background image

LUCY MAUD MONTGOMERY

D

ZIEWCZĘ

 

Z

 

SADU

P

RZEŁOŻYŁA

 W

ŁADYSŁAWA

 W

IELIŃSKA

background image

Młodzieńcze zamiary 

Wczesne słońce wiosennego poranka zalewało  światłem złocistym  jak miód  i jak miód 

łagodnym   czerwone,   ceglane   budynki   college'u   w   Queenslea   oraz   otaczające   je   boiska.   Jego 

promienie poprzez nagie, okryte pąkami klony i wiązy rzucały na ścieżki delikatne rysunki, złote i 

brązowe,   budząc   pieszczotliwie   do   życia   żonkile,   które   wychylały   się   z   ziemi   pod   oknami 

garderoby dziewcząt.

Kwietniowy wiaterek, świeży i łagodny - przywiany jakby znad rozłogów wspomnień, a nie 

z   mrocznych   ulic   miasta   -   szumiał   w   wierzchołkach   drzew   i   kołysał   pędami   bluszczu, 

spowijającego front głównego budynku. Wiatr ten śpiewał o wielu rzeczach, ale każdemu, kto go 

słuchał, wydawało się, że słyszy pieśń najbliższą swemu sercu. 

Studentom,   którym   “Karol   Stary”,   dostojny   dyrektor   college'u   w   Queenslea,   wręczył 

właśnie dyplomy w obecności podziwiającej ich rzeszy rodziców, sióstr, narzeczonych i przyjaciół, 

śpiewał   on   zapewne   o   radosnych   nadziejach,   błyskotliwym   powodzeniu   i   wielkich   czynach. 

Śpiewał o młodzieńczych marzeniach, które nie spełnią się może nigdy, a które mimo to snuć 

warto. 

Niechaj bowiem Bóg ma w swej opiece tego, kto nie żywił nigdy podobnych marzeń - i nie 

opuszczał swej Alma Mater bogaty w zamki na lodzie, jako właściciel licznych włości na księżycu. 

Człowiek taki został pozbawiony prawa, należnego mu z urodzenia! 

Tłum   wypłynął   z   wejściowego   hallu   i   rozproszył   się   po   boisku,   niknąc   w   pobliskich 

uliczkach. 

Eryk Marshall i Dawid Baker poszli razem. 

Pierwszy   otrzymał   dyplom   wydziału   humanistycznego,   będąc   przy   tym   najlepszym   z 

uczniów. 

Drugi zaś przybył, by wziąć udział w zakończonej dopiero co uroczystości, zaś wyróżnienie 

Eryka napawało go dumą.

Łączyła ich obu dawna, wypróbowana i trwała przyjaźń, chociaż Dawid był o dziesięć lat 

starszy od Eryka wiekiem, a o sto lat znajomością walk i trudności życiowych, które postarzają 

człowieka o wiele szybciej i skuteczniej, niż przemijanie czasu. 

Zewnętrznie obaj mężczyźni, mimo, iż łączyło ich pokrewieństwo, byli zupełnie do siebie 

niepodobni.

Eryk Marshall wysoki, barczysty, muskularny, szedł krokiem lekkim, swobodnym, który 

świadczył o niewyczerpanej sile i energii.

Był on jednym z tych mężczyzn, na widok których bardziej upośledzeni śmiertelnicy nie 

mogą oprzeć się zdziwieniu, czemu wszystkie dary fortuny przypadły w udziale jednej osobie. Był 

background image

nie tylko zdolny i przystojny, lecz posiadał ów nieokreślony osobisty urok, zupełnie niezależny od 

zewnętrznej urody czy zalet umysłu.

Miał  spokojne, szaroniebieskie  oczy,  ciemnokasztanowe  włosy o złotym  połysku  - gdy 

padło na nie światło słońca - oraz wydatny podbródek.

Był synem człowieka bogatego i miał za sobą pogodną młodość oraz wspaniałe widoki na 

przyszłość.   Uważano   go   za   człowieka   trzeźwego,   nie   ulegającego   żadnym   romantycznym 

mrzonkom i rojeniom. 

- Obawiam się, że Eryk Marshall nie popełni nigdy czynu nierozważnego - wyraził się o 

nim jeden z profesorów, który zwykł był wypowiadać dosyć zagadkowe sentencje. - Lecz jeśli 

uczyni to kiedykolwiek, uzupełni jedyny swój brak.

Dawid Baker był niski i krępy. Miał ciemne oczy, bystre i przenikliwe, a twarz pociągającą 

mimo brzydkich, nieregularnych rysów. Zabawne skrzywienie ust stawało się zależnie od jego woli 

żartobliwe, ironiczne lub ujmujące. Głos brzmiał na ogół cicho i melodyjnie, jak u kobiety, ale 

nieliczne   osoby,   które   widziały   Dawida,   ogarniętego   słusznym   gniewem   i   usłyszały   dźwięki, 

wydobywające się wówczas z jego ust, nie śpieszyły, by go ponownie wyprowadzić z równowagi. 

Był on lekarzem, specjalistą chorób gardła i strun głosowych i zaczynał cieszyć się sławą w 

kraju. Był członkiem sztabu lekarskiego College'u Medycznego w Queenslea i szeptano sobie, że 

niebawem   zostanie   powołany   do   Mc   Gill,   aby   objąć   tam   poważne   stanowisko.   Swój   sukces 

wywalczył sobie poprzez trudności i przeszkody, które odstraszyłyby większość ludzi. 

W   roku,   w   którym   urodził   się   Eryk,   Dawid   Baker   był   gońcem   w   wielkim   składzie 

okręgowym Marshall i Spókła. W trzynaście lat później, wyróżniony zaszczytnie, uzyskał dyplom 

College'u Medycznego. Wówczas pan Marshall, który łożył na jego naukę tyle tylko, ile ambitny 

chłopak godził się przyjąć, wysłał go na dalsze studia do Londynu i Niemiec. 

Dawid zwrócił z czasem wydane na niego pieniądze co do grosza, lecz nie przestał żywić 

głębokiej wdzięczności dla tego zacnego, szlachetnego człowieka, a syna jego kochał miłością 

więcej niż braterską. Z bacznym,  żywym  zainteresowaniem śledził postępy Eryka  w College'u. 

Teraz, gdy Eryk ukończył wydział humanistyczny, pragnął, aby poświęcił się studiom prawniczym 

lub lekarskim. Toteż doznał wielkiego zawodu, gdy Eryk postanowił ostatecznie pracować u ojca. 

- Marnujesz swoje zdolności - mruczał Dawid, gdy podążali razem do domu. - Jako prawnik 

zdobyłbyś rozgłos i wybiłbyś się. Twój język, łatwość formułowania myśli, to cechy adwokata i 

sprzeciwiasz   się   po   prostu   Opatrzności,   chcąc   posługiwać   się   nim   w   celach   handlowych. 

Krzyżujesz niezręcznie zamiary losu. Gdzie twoje ambicje, człowieku? 

- Na właściwym miejscu - roześmiał się Eryk. - Są inne niż twoje, ale w tym naszym 

młodym, zasobnym kraju znajdzie się pole dla wszelkiego ich rodzaju. Tak, wstępuję do firmy 

background image

ojca. Przede wszystkim było to jego serdeczne życzenie odkąd przyszedłem na świat i zawiódłby 

się boleśnie, gdyby się stało inaczej. Chciał, abym ukończył college, gdyż jest zdania, że każdy 

człowiek powinien otrzymać takie wykształcenie, jakie może osiągnąć, ale teraz, gdy zdobyłem je, 

pragnie mieć mnie w swej firmie. 

- Nie sprzeciwiłby się, gdybyś chciał poświęcić się czemuś innemu.

- O nie. Ale rzecz w tym, Dawidzie, że ja tego nie pragnę. Nie cierpisz interesów, więc nie 

możesz pojąć, że ktoś mógłby je lubić. Wielu jest na świecie prawników - aż zbyt wielu może - ale 

nie  będzie   nigdy  nadmiaru  porządnych,   uczciwych  ludzi   interesu,  gotowych   podjąć  się  rzeczy 

poważnych dla dobra ludzkości i rozbudowy swego kraju, projektować wielkie przedsięwzięcia i 

przeprowadzać je rozumnie i odważnie, kierować i zarządzać, stawiać sobie wielkie cele i osiągać 

je. Ale dam temu lepiej spokój, bo robię się gadatliwy. Ambicje, człowieku! Nie mogę ich wprost 

opanować! Chcę, by okręgowy skład Marshall i Spółka stał się znany od oceanu po ocean... Ojciec 

rozpoczął pracę jako ubogi chłopak z folwarku w Nowej Szkocji. Stworzył placówkę, znaną już 

teraz w całej prowincji. Chcę rozwijać ją dalej. Za pięć lat będzie znana na wybrzeżu, za dziesięć w 

całej Kanadzie. Pragnę, aby firma Marshall i Spółka odegrała poważną rolę w handlu Kanady. 

Czyż nie są to ambicje równie chwalebne, jak gdybym usiłował dowieść w sądzie, że czarne jest 

białe, lub odkrył nową chorobę o dziwacznej nazwie, ku udręce biednych istot, które umarłyby 

inaczej spokojnie w błogiej nieświadomości tego, co im dolegało? 

-   Jeśli   zaczynasz   robić   kiepskie   dowcipy,   to   lepiej   zmieńmy   temat   -   rzekł   Dawid, 

wzruszając ramionami. - Z równym skutkiem mógłbym przypuścić, sam jeden, atak do twierdzy, 

co starać się odwieść cię od raz powziętego zamiaru. Ależ ta ulica dała mi się we znaki! Co też 

skłoniło naszych ojców, aby wznieść miasto na stokach wzgórza? Nie jestem już taki rześki i 

szczupły jak dziesięć lat temu,  w dniu otrzymania  dyplomu.  Skoro mowa  o dyplomie,  ileż  to 

dziewcząt było na twoim kursie! Ze dwadzieścia, jeśli się nie mylę. Kiedy ja kończyłem studia, 

były na naszym kursie tylko dwie panny - pierwsze w ogóle studentki. Niemłode, bardzo srogie, 

kanciaste i poważne. I nawet za swych najlepszych lat nie potrzebowały z pewnością zaglądać 

często do lusterka. Ale wiesz, były to bardzo wartościowe niewiasty - o tak, bardzo. Sądząc po tym 

szeregu dziewcząt dzisiaj, czasy zmieniły się, biorąc odwet. Była tam jedna studentka, nie mogąca 

mieć ponad lat osiemnaście - cała jak ze złota, płatków różanych i kropel rosy. 

- Wyrocznia przemawia głosem poety - zaśmiał się Eryk. - To Florencja Percival, najlepsza 

matematyczka. Uważana jest przez wielu za najpiękniejszą na swoim kursie. Ja jestem odmiennego 

zdania. Nie przepadam za jasnowłosą, dziecięcą urodą - wolę Agnieszkę Campion. Czy zauważyłeś 

ją?   Wysoka,   ciemnowłosa   z   warkoczami   i   twarzą   niby   barwny   kwiat   o   aksamitnym   puszku. 

Ukończyła z wyróżnieniem wydział filozofii.

background image

-   Zauważyłem   ją   -   rzekł   Dawid   z   naciskiem,   obrzucając   przyjaciela   przenikliwym 

spojrzeniem. - Przyjrzałem się jej wyjątkowo uważnie, bo ktoś za mną wyszeptał jej imię, dodając, 

że   panna   Campion   to   prawdopodobnie   przyszła   pani   Erykowa   Marshall.   Wobec   tego   nie 

spuszczałem z niej oczu. 

- To plotki - oświadczył Eryk, a w głosie jego zabrzmiało niezadowolenie. - Agnieszka i ja 

jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale nic poza tym. Lubię ją i podoba mi się bardziej, niż 

wszystkie znane panny. O ile jednak istnieje przyszła pani Erykowa Marshall, nie spotkałem jej 

dotąd. Zresztą nie zacząłem jej nawet szukać, ani nie zamierzam w ciągu najbliższych lat. Mam 

inne sprawy na głowie - zakończył lekceważącym tonem, za który - nikt nie mógł wątpić - poniesie 

kiedyś zasłużoną karę, o ile Kupido nie był równie głuchy jak ślepy. 

- Spotkasz pewnego dnia swą przyszłą żonę - oświadczył Dawid krótko. - I wbrew twej 

pogardzie   ośmielę   się   przepowiedzieć,   że   o   ile   los   nie   ześle   ci   jej   niebawem,   wybierzesz   się 

wkrótce   sam   na   poszukiwanie.   A   teraz   mała   rada,   o   synu   twej   matki!   Uzbrój   się   w   zdrowy 

rozsądek, starając się o żonę.

- Czy myślisz, że mógłbym się go wyzbyć? - zapytał ubawiony Eryk.

- Nie dowierzam ci - rzekł Dawid, potrząsając z powagą głową. - Prócz nizinnej, szkockiej 

krwi, masz w sobie również trochę krwi celtyckiej po babce, góralce. A nie wiadomo nigdy, jak 

wpłynie to na mężczyznę i do czego go doprowadzi, zwłaszcza w sprawach sercowych. Możesz 

równie dobrze stracić głowę dla jakiejś głupiej, czy swarliwej kobietki, która pociągnie cię urodą i 

unieszczęśliwi na całe życie. Zapamiętaj sobie proszę, że gdy wybierzesz żonę, zastrzegam sobie 

prawo wydania o niej szczerego sądu. 

- Wydawaj jakie chcesz sądy, ale ostatecznie rozstrzygnie moje zdanie, ono jedynie. 

- Tam do licha! Ty uparta latorośli upartego rodu! - mruknął Dawid, patrząc nań serdecznie. 

- Wiem o tym, i tak długo nie będę o ciebie spokojny, aż nie zobaczę cię ożenionym z odpowiednią 

dziewczyną.  Łatwo ją znaleźć.  Na dziesięć  dziewcząt  w naszym  kraju dziewięć  nadaje się do 

królewskich pałaców. Ale zawsze trzeba się liczyć z tą dziesiątą.

- Jesteś nielepszy od bajkowej “Przezornej Alicji”, która martwiła się przyszłością swych 

nie narodzonych dzieci - oświadczył Eryk. 

- Niesłusznie się z niej śmiano - powiedział Dawid poważnie. - My, lekarze, wiemy coś o 

tym. Może martwiła się zanadto, ale w zasadzie miała rację. Gdyby ludzie troszczyli się więcej o 

swe nie narodzone dzieci, przynajmniej na tyle, by zapewnić im należyte dziedzictwo, tak pod 

względem fizycznym, jak umysłowym i moralnym - a nie martwiliby się o nie po ich urodzeniu, 

byłoby o wiele przyjemniej żyć na świecie, a rasa ludzka osiągnęłaby większy postęp w jednym 

pokoleniu, niż udało się jej to przez całe dzieje.

background image

-  Jeśli   zaczynasz   dosiadać  swego  ulubionego   konika,   o  dziedziczności   przestaję  z  tobą 

dyskutować, Dawidzie. Co zaś do tego, abym się pośpieszył i ożenił, czemuż... 

Eryk miał już na ustach słowa: “Czemu ty sam nie dasz mi przykładu i nie wyszukasz sobie 

odpowiedniej  żony?”  Ale powstrzymał  się.  Wiedział,  że życie  Dawida kryło  jakiś  dawny ból, 

którego nawet uprzywilejowany przyjaciel nie powinien był  dotykać  nieodpowiednimi  żartami. 

Zmienił więc swe pytanie na: - Czemu nie zostawisz tej sprawy bogom, do których ona należy. 

Myślałem, Dawidzie, że wierzysz mocno w przeznaczenie.

- Owszem, do pewnego stopnia - powiedział Dawid ostrożnie. - Wierzę - jak mówiła jedna 

z moich ciotek - że co się ma stać, to się stanie, a co nie ma się stać, zdarza się czasami. I właśnie 

takie niepożądane wydarzenia psują bieg rzeczy. Eryku, uważasz mnie za starego zrzędę, ale znam 

świat lepiej niż ty i wraz z Arturem Tennysonem wierzę, iż “nie ma na ziemi bardziej przebiegłego 

władcy nad młodzieńcze uczucie dla dziewczyny”. Chciałbym widzieć cię bezpiecznym miłością 

kobiety wartościowej i to jak najprędzej. To wszystko. Żałuję, że panna Campion nie jest twoją 

wybraną. Podobała mi się. Musi być dobra, dzielna i prawa, a ma oczy kobiety, której miłość warto 

zdobyć. Poza tym jest z dobrej rodziny i otrzymała staranne wychowanie i wykształcenie - trzy 

rzeczy niezbędne, gdy chodzi o wybór kobiety, która ma zająć miejsce twej matki, mój przyjacielu. 

- Masz rację - rzekł Eryk niedbale. - Nie mógłbym ożenić się z kobietą, nie odpowiadającą 

tym  warunkom.  Ale jak powiedziałem,  nie kocham się w Agnieszce Campion  - i gdybym  się 

kochał, byłoby to daremne. Jest właściwie zaręczona z Larrym Westem, pamiętasz Westa? 

-   Ten   szczupły,   długonogi   chłopiec,   z   którym   przyjaźniłeś   się   tak   bardzo   przez   dwa 

pierwsze lata w Queenslea? Co się z nim stało? 

-   Musiał   opuścić   college   po   dwóch   latach   ze   względów   finansowych.   Dobija   się 

wykształcenia   własnymi   siłami.   Przez   dwa   ostatnie   lata   był   nauczycielem   w   jakiejś   zapadłej 

miejscowości na wyspie Księcia Edwarda. Zdrowie nie bardzo biedakowi dopisuje - nie był nigdy 

zbyt silny, a uczył się bez wytchnienia. Od lutego nie miałem od niego wiadomości. Pisał wtedy, iż 

obawia się, że nie będzie mógł dotrwać do końca roku szkolnego. Mam nadzieję, że nie da się 

jednak chorobie. To taki szlachetny człowiek i wart nawet Agnieszki Campion. No, jesteśmy na 

miejscu. Wejdziesz, Dawidzie? 

- Nie mam dziś czasu. Muszę iść do północnej dzielnicy, do pacjenta, który ma niezwykłą 

chorobę gardła. Nikt nie może dojść, co to takiego. Wszyscy doktorzy łamią sobie nad tym głowy i 

ja także. Ale dojdę co mu jest, byleby tylko żył wystarczająco długo. 

background image

Los rozstrzyga 

Stwierdziwszy, że ojciec nie wrócił jeszcze z college.u, Eryk udał się do biblioteki i usiadł, 

by przeczytać list, który znalazł na stole w hallu.

List był od Larry'ego Westa. Już po pierwszych kilku wierszach twarz Eryka utraciła wyraz 

roztargnienia. Odbiło się na niej zaciekawienie.

- Eryku, zwracam się do ciebie z prośbą - pisał West. - Otóż wpadłem w ręce Filistynów - 

czyli doktorów. Nie czułem się zbyt dobrze przez całą zimę, ale trzymałem się, mając nadzieję 

dotrwać do końca roku szkolnego. W zeszłym tygodniu moja gospodyni - święta w okularach i 

perkalowej sukni - spojrzała na mnie przy śniadaniu i powiedziała z wielką łagodnością: “Musi pan 

pojechać jutro do miasta i zasięgnąć porady lekarza”. Pojechałem zgodnie z jej nakazem. Pani 

Williamson trzeba słuchać. Ma niemiły zwyczaj uprzytamniania człowiekowi, że to, co ona mówi, 

jest zupełnie słuszne i że byłoby doprawdy niemądrze, nie zastosować się do jej rady. Człowiek 

wie, że jutro będzie sam tego zdania, co ona dziś. W Charlottetown udałem się do lekarza. Opukał 

mnie, obejrzał, przykładał różne przyrządy i wsłuchiwał się. A w końcu oświadczył, że muszę 

przerwać pracę “natychmiast, od razu” i wyruszyć czym prędzej w okolice, gdzie nie ma wiosną, 

jak na wyspie Ks. Edwarda, północno-wschodnich wiatrów. Do jesieni nie wolno mi zupełnie 

pracować. Tak brzmiało jego orzeczenie, a pani Williamson je popiera. Będę uczył  jeszcze do 

końca tego tygodnia. Potem rozpoczynają się trzytygodniowe wakacje wiosenne. Chciałbym, żebyś 

przyjechał tu i objął moje miejsce w lindsayskiej szkole na ostatni tydzień maja i cały czerwiec. 

Kończy się wówczas rok szkolny i będzie wielu nauczycieli, ubiegających się o tę posadę, ale teraz 

nie   mogę   znaleźć   odpowiedniego   zastępcy.   Mam   kilku   uczniów,   którzy   przygotowują   się   do 

egzaminów wstępnych do Akademii Królowej i nie chciałbym sprawić im zawodu lub pozostawić 

ich na łasce jakiegoś trzeciorzędnego nauczyciela, mającego skąpe wiadomości z łaciny, a jeszcze 

mniejsze z greki. Przyjedź  i obejmij  szkołę do końca roku, ty wypieszczone  dziecię  dostatku. 

Bardzo dobrze to ci zrobi, gdy przekonasz się, jak bogatym czuje się człowiek, zarabiając 25 dol. 

miesięcznie  własnym   trudem,  bez  niczyjej  pomocy!   Ale bez  żartów.  Mam  nadzieję  Eryku,  że 

będziesz mógł przyjechać, bo do nikogo poza tobą nie mogę się zwrócić. Praca nie jest ciężka, choć 

wyda ci się zapewne jednostajna. Rozumie się, że ta mała osada farmerów na północnym wybrzeżu 

jest miejscowością bardzo spokojną. Wschód i zachód słońca to najciekawsze wydarzenia dnia 

powszedniego. Ale ludzie są tu poczciwi i gościnni. A wyspa Ks. Edwarda w czerwcu to coś, czego 

nie widuje się często, chyba że w pięknych snach. W stawie są pstrągi, a na przystani znajdziesz 

zawsze starego rybaka, który zabierze cię chętnie na połów homarów lub ryb. Zostawię ci moje 

mieszkanie. Będzie ci tam wygodnie i niedaleko do szkoły. Pani Williamson to najmilsza istota na 

świecie   i   jedna   z   tych   staroświeckich   gospodyń   -   nie   do   opłacenia   -   które   raczą   człowieka 

background image

mnóstwem tłustych potraw. Mąż jej Robert, czyli Bob, jak go zwą powszechnie mimo jego 60 lat, 

to   typ   jedyny   w   swoim   rodzaju.   Zabawny   stary   gaduła,   lubiący   wygłaszać   dowcipne   uwagi   i 

wtykać wszędzie swój nos. Wie wszystko o każdym mieszkańcu Lindsay na trzy pokolenia wstecz. 

Williamsonowie są bezdzietni, lecz Bob ma starego kota, który jest jego ulubieńcem i dumą. Kot 

ten nazywa się Tymoteusz i tak trzeba go wołać i mówić o nim. Jeśli dbasz o dobrą opinię u 

Roberta, nie powinieneś nazywać przy nim jego ulubieńca “kotem” lub choćby “Tymkiem”. Nie 

przebaczyłby ci tego nigdy i uważałby, że nie nadajesz się na kierownika szkoły. Zajmiesz mój 

pokój, niewielką  izdebkę  nad kuchnią  z sufitem,  który opada z jednej  strony odpowiednio  do 

nachylenia   dachu   i   o   który   uderzysz   głową   niezliczone   ilości   razy,   dopóki   nie   nauczysz   się 

pamiętać o jego istnieniu. Znajdziesz również lustro, które zmniejszy ci jedno oko do rozmiarów 

ziarnka grochu, nadając drugiemu wielkość pomarańczy. Braki te wynagradza natomiast wielka 

ilość ręczników. Pokoik ma też okno, wychodzące na zachód, skąd będziesz oglądał codziennie 

lindsayską przystań i zatokę, cudownie piękną. W chwili, gdy piszę, słońce zachodzi ponad nią i 

widzę “morze ognia i płynnego szkła”. Statek odpływa, niknąc w złocie i czerwieni widnokręgu. 

Wielkie, ruchome  światło na krańcu wybrzeża  za przystanią zapłonęło  właśnie. Mruga i rzuca 

błyski,   niby   sygnał   alarmowy,   “wysłany   z   czarodziejskiej   krainy   spoza   spienionych   fal 

niebezpiecznych mórz”. Zadepeszuj, czy możesz przyjechać i jeśli tak, bądź w Lindsay 23 maja. 

Pan Marshall-senior wszedł do pokoju w chwili, gdy Eryk w zamyśleniu składał otrzymany 

list.

Pan Marshall wyglądał raczej na duchownego lub filantropa niż na bystrego, sprytnego i 

trochę surowego, chociaż sprawiedliwego i uczciwego człowieka interesu, jakim był w istocie. 

Miał   okrągłą,   różową   twarz,   siwe   wąsy,   piękną   siwą   głowę   i   wydatne   usta.   Jedynie   w   jego 

niebieskich oczach tlił się błysk, który sprawiał, że człowiek, chcący okpić go przy załatwianiu 

interesu, namyśliłby się dobrze, zanim spróbowałby to uczynić. Łatwo było stwierdzić, że Eryk 

odziedziczył  urodę i wyróżniającą  się postawę po matce.  Jej portret wisiał  na ciemnej  ścianie 

między oknami. Umarła młodo, gdy Eryk  miał dziesięć lat. Mąż i synek byli do niej głęboko 

przywiązani, a szlachetna, wyrazista i tchnąca słodyczą twarz na portrecie świadczyła, że kobieta ta 

była godna ich miłości i czci. Tę samą twarz, tylko o rysach męskich miał Eryk. Kasztanowate 

włosy   okalały   jego   czoło   w   podobny   sposób.   Zaś   oczy   przypominały   zupełnie   oczy   matki, 

zwłaszcza gdy był poważny i gdy pojawiał się w ich głębi podobny wyraz tkliwej zadumy. 

Pan Marshall był bardzo dumny z wyróżnienia Eryka w szkole, ale nie zamierzał mu tego 

okazać. Kochał syna ponad wszystko na świecie i pokładał w nim nadzieje i ambicje. 

- No, dzięki Bogu, już po wszystkim - oświadczył, siadając w swym ulubionym fotelu.

- Czy program uroczystości nie był interesujący? - zapytał Eryk, myśląc o czym innym.

background image

- Większość była nic nie warta - rzekł ojciec. - Jedyne, co mi się podobało, to łacińska 

modlitwa, którą odmówił “Karol” i te ładne dziewczęta, podchodzące kolejno po swoje dyplomy. 

Łacina, oto moim zdaniem, język nadający się do modlitwy - przynajmniej jeśli ktoś ma taki głos, 

jak   nasz   “Karol   Stary”.   Słowa   płynęły   gładko   i   sam   ich   dźwięk   przenikał   mnie   do   głębi.   A 

dziewczęta   wyglądały   jak   kwiaty,   nieprawda?   Najładniejsza   była,   moim   zdaniem,   Agnieszka. 

Słyszałem, że masz wobec niej poważne zamiary. Mam nadzieję, że to prawda? 

- A niech to! - rzekł Eryk na wpół gniewnie, na wpół ze smutkiem. - Zmówiliście się z 

Dawidem, by skłonić mnie do małżeństwa, choćby wbrew mojej woli? 

- Nie poruszałem wcale tej sprawy z Dawidem - zapewnił pan Marshall.

- NIe lepszy jednak jesteś od niego. Całą drogę z College'u do domu nie szczędził mi 

odnośnych pouczeń. Ale czemu tak ci pilno, tatku, bym się ożenił? 

- Bo pragnę mieć w domu jak najprędzej kogoś, kto stworzy w nim prawdziwe ognisko 

domowe. A nie mieliśmy go od czasu śmierci twej matki. Dosyć mam już gospodyń. I zanim umrę, 

chciałbym widzieć twoje dzieci na moich kolanach, Eryku. Jestem już starym człowiekiem. 

- Cóż, twoje życzenie jest zrozumiałe, ojcze - powiedział Eryk łagodnie, spojrzawszy na 

portret matki. - Ale nie mogę przecież pójść i ożenić się tak, z miejsca. Obawiam się też, że nawet 

w dzisiejszych czasach nie miałoby sensu ogłoszenie, iż szukam żony. 

-   Nie   kochasz   się   w   nikim?   -   zapytał   pan   Marshall   z   miną   człowieka,   który   puszcza 

cierpliwie mimo uszu puste żarty młodzieży. 

- Nie. Nie spotkałem jeszcze kobiety, która by przyśpieszyła bicie mego serca. 

-   Nie   rozumiem   doprady,   jacy   wy,   młodzi,   jesteście   dzisiaj   -   mruknął   ojciec.   -  Zanim 

doszedłem do twego wieku, kochałem się ze sześć razy.

-   Owszem,   mogłeś   “kochać   się”.   Ale   nie   kochałeś   nigdy   żadnej   kobiety,   dopóki   nie 

poznałeś mojej matki. Wiem o tym, ojcze. A stało się to dopiero, gdy nie byłeś już pierwszej 

młodości. 

- Jesteś zbyt wymagający. W tym rzecz. 

- Nie przeczę. Jeśli ktoś miał taką matkę jak moja, wymaga bardzo dużo od kobiety. Ale 

dość o tym. Przeczytaj, proszę, ten list. Od Larry'ego.

- Hm! - mruknął pan Marshall, przeczytawszy list. - No i cóż, pojedziesz? 

- Tak, o ile nie masz nic przeciwko temu.

- Sądząc z tego, co pisze Larry, będzie tam dosyć nudno. 

- Prawdopodobnie. Ale nie jadę tam w poszukiwaniu wrażeń, tylko chcę pomóc Larry'emu i 

zobaczyć wyspę. 

- Jest rzeczywiście  warta tego - przyznał  pan Marshall. - Gdy jestem latem na wyspie 

background image

Księcia Edwarda, rozumiem starego, szkockiego wyspiarza, którego spotkałem kiedyś w Winnipeg. 

Opowiadał stale o “Wyspie”. Raz ktoś zapytał go: “O jakiej wyspie pan mówi?” Spojrzał na owego 

ignoranta, po czym rzekł: “No przecież o Wyspie Księcia Edwarda! Jakaż tu jest inna wyspa?” Jedź 

więc, skoro masz ochotę. Potrzebny ci odpoczynek po tej orce przed egzaminami, zanim weźmiesz 

się do pracy u mnie. Ale uważaj, chłopcze, abyś czego nie zbroił.

- Nie wyobrażam sobie, abym w takiej miejscowości jak Lindsay miał wiele sposobności - 

zaśmiał się Eryk.

- Dla próżnujących rąk diabeł znajdzie tyleż zajęcia w Lindsay, co gdziekolwiek indziej. 

Największa tragedia, o jakiej słyszałem, wydarzyła się na folwarku, odległym o piętnaście mil od 

kolei, a o pięć od najbliższego składu. Spodziewam się jednak, że jako godny syn twej matki, 

zachow_asz się, jak przystało porządnemu człowiekowi i dobremu chrześcijaninowi. Najgorsza 

rzecz,  jaka  może   ci   się  przytrafić  -  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa   -  to  to,  że   jakaś 

niemądra niewiasta pościeli ci na noc w pokoju gościnnym. A wówczas niech Bóg ulituje się nad 

tobą! 

background image

Nowy nauczyciel 

Pewnego popołudnia miesiąc później Eryk wyszedł ze starego, bielonego wapnem budynku 

szkolnego w Lindsay i zamknął drzwi, na których wyrżnięte były niezliczone litery. Drzwi te, z 

podwójnych   desek,   mogły   oprzeć   się   wszelkim   atakom   oraz   pociskom,   na   jakie   byłyby 

wystawione.   Uczniowie   Eryka   rozeszli   się   przed   godziną,   lecz   on   pozostał,   aby   przygotować 

ćwiczenia z łaciny dla tych, którzy byli bardziej zaawansowani w nauce. 

Słońce rzucało z ukosa ciepłe, żółte smugi przez gęstwinę klonowego lasu, znajdującego się 

po zachodniej stronie budynku, a mroczna, zielona przestrzeń pod drzewami rozkwitała złociście. 

Dwie owce skubały bujną trawę w odległym kącie boiska. Dzwonek u szyi krowy, pasącej się 

gdzieś   w   lesie,   dźwięczał   cicho   i   melodyjnie   w   kryształowym   powietrzu,   które   pomimo   swej 

łagodności   zachowało   jednak   pewną   orzeźwiającą   surowość   i   ostrość   właściwą   kanadyjskiej 

wiośnie. 

Wydawało się, że cały świat pogrążył się w tej chwili w miłym, niczym nie zakłóconym 

świecie. 

Obraz ten tchnął sielskim spokojem.

“Aż   zbyt   sielskim”   -   pomyślał   młody   człowiek,   wzruszając   ramionami,   gdy   stanął   na 

zniszczonych schodkach i spojrzał dookoła. Zastanawiał się, jak zdoła wytrzymać tu cały miesiąc i 

uśmiechnął się z lekka.

“Dopiero by się ojciec śmiał, gdyby wiedział, że mam już tego dość” - pomyślał, idąc przez 

boisko ku długiej, czerwonawej drodze, biegnącej obok szkoły.

“No, w każdym razie jeden tydzień już minął. Przez pięć dni zarabiałem na życie, a to coś, 

czym nie mógłbym się dotąd pochwalić, choć mam już dwadzieścia cztery lata. Bawi mnie ta myśl. 

Za to nauczanie w lindsayskiej powiatowej szkole nie jest stanowczo zabawne - a przynajmniej nie 

w takiej jak ta, gdzie uczniowie sprawują się przesadnie grzecznie i nie ma nawet tradycyjnego 

urozmaicenia, jakim byłoby ukaranie nieznośnych, wrzaskliwych chłopaków. W tutejszej instytucji 

wychowawczej wszystko idzie jak w zegarku. Larry musiał mieć doprawdy wybitny dar uczenia i 

organizowania. Czuję się tylko trybem w sprawnie działającej maszynie, która porusza się sama. 

Wiem jednak, że są uczniowie, którzy nie pojawili się dotąd w szkole i według tego, co o nich 

słyszałem, niełatwa z nimi będzie sprawa. Może oni wniosą pewne ożywienie. No i jeszcze kilka 

takich wypracowań jak Janka Reid, a moja praca zawodowa nabrałaby uroku.”

Śmiech Eryka obudził echo, gdy skręcał na drogę u stóp stromego wzgórza. 

Na dzisiejszej lekcji zadał swym uczniom z czwartego oddziału wypracowanie na temat 

dowolny.

Janek Reid, rozsądny, rzeczowy malec, całkowicie pozbawiony poczucia humoru, usłuchał 

background image

rady, udzielonej mu szeptem przez łobuza, sąsiada w ławce i wybrał temat “Zaloty”.

Twarz Eryka drgała od śmiechu, ilekroć przypomniał sobie w ciągu dnia zdanie, którym 

Janek rozpoczął. “Zaloty, to rzecz bardzo przyjemna, ale wiele osób posuwa się w tym za daleko”. 

Dalekie wzgórza i lesiste wyżyny wyglądały lekko i powiewnie, przybrane w delikatne, wiosenne 

szaty.

Młode klony, pokryte zielonymi liśćmi cisnęły się aż na skraj drogi po jednej stronie, a za 

drzewami ciągnęły się szmaragdowe pola, skąpane w słońcu, ponad którymi przesuwały się cienie 

chmur. 

Daleko   poniżej   pól   drzemał   spokojnie   błękitny   ocean   wzdychając   we   śnie   szumem, 

brzmiącym nieustannie w uszach tych, którzy mieli szczęście narodzić się tam, skąd dochodzi jego 

głos.   Od   czasu   do   czasu   spotykał   Eryk   chłopca   na   koniu,   bosego,   w   barwnej   koszuli,   albo 

gospodarza, który jechał wozem i witał nauczyciela skinieniem głowy, wołając wesoło: 

- Dzień dobry panu! 

Młoda dziewczyna o różowej, okrągłej twarzy, z dołeczkami na policzkach i o ładnych, 

ciemnych oczach, pełnych nieśmiałej zalotności, minęła Eryka, a spojrzenie jej mówiło wyraźnie, 

że nie byłaby wcale przeciwna zawarciu bliższej znajomości z nowym nauczycielem.

W   połowie   drogi   w   dół   zbocza   spotkał   Eryk   wlokącego   się   powoli,   starego   siwka, 

zaprzężonego do wozu, który pamiętał zapewne lepsze dni. Powoziła kobieta. Sądząc z jej wyglądu 

była to jedna z tych bezbarwnych istot, które nie zaznały serdecznego wzruszenia w całym swym 

życiu.

Zatrzymała   konia   i   skinęła   na   Eryka   sękatą   rączką   wyblakłej   parasolki   o   sterczących 

drutach. 

Młody człowiek usłuchał wezwania i podszedł.

- To pan jest nowym nauczycielem? - zapytała.

Eryk potwierdził.

- Dobrze, że pana spotkałam - rzekła kobieta, podając mu rękę w bardzo wycerowanej, 

bawełnianej   rękawiczce,   która   kiedyś   musiała   być   czarna.   -   Wielka   to   szkoda,   że   pan   West 

wyjechał. To był naprawdę dobry nauczyciel. Najpoczciwszy w świecie człowiek, muchy by nie 

skrzywdził. Ale mówiłam mu zawsze, ile razy go widziałam, że musi być chory. Pan to wygląda 

zdrowo, o tak - chociaż nie zawsze można sądzić po wyglądzie. Miałam brata, taki był jak pan i 

zginął w katastrofie kolejowej w młodym wieku. Mam chłopaka, którego przyślę panu do szkoły w 

przyszłym tygodniu. Powinien był pójść już teraz, ale zatrzymałam go w domu, żeby mi pomógł 

przy sadzeniu kartofli. Bo jego ojciec nie chce pracować, nic nie robi i nie można go zapędzić do 

roboty. Sandy - na imię ma Edward Aleksander, po obu dziadkach - nie ma chęci do nauki. Nie lubi 

background image

szkoły. Ale będzie chodził, bo uważam, że czas, aby nauczył się czegoś więcej. Wiem, że będzie 

pan miał z nim kłopot. Jest głupi jak but, a uparty jak osioł króla Salomona. Ale niech pan pamięta, 

że trzymam z panem.

Ile razy będzie potrzeba, spraw mu pan porządne lanie i przyślij mi przez niego parę słów 

na karteczce, a dołożę mu drugie tyle. Są ludzie, co biorą zawsze stronę swych dzieci jak się w 

szkole zdarzy awantura, ale ja do nich nie należę i nigdy nie należałam. Na Rebekę Reid może pan 

zawsze liczyć.

- Dziękuję. Nie wątpię w to - powiedział Eryk swym najbardziej ujmującym głosem.

Twarz jego ani drgnęła. Uśmiechnął się dopiero, kiedy mógł to uczynić bezpiecznie.

I pani Reid odjechała, doznając łagodniejszego niż zwykle uczucia. Trudy i bieda, znoszone 

przez długie lata oraz przeżycia  z mężem, który nie chciał słyszeć o pracy,  uczyniły jej serce 

twardym, mało wrażliwym wobec przedstawicieli odmiennej płci. Ale zachowanie się młodego 

nauczyciela podobało jej się.

Eryk znał już z widzenia większość mieszkańców Lindsay. Lecz u stóp wzgórza natknął się 

na mężczyznę i chłopca, których widział po raz pierwszy. Siedzieli na nędznym, staroświeckim 

wozie   i   poili   konia   w   potoku,   szemrzącym   radośnie   w   zagłębieniu   pod   małym   drewnianym 

mostkiem.

Eryk   przyjrzał   im   się   z   pewnym   zaciekawieniem.   Różnili   się   zupełnie   od   ogółu 

mieszkańców   Lindsay.   Zwłaszcza   chłopak   wyglądał   stanowczo   na   obcokrajowca   pomimo 

wełnianej   koszuli   i   spodni   z   samodziału,   stanowiących,   zdaje   się,   zwykłe   odzienie   do   pracy 

miejscowych chłopaków.

Był on gibki i smukły, miał pochyłe ramiona i chudą, jedwabisto gładką, brunatną szyję, 

którą osłaniał rozpięty kołnierzyk koszuli. Włosy jego były gęste, lśniące i czarne, a ręka zwisająca 

z wozu, niezwykle długa i wysmukła. Twarz o rysach pięknych, choć trochę grubych, była barwy 

oliwkowej,   tylko   policzki   okrywał   mocny   rumieniec.   Usta   miał   czerwone   i   kuszące   jak   u 

dziewczyny, a oczy wielkie, czarne, o miłym spojrzeniu. Był w ogóle niezwykle urodziwy, lecz 

twarz   miała   wyraz   posępny.   Chłopak   ten   przywodził   Erykowi   na   myśl   jakieś   stworzenie   o 

wężowych czy kocich ruchach, wygrzewające się na słońcu z leniwym wdziękiem, ale gotowe w 

każdej chwili do nieoczekiwanego skoku.

Towarzysz jego był to mężczyzna lat około 65-#70. Miał stalowoszare włosy, długą, gęstą i 

siwą brodę, twarz o ostrych rysach i głęboko osadzone, orzechowe oczy, ocienione krzaczastymi, 

najeżonymi brwiami. Był najwidoczniej wysoki, ale przygarbiony, bo wyglądał niepozornie i raczej 

odpychająco. Na zaciśniętych ustach o surowym wyrazie uśmiech nie gościł chyba nigdy.

Tak, myśl o uśmiechu nie kojarzyła się z tym człowiekiem i wydawała się w najwyższym 

background image

stopniu   niedorzeczna.   A   jednak   twarz   jego   nie   miała   w   sobie   nic   odpychającego,   przeciwnie, 

przyciągała uwagę Eryka, który chlubił się swą znajomością fizjonomii. Był on przekonany, że 

człowiek ten nie jest zwykłym lindsayskim farmerem, wesołym i gadatliwym, jak ci, których dotąd 

spotykał. I jeszcze długo po tym, gdy stary wóz, wlokąc się pod górę, oddalił się wraz z dziwacznie 

dobraną   parą,   Eryk   widział   przed   sobą   mężczyznę   o   surowej   twarzy   i   gęstych   brwiach   oraz 

czarnowłosego chłopaka o czerwonych ustach. 

background image

Pogawędka przy wieczerzy 

Dom Williamsonów, u których mieszkał Eryk, wznosił się na szczycie następnego wzgórza. 

Erykowi było tam tak dobrze, jak przepowiedział Larry.

Williamsonowie,   na   równi   z   pozostałymi   mieszkańcami   Lindsay,   uważali   Eryka   za 

biednego studenta z Kolegium, który szedł przez życie o własnych siłach, podobnie jak Larry West. 

Eryk pozostawił ich w tym mniemaniu, chociaż nie przyczynił się doń niczym. 

Gdy Eryk wrócił ze szkoły, Williamsonowie siedzieli w kuchni przy wieczerzy. 

Pani Williamson była ową “świętą w okularach i perkalowej sukni”, jak ją nazwał Larry i 

Eryk   lubił   ją   bardzo.   Była   to   drobna,   siwowłosa   kobieta.   Na   szczupłej,   łagodnej   twarzy   o 

szlachetnych rysach widniały głębokie ślady przeżytych cierpień. Mówiła ona zazwyczaj niewiele, 

przy czym nie posługiwała się nigdy wiejską gwarą. 

Jedyną   rzeczą,   która   zastanawiała   zawsze   Eryka   było,   że   ta   kobieta   poślubiła   Roberta 

Williamsona.

Uśmiechnęła   się   po   macierzyńsku   do   Eryka,   gdy   usiadł   przy   stole,   powiesiwszy   swój 

kapelusz na bielonej ścianie.

Brzozowy gaj, widoczny za oknem, jaśniał w zachodzącym słońcu migotliwą wspaniałością 

barw, a w gęstym poszyciu tworzyły się za każdym podmuchem wiatru złociste fale. 

Robert siedział na ławie naprzeciw młodego nauczyciela. Był to niewysoki, chudy staruszek 

w zbyt obszernym ubraniu. Mówił głosem piskliwym i cienkim, jak i on sam. 

Drugi koniec ławy zajmował Tymoteusz, układny i łaskawy, ze śnieżną piersią i białymi 

łapkami. Robert dzielił się z nim każdym kęsem, a Tymoteusz jadł łagodnie, mrucząc na znak 

podzięki.

- Czekaliśmy na pana, jak pan widzi - odezwał się Robert. - Coś pan dziś późno wraca. 

Zatrzymał pan któregoś z chłopców? Kiepska to kara dla nich i dla pana. Nauczyciel, którego 

mieliśmy cztery lata temu zamykał chłopców w szkole, no i szedł sobie do domu. A za godzinę 

musiał wracać, żeby ich wypuścić - o ile jeszcze tam byli. Bo zdarzało się, że ich nie zastawał. 

Tomek Ferguson wywalił kiedyś drzwi i wydostał się. Wstawiliśmy potem nowe, z podwójnych 

desek, którym nie dali rady. 

- Zostałem dłłużej, bo miałem trochę roboty - rzekł Eryk krótko.

- I rozminął się pan z Aleksandrem Tracy. Był tu. Chciał się dowiedzieć, czy pan gra w 

szachy. Powiedziałem mu, że tak, więc zostawił dla pana karteczkę, żeby pan przyszedł do niego 

któregoś wieczora i zagrał z nim. Tylko nie wygrywaj pan za często, choćbyś pan mógł. Musi pan z 

nim dobrze żyć, bo on ma syna, który może panu nawarzyć piwa, jak zacznie chodzić do szkoły. O, 

Seth   Tracy   to   urwis,   któremu   psoty   milsze   są   niż   jadło.   Próbuje   wojować   z   każdym   nowym 

background image

nauczycielem i dwóch wygryzł po prostu ze szkoły. Ale w panu West trafiła kosa na kamień. Za to 

z chłopakami Wilhelma Tracy nie będzie pan miał najmniejszego kłopotu. Sprawują się dobrze, bo 

matka powtarza im każdej niedzieli, że pójdą prosto do piekła, jak nie będą grzeczni.

To skutkuje. Czemuż pan nie je? Przecież pan wie, że nie zapraszamy do jedzenia tak, jak 

pani Adamowa Scott, kiedy ma stołowników: “Pan już pewnie nie będzie tego jadł? - ani pan? - ani 

pan?” Matko, Alek opowiadał, że stary Jerzy Wright używa sobie za wszystkie czasy. 

Jego żona pojechała odwiedzić siostrę w Charlottetown, więc jest sam na gospodarstwie po 

raz pierwszy, odkąd się ożenił przed czterdziestu laty. No i korzysta ze swobody, jak powiada 

Alek. Pali fajkę w bawialnym pokoju i przesiaduje do jedenastej, czytając różne powieści.

-   Czy   nie   spotkałem   pana   Tracy?   -   zapytał   Eryk.   -   Taki   wysoki   mężczyzna   o   siwych 

włosach i mrocznej, surowej twarzy? 

- Nie. Alek jest wesoły i tęgi, a rosnąć przestał zanim jeszcze na dobre zaczął. Domyślam 

się, że mówi pan o Tomaszu Gordon. Widziałem go, jak jechał drogą. Co do niego nie ma obawy, 

żeby zanudzał pana zaproszeniami. Tak, Gordonowie nie są towarzyscy, o co to, to nie.

Matko, przysuń panu herbatniki. 

- A co to za chłopak z nim jechał? - zapytał Eryk z ciekawością.

- Neil - Neil Gordon.

- Szkockie imię, a ta twarz i oczy... Spodziewałbym się raczej, że nazywa się Giuseppe, 

albo Angelo. Chłopak wygląda na Włocha. 

- No nic w tym dziwnego, bo też nim jest. Trafnie pan odgadł. Tak jest proszę pana, Włoch. 

I trochę za wiele ma w sobie z Włocha, myślę, żeby się to mogło podobać przyzwoitym ludziom.

- Skądże ten włoski chłopak o szkockim imieniu wziął się tutaj, w Lindsay? 

- Ano widzi pan, to było tak. Będzie temu lat dwadzieścia dwa - dwadzieścia dwa matko, 

czy dwadzieścia cztery? Nie, dwadzieścia dwa - bo to było w tym samym roku, kiedy urodził się 

nasz Jim. A gdyby był żył, miałby biedak dwadzieścia dwa lata. Otóż proszę pana, dwadzieścia 

dwa lata temu zjawiło się tu dwoje włoskich handlarzy wędrownych. Roiło się wtedy od nich w 

okolicy.   Nie   było   dnia,   żebym   nie   poszczuł   psem   przynajmniej   jednego.   Tych   dwoje   to   było 

małżeństwo.  Zaszli  oni do Gordonów  i kobieta zległa  tam.  Jana Gordon wzięła ją do domu i 

zaopiekowała  się nią. Na drugi dzień kobieta urodziła  dziecko  i umarła.  A mężczyzna  zbiegł, 

zabierając swój tobół i nie widziano go odtąd więcej. Dziecko

pozostało   na   opiece   Gordonów.   Radzono   im,   aby   oddali   je   do   przytułku   -   byłoby   to 

najrozsądniejsze. Cóż, kiedy Gordonowie nie lubili słuchać rad. Stary James, ojciec Tomasza i Jany 

żył   jeszcze   wtedy   i   powiedział,   że   nie   wyrzuci   dziecka   ze   swego   domu.   Był   to   człowiek 

samowolny i lubił rządzić. Ludzie mawiali, że ma żal do słońca, bo nie wschodzi i nie zachodzi 

background image

według jego woli. Dość, że dziecko zostało u nich. Ochrzcili je, dając mu na imię Neil. Dbali o 

chłopca. Posyłali go do szkoły, brali ze sobą do kościoła i chowali go jak swego. Niektórzy ludzie 

uważają, że byli dla niego za dobrzy, a to nie zawsze wychodzi na dobre z takimi przybłędami, bo 

“co we krwi, wyjdzie zawsze na jaw”, jeśli pozostawić temu swobodę. Słyszałem, że Neil jest 

obrotny i dobry pracownik. Ale tutejsi ludzie nie lubią go. Mówią, że można mu ufać najwyżej, 

póki się go ma na oku. To pewne, że jest strasznie porywczy i jak chodził do szkoły, omal nie zabił 

chłopca, do którego czuł niechęć. Zaczął go dusić, aż tamten zsiniał na twarzy i musiano odciągnąć 

Neila siłą. 

-  Ależ,   ojcze,   wiesz  przecież,   że  dokuczali   mu   okropnie  -  wtrąciła   pani  Williamson.  - 

Biedak nacierpiał się porządnie, kiedy chodził do szkoły. Dzieci przezywały go i obrzucały czym 

popadło. 

- O tak, zalały mu porządnie sadła za skórę - przyznał jej mąż. - Neil gra bardzo pięknie na 

skrzypcach i lubi towarzystwo. Chodzi często do przystani. Ale powiadają, że jak nie ma się do 

kogo odezwać, staje się mrukiem. Nic dziwnego, będąc u takich Gordonów! Wszystko to dziwacy, 

jakich mało.

- Ojciec, nie powinieneś tak mówić o sąsiadach - zganiła Roberta żona.

- Ech, matko, toć wiesz, że mówię prawdę - gdybyś tylko chciała być szczera. Cóż, kiedy ty 

jesteś taka, jak stara ciotka Nancy Scott. Nie zganisz nikogo, chyba, że już koniecznie musisz.

Wiadoma to rzecz, że Gordonowie nie są tacy, jak inni, nie byli nigdy i nie będą. Jedyni to 

chyba dziwacy, jakich mamy w Lindsay, nie licząc starego Piotra Cooka, który chowa dwadzieścia 

pięć kotów. Pomyśl pan tylko! Biedne myszy nie mają tam co robić. Ale poza tym, to nie ma wśród 

nas dziwaków, a w każdym razie, nie zauważyliśmy jakoś, aby byli. Za to muszę przyznać, że 

jesteśmy bardzo nieciekawi.

-   A   gdzie   Gordonowie   mieszkają?   -   zapytał   Eryk,   który   przywykł   trzymać   się   pewnej 

kolejności pytań, poprzez zbaczające na manowce gawędy Roberta. 

- Tam dalej, pół mili od drogi do Radnor, oddzieleni gęstym lasem od reszty świata. Bywają 

tylko w kościele - o, tam zawsze - ale nigdzie więcej i nikt nie przychodzi do nich. Jest tam stary 

Tomasz, jego siostra Jana, siostrzenica ich, no i Neil. Dziwni to ludzie, mrukliwi, drażliwi. Nie 

cofnę tego, matko. 

No, daj swemu staremu filiżankę herbaty i nie zważaj na to, co plecie. 

Ale kiedy już mowa o herbacie, czy wiesz, że Adamowa Palmer i Jimowa Martin, były w 

zeszłą środę razem na herbacie u Fosterowej Reid? 

-   Co   ty   mówisz?   Myślałam,   że   się   gniewają   -   zauważyła   pani   Williamson,   zdradzając 

odrobinę kobiecej ciekawości.

background image

- A jakże, a jakże. Tylko, że obie wybrały się do pani Foster jednego dnia. I żadna nie 

chciała wyjść, żeby nie ustąpić drugiej. Więc zostały, siedząc w dwóch przeciwległych końcach 

pokoju. Pani Foster powiada, że nie spędziła jeszcze nigdy tak przykrego popołudnia. Mówiła to do 

jednej, to do drugiej. A one rozmawiały z nią o sobie nawzajem.  Pani Foster powiedziała,  iż 

myślała, że zostaną cały wieczór, bo żadna nie chciała iść do domu przed drugą. W końcu Jim 

Martin przyszedł,  pytając o żonę. Myślał,  że ugrzęzła  po drodze w bagnie. No i poszły sobie 

nareszcie. Ale pan nauczyciel nic nie je. Niech pan nie zważa na mnie, wziąłem się do jedzenia 

jeszcze zanim pan przyszedł, no i pilno mi do roboty. Mój chłopak poszedł dziś do domu. Słyszał o 

północy krakanie kruka, więc chce się dowiedzieć, kto umarł w jego rodzinie. A wie, że ktoś 

musiał umrzeć. Słyszał już raz nocą krakanie kruka, a na drugi dzień dano mu znać, że umarł jego 

krewniak w Souris. Matko, jeśli pan nauczyciel nie chce już więcej herbaty, to dasz może trochę 

śmietanki dla Tymoteusza? 

background image

Urocze zjawisko 

Eryk wyszedł tego dnia na przechadzkę przed zachodem słońca.

O ile nie udawał się na wybrzeże, lubił dalekie wędrówki przez lindsayskie lasy i pola pełne 

kwiecia. 

Większość domostw Lindsay wznosiła się wzdłuż głównej drogi, biegnącej równolegle do 

wybrzeża, albo też w pobliżu sklepów na tak zwanym “Rogu”.

Za nimi ciągnęły się pola, przechodząc w pustkowia lasów i pastwisk.

Eryk skręcił na południowy zachód od domu Williamsonów. Po raz pierwszy wybrał się w 

tę stronę i podążał żwawo naprzód, rozkoszując się urokami, jakie lato roztaczało wokół niego na 

ziemi, niebie i w powietrzu. Odczuwał je silnie, radował się nimi i poddawał im się tak, jak każdy 

człowiek nie zepsuty i zdrowy. 

Zachodzące   słońce   przebijało   rubinowymi   strzałami   mroki   jodłowego   lasu,   w   którym 

właśnie się znalazł. Ruszył długą, czerwonawą aleją. Brunatne podłoże uginało się miękko pod 

stopami. A kiedy wyszedł spomiędzy drzew, oczom jego ukazał się widok, który go zadziwił. 

Przed nim leżał sad, najwidoczniej zaniedbany i opuszczony. Sady nie zamierają jednak łatwo. I 

ten oto, który kiedyś był zapewne ślicznym zakątkiem, zachował swą urodę i teraz. Nie stracił nic 

ze swego piękna pomimo  łagodnego smętku, co przenikał  go, zda się - smętku  spowijającego 

wszystkie miejsca, które były ongiś widownią radości, zabaw, młodego życia, gdzie serca biły 

żywo, krew krążyła szybciej, oczy jaśniały i rozbrzmiewały wesołe głosy. Cienie tych uczuć i 

przeżyć trwają niejako w swych dawnych przybytkach przez wiele lat. Sad był długi, rozległy, 

otoczony starym,  rozwalonym  płotem z desek, które słońce spaliło na kolor srebrzystoszary w 

ciągu wielu minionych lat. 

Wzdłuż   płotu   rosły   w   równych   odstępach   wysokie,   sękate   sosny,   a   wieczorny   wiatr, 

łagodniejszy niż ten, co wiał nad pachnącymi grzędami Libanu, śpiewał w ich wierzchołkach pieśń 

starą jak świat, mającą moc przenoszenia duszy wstecz ku zamierzchłym czasom. 

Od wschodu rósł gęsty,  sosnowy las. Najpierw młode drzewka, ledwie wychylające się 

spomiędzy trawy, potem stopniowo coraz wyższe, aż do strzelistych weteranów leśnej gęstwiny - 

zwarte i równe, tworzące jakby spadzisty, zielony mur, tak cudownie jednolity, że powierzchnia 

jego wydawała się sztucznie przystrzyżona. 

Większa   część   sadu   była   zarośnięta   bujną   trawą.   Lecz   w   tym   końcu,   gdzie   stał   Eryk, 

zobaczył czworobok, wolny od drzew, który był zapewne kiedyś ogrodem kwiatowym. Znać było 

jeszcze dawne ścieżki, o brzegach wyłożonych kamykami i wielkimi krzemieniami. Rosły tam dwa 

krzaki   bzu.   Jeden   kwitnący   fioletowoczerwono,   drugi   biało.   Pomiędzy   nimi   znajdowała   się 

grządka, na której kwitły gwiaździste narcyzy. 

background image

Najlżejszy   podmuch   wiatru   rozpylał   ich   silny,   przenikliwy   zapach   w   powietrzu, 

przesiąkniętym rosą. Pod płotem rosły krzewy róż, lecz na róże było jeszcze zbyt wcześnie. Dalej 

ciągnął się właściwy sad, trzy długie rzędy drzew, rozdzielone zielonymi alejkami, a każde drzewo 

było okryte cudownym, różowym kwieciem. Czar tego zakątka owładnął nagle Erykiem silniej, niż 

cokolwiek   dotąd.   Eryk   nie   podlegał   romantycznym   nastrojom.   Lecz   ów   sad   przyciągał   go 

nieznacznie, wabił ku sobie i Eryk nie miał się już nigdy wyzwolić z jego uroku. Wszedł do sadu 

przez dziurę w płocie i tak, nie wiedząc o tym, udał się na spotkanie wszystkiego, czym życie miało 

go obdarzyć. 

Ruszył   środkową   alejką,   pomiędzy   długimi,   wijącymi   się   gałęziami,   które   okrywało 

delikatne kwiecie o różowych środeczkach. 

Gdy doszedł do południowego krańca sadu rzucił się na trawę w rogu płotu, gdzie rósł 

jeszcze jeden krzak bzu, a wokoło paprocie i fiołki.

Z tego miejsca widział część domu, odległego o jakieś ćwierć mili; szary dach wychylał się 

z ciemnego, jodłowego lasu. Sprawiał wrażenie ponurej, samotnej siedziby i Eryk nie wiedział, kto 

ją zamieszkiwał. 

Ku   zachodowi   widok   był   rozległy;   na   dalekie   pola,   oraz   mgliste,   błękitnawe   przerwy 

między wzgórzami. Słońce zachodziło właśnie i zielone łąki w oddali tonęły w złocistym świetle.

W   poprzek   długiej   doliny,   pogrążonej   w   cieniu,   wznosiły   się   jakby   wzgórza,   zalane 

promieniami zachodzącego słońca, a na niebie utworzyły się jeziora barwy szafranu i różu. 

Opadająca rosa orzeźwiła powietrze, przepojone zapachem mięty, bijącym z grządki, na 

którą Eryk stąpnął. 

W pobliskim lesie gwizdały raszki, dźwięcznie, łagodnie, urywanie. 

“Jest   to   prawdziwe   siedlisko   dawnego   spokoju”,   zacytował   Eryk,   patrząc   wokoło 

zachwyconym wzrokiem. 

“Mógłbym   usnąć   tutaj,   śnić   i   mieć   widzenia.   Co   za   niebo!   Czyż   może   być   coś 

cudowniejszego   niż   ten   delikatny,   kryształowy   błękit   na   wschodzie   i   te   wątłe,   białe   obłoki, 

podobne do koronki? Jakże upajająca i oszałamiająca jest woń bzów! Ciekaw jestem, czy można by 

się odurzyć tym zapachem. A te jabłonie! Ale co to?”.

Eryk zerwał się, nadsłuchując. 

Poprzez   ciszę,   zmieszane   z   szumem   wiatru   wśród   drzew   oraz   nawoływaniem   raszek, 

podobnym  do głosu fletu, przypłynęły  cudowne tony muzyki,  tak piękne i niezwykłe,  iż Eryk 

powstrzymał oddech w zdziwieniu i zachwycie. Czy śnił? 

Nie,   słyszał  naprawdę  dźwięki  skrzypiec,  na  których   grał  ktoś  natchniony   przez  ducha 

harmonii. 

background image

Nigdy   jeszcze   nie   słyszał   podobnej   muzyki   i   wyczuwał   instynktownie,   że   ta   melodia 

rozbrzmiewała po raz pierwszy. 

Miał   wrażenie,   że   ta   cudowna   muzyka   dobywała   się   wprost   z   duszy   niewidocznego 

skrzypka,   wypowiadającej   się   po   raz   pierwszy   tymi   lekkimi,   delikatnymi   tonami   -   duszy 

oczyszczonej ze wszystkiego, co zmysłowe i ziemskie. 

Była to melodia nieuchwytna, dziwnie odpowiadająca porze i miejscu.

Brzmiało w niej westchnienie wiatru w lesie, poszept traw, kiedy opada na nie rosa, czyste 

myśli lilii, radość kwiatów jabłoni. 

Zawierała w sobie dawny śmiech, śpiew, łzy, wesołość i szloch, jakich świadkiem był ten 

sad za minionych lat. A prócz tego słychać w niej było żałosny krzyk skargi, jak gdyby istoty 

uwięzionej, rwącej się ku wolności i pragnącej się wypowiedzieć. 

Z początku Eryk słuchał jak urzeczony, bez ruchu i w milczeniu, przejęty zdumieniem. 

Następnie   ogarnęła   go   zupełnie   zrozumiała   ciekawość.   Któż   w   Lindsay   mógł   tak   grać   na 

skrzypcach? I kto grał w ten sposób właśnie tu, w tym starym, opuszczonym sadzie? 

Wstał i poszedł długą białą alejką, powoli i jak najciszej, nie chcąc przerwać grającemu. 

Skoro   dotarł   do   wolnej   przestrzeni   ogrodu,   przystanął   pod   wpływem   ponownego 

zdumienia. 

Pod wielkim, rozłożystym krzakiem bzu stała stara, krzywa, drewniana ławka. Na ławce 

siedziała młoda dziewczyna, grająca na starych, brunatnych skrzypcach. Oczy jej spoglądały w dal. 

Nie zauważyła Eryka. 

On   zaś   stał   chwilę,   patrząc   na   nią.   Obraz   jej   utrwalił   się   w   jego   wzroku,   aż   po 

najdrobniejszy szczegół i nie mógł już być wymazany z pamięci. Aż po ostatni dzień swego życia 

Eryk Marshall będzie mógł przywołać widok, jaki ujrzał wówczas - ciemna zieleń jodłowego lasu, 

sklepienie nieba, jaśniejące łagodnym blaskiem, poruszane wiatrem kiście bzu, a w tym otoczeniu 

dziewczyna na starej ławce, grająca na skrzypcach.

W ciągu dwudziestu czterech lat swego życia spotkał on setki ładnych kobiet, mnóstwo 

przystojnych i kilka naprawdę pięknych. 

Ale pojął od razu ponad wszelką wątpliwość, że nie widział nigdy ani nie wyobrażał sobie 

istoty tak czarownej jak to dziewczę z sadu. Uroda jej była tak wyjątkowa, że w chwili pierwszego 

zachwytu zabrakło mu po prostu tchu. Każdy rys jej owalnej, podobnej do kamei, twarzy tchnął 

wyrazem bezwzględnej, niepokalanej czystości, jaką widujemy u aniołów i Madonn na obrazach 

starych mistrzów - czystości wolnej od najlżejszej ziemskiej zmazy. Gęste, kruczoczarne włosy, 

przedzielone nad czołem, spływały na ramiona w dwóch ciężkich, lśniących warkoczach. 

Oczy miała niebieskie, lecz Eryk nie widział nigdy oczu o takiej bartwie. Był to odcień, jaki 

background image

miewa morze w spokojnym, łagodnym świetle, które następuje po pięknym zachodzie słońca. Oczy 

te jaśniały jak gwiazdy, zapalające się nad lindsayską przystanią, kiedy gasła wieczorna zorza; 

przesłonięte   były   długimi,   czarnymi   rzęsami,   a   ponad   nimi   znaczyły   się   łuki   delikatnie 

nakreślonych brwi. 

Cera jej miała czystą i delikatną barwę płatka białej róży. 

Bladoniebieska   sukienka,   bez   kołnierzyka,   odsłaniała   wysmukłą   szyję.   Rękawy   były 

odwinięte  powyżej  łokci i może  najpiękniejszą w całej  jej  postaci  była  ręka, wodząca pewnie 

smyczkiem - harmonijna w kształcie i wielkości, biała, o różowych paznokciach. Długa, zwisająca 

kiść bzu dotykała lekko włosów dziewczyny, rzucając ruchomy cień na twarz, podobną do kwiatu. 

Było w niej coś bardzo dziecięcego, choć musiała mieć za sobą z osiemnaście słodkich wiosen. 

Zdawało się, że gra na wpół świadomie tak, jakby myślami była daleko w pięknej krainie 

niebiańskich snów. 

Ale teraz oderwała wzrok od “ogni zachodzącego słońca” i spojrzenie jej pięknych oczu 

padło na Eryka, stojącego bez ruchu, tuż przed nią, w cieniu jabłoni. 

I nagle zaszła w niej zatrważająca zmiana. 

Wszelki ślad rumieńca znikł z jej twarzy, poczęła drżeć jak lilia, chwiejąca się na wietrze.

- Przepraszam panią - odezwał się Eryk pośpiesznie. - Przykro mi, że przestraszyłem panią. 

Ale grała pani tak pięknie, że zapomniałem o tym, iż pani nie zauważyła mojej obecności. Proszę 

mi wybaczyć. 

Urwał   zaniepokojony,   bo   zrozumiał,   że   twarz   dziewczyny   wyrażała   przerażenie   -   nie 

przestrach dziecinnie nieśmiałej istoty, która sądziła, że jest sama, ale najprawdziwsze przerażenie. 

Zdradzały to jej drżące, zbielałe wargi i szeroko otwarte, niebieskie oczy, które wpatrzyły się w 

oczy Eryka z takim wyrazem, jaki miewają dzikie stworzenia, schwytane w potrzask.

Zabolało go, że kobieta mogła patrzeć w ten sposób na niego, który tak bardzo poważał 

zawsze kobiety.

- Proszę się nie bać - rzekł łagodnie, jak do dziecka, chcąc rozproszyć jej obawy. - Nie 

zrobię pani nic złego. Jest pani zupełnie bezpieczna. 

I przejęty pragnieniem, by ją uspokoić, uczynił mimo woli krok naprzód. Wówczas ona 

zerwała się i nie wydawszy dźwięku, uciekła z sadu. 

Przez dziurę w płocie od północy wypadła na dróżkę, biegnącą skrajem sosnowego lasu, 

nad którą dzikie czereśnie tworzyły łuki, bielejące mgliście w zapadającym zmroku. 

Zanim Eryk zdołał się opamiętać, stracił ją z oczu pomiędzy sosnami. 

Nachylił się i podniósł smyczek. Czuł się głupio i było mu przykro. 

- Czy mnie zaczarowano? - rzekł do siebie z pewnym zniecierpliwieniem. “Czy to możliwe, 

background image

aby była tutejszą dziewczyną? I dlaczego, na Boga, widok mój tak ją przeraził? nIe uważałem się 

za człowieka szczególnie szpetnego, ale ta przygoda nie zwiększy z pewnością mej próżności. 

Może dostałem się do zaczarowanego sadu i zostałem przemieniony w potwora? 

Tak, ten zakątek ma w sobie coś niesamowitego, jeśli się nad tym zastanowić. 

Wszystko może się tu zdarzyć. Nie jest to zwykły sad, w którym mają rodzić się jabłka na 

sprzedaż, to oczywiste. 

I im prędzej stąd umknę, tym lepiej.”

Rozejrzał się jeszcze raz, uśmiechając się niewyraźnie.

Światło dnia gasło szybko i sad był pełen ciszy i miękkich, rozpościerających się cieni. 

Zdawało się, że mruga sennymi oczyma, radując się dziecinnie zakłopotaniem młodego człowieka.

Eryk położył smyczek na ławce.

“No cóż, nie pójdę przecież za nią. To bezcelowe. I nie mam nawet do tego prawa. Ale 

wolałbym, doprawdy, żeby nie uciekła z tak widocznym przerażeniem. Takie oczy jak jej, powinny 

wyrażać jedynie serdeczną ufność. Czemu - czemu - czemu tak się przestraszyła? I kto - kto - kto to 

może być?”

Przez   całą   drogę   do   domu,   mijając   pola   i   pastwiska,   które   zaczynało   srebrzyć   światło 

księżyca, rozważał tę tajemnicę. 

“Zaraz... Zaraz... - przypominał  sobie. - Williamson opowiadał  mi  któregoś  wieczora o 

lindsayskich   dziewczętach.   Jeśli   dobrze   pamiętam,   powiedział,   że   w   powiecie   są   cztery   ładne 

dziewczyny. Jak się nazywają? Flora Woods, Melissa Foster - nie, Mellissa Palmer - Emma Scott i 

Jennie May Fergusson. Czy może być jedną z nich? Podobne przypuszczenie jest oczywistą stratą 

czasu i nie prowadzi do niczego. Ta dziewczyna nie może być żadną Florą, Melissą czy Emmą, a 

Jennie May nie biorę w ogóle pod uwagę. Tak, działają tu jakieś czary. Jestem tego pewny. Lepiej 

więc zapomnieć o wszystkim.” 

Eryk stwierdził jednak, że było to niemożliwe. Im bardziej starał się zapomnieć, tym lepiej 

pamiętał.

Śliczna twarz dziewczęcia stawała mu wciąż przed oczami, a otaczająca ją tajemnica nie 

dawała mu spokoju. 

Wiedział wprawdzie, że pytając Williamsonów  o dziewczynę, znajdzie prawdopodobnie 

rozwiązanie zagadki, lecz ku własnemu zdziwieniu stwierdził, że trudno mu się na to zdobyć. 

Nie mógł pytać Roberta Williamsona, który wymieniłby zapewne imię dziewczyny wśród 

powodzi   drobnych   plotek,   tyczących   jej   samej,   oraz   wszystkich   jej   krewnych,   aż   po  trzecie   i 

czwarte pokolenie.

Jeśli kogoś zapyta, to panią Williamson. Chciał jednak wyjaśnić tajemnicę sam, o ile to się 

background image

da. Miał poprzednio zamiar udać się następnego popołudnia do przystani. Jeden z rybaków obiecał 

wziąć go na połów. 

Lecz zamiast tego znowu powędrował nazajutrz polami na południowy zachód.

Odnalazł sad z łatwością - a obawiał się prawie, że go nie znajdzie. Był to ten sam zakątek, 

wonny, zarosły trawą i nawiedzany przez wiatry. Nie zastał tam jednak nikogo, a smyczek znikł z 

ławki.

“Może wróciła tu po niego przy świetle księżyca” - pomyślał Eryk i wyobraźnia stawiała 

mu przed oczy wiotką, dziewczęcą postać, skradającą się z bijącym sercem wśród cieni drzew i 

blasku księżyca.

“Ciekaw jestem, czy przyjdzie tu dziś, czy też wystraszyłem ją na zawsze. Ukryję się w tym 

gąszczu jodeł i poczekam.” 

Czekał dopóki się nie ściemniło, lecz w sadzie nie zabrzmiały tony skrzypiec i nikt się nie 

zjawił. Zawód, jakiego doznał, był tak bolesny, że go to zdziwiło, a co więcej - zaniepokoiło.

“Cóż za niedorzeczność przejmować się do tego stopnia tym, że dziewczyna, którą widział 

przez   pięć   minut,   nie   zjawiła   się!   Gdzież   podział   się   jego   zdrowy   rozsądek?   Mężczyzna   lubi 

popatrzeć na ładną twarz - to rzecz zrozumiała. Lecz czyż to, że jej nie zobaczył było dostatecznym 

powodem, aby życie wydawało mu się teraz nudne, jałowe i bezcelowe?” Nazwał się głupcem i 

poszedł do domu niezadowolony z siebie.

Znalazłszy   się   w   swym   pokoju,   wziął   się   zapamiętale   do   rozwiązywania   równań 

algebraicznych, postanowiwszy wybić sobie z głowy wszelkie daremne rojenia o zaczarowanym 

sadzie, bielejącym w świetle księżyca i o jego długich alejach, rozbrzmiewających tonami muzyki 

duchów leśnych.

Następnego dnia wypadała niedziela i Eryk był dwukrotnie w kościele.

Ławka Williamsonów była jedną z bocznych w głębi kościoła i ci, co w niej siedzieli, mieli 

twarze zwrócone ku całemu zgromadzeniu.

Eryk przyglądał się każdej dziewczynie i kobiecie wśród obecnych, lecz nie dojrzał twarzy, 

która niby gwiazda przyświecała jego pamięci na przekór sile woli i zdrowemu rozsądkowi. 

Zobaczył  Tomasza Gordona, siedzącego samotnie w swej długiej, pustej ławce w głębi 

kościoła. A Neil Gordon śpiewał na chórze, zajmującym pierwszy rząd galerii. 

Neil miał głos silny i melodyjny, choć nie szkolony, który wzbijał się ponad głosy innych 

śpiewaków, bardziej nikłe, przeciętne i głuszył je. Ubrany był starannie w wełniany szaroniebieski 

garnitur z białym kołnierzykiem i krawatem. Ale Eryk pomyślał leniwie, że nie było mu w nim tak 

do twarzy, jak w codziennym ubraniu, w jakim widział go po raz pierwszy.

Wystrojony zbyt odświętnie, wyglądał pospolicie i odbijał silniej od swego otoczenia.

background image

Przez   dwa   dni   Eryk   nie   pozwalał   sobie   myśleć   o   sadzie.   W   poniedziałek   wieczorem 

wyjechał na połów, a we wtorek poszedł zagrać w szachy z Aleksandrem Tracy. Aleksander wygrał 

wszystkie partie z taką łatwością, że stracił raz na zawsze wszelki szacunek dla młodego Marshalla.

- Grał, jakby myślał nie wiadomo o czym - skarżył się żonie. - Nie będzie z niego szachisty 

- nigdy w życiu. 

background image

Dzieje Kilmeny 

W środę po południu Eryk wybrał się znów do sadu. I tym razem doznał zawodu. Wrócił 

więc do domu, postanowiwszy zapytać otwarcie o wyjaśnienie tajemnicy. 

Szczęście było dlań łaskawe, gdyż zastał panią Williamson samą. Siedziała w kuchni przy 

oknie od zachodu i robiła na drutach długą, szarą skarpetkę. Popatrzyła  na Eryka ze spokojną 

serdecznością wielkimi oczyma o szczerym spojrzeniu. Lubiła pana Westa, lecz Eryk zjednał ją 

sobie bardziej, gdyż oczy jego były podobne do oczu małego synka, którego pochowała przed 

wielu laty na lindsayskim cmentarzu.

- Proszę pani - odezwał się Eryk z udaną obojętnością. - W zeszłym tygodniu zaszedłem 

przypadkiem do starego, opuszczonego sadu, tam za lasem. Uroczy, dziki zakątek. Czy nie wie 

pani, do kogo on należy? 

- Myślę, że to dawny sad Connorsów - odpowiedziała pani Williamson po chwili namysłu. - 

Zapomniałam o nim zupełnie. Będzie ze trzydzieści lat, odkąd Connorsowie opuścili Lindsay. Dom 

ich i stodoły spaliły się, więc sprzedali ziemię Tomaszowi Gordon i przenieśli się do miasta. Oboje 

już nie żyją. Pan Connors był dumny ze swego sadu. Niewiele było wówczas sadów w Lindsay, 

choć teraz prawie każdy ma sad. 

- Jakaś młodziutka dziewczyna grała tam na skrzypcach - powiedział Eryk, stwierdzając z 

niezadowoleniem, że musiał się przemóc, aby wspomnieć o niej i że krew napłynęła mu przy tym 

do twarzy. - Przelękła się bardzo, zobaczywszy mnie i uciekła, chociaż nie sądzę, bym uczynił lub 

powiedział coś, co mogłoby ją przestraszyć. Nie mam pojęcia, kto to mógł być. A pani nie wie? 

Pani   Williamson   milczała   chwilę.   Odłożyła   robotę   i   spoglądała   przez   okno,   jakby 

rozważając poważnie jakąś sprawę. W końcu odezwała się, a w głosie jej brzmiał ton żywego 

zainteresowania: - Przypuszczam, że była to Kilmeny Gordon, proszę pana. 

- Kilmeny Gordon? Siostrzenica Tomasza Gordon, o której wspomniał pani mąż.

- Tak.

- Trudno mi uwierzyć, by ta dziewczyna mogła należeć do rodziny Gordonów. 

- Jeżeli nie Kilmeny, to nie wiem, kto to mógł być. W pobliżu sadu nie ma innego domu, a 

słyszałam, że ona gra na skrzypcach. O ile to ona, udało się panu zobaczyć kogoś, kogo niewiele 

osób w Lindsay widziało. A i tych parę nie widziało jej z bliska. Ja sama nie widziałam jej nigdy. 

Nic dziwnego, że biedaczka uciekła. Nie przywykła do widoku obcych.

- Rad jestem, jeśli to był wyłączny powód jej ucieczki - rzekł Eryk. - Przyznam się, że 

przykro mi było widzieć dziewczynę tak przestraszoną moim widokiem, jak ona. Zbladła okropnie 

i nie wyrzekłszy słowa, uciekła przerażona.

- No, odezwać się w każdym razie nie mogła - powiedziała pani Williamson spokojnie. - 

background image

Kilmeny Gordon jest niema. 

Eryk milczał chwilę, zaskoczony.

“Ta piękna istota dotknięta takim kalectwem? Okropność!” I jednocześnie doznał dziwnego 

uczucia osobistego żalu i rozczarowania. 

- A więc nie mogła to być Kilmeny Gordon - zaprzeczył w końcu. - Dziewczyna, o której 

mówię, grała cudownie na skrzypcach. Nigdy nie słyszałem podobnej muzyki. To niemożliwe, by 

głuchoniema tak grała. 

-   Ależ   nie   jest   wcale   głucha,   proszę   pana   -   odpowiedziała   pani   Williamson,   patrząc 

przenikliwie na Eryka przez szkła okularów, po czym podjęła znów swą robotę.

- To właśnie dziwne. Chociaż wszystko, co się jej tyczy, dziwniejsze jest jedno od drugiego. 

Słyszy zupełnie dobrze, rozumie wszystko, co się do niej mówi. Ale sama nie mówi wcale i jak 

opowiadają,   nie   mówiła   nigdy.   Co   prawda,   to   nikt   wiele   o   niej   nie   wie.   Jana   i   Tomasz   nie 

wspominają nigdy o siostrzenicy i Neil nie chce o niej mówić. Może pan być pewny, że próbowano 

go pytać, ale nie można z niego wydobyć słowa o Kilmeny i wpada w złość, gdy się nalega.

- Dlaczego nie można o niej mówić? - zapytał Eryk niecierpliwie. - Cóż to za tajemnica ją 

otacza? 

- Smutne to dzieje, proszę pana. Myślę, że Gordonowie uważają jej życie za rodzaj dopustu 

Bożego. Co do mnie, uważam, że chowano ją okropnie. Gordonowie, to bardzo dziwni ludzie, 

panie   Eryku.   Pamięta   pan,   robiłam   mężowi   wymówki,   kiedy   tak   powiedział,   ale   to   prawda. 

Dziwnie bardzo postępują. I pan widział naprawdę Kilmeny? Jak ona wygląda? Słyszałam, że jest 

ładna. Czy to prawda? 

-   Moim   zdaniem   jest   bardzo   piękna   -   rzekł   Eryk   krótko.   -   Ale   jak   ją   wychowano?   I 

dlaczego? 

- No, właściwie to mogę opowiedzieć panu całą tę historię. Kilmeny jest siostrzenicą Jany i 

Tomasza Gordonów, córką ich młodszej siostry, Małgorzaty. Stary James Gordon pochodził ze 

Szkocji. Jana i Tomasz urodzili się w Starym Kraju i przyjechali tu jako małe dzieci. Gordonowie 

nie byli nigdy zbyt towarzyscy, jednak zachodzili niekiedy do sąsiadów, a i ci bywali u nich. Byli 

to ludzie dobrzy i uczciwi, tylko trochę dziwacy. Pani Gordon umarła w kilka lat po przybyciu do 

Lindsay, a w cztery lata później James Gordon pojechał do Szkocji i wrócił z drugą żoną. Była 

dużo młodsza od niego i bardzo ładna, jak mi matka często opowiadała. Była serdeczna, wesoła i 

lubiła  życie   towarzyskie.   Odkąd przybyła,   dom Gordonów  zmienił   się zupełnie.  Nawet  Jana  i 

Tomasz rozruszali się i ożywili znacznie. Kochali swą macochę, jak mi mówiono. Ale w sześć lat 

po wyjściu za mąż druga pani Gordon umarła również. Umarła po urodzeniu Małgorzaty. Mówią, 

że Jamesowi o mało serce nie pękło. Małgorzatę wychowała Jana. Ona i Tomasz ubóstwiali po 

background image

prostu   dziewczynkę,   a  ich   ojciec   także.   Znałam   niegdyś   dobrze   Małgorzatę   Gordon.   Byłyśmy 

rówieśniczkami i trzymałyśmy się razem w szkole. Przyjaźniłyśmy się bardzo, dopóki nie zerwała 

ze wszystkimi. Była zawsze trochę dziwną dziewczyną, ale lubiłam ją; jednak wiele osób odnosiło 

się do niej z niechęcią. Taka już była. Wzbudzała w ludziach albo nienawiść, albo miłość ku sobie. 

Wyrosła na bardzo ładną pannę - wysoką i postawną jak królowa. Miała długie i grube, czarne 

warkocze, a mocno czerwone usta i policzki. Każdy, kto ją zobaczył, oglądał się za nią. Zdaje mi 

się, że pyszniła się trochę swoją urodą. I była dumna - ach, jaka dumna! Chciała zawsze przodować 

we wszystkim i lubiła okazywać swoją przewagę. Była przy tym ogromnie stanowcza. Skoro raz 

coś postanowiła, nie odstąpiła od tego na włos. Lecz serce miała gorące i szlachetne. Śpiewała 

cudownie i była bardzo zdolna. Wystarczyło jej rzucić na coś okiem, a już się tego nauczyła. Lubiła 

też ogromnie czytać. Kiedy o niej opowiadam, staje mi tak żywo przed oczyma, jaką była, jak 

wyglądała, co mówiła i robiła - widzę każdy jej ruch. Wydaje mi się prawie, że jest tu w pokoju, a 

nie na cmentarzu. Proszę zapalić lampę. Czuję się jakoś nieswojo. 

Eryk   wstał   i   zapalił   lampę,   trochę   zdziwiony   niezwykłym   u   pani   Williamson 

zdenerwowaniem. Taka była zawsze spokojna i opanowana! 

- Dziękuję panu. Teraz jest lepiej. Nie będzie mi się już wydawało, że Małgorzata jest tu i 

słucha tego, co mówię. Przed chwilą wrażenie to było tak silne! Uważa pan pewno, że zatrzymałam 

się zbyt długo przy Małgorzacie, ale dochodzę już do Kilmeny. Nie zamierzałam mówić tyle o 

Małgorzacie, lecz opanowała jakoś moje myśli. Otóż Małgorzata ukończyła szkołę, wstąpiła do 

Akademii Królowej i dostała dyplom nauczycielki. Zdała bardzo dobrze, ale wiem od Jany, że 

płakała przez całą noc po ogłoszeniu wyniku, bo nie zajęła pierwszego miejsca. Potem zaczęła 

uczyć  w szkole w Radnor. I tam poznała Ronalda Frasera. Małgorzata  nie miała  dotąd nigdy 

kawalera. Gdyby chciała, mogła mieć każdego z lindsayskich chłopaków. Ale nie spojrzała nawet 

na żadnego. Mówiono, że nikt nie był dla niej dość dobry, lecz to nieprawda. Ja znałam powód, bo 

rozmawiałyśmy z Małgorzatą nieraz o tych rzeczach, jak to zwykle między dziewczętami. Nie 

uznawała chodzenia z chłopcem, o ile to nie był ktoś, kto podobałby się pod każdym względem. A 

takiego nie było w Lindsay. Ronald Fraser był nietutejszy, pochodził z Nowej Szkocji i mało co o 

nim   wiedziano.   Był   wdowcem,   choć   całkiem   jeszcze   młody.   Prowadził   sklep   w   Radnor   i 

powodziło mu się dobrze. Był naprawdę przystojny i miał miły sposób bycia, który kobiety lubią. 

Opowiadano, że wszystkie dziewczęta w Radnor kochały się w nim. Ale i najgorszy jego wróg nie 

mógł powiedzieć, że się z nimi zadawał. Nie zwracał na nie uwagi. Gdy tylko zobaczył Małgorzatę, 

zakochał  się w niej i ona w nim.  Następnej niedzieli  przyszli razem do kościoła w Lindsay i 

wszyscy mówili, że będzie z nich para. Małgorzata wyglądała prześlicznie tego dnia. Trzymała 

zwykle głowę do góry, ale tym razem nachyliła ją z lekka, a oczy miała spuszczone.

background image

Ronald Fraser był bardzo wysoki, blondyn, oczy miał niebieskie. Tworzyli najładniejszą 

parę, jaką zdarzyło mi się widzieć. Lecz staremu Gordonowi, Tomaszowi i Janie nie podobał się 

Fraser. 

Widziałam to jasno, kiedy byłam raz u nich, a Ronald odprowadził Małgorzatę w piątek 

wieczór z Radnor do domu. Małgorzata mogła zrobić z nimi prawie wszystko, co chciała, tacy byli 

z   niej   dumni   i   tak   ją   kochali.   Uprosiła   ich   więc   w   końcu.   Ojciec   opierał   się   najdłużej,   ale 

ostatecznie ustąpił i zgodził się, aby wyszła za Ronalda Frasera. Wesele było huczne - zaproszono 

wszystkich  sąsiadów.  Małgorzata   lubiła   zawsze  pokazać  się.  Ja  byłam  druhną.   Pomagałam  jej 

ubierać się, ale trudno jej było dogodzić, bo chciała wyglądać jak najładniej - dla Ronalda. Piękną 

była panną młodą. Cała w bieli, z czerwonymi różami we włosach. Nie chciała białych kwiatów; 

mówiła, że przypominają jej zanadto kwiaty żałobne. Wyglądała jak malowanie. Widzę ją w tej 

chwili  wyraźnie   taką,   jaką   była  owego  wieczora.  Rumieniła   się  i   bladła   na  przemian,  patrząc 

wzrokiem pełnym miłości na Ronalda. Jeżeli kiedykolwiek dziewczyna kochała mężczyznę całym 

sercem, to czyniła to Małgorzata. We mnie budziło to prawie lęk. Uwielbiała go tak, jak powinno 

się uwielbiać jedynie Boga, proszę pana. A to bywa zawsze ukarane, sądzę. Zamieszkali w Radnor 

i przez krótki czas wszystko szło dobrze. Małgorzata miała ładny dom, była wesoła i szczęśliwa. 

Ubierała się pięknie i przyjmowała sporo gości. A potem - zjawiła się pierwsza żona Frasera, która 

go odszukała. Nie umarła wcale, jak się okazało. Stał się okropny skandal! Straszne rzeczy, ile było 

gadania i plotek. Każdy,  kogo się spotkało, opowiadał co innego i trudno było  dojść prawdy. 

Niektórzy twierdzili, iż Ronald wiedział przez cały czas, że jego żona żyje i oszukał Małgorzatę. 

Ale nie posądzam go o to. Przysięgał, że nic nie wiedział. Podobno nie był bardzo szczęśliwy z 

pierwszą żoną. Jej matka wywoływała nieporozumienia pomiędzy nimi. Potem żona pojechała do 

matki, do Montrealu i jak zawiadomiono Ronalda, umarła tam w szpitalu. Może dał temu zbyt 

pochopnie wiarę, ale jestem pewna, że uwierzył naprawdę. Żona twierdziła, że umarła inna kobieta 

tego samego nazwiska i kiedy ona dowiedziała się, iż Ronald uważa ją za umarłą, postanowiła wraz 

z matką pozostawić go w tym  mniemaniu. Lecz usłyszawszy o jego powtórnym ożenieniu się 

uznała, że lepiej, by znał prawdę. 

Cała ta sprawa była dość dziwna i nie można mieć ludziom za złe, że nie uwierzyli w to 

zbyt  skwapliwie. Ja nie wątpiłam  nigdy w jej prawdziwość. Małgorzata  myślała  inaczej.  Była 

przekonana,   że   Ronald   oszukał   ją   i   wiedział   dobrze,   iż   nie   może   uczynić   jej   swą   prawowitą 

małżonką. Straciła do niego zaufanie i znienawidziła go tak silnie, jak przedtem kochała. Ronald 

wyjechał z pierwszą żoną i w niecały rok później przyszła wiadomość o jego śmierci. Podobno 

pękło mu po prostu serce. Małgorzata wróciła do domu ojca. Od dnia, kiedy przekroczyła jego 

próg, opuściła go dopiero, gdy wyniesiono ją w trumnie trzy lata temu. Żywa dusza nie ujrzała jej 

background image

więcej. Poza jej własną rodziną. Wybrałam się do niej, ale Jana powiedziała mi, że nie chce mnie 

widzieć.  Postępowanie   Małgorzaty  było  niemądre.   Nie  uczyniła  przecież   nic   złego.  I  wszyscy 

żałowali jej i gotowi byli dopomóc w miarę możliwości. Lecz myślę, że współczucie raniło ją 

równie głęboko, jak uczyniłaby to przygana, bo była tak dumna. Powiadają, że ojciec przyjął ją źle. 

Jeśli to prawda, postąpił niesprawiedliwie. Jana i Tomasz też bardzo odczuli nieszczęście siostry. 

Znajomi, którzy bywali u Gordonów, przestali wkrótce zachodzić do nich, gdyż zrozumieli, że nie 

są mile widziani. Stary James Gordon umarł tej jeszcze zimy.

Nie podniósł już nigdy głowy po tym skandalu. Zrzekł się od razu piastowanej w kościele 

godności i nikt nie zdołał go skłonić do cofnięcia tego postanowienia. 

Kilmeny urodziła się na wiosnę, lecz nie zobaczył jej nikt, prócz duchownego, który ją 

ochrzcił. Nie brano jej nigdy do kościoła, ani nie posyłano do szkoły. Rozumie się, że nie zdałoby 

się to na nic, posyłać ją do szkoły, skoro była niema. I Małgorzata nauczyła ją pewno wszystkiego, 

czego tylko mogła. Ale to, że nie brano jej nigdy do kościoła, było okropne. I że trzymano ją z 

daleka od dzieci i młodzieży.

I wstyd to doprawdy, że nie uczyniono nic, aby przekonać się, dlaczego nie mówiła i czy 

nie dałoby się jej uleczyć. 

Małgorzata Gordon umarła trzy lata temu i całe Lindsay było na jej pogrzebie. Lecz nikt jej 

nie zobaczył. Wieko trumny było przyśrubowane. Nie ujrzano też Kilmeny. Byłabym ją chętnie 

zobaczyła ze względu na Małgorzatę, ale Małgorzaty nie chciałam widzieć. Widziałam ją po raz 

ostatni, jako pannę młodą,  gdyż  zaraz po weselu wyjechałam na jakiś czas z Lindsay i kiedy 

wróciłam do domu, stał się właśnie ten skandal. Pamiętałam Małgorzatę dumną, szczęśliwą i nie 

mogłabym patrzeć na jej martwą twarz i straszną zmianę, jaka musiała w niej zajść.

Myśleliśmy, że może po śmierci matki, Tomasz i Jana nie będą trzymali Kilmeny ciągle w 

domu. Ale zawiedliśmy się. Przypuszczam więc, że zgodzili się z Małgorzatą, by ją tak chować. 

Często żal mi było biednej dziewczyny i uważam, że rodzina postąpiła niesłusznie wobec niej, 

nawet jeśli jej kalectwo miało tajemniczą przyczynę. Życie jej musiało być bardzo smutne. 

Oto dzieje Kilmeny, proszę pana. Opowieść moja wydała się panu pewnie długa. Ale kiedy 

tak opowiadałam, przeszłość dla mnie odżyła. Jeżeli pan nie chce, by pana zanudzano pytaniami o 

Kilmeny Gordon, niech pan lepiej nie wspomina, że pan ją widział.

Eryk wcale nie miał takich zamiarów. Dowiedział się wszystkiego, czego chciał, a nawet 

jeszcze więcej. 

“A więc ta dziewczyna wplątana jest w smutny dramat - rozmyślał, udając się do swego 

pokoju. - I jest niema! Co za szkoda! Kilmeny!  To imię  pasuje do niej. Jest równie urocza i 

niewinna   jak   bohaterka   starej   ballady:   -   “Piękną   była   Kilmeny”.   Następny   wiersz   jest   mniej 

background image

odpowiedni, gdyż oczy jej nie patrzyły bynajmniej ze spokojnym opanowaniem, a w każdym razie 

nie   wówczas,   kiedy   mnie   dostrzegły.   -   Usiłował   nie   myśleć   o   dziewczynie,   lecz   na   próżno. 

Wspomnienie jej pięknej twarzy miało w sobie moc przyciągającą, której nie mógł się oprzeć. 

Następnego wieczora wybrał się znowu do sadu. 

background image

Najpiękniejsza z kobiet 

Skoro Eryk wyszedł z jodłowego lasu i znalazł się w sadzie, serce jego zabiło mocno, a 

krew   uderzyła   mu   gwałtownie   do   twarzy.   Pośrodku   kwiatowego   ogrodu   zobaczył   Kilmeny, 

nachyloną nad grządką narcyzów. Widział tylko jej jasny, dziewczęcy profil. 

Przystanął, nie chcąc spłoszyć jej znowu. 

Gdy podniosła głowę, spodziewał się, że drgnie i ucieknie, lecz nie uczyniła tego.

Przybladła tylko z lekka i stała bez ruchu, przypatrując mu się bacznie. 

Widząc to, podszedł powoli ku niej i kiedy był tak blisko, iż słyszał jej przyśpieszony 

oddech, dobywający się z rozchylonych, drżących warg, rzekł bardzo łagodnie: 

- Proszę się mnie nie bać. Przychodzę jako przyjaciel i nie chciałbym niepokoić pani, ani 

narzucać się jej. 

Wahała  się jakby przez chwilkę.  Potem sięgnęła po małą  tabliczkę,  która wisiała u jej 

paska, napisała coś szybko na niej i podała mu ją. Przeczytał słowa, skreślone drobnym, wyraźnym 

pismem.

- Nie boję się już pana teraz. Mama mówiła mi, że wszyscy obcy mężczyźni są bardzo źli i 

niebezpieczni. Ale nie wydaje mi się, aby pan był taki. Myślałam dużo o panu i żałuję, że uciekłam 

wtedy. 

Czytając to, zdał sobie sprawę z jej całkowitej niewinności i prostoty. Spojrzał uważnie w 

jej oczy, wciąż jeszcze zmącone i rzekł: 

- Za nic na świecie nie uczyniłbym pani krzywdy. Nie wszyscy mężczyźni są źli, chociaż 

niestety, jest wielu takich. Nazywam się Eryk Marshall i jestem nauczycielem w tutejszej szkole. A 

pani   jest   pewnie   Kilmeny   Gordon?   Grała   pani   tak   pięknie   owego   wieczora,   że   odtąd   stale 

pragnąłem móc usłyszeć panią. Czy zagrałaby mi pani? 

Nieokreślony  lęk  znikł  tymczasem   z  jej  oczu   i  nagle   uśmiechnęła  się.   Był  to  uśmiech 

wesoły,   dziewczęcy,   nieodparty,   który   rozjaśnił   jej   spokojną   twarz,   niby   promień   słońca, 

muskający pogodną toń jeziora. 

Następnie napisała: - Żałuję bardzo, ale nie mogę dziś grać. Zostawiłam skrzypce w domu. 

Przyniosę   je   jutro   po   południu   i   zagram   panu,   jeżeli   pan   zechce.   Chętnie   zrobię   panu   tę 

przyjemność.

Znów ów ton niewinnej szczerości! 

Jakim była dzieckiem - pięknym, nieświadomym  dzieckiem - które nie umiało zupełnie 

ukrywać swych uczuć.

Lecz czemuż miałaby je ukrywać? Były tak piękne i czyste, jak ona sama. 

Eryk uśmiechnął się do niej równie szczerze. 

background image

- Nie umiem wypowiedzieć, jak bardzo bym pragnął. Jeśli będzie ładnie, przyjdę na pewno 

jutro po południu. Ale w razie mgły lub niepogody, proszę zostać w domu. Zagra mi pani kiedy 

indziej. Czy dałaby mi pani parę kwiatków? 

Skinęła   głową,   znowu   z   lekka   się   uśmiechając   i   poczęła   zrywać   narcyze,   wybierając 

starannie najpiękniejsze. 

Przypatrywał się z zachwytem jej wdzięcznym, gibkim ruchom. Każdy z nich był poezją. 

Wyglądała niczym uosobienie Wiosny - jakby wcieliły się w nią wszystkie lśnienia młodych liści, 

blask poranków i przemijająca słodycz kwiatów tysiącznych wiosen. 

Kiedy podeszła ku niemu rozpromieniona z rękami pełnymi kwiatów, przyszedł mu na myśl 

wiersz ulubionego poety: 

“Czerwonobiały kwiat,

 co lekko z opadających wychyla się osłonek,

 oto, przy Bożym gościńcu jedyna dla mnie dziewczyna.”

 

W następnej chwili ogarnął go gniew na samego siebie. Ostatecznie była tylko dzieckiem - i 

to dzieckiem, żyjącym z dala od ludzi wskutek smutnego kalectwa. 

Nie powinien pozwalać sobie na niedorzeczne myśli.

- Dziękuję pani. Narcyze to najczarowniejsze kwiaty, jakimi wiosna nas darzy. Czy pani 

wie, że białe narcyzy nazywają się po łacinie poeticus?

Na twarzy jej odbiło się zaciekawienie i zadowolenie. 

- Nie, nie wiedziałam - odpisała. - Czytałam nieraz o narcissus poeticus i zastanawiałam się, 

jak też wygląda. Ale nie przyszło mi na myśl, by mógł to być mój drogi biały narcyz. Kocham 

bardzo kwiaty. To moi dobrzy przyjaciele. 

- Jak mogłaby pani nie żyć z nimi w przyjaźni? - rzekł Eryk. - Może pani usiądzie tu na 

ławce - gdzie siedziała pani owego wieczora, kiedy panią tak przestraszyłem. Nie miałem pojęcia, 

kim pani jest. Chwilami myślałem, że śniła mi się pani tylko, chociaż - dodał półgłosem tak, iż go 

nie słyszała - nie mógłbym ujrzeć we śnie równie czarującej istoty. 

Usiadła   na   ławce   obok   niego,   patrząc   mu   śmiało   w   twarz.   W   spojrzeniu   jej   nie   było 

zuchwałości - a jedynie całkowita, dziecięca ufność. 

Gdyby w jego sercu taiło się coś złego - jakaś myśl podstępna - do której nie chciałby się 

przyznać, nie ukryłaby się ona przed tymi oczyma i musiałby się jej zawstydzić. 

Lecz on mógł patrzeć w nie bez obawy. 

Potem Kilmeny napisała: 

-   Przestraszyłam   się   bardzo.   Uważał   mnie   pan   pewno   za   strasznie   głupią.   Ale   nie 

background image

widywałam mężczyzn, oprócz wuja Tomasza, Neila i handlarza jaj. A pan jest inny - ach, zupełnie, 

zupełnie   inny.   Bałam   się   wrócić   tu   następnego   dnia.   A   jednak   miałam   ochotę   przyjść.   Nie 

chciałam, by pan myślał, że jestem dzika. Rano posłałam Neila po smyczek. Nie mogę obejść się 

bez smyczka. Jestem niema, wie pan? Czy panu przykro? 

- Tak, i to bardzo, ze względu na panią.

- Miałam na myśli, czy wolałby mnie pan, gdybym mówiła tak, jak wszyscy?

- Nie. Pod tym względem nie stanowi to dla mnie żadnej różnicy, Kilmeny. Ale czy pozwoli 

mi pani mówić sobie po imieniu? 

Spojrzała na niego zdziwiona i napisała: 

- A jak miałby mi pan mówić? Przecież nazywam się Kilmeny. Wszyscy mówią mi po 

imieniu. 

- Ale ja jestem człowiekiem zupełnie obcym dla pani. Może życzy pani sobie, abym mówił 

jej panno Gordon? 

- O nie. Nie chcę - napisała szybko, a twarz jej przybrała wyraz zakłopotania. - Nikt mi tak 

nie mówi. Nie czułabym się wtedy sobą. A pan nie wydaje mi się obcym. Dlaczego nie miałby mi 

pan mówić Kilmeny? Czy istnieje jakiś powód? 

- Żaden, o ile mi pani pozwoli. 

Śliczne ma pani imię - właśnie takie, jakie pani powinna mieć. 

- Cieszę się, że podoba się ono panu. Czy pan wie, że dano mi imię mojej babki, która 

nazywała się tak, jak bohaterka pewnej ballady? Cioci Janie nie podoba się moje imię, chociaż 

lubiła moją babcię. Ale cieszę się, że panu podoba się moje imię i ja także. Obawiałam się, że nie 

będzie mnie pan lubił dlatego, że jestem niema.

- Wypowiada się pani za pośrednictwem muzyki. 

Twarz jej wyraziła zadowolenie. 

- Jak pan to dobrze rozumie - napisała. - Tak, nie mówię i nie śpiewam jak inni ludzie, ale 

moje skrzypce mówią za mnie.

- Czy pani sama komponuje to, co pani gra? - I widząc, że nie zrozumiała jego pytania, 

Eryk wyjaśnił: - Miałem na myśli, czy ktoś nauczył panią tej melodii, którą pani wtedy grała. 

- Nie. Zagrałam  ją, siedząc tu i rozmyślając.  Tak było  zawsze. Gdy byłam  mała,  Neil 

nauczył   mnie   trzymać   skrzypce   i   smyczek,   a   reszty   nauczyłam   się   już   sama.   Moje   skrzypce 

należały dawniej do Neila, ale podarował mi je. Neil jest bardzo miły i dobry dla mnie, ale wolę 

pana. Niech mi pan opowie coś o sobie.

Z każdą chwilą Kilmeny budziła w nim większy podziw. 

Jakże była urocza! Każdy jej ruch, sposób patrzenia, trzymania głowy - wszystko w niej 

background image

było takie naturalne, niewymuszone, a jednocześnie czarujące. 

I jak łatwo można się było z nią porozumieć, pomimo tego, że była niema. 

Pisała tak szybko i wprawnie, a oczy i uśmiech nadawały jej ruchliwej twarzy tyle wyrazu, 

że nie odczuwało się prawie wcale braku głosu. 

Siedzieli w sadzie, dopóki długie, słabe cienie drzew nie dosięgły ich stóp. Słońce tylko co 

zaszło. Dalekie wzgórza odcinały się purpurowo na tle bladoszafranowego nieba po zachodniej 

stronie oraz przejrzystego błękitu od wschodu. Z tej strony, nad sosnowym lasem, widniały chmury 

białe, spiętrzone wysoko na podobieństwo śnieżnych gór, a ich zachodnie brzegi gorzały różowym 

blaskiem, niby szczyty Alp o zachodzie słońca. W górze było jeszcze zupełnie jasno - jasnością 

niezmąconą, nieskażoną żadnym cieniem. Lecz na dole, w sadzie, światło dnia znikło już prawie, 

ustępując miejsca zielonemu półmrokowi, który był przepojony zapachem kwiatów jabłoni i mięty 

oraz balsamiczną wonią sosen. 

Eryk  opowiedział  Kilmeny  o  sobie  i  o życiu  w   wielkim,  nieznanym  jej   świecie,   który 

zaciekawiał ją żywo, jak każdą młodą dziewczynę.

Zadawała mu wiele pytań - pytań jasnych i wyraźnych, które zdradzały, że miała już o tym 

określone pojęcia i poglądy.

Lecz   widać   było   jasno,   że   nie   uważała   tego   życia   za   coś,   w   czym   mogłaby   brać 

kiedykolwiek   sama   udział.   Zainteresowanie   jej   było   zainteresowaniem   spokojnym,   z   jakim 

słuchałaby   opowieści   o   baśniowej   krainie   lub   o   wielkim   państwie,   które   znikło   dawno   z 

powierzchni ziemi. 

Eryk   przekonał   się,   że   czytała   wiele   poezji   oraz   książek   historycznych,   a   także   kilka 

podróżniczych i biografii. Powieści nie znała natomiast nawet ze słyszenia i nie wiedziała, co to 

słowo oznaczało. 

Co ciekawsze, miała sporo wiadomości z dziedziny polityki i bieżących wydarzeń, dzięki 

tygodnikowi, który prenumerował jej wuj.

- Za życia mamy - napisała - nie czytałam gazet ani wierszy. To ona nauczyła mnie czytać i 

pisać. Przeczytałam całą Biblię wiele razy i kilka książek historycznych. Po śmierci mamy, ciocia 

Jana dała mi wszystkie jej książki. Miała ich bardzo dużo. Były to przeważnie nagrody,  które 

dostała, kiedy chodziła do szkoły, a niektóre otrzymała od swego ojca. Czy pan zna historię moich 

rodziców? 

- Tak. Pani Williamson opowiedziała mi ją. Była ona przyjaciółką pani matki. 

- Jestem rada, że słyszał pan tę historię. Jest bardzo smutna i nie chciałabym jej opowiadać, 

a znając ją, lepiej pan wszystko zrozumie. Ja dowiedziałam się o tym przed samą śmiercią mamy. 

Opowiedziała mi wtedy wszystko. Zdaje mi się, że przypisywała ojcu winę za całe nieszczęście. 

background image

Ale przed śmiercią doszła do przekonania, że była niesprawiedliwa wobec niego, gdyż on wierzył 

w   śmierć   żony.   Powiedziała   mi,   że   umierając,   ludzie   widzą   wszystko   o   wiele   jaśniej,   więc 

zrozumiała swą omyłkę w stosunku do ojca. Chciała powiedzieć mi jeszcze wiele innych rzeczy, 

lecz nie zdążyła już, gdyż umarła tej samej nocy. Dopiero w długi czas potem, zdobyłam się na 

przeczytanie jej książek. I wówczas wydały mi się piękne. Była to jak gdyby muzyka, wyrażona 

słowami. 

- Przyniosę pani kilka książek do czytania, jeśli pani chce - rzekł Eryk. 

Jej wielkie, niebieskie oczy rozbłysły zaciekawieniem i radością. 

- O, dziękuję. Bardzo bym chciała. Przeczytałam swoje tyle razy, że umiem je prawie na 

pamięć. Rzeczy naprawdę piękne nie mogą się sprzykrzyć, ale czasem miałabym ochotę przeczytać 

coś nowego. 

- Czy nie czuje się pani nigdy samotna? 

- O nie! Skądże? Mam zawsze dosyć roboty. Pomagam cioci Janie przy gospodarstwie. 

Umiem   bardzo   wiele   rzeczy   -  kreśląc   szybko   te   słowa,   spojrzała   na   niego   z  dumą.   -   Umiem 

gotować i szyć. Ciocia mówi, że jestem bardzo dobrą gospodynią, a ona nie jest skora do pochwał. 

A kiedy jej nie pomagam, mam moje kochane skrzypce. Nie potrzebuję innego towarzystwa. Ale 

lubię czytać i wiedzieć o wielkim dalekim świecie, o tym, co się tam dzieje i o ludziach, którzy tam 

żyją. Musi tam być naprawdę cudownie.

- A czy nie chciałaby pani pojechać i zobaczyć te cuda na własne oczy i poznać owych 

ludzi? - zapytał z uśmiechem.

Zorientował się jednak, że dotknął ją, choć nie rozumiał czym. 

Schwyciła ołówek i napisała pośpiesznie i z taką stanowczością, że wydawało się prawie, 

jakby wykrzyknęła te słowa namiętnie na głos. 

- Nie, nie nie! Nie chcę wyjeżdżać z domu. Nie chcę widzieć obcych, ani żeby oni mnie 

widzieli. Nie zniosłabym tego. 

Eryk sądził, że należało może przypisać to świadomości kalectwa. Chociaż nie była pod 

tym względem, jak się wydawało, przewrażliwiona. 

I pisząc swe uwagi, czyniła niejednokrotnie wzmianki o nim. A więc przyczyną był może 

cień, ciążący nad jej urodzeniem? Czy w swej niewinności zdawałaby sobie jednak z tego sprawę? 

Młody   człowiek   doszedł   w   końcu   do   wniosku,   że   był   to   po   prostu   chorobliwy   lęk 

wrażliwego dziecka, wychowanego w niezwykłych i nieodpowiednich warunkach.

Wreszcie cienie, coraz dłuższe, ostrzegły go, że czas iść do domu.

- Nie zapomni pani przyjść jutro zagrać mi? - zapytał, wstając niechętnie.

Odpowiedziała   szybkim,   lekkim   skinieniem   lśniącej,   ciemnej   głowy   oraz   wymownym 

background image

uśmiechem.

Patrzył za nią, gdy szła przez sad. “Księżycowej urody i jak on lekko stąpając”, a potem 

drożyną, wysadzoną dzikimi czereśniami. Na zakręcie przy sosnach zatrzymała się i skinęła mu 

ręką.

W domu zastał Eryk Roberta, posilającego się w kuchni chlebem i mlekiem. Gdy młody 

nauczyciel wszedł gwiżdżąc, uśmiechnął się do niego przyjaźnie.

- Był pan na przechadzce, co? - zapytał.

- Tak - odpowiedział Eryk  i zupełnie bezwiednie  wyrzekł to zwykłe  słowo głosem tak 

radosnym, że wyczuł to nawet Robert. 

Pani Williamson, która krajała chleb na końcu stołu, odłożyła nóż i bochenek. Spojrzała na 

młodzieńca, a w oczach jej pojawił się wyraz lekkiego zaniepokojenia. 

Zastanawiała się, czy był w sadzie Connorsów - i czy spotkał znowu Kilmeny. 

- Nie natrafił pan chyba na kopalnię złota? - zażartował Robert. - Bo taką ma pan minę. 

background image

U bramy raju 

Gdy Eryk  przyszedł nazajutrz po południu do starego sadu Connorsów zastał Kilmeny, 

oczekującą   go   na   ławce   pod   krzewem   białego   bzu.   Skrzypce   spoczywały   na   jej   kolanach. 

Ujrzawszy go, ujęła je i poczęła grać delikatną, zwiewną melodię, w której brzmiał jak gdyby 

śmiech   kwiatów.   Skończywszy,   opuściła   smyczek   i   spojrzała   na   niego   pytającym   wzrokiem. 

Policzki miała zarumienione. 

- Co panu ta muzyka powiedziała? - napisała.

- Mniej więcej coś w tym rodzaju - odpowiedział Eryk i uśmiechnął się, dostosowując do jej 

wesołości. - Witaj mój przyjacielu. Piękny dziś dzień. Niebo jest błękitne, a kwiaty jabłoni pachną 

słodko. Wiatr i ja przebywaliśmy tu we dwoje; wiatr jest dobrym towarzyszem, a jednak rada 

jestem, żeś przyszedł. W taki dzień, jak ten, dobrze jest żyć i przechadzać się po pięknym, białym 

sadzie. Witaj, mój przyjacielu. 

Klasnęła w dłonie. Przypominała zadowolone dziecko. 

-   Bardzo   pan   pojętny   -   napisała.   -   Właśnie   to   chciałam   wyrazić.   Rozumie   się,   że   nie 

myślałam tymi samymi słowami, ale tak czułam. Czułam, iż cieszę się, że żyję. A kwiaty jabłoni, 

biały bez i drzewa radują się razem ze mną,  że pan przyszedł. Pan jest pojętniejszy niż Neil. 

Przeważnie nie może zrozumieć mojej muzyki,  a ja jego. Czasami budzi ona we mnie strach. 

Wydaje mi się, że jest w niej coś niemiłego, co usiłuje mną owładnąć, a od czego pragnę uciec. 

Myśl o tym, że ów urodziwy chłopak, niskiego pochodzenia, widywał Kilmeny codziennie, 

rozmawiał z nią, siedział razem przy stole, mieszkał pod jednym dachem i że takie współżycie 

wytwarzało między nimi poufałą zażyłość - myśl ta była mu niemiła. Nie chciał o tym myśleć i 

wyciągnął się na trawie u nóg dziewczyny.

- A teraz - rzekł - proszę mi grać. Będę leżał i słuchał pani gry.

“I patrzył na panią” - mógłby dodać. 

Nie potrafiłby powiedzieć, co było większą przyjemnością. 

Zachwycał się jej pięknością, cudowniejszą od najbardziej uroczej, widzianej na obrazach. 

Twarz jej była nieskazitelna w barwie i linii. A gra jej przenikała mu do duszy. To dziecko, 

mówił sobie, ma wielki talent.

Lecz talent ów marnował się zupełnie. 

I Eryk przyłapał się na tym, iż myślał z urazą o ludziach, będących jej opiekunami. 

Oni   ponosili   odpowiedzialność   za   jej   dziwne   życie.   Uczynili   dziewczynie   wielką, 

niepowetowaną krzywdę. Czyż mieli prawo skazywać ją na takie życie? Kto wie, czy nie można 

było wyleczyć jej, gdyby zajęto się tym w porę. Obecnie było prawdopodobnie za późno.

Przychodząc na świat, otrzymała od natury królewski dar urody i talentu, lecz samolubne i 

background image

niewybaczalne   ich   zaniedbanie   pozbawiło   go   wszelkiej   wartości.   Co   za   cudowną   melodię 

wyczarowywała ze starych skrzypiec - na przemian wesołą i smętną, radosną i smutną, melodię, 

jaką mogły śpiewać gwiazdy poranne, przy której mogły pląsać wróżki, igrające wśród zielonych 

wzgórz lub na żółtym piasku, melodię, która mogła żalić się nad grobem pogrzebanej nadziei. 

Następnie dźwięki popłynęły jeszcze łagodniejszym strumieniem. Słuchając ich, Eryk pojął, że cała 

dusza i istota dziewczyny ujawniały się w tej muzyce - piękno i czystość jej myśli, sny dzieciństwa 

i dziewczęce marzenia. Nie taiła niczego. Nie mogła też zapobiec ujawnieniu swych uczuć, gdyż 

czyniła to nieświadomie. Wreszcie odłożyła skrzypce i napisała: 

- Zagrałam, jak umiałam, aby zrobić panu przyjemność. Teraz kolej na pana. Czy pamięta 

pan, co mi pan wczoraj obiecał? Dotrzymał  pan? - Eryk podał jej dwie przyniesione książki - 

współczesną powieść i tomik wierszy, których nie znała. 

Co do pierwszej, wahał się trochę, lecz książka była tak piękna i wartościowa, iż sądził, że 

nie naruszy w najlżejszym stopniu jej niewinności.

Co   do   wierszy,   nie   miał   żadnych   wątpliwości.   Wypowiedział   się   w   nich   jeden   z   tych 

wielkich, natchnionych duchów, które przechodząc przez życie, czynią z miejsca swego urodzenia i 

pracy   prawdziwie   Błogosławioną   Krainę.   Przeczytał   jej   kilka   wierszy.   Potem   opowiadał   jej   o 

swych szkolnych latach i przyjaciołach. Chwile mijały bardzo szybko.

Cały   świat   przestał   dla   niego   istnieć   poza   tym   sadem   cienistym,   gdzie   opadały   płatki 

kwiatów i szumiał wiatr.

W pewnej chwili, gdy opisywał jej jakieś szkolne wyczyny, podczas niezliczonych waśni 

między   fuksami   a   starszymi   uczniami,   klasnęła   swoim   zwyczajem,   w   dłonie   i   roześmiała   się 

głośno. Był to śmiech jasny, dźwięczny, srebrzysty. Zadziwiło go, że mogła tak się śmiać, będąc 

niemą. Co pozbawiło ją głosu i czy nie dałoby się jej wyleczyć?

-   Kilmeny   -   odezwał   się   poważnie,   po   namyśle,   patrząc   na   nią,   gdy   tak   siedziała,   a 

czerwonawe   światło   słońca   rzucało   poprzez   gałęzie   bzu   jak   gdyby   garść   rubinów   na   jej 

nieosłoniętą, ciemną głowę - czy mogę zapytać panią o okoliczności pani kalectwa? Nie będzie 

pani przykro mówić o tym ze mną? 

Potrząsnęła głową przecząco. 

- O nie - napisała. - Rozumie się, iż żałuję, że jestem niema, ale przywykłam do myśli o tym 

i nie boli mnie ona wcale. 

- A więc, proszę mi powiedzieć... Czy pani wie, dlaczego pani nie może mówić, chociaż 

cieszy się pani pełnią zdrowia i zdolności umysłowych? 

- Nie mam pojęcia, dlaczego. Zapytałam raz mamę. Powiedziała mi, że to kara, zesłana na 

nią za ciężki grzech, jaki popełniła. A wyraz jej twarzy był taki dziwny, że przestraszyłam się i nie 

background image

mówiłam o tym więcej ani z nią, ani z kimkolwiek innym. 

- A czy żaden doktór nie badał pani strun głosowych i języka? 

- Nie. Pamiętam, że kiedy byłam bardzo mała, wuj Tomasz chciał pojechać ze mną do 

doktora,   do   Charlottentown,   aby   przekonać   się,   czy   nie   można   by   mnie   leczyć,   ale   mama 

sprzeciwiła się temu. Powiedziała, że nie zda się to na nic. I zdaje mi się, że i wuj tak myślał.

- Śmiech pani jest taki naturalny. Czy może pani wydać jeszcze jakiś inny głos? 

- Tak, czasem. Gdy jestem zadowolona, albo przestraszona, wydaję lekkie okrzyki. Ale 

tylko, kiedy o tym zupełnie nie myślę. Jeżeli staram się wydać głos, to nie mogę tego uczynić.

Wydało się to Erykowi jeszcze bardziej niezwykłe.

- A próbuje pani czasem mówić, wypowiadać słowa? - nalegał.

- O tak. Bardzo często. Wypowiadam słowa w myśli tak, jak je słyszę wymawiane przez 

innych, ale nie mogę wyrzec ich głośno. Proszę nie patrzeć na mnie tak smutnie. Jestem zupełnie 

szczęśliwa i nie odczuwam tak bardzo tego, że nie mówię - może tylko wtedy, gdy nie mogę 

nadążyć ze spisywaniem moich myśli. Niektóre ulatują mi w tym czasie. 

Muszę panu jeszcze zagrać, żeby pana rozweselić. 

Roześmiała się ponownie, ujęła skrzypce i jakby przekomarzając się z nim, zagrała krótką i 

figlarną melodię.

Patrzyła na Eryka ponad skrzypcami świetlistymi oczyma, wyzywając go do wesołości. 

Młody człowiek uśmiechnął się. Lecz wyraz zamyślenia powracał na jego twarz jeszcze 

kilkakrotnie w ciągu tego dnia. 

Szedł do domu, pogrążony w myślach. Wypadek Kilmeny był stanowczo niezwykły. Im 

dłużej nad nim rozmyślał, tym bardziej wydawał mu się zagadkowy. 

“Przecież to doprawdy szczególne, że może wydawać głos tylko wtedy, gdy o tym nie myśli 

- zastanawiał się. - Chciałbym, aby Dawid mógł ją zbadać. Ale przypuszczam, że to wykluczone. 

Ci jej srodzy opiekunowie nie zgodzą się nigdy na coś podobnego”.

background image

_ kobiecości 

Przez następne trzy tygodnie Eryk Marshall miał wrażenie, iż żyje życiem podwójnym, tak 

odmiennym jedno od drugiego, jak gdyby posiadał dwie różne osobowości. 

W   jednym   był   sumiennym,   gorliwym   nauczycielem   w   lindsayskiej   szkole   powiatowej; 

rozprawiał o teologii z Robertem Williamsonem; bywał u rodziców swych uczniów i w uroczystym 

stroju spożywał z nimi kolację, chodził czasem na wiejskie tańce i nic o tym nie wiedząc, siał 

spustoszenie w sercach lindsayskich dziewcząt. Lecz to życie było jakby snem tylko.

Żył naprawdę jedynie w tym drugim, które spędzał w sadzie, zarosłym trawą, gdzie chwile 

ociągały się niejako, rozmiłowane w tym zakątku, a czerwcowe wiatry igrały swobodnie wśród 

jodeł. Tutaj spotykał się codziennie z Kilmeny. 

W tym starym sadzie upływały im wspólnie godziny cichego szczęścia. 

Razem przemierzali krainę dawnego romantyzmu. Czytali razem książki i rozmawiali o 

wielu rzeczach. A kiedy im się to sprzykrzyło, Kilmeny brała do ręki skrzypce i sad rozbrzmiewał 

jej czarownymi, fantastycznymi melodiami. 

Przy każdym spotkaniu przenikało go uczucie radosnej niespodzianki, gdy uprzytamniał 

sobie   jej   piękność.   Z   dala   od   niej,   wydawało   mu   się   niemożliwe,   aby   była   tak   piękna,   jaką 

pozostała mu w pamięci. Lecz ujrzawszy ją znów, stwierdzał, że jest jeszcze piękniejsza. Nauczył 

się odnajdywać w jej oczach wyraz nietajonej radości, który zapalał się w nich na dźwięk jego 

kroków. 

Przychodziła prawie zawsze pierwsza i widać było, że cieszy się, iż przyszedł. Okazywała 

szczere rozradowanie dziecka, które wita miłego towarzysza zabaw. 

Za każdym razem była w innym usposobieniu. 

Raz poważna, to znów wesoła, pełna godności, lub zamyślona. 

Ale zawsze czarująca. Stary ród Gordonów mógł sobie być dziwaczny i osobliwy, lecz miał 

chociaż tę jedną latorośl, w której wszystko było wdziękiem i harmonią. Serce i umysł, które nie 

zetknęły się z brudem świata, były równie piękne jak jej twarz. 

Niema i wychowana z dala od ludzi, odgrodzona od życia tym podwójnym osamotnieniem, 

nie poznała jego brzydkich stron. Była bystra i zdolna. Często też uwagi jej tryskały dowcipem i 

humorem. 

Potrafiła być kapryśna - a nawet czarująco przekorna. Niewinna złośliwość przebłyskiwała 

czasem w niezbadanej głębi jej niebieskich oczu. Ironia nie była jej również obca. Wobec mało 

znaczącego   przejawu   młodzieńczej   zarozumiałości   czy   męskiej   wyższości,   umiała   przyciąć 

Erykowi   uszczypliwym   zdaniem,   skreślonym   jej   ładnym   pismem.   Przyswajała   sobie   szybko, 

skwapliwie   i   gruntownie   myśli   zawarte   w   czytanych   wspólnie   książkach,   wybierając   zawsze 

background image

najpiękniejsze i najprawdziwsze, a odrzucając błędne, kłamliwe i bez znaczenia  z niezawodną 

intuicją, która budziła podziw Eryka. Władała jakby włócznią Ithuriela, który badał nią wszystko, 

oddzielając śmiecie od złota. Z zachowania i wyglądu była jeszcze dzieckiem, lecz raz po raz 

przejawiała się w niej prawdziwa kobieta. Przelotny wyraz twarzy, znaczący uśmieszek zawierały 

całą kobiecą wiedzę i odwieczną mądrość.

Eryka zachwycał sposób w jaki się uśmiechała. Uśmiech rodził się zawsze gdzieś w głębi 

jej oczu i zalewał jej twarz, niby skrzący się potok co wypływa z mroku na światło słońca. Młody 

człowiek dowiedział się o niej wszystkiego. Opowiedziała mu swe skromne dzieje z całą swobodą. 

Wspominała często wuja i ciotkę, do których była wyraźnie bardzo przywiązana. O matce pisała 

rzadko. Eryk pojął

 nie tyle z tego, co pisała, ile z tego, co przemilczała, że Kilmeny kochała wprawdzie matkę, 

lecz bała się jej trochę. Nie istniała pomiędzy nimi swobodna, piękna zażyłość, łącząca matkę i 

dziecko. O Neilu pisała z początku często. Lubiła go widocznie.

Później przestała wspominać o nim. 

Z cudowną bystrością dostrzegała i rozumiała każdą przelotną zmianę wyrazu w twarzy, 

czy głosie Eryka, zauważyła więc może to, z czego Eryk nie zdawał sobie sam sprawy - że przy 

wzmiankach o Neilu, wzrok jego stawał się chmurny i posępny. 

Raz zapytała go naiwnie: 

- Czy tam w świecie jest wielu ludzi takich, jak pan? 

- Ależ, tysiące - roześmiał się Eryk.

Spojrzała na niego poważnie, po czym zaprzeczyła szybkim, stanowczym ruchem głowy. 

- Wątpię w to - napisała. - Niewiele wiem o świecie, ale sądzę, że nie ma tam dużo takich 

ludzi, jak pan. 

Pewnego popołudnia, gdy dalekie wzgórza przywdziały purpurową szatę, a złocista mgła 

wypełniała   przerwy   pomiędzy   nimi,   Eryk   przyniósł   do   sadu   cienką,   zniszczoną   książkę, 

zawierającą historię miłosną.

Po raz pierwszy czytał Kilmeny tego rodzaju utwór, gdyż w pierwszej powieści, jaką jej 

przyniósł, temat miłości był poruszony tylko z lekka, stanowiąc sprawę drugorzędną. A to był 

piękny romans, ślicznie napisany. 

Czytał go Kilmeny leżąc w trawie u jej nóg. Słuchała obejmując kolana rękami, a oczy 

miała spuszczone. 

Opowiadanie było niedługie i kiedy je skończył, zamknął książkę i spojrzał pytająco na swą 

towarzyszkę.

- Czy podoba się pani?

background image

Sięgnęła powoli po tabliczkę i napisała.

- Owszem, podoba mi się. Ale było mi także przykro. Nie wiedziałam, że człowiekowi 

może się podobać coś, co sprawia mu przykrość. Nie wiem dlaczego było mi przykro. Wydało mi 

się, że utraciłam coś, czego nigdy nie posiadałam. Niemądre uczucie, prawda? Ale wie pan, nie 

zrozumiałam dobrze tej książki. Mowa w niej o miłości, a ja nie wiem nic o miłości. 

Mama powiedziała mi kiedyś, że miłość jest przekleństwem i powinnam modlić się, abym 

jej nie zaznała w swym życiu. I wyrzekła to z taką powagą, że uwierzyłam jej. A pańska książka 

uczy, że miłość jest błogosławieństwem. Najcudowniejszą i najwspanialszą rzeczą w życiu. Komu 

więc mam wierzyć?

-   Miłość   -   miłość   prawdziwa   -   nie   jest   nigdy   przekleństwem,   Kilmeny   -   rzekł   Eryk 

poważnie. - Istnieje też miłość fałszywa, będąca przekleństwem. Może twoja matka sądziła, iż 

poznała właśnie takie uczucie i że ono zniszczyło jej życie. I tak popełniła omyłkę. Nie ma na 

świecie - ani też w niebie - jak sądzę - nic tak prawdziwie pięknego, cudownego i błogosławionego 

jak miłość.

- A czy pan kochał kiedy - zapytała Kilmeny.

Porozumiewając się przy pomocy pisma, nie mogła bawić się w omówienia, lecz wyrażała 

się wprost, co było niekiedy kłopotliwe. 

Pytanie to zadała z całą prostotą, bez żadnego zakłopotania. Nie znała żadnego powodu, dla 

którego   nie   miałaby   rozmawiać   z   Erykiem   o   miłości   tak,   jak   o   innych   sprawach,   o   muzyce, 

książkach, podróżach. 

- Nie - odpowiedział Eryk - szczerze, jak mniemał. - Lecz każdy z nas ma jakiś ideał i 

spodziewa się spotkać go kiedyś. 

“Ideał kobiecy z młodzieńczych marzeń”. 

Sądzę, że i ja mam swój w jakimś tajemnym, niedostępnym zakątku mego serca.

- Pański ideał kobiecy będzie pewno piękny, jak bohaterka tej książki? 

- O tak. Kobieta brzydka nie mogłaby mi się podobać - rzekł Eryk, śmiejąc się i usiadł. - 

Nasze ideały są zawsze piękne, bez względu na to, jakimi okażą się w rzeczywistości. Ale słońce 

już   zachodzi.   Czas   mknie   po   prostu   w   tym   czarodziejskim   sadzie.   Przypuszczam,   że   pani 

zaczarowuje mijające chwile. Pani imienniczka z ballady była dziewczęciem niezwykłym, o ile 

dobrze pamiętam. Siedem lat, spędzonych w krainie duszków, było dla niej tym, czym pół godziny 

na powierzchni ziemi dla zwykłych  ludzi. Pewnego dnia obudzę się, przekonany,  że byłem tu 

godzinę i spostrzegę, że jestem starym człowiekiem o siwych włosach, w zniszczonym ubraniu, 

podobnie jak w baśni, którą czytaliśmy onegdaj. Czy pozwoli pani ofiarować sobie tę książkę, nie 

mógłbym już nigdy czytać jej w innym miejscu niż tu. Byłoby to profanacją. Książka ta jest stara, 

background image

Kilmeny. Nowa, pachnąca sklepem, nie nadawałaby się dla pani, choć byłaby najpiękniejsza. Była 

własnością mojej matki, która czytała ją i lubiła. O widzi pani - oto są jeszcze zasuszone płatki róż, 

które do niej włożyła. Napiszę tu pani imię - to śliczne, wdzięczne imię, jakby stworzone dla pani - 

“Kilmeny z Sadu” i datę pięknego, czerwcowego dnia, w którym przeczytaliśmy ją razem. A kiedy 

pani na nią spojrzy, przypomni pani sobie mnie i biały pąk, rozchylający się na krzaku obok pani 

oraz szelest wiatru w wierzchołkach jodeł. 

Podał jej książkę, ale ku jego zdziwieniu, potrząsnęła głową i zarumieniła się.

- Nie chce pani przyjąć tej książki? Dlaczego? 

Sięgnęła po ołówek. Tym razem nie pisała szybko jak zwykle, lecz zupełnie powoli. 

- Proszę nie gniewać się na mnie. Nie potrzebuję niczego, aby pamiętać o panu, bo nigdy 

pana nie zapomnę. Ale wolałabym nie przyjąć tej książki. Nie chcę czytać jej po raz drugi. Jest o 

miłości, a po cóż mam wiedzieć o miłości, nawet jeśli jest taka, jak pan mówi. Nikt mnie nie 

pokocha. Jestem zbyt brzydka. 

-   Pani!   Brzydka!   -   wykrzyknął   Eryk   i   byłby   wybuchnął   śmiechem   na   tę   myśl,   lecz 

spojrzawszy na jej odwróconą twarz, spoważniał.

Malował się na niej wyraz bolesnej goryczy taki, jaki widział już przedtem, gdy zapytał ją, 

czy nie chciałaby zobaczyć świata na własne oczy. 

- Kilmeny - rzekł ze zdziwieniem - przecież pani nie uważa się chyba naprawdę za brzydką? 

Skinęła głową, nie patrząc na niego, po czym napisała: 

- Och, wiem, że jestem brzydka. Wiem o tym od dawna. Mama mówiła mi, że jestem 

bardzo   brzydka   i   że   nikt   nie   zechce   na   mnie   patrzeć.   To   bardzo   przykre.   Świadomość   mojej 

brzydoty boli mnie bardziej niż to, że jestem niema. Uważa pan pewno, że to bardzo niemądrze z 

mej   strony,   ale   tak   jest.   I   dlatego   nie   wracałam   przez   tyle   dni   do   sadu,   nawet   kiedy 

przezwyciężyłam   już   swój   strach.   Nie   mogłam   znieść   myśli,   że   pan   będzie   uważał   mnie   za 

brzydką.  Dlatego  też nie chcę nigdzie  bywać,  ani widywać  ludzi.  Patrzyliby  na mnie  tak, jak 

patrzył  kiedyś  handlarz jaj, gdy z ciocią Janą podeszłam do jego wozu na wiosnę, po śmierci 

mamy. Tak się we mnie wpatrywał! Wiedziałam, że to dlatego, iż wydawałam mu się tak brzydką i 

odtąd chowałam się zawsze, ile razy przyjeżdżał.

Usta Eryka zadrgały. 

Pomimo współczucia dla istotnego cierpienia, widniejącego w jej oczach, nie mógł oprzeć 

się uczuciu rozbawienia, tak niesłychana była myśl, że ta piękna dziewczyna uważała się zupełnie 

poważnie za brzydką.

- Ależ, Kilmeny, czy widząc się w lustrze, uważa się pani za brzydką? 

- Nie przeglądałam się nigdy w lustrze - napisała. - Nie widziałam nawet, że taka rzecz 

background image

istnieje. Dopiero po śmierci mamy, przeczytałam o tym w książce. Wtedy zapytałam ciocię Janę, a 

ona powiedziała, że mama stłukła wszystkie lustra w domu, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. 

Ale widziałam moją twarz odbitą w łyżkach i okrągłej, srebrnej cukiernicy cioci. I jest brzydka - 

bardzo brzydka. 

Eryk ukrył twarz w trawie. 

Nie był w stanie powstrzymać się od śmiechu, ale nie chciał za nic, aby Kilmeny dostrzegła, 

że się śmieje. 

Owładnęła   nim  jakaś   przekorna  zachcianka  i  nie  pośpieszył  wyjaśnić  jej   prawdy,  choć 

takim był pierwszy jego odróch. 

Zamiast tego rzekł powoli, skoro odważył się wreszcie spojrzeć na nią. 

- Nie uważam, by pani była brzydka, Kilmeny. 

- Kiedy ja jestem tego pewna - zaprzeczyła. - Nawet Neil tak uważa. Mówi, że jestem dobra 

i   miła,   ale   gdy   go   zapytałam,   czy   wydaję   mu   się   bardzo   brzydką,   odwrócił   głowę   i   nie 

odpowiedział nic, więc wiem jakiego jest zdania. Ale nie mówmy o tym więcej. Bo odczuwam 

wtedy żal i nie mogę się już niczym cieszyć. 

Zagram panu coś na pożegnanie  i proszę się nie obrazić,  że nie chcę przyjąć  pańskiej 

książki. Czułabym się nieszczęśliwa, czytając ją.

- Nie obrażę się - odpowiedział Eryk - i myślę, że przyjmie ją pani kiedyś - gdy pokażę pani 

coś, co chciałbym, aby pani zobaczyła. I niech się pani nie przejmuje swoim wyglądem. Piękność 

nie jest wszystkim.

- Lecz znaczy wiele - napisała naiwnie. - Ale pan lubi mnie, chociaż jestem taka brzydka, 

prawda? Lubi mnie pan, dlatego, że ładnie gram? 

- Lubię panią bardzo, Kilmeny - rzekł Eryk i zaśmiał się.

Lecz w głosie jego zadźwięczała bezwiedna tkliwość. Kilmeny wyczuła to i sięgnęła po 

skrzypce, uśmiechając się z zadowoleniem. 

Grała też, gdy odchodził i przez całą drogę mrocznym, pachnącym żywicą, jodłowym lasem 

dźwięki jej muzyki towarzyszyły mu, niby jakiś niewidzialny, opiekuńczy duch. 

- Piękna Kilmeny! - szeptał - i Boże drogi, to dziecko sądzi, że jest brzydkie. Ona, mająca 

twarz   bardziej   uroczą   od   jakiejkolwiek   twarzy,   wyśnionej   przez   artystę.   Osiemnastoletnia 

dziewczyna,   która   nie   spojrzała   nigdy   w   lustro!   Ciekaw   jestem,   czy   istnieje   taka   druga   w 

którymkolwiek z cywilizowanych krajów świata! Kto wie, czy Małgorzata Gordon była całkiem 

przy zdrowych zmysłach? dziwne, że Neil nie powiedział Kilmeny prawdy. Może nie chce, by ją 

poznała. 

Eryk spotkał Neila kilka dni wcześniej na wiejskiej zabawie, gdzie chłopak przygrywał do 

background image

tańca na skrzypcach.

Z ciekawości zawarł z nim znajomość. Z początku Neil był rozmowny i uprzejmy. Lecz gdy 

tylko Eryk napomknął zręcznie o Gordonach, wyraz jego twarzy i zachowanie uległy zmianie. 

Stał   się   czujny,   podejrzliwy,   prawie   wrogi,   a   spojrzenie   wielkich,   czarnych   oczu 

sposępniało. Pociągnął smyczkiem po strunach tak, jakby chciał zakończyć rozmowę, dobywając z 

nich niemiły dźwięk. Jasne było, że od Neila nie będzie się można niczego dowiedzieć o Kilmeny i 

jej srogich opiekunach.

background image

Zmącenie wód 

Pewnego wieczora pod koniec czerwca pani Williamson siedziała w kuchni przy oknie. 

Robota   na   drutach   leżała   nie   tknięta   na   jej   kolanach.   Nie   zwracała   też   uwagi   na 

Tymoteusza, chociaż zwinął się pieszczotliw_ie u jej nóg na dywaniku i mruczał głośno. 

Wsparła głowę na dłoni i patrzyła przez okno ku dalekiej przystani.

“Muszę z nim pomówić - rozmyślała - choć przykra to dla mnie rzecz. Nie lubię wtrącać się 

do cudzych spraw. Moja matka mawiała zawsze, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu wypadkach 

na sto, nie wynika z tego nic dobrego. Ale uważam to za swój obowiązek. Byłam przyjaciółką 

Małgorzaty i powinnam chronić jej córkę w miarę mych możliwości. Jeżeli pan Marshall pójdzie 

tam znowu, aby się z nią zobaczyć, powiem mu, co o tym myślę.” 

Na górze Eryk  gwizdał, chodząc po swym pokoju. Po chwili zszedł. Myślał o sadzie i 

dziewczynie, która będzie tam na niego czekała.

Mijając niewielkie frontowe drzwi, usłyszał, że pani Williamson woła go.

- Panie Eryku, proszę wejść do mnie na chwilę. 

Eryk wszedł do kuchni. 

Pani   Williamson   spojrzała   na   niego   prosząco.   Na   jej   zwiędłych   policzkach   ukazał   się 

rumieniec, a głos jej drżał.

- Panie Eryku, chciałabym pana o coś zapytać. Może będzie pan uważał, że wtrącam się do 

nie swoich spraw. Ale nie pytam, aby się wtrącać. O nie! Tylko uważam to za swój obowiązek. 

Rozważałam tę sprawę długo i wydaje mi się, że powinnam pomówić z panem. Czy wybiera się 

pan znowu do sadu Connorsów, aby spotkać się z Kilmeny? 

Przez chwilę rumieniec gniewu płonął na twarzy Eryka. Nie tyle słowa, ile ton, jakim pani 

Williamson je powiedziała, zaskoczył go i wywołał jego niezadowolenie. 

- Tak - rzekł chłodno. - I cóż z tego? 

-   W   takim   razie   -   oświadczyła   pani   Williamson   bardziej   stanowczo   -   muszę   panu 

powiedzieć,   że   nie   postępuje   pan   dobrze.   Podejrzewałam   przez   cały   czas,   że   pan   tam   chodzi 

codziennie, ale nie wspominałam o tym ani słowem, nikomu. Nawet mojemu mężowi. Proszę mi 

jednak powiedzieć, czy wuj i ciotka Kilmeny wiedzą, że spotykacie się w sadzie? 

- No tego - ja - ja - nie wiem - rzekł Eryk trochę zmieszany. - Ale pani Williamson, nie 

podejrzewa mnie pani chyba o żadne złe, czy krzywdzące zamiary wobec Kilmeny? 

- Broń Boże. Pomyślałabym tak o niejednym mężczyźnie, ale nigdy o panu. Nie przyszłoby 

mi nawet na myśl, by pan mógł wyrządzić rozmyślnie krzywdę jej, czy też jakiejkolwiek innej 

kobiecie. A jednak może pan ją skrzywdzić. Niech pan się tylko zastanowi. Bo jestem pewna, że 

nie pomyślał pan o tym. Kilmeny nie zna świata ani mężczyzn i gotowa myśleć za wiele o panu. A 

background image

to mogłoby ją unieszczęśliwić, bo nie ożeni się pan przecież z dziewczyną, która jest niema. Nie 

powinien więc pan widywać się z nią tak często i to w ten sposób. Niech pan przestanie chodzić do 

sadu.

Młody człowiek wyszedł bez słowa z kuchni i udał się na górę do swego pokoju.

Pani Williamson podjęła z westchnieniem swą robotę.

- No, Tymoteuszu, jestem zadowolona, że się już rozmówiłam - rzekła. - Przypuszczam, że 

to,   co   powiedziałam,   wystarczy.   Pan   Marshall   jest   młodzieńcem   szlachetnym,   tylko   trochę 

nierozważnym. Teraz, kiedy otworzyłam mu oczy, jestem pewna, że postąpi, jak powinien. Nie 

chcę, by córka Małgorzaty była nieszczęśliwa. 

W kuchennych drzwiach pojawił się Robert i przysiadł na schodkach, by wypalić spokojnie 

wieczorną fajkę. 

Wypuszczając kłęby dymu, opowiadał żonie o starszym Tracy, o kawalerze Marii Alicji 

Martini,  o  nagrodzie,  jaką  Jake  Crosby  wyznaczył   za  jaja,  o  ilości   siana  zebranego  z  łąki  na 

wzgórzu, o cielęciu starej Molly, z którym miała kłopot i o zaletach kur z rasy Brahma i Plymouth 

Rock. 

Pani Williamson nie słuchała go prawie i wtrącała niekiedy jakieś słowo na chybił trafił. 

- Co się stało naszemu nauczycielowi, matko? - zapytał wreszcie Robert. - Słyszę, że chodzi 

tam i z powrotem po swoim pokoju, jakby był uwięziony. Nie zamknęłaś go chyba przez pomyłkę? 

- Może martwi się zachowaniem Seth~a Tracy w szkole?

Pani   Williamson   wyraziła   to   przypuszczenie,   gdyż   wolała,   aby   jej   gadatliwy   mąż   nie 

domyślał się prawdy o Eryku i Kilmeny. 

- Głupstwo. Nie ma się czym przejmować. Seth da spokój, jak się tylko przekona, że nie 

poradzi nauczycielowi. A dobry z niego nauczyciel - jak rzadko. Lepszy nawet od pana Westa, a to 

nie byle co. Opiekunowie szkolni spodziewają się, że pozostanie na dalsze półrocze. Chcą go o to 

zapytać jutro, na szkolnym zebraniu i podwyższyć mu płacę.

Na górze  zaś, w  małym  pokoju na poddaszu,  Eryk  Marshall  znajdował się  we władzy 

przemożnego  i najsilniejszego  wzruszenia,  jakiego  doznał  w życiu.  Przemierzał  pokój tam i  z 

powrotem, zaciskając usta i ręce. 

Wreszcie padł wyczerpany na krzesło, przy oknie, walcząc z naporem uczuć. 

Słowa   pani   Williamson   zerwały   zwodniczą   zasłonę.   Stanął   twarzą   w   twarz   wobec 

świadomości, że kocha Kilmeny Gordon miłością, która pojawia się tylko raz i nie mija. Dziwił się, 

iż mógł być tak długo ślepy. Zrozumiał, że pokochał ją od pierwszego razu, gdy ujrzał ją tam w 

starym sadzie, w majowe popołudnie. I wiedział, iż musi wybrać jedno z dwojga, albo przestać 

bywać w sadzie, albo pójść tam jako starający się i oświadczyć się o rękę Kilmeny? Światowa 

background image

przezorność, będąca dziedzictwem po licznych pokoleniach rozważnych przodków o trzeźwych 

umysłach, silna była w Eryku i nie poddał się on łatwo ani też prędko nakazom swej miłości. 

Przez całą noc staczał walkę z nowymi uczuciami. Groziły one zagłuszeniem “zdrowego 

rozsądku”, którego Dawid nakazywał mu nie wyzbywać się, gdy będzie starał się o żonę. 

Czyż   małżeństwo   z   Kilmeny   Gordon   nie   byłoby   czynem   nierozsądnym   pod   każdym 

względem? 

Z kolei wezbrało w nim i opanowało go coś silniejszego, większego i bardziej żywotnego, 

niż mądrość lub nierozwaga. 

Kilmeny, piękna, niema Kilmeny, była jak pomyślał raz mimo woli, tą “jedyną” dla niego 

dziewczyną.

Nic ich nie rozłączy. Nie mógł znieść nawet myśli o tym, że miałby nie zobaczyć jej więcej. 

I śmiał się sam z siebie, iż brał w ogóle pod uwagę podobną możliwość. 

“O ile pozyskam miłość Kilmeny, poproszę o jej rękę” - postanowił, patrząc przez okno w 

stronę ciemnego wzgórza na południowym zachodzie, za którym znajdował się sad. 

Na niebie jaśniały jeszcze gwiazdy, lecz odblask świtu, pojawiającego się na wschodzie, 

srebrzył już wodę w zatoce. 

- Kalectwo jej uczyni mi ją tylko droższą. Nie mogę pojąć, że miesiąc temu nie znałem jej 

wcale. Wydaje mi się, że była zawsze częścią mego życia. Ciekaw jestem, czy moja nieobecność 

zasmuciła ją - o ile czekała na mnie. Czy żywi dla mnie jakieś głębsze uczucie? Jeśli tak, to nie 

zdaje sobie jeszcze z tego sprawy i moim wdzięcznym zadaniem będzie nauczyć ją, czym jest 

miłość, a żaden mężczyzna nie miał uczennicy bardziej uroczej i niewinnej. 

Na dorocznym szkolnym zebraniu opiekunowie poprosili Eryka, aby pozostał w Lindsay 

jako nauczyciel do końca roku. Zgodził się bez wahania.

Tegoż wieczora wstąpił do pani Williamson, gdy zmywała w kuchni naczynia.

- Idę do sadu Connorsów, pani Williamson, zobaczyć się z Kilmeny. 

Spojrzała na niego z wyrzutem.

- Cóż, proszę pana, nie mam nic więcej do powiedzenia. I sądzę, że gdybym nawet miała, 

nie zdałoby się to na nic. Wie pan jednak, co o tym myślę.

- Mam zamiar ożenić się z Kilmeny, o ile zdołam pozyskać jej uczucie. 

Wyraz zdumienia pojawił się na twarzy poczciwej kobiety. Patrzyła chwilę badawczo w 

spokojne,   szare   oczy   Eryka   i   na   stanowczy   wyraz   jego   ust.   Po   czym   odezwała   się   głosem 

niepewnym: 

- Czy uważa pan, że to mądrze? Kilmeny jest, zdaje się, ładna. Wiem o tym od handlarza 

jaj. I nie wątpię, że to dobra, miła dziewczyna. Ale nie nadaje się na żonę dla pana - przecież jest 

background image

niema. 

- Nie stanowi to dla mnie żadnej różnicy. 

- A co powie pańska rodzina? 

- Mam tylko ojca. Skoro zobaczy Kilmeny, zrozumie. Ona jest dla mnie wszystkim.

-   A   więc   nie   ma   o   czym   mówić,   dopóki   pan   jest   tego   zdania   -   odpowiedziała   pani 

Williamson spokojnie. - Na pana miejscu miałabym pewne obawy. Ale wy młodzi, nie myślicie 

nigdy o tych rzeczach. 

- Moją jedyną obawą jest, że nie pokocha mnie - rzekł Eryk poważnie. 

Pani Williamson obrzuciła przystojnego, barczystego młodzieńca bacznym spojrzeniem.

-   Wątpię,   by   znalazło   się   wiele   kobiet,   które   powiedziałyby   panu   “nie”.   Życzę   panu 

powodzenia   w   pańskich   zamiarach,   chociaż   nie   mogę   oprzeć   się   myśli,   że   postępuje   pan 

nierozważnie. Mam nadzieję, że nie będzie pan miał przykrości z Tomaszem i Janą. Nie wiadomo 

nigdy jak oni postąpią, tak się różnią od innych ludzi. Ale niech pan usłucha mojej rady i pójdzie 

do nich od razu. Niech się pan nie spotyka z Kilmeny bez ich wiedzy. 

- Rozumie się, że zrobię tak, jak mi pani radzi - rzekł Eryk poważnie. - Byłbym to uczynił 

wcześniej. Nie pomyślałem o tym po prostu. Może już wiedzą... Kilmeny mogła im powiedzieć. 

Pani Williamson potrząsnęła stanowczo głową: 

- Nie, proszę pana. Nie uczyniła tego. Gdyby o tym wiedzieli, nie pozwoliliby jej nigdy 

spotykać się z panem w sadzie. Znam ich zbyt dobrze, abym mogła przypuścić coś podobnego choć 

przez  chwilę.  Niech pan pójdzie do nich i powie im to, co pan mnie  powiedział.  Tak będzie 

najlepiej. I strzeż się pan Neila. Gotów spłatać panu brzydkiego figla, jeżeli tylko będzie mógł - 

jestem tego pewna. Nie można ufać tym obcokrajowcom - a on jest tak samo obcy, jak jego rodzice 

- chociaż chowano go nie inaczej, niż nasze dzieci. Wyczuwam zawsze tę jego obcość, kiedy widzę 

go, śpiewającego w kościele. 

- Nie obawiam się Neila - rzekł Eryk lekceważąco. - Nic dziwnego, że kocha Kilmeny, któż 

mógłby jej nie kochać. 

- Przypuszczam, że każdy młody człowiek, który jest taki, jakim młody człowiek powinien 

być, powie to samo o swojej wybranej - zauważyła pani Williamson z lekkim westchnieniem.

I gdy Eryk wyszedł, patrzyła za nim z niepokojem, dopóki nie znikł jej z oczu. 

“Miejmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze - rozmyślała. - I że on nie popełnia 

wielkiego błędu, a jednak - obawiam się czegoś. Kilmeny musi być bardzo ładna, skoro go tak 

oczarowała. No cóż, niewiele to pomoże, że będę się tym martwiła. Wolałabym jednak, aby nie był 

nigdy trafił do tego sadu i nie spotkał Kilmeny.” 

background image

Zakochany 

Kilmeny była w sadzie, gdy Eryk nadszedł. Przystanął na chwilę w cieniu jodłowego lasu, 

aby pomarzyć, patrząc na jej piękność. 

Sad   zalała   ostatnio   powódź   kwitnącego   kminku   i   Kilmeny   stała   wśród   tego   morza 

koronkowego kwiecia, falującego wokół niej na wietrze. 

Miała na sobie skromną niebieską sukienkę, tę samą, w której zobaczył ją po raz pierwszy. 

Jedwabny strój nie mógłby uwydatnić lepiej jej urody. Uwiła sobie wianuszek z na wpół 

rozchylonych białych pąków róż i włożyła go na swe ciemne włosy, gdzie delikatne kwiaty nikły 

przy pięknie jej twarzy. 

Skoro   Eryk   przedostał   się   do   sadu   przez   dziurę   w   płocie,   pobiegła   mu   na   spotkanie, 

uśmiechnięta, wyciągając ku niemu ręce. 

Ująwszy dłonie Kilmeny, spojrzał jej w oczy tak, że po raz pierwszy nie wytrzymała jego 

wzroku. Spuściła oczy, a gorący rumieniec zabarwił biel jej policzków i szyi. 

Serce Eryka zabiło żywiej, gdyż rumieniec ten był pierwszym zwiastunem rodzącego się 

uczucia. 

- Cieszy się pani, że przyszedłem? - zapytał cichym, znaczącym głosem.

Skinęła głową i napisała z pewnym zakłopotaniem. 

- Tak. Dlaczego pan pyta? Przecież pan wie, że cieszę się zawsze, gdy pan przychodzi. 

Obawiałam się, że pan nie przyjdzie. Nie przyszedł pan wczoraj i było mi bardzo smutno. A w 

sadzie nie było już wcale miło. Nie mogłam nawet grać. Próbowałam, ale skrzypce łkały tylko. 

Czekałam dopóki się nie ściemniło, a potem poszłam do domu.

- Żałuję bardzo, że sprawiłem pani zawód. Nie mogłem przyjść wczoraj. Kiedyś powiem 

pani dlaczego. Zostałem w domu, aby nauczyć się czegoś nowego. Przykro mi, że odczuła pani 

moją nieobecność - a raczej cieszy mnie to. Czy rozumie pani, jak ktoś może doznawać przykrości 

i radości z tego samego powodu? 

Skinęła ponownie głową. 

Odzyskała swą zwykłą swobodę.

- Dawniej nie zrozumiałabym tego, ale teraz rozumiem. Czy nauczył się pan już? 

- O tak i to dokładnie.  A  skoro zrozumiałem  wszystko  dobrze, przekonałem się, że to 

cudowna rzecz. Muszę nauczyć tego kiedyś i panią. Usiądźmy na ławce, Kilmeny. Chcę pani coś 

powiedzieć. Ale najpierw, czy dostanę od pani różę? 

Kilmeny   podbiegła   do   krzewu   i   po   starannym   namyśle,   wybrała   prześliczny,   na   wpół 

rozkwitły pąk i zerwała go dla Eryka. Pąk był biały, lekko zaróżowiony. 

- Dziękuję pani. Jest tak piękny jak - jak pewna moja znajoma. 

background image

Na twarzy Kilmeny pojawił się przy tych słowach wyraz zamyślenia. Skierowała się ku 

ławce, idąc przez sad ze zwieszoną głową.

- Kilmeny - odezwał się Eryk poważnie - chcę poprosić panią o coś. Pójdziemy do pani 

domu i przedstawi mnie pani wujowi i ciotce. 

Podniosła głowę i wpatrzyła się w niego z niedowierzaniem, jak gdyby zażądał od niej 

czegoś zupełnie niemożliwego, a kiedy zrozumiała, widząc jego poważną minę, że nie żartuje, w 

oczach jej pojawił się wyraz trwogi. Potrząsnęła głową nieledwie gwałtownie, czyniąc jak gdyby 

namiętny, podświadomy wysiłek, aby przemówić. 

Po czym schwyciła ołówek i napisała z gorączkowym pośpiechem: 

- Nie mogę tego zrobić. Niech mnie pan o to nie prosi. Pan tego nie rozumie. Gniewaliby 

się bardzo. Nie chcą, aby ktokolwiek bywał u nich. I zabroniliby mi przychodzić tutaj. Och, pan nie 

chce chyba tego naprawdę?

Erykowi było żal Kilmeny, gdyż spojrzenie jej wyrażało smutek i zmieszanie. Ująwszy jej 

smukłe dłonie w swoje ręce, rzekł jednak stanowczo. 

- Owszem, Kilmeny, chcę tego. Nie powinniśmy spotykać się tu, tak, jak to czyniliśmy, bez 

wiedzy i zgody pani opiekunów. Pani nie może tego zrozumieć, lecz proszę wierzyć  temu, co 

mówię. 

Patrzyła w jego oczy pytająco, żałośnie. To, co w nich wyczytała, przekonało ją widocznie, 

pobladła bowiem silnie, a na twarzy jej pojawił się wyraz przygnębienia. Uwolniwszy swe ręce, 

napisała powoli:

- Muszę panu wierzyć, skoro pan mówi, że nie powinniśmy tego robić; ale nie wiedziałam, 

że rzecz tak przyjemna, może być czymś  złym.  Lecz jeśli tak jest, nie będziemy się tu więcej 

spotykali. Mama mówiła mi, żebym nie robiła nigdy rzeczy złych. Nie wiedziałam, że w tym jest 

coś złego.

- Pani nie postąpiła źle. To ja zawiniłem trochę, bo wiedziałem lepiej, a raczej powinienem 

był  wiedzieć. Nie pomyślałem  po prostu - jak powiadają dzieci.  Pewnego dnia zrozumie  pani 

wszystko. A teraz, chodźmy do wuja i ciotki. Pomówię z nimi i potem będziemy mogli spotykać 

się swobodnie, czy tu, czy gdzie indziej. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie - napisała. - Wuj i ciotka każą panu odejść i nie wracać więcej. I nie pozwolą mi 

przychodzić tutaj. Nie będę przychodziła, jeśli nie powinnam, ale do nich nie ma po co iść. Nie 

wspominałam im o panu, bo wiedziałam, że zabronią mi widywać się z panem. Lecz teraz żałuję, 

skoro było w tym coś złego. 

- Muszę pójść do nich - oświadczył Eryk stanowczo. - Jestem przekonany, że obawy pani 

background image

nie sprawdzą się, gdy wyjaśnię wujowi i ciotce wszystko. 

Kilmeny, bynajmniej nie pocieszona, napisała:

- Pójdziemy więc, skoro pan nalega, ale wiem na pewno, że to bezcelowe. Tylko nie dziś, 

bo nie ma ich w domu. Wyjechali do Radnor po zakupy. Pójdziemy jutro. A potem nie zobaczę 

pana więcej. 

Dwie wielkie łzy spłynęły z jej pięknych, niebieskich oczu i padły na tabliczkę.

Usta Kilmeny drżały jak u dziecka, któremu zbiera się na płacz. Odruchowo, Eryk objął ją i 

przyciągnął ku sobie tak, iż głowa jej opadła na jego ramię. A gdy wsparta o niego, zapłakała cicho 

i  żałośnie,   przywarł   ustami  do  czarnych,  jedwabistych   splotów,  przystrojonych   wianuszkiem  z 

pąków róż. Nie widział dwojga gorejących oczu, które patrzyły na niego spoza płotu.

Płonął w nich szalony gniew i nienawiść. 

To Neil Gordon, skulony pod płotem, śledził ich, zaciskając ręce i dysząc ciężko. 

- Kilmeny, moja droga, proszę nie płakać - rzekł Eryk tkliwie. - Zobaczymy się znowu. 

Obiecuję to pani, cokolwiek by się stało. Nie sądzę, by wuj pani i ciotka byli tak nierozsądni, jak 

się pani obawia, lecz gdyby nawet, nie przeszkodzą mi spotykać się z panią. 

Młoda dziewczyna podniosła głowę i otarła łzy z oczu. 

- Nie zna ich pan - napisała. - Zamkną mnie w moim pokoju. Zawsze mnie tak karali, gdy 

byłam mała. I zrobili to raz, nie tak dawno temu, gdy byłam już duża. 

- W takim razie jakoś panią uwolnię - zaśmiał się Eryk.

Zdobyła się na uśmiech, ale bardzo słaby. 

Przestała płakać, nie odzyskała jednak humoru. 

Eryk opowiadał coś wesoło, a ona zamyślona i roztargniona, nie słuchała go prawie. 

A kiedy poprosił ją, by zagrała, potrząsnęła głową.

- Nie potrafię zagrać dziś żadnej melodii - napisała. - Pójdę do domu. Boli mnie głowa i nie 

mogę jakoś zebrać myśli.

- Dobrze, Kilmeny.  Tylko  proszę się nie martwić, mała dziewczynko. Wszystko będzie 

dobrze.

Nie podzielała widocznie jego pewności, bo zwiesiła znowu głowę, gdy szli razem przez 

sad. 

Przy  drożynie,   wzdłuż   której   rosły  dzikie   czereśnie,   przystanęła   i   spojrzała   na  niego   z 

wyrzutem, podczas gdy jej oczy napełniły się łzami. Wydawało się, iż żegna się z nim bez słów. 

Ulegając odruchowi czułości, którego nie mógł pohamować,  Eryk  objął ją ramieniem i 

ucałował jej czerwone, drżące usta. 

Kilmeny szarpnęła się w tył, wydając lekki okrzyk. Palący rumieniec opłynął jej twarz. W 

background image

następnej chwili uciekła szybko, ciemniejącą drożyną. 

Słodycz   tego   mimowolnego   pocałunku   pozostała   na   wargach   Eryka   i   upajała   go,   gdy 

podążał ku domowi. 

Wiedział, że pocałunek ów uczynił z Kilmeny kobietę. Czuł, że oczy jej nie spojrzą już 

nigdy w jego oczy,  z taką jak dotąd niezmąconą  szczerością. Kiedy spojrzy w nie następnym 

razem, zobaczy w nich świadomość tego pocałunku.

Tego wieczora Kilmeny pozostawiła za sobą w sadzie swe dzieciństwo. 

background image

W pętach miłości 

Udając się nazajutrz do sadu, odczuwał Eryk pewne zdenerwowanie. Nie wiedział jak go 

przyjmą Gordonowie, a to, co o nich słyszał, było stanowczo niezachęcające. 

Nawet pani Williamson, kiedy uprzedził ją, dokąd się wybiera, patrzyła na niego jak na 

kogoś, zamierzającego stawić czoło lwu w jego jaskini. 

Nie umiała  powiedzieć  mu  nic lepszego, jak tylko,  że spodziewa się, iż nie będą zbyt 

nieuprzejmi. Eryk liczył, że zastanie Kilmeny w sadzie, choć spóźnił się zatrzymany przez jednego 

z opiekunów. Nie dojrzał jej jednak nigdzie. 

Doszedł aż do dróżki wysadzonej dzikimi czereśniami, lecz skręcając na nią, zatrzymał się 

nagle, przestraszony. 

Zza drzew wyszedł Neil Gordon i stanąwszy przed nim, mierzył go płonącymi oczyma. 

Usta miał skrzywione pod wpływem gwałtownego wzburzenia tak, iż w pierwszej chwili nie mógł 

dobyć głosu. 

Eryka przeniknął lęk, gdyż zrozumiał natychmiast, co zaszło. Neil wykrył, że on i Kilmeny 

spotykali się w sadzie i doniósł o tym Tomaszowi i Janie Gordon. Młody człowiek uświadomił 

sobie, jak źle się stało, że wydarzyło się to, zanim zdążył z nimi pomówić. 

Opiekunowie Kilmeny uprzedzą się do niego jeszcze bardziej.

Gdy tak rozmyślał, gniew Neila znalazł nagle ujście w potoku gwałtownych słów. 

- Przyszedł pan znowu, aby się z nią spotkać! Ale nie ma jej tu - nie zobaczy jej pan więcej! 

Nienawidzę pana - nienawidzę - nienawidzę... - Głos jego przeszedł w przeraźliwy krzyk. Postąpił 

o krok naprzód, z wściekłością, jakby chciał rzucić się na Eryka.

Ten spojrzał mu w oczy bez drgnienia, ze spokojnym wyzwaniem, o które dziki jego gniew 

rozbił się niby spienione fale o skałę. 

-   A   więc   naraziłeś   Kilmeny   na   przykrość,   Neilu?   -   odezwał   się   Eryk   wzgardliwie.   - 

Szpiegowałeś  ją pewno. I powiedziałeś jej wujowi i ciotce, że widuje się tu ze mną. No cóż, 

wyręczyłeś  mnie  tylko.  Zamierzałem powiedzieć  im to sam,  dziś  wieczorem.  Nie wiem,  jakie 

kierowały tobą pobudki? Zazdrość o mnie? Czy złośliwość wobec Kilmeny? 

Jego pogarda podziałała na Neila skuteczniej, niż uczyniłby to jakikolwiek przejaw gniewu. 

- Niech pana o to głowa nie boli - mruknął chłopak ponuro. - Nic panu do tego, co zrobiłem 

i dlaczego. I nie ma pan także po co łazić tutaj. Kilmeny nie przyjdzie tu więcej. 

- W takim razie zobaczę się z nią u niej w domu - rzekł Eryk ostro. - Neilu, zachowując się 

w   ten   sposób,   okazałeś   się   niemądrym   i   niesfornym   chłopcem.   Idę   właśnie   do   wuja   i   ciotki 

Kilmeny, aby wyjaśnić im wszystko. 

Neil zabiegł mu drogę.

background image

- Nie - nie - niech pan tam nie idzie! - błagał. - Och, proszę pana, niech pan odejdzie! 

Zrobię dla pana wszystko, co pan zechce. Kocham Kilmeny. Kochałem ją zawsze. Dałbym za nią 

życie. Nie mogę patrzeć na to, gdy pan tu przychodzi, aby mi ją odebrać. Jeśli pan to zrobi - zabiję 

pana! Chciałem zabić pana wczoraj, gdy zobaczyłem, jak pan ją pocałował. O tak, widziałem pana. 

Śledziłem was, szpiegowałem - jeśli pan woli. 

Poszedłem za nią - podejrzewałem coś. Była taka inna - taka zmieniona. Nie chciała nosić 

kwiatów, które dla niej zrywałem. Zapominała jakby o tym, że istnieję. Wiedziałem, że coś stanęło 

między nami. A to pan. - Tu zaklął. - O, pożałuje pan tego! 

Podniecał   się,   wpadając   znów   we   wściekłość   -   niepohamowaną   wściekłość   włoskiego 

wieśniaka, gdy natrafia na przeszkody w urzeczywistnianiu swych serdecznych pragnień. Zerwała 

ona wszelkie hamulce, nałożone przez wychowanie i środowisko. 

Pomimo gniewu i doznanej przykrości poczuł Eryk współczucie dla Neila. Neil był jeszcze 

bardzo młody, a czuł się nieszczęśliwy i nie panował nad sobą. 

- Neilu, posłuchaj mnie - rzekł spokojnie. - Mówisz niemądrze. Nie od ciebie zależy, kto ma 

być lub nie, przyjacielem Kilmeny. Opamiętaj się i wracaj do domu jak przyzwoity człowiek. Nie 

boję się wcale twoich pogróżek. I będę wiedział, jak mam z tobą postąpić, gdybyś się nadal wtrącał 

do moich spraw i nie dawał spokoju Kilmeny. Nie należę do osób, które można tym odstraszyć. 

Powstrzymywana siła w jego wzroku i głosie podziałała hamująco na chłopaka. 

Neil odwrócił się niechętnie i mruknąwszy jeszcze jedno przekleństwo, znikł w gęstwinie 

sosen.

Eryk poszedł dalej dróżką, wijącą się skrajem lasu do siedziby Gordonów. Pomimo swego 

zewnętrznego opanowania, był trochę przejęty tym nieoczekiwanym i przykrym spotkaniem.

Na myśl o Kilmeny serce jego biło żywiej. Co się tam z nią działo? 

Sprawozdanie Neila, o tym co wiedział, było z pewnością przesadne i nieścisłe i jej krewni 

musieli się bardzo na nią gniewać. 

Biedactwo!   Przyśpieszył   kroku,   zapominając   prawie   o   spotkaniu   z   Neilem.   Nie 

przywiązywał   wielkiego   znaczenia   do   gniewnego   wybuchu   zazdrosnego   chłopaka.   Ważniejsze 

było, że swą nierozwagą naraził Kilmeny na przykrości. 

Wkrótce   młody   nauczyciel   znalazł   się   przed   domem   Gordonów.   Dom   był   stary   ze 

zwisającym okapem i dymnikami, pokryty gontami, które wystawione przez długie lata na wiatr i 

słotę, przybrały ciemnoszarą barwę. Okna dolnego piętra były zaopatrzone w wyblakłe, zielone 

okiennice. Za domem był las, a niewielkie podwórze od frontu było starannie utrzymane, choć 

rosła na nim tylko trawa. 

Niskie   drzwi   wejściowe   oplatał   natomiast   bujny   krzew   wczesnej,   pnącej   róży,   pękiem 

background image

krwawoczerwonych kwiatów stanowiąc niezwykłe przeciwieństwo do ogólnej szarzyzny otoczenia. 

Usiłował on niejako opanować ponury, stary dom, aby wnieść doń nieznaną tu radość i życie. 

Eryk zapukał do drzwi, zastanawiając się, czy nie ukaże się w nich Kilmeny. Ale w chwilę 

później otworzyła mu starsza kobieta, cała sztywna od rąbka ciemnej sukni, aż po czubek głowy, o 

włosach czarnych, które pomimo kilku szarych nitek były jeszcze gęste i bujne. Miała pociągłą, 

bladą twarz, trochę zniszczoną i pokrytą zmarszczkami, lecz odznaczającą się pewnym surowym 

pięknem rysów, którego ani wiek, ani zmarszczki nie zatarły całkowicie. A głęboko osadzone, 

jasnoszare oczy umiały widać patrzeć życzliwie, chociaż w tej chwili zmierzyły Eryka z nie tajoną 

niechęcią. Prosty krój sukni uwydatniał kanciastość postaci. Lecz ruchy jej i postawa były pełne 

godności, która podobała się Erykowi. W każdym razie wolał jej szorstkość, pozbawioną uśmiechu, 

niż pospolitą gadatliwość.

Uchylił kapelusza. 

- Czy mam zaszczyt mówić z panną Gordon? - zapytał.

- Jestem Janina Gordon - odpowiedziała kobieta sucho. 

- Chciałbym pomówić z panią i pani bratem. 

- Proszę wejść.

Usunęła się na bok i powiodła go ku niskim, brunatnym drzwiom na prawo. 

- Niech pan wejdzie i spocznie. Pójdę po Tomasza - rzekła chłodno i wyszła na dwór przez 

hall. 

Eryk wszedł do bawialnego pokoju i usiadł, jak mu powiedziano. 

Znajdował się w najbardziej staroświeckim pokoju, jaki zdarzyło mu się widzieć.

W zestawieniu z tymi solidnymi stołami, których drewno ściemniało ze starości i stało się 

lśniące,   garnitur   miękkich   mebli   z   bawialnego   pokoju   pani   Williamson   wydawał   się   rażąco 

nowoczesny. 

Malowaną podłogę zaściełały okrągłe dywaniki z plecionki. Na stole, stojącym pośrodku, 

znajdowała się lampa, oraz leżała biblia i kilka książek teologicznych, mających tyleż lat, co i 

meble. Na ścianach, wyłożonych do połowy drewnem, a powyżej obitych ciemnymi, wzorzystymi 

tapetami, wisiały wyblakłe sztychy, przedstawiające przeważnie osoby o wyglądzie duchownych, 

w perukach, płaszczach i pasach. Lecz nad wysokim czarnym kominkiem w czerwonym blasku, 

jaki zachodzące słońce rzucało przez okno, wisiał portret, który przykuł uwagę Eryka, usuwając w 

cień całą resztę.

Było   to   “kredkowe”   powiększenie   z   fotografii,   przedstawiające   młodą   dziewczynę.   I 

pomimo prostego wykonania stawało się łatwo ośrodkiem zainteresowania w tym pokoju. Eryk 

domyślił się od razu, że musiał to być portret Małgorzaty Gordon. Nie przypominał wprawdzie 

background image

wdzięcznej,   uduchowionej   twarzy   Kilmeny,   lecz   w   zarysie   brwi   i   podbródka   zaznaczało   się 

nieomylne podobieństwo. Twarz na portrecie była bardzo piękna. Małgorzata miała widać ciemne, 

aksamitne  oczy i piękną cerę. Eryka  czarował jednak raczej wyraz  twarzy niż jej piękno. Nie 

widział dotąd nigdy twarzy,  świadczącej o większej i bardziej nieugiętej sile woli. Małgorzata 

Gordon nie żyła i spoczywała w grobie. Portret był dziełem tanim, bez artystycznej wartości, przy 

tym oprawiony w okropną pluszową i złoconą ramę. A jednak moc bijąca z tej twarzy, panowała 

wciąż jeszcze nad otoczeniem, jakąż musiała więc być potęga takiej indywidualności za życia? 

Młody   człowiek   zrozumiał,   że   ta   kobieta   mogła   i   przeprowadzała   wszystko   to,   czego 

chciała,   nieugięcie   i  nieustępliwie.  Narzuciłaby  swe  życzenia   wszystkiemu  i  wszystkim   wokół 

siebie, urabiając ich według swej woli, wbrew im samym i bez względu na ich sprzeciw. 

Wiele w wychowaniu i usposobieniu Kilmeny stało się dla niego zrozumiałe.

“Gdyby ta kobieta powiedziała mi, że jestem brzydki, uwierzyłbym jej - pomyślał sobie. - I 

to nawet mając lustro, które przeczyłoby temu. Nie przyszłoby mi nigdy na myśl, by zaprzeczyć jej 

lub poddawać w wątpliwość to, co by powiedziała. Dziwna siła, jaką tchnie ta twarz, jest doprawdy 

niezwykła   w   zestawieniu   z   pięknem   młodzieńczych   rysów.   Duma   i   upór,   oto   jej   cechy 

charakterystyczne. No, Kilmeny nie przypomina wcale matki z wyrazu, a bardzo mało z rysów”.

Wejście Tomasza i Jany Gordon przerwało jego rozważania. Tomasza odwołano widocznie 

od pracy. Skinął tylko głową w milczeniu, po czym usiadł wraz z siostrą naprzeciwko Eryka. 

- Przyszedłem do pana, panie Gordon, w sprawie pańskiej siostrzenicy - rzekł Eryk bez 

wstępów,   pojmując,   że   z   tym   srogim   rodzeństwem   najlepiej   przystąpić   od   razu   do   rzeczy.   - 

Spotkałem  pańskiego  - spotkałem  Neila  Gordona w  sadzie Connorsów  i dowiedziałem  się, że 

powiadomił pana o tym, iż widywałem się tam z Kilmeny.

Umilkł   na   chwilę.   Tomasz   Gordon   skinął   ponownie   głową,   lecz   nie   odezwał   się   i   nie 

spuszczał   spokojnego,   przenikliwego   wzroku   z   zapłonionej   twarzy   młodego   człowieka.   Jana 

siedziała bez ruchu w wyczekującej postawie.

- Obawiam się, że na tej podstawie powziął pan niekorzystne mniemanie o mnie - podjął 

znów   Eryk.   -   Nie   sądzę   jednak,   bym   na   to   zasłużył.   Jeśli   pan   pozwoli,   wyjaśnię   wszystko. 

Spotkałem pańską siostrzenicę przypadkowo w sadzie, trzy tygodnie temu i usłyszałem ją grającą. 

Muzyka jej zachwyciła mnie i odtąd zacząłem przychodzić po południu do sadu, aby jej posłuchać. 

Nie przyszło mi na myśl, bym czynił jej tym jakąkolwiek krzywdę. Uważałem ją po prostu za 

dziecko   i   to   dziecko   podwójnie   dla   mnie   święte,   wskutek   swego   kalectwa.   Lecz   ostatnio... 

ostatnio...   doszedłem   do   przekonania,   że   nie   postępuję   całkiem   uczciwie,   zachęcając   ją   do 

podobnych spotkań. Wczoraj wieczorem poprosiłem Kilmeny, aby poszła ze mną do państwa i 

przedstawiła mnie panu i swej ciotce. Bylibyśmy przyszli zaraz, lecz państwa nie było w domu. 

background image

Wobec tego umówiliśmy się na dziś. 

- Powiedziała nam to samo - odezwał się Tomasz Gordon powoli, silnym, dźwięcznym 

głosem. - Nie uwierzyliśmy jej. Ale pańskie słowa zgadzają się z tym, co ona mówiła. I zaczynam 

sądzić, że byliśmy dla niej zbyt surowi. Lecz to, co mówił Neil, brzmiało nieładnie i rozgniewało 

nas bardzo. Nie mamy powodu, by dowierzać zbytnio obcym mężczyznom. Być może, iż nie miał 

pan nic złego na myśli. Skłonny jestem w to wierzyć. Ale te spotkania muszą się skończyć. 

- Mam nadzieję, że pozwoli mi pan widywać pańską siostrzenicę, panie Gordon - rzekł Eryk 

pośpiesznie. - Czy mógłbym odwiedzać ją tutaj? Nie wymagam, aby pan nabrał do mnie zaufania 

jedynie na podstawie moich własnych zapewnień. Mogę się powołać na osoby, zajmujące poważne 

stanowiska w Charlottentown i Queenslea. Jeśli pan zwróci się do nich... 

- To zbyteczne - rzekł Tomasz Gordon spokojnie. - Wiem o panu więcej, niż pan sądzi. 

Znam dobrze pańskiego ojca ze słyszenia i poznałem go nawet kiedyś. Wiem, że jest pan synem 

człowieka zamożnego, chociaż zachciało się panu być nauczycielem w wiejskiej szkole. Lecz skoro 

nie zdradzał się pan z tym, pomyślałem sobie, że nie chce pan, aby wszyscy wiedzieli, jak się rzecz 

ma naprawdę, no i milczałem także. Nie słyszałem o panu nic złego i nic też złego nie myślę, teraz 

kiedy wiem, że nie namawiał pan Kilmeny, aby spotykała się z panem bez wiedzy swych bliskich. 

Nie jest pan jednak odpowiednim towarzyszem dla niej mimo wszystko, a raczej - tym bardziej. Im 

rzadziej będzie pana widywała, tym lepiej. 

Młody   człowiek   o   mało   nie   zerwał   się   z   krzesła,   chcąc   zaprzeczyć   Tomaszowi   z 

oburzeniem. Przypomniał sobie jednak w porę, że może mieć jedynie wtedy nadzieję zdobycia 

Kilmeny, gdy doprowadzi jej wuja do zmiany zdania. 

Jak   dotąd   poszło   mu   lepiej,   niż   się   spodziewał.   Nie   wolno   mu   zniweczyć 

zniecierpliwieniem i brakiem rozwagi tego, co już osiągnął. 

- Dlaczego pan tak uważa, panie Gordon? - zapytał, opanowując się z pewnym wysiłkiem. 

- No, najlepiej stawiać sprawę jasno. Gdyby pan tu przychodził i widywał często Kilmeny, 

zaczęłaby może myśleć zbyt wiele o panu. I podejrzewam, że trochę złego już się stało. A potem 

pan wyjedzie i ona zostanie ze złamanym sercem, gdyż odczuwa wszystko głęboko. Była dotąd 

szczęśliwa. Wiem, że ludzie mają nam za złe sposób, w jaki była chowana, ale nie wiedzą oni 

wszystkiego. Tak było dla niej najlepiej - wziąwszy wszystko pod uwagę. I nie chcemy, aby ją ktoś 

unieszczęśliwił. 

- Ależ ja kocham pańską siostrzenicę i pragnę się z nią ożenić, o ile zdołam pozyskać jej 

wzajemność - odezwał się Eryk spokojnie.

Tym razem słowa jego wytrąciły ich w końcu z równowagi. 

Oboje drgnęli i wpatrzyli się w niego, jakby nie dając wiary świadectwu swych uszu. 

background image

- Ożenić się! Z Kilmeny! - wybuchnął Tomasz niedowierzająco. - Nie mówi pan tego chyba 

poważnie. Przecież ona jest niema. 

- Nie wpływa to na moją miłość dla niej, chociaż boleję nad tym głęboko ze względu na 

Kilmeny.  Mogę tylko powtórzyć to, co już powiedziałem, panie Gordon. Pragnę, aby Kilmeny 

została moją żoną.

Tomasz   pochylił   się   naprzód   z   widocznym   zakłopotaniem   i   utkwił   wzrok   w   podłogę, 

ściągając   krzaczaste   brwi   i   uderzając   końcami   stwardniałych   palców,   jednym   o   drugi.   Był 

najwidoczniej zaskoczony nieoczekiwanym obrotem rozmowy i wahał się, co odpowiedzieć. 

- A co pański ojciec powiedziałby na to? - zapytał w końcu.

-   Ojciec   mój   twierdził   zawsze,   że   mężczyzna   powinien   żenić   się   według   własnego 

upodobania  - rzekł Eryk  z uśmiechem.  - Gdyby miał  ochotę zmienić  zdanie,  sądzę, że widok 

Kilmeny   nawróciłby   go.   Ale   ostatecznie   rozstrzyga   przecież   w   tej   sprawie   moje   zdanie? 

Ukończyłem studia i nie lękam się pracy. Mogę zapewnić Kilmeny utrzymanie za parę lat, nawet 

gdybym musiał polegać wyłącznie na własnych siłach. Daj mi pan tylko możność zdobycia jej - to 

wszystko, o co proszę. 

-   Nie   wiem,   czy   to   będzie   dobrze,   proszę   pana   -   rzekł   Tomasz,   potrząsając   głową.   - 

Rozumie się, że pan... pan... - chciał powiedzieć “kocha”, lecz szkocka powściągliwość zatrzymała 

się uparcie przy tym strasznym dla niej słowie - że panu podoba się teraz Kilmeny, ale jest pan 

jeszcze bardzo młody, a młodzieńcze upodobania są zmienne.

- Moje nie zmieni się - przerwał Eryk gwałtownie. - To nie jest upodobanie, panie Gordon. 

To miłość, pojawiająca się w życiu tylko jeden jedyny raz. Tak, jestem młody, ale wiem, że nie ma 

dla mnie innej dziewczyny - tylko Kilmeny i - nie będzie nigdy. Nie mówię tego nierozważnie, bez 

zastanowienia. Przemyślałem tę sprawę wszechstronnie. A wynik jest jeden: kocham Kilmeny i 

chcę tego, do czego każdy uczciwy mężczyzna - kochający kobietę prawdziwie, ma prawo - chcę 

mieć możność zdobycia jej wzajemności.

- No cóż! - Tomasz Gordon odetchnął głęboko, westchnął prawie. - Być może... Skoro takie 

są pańskie uczucia... Nie wiem...  bywają rzeczy,  którym  nie należy się sprzeciwiać. Może nie 

powinniśmy... Jano, co mu odpowiedzieć? 

Jana   Gordon   nie   odezwała   się   dotąd   ani   słowem.   Siedziała   sztywno   wyprostowana   na 

krześle, pod patrzącym uporczywie portretem Małgorzaty, sękate, zniszczone pracą ręce zaciśnięte 

były mocno na rzeźbionych poręczach, a oczy jej przywarły do twarzy Eryka. Z początku patrzyły 

nieufnie i wrogo, ale w miarę, jak rozmowa postępowała naprzód, traciły stopniowo ten wyraz i 

spojrzenie ich stało się prawie łagodne. Teraz, gdy brat zwrócił się do niej, pochyliła się naprzód i 

odezwała się z żywością: 

background image

- Czy pan wie, że na urodzeniu Kilmeny ciąży plama? 

- Wiem, że jej matka była niewinną ofiarą bardzo smutnej omyłki, proszę pani. Nie uznaję 

istotnej winy tam, gdzie nie było świadomie wyrządzonej krzywdy. Zresztą, gdyby nawet, Kilmeny 

nie byłaby temu winna i nie zmieniłoby to w niczym moich uczuć dla niej. 

Wyraz twarzy Jany Gordon uległ nagłej zmianie, która przeobraziła ją zupełnie. Surowe 

usta złagodniały, a szare oczy opromieniła powstrzymywana czułość.

- A więc - rzekła prawie radośnie - skoro nie zraża się pan ani tym, ani jej kalectwem, 

czemuż mielibyśmy panu odmówić. Może pańscy znajomi powiedzą, że nie jest pana warta, ale 

ona jest... jest... - dorzuciła nieledwie wyzywająco. - To dobra dziewczyna, szczerego serca i nie 

znająca zła. Jest wesoła, roztropna i niebrzydka. Słuchaj Tomaszu, niech będzie tak, jak pan sobie 

życzy. 

Tomasz Gordon wstał, jakby uważał, że wobec tego rozmowa jest skończona, a on zrzucił z 

siebie odpowiedzialność.

- A więc dobrze, Jano, jeśli uważasz, że to rozsądnie. Niechaj Bóg czuwa nad panem tak, 

jak czuwa nad nią. Dobranoc panu. Zobaczymy się znowu. Może pan przychodzić kiedy i na jak 

długo pan chce. Ale ja muszę wrócić teraz do roboty. Zostawiłem konie w polu.

- Pójdę na górę i powiem Kilmeny, że może zejść - rzekła Jana spokojnie. 

Zapaliła lampę na stole i wyszła z pokoju. 

W chwilę później zjawiła się Kilmeny. Eryk wstał i podszedł żywo ku niej, lecz ona podała 

mu tylko rękę z wdziękiem i godnością i choć patrzyła mu w twarz, unikała jego wzroku.

- Widzi pani, że miałem jednak słuszność - rzekł Eryk, uśmiechając się. - Pani wuj i ciotka 

nie odprawili mnie. Przeciwnie, byli dla mnie bardzo mili i zgadzają się, bym widywał panią, gdzie 

i kiedy chcę. 

Kilmeny uśmiechnęła się i podeszła do stołu, by napisać na swej tabliczce: 

-   Ale   wczoraj   gniewali   się   strasznie   i   nagadali   mi   okropnie.   Taka   byłam   przerażona   i 

nieszczęśliwa! Uważali, zdaje się, że zrobiłam coś bardzo złego. Wujek powiedział, że nie spuści 

mnie już nigdy z oczu. Gdy ciocia Jana przyszła na górę i powiedziała mi, że pan jest tutaj i mogę 

zejść, ledwie mogłam w to uwierzyć. Patrzyła na mnie przy tym tak jakoś dziwnie. Poznałam, że 

nie gniewa się już wcale. Była jakby zadowolona, a jednocześnie smutna. Ale cieszę się, że nam 

przebaczyli. 

Nie przyznała się, jak bardzo była rada i jak się czuła nieszczęśliwa na myśl, że go więcej 

nie zobaczy. Wczoraj jeszcze opowiedziałaby mu wszystko szczerze i bez zastrzeżeń. 

Lecz   wczoraj   odległe   było   dla   niej   o   lata   całe   -   lata,   w   ciągu   których   przejęła   swe 

dziedzictwo kobiecej godności i powściągliwości. Pocałunek, jaki Eryk wycisnął na jej ustach, to 

background image

co usłyszała od wuja i ciotki, łzy wylane po raz pierwszy w bezsenną noc - wszystko połączyło się 

- aby ujawnić jej własną istotę. 

Nie śniło się jej nawet, że kochała Eryka Marshalla lub, że on ją kochał. Lecz przestała już 

być dzieckiem, w którym można widzieć tylko miłego towarzysza. Stała się - chociaż zupełnie 

nieświadomie - kobietą, o którą należy starać się i zdobywać ją - kobietą, wymagającą z łagodną, 

wrodzoną dumą należnych jej hołdów. 

background image

Urocza dziewczyna 

Eryk   był   odtąd   stałym   gościem   w   domostwie   Gordonów.   Stał   się   wkrótce   ulubieńcem 

Tomasza i Jany, zwłaszcza tej ostatniej. Polubił ich oboje, gdy przekonał się, że pod powłoką 

zewnętrznych dziwactw byli to ludzie prawdziwie wartościowi i szlachetni. Tomasz Gordon był 

zadziwiająco oczytany i mógł zawsze dotrzymać Erykowi pola w dyskusji, skoro tylko zapalił się 

dostatecznie, aby stać się wymownym.

Eryk ledwie go poznał, ujrzawszy go po raz pierwszy tak ożywionym. Jego przygarbiona 

postać   wyprostowała   się,   zapadłe   oczy   rozbłysły,   twarz   zapłonęła   rumieńcem,   głos   zabrzmiał 

donośnie, niby trąbka, a z ust jego popłynął potok słów, który porwał cięte dowodzennie Eryka, 

niby źdźbła słomy, unoszone na falach górskiego strumienia. Eryk był niezmiernie rad z własnej 

porażki,   lecz   Tomasz   zawstydził   się,   że   zapomniał   tak   dalece   o   zwykłej   powściągliwości   i 

ograniczał potem przez tydzień swe uwagi do słów “tak” i “nie”, albo w ostateczności do krótkiego 

stwierdzenia, że zanosi się na zmianę pogody.

Jana nie poruszała nigdy w rozmowie spraw, tyczących się Kościoła i państwa. Uważała, że 

przekraczają one zakres zainteresowań kobiety. 

Lecz   przysłuchiwała   się   z   czujnym   zainteresowaniem   w   oczach,   gdy   Tomasz   i   Eryk 

zarzucali się wzajemnie faktami, statystyką i poglądami, a w rzadkich wypadkach, kiedy przewaga 

była po stronie Eryka, uśmiechała się z chytrym zadowoleniem.

Neila widywał Eryk nieczęsto. Młody Włoch unikał go, a gdy spotkali się przypadkowo, 

przechodził obok niego, patrząc ponuro w ziemię. 

Eryk  nie przejmował się wielce zachowaniem się chłopaka. Natomiast Tomasz Gordon, 

rozumiejąc pobudki, które skłoniły Neila do wyjawienia tego, co zobaczył w sadzie, oświadczył 

Kilmeny bez ogródek, że nie powinna odnosić się do Neila, jak do równego sobie, co czyniła 

dotychczas.

- Moja droga, byłaś zbyt dobra dla chłopaka i przewróciło mu się w głowie. Trzeba mu 

wskazać jego właściwe miejsce. Obawiam się, że wszyscy byliśmy dla niego za dobrzy. 

Większość sielankowych godzin, jakie Eryk spędzał z Kilmeny, upływała jednak w starym 

sadzie. Ogrodowa jego część była teraz jednym gąszczem róż - róż purpurowych, jak słońce o 

zachodzie, różowych, jak pierwszy rumieniec jutrzenki, białych, niby śnieg na szczytach gór - róż 

w pełni rozkwitłych i róż w pąkach, których piękno przewyższała jedynie urocza twarz Kilmeny. 

Ich płatki opadały,  tworząc jedwabiste stosy wzdłuż starych ścieżek lub przywierały do bujnej 

trawy, wśród której leżał Eryk i marzył, podczas gdy Kilmeny grała. 

Eryk postanowił sobie, że gdy zostanie jego żoną, nie zaniedba niczego, aby rozwijać jej 

cudowny talent. Jej zdolność wyrażania uczuć pogłębiała się i wzrastała, zdaje się, z każdym dniem 

background image

w miarę, jak rozwijała się jej dusza, a serce dojrzewało, nadając tym uczuciom nowe odcienie i 

bogactwo. Każdy dzień był dla Eryka jak gdyby stronicą natchnionej idylli. Nie marzył nigdy o 

tym, by miłość mogła być tak potężna, a świat równie piękny. Zastanawiał się, czy świat jest dość 

rozległy, by pomieścić jego radość, a wieczność dosyć długa, by mogła wyczerpać tę radość. Całe 

jego życie ograniczało się obecnie do tego sadu, gdzie starał się pozyskać serce swej ukochanej. 

Wszystkie inne ambicje, plany i nadzieje ustąpiły miejsca dążeniu do tego jedynego celu, którego 

osiągnięcie   wzmogłoby   ich   wartość   tysiąckrotnie,   podczas   gdy   klęska   pozbawiłaby   je   racji 

istnienia. Dawny jego świat wydawał mu się daleki, a sprawy tego świata poszły w zapomnienie.

Ojciec, dowiedziawszy się, że objął szkołę w Lindsay na rok, napisał mu list, wyrażający 

zdumienie, zapytując go, czy oszalał. Czy może wchodzi w grę jakaś dziewczyna - pisał - aby 

przykuć cię na rok do takiej dziury jak Lindsay. Miej się na baczności, Eryku. Byłeś dotąd zawsze 

rozsądny. A mężczyzna musi popełnić choć jedno głupstwo w życiu i skoro nie uczyniłeś tego w 

latach chłopięcych, może ci się to przydarzyć teraz. 

Dawid   napisał   również,   czyniąc   mu   wymówki   z   większą   powagą.   Nie   wyraził   jednak 

podejrzeń, jakie z pewnością żywił - w to Eryk nie wątpił. 

“Poczciwy Dawid! Drży ze strachu, że robię coś, czego nie mógłby pochwalić, ale nie 

powie słowa, aby skłonić mnie do zwierzeń”. 

Nie mogło pozostać długo tajemnicą w Lindsay, że “Pan Nauczyciel” bywał u Gordonów 

“w poważnych zamiarach”. Pani Williamson zachowała milczenie o tym, co wiedziała. 

Gordonowie   nie   powiedzieli   nic   nikomu,   a   jednak   wieść   się   rozeszła,   wywołując 

zdziwienie, zdumienie oraz mnóstwo gadaniny. 

Jedna, czy dwie niebaczne osoby, odważyły się wyrazić samemu nauczycielowi, jakiego są 

zdania o jego rozumie, lecz po raz drugi już nie wracały do tematu. 

O Kilmeny krążyły setki pogłosek, wielce przesadnych, w miarę jak podawano je z ust do 

ust. 

Potrząsano znacząco i poważnie głowami i większość osób uznała, że to wielka szkoda.

Nauczyciel był miłym młodzieńcem. I mógłby chyba wybrać sobie dziewczynę jaką chciał. 

A tu masz, zawrócił sobie głowę tą cudaczną, niemą siostrzenicą Gordonów, którą wychowano jak 

pogankę. Cóż, jak mężczyzna zaczyna szukać żony, nie wiadomo nigdy, kogo sobie upatrzy. A 

widać, że Neil Gordon nierad z tego, o nie! Strasznie był smutny i ponury ostatnimi czasy i nie 

chciał śpiewać w kościele. 

Takie oto słychać było uwagi i ploteczki. 

Dla dwojga młodych w starym sadzie nie miało to najmniejszego znaczenia. Kilmeny nie 

wiedziała nawet nic o tym gadaniu. 

background image

Lindsay było dla niej światem tak samo nieznanym, jak rodzinne miasto Eryka. Myśli jej 

błądziły swobodnie po królestwie wyobraźni, lecz nie stykały się nigdy z drobnymi przejawami 

rzeczywistości, od której odgradzały ją wyjątkowe warunki, w jakich żyła. Rozwinęła się wśród 

nich, podobna do pięknego kwiatu, jedynego w swoim rodzaju. 

Bywały chwile, gdy Eryk żałował prawie, że nadejdzie dzień, kiedy będzie musiał zabrać ją 

w świat z tej samotni, do której małość i zło nie miały dostępu. A świat ów okazywał się przy 

bliższym   poznaniu   takim   samym   Lindsay   -   w   większych   tylko   rozmiarach,   ale   o   jednakowej 

ciasnocie uczuć, myśli i poglądów. 

Eryk pragnął zachować Kilmeny na zawsze dla siebie w tym starym sadzie, osłoniętym 

jodłami, gdzie kwitły róże. 

Pewnego   dnia   pozwolił   sobie   na   spełnienie   zachcianki,   jaką   powziął,   gdy   Kilmeny 

powiedziała, że uważa się za brzydką. 

Wstąpił do Jany i poprosił ją, by mu pozwoliła kupić do ich domu lustro, aby mógł być 

pierwszym, który ujawni Kilmeny jej zewnętrzny wygląd. 

Jana miała z początku pewne wątpliwości. 

- Od szesnastu lat nie mieliśmy w domu lustra, proszę pana. I nie było ich nigdy więcej, niż 

trzy - jedno w pokoju gościnnym, mniejsze w kuchni i lustro Małgorzaty. Stłukła je wszystkie w 

dniu, kiedy dostrzegła, że Kilmeny będzie ładna. Mogłam była kupić lustro po jej śmierci. Nie 

pomyślałam jakoś o tym. No i nie potrzeba, aby dziewczyna mizdrzyła się ciągle przed lustrem.

Lecz Eryk tłumaczył i dowodził tak przekonywająco, że w końcu Jana oświadczyła: 

- No, dobrze, rób pan, jak pan uważa. Przeprowadziłby pan to zresztą i tak. Bo należy pan 

do ludzi, co zawsze dopną swego. Ale to nie to samo co człowiek, który musi zawsze postawić na 

swoim. - Bogu dzięki - dodała po cichu. 

W następną sobotę wybrał się Eryk do miasta i kupipł lustro, które mu się bardzo podobało. 

Kazał je dostarczyć do Radnor, skąd Tomasz przywiózł paczkę do domu, nie wiedząc, co zawiera, 

gdyż Jana uważała, że nie trzeba mu tego mówić. 

- To prezent dla Kilmeny od pana Eryka - wyjaśniła bratu.

Po podwieczorku wyprawiła siostrzenicę do sadu, a Eryk przekradł się do domu Gordonów, 

idąc gościńcem, a potem boczną drożyną.

Następnie wraz z Janą wypakował lustro i zawiesił je w bawialnym pokoju.

- Nie widziałam jeszcze tak wielkiego lustra - rzekła Jana z powątpiewaniem, jak gdyby nie 

ufała, mimo wszystko, jego połyskliwej głębi i bogato ozdobionej ramie. - Mam nadzieję, że nie 

uczyni jej próżną. Kilmeny jest bardzo ładna, ale może lepiej dla niej, by o tym nie wiedziała. 

- Nie przyniesie jej to żadnej szkody - zapewnił Eryk z ufnością. - Jeśli przekonanie o swej 

background image

brzydocie nie wpłynęło ujemnie na dziewczynę, nie uczyni tego wiara we własną piękność. 

Jana nie zrozumiała jednak tej uwagi.

Wytarła starannie odrobinę kurzu z gładkiej powierzchni i patrząc na bynajmniej niepiękne 

odbicie, jakie tam ujrzała, zamyśliła się, marszcząc czoło.

- Nie mogę pojąć, dlaczego Kilmeny przypuszcza, że jest brzydka. 

- Powiedziała jej to matka - odezwał się Eryk z pewną goryczą.

-  Ach tak?   - Tu  Jana  rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  portret  siostry.   - Więc   to  dlatego? 

Małgorzata   była   dziwną   kobietą.   Uważała   widocznie,   że   jej   własna   uroda   stała   się   przyczyną 

nieszczęścia. A ona była  urodziwa. Ten portret nie jest dobry.  Nie podobał mi się nigdy.  Był 

zrobiony zanim poznała Ronalda Frasera. Żadne z nas nie uważało wtedy, by podobieństwo było 

wielkie. Ale w trzy lata później - o tak, wówczas, było zupełne. Twarz jej nabrała właśnie takiego 

wyrazu. 

- Kilmeny nie jest podobna do matki - odezwał się młody człowiek, spoglądając na portret z 

tym samym uczuciem oczarowania i niechęci jednocześnie, z jakim patrzył nań zawsze. - Czy jest 

podobna do ojca? 

- Nie bardzo, choć przypomina go w niejednym. Wdała się w babkę - matkę Małgorzaty. 

Ona także nazywała się Kilmeny. Była przystojna, miła i dobra. Kochałam ją bardzo. Umierając, 

powierzyła mi swe maleństwo. Prosiła abym była mu matką. Starałam się nią być. Ale jednak nie 

mogłam ochronić jej życia od zgryzoty i myślę czasem, że nie zdołam ochronić również Kilmeny.

- Będzie to moim zadaniem - rzekł Eryk.

- Nie wątpię, że uczyni pan wszystko, co pan będzie mógł. Ale może się zdarzyć, że w 

końcu zazna zmartwienia właśnie przez pana. 

- Nie z mojej winy w każdym razie, ciociu Jano. 

- O nie. Nie mówię,  że będzie pan temu  winien. Lecz serce moje  miewa niekiedy złe 

przeczucia. Cóż, jestem starą, niemądrą kobietą. Rób pan, jak pan uważa. Może pan przyprowadzić 

Kilmeny i pokazać jej to cacko, skoro pan chce. Nie będę się do tego wtrącała. 

Jana udała się do kuchni, a Eryk poszedł po Kilmeny. Nie zastał jej w sadzie. Znalazł ją 

dopiero po dłuższym poszukiwaniu. Stała pod bukiem w polu za sadem, oparta o płot, przyciskając 

ręce do policzków. Trzymała w rękach białą lilię, zerwaną w sadzie. Nie podbiegła ku niemu, gdy 

szedł przez pastwisko, jakby to uczyniła dawniej. Czekała bez ruchu, aż znajdzie się tuż przy niej. 

Na pół czule, na pół ze śmiechem zaczął Eryk deklamować wyjątek z ballady o jej imienniczce: 

“Kilmeny piękna, Kilmeny miła,

 powiedz, ach powiedz, gdzieżeś chodziła?

 Szukaliśmy cię długo, po polach i gajach,

background image

 w ciemnej pieczarze i przy ruczajach.

 Jakżeż ta biała szata zdobi cię mile!

 Skądże to niesiesz róż tak pięknych tyle,

 Kilmeny piękna, Kilmeny miła,

 powiedz, ach powiedz, gdzieżeś chodziła?”

 

Tylko że ma pani w rękach lilię, a nie róże. 

Ale mogę mówić dalej i przytoczyć dwa następne wiersze: 

“A ona wdzięcznym spojrzeniem nas darzy,

 nie ma jednak uśmiechu na jej twarzy.”

 

Czemu patrzy pani tak poważnie? 

Kilmeny nie miała przy sobie tabliczki, więc nie mogła odpowiedzieć. Lecz Eryk odgadł po 

wyrazie   jej   oczu,   że   przeciwstawiała   z   goryczą   piękności   bohaterki   ballady   swą   własną 

domniemaną brzydotę. 

- Chodźmy do domu, Kilmeny. Chcę pani coś pokazać. Nie widziała pani jeszcze nigdy, 

czegoś równie uroczego - odezwał się, a w oczach jego jaśniało chłopięce zadowolenie. - Proszę 

włożyć muślinową sukienkę, tę, którą pani miała na sobie zeszłej niedzieli i upiąć włosy tak, jak 

wtedy. Niech pani nie czeka na mnie i pobiegnie prędko. Tylko proszę nie wchodzić do bawialnego 

pokoju, dopóki nie przyjdę. Chcę narwać trochę lilii.

Gdy Eryk wrócił do domu Gordonów z naręczem białego kwiecia o długich łodygach, które 

kwitło   właśnie   w   sadzie,   Kilmeny   schodziła   po   wąskich,   stromych   drewnianych   schodach, 

zasłanych pasiastym, ręcznie tkanym chodnikiem. 

Ciemne drzewo i mrok starego hallu uwydatniały wspaniale jej cudowną urodę. Miała na 

sobie kremową sukienkę, która należała kiedyś do jej matki. Nie poczyniono w niej żadnych zmian, 

gdyż w domu Gordonów nie stosowano się do mody i Kilmeny była przekonana, że sukienka jest 

bez zarzutu, a było jej ślicznie w tym pięknym, stylowym stroju. 

Niewielkie wycięcie odsłaniało okrągłą, białą szyję, a rękawy były długie, bufiaste; piękne 

jej ręce wychylały się z nich, niby kwiaty ze swych osłon. Długie warkocze upięła Kilmeny wokół 

głowy na kształt korony. A z boku zatknęła białą różę. 

“Oddał szczęście, bogactwo

 którem został obdarzony,

 za jeden pocałunek

 na ustach jej złożony.”

background image

 

- powiedział Eryk szeptem, patrząc na Kilmeny, gdy schodziła. Głośno zaś rzekł: - Niech 

pani weźmie te lilie do ręki, tak, aby kwiaty opadły pani na ramię - o, w ten sposób. A teraz proszę 

podać mi rękę i przymknąć oczy. I nie otwierać ich, aż powiem, że można. 

Powiódł ją do bawialnego pokoju, przed lustro. 

- Proszę spojrzeć - rzekł wesoło. 

Kilmeny otworzyła oczy i spojrzała prosto w lustro, gdzie niby uroczy obraz w złotej ramie 

zobaczyła odbicie swej postaci. 

Chwilę trwała w oszołomieniu, po czym zrozumiała wszystko. Lilie wysunęły się z jej rąk 

na podłogę. Pobladła i z lekkim mimowolnym okrzykiem przesłoniła twarz rękami. Eryk odsunął je 

gwałtownym ruchem.

- Kilmeny, czy uważa się pani i teraz za brzydką? Oto zwierciadło wierniejsze, niż srebrna 

cukierniczka ciotki Jany. Niech pani patrzy. Czy wyobrażała sobie pani kiedy istotę piękniejszą, niż 

pani sama, śliczna Kilmeny? 

A ona zapłoniła się teraz, rzucając ukradkiem nieśmiało, promienne spojrzenie w lustro. 

Uśmiechając się, ujęła tabliczkę i napisała naiwnie.

- MyśLę, że jestem ładna. Nie umiem panu powiedzieć jak się z tego cieszę. To takie 

okropne wierzyć, że się jest brzydką. Można pogodzić się ze wszystkim, ale z tym nigdy. Było mi 

zawsze tak samo przykro, ile razy o tym pomyślałam. Ale dlaczego mama powiedziała mi, że 

jestem brzydka? Czy była naprawdę tego zdania? A może wyładniałam, kiedy dorosłam.

- Matka pani przekonała się pewnie, że piękność nie zawsze jest błogosławieństwem, więc 

uważała, że lepiej, aby pani nie wiedziała, iż została nią pani obdarzona. A teraz wróćmy do sadu. 

Nie marnujmy w domu tego wyjątkowego wieczora. Dzisiejszy zachód słońca będziemy pamiętali 

przez całe życie. A lustro pozostanie tutaj. Jest pani własnością. Tylko proszę nie przeglądać się w 

nim zbyt  często, bo ciotka Jana nie będzie z tego zadowolona. Obawia się, że stanie się pani 

próżna. 

Kilmeny roześmiała się swym melodyjnym  śmiechem, który budził w Eryku  zawsze to 

samo zdziwienie, że będąc niema mogła tak się śmiać. Po czym rzuciła ręką pocałunek swemu 

odbiciu w lustrze i skierowała się ku drzwiom. 

Idąc do sadu, spotkali Neila. Przeszedł obok nich, patrząc w inną stronę, lecz Kilmeny 

zadrżała i przybliżyła się odruchowo do Eryka. 

- Nie rozumiem wcale, co się dzieje z Neilem - napisała gorączkowo. - Nie jest wcale miły, 

jak dawniej i czasem nie odpowiada, gdy do niego mówię. I patrzy na mnie tak dziwnie. A poza 

tym jest ponury i stawia się wujowi i ciotce. 

background image

- Niech się pani nie przejmuje Neilem - odpowiedział Eryk niedbale. - Prawdopodobnie jest 

zły z powodu tego, co mu powiedziałem, gdy się przekonałem, że śledził nas.

Wieczorem przed udaniem się na górę, Kilmeny wśliznęła się do bawialnego pokoju, aby 

przejrzeć się raz jeszcze w tym cudownym lustrze przy słabym świetle trzymanej w ręce świeczki. 

Stała tam jeszcze, pogrążona w marzeniach, gdy w cieniu drzwi ukazała się surowa twarz 

ciotki Jany.

- Czy rozmyślasz nad tym, jak ładnie wyglądasz? Ale pamiętaj, że pięknym jest ten, kto 

pięknie czyni - odezwała się z mimowolnym podziwem, gdyż dziewczyna, której oczy jaśniały, a 

policzki   były   zarumienione,   wyglądała   tak   pięknie,   że   patrząc   na   nią   nawet   Jana   nie   mogła 

pozostać obojętna. Kilmeny uśmiechnęła się z lekka.

- Postaram się pamiętać o tym - napisała. - Ale tak się cieszę, że nie jestem brzydka, ciociu. 

To chyba nic złego, że się z tego cieszę, prawda? 

-   Nie   dziecko,   nie   sądzę   -   przyznała   ciotka.   -   Mając   ładną   twarz,   należy   być   za   to 

wdzięcznym; któż może wiedzieć o tym lepiej, niż ten, co nie posiadał nigdy urody. Pamiętam 

dobrze, że nie byłam ładna i za młodu. Pan Marshall uważa, że jesteś bardzo piękna - dodała, 

patrząc przenikliwie na siostrzenicę.

Kilmeny drgnęła i twarz jej spłonęła szkarłatnym rumieńcem. Rumieniec ten i wyraz, jaki 

zabłysnął w jej oczach wyjaśnił Janie wszystko, co chciała wiedzieć. Z tłumionym westchnieniem 

powiedziała siostrzenicy dobranoc i wyszła.

A Kilmeny pobiegła na górę do swego ciemnego pokoiku, wychodzącego na las i rzuciła się 

na łóżko, kryjąc pałającą twarz w poduszkę. 

Słowa ciotki ujawniły jej ukrytą tajemnicę własnego serca. 

Zrozumiała, że kocha Eryka Marshalla - a świadomości tej towarzyszył dziwny niepokój. 

Bo czyż nie była niema? 

Przeleżała aż do świtu, wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w ciemność. 

background image

Zmiana nastroju 

Przy   następnym   spotkaniu   zauważył   Eryk   zmianę   u   Kilmeny   -   zmianę,   która   go 

zaniepokoiła. 

Kiedy  zaproponował,   by  poszli   do  sadu   wydało   mu   się,   że   przystała   na  to   niechętnie. 

Następne dni utwierdziły go w jego spostrzeżeniach. Coś stanęło między nimi. Miał wrażenie, że 

Kilmeny oddaliła się od niego tak, jak gdyby za przykładem imienniczki z ballady przebywała 

siedem lat w krainie, “gdzie deszcz nie pada nigdy ani wiatr nie wieje” i powróciła wolna oed 

wszelkich ziemskich uczuć. Eryk spędził z tego powodu ciężki tydzień, lecz postanowił położyć 

koniec niepewności i postawić sprawę jasno. Pewnego popołudnia, siedząc z nią w sadzie, wyznał 

jej   swą   miłość.   Był   już   sierpień,   na   polach   dojrzewała   pszenica.   W   sadzie   zapadł   wcześniej 

delikatny,   fioletowy   zmierzch,   jakby   stworzony   dla   miłości,   a   z   oddali   dochodził   szum 

wzburzonego morza, bijącego o skaliste wybrzeże. 

Kilmeny siedziała na ławce tam, gdzie zobaczył ją po raz pierwszy. Grała mu, lecz nie była 

zadowolona ze swej muzyki i marszcząc lekko czoło, odłożyła skrzypce. A może bała się grać - 

bała się zdradzić, ujawniając w muzyce swe nowe uczucia. 

Trudno było temu zapobiec, przywykła bowiem od tak dawna przelewać wszystkie swe 

wzruszenia   w   jakąś   melodię.   Konieczność   powściągania   się   drażniła   ją,   a   smyczek   stał   się 

nieposłusznym narzędziem w jej ręku. 

W tej chwili pragnęła - bardziej niż kiedykolwiek - móc mówić. Słowa osłoniłyby ją i 

zataiły to, co niebezpieczne milczenie mogło zdradzić. 

Cichym, poważnym głosem powiedział jej Eryk, że kocha ją - że pokochał od pierwszego 

wejrzenia,   kiedy  zobaczył   Kilmeny   w   starym   sadzie.   Mówił   nieśmiało,   lecz   bez   obawy,   gdyż 

sądził, że ona go kocha i nie spodziewał się odmowy. 

- Kilmeny, czy chcesz być moją żoną? - zapytał w końcu, ujmując jej ręce. 

Młoda dziewczyna słuchała, nie patrząc na niego. Z początku rumieniec okrył jej twarz, 

lecz teraz pobladła silnie. Kiedy skończył i czekał na jej odpowiedź, wyrwała mu nagle swe ręce i 

zakrywszy nimi twarz, zalała się łzami, szlochając bezgłośnie.

-   Kilmeny,   najdroższa,   czy   cię   zatrwożyłem?   Przecież   widziałaś   z   pewnością,   że   cię 

kocham. Czemuż mnie nie kochasz? - rzekł Eryk obejmując ją ramieniem i usiłując przyciągnąć ku 

sobie. 

Lecz ona potrząsnęła smutnie głową i zaciskając usta, napisała: 

- Tak, kocham pana, ale nie zostanę nigdy pańską żoną, dlatego, że jestem niema. 

- Och, Kilmeny! - odezwał się Eryk z uśmiechem, pewny wygranej. - Nie stanowi to dla 

mnie żadnej różnicy. Wiesz dobrze, najmilsza, że to nie ma najmniejszego znaczenia. Bylebyś ty 

background image

mnie kochała. 

Młoda dziewczyna potrząsnęła jednak ponownie głową. Na bladej twarzy pojawił się wyraz 

wielkiej stanowczości. 

- Nie, to nie wystarcza - napisała. - Wyrządziłabym panu wielką krzywdę, wychodząc za 

pana i nie uczynię tego, gdyż zanadto pana kocham, aby zrobić coś, co byłoby ze szkodą dla pana. 

Pańscy znajomi uważaliby, że postąpił pan bardzo nierozsądnie i mieliby słuszność. Rozmyślałam 

nad tym wiele, odkąd zrozumiałam wszystko ze słów ciotki Jany. I wiem, że postępuję słusznie. 

Przykro mi, że nie zrozumiałam wcześniej, zanim mnie pan tak bardzo pokochał. 

- Kilmeny, cóż za niedorzeczność uroiłaś sobie w tej swojej kochanej, czarnej głowie. Czyż 

nie wiesz, że unieszczęśliwisz mnie na całe życie, jeśli nie zechcesz być moją żoną? 

- Tak się panu zdaje teraz. I wiem, że będzie panu ciężko z początku. Ale potem wyjedzie 

pan i po pewnym czasie zapomni pan o mnie. A wtedy przekona się pan, że miałam słuszność. I ja 

będę bardzo cierpiała, lecz lepsze to, niż gdybym miała zmarnować panu życie. Niech pan nie 

nalega i nie prosi, gdyż nie zmienię swego postanowienia. 

Mimo to Eryk nalegał i prosił. 

Z   początku   cierpliwie   i   z   uśmiechem,   tak,   jak   się   przekonuje   kochane,   lecz   niemądre 

dziecko, a potem z całą powagą, gwałtownie i zapalczywie, skoro zaczął zdawać sobie sprawę, że 

Kilmeny   nie   żartuje.   Wszystko   na   próżno.   Młoda   dziewczyna   bladła   coraz   silniej,   a   oczy   jej 

zdradzały, jak dotkliwie cierpiała. Nie próbowała nawet przeczyć mu, słuchała tylko cierpliwie, ze 

smutkiem i potrząsała głową. Żadne jego dowodzenia, prośby i błagania nie zdołały zachwiać jej 

postanowieniem   ani   o   włos.   Nie   tracił   jednak   nadziei.   Nie   mógł   uwierzyć,   by   było   ono 

nieodwołalne. Był  przekonany,  że jej miłość dla niego zwycięży ostatecznie i wrócił do domu 

bynajmniej nie przygnębiony. Nie rozumiał, że opierała się tak stanowczo jego naleganiom właśnie 

dzięki sile swej miłości, podczas gdy żywiąc uczucie mniej głębokie, uległaby im może. I dlatego 

była nieustępliwa, nie chcąc uczynić tego, co uważała za wyrządzenie mu krzywdy. 

background image

Dawne, smutne dzieje 

Następnego dnia wybrał się Eryk znowu do Kilmeny i ponowił swe prośby, lecz również na 

próżno. 

Wszelkie   jego   tłumaczenia   i   dowodzenia   były   bezskuteczne   wobec   jej   smutnej 

stanowczości. Skoro musiał w końcu uznać, że nic nie zdoła zachwiać jej postanowienia, zwrócił 

się w swej rozpaczy do Jany Gordon. 

Wysłuchała go ze współczuciem. Była najwidoczniej bardzo zawiedziona. Gdy skończył, 

potrząsnęła głową. 

- Ogromnie mi przykro. Nie umiem panu wyrazić jak bardzo. Spodziewałam się czegoś 

zupełnie innego. Co tam, spodziewałam się! Modliłam się o to. Tomasz i ja starzejemy się. Od 

dawna już gnębi mnie myśl - co będzie z Kilmeny, gdy nas nie stanie. Odkąd pan zaczął bywać u 

nas, miałam nadzieję, że znajdzie w panu opiekuna. Lecz skoro Kilmeny powiada, że nie wyjdzie 

za pana, obawiam się, że nie odstąpi od tego. 

- Ależ ona mnie kocha! - wykrzyknął młody człowiek. - I gdyby pani i jej wuj pomówili z 

nią... spróbowali ją przekonać... może potrafiliby państwo wpłynąć na nią... 

- Zrobimy to, rozumie się, ale to nic nie pomoże. Kilmeny jest tak samo stanowcza jak jej 

matka,   kiedy   sobie   coś   umyśli.   Była   zawsze   dobra   i   przeważnie   posłuszna,   ale   ze   dwa   razy 

przekonaliśmy się, że potrafi być uparta. Po śmierci jej matki chcieliśmy wziąć ją do kościoła. Nie 

dała się namówić. Wtedy nie rozumieliśmy dlaczego. Ale teraz domyślam się, że to dlatego, iż 

uważała się za brzydką. Nie chce wyjść za pana, bo kocha pana bardzo. Obawia się, że będzie pan 

żałował, iż ożenił się z niemową. Może ma i słuszność... 

- Nie mogę się jej wyrzec - oświadczył Eryk z uporem. - Trzeba coś przedsięwziąć. Może 

dałoby się ją uleczyć jeszcze i teraz? Czy myślała pani kiedy o tym? Przecież nie badał jej żaden 

lekarz, który mógłby ocenić jej przypadek? 

- Nie, proszę pana. Nie byliśmy z nią nigdy u lekarza. Kiedy zaczęliśmy się obawiać, że nie 

będzie w ogóle mówiła, Tomasz chciał pojechać z nią do Charlottentown, aby ją zbadano. Martwił 

się okropnie, gdyż był bardzo przywiązany do dziecka. Ale Małgorzata nie chciała o tym słyszeć. A 

z nią na próżno było się spierać. 

Mówiła,   że   dziecko   ponosi   karę   za   grzech,   jaki   ona   popełniła   i   żadne   starania   tu   nie 

pomogą. 

- I państwo ulegliście wobec tak chorobliwego urojenia? - zapytał zniecierpliwiony Eryk. 

-   Proszę   pana,   nie   znał   pan   mojej   siostry.   Musieliśmy   ulec.   Nikt   nie   mógł   się   jej 

przeciwstawiać.   Dziwna   to   była   kobieta   -   straszna   pod   pewnymi   względami   od   czasu   swego 

nieszczęścia. Baliśmy się jej sprzeciwiać, ażeby nie postradała zmysłów. 

background image

- A czyż nie mogliście zawieźć Kilmeny do doktora bez wiedzy matki? 

- To było niemożliwe. Małgorzata nie puszczała jej od siebie ani na krok, nawet kiedy 

dorosła. Zresztą, prawdę mówiąc, to i my sami nie wierzyliśmy bardzo w to, aby można było 

uleczyć Kilmeny. Bo przyczyną jej kalectwa był grzech. 

- Ciotko Jano, jakżeż ciotka może mówić  coś podobnego? Jakiż tu był  grzech? Wasza 

siostra sądziła, że jest prawowitą żoną Ronalda Frasera. O ile on wiedział, że tak nie jest, a nie ma 

na to dowodu - to on popełnił grzech. Ale nie wierzy ciotka chyba, aby jego niewinne dziecko 

miało pokutować za to? 

- Nie miałam tego na myśli, proszę pana. Małgorzata zawiniła czym innym. A chociaż nie 

lubiłam nigdy Ronalda, muszę oddać mu sprawiedliwość - jestem pewna, że kiedy żenił się z 

Małgorzaatą uważał się za człowieka wolnego. Nie, chodzi tu o rzecz inną, o wiele gorszą. Dreszcz 

mnie przenika, ilekroć o tym myślę. Och, proszę pana, Pismo Święte powiada słusznie, że dzieci 

cierpią za winy ojców. W całej tej księdze nie ma słów prawdziwszych.

- Cóż to wszystko znaczy, na miłość boską? - wykrzyknął Eryk. - Proszę mi powiedzieć. 

Muszę znać całą prawdę o Kilmeny. Niech mnie ciotka nie dręczy dłużej. 

- Opowiem panu, chociaż będzie to rozdrapywaniem dawnej rany. Żadna osoba żyjąca nie 

wie o tym, prócz mnie i Tomasza. I kiedy usłyszy pan wszystko, zrozumie pan, dlaczego Kilmeny 

nie mówi i dlaczego nie da się zapewne nic dla niej uczynić. Nie zna ona prawdy i niech jej pan 

tego nigdy nie powie. Nie nadaje się to dla niej, zwłaszcza, że dotyczy jej matki. Proszę mi obiecać, 

że nie powtórzy jej pan tego, cokolwiek by zaszło. 

- Obiecuję. Niech ciotka mówi... Niech ciotka mówi - rzekł młody człowiek gorączkowo. 

Jana zacisnęła ręce na kolanach, jak gdyby chcąc zebrać siły do podjęcia przykrego zadania. 

Wyglądała bardzo staro w tej chwili. Bruzdy na jej twarzy pogłębiły się i uwydatniły bardziej. 

- Siostra moja, Małgorzata, była dziewczyną dumną i hardą. Ale nie chciałabym, aby pan 

sądził, że była niemiła. O, nie. Byłoby to krzywdą wobec jej pamięci. Miała wady jak my wszyscy, 

ale   serce  gorące  i  była   wesoła,  żywa.  Kochaliśmy  ją wszyscy.  Wnosiła   radość i  szczęście   do 

naszego domu. Tak, proszę pana, zanim spadło na nią nieszczęście, Małgorzata była ujmującą 

dziewczyną. Śpiewała od rana do nocy, niczym skowronek. Być może rozpieściliśmy ją trochę - i 

pozwalali zbyt często, by robiła to, co chciała. Cóż, zna pan dzieje jej zamążpójścia za Ronalda 

Frasera i wie pan co się stało później, więc nie potrzebuję o tym mówić. Znam, a raczej znałam 

dobrze Elżbietę Williamson i wiem, że cokolwiek panu powiedziała, była to tylko szczera prawda. 

Ojciec nasz był człowiekiem bardzo dumnym. Tak, proszę pana. I Małgorzata odziedziczyła dumę 

nie po kim innym. Nieszczęście jej było dla niego wielkim ciosem. Kiedy się o nim dowiedział, nie 

odezwał się do nas ani słowem przez trzy dni. Siedział w kącie, zwiesiwszy głowę i nie tknął 

background image

jedzenia,  ani  picia.  Był  przeciwny temu,  by Małgorzata  wyszła  za  Ronalda  i kiedy powróciła 

sromotnie do domu, nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy zaczął jej wymyślać. Widzę ją w 

tej chwili, jak stoi w drzwiach, blada i drżąca, trzymając się ramienia Tomasza, a wyraz smutku i 

wstydu w jej wielkich oczach przemienia się w gniew. Słońce zachodziło właśnie i przez okno padł 

czerwony promień wprost na jej pierś, niby krwawa plama.

Ojciec   powiedział   jej   coś   obelżywego,   proszę   pana.   I   chociaż   to   mój   ojciec   -   muszę 

powiedzieć, że był zbyt surowy dla niej, złamanej nieszczęściem. Nie zawiniła przecież niczym 

prócz odrobiną uporu w sprawie swego zamążpójścia. Lecz ojciec sam tego pożałował. Tak, słowo 

to nie padło jeszcze z jego ust, a już go żałował. Lecz zło stało się.

Nie zapomnę nigdy wyrazu twarzy Małgorzaty! Prześladuje mnie jeszcze teraz po nocach. 

Tyle w nim było gniewu, oburzenia i wyzwania! Ale nie odpowiedziała nic. Zacisnęła ręce i poszła 

bez słowa do swego dawnego pokoju, powstrzymując się jedynie siłą woli, aby nie wypowiedzieć 

gwałtownych   uczuć,   które   się   w   niej   burzyły.   I   od   tego   dnia,   proszę   pana,   aż   do   urodzenia 

Kilmeny, nie wyrzekła słowa. I nie mogliśmy jej niczym ułagodzić. A byliśmy dla niej dobrzy, 

serdeczni i nie czyniliśmy jej żadnych wymówek. Siedziała w swym pokoju i wpatrywała się w 

ścianę takim okropnym wzrokiem. Ojciec błagał ją, żeby się odezwała i przebaczyła mu, ale ona 

nie dała nawet poznać po sobie, że go słyszy. Nie doszłam jeszcze do najgorszego, proszę pana. 

Ojciec zachorował obłożnie. Małgorzata nie odezwała się do niego. I pewnej nocy - a było coś 

około godziny jedenastej, gdy Tomasz i ja czuwaliśmy przy nim, nagle ojciec powiedział: “Jano, 

idź na górę i powiedz małej - nazywał tak zawsze pieszczotliwie Małgorzatę - że umieram i chcę, 

żeby   przyszła   do   mnie   i   przemówiła,   zanim   odejdę   z   tego   świata”.   -   Poszłam,   proszę   pana. 

Małgorzata siedziała w swoim pokoju - a zimno tam było  i ciemno - wpatrując się w ścianę. 

Powtórzyłam   jej   słowa   ojca.   Nie   drgnęła   nawet.   Prosiłam   i   płakałam.   Zrobiłam   to,   czego   nie 

uczyniłam dotąd wobec żadnej ludzkiej istoty - uklękłam przed nią i zaklinałam ją na zmiłowanie, 

jakiego spodziewała się dla siebie, aby zeszła do naszego umierającego ojca. Nie chciała, proszę 

pana! Nie poruszyła się, ani nie spojrzała na mnie. Musiałam wstać, zejść na dół i powiedzieć 

staruszkowi, że ona nie przyjdzie. 

Tu Jana Gordon załamała ręce. Wspomnienie to było dla niej prawdziwą męką. 

- Kiedy ojciec to usłyszał, rzekł tylko bardzo łagodnie: “biedna mała, byłem dla niej zbyt 

surowy. Nie należy brać jej tego za złe. Ale nie mogę stanąć przed jej matką, dopóki nasza mała nie 

przebaczy mi, że ją tak skrzywdziłem. Tomaszu, pomóż mi wstać. Muszę pójść do niej, skoro nie 

chce przyjść do mnie”. Widzieliśmy, że nie ma co mu się sprzeciwiać. Podniósł się z łoża śmierci, 

a Tomasz pomógł mu przejść przez hall i po schodach. Szłam za nimi ze świecą. Ach, proszę pana, 

nie zapomnę  tego nigdy - te straszne cienie,  jęk wichru na dworze i ciężki  oddech ojca. Tak 

background image

doprowadziliśmy go do pokoju Małgorzaty. Stanął przed nią cały drżący, a siwe włosy opadały mu 

wokół zapadniętej twarzy. I prosił Małgorzatę, by mu przebaczyła - przebaczyła i odezwała się do 

niego jednym bodaj słowem, zanim stanie przed jej matką. I nie uczyniła tego - proszę pana, nie 

uczyniła! 

Głos Jany przeszedł nieledwie w krzyk. 

- A jednak chciała przemówić, przyznała się potem, że chciała. Lecz upór był silniejszy. 

Opanowała ją jak gdyby jakaś zła moc, nie dając jej się odezwać. Z równym skutkiem mógł ojciec 

zwracać się do obrazu. Och, straszne to było i okrutne! widziała, że ojciec umiera i nie wyrzekła 

słowa, o które prosił. Oto był jej grzech, proszę pana - za ten grzech padła klątwa na nie narodzone 

dziecko.   Gdy  ojciec   zrozumiał,   że   nie   odezwie   się,   przymknął   oczy   i   byłby   upadł,   gdyby   go 

Tomasz nie podtrzymał. 

“Jesteś okrutna, moja mała” powiedział tylko. Były to jego ostatnie słowa. Tomasz i ja 

sprowadziliśmy go na dół, ale zanim doszliśmy do jego pokoju, oddał ostatnie tchnienie. W miesiąc 

po tym urodziła się Kilmeny i kiedy Małgorzata przytuliła do piersi swoją dziecinę, wyzwoliła się 

spod władzy złej mocy. Przemówiła, rozpłakała się i była znowu taka jak dawniej. Ach, jak płakała. 

Błagała nas, abyśmy jej przebaczyli. Przebaczyliśmy jej chętnie i z całego serca. Lecz ten, wobec 

którego zgrzeszyła najciężej, odszedł i żadne słowo przebaczenia nie mogło dojść jej z grobu. Moja 

biedna siostra nie zaznała już nigdy spokoju sumienia. Ale była dobra, łagodna i uległa dopóty - 

dopóki nie zaczęła się obawiać, że Kilmeny nie będzie mówiła. Myśleliśmy wtedy, że postrada 

zmysły. I właściwie to nie była już odtąd nigdy zupełnie normalna. A teraz wie pan wszystko i 

jestem rada, że już skończyłam. Otóż Kilmeny nie mówi, ponieważ jej matka nie chciała mówić. 

Eryk słuchał tej niesamowitej opowieści z twarzą pobladłą ze zgrozy. 

Był przerażony ponurym tragizmem tego bezlitosnego prawa, będącego najokrutniejszą i 

najbardziej tajemniczą rzeczą na Bożym świecie, a nakazującego, ażeby niewinny ponosił karę za 

grzech winnego. I chociaż zamierzał walczyć przeciwko temu, wkradło się do jego serca smutne 

przekonanie, że wiedza ludzka będzie istotnie bezsilna wobec kalectwa Kilmeny.

- To, co mi ciotka opowiedziała, jest straszne - odezwał się posępnie. 

Powstał i zaczął chodzić niespokojnie tam i z powrotem po ciemnej, zacienionej kuchni, 

gdzie się znajdowali. 

-   I   jeśli   uparte   milczenie   matki   spowodowało   rzeczywiście   to,   że   Kilmeny   jest   niema, 

obawiam się, iż tak, jak ciotka powiada, nie da się tu nic zrobić. Ale może ciotka się myli. Mógł to 

być po prostu dziwny zbieg okoliczności. Może dałoby się ją uleczyć? W każdym razie trzeba 

spróbować.   Mam   w   Queenslea   przyjaciela,   który   jest   doktorem,   bardzo   wybitnym   specjalistą 

chorób gardła i narządów głosowych. Nazywa się Dawid Baker. Sprowadzę go tu, żeby zbadał 

background image

Kilmeny. 

- Niech pan robi, jak pan uważa - zgodziła się Jana, lecz głos jej nie wyrażał najsłabszej 

nadziei, tak, jak gdyby pozwalała Erykowi próbować rzeczy zupełnie niemożliwej. 

- Trzeba będzie powiedzieć doktorowi Bakerowi co jest przyczyną kalectwa Kilmeny, a 

raczej, co uważacie za przyczynę. 

Przez twarz Jany przebiegł skurcz. 

- Czy to konieczne, proszę pana? Ciężko to opowiadać taką rzecz obcemu.

- Proszę się nie obawiać. Powiem mu tylko to, co jest ściśle konieczne, aby zrozumiał 

należycie ten wypadek. Wystarczy, gdy będzie wiedział, że Kilmeny jest niema, zapewne dlatego, 

iż przez kilka miesięcy przed jej urodzeniem stan umysłu jej matki był chorobliwy, przy czym 

zachowywała ona uparte milczenie pod wpływem pewnej głębokiej osobistej urazy.

- Dobrze, niech pan robi tak, jak pan uważa, że będzie najlepiej. 

Widać było jednak wyraźnie, że Jana nie wierzyła, by jego starania dały jakikolwiek wynik.

Twarz Kilmeny zaróżowił natomiast blask nadziei, kiedy Eryk powiedział jej, co zamierza 

przedsięwziąć.

- Ach, czy myśli pan, że mógłby przywrócić mi mowę? - napisała skwapliwie. 

- Nie wiem, Kilmeny. Mam nadzieję, że tak i wiem, że uczyni on wszystko, co jest w 

ludzkiej mocy. Czy obiecujesz wyjść za mnie, najdroższa, jeśli cię uleczy? 

Skinęła głową. Ten drobny, poważny ruch miał w sobie uroczystość świętej obietnicy. 

- Tak - napisała. - Jeśli będę mówiła jak inni, wyjdę za pana. 

background image

Orzeczenie Dawida Bakera 

W następnym tygodniu przybył do Lindsay Dawid Baker. Przyjechał po południu, kiedy 

Eryk był w szkole. 

Powróciwszy   do   domu,   Eryk   stwierdził,   że   w   ciągu   godziny   Dawid   zdobył   serce   pani 

Williamson, zaskarbił sobie łaski Tymoteusza i zasprzyjaźnił się z Robertem.

Dawid przyjrzał się przyjacielowi ciekawie, gdy znaleźli się obaj sami w pokoiku na górze. 

- No, Eryku, chciałbym  dowiedzieć się o co chodzi. Czy masz jakieś nieprzyjemności? 

Piszesz do mnie, zaklinając mnie w imię przyjaźni, abym przyjechał natychmiast. Zgodnie z tym 

zjawiam się niezwłocznie. I zastaję cię w doskonałym zdrowiu. Wytłumacz mi, czemu zwabiłeś 

mnie tutaj. 

- Chcę cię prosić o przysługę, którą tylko ty możesz mi oddać, Dawidzie - odezwał się Eryk 

spokojnie.   -   Nie   chciałem   wdawać   się   w   szczegóły   listownie.   Poznałem   w   Lindsay   młodą 

dziewczynę, którą pokochałem. Poprosiłem ją, aby została moją żoną, lecz chociaż nie jestem jej 

obojętny,   odmówiła   mi,   ponieważ   jest   niema.   Chcę,   abyś   ją   zbadał   i   stwierdził   przyczynę   jej 

kalestwa i czy da się je uleczyć. Słyszy doskonale i jest zupełnie zdrowa i normalna pod każdym 

innym   względem.   Ażebyś   mógł   zrozumieć   lepiej   ten   wypadek,   opowiem   ci   najważniejsze 

wydarzenia z jej życia. 

Po czym zaczął swą opowieść.

Dawid Baker słuchał poważnie, z uwagą, nie spuszczając oczu z twarzy przyjaciela. Nie 

zdradził niczym zdziwienia, ani też niepokoju jaki odczuł, dowiadując się, że Eryk zakochał się w 

dziewczynie   niemej,   o   dziwnej   przeszłości.   Niezwykłość   wypadku   Kilmeny   obudziła   jego 

zawodowe   zainteresowanie.   Wysłuchawszy   całej   historii,   wsunął   ręce   w   kieszenie   i   począł 

przechadzać się po pokoju. W końcu stanął przed Erykiem i odezwał się: 

- A więc zrobiłeś to, czego się obawiałem przez cały czas. Nie kierowałeś się zdrowym 

rozsądkiem przy wyborze przyszłej żony. 

- Jeśli nawet tak było, to kierowałem się czymś lepszym i szlachetniejszym, niż zdrowy 

rozsądek - rzekł Eryk ze spokojem. 

Dawid wzruszył ramionami. 

- Niełatwo ci będzie przekonać mnie o tym, Eryku. 

- Owszem, zupełnie łatwo. Mam jeden argument, który przekona cię od razu - a jest nim 

sama Kilmeny Gordon. Lecz nie czas teraz rozprawiać o tym, czy postąpiłem mądrze, czy też nie. 

Chcę wiedzieć - co sądzisz o wypadku, jaki ci opowiedziałem? 

Dawid zamyślił się, ściągając brwi.

- Nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Jest bardzo ciekawy i niezwykły, ale nie jedyny w 

background image

swoim   rodzaju.   Słyszałem   o   wypadkach,   że   wpływy   działające   przed   urodzeniem   dziecka, 

wywołały podobny skutek. Ale nie przypominam sobie w tej chwili, czy którykolwiek z nich został 

uleczony. Nie mogę nic powiedzieć, dopóki jej nie zbadam. 

Nazajutrz   rano   Eryk   udał   się   z   Dawidem   do   Gordonów.   Gdy   zbliżali   się   do   sadu, 

przypłynęły ku nim poprzez pachnący żywicą jodłowy las dźwięki muzyki - było to jak gdyby 

namiętne wołanie, pełne smutku i skargi, a jednocześnie pełne cudownej słodyczy i przejmującej 

wymowy.

- Co to? - wykrzyknął Dawid zdziwiony. 

- To Kilmeny gra na skrzypcach - odpowiedział Eryk. - Ma wielkie zdolności muzyczne i 

improwizuje przepiękne melodie. 

W sadzie Kilmeny powstała z ławki, idąc na ich spotkanie. Jej piękne, świetliste oczy były 

szeroko   rozwarte,   a   twarz   zarumieniona   pod   wpływem   podniecenia,   wywołanego   nadzieją   i 

jednocześnie obawą.

- O Boże! - szepnął Dawid. 

Nie mógł ukryć  swego zdumienia i Eryk  uśmiechnął się, widząc to. Nie uszło bowiem 

uwagi Eryka, że do tej chwili uchodził w oczach Dawida za człowieka niezupełnie przy zdrowych 

zmysłach. 

- Kilmeny - rzekł - oto mój przyjaciel, doktor Baker. 

Kilmeny uśmiechnęła się i podała Bakerowi rękę. Stojąc w blasku porannego słońca obok 

grządki  swych  siostrzyc,  lilii,  była  tak  piękna,  że można  było  oniemieć  na  jej widok. Dawid, 

któremu nie brakło bynajmniej pewności siebie i który był na ogół wymowny w towarzystwie 

kobiet,   skłonił   się   przed   nią   w   milczeniu,   onieśmielony,   niczym   uczniak.   Lecz   Kilmeny   była 

czarująco   swobodna.   W   jej   zachowaniu   nie   było   śladu   zmieszania,   a   tylko   pełna   wdzięku 

nieśmiałość. Eryk uśmiechnął się, przypominając sobie swe pierwsze spotkanie z nią. I zdał sobie 

nagle sprawę jak wielkie uczyniła postępy od tego czasu i jak bardzo się rozwinęła. Uczyniwszy 

ręką   zapraszający   ruch,   skierowała   się   młoda   dziewczyna   ku   drożynie,   wysadzonej   dzikimi 

czereśniami, a obaj mężczyźni poszli za nią przez sad. 

- Eryku, ona jest niewypowiedzianie piękna! - odezwał się Dawid półgłosem. - Wczoraj, 

jeśli mam być szczery,  byłem dosyć niepochlebnego zdania o twoim rozsądku. A teraz ginę z 

zazdrości. To najbardziej urocza istota, jaką zdarzyło mi się widzieć. 

Eryk przedstawił Dawida Gordonom i pośpieszył do szkoły. Na bocznej dróżce natknął się 

na Neila i prawie, że się przeraził błysku nienawiści, jaki dojrzał w oczach młodego Włocha. Lecz 

chwilowa trwoga ustąpiła miejsca litości. Twarz Neila wychudła i wynędzniała. Oczy zapadły się i 

błyszczały gorączkowo. Postarzał się jak gdyby o lata całe od dnia, gdy Eryk zobaczył go po raz 

background image

pierwszy   nad   strumieniem.   Pod   wpływem   niespodziewanego   odruchu   współczucia   młody 

nauczyciel przystanął i wyciągnął rękę do chłopaka. 

- Neilu, czy nie możemy żyć w zgodzie? - rzekł. - Przykro mi, że jestem przyczyną twego 

cierpienia. 

- W zgodzie! - Nigdy! - rzucił Neil gwałtownie. - Odebrałeś mi pan Kilmeny. Będę pana 

zawsze nienawidził. I odpłacę się panu jeszcze.

Oddalił się szybko, a Eryk poszedł do szkoły, wzruszywszy ramionami i przestał myśleć o 

tym spotkaniu. Dzień wydał mu się nieskończenie długi. Kiedy wrócił do domu na obiad, Dawida 

jeszcze   nie   było.   Dopiero   wieczorem,   gdy   wszedł   do   swego   pokoju   zastał   przyjaciela 

wyglądającego oknem. 

- No więc? - rzekł niecierpliwie, skoro Dawid obrócił się ku niemu, zachowując jednak 

milczenie. - Cóż mi powiesz? Nie trzymaj mnie w niepewności. Nie zniosę tego dłużej. Dzisiejszy 

dzień wydał mi się wiekiem. Czy stwierdziłeś, co jest przyczyną kalectwa Kilmeny? 

- Przyczyny nie ma żadnej - odpowiedział doktor Baker powoli, opadając na krzesło przy 

oknie. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Jedynie to, co mówię. Wszystkie jej narządy głosowe są w zupełnym porządku. I co się 

ich tyczy, nie ma żadnego powodu, aby nie mogła mówić. 

- No więc czemu nie może mówić? Czyżbyś sądził, że... że... 

- Sądzę, że nie zdołam wyrazić mego wniosku trafniej, niż powtarzając słowa Jany Gordon. 

Kilmeny nie mówi, ponieważ jej matka nie chciała mówić. Oto wszystko. Przyczyna jest natury 

psychicznej, a nie fizycznej. Wiedza lekarska jest bezsilna w tym przypadku. Istnieją w moim 

zawodzie wybitniejsi specjaliści ode mnie Eryku, ale jestem przekonany, że gdybyś zasięgnął ich 

rady, powiedzieliby ci to samo, co ja, ni mniej, ni więcej.

- W takim razie nie ma nadziei - rzekł Eryk z rozpaczą. - Nie możesz nic dla niej uczynić. 

Dawid zdjął z oparcia krzesła szydełkową serwetkę, wyobrażającą skradającego się lwa i 

rozpostarł ją na kolanach. 

- Nic nie mogę  dla niej uczynić  - powtórzył,  wpatrując się chmurnie  w  tę artystyczną 

robótkę. - Wątpię, by ktokolwiek zdołał ją uleczyć. Ale nie twierdzę bynajmniej, że nie ma dla niej 

nadziei wyzdrowienia. 

- Słuchaj, Dawidzie, nie jestem usposobiony do rozwiązywania zagadek. Wypowiedz się 

jasno i nie dręcz mnie.

Dawid zmarszczył czoło w niepewności i wetknął palec w dziurkę, będącą okiem króla 

zwierząt. 

background image

- Nie wiem, czy potrafię wyrazić ci to jasno. Nie jest to całkiem jasne dla mnie samego. Ma 

się rozumieć, że to tylko moja własna, mglista teoria. Nie mogę przytoczyć faktów, które by ją 

potwierdziły. No, krótko mówiąc, uważam za możliwe Eryku, aby Kilmeny zaczęła kiedyś mówić - 

o ile zapragnie tego dość silnie. 

- Zapragnie! Ależ, człowieku, ona pragnie tego tak silnie, jak tylko można chcieć czegoś. 

Kocha mnie całym sercem, a nie wyjdzie za mnie, ponieważ jest niema. Czy sądzisz, że ktokolwiek 

mógłby goręcej pragnąć mówić, niż młoda dziewczyna w tych warunkach? 

- Tak, ale nie mam na myśli tego rodzaju pragnienia, niezależnie od jego siły. Myślę o 

nagłej, gwałtownej, namiętnej potrzebie wypowiedzenia się, jednocześnie fizycznej i psychicznej, 

dość   potężnej,   ażeby   zerwać   niewidzialne   okowy,   pętające   jej   mowę.   O   ile   by   się   zdarzała 

okoliczność, która wywołałaby tego rodzaju silne pragnienie, wierzę, że Kilmeny przemówiłaby, a 

gdyby   raz   przemówiła,   byłaby   odtąd   zupełnie   uleczona   -  tak,   byle   wypowiedziała   choć   jedno 

słowo. 

-   Wszystko   to   wydaje   mi   się   bardzo   niedorzeczne   -   odezwał   się   Eryk   niepewnie.   - 

Przypuszczam, że ty masz pojęcie o czym mówisz, ale ja nie. A w każdym razie znaczy to w 

praktyce, że nie może ona żywić żadnej nadziei - no i ja też. Nawet jeśli twoja teoria jest trafna, 

gdzież prawdopodobieństwo, że zdarzy się okoliczność o jakiej mówisz? Kilmeny nie zostanie 

więc nigdy moją żoną.

-   Nie   dawaj   tak   łatwo   za   wygraną.   Bywały   wypadki,   że   kobieta   zmieniała   swe 

postanowienie.

- Ale nie taka kobieta jak Kilmeny - rzekł Eryk ze smutkiem. - Powiadam ci, że posiada 

nieugiętą wolę i wytrwałość swej matki, chociaż nie ma w niej ani śladu egoizmu  lub dumy. 

Dziękuję ci, Dawidzie, za życzliwość i dobre chęci. Uczyniłeś wszystko, co było w twej mocy. Mój 

Boże, czym by to było dla mnie, gdybyś zdołał ją uleczyć! 

Eryk padł na krzesło, wzdychając ciężko i ukrył twarz w dłoniach. Chwila ta była dla niego 

bolesna jak śmierć. Sądził, że jest przygotowany na rozczarowanie. Nie zdawał sobie sprawy jak 

silna była jego nadzieja, dopóki ta nadzieja nie została mu całkowicie odebrana. 

Dawid westchnął, kładąc szydełkową robótkę na miejsce. 

- Jeśli mam być szczery, Eryku, myślałem sobie wczoraj, że jeśli przekonam się, iż nie uda 

mi się uleczyć tej dziewczyny, będzie to najlepsze rozwiązanie sprawy dla ciebie. Ale odkąd ją 

zobaczyłem, dałbym sobie uciąć prawą rękę, byle móc uczynić coś dla niej. Tak, to żona dla ciebie 

- gdybyśmy tylko zdołali przywrócić jej mowę! I na pamięć twej matki! - Tu Dawid uderzył pięścią 

w parapet okienny z taką siłą, że wstrząsnął futryną - jest to żona dla ciebie bez względu na to, czy 

będzie mówiła, czy też nie - żebyśmy tylko mogli przekonać ją o tym. 

background image

- Nie przekonamy jej. Nie, Dawidzie, straciłem ją. Czyż powiedziałeś jej to, co mnie? 

- Powiedziałem, że nie mogę nic dla niej uczynić. Nie wspominałem o mojej teorii, gdyż nie 

miałoby to celu. 

- Jak to przyjęła? 

- Bardzo spokojnie i odważnie - z wdziękiem wielkiej damy. Ale wyraz jej oczu - Eryku, 

doznałem uczucia, że popełniłem zabójstwo. Pożegnała mnie, uśmiechając się żałośnie i poszła na 

górę. Nie widziałem jej więcej, chociaż zostałem na obiedzie, zaproszony przez pana Gordona. 

Osobliwa to  para, ci  starzy Gordonowie.  Podobali  mi  się  jednak. Mocne  charaktery o stałych 

zasadach, wierni w przyjaźni, a zawzięci jako wrogowie. Żałowali, że nie mogę uleczyć Kilmeny, 

ale widać było wyraźnie, iż Tomasz Gordon uważał moje usiłowania za wtrącanie się do wyroków 

przeznaczenia. 

Eryk uśmiechnął się bezmyślnie.

- Muszę tam pójść i zobaczyć się z Kilmeny. Wybaczysz mi, prawda Dawidzie? Masz tu 

książki. Poczytaj sobie. 

U Gordonów zobaczył się Eryk jednak tylko z Janą. Powiedziała mu, że Kilmeny jest w 

swoim pokoju i nie chce go przyjąć. 

- Spodziewała się, że pan przyjdzie i zostawiła mi to dla pana. 

Jana wręczyła mu karteczkę. Zawierała niewiele słów i widniały na niej ślady łez. 

Panie Eryku - przeczytał - proszę nie przychodzić więcej. Nie powinniśmy się widywać, 

gdyż byłoby to jeszcze bardziej bolesne dla nas obojga. Musi pan wyjechać i zapomnieć o mnie. 

Kiedyś będzie mi pan wdzięczny za to. Będę pana zawsze kochała i modliła się za pana. 

Kilmeny 

-   Muszę   się   z   nią   widzieć   -   oświadczył   Eryk   rozpaczliwie.   -   Ciotko   Jano,   proszę   mi 

dopomóc i powiedzieć jej, że muszę pomówić z nią. Proszę tylko o chwilkę rozmowy. 

Jana potrząsnęła głową, lecz udała się na górę. Wróciła niebawem.

- Kilmeny powiada, że nie może zejść. A pan wie, jaka ona jest stanowcza. Żadne prośby tu 

nie pomogą. I uważam, iż ma słuszność. Skoro nie chce wyjść za pana, lepiej dla niej, by pana nie 

widywała. 

Eryk zmuszony był wrócić do domu, nie otrzymawszy żadnej innej pociechy. 

Nazajutrz rano odwiózł sam Dawida na stację, gdyż była to sobota. Nie spał całą noc i 

wyglądał tak źle, że przyjaciel zaniepokoił się o niego. Dawid pozostałby chętnie kilka dni w 

Lindsay, lecz groźny stan zdrowia jednego z pacjentów wymagał jego szybkiego powrotu. 

Na peronie zamienił z Erykiem uścisk dłoni. 

- Rzuć tę szkołę, Eryku i wracaj do domu. Nic tu już nie wskórasz, a zamartwisz się na 

background image

śmierć. 

- Muszę zobaczyć się raz jeszcze z Kilmeny, zanim wyjadę - brzmiała odpowiedź Eryka. 

Po   południu   poszedł   do   Gordonów.   Ale   wynik   tych   odwiedzin   był   taki   sam,   jak 

poprzedniego dnia. Kilmeny odmówiła widzenia się z nim, a Tomasz powiedział poważnie: 

- Panie Eryku, pan wie, że pana lubię i żałuję, iż Kilmeny tak postanowiła. Może ma jednak 

słuszność. Widywałbym pana chętnie często i będzie mi pana brak. Ale powiem panu otwarcie, że 

tak, jak sprawy stoją obecnie, lepiej, aby pan nie przychodził tu więcej. Nic to nie pomoże, a im 

prędzej przestaniecie oboje myśleć o sobie, tym lepiej dla was. A teraz idź pan i niech Bóg ma pana 

w swej opiece. 

- Czy pan wie, czego pan ode mnie żąda? - rzekł młody człowiek ochrypłym głosem.

- Tak jest, wymagam od pana rzeczy niełatwej, dla pańskiego dobra. Kilmeny nie rozmyśli 

się. Wiemy już z doświadczenia, jaką może być wola kobiety. Cicho Jano, nie płacz. Jakież wy, 

kobiety, jesteście niemądre! Czy myślisz, że łzy zmyją taki czyn? Nie zmażą one grzechu, ani 

skutków grzechu. Straszne to, jak grzech rozrasta się i rozpościera, a w końcu niszczy niewinne 

życie, nieraz w długi czas po tym, gdy grzesznik odszedł już zdać sam sprawę przed Bogiem. 

Proszę pana, jeśli pan usłucha mojej rady, rzuci pan szkołę w Lindsay i powróci jak najprędzej do 

Queenslea. 

background image

Zerwane okowy 

Eryk udał się do domu blady i posępny. Nie przypuszczał nigdy, by człowiek mógł tak 

cierpieć, jak on cierpiał obecnie. 

Co miał począć? Wydawało mu się niepodobieństwem wieść życie dalej - czym miało być 

życie bez Kilmeny? 

Ból szarpał jego duszę, pozbawiając go sił, a młodzieńcza nadzieja przemieniły się w jego 

sercu w gorycz i żal. 

Nie potrafił nigdy potem powiedzieć, jak przeżył  tę niedzielę i w jaki sposób pełnił w 

poniedziałek swe zwykłe obowiązki. Przekonał się, ile człowiek może przecierpieć i mimo to żyć 

dalej i pracować. Miał wrażenie, że ciało jego jest automatem, poruszającym się i mówiącym bez 

współudziału   jego   woli,   podczas   gdy  zamknięty   w   nim   udręczony   duch   doznawał   mąk,   które 

wycisnęły   na   nim   niezatarte   piętno.   Z   tej   ogniowej   próby   Eryk   Marshall   wyszedł   już   jako 

mężczyzna, który pozostawił za sobą na zawsze swe lata chłopięce i patrzył na życie oczyma, 

sięgającymi w jego głąb i poza nie. 

We wtorek po południu odbył się w powiecie pogrzeb i zgodnie z miejscowym obyczajem, 

dzieci w szkole nie miały lekcji. Eryk poszedł do sadu. Nie spodziewał się zastać tam Kilmeny, 

gdyż przypuszczał, że będzie unikała tego miejsca, aby go nie spotkać. Lecz nie mógł przebywać z 

dala   od sadu,  chociaż  myśl  o  nim  była   jedną więcej   udręką.  Erykiem   miotały  dwa  sprzeczne 

uczucia. Pragnął gwałtownie nie zobaczyć go więcej, a jednocześnie nie mógł pogodzić się z tym, 

by odjechać i opuścić ów dziwny, stary sad, gdzie poznał swą ukochaną i starał się o nią, gdzie 

widział, jak rozwijała się i rozkwitała w jego oczach, niczym rzadki kwiat i w krótkim czasie trzech 

miesięcy stała się z prześlicznego dziecka jeszcze bardziej uroczą kobietą. 

Idąc przez pastwisko koło lasu natknął się na Neila Gordona, który robił płot.

Chłopak nie spojrzał, gdy Eryk go mijał, lecz wbijał w dalszym ciągu paliki w ziemię.

Przedtem Erykowi żal było Neila. Obecnie zdał sobie sprawę, że odczuwa dlań sympatię. 

Czy Neil cierpiał tak, jak on cierpiał? Młody nauczyciel widział w nim teraz współtowarzysza 

niedoli.

Sad drzemał cicho w silnych, gorących promieniach wrześniowego słońca, które posiadały 

niejako moc zgęszczania wszelkich woni, jakie lato nagromadziło w lesie i polu. 

Kwiatów było teraz niewiele. Większość lilii, które kilka dni temu królowały tak okazale 

wzdłuż środkowej ścieżki, zwiędła. Trawa zeschła się, była  nierówna i zapuszczona. Tylko po 

rogach   płonęły   niby   pochodnie   wysokie   kwiaty   nawłoci,   a   tu   i   ówdzie   pochylało   się   kilka 

ciemnopurpurowych astrów. 

Sad   zachował   swoisty,   niezwykły   powab,   podobnie   jak   pewne   kobiety,   które   otacza 

background image

atmosfera dawnej piękności i które nie utraciły nic z wrodzonego, niezniszczalnego czaru, chociaż 

młodość ich dawno przeminęła. 

Eryk przechadzał się po sadzie smutny i zgnębiony a w końcu usiadł na pochylonej żerdzi 

płotu w cieniu zwisających gałęzi jodły. Tutaj oddał się bolesnemu rozpamiętywaniu, pełnemu 

gorzkiej słodyczy, przeżywając na nowo wszystko, co wydarzyło się w tym sadzie, odkąd spotkał 

tu po raz pierwszy Kilmeny. Był tak pogrążony w myślach, że nie zdawał sobie zupełnie sprawy z 

tego, co się wokół niego działo. Nie słyszał więc za sobą odgłosu skradających się kroków w 

jodłowym lesie. Nie widział nawet Kilmeny, która nadchodziła powoli i ukazała się na zakręcie 

dróżki, wysadzonej dzikimi czereśniami. 

Młoda   dziewczyna   przyszła   do   sadu,   chcąc   ukryć   swą   boleść   -   o   ile   to   było   w   ogóle 

możliwe. Nie obawiała się spotkać tam Eryka o tej porze dnia, gdyż nie wiedziała, że w powiecie 

istniał zwyczaj przerywania nauki na czas pogrzebu. Wieczorem nie poszłaby nigdy do sadu, choć 

tęskniła za nim nieustannie. Sad i wspomnienia - oto wszystko co jej obecnie pozostało.

Wydawało się, że przez tych kilka dni przeżyła lata całe. Piła z kielicha bólu i cierpienia. 

Twarz   miała   bladą   i   wychudłą.   Sine,   przezroczyste   cienie   widniały   pod   wielkimi,   myślącymi 

oczyma,   z   których   zniknął   wyraz   dziewczęcej   wesołości   i   rozmarzenia,   a   ból,   znoszony   z 

poddaniem się nadał im osobliwego uroku.

Tomasz   Gordon   potrząsnął   głową   z   niepokojem,   spojrzawszy   na   nią   tego   ranka   przy 

śniadaniu. 

“Nie przetrzyma tego - pomyślał sobie. - Nie pobędzie długo na tym świecie. Biedactwo! 

Może tak będzie dla niej najlepiej. Ale dałbym wiele, aby ten młody Marshall nie był nigdy zaszedł 

do sadu Connorsów, ani do naszego domu. Och, Małgorzato, Małgorzato, to straszne, że twoja 

córka ma płacić za grzech, popełniony zanim przyszła na świat”.

Kilmeny szła powoli dróżką, jakby we śnie, nie zwracając na nic uwagi. Skoro znalazła się 

przy   otworze   w   płocie,   gdzie   drożyna   wchodziła   w   sad,   podniosła   głowę   i   zobaczyła   Eryka, 

siedzącego w cieniu drzew po drugiej stronie sadu. Miał głowę schyloną, wspartą na dłoniach. 

Kilmeny przystanęła i krew rzuciła jej się gwałtownie do twarzy, a w następnej chwili odpłynęła, 

pozostawiając twarz bladą jak papier. Wyraz zgrozy - nieopisanej, śmiertelnej zgrozy - pojawił się 

w jej oczach tak, jak ciemne cienie chmur odbijają się w dwóch błękitnych stawach. Za Erykiem 

stał Neil, przyczajony, sprężony do morderczego ciosu. Nawet z tej odległości widziała Kilmeny 

wyraz jego twarzy oraz to, co trzymał w ręce i w nagłym przebłysku zrozumienia, uświadomiła 

sobie   znaczenie   tego.   Wszystko   to   utrwaliło   się   w   jej   mózgu,   niby   na   kliszy   fotograficznej. 

Wiedziała, że zanim dobiegnie przez sad, aby ostrzec Eryka dotknięciem ręki, będzie za późno. A 

przecież musi go ostrzec... Musi... Musi! 

background image

Przemożne pragnienie dobycia głosu wezbrało w niej i zalało ją niby fala morska, znosząc 

wszelkie zapory z nieodpartą siłą. 

Kiedy Neil wzniósł szybkim i mściwym ruchem siekierę, którą trzymał w ręce, Kilmeny 

rzuciła się naprzód przez dziurę w płocie. 

- Eryku, Eryku obejrzyj się... Obejrzyj się za siebie! 

Młody człowiek porwał się zaskoczony, zdumiony, gdy krzyk ten rozległ się w sadzie. 

Nie   zdawał   sobie   zupełnie   sprawy,   że   to   Kilmeny   go   woła,   lecz   odruchowo   usłuchał 

nakazu.

Obejrzał się i zobaczył Neila, który nie patrzył na Eryka, lecz obok niego, na Kilmeny. 

Twarz młodego Włocha była szara jak popiół, a oczy jego wyrażały przerażenie i niedowierzanie, 

tak jak gdyby nadprzyrodzona siła przeszkodziła mu w wykonaniu morderczego zamiaru. Siekiera, 

leżąca  u jego nóg tak, jak ją upuścił pod wpływem  niewypowiedzianego  strachu, usłyszawszy 

krzyk Kilmeny, zdradziła Erykowi wszystko.

Zanim   jednak   Eryk   zdołał   się   odezwać,   Neil   zawrócił,   krzyknął   przeraźliwie   głosem 

podobniejszym do głosu zwierzęcia niż istoty ludzkiej i uciekł w mrok jodłowego lasu, jakby go 

ktoś ścigał. 

W   chwilę   później   Kilmeny   padła   w   ramiona   Eryka.   Twarz   miała   zroszoną   łzami   i 

rozjaśnioną uśmiechem. 

- Ach, Eryku, ja mówię!... - Ja mówię! Czy to nie cudowne! Eryku, kocham cię... Kocham 

cię! 

Neil sam znajduje wyjście 

To cud! - powiedział Tomasz Gordon ze czcią. Były to jego pierwsze słowa od chwili, 

kiedy Eryk i Kilmeny, trzymając się za ręce, wpadli do mieszkania niby dwoje dzieci, upojonych 

radością i zdumieniem i opowiedzieli zdyszanym głosem rzecz całą jemu oraz Janie. 

- Och, nie, jest to bardzo niezwykłe, ale nie żaden cud - rzekł Eryk. - Dawid mówił mi, że 

może się tak stać. Tylko nie miałem nadziei. Gdyby tu był, wytłumaczyłby wam wszystko.

Tomasz Gordon potrząsnął głową.

- Wątpię, by on, czy ktokolwiek inny mógł to wyjaśnić, proszę pana. Ja uważam to za cud. 

Podziękujmy Bogu kornie i ze czcią, iż uznał za stosowne zdjąć klątwę z niewinnej. Niechaj wasi 

doktorzy tłumaczą to, jak chcą, nie będą na pewno bliżsi prawdy. Ja widzę w tym rękę Bożą. Jano, 

wydaje mi się, że śnię. Czy Kilmeny mówi naprawdę? 

- Naprawdę, wujku - odpowiedziała Kilmeny, rzucając Erykowi spojrzenie pełne zachwytu. 

- Nie wiem, jak to się stało, ale uczułam, że muszę przemówić i przemówiłam. A teraz jest to takie 

łatwe. Wydaje mi się, że mogłam zawsze mówić.

background image

Mówiła naturalnie i swobodnie. Jedynie odpowiednia modulacja głosu sprawiała jej niejaką 

trudność. Chwilami brzmiał on zbyt wysoko, to znów zbyt nisko. Ale wyczuwało się, że opanuje 

go wkrótce całkowicie. Głos miała piękny - bardzo czysty, miękki i melodyjny. 

-   Ach,   jak   się   cieszę,   że   pierwszym   słowem,   które   wypowiedziałam,   było   twoje   imię, 

najdroższy - szepnęła do Eryka.

- A co będzie z Neilem? - zapytał Tomasz Gordon, otrząsając się z trudem z podziwu, w 

jakim był pogrążony. - Co zrobimy, gdy wróci? Niewesoła to sprawa pod tym jednym względem. 

Eryk   zapomniał   prawie   o   Neilu   pod   wpływem   przemożnego   zdumienia   oraz   radości. 

Świadomość, że uniknął nagłej i gwałtownej śmierci, nie owładnęła dotąd jego myślami. 

-   Musimy   mu   przebaczyć,   panie   Gordon.   Wiem,   jakie   uczucia   żywiłbym   względem 

człowieka, który odebrałby mi Kilmeny. W swym bólu uległ złemu porywowi, lecz pomyśl pan, ile 

stąd wynikło dobrego.

- No tak. Nie zmienia to jednak strasznej prawdy, że chłopak żywi w sercu mordercze 

zamiary - i byłby pana zabił. Wszechmocna opatrzność nie dopuściła, by popełnił dzisiaj zbrodnię i 

skierowała zło ku dobremu. Lecz zawinił on zamiarem i myślami. A my przywiązaliśmy się do 

chłopca, wychowaliśmy, jak własne dziecko i kochaliśmy go mimo wszystkich jego wad. Ciężka to 

rzecz dla nas i nie wiem, co mamy uczynić. Nie możemy przyjąć go tak, jakby się nic nie stało. Nie 

będziemy mogli mu już nigdy zaufać. 

Lecz Neil Gordon rozstrzygnął sam swoją sprawę. Kiedy Eryk powrócił tego dnia do domu, 

zastał Roberta Williamsona przy kredensie, raczącego się kawałkiem chleba z serem po jeździe na 

stację. Tymoteusz siedział na stole w swym strojnym aksamitnym futerku i spożywał z powagą 

smaczne kąski, rzucane mu przez Roberta. 

- Dobry wieczór panu. No, rad jestem, że pan jakoś raźniej wygląda. Mówiłem żonie, że to 

pewnie tylko zwykła sprzeczka zakochanych. Martwiła się panem. Ale nie chciała dopytywać się. 

Ona nie należy do tych osób, które czują się nieszczęśliwe, nie mogąc wtykać ustawicznie nosa w 

cudze sprawy. Ale cóż się tam stało dziś wieczorem u Gordonów, proszę pana? 

Eryk spojrzał ze zdziwieniem. O czymże mógł się Robert tak prędko dowiedzieć? 

- O czym pan mówi? - zapytał.

- No, my tam na stacji, domyślaliśmy się, że coś musiało zajść, jeśli Neil Gordon pojechał 

w taki sposób na wycieczkę. 

- Neil pojechał! Na wycieczkę! - wykrzyknął Eryk.

- Ano tak. Przecież pan wie, że pociąg wycieczkowy odszedł dziś wieczorem. A w nocy 

przesiądą się na statek. Od nas pojechało ze dwunastu chłopaków. Staliśmy sobie przed stacją i 

gwarzyliśmy, a tu Lincoln Frame zajechał pędem, a z bryczki wyskoczył Neil. Wpadł do kasy, 

background image

kupił bilet i wsiadł do pociągu, nie zamieniwszy z nikim słowa. A chmurny był jak noc. Takeśmy 

się zdziwili, że żaden z nas nie odezwał się, aż gdy go już nie było. Lincoln nie wiedział wiele. Neil 

przybiegł do niego o zmroku, a wyglądał, jakby uciekał przed policją. Chciał sprzedać Lincolnowi 

czarnego źrebaka za sześćdziesiąt dolarów, jeżeli Lincoln zawiezie go na stację tak, aby zdążył na 

pociąg wycieczkowy. Źrebak był własnością Neila i Lincoln miał na niego dawno ochotę, tylko 

Neil nie chciał przedtem słyszeć o tym. Teraz więc Lincoln skorzystał ze sposobności, a ponieważ 

chłopak przyprowadził źrebaka ze sobą, zaprzągł natychmiast i zawiózł Neila na stację. Nie miał on 

żadnych rzeczy przy sobie i przez całą drogę nie puścił pary z ust. Domyśliliśmy się, że musiał 

pokłócić się z Tomaszem. Czy wie pan co o tym? A może był pan tak zajęty swoją dziewczyną, że 

nie miał pan ani uszu, ani oczu dla czegokolwiek innego? 

Eryk zastanowił się szybko. Doznał wielkiej ulgi, dowiedziawszy się o wyjeździe Neila. 

Nie wróci on więcej i tak było najlepiej dla wszystkich. Robertowi trzeba powiedzieć choć część 

prawdy, bo będzie i tak wkrótce wiadome, że Kilmeny mówi. 

- Owszem, były dziś pewne nieprzyjemności u Gordonów - odezwał się młody nauczyciel 

spokojnie.   -   Neil   zachował   się   bardzo   źle   i   przestraszył   okropnie   Kilmeny   -   tak   dalece,   że 

wydarzyła się rzecz doprawdy zadziwiająca. Kilmeny zdołała przemówić i teraz mówi doskonale. 

Robert   odłożył   kawałek   sera,   który   niósł   do   ust   na   końcu   noża   i   wpatrywał   się   ze 

zdumieniem w Eryka.

- W imię Ojca i Syna!... A to ci dopiero nadzwyczajna rzecz! - wykrzyknął. - Czy pan mówi 

poważnie? Czy też próbuje pan zakpić ze mnie, starego? 

- Nie, panie Williamson. Zapewniam pana, że to szczera prawda. Doktor Baker mówił mi, 

że jakiś nagły wstrząs mógłby ją uleczyć i tak się stało. A co do Neila, sądzę, że nie wróci więcej i 

uważam, iż dobrze zrobił. 

Nie chcąc rozprawiać dłużej o tej sprawie, Eryk wyszedł z kuchni. Idąc na górę do swego 

pokoju, usłyszał, jak Robert mruczał sam do siebie w bezradnym zdumieniu: 

- Jak żyję, nie słyszałem czegoś podobnego - jak żyję... A ty, Tymoteuszu, słyszałeś kiedy? 

Ci Gordonowie to nieobliczalni ludzie - co do tego nie ma dwóch zdań. Żeby nawet chcieli, nie 

potrafią postępować tak, jak inni. Muszę zbudzić matkę i opowiedzieć jej o tym, bo inaczej nie 

zasnę. 

background image

Ostateczne zwycięstwo 

Teraz, kiedy wszystko ułożyło  się szczęśliwie, Eryk  chciał porzucić szkołę i wrócić do 

rodzinnego miasta. Prawda, zobowiązał się “na piśmie”, że obejmuje posadę nauczyciela na rok. 

Lecz wiedział, że opiekunowie zwolnią go, jeśli postara się o odpowiedniego zastępcę. Postanowił 

pozostać   do   wakacji   jesiennych,   które   wypadały   w   październiku,   a   potem   wyjechać.   Kilmeny 

obiecała, że pobiorą się na wiosnę. Eryk prosił o wcześniejszy termin, lecz odmówiła z łagodną 

stanowczością, a Tomasz i Jana poparli ją.

- Muszę nauczyć się wielu rzeczy zanim będę mogła wyjść za mąż - powiedziała Kilmeny. - 

I chcę  przyzwyczaić  się widywać  ludzi.  Odczuwam jeszcze  pewien  lęk,  ile  razy widzę  kogoś 

obcego, chociaż zdaje mi się, że tego nie okazuję. Będę chodziła do kościoła z wujem i ciotką, a 

także na zebrania Towarzystwa Misyjnego. I wuj powiada, że pośle mnie tej zimy do miasta do 

jakiejś szkoły, o ile byś się na to zgodził. 

Eryk wyraził natychmiast swój sprzeciw. Kilmeny w szkole! Nie mógł po prostu myśleć o 

tym bez śmiechu. 

- Nie rozumiem dlaczego nie może nauczyć się wszystkiego czego jej potrzeba, równie 

dobrze po wyjściu za mąż, jak przedtem - wyrzekł przed jej wujem oraz ciotką. 

- Ale my chcemy mieć ją u siebie jeszcze przez zimę - wyjaśnił cierpliwie Tomasz Gordon. 

- Będzie nam jej okropnie brak, gdy wyjedzie, proszę pana. Nie rozstawaliśmy się z nią nigdy, ani 

na   jeden   dzień,   jest   naszą   jedyną   radością.   Bardzo   to   miło,   że   pan   powiada,   iż   będzie   nas 

odwiedzała kiedy zechce. Ale to zupełnie co innego. Będzie wtedy należała do pańskiego świata, a 

nie do naszego. I tak być powinno - nie chcielibyśmy, aby stało się inaczej. Ale pozostaw nam ją 

jeszcze przez jedną zimę. 

Eryk ustąpił, choć niezbyt chętnie. 

- Ostatecznie - pomyślał sobie - Lindsay nie jest znów tak daleko od Queenslea, a istnieją 

przecież statki i pociągi. 

- Czy napisał pan już o wszystkim swemu ojcu? - zapytała Jana z niepokojem. 

Nie, nie uczynił tego jeszcze. Ale wróciwszy do domu, skreślił dokładne sprawozdanie z 

całego lata i wysłał je ojcu. Pan Marshall senior odpowiedział na list, zjawiając się osobiście. 

W parę dni później zastał Eryk po powrocie ze szkoły ojca, siedzącego w czyściutkim, 

wymuskanym   bawialnym   pokoju   pani   Williamson.   Sprawę   listu   poruszyli   jednak   dopiero   po 

kolacji. Skoro znaleźli się sami, pan Marshall odezwał się bez wstępów.

- Eryku, cóż tam z tą dziewczyną? Mam nadzieję, że nie zrobiłeś głupstwa? Bo coś mi się to 

nie bardzo podoba. Dziewczyna, która była niema od urodzenia i nie posiada prawa do nazwiska 

ojca - dziewczyna  wiejska, wychowana w takiej miejscowości jak Lindsay!  twoja żona będzie 

background image

musiała   zająć   miejsce   twej   matki   -   a   matka   była   kobietą   wyjątkową.   Czy   uważasz,   że   ta 

dziewczyna jest tego godna? To niemożliwe! Dałeś się zwieść ładnej twarzy, świeżej wiejskiej 

urodzie. Spodziewałem się, że wynikną jakieś przykrości z tej twojej zachcianki, aby objąć tutaj 

posadę nauczyciela.

- Poczekaj ojcze, aż zobaczysz Kilmeny - rzekł Eryk i uśmiechnął się.

- Hm. To samo powiedział mi Dawid Baker. Otrzymawszy twój list, poszedłem od razu do 

niego, gdyż wiedziałem, że musi być jakiś związek pomiędzy tym listem, a tajemniczym pobytem 

Dawida w Lindsay, co do którego nie mogłem wydobyć z niego słowa ani prośbą, ani groźbą. 

Powiedział mi tylko: “Niech pan poczeka, aż pan pozna Kilmeny Gordon”. Dobrze, poczekam do 

tej chwili, ale pamiętaj, że będę patrzył na nią oczyma człowieka sześćdziesięciopięcioletniego, a 

nie   dwudziestoczteroletniego   młodzieńca.   I   jeśli   nie   jest   taka,   jaką   twoja   żona   powinna   być, 

wyrzekniesz się jej, albo też będziesz sobie sam radził w życiu. Jeśli zechcesz bowiem popełnić 

głupstwo i zmarnować sobie życie, nie przyłożę do tego ręki. 

Eryk zagryzł wargi, lecz rzekł tylko spokojnie: 

- Chodź ze mną, ojcze. Pójdziemy teraz do niej. 

Udali się okrężną drogą, gościńcem.

Nie zastali Kilmeny w domu. 

- Jest w sadzie - wyjaśniła Jana. - To jej ulubione miejsce i spędza tam cały swój wolny 

czas. Lubi uczyć się w sadzie. 

Ojciec   i   syn   usiedli   i   rozmawiali   chwilę   z   Tomaszem   i   jego   siostrą.   Wyszedłszy   od 

Gordonów pan Marshall odezwał się:

- Ci ludzie podobają mi się. Gdyby Tomasz był taki, jak Robert Williamson nie czekałbym 

nawet,   aby   zobaczyć   twoją   Kilmeny.   Ale   oboje   Gordonowie   są   bez   zarzutu   -   szorstcy   i 

małomówni, ale znać dobry ród - oraz wrodzoną szlachetność i siłę charakteru. Tylko powiem 

szczerze, że mam nadzieję, iż twoja ukochana nie ma takich ust, jak jej ciotka. 

- Usta Kilmeny są niby ucieleśniona pieśń miłosna - odpowiedział Eryk z zapałem.

- Hm - zauważył pan Marshall. - No - dodał po chwili bardziej pobłażliwie - byłem także 

poetą przez sześć miesięcy mego życia, kiedy starałem się o twoją matkę. 

Kilmeny czytała,  siedząc na ławce pod krzewami  bzu, gdy weszli  do sadu. Powstała i 

podeszła   nieśmiało   na   ich   spotkanie,   gdyż   odgadła   kim   był   wysoki,   siwy   pan,   towarzyszący 

narzeczonemu. Gdy się zbliżała, Eryk zauważył z uczuciem radosnej dumy, że nie wyglądała nigdy 

bardziej   uroczo.   Miała   na   sobie   sukienkę   ulubionego,   niebieskiego   koloru,   uszytą   ładnie   i 

skromnie, tak, jak wszystkie jej sukienki. Uwydatniała ona przepięknie linie jej smukłej, wiotkiej 

postaci. Lśniące, czarne warkocze upięte były wokół głowy, a zdobiące je dwa dzikie astry jaśniały 

background image

przy   nich,   niby   bladopurpurowe   gwiazdy.   Twarz   jej   była   lekko   zapłoniona   pod   wpływem 

podniecenia. Kilmeny wyglądała jak młodziutka księżniczka w błyszczącej koronie, którą tworzyły 

czerwonawe promienie słońca, padające poprzez listowie starych drzew na jej głowę. 

- Ojcze, oto Kilmeny - odezwał się Eryk z dumą. 

Młoda dziewczyna podała panu Marshallowi rękę, szepcząc nieśmiało słowa powitania. On 

zaś   ujął  tę  rękę  i  przytrzymał   ją  w  swojej,  wpatrując  się  tak  uważnie  i  przenikliwie  w  twarz 

Kilmeny swemi bystrymi oczyma, że nawet jej szczere spojrzenie nie wytrzymało tego wzroku. Po 

czym przyciągnął ją do siebie i złożył z powagą delikatny pocałunek na jej białym czole. 

- Moja droga - rzekł - cieszę się i jestem dumny, że zgodziłaś się zostać żoną mojego syna - 

a moją bardzo kochaną i szanowaną córką. 

Eryk odwrócił się szybko, chcąc ukryć wzruszenie. Twarz miał rozjaśnioną jak człowiek, 

który widzi swą przyszłość w najpromienniejszych barwach.