie było 

gdzieniegdzie widać połyskującą taflę morza. 

- Jesteś prawie w domu, Celie. - Norbert delikatnie ją objął, a ona oparła się o niego i 

poczuła na włosach jego usta. 

- Nic lepszego nie mogłem znaleźć. 

- To jak przebudzenie ze złego snu. - Odwróciła się i ujęła w dłonie twarz Norberta. 

- Pomogę ci się zbudzić. - Znów ją pocałował, tym razem nadzwyczaj sugestywnie. 

Odsunęli  się  tylko  na  parę  chwil,  aby  zrzucić  ubrania,  następnie  znów  padli  sobie  w 

ramiona. Sypialnie znajdowały się zbyt daleko, a puszysty dywan, na którym stali, okazał się 

wystarczająco miękki. 

Celestine  była  prawie  w  domu,  lecz  w  objęciach  Norberta  ten  dom  nagle  stał  się 

czymś  więcej  niŜ  tylko  swojską  oceaniczną  bryzą  i  niewidzianą  od  pięciu  długich  lat 

rezydencją  Haven  House.  Gdy  zaczęli  się  kochać,  Celestine  myślała  tylko  o  tym,  z  czego 

niemal zrezygnowała. 

Celestine była opalona równo na całym ciele. Norbert poczuł ukłucie zazdrości, zanim 

skonstatował,  Ŝe  opalenizna  pewnie  jest  skutkiem  działania  lamp.  Skóra  Celestine  miała 

odcień złocistego miodu, a jasne włosy lśniły jak promienie porannego słońca. Norbert znów 

zaczął  się  zastanawiać,  gdzie  znikła  ta  dziewczyna,  gdy  porzuciła  jego  auto  na  rynku  w 

Trillingden.  Nikt  jej  tam  nie  zauwaŜył,  a  poszukiwania w  sąsiednich miejscowościach takŜe 

nie  przyniosły  poŜądanego  rezultatu.  Na  szczęście  pozostawiła  wystarczająco  duŜo  śladów, 

aby mógł ją odnaleźć. I teraz znów byli razem. 

Celestine poruszyła się, unosząc ramię. Łatwo się z nią spało. Nie wierciła się i miała 

lekki  sen.  Prawdopodobnie  nauczyła  się  budzić  z  byle  powodu.  Ale  w  tej  chwili  sprawiała 

wraŜenie zrelaksowanej, jakby śniła o czymś przyjemnym. 

Wtedy, w Trillingden, Norbert przypuszczał, Ŝe nazajutrz juŜ jej nie będzie i wcale się 

nie  zdziwił  jej  nieobecnością.  Nie  podejrzewał  jednak,  Ŝe  ogarnie  go  takie  dojmujące 

poczucie straty. Wiedział, Ŝe w końcu znajdzie Celestine, lecz przez następny miesiąc, dopóki 

jej nie zlokalizował, nie był w stanie myśleć o niczym innym. 

- Nie zdołałam cię zmęczyć? - zamruczała, otwierając oczy, i dotknęła jego policzka. 

- Ani trochę. 

- Śniło mi się, Ŝe jestem w domu, a ty leŜysz przy mnie w łóŜku. 

- Od dawna nie byłaś u siebie? 

- Od wieków. 

background image

- Chciałabyś tam pojechać? 

- Jak to? 

- Twoi wujostwo są nieobecni. 

- Skąd wiesz? 

- Znam kaŜdy ich ruch. 

- Gdzie są? 

-  Twoja  ciotka  to  snobka.  Uwielbia  obracać  się  w  kręgach  bogaczy.  W  ten  weekend 

baluje  z  męŜem  na  wielkim  przyjęciu  w  Waszyngtonie.  Wracają  jutro  po  południu.  W 

dwadzieścia  minut  moŜemy  być  w  okolicy  twojej  rezydencji,  Ŝebyś  nasyciła  nią  wzrok. 

Oczywiście nie wysiadając z samochodu. O tej porze nocy to bezpieczna wyprawa. 

- Myślisz, Ŝe... Ŝe oni coś tam pozmieniali? 

- Nie sądzę. Twój ojciec w testamencie nie zezwolił na Ŝadne przebudowy. 

- MoŜemy pojechać? Zrobiłbyś to dla mnie? 

Uczyniłby  dla  niej  o  wiele  więcej.  Zaczynał  podejrzewać,  Ŝe  chyba  wszystko. 

Odpowiedział jej długim, czułym pocałunkiem. 

- A chcesz? 

- Och, bardzo! 

- To się ubierz. 

- Będziemy bezpieczni, bo jest tak późno? - spytała, obejmując go za szyję. 

- Chyba tak - odparł, opierając się na łokciu. 

- A nie byłoby bezpieczniej, gdybyśmy poczekali jeszcze troszkę? 

- Masz ochotę pospać? 

- Nie. - Posłała mu zmysłowy uśmiech Marie St. Germaine. - Mam ochotę na ciebie, 

Norbercie. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Celestine  juŜ  drugi  raz  w  ciągu  dziesięciu  minut  pomieszała  kawę,  która  chyba 

zdąŜyła wystygnąć. 

-  Potrzebujesz  więcej  snu.  -  Norbert  uniósł  twarz  Celestine  i  spojrzał  jej  w  oczy.  - 

Jesteś wykończona. 

- Zasnę na tydzień, gdy będzie po wszystkim. 

- Nie bawi mnie ta perspektywa. 

- Czasem będę się budzić. - Celestine uśmiechnęła się figlarnie. 

- To dobrze. - ZauwaŜył, Ŝe spowaŜniała i najwyraźniej się zamyśliła. 

MoŜe nie naleŜało zabierać jej do Haven House? Pojechali tam nad ranem i Celestine 

długo  wpatrywała  się  w  wielką  rezydencję  takim  wzrokiem,  jakby  patrzyła  na  siedlisko 

duchów.  Dom  sprawiał  imponujące  wraŜenie  -  był  wielki,  chyba  co  najmniej 

dwudziestopokojowy,  z  licznymi  balkonami  i  gankami.  Norbert  naliczył  sześć  kominów  i 

cztery przyczółki oraz tyle okien, Ŝe słuŜba musiałaby je myć chyba przez cały tydzień. Aleja 

wysadzana  rozłoŜystymi  dębami  prowadziła  do  frontowej  werandy  wspartej  na  grubych 

kolumnach. 

-  Nie  wiem,  czy  będę  mogła  znów  tu  zamieszkać  -  powiedziała  Celestine,  gdy 

odjeŜdŜali. 

- Dlaczego? 

-  Oni  zajmowali  ten  dom  tak  długo,  Ŝe  chyba  bezustannie  myślałabym  o  nich  w 

kaŜdym pomieszczeniu. 

- Wezwiemy egzorcystę. Wyrzucimy wszystko, co budziłoby przykre wspomnienia. 

- MoŜe lepiej spalić Haven House? 

Wrócili do willi nad plaŜą i długo tulił Celestine w ramionach, aby przestała zadręczać 

się  myślami  o  przeszłości.  Lecz  teraz  chyba  znów  przypomniała  sobie  o  wujostwie.  Wziął 

filiŜankę z zimną kawą, wylał ją, nalał z dzbanka gorącej i podał ją Celestine. 

-  Nie  ma  sensu  teraz  się  tym  martwić,  Celie.  Podejmiesz  decyzję,  gdy  sytuacja  się 

wyjaśni. Pij gorącą kawę. 

-  Gdy  tylko  Millie  i  Roger  wprowadzili  się  do  mnie,  natychmiast  kazali  spakować 

wszystko,  co  naleŜało  do  moich  rodziców,  a  nie  miało  szczególnej  wartości,  i  oddali  te 

rzeczy. Błagałam Millie, Ŝeby pozwoliła mi zachować sztuczną biŜuterię mojej mamy, ale się 

nie zgodziła. 

background image

Norbert nie zaliczał się do ludzi agresywnych i nie lubił przemocy fizycznej, ale w tej 

chwili wyobraŜał sobie, z jaką rozkoszą zacisnąłby dłonie na szyi owej Millie. 

- Tak mi przykro. 

-  Niepotrzebnie.  -  Celestine  znów  pomieszała  kawę.  -  Znalazłam  te  błyskotki,  zanim 

zostały zabrane, i schowałam na strychu. A do pudeł włoŜyłam parę garści ozdób naleŜących 

do  Millie.  AŜ  do  dziś  pewnie  nie  ma  pojęcia,  gdzie  podziały  się  jej  ukochane  perły.  Byłam 

naprawdę okropnym bachorem. 

Norbert zawył z uciechy. 

- Od początku mówiłam do niej po imieniu, a ona tego nie znosiła. Rogera nigdy nie 

nazywałam wujkiem. Odnosiłam małe zwycięstwa, ale i to sprawiało mi satysfakcję. 

- Wspomniałem ci, Ŝe zebrałem trochę informacji. Chcesz je poznać? 

- Wiesz, Ŝe tak. 

-  Na  początek:  Millie  i  Roger.  Zdołali  odłoŜyć  na  czarną  godzinę niezły mająteczek, 

co sugeruje, Ŝe nie są całkiem pewni swojego zwycięstwa w tej grze. Jeśli poniosą klęskę, to 

będą mieli z czego Ŝyć. 

- Z jakich źródeł pochodzi owo zabezpieczenie? 

- To ci się nie spodoba. 

- śadna niespodzianka. 

- Sprzedali niektóre antyki i dzieła sztuki, które prawnie naleŜą do ciebie. A Roger nie 

jest głupi. śongluje funduszami, do których ma dostęp, sporządza fałszywe raporty, przenosi 

pieniądze  z  konta  na  konto. Ma  więcej sprytu  niŜ  pełnomocnicy wyznaczeni  do zarządzania 

twoimi sprawami. 

- Ile skumulował? 

- W porównaniu do całości twojego majątku? Niewielki odsetek. 

- Ile? 

- Około pół miliona. 

- Jak to odkryłeś? 

- Mam pewne koneksje. 

- Jakie? 

-  Takie,  dzięki  którym  obecnie  wiadomo,  co  wpływa  na  konto  i  wypływa  z  konta 

Rogera w waszyngtońskim banku. Bo tam ukrywa swoje pieniąŜki. 

- CóŜ za ulga wiedzieć, Ŝe moi kochani krewni nie będą nędzarzami, gdy dobiorę się 

im do skóry. - Jad w głosie Celestine niemal zatruł powietrze. 

background image

-  Prawdopodobnie  uda  się  dowieść  przepływu  kaŜdego  centa,  więc  dostaniesz 

wszystko z powrotem. A urząd skarbowy z zachwytem przyjrzy się machinacjom Rogera. 

- Zajmę się tym później - powiedziała z zasępioną miną. - Co jeszcze? 

Ta część informacji była łatwa do przekazania. Norbert przez chwilę zastanawiał się, 

jak powiedzieć Celestine resztę. Odchylił się wraz z krzesłem do tyłu i skrzyŜował ramiona. 

- Kolejne złe wieści? 

-  Szybko  stwierdziłem,  kim  naprawdę  jesteś.  Zostało  mi  sporo  czasu,  więc 

prześwietliłem wszystkie osoby z twojego najbliŜszego otoczenia. 

- Widzę, Ŝe moje Ŝycie to otwarta księga. 

- Ciesz się, Ŝe nadal jest otwarta. 

Celestine lekko się wzdrygnęła. 

- Komu naprawdę ufasz, Celie? 

Rozpromieniła  się.  Zawsze  się  uśmiechała,  gdy  zwracał  się  do  niej  w  ten  sposób. 

Celie. 

- Ufam tobie. 

- Komu jeszcze? 

- Allison i dziadkowi Sutterowi. Są oboje na pierwszym miejscu. 

- To wszystko? 

-  Ufam  teŜ  córce  dziadka,  Rhondzie.  Jest  wspaniała.  Po  śmierci  moich  rodziców 

starała  się  zastąpić  mi  matkę,  oczywiście  za  plecami  Millie,  bo  ta  wiedźma  jasno  dała  do 

zrozumienia, Ŝe Rhonda nie jest wystarczająco dobra, aby spoufalać się z rodziną St. Gervais. 

- A co z Whitem Sandersonem? Wczoraj stwierdziłaś, Ŝe nie jesteś go pewna... 

- CóŜ, zasiałeś ziarno wątpliwości. Wykiełkowało. 

- To dobrze. 

- Dlaczego? 

- Twój przyjaciel Sanderson jest hazardzistą, regularnym bywalcem kasyn w Atlantic 

City,  a  raz  na  miesiąc  lata  do  Las  Vegas.  Nawet  niezły  z  niego  gracz,  trzeba  przyznać.  - 

Norbert wzruszył ramionami. - Nie zrobił majątku, ale teŜ nie przegrał ostatniej koszuli. Stoi 

nieźle  finansowo,  lecz  nie  wiem,  dlaczego.  Albo  radzi  sobie  lepiej,  niŜ  sądzą  moje  źródła  z 

Vegas, albo ma jakieś inne dochody, których nie ujawnia w zeznaniu podatkowym. 

- Na przykład dochody czerpane z kont Millie i Rogera? 

- MoŜliwe. 

- Stephen uwaŜał Whita za człowieka o nieposzlakowanej uczciwości! 

background image

-  Tonący  brzytwy  się  chwyta.  A  Sanderson  moŜe  obecnie  bardzo  potrzebować 

pieniędzy. - Norbert stwierdził, Ŝe Celestine nie wyklucza takiej ewentualności, choć nie chce 

w nią uwierzyć. 

- Norbert, masz kontakty dosłownie wszędzie? Jak zdobywasz takie informacje? 

Znów poŜałował, Ŝe od początku nie był z nią całkiem szczery. 

- Wiem, jak skłonić ludzi do ujawnienia tego i owego. To waŜne w mojej pracy. 

- Są jeszcze jakieś złe wiadomości? 

- Najgorszą zachowałem na koniec - odparł z wahaniem. 

- Strzelaj. Na razie idzie ci nieźle. 

-  Zastanawiałaś  się  kiedyś,  jakim  cudem  Earl  Sutter  wkradł  się  w  łaski  twojego 

dziadka, który później zapisał mu w testamencie dom, niezłą działkę i doŜywotnią rentę? 

- Nie było powodów, Ŝeby się nad tym głowić. Dziadek Sutter to wspaniały człowiek. 

Najlepszy  na  świecie.  Zawsze  był  stuprocentowo  lojalny  wobec  mojego  dziadka,  który 

postanowił mu się odwdzięczyć. 

Celestine najwyraźniej zirytowała się zawoalowaną sugestią, Ŝe dziadek Sutter mógłby 

być  kimś  mniej  godnym  zaufania,  niŜ  sądziła.  Norbert  spodziewał  się  takiej  reakcji,  ale  to 

niczego nie ułatwiało. 

- Nie zabijaj posłańca, Celie. 

-  Lepiej  nie  mów  nic  złego  o  dziadku  Sutterze.  -  Celestine  ciskała  wzrokiem 

błyskawice,  a rzucona na stół łyŜeczka kilkakrotnie podskoczyła i zatrzymała się w połowie 

blatu. - No dobrze, do cholery. O co chodzi? 

- Znasz historię Haven Haouse? 

- Mniej więcej. Pamiętam to, co opowiadał mi ojciec. 

- Powiedział ci kiedyś, jak Sutterowie trafili do was? 

- Chyba nie. 

-  W  okresie  wielkiego  kryzysu  twoja  rodzina  omal  nie  straciła  wszystkiego  w 

rezultacie  złego  zarządzania  oraz  ogólnej  recesji  gospodarczej.  Twój  pradziadek  Raoul  był 

marzycielem, nie biznesmenem. Ojciec Earla Suttera, Ike, zjawił się pewnego dnia u waszych 

drzwi, szukając pracy. Towarzyszyła mu Ŝona i mały Earl. Ike uwaŜnie rozejrzał się wokoło i 

zauwaŜył,  co  natychmiast  moŜna  by  zrobić.  Zaproponował  twojemu  pradziadkowi,  Ŝe 

poprowadzi plantację w zamian za dach nad głową i utrzymanie. Natomiast jeśli postawi ją na 

nogi,  to  otrzyma  nie  wynagrodzenie,  lecz  sporą  część  posiadłości.  Raoul  był  w  tak 

rozpaczliwej sytuacji, Ŝe przystał na postawione warunki. 

- Nigdy o tym nie słyszałam. 

background image

-  Po  śmierci  Raoula  okazało  się,  Ŝe  w  swoim  testamencie  niczego  Sutterom  nie 

zapisał. Zawarta z Ikem umowa miała charakter werbalny i  przypieczętowano ją tylko uścis-

kiem ręki. Twój dziadek Alexander oraz Earl dorastali razem, i Alexander obiecał mu, Ŝe Earl 

zawsze będzie miał w Haven House swój dom. Ale nigdy nie zrealizował obietnicy danej ojcu 

Earla przez twojego pradziadka. Zapisał Earlowi tylko domek, działkę i rentę. 

-  A  jednak  Earl  został  w  Haven  House.  Widocznie  nie  uwaŜał  się  za  oszukanego. 

Prawdopodobnie otrzymał zadowalającą rekompensatę. 

- A jeśli mniejszą, niŜ się spodziewał? 

- Jaki to mogłoby mieć związek ze mną? 

-  Jeśli  Earl  Sutter  przez  te  wszystkie  lata  skrywał  urazę  do  twojej  rodziny,  to  moŜe 

chętnie dostarczał informacje o tobie twojej ciotce i wujowi. A nawet z uciechą obserwował, 

jak ostatni członkowie rodu St. Gervais wydrapują sobie nawzajem oczy. 

-  Nie!  -  Celestine  trzepnęła  dłonią  o  stół.  -  To  wykluczone!  Dziadek  Sutter  mnie 

kocha. I zapominasz o tym, Ŝe mój dziadek zostawił dziadkowi Sutterowi naprawdę sporo. 

- Zachłanność nie wzmaga naszego obiektywizmu, Celie. Ona go wykrzywia. 

-  Zapomniałam  jeszcze  o  czymś  -  odparła  po  długiej  chwili  milczenia.  -  Dziadek 

Sutter nie wiedział o mojej planowanej bytności w Canterbury tamtego dnia. Powiedziałam o 

tym tylko Whitowi. 

-  Ale  on  często  kontaktował  się  z  Allison  i  Earlem  Sutterem.  Mógł  się  wygadać, 

zwłaszcza jeśli ktoś umiejętnie pociągnął go za język. 

- Nie wierzę w to. 

- Nie musisz. Ale weź to pod uwagę. 

- Pewnie odkryłeś teŜ sporo brudów w Ŝyciu Allie. Jej nie zaleŜy na opinii innych, ale 

jest  moją  najlepszą  przyjaciółką  od  dnia,  w  którym  się  poznałyśmy.  Została  nią  w  okresie, 

kiedy byłam w największym dołku i od tego czasu nieprzerwanie stoi u mego boku. 

-  Dla  pieniędzy  twoja  Allison  uczyniłaby  niemal  wszystko  -  oględnie  zasugerował 

Norbert. 

- Ale nigdy by mnie nie skrzywdziła. Nienawidzi Millie i Rogera prawie tak samo, jak 

ja.  Oni  zawsze  traktowali  ją  okropnie.  Gdy  otrzymałyśmy  świadectwa  maturalne,  Millie 

oświadczyła  Allie  prosto  w  twarz,  Ŝe  wywiera  na  mnie  zły  wpływ  i  naleŜy  nas  rozdzielić. 

Allie za Ŝadne pieniądze nie skumałaby się z moją ciotką i wujem. 

- CóŜ, spróbuj to przemyśleć. 

- Wykluczone. 

- Obyś się nie myliła. Wolałbym, Ŝeby moje podejrzenia okazały się bezpodstawne. 

background image

- Wiem, Ŝe mam rację. Ani dziadek Sutter, ani Allie nie działaliby na moją szkodę. Za 

nic w świecie. 

- Ja teŜ, Celie. - Wyciągnął do niej ręce. - Pragnę tylko zapewnić ci bezpieczeństwo. 

- Wiem - odparła i podała mu swoje dłonie. 

- Opowiedz, co zamierzasz. 

Słuchał, gdy przedstawiała mu swoje plany, które najwyraźniej długo opracowywała. 

-  Wczoraj  widziałam  się  z  Allie  -  oznajmiła  w końcu.  -  Pewnie wtedy ją zgubiliście. 

Przyjechała  do  mnie  do  motelu.  Powiedziałam  jej  to,  co  teraz  tobie,  i  poprosiłam,  Ŝeby  w 

moim imieniu zleciła Whitowi spisanie ostatecznej wersji mojego testamentu. 

- Chyba powinienem osobiście przypomnieć mu o twojej prośbie. 

- Po co? Allie pewnie juŜ u niego była. 

- Chcę spotkać się z Whitem Sandersonem. Dzisiaj. Niech wie, Ŝe go obserwuję. 

- Przypuszczalnie chciałbyś równieŜ poznać Allie i dziadka? 

- Nie zawadzi. MoŜe zaprosisz Allie na lunch? Zaproponuj jakieś niepozorne miejsce, 

a ja zapewnię ci ochronę. 

- Jednego z twoich niewidocznych ludzi? 

-  Tym  razem  będzie  tuŜ  obok,  przy  sąsiednim  stoliku.  Przyjadę  po  ciebie,  a  ty 

przedstawisz mnie Allie. 

- Zadzwonię do niej. 

- Nie stąd. Zadzwoń z mojej komórki. 

- Dlaczego? 

- PoniewaŜ numer moŜe doprowadzić do adresu, a ten dom musi pozostać bezpieczny. 

- Przewidujący z ciebie człowiek, co? Ale nie marnuj czasu na działania bez sensu. To 

Millie  i  Roger  pragną  mojej  śmierci.  Nie  musisz  chronić  mnie  przed  tymi,  którzy  mnie 

kochają. 

- Nie przed wszystkimi. - ZauwaŜył, Ŝe pytająco uniosła brwi, ale nie rozwinął tematu. 

Niedawno powiedział jej, Ŝe później wyjaśnią wszelkie wątpliwości. I oby tak się stało. 

Biuro Whita Sandersona miało przyjemny wystrój z widoczkami oceanu na ścianach, 

a w recepcji urzędowała tylko jedna sekretarka. Norbert doszedł do wniosku,  Ŝe w kancelarii 

są  teŜ  większe  gabinety,  a  pan  Sanderson  zapewne  stara  się  zasłuŜyć  na  jeden  z  nich.  Ale 

kontynuacja  hazardu  mogła  to  uniemoŜliwić.  Właściciele  takiej  firmy  prawniczej,  jak 

„Flinders, Billett & Crane” chyba nie tolerowaliby nawet cienia skandalu. 

Zaledwie  po  paru  minutach  oczekiwania  Norbert  został  wprowadzony  do  gabinetu 

Whita.  Zapisał  się  na  wizytę  jako  Norbert  James  i  był  pewien,  Ŝe  Sanderson  kojarzy  go  z 

background image

osobnikiem, o którego jakiś czas temu pytała Celestine. Młody adwokat wstał na powitanie. 

Był niski, łysiejący i z nieco wystającym brzuszkiem, który mógł stanowić rezultat zbyt wielu 

nocy spędzonych w kasynach Vegas. 

Obaj panowie otaksowali się spojrzeniami i Whit wskazał gościowi krzesło naprzeciw 

swego  biurka,  chyba  równie  starego  i  solidnego,  jak  reputacja  firmy.  Wszędzie  widać  było 

wysokie pod sufit regały zastawione ksiąŜkami. 

- Wiem, kim pan jest - oświadczył Whit. 

- Doprawdy? 

- Chodzi o Celestine? 

- Wyłącznie. 

- Jest cała i zdrowa? - Whit pochylił się do przodu i lekko przymruŜył oczy. - Bo jeśli 

nie, to... 

-  To  co?  Utopi  pan  smutki  w  paru  butelkach  szampana  i  paru  rundach  gry  w 

dwadzieścia  jeden?  Dokąd  tym  razem pan  skoczy?  Do  Las  Vegas czy Atlanic  City?  Trudno 

za panem nadąŜyć, panie Sanderson. 

Whit  na  ułamek  sekundy  znieruchomiał,  po  czym  tak  błyskawicznie  zerwał  się  z 

miejsca i wyskoczył zza biurka, Ŝe Norbert nie zdąŜył się połapać, co adwokat zamierza. On 

zaś chwycił go za klapy akurat wtedy, gdy Norbert wstał. 

- Co jej zrobiłeś?! 

- Z Celestine wszystko w porządku. - Norbert z łatwością strząsnął z siebie ręce Whita 

i złapał go za ramiona. - Pogadajmy o panu. 

- Gwoli ścisłości, nie bawię się w dwadzieścia jeden. - Whit gładko się wyswobodził, 

ale się nie odsunął. - A pan najwyraźniej bawi się w szantaŜ. 

- Bynajmniej. Chronię Celestine. Osiłek, który próbował zabić ją w Londynie, później 

czekał  na  nią  w  Canterbury  tamtego  dnia,  gdy  pojechała  po  pieniądze.  Oprócz  urzędnika  w 

banku tylko pan wiedział, Ŝe ona tam będzie. 

- Więc pańskim zdaniem usiłuję ją zabić?! 

- Przyszło mi to do głowy. 

- Kim pan jest, u diabła? Bo nikt z Tri - C International, z kim rozmawiałem, w Ŝyciu 

o panu nie słyszał! 

-  Za  to  w  Vegas  i  Atlantic  City  wszyscy,  z  kim  ja  rozmawiałem,  słyszeli  o  panu, 

Sanderson.  Ma  pan  wszelkie  powody,  aby  potrzebować  pieniędzy.  Wiadomo,  Ŝe  nałogowi 

hazardziści  rozstają  się  z  moralnością  równie  łatwo,  jak  ptaki  z  piórkami  w  okresie  ich 

wymiany. 

background image

- Jak się pan nazywa? 

- Norbert James. I nie pozwolę, aby kiedykolwiek coś złego spotkało Celestine. 

- Nigdy bym jej nie skrzywdził. - Whit przeczesał palcami mocno przerzedzone włosy. 

- Wiem, Ŝe mam problem. Naprawdę. Ale samowolnie nie tknąłem ani centa z jej pieniędzy. 

Pobierałem je tylko wówczas, gdy prosiła mnie o przekaz. Nigdy nie wziąłem cudzego grosza 

dla siebie. 

- Więc czyją gotówkę pan przegrywa? 

- Swoją. Majątek po rodzinie. 

Albo  Sanderson  dobrze  udawał,  albo  mówił  prawdę.  Norbert  nie  zamierzał  jednak 

wierzyć mu na słowo, skoro stawką było Ŝycie Celestine. 

- Proszę posłuchać mnie uwaŜnie, Sanderson. Celestine chce,  Ŝeby sporządził pan jej 

testament. Tak, jak to kiedyś ustaliliście. 

- Allison Freeman juŜ mnie zawiadomiła. Gdzie jest Celestine? 

- Sądzi pan, Ŝe powiem? 

- Więc skąd mam wiedzieć, Ŝe to jej pomysł? 

-  Ma  pan  przygotować  ten  testament.  Jeszcze  dzisiaj.  Guzik  mnie  obchodzi,  jakie 

obowiązki musi pan skreślić, Ŝeby to zrobić. Wieczorem przyślę kogoś po kopię. Później moi 

prawnicy  dokładnie  przeanalizują  kaŜdy  akapit.  Jeśli  wszystko  będzie  w  porządku,  jutro 

wieczorem spotka się pan z Celestine i popatrzy, jak ona składa podpis. 

- I co dalej? 

-  Radzę  złoŜyć  dłonie  i  się  modlić,  aby  okazał  się  pan  taki  uczciwy  i  lojalny  wobec 

Celestine,  jak  pan  twierdzi.  Bo  jeśli  odkryję,  Ŝe  kiedykolwiek  działał  pan  na  jej  szkodę,  to 

podczas następnej wizyty w Vegas będzie pan szukał posady pucybuta. 

Wybrana  przez  Allison  restauracja  znajdowała  się  na  peryferiach  Wilmington,  była 

udekorowana  rybackimi  sieciami  i  nie  podawano  w  niej  niczego  gotowanego  na  parze  ani 

pieczonego  bez  tłuszczu.  Poza  tym  miała  jeszcze  jedną  niezaprzeczalną  zaletę  -  świeciła 

pustkami. Celestine zamówiła ostrygi i zaczęła od przystawek w postaci  smaŜonych kulek z 

kukurydzianego ciasta. Allison jeszcze niczego nie wybrała. 

- Zawsze tak jesz? - spytała. - Jakbyś umierała z głodu? 

-  Gdy  nie  wiesz,  kiedy  trafi  ci  się  następny  posiłek,  jedzenie  staje  się  czymś 

niezmiernie cennym. 

- Biedactwo. Wiele przeszłaś. 

- MoŜe ten koszmar wkrótce się skończy. 

- Wczoraj wieczorem złapałam Whita. Zasypał mnie pytaniami. 

background image

- Chyba nie udzieliłaś mu zbyt wielu odpowiedzi? 

- śadnych, których nie powinnam. - Allison wzięła od kelnerki oszroniony kufel piwa 

i wzniosła toast. - Za ciebie, za mnie i tamtego faceta, który siedzi przy stoliku w rogu i nie 

spuszcza nas z oka. 

Celestine  doskonale  wiedziała,  o  kogo  chodzi.  MęŜczyzna  miał  na  imię  Hank,  był 

emerytowanym agentem FBI i przywiózł ją tutaj. 

- Nie marnowałabym na niego czasu. 

- Dlaczego? 

- Jest ze mną. 

- Więc dlaczego nie przyjdzie... - Oczy Allison rozbłysły. - On cię chroni? 

-  Jasne.  KaŜdemu  podejrzanemu  chluśnie  sałatką  w  oczy  i  dołoŜy  w  łeb  frytkami 

prosto z wrzącego oleju. 

- Skąd w takim krótkim czasie wytrzasnęłaś takiego atletę? 

- Nie ja. Norbert go wynajął. 

- Norbert? 

-  Pamiętasz,  jak  wspomniałam  ci  o pewnym męŜczyźnie?  Tym, którego  poznałam w 

Anglii? No więc... on mnie odnalazł. I mi pomaga. 

- Szczęściara z ciebie. - Allison gwizdnięciem wyraziła podziw. 

- Nie powiedziałabym, Ŝeby te cztery lata były szczęśliwe. 

- Oczywiście, Ŝe nie. Ale tylko pomyśl, jak będzie, gdy załatwisz swoje sprawy. Jesteś 

w czepku  urodzona.  MoŜe  trochę  przyŜółkł,  ale  szybciutko go  wybielisz  i zaczniesz Ŝyć jak 

księŜniczka. 

-  Zabawne,  ale  nigdy  nie  podniecała  mnie  perspektywa  posiadania  tego  majątku. 

Owszem, Haven House coś dla mnie znaczy, lecz głównie dlatego, Ŝe ta posiadłość naleŜała 

do  moich  rodziców.  Natomiast  pieniędzmi  chętnie  podzieliłabym  się  z  Millie  i  Rogerem, 

gdyby tylko traktowali mnie jak człowieka. Nie jak bratanicę. Po prostu jak ludzką istotę. 

- Szlachetne sentymenty. 

-  Daj  spokój,  Allie.  -  Celestine  dotknęła  dłoni  przyjaciółki.  -  Nie  wmawiaj  mi,  Ŝe 

mając do wyboru miłość i forsę, w dzieciństwie wybrałabyś szmal. 

- Jasne, Ŝe tak, głuptasku. 

- Serio? 

-  Skarbie,  przez  tych  parę  latek  tułałaś  się  bez  pieniędzy.  Naprawdę  moŜesz  mi 

powiedzieć, Ŝe kasa nie jest waŜna? Ja dawno temu odpuściłam sobie miłość, ale pieniąŜki to 

co innego. 

background image

-  Wcale  nie  zrezygnowałaś  z  miłości.  Nadal  mnie  kochasz.  I  jesteś  uczuciowym 

stworzonkiem, które odwiedza dziadka Suttera. 

-  Ty  jedna  na  całym  świecie  postrzegasz  mnie  w  ten  sposób.  -  Allison  umknęła 

spojrzeniem w bok. 

Kelnerka  przyniosła  talerze  z  lunchem,  więc  obie  zabrały  się  do  jedzenia.  Wkrótce 

znów wesoło paplały i chichotały, lecz Celestine myślała o tym,  co zostało powiedziane. Po 

czterech latach piekła teraz wiedziała, co w  Ŝyciu naprawdę się liczy. Nie kolosalny spadek, 

lecz  coś, czego  brak  odczuwała tak boleśnie  po  śmierci rodziców.  I  co od niedawna  zaczęła 

odnajdywać wraz z Norbertem... Miłość. 

-  Masz  taką  rozmarzoną  minę  -  zauwaŜyła  Allie.  Celestine  odsunęła  swój  talerz. 

Zostało na nim trochę sałatki i frytek, ale juŜ nie była w stanie tego zjeść. 

- Norbert zaraz tu przyjdzie. Opowiedziałam mu wszystko o tobie. 

- Wspaniale. Norbert... tajemniczy nieznajomy. Pewnie na dodatek bogaty, co? 

- Chyba w miarę zamoŜny, ale nie obchodzi mnie jego stan posiadania. 

-  W  razie  czego  ty  będziesz  mieć  tyle  forsy,  Ŝe  wystarczy  dla  was  obojga.  Tylko 

sprawdź, Ŝe to nie jakiś łowca posagów. 

- Tego mogę być pewna. Gdy pierwszy raz mnie ujrzał, serwowałam kawę w paryskiej 

kawiarence.  -  Podniosła  wzrok  i  zobaczyła  wchodzącego  do  restauracji  Norberta.  Wymienił 

spojrzenia z Hankiem i skierował się do ich stolika. 

Uśmiechnął  się  najpierw  samymi  oczami,  a  dopiero  potem  wygięły  się  jego  wargi. 

Miał poluzowany krawat, a biała koszula była rozpięta pod szyją. Poruszał się jak właściciel 

ziemi, po której stąpał. Celestine kolejny raz zdumiała się tym, jak wiele ten męŜczyzna dla 

niej  znaczy...  oraz  jak  szybko  jej  uczucie do  niego  pobudzało te  części ciała, które znajdują 

się dość daleko od serca. 

- Celestine... - Norbert powitał ją skinieniem głowy i spojrzał na Allison. 

-  Norbert,  to  moja  najlepsza  przyjaciółka, Allison Freeman.  Allison,  poznaj Norberta 

Jamesa. 

Allison przez chwilę gapiła się na niego, nie podając mu ręki. Następnie popatrzyła na 

Celestine. 

- Robisz mnie w konia, skarbeńku? - spytała w  końcu. Celestine nie miała pojęcia, o 

co chodzi. Zerknęła na Norberta, a on jakby się skurczył i zrobił dziwną minę. 

- Norbert James? - Tym razem Allison posłała mu uroczy uśmiech, a na jej policzkach 

pojawiły się słodkie dołeczki. - Człowieku, masz przed sobą wierną czytelniczkę czasopisma 

„People”.  Kurczę,  czytuję  wszystkie  plotkarskie  gazety  tak  zawzięcie,  jak  niektórzy  Biblię. 

background image

Norbert James. Dobre sobie! Jesteś Norbert Colter, właściciel korporacji Tri - C International, 

prawda? - Allison popatrzyła na Celestine i pokręciła głową. - Jezu, Celestine, tylko ty mogłaś 

zakochać się w jednym z najbogatszych facetów Ameryki. Twój fart jest bezgraniczny. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Norbert uwaŜnie obserwował twarz Celestine. Natychmiast sięgnęła po swoje talenty 

aktorskie,  zdąŜył  jednak  dostrzec  wyraz  zdumienia  i  cień  zawodu,  jakby  poczuła  się 

zdradzona. 

-  Lepiej  wyznaj  Allison  prawdę  -  powiedziała,  unikając  jego  spojrzenia.  -  Jej  nie 

oszukasz. 

- Nie wiedziałem, Ŝe moja twarz jest tak dobrze znana. 

-  MoŜe  nie  wszystkim  szarym  obywatelom.  -  Allie  chyba  świetnie  bawiła  się  swoim 

odkryciem. - Ale ja mam obsesję na punkcie znakomitości. 

- śadna ze mnie znakomitość. Jestem tylko biznesmenem. 

-  Którego  przeszłość  mogłaby  posłuŜyć  za  kanwę  bestsellera.  Media  przez  pewien 

czas  pana  uwielbiały,  ja  teŜ.  Ilu  męŜczyzn  najpierw  rzuca  na  kolana  swoich  ojców  - 

miliarderów, a później wszystko po nich dziedziczy? 

- Nie był to szczególnie udany okres w moim Ŝyciu i nie lubię o tym rozmawiać. 

-  Święta  racja  -  cierpkim  tonem wtrąciła Celestine.  - Norbert  nigdy o tym  nie mówi. 

Nikomu. 

- Kochamy swoją prywatność, co? - Allie skrzywiła się pociesznie. - Przepraszam, Ŝe 

pana rozpoznałam, ale Celestine i tak by mi powiedziała. Jesteśmy jak siostry. 

- Celie, chyba powinniśmy wracać. Idzie burza i jazda będzie trudna. - Norbert połoŜył 

rękę na dłoni Celestine, lecz ona ją cofnęła. 

-  Ja  teŜ  muszę  juŜ  lecieć.  -  Allison  chwyciła  ze  stołu  rachunek  i  wstała.  -  Kiedy  się 

zobaczymy, Celestine? Mam iść z tobą do sądu? 

- Zadzwonię do ciebie. 

- Chcę tam być, gdy dostaniesz wszystko, co ci się naleŜy. 

-  Dobrze.  -  Celestine  ścisnęła  dłoń  przyjaciółki.  Norbert  odprowadził  uwaŜnym 

spojrzeniem odchodzącą w stronę kasy Allison i dopiero po jej wyjściu z restauracji odwrócił 

się do Celestine. 

- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? 

- Gdy będziesz bezpieczna. Gdy odzyskasz swoje Ŝycie. 

- Zaufałam ci. - Celestine wstała z krzesła. - I chyba popełniłam błąd. 

background image

-  Jestem  Norbert  Colter.  -  Przytrzymał  ją  za  ramię,  aby  nie  odeszła.  -  I  pracowałem 

jako  konsultant,  zanim  przejąłem  Tri  -  C  International.  Ani razu  cię nie okłamałem, jedynie 

podałem trochę fragmentarycznych informacji. 

- Tylko tyle byłam dla ciebie warta? Garść byle czego? 

- Wolałem od razu nie mówić ci wszystkiego. Gdy ludzie dowiadują się, kim jestem... 

- Co wtedy? Padają przed tobą plackiem i modlą się u twoich stóp? 

- Prasa brukowa bez przerwy rozpisuje się na mój temat, więc nie chciałem powtarzać 

ci tego, co wie o mnie cały świat. Poza tym twoje Ŝycie było w niebezpieczeństwie, a ja nie 

wiedziałem, dlaczego. W tych okolicznościach moja osoba zeszła na dalszy plan. 

- Wyznać ci coś zabawnego? 

- Marzę o takiej odmianie. 

- Ja nie wiem o tobie absolutnie nic. O Tri - C International pierwszy raz usłyszałam 

od ciebie, a nazwisko Norbert Colter nic mi nie mówi. Przez ostatnie cztery lata wiele mnie 

ominęło.  Na  ogół  nie  stać  mnie  było  nawet  na  gazety,  więc  nie  rozczytywałam  się  w 

opowieściach o takich magnatach jak ty. - Strząsnęła jego dłoń z ramienia i ruszyła do drzwi. 

-  Celestine...  -  Znów  chwycił  ją  za  ramię.  -  Wysłuchasz  mnie  teraz?  Pozwolisz  mi 

wszystko  opowiedzieć?  Zrobiłbym  to  w  odpowiednim  czasie.  Wiem,  Ŝe  czujesz  się 

oszukana... 

-  Doprawdy?  -  Znów  strząsnęła  jego  rękę.  -  Nie  masz  pojęcia,  co  czuję!  Wszyscy, 

których kocham, są kłamczuchami. Dziś rano zasugerowałeś, Ŝebym nie ufała Ŝadnej z osób, 

które  pomagały  mi  przetrwać.  A  po  południu  dowiaduję  się,  Ŝe  nie  jesteś  tym,  za  kogo  się 

podawałeś. - Poszła do wyjścia. 

- Dokąd idziesz? 

-  Chyba  bez  przeszkód  mogę  paradować  ulicami  w  biały  dzień,  skoro  ludzie,  którzy 

mnie wspierali, prawdopodobnie są moimi prześladowcami. 

- Zaczekaj, wysłuchaj mnie. A później odejdź, jeśli będziesz tego chciała, ale w jakieś 

bezpieczne miejsce. Proszę - dokończył niemal błagalnym tonem. 

Nie  zgodziła  się,  ale  teŜ  nie  odeszła,  więc  gestem  nakazał  Hankowi  przyprowadzić 

samochód i po chwili jechał z Celestine w stronę Atlantic Beach. 

Burza  szybko  się  zbliŜała.  Nad  horyzontem  raz  po  raz  rozbłyskiwały  gigantyczne 

błyskawice,  a  o  przednią  szybę  juŜ  bębniły  krople  deszczu.  Norbert  zerknął  we  wsteczne 

lusterko  i  stwierdził,  Ŝe Hank  jedzie  z  tyłu,  za  kilkoma  pojazdami. John,  drugi  ochroniarz  z 

Tri - C, pilnował domu. 

background image

- Po pierwsze, pozwól mi coś wyjaśnić. Ukrywałem przed tobą prawdę nie dlatego, Ŝe 

podejrzewałem cię o polowanie na mój majątek. 

-  Bardzo  śmieszne.  Allie  niedawno  ostrzegała  mnie  przed  łowcami  posagów. 

Oczywiście, zanim cię rozpoznała. Ale mój spadek to pewnie kropla w morzu tego, co naleŜy 

do ciebie. 

Norbert był zadowolony z konieczności patrzenia na mokrą szosę. Chwilowo nie miał 

ochoty widzieć miny Celestine. 

-  Spróbuj  mnie  uwaŜnie  posłuchać,  dobrze?  Ty  serwowałaś  mi  jedno  kłamstwo  po 

drugim,  a  jednak  nadal  tu  jestem.  Teraz  twoja  kolej  obdarzyć  mnie  zaufaniem  na  kredyt, 

Celie. 

- Mów, bo chcę to mieć za sobą. 

-  Moim  ojcem  był  James  Colter.  Jego  dziadek  stworzył  Tri  -  C  International,  choć 

wtedy  firma  nosiła  inną  nazwę.  Trzy  litery  C  oznaczały  trzy  pokolenia  Colterów,  którzy 

przekształcili  ją  w  obecnego  giganta.  Gdy  dorastałem,  mój  ojciec  jasno  dał  mi  do 

zrozumienia,  Ŝe  nigdy  nie  będzie  czwartego  C.  Był  surowym,  wymagającym  człowiekiem  i 

nie  miałem  szans,  aby  kiedykolwiek  spełnić  jego  oczekiwania.  Moi  rodzice  rozwiedli  się 

kilka lat po moim przyjściu na świat i niezmiernie rzadko widywałem ojca. Odpłacałem mu 

nieskrywaną niechęcią za jego brak zainteresowania, a więc ojciec spotykał się ze mną coraz 

rzadziej  i  teŜ  okazywał  mi  swoją  niechęć.  To  było  błędne  koło.  W  zasadzie  mieszkałem  z 

matką,  lecz  ona  wolała  spędzać  czas  na  Ŝeglowaniu  jachtem  i  bywaniu  w  narciarskich 

kurortach.  Nigdy  nie  pragnęła  dziecka  i  urodziła  mnie  tylko  dlatego,  Ŝe  ojciec  zaŜądał 

dziedzica. Wychowywała mnie słuŜba, która często się zmieniała, poniewaŜ nawet najwyŜsza 

pensja nie  rekompensowała  konieczności zajmowania się  takim  złośliwym szczeniakiem  jak 

ja. 

Norbert umilkł, oczekując jakichś pytań, lecz Celestine milczała. 

-  Gdy  kończyłem  college,  nie  utrzymywałem  juŜ  Ŝadnych  kontaktów  z  ojcem,  który 

wcześniej  oświadczył,  Ŝe  nigdy  więcej  nie  chce  mnie  widzieć.  Co  niewiele  zmieniało,  toteŜ 

nie  było  czego  Ŝałować.  Babcia ze  strony  matki  zapisała  mi  mały spadek, uznałem  więc,  Ŝe 

wystarczy,  aby  stanąć  na  własnych nogach. Na  miejsce  zamieszkania wybrałem  południową 

Florydę. 

Norbert powoli przejechał po zatłoczonym samochodami moście i odezwał się dopiero 

po wjeździe na ląd. 

-  Nie  wiem,  kim  bym  się  stał,  gdyby  nie  Lynn.  Była  ode  mnie  starsza  o  dwa  lata  i 

miała synka, Josha. Mówiłem ci o nim. 

background image

- Tak. 

Uznał, Ŝe ta odpowiedź Celestine, choć krótka, to dobry znak. 

-  Początkowo  nie  widziałem  siebie  w  roli  człowieka  Ŝonatego.  Nie  miałem  o  sobie 

zbyt wysokiego mniemania, ale Lynn przekonała mnie, Ŝe jestem coś wart. Po pewnym czasie 

skonstatowałem,  Ŝe  ona  i  Josh  są  tym,  czego  zawsze  brakowało  w  moim  Ŝyciu.  Bardzo  ją 

kochałem. Po raz pierwszy byłem naprawdę szczęśliwy. 

Zmieniając  pas  ruchu,  zastanawiał  się,  jak  opowiedzieć  resztę,  którą  dawno  temu 

zepchnął na peryferie swojej pamięci. 

-  ZałoŜyłem  firmę  świadczącą  usługi  konsultacyjne.  Lynn  prowadziła  biuro,  a  ja 

zająłem  się  sprawami  merytorycznymi.  Zrobiłem  dyplom  z  inŜynierii  i  chociaŜ  byłem  prze-

ciętnym  studentem,  to  sporo  się  nauczyłem.  Postanowiłem  skupić  się  na  technikach 

bezpieczeństwa. W tamtym okresie odbyło się kilka głośnych procesów, w których skarŜono 

wielkie  korporacje.  Zarzucano  im,  Ŝe  produkowane  przez  nie  wyroby  nie  posiadają 

niezbędnych  elementów  lub  urządzeń  zabezpieczających.  W  mojej  firmie  przeprowadzano 

niezaleŜne  badania  i  ekspertyzy.  Wybór  dziedziny  okazał  się  strzałem  w  dziesiątkę,  więc 

odniosłem sukces. 

Norbert  zerknął  na  Celestine.  Wyglądała  przez  okno,  lecz  niewątpliwie  słuchała. 

Siedziała sztywno i chyba była spięta, jakby na coś czekała. 

- Obecnie zdaję sobie sprawę ze swojej ówczesnej motywacji. Pragnąłem udowodnić 

ojcu  swoją  samodzielność,  pokazać,  Ŝe  dam  sobie  radę  bez  niego.  Postarałem  się,  aby 

wiedział, co robię, lecz on mnie ignorował. Po pewnym czasie przestało mnie to obchodzić. 

Miałem Lynn i Josha. Nie byliśmy bogaci, ale Ŝyliśmy dosyć wygodnie, moja firma stawała 

się coraz bardziej znana i klientów przybywało. 

- Dlaczego ukryłeś to przede mną? 

- Lynn i ja byliśmy małŜeństwem od dwóch lat. Przed ślubem powiedziała mi, Ŝe nie 

chce więcej dzieci. Uwielbiała Josha, lecz wolała nie ryzykować urodzenia kolejnego dziecka 

z zespołem Downa. Uszanowałem to, lecz poprosiłem, aby na razie nie decydowała się na nic 

ostatecznego, bo moŜe kiedyś zmienić zdanie. Brała więc tabletki antykoncepcyjne i mimo to 

zaszła  w  ciąŜę.  Źle  ją  znosiła.  Josh  zawsze  wymagał  duŜo  uwagi,  a  Lynn  Ŝyła  w  ciągłym 

napięciu. Nie chciała zrobić specjalistycznych badań, poniewaŜ niezaleŜnie od rezultatu i tak 

nie  zdecydowałaby  się  na  aborcję,  ale  stałe  obawy  były  stresujące.  Po  kilku  miesiącach 

przestała  pracować  i  zajmowała  się  tylko  Joshem  oraz  domem.  Starałem  się  ją  wspierać  i 

byłem pewien, Ŝe sobie poradzimy. Pewnego dnia pojechałem do pracy bardzo wcześnie, gdy 

Josh i Lynn  jeszcze spali. Nie  chciałem ich budzić, więc tylko ją pocałowałem, poprawiłem 

background image

Joshowi kołdrę i wyszedłem. Sądziłem, Ŝe później Lynn do mnie zadzwoni. Nie odezwała się, 

więc sam zadzwoniłem, ale nikt nie odpowiadał. Uznałem, Ŝe poszła po zakupy. Jeszcze kilka 

razy  bezskutecznie  próbowałem  się  połączyć,  ale  o  czwartej  zacząłem  się  martwić,  więc 

wyszedłem wcześniej z biura, Ŝeby sprawdzić, co się dzieje. 

- Norbert... nie musisz... opowiadać tego... 

-  WjeŜdŜając  na  podjazd,  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  dom  jest  jakby  opustoszały.  Z 

powodu  zimna  okna  były  pozamykane,  a  wewnątrz  nigdzie  nie  paliło  się  światło,  chociaŜ 

zapadał  zmrok.  Samochód  Lynn  stał  pod  daszkiem.  Zaparkowałem  obok,  wszedłem  do 

kuchni i natychmiast zacząłem kasłać, bo wewnątrz brakowało powietrza. 

Norbert  mocniej  zacisnął dłonie  na  kierownicy.  Tyle  razy  wracał we wspomnieniach 

do tamtych przeŜyć i zawsze były równie bolesne jak w dniu tragedii. 

- Cały dom był pełen tlenku węgla. Wypadłem na zewnątrz i zawołałem sąsiada. Zaraz 

przybiegł, odetchnął tym czadem i chciał mnie zatrzymać, ale zasłoniłem usta i wbiegłem do 

ś

rodka. W naszej sypialni otworzyłem okna i stwierdziłem,  Ŝe Lynn leŜy w łóŜku tak, jak ją 

zostawiłem.  Zacząłem  jej  robić  sztuczne  oddychanie,  słyszałem,  Ŝe  sąsiad  wybija  kolejne 

szyby, i zemdlałem. Ktoś wezwał policję i pogotowie. Wyniesiono nas na zewnątrz, ale Lynn 

i Josh juŜ dawno nie Ŝyli. We śnie zatruli się czadem. 

- Norbert... 

-  Później  okazało  się,  Ŝe  piec  miał  wadliwe  zawory.  -  Norbert  walnął  dłonią  w 

kierownicę. - A teraz się dowiesz, co uczyniło ze mnie tego człowieka, jakim jestem obecnie. 

- Wiedział, Ŝe mówi z goryczą w  głosie. To juŜ nigdy miało się nie zmienić. - Zawory były 

produkcji Tri - C International. Szefowie firmy zdawali sobie sprawę z tego, Ŝe wypuścili na 

rynek  partię  wybrakowanego  towaru.  Początkowo  nawet  chcieli  poinformować  o  tym 

nabywców,  ale  księgowi  podliczyli koszty  wymian, ewentualnych odszkodowań i  uznali, Ŝe 

lepiej  niczego  nie  ujawniać.  Wtedy  juŜ  byłem  w  stanie  odkryć  prawdę.  Pochowałem  Ŝonę  i 

syna, po czym zabrałem się za zbieranie informacji kompromitujących naganne działania Tri - 

C.  Przez  rok  harowałem  tylko  w  tym  celu,  jak  opętany,  i  w  końcu  dysponowałem 

wystarczającymi  dowodami,  aby  podać  korporację  ojca  do  sądu.  Ich  prawnicy  usiłowali 

argumentować,  Ŝe  pragnę  tylko  zarobić  na  osobistym  nieszczęściu  i  rozzłościć  ojca,  ale 

wygrałem proces. Tri - C wypłaciła mi ogromną kwotę tytułem zadośćuczynienia. 

- Norbert... nie wiem, co powiedzieć. 

-  Jeszcze  się  wstrzymaj  z  mówieniem.  Nie  usłyszałaś  wszystkiego.  Podczas  całego 

procesu  ojciec  i  ja  ze  sobą  nie  rozmawialiśmy.  Nigdy  nie  powiedział,  Ŝe  mu  przykro  z  po-

wodu  śmierci  moich  najbliŜszych,  w  tym  jego  nie  narodzonego  wnuka.  Nie  zadzwonił,  aby 

background image

wyrazić  Ŝal,  poniewaŜ  to  jego  firma  pośrednio  pozbawiła  ich  Ŝycia.  Przeciwnie,  zrobił 

wszystko, aby ukryć swoją winę. Ale w testamencie uczynił mnie jedynym spadkobiercą. Gdy 

zmarł,  z  dnia  na  dzień  zostałem  największym  udziałowcem  korporacji,  którą  usiłowałem 

rzucić na kolana. 

- Chciał w ten sposób powiedzieć „przepraszam”? 

-  Bynajmniej.  Do  testamentu  był  dołączony  list.  Zdaniem  ojca  ponad  wszelką 

wątpliwość  udowodniłem,  Ŝe  jestem  wystarczająco  mściwy  i  bezwzględny,  aby  zająć  jego 

miejsce. Wyraził teŜ nadzieję, Ŝe będę miał frajdę, naprawiając to, co tak usilnie starałem się 

zepsuć. 

- Źle cię ocenił. Wcale się nie mściłeś. Postępowałeś słusznie. 

-  Owszem,  ale  pragnąłem  teŜ  go  ukarać.  Sam  nie  wiem,  co  bardziej  popychało  mnie 

do działania. 

Chciał,  aby  Celestine wreszcie  zaczęła coś mówić.  Jakoś  skomentowała historię jego 

Ŝ

ycia,  zdobyła  się  na  więcej  niŜ  kilka  słów.  Spojrzał  na  nią  i  stwierdził,  Ŝe  jej  policzki  są 

mokre od łez. Nadal jednak patrzyła na wycieraczki, zamiast na niego, więc sam teŜ utkwił w 

nich wzrok. 

-  Gazety  rozpisywały  się  na  mój  temat.  Człowiek  traci  rodzinę  z  winy  korporacji. 

Podaje ją do sądu. Wygrywa z nią, a później ją dziedziczy. Nie wiadomo kiedy, z Ŝywej istoty 

zmieniłem  się  w  symbol.  Utraciłem  wszystko,  co  się  dla  mnie  liczyło,  a  świat  uznał,  Ŝe 

triumfuję. Byłem jednym z najbogatszych ludzi Ameryki i prawie nikogo nie obchodziło, Ŝe 

w głębi duszy stopniowo umieram. 

- I nie chciałeś, Ŝebym ja teŜ postrzegała cię w ten sposób. 

-  Nie.  Pragnąłem  znów  być  zwyczajnym  męŜczyzną  uwikłanym  w  coś 

zdumiewającego. Nie zamierzałem obciąŜać cię całą prawdą o sobie i kolejach mojego losu. 

-  Ale  prosiłeś,  Ŝebym  ci  zaufała.  Zapewniałeś,  Ŝe  mogę  zdać  się  na  ciebie.  A  przez 

cały ten czas kłamałeś na swój temat. Nie sądziłeś, Ŝe byłabym w stanie zrozumieć, jaki jesteś 

naprawdę i co przeszedłeś? śe nie sugerowałabym się tą całą otoczką? 

- Jak mogłem wszystko ci wyznać? Sama nawet nie podałaś mi swojego prawdziwego 

nazwiska! 

- Mam taki straszny zamęt w głowie. Moje Ŝycie to jedno wielkie kłamstwo. - Teraz w 

głosie Celestine wyraźnie dało się słyszeć łzy. - W ciągu minionych czterech lat wcieliłam się 

w  tyle  postaci,  Ŝe  juŜ  nie  wiem,  kim  jestem,  ani  komu  mogę  wierzyć.  Ktoś  mi  bliski 

prawdopodobnie knuje coś przeciwko mnie. A męŜczyzna, w którym się zakochuję, okazuje 

się kimś innym, niŜ sądziłam! - dokończyła histerycznie podniesionym tonem. 

background image

- Jestem dokładnie tym męŜczyzną, za którego mnie uwaŜałaś. Fakt, nie powiedziałem 

ci wszystkiego. Powinienem był. JuŜ dawno zdałem sobie z tego sprawę. Ale nie kłamałem, 

wyraŜając  chęć  udzielenia  ci  pomocy  i  zapewniając  cię  o  tym,  Ŝe  pragnę  twojego  dobra. 

Stawałem na głowie, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, poniewaŜ teŜ zaczynałem cię kochać. 

To szczera prawda. 

Usłyszał  szloch  Celestine,  ale  nie  mógł  się  nią  zająć,  poniewaŜ  właśnie  wjechali  w 

największą  nawałnicę  i  musiał  skupić  uwagę  na  prowadzeniu  samochodu  szarpanego 

wściekłymi  podmuchami  wichury.  Od  paru  minut  nie  widział  we  wstecznym  lusterku  auta 

Hanka, sądził jednak, Ŝe ochroniarz nadal jest w pobliŜu i skutecznie walczy z atakami burzy. 

Po  wjeździe  do  garaŜu  Norbert  odetchnął  z  ulgą.  Nie  miał  pojęcia,  jak  zareaguje 

Celestine,  lecz  wolał  jej  gniew  od  milczenia  i  od  zmagań  z  Ŝywiołem.  Zgasił  więc  silnik, 

spojrzał na nią i stwierdził, Ŝe ona go obserwuje. 

- Kocham cię. - Pochylił się nad nią, a ona się nie odsunęła. - Sam nie wiem, od kiedy. 

MoŜe  nawet  od  chwili,  w  której  pierwszy  raz  cię  ujrzałem.  A  później,  gdy  na  dodatek 

przekonałem się, jaka jesteś odwaŜna, pomysłowa... - Dotknął jej policzka. - Tylko to było dla 

mnie waŜne. Nie twoje nazwisko. 

- Norbert, ja... 

Nie  usłyszał  jej  odpowiedzi.  TuŜ  za  nim  coś  trzasnęło.  Nie  zdąŜył  się  odwrócić, 

poniewaŜ czyjaś ręka chwyciła go za szyję i z całej siły uderzyła jego głową o kierownicę. W 

ułamku sekundy pochłonęła go czerń. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Celestine  ocknęła  się  w  całkowitych  ciemnościach  i  dopiero  po  długiej  chwili 

przypomniała sobie, co zaszło. Teraz nie wiedziała, gdzie jest, nie mogła teŜ mówić, a jej ręce 

były  związane.  ZdąŜyła  tylko  zobaczyć,  jak  ktoś  uderza  głową  Norberta  o  kierownicę  i 

natychmiast  poczuła  koszmarny  ból  w  tyle  czaszki,  wywołany  silnym  ciosem.  Nikogo  nie 

widziała, poniewaŜ zemdlała. A teraz pewnie ktoś ją zabije. 

Przez  moment  to  spostrzeŜenie  było  tylko  kolejnym  elementem  układanki  tworzącej 

jej Ŝycie. Zaraz jednak pojawił się paniczny strach. Tym razem naprawdę miała umrzeć. Nikt 

nie przybędzie na ratunek. Nikt zapewne nie wie, gdzie ona jest. Sama tego nie wiedziała. A 

Norbert... 

Była  na  niego  taka  rozgniewana.  Wyznał,  Ŝe  ją  kocha,  a  ona  nie  zdąŜyła  mu 

odpowiedzieć.  Wysłuchała  opowieści  o  tragedii,  którą  przeŜył,  i nawet nie zapewniła, Ŝe  go 

rozumie i Ŝe mu wybacza zatajenie prawdy. 

Przypuszczała,  Ŝe  zaraz  umrze,  a  on  nigdy  się  nie  dowie  o  jej  uczuciach...  lub  moŜe 

Norbert juŜ nie Ŝyje. 

Przygryzła wargi, aby nie jęknąć, i zmusiła się do bezruchu. Na razie najlepiej udawać 

nieprzytomną.  Powinna  oszczędzać  siły,  aby  podjąć  walkę.  Nawet  jeśli  szanse  jej  wygrania 

tym  razem  były  bliskie  zeru.  Ale  chciała  przynajmniej  spróbować,  aby  się  dowiedzieć,  Ŝe 

Norbert Ŝyje. Dzięki temu łatwiej pogodziłaby się z własną śmiercią. 

Norbert  gniewnie  strzepnął  ze  swojego  czoła  rękę  Johna.  Ten  były  agent  FBI,  który 

miał pilnować domu, gęsto się tłumaczył, lecz Norberta nie przekonywały Ŝadne wyjaśnienia. 

- Nie wiem, kto tu wszedł i w jaki sposób tego dokonał! Sprawdziłem cały dom, kaŜde 

cholerne pomieszczenie! Nikogo nie było. I nagle, gdy zajrzałem do kuchni... 

- Dostałeś w łeb - dokończył Norbert. - Wiem, psiakrew. JuŜ mi to mówiłeś. - Norbert 

ś

cisnął skronie obu rękami. Nadal miał zamglony wzrok, a w głowie huczało. 

- Musi pan jechać do szpitala - stwierdził John. - Nieźle pan oberwał. 

-  Dokąd  mogli  ją  zabrać?  -  Norbert  zignorował  sugestię  ochroniarza.  -  Dlaczego  po 

prostu nie zabili jej tutaj? Pozorując napad rabunkowy. 

- MoŜe nie pojechali daleko. 

- Dlaczego? 

-  Jeśli  chodzi  o  zabójstwo  na  zlecenie,  to  walną  ją  raz  i  gdzieś  w  odosobnionym 

miejscu wyrzucą ciało. 

background image

- Nie owijasz w bawełnę. 

- Nie płaci mi pan za ładne słówka. 

- Wezwałeś gliny? 

-  Tak.  A  pan,  panie  Colter,  powinien  trafić  na  ostry  dyŜur.  Nie  podoba  mi  się  pana 

głowa. 

Norbert marzył tylko o tym, aby mu się w niej rozjaśniło. Jeśli Celestine jeszcze Ŝyła, 

to nie poŜyje długo. Wszystkie poszlaki prowadziły do jej ciotki i wuja, lecz oni jeszcze nie 

wrócili  do  domu,  gdyŜ  wyjechali  z  Waszyngtonu  dziś  w  południe.  Norbert  o  tym  wiedział, 

poniewaŜ miesiąc temu kazał bezustannie ich śledzić. 

- Sami jej nie zabiją - mruknął. 

- Co? - John kucnął obok niego. 

- Powiedziałem, Ŝe jej ciotka i wuj sami tego nie zrobią. Pewnie wynajęli zawodowca, 

który upozoruje wypadek. 

-  Wykluczone  -  zaprotestował  John.  -  PrzecieŜ  pan  złoŜy  zeznanie.  Nikt  nie  kupi 

wersji wypadku. 

Norbert  usiłował  zebrać  myśli.  Pod  czaszką  nadal  mu  szumiało,  lecz  nie  tak  bardzo, 

jak przed chwilą. 

- Ale ciotka i wuj będą głównymi podejrzanymi. To nie trzyma się kupy. 

- Więc moŜe to nie oni? 

- Celestine była pewna, Ŝe dybią na jej Ŝycie. 

- MoŜe ktoś chciał, aby tak sądziła. 

-  MoŜe  ktoś  chciał  ich  wrobić...  -  Norbert  sam  był  zaskoczony  swoim  pomysłem. 

PrzecieŜ tylko Millie odziedziczyłaby majątek po śmierci bratanicy. - Jak by to zrealizował? 

- Podrzuciłby jakieś dowody rzeczowe na miejscu zbrodni. 

Norbert  miał  przemoŜne  wraŜenie,  Ŝe  powinien  sobie  coś  przypomnieć.  Jakiś 

szczegół, który uleciał mu z pamięci. 

- A ten adwokat? - spytał John. 

- Mało prawdopodobne. 

Whit osobiście nic nie zyskałby na zabiciu Celestine. Gdyby zaś współdziałał z Millie 

i  Rogerem,  to  nie  próbowałby  kierować  podejrzenia  na  nich.  Albo...  Nie,  to  odpada. 

Wykluczone,  aby  ów  dziadek  Sutter  chciał  się  zemścić  na  rodzinie  St.  Gervais.  Staruszek 

niedawno wyszedł ze szpitala, sam ledwie Ŝył po cięŜkiej chorobie i chyba nie byłby w stanie 

intrygować oraz najmować płatnego zabójcy. Norbert potrząsnął głową i zobaczył wszystkie 

gwiazdy. 

background image

- A ta przyjaciółeczka, z którą panna Celestine jadła dzisiaj lunch? 

-  Allison?  Nie,  podobnie  jak  Whit,  nie  ma  motywu.  Dziewczyna  wydawała  się 

najzupełniej  lojalna  wobec  Celestine.  Norbert  przypomniał  sobie  urodziwą  brunetkę, 

odchodzącą od restauracyjnego stolika. Szła z wdziękiem, zupełnie jak... 

Do licha! Norbert zerwał się na równe nogi, a pokój zawirował. Jej chód! 

- Panie Colter, trzeba pana zawieźć do szpitala... 

-  Nic  mi  nie  jest.  -  Norbert  słyszał  syrenę  nadjeŜdŜającego  radiowozu.  -  To  Allison! 

Chodzi identycznie jak Celestine. One muszą być spokrewnione. Nie mam pojęcia, dlaczego 

Celestine tego nie wie, lecz jeśli tak jest, to Allison moŜe chcieć jej śmierci! 

Celestine  juŜ  była  pewna,  Ŝe  znajduje  się  w  bagaŜniku  auta  -  skrępowana  i 

zakneblowana. Wieziono ją na miejsce zbrodni. 

Spróbowała rozluźnić więzy, lecz okazało się to niewykonalne. Jej prześladowca znał 

się  na  swojej  robocie.  Po  jakichś  dziesięciu  minutach  jazdy  auto  się  zatrzymało,  trzasnęły 

jedne  drzwiczki,  zaraz  potem  drugie.  A  więc  morderców  było  przynajmniej  dwóch.  To 

znacznie zmniejszało szanse przeŜycia. 

Zgrzytnął  obracany  w  zamku  kluczyk  i  Celestine  poczuła  na  policzku  powiew 

wilgotnego powietrza. Nadal padał deszcz, lecz burza juŜ się oddalała. 

- Wyjmij ją. 

Celestine nie znała tego męskiego głosu. LeŜała całkiem nieruchomo, dopóki ktoś nie 

wsunął pod nią rąk. Wtedy z całej siły kopnęła, trafiając stopą w coś miękkiego. MęŜczyzna 

zaklął i trzepnął ją w twarz. Mimo bólu Celestine poczuła przypływ triumfu. 

-  PomóŜ  mi -  burknął facet  i  wraz  z kimś  innym  wywlókł  ją z  bagaŜnika. - Gdzie ją 

połoŜyć? 

- Tam. 

Tym razem odezwała się kobieta. Mimo dzwonienia w uszach Celestine była pewna, 

Ŝ

e  juŜ  słyszała  ten  głos.  Nie  naleŜał  do  Millie.  Brzmiał...  o  wiele  młodziej...  I  nagle  go 

rozpoznała. 

Zaczęła się szamotać. Nie mogła uwierzyć, Ŝe to prawda. 

- Co z tobą, Celestine? Nie stawiałaś się na swoje randki ze śmiercią. Jesteś ciekawa, 

jaka będzie ta ostatnia? 

Celestine usiłowała odpowiedzieć, ale knebel jej to uniemoŜliwił. 

- RozwiąŜ tę chustkę - poleciła Allison. - Chcę usłyszeć jej poŜegnalne słowa. 

- Lepiej nie - zaprotestował męŜczyzna. - Zacznie wrzeszczeć. 

background image

-  Wrzaśnij,  skarbeńku,  a  natychmiast  cię  załatwię.  Wystarczy  jeden  strzał.  -  Allison 

odpowiednio cmoknęła językiem. - Rozumiesz? 

Celestine skinęła głową. 

- Równie dobrze moŜna teŜ odsłonić jej oczy - uznała Allison. 

Celestine gwałtownie wciągnęła powietrze. Jeden męŜczyzna stał za nią, trzymając jej 

nadgarstki, a drugi - z bronią w ręku - znajdował się kilka metrów dalej. 

-  Pewnie  się  zastanawiasz,  po  co  zorganizowałam  to  spotkanie  -  słodziutko 

powiedziała Allison. 

Celestine nie miała co do tego Ŝadnych wątpliwości. Wiedziała teŜ, gdzie przyjechali - 

na  bagna  w  okolicy  Haven  House.  W  dzieciństwie  lubiła  się  tu  bawić,  ku  zgrozie  matki  i 

uciesze ojca. 

- Sprzedałaś mnie. - Celestine z uwagą wpatrywała się w twarz kobiety, którą uwaŜała 

za najbliŜszą osobę na świecie. 

- Bynajmniej. 

- Ile płacą ci za to Millie i Roger? 

-  Oni?  Ani  grosza.  W  ogóle  nie  biorą  w  tym  udziału.  To  ja  zawsze  usiłowałam  cię 

usunąć. Nawet planowałam z chłopcami porwanie sprzed domu dziadka Suttera, ale niestety 

miałaś towarzystwo. 

- Więc Millie i Roger... 

- Roger byłby w stanie  popełnić morderstwo, ale jest za głupi,  Ŝeby znaleźć się poza 

wszelkimi podejrzeniami. Poza tym to tchórz, ten nasz Roger. W więzieniu sobie nie poradzi. 

- Zamierzasz go wrobić? 

-  Piątka  z  plusem,  Celestine.  Co  zresztą  mnie  nie  dziwi.  W  rodzinie  St.  Gervais  nie 

brakowało geniuszy. Ty. Tatuś. Ja. 

- Co ty pleciesz? 

- Do tej pory się nie połapałaś, prawda? MoŜe nie jesteś aŜ taka genialna. Przez tyle lat 

miałaś to tuŜ przed nosem i nigdy nie zaczęłaś główkować. 

- Co miałam przed nosem? 

-  Jezu,  muszę  ci  wszystko  przeliterować?  To  wydaje  ci  się  takie  niewiarygodne,  Ŝe 

nawet nie bierzesz tego pod uwagę. Jesteś moją siostrą. Tylko przyrodnią, ale zawsze. 

- Nie jesteśmy siostrami. 

-  Nigdzie  nie  odchodź,  skarbeńku,  a  wyjaśnię  ci,  w  czym  rzecz.  CóŜ,  nasz  tatko  za 

młodu lubił się zabawić. Moja mama wpadła mu w oko i tuŜ przed ślubem z twoją zalał się w 

pestkę i spędził noc z moją. Och, nazajutrz cholernie tego Ŝałował, ale ziarno zostało posiane. 

background image

Moja mama zorientowała się, Ŝe jest w ciąŜy, gdy nasz staruszek juŜ się oŜenił. Powiedziała 

mu o mnie, a jego Ŝona juŜ nosiła w brzuszku ciebie. Ale numer, co? Taki porządny gość, jak 

nasz tatuś, znalazł się w paskudnej sytuacji. 

- Nie wierzę w to. 

- Niby dlaczegoś? - Allison gniewnie przymruŜyła piękne oczy. - Twoim zdaniem nie 

nadaję  się  na  jedną  z  rodu  St.  Gervais?  Przez  te  wszystkie  lata,  gdy  robiłaś  mi  malutkie 

prezenciki i dawałaś pieniądze ze swojego kieszonkowego, uwaŜałaś się za lepszą ode mnie, 

prawda? 

Celestine wiedziała, Ŝe byłoby błędem odpowiedzieć na to pytanie. Chciała zachować 

Ŝ

ycie, a rozgniewana Allison mogła je zakończyć szybciej niŜ planowała. 

- Opowiedz mi całą resztę. 

- Proszę. Wymów to magiczne słówko. Gdzie twoje maniery? 

- Proszę, Allie. 

- Tatuś dał mamie trochę gotówki. - Allie znów zaczęła mówić gawędziarskim tonem. 

-  Nie  tyle,  ile  powinien,  to  pewne.  A  moja  mama  obiecała,  Ŝe  nie  będzie  go  o  nic  więcej 

prosić i nikomu nie piśnie, kto jest ojcem jej dziecka. Dotrzymała słowa. I pewnego pięknego 

dnia  zmarła.  Tak  po  prostu.  Nie  wiem,  co  tatko  chciał  począć  z  takim  fantem  jak  ja. 

Podejrzewam,  Ŝe  nieźle  się  gryzł  tym  problemem.  Ale  zmarł,  zanim  cokolwiek 

wykoncypował. Moja mama kiepsko inwestowała, więc po jej śmierci zostało niewiele forsy. 

Rodzina  opłaciła  z  nich  moją  szkołę  i  wysłała  do  internatu,  Ŝeby  mieć  mnie  z  głowy.  I  nikt 

nawet się nie domyślał, kto jest moim tatą. 

- Więc jak się dowiedziałaś? 

-  Tatuś  nie  był  aŜ  taki  mądry,  za  jakiego  się  uwaŜał.  Po  moim  przyjściu  na  świat 

napisał  do  mojej  mamy  list.  Tylko  jeden.  Prosił,  aby  mu  wybaczyła.  Oczywiście  zrobiła  to. 

Dobre  serduszko  miała  ta  moja  mamusia.  Kiedyś  powiedziała  mi,  Ŝe  mój  tata  to  dobry 

człowiek. Trzeba przyznać, Ŝe była z niej lojalna kobitka, choć nieszczególnie bystra. 

Celestine  z  przeraŜeniem  zauwaŜyła,  Ŝe  Allie przeniosła  wzrok  na  męŜczyznę z  tyłu, 

jakby dawała do zrozumienia, co powinien uczynić. 

- Co zyskasz na mojej śmierci, Allie? - spytała, rozpaczliwie usiłując grać na zwłokę. 

ZauwaŜyła, Ŝe Allie na szczęście chyba pragnęła powiedzieć jej wszystko. 

- Jeszcze nie kapujesz, skarbeńku? 

- Nie - skłamała Celestine, chociaŜ doskonale wiedziała, co usłyszy. 

- Rany, zaczynam martwić się o ciebie. UwaŜałam cię za mądrzejszą. 

- MoŜe w pozycji związanego indyka człowiek szybciej traci szare komórki. 

background image

- Zawsze miałaś poczucie humoru, Celestine. 

- Co ci przyjdzie z zabicia mnie? 

-  Co?  Wszystko!  Twoi  wujostwo  wylądują  w  więzieniu.  On  za  morderstwo,  ona  za 

współudział. Cieszę się, Ŝe wcześniej cię nie załatwiłam, bo tym razem nie będzie absolutnie 

Ŝ

adnych wątpliwości co do osoby sprawcy. Mam pistolet Rogera, zarejestrowany na niego, z 

jego odciskami. Tak się składa, Ŝe twój wujaszek lubi po pijanemu strzelać z balkonów Haven 

House do ptaków. Zdobycie tej broni poszło jak z płatka. 

Allison uśmiechnęła się jeszcze radośniej. 

-  Roger  wkrótce  wróci.  Podrzucę  teŜ  tutaj  jego  myśliwski  kapelusik.  Co  jeszcze?  - 

Allie udała, Ŝe się zastanawia. 

-  Aha,  list  twojej  ciotki  do  kogoś,  kto  za  opłatą  miał  cię  szukać.  Roger  i  Millie 

naprawdę liczyli na to, Ŝe nie Ŝyjesz. Chcieli dysponować dowodem, ale w tym liście nic nie 

jest jasno sformułowane. Wynika z niego tylko, Ŝe pragną cię znaleźć. Chyba zawieszę go na 

tamtej  gałązce.  -  Allie  wskazała  powyginaną  kłodę  wystającą  z  grzęzawiska.  -  ObciąŜymy 

twoje ciało i wrzucimy do wody, a później poczekamy na powrót cioci i wujka. Wtedy jeden 

z chłopców anonimowo zadzwoni do szeryfa. 

-  Więc  Roger  i  Millie  pójdą  za  kratki.  A  jak  ty  udowodnisz,  Ŝe  jesteś  z  rodziny  St. 

Gervais? 

- Zapomniałaś o liście do mojej mamy? Zrobi się teŜ badania DNA. To wygrywająca 

kombinacja.  AleŜ  tak,  proszę  państwa,  stoi  przed  wami  zwycięŜczyni.  A  powaŜnie... 

zaczekam  kilka  miesięcy,  następnie  oświadczę,  Ŝe  znalazłam  list  w  starych  dokumentach 

mojej  mamy.  Dobrze  się  składa,  poniewaŜ  jedna  z  moich  ciotek  niedawno  dała  mi  jakieś 

rodzinne papierzyska. 

- DNA? 

-  Przykro  mi  to  mówić,  Celestine,  ale  w  razie  potrzeby  wykopiemy  naszego  tatusia. 

Skoro  udało  się  zidentyfikować  Jesse  Jamesa  na  podstawie  badania  jego  potomków,  to  mój 

przypadek  będzie  łatwizną.  A  wtedy  wszystko  przejdzie  w  moje  ręce.  -  Allison  znów 

spojrzała na męŜczyznę za plecami Celestine, a ją przeszedł dreszcz. 

- Jeszcze jedno pytanie. - Celestine spróbowała zrobić krok do przodu, lecz męŜczyzna 

wykręcił jej ręce. 

- Twój czas dobiega końca, skarbeńku. 

-  Dlaczego  to  zrobiłaś?  Gdybyś  przyszła  do  mnie,  opowiedziała  mi  tę  historię, 

pokazała list, podzieliłabym się z tobą całym majątkiem. Wiesz, Ŝe tak. Kochałam cię, a tobie 

słusznie naleŜałaby się połowa. Więc... dlaczego? 

background image

- Ciekawe, czy wymyślisz dobrą odpowiedź. 

- Bo mnie nienawidzisz? Bo byłam ślubnym dzieckiem, a ty nie? 

- To takŜe, ale zapominasz o jednym drobiaŜdŜku. Celestine milczała. 

- Ja nie lubię się dzielić - dodała Allison. - Chcę dostać wszystko. 

MęŜczyzna  stojący  za  Celestine  poruszył  się.  Wiedziała,  co  zaraz  nastąpi. 

Przypuszczała  teŜ,  Ŝe  nie  chcąc  zatrzeć  odcisków  na  pistolecie  Rogera,  będzie  musiał  na 

moment ją puścić. Skoncentrowała się więc, ignorując panikę. 

- Zegnaj, Celestine - powiedziała Allison. 

Celestine błyskawicznie się odwróciła i kopnęła męŜczyznę kolanem w krocze. A gdy 

zawył  z  bólu  i  niechcący  strzelił  w  powietrze,  zygzakiem  podbiegła  do  swojej  niedawnej 

przyjaciółki. 

-  Nie  strzelaj!  -  wrzasnęła  Allison.  Chciała  złapać  Celestine,  lecz  ona  uderzyła  ją 

barkiem, przewracając na ziemię, i pognała w stronę mokradła. 

Oby  ktoś  usłyszał  strzały.  Rogera  i  Millie  nie  było  w  domu,  lecz  mieszkała  tam 

równieŜ  słuŜba  -  pokojówki,  ogrodnicy.  Prawdopodobnie  uznają,  Ŝe  ktoś  kłusuje,  i  wezwą 

szeryfa. 

Celestine  dobrze  znała  ten  teren.  Przez  chwilę  mogła  się  skryć  w  wysokich  trawach, 

lecz  Allison  i  jej  ludzie  na  pewno  ruszą  w  pościg.  Mieli  zbyt  wiele  do  stracenia,  aby  teraz 

pozwolić jej ujść z Ŝyciem. 

Zanurkowała  w  trawę,  słysząc  świst  kolejnego  pocisku.  Dopiero  wtedy,  gdy  poczuła 

pieczenie  w  boku,  zrozumiała,  Ŝe  została  trafiona.  Mimo  to  zaczęła  czołgać  się  przez 

grzęzawisko,  aby  pozostać  w  ukryciu.  Jednak  zdradzał  ją  ruch  traw,  musiała  więc  jak 

najszybciej dotrzeć do wody, poniewaŜ ciągle była zbyt łatwym celem. 

Następna kula przeleciała jej nad głową, rzadkie błoto kląskało pod stopami. Celestine 

miała jeszcze do pokonania ze czterdzieści metrów, nie była jednak pewna, czy zdoła płynąć 

ze związanymi rękami. 

Zastanawiała się, czy Norbert Ŝyje i czy będzie obwiniał się za jej śmierć tak samo, jak 

za  śmierć  Ŝony.  Poczuła  muśnięcie  kuli  na  ramieniu,  ale  się  nie  zatrzymała,  tylko  dzielnie 

brnęła w stronę zbawczej wody. 

I właśnie wtedy usłyszała wycie syren. 

Norbert  obiegł  Haven  House,  wołając  Celestine  po  imieniu.  John  i  Hank  biegli  przy 

nim, a szeryf wraz z dwoma zastępcami gnał ich śladem. Jeśli Allison chciała zwalić winę za 

zabicie  Celestine  na  Millie  i  Rogera,  to  najprawdopodobniej  wybrała  tę  okolicę  na  miejsce 

zbrodni. 

background image

-  Przyjechaliście  z  powodu  strzałów?  -  spytała  starsza  kobieta  w  szarym  uniformie, 

wychodząc na ganek. 

- Jakich strzałów? Gdzie? - Norbert poczuł, Ŝe serce ma w gardle. 

- W rejonie grzęzawiska. - Kobieta wskazała kierunek. 

- Prowadzi tam jakaś droga? 

- Taka wąska. 

Norbert  pognał  w  tamtą  stronę.  Towarzyszyli  mu  obaj  ochroniarze,  natomiast 

policjanci wrócili po swoje samochody. 

- My to sprawdzimy! - krzyknął John. - Niech pan tu zostanie. 

Norbert  zignorował  jego  słowa,  podobnie,  jak  wściekłe  łomotanie  w  skroniach. 

Biegnąc,  słyszał  syreny  radiowozów,  aŜ  w  końcu  dotarł  do  małej  kępy  drzew,  za  którymi 

ujrzał bagna. Trochę dalej dwóch męŜczyzn pędziło do starego auta. Gdy się zbliŜył, jeden z 

nich wycelował do niego z pistoletu. 

-  ZjeŜdŜaj!  -  zawołał  i  ostrzegawczo  strzelił  w  ziemię  u  stóp  Norberta.  Następnie 

wskoczył  do  samochodu  i  zapalił  silnik.  Drugi  zdołał  otworzyć  drzwiczki  i  dał  susa  do 

wnętrza, gdy pojazd juŜ ruszył. 

Norbert usłyszał huk strzału i zobaczył,  Ŝe John celuje w opony. Jedna pękła i autem 

ostro zarzuciło, po czym uciekinierom drogę zajechał radiowóz szeryfa. 

-  Celestine!  -  Norbert  oraz  obaj  ochroniarze  skierowali  się  prosto  na  bagna.  śaden  z 

nich  nie  zauwaŜył  Allison,  dopóki  nie  wynurzyła  się  spomiędzy  wysokich  traw  tuŜ  przed 

Norbertem, celując gdzieś w wodę. 

-  Witam,  panie  Colter.  Zjawił  się  pan,  aby  popatrzeć,  jak  ją  zabijam?  -  wycedziła.  - 

Jeśli juŜ tego nie zrobiłam. 

- OdłóŜ broń, Allison. - Norbert powoli przysunął się bliŜej. 

- Wykluczone. - Wycelowała prosto w niego, więc przystanął. 

- Dostaniesz doŜywocie. Albo nawet karę śmierci. 

- Bardzo moŜliwe. - Znów machnęła pistoletem. - Ale wiesz co? Skoro nie mogę mieć 

całego  szmalu  naszego  tatusia,  to  zaraz  wywabię  stamtąd  jego  ukochaną,  małą  księŜniczkę, 

aby ona teŜ nie połoŜyła łapki na tej forsie. Ani na twojej, Colter. 

- Jest ze mną dwóch ludzi, którzy mają cię na muszce, Allie. Poddaj się. 

-  Coś  ty...  Chyba  wolę  kogoś  zabić.  Ciebie?  Ją?  -  Allison  potrząsnęła  głową  i 

uśmiechnęła się uroczo. - Jak ja nie cierpię podejmowania decyzji. 

- PomoŜemy ci. Potrzebujesz pomocy specjalistów. Ale rzuć broń. 

background image

-  Skarbie,  mnie  nikt  nie  pomoŜe.  JuŜ  mam  na  sumieniu  śmierć  jednego  człowieka. 

Zastrzeliłam  Stephena  Montgomery'ego.  To  ci  dopiero  był  bystrzak.  Zaczął  zadawać 

niewygodne pytania. Jeszcze się nie połapał, Ŝe jestem starszą siostrą Celestine, ale pewnie by 

do tego doszedł. 

- Jeśli naciśniesz spust, jeden z tych męŜczyzn do ciebie strzeli. Tego chcesz? 

-  Ce  -  le -  stine!  -  zawołała Allison.  -  JuŜ nie  Ŝyjesz?  Bo jeśli tak,  to  zaraz zastrzelę 

Norberta! 

Norbert  natychmiast  się  zorientował,  do  czego  Allison  zmierza,  i  Ŝe  jej  się  to  udało. 

Spomiędzy wysokiej trawy chwiejnie wyłoniła się Celestine. Oddawała za niego swoje Ŝycie. 

Nie  stracił  ani  ułamka  sekundy  na  myślenie,  tylko  błyskawicznie  rzucił  się  między 

Celestine a Allison. Wtedy Allison strzeliła do niego. 

Usłyszał jeszcze dwa strzały, lecz ból poczuł tylko po tym pierwszym. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

Z  Whitem  po  jednej  stronie  oraz  z  Franklinem  Billettem  z  kancelarii  adwokackiej 

„Flinders,  Billett  &  Crane”  po  drugiej,  Celestine  wkroczyła  do  gabinetu  sędziego.  Sędzią 

okazała  się  starsza,  siwowłosa  kobieta,  której  rozpięta,  czarna  toga  ujawniała  klasyczny 

granatowy kostium. Whit przedstawił swoją klientkę, a sędzia uścisnęła jej dłoń i poprosiła o 

zajęcie miejsca po przeciwnej stronie biurka. 

Whit  ujął  Celestine  pod  ramię,  aby  jej  pomóc,  lecz  ona  tylko  pokręciła  głową.  JuŜ 

odzyskała  formę  po  niedawnych  dwóch  postrzałach  i  mimo  nowych  blizn  nie  potrzebowała 

asysty. 

-  Myślałam,  Ŝe  Millie  i  Roger  juŜ  tu  są  -  szepnęła  do  Whita.  Nie  była  zachwycona 

perspektywą spotkania z wujostwem. Co prawda wiedziała, Ŝe nie oni stali za zamachami na 

jej Ŝycie, lecz wspomnienia o ciotce i wuju i tak były przykre. 

- Pewnie uznali, Ŝe nie ma sensu przychodzić. Ta rozprawa to czysta formalność. 

Za  ich  plecami  rozległ  się  jakiś  szmer.  Celestine  odwróciła  się  i  po  raz  pierwszy  od 

dawna spojrzała na dwie osoby, którym przed laty powierzono opiekę nad nią. 

Millie Debham, drobna brunetka, zaczynała wyglądać na swoje lata, lecz niewątpliwie 

starała  się  ukryć  wiek.  Miała  świeŜo  ufarbowane,  starannie  ułoŜone  włosy  i  nieskazitelny 

makijaŜ. Natomiast Roger był o wiele za tęgi i prawie łysy. 

Ich  adwokat  przedstawił  oboje  sędzi,  która  potraktowała  ich  równie  formalnym,  jak 

przed  chwilą,  uściskiem  dłoni,  i  wskazała  krzesła.  Następnie  ułoŜyła  leŜące  na  stole  doku-

menty w równiutki stosik. 

- Dokładnie zapoznałam się ze sprawą - oświadczyła. 

-  Panna  St.  Gervais  Ŝyje  i  nie  widzę  Ŝadnych  podstaw  do  uznania  jej  za  osobę 

niezdolną  do  czynności  prawnych.  Zaś  niedawne  wydarzenia  ponad  wszelką  wątpliwość 

udowodniły, Ŝe miała przekonujące powody, aby obawiać się o swoje Ŝycie. Wykazała się teŜ 

wielkim  rozsądkiem,  ukrywając  się  aŜ  do  ukończenia  dwudziestu  pięciu  lat.  Osiągnęła  ten 

wiek i absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby formalnie stała się właścicielką zapisanych 

jej  dóbr.  Pozostaje  tylko  sprawa  funduszy,  o  które  został  uszczuplony  jej  majątek.  -  Znad 

wąskich  okularów  w  metalowej  oprawce  sędzia  spojrzała  na  Millie  i  Rogera.  -  Dysponuję 

szczegółową listą wszystkiego, czego brakuje oraz opisem metod, jakimi dokonano kradzieŜy. 

Adwokat  państwa  posiada  kopię  tego  dokumentu.  Oczywiście  mogą  państwo  skierować 

pozew do sądu, broniąc owego stanu posiadania, lecz ostrzegam, Ŝe nie ma szans na wygraną. 

background image

Przeciwnie, moŜna nawet spodziewać się wyroku skazującego państwa na karę pozbawienia 

wolności. Alternatywą  jest  zwrot zagarniętego  mienia i  zwrócenie  się z  prośbą do  panny St. 

Gervais o zgodę na takie rozwiązanie. 

Roger i Millie przez chwilę konferowali szeptem ze swoim prawnikiem. 

- Zaakceptuje pani ten wariant? - spytał adwokat. - Czy teŜ i tak oskarŜy pani moich 

klientów? 

-  Zgadzam  się,  aby  zatrzymali  pieniądze  -  oświadczyła  Celestine,  ignorując  Whita, 

który usiłował ją powstrzymać. 

-  Mój  dziadek  nie  miał moralnego  prawa wydziedziczyć  mojej  ciotki,  zaś mój ojciec 

pragnął  zapewnić  jej  byt.  To  jasno  wynika  z  jego  testamentu.  JeŜeli  państwo  Debham  na 

piśmie  przysięgną,  Ŝe  ich  noga  nigdy  więcej  nie  postanie  w  Północnej  Karolinie,  pozwolę, 

aby  zachowali  to,  co  mi  ukradli.  Muszą  jednak  opuścić  Haven  House  do  jutrzejszego 

południa,  zabierając  ze  sobą  tylko  rzeczy  osobistego  uŜytku,  co  zostanie  sprawdzone  przez 

moich pełnomocników. Pragnę jednak nadmienić, Ŝe gdyby kiedykolwiek złamali dane słowo 

lub  spróbowali  w  jakikolwiek  sposób  skontaktować  się  ze  mną,  to  zaŜądam  zwrotu 

wszystkiego i formalnie oskarŜę ich o kradzieŜ. 

- To mi się podoba. - Frank Billett zachichotał. - Zasługujesz na nazwisko St. Gervais, 

Celestine. Twój ojciec teŜ wiedział, jak osiągnąć swój cel. 

Celestine  zastanawiała  się,  czy  rzeczywiście  dostanie  to,  czego  najbardziej  pragnie. 

Lecz na razie nie sposób było przewidzieć dalszego rozwoju sytuacji. 

- Moi klienci akceptują ofertę panny St. Gervais - oznajmił adwokat Rogera i Millie. 

Oboje  wstali  i  -  ku  zdumieniu  Celestine  -  ciotka  podeszła  do  niej.  Celestine  dopiero 

teraz zauwaŜyła, Ŝe Allison była podobna do Millie. Miała jej oczy i zadarty nosek. Szkoda, 

Ŝ

e  wcześniej  tego  nie  spostrzegłam,  pomyślała  Celestine.  MoŜe  Allison  nadal  by  Ŝyła,  a 

Norbert nie zostałby postrzelony. 

-  Nigdy  nie  czułam  do  ciebie  nienawiści,  Celestine  -  powiedziała  Millie.  -  Ani  nie 

chciałam twojej śmierci. Po prostu nie wiedziałam, jak sobie z tobą poradzić. Nie lubię dzieci. 

- Okazywałaś to od samego początku. 

- I szczerze mówiąc... naprawdę sądziłam, Ŝe tracisz zdrowe zmysły. 

- Szczerze mówiąc, bywały takie chwile, gdy juŜ ze mną zamieszkaliście, Ŝe sama teŜ 

tak myślałam. 

- Przykro mi. - Millie potrząsnęła głową. 

- Doceniam twoje słowa, Millie, lecz niestety to niczego nie zmieni. 

background image

Millie  odwróciła  się  i  wraz  z  męŜem  oraz  adwokatem  ruszyła  do  drzwi,  a  Celestine 

odprowadziła  całą  trójkę  wzrokiem. Nareszcie  uwolniła  się  od  ciotki  i wuja.  Podpisała  swój 

testament. JuŜ nikt nie miał powodów, aby chcieć ją zabić. 

Pytanie tylko, czy komuś zaleŜało na tym, aby Ŝyła. 

- śałuję, Ŝe ten sąd nie był w stanie oszczędzić pani kilku lat piekła, panno St. Gervais. 

- Sędzia uścisnęła jej rękę. 

- To jest nas dwie - z uśmiechem przyznała Celestine. - Ale juŜ po wszystkim. Co za 

ulga. 

- Planuje pani jakąś uroczystość? 

-  Tak.  -  Pomyślała  o  dziadku  Sutterze  czekającym  na  nią  w  domu  córki.  Whit  teŜ 

obiecał  wpaść  na  kieliszek  szampana  i kawałek  wspaniałego tortu  Rhondy. Miało brakować 

tylko jednej waŜnej osoby... 

- To dobrze. śyczę pani wszystkiego najlepszego. Celestine wyszła na zewnątrz. Było 

piękne,  jesienne  popołudnie,  świeciło  złociste  słońce,  a  powietrze  dopiero  leciutko  się 

ochładzało.  Obecnie  juŜ  mogła  spokojnie  stać  w  biały  dzień,  niczego  się  nie  obawiając.  Na 

razie wydawało się jej to dziwne. 

PoŜegnała  obu  swoich  prawników  i popatrzyła za nimi, gdy odchodzili.  W ubiegłym 

tygodniu Whit powiedział jej, Ŝe przestał odwiedzać kasyna i chodzi na zajęcia terapeutyczne, 

gdzie uczą, jak walczyć z uzaleŜnieniem. Wierzyła, Ŝe uda mu się zerwać z nałogiem hazardu. 

Jej  auto  stało  zaparkowane  w  pobliŜu,  wolała  jednak  się  przejść.  W  takiej  mieścinie 

jak Beaufort wszędzie moŜna było dojść na piechotę. Poza tym tyle się tu zmieniło w ciągu 

minionych lat, więc miała ochotę się porozglądać. 

Szła wolno po ocienionych drzewami ulicach, z przyjemnością patrząc na zabytkowe 

białe domy osadników z Wysp Bahama i z Indii Zachodnich. Czasem spoglądała na sklepowe 

wystawy, lecz jej myśli krąŜyły gdzie indziej... 

W  końcu  dotarła  na  przykościelny  cmentarz,  miejsce  pochówku  Allison.  Ani  Hank, 

ani  John  nie  strzelali  z  zamiarem  zabicia,  lecz  celując  do  Norberta,  Allison  zrobiła  jeden 

fatalny w skutkach krok - i zginęła na miejscu. 

Celestine  poruszyła  piaszczystą  ziemię  czubkiem  szarego  pantofla,  usiłując 

przypomnieć  sobie  coś  naprawdę  dobrego  na  temat  Allison.  ChociaŜ  jedno  jedyne  wspo-

mnienie o niej, które mogłaby zachować. 

- Nie jestem pewien, czy miała wpływ na to, kim się stała - usłyszała głos za plecami. 

- Gdzieś po drodze ktoś musi nas kochać, bo inaczej w głębi duszy usychamy. 

background image

Celestine  odwróciła  się  i  przy  cmentarnej  bramie  ujrzała  Norberta.  Opierał  się  na 

lasce, lecz miał ładne rumieńce. Nie wyglądał na człowieka, który niedawno omal nie umarł. 

- Co tutaj robisz? - Celestine nie ruszyła się z miejsca. 

- Obserwuję cię. Polubiłem to, gdy przez krótki czas byliśmy razem. 

- Powinieneś być w domu i dochodzić do zdrowia. 

- Kolorado jest za daleko. 

Zacisnęła  powieki  i  znów  ujrzała  Norberta  padającego  na  ziemię,  powiększającą  się 

plamę krwi wokół niego... 

- Celie, to nie była twoja wina. 

- Omal cię nie zabito. Więc kto zawinił? 

- Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, Ŝeby Allison strzeliła do ciebie, a nie do mnie. 

Celestine widziała Norberta tylko raz, zanim z miejscowego szpitala przewieziono go 

helikopterem  do  najlepszego  centrum  medycznego.  Norbert  otworzył  oczy,  ale  jej  nie 

rozpoznał, poniewaŜ nadal był nieprzytomny. 

- Gdy wypisano mnie ze szpitala, pragnęłam się z tobą zobaczyć, lecz ludzie z Tri - C 

utrzymywali  miejsce  twojego  pobytu  w  tajemnicy...  - Ruszyła  w  jego stronę.  - Przekazali ci 

wiadomości ode mnie? 

- Tak. 

- Dlaczego więc...? 

-  Kula  Allison  utkwiła  blisko  kręgosłupa.  Lekarze  długo  nie  mieli  pewności,  czy 

jeszcze kiedykolwiek będę chodzić. 

- I wolałeś mnie nie widzieć? 

- Uznałem, Ŝe muszę stać na własnych nogach podczas naszego pierwszego spotkania 

i... pojednania. 

Pragnęła być na niego wściekła. Chciała go zbesztać. Ale on był dumnym męŜczyzną, 

który własnym ciałem zasłonił ją przed kulą. Jak mogła mieć mu cokolwiek za złe? 

- Nie znałeś mnie na tyle, aby wiedzieć, Ŝe to, czy chodzisz, czy nie, nigdy nie zmieni 

moich uczuć? 

- Nie chciałem, Ŝebyś wróciła do mnie powodowana poczuciem winy. I bałem się, Ŝe 

w takim przypadku nie umiałbym powiedzieć „nie”. 

- Wróciłabym do ciebie zawsze i wszędzie. - Stała juŜ prawie przy nim. Wystarczyło 

otworzyć metalową  bramę, aby  znaleźć się w jego ramionach. - Oddałabym  za  ciebie swoje 

Ŝ

ycie. 

- Prawie to zrobiłaś. 

background image

- A ty byłeś gotów poświęcić swoje, aby mnie uratować. 

- Zawsze do usług, Celie. 

- Kocham cię, Norbercie. 

Po  jego  twarzy  przemknął  wyraz  ulgi,  a  Celestine  zrozumiała,  Ŝe  Norbert  nie  był 

pewien jej uczuć. Szarpnęła więc bramę, podbiegła do niego i objęła go. 

-  Kocham  cię  -  powtórzyła.  -  I  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  Ŝadnym  poczuciem  winy, 

wdzięcznością  czy  nawet  stuprocentowym  zaufaniem.  Po  prostu  cię  kocham.  Nadal  z 

wzajemnością? 

Odpowiedział  namiętnym  pocałunkiem.  Gdzieś  w  pobliŜu  rozkrzyczały  się  mewy, 

szybując w przesyconym solą, nadmorskim powietrzu. 

A  Celestine  nareszcie  była  w  domu.  Tym  prawdziwym,  wymarzonym.  W  Północnej 

Karolinie i w ramionach Norberta. 

background image

EPILOG 

Dziadek  Sutter  obserwował  słońce,  które  powoli  chowało  się  za  ośnieŜonymi 

szczytami  gór,  wznoszącymi  się  niedaleko  drewnianej  willi,  w  której  mieszkali  Celestine  i 

Norbert  podczas  pobytów  w  Kolorado.  Haven  House  był  pełen  antyków  kolekcjonowanych 

przez  kolejne  pokolenia  rodziny  St.  Gervais  oraz  dzieł  sztuki  zbieranych  przez  Norberta. 

Natomiast  dom  tutaj  był  piękny  wyłącznie  dzięki  wspaniałemu  sąsiedztwu  majestatycznych 

Gór Skalistych. 

- Jednak wolę ocean. Nie ma jak jego fale. 

- MoŜemy cieszyć się i jednym, i drugim - z uśmiechem stwierdziła Celestine. - Haven 

House jesienią i wiosną. A góry w upalne lato i najzimniejszą zimę... 

- Nie lubię, jak zjeŜdŜasz z tych stromych zboczy, laleczko. 

-  Dzięki  temu  jestem  w  formie  i  zachowuję  figurę.  Lub  raczej  zachowywałam,  gdy 

jeszcze ją miałam. 

- Twoja figura jest idealna, Celie. - Norbert podszedł do niej od tyłu i objął ją w talii. - 

Zwłaszcza po tym, jak zrzuciłaś ten nadmiar wagi. 

Ten  „nadmiar  wagi” właśnie  rozpłakał  się  trzy  pokoje  dalej.  Oboje nawet  nie chcieli 

myśleć o zatrudnieniu niani do opieki nad pyzatym chłopczykiem, który juŜ od minuty głośno 

wyraŜał swoje zachcianki. Woleli zajmować się nim razem. 

- Twoja kolej, tatusiu. 

- Woła mamusię. Jest głodny. 

- Skąd wiesz? 

- Rozumiem, co go kusi. 

- Przynieś go, dobrze? - Celestine cmoknęła męŜa w czubek nosa i usiadła w bujaku. 

Po  chwili  Norbert  wrócił  z  Christopherem.  Dwumiesięczne  niemowlę  miało  oczy 

swojego  taty.  Podnosząc  bluzkę,  Celestine  czule  gruchała  do  dziecka,  a  ono  po  chwili 

radośnie przyssało się do jej piersi. 

- Wielkie chłopaczysko - stwierdził dziadek Sutter i znów odwrócił się do okna, jakby 

liczył na to, Ŝe wpatrując się w góry wystarczająco długo, zdoła się do nich przyzwyczaić. 

- Będzie taki duŜy, jak jego tatuś. - Celestine poklepała Christophera po pupie. Oboje 

z Norbertem postanowili,  Ŝe nie poprzestaną na jednym dziecku. Sami nie mieli rodzeństwa, 

zamierzali  więc  stworzyć  liczną,  kochającą  się  rodzinę.  Oraz  cieszyć  się  kaŜdą  sekundą 

owego tworzenia. 

background image

-  Nie  brak  ci  podróŜowania,  Celestine?  -  spytał  dziadek  Sutter.  -  Zawsze  chciałaś 

zobaczyć cały świat, lecz teraz będzie trochę trudniej, prawda? 

Norbert uśmiechnął się samymi oczami, a Celestine odpowiedziała męŜowi w taki sam 

sposób.  W  ciągu  roku,  jaki  minął  od  ich  ślubu,  napisała  listy  do  wielu  osób  poznanych 

podczas  jej  długiej  tułaczki.  Odezwała  się  między  innymi  do  Betty  i  Marian  oraz  do 

Marshalla,  który  obiecał  wkrótce  przyjechać  z  wizytą.  Nadmienił  teŜ,  Ŝe  Bobby  popełnił 

jakieś powaŜne przestępstwo i zaczyna odsiadywać długi wyrok. 

ś

ycie  w  ciągłym  strachu  juŜ  Celestine  nie  groziło  i  obecnie  mogła  być  losowi 

wdzięczna za tych ludzi, którzy okazali się jej przyjaciółmi. 

- Chcę jeździć tylko tam, gdzie mogłabym zabrać ze sobą Christophera. Ale na razie 

nie zamierzam nigdzie się ruszać. Tutaj mam wszystko, czego potrzebuję. 

-  Rozumiem  cię,  dziecinko.  -  Radosny  uśmiech  sprawił,  Ŝe  na  starej,  zniszczonej 

twarzy dziadka Suttera pojawiło się tysiąc zmarszczek. 

Norbert  kucnął  obok  Celestine  i  odgarnął  z  jej  czoła  kasztanowe  włosy  -  teraz  juŜ 

prawie takie długie, jak u Marie St. Germaine. 

- Celie chciała powiedzieć, Ŝe ma mnie, ciebie i tego maluszka. CzegóŜ więcej trzeba 

jej do szczęścia? 

- Musiałaś pokonać cały ocean, aby to odnaleźć, prawda, laleczko? Ale przyznam, Ŝe 

nieźle sobie poradziłaś. 

Celestine teŜ tak sądziła. Obecnie nazywała się Celestine St. Gervais Colter. Objechała 

pół świata, aby z dumą móc nosić te dwa nazwiska.