background image

L

UCY 

M

AUD 

M

OTGOMERY

 

 
 
 

T

AKIE JAK 

A

IA

 

 

P

RZEŁOŻYŁA 

K

AROLIA 

B

AŁŁABA

 

background image

IEOCZEKIWAA ODMIAA LOSU

 

 
Ciekawe, kim jest dziewczyna, która każdego ranka i wieczora przepędza krowy bukową 

aleją — zastanawiała się Paulina Palmer, siedząc przy stole podczas podwieczorku. Spędzała z 
ciotką  wakacje  na  wsi.  Pani  Wallace  pragnęła,  co  prawda,  pojechać  do  jakiegoś  modnego 
kurortu,  ale  mąż  oświadczył  bez  ogródek,  że  nie  mogą  sobie  na  to  pozwolić.  Nie  chciała 
pozostać w mieście, kiedy wyjadą wszyscy znajomi. Dom na wsi, o którym wspomnieliśmy, 
stanowił kompromisowe rozwiązanie. 

— Przypuszczam,  że  dla  ciebie  nie  ma  to  znaczenia  —  zauważyła  pani  Wallace  ze 

zniecierpliwieniem.  —  Życzyłabym  sobie,  Paulino,  abyś  była  ostrożniejsza  w  wyborze 
przyjaciół. Jesteś w zażyłych stosunkach z każdym, nawet ze staruszkiem skupującym jajka. To 
nie wypada. 

Paulina ukryła nieco przekorny uśmieszek za serwetką. Snobistyczne uwagi  ciotki Oliwii 

zawsze ją bawiły. 

— Nie masz pojęcia, jaki to interesujący staruszek — powiedziała. — Potrafi mówić dużo 

ciekawiej od wielu moich znajomych. Jaki sens w separowaniu się od pewnych ludzi? Tracisz 
tyle przyjemności. Nie byłabyś tak strasznie znudzona, gdybyś choć trochę zbratała się z tymi, 
jak ich nazywasz, tubylcami. 

— Nie, dziękuję — odparła pani Wallace z pogardą. 
— W  każdym  razie  ja  zamierzam  zawrzeć  znajomość  z  tą  dziewczyną  —  oznajmiła 

stanowczo Paulina. — Wygląda na miłą i wesołą. 

— Skąd u ciebie taki pospolity gust — jęknęła żałośnie pani Wallace. — Jestem pewna, że 

to  nie  po  twojej  biednej  matce.  Co  pomyśleliby  tacy  Knowlesowie,  gdyby  zobaczyli,  że 
zadajesz się z jakąś postrzeloną dziewczyną ze wsi. 

— Nie rozumiem, jakie to ma znaczenie, skoro nie wiedzą nawet o moim istnieniu, ani o 

twoim,  ciociu  —  powiedziała  Paulina  z  błyskiem  w  oku.  Zdawała  sobie  sprawę,  że 
największym marzeniem ciotki jest należeć do bliskich znajomych rodziny Knowlesów. Dotąd 
nie  doczekała  się  jego  realizacji.  Pani  Wallace  nie  rozumiała,  dlaczego  Knowlesowie  nie 
chcieli wpuścić jej do swojego zaczarowanego kręgu. Przecież utrzymywali stosunki z ludźmi 
o  niższej  pozycji  społecznej  niż  ona  —  na  przykład  z  Markhamami,  którzy  mieszkali  na 
niemodnej ulicy i nosili podniszczone ubrania. Tuż przed wyjazdem z Colchester pani Wallace 
widziała, jak pani Knowles i pani Markham siedzą razem w samochodzie pani Knowles. James 
Wallace i Morgan Knowles prowadzili wspólne interesy lecz mimo zabiegów,  aspiracji — i 
gorącego pragnienia Wallace’ów związki te pozostały wyłącznie na płaszczyźnie zawodowej i 
nawet o cal nie stały się bardziej przyjacielskie. 

Paulina natomiast była całkowicie pozbawiona wszelkich ambicji towarzyskich i ani trochę 

nie miała Knowlesom za złe ich chłodnego stosunku. 

— Poza  tym  —  ciągnęła  Paulina  —  ona  wcale  nie  jest  postrzelona.  Wygląda  na  bardzo 

dobrze wychowaną dziewczynę. Czy uważasz ją za gorszą dlatego, że pasie krowy? Krowy to 
spokojne,  użyteczne  zwierzęta  —  wystarczy  spojrzeć  na  tę  przepyszną  śmietanę,  którą 
polewam jagody. Poza tym, krowy trzeba paść. To uczciwe zajęcie. 

— Przypuszczam,  że  jest  czyjąś  służącą  —  z  pogardą  oświadczyła  pani  Wallace.  —  To 

pewnie też nie ma dla ciebie znaczenia? 

— Żadnego — beztrosko odparła Paulina. — Jedną z najmilszych dziewcząt, jakie znałam, 

była  pokojówka,  która  pracowała  u  mamy  w  ostatnim  roku  jej  życia.  Bardzo  polubiłam  tę 
dziewczynę i koresponduję z nią. Pisze dużo inteligentniejsze i ciekawsze listy od tych głupich 
epistoł, które przysyła mi Klarysa Gray, choć ta pochodzi z bogatej rodziny i kształciła się w 
Paryżu. 

— Paulino, jesteś niepoprawna — w głosie pani Wallace słychać było rozpacz. 

background image

— Pani Boyd — zwróciła się Paulina do gospodyni, która właśnie się pojawiła — kim jest ta 

dziewczyna, która codziennie rano i wieczorem pędzi krowy bukową aleją? 

— Myślę,  że  chodzi  o  Adę  Cameron  —  brzmiała  odpowiedź  pani  Boyd.  —  Mieszka  z 

państwem Embree w ich starym domu w dolinie. Tego lata wypasają swoje krowy na pastwisku 
na wzgórzu. Pani Embree jest przyrodnią siostrą jej ojca. 

— Czy jest równie miła, jak wygląda? 
— Tak,  Ada  to  naprawdę  miła  i  rozsądna  dziewczyna  —  odparła  pani  Boyd.  —  Nie  jest 

zdolna do żadnych wariactw. 

— To nie brzmi zbyt zachęcająco — mruknęła  Paulina, gdy pani Boyd  wyszła. —  Lubię 

ludzi zdolnych do odrobiny szaleństwa. Mam o Adzie lepsze mniemanie, niezależnie od tego, 
co mówi pani Boyd. Szare oczy Ady na pewno nie zawsze spoglądają rozsądnie. Muszą czasem 
zabłysnąć  wesołością  i  zdrowym  szaleństwem.  No,  idę  nad  morze.  Chcę  dziś zrobić  zdjęcie 
zatoczki,  jeśli  się  uda.  Postanowiłam  zdobyć  tej  jesieni  pierwszą  nagrodę  na  wystawie 
fotografii  amatorskiej.  Gdyby  udało  mi  się  zdjęcie  zatoczki  ze  wszystkimi  światłocieniami, 
byłaby to perła w mojej kolekcji. 

Wracając do domu, Paulina dotarła do bukowej alei właśnie w momencie, gdy statecznym 

krokiem  wlokły  się  nią  krowy.  Za  nimi  szła  wysoka  szatynka  o  opalonej  twarzy,  w  ładnej 
kretonowej  sukience.  Kapelusz  przewiesiła  przez  ramię,  a  nisko  padające  światło 
zachodzącego  słońca  płonęło  czerwonawo  na  gładkich,  błyszczących  włosach.  Miała  ruchy 
pełne godności, lecz kiedy jej oczy napotkały oczy Pauliny, wyglądała, jakby chciała się do niej 
uśmiechnąć pod jakimkolwiek pretekstem. 

Paulina dała jej do tego okazję. 
— Dobry wieczór, panno Cameron — zawołała wesoło. — Czy nie zatrzymałaby się pani na 

momencik,  żeby  rzucić  na  mnie  okiem.  Chciałabym  wiedzieć,  czy  uzna  mnie  pani  za 
odpowiednią osobę na wakacyjną znajomość. 

Ada  Cameron  nie  tylko  się  uśmiechnęła,  ale  wręcz  roześmiała  i  podeszła  do  Pauliny. 

Spojrzała  prosto  w  wesołe,  czarne  oczy  miejskiej  dziewczyny,  której  od  tygodnia  trochę 
zazdrościła  i  powiedziała  z  humorem:  —  Tak,  nawet  bardzo  odpowiednią,  ale  do  przyjaźni 
potrzeba dwóch osób. Jeżeli ja mam być jedną, to pani musi być drugą. 

— Jestem gotowa. Oto moja ręka — oświadczyła Paulina, wyciągając dłoń. 
Taki  był  początek  przyjaźni,  nad  którą  pani  Wallace  ubolewała  na  wszystkie  sposoby. 

Paulina i Ada odkryły, że lubią się nawzajem nawet bardziej, niż początkowo sądziły. Chodziły 
razem  na  spacery,  wiosłowały,  zbierały  jagody  i  urządzały  pikniki.  Ada  niezbyt  często 
odwiedzała dom pani Boyd — jakiś instynkt podpowiadał jej, że pani Wallace niezbyt ją lubi. 
Paulina natomiast spędzała wiele czasu w małym, brązowym, okolonym sadem domku państwa 
Embree na końcu bukowej alei. Nigdy jeszcze nie spotkała dziewczyny równie sympatycznej 
jak Ada. 

— Jest  miła  pod  każdym  względem  —  mówiła  do  nie  przekonanej  ciotki  Oliwii.  — 

Inteligentna, oczytana, z poczuciem humoru i dobrze zna się na ludziach — najlepszy dowód, 
że polubiła twoją siostrzenicę! Opowiada interesująco i potrafi milczeć, kiedy trzeba. Ma też 
najładniejszy profil, jaki kiedykolwiek widziałam. Ciotko Oliwio, czy mogę zaprosić ją do nas 
w zimie? 

— Oczywiście, że nie — pani Wallace zdruzgotała ją wzrokiem. — Chyba nie zamierzasz 

kontynuować tej znajomości po wakacjach? 

— Będę  przyjaźnić  się  z  Adą  przez  całe  życie  —  Paulina  zaśmiała  się  z  pewną  nutką 

stanowczości. — Och, ciotko Oliwio, czy nie rozumiesz, że Ada w bawełnianej sukience jest 
taka  sama,  jaka  byłaby  w  jedwabnej  sukni?  Jest  bardziej  dystyngowana  niż  jakakolwiek 
dziewczyna z kręgu Knowlesów. 

— Paulino! — wykrzyknęła ciotka Oliwią tak wstrząśnięta, jakby usłyszała bluźnierstwo. 

background image

Paulina  zaśmiała  się  raz  jeszcze,  ale  idąc  do  swojego  pokoju  westchnęła.  Pomyślała,  że 

ciotka  Oliwią  ma  najlepsze  w  świecie  serce…  —  Jaka  szkoda,  że  nie  potrafi  widzieć  spraw 
takimi, jakie są naprawdę! 

Moja przyjaźń z Adą nie może być doskonała, skoro nie mogę zaprosić jej do domu. To taka 

kochana dziewczyna — pierwsza przyjaciółka od serca jaką mam. 

Lato się kończyło, wypalił się już sierpień. 
— Pewnie  w  przyszłym  tygodniu  wrócisz  do  miasta?  Będzie  mi  cię  brakowało  — 

powiedziała Ada. 

Dziewczęta  stały  w  ogrodzie  państwa  Embree.  Paulina  przygotowywała  się  do  zrobienia 

fotografii  Ady,  stojącej  pomiędzy  astrami,  z  ogromnym  ich  naręczem  w  ramionach.  Paulina 
bardzo  chciała  powiedzieć:  „Przyjedź  do  mnie  koniecznie  w  zimie”.  Ponieważ  jednak  nie 
mogła tego zrobić, musiała się zadowolić uwagą: — Mnie również będzie ciebie brakowało. 
Będziemy pisać do siebie. Mam nadzieję, że ciotka Oliwią przyjedzie znów do Marwood latem. 

— Nie przypuszczam, żebyś mnie zastała — westchnęła Ada. Czas, abym zaczęła zarabiać. 

Ciotka Jane i wuj Robert zawsze byli dla mnie bardzo dobrzy, ale mają dużą rodzinę i nie są 
zbyt  zamożni.  Sądzę,  że  tej  jesieni  spróbuję  znaleźć  posadę  w  którymś  ze  sklepów  w 
Remington. 

— Jaka szkoda, że nie możesz pojechać do Akademii na studia nauczycielskie — narzekała 

Paulina, znając ambicje Ady. 

— Oczywiście, że wolałabym się uczyć — spokojnie odpowiedziała Ada. — To jednak jest 

niemożliwe, trzeba więc zająć się tym, co mniej  przyjemne, ale konieczne. Zmieńmy temat. 
Zrobiło mi się smutno, a chcę się dobrze prezentować, skoro masz mi zrobić zdjęcie. 

— Na  pewno  będziesz  ładnie  wyglądać.  Tylko  nie  śmiej  się  zbyt  szeroko.  Chcę,  żebyś 

spoglądała znad astrów z odrobiną rozmarzenia w oczach. Jeśli zdjęcie okaże się tak piękne, jak 
się spodziewam, włączę je do mojej kolekcji pod tytułem „Jesienne marzenie”. Tak, to będzie 
właściwy tytuł. Kiedy tak stoisz, przypominasz mi kogoś, ale nie pamiętam kogo. Wszystko 
gotowe, nie ruszaj się. No, kochanie, już po kłopocie. 

 

 
Kiedy Paulina wróciła do Colchester, przez miesiąc zajmowała się przygotowaniem zdjęć na 

wystawę. Natomiast ciotka Oliwią znów zabrała się do snucia towarzyskich sieci, w które miała 
nadzieję złapać Morgana Knowlesa oraz inne godne uwagi osoby. 

Wystawa  została  otwarta.  Zestaw  zdjęć  Pauliny  Palmer  otrzymał  pierwszą  nagrodę,  a  za 

najładniejszą  fotografię  uznano  „Jesienne  marzenie”,  przedstawiające  wysoką  dziewczynę  o 
tęsknym wyrazie twarzy, w staromodnym ogrodzie, z wielkim bukietem astrów. Następnego 
dnia po otwarciu wystawy przed drzwiami domu Wallace’ów zatrzymał się samochód Morgana 
Knowlesa. Pani Wallace nie było w domu, ale dystyngowana pani Morganowa chciała widzieć 
się z Paulina. Paulina właśnie wywoływała zdjęcia w ciemni i zbiegła do gościa, tak jak stała. 
Fakt ten byłby niezmiernie żenujący dla pani Wallace, gdyby się o nim dowiedziała, lecz pani 
Knowles strój dziewczyny wcale nie przeszkadzał. Podobała jej się prostolinijność Pauliny. Nie 
spodziewała się tego, znając pretensjonalne maniery jej ciotki. 

— Przyszłam  zapytać  panią,  kim  jest  osoba,  która  pozowała  do  fotografii  „Jesienne 

marzenie”  —  odezwała  się  uprzejmie.  —  Jest  uderzająco  podobna  do  mojej  ukochanej 
przyjaciółki z lat dziecinnych. To nie może być przypadek. 

— To fotografia Ady Cameron, z którą zaprzyjaźniłam się tego lata w Marwood — odparła 

Paulina. 

— Ada  Cameron!  Ależ  w  takim  razie  musi  być  córką  Ady  Frame  —  wykrzyknęła  pani 

Knowles podniecona. Widząc zdumioną minę Pauliny, wyjaśniła: — Wiele lat temu, jako mała 

background image

dziewczynka, spędzałam wakacje w domu mojego wuja Johna Frame. Wówczas kuzynka, Ada 
Frame, była mi najdroższą przyjaciółką, lecz gdy dorosłyśmy, przestałyśmy się widywać: Ja 
wyjechałam  z  rodzicami  do  Europy  na  kilka  lat,  zaś  Ada  wyszła  za  mąż  za  syna  sąsiadów, 
Aleca Camerona i przeniosła się na Zachód. Odkąd umarł jej ojciec, który był moim jedynym, 
poza rodzicami, krewnym, nie miałam o niej żadnych wiadomości. Dopiero siedem lat temu, 
ktoś powiedział mi, że Ada nie żyje i nie zostawiła żadnej rodziny. Ostatnia część relacji nie 
była prawdziwa, skoro ta dziewczyna jest jej córką. 

— Sądzę,  że  tak  —  powiedziała  szybko  Paulina.  —  Ada  urodziła  się  na  Zachodzie  i 

mieszkała tam do ósmego roku życia. Wtedy jej rodzice umarli, a ją wysłano do przyrodniej 
siostry ojca. Ada przypomina panią — zawsze przypominała mi kogoś, ale nigdy nie potrafiłam 
powiedzieć kogo. Mam nadzieję, że to prawda, bo Ada jest taką kochaną dziewczyną. 

— Córka  Ady  Frame  musi  być  taka  —  stwierdziła  pani  Knowles.  —  Mój  mąż  zbada 

natychmiast  tę  sprawę  i  jeśli  owa  młoda  panna  jest  dzieckiem  Ady,  to  mam  nadzieję,  że 
znajdziemy w niej córkę, bo sami nie mamy dzieci. 

— Co na to powie ciotka Oliwią! — pomyślała Paulina z przekornym błyskiem w oczach, 

po  wyjściu  pani  Knowles.  Ciotka  Oliwią  była  wstrząśnięta  i  nie  powiedziała  nic.  Czuła  się 
trochę  głupio,  kiedy  okazało  się,  że  dziewczyna,  którą  tak  pogardzała,  jest  kuzynką  pani 
Morganowej Knowles i ma zostać przez nią adoptowana. Rozmawiając teraz z ciotką Oliwią 
można by przypuszczać, że to ona, a nie Paulina odkryła Adę. 

Ada odszukała Paulinę, gdy „tylko przybyła do Colchester i wakacyjna znajomość okazała 

się  przyjaźnią  na  całe  życie,  a  dla  rodziny  Wallace’ów  biletem  wstępu  do  zaczarowanego 
świata Knowlesów. 

— Nareszcie wszyscy zainteresowani są szczęśliwi — stwierdziła Paulina. — Ada idzie na 

studia, ja też, a ciotka Oliwią jest z panią Knowles w komitecie organizacyjnym parafialnego 
kiermaszu. A co teraz powiesz o moich pospolitych gustach, ciociu Oliwio? 

— Ha! Kto mógł przypuszczać, że dziewczyna, która pędzi krowy na pastwisko, może być 

w jakikolwiek sposób związana z Morganami Knowles — westchnęła żałośnie ciotka Oliwią. 

background image

S

OBOWTÓR 

M

ILLICET

 

 
Kiedy Millicent Moore i Worth Gordon spotkały się pierwszego dnia nowego semestru przy 

wejściu  do  gimnazjum  w  Kinglake,  stanęły  ze  zdziwienia  jak  wryte.  Millicent  Moore  nigdy 
przedtem nie spotkała Worth Gordon, lecz przecież tę twarz widziała codziennie w lustrze! 

Zupełnie się nie znały, lecz gdy dwie dziewczyny są tak do siebie podobne, że mogłyby być 

bliźniaczkami,  wszelkie  ceremonie  przestają  obowiązywać.  Po  pierwszym,  zdumionym 
spojrzeniu, obie nagle się roześmiały. Millicent wyciągnęła rękę. 

— Powinnyśmy  się  zapoznać  —  zaproponowała  szczerze.  —  Nazywam  się  Millicent 

Moore, a ty? 

— Worth Gordon — odparła Worth, przyjmując rękę z roześmianymi oczami. — Naprawdę 

się przestraszyłam na twój widok. Przez chwilę miałam dziwne wrażenie, że jestem duchem 
patrzącym na swoją cielesną powłokę. Teraz wiem, co czują bliźnięta. 

— To niezwykłe, że jesteśmy tak do siebie podobne — zauważyła Millicent. — Czy sądzisz, 

że istnieje między nami jakieś pokrewieństwo? Nigdy nie słyszałam o żadnych Gordonach w 
rodzinie. 

Worth potrząsnęła głową. — Jestem pewna, że nie ma żadnego pokrewieństwa. Nie mam 

innych  krewnych,  oprócz  przyrodniej  siostry  ojca,  u  której  mieszkam  od  śmierci  moich 
rodziców. Umarli, kiedy byłam mała. 

— Uważam,  że  od  tej  chwili  możesz  zaliczyć  mnie  do  swojej  rodziny  —  zaśmiała  się 

Millicent.  —  Jestem  pewna,  że  dziewczyna  tak  podobna  do  ciebie  jak  ja,  musi  być  krewną 
przynajmniej w takim stopniu jak twoja ciotka, która jest przyrodnią siostrą ojca. 

Od tej chwili zostały wiernymi przyjaciółkami. Ich przyjaźń stała się jeszcze bliższa przez 

to, że Worth musiała wyprowadzić się z zajmowanej stancji i zamieszkała w jednym pokoju z 
Millicent.  Osobliwe  podobieństwo  dziewcząt  było  przedmiotem  podziwu  całej  szkoły  i 
przyczyną niezliczonych, zabawnych pomyłek, bo uczniowie z trudem je odróżniali. Spotykane 
osobno, rozpoznawano wyłącznie na podstawie ubrań i uczesania. Kiedy były razem, dawało 
się,  rzecz  jasna,  dostrzec  wiele  drobnych  różnic.  Obie  —  szczupłe  i  delikatne  —  miały 
ciemnobrązowe  włosy,  niebieskie  oczy  i  jasną  cerę.  Jednak  cera  Millicent  była  nieco 
ciemniejsza. Twarz Millicent na ogół wyrażała wesołość, podczas gdy fizjonomia Worth, o ile 
ta  nie  śmiała  się,  czy  nie  rozmawiała,  miała  raczej  poważny  wyraz.  Oczy  Worth  były 
ciemniejsze, a jej nos z profilu nieco bardziej orli. Mimo to ich podobieństwo było uderzające. 
Miały  też  podobne  usposobienia.  Młode  dziewczyny,  przeważnie  pogodne,  lubiły  zabawę  i 
żarty,  choć  Millicent  zachowywała  się  bardziej  lekkomyślnie.  Obie  zaś  były  impulsywne  i 
skłonne do mówienia wszystkiego, co tylko przyszło im do głowy, nie zastanawiając się nad 
rezultatami.  Pewnego  październikowego  wieczoru  Millicent  wróciła  do  domu  z  policzkami 
zarumienionymi po spacerze na ostrym, jesiennym powietrzu i rzuciła na biurko dwa listy. 

— Wieczór jest przepiękny. Co za uroczy spacer! Powinnaś pójść z nami zamiast wkuwać. 
Worth  uśmiechnęła  się  smutno.  —  Musiałam  przygotować  na  jutro  te  zadania  — 

powiedziała. — Widzisz, kochana Millie, w pewnych sprawach zaznacza się pomiędzy nami 
duża różnica. Jestem biedna. Po prostu muszę zdać egzaminy i dostać dyplom nauczycielki. Nie 
mogę sobie pozwolić na ryzyko. Ty chodzisz do szkoły tylko po to, żeby zdobyć wykształcenie, 
więc nie potrzebujesz tak ciężko pracować jak j a. 

— Mimo  to,  chcę  wypaść  dobrze  podczas  egzaminów  za  względu  na  tatusia  —  odparła 

Millicent, zrzucając pelerynę. — Nie zamierzam się jednak przemęczać studiami. Będzie na to 
czas, gdy nadejdzie pora egzaminów. Na razie jest do nich jeszcze dość daleko — na szczęście. 
Mam jednak pewien problem i nie wiem, jak sobie z nim poradzić. Oto dwa zaproszenia na 
sobotnie popołudnie. Powinnam przyjąć oba. Jak mam to zrobić? Jesteś świetna z matematyki, 
więc  rozwiąż  ten  dylemat.  Spójrz,  oto  kartka  od  pani  Kirby,  która  zaprasza  mnie  na 

background image

podwieczorek do Beechwood. Napisała do mnie wkrótce po rozpoczęciu semestru, ale miałam 
coś  do  załatwienia,  więc  nie  mogłam  pójść.  Pan  Kirby  jest  przyjacielem  tatusia  i  prowadzą 
wspólne  interesy.  To  bardzo  mili  ludzie.  Drugie  zaproszenie  jest  na  jesienny  piknik 
stowarzyszenia Alfa Gamma. Och, Worth, ja po prostu muszę wziąć w nim udział! Za nic w 
świecie nie chcę przepuścić tej okazji, ale obawiam się, że jeżeli jeszcze raz przełożę wizytę, 
pani  Kirby  się  obrazi.  Mama  nie  darowałaby  mi,  gdyby  tak  się  stało.  O  Boże,  chciałabym 
istnieć  w  dwóch  osobach  —  jedna  poszłaby  na  piknik,  a  druga  z  wizytą  do  Beechwood… 
Worth! 

— O co chodzi? 
— Przecież istnieję w dwóch osobach! Po cóż się ma sobowtóra, jeśli nie na takie okazje? 

Worth,  musisz  koniecznie  pójść  za  mnie  na  podwieczorek  do  Beechwood  w  sobotę  po 
południu. Będą pewni, że to ja. Nie domyśla się nigdy, że stało się inaczej. Kochana, proszę cię, 
zajmij moje miejsce! 

— To niemożliwe! — wykrzyknęła Worth. — Nigdy się nie odważę! Zaraz się zorientują, 

że coś jest nie w porządku. 

— Nie zorientują się, to pewne. Nikt z ich rodziny nigdy mnie nie spotkał. Tylko pani Kirby 

widziała mnie przez kilka minut i to o zmierzchu. Nie wiedzą, że mam sobowtóra i nie mogą 
niczego podejrzewać. Proszę cię Worth, idź! Potraktujmy to jak świetny żart! Poza tym, będę ci 
nieskończenie wdzięczna. Worth, tak cię proszę! 

Worth nie od razu się zgodziła, ale pomysł ten podobał się jej jako śmiały i podniecający. To 

będzie zwykły żart. W tym momencie widziała sprawy tylko w takim świetle. Poza tym, nie 
chciała  odmówić  drobnej  przysługi  Millicent,  która  tak  gorąco  ją  o  to  prosiła.  W  końcu  się 
zgodziła i obiecała pojechać do Beechwood. 

— Jesteś  kochana!  —  zawołała  Millicent  i  usiadła  przy  stoliku,  aby  napisać  listy  z 

podziękowaniami za oba zaproszenia. 

 

 
W sobotę po południu Worth przygotowywała się do wizyty. — Pomyśl tylko, co się stanie, 

jeśli  mnie  zdemaskują  i  wyrzucą  z  Beechwood  —  zaśmiała  się,  nakładając  przed  lustrem 
koronkowy kołnierz. 

— Nonsens  —  odparła  Millicent,  wskazując  ich  odbicia  w  lustrze.  —  Niczego  nie  będą 

podejrzewać. Przecież gdyby nie włosy i sukienki ja sama z trudnością potrafiłabym stwierdzić, 
która jest która. 

— Co będzie, jeżeli zaczną mnie pytać o różnych członków twojej rodziny? 
— Zadadzą  najwyżej  grzecznościowe  pytania.  Nie  żyjemy  ze  sobą  tak  blisko,  by 

interesowali się szczegółami. Przeszkoliłam cię bardzo dokładnie i jestem pewna, że dasz sobie 
radę. 

Worth odważnie przebrnęła przez ciężką próbę przyjazdu do Beechwood i spotkanie z panią 

Kirby. Gdy bez żadnych podejrzeń przyjęto ją jako Millicent Moore, odkryła, że odgrywanie tej 
młodej damy, nie sprawia jej najmniejszej trudności. Nie rozmawiano na żadne niebezpieczne, 
osobiste tematy, dopóki nie wszedł pan Kirby. Kiedy podawał rękę Worth, spojrzał na nią tak 
badawczo, że poczuła przyśpieszone bicie serca. Czyżby coś podejrzewał? 

— Słowo daję, panno Moore — powiedział uprzejmie. — W pierwszej chwili zaskoczyła 

mnie  pani.  Jest  pani  bardzo  podobna  do  mojej  przyrodniej  siostry,  kiedy  była  młodą 
dziewczyną. To oczywiście całkowity przypadek. 

— Oczywiście  —  wyjąkała  Worth,  nie  bardzo  wiedząc,  co  mówi.  Na  twarzy  miała 

rumieniec zakłopotania i ucieszyła się, kiedy poproszono do stołu na podwieczorek. 

background image

Więcej nie mówiono na ten krępujący temat. Worth wkrótce odzyskała panowanie nad sobą 

i  mogła  przyłączyć  się  do  rozmowy.  Polubiła  Kirbych,  lecz  w  miarę  przemijania  wieczoru 
uświadomiła sobie, że ogarnia ją jakieś dziwne, niemiłe uczucie. Nie był to strach, nie obawiała 
się już zupełnie, że się czymś zdradzi. Odgrywanie tej roli okazało się nawet łatwiejsze, niż 
przypuszczała. W takim razie o co chodziło? Nagle Worth oblała się rumieńcem. Już wiedziała 
— to był wstyd. W domu, w którym ją goszczono, dopuściła się oszustwa! Jej postępek już nie 
wydawał się zwykłym żartem. Co powiedzieliby gospodarze, gdyby się dowiedzieli? Nie miało 
znaczenia,  że  nigdy  się  nie  dowiedzą.  Ona  nie  mogła  o  tym  zapomnieć,  a  świadomość 
kłamstwa stała się silniejsza pod wpływem serdecznej uprzejmości pani Kirby. 

Worth  nie  potrafiła  cieszyć  się  tym  wieczorem.  Zmuszała  się  do  prowadzenia  żywej 

rozmowy, lecz coraz silniej odczuwała fałsz całej sytuacji. Była zadowolona, kiedy nadszedł 
czas rozstania. — Musi pani nas częściej odwiedzać, panno Moore — zapraszała życzliwie pani 
Kirby. — Proszę traktować Beechwood jak drugi dom, dopóki jest pani w Kinglake. Nie mamy 
córki, więc uwielbiamy dbać o dzieci naszych przyjaciół. 

Gdy Millicent wróciła do domu z wycieczki klubu Alfa Gamma, zastała Worth w pokoju 

zapatrzoną  z  powagą  w  lustro.  Coś  w  wyrazie  twarzy  przyjaciółki  zaniepokoiło  ją.  —  O  co 
chodzi Worth? Czy spotkała cię przykrość? 

— Nie — odparła powoli Worth. — Niczego się nie domyślili. Uważali mnie za Millicent 

Moore,  ale  żałuję,  że  tam  pojechałam,  Millie.  To  nie  w  porządku.  To  było  złe  i  podłe. 
Popełniłam oszustwo. Nie masz pojęcia, jak bardzo się wstydziłam, kiedy zdałam sobie z tego 
sprawę. 

— Nonsens — zaprzeczyła Millicent, lecz spoważniała. — Nic złego się nie stało. To był 

tylko dobry żart. 

— Owszem, stało się coś złego. Po pierwsze straciłam szacunek dla siebie. Nie winie ciebie, 

Millie. To wszystko moja wina. Zrobiłam rzecz niegodziwą, niegodziwą. 

Millicent  westchnęła.  —  Ten  piknik  klubu  Alfa  Gamma  strasznie  się  ciągnął.  Wcale  się 

dobrze nie bawiłam. Żałuję, że nie pojechałam do Beechwood. Nie sądziłam, że to nieuczciwe. 
Myślę teraz, że to jednak było oszustwo. A tak się zawsze chlubiłam swoją prawdomównością! 
To nie twoja wina Worth, lecz moja. Teraz nie zdołamy tego cofnąć. 

— Nie — rozważała powoli Worth. — Ale możemy się przyznać. Spróbujmy powiedzieć 

prawdę pani Kirby i poprosić ją o wybaczenie. 

— Nie zdobędę się na nic podobnego! — wykrzyknęła Millicent. — Nawet nie chcę o tym 

myśleć! 

Niemniej Millicent myślała o tym w nocy i przez całą niedzielę. Wciąż rozpamiętywała swój 

uczynek. Nikczemne oszustwo! Ta świadomość ją dręczyła. W poniedziałek wieczorem rzuciła 
książkę, z której na próżno usiłowała się uczyć. 

— Worthie,  nie  mogę  się  skupić.  Miałaś  rację.  Muszę  pojechać  do  pani  Kirby  i  wyjawić 

prawdę. Nie odzyskam szacunku dla Millicent Moore, jeśli tego nie zrobię. Zaraz tam jadę. 

— Pojedziemy razem — oznajmiła spokojnie Worth. — Jestem równie winna i muszę mieć 

swój udział w tym upokorzeniu. 

Kiedy dziewczęta dotarły do Beechwood, wprowadzono je do biblioteki, w której siedziała 

cała  rodzina.  Pani  Kirby  podeszła  z  uśmiechem,  aby  przywitać  Millicent.  Jej  wzrok  padł  na 
Worth. — Coś podobnego! — zawołała. — Nie wiedziałam, że ma pani siostrę bliźniaczkę, 
panno Moore! 

— Bo też jej nie mam — Millicent zaśmiała się nerwowo. — To moja przyjaciółka, Worth 

Gordon, która nie jest moją krewną. 

Na dźwięk nazwiska Gordon pan Kirby drgnął, ale nikt tego nie zauważył. Millicent mówiła 

dalej  drżącym  głosem.  —  Przyszłyśmy,  aby  się  do  czegoś  przyznać,  pani  Kirby.  Na  pewno 
pomyśli pani, że to straszne, ale nie chciałyśmy zrobić nic złego. Po prostu nie zdawałyśmy 
sobie z tego sprawy, dopóki to się nie stało. 

background image

Po  czym  Millicent  z  płonącymi  policzkami  opowiedziała  całą  historię  i  poprosiła  o 

wybaczenie. — Ja też muszę przeprosić — dodała Worth, kiedy Millicent skończyła. — Czy 
może mi pani wybaczyć, pani Kirby? 

Zdumiona pani Kirby słuchała w milczeniu i na koniec roześmiała się. — Oczywiście, że 

wybaczam — powiedziała ciepło. — Sądzę, że nie było to zupełnie uczciwe z waszej strony, 
dziewczęta. Mogę jednak wybaczyć ten szkolny żart. I ja byłam kiedyś uczennicą i to wcale nie 
taką idealną. Odpokutowałyście swój błąd, przychodząc tu i tak szczerze wyznając wszystko, a 
teraz  zapomnijmy  o  wydarzeniu.  Myślę,  że  nauczyłyście  się  czegoś.  Musicie  obie  usiąść  i 
spędzić z nami wieczór. Boże drogi, ależ jesteście podobne! 

— Chciałbym coś powiedzieć — przerwał pan Kirby. — Pani nazywa się Worth Gordon — 

dodał, zwracając się do Worth. — Czy mogę zapytać, jakie było nazwisko pani matki? 

— Worth Mowbray — odpowiedziała zdziwiona Worth. 
— Byłem tego pewien — zawołał tryumfalnie pan Kirby. — Kiedy tylko usłyszałem, jak 

panna Moore wymienia pani imię. Pani matka była moją przyrodnią siostrą, a pani jest moją 
siostrzenicą. 

Zrobiło się gwarno i przez kilka chwil jednocześnie mówiono i zadawano pytania. Pan Kirby 

zaczął opowiadać: — Urodziłem się na północy, na wsi. Matka była wdową, gdy poślubiła ojca 
i  miała  już  córkę,  Worth  Mowbray,  pięć  lat  starszą  ode  mnie.  Kiedy  skończyłem  trzy  łata, 
matka  umarła.  Worth  zamieszkała  z  ciotką,  jedyną  żyjącą  krewną  naszej  matki.  Ojciec 
wyjechał ze mną do innej części kraju. On też wkrótce umarł, a ja zostałem wychowany przez 
rodzinę wuja. Siostra przyjechała, by mnie odwiedzić, gdy miała siedemnaście lat i pamiętam, 
że była bardzo podobna do ciebie. Straciłem ją z oczu i nigdy już się nie zobaczyliśmy. Wiele 
lat  później  próbowałem  się  czegoś  o  niej  dowiedzieć.  Ciotka  nie  żyła,  ludzie  z  jej  wioski 
powiedzieli mi, że siostra wyszła za mąż za człowieka o nazwisku Gordon i wyjechała. Ona i jej 
mąż zmarli, jak mi powiedziano, nie zostawiając dzieci, więc nie szukałem dalej. Bez wątpienia 
jest pani jej córką. No, no, to przemiła niespodzianka, odnaleźć w taki sposób siostrzenicę! 

Dla Worth też była to miła niespodzianka, bo uważała dotychczas; że jest sama na świecie i 

odczuwała  to  bardzo  boleśnie.  Przeżyli  wspaniały  wieczór,  rozmawiając,  zadając  pytania  i 
wyjaśniając sobie różne sprawy. Pan Kirby oświadczył, że Worth musi zamieszkać z nimi. — 
Nie mamy córki — powiedział. — Bardzo chciałbym, Worth, żebyś nam ją zastąpiła. 

Pani Kirby wsparła to zaproszenie serdecznością, którą natychmiast zdobyła serce Worth. 

Dziewczyna nie mogła wręcz uwierzyć w swoje szczęście. 

— Czuję się jak we śnie — powiedziała do Millicent,  gdy  wracały do domu. — To zbyt 

cudowne, żeby było prawdziwe. Nie wiesz Millie, jaka się czasem czułam samotna mimo tych 
wesołych żartów i wygłupiania się. Ciotka Dełia jest dla mnie dobra, ale to nie moja prawdziwa 
krewna  i  zawsze  czułam,  że  traktuje  mnie  jak  kłopotliwy  obowiązek.  Ale  teraz  jestem  taka 
szczęśliwa! 

— Tak się cieszę z twojej radości — powiedziała ciepło Millicent. — Choć twoje szczęście 

jest  zarazem  dla  mnie  stratą,  bo  będzie  mi  bardzo  cię  brakqwało,  kiedy  zamieszkasz  w 
Beechwood.  Ależ  to  przedziwne  zakończenie  naszej  przygody!  Gdybyś  nie  poszła  do 
Beechwood za mnie, to nic by się nie wyjaśniło. 

— Powiedz raczej, że gdybyśmy nie poszły przyznać się do winy — sprostowała łagodnie 

Worth. — Bardzo, bardzo się cieszę, że odnalazłam wuja George’a i że tak serdecznie przyjął 
mnie do swojego domu. Jeszcze bardziej jednak cieszę się, że odzyskałam szacunek dla siebie. 
Czuję, że znów mogę spojrzeć w twarz Worth Gordon. 

— Ja też dostałam niezłą nauczkę — przyznała Millicent. 

background image

B

LUZKA A PRZYJĘCIE

 

 
To  okropne  uczucie  być  biedną  —  narzekała  Penelopa.  Nieczęsto  jej  się  to  zdarzało,  ale 

teraz,  gdy  siedziała,  uderzając  różowym  paluszkiem  w  zaproszenie  na  przyjęcie  u  Blanche 
Anderson, czuła, że tylko narzekanie przyniesie jej ulgę. Penelopa miała siedemnaście lat, a w 
tym wieku, kiedy nie można pójść na przyjęcie, bo nie ma się odpowiedniej sukni, świat wydaje 
się okrutną pustynią. 

— Wszystko  jedno,  jakim  sposobem,  ale  muszę  zdobyć  dla  ciebie  nową  bluzkę  — 

powiedziała  Doris,  a  na  jej  czole  pojawiła  się  zmarszczka,  którą  siostry  nazwały  „piętnem 
ubóstwa”. — Ta czarna spódnica byłaby odpowiednia, gdybyś ją wyprasowała na mokro i na 
nowo ułożyła fałdy. 

Penelopa  zauważyła  „piętno  ubóstwa”  i  natychmiast  gorąco  pożałowała  utyskiwania. 

Wystarczająco często ta zmarszczka pojawiała się na czole siostry, nie trzeba jej wywoływać 
dodatkowymi zmartwieniami. 

— Cóż, nie ma co siedzieć i  wzdychać do tego,  czego nie można dostać  — powiedziała, 

zrywając  się  energicznie.  —  Lepiej  zajmę  szare  komórki  algebrą,  zamiast  wysilać  je 
wymyślaniem, skąd wziąć bluzkę, której i tak nie zdobędę. Czy to nie smutne, kiedy nie ma się 
zdolności  do  algebry,  a  chce  się  zostać  nauczycielką?  Jakże  byłoby  cudownie,  gdybym 
potrafiła radzić sobie z algebrą i historią równie dobrze jak z muzyką! Doris, kochanie, wygładź 
czoło. W przyszłym roku otrzymam królewską pensję, którą roztrwonimy na takie bluzki, na 
jakie nam przyjdzie ochota; o ile do tego czasu ludzie nie przestaną nas zapraszać zniechęceni 
naszymi odmowami. 

Penelopa z uśmiechem zajęła się znienawidzoną algebrą, ale Doris nadal marszczyła czoło. 

Chciała,  żeby  Penelopa  poszła  na  to  przyjęcie.  Przez  całą  zimę  Penelopa  dużo  się  uczyła  i 
nigdzie nie wychodziła, myślała melancholijnie starsza siostra. Jest przygnębiona zbliżającymi 
się egzaminami i do podtrzymania na duchu potrzeba jej po prostu dobrej zabawy. Gdyby tylko 
udało się to załatwić! 

Doris nie wiedziała jednak w jaki sposób. Niewielka pensja, którą dostawała, pracując jako 

maszynistka  w  jednym  z  biur,  wystarczała  zaledwie  na  ich  utrzymanie  i  szkolne  wydatki 
Penelopy, przede wszystkim książki i ubrania. W gruncie rzeczy nawet to nie byłoby możliwe, 
gdyby nie miały małego domku. W przyszłym roku, kiedy Penelopa zda pomyślnie egzaminy, 
będzie im łatwiej, ale teraz nie było ani jednego dodatkowego centa. 

— Ciężko jest być ubogim. Żadna z nas nie robi tego, co chciałaby robić — powiedziała 

Doris, uśmiechając się markotnie i myśląc o nie wykorzystanym talencie muzycznym Penelopy 
i jej własnych zdolnościach do prowadzenia dużego domu. 

Doris całą noc śniła o bluzkach na przyjęcie i myślała o tym cały następny dzień. To samo, 

trzeba przyznać, robiła Penelopa, ale za żadne skarby świata nie zdradziłaby się przed siostrą. 

Kiedy Doris wróciła do domu następnego popołudnia, zastała w pokoju Penelopę pochyloną 

nad pękatą paczką. 

— Cieszę się, że już jesteś — powitała ją z głębokim westchnieniem ulgi. — Sądzę, że moja 

ciekawość  nie  zniosłaby  ani  chwili  dalszego  oczekiwania.  Posłaniec  przyniósł  tę  paczkę 
godzinę temu, a tu, na półce od zegara jest do ciebie list od ciotki Adeli. List dołączony był do 
paczki. Szybko, zobacz co w niej jest. Pomyśl tylko, gdyby to był… jakiś prezent! 

— Uważam,  że  to  nie  może  być  nic  innego  —  uśmiechnęła  się  Doris.  Wiedziała,  że 

Penelopa miała na myśli nową sukienkę. Przecięła sznurek i zdjęła papier. Obie dziewczyny 
patrzyły zdumione. 

— To jest… ależ… Przecież to stara kołdra! 
Doris  rozwinęła  dziwny  prezent  z  niemiłym  uczuciem  rozczarowania.  Nie  wiedziała 

dokładnie,  czego  się  właściwie  spodziewała,  ale  na  pewno  nie  tego.  Roześmiała  się  trochę 

background image

drżącym głosem. — W każdym razie nie możemy teraz powiedzieć, że ciotka Adela nic nam 
nigdy nie dała — powiedziała, otwierając list. — Posłuchaj Penelopo. 

 
Moja kochana Doris. 
Postanowiłam  zrezygnować  z  zajmowania  się  domem  i  wyjechać  na  Zachód  z  Robertem. 

Pozbywam  się  tych  rodzinnych  pamiątek,  których  nie  chcą  brać  ze  sobą.  Przesyłam  Warn 
pocztą jedwabną kołdrą Waszej babki Hunter. To piękna rzecz i mam nadzieją, że docenicie ją 
tak, jak na to zasługuje. Wasza babka pracowała nad nią przez piąć lat. Jest w niej po kawałku 
ślubnej sukni każdej kobiety z naszej rodziny. Ucałowania dla Penelopy i dla Ciebie.
 

Wasza kochająca ciotka 

Adela Hunter 

 
— Nie jest zbyt piękna — zauważyła Penelopa z grymasem. — Może kiedyś była ładna, ale 

już całkiem wypłowiała. W każdym razie jest to pomnik cierpliwości. Ten wzór nazywa się 
„tysiączki”,  prawda?  Powiedz  mi  Doris,  czy  to  świadectwo  braku  z  mojej  strony  należnego 
szacunku dla rodzinnego dziedzictwa, bo nie czuję wielkiego entuzjazmu z powodu tej kołdry 
— szczególnie, że babka Hunter zmarła, zanim się urodziłam? 

— To bardzo miłe, że ciocia Adela ją przysłała — stwierdziła Doris z poczucia obowiązku. 
— Tak, bardzo — zgodziła się z komiczną miną Penelopa. — Tylko nie proś mnie, żebym 

pod nią spała. Miałabym koszmarne sny! Och! Ostatni wykrzyknik był piskiem zachwytu, na 
widok połyskującej lekko podszewki, która się ukazała, gdy Doris odwróciła kołdrę na drugą 
stronę. 

— Lewa  strona  jest  zawsze  piękniejsza  od  prawej!  —  wykrzyknęła  Penelopa.  —  Jaka 

śliczna staroć! I ani trochę nie wypłowiała podszewka rzeczywiście była prześliczna. Miękki, 
kremowy jedwab pokrywał wzorek z brokatu w różowe pączki róż. 

— To  suknia,  którą  babka  Hunter  nosiła  jako  młoda  dziewczyna  —  zauważyła  z 

roztargnieniem  Doris.  —  Pamiętam,  że  ciocia  Adela  mówiła  o  niej.  Kiedy  suknia  wyszła  z 
mody, babka użyła jej do podszycia kołdry. Słowo daję, jest jak nowa. 

— Cóż, chodźmy na podwieczorek — zdecydowała Penelopa. — Jestem głodna. Poza tym 

czuję,  że  zaraz  pojawi  się  piętno  ubóstwa.  Połóż  kołdrę  w  pokoju  gościnnym.  W  końcu 
posiadanie  rodzinnych  pamiątek  też  ma  znaczenie.  Daje  miłe  poczucie  wartości  rodzinnej 
tradycji. 

Po podwieczorku Penelopa cierpliwie mozoliła się nad lekcjami. Dość żałośnie rozmyślała o 

zbliżających  się  egzaminach,  których  się  obawiała  i  zawodzie  nauczycielki,  którego  nie 
spodziewała się polubić. Doris zaś poszła do malutkiego gościnnego pokoju, aby jeszcze raz 
obejrzeć lewą stronę kołdry. 

— Byłaby z niej prześliczna bluzka na przyjęcie — szepnęła do siebie. — Kremowy to kolor 

Penelopy.  Mogłabym  użyć  tego  kawałka  starej,  czarnej  koronki  i  aksamitnych  kokardek  do 
wykończenia. Ciekawe, czy duch babki Hunter będzie mnie z tego powodu prześladował. 

Doris wiedziała, co trzeba zrobić, gdy tylko spojrzała na tę cudowną podszewkę i przed jej 

oczami  pojawiła  się  wizja  żywej  buzi  Penelopy  i  jej  rudobrązowych  włosów  na  tle  bluzki z 
prześlicznego  starego  jedwabiu.  Tej  nocy,  kiedy  Penelopa  poszła  spać,  Doris  odpruła 
podszewkę z jedwabnej kołdry babki Hunter. 

— Gdyby Adela teraz mnie widziała! — zaśmiała się, zabierając się do szycia. 
Uszyła  bluzkę  w  ciągu  trzech  następnych  wieczorów.  Uznała  za  wyjątkowo  szczęśliwą 

okoliczność fakt, że co wieczór Penelopa wychodziła z domu, żeby odrobić jakieś szczególnie 
trudne zadanie ze szkolną koleżanką. 

To będzie dla niej taka miła niespodzianka — myślała siostra z radością. 
Kiedy  Doris  w  dniu  przyjęcia  pokazała  ślicznie  wyprasowaną  czarną  spódnicę  i 

najpiękniejszą bluzkę, jaką sobie można wyobrazić, Penelopa okazała tak wielkie zdumienie, 

background image

jakiego tylko czułe, siostrzane serce mogło sobie życzyć. Prawdziwą kreację z eleganckiego 
jedwabiu w różyczki, z szarfą i kokardkami z czarnego aksamitu. 

— Doris,  jesteś  prawdziwą  czarodziejką!  Trudno  uwierzyć,  że  wyczarowałaś  dla  mnie  tę 

prześliczną rzecz z kołdry babki Hunter! 

Tak więc Penelopa poszła na przyjęcie u Blanche i jej strój stał się przedmiotem podziwu 

wszystkich  dziewcząt.  Pani  Fairweather,  która  była  gościem  pani  Anderson,  uważnie  się  jej 
przyglądała.  Była  to  urocza,  starsza  pani  o  srebrzystych  włosach,  ułożonych  w  ładny, 
staromodny koczek i ciemnych, błyszczących oczach. Penelopa była nią oczarowana. 

Wygląda  tak,  jakby  właśnie  wyszła  z  ram  jakiegoś  pięknego,  stylowego  obrazu  — 

pomyślała.  —  Szkoda,  że  nie  należy  do  mojej  rodziny.  Cudownie  byłoby  mieć  taką  babkę. 
Ciekawa jestem, kogo ona tak mi przypomina? 

Nieco później nagle uświadomiła sobie ze zdumieniem, że już wie: przecież to oczywiście 

Doris!  —  Jeżeli  moja  siostra  dożyje  siedemdziesięciu  lat,  to  nosząc  taki  koczek,  będzie 
wyglądała dokładnie tak jak pani Fairweather teraz. 

Pani  Fairweather  poprosiła,  aby  jej  przedstawiono  Penelopę  i  kiedy  znalazły  się  same, 

odezwała się łagodnie: — Moja kochana, chciałabym ci zadać bardzo obcesowe pytanie. Czy 
możesz mi powiedzieć, skąd wzięłaś materiał na tę bluzkę? 

Młoda, ładna twarz Penelopy oblała się  rumieńcem. Dziewczyna nie była próżna, ale nie 

potrafiła po prostu zmusić się do wyznania pani Fairweather, że jej bluzka została zrobiona z 
podszewki starej kołdry. 

— Ciotka Adela dała mi… dała nam… materiał — wyjąkała. — Moja starsza siostra, Doris, 

uszyła tę bluzkę. Ten jedwab należał kiedyś do naszej babki Hunter. 

— Jak brzmiało panieńskie nazwisko twojej babki? — zapytała szybko pani Fairweather. 
— Penelopa Saverne. Noszę jej imię. 
Pani  Fairweather  czule  objęła  ramieniem  Penelopę  i  przyciągnęła  do  siebie,  a  jej  śliczna, 

stara twarz zajaśniała zachwytem i czułością. 

— W takim razie jesteś moją wnuczką — oznajmiła. — Twoja babka, to moja przyrodnia 

siostra. Kiedy zobaczyłam twój strój, byłam pewna, że jesteś jej krewną. Rozpoznałabym ten 
jedwab w różyczki nawet wtedy, gdybym go zobaczyła w Tybecie. Moja matka miała córkę z 
pierwszego  małżeństwa,  właśnie  Penelopę  Saverne.  Była  cztery  lata  starsza  ode  mnie,  ale 
okazywałyśmy  sobie  wielkie  przywiązanie.  Tak  się  złożyło,  że  miałyśmy  w  ten  sam  dzień 
urodziny i kiedy Penelopa skończyła dwadzieścia lat, a ja szesnaście, ojciec dał każdej z nas 
jedwabną suknię z tego materiału. Ja przechowuję swoją do dziś. 

Wkrótce  potem  matka  umarła  i  nasz  dom  został  rozbity.  Penelopa  zamieszkała  ze  swoją 

ciotką,  a  ja  wyjechałam  z  ojcem  na  Zachód.  To  działo  się  wówczas,  gdy  podróże  i 
korespondencja  nie  były  łatwe  tak  jak  obecnie.  Po  kilku  latach  straciłam  kontakt  z  moją 
przyrodnią  siostrą.  Wyszłam  za  mąż  i  mieszkałam  na  Zachodzie  przez  całe  życie.  Nie 
dowiedziałam się nigdy, co się stało z Penelopą. Dziś wieczorem, kiedy weszłaś w tej bluzce w 
różyczki,  cała  przeszłość  stanęła  mi  przed  oczami  i  znów  poczułam  się  dziewczyną.  Moja 
kochana, jestem bardzo samotną kobietą i nie mam nikogo bliskiego. Nie wiesz, jak bardzo się 
cieszę, że odnalazłam aż dwie wnuczki. 

Penelopa słuchała opowiadania jak we śnie. Z miłością pogłaskała miękką, starą dłoń pani 

Fairweather. 

— To brzmi jak historia z książki — powiedziała wesoło. — Musi pani przyjść i poznać 

Doris. Ona jest taką kochaną siostrą. Nie miałabym tej bluzki, gdyby nie ona. Powiem pani całą 
prawdę, teraz nie wstydzę się. Doris zrobiła dla mnie tę bluzkę z podszewki starej, jedwabnej 
kołdry babki Hunter, którą przysłała nam ciotka Adela. 

 

background image

 
Pani Fairweather przyszła zobaczyć się z Doris następnego dnia i wynikły z tego cudowne 

rzeczy.  W  mgnieniu  oka  zmieniły  się  losy  oraz  plany  Doris  i  Penelopy.  Obie  otrzymały 
zaproszenie do zamieszkania w domu ciotki Esther — pani Fairweather tak kazała się nazywać. 
Penelopa  miała  uzyskać  swoje  upragnione  wykształcenie  muzyczne,  a  Doris  —  prowadzić 
duży dom. 

— Musicie zająć miejsce mojej kochanej, małej wnuczki, która umarła sześć lat temu. Od 

tego czasu żyłam samotnie — powiedziała ciotka Esther. 

Kiedy pani Fairweather wyszła, obie siostry popatrzyły na siebie. 
— Proszę cię, uszczypnij mnie! — zawołała Penelopa. — Boję się, że się zbudzę i odkryję, 

że to tylko sen. Czy życie nie jest cudowne, Doris? 

Doris przytaknęła rozpromieniona. — Pomyśl, kochana Penelopo! Dla ciebie muzyka, dla 

mnie ktoś o kogo będę mogła dbać i rozpieszczać, a dla nas obu taka kochana, słodka ciocia! 

— Nie będziemy już musiały szyć na przyjęcie bluzek ze starych jedwabnych podszewek — 

zaśmiała się Penelopą. — Szczęśliwie się jednak stało, kochana siostro, że to zrobiłaś. Od dziś 
koniec z „piętnem ubóstwa” — zakończyła. 

background image

G

OŚCIE 

P

AY 

S

ALLY

 

 
Jak  tu  pięknie  —  powiedziała  zachwycona  Mary  Seymour,  kiedy  zeszły  z  rowerów  na 

szczycie wzgórza. — Kto mógł przypuszczać, że zostaniemy nagrodzone takim widokiem po 
tej długiej, męczącej jeździe po kamieniach i wybojach. Czy czujesz się podobnie? 

— Tak, ale mam straszne pragnienie — powiedziała Ida, która była bardziej praktyczna i nie 

poddawała  się  entuzjazmowi  tak  łatwo  jak  Mary.  Tak,  ona  również  dostrzegła  niezwykłe 
piękno krajobrazu. U ich stóp rozciągało się morze, delikatnie połyskując w łagodnym świetle 
słońca.  Dalej,  po  obu  stronach  ciągnęły  się  poszarpane,  brunatne  klifowe  zbocza  i  skały,  to 
wybiegając  w  morze  jako  zamglone,  fioletowe  przylądki,  to  zakręcając  w  postaci  zatok  i 
zatoczek napełnionych słonecznym blaskiem i uroczą perłową mgiełką. Było to piękne, choć 
opuszczone wybrzeże. Jedyny dom widziany z tego miejsca, był maleńki i stary, miał dziwny, 
niski okap i duże kominy. Stał w dolince na prawo od nich, w miejscu, gdzie klif pękał, tworząc 
małą zatoczkę i przepuszczając biegnący do morza strumyk, Na piaszczystym brzegu, o rzut 
kamieniem  od  domu,  szemrały  fale,  uderzając  leciutko  o  brzeg.  Po  obu  stronach  zatoczki 
wychodziły w morze zakrzywione przylądki, jakby obejmując ramionami świetlistą wodę. 

— Cóż za malowniczy zakątek. — powiedziała Mary. 
— Ale jakie bezludzie — zaprotestowała Ida. — W zasięgu wzroku nie ma innego domu. 

Zastanawiam się, kto tu mieszka. W każdym razie, zamierzam poprosić o kubek wody. 

— Ja chciałabym poprosić o porządny posiłek! — zaśmiała się Mary. — Czuję, że jestem 

głodna.  Piękny  widok  z  pewnością  syci  duszę,  ale  nie  zaspokaja  innych  pragnień.  A  my 
przecież  przejechałyśmy  dziesięć  mil  na  rowerach.  Z  każdą  minutą  jestem  coraz  bardziej 
głodna. 

Dotarły  do  szarego  domku,  idąc  w  dół  trawiastą  ścieżką.  Wszystko  wokół  domku  było 

czyste i porządne. Od frontu ogród zamykało pobielone ogrodzenie, a pod osłoną domu płonęły 
maki,  malwy  i  geranium.  Obramowana  białymi  muszlami  ścieżka  prowadziła  przez  ogród 
prosto  do  wejścia.  Przed  drzwiami,  zastępując  schodki,  leżały  gładkie  płyty  z  czerwonego 
kamienia. 

— Z  pewnością  nie  ma  tu  żadnych  dzieci  —  szepnęła  Ida.  —  Te  muszle  są  ułożone 

dokładnie tak jak powinny, a ścieżka jest codziennie zamiatana. Nie ośmielimy się poprosić tu 
o cokolwiek do jedzenia. Obawialiby się, że nakruszymy. 

Ida podniosła rękę, aby zapukać, lecz zanim zdołała to zrobić, drzwi się otworzyły i na progu 

stanęła zadyszana niska kobieta. 

Miała pełną ciekawości twarz o delikatnych rysach i ciemne oczy błyszczące zza okularów 

w złotej oprawie. Była ubrana w nieskazitelnie czystą, staromodną suknię z szarego jedwabiu z 
białą  muślinową  chustką  na  ramionach.  Jej  srebrzystosiwe  włosy  opadały  długimi,  gładkimi 
lokami po obu stronach twarzy, podskakując i fruwając za każdym ruchem. Z tyłu związała je 
w węzeł i przykryła malutkim koronkowym czepeczkiem. 

Wygląda, jakby wyszła spod igły w zeszłym stuleciu — pomyślała Mary. 
— Czy jesteście córkami kuzyna Abnera? — spytała stara dama z nadzieją. W jej twarzy i 

głosie  było  tyle  wzruszenia,  że  zażenowane  dziewczęta  poczuły  się  niezręcznie,  iż  nie  są 
córkami kuzyna Abnera. 

— Nie — odparła Mary z ociąganiem. — Jesteśmy córkami Martina Seymoura. 
Z twarzy małej kobietki znikło całe światło, jakby ktoś nagle zdmuchnął rozjaśniającą ją od 

wewnątrz lampę. Wyglądała, jakby ugięła się pod ciężarem rozczarowania. Nazwisko Martina 
Seymoura  najwyraźniej  nic  dla  niej  nie  znaczyło.  Skąd  mogła  wiedzieć,  że  był 
multimilionerem, o którym opowiadano, iż na śniadanie zjada kilka linii kolejowych, na obiad 
parę  drobniejszych  spółek,  a  jego  córki  należą  do  osób  chętnie  przyjmowanych  w  każdym 
domu. 

background image

— Nie,  oczywiście,  nie  jesteście  córkami  kuzyna  Abnera  —  stwierdziła  ze  smutkiem. — 

Wiedziałabym  o  tym,  gdybym  choć  przez  chwilę  pomyślała.  Macie  ciemne  włosy,  a  one 
miałyby jasne, to zrozumiałe. Kuzyn Abner i jego żona są jasnowłosi. Lecz kiedy zobaczyłam, 
jak idziecie ścieżką — wyglądałam przez okno na górze — byłam przekonana, że to nareszcie 
Helen i Beatrice. Nic na to nie poradzę, ale nadal żałuję, że tak nie jest! 

— My też, skoro pani ich oczekiwała — odezwała się z uśmiechem Mary. — Ale… 
— Och, nie oczekiwałam ich właściwie — przerwała jej mała dama. — Tylko zawsze mam 

nadzieję,  że  przyjadą.  Jeszcze  nigdy  tego  nie  zrobiły,  choć  Trenton  leży  niedaleko,  a  tu  jest 
bardzo  odludnie.  Tęsknimy  za  gośćmi,  ja  i  Juliana;  sądziłam,  że  dziś  je  zobaczę.  Odkąd 
sprowadziłam się tu, kuzyn Abner raz mnie odwiedził i powiedział, że jego córki też przyjadą, 
ale to było sześć miesięcy temu i jeszcze się nie pojawiły. Lecz nie tracimy nadziei. Wiecie, 
dobrze jest mieć na kogo czekać. 

Miała  słodki,  wesoły  głos  jak  ptak.  Dziewczęta  odgadły  w  nim  ogromnie  dużo  uczucia. 

Jakże była urocza, kochana i romantyczna! Mary poczuła oburzenie na córki kuzyna Abnera, 
kimkolwiek były, za to zaniedbywanie małej damy. 

— Wybrałyśmy  się  na  przejażdżkę  rowerami  —  oznajmiła  Ida.  —  Jesteśmy  bardzo 

spragnione. Pomyślałyśmy, że może byłaby pani uprzejma dać nam kubek wody. 

— Ależ, moje kochane, co tylko chcecie. Wszystko co mam, jest do waszej dyspozycji — 

zawołała mała dama z prawdziwą radością. — Jeżeli wejdziecie, poczęstuję was lemoniadą. 

— Obawiam się, że to zbyt duży kłopot… — zaczęła Mary. 
— Och,  nie!  —  wykrzyknęła  dama.  —  To  przyjemność.  Uwielbiam  robić  coś  dla  ludzi. 

Chciałabym,  aby  częściej  ktoś  się  pojawiał  i  dawał  mi  do  tego  okazję.  Nie  mam  żadnego 
towarzystwa, a tak mi go brak. Tu, w Złotej Bramie jest bardzo samotnie. Byłabym niezmiernie 
szczęśliwa, gdybyście zostały u mnie na podwieczorku. Wszystko przygotowałam. W każdą 
sobotę rano przygotowuję coś na wypadek, gdyby przyjechały córki kuzyna Abnera. Kiedy nikt 
nie przyjeżdża, Juliana i ja musimy same pozjadać smakołyki. Nie służy to nam. Juliana potem 
to odchorowuje. Gdybyście tak zechciały zostać! 

— Zostaniemy — zgodziła się pośpiesznie Ida. — Cieszymy się, że możemy zostać. Obie 

jesteśmy okropnie głodne i to miło z pani strony, że pani nas zaprosiła. 

— Ależ,  żaden  kłopot.  To  mój  egoizm,  po  prostu  zwykły  egoizm!  Tak  bardzo  pragnę 

towarzystwa!  Wejdźcie  kochane.  Myślę,  że  najpierw  muszę  się  przedstawić,  bo  mnie  nie 
znacie, prawda? Nazywam się Sally Tempie, a to jest Dom pod Złotą Bramą. Boże drogi! To 
dopiero prawdziwe przeżycie! Trafiłyście tu chyba za zrządzeniem Opatrzności. 

Przeprowadziła je szybko przez uroczy salonik, gdzie wszystko wyglądało tak elegancko, 

czysto i staromodnie jak ona sama, do pokoju gościnnego, aby zdjęły kapelusze. 

— Teraz pozwólcie, że opuszczę was na chwilę. Muszę powiedzieć Julianie, że będziemy 

miały gości na podwieczorku. Bardzo się ucieszy, jestem pewna. Rozgośćcie się, moje drogie. 

— Czyż ona nie jest rozkoszna? — zapytała Mary, gdy panna Sally wyszła lekkim krokiem. 

—  Chciałabym  potrząsnąć  tymi  córkami  kuzyna  Abnera.  To  jest  coś,  co  Dot  Holliday 
nazwałaby przygodą! 

— Prawda?! Panna Sally i ten uroczy stary zakątek wyglądają jak rozdział w jednej z tych 

powieści, nad którymi płakały nasze babki. Posłuchaj, Mary, ona jest samotna i nasza wizyta to 
dla  niej  prawdziwa  uczta.  Postarajmy  się,  żeby  tak  rzeczywiście  było.  Potraktujmy  ją  jak 
przyjaciółkę  i  opowiedzmy  o  sobie,  naszych  rozrywkach  i  sukienkach.  To  brzmi  dość 
powierzchownie,  ale  wiesz,  co  mam  na  myśli.  Jej  się  to  spodoba.  Bądźmy  dla  niej  dobrymi 
przyjaciółkami. 

Panna Sally wróciła w towarzystwie Juliany niosącej tacę z lemoniadą. Juliana okazała się 

drobną dziewuszką lat około czternastu, a jej wesoła, piegowata twarz promieniała szerokim 
uśmiechem. Widocznie Juliana tak samo lubiła towarzystwo jak jej pani. Po chwili dziewczęta 
usłyszały dobiegającą z korytarza przyciszoną wymianę zdań pomiędzy panną Sally a Juliana. 

background image

— Juliano,  nakryj  do  stołu,  postaw  ślubną  zastawę  babki  Tempie.  Nie  zapomnij  jej 

odkurzyć…  i  najlepszy  obrus.  Pamiętaj,  żeby  rozprasować  zakładki…  postaw  na  środku 
pachnący groszek… tylko żeby był świeży. Chcę, aby wszystko wypadło szczególnie ładnie. 

— Tak, proszę pani. Postaram się. Czy to nie wspaniałe mieć gości? — szepnęła Juliana. 
Panny  Seymour  długo  pamiętały  ten  podwieczorek  i  wspaniałości,  jakie  znalazły  się  na 

stole. Nie dziwiły się, że Juliana cierpiała na niestrawność, skoro musiała sama jeść tyle potraw. 
Jadły  z  apetytem  i  ku  wielkiemu  zadowoleniu  panny  Sally  oddały  pełną  sprawiedliwość 
smakołykom. 

Opowiedziała im wszystko o sobie. Mieszkała w Domu pod Złotą Bramą dopiero od roku. 

— Przedtem mieszkałam daleko stąd, w Millbridge, razem z kuzynką. Właścicielem Domu pod 
Złotą  Bramą  był  mój  wuj  Efraim,  a  kiedy  umarł,  zostawił  go  mnie  i  przyjechałam,  by  tu 
zamieszkać. To śliczne miejsce, prawda? Widzicie te dwa przylądki? Rano, gdy wstaje słońce, 
woda pomiędzy nimi wygląda jak morze złota. Dlatego wujowi przyszło na myśl nazwać dom 
„Pod  Złotą  Bramą”.  Uwielbiam  tę  okolicę  i  tak  miło  mieć  własny  dom.  Byłabym  zupełnie 
szczęśliwa,  gdybym  miała  jakieś  towarzystwo.  Ale  przecież  jesteście  tu  dzisiaj,  a  Beatrice  i 
Helen przyjadą może w przyszłym tygodniu. Tak więc, mam za co dziękować Bogu. 

— Jak brzmi nazwisko kuzyna Abnera? — zapytała Mary, przypominając sobie niejasno, że 

już słyszała wspomniane imiona… w Trenton. 

— Reed. Abner Abimelech Reed — odparła pośpiesznie panna Sally. — Podpisuje się A.A. 

Reed. Mówią, że jest zamożny i prowadzi w mieście interesy. To bardzo wytworny mężczyzna. 
Nie znam jego żony. 

Mary  z  Idą  wymieniły  spojrzenia.  Beatrice  i  Helen  Reed!  Znały  przelotnie  dwie  córki 

nowobogackiej  rodziny,  która  próbowała  nawiązać  dobre  stosunki  z  towarzyską  elitą  w 
Trenton.  Reedów  uważano  za  bardzo  prostackich,  a  ich  starania  dołączenia  do  zamkniętego 
kręgu, w jakim obracali się Seymourowie i im podobni, kończyły się niepowodzeniem. 

— Obawiam  się,  że  panna  Sally  długo  poczeka  na  wizytę  córek  kuzyna  Abnera  — 

zauważyła Mary, kiedy wróciły do salonu i panna Sally przeprosiła je na chwilę, by dopilnować 
zmywania ślubnej zastawy babki Tempie. — Pewnie patrzą na nią jak na ubogą krewną, którą 
można  lekceważyć.  Tymczasem,  gdyby  były  do  niej  podobne,  towarzystwo  w  Trenton 
przyjęłoby je do swego grona już dawno. 

Wizyta  sprawiała  dziewczętom  taką  samą  przyjemność  jak  pannie  Sally.  Ona  z  chęcią 

słuchała opowieści o dziewczęcym życiu i zabawach. Opowiadały o podróżach, o poznanych 
sławnych ludziach, o przyjęciach, sukniach, modzie i rozrywkach swoich znajomych. Panna 
Sally skwapliwie słuchała. Pozwolono również Julianie siedzieć na schodkach w korytarzu i 
ona także zebrała okruchy tej duchowej uczty. 

— Jesteście takimi wspaniałymi gośćmi — powiedziała panna Sally, gdy odjeżdżały. 
Mary ujęła ręce małej damy i spojrzała z sympatią w jej oczy. — Czy pozwoliłaby pani, 

abyśmy odwiedzały panią częściej i przyprowadzały przyjaciół? — Gdybyście tylko zechciały! 
— westchnęła panna Sally. 

Mary roześmiała się i ulegając nagłemu impulsowi, pochyliła się i pocałowała pannę Sally w 

policzek.  —  A  więc  przyjedziemy  —  obiecała.  —  Proszę  uważać  nas  od  dzisiaj  za  stałych 
gości. 

 

 
Dziewczęta dotrzymały słowa. Odtąd prawie każdą sobotę lata spędzały na podwieczorku u 

panny  Sally  w  Domu  pod  Złotą  Bramą.  Czasem  przyjeżdżały  same,  niekiedy  z  innymi 
dziewczętami.  Wkrótce  wśród  ich  znajomych  stało  się  modne  odwiedzanie  panny  Sally. 
Wszyscy od razu obdarzali ją sympatią. Wyjazd z Seymourami do Złotej Bramy był uważany 

background image

za szczególny przywilej. Co do panny Sally, to jej radość była niemal doskonała. Miała tylu 
gości,  ilu  tylko  zapragnęła  i  to  takich,  jakich  lubiła:  pogodne,  wesołe,  lubiące  żartować 
dziewczęta, które zajadały jej smakołyki ze szczerym zapałem, napełniały stare urocze pokoje 
śmiechem i życiem, opowiadając o swoich planach, nadziejach i figlach.  Na czystym niebie 
panny Sally czerniała tylko jedna chmurka. 

— Gdyby  tak  córki  kuzyna  Abnera  zechciały  przyjechać!  —  westchnęła  pewnego  razu 

tęsknie do Mary. — Nikt nie może zastąpić własnej rodziny. Bardzo pragnę je poznać. 

Tego wieczora podczas powrotu do Trenton Mary była cicha i zamyślona. Dwa dni później 

odbyło  się  garden  party  u  pani  Gardiner.  Przyszły  tam  obie  panny  Reed.  Były  to  wysokie, 
jasnowłose, przystojne dziewczyny, nieco zbyt bogato i wymyślnie ubrane w drogie suknie i 
kapelusze.  Rzucało  się  w  oczy,  że  nie  należą  w  pełni  do  towarzystwa.  Kiedy  pani  Gardiner 
przyprowadziła  Mary  Seymour  i  przedstawiła  je,  od  razu  rozjaśniły  się  i  podniosły  głowy. 
Jedną z rzeczy, których pragnęły najbardziej na świecie, była przyjaźń z pannami Seymour. 

Po  krótkiej  przyjacielskiej  pogawędce  Mary  powiedziała:  —  Sądzę,  że  mamy  wspólną 

przyjaciółkę  w  pannie  Sally  Tempie  z  Domu  pod  Złotą  Bramą,  prawda?  Jestem  pewna,  że 
słyszałam, jak wspominała o was. 

Panny  Reed  zaczerwieniły  się.  Nie  podobało  się  im,  że  bogate  dziewczęta  Seymourów 

wiedzą  o  ich  powiązaniach  z  dziwaczną  kuzynką  ojca,  mieszkającą  gdzieś  w  zapomnianym 
kącie na wsi. — Och, jest naszą daleką krewną — zauważyła niedbale Beatrice. — Dotąd nigdy 
jej nie poznałyśmy. 

— Jakże  wiele  straciłyście!  —  powiedziała  Mary  szczerze.  —  To  najbardziej  czarująca  i 

kochana stara dama, jaką znam. Jestem dumna, mogąc zaliczyć się do jej przyjaciół. Poza tym 
Złota Brama to takie prześliczne miejsce! Jeździmy tam tak często, że obawiam się nadużyć 
gościnności panny Sally. Mam nadzieję, że odwiedzi nas tej zimy w mieście. Do zobaczenia na 
razie. Powiem pannie Sally, że was poznałam. Będzie jej miło to usłyszeć. 

— Chyba powinnyśmy wreszcie odwiedzić kuzynkę Sally — zauważyła Beatrice. — Ojciec 

już dawno kazał nam tam pojechać. 

— Jak ci Seymourowie ją poznali? — zastanawiała się Helen. — Oczywiście, że musimy 

pojechać do niej. 

Tak też zrobiły. Następnego dnia szczęście panny Sally stało się pełne, bo w końcu córki 

kuzyna  Abnera  przyjechały  do  Domu  pod  Złotą  Bramą.  Były  dla  niej  miłe.  Mimo  swojego 
snobizmu i fałszywych poglądów na życie, miały dobre serca. Doszedł w nich do głosu jakiś 
odziedziczony  po  ojcu  zdrowy  rozsądek  i  zrozumiały,  że  panna  Sally  jest  krewną,  z  której 
można być dumnym. Poddały się jej urokowi tak jak inni i bawiły się świetnie w jej domu. 
Wyjechały, obiecując często ją odwiedzać i rzeczywiście dotrzymały słowa. Pomiędzy nimi a 
panną Sally narodziła się prawdziwa przyjaźń, która dla dziewcząt uczyniła cuda nie tylko pod 
względem  towarzyskim  i  umysłowym  ale  i  duchowym.  Nauczyła  je,  że  prawdziwa  dobroć 
serca  i  prostota  obejścia  są  najlepszą  rekomendacją  do  towarzystwa,  zaś  pretensjonalność 
czymś pospolitym i trudnym do zniesienia. To, oczywiście, nie stało się od razu. Panny Reed 
nie potrafiły natychmiast zrezygnować ze swojego snobizmu. W końcu jednak bardzo wiele z 
niego odrzuciły. 

Panna Sally nie miała o tym pojęcia. Od początku polubiła córki kuzyna Abnera i niezwykle 

je podziwiała. 

— Tak  dobrze  jest  gościć  kogoś  z  własnej  rodziny  —  powiedziała  pannom  Seymour.  — 

Jestem w siódmym niebie. Ale wy, moje drogie,  będziecie zawsze najmilej widziane przeze 
mnie i Julianę. Dzięki wam mam teraz tylu przyjaciół! 

— O, nie — zaprzeczyła szybko Mary. — Panno Sally, ma pani przyjaciół tylko ze względu 

na siebie. Złota Brama stała się dla nas prawdziwą Mekką. Nie wie pani nawet, ile pani dla nas 
zrobiła. Jest pani taka dobra, kochana i szczera, że my dziewczęta, zapragnęłyśmy stać się takie 
jak pani. I wszystkie panią kochamy! 

background image

— Tak się cieszę — szepnęła panna Sally z błyszczącymi wzruszeniem oczami. — I Juliana 

naturalnie też. 

background image

C

ZARA LALECZKA

 

 
Wieczorem miał się odbyć koncert w Hotelu pod Portowymi Światłami i wszyscy w domu 

Marshallów  byli  bardzo  podnieceni.  Także  mała  Joyce,  która  nie  mogła  pójść  na  koncert, 
ponieważ nie było poza nią nikogo, kto zostałby z Denise. Być może najbardziej przejęta była 
Denise, umierająca powoli na suchoty w służbówce Marshallów. Nie miała innego miejsca na 
świecie,  gdzie  mogłaby  chorować  i  gdzie  ktoś  troszczyłby  się  o  nią.  Pani  Roderickowa 
Marshall uważała się za bardzo dobrą, robiąc aż tyle dla Denise. Rzecz jasna, nie przejmowano 
się nią zbytnio, a większość posług przy chorej spełniała mała Joyce. 

Przy podwieczorku nie mówiono o, niczym innym, tylko o koncercie, bo przecież w hotelu 

miała  wystąpić  Madame  Laurin,  wielka  francusko  —  kanadyjska  primadonna!  Taka  okazja 
zdarzała się raz w życiu. Marshallowie za nic by jej nie przepuścili. Na koncert wybierała się 
starsza pani Marshall, przystojna i pełna godności, wuj Roderick, ciotka Isabella i oczywiście 
Chrissie, którą wszędzie zabierano, gdyż była śliczna, pełna wdzięku i rozmaitych, brakujących 
Joyce, zalet. 

Mała  Joyce  chętnie  poszłaby  na  koncert,  bo  bardzo  lubiła  muzykę,  poza  tym  mogłaby 

później opowiedzieć wszystko Denise. Była jednak nieśmiała, niezgrabna, chuda i pospolita, 
więc babka postanowiła zostawić ją w domu. Tak przynajmniej uważała Joyce. 

Mała  Joyce  dobrze  wiedziała,  że  babka  jej  nie  lubi.  Sądziła,  że  dlatego,  iż  jest  taka 

bezbarwna i niezręczna — i częściowo miała rację. Babka niewiele dbała o wnuczki, które nie 
przynosiły jej chluby. Matka małej Joyce poślubiła wbrew woli rodziny biednego człowieka, a 
potem  oboje  byli  na  tyle  nierozsądni,  że  umarli  i  zostawili  małą  sierotę  bez  grosza.  Babka 
ubierała i żywiła dziecko, ale co można zrobić z takiej nieśmiałej istoty bez żadnych talentów i 
wdzięku? Babka nie zamierzała nawet próbować. Jej ulubienicą stała się złotowłosa i rumiana 
Chrissie. 

Mała  Joyce  wiedziała  o  tym.  Nie  zazdrościła  Chrissie,  ale  bardzo  pragnęła,  aby  babka  ją 

także  choć  trochę  kochała!  Nikt  jej  nie  kochał  z  wyjątkiem  Denise  i  czarnej  laleczki.  Mała 
Joyce zaczynała pojmować, że Denise nie będzie już długo żyła, a czarna laleczka nie potrafiła 
powiedzieć, że ją kocha, choć mała Joyce w to nie wątpiła. 

Westchnęła na myśl o tym tak głęboko, że wuj Roderick uśmiechnął się do niej. Wuj nawet 

uśmiechał się do niej czasem! 

— O co chodzi, Joyce? — zapytał. 
— Myślałam o mojej czarnej laleczce — powiedziała nieśmiało Joyce. 
— Ach, o czarnej laleczce. Gdyby pani Laurin ją zobaczyła, na pewno chciałaby ją dostać. 

Jej hobby to kolekcjonowanie lalek z całego świata, ale wątpię, żeby miała w swoich zbiorach 
lalkę, którą bawiła się cztery tysiące lat temu dziewczynka na dworze faraona. 

— Uważam, że lalka Joyce jest bardzo brzydka — stwierdziła Chrissie. — Moja woskowa 

lalka z jasnymi włosami jest o wiele ładniejsza. 

— Moja czarna laleczka nie jest brzydka! — krzyknęła obrażona Joyce. Mogła znieść, kiedy 

ją samą nazywali brzydką, ale nie potrafiła pogodzić się z tym, że tak nazwano jej kochaną 
czarną  laleczkę.  Tak  się  przejęła,  że  przewróciła  filiżankę  i  wylała  herbatę  na  obrus.  Ciotka 
Isabella spojrzała na nią gniewnie, a babka powiedziała ostro: 

— Joyce,  odejdź  od  stołu.  Stajesz  się  z  każdym  dniem  coraz  bardziej  niezgrabna  i 

bezmyślna. 

Mała Joyce ze łzami w oczach wstała i poszła na górę do Denise, szukać pociechy.  Lecz 

Denise sama płakała. Leżała na łóżku przy niskim oknie, gdzie mogła zachwycać się blaskiem 
zachodzącego słońca. Jej zapadnięte policzki płonęły od gorączki. 

background image

— Ach, tak bardzo chciałabym usłyszeć, jak Madame Laurin śpiewa — szepnęła. — Czuję, 

że  łatwiej  byłoby  mi  umierać,  gdybym  usłyszała  choć  jedną,  króciutką  piosenkę.  Ona  jest 
Francuzką i zna wszystkie stare francuskie piosenki, nawet te, które śpiewała mi mama. 

— Nie możesz ich usłyszeć Denise — powiedziała Joyce, łagodnie głaszcząc gorące czoło 

Denise chłodną, szczupłą dłonią. Joyce miała śliczne ręce, lecz nikt tego nigdy nie zauważył. — 
Nie jesteś dość silna, żeby pójść na koncert. Ja ci zaśpiewam, jeżeli chcesz. Oczywiście, nie 
potrafię aż tak pięknie śpiewać jak ona, ale się postaram. 

— Śpiewasz jak skowronek, ale nie jesteś Madame Laurin — odparła rozżalona Denise. — 

Chcę usłyszeć wielką Madame. Nie pożyję długo. Wiem to, Joyce, widziałam twarz doktora. 
Chciałabym usłyszeć choć jedną piosenkę, zanim umrę. Zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe, 
ale tak bardzo tego pragnę. 

Denise znów zakryła twarz dłońmi. Joyce odsunęła się i usiadła przy oknie, patrząc na białe 

brzozy. Jej serce pełne było bólu. Mała Joyce, mądra i dojrzała ponad swój wiek zrozumiała, że 
kochana  Denise już bardzo niedługo umrze. Denise chciała usłyszeć śpiew Madame  Laurin. 
Joyce wiele o tym myślała, a kiedy poszła spać, wzięła do łóżka swoją czarną laleczkę i płakała 
tak długo, aż zasnęła. 

Następnego dnia przy śniadaniu Marshallowie mówili o koncercie i o wspaniałej Madame 

Laurin, Joyce słuchała tego jak zwykle w milczeniu. Nocny płacz zostawił ślady na jej buzi. 
Babka  pomyślała,  że  nigdy  jeszcze  Joyce  nie  wyglądała  tak  brzydko.  Popatrzyła  na  nią  z 
niechęcią i zdecydowała, że nie weźmie jej ze sobą po południu na przejażdżkę z Chrissie. 

Przed  południem  odkryto,  że  stan  Denise  się  pogorszył  i  posłano  po  lekarza.  Przyszedł  i 

potrząsnął głową: to było wszystko, co w tych okolicznościach mógł zrobić. Kiedy wychodził, 
przy drzwiach czekała na niego mała dziewczynka o dużych, czarnych, poważnych oczach i 
długich czarnych włosach jak cyganka. 

— Czy Denise umrze? — zapytała w szczery, bezpośredni sposób, który tak denerwował 

babkę. 

Doktor popatrzył na nią spod krzaczastych brwi i uznał, że należy ona do tych ludzi, którzy 

chcą znać prawdę, jakakolwiek by ona była. — Tak — powiedział. 

— Już niedługo? 
— Obawiam się, że najpóźniej za kilka dni. 
— Dziękuję — powiedziała Joyce poważnie. 
Poszła do swojego pokoju i wzięła czarną laleczkę. Nie płakała, ale była bardzo smutna. 
Po obiedzie babka i Chrissie wyjechały, a ciotka Isabella i wuj Roderick też wyszli. Joyce 

wślizgnęła się do służbówki. Denise leżała w niespokojnym śnie; na twarzy miała ślady łez. 
Potem Joyce zeszła na palcach po schodach i pobiegła do hotelu. 

Nie  wiedziała,  co  powie  i  zrobi,  kiedy  się  tam  dostanie,  ale  myślała  o  tym  bardzo 

intensywnie, idąc drogą prowadzącą nad brzeg zatoki. Kiedy już doszła, spostrzegła siedzącą 
na dużym kamieniu piękną damę o cudownych oczach. Joyce zatrzymała się i pomyślała, że 
dobrze byłoby zapytać tę damę o radę. 

— Przepraszam  panią  —  powiedziała  Joyce,  która  nigdy  nie  wstydziła  się  obcych.  — 

Chciałabym  zobaczyć  się  w  hotelu  z  Madame  Laurin  i  prosić  ją  o  wielką  przysługę.  Czy 
mogłaby mi pani powiedzieć, co najlepiej zrobić, żeby się z nią zobaczyć? Bardzo będę pani 
zobowiązana. 

— O jaką przysługę chcesz prosić Madame Laurin? — zapytała dama, uśmiechając się. 
— Chcę ją prosić, żeby przyszła i zaśpiewała dla Denise, zanim ona umrze — to znaczy: — 

zanim  Denise  umrze.  Denise  to  nasza  francuska  służąca.  Doktor  mówi,  że  nie  będzie  długo 
żyła, a ona z całego serca pragnie usłyszeć, jak śpiewa Madame Laurin. Ciężko jest umierać, 
kiedy chce się czegoś bardzo, a nie można tego dostać. 

— Czy sądzisz, że Madame Laurin się zgodzi? — zapytała dama. 

background image

— Nie wiem. Spróbuję ofiarować jej moją czarną laleczkę. Jeżeli zechce, bo nic więcej nie 

mogę jej dać. 

W brązowych oczach damy pojawiło się zainteresowanie. Pochyliła się do przodu. — Czy 

masz laleczkę w tym pudełku? Mogę ją zobaczyć? 

Mała  Joyce  kiwnęła  głową.  W  milczeniu  otworzyła  pudełko  i  wyjęła  czarną  lalkę.  Dama 

wykrzyknęła ze zdumienia i zachwytu. Nieomal wyrwała lalkę z rąk Joyce. Była to naprawdę 
bardzo niezwykła laleczka, wyrzeźbiona z jakiegoś polerowanego, czarnego drewna. 

— Dziecko, gdzie to dostałaś? — wykrzyknęła. 
— Ojciec wydobył ją z grobu w Egipcie — odparła mała Joyce. — Wuj Roderick mówi, że 

została pogrzebana z mumią małej dziewczynki cztery tysiące lat temu. Musiała bardzo kochać 
swoją lalkę, skoro ją razem z nią pochowano, prawda? Ale na pewno nie kochała jej bardziej 
niż ja. 

— Mimo to chcesz ją oddać? — zapytała dama, patrząc na nią z uwagą. 
— To ze względu na Denise — wyjaśniła Joyce. — Zrobiłabym dla niej  wszystko, bo ją 

kocham, a ona kocha mnie. Kiedy umiera jedyna kochająca cię na świecie osoba, nie ma takiej 
rzeczy,  której  nie  chciałoby  się  dla  niej  zrobić.  Denise  była  dla  mnie  taka  dobra,  zanim 
zachorowała. Całowała mnie, bawiła się ze mną, robiła dla mnie ciasteczka i opowiadała piękne 
historie. 

Dama włożyła czarną laleczkę z powrotem do pudełka. Potem wstała i wyciągnęła rękę. 
— Chodź — poleciła. — Ja jestem Madame Laurin i pójdę zaśpiewać dla Denise. 
Joyce  poprowadziła  Madame  Laurin  do  domu,  przez  kuchnię  i  kuchenne  schody  do 

służbówki. Ciotka Isabella byłaby wstrząśnięta, gdyby wiedziała, jak to się odbyło. Madame 
Laurin  nie  okazywała  niezadowolenia,  a  Joyce  w  ogóle  o  tym  nie  pomyślała.  Wbrew 
zwyczajom Marshallów, chodziła wszędzie najkrótszą drogą, choćby kuchennymi schodami. 

Madame Laurin stanęła w ubogim pokoiku i spojrzała na wyniszczoną, smutną twarzyczkę 

na poduszce. 

— Denise, to jest Madame Laurin. Będzie śpiewała dla ciebie — szepnęła Mała Joyce. 
Twarz  Denise  rozjaśniła  się.  —  Bardzo  proszę  —  powiedziała  słabo  —  o  francuską 

piosenkę. Starą, francuską piosenkę, taką jaką śpiewano dawno temu. 

I  Madame  Laurin  zaśpiewała.  Nigdy  jeszcze  w  tym  pokoiku  nie;  zabrzmiała  równie 

wspaniała  melodia.  Śpiewała  stare  ludowe  pieśni,  które  zapewne  Denise  słyszała  jeszcze  w 
dzieciństwie. 

Joyce  z  zachwytem  utkwiła  oczy  w  śpiewaczce.  Denise  leżała;  z  twarzą  pełną  radości  i 

wielkiego uniesienia! Joyce nie żałowała, że poświęciła swoją czarną laleczkę — nie mogła 
tego żałować, gdy tak patrzyła na twarz Denise. 

— Dziękuję, Madame — powiedziała Denise urywanym głosem, kiedy Madame skończyła. 

— To było piękne, anioły nie mogą śpiewać piękniej. Tak bardzo kocham muzykę. Mała Joyce 
często mi śpiewa — ona ślicznie śpiewa, ale nie tak jak pani. 

— Joyce musi dla mnie zaśpiewać — zażądała Madame z uśmiechem, siadając przy oknie. 

— Lubię słuchać świeżych, dziecięcych głosów. Zaśpiewasz Joyce? 

— Oczywiście — Joyce nie czuła onieśmielenia. Chciała zrobić wszystko, co można dla tej 

wspaniałej pani, która sprawiła Denise taką wielką radość. — Zaśpiewam najlepiej, jak tylko 
umiem.  Oczywiście  nie  potrafię  pięknie  śpiewać  i  znam  tylko  pieśni  religijne.  Zawsze  je 
śpiewam  dla  Denise,  chociaż  ona  jest  katoliczką,  a  to  są  pieśni  protestanckie.  Ale  ksiądz 
powiedział Denise, że to nie szkodzi, bo muzyka pochodzi od Boga. Ten ksiądz jest bardzo 
miły  i  lubię  go.  Uważa,  że  moja…  że  pani…  czarna  laleczka  jest  cudowna.  Zaśpiewam 
„Prowadź, łagodne światło”. To ulubiona pieśń Denise. 

I  Joyce  zaczęła  śpiewać,  wsunąwszy  rękę  w  dłoń  Denise.  Przy  pierwszej  nucie  Madame 

Laurin,  patrząca  nieco  obojętnie  w  okno,  odwróciła  się  gwałtownie  i  spojrzała  zdumionym 
wzrokiem  na  Joyce.  Zachwyt  zastąpił  zdumienie  i  kiedy  Joyce  skończyła,  wielka  Madame 

background image

impulsywnie wstała, z błyszczącymi oczami i rozjaśnioną twarzą, podeszła szybko do Joyce i 
ujęła jej chudą, ciemną buzię w swoje ręce. 

— Dziecko, czy wiesz, jaki masz cudowny głos… jaki wspaniały głos? To jest… to jest… 

nigdy  nie  słyszałam  podobnego  głosu  u  dziecka  w  twoim  wieku.  Mój  nie  mógł  się  z  nim 
równać… ani trochę. Będziesz pewnego dnia wielką śpiewaczką… o wiele większą ode mnie. 
Ale musisz się uczyć. Gdzie są twoi rodzice? Chciałabym się z nimi zobaczyć. 

— Nie mam rodziców  — odparła oszołomiona  Joyce. — Moją opiekunką jest babka, ale 

właśnie wyjechała na przejażdżkę. 

— Poczekam więc, aż wróci — oznajmiła zdecydowanie Madame Laurin. 
Pół  godziny  później  bardzo  zdziwiona  starsza  pani  wysłuchiwała  entuzjastycznych  słów 

Madame Laurin. 

— Jak to się stało, że nigdy nie słyszałam twojego śpiewu, choć jest tak dobry? — zapytała 

babka, patrząc na Joyce  z niezwykłym wyrazem oczu, co Joyce natychmiast odczuła swoim 
wrażliwym  sercem.  Lecz  Joyce  zwiesiła  tylko  głowę.  Nigdy  nie  przyszło  jej  do  głowy,  by 
śpiewać przy babce. 

— Dziecko powinno się wkrótce zacząć uczyć — powiedziała Madame Laurin. — Jeśli nie 

może pani sobie na to pozwolić, ja się nią zajmę. Takiego głosu nie można zmarnować. 

— Dziękuję pani, Madame Laurin — odparła babka z pełną wdzięku godnością. — Jestem 

w stanie zapewnić mojej wnuczce wszystko co niezbędne, aby rozwinął się jej talent. Dziękuję 
pani bardzo, że zwróciła mi pani na to uwagę. 

Madame  Laurin  pochyliła  się  i  ucałowała  brązowy  policzek  Joyce.  —  Do  zobaczenia, 

cyganeczko. Przychodź codziennie do mnie do hotelu. Wrócę w przyszłym roku w lecie. Lubię 
cię.  Pewnego  dnia  zostaniesz  wielką  śpiewaczką,  a  dziś  jesteś  kochającym,  pozbawionym 
egoizmu dzieckiem. 

— Zapomniała pani o czarnej laleczce — zauważyła Joyce z powagą. 
Madame  podniosła  ręce  i  zaśmiała  się  —  Nie,  nie  zabiorę  twojej  laleczki,  co  ma  cztery 

tysiące lat. Zatrzymaj ją jako maskotkę. Wielka śpiewaczka zawsze potrzebuje maskotki. Ale 
rozkazuję  ci,  nie  wyjmuj  jej  z  pudełka,  dopóki  nie  wyjdę,  bo  mogę  nie  oprzeć  się  pokusie. 
Któregoś dnia pokażę ci swoje lalki, lecz nie ma wśród nich takiego klejnotu jak ten. 

Kiedy  Madame  Laurin  wyszła,  babka  spojrzała  na  Joyce.  —  Chodź  do  mojego  pokoju, 

Joyce. Chcę zobaczyć, czy nie dałoby się jakoś ładniej ułożyć twoich włosów. Są takie gęste i 
długie. Nie miałam pojęcia, że tak bardzo wyrosły. Cóż, koniecznie trzeba będzie uczesać je 
inaczej, nie pasuje ci ten sztywny warkocz. 

Joyce  poczuła  się  bardzo  szczęśliwa,  ujmując  wyciągniętą  rękę  babki.  Zrozumiała,  ze  ta 

dziwna, dostojna starsza pani która lubiła dziewczynki tylko wtedy, kiedy były pełne wdzięku 
lub inteligentne, zaczynała ją wreszcie kochać. 

background image

S

TYPEDIUM 

F

RASERA

 

 
Elliott Campbell zszedł głównymi schodami College’u Marwood i natychmiast ogarnął go 

tłum  studentów  drugiego  roku,  cisnących  się  wokół  tablicy  informacyjnej.  Ktoś  klepnął  go 
mocno  po  plecach,  potrząsano  jego  ręką  wśród  burzy  okrzyków  i  gratulacji.  —  Brawo 
Campbell!  Zdobyłeś  Frasera.  Widzisz  swoje  nazwisko  na  początku  listy,  otoczone  ramką? 
Elliott Campbell dziewięćdziesiąt dwa punkty. Hurra dla Campbella od całej klasy, chłopcy! 

Podczas gdy koledzy krzyczeli z zapałem, który mógł zagrozić konstrukcji budynku, Elliott 

z  zarumienioną  twarzą  i  błyszczącymi  oczami  przecisnął  się  bliżej  ogłoszenia.  Tak,  zdobył 
stypendium Frasera. Jego nazwisko było na czele listy siedmiu konkurentów. 

Roger Brooks, który stał obok, przeczytał całą listę na głos. 
— Elliott Campbell — dziewięćdziesiąt dwa. Mówiłem, że ci się uda stary. Edward Stone 

—  dziewięćdziesiąt  jeden.  Staruszek  Ned  był  bardzo  blisko,  ale  z  tym  nazwiskiem  nie  miał 
szans.  Kay  Milton  osiemdziesiąt  osiem.  Kto  by  pomyślał,  że  ten  powolny  Kay  tak  dobrze 
wypadnie?  Seddon  Brown  —  osiemdziesiąt  siedem,  Oliver  Field  —  osiemdziesiąt  cztery, 
Arthur  Mclntyre  —  osiemdziesiąt  dwa  —  bardzo  szacowne  trio.  Oraz  Carl  McLean  — 
siedemdziesiąt! Ależ spadek! Po prostu postanowił trzymać się z daleka! Jest na liście tylko 
dzięki nazwisku! 

Zanim  Elliot  zdołał  cokolwiek  odpowiedzieć,  z  pokoju  dyrektora  wyłonił  się  profesor, 

niosąc  kartki  z  wynikami  egzaminów  pierwszego  roku,  z  zamiarem  umieszczenia  ich  na 
tablicy.  Studenci  rzucili  się  w  tym  kierunku,  uwalniając  z  tłumu  Elliotta  i  Rogera,  którzy 
skorzystali z okazji, aby uciec. 

Elliott  głęboko  wciągnął  powietrze,  gdy  przemierzali  w  kwietniowym  słońcu  tereny 

należące  do  uczelni.  Pąki  nabrzmiewały  na  pięknych,  starych  kasztanowcach  i  wiązach 
otaczających czerwone, ceglane mury Marwood. 

— Czuję  się,  jakby  mi  ktoś  zdjął  ogromny  ciężar  z  serca  —  powiedział  szczerze.  —  Od 

zdobycia tego stypendium wiele zależało. Nie mógłbym zostać na uczelni w przyszłym roku! 
Te cztery setki pozwolą mi przeżyć do końca studiów! 

— To świetnie! — powiedział serdecznie Roger Brooks. Lubił Elliotta Campbella tak jak i 

pozostali  studenci  drugiego  roku.  Żaden  z  nich  nie  utrzymywał  z  nim  jednak  bliższych 
stosunków. Elliott nie miał przyjaciół jak inni. Mieszkał sam, „kuł” z uporem i nie brał udziału 
w  towarzyskim  życiu  młodzieży.  Roger  Brooks  był  mu  najbliższy,  ale  nawet  on  wiedział  o 
koledze bardzo mało. Elliott nigdy przedtem nie wyznał tyle o swoich osobistych sprawach co 
w powyższej wypowiedzi. 

— Jestem  biedny,  rozpaczliwie  biedny  —  mówił  dalej  wesoło  Elliott.  Sukces  stopił  na 

moment jego rezerwę. — Miałem tylko tyle pieniędzy, żeby przejść jakoś przez pierwsze dwa 
lata  i  to  oszczędnie  gospodarując.  Teraz  jestem  zupełnie  spłukany  i  tylko  nadzieja  na  to 
stypendium oddzielała mnie od ponurej pewności, że będę musiał przerwać naukę w przyszłym 
roku i pracować jako nauczyciel. Mógłbym wrócić dopiero za dwa, trzy lata pomiędzy nowych, 
nie znanych mi studentów. Ta perspektywa wcale mi się nie podobała! 

— Nie dziwię się — zauważył Roger. — Klasa żałowałaby, gdybyś musiał zrezygnować. 

Chcemy zachować pełen komplet  gwiazd, żeby zabłysnąć na koniec studiów. Poza tym, jak 
wiesz, wszyscy cię lubią. Byłby wstyd, gdyby ten cwaniak McLean wygrał. Nikt go nie cierpi. 

— Och, ja się  go nie bałem — odparł Elliott. — Nie rozumiem, co sprawiło, że w ogóle 

startował.  Musiał  wiedzieć,  że  nie  ma  szans.  Bałem  się  Stone’a.  Wiesz,  to  urodzony 
matematyk, a ja muszę ciężko zakuwać, żeby mieć dobre wyniki. 

— Ależ  Stone  nie  mógłby  ci  odebrać  Frasera,  nawet  gdybyś  miał  tylko  siedemdziesiąt 

punktów — powiedział Roger ze zdziwieniem. Musiałeś o tym wiedzieć. Mogłeś się obawiać 
tylko McLeana. 

background image

— Nie rozumiem cię — odrzekł obojętnie Elliott. 
— Musisz przecież znać warunki Frasera! — wykrzyknął Roger. 
— Oczywiście — odparł Elliott. — Stypendium Frasera, wynoszące czterysta dolarów, jest 

corocznie przyznawane na drugim roku studiów. Starający się o nie studenci, zobowiązani są 
do  zdawania  specjalnego  egzaminu  z  matematyki,  a  zwycięzca  otrzyma  czterysta  dolarów, 
płatne  w  czterech  rocznych  ratach,  przy  czym  wypłata  rat  uzależniona  będzie  od  obecności 
zwycięzcy na wymaganych zajęciach i od jego zadowalających postępów w studiach. Czyż nie 
tak? 

— Owszem, stary. Ale zapomniałeś o najważniejszej sprawie. Pierwszeństwo mają studenci 

o  nazwisku  Fraser,  Campbell  lub  McLean,  jeżeli  zdobędą  przynajmniej  siedemdziesiąt 
punktów na egzaminie. Nie powiesz mi, że o tym nie wiedziałeś? 

— Chyba żartujesz? — zapytał blady Elliott. 
— To nie żart. Przecież tak jest w regulaminie. 
— Nie  wiedziałem  o  tym  —  rzekł  powoli  Elliott.  —  Czytałem  regulamin  tylko  raz  i  na 

pewno nie zauważyłem tego warunku. 

— To  dziwne.  I  nie  słyszałeś,  jak  się  o  tym  mówi?  Chłopcy  zawsze  o  tym  dyskutują,  a 

szczególnie  kiedy  jest  dwóch  kandydatów  o  faworyzowanych  nazwiskach,  co  się  nieczęsto 
zdarza. 

— Nie  jestem  szczególnie  towarzyski  —  uśmiechnął  się  słabo  Elliott.  —  Wiesz,  że 

nazywają mnie „pustelnikiem”. Tak się złożyło, że z nikim nie rozmawiałem na ten temat i nie 
słyszałem o niczym. Żałuję, że nie wiedziałem o tym przedtem. 

— A co to za różnica? Wszystko jest w porządku, tak czy owak. Ale dziwnie jest pomyśleć, 

że  gdybyś  nie  nazywał  się  Campbell,  stypendium  dostałoby  się  McLeanowi,  a  nie  tobie, 
Stone’owi  czy  komuś  innemu.  Inni  mogli  mieć  tylko  nadzieję,  że  wy  obaj  nie  zdobędziecie 
więcej  niż  siedemdziesiąt  punktów.  To  idiotyczny  warunek,  ale  taka  była  wola  profesora 
Frasera.  Był  bogaty  i  nie  miał  rodziny.  Zostawił  wiele  zapisów  dla  college’u  na  zwykłych 
warunkach, więc mógł raz spełnić swój kaprys w tym warunku. Wdowa po nim jest kochaną 
staruszką,  która  zawsze  rozpieszcza  tego,  kto  zdobył  stypendium.  No,  to  moja  ulica.  Cześć, 
Campbell! 

Elliott  odpowiedział  prawie  nieuprzejmie  i  szedł  dalej  z  twarzą,  z  której  zniknął  wyraz 

rozradowania. Kiedy wszedł do swojego pokoju, wziął do ręki regulamin i wertował strony, aż 
doszedł  do  ogłoszeń  o  bursach  i  stypendiach.  Warunki  otrzymania  stypendium  kończyły  się 
według niego u dołu strony. Odwrócił kartkę i rzeczywiście, u góry na drugiej stronie, był cały 
paragraf  poświęcony  dziwnemu  warunkowi:  Pierwszeństwo  mają  kandydaci  o  nazwisku 
Fraser,  Campbell  albo  McLean,  o  ile  osiągną  na  egzaminie  co  najmniej  siedemdziesiąt 
punktów. 

Elliott rzucił się na krzesło przy biurku i objął rękami pochyloną głowę. Nie miał prawa do 

stypendium Frasera! Nie nazywał się Campbell, choć nikt oprócz niego nie znał tego faktu, a i 
on pamiętał o tym jakby przez mgłę. 

Urodził się w prymitywnej górniczej osadzie w Brytyjskiej Kolumbii, a jego ojciec, John 

Hanselpakker, zginął podczas wybuchu w kopalni, zostawiając żonę i miesięczne dziecko bez 
grosza i bez przyjaciół. Jeden z górników, uczciwy i przyjazny Szkot o nazwisku Alexander 
Campbell zajął się panią Hanselpakker i jej synkiem, poślubiając ją dwa lata później. Wrócili 
do  rodzinnej  Nowej  Szkocji  i  osiedlili  się  w  małej  wiosce.  Tutaj  Elliott  wyrósł,  nosząc 
nazwisko człowieka, który był dla niego dobrym i kochającym ojcem. Jego matka umarła, gdy 
miał dziesięć lat, a przybrany ojciec pięć lat później. Na łożu śmierci prosił go, żeby zachował 
jego nazwisko. 

— Opiekowałem się tobą niemal od urodzenia i kochałem cię — po — wiedział. — Traktuję 

cię jak własnego syna i chcę zostawić ci moje nazwisko. To wszystko, co mogę ci zostawić, bo 

background image

jestem biednym człowiekiem, ale to uczciwe nazwisko i zachowałem je bez skazy. Strzeż go, a 
będziesz miał błogosławieństwo matki i moje. 

 

 
Tego wiosennego wieczoru Elliott stoczył ciężką walkę. 
— Trzymaj język za zębami i nie oddawaj stypendium — szeptał kusiciel. — Campbell to 

twoje  nazwisko.  Nosiłeś  je  przez  całe  życie.  Cały  ten  warunek  jest  absurdalny,  to  nie  jest 
uczciwe.  Zdobyłeś  najwięcej  punktów  i  powinieneś  być  zwycięzcą.  Wcale  nie  krzywdzisz 
Stone’a  i  innych,  którzy  solidnie  pracowali  i  dostali  dobre  stopnie.  Jeżeli  odrzucisz  to,  co 
zdobyłeś  w  ciężkim  trudzie,  stypendium  dostanie  McLean,  który  ma  tylko  siedemdziesiąt 
punktów. Poza tym potrzebujesz pieniędzy, a on nie. Ma bogatego ojca. 

— Jeśli je zatrzymam, będę oszustem i nikczemnikiem — mruknął Elliott. — Campbell to 

nie jest moje prawdziwe nazwisko i nie mógłbym nigdy więcej czuć, że mam do niego prawo 
jako do daru miłości, gdybym je splamił nieuczciwością. Bo byłoby splamione, nawet jeśli nikt 
oprócz  mnie  nie  wiedziałby  o  tym.  Ojciec  powiedział,  że  zostawia  je  czyste  i  nie  mogę  go 
zbrukać. 

To nie wystarczyło, żeby uciszyć kusiciela. Elliott przeżył bezsenną noc, nie mogąc podjąć 

decyzji.  Następnego  dnia  poszedł  jednak  do  Marwood  i  poprosił  o  prywatną  rozmowę  z 
dyrektorem. W rezultacie umieszczono na tablicy ogłoszeń oficjalny komunikat, że przyznając 
stypendium Frasera, popełniono omyłkę i że zdobywcą jego został Carl McLean. 

Historia  wkrótce  rozniosła  się  po  całej  uczelni  i  powszechnie  okazywano  Elliottowi 

współczucie, ale on nie miał wrażenia, że go potrzebuje. Zrobił to, co należało i mógł spojrzeć 
sobie w oczy. Czuł się dobrze. Był młody, silny i mógł skończyć studia o własnych siłach. 

— Proszę nie składać mi kondolencji — powiedział z uśmiechem do Rogera Brooksa. — 

Żal mi oczywiście utraty stypendium, ale zostaje mi jeszcze mój własny mózg i ręce. Idę prosto 
do  siebie,  żeby  się  uczyć,  bo  muszę  w  przyszłym  tygodniu  przystąpić  do  egzaminu  dla 
nauczycieli.  W  zimie  będę  u  szczytu  nauczycielskiej  kariery  w  jakimś  prowincjonalnym 
okręgu. 

Tak się jednak nie stało. Następnego popołudnia otrzymał wezwanie od dyrektora. Dyrektor 

był  w  swoim  gabinecie,  a  z  nim  pulchna  kobieta  około  sześćdziesiątki  o  macierzyńskim 
wyglądzie. 

— Pani  Fraser,  oto  Elliott  Hanselpakker,  albo  Campbell,  jak  woli,  żeby  go  nazywano. 

Elliott,  opowiedziałem  wczoraj  pani  Fraser  twoją  historię  i  bardzo  się  zainteresowała,  kiedy 
usłyszała twoje niezwykłe nazwisko. Sama ci o tym opowie. 

— Miałam  kiedyś  przybraną  siostrę  —  powiedziała  wzruszona  pani  Fraser.  —  Poślubiła 

człowieka o nazwisku John Hanselpakker, pojechała na Zachód i jakoś straciłam z nią kontakt. 
Muszę z żalem stwierdzić, że nasze stosunki ochłodziły się z powodu tego małżeństwa. Nie 
pochwalałam go, ponieważ wyszła za biednego człowieka. Kiedy usłyszałam twoje nazwisko, 
przyszło  mi  na  myśl,  że  mógłbyś  być  jej  synem,  albo  przynajmniej  coś  o  niej  wiedzieć. 
Nazywała się Mary Helen Rodney i bardzo ją kochałam, mimo naszej głupiej kłótni. 

Głos pani Fraser zadrżał i podobne drżenie brzmiało w głosie Elliotta, gdy odpowiedział: — 

Mary  Helen  Rodney  to  nazwisko  mojej  ukochanej  matki,  a  moim  ojcem  był  John 
Hanselpakker. 

— Więc  jesteś  moim  siostrzeńcem  —  wykrzyknęła  pani  Fraser.  —  Jestem  twoją  ciotką 

Alice.  Chłopcze,  nie  wiesz,  ile  to  znaczy  dla  starej  kobiety,  że  cię  odnalazła.  Jestem 
najszczęśliwszą osobą na świecie! 

Wzięła Elliotta pod ramię i spojrzała rozjaśnionym wzrokiem na dyrektora. 

background image

— To  mój  chłopiec  od  dziś  na  zawsze,  jeśli  tego  zechce.  Niech  będzie  błogosławione 

stypendium Frasera! 

— Raczej niech będzie błogosławiony dzielny chłopiec, który nie chciał podszywać się pod 

cudze nazwisko — uśmiechnął się dyrektor. — Uważam, że ma pani szczęście, odzyskawszy 
takiego siostrzeńca. 

Tak więc następnego roku Elliott Campbell mimo wszystko nie przerwał nauki w Marwood. 

background image

W

ŁASA RODZIA

 

 
Szkoła  w  Taunton  zamknęła  swoje  podwoje  na  czas  letnich  wakacji.  Panna  Channing  i 

Konstancja  Foster  wracały  jak  zwykle  razem  długą,  ocienioną  wiązami  ulicą,  ponieważ 
mieszkały  w  tej  samej  kamienicy  w  centrum  miasta.  Konstancja  była  najmłodsza  wśród 
zatrudnionych nauczycieli i opiekowała się pierwszą klasą. Od roku uczyła w tej szkole, ale 
nadal czuła się obco w zżytym, nauczycielskim gronie. Pozostali nauczyciele uważali, że jest 
sztywna i nieprzystępna. Nie szukano jej towarzystwa. Wyjątkiem była panna Channing, która 
zawsze starała się polubić każdego, a szczególnie tych, których nikt inny nie darzył sympatią. 
Panna Channing — najstarsza nauczycielka w szkole — uczyła klasy piąte. Była niska, krępa, 
wesoła i nic, nawet najbardziej lodowata rezerwa, nie było w stanie jej zrazić. 

— Czy nie miło pomyśleć, że przed nami są całe dwa upragnione miesiące wolności? — 

zapytała wesoło. — Dwa miesiące, aby  marzyć,  pozwalać sobie na lenistwo, chodzić,  gdzie 
tylko ma się ochotę. Żadnych sprawozdań, ćwiczeń do sprawdzania, żadnych uczniów, których 
trzeba strofować. Oczywiście, bardzo ich wszystkich lubię, ale polubię jeszcze bardziej, kiedy 
trochę od nich odpocznę. Czy to nie wspaniałe? 

Drwiący  uśmieszek  przebiegł  przez  posępną,  niezadowoloną  twarz  Konstancji  Foster.  Jej 

ponurość podkreślał kontrast z różowym, rozjaśnionym obliczem panny Channing. 

— To  bardzo  miłe,  jeśli  ma  się  gdzie  pojechać,  jeśli  jest  ktoś,  kogo  interesuje,  gdzie 

pojedziemy  —  powiedziała  z  goryczą.  —  Co  do  mnie,  to  żałuję,  że  szkoła  się  skończyła. 
Wolałabym uczyć przez całe lato. 

— Cóż  za  herezje!  —  zawołała  panna  Channing.  —  Zupełne  herezje!  Co  zamierza  pani 

robić podczas wakacji? 

— Nie  mam  żadnych  planów  —  powiedziała  ze  znużeniem  Konstancja.  —  Odkładałam 

myślenie o wakacjach tak długo, jak tylko się dało. Pani nazwałaby to też herezją? 

— Nawet gorzej — odparła starsza koleżanka. — Tu potrzeba lekarstwa na chandrę, ot co. 

Ma  pani  chory  umysł  i  duszę,  moje  dziecko.  Żadnych  planów  wakacyjnych!  Ależ,  jestem 
pewna, że ma pani jakieś plany. Z pewnością gdzieś pani jedzie. 

— Och, pewnie znajdę jakiś pokój do wynajęcia gdzieś na wsi. Pojadę tam i pogrążę się w 

ponurych rozmyślaniach aż do września. 

— Konstancjo, czy pani nie ma przyjaciół? 
— Nie, nie mam nikogo na świecie i nienawidzę wakacji. Nie mogę słuchać, jak pani i inni 

rozmawiają na temat swoich wakacyjnych projektów. Wy macie do kogo pojechać. Kiedy o 
tym myślę, nienawidzę własnego życia. 

Panna Channing zdławiła w sobie przerażenie tym stanem ducha. 
— Niech mi pani opowie o sobie Konstancjo. Często chciałam panią zapytać o przeszłość, 

ale zawsze obawiałam się to zrobić. Sprawiała pani wrażenie osoby zamkniętej w sobie, jakby 
nie chciała pani, żeby ją pytano o osobiste sprawy. 

— Wiem. Wiem, że jestem sztywna i nikt mnie nie lubi i że to moja wina. Nie, proszę nie 

starać się tego złagodzić. To bolesna prawda, ale nie potrafię nic zmienić. Z każdym dniem 
staję się coraz bardziej zgorzkniała, pełna pesymizmu i niezdrowych uczuć. Czasem wydaje mi 
się,  że  nienawidzę  całego  świata,  tak  bardzo  czuję  się  na  nim  samotna.  Jestem  nikim.  Moja 
matka umarła, kiedy się urodziłam, a ojciec? Och, nie wiem. Nie powinno się mówić nic złego 
o swoim ojcu, ale miałam ciężkie dzieciństwo, albo raczej nie miałam go wcale. Zawsze się 
gdzieś  przeprowadzaliśmy,  brakowało  nam  przyjaciół.  Być  może  matka  miała  jakichś 
krewnych lecz nigdy o nich nie słyszałam. Nie wiem nawet, gdzie był jej dom rodzinny. Ojciec 
nie chciał o niej rozmawiać. Umarł dwa lata temu i odtąd jestem zupełnie sama. 

— Biedna dziewczyno — powiedziała cicho panna Channing. 

background image

— Chciałabym mieć przyjaciół — ciągnęła Konstancja, której, gdy już zaczęła mówić, to 

otwarte wyznanie sprawiło przyjemność. 

— Zawsze  tęskniłam  do  tego,  żeby  mieć  kogoś,  kogo  mogłabym  kochać.  Nikogo  nie 

kocham,  panno  Channing,  a  kiedy  dziewczyna  jest  w  takim  stanie,  to  bardzo  źle.  Staje  się 
surowa,  zgorzkniała  i  pełna  żalu.  W  każdym  razie  ze  mną  tak  jest.  Początkowo  z  tym 
walczyłam, ale to jest silniejsze i zatruwa mi życie. Nie ma na świecie nikogo, kto dbałby o to, 
czy istnieję, czy nie. 

— Ależ jest ktoś taki — powiedziała panna Channing łagodnie. 
— Bóg troszczy się o panią, Konstancjo. 
Konstancja  zaśmiała  się  nieprzyjemnym  śmieszkiem.  —  Zupełnie  jakbym  słyszała  pannę 

Williams. Ona jest taka religijna. Bóg nic dla mnie nie znaczy, panno Channing. Mam do niego, 
jeśli w ogóle istnieje, tyle samo żalu, co do świata. Cóż, teraz rzeczywiście przeżyła pani szok. 
Powinna pani zostawić mnie samą. 

— Bóg nic dla pani nie znaczy, bo nikt nie przełożył go dla pani na język ludzkiej miłości, 

Konstancjo — powiedziała panna Channing z powagą. —  Nie, nie zaszokowała mnie, pani, 
przynajmniej nie tak jak pani myśli. Jest mi tylko strasznie pani żal. 

— Proszę  się  mną  nie  przejmować  —  powiedziała  Konstancja,  ponownie  zastygając  w 

postawie  rezerwy,  jakby  żałowała  swych  zwierzeń.  —  Dam  sobie  doskonale  radę.  To  tylko 
jeden z moich złych dni, kiedy wszystko widzę w czarnych barwach. 

Panna  Channing  szła  dalej  w  milczeniu.  Musi  pomóc  Konstancji,  choć  Konstancja  nie 

pozwala sobie tak łatwo pomóc. Kiedy szkoła znów będzie otwarta, może uda się zrobić dla 
dziewczyny  coś  więcej,  ale  teraz  jedyne,  co  mogła  dla  niej  uczynić,  to  dać  jej  szansę 
przyjemnych wakacji. 

— Wspomniała pani o wynajęciu pokoju — zaczęła mówić, gdy Konstancja zatrzymała się 

przy drzwiach domu, w którym wynajmowała mieszkanie. — Czy ma pani na uwadze jakieś 
szczególne miejsce? Nie? Znam miejscowość, która z pewnością spodobałaby się pani. Byłam 
tam dwa lata temu. To wieś, jakieś sto mil stąd. Nazywa się Sosnowa Dolina. Jest spokojna, 
swojska i ludzie są tam mili. Jeśli pani chce, dam pani adres rodziny, u której mieszkałam. 

— Dziękuję  —  odparła  obojętnie  Konstancja.  —  Równie  dobrze  mogę  jechać  tam,  jak 

gdziekolwiek indziej. 

— Tak, ale proszę mnie posłuchać, kochanie. Niech pani nie zabiera ze sobą swojej choroby. 

Należy otworzyć serce na lato i wpuścić słońce, a kiedy wróci pani w jesieni, trzeba pozwolić, 
abyśmy się wszyscy stali pani przyjaciółmi. Chcielibyśmy tego i chociaż  przyjaźń nie może 
zastąpić rodzinnej miłości, jest piękna i dobra. Poza tym na świecie są inni nieszczęśliwi ludzie. 
Jeśli pani ich spotka, proszę im pomóc, a zapomni pani o sobie. Do zobaczenia na razie i mam 
nadzieję, że mimo wszystko będą to przyjemne wakacje. 

 

 
Konstancja pojechała do Sosnowej Doliny, ale zabrała również swojego złego ducha. Nie 

mogło go z niej wygonić ani piękno doliny z jej balsamicznymi sosnami, ani weseli i przyjaźni 
ludzie. 

Mimo  to  miejscowość  spodobała  się  jej  i  znajdowała  prawdziwą  przyjemność  w  długich 

wędrówkach sosnowymi dróżkami. 

— Zobaczyłam śliczne miejsce podczas spaceru dziś po południu — powiedziała któregoś 

wieczoru do swojej gospodyni. — Jakieś trzy mile stąd, przy końcu doliny. Taki malowniczy 
domek z niskim okapem, cały pokryty kapryfolium. Jest położony pomiędzy dużym sadem a 
staromodnym, kwiatowym ogrodem, z wielkimi sosnami z tyłu. 

background image

— Dom pod Bratkiem — odgadła od razu pani Hewitt. — Dzięki Bogu, jest w tej okolicy 

tylko jedno miejsce odpowiadające temu opisowi. Mieszkają tam państwo Bruce, wuj Karol i 
ciocia Flora, jak ich nazywamy. To najmilsza para staruszków na świecie. Powinna pani ich 
odwiedzić,  będą  zachwyceni.  Ciocia  Flora  uwielbia  towarzystwo.  Czasami  są  naprawdę 
samotni. 

— Nie mają żadnych dzieci? — zapytała obojętnie Konstancja. Interesował ją dom, a nie 

ludzie. 

— Nie. Mieli kiedyś siostrzenicę, którą wychowali i wręcz uwielbiali — Uciekła z jakimś 

nicponiem, nie pamiętam, jak się nazywał, jeśli w ogóle wiedziałam. Bardzo przystojny i ładnie 
mówił… ale to był łobuz. Umarła wkrótce potem, łamiąc im serca. Nie wiedzą nawet, gdzie jest 
pochowana i nie mieli żadnych wieści od jej męża. Słyszałam, że ciocia Flora osiwiała w ciągu 
miesiąca. Zabiorę tam panią któregoś dnia, kiedy będę miała czas. 

Pani Hewitt nie znalazła czasu, ale od tej pory Konstancja tak planowała swoje wędrówki, 

żeby  często  tamtędy  przechodzić.  Ten  śliczny,  stary  dom  czymś  ją  przyciągał.  Odkryła,  że 
zaczyna go bardzo lubić, a tak odzwyczaiła się od kochania czegokolwiek, że sama śmiała się 
ze swojej słabości. 

Pewnego wieczoru, dwa tygodnie później, Konstancja właśnie wyszła z sosnowego lasu w 

pobliżu Domu pod Bratkiem z naręczem paproci i leśnych lilii, gdy spadły pierwsze, ciężkie 
krople  deszczu.  Nierozsądnie  przedłużyła  spacer,  tymczasem  zbliżała  się  już  noc  i  to  z 
pewnością noc deszczowa. Konstancja była trzy mile od domu i nie miała czym się okryć od 
deszczu. 

Pośpiesznie ruszyła drogą, ale zanim doszła do głównego traktu, kilka kropli zamieniło się w 

ulewę. Musiała znaleźć jakieś schronienie. Dom pod Bratkiem był najbliżej. Pchnęła furtkę i 
pobiegła przez wznoszące się lekko podwórze pomiędzy żywopłotami z kolczastych róż. Nie 
musiała  się  trudzić  pukaniem,  bo  gdy  tylko  zatrzymała  się  bez  tchu  na  progu  z  czerwonego 
piaskowca,  drzwi  się  otworzyły  i  stojąca  w  nich  mała,  białowłosa  kobieta  o  rozradowanej 
twarzy,  chwyciła  ją  za  rękę.  Zanim  Konstancja  zdołała  powiedzieć  cokolwiek,  została 
wciągnięta do środka. 

— Zobaczyłam  z  piętra,  jak  nadchodzisz  —  powitała  ją  zadowolona  ciocia  Flora  —  i 

zbiegłam jak najszybciej na dół. Ajajaj! Ależ zmokłaś! Zaraz cię osuszymy. Chodź tu bliżej, 
rozpaliłam ogień w kominku, bo zrobiło się chłodno pod wieczór. Śmieją się ze mnie, że tak 
lubię ogień, ale nie ma nic lepszego od jego trzasku i iskier. Zostaniesz u nas na noc i bardzo 
mnie  to  cieszy.  Wiem,  kim  jesteś,  jesteś  panna  Foster.  Ja  jestem  ciocia  Flora,  a  to  jest  wuj 
Karol. 

Konstancja  z  niezwykłą  przyjemnością  pozwoliła,  aby  posadzono  ją  w  miękkim  fotelu  i 

obsługiwano.  Deszcz  lał  strumieniami  i  z  pewnością  zostanie  tu  na  noc.  Była  z  tego 
zadowolona.  Pani  Hewitt  miała  rację:  ciocia  Flora  jest  kochana.  Wuj  Karol  był  dużym, 
wesołym mężczyzną o rumianej cerze i serdecznym obejściu. Potrząsnął ręką Konstancji, aż ją 
zabolała, dorzucił kilka sosnowych polan do ognia i powiedział, że mogłoby lać co noc, skoro 
deszcz sprowadził do nich taką miłą dziewczynę jak ona. 

Konstancja  poczuła,  że  lubi  tę  parę  staruszków.  Nazwa  domu  doskonale  odpowiadała 

panującej  tu  atmosferze,  w  której  zimne  serce  Konstancji  tajało.  Gawędziła  wesoło  i  po 
dziewczęcemu, jakby znała ich przez całe życie. 

Kiedy nadszedł czas, żeby pójść spać, ciotka Flora zaprowadziła ją do małego pokoiku na 

poddaszu. 

— W gościnnym pokoju jest straszny bałagan, kochanie, właśnie malujemy tam podłogę. 

Będziesz spała w pokoju Jeannie. Trochę mi ją przypominasz i masz tyle lat, ile ona, kiedy nas 
opuściła.  Gdyby  nie  to,  nie  sądzę,  bym  pozwoliła  ci  spać  w  jej  pokoju,  nawet  gdybyśmy 
malowali podłogi we wszystkich innych. Ten pokój, to dla mnie świętość. Jest w nim wszystko 
tak, jak wtedy gdy wyjechała, nic nie zmieniłam. Dobranoc kochanie, przyjemnych snów. 

background image

Kiedy Konstancja znalazła się sama w pokoju, rozejrzała się z ciekawością. Na podłodze 

leżały plecione dywaniki. Dwa kwadratowe okna o małych szybkach przesłaniały muślinowe 
białe zasłonki. W jednym rogu znajdowało się okryte białą kapą również białe łóżko, a na nim 
poduszki z falbankami. W drugim stała toaletka z lustrem w złoconej ramie. Na wierzchu leżały 
różne przedmioty, których zwykle używa młoda dziewczyna do toalety. Był też bujany błękitny 
fotel i otomana, na której stał koszyk z robótkami, z widocznym kawałkiem nie dokończonej 
starej koronki z wbitym szydełkiem. Pod skośnym sufitem wisiała półeczka z książkami. 

Konstancja  wzięła  do  ręki  jedną  z  nich  i  otworzyła.  Wydała  lekki  okrzyk  zdumienia.  Na 

pożółkłej stronie tytułowej napisane było subtelnym, eleganckim pismem nazwisko jej matki 
— Jean Konstancja Irving! 

Przez  chwilę  Konstancja  stała  nieruchomo.  Potem  nagle  się  obróciła  i  pobiegła  na  dół. 

Państwo Bruce siedzieli jeszcze w salonie przy ciepłym kominku i rozmawiali. 

— Och!  —  zawołała  podniecona  Konstancja.  —  Muszę  wiedzieć,  muszę  zapytać  o  to 

państwa!  Jean  Konstancja  Irving,  to  nazwisko  mojej  matki.  Czy  to  ona  była  waszą  małą 
Jeannie? 

Dwa tygodnie później panna Channing otrzymała długi list od Konstancji. 
 
Taka  jestem  szczęśliwa  —  pisała.  —  Och,  Panno  Channing,  znalazłam  swoją  rodzinę,  a 

Dom pod Bratkiem będzie odtąd moim własnym domem na zawsze. 

To był bardzo dziwny przypadek, ciocia Flora mówi, że to Opatrzność i ja też w to wierzę. 

Przyszłam tu w pewien deszczowy wieczór i ciocia umieściła mnie w pokoju mojej matki, a ja 
znalazłam  jej  nazwisko  w  książce.  Tak  więc  tajemnica  się  wyjaśniła  i  jesteśmy  bardzo 
szczęśliwi.
 

Wszystko jest tu kochane i piękne, a niemal najpiękniejsze jest to, że poznaję swoją matkę, 

której nigdy nie znałam. Już nie czuję, że umarła. Czuję, że żyje i kocha mnie. Poznaję ją coraz 
lepiej  każdego  dnia.  Mieszkam  w  jej  pokoju  i  mam  jej  książki  i  różne  dziewczęce  drobiazgi. 
Kiedy czytam fragmenty przez nią zaznaczone, mam wrażenie, że mówi do mnie. Była bardzo 
dobra i kochana, mimo tego jednego głupiego błędu w swoim życiu. Chciałabym być do niej 
podobna!
 

Powiedziałam, że to prawie najpiękniejsza i najdroższa rzecz. 3ajpiękniejsze i najdroższe 

jest to, że Bóg stał się dla mnie ważny. Bardzo ważny! Pamiętam, jak mi Pani powiedziała, że 
Bóg nic dla mnie nie znaczy, bo nie mam w sercu ludzkiej miłości, która przełożyłaby dla mnie 
znaczenie miłości Boga. Teraz ją mam i ona zaprowadziła mnie do 3iego.
 

3ie  wrócę  już  do  Taunton.  Przesłałam  swoją  rezygnację.  Chcę  zostać  w  domu  z  ciocią  i 

wujkiem. Tak cudownie jest powiedzieć „dom”, kiedy się wie, co to znaczy. Ciocia mówi, że 
musi Pani przyjechać i spędzić z nami całe przyszłe wakacje. Widzi Pani, mam teraz mnóstwo 
planów wakacyjnych, nawet na rok naprzód. 3ie potrzeba już lekarstwa na chandrę!
 

Czuję się jak zupełnie nowa istota, o całkowicie odmienionym sercu i duszy. Ze wstydem i 

skruchą myślę o dawnej Konstancji. Chciałabym, aby Pani o niej zapomniała i pamiętała tylko 
wdzięczną przyjaciółkę, nową Konstancję.
 

background image

P

AA 

C

YTHIA

 

 
Zastanawiam  się,  czy  dodać  waniliowy,  czy  cytrynowy  olejek  do  ciasta.  To  najbardziej 

zawikłana sprawa, z jaką miałam do czynienia w życiu! 

Panna Cynthia ze zmarszczonymi brwiami postawiła buteleczki. Jej zmartwienie nie miało 

nic wspólnego z dodawaniem zapachów do złocistej masy w makutrze. Pani John Joe wiedziała 
o  tym.  Wpadła  na  chwilkę,  pałając  ciekawością  z  powodu  chłopca,  którego  od  dwóch  dni 
widziała w pobliżu domu panny Cynthii. Była z nią Kitty, jej córka. Obie siedziały tuż przy 
sobie na kuchennej kanapce. 

— To niedobrze — powiedziała pani John Joe za współczuciem. — Nie dziwię się, że nie 

wiesz co zrobić. To wszystko jest takie nieoczekiwane! Kiedy przyjechał? 

— We wtorek wieczorem — powiedziała panna Cynthia. Zdecydowała się wybrać olejek 

waniliowy i energicznie uderzała trzepaczką, żeby go wymieszać z ciastem. — Zobaczyłam, 
jak  wóz  z  chłopcem  i  jego  kufrem  wjeżdża  na  podwórze.  Wyszłam  z  domu  właśnie  w 
momencie, kiedy wysiadał. — Czy pani jest moją ciocią Cynthia? — zapytał. — Kim ty, na 
Boga jesteś? — odparłam. — A on mówi: Jestem Wilbur Merrivale, a moim ojcem był John 
Merrivale.  Zmarł  trzy  tygodnie  temu.  Mówił,  żebym  przyjechał  do  pani,  bo  jest  pani  jego 
siostrą. 

— Mało mi oko nie zbielało! 
— Z pewnością — powiedziała pani John Joe. — Nie wiedziałam, że miałaś brata. Nazywał 

się — Merrivale? 

— Właściwie nie był żadnym krewnym. Miałam około sześciu lat, kiedy mój ojciec poślubił 

jego matkę, wdowę Merrivale. John był w moim wieku i wychowywaliśmy się razem, jak brat i 
siostra. Muszę przyznać, że był naprawdę sympatyczny. Wyjechał do Kalifornii i nie miałam 
od niego  wiadomości przez piętnaście lat, nie wiedziałam nawet, czy żyje.  Z tego, co mówi 
chłopiec, wynika, że jego matka umarła, kiedy był niemowlęciem. On i John radzili sobie we 
dwójkę,  chyba  niezbyt  dobrze  do  czasu,  gdy  John  zachorował  i  umarł.  Kazał  swoim 
przyjaciołom  posłać  chłopca  do  mnie,  bo  nie  miał  żadnych  krewnych  i  grosza  przy  duszy. 
Dzieciak przyjechał sam aż z Kalifornii. Odkąd tu jest, stale doprowadza mnie do szału. Nie 
przywykłam  do  dzieci,  a  ciągły  harmider  w  domu,  to  więcej,  niż  potrafię  znieść.  Ma  około 
dwunastu lat i strasznie psoci. Biega po pokojach brudnymi nogami, zbił jeden z niebieskich 
wazonów,  rozdarł  zasłony  i  z  pół  tuzina  razy  poszczuł  Towsera  na  kota  —  bardzo  mnie  to 
denerwuje. Kazałam mu teraz łuskać groszek, żeby choć przez chwilę był spokój. 

— Bardzo mi przykro — powiedziała pani John Joe. — Ale pewnie nikt nigdy nie zajmował 

się biedakiem. Skoro przyjechał tu sam aż z Kalifornii, to musi być z niego bystry chłopak. 

— Aż  nazbyt  bystry,  obawiam  się.  Musi  być  podobny  do  matki,  bo  nie  ma  w  nim  nic  z 

Merrivale’a. Został wychowany w bardzo prymitywnych warunkach. 

— Spoczywa na tobie ogromna odpowiedzialność Cynthio, to oczywiste. Ale dzięki niemu 

nie będziesz się czuła samotna, może też przydać się na różne posyłki… 

— Nie  zamierzam  zatrzymać  go  u  siebie  w  domu  —  oświadczyła  zdecydowanie  panna 

Cynthia. Zacisnęła cienkie usta, a jej głos zabrzmiał twardo. 

— Nie zamierzasz go zatrzymać? — zapytała bez wyrazu w głosie pani John Joe. — Nie 

możesz go przecież odesłać do Kalifornii! 

— Nie mam takiego zamiaru. Nie chcę tylko zamartwiać się nieustannie z jego powodu i żyć 

w ciągłym zdenerwowaniu. Nie myślisz chyba, że w moim wieku będę zajmować się dziećmi? 
A ile kosztowałoby jego ubranie i szkoła! Nie mogę sobie na to pozwolić. Nie sądzę, żeby jego 
ojciec tego oczekiwał. Po prostu chciał, żebym trochę się nim zajęła — i oczywiście to zrobię. 
Tak  czy  owak,  chłopiec  w  tym  wieku  powinien  umieć  na  siebie  zarobić.  Znajdę  mu  jakieś 

background image

miejsce, gdzie będzie mógł wykonywać dorywcze prace i pójść do szkoły od jesieni. Myślę, że 
nikt nie może ode mnie więcej oczekiwać, skoro nie jestem z nim nawet spokrewniona. 

Ostatnie  zdanie  panna  Cynthia  rzuciła  wyzywająco  w  stronę  pani  John  Joe,  której  wyraz 

twarzy zupełnie się jej nie podobał. 

— Myślę, że nikt nie mógłby oczekiwać więcej, Cynthio — powiedziała pani John Joe. — 

Jestem  pewna,  że  sprawiałby  ci  mnóstwo  kłopotu,  a  ty  żyłaś  tak  długo  sama,  że  nie 
wiedziałabyś, co z nim robić. 

Chłopcy zawsze coś spsocą. Ile ja się nabiegam przy mojej czwórce. Mimo to, żal mi go, 

biedaczyny! Bez ojca i matki — to ciężki los. 

Twarz panny Cynthii była surowsza niż zwykle, kiedy odprowadzała swoich gości do drzwi 

i patrzyła, jak idą ścieżką przez ogród. 

Gdy tylko pani John Joe zobaczyła, że drzwi się zamykają, ulżyła sobie, mówiąc do córki: 

—  Słyszałaś  coś  podobnego?  Sądziłam,  że  znam  Cynthię  Henderson  tak  dobrze  jak  nikt  w 
Wilmot, ale tego się nie spodziewałam! Tylko pomyśl! Jest bogata, Bóg wie jak bardzo, nie ma 
przy sobie nikogo bliskiego i nie chce wziąć do domu dziecka swojego brata. Musi być okrutną 
kobietą.  To  po  prostu  skąpstwo,  czyste  skąpstwo.  Żałuje  tego,  co  musiałaby  mu  kupić  do 
jedzenia i ubrania. Nie wygląda na to, aby biedaczyna wiele potrzebował. Cynthia nigdy taka 
nie była, ale teraz widzę, że staje się twarda jak kamień. 

Po południu panna Cynthia zaprzęgła osobiście szarego, spasionego kucyka do powoziku. 

Nie  zatrudniała  żadnego  służącego  ani  pokojówki.  Mieszkała  zupełnie  sama  w  wielkim, 
nienagannie  czystym  domu.  Odjechała  zakurzoną  drogą,  porośniętą  po  obu  stronach 
kaczeńcami, zostawiając Wilbura na werandzie. Wróciła po godzinie i wjechała na podwórze, 
zatrzaskując za sobą energicznym ruchem bramę. Wilbura nie było widać, więc w obawie, że 
coś  psoci,  szybko  przywiązała  konika  i  poszła  szukać  chłopca.  Znalazła  go  siedzącego  przy 
studni, był blady i miał czerwone oczy. Panna Cynthia postanowiła być nieugięta i zabrała go 
do domu. 

— Widziałam  się  dziś  z  panem  Robinsem  —  aby  uniknąć  patrzenia  na  niego,  udała,  że 

strzepuje  niewidzialny  pyłek  z  rąbka  ładnej  czarnej,  kaszmirowej  spódnicy.  —  Zgodził  się 
wziąć  cię  na  próbę.  To  świetna  okazja,  lepsza  niż  mogłeś  się  spodziewać.  Powiedział,  że 
będziesz u niego mieszkał i pozwoli ci pójść jesienią do szkoły. 

Chłopiec jakby się skurczył. — Tatuś mówił, że zostanę z panią — powiedział prosząco. — 

Mówił, że jest pani dobra i miła i że będzie mnie pani kochała ze względu na niego. 

Przez chwilę wydawało się, że panna Cynthia ustąpi. Bardzo lubiła swojego przyrodniego 

brata. Jakby słyszała jego głos błagający ją zza grobu o litość nad chłopcem, ale skorupa, która 
narosła przez wiele lat, nie dała się tak łatwo skruszyć. 

— Twój  ojciec  miał  nadzieję,  że  zaopiekuję,  się  tobą  —  powiedziała.  —  Zamierzam  to 

zrobić, lecz nie mogę sobie pozwolić na to, żeby cię tu trzymać. Jeżeli zachowasz się grzecznie, 
będzie  ci  dobrze  u  pana  Robinsa.  Postanowiłam  zawieźć  cię  tam  od  razu,  nie  wyprzęgając 
kucyka,  więc  idź,  umyj  twarz,  a  ja  załaduję  twoje  rzeczy.  Nie  bądź  taki  nieszczęśliwy,  na 
miłość boską! Nie zabieram cię do więzienia. 

Wilbur odwrócił się i poszedł bez słowa do kuchni. Pannie Cynthii wydawało się, że słyszy 

szloch. Stanowczym krokiem weszła do małej sypialni i wyjęła torebkę z szuflady. 

— Chyba powinnam to zrobić — pomyślała z powątpiewaniem. — Nie przypuszczam, żeby 

miał przy sobie choć centa. Głowę dam, że zgubi je, albo zmarnuje. 

Starannie odliczyła siedemdziesiąt pięć centów. Kiedy wyszła, Wilbur stał przy drzwiach. 

Niezgrabnie włożyła mu pieniądze do ręki. 

— Masz, uważaj, żeby nie wydać ich na głupstwa. 
 

background image

 
Czyn panny Cynthii odbił się echem w Wilmot. Kobiety, z panią John Joe na czele, potępiły 

ją. Pani John Joe opowiadała za plecami panny Cynthii to, czego nie odważyła się powiedzieć 
jej w oczy. 

Mężczyźni śmiali się i mówili, że panna Cynthia potrafi pilnować swojej sakiewki. Sama 

panna  Cynthia  była  też  niezadowolona.  Nie  mogła  zapomnieć  smutnych  oczu  Wiłbura,  w 
dodatku słyszała, że pan Robins jest bardzo surowy. 

W tydzień później zobaczyła chłopca w sklepie. Przenosił ciężkie worki na wóz. Praca była 

ponad  jego  siły,  twarz  miał  zaczerwienioną  i  dyszał  ze  zmęczenia.  Panna  Cynthia  poczuła 
wyrzuty sumienia. Kupiła paczkę dropsów i podała mu je. Podziękował jej nieśmiało i szybko 
odjechał. 

— Robins nie powinien dawać dziecku takiej pracy — powiedziała do siebie z oburzeniem. 

— Porozmawiam z nim o tym. 

Zrobiła to i dostała taką odpowiedź, że zapiekły ją uszy. Pan Robins oznajmił jej wprost, że 

sam wie, co ma robić ze swoimi służącymi. Nie jest nadzorcą niewolników. Jeżeli coś się jej nie 
podoba, niech zabiera chłopaka, kiedy chce. 

Tego lata pannie Cynthii życie nie przynosiło żadnej radości. Niemal wszędzie gdzie szła, 

spotykała Wilbura zajętego jakąś ciężką pracą. Nie mogła nie zauważyć, że stał się okropnie 
blady i chudy. Wyrzuty sumienia odbiły się na jej zachowaniu. Sąsiedzi twierdzili, że stała się 
jeszcze  bardziej  zjadliwa.  Wizyty  w  kościele  też  miała  zatrute.  Zawsze  lubiła  iść  nawą, 
szeleszcząc  bogatą  jedwabną  suknią.  Na  jej  ramionach  leżał  starannie  ułożony  kaszmirowy 
szal, a na cienkich, błyszczących, ufryzowanych włosach pysznił się koronkowy kapelusz. Nie 
mogła jednak odczuwać przyjemności ani z tego powodu, ani z kazania, kiedy naprzeciw niej, 
pomiędzy  Robinsem  o  twardych  rysach  i  jego  posępną  żoną,  siedział  Wilbur.  Oczy  chłopca 
stały się zbyt duże w chudej twarzy. 

Serce  panny  Cynthii  miękło  bardzo  powoli  i  proces  ten  osiągnął  punkt  kulminacyjny 

pewnego  wrześniowego  poranka,  kiedy  do  jej  kuchni  weszła  pani  John  Joe  z  poważnym 
wyrazem twarzy. Panna Cynthia właśnie robiła zaprawy ze śliwek. 

— Nie, dziękuję, nie usiądę. Wpadłam tylko, żeby… myślę, że już słyszałaś. Mówią, że ten 

mały chłopak Merrivale dostał okropnej gorączki. Tego lata zapracował się niemal na śmierć. 
Wszyscy wiedzą, jaki jest Robins dla swoich pracowników. Mówią też, że bardzo cierpiał z 
powodu braku ojca i tęsknoty za domem i jest u kresu sił. W każdym razie Robins zawiózł go 
do szpitala w Stanford wczoraj wieczorem. Boże drogi! Cynthio, czy jesteś chora? 

Panna Cynthia, zataczając się, podeszła do krzesła przy stole, jej twarz była biała jak płótno. 

— Nie, to tylko ta wiadomość… przyszła tak nagle… nie wiedziałam. 

— Muszę  się  pośpieszyć,  żeby  dopilnować  obiadu  dla  moich  mężczyzn.  Pomyślałam,  że 

wstąpię i powiem ci, choć nie wiedziałam, czy cię to zainteresuje… 

Ostatni cios nie został zauważony przez pannę Cynthię. Ukryła twarz w dłoniach. — To sąd 

nade mną — jęknęła. — On umrze, a ja jestem jego morderczynią. Będę musiała zdać sprawę 
przed  Johnem  Merrivale  z  tego,  co  zrobiłam  z  jego  synem.  Byłam  nikczemną,  samolubną 
kobietą i poniosę słuszną karę. 

Kiedy po południu panna Cynthia zjawiła się u doktora w szpitalu, była to już osoba dużo 

pokorniejsza. Na jej pośpieszne pytania doktor potrząsnął głową. 

— To ciężki przypadek. Chłopiec jest bardzo wyczerpany. Nie sposób teraz go przenosić. 

Przewiezienie tutaj bardzo mu zaszkodziło. Może go pani zobaczyć, ale on pani nie pozna. Ma 
wysoką gorączkę i bredzi o ojcu i Kalifornii. 

background image

Doktor poprowadził pannę Cynthię długim korytarzem. Kiedy zatrzymał się przy jednym z 

łóżek,  przecisnęła  się  obok  niego.  Wilbur  niespokojnie  rzucał  się  na  poduszce.  Był  chudy, 
wycieńczony, miał purpurowe policzki i płonące gorączką oczy. 

Panna Cynthia pochyliła się i ujęła jego rozpalone, suche ręce. — Wilbur — załkała. — Nie 

poznajesz mnie, cioci Cynthii? 

— Ty nie jesteś moją ciocią Cynthia. Tatuś powiedział, że ciocia Cynthia jest dobra i miła, a 

ty jesteś złą kobietą. Chcę do tatusia. Dlaczego on nie przyjeżdża? Dlaczego nie przyjeżdża do 
swojego Wilbura? 

Panna  Cynthia  wstała  i  spojrzała  lekarzowi  prosto  w  oczy.  —  On  musi  wyzdrowieć  — 

powiedziała  z  zaciętością.  —  Proszę  nie  szczędzić  wydatków  i  starań.  Jeśli  on  umrze,  będę 
morderczynią. On musi żyć i dać mi szansę poprawy. 

Przeżył, ale była to ciężka, długa walka. Nastąpiły takie dni, kiedy wydawało się, że śmierć 

musi zwyciężyć. Panna Cynthia tak wychudła i zmizerniała, że nawet pani John Joe było jej żal. 

W dniu, kiedy lekarze uznali, że niebezpieczeństwo minęło, wydało się pannie Cynthii, że 

cała  ziemia  śmieje  się  do  niej  radośnie.  Wzgórza  wyglądały  tak  spokojnie,  na  zboczach 
spoczywał  ciepły  październikowy  blask,  a  na  szczytach  delikatne,  błękitne  mgiełki!  Jak 
wspaniale  klony  powiewały  purpurowymi  flagami!  Jakie  miłe  i  przyjazne  były  wszystkie 
spotykane twarze! Panna Cynthia powiedziała później, że tego dnia narodziła się na nowo. 

Wilbur dochodził do zdrowia powoli. Panna Cynthia codziennie przyjeżdżała do szpitala z 

jakimś przysmakiem i było jej bardzo ładnie z tym wyrazem miłości i łagodności na twarzy, 
choć był on u niej czymś nowym. Wilbur zaczął oczekiwać jej i witać z radością. Kiedy już 
można  było  bezpiecznie  go  przewieźć,  panna  Cynthia  przyjechała  do  szpitala  powozikiem 
wysłanym pledami i poduszkami. — Przyszłam cię zabrać — oznajmiła. 

Wilbur zadrżał. — Tylko nie do pana Robinsa — powiedział żałośnie. — Tylko nie tam, 

ciociu Cynthio! 

background image

D

WIE DAMY

 

 
Gdy  tylko  obiad  w  sierocińcu  dobiegł  końca,  Charlotta  popędziła  do  dziury  w  płocie  z 

północno  —  zachodniej  strony  ogrodu.  Płot  sierocińca  wyglądał  nędznie.  Była  też  dziura  w 
płocie po południowo — wschodniej stronie, ale mniej interesująca i robiło się tam ciekawie 
tylko po podwieczorku. 

Charlotta biegła tak szybko, jak tylko mogła. Nie życzyła sobie, żeby inne dzieci ją widziały. 

Lubiła ich towarzystwo i była przez nie bardzo lubiana, ale jakoś nie chciała, żeby ktokolwiek 
wiedział o dziurach. Miała pewność, że nikt tego nie zrozumie. 

Odkryła je dopiero tydzień temu. Nie było ich jeszcze w jesieni, ale przez całą zimę śnieżne 

zaspy przygniatały płot swoim ciężarem. Pewnego dnia wiosną, Charlotta przeciskała się przez 
krzewy  w  północno  —  zachodnim  rogu  ogrodu,  w  poszukiwaniu  małych  żółtych  żonkili, 
rosnących tam zawsze o tej porze roku. Znalazła prześliczne miejsce, gdzie brakowało deski w 
płocie  i  można  było  popatrzeć  na  kawałeczek  lesistej  drogi,  obok  której,  wzdłuż  płotu,  pod 
szeroko rozgałęzionymi konarami drzew sierocińca, wiła się wąska ścieżka. Charlotta poczuła 
szaloną chęć wyślizgnięcia się tamtędy na zewnątrz i pobiegnięcia prędko tą piękną, słoneczną, 
nie  ogrodzoną  drogą.  To  jednak  byłoby  złe,  bo  sprzeciwiało  się  przepisom  sierocińca,  a 
Charlotta, choć z całego serca nie cierpiała większości z nich, nigdy im się nie sprzeciwiała, ani 
ich nie łamała. Z westchnieniem więc opanowała tęsknotę do wędrowania i usiadła pomiędzy 
żonkilami,  aby  tęsknie  wyglądać  przez  dziurę  i  sycić  oczy  widokiem  świata  bez  ceglanych 
murów, wymuskanych alejek i niezmiennych reguł. 

Gdy  tak  patrzyła,  na  ścieżce  pojawiła  się  Śliczna  Niebieskooka  Dama.  Charlotta  nigdy 

przedtem jej nie widziała i nie miała najmniejszego pojęcia, kim ona jest, ale od pierwszego 
spojrzenia]  tak  właśnie  zaczęła  ją  nazywać.  Dama  był  śliczna,  miała  przepiękne  niebieskie, 
smutne  oczy,  lecz  patrząc  na  nią,  czuło  się,  że  te  oczy  umiałyby  śmiać  się  wesoło.  Tak 
przynajmniej pomyślała Charlotta i od razu nabrała ochoty, żeby to sprawić. Dama miała też 
złote  włosy  i  najpiękniejsze  w  świecie  różowe  policzki.  Charlotta,  która  sama  miała  włosy 
mysiego koloru i mnóstwo piegów, czuła niezmierny podziw dla złotych loków i różanej cery. 
Dama była ubrana na czarno, co nie podobało się Charlotcie głównie dlatego, że tak ubierała się 
dyrektorka sierocińca, której nie darzyła wielką sympatią. 

Kiedy  Śliczna  Niebieskooka  Dama  przeszła,  Charlotta  głęboko  westchnęła.  —  Gdybym 

miała wybierać sobie matkę, chciałabym, żeby tak właśnie wyglądała. 

Miłe rzeczy często następują tuż po sobie, nawet w sierocińcu. Toteż tego samego wieczoru 

Charlotta odkryła południowo–wschodnią dziurę i zobaczyła najpiękniejszy ogród, jaki można 
sobie wyobrazić. Ogród, w którym żonkile i tulipany rosły na długich jak wstążki grządkach, 
gdzie  były  żywopłoty  z  liliowych  i  białych  bzów  oraz  ścieżki  wijące  się  pod  kwitnącymi 
drzewami. 

Taki  właśnie  ogród  Charlotta  widywała  w  pięknych  snach,  lecz  nie  spodziewała  się,  że 

zobaczy go kiedykolwiek w rzeczywistości. A przecież istniał tu cały czas oddzielony jedynie 
wysokim płotem z desek. 

Nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  tak  blisko  sierocińca  może  być  taki  piękny  ogród  — 

dumała.  —  To  najcudowniejsze  miejsce,  jakie  kiedykolwiek  widziałam.  Jakże  bym  chciała 
przespacerować się po nim. Słowo daję, jest tam jakaś dama! 

Rzeczywiście była tam dama, która starała się skierować niesforną gałązkę winorośli tak, 

żeby  zaczepiła  o  małą  altankę.  Charlotta  natychmiast  nazwała  ją  Wysoką  Czarnooką  Damą. 
Nie była tak młoda ani ładna jak Śliczna Niebieskooka Dama, ale wyglądała na wesołą i miłą. 

Chciałabym, żeby była moją ciocią. Nie matką, ale ciotką. Byłaby doskonałą ciotką. Och, 

ależ ma wspaniałego kota! 

background image

Charlotta patrzyła zachłannie na zwierzątko. Uwielbiała koty, ale w sierocińcu nie wolno 

było ich trzymać, choć czasem Charlotta zastanawiała się, czy nie ma na świecie kocich sierot, 
które nadawałyby się do takiego zakładu. 

Kot  Wysokiej  Damy  był  wielki,  miał  gęste  futro  w  eleganckie  pręgi  i  wspaniały  ogon. 

Bardzo Przystojny Kot, nazwała go w myślach, widząc duże litery wyraźnie jak wydrukowane. 
Swędziały ją dłonie, żeby pogłaskać jego lśniące futro, ale stanowczo je zacisnęła. 

— Wiesz,  że  ci  nie  wolno  —  powiedziała  do  siebie  z  wyrzutem.  —  Więc  dlaczego  tego 

chcesz,  Charlotto  Turner?  Powinnaś  być  zadowolona,  że  możesz  spoglądać  na  ten  ogród  i 
Bardzo Przystojnego Kota. 

Charlotta patrzyła na Damę i Kota, dopóki nie weszli do eleganckiego, dużego domu w głębi 

ogrodu. Westchnęła i poszła z powrotem przez wiśniowy sad na podwórko sierocińca, gdzie 
bawiły się dzieci. Zabawy straciły jednak dla niej urok w porównaniu z tymi fascynującymi 
dziurami w płocie. 

Szybko  odkryła,  że  Śliczna  Dama  spacerowała  obok  północno–wschodniej  dziury 

codziennie tylko około godziny pierwszej, a przynajmniej nie w innym czasie, kiedy Charlotta 
mogłaby ją obserwować. Wysoka Dama była prawie zawsze w ogrodzie o piątej po południu, w 
towarzystwie Bardzo Przystojnego Kota i ścinała kwiaty. Charlotta, kiedy tylko się dało, tkwiła 
przy  dziurach,  a  jej  myśli  ciągle  krążyły  wokół  obu  pań.  Pozostałe  dzieci  uznały  jednak,  że 
zrobiła  się  nudna,  a  dyrektorka  zauważyła  roztargnienie  i  kurowała  ją  gorzkimi  ziołami  z 
melasą. Charlotta bez protestu przyjmowała lekarstwo, tak jak przyjmowała wszystko, co było 
częścią życia w sierocińcu. 

— Gdyby Śliczna Dama była moją matką, nie kazałaby mi brać tego okropnego lekarstwa 

— westchnęła. — Nawet Wysoka Dama nie zrobiłaby tego, choć może tak, bo ciotki nie są tak 
dobre jak matki. 

— Czy wiesz — zapytała Maggie Brunt, podchodząc do Charlotty w tym właśnie momencie 

— że Lizzie Parker będzie adoptowana? Jakaś dama chce ją do siebie wziąć. 

— Och! — wykrzyknęła bez tchu Charlotta. W sierocińcu adopcja zawsze była cudownym, 

choć raczej rzadkim wydarzeniem. 

— Prawda? — powiedziała z zazdrością Maggie. — Wybrała Lizzie, bo jest ładna i ma loki. 

To niesprawiedliwe. 

Charlotta westchnęła. — Mnie nikt nie zaadoptuje, bo mam mysi kolor włosów i piegi. Ale 

ciebie ktoś może kiedyś zechce. Masz takie śliczne, czarne włosy. 

— Ale nie kręcone — zauważyła smutno Maggie. — A dyrektorka nie pozwala mi zakładać 

na noc papilotów. Chciałabym być na miejscu Lizzie. 

Charlotta potrząsnęła głową. — Chciałabym bardzo, żeby mnie ktoś zaadoptował, ale nie 

chciałabym  być  nikim  innym,  tylko  sobą,  nawet  jeśli  jestem  pospolita.  Lepiej  być  sobą  z 
mysimi włosami i piegami niż kimś innym, choćby nie wiem jak pięknym. Ale zazdroszczę 
Lizzie, choć dyrektorka mówi, że to niegodziwe komuś zazdrościć. 

Lecz zazdrość nie zajęła na długo serca Charlotty, bo tego dnia w południe przy północno — 

zachodniej dziurze zdarzyła się cudowna rzecz. Charlotta zawsze bardzo uważała, żeby Śliczna 
Dama  jej  nie  spostrzegła,  lecz  dziś,  gdy  Dama  przeszła  obok,  Charlotta  wychyliła  się,  aby 
dłużej na nią patrzeć. W tym właśnie momencie Śliczna Dama obejrzała się i zobaczyła, jak z 
dziury  w  płocie  sierocińca  patrzy  na  nią  mała,  niepozorna  dziewuszka  z  włosami  mysiego 
koloru, piegami i słodką, inteligentną, ujmującą buzią. Dama natychmiast uśmiechnęła się do 
Charlotty i przez chwileczkę jej oczy wyglądały tak, jak według Charlotty powinny. W głębi 
serca Charlotta przestraszyła się trochę, ale dzielnie uśmiechnęła się w odpowiedzi. 

— Czy zamierzasz uciec? — zapytała Śliczna Dama. Och, jaki miała piękny głos! Słodki i 

czuły jak prawdziwa matka. 

— Nie — odparła Charlotta z powagą, potrząsając głową. — Chciałabym uciec, ale nie mam 

dokąd, więc to bez sensu. 

background image

— Dlaczego chciałabyś uciec? — zapytała Śliczna Dama, ciągle się uśmiechając. — Czy 

nie podoba ci się tutaj? 

Charlotta otworzyła szeroko oczy. — Przecież to sierociniec! — wykrzyknęła. — Nikomu 

nie  może  się  tutaj  podobać!  Ale  oczywiście,  sieroty  powinny  być  wdzięczne,  że  mają 
jakikolwiek  dom,  więc  jestem  wdzięczna.  Mimo  to,  byłabym  jeszcze  bardziej  wdzięczna, 
gdyby dyrektorka nie kazała mi pić gorzkich ziół i melasy. Czy  gdyby pani miała córeczkę, 
kazałaby pani jej pić gorzkie zioła i melasę? 

— Nie kazałam — odparła Śliczna Dama i jej oczy znowu stały się smutne. 
— Więc miała pani kiedyś córeczkę ? — zapytała cicho Charlotta. 
— Tak, ale umarła — powiedziała Śliczna Dama drżącym głosem. 
— Tak  mi  przykro  —  odezwała  się  Charlotta  jeszcze  ciszej.  —  Czy  miała  złote  włosy  i 

różowe policzki tak jak pani? 

— Nie. — Śliczna Dama znów się uśmiechnęła, choć był to smutny uśmiech. — Nie, miała 

włosy mysiego koloru i piegi. 

— Och! I nie było pani przykro z tego powodu? 
— Nie,  cieszyłam  się,  bo  była  dzięki  temu  podobna  do  swojego  ojca.  Odtąd  zawsze 

podobały mi się dziewczynki z włosami mysiego koloru i piegami. Cóż, muszę już iść. Jestem 
spóźniona, a w szkołach panuje okropny zwyczaj zaczynania zajęć bardzo punktualnie. Jeżeli 
przyjdziesz tu jutro, zatrzymam się dłużej i zapytam cię o imię. 

Następnego dnia Charlotta oczywiście była przy dziurze i odbyły bardzo miłą rozmowę. Nie 

minął tydzień, jak zostały przyjaciółkami. 

Charlotta wkrótce odkryła, że potrafi sprawić, aby oczy Ślicznej Damy wyglądały tak jak 

powinny, przynajmniej przez chwilę. Więc cały swój wolny czas i noce spędzała, wymyślając 
zabawne przemówienia, aby ją rozśmieszyć. 

Zdarzyła  się  też  inna  cudowna  rzecz.  Pewnego  wieczoru,  kiedy  Charlotta  poszła  do 

południowo  —  wschodniej  dziury,  Wysokiej  Damy,  jak  sądziła,  nie  było  w  ogrodzie.  Był 
jednak  Bardzo  Przystojny  Kot.  Siedział  z  powagą  pod  krzewem  i  wyglądał  na  bardzo 
zadowolonego z faktu, że jest kotem. 

— Bardzo  Przystojny  Kocie  —  odezwała  się  Charlotta.  —  Może  przyszedłbyś  do  mnie  i 

pozwolił się pogłaskać? 

I kot przyszedł, jakby rozumiał, co do niego mówi. Zamruczał z rozkoszą, kiedy Charlotta 

wzięła go na ręce i zatopiła twarz w jego futrze. Wtedy miała wrażenie, że się zapadnie pod 
ziemię, bo zza krzewu bzu wyszła Wysoka Dama i stanęła naprzeciw dziury. 

— Przepraszam panią — wyjąkała Charlotta, umierając ze wstydu.! 
— Nie  chciałam  zrobić  krzywdy  pani  Bardzo  Przystojnemu  Kotu.  Chciałam  go  tylko 

pogłaskać. Bardzo… bardzo lubię koty, a w sierocińcu nie wolno ich trzymać. 

— Zawsze  uważałam,  że  sierocińce  są  prowadzone  na  niewłaściwych  zasadach  — 

zauważyła  z  ożywieniem  Wysoka  Dama,  —  Na  Boga,  dziecko,  nie  patrz  z  takim  strachem! 
Możesz głaskać kota, kiedy tylko masz ochotę. Wejdź, dam ci trochę kwiatów. 

— Dziękuję,  ale  nie  wolno  mi  wychodzić  poza  teren  sierocińca  powiedziała  Charlotta 

stanowczo. — Nie chcę też kwiatów, bo dyrektorka zapytałaby, skąd je mam i wtedy kazałaby 
naprawić dziurę. I tak żyję w śmiertelnym strachu, że dziura zostanie zamknięta. To okropnie 
męczące — życie w śmiertelnym strachu. 

Dama zaśmiała się bardzo wesoło. — Tak, sądzę, że masz rację — zgodziła się. — Ja nie 

mam podobnego doświadczenia. 

Potem wesoło porozmawiały i odtąd co wieczór Charlotta przychodziła tu, głaskała Bardzo 

Przystojnego Kota i gawędziła z Wysoką Damą. 

— Czy  mieszka  pani  sama  w  tym  dużym  domu?  —  zastanawiała  się  Charlotta  pewnego 

dnia. 

— Zupełnie sama. 

background image

— Czy zawsze mieszkała pani sama? 
— Nie,  kiedyś  mieszkała  ze  mną  siostra.  Ale  nie  chcę  o  niej  rozmawiać,  zrobisz  mi 

uprzejmość, jeśli nigdy o niej nie wspomnisz. 

— Nie będę — zgodziła się Charlotta. — Rozumiem, dlaczego czasami ludzie nie chcą, aby 

mówiono o ich siostrach.  Lily Mitchell ma siostrę, która siedzi w więzieniu za kradzież. To 
zrozumiałe, że Lily nie lubi o niej mówić. 

Wysoka  Dama  zaśmiała  się  gorzko.  —  Moja  siostra  nie  kradła.  Ona  tylko  poślubiła 

człowieka, którego nie znosiłam. 

— Czy on pił? — zapytała Charlotta z powagą. — Mąż dyrektorki pił i dlatego go zostawiła 

i zajęła się prowadzeniem sierocińca. Myślę, że raczej wolałabym znosić pijanego męża, niż 
mieszkać w sierocińcu. 

— Mąż mojej siostry nie pił — oznajmiła posępnie Wysoka Dama. — Po prostu nie był jej 

godny, to wszystko. Powiedziałam siostrze, że nigdy jej tego nie wybaczę i tak już zostanie. On 
już nie żyje, zmarł w rok po ślubie, a ona zarabia na swoje utrzymanie. Sądzę, że nie uważa tego 
za  przyjemność.  Nie  została  wychowana  do  ciężkiej  pracy.  Charlotto,  weź  te  paszteciki, 
zrobiłam je specjalnie dla ciebie. Jedz i powiedz, czy nie doskonała ze mnie kucharka? Jestem 
spragniona komplementów. Nikt mi ich nie mówi, od kiedy się postarzałam. To straszna rzecz, 
kiedy człowiek się starzeje i nikt go nie kocha oprócz kota. 

— Myślę, że równie okropnie jest, kiedy jest się młodym i nikt człowieka nie kocha, nawet 

kot — westchnęła Charlotta, zajadając mimo to ze smakiem pasztecik. 

— Na pewno masz rację — zgodziła się Wysoka Dama, patrząc tak, jakby uderzyła ją jakaś 

nowa, niezwykła myśl. 

Bardzo lubię Wysoką Czarnooką Damę — myślała Charlotta, leżąc w nocy w łóżku — ale 

kocham  Śliczną  Damę.  Lepiej  się  bawię  w  towarzystwie  Wysokiej  Damy  i  Bardzo 
Przystojnego Kota, ale jest milej przebywać ze Śliczną Damą. Tak się cieszę, że jej córeczka 
miała włosy mysiego koloru. 

Potem  zaś  wydarzyła  się  rzecz  najwspanialsza.  Pewnego  dnia,  tydzień  później,  Śliczna 

Dama zapytała: — Czy nie zechciałabyś ze mną zamieszkać, Charlotto? 

Charlotta spojrzała na nią. — Czy naprawdę chce pani tego? — szepnęła cichutko. 
— Naprawdę. Chcę, żebyś była moją córeczką i jeśli zechcesz, tak się stanie. Jestem uboga, 

bardzo uboga, ale postaram się, żeby moja pensja wystarczyła dla nas obu, a nasza miłość załata 
wszystkie braki w budżecie. Czy się zgadzasz? 

— Z całego serca! — wykrzyknęła z uczuciem Charlotta. — Och, to chyba nie jest sen! Tak 

panią kocham! Bardzo chciałabym być pani córeczką! 

— Świetnie,  kochanie.  Przyjdę  jutro  po  południu.  W  soboty  mam  zawsze  wolne  —  i 

porozmawiam z dyrektorką w tej sprawie. Och, będzie nam ze sobą bardzo dobrze! Szkoda, że 
nie poznałam cię wcześniej. 

Charlotta przez resztę dnia jadła, bawiła się i uczyła, przestrzegając wszystkich przepisów, 

lecz  nic  z  tego  nie  zostało  w  jej  pamięci.  Poruszała  się  jak  we  śnie,  więc  dyrektorka 
zdecydowała,  że  potrzeba  jej  czegoś  więcej  niż  gorzkich  ziół  i  melasy  i  postanowiła 
porozmawiać  z  lekarzem.  Nie  zrobiła  tego  jednak,  ponieważ  po  południu  pojawiła  się  jakaś 
dama, mówiąc, że chce adoptować Charlottę. 

Charlotta przyjęła wezwanie do pokoju dyrektorki z dreszczem podniecenia. Kiedy jednak 

weszła,  zobaczyła  tylko  dyrektorkę  i  Wysoką  Czarnooką  Damę.  Zanim  Charlotta  mogła  się 
rozejrzeć w poszukiwaniu Ślicznej Damy, dyrektorka powiedziała: — Charlotto, ta pani, panna 
Herbert,  chciałaby  cię  zaadoptować.  To  dla  ciebie  wspaniała  okazja  i  powinnaś  być  bardzo 
wdzięczna. 

Charlotcie zakręciło się w głowie. Załamała ręce i łzy stanęły jej w oczach. 

background image

— Bardzo lubię Wysoką Damę — szepnęła. — Ale kocham Śliczną Damę i obiecałam jej, 

że będę jej córeczką. Nie mogę złamać obietnicy. — O czym to dziecko mówi? — zdumiała się 
dyrektorka. 

W tym momencie służąca wprowadziła Śliczną Damę. Charlotta podbiegła do niej i objęła ją 

ramionami. 

— Och, proszę powiedzieć im, że jestem pani córeczką! — powiedziała błagalnie. — Proszę 

powiedzieć,  że  już  to  pani  obiecałam.  Nie  chcę  zrobić  przykrości  Wysokiej  Damie,  bo 
naprawdę ją lubię, ale chcę być pani córeczką. 

Śliczna  Dama  spojrzała  na  Wysoką  Damę  i  zaczerwieniła  się.  Wysoka  Dama  natomiast 

zbladła. Dyrektorka poczuła się nieswojo. Wszyscy wiedzieli, że panna Herbert i pani Bond od 
lat nie rozmawiają ze sobą, mimo że są siostrami i nie mają na świecie nikogo oprócz siebie. 

Pani Bond zwróciła się do dyrektorki: — Przyszłam prosić o pozwolenie zaadoptowania tej 

dziewczynki. 

— Bardzo mi przykro — wyjąkała dyrektorka. — Ale panna Herbert właśnie o nią prosiła i 

zgodziłam się. 

Charlotta  stłumiła  łzy  rozczarowania,  lecz  nagle  Śliczna  Dama  odwróciła  się  i  spojrzała 

Wysokiej Damie prosto w twarz. Usta jej drżały i oczy napełniły się łzami. 

— Nie zabieraj mi jej, Almo — poprosiła z pokorą. — Ona… ona tak mi przypomina moje 

dziecko, a ja jestem bardzo samotna. Mogłabyś zaadoptować jakieś inne dziecko. 

— Nic  podobnego  —  powiedziała  szorstko  Wysoka  Dama.  —  Wcale  tak  nie  jest.  Żadne 

inne dziecko nie wchodzi w  grę. Mogę zapytać,  z czego zamierzasz ją utrzymać? Wiem, że 
twoja pensja ledwie ci wystarcza. 

— To moja sprawa — powiedziała dumnie Śliczna Dama. 
— Ha!  —  Wysoka  Dama  wzruszyła  ramionami.  —  Jak  zawsze  niezależna!  Rozumiem. 

Dziecko, a ty co powiesz? Którą wybierzesz? Pamiętaj, że to ja mam kota, a Anna nie potrafi 
robić takich dobrych pasztecików jak ja. Pamiętaj o tym. 

— Och,  bardzo  panią  lubię  —  wyjąkała  Charlotta.  —  Chciałabym  mieszkać  z  wami 

dwiema, ale ponieważ nie mogę, muszę wybrać Śliczną Damę, bo jej obiecałam i pokochałam 
ją najpierw. 

— 1 bardziej? — zapytała Wysoka Dama. 
— I  bardziej  —  przyznała  Charlotta,  gotowa  mówić  prawdę,  nawet  jeśli  sprawi  tym 

przykrość Wysokiej Damie. — Ale panią też lubię zaraz po niej. Lecz pani nie potrzebuje mnie 
tak bardzo, bo ma pani Bardzo Przystojnego Kota, a ona nie ma nic. 

— Kot nie wypełni bolesnej pustki w moim sercu — upierała się Wysoka Dama. — Nic jej 

nie zapełni, oprócz piegowatej dziewczynki z włosami mysiego koloru. Nie Anno, ja muszę 
mieć Charlottę. Myślę jednak, że ona z właściwą sobie przenikliwością już rozwiązała za nas 
ten problem, mówiąc, że chciałaby mieszkać razem z nami. Dlaczego nie? Po prostu wróć do 
domu i zapomnijmy o wszystkim, co było. Obie musimy sobie wybaczyć, a ja byłam uparta i 
głupia przez tyle lat, choć nigdy nie przyznałam się do tego nikomu, z wyjątkiem kota. 

Śliczna Dama poczuła, że jej serce mięknie, zadrżała i uśmiechnęła się. Podeszła prosto do 

Wysokiej Damy i zarzuciła jej ręce na szyję. 

— Tak bardzo chciałam, żebyśmy znów były przyjaciółkami — załkała. — Myślałam, że 

nigdy mi nie przebaczysz, a ja czułam się taka samotna. 

— No, już dobrze — szepnęła Wysoka Dama. — Nie płacz przy dyrektorce. Poczekaj, aż 

wrócimy do domu. Wtedy i ja sobie popłaczę. Charlotto, weź swój kapelusz i chodź razem z 
nami.  Później  możemy  podpisać  potrzebne  papiery,  ale  ciebie  musimy  zabrać  od  razu.  Kot 
czeka na werandzie, a na oknie w spiżarni stygną paszteciki. 

— Taka jestem szczęśliwa — oświadczyła Charlotta — że chyba się rozpłaczę. 

background image

L

ALKA 

B

ESSIE

 

 
Spacerując ulicą, Tommy Puffer zatrzymał się, żeby spojrzeć na geranium panny Oktawii. 

Tommy nigdy nie mógł się oprzeć pokusie patrzenia na kwiaty, mimo że samej właścicielki nie 
znosił z całego serca. Dziś z pewnością warte były uwagi. Panna Oktawia wystawiła wszystkie 
na  werandę  —  rząd  za  rzędem  spływały  w  dół  po  schodkach  falami  przeróżnych  barw. 
Geranium  panny  Oktawii  było  słynne  w  całej  okolicy  i  stanowiło  przedmiot  jej  dumy. 
Prawdziwą radością jej serca  był jednak ogród. Panna Oktawia miała zawsze najpiękniejszy 
ogród w Arundel, szczególnie piękne były jednoroczne rośliny. Teraz istniały one jedynie jako 
zapowiedź  tego,  co  będzie  w  przyszłości.  Na  brunatnych  grządkach  wśród  trawnika  zasiała 
maki, nasturcje, balsaminę, powój i pachnący groszek, które jeszcze nie zaczęły wschodzić. 

Tommy wciąż jeszcze karmił oczy widokiem geranium, gdy panna Oktawia wyszła zza rogu 

domu. Jej twarz zachmurzyła się, gdy tylko zobaczyła chłopca. Tak reagowała większość ludzi. 
Tommy miał opinię łobuza. Był biedny i obszarpany, a panna Oktawia z zasady potępiała biedę 
i niechlujstwo. Nikt nie musi być biedny ani obszarpany, nawet dwunastoletni chłopiec, jeśli 
chce mu się pracować. 

— Hej, idź stąd — powiedziała ostro. — Nie życzę sobie, byś wisiał na moim płocie. 
— Przecież  nie  zniszczę  pani  starego  płotu  —  odparł  ponuro  Tommy.  —  Tak  sobie 

patrzyłem na kwiaty. 

— Taak i zastanawiałeś się, w którą doniczkę tym razem rzucić kamieniem — zauważyła 

zjadliwie panna Oktawia. — To ty zniszczyłeś wczoraj moje duże purpurowe geranium. 

— To nie ja… ja nigdy nie cisnąłem kamieniem w pani kwiaty. 
— Nie opowiadaj mi tu łgarstw. Na pewno ty. Czy nie złapała cię setki razy na celowaniu 

kamieniem w mojego kota? 

— Może rzucałem w kocura, ale nie tknąłbym kwiatów — przysiągł Tommy śmiało. 
Cynicznie, pomyślała panna Oktawia. — Uciekaj stąd, bo pożałujesz — ostrzegła go. 
Panna Oktawia nieraz natarła Tommy’emu uszu. Nie miał ochoty na to ponownie. Wystawił 

więc język i pomaszerował dalej ulicą, z rękami w kieszeniach, pogwizdując beztrosko. 

— To najbezczelniejszy  nicpoń, jakiego widziałam w życiu — mruknęła  gniewnie panna 

Oktawia. Pomiędzy nią a chłopcami; z Arundel trwała bezustanna walka, ale Tommy stanowił 
szczególny obiekt jej niechęci. 

Serce  Tommy’ego  przepełniały  gniew  i  gorycz,  kiedy  stamtąd  odchodził.  Nienawidził 

panny Oktawii, chciał, żeby coś złego przydarzyło się każdemu z jej kwiatów. Wiedział, że to 
Ned  Williams  rzucił  kamieniem  i  miał  nadzieję,  że  rzuci  jeszcze  kilkoma  i  roztrzaska  je 
wszystkie.  Tommy  szalał  tak  z  wściekłości,  idąc  ulicą,  dopóki  nie  doszedł  do  sklepu  pana 
Blacklocka  i  nie  zobaczył  na  wystawie  czegoś,  co  zupełnie  wypędziło  z  jego  płowowłosej 
głowy myśli o pannie Oktawii i jej przykrych uwagach. 

Była to, ni mniej ni więcej, tylko lalka. Tommy nie należał oczywiście do znawców lalek i 

nie interesował się nimi, ale uważał, że ta jest bardzo ładna.  Była duża,  ubrana  w niebieską 
jedwabną sukienkę, w niebieskim jedwabnym kapeluszu ozdobionym koronką. Miała śliczne 
długie,  złociste  włosy,  duże  brązowe  oczy  i  różowe  policzki  i  stała  prosto  w  gablocie, 
wyciągając z wdziękiem ręce. 

— Jezu, ale piękna! — z podziwem wykrzyknął Tommy. — Wygląda jak żywa i jest duża 

jak dziecko. Muszę przyprowadzić Bessie, żeby ją zobaczyła. 

Tommy natychmiast pośpieszył na nędzną uliczkę, gdzie znajdował się jego „dom”. Dom 

Tommy’ego  w  niczym  nie  przypominał  domu.  Była  to  najmniejsza,  najbardziej  niechlujna  i 
brudna  rudera  na  ulicy  znanej  z  takich  budynków.  Zamieszkiwała  go  zaniedbana  matka, 
wiecznie pijany ojciec i Tommy. Ani matka, ani ojciec nie zwracali na Tommy’ego specjalnej 
uwagi, z wyjątkiem odpowiednich okazji, żeby na niego krzyknąć, czy szturchnąć. Trudno się 

background image

więc dziwić, że Tommy był chłopcem, na którego krzywo patrzyli szanujący się mieszkańcy 
miasta. 

Mimo  to,  na  jałowej  pustyni  życia  Tommy’ego  zakwitł  mały,  biały  kwiatek  czystego 

uczucia.  Poprzedniej  jesieni  do  Arundel  przybyła  nowa  rodzina  i  wprowadziła  się  do 
maleńkiego  domu  obok  Pufferów.  Domek  ten  był  tak  samo  niechlujny  jak  i  reszta,  ale  w 
niedługim  czasie  zaszła  w  nim  ogromna  zmiana.  Nowa  rodzina  była  oszczędna  i  pracowita, 
chociaż biedna. Domek został pobielony, ogrodzenie naprawione, a podwórko uprzątnięte ze 
śmieci.  W  oknach  pojawiły  się  muślinowe  zasłonki,  a  rząd  puszek  z  kwitnącymi  roślinami 
ozdobił parapet. 

W rodzinie Knoxów były tylko trzy osoby — chuda, niewysoka matka, która najmowała się 

do sprzątania domów i przyjmowała bieliznę do prania, dziesięcioletni chłopczyk, sprzedający 
gazety i biegający na posyłki oraz Bessie. 

Bessie miała osiem lat i chodziła o kulach, ale była mądrą dziewczynką. Potrafiła utrzymać 

mieszkanie  w  porządku  i  czystości,  gdy  matka  wychodziła  z  domu.  Kiedy  zobaczyła 
Tommy’ego po raz pierwszy, uśmiechnęła się do niego miło i powiedziała: „Dzień dobry”. Od 
tego momentu Tommy stał się jej oddanym niewolnikiem. Nikt jeszcze tak do niego nie mówił, 
nikt tak się nie uśmiechnął. Tommy oddałby swoje życie za Bessie i odtąd każdą chwilę wolną 
od planowania psoty, spędzał na sprawianiu Bessie drobnych przyjemności. Był zachwycony, 
mogąc wywołać uśmiech na jej bladej twarzyczce i sprawić, by jej duże łagodne oczy wyrażały 
radość. Inni chłopcy z ulicy próbowali początkowo dokuczać Bessie i krzyczeli „kaleka!”, jeśli 
kuśtykając,  wychodziła  na  ulicę,  ale  wkrótce  przestali.  Tommy  jednemu  po  drugim  sprawił 
lanie  i  Bessie  zostawiono  w  spokoju.  Gdyby  nie  Tommy,  życie  dziewczynki  byłoby  bardzo 
smutne, bo nie mogła bawić się z innymi dziećmi. Tommy jednak był wart tuzina towarzyszy 
zabaw i Bessie uważała go za najlepszego chłopca na świecie. Nieważne, jaki był dla innych. 
Tommy  bardzo  się  pilnował,  by  w  obecność  Bessie  zachowywać  się  grzecznie.  Nigdy  nie 
powiedział  brzydkie  go  słowa  w  jej  towarzystwie  i  traktował  ją  jak  małą  księżniczkę Panna 
Oktawia byłaby niezmiernie zdziwiona, gdyby zobaczyła, jak czuły, uważny, dobry i rycerski 
potrafił być ten zaniedbany łobuz. 

 

 
Tommy zastał Bessie w  kuchni. Siedziała, patrząc z rozmarzeniem w okno. Przez chwilę 

pomyślał niespokojnie, że Bessie jest] bardzo blada i chuda tej wiosny. 

— Bessie, chodź ze mną na spacer do sklepu pana Blacklocka — powiedział z zapałem. — 

Jest tam coś, co chcę ci pokazać. 

— Co to jest? — pragnęła dowiedzieć się Bessie. Tommy jednak tylko tajemniczo mrugnął 

okiem. — Nie powiem ci. Ale to coś prześlicznego. Zobaczysz. 

Bessie sięgnęła po kule i we dwójkę poszli do sklepu. Tommy pilnował, żeby iść tak powoli 

jak Bessie. Zanim doszli do samego sklepu, kazał jej zamknąć oczy i poprowadził ostrożnie do 
wystawy. 

— Teraz, patrz! — rozkazał dramatycznym tonem. 
Bessie spojrzała i Tommy został nagrodzony. Zaróżowiła się z zachwytu i zacisnęła piąstki. 
— Och,  Tommy,  czyż  ona  nie  jest  piękna?  —  szepnęła.  —  To  najpiękniejsza  lalka,  jaką 

kiedykolwiek widziałam. Och, Tommy! 

— Wiedziałem, że ci się spodoba — wykrzyknął Tommy. — Czy chciałabyś mieć taką lalkę 

na własność? 

Bessie spojrzała nieomal karcąco, jakby Tommy zapytał ją, czy nie chciałaby królewskiej 

korony albo pałacu. 

background image

— Oczywiście, nigdy nie dostanę takiej lalki — powiedziała. — Musi kosztować mnóstwo 

pieniędzy. Wystarczy, że mogę ją widzieć. Tommy, czy będziesz mnie tu przyprowadzał co 
dzień, żebym mogła na nią popatrzeć? 

— Jasne. 
Bessie mówiła o lalce w błękitnym jedwabiu przez całą drogę do domu i śniła o niej w nocy. 

—  Nazwę  ją  Rosella  Geraldyna  —  powiedziała.  Od  tej  chwili  chodziła  co  dzień,  aby 
przyglądać  się  Roselli  Geraldynie  w  niemym  zachwycie.  Tommy  niemal  stał  się  o  nią 
zazdrosny. Pomyślał, że Bessie lubi lalkę bardziej niż jego. 

To nieważne, nawet jeśli tak jest — stwierdził lojalnie, pokonując zazdrość. — Jeśli lubi ją 

bardziej, to w porządku. 

Czasami  jednak  Tommy  czuł  niepokój.  Widać  było  wyraźnie,  że  Bessie  przywiązała  się 

bardzo do tej lalki. Co się stanie, jeżeli lalka zostanie sprzedana, co pewnie wkrótce nastąpi? 
Tommy pomyślał, że Bessie bardzo się zmartwi, a on będzie temu winien. 

To, czego się obawiał, rzeczywiście nastąpiło. Kiedy pewnego popołudnia poszli do sklepu, 

zobaczyli, że lalka zniknęła z wystawy. 

— Och — Bessie wybuchnęła płaczem. — Nie ma jej, nie ma Roselli Geraldyny. 
— Może jej nie sprzedali — pocieszał ją Tommy. — Może tylko zabrali lalkę z wystawy, 

żeby nie spłowiał błękitny jedwab. Wejdę i zapytam. 

W chwilę później Tommy wyszedł z poważną twarzą. — Tak, sprzedali ją — oznajmił. — 

Wczoraj kupiła ją jakaś dama. Nie płacz Bessie, może niedługo postawią na wystawie jakąś 
nową lalkę. 

— Ale ona nie będzie moja — łkała Bessie. — To nie będzie Rosella Geraldyna. Nie będzie 

miała błękitnego, jedwabnego kapelusza i takich pięknych brązowych oczu. 

Przez całą drogę do domu Bessie cicho płakała, a Tommy nie mógł jej pocieszyć. Żałował, 

że w ogóle kiedykolwiek pokazał jej lalkę na wystawie. 

Od  tego  dnia  Bessie  zaczęła  opadać  z  sił,  a  Tommy  patrzył  na  to  z  bólem.  Stawała  się 

bledsza  i  chudsza.  Była  zbyt  zmęczona,  aby  wyjść  na  spacer  i  wykonywać  drobne  domowe 
prace, które tak lubiła. Nigdy nie mówiła o Roselli Geraldynie, ale Tommy wiedział, że tęskni 
za nią. Pani Knox nie wiedziała, co jej dolega. 

— Niczym się nie interesuje — narzekała w rozmowie z pani Puffer. — Je tyle co ptaszek. 

Doktor mówi, że jest z nią wszystko w porządku, ale ona po prostu marnieje. 

Tommy  usłyszał  to  i  poczuł,  jak  coś  ściska  go  w  gardle.  Przestraszył  się,  że  on,  Tommy 

Puffer, za chwilę się rozpłacze. Żeby temu zapobiec, zaczął głośno gwizdać. Nie był to jednak 
udany gwizdy w niczym nie przypominał dawnego gwizdu Tommy’ego. Bessie zachorowała i 
to była jego wina. Tak sądził. Gdyby jej nie pokazał tej wstrętnej lalki w błękitnym jedwabiu, 
nigdy nie polubiłaby jej tak, żeby cierpieć z powodu sprzedaży. 

Gdybym  był  bogaty  —  pomyślał  smutno  Tommy  —  kupiłbym  jej  cały  wagon  lalek  z 

brązowymi oczami, ubranych w błękitne jedwabie. Ale nic nie mogę zrobić. 

Właśnie w tym momencie Tommy dotarł do ogrodzenia przed trawnikiem panny Oktawii i 

siłą przyzwyczajenia zatrzymał się, żeby popatrzeć. Tym razem nie było wiele do obejrzenia, 
tylko zielone rowki i kółka na brązowych, wypielonych grządkach i długie półkola sadzonek 
dalii, które panna Oktawia wkopała kilka dni wcześniej. Doniczki z geranium zostały zabrane 
do domu, a rolety były opuszczone. Tommy wiedział, że panna Oktawia wyjechała. Widział, 
jak wsiadała do pociągu dziś rano i słyszał, gdy mówiła do przyjaciółki, że jedzie do Chelton, 
odwiedzić rodzinę brata, a wróci dopiero następnego dnia. 

Tommy nadal opierał się w zamyśleniu o ogrodzenie, kiedy pani Jenkins i pani Reid również 

zatrzymały się przed ogrodem, przechodząc obok. — Wielkie nieba, jak zimno! — zatrzęsła się 
pani  Reid.  —  Dziś  w  nocy  będzie  przymrozek.  Kwiaty  Oktawii  przemarzną,  to  pewne. 
Zdumiewające, że zdecydowała się zostać na noc poza domem, kiedy tak jej na nich zależy. 

background image

— Żona jej brata jest chora — odparła pani Jenkins. — Nie było mrozu tej wiosny, więc 

przypuszczam,  że  Oktawia  nie  przewidziała  tego.  Bardzo  się  zmartwi,  jeśli  przemarzną… 
szczególnie dalie. Przywiązuje do nich tyle wagi. 

Pani  Jenkins i  pani  Reid  odeszły,  zostawiając  Tommy’ego  przy  ogrodzeniu.  Było  zimno, 

zbliżał się mróz i rośliny, a szczególnie kwiaty panny Oktawii, z pewnością zostaną zniszczone. 
Tommy pomyślał, że powinien się z tego ucieszyć, ale nie czuł radości. Było mu żal, nie panny 
Oktawii lecz kwiatów. W swoim zepsutym małym sercu Tommy ukrywał prawdziwą miłość do 
kwiatów.  To  skandal,  żeby  przemarzły  i  to  purpurowe,  fioletowe  i  złociste  piękno  ukryte  w 
zielonych rowkach i kółeczkach nie miało szansy wspaniale rozkwitnąć. Tommy nie potrafiłby 
tej  myśli  ubrać  w  słowa,  ale  była  ona  w  jego  duszy.  Chciałby  ocalić  kwiaty.  Czy  to  jest 
możliwe?  Tommy  wiedział,  że  rozłożenie  na  grządkach  i  wokół  dalii  gazet  ocaliłoby  je. 
Widział,  jak  panna  Oktawia  robiła  to  w  poprzednich  latach.  Słyszał,  że  w  składziku  na 
podwórku jest całe pudło gazet. Powiedział mu o tym Ned Williams, jak i o tym, że składzik nie 
był zamykany. 

Tommy  szybko  pobiegł  do  .domu  i  spośród  swoich  skarbów  wydobył  kłębek  szpagatu. 

Potem wrócił do ogrodu panny Oktawii. 

 

 
Następnego ranka panna Oktawia wysiadła z pociągu na stacji w Arundel z posępną miną. 

W nocy, niespodziewanie jak na tę porę roku, chwycił nadzwyczaj silny mróz. Wszędzie po 
drodze panna Oktawia widziała zmarznięte i oszronione ogrody. Wiedziała, co zobaczy, kiedy 
dotrze  do  swojego:  zwiędnięte,  czarne,  miękkie  łodygi  dalii,  zniszczone  i  opadłe  nasturcje, 
balsaminy, maki i bratki. 

Lecz tak nie było. Zamiast obrazu zniszczenia zobaczyła troskliwie owinięte w gazety dalie, 

a  wszędzie  na  grządkach  rozpostarte  gazety,  porządnie  przytrzymane  kamykami.  Panna 
Oktawia wbiegła do swojego ogrodu z rozpromienioną twarzą. Wszystko było zabezpieczone, 
nic nie przemarzło. 

Kto mógł to zrobić? Panna Oktawia była zdumiona. Po jednej stronie sąsiadowała z panią 

Kennedy, która właśnie się wprowadziła i jako zupełnie obca osoba na pewno nie myślała o jej 
kwiatach. Po drugiej stronie mieszkała panna Matheson, która nie mogła wychodzić z domu i 
cały czas spędzała na kanapie. Do niej właśnie poszła panna Oktawia. 

— Rachelo, czy wiesz, kto nakrył moje rośliny wczoraj wieczorem? 
Panna  Matheson  skinęła  głową.  —  Tak,  to  Tommy  Puffer.  Widziałam,  jak  pracował, 

używając gazet i szpagatu. Myślałam, że to ty mu kazałaś. 

— Wielkie nieba! — wykrzyknęła panna Oktawia. — Tommy Puffer! Naprawdę dzieją się 

cuda! 

Panna  Oktawia  wróciła  do  domu  zawstydzona  na  myśl  o  tym,  jak  zawsze  traktowała 

Tommy’ego Puffera. 

— Musi być w tym dziecku coś dobrego, inaczej nie zrobiłby tego — pomyślała. — Byłam 

dla niego niesprawiedliwa, ale naprawię to. 

Panna  Oktawia  nie  widziała  Tommy’ego  tego  dnia,  lecz  następnego  ranka,  kiedy 

przechodził obok jej domu, zawołała go. — Tommy, chodź tu! 

Tommy podszedł niechętnie. Nadal nie lubił panny Oktawii ani trochę i nie wiedział, czego 

od niego chce. Lecz panna Oktawia powiedziała, nie tracąc słów: 

— Tommy,  panna  Matheson  powiedziała  mi,  że  to  ty  ocaliłeś  moje  kwiaty  przed 

wczorajszym mrozem. Jestem ci bardzo zobowiązana. Jak to się stało, że o tym pomyślałeś? 

— Nie  mogłem  znieść  myśli,  że  kwiaty  się  zmarnują  —  mruknął  Tommy.  Czuł  się  tak 

nieswojo, jak jeszcze nigdy w życiu. 

background image

— To bardzo uprzejme z twojej strony. Przykro mi, że byłam dla ciebie taka surowa. Wierzę 

teraz, że nie rzuciłeś kamieniem w moje purpurowe geranium. Czy mogę zrobić coś dla ciebie, 
czy  chciałbyś  coś  dostać?  Dam  ci,  jeśli  będzie  możliwe  wszystko,  czego  zapragniesz,  aby 
spłacić mój dług. 

Tommy  wpatrywał  się  w  pannę  Oktawie,  czując,  że  przychodzi  mu  do  głowy  świetny 

pomysł. — Och, panno Oktawio! — krzyknął z zapałem. — Czy kupi mi pani lalkę? 

— Coś podobnego! — panna Oktawia nie wierzyła własnym uszom. 
— Lalkę! Na cóż ci potrzebna lalka? 
— To dla Bessie — wyjaśniał z przejęciem Tommy. — To było tak: 
I Tommy opowiedział pannie Oktawii całą historię. Panna Oktawia słuchała w milczeniu, 

czasem kiwając głową. Kiedy skończył, wyszła z pokoju i wkrótce wróciła, przynosząc lalkę z 
wystawy pana Blacklocka. 

— Chyba chodzi o tę lalkę. Kupiłam ją dla mojej małej siostrzenicy, ale mogę dać jej inną. 

Weź tę dla Bessie. 

Nie sposób wręcz opisać radości Bessie, kiedy Tommy przybiegł bez tchu i podał jej Rosellę 

Geraldynę,  opowiadając  przy  tym  cudowną  historię.  Od  tego  momentu  Bessie  poczuła  się 
lepiej  i  wkrótce  była  zdrowsza  niż  kiedykolwiek.  Stała  się  najszczęśliwszą  dziewczynką  w 
Arundel! 

 

 
Po upływie tygodnia panna Oktawia znów zawołała Tommy’ego. Tym razem przyszedł z 

większą  ochotą.  Zaczynał  lubić  pannę  Oktawię.  Dama  obejrzała  Tommy’ego  uważnie  i 
krytycznie. Był bardzo obdarty i rozczochrany. Panna Oktawia dostrzegła jednak to, czego nie 
widziała  nigdy  przedtem:  jego  oczy  były  jasne  i  szczere,  miał  sympatyczny  podbródek  i 
uśmiech, w którym było coś przyjemnego. 

— Lubisz kwiaty, prawda? — zapytała. 
— Jasne — odparł niezbyt elegancko, ale z całego serca. 
— Dobrze  —  powoli  ciągnęła  panna  Oktawia.  —  Mam  w  Chelton  brata,  który  sprzedaje 

kwiaty. Potrzebuje chłopca w twoim wieku do różnych prac na posyłki, ale chciałby kogoś, kto 
lubi  kwiaty  i  pragnie  się  nauczyć,  jak  prowadzić  firmę.  Poprosił  mnie,  żebym  mu  kogoś 
poleciła i obiecałam poszukać odpowiedniego chłopca. Czy przyjmiesz tę posadę Tommy? Czy 
obiecasz, że będziesz grzecznym chłopcem i nauczysz się dobrze zachowywać, jeśli poproszę 
brata, by przyjął cię na próbę i dał ci szansę zdobycia zawodu? 

— Och, panno Oktawio — odparł z zachwytem Tommy, zastanawiając się, czy to mu się po 

prostu nie śni. 

Ale  to  nie  był  sen.  Wkrótce  wszystko  zostało  załatwione.  Nikt  nie  cieszył  się  z  sukcesu 

Tommy’ego bardziej od Bessie. 

— Ale będzie mi cię bardzo brakować, Tommy — powiedziała zadumana. 
— Och,  będę  przyjeżdżał  co  tydzień  w  sobotę  wieczorem  i  będziemy  spędzać  razem 

niedzielę. Zacznę też chodzić do szkółki niedzielnej. Panna Oktawia mówi, że muszę. Na resztę 
czasu masz Rosellę Geraldynę. 

— Tak — Bessie czule pocałowała lalkę. — Jest prześliczna. Ale nie jest tak miła jak ty, 

Tommy. 

Tommy poczuł, że niczego mu nie brakuje do szczęścia. Jego radość była absolutna. 

background image

U

CIECZKA 

C

HESTERA

 

 
Tego  wieczoru  Chester  spełniał  wszystkie  swoje  codzienne  obowiązki  z  niezwykłą 

gorliwością.  Miał  zaciśnięte  usta,  a  na  małej,  piegowatej  twarzyczce  malowało  się 
zdecydowanie.  Jego  krzątanina  nie  uszła  uwagi  pani  Elwell,  której  surowa  twarz  przybrała 
jeszcze bardziej ponury wyraz niż zwykle. 

— Coś dzisiaj Ches jest nazbyt żwawy — mruknęła. — Pewnie spieszno mu do robienia 

nowych głupstw z Henry Wilsonem. Lepiej, żeby przestał o tym marzyć. Nigdzie nie pójdzie. 

Lige  Barton,  najemny  robotnik,  też  uważał,  że  taki  jest  cel  Chestera,  ale  był  bardziej 

wyrozumiały od pani Elwell. 

— Małemu dziś się śpieszy. Pewnie chce się pobawić z chłopakiem Wilsonów. 
Chester  nie  planował  jednak  niczego  związanego  z  Henry  Wilsonem,  swoim  jedynym 

kolegą, mieszkającym po drugiej stronie stawu. Po skończonej pracy przez pewien czas snuł się 
jeszcze między budynkami, zbierając w sercu odwagę. 

Chester Stephens był sierotą. Nie miał nikogo na świecie z wyjątkiem przyrodniej siostry 

ojca,  pani  Harriet  Elwell,  o  ile  można  było  ją  nazwać  krewną.  Chester  stracił  rodziców  w 
dzieciństwie  i  pani  Elwell  wzięła  go  na  wychowanie.  Była  kobietą  szorstką,  o  gwałtownym 
usposobieniu.  Krzyczała  na  chłopca  i  nie  dawała  mu  spokoju,  odkąd  u  niej  przebywał. 
Mieszkańcy Upton uważali to za godne ubolewania, ale nikt nie czuł się powołany do wtrącania 
się w tę sprawę. Nikt nie miał odwagi zrobić sobie wroga z pani Elwell. 

Pani Elwell przyglądała się Chesterowi niechętnym wzrokiem. Spodziewała się, że poprosi 

ją o pozwolenie wyjścia z Henrym i była zdecydowana stanowczo mu odmówić. 

— Ciociu Harriet — odezwał się nagle Chester. — Czy mogę pójść do szkoły? Jutro jest 

początek roku. 

— Nie — odparła, ochłonąwszy ze zdziwienia wywołanego nieoczekiwanym pytaniem. — 

Uczyłeś się już wystarczająco dużo, dłużej niż ja i nie zamierzam pozwolić na nic więcej! 

— Ależ,  ciociu  Harriet  —  nalegał  Chester  z  buzią  zaczerwienioną  z  przejęcia.  —  Mam 

prawie  trzynaście  lat,  a  ledwie  umiem  trochę  czytać  i  pisać.  Inni  chłopcy  potrafią  już  dużo 
więcej. Ja nic nie umiem. 

— Umiesz za to okazać brak szacunku — wykrzyknęła pani Elwell. — Chcesz iść do szkoły 

tylko po to, żeby tracić czas tak samo jak w domu, ty leniwy nicponiu! 

Chester  pomyślał  o  ciężkiej  pracy,  która  przez  dotychczasowe,  krótkie  życie  była  jego 

powinnością. Mimo żalu do ciotki, że nazwała go leniwym, chociaż nie brakowało mu chęci do 
pracy, poprosił ją jeszcze raz. 

— Nie  zamierzam  nic  więcej  wysłuchiwać  na  ten  temat.  To  nonsens  —  oznajmiła  pani 

Elwell,  zdejmując  z  półki  butelkę  z  miną  osoby  zamykającej  dyskusję.  —  Masz,  biegnij  do 
sklepu Jacoba i przynieś butelkę octu. Pośpiesz się, słyszysz? Nie życzę sobie, żebyś marnował 
tam czas! Jeśli nie wrócisz za dwadzieścia minut, będzie z tobą źle! 

Chester wypełnił polecenie z sercem pełnym gniewu i gorzkiego zawodu. 
— Nie  będę  tego  dłużej  znosił  —  mruczał.  —  Ucieknę,  nieważne  dokąd,  byle  daleko  od 

niej! Gdybym tak mógł wyruszyć jesienią na Zachód! 

Zmierzchało już, gdy wracał ze sklepu. Przechodząc przez podwórko, potknął się i upadł. 

Butelka  octu  wysunęła  mu  się  z  rąk  i  rozbiła  na  progu  domu.  Pani  Elwell  obserwowała  ten 
wypadek z okna. Wybiegła i szarpnęła chłopca, stawiając go na nogi. 

— A masz, ty nieznośny szczeniaku! — wykrzyknęła, targając go mocno za uszy. — Już ja 

cię nauczę tłuc butelki i rozlewać ich zawartość! Zrobiłeś to naumyślnie. Idź natychmiast do 
łóżka! 

background image

Chester powlókł się do swojego pokoju na piętrze z nachmurzoną twarzą. Choć czuł głód, 

nie przejął się zbytnio tym, że posłano go do łóżka bez kolacji. Zdążył już do tego przywyknąć. 
Cała jego istota burzyła się na niesprawiedliwość, którą mu wyrządzono. 

— Nie  zniosę  tego!  —  mruczał  w  kółko.  —  Ucieknę,  nie  zostanę  tutaj  .  —  Łatwo  było 

mówić o ucieczce, ale trudniej to zrobić bez grosza w kieszeni i miejsca, dokąd można by uciec. 

Chester  potrafił  być  bardzo  zdecydowany,  gdy  raz  coś  postanowił.  Twarde  wychowanie 

sprawiło,  że  stał  się  nad  wiek  sprytny.  Tej  nocy  leżał,  nie  śpiąc  i  wynajdując  sposoby 
osiągnięcia celu, ale nie znalazł zadowalającego rozwiązania. 

Następnego dnia pani Elwell powiedziała: — Ches, Abner Stearns chce, żebyś był u niego 

przez dwa tygodnie, kiedy Tom Bixby wyjedzie. Masz rozwozić mleko rano i pomagać w domu 
pani Stearns. Możesz równie dobrze spędzić czas przed żniwami w ten sposób, więc pośpiesz 
się i pamiętaj, żeby się przyzwoicie zachowywać. 

Chester  przyjął  tę  wiadomość  z  zadowoleniem.  Nie  wymyślił  jeszcze  żadnego  sposobu 

ucieczki,  a  zawsze  lubił  pracować  w  domu  Stearnsów.  Oczywiście,  pani  Elwell  dostawała 
wszystkie zarobione przez niego pieniądze, ale pani Stearns była dla niego miła i choć musiał 
pracować ciężko i bez przerwy, był dobrze odżywiany i traktowany. 

Następne  dwa  tygodnie  były  dla  chłopca  dość  szczęśliwe.  Nie  zapomniał  jednak,  że 

zamierza raz na zawsze pożegnać się z Upton, jak tylko stanie się to możliwe i wysilał umysł 
nad znalezieniem jakiegoś sposobu. 

Tego popołudnia, gdy opuszczał gospodarstwo Stearnsów, pan Stearns zapłacił mu za dwa 

tygodnie pracy. Chester zdziwił się, bo pani Elwell zawsze nalegała, żeby wszystkie pieniądze 
były  wypłacane  bezpośrednio  jej.  Chester  został  posiadaczem  czterech  dolarów.  Był  to 
oszałamiający majątek. W całym swoim życiu Chester nie miał dla siebie więcej niż dziesięć 
centów na raz. Wędrując do domu, trzymał cały czas rękę w kieszeni i ściskał pieniądze, jakby 
z obawy, że mogą się rozwiać w powietrzu. 

Był  zdecydowany  uciec  raz  na  zawsze.  Pieniądze  mu  się  należą,  zarobił  je  co  do  grosza. 

Starczą mu do czasu, kiedy znajdzie gdzieś pracę. W każdym razie odejdzie i nawet gdyby miał 
głodować, nie wróci nigdy do ciotki Harriet! 

Kiedy dotarł do domu, pani Elwell była niezwykle zdenerwowana, bo Lige uprzedził ją, że 

odejdzie i to jeszcze przed żniwami! 

— Czy Stearns mówił coś o tym, że przyjdzie mi jutro zapłacić za twoją pracę? — zapytała. 
— Nie, proszę cioci. Nic o tym nie mówił — odpowiedział odważnie Chester. 
— No cóż, mam nadzieję, że przyjdzie.  Idź do łóżka, Ches. Niedobrze mi się robi, kiedy 

patrzę, jak przestępujesz z nogi na nogę jak gąsior. 

Chester kręcił się niespokojnie. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli jego plan się powiedzie, nie 

zobaczy już nigdy ciotki i zmiękło mu nieco serce. Choć taka szorstka, była jedyną opiekunką, 
jaką kiedykolwiek miał. Tliło się w nim niejasne pragnienie, aby zabrać z sobą jakieś dobre 
słowo czy spojrzenie. Nie doczekawszy się niczego podobnego, Chester wypełnił jej polecenie 
i poszedł na piętro. Tutaj usiadł i rozmyślał o swoich planach. 

Musi odejść jeszcze tej nocy. Jeśli pan Stearns nie pojawi się rano, pani Elwell z pewnością 

pójdzie  do  niego  i  zażąda  zapłaty  za  jego  pracę.  Wtedy  wszystko  wyjdzie  na  jaw.  Straciłby 
swoje pieniądze i na pewno zostałby surowo ukarany. 

Przygotowania nie zajęły mu wiele czasu. Nie miał nic do zabrania. Posiadał tylko jedno 

przyzwoite, choć znoszone niedzielne ubranie. Włożył je, a do kieszeni schował cenne cztery 
dolary. 

Musiał  czekać.  Około  jedenastej  uznał,  że  ciotka  już  śpi  i  cichutko  zszedł  na  dół.  Serce 

drżało mu w piersiach, kiedy wychodził przez okno na ganek. Gdy znalazł się sam pośród jasno 
oświetlonej  księżycowym  światłem  sierpniowej  nocy,  jego  przerażone  serduszko  napełniło 
uniesienie. Jest wolny i już nigdy tutaj nie wróci! 

background image

— Szkoda, że nie mogę pożegnać się z Henrym — mruknął, rzucając tęskne spojrzenie na 

duży dom po drugiej stronie stawu, gdzie twardo spał Henry, w którego kędzierzawej głowie 
nie zaświtała nawet myśl o tym, że można gdzieś nocą uciekać. 

Chester zamierzał przejść pieszo dziesięć mil do stacji w Roxbury. Nikt  go tam nie znał, 

mógł też złapać poranny pociąg. Choć było już bardzo późno, trzymał się pól i leśnych dróg, 
żeby  nikt  go  nie  zobaczył  i  nie  rozpoznał.  O  trzeciej  rano  dotarł  do  Roxbury.  Wiedział,  że 
pociąg  będzie  dopiero  o  szóstej.  Z  filozoficznym  podejściem  kogoś,  kto  zamierza  znaleźć 
swoje miejsce na świecie i postanawia zrobić wszystko co w jego mocy, zwinął się w kłębek w 
wolnym  miejscu  pomiędzy  kłodami  drewna  złożonymi  w  stos  za  budynkiem  stacji.  Był  tak 
zmęczony, że w ciągu kilku minut już spał. 

 

 
Zbudził go ostry gwizd ekspresu na ostatnim przejeździe przed stacją. W panice wygramolił 

się pośpiesznie spośród bali drewna i pognał do domku na stacji, gdzie za okienkiem kasy stał 
zaspany, zły kasjer. Spojrzał uważnie na piegowatego chłopca o kwadratowym zarysie brody, 
kupującego bilet drugiej klasy do Belltown. Przez głowę Chestera przebiegła myśl, że kasjer go 
rozpoznał.  Zadrżał.  Miał  przerażającą  wizję  siebie  pochwyconego  bezceremonialnie  i 
odstawionego z powrotem prosto do ciotki Harriet. Gdy tylko kasjer przysunął mu bilet i resztę, 
Chester porwał je i nieomal odbiegł od okienka. 

— Uciekł, jakby  goniła  go policja — pomyślał  kasjer, który sprzedając  niewiele biletów, 

miał czas na osobiste zainteresowanie kupującymi. — Widziałem już gdzieś tego młodzieńca, 
ale nie pamiętam gdzie. Musi być bardzo zdeterminowany. 

Kiedy pociąg ruszył ze stacji, Chester głośno odetchnął z ulgą. Był już w drodze i czuł, że 

potrafi stawić czoła nawet kolejowym urzędnikom. 

Nie była to jego pierwsza podróż pociągiem. Pani Elwell zabrała go kiedyś do Belltown, aby 

wyrwano  mu  bolący  ząb.  Po  raz  pierwszy  jednak  podróżował  w  równie  podniecających 
okolicznościach,  zamierzał  więc  cieszyć  się  tym  bez  ograniczeń.  Był  oczywiście  bardzo 
głodny, ale pomyślał, że pewnie nieraz jeszcze odczuje głód, zanim dorobi się majątku, więc 
lepiej od razu się do tego przyzwyczaić. Tymczasem należało mieć oczy otwarte. Niewiele było 
rzeczy na drodze z Roxbury do Belltown, które umknęły uwadze Chestera tego poranka. 

— Wszyscy tak mówią o moim toffi. Nikt w naszej okolicy nie potrafi mi dorównać, choć 

Bóg mi świadkiem, wielu się o to stara. Ten przepis wymyśliła moja prababka — przepis jest w 
naszej rodzinie od jej czasów. Cieszę się, że ci smakują. — Uśmiechnęła się znowu do niego, 
jakby to, że mu smakowało, stworzyło między nimi przyjacielską więź. Nic o tym nie wiedząc, 
dama napełniała serce zrozpaczonego uciekiniera nadzieją, odwagą i ufnością. Jeśli istnieją na 
świecie tacy dobrzy ludzie, to jakoś sobie poradzi. Uśmiech damy i jej toffi, bardziej nawet 
uśmiech  niż  toffi,  zdziałały  wiele,  aby  usunąć  z  jego  serca  zatwardziałość  i  żal  do  ludzi, 
zaszczepione w nim przez złe traktowanie ciotki Harriet. Chester niezwłocznie postanowił, że 
kiedy  tylko  będzie  okrągły  i  różowy,  i  będzie  mu  się  dobrze  powodzić,  zacznie  rozdawać 
uśmiechy,  toffi  i  słowa  pocieszenia  wszystkim  opuszczonym  chłopcom  na  statkach  i  w 
pociągach. 

Było już prawie ciemno, kiedy dotarli do Montrose. Chester stracił z oczu różową damę, gdy 

tylko opuścili statek. Poczuł się osamotniony, lecz nie mógł długo oddawać się temu uczuciu. 
Oto był u celu: w ciemnym, obcym mieście, sto mil od domu. 

— Po pierwsze, muszę znaleźć jakieś miejsce do spania — postanowił, dzielnie opierając się 

lękowi. 

Montrose  nie  było  właściwie  dużym  miastem.  Było  to  tylko  ruchliwe  miasteczko  z 

dwudziestoma tysiącami mieszkańców. W oczach Chestera wyglądało jak metropolia. Nigdy 

background image

nie był w miejscowości większej od Belltown, gdzie z każdego miejsca było widać co najmniej 
jeden jej koniec. Dla Chestera Montrose wydawało się nie mieć końca, gdy tak stał u wylotu 
Water Street i oszołomiony spoglądał na jedną z najruchliwszych ulic handlowych w mieście. 
Było to miejsce ogromne, pełne świateł, mały chłopiec mógł się w nim łatwo zgubić, zginąć bez 
śladu. 

Po  opłaceniu  biletu  do  Montrose,  kupnie  sera  i  sucharów  Chesterowi  pozostało  jedynie 

sześćdziesiąt  centów.  To  musiało  mu  wystarczyć,  dopóki  nie  znajdzie  jakiejś  pracy.  Luksus 
wynajęcia jakiegoś pokoju na noc był więc zupełnie wykluczony, nawet gdyby wiedział, gdzie 
go szukać. Tuż przed nim, na miejskim placu stały co prawda ławki, lecz Chester obawiał się, 
że gdy się ułoży na którejś z nich, podejdzie do niego policjant i zacznie zadawać mu jakieś 
pytania, na które on nie znajdzie zadowalającej odpowiedzi. 

Rozważając ten dylemat, pomyślał nagle o zacisznym kącie wśród kłód drewna na stacji w 

Roxbury.  Przypomniał  sobie,  że  wysiadając  na  ląd,  dostrzegł  obok  nabrzeża  duży  plac 
składowy,  wypełniony  stosami  drewna.  Wrócił  więc  na  to  miejsce  i  wkrótce  udało  mu  się 
znaleźć kącik odpowiedni do przenocowania. Ostatnia jego myśl przed zaśnięciem była taka, że 
musi jutro od wczesnego rana zacząć energicznie szukać pracy oraz, że odkąd zszedł cicho po 
schodach i wyskoczył przez okno na ganek w domu ciotki Harriet w Upton, upłynęły już ponad 
dwadzieścia cztery godziny. 

 

 
W świetle dnia Montrose nie było tak niepokojące, jak przy drżącym blasku elektrycznych 

żarówek.  Chester  wstał  wcześnie,  zjadł  resztę  sucharów  z  serem  i  natychmiast  rozpoczął 
poszukiwanie pracy. Postanowił być dokładny i wchodził wszędzie, gdzie prowadzono jakiś 
interes, od warsztatu kowala po dom towarowy. Wszędzie pytał pierwszą napotkaną osobę, czy 
nie potrzebują chłopca do pomocy. Były jednak takie miejsca, których zdecydowanie unikał. 
Nigdy nie wszedł do szynku. W zeszłym roku pozwolono mu chodzić do szkoły w Upton, a 
jego  nauczycielka,  blada,  cierpliwa  kobieta,  z  całej  duszy  nienawidziła  handlu  alkoholem. 
Sama wiele wycierpiała z powodu alkoholu i wpoiła odrazę do niego swoim uczniom. Chester 
wybrałby raczej śmierć głodową, niż szukał zatrudnienia w szynku. Wydawało się jednak, że 
nie  ma  dla  niego  miejsca  nigdzie.  Nikt  nie  potrzebował  chłopca.  Odpowiadano  mu  zawsze 
„nie”. W miarę, jak dzień mijał, nadzieja i odwaga opuszczały Chestera. Ciągle jednak chodził 
wytrwale z miejsca na  miejsce.  Z pewnością w  tak dużym mieście,  gdzie wszyscy byli tacy 
zajęci, musi znaleźć się coś do roboty dla niego. 

Raz niemal mu się udało. Wszedł do dużego sklepu spożywczego i zapytał sprzedawcę za 

ladą, czy nie potrzebują chłopca. 

— Owszem, potrzebujemy — odparł sprzedawca, patrząc na niego krytycznie. — Wątpię 

jednak, czy będziesz się nadawał. Wejdź, niech szef z tobą porozmawia. 

Zaprowadził  Chestera  do  małego,  ciemnego,  ponurego  biura,  gdzie  gruby,  przysadzisty 

mężczyzna trzymał nogi na blacie biurka, przy którym siedział. 

— Co takiego, hę? — odezwał się, gdy sprzedawca wyjaśnił, o co chodzi. — Szukasz pracy? 

Ależ synku, jesteś o połowę za mały. 

— Jestem o wiele większy, niż wyglądam — wykrzyknął Chester bez tchu. — To znaczy, 

mam  na  myśli  proszę  pana,  że  jestem  o  wiele  silniejszy,  niż  wyglądam.  Będę  pracował 
najciężej, jak potrafię i urosnę. 

Gruby,  niski  jegomość  ryknął  śmiechem.  To  co  dla  Chestera  stanowiło  rzecz 

najpoważniejszą w świecie, dla niego było po prostu żartem. 

background image

— Z  pewnością  urośniesz,  mój  chłopcze  —  powiedział  dobrodusznie.  —  Obawiam  się 

jednak, że nie dość szybko na nasze potrzeby. Chłopcy to nie drożdże. Nie, nasz chłopak musi 
być dużym, silnym osiemnasto– lub dziewiętnastolatkiem. Będzie musiał nosić sporo ciężarów. 

Chester wyszedł ze sklepu, czując dziwny ucisk w gardle. Przez jedną okropną chwilę czuł, 

że  się  rozpłacze.  On,  Chester  Stephens,  który  uciekł  z  domu,  aby  dokonać  wspaniałych 
czynów!  To  dopiero  byłoby  zakończenie  cudownych  marzeń!  Energicznie  włożył  ręce  do 
kieszeni i ruszył dalej, zagryzając mocno wargi. Nie, nie będzie płakał! Znajdzie jakąś pracę. 

Chester  nie  rozpłakał  się,  lecz  niestety  nie  znalazł  też  żadnej  pracy.  Rozstał  się  z 

dziesięcioma  drogocennymi  centami,  za  które  kupił  suchary  i  znów  spędził  noc  na  placu  z 
drewnem. 

Może jutro będę miał więcej szczęścia — pomyślał z nadzieją. Wyglądało jednak na to, że 

prześladował  go  pech.  Mijał  dzień  za  dniem  i  choć  Chester  dzielnie  maszerował  ulicami  i 
wstępował wszędzie, gdzie mogłaby pojawić się jakaś okazja, nie dostał żadnej pracy. Mimo 
całej dzielności, odwaga zaczynała go opuszczać. 

Pod  koniec  tygodnia  Chester  obudził  się  na  swoim  drewnianym  legowisku  i  zdał  sobie 

sprawę, że nie ma już środków do życia. 

Z czterech dolarów, które miały stać się podstawą zdobycia fortuny, zostało mu pięć centów. 
W posępnym nastroju usiadł na ścianie swojej sypialni, mieląc w ustach ostatniego suchara. 

Jeśli  nie  dostanie  pracy,  ten  suchar  musi  mu  wystarczyć  na  cały  dzień.  Pięć  centów  trzeba 
zachować na czarną godzinę. 

Poszedł  w  kierunku  centrum  miasta  bez  szczególnego  celu.  Podczas  całotygodniowych 

wędrówek  poznał  miasto  bardzo  dobrze  i  nie  czuł  się  zagubiony  w  jego  ruchu  i  tłoku. 
Zazdrościł każdemu spotkanemu chłopcu, który miał zajęcie. Kiedy był w Upton, miał czasem 
za złe, że kazano mu bez przerwy pracować, rzadko tylko dając wolną godzinę. Teraz ciążył mu 
nadmiar  wolnego  czasu.  Pomyślał,  że  to  niesprawiedliwe  i  nagle  przestał  myśleć  o 
czymkolwiek,  bo  poczuł  dziwny  szum  w  głowie.  Miał  takie  zawroty  już  kilka  razy  w  ciągu 
ostatnich trzech dni. Czuł się tak, jakby coś pękło mu w głowie i zaczęło szaleńczo wirować. 
Ludzie, domy, drzewa pochylały się i tańczyły wokół niego. Chester zastanawiał się mętnie, 
czy  nie  spotkało  go  to,  co  ciotka  Harriet  nazywała  „karą  bożą”.  Nie  zrobił  jednak  nic,  co 
zasługiwałoby na karę. Tak przynajmniej sądził. Z pewnością nie ma nic złego w tym, że ucieka 
się z domu, w którym cię źle traktują i w ogóle im na tobie nie zależy. Chester myślał o ciotce 
Harriet z goryczą. 

Znalazł się na rynku. Był dzień targowy i na placu zgromadził się tłum ludzi z okolicznych 

miejscowości.  Chester  miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  zarobić  parę  centów  za  przytrzymanie 
konia lub krowy, albo niesienie koszyka z towarem, ale żadna okazja tego rodzaju mu się nie 
trafiła.  Wdrapał  się  na  kloce  prasowanej  słomy  stojące  w  kącie  placu.  Z  przygnębieniem 
machał  nogami  zwisającymi  ze  stogu.  Odkrył  to,  co  już  niejeden  chłopiec  przed  nim:  dużo 
łatwiej siedzieć i marzyć o zdobyciu majątku, niż pójść w świat i rzeczywiście go zdobywać… 

W pobliżu rozmawiali ze sobą dwaj mężczyźni. Z początku Chester nie zwracał uwagi na 

ich słowa, lecz jedno zdanie sprawiło, że nadstawił uszu. 

— Tak, tak, w Hopedale zbiory są całkiem niezłe — mówił jeden z nich. — Czy jednak uda 

się je zachować w dobrym stanie, to zupełnie inna sprawa. Cholernie trudno znaleźć kogoś do 
roboty. Wszyscy 

 
mężczyźni zdolni do pracy wyruszyli na zachód. Salome Whitney z farmy Mount Hope jest 

w trudnej sytuacji. Ma wynajętego człowieka, ale on sam nie zbierze całego zboża. Wczoraj 
spędziła  cały  dzień,  jeżdżąc  po  okolicznych  gospodarstwach  i  próbując  wynająć  jakichś 
mężczyzn  czy  chłopców,  ale  nie  wiem,  czy  udało  jej  się  kogoś  zdobyć.  W  tym  momencie 
mężczyźni  znaleźli  się  poza  zasięgiem  uszu  Chestera,  lecz  on  zeskoczył  ze  stosu  słomy  ze 
zdecydowanym  wyrazem  twarzy.  Jeżeli  w  Hopedale  potrzebowano  robotników,  było  to 

background image

miejsce  dla  niego.  Rok  temu  w  czasie  żniw  w  Upton  pracował  równie  dobrze  jak  dorośli 
mężczyźni.  Tak  powiedział  sam  Ligę  Barton.  Chesterowi  przybyło  nagle  odwagi  i  nadziei. 
Zaczepił pierwszego napotkanego człowieka, pytając go o drogę do Hopedale. 

— Pewnie, że wiem, synku. Mieszkam w sąsiedztwie. Chcesz tam iść? Jeżeli poczekasz do 

wieczora, mogę cię podwieźć przez część drogi. To pięć mil stąd. 

— Dziękuję,  proszę  pana  —  odparł  stanowczo  Chester.  —  Lecz  muszę  iść  natychmiast. 

Proszę wskazać mi drogę. To ważne. 

— Cóż,  droga  jest  prosta.  Dojdziesz  ulicą  Albemarle  do  skraju  miasta,  a  potem  będziesz 

szedł cały czas prosto, aż trafisz do pomalowanego na biało i żółto kościoła. Skręć w prawo. 
Hopedale  znajduje  się  za  wzgórzem.  Lepiej  jednak  poczekaj  na  mnie.  Nie  wyglądasz  na  to, 
żebyś mógł iść pięć mil. 

Ale Chestera już nie było. Iść pięć mil! Pni! Mógł przejść i dwadzieścia, kiedy przyświecała 

mu nadzieja. Ulica Albemarle w końcu zmieniła się w prawdziwą, wiejską drogę. Chester był 
zadowolony, że jest znowu na wsi, z jej złocistymi polami wygrzewającymi się w słońcu po 
obu  stronach  drogi  i  zalesionym,  otoczonym  fioletową  mgiełką,  wzgórzem  na  horyzoncie. 
Znienawidził  miasto  z  zimnymi,  obojętnymi  twarzami  ludzi.  Dobrze  było  znów  wdychać 
czyste  powietrze  i  czuć  pod  zmęczonymi  stopami  miękką,  sprężystą  ziemię  zarośniętego 
paprociami pobocza. 

Na długo przed końcem drogi Chester zaczął się zastanawiać, czy wytrzyma do końca tych 

pięciu mil. Musiał się często zatrzymywać i odpoczywać, bo dostawał zawrotów głowy. Stopy 
ciążyły mu, jakby były z ołowiu, lecz wytrwale szedł dalej. Nie podda się teraz! 

Widok biało–żółtego kościoła był dla niego najmilszym widokiem na świecie! 
Za  wzgórzem  spotkał  mężczyznę,  którego  zapytał  o  drogę  do  farmy  Mount  Hope.  Na 

szczęście nie była daleko. Przy bramie Chester znów musiał przystanąć i poczekać, aż minie 
zawrót głowy. 

Podobało  mu  się  tu.  Obszerne,  wygodne  stodoły,  duży,  ładny  stary  dom,  otoczony 

czworobokiem porządnie przyciętych buków i drzew owocowych. Całe  gospodarstwo miało 
spokojny, dostatni wygląd. 

Gdyby  tylko  panna  Salome  Whitney  zechciała  mnie  wynająć,  pomyślał  tęsknie  Chester, 

wspinając się powoli stokiem. Obawiam się, że powie, iż jestem za mały. Chciałbym urosnąć 
naraz o trzy cale! Chciałbym nie mieć tych zawrotów głowy! Chciałbym… 

Jakie było trzecie życzenie Chestera, nigdy się nie dowiemy, bo gdy tylko dotarł na próg 

kuchennych  drzwi,  nastąpił  najsilniejszy  zawrót  głowy.  Drzewa,  stodoły,  żuraw  studzienny 
zawirowały wokół niego z prędkością wiatru. Zachwiał się i jego bezwładne ciałko upadło na 
szeroki, czysty, wykuty z piaskowca próg domu panny Salome Whitney. 

 

 
W  kuchni  na  farmie  Mount  Hope  panna  Salome  Whitney  była  właśnie  zajęta  ważną 

rozmową ze swoją „pomocą”, Klementyną Bosworth, na temat przyrządzania powideł. Panna 
Salome twierdziła, że powinny być gotowane, Klementyna nalegała, aby je włożyć do pieca. 
Klementyna  miała  ustalone  przekonania.  Od  lat  rządziła  panną  Salome  i  obie  wiedziały,  że 
powidła zostaną w końcu wsadzone do pieca, lecz dyskusja musiała się odbyć ze względów 
prestiżowych. 

— Kiedy wkłada się je do pieca, stają się kwaśne — sprzeciwiła się panna Salome. 
— Przecież  powidła  nie  powinny  być  słodkie,  prawda?  —  odparowała  pogardliwie 

Klementyna. — Ich urok polega właśnie na cierpkości. Po wyjęciu z pieca trzymają się dużo 
lepiej, wiesz, że tak jest. Moja babka zawsze tak robiła i mogła je przechowywać przez trzy lata. 

background image

Panna  Salome  wiedziała,  że  kiedy  Klementyna  powołuje  się  w  jakiejś  sprawie  na  babkę, 

należy  się  poddać.  Dalsze  argumentowanie  dowodziłoby  już  nie  godności  lecz  uporu.  Nie 
miało  sensu  twierdzenie,  że  nie  chce  trzymać  powideł  trzy  lata,  lecz  zjeść  je  i  zdać  się  na 
opatrzność w kwestii przyszłorocznych zbiorów. 

— Wobec tego wsadź je do pieca — powiedziała ze spokojem. — Sądzę, że to nieistotne, 

jak  zrobisz,  tak  czy  inaczej!  Chciałabym  tylko,  żeby…  Klementyno,  cóż  to  za  hałas?  To 
brzmiało, jak uderzenie w drzwi od ganku. 

— Pewnie  znów  ten  okropny  pies  Martina  —  odpowiedziała  Klementyna,  chwytając  za 

szczotkę z groźnym wyrazem twarzy, który źle wróżył psu. — Znowu zapaskudzi mi schody 
brudnymi łapami. Już ja go urządzę! 

Klementyna wyskoczyła na ganek i jednym szarpnięciem otworzyła drzwi. Przez moment 

było zupełnie cicho. Potem panna Salome usłyszała: „Na miłość Boską, Salome chodź tutaj!” 

Kiedy  panna  Salome  wybiegła  z  pokoju,  zobaczyła  rozciągniętego  u  stóp  Klementyny 

chłopca ze zbielałą twarzą. 

— Czy on nie żyje? — szepnęła. 
— Nie żyje?! — parsknęła Klementyna. — Po prostu zemdlał, ot co. Skąd on się tu wziął, u 

licha? To nie jest chłopak z Hopedale. 

— Trzeba go wnieść do środka — wykrzyknęła zdenerwowana panna Salome. — Przecież 

on może umrzeć. Musi być ciężko chory. 

— Wygląda mi raczej na to, że zemdlał z głodu — odparła szorstko Klementyna, unosząc go 

w swoich szczupłych, muskularnych ramionach. — Sama skóra i kości. Nie jest dużo cięższy 
od małego dziecka. To jakaś tajemnicza sprawa. Gdzie mam go położyć? 

— Na  kanapie  —  powiedziała  panna  Salome,  gdy  się  otrząsnęła  z  przerażenia  na  myśl  o 

umierającym z głodu dziecku na progu jej własnego domu! — Co się robi, kiedy ktoś mdleje? 

— Zwilża się twarz, unosi nogi do góry i rozluźnia kołnierzyk — Klementyna energicznie 

wykonywała po kolei wszystko, o czym mówiła. — A do nosa przytyka się amoniak. Biegnij po 
amoniak Salome. Tylko popatrz, sama skóra i kości! 

Ale  panna  Salome  poszła  już  po  amoniak.  Wyraz  malujący  się  na  chudej  i  bladej  twarzy 

chłopca boleśnie przeszywał jej serce. 

Gdy dzięki ostremu zapachowi amoniaku Chester odzyskał przytomność, zauważył, że leży 

na mięciutkich poduszkach w dużej, białej, słonecznej, olśniewająco czystej kuchni. Pochylała 
się nad nim wysoka, chuda kobieta o pociągłej, stanowczej twarzy i bystrych, czarnych oczach. 
Za nią, z parującym talerzem w rękach stała miła, różowa dama, która dała mu toffi na statku! 

Kiedy  otworzył  oczy,  panna  Salome  rozpoznała  go.  —  Ależ  to  ten  chłopiec,  którego 

widziałam na statku! — wykrzyknęła. 

— No, jesteś już przytomny — Klementyna spojrzała surowo na Chestera. — Teraz może 

nam wyjaśnisz, dlaczego mdlejesz na progu domu i straszysz ludzi do utraty zmysłów? 

Chester pomyślał, że musi to być właścicielka Mount Hope i pośpieszył ją ułagodzić. 
— Przepraszam — wyjąkał słabo. — Nie chciałem… 
— Nic nie mów, zanim czegoś nie zjesz — niekonsekwentnie mruknęła Klementyna. — No, 

otwórz usta i połknij łyżkę rosołu. Ładne rzeczy, kto to widział! 

Klementyna mówiła równie szorstko jak ciotka Harriet, lecz Chester jakoś nie bał się ani jej, 

ani jej czarnych oczu. Usiadła przy nim i karmiła go gorącym rosołem, z delikatnością, która 
dziwnie kłóciła się z surowym wyrazem twarzy. 

Chester  pomyślał,  że  nic  w  życiu  jeszcze  mu  tak  nie  smakowało  jak  ten  rosół.  Był 

rzeczywiście  strasznie  wygłodzony.  Wypił  wszystko  do  ostatniej  kropli.  Klementyna 
chrząknęła z zadowoleniem, wręczając milczącej i uśmiechniętej pannie Salome pusty talerz i 
łyżkę. 

— A teraz, kim jesteś i czego chcesz? — zapytała. 

background image

Chester spodziewał się tego pytania i idąc drogą do Hopedale, wymyślił, jak na nie odpowie. 

Zaczął mówić powoli, zatrzymując oddech, jakby recytował pośpiesznie wyuczoną lekcję. 

— Nazywam  się  Chester  Benson.  Pochodzę  z  północy,  z  Upton.  Moja  rodzina  nie  żyje  i 

przyjechałem do Montrose, żeby szukać pracy. Jestem tu od tygodnia i nie znalazłem nic do 
roboty.  Słyszałem,  jak  jakiś  mężczyzna  powiedział,  że  tu  potrzeba  chłopca  do  pomocy  przy 
żniwach, więc przyszedłem zobaczyć, czy ktoś nie zechce mnie nająć. 

Mimo osłabienia twarz Chestera stała się bardzo czerwona, zanim jeszcze skończył swoje 

przemówienie. Nie potrafił kłamać. Ściśle mówiąc, nie było w tym ani słowa nieprawdy. Co do 
nazwiska,  to  nazywał  się  Chester  Benson  Stephens.  Mimo  to  czuł  się  tak  winny,  jakby  łgał 
wierutnie od początku do końca. 

— Hm! — mruknęła Klementyna z niezadowoleniem. — Cóż ty sobie wyobrażasz, co taki 

malec  jak  ty,  może  robić  przy  żniwach?  Poza  tym  nie  potrzebujemy  pomocy.  Mamy  dość 
robotników. 

Chester  poczuł  się  okropnie  nieszczęśliwy  i  rozczarowany.  Wtedy  przemówiła  panna 

Salome.  —  Wcale  nie,  Klementyno.  Potrzebujemy  jeszcze  jednego  pomocnika.  Najmę  cię, 
Chester — tak masz na imię, prawda? Dostaniesz dobre wynagrodzenie. 

— Ależ Salome! — zaprotestowała Klementyna. 
Klementyna  wiedziała,  że  gdy  panna  Salome  podjęła  decyzję  i  ogłosiła  to  tym  swoim 

spokojnym, dobrze znanym jej tonem, była panią sytuacji i nie zamierzała się poddać. 

— Bardzo dobrze — dodała. — Oczywiście, zrobisz co zechcesz. Myślę jednak, że lepiej 

poczekać, aż dowiem się o nim czegoś więcej. — A tymczasem będzie głodował na schodach 
domów? — zapytała surowo Salome. 

— Świetnie — odparła Klementyna tonem osoby umywającej ręce od wątpliwej decyzji. — 

Tylko nie wiń mnie, jeśli będziesz tego żałować. 

Chester  zdążył  w  tym  czasie  pojąć,  że  jego  kłopoty  na  razie  w  sposób  cudowny  się 

skończyły. Uniósł się i oparł na łokciu, patrząc z wdzięcznością na pannę Salome. 

— Dziękuję pani — powiedział. — Będę dobrze pracował. Przywykłem do ciężkiej pracy. 
— Dobrze,  dobrze  —  panna  Salome  delikatnie  poklepała  jego  ramię.  —  Połóż  się  i 

odpocznij. Niedługo będzie obiad. Sądzę, że chętnie go zjesz. 

Cicho  i  łagodnie  zwróciła  się  do  Klementyny:  —  Coś  w  jego  twarzy  przypomina  mi 

Johnniego. Kiedy się podniósł, podobieństwo było przez chwilę tak silne, że miałam ochotę się 
rozpłakać Nie uważasz? 

— Nie wydaje mi się — odparła energiczna osoba, poruszając się po kuchni z prędkością, 

która zupełnie oszołomiła Chestera, gdy próbował nadążyć za nią wzrokiem. — Widzę tylko 
piegi i kości, ale jeżeli jesteś zadowolona to i ja będę. Na Boga, Salome, nie denerwuj mnie. 
Mam  tysiąc  spraw  do  załatwienia  w  tym  momencie.  Ta  zabawa  zrujnowała  mi  całą 
przedpołudniową pracę. 

Po obiedzie Chester zdecydował, że czas na coś się przydać. 
— Czy mogę od razu zacząć pracę? — zapytał. 
— Żniwa zaczynamy jutro — odparła panna Salome. — Dziś sobie odpocznij. 
— Czuję się świetnie — nalegał Chester. — Już wszystko w porządku. Proszę kazać mi coś 

zrobić. 

— Możesz  narąbać  mi  drzewa  do  pieca  na  popołudnie  —  odezwała  się  Klementyna.  — 

Pamiętaj, żeby było ucięte dość krótko. Każdy chłopiec, który dotąd tego próbował, ucinał je o 
prawie dwa cale za długie. 

Kiedy Chester wyszedł, Klementyna odezwała się do panny Salome z pogardą. — Czegóż to 

spodziewasz się po tym malcu przy żniwach na polu? 

— Być może zrobi niewiele — odpowiedziała łagodnie panna Salome. — Ale cóż miałam 

począć? Nie chciałabyś przecież, żebym pozwoliła chłopcu znowu błąkać się po świecie. 

Klementyna nie raczyła na to odpowiedzieć. Z brzękiem wrzuciła naczynia do balii. 

background image

— Gdzie  chcesz  go  położyć?  —  zapytała.  —  Nasi  robotnicy  będą  zajmować  pokój  przy 

kuchni.  Pozostaje  więc  tylko  jeden  wolny  pokój.  Chyba  tam  go  nie  umieścisz?  Twoja 
filantropia nie zaprowadzi cię chyba tak daleko. 

Kiedy  Klementyna  stosowała  jednocześnie  sarkazm  i  wielkie  słowa,  efekt  był 

zdumiewający. Panna Salome jednak tym razem nie ustąpiła. — Dlaczego jesteś do niego taka 
uprzedzona? — zapytała z ciekawością. 

— Nie jestem uprzedzona, ale ta jego historyjka nie brzmi prawdziwie. Pracowałam kiedyś 

w Upton i nie było tam żadnych Bensonów. Nie powiedział nam wielu rzeczy. Nie brałabym go 
do domu, zanim nie dowiedziałabym się, jak była jego przeszłość. Ale uprzedzona nie jestem! 

— Dobrze, dobrze — odparła Salome uspokajająco. — Musimy zrobić dla niego wszystko 

co się da. To nasz obowiązek. A co do pokoju, to dam mu pokój Johnniego. 

Klementyna otworzyła usta i znów je zamknęła. Wiedziała, że dalsza rozmowa jest stratą 

czasu. Jeśli Salome postanowiła umieścić tego rezolutnego, piegowatego włóczęgę, który spadł 
Bóg wie skąd na próg jej domu, w pokoju Johnniego, nie było o czym dyskutować. 

— Po tym nic mnie już nie zdziwi — mruczała, zanosząc naczynia do spiżarni. — Najpierw 

ten chudy łobuz przychodzi i mdleje na jej progu. Potem zostaje najęty do pracy i umieszczony 
w pokoju Johnniego. W jego pokoju! Salome, czego ty właściwie chcesz? 

Być może, Salome sama nie wiedziała. Jej serce lgnęło do tego chłopca. Mimo ironicznego 

parsknięcia Klementyny dalej uważała, że był podobny do Johnniego. Johnny był jej małym 
bratankiem.  Po  śmierci  jego  rodziców  wzięła  go  na  wychowanie  i  bardzo  kochała.  Johnny 
zmarł cztery lata temu i od tego czasu nikt nie zajmował pokoiku, w którym wszystko pozostało 
tak, jak w dniu jego śmierci. Panna Salome nie pozwoliła niczego ruszać, choć pedantycznie 
dbała,  żeby  było  tu  czysto.  A  teraz  jakiś  obdarty  chłopak,  nie  wiadomo  skąd,  miał  tu 
zamieszkać. Nic dziwnego, że Klementyna z dezaprobatą kiwała głową, kiedy panna Salome 
poszła na górę przewietrzyć pokój. 

Nawet Klementyna musiała przyznać, że Chester był chętny do pracy. Rąbał drewno, dopóki 

nie zawołała, żeby skończył. Potem przyniósł całą skrzynkę narąbanych szczapek i poukładał je 
tak  porządnie,  że  nawet  wymagająca  Klementyna  była  zadowolona.  Później  posłała  go  do 
ogrodu, by zebrał zieloną fasolę. Wieczorem wydoił krowy i wykonał gospodarskie prace, z 
łatwością dostosowując się do zwyczajów domu. Wszystko to sprawiło, że serce Klementyny 
musiało nieco zmięknąć. 

— Nauczono go gdzieś pracy — przyznała niechętnie. — Jest bardzo grzeczny i układny, 

ale zbyt sprytny. W dodatku taki z niego Benson jak i ja. Kiedy zawołałam go „Benson”, przez 
dobrą chwilę patrzył na mnie tak, jakbym nazwała go Nabuchodonozorem. 

Kiedy  nadeszła  pora  spania,  panna  Salome  zabrała  Chestera  do  białego  i  eleganckiego 

pokoiku, który zrobił głębokie wrażenie na chłopcu przyzwyczajonym do sypiania na strychach 
i w byle jakich komórkach. Po jakimś czasie panna Salome zajrzała do pokoju, aby zobaczyć, 
czy jest mu wygodnie. Stanęła nad łóżkiem ze świecą w ręku, patrząc z życzliwością na chudą, 
bystrą buzię na poduszce. 

— Mam  nadzieję,  że  będzie  ci  się  tu  dobrze  spało  —  powiedziała.  —  Przypominasz  mi 

chłopczyka, który kiedyś tu sypiał. Dobranoc. 

Pochyliła  się  i  pocałowała  go  w  czoło.  Nikt  dotychczas  nie  całował  Chestera,  jak  daleko 

sięgał pamięcią. Poczuł, że coś go dusi w gardle. Żałował, że nie powiedział pannie Salome 
całej prawdy o sobie. Może powiem jej rano, pomyślał, patrząc jak panna Salome wychodzi z 
pokoju. 

Po  chwili  zdecydował  jednak,  że  tego  nie  zrobi.  Był  pewien,  że  nie  pochwaliłaby  jego 

ucieczki. Pewnie nalegałaby, żeby wrócił natychmiast do Upton, albo powiadomił ciotkę, gdzie 
przebywa i co robi. Nie, nie może jej powiedzieć. 

Klementyna  wstawała  zwykle  wcześnie.  Kiedy  rano  weszła  do  kuchni,  zastała  ogień 

rozpalony, a Chester był na podwórzu. Trzy spośród pięciu krów były już wydojone. 

background image

— Hm! — mruknęła Klementyna z zadowoleniem. — Każda nowa miotła dobrze zamiata! 
Tego ranka dała mu do owsianki tłuste mleko, choć najemnicy dostawali zwykle chude. 
Zatrudniony  na  stałe  robotnik  Salome  mieszkał  w  małym  domku  w  dolinie.  Wkrótce  się 

pojawił,  nadeszli  też  dwaj  inni  mężczyźni,  zatrudnieni  przez  Salome  do  żniw.  Martin,  stały 
robotnik, spojrzał na Chestera z rozbawieniem. 

— Jak myślisz synku, co mógłbyś robić? 
— Wszystko — odpowiedział Chester dzielnie. — Jestem przyzwyczajony do pracy. 
— To prawda — szepnęła Klementyna na boku. — Jest cwany jak lis. Nie spuszczaj go z 

oczu. 

Chester  wkrótce  udowodnił,  że  potrafi  również  dobrze  pracować  w  polu.  W  ciągu 

następnych  pracowitych  trzech  tygodni  nawet  Klementyna  musiała  przyznać,  że  Chester 
zarabia  uczciwie  każdego  centa  swojej  zapłaty.  Jego  niezmordowane  nogi  zawsze  były  w 
ruchu,  a  silne  ramiona  potrafiły  dorównać  w  robieniu  widłami  najlepszym  robotnikom.  Po 
skończonej  pracy  w  polu  pomagał  doić  krowy  i  zbierał  jajka.  Sam  podjął  się  obchodzenia 
budynków gospodarskich. Dbał, żeby zwierzęta miały ciepło na noc. 

— Piegowaty  chudzielec  został  gdzieś  dobrze  przeszkolony  —  znów  zauważyła 

Klementyna. 

Wzmianka o chudości już nie pasowała do Chestera, bo przybyło mu na wadze. Nigdy w 

życiu nie był tak szczęśliwy. Ciężka praca w Upton i okropny tydzień spędzony w Montrose 
wydawały mu się złym snem. Tutaj, na złocistych polach Mount Hope pracował dobrowolnie. 
Mężczyźni polubili go i wkrótce stał się ich pupilem. Nawet Klementyna nieco złagodniała. 
Nie  przestała  być  surowa  i  nadal  ciskała  w  niego  słowami  jak  pociskami.  Chester  szybko 
jednak zauważył, że Klementyna miała ostry język, ale złote serce. Była dla niego bardzo dobra 
i karmiła go obficie, oświadczając, że powinien nabrać ciała. 

— Razi mnie, kiedy widzę, że komuś sterczą kości. Dzięki Bogu, nie przywykliśmy do tego 

w Mount Hope. Możesz się uśmiechać Salome. Lubię go i przyznaję, że potrafi być użyteczny, 
ale nadal mu nie ufam. Starannie ukrywa swoją przeszłość. Tyle można z niego wycisnąć, ile 
wody z kamienia. Wiem coś o tym, bo próbowałam. 

Serce Chestera należało jednak w całości do panny Salome. Nikogo dotychczas nie kochał w 

swoim smutnym, krótkim życiu. Pokochał ją z całkowitym oddaniem. Zapomniał, że pracuje, 
aby zarobić pieniądze. Pracował, chcąc sprawić przyjemność pannie Salome. Była dla niego 
dobra  i  łagodna.  W  cieple  atmosfery,  którą  tworzyła,  odtajało  jego  serce.  Co  wieczór 
przychodziła pocałować go na dobranoc; byłby bardzo rozczarowany, gdyby kiedyś tego nie 
zrobiła. 

Panna  Salome  była  wstrząśnięta,  kiedy  odkryła,  że  Chester  nie  modli  się  przed  spaniem. 

Postanowiła  nauczyć  go  prostej  modlitwy,  którą  sama  odmawiała  jako  dziecko.  Chester 
odmawiał ją każdego wieczoru, odkąd dostrzegł, że sprawia jej tym przyjemność. Zrobiłby dla 
niej wszystko. 

Opowiadała mu często o Johnnym i dała mu w prezencie scyzoryk, który kiedyś był jego 

własnością. 

— Należał  do  dobrego,  dzielnego  chłopca  —  powiedziała.  —  A  teraz,  jak  sądzę,  jest  w 

posiadaniu kogoś podobnego. 

— Nie jestem bardzo dobry — powiedział ze skruchą Chester. — Ale spróbuję być, panno 

Salome. Słowo daję, że spróbuję. 

Pewnego dnia Chester usłyszał, że panna Salome mówi o kimś, kto uciekł z domu. Nazwała 

go  „niegodziwym,  niewdzięcznym  chłopcem”.  Chester  zaczerwienił  się  tak  mocno,  że  jego 
piegi  utonęły  w  morzu  rumieńców  i  Klementyna  oczywiście  to  zauważyła.  Czy  coś  mogło 
umknąć tym jej srogim, czarnym oczom? 

— Czy myśli pani, że to zawsze jest złe, kiedy ktoś ucieka, panno Salome? — zapytał cicho. 
— To nigdy nie jest dobre — odparła zdecydowanie panna Salome. 

background image

— Ale jeżeli był źle traktowany, krzyczano na niego i nie pozwalano mu chodzić do szkoły? 

— błagalnie zapytał Chester. 

Klementyna  rzuciła  pannie  Salome,  spojrzenie  mówiące:  „Jesteś  ślepa  jak  kret,  jeśli  nie 

potrafisz właściwie tego odczytać”. Lecz panna Salome pozostała w błogiej nieświadomości. 
Nie przypuszczała ani przez chwilę, że Chester ma na myśli coś więcej niż ogólniki. 

— Nawet  wtedy  —  odparła  stanowczo.  —  Nic  nie  usprawiedliwia  ucieczki  z  domu, 

szczególnie w przypadku Jarvisa Colemena. Nie zostawił nawet wiadomości, dokąd pojechał. 
Jego ciotka myślała, że utopił się w rzece. 

— Nie  sądzę,  żeby  bardzo  cierpiała,  gdyby  tak  się  stało  —  wtrąciła  z  sarkazmem 

Klementyna, nie spuszczając z Chestera oczu. Chester czuł się tak, jakby te oczy świdrowały w 
jego sercu i jakby wiedziała o nim wszystko. 

Kiedy  sezon  żniwny  zbliżał  się  do  końca,  w  serce  naszego  bohatera  zaczął  wkradać  się 

niepokój.  Gdzie  teraz  pójdzie?  Nie  mógł  znieść  myśli  o  opuszczeniu  Mount  Hope  i  panny 
Salome.  Byłby  zadowolony,  gdyby  mógł  tu  zostać  i  pracować,  chociażby  tak  ciężko  jak  w 
Upton, tylko w zamian za dach nad głową i wyżywienie. Marzenia o zdobyciu majątku wydały 
mu się mało warte w porównaniu z mieszkaniem u panny Salome. 

— Myślę, że będę musiał ruszyć w drogę — powiedział sobie ze smutkiem. 
Pewnego  dnia  panna  Salome  odbyła  z  Klementyną  naradę.  Na  koniec  Klementyna 

oświadczyła  tonem,  jakiego  się  używa  wobec  rozkapryszonego  dziecka:  „Rób  co  chcesz. 
Gdybyś  jednak  skorzystała  z  mojej  rady  —  choć  nie  spodziewam  się  tego  —  napisałabyś 
najpierw  do  kogoś  w  Upton  i  zebrała  o  nim  jakieś  informacje.  To  co  mówi,  wydaje  się 
prawdziwe i nie można go na niczym przyłapać, bo zawsze trzyma się tego samego. Coś jednak 
za tym się kryje — zapamiętaj moje słowa Salome — za tym coś się kryje”. 

— Jest taki podobny do Johnniego — westchnęła panna Salome. 
— Według ciebie, jak sądzę, to go całkowicie usprawiedliwia — powiedziała Klementyna z 

pogardą. 

 

 
W dniu, kiedy ostatnie, szeleszczące, złociste snopy zostały wniesione do wielkiej stodoły i 

ułożone  pod  sam  dach,  panna  Salome  wezwała  Chestera  do  kuchni.  Chester  posłuchał 
wezwania z sercem pełnym rozpaczy. 

Czas jego pracy się skończył, teraz mu zapłacą i zostanie odprawiony. Co prawda, dziś rano 

Martin powiedział mu o pewnym gospodarzu z East Hopedale, który potrzebuje na jakiś czas 
chłopca do pomocy. Martin obiecał dopilnować, by Chester dostał tę pracę, jeżeli będzie chciał. 
To jednak nie wystarczyło, żeby Chester pogodził się z myślą o opuszczeniu Mount Hope. 

Panna Salome siedziała w swoim ulubionym, nasłonecznionym kącie kuchni. Klementyna 

poruszała się po całym pomieszczeniu ze zdwojoną energią, aż furkotała perkalowa spódnica. 
Jej cienkie, zaciśnięte usta wyrażały niezadowolenie. 

— Chester — odezwała się łagodnie panna Salome. — Dziś kończy się twoja praca. 
Chester skinął głową. Przez chwilę poczuł się tak, jak po wyjściu ze sklepu w Montrose, 

kiedy zachciało mu się płakać. Nie chciał jednak, żeby Klementyna zobaczyła jego łzy, choć 
nie miałby nic przeciwko temu, by je widziała panna Salome. 

— Co zamierzasz robić dalej? — zapytała panna Salome. 
— W  East  Hopedale  jest  człowiek,  który  potrzebuje  kogoś  do  pracy.  Martin  uważa,  że 

nadawałbym się. 

— To Jonas Smallman — powiedziała z namysłem panna Salome. — Mówią, że to surowy 

pracodawca. Być może nie powinnam tak mówić, bo za mało go znam. Czy nie zechciałbyś 
raczej zostać tu z nami na zimę? 

background image

— Proszę pani, panno Salome — wyjąkał Chester. W tej samej chwili usłyszał, jak za jego 

plecami  Klementyna  parska  i  mruczy  niezrozumiałe  dla  niego  słowa:  —  Z a u r o c z o n a . 
Zupełnie zauroczona. 

— Właściwie potrzebujemy chłopca do pomocy przez cały rok mówiła dalej panna Salome. 

— Martin ma za dużo ciężkiej pracy. Trzeba też zebrać jabłka. Jeżeli zechcesz zostać, będziesz 
miał mieszkanie, wyżywienie i ubranie w zamian za różne domowe prace i możesz pójść do 
szkoły. Na wiosnę zobaczymy, co będzie dalej. 

Jeżeli zechce zostać?!! Chester miał ochotę roześmiać się w głos. Oczy jaśniały mu radością, 

kiedy  odpowiedział:  —  Och,  panno  Salome!  Bardzo  chętnie  zostanę!  Nie  chciałem  wcale 
odchodzić! Będę starał się robić wszystko, co pani zechce. Będę bardzo ciężko pracował. 

— Hm! — To oczywiście była Klementyna, która postawiła rondel z jabłkami na piecu z 

wymownym stuknięciem. — Nikt nigdy nie wątpił w twoją chęć do pracy. Szkoda tylko, że 
wszystko inne, co ciebie dotyczy, nie jest równie zadowalające. 

— Klementyno! — zawołała z wyrzutem panna Salome. — Objęła Chestera i przyciągnęła 

do siebie. — A więc wszystko ustalone, Chester. Teraz jesteś moim chłopcem i spodziewam 
się, że będziesz grzeczny. 

Jeszcze żaden chłopiec zapewne tak zdecydowanie nie postanowił być grzeczny jak Chester. 

Ten dzień był dla niego początkiem nowego życia. W następnym tygodniu zaczął chodzić do 
szkoły  w  Hopedale.  Panna  Salome  dała  mu  wszystkie  stare  książki  Johnniego  i  osobiście 
interesowała się jego nauką. 

Chester  powinien  czuć  się  bardzo  szczęśliwy  i  z  początku  tak  było,  lecz  gdy  przeszły 

łagodne, jasne dni jesieni, jego szczęście przesłonił cień. Ciągle nurtowała go myśl, że oszukał 
pannę Salome, i która tak mu ufała. Nie był tym, za którego się podawał. Uważał, że panna 
Salome byłaby tym wstrząśnięta. Gdy w miarę upływu czasu coraz lepiej poznawał, ile wagi 
przywiązuje  do  honoru  i  prawdy,  rosło  jego  zawstydzenie.  Kiedy  patrzyła  na  niego  ufnymi 
oczami,  Chester  czuł  się  tak  winny,  jakby  tym  oszustwem  umyślnie  chciał  jej  wyrządzić 
krzywdę. Pragnął zdobyć się na odwagę, żeby powiedzieć o sobie całą prawdę. 

Co więcej, zaczął też uważać, że może mimo wszystko nie zrobił dobrze, uciekając od ciotki 

Harriet.  Według  zasad  moralnych  panny  Salome,  to  co  nieuczciwe,  nie  może  być  dobre.  A 
Chester odtąd patrzył na świat oczami panny Salome. Był pewien, że Johnny nigdy by tak nie 
postąpił, a teraz główną ambicją Chestera było stać się równie dobrym i dzielnym chłopcem jak 
Johnny.  To  zaś  było  niemożliwe  tak  długo,  jak  długo  ukrywał  prawdę  o  sobie  przed  panną 
Salome. 

— Ten chłopak czymś się trapi — orzekła ta okropna Klementyna, która według Chestera 

potrafiłaby przejrzeć na wylot kamienny mur. 

— Nonsens!  Co  mogłoby  go  trapić?  —  zaprzeczyła  panna  Salome.  Czuła  się  jednak 

odrobinę zaniepokojona. Ona też zauważyła, że Chester zamyśla się i często bywa nieobecny 
duchem. 

— No cóż, nie mam pojęcia. Nie sądzę, żeby obrabował bank, albo kogoś zamordował, ale 

czymś się martwi, to pewne. 

— W  szkole  idzie  mu  bardzo  dobrze  —  zastanawiała  się  panna  Salome.  —  Tak  mówi 

nauczyciel. Poza tym bardzo chętnie się uczy. Nie mam pojęcia, czym mógłby się zamartwiać. 

Los chciał, że musiała pozostać w niepewności jeszcze przez dwa tygodnie. W tym czasie 

Chester walczył ze sobą, aż w końcu zwyciężył obawy. Zdecydował z ciężkim westchnieniem, 
że powie pannie Salome prawdę. Wiedział, że oznacza to powrót do Upton, do ciotki Harriet i 
do poprzedniego ciężkiego życia, ale nie chciał już dłużej niczego ukrywać. 

Pewnego popołudnia, po powrocie ze szkoły Chester wszedł do kuchni. Miał zaciśnięte usta, 

a jego szczęka wyglądała jeszcze bardziej kanciasto niż zwykle. Panna Salome robiła właśnie 
swoje słynne toffi, a Klementyna przędła na kołowrotku. 

background image

— Panno  Salome  —  zaczął  Chester  z  rozpaczą.  —  Jeśli  nie  jest  pani  zbyt  zajęta,  to 

chciałbym pani coś powiedzieć. 

— O  co  chodzi?  —  zapytała  panna  Salome  pogodnie,  odwracając  się  do  niego  z  łyżką 

zawieszoną w powietrzu nad kamiennym garnkiem. 

— Chodzi  o  mnie. Panno  Salome  ja…  ja…  nie powiedziałem  pani  całej  prawdy  o  sobie. 

Muszę to teraz powiedzieć. Tak naprawdę to ja… nie nazywam się… Benson… i uciekłem z 
domu. 

— O Boże! — zawołała słabo panna Salome. Wrzuciła łyżkę do garnka i w ogóle tego nie 

zauważyła. — O Boże, Chester! 

— Wiedziałam  —  powiedziała  triumfalnie  Klementyna.  —  Wiedziałam  i  zawsze  to 

mówiłam. Uciekłeś, tak? 

— Tak, proszę pani. Nazywam się Chester Benson Stephens i mieszkałem w Upton z ciotką 

Harriet Elwell. Ona nie jest właściwie moją krewną, tylko przyrodnią siostrą ojca. Ona… nie 
była dla mnie dobra i nie pozwalała mi chodzić do szkoły, więc uciekłem. 

— Ale,  na  miłość  boską,  Chester,  czy  nie  wiedziałeś,  że  to  jest  bardzo  złe?  —  zapytała 

zdumiona panna Salome. 

— Nie, wtedy tego nie wiedziałem. Ostatnio zacząłem myśleć, że może to nie było dobre. 

Jest mi naprawdę… przykro. 

— Więc jak brzmi twoje prawdziwe nazwisko? — zapytała Klementyna. 
— Stephens, proszę pani. 
— A nazwisko panieńskie twojej matki? 
— Mary Morrow — odpowiedział Chester, zastanawiając się, o co chodzi. 
Klementyna  zwróciła  się  do  panny  Salome  tonem  osoby  zmuszonej  zmienić  opinię,  do 

której bardzo się przywiązała. 

— Cóż, proszę pani, sądzę, że miała pani rację co do tego, że on przypomina Johnniego. 

Nigdy nie zauważyłam podobieństwa, ale możliwe, że ono istnieje, bo ten chłopak i Johnny są 
kuzynami. Ich matki były siostrami. 

— Ach, Klementyno! — wykrzyknęła panna Salome. 
— Proszę  bardzo,  może  pani  wykrzykiwać  „Klementyno”.  To  niezwykły  zbieg 

okoliczności. Nie robi to z was żadnych krewnych, bo kuzynostwo jest od strony matki. Fakt 
jest jednak faktem. Mary Morrow urodziła się i wychowała w Hopedale. Pojechała do Upton w 
tym samym czasie co ja i poślubiła tam Oliwiera Stephensa. Znałam jego ojca równie dobrze 
jak panią. 

— To  cudowne  —  odparła  panna  Salome.  Potem  dodała  jednak  ze  smutkiem.  —  To  nie 

zmienia jednak faktu, że twoja ucieczka była czymś złym, Chester. 

— Opowiedz nam o tym — zażądała Klementyna, siadając na skrzyni z drewnem. — Siadaj 

chłopcze. Nie stój jak skazaniec. Opowiedz nam wszystko. 

Chester  posłuchał  wezwania  i  opowiedział  o  wszystkim  po  kolei.  O  ucieczce  w  nocy  i  o 

przygodach w Montrose. Panna Salome wydała pełen grozy okrzyk, kiedy usłyszała, że spał 
przez  siedem  nocy  na  stosie  drewna,  ale  Klementyna  słuchała  w  milczeniu,  nie  spuszczając 
oczu z bladej twarzy chłopca. Kiedy skończył, skinęła głową. 

— A więc znamy całą historię. Teraz już niczego nie ukrywasz. Lepiej było to opowiedzieć 

nam od razu, młody człowieku. 

Chester wiedział o tym, więc nie znalazł odpowiedzi. Panna Salome spojrzała na niego ze 

smutkiem. 

— Mimo  wszystko  nie  zrobiłeś  dobrze,  uciekając  —  powiedziała  stanowczo.  —  Z 

pewnością  ciotka  była  surowa  dla  ciebie,  ale  dodawanie  jednego  zła  do  drugiego  nie  czyni 
dobra. 

— Tak, proszę pani. 
— Musisz wrócić do swojej ciotki — ze smutkiem ciągnęła panna Salome. 

background image

Chester  skinął  głową.  Bał  się  odezwać,  żeby  nie  zawiódł  go  głos.  Wówczas  oburzona 

Klementyna uniosła się gniewem. 

— Cóż to za nonsens, Salome Whitney! Gdzie chcesz go odesłać? Znałam Harriet Elwell 

przed laty. Jeśli nic się nie zmieniła, to nie dziwię się, że Chester od niej uciekł. Sama bym mu 
to poradziła. Wracać, też coś! Zatrzymaj go tu, bo powinnaś to zrobić, a Harriet Elwell niech 
sobie szuka kogo innego do sztorcowania! 

— Klementyno! — zaprotestowała panna Salome. 
— Och, muszę powiedzieć,  co myślę, Salome. Nikt inny się za Chesterem nie ujmie, jak 

widać. Masz do niego takie same prawa jak Harriet Elwell. Ona też nie jest jego krewną. 

Panna  Salome  była  zakłopotana.  Być  może  było  coś  w  tym,  co  mówiła  Klementyna.  Z 

przykrością myślała też o wyjeździe Chestera. Gdy tak stał z zaczerwienioną twarzą i smutnym 
spojrzeniem, przypominał jej Johnniego bardziej niż kiedykolwiek. 

— Chester  —  odezwała  się  z  powagą.  —  Pozostawiam  decyzję  tobie.  Jeżeli  uznasz,  że 

powinieneś wracać do ciotki, to dobrze. Jeśli nie — zostaniesz tutaj. 

To było najcięższe ze wszystkiego. Chester wolałby, by nie kazano mu wybierać. Było to 

tak, jakby miał sam odciąć sobie rękę. Odezwał się jednak dzielnie. 

— Myślę, że powinienem wracać, panno Salome. Chcę też zwrócić pieniądze. 
— Ja też tak myślę, chociaż jest mi bardzo przykro. Pojadę z tobą do Upton. Wyjedziemy 

jutro. Jeżeli twoja ciotka zgodzi się, żebyś ze mną został, możesz tu wrócić. 

— Rzeczywiście! — odezwała się kwaśno Klementyna. — Kto zgodzi się zrezygnować z 

takiego chłopca jak Chester, dobrego robotnika, tak grzecznego i uprzejmego jak nikt? Już to 
widzę.  Toffi  się  przypaliło  i  przywarło  do  garnka,  ale  co  tam!  Mam  tylko  nadzieję,  Salome 
Whitney, że kiedy znów zechcesz przyjąć jakiegoś chłopca, to zanim pozwolisz, żeby ktoś się 
do niego przywiązał, najpierw upewnisz się, że rzeczywiście chcesz go mieć. Nie znoszę, kiedy 
ktoś rozdziera mi serce. 

Klementyna porwała garnek i znikła w spiżarni w oparach ostrego, gryzącego dymu. 
Tej nocy Mount Hope było bardzo smutnym miejscem. Panna Salome ciężko wzdychała, 

przygotowując  się  do  jutrzejszej  podróży.  Klementyna  chodziła  z  twarzą  jeszcze  bardziej 
posępną niż zwykle. 

Chester natomiast poszedł do swojego pokoiku i płakał długo w poduszkę. Nie dbał już o 

dumę, płakał i nawet nie udawał, że jest inaczej, kiedy panna Salome weszła, żeby trochę z nim 
posiedzieć  i  porozmawiać.  Ta  rozmowa  pocieszyła  Chestera.  Zrozumiał,  że  cokolwiek  się 
stanie,  zawsze  będzie  miał  przyjaciół  w  pannie  Salome  i  —  tak,  to  prawda  —  również  w 
Klementynie. 

Chester nie wiedział, że gdy zasnął ze śladami łez na brązowych policzkach, Klementyna 

weszła ze świecą w ręce i pochyliła się nad nim z wyrazem niemal macierzyńskiej czułości na 
twarzy. Było późno i unosił się wokół niej zapach toffi. Długo po tym, jak panna Salome poszła 
do  łóżka,  Klementyna  siedziała  jeszcze  w  kuchni,  żeby  przyrządzić  nową  porcję  toffi  dla 
Chestera na drogę. 

— Biedne,  kochane  dziecko  —  powiedziała,  delikatnie  ujmując  jeden  z  jego  mocno 

zakręconych  loków.  —  Ona  nie  wie,  gdzie  cię  posyła,  bo  inaczej  nie  zrobiłaby  tego.  Nie 
mówiłeś nic złego o swojej ciotce i Salome pomyślała, że ona jest tylko trochę nerwowa, ale ja 
się wszystkiego domyśliłam. 

Panna  Salome  i  Chester  wyruszyli  wcześnie  rano.  Mieli  jechać  do  Montrose  końmi, 

zostawić tam wóz i wsiąść na statek do Belltown. Chester pożegnał się serdecznie z pokoikiem, 
długą,  białą  kuchnią  oraz  gospodarskimi  budynkami.  Kiedy  wsiadał  na  wóz,  Klementyna 
włożyła mu do rąk dużą torbę pełną toffi. 

— Do widzenia, Chester. Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, jestem twoją przyjaciółką. 
Potem  wróciła  do  kuchni  i  rozpłakała  się.  Dobra  Klementyna  o  czułym  sercu  i 

niewyparzonej gębie usiadła i rozpłakała się. 

background image

Był wspaniały dzień na podróż. Rześki, jasny i słoneczny. Ale ani Chester, ani panna Salome 

nie byli w stanie się nim cieszyć. Podróżowali tą samą trasą, którą Chester uciekał i wieczorem 
dotarli do Belltown. 

Tu zanocowali i rano wsiedli do pociągu jadącego do stacji Roxbury, gdzie panna Salome 

wynajęła konie od właściciela sklepu, aby dostać się do Upton. 

Kiedy wjechali na dziedziniec Elwellów, Chester poczuł ucisk w sercu. Jakże dobrze znał to 

miejsce! 

Panna Salome przywiązała wynajęte konie i wzięła Chestera za rękę. Podeszli do drzwi i 

zapukali. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła przed nimi pani Elwell. Pewnie widziała 
ich wcześniej z okna, bo nie okazała żadnego zdziwienia na widok Chestera. Nie powiedziała 
słowa, tylko stała nieruchomo przed nimi. 

Jak  ta  kobieta  okropnie  wygląda!  —  pomyślała  panna  Salome.  Odezwała  się  jednak 

uprzejmie: — Czy mam przyjemność z panią Elwell? 

— Tak, to ja — odparła nieprzyjaźnie dama. 
— Przywiozłam  pani  bratanka  —  ciągnęła  panna  Salome,  kładąc  rękę  na  skulonym 

ramieniu  Chestera,  aby  dodać  mu  odwagi.  —  Zatrudniałam  go  przez  jakiś  czas  w  moim 
gospodarstwie w Hopedale, ale do wczoraj nie wiedziałam, że uciekł od pani. Kiedy powiedział 
mi  o  tym,  pomyślałam,  że  powinien  zaraz  wrócić  i  oddać  pani  te  cztery  dolary.  On  też  tak 
uważał. A więc przywiozłam go. 

— W  takim  razie  mogła  sobie  pani  oszczędzić  kłopotu!  —  krzyknęła  przenikliwie  pani 

Elwell. Jej czarne oczy zabłysły gniewem. — Skończyłam z nim i nie chcę żadnych pieniędzy. 
Uciekł,  jak  była  robota  i  myśli,  że  może  teraz  wrócić,  kiedy  wszystko  jest  zrobione,  by 
leniuchować całą zimę, tak? Nie przekroczy progu mojego domu! 

— Na pewno nie przekroczy! — krzyknęła panna Salome, dochodząc do głosu. Jej łagodna 

natura doznała silnego wstrząsu wobec braku serca widocznego w twarzy i głosie pani Elwell. 
— Na pewno nie! — krzyknęła ponownie. — Nie zabraknie mu domu, jak długo będę go miała. 
Chodź Chester, wracamy do domu. 

— Wszystkiego najlepszego — pożegnała ich z sarkazmem pani Elwell. 
Panna  Salome  pożałowała  swojej  ostrej  odpowiedzi.  Obawiała  się,  że  nie  wypadła  zbyt 

godnie.  Mimo  to  przez  moment  było  jej  żal,  że  nie  ma  tu  Klementyny.  Pomyślała  nieco 
złośliwie, że z przyjemnością posłuchałaby wymiany zdań między panią Elwell a swoją starą 
służącą. 

— Przepraszam  pani  Elwell,  jeśli  użyłam  jakichś  niestosownych  słów  —  powiedziała  z 

godnością. — Sprowokowała mnie pani do tego swoimi uwagami. Życzę dobrego dnia. 

Pani Elwell zatrzasnęła drzwi. 
Panna Salome poprowadziła Chestera do bramy, mając policzki bardziej zaróżowione niż 

zwykle, odwiązała konie i wyjechała z podwórza. Nie ośmieliła się odezwać do oszołomionego 
chłopca, zanim nie wyjechali na główną drogę. 

— Co za okropna kobieta! — zawołała w końcu. — Nie dziwię się doprawdy, Chester, że 

uciekłeś! Choć pamiętaj, mimo wszystko uważam, że to nie było dobre. Bardzo się cieszę, że 
nie chciała cię przyjąć. Teraz jesteś mój. Mów do mnie ciociu Salome. Wio, koniki! 

Chester  był  zbyt  szczęśliwy,  żeby  mówić.  Nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  tak  szczęśliwy  i 

przepełniony wdzięcznością. 

Dotarli do domu wieczorem następnego dnia, gdy czerwone słońce zachodziło za wielkie 

klonowe drzewa na wzgórzu. Gdy wjechali na podwórko, w drzwiach obory stała Klementyna. 
Chester pomachał jej radośnie ręką. 

— Chwała  Bogu!  —  powiedziała  Klementyna.  Postawiła  wiadro  i  wybiegła  na  drogę. 

Chwyciła Chestera, gdy zeskakiwał z wozu i mocno go uścisnęła. 

— Tak się cieszę, że znowu cię widzę. 

background image

— Wrócił już na zawsze — oznajmiła panna Salome. — Chester, idź na górę i zabierz się do 

lekcji na jutro. 

background image

S

EKRET 

D

OVIE

 

 
Wiem coś, wiem coś, wiem coś… ale nie powiem — zanuciła Dovie Johnson, kołysząc się 

na samej krawędzi nabrzeżnej skarpy. 

Jane, widząc to, zadrżała, jednak ewolucje Dovie były dla niej w jakiś sposób fascynujące. 

Obawiała  się,  że  Dovie  pewnego  dnia  spadnie  i  co  wtedy?  Dovie  jednak  nigdy  nie  spadała. 
Szczęście jej nie opuszczało. 

Jane fascynowało wszystko, co Dovie robiła i mówiła. Zazwyczaj te dwie rzeczy różniły się 

od siebie, lecz niedoświadczona i łatwowierna Jane nie miała o tym pojęcia. Dovie wiedziała 
dużo więcej od Jane, bo miała jedenaście lat i spędziła w Bartibog całe życie, a ośmioletnia Jane 
mieszkała tu dopiero od roku. Dovie uważała, że tylko w Bartibog ludzie coś wiedzą. Co można 
wiedzieć o życiu, kiedy jest się zamkniętym w mieście? 

Poza  tym  Dovie  znała  tyle  sekretów  i  nigdy  ich  nie  zdradzała,  a  Jane  usychała  wręcz  z 

ciekawości. Sekrety muszą być takie cudowne, tajemnicze i piękne. Jane nie miała żadnego. O 
wszystkim co wiedziała, wiedzieli również inni: mama, ciocia Helena i wuj George. Sekret nie 
jest  sekretem,  jeśli  wie  o  nim  więcej  niż  dwoje  ludzi.  Tak  przynajmniej  twierdziła  Dovie. 
Gdyby tylko Dovie zdradziła jej ten jeden jedyny, to by wystarczyło. Chociaż jednak prosiła i 
błagała,  Dovie  nie  chciała  się  zgodzić.  Marszczyła  swój  gruby  nos,  robiła  ważną  minę  i 
oświadczała, że Jane jest za młoda, aby mieć tajemnice. Doprowadzało to Jane do szału. 

— Powiedziałabyś komuś, nie mogłabyś wytrzymać — szydziła Dovie. 
— Na pewno nie! Wytrzymałabym! — krzyknęła Jane. — Och Dovie, proszę cię, zdradź mi 

tylko jeden jedyny. Znasz ich tak wiele. Mogłabyś mi jakiś odstąpić. 

Nagle coś przyszło Jane do głowy: — Jeśli powiesz mi sekret, dam ci sześć jabłek. 
Tajemnicze, bursztynowe oczka Dovie zabłysły. Jabłka miały swoją cenę w Bartibog, gdzie 

jest niewiele sadów. Lawrence’owie mieli mały sad, w którym sierpniowe jabłka dojrzewały 
wcześniej niż pozostałe w okolicy. 

— Sześć żółtych jabłek z tego drzewa w południowo–zachodnim rogu? — próbowała dobić 

interesu Dovie. 

Jane skinęła głową i zaczęła szybko oddychać z emocji. Czy możliwe, by Dovie naprawdę 

zdradziła jej cudowną tajemnicę? 

— Czy ciocia ci pozwoli? — chciała wiedzieć Dovie. 
Wszyscy w Bartibog wiedzieli, że pani Lawrence jest skąpa i żałuje nie tylko jabłek. Jane 

znów skinęła głową, lecz z widocznym wahaniem. Nie była tego wcale pewna. Ciocia Helena 
dawała jej jedno jabłko dziennie dla zdrowia. Ale sześć na raz, to co innego. Dovie wyczuła 
niezdecydowanie. 

— Będziesz  musiała  przynieść  mi  te  jabłka  wcześniej,  zanim  powiem  ci  cokolwiek  — 

oznajmiła stanowczo. — Jeśli nie, nie będzie żadnych sekretów. 

— Być może nie dostanę ich od razu — powiedziała Jane z zapałem — ale zdobędę je za 

tydzień. 

Jane wpadła na następujący pomysł. Nie będzie jadła swoich jabłek „dla zdrowia”. Postara 

się  je  odkładać,  aż  uzbiera  sześć.  Może  zachoruje,  ale  co  z  tego?  Lubiła  doktora  Nicholasa, 
który przychodził do niej, kiedy była chora. Był rumiany, wesoły i miał iskrzące się humorem 
oczy.  Powiedział  mamie  i  cioci  Helenie  —  szczególnie  cioci  Helenie,  że  Jane  powinna 
przebywać na słońcu całe lato, a do jesieni będzie zdrowa. 

— No  cóż,  przemyślę  to  —  powiedziała  z  powątpiewaniem  Dovie  —  Nie  miej  wielkich 

nadziei.  Chyba,  mimo  wszystko,  nie  zdradzę  ci  żadnego  sekretu.  Jesteś  za  młoda,  już  ci 
mówiłam tysiąc razy. 

— Jestem starsza, niż byłam w zeszłym tygodniu — odparła błagalnie Jane. — Och, Dovie, 

masz tak wiele ślicznych sekretów. Możesz podarować mi jeden. Nie bądź taka skąpa. 

background image

— Mam  chyba  prawo  do  sekretów  —  zauważyła  Dovie  zdecydowanie.  —  Znajdź  sobie 

sama jakiś, skoro chcesz go tak bardzo mieć. — Nie wiem jak — krzyknęła zrozpaczona Jane. 
— To takie cudowne mieć sekret. 

— O tak, to wspaniałe — zgodziła się Dovie. — Mówię ci Jane, życie jest nic niewarte bez 

sekretów.  Sześć  jabłek  to  niewielka  zapłata  za  jeden  sekret.  Gdybyś  mi  dała  ten  złoty 
łańcuszek… 

— Nie mogę — powiedziała żałośnie Jane. — Nie jest właściwie mój. Należy do mamy, 

choć pozwala mi go czasami nosić. Dostała go od ojca, krótko przed jego śmiercią. To niemal 
wszystko co ma z biżuterii. 

— Pewnie. Wiem, że twoja matka i ty jesteście biedne jak myszy kościelne — zgodziła się 

Dovie. — Mama mówi, że nie ma pojęcia, co by się z wami stało, gdyby ciocia Helena nie 
zabrała  was,  kiedy  twoja  mama  zachorowała.  O  rany,  ależ  ona  była  wściekła,  że  musiała  to 
zrobić.  Powiedziała  mamie,  że  ona  i  George  mają  zaledwie  tyle,  aby  starczyło  dla  nich. 
Powiedziała, że kiedy tylko Hester — to znaczy twoja matka… 

— Wiem, jak moja mama ma na imię — zauważyła Jane, nieco urażona. Sekret to sekret, ale 

są pewne granice. 

— No więc ciotka Helena powiedziała, że kiedy tylko Hester wyzdrowieje, będzie musiała 

wrócić do pracy. Gdzie twoja mama pracowała w mieście? 

— Uczyła w szkole — odparła Jane — i robiła to dobrze. Ale co z sekretem? Zdradzisz mi 

go, prawda, Dovie? 

— Zobaczymy, kiedy przyniesiesz te jabłka — tyle tylko raczyła powiedzieć Dovie. 
Skoro dotychczas Jane nawet tyle nie mogła od niej uzyskać, teraz więc nie traciła nadziei. 
Kiedy Dovie odeszła, Jane długo jeszcze siedziała na nabrzeżu. Lubiła tak siedzieć i patrzeć, 

jak rybackie łodzie wchodzą i wychodzą z portu. Czasami jakiś statek wypływał w morze do 
dalekich, pięknych krajów. Daleko, daleko… Jane powtarzała te słowa z zachwytem. Brzmiały 
czarodziejsko.  Czuła,  że  sama  chciałaby  popłynąć  statkiem.  Przez  błękitny  port,  obok 
tajemniczej ławy piaszczystych wydm i punktu widokowego, który o zachodzie słońca stawał 
się tajemniczym strażnikiem zatoki; daleko, daleko, poprzez błękitne i zamglone letnie morze. 
Siedząc tak na starym zapadającym się klifie, Jane przelatywała na skrzydłach wyobraźni cały 
świat. 

Tego popołudnia Jane nie mogła jednak myśleć o niczym poza sekretem. Odkąd przyjechała 

do  Bartibog,  Jane  i  Dovie  bawiły  się  razem.  Gdy  Jane  spotkała  Dovie  po  raz  pierwszy,  ta 
szepnęła: 

— Ja coś wiem. 
To najbardziej intrygujące zdanie w świecie. Od tego momentu Jane stała się pokorną i pełną 

podziwu nieodłączną towarzyszką Dovie. Dovie nawet dość ją lubiła. 

— Jest  nieszkodliwa,  choć  trochę  głupiutka  —  mówiła  do  innych  dziewcząt  w  Bartibog, 

które Jane niewiele obchodziła. 

Czy  Dovie  rzeczywiście  zdradzi  jej  swój  sekret?  I  jaki  on  będzie?  Oczywiście  piękny. 

Sekrety zawsze są piękne. Może Dovie przeszła na drugą stronę lustra jak Alicja, albo widziała 
maleńką wróżkę, leżącą w kwiecie lilii na stawie, który należy do jej ojca. Może widziała łódź 
płynącą rzeką, ciągniętą na srebrnych łańcuszkach przez białe, majestatyczne łabędzie. Albo 
było to coś, co powiedziały jej ptaki, albo może była na księżycu… 

Biały i delikatny księżyc wisiał nad piaszczystymi wydmami. Niedługo  zacznie jaskrawo 

błyszczeć. Jane uwielbiała księżyc. Uwielbiała o nim marzyć. Był to srebrny świat wyobraźni, 
w  którym  prowadziła  tajemnicze,  wyśnione  życie.  Nigdy  nie  mówiła  o  tym  nikomu,  nawet 
mamie, a więc i ona miała swój cudowny sekret, gdyby tylko potrafiła to dostrzec. 

Może  Dovie  poznała  księżniczkę,  albo  zwykłą  dziewczynkę  —  księżniczki  były  raczej 

rzadkością w Bartibog — która została zamieniona przez czarownicę w ropuchę. Ale nie, Jane 
zadrżała, to nie byłoby piękne, a sekrety zawsze są piękne. Dovie na pewno zdradzi jej jakiś. 

background image

Ależ  to  cudowne!  Była  szczęśliwa  na  samą  myśl  o  tym,  tak  że  nawet  gniewna  mina  ciotki 
Heleny, gdy Jane spóźniła się na kolację, nie mogła tego szczęścia przyćmić. 

Ciotka Helena gniewała się zawsze. Jane pomyślała, że ciotka będzie miała wiele powodów 

do zadowolenia, kiedy mama na tyle wyzdrowieje, żeby wrócić do miasta i uczyć. Jane czuła, 
że  mamę  też  to  zadowoli.  Zawsze  była  miła  i  nigdy  nie  odpowiadała,  kiedy  ciotka  Helena 
mówiła coś nieprzyjemnego. Jane niezbyt przejmowała się, gdy ciotka mówiła nieprzyjemne 
rzeczy do niej, ale nie cierpiała, jak mówiła je do matki. Mama była taka kochana, śliczna i 
droga, i słaba. Ciotka Helena zawsze szydziła z niej z tego powodu. Słabość to chyba coś złego, 
choć Jane nie wiedziała dlaczego. Sama też nie czuła się silna. 

— Ale jak może być inaczej? — słyszała ciotkę Helenę mówiącą do wuja George’a. — Jej 

matka nie ma silnej budowy. Beverly nie powinien się z nią ożenić. A jakie dziewczyny mógł 
mieć! 

Jane  lubiła  wyobrażać  sobie  dziewczyny,  które  ojciec  mógł  mieć.  Jedna  z  nich  zostałaby 

pewnie  jej  matką.  Ależ  to  okropne,  nikt  nie  mógł  być  jej  matką  z  wyjątkiem  mamy!  To  po 
prostu nie do pomyślenia. 

— Chyba  Dovie  Johnson  zdradzi  mi  jakiś  sekret  —  zwierzyła  się  mamie  tej  nocy,  kiedy 

kładziono ją do łóżka. — Oczywiście nie będę mogła ci go powtórzyć, bo sekret powinny znać 
tylko dwie osoby. Czy zgadzasz się? 

— Oczywiście  —  powiedziała  mama  bardzo  rozbawiona.  Dovie  Johnson  zawsze  ją 

śmieszyła. George mówił, że to mała diablica, a Helena nie zgadzała się, żeby Jane z nią się 
zadawała, choć uważała, że Johnsonowie to bardzo przyzwoita rodzina. 

Nie było jednak nikogo innego do zabawy z Jane, a ona tak bardzo poszukiwała towarzystwa 

Dovie. 

Przez tydzień Jane odmawiała sobie codziennie jabłka. Kiedy ciotka dawała jej jabłko — 

niechętnie jak wszystko — Jane wychodziła, pozornie po to, żeby je zjeść. W rzeczywistości 
chowała je do pudełka w spichlerzu. Sprawdzała, czy nie mają jakiejś skazy albo plamki — 
takie  jabłka  nie  trzymały  się  długo.  Kiedy  w  następną  sobotę  rano  spotkała  się  z  Dovie  na 
nabrzeżu, miała sześć jabłek bez żpdnej plamki. 

— Oto jabłka — powiedziała bez tchu. — Teraz zdradź mi sekret. 
Dovie spojrzała pogardliwie na jabłka. — Są małe — zauważyła. 
Nadzieja Jane osłabła. — Wszystkie są małe w tym roku — powiedziała drżącym głosem. 
Dovie zacisnęła usta. — Powiem ci sekret innym razem. 
— Nie chcę innym razem — krzyknęła Jane. — Miała taki charakter, że nic nie drażniło jej 

bardziej niż niesprawiedliwość. 

— Umowa jest umową. Chciałaś sześć jabłek za sekret. Oto jabłka, ale nie ugryziesz nawet 

kawałeczka, jeżeli nie powiesz mi sekretu. 

— Bardzo dobrze — powiedziała Dovie znudzonym głosem. — Tylko nie wiń mnie, jeżeli 

ci się nie spodoba. Przysięgnij, że jak Boga kochasz, nigdy nikomu nie powtórzysz. 

— Oczywiście, że nie. Inaczej cóż to byłby za sekret. 
— Więc słuchaj… — zaczęła Dovie. 
Jane  zamieniła  się  w  słuch.  Słuchała  woda  unosząca  się  wokół  molo,  słuchały  wzgórza 

wokół portu — tak — przynajmniej wydawało się Jane. Słuchał cały świat. Drżała z zachwytu: 
— nareszcie usłyszy sekret. 

— Czy znasz Thomasów znad Ujścia? — zapytała Dovie. — Rodzinę Sześciopalczastego 

Thomasa? 

Jane przytaknęła. Oczywiście, że znała, albo raczej słyszała o nich. Wuj George kupował 

tam ryby. Co oni mieli wspólnego z sekretem? 

— I znasz Ellen Thomas? — ciągnęła Dovie. 

background image

Jane  widziała  raz  Ellen,  kiedy  Sześciopalczasty  przywiózł  ją  kiedyś  na  wozie  z  rybami. 

Niezbyt ją lubiła. Ellen była mniej więcej w jej wieku, miała czarne jak smoła włosy uczesane 
w ogon i zuchwałe, czarne oczy. Pokazała Jane język. 

— A więc — Dovie zaczerpnęła powietrza — oto sekret. Ty jesteś Ellen Thomas, a ona jest 

Jane Lawrence. 

Jane wpatrywała się w Dovie osłupiała. Nie miała najmniejszego pojęcia, o co Dovie chodzi. 

To, co powiedziała, nie miało sensu. 

— Ja?… co masz na myśli? 
— To  proste  —  Dovie  uśmiechnęła  się  z  politowaniem.  —  Ty  i  ona  urodziłyście  się  tej 

samej nocy. To było wtedy, kiedy twój tata i twoja mama mieszkali w domku na cyplu koło 
portu, a tata pracował dla Billigów. Niania zabrała cię do Thomasów i włożyła do kołyski Ellen, 
a Ellen zaniosła do twojej mamy. Nikt nie dostrzegł różnicy. Zrobiła to, bo nienawidziła twojej 
mamy. Chciała twojego tatę dla siebie. W ten sposób zemściła się. Nikt oprócz niej o tym nie 
wiedział. Dlatego tak naprawdę jesteś Ellen Thomas i powinnaś mieszkać przy Ujściu, a biedna 
Jane Lawrence powinna przebywać u wuja George’a zamiast u swojej macochy, która ją bije. 

Jane uwierzyła w każde słowo tej nieprawdopodobnej bajdy. Ani przez moment nie wątpiła 

w prawdziwość historyjki Dovie. Patrzyła na Dovie wzrokiem pełnym bólu i rozczarowania. 
To… to był ten piękny sekret! 

— Jak się o tym dowiedziałaś? — szepnęła suchymi wargami. 
— Niania powiedziała mi na łożu śmierci — oznajmiła uroczyście Dovie. — Przypuszczam, 

że dręczyły ją wyrzuty sumienia. Nigdy nie powtórzyłam tego nikomu. Kiedy potem spotkałam 
Ellen Thomas, to znaczy Jane Lawrence, dobrze się jej przyjrzałam. Ma takie same uszy jak 
twoja mama i taką samą ciemną cerę. Ty masz niebieskie oczy i jasne włosy. Nie sądzę, żeby 
teraz można było coś na to poradzić. Często myślałam jednak, że to nie w porządku. Masz takie 
łatwe życie, twoja mama rozpieszcza cię jak lalkę, a biedna El… Jane nosi łachmany i często 
nie ma co jeść. Sześciopalczasty bije ją, kiedy przychodzi do domu pijany. Słowo daję, te jabłka 
są  pyszne.  —  Dovie  ugryzła  potężny  kawał  jabłka.  —  Jeżeli  dasz  mi  następnych  sześć  w 
przyszłym tygodniu, zdradzę ci jeszcze jeden sekret. 

— Nie chcę słyszeć nic więcej — krzyknęła z wściekłością Jane. Nie mogła zapomnieć tego, 

co usłyszała. Ból był dla niej nie do zniesienia. — Nienawidzę cię za to, że mi to powiedziałaś. 

Dovie wzruszyła ramionami. — Powiedziałam, że może ci się nie spodobać. Dokąd idziesz? 
Jane,  blada  i  oszołomiona,  wstała.  —  Do  domu,  powiedzieć  mamie  —  wymamrotała 

żałośnie. 

— Nie wolno ci, nie możesz. Pamiętaj! Przysięgłaś, że nikomu nie powiesz! — krzyknęła 

Dovie. — Jeśli to zrobisz, dopadnie cię Czarny Człowiek! 

Jane  nie  wiedziała,  kim  jest  Czarny  Człowiek  i  nic  ją  to  nie  obchodziło.  Ale  to  prawda, 

obiecała zachować tajemnicę, a mama mówiła, że nie wolno łamać obietnic. 

— Chyba też pójdę do domu — rzekła Dovie, której nie podobał się wyraz twarzy Jane. 
Zabrała jabłka i oddaliła się biegiem, a jej gołe, zakurzone nogi migały na starym nabrzeżu. 

Zostawiła  za  sobą  dziecko  o  złamanym  sercu,  siedzące  na  ruinach  swojego  małego  świata. 
Dovie to nie obchodziło. Jane była tak głupia, że nabieranie jej nie stanowiło żadnej frajdy. 

Jane siedziała na nabrzeżu bardzo długo. Oślepła od łez, zmiażdżona, zrozpaczona. Nie była 

dzieckiem mamy, lecz dzieckiem Sześciopalczastego Jimmiego, którego zawsze w głębi serca 
okropnie się bała, z powodu jego sześciu palców. Nie mogła już mieszkać z mamą, być przez 
nią kochana. Och! Jane żałośnie jęknęła. Mama nie kochałaby jej, gdyby się dowiedziała. Całe 
jej serce należałoby do Ellen Thomas. A przecież to ona, ona, — Jane Lawrence, była Ellen 
Thomas. 

Jane przyłożyła rękę do czoła. — Kręci mi się w głowie — jęknęła. 
— Dlaczego nic nie jesz? — zapytała ostro ciotka Helena przy obiedzie. 

background image

— Czy nie byłaś za długo na słońcu, kochanie? — indagowała ją zaniepokojona mama. — 

Boli cię głowa? 

— Ta…ak  —  odpowiedziała  Jane.  Coś  strasznie  ją  bolało,  ale  to  nie  była  głowa.  Czy 

kłamała? A jeśli to było kłamstwo, to ile razy jeszcze będzie musiała skłamać? Jane wiedziała, 
że  nie  będzie  już  w  stanie  nigdy  jeść  —  nigdy,  dopóki  będzie  ukrywać  ten  straszny  sekret. 
Wiedziała też, że nie mogłaby powiedzieć nic mamie. Nie tyle z powodu obietnicy; słyszała, 
jak ciotka Helena mówi, że złej obietnicy lepiej nie dotrzymać, ale ponieważ złamałaby mamie 
serce.  Miała  pewność,  że  to  bardzo  by  ją  zabolało.  Przypomniała  sobie,  jak  kiedyś  słyszała 
mamę płaczącą w nocy. Nie mogła tego zapomnieć. Nie wolno jej nigdy zdradzić tego nikomu. 

Ale  przecież  była  jeszcze  Ellen  Thomas.  Jane  nie  chciała  nazywać  jej  Jane  Lawrence. 

Myślenie  o  niej  w  ten  sposób  sprawiało,  że  czuła  się  okropnie.  Jakby  zupełnie  przestawała 
istnieć. Jeśli nie była Jane Lawrence, to była nikim. Nie chciała być Ellen Thomas. 

Lecz  myśl  o  Ellen  Thomas  jej  nie  opuszczała.  Przez  tydzień  Jane  czuła  się  przez  nią 

osaczona. Okropny tydzień, podczas którego mama zamartwiała się na śmierć, ponieważ Jane 
nie chciała jeść ani bawić się z Dovie Johnson tylko — jak powiedziała z pogardą ciotka Helena 
— snuła się z miejsca na miejsce. Mama chciała posłać po doktora Nicholasa, ale on wyjechał 
na wakacje. Jego praktykę przejął jakiś obcy lekarz, wynajmujący pokój w Hotelu Portowym, a 
ciotka Helena nie pochwalała wizyt obcych lekarzy. 

Jane  często  przedtem  zastanawiała  się,  dlaczego  doktor  Nicholas  wyjeżdżał  na  wakacje, 

skoro tylu ludzi przyjeżdżało do Bartibog, aby je tu spędzić. Teraz jednak Jane nie zastanawiała 
się nad niczym poza jednym, okropnym pytaniem, które zaprzątało jej skołataną głowę. Czyż 
Ellen Thomas nie powinna odzyskać tego, do czego ma prawo? Czy to sprawiedliwe, aby ona, 
Jane Lawrence — Jane zapamiętale trwała przy swojej tożsamości — posiadała wszystkie te 
rzeczy, które odebrano Ellen? Jane była rozpaczliwie pewna, że to niesprawiedliwe. Gdzieś w 
głębi jej duszy tkwiło silne poczucie sprawiedliwości i uczciwości. Zaczynała jej coraz bardziej 
ciążyć myśl, że należy powiedzieć o wszystkim Ellen. Nie sądziła, że mamie zrobi to aż tak 
wielką różnicę. Oczywiście, zdenerwuje się na początku, ale gdy tylko się dowie, że to właśnie 
Ellen  jest  jej  własnym  dzieckiem,  pokocha  ją  całym  sercem,  a  Jane  przestanie  się  dla  niej 
liczyć. Będzie całowała Ellen, a kiedy o zmierzchu znad morza nadciągnie mgła, zaśpiewa jej 
ulubioną piosenkę Jane: 

 

Widziałam w dali statek, wiatr w jego żagle wiał, 
Prezenty na pokładzie prześliczne dla mnie miał.
 

 
Jane często rozmawiała z mamą o tym, jak ich statek wejdzie do portu. Lecz teraz prezenty 

dostanie Ellen Thomas. 

Nadszedł dzień, kiedy Jane nie mogła już tego dłużej znieść. Musiała zrobić to, co należało. 

Pójdzie do Ujścia — to tylko mila drogi — i powie Thomasom prawdę. Oni powiedzą wszystko 
mamie. Jane czuła, że sama po prostu nie jest w stanie tego zrobić. 

Poczuła  się  odrobinę  lepiej,  gdy  podjęła  tę  decyzję,  lecz  było  jej  bardzo,  bardzo  smutno. 

Próbowała zjeść coś na kolację, ponieważ to miał być ostatni posiłek, który jadła z mamą. 

— Zawsze  będę  nazywać  ją  mamą  —  pomyślała  z  rozpacz  —  A  Sześciopalczastego 

Jimmiego nigdy nie nazwę ojcem. Będę prostu mówić do niego z szacunkiem: Panie Thomas. Z 
pewnością nie będzie miał nic przeciw temu. 

Miała jednak tak ściśnięte gardło, że nie mogła jeść. Mama znowu nadmieniła nieśmiało, że 

chciałaby zawołać lekarza z hotelu. 

— Doktor Nicholas wraca w przyszłym tygodniu — oznajmiła ciotj ka Helena. — Nic nie 

wiemy o tym lekarzu z hotelu, nie znamy nawę jego nazwiska. Poza tym z pewnością wystawi 
nam bardzo wysoki rachunek. Nie ma pośpiechu. Zawsze zamartwiasz się z powodu Jane. Ona 
za dużo biega. Jest przemęczona, nic więcej. 

background image

— Ostatnio  wcale  dużo  nie  biegała  —  zauważyła  mama,  przeciw?]  stawiając  się  ciotce 

Helenie, co należało do rzadkości. 

Jej oczy błyszczały, a na miękkich, okrągłych policzkach, taks długo bladych, pojawiły się 

rumieńce. Jane spojrzała na mamę, jakby dostrzegła ją po raz pierwszy. Przedtem widziała w 
niej po prostu matkę — kogoś, kto cię przytula, całuje, opiekuje się tobą i pociesza. Nagle stała 
się zupełnie inną osobą. Przecież mama jest ładna, bardzo ładna. Ma piękne, łagodne, ciemne 
oczy o długich rzęsach, piękne czarne włosy układające się w małe fale wokół twarzy. Czarne 
włosy! Serce Jane przeszył kolejny ból. Ellen Thomas miała czarne włosy. To oczywiste. Czyż 
nie była córką mamy? Jane miała jasne włosy — jak Beverly. Tak mawiała ciotka Helena, ale 
niestety, nigdy w obecności Jane. 

Nic  nie  wynikło  z  tego  drobnego  sprzeciwu  mamy.  Ciotka  Helena  nie  ustąpiła.  Jane 

wiedziała, że mama musi zachować cierpliwość do momentu, kiedy będzie tak silna, by wrócić 
do pracy. 

 

 
Jane wyszła zaraz po kolacji. Musi pójść, zanim się ściemni, bo inaczej opuści ją odwaga. 

Mama i ciotka Helena myślały, że idzie na nabrzeże, aby pobawić się z Dovie. Lecz dzielna, 
nieugięta  Jane  minęła  nabrzeże  i  ruszyła  drogą  do  portu.  Nie  czuła  się  wcale  jak  bohaterka. 
Przeciwnie, wstydziła się bardzo, ponieważ tak trudno przychodziło jej zrobić to, co właściwe i 
uczciwe,  tak  trudno  przestać  nienawidzić  Ellen  Thomas  i  nie  bać  się  Sześciopalczastego 
Jimmiego, tak trudno powstrzymać się od zawrócenia biegiem do mamy. 

Wieczór był ciemny. Nad morzem wisiały ciężkie, czarne chmury. Od czasu do czasu nad 

portem  i  ciemnymi,  zalesionymi  wzgórzami  poza  nim,  pojawiały  się  błyskawice.  Wioska 
rybacka  przy  Ujściu  zalana  była  czerwonawym  światłem,  wymykającym  się  spod  nisko 
zawieszonych chmur. Na piasku bawiło się kilkoro dzieci. Popatrzyły ciekawie na Jane, kiedy 
przystanęła, aby zapytać o dom Sześciopalczastego Jimmiego. 

— To ten, tam — wskazał chłopiec. — Czego chcesz od niego? 
— Dziękuję — powiedziała Jane i odwróciła się. 
— Co to za maniery! — wrzasnęła jakaś dziewczyna. — Tak zadziera nosa, że nie odpowie 

na grzeczne pytanie! 

Chłopak zastąpił jej drogę. — Widzisz ten dom, za domem Thomasów? Jest pełen szczurów. 

Zamknę cię tam, jeżeli nie powiesz mi, czego chcesz od Sześciopalczastego Jimmiego. 

— No,  zachowuj  się  jak  dama  —  powiedziała  wyzywająco  dziewczynka.  —  Jesteś  z 

Bartibog, a tam wszyscy mają się za Bóg wie co. Odpowiedz na pytanie Billa. 

— Jeśli nie, to uważaj — odezwał się inny chłopak. — Będę topić kocięta i ciebie też mogę 

wrzucić do wody. 

— Jeżeli dasz mi dziesiątaka, sprzedam ci ząb — wyszczerzyła zęby rudowłosa dziewczyna. 

— Wyrwali mi wczoraj. 

— Nie  mam  dziesiątaka  i  nie  potrzebuję  twojego  zęba  —  odparła  Jane,  zbierając  się  na 

odwagę. — Zostawcie mnie w spokoju. 

— Nie mam zamiaru cię słuchać! — powiedziała rudowłosa. 
Jane  zaczęła  biec.  Chłopak  od  szczurów  wystawił  stopę  i  podciął  jej  nogi.  Upadła  na 

pofałdowany  przypływem  piasek.  Pozostali  wyli  za  śmiechu.  Nagle  ktoś  wykrzyknął.  — 
Wchodzi łódź Smutnego Jacka. 

Wszyscy pobiegli w tamtą stronę. Jane podniosła się. Jej sukienka była oblepiona piaskiem, 

a pończochy brudne. Lecz prześladowcy zniknęli. Czy to będą kiedyś jej koledzy do zabawy? 

Nie wolno płakać, nie wolno. Wdrapała się na rozklekotane drewniane stopnie, prowadzące 

do  domu  Jimmiego.  Tak  jak  wszystkie  portowe  domy,  dom  Jimmiego  wzniesiono  na 

background image

drewnianych  klocach,  z  powodu  niezwykle  wysokich  przypływów,  a  przestrzeń  pod  nim 
wypełniał stos połamanych naczyń, pustych puszek, starych sieci na homary i różnych innych 
rupieci. Drzwi były otwarte i Jane mogła zajrzeć do kuchni, jakiej jeszcze w życiu nie widziała. 
Naga,  zadeptana  podłoga,  zlew  pełen  brudnych  naczyń.  Na  starym,  drewnianym,  kulawym 
stole stały resztki posiłku, a ponad nim unosiła się chmara ohydnych, wielkich, czarnych much. 
Na  bujanym  fotelu  siedziała  kobieta  z  siwiejącymi  włosami,  związanymi  w  niechlujną  kitę. 
Usypiała szare z brudu dziecko. 

— Moja siostra — pomyślała Jane. 
Nie było śladu Ellen ani Sześciopalczastego Jimmiego, co Jane przyjęła z ulgą. 
— Kim jesteś i czego chcesz? — zapytała nieuprzejmie kobieta. Nie poprosiła jej do środka, 

ale  Jane  weszła.  Na  dworze  zaczynało  padać,  a  dom  zatrząsł się  od  uderzenia  pioruna.  Jane 
wiedziała, że musi powiedzieć, to co ma do powiedzenia, zanim opuści ją odwaga, bo inaczej 
odwróci się i ucieknie z tego okropnego domu, od paskudnego dzieciaka i wstrętnych much. 

— Chciałabym  zobaczyć  się  z  Ellen  —  powiedziała.  —  Mam  jej  coś  ważnego  do 

powiedzenia. 

— Doprawdy? — odparła kobieta. — To musi być rzeczywiście ważne, sądząc po twoim 

wieku! Ellen nie ma w domu. Tatuś zabrał ją do Zachodniego Bartibog na przejażdżkę, ale przy 
tej burzy nie wiadomo, kiedy wrócą. Usiądź. 

Jane  usiadła  na  połamanym  krześle.  Wiedziała,  że  ludzie  z  portu  są  biedni,  ale  nie  znała 

nikogo, kto byłby aż tak biedny. Była kiedyś w domu pani Fitch z wujem Georgem, lecz tam 
było czysto i porządnie jak u ciotki Heleny. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że Sześciopalczasty 
Jimmy przepija wszystko, co zarobi. I to miał być jej dom na zawsze! 

— W  każdym  razie  spróbuję  tu  posprzątać  —  pomyślał  zrozpaczona,  a  serce  miała  jak  z 

ołowiu. Zniknął ogień poświęcenia, który dotychczas w niej płonął. 

— Po co ci Ellen? — zapytała z ciekawością pani Sześciopalczasta. 
— Jeśli  chodzi  o  piknik w  niedzielę,  to  nic  z  tego.  Ona  nie  może  iść  —  nie  ma  żadnego 

porządnego ciucha. Skąd mam go wziąć, może mi powiesz? 

— Nie, nie chodzi o piknik — odezwała się ponuro Jane. Równie dobrze może opowiedzieć 

całą historię pani Thomas. I tak będzie musiała ją poznać. — Przyszłam powiedzieć jej, że ona 
jest mną, a ja nią. 

Można wybaczyć pani Thomas, że nie uznała tego oświadczenia za dość jasne. — Czy ty 

zwariowałaś? — wykrzyknęła. — Co masz właściwie na myśli? 

Jane  podniosła  głowę.  Najgorsze  już  miała  za  sobą.  —  Chcę  powiedzieć,  że  Ellen  i  ja 

urodziłyśmy się tej samej nocy i… i niania nas zamieniła, bo miała złość do mamy i… i Ellen 
powinna mieszkać z mamą… i… i mieć wszystkie przywileje. 

Było to wyrażenie ciotki Heleny, ale Jane uważała, że w ten sposób zakończy niezgrabne 

przemówienie w sposób dystyngowany. 

Pani Sześciopalczasta wlepiła w nią wzrok. — Czy to ja oszalałam, czy ty? To, co mówisz, 

jest zupełnie bez sensu. Kto ci opowiedział taką brednię? — Dovie Johnson. 

Pani Sześciopalczasta odrzuciła do tyłu rozczochraną głowę i wybuchnęła śmiechem. Była 

może brudna i niechlujna, ale jej śmiech był bardzo miły. — Mogłam się domyśleć. To cała 
Dovie, mała diablica. A więc, panno jak ci na imię, lepiej nie wierz we wszystkie bajdy Dovie, 
bo będziesz miała kłopoty! 

— Chce pani powiedzieć, że to nieprawda? — zapytała Jane z zapartym tchem. 
— To zupełnie nieprawdopodobne. Musisz być strasznie naiwna, żeby tak się dać nabrać. 

Ellen jest jakieś sześć miesięcy starsza od ciebie. Kim ty w ogóle jesteś? 

— Nazywam się Jane Lawrence. — Och, cóż za piękna rzecz, ona jest Jane Lawrence. 
— Jane  Lawrence!  Córeczka  Beverly  Lawrence’a?  Pamiętam  tę  noc,  kiedy  się  urodziłaś. 

Pracowałam  jako  pomoc  na  Stacji  Biologicznej.  Nie  byłam  wtedy  jeszcze  żoną 
Sześciopalczastego — szkoda, że nią kiedykolwiek zostałam — a matka Ellen żyła jeszcze i 

background image

była zdrowa. Dobrze znałam twojego ojca. Był miłym, młodym człowiekiem — szkoda, że żył 
tak krótko. Jesteś do niego podobna, masz jego włosy i oczy. Pomyśleć tylko, że nie miałaś 
dość rozumu, aby nie uwierzyć w tę zwariowaną historię Dovie! 

— Zazwyczaj  wierzę  ludziom  —  powiedziała  Jane,  podnosząc  się  z  godnością,  lecz  zbyt 

szczęśliwa, żeby dać pani Sześciopalczastej ostrzejszą odprawę. 

— Lepiej oducz się tego, kiedy obcujesz z kimkolwiek z rodziny Johnsonów — oświadczyła 

pani  Sześciopalczasta.  —  Usiądź  dziecko.  Nie  możesz iść  do  domu,  dopóki  nie  skończy  się 
burza. Leje jak z cebra. 

Ale Jane znikła już za strumieniami ulewy. Tylko szalona radość, zrodzona ze słów pani 

Sześciopalczastej, mogła przeprowadzić ją przez tę burzę. Uderzał w nią wiatr, lały się po niej 
strumienie deszczu. Jedynie błyskawice pokazywały jej drogę. Ciągle potykała się i upadała. 
Raz rozcięła sobie nadgarstek na kawałku porzuconego szkła. W końcu jednak, zataczając się, 
umazana błotem, krwią, ociekająca wodą weszła do kuchni w domu wuja George’a, gdzie blada 
jak ściana mama nerwowo chodziła tam i z powrotem. Nawet ciotka Helena była przejęta. 

Mama podbiegła i chwyciła Jane w ramiona. — Kochanie, ale nas przestraszyłaś! Gdzie ty 

byłaś? 

— Mam  nadzieję,  że  wuj  George  nie  przeziębi  się  śmiertelnie,  szukając  ciebie  w  tym 

deszczu — odezwała się ciotka Helena, ale w jej swarliwym tonie brzmiała nuta ulgi. 

Jane nie mogła otworzyć ust, oddychała tylko ciężko, wtulona w kochające ramiona mamy. 
— Och, mamo, jestem sobą, naprawdę, a nie Ellen Thomas. 
— To  dziecko  bredzi  —  powiedziała  ciotka  Helena.  —  No  cóż,  zachorowała  w  bardzo 

nieodpowiednim czasie. 

Sporo  wody  upłynęło  pod  mostem  w  Bartibog,  zanim  pewnego  październikowego  dnia 

Dovie Johnson czarowała grupę dziewcząt na szkolnym podwórzu, opowiadając im sekret. 

— Oczywiście,  niedługo  wszyscy  będą  o  tym  wiedzieć.  Matka  Jane  wychodzi za  mąż za 

doktora Oswalda Kinga. To bardzo romantyczna historia. Kiedy Jane ciężko zachorowała rano 
po tej okropnej burzy w lipcu, jej matka po prostu dostała bzika i postanowiła za wszelką cenę 
zawołać  doktora  z  hotelu,  cokolwiek  powie  pani  Helena.  Nie  wiedziały  nawet,  jak  on  się 
nazywa,  ale  kiedy  przyszedł  —  jak  myślicie,  co  się  okazało?  Był  dawnym  adoratorem  pani 
Lawrence.  Bardzo jej się podobał, choć nie tak bardzo jak Bev  Lawrence. Doktor nigdy nie 
zakochał się w kim innym i nie ożenił się. A teraz zamierzają się pobrać w przyszłym tygodniu. 
Głowę dam, że ona ucieszy się, że może wreszcie uciec od Pani Skąpiradło! 

— A co na to Jane? — zapytała jakaś dziewczynka. — Ona tak kocha swoją mamę. 
— Och, Doktor King był dla niej taki dobry, kiedy miała zapalenie płuc, że wręcz za nim 

szaleje.  Zamierzają  ją  zabrać  w  podróż  poślubną  do  Europy.  Kiedy  wrócą,  Jane  pójdzie  do 
bardzo  drogiej  prywatnej  szkoły  w  Halifaksie.  Cieszę  się  z  jej  powodzenia.  Zawsze  lubiłam 
Jane, choć jest taka głupiutka! Ten dzieciak gotów uwierzyć we wszystko, co się mu powie! 

background image

AGRODA 

M

ARCELLI

 

 
Doktor  Clark  z  powagą  potrząsnął  głową.  —  Nie  wraca  do  zdrowia  tak  szybko,  jak 

chciałbym  —  powiedział.  —  Nie  widzę  u  niej  poprawy.  Musi  pani  wysłać  siostrę  na  wieś, 
panno Langley. Ten upał tutaj za bardzo ją wyczerpuje. 

Doktor Clark równie dobrze mógł powiedzieć: — Powinna ją pani posłać na księżyc — z 

goryczą pomyślała Marcella. Ogarnęła ją rozpacz, gdy patrzyła na bladą twarz, przezroczyste 
ręce Patty i słuchała rady lekarza. Choroba Patty pochłonęła skromne oszczędności trzech lat. 
Marcella nie miała już pieniędzy, żeby zrobić dla Patty coś więcej. 

Nie  odpowiedziała  doktorowi  —  nie  mogła.  Poza  tym,  co  miała  rzec,  gdy  duże,  błękitne 

oczy Patty, które wydawały się jeszcze większe w wychudłej twarzy, patrzyły na nią z takim 
smutkiem.  Nie  śmiała  powiedzieć,  że  to  niemożliwe.  Ciotka  Emma  nie  miała  jednak  takich 
skrupułów. Zabrała się do wynoszenia naczyń Patty, na których leżał prawie nie tknięty obiad, 
trzaskając nimi, hałasując i mówiąc cały czas w takt energicznych ruchów. 

— Na miłość boską, doktorze, czy pan myśli, że mówi pan do milionerek? A skąd mamy 

wziąć pieniądze, by wysłać Patty na wieś, jak pan myśli? Ja nie mogę tyle wydać, to pewne. 1 
tak robię wiele dobrego, dając Marcelli i Patty bezpłatne wyżywienie. Urabiam sobie ręce do 
łokci, żeby to było możliwe. Poza tym, jeśli chodzi o Patty, to zupełny nonsens. Powinna się po 
prostu bardziej starać, aby wyzdrowieć. Tymczasem ona tego nie robi — pogrąża się tylko w 
czarnych myślach i wzdycha. Nie chce jeść niczego, co jej ugotuję. Jak można się spodziewać, 
że będzie zdrowa, skoro nie je? 

Ciotka  Emma  rzuciła  doktorowi  wyzywające  spojrzenie,  pełna  tryumfalnej  pewności,  że 

postawiła pytanie, na które nie ma odpowiedzi. 

Na twarzy Marcelli pojawił się matowy rumieniec. 
— Och, ciociu Emmo, ja nie mogę jeść! — powiedziała Patty ze znużeniem. — Nie chodzi o 

to, że nie chcę, ale naprawdę nie mogę. 

— Pewnie moja kuchnia nie jest dla ciebie dość wyszukana i w tym cały kłopot. Nie mam 

niestety czasu na wyczynianie cudów. Wystarczy, że wam usługuję, mimo całej masy rzeczy, 
które muszę zrobić. Niektórym jednak wydaje się, że się urodzili po to, żeby im usługiwano. 

Ciotka Emma porwała ostatni talerz ze stołu i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. 
Doktor  wzruszył  ramionami.  Podczas  choroby  Patty  przyzwyczaił  się  do  tyrad  panny 

Gibson.  Marcella  jednak  nie  mogła  się  z  nimi  pogodzić,  choć  mieszkała  z  ciotką  trzy  lata. 
Wciąż  tak  samo  dotykały  ją  do  żywego,  jak  na  początku.  Tego  ranka  wydawały  się  nie  do 
zniesienia.  Marcella  zmobilizowała  wszystkie  siły,  by  nie  wypowiedzieć  głośno  swych 
gorzkich  myśli.  Opanowała  się  tylko  ze  względu  na  Patty.  Również  ze  względu  na  nią  nie 
rozpłakała  się,  gdy  tylko  doktor  wyszedł.  Zamiast  tego  z  dzielnym  uśmiechem  spojrzała 
siostrzyczce w oczy. 

— Teraz rozczeszę ci włosy i umyję twarz. 
— Czy masz czas? — zapytała Patty z niepokojem. 
— Tak sądzę. 
Patty odetchnęła z zadowoleniem. — Jak to dobrze! Ciotka Emma zawsze sprawia mi ból, 

kiedy mnie czesze, bo tak się śpieszy. Ty Marcello jesteś taka delikatna, że nigdy nie boli mnie 
głowa. Tak bardzo jestem zmęczona chorowaniem. Chciałabym szybciej wracać do zdrowia. 
Marcy, czy myślisz, że mogłabym pojechać na wieś? 

— Nie  wiem,  kochanie.  Pomyślę,  czy  nie  dałoby  się  tego  załatwić  —  odparła  Marcella, 

starając się, żeby zabrzmiało to optymistycznie. 

Patty głęboko odetchnęła. — Och, Marcy! Cudownie byłoby zobaczyć znów zielone pola, 

lasy  i  strumyki,  tak  jak  tego  lata,  które  spędziliśmy  na  wsi  przed  śmiercią  taty.  Chciałabym 
zawsze mieszkać na wsi. Jestem pewna, że wkrótce wyzdrowiałabym, gdybym tylko mogła tam 

background image

pojechać choć na krótko. Tutaj jest za gorąco i fabryka robi tyle hałasu. Kręci mi się w głowie 
cały czas. W dodatku ciotka Emma tak na nas krzyczy. 

— Nie możesz mieć jej tego za złe, kochanie — odpowiedziała Marcella. — Wiesz, że ona 

nie  myśli  nic  złego.  Po prostu  ma  taki  zwyczaj.  Kiedy  ciężko  zachorowałaś,  była  dla  ciebie 
bardzo  dobra.  Siedziała  przy  tobie  co  noc  i  kazała  mi  iść  do  łóżka.  Teraz,  skoro  już  się 
odświeżyłaś,  muszę  pędzić  do  sklepu.  Spróbuj  się  przespać,  a  ja  przyniosę  ci  wieczorem 
pomarańczę. 

Marcella pocałowała Patty w policzek, nałożyła kapelusz i wyszła. Gdy tylko znalazła się na 

dworze, przyśpieszyła kroku, prawie biegła. Bała się spóźnić, bo to oznaczało utratę dziesięciu 
centów. Dziesięć centów majaczyło przed oczami Marcelli jak dziesięć dolarów, odkąd każda 
dziesięciocentówka  stała  się  dla  niej  cenna.  Chociaż  jednak  szła  szybko,  jej  myśli  biegły 
jeszcze szybciej. Nie może wysłać Patty na wieś. Nie ma na to sposobu, choćby nie wiem, jak 
wiele myśleć, planować i martwić się. A skoro nie można? Marcella przypomniała sobie twarz 
Patty i spojrzenie doktora. Serce zaciążyło jej niby ołów. Patty słabła z każdym dniem, zamiast 
stawać się silniejsza, a lato było coraz gorętsze. Gdyby tak Patty miała… miała… Marcella nie 
potrafiła dokończyć zdania nawet w myślach. 

Gdyby  tylko  nie  były  tak  rozpaczliwie  ubogie!  Duszę  Marcelli  zalała  gorycz  na  tę  myśl. 

Wszędzie  wokół  widziała  znamiona  bogactwa  —  bogactwa,  którym  często  rozrzutnie 
gospodarowano  —  a  ona  nie  może  znikąd  zdobyć  pieniędzy,  żeby  uratować  życie  swojej 
siostrze!  Czuła,  że  prawie  nienawidzi  tych  uśmiechniętych,  dobrze  ubranych  ludzi,  którzy 
tłoczyli się na ulicy. Zanim doszła do sklepu, czuła, że jej serce przepełnia gorycz. 

 

 
Trzy lata temu, kiedy Marcella miała szesnaście lat, a Patty dziewięć, ich rodzice umarli, 

zostawiając je całkowicie same na świecie z wyjątkiem przybranej siostry ojca, panny Gibson. 
Ta mieszkała w Canning, zarabiając praniem i reperacją odzieży robotników zatrudnionych w 
pobliskiej  fabryce.  Panna  Gibson  z  niechęcią  ofiarowała  im  mieszkanie  u  siebie,  a  Marcella 
zgodziła  się  na  to,  ponieważ  musiała.  Dostała  posadę  w  jednym  ze  sklepów  w  Canning  i 
zarabiała trzy dolary tygodniowo, za co musiała ubrać siebie i Party oraz posłać małą do szkoły. 
Podczas  tych  trzech  lat  jej  życie  było  całkowicie  wypełnione  ciężką,  niewdzięczną  pracą. 
Mimo to nie traciła dotąd odwagi, lecz dzielnie walczyła, mając nadzieję, że nadejdą lepsze 
czasy, kiedy dostanie awans, a Party będzie starsza i zacznie uczyć w szkole. 

Teraz jednak cała odwaga i optymizm Marcelli ulotniły się jak kamfora. Spóźniła się, a to 

oznaczało, że potrącą jej z pensji. Bolała ją głowa i nogi ciążyły jak ołów, gdy wchodziła po 
schodach do swojego działu: dusznego, gorącego, ciemnego kąta za ladą z bluzkami. Ciepło i 
parno było tu o każdej porze, ale dziś można się było udusić. Zgromadził się już tłum klientów, 
bo był to dzień wyprzedaży. Upał, hałas i rozmowy okropnie podziałały  na nerwy Marcelli. 
Miała  ochotę  krzyczeć,  lecz  zamiast  tego  zwróciła  się  spokojnie  do  oczekującej  klientki: 
wysokiej, ładnej, bogato ubranej kobiety. Z rosnącą goryczą Marcella zauważyła, że kobieta 
ma na sobie koronkowy kołnierz, którego cena wystarczyłaby na zapłacenie pobytu Party na 
wsi. 

Była  to  pani  Liddell.  Marcella  znała  ją  z  widzenia.  Miała  bardzo  zły  humor,  ponieważ 

zmuszona  była  czekać.  Przez  następne  pół  godziny  zadręczała  Marcellę,  doprowadzając  ją 
niemal do szału. Nic jej nie odpowiadało. Marcella podawała jej stosy bluzek, otwierała pudło 
za  pudłem,  lecz  ona  odrzucała  każdą  sztukę  z  jakąś  sarkastyczną  uwagą.  Pani  Liddell 
zachowywała się tak, jakby Marcella była osobiście odpowiedzialna za brak w sklepie bluzek, 
które mogłyby się pani Liddell podobać. Jej język stawał się coraz ostrzejszy, a uwagi coraz 

background image

bardziej przykre. Potem zapodziała gdzieś torebkę i dopóki jej nie odnaleziono, wypowiedziała 
wiele przykrych uwag. 

Marcella  zacisnęła  usta,  aż  zbielały,  żeby  nie  wymknęła  się  jej  jakaś  cierpka  uwaga.  Dla 

wrażliwej, dumnej dziewczyny wyniosłość niektórych klientów zawsze była czymś przykrym, 
dziś zaś po prostu wydawała się nie do zniesienia. Bolała ją strasznie głowa. Ból zdawał się 
wciąż narastać… Co to mówiła dama po prawej stronie do swojej przyjaciółki? — Tak, miała 
tyfus, ciężką odmianę. Wyszła jakoś z tego, ale była tak wyczerpana, że nie mogła wrócić do 
zdrowia i lekarz powiedział… 

— Doprawdy — usłyszała ostry głos pani Liddell. — Czy mogłabym łaskawie prosić, aby 

się pani mną zajęła? Z pewnością plotki są bardzo dla pani zajmujące, ale przywykłam do tego, 
że sprzedawczyni poświęca moim prośbom choć trochę uwagi. Jeśli nie potrafi się pani zająć 
swoją pracą, pójdę do kogoś z nadzoru i poproszę, aby skierowano mnie do osoby zdolnej mnie 
obsłużyć. Lenistwo i nieużyteczność dziewcząt w tym sklepie nie dają się dłużej tolerować. 

Marcella miała na końcu języka porywczą odpowiedź. Na jej twarzy i w oczach pojawiły się 

gorycz,  cierpienie  i  żal.  Przez  chwilę  zamierzała  odezwać  się  i  odpłacić  pani  Liddell  za  jej 
butne  słowa  tą  samą  monetą.  Odpowiedź  sama  się  narzucała.  Wszyscy  wiedzieli,  że  pani 
Liddell  była  dziewczyną  pracującą,  zanim  wyszła  bogato  za  mąż.  Cóż  łatwiejszego  niż 
powiedzieć  z  pogardą:  —  Pani  potrafi  najlepiej  ocenić  grzeczność  i  kwalifikacje 
sprzedawczyni, bo przecież sama pani kiedyś nią była. 

Cóż stałoby się jednak, gdyby to powiedziała? Natychmiast zostałaby zwolniona. A Patty? 

Myśl o siostrzyczce uspokoiła burzę w sercu Marcelli. Ze względu na Patty musi opanować 
gniew. Tak też zrobiła. Pohamowała ostre słowa i odezwała się spokojnie: — Przepraszam pani 
Liddell.  Nie  chciałam  pani  zaniedbać.  Proszę  pozwolić  pokazać  sobie  naszą  nową  bieliznę. 
Sądzę, że spodoba się pani. 

Pani Liddell nie spodobała się jednak nowa bielizna, którą Marcella przyniosła w trzęsących 

się rękach. Przez następne pół godziny oglądała ją, wynajdywała w niej wady i robiła kąśliwe 
uwagi. Potem zabrała się i poszła, oświadczając z pogardą, że nie znalazła tu ani jednej rzeczy, 
którą można by na siebie włożyć. Pójdzie do braci Markwell zobaczyć, czy nie mają czegoś 
godnego obejrzenia. 

Kiedy  wyszła,  Marcella  oparła  się  o  ladę,  blada  i  wyczerpana.  Będzie  musiała  trochę 

odetchnąć. Ależ bolała ją głowa! Jakże było tu gorąco, duszno i strasznie! Tęskniła za wsią. 
Och, gdyby tak mogły z Patty wyjechać tam, gdzie są zielone łąki koniczyny, chłodny powiew 
wiatru i rozległe wzgórza, a powietrze jest słodkie i czyste! 

Przez cały ten  czas na krześle przy ladzie z przeceną siedziała kobieta w średnim wieku. 

Kiedy ktoś ze sprzedawców zapytał ją, czy chce, żeby ją obsłużono, odparła: — Nie, po prostu 
czekam na kogoś kto ma się tu ze mną spotkać. 

Była  wysoka,  chuda  i  siwowłosa.  Miała  kwadratową  szczękę  chłodne,  szare  oczy  i 

agresywny  nos,  ale  w  jej  pospolitej  twarzy  było  coś  pociągającego:  połączenie  rozsądku  i 
dobroci. Obserwowa bystro Marcellę i panią Liddell i nic, co zostało powiedziane i zrobione z 
obu stron, nie uszło jej uwagi. Od czasu do czasu uśmiechała się posępnie i kiwała głową. 

Kiedy  pani  Liddell  wyszła,  siwowłosa  pani  podniosła  się  i  oparła  o  ladę.  Marcella 

opanowała się pomimo zmęczenia i zapytała: 

— Czym mogę pani służyć? 
— Niczym. Nie zależy mi na tym, żeby mnie obsługiwano. Wydaje; mi się raczej, sądząc po 

pani wyglądzie, że to pani potrzebuje pomocy. Wygląda pani na osobę śmiertelnie wyczerpaną. 
Czy nie jest pani straszliwie zmęczona? Słyszałam, jak ta kobieta się do pani odnosi i miałam 
ochotę wstać i powiedzieć bez ogródek, co o niej myślę. Nie mam pojęcia, jak udało się pani 
zachować cierpliwość, ale jestem pełna podziwu i postanowiłam pani o tym powiedzieć. 

background image

Dobroć i życzliwość w jej tonie sprawiły, że coś się w Marcelli załamało. Łzy napłynęły jej 

do oczu. Ukryła twarz w dłoniach i łkając, powiedziała: — Och, tak, jestem bardzo zmęczona! 
Ale nie w tym rzecz. Dręczy mnie okropny kłopot. 

— Wiedziałam — kobieta skinęła głową. — Ma to pani wypisane na twarzy. Wie pani, co 

sobie pomyślałam: Ta dziewczyna ma w domu kogoś bardzo chorego. Czy nie mam racji? 

— Tak, rzeczywiście tak jest — odparła Marcella. 
— Byłam  pewna!  —  kobieta  powtórnie  z  tryumfem  skinęła  głową.  Proszę  mi  o  tym 

opowiedzieć. Zwierzenie dobrze pani zrobi. No, dalej. Będę udawała, że oglądam bluzki, żeby 
nikt nie zaczął krzyczeć. Będzie mnie równie trudno zadowolić jak tamtą klientkę, więc nie 
musi się pani śpieszyć. Kto jest chory i na czym polega kłopot? 

Marcella opowiedziała całą historię, powstrzymując łkanie i zmuszając się do spokojnego 

mówienia, z obawy przed zwierzchnikami. 

— W dodatku nie mogę sobie pozwolić na to, żeby wysłać Patty na wieś. Nie mogę, a wiem, 

że nie wyzdrowieje, jeśli nie pojedzie — zakończyła. 

— Oj,  oj,  to  źle!  Coś  trzeba  zrobić.  Chwileczkę…  niech  trochę  pomyślę.  Jak  się  pani 

nazywa? 

— Marcella Langley. 
Starsza  pani  upuściła  bluzkę,  którą  trzymała,  udając,  że  ją  ogląda  i  utkwiła  wzrok  w 

Marcelli. 

— Coś podobnego! A jak brzmi panieńskie nazwisko pani matki? 
— Mary Carvell. 
— Słyszałam,  że  zdarzają  się  niezwykłe  zbiegi  okoliczności,  ale  to  przekracza  wszelkie 

wyobrażenie!  Czy  pani  matka  opowiadała  kiedyś  o  dziewczynie  nazwiskiem  Josephine 
Draper? 

— Nie sądzę. Chce pani powiedzieć, że… 
— Ależ tak. To ja jestem Josephine Draper. Pani matka i ja chodziłyśmy razem do szkoły i 

byłyśmy dla siebie jak siostry, dopóki nie wyszła za mąż. Potem ona wyjechała i po kilku latach 
straciłam z nią kontakt. Nie wiedziałam nawet, że nie żyje. Biedna Mary! Cóż, mój obowiązek 
jest oczywisty, ale to również przyjemność. Pani siostra przyjedzie do Dalesboro, do mnie. I 
pani również — na całe lato. Proszę nie zaprzeczać — przyjedziecie na pewno. Ja to mówię. W 
Domku pod Jodłami jest miejsce dla was obu. Tak, w Domku pod Jodłami. Domyślam się, że 
pani matka mówiła o nim! Jest tam pokój, w którym zawsze spałyśmy, kiedy przychodziła do 
mnie na noc. Czeka gotowy na wasze przyjęcie. O co chodzi? Nie może pani pozwolić sobie na 
utratę pracy tutaj? Ależ, drogie dziecko, nie utraci jej pani! Właścicielem tego sklepu jest mój 
siostrzeniec,  który  zrobi  dla  mnie  wszystko  co  w  jego  mocy,  pamiętając,  że  to  ja  go 
wychowałam. Pomyśleć, że córka Mary Carvell pracuje w tym sklepie od trzech lat, a ja nawet 
nie podejrzewałam tego! Nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby nie była pani taka cierpliwa 
wobec  tej  kobiety.  Gdyby  pani  jej  coś  szorstko  odpowiedziała,  pomyślałabym,  że  na  to 
zasłużyła  i  nie  winiłabym  pani  ani  trochę,  ale  też  nie  zadawałabym  sobie  trudu,  by  z  panią 
rozmawiać. No, no, no! Niech pani nie płacze, dziecko! Proszę się ubrać i iść do domu. Powiem 
Tomowi,  o  co  chodzi.  Jest  pani  niemal  u  kresu  sił,  to  widać.  Lato  w  Domku  pod  Jodłami, 
mnóstwo  śmietany  i  jajek  oraz  moja  kuchnia,  wkrótce  zrobią  z  pani  kogoś  zupełnie  innego. 
Tylko proszę nie dziękować. To przyjemność, zrobić coś dla córek Mary. Bardzo ją kochałam. 

Rezultat  całej  sprawy  był  taki,  że  Marcella  i  Patty  pojechały  w  dwa  dni  później  do 

Dalesboro,  gdzie  panna  Draper  powitała  je  gorąco  w  swoim  Domku  pod  Jodłami  — 
atrakcyjnym, ślicznym domku, otoczonym wielkimi, szkockimi jodłami i porośniętym winem. 
Patty  szybko  wróciła  do  zdrowia  i  sił.  Co  do  Marcelli,  to  spełniła  się  przepowiednia  panny 
Draper: Wkrótce wyglądała i czuła się jak ktoś zupełnie inny. Ponure lata ciężkiej pracy poszły 
w zapomnienie jak zły sen. Żyła wyłącznie w pięknej teraźniejszości, wśród alejek i ustroni, 

background image

kwiatów  i  zarośniętych  trawą  zboczy,  wśród  przyjemnych,  domowych  obowiązków,  które 
dzieliła z panną Draper. 

— Uwielbiam prace domowe — wykrzyknęła pewnego wrześniowego dnia. — Wcale nie 

podoba mi się, że muszę już wracać do sklepu. 

— Nie  wrócisz  tam  —  spokojnie  odparła  panna  Draper,  która  miała  zwyczaj  wyręczania 

innych  w  pewnych  sprawach,  co  byłoby  uciążliwe,  gdyby  nie  jej  głęboka  przenikliwość, 
rozsądek i dobre serce. 

— Zostaniesz ze mną — ty i Patty. Nie chcę umrzeć w samotności. Poza tym, potrzebuję 

kogoś  do  pomocy  w  domu.  Przemyślałam  to  wszystko.  Będziecie  mnie  nazywać  ciotką 
Josephine, a Patty pójdzie do szkoły. Miałam taki plan od początku, ale pomyślałam, że zanim 
coś powiem, zobaczę, jak będzie się nam razem mieszkało pod jednym dachem i jak wam się 
tutaj  spodoba.  Tym  razem  też  nie  chcę  podziękowań.  Robię  to  w  takim  samym  stopniu  dla 
siebie,  jak  dla  was.  A  więc,  wszystko  ustalone.  Patty  nie  będzie  miała  nic  przeciw  temu, 
kochane maleństwo o różowych policzkach! 

— Och! — westchnęła Marcella, a jej oczy pełne łez zabłysły. 
— Taka  jestem  szczęśliwa,  panno  Draper.  To  znaczy,  ciotko  Josephine.  Będzie  nam  tu 

cudownie — i… oczywiście, że ci podziękuję! 

— Też coś! — fuknęła panna Draper czując, że sama jest bliska łez. 
— Idź i zbierz kosz złotych renet. Chcę zrobić galaretkę dla Pattv! 

background image

D

OBRY ITERES

 

 
Wskakuj Ned, mogę cię podwieźć, jeśli zmierzasz w moją stronę — pan Rogers ściągnął 

cugle stającego dęba, siwego konia i Ned Allen wskoczył lekko do wygodnych sań. Po chwili 
mknęli  długą,  iskrzącą  się,  białoróżową  w  świetle  zachodzącego  słońca  drogą.  Nadszedł 
pierwszy śnieg i jazda była, jak mówił Ned, „morowa”. 

— Wybierasz się do Windsor, jak sądzę — pan Rogers rzucił okiem na łyżwy przewieszone 

przez ramię Neda. 

— Tak, proszę pana, jadą tam dziś wszyscy chłopcy z Carleton. Świeci księżyc i lód jest 

twardy. Musimy jechać całą paczką, bo chłopaki z Windsor nie dają nam spokoju. W grupie jest 
bezpieczniej. 

— To przykre, kiedy chłopcy muszą robić sześć mil, aby sobie pojeździć — zauważył pan 

Rogers. 

— Lepsze to niż nic — zaśmiał się Ned. — Nie ma ani kawałeczka lodu bliżej, z wyjątkiem 

małego  stawu  na  polu  Starego  Dutchera,  za  jego  stodołą.  Ale  wie  pan  przecież,  że  Stary 
Dutcher nie pozwoli żadnemu chłopakowi postawić tam nogi. Mówi, że rozwalą mu płot, kiedy 
zaczną przez niego przechodzić i na pewno podpalą mu stodołę, 

— Stary Dutcher zawsze był zwariowany — wtrącił pan Rogers. — Taki już pozostanie do 

końca.  A  przy  okazji,  słyszałem  pogłoski,  że  zamierzasz  rozpocząć  kurs  w  szkole 
ekonomicznej w Trenton. Mam nadzieję, że to prawda. 

Szczera twarz Neda zachmurzyła się. — Nie sądzę, proszę pana. Prawdę mówiąc, mama nie 

ma na to dość pieniędzy. Co prawda ciocia Ella była tak dobra, że zaofiarowała mi bezpłatne 
mieszkanie i wyżywienie przez cały semestr, ale opłaty za naukę, książki i tak dalej wyniosłyby 
przynajmniej pięćdziesiąt dolarów. Straciłem nadzieję na wyjazd. 

— Szkoda. Czy sam nie mógłbyś zarobić tych pieniędzy? 
Ned  potrząsnął  głową.  —  Nie  ma  na  to  wielkich  szans  w  Carleton.  Od  miesiąca 

bezskutecznie  próbuję  coś  wymyśleć.  Oto  skrzyżowanie  dróg,  muszę  wysiąść.  Dziękuję  za 
przejażdżkę. 

— Myśl  dalej  Ned  —  poradził  pan  Rogers,  gdy  chłopiec  wyskoczył  z  sań.  —  Być  może 

jeszcze  wpadniesz  na  jakiś  pomysł,  a  jeśli  tak  się  stanie,  wówczas  udowodnisz,  że  masz 
charakter. 

— To nie będzie łatwe — zaśmiał się Ned, idąc z trudem naprzód. — Spokojna, rolnicza 

wioska w zimie, to niezbyt obiecujące miejsce do robienia interesów. 

W  Winterby  Corners  czekało  na  Neda  kilkunastu  chłopców.  Po  chwili  znalazł  się  w 

towarzystwie swojego przyjaciela, Jima Slocuma. Jim jak zwykle narzekał, że muszą iść taki 
kawał drogi do Windsor, żeby pojeździć. 

— To murowane, że czeka nas walka z windsorczykami, gdy tylko się pojawimy. Na pewno 

przegonią  nas  z  lodowiska  —  narzekał.  Pomiędzy  chłopcami  z  Windsor  i  Carleton  istniała 
długotrwała i zażarta rywalizacja. 

— Dziś powinniśmy się obronić — powiedział Ned. — Będzie nas trzydziestu. 
— Gdybyśmy tak przekonali Starego Dutchera, aby nam pozwolił jeździć na swoim stawie. 

Nie zrobilibyśmy krzywdy temu bajorku. Jest na nim zawsze świetny lód. Dałbym wiele, by się 
tam dostać. 

Ned  milczał.  Wpadł  mu  do  głowy  pewien  pomysł.  Zastanawiał  się,  czy  jest  możliwy  do 

zrealizowania.  —  W  każdym  razie  spróbuję  szepnął  do  siebie.  —  Porozmawiam  jutro  ze 
Starym Dutcherem. 

Tego wieczoru jazda nie należała do zbyt udanych. Mały staw w Windsor był zatłoczony, 

przyszło mnóstwo miejscowych chłopaków i chociaż nie wywołali żadnej awantury, starali się 

background image

uprzykrzyć życie chłopcom z Carleton, którzy wracali markotnie do domu. Większość z nich 
oświadczyła, że wolą w ogóle nie jeździć na łyżwach, niż znowu iść do Windsor. 

Następnego dnia Ned Allen poszedł na rozmowę do pana Dutchera, Starego Dutchera, jak 

go wszyscy w Carleton nazywali. 

Ned  nie  spodziewał  się,  by  ta  rozmowa  należała  do  przyjemnych.  Stary  Dutcher  był 

zwariowany, na pewno. Od czasu do czasu zdarzał mu się dobry dzień i wówczas był, jak na 
niego, dość przyjazny. „Ned nie miał powodu przypuszczać, że właśnie trafi na taki dzień. 

Stary Dutcher nie miał żony. Dom prowadziła mu owdowiała siostra. Ta biedna kobieta żyła 

bardzo  samotnie,  ponieważ  Stary  Dutcher  umyślnie  zniechęcał  gości.  Jego  pragnienie 
samotności  przewyższała  tylko  gorliwość  w  zarabianiu  pieniędzy  i  oszczędzaniu  ich.  Choć 
zamożny  —  kłócił  się  o  każdy  cent  i  był  postrachem  wszystkich,  którzy  prowadzili  z  nim 
interesy. 

Na  szczęście  dla  Neda  i  jego  planu  Dutcher  miał  akurat  jeden  z  dobrych  dni.  Właśnie 

zakończył  korzystną  transakcję  ze  sprzedawcą  bydła  z  Windsor  i  dlatego  przywitał  Neda  w 
sposób, który można by nazwać wylewnie serdecznym. Poza tym, choć Stary Dutcher z zasady 
nie lubił chłopców, Neda nie lubił w mniejszym stopniu, ponieważ chłopiec zawsze traktował 
go z szacunkiem i nigdy nie robił mu takich kawałów jak inni w Halloween czy prima aprilis. 

— Przyszedłem do pana w sprawie pewnego interesu, panie Dutcher — zaczął odważnie i z 

pośpiechem „Ned. Nie opłacało się niczego owijać w bawełnę ze Starym Dutcherem. Trzeba 
było od razu przejść do rzeczy. — Chciałbym się dowiedzieć, czy nie wynająłby mi pan stawu 
za stodołą na lodowisko. 

Mina Starego Dutchera nie była zachęcająca. — Nie, nie wynajmę. Powinieneś wiedzieć o 

tym.  Nigdy  nie  pozwalam  nikomu  tam  się  ślizgać.  Nie  życzę  sobie,  żeby  banda 
rozwrzeszczanych, ryczących młodzików przełaziła przez moje ogrodzenia, zakłócała mi sen 
po nocach i podpalała moje stodoły, O nie! Nie zamierzam wynająć 

tego stawu na żadne lodowisko. 
Ned  stłumił  uśmiech.  —  Tylko  chwileczkę,  proszę  pana  —  powiedział  z  szacunkiem.  — 

Chciałbym, żeby wysłuchał pan mojej propozycji, zanim stanowczo pan odmówi. Po pierwsze, 
dam panu dziesięć dolarów za wynajęcie stawu. Zobaczy pan, że nie będzie żadnego biegania 
po  pana  polach,  przełażenia  przez  płot,  rozpalania  ognisk,  żadnych  wrzasków  i  ryczenia  po 
nocach. Moje lodowisko będzie otwarte tylko od drugiej do szóstej po południu i od siódmej do 
dziesiątej  wieczorem.  W  tym  czasie  będę  zawsze  na  miejscu,  żeby  utrzymywać  porządek. 
Łyżwiarze mogliby przychodzić i odchodzić ścieżką wiodącą od stodoły do drogi. Sądzę, że 
jeżeli zgodzi się pan na moją propozycję, nie pożałuje pan. 

— Dlaczego sam nie miałbym prowadzić lodowiska? — zapytał gburowato Stary Dutcher. 
— To  by  się  panu  nie  opłacało  —  odparł  spiesznie  Ned.  —  Chłopcy  z  Carleton  nie 

odwiedzaliby lodowiska prowadzonego przez pana. 

Oczy Starego Dutchera zabłysły. Nie sprawiało mu przykrości, że chłopcy z Carleton nie 

lubią go. Właściwie to mu się podobało. 

— Poza  tym  —  ciągnął  Ned.  —  Nie  mógłby  pan  poświęcić  tyle  czasu.  Musiałby  pan 

przebywać na lodowisku przez osiem godzin dziennie do dziesiątej wieczór. Ja mogę, bo nie 
mam  właśnie  nic  innego  do  roboty.  Gdybym  miał,  nie  próbowałbym  zarobić  pieniędzy, 
prowadząc lodowisko. 

Stary  Dutcher  popatrzył  na  Neda  spode  łba.  Dziesięć  dolarów  to  dziesięć  dolarów,  a  jak 

powiedział Ned, on sam nie mógł prowadzić lodowiska. — Dobrze — powiedział niechętnie. 
— Pozwolę ci spróbować. Pamiętaj jednak, że będziesz odpowiadał, jeśli coś się przydarzy. 

Ned  wrócił  do  domu  w  świetnym  nastroju.  Następnego  dnia  porozwieszał  afisze  w 

miejscach,  gdzie rzucały się w oczy: Na budynku szkoły, kuźni, w sklepie pana Rogersa, w 
Winterby Corners, ogłaszając, że wynajął staw pana Dutchera na lodowisko i że bilety w cenie 

background image

dwudziestu pięciu centów na tydzień za każdego łyżwiarza, można kupić u niego po złożeniu 
zamówienia. 

Ned  niedługo  trwał  w  niepewności  co  do  powodzenia  swojego  pomysłu.  Od  razu  zdobył 

sobie popularność. W Carleton i Winterby było około pięćdziesięciu chłopców, którzy stali się 
częstymi gośćmi na lodowisku. Z początku Neda spotkało trochę kłopotów ze strony dwóch 
czy  trzech  awanturników,  którzy  próbowali  ominąć  jego  przepisy.  Miał  jednak  poparcie  w 
reputacji Starego Dutchera i opinii innych  chłopców, a także w swoich mięśniach i wkrótce 
doprowadził wszystko do porządku. Lodowisko kwitło i wszyscy, nawet Stary Dutcher, byli 
zadowoleni. 

Po  zakończeniu  sezonu  Ned  oddał  Staremu  Dutcherowi  dziesięć  dolarów  i  zostało  mu 

jeszcze mnóstwo pieniędzy na opłacenie nauki w szkole ekonomicznej w Trenton i na książki. 
W  przeddzień  wyjazdu  pan  Rogers,  który  śledził  przedsięwzięcie  Neda,  znów  podwiózł  go 
drogą. 

— A  więc  znalazłeś  w  końcu  jakiś  sposób,  Ned  —  zagadnął  go  dobrodusznie.  — 

Wiedziałem,  że  tak  będzie.  Kiedy  skończysz  szkołę,  ode  mnie  odejdzie  księgowy.  Będę 
potrzebował na jego miejsce młodego człowieka z głową do interesów i myślę, że ty będziesz 
tym człowiekiem. Co ty na to? 

— Dziękuję panu — wyjąkał Ned, ledwo wierząc własnym uszom: Posada w sklepie pana 

Rogersa oznaczała dobrą pensję i awans. Nie śmiał nawet marzyć o takim powodzeniu. — Jeśli 
uważa pan, że mogę zadowolić… 

— Zdołałeś przekonać Starego Dutchera i zarobiłeś tyle, by wystarczyło ci na cały semestr 

nauki w szkole. Uważam, że jesteś takim człowiekiem, jakiego szukam. Lubię pomagać tym, 
którzy mają smykałkę do radzenia sobie w życiu, więc możemy zawrzeć umowę, Ned. 

background image

IEOCZEKIWAE ZAPROSZEIE

 

 
Był  pochmurny  sobotni  ranek  w  Oaklawn.  Wiatr  targał  drzewami  i  ciskał  pożółkłymi, 

zmokniętymi liśćmi w szyby biblioteki, w której ponad tuzin dziewcząt czekało, aż dyrektorka 
przyniesie pocztę. 

Duże pomieszczenie rozbrzmiewało dziewczęcymi głosami i przyciszonym śmiechem: za 

dwa tygodnie szkoła zostanie zamknięta na lato. Rozmawiano więc o wakacyjnych planach i 
spodziewanych przyjemnościach. 

Tylko  Ruth  Mannering  jak  zwykle  siedziała  samotnie  w  pobliżu  okna  i  patrzyła  na 

przesłonięty  mgłą  trawnik.  Była  bladą,  szczupłą  dziewczyną  o  smutnej  twarzy,  ubraną  w 
podniszczoną, czarną suknię. Nie miała w Oaklawn żadnej przyjaciółki i pozostałe dziewczęta 
niewiele  o  niej  wiedziały.  Gdyby  w  ogóle  kiedykolwiek  o  tym  myślały,  prawdopodobnie 
zdecydowałyby, że jej nie lubią. Przede wszystkim jednak, po prostu jej nie dostrzegały. 

Nie  była  to  wyłącznie  ich  wina.  Ruth  była  biedna  i  w  sposób  widoczny  pozbawiona 

przyjaciół. Lecz to nie brak pieniędzy działał na jej niekorzyść. Lou Scott, przyznająca się do 
tego,  że  jest  uboga  jak  mysz  kościelna,  była  najpopularniejszą  dziewczyną  w  seminarium  i 
lubianą  towarzyszką  najbogatszych  dziewcząt.  Lou  jednak  była  wesoła,  szczera  i 
bezceremonialna, podczas gdy Ruth straszliwie nieśmiała i powściągliwa. Tu właśnie krył się 
cały sekret. 

Dziewczęta nie znajdowały w niej nic „wesołego”, tak przynajmniej mawiały; została więc 

wyłączona  z  towarzyskich  spotkań  i  żyła  w  Oaklawn  tak  samotnie,  jakby  była  tu  jedyną 
studentką. Przyjechała studiować muzykę i chciała po skończeniu szkoły zarabiać dawaniem 
lekcji.  Uważała,  że  właśnie  dlatego  dziewczęta  patrzą  na  nią  z  góry.  Było  to  oczywiście 
niesprawiedliwe, ale Ruth nie zdawała sobie sprawy, że to jej własny chłód i rezerwa tworzą 
dystans pomiędzy nią i pozostałymi dziewczętami. 

Po  drugiej  stronie  sali  rej  wodziła  Carol  Golden,  nazywana  przez  swych  przyjaciół 

Złotowłosą  Carol,  z  powodu  prześlicznych,  złocistych  loków.  Carol  należała  do  pupilek 
seminarium i — jak myślała Ruth Mannering — miała w życiu to wszystko, czego brakowało 
Ruth. 

Wniesiono pocztę i dziewczęta rzuciły się w stronę stołu. Zabrzmiały okrzyki zadowolenia i 

rozczarowania.  Po  kilku  minutach  pokój  prawie  opustoszał.  Zostały  w  nim  tylko  dwie 
dziewczyny; Carol Golden, która siadła w fotelu, żeby przeczytać wszystkie listy do siebie oraz 
Ruth Mannering, która nie dostała żadnego listu i wróciła na dawne miejsce przy oknie. 

Carol  nagle  wykrzyknęła  z  radości.  Matka  napisała,  że  Carol  może  zaprosić  jedną  z 

przyjaciółek  na  wakacje.  Carol  prosiła  kiedyś  o  takie  pozwolenie  i  teraz,  kiedy  nadeszło, 
gotowa  była  skakać  z  radości.  Od  razu  wiedziała,  kogo  zaprosi.  Oczywiście  musi  to  być  jej 
przyjaciółka,  Maud  Russell,  najmądrzejsza  i  najładniejsza  dziewczyna  w  Oaklawn,  jak 
twierdzili  jej  wielbiciele.  Na  pewno  była  najbogatsza  i  uznawano  w  niej  „przywódczynię”. 
Dziewczęta nazywały ją z sympatią księżniczką, a Carol kochała ją romantycznym uczuciem 
spotykanym  wyłącznie  wśród  młodych  dziewcząt.  Carol  była  pewna,  że  Maud  przyjmie  jej 
zaproszenie, bo Maud nie zamierzała jechać do  własnego domu. Jej rodzice podróżowali po 
Europie, miała więc spędzić święta z jakimiś kuzynami, którzy byli dla niej prawie obcy. 

Carol była tak ucieszona, że poczuła chęć porozmawiania z kimś, zwróciła się więc do Ruth. 
— Czyż to nie cudowne, że już za dwa tygodnie wszystkie wyjedziemy do domów? 
— Tak, bardzo. Dla tych, które mają dokąd pojechać — odparła posępnie Ruth. 
Carol poczuła nagłe ściśnięcie serca i wyrzut sumienia. — A ty nie masz? 
Ruth  potrząsnęła  głową.  Poczuła,  że  wbrew  jej  woli  miły  ton,  jakim  odezwała  się  Carol, 

sprawił, że łzy same napłynęły jej do oczu. 

background image

— Moja  mama  umarła  rok  temu  —  powiedziała  drżącym  głosem.  —  Odtąd  nie  mam 

prawdziwego domu. Mama i ja byłyśmy na świecie całkiem same i teraz nie mam nikogo. 

— Ach, jakże mi cię żal! — zawołała Carol impulsywnie. Pochyliła się i łagodnie wzięła 

Ruth za rękę. — Czy chcesz powiedzieć, że będziesz musiała siedzieć tu przez całe święta? 
Ależ to okropne! 

— Och, nie będzie tak źle — szybko powiedziała Ruth. — Będę uczyć się i ćwiczyć prawie 

cały czas. To tylko teraz, kiedy wszyscy mówią  o wyjeździe, przykro mi, że sama nie mam 
dokąd wyjechać. 

Carol nagle puściła rękę Ruth, gdyż wpadła jej do głowy pewna myśl. 
Jakaś dziewczyna przeszła korytarzem i zawołała: „Ruth, panna Siviter chce cię widzieć w 

jakiejś sprawie w sali C”. 

Ruth zerwała się skwapliwie, bo zaczynała się obawiać, że się całkowicie załamie. 
Carol  Golden  prawie  nie  zauważyła  jej  odejścia.  Zebrała  listy  i  w  zamyśleniu  poszła  do 

swojego  pokoju,  nie  zwracając  uwagi  na  wesołe  głosy  dziewcząt  na  korytarzu  wołających 
Złotowłosą Carol. Maud Russell nie było w pokoju i Carol cieszyła się z tego powodu. Chciała 
zostać sama, żeby móc walczyć z tą nieoczekiwaną myślą. 

— To śmieszne — powiedziała na głos z rozdrażnieniem nietypowym dla niej, ponieważ 

miała  usposobienie  równie  pogodne  jak  wygląd.  —  Po  prostu  nie  mogę.  Miałam  zamiar 
zaprosić do siebie Maud, a teraz, kiedy nadarza się okazja, nie mogę się jej wyrzec. Oczywiście, 
jest mi bardzo żal Ruth. To okropne, że jest tak zupełnie sama, ale to nie moja wina. W dodatku 
ona jest taka okropnie cicha i źle ubrana. Co pomyśleliby o niej w domu? Frank i Jack śmialiby 
się z niej. Zaproszę Maud, gdy tylko przyjdzie. Maud rzeczywiście zaraz weszła, ale Carol nie 
zaprosiła  jej.  Zamiast  tego  zachowała  się  prawie  opryskliwie  wobec  swojej  uwielbianej 
koleżanki i księżniczka szybko wyszła urażona. 

— O  Boże!  —  wykrzyknęła  Carol.  —  Obraziłam  ją!  Co  we  mnie  wstąpiło?  Cóż  za 

nieznośna  rzecz  to  sumienie,  choć  właściwie  nie  mam  pojęcia,  dlaczego  miałoby  mnie  tak 
dręczyć! Nie chcę zaprosić Ruth Mannering do domu na święta, choć czuję, że nie będę miała 
ani  chwili  spokoju,  jeśli  tego  nie  zrobię.  Mama  oczywiście  uważałaby,  że  wszystko  jest  w 
porządku. Nie miałaby nic przeciwko, nawet gdyby Ruth ubierała się w perkal i nie potrafiła 
powiedzieć nic oprócz tak i nie. Ale chłopcy na pewno bardzo by się śmiali! Nie zrobię tego i 
już, nawet jeśli będę miała wyrzuty sumienia. 

Wobec  tej  decyzji  było  nieco  dziwne,  że  następnego  ranka  Carol  Golden  poszła  do 

samotnego  pokoiku  Ruth  Mannering  w  korytarzu  numer  dwa  i  powiedziała:  —  Ruth,  czy 
pojedziesz ze mną do domu na wakacje? Mama mi napisała, że mogę zaprosić, kogo chcę. Nie 
mów, że nie, bo po prostu musisz ze mną pojechać. 

Carol do końca życia nie zapomniała wyrazu twarzy Ruth w tym momencie. 
— Była  zupełnie  przemieniona  —  opowiadała  potem.  —  Nigdy  nie  widziałam  nikogo 

równie szczęśliwego. 

Dwa tygodnie później niezwykła cisza zapanowała w Oaklawn. Dziewczęta rozjechały się 

do domów, a Ruth Mannering i Carol Golden były w domu Carol. 

Carol  była  przyjemnie  zdziwiona.  Pod  wpływem  życzliwego  traktowania  i  przyjemnych 

przeżyć,  Ruth  zmieniła  się  w  zupełnie  inną  osobę.  Jej  nieśmiałość  i  rezerwa  stopniały  w 
słonecznej  atmosferze  domu  Goldenów.  Pani  Golden  od  razu  otworzyła  przed  nią  swoje 
macierzyńskie serce, a Frank i Jack, których zdania Carol tak się obawiała, orzekli, że Ruth jest 
„w dechę”. Rzeczywiście była z nimi w dobrych stosunkach i choć nie sprawiła takiej sensacji, 
jaką mogła zrobić śliczna Maud Russell, Goldenowie polubili ją i Carol czuła się zadowolona. 

— Jeszcze  cztery  dni  —  westchnęła  pewnego  popołudnia  Carol.  —  i  musimy  wracać  do 

Oaklawn, pomyśl tylko Ruth! 

Ruth  spojrzała  na  nią  znad  książki  i  uśmiechnęła  się.  Zmieniła  się  nawet  pod  względem 

wyglądu. Jej policzki delikatnie się zaróżowiły i w oczach pojawiły się wesołe ogniki. 

background image

— Nie  będzie  mi  smutno  wracać  do  szkoły  —  powiedziała.  —  Spędziłam  tu  czas  tak 

przyjemnie,  że  nie  obawiam  się  przyszłego  semestru.  Uważam,  że  będzie  inny  od 
poprzedniego. Zaczynam przypuszczać, że za bardzo się izolowałam i zadręczałam urazami, 
które istniały tylko w mojej wyobraźni. 

— Poza tym zamieszkasz ze mną w pokoju, bo Maud nie wraca dodała Carol. — Będzie 

nam wesoło. Czy kiedykolwiek opiekałaś korzenie prawoślazu? Popatrz, pan Swift idzie prosto 
do nas! To najbogatszy człowiek w Westleigh. 

Ruth zerknęła przez okno zza pleców Carol. 
— Przypomina  mi  kogoś  —  powiedziała  z  roztargnieniem  —  ale  nie  wiem  kogo. 

Oczywiście, nie widziałam go nigdy przedtem. Jaką ma dobrą twarz! 

— On  jest  dobry!  —  zawołała  z  entuzjazmem  Carol.  —  Pan  Swift  jest  najmilszym 

człowiekiem na świecie po ojcu. Zawsze bardzo mnie lubił. Jego żona i jedyna córeczka nie 
żyją. Ona była śliczną dziewczynką — zmarła zaledwie dwa lata temu. To niemal złamało serce 
panu Swiftowi. Od tego  czasu mieszka sam w tym wielkim, wspaniałym  domu na początku 
Warner Street, który tak ci się spodobał, kiedy poszłyśmy ostatnio do miasta. Dzwoni już drugi 
raz. Na pewno Mary nie słyszała, pójdę sama otworzyć. 

Gdy Carol wprowadziła gościa do pokoju, Ruth podniosła się, żeby wyjść i stanęła z nim 

twarzą w twarz. Pan Swift przyjrzał się jej uważnie. 

— Panie Swift, to jest moja szkolna przyjaciółka panna Mannering. 
Pan Swift był dziwnie poruszony, ujmując nieśmiało wyciągniętą rękę Ruth. 
— Moja droga młoda damo — odezwał się z jakimś dziwnym pośpiechem. — Chciałbym 

zadać pewne pytanie, które może wyda ci się dziwne. Jak nazywała się twoja matka? 

— Agnes Hastings — odpowiedziała zdumiona Ruth. 
I  wtedy  Carol  pomyślała,  że  pan  Swift  naprawdę  zwariował,  bo  wziął  Ruth  w  ramiona  i 

pocałował ją. 

— Wiedziałem  —  szepnął.  —  Byłem  pewien,  że  jesteś  córką  Agnes,  bo  jesteś  żywym 

obrazem jej takiej, jaką była, kiedy ją widziałem ostatni raz. Dziecko, nie znasz mnie, ale ja 
jestem twoim wujem Robertem. Twoja matka była moją przyrodnią siostrą. 

— Och, panie Swift! — wykrzyknęła Carol i pobiegła po matkę. Ruth zbladła i opadła na 

krzesło, a pan Swift usiadł obok niej. 

— Pomyśleć tylko, że w końcu cię znalazłem! Wyglądasz na zdumioną. Czy matka nigdy ci 

o mnie nie mówiła? Jak ona się miewa? Gdzie jest? 

— Umarła w zeszłym roku — odparła Ruth. 
— Biedna Agnes! Nic o tym nie wiedziałem! Nie płacz, dziecko. Chcę, żebyś mi wszystko 

opowiedziała.  Agnes  była  ode  mnie  znacznie  młodsza  i  kiedy  nasza  matka  umarła,  ojczym 
wyjechał i zabrał ją ze sobą. Ja zostałem z rodziną mojego ojca i w końcu zupełnie straciłem 
ślad siostry. Byłem wtedy biednym chłopcem, ale kiedy moja sytuacja się poprawiła, często 
próbowałem odnaleźć Agnes. 

Tymczasem wróciła Carol z matką i ojcem. Nastąpiła wzruszająca scena: płacz, śmiech i 

wyjaśnienia. Nie wiem doprawdy, która z dwóch dziewcząt była bardziej przejęta — Carol czy 
Ruth. Co do pana Swifta, to bardzo uradował się, że odnalazł siostrzenicę i natychmiast chciał 
ją zabrać ze sobą, ale pani Golden nalegała, żeby Ruth odbyła u nich wizytę do końca. Kiedy 
powstała kwestia powrotu do Oaklawn, z początku pan Swift w ogóle nie chciał o tym słyszeć, 
ale w końcu uległ prośbom Carol i pragnieniom samej Ruth. 

— W przyszłym roku kończę szkołę, wujku i wtedy mogę zamieszkać z tobą na stałe. 
Tego wieczoru kiedy Ruth została sama w pokoju, próbując zebrać myśli, zrozumiała, że w 

końcu  będzie  miała  własny  dom  i  miłość,  której  tak  bardzo  pragnęła.  Złotowłosa  Carol 
siedziała z matką w pokoju na dole, omawiając całą sprawę. 

— Tylko pomyśl mamo, że to by się nie zdarzyło, gdybym nie zaprosiła Ruth do nas. A ja 

nie  chciałam  jej  zaprosić.  Tak  bardzo  pragnęłam,  żeby  Maud  przyjechała  i  byłam  okropnie 

background image

rozczarowana, gdy nie mogłam jej zaprosić. Po prostu nie mogłam. Nie potrafiłam zapomnieć 
tego spojrzenia Ruth, kiedy powiedziała, że nie ma domu, do którego mogłaby pojechać. Więc 
zaprosiłam ją zamiast Maud. Jakie to byłoby okropne, gdybym tego nie zrobiła! 

background image

W

YPRAWA 

C

HARLOTTY

 

 
Charlotta zdecydowała, że w tej sprawie uda się do czarownicy Penny. Być może Pan Bóg 

po  prostu  nie  zauważył,  jak  bardzo  czuła  się  nieszczęśliwa  w  domu  swoich  radośnie 
rozbrykanych  i  hałaśliwych  kuzynów  (z  całego  serca  nie  znosiła  hałasu  i  brykania),  którzy 
nieustannie rzucali się na nią, głaskali ją i obcałowywali, czego nie cierpiała. Ciotka Florence, 
kuzynka Edith, albo pani Barrett (babka) uwielbiały stroić ją niczym lalkę, a tego nienawidziła. 
Nawet przez chwilę nie była w tym domu sama. Lubiła być sama i tęskniła do tego, bo nigdy 
nie  czuła  się  wtedy  samotna.  Tak,  to  bardzo  prawdopodobne,  pomyślała  po  krótkim 
zastanowieniu. Pan Bóg nie potrafił uwierzyć w to, że ona jest nieszczęśliwa. Jedyna nadzieja 
w czarownicy Penny. O czarownicach wiedziała tylko tyle, że konszachty z nimi były niezbyt 
bezpieczne i niezupełnie legalne. Pragnęła jednak matki tak gorąco, że posunęłaby się bardzo 
daleko, aby ją zdobyć. 

O czarownicy Penny dowiedziała się od Jima, wkrótce po przyjeździe do ciotki Florence. 
— Czarownica Penny leci zaraz na sabat, a jej stary, czarny kot usiądzie za nią na miotle — 

powiedział  Jim  do  Charlotty  pewnego  jesiennego  wieczoru.  Ciągnął  zagmatwaną  ale 
fascynującą opowieść o jeździe na miotle ponad domami i wzgórzami. Jim wcale nie zamierzał 
oczarować Charlotty, tylko tak wystraszyć, żeby włosy stanęły jej dęba na głowie. Charlotta 
jednak  nie  należała  do  bojaźliwych,  a  włosy  na  jej  głowie  spoczywały  bardzo  układnie. 
Historyjki Jima były emocjonujące, choć wolałaby, żeby dotyczyły raczej latania na grzbiecie 
jaskółki. Przecież i to można osiągnąć, jeśli jest się czarownicą. Jeśli zamieniała się w szarego 
kota — Jim twierdził, że czarownica Penny robi  to bez najmniejszej trudności — potrafi na 
pewno  stać  się  kimś  tak  maleńkim,  żeby  latać  na  jaskółce.  Na  myśl  o  szybkiej  jeździe  w 
powietrzu zadrżała z emocji. 

Charlotta bardzo pragnęła mieć matkę. Wiedziała, że jest to zupełnie realne. Nita Gresham 

dostała nową mamę, Charlotta słyszała o tym w szkole, jeszcze przed wyjazdem ojca i swoim 
przybyciem do domu ciotki Florence. Jeśli Nita mogła, to dlaczego ona nie? Mieć matkę, która 
przytulałaby ją; opowiadała historyjki! Matkę, do której mogłaby należeć. Odczuwała boleśnie 
to, że dotąd nie należała do jakiegoś konkretnego miejsca, ani do żadnej osoby. Nawet do ojca. 
Jak można należeć do ojca, kiedy patrzy na ciebie jak na przeszkodę w uprawianiu wspinaczek? 
Wiedziała doskonale, że tak uważał, choć ani on, ani nikt inny tego jej nie powiedział. Dawała 
się nabrać na głupiutką historię o czarownicach i miotłach, ale w pewnych sprawach nie można 
jej było oszukać: posiadała niezwykłą mądrość. 

Drugim pragnieniem Charlotty było znaleźć spokojne miejsce, gdzie mogłaby pobyć sama, 

kiedy tylko zapragnie, by słuchać tajemniczych opowieści wiatru. Lubiła też trzymać przy uchu 
dużą  nakrapianą  muszlę,  szepczącą  o  morzu,  albo  rozmawiać  z  różami  w  ogrodzie,  albo  po 
prostu  siedzieć  nieruchomo,  myśleć  i  nic  nie  mówić.  Jeśli  w  domu  ciotki  Florence  ktoś 
zachowywał się cicho, prędzej czy później pytano, czy wszystko z nim w porządku. Jeśli zaś 
takie  milczenie  trwało  dłużej,  nazywano  go  ponurakiem.  Kiedy  mieszkała  z  ojcem  i  starszą 
panią  Beckwith  w  domu  (od  biedy  można  było  uznać  to  za  dom),  nie  było  tak  źle,  bo 
przynajmniej  zostawiali  ją  w  spokoju.  Skoro  nie  darzą  cię  miłością,  to  nieźle,  jeśli  masz 
przynajmniej spokój. U ciotki Florence nigdy nie mogła być sama. Wiedziała też dobrze, że jej 
nie kochają. Całowali ją, głaskali i żartowali po prostu dlatego, że taki mieli zwyczaj. Jimmy 
uważał ją za ciamajdę, a Edith i Susette za głuptasa. Pani Barrett sądziła, że jest „dziwna”, a 
ciotka Florence nie potrafiła pogodzić się z jej wyglądem. 

— Na  miłość  boską,  dziecko,  czy  ty  musisz  być  taka  kanciasta?  —  wykrzykiwała 

niecierpliwie, gdy sukienka nie chciała prawidłowo leżeć na Charlotcie. Ciotka Florence nie 
uznawała  osób  kanciastych.  Nie  znajdowała  też  w  dziewczynce  nic  takiego,  co  by  się  jej 
podobało. 

background image

Miała zbyt ciemne włosy, zbyt szare i za duże oczy, brwi za gęste, a cerę zupełnie śniadą. 
— Skąd się u niej wzięła taka karnacja? — rozpaczała ciotka Florence. 
— Nie  wiesz?  A  ja  wiem!  —  powiedziała  pani  Barrett  znacząco.  —  To  żywe  odbicie 

Wiadomej Osoby! 

— Nigdy jej nie widziałam — odparła ciotka Florence — Lecz jeśli Charlotta jest do niej 

podobna, to nie dziwię się, że Edward jej nie lubi. 

A więc ojciec jej nie lubi! Charlotta westchnęła. Zawsze to podejrzewała, ale gorzko było 

wiedzieć o tym na pewno. Myślała, że po prostu nie był w stanie interesować się niczym oprócz 
górskich wspinaczek. Teraz wyglądało na to, że miała z tym związek Wiadoma Osoba! 

Charlotta  wiedziała,  że  nie  jest  podobna  do  swojej  matki.  Nie  widziała  żadnej  fotografii 

mamy, ale słyszała, że była mała, drobna i złotowłosa. Charlotta chciałaby tak wyglądać. Nie 
pamiętała jej właściwie. Przechowała w pamięci tylko sen o niej. Był to piękny sen, w którym 
znajdowała  się  wraz  z  matką  w  jakimś  cudownym  miejscu.  Charlotta  nigdy  nie  zapomniała 
tego miejsca — zawsze za nim tęskniła. Stary dom zwracał się frontem ku morzu, po którym 
przepływały statki. Były tam również jodłowe lasy i wzgórza otulone mgłą. Od morza wiało 
słone, chłodne powietrze. Odpoczynek, spokój, cisza. Na półce siedziała śliczna porcelanowa 
dama w błękitnych pantofelkach, ze złoconą szarfą i czerwoną różą w złotych, porcelanowych 
włosach. 

Matka była tam razem z nią. Charlotta miała co do tego absolutną pewność, choć wszystko 

inne, jak to bywa ze snami, pamiętała jak przez mgłę. Charlotta miała dziwne uczucie, że gdyby 
tylko trafiła w to miejsce, odnalazłaby również matkę. Jednak to nieprawdopodobne, aby nawet 
czarownica Penny potrafiła przenieść się w miejsce ze snu. 

Postanowiła  wymknąć  się  tego  popołudnia,  kiedy  wszyscy  szykowali  się  na  przyjęcie. 

Ciągle urządzali przyjęcia. Zasadą rodziny Laurence’ów było: „Jedzmy, pijmy i weselmy się”. 
Charlotta nienawidziła przyjęć w ogóle, a tego właśnie szczególnie, ponieważ zapowiedziano 
żywe obrazy, w których miała wziąć udział i nosić na głowie błyszczącą, papierową koronę. 
Nie  wiadomo  czemu,  myśl  o  tej  błyszczącej,  papierowej  koronie  budziła  w  niej 
nieprzezwyciężoną odrazę. 

Miała nadzieję, że uda jej się zniknąć niepostrzeżenie wśród zwykłej w takich wypadkach 

bieganiny i rozgardiaszu, ale pani Barrett odkryła te zamiary i zapytała, dokąd idzie. 

— Na  poszukiwanie  szczęścia  —  odpowiedziała  z  powagą  i  prostotą.  Musiała  wyznać 

prawdę. Pani Barrett wpatrywała się w nią ze zdumieniem. 

— Nie  wiem,  skąd  bierzesz  takie  pomysły.  Każde  inne  dziecko  chciałoby  pomagać  w 

przygotowaniach do przyjęcia. Spójrz tylko, jak wspaniale bawią się przy tym twoi kuzynowie. 

Zapewne tak było. Wszyscy biegali gorączkowo tam i z powrotem, ciągnąc i przesuwając 

meble. 

Tak działo się nieprzerwanie. Nic nie pozostawało na swoim miejscu dłużej niż tydzień. Gdy 

tylko przywykło się do tego, że jakaś rzecz gdzieś stoi, ciotka Florence albo Susette wpadały na 
pomysł,  że  będzie  lepiej  przenieść  ją  w  jakieś  inne  miejsce  i  po  hałaśliwej  wymianie  zdań 
dokonywały  zmiany.  Każde  przyjęcie  stanowiło  świetny  pretekst  do  tego,  żeby  wszystko 
poprzestawiać. 

Charlotta jak zwykle nic nie odpowiedziała na uwagi pani  Barrett. To jeszcze jeden z jej 

niemiłych zwyczajów. Po prostu otworzyła drzwi i zamknęła je cicho za sobą. Nie było łatwo 
dokonać tego bez hałasu, bo wszystkie drzwi w tym domu zamykały się z głośnym trzaskiem. 
Jakoś jednak się udało. 

Przez  moment stała  na  ganku,  oddychając  z  ulgą.  Zostawiła  za  sobą  hałas  i  ruch.  Edith  i 

Susette kłóciły się głośno na korytarzu, w bibliotece grało na cały regulator radio, Jim walił w 
pianino,  żeby  zmusić  do  wycia  grubego  psa,  co  mu  się  powiodło.  Charlotta  zatkała  uszy 
palcami i pobiegła ścieżką. Ponad nią rozpościerało się szare, spokojne, jesienne niebo, a przed 

background image

nią szara, rzadko uczęszczana droga. Charlotta nagle poczuła się lekko, jakby ktoś ją zamienił 
w jaskółkę. Wyruszyła z domu, była sama i zamierzała odnaleźć matkę. 

 

 
Dom czarownicy Penny — mały i szary — stał pół mili na zachód od miasteczka, przytulony 

do stromego wzgórza, które wznosiło się tuż za stawem. Brama wisiała luźno na zawiasach. 
Dom był stary i zaniedbany, miał połatany dach i wypaczone parapety. Charlotta pomyślała, że 
zawód czarownicy nie jest zbyt opłacalny. 

Na moment się zawahała. Nie należała do nieśmiałych, ale czuła odrobinę strachu. Potem 

pomyślała o pani Barrett, bujającej się energicznie w fotelu i trajkoczącej wiecznie wysokim, 
wesołym  tonem.  —  Matka  jest  zawsze  taka  pogodna  —  mawiała  ciotka  Florence.  Charlotta 
zadrżała. Żadna czarownica nie może być gorsza. Zastukała do drzwi. 

Wewnątrz domku ustał turkot. Czy przeszkodziła czarownicy w jakimś zaklęciu? Usłyszała 

kroki kogoś schodzącego po schodach. Potem otworzyły się drzwi i stanęła w nich czarownica 
Penny. Charlotta utkwiła w niej badawczy wzrok. 

Czarownica  była  siwa  jak  gołąb,  miała  szeroką,  różową  twarz  i  maleńkie  czarne  oczka 

tkwiące głęboko w fałdkach tłuszczu. Dziewczynce wydawało się, że wygląda zbyt wesoło jak 
na czarownicę. Bez wątpienia istniały jednak różne rodzaje czarownic. Wielki czarny kocur o 
ognistych,  złotych  oczach  siedzący  za  nią  na  schodkach  z  pewnością  wyglądał  tak,  jak 
powinien. 

— A więc, kim jesteś i czego chcesz ode mnie? — odezwała się nieco ochryple czarownica. 
Charlotta nie traciła słów ani czasu: — Nazywam się Charlotta Laurence i przyszłam prosić, 

by pani znalazła mi matkę. O ile pani jest czarownicą. Czy to prawda, że pani nią jest? 

Wygląd czarownicy Penny nagle się zmienił. Stała się bardziej tajemnicza. 
— Sza, dziecko! — szepnęła. — Nie mów o czarownicach w świetle dnia. Nie wiadomo, co 

może się przytrafić! 

— Ale czy to prawda? — nalegała Charlotta. Jeżeli Penny nie jest czarownicą, nie warto 

dalej z nią rozmawiać. 

— Oczywiście, że jestem czarownicą. Ale wejdź, wejdź. Nie znajdę ci  przecież matki na 

progu. Najlepiej chodź prosto na górę. Tkam właśnie obrus dla elfów. Wszystkie czarownice z 
okolicy obiecały zrobić po kawałku. Biedne, małe, nieporadne stworzenia zostawiły w zeszły 
wtorek obrusy na mrozie i zupełnie je zniszczyły. Ale nie mogę tracić ani chwili, jestem w tyle 
za innymi czarownicami! Wybacz, że będę pracować, podczas gdy ty opowiesz mi o swoich 
kłopotach. Tkam materiał dla samej królowej elfów. Jej wysokość będzie miała kwaśną minę, 
jeśli nie skończę na czas. 

Charlotta pomyślała, że warsztat tkacki czarownicy Penny jest zbyt wielki i niezgrabny, aby 

tkać  na  nim  obrusy  dla  elfów,  a  tkanina  przypomina  pospolitą  flanelę.  Z  pewnością  jednak 
czarownice  mają  swoje  sposoby,  by  omamić  wzrok  zwykłych  śmiertelników.  Kiedy  Penny 
skończy robotę, wypowie nad nią zaklęcie i flanela stanie się prześliczną materią o pajęczej 
lekkości. 

Czarownica wróciła do pracy, a Charlotta usiadła na stołeczku obok niej. Znajdowały się na 

pięterku, z jednym zasnutym pajęczynami oknem i brudnym sufitem, z którego zwisał suszony 
wrotycz i krwawniki. Kot powędrował za nimi i usiadł na najwyższym stopniu schodów, skąd 
wpatrywał się w Charlottę. Jego oczy lśniły niesamowicie w półmroku. 

— No,  opowiedz  swoją  historię  —  odezwała  się  Penny.  —  Mówisz,  że  nazywasz  się 

Charlotta  Laurence  i  chcesz  mieć  matkę.  Twoim  ojcem  jest,  jak  przypuszczam,  Edward 
Laurence. 

background image

— Tak,  ale  on  wyjechał  na  Zachód,  aby  wędrować  po  górach  —  wyjaśniła  Charlotta.  — 

Zawsze tego chciał, lecz mama umarła, kiedy miałam trzy lata, i dopóki byłam mała, nie mógł 
mnie zostawić. Teraz skończyłam osiem lat, więc pojechał. 

— I zostawił cię z wujem Tomem i ciotką Florence. Tak, słyszałam o tym. Kot twojej ciotki 

Florence  opowiedział  mi  tę  historię  na  ostatnich  tańcach  czarownic.  Twoja  ciotka  jest  zbyt 
dystyngowana, żeby zadawać się z nami i nie wie nawet, gdzie bywa jej kot. Nie jesteś podobna 
do  rodziny  Laurence’ów.  Nie  masz  takich  roześmianych  ust  jak  twój  ojciec.  Twoje  usta  są 
dumne jak u babki Jasper. Czy widziałaś ją kiedyś? 

Charlotta potrząsnęła głową. Nie wiedziała nic o babce Jasper oprócz tego, że istnieje, ale 

usłyszała wreszcie, kim jest Wiadoma Osoba. 

— Nie,  na  pewno  jej  nie  widziałaś.  Była  wściekła  na  twoją  matkę,  że  wyszła  za  Neda 

Laurence’a. Mówiono, że nie zamierzała jej tego nigdy wybaczyć i nigdy nie postawiła nogi w 
domu córki. Ty jednak masz jej usta, czarne włosy i duże oczy. A jakie małe uszy! I znamię na 
szyi. To znamię czarownic. Posłuchaj no, dziecko, czy nie chciałabyś zostać czarownicą? To o 
wiele  łatwiejsza  praca  niż  ta,  którą  dałaś  mi  do  wykonania.  Zastanów  się,  jak  przyjemnie 
byłoby polatać na miotle. 

Charlotta już myślała o lataniu ponad wieżami i wierzchołkami jodeł w nocy, ale odparła: — 

Uważam, że jestem za młoda na czarownicę. 

Oczy Penny zabłysły. — Ależ dziecko, to właśnie młode czarownice mają najwięcej mocy. 

Nie każda może być czarownicą. Jest nas tak niewiele, że aż nie do wiary. Nie będę jednak 
nalegać. Chcesz, żebym znalazła ci matkę? 

— Bardzo proszę. Nita Gresham ma nową matkę, więc i ja mogłabym mieć! 
— Prawdziwą matkę trudno znaleźć. Może jednak da się coś załatwić. Masz szczęście, że 

jest teraz właściwa faza księżyca. W przyszłym tygodniu nie mogłabym nic dla ciebie zrobić. 
Pamiętaj jednak dziecko, że nie obiecuję ci niczego na pewno. Jest niewielka szansa… skoro 
masz usta takie jak twoja babka. Gdybyś była podobna do ojca, Penny nie pomogłaby ci zdobyć 
matki. Podobieństwo do niego na nic by się nie przydało. 

Penny zachichotała — Jaką matkę chciałabyś mieć? 
— Spokojną. Taką, która nie śmieje się zbyt wiele i nie zadaje za dużo pytań. 
Czarownica potrząsnęła głową. 
— To rzadkość. Trzeba trochę poczarować. Zaraz… — Penny rzuciła czółenko, pochyliła 

się i wyjęła garść rodzynków z pudełka obok warsztatu tkackiego. — Wrzuć je do brzuszka, a ja 
tymczasem trochę pomyślę… 

Charlotta z rozkoszą zajadała rodzynki, podczas gdy czarownica tkała powoli i z namysłem. 

Nie odezwała się, dopóki Charlotta nie skończyła ostatniego rodzynka. 

— Przyszło mi do głowy — powiedziała czarownica — że gdybyś tak weszła na to rozległe 

wzgórze, a potem zeszła z niego i obróciła się trzy razy wokół siebie, ani mniej, ani więcej, 
znajdziesz drogę prowadzącą na zachód. Idź nią prosto, kierując się węchem, aż dojdziesz do 
bramy, za którą jest ścieżka do portowego nabrzeża. Obróć się jeszcze trzy razy… Jeśli o tym 
zapomnisz,  możesz  wypatrzyć  sobie  oczy,  a  i  tak  żadnej  matki  nie  zobaczysz.  Potem  zejdź 
ścieżką do kamiennego domku z drzwiami czerwonymi jak koci języczek. Zastukaj trzy razy do 
drzwi. Jeśli jest dla ciebie jakaś matka na tym świecie, to tam ją znajdziesz. To wszystko, co 
mogę dla ciebie zrobić. Charlotta zerwała się szybko. 

— Bardzo  dziękuję.  Wygląda  na  to,  że  trzeba  będzie  przejść  dobry  kawał  drogi,  więc 

powinnam już wyruszyć. Ile mam pani zapłacić? 

Penny znów zachichotała: widocznie coś bardzo ją rozbawiło. 
— A ile masz? — zapytała. 
— Jednego dolara. 
— Skąd go masz? 

background image

Charlotta pomyślała, że czarownice nie są zbyt uprzejme. Jeśli jednak już weszło się z nimi 

w konszachty… 

— Pani Beckwith dała mi przed wyjazdem. 
— Jak to się stało, że nie wydałaś go na lody i słodycze? 
— Lubię wiedzieć, że mam parę groszy w rezerwie — powiedziała z powagą Charlotta. 
Penny zachichotała po raz trzeci. — Jakbym słyszała twoją babkę. Jesteś Laurence tylko z 

nazwiska, nic więcej z nich w tobie nie ma. Zatrzymaj sobie tego dolara. Masz na szyi znamię. 
Nie możemy brać pieniędzy od nikogo ze znamieniem. To jest sprzeczne z naszymi regułami. 
A teraz biegnij, bo robi się późno. 

— Bardzo jestem pani wdzięczna — odparła Charlotta, wrzucając pieniądz z powrotem do 

kieszeni i wyciągając szczupłą, brązową rękę. 

— Jesteś dobrze wychowanym dzieckiem, nie ma co — zauważyła czarownica. 
Penny  stała  na  zapadniętym  progu  domu  i  patrzyła,  jak  mała,  smukła  figurka  znika  na 

horyzoncie. 

— Zastanawiam  się,  czy  postąpiłam  właściwie,  ale  ona  nigdy  nie  przystosuje  się  do 

Laurence’ów z tym ich ciągłym terkotaniem. Niech tylko stara pani ją zobaczy! 

Kiedy  Charlotta  znikła  za  zakrętem  drogi,  Penny  powiedziała  coś  dziwnego  jak  na 

czarownicę: — Niech cię Bóg błogosławi, maleńka! 

 

 
Charlotta szła wytrwale, nie tracąc nadziei. Gdy wchodziła na wzgórze, niebo poszarzało i 

wiatr stał się chłodniejszy. Ze szczytu nieoczekiwanie roztoczył się przed nią zapierający dech 
widok  wielkiej,  szarej  zatoki,  po  której  ścigały  się  przykryte  białymi  grzywami  fale.  Za 
piaszczystą łachą znajdowała się jeszcze rozleglejsza szarość. Wiedziała, że to musi być morze. 
Przez chwilę stała zachwycona. Nigdy wcześniej nie widziała portu, choć mówiono, że jest w 
pobliżu. Czy na pewno nie widziała? Nagle świat zawirował wokół niej i przypomniała sobie 
sen. We śnie widziała ten port, wielkie fale pędzące do brzegu, czarne kruki przycupnięte na 
płotach wokół pól i białego ptaka na tle ciemnego nieba. 

Charlotta  zeszła  ze  wzgórza  i  z  powagą  obróciła  się  trzy  razy  wokół  siebie.  Pachnący 

morzem  wiatr  dmuchnął  od  drogi  po  lewej  stronie.  Pewnie  o  to  chodziło  czarownicy,  kiedy 
mówiła  o  kierowaniu  się  węchem.  I  rzeczywiście,  po  chwili  trafiła  do  bramy  i  trawiastej, 
wyboistej dróżki wiodącej wzdłuż łagodnego zbocza w dół do portu. Charlotta znów obróciła 
się trzy razy. Jeśli nie znajdzie matki na końcu tej drogi, to na pewno nie z tej przyczyny, że nie 
dopełniła skrupulatnie jakiejś części rytuału. 

W połowie drogi napotkała szary, kamienny dom z drzwiami jak koci języczek, dom tak 

stary i szary, że stał się prawie częścią wzgórza. Miał wygląd pełen godności i spokoju, jakby 
nie obawiał się niczego ze strony wiatru i deszczu. 

Charlotta poczuła drżenie kolan. Dotarła do celu — czy w tym domu jest dla niej matka? 

Czarownica  nie  była  wcale  o  tym  przekonana.  Powiedziała  tylko,  że  jest  pewna  szansa. 
Zaczynało padać, port widziała niewyraźnie jak za mgłą. Wkrótce zrobi się ciemno. Zadrżała, 
zebrała całą odwagę i zapukała do czerwonych drzwi. 

Nie  usłyszała  odpowiedzi.  Poczekała  chwilę,  obeszła  dom  i  stanęła  przed  kuchennymi 

drzwiami. Też były czerwone. Znów zapukała. 

Drzwi się otworzyły. Charlotta poczuła bolesne rozczarowanie. To nie matka — zbyt stara 

na  matkę.  Wysoka,  chuda,  o  sympatycznej  twarzy,  która  mogłaby  być  twarzą  mężczyzny. 
Miała siwiejące włosy, gęste brwi i jasne, szare oczy. Charlotta nigdy jej nie widziała, ale miała 
dziwne wrażenie, że tę twarz już skądś zna. 

background image

— Kim  jesteś?  —  zapytała  staruszka,  ani  uprzejmie,  ani  nieuprzejmie,  lecz  w  prosty, 

bezpośredni sposób, który sprawił, że Charlotta odpowiedziała szczerze. — Jestem Charlotta 
Laurence. Byłam u Penny, czarownicy, żeby zapytać, czy nie mogłaby znaleźć dla mnie matki i 
kazała mi tu przyjść. 

Staruszka  stała  nieruchomo  przez  długą  chwilę,  tak  się  przynajmniej  Charlotcie  zdawało. 

Potem cofnęła się i powiedziała: — Wejdź. 

Charlotta rozejrzała się po wybielonej kuchence. Z rozczarowaniem spostrzegła, że nie było 

w niej nikogo. Na podłodze leżał duży, ciemnoczerwony chodnik z trzema czarnymi kotami. 
Koty patrzyły żółtymi oczami z wełny, które mimo deptania po nich przez wiele lat miały wciąż 
koci wyraz i żywy kolor. Piec był wielki, a jego drzwiczki otwierały się tak szeroko, że mógł 
służyć jako kominek. Szerokie, niskie okno wychodziło na port. Na stole leżał obrus w biało — 
czerwoną  kratkę  i  półmisek  pełen  czegoś,  co  dziewczynce  po  długim  spacerze  cudownie 
zapachniało. 

— Właśnie  siadałam  do  kolacji  —  powiedziała  starsza  pani.  —  Coś  mi  mówiło,  że  będę 

miała towarzystwo, więc ugotowałam trochę więcej. Zdejmij czapkę i płaszcz i siądź przy stole. 

Charlotta  usiadła  w  milczeniu.  Starsza  pani  odmówiła  modlitwę.  Charlotcie  się  to 

spodobało.  Dostała  ogromną  porcję  dobrze  przysmażonego  bekonu  i  naleśników  polanych 
syropem klonowym i zabrała się do jedzenia. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak głodna i nic tak 
jej nie smakowało jak ten bekon i naleśniki. Deszcz i wiatr rozhulały się na dobre, piec żarzył 
się czerwienią w półmroku, a spokój i ciepło starej kuchni cudownie kontrastowały z szalejącą 
na  zewnątrz  wichurą.  Niebiańsko  było  tak  jeść  w  ciszy,  nie  być  zmuszoną  do  rozmowy  i 
śmiechu, skoro nie ma się na to właśnie ochoty. Charlotta pomyślała o hałaśliwych posiłkach w 
domu  ciotki  Florence,  gdzie  wszyscy  bez  końca  rozmawiali  i  śmiali  się…  Ciotka  Florence 
lubiła „wesołe posiłki”. 

Jak dotąd nie znalazła co prawda matki, ale trzeba okazać cierpliwość. W tym domu nie było 

to trudne. Charlotta poczuła, że lubi ten dom i czuje się w nim u siebie. Nie była tu obca i ta 
kobieta  nie  wydawała  się  kimś  obcym.  Charlotta  zastanawiała  się,  gdzie  widziała  już  takie 
oczy. Widywała je wielokrotnie, lecz przed wielu laty. Chciała zobaczyć wszystko, co się kryje 
w tym domu. Nie chodziło jej o meble ani dywany, ale o listy w starych pudłach na strychu, 
wypłowiałe  fotografie  i  ubrania  w  starych  kufrach.  Westchnęła  ze  szczęścia.  Stara  pani  nie 
zapytała jej, dlaczego westchnęła i to też było cudowne. 

Po kolacji starsza pani — Charlotta spostrzegła, że nie jest bardzo stara, tylko siwe włosy 

sprawiają takie wrażenie — usadowiła Charlottę w fotelu przy piecu, żeby ogrzała sobie stopy 
na ciepłej podłodze, a sama zabrała się do zmywania naczyń. Jej cień skakał to tu, to tam po 
suficie  i  ścianach  kuchni.  Wyglądała  bardziej  na  czarownicę  niż  Penny.  Ta  kobieta  nie  była 
jednak czarownicą. Charlotta nie miała co do tego żadnych wątpliwości. 

Kiedy  starsza  pani  odstawiła  naczynia  do  narożnej  szafki  z  oszklonymi  drzwiczkami  i 

półkami wyłożonymi białym, wycinanym jak koronka papierem, zapaliła lampę, wyjęła druty, 
wełnę i usiadła przy stole. 

— Więc nazywasz się Charlotta Laurence. Twoim ojcem jest zapewne Edward Laurence. 
Charlotta kiwnęła twierdząco głową. 
— Gdzie on jest? 
— Wyjechał  do  Brytyjskiej  Kolumbii,  by  wspinać  się  po  górach,  a  mnie  posłał  do  ciotki 

Florence, żebym u niej mieszkała, kiedy jego nie będzie. 

— Na jak długo wyjechał? 
— Na całe lata — odpowiedziała Charlotta obojętnie. 
Starsza pani zrobiła dwa rządki pończochy, zanim znów zaczęła rozmawiać. 
— Czy podoba ci się u ciotki Florence? 

background image

— Nie. Jest zbyt głośno i uczuciowo — odparła z powagą Charlotta. Starsza pani odłożyła 

robótkę  i  uważnie  wpatrywała  się  w  dziewczynkę.  Na  jej  twarzy  pojawił  się  dziwny  wyraz, 
jakby miała się roześmiać, a gęste, czarne brwi drgnęły. 

— Czy twoja ciotka wie, gdzie jesteś? 
Charlotta potrząsnęła głową. 
— Nie sądzisz, że będzie się martwić? Dziś na pewno nie wrócisz z powodu burzy. 
— Ona  zawsze  jest  czymś  zmartwiona  —  zauważyła  Charlotta  tak,  jakby  to  niewiele 

znaczyło. Nikt się nią zbytnio nie przejmował. Ponadto w tym domu było jej bardzo dobrze. 
Nigdy jeszcze nie znalazła się w miejscu i towarzystwie, które tak bardzo by jej odpowiadały. 
Brakowało  tylko  matki.  Było  cicho,  ciepło  i  spokojnie.  W  piecu  trzaskało  drewno,  szyby 
skrapiał  deszczyk,  wiatr  groźnie  pomrukiwał  i  warczał,  lecz  nie  mógł  dostać  się  do  wnętrza 
dzielnego domku. 

— Jakoś żadna z nas nie ma ochoty dziś wiele mówić — powiedziała starsza pani. 
— Nie, ale myślę, że stanowimy dla siebie miłe towarzystwo — odparła Charlotta. 
Tym razem starsza pani otwarcie wybuchnęła śmiechem. — Też o tym pomyślałam! 
Minęła  długa,  cudowna  chwila,  po  której  Charlotcie  zaczęła  się  kiwać  głowa,  a  wytarte 

stopami czarne koty zaczęły truchtem biegać w kółko po dywaniku. 

— Prawie  zasypiasz.  Lepiej  idź  do  łóżka.  Czy  boisz  się  spać  sama?  Bać  się?!  Charlotta 

uwielbiała  spać  sama,  a  nigdy  jej  na  to  nie  pozwalano  u  ciotki  Florence.  Nie  miała  nawet 
stałego pokoju, bo przenoszono ją ciągle z miejsca na miejsce. Tutaj chrapała pani Barrett, tam 
była kopiąca Jenny, gdzie indziej Edith albo Susette, które się nad nią rozczulały. 

— Lubię spać sama — odparła. 
Starsza  pani  napełniła  niebieską  gumową  butelkę  gorącą  wodą  z  parującego  czajnika  i 

zapaliła świecę w niebieskim porcelanowym świeczniku. Poprowadziła Charlottę przez duży 
pokój,  w  którym  stało  tylko  kilka  prostych  mebli.  Można  było  się  w  nim  poruszać  bez 
potrącania czegokolwiek. Nie był zagracony pluszowymi kanapami czy złoconymi bibelotami, 
lecz  pełno  w  nim  było  roztańczonych,  przyjaznych  cieni  rzucanych  przez  świece.  Charlotta 
miała wrażenie, że ten pokój nigdy się nie śpieszył. Potem weszły po czarnych, błyszczących 
stopniach  na  górę,  do  sypialni  z  łóżkiem  przykrytym  różową  kapą  z  falbanką.  Starsza  pani 
postawiła świecę na biurku, odkryła pościel i włożyła do łóżka błękitną butelkę. 

— Mam nadzieję, że będzie ci ciepło. Dobranoc — powiedziała. 
W jej twarzy była jakaś łagodność. Charlotta odważyła się zadać pytanie: — Mogłaby mi 

pani powiedzieć, czy znajdę tutaj matkę? 

— Zajmiemy się tym rano — odparła starsza pani, wychodząc i zamykając brązowe drzwi 

na wielką, mosiężną klamkę. 

Charlotta rozejrzała się po pokoju. Bardzo jej się spodobał. Był to pokój, który dał się lubić. 

Tego była pewna. Na podłodze leżał pluszowy dywanik w wielkie, miękkie róże i paprocie, w 
oknach  wisiały  perkalowe  zasłony  w  kwiatki,  był  też  biało  —  niebieski  dzbanek  na  wodę  i 
miska do mycia. Wszystko w tym pokoju jej odpowiadało. 

Na  ścianie  ponad  stołem  wisiała  fotografia  dziewczynki  w  staromodnej  sukience  — 

dziewczynki niewiele starszej od Charlotty. Wyglądała bardzo słodko i niewinnie, z bufiastymi 
rękawami i wielką kokardą we włosach. Charlotta czuła, że ją zna. 

I  wtedy  zobaczyła  ją,  porcelanową  damę  w  niebieskich  pantofelkach  i  złotej  szarfie,  z 

niewiędnącą, czerwoną różą w złotych włosach, siedzącą na maleńkiej zdobionej falbankami 
półeczce w rogu… porcelanową damę ze snu. Nie mogło być żadnej wątpliwości. Przebywała 
tu już kiedyś i to nie we śnie, ale w rzeczywistości. I była z nią matka. 

Charlotta  położyła  się  do  łóżka,  czując  się  jak  u  siebie  w  domu.  Kiedy  rano  obudziły  ją 

potoki słonecznego światła padające na łóżko, starsza pani stała pochylona nad nią. 

— Czy to fotografia mamy? — były to pierwsze słowa, które Charlotta wypowiedziała. 

background image

— Tak,  to  jej  pokój.  Nie  jesteś  tu  po  raz  pierwszy,  dziecko.  Czy  pozostało  ci  jakieś 

wspomnienie? 

— Tak,  ale  aż  do  wczorajszego  wieczoru  sądziłam  zawsze,  że  to  był  sen.  Mama 

przychodziła tu ze mną, prawda? 

— Tak.  Jestem  twoją  babką.  Nazywam  się  Elizabeth  Jasper.  Nie  mogłam  zaakceptować 

człowieka, którego poślubiła twoja matka. Ludzie powiedzą ci, że nigdy jej nie wybaczyłam. 
To  nonsens.  Prawda,  że  nigdy  nie  przekroczyłam  progu  domu  Laurence’ów.  Ona  jednak 
odwiedzała  i  przyprowadzała  ciebie.  Po  okresie  oddalenia  znów  się  zbliżyłyśmy.  Wkrótce 
potem  zmarła.  Nie  potrafiłam  zmusić  się  do  tego,  żeby  nawiązać  kontakt  z  twoim  ojcem. 
Widzę,  że  popełniłam  błąd.  Nie  powinnam  pozwolić,  żeby  wychował  cię  w  nienawiści  do 
mnie. 

— Ależ  on  tego  nie  zrobił.  Po  prostu  nigdy  o  tobie  nie  mówił  —powiedziała  Charlotta, 

siadając na łóżku. Wiedziała już, że nie znajdzie nowej matki, ale nie była rozczarowana. Czuła 
bliskość swojej własnej matki. Pokój, dom, były jej pełne. 

— Judyta Penny posłała cię tu, żebyś znalazła matkę. Nie na darmo nazywają ją czarownicą. 

Przykro mi, że nie mam dla ciebie matki. Czy myślisz, że babka ci wystarczy? 

Charlotta nagle zrozumiała, gdzie tak często widywała oczy babki. W lustrze. Poczuła się 

tak szczęśliwa, że mogłaby skakać. 

— Czy mogę zamieszkać z tobą tutaj? — szepnęła. Babka skinęła głową. 
— Dzwoniłam wczoraj do twojej ciotki, kiedy poszłaś spać i powiedziałam jej, gdzie jesteś. 

Powiedziałam, że być może tu zostaniesz. Nie wyglądało na to, by miała coś przeciw temu. 

— O, z pewnością nie. Babciu, tu jest tak cicho! 
Babka  skinęła  głową.  —  Jesteśmy  do  siebie  podobne  nie  tylko  wyglądem.  Ależ  mnie 

przestraszyłaś  wczoraj  wieczorem,  gdy  otworzyłam  ci  drzwi.  Sądziłam,  że  widzę  ducha 
dziecka, którym byłam pięćdziesiąt lat temu. 

— Babciu — zapytała ciekawie Charlotta. — Czy Penny jest rzeczywiście czarownicą? 
— Jeżeli nie, to powinna nią zostać — odparła babka. 

background image

H

ISTORIA PEWEGO PRZESTĘPSTWA

 

 
Było  bezwietrzne,  upalne  przedpołudnie.  Dan  Phillips  łowił  pstrągi  w  jednej  z  zatoczek 

stawu Carleton. Tutaj, w zatoczce było nieco chłodniej niż na środku lustra wody. Wysokie 
brzozy  i  wierzby  rosnące  na  spadzistych  brzegach  rzucały  chłodne,  zielone  cienie, 
odgradzające  go  od  palącego  blasku  słońca.  Przez  zadrzewione  zbocza  od  czasu  do  czasu 
przebiegały zabłąkane powiewy wietrzyka, brzozowe listki szeleściły lekko i przyjemnie. 

Na środku stawu szklista woda połyskiwała w gorącym słońcu. Nie marszczył jej najlżejszy 

powiew wiatru. Po drugiej stronie stawu, delikatne, perłowe odcienie horyzontu, zamazywał 
dym z wysokich kominów fabryki. Jej właścicielem był pan Walters, do którego należał staw i 
przylegające doń tereny. 

Pan  Walters  był  nieomal  obcy  w  Carleton.  Dopiero  niedawno  odkupił  fabrykę  od 

spadkobierców  poprzedniego  właściciela,  lecz  kierował  nią  już  wystarczająco  długo,  aby 
zyskać opinię człowieka surowego i nieugiętego w interesach. 

Kilku  pracowników,  zwolnionych  przez  niego  z  niewystarczających,  według  nich, 

powodów, przyczyniło się do stworzenia przekonania, że jest człowiekiem niesprawiedliwym, 
samowolnym,  bezlitosnym  dla  wszystkich,  którzy  dopuścili  się  jakiegoś  uchybienia  i 
nietołerancyjnym wobec najlżejszych przejawów naruszenia jego żelaznych reguł. 

Dan Phillips był nad stawem od wschodu słońca. Pstrągi dobrze brały wcześnie rano, lecz w 

miarę upływu dnia, gdy robiło się coraz goręcej, przestały brać przynętę i od pół godziny Dan 
nie złowił ani jednego. 

Miał ich jednak sporą wiązkę i z satysfakcją patrzył na ryby, wiosłując do brzegu w swojej 

małej, niezbyt szczelnej łódeczce. 

— Niezła  zdobycz  —  monologował.  —  Najlepsza  tego  lata.  Ten  duży  cętkowany  musi 

ważyć prawie funt. Ależ z niego okaz. W hotelach dostanę na pewno dobrą cenę. Wrócę na 
obiad do domu i zaraz potem pójdę je sprzedać. Zdążę jeszcze raz spróbować przed zachodem 
słońca. Uff, jak gorąco! Muszę zerwać bukiet niebieskich irysów dla Elli May. Są naprawdę 
prześliczne! 

Przywiązał  swoją  łódeczkę  pod  kępą  olch,  zebrał  bukiet  fioletowych  lilii  o  jedwabistych 

płatkach  i  ruszył  do  domu,  wesoło  gwiżdżąc  i  krocząc  energicznie  leśną  ścieżką,  wijącą  się 
wśród dywanów paproci, pod bukami i świerkami, zboczem wzgórza pod górę. 

Był piegowatym, opalonym trzynastoletnim chłopcem. Wszyscy sąsiedzi twierdzili, że jest 

kuty na cztery nogi, dodając, że nie wiadomo, skąd mu się to wzięło — na pewno nie po ojcu! 

Każdy, kto prowadził interesy ze starszym Phillipsem w jego pechowym życiu, określał go 

jako  niezaradnego  i  niedbałego.  Jednego  z  tych  nieobrotnych  lekkoduchów,  co  to  z 
zadowoleniem siadają do śniadania, mając bardzo mętne wyobrażenie o tym, skąd wezmą na 
obiad. 

Kiedy umarł, nikt nie odczuwał jego braku, chyba tylko cierpliwa żona o smutnych oczach. 

Dzielnie  przyjęła  ciężki  los  i  bez  wytchnienia  trudziła  się,  żeby  utrzymać  dwójkę  dzieci  — 
Dana i dziewczynkę dwa lata od niego młodszą, która była bezradną kaleką, cierpiącą na jakąś 
odmianę choroby kręgosłupa. 

Dan, dojrzały jak na swoje lata, energicznie zaczął rozglądać się za pracą, aby pomóc matce. 

Choć wszystkie jego wysiłki, żeby dostać stałą pracę, skończyły się niepowodzeniem, ciągle 
był  gotowy  do  usług  i  zarabiał  wiele  drobnych  kwot,  wykonując  różne  prace  we  wsi  oraz 
pomagając rolnikom w Carleton w siewie i zbiorach. 

Od  dwóch  lat  jednak  najlepsze  dochody  miał  ze  stawu  z  pstrągami.  Poprzedni  właściciel 

pozwolił  łowić  w  nim  wszystkim,  którzy  chcieli.  Dan  uczynił  z  tego  prawdziwy  interes, 
sprzedając pstrągi w wielkich hotelach w Mosąuito Lakę. Miasteczko to, mimo nieatrakcyjnej 

background image

nazwy, kojarzącej się z komarami, było popularną miejscowością wypoczynkową, więc Dan 
zawsze znajdował gotowy rynek dla swojej zdobyczy. 

Kiedy pan Walters odkupił posiadłość, jakoś nigdy nie przyszło Danowi do głowy, że nowy 

właściciel  może  nie  być  zadowolony  z  tego,  że  wszyscy  korzystają  z  prawa  połowu  w 
najlepszym stawie rybnym w okolicy. 

Rzecz jasna, Dan często zastanawiał się, dlaczego staw był tak opuszczony tego lata. Nie 

mógł sobie przypomnieć, żeby widział nad nim kogokolwiek oprócz siebie. Mimo wszystko nie 
przyszło mu na myśl, że był ku temu jakiś określony powód. 

Zawsze łowił w chłodnych, cienistych zatoczkach, które, jak pouczało go doświadczenie, 

były  dla  pstrągów  najlepsze.  Przychodził  i  odchodził  leśną  ścieżką,  ale  nie  po  to,  żeby  się 
ukrywać. Nie miałby nic przeciw temu, aby widziało go całe Carleton. 

Jak  dotąd  połowy  mu  się  udawały,  a  ceny  w  Lakę  rosły  każdego  dnia.  Dan  był 

przedsiębiorczym chłopcem i właściciele hoteli lubili go. Wiedzieli, że zawsze można na nim 
polegać. Pani Phillips powitała go na progu domu. 

— Zobacz  mamo  —  powiedział  z  uniesieniem  Dan,  podnosząc  rybę  do  góry.  —  Tylko 

spójrz na tego! Powinienem dostać dobrą cenę. Zjadłbym teraz obiad, a potem pójdę z nimi do 
Lakę. 

— To  szmat  drogi  —  zauważyła  z  troską  matka.  —  Jest  za  gorąco,  żeby  iść  taki  kawał. 

Możesz dostać udaru. Lepiej poczekaj, aż zrobi się chłodniej. Jesteś blady i chudy. 

— Wszystko  w  porządku  mamo  —  zapewnił  Dan  wesoło.  —  Nie  przeszkadza  mi  upał. 

Trzeba  umieć  znosić  niewygody.  Tylko  poczekaj,  aż  przyniosę  pieniądze  za  te  ryby. 
Zamierzam  łowić  dziś  jeszcze  raz.  To  ty  wyglądasz  na  zmęczoną.  Chciałbym,  żebyś  nie 
musiała tak dużo pracować. Gdybym dostał jakąś stałą pracę, mogłabyś trochę odpocząć. Sam 
French powiedział, że pan Walters potrzebuje chłopca do fabryki, ale ja na pewno nie nadałbym 
się. Nie jestem dość duży. Może coś się wkrótce pojawi. Kiedy się wzbogacimy, nastaną dla 
nas dobre czasy. 

Zabrał kwiaty i wszedł do pokoju, w którym leżała jego siostra. 
— Zobacz,  co  ci  przyniosłem!  —  powiedział,  wciskając  mokre,  chłodne  pąki  w  jej 

skwapliwie wyciągnięte ręce. — Widziałaś kiedykolwiek coś tak pięknego? 

— Och,  Dan,  są  śliczne!  Bardzo  ci  dziękuję!  Jeśli  wybierasz  się  dzisiaj  do  Lakę,  proszę, 

wstąp do pani Henny i weź dla mnie te szczepki geranium, które mi obiecała. Tylko zobacz, jak 
rosną te, które już mam! To różowe będzie niedługo kwitło. 

— Przyniosę ci wszystkie szczepki z Lakę, jeśli sobie życzysz. Kiedy będę bogaty, zbuduję 

ci wielką cieplarnię i sprowadzę wszystkie kwiaty z całego świata. Będziesz mieszkać i sypiać 
wśród bratków. Czy obiad już gotowy, mamo? Łowienie pstrągów wzbudza wilczy apetyt! Co 
to za gazeta? 

Podniósł ze stołu złożoną gazetę. 
— To tylko stary numer gazety Lakę Mosquito — odpowiedziała pani Phillips, stawiając na 

stole  garnek  z  ziemniakami  i  wycierając  wilgotną,  rozgrzaną  twarz  rogiem  kraciastego, 
bawełnianego  fartucha.  —  Letty  Mills  przyniosła  dziś  paczkę  zawiniętą  w  nią.  Gazeta  jest 
sprzed  czterech  tygodni,  ale  zatrzymałam  ją,  żeby  poczytać,  jeśli  znajdę  czas.  Rzadko 
widujemy  teraz  jakieś  gazety.  Nie  przeglądałam  jej  jeszcze.  Danny,  co  się  stało  na  miłość 
boską? 

Dan otworzył gazetę, nagle wydał stłumiony okrzyk i zbladł, wpatrując się osłupiały w kartę 

przed sobą. 

— Popatrz,  mamo  —  powiedział  zdławionym  głosem,  kiedy  zaniepokojona  podeszła  i 

spojrzała mu przez ramię. Oto co przeczytali: 

 
Ogłoszenie 

background image

Każdy,  kto  od  daty  ogłoszenia  spróbuje  łowić  ryby  w  stawie  będącym  moją  własnością, 

będzie ścigany sądownie. i lipca 

H. C. Walters 

 
— Och, Danny, co to oznacza? 
Danny podszedł do drzwi od pokoju Elli May i zamknął je, zanim udzielił odpowiedzi. Jego 

twarz była blada, a głos drżał. 

— Co  znaczy?  No  cóż,  mamo,  to  tylko  znaczy,  że  przez  całe  lato  kradłem  pstrągi  pana 

Waltersa. Kradłem. Właśnie tak. 

— Och, Danny, ale przecież ty nie wiedziałeś. 
— Nie,  ale  powinienem  pamiętać,  że  on  jest  nowym  właścicielem  i  zapytać  go.  Nie 

pomyślałem o tym. Mamo, co znaczy „ścigany sądownie”? 

— Nie wiem dokładnie, ale jeśli tak jest, to trzeba zrobić jedno: musisz pójść prosto do pana 

Waltersa i opowiedzieć mu o tym. 

— Nie mam odwagi. To strasznie surowy człowiek. Ojciec Sama Frencha mówi… 
— Nie  wierzyłabym  ani  w  jedno  słowo  ojca  Sama  o  panu  Waltersie!  —  oświadczyła 

stanowczo pani Phillips. — Ma do niego urazę, bo został zwolniony przezeń z pracy. Poza tym, 
Danny, to jedyna słuszna rzecz, jaką można zrobić. Wiesz o tym. Jesteśmy biedni, ale nigdy nie 
oszukiwaliśmy nikogo. 

— Tak,  wiem  —  powiedział  Dan  odważnie.  —  Oczywiście,  pójdę  zaraz  po  obiedzie. 

Przestraszyłem  się  w  pierwszej  chwili.  Powiem  ci,  co  zrobię.  Oczyszczę  ładnie  te  pstrągi, 
zabiorę je do pana Waltersa i powiem, że jeśli tylko da mi czas, zwrócę mu do centa to, co 
zyskałem na sprzedaży pstrągów tego lata. Może mi daruje, kiedy się dowie, że nie wiedziałem 
o ogłoszeniu. 

— Pójdę z tobą, Danny. 
— Nie, mamo, pójdę sam. Nie musisz iść ze mną — powiedział bohatersko. Pomyślał, że 

jego  matka  ma  dość  kłopotów.  Nie  będzie  narażał  jej  na  ciężką  przeprawę  z  surowym 
właścicielem fabryki. Sam stawi czoła lwu w jego jaskini. 

— Nie  mów  nic  Elli  May  o  tym.  To  by  ją  zmartwiło.  Nie  płacz  mamo,  wszystko  będzie 

dobrze. Zjem obiad i zaraz wyruszę. 

Zjadł  szybko  obiad,  potem  dokładnie  oczyścił  pstrągi,  włożył  je  do  długiego  koszyka, 

przykrył  liśćmi  rabarbaru  i  wyruszył  w  drogę  z  udawaną  wesołością,  daleką  od  jego 
rzeczywistego nastroju. 

Ledwo minął bramę, gdy nadszedł, powłócząc nogami, wysoki, grubokościsty młodzieniec, 

o przymilnym uśmiechu i chytrym spojrzeniu. Nowo przybyły poufale skinął głową Danowi. 

— Cześć,  synku.  Idziesz  do  Lakę  ze  zdobyczą,  co?  Usmażysz  się,  zanim  tam  dotrzesz. 

Zostanie z ciebie tylko skwarek. 

— Nie idę do Lakę. Idę do fabryki, zobaczyć się z panem Waltersem. 
Sam French gwizdnął przeciągle ze zdziwienia. 
— Co cię tam niesie? Nie myślisz chyba, że dostaniesz tę posadę, co? Walters nawet by na 

ciebie nie spojrzał. Nie chciał widzieć nawet mnie! Nie masz cienia szansy. 

— Nie po to idę. Sam, czy ty wiedziałeś, że pan Walters dał ogłoszenie do gazety, że nikomu 

nie wolno łowić w stawie tego lata? 

— Oczywiście, że tak — stary kutwa! Jest obrzydliwym sknerą, ot co! Sam nigdy nie zbliża 

się do stawu. Zupełny pies ogrodnika! Tata mówi… 

— Sam, dlaczego nie powiedziałeś mi o tym ogłoszeniu? 
— O,  rany!  To  ty  nie  wiedziałeś?  Myślałem,  że  wszyscy  wiedzą,  a  ciebie  uważałem  za 

najsprytniejszego gościa na tej półkuli. Łowiłeś w zatoczce, gdzie nikt cię nie mógł widzieć i 
szedłeś do domu na skróty przez las. Chcesz powiedzieć, że nie wiedziałeś o ogłoszeniu? 

— Nie wiedziałem. Czy myślisz, że zbliżyłbym się do tego stawu, gdybym wiedział? Nie 

widziałem aż do dzisiaj tej gazety i idę prosto do pana Waltersa, aby wszystko wyjaśnić. 

background image

Sam French stanął jak wryty na zakurzonej drodze i wlepił wzrok w Dana z nieukrywanym 

zdumieniem. 

— Danie Phillips — wykrzyknął. — Czy zupełnie straciłeś rozum? Nie musisz się obawiać, 

że cię sypnę. Za bardzo mnie cieszy, kiedy ktoś wyprowadza w pole starego Waltersa, który 
uważa się za takiego mądrego. 

O rany! Pójść do niego i powiedzieć, że łowiłeś ryby w jego stawie! Przecież on cię wsadzi 

do ciupy. Nie wiesz, co to za człowiek. Tata mówi… 

— Nieważne, co mówi twój tata. Już się zdecydowałem. 
— Dan, ty głupia pało, posłuchaj mnie. Ogłoszenie mówi o ściganiu przez prawo. Danny, on 

cię wsadzi do więzienia, albo każe zapłacić grzywnę, albo coś równie okropnego. 

— Nic na to nie poradzę — odparł chłopiec zdecydowanie. — Idź stąd i nie próbuj mnie 

przestraszyć. Chcę być uczciwy, a jak mogę nim być, jeśli nie powiem panu Waltersowi, że 
przez całe lato kradłem jego pstrągi? 

— Kradłeś! Trele morele! Myślałem, że rozsądny z ciebie gość, ale widzę, że się myliłem. 

Nie zrobiłeś nic złego. Waltersowi nie zabraknie jego pstrągów. Jeżeli jesteś taki skrupulatny, 
że nie chcesz więcej łowić, nie musisz, ale teraz zostaw tę sprawę w spokoju i trzymaj język za 
zębami. Taka jest moja rada. 

— Lecz nie mojej matki. Zamierzam postąpić według jej rady. Nie dyskutuj więcej, muszę 

tam pójść. 

— Więc  idź!  —  Sam  znowu  zatrzymał  się,  pełen  obrzydzenia.  —  Jesteś  głupcem,  Dan  i 

dobrze ci tak, jak cię Walters wsadzi do paki, ale ja ci źle nie życzę. Zrobię, co będę mógł dla 
twojej rodziny, gdy cię wezmą i zapewnię twoim szczątkom chrześcijański pogrzeb — jeżeli w 
ogóle zostaną jakieś szczątki! Cześć, stary! Ucałowania dla Waltersa! 

Ta rozmowa nie dodała Danowi odwagi. Jeszcze bardziej wzdragał się na myśl o spotkaniu z 

surowym właścicielem fabryki. Kiedy wszedł do biura fabrycznego i drżącym głosem zapytał o 
pana Waltersa, jego odwaga wyparowała niemal całkowicie. 

— Jest  u  siebie  w  biurze  —  odparł  urzędnik  —  ale  bardzo  zajęty.  Lepiej  zostaw  u  mnie 

wiadomość. 

— Muszę widzieć się z panem Waltersem osobiście — oznajmił Dan stanowczo, choć drżał 

wewnętrznie. 

Urzędnik niecierpliwie podniósł się z krzesła i wprowadził Dana do prywatnego biura pana 

Waltersa. 

— Chłopiec do pana — powiedział krótko i zamknął za sobą drzwi z matową szybą. 
Oszołomiony Dan stanął, drżąc przed przerażającym człowiekiem. 
Pan  Walters  pisał  przy  stole  pokrytym  stosem  pism  i  papierów.  Gdy  urzędnik  zniknął, 

odłożył pióro i zmarszczył brwi. Twarz miał surową, gładko ogoloną, podbródek kwadratowy i 
głęboko  osadzone,  szare  oczy.  Nie  było  na  nim  grama  zbędnego  ciała,  a  zachowanie  i  głos 
zdradzały stanowczego, władczego człowieka interesu. 

Wskazał  na  głęboki  skórzany  fotel  i  zapytał  zwięźle:  —  Jaki  masz  do  mnie  interes, 

chłopcze? 

Dan wcześniej obmyślił sposób przedstawienia sprawy, ale teraz wszystkie słowa uleciały 

mu z pamięci. Miał tylko niejasną, rozpaczliwą świadomość, że musi przyznać się do kradzieży 
i powinien zrobić to jak najprędzej. Nie usiadł. 

— Proszę pana — zaczął z rozpaczą. — Przyszedłem powiedzieć panu… pana ogłoszenie… 

nie widziałem go przedtem… Łowiłem na pana stawie przez całe lato… ale nie wiedziałem… 
słowo daję… przyniosłem wszystko, co złowiłem dzisiaj, zapłacę za wszystko… kiedyś. 

Przez  nieprzeniknioną  twarz  pana  Waltersa  przebiegł  wyraz  zdziwienia  i  rozbawienia. 

Pchnął skórzany fotel do przodu. 

background image

— Usiądź  chłopcze  —  powiedział  uprzejmie.  —  Niezupełnie  rozumiem  twoją  nieco 

zagmatwaną  opowieść.  Mówisz,  że  łowiłeś  na  moim  stawie.  Nie  widziałeś  ogłoszenia  w 
gazecie? 

Dan usiadł nieco bardziej opanowany. Wyznanie zostało zrobione, a on ciągle jeszcze żył. 
— Nie, proszę pana. Rzadko widujemy tę gazetę, a nikt mi nie powiedział. Przywykłem do 

łowienia tutaj i wydawało mi się, że mogę dalej to robić. Wiem, że powinienem pamiętać o tym, 
aby  zapytać  o  pozwolenie,  ale  naprawdę,  nie  chciałem  kraść  pana  ryb.  Sprzedawałem  je  w 
hotelach.  Dziś  zobaczyliśmy  z  mamą  ogłoszenie  i  zaraz  przyszedłem.  Przyniosłem  panu 
pstrągi, które złowiłem dziś rano i… proszę nie podawać mnie do sądu, oddam każdego centa 
za wszystkie inne… jeśli da mi pan czas. 

Pan Walters przycisnął rękę do ust, aby ukryć coś w rodzaju uśmiechu. 
— Nazywasz się Dan Phillips, tak? — zapytał pozornie bez związku. — i mieszkasz z matką 

wdową Phillips w Carleton Corners, jak słyszałem. 

— Tak, proszę pana — odpowiedział Dan, zastanawiając się, skąd pan Walters wie tyle o 

nim i czy był to wstęp do postępowania sądowego. 

Pan Walters wziął pióro i przysunął do siebie czystą kartkę papieru. 
— Cóż, Dan. Dałem to ogłoszenie, ponieważ wielu ludzi łowiących na stawie, nie dbając o 

pozwolenie, urządzało obozowiska i pikniki na moim terenie i robiło niemałe szkody. Ja nie 
łowię  pstrągów,  za  mało  mam  na  to  czasu.  Myślę  jednak,  że  ty  nie  zrobisz  żadnych  szkód. 
Możesz tam dalej łowić. Dam ci pisemne pozwolenie, żeby nie przeszkadzali ci moi ludzie, 
jeśli  cię  kiedyś  zobaczą.  Co  do  tych  pstrągów  tutaj,  kupię  je  od  ciebie  po  cenach 
obowiązujących w Mosquito Lake, i nie będziemy o tym więcej wspominać, dobrze? 

— Dziękuję  panu  —  wyjąkał  Dan.  Nie  mógł  uwierzyć  własnym  uszom.  Wziął  od  pana 

Waltersa karteczkę, którą ten mu wręczył i wstał. 

— Chwileczkę, Dan. Jak to się stało, że przyszedłeś z takim wyznaniem? Mogłeś zaprzestać 

tego procederu, a ja bym o niczym nie wiedział. 

— To nie byłoby uczciwe, proszę pana — powiedział Dan, patrząc mu prosto w oczy. 
Zapadło krótkie milczenie. Pan Walters w zamyśleniu bębnił palcami po stole. Dan czekał, 

zastanawiając się, o co chodzi. 

W końcu właściciel fabryki powiedział nagle: — Jest tu wolne miejsce pracy dla chłopca. 

Chcę, żeby ktoś je zajął jak najprędzej. Czy zajmiesz je? 

— Panie Walters, ja?! — Danowi wydawało się, że świat przewraca się do góry nogami. 
— Tak, ty. Jesteś dość młody, ale obowiązki nie są ciężkie ani zbyt trudne. Uważam, że się 

szybko nauczysz. Zdecydowałem, że nie zatrudnię nikogo, dopóki nie znajdę chłopca w pełni 
godnego zaufania i uczciwego. Sądzę, że oto go znalazłem. Zwolniłem poprzedniego chłopca, 
ponieważ  nie  przyznał  się  do  drobnego  uchybienia,  które  darowałbym  mu,  gdyby  wyznał 
prawdę.  Mogę  znieść  brak  kompetencji,  ale  fałszu  lub  oszustwa  nie  będę  tolerował  — 
powiedział tak surowo, że Dan zbladł. — Jestem przekonany, że ty nie będziesz do nich zdolny. 
Czy przyjmiesz tę posadę? 

— Skoro pan uważa, że mogę, to bardzo chętnie. Będę się starał. 
— Wierzę  ci.  Może  więcej  wiem  o  tobie,  niż  myślisz.  Ludzie  interesu  muszą  mieć  oczy 

otwarte. Możemy więc uznać sprawę za załatwioną. Przyjdź jutro o ósmej rano. Jeszcze jedno. 
Pewnie  słyszałeś,  że  jestem  niesprawiedliwym  i  twardym  pracodawcą.  To  pierwsze  jest 
nieprawdą, a nigdy nie przekonasz się o drugim, jeżeli zawsze będziesz tak prawdomówny i 
bezkompromisowy jak dzisiaj. Mogłeś mnie bez trudu oszukać w tej sprawie. To, że tego nie 
zrobiłeś, jest najlepszą i jedyną rekomendacją, jakiej mi potrzeba. Zanieś te pstrągi do mojego 
domu i zostaw je tam. To wszystko. Do widzenia. 

Dan jakoś zdołał, mimo oszołomienia, przejść przez oszklone drzwi i wydostać się na dwór. 

Cała rozmowa była dla niego taką niespodzianką, że nie był pewien, czy to wszystko mu się nie 
śniło. 

background image

— Czuję się, jakbym był kimś innym — powiedział sam do siebie, ruszając rozgrzaną białą 

drogą. — Lecz mama miała rację. Będę i trzymał się jej zasad. Ciekawe, co Sam na to powie. 

background image

Nota edytorska 
 
Opowiadania  zamieszczone  w  tym  zbiorze  były  po  raz  pierwszy  drukowane  w 

czasopismach  i  gazetach  kanadyjskich,  dziś  trudno  dostępnych.  Poniżej  podajemy  tytuły 
oryginalne, daty i miejsca pierwodruków — w kolejności przyjętej w tomie. 

 
The Girl Who Drove the Cows, „Presbyterian Banner”, October 1908. 
Millicent’s Double, „East and West”, December 1905. 
Penelope’s Party Waist, „Designer”, March 1904. 
Miss Sally’s Company, „Forward”, October 1904. 
The Little Black Doll, „Zion’s Herald”, August 1909. 
The Fraser Scholarship, „Boys’ World”, April 1905. 
Her Own People, „American Messenger”, August 1905, — 
The Softening of Miss Cynthia, „Living church”, July 1904. 
Charlotte’s Ladies, „Epworth Herald”, February 1911. 
Bessie’s Doll, „Western Christian Advocate”, February 1914. 
The Running Away of Chester, „Boys’ World”, November 1904. 
I Know a Secret, „Good Housekeeping”, August 1935. 
Marcellas Reward, „Zion’s Herald”, August 1907. 
3ed’s Stroke of Business, „Farm and Fireside”, January 1903. 
An hwitation Given on Impulse, „Philadelfia Times”, April 1900. 
Charlotte’s Quest, „Family Herald”, January 1933. 
A Case of Trespass, „King’s Own”, May 1909.