background image
background image
background image

Problemy rozwoju 
i zacofania 
ekonomicznego

Dlaczego jedne kraje są biedne, 
podczas gdy inne są bogate?

Warszawa 2012

Marek Garbicz

background image

Wydawca
Monika Pawłowska

Redaktor prowadzący 
Janina Burek

Opracowanie redakcyjne
Renata Włodek

Redakcja, korekty i łamanie 

www.wydawnictwojak.pl

Projekt graficzny okładki
Studio Kozak

© Copyright by Wolters Kluwer Polska Sp. z o.o. 2012 
All rights reserved.

ISBN 978-83-264-3955-1

Wydane przez: 
Wolters Kluwer Polska Sp. z o.o. 

Redakcja Książek
01-231 Warszawa, ul. Płocka 5a
tel. 22 535 82 00, fax 22 535 81 35
e-mail: ksiazki@wolterskluwer.pl

www.wolterskluwer.pl
Księgarnia internetowa www.profinfo.pl 

ISBN PDF-a: 978-83-264-5263-5

background image

Spis treści

Wstęp  ....................................................................................................   

7

Rozdział  1.  Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego  .................   13

Rozdział  2.  Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju  ..........   33

Rozdział  3.  Strategie rozwoju – potrójne fiasko ...................................   65

Rozdział  4.  Globalizacja na horyzoncie  ...............................................   90

Rozdział  5.  Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej  

gospodarce ........................................................................   108

Rozdział  6.  Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii ....................   131

Rozdział  7.  Izolacja geograficzna  ........................................................   156

Rozdział  8.  Przekleństwo zasobów naturalnych ...................................   168

Rozdział   9.  Kluczowa rola instytucji w rozwoju ...................................   182

Rozdział  10.  Dlaczego istnieją złe instytucje?  ........................................   207

Rozdział  11.  Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego  

w średniowiecznej Europie ................................................   228

Zakończenie  ..........................................................................................   241

Bibliografia  ............................................................................................   245

Indeks ....................................................................................................   253

background image
background image

Wstęp

W 2010 roku Polska, ze swym dochodem w wysokości 54 USD dzien-
nie (według parytetu siły nabywczej), znajduje się gdzieś wśród uboż-
szych członków klubu najbogatszych mieszkańców planety

1

. Oznacza 

to, że wykazuje już ona wiele cech kraju rozwiniętego, ale ma także 
sporo cech niedorozwoju. Mimo tego oczywistego dualizmu sytuacji 
gospodarczej zainteresowania polskich ekonomistów są dość jedno-
stronnie skierowane na studiowanie wyłącznie doświadczeń krajów 
wysoko rozwiniętych. Te zainteresowania bardziej jednak wyraża-
ją wygórowane ambicje niż przyziemne realia polskiej ekonomiki. 
Nie mamy przecież pewności, że np. proces zbliżania się Polski do 
unijnych gospodarek jest zapewniony automatycznie. Jest prawdą, 
że w obrębie Unii Europejskiej procesy konwergencji postępują, ale 
proces doganiania krajów wyżej rozwiniętych nie jest powszechny, 
co m.in. znajduje wyraz w narastaniu nierówności ekonomicznych 
w skali światowej. 

Dlatego dla Polski kluczowy dziś problem to próba ustalenia źró-

deł naszego niedorozwoju gospodarczego i pytania o warunki oraz 
szanse przezwyciężenia tego zacofania. Na te pytania główny nurt 
współczesnej ekonomii odpowiada dość słabo. Do niedawna proble-
my rozwoju nie budziły w ogóle szczególnego zainteresowania eko-
nomistów, a zapewne także zainteresowania szerszej opinii publicznej 
w krajach rozwiniętych. Dlaczego tak się działo? Bo to nie jest i nie 
był zasadniczy problem dla Unii Europejskiej czy USA. Niedorozwój 
jest kategorią względną i siłą rzeczy nie dotyczy tych, którzy repre-

Odpowiada to produktowi krajowemu brutto na głowę w wysokości nieznacznie 

ponad 19 tys. USD rocznie. Według Banku Światowego to już kwalifikuje nas do grona 
krajów o wysokich dochodach. Niemniej polski PKB na głowę wciąż znacznie ustępuje 
średniej dla krajów rozwiniętych (ponad 37 tys. USD rocznie, czyli prawie dwa razy wię-
cej niż w Polsce). Źródło: World Development Indicators Database, World Bank, 1 July 
2011. 

background image

8

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

zentują technologicznie rozwinięte centrum. W obszarze tych kra-
jów wzrost gospodarczy i postęp techniczny dokonuje się niejako sa-
moczynnie i w dużym stopniu spontanicznie. Badanie mechanizmów 
wzrostu i rozwoju nie jest zatem priorytetem dla nauk ekonomicz-
nych w tych krajach ani też dla głównych ośrodków finansujących 
badania ekonomiczne. Z tych względów to krótkookresowa równo-
waga ekonomiczna, a nie długookresowa dynamika gospodarki, była 
do niedawna centralnym przedmiotem zainteresowania ekonomi-
stów-teoretyków i głównego nurtu ekonomii. Ekonomię teoretyczną 
uprawia się niemal wyłącznie w krajach wysoko rozwiniętych, a bez 
większego ryzyka można sądzić, że ponad 90% teoretyków mieszka 
i tworzy w centrach rozwiniętego kapitalizmu. Ekonomia rozwoju 
była tu uprawiana bardziej z potrzeb poznawczych niż dla bieżącej, 
praktycznej użyteczności (oczywiście z punktu widzenia użyteczno-
ści społeczeństw bogatych). Można stąd wyprowadzić wniosek, że 
inspiracji dla odpowiedzi na polskie problemy należy szukać także 
poza głównym nurtem ekonomii, w szczególności – choć nie tylko – 
w znaczących dokonaniach współczesnej ekonomii rozwoju, która 
w ostatnich latach wypracowała kilka nowych, interesujących idei. 

Ostatnio sytuacja zaczyna się jednak powoli zmieniać. Przyczy-

niają się do tego procesy globalizacyjne. Problemy energetyczne, 
surowcowe i demograficzne, zmiany klimatyczne na Ziemi, eko-
nomiczne skutki terroryzmu światowego, AIDS, wzbierające fale 
migracyjne ludności czy światowy wymiar kryzysu finansowego 
– wszystko to sprawia, że w coraz większym stopniu postrzegamy 
świat jako całość. Mamy też rosnące przekonanie, że „płyniemy 
w jednej łodzi”. Zwiększa to zainteresowanie przyczynami nierów-
ności ekonomicznych, biedy i ubóstwa, gdyż te zjawiska, choć do-
legliwe głównie dla obszarów niedorozwoju, przestały być jedynie 
lokalnymi problemami, a zaczęły być odczuwane w skali globalnej. 
Fascynujące procesy przebiegają dziś także w obszarze krajów daw-
niej peryferyjnych. Po raz pierwszy od 200 lat dominująca tendencja 
zaczyna się zmieniać. Dystans rozwojowy między Europą (i Amery-
ką Północną) a resztą świata, rosnący od czasu rewolucji przemy-
słowej, od dwóch, trzech dekad zaczął się stopniowo zmniejszać. 
Pozycja krajów Zachodu wobec rosnącej potęgi ekonomicznej Chin, 
Indii, Brazylii i innych szybko rozwijających się gospodarek dawne-
go Trzeciego Świata względnie słabnie, a geopolityczna mapa świata 
szybko się zmienia, oddając nowy układ sił w globalnej gospodarce. 
Musi to rodzić zwiększone zainteresowanie zarówno analizą me-

background image

9

Wstęp

chanizmów tego przyspieszenia u jednych, jak i zwolnienia wzrostu  
u drugich. 

Wśród kluczowych kwestii, na które ekonomia winna przekonu-

jąco odpowiedzieć, znajduje się pytanie, jakie czynniki mają decydu-
jące znaczenie dla długookresowego wzrostu i rozwoju gospodarcze-
go. Czy zasadniczą rolę odgrywają czynniki wewnętrzne, zależne od 
danego społeczeństwa i na które ma ono wpływ poprzez swą poli-
tykę i działania własnych obywateli? Czy też może jest przeciwnie: 
proces rozwoju i perspektywy sukcesu ekonomicznego zależą od ja-
kichś czynników zewnętrznych? Zarówno w tej, jak i w wielu innych 
kwestiach ekonomiści są bardzo podzieleni. 

Oczywiście na wzrost gospodarczy możemy patrzeć jak na wy-

nik nakładów czynników produkcji. Niedorozwój ekonomiczny był-
by w tym świetle rezultatem niedostatecznego nasycenia gospodarki 
kapitałem ludzkim i rzeczowym oraz technologiami. Gdyby usunąć 
lukę technologiczną i kapitałową, to problemy zacofania gospodar-
czego i niskiej stopy życiowej rozwiązywałyby się automatycznie. Jest 
to jednak rozumowanie, które niewiele wyjaśnia, gdyż pozostawia 
otwarte pytania co do przyczyn, dla których luka technologiczna 
i niedobory kapitału utrzymują się permanentnie i w długim okre-
sie. Należałoby sięgnąć do tzw. głębokich źródeł rozwoju/niedoro-
zwoju, pozwalających dotrzeć do mechanizmów odpowiedzialnych 
za sukcesy i porażki procesów rozwojowych. Dlaczego do pewnych 
krajów kapitał nie dopływa w dostatecznie dużej skali mimo ogrom-
nych, niezaspokojonych potrzeb? Dlaczego wewnętrzny poziom 
oszczędności jest tam niski? Co blokuje rodzimą przedsiębiorczość 
i innowacyjność? 

Ponieważ opinie co do przyczyn tych zjawisk różnią się radykal-

nie, to pomocna tu może być klasyfikacja odmiennych szkół myśle-
nia, zaproponowana przez D. Rodrika

2

. Wskazuje on, że obecnie 

trzy szkoły ekonomiczne zdominowały nasze myślenie na temat 
mechanizmów napędowych (lub blokujących) pożądanej zmiany 
społecznej i ekonomicznej oraz odpowiedzialnych za niedorozwój 
ekonomiczny. 

•  Pierwsza z tych szkół zwraca uwagę na czynnik geograficzny, któ-

ry ma w pełni wymiar egzogeniczny. Klimat, zasoby naturalne 

D. Rodrik, Institutions, Integration, and Geography: In Search of the Deep Deter-

minants of Economic Growth, [w:] In Search of Prosperity: Analytic Narratives on Eco-
nomic Growth
, red. D. Rodrik, Princeton University Press, Princeton 2003. 

background image

10

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

i położenie geograficzne (np. bliskość rynków zbytu czy izolacja 
terytorialna) mogą mieć znaczenie rozstrzygające dla szans roz-
wojowych danego kraju. 

•  Druga szkoła reprezentuje podejście instytucjonalne. W tym przy-

padku źródeł porażek upatruje się w obszarze złych, toksycznych 
instytucji, nieefektywnych reguł gry ekonomicznej, które blokują 
pożądany postęp. Problemem mogą być źle zabezpieczone prawa 
własności, wysokie ryzyko w obrocie towarowym, problemy ko-
rupcji czy brak wielu instytucji redukujących koszty transakcyjne. 
Zwolennicy tego podejścia sądzą zatem, że źródła niedorozwoju 
mają raczej wewnętrzny charakter i nie należy ich szukać poza 
daną gospodarką. 

•  Zgodnie z trzecim punktem widzenia warunkiem szybkiego roz-

woju jest integracja z gospodarką światową. Oznacza to stawkę 
na rozwój handlu oraz możliwie pełne otwarcie własnej gospo-
darki, tj. przeprowadzenie liberalizacji na rynkach towarowych 
i kapitałowych. Argumentuje się, że bardziej otwarte gospodarki 
rozwijają się szybciej niż zamknięte.

Klasyfikacja D. Rodrika umożliwia zaprezentowanie głównych idei, 

pomysłów i koncepcji, jakie współczesna myśl ekonomiczna ma dziś 
do zaoferowania. Autor niniejszej książki przyjmuje ten punkt widze-
nia i wykorzystuje go do wyjaśnienia głównych źródeł ekonomiczne-
go niedorozwoju, ale i do pokazania, jak rodzi się sukces gospodarczy 
i jakie mechanizmy utrwalają przewagi ekonomiczne. 

Niemniej byłyby tu potrzebne dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, całe 

nasze dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że zjawisko wzrostu 
ekonomicznego jest bardzo skomplikowanym procesem. Jego urucho-
mienie i podtrzymywanie wymaga spełnienia jednocześnie wielu wa-
runków ekonomicznych, społecznych i politycznych. Nie jest to zmiana 
o charakterze jednoczynnikowym, dlatego wszelkie próby poszukiwa-
nia Świętego Graala, jakiegoś kamienia filozoficznego czy cudownej 
formuły wzrostu z reguły są skazane na niepowodzenie. Szybki rozwój 
gospodarczy jest uwarunkowany istnieniem odpowiedniej infrastruk-
tury instytucjonalnej, która jednak musi uwzględniać różne lokalne 
uwarunkowania, w tym geograficzne, a także zmiany technologiczne, 
które popychają w kierunku integracji ze światem zewnętrznym. Tak 
więc każda szkoła reprezentuje nie jakiś całościowy ogląd, ale opisu-
je jedynie jakiś ważny, acz wyodrębniony aspekt problemu rozwoju. 

background image

11

Wstęp

W tym sensie nie mamy tu do czynienia wyłącznie z rywalizującymi 
z sobą podejściami teoretycznymi, ale raczej winniśmy traktować te 
szkoły jako – do pewnego stopnia – komplementarne.

Po drugie, zaprezentowany wyżej podział czynników rozwoju 

może się wydawać niezbyt konsekwentny. Gdyby znacznie uprościć 
obraz sytuacji, można by argumentować, że procesy rozwojowe do-
konują się w obrębie dwóch kluczowych uwarunkowań: techniczno-
-przyrodniczych (geografia) oraz społecznych (instytucje). To przy-
roda nas ogranicza, gdyż to jej zasoby mamy przetwarzać na dobra 
zaspokajające potrzeby społeczne. I to jakość instytucji określa, jak 
ludzie w tym skomplikowanym dziele społecznego wytwarzania ko-
operują z sobą, zarówno tworząc nowe technologie, jak i posługując 
się już dostępnymi. Problem integracji danego kraju z gospodarką 
światową wydaje się jednak elementem jego infrastruktury instytu-
cji. Otwieranie się (lub nie) danej gospodarki na świat jest bowiem 
funkcją prowadzonej przezeń polityki gospodarczej, systemu prawa 
i ewentualnie norm społecznych wyznawanych przez daną zbioro-
wość. Wszystko to jest już zawarte w istniejącym systemie instytu-
cji i poniekąd stanowi jego część, a więc oddzielanie kwestii handlu 
i integracji od reszty systemu instytucjonalnego wydaje się sztuczne 
i niepotrzebne. Warto jednak bronić podejścia D. Rodrika w tym 
względzie. Choć z formalnego punktu widzenia zarzut jest słuszny, 
to z perspektywy poszczególnych gospodarek problem ich otwarcia 
na świat zewnętrzny jawi się jako istotny i do pewnego stopnia samo-
istny czynnik rozwoju. Integracja ekonomiczna wyraża skłonność do 
kooperacji danej gospodarki i jej podmiotów w wymiarze dużo szer-
szym niż tylko lokalny, regionalny. Historycznie rzecz biorąc, ludzie 
bogacili się na różne sposoby: ekstensywnie zagospodarowując wol-
ne przestrzenie, podbijając innych i przejmując ich zasoby lub w spo-
sób bardziej wyrafinowany, tj. drogą wymiany, handlu. Pierwszy spo-
sób ma swe oczywiste ograniczenia, drugi – w ogóle nie zwiększa 
zasobów w skali globalnej i jest jedynie ich redystrybucją przy użyciu 
przemocy. Jedynie ta trzecia droga sprzyja długookresowo dobro-
bytowi wszystkich (potencjalnie) zaangażowanych stron. Jeśli zatem 
analiza rozwoju nie jest prowadzona wyłącznie w wymiarze global-
nym – tj. z perspektywy całej ludzkości, lecz w układzie poszcze-
gólnych gospodarek narodowych – to warto uwzględnić stopień ko-
operacji czy rywalizacji tych gospodarek, wielkość ich narodowych 
rynków zbytu, stopień przenikania przez granice nowych idei i tech-

background image

12

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nologii oraz migrację czynników produkcji. To samo w sobie bardzo 
różnicuje sytuację i warunki rozwoju. 

R. Lucas, dostrzegając wielkie nierówności społeczne między kra-

jami i ogromne różnice w tempie ich wzrostu gospodarczego, pogłę-
biające te różnice, napisał w jednym ze swoich artykułów, że „kiedy 
zaczynasz o tym myśleć, trudno jest myśleć o czym innym”

3

. Dlacze-

go jedni są tak bogaci, a drudzy tak biedni? Dzisiejsze różnice mię-
dzy dochodami najbogatszych krajów i najbiedniejszych są jak 150:1. 
Czy da się to jakoś wyjaśnić? I dlaczego tak wielu krajom i społeczno-
ściom nie udaje się wejść na ścieżkę rozwoju? O tym jest ta książka.

R. Lucas, On the Mechanics of Economic Development, „Journal of Monetary Eco-

nomics” 1988, Vol. 22, No. 1, s. 5.

background image

Rozdział 1

Mierzenie satysfakcji i dobrobytu 
społecznego

Kiedy turysta odwiedza Muzeum Egipskie w Kairze, wśród licznych 
eksponatów może się natknąć na starożytną figurkę jakiegoś wiel-
moży egipskiego z bardzo wielkim, wyeksponowanym brzuchem. To 
nie jest dzieło złośliwego artysty portretującego ówczesnego dygni-
tarza w sposób ośmieszający czy karykaturalny. Wprost przeciwnie, 
egipski dostojnik został pokazany jako człowiek bogaty i żyjący do-
statnio, a więc człowiek sukcesu. Możność najedzenia się do syta 
i niedoświadczanie głodu były w całym średniowieczu i starożytności 
synonimem zamożności i dostatku. 

Aż do czasów nowożytnych, a być może nawet do XX wieku, 

istniał oczywisty związek między konsumpcją i produkcją żywności 
przypadającą na głowę a dobrobytem. Wcześniej ogromna większość 
ludzi znajdowała się na granicy fizjologicznego minimum w dostę-
pie do żywności i prowadziła wręcz rozpaczliwą walkę o przetrwa-
nie

1

. Poza wąską grupą uprzywilejowanych

2

 pozostali cierpieli na 

chroniczne niedożywienie, trapiły ich choroby, a średnia długość 
ich życia ledwo przekraczała 30 lat. Nawet w stosunkowo wysoko 
rozwiniętej Anglii i Francji oczekiwana długość trwania życia w mo-
mencie urodzenia przekroczyła 40 lat dopiero w połowie XIX wie-
ku

3

. Na ten niezwykle niski wskaźnik wpływała, co prawda, bardzo 

R. Fogel szacuje, że 20% populacji Anglii i Francji z końca XVIII wieku o najmniej-

szym dostępie do żywności było tak niedożywionych, że nie było zdolne do jakiejkol-
wiek pracy, ci zaś, którzy pracowali, mieli relatywnie mało siły (R. Fogel, The Escape 
from Hunger and Premature Death, 1700–2100
, Cambridge University Press, Cambridge 
2004, s. 33).

Wielkość tej grupy zapewne się zmienia, ale jest to z reguły nie więcej niż kilka procent 

całej społeczności. Na przykład dysponujemy szacunkami, że w Bizancjum w 1000 ro- 
ku n.e. 0,5% najbogatszych ludzi rozporządzało 56% całego dochodu społeczeństwa, 
a 5% najbogatszych – 63% dochodu (por. B. Milanovic et al., Measuring Ancient Inequal-
ity
, NBER Working Paper 2007, No. 13550). 

R. Fogel, op. cit., s. 2. 

background image

14

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wysoka stopa śmiertelności wśród dzieci, z reguły szacowana na 
ok. 30%, ale i śmiertelność wśród dorosłych była znaczna. W swej 
ogromnej masie ludzie niedojadali i żyli krótko. Te dwie kwestie po-
zostają zresztą w ścisłym związku. Przyczyny wysokiej śmiertelności 
w historii są wciąż przedmiotem naukowych kontrowersji. Wiemy 
jednak na pewno, że podstawowe znaczenie miała tu poprawa wyży-
wienia, choć nastąpiło to dość późno. Stereotypowe, potoczne wy-
jaśnienia przyczyn znacznego wydłużenia się obecnej długości życia 
z reguły wskazują przede wszystkim na osiągnięcia medycyny i/lub 
poprawę higieny. To z pewnością ważne powody, ale większość spe-
cjalistów wskazuje jednak na postęp w dziedzinie konsumpcji żyw-
ności i zwiększenie kaloryczności diety. Nastąpiło to jednak bardzo  
późno. 

C. Clark, wykorzystując zarówno własne badania, jak i ustalenia 

W.S. Jevonsa

4

, wylicza, że średni dochód klas pracujących w Bizan-

cjum w czasach Justyniana był wyższy niż w Grecji i innych krajach 
południowej Europy w latach 40. XX wieku

5

. A zatem w ciągu nie-

mal półtora tysiąca lat nie zarysował się istotny lub wręcz żaden po-
stęp w poziomie konsumpcji nieuprzywilejowanych grup społecznych. 
Dysponujemy również dość dokładnymi szacunkami i wyliczeniami 
dokonanymi dla Francji pierwszej połowy XIX wieku, dotyczącymi 
płac realnych robotników

6

. Wynika z nich, że wydatki na żywność 

stanowiły wówczas 65–70% budżetu domowego, przy czym wydatki 
na chleb aż 30–50%. Po potrąceniu wydatków na ubranie, kosztów 
mieszkania i podatków pozostawało jedynie 3% na zaspokajanie pozo-
stałych potrzeb. Z tych danych wynika niezbicie, że aż do połowy XIX 
wieku realne płace pracowników – i to w kraju relatywnie rozwiniętym 
w tym okresie – kształtowały się na poziomie minimum fizjologicz-
nego. Te z pewnością niepełne i niedoskonałe szacunki potwierdzają, 
że ówczesne społeczeństwa, poza wyjątkowymi okresami prosperity, 
znajdowały się w kleszczach pułapki Malthusa, spychającej dochody 
większości ludności do poziomu minimum. Niedożywieni ludzie padali 
często ofiarą chorób, które nie byłyby groźne dla zdrowego organizmu. 
Wpływało to na obniżanie się oczekiwanego czasu życia. Cytowany 

W.S. Jevons – na którego powołuje się C. Clark – pokazuje, że realne płace w Grecji 

za czasów Aleksandra Wielkiego były mniej więcej na poziomie płac niewykwalifikowa-
nych robotników w XIX wieku. 

C. Clark, The Conditions of Economic Progress, Macmillan, London 1960, s. 622. 

Poniższe dane zaczerpnięto z: A. Emmanuel, Unequal Exchange. A Study of the Im-

perialism of Trade, „Monthly Review Press”, London 1972, s. 50.

background image

15

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

wcześniej R. Fogel podaje

7

, że ok. 1875 roku średnia długość trwania 

życia brytyjskiej elity przekraczała aż o 17 lat średnią dla całego kra-
ju. Dziś ta różnica, choć wciąż istnieje, zmniejszyła się do 4 lat, czyli 
skurczyła się o 3/4. Czy był to wynik postępu medycyny? Raczej nie. 
Co prawda, dostęp do nowoczesnej opieki zdrowotnej z pewnością 
różnicował sytuację elity i klas pracujących w całym tym okresie, ale 
nie na tyle, by wyjaśnić tak dużą różnicę. Natomiast poziom wyży-
wienia brytyjskiego społeczeństwa bardzo się wyrównał w ciągu tych 
stu kilkudziesięciu lat. Jest to dość przekonująca przesłanka dotycząca 
kluczowej roli poprawy wyżywienia jako czynnika odpowiedzialnego 
za spadek śmiertelności i wydłużenie się życia. Widać zatem, że w całej 
niemal historii ludzkości aż do czasów prawie współczesnych bogac-
two i dobrobyt społeczny można utożsamiać z wielkością konsumpcji 
żywności. Potwierdzeniem tego są np. spotykane w różnych miejscach 
wzdłuż Nilu urządzenia zbudowane w starożytnym Egipcie, zwane 
nilometrami i służące do pomiaru wysokości wody w rzece. Wiemy, 
że pomiar ten służył pośrednio ustaleniu wielkości przewidywanych 
zbiorów żywności. Ze względu na szczególny charakter gospodarki 
ówczesnego Egiptu, w której oczywiście dominowała produkcja rol-
na – skoncentrowana wzdłuż Nilu i zależna od corocznych wylewów 
rzeki – nilometry były swoistymi narzędziami pomiaru produkcji („sta-
rożytnego PKB”), a w dalszej kolejności – pozwalały oszacować wiel-
kość wpływów podatkowych. 

Dopiero rewolucja przemysłowa zapoczątkowała ucieczkę od 

głodu i przedwczesnej śmierci. Od 1830 roku (jeśli ten rok przy-
jąć umownie za początek angielskiej rewolucji przemysłowej) do 
dziś brytyjski produkt krajowy brutto (PKB) powiększył się 32 razy, 
a PKB per capita 12 razy. Dzisiejszy PKB per capita w porównaniu 
z początkiem XX wieku jest w przypadku Wielkiej Brytanii 4 razy 
większy, Niemiec i USA – 5,5 razy, a Japonii aż 14 razy. Podobnie 
w przypadku innych krajów rozwiniętych. Nawet gdybyśmy badali 
jedynie kraje słabo rozwinięte, stanowiące wszak aż 4/5 całej świa-
towej populacji, to i tak dzisiejszy świat jest niewiarygodnie bogaty 
w porównaniu z całkiem jeszcze nieodległą przeszłością. R. Easter-
lin

8

 tak podsumowuje zmiany, jakie zaszły w okresie ostatniego pół-

wiecza, tj. od 1950 ro ku, w kręgu krajów słabo rozwiniętych:

R. Fogel, op. cit., s. 40.

R. Easterlin, The Reluctant Economist. Perspectives on Economics, Economic His-

tory, and Demography, Cambridge University Press, Cambridge 2004, s. 33–34.

background image

16

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

•  Materialny poziom życia przeciętnej osoby potroił się od 1950 ro - 

ku, tj. mierzony PKB per capita rósł w tempie 2,5% średnio-
rocznie.

•  Oczekiwane dalsze trwanie życia od urodzenia wydłużyło się 

o 21 lat, tj. z 41 do 62 lat.

•  Wskaźniki analfabetyzmu spadły o połowę – z 60% do 30%.
•  O połowę spadły wysokie wskaźniki płodności, odpowiedzialne 

za eksplozję demograficzną.

Są to dane przeciętne: według ocen FAO w 2010 roku ok. 1/7 lu-

dzi na świecie (ok. 1 miliarda) jest niedożywiona i cierpi głód. Warto 
zatem mieć na uwadze, że postęp miał charakter dość nierównomier-
ny. Niezależnie od faktu, że nie wszystkie społeczeństwa doświadcza-
ły jego dobrodziejstw, ogólna poprawa sytuacji materialnej na świecie 
w XX wieku nie ma precedensu, tym bardziej że poza Afryką Sub-
saharyjską, w której obraz jest dużo mniej optymistyczny, wszystkie 
główne obszary świata jakoś partycypowały w tym postępie. Czy za-
tem ludzkość docenia ogromny wzrost dochodów i konsumpcji, jaki 
stał się jej udziałem w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy fakt, że 
jesteśmy na ogół zamożniejsi, powoduje nasze większe zadowolenie, 
szczęście i satysfakcję? Jest to w praktyce pytanie o to, czy wzrost do-
chodów, produkcji na głowę mieszkańca czy też PKB per capita jest 
dziś wystarczającą miarą wzrostu dobrobytu – dziś, kiedy ogromna 
większość ludzi nie jest już zmuszona do ograniczania swych potrzeb 
i aspiracji jedynie do zdobycia dostatecznego wyżywienia. 

Kiedy władca małego Bhutanu zaczął od 1972 roku lansować swą 

ideę szczęścia narodowego brutto (Gross National Happiness) jako 
kompleksową miarę jakości życia i dobrobytu społecznego zamiast 
koncepcji produktu krajowego brutto, wielu ekonomistów potrakto-
wało ten pomysł pobłażliwie jako niezbyt poważny. Szczęście jest ka-
tegorią tak subiektywną i ulotną, że jej pomiar nie jest łatwy. Z tego 
względu użycie szczęścia w roli ekonomicznego narzędzia, jakiejś 
wielkości operacyjnej do podejmowania decyzji w polityce gospo-
darczej, wydawało się mało realistyczne. Poza tym ekonomiści zde-
cydowanie preferują używanie kategorii dających się zobiektywizo-
wać

9

. Na początku zatem idea badania subiektywnego szczęścia była 

Takie są przynajmniej deklaracje, nie należy jednak traktować ich zbyt poważnie. 

Subiektywna koncepcja użyteczności stosowana w analizie gospodarstwa domowego jest 
bowiem wyraźnym zaprzeczeniem takiego podejścia. 

background image

17

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

uważana za żart i ciekawostkę naukową. Dziś jednak cała kwestia 
jest już traktowana bardzo poważnie, a „ekonomia szczęścia” może 
być nawet postrzegana jako nowy dział dociekań ekonomicznych

10

I tak np. World Values Survey

11

 prowadzi od dawna badania nad 

subiektywnym postrzeganiem dobrobytu i jego uwarunkowaniami. 
Z reguły polegają na odpowiedzi na pytania typu: czy uwzględniając 
wszystkie okoliczności, jesteś dziś szczęśliwy (proponuje się cztero-
szczeblową drabinkę możliwych deklaracji co do stopnia szczęśliwo-
ści)? Alternatywnie pytania dotyczą satysfakcji w życiu (tu drabinka 
jest dziesięcioszczeblowa)

12

. Pierwsze takie badanie przeprowadzono 

w 1981 roku, a ostatnie – obejmujące już 97 krajów, w których żyje 
88% ludności świata – w 2007. Wyniki uzyskiwane z tych i podob-
nych badań są intrygujące, ponieważ – przynajmniej w części – wca-
le nie są intuicyjne. Naturalne będzie np. pytanie o to, czy istnieje 
korelacja między indywidualną zamożnością (dochodami) a subiek-
tywnym postrzeganiem dobrobytu. W tej kwestii mamy trzy główne 
rezultaty:

•  Po pierwsze, porównując osobników w danym kraju, dostrzega-

my, że szczęście i satysfakcja rosną wraz z ich dochodami. 

•  Po drugie, przeciętny poziom szczęścia w danym kraju pozostaje 

na ogół bez zmian mimo wzrostu dochodów. Jest to tzw. para-
doks Easterlina. Zadał on intrygujące pytanie, czy w sytuacji, kie-
dy wszystkie dochody rosną, rośnie również szczęście wszystkich. 
I udzielił nań negatywnej odpowiedzi. 

•  Po trzecie, w układzie krajów nie ma wyraźnej korelacji między 

średnimi dochodami a szczęściem obywateli. 

10 

I tak np. biblioteka World Database of Happiness jest kopalnią wiedzy na temat ba-

dań i zebranych danych statystycznych dotyczących problematyki szczęścia. 

11 

World Values Survey (WVS) jest światową organizacją zrzeszającą uczonych pro-

wadzących badania nad zmianą systemów wartości oraz wpływem tych zmian na życie 
społeczne i polityczne. 

12 

Oba wspomniane wyżej pytania nie są identyczne i mogą być odmiennie interpre-

towane przez respondentów. Dlatego w praktycznych badaniach staramy się wykorzy-
stywać oba podejścia. Subiektywna miara dobrobytu (Subjective Well-Being – SWB) jest 
definiowana wówczas jako SWB = „satysfakcja z życia” – 2,5 x „szczęście”. Ta formuła 
wykorzystuje 10-punktową miarę „satysfakcji z życia” (od najniższej satysfakcji = 1 do 
maksimum = 10) oraz 4-punktową miarę „szczęścia” (od bycia bardzo nieszczęśliwym 
= 1 do bycia bardzo szczęśliwym = 4). Dla znormalizowania miary i uwzględnienia róż-
nej kolejności przyrostu pożądanej cechy w obu miarach odejmujemy miarę „szczęście” 
pomnożoną przez 2,5. Dzięki temu SWB jest rosnącą funkcją przyrostu satysfakcji. 

background image

18

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

O ile pierwszy wynik wydaje się zgodny z intuicją, o tyle dwa 

pozostałe ustalenia są zaskakujące. Oznacza to, że w jakimś stop-
niu obiektywne zmiany dochodów i materialnej zamożności rozcho-
dzą się z subiektywnymi ocenami dobrobytu i poczuciem satysfakcji. 
Kiedy np. w Belgii przeprowadza się takie badania w odstępie 20 lat 
– a jest to okres, w którym płace realne w tym kraju mniej więcej 
podwajają się – to reagujemy zdumieniem, gdy okazuje się, że re-
spondenci deklarują brak jakiejkolwiek zmiany w subiektywnym po-
czuciu dobrobytu. Widoczne jest, że sam wzrost gospodarczy, więk-
sza produkcja i konsumpcja dóbr, wyższe dochody i bogactwo nie 
przekładają się jednoznacznie na subiektywne poczucie postępu. Jest 
to dodatkowy, ważny argument – obok wielu innych znanych – po-
kazujący słabość PKB (per capita) jako syntetycznej miary dobrobytu. 

Istnieją dwa wyjaśnienia paradoksu Easterlina. Pierwsze odwołu-

je się do teorii perspektywy

13

. Badani po prostu bardzo szybko przy-

zwyczajają się do osiągniętego poziomu życia i stopy życiowej, a kiedy 
adaptujemy się do nowej sytuacji, zmienia to nasz punkt odniesienia. 
W teorii perspektywy liczy się raczej zmiana niż poziom dochodów. 
Eksperymenty wskazują, że respondenci pytani o pożądany przyrost 
dochodów byli skłonni postrzegać 50-procentowy ich wzrost jako 
satysfakcjonujący. Osiągnięcie tego pułapu lub nawet jego znaczne 
przekroczenie nie wpływało jednak na zmianę charakteru deklaracji. 
W nowej sytuacji 50-procentowy przyrost dochodu nadal był trakto-
wany jako satysfakcjonujący. Wiemy również, że takie przystosowa-
nie dotyczy nie tylko sytuacji, kiedy następuje poprawa materialnej 
pozycji jednostek, ale także gdy jej dochody spadają, stan zdrowia 
ulega pogorszeniu, a jej obiektywna sytuacja życiowa ulega degrada-
cji. Dostosowujemy się do każdej sytuacji i każdy nowy poziom do-
brobytu/ubóstwa traktujemy jako nowy punkt odniesienia, do które-
go przymierzamy następujące później zmiany. Nic dziwnego zatem, 
że prowadzone badania nie wykazują, by ludzie – stając się zamoż-
niejszymi – subiektywnie czuli się bardziej zadowoleni z życia. 

Istnieje jeszcze drugi ważny argument na rzecz paradoksu Easter-

lina. Mianowicie nasze poczucie dobrobytu jest społecznie uwarun-
kowane, względne i uzależnione od tego, co mają inni. W przeciwień-
stwie do rozważanej wcześniej przyczyny ludzie nie tyle chcieliby 

13 

Bardzo dobre i proste wprowadzenie do sposobu postrzegania zachowań ludzi, 

zgodne z teorią perspektywy, można znaleźć w książce R. Frank, Mikroekonomia jakiej 
jeszcze nie było
, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2007, rozdz. 8. 

background image

19

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

mieć więcej (choć chcieliby!), nie tyle liczy się znaczny przyrost do-
chodów, poprawa sytuacji życiowej, zamożności i bogactwa (choć 
liczy się!), ile raczej pragną mieć więcej niż inni. Jak ktoś kiedyś po-
wiedział: nie wystarczy być bogatym, chodzi o to, by innym było 
gorzej. R. Easterlin odnotował więc, że szczęście (czyli subiektyw-
nie postrzegany dobrobyt, użyteczność) zmienia się zgodnie z kierun-
kiem zmian naszego własnego dochodu, ale odwrotnie proporcjo-
nalnie do zmian dochodu innych

14

. Bogactwo jest zresztą całkowicie 

względną kategorią. Co to znaczy być bogatym czy ubogim? Czy np. 
Bolesław Krzywousty był bogaty? W kontekście swojej epoki i cza-
sów, w których żył, zapewne był bogaty, ale jego zamożność jest zu-
pełnie znikoma w porównaniu z obecnymi czasami. Ile wtedy pro-
dukowano dóbr i rzeczy? A ile dziś? Oczywiście władca miał dostęp 
do niemal wszystkiego, co w ówczesnej gospodarce wytwarzano, 
ale ta gospodarka wytwarzała niezmiernie mało. Nie tylko w sen-
sie ilościowym, ale przede wszystkim – różnorodności i zdolności 
do zaspokajania bardziej wyrafinowanych potrzeb. Możemy obecnie 
dyskutować, ile różnych dóbr produkowała średniowieczna gospo-
darka, lecz nie było to zapewne więcej niż setki czy tysiące odmien-
nych produktów. Współczesna, rozwinięta gospodarka wytwarza na-
tomiast miliony różnych dóbr finalnych. Z tej perspektywy patrząc, 
stopa życiowa i jakość życia przeciętnego Polaka jest o wiele wyższa 
niż Krzywoustego

15

, a polski władca nie był wcale bogaty. Książę nie 

miał wszak dostępu do antybiotyków, samochodu, telefonii komór-
kowej, Internetu czy elektryczności. Natomiast jego książęca pozycja 
sytuowała go wysoko ponad innymi, i to pod każdym względem: 
statusu społecznego, władzy, prestiżu, autorytetu, a także – mimo 
wszystko – ogromnej przewagi materialnej w porównaniu z podda-
nymi. Mechanizmy rządzące zachowaniami ludzi są skomplikowa-

14 

R. Easterlin, Will Raising the Incomes of All Increase the Happiness of All?, „Journal 

of Economic Behavior and Organization” 1995, Vol. 27.

15 

Możemy oszacować absolutny poziom dochodu Bolesława Krzywoustego. Przyj-

mijmy, że najniższy poziom konsumpcji (pułap fizjologicznego minimum) nie może być 
niższy niż ok. 1 USD dziennie (według obecnego parytetu siły nabywczej). Stopień mak-
symalnych rozpiętości dochodów między najwyższymi a najniższymi dochodami w sta-
rożytności i średniowieczu kształtował się jak 1:100 (por. B. Milanovic et al., op. cit.). 
Tym samym szacujemy, że maksymalna konsumpcja elity jest równoważna 100 USD 
dziennie na osobę. Uwzględniając obecną siłę nabywczą dolara na poziomie 2 PLN/USD, 
możemy wnioskować, że wysokość stopy życiowej Krzywoustego była mniej więcej rów-
noważna 6000 PLN miesięcznie, tj. nieco mniej niż dwukrotna średnia płaca miesięczna 
w Polsce z 2011 roku. 

background image

20

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ne i trudno tu o jednoznaczne rozstrzygnięcia. Co jest ważniejsze: 
względna czy absolutna pozycja, jaką zajmujemy? Czy Krzywousty 
chciałby zająć nasze miejsce i sięgnąć po nasz poziom dobrobytu, re-
zygnując ze swego uprzywilejowanego statusu społecznego władcy, 
ze swej przewagi materialnej nad innymi? Tego nie wiemy, ale w żad-
nym razie nie możemy być pewni, że chciałby zostać np. menedże-
rem projektu w sieci handlowej wielkiego marketu z wyższą stopą 
życiową niż w XII wieku. 

Wiele eksperymentów i badań oraz potoczne doświadczenie 

potwierdzają, jak ważna dla nas jest względna pozycja zajmowana 
w strukturze społecznej i jak silnie nasze poczucie satysfakcji życio-
wej jest uwarunkowane społecznie. Często np. wybieramy mniejsze 
korzyści finansowe w wymiarze absolutnym, jeśli poprawia to naszą 
względną pozycję, rezygnując z większych korzyści, bo ceną jest po-
gorszenie się naszego statusu względem innych. Kiedy jedno z biur 
turystycznych reklamuje wycieczkę „Tam, gdzie nie byli jeszcze 
twoi sąsiedzi”, możemy być pewni, że to dobry i chwytliwy slogan. 
A. Hirschman wprowadził do literatury pojęcie „efektu tunelowe-
go”

16

. Autor ten zaobserwował, jak silne frustracje targają kierow-

cami, którzy utknęli na pasie autostrady w tunelu, podczas gdy inni 
kierowcy na innym pasie jadą. Sytuację tę postrzegają jako nieak-
ceptowalną, niewytłumaczalną i niesprawiedliwą, choć wcześniej, 
kiedy wszystkie pasy były zablokowane i wszyscy musieli czekać 
na wznowienie ruchu, jakoś godzili się z przymusowym postojem. 
Oczywiście „efekt tunelowy” to metafora niezgody na niesprawied-
liwe różnicowanie.

A. Smith podejmuje jeszcze inny wątek, wskazując, że nie tylko 

bogactwo, ale także ubóstwo jest społecznie uwarunkowane

17

. Nie 

wydaje się, by lniana koszula była niezbędna do życia, skoro zapewne 
i Rzymianie, i Grecy jakoś sobie dawali bez niej radę. Dziś jednak – 
pisał A. Smith – szanujący się robotnik naraziłby się na wstyd i upo-
korzenie, pokazując się publicznie bez takiej koszuli. Ubóstwo i bieda 
to nie tylko, albo nawet nie przede wszystkim, fizyczny brak i nie-
dostatek. To głównie poczucie, że się jest gorszym, mniej wartościo-
wym. To utrata poczucia własnej wartości. Możemy to odczuwać, 

16 

A. Hirschman, The Changing Tolerance for Income Inequality in the Course of Eco-

nomic Development, „The Quarterly Journal of Economics” 1973, Vol. 87, No. 4.

17 

A. Smith, An Inquiry into the Nature and Causes of the Wealth of Nations, London 

1776.

background image

21

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

pojawiając się na przyjęciu w wytartym garniturku, ale także wtedy, 
kiedy nasi znajomi spędzają urlopy w egzotycznych miejscach, a my 
jeździmy na wakacje „tylko” do Góry Kalwarii. 

W tej perspektywie paradoks Easterlina jest dość łatwo wytłuma-

czalny. Jeśli w danym społeczeństwie subiektywne poczucie wzro-
stu dobrobytu uwarunkowane jest głównie poprawą własnej pozycji 
względem innych, to staje się oczywiste, że na poziomie makrospo-
łecznym nie jest możliwe przesuwanie się wszystkich w górę. Względ-
na poprawa pozycji jednych jest kompensowana pogarszaniem się 
pozycji drugich. Łącznie skutkuje to brakiem zmiany średniego 
wskaźnika dobrobytu lub co najwyżej jego nieznacznymi ruchami.

Najbardziej zdumiewający jest jednak trzeci wynik, który sy-

gnalizuje słabą korelację między dochodami per capita a szczęściem 
w układzie poszczególnych krajów

18

. Widać, że obywatele krajów 

bogatych są niemal bez wyjątku szczęśliwi. Te wyjątki charakteryzu-
jące się niskimi wskaźnikami to niektóre kraje azjatyckie (Korea Po-
łudniowa, Tajwan, Singapur), ale także Grecja. Progiem zamożności, 
który oddziela kraje raczej szczęśliwe, jest poziom PKB w wysokości 
ok. 15–20 tys. USD per capita rocznie. Za tym progiem wzrost bo-
gactwa nie przyczynia się w istotny sposób do zwiększenia się su-
biektywnej satysfakcji z życia. Racjonalną strategią w przypadku tych 
krajów byłoby zatem położenie większego nacisku nie tyle na dalsze 
powiększanie produkcji i konsumpcji, ile raczej na problemy jakości 
życia. Dla krajów biedniejszych korelacja między subiektywnym do-
brobytem a zamożnością i dochodami w zasadzie nie istnieje. W tej 
grupie są zarówno szczęśliwi, jak i kraje względnie bogate, ale o ni-
skich wskaźnikach SBW. 

Lista krajów szczęśliwych i nieszczęśliwych jest zdumiewająca. 

Na pierwszych pozycjach o najwyższych wskaźnikach SBW znajduje 
się wiele krajów z regionu Ameryki Łacińskiej, przy czym zmagająca 
się z narkotykami Kolumbia zajmuje jedną z najwyższych lokat na tej 
liście. Są tam wszystkie kraje skandynawskie, a poza czołówką znaj-
dują się Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania i Japonia. Polska zajmu-
je środkowe miejsce na liście, a wyprzedzają nas np. Wietnam i Filipi-
ny. Końcowe miejsca na liście zajmują prawie wszystkie kraje byłego 
ZSRR (w tym: Armenia, Rosja, Białoruś, Ukraina, Mołdawia), ale 

18 

Odpowiedni wykres prezentuje R. Inglehart et al.Development, Freedom, and Ris-

ing Happiness. A Global Perspective (1981–2007), „Perspectives On Psychological Sci-
ence” 2008, Vol. 3, No.

4, s. 269.

background image

22

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

także wszystkie kraje bałtyckie o relatywnie wysokiej zamożności. 
Nie wiemy do końca, jak wyjaśniać te prawidłowości czy raczej pa-
radoksy. Istotnym argumentem będzie zapewne zwrócenie uwagi na 
kwestie aspiracji. Poczucie satysfakcji jest dlatego w dużym stopniu 
subiektywne, gdyż może być uzależnione od tego, jak wysoko stawia-
my sobie poprzeczkę, tj. jakie mamy oczekiwania względem otaczają-
cego nas świata. Jeśli te oczekiwania są niewielkie, to paradoksalnie 
nawet bardzo biedni, pozbawieni dostępu do wielu dóbr ludzie będą 
czuli się szczęśliwi

19

. C. Graham, pisząc swą książkę o szczęściu na 

świecie, dała jej podtytuł „Paradoks szczęśliwych biedaków i przy-
gnębionych milionerów”

20

. Autorka zwraca np. uwagę, że wzrost go-

spodarczy może unieszczęśliwiać bogatych, bo biedni i tak na nic nie 
liczą. Dla elit zmiany mogą być groźne, gdyż potencjalnie podkopu-
ją ich pozycję, grożą zepchnięciem w dół, obniżają status material-
ny względem innych. Grupy społeczne, które już uzyskały wysoką 
pozycję w układzie społecznym, cechują się rosnącymi aspiracjami 
i stosunkowo wysoką mobilnością w systemie. Szybkie tempo zmian 
ekonomicznych nie tylko stwarza szanse na poprawę pozycji, ale tak-
że rodzi zagrożenia i frustracje związane z walką o utrzymanie do-
tychczasowego statusu. Ekonomia behawioralna podpowiada nam, 
że porażka jest o wiele bardziej bolesna (w sensie ubytku użyteczno-
ści) niż radość z równoważnego materialnie sukcesu. Pod tym wzglę-
dem ludzie zajmujący niskie pozycje, nieuczestniczący w pożytkach 
z rozwoju, mają dużo mniej powodów do obaw. Te dość zaskakujące 
prawidłowości znajdują potwierdzenie w globalnych danych różnych 
krajów, wskazujących na negatywną korelację między wzrostem eko-
nomicznym a szczęściem. 

Rzeczywiście, badania nad subiektywnymi miernikami szczęścia 

zaskakująco często prowadzą do mało intuicyjnych wyników. Jest to 
ważna obserwacja i warto do niej powrócić w toku dalszych roz-
ważań, niemniej w tym miejscu należy odnotować, jakie są ostatnie 
ustalenia dotyczące czynników kształtujących subiektywne poczucie 

19 

Niezmiernie zaskakujące – pod tym względem – dane podaje C. Graham. Przytacza 

ona wyniki własnych badań z Afganistanu z 2009 roku, które sygnalizują, że mieszkańcy 
tego kraju są niemal tak szczęśliwi jak mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, czyli poziom ich su-
biektywnej satysfakcji z życia jest zdumiewająco wysoki. Nawet uwzględniając zastrzeżenia 
autorki, że badania w tym kraju z oczywistych względów nie mogły być w pełni reprezen-
tatywne, wyniki odzwierciedlają zapewne niski poziom aspiracji respondentów (C. Gra-
ham,  Happiness around the World, Oxford University Press, Oxford 2009, s. 74–84). 

20 

Ibidem

background image

23

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

szczęścia SBW w różnych krajach i kulturach czy mających wpływ 
na nie. Wydaje się, że te ustalenia można sprowadzić do poniższych 
dziewięciu kluczowych wyników

21

1.  Ludzie bardzo szybko przystosowują się do nowej sytuacji, po-

strzegając ją jako nowy punkt odniesienia. Dotyczy to zarówno 
zmian korzystnych, jak i niekorzystnych (takich jak spadek do-
chodów, pogorszenie się stanu zdrowia czy wzrost zagrożenia 
przestępczością). 

2.  Pieniądze przynoszą szczęście w wymiarze indywidualnym, nie-

mniej kluczowym elementem są porównania z innymi. Liczy się 
głównie względny sukces materialny i statusowy, a nie bezwzględ-
ny poziom zamożności. 

3.  Społeczeństwa jako całość nie wydają się szczęśliwsze, w miarę 

jak stają się bogatsze.

4.  W relacji do wieku krzywa SBW przyjmuje kształt litery U, tj. 

najbardziej szczęśliwi są młodzi i starzy. Poziom SBW w średnim 
wieku jest niższy.

5.  Kobiety z reguły wykazują wyższe wartości SBW niż mężczyźni. 
6.  Szczęście wzrasta wraz z poziomem wyedukowania.
7.  Wyższy poziom satysfakcji życiowej mają ludzie prowadzący ak-

tywne życie seksualne. 

8.  Silny pozytywny wpływ na poczucie szczęścia ma stan zdrowia.
9.  Dwa czynniki najsilniej negatywnie wpływające na szczęście to 

bezrobocie i rozwód. 

Jak właściwie można oceniać wyniki i ustalenia ekonomii szczę-

ścia? Ile nowego wnoszą one do naszej wiedzy, a przede wszystkim 
– potencjalnie – do polityki gospodarczej, jeśli miałaby się ona orien-
tować na te ustalenia? Czy byłoby rozsądnie zastępować dotychcza-
sowe miary dobrobytu nowym miernikiem (miernikami) szczęścia? 
Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Błędem byłoby zignoro-
wanie lekcji płynących z analizy subiektywnych ludzkich ocen. Je-
den przykład będzie tu instruktywny. W latach 60. ubiegłego wieku 
A. Okun zaproponował użycie tzw. indeksu nieszczęścia (misery in-
dex
) będącego swoistą miarą niepowodzeń gospodarki. Indeks był 

21 

Por. np. D. Blanchflower, International Evidence on Well-Being, IZA Discussion Pa-

per 2008, No. 3354.

background image

24

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wyliczany jako suma stopy inflacji i bezrobocia. Im wyższa była war-
tość wskaźnika, tym gorzej winna być oceniana gospodarka i poli-
tyka gospodarcza. Miara Okuna ewidentnie ujmowała dodatkowy 
1% inflacji jako równoważnik jednoprocentowego wzrostu bezro-
bocia. Natomiast badania nad subiektywnymi źródłami nieszczęścia 
postrzegają bezrobocie jako problem aż o cały rząd wielkości groź-
niejszy niż inflacja. Warto, by polityka gospodarcza wzięła ten wynik 
poważnie pod uwagę, dotychczas bowiem wagi, jakie przypisuje się 
obu negatywnym zjawiskom – inflacji i bezrobociu – preferują raczej 
inflację jako główny cel do zwalczania. 

Subiektywne miary dobrobytu, choć dają ciekawy wgląd w spo-

sób, w jaki ludzie postrzegają swe położenie ekonomiczne i społeczne, 
nie mogą jednak zastąpić pewnych obiektywnych miar. Dopiero ich 
użycie sprawia, że stąpamy po dostatecznie twardym gruncie, choć 
oczywiście używane dotąd sposoby pomiaru, jak np. kategoria pro-
duktu krajowego brutto, mają znane i wielokrotnie opisywane man-
kamenty. Obecny kryzys ekonomiczny jeszcze dodatkowo wzmocnił 
wątpliwości, czy będące dziś do dyspozycji metody globalnych ra-
chunków ekonomicznych są poprawne, dobrze oddają rzeczywistość 
i stanowią właściwe drogowskazy dla podejmowanych decyzji. W lu-
tym 2008 roku prezydent Francji Nicolas Sarkozy powołał zespół 
wybitnych specjalistów do przeanalizowania tego zagadnienia (dalej 
nazywany Komisją)

22

. Motywem Sarkozy’ego w jakimś stopniu była 

zapewne chęć pokazania się w roli intelektualnego przywódcy Za-
chodu, promocja Francji, ale również zrozumiała chęć jakiejś reakcji 
na kryzys kapitalizmu. To, że ta inicjatywa wyszła z Europy, wynika 
z tego, że zapewne jest ona w ogóle bardziej wrażliwa społecznie niż 
Ameryka, stąd europejska inspiracja. Formalnie celem Komisji było 
zidentyfikowanie słabości miernika PKB jako miary osiągnięć gospo-
darczych i postępu społecznego oraz rozważenie, jakie dodatkowe 
informacje byłyby niezbędne do skonstruowania bardziej adekwat-
nych mierników, a także jakie alternatywne narzędzia pomiaru mo-
głyby być zastosowane. Obszerny raport sporządzony przez Komisję 
jest bardzo interesujący i dlatego warto przyjrzeć się bliżej dokona-
nym w nim ustaleniom. 

22 

Zespół nosił nazwę The Commission on the Measurement of Economic Perfor-

mance and Social Progress. Kierowali nim J. Stiglitz, A. Sen i J.P. Fitoussi, a w skład ze-
społu wchodziło – obok kilkunastu uczonych – trzech laureatów Nagrody Nobla z dzie-
dziny ekonomii. Komisja przedstawiła swój raport końcowy 14 września 2009 roku. 

background image

25

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

Przede wszystkim Komisja wskazała, że dla potrzeb oceny wzro-

stu dobrobytu właściwy jest raczej pomiar efektów konsumpcyjnych 
wzrostu gospodarczego niż samej produkcji. Jak wiadomo PKB mie-
rzy – w taki czy inny sposób – jedynie produkcję dóbr finalnych, a nie 
to, czy potrzeby społeczne są zaspokajane i w jakim stopniu. Nawet 
intuicyjnie wiemy, że dobrobyt społeczny (także w wymiarze indy-
widualnym) rośnie, gdy poprawia się stan zdrowia obywateli, spa-
da zachorowalność, wydłuża się czas życia, natomiast niekoniecznie 
ten dobrobyt jest większy, gdy rejestruje się wzrost produkcji usług 
i dóbr medycznych. To drugie może być warunkiem uzyskania po-
stępu w dziedzinie zdrowotności, ale także – sygnałem pogarszania 
się stanu rzeczy. Tym samym bezpośredni pomiar efektów jest istot-
ny, liczenie PKB natomiast daje nam jedynie obraz wielkości nakła-
dów, jakie ponosimy na dany cel społeczny. Nie dotyczy to jedynie 
obszaru zdrowia. Wzrost przestępczości będzie skutkował zapewne 
zwiększoną podażą usług ze sfery bezpieczeństwa, tj. pojawią się do-
datkowi policjanci, będzie więcej patroli, zwiększą się zakupy sprzę-
tu na potrzeby kryminalistyki, nastąpi rozbudowa aparatu ścigania, 
więziennictwa i systemu sądowniczego. Natomiast rosnąca przestęp-
czość bez wątpienia obniża poczucie bezpieczeństwa, a zatem do-
brobyt spada. Kiedy w społeczeństwie szerzy się narkomania i alko-
holizm, a także inne patologie społeczne, wtedy mamy poczucie, że 
sytuacja pogarsza się. Paradoksalnie reakcja na te zjawiska pozor-
nie podnosi wartość PKB, bo wymusza dostarczanie jakichś usług 
mających na celu ograniczenie tych patologii. Jeśli w społeczeństwie 
następuje erozja kapitału społecznego, a relacje społeczne pogarsza-
ją się i słabną, to rosnąca armia prawników i oferowane przez nich 
usługi mające rozładować konflikty społeczne są czynnikiem formal-
nie powiększającym PKB, tym samym zaś sztucznie zawyżającym po-
stęp. Ryzykując pewną przesadę, można rzec, że do pewnego stopnia 
funkcjonuje tu reguła: im gorzej wygląda sytuacja, tym lepiej wypada 
pomiar dobrobytu. Jeśli mierzy się jedynie nakłady, a zupełnie igno-
ruje efekty tych działań, to bardziej zanieczyszczone środowisko albo 
dłuższy czas dojazdu do pracy skutkuje tym, że ilość dostarczanych 
dóbr, neutralizujących te negatywne zjawiska, musi być odpowiednio 
większa. 

Propozycja komisji J. Stiglitza polega na tym, by mierzyć właśnie 

efekty konsumpcyjne, i to na poziomie gospodarstwa domowego. 
Trzeba otwarcie powiedzieć, że propozycja ta nie jest łatwa do wdro-
żenia. Główny powód to wysokie koszty takiego pomiaru i ogrom-

background image

26

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ne problemy z dotarciem do milionów potencjalnych respondentów. 
Nie wydaje się, by gospodarstwa domowe odniosły się z entuzja-
zmem do perspektywy nałożenia na nie dodatkowych obowiązków 
statystycznych. Postęp w zakresie technik informatycznych może to 
jakoś zmienić, ale chyba nie w najbliższym czasie. Z kolei badania 
reprezentacyjne nie dają pełnego obrazu stanu rzeczy. Niezależnie 
jednak od tych trudności technicznych sama idea mierzenia efek-
tów zamiast produkcji wydaje się niemal rewolucyjna. Zauważmy 
przy tym, że sugerowany pomysł jest wyrazem przekonania, iż we 
współczesnym świecie związek między uruchomioną produkcją dóbr 
i usług a uzyskanymi efektami konsumpcyjnymi nie jest tak jedno-
znaczny jak jeszcze w niedalekiej przeszłości. Autorzy raportu zwró-
cili uwagę na trzy bardzo ciekawe aspekty kształtujące poziom stopy 
życiowej. Przede wszystkim uznali, że konieczne jest uwzględnienie 
produkcji domowej. Dotychczas powszechnie uznawano, iż jest to 
konieczny krok w przypadku krajów o niskim poziomie rozwoju, 
jako że udział produkcji rynkowej jest w nich niewielki i bez takiej 
korekty obraz ekonomicznej sytuacji wielu krajów, np. afrykańskich, 
byłby zafałszowany. J. Stiglitz i inni zwrócili jednak uwagę – i poparli 
to odpowiednimi wyliczeniami – że taka korekta jest jak najbardziej 
celowa także w odniesieniu do najbardziej rozwiniętych krajów świa-
ta. Według ocen zawartych w raporcie Komisji praca domowa sta-
nowi 30–40% wartości konwencjonalnie mierzonego PKB w takich 
krajach, jak Francja, Finlandia czy USA. Oczywiście, wskaźniki te są 
zróżnicowane między krajami, np. w USA praca domowa ma rela-
tywnie niższą wartość niż w innych krajach rozwiniętych. Ponadto 
obok pracy domowej także wartość czasu wolnego ma istotny wpływ 
na poziom stopy życiowej. Ogólna konkluzja sprowadza się do tego, 
że uwzględnienie ekonomicznej wyceny czasu wolnego niemal po-
dwaja poziom dochodów osobistych do dyspozycji w krajach rozwi-
niętych

23

. Jakie ma to znaczenie dla porównań międzynarodowych?

Te wszystkie argumenty nie są nowe. Od dawna pokazywano, 

że proste porównania między USA a Europą (Unią Europejską), po-
zornie wskazujące na przewagę Stanów Zjednoczonych w dziedzinie 
wzrostu gospodarczego i produktywności, w dużym stopniu zależą 
od wyboru mierników. G. Irvin dość przekonująco dowodzi, że „to, 

23 

Ściślej rzecz biorąc, raport nie bada wszystkich krajów, ale jedynie wybrane pań-

stwa rozwinięte, i to one są podstawą formułowanych ocen. Zwraca się zatem uwagę, 
by traktować wyniki jako szacunki pokazujące rząd wielkości. 

background image

27

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

iż USA są bogatsze, jest spowodowane przede wszystkim wyższym 
poziomem zatrudnienia i tym, że Amerykanie przepracowują rocznie 
ok. 20% godzin więcej niż Europejczycy. Jeśli uwzględnimy oba te 
czynniki i przyjrzymy się PKB w 2005 roku w przeliczeniu na oso-
bę i przepracowaną godzinę, to nie ma niemal żadnej różnicy mię-
dzy Niemcami, Francją a USA”

24

. Różnice w czasie pracy to zarów-

no niższe bezrobocie w Ameryce, jak i krótsze urlopy oraz dłuższy 
czas pracy. Można to interpretować jako konsekwencje odmiennego 
wyboru modelu życia społecznego po obu stronach Atlantyku, np. 
wybór dłuższych urlopów, ale w zamian za niższe dochody płacowe. 
G. Irvin

25

 skłania się jednak do przekonania, że jest to raczej rezultat 

szczególnego, bardzo nierównego rozkładu dochodów w amerykań-
skim społeczeństwie. Stopy zatrudnienia w USA są bardzo zbliżone 
do europejskich w przedziale wiekowym 25–55 lat. Różnice dotyczą 
dopiero osób w bardzo młodym wieku i wieku okołoemerytalnym. 
W obu przypadkach wyższa aktywność zawodowa tych pracowni-
ków jest wynikiem przymusu ekonomicznego (niskie emerytury, ni-
ski poziom wyedukowania młodzieży i w konsekwencji często pra-
ca w niepełnym wymiarze godzin). Jeśli dodatkowo uwzględni się 
wyraźne różnice w skali podaży usług publicznych na korzyść Eu-
ropy, to nic dziwnego, że zaprezentowane w raporcie Stiglitza dane 
dotyczące Francji i USA za 2005 rok wskazują, że o ile tradycyjnie 
wyliczone dochody osobiste do dyspozycji francuskich gospodarstw 
domowych są na poziomie zaledwie 2/3 amerykańskich dochodów, 
o tyle po uwzględnieniu korekt, dotyczących m.in. czasu wolnego 
i pracy w domu, wzrastają one w przypadku Francji aż do 87%, czyli 
sygnalizują niemal parytet. 

Jest jeszcze jeden aspekt problemu poruszony w raporcie Stigli-

tza: zależność stopy życiowej nie tylko od bieżących dochodów, ale 
także od wcześniej zgromadzonego majątku. Na przykład dzisiejsza 
Irlandia jest krajem, w którym PKB per capita jest wyższy od takiego 
samego dochodu obywatela Wielkiej Brytanii (i to już od końca lat 
90. XX wieku, czyli od ponad 10 lat). To zupełnie nowa sytuacja, UK 
bowiem przez całe dziesięciolecia dominowała nad swą ubogą krew-
ną (w długim okresie nawet raczej półkolonią) – Irlandią. Niemniej 

24 

G. Irvin, Europe vs.  USA: Whose Economy Wins?, „The New Federalist” 2006, Year XIX, 

No. 3, http://www.federalist-debate.org/index.php/component/k2/item/300-europe-vs- 
usa-whose-economy-wins? (dostęp: 22 czerwca 2012). 

25 

Ibidem

background image

28

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nawet powierzchowna obserwacja wskazuje, że Wielka Brytania jest 
zamożniejszym krajem. Doraźna przewaga Irlandii w dziedzinie bie-
żących dochodów nie może skompensować wieloletniej supremacji 
UK zarówno co do poziomu, jak i tempa akumulacji zasobów. Dzięki 
temu Wielka Brytania dysponuje dziś ogromnym, zakumulowanym 
bogactwem w sferze infrastruktury technicznej i zasobów mieszka-
niowych, rozbudowanym potencjałem naukowym i badawczym itd. 
Korzystanie z tego bogactwa pozwala czerpać obywatelom UK róż-
norakie pożytki, dostępne Irlandczykom w znacznie mniejszym stop-
niu mimo ich wyższych bieżących dochodów. 

Dla wielu fachowców, ale także niespecjalistów, używanie synte-

tycznych mierników zamożności jest dyskusyjne, ponieważ mierniki 
te ignorują kryjące się za średnimi nierówności dochodowe i mająt-
kowe. To stare pytanie: czy lepszym sposobem pomiaru dobrobytu 
jest np. użycie średniej (arytmetycznej) płacy, czy raczej płacy me-
dianowej. Jeśli dochody są słabo zróżnicowane wewnątrz danej spo-
łeczności, to obie wielkości – średnia i mediana – są położone blisko 
siebie i problem znika. Jeśli jednak mamy do czynienia z głębokimi 
nierównościami w rozkładzie dochodów, to średni dochód jest wy-
soki, przesunięty w kierunku strefy bogatych, natomiast poziom do-
chodu dzielący populację na pół (mediana) jest bardzo niski. Wte-
dy zdecydowana większość populacji znajduje się poniżej średniego 
dochodu i może kwestionować walor takiego miernika dobrobytu. 
Dość rozsądnie brzmi wówczas postulat, by to medianę uznać za lep-
szy wskaźnik poziomu dobrobytu. Taki byłby argument formalny. 

Istnieje jeszcze jeden powód, by bardzo poważnie potrakto-

wać kwestię rozkładu dochodów i przypadek silnych nierówności. 
W 2009 roku wielkie wrażenie wywarła publikacja dwóch amery-
kańskich naukowców R. Wilkinsona i K. Pickett (żadne z nich nie 
jest zresztą ekonomistą), dotycząca związku między skalą nierów-
ności społecznych w krajach rozwiniętych a ich sytuacją społeczną 
i ekonomiczną

26

. Autorzy badali bogate kraje (ok. 20 krajów) o pro-

dukcie krajowym brutto powyżej 18 tys. USD rocznie. Sens ich wy-
wodów polega na pokazaniu, że społeczeństwa o bardziej równym 
podziale dochodów niemal zawsze funkcjonują lepiej, skuteczniej 
rozwiązują różne problemy społeczne, stwarzają bardziej przyjazne 
środowisko społeczne itd. Pokazano to na ponad dziesięciu różnych 

26 

R. Wilkinson, K. Pickett, The Spirit Level. Why Greater Equality Makes Societies 

Stronger, Bloomsbury Press, New York 2009. 

background image

29

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

wskaźnikach, takich jak: długość trwania życia, śmiertelność nie-
mowląt, liczba morderstw i ciąż nastolatek, osiągnięcia edukacyjne, 
otyłość, choroby psychiczne, wrogość i rasizm, wielkość kapitału 
społecznego i inne. Na podstawie danych, skrupulatnie zebranych 
i przytoczonych przez R. Wilkinsona i K. Pickett, niepożądane war-
tości tych wskaźników są dodatnio skorelowane z rosnącym pozio-
mem nierówności. Nawet kiedy PKB per capita dość szybko rośnie, 
to jeśli procesowi temu towarzyszą rosnące nierówności, jest niemal 
pewne, że ma to negatywny wpływ na wiele z wyżej wymienionych 
zjawisk patologicznych. Weźmy np. początkową fazę rozwoju ka-
pitalizmu w USA i Anglii. Mimo wzrostu produkcji notowano tam 
spadek długości trwania życia robotników, bo koszt społeczny eks-
pansji przemysłowej był dla klas pracujących ogromny. Skracanie się 
długości trwania życia było skutkiem rosnącej gęstości zaludnienia 
w miastach, tragicznych warunków mieszkaniowych i higienicznych, 
silnych migracji zwiększających prawdopodobieństwo zachorowań 
oraz epidemii. Autorzy Spirit Level formułują nawet tezę, że różnice 
w oczekiwanej długości trwania życia między krajami rozwiniętymi 
nie są wcale funkcją absolutnego standardu życiowego, ale odczu-
wanego poziomu depresji, izolacji, poczucia braku bezpieczeństwa 
oraz potrzeb związanych ze względnym ubóstwem. Tezę tę zdaje się 
potwierdzać A. Sen

27

, który porównał różnice w stopach przeżycia 

między mężczyznami w Chinach, Indiach (stan Kerala) oraz czarnych 
mieszkańców USA

28

. Chińczycy i Hindusi, mimo że o wiele ubożsi 

niż czarni Amerykanie, mają większe szanse na przeżycie 75 lat niż ci 
ostatni (5–10 punktów procentowych większe). Przyczyna, zdaniem 
A. Sena, tkwi nie tylko we względnej deprywacji czarnych pod wzglę-
dem dochodów w porównaniu z białymi. Są oni także w bezwzględ-
nie gorszej sytuacji niż Chińczycy i Hindusi w sensie warunków życia 
umożliwiających osiągnięcie wieku starczego, takich jak pomoc so-
cjalna, opieka medyczna, stan prawa i porządku, przemoc. 

Jak duże znaczenie ma kwestia równości i nierówności docho-

dowych, pokazuje analiza danych dotyczących wydłużania się ży-
cia w Anglii i Walii w XX wieku. Największe przyrosty notuje się 
w okresie I i II wojny światowej

29

, co jest informacją budzącą praw-

dziwe zdumienie, biorąc pod uwagę wielkość strat w ludziach. Jed-

27 

A. Sen, Development as Freedom, Anchor Books, New York 1999, s. 22.

28 

Dane dotyczą pierwszej połowy lat 90. XX wieku. 

29 

Dane przytaczam za: A. Sen, op. cit., s. 50.

background image

30

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nakże obie wojny oznaczały też bardzo silny rozwój różnych dzia-
łań socjalnych, takich jak subsydiowanie i reglamentacja żywności 
(w warunkach deficytu siłą rzeczy zakładająca dość równe przydzia-
ły), w miarę jednakowy dostęp do opieki medycznej i tym podobne 
kroki zwiększające szanse wszystkich na przeżycie. Zawsze jest tak, 
że niskie wskaźniki długości życia dotyczą głównie najbiedniejszych. 
Oni są najgorzej odżywieni i pozbawieni skutecznej opieki medycznej, 
a są to kluczowe czynniki skracające średnią długość życia. W okresie 
II wojny światowej przypadki ostrego niedożywienia w Anglii niemal 
znikły, a samo zjawisko głodu bardzo się zmniejszyło. Jeśli ktoś ma 
jeszcze wątpliwości co do tego, że najsłabsi, najbiedniejsi i najbar-
dziej wykluczeni stanowią podstawowy obszar, w którym pogarsza-
ją się wszelkie wskaźniki społeczne, niech porówna aktualne stopy 
śmiertelności niemowląt w USA i na Kubie. Dla Kuby one wynoszą 
4 zgony na 1000 urodzeń żywych, podczas gdy w USA są znacznie 
wyższe i wynoszą 7 zgonów

30

. Dlaczego kubańskie wskaźniki są ko-

rzystniejsze niż amerykańskie, mimo że PKB per capita jest w USA 
ponad osiem razy wyższy niż na Kubie? Nawet uwzględniając fakt, 
że zapewne kubańska służba zdrowia jest najlepsza na całym konty-
nencie latynoamerykańskim, to i tak środki materialne, jakimi dys-
ponuje, są znacznie skromniejsze niż w USA. Otóż nie ulega wątpli-
wości, że relatywnie wysoka śmiertelność nie dotyczy dzieci z rodzin 
zamożnych Amerykanów czy nawet klas średnich. To rezultat ogra-
niczonego dostępu do opieki medycznej przede wszystkim ludności 
kolorowej, imigrantów, osób z dołu drabiny dochodowej i innych 
pozbawionych ubezpieczenia zdrowotnego. Poprawa lub pogorsze-
nie tych i podobnych wskaźników następuje w rytmie zmian w poło-
żeniu najbiedniejszych grup społecznych. 

W kontekście nadchodzącej przyszłości mamy jeszcze dwa istotne 

problemy do rozważenia przy okazji konstruowania odpowiednich 
mierników dobrobytu. Jednym z nich jest pytanie o sens dalszego 
zwiększania konsumpcji indywidualnej w sytuacji osiągnięcia, po-
wiedzmy, wielkości PKB per capita powyżej 50 tys. USD. Czy przy-
najmniej część tej produkcji nie jest wytwarzaniem ekonomicznych 
śmieci pochłaniających rzadkie i wyczerpujące się zasoby? Czy nie 
jest to produkcja społecznie szkodliwa? Czy jednostronna presja na 
produkowanie bez końca różnych dóbr w celach ostentacyjnego kon-

30 

Dane Banku Światowego za 2009 rok. Dla Polski wskaźniki są także lepsze niż 

w USA i wynoszą 6 zgonów na 1000. 

background image

31

1. Mierzenie satysfakcji i dobrobytu społecznego

sumowania winna być rejestrowana jako postęp i wzrost dobrobytu? 
Oczywiście to nie znaczy, że w takim świecie wzrost konsumpcji jest 
w ogóle pozbawiony sensu. Nie ma przecież powodu ograniczać roz-
woju nauki, postępów medycyny, rozwoju systemów edukacyjnych, 
rozbudowy systemów transportowych i informatycznych, działalno-
ści inżynieryjnej itd. Warto jednak zauważyć, że w znacznym stop-
niu mówimy tu o przesuwaniu się od konsumpcji indywidualnej do 
zbiorowej. 

Drugi problem to skutki globalizacji i potężne efekty zewnętrzne, 

jakie to zjawisko wywołuje. Współczesny wielki biznes działa na nie-
spotykaną wcześniej skalę, narodową i ponadnarodową, dysponuje 
ogromną władzą i wpływem ekonomicznym oraz operuje w długim 
horyzoncie planowania. Nie ma wątpliwości, że w globalizującym się 
świecie, którego istotnym składnikiem i kreatorem są wielkie kor-
poracje, te ostatnie – kierując się prywatną logiką i interesem – ge-
nerują w systemie wielorakie i potężne efekty zewnętrzne. Rozziew 
między rachunkami społecznymi a prywatnymi jest faktem znanym 
od dawna, ale nigdy przedtem nie rodziło to, potencjalnie, tak da-
leko idących konsekwencji. Czy np. wytwarzanie – bardzo opłacal-
nej dla producenta – śmieciowej żywności, szkodliwej dla zdrowia 
i prowadzącej do chorobliwej otyłości, winno być traktowane jako 
przyrost korzyści społecznej? Kto miałby to stwierdzać i jak efekty 
tej produkcji należałoby usuwać z rachunków społecznych? W jakim 
stopniu oferowanie pseudousług finansowych, z jakimi mieliśmy do 
czynienia w ostatnich latach, kiedy ta wirtualna produkcja usług oka-
zała się ekonomicznie katastrofalna zarówno dla interesów jedno-
stek, jak i w wymiarze społecznym, miałoby powiększać PKB? A co 
z ogłupiającą reklamą? Co z produkcją niszczącą krajobraz, środowi-
sko przyrodnicze, różnorodność kulturową? Ale nie tylko korporacje 
są źródłem efektów zewnętrznych. Takimi zjawiskami są też narasta-
jące problemy demograficzne, masowe migracje, światowa przestęp-
czość i terroryzm, handel narkotykami, masowa turystyka, proble-
my środowiska naturalnego i klimatu, wyczerpywanie się zasobów 
surowcowych i energetycznych oraz wiele podobnych. Niezależnie 
od sposobu, w jaki te efekty zewnętrzne są przenoszone, rosnący sto-
pień współzależności między różnymi podmiotami i sektorami go-
spodarki powoduje, że nawet lokalne zaburzenia mogą mieć dziś 
globalne skutki, a bardzo odległe zdarzenia oddziaływać ze znaczną 
siłą. W świecie rosnącej wrażliwości systemów ekonomicznych na 
zakłócenia władze publiczne coraz częściej muszą rozstrzygać, czy, 

background image

32

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

kiedy i w jakiej skali interweniować w celu minimalizowania skut-
ków efektów zewnętrznych. Czy np. rząd powinien ograniczać pro-
dukcję śmieciowej żywności, wspierać wartościowe programy kultu-
ralne, radiowe i telewizyjne, zmuszać obywateli do obowiązkowych 
szczepień na świńską grypę, subsydiować nierentowne linie kolejowe 
lub ratować upadające banki? Dla potrzeb praktycznych dobrze by-
łoby mieć miernik pozwalający prawidłowo podejmować takie de-
cyzje. Nie powinniśmy jednak mieć złudzeń: na razie stymulowanie 
konsumpcji jest głównym motorem napędowym kapitalizmu, nawet 
jeśli jest to marnotrawna konsumpcja. 

background image

Rozdział 2 

Mechanizmy budowania przewag 
i pułapki zastoju

Niełatwo jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektóre gospodar-
ki rozwijają się bez problemu, podczas gdy w innych następują zaha-
mowania, blokady, a nawet regres. Próba wyjaśnienia fenomenu roz-
woju za pomocą jednego czynnika na pewno prowadzi na manowce. 
Dlatego proponuje się tu bardziej kompleksowe spojrzenie na pro-
blemy rozwoju jako proces rozgrywający się w polu oddziaływania 
trzech zjawisk: (1) korzyści (efektów) skali, (2) defektów koordyna-
cji działań społecznych oraz (3) efektu słabego ogniwa. To jest oczy-
wiście dość arbitralny dobór czynników sprawczych, ewidentnie nie-
pełny, ale moim zdaniem pozwala on uchwycić główne mechanizmy 
różnicowania się poziomów rozwoju gospodarczego między społecz-
nościami, budowania przewag ekonomicznych i wpadania w pułapki 
stagnacji.

Gospodarka nie jest po prostu zbiorem Robinsonów pracujących 

w izolacji na odległych od siebie bezludnych wyspach. Nie jest rów-
nież sumą indywidualnych wysiłków pojedynczych producentów. 
Gdyby tak było, ludzkość nigdy nie osiągnęłaby takiego poziomu 
technologii, wydajności i stopnia zaspokojenia potrzeb, jakim dziś 
dysponujemy. Robinsonowie byliby skazani na „wszystkoizm” w pro-
dukcji, musieliby wytwarzać każde dobro, jakie tylko jest potrzeb-
ne do konsumpcji. Jak bardzo zróżnicowany mógłby być wówczas 
nasz koszyk konsumpcyjny? Albo jak efektywnie Robinson produ-
kowałby te wszystkie dobra? Każdy na własną rękę – z braku innych 
możliwości – dokonywałby również usprawnień technologicznych. 
Jak daleko można zajść tą drogą w pojedynkę? To jest wizja prostej, 
prymitywnej technologicznie i niewydajnej gospodarki. Wyobraźmy 
sobie jednak, że na wyspie pojawia się Piętaszek. To niezwykle kom-
plikuje sytuację. Nowy aktor nie wnosiłby niczego do naszych roz-
ważań jedynie wówczas, gdyby w ekonomii nie istniały korzyści ska-
li. Wtedy, po pojawieniu się Piętaszka, można by mówić co najwyżej 

background image

34

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

o zdublowaniu możliwości produkcyjnych gospodarki, a działania 
kolektywne stanowiłyby jedynie prostą sumę zachowań jednostek. 
W przypadku jednak rosnących korzyści skali kooperacja zwięk-
sza efektywność, podnosi wydajność i produkcję, granice produkcji 
zaś przesuwają się. Jak wiadomo, współpraca Piętaszka i Robinsona 
w działalności produkcyjnej wcale nie jest oczywista i stanowi tylko 
jeden z możliwych scenariuszy. Jeśli natomiast do kooperacji nie do-
chodzi lub jest ona niedostateczna, to system gospodarczy pracuje 
poniżej swych możliwości produkcyjnych. Rzecz w tym, że ten drugi 
scenariusz jest o wiele bardziej prawdopodobny niż pierwszy, gdyż 
kooperacja pozwala, co prawda, sięgnąć po korzyści skali, ale speł-
nienie warunków pozwalających na efektywną kooperację jest spo-
łecznie bardzo trudne. 

Bez wątpienia kluczowym czynnikiem przewag krajów techno-

logicznie przodujących są korzyści skali. Te korzyści występują za-
równo w obszarze technologicznym (w sferze produkcji), jak i in-
stytucjonalnym. Duże rynki pozwalają wykorzystać lepsze i bardziej 
konkurencyjne technologie. Technologie dużej skali produkcji są 
natomiast niedostępne dla krajów słabiej rozwiniętych, o płytkich 
rynkach zbytu. Krótka seria produkcyjna jest droga, a przewaga no-
woczesnej technologii ujawnia się dopiero przy dużej sprzedaży. Ska-
zuje to biedne kraje na stosowanie rozwiązań ekonomicznych lokal-
nie tańszych, ale globalnie gorszych. Kraje bogate, opierając się na 
dużych, własnych, narodowych rynkach towarowych, uzyskują więc 
ewidentną przewagę w handlu międzynarodowym. Oczywiście wy-
soka wydajność produkcji, właściwa dla nowoczesnych i wielkoseryj-
nych technologii, zapewnia wysoki poziom dochodu na mieszkańca 
i wysoki poziom płac oraz kreuje rynki o dużym potencjale popyto-
wym. Początkowe przewagi są w ten sposób utrwalane i stale odtwa-
rzane. Jednocześnie rozwijanie dużej skali produkcji bardzo sprzyja 
stałemu udoskonalaniu produkcji i postępowi technicznemu. 

Korzyści skali ujawniają się także w obszarze infrastruktury in-

stytucjonalnej. Nowoczesna gospodarka wymaga podziału pracy, 
specjalizacji i wymiany, czyli kooperacji. To, czy ta kooperacja jest 
efektywna i w jakim stopniu ludzie są motywowani, by współdzia-
łać z sobą, czy dominują zachowania produktywne czy może raczej 
pasożytnicze, zależy w ogromnym stopniu od społecznych reguł gry. 
Produkcja czy gospodarowanie nie jest tym samym procesem czy-
sto technicznym, ale par excellence społecznym. Jednak proces bu-
dowy instytucji społecznych i ekonomicznych jest w znacznym stop-

background image

35

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

niu endogeniczny i pozostaje funkcją stopnia rozwoju – bogate kraje 
mają po prostu lepsze instytucje. Przyczyna jest dość prosta: ochrona, 
np. praw własności, jest kosztowna. Sprawne funkcjonowanie syste-
mu prawa i egzekucja prawa wymagają dużych nakładów, na które 
stać jedynie kraje zamożne. Wiele rynków do efektywnego działa-
nia wymaga zastosowania mechanizmów regulacyjnych i pojawie-
nia się różnorakich podmiotów pośredniczących. Jest to kosztowne 
i usprawiedliwione jedynie w warunkach dużego natężenia transak-
cji. W przypadku płytkich rynków koszty regulacji są często prohibi-
cyjnie wysokie. Rynki te działają, ale z reguły w sposób ułomny lub 
mniej efektywny. Istnieją więc oczywiste granice efektywnego naśla-
downictwa w obszarze instytucjonalnym. 

Znaczenie tej kwestii jest o tyle istotne, że – jak pokazujemy da-

lej – ze względu na komplementarność rozwiązań instytucjonalnych 
nie wystarcza, by kraje słabiej rozwinięte wdrażały i przyswajały so-
bie jedynie niektóre instytucje krajów przodujących, wprowadzają 
bowiem te instytucje i te reguły gry, które zastosować mogą. A jeżeli 
decydujące znaczenie ma najsłabsze ogniwo? Jeżeli nie da się braku 
niektórych instytucji lub nieefektywnego funkcjonowania jakichś in-
stytucji substytuować lepszym działaniem w innej sferze instytucjo-
nalnej? Niestety, wydaje się, że właśnie tak jest  – co ujawnia drugie 
źródło upośledzenia krajów niedorozwiniętych: obok technologicz-
nego zacofania także nieuchronne odstawanie w sferze rozwiązań in-
stytucjonalnych. 

Kwestia niedorozwoju stawia pod znakiem zapytania także ideę 

jedynej, optymalnej równowagi makroekonomicznej. Koncepcja rów-
nowagi w ekonomii nie jest jej własnym pomysłem; jest to raczej idea 
zrodzona na gruncie fizyki czy ewentualnie w obrębie innych nauk 
przyrodniczych. Dla ekonomisty równowaga jest swoistym atrak-
torem, punktem przyciągania. Oznacza to, że równowaga jest z defi-
nicji stabilna, tj. wszelkie zaburzenia tej równowagi są automatycznie 
niwelowane przez powrót systemu do punktu równowagi. Jednocześ-
nie przyjmuje się, że rynkowe mechanizmy alokacyjne zapewniają takie 
rozmieszczenie zasobów pomiędzy różne podmioty, że poszczególne 
czynniki produkcji zostają użyte w najbardziej efektywnych zastoso-
waniach. Dzięki tej właściwości gospodarki stabilna równowaga jest 
jednocześnie optymalna w sensie Pareto. Gdyby gospodarka stano-
wiła jedynie sumę podmiotów mikroekonomicznych, to taka stabilna 
i optymalna równowaga byłaby zapewne możliwa. Wraz jednak z roz-
szerzaniem się wielkości rynków, rosnącym stopniem współzależno-

background image

36

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ści między podmiotami i pogłębiającym się społecznym podziałem 
pracy ujawniają się defekty koordynacji w zachowaniach podmio-
tów. Ich źródłem są potencjalnie oportunistyczne postawy ludzi oraz 
dążenie podmiotów do unikania ryzyka wynikającego z tych postaw 
i zachowań. Głębokość społecznego podziału pracy jest dodatnio sko-
relowana z poziomem postępu technicznego i istniejącymi korzyścia-
mi skali w gospodarce. Z jednej więc strony wzrost produkcyjności 
czynników produkcji jest uwarunkowany korzyściami skali, z drugiej 
jednak – rosnące korzyści skali wzmacniają prawdopodobieństwo po-
jawienia się błędów koordynacji. Staramy się pokazać, że w sytuacji 
niedorozwoju prawdopodobieństwo pojawienia się defektów koordy-
nacji może wzrastać. Defekty koordynacji są jedną z głównych przy-
czyn ujawniania się wielopunktowych stanów równowagi. Pojawia się 
wówczas kwestia uszeregowania tych stanów względem ich społecznej 
użyteczności i pytanie o gwarancje, że system nie zbiega do „gorszej” 
równowagi. 

Oczywiście naturalne jest pytanie, jak wielki może być obszar 

rosnących korzyści skali w gospodarce. Tradycyjne gałęzie – rolnic-
two, rybołówstwo, górnictwo, wydobycie surowców i ich wstępna 
przeróbka – stanowią typowe przypadki, w których niekorzyści ska-
li dominują. Dla wielu jednak nowoczesnych sektorów gospodarki 
efektywność produkcji rośnie w miarę wzrostu skali wytwarzania. 
Dotyczy to tych rodzajów produkcji, w których wprowadzenie na 
rynek nowego wyrobu wiąże się z wysokimi, utopionymi nakłada-
mi na badania naukowe i wdrożenie. Efekt skali jest tym silniejszy, 
im większy jest udział kosztów stałych: przy ich dużym udziale i po-
większaniu wielkości produkcji poniesiona porcja stałych kosztów 
„rozsmarowuje się” niejako na coraz większą liczbę wytworzonych 
sztuk. Ze względu na założoną niewielką rolę kosztów zmiennych, 
które w związku z tym specjalnie się nie liczą, łączne jednostkowe 
koszty wytwarzania spadają wraz ze skalą produkcji. Pozwala to fir-
mom na obniżanie cen sprzedaży i bardzo skuteczną konkurencję 
z rywalami. Na przykład producent oprogramowania komputerowe-
go ma produkt, którego koszt produkcji niemal w 100% składa się 
z kosztu stałego. W praktyce są to koszty poniesione na opracowanie 
pierwszego egzemplarza oprogramowania, czyli pracy fachowców 
programistów. Powielenie tego pierwszego egzemplarza i robienie 
kolejnych kopii kosztuje znikomo mało w porównaniu z oryginałem. 
Im więcej można sprzedać, im większy będzie rynek zbytu na takie 
produkty, tym tańszy będzie produkt. Podobnie dzieje się w prze-

background image

37

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

myśle farmaceutycznym. Opracowanie i wypróbowanie oryginalne-
go leku wiąże się z ogromnymi kosztami

1

. Te koszty obejmują wy-

selekcjonowanie z wielu tysięcy potencjalnie skutecznych związków 
chemicznych poszukiwanej substancji czynnej, leczniczej, co jest nie-
zwykle pracochłonne i kosztowne. Konieczne jest także wyelimino-
wanie w toku niezwykle żmudnej i kosztownej procedury przypad-
ków, kiedy dana substancja ma groźne skutki uboczne. Prowadzi się 
więc wieloletnie próby laboratoryjne na zwierzętach i ludziach, by 
ostatecznie osiągnąć sukces. Osoby mające nieszczęście chorować na 
rzadkie schorzenia są pechowcami. Choć ogólne koszty wyprodu-
kowania leków na rzadkie i często występujące choroby są zbliżone, 
to mała liczba pacjentów i płytki rynek czyni terapię prowadzoną 
w tych warunkach niezwykle drogą: ceny leków są wysokie, gdyż 
koszty jednostkowe dostarczenia leku do odbiorcy nie mogą być ni-
skie. Branże i gałęzie, w których występują korzyści skali, są nader 
liczne w świecie nowoczesnych technologii i rozwiniętej gospodarki. 
Można tu wymienić przykładowo takie dziedziny, jak przemysł lot-
niczy, zbrojeniowy czy samochodowy, transport rurociągowy gazu 
i ropy naftowej, przemysł filmowy, badania naukowe czy wydawanie 
gazety codziennej. 

Ogromne znaczenie mają także procesy uczenia się wytwórców 

w związku z produkcją

2

. Nie możemy nie doceniać tej kwestii. Po-

czątkowo nowo wprowadzane technologie są niedoskonałe. W toku 
produkcji i sprzedaży gromadzi się stale nowe doświadczenia, coraz 
lepiej opanowujemy produkcję, spada liczba błędów, braków i po-
myłek. Robotnicy wprowadzają drobne usprawnienia produkcyjne. 
Inżynierowie i konstruktorzy sukcesywnie udoskonalają technolo-
gię, poprawiając i modyfikując ujawniające się słabości i niedoróbki. 
To cała fala drobnych, ale jednocześnie masowych zmian, w których 
biorą udział wszyscy uczestnicy procesu produkcyjnego i marketin-
gowego: robotnicy, menedżerowie, projektanci, konstruktorzy, dys-
trybutorzy itd. Wszyscy się uczą i technologia staje się coraz bardziej 

W literaturze przedmiotu oceny, ile średnio kosztuje wyprodukowanie oryginalne-

go specyfiku, z oczywistych powodów bardzo się różnią. Według dominujących szacun-
ków średni koszt badań i wprowadzenia oryginalnego leku wynosił w 2005 roku ok. 
1,3 mld USD (Pharmaceutical Industry Profile 2011, PhRMA, Washington 2011). Oceny 
krytyków, którzy uważają te wyliczenia za zawyżone, są wyraźnie niższe i wykazują koszt 
od kilkunastu do kilkuset milionów USD. W każdym jednak przypadku są to bardzo wy-
sokie koszty stałe. 

W literaturze przedmiotu zjawisko nazywane learning by doing.

background image

38

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

perfekcyjna zarówno pod względem jakości wyrobów, jak i w sensie 
rosnącej efektywności i opłacalności dla producenta. Oczywiście ta 
krzywa uczenia się ma swoje granice, niemniej im większa produk-
cja, tym większe pole obserwacyjne dla doskonalenia technologii. 
Firma, która nastawia się na dużą i realizowaną przez lata produk-
cję, ma motywację, by stale usprawniać swoje wyroby i techniki wy-
twarzania. Dlatego wejście na krzywą uczenia się technologii jest 
szczególnie atrakcyjne dla dużych firm. Małe firmy, wytwarzające 
niewielką liczbę produktów, mają dość ograniczone szanse groma-
dzenia doświadczeń i mało bodźców ekonomicznych, a zapewne 
i środków, by usprawniać technologię. Duże firmy mają także inne 
liczne przewagi ekonomiczne, np. większą zdolność do pozyskiwa-
nia kapitału z rynku, możliwość dywersyfikacji dostawców, warunki 
do lepszego rozłożenia ryzyka biznesowego czy lepszego zarządza-
nia zapasami. 

Te wszystkie przesłanki decydują o tym, że w obszarze korzyści 

skali duża firma jest bardziej konkurencyjna od małego przedsięwzię-
cia, produkuje taniej. Im więcej wytwarzasz, tym twoje przeciętne 
koszty produkcji są niższe. Taki świat jednak nie jest już światem 
z podręcznika: w świecie korzyści skali konkurencja rynkowa kom-
pletnie się załamuje. Pojawia się tendencja do monopolizacji i wypie-
rania mniejszych firm. Nie ma warunków do utrzymania się na rynku 
wielu producentów, i to nie dlatego, że wielkie rekiny pożerają małe 
płotki, a wielcy siłą wypierają je z rynku, lecz ponieważ płotki wy-
twarzają drożej, są niekonkurencyjne i ich oferta nie znajduje nabyw-
ców. To dość istotne wyjaśnienie źródeł przewag dużych korporacji 
zagranicznych nad małymi, lokalnym firmami krajów rozwijających 
się. Wielkie korporacje budują swoje pozycje na wielkich rynkach 
światowych i rozwijają produkcję na ogromną skalę. Narodowe ryn-
ki krajów rozwijających się, z reguły dość płytkie i z niskim popytem, 
nie stanowią tu żadnej przeciwwagi. 

Przejdźmy teraz do znacznie ważniejszego argumentu zaprezen-

towanego przez W. Arthura

3

, który w swoim czasie wzbudził wiele 

kontrowersji. Referując główne tezy jego rozumowania, przyjmijmy, 
że rozważamy gałąź produkcji charakteryzującą się silnymi efekta-
mi skali, np. dlatego, że produkcja wyrobów w tej gałęzi cechuje się 
wysokimi kosztami stałymi, co powoduje stałą obniżkę kosztów jed-
nostkowych w miarę rozszerzania się wielkości produkcji i sprzedaży. 

W. Arthur, Positive Feedbacks in the Economy, „Scientific American” 1990, No. 262.

background image

39

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

Niech w analizowanej gałęzi funkcjonują dwie firmy oferujące róż-
ne dobra o zbliżonych parametrach jakościowych. Jakość dóbr jest 
zatem porównywalna, ale nabywcy – mimo że produkty są bliskimi 
substytutami – dobra rozróżniają. Obie firmy A i B korzystają z ro-
snących przychodów względem skali. Zakładamy jednak, że funkcja 
kosztów jednostkowych firmy B dla tych samych wielkości produkcji 
przyjmuje niższe wartości niż dla drugiej firmy. Można powiedzieć, 
że przedsiębiorstwo B produkuje taniej niż A. Dla obu firm kosz-
ty jednostkowe maleją wraz z wyższą produkcją. Niech oba przed-
siębiorstwa wyznaczają swe ceny jako narzut (procentowy i co do 
wielkości identyczny) na swe koszty jednostkowe. W omawianym 
przypadku wcale nie jest pewne, że B uzyska sukces rynkowy. Gdyby 
firmie A udało się z jakichkolwiek powodów uzyskać – choćby tylko 
przejściowo – większą sprzedaż niż B, wówczas wobec niższych kosz-
tów przeciętnych może ona zaproponować niższą cenę i wyrugować 
z rynku firmę B. Przejściowa przewaga na rynku droższej firmy ma 
wszelkie szanse na utrwalenie się. Teoretycznie nabywcy powinni być 
zainteresowani przesunięciem się w kierunku wyrobów B. Gdyby to 
masowo zrobili, a produkcja B odpowiednio by wzrosła, to koszty 
i ceny uległyby dla nabywców istotnej obniżce. Ale tu ujawnia się de-
fekt koordynacji. Takie działanie w postaci zwiększenia zakupu dóbr 
B nie może mieć charakteru indywidualnego, bo indywidualny prze-
skok nie zmienia przecież warunków produkcji firmy B, a zatem każ-
dy pojedynczy nabywca musiałby płacić więcej. Zmiana zachowań 
nabywców musi objąć przynajmniej pewną minimalną, progową licz-
bę osób, by stała się społecznie opłacalna. Barierą dla takiej zmiany 
są z reguły zbyt wysokie koszty transakcyjne. Ich wielkość rośnie do-
datkowo wskutek niepewności co do kształtu kosztów wytwarzania 
obu firm. Zdecydowana większość nabywców nie ma przecież żadnej 
wiedzy o zastosowanych technologiach produkcji i ewentualnych ko-
rzyściach ze skali, które mogą zaoferować konkurenci. 

W świecie korzyści skali przewagę ma więc ten, kto dysponuje 

większym rynkiem. Im wyższa wielkość produkcji i sprzedaży, tym 
niższe jednostkowe koszty produkcji. Przy porównywalnej jakości 
produktu obca, nawet droższa technologia, wsparta jednak zmaso-
waną kampanią reklamową i własnym, wielkim rodzimym rynkiem, 
okaże się tańsza, bo uzyska nieporównanie większą skalę wytwarza-
nia. Argument, że to, co efektywne, samo się przebije, dotyczy świata 
małych firm i niekorzyści skali. W tych okolicznościach np. promo-
wanie polskich firm nie musi być promowaniem nieefektywności, 

background image

40

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ale sposobem zapewnienia im trwałej zdolności do konkurowania. 
Pozostawione same sobie, słabsze kapitałowo, polskie firmy prze-
grywają niekoniecznie dlatego, że mają gorsze produkty i technolo-
gie. W świecie korzyści skali charakter konkurencji ulega zasadniczej 
zmianie: teoretycznie rzecz biorąc, niezbyt efektywne, ale potężne 
kapitałowo firmy mogą całkowicie zdominować dużo efektywniej-
sze, ale mniejsze i słabsze podmioty. W. Arthur podaje dwa przykłady 
zablokowania rynku produktami o niższych parametrach technicz-
nych tylko dlatego, że w pierwszej fazie rozwoju rynku ich producen-
ci uzyskali niewielką przewagę ilościową. Dotyczy to magnetowidu 
i jego dwóch standardów: VHS i Betamax oraz maszyny do pisania 
w standardzie QWERTY. W obu przypadkach, zdaniem Arthura, wy-
bór rynku padł na gorsze rozwiązanie (QWERTY i VHS), ale odwrót 
był już niemożliwy ze względu na defekt koordynacji

4

Widać więc, że z korzyściami skali spotykamy się w wielu klu-

czowych obszarach gospodarki. Zawodzą w nich tradycyjne meto-
dy konkurowania, a stereotyp, że wygrywa najlepszy, nie zawsze się 
sprawdza. Świat korzyści skali jest światem silnych, ale niekoniecznie 
efektywnych. W tej konfrontacji podmioty z krajów słabiej rozwinię-
tych z reguły stoją na straconych pozycjach. Gospodarki charaktery-
zujące się rosnącymi przychodami względem skali nie mają na ogół 
jednego stanu równowagi. To, w jakim stanie i w jakiej równowadze 
rynek zostanie ustabilizowany, a nawet zablokowany, może być dzie-
łem czystego przypadku i historycznych uwarunkowań.

Reguła, że wygrywa większy, dotyczy nie tylko przedsiębiorstw, 

ale przede wszystkim rynków. To właściwie rozstrzygający element 
sytuacji: duże, gęste rynki wypełnione popytem zamożnych konsu-
mentów i wielkich, bogatych firm są efektywniejsze niż małe, płytkie 
rynki z niskim popytem. Dlaczego przedsiębiorstwa lepiej się czu-
ją na dużym rynku i dlaczego taki rynek zapewnia im niższe koszty 
wytwarzania? Jest kilka przyczyn tego stanu rzeczy. Pierwsza kwe-
stia wiąże się z niepodzielnością technologii. Niektóre rozwiąza-
nia techniczne są opłacalne dopiero po przekroczeniu pewnej skali 
rynku, określonego minimalnego popytu. Czy istnieje ekonomiczny 
sens budowy stukilometrowej linii kolejowej do małego miasteczka 

Ocena trafności tych przykładów jest sporna. W okresie późniejszym kwestiono-

wano ich zasadność, fakt ten nie jest jednak najważniejszy. Ważna jest sama możliwość 
wystąpienia takich przypadków. Z oczywistych powodów możemy w ogóle nie wiedzieć 
o wielu z nich. 

background image

41

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

zamieszkanego przez kilkuset mieszkańców, typowego dla rolnicze-
go krajobrazu np. środkowej Afryki i pozbawionego jakichś szcze-
gólnych walorów, jak choćby cennych zasobów naturalnych? Takie 
przedsięwzięcie nie ma racjonalnego, ekonomicznego uzasadnienia, 
poza ewentualnie jakimiś racjami politycznymi. Podobnie zaopatrze-
nie w gaz ziemny słabo zaludnionego regionu, oddalonego od źródeł 
pozyskania tego surowca, zupełnie się nie opłaca. Gaz ziemny wyma-
ga transportowania gazociągami, których budowanie jest sensowne 
wtedy, gdy odbiór gazu jest odpowiednio duży. Koszt przesyłu gazu 
to aż w 90% koszty stałe

5

, czyli niezależne od przesyłanych ilości 

surowca. Tylko ok. 10% to zmienne koszty związane z tłoczeniem 
i stratami w przesyle – proporcjonalnymi do wielkości transporto-
wanego gazu. Jeśli liczba odbiorców gazu jest zbyt mała lub braku-
je dużego nabywcy, to budowanie takiego gazociągu mija się z ce-
lem. Także w przypadku innych elementów infrastruktury, takich jak 
zasilanie w wodę, dostawy energii elektrycznej i cieplnej, transport 
drogowy i lotniczy, mamy podobną sytuację. Obszary słabo zalud-
nione lub biedne są ekonomicznie nieatrakcyjne z punktu widzenia 
inwestycji w infrastrukturę. W rezultacie działające na takim terenie 
przedsiębiorstwa są w fatalnej sytuacji. Dziurawa infrastruktura ra-
dykalnie podnosi koszty ich funkcjonowania lub wręcz uniemożliwia 
produkowanie wielu dóbr. Transport jest drogi, wodę trzeba dowo-
zić z dużych odległości, a przerwy w dostawach energii elektrycznej 
wskutek sypiącej się, nierozbudowywanej i nieremontowanej sieci 
elektroenergetycznej dezorganizują produkcję. W tym samym czasie 
firmy działające na dużych rynkach nie obawiają się, że jakieś ele-
menty infrastruktury technicznej nie będą istnieć czy będą niedostęp-
ne. Jeśli tylko znamy określoną technologię, to pojemność rynku nie 
jest żadną przeszkodą w jej pojawieniu się. Odmiennie jest na małych 
rynkach – ich wielkość stanowi zawsze potencjalny czynnik blokują-
cy rozwój infrastruktury technicznej. Zwróćmy przy tym uwagę, że 
problem nie ma charakteru jedynie zero-jedynkowego. Przykładowo 
w dużej aglomeracji miejskiej może się rozwijać komunikacja lotnicza 
z wieloma portami świata, bo liczba pasażerów uzasadnia taką różno-
rodność połączeń. W małych miastach – jeśli w ogóle uruchamia się 
transport lotniczy – regułą jest bardzo mała siatka połączeń do kilku 
najważniejszych i niezbyt oddalonych portów lotniczych. Z punktu 

Są to przede wszystkim koszty amortyzacji, koszty kapitałowe oraz koszty konser-

wacji i remontów gazociągów.

background image

42

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

widzenia komfortu, szybkości i kosztów podróżowania przedsiębior-
cy z dużej aglomeracji są w o wiele lepszej sytuacji niż przedsiębior-
cy z małego miasta. Jedni i drudzy korzystają z tej samej technologii 
transportu, ta sama technologia jest niby dostępna dla wszystkich, ale 
jakość usługi jest różna – na korzyść tych pierwszych. 

Dodatkowy kłopot polega na tym, że nie wszystkie rynki rozwi-

jają się w warunkach niskiej gęstości popytu i zaludnienia. Na przy-
kład usługi ubezpieczeniowe zostaną zaoferowane dopiero wtedy, 
gdy liczba klientów wzrośnie powyżej pewnego pułapu, mała licz-
ba ubezpieczających się nie daje bowiem możliwości odpowiedniego 
zdywersyfikowania portfela ubezpieczeniowego. Dla firmy ubezpie-
czeniowej taka sytuacja jest zbyt ryzykowna, by mogła ona oferować 
polisy. W warunkach niskiej koncentracji popytu nie rozwijają się też 
usługi w dziedzinie dystrybucji i handlu. Wyspecjalizowany pośred-
nik handlowy nie pojawi się, jeżeli rynek nie będzie odpowiednio sze-
roki, a dostawcy dość liczni. Można to pokazać na prostym przykła-
dzie. Przyjmijmy, że w regionie jest grupa zbieraczy grzybów, którzy 
następnie oferują swe zbiory na leśnej drodze przejezdnym turystom. 
Niech porcja grzybów ma dla zbieracza wartość 10 PLN, a koszt jej 
sprzedaży (czas stracony na czekanie na klientów) wynosi 2 PLN. 
Pośrednik handlowy, skupujący grzyby, żąda od grzybiarzy 200 PLN 
jako rekompensaty za swe usługi pozwalające zbieraczom oszczędzać 
czas oczekiwania na klientów. Jeśli skorzystanie z pośrednika ma być 
korzystne dla grzybiarzy, to zgodzą się oni na jego usługi tylko wte-
dy, gdy będą one kosztować nie więcej niż 2 PLN za porcję. A zatem, 
by usługi dystrybucyjne zostały zaoferowane i przyjęte, lokalny obrót 
grzybami musi być nie mniejszy niż 100 porcji. Przy mniejszych obro-
tach rynek pośredników zaniknie. Bardzo typowa jest także sytuacja 
usług remontowych i naprawczych. Każdy z potencjalnych warsz-
tatów naprawczych ma przecież swój próg rentowności, czyli mini-
malną wielkość produkcji i sprzedaży, poniżej której nie jest w sta-
nie utrzymać się na rynku. Liczba klientów i ich zamożność jest tu 
kluczowa, ponieważ rozstrzyga, czy próg rentowności zostanie prze-
kroczony, czy nie. Utrzymanie się przy życiu naprawczych warszta-
tów samochodowych, zakładów naprawy sprzętu gospodarstwa do-
mowego, usług elektrycznych, hydraulicznych czy stolarskich zależy 
całkowicie od wielkości lokalnego rynku, tj. od wielkości popytu na 
te usługi. Podobnie rzecz się ma z gastronomią, usługami prawnymi, 
maglowaniem bielizny i wieloma innymi. Na małych rynkach pod-
mioty świadczące te usługi nie powstają lub ciągle się pojawiają, ale 

background image

43

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

szybko znikają, zadławione przez zbyt niski popyt. Świat dużych ryn-
ków pozwala natomiast na nieskrępowany rozwój tych wszystkich, 
a także wielu innych różnorodnych usług, całkowicie nieznanych lub 
nieoferowanych na rynkach małych. Różnica między płytkimi ryn-
kami a rynkami z dużą koncentracją popytu jest zatem fundamen-
talna: te pierwsze są „dziurawe”, niepełne i niekompletne. Wywie-
ra to oczywisty wpływ na efektywność gospodarowania na każdym 
z nich. Próg rentowności na małych rynkach ogranicza także głę-
bokość specjalizacji. Wiemy, że im bardziej wyspecjalizowane usługi 
i produkty, tym mniej jest nabywców. Płytki rynek oznacza, że żaden 
wąsko wyspecjalizowany dostawca nie osiągnie progu rentowności 
w swoim asortymencie. Dlatego możliwe są dwa scenariusze: albo 
zamknięcie danej linii biznesowej i firmy, albo rozszerzenie oferty na 
kilka różnych dziedzin usługowych, by utrzymać się na powierzch-
ni. W tym ostatnim przypadku firmy na małych rynkach będą ra-
czej uniwersalne i słabo sprofilowane. Od najmniejszych, rodzinnych 
przedsiębiorstw wymagana jest wszechstronność, czego nie daje się 
na ogół pogodzić z wysoką jakością świadczonej pracy. Jest to kolej-
ny problem lokalnej przedsiębiorczości w obszarach niskiego popy-
tu, w których musimy wybierać między brakiem rynku na określone 
dobra a rynkami oferującymi obniżoną jakość tych dóbr. Małe rynki 
uniemożliwiają zbyt głęboką specjalizację, na dużych – taka bariera 
nie istnieje, skutkując tam wyższą jakością oferty i niższymi koszta-
mi. Skoro już rozważamy problem specjalizacji, warto zwrócić uwagę 
także na motywację do specjalistycznego kształcenia się. Niewielkie 
rynki i mała gospodarka nie tworzą zachęt w tym kierunku. Liczba 
dostępnych miejsc pracy jest ograniczona, a popyt na pracę kieruje 
się w stronę prac prostych. Wąska specjalizacja zawodowa jest bar-
dzo ryzykowna, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt nie 
zgłosi na nią zapotrzebowania. Uniwersalne wykształcenie na rela-
tywnie niskim poziomie może być preferowane ze względu na cha-
rakter rynku pracy. Tu nie chodzi nawet o to, że zdobycie kwalifi-
kacji np. fizyka jądrowego w Burkina Faso jest nieracjonalne, gdyż 
w tym kraju nie ma energetyki nuklearnej ani potrzeby zatrudniania 
takich specjalistów. To jest oczywiste i zapewne mieszkańcy Burkina 
Faso nie podejmują takich wysiłków. Problem polega na inwestowa-
niu w ogóle w jakikolwiek wyspecjalizowany kapitał ludzki w małej 
i biednej gospodarce. Nigdy nie wiadomo, jakie kwalifikacje osta-
tecznie okażą się tam potrzebne. Niskie prawdopodobieństwo za-
trudnienia wysoko wykwalifikowanego fachowca połączone z wy-

background image

44

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

sokim kosztem inwestycji w taki zaawansowany kapitał ludzki czyni 
tę inwestycję zupełnie nieopłacalną. Co innego w dużej, zamożnej 
gospodarce, którą cechuje różnorodność profilu wytwórczego, no-
woczesność bazy produkcyjnej i wysoki popyt na specjalistów. Ryzy-
kując pewną przesadę, można rzec, że w takiej gospodarce nie da się 
popełnić błędu w wyborze specjalizacji zawodowej. Taka gospodarka 
zatrudni potencjalnie każdego fachowca, co ogromnie zwiększa mo-
tywację do kształcenia i podaż kadr wysoko kwalifikowanych. Widać 
doskonale dodatnie sprzężenie zwrotne między rozwojem gospodar-
ki a zasobem wyspecjalizowanych kadr, choć mechanizm ten zostaje 
uruchomiony dopiero w rozwiniętej gospodarce.

Ma to znaczenie także w dziedzinie polityki przemysłowej i na-

ukowej. Mówi się często – i jest to jeden z głównych zarzutów pod 
adresem takiej polityki – że nie sposób przewidzieć, w jakich dzie-
dzinach kraj powinien się specjalizować. Jak można prognozować 
nowe odkrycia naukowe? Jak ex ante ustalić wybór przyszłościowych 
gałęzi produkcji oraz nośników przyszłego sukcesu technologiczne-
go i biznesowego? Duży kraj jest tu jednak w komfortowej sytuacji: 
niczego nie musi wybierać! Dysponując ogromnymi zasobami i środ-
kami finansowymi, może rozwijać się szerokim frontem, idąc niejako 
we wszystkich kierunkach. Specjalizacja pojawia się dopiero ex post 
jako wynik ujawniających się sukcesów sektorowych, które są na-
stępnie rozwijane. Porażki są wbudowane w tę strategię, ale koszty 
niepowodzeń są z nadwyżką kompensowane przez wygrane. Mniej-
sze kraje muszą jednak ryzykować, nie stać je na zbyt szeroki front. 
W rezultacie błędy i porażki są w takich warunkach nieuchronne, 
a przewaga dużej ekonomiki rysuje się jak na dłoni.

Korzyści skali są także widziane przez pryzmat efektów aglome-

racyjnych. Efekt ten wyjaśnia, dlaczego produkcja jest z reguły skon-
centrowana, a nie rozproszona terytorialnie. To zrozumiałe, że okre-
ślając granice rynku, musimy brać pod uwagę koszty transportu. Jeśli 
są one bardzo wysokie, to w istocie separują poszczególne regiony 
od siebie, tworząc odrębne rynki i segmentując przestrzeń ekono-
miczną. W tym sensie terytorium jest sposobem definiowania rynku 
przez wyznaczanie jego granic i pojemności. Nie jest więc obojętne, 
jak geograficznie ulokowani są wytwórcy i nabywcy. W dużych sku-
piskach ludzkich, miejskich aglomeracjach czy zagłębiach przemy-
słowych koszty transakcyjne są wyraźnie niższe niż w rozproszonym 
środowisku ekonomicznym. Ten efekt działa tylko do pewnego stop-
nia, ponieważ w miarę rosnącej gęstości zaludnienia i postępującej 

background image

45

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

koncentracji aktywności ekonomicznej powiększają się inne koszty 
produkcji. Nadmierne zagęszczenie powoduje rosnące koszty trans-
portu, ogromny wzrost cen gruntów i czynszów, pogarszanie się sta-
nu środowiska naturalnego oraz utrudnienia w dostępie do wielu 
mediów wskutek przeciążenia istniejącej infrastruktury technicznej. 
Jeśli jednak koncentracja produkcji nie przekracza pewnych krytycz-
nych wartości, korzyści z lokalizacji produkcji w dużych aglomera-
cjach są ewidentne. Kosztów transakcyjnych nie należy w żaden spo-
sób lekceważyć. Są one związane z funkcjonowaniem podmiotów 
w warunkach niepewności i ograniczeń informacyjnych, wynikają 
z przełamywania tej bariery informacyjnej i zarządzania ryzykiem. 
Według różnych szacunków wartość kosztów transakcyjnych w go-
spodarce ma ten sam rząd wielkości co właściwe koszty samej pro-
dukcji, czyli w przybliżeniu ok. połowy PKB

6

. Na pierwszy rzut oka 

wydaje się to wręcz niewiarygodne, że tylko połowę lub nawet mniej 
stanowią właściwe, bezpośrednie koszty związane z produkcją, tyle 
samo zaś to koszty związane z zawieraniem transakcji. Fakt ten poka-
zuje, jak potencjalnie silny jest efekt aglomeracyjny, efekt przestrzen-
nej koncentracji produkcji, jeśli wpływa na spadek kosztów zawiera-
nia transakcji. Ważna jest sama bliskość fizyczna podmiotów, które 
z sobą kooperują, dostarczają sobie nawzajem surowce, półproduk-
ty i różne komponenty oraz kupują finalne wyroby. Poszukiwanie 
dostawców jest w małej przestrzeni geograficznej bardzo ułatwione, 
podobnie jest w przypadku szukania odbiorców. Już w średniowiecz-
nych miastach producenci poszczególnych asortymentów lokowali 
się przy tej samej ulicy noszącej odpowiednią nazwę, np. szewców, 
bednarzy, tkaczy itd. Udając się na ulicę Szewską, nabywca miał peł-
ny przegląd różnych wyrobów i asortymentów obuwniczych, pod-
czas gdy na ulicy Młynarskiej wybierał pieczywo. Koszty poszuki-
wań odpowiedniego specjalisty, fachowca i producenta zawsze były 
relatywnie niskie w dużym mieście, a zarazem wielkość rynku gwa-
rantowała, że taki specjalista się zawsze znajdował. Istniał również 
odpowiedni wybór między producentami. Wraz z rozwijającą się go-
spodarką i stale pogłębiającym się podziałem pracy zwiększa się po-

Szacunki dla Polski mówią nawet o wyższych wartościach: w 2002 roku koszty 

transakcyjne stanowiły ponad 67% polskiego PKB. Zob. A. Sulejewicz, P. Graca, Kształ-
towanie się poziomu kosztów transakcyjnych w Polsce w latach 1996–2002
, [w:] Wzrost 
gospodarczy w krajach transformacji: konwergencja czy dywergencja?
, red. R. Rapacki, 
PWE, Warszawa 2009. 

background image

46

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

tencjalnie różnorodność oferty oraz poszerza się asortyment bliskich 
substytutów używanych czynników produkcji. Im większa gospodar-
ka, im większa pojemność rynku, tym bardziej zróżnicowana podaż 
i wyższy poziom specjalizacji wśród wytwórców. Pozwala to na uzy-
skanie wyższej jakości produkcji i większej sprawności procesów wy-
twórczych. Małe rynki są tu w dużo gorszej sytuacji: operujący na 
nich producenci albo muszą godzić się na niższą jakość lokalnych do-
staw wobec mniejszego wyboru wśród miejscowych poddostawców, 
albo kupować w odległych miejscach, płacąc w każdym przypadku 
spadkiem konkurencyjności. 

Dolina Krzemowa, typowy i bodaj najbardziej znany przykład 

klastra gospodarczego, ukazuje jeszcze jedno źródło przewagi dużej 
koncentracji produkcji i potencjału naukowego w regionie. Miano-
wicie taka koncentracja niezwykle ułatwia wymianę informacji. Jeden 
z autorów opisał to jako sytuację, gdy „sekrety produkcji unoszą się 
w powietrzu”. Nie chodzi tu jednak o szpiegostwo przemysłowe, ale 
o intensywność kontaktów między przedsiębiorcami, krążenie infor-
macji o nowych pomysłach, nowych uruchomieniach i wynalazkach. 
Silny związek sektora biznesowego z naukowym inspiruje obie strony 
i przyspiesza postęp techniczny, ale wzmaga także konkurencję. W ta-
kim świecie wdrożenia innowacji są dużo szybsze, łatwiejsze i tańsze 
jest uzyskanie wsparcia sektora badawczego w rozwiązywaniu nowych, 
trudnych problemów technologicznych. Korzysta także sektor nauko-
wo-badawczy śledzący z bliska realizowane projekty biznesowe i po-
dejmujący najpilniejsze – z punktu widzenia produkcji – zagadnienia 
oraz najbardziej dochodowe i przyszłościowe idee badawcze. 

Szczególnym przypadkiem korzyści skali jest zjawisko strategicz-

nej komplementarności. Polega ono na tym, że wraz z rosnącą licz-
bą osób (podmiotów) podejmujących określony rodzaj aktywności, 
opłacalność i korzyści z niej zwiększają się. Opłacalność inwestowa-
nia w środki trwałe rośnie wraz z rosnącą liczbą uruchamianych in-
westycji. Im więcej osób uczy się określonego języka i włada nim, 
tym bardziej celowe i użyteczne jest jego poznawanie. Im więcej wo-
kół nas jest osób wykształconych, tym bardziej korzystne jest zdo-
bywanie wyższych kwalifikacji. W skali mikroekonomicznej efekty 
sieciowe prowadzą do strategicznej komplementarności, kiedy np. 
użyteczność telefonu czy Internetu idzie w parze z powiększającą się 
liczbą użytkowników tych mediów komunikowania się. G. Myrdal 
znakomicie ujął i pokazał ten fenomen na poziomie gospodarki, kie-
dy pisał: „Powstanie nowego biznesu lub powiększenie już istniejące-

background image

47

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

go poszerza rynek dla innych, jak dzieje się to na ogół wraz ze wzro-
stem dochodów i popytu. Rosnące zyski powiększają oszczędności, 
ale w tym samym czasie inwestycje idą do góry jeszcze bardziej, co 
dalej popycha popyt i zyski. Proces ekspansji generuje dodatnie efek-
ty zewnętrzne korzystne dla podtrzymania swej kontynuacji”

7

W świecie strategicznej komplementarności mała grupa aktywi-

stów nie ma motywacji, gdyż jej działania przynoszą na ogół stra-
ty i są nieefektywne, a w najlepszym razie są niskodochodowe lub 
opłacalne jedynie dla bardzo nielicznych, szczególnie uprzywilejo-
wanych. Niech ilustracją skutków fenomenu komplementarności bę-
dzie niewielka grupa plantatorów owoców, która pojawiła się w re-
gionie. Dotychczas nie uprawiano tu owoców i ten rodzaj produkcji 
jest nowy. Owoce są przeznaczone na eksport i nie będą zbywane na 
miejscu. Kiedy produkcja rozszerza się i przybywa kolejnych hodow-
ców owoców, wówczas koszty produkcji ulegają obniżeniu i staje się 
ona bardziej opłacalna. Duża produkcja powoduje, że pojawiają się 
wyspecjalizowani pośrednicy handlowi, buduje się i udrożnia kanały 
dystrybucyjne, opłacalne stają się kampanie marketingowe poszerza-
jące rynki zbytu, rozbudowuje się system transportu i obróbki owo-
ców. Oferuje się specjalistyczne usługi ubezpieczeniowe, a w okolicy 
instalują się firmy zajmujące się doradztwem agrotechnicznym. Pre-
zentuje się szeroką ofertę usług i produktów w dziedzinie ochrony 
roślin, plantatorzy zyskują propozycje innowacji produktowych, no-
wych sadzonek i gatunków, zgłaszają się wytwórcy wyspecjalizowa-
nych maszyn i urządzeń pożytecznych w nowoczesnych plantacjach. 
Wreszcie sami plantatorzy nabywają doświadczenia, wymieniając 
między sobą informacje. Wszystkie te działania i zmiany wokół plan-
tacji skutkują malejącymi kosztami jednostkowymi, bo pozwalają się-
gnąć po bardziej efektywne sposoby produkowania, transportowa-
nia i sprzedawania albo też powiększają rynek zbytu, czyniąc biznes 
owocowy bardziej zyskownym. Graficznie obraz sytuacji regionalne-
go producenta można przedstawić tak jak na ilustracji 2.1.

Po pierwsze, zwróćmy uwagę, że krzywa reakcji jest nachylona 

dodatnio, co sygnalizuje relację strategicznej komplementarności: im 
więcej produkują inni, tym bardziej skłania to typowego plantato-
ra, by się do nich przyłączyć. Reakcja produkcyjna plantatorów (dla 
uproszczenia zakładamy, że wszyscy są identyczni) ma jednocześnie 

G. Myrdal, Economic Theory and Underdeveloped Regions,  Duckworth, London 

1957, s. 25.

background image

48

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

iREDNIA

2EAKCJA

,

(

.

Ilustracja 2.1. Funkcja reakcji typowego plantatora na decyzje produkcyjne in-
nych hodowców. Linia przecinana o nachyleniu 45° reprezentuje stany równo-
wagi na rynku (brak motywu do zmiany decyzji produkcyjnych)

charakter nieliniowy. Jest to dość prawdopodobny scenariusz. Przy 
małej lub średniej produkcji owoców w regionie zachęty do urucho-
mienia produkcji własnej czy rozszerzenia już prowadzonej nie są 
duże ze względu na wysokie koszty prowadzenia biznesu. Stąd krzy-
wa reakcji jest na początku niemal pozioma, z małym nachyleniem 
dodatnim. Dopiero od pewnej wielkości średniej produkcji pojawia 
się silny impuls pobudzający i krzywa przyjmuje ostre dodatnie na-
chylenie odzwierciedlające rosnącą poprawę wskaźników opłacal-
ności produkcji, wynikającej z efektów skali. Wreszcie przy dużym 
nasyceniu produkcją korzyści ze skali słabną, pozytywne bodźce do 
wzrostu produkcji spadają, a krzywa przyjmuje ponownie bardziej 
płaskie położenie. Przy takim charakterze reakcji plantatorów na za-
chowania innych mamy trzy stany równowagi na rynku, oznaczone 
jako LN i H. Punkt przecięcia się krzywej reakcji z linią 45° wyra-
ża stan równowagi w tym sensie, że produkcja poszczególnego pod-
miotu (przypominamy, że każdy jest taki sam) zrównuje się w tych 

background image

49

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

punktach ze średnią produkcją (czyli produkcją typowego plantato-
ra). Niemniej tylko stany L i H są lokalnie stabilne. Niewielkie, lokal-
ne odchylenie się produkcji od L czy H uruchamia proces powrotu 
do tych stanów, co na ilustracji zaznaczono strzałkami. Jeśli jesteśmy 
np. w obszarze między N a H, to motywacja do wysokiej produkcji 
ze strony poszczególnych firm jest duża i średnia produkcja owoców 
wzrasta, co skłania do dalszego rozszerzania skali wytwarzania przez 
plantatorów. To prowadzi do kolejnego podniesienia się średniej ak-
tywności produkcyjnej, dalszej fali wzrostu w przypadku indywi-
dualnych firm itd. aż do osiągnięcia poziomu H. Wielkość produk-
cji N, choć jest teoretycznie stanem równowagi, stanowi niestabilny 
punkt równowagi. Niewielkie nawet zakłócenie produkcji popycha 
system albo w kierunku niskiej produkcji L, albo w kierunku dużej 
aktywności wytwórczej H. Ostatecznie w średnim lub długim okre-
sie lokalna gospodarka (rynek) znajdzie się albo w punkcie L, albo H
Strategiczna komplementarność może zatem generować wiele sta-
nów równowagi. Jest zupełnie oczywiste, że te stany równowagi nie 
są neutralne społecznie i ekonomicznie. Wysoki poziom produkcji H 
jest stanem pożądanym, podczas gdy równowaga w postaci niskiej 
produkcji L jawi się jako pułapka niedorozwoju, z której trudno jest 
wyjść, gdyż żadna pojedyncza firma nie ma motywacji czy bodźca, by 
zwiększać produkcję poza granice dotychczasowej aktywności. 

Nie ma powodu, by zawsze zakładać nieliniowy charakter krzy-

wej reakcji. Strategiczna komplementarność może także prowadzić 
do jednego stanu równowagi, tak jak na ilustracji 2.2, gdzie zało-
żono liniową zależność aktywności producentów od zachowań in-
nych. Problemem jest jednak przypadek wielopunktowych stanów 
równowagi, ponieważ pojawia się defekt koordynacji jako mecha-
nizm utrzymujący gospodarkę, rynek czy lokalny układ ekonomiczny 
w zamrożonym stanie ubóstwa i stagnacji. 

Zjawisko to zostało zauważone przez ekonomistów dość daw-

no. Przyczyną, dla której układ gospodarczy utkwił w niepożądanym 
punkcie  L (jak na ilustracji 2.1) jest zbyt niski poziom kooperacji 
ze strony uczestników gry ekonomicznej. Gdyby aktywność ekono-
miczna przekroczyła pułap N, wówczas cały układ automatycznie 
i spontanicznie poszybowałby w kierunku H i osiągnął ten wysoki 
poziom produkcji, ale warunkiem takiej zmiany sytuacji jest przekro-
czenie krytycznego punktu N. Wymaga to zsynchronizowanego, jed-
noczesnego ruchu zainteresowanych podmiotów, a to z praktycznego 
punktu widzenia jest nieprawdopodobne. Działania plantatorów są 

background image

50

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

indywidualne, rozproszone, a koordynacja działań trudna, kosztowna 
i niepozbawiona ryzyka dla uczestników. Dlatego jeśli nie pojawi się 
jakiś potężny czynnik integrujący, koordynujący czy wręcz narzucają-
cy sposób zachowania podmiotów, szanse na wyrwanie się z pułapki 
ubóstwa są nikłe. W 1943 roku P. Rosenstein-Rodan sformułował 
ideę „wielkiego pchnięcia”

8

. Odwołując się do ówczesnych realiów 

krajów Europy Wschodniej, zwrócił on uwagę, że szanse uprzemy-
słowienia tego zacofanego regionu wymagają rozwiązania podsta-
wowego dylematu: jak uruchomić proces industrializacji w sytuacji, 
gdy barierą produkcji jest zbyt niski popyt? Używając jego przykła-
du: czy wybudowanie pojedynczej, dużej fabryki butów jest racjonal-
ne, skoro płace zatrudnionych tam robotników nie wystarczają na 
wykupienie całej produkcji? Co innego gdyby jednocześnie powsta-
ło wiele takich fabryk wytwarzających różne towary konsumpcyjne 
i zatrudniających wielu pracowników. Wtedy wszyscy tworzyliby po-
tencjalny rynek zbytu dla budującego się i rozwijającego przemysłu 
dóbr konsumpcyjnych, a ten z kolei zgłaszałby zapotrzebowanie na 
produkty sektora inwestycyjnego. Podejście P. Rosensteina-Rodana 
wskazuje, że społeczna krańcowa korzyść z rozwoju gałęzi jest dużo 
wyższa niż korzyść prywatna. To, co doraźnie zupełnie nie kalku-
luje się indywidualnemu przedsiębiorcy, jest w perspektywie opła-
calne i racjonalne w rachunku społecznym. Wynika to z tego, że: 
„główną siłą sprawczą inwestowania są oczekiwania co do zysku in-
dywidualnego przedsiębiorcy, oparte na doświadczeniach przeszło-
ści. Niemniej to doświadczenie przeszłości jest częściowo bez znacze-
nia, ponieważ cała struktura ekonomiczna regionu ma się zmienić”

9

Dlatego trudno liczyć na spontaniczność, a zatem potrzebny jest ze-
wnętrzny czynnik koordynujący. Dla P. Rosensteina-Rodana jest nim 
państwo, państwowy organ planujący. Tylko taki podmiot ma wy-
starczającą informację makroekonomiczną, a sam proces planowania 
zmniejsza ryzyko inwestycyjne dla indywidualnych podmiotów. Idea 
„wielkiego pchnięcia” jest oczywiście krytykowana, zwłaszcza przez 
przeciwników polityki przemysłowej, ale problem nie sprowadza się 
jedynie do roli państwa jako czynnika pobudzającego rozwój i wy-
chodzenie z pułapki niedorozwoju. Taką funkcję spełnić może duży 
podmiot prywatny wkraczający na mały, lokalny rynek i wyrywający 

P. Rosenstein-Rodan, Problems of Industrialisation of Eastern and South-Eastern Eu-

rope, „The Economic Journal” 1943, Vol. 53, No. 210/211. 

Ibidem, s. 206.

background image

51

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

go ze stagnacji. Podobnie rolę czynnika koordynującego mogą wziąć 
na siebie lokalne władze. Trzeba zdawać sobie sprawę, że niemal każ-
de regionalne zacofanie czy lokalne wysokie bezrobocie można po-
traktować jako swoisty defekt koordynacji. 

Ilustracja 2.2. Liniowa funkcja reakcji typowego plantatora na decyzje produk-
cyjne innych hodowców 

Kraje peryferyjne gospodarczo są częściej narażone na defekty 

koordynacji. Rozważmy pewien lokalny przypadek atrakcyjnego tu-
rystycznie miasteczka. Nazwijmy to fikcyjne miasto Bellaforte. Choć 
ma ono liczne zabytki oraz długą i ciekawą historię, odwiedza go nie-
wielu turystów. W tym samym czasie inne miasteczko – Mezzovilla 
– jest miejscem pielgrzymek turystycznych, mimo że pod względem 
zabytków wyraźnie ustępuje Bellaforte. Nie siląc się na zbyt daleko 
idące uogólnienia, załóżmy, że turyści, odwiedzając miasto, kieru-
ją się jedynie dwoma kryteriami: walorami historyczno-krajobrazo-
wymi (zabytki, muzea, atrakcje widokowe) oraz szerokością palety 
usług oferowanych w mieście (restauracje, kawiarnie, sklepy z pa-
miątkami, hotele i miejsca noclegowe, możliwości spędzania czasu 

2EAKCJA

(

iREDNIA

background image

52

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wolnego). Na pierwszy czynnik nie mamy wpływu

10

, drugi zaś zależy 

od aktywności gospodarczej samych mieszkańców. Zakładamy, że im 
większa i bardziej zróżnicowana oferta, tym większe zainteresowa-
nie turystów przyjazdem. Wszystkie usługi dla turystów i mieszkań-
ców dostarczane są przez podmioty ekonomiczne z Bellaforte, przy 
czym występuje różnicowanie usług, tj. każda firma dostarcza nie-
co odmienny rodzaj usługi, nawet gdy dotyczy to substytutów. Dla 
uproszczenia przyjmujemy, że wielkość produkcji każdej firmy jest 
identyczna. Tym samym przy przyjętych założeniach większa podaż S 
oznacza zarazem więcej podmiotów produkujących i większe zróżni-
cowanie oferty produkcyjnej. Jeśli przez oznaczymy liczbę produ-
kujących podmiotów, to podaż usług dla turystów i mieszkańców jest 
wprost proporcjonalna do liczby podmiotów aktywnych w produk-
cji: S(N) = B·N, gdzie stała B > 0. Niech popyt na usługi turystyczne 
Bellaforte, wyrażający się liczbą przybywających turystów i/lub ich 
wydatkami w mieście, opisuje funkcja H(S) = A·F(S), gdzie A – ozna-
cza stałą, niezmienną atrakcyjność turystyczną miejscowości (zabyt-
ki), S zaś – zmienną podaż dostępnych usług. Parametr A mierzący 
atrakcyjność Bellaforte pośrednio wyznacza gotowość turystów do 
odwiedzin miasta, choć jest ona uzależniona od zamożności turystów. 
Przy mniejszej zamożności obywateli tak samo atrakcyjny zabytek bę-
dzie odwiedzany mniej licznie niż przy większej zamożności. Funkcję 
popytu turystów i mieszkańców na usługi, zależną od liczby podmio-
tów, można przedstawić jako D(N) = H(S) + M = A·F(B·N) + M
gdzie  M oznacza popyt mieszkańców (M = const.). Zakładamy, że 
popyt na usługi wzrasta, gdy zwiększa się zróżnicowanie i wielkość 
oferty usługowej. Ilustracja 2.3 prezentuje wzajemne relacje popy-
towo-podażowe na rynku usług turystycznych w mieście. Podaż 
stanowi funkcję liniową, jako że podaż jest proporcjonalna do liczby 
produkujących podmiotów. Natomiast kształt funkcji popytu sygna-
lizuje zależność nieliniową: popyt D początkowo rośnie wolno, po 
przekroczeniu pewnej progowej wartości oferty usługowej dynamika 
D przyspiesza, by ponownie dla dużych wartości N zwolnić. Uzasad-
nieniem takiego przebiegu zmian w popycie, zależnym od oferty po-
dażowej, są zmiany w jego strukturze. 

10 

Ściśle biorąc, pośrednio mamy taki wpływ, dokonując renowacji i konserwacji za-

bytków, lokując placówki muzealne, realizując odpowiednią politykę w zakresie plano-
wania przestrzennego itp. Ponieważ jednak nie jesteśmy w stanie zmienić ani historii, ani 
krajobrazu, będziemy dla uproszczenia zakładać, że takiego wpływu nie mamy. 

background image

53

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

Ilustracja 2.3. Popyt i podaż na usługi turystyczne w Bellaforte i Mezzovilla

Dla niskich wartości N głównymi nabywcami usług są sami 

mieszkańcy miasta; ze względu na niewielką ofertę usług – mimo po-
siadanych zabytków – miasto jest zbyt mało atrakcyjne dla turystów. 
Do pewnego momentu rozszerzająca się paleta nowych usług wciąż 
nie jest w stanie w znaczącym stopniu przyciągnąć dodatkowych tu-
rystów poza wąską grupą zdeklarowanych miłośników Bellaforte. 
Przekroczenie krytycznego poziomu N powoduje, że do miasta za-
czynają przybywać ci turyści, dla których same walory zabytkowe to 
za mało i którzy oczekują (i tym razem te oczekiwania są spełniane) 
innych, uzupełniających propozycji spędzania czasu wolnego i roz-
rywki. Przyspieszenie turystyczne będzie jednak przejściowe, gdyż 
dalszy wzrost N będzie już coraz słabszy ze względu na efekt nasyce-
nia potrzeb, a być może także – na rosnące zatłoczenie miejscowości 
zniechęcające do przyjazdów. 

Z ilustracji 2.3 wynika, że rynek ma trzy stany równowagi od-

powiadające równości popytu i podaży. W otoczeniu punktów N

0

 

N

2

 równowaga rynkowa jest stabilna, co powoduje, że niewielkie 

.



.



.



.

0OPYT

0OPYT

0ODAœ

background image

54

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

zaburzenie (wahnięcie w poziomie liczby podmiotów N) powodu-
je powrót do stanu równowagi. Zakładamy, że mechanizm dosto-
sowań na rynku działa według reguły 

'N = a [D(N) – S(N)], a > 0. 

W przypadku gdy popyt jest większy od podaży, lokalni przedsię-
biorcy uruchamiają nowe podmioty i nową podaż, lokalne firmy na-
tomiast są likwidowane, gdy podaż jest nadmierna. Równowaga N

1

 

jest niestabilna. Nawet minimalne zaburzenie w otoczeniu N

1

 po-

woduje, że rynek „zsuwa się” albo w kierunku stanu N

0

, albo N

2

W praktyce mamy zatem dwa stany stabilnej równowagi, bynajmniej 
nierównorzędne. Równowaga N

0

 jest gorsza, gdyż oznacza niższy po-

ziom produkcji, dochodów i zatrudnienia, mniejszą zamożność re-
gionu, niższe podatki oraz małe wydatki publiczne na cele lokalne. 
Jednocześnie równowaga N

0

 jest poniekąd naturalna, gdyż wyzna-

cza ją przede wszystkim miejscowy popyt. To na te potrzeby naj-
pierw orientują się lokalni przedsiębiorcy, decydując o uruchomieniu 
swych firm, i to miejscowy popyt jest najbardziej trwałym punktem 
odniesienia ich poczynań. 

Przejście do pożądanego stanu N

2

 jest możliwe, ale uwikłane 

w defekt koordynacji. Nowe firmy i nowa podaż powstałyby wtedy, 
gdy pojawiliby się nowi turyści. Nowi turyści natomiast nie mają in-
teresu, by odwiedzać Bellaforte, z powodu jego zbyt ubogiej oferty 
usług turystycznych. Popyt zależy od wielkości zgłoszonej podaży, 
a odpowiednio duża podaż jest niemożliwa bez odpowiednio dużego 
popytu. Żaden pojedynczy przedsiębiorca lokalny nie uruchomi do-
datkowej firmy, ponieważ taki niewielki przyrost oferty turystycznej 
z jego strony nie stworzy istotnej zachęty do wzrostu popytu. Żywio-
łowe, indywidualne i izolowane działania po stronie podaży nie są 
więc w tych okolicznościach realne. Sygnalizuje to granice sponta-
nicznych dostosowań typu rynkowego. Zwróćmy jednak uwagę, że 
wystarczy przekroczenie poziomu N

1

 w zakresie liczby dostawców, 

by rynek samoczynnie przesunął się do stanu N

2

. Jakiś czynnik ze-

wnętrzny musiałby jednak przejąć rolę koordynującą. W tych wa-
runkach rolę tę mogłaby odegrać władza publiczna, duży podmiot 
gospodarczy o znacznym potencjale kapitałowym lub przypadkowy 
czynnik mody (casus Mezzovilla). Odnotowano wyżej, że funkcja po-
pytu jest zależna od atrakcyjności turystycznej regionu, którą repre-
zentuje parametr A. Jeśli jednak parametr ten ma wyrażać popytowe 
skutki walorów turystycznych, to musi on także pośrednio uwzględ-
niać zwyczaje i obyczaje obywateli związane ze spędzaniem czasu 
wolnego, w tym ich turystyczne inklinacje. Wszystkie te kwestie są 

background image

55

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

ściśle połączone z zamożnością potencjalnych turystów, a rosnące 
dochody mieszkańców skutkują wyższymi wartościami A

Ilustracja 2.4. Popyt na usługi turystyczne w bogatym społeczeństwie

Rozpatrzmy zatem przypadek opisany graficznie na ilustracji 2.3, 

zakładając jako jedyną zmianę wzrost wartości parametru A w funk-
cji popytu D. Przedstawiono to na ilustracji 2.4. Funkcja podaży jest 
identyczna, funkcja popytu D zaś przesunięta wyżej w stosunku do jej 
przebiegu na ilustracji 2.3. Taka zmiana przebiegu funkcji odzwier-
ciedla wzrost popytu nabywców wskutek zwiększenia się ich zamoż-
ności. Teraz jednak istnieje tylko jeden punkt równowagi: stabilny 
stan  N

2

. Rynek spontanicznie osiąga pożądany, wysoki pułap pro-

dukcji i zatrudnienia. Ten prosty przykład pokazuje, że zamożne spo-
łeczności mogą w pewnych sytuacjach uniknąć defektu koordyna-
cji lub go zminimalizować. Gdyby tak rzeczywiście było, wówczas 
uzasadniona byłaby teza, że rynkowe mechanizmy samoregulacyjne 
mogą być sprawniejsze, a zawodność rynków mniejsza w obszarze 

.



.

0OPYT

0OPYT

0ODAœ

background image

56

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wysoko rozwiniętego centrum gospodarczego. Byłaby również praw-
dziwa równoległa teza: niedorozwój zwiększa zawodność rynków. 

Korzyści skali są jednym z najistotniejszych źródeł przewag kra-

jów rozwiniętych nad ekonomicznymi peryferiami. Występowanie 
efektu skali czyni realnym pojawienie się wielopunktowych stanów 
równowagi w gospodarce i groźbę ugrzęźnięcia systemu w „gorszej” 
równowadze. Im niższy poziom rozwoju, tym bardziej jest to praw-
dopodobne. 

Na źródła przewag krajów wysoko rozwiniętych sporo światła 

rzuciła ostatnio idea wysunięta przez M. Kremera w teorii słabe-
go ogniwa (teoria pierścienia uszczelniającego – O-ring theory)

11

W wielu nowoczesnych dziedzinach produkcji kluczem do sukcesu 
jest niezawodność wszystkich czynników produkcji. Orkiestra sym-
foniczna składająca się niemal z samych wirtuozów odniesie drama-
tyczną porażkę artystyczną, jeśli jeden z muzyków będzie fałszował. 
W tradycyjnej ekonomii przyjmuje się szerokie możliwości substytu-
cji między czynnikami, podczas gdy realia ekonomiczne każą raczej 
myśleć w kategoriach komplementarności, tak jakby decydowało 
najsłabsze ogniwo. Jakości nie da się w znaczący sposób substytu-
ować przez ilość. Wychodząc z tych założeń, M. Kremer przyjął od-
mienną postać funkcji produkcji dla przedsiębiorstwa. Obok kapitału 
K firma wykorzystuje także n różnych rodzajów pracy Q

i

, odpowia-

dających np. różnym funkcjom pełnionym przez pracowników. Dla-
tego w dalszym ciągu przyjmiemy, że każda funkcja jest wykonywana 
przez jednego pracownika. O ile nakład kapitału jest interpretowa-
ny tradycyjnie, o tyle wyrażenia Q

i

  reprezentują jakość (niezawod-

ność) pracy typu i. Perfekcyjne wykonanie zadania i oznacza Q

i

 = 1, 

w przypadku zaś całkowitego niepowodzenia Q

i

 = 0. Można temu 

nadać interpretację probabilistyczną: jeśli firma zatrudnia n pracow-
ników, to wartość Q

i

 wyraża oczekiwany stopień wywiązania się 

i-tego pracownika z wykonania zadania. Załóżmy, że produkcja firmy  
Y(KQ

i

)

12

 dana jest przez (2.1): 

11 

M. Kremer, O-Ring Theory of Economic Development, „The Quarterly Journal of 

Economics” 1993, Vol. 108, No. 3, s. 551–575. Nazwa teorii nawiązuje do przyczyn 
katastrofy wahadłowca „Challenger”.

12 

Oczywiście w przypadku probabilistycznej interpretacji zmiennych Q

i

 Y reprezentu-

je nie samą produkcję, ale raczej wartość oczekiwaną produkcji. Przy założeniu neutral-
nego stosunku do ryzyka firmy wyniki, jakie uzyskuje się, traktując Y jako produkcję, nie 
różnią się od przypadku, gdy Y jest wartością oczekiwaną produkcji. Stąd dalej Y będzie 
interpretowana jako produkcja. 

background image

57

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

 

Y(K, Q

i

= A K

a

 Q

1

 

˜ Q

2

 

˜ ... ˜ Q

n

  

(2.1)

gdzie: K – nakład kapitału, 0 < a < 1, stała A zaś to produkcyjność 
pojedynczego pracownika w przypadku perfekcyjnego wykonania 
zadania dla jednostkowego nakładu kapitału. 

Postać funkcji (2.1) oznacza, że krańcowa produkcyjność i-tego 

pracownika rośnie, gdy wzrasta jakość pozostałych pracowników

13

W rezultacie dobór pracowników w firmach dokonuje się w taki spo-
sób, iż najlepsi są kojarzeni z najlepszymi, gorsi z gorszymi itd. Opty-
malnym rozwiązaniem dla każdej firmy jest sytuacja, gdy zatrudnia 
się pracowników o identycznej jakości

14

. Można to łatwo pokazać 

dla prostego przypadku, kiedy liczy się jedynie czynnik pracy. Niech 
H i L to pracownicy o wysokiej i niskiej jakości (kwalifikacjach). Do 
dyspozycji jest czterech pracowników – dwóch H i dwóch L. Funk-
cja produkcji ma postać Y = Q

˜ Q

2

. Skojarzenie mieszane pracow-

ników daje produkcję łączną w wysokości 2HL, skojarzenie „czyste” 
zaś produkcję H

2

 + L

2

. Ponieważ 

z L, to zachodzi:

 

(H – L)

2

 = H

2

 – 2HL + L

2

 > 0, to H

2

 + L

2

 > 2HL,

a zatem bardziej opłaca się kojarzyć pary według równych kwalifi-
kacji (jakości). Równocześnie skoro wyższa jakość zapewnia wyższą 
produktywność, to konkurencja na rynku pracy gwarantuje dopływ 
wysoko kwalifikowanych pracowników do tych firm, które już ta-
kich pracowników zatrudniają.

Dla jakich wartości zmiennych  Q

i

 firma maksymalizuje zysk? 

Funkcja zysku Z(KQ

i

) ma postać:

 

Z(K, Q

i

) = A K

a

 Q

1

 

˜ Q

2

 

˜ ... ˜   

i

(

)

i

w Q

  – 

˜K,  

(2.2)

gdzie w(Q

i

) i r to ceny pracy i kapitału. Funkcja w(Q

i

) jest rosnąca 

względem Q

i

, gdyż wyższym kwalifikacjom odpowiada rosnące wy-

nagrodzenie.

Z warunku na maksimum funkcji Z otrzymujemy dla płacy:

13 

Ponieważ zachodzi 

0

(

)

=

>

∂ ∂

a

i

j

j i

Y

A K

Q

Q

14 

Formalny, krótki dowód dla tej tezy (dla przypadku nieco prostszej funkcji produk-

cji) jest dostępny w: K. Basu, Analytical Development Economics. The Less Developed 
Economy Revisited
, MIT Press, London 2003. Zaprezentowany poniżej wywód odwo-
łuje się raczej do intuicji. 

background image

58

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

 

w (Q) = 

˜ Q

n/(1–a)   

stała > 0, dla wszystkich i Q

= Q   (2.3) 

oraz dla krańcowej produkcyjności pracy: 

 

· Q

n/(1–a)-1

 stała D > 0.  

(2.4) 

Dla wniosków formułowanych przez M. Kremera równości 

(2.3) i (2.4) są kluczowe. Jeśli bowiem zachodzi n 

t 2, to zarów-

no produkcyjność krańcowa, jak i płace rosną wykładniczo wraz ze 
wzrostem kwalifikacji Q. Stanowi to wyjaśnienie ogromnych różnic 
w produkcyjności pracy, jakie występują między krajami rozwinięty-
mi a rozwijającymi się. Przyjmując np. n = 10 (10 zadań, funkcji wy-
konywanych w typowym przedsiębiorstwie) i tylko 10-procentową 
przewagę kraju rozwiniętego w średnim poziomie kwalifikacji (ja-
kości) pracowników, otrzymujemy dla a = 0,5 ponad sześciokrotną 
różnicę krańcowej produkcyjności na niekorzyść kraju zacofanego. 
Wyjaśnia to także ogromne różnice w wynagrodzeniach pracowni-
ków o takich samych kwalifikacjach. Wiemy również, że produktyw-
ność i-tego robotnika wzrośnie z samego faktu współpracy z inny-
mi bardziej produktywnymi pracownikami. Taki pracownik ma silny 
motyw do migracji do strefy pozwalającej mu pracować z bardziej 
produktywnymi – nawet gdy jego własne kwalifikacje pozostają bez 
zmiany – gdyż wzrost wydajności będzie gratyfikowany wyższymi 
dochodami. 

Ponadto supremacja rozwiniętego centrum wzrasta wraz z rosną-

cym stopniem złożoności produkcji i jej technologiczną nowocze-
snością. Praktycznym tego wyrazem jest wydłużanie się okrężnych 
dróg produkcji, specjalizacja i konieczność pogłębionej kooperacji, 
czyli wzrost liczby zadań n. Wysoki stopień złożoności wymusza 
wzrost  Q i tym samym pogłębia przewagę krajów technologicznie 
przodujących. Ten mechanizm powoduje również swoistą specjali-
zację między krajami: im kraj wyżej rozwinięty, tym wyższa produk-
tywność produkcji, co ułatwia wysysanie z gospodarki światowej wy-
soko kwalifikowanych kadr. Wynika to niedwuznacznie z równości 
(2.3). Elastyczność płac względem jakości pracy jest wysoka i wy-
nosi  n/(1 – a) > 1. Oznacza to, że wysokiej jakości zatrudnianych 
kadr odpowiada wysoka gotowość (i możliwość) firm płacenia wy-
sokich wynagrodzeń. Zgrupowanie tych kadr – z kolei – pozwala 
na rozwijanie najnowocześniejszych i bardzo rentownych, choć za-
razem wysoce ryzykownych technik produkcyjnych. Uruchamia to 

background image

59

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego. Działa on także w od-
niesieniu do krajów słabiej rozwiniętych, z tym że tu systematycznie 
pogłębia dystans i utrwala zacofanie. Wiele nowoczesnych, a więc 
i ryzykownych technologii, jest w praktyce niedostępnych dla tych 
krajów. Niska jakość pracowników nie gwarantowałaby zadowala-
jącej, minimalnej produkcyjności pracy, nawet mimo niższych płac. 
Z tego punktu widzenia dla świata niedorozwoju niższe technologie 
są bezpieczniejsze

15

Jeden aspekt powyższych wywodów może wywoływać wątpli-

wości. Postulowana funkcja produkcji odnosi się do przedsiębiorstw, 
a mechanizm doboru kadr działa w taki sposób, iż firmy zatrudniają 
pracowników o jednakowych (zbliżonych) kwalifikacjach, są to jed-
nak mechanizmy mikroekonomiczne. 

Dlaczego zatem przenosimy to rozumowanie na szczebel gospo-

darki światowej? Co stoi na przeszkodzie, by te same mechanizmy 
operowały wewnątrz poszczególnych krajów i różnicowały sytuację 
w układzie firm, branż czy regionów? Kwestia ta ma trzy aspekty: 
liczy się dotychczasowa historia i stan wyjściowy gospodarki, jakość 
instytucji ekonomicznych oraz ograniczenia podażowe pracy. Za-
cznijmy od tego ostatniego wątku. Można postawić tezę, że sytuacja 
kraju rozwiniętego jest na ogół uprzywilejowana w kwestii kształce-
nia i edukacji ze względu na korzyści skali wynikające z wielkości ryn-
ku i zamożności konsumentów. Indywidualnie inwestujemy bowiem 
w edukację i nasz kapitał ludzki jedynie wtedy, gdy jest to opłacalne. 
Jeśli hipoteza M. Kremera jest słuszna, to stopa zwrotu z inwestycji 
w kapitał ludzki, wyznaczona przez poziom przyszłych płac, jest do-
datnio skorelowana z produkcyjnością naszej pracy, a ta zależy od 
jakości i kwalifikacji współpracowników. Nawet bardzo duże inwe-
stycje w kapitał ludzki nic nie dadzą, gdy nasze kwalifikacje ulokuje-
my w firmie zatrudniającej personel niskiej jakości, zgodnie bowiem 
z kształtem funkcji produkcji (2.1) decydujące znaczenie ma czynnik 
komplementarności. Zauważmy, że gdyby funkcja produkcji miała 
np. postać Y = A K

a

 (Q

1

 + Q

2

 + ... + Q

n

), wówczas wysoka jakość 

pracy jednych pracowników mogłaby w dużym stopniu zastępować 

15 

Z perspektywy teorii Kremera widać, jak naiwną (współcześnie) jawi się teoria 

kosztów komparatywnych Ricarda jako narzędzie opisu pożądanych kierunków specja-
lizacji. Wybór tradycyjnych dziedzin produkcji jest gwarancją utrwalenia zacofania, a nie 
racjonalną decyzją. Inna sprawa, że w praktyce może nie być żadnego wyboru. Wtedy 
jednak nie mówimy o wyborze, ale o nieuniknionej konieczności. 

background image

60

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

słabe wyniki innych

16

. Gdy jednak rozstrzyga najsłabsze ogniwo, tj. 

najmniej wydajny czynnik produkcji, wówczas wysokie indywidual-
ne nakłady na edukację są usprawiedliwione jedynie wtedy, kiedy jest 
wysokie prawdopodobieństwo znajdowania na rynku pracy innych 
o równie wysokim poziomie kapitału ludzkiego. Duże rynki produk-
cyjne (thick markets) zdecydowanie jednak zwiększają prawdopodo-
bieństwo wysokiego zapotrzebowania na jakość pracy, gdyż na rynku 
funkcjonuje wiele firm o bardzo zróżnicowanej strukturze produkcji, 
a poziom zatrudnienia jest wysoki. Uruchamia to dodatnie sprzęże-
nie zwrotne działające wtedy, gdy duże prawdopodobieństwo wza-
jemnego dopasowania się pracowników o wysokiej jakości zapewnia 
opłacalność inwestycji w edukację, co z kolei poprzez Kremerowską 
funkcję produkcji stymuluje wzrost produktywności, zwiększa do-
brobyt i rozwija rynki ponownie zgłaszające duże zapotrzebowanie 
na wysoką jakość pracy. Zamożni stają się jeszcze bogatsi i utrwa-
lają swą przewagę. Na płytkich rynkach towarowych inwestowanie 
w edukację jest natomiast ryzykowne, gdyż popyt na pracę jest niski, 
a szanse dla wyedukowanych na dobór współpracowników o rów-
nie wysokich kwalifikacjach – nie najwyższe. W rezultacie sytuacja 
w krajach rozwiniętych, o dużych rynkach, i w krajach zacofanych 
z płytkimi i ubogimi rynkami nie jest symetryczna. Nawet przy zało-
żeniu, że systemy edukacyjne działałyby w obu grupach krajów ana-
logicznie i nie istniałyby różnice w jakości i zasobności szkół, a pu-
bliczne wydatki na ucznia (studenta) byłyby identyczne

17

, to w takim 

stopniu, w jakim inwestycje w kapitał ludzki są uzależnione od in-
dywidualnych decyzji i prywatnego rachunku ekonomicznego, po-
jawia się asymetria w strukturze kwalifikacji z charakterystycznym 
skrzywieniem na niekorzyść wysokich kwalifikacji w krajach ekono-
micznie upośledzonych. Różnice w strukturze budowanego kapitału 
ludzkiego między obszarami bogatymi a biednymi wynikają zatem 
z wewnętrznych mechanizmów rządzących inwestowaniem w edu-
kację, ale są oczywiście wzmacniane przez procesy migracyjne. Po-
czątkowe niewielkie różnice w poziomie rozwoju (także pojawiające 
się jako efekt czysto przypadkowy) mogą być zmultiplikowane po-
przez uruchomienie mechanizmu dodatniego sprzężenia zwrotnego. 

16 

Produkcyjność krańcowa w tym przypadku jest stała  

0

=

>

a

i

Y

A K

Q

 i nie zależy 

od jakości innych pracowników. 

17 

Założenie czysto hipotetyczne, bo przecież wiadomo, że bogate kraje mają wyższe 

bezwzględne nakłady na edukację przypadające na jednego mieszkańca. 

background image

61

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

W tym sensie czynnik historyczny odgrywa tu swoją rolę

18

. Jedno-

cześnie państwo może ten efekt historycznie uwarunkowanych sła-
bości ekonomicznych częściowo neutralizować przez odpowiednią 
politykę kształcenia

19

.

 

Chociaż M. Kremer zbudował swą teorię słabego ogniwa dla 

analizy czynnika pracy i do tych potrzeb ją wykorzystał, to wydaje 
się, że można ją także zinterpretować znacznie szerzej, trzonem kon-
cepcji jest bowiem idea komplementarności czynników i warunków 
produkcji. Tak jak czynniki wytwórcze muszą wystąpić łącznie i ich 
jakość może być rozstrzygająca dla efektywności produkcji, tak też 
należy zapewne potraktować rolę instytucji ekonomicznych tworzą-
cych warunki i determinujących sprawność procesów wytwórczych. 
Tradycyjnie jednak wpływ instytucji ujmuje się łącznie i np. w funk-
cji produkcji Kremera wpływ ten może być mierzony wartością pa-
rametru A. Infrastruktura instytucjonalna gospodarki nie jest jednak 
jakąś jedną wszechogarniającą regułą postępowania, ale raczej ze-
społem formalnych i nieformalnych reguł gry ekonomicznej, sple-
cionych z sobą oraz razem określających dostępne i efektywne spo-
soby działania poszczególnych podmiotów. Wydaje się przy tym, że 
to właśnie wynik nakładania się na siebie różnych regulacji, norm, 
zwyczajów, tradycji i wyznawanych systemów wartości określa sku-
teczność określonych zachowań, zarówno na poziomie mikroeko-
nomicznym, jak i makrogospodarczym. W praktyce można sobie to 
wyobrazić następująco. Załóżmy, że firma X decyduje się wprowa-
dzić na rynek nową odżywkę dla dzieci o wysokich walorach użyt-
kowych. Warunkiem powodzenia biznesowego przedsięwzięcia jest: 
(1) uzyskanie niezbędnych zezwoleń potwierdzających walory od-
żywki i wykluczających ryzyko zdrowotne (przyjmijmy, że udziela 
ich jakaś władza certyfikująca), (2) uzyskanie dostępu do środków 
inwestycyjnych. W naszym prostym przykładzie zrealizowanie jedne-
go z warunków niczego nie rozwiązuje, konieczne jest zarówno po-
zyskanie certyfikatu bezpieczeństwa, jak i kredytu bankowego. Speł-
nienie każdego z nich może być zagrożone: pozyskiwanie zezwoleń 
władz może odwlekać się wskutek procedur biurokratycznych, braku 
środków materialnych i niedoinwestowania instytucji certyfikującej, 
praktyk korupcyjnych i lobbystycznych, niekompetencji personelu, 

18 

Czynnik nazywany we współczesnej ekonomii rozwoju path dependance. 

19 

Oczywiście uwaga ta nie ma charakteru ogólnego i odnosi się jedynie do kwestii 

kapitału ludzkiego w opisanym tu aspekcie. 

background image

62

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wadliwych rozwiązań prawnych i organizacyjnych, wysokich kosz-
tów czy dyskryminacji firmy X. Z kolei rynek pieniężny i kapitało-
wy może również działać niesprawnie, np. ze zbyt wysokimi koszta-
mi pozyskania pieniądza, nadmiernie wyśrubowanymi standardami 
ryzyka kredytowego, wysoką asymetrią informacyjną itp. Wystarczy 
niespełnienie jednego z warunków, by skazać projekt na fiasko. Bar-
dzo tanie i korzystne warunki finansowania przedsięwzięcia nie za-
stąpią braku zezwoleń lub przedłużającej się zwłoki w ich pozyska-
niu. I odwrotnie – szybkie uzyskanie certyfikatu nie łagodzi skutków 
braku finansowania. Dlatego hipoteza, którą tu stawiamy (a która 
jednocześnie jest uogólnieniem rozumowania M. Kremera), polega 
na założeniu komplementarności wielu rozwiązań instytucjonalnych. 
Niskie koszty rozwoju i wysokie stopy zwrotu z zaangażowanych 
środków uzyskują gospodarki, których infrastruktura instytucjonal-
na jest bogata, w miarę kompletna i wszechstronna. Poszczególne 
instytucje ekonomiczne nie funkcjonują przy tym niezależnie i obok 
siebie, ale tworzą sieć wzajemnie uzupełniających się, komplemen-
tarnych reguł gry. Właśnie dlatego jakość całej sfery instytucjonalnej 
zależy zarówno od jakości poszczególnych instytucji, jak i od tego, 
na ile są wzajemnie z sobą „zgrane”

20

. Formalnie dla opisu tej sy-

tuacji parametr A w funkcji produkcji może być przedstawiony jako  
A = A (B

1

 

˜ B

2

 

˜ ... ˜B

m

), gdzie B

j

 reprezentuje jakość poszczególnych m 

instytucji ekonomicznych wpływających na efektywność produkcji

21

W przypadku komplementarności instytucji łatwiej zrozumieć 

kolejne źródło przewag krajów wysoko rozwiniętych względem pe-
ryferii ekonomicznych. Te drugie mogą nawet dość skutecznie imi-
tować wiele rozwiązań instytucjonalnych krajów centrum. Problem 
polega na tym, że z reguły nie jest to możliwe w pełnym spektrum 
instytucjonalnym, kraje bogate mogą mieć bowiem w wielu przypad-
kach – ze względu na korzyści skali – lepsze instytucje. Nie musi 
to dotyczyć wszystkich obszarów, ale wystarczy, że dotyczy niektó-
rych. Weźmy przykład giełdy papierów wartościowych. W Warsza-
wie może być ona technicznie i prawnie zorganizowana analogicznie 
jak we Frankfurcie czy Londynie, ale te dwie ostatnie obsługują bo-

20 

Moment wejścia Polski do Unii Europejskiej był dogodny do obserwacji tej kwe-

stii. W wyniku presji czasu i nawału prac legislacyjnych przy przyjmowaniu wielu ak-
tów prawnych pojawiło się dużo błędów i przeoczeń. Każde z nich mogło mieć istotny 
wpływ na zdolność polskich firm do konkurowania na rynku europejskim. 

21 

B

j

 przyjmuje wartości z przedziału [0;1], gdzie 0 odpowiada pełnej niesprawności 

instytucji, 1 zaś stanowi perfekcyjnemu. 

background image

63

2. Mechanizmy budowania przewag i pułapki zastoju

gate i rozwinięte rynki europejskie i światowe, a giełda warszawska 
– w zasadzie lokalny rynek polski. Dla wielu niemieckich inwesto-
rów koszty transakcyjne związane z zaangażowaniem się w opera-
cje na giełdzie warszawskiej i rynku polskim mogą być nieopłacalne. 
Te koszty mają niejako charakter kosztów utopionych, są w dużym 
stopniu jednorazowe (set-up costs) i ponoszone na spenetrowanie 
dotychczas nieznanego rynku. Mogą być usprawiedliwione jedynie 
wówczas, gdy korzyści z transakcji na takim rynku są długotrwałe 
i dostatecznie wysokie, to zaś jest wątpliwe ze względu na rozmiary 
rynku. Te same rezultaty (i bez tych kosztów) można zapewne osiąg-
nąć, działając na dużej, znanej już sobie od lat giełdzie z dostępem do 
akcji spółek z całego świata. 

Ponadto duże rynki oferują z reguły lepszą informację. To także 

rezultat korzyści skali. Wielość podmiotów dokonujących transak-
cji na dużych rynkach kreuje popyt na liczne analizy rynku, badania 
ekonomiczne i oceny koniunktury. Tym samym powstaje cały rynek 
usług analitycznych, na którym oferują swą podaż profesjonalne fir-
my doradcze i instytucje naukowo-badawcze. Ponieważ kupujących 
usługi jest wielu, koszty produkcji tych usług dla klienta mogą być ni-
skie. W rezultacie koszty transakcyjne pozyskiwania informacji ule-
gają obniżeniu, jest także zredukowane ryzyko gospodarcze. Ten seg-
ment rynku nie pojawia się natomiast w przypadku małych i płytkich 
rynków. Są one bowiem zbyt szczupłe, by wygenerować odpowiedni 
popyt na tanie usługi. Małe rynki nie pozwalają także na uformowa-
nie się wyspecjalizowanych podmiotów–pośredników. Podobnie jak 
w przypadku informacji podnosi to koszty transakcyjne wytwórców. 

Jeśli chodzi o kategorię korzyści skali, zmieniają charakter kon-

kurencji, zapewniając przewagę temu, kto ma siłę ekonomiczną po-
zwalającą mu choćby przejściowo zagarnąć większy rynek, a nie – 
podmiotom bardziej efektywnym ekonomicznie. Przeświadczenie, że 
efektywność zapewnia sukces rynkowy – przynajmniej w świecie ko-
rzyści skali – niekoniecznie uzyskuje potwierdzenie. 

W nowoczesnych sektorach gospodarki, w których kluczowym 

warunkiem sukcesu jest niezawodność i jakość i które charaktery-
zuje zatem wysoka komplementarność czynników produkcji oraz 
rozwiązań instytucjonalnych, spełnienie warunku jednoczesnej, wy-
sokiej jakości wszystkich tych czynników i instytucji jest tym mniej 
prawdopodobne, im wyższy jest poziom niedorozwoju. Teoria słabe-
go ogniwa M. Kremera sygnalizuje przy tym, że stan niedorozwoju 
ma wszelkie cechy stanu reprodukującego się. Uzyskanie przewagi 

background image

64

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ekonomicznej przez niektóre kraje uruchamia bowiem mechanizmy 
dodatniego sprzężenia zwrotnego, które segregują zasoby pracy 
w układzie międzynarodowym w sposób utrwalający lub nawet po-
głębiający tę przewagę. 

Wreszcie błędy koordynacji są zapewne częstym przypadkiem 

w warunkach niedorozwoju i rzadziej pojawiają się w obszarze boga-
tego centrum technologicznego. Skłania to do przyjęcia hipotezy, że 
neoklasyczny (czyli podręcznikowy) opis gospodarki ma o wiele wię-
cej wspólnego z realiami krajów rozwiniętych niż z opisem gospoda-
rek ekonomicznych peryferii. 

background image

Rozdział 3

Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

Pierwsze pytanie, jakie staje przed krajem ekonomicznie zacofanym, 
to pytanie o wybór drogi rozwoju. Zbudowanie własnej bazy przemy-
słowej jest kluczowe, mówimy bowiem o krajach, w których domi-
nuje rolnictwo, dodatkowo na ogół cechujące się niską wydajnością, 
ogromnym przeludnieniem i wykorzystujące jedynie prymitywne 
techniki produkcji. Niska produktywność gospodarki jest odpowie-
dzialna za bardzo niską stopę życiową mieszkańców, znaczne obszary 
nędzy i ubóstwa, niedożywienie oraz brak dostępu do wielu kluczo-
wych usług, takich jak podstawowa edukacja i opieka zdrowotna. 
Aby zmienić tę sytuację, konieczne jest uruchomienie produkcji prze-
mysłowej, która dotychczas albo w ogóle nie istniała, albo jest je-
dynie w powijakach. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w takiej 
sytuacji należy zacząć od modernizacji rolnictwa, by podnieść jego 
wydajność i zwiększyć produkcję żywności. Gdy w rolnictwie poja-
wią się nadwyżki produkcji, można je będzie eksportować i pozyski-
wać dewizy na niezbędne zakupy z importu. Ponadto można będzie 
uwolnić część ludzi dotąd zatrudnionych w rolnictwie, by stopniowo 
przesuwać zasoby pracy do rozbudowywanego przemysłu. W rze-
czywistości kolejność rzeczy jest raczej odwrotna, gdyż nie bardzo 
da się unowocześnić rolnictwo bez pomocy przemysłu. Dopiero roz-
budowa odpowiednich gałęzi przemysłu pozwala na kierowanie du-
żych strumieni maszyn i urządzeń, środków transportu, nawozów 
sztucznych, środków ochrony roślin oraz innych niezbędnych dóbr 
z przemysłu dla potrzeb produkcji rolnej. Rolnictwo wymaga także 
postępu agrotechnicznego, nowych rodzajów upraw, nowoczesnych 
metod hodowli oraz edukacji producentów. Niezbędna jest także roz-
budowa infrastruktury produkcyjnej, takiej jak: drogi i koleje, elek-
tryfikacja, łączność czy irygacja. Wszystko to, potencjalnie, pośrednio 
lub bezpośrednio zależy od stanu bazy przemysłowej. Przy tym poja-
wiają się dwa podstawowe warunki wykonania tych zadań. Po pierw-

background image

66

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

sze, to rolnictwo musi sfinansować niezbędne inwestycje w przemy-
śle. Przynajmniej początkowo konieczna akumulacja może pochodzić 
tylko z „wyciśnięcia” nadwyżki ekonomicznej wytworzonej w rolnic-
twie (tj. wysokiego opodatkowania produkcji rolnej) i skierowania 
jej na cele industrializacji. Obiektywnie musi się to odbywać kosztem 
samego rolnictwa, którego produktywność jest i tak bardzo niska 
i które niewiele tej nadwyżki wytwarza. Po drugie, rozwój przemysłu 
wymaga zmian w strukturze zatrudnienia i stopniowego przechodze-
nia dotychczas zatrudnionych w produkcji rolnej do miast, do pracy 
w zakładach przemysłowych. Pojawia się jednak pytanie o wpływ, 
jaki wywrze to na samą produkcję żywności. Czy nie uszczupli przy-
padkiem zasobów rolnych kraju, niezbędnych do wyżywienia robot-
ników przemysłowych? W tej sprawie od początku ekonomiści się 
spierali. A. Lewis

1

 uważał, że przesunięcie robotników z rolnictwa 

do przemysłu nie będzie miało negatywnego wpływu na produkcję 
żywności ze względu na istniejące przeludnienie w sektorze rolnym. 
Sprowadzało się to do tezy, że część ludzi nominalnie zatrudnionych 
i pracujących w rolnictwie była tak naprawdę zbędna. Ujmując to 
bardziej profesjonalnie, A. Lewis sądził, że krańcowa produkcyjność 
pracy w rolnictwie krajów słabo rozwiniętych wynosiła zero. Gdyby 
miał on rzeczywiście rację, to zmiany strukturalne byłyby znacznie 
ułatwione, a rozwój przemysłu nie napotykałby żadnej bariery żyw-
nościowej. Pogląd ten miał jednak swoich krytyków, do których na-
leżał m.in. T. Schultz. Wykorzystując swoisty eksperyment naturalny 
w postaci wybuchu ostrej epidemii grypy w Indiach w latach 1918–
1919, wykazał on, że wywołana przez grypę wysoka śmiertelność 
wśród hinduskich producentów rolnych spowodowała jednak spa-
dek podaży płodów rolnych w tym okresie

2

. Oczywiście ten spadek 

nie powinien nastąpić, gdyby grypa wyeliminowała jedynie nadwyż-
kę siły roboczej. Skoro produkcja spadła, najwidoczniej produkcyj-
ność krańcowa pracy była jednak dodatnia. 

Mamy zatem do czynienia z dwoma warunkami skutecznej indu-

strializacji, które tworzą potencjalnie coś na kształt błędnego koła. 
Unowocześnienie gospodarki wymaga kapitału i zasobów pracy, 

Arthur Lewis (1915–1991), urodzony na Karaibach, laureat Nagrody Nobla z eko-

nomii z roku 1979. Problem ten analizował w swym artykule z 1954 roku Economic 
Development with Unlimited Supplies of Labour
, „Manchester School”.

Theodore W. Schulz (1902–1998). Paradoksalnie Schulz – krytyk Lewisa – otrzymał 

Nagrodę Nobla jednocześnie z nim, tj. w 1979 roku. Między innymi właśnie ten kry-
tyczny względem Lewisa dorobek Schultza został doceniony przez Komitet Noblowski. 

background image

67

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

ale też żywności, by wykarmić pracujących w przemyśle. Aby stwo-
rzyć sektor przemysłowy, trzeba sięgnąć po nadwyżki wypracowane 
w rolnictwie, a nadwyżki te trudno uzyskać bez modernizacji rolnic-
twa, do której potrzeba rozwiniętego przemysłu. 

Po co industrializacja?

Istnieje jeszcze jeden problem, który warto rozważyć. Czy w ogóle 
należy się uprzemysławiać? Dlaczego mielibyśmy stawiać znak rów-
ności między modernizacją a budową przemysłu? Odpowiedzi na te 
pytania muszą uwzględniać kontekst historyczny. Problem ten za-
pewne inaczej wyglądał w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, tj. za-
raz po II wojnie światowej, kiedy doszło do dekolonizacji i wiele 
nowych, niepodległych krajów zaczęło stawiać swoje pierwsze sa-
modzielne kroki. Inaczej pewnie patrzymy na tę kwestię dziś. W po-
łowie XX wieku w większości krajów rozwiniętych przemysł wciąż 
dominował w ich gospodarkach, jeśli rolę sektora mierzyć udzia-
łem w zatrudnieniu. Jedynie w nielicznych gospodarkach, takich jak 
USA, usługi zatrudniały więcej pracowników niż przemysł. W póź-
niejszym okresie, zwłaszcza po 1970 roku, w krajach OECD udział 
przemysłu w rynku pracy zaczął, co prawda, wyraźnie się zmniejszać 
na korzyść usług, ale nawet wtedy nie było żadnych wątpliwości, że 
to rozwinięty przemysł jest głównym źródłem innowacji technolo-
gicznych, zaspokaja podstawowe potrzeby bytowe obywateli i roz-
strzyga o (wysokiej) stopie życiowej ludności. Dla nowo wyzwalają-
cych się krajów było oczywiste, że należy podążać taką samą drogą, 
jaką wcześniej poszły kraje rozwinięte. W okresie tużpowojennym, 
przynajmniej w tej sprawie, nie było poważniejszych kontrowersji

3

ale dzisiaj wielu ekonomistów patrzy już inaczej na ten problem. Wy-
daje się, że w świecie globalnym, ze swobodnym przepływem towa-
rów i usług między krajami oraz przy wysokim poziomie liberali-
zacji handlu międzynarodowego, nie ma znaczenia, co wytwarzamy 
i czym handlujemy. Zamiast przemysłu mogą to być różnego rodzaju 
usługi. Jedynym problemem jest zdolność konkurencyjna gospodar-

Owszem, pojawiały się idee odmienne, np. Mahatmy Gandhiego w Indiach, od-

wołujące się do samowystarczalności, oparcia gospodarowania na rzemiośle i lokalnej 
uprawie roli. Były to jednak idee mało reprezentatywne dla epoki. 

background image

68

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ki i jakość jej produktów. 50 lat temu poszczególne gospodarki były 
o wiele bardziej zamknięte, a udział handlu zagranicznego mały lub 
wręcz symboliczny. Konieczny był dużo wyższy poziom samowystar-
czalności, choć trudno było liczyć na to, by wymiana z zagranicą 
umożliwiała zmianę struktury wytworzonego produktu krajowego 
na jakąś całkowicie odmienną strukturę produkcji do podziału. 

Czy dziś należy krytycznie oceniać fakt, że znaczna część kra-

jów karaibskich oferuje głównie usługi turystyczne? Gospodarki 
tych krajów nakierowane są przede wszystkim na obsługę ogromnej 
fali przybywających turystów amerykańskich i europejskich, wypo-
czywających w pięknej scenerii podzwrotnikowych plaż. Ale poza 
tymi usługami gospodarki te niewiele produkują, importując niemal 
wszystko, co niezbędne, by zaspokoić zarówno potrzeby turystów, 
jak i własnych obywateli, włącznie z większością artykułów żywno-
ściowych. Zresztą także ogromna część urządzeń i obiektów tury-
stycznych należy do obcego kapitału i nie władają nimi miejscowi. 
Jednocześnie, rozważając przykład kraju rozwiniętego, czy masowy 
outsourcing (przenoszenie) produkcji przemysłowej z USA do krajów 
o taniej sile roboczej nie jest rozsądną strategią ekonomiczną? Ozna-
cza to niewątpliwie stopniowe i systematyczne redukowanie udziału 
tradycyjnych gałęzi przemysłu w amerykańskiej strukturze produkcji. 
Zarazem jednak USA utrzymują i rozwijają produkcję w sektorach 
wysokiej technologii i w dziedzinie wyrafinowanych usług, takich 
jak badania naukowe i postęp techniczny. Czy nie jest to pożąda-
na specjalizacja dla krajów technologicznie przodujących, które bez 
problemu mogą importować wszystkie te rodzaje wyrobów, których 
wcześniej się pozbyły? Pójdźmy zresztą dalej i postawmy problem 
w sposób jeszcze bardziej krańcowy. Czy USA lub jakikolwiek roz-
winięty kraj (np. Japonia, Niemcy lub Wielka Brytania) nie mogły-
by dziś już całkowicie zrezygnować z przemysłu na rzecz rozwijania 
usług, w szczególności tych, w których są obecnie szczególnie moc-
ne, tj. opracowywania i tworzenia nowych technologii, i w zamian 
sprowadzać wszystkie inne potrzebne wyroby zarówno rolnicze, jak 
i przemysłowe?

Odpowiedź na te pytania jest raczej negatywna. Pierwszy argu-

ment stanowi bezpieczeństwo ekonomiczne. Kraje, które mają bar-
dzo jednostronnie rozwiniętą ekonomikę i prowadzą gospodarkę 
monokulturową, są narażone na różne szoki i wstrząsy pochodzące 
ze świata zewnętrznego w stopniu o wiele silniejszym, niż gdyby ich 
gospodarka była bardziej zdywersyfikowana. Wyobraźmy sobie na-

background image

69

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

gły masowy odpływ podróżnych z rajów turystycznych. Bez względu 
na to, czy przyczyny tego odpływu byłyby natury politycznej, eko-
logicznej, zdrowotnej, czy z uwagi na zagrożenia terrorystyczne lub 
jakiekolwiek inne, oznaczałoby to katastrofę ekonomiczną dla tych 
wyspiarskich krajów. Nie mają one żadnej strategii ucieczkowej czy 
ratunkowej ze względu na niedorozwój innych sektorów wytwór-
czych. Ich gospodarka jest zwichnięta, jednostronnie zorientowana, 
a zatem nadmiernie wrażliwa i nieodporna na zewnętrzne ciosy. Albo 
weźmy kraj surowcowy, który specjalizuje się np. w wydobyciu mie-
dzi. Produkcja miedzi jest głównym źródłem jego dochodów budże-
towych, a eksport tego metalu pozwala pozyskać większość dewiz 
i finansować import. Nawet jeśli kraj ten miałby pewne zdolności 
przetwórcze w dziedzinie miedzi, nie uznalibyśmy go za uprzemy-
słowiony. Każde ostrzejsze wahnięcie w dół cen miedzi na rynkach 
światowych grozi kryzysem gospodarczym, załamaniem dochodów 
i równowagi w obrotach z zagranicą, a potencjalnie także kryzysem 
politycznym. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia wtedy, gdy 
kraj dość jednostronnie specjalizuje się w produkcji rolnej. Sytuacja 
zresztą nie musi być tak ekstremalna i nie dotyczy jedynie krajów na 
dorobku. Wiele rozwiniętych krajów tradycyjnie od lat utrzymywa-
ło i utrzymuje nieefektywne gałęzie rolnictwa lub przemysłu jedynie 
dlatego, by być odpornym na polityczny szantaż, presję ekonomicz-
ną, zagrożenia wojenne, groźby blokad i embargo dostaw. Obecnie 
np. kraje Unii Europejskiej nie muszą już pojedynczo zabiegać o tak 
rozumiane bezpieczeństwo, ale tylko dlatego, że tworzą wspólny ob-
szar gospodarczy. Jednak Unia jako całość z pewnością nie zrezygnu-
je z rozwijania strategicznych sektorów gospodarki, takich jak rol-
nictwo (w zakresie decydującym o bezpieczeństwie żywnościowym), 
i kluczowych gałęzi przemysłu (by wymienić tu tylko energetykę) 
dlatego jedynie, że tak sugeruje wąsko rozumiany rachunek ekono-
miczny. Na dłuższą metę byłoby to zbyt ryzykowne. Obowiązuje fi-
lozofia stania na wielu nogach.

Jeszcze ważniejszy od kwestii bezpieczeństwa jest argument do-

tyczący roli i miejsca przemysłu we współczesnej gospodarce. Teza 
o dominacji usług we współczesnej gospodarce kraju rozwiniętego 
musi być właściwie rozumiana. Postindustrialna gospodarka nie po-
lega na degradacji przemysłu. Ta postprzemysłowa gospodarka wy-
kazuje jedynie niski i malejący udział zatrudnienia w przemyśle oraz 
rosnący (dominujący) udział zatrudnienia w usługach, ale względny 
spadek znaczenia przemysłu jest – o paradoksie – świadectwem jego 

background image

70

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

siły i prężności, gdyż został wywołany ogromnym wzrostem produk-
tywności tego sektora. Jak podaje „Economist”, „pomiędzy 1960 
a 1999 rokiem udział przemysłu przetwórczego w amerykańskim 
PKB oraz w całkowitym zatrudnieniu obniżył się o połowę, do ok. 
15%. Jednocześnie w ciągu tych samych 40 lat wolumen produkcji 
podwoił się lub potroił [...]. W rezultacie w roku 2000 potrzeba było 
aż pięć razy tyle dóbr przemysłowych, by zakupić główne produkty 
sektora opartego na wiedzy [edukacja i zdrowie – wyjaśnienie moje] 
w stosunku do sytuacji sprzed 40 lat”

4

. Duże zatrudnienie w usługach 

wynika więc ze względnie powolnego wzrostu wydajności w tej dzie-
dzinie i szybkiego wzrostu produktywności w przemyśle. Potężna 
baza przemysłowa jest uruchamiana i podtrzymywana jedynie przez 
relatywnie niewielką część siły roboczej. Natomiast wielu usług nie 
da się wykonywać z większą wydajnością lub też postęp w tej dzie-
dzinie jest powolny. Nie jesteśmy zresztą całkiem pewni, czy istotnie 
byśmy tego pragnęli. Presja na to, by chirurg zwiększał wydajność 
pracy na sali operacyjnej, a rzeźbiarz – przy wykonywaniu dzieła 
sztuki, to sytuacje, do których odnosimy się bez entuzjazmu, chy-
ba że pojawia się jakiś przełom technologiczny pozwalający istotnie 
zwiększyć produkcyjność pracy bez żadnej szkody dla jakości. W za-
sadzie szybki wzrost produktywności w usługach notuje się w ostat-
nich dwóch dekadach przede wszystkim w handlu i sektorze usług 
finansowych. O ile nie mamy zastrzeżeń do postępu w handlu, o tyle 
ten ostatni przypadek budzi dziś spore wątpliwości, hipertrofia sek-
tora finansowego skutkowała bowiem rosnącą ofertą różnych pseu-
dousług finansowych. Podwyższało to sztucznie PKB bez większego 
pożytku, a nawet ze szkodą dla społecznego dobrobytu. Konkluzja 
jest zatem dość oczywista: gospodarczego znaczenia przemysłu nie 
należy mierzyć jedynie wielkością zatrudnienia, ale wpływem tego 
sektora na poziom konsumpcji i stopień zaspokojenia potrzeb. 

Rola usług musi być także postrzegana jako w znacznym stopniu 

komplementarna względem sektora przemysłowego. Co np. można 
transportować – poza przewozem osób i dostarczaniem dóbr konsump-
cyjnych – w kraju, w którym nie istnieje rozwinięty przemysł? Jakie 
jest tam zapotrzebowanie na usługi ubezpieczeniowe i bankowe? Jak 
bardzo są tam rozwinięte usługi remontowe i budowlane? Zauważmy 

The Manufacturing Paradox. How Do You Get Far More Output with Far Fewer 

Workers?  Special Report Near Future. The Next Society” „Economist”, 3 November 
2001, s. 13.

background image

71

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

też, że duża część usług marketingowych, doradczych oraz prawnych 
jest świadczona i rozwijana na rzecz rodzimego przemysłu. A co jeśli 
tego przemysłu nie ma? To jest pytanie z gatunku retorycznych, widocz-
ne jest bowiem, że rozwój usług nie zastępuje przemysłu, nie jest jego 
substytutem, ale pozostaje w silnych związkach komplementarności 
z rozwojem przemysłu. Ścisła komplementarność między przemysłem 
a usługami ujawnia się także wtedy, gdy dostrzegamy całą umowność 
wydzielania procesów wytwarzania/przetwarzania i świadczenia usług. 
Na przykład kiedy montaż silników okrętowych zlecimy na zewnątrz, 
wówczas jest to świadczenie usług, a kiedy wykonujemy tenże montaż 
sami, w stoczni, wtedy statystycznie rejestrujemy to jako produkcję 
przemysłową. Wskazuje to, że w praktyce gospodarczej, zwłaszcza dziś 
gdy modna i często stosowana jest praktyka outsourcingu, samodzielna 
pozycja usług jest znacznie przeszacowana. Jeśli następuje załamanie 
produkcji przemysłowej, można oczekiwać zamierania aktywności tak-
że w obszarze wielu świadczonych usług, bo, poza wyjątkami, usługi 
nie pojawiają się w przemysłowej próżni. 

Wzajemna współzależność obu sektorów ma jeszcze jedno imię. 

Pomysły, by kraje przemysłowe rezygnowały z własnej produkcji prze-
mysłowej na rzecz innych krajów i rozwijały jedynie nowe technologie, 
jest pozbawiona wszelkiego realizmu. Jak można doskonalić coś, czego 
samemu się nie robi? Skąd czerpać wiedzę o słabościach proponowa-
nych rozwiązań technicznych? Postęp techniczny wymaga uczenia się 
na własnych błędach, stopniowego korygowania i poprawiania tech-
nologii, którą się posługujemy w praktyce. Oczywiście, aktualne i stare 
technologie możemy bez większej szkody przekazywać innym, a sami 
przesuwać się wyżej na drabinie postępu. Jest to sytuacja, w której nie 
tracimy kontaktu z praktycznym wykorzystaniem technologii – wprost 
przeciwnie, cały czas rozwijamy produkcję przemysłową, ustawicznie 
ucząc się i wprowadzając do niej innowacje. 

Warto zwrócić uwagę także na inne aspekty problemu. Brak do-

statecznie rozwiniętego przemysłu nawet dzisiaj, w przypadku dość 
rozwiniętego kraju i w warunkach globalnego handlu, może rodzić 
problemy. Przede wszystkim niedorozwój przemysłu stwarza poten-
cjalne kłopoty z bilansem płatniczym, dużo trudniej eksportuje się 
bowiem usługi niż towary przemysłowe i rolne. Wiele usług należy 
do tzw. kategorii nontradables, czyli dóbr niebędących przedmiotem 
handlu międzynarodowego i konsumowanych jedynie lokalnie. Wraz 
z kurczeniem się bazy przemysłowej potencjalnie zmniejszają się rów-
nież zdolności eksportowe gospodarki. Opublikowany ostatnio tekst 

background image

72

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wyraźnie potwierdza te zagrożenia nawet w przypadku tak rozwinię-
tego kraju, jak USA

5

. Autorzy tego artykułu pokazali, że w USA w la-

tach 1990–2008 niemal cały przyrost zatrudnienia (tj. 98%) nastąpił 
w dziedzinie nontradables, czyli poprzez zatrudnienie w sektorze rzą-
dowym i opiece zdrowotnej oraz w mniejszym już stopniu w handlu, 
budownictwie i usługach restauracyjno-hotelarskich. W sektorach 
tradables produkcja była przenoszona do innych krajów, co reduko-
wało popyt na pracę w tych gałęziach, ale co więcej: wpływało na 
kurczenie się możliwości eksportowych w tych dziedzinach. Choć 
zapewne błędem byłoby upatrywanie źródeł wysokiego deficytu 
w obrotach bieżących w USA wyłącznie w tej kwestii, to jednak był 
to zapewne czynnik, który miał i ma swoje znaczenie. 

Opisywana sytuacja nie powinna być jednak nadmiernie genera-

lizowana, gdyż ma ona liczne i znane wyjątki. Jest mianowicie grupa 
krajów, która oparła swoją egzystencję ekonomiczną na sprzedaży 
i eksporcie usług, i nie są to bynajmniej gospodarki najbiedniejsze. 
Należą do nich wspominane uprzednio wyspiarskie kraje turystyczne 
(np. Malediwy i Seszele na Oceanie Indyjskim czy państwa karaibskie, 
takie jak Saint Lucia lub Barbados) albo kraje będące centrami usług 
finansowych lub transportowych (Bahamy ze swoim wielkim cen-
trum finansowym i bankowym oraz jednym z większych na świecie 
miejscem rejestracji statków handlowych). Wśród głównych centrów 
finansowych świata są również Bermudy

6

, czwarte co do wielkości 

centrum w dziedzinie tzw. offshore finance, czyli świadczące usłu-
gi dla obcych obywateli, ale przede wszystkim Hongkong

7

 i Singa-

pur. Te dwa ostatnie kraje, według bardzo miarodajnych źródeł, zaj-
mują dziś odpowiednio trzecią i czwartą lokatę wśród największych 
globalnych centrów finansowych świata. Dane empiryczne wskazują 
więc, że w pewnych warunkach wariant rozwoju z dużym – czasem 
nawet z dominującym – udziałem usług jest wykonalny oraz przynosi 
pożądane rezultaty w postaci awansu ekonomicznego tychże państw 
i wzrostu stopy życiowej ich obywateli. Jednak równie łatwo do-
strzec, że większość pokazanych wyjątków to przypadki krajów nie-

5  

M. Spence, S. Hlatshwayo, The Evolving Structure of the American Economy and 

the Employment Challenge, Council on Foreign Relations, New York 2011.

Brytyjskie terytorium zamorskie.

Traktuję tu Hongkong jak niezależne państwo. Formalnie jednak od 1997 roku jest 

on częścią Chin, choć ma status autonomicznego rejonu. Cechuje się wieloma odrębno-
ściami ekonomicznymi i politycznymi, zgodnie z zasadą: jeden kraj – dwa systemy, co 
sytuuje go trochę w roli odrębnego państwa. 

background image

73

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

wielkich, z małym potencjałem demograficznym i o niewielkim ryn-
ku wewnętrznym. Kraje duże i średniej wielkości miałyby poważny 
problem z naśladowaniem takich scenariuszy. W przypadku Singapu-
ru nie ma nawet po co toczyć sporu o jego wielkość, gdyż jest to kraj 
w równym stopniu przemysłowy, jak i stanowi centrum usługowe. 
Singapur jest znanym producentem i eksporterem wielu wyrobów 
w dziedzinie elektroniki, produktów informatycznych i farmaceuty-
ków. Hongkong z kolei odgrywa rolę istotnego pośrednika w handlu 
Chin lądowych z resztą świata i w pełni korzysta z rosnącej ekono-
micznej ekspansji swego sąsiada, a jego ekonomika stopniowo stapia 
się z chińską gospodarką. Hongkong może się swobodnie wyspecjali-
zować w dowolnej dziedzinie korzystnej zarówno dla siebie samego, 
jak i dla głównego odbiorcy jego usług, tak jak może się specjalizo-
wać, powiedzmy, Nowy Jork w gospodarce amerykańskiej. 

Wreszcie, na co ostatnio zwrócono baczną uwagę, istnieje wpływ 

przemysłu na zatrudnienie. We współczesnych warunkach przemysł 
daje zatrudnienie klasie średniej. Ta grupa reprezentuje większość 
obywateli krajów rozwiniętych. Tak wygląda ich pozycja w struktu-
rze społecznej i politycznej. Z ekonomicznego punktu widzenia jed-
nak pracownicy należący do tej grupy to ludzie o przeciętnych kwali-
fikacjach, zajmujący średnie stanowiska wykonawcze w biznesie, od 
których nie oczekuje się jakiejś szczególnej inicjatywy czy innowacyj-
ności. Są oni na ogół uplasowani w tradycyjnych sektorach gospo-
darki i przemysłu. Wbrew potocznym wyobrażeniom sporo (choć 
nie wszystkie) gałęzi usług wymaga wysokich, ponadprzeciętnych 
kwalifikacji. Dotyczyć to może wielu usług medycznych, edukacyj-
nych, finansowych, w dziedzinie nauki i badań rozwojowych oraz 
w sferze usług na rzecz instytucji rządowych. Dlatego też outsourcing 
produkcji przemysłowej eliminuje przede wszystkim prace proste, 
bez szczególnie wysokich wymagań, czyli te, które są wykonywane 
przez przedstawicieli klasy średniej. Prowadzi to do rosnącej stopnio-
wo stopy bezrobocia, spada bowiem popyt na pracę nisko kwalifiko-
waną, gdzie jest relatywnie duża podaż takich pracowników. Popyt 
koncentruje się raczej na pracy wysoko kwalifikowanej, wymagającej 
uprzednio dużych inwestycji w kapitał ludzki. Tych drugich jest na 
rynku relatywnie niewielu, w każdym razie stanowią oni mniejszość. 
Te rozbieżne tendencje w sferze rynku pracy wpływają zatem na ros-
nące zróżnicowanie wynagrodzeń między pracą kwalifikowaną a ni-
sko kwalifikowaną ze względu na wskazane wyżej relacje popytowo-
-podażowe. Co jednak najważniejsze, następuje wypłukiwanie rynku 

background image

74

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

pracy z zawodów i miejsc pracy o niskich i średnich kwalifikacjach, 
a to dotyczy ogromnej większości siły roboczej. 

Przytoczone wyżej argumenty pokazują, że nawet dziś nie należy 

lekceważyć produkcji przemysłowej. Nie wydaje się, by poza szcze-
gólnymi, wyjątkowymi przypadkami (obejmującymi raczej niewielkie 
kraje) można było być krajem rozwiniętym bez silnej bazy przemy-
słowej, a nawet jeśli byłoby to możliwe, to niekoniecznie pożądane. 

Wybór drogi

Po II wojnie światowej proces dekolonizacji ruszył bardzo szybko. Naj-
pierw w Azji, gdzie niepodległość uzyskały m.in. takie ważne kraje, 
jak Indie i Pakistan (1947), Indonezja (1949), Wietnam (1954) i Korea 
(1948), później zaś – już w latach 60. XX wieku – rozpoczął się roz-
pad imperiów kolonialnych w Afryce. Jedynie portugalskie kolonie na 
kontynencie afrykańskim uzyskały suwerenność dopiero w połowie lat 
70. ubiegłego wieku. Wyzwalaniu się krajów kolonialnych towarzy-
szyły początkowo wielkie nadzieje na rozwój i wzrost stopy życiowej 
ludności oraz entuzjazm połączony z oczekiwaniami, że odbędzie się 
to szybko i skutecznie. Sytuacja okazała się bardziej skomplikowana. 

W połowie XX wieku ekonomiści mieli zasadniczo różne punkty 

widzenia w sprawie wyboru dróg rozwoju. Jedni uważali, że w za-
sadzie istnieje tylko jedna ścieżka, którą muszą podążać wszystkie 
kraje, przechodząc te same fazy i etapy rozwojowe. Na tej ścieżce 
ci bardziej rozwinięci są oczywiście na przedzie, ci słabiej zaawan-
sowani – pozostają z tyłu. Niemniej wszyscy muszą poruszać się po 
tej samej trajektorii, a zacofani gonić czołówkę. Ta wizja nawiązy-
wała do Marksa i jego modelu zmiany formacji społeczno-ekono-
micznych. W Marksowskim modelu społeczeństwa przechodzą od 
nieznającej własności prywatnej i bardzo egalitarnej wspólnoty rodo-
wej, stopniowo przez klasowe społeczeństwa niewolnicze, feudalne 
i kapitalistyczne, aż do fazy socjalizmu (komunizmu). Poszczególne 
społeczności mogą pominąć czy przeskoczyć jakiś etap (Polska np. 
nie weszła nigdy w okres niewolnictwa i ze wspólnoty pierwotnej 
wkroczyła w feudalne stosunki społeczne), ale zwykle postęp pole-
ga na przechodzeniu do bardziej zaawansowanej formy instytucjo-
nalnej. Jest charakterystyczne, że Marks, pisząc swe główne dzieło 
Kapitał, uznał za wskazane – we wstępie dla niemieckiego czytelni-

background image

75

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

ka – zawrzeć opinię, że „kraj pod względem przemysłowym bardziej 
rozwinięty wskazuje mniej rozwiniętemu tylko obraz jego własnej 
przyszłości”

8

, ewidentnie sugerując, że Niemcy powinni postrzegać 

ówczesny kształt angielskiego kapitalizmu jako miarodajny dla oce-
ny przyszłości gorzej wtedy rozwiniętych Niemiec. Jak trafnie za-
uważył jeden z autorów, w tej Marksowskiej perspektywie źródłem 
natchnienia i inspiracji dla krajów zacofanych powinno być po pro-
stu studiowanie historii gospodarczej krajów przodujących, a cała 
teoria rozwoju sprowadzałaby się w pewnym sensie do historii go-
spodarczej. Dokładnie tą samą drogą podążył dużo później inny ba-
dacz, amerykański ekonomista W. Rostow, wychodząc w 1960 roku 
z koncepcją stadiów wzrostu gospodarczego

9

. Choć, co prawda, cał-

kowicie odrzucał on istotę i sens społeczny koncepcji K. Marksa oraz 
był jego zdecydowanym oponentem

10

, to podobnie jak on okazał się 

zwolennikiem idei linearnego rozwoju. Jego zdaniem ludzkość musi 
przejść przez pięć, wspólnych dla wszystkich, stadiów rozwoju

11

. Nie 

wchodząc zbyt głęboko w teoretyczne niuanse rozważań W. Rosto-
wa (a trzeba zaznaczyć, że poglądy te zostały różnie przyjęte przez 
ekonomistów i nie brakowało ocen krytycznych), polityczny i spo-
łeczny sens jego idei sprowadzał się do sugestii, że kraje słabo rozwi-
nięte winny pójść drogą naśladownictwa i imitacji rozwiązań przyję-
tych przez kraje technologicznie i ekonomicznie zaawansowane. Ta 
koncepcja doczekała się w literaturze nazwy „teoria modernizacji”. 
Jej zwolennicy uważali, że głównym problemem krajów zacofanych 
był deficyt (niedostatek) kapitału, a jego przezwyciężenie warunko-
wało start rozwojowy. Bez podniesienia skłonności do oszczędzania 
w kraju nie można zwiększyć stopy inwestowania i podnieść tempa 
wzrostu gospodarczego. Innym, alternatywnym rozwiązaniem było-
by pozyskanie kapitału zagranicznego, który uzupełniłby deficyt kra-
jowych, wewnętrznych źródeł finansowania inwestycji. Drugi prob-
lem wiązał się z „zacofaniem kulturowym”. Wielu badaczy sądziło, 
że panujące w krajach Trzeciego Świata zwyczaje, dominujące normy 
społeczne, przyzwyczajenia, czasem religia – jednym słowem, lokalna 

K. Marks, Kapitał, t. I, Przedmowa, KiW, Warszawa 1970, s. 9. 

W.W. Rostow, Stages of Economic Growth: A Non-Communist Manifesto, Cam-

bridge University Press, Cambridge 1960. 

10 

Warto zwrócić uwagę na podtytuł książki Rostowa, wskazujący, że została napisana 

ewidentnie jako konkurencyjna czy polemiczna względem Marksowskiego podejścia. 

11 

Były to następujące stadia: społeczeństwo tradycyjne, faza przygotowania, start, lot 

ku dojrzałości, społeczeństwo masowej konsumpcji.

background image

76

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

kultura – tworzyły potężne bariery blokujące rozwój i utrudniające 
zwiększenie skłonności do oszczędzania i inwestowania. Potrzebna 
byłaby zatem swoista westernizacja kultury, przyjęcie zachodnich sys-
temów wartości oraz nasycenie życia społecznego i ekonomicznego 
normami zachowań i praktyk społecznych tworzących klimat przed-
siębiorczości i użytecznych biznesowo. Teoria modernizacji niesie za-
tem przede wszystkim postulat zaimportowania zachodnich instytu-
cji i kultury oraz obcego kapitału. Doświadczenie bogatych krajów 
Zachodu ma dostarczyć właściwego wzorca.

Początkowo kraje wyzwalające się z kolonialnej opresji nie prze-

jawiały wielkiego entuzjazmu do korzystania z zachodnich modeli 
rozwojowych, a teoria modernizacji, choć hołubiona na wielu amery-
kańskich uniwersytetach, pozostała ideą martwą w praktyce. Przede 
wszystkim zdecydował o tym czynnik psychologiczny. Wiele krajów 
o świeżo odzyskanej niepodległości chciało silnie zaakcentować własną 
odmienność i odciąć się od swej byłej metropolii, tym bardziej że mo-
carstwa kolonialne, wycofując się ze swych posiadłości politycznie, 
pozostawały tam ekonomicznie, zachowując silną pozycję w lokalnej 
gospodarce, kontrolując wciąż tamtejsze zasoby naturalne i kanały 
handlowe. Propagowana przez Zachód idea naśladownictwa i ścisłej 
kooperacji z byłymi kolonizatorami była prostą drogą do utrzymania 
ekonomicznego status quo, z czego zainteresowane kraje dobrze zda-
wały sobie sprawę. 

Drugim istotnym powodem odrzucenia tych zachęt Zachodu były 

bardzo atrakcyjne doświadczenia krajów socjalistycznych o centralnie 
planowanej gospodarce. Jeszcze przed II wojną światową, kiedy cały 
rozwinięty świat pogrążony był w kryzysie, Związek Radziecki roz-
wijał się w szybkim tempie. Dźwigał główny ciężar wojny w sensie 
militarnym i wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko. To bardzo wzmoc-
niło jego pozycję polityczną. W latach 1928–1960, czyli od momen-
tu rozpoczęcia forsownej industrializacji, tempo wzrostu gospodarki 
ZSRR (z wyjątkiem lat wojny) wynosiło średniorocznie 5,4–6,0%. Są 
to przy tym szacunki zachodnie, radzieckie statystyki bowiem podają 
tempa wzrostu dwukrotnie wyższe. Nawet jednak te niższe wskaźniki 
są wysokie w porównaniu ze średnią światową, która – jak się ocenia 
– nie przekraczała wówczas 2,5–3,0%

12

. Także Polska, której wyniki 

nie odbiegły zresztą od osiągnięć innych gospodarek z krajów Europy 

12 

USA notowały np. w latach 1950–1970 średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 

3,5%. 

background image

77

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

Wschodniej, rejestrowała w latach 1950–1970 wysokie tempo wzro-
stu, tj. średniorocznie około 7,0%. Wszystkie te fakty były wówczas 
dobrze znane i interpretowane jako przejaw skuteczności tego modelu 
rozwojowego. O tym, jak bardzo oddziaływały one na ówczesne elity 
światowe, świadczą opinie i prognozy zamieszczone w podręczniku 
ekonomii P. Samuelsona

13

 z 1961 roku. Napisał on wówczas, że pro-

dukt narodowy brutto ZSRR stanowi około połowy amerykańskiego, 
ale radziecka gospodarka rośnie szybciej niż USA. Można było zatem 
przewidywać, że radziecki produkt narodowy przekroczy poziom ame-
rykańskiego PKB być może już w 1984 roku, ale najprawdopodobniej 
nie później niż w 1997 roku. Do wyobraźni opinii publicznej prze-
mawiały także technologiczne osiągnięcia ZSRR, który w 1957 roku 
wypuścił pierwszego ziemskiego satelitę, a w 1961 wysłał w kosmos 
pierwszego człowieka. Taki był polityczny i intelektualny klimat w cza-
sie, gdy kraje afrykańskie i azjatyckie wybierały swój model rozwojo-
wy. Z perspektywy lat 60. XX wieku istniała atrakcyjna alternatywa 
modelowa i ustrojowa wobec rozwiniętego kapitalizmu. 

Choć niezbyt wiele krajów słabo rozwiniętych wprost skopiowa-

ło radzieckie czy wschodnioeuropejskie rozwiązania instytucjonalne, 
to jednak były one na tyle silną inspiracją, że większość krajów poszła 
w kierunku zdecydowanego etatyzmu. Państwo stało się głównym 
narzędziem realizacji zadań modernizacyjnych wobec ewidentnych 
słabości sił oddolnych. Można zatem powiedzieć, że wybrano trzecią 
drogę, która nie była bynajmniej ani czysto kapitalistycznym warian-
tem, jaki obrały wcześniej kraje Zachodu, ani też gospodarką central-
nie planowaną w wersji radzieckiej. 

„Szkoła zależności” jako próba odpowiedzi 
na trudne pytania

W latach 50. ubiegłego wieku pojawił się jeszcze jeden argument wy-
sunięty przez R. Prebischa i H. Singera. Zwrócili oni uwagę na stale 
pogarszające się terms of trade krajów Południa w wymianie z Północą.  

13 

Paul Samuelson (1915–2009) otrzymał Nagrodę Nobla z ekonomii w 1970 roku 

jako jeden z pierwszych laureatów i jako pierwszy Amerykanin. Jego książka jest najbar-
dziej znanym na świecie podręcznikiem do nauczania ekonomii. Od 1948 roku miała 
ona 19 wydań. 

background image

78

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Taka długoterminowa tendencja do spadku terms of trade między 
artykułami rolniczymi i surowcami a produktami przemysłu (rela-
tywne ceny w wymianie międzynarodowej tych pierwszych spadają 
względem tych ostatnich) oznaczała – ze względu na przyjęte kie-
runki specjalizacji – systematyczny transfer dochodów w kierunku 
krajów rozwiniętych. Im bardziej kraje słabo rozwinięte rozszerzały 
swą produkcję na eksport, tym bardziej stawały się ofiarą nierównej 
wymiany. Jaki był mechanizm zniżkujących terms of trade dla Połu-
dnia? W tej sprawie nie ma do końca jasności, ale można przyjąć, 
że ważnym czynnikiem sprawczym są wyraźne różnice w elastycz-
ności dochodowej produktów rolniczych i przemysłowych. Nisko 
przetworzone artykuły rolne cechują się na ogół małymi elastycz-
nościami dochodowymi popytu, podczas gdy wysoko przetworzone 
wyroby przemysłowe charakteryzują się dużą elastycznością docho-
dową. W dłuższym okresie wymiana między krajami musi być zrów-
noważona, co oznacza, że kraje Południa muszą równoważyć swój 
bilans handlowy z krajami Północy. Relatywnie wolno rosnący popyt 
krajów rozwiniętych na dobra rolne (z powodu niskiej elastyczności 
dochodowej), wytwarzane i eksportowane przez kraje słabo rozwi-
nięte, i szybko rosnący popyt krajów rozwijających się na wyroby 
przemysłowe (w wyniku wysokiej elastyczności dochodowej), produ-
kowane i eksportowane przez kraje rozwinięte, powoduje, że kraje 
Południa, usiłując zdobyć niezbędne dewizy, nadmiernie zwiększają 
podaż dóbr rolnych. Ta presja podaży wywołuje zniżkową tendencję 
cen eksportowanych przez nich dóbr, a jednocześnie wysoki popyt 
na dobra przemysłowe podtrzymuje ceny towarów eksportowanych 
przez kraje rozwinięte. Dodatkowo pogarszające się terms of trade
wywołując zakłócenia w bilansie obrotów z zagranicą, może skutko-
wać wprowadzeniem różnych form ograniczeń importowych, skut-
kujących przyhamowaniem wzrostu gospodarczego. 

Argumentacja R. Prebischa i H. Singera nie była nigdy poważ-

nie kwestionowana. Rekomendowano jedynie krajom rozwijającym 
się, by w tej sytuacji rozbudowywały sektor przemysłowy i zwiększa-
ły eksport dóbr wysoko przetworzonych. Późniejsze statystyki (od lat 
90.) pokazują, że taka zmiana w krajach rozwijających się faktycz-
nie się dokonała. W ujęciu globalnym eksport dóbr przemysłowych 
z krajów Południa do krajów Północy zaczął przewyższać eksport su-
rowcowy i dlatego dziś główny problem sprowadza się raczej do od-
powiedzi na pytanie, jak kształtują się terms of trade w tych grupach 
towarów przemysłowych, którymi handlują oba te regiony. Badania 

background image

79

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

pokazują, że tu sytuacja nie zmieniła się zbytnio na korzyść krajów roz-
wijających się w ciągu ostatnich 30 lat

14

, choć jednocześnie negatyw-

ny wpływ pewnego spadku terms of trade jest kompensowany wzro-
stem eksportu dóbr przemysłowych na rynki krajów rozwiniętych. 

W rezultacie z wyłuszczonych wyżej powodów w latach 60. XX 

wie ku ogromną popularność uzyskała tzw. szkoła zależności, rozwi-
jana w kręgu ekonomistów latynoamerykańskich (choć mająca także 
wielu reprezentantów poza tym obszarem). Dla przedstawicieli tej 
szkoły, tzw. dependystów, integracja z gospodarką światową nie była 
krokiem w kierunku modernizacji, ale, wprost przeciwnie, utrwalała 
jedynie i pogłębiała zacofanie. Choć proces dekolonizacji następują-
cy po II wojnie światowej początkowo budził wielkie nadzieje, to jed-
nak, zdaniem A. Hoogvelt, dość szybko okazało się, że mocarstwom 
kolonialnym – mimo utraty formalnej, politycznej kontroli nad te-
rytoriami swych byłych posiadłości – udało się utrzymać kontrolę 
ekonomiczną. Najlepsze tereny uprawne i rolne przechwycili daw-
ni zagraniczni właściciele, zagraniczny kapitał zagwarantował sobie 
długoterminowe koncesje na wydobycie i eksploatację bogactw na-
turalnych, a główne kanały handlowe byłych kolonii ze światem ze-
wnętrznym opanowały wielkie korporacje międzynarodowe

 15

. Post-

kolonialny, zapóźniony cywilizacyjnie i ekonomicznie obszar niemal 
całej Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej stał się częścią światowego 
systemu kapitalistycznego jako podporządkowana i peryferyjna część 
tego świata. Dependyści przejęli – jako swoją – koncepcję świata jako 
systemu globalnego, w którym rolę sterującą odgrywa logika ekono-
miczna wysoko rozwiniętego centrum

16

. Peryferie są oczywiście po-

trzebne centrum, ale jako obszar ekonomicznej eksploatacji, źródło 
surowców i taniej siły roboczej oraz strefa, do której przesuwa się 
prostą i pracochłonną, brudną oraz energochłonną produkcję, a tak-
że jako rynek zbytu.

Problem polega na tym, że uczestniczenie w takim międzyna-

rodowym podziale pracy, w którym kraje peryferyjne dostarczają 
surowce i nisko przetworzone produkty, a wysoko rozwinięte za-

14 

J. Mayer, The Fallacy of Composition: A Review of the Literature, United Nations 

Conference on Trade and Development, Discussion Paper No. 166, February 2003. 

15 

A. Hoogvelt, Globalization and the Postcolonial World. The New Political Economy 

of Development, The John Hopkins University Press, Baltimore 2001, s. 30.

16 

A. Frank, The Development of Underdevelopment, [w:] J. Passe-Smith, Development 

and Underdevelopment. The Political Economy of Global Inequality, red. M. Seligson, 
Lynne Rienner Publishers, London 2008.

background image

80

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

chowują monopol na wysokie technologie, to utrwalanie własnego 
niedorozwoju. Niejednokrotnie cała struktura produkcji kraju słabo 
rozwiniętego jest podporządkowana dominującemu centrum. Z jed-
nej strony w krajach tych rozwija się sektor eksportowy o wyraźnie 
enklawowym charakterze, słabo zintegrowany z resztą gospodarki 
i pracujący wyłącznie na potrzeby odbiorców zewnętrznych. Jest to 
często przemysł wydobywczy lub wytwarzający produkty rolne i bar-
dzo wrażliwy na wszelkie wahania światowej koniunktury. Z drugiej 
strony część krajowej produkcji jest wytwarzana przez firmy z obcym 
kapitałem. Ich interesy często pozostają w kolizji z dążeniem do mo-
dernizacji zainteresowanych krajów, a struktura i rodzaj rozwijanej 
przez nie produkcji nie musi być zbieżna z potrzebami lokalnymi, jest 
bowiem podporządkowana globalnym interesom korporacji. 

Spory wokół roli korporacji transnarodowych od samego począt-

ku wywoływały ostrą dyskusję. W tej sprawie zarysowały się przy-
najmniej dwa stanowiska

17

. Jedno tradycyjnie odwołuje się do faktu, 

że kraje wchodzące późno na ścieżkę modernizacji mogą szybko ada-
ptować postęp techniczny, technologie, wiedzę i doświadczenie, któ-
rych nośnikami są korporacje transnarodowe. Wraz z obcym kapita-
łem i importem technologii przypływają nowe idee, know-how oraz 
nowe wartości pozwalające na szybszy wzrost gospodarczy i doga-
nianie krajów czołówki. Jest jednak i bardziej sceptyczny osąd sytua-
cji. Z punktu widzenia kraju przyjmującego priorytetem jest stopnio-
we opanowywanie nowoczesnych rodzajów produkcji. Korporacje 
międzynarodowe nie są tym raczej zainteresowane, gdyż powód ich 
obecności stanowią właśnie te warunki i ten rodzaj międzynarodo-
wego podziału pracy, które kraj przyjmujący chciałby zmienić. Taki 
charakter podziału pracy przypadający w udziale peryferiom oznacza 
również – zdaniem dependystów – nierówne warunki handlu pozwa-
lające na systematyczny transfer dochodów i nadwyżki ekonomicz-
nej od krajów biednych do bogatych. Mechanizm tego transferu jest 
prosty i wynika z możliwości przechwytywania renty technologicznej 
w rezultacie monopolu na wysokie technologie

18

. Peryferyjny cha-

rakter ekonomiki współwystępuje również ze szczególną strukturą 
społeczną krajów niedorozwiniętych. Wykształciła ona relatywnie 

17 

M. Herkenrath, V. Bornschier, Transnational Corporations in World Develop-

ment: Still the Same Harmful Effects in an Increasigly Globalized World Economy?, [w:] 
J. Passe-Smith, op. cit., s. 304–307.

18 

Por. A. Emmanuel, Unequal Exchange. A Study of Imperialism of Trade, „Monthly 

Review of Press”, London 1972.

background image

81

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

silne elity mocno powiązane interesami ekonomicznymi z krajami 
centrum. Interesy, mentalność i systemy wartości tych elit (burżua-
zja kompradorska) są imitacją interesów i stylu życia krajów zamoż-
nych. Ta struktura społeczna utrwala oraz blokuje zmiany społecz-
ne i ekonomiczne kolidujące z interesami uprzywilejowanych grup 
powiązanych z obcym kapitałem. Jak syntetycznie przedstawia to 
A. Hoog velt

19

: „istotą teorii zależności jest twierdzenie, że w rezulta-

cie penetracji przez kapitał kolonialny w krajach kolonialnych zostaje 
stworzona wypaczona struktura gospodarcza i społeczna, która stale 
reprodukuje ogólną stagnację ekonomiczną i skrajną pauperyzację 
mas”. Dodajmy, że zgodnie z referowanym tu punktem widzenia

20

 to 

dominacja obcego kapitału i kolonialne dziedzictwo zepchnęły obec-
ne kraje peryferyjne ze ścieżki rozwoju. Referując główne tezy szko-
ły, zwraca się uwagę, że „niedorozwój nie jest wcześniejszym stadium 
rozwoju; oba są historycznie równoczesnymi, funkcjonalnie powią-
zanymi stronami tego samego historycznego procesu rozwoju kapi-
talistycznego systemu światowego”

21

Wnioski, które wyciąga zwolennik szkoły zależności, są dwoja-

kie i bardzo daleko idące. Przede wszystkim absolutnie kluczowa jest 
konstatacja, iż zarówno źródła zacofania ekonomicznego, jak i me-
chanizmy je utrwalające mają zewnętrzny charakter. To neokolo-
nialna specyfika współczesnej światowej gospodarki, jej reguły gry 
i mechanizmy ustanawiane przez silnych i zasobnych są odpowie-
dzialne za niedorozwój i ubóstwo oraz zablokowane szanse postępu 
w znacznej części krajów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Bogactwo 
jednych jest ufundowane na ubóstwie innych. Dlatego współczesny, 
światowy podział pracy jest pułapką, w której szamocą się bezsilnie, 
bo bez większych perspektyw na sukces, słabsze gospodarki dostar-
czające bogatym i bardziej rozwiniętym – taniej siły roboczej, surow-
ców i miejsc do lokalizacji brudnej produkcji oraz podlegające bru-
talnej eksploatacji. Źródłem niedorozwoju nie są zatem wewnętrzne 
słabości poszczególnych krajów i społeczności, popełniane błędy, fa-
talna polityka gospodarcza itp., ale zewnętrzne reguły gry, ustalane 
przez metropolie wyznaczające każdemu „jego miejsce w szyku”. 

19 

A. Hoogvelt, op. cit., s. 38.

20 

A. Frank, op. cit.

21 

T. Evers, P. von Wogau, „Dependencia”: latynoamerykański wkład do teorii niedoro-

zwoju, [w:] Ameryka Łacińska. Dyskusja o rozwoju, red. R. Stemplowski, Czytelnik, 
Warszawa 1987, s. 325.

background image

82

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Praktyka pokazała, że niezależnie od tego, na ile prawdziwy jest 

taki opis sytuacji (a w części jest na pewno prawdziwy), to ta ide-
ologia często służyła do budowania fałszywego alibi dla polityków 
z krajów rozwijających się do tłumienia krytyki pod własnym adre-
sem, do zasłaniania się argumentem o kolonialnej przeszłości jako 
uniwersalnym wyjaśnieniem wszelkich porażek. Filozofia ta jedno-
cześnie rozgrzeszała i demobilizowała, ponieważ budowała fałszywe 
przekonanie, że wewnętrzny wysiłek prowadzący do przełamania 
zacofania będzie nieskuteczny. Ponadto analizy i badania procesów 
ekonomicznych skłaniały przynajmniej niektórych przedstawicie-
li szkoły zależności do zarekomendowania zainteresowanym kra-
jom polityki swoistego odłączenia się (de-link) od światowego ryn-
ku i światowej gospodarki

22

. Bez silnego własnego przemysłu kraje 

Trzeciego Świata są trwale skazane na bycie ofiarą międzynarodo-
wego handlu, a warunkiem zbudowania swojej solidnej bazy prze-
mysłowej jest uzyskanie względnej samowystarczalności i zastąpienia 
importowanych dóbr przemysłowych rodzimymi. Nowo rodzące się 
przemysły narodowe, raczkujące gałęzie wymagały ochrony, zaistnia-
ła więc oczywista potrzeba ustanowienia barier w dostępie do włas-
nego rynku. Zastosowana w Ameryce Łacińskiej strategia rozwoju 
zwana industrializacją poprzez substytucję importu (import substi-
tution industrialization ISI
) była realizacją takiego programu. Była 
ona zorientowana do wewnątrz, z aktywną rolą państwa promującą 
krajową wytwórczość i rodzimy przemysł oraz nakierowaną na zastą-
pienie importu z krajów rozwiniętych własnymi wyrobami. W tym 
celu państwo uruchamiało cały arsenał środków interwencji w posta-
ci wspierania i subsydiowania raczkujących gałęzi przemysłu, ustana-
wiania kwot importowych i wysokich taryf celnych oraz prowadziło 
odpowiednią politykę kredytową i w dziedzinie stóp procentowych. 
Utrzymywało wreszcie silny sektor państwowych firm i banków, dla 
osiągnięcia swych celów wykorzystując narzędzia planowania cen-
tralnego. 

Większość ekonomistów uważa, że strategia ta poniosła fiasko. 

Opinia ta opiera się głównie na analizie doświadczeń krajów laty-
noskich. Rzeczywiście, główne kraje Ameryki Łacińskiej realizujące 
co najmniej od początku lat 60. politykę substytucji importu zosta-
ły w latach 80. XX wieku dotknięte głębokim kryzysem. Był on tak 
ostry, że całe to dziesięciolecie nazwano nawet „straconą dekadą”. 

22 

Taką ideę wprost sformułował niemiecki ekonomista Andre Gunder Frank. 

background image

83

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

Regionalny PKB per capita gwałtownie załamał się i to w takim stop-
niu, że w połowie lat 80. nie przekroczył jeszcze poziomu sprzed 
10 lat. Spadały płace, a bezrobocie silnie rosło. Eksplodowała in-
flacja – zwłaszcza w Boliwii, Argentynie i Brazylii

23

. To oczywiście 

zdyskredytowało całą dotychczasową politykę gospodarczą jako nie-
skuteczną i błędną. Niemniej jeśli popatrzymy na efekty tej polityki, 
porównując ją z późniejszą alternatywą, to oceny muszą być bardziej 
umiarkowane. 

Późny triumf teorii modernizacji i kolejne 
niepowodzenie („konsensus waszyngtoński”)

Kiedy nastąpił krach polityki wspierającej substytucję importu, na 
scenie politycznej pojawiła się ponownie teoria modernizacji jako 
program, tym razem w nowym wcieleniu, w postaci koncepcji „kon-
sensusu waszyngtońskiego”. Wdrożenie tej nowej/starej idei uła-
twiały dwa czynniki. Jeden to wspomniane uprzednio głębokie roz-
czarowanie dotychczasową polityką, która nie tylko nie przyniosła 
obiecanych efektów modernizacyjnych czy pożądanego awansu cy-
wilizacyjnego i dochodowego, ale też okazała się „ślepą uliczką” 
i w końcu zaowocowała kryzysem. Drugim sprzyjającym czynnikiem 
był nowy klimat ideologiczny i polityczny w świecie, w którym pa-
nowały już silne idee neoliberalne. Warto przypomnieć, że lata 80. to 
czasy rządów R. Reagana w USA i M. Thatcher w Wielkiej Brytanii. 
Zwyciężali oni w wyborach na fali krytyki idei welfare state – nad-
miernie aktywnej roli państwa – głosząc hasła prymatu rynku i swo-
body działalności gospodarczej. Jednocześnie, o czym niżej, atrak-
cyjność ustrojowa krajów o gospodarce centralnie planowanej, które 
same przeżywały już wówczas poważny kryzys, w praktyce zanikła. 
W tych warunkach na rynku idei nie było poważnego kontrkandyda-
ta, a w każdym razie akceptacja dla liberalizmu wydawała się pomy-
słem wartym wypróbowania. 

Zasadniczo koncepcja „konsensusu waszyngtońskiego” zrodziła 

się gdzieś w początkach lat 80. w środowisku MFW i Banku Świa-

23 

Inflacja w Argentynie w pierwszej połowie 1985 roku przekraczała 2000% rocznie, 

natomiast w Brazylii w latach 1988–1990 ponad 1000%. Boliwijska inflacja była jeszcze 
wyższa. 

background image

84

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

towego jako projekt i program modernizacyjny dla krajów rozwija-
jących się. Program ten zawierał trzy podstawowe elementy: (1) sta-
bilizację makroekonomiczną dzięki kontroli deficytów budżetowych 
i inflacji, czyli postulat prowadzenia możliwie restrykcyjnej polityki 
fiskalnej i monetarnej, (2) ideę otwarcia gospodarki na zagranicę po-
przez liberalizację handlu i swobodę przepływu kapitału, (3) ogra-
niczenie roli państwa w gospodarce poprzez możliwie szeroki plan 
prywatyzacji i deregulacji systemu ekonomicznego. Przez mniej wię-
cej 20 lat koncept ten był traktowany przez międzynarodowe insty-
tucje jako główna recepta na rozwój. Czy przyniósł on oczekiwany 
sukces? 

Brzmi to nieco paradoksalnie, ale kraje latynoamerykańskie, 

które okazały się najbardziej pilnymi uczniami nowej idei moder-
nizacji i z pełnym zaangażowaniem wdrażały zalecenia „konsensu-
su waszyngtońskiego” (np. Argentyna), nie odnotowały szczegól-
nych osiągnięć. Kraje kontynentu południowoamerykańskiego po 
1990 roku pod rządami „konsensusu waszyngtońskiego”

 

rozwijały 

się nawet relatywnie wolniej

24

 niż w poprzednich okresach, pomija-

jąc oczywiście „straconą dekadę”. Pewna poprawa nastąpiła dopiero 
po 2000 roku, kiedy kraje te odeszły od zaleceń MFW. Te państwa 
z kolei, które są uważane za przypadki sukcesu ekonomicznego, np. 
„azjatyckie tygrysy” czy nieco później Chiny, odżegnywały się od wy-
żej wymienionych zaleceń i wiele wskazuje na to, że właśnie dlatego 
notowały stały i spektakularny postęp. Dziś cała koncepcja „konsen-
susu waszyngtońskiego” nie jest już modna i pewnie niewielu ekono-
mistów jest gotowych jej bronić

25

. Zarówno przyczyny popularności, 

jak i źródła niepowodzenia tego projektu są jednak pouczające i war-
te analizy. Przekonanie o pełnej efektywności i sprawności rynków 
oraz ignorowanie ich defektów, choć nieprawdziwe, skłania do pro-
pagowania i realizacji polityki gospodarczej, która leży w interesie 
silnych ekonomicznie podmiotów. Z tej perspektywy nie dziwi, że 
każdorazowo – gdy tylko jest to możliwe politycznie – kraje rozwi-
nięte i związane z nimi organizacje międzynarodowe reklamują i na-
rzucają taką politykę – pozostałym. Dla słabych gospodarek postu-
lat pełnego otwarcia gospodarki i pełnej liberalizacji handlu jest, jak 
wcześniej pokazywaliśmy, wystawieniem takiej bezbronnej gospodar-

24 

Wyjątkiem było Chile.

25 

W literaturze ekonomicznej określa się ją obecnie jako damaged brand, czyli markę, 

która utraciła wartość. 

background image

85

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

ki na presję konkurencji zagranicznej, której często nie jest ona w sta-
nie sprostać. Inne zalecenia „konsensusu waszyngtońskiego” z kolei 
mają taki skutek, że redukują zasadniczo rolę państwa w gospodar-
ce. Rachuby, iż żywiołowe procesy rynkowe same załatwią problemy 
niedorozwoju, wydają się mało realistyczne. 

Przyjrzyjmy się np., jak przebiegały procesy transformacji w kra-

jach postsocjalistycznych. Przykład jest o tyle dobry, iż były to – 
w fazie startu do transformacji – kraje o średnim poziomie rozwo-
ju ekonomicznego, a więc lepiej przygotowane do przyjęcia zaleceń 
„konsensusu waszyngtońskiego”. Procesy prywatyzacyjne przebiega-
ły w tych krajach w ramach dwóch scenariuszy. Pierwszy, obejmują-
cy także Polskę, polegał na tym, że kluczowe gałęzie, np. w polskiej 
gospodarce m.in. przemysł i sektor finansowy, zostały w znacznej 
części przejęte przez obcy kapitał. Polski kapitał prywatny, z nielicz-
nymi wyjątkami, to jedynie kapitał drobny i średni. Tak jest rów-
nież we wszystkich krajach Europy Wschodniej należących dziś do 
Unii Europejskiej. Drugi schemat prywatyzacji (obejmuje np. takie 
kraje, jak Ukraina i Rosja) to prywatyzacja oligarchiczna. Tam nie 
dopuszczono obcego kapitału do udziału w prywatyzacji, a więc do 
sprywatyzowania majątku państwowego doszło w wyniku masowej 
grabieży własności państwa, dokonanej przez znakomicie ulokowane 
w strukturach politycznych i gospodarczych grupy interesów, także 
przestępcze i mafijne. Który z tych scenariuszy jest realizacją pro-
gramu modernizacji gospodarki narodowej? Na szczęście peryferyjne 
kraje ze Wschodniej Europy są częścią Unii i dzięki temu uczestniczą 
w procesach rozwoju i modernizacji. 

Jednocześnie idea „konsensusu waszyngtońskiego” zawierała 

wiele racjonalnych postulatów. Zalecenie, by prowadzić rozsądną 
politykę ekonomiczną i nie dopuszczać do powstawania wielkich de-
ficytów budżetowych i szalejącej inflacji, co było stałą przypadło-
ścią krajów Ameryki Łacińskiej w latach 70. i 80., nie budzi żadnych 
zastrzeżeń. Żaden program unowocześnienia i rozwoju nie powie-
dzie się, kiedy brakuje elementarnej równowagi w gospodarce, kiedy 
chwieje się budżet i załamuje bilans płatniczy, podobnie gdy reko-
menduje się odejście od autarkii ekonomicznej. Dlatego w dzisiejszej 
ocenie bylibyśmy skłonni jako główną wadę „konsensusu waszyng-
tońskiego” akcentować raczej pewien charakterystyczny dlań funda-
mentalizm rynkowy i jednostronność zaleceń, zwłaszcza na tle pozy-
tywnych doświadczeń strategii krajów azjatyckich. 

background image

86

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Trzecie fiasko – gospodarka centralnie 
planowana

Mimo początkowych sukcesów gospodarka centralnie planowana za-
wiodła jako model rozwojowy. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie 
nie ma jedynie wartości historycznej, pozwala bowiem lepiej rozu-
mieć, jakie są recepty na sukces gospodarczy, a jakich rozwiązań insty-
tucjonalnych należy raczej unikać. Gospodarka centralnie planowana 
ma jedną, niezwykle istotną zaletę, a mianowicie ogromną zdolność 
do mobilizowania, koncentracji i wykorzystania zasobów na wyzna-
czonym odcinku. To funkcjonuje trochę jak na wojnie, kiedy atak na 
całym szerokim froncie nie zapewnia warunków przełamania oporu, 
podczas gdy skupienie wysiłków na wybranym punkcie, rzucenie tam 
dużych sił ściągniętych z innych miejsc, pozwala na osiągnięcie stra-
tegicznego sukcesu, zwycięstwa. Państwowa forma własności pozwa-
la właśnie na takie efektywne przejmowanie nadwyżki ekonomicz-
nej wytworzonej w poszczególnych przedsiębiorstwach, centralizację 
tych środków i kierowanie ich na te cele inwestycyjne, które są uwa-
żane za strategiczne z punktu widzenia całej gospodarki. W klasycz-
nej gospodarce rynkowej, w której decyzje inwestycyjne są podejmo-
wane w sposób zdecentralizowany, rozproszony – czyli podejmują je 
indywidualne podmioty – istnieje często sytuacja niedoinwestowa-
nia. Z jednej strony w obszarze inwestycji ujawnia się z całą mocą de-
fekt koordynacji (znany nam już problem wielkiego pchnięcia, czyli 
big push), kiedy inwestorzy, wzajemnie uwikłani w gry strategiczne, 
czekają na działania innych graczy – konkurentów i wstrzymują in-
westowanie. Z drugiej strony wspomniane rozproszenie decyzji nie 
gwarantuje optymalnej alokacji inwestycji, w decyzjach poszczegól-
nych firm dominuje bowiem rachunek krótkookresowy i niska skłon-
ność do ryzyka, a efekty zewnętrzne (zwłaszcza korzyści zewnętrzne) 
są z oczywistych powodów ignorowane. Te akurat zawodności ryn-
ków nie pojawiają się w planowaniu centralnym, a zatem gospodarki 
wschodnioeuropejskie cechowały się bardzo wysoką stopą akumu-
lacji, wysokim poziomem inwestowania w środki trwałe, nawet ze 
skłonnością do przeinwestowywania gospodarki. Stały problem kra-
jów niedorozwiniętych w postaci niedostatecznych inwestycji w ogó-
le nie pojawia się w gospodarkach zarządzanych centralnie. Jeśli zaś 
występuje jakiś problem z inwestycjami, to jest on raczej całkiem od-
mienny, tj. wynikający z nadmiaru skłonności do inwestowania. 

background image

87

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

Choć ze skalą inwestowania nie ma problemu, to piętą achilleso-

wą omawianych gospodarek była niska efektywność gospodarowania. 
Istniało kilka, systemowo uwarunkowanych przyczyn niskiej efektyw-
ności modelu centralistyczno-nakazowego. W gospodarce socjalistycz-
nej państwowe przedsiębiorstwa funkcjonują w warunkach miękkich 
ograniczeń budżetowych, tj. nie są zmuszone do samofinansowania 
swej działalności bieżącej i rozwojowej, ale niemal zawsze mogą liczyć 
na dopływ środków z zewnątrz, z budżetu państwa. Z jednej strony 
przedsiębiorstwa wiedziały, że ich bieżące funkcjonowanie i perspek-
tywy rozwojowe pozostają jedynie w luźnym związku z rozmiarami 
wypracowywanych przez nie środków, co nieuchronnie prowadziło do 
stopniowego rozmontowywania mechanizmów efektywnościowych 
na poziomie mikro. Z drugiej jednak miękkie ograniczenia budże-
towe, czyli brak obaw o wystąpienie deficytu środków finansowych, 
wywoływały niemal nieograniczony popyt na czynniki produkcji, ta-
kie jak surowce, pracę i kapitał. Wzrost produkcji realizowany bez 
względu na koszty wytwarzania prowadzi do marnotrawnego zużywa-
nia surowców i wysokiej materiałochłonności. Jednocześnie wskutek 
nadmiernego popytu pojawia się głęboka nierównowaga na rynkach 
surowcowych i presja na dalszy wzrost podaży surowców. Ta presja 
ma nawet pozorne uzasadnienie w postaci istniejących niedoborów. 
W rezultacie uruchamiane są kapitałochłonne inwestycje o długich 
cyklach realizacyjnych, nastawione na rozbudowę przemysłu ciężkie-
go i surowcowego (tzw. działu I). Jednak rozwój tych przemysłów 
dodatkowo obciąża i tak już napięte bilanse surowcowe. Czynniki 
odpowiedzialne za wysoką materiałochłonność produkcji wywołują 
efekt strukturalny polegający na utrwaleniu się, a nawet wzmocnieniu 
niekorzystnych proporcji rozwojowych, z dominacją kompleksu su-
rowcowo-energetycznego. Czynnikiem dodatkowym, prowadzącym 
do hipertrofii działu I, jest oddolna presja inwestycyjna. Ponieważ 
popyt inwestycyjny firm także nie napotyka – ze względu na miękkie 
ograniczenia – hamulca pieniężnego, wytwarza to nacisk na wzrost 
produkcji dóbr inwestycyjnych, przy których wytwarzaniu znów zu-
żywa się znaczne ilości surowców i energii. Pogłębia to nierównowagę 
w sferze zaopatrzenia, co tworzy nowe uzasadnienia wzrostu produkcji 
surowców itd. Niezależnie więc od wielkości produkcji na cele zaopa-
trzeniowe niedobory wciąż się odtwarzają.

Wspominana wyżej presja inwestycyjna rozwija się w sposób słabo 

kontrolowany i doprowadza cyklicznie do przeinwestowania gospo-
darki, a więc do głębokich zaburzeń w równowadze ekonomicznej. 

background image

88

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Zmusza to na ogół centrum decyzyjne do poważnego przegrupowa-
nia środków, co zawsze wiąże się z dużymi stratami. Znaczne środki 
zostają bezpowrotnie zmarnowane wskutek zaniechania kontynuacji 
wielu inwestycji. Wiele zadań inwestycyjnych w ogóle nie osiąga etapu, 
w którym można by zebrać korzyści, a jeśli nawet ich realizacja zostanie 
po jakimś czasie podjęta na nowo, okazują się one już technologicznie 
przestarzałe. Straty wywołane załamaniem równowagi gospodarczej 
wskutek przeinwestowania stanowią, obok efektu strukturalnego, dru-
gi istotny czynnik obniżający sprawność systemu centralistyczno-na-
kazowego. 

Sposób, w jaki realizowano uprzemysłowienie, preferujący przede 

wszystkim ekspansję przemysłu ciężkiego i gałęzi surowcowych, do-
prowadził do uformowania się potężnych grup interesów związanych 
z tymi gałęziami przemysłu. Grupy te podjęły stopniowo coraz sku-
teczniejszą grę z centrum, której stawką było narzucenie warunków 
własnej ekspansji jako normy ogólnospołecznej. Logika systemu biu-
rokratycznego, w której kryteria ekonomiczne są zastępowane słabo 
sprecyzowanymi kryteriami politycznymi, szeroko otwiera pole arbi-
tralnym decyzjom gospodarczym. W tych warunkach gałęziowe grupy 
nacisku zdolne były bez większych trudności podporządkować swym 
interesom rozwój całej gospodarki. Celem gospodarowania jest nadal 
wzrost, choć coraz bardziej zdeformowany, destabilizujący równowa-
gę gospodarczą i generujący sytuacje kryzysowe, m.in. wskutek zablo-
kowania mechanizmów umożliwiających restrukturyzację gospodarki. 

Istnieje wreszcie kwestia rosnącego stopnia uspołecznienia pro-

dukcji. Wysoki poziom uspołecznienia produkcji oznacza silne zin-
tegrowanie gospodarki, wysoki stopień współzależności między jej 
poszczególnymi segmentami oraz znaczną wrażliwość systemu także 
na lokalne zaburzenia, które – przenosząc się wzdłuż dość sztyw-
nych powiązań technologicznych między przedsiębiorstwami – mogą 
doprowadzić nawet do zaburzeń globalnych. W przypadku niskiego 
poziomu uspołecznienia produkcji pojawiające się zakłócenia są na 
ogół skutecznie amortyzowane, jako że wiele segmentów gospodarki 
działa wówczas względnie autonomicznie. Wysokie uspołecznienie 
produkcji stawia natomiast niezwykle ostre wymagania przed sys-
temem scentralizowanym, przede wszystkim w dziedzinie przetwa-
rzania informacji. Jeśli nawet małe błędy w decyzjach mogą w wy-
niku skomplikowanych sprzężeń międzypodmiotowych wywoływać 
poważne skutki ogólnogospodarcze, to na dobrą sprawę decyden-
ci powinni wszystko wiedzieć i wszystko przewidzieć. Oczywiście 

background image

89

3. Strategie rozwoju – potrójne fiasko 

jest to niewykonalne, a więc błędy są nieuchronne. W początkowym 
okresie funkcjonowania systemu scentralizowanego – gdy struktura 
gospodarki była stosunkowo nieskomplikowana i istniały słabe po-
wiązania technologiczne między przedsiębiorstwami – możliwe było 
sterowanie selektywne przez oddziaływanie jedynie na główne pro-
cesy. Takim zadaniom informacyjnym system mógł jeszcze sprostać

26

Oczywiście i ten sposób sterowania nie był bezbłędny, w gospodar-
ce pojawiały się napięcia, ale jednak – na dającym się tolerować po-
ziomie. Gdy międzypodmiotowe współzależności skomplikowały się 
i wzmocniły, centrum oraz inne ośrodki decyzyjne okazały się nie-
zdolne do utrzymania gospodarki na zrównoważonej ścieżce wzro-
stu, a system scentralizowany niefunkcjonalny ze względu na sposób 
pełnienia funkcji koordynatora procesów rozwojowych. 

Widać zatem, jaka jest tajemnica początkowych sukcesów i póź-

niejszej porażki gospodarek centralnie planowanych. W pierwszym 
okresie, kiedy gospodarka ta jest prosta i ekonomicznie słabo rozwi-
nięta, centralne podejmowanie decyzji okazuje się nadzwyczaj efek-
tywne. Kierunki inwestowania w takiej gospodarce są dość oczywiste, 
błędy możliwe, ale niezbyt dotkliwe. Jednocześnie duża skłonność 
tej gospodarki do inwestowania tworzy warunki do szybkiego wzro-
stu ekonomicznego. Stopniowo jednak efektywność inwestycji spada 
i centralny planista znajduje się w pułapce. By podtrzymać wyso-
kie tempo wzrostu, jest zmuszony z okresu na okres podnosić udział 
inwestycji w dochodzie narodowym, co dokonuje się kosztem kon-
sumpcji i napotyka rosnący opór społeczny. Jeśli zaś centrum nie jest 
gotowe podnosić stopy inwestycji, to rosnące koszty rozwoju prę-
dzej czy później zahamują wzrost ekonomiczny. Ten ostatni scena-
riusz zresztą ostatecznie się zmaterializował w praktyce w postaci 
spadającej dynamiki wzrostowej zarówno gospodarki radzieckiej, jak 
i gospodarek wschodnioeuropejskich, co było już wyraźnie widoczne 
w ostatnim okresie tego systemu. Porażka tego modelu została osta-
tecznie przypieczętowana ponad 20 lat temu (przełom lat 80. i 90. 
XX wieku), kiedy kraje te odrzuciły nieefektywny system, przyjmu-
jąc w pełni rozwiązania kapitalizmu rynkowego. 

26 

W swoim czasie autor tej książki zapytał prof. Czesława Bobrowskiego, pierwszego 

prezesa Centralnego Urzędu Planowania w latach 1945–1948, czy po zakończeniu woj-
ny wiedział, co należało wówczas robić w gospodarce w pierwszej kolejności, jakie za-
dania realizować. Bobrowski odpowiedział, że nie miał żadnych wątpliwości: najpierw 
należało odbudowywać transport. Wtedy był to jasny priorytet. 

background image

Rozdział 4

Globalizacja na horyzoncie 

Mniej więcej do końca lat 80. XX wieku nie było wątpliwości, że 
rozpiętości dochodowe w świecie rosną. Bogaci stawali się coraz bo-
gatsi, a biedni – biedniejsi. Kiedy miało się przywilej bycia obywate-
lem któregoś z rozwiniętych krajów Europy czy Ameryki Północnej, 
to można było mieć niemal pewność, że standard życia będzie rósł 
szybciej niż mniej szczęśliwych mieszkańców np. Afryki bądź Azji. 
W ostatnich trzech dekadach to się zmieniło. Jak widać z wykresu 
zamieszczonego obok, już w latach 80. zarysowała się pewna kon-
wergencja między krajami. Już wtedy tempo wzrostu krajów rozwi-
jających się nieznacznie, ale wyraźnie przewyższało tempo wzrostu 
gospodarek państw rozwiniętych. Ta różnica na korzyść krajów roz-
wijających się zwiększyła się w latach 90., a nożyce dynamik roz-
warły się wręcz dramatycznie w ostatnim dziesięcioleciu. Świato-
wa gospodarka przyspieszyła wówczas do ok. 3,6% średniorocznie, 
kraje rozwinięte zwolniły do mizernej dynamiki 1,7%, podczas gdy 
gospodarki krajów rozwijających się osiągały średnioroczne tempo 
wzrostu PKB 6,1%, a najszybciej rozwijające się gospodarki azjatyc-
kie nawet 8,2%. Trzeba jasno powiedzieć, że jest to całkowicie nowa 
sytuacja w światowej gospodarce. Jak pokazano wcześniej, po rewo-
lucji przemysłowej stale i systematycznie rosły rozpiętości dochodo-
we i majątkowe, świat się różnicował pod względem stopy życiowej 
mieszkańców i powstawał dwubiegunowy układ Północ–Południe. 
Po raz pierwszy od 200 lat trend ten wydaje się odwracać i pojawia-
ją się tendencje do powolnego zbliżania się poziomów rozwoju mię-
dzy Północą a Południem. Ocena, że jest to trwała tendencja, byłaby 
jednak przedwczesna, mimo że okres 30 lat wydaje się relatywnie 
długi. Historia zna przypadki, gdy po długim okresie przyspieszenia 
następowała stagnacja

27

, warto więc zachować ostrożność w formu-

27 

To np. losy krajów z gospodarką centralnie planowaną. 

background image

91

4. Globalizacja na horyzoncie 

łowaniu kategorycznych sądów. Niemniej ta historyczna zmiana jest 
zdumiewająca i zagadkowa, i z pewnością warto pokusić się o odsło-
nięcie jej przyczyn.

Ilustracja 4.1. Zmiana sytuacji geopolitycznej: kraje rozwijające się zmniejszają 
dystans 

W 1995 roku P. Krugman i A. Venables zaproponowali bardzo 

prosty schemat wyjaśniający tę nową tendencję

28

, w którym kluczo-

wym parametrem były spadające koszty transportu globalizującej się 
gospodarki. Ich zdaniem ewolucja gospodarki światowej winna być 
postrzegana jako proces przebiegający w trzech etapach. Kiedy kosz-
ty transportu są bardzo wysokie, poszczególne gospodarki lokalne 
są od siebie kompletnie odizolowane, gdyż wymiana handlowa mię-
dzy nimi nie jest opłacalna. To, oczywiście, pewne uproszczenie, bo 
na ogół zawsze znajdują się jakieś szczególnie cenne dobra, który-

28 

P. Kruman, A. Venables, Globalization and the Inequality of Nations, NBER Work-

ing Paper 1985, No. 5098.





















LATA

LATA

)

iREDNIOROCZNE

yWIAT

KRAJE

ROZWIJAJ–CE

ROZWIJAJ–CA

background image

92

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

mi opłaca się handlować mimo dużego dystansu i kosztów, ale to są 
wyjątki nienaruszające ogólnej tendencji. W rezultacie poszczególne 
gospodarki są – z konieczności – samowystarczalne, a konsumpcja 
jest wyznaczana przez lokalną produkcję. Nie ma warunków ani do 
szczególnie szybkiego rozwoju technologicznego poszczególnych go-
spodarek, ani też do różnicowania się dochodów między tymi izo-
lowanymi społecznościami. Kiedy jednak koszty transportu spadają 
poniżej pewnego krytycznego poziomu, wtedy odległości geograficz-
ne pomiędzy gospodarkami przestają być barierą ekonomiczną i po-
jawiają się warunki do ożywionej wymiany handlowej. To radykal-
nie zmienia sytuację. W poszczególnych gospodarkach znajdują się 
gałęzie i sektory cechujące się zarówno stałymi (lub malejącymi), jak 
i rosnącymi przychodami względem skali. Ten pierwszy przypadek to 
np. rolnictwo i przemysły surowcowe, ten drugi – to przemysł. Właś-
nie przemysł jako obszar korzyści skali jest tu kluczowym czynnikiem 
różnicującym. Na początku, z przyczyn zupełnie przypadkowych 
czy losowych, niektóre rejony (gospodarki) mają większą produk-
cję przemysłową niż inne. Tymi przyczynami mogą być korzystniej-
sze warunki klimatyczne do osiedlania się, lokalizacja czy istniejące 
w pobliżu zasoby naturalne i surowcowe. Większa produkcja prze-
mysłowa oznacza jednak w przypadku korzyści skali niższe jednost-
kowe koszty wytwarzania i większą konkurencyjność produkcji. Ta 
przypadkowa przewaga zaczyna się stopniowo wzmacniać i potęgo-
wać, ponieważ konkurencyjna produkcja może być – przy odpowied-
nio niskich kosztach transportowania – eksportowana i znajduje ze-
wnętrzne rynki zbytu. Im bardziej zaś rośnie produkcja i im większy 
jest rynek sprzedaży, tym bardziej wzrasta efektywność wytwarzania 
w wyniku uruchamiających się korzyści skali. Jak wiemy, duże ryn-
ki są sprawniejsze, gdyż koszty komunikowania i wymiany informa-
cji są niższe, spadają koszty (więc i ceny) pozyskania półproduktów 
i materiałów do produkcji oraz można łatwiej i taniej zdobywać rynki 
zbytu. Na dużych rynkach są do dyspozycji znaczne zasoby wykwa-
lifikowanej siły roboczej, tylko w takich bowiem warunkach opła-
calne jest inwestowanie w wyspecjalizowany kapitał ludzki. W tych 
sprzyjających okolicznościach koncentracja ludzi i aktywności pro-
dukcyjnej zasysa z otoczenia dalsze zasoby materialne i ludzkie i na 
zasadzie kuli śniegowej podtrzymuje oraz wzmacnia proces kumulo-
wania się przewag. W wymiarze globalnym prowadzi to do polaryza-
cji przestrzeni ekonomicznej, w której jedne regiony stale rozszerzają 
i unowocześniają produkcję przemysłową, podczas gdy inne są z niej 

background image

93

4. Globalizacja na horyzoncie 

wypierane i pozostaje im tylko tradycyjna produkcja rolna. Tak for-
muje się podział świata na przemysłowe, wysoko rozwinięte techno-
logicznie centrum (Północ) i na zdezindustrializowane w dużym stop-
niu Południe, czyli rolnicze peryferia. Ten proces ma jednak dalsze 
konsekwencje. Na dużych rynkach Północy przy wysokiej produkcji 
przemysłowej rośnie popyt na (kwalifikowaną) pracę, co stopniowo 
podnosi poziom płac w stosunku do gospodarek peryferii, w których 
popyt na pracę jest niski i spada wobec zwijającej się systematycznie 
produkcji przemysłowej. Tym samym najpierw powstają, a potem po-
głębiają się dysproporcje płacowe i dochodowe pomiędzy regiona-
mi. Gospodarka światowa wkracza w etap drugi, kiedy procesy dy-
wergencji i różnicowania dominują, ale dalsze obniżanie się kosztów 
transportu ponownie zmienia sytuację. Przy bardzo niskim koszcie 
pokonywania dystansu geograficznego lokalizacja produkcji przesta-
je odgrywać taką rolę jak dotychczas. Zróbmy pewien eksperyment 
myślowy i załóżmy przez moment, że koszt transportu spada do zera. 
Co wówczas się dzieje? Otóż wtedy lokalizacja produkcji przemy-
słowej w ogóle nie ma znaczenia, a liczą się zupełnie inne czynniki, 
przede wszystkim poziom płac. To wielki atut dotychczasowych pe-
ryferii, na których płace są niskie. Przy niskich kosztach transportu 
może się opłacać przenosić produkcję (w pierwszej kolejności tę pra-
cochłonną) do krajów o taniej sile roboczej. Równocześnie rośnie 
opłacalność własnej produkcji przemysłowej peryferii, eksportowa-
nej do krajów centrum. Dotychczasowe tendencje zatem się odwra-
cają: dynamika wzrostu gospodarczego krajów Południa przyspiesza, 
zatrudnienie i dochody tam wzrastają, a rozpiętości w poziomie roz-
woju zaczynają się zmniejszać. Gospodarka wchodzi w trzeci, obecny 
etap konwergencji. Zgodnie z logiką tego wywodu ewolucja stopnia 
polaryzacji światowej gospodarki może być przedstawiona w kształ-
cie odwróconej litery U, tak jak na ilustracji obok. 

Spróbujmy pokazać w prosty, modelowy sposób rozumowanie 

P. Krugmana i A. Venablesa. Załóżmy, że rozpatrujemy dwie gospo-
darki: rozwiniętą Północ (N) i zacofane Południe (S). Przyjmijmy, że 
kapitał jest mobilny oraz istnieje swoboda przepływu towarów, praca 
natomiast nie jest mobilnym czynnikiem produkcji. Niech technolo-
gie produkcji będą dostępne bezpłatnie w obu krajach, choć robotni-
cy w S mogą mieć niższe kwalifikacje niż w N. Załóżmy również, że 
jakość produkcji jest identyczna bez względu na miejsce wytwarza-
nia, ale wydajność pracowników S może być niższa, a pracochłon-
ność wyższa niż w N. Dla dowolnego produktu X oznaczmy odpo-

background image

94

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wiednio pracochłonności związane z jego wytworzeniem jako f

i f

S

 

(zachodzi przy tym f

d f

S

), płace zaś w obu krajach jako w

N

 i w

S

Wówczas koszty zmienne produkcji X w obu gospodarkach wyniosą 
f

w

N 

oraz f

w

S

. Niech koszty transportu towaru między krajami 

S wyniosą t. W jakim przypadku opłaca się produkcja X w kraju 
zamiast w N? Oczywiście wtedy, gdy jest taniej, czyli gdy koszty pro-
dukcji w S i transportu do spełniają warunek

29

 

f

w

N

 

!

 

 

f

w

+ t,   to znaczy, gdy    

  

>

+

1

N

S

S

S

N

N

w

t

f

w

w f

f

    (4.1)

Ilustracja 4.2. Wpływ wielkości kosztów transportu na nierówności w gospodar-
ce światowej według Krugmana i Venablesa (na osi poziomej odłożono odwrot-
ność kosztów transportu 

t).

Warunek ten oznacza, że w gospodarce N nie opłaca się produko-

wać dobra X, ale taniej jest wyprodukować go w kraju S i przywieźć 
do N. Kiedy zachodzi wyżej zaprezentowana nierówność? Może się 

29 

Ignorujemy koszty stałe, bo zakładamy, że są identyczne i możemy je pominąć po 

obu stronach nierówności. 

3TOPIEÎ

T

background image

95

4. Globalizacja na horyzoncie 

to zdarzyć w czterech przypadkach: (1) kiedy rozziew między pła-
cami Północy i Południa jest bardzo duży (na korzyść wysokich płac 
kraju rozwiniętego), (2) kiedy koszty transportu t są bardzo niskie, 
(3) kiedy produkcja jest nadzwyczaj pracochłonna (duża wartość ), 
(4) kiedy wydajność pracy w S nie ustępuje zbytnio poziomowi wy-

dajności w kraju N (iloraz 

S

N

f

f

 możliwie niski, czyli bliski jedności). 

Wszystkie wyżej wymienione tendencje pojawiły się w kilku 

ostatnich dekadach XX wieku. Przed rewolucją przemysłową koszty 
transportu istotnie były bardzo wysokie, dlatego handel i wymiana 
towarów miały na ogół jedynie bardzo lokalny charakter. Jeden z au-
torów

30

 zwraca uwagę, że jeszcze w XVI-wiecznej Anglii ok. 80% 

eksportu tego kraju stanowiły tekstylia, a w imporcie tylko cztery po-
zycje miały znaczenie: wyroby tekstylne, drewno, wino i towary ko-
lonialne (przyprawy). Na zakup importowanych dóbr mogli pozwo-
lić sobie jedynie ludzie bardzo zamożni. W ciągu XIX wieku obniżka 
kosztów transportu była niezwykle spektakularna. P. Bairoch szacuje 
tę zmianę jako dziesięciokrotnie obniżającą jednostkowy koszt trans-
portu między 1800 a 1910 rokiem

31

. Ten proces oczywiście trwał da-

lej. Zdaniem innego specjalisty, D. Hummelsa, od połowy XX wieku 
koszt transportu lotniczego obniżył się ponad dziesięciokrotnie, tak-
że stawki frachtów morskich w tym czasie spadły, choć już w znacznie 
mniejszej skali

32

. D. Hummels wylicza ponadto, że postęp techniczny 

w transporcie, skutkujący skróceniem czasu przewozu towarów, był 
równoważny ponad 20-procentowej obniżce taryf celnych w drugiej 
połowie ubiegłego wieku. Jeszcze szybciej spadały koszty wymiany 
informacji. Jak notuje wspomniany wcześniej P. Bairoch, wymiana 
korespondencji między Indiami a Anglią w początkach XIX wieku 
zajmowała praktycznie dwa lata, a po uruchomieniu Kanału Sueskie-
go kilka miesięcy. Trudno to porównywać z czasami komunikacji za 
pośrednictwem telefonu i Internetu. 

Dodajmy jednocześnie, że jeśli koszt t będziemy traktować roz-

szerzająco jako pełne koszty handlu między Północą a Południem, to 
oprócz czystych kosztów transportu będą one obejmować także kosz-

30 

C. Cipolla, Before the Industrial Revolution, W.W. Norton, London 1994, s. 50. 

31 

P. Bairoch, Victoires et deboires. Histoire economique et social du monde du XVI 

siecle a nos jours, Editions Gallimard, Paris 1997.

32 

D. Hummels, Transportation Costs and International Trade in the Second Era of Glo-

balization, „Journal of Economic Perspectives” 2007, Vol. 21, No. 3.

background image

96

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ty związane z pokonywaniem barier celnych, barier pozataryfowych 
(różne narzędzia polityki handlowej, takie jak przepisy weterynaryj-
ne, fitosanitarne itp., stanowiące ograniczenie w dostępie do ryn-
ku), skutków ustanawiania kwot importowych i innych ograniczeń 
administracyjnych oraz koszty informacji, koszty związane z ryzy-
kiem kursowym itd. Tych pozostałych pozycji kosztowych nie należy 
lekceważyć. Według wiarygodnych ocen są one w handlu międzyna-
rodowym ponad dwukrotnie wyższe niż czyste koszty transportu

33

Zauważmy zatem, że po II wojnie światowej rozpoczął się proces sys-
tematycznego rozmontowywania barier celnych i stopniowa liberali-
zacja obrotów handlowych. W wyniku skomplikowanych negocjacji 
kraje uprzemysłowione zredukowały ostatecznie swoje cła z ok. 40% 
w 1950 roku do ok. 5% w 1995 roku

34

. Oba procesy – spadające 

koszty transportu i zmniejszanie się barier handlowych – przebiegały 
równolegle, zmniejszając dystans ekonomiczny między krajami. 

Na te zmiany polityczne i technologiczne nakładał się jedno-

cześnie proces rosnących różnic płacowo-dochodowych w układzie 
centrum – peryferie. Jak wynika z równania 4.1, kontynuowanie tej 
tendencji prędzej czy później skłoniłoby przemysł do odpłynięcia 
w kierunku krajów Południa. Początkowo dotyczyłoby to produk-
cji o wysokiej pracochłonności, co dodatkowo miałoby ten uboczny 
skutek, że musiałoby zaostrzać problemy z zatrudnieniem w obrę-
bie centrum. Z nierówności 4.1 wynika, że w praktyce może dzia-
łać jednak jeden czynnik przeciwdziałający konwergencji. Mogłoby 
to nastąpić w przypadku bardzo niskiej wydajności pracy w kraju S

Iloraz 

S

N

f

 

t 1 mierzy oddalenie strefy peryferyjnej od rozwiniętego 

centrum właśnie w języku efektywności pracy. Kiedy stosunek ten 
jest równy jedności, to wydajność obu stref jest taka sama. Im niż-
sza wydajność pracy w kraju S, tym większa wartość ilorazu i mniej 
prawdopodobny  outsourcing produkcji (nierówność 4.1 może być 
niespełniona w takiej sytuacji). Jednak także pod tym względem 
okres ostatnich kilku dekad przyniósł radykalne zmiany. Wiele kra-
jów Południa mocno zainwestowało we własne systemy edukacyj-
ne, co znacznie podniosło zasób kapitału ludzkiego, jakim dyspo-

33 

Por. J.E. Anderson, E. Wincoop, Trade Costs, „Journal of Economic Literature” 

2004, Vol. 42, No. 3.

34 

D.S. Jacks, K. Pendakur, Global Trade and the Maritime Transport Revolution

NBER Working Paper 2008, No. 14139.

background image

97

4. Globalizacja na horyzoncie 

nuje dziś ich siła robocza. Dobrze wyedukowani pracownicy krajów 
rozwijających się niewiele ustępują swym odpowiednikom z krajów 
rozwiniętych. Zarówno ich wydajność pracy, jak i jakość wykonywa-
nych zadań – przy tych samych technologiach – jest porównywalna 
ze standardem światowym. 

Nic jednak nie dzieje się automatycznie. Chociaż dziś proce-

sy konwergencji w układzie światowym są wyraźne, to jednak nie 
objęły przecież wszystkich krajów. Są także bardziej zaawansowani 
w marszu na tej drodze i jest wciąż wielu spóźnionych. Nadrabianie 
dystansu jest bowiem warunkowe i wymaga istotnych zmian insty-
tucjonalnych oraz bardzo przemyślanej strategii rozwojowej. W jaki 
sposób zacofany kraj ma pozyskać nowoczesną technologię? Skoro 
nie jest jej samodzielnym twórcą, to musi ją pozyskać z zewnątrz, 
a technologie są kosztowne i nie stanowią bynajmniej dobra publicz-
nego. Zasadniczo istnieją cztery drogi wejścia w posiadanie nowej 
technologii: (1) za pośrednictwem obcego kapitału, z którym one 
razem przybywają, (2) poprzez zakup gotowego know-how (licencji) 
lub import kwalifikowanej siły roboczej, która niesie z sobą odpo-
wiednią wiedzę technologiczną (3) naśladownictwo i imitację obcych 
rozwiązań, połączonych z uczeniem się i doskonaleniem przejętej 
technologii, (4) kradzież technologii. 

Wszystkie te drogi są w praktyce wykorzystywane przez kraje 

doganiające czołówkę, przy czym pierwsza z nich w ogóle nie roz-
wiązuje problemu budowania własnej, narodowej bazy przemysło-
wej. Import obcego kapitału i dokonujący się przy okazji transfer 
technologii może być jedynie uzupełnieniem rodzimych wysiłków na 
drodze do industrializacji. Przypływ obcego kapitału nigdy nie jest 
motywowany interesami rozwoju kraju przyjmującego, ale prywat-
nym rachunkiem ekonomicznym inwestującej korporacji. Stąd też 
nieuchronne są tu kolizje interesów, zwłaszcza wówczas, gdy obcy 
kapitał eksportuje brudne i groźne technologie, prowadzi rabunko-
wą gospodarkę zasobami naturalnymi, wymusza rozmontowanie czy 
rezygnację z istniejących systemów zabezpieczenia socjalnego itp. 
Często, jak wiemy, jest to inwestowanie w eksploatację surowców, 
w wyniku czego powstaje wyizolowana enklawa eksportowa, zanu-
rzona w obszarze tradycyjnej i nadal zacofanej gospodarki. Taka stre-
fa eksportowa może być bardzo słabo połączona z resztą gospodarki. 
Jeśli firmy położone w tym regionie niemal całą swą produkcję wy-
wożą za granicę, a większość niezbędnych zakupów pochodzi z im-
portu, nie pobudza to lokalnej przedsiębiorczości. Firmy zagraniczne 

background image

98

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nie zatrudniają na ogół zbyt dużej liczby miejscowej siły roboczej, 
ponieważ cała kadra o wysokich kwalifikacjach pochodzi z krajów 
macierzystych, a miejscowym są powierzane jedynie prace niewy-
magające kwalifikacji. Cała logika ekonomiczna takiego biznesu jest 
podporządkowana interesom zewnętrznym. Oczywiście błędem by-
łoby postrzeganie jedynie negatywów takiej sytuacji, kraj przyjmu-
jący bowiem także korzysta z dopływu obcego kapitału. W końcu 
godzi się przecież na inwestycje kapitału zagranicznego, a nawet za-
biega o nie. Można by powiedzieć, że interesy obu stron tym lepiej 
się uzupełniają, im bardziej rozwinięty jest kraj przyjmujący. Wtedy 
jego gospodarka jest już zdolna do wytwarzania wielu dóbr wyko-
rzystywanych przez obce firmy ulokowane na jego terytorium – i to 
nie tylko żywności, ale również półproduktów, maszyn czy urządzeń 
– a także dostarczania niezbędnych usług. Wówczas produkcja zagra-
nicznych firm rzeczywiście oddziałuje korzystnie na otoczenie, kreu-
je bowiem znaczny popyt na miejscowe towary i usługi oraz podnosi 
poziom technologiczny krajowej wytwórczości. Generuje także inne 
pozytywne efekty zewnętrzne, zatrudniając i szkoląc miejscową siłę 
roboczą. Kiedy ci pracownicy przenoszą się do krajowych firm, przy-
noszą z sobą dużo większą wiedzę technologiczną, umiejętności or-
ganizacyjne, nową kulturę produkcji i nowoczesne wzorce zachowań 
ekonomicznych. Niemniej nie jest to droga do budowania własnego 
sektora przemysłowego. 

W praktyce zatem kraje, które odniosły sukces ekonomiczny, po-

szły w kierunku selektywnej polityki przemysłowej połączonej z silną 
promocją eksportu. W literaturze anglosaskiej strategia ta nazywana 
jest export-led growth, czyli wzrost gospodarczy napędzany ekspor-
tem. Polityka przemysłowa jest tu konieczna, przedmiotem tego eks-
portu były bowiem głównie produkty przemysłu, zdolne do konku-
rowania z takimi samymi lub podobnymi produktami rozwiniętych 
przemysłowo krajów Zachodu. Trzeba było zatem stworzyć odpo-
wiedni potencjał wytwórczy. Aktywna polityka państwa w pozyski-
waniu technologii (przy niskiej ochronie cudzej własności intelektu-
alnej), ochrona raczkujących przemysłów (poprzez cła i liczne bariery 
pozataryfowe) oraz hojne subsydia eksportowe i kredyty miały stwo-
rzyć zarówno odpowiedni klimat, jak i przede wszystkim warunki 
ekonomiczne dla rozwoju młodego przemysłu narodowego

35

. Strate-

35 

Warto zwrócić uwagę na różnice między tą filozofią w polityce makroekonomicz-

nej, dominującą w wielu krajach azjatyckich, a tezą lansowaną w tym samym czasie 

background image

99

4. Globalizacja na horyzoncie 

gia forsowania eksportu była jednak kluczowa. Wszystkie dotychczas 
wypróbowane strategie rozwojowe dlatego właśnie poniosły fiasko, 
że zaniedbano ten podstawowy wymiar, którym jest zdolność go-
spodarki do eksportowania. Strategia substytucji importu także sta-
wiała na rozwój własnego przemysłu, także chroniła przed nadmier-
ną i niszczącą konkurencją słabe miejscowe firmy przemysłowe. Taki 
model rozwojowy jak ISI wydawał się racjonalny i pozornie pozwalał 
wyzwolić się z neokolonialnych zależności, a jednak przyniósł poraż-
kę, i to właśnie słabość sektora eksportowego okazała się głównym 
źródłem niepowodzeń tej strategii. 

Dlaczego strategia wzrostu napędzanego eksportem okazuje się 

tak korzystna? Po pierwsze, możliwe jest skorzystanie z efektu skali. 
Takie przemysły jak samochodowy, stalowy, stoczniowy czy zbroje-
niowy wymagają wielkiej skali wytwarzania, by produkcja była opła-
calna. Trzeba zdawać sobie sprawę, jak wielkie nakłady inwestycyjne 
trzeba ponieść początkowo w celu uruchomienia produkcji i w kon-
sekwencji, jak wysokie są wtedy koszty stałe. Te koszty wynikają tak-
że ze znacznych nakładów na projektowanie i przygotowanie nowej 
produkcji (np. w przypadku konstrukcji nowego modelu samocho-
du, czołgu czy statku handlowego). W rezultacie próg rentowności 
w tych gałęziach jest bardzo wysoki, co oznacza, że rentowne są tyl-
ko duże przedsiębiorstwa, a eksport pozwala na rozwinięcie wielko-
ści produkcji i sprzedaży dalece wykraczającej poza krajowy, lokalny 
popyt. Jeśli narodowy rynek jest płytki, co jest regułą w przypadku 
małych i średnich krajów, to taka produkcja przemysłowa może być 
w ogóle realizowana w sposób opłacalny tylko dzięki eksportowi. 
Wcześniej już wskazywano, jak wiele nowoczesnych gałęzi produk-
cji i przemysłu cechuje się korzyściami skali. Im bardziej tradycyjna 
branża, tym bardziej prawdopodobne, że efektów skali tam nie do-
strzeżemy, im nowocześniejsza – tym częściej pojawiają się korzyści 
wynikające z dużej skali wytwarzania. Poza przypadkiem wielkich 
gospodarek, takich jak Chiny czy Indie, pozostałe kraje rozwijające 
się muszą stawiać na eksport jako ujście dla własnej produkcji w no-
woczesnych gałęziach. Czy w warunkach małej gospodarki można 
rozwijać nowoczesne branże przemysłu, np. przemysł samochodowy, 
– bez eksportu? Tak, teoretycznie jest to możliwe, ale z reguły pro-
wadzi to do produkcji całkowicie nieopłacalnej i wymagającej stałego 

w Polsce w latach 90. (przez ówczesnego ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka), że 
najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej. 

background image

100

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

dotowania przez państwo. Firmy działające w takich warunkach, tj. 
przynoszące ustawiczne straty, nie są zdolne do modernizacji z uwagi 
na brak środków. Nie mają zdolności ani do rozwoju, ani do wdraża-
nia nowych produktów, a więc na ogół wytwarzają produkty przesta-
rzałe i o niskiej jakości. Poza tym ile takich branż można utrzymywać 
przy życiu, dotując je ze środków publicznych? Skąd państwo mia-
łoby czerpać środki na takie subsydiowanie? To jest możliwe jedynie 
na niewielką skalę i tylko w odniesieniu do wąskiej grupy wybranych 
sektorów, z jakichś powodów uznanych za strategiczne. Nie jest to 
oczywiście droga do modernizacji i uprzemysłowienia całej gospo-
darki.

Po drugie, silny sektor eksportowy ułatwia przełamywanie ba-

riery handlu zagranicznego, często najsilniejszego i najbardziej do-
tkliwego ograniczenia rozwojowego. Gospodarka zacofana ekono-
micznie musi wiele dóbr importować, ponieważ sama zwyczajnie ich 
nie wytwarza. Dotyczy to różnych, bardziej wyrafinowanych dóbr 
konsumpcyjnych, zwłaszcza nowoczesnych dóbr trwałego użyt-
ku, ale przede wszystkim dóbr inwestycyjnych, tj. maszyn i urzą-
dzeń produkcyjnych, środków transportu i łączności, technologii 
i wielu innych. Z praktycznego doświadczenia wiemy również, że 
znaczną część importu stanowią różne surowce i materiały, kompo-
nenty do produkcji czy np. części zamienne. Zakup tych wszystkich 
dóbr wymaga dewiz, które musi dostarczyć eksport. Jeśli zdolno-
ści eksportowe gospodarki są niskie, konieczna jest jakaś forma re-
glamentacji importu, by dostosować popyt na import do możliwo-
ści dewizowych gospodarki. Może to objąć wszystkie trzy rodzaje 
importu: konsumpcyjny, inwestycyjny i zaopatrzeniowy. Najmniej 
bolesne są ograniczenia w zakupie luksusowych dóbr konsumpcyj-
nych z importu, ale tylko w wymiarze ekonomicznym, politycznie 
bowiem taka reglamentacja uderza z reguły w interesy majętnych 
i bardzo wpływowych grup społecznych, miejscowych elit gospo-
darczych i politycznych, stanowiących często zaplecze i oparcie dla 
aktualnej ekipy rządzącej. Takie decyzje trudno się podejmuje. Zda-
rza się jednak nierzadko, że importowane są w dużej skali także do-
bra konsumpcyjne spożywane masowo, jak np. ryż. Wtedy również 
niezbyt prawdopodobne wydają się ograniczenia importowe w dzie-
dzinie żywności. Słabość sektora eksportowego jest jednak najsilniej 
odczuwana w obszarze inwestycji. Wzrost gospodarczy i ekspansja 
produkcyjna zależą od skali i tempa inwestowania. Bez przywozu 
maszyn i technologii oraz bez zakupu odpowiednich usług z zagra-

background image

101

4. Globalizacja na horyzoncie 

nicy procesy inwestowania zostają zahamowane. Niedorozwinię-
ty przemysł krajowy nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej po-
daży dóbr inwestycyjnych o wysokich parametrach jakościowych 
i technicznych. Często w ogóle nie wytwarza potrzebnych urządzeń. 
W takich warunkach – kiedy nie istnieją żadne krajowe substytuty 
importu – w razie konieczności wprowadzenia silnych restrykcji de-
wizowych cała gospodarka uderza w barierę handlu zagranicznego, 
barierę wywołaną niewydolnością eksportową. Równie silne pertur-
bacje mogą powstać w sferze zaopatrzenia pochodzącego z impor-
tu. Przykładem może tu być znaczna podwyżka cen ropy naftowej. 
Przy relatywnie taniej ropie naftowej duża część gospodarki zapew-
ne jest uzależniona od jej konsumpcji, co m.in. może dotyczyć trans-
portu, ogrzewania czy rolnictwa (nawozy azotowe). Każda decyzja, 
jaką można podjąć w tej sytuacji, wydaje się dość dramatyczna. Duża 
podwyżka krajowych cen ropy i jej pochodnych może wywołać ostry 
kryzys polityczny, a znaczące ograniczenie jej importu nie jest moż-
liwe, gdyż wywoła silne załamanie produkcji. Wszystkie gospodarki 
cechują się sporym stopniem bezwładności, dlatego w krótkim cza-
sie takie decyzje są trudne. Niemniej zauważmy, że słabość ekspor-
towa gospodarki czyni ją szczególnie wrażliwą na tego rodzaju szoki 
podażowe. Jest jednak i mniej dramatyczna strona wpływu niskiej 
zdolności eksportowej na import zaopatrzeniowy. Weźmy pod uwa-
gę, tytułem przykładu, niezbyt wyrafinowany technologicznie prze-
mysł odzieżowy. Produkcja eleganckiej odzieży damskiej wymaga nie 
tylko całej gamy odpowiednich tkanin (bawełnianych, lnianych, je-
dwabnych czy wełnianych) lub dzianin (gładkich, pasiastych, wzo-
rzystych, żakardowych), ale także użycia różnego rodzaju materia-
łów wykończeniowych i dodatków. Są to np. guziki, nici, lamówki, 
suwaki, paski itp. Im mniej rozwinięta gospodarka, tym mniej różno-
rodna paleta drobnych elementów wykończeniowych, będących do 
dyspozycji producentów. Swoboda importu rozwiązuje problem bra-
ku odpowiednich dodatków, a także tkanin niewytwarzanych przez 
krajowy przemysł. Pozwala to danej gałęzi utrzymać wysoki poziom 
jakości, elastycznie reagować na zmiany mody i zmiany preferencji 
konsumentów oraz nadążać za nowinkami technologicznymi. Prob-
lem może wydawać się niezbyt poważny, ale przemysł odzieżowy jest 
jedynie przykładem ogólniejszej kwestii, tj. sytuacji, gdy w warun-
kach komplementarności produkcji stosunkowo drobne braki i nie-
dobory pewnych komponentów radykalnie obniżają jakość wyrobu 
finalnego. W jednym przypadku może to być brak odpowiednich, 

background image

102

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

modnych guzików do sukienki

36

, ale w innym – brak odpowiednie-

go opakowania (bo np. nasz krajowy przemysł papierniczy nie wy-
twarza tak luksusowych wyrobów). Takie silne i stałe ograniczenia 
importowe nakładane na producentów w gospodarce mało ekspor-
tującej i ciągle oszczędzającej dewizy, pozornie niewielkie i drobne 
w wymiarze mikro, w makroskali dają wymierne straty w produkcji 
oraz obniżają konkurencyjność rodzimych producentów zarówno na 
rynku krajowym (ze względu na obniżoną jakość nie są oni zdol-
ni do rywalizowania z importowaną produkcją), jak i na rynkach 
zagranicznych. Ciągłym zagrożeniem nadmiernie zamkniętej gospo-
darki są także „wąskie gardła” w produkcji. To jest już bardziej nie-
bezpieczny przypadek omawianych wyżej ograniczeń w nabywaniu 
komplementarnych dóbr z importu. Takie wąskie gardła powstają 
wtedy, kiedy gospodarka rozwija się nierównomiernie. Dość typowe 
jest wówczas to, że jakieś sektory lub branże gospodarki nie nadążają 
i hamują wzrost całego układu ekonomicznego, co najczęściej prze-
jawia się brakiem pewnych surowców, takich jak stal, ropa naftowa, 
inne surowce energetyczne, czy niedostatkiem zdolności transporto-
wych. Szybki rozwój rolnictwa może być spowalniany przez niedobór 
nawozów sztucznych, a ekspansja budownictwa zagrożona brakiem 
odpowiedniej podaży materiałów budowlanych. Niektóre z tych wą-
skich gardeł można dość łatwo przełamać za pomocą importu. Tak 
jest w przypadku braku surowców lub półproduktów (tu materiałów 
budowlanych i wykończeniowych). Ale już w sytuacji wąskich gar-
deł w transporcie importu nie da się wykorzystać do obejścia braku 
autostrad, zbyt rzadkiej sieci linii kolejowych czy za małej liczby lot-
nisk. Można natomiast kupić za granicą brakujący tabor kolejowy, 
samoloty czy ciężarówki. W niektórych zatem przypadkach import 
rozszerza wąskie gardła, łagodzi ich hamujący wpływ i usuwa barie-
ry rozwojowe. Konkluzja jest zatem taka, że wzrost gospodarczy jest 
szybszy, bardziej zrównoważony i mniej wrażliwy na szoki podażowe 
w warunkach bardziej otwartej gospodarki. 

Wysoka konkurencyjność eksportowa gospodarki ma także istot-

ny wpływ na strukturę produkcji. Gdyby teoretycznie rozważać sy-
tuację całkowicie autarkicznej gospodarki, to musielibyśmy uznać, 
że wszystkie, nawet najbardziej zróżnicowane potrzeby społeczne, 
zarówno konsumpcyjne, jak i produkcyjne, są zaspokajane jedynie 

36 

Wszyscy wiemy, jak bardzo w takim przypadku może ucierpieć jakość, a w konse-

kwencji wartość rynkowa takiego wyrobu. 

background image

103

4. Globalizacja na horyzoncie 

własną, krajową produkcją. I rzeczywiście, w takiej gospodarce nie 
ma innej możliwości zaspokajania potrzeb niż wytworzenie w niej 
wszystkich dóbr, skoro import z definicji nie istnieje. Ten „wszystko-
izm” ma swoją cenę w postaci niewielkiej skali produkcji w poszcze-
gólnych branżach i rynkach oraz bardzo szerokiego – zbyt szerokie-
go – profilu produkcji danej gospodarki. Ta pierwsza sytuacja ma 
znaczenie w sektorach operujących w obszarze rosnących korzyści 
względem skali i prowadzi do wysokich kosztów wytwarzania. Ta 
druga utrudnia procesy specjalizowania się i uczenia. Nie pozwala 
na koncentrację zasobów – tj. środków inwestycyjnych na rozbudo-
wę i modernizację oraz nakładów na badania naukowe – na opraco-
wywanie nowych technologii i na wprowadzanie na rynek nowych 
produktów. Słowem, wszystkoizm zamraża i blokuje i tak już wątłe 
środki finansowe i rzeczowe rozwijającego się kraju w nieefektyw-
nych przedsięwzięciach i gałęziach oraz w nierentownych firmach. 
Produkowanie wszystkiego prowadzi do nieefektywnej alokacji za-
sobów w gospodarce. 

Przytoczone wyżej argumenty pokazują, dlaczego strategia pro-

mowania eksportu uruchomia pewne dodatnie sprzężenia zwrotne 
w systemie. Im silniej rozwija się sektor eksportowy, tym lepsze są 
warunki do specjalizacji gospodarki. Powstają lepsze warunki, po-
nieważ duży eksport pozwala stopniowo uwalniać zasoby wcześniej 
zaspokajające te potrzeby, które teraz mogą być skuteczniej i taniej 
zaspokajane przez import niż przez własną produkcję. Zasoby te, 
przesuwane do dziedzin o wyższej opłacalności, zwiększają koncen-
trację czynników produkcji, pozwalając na specjalizację. Tym samym 
ujawniają się wyraźne efekty skali, spadają przeciętne koszty wytwa-
rzania i rośnie konkurencyjność produkcji. To wzmacnia jeszcze bar-
dziej dotychczasową siłę sektora eksportowego, utrwalając i podtrzy-
mując mechanizm korzystnych zmian strukturalnych. Dodatkowe 
korzyści płyną z faktu łagodzenia i znoszenia bariery handlu zagra-
nicznego. Wzrost gospodarczy staje się zatem bardziej stabilny, gdyż 
gospodarka jest ogólnie mniej wrażliwa na zewnętrzne zaburzenia 
i szoki, a jej bieg nie jest tak silnie hamowany przez wąskie gardła. 

Ten sielankowy obraz nie powinien nas jednak zmylić, wielu eko-

nomistów i polityków kwestionuje bowiem pozytywny wpływ globa-
lizacji na procesy eliminowania biedy, ubóstwa i społecznych nierów-
ności. Uważają oni wręcz, że globalizacja jeszcze bardziej zwiększa 
społeczne dysproporcje i pogłębia przepaść pomiędzy biednymi a bo-
gatymi. Czy te opinie są trafne, skoro przed chwilą dowodziliśmy, że 

background image

104

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

skutkiem globalizacji są zaawansowane procesy konwergencji? Może 
się to wydać dziwne, ale możliwe jest pogodzenie obu tych punktów 
widzenia. Mechanizm, który był opisywany wyżej, działa jako in-
strument zmniejszania różnic między gospodarkami, krajami, nic nie 
mówi natomiast o dysproporcjach wewnątrz nich. Otóż cechą szcze-
gólną procesów globalizacji jest to, że choć stopniowo zmniejsza się 
dystans między rozwiniętymi krajami Północy a słabo rozwiniętymi 
krajami Południa, to jednocześnie globalizacja pogłębia nierówno-
ści wewnątrzkrajowe, i to zarówno w krajach technologicznie przo-
dujących, jak i peryferyjnych. Przyzwyczailiśmy się, przynajmniej od 
czasu rewolucji przemysłowej, że różnice dochodowe między ludźmi 
w świecie są wyjaśniane przede wszystkim ich miejscem zamieszka-
nia, przynależnością terytorialną do świata bogatych lub świata bied-
nych. Nawet biedni mieszkańcy zamożnych krajów i tak byli na ogół 
bardziej majętni niż bogaci w krajach peryferii. Wewnętrzne różni-
ce w dochodach stawały się nieistotne wobec rosnącego rozziewu 
pomiędzy gospodarkami. Także tu globalizacja zmienia sytuację. Po 
pierwsze, granice państw i dystans geograficzny czy informacyjny 
stają się mniej istotne. Powoduje to, że koszty transakcyjne radykal-
nie spadają i miejsce produkowania traci na znaczeniu. Samo w sobie 
wyrównuje to warunki zarabiania. Oczywiście nie dotyczy to wszyst-
kich dóbr i wszystkich relacji społecznych. Globalizacja nie ma takie-
go znaczenia dla wytwarzania non-tradeables, czyli np. wielu usług, 
które są produkowane i oferowane lokalnie. Jednak w przypadku 
towarów będących przedmiotem wymiany międzynarodowej (trade-
ables
) obniżenie kosztów transportu i kosztów pokonania barier gra-
nicznych otwiera nowe, dotychczas niedostępne rynki sprzedaży dla 
innych dostawców. Oczywiście przyczyny i motywy polityczne nadal 
mogą blokować dostęp do wielu rynków i izolować pewne obszary 
od reszty gospodarki światowej, ale ogólna tendencja jest odmien-
na. Dlatego globalizacja, już niezależnie – do pewnego stopnia – od 
lokalizacji producentów, tworzy nowe, wielkie szanse produkcyjne, 
choć jednak nie dla wszystkich, i to jest poważny problem. Wyzwa-
niem jest fakt, że konkurencja na takim rynku jest globalna, a zatem 
bardzo ostra. Każdy może, co prawda, wszędzie sprzedać swój pro-
dukt, ale jego jakość musi być wysoka, a warunki dostawy konkuren-
cyjne. Otwiera to drogę na światowe rynki producentom o najwyż-
szych kwalifikacjach dysponujących przodującą technologią. Rynek 
zgłasza zapotrzebowanie na wysokie kwalifikacje i gotowy jest opła-
cać je wysoko, a jednocześnie eliminuje pracę nisko kwalifikowaną 

background image

105

4. Globalizacja na horyzoncie 

jako zbędną i słabo opłacaną. Gdyby świat stanowił jedną wielką go-
spodarkę, to z pewnością ten mechanizm zwiększyłby dysproporcje 
dochodowe oraz majątkowe między ludźmi w stosunku do obecnie 
istniejących, tak jednak jeszcze nie jest, i to głównie z powodu małej 
mobilności czynnika pracy. Towary względnie swobodnie krążą dziś 
w globalnej przestrzeni, podobnie stosunkowo swobodnie przepły-
wa kapitał, ale praca jest mało mobilna. W takiej sytuacji sensownie 
jest się zastanawiać, jak nierówności dochodowe będą ewoluować 
w obszarze technologicznego centrum i w strefie peryferyjnej. Czy 
pojawią się jakieś różnice między tymi obszarami, czy też ewolucja 
przyjmie podobny charakter? 

W głównym nurcie ekonomii dominuje pogląd, że globalizacja 

zwiększy nierówności w krajach rozwiniętych, a zmniejszy w krajach 
Południa. Ten pierwszy rezultat pojawi się wskutek outsourcingu, 
czyli procesu przenoszenia z centrum pracochłonnej i drogiej pro-
dukcji do krajów peryferyjnych o taniej sile roboczej. Są to na ogół 
prace proste i niewymagające wysokich kwalifikacji. W kraju rozwi-
niętym spada zatem popyt na pracę ludzi o relatywnie niskich kwa-
lifikacjach. Ci legitymujący się wysokim zasobem kapitału ludzkiego 
są nadal poszukiwani i dobrze wynagradzani. Popyt na wysokie kwa-
lifikacje jest więc znaczny, na niskie zaś – radykalnie spada. Relacje 
popytu i podaży na pewne typy prac określają w rezultacie wyso-
kość premii za kwalifikacje i są odpowiedzialne za pogłębiający się 
rozziew płac i dochodów. W krajach peryferyjnych natomiast, gdzie 
lokowana jest przemieszczająca się produkcja z centrum, dodatko-
we zatrudnienie znajdują pracownicy nisko kwalifikowani, gdyż taki 
jest charakter produkcji i taki profil popytu na pracę. W zacofanych 
gospodarkach powinno to prowadzić do spadku bezrobocia wśród 
biedniejszych grup społecznych i zwiększyć płace robotników o ni-
skim zasobie kapitału ludzkiego – w stosunku do płac bardziej uprzy-
wilejowanych grup społecznych. Tak więc rezultatem tego procesu 
powinno być wyrównywanie się dysproporcji i spadek nierówności 
w krajach Południa. 

Nie wydaje się, byśmy rzeczywiście obserwowali takie procesy 

w gospodarkach rozwijających się. W Chinach i Indiach nierówności 
regionalne i gałęziowe narastają, polaryzacja dochodów zwiększa się. 
Podobnie jest w innych gospodarkach przeżywających ekspansję pro-
dukcyjną, może z wyjątkiem Brazylii, która, co prawda, nadal cha-
rakteryzuje się jednym z najwyższych w świecie wskaźników koncen-
tracji bogactwa w rękach elity, niemniej w ostatnim dziesięcioleciu 

background image

106

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

zdołała nieco złagodzić nierówności dochodowe. Wydaje się, że są 
przynajmniej dwa powody, dla których teoretyczne prognozy i prze-
widywania nie potwierdzają się. Jedną z pośrednich przyczyn jest 
sam wzrost gospodarczy. Chociaż dociekania S. Kuznetsa na temat 
związków nierówności ze wzrostem gospodarczym są dzisiaj uwa-
żane za sporne i nie do końca udowodnione, to jednak w tym przy-
padku okazują się bardzo przydatne. Przypomnijmy, że S. Kuznets 
uważał, iż kiedy gospodarki wchodzą w fazę intensywnego uprzemy-
słowienia, wówczas nieuchronnie muszą pojawić się zwiększone dys-
proporcje dochodowe i płacowe. Przejście od tradycyjnej gospodarki 
rolniczej z niską wydajnością produkcji i niskimi dochodami do wy-
soko produktywnego przemysłu będzie początkowo bardzo zwięk-
szać polaryzację dochodów, choćby ze względu na odpływ zatrudnie-
nia ze wsi do miast oraz znaczne różnice w płacach ludności wiejskiej 
i miejskiej. Jeśli zatem globalizacja przyspiesza wzrost ekonomicz-
ny (a jak wiemy, w wielu krajach przyspiesza), oznacza to intensyw-
ną industrializację oraz znaczne przemieszczenia zasobów pracy za-
równo w układzie gałęziowym, jak i regionalnym

37

, a w rezultacie 

przyczynia się do rosnących wskaźników nierówności. Bardziej ogól-
nie można także powiedzieć, że szybki wzrost gospodarczy z natury 
rzeczy jest nierównomierny, faworyzuje niektóre obszary ekonomi-
ki, a inne pozostawia w tyle. Trudno przypuścić, że pozostanie to 
bez wpływu na rozkład dochodów w systemie. Drugi ważny powód 
zawodności teorii wynika z uproszczonej wizji transferu technolo-
gii w krajach peryferii. Fakt, że outsourcing w krajach zachodnich 
obejmuje niskie i pracochłonne technologie, nie oznacza, iż fabryki 
przenoszone do Trzeciego Świata i tam lokalizowane będą zatrud-
niać na miejscu nisko kwalifikowaną kadrę. Nie dzieje się tak na ogół 
z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że w przeciwieństwie 
do krajów centrum najniżej wykwalifikowana część siły roboczej jest 
niezatrudnialna, jako często niepiśmienna lub niespełniająca innych 
elementarnych wymogów. Potencjalnie do zatrudnienia nadają się je-
dynie te grupy pracowników, które i tak już należą do warstw jakoś 
uprzywilejowanych płacowo. Te grupy pracowników rekrutuje się 
do pracy w miastach stanowiących także strefę względnego dobro-
bytu (oczywiście w porównaniu z biedniejszymi z reguły regionami 

37 

Wszystkie badania nad gospodarką chińską wykazują np. wysokie różnice docho-

dowe i majątkowe między regionami rolniczymi a przemysłowymi, między rozwiniętym 
wybrzeżem a zacofanym interiorem. 

background image

107

4. Globalizacja na horyzoncie 

wiejskimi). Ale jest także argument „polityczny”. Takie miejsca pracy 
w zagranicznych przedsiębiorstwach są niezwykle atrakcyjne zarów-
no płacowo, jak i prestiżowo. W krajach, w których panuje wszech-
władna korupcja i nepotyzm, te miejsca pracy przypadają „swoim”

38

Oczywiście „swoi” nie są osobami z dołu drabiny dochodowej, mogą 
zresztą mieć dość wysokie kwalifikacje, nawet ponad potrzeby dane-
go stanowiska.

Wydaje się zatem, że przynajmniej obecnie globalizacja bardzo 

zwiększa nierówności dochodowe w świecie. Na ogół zmniejsza je 
pomiędzy krajami, ale z nawiązką nadrabia to, tworząc jeszcze sil-
niejsze dysproporcje dochodowe wewnątrz poszczególnych gospo-
darek. 

38 

Pozornie wydaje się, że skoro mówimy tu o miejscach pracy w firmach zachodnich, 

to korupcyjne praktyki nie powinny występować, ale szefowie firm przychodzących mu-
szą przecież troszczyć się o dobre układy i relacje z miejscowymi władzami. Swoje in-
teresy realizują dzięki posiadaniu własnej kadry kierowniczej. 

background image

Rozdział 5

Nie ma dziś rozwiniętych krajów 
o zamkniętej gospodarce

Obecnie nie znamy żadnego zamożnego kraju hołdującego autarkii 
gospodarczej. Bez wątpienia otwarcie gospodarki jest koniecznym 
warunkiem osiągania rozwoju i postępu. W literaturze ekonomicz-
nej aż roi się od publikacji wykazujących potrzebę, celowość i opła-
calność szerokiego otwarcia gospodarki i jednocześnie piętnujących 
zamykanie się, praktyki protekcjonistyczne i izolację gospodarczą. 
Równocześnie jednak zwolennicy marszu w kierunku globaliza-
cji mają wielu przeciwników, a sam postulat szybkiego i głębokie-
go otwarcia się gospodarki – jako sposób na przełamanie zacofania 
ekonomicznego – jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych i spor-
nych problemów w praktyce gospodarczej. To interesujący przykład 
sprzeczności między teoretycznymi modelami i płynącymi stąd reko-
mendacjami a stosowaną praktyką gospodarczą wielu krajów. Czyż-
by zainteresowani nie rozumieli swoich własnych interesów? Warto 
przyjrzeć się bliżej tej kwestii. 

Korelacja między stopniem otwarcia gospodarki na zewnątrz 

a tempem wzrostu gospodarczego wydaje się widoczna w dostęp-
nych danych empirycznych. Mocnym potwierdzeniem tej prawi-
dłowości w ostatnich latach były imponujące sukcesy krajów Azji 
Południowo-Wschodniej, takich jak Korea Południowa, Malezja, Sin-
gapur, Hongkong, Tajlandia czy Tajwan, a może przede wszystkim 
Chin, które to kraje oparły swe strategie rozwoju na ekspansji eks-
portowej. W opinii Międzynarodowego Funduszu Walutowego „In-
tegracja ze światową gospodarką w ogromnym stopniu przyczyniła 
się do wzrostu ekonomicznego i rozwoju wielu krajów oraz redukcji 
ubóstwa. W ciągu ostatnich 20 lat handel światowy rósł w tempie 
6% średniorocznie, dwa razy szybciej niż produkcja światowa, ale 
handel napędzał wzrost znacznie wcześniej. Od 1947 roku, kiedy 
utworzono GATT, światowy system handlu skorzystał z ośmiu rund 
wielostronnej liberalizacji handlu, a także jednostronnych i regional-

background image

109

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

nych kroków w tej dziedzinie [...]. Polityka, która skutkuje otwar-
ciem gospodarki na handel i inwestycje zagraniczne, jest niezbędna 
dla zapewnienia zrównoważonego wzrostu ekonomicznego. Dowód 
na to jest prosty. Żaden kraj w ostatnich dziesięcioleciach nie osią-
gnął sukcesu w kategoriach znacznego wzrostu stopy życiowej swych 
obywateli, bez otwarcia się na resztę świata [...]. Ustalenia są takie, 
że korzyści z liberalizacji mogą przewyższyć koszty ponad dziesięcio-
krotnie”

1

Jakie argumenty przytacza się na ogół na rzecz szerokiego otwar-

cia gospodarki oraz szybkiej i głębokiej liberalizacji obrotów towa-
rowych i kapitałowych? Jeśli chce się przywołać te główne powody, 
to należy wskazać na sześć typowych i najczęściej podawanych argu-
mentów.

Po pierwsze, otwarcie gospodarki jest absolutnie kluczowym wa-

runkiem wymiany myśli, idei i koncepcji, dlatego dopływ kapitału 
z zagranicy stanowi potencjalny motor rozwoju dzięki możliwej ab-
sorpcji technologii, nowych technik produkcji i organizacji, a także 
nowych idei i wzorców kulturowych. Każde zamknięcie się gospo-
darki zubaża ją pod względem intelektualnym i zawęża jej perspek-
tywy rozwojowe. Zarówno historyczne, jak i współczesne doświad-
czenie pokazuje, że zdecydowana większość nowych idei dopływa do 
danej gospodarki z zewnątrz, a transfer technologii z krajów bardziej 
rozwiniętych jest potencjalnie główną dźwignią przyspieszania wzro-
stu gospodarczego. 

Po drugie, strategia otwarcia pozwala na bardziej efektywne wy-

korzystanie zasobów poprzez specjalizację i wygaszenie niekonku-
rencyjnej produkcji. To zagadnienie dużo szerzej rozwijamy poniżej. 

Po trzecie, otwarcie gospodarki pozwala na wyeliminowanie 

tzw. wąskich gardeł w produkcji. Te wąskie gardła to nic innego, 
jak hamulce wzrostu produkcji, wynikające z ograniczonych zdol-
ności produkcji w niektórych sektorach czy gałęziach krajowej go-
spodarki. Ta sytuacja powoduje, że pojawiają się różnorakie braki, 
niedobory i ograniczenia podażowe surowców, części zamiennych, 
materiałów, usług czy komponentów do produkcji. Krajowi produ-
cenci skonfrontowani z tymi niedoborami albo ograniczają produk-
cję, albo też zmuszeni są szukać niepełnowartościowych krajowych 
zamienników, co skutkuje obniżeniem jakości. Import pozwala prze-

Global Trade Liberalization and the Developing Countries, International Monetary 

Fund, Washington, November 2006, s. 6.

background image

110

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

łamywać te wąskie gardła, ale polityka autarkii gospodarczej może 
być tu prze szkodą. 

Po czwarte, silna konkurencja zewnętrzna wymusza stały postęp 

techniczny, zwiększa efektywność rodzimych firm oraz ogranicza po-
wstawanie struktur monopolistycznych w gospodarce. 

Po piąte, rynki zagraniczne stwarzają ujście dla lokowania nadwy-

żek krajowej produkcji, która nie znajduje zbytu na rynku wewnętrz-
nym (argument nazywany teorią wentyla dla nadwyżkowej produk-
cji; the vent-for-surplus theory). Oznacza to lepsze wykorzystywanie 
szans dzięki wykorzystaniu niezatrudnionej pracy i innych zasobów. 

Po szóste, niski zasób kapitału w krajach ekonomicznie zacofa-

nych oznacza wysoką produkcyjność tego czynnika produkcji. Win-
no to skutkować przepływem tego kapitału do krajów słabiej roz-
winiętych. Zasoby czynników produkcji powinny się wyrównywać 
w skali światowej, a proces konwergencji – stopniowo likwidować 
zacofanie. 

Trochę historii

Historycznie rzecz biorąc, najbardziej elementarną przesłanką wy-
miany handlowej jest sprzeczność między ograniczoną ofertą poda-
ży, jaką może dostarczyć dana społeczność, a dużo szerszą i bardziej 
zróżnicowaną strukturą zgłaszanego popytu. Silne uzależnienie pier-
wotnych społeczeństw ludzkich od warunków naturalnych, takich 
jak pogoda, klimat czy zasoby naturalne, znacznie ograniczały pulę 
ich własnych możliwości produkcyjnych. Jeśli pojawiali się sąsiedzi 
zamieszkujący odmienny obszar i środowisko przyrodnicze, to z re-
guły dysponowali oni innymi, atrakcyjnymi możliwościami i dobra-
mi, które mogły być przedmiotem handlu. Obie strony uzyskiwały 
dostęp do dóbr, których same nie mogły wyprodukować, a których 
posiadanie zwiększało dobrobyt i przynosiło korzyści. Ta przyczyna 
handlu jest aktualna do dziś. 

Pierwszą rozwiniętą teorię handlu zagranicznego zawdzięczamy 

jednak A. Smithowi. Co ciekawe, to u niego, a więc jeszcze w koń-
cu XVIII wieku, znajdujemy właściwie wszystkie główne idee, które 
do dziś funkcjonują w literaturze ekonomicznej, a uzasadniające ko-
rzyści, jakie możemy czerpać z wymiany międzynarodowej. Korzyści 
te zresztą łączył A. Smith z argumentacją na rzecz wolności handlu 

background image

111

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

w ogóle. Kluczem jest tu specjalizacja i podział pracy, pojawiające się 
wraz z wymianą towarową. Zamiast produkować wszystko, ale mało 
efektywnie, lepiej skoncentrować rzadkie zasoby czynników produk-
cji (a w praktyce wszystkie czynniki wytwórcze są rzadkie) na tych 
sektorach produkcji, w których jesteśmy bardziej wydajni. Wycofanie 
ograniczonego zasobu, np. pracy, z obszaru nieefektywnej produkcji 
pozwoli przesunąć go do dziedziny, w której produktywność jest wy-
soka. W rezultacie wartość produkcji wzrośnie, a wymiana handlowa 
umożliwi utrzymanie niezbędnej różnorodności w konsumpcji mimo 
zawężonej oferty lokalnej podaży. Ten mechanizm działa oczywiście 
przede wszystkim na rynku narodowym, ale handel zagraniczny jest 
jego naturalnym przedłużeniem. Handel z zagranicą może być bo-
wiem postrzegany jako swoista gałąź pozwalająca przerabiać krajowe 
produkty o niskich kosztach wytwarzania, a więc tanie i występują-
ce w obfitości dobra rodzime, na zagraniczne dobra rzadkie, cenne 
i o wysokich kosztach pozyskania w przypadku, gdyby były produ-
kowane w kraju. Taka wymiana gwarantuje wzrost dobrobytu i bar-
dziej efektywne gospodarowanie zasobami. 

Nietrudno zauważyć, że rozumowanie to pozwala powiązać po-

dział pracy i kierunki specjalizowania się producentów z optymalną 
alokacją zasobów. A. Smith sformułował pewien kardynalny waru-
nek wyznaczający granice specjalizacji, tj. związał głębokość specja-
lizacji z wielkością rynku. Pokażmy pewne przykłady tego rozumo-
wania. W małych miejscowościach, a także na wsiach, funkcjonuje 
często jeden sklep o ogólnym profilu sprzedaży (typu „mydło i po-
widło”). Żadne specjalistyczne sklepy tam się nie pojawiają, liczba 
potencjalnych klientów jest bowiem niewielka, lokalny rynek płytki, 
a więc – ze względu na stosunkowo duży próg rentowności – jest to 
całkowicie nieopłacalne. Im większe miasto, im więcej nabywców 
i konsumentów, tym bardziej rośnie popyt na specjalistyczne obiekty 
handlowe, np. sklepy odzieżowe, obuwnicze, z artykułami elektro-
nicznymi do użytku domowego, księgarnie itp. Zauważmy przy tym, 
że w dużych aglomeracjach specjalizacja ta jeszcze bardziej się pogłę-
bia, np. sklepy odzieżowe profilują się na klientów kupujących arty-
kuły luksusowe i codziennego użytku, odzież sportową czy awangar-
dową. Mamy sklepy sprzedające odzież dla dzieci i dorosłych, osób 
o nietypowych rozmiarach, sklepy oferujące ubrania ślubne, odzież 
roboczą, medyczną lub używaną. Sklepy sportowe mogą mieć jesz-
cze węższy profil i specjalizować się w sprzedaży sprzętu narciar-
skiego, rowerów czy sprzętu dla wędkarzy i wodniaków. Im większy 

background image

112

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

rynek, tym możliwa jest węższa specjalizacja, a zarazem bardzo spe-
cjalistyczne sklepy oferują wysoki poziom usług, profesjonalną infor-
mację i wyższą jakość. 

W średniowiecznej Europie liczba zawodów nie przekraczała za-

pewne kilkuset, a obecnie w warszawskiej książce telefonicznej moż-
na znaleźć adresy dziesiątków tysięcy specjalistów. Dzisiaj profe-
sje naukowców, prawników i lekarzy są bardzo wyspecjalizowane. 
W Polsce w 2007 roku aż ok. 85% lekarzy legitymowało się jakąś 
specjalizacją, a ich lista przekraczała 30 pozycji. Im jednak mniejszy 
ZOZ, im płytszy rynek i mniejsza liczba potencjalnych pacjentów, 
tym liczba tych specjalistów jest bardziej ograniczona, a lekarze mają 
bardziej ogólne specjalizacje. Z oczywistych względów zatrudnianie 
tam fachowców, np. w dziedzinie neurotraumatologii czy torakochi-
rurgii, byłoby ekonomicznie nieuzasadnione. Podobne procesy po-
działu pracy obserwujemy w zawodach prawniczych. Prawnicy spe-
cjalizują się w prawie konstytucyjnym, administracyjnym, cywilnym, 
handlowym, pracy, karnym i międzynarodowym. Im jednak bardziej 
rozwinięta gospodarka, im większy potencjał ekonomiczny oraz ro-
snąca różnorodność gałęziowa i branżowa produkcji, tym wyraźniej 
wyodrębniają się węższe specjalizacje prawne. Takimi dziedzinami 
w obrębie prawa cywilnego stają się dziś np. prawo wodne, górni-
cze czy własności intelektualnej. Także w nauce do przeszłości należą 
czasy wszystkowiedzących geniuszy – omnibusów. Same nauki eko-
nomiczne są dziś rozparcelowane na dziesiątki specjalności w zakre-
sie historii gospodarczej Afryki, poprzez finanse rolnictwa i ekono-
metrię stosowaną do zainteresowań dokonaniami szkoły austriackiej. 
Jest to możliwe jedynie dlatego, że swoistym rynkiem dla nauki jest 
dzisiaj cały świat, a liczba naukowców we wszystkich dziedzinach 
stale i gwałtownie rośnie. Istnieje dość oczywisty związek między po-
szerzającymi się rynkami zbytu a pożytkami płynącymi z postępują-
cego wyodrębniania się poszczególnych specjalności, zawodów i za-
jęć ludzi. Ujawniają się tu ewidentne korzyści skali. 

Koncepcja A. Smitha zawiera dwie – subtelnie z sobą powiązane – 

idee dotyczące roli i znaczenia pojemności rynku. Pierwsza wskazuje, 
że wymiana towarowa pozwala na specjalizację i wybór tych dziedzin 
produkcji, w których dany kraj ma absolutną przewagę nad konku-
rentem. Pozwala to na przemieszczenie czynników produkcji i uloko-
wanie ich tam, gdzie będą one najbardziej produktywne. Jeśli wszyst-
kie podmioty zachowają się tak samo i skoncentrują się w produkcji 
na tym, w czym są najlepsze, to rezultatem będzie optymalna aloka-

background image

113

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

cja czynników produkcji. To prawda uniwersalna, a efekty te zacho-
dzą niezależnie od tego, czy mówimy o rynku lokalnym, regional-
nym, krajowym czy światowym. Mały rynek nie jest jednak obszarem 
dużych różnic między producentami, dlatego korzyści ze specjaliza-
cji wytwórców będą zapewne ograniczone. Wymiana międzynarodo-
wa pozwala natomiast na maksymalne wykorzystanie efektu podzia-
łu pracy, ponieważ wraz z ogromnym wzrostem skali rynku i liczby 
handlujących podmiotów powiększa się również zróżnicowanie mię-
dzy podmiotami. Szerokie rynki pozwalają na czerpanie wielkich ko-
rzyści z wymiany opartej na podziale pracy. 

Oprócz zarysowanego wyżej czysto statycznego podejścia do ana-

lizy korzyści z wymiany Smith wskazał także na dynamiczne konse-
kwencje rosnącej wymiany towarowej. Z jednej strony specjalizacja 
i pogłębiający się podział pracy jest funkcją rozszerzających się ryn-
ków zbytu. Otwarcie się na wymianę międzynarodową ma tu pod-
stawowe znaczenie, zwłaszcza dla krajów małych o płytkich rynkach. 
Z drugiej strony specjalizacja nie tylko statycznie poprawia aloka-
cję czynników wytwórczych, ale także podnosi ich produktywność. 
Z technicznego punktu widzenia przesuwa to granicę produkcji 
względem danych, istniejących zasobów. Jest to o wiele ważniejszy 
wniosek niż tylko statycznie rozumiana poprawa alokacji czynników 
produkcji w wyniku poszerzania się rynków zbytu. W długim okre-
sie oznacza to ustanowienie zależności między stopniem uczestnic-
twa danego kraju w światowym podziale pracy a tempem wdrażania 
postępu technicznego i dynamiką wzrostu gospodarczego. Wolność 
handlu, w tym zwłaszcza rola wymiany międzynarodowej, staje się 
w ten sposób kluczowym czynnikiem wyznaczającym szanse rozwo-
jowe. Owszem, sposób ujmowania przez A. Smitha idei specjalizacji 
i postawienie faktycznego znaku równości między specjalizacją a po-
stępem technicznym uważamy dziś za zbyt ograniczone podejście. Je-
śli oczywiście dana gospodarka podejmie wysiłek specjalizacji i wej-
ścia w międzynarodowy podział pracy. 

W czym się specjalizować?

Od czasów Davida Ricarda wiadomo, że kierunki tej opłacalnej spe-
cjalizacji są wyznaczane przez koszty komparatywne. Teoria ta po-
kazuje, że nawet w przypadku gdy jeden partner ma absolutną prze-

background image

114

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wagę w dziedzinie wytwarzania wszystkich dóbr, może on czerpać 
korzyści z wymiany z krajem słabszym, o ile będzie się specjalizo-
wać w eksporcie dóbr, w którym jego przewaga jest większa. Teoria 
kosztów komparatywnych ma ogromną literaturę, pojawiły się także 
jej różne mutacje czy unowocześnione wersje, jak np. teoria obfito-
ści zasobów Heckshera-Ohlina. P. Samuelson pytany o uniwersalnie 
prawdziwe i nietrywialne prawo ekonomiczne wskazał właśnie na 
teorię kosztów komparatywnych. Tak więc autorytety ekonomiczne 
„są za”, spory dotyczą jednak doraźnych i długofalowych korzyści 
wynikających z zastosowania tej teorii. Ponadto specjalizacje we-
dług względnych przewag przynoszą korzyści jedynie przy spełnie-
niu pewnych bardzo mocnych warunków. Problem polega na tym, 
że w praktyce te kluczowe warunki nie są spełnione. Rozważmy te 
kwestie po kolei. 

Idea odrzucenia autarkii na rzecz wymiany handlowej jest teo-

retycznie słuszna, ponieważ pozwala przemieścić zasoby czynników 
produkcji od nieefektywnych sektorów i rodzajów produkcji do 
tych gałęzi, w których będą lepiej wykorzystane. Wytwarzanie cy-
trusów w naszej szerokości geograficznej jest zapewne możliwe, ale 
bardzo kosztowne. Używanie rzadkich zasobów dla podejmowania 
takiej produkcji jest ekonomicznie pozbawione sensu. Tych samych 
czynników produkcji można użyć, specjalizując się w dziedzinach, 
w których polski wytwórca jest bardziej wydajny. Jednak jest to wy-
konalne jedynie wówczas, gdy czynniki produkcji są odpowiednio 
mobilne
. W praktyce jest tak, że im słabiej rozwinięta gospodarka, 
tym większe usztywnienia pojawiają się w obszarze kapitału rzeczo-
wego i ludzkiego, a także infrastruktury technicznej. Jeśli w myśl za-
sady Ricarda kraj winien zmieniać specjalizację, wygaszać stopniowo 
jeden rodzaj produkcji i zwiększać wytwarzanie w innej dziedzinie, 
to potężnym hamulcem może okazać się np. brak odpowiedniej sieci 
transportowej i rozbudowanego systemu energetycznego w danym 
regionie, niedobory wody pitnej i do celów przemysłowych, niedo-
stateczna infrastruktura zdrowotna i edukacyjna. Może być bowiem 
tak, że dotychczasowa, tradycyjna struktura produkcji była – na ogół 
– jako tako dopasowana do istniejącej infrastruktury, podczas gdy 
nowe pomysły produkcyjne, odmiennie zlokalizowane geograficz-
nie, mogą wymagać kosztownej rozbudowy brakującej sieci dróg 
i kolei, lotnisk, linii energetycznych, sieci łączności itp. Ponadto im 
niższy zasób kapitału ludzkiego w danej gospodarce, tym wolniej 
i z większymi oporami będzie następować proces przekwalifikowa-

background image

115

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

nia. Barierą może okazać się także kapitał rzeczowy, zwłaszcza gdy 
specjalizacja produkcyjna ma być oparta na drobnej wytwórczości. 
Niska mobilność czynników produkcji może też wynikać z braku od-
powiednich rynków i niedorozwoju wielu instytucji występujących 
powszechnie w krajach rozwiniętych. Może to dotyczyć braku lub 
słabości rynków ubezpieczeniowych, rynku usług prawnych i dorad-
czych, słabości systemu sądowniczego. Problemem może być wysoka 
przestępczość i brak bezpieczeństwa osobistego, korupcja i niski po-
ziom ochrony praw własności. Wszystkie te okoliczności sygnalizu-
ją, że próba przeorientowania struktury gospodarczej z tradycyjnej 
i nieco autarkicznej na bardziej otwartą i wyspecjalizowaną – może 
okazać się porażką. Wygaszając dotychczasowe, pozornie nieefek-
tywne rodzaje produkcji, gospodarka może być niezdolna do uru-
chomienia na odpowiednią skalę nowych zdolności produkcyjnych 
w preferowanych kierunkach. Wbrew teoretycznym wyobrażeniom 
ta bardziej efektywna specjalizacja może w konkretnych warunkach 
okazać się zbyt ryzykowna i zbyt kosztowna, by mogła być podjęta. 
Ostatecznym rezultatem będzie spadek rodzimej produkcji wypartej 
przez bardziej konkurencyjną obcą wytwórczość, nieskompensowa-
ny przez wzrost sprzedaży nowej produkcji. Warto przy tym zauwa-
żyć, że w teorii kosztów komparatywnych milcząco zakłada się, że 
gospodarka każdego kraju funkcjonuje na granicy produkcji. Dlatego 
specjalizacja – wzrost wytwarzania jednego rodzaju produktów – wy-
maga w krótkim okresie zmniejszenia produkcji innych wyrobów ze 
względu na ograniczone i w pełni wykorzystane zasoby czynników 
produkcji. W praktyce wielu krajów słabo rozwiniętych regułą jest 
jednak niepełne wykorzystanie zasobów. Często pojawia się sytuacja 
występowania w gospodarce znacznych nadwyżek siły roboczej i nie-
wykorzystanych zasobów naturalnych czy ziemi. Teoretycznie nic nie 
stoi na przeszkodzie, by użyć tych wolnych zasobów i zwiększyć pro-
dukcję zarówno na potrzeby krajowe, jak i na eksport bez wygasza-
nia dotychczasowej działalności wytwórczej. Zatem źle alokowane 
i niewłaściwie zaangażowane zasoby nie są tu jedynym problemem. 

Obok ograniczonej mobilności czynników produkcji także kwe-

stia korzyści skali rodzi wątpliwości co do idei wykorzystania kosz-
tów komparatywnych jako kryterium specjalizacji. Ma to istotny 
związek z perspektywą długookresową. W jakich dziedzinach kraje 
słabo rozwinięte mają dziś względne przewagi i w jakich powinny 
się specjalizować? Bez ryzyka większego błędu można zaryzykować 
stwierdzenie, że dotyczy to przede wszystkim przemysłów wydobyw-

background image

116

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

czych i surowcowych oraz rolnictwa. Kraje wysoko rozwinięte nato-
miast podejmą specjalizację (gdyż mają absolutną i relatywną prze-
wagę) w przemyśle wytwórczym i wielu usługach o naukochłonnym 
charakterze. I tu kryje się pewna pułapka, ponieważ nie jest obo-
jętne, w jakich dziedzinach będziemy się specjalizować. Jedne kie-
runki specjalizacji dają wielkie szanse przyszłościowe, podczas gdy 
inne – choć doraźnie opłacalne i korzystne – prowadzą w ślepy za-
ułek i ograniczają perspektywy rozwojowe. Typ specjalizacji, który 
zarysowano wyżej, oznacza, że jedne kraje miałyby wybierać sektory 
charakteryzujące się malejącymi korzyściami skali (właśnie surow-
ce i rolnictwo), podczas gdy technologicznie przodujące gospodarki 
specjalizowałyby się w gałęziach o rosnących korzyściach skali

2

. Już 

A. Smith wskazywał na kluczową rolę rosnących rynków zbytu dla 
pogłębiania specjalizacji i podziału pracy, co pozwala na wzrost kon-
kurencyjności i obniżkę kosztów jednostkowych produkcji. Jeśli kraj 
wybiera jako swą specjalizację gałąź charakteryzującą się niekorzy-
ściami skali, to wraz ze wzrostem produkcji muszą rosnąć przeciętne 
koszty wytwarzania

3

. Aby w tych warunkach utrzymać konkurencyj-

ne ceny sprzedaży, producenci będą dążyć do narzucenia robotnikom 
możliwie niskich płac realnych, a nawet – jeśli to możliwe – forsować 
ich obniżkę. To jedyna droga, by koszty w wymiarze pieniężnym nie 
rosły zbyt szybko i nie windowały nadmiernie cen zbytu. Dążenie do 
utrzymania konkurencyjności wywiera w tych warunkach stałą pre-
sję na niski poziom płac w tej gospodarce. Wpływa to ograniczająco 
na rozwój własnego, krajowego rynku, blokując wewnętrzne mecha-
nizmy napędowe wzrostu, a ponieważ krajowa konsumpcja jest ni-
ska, a rynek wewnętrzny płytki, to sytuacja ta nie skłania do zbyt sze-
rokiego rozwijania produkcji na potrzeby rynku wewnętrznego, cała 
gospodarka zaś jest nadmiernie zorientowana na potrzeby zewnętrz-
nych odbiorców

4

. To natomiast, jaki jest główny krąg odbiorców ro-

dzimej produkcji, nie jest bynajmniej neutralne. Duża zależność od 

E. Reinert, How Rich Countries Got Rich and Why Poor Countries Stay Poor, Con-

stable & Robinson Ltd., London 2007; K. Matsuyama, Why Are There Rich and Poor 
Counntries? Symmetry-Breaking in the World Economy
, NBER Working Paper  1996, 
No. 5697. 

Rolnictwo i przemysł wydobywczy mają właśnie tę cechę związaną z silną zależno-

ścią od czynników przyrodniczych. Wraz ze wzrostem produkcji w tych działach sięga-
my po coraz mniej urodzajne działki rolne i po coraz gorzej zalegające surowce, co skut-
kuje rosnącymi kosztami jednostkowymi produkcji. 

Jest to dość oczywista konsekwencja specjalizacji surowcowej, że znaczna – na ogół 

– większość tej produkcji idzie na eksport. 

background image

117

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

eksportu czyni gospodarkę danego kraju silnie uzależnioną od ze-
wnętrznych koniunktur, nadmiernie wrażliwą na wahania i wstrząsy 
w gospodarce światowej i mało odporną za zakłócenia. Im bardziej 
rozwój danej gospodarki jest warunkowany wzrostem konsumpcji 
jej własnych obywateli, tym bardziej stabilny jest ten wzrost. Ogólna 
tendencja jest wyraźna: im bardziej specjalizujemy się w dziedzinach 
o malejących korzyściach skali, w tym większym stopniu – rozwija-
jąc tę produkcję – dławimy konsumpcję i rynek wewnętrzny wskutek 
konieczności utrzymywania niskich płac. Przez cały czas zawęża to 
granice rozwoju innych sektorów i gałęzi gospodarki, petryfikując 
istniejącą tradycyjną strukturę produkcji i utrudniając wejście na inne 
pola wytwórczości. Jest to sprzeczne z potrzebą modernizacji i bu-
dowania bardziej wszechstronnej, zrównoważonej oraz rozwiniętej 
gospodarki. 

Jednocześnie operujące w obszarze korzyści skali firmy z krajów 

rozwiniętych mogą w pełni korzystać z malejących kosztów jednost-
kowych oraz zapewniać wzrost płac i zamożności własnym pracow-
nikom. Skoro zdobywanie nowych rynków zbytu i rozszerzanie skali 
produkcji przez te firmy wpływa na obniżanie się kosztów przecięt-
nych w produkcji, to w tych warunkach możliwe jest pogodzenie 
wzrostu płac realnych robotników ze spadającymi kosztami jednost-
kowymi oraz równoległe obniżanie cen gotowych wyrobów i usług, 
czyli utrzymanie, a nawet poprawa konkurencyjności własnej pro-
dukcji. Jeśli zaś rosną płace i zatrudnienie, to stale poszerzają się 
granice rynków, co skłania do dalszego wzrostu produkcji – zosta-
je uruchomiony (na zasadzie dodatniego sprzężenia zwrotnego) sa-
mopodtrzymujący się mechanizm rozwojowy. Mamy tu do czynienia 
z odwróceniem mechanizmu zarysowanego wyżej dla krajów słabo 
rozwiniętych: im bardziej rozwijamy tam wytwarzanie dóbr z obsza-
ru niekorzyści skali, tym silniej ograniczamy i hamujemy rozwój we-
wnętrznej konsumpcji, tu natomiast coraz szerzej otwierają się stare 
i nowe rynki zbytu dla krajowych nabywców oraz tworzą się warunki 
do samonapędzającego się rozwoju przez rynek wewnętrzny i krajo-
wą konsumpcję. 

Wybór kierunków specjalizacji jest więc kluczowy. Jak trafnie 

ujął to E. Reinert

5

, współczesny światowy podział pracy zasadniczo 

polega na tym, że jedni specjalizują się w byciu biednymi, a dru-
dzy w byciu bogatymi. Otwarcie gospodarki to skonfrontowanie jej 

E. Reinert, op. cit.

background image

118

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

z konkurencją zewnętrzną. Jest zdumiewającym paradoksem, że kon-
kurencja towarów z krajów technologicznie przodujących w pierw-
szej kolejności tłamsi te gałęzie w krajach Trzeciego Świata, które 
są względnie najwyżej zaawansowane technologicznie, tj. działające 
w obszarze korzyści skali. Dlaczego tak się dzieje? Co jest przyczyną 
tego zdumiewającego zjawiska? Zakład fryzjerski to typowy podmiot 
działający w warunkach stałych przychodów względem skali. W ta-
kiej firmie produkcja usług rośnie proporcjonalnie do nakładów pra-
cy, czyli w przybliżeniu do wielkości zatrudnienia w firmie

6

. Techno-

logia strzyżenia czy golenia nie jest skomplikowana, a sam charakter 
usługi, raczej pracochłonnej, nie skłania – przynajmniej dziś – do jej 
mechanizacji czy automatyzacji. Gdyby nawet obcy kapitał wkroczył 
obecnie do gałęzi usług fryzjerskich, to niemal na pewno nie wy-
kazałby żadnej przewagi konkurencyjnej nad dotychczasowymi fir-
mami na rynku. Co innego, gdybyśmy mówili o efektach skali. Na 
przykład w branży lotniczej korzyści skali są kluczowe. Stawiający 
pierwsze kroki, jeszcze wciąż rachityczny i słaby przemysł lotniczy 
niewielkiego kraju, o relatywnie małym rynku wewnętrznym i nie-
ustalonej reputacji międzynarodowej, wytwarza początkowo dość 
drogo, gdyż jego seria produkcyjna jest krótka. Wystawiając go na ze-
wnętrzną konkurencję, doprowadzimy do jego upadku, gdyż wielkie 
zagraniczne firmy z branży lotniczej korzystają już z wielkiego rynku 
światowego, dużej skali produkcji i zgromadzonego doświadczenia, 
a więc mogą sprzedawać swe wyroby taniej. Dlatego szczególnie na-
rażone na eliminację są właśnie te narodowe firmy, które funkcjo-
nują w świecie efektów skali, czyli mówiąc wprost – z reguły te bar-
dziej nowoczesne. Zjawisko to nazywa się efektem Vaneka–Reinerta

7

 

i w praktyce polega na dezindustrializacji kraju słabszego, w którym 
skala produkcji i sprzedaży firm rodzimych jest z reguły znacznie 
mniejsza niż firm z krajów centrum. Jeśli firmy te działają w strefie 
korzyści skali, to często nie mogą sprostać konkurencji silniejszych 
firm z krajów rozwiniętych o większym rynku zbytu i wskutek tego 
o niższych kosztach jednostkowych. 

Dlaczego biedni zostają zablokowani w strefie malejących (czy 

stałych) przychodów? Oczywiście nie (tylko) dlatego, że posłusznie 

I pewnie proporcjonalnie do technicznego uzbrojenia warsztatu pracy w grzebienie, 

pędzle, maszynki do golenia itp. Tu jednak będziemy od tych akcesoriów abstrahować, 
uznając pracę za jedyny czynnik. 

E. Reinert, op. cit.

background image

119

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

stosują się do zasady Ricarda. Decydują o tym warunki ekonomicz-
ne, w jakich podejmują wyzwania konkurencyjne. Po pierwsze, ich 
wewnętrzne rynki są z reguły małe. Nawet dość ludne kraje z racji 
niskiego PKB per capita nie stwarzają zbyt dużego rynku zbytu. Się-
ganie przez rodzime firmy po korzyści skali jest nierealistyczne lub 
bardzo utrudnione, gdyż w tym samym czasie ich konkurenci – firmy 
z krajów rozwiniętych – operują na znacznie większych rynkach mię-
dzynarodowych i z tego względu mają na ogół niższe koszty produk-
cji (mimo wysokich płac). 

Po drugie, barierą jest wiedza technologiczna. Technologia nie 

jest dobrem publicznym, ale prywatnym. Nie upowszechnia się ona 
bezpłatnie, chronią ją patenty, know-how, a monopol na wysokie 
technologie zachowują firmy z krajów rozwiniętych. 

Po trzecie, występuje niewątpliwie bariera kapitałowa. W gałę-

ziach o bardzo wysokich korzyściach skali uruchomienie firmy lub 
wdrożenie nowych technologii wymaga znacznych zasobów kapita-
łu. Jest mało prawdopodobne, by firmom w krajach słabo rozwinię-
tych udało się zgromadzić taki kapitał. 

Specjalizacja 

à la Ricardo w świecie wielkich 

oligopoli międzynarodowych

Wśród rozlicznych warunków, które winny być spełnione (a nie są), 
by teoretyczny model korzyści komparatywnych dobrze funkcjono-
wał, jest także ten, który dotyczy warunków wolnej konkurencji. Jeśli 
firmy mają dokonywać optymalnej alokacji zasobów, to muszą mieć 
właściwą informację cenową. A jeśli ceny są zniekształcone przez 
układy monopolistyczne? Stopień koncentracji władzy i produkcji na 
światowych rynkach jest dzisiaj ogromny. Jak wygląda obecnie kon-
frontacja dużej korporacji handlującej np. herbatą z drobnym farme-
rem ją uprawiającym? Kto ustanawia reguły gry, warunki wymiany, 
ceny zbytu? I co te ceny mają wspólnego z warunkami konkurencji? 

Postulat otwartej konfrontacji i konkurencji między firmami 

z różnych krajów jest oczywiście zasadny, o ile szanse w wyścigu są 
równe. Na poziomie przedsiębiorstw mamy jednak na ogół do czy-
nienia z konfrontacją Guliwerów z liliputami. Świat międzynaro-
dowych rynków, na których dominują korzyści skali, jest światem 

background image

120

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

uprzywilejowującym silnych. To nie jest świat wolnej konkurencji, 
a poważna część międzynarodowych rynków funkcjonuje jako usta-
bilizowane oligopole, wielkie korporacje zaś dysponują nie tylko siłą 
wynikającą z dużej skali produkcji i wynikających z tego niskich kosz-
tów wytwarzania. Efekty skali ujawniają się także w łatwym dostępie 
do rynków kapitałowych, pozwalając dużym firmom, jeśli trzeba, ła-
twiej zmobilizować odpowiednie środki. Efekty te dają się zauważyć 
w kontroli kluczowych kanałów dystrybucji, ogromnych możliwo-
ściach marketingowych będących funkcją znanej marki, przewagach 
technologicznych wynikających z wieloletniej obecności na rynkach 
i zdywersyfikowanego portfela produkcyjnego. Wreszcie wielkie fir-
my poprzez działania lobbystyczne i całkiem bezpośrednie narzędzia 
oddziaływania mają istotny wpływ na własne rządy i mogą liczyć na 
ich skuteczne wsparcie w realizacji swych zadań biznesowych. 

Obecny stopień koncentracji produkcji na rynkach światowych 

jest niebywale wysoki. 300 największych korporacji kontroluje ok. 
25% światowych aktywów produkcyjnych

8

, 1000 największych firm 

wytwarza zaś 80% światowej produkcji przemysłowej

9

. Zdecydo-

wana większość tych kolosów to firmy mające swe siedziby w USA, 
Japonii i Europie Zachodniej. Według ostatniego rankingu czasopi-
sma „Fortune” z 2011 roku na 438 największych światowych przed-
siębiorstw, których przynależność państwową da się ustalić, prawie 
3/4 to firmy z krajów rozwiniętych, ok. 19% stanowią firmy z gru-
py BRIC (tj. Brazylia, Rosja, Indie i Chiny, przy czym same chińskie 
przedsiębiorstwa to 14%), a 5% firmy z Tajwanu i Korei Południo-
wej. Kilkanaście pozostałych to na ogół pojedyncze firmy z różnych 
innych krajów

10

. Największa pod względem obrotów firma świata 

w 2011 roku – Wal-Mart Stores – osiągnęła wartość sprzedaży, 
która plasuje ją na 29. miejscu na łącznej liście najpotężniejszych 
podmiotów ekonomicznych na świecie, tj. firm i gospodarek naro-
dowych

11

. Na liście 100 największych podmiotów aż 37 to przedsię- 

biorstwa. 

Global Inc. An Atlas of the Multinational Corporation, New Press, New York 2003, 

s. 5.

The World’s View of Multinationals, „Economist”, 29 January 2000.

10 

http://money.cnn.com/magazines/fortune/global500/2011/full_list (dostęp: 19 listo - 

pada 2011). Na liście „Fortune 500” jest także jedna polska firma: grupa PKN Orlen 
na 347 pozycji. 

11 

Wielkość gospodarek mierzona wartością PKB według parytetu siły nabywczej, 

a firm wartością rocznej sprzedaży. 

background image

121

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

Jeszcze ciekawsze okazują się dane dotyczące poszczególnych 

rynków. Niektóre z nich są zmonopolizowane w bardzo wysokim 
stopniu. I tak np. 10 największych korporacji międzynarodowych 
działających w danym sektorze opanowało 55% całego rynku far-
maceutyków, 2/3 rynku biotechnologii, 89% rynku agrochemii, 26% 
rynku żywności i napojów i aż 67% rynku nasion

12

. Na rynku kawy 

zaledwie trzech głównych producentów (Kraft, Nestle i Sara Lee) 
dostarcza 36% całej podaży kawy palonej, a pięciu głównych (czyli 
dodatkowo Procter & Gamble i Tchibo) – łącznie 44%

13

. Właśnie na 

przykładzie kawy można pokazać, jak pod dyktando wielkich korpo-
racji działa taki zmonopolizowany rynek z punktu widzenia drobne-
go producenta – rolnika, dostawcy ziarna kawowego. Maksymalna 
cena, jaką może on uzyskać za surowiec, wynosiła 2,5% ostatecznej 
ceny detalicznej, a często była dużo niższa

14

. Autorzy cytowanego 

raportu o kawie wyjaśniają, dlaczego handel kawą jest tak opłacalny 
dla korporacji, a afrykańskich plantatorów wpędza w nędzę: „[Kor-
poracje] korzystają bowiem z dużej skali zakupów, siły swojej marki 
i produktów, kontroli kosztów, umiejętności mieszania i łączenia róż-
nych rodzajów i gatunków kawy oraz używają narzędzi finansowych 
pozwalających im na większą elastyczność w kupowaniu”

15

Duże firmy z krajów bogatych dysponują zatem niezwykle dużym 

arsenałem narzędzi, które mogą skutecznie ograniczyć ekspansję fir-
my kraju słabiej rozwiniętego. Można ją odciąć od rynków zbytu, 
gdyż jedyną drogą docierania do rynku zewnętrznego jest wykorzy-
stanie „naszej” sieci sprzedaży. Zbudowanie własnych kanałów han-
dlowych jest kosztowne i wymaga czasu, nie zawsze też jest opłacal-
ne, gdy na początku skala sprzedaży jest niewielka. Można ją zdławić, 
blokując dostęp do rynku kredytowego, jeśli wielkie korporacje wy-
korzystają swe możliwości wpływu w mało konkurencyjnym i często 
zdominowanym przez obcy kapitał sektorze bankowym. W przypad-
ku konfliktu interesów bank zawsze wybierze dużego klienta. Można 
ją „przykryć” zmasowaną i kosztowną kampanią reklamową, na któ-

12 

Who Owns Nature? Corporate Power and the Final Frontier in the Commodification of Life

„Communiqué of Action Group on Erosion, Technology and Concentration”, November 
2008, s.  4, http://www.etcgroup.org/sites/www.etcgroup.org/files/publication/707/01/etc. 
won.report._final.color.pdf (dostęp: 25 czerwca 2012).

13 

Mugged. Poverty in Your Coffee Cup, Oxfam International 2002, http://www.mar-

ketradefair.com/assets/english/mugged.pdf (dostęp: 25 czerwca 2012).

14 

Dotyczy to ugandyjskiego dostawcy w 2001 roku; ibidem, s. 23.

15 

Ibidem, s. 26.

background image

122

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

rą nie stać słabszego rywala. Do dyspozycji są także dotychczasowe 
kontakty i powiązania z innymi firmami, narzędzia w postaci poro-
zumień handlowych, fuzji i przejęć czy wspólnych przedsięwzięć biz-
nesowych, dzięki którym można zaoferować klientom bardziej wy-
rafinowany produkt lub bardziej kompleksową i złożoną usługę niż 
konkurent. Z reguły mała firma z biednego kraju ma w takim przy-
padku o wiele mniejsze możliwości. 

Jak silnie działają te mechanizmy i jak wiele obaw to wywołu-

je, może wskazywać taka oto opinia wypowiedziana na łamach pi-
sma „The Economist”: „Nawet w przypadku bogatych, dobrze za-
rządzanych krajów, sama ich wielkość [wielonarodowych korporacji 
– przyp. mój] może rodzić zaniepokojenie. I tak Irlandczyków cza-
sem trapi fakt, że obce firmy zatrudniają prawie połowę krajowej siły 
roboczej i wytwarzają 2/3 produkcji kraju, a Australijczycy nerwowo 
wskazują na fakt, że każda z 10 największych wielonarodowych kor-
poracji przemysłowych ma roczną sprzedaż przekraczającą wielkość 
wszystkich wpływów podatkowych do kasy państwowej”

16

A może jednak protekcjonizm?

Jeszcze jeden kłopot z argumentacją na temat dobrodziejstw otwarcia 
gospodarki i liberalizacji handlu polega na tym, że żaden z rozwinię-
tych obecnie krajów nie zastosował tej strategii w przeszłości, kiedy 
sam wchodził w fazę forsownego uprzemysłowienia. Nie wykorzy-
stywały jej ani Wielka Brytania, ani USA, ani też później Niemcy czy 
Japonia. Wszystkie te kraje w fazie industrializacji czy modernizacji 
posługiwały się natomiast praktykami protekcjonistycznymi na sze-
roką skalę. Co więcej, w XIX wieku protekcjonizm był powszechnie 
kojarzony z prosperitą, wolny handel zaś z depresją ekonomiczną 
i kryzysem

17

. W wyniku protekcjonizmu kraje te najpierw budowa-

ły własną, potężną bazę przemysłową i dopiero wtedy, gdy zdobyły 
przewagę, stawały się orędownikami wolnego handlu. 

Na przykład dane amerykańskie ukazują dość zdumiewającą ska-

lę protekcjonizmu, jaki stosował ten kraj w okresie uprzemysłowie-

16 

The World’s View of Multinationals, op. cit. 

17 

P. Bairoch, Victoires et deboires. Histoire economique et social du monde du XVI siecle  

a nos jours, Editions Gallimard, Paris 1997.

background image

123

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

nia, tj. przynajmniej do wybuchu I wojny światowej (zob. tabela 5.1). 
Poza dwiema fazami bardziej liberalnej polityki w latach 1830–1842 
i 1846–1861 do 1913 roku USA utrzymywały cła na niezwykle wyso-
kim poziomie. Istotne zmiany nastąpiły dopiero po II wojnie świato-
wej, kiedy kraj ten, dysponujący już ogromną przewagą ekonomiczną 
nad resztą świata, zainteresował się bardziej liberalną formułą handlu. 

Tabela 5.1. Stosunek wartości ceł do wartości importu ogółem w USA w latach 
1830–1970 

Rok

Cła do wartości importu 

(%)

Rok

Cła do wartości importu 

(%)

1830

57,3

1900

27,6

1842

18,9

1913

17,7

1846

27,7

1935

17,5

1861

14,2

1950

6,0

1870

44,9

1970

6,5

Źródło: Historical Statistics of the United States, Colonial Times to 1970, US Bureau of Cen-
sus, Washington 1975, s. 888.

O tym, jak ważna była to kwestia, świadczą dobitnie dwie cha-

rakterystyczne opinie P. Bairocha, którego badania nad historią in-
dustrializacji w XIX i XX wieku uchodzą dziś za klasyczne. Uważa 
on, iż „nie będzie przesadą powiedzieć, że problem ceł był jednym 
z powodów wybuchu rewolucji amerykańskiej”

18

. (Jest to dość oczy-

wiste nawiązanie do skrajnie egoistycznej polityki brytyjskiej – pro-
wadzonej w okresie poprzedzającym wybuch rewolucji – usiłującej za 
pośrednictwem przepisów celnych blokować handel swej amerykań-
skiej kolonii z krajami spoza imperium). W innej kwestii natomiast 
zauważa, że „długa i krwawa amerykańska wojna domowa [...] ozna-
czała nie tylko zwycięstwo abolicjonistów z Północy nad zwolennika-
mi niewolnictwa z Południa, ale także triumf protekcjonistów z pół-
nocnych stanów przemysłowych nad zwolennikami wolnego handlu 
z Południa, dla których głównym przedmiotem eksportu była suro-
wa bawełna”

19

. Warto zatem przypomnieć, że południowcy nie byli 

zwolennikami protekcjonizmu i wysokich ceł. Oni stale tę politykę 
zwalczali, gdyż prosperowali, korzystając ze swobodnego handlu ty-

18 

Ibidem, s. 33.

19 

Ibidem, s. 35.

background image

124

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

toniem i bawełną. Z ich punktu widzenia jedynym rezultatem protek-
cjonizmu był wysoki poziom cen dóbr przemysłowych nabywanych 
przez Południe. Ochrona własnego rynku przed obcą konkurencją 
leżała natomiast w oczywistym interesie przede wszystkim przemy-
słowców z Północy. To oni potrzebowali ochrony przed importem. 
Ich zwycięstwo nad Południem – obok być może wymiaru moralne-
go – miało także bardzo przyziemne tło ekonomiczne. W rezultacie 
USA od XIX wieku do (przynajmniej) 1920 roku jawią się jako naj-
bardziej protekcjonistyczna gospodarka, a jednocześnie w tym czasie 
rejestrują najszybsze tempo wzrostu na świecie. Czy działo się tak 
mimo tej polityki, czy też raczej dlatego, że protekcjonizm okazał się 
właściwym wyborem? 

Protekcjonistyczna była także polityka Niemiec. Po pewnej libera-

lizacji w okresie istnienia Związku Celnego kurs został zdecydowanie 
zmieniony. W 1879 roku kanclerz Bismarck wprowadził wysokie cła na 
stal i zboża

20

, od tej pory więc Niemcy prowadziły dość konsekwentną 

politykę protekcjonistyczną aż do czasu I wojny światowej

21

Można by sądzić, że brytyjskie doświadczenia były odmienne, 

skoro kraj ten jako pierwszy wkroczył na ścieżkę uprzemysłowie-
nia i był najbardziej zaawansowany ekonomicznie. W rzeczywistości 
Anglia od bardzo dawna stosowała politykę protekcji własnego prze-
mysłu. Zaczęło się to już w XV wieku, kiedy Henryk VII za pomocą 
polityki celnej starał się zablokować wywóz surowej wełny na konty-
nent, by w ten sposób stymulować rozwój produkcji rodzimego włó-
kiennictwa. Późniejsi władcy angielscy, umiejętnie manipulując cłami 
i subsydiami, odcinali stopniowo – w miarę jak zdolności produk-
cyjne angielskiego przemysłu rosły – dopływ surowca do Niderlan-
dów, gdzie przemysł wełniany był początkowo najwyżej rozwinięty. 
Kiedy już angielskie włókiennictwo stanęło na nogi, Elżbieta I wpro-
wadziła całkowity zakaz eksportu wełny do Europy, doprowadza-
jąc do katastrofy ekonomicznej niderlandzkich wytwórców

22

. W tym 

20  

Por. M. Shafaeddin, How Did Developed Countries Industrialize? The History of 

Trade and Industrial Policy: The Cases of Great Britain and the USA, UNCTAD Discus-
sion Papers, No. 139, December 1998.

21 

A. Zussman, The Rise of German Protectionism in the 1870s: A Macroeconomic 

Perspective, Department of Economics, Hebrew University, Jerusalem, 29 April 2008, 
http://pluto.huji.ac.il/~azussman/protectionism.pdf (dostęp: 14 maja 2012).

22 

Barwnie przedstawia tę sytuację Ha-Joon-Chang w: Bad Samaritans. The Myth of 

Free Trade and the Secret History of Capitalism, Bloomsbury Press, New York 2008, 
s. 40–41.

background image

125

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

sensie można powiedzieć, że grunt pod angielską rewolucję prze-
mysłową został już wcześniej przygotowany przez aktywną politykę 
państwa. Także później, w XIX wieku, Anglia stosowała na maso-
wą skalę politykę ochrony własnej gospodarki bądź narzucała innym 
niekorzystne porozumienia traktatowe

23

. Tę politykę można bardzo 

dobrze pokazać na przykładzie Indii (od 1858 roku Indie stały się 
– po rozwiązaniu Kompanii Wschodnioindyjskiej – angielską kolo-
nią pod bezpośrednim zarządem metropolii), gdzie doprowadziła 
ona do ogromnego odprzemysłowienia tego kraju i jego ekonomicz-
nej degradacji. Bezbronnym politycznie Indiom Anglia narzuciła swe 
warunki handlu, które zablokowały dostęp na wewnętrzny rynek 
angielski konkurencyjnych indyjskich wyrobów bawełnianych

24

, jed-

nocześnie otwierając szeroko indyjski rynek zbytu na własne produk-
ty. W Europie i USA import wyrobów z bawełny albo w ogóle był 
zakazany, albo obłożony stawkami celnymi w wysokości 30–80%. 
W tym samym czasie angielskie wyroby bawełniane wchodziły na 
rynek indyjski w ogóle bez cła

25

. Sytuację tę należy porównać z okre-

sem, gdy Kompania Wschodnioindyjska miała jeszcze monopol na 
handel z Indiami, blokujący dostęp na rynek indyjski, który to mono-
pol straciła w 1813 roku. Rezultat był taki, że lokalny przemysł był 
stopniowo wypierany, a według szacunków import tekstyliów po-
krywał ok. 1870 roku aż 55–75% całkowitego zapotrzebowania, co 
może być przybliżoną miarą dezindustrializacji indyjskiej gospodarki 
w tym sektorze

26

Niezależnie zatem od tego, czy patrzymy na wygranych czy prze-

granych, rola polityki przemysłowej i handlowej w procesie indu-
strializacji wydaje się więc istotna. Materiał historyczny pokazuje, 
że kraje, które ją aktywnie stosowały, notowały sukcesy, a ci, którzy 
z różnych powodów tego nie robili (lub robić nie mogli), przegrywa-
li. Postulat otwarcia gospodarki, szerokiej liberalizacji w handlu czy 
wreszcie najdalej idąca sugestia – tj. liberalizacja rynku kapitałowe-
go – wysuwana pod adresem krajów rozwijających się może się zatem 
wydawać sprytną strategią bogatych, zmierzającą po prostu do utrzy-

23 

Konflikt brytyjsko-chiński, zwany wojnami opiumowymi, jest tu dobrym przykła-

dem. Po wygranej Brytyjczycy narzucili w traktatach bardzo niekorzystne dla Chin wa-
runki traktatowe handlu opium. 

24 

Jeszcze wtedy, kiedy wyroby te były konkurencyjne. 

25 

P. Bairoch, op. cit., s. 89. 

26 

Ibidem, s. 89.

background image

126

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

mania status quo. Zważmy bowiem, że kraje rozwinięte, mimo iż re-
klamują ustawicznie zalety wolnej konkurencji i swobody handlu dla 
innych, same ciągle utrzymują różnorakie bariery wejścia na własny 
rynek. Praktyki te stosuje wciąż na znaczną skalę – mimo kolejnych 
rund liberalizujących handel – zarówno Unia Europejska czy USA, 
jak i Japonia. 

Dlatego trzeba powiedzieć, że obok entuzjastów idei wolnego 

handlu, pełnej liberalizacji obrotów handlowych, eliminowania pro-
tekcjonizmu i szybkiego otwierania się na świat zewnętrzny funk-
cjonuje na rynku ekonomicznym także inna szkoła myślenia, dość 
wpływowa i legitymująca się wyjątkowo starą metryką. Wysunęła 
ona argument, że warunkiem powodzenia procesu uprzemysłowie-
nia jest wprowadzenie ochrony raczkujących przemysłów (infant in-
dustries
). Dla kogoś niezbyt zorientowanego w historii kapitalizmu 
może być zaskakujące, że to właśnie w USA zrodziła się po raz pierw-
szy ta koncepcja

27

. Jej autorem był w 1791 roku ówczesny amerykań-

ski sekretarz skarbu w administracji Jerzego Waszyngtona Alexander 
Hamilton. A. Hamilton obserwował zmagania, jakie amerykański 
przemysł toczył z konkurencją angielskiego importu. Pod wpływem 
tych doświadczeń nabrał przekonania, że uprzemysłowienie nie jest 
możliwe bez prowadzenia polityki protekcjonistycznej, proponował 
więc wprowadzenie ceł ochronnych dla słabych i pączkujących ga-
łęzi wystawionych na konkurencję zewnętrzną do czasu uzyskania 
przez te przemysły niezbędnej dojrzałości i siły. Jednak intelektual-
nym i ideologicznym zapleczem tej szkoły była niemiecka szkoła hi-
storyczna z jej wybitnym przedstawicielem Friedrichem Listem. Eko-
nomicznie w I połowie XIX wieku Niemcy ewidentnie pozostawały 
zacofane względem Anglii. F. List był głęboko przekonany, że w in-
teresie Prus i Niemiec państwo powinno aktywnie wspierać własny 
przemysł i odrzucać idee wolnej konkurencji, jeśli to konieczne dla 
ochrony nowych gałęzi. Nie był zupełnie oryginalny, gdyż wiele kon-
cepcji zapożyczył od amerykańskich ekonomistów. Znał doskonale 
koncepcje A. Hamiltona i były one dla niego ważną inspiracją, ale to 
właśnie F. Lista uważa się za twórcę rozwiniętej i kompleksowej teo-
rii ochrony gałęzi raczkujących

28

. Wszystkie te idee są wciąż aktualne 

27 

W rzeczywistości USA przez całe dekady były bastionem protekcjonizmu, na co 

wskazywaliśmy wcześniej. 

28 

Por. M. Shafaeddin, What did Frederick List Actually Say? Some Clarifications on 

the Infant Industry Argument, UNCTAD Discussion Paper, No. 149, July 2000. Dalsza 
prezentacja koncepcji F. Lista w dużym stopniu opiera się na tej publikacji. 

background image

127

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

i w żadnym razie nie straciły na ważności. Warto zatem odnieść je do 
warunków współczesnych. 

Przede wszystkim, kiedy konkurują z sobą dwa kraje na różnym 

poziomie rozwoju, to rynek w znacznym stopniu zawodzi jako narzę-
dzie uprzemysłowienia kraju słabszego
. Proces industrializacji wcale 
nie zachodzi automatycznie i wymaga wsparcia ze strony państwa. 
Oczywiście kwestia protekcjonizmu jest tylko fragmentem – ważnym, 
 ale jedynie fragmentem dużo ogólniejszego zagadnienia, tj. roli, jaką 
w tej sytuacji winno odgrywać państwo. Zasadne jest pytanie, dla-
czego państwo ma w ogóle wkraczać do gospodarki. Czy w isto-
cie nie jest słuszny pogląd, że państwo, wchodząc władczo w relacje 
między podmiotami ekonomicznymi oraz stwarzając przeszkody dla 
swobodnej wymiany handlowej i bariery dla wolnej przedsiębiorczo-
ści, jest głównym źródłem zakłóceń we właściwej alokacji zasobów? 
Odpowiedź, jak zwykle w ekonomii, nie jest jednoznaczna. W kra-
ju zacofanym ekonomicznie brakuje kapitału, wykwalifikowanej siły 
roboczej i nowoczesnych technologii. Mobilność wielu czynników 
produkcji jest niska, a sporo rynków w ogóle nie istnieje. Kadry za-
rządców i menedżerów są skromne i pozbawione doświadczenia 
biznesowego. W takim świecie te słabości musi jakoś substytuować 
państwo – nie w sensie podejmowania produkcji, ale kreowania od-
powiedniej struktury instytucjonalnej. 

Oczywiście najważniejszą słabością krajów słabo rozwiniętych 

jest brak nowoczesnych technologii i istniejący dystans w tym za-
kresie do krajów przodujących. To stwarza dogodne szanse na szyb-
kie doganianie czołówki dzięki możliwości sięgania po najbardziej 
nowoczesne techniki produkcji. Gospodarka, która może skorzystać 
z wcześniej stworzonych i już dostępnych technologii bez koniecz-
ności inwestowania we własne badania naukowe, może rozwijać się 
szybciej i przy niższych kosztach. Dostęp do tych technologii nie jest 
jednak darmowy, gdyż znaczna część nowych rozwiązań i pomysłów 
chroniona jest prawnie, m.in. poprzez patenty. Jakkolwiek dopływ 
takich technologii można zapewnić sobie za pośrednictwem zagra-
nicznych inwestycji bezpośrednich (FDI

29

), nie znosi to przecież mo-

nopolu dużych korporacji międzynarodowych na wysokie technolo-
gie, nie mówiąc o tym, że wszelkie decyzje o kierunkach i strukturze 
zagranicznych strumieni kapitałowych są w rękach obcego kapita-
łu. Dlatego strategia uprzemysławiania się poprzez FDI jest – w naj-

29 

Ang. FDI – foreign direct investment. 

background image

128

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

lepszym razie – jedynie bardzo okrężną drogą do budowania włas-
nej bazy przemysłowej. Jest bowiem sprawą zupełnie otwartą, czy 
zagraniczne enklawy promieniują w jakiś znaczący sposób na resztę 
gospodarki, czy nowsze technologie przenikają do rodzimej gospo-
darki lub czy ta gospodarka może, choćby częściowo, wykorzystać 
dla własnych potrzeb kadry wcześniej zdobywające doświadczenie 
w firmach zagranicznych. Na ogół bywa tak, że im większy dystans 
do krajów przodujących i im wyższy poziom zacofania, tym bardziej 
prawdopodobne jest pojawianie się izolowanych, zagranicznych en-
klaw obcej obecności gospodarczej, bardzo słabo zintegrowanych 
z resztą gospodarki. A zatem bez zbudowania własnego, solidnego 
sektora przemysłowego trudno liczyć na przełamanie zacofania eko-
nomicznego. Państwo może być pomocne w tej sprawie w różnoraki 
sposób. Weźmy np. kwestie technologii. Technologie w XIX wieku 
nie wymagały dużych rozmiarów firm, dlatego kapitał konieczny do 
założenia firmy był wówczas relatywnie niewielki. Rynek wystarcza-
jąco dobrze radził sobie z gromadzeniem kapitału na te potrzeby. 
W miarę rozwoju gospodarki przemysłowej optymalna skala firm ro-
sła i dziś przemysł oraz nowoczesne technologie wymagają wielkich 
inwestycji na starcie. W opinii współczesnego menedżera wygląda to 
tak: „Niektórzy mówią, że rządy nie powinny odgrywać jakiejkol-
wiek roli w wybieraniu ekonomicznych zwycięzców i przegranych 
i że to rynek powinien decydować, jakie technologie znajdą się na 
czele [...]. Ale rynek tylko wtedy może pokazać swą magiczną moc, 
kiedy  pojedyncze przedsiębiorstwa są wystarczająco duże [wyróż-
nienie moje], by finansować nową technologię na jej ścieżce stop-
niowego doskonalenia się, aż stanie się ona konkurencyjna (i tym 
samym zyskowna)”

30

. Warto zauważyć, że jest to opinia odnosząca 

się nie do jakiegoś XIX-wiecznego kapitalizmu czy niedorozwinię-
tego kraju w XXI wieku – autor tego cytatu ma na myśli współcze-
sną gospodarkę niemiecką. Tym bardziej więc opis ten musi pasować 
do gospodarek rejestrujących spory dystans do krajów przodujących 
technologicznie. Przecież im później dany kraj wkracza na drogę 
uprzemysłowienia, tym bardziej rośnie, średnio biorąc, optymalna 
skala przedsiębiorstwa i pojawiają się tym większe bariery kapitało-
we wejścia na rynek. Dodatkowo jeśli uwzględni się efekty skali, to 

30 

R. Kuper, The Birth of a Power Source, Project Syndicate, 1 November 2011, http://

www.project-syndicate.org/commentary/the-birth-of-a-power-source (dostęp: 29 kwiet-
nia 2012).

background image

129

5. Nie ma dziś rozwiniętych krajów o zamkniętej gospodarce

słabsza gospodarka okaże się często uwikłana w prawdziwe błędne 
koło. Jeśli płytki rynek wewnętrzny nadmiernie ogranicza skalę pro-
dukcji i zbytu, natomiast warunkiem uzyskania przez rodzime firmy 
zdolności konkurowania na rynkach światowych jest duża skala wy-
twarzania, to mamy problem. Wejście na rynek zewnętrzny wymaga 
uprzedniego dotrzymania warunku, który może być spełniony jedy-
nie poprzez wcześniejsze wejście na ten rynek. Same mechanizmy 
rynkowe mogą okazać się zawodne w rozwiązaniu tych problemów. 
Wsparcie ze strony władzy publicznej – czy to w formie pozwalającej 
przełamać ograniczenia kapitałowe, czy to w postaci subwencjono-
wania eksportu – okazuje się pożyteczne. 

Innym przykładem jest problem barier w handlu zagranicznym. 

W przypadku krajów zacofanych ekonomicznie takie bariery pojawiają 
się nader często z uwagi na słabość sektora eksportowego. Potrzeby 
importowe są z reguły ogromne, ponieważ importuje się wiele dóbr in-
westycyjnych, technologie, surowce i półprodukty, części zamienne itp. 
Im słabiej rozwinięta gospodarka, tym większa potencjalnie skala tego 
przywozu, ponieważ własna gospodarka nie jest w stanie dostarczyć 
substytutów. Gdy możliwości eksportowe kraju są niewielkie, a jego 
sektor eksportowy słaby i niewydolny, wówczas handel zagraniczny 
może stać się potężnym czynnikiem hamującym wzrost gospodarczy, 
stanowiąc wąskie gardło. Rolą państwa jest odpowiednie stymulowa-
nie eksportu, ale być może także ograniczanie zbędnego importu, np. 
w postaci luksusowych dóbr konsumpcyjnych. 

W tych warunkach potrzebna jest ochrona własnej gospodarki 

za pomocą polityki celnej lub subsydiów. Startujące dopiero, mło-
de i wciąż technologicznie niedoświadczone branże przemysłowe nie 
mogą być wystawione na bezwzględną konkurencję ze strony firm 
zagranicznych mających liczne przewagi. Ich rozwój zostanie bardzo 
szybko zdławiony przez falę tanich, a początkowo zapewne także 
jakościowo lepszych, towarów importowanych. Opanowanie nowej 
produkcji wymaga wszak czasu, doświadczenia i środków. Ochro-
na poszczególnych gałęzi winna być jedynie przejściowa i tymczaso-
wa, tj. do czasu uzyskania dojrzałości przez dany sektor gospodarki. 
Groźna może okazać się zbyt silna i nadmiernie przedłużająca się 
ochrona branży. Rodzimy przemysł często (i to skutecznie) lobbuje 
za utrzymaniem parasola ochronnego nad własną produkcją. Taka 
praktyka prowadzi oczywiście do ograniczania konkurencji, rozwoju 
krajowych monopoli, zakonserwowania niskiej techniki i tym samym 
utrzymywania się nieefektywnej produkcji. Równocześnie jednak 

background image

130

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

niebezpieczna może być także przedwczesna i zbyt szybka liberaliza-
cja handlu. Protekcjonizm powinien być selektywny, a nie globalny, 
nie ma bowiem powodu chronić wszystkich branż. W szczególno-
ści zbędna lub wręcz szkodliwa jest protekcja gałęzi surowcowych 
i rolnictwa. Wreszcie całe dotychczasowe doświadczenie wskazuje, 
że protekcjonizm winien być wykorzystany do tworzenia w gospo-
darce wysokich zdolności eksportowych. 

Prominentny ekonomista koreański Ha-Joon-Chang nie waha 

się podsumować doświadczeń rozwojowych Korei Południowej, 
otwarcie polemizując ze zwolennikami liberalizacji handlu. „Korea 
oczywiście robiła to wszystko, co większość ludzi uważa za istotne 
dla rozwoju, np. inwestowała w infrastrukturę, zdrowie i edukację. 
Przede wszystkim jednak praktykowała politykę, która obecnie jest 
uważana za złą dla rozwoju ekonomicznego: szerokie stosowanie se-
lektywnej polityki przemysłowej, połączenie protekcjonizmu z sub-
sydiowaniem eksportu, znaczne regulacje w obszarze bezpośrednich 
inwestycji zagranicznych, aktywne, a nawet wyjątkowo rozległe wy-
korzystanie przedsiębiorstw państwowych, minimalną ochronę pa-
tentów i własności intelektualnej, znaczne regulowanie sfery zarów-
no krajowych, jak i międzynarodowych finansów. [Kraje] G7 były 
zawsze bardzo wstrzemięźliwe w rekomendowaniu tych heretyckich 
zasad i stwierdzały z naciskiem, że pakiet w postaci «konsensusu wa-
szyngtońskiego», polegający na otwarciu gospodarki, deregulacji 
i prywatyzacji, jest właściwą receptą dla wszystkich. Konfrontowa-
ni z przypadkiem Korei, zwolennicy tego konsensusu starali się go 
wyeliminować, przedstawiając jako wyjątek. Niemniej historia startu 
większości krajów G7 – szczególnie Wielkiej Brytanii, USA, Niemiec, 
Francji czy Japonii – jest o wiele bliższa modelowi koreańskiemu, niż 
się powszechnie sądzi. Nieortodoksyjna polityka zastosowana przez 
Koreę i przez niemal wszystkie bogate dziś kraje powinna być po-
ważnie brana pod uwagę we wszelkich dyskusjach na temat wyboru 
dróg rozwoju”

31

31 

Ha-Joon-Chang, It’s Time to Reject the Washington Consensus, „Guardian”, 9 No-

vember 2010.

background image

Rozdział 6

Pod wpływem klimatu i w kleszczach 
malarii

Jeszcze stosunkowo niedawno wydawało się, że rola czynnika geo-
graficznego w rozwoju ekonomicznym przechodzi do historii. O ile 
w przeszłości źródeł zamożności i bogactwa można by ewentualnie 
poszukiwać w wielkości zasobów naturalnych, urodzajności ziem czy 
położeniu względem dróg transportowych, o tyle już obecnie – jak 
można mniemać – znaczenie tych czynników staje się drugorzędne. 
Jednak od co najmniej kilkunastu lat poglądy ekonomistów na tę 
kwestię wyraźnie ewoluują, a niektórzy nawet sądzą, że geografia gra 
wciąż pierwsze skrzypce. Początki rewaloryzacji „geograficznej szko-
ły myślenia” wyznaczają zapewne publikacje J. Sachsa i A. Warnera

1

 

oraz J. Diamonda

2

 z połowy lat 90. Te i inne publikacje akcentują 

wpływ czynników klimatycznych, wyposażenia poszczególnych spo-
łeczności w zasoby naturalne i ziemię oraz problem izolacji geogra-
ficznej, utrudniającej dostęp i podnoszącej koszty transportu. Wszyst-
kie te okoliczności mają wpływ na możliwość i koszty pozyskania 
odpowiednich czynników produkcji, pulę dających się zastosować 
technologii oraz charakter funkcji produkcji, ryzyka ekonomiczne, 
dostęp do rynków lokalnych i międzynarodowych, a w konsekwencji 
na osiąganą stopę zwrotu i dochody. 

Najbardziej niedocenianym elementem w obszarze geografii jest 

bez wątpienia czynnik klimatyczny. Analizując sprzyjające i nieko-
rzystne warunki rozwojowe, zwróćmy zwłaszcza uwagę na negatyw-
ny wpływ niezdrowego klimatu strefy równikowej na warunki egzy-
stencji człowieka, a także na warunki jego pracy i edukacji. Nawet 
pobieżna obserwacja geograficzna dowodzi, że im dalej od równika 
jest położona dana gospodarka, tym jest ona bardziej rozwinięta i ce-

J. Sachs, A. Warner, Natural Resource Abundance and Economic Growth, NBER 

Working Paper 1995, No. 5398.

J. Diamond, Guns, Germs and Steel, W.W. Norton, New York 1997.

background image

132

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

chuje ją wyższa produkcja per capita. Najwyżej rozwinięte kraje leżą 
w strefie umiarkowanej i nie wydaje się, by był to czysty przypadek. 
J. Sachs wymienia kilka przyczyn potencjalnie odpowiedzialnych za 
niedorozwój ekonomiczny krajów w strefie tropikalnej

3

. I tak strefa 

tropikalna prowadzi do niedorozwoju wskutek m.in. takich jej cech, 
jak: (a) niska jakość gleb tropikalnych, (b) powszechność występowa-
nia pasożytów i chwastów, (c) szybkie parowanie i niedobory wody, 
(d) brak dostatecznie długiej pory suchej niezbędnej do zapewnie-
nia wegetacji zbóż, (e) warunki sprzyjające rozwojowi ludzkich cho-
rób oraz (f) wysokie koszty transportu. Pod tymi względami strefa 
umiarkowana ma istotne przewagi. Weźmy np. warunki zdrowotne: 
to przecież głównie w strefie gorącego klimatu występują tak niebez-
pieczne dla ludzi choroby, jak malaria, żółta febra, śpiączka afrykań-
ska, bilharcjoza, trąd, ślepota rzeczna. Lista ta jest oczywiście niepeł-
na, a niektóre z tych chorób są dzisiaj (lub były kiedyś) spotykane 
także w klimacie bardziej umiarkowanym. Niemniej częstotliwość 
ich występowania – poza tropikami – jest dużo rzadsza. Rozwojowi 
chorób w klimacie tropikalnym sprzyja duża wilgotność powietrza 
i wysokie temperatury. Kiedy w strefie umiarkowanej temperatura 
w zimie spada poniżej zera, wiele pasożytów, bakterii oraz owadów 
przenoszących choroby zostaje zniszczonych, dzięki czemu warunki 
bytowania człowieka i zwierząt są w tej strefie dużo zdrowsze. 

Do czasu pojawienia się AIDS najbardziej groźną chorobą strefy 

tropikalnej, wywołującą najwięcej zgonów i negatywnych skutków 
zdrowotnych, była malaria. Ta choroba, przenoszona przez koma-
ry, jest dziś – według ocen Banku Światowego – odpowiedzialna za 
ponad 200 mln zachorowań rocznie. Chociaż w ogromnej większo-
ści przypadków chorych można wyleczyć, nadal rejestruje się prawie 
800 tys. zgonów rocznie w wyniku zachorowania na malarię

4

, w tym 

90% w Afryce Subsaharyjskiej. W Czarnej Afryce wśród przyczyn 
śmierci dzieci w wieku do lat pięciu 1/6 zgonów jest właśnie wywo-
łana malarią, najbardziej zagrożone są bowiem małe dzieci i matki 
w ciąży. Ponadto w przypadku dzieci nawet wówczas, gdy nieleczona 
choroba nie kończy się śmiercią, bywa, że zachorowanie prowadzi 
do mniej czy bardziej poważnego upośledzenia umysłowego, które 
oczywiście ogranicza przyszłe szanse życiowe chorego, jego możli-
wości edukacyjne i zarobkowe. Dlatego wielu autorów jest zdania, 

J. Sachs, Tropical Underdevelopment, NBER Working Paper 2001, No. 8119.

Dane pochodzą z 2009 roku.

background image

133

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

że do dziś malaria jest głównym winowajcą blokującym rozwój na 
kontynencie afrykańskim

5

. Jak piszą bowiem J. Sachs i P. Malaney: 

„Tam gdzie malaria rozwija się najbardziej, tam ludzkie społeczności 
mają się najgorzej. Światowy rozkład produktu krajowego brutto per 
capita
 wykazuje uderzającą korelację pomiędzy malarią a ubóstwem, 
kraje zaś z endemiczną malarią charakteryzują się także niższym tem-
pem wzrostu gospodarczego. Jest wiele kanałów, poprzez które ma-
laria hamuje rozwój, takich jak wpływ na płodność, przyrost lud-
ności, skłonność do oszczędzania i inwestowania, absencja w pracy, 
wydajność pracy, przedwczesna śmiertelność i koszty leczenia”

6

. Te 

negatywne dla Afryki skutki zachorowań na malarię Bank Światowy 
ocenia na ok. 12 mld USD utraty rocznego PKB i obniżenie się śred-
niorocznego tempa wzrostu o 1,3%. 

Przyjrzyjmy się niektórym zjawiskom, o jakich mowa wyżej. Nie-

zdrowe środowisko naturalne prowadzi do przedwczesnych i maso-
wych zgonów, zwłaszcza wśród dzieci. Są one dotknięte szczególnie 
jako istoty słabsze i jeszcze bez nabytej odporności immunologicznej. 
Niemniej także ogólne wskaźniki śmiertelności dla całej populacji są 
podwyższone w stosunku do wskaźników rejestrowanych w krajach 
o zdrowszym klimacie. Jak potężny wpływ potrafi wywierać niezdro-
wy klimat i niesprzyjające środowisko przyrodnicze, świadczą losy 
budowy Kanału Panamskiego, która to inwestycja była realizowana 
(początkowo przez Francuzów, potem przez Amerykanów) w wyjąt-
kowo malarycznej okolicy. W latach 1881–1889 w wyniku malarii 
i żółtej febry przy budowie kanału zmarło ponad 20 tys. robotników 
(co czwarty zatrudniony) i był to jeden z powodów niepowodzenia 

Głównym, co nie znaczy, że jedynym ważnym czynnikiem zdrowotnym. Jest oczy-

wiste, że począwszy od lat 90. silnie negatywny wpływ zdrowotny i ekonomiczny wy-
wiera skala rozpowszechnienia się AIDS na kontynencie afrykańskim, zwłaszcza w kręgu 
Czarnej Afryki. W wielu krajach na południu Afryki (zwłaszcza w Suazi, RPA, Lesoto, 
Botswanie, Zimbabwe) zarażonych jest 15% populacji i więcej. Wskaźniki dla całego 
kontynentu afrykańskiego (5% populacji zarażonych lub nosicieli) są dziesięciokrotnie 
wyższe niż dla innych części świata. AIDS i częstość zachorowań nie ma – jak się wyda-
je – żadnego związku z klimatem, ale raczej z ubóstwem i być może czynnikami kultu-
rowymi. Wszystkie badania pokazują, że AIDS wywiera dziś bardzo znaczny negatywny 
wpływ na ekonomikę tych krajów, które są nim szczególnie dotknięte. Wpływ ten – bez-
pośredni i pośredni (poprzez spadek długości trwania życia) – szacuje się na 0,5 punktu 
procentowego spadku średniorocznego tempa wzrostu PKB krajów południa Afryki. 
Efekt ten na szczęście słabnie od ok. 2000 roku, tj. od momentu, gdy zaczynamy po-
wstrzymywać epidemię AIDS. 

J. Sachs, P. Malaney, The Economic and Social Burden of Malaria, „Nature”, Febru-

ary 2002, s. 680.

background image

134

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

francuskiego przedsięwzięcia. Amerykanie dopiero wtedy podję-
li przerwaną budowę kanału (w 1904 roku), gdy osuszyli teren, by 
pozbyć się komarów roznoszących chorobę. Także w Europie ma-
laria była długo obecna i jej negatywny wpływ dawał się we znaki. 
Choroba zniknęła ostatecznie na kontynencie dopiero po II wojnie 
światowej. Kiedy jednak w XVI wieku angielska królowa Elżbieta I, 
nieświadoma skutków swej decyzji, skłoniła właścicieli ziemskich do 
drenowania bagnisk, moczarów i wrzosowisk we wschodnich i po-
łudniowo-wschodnich hrabstwach Lincolnshire, Norfolk, Suffolk, 
Essex, Kent i Sussex, doprowadziła tą decyzją do powstania praw-
dziwej wylęgarni komarów oraz eksplozji malarii niemal nieznanej 
przedtem w tej części kraju

7

. Wcześniej przybrzeżne obszary bagienne 

były okresowo zalewane słoną wodą morską, która wypłukiwała lar-
wy komarów. Po zdrenowaniu woda morska już nie docierała, pozo-
stały natomiast duże obszary jeziorek słodkowodnych – znakomite-
go miejsca do rozmnażania się komarów i źródła rozprzestrzeniania 
się malarii. Rejon dotychczas przeżywający znaczny wzrost demogra-
ficzny nagle – wskutek ogromnego wzrostu zgonów (dwa razy wyż-
szego niż liczba urodzeń) – stał się strefą wyludniającą się

8

Dodatkowo w strefie równikowej i podzwrotnikowej choroby 

tropikalne atakują ludność w znacznej części bezbronną. Nie posiada 
ona dostatecznych środków finansowych, by się skutecznie leczyć. 
Słabe i biedne państwo także zawodzi w roli dostawcy usług medycz-
nych. W rezultacie ludzie chorują długo i przewlekle, a nieleczone 
choroby często prowadzą do trwałej utraty zdrowia lub nawet śmier-
ci. Bezpośrednie ekonomiczne konsekwencje tej sytuacji są oczywi-
ste: albo obniża się średnia produktywność siły roboczej (częste ab-
sencje w pracy, osłabienie chorobą), albo – w przypadku wysokiej 
śmiertelności wśród ludzi w wieku produkcyjnym, tak jak w dwóch 
powyższych przykładach – kurczą się ogólne zasoby pracy w danej 
gospodarce lub przy danym projekcie. 

Ponadto omawiana sytuacja wpływa na wzrost i tak już wysokich 

wskaźników dzietności. W biednych krajach regułą jest to, że kobiety 
mają dużo dzieci, a rodziny są wielodzietne. Zachowania takie nie są 
jedynie anachroniczną normą kulturową, jak sugeruje stereotyp, ale 

Przykład pochodzi z książki: Ch. Mann, 1493, Alfred Knopf, New York 2011, 

s. 82–83. 

Dopiero w czasach wiktoriańskich, czyli 200 lat później, ulepszona melioracja 

zmieniła tę sytuację. 

background image

135

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

bardzo racjonalnym wyborem i wynikiem rachunku ekonomicznego. 
W społecznościach, o których mówimy, z reguły nie istnieje żaden 
efektywny system ubezpieczeń społecznych, pozwalający zabezpie-
czyć się jednostce przed skutkami zachorowania, starości czy niepeł-
nosprawności. Jedynym systemem, na który można liczyć, to pomoc 
rodziny i własnych dzieci. Osobnicy bezdzietni są bez szans. Nietrud-
no zresztą wyliczyć szacunkowo, jaka liczba urodzonych dzieci jest 
niezbędna do spełnienia warunku zabezpieczenia rodziców np. przed 
starością

9

. Dzieci muszą dożyć wieku produkcyjnego (przyjmijmy, że 

zachodzi to z prawdopodobieństwem 1 – z, gdzie z – prawdopo-
dobieństwo przedwczesnego zgonu dziecka), posiadać odpowied-
nie dochody (załóżmy prawdopodobieństwo na poziomie d) i być 
gotowe do pomocy starym rodzicom (zakładane prawdopodobień-
stwo  g). Zatem dla każdego dziecka prawdopodobieństwo dożycia 
wraz z odpowiednimi dochodami i gotowością do pomocy wynosi 
O = (1–z)dg. Wówczas, przy liczbie dzieci, prawdopodobieństwo, 
że żadne dziecko takiej pomocy nie udzieli jest (1 – 

O)

n

. Prawdopo-

dobieństwo, że znajdzie się przynajmniej jedno takie dziecko wynosi 
zatem 1 – (1– 

O)

n

. Jeśli chcemy, by to prawdopodobieństwo wynosiło 

co najmniej 90%, to musimy rozwiązać (ze względu na n) nierów-
ność: 1 – (1– 

O)

n

 > 0,9. Jeśli uwzględnimy fakt, że – ze względu na 

zwyczaje i praktykę społeczną – jedynie synowie mogą takiej pomocy 
udzielić, to liczbę urodzonych dzieci należałoby podwoić. Szacowana 
liczba zależy oczywiście od prawdopodobieństwa 

O. 

Tabela 6.1. Szacowana liczba rodzonych dzieci (2n) dla ubezpieczenia własnej sta-
rości 

prawdopodobieństwo 

O

0,4

0,5

10

0,6

2n

10

8

6

10

Widoczne jest, że racjonalny poziom dzietności jest bardzo duży, 

ale jednocześnie gdy śmiertelność wśród dzieci z rośnie (prawdopo-
dobieństwo 

O wówczas maleje), to wskaźniki dzietności dodatkowo 

Wykorzystano tu rozumowanie zaczerpnięte z: D. Ray, Development Economics

Princeton University Press, Princeton 1998, s. 310–311. 

10 

Przywoływany wyżej D. Ray uznaje tę wartość za niezłe przybliżenie do rzeczywi-

stości.

background image

136

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

się podnoszą. Im trudniej o pracę i dochody, im wyższe bezrobocie 
w miastach, tym silniejsza motywacja, by poprzez wielkość rodzi-
ny zwiększać szanse, że przynajmniej część potomstwa będzie miała 
szczęście i zdobędzie w przyszłości zatrudnienie. Strategia rodzenia 
wielkiej liczby dzieci jest zatem racjonalna z mikroekonomicznego 
punktu widzenia. Im więcej ma się dzieci, tym bardziej skuteczny wy-
daje się system ubezpieczenia rodzinnego. W wymiarze makroeko-
nomicznym jednak rzecz wygląda inaczej. Jeśli tendencja do posiada-
nia licznej rodziny jest powszechna i masowa, to rezultatem będzie 
niepożądane przyspieszenie przyrostu demograficznego, a w skraj-
nym przypadku nawet eksplozja demograficzna. Presja ludnościowa 
zwiększa ogromnie problemy na rynku pracy oraz wpływa na prze-
ciążenie na ogół słabej i niewydolnej infrastruktury społecznej, ta-
kiej jak system edukacyjny i system ochrony zdrowia. Pojawia się 
często tendencja do rabunkowej gospodarki zasobami naturalnymi, 
co prowadzi do nadmiernej eksploatacji ziemi uprawnej, pastwisk, 
lasów, wód i łowisk rybnych. Przeludnienie wywiera także negatyw-
ny wpływ na stan środowiska. Wreszcie wszystkie te zjawiska rodzą 
na ogół ostre napięcia społeczne i polityczne, destabilizując te kraje 
wewnętrznie. 

Może się wydawać, że powyższe wywody są wewnętrznie sprzecz-

ne. Z jednej strony powiada się, że malaria, żółta febra i inne niebez-
pieczne choroby tropikalne

11

 są odpowiedzialne za ogromną śmiertel-

ność ludzi zamieszkujących i pracujących w strefie gorącego klimatu. 
Dotyczy to także w wysokim stopniu osób w wieku produkcyjnym, 
którzy albo przedwcześnie umierają, albo często chorują, a to w re-
zultacie znacznie zmniejsza dostępną podaż pracy – czyli w obsza-
rze okołorównikowym ludzi jest za mało. Z drugiej strony dowodzi-
my, że ludzi jest tam za dużo i występuje swoista nadpodaż zasobów 
pracy. To tylko pozorny paradoks. Można bowiem rzec, że sytua-
cja wygląda tak – ludzi jest za dużo do konsumpcji, a za mało do  
produkowania. 

Niezdrowe środowisko, w którym ludzie przedwcześnie umiera-

ją i często chorują, ma jeszcze jedną ważną cechę: wpływa na ra-
dykalne skrócenie horyzontu myślenia i działania podmiotów eko-
nomicznych. W takim środowisku spada stopa zwrotu z inwestycji 
w edukację i z inwestycji w kapitał ludzki. Skoro w społecznościach 
atakowanych przez choroby skraca się przeciętne trwanie życia człon-

11 

Ostatnio także zwłaszcza AIDS. 

background image

137

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

ków takiej zbiorowości, to krótszy jest także okres czerpania korzyści 
z inwestycji w edukację. Nakłady takie są opłacalne tylko wtedy, gdy 
zdyskontowane oczekiwane korzyści z wykształcenia przewyższają 
poniesione nakłady. W gospodarstwach domowych rachunek eko-
nomiczny nakazuje więc zmniejszenie nakładów na kształcenie dzie-
ci. Jeśli oczekiwany czas trwania życia jest zbyt krótki, to rachunek 
nakazuje albo ograniczenie czasu i poziomu wykształcenia dzieci, 
albo kształcenie jedynie niektórych z nich (z reguły kosztem córek). 
W okolicach malarycznych (czy np. dotkniętych AIDS) spada rów-
nież radykalnie jakość systemu edukacyjnego, co wynika z braku ka-
dry nauczającej. Nauczyciele niechętnie podejmują pracę w rejonach 
niebezpiecznych i zagrożonych, część z nich choruje, a poważnym 
problemem jest także absencja chorujących uczniów. W skrajnych 
przypadkach, co dotyczy jednak przede wszystkim AIDS, następuje 
nawet całkowite załamanie się procesu tworzenia kapitału ludzkie-
go między generacjami. Szybki przyrost naturalny nie skutkuje więc 
równie szybkim przyrostem wykwalifikowanych absolwentów, na 
rynki wlewają się natomiast wielkie masy biednych, słabo wykształ-
conych i poszukujących jakiegoś zajęcia bezrobotnych konsumentów, 
dla których nie ma pracy. To jest właśnie ten pozorny paradoks: dla 
gospodarki jest lepiej mieć do dyspozycji mniej robotników, ale lep-
szych, z dużym zasobem kapitału ludzkiego, niż mieć ich dużo, lecz 
niepiśmiennych i ekonomicznie zbędnych. 

Zwróćmy uwagę, że wydłużenie się trwania życia (np. dzięki zdu-

szeniu ognisk malarii) pozwalałoby odwrócić to błędne koło i uru-
chomić pozytywne sprzężenie zwrotne. Wraz z rosnącą oczekiwaną 
długością życia rośnie bowiem opłacalność inwestycji w kształcenie 
dzieci, co łącznie mogłoby skłaniać rodziny do zmniejszenia dziet-
ności. Pojawiłaby się substytucja między liczbą a „jakością” dzieci, 
co jest pożądane także w wymiarze makroekonomicznym, ponieważ 
przełamuje deficyt wysoko kwalifikowanych kadr. Jednak i na po-
ziomie mikro nawet mniejsza liczba dobrze wyedukowanych dzie-
ci – a więc z większymi szansami na zatrudnienie – rozwiązuje ten 
problem zabezpieczenia, który przedtem wymagał wielodzietności. 
Jednocześnie rodzinom łatwiej jest podołać finansowo kształceniu 
mniejszej liczby córek i synów. 

Wydłużanie się czasu trwania życia zwiększa również skłonność 

do oszczędzania. Zasadniczo można tu wyróżnić dwa kanały, po-
przez które uzyskuje się ten efekt. Po pierwsze, duże rodziny oszczę-
dzają mniej, ponieważ muszą wyżywić z bieżących wydatków o wie-

background image

138

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

le więcej osób. Zapewne w takich rodzinach jest także więcej rąk 
do pracy, wliczając często wykorzystywaną pracę dzieci, ale na ogół 
obciążenie wydatkami konsumpcyjnymi jest tu większe niż w rodzi-
nach małych. Im zatem dłuższe życie, tym bardziej spada skłonność 
do wielodzietności, a tym samym rośnie pula możliwych oszczęd-
ności. Po drugie, istnieje silny motyw do oszczędzania wtedy, gdy 
życie się wydłuża, konieczne jest bowiem gromadzenie środków na 
starość, na swoisty fundusz emerytalny. Także w tej sytuacji można 
dostrzec wpływ niezdrowych warunków życia na gospodarkę, niskie 
oszczędności tworzą bowiem ewidentne bariery wzrostu gospodar-
czego. 

Dodajmy wreszcie inne oczywiste blokady rozwojowe, jakie two-

rzy strefa chorób tropikalnych. Kraje trapione przez malarię i inne 
niebezpieczne schorzenia nie sprzyjają rozwojowi turystyki. Dla bo-
gatych turystów bezpieczeństwo osobiste jest najistotniejszym prio-
rytetem i dlatego – z nielicznymi wyjątkami – unikają oni okolic ryzy-
kownych, niezależnie od tego, czy ich źródłem jest np. terroryzm czy 
też zarazki. Podobnie zresztą obcy kapitał nie garnie się do krajów 
zagrożonych. Poza przypadkami wydobywania cennych i rzadkich 
surowców, kiedy trudno jest wybierać dogodne miejsca inwestowa-
nia, prywatne firmy z Zachodu niechętnie angażują się kapitałowo 
w regionach o wysokiej zachorowalności. Mają one ogromne kło-
poty z pozyskaniem kadry kierowniczej chętnej do wyjazdu w takie 
regiony i z tych względów operacje tego typu są dużo bardziej kosz-
towne. 

Wydaje się zatem, że geografia jest przekleństwem, skazując pe-

chowców na warunki życia w niezdrowym klimacie, a szczęśliwców 
uprzywilejowując umiarkowanymi temperaturami, korzystnymi wa-
runkami wegetacji roślin i idealnymi warunkami do pracy fizycznej. 
Spis różnych niedogodności zamieszkiwania w strefie równikowej 
należałoby jeszcze uzupełnić o kwestię niezdolności do ciężkiej pracy 
fizycznej w wysokich temperaturach. Długotrwały wysiłek w gorą-
cym klimacie nie jest możliwy, gdyż człowiek po prostu się przegrze-
wa. Jeden z autorów

12

 piszących na ten temat złośliwie zauważył, że 

biurokracja waszyngtońska rozrosła się dopiero wtedy, gdy wynale-
ziono urządzenia klimatyzacyjne. Wcześniej warunki pracy w biurach 
w Waszyngtonie były tak nieznośne, że rząd federalny w lecie właści-
wie zamykał swój „sklepik” na kilka miesięcy. 

12 

D. Weil, Economic Growth, Pearson, Boston 2005, s. 449.

background image

139

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

Uzasadnione jest zatem pytanie, czy problemem jest środowisko na-

turalne i jego cechy czy może raczej problem dostępnych technologii. 
Wiemy przecież, że technologie w rolnictwie i usługach zdrowotnych 
są ekologicznie specyficzne i nie dają się łatwo przenosić pomiędzy 
strefami geograficznymi. Czy ma to duże znaczenie? Chyba tak, skoro 
jednym z kluczowych argumentów pozwalających dziś minimalizować 
wpływ czynnika geograficznego na rozwój jest wskazywanie na rolę 
technologii, które pozwalają na znaczne niwelowanie efektów klima-
tycznych i innych niekorzystnych cech środowiskowych i ekologicz-
nych. W jakim stopniu takie kwestie, jak epidemie i istnienie regionów 
stale narażonych na obecność chorób zakaźnych, ale również np. erozja 
gruntów, zasolenie akwenów wodnych, powodzie, nadmierne wypa-
sanie łąk, pustynnienie, deforestacja, zatrucie wód i atmosfery oraz 
tym podobne zjawiska związane z degradacją lokalnego środowiska 
naturalnego, mogą być rozwiązywane dzięki postępowi technicznemu 
i nowym technologiom? 

Nie siląc się tu na podjęcie tych wszystkich wątków, zwróćmy 

jeszcze raz uwagę na kwestię malarii. W krajach rozwiniętych choro-
ba ta została praktycznie wyeliminowana po 1945 roku. Wcześniej, 
przed II wojną światową, występowała w południowowschodnich 
stanach USA oraz w całej południowej Europie, zwłaszcza w rejo-
nach Grecji, Włoch i na Półwyspie Iberyjskim. Te obszary nie są oczy-
wiście tak atrakcyjne dla nosicieli zarazków malarii jak regiony poło-
żone bardziej na południe, niemniej i tu malaria była groźna. Walka 
z malarią jest dość nieskomplikowana i relatywnie tania

13

. Znane są 

dzisiaj terapie i środowiskowe uwarunkowania rozwoju choroby, do-
stępne są leki. Przyczyny niepowodzenia w zwalczaniu malarii mają 
źródła w ubóstwie krajów i społeczności nią dotkniętych. Od strony 
wiedzy i technologii stworzenie świata bez zagrożenia malarią jest 
dziś w pełni możliwe, tak jak stało się to w krajach rozwiniętych. 
Wyasygnowanie odpowiednio dużo środków pozwoliłoby rozwiązać 
problem. J. Sachs szacuje koszt kontroli malarii na 3 mld USD rocz-
nie w postaci pomocy zagranicznej. 

Poważniejszym problemem jest jednak inna kwestia. Na szczę-

ście dla krajów słabo rozwiniętych malaria nie była tylko ich zmar-

13 

Koszt zależy od rodzaju walki z chorobą. Jeśli chcemy jej zapobiegać, to sprysku-

jemy wnętrza pomieszczeń, np. przy użyciu DDT, lub stosujemy moskitiery. Jeśli nato-
miast korzystamy z leczenia, to koszt kuracji z reguły nie przekracza kilku dolarów. Dla 
najbiedniejszych poniesienie tych kosztów jest poza ich zasięgiem finansowym. 

background image

140

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

twieniem. Badania naukowe i opracowanie odpowiednich środków 
leczniczych prowadzono przede wszystkim w interesie mieszkańców 
bogatych krajów Północy. Co się jednak dzieje w przypadku chorób 
występujących jedynie lokalnie, i to tylko w rejonie krajów Południa? 
Technologie powstają głównie w krajach rozwiniętych, a prace ba-
dawcze stanowią funkcję ich opłacalności biznesowej. Im biedniejsi 
są nabywcy, tym mniej liczna jest grupa nabywców i słabsza motywa-
cja dla przemysłu farmaceutycznego. Na szczęście wszystkie proble-
my stają się dziś globalne. 

Chociaż dzisiaj zagrożenie malarią wydaje się, przynajmniej z per-

spektywy świata rozwiniętego, mniej poważne, to historycznie rzecz 
biorąc, w przeszłości choroba ta w istotny sposób wpływała na bieg 
spraw i kształt współczesnego świata. Stwierdzenie to nie jest by-
najmniej przesadne. I tak np. granica między Północą a Południem 
w USA (tzw. Mason-Dixon Line) jest dziś wyznaczana de facto przez 
historyczną granicę zasięgu malarii

14

. W amerykańskiej wojnie do-

mowej walki toczyły się głównie na południu, tj. w strefach objętych 
malarią. Zarówno przebieg, jak i długość konfliktu oraz ludzkie stra-
ty, jakie ponosiły obie strony, były funkcją odporności obu armii na 
ataki malarii. Ale nie to jest najistotniejsze. Najbardziej zdumiewa 
fakt, że geograficznie zasięg amerykańskiego systemu niewolniczego, 
a więc w konsekwencji podział polityczny na przemysłową i aboli-
cjonistyczną Północ oraz rolnicze Południe zwolenników utrzymania 
niewolnictwa pokrywa się z granicą występowania malarii. Obsza-
ry jej występowania charakteryzowały się wysoką śmiertelnością, co 
wpływało oczywiście nie tylko na sytuację walczących żołnierzy, ale 
przede wszystkim na warunki zamieszkiwania i pracy. Wiemy dziś 
(a w każdym razie badacze zgadzają się w większości co do tego), 
że malaria nie istniała w Ameryce przed Kolumbem i została na ten 
kontynent przywleczona przez Europejczyków. Jest wysoce prawdo-
podobne, że początkowo przybyła ona wraz z kolonistami angielski-
mi pochodzącymi z regionów Wielkiej Brytanii opanowanych przez 
tę chorobę. Tym samym jej zarazki dotarły do miejsc, w których lo-
kalni mieszkańcy, Indianie, nigdy nie zetknęli się z malarią. Rdzen-
ni mieszkańcy byli zupełnie nieodporni na tę chorobę i w rezulta-

14 

Temperatura odgrywa bardzo ważną rolę w roznoszeniu zarazków malarii przez 

komary. W zbyt niskiej temperaturze larwy komarów nie rozwijają się lub też wykazują 
małą żywotność i są mniej groźne. Wyjaśnia to, dlaczego daleko na północ lub daleko na 
południe od równika malaria nie stanowi zagrożenia. W tym sensie temperatura wyzna-
cza granicę zasięgu tej choroby. 

background image

141

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

cie na południu kontynentu północnoamerykańskiego, tj. w strefie 
malarycznej, zostali niemal całkowicie przez nią unicestwieni. Euro-
pejczycy radzili sobie nieco lepiej, ponieważ nabyli wcześniej pew-
ną odporność na malarię, ale i wśród nich śmiertelność była bardzo 
wysoka. Powodowało to ogromny deficyt rąk do pracy w regionach 
upraw tytoniu i bawełny. Bardziej na południe, w rejonie Karaibów, 
rozwój plantacji trzciny cukrowej w jeszcze większym stopniu zale-
żał od pozyskania odpowiednich zasobów siły roboczej

15

. W tych 

okolicznościach zrodził się wielki popyt na pracę niewolników po-
chodzących z zachodniej i środkowej Afryki, którzy – jak się okaza-
ło – mieli naturalną, dziedziczną odporność na malarię. W stanach 
północnych USA, gdzie malaria była nieobecna lub mniej groźna, nie 
było potrzeby zatrudniania niewolników z Afryki, gdyż robotnicy eu-
ropejscy byli po prostu tańsi. Już A. Smith w swym głównych dziele 
Bogactwo narodów z 1776 roku zwrócił uwagę na to, że w koloniach 
i na plantacjach praca najemna była znacznie tańsza niż praca nie-
wolników. Wysokie koszty transportu morskiego tych ostatnich na 
plantacje Nowego Świata, koszty ich ciągłego dozoru, potencjalne 
straty dla właściciela z powodu buntów, ucieczek i sabotażu oraz ob-
cość kulturowa i językowa czyniły z niewolników teoretycznie bar-
dzo drogi czynnik produkcji. Według zbieżnych ocen pochodzących 
z różnych źródeł koszt posiadania niewolnika w połowie XVII wie-
ku był w przeliczeniu około dwukrotnie wyższy niż koszt zatrud-
nienia najemnej siły roboczej (białego migranta ze Starego Świata)

16

Po uwzględnieniu jednak wysokiej stopy śmiertelności wśród białych 
robotników (z powodu malarii i innych chorób) rachunek ten zde-
cydowanie przemawiał za produkcją niewolniczą. Wyjaśnia to zna-
komicie obserwowany fenomen rozgraniczenia ekonomiki poszcze-
gólnych stanów amerykańskich na te południowe stany (dotknięte 
malarią), w których dominowało rolnictwo w formie plantacji wyko-
rzystujących pracę niewolniczą, i na przemysłową, ale także częścio-
wo rolniczą (zdrową, pobawioną malarii) północ, gdzie gospodarka 
korzystała z pracy najemnej. 

To potężne motywy zysku i interesu ekonomicznego pchnęły an-

gielskich plantatorów – a także inne nacje kolonialne – w Ameryce 

15 

Produkcja cukru jest najbardziej pracochłonna wśród innych typowych upraw 

w koloniach (czyli kawy, kakao, tytoniu i bawełny). 

16 

Na przykład por. M. Parker, The Sugar Barons. Family, Corruption, Empire and 

War, Hutchinson, London 2011, s. 57. 

background image

142

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Północnej i na Karaibach w szczególnych warunkach geografii ma-
larii i żółtej febry do przestawienia swych plantacji

17

 na pracę nie-

wolniczą. Jak pisze Ch. Mann, byłoby przesadą powiedzieć, że to 
malaria zrodziła niewolnictwo, ale jej istnienie wykreowało warunki, 
w jakich praca niewolników stała się ekonomicznie niezwykle opła-
calna.

Skalę handlu niewolnikami przez Atlantyk ocenia się dziś na co 

najmniej 12–13 mln ludzi. Większość fachowców uważa, że miało 
to katastrofalne konsekwencje dla demografii samej Afryki i ekono-
micznych losów tego kontynentu. Chodzi tu nie tylko o stały drenaż 
ludnościowy, trwający przez trzy stulecia – od XVII do XIX wieku. 
Ustawiczne polowanie na niewolników w zachodniej Afryce bloko-
wało proces budowania tam struktur państwowych, a powszechny 
udział samych Afrykanów w handlu niewolnikami tworzył oraz in-
tensyfikował podziały etniczne i narodowe między nimi, żywe do 
dziś. Badacze tego problemu nie wykluczają zatem, że obecne kon-
flikty regionalne w Afryce mogą nie być przypadkowe, ale mieć swe 
korzenie w kulturze politycznej zrodzonej w przeszłości. Nie należy 
jednak zapominać, że handel niewolnikami i zbudowanie systemu 
produkcji opartej na pracy niewolniczej w Ameryce oraz w koloniach 
brytyjskich, hiszpańskich, portugalskich, francuskich i holenderskich 
przyniosło trwałe skutki, kształtując obecną strukturę ludnościo-
wą w całym Nowym Świecie. W Ameryce Łacińskiej potomkowie 
czarnych niewolników w dużym stopniu rozpłynęli się w dominu-
jącej dziś mieszance ras i kultur (białej, czarnej i rodzimych Indian). 
W USA czarnoskórzy obywatele konstytuują dziś ok. 12% całej po-
pulacji, choć w końcu XVIII wieku czarni mieszkańcy (wówczas nie-
mal wyłącznie o statusie niewolnika) stanowili prawie 20% ludności. 

Malaria odegrała zapewne także istotną rolę w historii w rozstrzy-

gnięciu wielu konfliktów militarnych. Armie złożone z żołnierzy, któ-
rym przyszło walczyć w rejonach malarycznych czy niebezpiecznych 
zdrowotnie, a którzy nie nabyli wcześniej naturalnej odporności na 
lokalne choroby, często przegrywały batalie lub nie były zdolne do 
kontynuowania wojny. W 536 roku n.e. armia Belizariusza w Italii 
została niemal zdziesiątkowana przez malarię, co zniweczyło podję-
ty przez cesarza Justyniana plan ponownego odtworzenia Imperium 
Rzymskiego. Ze względu na malarię (i żółtą febrę) Napoleonowi nie 

17 

Dotyczy to również – i z tych samych powodów – właścicieli kopalń w dzisiejszej 

Brazylii, Boliwii i Peru. 

background image

143

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

udało się opanować rebelii na Santo Domingo w 1801 roku, a Bry-
tyjczycy przegrali wojnę o niepodległość w USA, „pobici” przez tę 
chorobę, kiedy ich nieodporni na nią żołnierze zmuszeni byli walczyć 
z przeciwnikiem, który zetknął się już z malarią. 

To wszystko skłoniło Ch. Manna do napisania

18

: „Byłoby przesa-

dą powiedzieć, że malaria i żółta febra są odpowiedzialne za handel 
niewolnikami, tak jak byłoby przesadą rzec, że to one wyjaśniają, dla-
czego większość Ameryki Łacińskiej jest wciąż biedna, lub dlaczego 
rezydencje plantatorów bawełny przed wojną w Przeminęło z wia-
trem
 są ulokowane na szczytach rozległych pagórkowatych trawni-
ków

19

, lub dlaczego Szkocja przyłączyła się do Anglii, by stworzyć 

Zjednoczone Królestwo

20

, lub dlaczego słabe, podzielone trzyna-

ście kolonii wywalczyło niepodległość od potężnej Wielkiej Brytanii 
w rewolucyjnej wojnie. Ale to także nie byłoby całkowicie fałszywe”. 

*

Ponieważ ostatnio zaczęto sporo mówić o globalnym ociepleniu, 

to w świadomości potocznej tkwi naiwne przeświadczenie, że cho-
ciaż klimat na Ziemi jest regionalnie zróżnicowany, to jednak w za-
sadzie jest on niezmienny w czasie, a dzisiejsze realia klimatyczne 
i pogodowe są identyczne jak w przeszłości. W rzeczywistości taka 
np. rewolucja neolityczna – jedno z najważniejszych wydarzeń w hi-
storii ludzkości, polegające na przejściu od zbieractwa i łowiectwa 
do osiadłego trybu życia, połączonego z pojawieniem się rolnictwa 
i hodowli – nie byłaby możliwa bez głębokiej zmiany warunków kli-
matycznych na Ziemi. Bardzo zimny klimat charakterystyczny dla 
okresu lodowcowego, niezwykle trudne warunki wegetacji roślin 
i życia zwierząt niepomiernie powiększały w tej epoce ryzyko śmier-
ci głodowej człowieka oraz obniżały szanse przetrwania ludzkich 
zbiorowości. Strategia przemieszczania się ludzkich gromad w tere-
nie pozwala zmniejszyć ryzyko lokalnych kryzysów żywnościowych. 
Z tych względów osiadły tryb życia stawał się możliwy dopiero po 
ociepleniu się klimatu w połączeniu z bardziej stabilnymi tempera-

18 

Ch. Mann, op. cit., s. 79. 

19 

Oczywiście ze względów zdrowotnych.

20 

Nastąpiło to w 1707 roku po katastrofie ekonomicznej Szkotów w związku z ich 

przedsięwzięciem kolonialnym New Edinburgh w Panamie (1698–1700). Fiasko tego 
projektu wydrenowało poważnie zasoby kraju i mogło skłonić Szkotów do zawarcia unii 
z Anglią. Głównymi przyczynami katastrofy była niezwykle wysoka śmiertelność wśród 
kolonistów, wywołana przez malarię, dyzenterię i żółtą febrę. 

background image

144

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

turami. W późnym plejstocenie

21

 warunki dla rolnictwa były wciąż 

bardzo niesprzyjające: klimat był suchy i towarzyszyły mu duże am-
plitudy wahań temperatur, zachodzące z wysoką częstotliwością, 
a w atmosferze występował niski poziom CO

2

22

. Tylko wędrowny 

tryb życia pozwalał na dostatecznie dużą dywersyfikację poszuki-
wań żywności i był w tych warunkach mniej ryzykowny. Ludzie już 
wcześniej znali technologie pozwalające na rozpoczęcie produkcji 
w rolnictwie. Uczynili to, choć bardzo stopniowo i nierównomier-
nie, w różnych miejscach na Ziemi

23

, dopiero wtedy, kiedy warunki 

klimatyczne na naszym globie się poprawiły, tj. nie wcześniej niż ok. 
9 tys. lat temu. 

Z analizy danych historycznych obraz Ziemi rysuje się jako glo-

bu na ogół zimnego i mało gościnnego. Regułą były okresy zlodo-
waceń; okresy cieplejsze jedynie wyjątkowo i na krótko przerywały 
te niesprzyjające bytowaniu czasy. W ciągu minionych 1,8 mln lat 
czwartorzędu wystąpiło aż 17–20 okresów zlodowaceń, przerywa-
nych jedynie krótkimi interglacjałami. Te ostatnie trwały przeciętnie 
5–10 razy krócej niż okresy zlodowaceń, czyli na ogół kilkanaście ty-
sięcy lat. Przyczyny, dla których Ziemia periodycznie przechodzi fazy 
zlodowaceń, są głównie astronomicznej natury. Odległość, w jakiej 
Ziemia krąży wokół Słońca, jest zmienna i waha się o ok. 6%. Im da-
lej od Słońca, tym mniej energii promieniowania dociera do Ziemi. 
Te zmiany pozornie nie są wielkie, ale wywierają zaskakująco silny 
wpływ na temperaturę na Ziemi. Cykl zmian orbity Ziemi wynosi 
100 000 lat i jest w wysokim stopniu zgodny z obserwowanymi okre-
sami ochłodzenia klimatu oraz z każdorazowym wejściem w okres 
lodowcowy. Dwa inne, krótsze cykle dodatkowo wzmacniają lub 
osłabiają cykl orbitalny w sposób lokalnie zróżnicowany dla każdej 
z półkul – północnej i południowej. Wynikają one ze zmian w ką-
cie nachylenia osi obrotu Ziemi względem płaszczyzny obiegu wokół 
Słońca (cykl 41 000 lat) oraz precesji osi obrotu Ziemi (21 000 lat). 
Oczywiście czynnik astronomiczny nie odgrywa istotniejszej roli jako 

21 

Plejstocen to ostatni okres lodowcowy, poprzedzający obecny, krótki i ciepły inter-

glacjał nazywany holocenem. 

22 

P. Richerson, R. Boyd, R. Bettinger, Was Agriculture Impossible during the Pleisto-

cene but Mandatory during the Holocene? Climate Change Hypothesis, „America Anti-
quity” 2001, Vol. 66, No. 1, s. 387–411. 

23 

Te duże różnice czasowe w przejściu do rolnictwa między regionami (różnica kilku 

tysięcy lat) pokazują, że nie tylko klimat ma znaczenie, ale także liczą się czynniki kultu-
rowe i powolny proces uczenia się. 

background image

145

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

element odpowiedzialny za zmiany klimatyczne w okresach krót-
szych, tj. np. w dekadzie czy stuleciu.

Wiemy zatem, że wraz z ociepleniem, jakie przyniósł ostatni 

okres międzylodowcowy – holocen – ludzkość przeżyła rewolucję 
neolityczną, tj. stopniowo przechodziła od łowiectwa i zbieractwa 
do uprawy roli i hodowli jako głównej formy aktywności gospodar-
czej. Obecna faza interglacjalna trwa ok. 11 tys. lat, z temperaturami 
oscylującymi na poziomie aż o ok. 5°C wyższymi niż w fazie zlodo-
wacenia. W tym sensie ocieplenie nie zaczęło się w ostatnim stuleciu. 
Trwa ono od ok. 18 tys. lat, tj. od momentu gdy Ziemia zaczęła wy-
chodzić z ostatniej epoki lodowcowej. Oznaczało to ogromny skok 
w produktywności i wywołało małą eksplozję ludnościową. Podob-
nie kiedy w średniowieczu Europa weszła w okres ocieplenia – ludz-
kość była świadkiem wspaniałego rozwoju cywilizacyjnego. Dotych-
czasowa historia skłania do upatrywania w ciepłym klimacie skutków 
raczej dobroczynnych niż negatywnych. Ciepły klimat jest źródłem 
prosperity i rozkwitu ludzkiej działalności, podczas gdy zimno przy-
nosi kryzysy ekonomiczne, głód, zwiększoną wymieralność populacji 
i inne zakłócenia. Duże zmiany klimatyczne i wahania temperatury 
nie są zatem niczym nadzwyczajnym w historii. Europa rejestrowa-
ła wyraźnie łagodny i ciepły klimat w latach 900–1300 n.e., osią-
gając maksymalne temperatury w XII i XIII wieku. Wtedy właśnie, 
na początku ostatniego tysiąclecia, zasiedlano Islandię, a Wikingowie 
kolonizowali Grenlandię. To dopiero w tych cieplejszych i bardziej 
stabilnych pogodowo warunkach żegluga po północnym Atlanty-
ku stawała się możliwa i w miarę bezpieczna ze względu na cofnię-
cie się gór lodowych. Warunki do osiedlania się na dalekiej północy 
były bardziej sprzyjające (Grenlandia była wtedy faktycznie zielona). 
W okresie średniowiecznego „optimum klimatycznego” w Anglii 
uprawiano winogrona, a wina angielskie konkurowały nawet z fran-
cuskimi. Granice produkcji wina przesunęły się o ok. 300–500 km 
na północ względem obecnego zasięgu tej produkcji. Na terenie dzi-
siejszych Niemiec znaleziono ślady upraw drzew figowych z tamtego 
okresu (wiele wskazuje na to, że także na terenie Polski te uprawy 
były wtedy możliwe). Szacuje się, że w Europie w okresie letnim było 
wówczas o 0,7–1,0°C cieplej niż obecnie, a w Europie Środkowej 
nawet o 1,4°C. Okres ten przyniósł temu kontynentowi niezwykłą 
prosperitę. Następował rozwój gospodarczy, którego wymiernym re-
zultatem była silna ekspansja demograficzna. Ocenia się, że między 
600 a 1000 rokiem liczba ludności Europy wzrosła o ok. 38%. Taki 

background image

146

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wzrost nie byłby zapewne możliwy bez ocieplenia klimatu i zwięk-
szenia produkcji żywności. Z kolei rosnący europejski potencjał de-
mograficzny przełożył się na przyspieszony rytm ekonomiki, rozwój 
miast, rewolucję handlową, znakomite osiągnięcia kultury material-
nej (gotyckie katedry, obronne budowle i zamki) oraz wzrost poli-
tycznego znaczenia kontynentu (wyprawy krzyżowe). Sama zmiana 
klimatu nie wystarczyłaby zapewne, by nadać nowy impuls rozwo-
jowi Europy pozostającej od upadku Rzymu aż do początku nowego 
tysiąclecia w stanie kompletnej stagnacji, ale stworzyła ekonomicznie 
sprzyjające warunki do zmiany. Może o tym świadczyć fakt, że po 
przyjaznym gospodarczo średniowiecznym optimum klimatycznym 
temperatury w Europie obniżyły się i nastąpiła tzw. mała epoka lo-
dowcowa z kulminacją zimna w latach 1670–1710 (minimum Maun-
dera). W minimum Maundera średnie temperatury były niższe od 
średniej dla XX wieku o ok. 1,5°C. W tym chłodnym, ponad pięćset-
letnim okresie (1300–1850) osiedla na Grenlandii zostały opuszczo-
ne, a liczba ludności Islandii zmniejszyła się. Na przykład zimy z lat 
1407/1408 oraz 1422/1423 były tak ostre, że Bałtyk zamarzał całko-
wicie, umożliwiając przejście po lodzie na drugi brzeg. Okresy letnie 
były często chłodne i niezwykle deszczowe. Ta niekorzystna pogo-
da powodowała spadek plonów i produkcji żywności, wywoływała 
okresy głodu oraz ułatwiała ataki epidemii nachodzących Europę fa-
lami w okresie małej epoki lodowcowej. Jej najbardziej spektakular-
ne uderzenie – czyli „czarna śmierć” – nastąpiło w latach 1347–1348 
w postaci epidemii dżumy, która zmiotła mniej więcej 1/3 mieszkań-
ców Europy. Nasz kontynent powoli dźwigał się z tej katastrofy de-
mograficznej, przez całe stulecie odrabiając straty ludnościowe. 

Związki między głodem i niedożywieniem wywołanymi ochło-

dzeniem klimatu a łatwością, z jaką epidemie rozpowszechniały się 
i zbierały śmiertelne żniwo, są dziś oczywiste. Wbrew potocznemu 
osądowi zarówno obecna niska śmiertelność, jak i dzisiejsza wysoka 
oczekiwana długość trwania życia, odbiegająca pozytywnie od zna-
nych wskaźników z przeszłości – z okresu starożytności czy średnio-
wiecza – nie są wynikiem głównie osiągnięć medycyny ani nawet 
większej higieny. Głównym powodem jest dużo lepsze odżywianie się 
ludzi i ich wysokokaloryczna dieta. Dzięki niej ludzie są dziś bardziej 
odporni na choroby i skutecznie je zwalczają, nawet bez interwencji 
lekarza. Osobnicy głodujący lub źle odżywiający się są podatni na 
różne choroby i mogą umierać nawet na te schorzenia, które dla nor-
malnego organizmu nie są poważnym zagrożeniem. 

background image

147

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

Podkreślając znaczenie fluktuacji zmian klimatycznych, błędem 

byłoby upatrywać ich przyczyn jedynie w ziemskich cyklach astrono-
micznych. Wśród naturalnych przyczyn zmian klimatycznych o krót-
szych cyklach należy przywołać zmienną aktywność energetyczną 
Słońca, silne erupcje wulkaniczne oraz cyrkulacje oceanów. Notuje-
my różne, dość silne, zarówno regularne, jak i nieregularne, wahania 
aktywności słonecznej o mało rozpoznanym charakterze. Wysoka ak-
tywność Słońca oznacza z jednej strony, że zmienia się sama energia 
emitowana w kierunku Ziemi, z drugiej zaś – rośnie aktywność ma-
gnetyczna w postaci wiatru słonecznego. Oba te zjawiska wywierają 
wpływ na ziemski klimat. Porównanie aktywności Słońca i wahań 
temperatury w ostatnim tysiącleciu wykazało bardzo silną korelację. 
W szczególności okres minimum Maundera (najzimniejsze stulecie 
w całym tysiącleciu) pokrywa się z bezprecedensowym zanikiem lub 
znikomo małą liczbą plam słonecznych. Niektórzy specjaliści sądzą, 
że także ocieplenie z końca XIX wieku, trwające do 1940 roku, może 
być w dużym stopniu wyjaśnione zmianami zachodzącymi na Słońcu. 
W odniesieniu do okresu późniejszego, po 1940 roku, opinie różnią 
się już zasadniczo. W zależności od autora czynnikowi słonecznemu 
przypisuje się zdolność do wyjaśnienia od 10 do ponad 50% global-
nego ocieplenia. 

W historii odnotowano co najmniej kilka wielkich eksplozji wul-

kanicznych o ogromnym wpływie zarówno na globalny klimat, jak 
i prawdopodobnie na losy wielu cywilizacji ludzkich. Takim wy-
darzeniem była eksplozja wulkanu na wyspie Thira (Santorini) ok. 
1627 roku p.n.e., która przyczyniła się do upadku cywilizacji i kultu-
ry minojskiej, ale jej skutki były odczuwalne także daleko poza tym 
obszarem. Niektórzy badacze sądzą, że podobnie doniosłe, przynaj-
mniej pośrednio, konsekwencje gospodarcze, polityczne i ekonomicz-
ne wywołała ogromna erupcja wulkanu Krakatau w 535 roku n.e.

24

 

K. Wohletz łączy powyższe ustalenia geologiczne z kluczowymi wy-
darzeniami epoki: „Źródła współczesnej historii tkwią w burzliwych 
wiekach VI i VII. W tym czasie załamanie się produkcji w rolnictwie 
i pojawienie się wielkich epidemii przyczyniło się do: (1) upadku 
wielkich miast starożytności, starożytnej Persji, cywilizacji Indone-
zji, kultury Nasca w Ameryce Południowej i cywilizacji na południu 

24 

K. Wohletz, Were the Dark Ages Triggered by Volcano-related Climate Changes in the 

6th Century?, http://www.ees1.lanl.gov/Wohletz/Krakatau.htm. 2000 (dostęp: 2 lipca 
2012).

background image

148

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Półwyspu Arabskiego, (2) schizmy w Cesarstwie Rzymskim wraz 
z narodzinami wielu państw narodowych i ponownymi narodzinami 
zjednoczonych Chin, (3) powstania i rozpowszechnienia się islamu, 
podczas gdy ariański odłam chrześcijaństwa zniknął. D. Keys w swej 
książce Catastrophe. An Investigation into the Origins of the Modern 
World
, badając historię i archeologię, łączy wszystkie te wielkie zabu-
rzenia społeczne z gwałtownymi zmianami klimatu”. 

Wiele zdarzeń historycznych ma swe źródło w katastrofalnych 

zmianach pogodowych. Od czasu zakończenia epoki lodowcowej 
i ustabilizowania się poziomu mórz i oceanów już po stopieniu lo-
dowców kluczowym czynnikiem wyznaczającym cykle pogodowe na 
Ziemi jest El Niño Southern Oscillation (ENSO), zwany w skrócie 
El Niño. Od tego, jak działa ta oscylacja oceaniczno-atmosferycz-
na, zależą dramatyczne powodzie w Ameryce Łacińskiej oraz dłu-
gotrwałe susze w Indiach, Chinach i Indonezji wskutek braku mon-
sunów. C. Caviedes posuwa się w swych stwierdzeniach tak daleko, 
że według niego El Niño zabił w ostatnich 150 latach więcej istnień 
ludzkich niż „czarna śmierć” w Europie w 1348 roku i znacznie wię-
cej niż wynosi liczba ofiar II wojny światowej

25

. Normalny schemat 

ENSO polega na utrzymywaniu relatywnie niskich temperatur i ni-
skich opadów w rejonie wschodniego Pacyfiku wzdłuż brzegów obu 
Ameryk oraz koncentracji ciepła i wilgoci w zachodnim basenie Pa-
cyfiku, tj. w rejonie wyspy Borneo. Ta kombinacja jest wzajemnie 
powiązana. Od czasu do czasu z nieznanych bliżej przyczyn następu-
je odwrócenie tych prawidłowości i wtedy dotkliwe susze dotykają 
cały obszar od Australii do Indii, a burze i powodzie dewastują tra-
dycyjnie wysuszone obszary Chile i Peru

26

. Kiedy odwrócenie cyklu 

ENSO jest głębokie i długotrwałe, następuje katastrofa klimatyczna 
i cywilizacyjna. Taki kryzys – w dość odległym czasie historycznym 
– zdarzył się w latach ok. 2180–2160 p.n.e. w Egipcie

27

. Katastrofal-

ne susze wynikające z małych wylewów Nilu i trwające przez wiele 
lat zachwiały bilansem żywnościowym kraju oraz doprowadziły do 
śmierci głodowej o ogromnych rozmiarach, upadku cywilizacyjne-
go i załamania się władzy centralnej uprzednio silnego i zamożnego 

25 

C. Caviedes, El Niño in History: Storming through the Ages, Florida University 

Press, Gainesville 2002.

26 

E. Linden, The Winds of Change. Climate, Weather, and the Destruction of Civiliza-

tions, Simon & Schuster Paperbacks, New York 2007.

27 

B. Fagan, Floods, Famines and Emperors. El Niño and the Fate of Civilizations, Basic 

Books, New York 1999.

background image

149

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

państwa. W wyniku tego chaosu upadło tzw. Stare Państwo w Egip-
cie, a fachowcy są raczej pewni, że za ten upadek jest odpowiedzial-
ny El Niño. Wiele innych wydarzeń historycznych mających wpływ 
na losy poszczególnych krajów, ich gospodarkę i poziom życia ludzi 
można zapewne odnieść do ENSO. Czynniki ekologiczne i zaburze-
nia klimatyczne odpowiadają za upadek imperium Majów w VIII–X 
wieku n.e. Niektórzy specjaliści dowodzą, że wielka migracja ludów, 
która doprowadziła do upadku Rzymu, była wywołana suszą na ste-
pach azjatyckich w taki sposób, że uruchomiła wzajemny nacisk ple-
mion i ludów, które – usiłując wyrwać się z pułapki – zaczęły prze-
suwać się na wschód, wywołując swoisty efekt domina. Zamieszki 
związane z brakami zboża we Francji w 1788 roku i będące prelu-
dium do rewolucji francuskiej można wiązać z bardzo silnymi oscy-
lacjami El Niño w latach 1789–1793. Także zatonięcie Wielkiej Ar-
mady hiszpańskiej w czasie wyjątkowych sztormów w 1588 roku bez 
wątpienia ma związek z klimatycznymi komplikacjami ENSO. 

Również dzisiaj, w sposób niezbyt dramatyczny (na pozór), nie-

oczekiwane wydarzenia meteorologiczne i geologiczne mogą wpływać 
na losy światowej gospodarki. Kiedy 14 kwietnia 2010 roku wybuchł 
na Islandii wulkan Eyjafjallajökull, do atmosfery zostały wyrzucone 
ogromne ilości pyłu wulkanicznego. Doprowadziło to do zamknięcia 
na tydzień przestrzeni powietrznej nad całą niemal Europą oraz za-
wieszenia lotów towarowych i pasażerskich na trasach europejskich 
i transatlantyckich. Transport lotniczy, choć nieduży pod względem 
wagowym, stanowi dziś aż 25% wartości przewozów towarowych, 
tak więc skutki takiego paraliżu byłyby dramatyczne, gdyby okres za-
wieszenia trwał dłużej. Interesujące byłoby porównanie podobnego 
(ale o innej skali!) wydarzenia z przeszłości: wybuchu wulkanu Laki 
na Islandii, do którego doszło 4 czerwca 1783 roku. Erupcja wulka-
nu trwała prawie 9 miesięcy, do lutego 1784 roku. Wulkan wyrzucił 
ogromne ilości gazów (dwutlenku siarki) i pyłów (z trującymi związ-
kami fluoru) do atmosfery. Szacuje się, że na samej Islandii zmarła 
1/4 ludności i większość owiec. Chmury trujących pyłów i gazów do-
tarły niemal do całej Europy, utrzymując się aż do 1784 roku, a kilka-
dziesiąt tysięcy osób zmarło w wyniku ich działania. Na wiele miesię-
cy zmieniły się warunki pogodowe w Europie. Co by się stało, gdyby 
skala erupcji jakiegoś wulkanu była podobna do tej z 1783 roku? Bez 
wątpienia rezultatem byłby światowy kryzys ekonomiczny wielkich 
rozmiarów. Nie zapominajmy, że współczesna gospodarka jest nie-
zwykle wrażliwa na zewnętrzne zakłócenia. 

background image

150

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że obecnie głównych źró-

deł zagrożeń klimatycznych upatruje się w globalnym ociepleniu. Od 
początku XX wieku temperatura powierzchni Ziemi i jej atmosfery 
stopniowo się podnosi. Skalę tych wzrostów ocenia się na 0,6–0,8°C 
od końca XIX wieku, a zdecydowana większość klimatologów uwa-
ża, że zjawisko to wiąże się z działalnością człowieka, tj. ze zwięk-
szoną emisją gazów cieplarnianych

28

. Takim gazem powstającym 

w wyniku działalności produkcyjnej jest przede wszystkim dwutlenek 
węgla (CO

2

), będący rezultatem procesu spalania substancji organicz-

nych, takich jak węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny. Rzeczywiście, od 
początku ery przemysłowej notujemy wyraźny wzrost stężenia CO

2

 

w atmosferze aż o ponad 1/3. Korelacja między temperaturą na Zie-
mi a emisjami dwutlenku węgla jest trudnym do zakwestionowania 
faktem. Co więcej, raporty IPCC wskazują na perspektywę dalsze-
go znacznego wzrostu temperatury, według ostatnich prognoz na-
wet o kilka stopni Celsjusza do 2100 roku

29

. Globalne ocieplenie 

jest przez wielu postrzegane jako poważne zagrożenie dla ludzkości, 
a nawet całej cywilizacji ziemskiej. Czego konkretnie się obawiamy? 
Takie ocieplenie jest groźne, gdyż może wywołać katastrofalne skut-
ki ekonomiczne w postaci znaczącego wzrostu poziomu oceanów 
i mórz (groźba zalania ogromnych obszarów i konieczność trwałego 
przesiedlenia milionów ludzi), negatywnych skutków w dziedzinie 
rolnictwa i produkcji żywności, zaburzeń pogodowych (silne waha-
nia temperatury, ekstremalne zjawiska, np. częste susze, powodzie, 
katastrofalne wichury, lawiny) i zdrowotnych oraz załamanie się nie-
których ekosystemów. Już dziś obserwujemy wzrost poziomu mórz 

28 

Zjawisko, gdy promienie słoneczne są przepuszczane w jednym kierunku, a na-

stępnie energia cieplna w postaci promieniowania podczerwonego jest przechwytywana 
przez atmosferę, nosi nazwę efektu cieplarnianego (nawiązanie do podobnego efektu 
występującego w cieplarniach). Gdyby efekt cieplarniany w ogóle nie występował, dzi-
siejsza średnia temperatura na powierzchni Ziemi wynosiłaby zaledwie –15°C, podczas 
gdy faktycznie wynosi ona +18°C. Klimat Ziemi jest zatem cieplejszy aż o 33°C, co 
prawdopodobnie w ogóle umożliwia życie na Ziemi w takiej postaci, jaką dziś znamy. 
Głównym czynnikiem odpowiedzialnym za efekt cieplarniany jest para wodna znajdują-
ca się w atmosferze, niemniej istotną rolę odgrywają także dwutlenek węgla i metan. 

29 

IPCC Intergovernmental Panel on Climate Change (Międzyrządowy Panel na rzecz 

Zmian Klimatycznych) – międzyrządowa organizacja działająca pod auspicjami ONZ, 
zajmująca się sprawami klimatu. Według ostatniego raportu IPCC opublikowanego 
w 2007 roku średnia temperatura na Ziemi do 2100 roku, zgodnie z najbardziej praw-
dopodobnymi scenariuszami, wzrośnie od 1,8 do 4°C. Por. Climate Change 2007: Syn-
thesis Report, Summary for Policymakers
, An Assessment of the Intergovernmental Panel 
on Climate Change Valencia, 12–17 November 2007, s. 8. 

background image

151

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

i oceanów, co tworzy realne zagrożenie dla wielu obszarów położo-
nych nisko, które mogą być zalane przez wodę. Wraz z rosnącymi 
temperaturami topią się lodowce i potencjalnie może dojść do top-
nienia lodów na Grenlandii i Antarktydzie. Oba te obszary zawiera-
ją gigantyczne ilości wody, dziś występujące w postaci lodu, który 
może być jednak w przyszłości uwolniony, kiedy temperatura na Zie-
mia wzrośnie. Po stopnieniu lodów Grenlandii i Antarktydy poziom 
oceanów podniósłby się o kilkadziesiąt metrów w stosunku do obec-
nego stanu, a skutki tego zjawiska byłyby oczywiście katastrofalne. 
Wreszcie obawy dotyczą tego, że globalne ocieplenie może dopro-
wadzić do gwałtownego ochłodzenia. To pozorny paradoks, ale taki 
scenariusz jest możliwy. Już raz to się zdarzyło się – ok. 12 tys. lat 
temu – kiedy kończyła się epoka lodowcowa i temperatury na Ziemi 
wzrastały. Topniejące lodowce, pokrywające wcześniej znaczną część 
północnej półkuli, stworzyły w rejonie dzisiejszej Ameryki Północ-
nej wielkie jezioro słodkiej wody Agassiz. Kiedy wody z tego jeziora 
przedostały się do Atlantyku, zatrzymały przejściowo (choć jednak 
na ponad tysiąc lat) całą cyrkulację prądów oceanicznych w tym rejo-
nie, tzw. cyrkulację termohalinową. Ta cyrkulacja jest odpowiedzial-
na za systematyczne ogrzewanie Europy przez ciepłe prądy płynące 
z południa. Teoretycznie możemy obawiać się powtórzenia tego sce-
nariusza, tym razem wskutek nadmiernego ogrzania się powierzch-
niowych wód północnego Atlantyku i zatrzymania tego mechani-
zmu prądów morskich. Wpłynęłoby to na silne ochłodzenie klimatu, 
przynajmniej w całym obszarze północnego Atlantyku. 

Wszystkie te obawy rodzą postulaty bardzo zdecydowanej re-

dukcji emisji CO

2

 lub przynajmniej jej zahamowania. Na ile jest to 

realistyczna idea, biorąc pod uwagę jej konsekwencje ekonomiczne 
dla całego świata? Przede wszystkim bodaj żadna hipoteza naukowa 
w ciągu przynajmniej ostatnich kilkudziesięciu lat nie została tak 
zinstrumentalizowana i zideologizowana politycznie jak hipoteza 
globalnego ocieplenia. Co prawda, większość przedstawicieli świa-
towej nauki podziela pogląd, że zmiany klimatyczne są wynikiem 
działań człowieka, ale mniejszość kwestionuje tę opinię. Ci „dy-
sydenci” wskazują na zupełnie inne, naturalne czynniki odpowie-
dzialne za zmiany klimatyczne, mianowicie na zmienną aktywność 
Słońca. Regularne i nieregularne wahania aktywności słonecznej 
oznaczają, że zmienia się sama energia emitowana w kierunku Zie-
mi, a także aktywność magnetyczna w postaci wiatru słonecznego. 
Oba te zjawiska wywierają wpływ na ziemski klimat. Porówna-

background image

152

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nie aktywności Słońca i wahań temperatury w ostatnim tysiącleciu 
wykazało bardzo silną korelację. W szczególności okres minimum 
Maundera pokrywa się z bezprecedensowym zanikiem (lub znikomo 
małą liczbą) plam słonecznych. Różnice poglądów w nauce są rzeczą 
naturalną, ale zacietrzewienie ideologiczne wśród naukowych an-
tagonistów spierających się co do przyczyn i skali globalnego ocie-
plenia oraz jego potencjalnych skutków jest dziś tak duże – a obie 
strony tak mocno okopały się na swych stanowiskach – że rzeczowa 
dyskusja nad tymi kwestiami jest bardzo utrudniona. Jest to poważ-
ny problem, ponieważ istniejące wątpliwości co do charakteru zja-
wiska i mechanizmów nim sterujących rodzą ogromne implikacje 
praktyczne, nie mamy bowiem jasności, czy zagrożenia są istotnie 
tak poważne. Czy i jakie środki zaradcze winniśmy podejmować? Jak 
będzie wyglądał rachunek kosztów i korzyści polityki klimatycznej 
realizowanej w skali globu? 

Pierwsze wątpliwości dotyczą tego, czy przypadkiem negatywne 

skutki ocieplenia nie są prezentowane w sposób przesadny, drama-
tyczne i histeryczne oceny występują bowiem na porządku dziennym. 
Grenlandia nie stopi się wcześniej niż za 5000 lat, Antarktydzie zaś 
zabrałoby to 15 000 lat. Nie są to więc zagrożenia krótkookresowe, 
lecz raczej odległe. Wzrost temperatury na Ziemi wpłynie zapewne 
na pojawienie się nowych obszarów suchych i pustynnych w strefie 
okołorównikowej, ograniczając tam warunki upraw, ale równocze-
śnie dalej od równika i w strefach podbiegunowych wyższe tempera-
tury będą dla rolnictwa korzystne. Szczegółowy przegląd potencjal-
nych zagrożeń ujawnia niejednoznaczny wpływ wzrostu temperatur 
na sytuację ekonomiczną poszczególnych obszarów i sektorów świa-
towej gospodarki. 

Innym problemem są prognozy tempa zmian temperatur na Zie-

mi. Jakość tych szacunków budzi pewne wątpliwości, charaktery-
styczne jest bowiem to, że kolejne prognozy IPCC dotyczące tempa 
ocieplania są systematycznie korygowane w dół. Jest dość prawdo-
podobne, że komputerowe modele przeszacowują przewidywane 
zmiany temperatur, gdyż wyliczają jedynie skutki samego efektu cie-
plarnianego, ignorując lub w niedostatecznym stopniu uwzględniając 
różnorakie ujemne i dodatnie sprzężenia zwrotne w układzie klima-
tycznym Ziemi. Zjawiska klimatyczne są niezwykle złożone, zależ-
ności silnie nieliniowe, a nawet przyjmujące chaotyczne charaktery-
styki. Kluczowym problemem jest wysoki stopień niepewności co do 

background image

153

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

charakteru, siły, a nawet kierunku wielu działających tu czynników 
klimatycznych i wspomnianych sprzężeń, co czyni wszystkie wylicze-
nia mocno problematycznymi

30

. W praktyce jedynym pewnym re-

zultatem jest zaobserwowana korelacja między ocieplaniem się Zie-
mi a wzrostem stężenia CO

2

 w atmosferze, ale tak było i w czasach 

przed pojawieniem się homo sapiens. Wtedy zjawisko to miało oczy-
wiście podłoże wyłącznie naturalne. 

Zignorujmy jednak te wszystkie wątpliwości i załóżmy, że emi-

sja CO

2

 jest istotnie głównym winowajcą zmian klimatycznych. Czy 

redukcja tego gazu może być realistycznym rozwiązaniem? Przede 
wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, że głównym źródłem emi-
sji dwutlenku węgla jest dziś produkcja energii. W światowym bi-
lansie energetycznym paliwa organiczne dostarczają aż 81% energii 
pierwotnej, a dzięki spalaniu węgla i gazu ziemnego wytwarza się 
69% energii elektrycznej. Ograniczenie stosowania paliw kopalnych 
w produkcji energii musi rodzić pytania, czym je zastąpić. Obecnie 
elektroenergetyka światowa poza źródłami emitującymi CO

2

 korzy-

sta jeszcze z hydroenergetyki w 6% i energetyki jądrowej w 20%. 
Jedynie ok. 4% stanowią źródła odnawialne, takie jak energetyka 
wiatrowa, słoneczna, geotermia, wykorzystanie przypływów mor-
skich itp. W krajach słabiej rozwiniętych istotną rolę odgrywa rów-
nież spalanie biomasy, przede wszystkim na cele grzewcze i do przy-
gotowania posiłków.

Według opinii IPCC warunkiem niedopuszczenia do wzrostu 

temperatury na Ziemi powyżej 2°C do końca stulecia jest 50-procen-
towe ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w świecie do 2050 
roku. Dla krajów rozwiniętych wymagałoby to jednak redukcji nie 
mniej niż o 80% w tym samym horyzoncie czasowym. Są tylko dwa 
możliwe scenariusze realizacji tego zadania: globalne zmniejszenie 
produkcji energii lub radykalne przestawienie energetyki światowej 
na paliwa nieorganiczne. Pierwsza idea jest jedynie teoretyczna. Ist-
niejące dziś technologie i możliwe ich udoskonalenia w przyszłości 
nie stwarzają możliwości takiego obniżenia energochłonności pro-
dukcji, by zmniejszenie podaży energii (dla osiągnięcia efektu reduk-
cji CO

2

) nie skutkowało spadkiem światowego PKB – i to ogromnym 

30 

Nieco złośliwie można zauważyć, że zaufanie do modeli klimatycznych prognozu-

jących poziom temperatur za 100 lat nie może być przesadnie wielkie, skoro wiarygod-
ność już dwutygodniowych prognoz meteorologicznych jest dyskusyjna. 

background image

154

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

spadkiem, zwłaszcza dla krajów rozwiniętych

31

. Z politycznego (pro-

testy i bunty społeczne), społecznego (zatrudnienie) i ekonomiczne-
go (obniżenie stopy życiowej) punktu widzenia wykonalność takie-
go scenariusza jest zerowa. Wielkie nadzieje pokłada się natomiast 
w nowych źródłach energii odnawialnej. Jednakże źródła te, zachwa-
lane przez ekologów, są bardzo kosztowne. Nawet najbardziej opła-
calna energia wiatrowa wymaga ogromnych nakładów i subsydiów. 
Najnowsze brytyjskie szacunki

32

 pokazują, że koszt energii wiatro-

wej jest 20–200% wyższy

33

 niż najtańszej opcji wykorzystującej pali-

wa organiczne. Na przykład osiągnięcie do 2020 roku przez Wielką 
Brytanię postawionych celów w zakresie produkcji energii ze źródeł 
odnawialnych wymagałoby zainstalowania 36 GW mocy elektrycz-
nej w farmach wiatrowych, a nakłady inwestycyjne na ten cel szacuje 
się na 120 mld funtów szterlingów. Pozwoliłoby to na ograniczenie 
rocznych emisji CO

2

 o 23 megatony

34

, co nie miałoby żadnego zna-

czenia dla opóźnienia procesu ocieplania się planety. Te gigantyczne 
nakłady pozwalają na przesunięcie się wzrostu temperatury zaledwie 
o 66 godzin na koniec stulecia

35

. Rachunek ekonomiczny jest dość 

wymowny, tym bardziej że dużo taniej redukcję emisji gazów cieplar-
nianych można osiągnąć przez przestawienie części elektroenergetyki 
na gaz ziemny. Spalanie gazu ziemnego, co prawda, także daje emisję 
CO

2

, ale jest ona dużo niższa niż w przypadku spalania węgla. Koszt 

produkcji energii elektrycznej z elektrowni gazowych jest – nawet po 
uwzględnieniu efektów środowiskowych – mniejszy niż koszty ener-
gii z wiatru. Innym realnym rozwiązaniem prowadzącym do spad-
ku emisji CO

2

 jest rozbudowa energetyki jądrowej. Wiadomo, że ta 

ostatnia opcja budzi wielkie emocje ze względu na obawy możliwych 
awarii i problemy z neutralizacją radioaktywnych zanieczyszczeń. 
Niemniej chłodna analiza pokazuje, że sytuacja zmusza nas do wybo-

31 

Dla krajów rozwiniętych wymagałoby to średniorocznego obniżania energochłon-

ności produkcji na poziomie 4%, tj. 3–4 razy szybciej niż np. w Unii Europejskiej w la-
tach 1990–2005. Wydaje się to całkowicie nieprawdopodobne, o ile wykluczymy jakieś 
bliżej dziś nieokreślone, nowe możliwości technologiczne. 

32 

UK Electricity Generation Costs Update, Mott MacDonald, London, June 2010.

33 

W zależności od warunków pracy, w tym zwłaszcza lokalizacji. Energia z farm wia-

trowych na morzu jest dużo droższa. 

34 

G. Hughes, Why Is Wind Power So Expensive? An Economic Analysis, The Global 

Warming Policy Foundation, London 2012.

 

35 

Według ocen B. Lomborg, Gone with the Wind, „Project Syndicate”, 16 March 

2012.

background image

155

6. Pod wpływem klimatu i w kleszczach malarii

ru: albo godzimy się na energetykę jądrową i wzrost udziału energe-
tyki gazowej, albo akceptujemy dalszy wzrost emisji CO

2

. Znaczące 

zwiększenie udziału energetyki odnawialnej nie wydaje się możliwe 
ze względów czysto ekonomicznych, podobnie jak kompletnie niere-
alistyczna byłaby perspektywa zahamowania wzrostu gospodarczego 
w skali światowej. 

Możliwe jest jednak inne spojrzenie na problem globalnego ocie-

plenia, wykraczające poza dychotomię katastrofy klimatycznej lub 
głębokiego kryzysu ekonomicznego. R. Tol ocenia, że wzrost tem-
peratury na Ziemi o 1°C będzie miał bardzo zróżnicowane skutki 
w układzie regionalnym: pozytywne dla krajów OECD, Chin i Bli-
skiego Wschodu oraz negatywne dla pozostałych obszarów

36

. Więk-

szość krajów rozwijających się zostanie zatem dotknięta skutkami 
zmian klimatycznych. Wiadomo jednak, że ich zatrzymanie w ho-
ryzoncie kilkudziesięciu najbliższych lat jest poza naszymi możliwo-
ściami ekonomicznymi. Zmniejszanie emisji gazów cieplarnianych 
nie jest jedyną dostępną opcją. W opinii B. Lomborga zamiast po-
dejmować nieskuteczne i niezwykle kosztowne działania ogranicza-
jące w krótkim czasie emisję CO

2

, świat może przeznaczyć znacznie 

mniejsze zasoby na przeciwdziałanie skutkom globalnego ocieple-
nia

37

. Zamożne i rozwinięte technologicznie kraje mogą zrobić więcej 

w celu zmniejszenia skutków zmian klimatu w krajach biedniejszych, 
asygnując odpowiednie środki np. na walkę z chorobami, niedoży-
wieniem czy dostępem do wody pitnej, niż spowalniając swój wzrost 
gospodarczy. Zamiast ciąć własną produkcję, mogą także, mniejszym 
kosztem i bez uszczuplania zasobów, pomóc sfinansować budowę 
odpowiednich urządzeń i instalacji pozwalających na ochronę przed 
rosnącym poziomem mórz w strefach zagrożenia. Wspomniany wy-
żej B. Lomborg ciągle podkreśla, że reakcja na zmiany klimatyczne 
powinna być podporządkowana rachunkowi ekonomicznemu, a nie 
kierować się zasadą maksymalizmu „na wszelki wypadek”. 

36 

R. Tol, Estimates of the Damage Costs of Climate Change, „Environmental and Re-

source Economics” 2002, No. 21, s. 47–73.

37 

B. Lomborg, Cool It. The Skeptical Environmentalist’s Guide to Global Warming

Vintage Books, New York 2008, s. 149–164. 

background image

Rozdział 7

Izolacja geograficzna  

Kraje i społeczności niekorzystnie położone względem dróg i szla-
ków transportowych, z dala od rynków zbytu, mają pecha. Obser-
wowane współcześnie spadające koszty transportu, koszty łączności 
i wymiany informacji nie eliminują całkowicie skutków podwyższo-
nych kosztów transakcyjnych względem konkurentów, wynikających 
z fatalnego położenia. Znakomitym laboratorium pozwalającym ob-
serwować skutki takiej sytuacji jest kontynent afrykański. Afryka ma 
niezwykle rachityczny, słabo rozwinięty i bardzo nierównomiernie 
rozłożony system transportu. Częściowym wyjaśnieniem tego sta-
nu jest fakt, że kontynent charakteryzuje się nadzwyczaj niską gęsto-
ścią zaludnienia, kilkakrotnie niższą niż średnia gęstość zaludnienia 
w Azji. Budowanie infrastruktury drogowej czy kolejowej łączącej 
małe skupiska ludzkie nie ma ekonomicznego sensu. Zauważmy bo-
wiem, że zbudowanie drogi i późniejsze koszty jej utrzymywania 
w odpowiedniej jakości mają w ogromnym stopniu charakter kosz-
tów stałych i w małym stopniu zależą od wykorzystania drogi. Budo-
wa połączenia drogowego może być ekonomicznie usprawiedliwiona 
albo dużą liczbą pasażerów i podróżnych (co jest funkcją liczebno-
ści lokalnych społeczności, czyli gęstości zamieszkania), albo wysoką 
aktywnością lokalnej gospodarki, skutkującą znacznymi przewozami 
towarów. W wielu krajach afrykańskich żaden z tych warunków nie 
jest spełniony. W rezultacie na większości terytorium Afryki nie ma 
dróg dających się wykorzystać w każdych warunkach pogodowych 
i całorocznie. Zaledwie 1/5 dróg ma twardą nawierzchnię, a przy tym 
jej stan jest w wielu wypadkach zły i stale się pogarsza wskutek nie-
dostatecznych nakładów na utrzymanie. Wyjątkiem jest tu Republika 
Południowej Afryki, kilka krajów na południu kontynentu i niewiel-
ka część Afryki Północnej. Drogi są podstawowym elementem syste-
mu transportowego w Afryce; wykorzystuje się je do transportu 80% 
ładunków i przewozów 90% pasażerów. Rola transportu kolejowego 

background image

157

7. Izolacja geograficzna  

jest niewielka – zaledwie 2% towarów przewozi się w ten sposób. 
Tylko kilka krajów Afryki posiada sieć kolejową (o dość kiepskiej ja-
kości), przy czym aż 1/3 całego potencjału kolei na kontynencie znaj-
duje się w RPA. Sieć transportowa w Afryce była w przeszłości roz-
budowywana głównie na potrzeby eksploatacji bogactw naturalnych 
i z motywów politycznych, tj. chęci kontrolowania terytorium daw-
nych kolonii przez byłe metropolie. Linie kolejowe i szlaki drogowe 
biegną zatem głównie od większych miast i miejsc wydobycia kopalin 
do portów na wybrzeżu, przy ostrym deficycie połączeń wewnętrz-
nych lub między sąsiednimi krajami. Bardzo mocno uprzywilejowuje 
to wymianę handlową z odległą zagranicą wobec handlu na rynkach 
wewnętrznych lub regionalnych. 

Nie dziwi zatem, że w tych warunkach koszty transportu w Afry-

ce są wysokie, najwyższe na świecie. Nigdzie indziej średni jednost-
kowy koszt przewozu tony ładunku nie jest tak duży jak w krajach 
afrykańskich. Jak podał południowoafrykański minister transportu: 
„Zasadniczo całkowity koszt frachtów w krajach afrykańskich liczony 
w proporcji do wartości importu oscyluje wokół 13%, czyli znacznie 
powyżej średniej wynoszącej ok. 9% dla krajów rozwijających się ogó-
łem. W północnej Afryce te koszty są najniższe, za nią idą wyspiarskie 
kraje na Oceanie Indyjskim. Kraje na wschodnim wybrzeżu są uplaso-
wane nieco poniżej średniej dla kontynentu, ale kiedy przesuwamy się 
na zachód i południe, obraz się pogarsza: w zachodniej Afryce koszty 
transportu są na poziomie 13,9%, a w południowej Afryce na poziomie 
ok. 16,42%. [...] Najwyższe koszty, w wysokości 20,69%, występują 
w przypadku izolowanych krajów położonych wewnątrz kontynentu”

1

Na przykład Rwanda jest stosukowo niewielkim krajem afrykań-

skim ulokowanym w środku kontynentu. Nie posiada ona linii ko-
lejowej, a jej handlowe połączenia ze światem (nie licząc lotniczych) 
do portów Mombasy (Kenia) i Dar Es Salaam (Tanzania) są możliwe 
jedynie drogami o bardzo niskiej jakości przez terytoria krajów są-
siednich (Ugandę, Kenię, Tanzanię, Burundi). Odległość do portów 
to ok. 1,5 tys. km, co powoduje, że dotarcie do nich, niezależnie od 
wyboru środka transportu (wyłącznie drogą lądową lub z przeładun-
kiem na kolej w Tanzanii, Ugandzie lub Kenii), i tak zajmuje wiele dni 
oraz – jak można się domyślić – jest niezmiernie kosztowne. Inny kraj 
afrykański, Czad, transportuje ok. 90% procent swoich ładunków do 

J. Radebe, The State of Transport in Africa, Address by Jeff Radebe, Minister of 

Transport, International Transport Convention 2005, Limpopo Province 2005.

background image

158

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

portów morskich przez terytorium sąsiedniego Kamerunu. Trasa od 
stolicy Czadu N’Djamena do atlantyckiego portu Douala w Kame-
runie ma długość 1600–1800 km w zależności od wyboru wariantu 
(z częściowym wykorzystaniem kolei czy bez), niemniej w każdym 
przypadku ok. 750 km drogi jest w złym stanie technicznym, a aż 
250 km to drogi o nieutwardzonej nawierzchni. Gdy dodatkowo po-
równuje się stawki, to okazuje się, że afrykańskie firmy przewozowe 
pobierają horrendalnie wysokie opłaty. Na przykład na omawianym 
odcinku N’Djamena – Douala liczą sobie aż 0,11 USD za przewóz 
1 tony na odległość 1 km, podczas gdy na trasie Mombasa – Kam-
pala (stolica Ugandy po drodze np. do rwandyjskiej stolicy Kigali) 
0,08 USD. Dla porównania w Chinach byłoby to 0,05 USD, a w Pa-
kistanie tylko 0,02 USD

2

. Czad jest w absolutnej czołówce światowej 

co do wysokości kosztów transportu w relacji do wartości importu 
(tj. aż 43%). Pozostali rekordziści to Mali ze wskaźnikiem 35,7% 
i Republika Środkowej Afryki ze wskaźnikiem 27,3%

3

Trudno przecenić, w sensie negatywnym, znaczenie słabości in-

frastruktury transportowej i wysokich kosztów dotarcia do rynków 
zbytu. Jeśli cena oferowanego towaru wynosi p, jednostkowy koszt 
produkcji zaś AC, to warunek opłacalności handlu można przedsta-
wić jako nierówność (warunek nieujemnych zysków): 

 

p – AC – r

Wt 0, 

gdzie  r – odległość do rynku zbytu w km, 

W – jednostkowy koszt 

transportu (jednostka towaru na odległość 1 km).

Tym samym towar opłaca się transportować do odbiorców ulo-

kowanych nie dalej niż: 

 

τ

p AC

r

,

czyli w przybliżeniu wewnątrz okręgu o promieniu r. Wyznacza to 
potencjalny rynek dla wyrobów handlującej firmy, podobnie zresztą 

A. Venables, Economic Geography and African Development, „Papers in Regional 

Science”, Vol. 89, Issue 3, August 2010. 

Dane pochodzą z końca lat 90. i zostały przedstawione w J. Stone, Infrastructure 

Development in Landlocked and Transit Developing Countries: Foreign Aid, Private In-
vestment and the Transport Cost Burden of Landlocked Developing Countries
, Fifth 
Meeting of Governmental Experts from Landlocked and Transit Developing Countries 
and Representatives of Donor Countries and Financial and Development Institutions, 
New York, 30 July–3 August 2001.

background image

159

7. Izolacja geograficzna  

jak wtedy, gdy powyższy warunek będziemy interpretować jako gra-
nicę opłacalnych zakupów przedsiębiorstwa. Wówczas r będzie mie-
rzył maksymalną odległość, z jakiej firma będzie gotowa kupować 
niezbędne surowce i materiały, ponosząc wydatki na transport tych 
czynników produkcji wyznaczone przez jednostkowy koszt 

W. Jeśli 

koszt 

W jest wysoki, to promień zarówno opłacalnych zakupów, jak 

i opłacalnej sprzedaży jest bardzo mały. Firmy nie operują handlowo 
poza tym obszarem, ograniczając się do zawierania transakcji jedy-
nie z partnerami ulokowanymi wewnątrz swej strefy. Wysokie koszty 
transportu segmentują i rozczłonkowują zatem całą gospodarkę na 
małe, płytkie rynki lokalne. Tworzy to mechanizmy generujące oraz 
podtrzymujące istnienie obszarów niskiej produktywności i biedy. 

Małe, lokalne i trudno dostępne rynki oznaczają niewykorzysta-

nie odpowiedniej skali produkcji, słabo zaawansowany podział pracy 
i niską specjalizację. Przy wysokich kosztach transportu może zda-
rzyć się tak, że ani import, ani eksport nie jest opłacalny. Wyjątkiem 
są dobra o wysokiej wartości jednostkowej i jednocześnie relatywnie 
małym ciężarze lub objętości. Natomiast dobra o niskiej relacji war-
tość–koszt transportu stają się non-tradeables. Wewnętrzny rynek jest 
także bardzo płytki, co łącznie blokuje rozwój wielu rodzajów wy-
twórczości, charakteryzujących się wysokim progiem rentowności. 
Funkcjonują jedynie małe firmy korzystające z prostych technologii 
i nastawione na krótki horyzont działania. Paradoksalnie poszatko-
wanie gospodarki, utrudniające kooperację i wymianę międzyregio-
nalną, tworzy bariery popytowe dla i tak już szczupłych rynków. Lo-
kalna wytwórczość orientuje się na produkcję uniwersalną o niskim 
stopniu specjalizacji, a więc zarazem mało rentowną. Gospodarka, 
która jest zlepkiem względnie niezależnych podsystemów, tj. małych 
rynków, nie ma zdolności do dywersyfikacji produkcji, co wpływa 
na koncentrację wytwórczości na dobrach podstawowych, mały za-
kres jej produkcji towarowej i wysoki udział produkcji naturalnej (na 
własne potrzeby). 

Kiedy rynki są słabo zintegrowane, regułą jest występowanie du-

żych różnic cen w układzie regionalnym, przepływ towarów jest bo-
wiem ograniczony. To poważny problem w sytuacji negatywnych 
(choć także i pozytywnych) szoków podażowych, takich jak lokalny 
nieurodzaj, zaraza, klęska żywiołowa czy podobne zdarzenia, któ-
rych skutki są wówczas trudne do neutralizowania. Zwiększa się 
także prawdopodobieństwo wystąpienia klęski głodu, mimo że nie-
urodzaj czy susza mogą mieć jedynie lokalny charakter, a krajowa 

background image

160

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

produkcja żywności jest dostateczna. Wreszcie przy wysokich kosz-
tach transportu miasta portowe i regiony położone w strefie przy-
brzeżnej, czyli blisko międzynarodowych szlaków komunikacyjnych, 
mogą preferować import żywności i innych podstawowych dóbr teo-
retycznie wytwarzanych przez rodzimą gospodarkę, których zakup 
i przywóz jest jednak mniej opłacalny niż zakup z zagranicy. Dodat-
kowo może to pogłębiać problemy z krajowym bilansem płatniczym. 

Zważmy, że obok problemów z samą produkcją opisywana sytua-

cja ma także istotny wpływ na funkcjonowanie rynków czynników 
produkcji. Nie można nie dostrzegać, że deficyt sieci transportowej 
i jej niska jakość koegzystują z brakiem rozwoju pozostałej infra-
struktury. Z reguły brak dróg łączy się z problemem niedorozwoju 
elektroenergetyki i łączności, dostępem do czystej wody, skażenia-
mi środowiska, problemem odbioru i utylizacji ścieków oraz śmieci. 
Przyczyny są bowiem wspólne, w każdym razie w krajach o niskiej 
gęstości zaludnienia. W Indiach w bardziej rozwiniętych regionach 
wszystkie wioski mają elektryczność, w całej Azji jest to ok. 50% 
wsi, a w niektórych krajach w Afryce Subsaharyjskiej zaledwie 3–4%. 
Przy małym popycie nie opłaca się budować linii energetycznych, 
gazociągów, dróg i linii kolejowych ani przeprowadzać rozległych 
prac irygacyjnych. W przypadku rzadkiej sieci osiedleńczej niezwy-
kle trudno także budować system właściwej opieki zdrowotnej, syste-
my edukacyjne czy sieć doradztwa rolniczego. Duże skupiska ludzkie 
i miasta przyciągają fachowców i specjalistów, ponieważ oferują im 
wiele atrakcji oraz możliwości, jakie zapewnia współczesna cywiliza-
cja. Ludzie ci nie mają natomiast silnych motywacji, by jako absol-
wenci szkoły średniej czy wyższej jechać do pracy do interioru, do 
odległej wioski pozbawionej najbardziej elementarnych udogodnień 
życia codziennego, np. w charakterze nauczyciela wiejskiego. Do ta-
kiej wioski nie prowadzi dobra droga, często nie ma tam elektrycz-
ności i bieżącej wody, pomoc medyczna na miejscu jest w praktyce 
nieosiągalna i wymaga długiej podróży (patrz drogi!). Warunki życia 
i pracy na miejscu są bardzo trudne i wymagają wielu wyrzeczeń. Jest 
to błędne koło: bez tych specjalistów nie ma warunków, by podnieść 
poziom życia, uruchomić mechanizmy wzrostu i przyciągnąć kolej-
nych specjalistów, ale oni nie przyjadą, bo zniechęca ich brak infra-
struktury społecznej i technicznej. Nie dziwi zatem, że im dalej od 
większych miast, tym trudniej o lekarza, nauczyciela, agronoma czy 
specjalistę zajmującego się planowaniem rodziny. Zresztą nawet jeśli 

background image

161

7. Izolacja geograficzna  

specjaliści się pojawiają, to ich jakość jest dość niska, gdyż ci lepsi 
uchylają się od udziału w takich misjach. 

Ze względu na wysokie koszty transakcyjne nie można liczyć na 

dobrze funkcjonujące rynki kredytowe na małych rynkach. Formal-
ny system kredytowy dociera do bardzo niewielkiej liczby klientów, 
ponieważ mieszkańcy wsi nie są z reguły dostatecznie atrakcyjni. Dla 
banku kluczowe jest porównanie korzyści (oczekiwanych odsetek) 
z kosztami, które w przypadku małych kredytów są relatywnie bar-
dzo wysokie. Biedni klienci nie biorą dużych pożyczek. Jeśli przyjąć 
w uproszczeniu, że koszt analizy typowego wniosku kredytowego 
jest każdorazowo podobny, to w przypadku małych kwot kredytu 
bank przestaje być zainteresowany udzielaniem takich kredytów. Do-
datkowo trzeba wziąć pod uwagę, że dla banku koszt monitorowania 
lokalnych warunków i zachowań klienta wiejskiego jest dużo wyż-
szy niż bardziej zamożnego klienta miejskiego. Wystarczy uświado-
mić sobie, jaki jest subiektywny i pieniężny koszt wizyty urzędnika 
bankowego w wiejskim gospodarstwie potencjalnego klienta w celu 
oceny jego zdolności kredytowej. Dlatego w krajach o bardzo niskim 
PKB per capita głównym źródłem kredytu nie jest bank komercyjny, 
ale lokalny właściciel ziemi, kupiec czy sklepikarz. Jest to jakieś roz-
wiązanie dla tradycyjnej, głównie naturalnej gospodarki, ale niedo-
rozwój rynków kredytowych stanowi istotny problem, gdy chce się 
wdrażać postęp techniczny i nowe technologie. 

Zresztą w ogóle poważnym problemem gospodarek bez rozwinię-

tej infrastruktury technicznej jest brak wielu rynków. Wspominaliśmy 
wcześniej o rynkach usług edukacyjnych i zdrowotnych. Podobnie 
jest z usługami agrotechnicznymi. Brakuje bardzo wielu usług na-
prawczych, gdyż skala zgłaszanego popytu (ze względu na małą licz-
bę klientów i ich mizerne dochody) jest niedostateczna, by urucha-
miać te usługi jako rentowne przedsięwzięcia. Powszechnie znanym 
zjawiskiem jest praktycznie nieobecność usług ubezpieczeniowych. 

Krajami bez dostępu do morza są zarówno Szwajcaria, jak i Czad. 

Mimo że mają zbliżoną liczbę mieszkańców (ok. 8–10 mln)

4

, pod 

względem zamożności są ulokowane na przeciwległych biegunach. 
Szwajcaria ma PKB per capita 25 razy większy niż Czad, czyli sama 
geograficzna odległość od morza i swoista izolacja nie wyjaśnia nie-

Czad ma stosunkowo duże terytorium (ponad 1 mln km

2

), dlatego gęstość zaludnie-

nia w Szwajcarii jest 24 razy wyższa niż w Czadzie. 

background image

162

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

dorozwoju ekonomicznego. P. Collier

5

 zwrócił uwagę na dwa do-

datkowe, bardzo istotne uwarunkowania sukcesu lub porażki kra-
ju zablokowanego geograficznie. Przede wszystkim niemal wszystkie 
takie kraje są niezbyt duże w sensie terytorialnym

6

. Kraje mające 

wielkie terytorium niejako z czysto „technicznych” powodów muszą 
mieć jakąś granicę morską. Są to też z reguły kraje ludne, z wielkim 
narodowym rynkiem zbytu i stosunkowo mało zależne od zagranicy. 
To mniejsze kraje są mocno wrażliwe na możliwości i szanse sprze-
daży na zewnątrz, gdyż ich mały rynek wewnętrzny stwarza potężne 
bariery w sięganiu po efekty skali, wdrażaniu nowych technologii 
oraz specjalizacji w produkcji. Te zagraniczne rynki zbytu są jednak 
całkiem inne dla Czadu i zupełnie inne dla Szwajcarii. Szwajcaria, 
ale także inne kraje europejskie w podobnej sytuacji, takie jak Au-
stria, Czechy czy Słowacja, jest otoczona sąsiadami, z których każdy 
jest wielkim, bliskim i atrakcyjnym rynkiem do lokowania szwajcar-
skich produktów. Sąsiadami Szwajcarów są przecież Niemcy, Włosi 
i Francuzi. Dla szwajcarskich producentów koszty dotarcia do ryn-
ków krajów sąsiednich są porównywalne z kosztami sprzedaży na 
rynku rodzimym. Sąsiadami Czadu są natomiast Libia, Sudan, Niger, 
Republika Środkowej Afryki, Nigeria i Kamerun. Poza Libią wszyst-
kie te kraje „okupują dół” w tabeli zamożności, a Niger i Republika 
Środkowej Afryki to wręcz najbiedniejsze kraje świata. Nigeria jest 
potencjalnym mocarstwem regionalnym, ale przez lata jej gospodar-
ka stała w miejscu. Dla Czadu oknem na świat jest Kamerun, poprzez 
który płynie eksport i importowane dobra, ale sama gospodarka Ka-
merunu nie tworzy jakiegoś ważnego rynku zbytu dla czadyjskich 
produktów. Afrykańscy sąsiedzi Czadu nie są zatem liczącym się ryn-
kiem lokowania produktów czadyjskich, lecz służą jedynie jako ko-
rytarze transportowe na bardzo odległe rynki europejskie i świato-
we, do których dotarcie jest jednak kosztowne. Względna blokada 
geograficzna – położenie śródlądowe – jest zatem dotkliwa, jeśli są-
siednie kraje nie generują impulsów rozwojowych. Jeśli sami sąsiedzi 
są małym rynkiem zbytu albo grzęzną w stagnacji (tak jak do nie-
dawna, czyli do 2008 roku, Nigeria), albo są źródłem destabiliza-
cji regionalnej (tak jak dotychczas Sudan; dziś problemem może sta-

P. Collier, The Bottom Billion. Why the Poorest Countries Are Failing and What Can 

Be Done about It, Oxford University Press, Oxford 2007, s. 54–63. 

Na 20 największych terytorialnie krajów świata jedynie dwa – Kazachstan i Mongo-

lia – nie mają dostępu do morza. 

background image

163

7. Izolacja geograficzna  

wać się Libia), to geografia może być przekleństwem. Wyjątkiem jest 
oczywiście kraj posiadający atrakcyjne zasoby naturalne, takie jak np. 
ropa naftowa, rudy metali czy diamenty. Wtedy często pojawia się 
obcy kapitał i nowe możliwości. Jak jednak podpowiada P. Collier, 
kraj biedny, pozbawiony bogactw naturalnych, bez dostępu do morza 
i posiadający złych sąsiadów ma mizerne szanse na sukces. 

Rozwiązania rynkowe prowadzące do przełamania izolacji geo-

graficznej są trudne do zastosowania w przypadku takich krajów, jak 
Czad czy Rwanda. Z reguły zadania takie przerastają możliwości fi-
nansowe lokalnych przedsiębiorców i rządów. Stopy zwrotu przed-
sięwzięć infrastrukturalnych i projektów produkcyjnych są w takich 
krajach niskie ze względu na wysokie koszty transakcyjne, a w każ-
dym razie znacznie niższe niż dla konkurentów lepiej uplasowanych 
w przestrzeni ekonomicznej. Ponadto opisywana sytuacja jest zna-
komitą ilustracją defektu koordynacji: nie ma i nie buduje się dróg, 
gdyż nie rozwija się produkcja na sprzedaż, a produkcja nie rozwija 
się, gdyż brak dróg czyni ją nieopłacalną
. W tych okolicznościach, 
jak argumentuje J. Sachs: „Same reformy instytucjonalne nie dostar-
czą dóbr na rynek. W krótkim czasie istnieją tylko trzy alternaty-
wy dla wyizolowanych obszarów: dalsze trwanie w ubóstwie, mi-
gracja ludności z wnętrza kraju na wybrzeże lub odpowiednio duża 
pomoc zagraniczna, pozwalająca zbudować infrastrukturę potrzebną 
do efektywnego połączenia regionu z rynkami światowymi”

7

*

Geograficzne uwarunkowania mogą jednak odegrać dużo więk-

szą, wręcz strategiczną rolę w dziejach cywilizacji. J. Diamond w swej 
niezwykle ważnej, bestsellerowej książce

8

 twierdzi, że to geografia 

zadecydowała o dotychczasowej historii ludzkości. Uzyskanie prze-
wagi cywilizacyjnej przez Europę nad resztą świata mniej więcej 
w XV wieku nie było przypadkiem, ale wynikiem szybszego przejścia 
do osiadłego trybu życia, opanowania wielu upraw, udomowienia 
licznych zwierząt i szybszego rozwoju technologii. W dużym stopniu 
rozstrzygała o tym geografia. Orientacja równoleżnikowa i rozcią-
gnięcie się Eurazji na kierunku wschód–zachód pozwalały na szybkie 
przenoszenie się z miejsca na miejsce osiągnięć w zakresie rolnictwa 

J. Sachs, Institutions Matter but Not for Everything. The Role of Geography and Re-

source Endowments in Development Shouldn’t Be Underestimated, „Finance and Devel-
opment”, June 2003, s. 40.

J. Diamond, Guns, Germs and Steel, W.W. Norton, New York 1997.

background image

164

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

i hodowli oraz ich stopniowe upowszechnianie się. Społeczności ży-
jące w Eurazji bytują w zasadzie w takiej samej strefie klimatycznej, 
co pozwala na stosowanie tych samych roślin i upraw w różnych 
częściach tego obszaru. Dlatego te specyficzne cechy geograficzne 
Eurazji zapewniły temu kontynentowi większą pulę gatunków roślin 
i zwierząt do dyspozycji człowieka, w przeciwieństwie np. do obu 
Ameryk, które rozciągają się niemal od bieguna północnego poprzez 
równik aż prawie po sam biegun południowy. Ogromna różnorod-
ność stref klimatycznych i warunków wegetacji w zasadzie sprawia-
ła, że wszelkie nowe gatunki roślin i techniki ich uprawy stawały 
się jedynie lokalne. Z reguły nie było możliwości, by nowo odkryte 
technologie agrotechniczne przenikały z powodzeniem np. z zimnej 
i umiarkowanej północy na podzwrotnikowe południe. Także Afryka 
w sensie geograficznym była w podobnej sytuacji jak obie Ameryki. 

Ta przewaga stworzona przez samą przyrodę pozwoliła Europie 

szybciej i w bardziej masowej skali przejść do osiadłego trybu życia. 
Dlaczego ta zmiana miała tak rewolucyjny charakter? Dzisiaj sądzi-
my, że postęp techniczny, a dokładniej: tempo zmian technologicz-
nych, jest w przybliżeniu proporcjonalny do wielkości potencjału 
demograficznego danej zbiorowości. Im dana społeczność jest licz-
niejsza, tym więcej nowych idei, wynalazków i innowacji powsta-
je w danej jednostce czasu. Jest to całkiem zrozumiałe, gdyż więcej 
jest tam aktywnych umysłów niż w mało licznych zbiorowościach. 
Różne idee krążą i wędrują wewnątrz społeczeństwa i w zasadzie 
już nie giną

9

, postęp techniczny i wiedza są bowiem procesem ku-

mulującym się. Przejście do życia osiadłego bardzo zwiększa gęstość 
zaludnienia, przynajmniej dziesięciokrotnie. Ma to o tyle duże zna-

Konieczne jest tu ważne zastrzeżenie. W odniesieniu do technologii notujemy na 

ogół stały postęp, w bardzo rzadkich jednak przypadkach może pojawić się technolo-
giczny regres. Znany jest nam intrygujący przypadek Tasmanii (opisany i przeanalizowa-
ny przez J. Henricha, Demography and Cultural Evolution: Why Adaptive Cultural Pro-
cesses Produced Maladaptive Losses in Tasmania
, „American Antiquity” 2004, Vol. 69, 
No. 2, s. 197–214). Wyspa ta początkowo stanowiła część kontynentu australijskiego 
i była połączona terytorialnie z Australią. Niemniej ok. 10–12 tys. lat temu, z końcem 
epoki lodowcowej, została od niej odcięta w wyniku topnienia lodów oraz wzrostu 
poziomu wód mórz i oceanów. Na wyspie pozostała relatywnie mała społeczność, tak 
mała, że został zaburzony przekaz kulturowy. Z upływem kolejnych generacji wiedza 
i umiejętności miejscowej ludności w tak kluczowych dziedzinach, jak sztuka polowa-
nia i łowienia ryb, wytwarzania ciepłej odzieży czy umiejętność produkowania bardziej 
wyrafinowanej broni, stopniowo zanikały. Ostatecznie kiedy w XVIII wieku dotarli tam 
Europejczycy, Tasmańczycy posługiwali się jedynie najprostszymi technologiami, o wiele 
bardziej prymitywnymi niż znane im kilka tysięcy lat wcześniej. 

background image

165

7. Izolacja geograficzna  

czenie, że istniejące wówczas technologie przekazu informacyjnego 
były dość prymitywne, dlatego efektywność przepływu informacji 
i przekazu kulturowego szybko spadała wraz z rosnącym dystansem. 
Dzięki temu relatywnie gęsto zaludnione regiony uzyskały znaczną 
przewagę. Jeśli teraz uprzytomnimy sobie, że geografia – dystans – 
izoluje poszczególne społeczności od siebie, to tempo postępu tech-
nicznego zaczyna się wyraźnie różnicować, faworyzując duże spo-
łeczności rolnicze. Populacje myśliwych i zbieraczy zostają w tyle; 
nawet jeśli później one także zmieniają tryb życia i dominujące zaję-
cie, przestawiając się na uprawę roli i hodowlę, to od przodujących 
społeczności dzieli je już wtedy ogromny dystans cywilizacyjny. Ist-
nieje jeszcze jedna istotna zaleta wczesnego przejścia do rolnictwa. 
Osiadłe społeczności znacznie zwiększają wydajność pracy i zdolność 
do produkowania żywności. W porównaniu ze zbieractwem rolnic-
two reprezentuje zupełnie nową i dużo sprawniejszą technologię, co 
prowadzi do powstania relatywnie znacznych nadwyżek żywności, 
pozwalających oderwać duże grupy społeczne od zajęć w rolnictwie 
(elitę polityczną, żołnierzy zawodowych, kler, rzemieślników, ludzi 
sztuki i nauki). Z biegiem czasu dodatkowo przyspiesza to zmiany 
technologiczne, nadając im tempo nieosiągalne na obszarach słabiej 
zaludnionych, znajdujących się poza Europą. Duża gęstość zaludnie-
nia wymusza jednocześnie częste i intensywne kontakty między są-
siednimi i bliskimi społecznościami. Te kontakty przybierają postać 
kooperacji, współdziałania, dialogu i negocjacji, ale często także kon-
fliktu, sporu i wojny. Nic dziwnego, że Europejczycy i Azjaci, którzy 
dla załatwiania swych interesów uczyli się budować skomplikowane 
instytucje społeczne i polityczne, nabywali doświadczenia i wiedzy, 
jak układać swe relacje z innymi. W konsekwencji dysponowali nie 
tylko większą wiedzą technologiczną i przewagą w uzbrojeniu, ale 
także lepszą organizacją społeczną i polityczną niż ich potencjalni ry-
wale. Kiedy Cortez zjawił się w Peru, jego niewielki liczebnie oddział 
uzbrojony w stalowe zbroje, konie i broń palną bez trudu pokonał 
wielotysięczną armię Inków w bitwie pod Cajamarca w 1532 roku 
oraz podbił imperium Atahualpy. Pobił Indian nie tylko dzięki prze-
wadze technologicznej i militarnej – za sukcesem Hiszpanów stało 
ich wielkie doświadczenie polityczne, negocjacyjne i dyplomatycz-
ne, zgromadzone wcześniej w Europie. Inkowie byli słabsi militarnie 
i walczyli, posługując się drewnianą bronią, ale ich klęska była raczej 
rezultatem sprytu i właściwej strategii, jaką zastosowali Hiszpanie, 
oraz ich własnej, niezwykłej wręcz naiwności i braku doświadczenia. 

background image

166

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Najeźdźcy mieli w zanadrzu jeszcze jedną olbrzymią przewagę, 

choć początkowo zupełnie nie zdawali sobie z tego sprawy. Euro-
pejczycy przywlekli do Ameryki różne choroby, na które Indianie 
byli zupełnie nieodporni, a z którymi przybysze jakoś sobie radzili. 
Choroby te miały odzwierzęcy charakter i częściowa odporność Eu-
ropejczyków wynikała z długiego kontaktu ze zwierzętami domowy-
mi. Eurazja była nie tylko kolebką wielu upraw zupełnie niedostęp-
nych innym ludom. Na tym kontynencie udomowiono zdecydowaną 
większość dużych ssaków, jakie człowiek w ogóle oswoił. J. Diamond 
pokazuje, że spośród 14 udomowionych dużych zwierząt aż 13 znaj-
dowało się w Eurazji (w tym tak ważne, jak koń, krowa, świnia, owca 
i koza), zaledwie jedno w Ameryce Południowej (lama), a Afryka, 
Ameryka Północna i Australia nie oswoiła żadnego zwierzęcia. Setki 
lat współbytowania Europejczyków ze zwierzętami domowymi uczy-
niły ich mniej wrażliwymi na wiele chorób zakaźnych, które poja-
wiły się w Nowym Świecie wraz z hiszpańskimi konkwistadorami, 
takich jak ospa, odra, tyfus, grypa i inne. Nie potrafimy dziś precy-
zyjnie oszacować skali dramatu demograficznego, jaki przyniosły te 
choroby. W zetknięciu z podbijanymi ludami epidemie przenoszone 
przez europejskich osadników i żołnierzy zdziesiątkowały miejscowe 
społeczności zdobytych terytoriów (jak w przypadku Indian w obu 
Amerykach czy Aborygenów w Australii). Niektóre szacunki wskazu-
ją nawet, że w wyniku epidemii w Ameryce wymarło do 90% rdzen-
nej ludności. Europejski podbój obu Ameryk nie mógłby być tak sku-
teczny, gdyby nie „śmiertelny podarunek”, jaki zdobywcy przynieśli 
z sobą. 

Historia ludzkości w ujęciu J. Diamonda jest zdeterminowana 

przez geografię. W odległej przeszłości istotnie warunki naturalne, 
przyrodnicze i geograficzne miały ogromny wpływ na wybór tech-
nologii. Związek technologii (rewolucja neolityczna, przejście do 
osiadłego trybu życia i rozwój rolnictwa) z demografią (wzrost licz-
by ludności i gęstości zaludnienia) nie ulega dziś wątpliwości. Roz-
wój gospodarczy i technologiczny wyraźnie przyspieszał w miejscach 
koncentracji dużych zbiorowości ludzkich, tam powstawały wielkie 
cywilizacje i imperia. Tym samym czynnik geograficzny pośrednio 
wpływał na stopniowe różnicowanie się świata, generował dystans 
cywilizacyjny między jednymi a drugimi. To dlatego właśnie Euro-
pejczycy przybywali na swych oceanicznych statkach do Ameryki, 
a nie odwrotnie – Indianie do Europy. To koń okazał się bardziej 
użyteczny jako zwierzę pociągowe i narzędzie do walki. To dlatego 

background image

167

7. Izolacja geograficzna  

europejscy rycerze szarżowali na koniach na Inków, np. w bitwie pod 
Cajamarca, nigdy w historii zaś nie zdarzyło się, by Indianie siedzący 
na lamach nacierali, powiedzmy, na polskich rycerzy w bitwie pod 
Grunwaldem. Możemy kontynuować ten ciąg zdarzeń, wskazując 
dalej na historyczną rolę malarii i zarazków, które to czynniki zmie-
niły losy cywilizacyjne, demografię, ekonomię i politykę obu Ameryk 
oraz Afryki. Jednocześnie postrzeganie historii ludzkości jako jed-
noznacznie zdeterminowanej wyłącznie geografią byłoby jednostron-
ne. J. Diamond ma wiele racji, argumentuje niezwykle sugestywnie, 
ale jak zwykle zmiana społeczna nie jest wywoływana tylko jednym 
czynnikiem. Ma wiele źródeł i przyczyn. Jeśli nawet zgodzimy się, 
że Eurazja była kontynentem uprzywilejowanym przyrodniczo, to 
i tak nie tylko Europejczycy jawią się jako kandydaci na zwycięzców. 
Dlaczego w tej roli nie mieliby wystąpić Arabowie, Chińczycy czy 
Hindusi? Wielu autorów wskazuje, że region rzeki Jangcy czy Ben-
gal w Indiach reprezentowały w początkach ery nowożytnej poziom 
rozwoju ekonomicznego nieustępujący Europie

10

. Kiedy Kolumb 

płynął do Ameryki, Chińczycy dysponowali okrętami transoceanicz-
nymi znacznie przewyższającymi statki europejskie pod względem 
wielkości i tonażu. W różnych okresach średniowiecza i w czasach 
nowożytnych imperia pozaeuropejskie miały przewagę technolo-
giczną, niekiedy nawet ogromną, nad Europą. Jeszcze w XIII wieku 
Europa była obszarem peryferyjnym ówczesnego świata, zacofanym 
technologicznie i cywilizacyjnie regionem rolniczym i surowcowym. 
Zmieniło się to bardzo szybko, w zasadzie w ciągu dwóch, trzech na-
stępnych stuleci. Pokazuje to, że układ sił ekonomicznych wewnątrz 
kontynentu euroazjatyckiego kształtowały już wówczas inne siły, nie-
koniecznie tylko przyroda i geografia. 

10 

Por. zwłaszcza K. Pomeranz, The Great Divergence, Princeton University Press, 

Prince ton 2000. 

background image

Rozdział 8

Przekleństwo zasobów naturalnych 

Posiadanie dużych zasobów naturalnych – w postaci znacznych ob-
szarów urodzajnej ziemi uprawnej, rzadkich i cennych rynkowo rud 
metali, surowców energetycznych, takich jak ropa naftowa i gaz 
ziemny, złota i diamentów, a nawet drewna – skłania do zadawa-
nia pytań, czy zasobność ta wywiera pozytywny, czy może raczej ne-
gatywny wpływ na warunki rozwoju. W odniesieniu do przeszłości 
dość sensowne wydaje się przekonanie, że zasoby mogły różnicować 
sytuacje poszczególnych gospodarek, mówimy bowiem o gospodar-
kach o niskim nasyceniu kapitałem, o małej roli postępu techniczne-
go i wiedzy oraz o wąskim zakresie produkcji opartej na korzyściach 
skali. Jednak w przypadku obecnych gospodarek, wbrew instynk-
townej reakcji laika, ekonomiści są zgodni co do tego, że z reguły 
duże zasoby surowcowe nie są dobrodziejstwem, ale – paradoksal-
nie – przekleństwem dla kraju posiadacza. Oczywiście niewskazana 
byłaby tu generalizacja. USA, Kanada, Australia czy Norwegia były 
i są zasobne surowcowo, a niektóre z tych krajów (także ze wzglę-
du na wielkość terytorium) mają niemal wszystkie zasoby naturalne 
wykorzystywane w gospodarce światowej. Zalicza się je do krajów 
wysoko rozwiniętych i nie wydaje się, by bogactwo zasobów im szko-
dziło. W świecie dominuje jednak inny model, typowy np. dla zdecy-
dowanej większości krajów naftowych, takich jak Nigeria, Meksyk, 
Rosja czy Wenezuela oraz wiele krajów Bliskiego Wschodu. Nige-
ria np., mimo że uzyskała ze sprzedaży ropy 350 mld USD w latach 
1970–2000, pozostała ubogim krajem tak jak w przeszłości, z niemal 
niezmienionym dochodem per capita. Przyjrzyjmy się z kolei przy-
kładowi Konga (dawniej Kongo Belgijskie, potem Zair, dziś Demo-
kratyczna Republika Konga). Jest to ogromny terytorialnie kraj o po-
wierzchni ponad 2 mln km

2

, wyposażony w bardzo wiele zasobów 

naturalnych, np. kobalt, ropę naftową, miedź, złoto, diamenty, rudy 
cyny i tantalu, a mimo to należy do najbiedniejszych krajów świata. 

background image

169

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

Kraj jest nękany przez bezustanne konflikty, wojny domowe

1

 i krwa-

we dyktatury. Czy Sierra Leone, na którego terytorium zlokalizowa-
ne są kopalnie diamentów, osiągnęło status kraju zamożnego? Prze-
ciwnie, także ten kraj afrykański należy do najuboższych w świecie 
– przeżył trwającą 10 lat, niezwykle niszczycielską wojnę domową. 
W tym małym kraju w wyniku konfliktu wewnętrznego zginęło aż 50 
tysięcy ludzi, a dwa miliony musiały uciekać. 

Dysponujemy dziś licznymi już analizami i badaniami, które po-

kazują, że rzeczywiście mamy do czynienia ze zdumiewającym pa-
radoksem: im obficiej przyroda wyposażyła jakiś kraj w zasoby na-
turalne, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo, że będzie się on 
wolniej rozwijał. Termin „przekleństwo zasobów naturalnych” jako 
charakterystyka zjawiska, użyty w 2001 roku przez R. Auty, szybko 
się upowszechnił w literaturze. Istnieją zasadniczo trzy przyczyny tej 
zdumiewającej sytuacji: (1) zależność od surowców czyni gospodarkę 
narodową szczególnie wrażliwą na wahania światowych cen i ude-
rzenia negatywnych szoków popytowych, (2) gospodarki te często 
zostają zablokowane na ślepym torze jednostronnego rozwoju su-
rowcowego (szczególnym przypadkiem jest tzw. choroba holender-
ska), (3) posiadanie atrakcyjnych surowców uruchamia wewnętrz-
ne konflikty o kontrolę nad surowcami i dochodami czerpanymi ze 
sprzedaży surowców. Warto jednak zauważyć, że wszystkie zagroże-
nia wynikające z obfitości zasobów naturalnych są warunkowe i nikt 
nigdy nie jest skazany na fatalizm w tym względzie. Pojawia się jedy-
nie bardzo sprzyjające podłoże do wystąpienia negatywnych zjawisk. 
Przekleństwo zasobów rzadziej zagraża dużym i bogatym krajom, 
częściej natomiast dotyka małe gospodarki. Surowcowe bogactwo 
ma inną wagę w ekonomice małego kraju niż w znacznej, zamożnej 
gospodarce, gdyż intensywna eksploatacja surowców wywiera w ta-
kim przypadku o wiele większy wpływ na całość życia gospodarcze-
go danego społeczeństwa, niezależnie od tego, czy wpływ ten jest 
pozytywny czy negatywny. 

Mamy mocne dowody, że istnieje wyraźny związek między załama-

niem się światowych cen na różne surowce a ewentualnym kryzysem 
ekonomicznym i politycznym w krajach surowcowych. W przypadku 
hossy cenowej na światowych rynkach w krajach eksportujących bar-
dzo szybko zaczynają wzrastać dochody i wpływy podatkowe. Cho-

W wojnach domowych w Kongo, już po uzyskaniu przez ten kraj niepodległości, 

zginęło co najmniej kilka milionów osób. 

background image

170

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ciaż sytuacja ta może mieć przejściowy i nietrwały charakter, z reguły 
traktowana jest tak, jakby miała być permanentna. Pokusa zdobycia 
przez władze łatwego sukcesu politycznego dzięki realizacji różnych 
przedsięwzięć rozwojowych i propagandowych na rzecz politycznych 
klientów oraz zainteresowanych grup społecznych jest duża. W re-
zultacie rozkręca to program wielkich wydatków rządowych, w tym 
także inwestycyjnych. Im większy początkowy boom cenowy, tym za-
planowane wydatki są większe, decyzje bardziej przypadkowe i mniej 
racjonalne. Obfitość środków finansowych skłania do realizacji pro-
jektów niespełniających kryteriów ekonomicznych, a jedynie podpo-
rządkowanych potrzebom politycznym. Problem zaczyna się wówczas, 
gdy po okresie boomu cenowego przychodzi bessa: ceny surowców 
spadają, a w ślad za tym maleją wpływy eksportowe. Brakuje środków, 
by kontynuować rozciągnięty ponad miarę front inwestycyjny. Wiele 
rozpoczętych inwestycji zostaje zatrzymanych, często już na zawsze. 
Gwałtowne zahamowanie popytu inwestycyjnego przenosi się na rynek 
dóbr konsumpcyjnych, w rezultacie czego spada produkcja, a bezro-
bocie rośnie. Sytuacja ta rodzi często kryzys polityczny. 

P. Collier opisuje interesujący przypadek Wybrzeża Kości Słonio-

wej

2

 – kraju niezwykle stabilnego od czasu uzyskania niepodległo-

ści i uważanego, przynajmniej do 1980 roku, za coś w rodzaju pań-
stwa cudu gospodarczego. Wybrzeże Kości Słoniowej specjalizuje się 
w uprawie i produkcji kakao. Źródłem początkowej stabilizacji kra-
ju były wysokie ceny tego produktu oraz polityka gospodarcza re-
alizowana przez pierwszego prezydenta Feliksa Houphouët-Boigny. 
Prezydent zezwolił na masową migrację robotników z Burkina Faso 
(państwa graniczącego od północy z Wybrzeżem Kości Słoniowej) 
do pracy na plantacjach kakaowych. Do 1980 roku ok. 40% siły ro-
boczej pochodziło z zagranicy. Uprawy kakao były bardzo wysoko 
opodatkowane, co stanowiło ważne źródło przychodów rządu i po-
zwalało na rozbudowę aparatu państwowego, w którym znajdowali 
zatrudnienie głównie miejscowi. Wszyscy byli zadowoleni: imigranci 
mieli pracę przy uprawach kakaowych, krajowcy – w sektorze pu-
blicznym. W 1980 roku idylla zakończyła się wraz z wybuchem kry-
zysu energetycznego (silny wzrost cen ropy naftowej) i spadkiem cen 
kakao oraz kawy. Załamała się cała, krucha w gruncie rzeczy, równo-
waga polityczna. Ponieważ wewnętrzne ceny kakao były stałe, gwa-
rantowane ceny okazały się – w nowej konstelacji cen światowych 

P. Collier, Wars, Guns, and Votes, Harper, New York 2009, s. 155–166.

background image

171

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

– subwencją dla imigrantów. Paradoksalnie ci ostatni byli chronieni, 
a koszty kryzysu spadały na krajowców. Ponieważ większość robotni-
ków z Burkina Faso była muzułmanami, obcymi, jedynie kwestią cza-
su było to, kiedy miejscowi politycy zaczną rozgrywać kartę antyimi-
gracyjną, nacjonalistyczną. Tak się też stało – w latach 90. Wybrzeże 
Kości Słoniowej weszło w wieloletnią fazę wewnętrznych walk, starć, 
zamachów stanu i wojen domowych. Jest nadzieja, że po ostatnich 
wyborach w końcu 2010 roku wróci pewna stabilizacja

3

Wahania cen surowców mają jednak wpływ nie tylko na losy krajów 

afrykańskich. Pokazuje to dobitnie sytuacja Rosji w ostatnich dwóch 
dekadach. Rosja nie jest małym państwem postkolonialnym, a mimo 
to jej gospodarka jest klasycznym przykładem ekonomiki dość jedno-
stronnie zależnej od kilku surowców energetycznych. Gaz ziemny, ropa 
naftowa i inne surowce energetyczne przynoszą 18% rosyjskiego PKB, 
50% jej przychodów podatkowych i aż 61% przychodów z eksportu. 
Na ilustracji 8.1 pokazano, jak bardzo tempo wzrostu PKB Rosji zależy 
od zmian w światowych cenach ropy naftowej. 

s

s

s































WZROST

ZMIANY

Ilustracja 8.1. Zależność między zmianami cen ropy naftowej na świecie a tem-
pem wzrostu gospodarki rosyjskiej w latach 1993–2011 (obie zmiany wyrażono 
w %)

Nadzieja ta jest umiarkowana, gdyż przegrany w tych wyborach długo nie chciał 

uznać ich wyniku i doszło do krwawych walk między siłami obu konkurentów. Walki 
wygasły, ale sytuacja w kraju jest nadal dość niepewna. 

background image

172

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Biorąc pod uwagę znaczenie surowców energetycznych w gospo-

darce Rosji i fakt, że ceny gazu ziemnego wahają się zgodnie ze zmia-
nami cen ropy naftowej, obserwowana korelacja nie powinna dziwić. 
Choć oczywiście nieco zdumiewa to, że struktura rosyjskiej ekono-
miki jest tak mało nowoczesna. 

Dość wcześnie dostrzeżono także, że obfite źródła surowców 

mogą wywołać tzw. chorobę holenderską

4

. Zauważmy przy tym od 

razu, że Holandia nie jest krajem, który zachorował najciężej. Po-
wiedzmy nawet, że akurat w przypadku tego kraju przebieg choroby 
był nader lekki. Nazwa zjawiska odwołuje się jedynie do najwcześniej 
zbadanego przypadku Holandii i sytuacji tego kraju po odkryciu na 
Morzu Północnym w latach 60. ubiegłego wieku wielkiego złoża gazu 
ziemnego Groningen. Odkrycie i eksploatacja gazu ziemnego przy-
nosiły wysokie stopy zwrotu. Przyciągało to do tego sektora zarów-
no wielkie ilości kapitału, jak i zasoby pracy, zmniejszając akumula-
cję tych czynników produkcji w przemyśle przetwórczym. Wskutek 
tego punkt ciężkości gospodarki przesuwał się powoli w kierunku 
gałęzi surowcowych kosztem ograniczania ekspansji przemysłu i wy-
specjalizowanych usług (poza obsługą sektora gazowego). Te zjawi-
ska występują wszędzie, także w innych krajach rozwiniętych, i mogą 
okazać się dość dotkliwe dla niezbyt dużej gospodarki. Na przykład 
doświadczenia kanadyjskie pokazują, że eksploatacja łupków bitu-
micznych w północnej Albercie, w rejonie Fort McMurray (jest to 
dziś pod względem atrakcyjności dochodowej swoisty kanadyjski 
Klondike), okazała się tak silnym magnesem dla szukających pracy, 
że wiele małych miejscowości i osad w odległych prowincjach atlan-
tyckich (np. w Nowej Szkocji czy Nowym Brunszwiku) zaczęło bory-
kać się z niedoborem siły roboczej w produkcji i usługach ze względu 
na masową migrację pracowników do prowincji Alberta

5

Zarazem jednak sytuacja jest pozornie korzystna, ponieważ eks-

port poszukiwanego surowca energetycznego zapewnia wysokie do-
chody i wpływy dewizowe. Jednak przemysł surowcowy nie wyka-
zuje korzyści skali w przeciwieństwie do przemysłu przetwórczego. 
Na dłuższą metę – po stopniowym „wycięciu” sektorów działających 
w obszarze korzyści skali – będzie to wywierało hamujący wpływ 

M. Corden, Booming Sector and Dutch Desease. Survey and Consolidation, „Oxford 

Economic Papers” 1984.

Tak duży drenaż lokalnej siły roboczej przestaje być zaskakujący, jeśli pamiętamy, że 

Kanada zajmuje, co prawda, wielkie terytorium, ale nie jest to ludny kraj w proporcji do 
swego obszaru. Ma tylko 34 mln mieszkańców, czyli mniej niż Polska. 

background image

173

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

na rozwój kraju i skłonność do inwestowania w kapitał ludzki. Sek-
tor surowcowy jest często niezwykle atrakcyjny płacowo, przyciąga 
zatem najlepsze kadry, ludzi o najwyższych kwalifikacjach technicz-
nych i menedżerskich, rzutkich, innowacyjnych, o dużych ambicjach. 
Z punktu widzenia samego sektora to pozytywny rozwój wydarzeń, 
ale już z perspektywy całej gospodarki niekoniecznie. Nie wszystkie 
dziedziny surowcowe wymagają najwyższych kwalifikacji. Wysysanie 
przez te branże wysoko kwalifikowanej kadry może dokonywać się 
kosztem innych sektorów: sfery badań naukowych i przemysłu.

W przypadku choroby holenderskiej istnieje także inny niepo-

kojący kanał hamujący wzrost rodzimej produkcji przemysłowej: 
aprecjacja waluty. Silny wzrost eksportu surowców skutkuje znacz-
nym dopływem obcych dewiz i wzmocnieniem krajowej waluty. Ten 
efekt jest tym silniejszy, im mniejsza jest gospodarka. W małej go-
spodarce obfite zasoby surowcowe są w lwiej części eksportowane, 
a waga tego eksportu jest potencjalnie dominująca w stosunku do 
całości wywozu. Natomiast w gospodarce o wielkim potencjale su-
rowiec jest w sporej części zużywany na własne potrzeby, a ponadto 
waga sektora surowcowego w ogólnym eksporcie jest tam relatywnie 
mniejsza. Kiedy dochodzi do wzmocnienia narodowej waluty wzglę-
dem walut obcych, wówczas opłacalność krajowego eksportu zaczy-
na spadać, oprócz, rzecz jasna, eksportu surowcowego. Natomiast 
niesurowcowe gałęzie przemysłu są stopniowo odcinane od rynków 
międzynarodowych, a producenci wycofują się z nierentownej pro-
dukcji lub zmniejszają skalę wytwarzania. Ogranicza to warunki roz-
woju zwłaszcza gałęziom wymagającym dużego, światowego rynku 
zbytu. Silna krajowa waluta dławi jednak nie tylko rodzimy eksport, 
ale także ogromnie wzmaga konkurencję zewnętrzną, bo w tych wa-
runkach import wlewa się szerokim strumieniem, wypierając krajo-
wą produkcję. W skrajnej sytuacji aprecjacja waluty może prowadzić 
nawet do dezindustrializacji kraju. 

Historycznie choroba holenderska wystąpiła niezwykle wyrazi-

ście w przypadku Hiszpanii po odkryciu Ameryki. Ogromny napływ 
złota i kruszców do metropolii spowodował zwiększony import ta-
nich wyrobów przetworzonych, pochodzących z zagranicy. Hiszpania 
sprzedawała surowce, ale importowała dobra przemysłowe. W ciągu 
jednego wieku znacząca część własnej bazy produkcyjnej Hiszpanii 
została doprowadzona do upadku. Podobnie było w przypadku po-
zornego dobrobytu polskiej gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej. 
Obfite zasoby ziemi stwarzały szeroki rynek zbytu na zboże w Euro-

background image

174

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

pie Zachodniej. Ten kierunek specjalizacji, który zresztą stał się po-
wodem oraz narzędziem ponownego narzucenia odrobkowej formy 
pańszczyzny w celu pozyskania odpowiednio dużej i taniej siły robo-
czej, uniemożliwił lub przynajmniej utrudnił rozwój tych gałęzi, któ-
re z czasem zadecydowały o sukcesie rozwojowym innych. 

Dzisiaj można by się zastanawiać, czy współczesna Rosja także 

nie cierpi na chorobę holenderską. Opinie ekspertów w tej sprawie 
są podzielone, a wnioski nie do końca konkluzywne. W Rosji wystę-
pują pewne objawy tej choroby, jak choćby wyraźna aprecjacja rubla, 
szybki wzrost płac i hipertrofia sektora wydobywczego. Jednakże nie 
nastąpił wyraźny spadek udziału przemysłu przetwórczego ani też 
mimo wzmocnienia rubla nie doszło do istotnego spadku konkuren-
cyjności gałęzi niesurowcowych. Autorki dość wnikliwego studium 
na temat symptomów choroby holenderskiej w Rosji

6

 uważają, że 

w odniesieniu do tego kraju można raczej mówić o względnym od-
przemysłowieniu (obniżeniu się roli przemysłu, a nie o bezwzględ-
nych spadkach), choć i ta ocena winna być ostrożna, ponieważ trud-
ne jest rozdzielenie, w jakim stopniu sytuacja ta wynika z efektów 
transformacji, a w jakim jest skutkiem choroby holenderskiej. 

W skrajnej wersji odkrycie cennych bogactw naturalnych w ma-

łym i zacofanym kraju może prowadzić do rozwoju jedynie surow-
cowego sektora gospodarki i jej silnej dezindustrializacji. Niewielkie 
początkowe zasoby wysokiego kapitału ludzkiego zostają wyssane 
z całej gospodarki i przetransferowane do gałęzi surowcowej. Jedno-
cześnie duży dopływ dewiz na tyle wzmacnia pozycję własnej waluty, 
że prowadzi do sytuacji, w której wszystko opłaca się importować 
i niczego nie opłaca się eksportować (przypadek Hiszpanii jak wy-
żej). Tym samym gospodarka tkwi w ślepej uliczce kapitałochłonnej 
produkcji surowców i w obszarze malejących korzyści względem ska-
li (polski przypadek wspomniany wyżej). 

Wielkie i silne gospodarki, takie jak USA, Kanada czy Australia, 

choć bogato wyposażone przez przyrodę, w niewielkim stopniu są 
dotknięte chorobą holenderską, choć i tam można obserwować pew-
ne jej symptomy, jak pokazano wyżej na przykładzie kanadyjskim. 
Niektóre mniejsze kraje – w tym kontekście często wymienia się Nor-
wegię i Botswanę – też uniknęły problemów. Norwegowie utworzy-
li w 1990 roku specjalny fundusz, w którym lokują dochody z ropy 

N. Oomes, K. Kalcheva, Diagnosing Dutch Disease: Does Russia Have the Symp-

toms?, IMF Working Paper, April 2007.

background image

175

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

naftowej i gazu ziemnego oraz nie dopuszczają do tego, by wydat-
ki z tego źródła przekroczyły rocznie 4% zgromadzonego kapitału. 
Dzięki temu jest hamowana aprecjacja norweskiej korony i ujemne 
skutki takiej zmiany kursu walutowego dla gospodarki. Podobnie in-
trygujący jest przypadek Botswany, państwa obficie wyposażonego 
w diamenty. Kraje Afryki z reguły są postrzegane jako wyjątkowo 
źle zarządzane, a rządy tych krajów jako dyktatorskie, skorumpo-
wane i niekompetentne. Większość autorów uważa natomiast Bot-
swanę za kraj stabilny politycznie, z bardzo sprawnymi instytucjami, 
relatywnie małą korupcją i dobrymi rozwiązaniami regulacyjnymi. 
W rezultacie do momentu pojawienia się AIDS (w ostatniej dekadzie 
ubiegłego wieku) – niszczycielskiej choroby, która szczególnie ude-
rzyła właśnie w Botswanę (dziś wciąż ok. 25% populacji to chorzy 
lub nosiciele choroby, co stanowi jeden z najwyższych wskaźników 
na świecie) – kraj ten należał przez 30 lat do najszybciej rozwijają-
cych się gospodarek w świecie. Dzięki dobremu zarządzaniu Botswa-
na skorzystała na zasobach diamentowych i obecnie znajduje się na 
poziomie najwyżej rozwiniętych państw Afryki

7

Niektórzy ekonomiści i historycy kanadyjscy rozwijali alterna-

tywną hipotezę w odniesieniu do choroby holenderskiej, w myśl któ-
rej zasoby surowcowe mogą okazać się korzystne rozwojowo

8

. Nie 

można zapominać, że właśnie tą drogą częściowo podążała gospo-
darka kanadyjska (a także amerykańska, angielska i niemiecka, a do 
pewnego momentu nawet argentyńska). Model kanadyjski

9

 sugeru-

je, że bogata baza surowcowa może okazać się kluczową przesłanką 
uprzemysłowienia, gdy uwzględnimy silne i ważne powiązania mię-
dzy krajowym sektorem surowcowym a nowo rozwijanym przemy-
słem. Kiedy takie powiązania między różnymi stadiami przetwórstwa 
w obu kierunkach („w przód” i „w tył”) są obecne, wtedy cała go-
spodarka może wykorzystać ekspansję sektorów surowcowych. Dla 
Kanady takimi surowcami były w różnych okresach połowy dorsza, 
futra i drewno, a ostatecznie zboża. Posiadanie dużych obszarów zie-
mi uprawnej może stymulować wzrost produkcji narzędzi dla rolnic-

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2009 roku Botswana miała 

PKB per capita na poziomie ponad 13 tys. USD rocznie. Plasowało ją to np. powyżej 
Bułgarii i Rumunii. 

Por. J. Ros, Development Theory and the Economics of Growth, University of Michi-

gan Press, Ann Arbor 2000; D. Weil, Economic Growth, Addison Wesley, Boston 2005.

W literaturze hipoteza ta jest nazywana staples thesis i traktowana jako swoista an-

tychoroba holenderska.

background image

176

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

twa i środków transportu oraz rozwój linii kolejowych, usług ubez-
pieczeniowych i bankowych. W rozwoju produkcji przemysłowej 
ważną rolę może odegrać posiadanie własnych kopalń węgla i ro-
dzimych rud żelaza. W dobie względnie wysokich kosztów transpor-
tu

10

 to właśnie brak własnych surowców może zahamować wzrost 

ekonomiczny, a ich dostatek zapewnić przewagę. Taka była w istocie 
sytuacja na początku XIX wieku, czyli w przededniu rewolucji prze-
mysłowej. Mamy np. casus angielskich kopalń węgla, które dzięki 
temu, że były położone blisko odbiorców, stworzyły Brytyjczykom 
warunki do produkcji stali, a w dalszej kolejności do rozwoju prze-
mysłu maszynowego. W istocie były głównym czynnikiem tego roz-
woju, gdyż pozwalały przełamać barierę energetyczną. Gdyby węgla 
nie było w pobliżu, rozwój przemysłu napotkałby wielkie przeszko-
dy. Ten warunek dziś nie ma takiego znaczenia, koszty transportu 
bowiem bardzo się obniżyły. O ile w przeszłości surowce można było 
wykorzystywać jedynie lokalnie, o tyle obecnie wywóz surowców 
z miejsc wydobycia i ich przeróbka w krajach rozwiniętych są całko-
wicie opłacalne. Choroba holenderska dobrze opisuje dzisiejszy świat 
niskich kosztów transportu, a hipoteza Kanadyjczyków to przypadek 
historyczny, gdy wydobycie surowców ze względu na koszty prze-
wozu – musiało być skojarzone terytorialnie z miejscem ich obróbki 
i przetwarzania. Dzisiaj z powodu posiadania zasobów surowcowych 
możemy zapaść na chorobę holenderską, w przeszłości mogły one 
stanowić koło zamachowe rozwoju. 

Trzeci nurt analizy ujemnych skutków posiadania wielkich zaso-

bów naturalnych wskazuje na toksyczny wpływ tego faktu na jakość 
instytucji ekonomicznych i system polityczny. Liczne doświadcze-
nia krajów afrykańskich, ale także latynoamerykańskich, azjatyckich 
i byłego ZSRR wyraźnie pokazują, że wysokie przychody z wydo-
bycia ropy czy minerałów w postaci podatków lub royalties są mar-
notrawione i nieefektywnie alokowane. Główne powody tego stanu 
rzeczy są następujące: (1) wysokie dochody zmniejszają skłonność 
do reformowania i unowocześniania kraju, gdyż presja na takie 
zmiany jest wyraźnie złagodzona, (2) wszelkie napięcia społeczne są 
neutralizowane w wyniku rozbudowy aparatu represji i przymusu, 
(3) równolegle budowany jest układ klientowski przez korumpowa-

10 

Zwróćmy uwagę, że jest tu referowany wariant industrializacji np. USA czy Wielkiej 

Brytanii, zastosowany wszak jeszcze w XIX wieku. Dziś ten argument jest już wyraźnie 
słabszy. 

background image

177

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

nie, kooptację, przekupywanie całych grup społecznych i redystrybu-
cję dochodów na rzecz swoich. Z reguły prowadzi to do rozbudowy 
aparatu państwowego i rozrostu własnej, klanowej biurokracji. Obie 
metody (2) i (3) są społecznie kosztowne i pochłaniają znaczne za-
soby, (4) władze muszą ulegać presji wpływowych grup społecznych 
spoza układu na uzyskiwanie rent i innych korzyści. Korzyści te są 
„rozdrapywane” zgodnie z układem sił i politycznych przetargów, 
a nie według kryteriów merytorycznych.

Niestety, w wielu krajach o zróżnicowanej tkance etnicznej i sła-

bej spoistości wewnętrznej wysoka pula dochodów do podziału uru-
chamia konflikty etniczne i regionalne, w skrajnej sytuacji prowadzą-
ce do secesji i krwawych wojen domowych. Doświadczenie uczy, że 
dzieje się tak często wtedy, gdy stawką są wpływy z ropy naftowej 
i gazu ziemnego, diamentów, rud metali (np. unikatowa ruda colta-
nu – mieszanka niobu i tantalu stosowana do produkcji kondensato-
rów – wydobywana w Demokratycznej Republice Konga), a czasem 
złota lub narkotyków (jeśli te ostatnie też uznamy za zasoby). Afryka 
jest wyjątkowym laboratorium analizy takich przypadków z uwagi na 
postkolonialne linie graniczne oraz ogromną mozaikę narodowości, 
plemion i języków rozdzierających wewnętrzne struktury społeczne 
i polityczne. M. Ross tak określa przyczyny potencjalnych konflik-
tów: „Istnieją cztery kanały, poprzez które zasoby naturalne zwięk-
szają ryzyko wojny domowej: obniżenie ekonomicznych wyników 
gospodarki; słabsze, bardziej skorumpowane i mniej odpowiedzialne 
rządy; zachęta do tworzenia niezależnych podmiotów państwowych 
przez społeczności żyjące w regionach zasobnych w surowce; moż-
liwość finansowania ruchów rebelianckich. Te uwarunkowania po-
magają wyjaśnić wyjątkowo wysoką częstotliwość wojen domowych 
w Afryce Subsaharyjskiej, regionie z wieloma krajami zależnymi od 
surowców”

11

. Lista takich konfliktów wewnętrznych po II wojnie 

światowej jest bardzo długa. Są na niej m.in. Angola, Nigeria, Afga-
nistan, oba Konga, Sudan, Sierra Leone, Rwanda, Liberia, Kolumbia, 
Indonezja, Wybrzeże Kości Słoniowej. Interesujące są także bardziej 
szczegółowe studia dotyczące ropy naftowej. Cytowany wcześniej 
M. Ross dowodzi, że o ile wzrost dochodów sprzyja ewolucji kra-
ju w kierunku demokracji, o tyle wyjątkiem jest posiadanie dużych 

11 

M. Ross, Natural Resources and Civil War: An Overview, 2003, „Journal of Peace Re-

search” 2003, http://www.unepfi.org/fileadmin/documents/conflict/ross_2003.pdf (do- 
stęp: 30 czerwca 2012).

background image

178

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

zasobów ropy naftowej: „Kraje z większymi zasobami naturalnymi 
rozwijają się wolniej niż te uboższe w surowce. Są one także bardziej 
podatne na wojny domowe [...]. Trzeci składnik klątwy przekleństwa 
zasobów – ropa naftowa i bogactwa mineralne – czynią je mniej de-
mokratycznymi”

12

Dodajmy wreszcie, że niektórzy autorzy sądzą, iż prawdopo-

dobieństwo konfliktów wewnętrznych w rodzaju wojny domowej 
rośnie dopiero wówczas, gdy spełnione są pewne warunki ekono-
miczne, tj. kiedy podatność na grabież zasobów (lootability factor
dokonywaną przez siły separatystyczne lub grupy rebeliantów staje 
się odpowiednio wysoka

13

. Szczególnie zagrożone są kraje, w któ-

rych np. wydobywa się diamenty lub uprawia opium, bo wtedy moż-
na łatwo przechwycić dochody, czy to w formie zwykłego rabunku 
czy też swoistego „opodatkowania” producentów. Wówczas wojna 
domowa jest racjonalnym wyborem ekonomicznym dla rebeliantów 
w porównaniu z innymi źródłami dochodów. P. Collier postrzega 
bowiem wojny domowe nie jako wynik konfliktów ideowych, ale 
przede wszystkim jako działania entrepreneurs of violence

14

. Znacznie 

słabsze zagrożenia występują natomiast wtedy, gdy warunkiem pozy-
skiwania zasobów jest posiadanie wysokiej technologii i znaczne za-
soby kapitału (dotyczy to np. ropy naftowej, gazu ziemnego czy gór-
nictwa głębinowego). Taka sytuacja daje z reguły przewagę rządowi. 
Z badań P. Colliera wynika także, że szczególnie podatne na wojny 
domowe są te kraje, w których eksport wyrobów surowcowych sta-
nowi ok. 26% PKB. Gdy udział ten jest niższy, zapewne spada opła-
calność prowadzenia wojen przez rebeliantów, gdy zaś jest wyższy 
– aparat państwowy jest na tyle zasobny, by skutecznie kontrolować 
sytuację i paraliżować próby ataków. 

Angolański przypadek wojny domowej

15

 dostarcza wielu interesu-

jących faktów dotyczących związku tego konfliktu z zamożnością su-
rowcową. Kiedy w 1974 roku Angola uzyskała niepodległość, wkrót-
ce doszło do wojny między dwoma ugrupowaniami: rządzącą MPLA 

12 

IdemDoes Oil Hinder Democracy?, „World Politics” 2001, s. 328.

13 

P. Collier, Economic Causes of Civil Conflict and Their Implications for Policy, [w:] 

Turbulent Peace: The Challenges of Managing International Conflict, red. Ch. Crocker, 
F. Osler Hampson, P. Aall, USIP Press, Washington 2001.

14 

Przedsiębiorców przemocy. 

15 

Wykorzystano dane i oceny z pracy M. Guidolin, E. La Ferrara, Diamonds Are For-

ever, Wars Are Not. Is Conflict Bad for Private Firms?, Federal Reserve Bank of St. Louis, 
Working Paper, No. 004C, January 2005.

background image

179

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

i opozycyjną UNITA. Opozycja starała się konsekwentnie kontrolo-
wać obszary wydobycia diamentów, z czego czerpała środki na finan-
sowanie wojny. Angola posiada jedne z największych i najcenniej-
szych zasobów tego poszukiwanego bogactwa i jest dziś czwartym 
producentem diamentów na świecie (ok. 15% wartości sprzedaży). 
Jednocześnie wydobycie diamentów w tym kraju ze względów geo-
logicznych nie jest skomplikowane ani kapitałochłonne i mogło być 
bez trudu kontrolowane przez rebeliantów z UNITA. Rząd z kolei za-
silał się finansowo z produkcji i wydobycia ropy naftowej. Losy woj-
ny były zmienne oraz stanowiły funkcję zmieniających się cen ropy 
naftowej i diamentów na rynkach międzynarodowych. Im korzyst-
niejsze były ceny ropy względem diamentów, tym większą przewagę 
zyskiwały siły rządowe. Kiedy relacje cen się odwracały, wtedy więk-
sze sukcesy święciła opozycja. Wojna domowa wygasła, gdy przy-
wódca opozycji zginął w walce.

Dlaczego kraje Trzeciego Świata mają taką podatność na kon-

flikty wewnętrzne, a nawet na wojny domowe? Dlaczego podob-
ne zjawiska i procesy nie prowadzą do podobnych wstrząsów, np. 
w Norwegii czy Holandii? Kiedy głębiej zastanawiamy się nad tymi 
kwestiami, dochodzimy do wniosku, że odpowiedź jest podobna jak 
w przypadku pytania o brak demokracji w różnych krajach. Zarówno 
Europejczycy, jak i Amerykanie mają często skłonność do postrzega-
nia wyborów politycznych dokonywanych przez inne społeczności 
czy też ich zachowań społecznych jako wyrazu ignorancji, zacofania 
i tradycjonalizmu. Takie rozumowanie nie jest pozbawione pewnej 
racji, ale głębokie źródła tych zachowań są funkcją sytuacji społecznej 
i ekonomicznej. Społeczności afrykańskie czy azjatyckie nie dlatego 
nie wybierają demokracji, że nie rozumieją jej walorów. Ona po pro-
stu u nich nie działa

16

. Niedorozwój ekonomiczny oznacza ubóstwo 

i biedę dla większości społeczeństwa, wokół jednak są kraje bogate 
i zamożne, z nowoczesną technologią, wysoką stopą życiową, ma-
sową konsumpcją i dostępem do wielu pożądanych dóbr. Mieszkań-
cy niezamożnych krajów mają pełną świadomość tego faktu w wyni-

16 

Nie chodzi tu oczywiście o jakiś oficjalny akt wyboru, np. prezydenta, gdyż w wielu 

krajach dyktatorskich takie czysto formalne rytuały mogą się nawet odbywać. W 1998 
roku wojskowy dyktator generał Sani Abacha, rządzący Nigerią od 1993 roku, zorgani-
zował wybory, w których wymusił na wszystkich pięciu głównych partiach politycznych, 
by zgłosiły właśnie jego jako swego kandydata na prezydenta. Był zatem jedynym kan-
dydatem w tych wyborach. Nie został prezydentem jedynie dlatego, że zmarł tuż przed 
tymi pseudowyborami. 

background image

180

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ku przepływu informacji i rosnących możliwości podróżowania, tym 
bardziej zaś elity krajowe. Działa potężny efekt demonstracji, ukazu-
jący dystans dzielący „naszą” biedę od „ich” zamożności. Jednocześ-
nie, również wśród elit, istnieje świadomość, że przeciętne lub nawet 
względnie majętne rodzime gospodarstwa domowe nie mają szans 
na osiągnięcie statusu posiadacza dóbr luksusowych. W społeczeń-
stwach, o których mówimy, nie istnieje klasa średnia. Zamożność jest 
tu przede wszystkim funkcją zdolności do redystrybucji dochodów 
i zasobów, czyli funkcją władzy i przemocy. Kto kontroluje aparat 
przymusu, ten uczestniczy w podziale łupów. W realiach krajów afry-
kańskich (ale także azjatyckich czy latynoamerykańskich) władza to 
niekoniecznie jedynie państwo. Nieformalną, znaczną władzę mają 
lokalni przywódcy plemienni, wodzowie i szefowie wiosek, decydu-
jący np. o przydziale ziemi, podatkach i podobnych świadczeniach, 
niemniej państwo i kontrola nad instytucjami państwowymi są naj-
ważniejsze. Za jego pośrednictwem rządząca ekipa dokonuje potęż-
nego transferu dochodów, przywilejów i stanowisk na rzecz swoich 
zwolenników. Dzięki tej redystrybucji PKB klienci władzy awansu-
ją materialnie w skali, która byłaby dla nich zupełnie nieosiągalna 
w inny sposób. Jednostki lub grupy społeczne wypadające poza ten 
system przywilejów znajdują się nisko na drabinie społecznej i pod 
względem dochodowym. Oczywiście możliwości gratyfikowania lu-
dzi władzy bardzo wzrastają, gdy kraj odkrywa nowe i cenne surow-
ce. Stawka w grze bardzo się wówczas podnosi. Nawet jeśli dotych-
czas konflikt wewnętrzny nie był zbyt ostry, to w nowej sytuacji nie 
musi dziwić, że często w takim kraju wybucha otwarta wojna domo-
wa. Zadajmy jednak jeszcze raz pytanie, dlaczego np. w Norwegii 
nic takiego się nie dzieje. Otóż w Norwegii i podobnych krajach roz-
winiętych polityka jest zawodem uprawianym przez członków partii 
politycznych, a nie źródłem i narzędziem przechwytywania docho-
dów. Nie chodzi o to, że politycy norwescy nie biorą pieniędzy za 
swoją pracę. Dostają pensje, ale gdyby, zamiast zajmować się polity-
ką, prowadzili np. biznes czy uprawiali rolę, zarabialiby podobnie. 
Dochody, jakie czerpią ludzie z zajmowania się polityką w krajach 
rozwiniętych, są porównywalne do korzyści czerpanych z innych 
zawodów i zajęć. W przeciwieństwie do większości krajów Afryki 
polityka nie jest tu drabiną do wielkich pieniędzy

17

. W krajach nie-

dorozwoju jest oczywiście zupełnie inaczej. Dostęp do władzy daje 

17 

Pomijam tu, rzecz jasna, możliwe działania przestępcze. 

background image

181

8. Przekleństwo zasobów naturalnych 

niewiarygodne przywileje i korzyści dochodowe oraz majątkowe. 
Kiedy jest się wykluczonym z tego systemu, spada się na sam dół. 
Nie ma na ogół porównywalnej alternatywy ekonomicznej w sto-
sunku do korzyści płynących z wysokiej pozycji politycznej. Przegra-
na w wyborach co innego znaczy w Norwegii, a zupełnie co innego 
w Zimbabwe. W tym pierwszym przypadku ludzie nie odnoszą wra-
żenia, że ich status materialny się pogarsza. Nawet gdy w wyniku 
przegranej nie zdobywają np. mandatu posła, mają do wyboru różne 
inne zajęcia poza polityką. Często wracają do poprzedniego zawodu 
czy zajęcia: do przemysłu, nauki czy kultury. Wracają do zajęć, które 
dotąd wykonywali i które na ogół zapewniły im oczekiwany stan-
dard życia. W przywołanym przykładzie Zimbabwe przegrana w wy-
borach jest dla zainteresowanych katastrofą nie tylko polityczną, ale 
przede wszystkim ekonomiczną. Teraz inni zwycięzcy przechwycą 
kontrolę nad państwem i zmienią kierunek redystrybucji dochodów, 
odcinając dotychczasowych beneficjentów od przywilejów, dlatego 
zmiana warty politycznej jest w takich warunkach mało prawdopo-
dobna. Każdorazowo dotychczasowi rządzący kurczowo trzymają się 
raz zdobytej władzy i oddają ją na ogół tylko wtedy, gdy muszą. De-
mokracja jest w takich sytuacjach możliwa, ale bardzo krucha, gdyż 
obiektywne uwarunkowania są niekorzystne. Od czasu do czasu po-
jawiają się na szczęście przywódcy o wysokich standardach etycz-
nych. 

background image

Rozdział 9 

Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

„Dobre instytucje plus obcy kapitał” – to częsty postulat kierowany 
pod adresem krajów rozwijających się w celu uzyskania sukcesu eko-
nomicznego i przyspieszenia wzrostu. Pomijając kwestię, na ile jest to 
program skuteczny i realistyczny, powyższy slogan sygnalizuje uzna-
nie kluczowej roli czynników instytucjonalnych w rozwoju. W ostat-
nim okresie wszystkie główne organizacje międzynarodowe zajmu-
jące się rozwojem, w szczególności Bank Światowy, akcentują rolę 
dobrych rozwiązań instytucjonalnych. Od mniej więcej dziesięciu lat 
pod auspicjami Banku Światowego ukazują się publikacje pozwala-
jące zmierzyć jakość instytucji w układzie międzynarodowym. Pierw-
sza taka publikacja pojawiła się w 1999 roku i dotyczyła 160 krajów, 
dla których skonstruowano sześć wskaźników opisujących jakość 
różnych instytucji w latach 1997–1998. Od tego czasu Bank Świato-
wy systematycznie, co kilka lat, wydaje kolejne edycje takich opra-
cowań, doskonaląc metodologię i poszerzając badania w odniesieniu 
do większej liczby krajów. Ostatnie opracowanie objęło już 212 kra-
jów i terytoriów oraz zawierało dane dla lat 1996–2008

1

Co to są instytucje i dlaczego tak wielu ekonomistów traktuje ich 

jakość jako kluczowy czynnik prorozwojowy? Kiedy pytamy o przy-
czyny niedorozwoju, wówczas odruchową reakcją jest wskazanie, że 
biedny kraj ma po prostu mały zasób kapitału rzeczowego, prymi-
tywne technologie oraz niewielkie zasoby wykwalifikowanej siły ro-
boczej, a te ograniczone zasoby pozwalają jedynie na niską produk-
cję i konsumpcję per capita obywateli danego kraju. Jednakże dla 
większości ekonomistów nie jest to wystarczające wyjaśnienie, nie 
wiemy bowiem, co spowodowało kiedyś, w przeszłości, że obecny, 

D. Kaufmann, A. Kraay, M. Mastruzzi, Governance Matters VIII. Aggregate and In-

dividual Governance Indicators, 1996–2008, The World Bank Development Research 
Group, Macroeconomics and Growth Team, Washington, June 2009.

background image

183

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

wyjściowy poziom kapitału ludzkiego i rzeczowego jest w jednych 
krajach tak niewielki, technologie zacofane, a produktywność niska, 
podczas gdy inne gospodarki są dziś zasobne w różnorakie czynni-
ki produkcji. Dlatego – niezależnie od przyczyn i na dłuższą metę 
– zasadnicze znaczenie ma dynamika zmian po stronie zasobów pro-
dukcyjnych, a nie ich poziom wyjściowy. Nawet w początkowo bar-
dzo zacofanym kraju wysoka akumulacja czynników produkcji może 
relatywnie szybko zmienić sytuację i zniwelować dystans rozwojo-
wy. Przykładowo jeżeli kraj, którego PKB per capita stanowi zaled-
wie 10% PKB per capita kraju rozwiniętego, rozwijałby produkcję 
na głowę w tempie średniorocznie o 4 punkty procentowe szybciej 
niż bogatszy, to zrównałby się z rywalem po niecałych 60 latach, tj. 
w horyzoncie dwóch generacji

2

. To zdumiewająco szybko, uwzględ-

niając początkowy ogromny dystans. Dlatego tak ogromny nacisk 
należy położyć raczej na mechanizmy wyznaczające dynamikę roz-
wojową, niż akcentować doraźny, niski poziom wytwarzania. 

Są dwa najistotniejsze uwarunkowania prorozwojowych i pro-

dukcyjnych zachowań podmiotów gospodarczych: (a) dominujące 
w układzie społecznym systemy wartości (normy społeczne) oraz 
postawy promujące akumulację kapitału, aktywność ekonomiczną 
i innowacyjność, (b) opłacalność tych zachowań. Rozważymy po ko-
lei obie te kwestie, ponieważ każda z nich jest albo rozumiana zbyt 
wąsko, albo obciążona uproszczonymi stereotypami. W pierwszej 
sprawie mamy ogromną skłonność do rozumowania ahistoryczne-
go i ignorowania społecznego kontekstu zachowań ludzi. Dlatego 
pierwsza, wskazana wyżej przesłanka zachowań rozwojowych może 
być – całkowicie błędnie – uznana za automatycznie spełnioną. Po-
tocznie sądzi się, że ludzie zawsze dążą do większej zamożności 
i bogactwa, co skłania ich do zachowań produktywnych, innowa-
cyjności oraz inwestowania. W praktyce może być zupełnie inaczej, 
ponieważ nie jest prawdą, że wysysamy takie postawy z mlekiem 
matki.  Wszystkie nasze systemy wartości, społeczne normy za-
chowań, którym hołdujemy, oraz cele życiowe, do których zmie-

Takie relacje zachodzą np. obecnie między Francją a Wietnamem. Wietnam mógłby 

teoretycznie doścignąć Francję w poziomie PKB na głowę ok. 2070 roku, gdyby tempo 
wzrostu jego PKB wynosiło ok. 7,5–8,0% średniorocznie w tym horyzoncie czasowym 
(przyjmując utrzymanie się obecnego, szybkiego przyrostu demograficznego Wietnamu 
na poziomie ok. 1% rocznie i założenie, że gospodarka Francji będzie się rozwijać stale 
w tempie 2,5–3,0% rocznie). Zachowanie długookresowego tempa wzrostu na pozio-
mie 7,5–8,0% rocznie jest bardzo trudne, ale technicznie możliwe. 

background image

184

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

rzamy, są społecznie i kulturowo uwarunkowane. Początkowo to 
rodzina, a potem społeczeństwo narzucają nam sposób postępo-
wania w relacjach społecznych, a więc także w obszarze zachowań 
ekonomicznych. Na przykład w społecznościach feudalnych ogrom-
na część nadwyżki ekonomicznej była przeznaczana na ostentacyj-
ną konsumpcję, a nie na inwestycje (poza zapewne budową i reno-
wacją dróg lokalnych, urządzeń wodnych i stawianiem budynków 
folwarcznych, czyli poza minimalnymi wydatkami warunkującymi 
czerpanie korzyści z produkcji rolnej). Pozostała część dochodów 
zaspokajała potrzebę pokazania zamożności, przepychu i społeczne-
go uznania, jakie zapewniała nie produkcja czy handel, którymi to 
zajęciami powszechnie gardzono, ale wyszukana konsumpcja, stroje, 
luksusowe zamki i posiadłości, dzieła sztuki, konie i powozy, broń 
czy kosztowności. Dominującą zatem normą zachowań, przynaj-
mniej elit i arystokracji, w okresie feudalizmu (zresztą także w sta-
rożytności) była ucieczka od działalności produkcyjnej, wymiany 
handlowej oraz troski o innowacje. To były zajęcia tylko dla gminu 
i ludzi pospolitych. Elita konsumowała. W rezultacie ogromna część 
zasobów była marnotrawiona, a nie akumulowana. Chociaż więc 
i w tym systemie dążenie do indywidualnego bogacenia się zacho-
wuje moc, to społeczne zachowania nie sprzyjają osiąganiu celu i są 
de facto antyrozwojowe. Zauważmy przy tym, że tego rodzaju anty-
produkcyjna postawa nie jest wynikiem indywidualnego wyboru, 
ale społecznie narzuconą normą. Osoby przynależące do uprzywile-
jowanej elity społecznej, nawet gdyby chciały i umiały intelektualnie 
wznieść się ponad horyzonty myślowe swej epoki, nie mogłyby jako 
jednostki wyrwać się z tego ideologicznego i społecznego uzależnie-
nia. Dewianci podlegają bowiem wykluczeniu społecznemu i ostra-
cyzmowi, a jest to skuteczne narzędzie konformizmu społecznego. 
Dopiero wraz z kapitalizmem zmienia się norma zachowań ekono-
micznych: produkowanie i każda działalność ekonomiczna zostaje 
nobilitowana. Sukces gospodarczy i pieniądz stają się podstawowy-
mi wyznacznikami pozycji społecznej oraz prestiżu. Żadna działal-
ność nie hańbi, a porażka ekonomiczna, bankructwo czy groźba 
niepowodzenia materialnego stają się w nowym systemie potężnym 
czynnikiem mobilizującym do aktywności. Oznacza to jednak, że 
nasze dzisiejsze zachowania nie są bynajmniej wrodzone, ale zostały 
wyprodukowane w nowym kontekście kulturowym, który wydaje 
się nam naturalny i oczywisty, bo tylko taki znamy. Nie należy jed-
nak ulegać złudzeniom, że świat społeczny jest zawsze i wszędzie 

background image

185

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

taki sam. Jest to szczególnie ważne, jeśli patrzymy współcześnie na 
kraje ekonomicznie zacofane.

Innym intrygującym przykładem konfliktu między dzisiejszą nor-

mą społeczną bogacenia się a faktycznymi zachowaniami dużych grup 
społecznych jest casus imion czarnych mieszkańców USA. Kilka lat 
temu grupa amerykańskich ekonomistów zwróciła uwagę na zdumie-
wające zjawisko występujące w szkołach, w których wykształciła się 
swoista „kultura braku sukcesu” (anti-achievement ethic) wśród czar-
nych uczniów. Jedna z gazet opisała to tak: „Powodzenie społeczne 
jest częściowo uwarunkowane edukacyjnym niepowodzeniem: bez-
pieczeństwo i akceptacja leżą w odrzuceniu tradycyjnej drogi do sa-
modoskonalenia”

3

. Osoby chcące osiągnąć sukces, dobrze uczące się 

i osiągające wysokie oceny są przez własne środowisko i rówieśników 
prześladowane oraz atakowane słownie, a często także fizycznie jako 
„udające białasów”, jako zdrajcy własnej rasy, i poddawane upoka-
rzającym praktykom wykluczenia. Osiągnięcia szkolne są traktowane 
przez otoczenie jako zachowania niehonorowe, sprzeczne z zasada-
mi, jako próba pokazania się kimś lepszym. Nawet przychodzenie na 
zajęcia szkolne bez spóźnień czy używanie literackiego języka angiel-
skiego stanowią zachowania nieakceptowane. W zachowaniach ludz-
kich ogromną rolę odgrywa potrzeba posiadania tożsamości, poczucie, 
że przynależymy do jakiejś społeczności, do jakiejś grupy społecznej, 
z którą się identyfikujemy i którą uznajemy za własną. Daje to nam 
poczucie bezpieczeństwa i w istocie definiuje nasze własne ja. W tym 
przypadku dominująca norma społeczna czy też istniejący system war-
tości narzucany czarnej zbiorowości nie polega na stawianiu za wzór 
indywidualnego sukcesu i próbie sprostania temu wzorcowi, ale na 
ściąganiu wygrywających w dół. W praktyce osoby te mają do wyboru: 
albo zerwanie z własnym środowiskiem (za cenę utraty swojej tożsa-
mości), by uzyskać pożądany awans społeczny, albo poddanie się presji 
otoczenia i rezygnację z ambicji oraz osiągnięć życiowych (dobrej pracy, 
zamożności, dobrego małżeństwa itd.). Jest to presja, by zbiorowość 
zachowywała swoistą solidarność rasową. 

Wielu oczywiście poddaje się temu naciskowi i dotyczy to nie 

tylko uczniów, ale także dorosłych w innych sytuacjach. Na przy-
kład ci ostatni często manifestują swą rasową przynależność, nadając 
swym dzieciom imiona jednoznacznie identyfikujące je jako czarne. 
Przeprowadzone studia badawcze dotyczące tej kwestii wskazują jed-

D.E. Thigpen, S. Scott Gregory, The Hidden Hurdle, „Time”, 16 March 1992, s. 44.

background image

186

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

noznacznie, że te zachowania rodziców wyraźnie pogarszają przy-
szłe szanse życiowe dzieci na rynku pracy. W amerykańskich realiach 
osoby poszukujące pracy i wypełniające kwestionariusz nawet bez 
podania przynależności rasowej natychmiast zostają zidentyfikowane 
jako Murzyni, ponieważ ich imiona są stygmatyzujące, a potencjalni 
pracodawcy chętniej zatrudniają osoby innej rasy

4

. Dowiedziono, że 

rodzice doskonale zdają sobie sprawę z tej prawidłowości, a mimo to 
kontynuują praktykę nadawania określonych imion. W tym przypad-
ku dominująca praktyka społeczna jest antyprodukcyjna, a konflikt 
między społeczną akceptacją i chęcią przynależności do grupy oraz 
pozornie oczywistym celem, który stanowi indywidualny sukces ma-
terialny, jest rozwiązywany na korzyść tej pierwszej opcji, kosztem 
własnych szans życiowych. 

Koncentrowanie uwagi na jednostce i jej indywidualnych zacho-

waniach byłoby jednak błędem. Gospodarowanie nie jest we współ-
czesnym świecie aktywnością realizowaną w pojedynkę. Gdyby tak 
było, to producenci w pełni kontrolowaliby cały proces wytwarza-
nia od początku do końca, a rezultat zależałby jedynie od ich indy-
widualnej wiedzy (dostępnej technologii) oraz motywacji (wysiłku 
i jakości pracy). Tak jednak nie jest, gospodarka to nie zbiorowisko 
niezależnie działających Robinsonów na bezludnych wyspach
. Go-
spodarowanie to przede wszystkim działanie kolektywne, uwikłane 
w podział pracy, specjalizację i wymianę usług. Dlatego chociaż indy-
widualne postawy społeczne, normy postępowania i systemy warto-
ści wyznawane przez członków danej społeczności są bardzo ważne, 
gdyż motywują bądź zniechęcają do określonych działań, to jednak 
punkt ciężkości leży w obszarze współdziałania ludzi. Zresztą, jak ar-
gumentowano wcześniej, także systemy wartości i normy zachowań 
nie powinny być traktowane jako dane i niezmienne; jawią się one 
raczej jako pewien fenomen społeczny i kulturowy, jako – przynaj-
mniej do pewnego stopnia – konstrukcje społeczne. 

Kooperacja wymaga wymiany informacji, ale musi także poważ-

nie uwzględniać skłonność ludzi do oszukiwania, uchylania się od 

Przyczyną mogą być postawy rasistowskie pracodawców, ale także wynik samo-

spełniającego się przewidywania. Potencjalni pracodawcy znają już z praktyki posta-
wy czarnoskórych uczniów i dlatego oceniają, że jest wysokie prawdopodobieństwo, 
że kompetencje czarnych pracowników będą bardzo niskie. To wzmacnia przekonanie 
czarnoskórych uczniów, że uczenie się daje małe szanse na sukces życiowy i prowadzi 
do odrzucenia norm społecznych reprezentowanych przez większość społeczeństwa, tj. 
świat białych. 

background image

187

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

wysiłku, niewypełniania przyjętych na siebie zobowiązań czy postaw 
gapowicza. Wszystkie te zachowania naukowo określa się mianem 
zachowań oportunistycznych. Właśnie dlatego kolektywna produk-
cja jest obciążona wysokim ryzykiem. Ludzie niekoniecznie sobie 
wzajemnie ufają, zdają sobie bowiem sprawę, że od czasu do czasu 
mogą zostać przez niektórych oszukani i okłamani. Oportunizm skła-
nia jednych do wykorzystywania różnorodnych sytuacji, by osiągać 
własne cele kosztem interesów innych podmiotów. W zbiorowych 
działaniach i relacjach biznesowych ciągle towarzyszy nam asymetria 
informacyjna. 

Kiedy np. właściciel firmy budowlanej podejmuje się postawić 

w krótkim terminie dom mieszkalny, musi brać pod uwagę niesprzy-
jające warunki pogodowe, ale przede wszystkim inne okoliczności, 
takie jak możliwość nieterminowych dostaw materiałów budow-
lanych i wykończeniowych przez kooperantów, niska jakość usług 
poddostawców, problemy z „obijaniem się” własnych pracowników, 
niepewność co do decyzji bankowych w sprawie kredytu, obstruk-
cja władz samorządowych w sprawie zezwoleń, korupcja nadzo-
ru budowlanego, strajk transportowców itd. Krótko mówiąc, musi 
uwzględniać przede wszystkim kontekst społeczny jako źródło za-
grożeń. 

Oto podobny przypadek. Kiedy decydujemy się na uruchomienie 

nowoczesnej spalarni odpadów komunalnych, ryzykujemy brak ko-
operacji ze strony miejscowej ludności i lokalne konflikty środowi-
skowe, połączone z bojkotem i blokowaniem pracy spalarni. Reali-
zacja rentownego projektu wymaga pozyskania odpowiedniej ilości 
odpadów – i tu niestety możemy się wykazać nadmiernym optymi-
zmem, jeśli wstępne deklaracje zainteresowanych co do skali potrzeb 
utylizacji okażą się obietnicami bez pokrycia. W rezultacie przeko-
nanie banku o celowości kredytowania takiej inwestycji może być 
trudne. Ryzykujemy także, że projekt techniczny będzie wadliwy, 
a dodatkowo wykonawca, firma budowlano-montażowa, zbankru-
tuje, przez co zawalimy wszelkie terminy, to zaś spowoduje poważ-
ne skutki finansowe. Pierwotna, idealna lokalizacja obiektu okaże 
się nierealna, natomiast ta możliwa – będzie wymagać ponownych 
zabiegów prawnych w celu uzyskania prawa do gruntu i przepro-
jektowania inwestycji oraz pociągnie za sobą znaczne opóźnienia 
w oddaniu obiektu do eksploatacji i dodatkowe koszty. Rachuby na 
zatrudnienie lokalnej siły roboczej (wielkie miejscowe bezrobocie) 
okażą się płonne ze względu na jej zbyt niskie kwalifikacje i zupełną 

background image

188

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

demoralizację. Dowóz i pozyskanie robotników z daleka podwyższy 
ponadplanowo koszty pracy spalarni. 

Realizacja projektu nie jest i nie musi być pasmem niepowodzeń, 

strat i wpadek, ale powyższe przykłady pokazują, jak wiele jest nie-
pewności towarzyszących przedsiębiorcy przy realizacji nie najbar-
dziej przecież skomplikowanych zadań produkcyjnych. Czynniki 
ryzyka jedynie w ograniczonym stopniu wynikają z powodów natu-
ralnych (pogoda). W ogromnej większości źródłem niepewności są 
zachowania innych ludzi, ryzyko ma więc głównie wymiar behawio-
ralny. A czy ta niepewność i ryzyko wpływają jakoś na opłacalność 
produkcji i decyzje wytwórców? Oczywiście tak, bo przy wysokich 
ryzykach podmioty ekonomiczne wycofują się z aktywności produk-
cyjnej, gdyż staje się ona dla nich nieopłacalna. 

Kiedy spoglądamy na procesy gospodarowania oczami ekono-

mii neoklasycznej, nie dostrzegamy faktu, że zawieranie transak-
cji jest kosztowne, wymaga bowiem ponoszenia wysokich kosztów 
transakcyjnych. Poszczególni autorzy różnie definiują koszty trans-
akcyjne. K. Eggertsson zdefiniował je jako „koszty kontroli w sys-
temie społecznym [...]. Pojawiają się wówczas, gdy jednostka chce 
przejąć nowe prawa własności, ochronić zasoby przed przejęciem 
lub kradzieżą oraz zabezpieczyć swe aktywa przed oportunistycz-
nymi zachowaniami w relacjach wymiennych”

5

. Y. Barzel uważa, 

że koszty te są „związane z transferem, przejmowaniem (zawład-
nięciem) i ochroną praw własności”

6

. Dla D. Northa to „koszty 

pomiaru cennych atrybutów tego, co jest przedmiotem wymiany 
i kosztów ochrony praw własności, ich monitorowania i egzekucji 
umów”

7

. We wszystkich tych definicjach kluczowa jawi się ochrona 

praw własności i bezpieczeństwo obrotu towarowego. Ta ochro-
na nie realizuje się sama przez się, ale wymaga nakładów. Żaden 
przedsiębiorca nie uruchomi produkcji, jeśli jego interesy nie będą 
dostatecznie chronione, a własność lub efekty produkcji mogą zo-
stać przechwycone lub zrabowane. Właściciel stawu hodowlanego, 
ponoszący nakłady na produkcję ryb, ale narażony na systematyczne 
kradzieże ryb przez miejscowych kłusowników, będzie podejmował 

T. Eggertsson, Imperfect Institutions. Possibilities and Limits to Reform, University 

of Michigan Press, Ann Arbor 200, s. 27.

Y. Barzel, Economic Analysis of Property Rights, Cambridge University Press, Cam-

bridge 1997, s. 4.

D. North, Institutions, Institutional Change and Economic Performance, Cambridge 

University Press, New York 1990, s. 27.

background image

189

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

kroki zmierzające do ochrony rybostanu. Będzie zatrudniał strażni-
ków, instalował urządzenia techniczne do monitorowania, grodził 
teren i blokował dostęp osobom postronnym. Jeśli jednak działa-
nia te będą nadmiernie kosztowne, to hodowca zrezygnuje z egze-
kwowania swych praw własności. Im wyższa skuteczność władzy 
publicznej w ochronie własności gospodarczej, im niższy koszt do-
chodzenia swych roszczeń w sądzie, tym niższe koszty transakcyjne 
ponoszone przez poszczególne podmioty i tym większa motywacja 
do działania produkcyjnego. Jeśli jednak podmiot jest zmuszany – 
wskutek zawodności i słabości władzy publicznej oraz systemu eg-
zekucji prawa – do wydzielenia znacznych zasobów własnych do 
ochrony swej własności (a więc jego koszty transakcyjne gwałtownie 
rosną), to działalność wytwórcza staje się często nieefektywna i zo-
staje ograniczona lub porzucona. 

Dodatkowo także im wyższe technologie są stosowane, tym bar-

dziej wyrafinowany i złożony jest podział pracy oraz bardziej po-
głębiona specjalizacja między wytwórcami. Uruchamia to długie łań-
cuchy powiązań między anonimowymi podmiotami, co potencjalnie 
generuje coraz wyższe ryzyko dla zainteresowanych stron, wynika-
jące z ich wrażliwości na zachowania oportunistyczne partnerów 
i kontrahentów. 

Wydaje się, że to przede wszystkim badania i prace D. Northa 

odegrały główną rolę w dowartościowaniu instytucji jako czynni-
ka promującego rozwój. Instytucje to formalne i nieformalne reguły 
gry ekonomicznej. Instytucje formalne to system prawa stanowio-
ny przez państwo lub narzucony przez zbiorowość, w której żyjemy. 
To niekoniecznie musi być prawo pisane. W tradycyjnych społeczeń-
stwach prawo ma często charakter zwyczajowy, jest pewną normą 
zachowań, dość skutecznie egzekwowaną przez otoczenie. Niefor-
malne instytucje są wynikiem akceptowanych i zinternalizowanych 
norm społecznych, zwyczajów i konwencji, którymi kieruje się jed-
nostka. Rozróżnienie na instytucje formalne i nieformalne nie jest do 
końca ostre. Przyjmuje się, że nieformalna instytucja jest „własna” 
i akceptowana bez przymusu, za formalnymi normami stoi natomiast 
autorytet państwa i władzy. 

Jakie jest znaczenie instytucji? W opinii D. Northa: „Instytucje 

redukują niepewność przez strukturyzację życia codziennego [...], 
definiują i ograniczają swobodę wyboru jednostek. [...] Głównym 
zadaniem instytucji w społeczeństwie jest zmniejszenie niepewności 
przez ustanowienie stabilnej (choć niekoniecznie efektywnej) struk-

background image

190

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

tury dla ludzkich interakcji”

8

. Strukturyzacja relacji społecznych jest 

pożądana, gdyż staje się narzędziem redukowania skutków niepew-
ności i nadmiernego ryzyka w działaniach gospodarczych. Jest rolą 
sprawnych instytucji – czy to formalnych poprzez system prawny, czy 
to nieformalnych dzięki uformowaniu się odpowiednich norm i zwy-
czajów społecznych, obniżanie skali i skutków różnych rodzajów ry-
zyka. W tym sensie dobre instytucje mają na celu obniżenie kosztów 
transakcyjnych dla jednostek gospodarujących, gdyż to wzmacnia 
motywację i podnosi efektywność gospodarowania. W najlepszym 
razie bez dobrych instytucji firmy wybierają krótki horyzont działa-
nia, małą specjalizację (bo potencjalnie zwiększa to elastyczność re-
akcji i mobilność), niewielką skalę operacji oraz kapitałooszczędne 
technologie produkcji. 

Ekonomia, dość nieszczęśliwie, eksponuje konkurencję jako głów-

ne narzędzie motywujące i stymulujące zmianę oraz odpowiedzialne 
za postęp ekonomiczny. W rzeczywistości kluczem do sukcesu ekono-
micznego rodzaju ludzkiego była i jest kooperacja. Tylko dzięki współ-
działaniu, podziałowi pracy, gotowości do wymiany interpersonalnej 
swych usług ludzkość jest dziś tu, gdzie jest – w świecie względnego do-
brobytu – dysponując technologią pozwalającą częściowo uniezależnić 
się od przyrody. Bez niezbędnej dozy kooperacji nigdy – jako ludzkość 
– nie wyszlibyśmy z zimnych i wilgotnych pieczar. Owszem, pożądana 
jest pewna równowaga, kompromis między rywalizacją a współdzia-
łaniem, ale to ostatnie jest absolutnie warunkiem sine qua non rozwo-
ju. Instytucje są faktycznie narzędziami zapewniania i organizowania 
kooperacji społecznej. 

Wydaje się, że są cztery obszary, w których architektura instytu-

cjonalna jest kluczowa dla takiej kooperacji. Są to: (1) zapewnienie 
niezbędnej transparentności w relacjach społecznych, (2) istnienie 
środków i narzędzi pozwalających na skuteczną egzekucję (wykona-
nie) kontraktów i przyjętych zobowiązań, (3) uporanie się z prob-
lemem agencji, (4) ograniczenie zagrożeń wynikających z defektów 
koordynacji i pułapek instytucjonalnych. 

Niemal natychmiast kiedy w historii ludzkości pojawia się pro-

dukcja towarowa, a więc i rynek, rodzi się potrzeba regulacji. Wszyst-
kie rynki, choć w różnym stopniu, są regulowane. Tak było w prze-
szłości, tak jest i obecnie. Początkowo ta organizacja wymiany miała 

D. North, op. cit., s. 3, 4, 6.

background image

191

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

charakter pewnej umowy społecznej, zwyczaju, później też nieko-
niecznie wymagała jakiejś formy przymusu państwowego. Zwycza-
jowo np. w miejscowości Lutowiska

9

 przynajmniej od XVIII wieku 

handlowano końmi i wszyscy okoliczni chętni zjeżdżali na jarmarki 
do tej miejscowości, by w ustalone dni w roku kupić lub sprzedać 
konia. Innym, bardzo starym przejawem takiego organizowania się 
rynków i tworzenia reguł zawierania transakcji jest standaryzacja sys-
temu miar i wag. W średniowiecznym Rothenburgu

10

 na ścianie ratu-

sza do dziś znajdują się dwa wgłębienia (prawdopodobnie wyżłobio-
ne w XV–XVI wieku) wyznaczające minimalne rozmiary bochenka 
chleba sprzedawanego w mieście na okolicznym targowisku. Roz-
miary są dwa, wielkość jest bowiem dostosowana do koniunktury: 
mniejsze chleby można było wypiekać w czasie kryzysu. Nieprzestrze-
ganie reguł władze miasta surowo karały, topiąc nieuczciwego pieka-
rza w pobliskiej rzece, zapewne ku uciesze oglądającej to widowisko 
gawiedzi. Podobnie na bocznej ścianie ratusza w Chełmnie, dawnym 
hanzeatyckim mieście dziś należącym do województwa kujawsko-po-
morskiego, jest umieszczony pręt z zaznaczoną miarą długości. Na 
pobliskim targowisku handlowano w przeszłości tkaninami i kon-
trahenci mogli w każdej chwili sprawdzić, czy transakcja jest uczci-
wa. Lokalne władze decydowały również o miejscu i czasie handlu. 
Takie turystyczno-historyczne obserwacje mogą się wydać nam dziś 
banalne, ale tylko dlatego, że przywykliśmy do nich i traktujemy je 
jako oczywiste. Takie regulacje miały jednak (i nadal mają) kolosalne 
znaczenie dla obniżenia kosztów transakcyjnych. Wyobraźmy sobie, 
jak kształtowałyby się koszty zawierania transakcji, gdyby żadna ze 
stron nie znała ani miejsca, ani czasu spotkania drugiego kontrahen-
ta, i jak rosłoby ryzyko umów, gdyby władza nie kontrolowała sys-
temu miar. Obecnie w krajach rozwiniętych ekonomicznie regulacje 
rynkowe są bardzo rozbudowane i określają precyzyjnie prawa oraz 
obowiązki stron kontraktu. Na przykład produkcja żywności i han-
del nią wymagają dostosowania się do zasad bezpieczeństwa w dzie-
dzinach weterynaryjnej, sanitarnej i zdrowotnej, w zakresie ochrony 
środowiska, czystości produkcji, wytwarzania i utylizacji odpadów 
i ścieków, regulacji dotyczących hałasu, wymogów przeciwpożaro-

Miejscowość położona w Bieszczadach.

10 

Rothenburg ob der Tauber – jedno z najpiękniejszych niemieckich miast położone 

w Bawarii. Zabytkowa starówka zachowała niemal w pełni średniowieczny charakter. 

background image

192

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

wych i lokalizacji firmy oraz wymogów architektonicznych z tym 
związanych. Znormalizowany jest też czas handlu, a prawo pracy 
reguluje warunki zatrudniania personelu produkującego i sprzedają-
cego. Zarówno kupujący, jak i sprzedający znają warunki regulowa-
nia płatności, także kartą kredytową, oraz są zobowiązani prawnie 
do akceptowania pieniądza papierowego emitowanego przez władze 
publiczne. Państwo certyfikuje i kontroluje urządzenia do pomiaru 
wagi. Paradoksalnie nawet w obszarze całkowicie nielegalnych trans-
akcji (jak handel narkotykami) pojawiają się elementy publicznej re-
gulacji, kiedy strony transakcji akceptują np. oficjalny pieniądz lub 
używają legalizowanych urządzeń pomiarowych do oceny jakości ku-
powanej heroiny. 

Skala regulacji rynków budzi wiele sporów i kontrowersji. Nie 

wchodząc w ocenę zasadności zarzutów co do zakresu regulacji, war-
to jednak wskazać na jej podstawową przesłankę. Jej celem jest ob-
niżenie kosztów transakcyjnych w wymianie. Zakup lekarstwa od 
anonimowego dostawcy byłby w warunkach nieregulowanego rynku 
farmaceutyków niezwykle ryzykowny. To ryzyko zmuszałoby kupu-
jącego do każdorazowego badania rynku i ponoszenia z tego tytu-
łu ogromnych kosztów. Podobnie jest z zakupem żywności, usługi 
edukacyjnej, zdrowotnej czy budowlanej i zawieraniem wielu innych 
transakcji. Wkraczając w tę domenę, władza publiczna czyni więc re-
lacje między stronami transakcji bardziej przejrzystymi, obniża ryzy-
ko popełnienia błędu przez każdą ze stron oraz pozwala uczestnikom 
transakcji lepiej chronić ich prawa własności. Trzeba stawiać granice 
nadmiernej regulacji, ale trudno kwestionować to, że jej zbyt wąski 
zakres może radykalnie podnieść koszty transakcyjne, powodując, że 
wymiana na wielu rynkach stanie się nieopłacalna. 

W procesie rozwoju gospodarczego w pewnym momencie staje-

my przed zasadniczym wyborem: czy pozostać w kręgu małej, lokal-
nej produkcji, czy poszerzać rynek zbytu. Ten dylemat podsumował 
następująco P. Bardhan: „North wskazał, że w historycznym procesie 
wzrostu gospodarczego w sposób nieunikniony pojawia się wymien-
ność pomiędzy korzyściami skali i specjalizacją z jednej strony a kosz-
tami transakcyjnymi z drugiej. W małej, zamkniętej i mało licznej 
chłopskiej społeczności koszty transakcyjne są niskie, ale koszty pro-
dukcji wysokie, ponieważ specjalizacja i podział pracy są silnie ogra-
niczane pojemnością rynku, wyznaczoną przez spersonalizowany 
proces wymiany w małej społeczności. W dużej i złożonej gospodar-
ce – w miarę jak sieć współzależności poszerza obszar anonimowych 

background image

193

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

transakcji – pojawia się pole dla różnego rodzaju zachowań opor-
tunistycznych, a koszty transakcyjne mogą być wysokie [...]. Poza 
społecznościami zdominowanymi przez relacje osobiste instytucje, 
– które społeczeństwo rozwija (albo których nie udaje mu się roz-
winąć) – dla potrzeb długodystansowego handlu, kredytu lub dzia-
łające na międzyokresowych i międzyprzestrzennych rynkach, gdzie 
transakcje nie są automatycznie egzekwowalne, dostarczają ważnego 
wskaźnika pomiaru społecznej zdolności do rozwoju”

11

.

Powyższy cytat ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia prob-

lemu zacofania ekonomicznego. Zwyczajowe instytucje okazują się 
z reguły wystarczająco sprawne dla małej, miejscowej produkcji. 
W takiej lokalnej społeczności wszyscy się wzajemnie znają, co 
praktycznie znosi asymetrię informacyjną w ich wzajemnych stosun-
kach, a egzekucja zobowiązań jest szybka i skuteczna wskutek dzia-
łania efektywnej presji otoczenia. Problem zaczyna się wraz z próbą 
przejścia do produkcji masowej dla wielkiego, anonimowego rynku, 
na którym zarówno odbiorcy, jak i dostawcy nie są nam osobiście 
znani. Wykroczenie poza znany nam świat – przy utrzymaniu do-
tychczasowych instytucji – radykalnie zwiększa koszty transakcyjne, 
gdyż ogromnie rośnie ryzyko zawierania transakcji z obcymi kon-
trahentami. Ci ostatni to nie tylko ludzie spoza naszej rodziny, wsi, 
klanu czy plemienia – mogą to być kontrahenci kompletnie obcy 
nam kulturowo, religijnie, należący wręcz do innego kręgu cywi-
lizacyjnego. Mogą to być kupcy i producenci kierujący się innymi 
zwyczajami oraz żyjący w innym porządku państwowo-prawnym. 
Po co mielibyśmy z nimi handlować i wymieniać się usługami, sko-
ro jest to tak bardzo ryzykowne? A jednak chcemy handlować, gdyż 
przejście do masowej skali wytwarzania obniża koszty produkcyjne 
i pozwala na sięgnięcie po efekty skali. Wiemy, że wejście w strefę 
korzyści skali uruchamia mechanizmy dodatniego sprzężenia zwrot-
nego, efekt kuli śniegowej, czyli kumulujące się procesy spadających 
kosztów wytwarzania, poszerzania się rynków zbytu, dalszą zachę-
tę do wzrostu skali produkcji, dalszy spadek kosztów itd. Jednakże 
istnieje pewien warunek przejścia do masowej produkcji: wymaga 
ono obniżenia poziomu ryzyka działalności ekonomicznej
, zależy 
więc od przebudowania całej struktury instytucjonalnej gospodarki. 
Nie jest to proste, dlatego wiele społeczności niebędących w stanie 

11 

P. Bardhan, Scarcity, Conflicts, and Cooperation. Essays in the Political and Institu-

tional Economics of Development, MIT Press, Cambridge, Mass. 2004, s. 7–8.

background image

194

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

tego dokonać ugrzęzło w starym układzie instytucji, a ich rozwój 
został zahamowany

12

Dylemat, na który wskazują instytucjonaliści, tj. jak oswoić 

i zmniejszyć ryzyko poruszania się w świecie anonimowych podmio-
tów, może być – teoretycznie – rozwiązywany dwojako: albo poprzez 
system formalnych instytucji, prawnych gwarancji i państwowej le-
gislacji, albo też dzięki nieformalnym normom społecznym. Laikowi 
może wydawać się dziwne, że zawieranie transakcji jest postrzegane 
jako ryzykowne, skoro system prawny winien zminimalizować zagro-
żenia. Niemal wszystkie kontrakty mają jednak charakter niepełny. 
Oznacza to, że nie są one w pełni wyspecyfikowane, czyli nie ujmują 
wszystkich aspektów, cech i okoliczności istotnych dla transakcji. Jest 
to albo niemożliwe, gdyż nie znamy wszystkich przyszłych zdarzeń, 
albo też dlatego, że ujęcie w kontrakcie tych wszystkich okoliczności 
byłoby zbyt kosztowne. 

Rozważmy w tym kontekście dwa typowe przykłady. Właściciel 

działki rekreacyjnej na wsi ma bez wątpienia prawo do korzystania 
z czystego powietrza i czystego środowiska, które go otacza. Jeżeli 
jednak sąsiad ciągle spala śmieci w sąsiedztwie, powodując zadymie-
nie całej okolicy, to może radykalnie obniżać satysfakcję z korzysta-
nia z działki. Jeśli między sąsiadami nie dochodzi do porozumienia 
czy kompromisu w kwestii zachowań stron, to do rozstrzygnięcia 
problemu czystości powietrza pozostaje jedynie droga sądowa. Jak 
często jednak sąsiedzi procesują się w sprawach spalania śmieci? 
Dlaczego unikamy drogi sądowej, mimo że życiowe doświadcze-
nie mówi, iż dokuczliwi sąsiedzi zdarzają się dość często? Na taki 
krok decydujemy się jedynie w ekstremalnych sytuacjach, ponieważ 
koszt dochodzenia roszczeń (koszt transakcyjny), który uwzględnia 
także koszt alternatywny, jest bardzo wysoki. Tak samo zachowuje-
my się wtedy, kiedy nabywamy w sklepie spożywczym spleśniały ser, 
którego wymiany sprzedawca nam odmawia. Z reguły oszukanemu 
klientowi nie opłaca się wchodzić w spór prawny w przedstawio-
nych okolicznościach. Jego prawa własności nie są w pełni chronio-
ne. Z niepełnym kontraktem mamy również do czynienia wówczas, 
gdy zawieramy wieloletnią umowę, np. o dostawy gazu ziemnego. 
Takie dziesięcio- czy dwudziestoletnie kontrakty, mimo że i tak są 

12 

Skomplikowaną grę między zmianami technologicznymi, egzogenicznymi szokami 

a zmianą instytucjonalną przedstawia rozdział 11 niniejszej książki: Studium przypadku: 
wahania wzrostu gospodarczego w średniowiecznej Europie

background image

195

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

grubą, opasłą książką, nie mogą uwzględnić w treści umowy skut-
ków wszelkich przyszłych zdarzeń ani sprecyzować na tę okoliczność 
wszystkich procedur postępowania czy praw i obowiązków zainte-
resowanych stron. Jeśli któraś ze stron działa w złej wierze, to może 
zachować się oportunistycznie i wykorzystać przyszłą sytuację do na-
ruszenia żywotnych interesów drugiej strony. Rodzi to poważne, po-
tencjalne ryzyko dla obu stron takiej wieloletniej umowy, ze wszyst-
kimi możliwymi skutkami takiej sytuacji w postaci niższej aktywności 
produkcyjnej i inwestycyjnej. 

Oczywiście infrastruktura prawna jest istotna: może ona lepiej 

lub gorzej chronić prawa właścicieli i przedsiębiorców. Jednakże 
równie ważnym aspektem funkcjonowania instytucji są nieformalne 
normy, zwyczaje i konwencje społeczne. Rozważmy po kolei te kwe-
stie. Jak w średniowieczu możliwy był dalekomorski handel w Base-
nie Morza Śródziemnego w obliczu ryzyka konfiskaty i zaboru towa-
ru? Czy drobny kupiec morski miał jakieś gwarancje, że kiedy dotrze 
do obcego portu, miejscowe władze nie ograbią go? Ryzyko podróży 
morskiej, zagrożenie piractwem, słabość ówczesnej władzy politycz-
nej niezdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi – wszystkie te 
zdarzenia i tak niosły z sobą wielkie ryzyko. Z kolei czy właścicie-
le towaru nie ryzykowali, powierzając go kapitanowi statku, który 
przecież mógł okazać się nieuczciwy i przywłaszczyć sobie ładunek? 
Co z opłacalnością takiego handlu? A jednak ten handel kwitł i miał 
szeroki zasięg. Przede wszystkim sam wybór sposobu transportu, tj. 
przez Morze Śródziemne zamiast drogi lądowej, bardzo obniżał kosz-
ty, skracał czas podróży i był względnie bezpieczny. Morze Śródziem-
ne od starożytności aż do czasów nowożytnych mogło być trakto-
wane jak dzisiejsze autostrady: jako szybki, tani i bezpieczny sposób 
przemieszczania ładunku. Podróż morska była ryzykowna ze wzglę-
du na warunki meteorologiczne i dość prymitywną konstrukcję stat-
ków, ale te zagrożenia z reguły były niskie w porównaniu z ryzykiem 
poruszania się po lądzie. Dla właściciela towaru inne ryzyko było 
poważniejsze. Zważmy, że np. w XV wieku w Europie istniało ok. 
500 podmiotów – państw i państewek, z których ogromna większość 
nie posiadała środków fizycznych ani możliwości finansowych, by 
zapewnić przynajmniej minimalne bezpieczeństwo osobiste kupcom 
i zagwarantować bezpieczeństwo obrotowi towarowemu. Dla kup-
ców, powiedzmy, weneckich zagrożenia nie były wielkie, gdyż aż do 
XVII wieku Wenecja była państwem silnym ekonomicznie i potęgą 
militarną na Morzu Śródziemnym. Próby uderzenia w interesy eko-

background image

196

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nomiczne kupiectwa weneckiego spotkałyby się z natychmiastową 
reakcją, ale mniejsze miasta, np. północnoeuropejskie, były w gorszej 
sytuacji. Rozwiązaniem okazał się związek miast hanzeatyckich

13

który grupował handlowe miasta w rejonie Bałtyku i Morza Północ-
nego. Solidarność miast należących do Hanzy była skutecznym na-
rzędziem instytucjonalnym. Atak na kupców z jednego miasta mógł 
napotkać skuteczny bojkot handlowy ze strony wszystkich członków 
ligi hanzeatyckiej. Kiedy potężna Brugia uderzyła w połowie XIV 
wieku w interesy Hanzy

14

, to po dziesięcioletnim, kosztownym kon-

flikcie nawet ona musiała się wycofać, znajdując jakiś modus vivendi 
z Hanzą. 

Niemniej powyższe rozwiązania instytucjonalne nie rozwiązywa-

ły najpoważniejszego problemu międzynarodowego długodystan-
sowego handlu, jakim było ryzyko utraty towaru przez właściciela. 
Powierzając swój towar kapitanowi statku, właściciel ładunku ryzy-
kował kradzież dokonaną przez nieuczciwego przewoźnika. Zważ-
my na okoliczności – kupiec–złodziej mógł się tłumaczyć, że utrata 
towaru nastąpiła na skutek zdarzeń losowych, takich jak zatonięcie 
statku, atak piratów lub konfiskata dokonana przez władzę politycz-
ną lub miejską. Informacje dotyczące prawdziwego stanu rzeczy były 
niepewne i bardzo opóźnione. Dla zapewnienia skutecznej egzeku-
cji praw własności potrzebna była organizacja mająca zdolność do 
koordynowania poczynań swych członków, wymiany i dzielenia się 
informacjami. I rzeczywiście w średniowieczu powstawały takie or-
ganizacje w formie gildii kupieckich. Warunkiem było zapewnienie 
skoordynowanego embarga wszystkich członków gildii na transak-
cje z jakimkolwiek podmiotem (kapitanem statku) łamiącym reguły 
gry i naruszającym prawa własności kupców. Takie organizacje mo-
gły powstawać i faktycznie powstawały spontanicznie z motywów 
ekonomicznych, ale też nie bez wpływu lokalnych czynników poli-
tycznych.

A. Greif

15

 zwraca uwagę na to, że nie było pewności ani gwaran-

cji, że takie organizacje będą jednak zakładane, a co ważniejsze: ich 
kształt mógł być różny. Średniowieczny handel kupców Maghrebu 

13 

Do ligi hanzeatyckiej należały także liczne miasta dzisiejszej Polski, takie jak Gdańsk, 

Toruń, Kraków czy Wrocław. 

14 

Brugia odmówiła wtedy skompensowania miastom niemieckim ich strat we Flan-

drii, wynikłych wskutek wojny między Francją a Anglią. 

15 

A. Greif, Institutions and the Path to the Modern Economy. Lessons from Medieval 

Trade, Cambridge University Press, Cambridge 2006.

background image

197

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

(żydowskich kupców z północnej Afryki) i ich organizacja – mecha-
nizm zapobiegania łamaniu zobowiązań – opierały się na związkach 
krwi i plemiennych. Te klanowe związki traktowano jako gwarancję 
wykonania kontraktu między agentem a kupcem ze względu na me-
chanizm solidarnej, zbiorowej kary skierowanej przeciwko nieuczci-
wemu agentowi. Solidarność wiązała się jedynie z decyzjami o wy-
cofaniu się ze współpracy między „swoimi” i nie obejmowała swym 
zasięgiem innych, „obcych”. Jest charakterystyczne, że formuła za-
stosowana przez kupców europejskich (np. genueńskich) była zupeł-
nie inna i miała bardziej – jakbyśmy dziś powiedzieli – korporacyjny 
charakter. Organizacje mające zapewniać egzekucję kontraktów wy-
konywały swą misję nie tylko dla swoich plemiennych ziomków, ale 
dla wszystkich członków bez względu na ich pochodzenie. A. Greif 
wyraźnie pokazuje, że mamy tu do czynienia nie tyle z organizacjami 
klanowymi, ile samorządzącymi się. Ta rodząca się wówczas nowo-
czesna struktura instytucjonalna w perspektywie dała Europie znacz-
ną przewagę nad światem muzułmańskim i resztą świata, które wciąż 
hołdowały rodzinno-klanowej mentalności. 

Przyjrzyjmy się teraz, jaką rolę mogą odegrać nieformalne insty-

tucje. Do nich z pewnością zalicza się kapitał społeczny. Zdefinio-
wanie pojęcia kapitału społecznego nie jest łatwe, bo sama kategoria 
jest dość „miękka” i niejednoznaczna. W dalszym ciągu zatem poję-
cie to będzie definiowane jako norma społeczna, która manifestuje 
się zaufaniem do innych i gotowością do kooperacji z nimi

16

. Kapitał 

społeczny jest więc ujmowany jako specyficzny rodzaj dobra publicz-
nego. Ze względu na problemy z samą definicją pojawiają się także 
różne pomysły i idee związane ze sposobem mierzenia zasobu kapi-
tału społecznego. Metodami najczęściej wykorzystywanymi w takich 
badaniach są kwestionariusze, w których pytamy respondentów o to, 
czy ufają innym ludziom, czy może raczej uważają, że nigdy dość 
ostrożności w kontaktach z nimi. Takie szczegółowe badania prze-

16 

Mamy wiele definicji kapitału społecznego. Na przykład F. Fukuyama widzi kapitał 

społeczny jako zestaw nieformalnych wartości i norm etycznych, wspólnych dla człon-
ków określonej grupy oraz umożliwiających im skuteczne współdziałanie. R. Putnam 
z kolei pojmuje ten kapitał jako obywatelskie nastawienie członków społeczeństwa, nor-
my wspierające współdziałanie oraz zaufanie interpersonalne i zaufanie obywateli do 
instytucji publicznych. 
 

Istnieje jeszcze zupełnie inne rozumienie i definiowanie kapitału społecznego. P. Bo-

urdieu traktuje go jako dobro prywatne i wynik indywidualnych inwestycji w sieci związ-
ków społecznych (nie jest ważne, co wiesz, ale kogo znasz). Tu odwołujemy się do pierw-
szego sposobu ujmowania kapitału społecznego, bliskiego F. Fukuyamie i R. Putnamowi. 

background image

198

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

prowadzono np. w 2004 roku dla krajów Unii Europejskiej

17

, co po-

zwala na różne ciekawe porównania. Polacy w tych badaniach zaję-
li ostatnie miejsce (jedynie 10% zadeklarowało zaufanie do innych, 
a aż 88% brak zaufania). Wszystkie kraje Europy Wschodniej (z wy-
jątkiem Węgier i Estonii) uplasowały się na końcowych miejscach, 
tylko trochę wyższych niż Polska. Środkowe pozycje zajęły kraje Ba-
senu Morza Śródziemnego, najlepiej natomiast wypadły kraje Eu-
ropy Północnej. Bezkonkurencyjni są tu zwłaszcza Skandynawowie 
i Holendrzy, gdyż ich społeczności mają wskaźniki zaufania wyno-
szące ponad 60% (przy średniej unijnej na poziomie 30%). Z analizy 
tych danych wynika, że polskie problemy nie są całkowicie specy-
ficzne, podzielają je także inne kraje naszej części świata. Niemniej 
niezmiernie niski poziom zaufania do innych wykazywany przez Po-
laków jest bardzo poważnym problemem, jako że postawy prospo-
łeczne są kluczowym źródłem sukcesów ekonomicznych. Wszystkie 
badania społeczne pokazują, że poziom kapitału społecznego w Pol-
sce jest bardzo niski. Co więcej, od czasu rozpoczęcia takich badań, 
tj. mniej więcej od 20 lat, nic się w tym zakresie nie zmienia. Zasób 
kapitału społecznego w naszym kraju jest najniższy w całej Unii Eu-
ropejskiej. Zjawisko to budzi spore obawy i niektórzy badacze pro-
cesów społecznych

18

 sądzą, że może ono stać się już w bliskiej przy-

szłości hamulcem rozwoju Polski. 

Dlaczego kapitał społeczny jest ważny dla rozwoju? Otóż, jak 

wspomniano wcześniej, dzisiejsza wysoko wydajna produkcja jest wy-
specjalizowana, tj. wrażliwa na zachowania oportunistyczne, które 
generują ryzyko ekonomiczne. Wysokie ryzyko podnosi oczywiście 
koszty gospodarowania, obniża skłonność do realizacji długookreso-
wych i niepewnych przedsięwzięć, a nawet zniechęca w ogóle do ich 
podejmowania. Wiemy już, że kontrakty zawierane pomiędzy strona-
mi nie są nigdy kompletne. Gdyby było inaczej, potencjalne zachowa-
nia oportunistyczne wykorzystujące istniejące luki interpretacyjne nie 
miałyby znaczenia, gdyż w kontraktach można by zamknąć wszelkie 
takie dowolności w interpretacjach i uczynić kontrakty jednoznacz-
nymi. Próby formalnego domykania kontraktów znacznie podnoszą 
koszty transakcyjne. Dlatego egzekucja kontraktów poprzez normę 

17 

European Commission, Special Eurobarometer nr 223. Social Capital, Brussel, Feb-

ruary 2005.

18 

Por. np. J. Czapiński, Kapitał ludzki i kapitał społeczny a dobrobyt materialny: pol-

ski paradoks, „Zarządzanie Publiczne” 2008, nr 4. 

background image

199

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

społeczną opartą na wzajemnym zaufaniu, na gotowości do koope-
rowania, jest w najwyższym stopniu pożądana, bo znacząco obniża 
ryzyko i koszty gospodarowania. Kapitał społeczny – jako nieformal-
na norma – substytuuje różne kosztowne instytucje formalnoprawne. 
Oczywiście liczy się jednak promień kapitału społecznego. Gdy jest 
on ograniczony do rodziny czy własnego plemienia, daje to na ogół 
negatywne skutki. W rozwiniętej gospodarce musi istnieć zaufanie 
do anonimowych podmiotów, gdyż zasięg działalności produkcyjnej 
staje się globalny. 

Wszystko wskazuje na to, że proces tworzenia się kapitału spo-

łecznego jest historycznie uwarunkowany. Niemniej kiedy raz już 
uformuje się określony jego zasób, kiedy ustali się już pewna nor-
ma społecznych zachowań i relacji społecznych, to okazuje się ona 
niezmiernie trwała. Można sądzić, że np. niski poziom kapitału spo-
łecznego w Polsce może być wynikiem specyficznej historii Polaków. 
W ostatnich 200 latach cechowała ją wysoka niestabilność społecz-
nych reguł gry, zmienne koniunktury polityczne, gwałtowne wstrzą-
sy wojenne i rewolucje ustrojowe. Historia Polski w tych latach to 
historia rozbiorów między trzy ościenne państwa i utrata własnej 
państwowości, kilka powstań narodowych, dwie długie i krwawe 
wojny światowe toczone na naszym terytorium, wstrząsana silnymi 
konfliktami etnicznymi i klasowymi II Rzeczpospolita, zwalczająca 
prywatną przedsiębiorczość i biurokratycznie scentralizowana go-
spodarka Polski Ludowej wraz z jej niedemokratycznymi instytucja-
mi, wreszcie współczesny, drapieżny kapitalizm kraju peryferyjnego. 
Taka sytuacja historyczna skutkowała dwoma zjawiskami, potencjal-
nie odpowiedzialnymi za brak zaufania do innych i niską gotowość 
do zachowań prospołecznych: bardzo skróconym horyzontem cza-
sowym działania podmiotów oraz społeczną atomizacją. Długi ho-
ryzont działania wymaga stabilności reguł gry oraz poczucia, że ota-
czające nas środowisko społeczne jest względnie trwałe i niezmienne. 
Tak się w Polsce nie działo. Z kolei rosnące zagrożenia będące wy-
nikiem ciągłych zmian i wstrząsów wpływały na skłonność podmio-
tów do wycofywania się z kooperacją w znany im i jedynie bezpiecz-
ny obszar własnej rodziny oraz małych, bliskich sobie kolektywów 
godnych zaufania. Takie społeczności niezwykle łatwo mogą utkwić 
w pułapce niskiego kapitału społecznego. 

Segmentacja społeczna, skłonność do wybierania „swoich” do za-

wierania transakcji i ekonomicznego współdziałania, wpływa istot-
nie na postawy społeczne. Widoczne jest, że stopniowe słabnięcie 

background image

200

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

grupowej identyfikacji oraz postępujące rozrywanie się więzów lo-
kalnych i załamywanie się wspólnot skutkują obniżaniem się skłon-
ności do kooperacji. Do pewnego stopnia rozpad małych, tradycyj-
nych wspólnot ekonomicznych jest jednak naturalnym produktem 
i rezultatem rozwoju współczesnej gospodarki. Nowoczesna gospo-
darka wymaga stworzenia w to miejsce innych powiązań opartych 
na anonimowych relacjach i długookresowym rachunku ekonomicz-
nym. W takich realiach i w takim świecie istnieją ekonomiczne prze-
słanki do inwestowania w kapitał społeczny jako warunek sukcesu 
ekonomicznego. Potwierdza to wyraźna korelacja między zasobem 
kapitału społecznego a poziomem rozwoju gospodarczego różnych 
krajów. 

Przedstawione wyżej uwagi mogą stanowić oparcie dla pewnej 

hipotezy wyjaśniającej przyczyny szczególnie niskiego poziomu ka-
pitału społecznego w Polsce. Problem polega na tym, że warunkiem 
kardynalnym formowania się u ludzi postaw kooperacyjnych, po-
dejmowania wspólnych projektów i przedsięwzięć oraz obdarza-
nia innych zaufaniem jest skłonność do budowania relacji z innymi 
w długim horyzoncie czasowym. W takiej sytuacji dezercja czy zdra-
da przestaje się opłacać, gdyż możemy narazić się na dotkliwą retor-
sję. Pojawienie się skłonności do kooperowania jest tu więc zacho-
waniem dość interesownym. Takie zachowanie po prostu na dłuższą 
metę się kalkuluje. Uformowanie się pewnej normy społecznej zmie-
nia oczekiwania podmiotów i utrwala istnienie normy. Polskie realia 
historycznie – jak się wydaje – nie tworzyły warunków do gospoda-
rowania z długim horyzontem czasowym. Wprost przeciwnie, skła-
niały do sięgania po korzyści krótkookresowe, co w konsekwencji 
prowadziło do erozji kapitału społecznego. Zarazem jednak struktu-
ra społeczna w Polsce jest niezwykle rozdrobniona, rozczłonkowa-
na i zatomizowana. Wszelkie badania socjologiczne pokazują, że – 
w pewnym uproszczeniu – w Polsce brakuje pośrednich więzi między 
ludźmi, a istnieją jedynie powiązania na poziomie narodu i rodziny. 
Gdyby ta struktura społeczna była znacznie gęstsza, mogłaby w pew-
nym stopniu substytuować dominację krótkiego horyzontu czasowe-
go, w jakim działają podmioty. 

Instytucje mają także kluczowe znaczenie dla innowacyjności go-

spodarki. Mogą one promować postawy przedsiębiorczości albo je 
hamować. Mogą utrzymywać gospodarkę w pułapce niskiej aktyw-
ności, ale również stymulować jej rozwój. Dobrym punktem obser-
wacyjnym jest szara strefa, czyli dziedzina nielegalnych lub nieza-

background image

201

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

rejestrowanych działań gospodarczych. To bardzo pojemny obszar 
aktywności ekonomicznej: rozciąga się od działań całkiem sprzecz-
nych z prawem, takich jak kradzież, przemyt i handel narkotykami, 
poprzez legalną, ale ukrytą prostytucję, do usług czyszczenia butów, 
nierejestrowanej produkcji żywności, masowej sprzedaży na ulicz-
nych straganach i ulicznej gastronomii. Są to małe, często rodzinne 
przedsiębiorstwa z minimalnym kapitałem startowym, wykorzystują-
ce lokalne zasoby surowcowe i nastawione na krótkookresowy hory-
zont czasowy. Dochody z takiej działalności są z reguły niskie i nie-
systematyczne, bezpieczeństwo zatrudnienia małe, czas pracy bardzo 
długi, a warunki fatalne. Nie jest tajemnicą, że kraje słabo rozwinięte 
mają niebywale rozbudowaną szarą strefę – to z reguły nie mniej niż 
30% PKB, a w miastach ten udział przekracza 50%. Z czego wyni-
ka ta przypadłość? Dla ekonomisty, ale także socjologa i politologa, 
podstawowe pytanie brzmi: na ile szara strefa jest jedynie pośrednim 
przystankiem do startu w legalną i dojrzałą (czytaj: nowoczesną) pro-
dukcję, a na ile stanowi trwałą przechowalnię zasobów siły roboczej 
i prostego kapitału rzeczowego, warunkującą jednak utrzymanie się 
na poziomie przetrwania dużych zbiorowości usytuowanych na dole 
drabiny społecznej. Czy więc szara strefa to rezerwuar potencjału 
rozwojowego czy raczej zatrzaśnięta pułapka zastoju? 

Jest zdumiewającym paradoksem, że szara strefa rodzi się z po-

wodu nadmiernej i jednocześnie niedostatecznej regulacji. Dla wie-
lu firm legalne wejście na rynek jest zbyt kosztowne. Nadmiernym 
obciążeniem są przede wszystkim duże ciężary podatkowe. Jest to 
zresztą najczęściej przywoływane wyjaśnienie, znane nam z autopsji 
lub potocznej obserwacji, także gospodarek krajów rozwiniętych. Im 
wyższe podatki, tym większa skłonność do ucieczki w obszar nie-
rejestrowanej aktywności. Różnica między krajami rozwiniętymi 
a ekonomicznie zacofanymi polega na tym, że w tych pierwszych 
szara strefa jest źródłem dodatkowych dochodów z nieopodatkowa-
nej działalności. W tych drugich szara strefa jest często jedyną – dla 
wielu – możliwością aktywności produkcyjnej. Dodatkowo również 
państwowe regulacje rynku pracy nakładają na legalnie działające 
firmy ogromne obciążenia. Mogą one obejmować unormowania co 
do wysokości płacy minimalnej, wymiaru urlopu wypoczynkowego, 
czasu pracy, wymagań bezpieczeństwa pracy, ubezpieczeń oraz róż-
nych obciążeń socjalnych, płaconych przez przedsiębiorstwo z tytułu 
zatrudnienia. To bardzo zwiększa koszty pracy i zniechęca do legal-
nego zatrudniania siły roboczej. Warto zwrócić uwagę, że spełnienie 

background image

202

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

niektórych wymagań prawnych jest uwarunkowane zgromadzeniem 
dodatkowego kapitału. Tak może być np. wtedy, kiedy trzeba spro-
stać wymaganiom bezpiecznej i zdrowej pracy, instalować urządzenia 
klimatyzacyjne, odpylające, wentylacyjne albo kosztowne urządze-
nia przeciwpożarowe czy wreszcie stosować się do surowych wymo-
gów w zakresie ochrony środowiska. Tymczasem problemem małego 
przedsiębiorcy jest poważny deficyt kapitału. Jeśli miałby on pono-
sić te wszystkie wymagane prawem nakłady początkowe, nigdy nie 
uruchomiłby własnej produkcji, bo nie byłby w stanie zgromadzić 
koniecznego kapitału. Plagą prześladującą małe firmy jest wszech-
ogarniająca biurokracja i obecna na każdym kroku korupcja. Prze-
regulowana gospodarka jest wspaniałym polem łowów dla skorum-
powanych urzędników państwowych i lokalnych elit rządzących. 
Legalne zarejestrowanie i uruchomienie firmy, wydzierżawienie pań-
stwowej ziemi czy załatwienie pozwoleń budowlanych jest praktycz-
nie niewykonalne dla małego przedsiębiorcy. Jak pokazały klasyczne 
już i przełomowe badania H. de Soto, legalne zdobycie tych pozwo-
leń lub rejestracja firmy są niewiarygodnie kosztowne albo wsku-
tek masowego łapownictwa i opłat za czynności urzędowe, albo ze 
względu na niezwykle długi czas załatwiania spraw urzędowych

19

W stolicy Peru, Limie, zarejestrowanie małego zakładu krawieckie-
go z jednym pracującym wymagało 289 dni zabiegów

20

 i kosztowało 

równowartość 30 miesięcznych płac minimalnych, podczas gdy uzy-
skanie prawa do legalnego zezwolenia na budowę domu na dzierża-
wionej ziemi państwowej zajęło prawie 12 lat. Podobnie procedury 
legalizacji budowy domu w Egipcie, na Haiti czy na Filipinach mogą 
trwać latami

21

. Dlatego w krajach, o których mowa wyżej (ale także 

w wielu innych), nielegalne budownictwo i nierejestrowana produk-
cja są tak masowe. Inaczej się po prostu nie da. Myliłby się jednak 
ten, kto by sądził, że nielegalny sektor produkcyjny jest wysoko do-
chodowy z racji unikania podatków i niepłacenia innych danin pu-
blicznych. Funkcjonowanie w szarej strefie jest w praktyce kosztow-
ne i pociąga za sobą konieczność ponoszenia wielu takich nakładów, 
jakie nie pojawiają się w przypadku legalnej działalności. Podmioty 
w szarej strefie muszą się oczywiście opłacać miejscowej władzy, by 

19 

Swoje ustalenia H. de Soto zaprezentował m.in. w swojej książce Tajemnica kapita-

łu, Fijor, Warszawa 2002.

20 

W USA trwa to niecały dzień, a w Polsce załatwienie takiej sprawy jest bezpłatne 

i trwa ok. 1–2 tygodni. 

21 

H. de Soto, op. cit., s. 39–44.

background image

203

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

przymykała oko na nielegalną działalność. Trzeba ustawicznie liczyć 
się z ewentualnością kar i konfiskaty towarów, majątku, surowców. 
Firmy produkujące na obcej, często państwowej ziemi mogą pod-
legać eksmisji, z czym z reguły łączą się dotkliwe straty material-
ne. Status nielegalności powoduje, że firmy nie korzystają w ogóle 
lub korzystają jedynie w ograniczonym zakresie z ochrony prawnej 
w przypadku naruszenia ich praw własności. Nie chroni ich dosta-
tecznie ani policja, ani sądy. Ich dostęp do wielu dóbr publicznych 
i lokalnej infrastruktury technicznej jest zawężony. Niezwykle ogra-
niczony jest dostęp do rynku kapitałowego. Banki odmawiają kre-
dytu firmom produkującym w szarej strefie, ponieważ ich nielegal-
ny status jest postrzegany jako nadmiernie wysokie ryzyko. Firmy te 
zresztą nie są w stanie przedstawić jakichkolwiek zabezpieczeń dla 
udzielanych kredytów, jako że nie mają tytułów własności do ziemi 
i innych nieruchomości. W przypadku pożyczania pieniędzy przed-
siębiorcy działający w nieformalnej gospodarce udają się po pożycz-
kę do (również) nieformalnego kredytodawcy. Koszt takiego kredytu 
może być bardzo wysoki, jeśli pożyczający pokrywa z oprocentowa-
nia skutki niespłacania pożyczek przez innych klientów

22

. Skala ze-

wnętrznego finansowania jest więc w szarej strefie minimalna. 

Wśród ekonomistów nie ma jednomyślności co do miejsca szarej 

strefy w gospodarce i jej perspektyw. Autorzy jednego z ważniejszych 
studiów mówią wprost: „Wzrost pochodzi z tworzenia wysoce pro-
duktywnych firm oficjalnego sektora. Nieformalne firmy utrzymu-
ją miliony ludzi przy życiu, ale znikną, kiedy gospodarka się rozwi-
nie”

23

. Inni mają jednak bardziej zniuansowane spojrzenie: „Firmy 

szarej strefy wykazują niski poziom produktywności ze względu na 

22 

Przypuśćmy, że tylko 3/4 klientów spłaca kredyt. Niech koszt pozyskania pieniędzy 

przez kredytodawcę wynosi 20% (załóżmy, że zaciąga on oficjalny kredyt w banku na 
taki procent). Warunkiem opłacalności działalności prowadzonej przez nieformalnego 
kredytodawcę jest to, by z pożyczonego 1 PLN uzyskał nieco więcej niż koszt pieniądza. 
Kredytodawca musi zwrócić bankowi 1 PLN plus oprocentowanie i (w wysokości 20%), 
czyli (1+ i) PLN. Od klientów z każdego 1 PLN dostanie średnio ¾(1+a), tj. zwrot dłu-
gu 1 PLN plus pobrane odeń oprocentowanie w wysokości a, uwzględniając przy tym, 
że zaledwie 75% spłaca swe długi. Warunek opłacalności jest zatem ¾(1+a) > (1+i). 
Wynika stąd, że oprocentowanie kredytu musi być wysokie i wynosi w tym przykładzie 
a > 60%. Różne opracowania potwierdzają, że stopy procentowe pobierane od kredy-
tów dla nieformalnego sektora są skrajnie wysokie w porównaniu z takimi samymi po-
życzkami dla firm działających legalnie. 

23 

R. La Porta, A. Shleifer, The Unofficial Economy and Economic Development

„Brookings Papers on Economic Activity”, Fall 2008, s. 275.

background image

204

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

poziom ich pracochłonności, niski poziom kwalifikacji i małą skalę 
operacji. Niemniej argumentuje się, że sektor ten jest całkiem efek-
tywny w tworzeniu miejsc pracy i zaspokajaniu podstawowych po-
trzeb społecznych po niskich kosztach”

24

. H. de Soto z kolei uważa, 

że w nieformalnym sektorze drzemią wielkie możliwości rozwojo-
we, gdyż firmy szarej strefy są potencjalnie bardzo produktywne, ale 
blokowane przez państwo, nadmierną regulację i zbiurokratyzowane 
struktury władzy. Nie wydaje się jednak, by przedsiębiorstwa sekto-
ra nieformalnego miały wysoką produktywność, nawet potencjalnie. 
Przesądza o tym mała skala produkcji: w szarej strefie, z oczywistych 
względów, nie mogą działać firmy duże, co wyklucza czerpanie ko-
rzyści z efektów skali. Jednocześnie są to podmioty niemające do-
stępu do zewnętrznego rynku kapitałowego, wchłaniające nisko 
kwalifikowaną siłę roboczą (dotyczy to również niskiej jakości za-
rządzania) i posługujące się prostymi technologiami. Od strony po-
dażowej nie mogą to być podmioty efektywne. Ich przedsiębiorczość 
i innowacyjność nader często – być może z konieczności – przybie-
ra charakter pasożytniczy, np. jak uniknąć obciążeń publicznych, jak 
podrobić cudzy wzór towarowy czy uchylić się od zapłacenia rachun-
ku na rzecz dostawcy. Z kolei rządy, ze swoim nadmiernym fiskali-
zmem kierowanym w stronę sektora formalnego i skłonnością do 
przeregulowania gospodarki, spychają coraz liczniejsze firmy w ob-
szar szarej strefy. Jeśli spadające wpływy podatkowe skłaniają rządy 
do dalszego podnoszenia obciążeń, to uruchomiony zostaje potęż-
ny mechanizm blokujący rozwój. Coraz więcej przedsiębiorstw rezy-
gnuje ze statusu legalności i grzęźnie w pułapce, gdyż traci warunki 
do wzrostu i unowocześniania produkcji. Także owe firmy powstają 
głównie – jeśli w ogóle powstają – jako podmioty nielegalne. Szan-
se rozwojowe tych przedsiębiorstw są sztucznie zawężone, gdyż jako 
małe lub mikroskopijne podmioty działają jedynie w świecie niedu-
żych i płytkich rynków lokalnych. Co gorsza, nie ma wielkich nadziei 
na przełamanie tej sytuacji. 

Podmioty zachowują się jednak racjonalnie. Z ich punktu widze-

nia opuszczenie szarej strefy jest nieopłacalne, podobnie jak niera-
cjonalne jest zakładanie legalnych firm. W istniejących warunkach 
instytucjonalnych szara strefa kwitnie, a system gospodarczy jest 

24 

M.H. Morris, L.F. Pitt, P. Berthon, Entrepreneurial Activity in the Third World In-

formal Sector: The View from Khayelitsha, „International Journal of Entrepreneurial Be-
haviour & Research” 1996, Vol. 2, No. 1, s. 63.

background image

205

9. Kluczowa rola instytucji w rozwoju 

w swoistej równowadze, choć na niskim poziomie aktywności. Dla-
tego wydaje się, że R. La Porta i A. Shleifer mają rację, kiedy źró-
deł wzrostu gospodarki doszukują się przede wszystkim w legalnym 
sektorze, a wytwarzanie w szarej strefie postrzegają jako smutną ko-
nieczność, z której nie należy czynić cnoty. 

H. de Soto

25

 ma własny pomysł na ograniczenie szarej strefy i włą-

czenie nielegalnych podmiotów do sfery oficjalnej. Jego zdaniem 
podstawowym hamulcem rozwoju jest niedostatek regulacji w dzie-
dzinie własności. To oczywiście paradoks, że państwo dopuszcza się 
przeregulowania w jednym obszarze i uchyla się od budowania in-
frastruktury instytucjonalnej w innym. H. de Soto uważa, że ziemia, 
jaką faktycznie dysponują i jaką w nieformalny sposób używają pod-
mioty, stanowi ogromny, potencjalny kapitał. Jest on w pewnym sen-
sie martwy, ponieważ z braku tytułów własności nie może być wyko-
rzystany jako zabezpieczenie pod kredyty bankowe. Nadanie tytułów 
własności ziemi – zdaniem de Soto – tworzy potencjalne koło zama-
chowe gospodarki, gdyż pozwala właścicielom ziemi (i dotychczaso-
wym użytkownikom) uzyskać dostęp do zewnętrznego źródła finan-
sowania produkcji, wykorzystać nieuruchamiane dotychczas zasoby 
oraz podnieść z nędzy i ubóstwa miliony ludzi. H. de Soto przeło-
żył swój pomysł na praktykę w rodzinnym Peru, a potem podobne 
programy były wdrażane w Argentynie, Kambodży i w innych pań-
stwach. Sukces okazał się umiarkowany, ponieważ nigdy i nigdzie 
pojedynczy czynnik nie decydował o rozwoju.

Zastanówmy się, jakie znaczenie dla banków może mieć nadanie 

tytułów własności ziemi mieszkańcom Kibery – największego slumsu 
w Nairobi. Kibera, zamieszkana przez prawie milion osób, to mo-
rze gęsto upakowanych parterowych chat wykonanych z blach i de-
sek, posadowionych bez fundamentów na grząskim gruncie. Teren 
nie jest wyposażony w żaden system kanalizacyjny ani odprowadza-
nia ścieków. Przestępczość, zwłaszcza kradzieże, to zjawisko maso-
we. Dla banku taki teren nie przedstawia żadnej wartości rynkowej. 
Kto zresztą byłby zainteresowany kupnem? Mieszkańcy Kibery nie 
mają pieniędzy nawet na kupno taniej działki, a zamożni unikają tego 
miejsca choćby ze względów bezpieczeństwa. Dlatego banki nie po-
traktują nowych tytułów własności poważnie – w każdym razie taka 
nieruchomość nie będzie stanowiła dla nich odpowiedniego zabez-
pieczenia hipotecznego, nie zaoferują więc mieszkańcom żadnych 

25 

Por. ibidem

background image

206

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

kredytów. Rząd kenijski podjął ostatnio pewne kroki w celu pod-
niesienia jakości życia w Kiberze. Gdyby w ramach programu udało 
się zrealizować kilka równoległych przedsięwzięć związanych z in-
frastrukturą techniczną, takich jak poprawa stanu kanalizacji, wybu-
dowanie systemu odprowadzania ścieków i poprawa higieny, wdro-
żenie systemu wywozu śmieci, poprawa bezpieczeństwa publicznego 
czy usprawnienia w komunikacji, wówczas atrakcyjność tej dzielnicy 
wzrosłaby, a w ślad za tym podniosłaby się wartość gruntów w oko-
licy. Pomysł H. de Soto zacząłby działać. 

W tej krótkiej charakterystyce szarej strefy widać, jak wielką rolę 

odgrywają instytucje – rolę zarówno hamującą, jak i stymulującą. Ba-
dania różnych autorów

26

 pozwalają jednoznacznie pokazać, że ist-

nieje dodatnia korelacja między jakością infrastruktury instytucjonal-
nej a tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów. Inni 
badacze

27

 pokazują, że jest to związek przyczynowo-skutkowy, wio-

dący od dobrych instytucji do większej zamożności, wyższego tem-
pa wzrostu i niższej zmienności wzrostu. H. Edison wyliczył, o ile 
wzrósłby PKB per capita krajów słabiej rozwiniętych, gdyby jakość 
ich instytucji dorównała krajom przodującym. Rezultat ten jest naj-
bardziej widoczny w odniesieniu do krajów bardziej zapóźnionych 
ekonomicznie i Czarnej Afryki – w przypadku osiągnięcia przeciętnej 
dla świata jakości ich instytucji oznaczałby dwuipółkrotne podniesie-
nie poziomu PKB na głowę. Nic dziwnego, że wielu badaczy reko-
menduje reformy instytucjonalne jako podstawowe zadanie moder-
nizacyjne i rozwiązanie problemów niedorozwoju. Taki jest zresztą 
postulat teorii modernizacji, sprowadzający się do imitacji sprawdzo-
nych wzorców zaczerpniętych z krajów lepiej rozwiniętych. 

26 

D. Kaufmann, A. Kraay, M. Mastruzzi, op. cit.

27 

H. Edison, Testing the Links. How Strong Are the Links between Institutional Qual-

ity and Economic Performance?, „Finance & Development”, June 2003.

background image

Rozdział 10

Dlaczego istnieją złe instytucje?  

Ekonomia do niedawna niezbyt interesowała się instytucjami, istnia-
ło bowiem przekonanie, że instytucje automatycznie dostosowują 
się do nowych potrzeb. Zmiana warunków czyniła pewne rozwią-
zania instytucjonalne przestarzałymi, nieefektywnymi. Wówczas, jak 
sądzono, ludzie poszukiwali po prostu świeżych pomysłów, jak na 
nowo ukształtować ich wzajemne relacje. Trafne pomysły przebu-
dowywały istniejący porządek instytucjonalny, nietrafione zaś były 
stopniowo eliminowane lub udoskonalane. Działano oczywiście me-
todą prób i błędów, zmiany społeczne bowiem są zawsze niezwy-
kle skomplikowane. Niemniej przez długi czas hołdowano przeko-
naniu, że działa sprawny mechanizm przekształcania infrastruktury 
instytucjonalnej, zapewniający ewoluowanie instytucji w pożądanym 
kierunku wysokiej efektywności. Gdyby to była prawda, wówczas 
źródeł problemów należałoby, oczywiście, szukać poza instytucjami, 
skoro te ostatnie są optymalnie dostosowane do potrzeb. Znaczna 
część ekonomistów zajmujących się rozwojem uważa jednak, że taki 
mechanizm dostosowawczy nie działa lub działa bardzo źle, a duża 
część świata tkwi w pułapce złych instytucji.

Co się dzieje, kiedy instytucje ekonomiczne się degradują? 

W ostatnich latach pojawiła się interesująca publikacja analizująca 
przypadek całkowitego niemal upadku gospodarki Zimbabwe po 
2000 roku

1

. W Zimbabwe, jak na warunki afrykańskie, relatywnie 

bogatym kraju, rozwijającym się, począwszy od lat 80., w szybkim 
tempie powyżej 4% średniorocznie, z dobrze rozwiniętym rolnic-
twem i sektorem eksportu płodów rolnych, w 2000 roku doszło do 
głębokiego załamania gospodarki. Spadek produkcji i PKB pogłębiał 
się z roku na rok przy szybko rosnącej inflacji. Mechanizm załama-

C. Richardson, The Loss of Property Rights and the Collapse of Zimbabwe, „Cato 

Journal” 2005.

background image

208

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nia wiązał się z uruchomionym w latach 2000–2003 procederem 
konfiskowania ziemi białym osadnikom. Te praktyki, motywowa-
ne politycznie słabnącą pozycją rządzącej ekipy prezydenta Mugabe, 
zachwiały zaufaniem do prawa własności, ucieczką kapitału zagra-
nicznego i wzrostem ryzyka inwestycyjnego. Po raz pierwszy w histo-
rii kraju zostało zakwestionowane, i to mimo sprzeciwu sądu najwyż-
szego, prawo własności. Miejscowa giełda zareagowała gwałtownymi 
spadkami. Skonfiskowane majątki białych były przekazywane czar-
nym obywatelom nie jako własność, ale jako dzierżawa. Nowi po-
siadacze – użytkownicy – niemogący z racji braku tytułów własności 
przedstawić zabezpieczeń hipotecznych, byli pozbawieni dostępu do 
kredytów obrotowych. Również banki wobec gwałtownego spadku 
liczby potencjalnych kredytobiorców znalazły się w sytuacji kryzyso-
wej. Rezultatem był spadek produkcji rolnej i eksportu. Dodatkowo 
ziemia znalazła się w rękach ludzi pozbawionych motywacji (krót-
kookresowy horyzont działania z racji braku pełnej własności ziemi) 
i wiedzy technologicznej (którą mieli dawni biali właściciele), co nie 
pozwalało im produkować efektywnie. Rezultatem była rabunkowa 
gospodarka zasobami oraz grabież wyposażenia, maszyn i sprzętu, co 
ostatecznie prowadziło do zdewastowania najlepszych farm w kraju. 
Zimbabwe do dziś nie wyszło z tego kryzysu ekonomicznego, który 
zresztą występuje równolegle z głębokim i paraliżującym kryzysem 
politycznym. Niegdyś względnie zamożne, obecne Zimbabwe należy 
do najbiedniejszych krajów Afryki i świata. 

Dlaczego wiele krajów ma tak niewydolne, słabe i niespraw-

ne instytucje? A jeśli takie ma, to jaki mechanizm blokuje pożąda-
ną zmianę? Dlaczego dochodzi do regresu instytucjonalnego, tak 
jak w opisanym powyżej przypadku Zimbabwe? Wiele światła na tę 
sprawę rzucił klasyczny już dziś i często cytowany tekst dotyczący 
kolonialnego dziedzictwa oraz swoistego eksperymentu naturalne-
go, jaki wykonała historia, powołując do życia dwa różne modele 
instytucjonalne

2

. Trzech autorów przeanalizowało szczegółowo dwa 

odrębne modele polityki kolonialnej, realizowanej przez rozwinię-
te kraje europejskie, takie jak Wielka Brytania, Francja, Belgia czy 
Hiszpania i Portugalia, w swych posiadłościach kolonialnych. Poli-
tyka ta i praktyka w zakresie budowy całej infrastruktury instytucji 

D. Acemoglu, S. Johnson, J. Robinson, The Colonial Origins of Comparative Devel-

opment: An Empirical Investigation, „American Economic Review”, Vol. 91, December 
2001.

background image

209

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

ekonomicznych i politycznych były bardzo różne w zależności od 
tego, jakich krajów dotyczyły. Odmiennie ukształtowały się reguły 
gry w USA, Kanadzie i Australii w porównaniu np. z Kongiem Belgij-
skim, Karaibami czy Ameryką Środkową. D. Acemoglu, S. Johnson 
i J. Robinson sądzą, że główne przyczyny takiego rozwoju wydarzeń 
tkwiły w zróżnicowanych warunkach naturalnych, zdrowotnych 
i klimatycznych, które w pewnych przypadkach zniechęcały Euro-
pejczyków do osiedlania się. Stopień śmiertelności wśród osadników 
mógłby być pośrednią miarą ich niechęci (gotowości) do zasiedlania 
określonych terytoriów. W przypadku niezdrowych regionów i sła-
bej skali osadnictwa państwa kolonialne budowały na tych terenach 
instytucje wyzysku i eksploatacji, oparte często na pracy niewolniczej 
i półniewolniczej, gdzie na plantacjach lub w kopalniach pracowała 
ludność miejscowa. Jak piszą autorzy: „Te instytucje nie wprowadza-
ły znaczącej ochrony własności prywatnej ani mechanizmów chro-
niących przed państwową ekspropriacją. W praktyce głównym za-
daniem państwa łupieżczego (extractive state) był maksymalnie duży 
transfer zasobów kolonii na rzecz kolonizatora przy możliwie niskich 
inwestycjach”

3

. Na drugim biegunie sytuowały się natomiast kolonie, 

w których osadników było wielu, a warunki zasiedlenia względnie 
zachęcające. Tu powstawały tzw. Nowe Europy: „Osadnicy starali 
się replikować europejskie instytucje z dużym naciskiem na własność 
prywatną i ograniczenie wszechwładzy państwa”

4

.

Główna teza D. Acemoglu, S. Johnsona i J. Robinsona jest taka, 

że instytucje powstałe w okresie istnienia państw kolonialnych utrzy-
mały się także po uzyskaniu przez nie niepodległości. Charakter 
wczesnych instytucji wskutek inercji społecznej określił cechy dzisiej-
szych rozwiązań instytucjonalnych. Jakie to ma znaczenie? W nieco 
późniejszym tekście ci sami autorzy wykorzystali wynik poprzednich 
dociekań jako argument na rzecz tezy o wyższości hipotezy instytu-
cjonalnej nad geograficzną. Gdyby czynnik geograficzny dominował, 
wówczas w sytuacji, kiedy środowisko geograficzne zmienia się ra-
czej nieznacznie, przewaga ekonomiczna powinna utrzymywać się 
do dziś. Jest jednak inaczej: „Artykuł pokazuje, że nastąpiło zupeł-
ne przestawienie wzajemnych dochodów wśród byłych kolonii euro-
pejskich. Na przykład Mogołowie, Aztekowie i Inkowie reprezento-
wali najbogatsze cywilizacje w 1500 roku, podczas gdy cywilizacje 

Ibidem, s. 1370.

Ibidem, s. 1370.

background image

210

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

w Ameryce Północnej oraz Nowa Zelandia i Australia były mniej roz-
winięte. Dziś USA, Kanada, Nowa Zelandia i Australia są o całe rzę-
dy wielkości bogatsze niż kraje zajmujące uprzednio terytoria impe-
riów Mogołów, Azteków i Inków”

5

. Ten zwrot jest w pełni zgodny 

z hipotezą instytucjonalną, ale nie z hipotezą geograficzną.

Nie te społeczności są dziś bogate, które mają lepsze warunki 

geograficzne, ale te, które zapewniają silną motywację i lepsze wa-
runki do inwestowania. Potwierdzają to jeszcze wyraźniej badania 
D. Rodrika, A. Subramaniana i F. Trebbiego: „Jakość instytucji «prze-
bija» wszystko inne. Kiedy uwzględnia się wpływ instytucji, wówczas 
okazuje się, że czynniki geograficzne w najlepszym razie mają słaby 
bezpośredni wpływ na dochody, choć wywierają one silny pośredni 
wpływ na jakość instytucji. Podobnie, uwzględniając rolę instytucji, 
handel jest niemal zawsze niezbyt istotny i często w równaniach do-
chodu pojawia się ze «złym» (tj. ujemnym) znakiem, chociaż także 
w tym przypadku wywiera on pozytywny wpływ na jakość instytucji”

6

Problem zmian instytucjonalnych jest także żywo dyskutowany 

w literaturze przedmiotu, jako że niesprawne instytucje występują 
dość powszechnie. Zdrowy rozsądek sugeruje, że zmiana instytucjo-
nalna jest blokowana przez grupy społeczne, które tracą ekonomicz-
nie na reformach, ale zdarzają się nawet takie sytuacje, że podejmo-
wane zmiany instytucjonalne są regresem w stosunku do istniejącego 
status quo

Po amerykańskiej wojnie domowej (1861–1865), w której, jak 

wiadomo, Południe przegrało, klimat polityczny dla czarnych miesz-
kańców zmienił się radykalnie

7

. Nie tylko uzyskali oni osobistą wol-

ność, ale także mogli uczestniczyć – formalnie na równych prawach 
– w życiu politycznym kraju i własnego stanu. Rzeczywiście, czar-
ni wyborcy początkowo masowo brali udział w wyborach, wspie-
rając republikanów i odmawiając poparcia demokratom z Południa 

IbidemReversal of Fortune: Geography and Institutions in the Making of the Mod-

ern World Income Distribution, „Quarterly Journal of Economics”, Vol. 117, No. 4, No-
vember 2002, s. 1231.

D. Rodrik, A. Subramanian, F. Trebbi, Institutions Rule: The Primacy of Institutions 

over Geography and Integration in Economic Development, NBER Working Paper 2002, 
No. 9305, Abstract.

Opisywany przypadek został zaczerpnięty z artykułu: S. Naidu, Suffrage, School-

ing, and Sorting in the Post-Bellum U.S. South, Columbia University, 25 October 2010, 
http://projects.iq.harvard.edu/sites/projects.iq.harvard.edu/files/piep/files/snaidu_
dec2010.pdf (dostęp: 6 kwietnia 2012).

background image

211

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

– zwolennikom niewolnictwa. Ta korzystna sytuacja trwała jednak 
tylko tak długo, jak długo wojska unionistów stacjonowały na Połu-
dniu. Kiedy się wycofały w latach 70. XIX wieku, nastąpiła fala re-
stauracji dawnych stosunków. Demokraci, którzy politycznie i eko-
nomicznie bardzo tracili na rzecz republikanów w wyniku wzrostu 
politycznej aktywności czarnych, stopniowo (w latach 1870–1910), 
w 11 stanach Południa, skutecznie forsowali polityczne ograniczenia 
prawa do głosowania. Polegały one na wprowadzeniu testów spraw-
dzających umiejętność czytania i pisania oraz warunku płacenia po-
datku pogłównego. Uderzało to głównie w czarnych mieszkańców 
i białą biedotę

8

. Według ocen autora artykułu zmniejszyło to znacz-

nie udział czarnych w wyborach i ogólną frekwencję, a tym samym 
osłabiło pozycję republikanów i wzmocniło politycznie demokratów. 
Uprzednio udawało się np. skutecznie i znacząco zwiększyć nakła-
dy na szkoły dostępne dla czarnych. Po restauracji starych porząd-
ków zmiany te zaczęto wycofywać. Walka na polu edukacyjnym była 
szczególnie zacięta, w interesie bowiem dużych właścicieli ziemskich 
i elity politycznej Południa było utrzymywanie niepiśmiennych, czar-
nych robotników. Miało to podwójne znaczenie: z jednej strony eli-
minowało lub ograniczało konkurencję polityczną ze strony czar-
nych wyborców (działało wówczas skutecznie prawo wykluczające 
z głosowania), co utrwalało kontrolę polityczną nad stanową legisla-
turą. Z drugiej strony pozwalało zachować masową i tanią siłę robo-
czą do pracy na plantacjach. Biała elita korzystała na tym zarówno 
dzięki oszczędnościom na wydatkach na dobra publiczne dostępne 
mniejszościom – np. wydatki szkolne, jak i niskim kosztom pracy 
w rolnictwie. Wszystkie te zmiany forsowano w doraźnym intere-
sie lokalnych elit – owe zabiegi dyskryminacyjne utrwalały mocne 
pozycje polityczne rządzących na Południu demokratów, pozwala-
jąc im decydować o budżetach stanowych i kierunkach dystrybucji 
środków. Ta dyskryminacja rasowa zadecydowała jednak na całe lata 
o zacofaniu Południa w stosunku do reszty kraju. Czarni mieszkańcy, 
zwłaszcza ci zdolniejsi i ambitniejsi, pozbawieni dostępu do edukacji, 
przenosili się na Północ, wzmacniając ją swymi talentami i przedsię-
biorczością. Południe grzęzło w anachronicznym układzie instytucji. 

W odniesieniu do białej biedoty stosowano różne wybiegi, takie jak „klauzula 

dziadka”, która pozwalała wszystkim białym uchylić się od wymogów ograniczających 
prawo do głosowania. Klauzula ta oznaczała, że prawo to odnosi się tylko do nowych 
wyborców. 

background image

212

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Opisywany przypadek może być zresztą uznany za dość typowy, 

gdyż dotyczy wielkiej własności ziemskiej i jej potencjalnie negatyw-
nego wpływu na zmiany instytucji. Mechanizmy blokujące zmia-
nę społeczną są podobne. Na przykład wiele dyskusji wzbudza dziś 
problem demokracji lub, ściślej mówiąc, szans na jej rozwój w kra-
jach dotychczas cechujących się autorytarnymi lub wręcz dyktator-
skimi reżimami. Co decyduje o trwałości instytucji demokratycznych 
i czy można np. wprowadzić demokrację w Arabii Saudyjskiej, Haiti 
czy Uzbekistanie? Wiemy doskonale, że w większości krajów świa-
ta odbywają się dziś, formalnie biorąc, wybory do parlamentów, ale 
nie musi to być dobry wskaźnik poziomu demokracji. Można zu-
pełnie poważnie zastanawiać się nad realnym zakresem demokracji 
w Chinach, które wyborów nie organizują, czy w Indiach przepro-
wadzających takie wybory od czasu uzyskania niepodległości i uzna-
wanych za demokratyczne. Chiny są w kwestii demokracji na cen-
zurowanym, ale czy także Indie z ich ogromnymi nierównościami 
ekonomicznymi, podziałami kastowymi i dramatycznym poziomem 
analfabetyzmu rzeczywiście są w pełni demokratyczne? Ostatnio po-
kazała się interesująca monografia na temat pochodzenia i źródeł de-
mokracji

9

. Autorzy monografii, D. Acemoglu i J. Robinson, postrze-

gają mianowicie relacje między dyktaturą a demokracją jako sposób 
rozgrywania konfliktu między masami a elitami o podział tortu, czyli 
jako konflikt sprzecznych interesów materialnych. Czy w interesie 
elit leży w ogóle demokratyzacja stosunków politycznych? To zależy 
od dwóch czynników: stopnia nierówności społecznych (im większe 
nierówności, tym – wraz z demokracją – większe prawdopodobień-
stwo redystrybucji na niekorzyść elit) oraz charakteru aktywów kon-
trolowanych przez elity i zapewniających im uprzywilejowaną pozy-
cję. Jeżeli aktywa te są łatwe do przejęcia, a kontrola nad nimi zależy 
od dostępu do władzy politycznej, to demokracja jest groźna dla kla-
sy panującej. To dyktatura zapewnia jej polityczne narzędzia umożli-
wiające czerpanie korzyści ekonomicznych. W takiej właśnie sytuacji 
jest na pewno wielka własność ziemska. Wielcy właściciele nie mogą 
wypuścić z rąk władzy politycznej ani się nią dzielić, bo zostaną wy-
właszczeni – i to tym szybciej, i na tym większą skalę, im bardziej 
początkowo byli uprzywilejowani. Polska szlachta i ziemiaństwo do 

D. Acemoglu, J. Robinson, Economic Origins of Dictatorship and Democracy, Cam-

bridge University Press, Cambridge 2005.

background image

213

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

końca próbowały utrzymywać całkowicie wsteczne, pań szczyźniane 
stosunki własnościowe na wsi, choć blokowanie reform utrwalało 
ewidentny niedorozwój ekonomiczny. Władanie ziemią stanowiło 
bazę ekonomiczną, na której opierała się pozycja tej klasy. Na przy-
kład Rosja w XIX wieku nie budowała linii kolejowych w obawie 
przed negatywnym wpływem tej innowacji na układ sił społecznych. 
Rządząca elita słusznie uważała, że kolej zwiększy mobilność lud-
ności, ułatwi niepożądane kontakty, spowoduje dopływ groźnych 
i nieprawomyślnych idei. Próby blokowania uprzemysłowienia były 
podejmowane nawet wtedy, gdy Rosja poniosła klęskę w wojnie 
krymskiej, co ukazało jawnie jej techniczne zacofanie. Jej obawy były 
jednak słuszne. Kiedy Rosja w końcu została zmuszona do pewnej 
modernizacji, w jej rezultacie doszło do rewolucji 1905 roku. 

Możemy również wskazać odwrotną sytuację. Zaskakująco szyb-

ka zmiana ustrojowa w krajach gospodarki centralnie planowanej 
na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku staje się o wiele bardziej 
zrozumiała, gdy przymierzymy do niej schemat proponowany przez 
D. Acemoglu i J. Robinsona. Zmiana ustroju nie była dla elit rzą-
dzących w tych krajach ekonomicznie bolesna. Socjalizm nie pole-
gał na przywłaszczaniu sobie przez nie jakichś szczególnych przywi-
lejów, dóbr czy korzyści materialnych. Wprost przeciwnie, stopień 
nierówności dochodowych był w tym systemie nader umiarkowa-
ny, na ogół niższy niż gdzie indziej w świecie, i wyraźnie niższy niż 
później, w miarę budowania kapitalizmu. Co więcej, elity rządzące, 
np. w PRL-u, w większości miały poczucie i pełne przekonanie, że 
w konkurencyjnej grze (o ile zostaną do niej dopuszczone) dadzą 
sobie doskonale radę. Jeśli bowiem szukać potencjalnych źródeł ich 
przewagi, to dotyczyły one początkowo dostępu do samej władzy, 
która jednak później dawała przewagę w postaci wiedzy, kompeten-
cji i zdobywania informacji. W znacznym stopniu przewaga ta wyni-
kała ze zgromadzonych doświadczeń w trakcie wcześniejszego spra-
wowania władzy, choć jasne jest, że były to aktywa, których nie dało 
się pozbawić ich posiadaczy. Dlatego też w wielu krajach przy okazji 
zmiany ustroju doszło do zaskakująco wysokiego stopnia kooperacji 
zwycięzców i pokonanych. 

Niemniej historia roi się od przykładów elit politycznych, które 

gotowe są poświęcić interes publiczny, jeśli stoi on w sprzeczności 
z doraźnym interesem partykularnym (klasowym, grupowym, kasto-
wym itp.). Kiedy zagrożony rebelią prezydent Rwandy zwrócił się 

background image

214

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

o pomoc do prezydenta Zairu Mobutu, ten odparł: „Mówiłem ci, że-
byś nie budował dróg [...]. Budowanie dróg nigdy nie przynosi nicze-
go dobrego. Ja jestem u władzy w Zairze już od 30 lat i nigdy nie wy-
budowałem żadnej drogi. Teraz oni jadą po nich, żeby cię dopaść”

10

Zmiany społeczne i instytucjonalne mogą mieć także wymiar bar-

dziej lokalny. Są skutkiem działań lobbystycznych, grupowych inte-
resów i partykularnych presji. W 2003 roku Amadou Toumani Touré 
i Blaise Compaoré, ówcześni prezydenci afrykańskich krajów Mali 
i Burkina Faso, opublikowali w prasie amerykańskiej artykuł – swe-
go rodzaju apel o zaniechanie przez USA stosowania praktyk pro-
tekcjonistycznych w odniesieniu do bawełny

11

. Bawełna to kluczowy 

dla tych krajów towar eksportowy i ważne źródło ich dochodów. 
Prezydenci napisali: „Bawełna stanowi do 40% przychodów eks-
portowych i 10% PKB naszych dwóch krajów, podobnie jest w Be-
ninie i Czadzie [...]. W latach 2001– 2002 25 tys. amerykańskich 
farmerów uprawiających bawełnę otrzymało w subsydiach więcej 
– w przybliżeniu 3 mld USD – niż cała wartość produkcji Burkina 
Faso, w którym los dwóch milionów ludzi zależy od tych upraw”. 
Dalej wskazali, że tak naprawdę głównym odbiorcą tych subsydiów 
jest jedynie 2,5 tys. ludzi, czyli 10% relatywnie bogatych farmerów 
amerykańskich, co – być może nie intencjonalnie – skazuje na ubó-
stwo 10 mln osób w środkowej i zachodniej Afryce. Dlaczego zatem 
USA są gotowe rezygnować z tańszej bawełny importowanej na rzecz 
własnej i drogiej? Czy takie postępowanie wytrzymuje sprawdzian 
rachunku ekonomicznego? Oczywiście nie, gdyż jest ewidentne, że 
interesy amerykańskich konsumentów zostały poświęcone na rzecz 
interesów lobby bawełnianego, które ma niewątpliwe problemy 
z konkurencją ze względu na wysokie koszty pracy w USA. Skąd za-
tem garstka plantatorów bawełny ma tak duże wpływy? Otóż ta gra 
ekonomiczna toczy się zasadniczo między farmerami a konsumenta-
mi. Ci pierwsi mają jasno sprecyzowane interesy: ich bieżące docho-
dy, pozycja ekonomiczna i przyszłość prowadzonego biznesu zależą 
od polityki gospodarczej amerykańskiego rządu w sprawie subwen-
cji. Są tu zaangażowane ich żywotne interesy. Po drugiej stronie są 
miliony konsumentów, słabo zorganizowanych, rozproszonych, dla 
których wyższe lub niższe ceny wyrobów bawełnianych nie są głów-
nym elementem ich zainteresowania. Owszem, woleliby kupować ta-

10 

J. Robinson, When Is a State Predatory, CESifo Working Paper 1999, No. 178, s. 2.

11 

Your Farm Subsidies Are Strangling Us, „New York Times”, 11 July 2003.

background image

215

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

niej, ale też brak im wiedzy o związkach polityki rządowej i zabie-
gów lobby bawełnianego dotyczących cen bawełny. Ponadto udział 
wydatków na produkty bawełniane w budżetach domowych jest nie-
wielki. Skłonność masy konsumentów do zaangażowania się w wal-
kę o niższe ceny wyrobów bawełnianych, a więc w kwestię o drugo-
rzędnym dla nich znaczeniu, można oceniać w tych warunkach jako 
niewielką. Dlatego też relatywnie mało liczne, ale bardzo zdetermi-
nowane zbiorowości walczące o swoje żywotne interesy i przywile-
je są z reguły bardziej skuteczne w forsowaniu celów politycznych 
niż masa drobnych i rozproszonych podmiotów. Wyobraźmy sobie, 
że dla każdego z tej ogromnej liczby konsumentów indywidualny 
koszt angażowania się w konflikt jest wyższy niż korzyść z ewentu-
alnego sukcesu – a sukces i tak nie jest wcale pewny, gdyż zależy od 
liczebności podmiotów przyłączających się do walki. Także podmio-
ty raczej nie włączą się masowo, bo – co założono wyżej – nie mają 
w tym interesu. W starciu aktywnie zaangażowanych, choćby mało 
licznych lobbystów i pasywnych mas łatwo wskazać prawdopodob-
nego zwycięzcę

12

M. Olson

13

 wykrył jeszcze jeden rodzaj usztywnień instytucjonal-

nych odpowiedzialnych za zwolnienie wzrostu gospodarczego i ten-
dencje stagnacyjne. Tym sprawcą jest zbyt długa stabilizacja politycz-
na. Wydaje się paradoksem, że stabilność jest lub może być źródłem 
zagrożeń na dłuższą metę, a jednak to prawda. Autor ten zwrócił 
uwagę, że wraz z wydłużaniem się okresu stabilizacji coraz lepiej roz-
wijają się rozliczne grupy interesów, które nawiązują i rozbudowu-
ją wzajemne powiązania. W stabilnym otoczeniu można wyznaczać 
i ustanawiać strefy wpływów między sobą, tworzyć koalicje blokują-
ce zmiany, zmawiać się i dokonywać pożądanej redystrybucji docho-
dów. W rezultacie mobilność społeczna i międzygrupowa spada, po-
zycje na drabinie społecznej w coraz większym stopniu się dziedziczy, 
a nie indywidualnie zdobywa. Pojawia się coraz więcej usztywnień. 
Poszczególne grupy interesów coraz lepiej zabezpieczają swoje stany 
posiadania, ale im mocniej „obsiadają” one system, tym bardziej staje 
się on niezdolny do zmiany. M. Olson podaje przykład Wielkiej Bry-

12 

Błędem byłoby nadmierne generalizowanie tej sytuacji. Czasami obywatele mogą 

zostać zmobilizowani do wielkiej aktywności, mimo że ich bezpośrednie interesy nie są 
naruszone. Takie działania możemy np. obserwować w obronie zabijanych wielorybów 
czy wycinania dżungli amazońskiej. 

13 

M. Olson, The Rise and Decline of Nations. Economic Growth, Stagflation, and So-

cial Rigidities, Yale University Press, London 1982.

background image

216

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

tanii, która po rewolucji przemysłowej stała się najszybciej rozwija-
jącą się gospodarką, by później wejść w fazę wyraźnie wolniejszego 
wzrostu niż inne kraje rozwinięte. Przyczyna, jego zdaniem, tkwi-
ła w utrzymywaniu niewiarygodnej stabilności politycznej w okre-
sie półtora wieku, co stworzyło warunki do powstania „sklerotycz-
nego” układu instytucjonalnego, niezmiernie trudnego do zmiany. 
Francja od XIX wieku, w przeciwieństwie do Zjednoczonego Króle-
stwa, przeżywała ciągłe konwulsje, wygrywała i przegrywała wojny, 
wielokrotne dochodziło w niej do zmian ustrojowych (od cesarstwa 
do republiki) i rewolucji. Francja była okupowana i sama okupowa-
ła. Czasem była nawet bliska wojny domowej. Ta dramatyczna nie-
stabilność nie pozwalała na uformowanie się zbyt trwałych grup in-
teresów. Polityczny i ekonomiczny układ sił bez ustanku się zmieniał, 
a w ślad za tym ciągle przebudowywały się nowo powstające koalicje. 
Politycznie i ekonomicznie system był dynamiczny, mobilny i otwar-
ty. Jednocześnie Francja rozwijała się szybko, zaskakująco szybko jak 
na tak ciągłe i duże wstrząsy. Właśnie taki scenariusz jest całkowicie 
zgodny z hipotezą M. Olsona o pozytywnym wpływie politycznych 
turbulencji i szoków oraz niekorzystnych skutkach nadmiernej stabi-
lizacji systemu. 

Odwoływanie się do interesów jako czynnika blokującego zmia-

nę instytucjonalną jest dość naturalne. Do zmian nie dochodzi, gdyż 
jakieś grupy społeczne, zapewne bardzo wpływowe, tych zmian nie 
chcą i nie dopuszczają do reform naruszających ich interesy. A czy 
może zdarzyć się tak, że zmiany instytucjonalne nie następują, mimo 
iż wszyscy ich chcą? Choć na pozór brzmi to absurdalnie, jest to na-
der częsty przypadek usztywnień infrastruktury instytucjonalnej. Jak 
to jest w ogóle możliwe? Wiemy doskonale, że instytucje cechuje 
silna bezwładność – raz powstałe, trudno jest zmieniać. Nie można 
wykluczyć, że początkowo dane instytucje dobrze służyły społecz-
nym potrzebom, ale z biegiem czasu i wraz ze zmianą sytuacji de-
mograficznej, technologicznej, warunków naturalnych czy środowi-
skowych dotychczasowe instytucje stają się hamulcem. Przykładem 
może być archaiczna norma społeczna niedostosowana do zmienio-
nych warunków.

Rozważmy intrygujący przypadek Islandii opisany przez T. Eg-

gertssona

14

. Islandia dopiero niedawno stała się krajem zamożnym 

14 

T. Eggertsson, Imperfect Institutions. Possibilities and Limits of Reform, University 

of Michigan Press, Ann Arbor 2005.

background image

217

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

i bogatym. Aż do XX wieku ten niewielki ludnościowo kraj wielo-
krotnie głodował, a nawet znajdował się na granicy unicestwienia. 
W XVIII wieku Dania (wówczas Islandia wchodziła w skład tego pań-
stwa) rozważała nawet przesiedlenie Islandczyków do siebie. Wszyst-
ko to działo się w sytuacji, kiedy wokół wyspy znajdowały się niewia-
rygodnie bogate łowiska ryb. Islandczycy jednak zamiast łowić ryby, 
zajmowali się głównie uprawą roli i hodowlą, a jedynie marginalnie 
rybołówstwem. I głodowali. „Kiedy kończył się wiek XIX, technolo-
gia przemysłowa i organizacja przemysłu na Islandii nie odnotowała 
istotnych usprawnień od czasu wikingów, a na rozwój niezależnego 
przemysłu połowu ryb musiano czekać aż do ostatnich dekad tego 
stulecia” – podsumował T. Eggertsson

15

. Warunki dla rolnictwa na 

Islandii są wyjątkowo ciężkie. Ryzyko stanowią ekstremalne warun-
ki pogodowe: temperatury w lecie są niskie i co kilka lat nawet o tej 
porze roku notuje się ujemne temperatury. Główny problem stano-
wią jednak bardzo silne wahania temperatury, dochodzące nawet do 
20-stopniowych, lokalnych spadków temperatury w ciągu jednego 
dnia

16

. Musi to powodować ogromne straty produkcyjne i genero-

wać wysoką niepewność zajęć rolniczych. W tych okolicznościach 
hodowla owiec (główna gałąź gospodarki w latach 900–1900) była 
zależna od zdolności poszczególnych gospodarstw rolnych do zebra-
nia odpowiedniej ilości siana koniecznego do przezimowania stada 
zwierząt. Ponieważ zbiory były niepewne, ukształtowała się norma 
„dobrego Samarytanina”, nakazująca zwyczajowo, ale i prawnie, 
dzielić się z innymi posiadanymi zasobami siana. Warunki naturalne 
i prymitywne techniki rolne powodowały, że krańcowa produkcyj-
ność pracy w rolnictwie była bardzo niska. Poszczególne farmy funk-
cjonowały ustawicznie na granicy przetrwania. Pech czy niekorzystny 
zbieg okoliczności prowadziły do katastrofy rodziny dotkniętej stra-
tami w produkcji, niekoniecznie z własnej winy, ale wskutek anomalii 
pogodowych lub klęsk przyrodniczych. Dlatego zasada „dobrego Sa-
marytanina” była kluczową instytucją zapewniającą ciągłość trwania 
społeczności zmuszonej do wzajemnej solidarności. W konkretnych 
islandzkich warunkach miało to społeczny sens. Jednocześnie zasada 
ta mogła skutkować i zapewne skutkowała niejednokrotnie tendencją 
do zachowań w stylu gapowicza. Skoro sąsiad ma prawny i moralny 

15 

Ibidem, s. 100.

16 

T. Jóhannesson, Agriculture in Iceland. Conditions and Characteristics, The Agricul-

tural University of Iceland, Reykjavik 2010.

background image

218

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

obowiązek dzielić się z innymi swymi zapasami, to korzystający z tej 
pomocy ma powód, by unikać wysiłku, ale także udzielający pomocy 
nie będzie się nadmiernie wysilał. Każda chęć rozbudowy własnego 
stada owiec wymagałaby odpowiednich rezerw siana. Po co jednak 
gromadzić zapasy ze zdwojonym wysiłkiem, skoro nie ma pewności, 
czy nie zostaną one przejęte przez leniwego sąsiada, któremu – z jego 
winy – zabrakło paszy na przednówku? Norma „dobrego Samaryta-
nina” ma zatem wmontowaną antyprodukcyjną blokadę: ratuje w sy-
tuacjach krytycznych, ale nie skłania do nadmiernej aktywności. Jest 
to zasada dobrze dostosowana do trudnych, niepewnych czasów go-
spodarowania, kiedy ze względu na prymitywne techniki wytwarza-
nia jesteśmy w dużym stopniu na łasce i niełasce przyrody. Próba 
odejścia od tej normy nie jest jednak możliwa czy nawet opłacalna 
w pojedynkę. Można się przecież zastanawiać, dlaczego mieszkańcy 
Islandii nie zaczęli zajmować się rybołówstwem, skoro przyroda dała 
im w prezencie tak obfite łowiska. Wyspiarze łowili ryby, ale było to 
zajęcie traktowane jedynie jako działalność uboczna w stosunku do 
rolnictwa. Otóż jednym z istotnych elementów islandzkiego porząd-
ku instytucjonalnego było przez setki lat prawo zakazujące tworzenia 
wyspecjalizowanych osiedli rybackich. Ponadto „prawo ograniczało 
mobilność siły roboczej, wymagając od wszystkich dorosłych, z nie-
licznymi wyjątkami, by mieszkali na farmach jako rolnicy lub służba, 
i zakazywało współdziałania w przybrzeżnym rybołówstwie między 
Islandczykami a obcymi”

17

. Warto zwrócić uwagę na charakter tego 

ograniczenia. Pojawienie się wyspecjalizowanych rybaków zajmują-
cych się bardziej dochodową działalnością niż hodowla oznaczałoby 
ich trwałe odchodzenie z rolnictwa. Zaczęłoby to stopniowo wywie-
rać wpływ na wzrost płac, co czyniłoby zajęcia w rolnictwie nieopła-
calnymi. Dodatkowo im więcej ludzi odchodziłoby z farm rolniczych 
do połowu ryb, tym bardziej załamywałaby się norma wzajemnej so-
lidarności między farmerami. Dlatego budowano taki układ instytu-
cji prawnych i zwyczajowych, by niejako przywiązać ludzi do ziemi 
i zahamować tę tendencję. Skłonność do łamania tak ustanowionego 
prawa i podejmowania się – mimo wszystko – łowienia ryb zależała 
od różnic w dochodowości między rybołówstwem a hodowlą (rol-
nictwem) oraz od dotkliwości sankcji społecznych. Te różnice sta-
ły się znaczące zwłaszcza wtedy, kiedy ok. XV wieku pojawiły się 
obce, europejskie rynki zbytu na ryby. Trzeba było wtedy wzmocnić 

17 

T. Eggertsson, op. cit., s. 103.

background image

219

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

ograniczenia prawne, by zahamować swoistą dezercję z rolnictwa. 
By zrozumieć sens tych pozornie nieracjonalnych zachowań, trzeba 
uwzględnić nie tylko interesy potencjalnych dezerterów, ale też do-
raźne interesy większości farmerów. Oni traktowali ucieczkę do ry-
bołówstwa jako zagrożenie dla swego dotychczasowego bytu i wzrost 
ryzyka prowadzonej działalności. Nawet jeśli przyszłościowo połowy 
ryb i stworzenie wyspecjalizowanego przemysłu połowowego mogły 
być globalnie opłacalne (co wiemy post factum), to na razie, przej-
ściowo, takie zmiany strukturalne niszczyły i podkopywały dotych-
czasowe warunki życia znacznej części populacji. Trzeba jednocześnie 
pamiętać, że przejście do nowego zajęcia – łowienia ryb – nie było 
w realiach islandzkich proste ani tanie. Jedynie niewielu mogło sobie 
pozwolić na taki krok, a jednocześnie możliwości wyboru innej ak-
tywności poza rolnictwem i rybołówstwem na wyspie nie było. Przy-
padek islandzki jest więc przykładem klasycznej pułapki rozwojowej, 
z której kraj zdołał się wyzwolić dopiero w XX wieku

18

, ale w której 

tkwił przez stulecia. 

Aby wzmocnić tę argumentację, rozważmy jeszcze jeden przy-

kład blokowania rozwoju przez normę społeczną, odwołując się 
tym razem do doświadczeń Czarnej Afryki

19

. Afrykańskie realia, 

w połączeniu z zastosowaniem prostych technik produkcji, nieco 
przypominają casus Islandii z przeszłości. Głównymi zajęciami bied-
nych społeczności afrykańskich są przede wszystkim zbieractwo i ło-
wiectwo oraz uprawa roli. Są to zajęcia, które pozwalają zaspokoić 
jedynie zupełnie podstawowe potrzeby społeczne. Stosuje się przy 
nich bardzo nieskomplikowane techniki produkcyjne, które nie po-
zwalają ludziom uniezależnić się w istotny sposób od przyrody, kli-
matu i innych czynników naturalnych. To, czy polowanie zakończy 
się sukcesem czy porażką, jest kwestią szczęścia, przypadku, trafu 
losu. Podobnie jest z uprawą ziemi, gdy kaprysy pogodowe niwe-
czą cały wysiłek. Wszystkie te społeczności bytują na granicy prze-
trwania, jedynie nieco powyżej minimum biologicznego, i są stale 
wystawione na ryzyko przypadku, bez możliwości zneutralizowania 
w jakiś sposób skutków niepowodzenia lub zabezpieczenia się przed 
zagrożeniem. Bogate społeczeństwa mają natomiast do dyspozycji 

18 

Analiza okoliczności wyjścia z tej pułapki nie będzie tu omawiana. Było kilka prze-

słanek, które o tym zdecydowały: dwie najważniejsze to presja demograficzna i czynniki 
zewnętrzne. Obie mogą być do pewnego stopnia traktowane jako czynniki egzogeniczne. 

19 

Omawiając ten przykład, wykorzystano pracę, badania i opinie J.P. Platteau, Institu-

tions, Social Norms, and Economic Development, Routledge, London 2006. 

background image

220

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nowoczesne technologie, które dają im skuteczny oręż do zmniej-
szania wpływu czynnika przyrodniczego. W rozwiniętym rolnictwie 
wydajność pracy dzięki użyciu różnych technik agrotechnicznych 
i wyspecjalizowanych narzędzi jest tak duża, że nawet bardzo nie-
korzystne warunki wegetacji na ogół jedynie zmniejszają plony, być 
może ograniczają konsumpcję niektórych dóbr, ale nie prowadzą do 
klęski głodu. 

W tradycyjnych afrykańskich społecznościach jest inaczej. Lu-

dzie i społeczności – ze względu na to, że są wciąż poddawane tak 
potężnym czynnikom losowym, wahaniom temperatury, klimatu 
i zmianom środowiska naturalnego, decydującym zarówno o ich in-
dywidualnym, jak i zbiorowym bycie, zbudowały sobie specyficzny 
system wyobrażeń o świecie. W tym systemie kluczową rolę wyja-
śniającą bieg spraw, także codziennych, odgrywają czynniki nad-
przyrodzone, magiczne i religijne. To one decydują o powodzeniu 
polowania lub o braku sukcesu. To siły nadprzyrodzone mają wpływ 
na wysokość plonów, wielkość zbiorów i wyniki gospodarowania. 
Z psychologicznego punktu widzenia jest zrozumiałe, że ludzie, któ-
rzy w niewielkim stopniu kontrolują swoje życie i własny los, szukają 
wyjaśnień sensu zdarzeń i interpretują je nie w języku racjonalnym, 
ale odwołują się do magii i świata nadprzyrodzonego. Taki obraz 
świata ma jednak kolosalny wpływ na zachowania społeczne i oce-
nę zdarzeń zachodzących w otoczeniu. Sukces ekonomiczny nie jest 
postrzegany jako rezultat wysiłku rolnika czy myśliwego, ale jako 
przejaw woli boskiej, w tym przypadku sprzyjającej człowiekowi. 
Bóg czy bóstwo mogliby przecież nie sprzyjać człowiekowi i wów-
czas łowca wracałby bez łupu. Każdy rezultat gospodarowania jest 
tu wynikiem czynników kompletnie niezależnych od zainteresowa-
nego, a ponieważ nie rozumiemy, jaką bogowie mają względem nas 
„politykę”, to rezultaty działalności ekonomicznej musimy postrze-
gać jako zupełnie przypadkowe, tj. leżące poza kontekstem przyczyn 
i skutków. Każdy nasz wysiłek będzie zbyteczny i pozbawiony sen-
su, jeśli bogowie są nam niechętni, ale jeśli nam sprzyjają, to osią-
gniemy sukces bez względu na to, czy coś zrobimy w tym celu, czy 
nie. Wszystko jest kwestią szczęścia lub przypadku, a nie aktywności 
i nagrody za wysiłek i starania

20

. Te kulturowe uwarunkowania same 

w sobie stanowią potężny hamulec aktywności. Przeświadczenie, że 

20 

Haitańska religia wudu ma także wiele wspólnego z tym podejściem, gdyż sama 

przywędrowała wraz z niewolnikami ze środkowej i zachodniej Afryki.

background image

221

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

nic od nas nie zależy, czyni każdy wysiłek nieważnym, problema-
tycznym

21

W tym świecie funkcjonuje silna norma egalitaryzmu, nakazu-

jąca dzielić się z innymi tym, co posiadamy. Jest zupełnie logiczne, 
że jeśli mamy jakieś dobra materialne, w których posiadanie weszli-
śmy bez związku z naszymi zasługami, to moralne jest dzielenie się 
tym bogactwem, a niemoralna i sprzeczna z porządkiem społecznym 
odmowa solidarności. Kto z kim ma się dzielić? Szczęściarz, który 
upolował zwierzynę, z rodziną mniej fortunnego myśliwego, dobrze 
prosperujący kupiec z resztą własnej, szerokiej rodziny, ten, kto ma 
pracę, z bezrobotnymi kuzynami. Kiedy przyglądamy się bliżej tej 
egalitarnej normie, z łatwością dostrzegamy jej cementujące funkcje 
społeczne i jej rolę jako narzędzia przetrwania ekonomicznie słabej 
i zagrożonej zbiorowości. Warunki społeczne, w jakich się ona naro-
dziła, wyjaśniają jej treść, ale równie oczywisty jest jej antyrozwojowy 
wymiar. Z jednej strony uruchamia ona całe pokłady zachowań paso-
żytniczych wśród masy krewnych i współplemieńców uprawnionych 
do korzystania z pomocy zamożniejszych członków rodziny, z dru-
giej zaś demotywuje do jakiejkolwiek własnej aktywności. Wysiłek 
włożony we własne kształcenie, zabiegi o utworzenie i prowadzenie 
małego biznesu rodzinnego, osobiste wyrzeczenia konsumpcyjne, by 
zgromadzić niezbędne środki na inwestycje, choć potencjalnie przy-
noszą gratyfikacje, to jednak są one minimalne, jeśli zmuszeni jeste-
śmy dzielić się nimi z innymi. Ten wysiłek jest więc często zupełnie 
nieopłacalny. Redystrybucyjny charakter normy egalitaryzmu nie po-
zwala wyrwać się danej społeczności z zacofania. Każda próba uwol-
nienia się poszczególnych jednostek od nędzy i ubóstwa uruchamia 
mechanizm ściągania śmiałków w dół przez innych chętnych do par-
tycypowania w dochodach i korzyściach, których, co prawda, sami 

21 

Zdaniem niektórych autorów sposób, w jaki poszczególne religie rozstrzygnęły tę 

kwestię, dał Europie ogromną przewagę nad innymi. Chrześcijaństwo odrzuciło oka-
zjonalizm, tj. wizję świata, w którym Bóg bezustannie interweniuje w codzienny bieg 
rzeczy, na rzecz naturalizmu, czyli koncepcji praw naturalnych, niezmiennych i powsta-
łych w jednym, początkowym akcie stworzenia. Okazjonalizm odrzuca de facto przy-
czynowość, gdyż przy tym podejściu zjawiska – każdorazowo – kształtowane są mocą 
nieograniczonej woli stwórcy i nie są wynikiem praw, które można badać. Tym samym 
okazjonalizm, któremu hołdował m.in. islam, blokował rozwój nauki i postępu tech-
nicznego. Chrześcijaństwo najbardziej konsekwentnie odrzuciło ten kierunek, dlatego 
powstały warunki do rozwoju nowoczesnego przyrodoznawstwa. Por. R. Lipsey, K. Car-
law, C. Bekar, Economic Transformations. General Purpose Technologies and Long Term 
Economic Growth
, Oxford University Press, Oxford 2005, s. 234. 

background image

222

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

nie wytworzyli, ale zawsze są gotowi zgłosić się do uczestniczenia 
w ich podziale. W przypadku bardzo aktywnej jednostki, która jest 
skłonna opuścić rodzinną wioskę w poszukiwaniu pracy w mieście 
oraz decyduje się podjąć duży wysiłek, zaryzykować wiele wyrzeczeń 
i znieść sporo upokorzeń, działa podobny mechanizm. Jeśli się jej 
powiedzie i odniesie sukces, np. zdobędzie dobrze płatną pracę, na-
tychmiast pojawi się silna presja, by wypełniała zobowiązania wobec 
rodziny, krewnych i całej wspólnoty. Rodzina i znajomi oczekują też, 
że krewniak zajmujący kierownicze stanowisko będzie masowo za-
trudniać swych pociotków i kuzynów bez względu na wymogi i kry-
teria kompetencyjne

22

. Jest to zmora zagranicznego kapitału, który 

– zatrudniając miejscową siłę roboczą – musi stale brać ten czynnik 
pod uwagę. Widoczny jest więc negatywny wpływ tej pozornie słusz-
nej normy na sytuację lokalnego rynku pracy. 

Blokujący rozwój charakter normy silnego egalitaryzmu jest ewi-

dentny. Wmontowane antymotywacyjne mechanizmy, pasożytowanie 
na pracy innych oraz niska skłonność do akumulacji skazują hołdujące 
tym obyczajom społeczności na stagnację i niedorozwój. Dlaczego ta 
norma działa skutecznie? Można przecież argumentować, że jednost-
ka nie musi poddawać się takiej presji. W praktyce nacisk społeczny 
jest potężny i bardzo trudno jest zachowywać się niekoniunkturalnie. 
Respektowanie normy właściwego, przyzwoitego zachowania się jest 
warunkiem społecznej akceptacji. Osobnicy niepodporządkowujący 
się normie są narażeni na wykluczenie społeczne, ostracyzm, a czasa-
mi nawet fizyczny atak. Wyruszający do miasta w poszukiwaniu pracy 
członek rodziny nie zrywa więzów z krewnymi, gdyż rodzina, klan 
czy szczep są dla niego zawsze źródłem bezpieczeństwa w przypadku 
niepowodzenia. Nie można pochopnie ryzykować złamania obowią-
zującej normy społecznej, bo to prowadzi do wykluczenia z rodzinne-
go kręgu. Jedynie osobnicy o bardzo wysokiej skłonności do ryzyka 
są gotowi na taki krok. 

Sytuacja anachronicznej normy społecznej jest bardzo typowym 

przejawem inercji układu instytucjonalnego. Układu tego nie można 
zmienić w pojedynkę, ponieważ norma społeczna jest stanem równo-
wagi w swoistej grze społecznej o wielu stanach równowagi. Niemniej 
właśnie dlatego jest to stan równowagi, że poszczególni osobnicy – 

22 

Jest to w istocie mechanizm uniwersalny i doskonale nam znany także w Polsce. 

Niemniej wraz z rozwojem ekonomicznym skala takich zjawisk z reguły maleje. 

background image

223

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

pojedynczo – nie mają dostatecznie silnego motywu, by zmieniać swe 
zachowania. Dopiero masowe dezercje czynią odmienne zachowania 
opłacalnymi i skutkują przejściem do innego stanu równowagi, za-
zwyczaj lepszego. Uzyskanie masowości i zsynchronizowania działań 
jest jednak trudne i kłopotliwe, a zatem mało prawdopodobne i dość 
rzadkie. Zazwyczaj potrzebny jest do tego jakiś impuls zewnętrz-
ny. W rezultacie gospodarki i społeczności mogą pozostawać nawet 
względnie długo w pułapce ubóstwa i niskiej aktywności. 

Zła norma społeczna jest w istocie szczególnym przypadkiem 

jeszcze bardziej ogólnego mechanizmu petryfikującego układ insty-
tucji, mianowicie defektu koordynacji. Zmiana społeczna, jak sama 
nazwa niejako wskazuje, wymaga kolektywnego wysiłku, czyli zbio-
rowej i zsynchronizowanej reorientacji zachowań. Nie jest istotne, 
czy dotyczy to sfery ekonomicznej, obyczajowej czy politycznej, np. 
skłonności do akceptacji sztuki awangardowej. I tak każda epoka ma 
zapewne swe kanony piękna. Doskonale wiemy, że piękno ciała ludz-
kiego co innego oznaczało w czasach Rubensa, co innego w starożyt-
nym Egipcie, a co innego dziś. Sugeruje to, że nie istnieją tu raczej 
żadne obiektywne kryteria piękna i urody, a estetyka stanowi funk-
cję tego, co większość jest skłonna uważać za piękne, oraz istnieje 
silna motywacja, by podporządkowywać się temu terrorowi otocze-
nia. Sytuacja odszczepieńca nie jest godna zazdrości. Na przykład 
malarstwo awangardowe często bywa postrzegane jako bezsensow-
ne, naruszające kanony przyzwoitej sztuki, a nawet jako prymitywne 
bohomazy. Akceptując tę sztukę, narażamy się na kpiny, ośmieszenie 
czy społeczną dezaprobatę. Są to niezmiernie dotkliwe sankcje spo-
łeczne i wolimy ich unikać. W sytuacji gdy zdecydowanie dominują 
tradycjonaliści, poszczególni innowatorzy są narażeni na negatywne 
oceny otoczenia, co pokazano na ilustracji 10.1 jako ujemną wartość 
ich satysfakcji (ciągła, rosnąca krzywa opisująca poziom satysfakcji 
przeciętnego innowatora w funkcji udziału zwolenników awangar-
dy w całości populacji). Kiedy jednak liczba odszczepieńców wzra-
sta, rośnie także poziom satysfakcji zwolenników nowych prądów 
w sztuce. Nie tylko czują się oni pewniej, mając świadomość wspar-
cia moralnego ze strony innych, ale także wiedzą, że istnieje licz-
na rzesza pokrewnych dusz, podzielająca ich poglądy estetyczne. Od 
pewnego momentu spora część zwolenników awangardy może na-
wet demonstrować poczucie swoistej wyższości wobec tradycjonali-
stów, czerpiąc z tego zadowolenie.

background image

224

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

A

3ATYSFAKCJA

TRADYCJONALIyCI

AWANGARDA

%



/BSZAR

3TREFA

Ilustracja 10.1. Mechanizm zmiany normy społecznej na przykładzie estetyki. 
Krzywe są funkcjami satysfakcji przeciętnego konsumenta (innowatora i trady-
cjonalisty) z konsumpcji dobra estetycznego, które ceni, względem odsetka zwo-
lenników awangardy   

Równocześnie wraz ze zwiększającym się udziałem innowatorów 

spada powoli satysfakcja tradycjonalistów: są oni poddawani coraz 
silniejszej presji nowych prądów, tracą stopniowo poczucie, że wy-
brali właściwie w sensie kanonu estetycznego, mają obawy, że nie 
nadążają, a może nawet są zacofani artystycznie (na ilustracji male-
jąca krzywa przerywana). Nie ma jednak żadnej pewności, że sytua-
cja będzie w tym kierunku ewoluowała. Dewianci pojawiają się, co 
prawda, stale, bezustannie rodzą się różne nowe propozycje arty-
styczne, ale jedynie niektórzy, i to raczej nieliczni, nowatorzy odno-
szą sukces. Przyczyny można także wydedukować z ilustracji 10.1. 
Założenie, że satysfakcja zwolenników awangardy rośnie wraz z ich 
liczebnością, nie oznacza, że początkowo tradycyjni odbiorcy sztuki 
nie dominują liczebnie w przestrzeni intelektualnej i marketingowo. 
Dla innowatorów najważniejsze jest to, czy ta niekomfortowa sytua-
cja zablokuje pozyskiwanie nowych zwolenników. Jak wynika z ilu-

background image

225

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

stracji 10.1, satysfakcja odszczepieńców jest mniejsza niż satysfakcja 
tradycjonalistów aż do czasu osiągnięcia przez innowatorów punktu 
E, czyli do momentu, gdy ich liczebność – udział w całej populacji 
– osiągnie relatywnie wysoki pułap. Do tego czasu presja społecz-
na oraz relacja społecznych gratyfikacji uzyskiwanych, z jednej stro-
ny, przez zwolenników awangardy, a z drugiej – przez zwolenników 
tradycyjnych gustów działa na rzecz tych ostatnich. Pojawiający się 
dewianci są skutecznie przywoływani do porządku i skłaniani do ko-
niunkturalizmu. Dlatego taki układ społeczny ma tendencję do po-
wrotu do punktu zerowego, tj. do odrzucania odszczepieńców. Czyn-
nikiem zapewniającym inercję systemową jest tzw. obszar krytyczny. 
Gdy zdarza się, że udział innowatorów przekracza z jakichś powo-
dów poziom E, wówczas sytuacja zwolenników awangardy zmienia 
się diametralnie. Nastroje społeczne, a więc cały system nagród i kar 
społecznych, działają w nowy sposób, który teraz samoczynnie napę-
dza zwolenników nowości i zmiany. Układ społeczny zaczyna szybko 
ewoluować w kierunku 100-procentowego udziału nowatorów, po-
jawia się nowa moda i nowy koniunkturalizm. Dewianci zwyciężają 
i zmiana społeczna się dopełnia. Obszar krytyczny to właśnie mini-
malna liczebność awangardzistów, pozwalająca dokonać przełomu. 
Jeżeli nie udaje się zebrać odpowiedniej liczby zwolenników nowe-
go, to zmiana czy reforma upadają. Im większy jest obszar krytycz-
ny, tym zadanie trudniejsze. Przede wszystkim poważne sankcje za 
nierespektowanie istniejącej normy przesuwają krzywą innowatorów 
w dół, gdyż bycie awangardzistą powiększa rozziew między ich sytu-
acją a sytuacją tradycjonalistów. Wyszydzani, ośmieszani, lekceważe-
ni, a czasem – rzadko, choć i to zdarzało się w historii – nawet repre-
sjonowani prawnie, zwolennicy awangardy szybciej się wykruszają 
i mają mniejszą motywację, by pozostawać w jej szeregach. Dlate-
go jeśli nowe idee nie zarażą jednocześnie odpowiednio dużej grupy 
wyznawców, to nowy nurt okaże się efemerydą i pozostanie jedynie 
ciekawostką historyczną. Nazywamy to defektem koordynacji, skoro 
bowiem opłacalność indywidualnych decyzji rośnie wraz z liczebno-
ścią uczestników, to racjonalni osobnicy przyłączają się dopiero od 
punktu E i dezerterują przy mniejszej liczebności. Co i jak zrobić, 
by zapewnić odpowiednią masę krytyczną zwolenników i stworzyć 
warunki do spontanicznego wejścia do strefy zmian? Podmioty czę-
sto rozumują tak: przyłączyłbym się do grona zwolenników zmiany, 
gdyby inni też się przyłączyli, a więc poczekam, kiedy to zrobią. Po-
nieważ jednak to myślenie jest powszechne, mało kto się przyłącza, 

background image

226

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

a zatem gdy nawet większość chce zmiany, niepewność co do zacho-
wań innych pomaga utrzymać status quo

Wspomniano wcześniej, że w przypadku zmiany społecznej mamy 

do czynienia z dość podobnymi mechanizmami. W przypadku estetyki 
jest oczywiście tak, że możliwa jest koegzystencja różnych szkół i nur-
tów sztuki. To nie zawsze możliwe jest w sferze ekonomii i polityki. 
Rewolucja lub zamach stanu czy wreszcie zmiany ustrojowe mogą być 
postrzegane jako zdarzenia zerojedynkowe. Rewolucja albo się powie-
dzie, albo nie

23

. Wiemy z potocznego doświadczenia, że wola więk-

szości nie wystarcza, by doszło do zmian, a obalenie dyktatury mimo 
opozycyjnej postawy większości społeczeństwa nie jest łatwe. Sukces 
rewolucji jest także uwikłany w defekt koordynacji. Potencjalni rewo-
lucjoniści wiedzą, że jeśli wystąpią w mniejszości, to zostaną zgnieceni 
przez dyktaturę i surowo ukarani. Powodzenie jest zatem uwarunko-
wane masowością udziału, ponieważ wówczas prawdopodobieństwo 
sukcesu buntowników rośnie, a represje – choć mogą być masowe – 
stają się mniej dotkliwe, bo przecież wszystkich nie sposób ukarać. Im 
bardziej masowe są wystąpienia, tym bardziej indywidualny rachunek 
strat i korzyści przesuwa się w kierunku zapewniającym przyłączanie 
się kolejnych buntowników i zwolenników zmiany. Uczestnicy nie 
mogą być jednak, ex ante, pewni skali masowości wystąpień. Pesymi-
styczne oceny skłaniają do ostrożności i wyczekiwania na wyjaśnienie 
się sytuacji. Kiedy jednak zbyt wielu czeka, niewielu aktywnie wkracza. 
Te wahania mas społecznych powodują, że w przypadku zdecydowa-
nej reakcji władz bunt zostaje zduszony. Jak widać, w tym przypadku 
zmiana instytucjonalna jest podporządkowana mechanizmowi samo-
spełniającej się prognozy. 

Historycznie rzecz biorąc, jedną z istotnych przeszkód w mobi-

lizacji mas społecznych do zmian są wysokie koszty transakcyjne. 
Konieczne w takiej sytuacji wymiana informacji, koordynacja oraz 
uzgadnianie zachowań uczestników są kosztowne i kłopotliwe. An-
gażują one środki materialne i czas uczestników, a władze równolegle 
podejmują wszelkie kroki, by sparaliżować ten przepływ informacji. 
Dlatego dziś użycie Internetu do porozumiewania się i koordynacji 
działań wydaje się tak ważne, ponieważ znacząco modyfikuje warun-

23 

Oczywiście powodzenie rozumie się tu jako obalenie starego porządku społeczne-

go. Treść późniejszych rozwiązań instytucjonalnych może być różna i budzić spory. Od-
powiedź, czy rewolucja francuska z 1789 roku zakończyła się powodzeniem, czy nie, 
zależy od kryteriów, jakie weźmiemy pod uwagę, a zatem nie jest jednoznaczna. 

background image

227

10. Dlaczego istnieją złe instytucje?  

ki, w jakich działają zwolennicy zmian. Wydarzenia, jakie obserwo-
waliśmy w 2011 roku w północnej Afryce, zwane arabską wiosną, 
były zaskoczeniem dla obserwatorów, a ich konsekwencje w posta-
ci upadku kilku dyktatur zostały powszechnie zinterpretowane jako 
nowa jakość i rezultat nowych sposobów komunikowania się ludzi. 

Trzeba wreszcie zauważyć, że jeżeli zmiana instytucjonalna jest 

kosztowna i ryzykowna, wśród zainteresowanych zawsze pojawia 
się problem gapowicza, czyli przypadek osób lub grup społecznych 
skłonnych przerzucić koszty operacji społecznej na innych. Kolejną 
ewentualnością jest targ o udział w korzyściach między stronami, co 
może prowadzić do załamania się współdziałania. Wspomniano już, 
że skuteczność zmian w obszarze instytucjonalnym jest uwarunkowa-
na masową gotowością do udziału w zmianie. Jeśli nie zostanie prze-
kroczony minimalny próg partycypacji, to reformy zostaną zabloko-
wane. Jednocześnie wiemy

24

, że jeżeli w wyniku zmiany społecznej 

istnieją zarówno wygrani, jak i przegrani, przy czym straty tych ostat-
nich są pewne i dotyczą wyraźnie zidentyfikowanych grup społecz-
nych, wygrane zaś są rozproszone i niepewne, to wspólne osiągnięcie 
celów społecznych jest mało prawdopodobne, nawet gdy zmiana jest 
globalnie korzystna. 

24 

M. Olson, op. cit.

background image

Rozdział 11

Studium przypadku: wahania wzrostu 
gospodarczego w średniowiecznej 
Europie

Studium przypadku zamieszczone poniżej ma być ilustracją, jak 
skomplikowane i złożone są czynniki kształtujące rozwój ekonomicz-
ny. Wzrost gospodarczy zależy w dużej mierze od jakości istniejących 
instytucji, lecz zmiany technologiczne ciągle czynią te instytucje ana-
chronicznymi oraz wymagają dostosowań i zmian po stronie ukła-
du instytucjonalnego. Na rozwoju może zaciążyć także jakiś impuls 
egzogeniczny. Tym zewnętrznym czynnikiem w średniowieczu były 
istotne wahania klimatu, skutkujące małą eksplozją demograficzną. 
To uruchomiło dalsze zmiany i w perspektywie zapewniło Europie 
pozycję dominującą w świecie, ale tylko dlatego, że wcześniej do-
konały się konieczne zmiany instytucjonalne i w dziedzinie postępu 
technicznego. Wybór średniowiecznej Europy na studium przypad-
ku jest spowodowany tym, iż okresy dawniejsze charakteryzują się 
dużo prostszą i bardziej przejrzystą gospodarką niż obecne ekono-
miki, co bardzo ułatwia śledzenie uniwersalnych mechanizmów roz-
wojowych. 

*

Rok 476 n.e., tj. rok upadku zachodniego Cesarstwa Rzymskiego 

i symboliczny początek średniowiecza, nie był – jak się powszech-
nie sądzi – jakąś istotną cezurą w historii europejskiej gospodarki. 
Wprost przeciwnie, wszystkie główne instytucje społeczne, ekono-
miczne i prawne świata rzymskiego funkcjonowały nadal. Barbarzyń-
cy początkowo nie wprowadzali zmian w podziale na prowincje, nie 
zmieniała się organizacja poboru podatków, a prawo rzymskie funk-
cjonowało równolegle do prawa miejscowego

1

. Gospodarka zachod-

M. Banniard, Wczesne średniowiecze na Zachodzie, Oficyna Wydawnicza Volumen, 

Warszawa 1998.

background image

229

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

nioeuropejska wciąż korzystała ze sprawnej sieci dróg, a w rolnictwie 
nie notowano początkowo głębszego regresu. Punktem zwrotnym, 
także w wymiarze ekonomicznym, dla Europy była dopiero inwazja 
islamu w obszarze Morza Śródziemnego w VII wieku. Atak arabski 
okazał się błyskawiczny: po śmierci Mahometa (632 rok n.e.) Ara-
bowie podbili do końca VII wieku całą północną Afrykę od Egiptu 
aż po Cieśninę Gibraltarską. Wcześniej lub równolegle podporząd-
kowali sobie Palestynę i Syrię, Iran i Irak. W początkach VIII wieku 
sięgnęli po Samarkandę i Dolinę Fergańską. Podbój Hiszpanii doko-
nał się w latach 711–714. Choć dalsza ekspansja lądowa Arabów zo-
stała zatrzymana przez Franków w bitwie pod Poitiers (732 rok), to 
morskie podboje trwały nadal: Cypr od 649 roku stał się kondomi-
nium arabsko-bizantyńskim, Baleary zostały opanowane w 798, Kre-
ta w 824, a Sycylia w 827 roku. Przejściowo Arabowie kontrolowali 
wyspy Korsykę i Sardynię, dokonując wypadów na tereny południo-
wej Galii. Flota bizantyńska utrzymała, co prawda, panowanie nad 
wschodnią częścią akwenu śródziemnomorskiego, ale cała pozostała 
część strefy śródziemnomorskiej znalazła się w rękach muzułmań-
skich. 

Dlaczego ten podbój był tak skuteczny i szybki? W tej sprawie 

historycy nie są zgodni. Prawdopodobnie jednak kluczowe znacze-
nie miały dwa czynniki sprzyjające stronie arabskiej. Po pierwsze, 
dwaj główni przeciwnicy Arabów, tj. grecko-łaciński Rzym i perski 
Iran, byli bardzo słabi. Przez całe stulecia oba te supermocarstwa to-
czyły między sobą wyniszczające wojny, które żadnemu z nich nie 
zapewniły sukcesu. Ta wzajemna destrukcja ułatwiła zadanie nowej 
potędze, która pojawiła się na granicach dotychczasowych rywali. 
Po drugie, w latach 535–536 nastąpiła katastrofa klimatyczna, praw-
dopodobnie o światowych, globalnych skutkach, wiemy bowiem, że 
w omawianym okresie temperatura na półkuli północnej obniżyła 
się drastycznie. Oceny skali tego zjawiska są sporne, ale spadek śred-
niej temperatury wyniósł od 1,5°C do nawet 10°C i mógł trwać do 
10 lat. Jedną z hipotez wyjaśniającą przyczyny gwałtownego ozię-
bienia Ziemi jest wybuch wulkanu Krakatau (w rejonie Jawy)

2

. Pyły 

wyrzucone do atmosfery i utrzymujące się tam przez kilka lat ogra-
niczyły dostęp promieni słonecznych, wywołując opisane skutki kli-

K. Wohletz, Were the Dark Ages Triggered by Volcano-related Climate Changes in 

the 6th Century, http://www.ees1.lanl.gov/Wohletz/Krakatau.htm 2000 (dostęp: 2 lipca 
2012).

background image

230

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

matyczne. Nie mamy wciąż pewności, ale jest bardzo prawdopodob-
ne, że wybuch epidemii cztery lata po hipotetycznej erupcji wulkanu 
(czyli w 540 roku n.e.) mógł być pośrednim skutkiem tego katakli-
zmu przyrodniczego

3

. Epidemia ta, znana jako plaga Justyniana (była 

nią prawdopodobnie dżuma dymieniczna), miała katastrofalne skut-
ki demograficzne, gdyż prawdopodobnie doprowadziła do śmierci 
ok. 1/3 ludności Cesarstwa Bizantyjskiego

4

. W podobnej skali zostało 

również dotknięte państwo Persów, natomiast w przypadku Arabów 
efekt ten był dużo mniejszy. Uderzenie islamu na Europę nastąpiło 
więc w momencie, kiedy była ona bardzo osłabiona militarnie i lud-
nościowo, gdyż nie zdołała jeszcze odbudować swego potencjału de-
mograficznego po epidemii dżumy. 

Zdaniem H. Pirenne’a

5

 opanowanie Morza Śródziemnego przez 

najeźdźców muzułmańskich wyznacza właściwy koniec starożytności. 
Jeszcze u schyłku III wieku n.e. krainy rejonu śródziemnomorskiego 
stanowiły swoisty commonwealth. Szlaki morskie były najszybszymi, 
najtańszymi i najmniej ryzykownymi drogami komunikacyjnymi an-
tyku, stanowiąc niejako odpowiedniki dzisiejszych autostrad. Mare 
Nostrum
, jak Rzymianie nazywali Morze Śródziemne, stwarzało tym 
samym idealne warunki do rozkwitu handlu, specjalizacji poszcze-
gólnych regionów w produkcji różnorakich dóbr i ogólnej zamoż-
ności całego obszaru. Ekspansja arabska całkowicie zmieniła tę sytu-
ację, gdyż zablokowała Morze Śródziemne dla europejskich kupców 
(przynajmniej w zachodniej części akwenu), odepchnęła Europę od 
morza i jej tras handlowych. Kiedy Arabowie skonsolidowali osta-
tecznie swoje władztwo w IX wieku w rejonie śródziemnomorskim, 
państwo Karolingów było już tylko krajem lądowym, odciętym od 
morza i zwróconym głównie w kierunku północnym i wschodnim, 
a właściwie bezsilnym na południu. H. Pirenne sądzi, że w VII wie-
ku rozpoczął się stopniowy upadek Europy

6

. Przejawiało się to wy-

raźnym osłabieniem handlu, będącym konsekwencją utraty morskich 

Wynika to z mechanizmu transmisji choroby, roznoszonej przez szczury, wrażliwego 

na zmiany i wysokość temperatury. 

W. Rosen, Justynian’s Flea. Plaque, Empire, and the Birth of Europe, Viking Penguin, 

London 2007.

H. Pirenne, Economic and Social History of Medieval Europe, A Harvest Book Har-

court Inc., Orlando 1936; idemMedieval Cities: Their Origins and the Revival of Trade
Princeton University Press, Princeton 1952.

Nie wszyscy podzielają ten punkt widzenia. Przeciwnikom udało się nieco osłabić 

siłę argumentów H. Pirrene’a, ale nie obalić ich. 

background image

231

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

szlaków handlowych. Trakty lądowe zwiększały ogromnie nie tylko 
koszty transportu, ale także wydłużały czas przewozu, a korzysta-
nie z nich – w świecie licznych rozczłonkowanych i słabych organi-
zmów państwowych ówczesnej Europy, niezdolnych do zapewnienia 
bezpieczeństwa podróżnym i kupcom – było bardzo ryzykowne. Po-
nieważ zamierał handel, upadały także miasta. Aż do X wieku po-
zostawały one głównie ośrodkami władzy politycznej i militarnej, za-
równo świeckiej, jak i duchownej, siedzibami biskupstw i twierdzami 
władców feudalnych. W ciągu kilku wieków traciły swój miejski cha-
rakter jako ośrodki specjalizujące się w handlu, rzemiośle i przemy-
śle. Traciły również swą niezależność polityczną. Jak pokazuje C. Ci-
polla

7

, europejska gospodarka stała się rolniczą peryferią ówczesnego 

świata, gdyż była pozbawiona swojego potencjału handlowego oraz 
zdolności do produkowania wyrobów wysoko przetworzonych. 
Jego zdaniem od czasu upadku Cesarstwa Rzymskiego do począt-
ku XIII wieku Europa była obszarem niedorozwoju w stosunku do 
trzech głównych centrów cywilizacyjnych tamtych czasów, tj. Chin, 
Bizancjum i imperium arabskiego. Europa w roli producenta była in-
teresująca niemal wyłącznie jako dostawca surowców i niewolników, 
importowała natomiast większość wyrobów przetworzonych. 

Regres gospodarczy Europy trwał co najmniej do XI wieku. 

Jednakże już od IX wieku klimat w strefie europejskiej zaczął się 
ocieplać. Europa weszła w okres zwany średniowiecznym optimum 
klimatycznym (Medieval Warm Period), zamykający się w latach 800–
1200. Średnie temperatury podniosły się wówczas o ok. 1,5–2°C, co 
pozornie nie wydaje się wiele, ale spowodowało to wyraźną poprawę 
warunków upraw i wzrost plonów oraz przesunięcie się na północ 
granicy uprawiania winogron i innych ciepłolubnych gatunków ro-
ślin. Cieplejszy klimat otworzył dla żeglugi strefę polarną, dzięki cze-
mu możliwe były wyprawy wikingów w rejony Islandii, Grenlandii 
i dzisiejszej Kanady (Nowej Funlandii)

8

. Zasadniczo pozytywne skut-

ki ocieplenia były bardziej widoczne na północy kontynentu. Kon-
sekwencje zmian klimatycznych przełożyły się na swoistą eksplozję 
demograficzną w Europie, trwającą aż do wybuchu „czarnej śmierci” 
(epidemii dżumy) w 1347 roku. 

C. Cipolla, Before the Industrial Revolution. European Society and Economy, 1000–

1700, W.W. Norton, New York 1994.

Specjaliści w dziedzinie klimatu wiodą spór, czy opisywane tu ocieplenie miało tyl-

ko lokalny, europejski wymiar, czy też było zjawiskiem globalnym. 

background image

232

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Z punktu widzenia gospodarki czynnik pogodowo-klimatyczny 

miał czysto egzogeniczny charakter, zwłaszcza w ówczesnej epoce, 
ale reakcja gospodarki na zmiany klimatyczne, a następnie – szyb-
ki wzrost ludnościowy

9

 były już dużo bardziej skomplikowanymi 

zjawiskami. Nie ulega wątpliwości, że gęstość zaludnienia średnio-
wiecznej Europy była uwarunkowana wydajnością ówczesnego rol-
nictwa. Warunkiem wzrostu liczby ludności było zatem zwiększenie 
produktywności ziemi, początkowo bardzo niskiej. Dlatego też – nie-
zależnie od stopniowego ocieplania się klimatu – stało się to możli-
we dzięki czterem głównym wynalazkom pojawiającym się w okresie 
średniowiecza

10

. Te nowe technologie obejmowały:

•  ciężki pług wykorzystywany od VII wieku; 

•  podkuwanie koni i nowe sposoby zaprzęgania ich do pracy na 

roli (wynalazek chomąta) od IX wieku

11

•  wykorzystanie trójpolówki, stopniowo upowszechniającej się od 

VIII wieku;

•  zastosowanie młyna wodnego od VI wieku.

Na południu Europy tradycyjnie korzystano z prymitywnych 

form orki wykonywanej przy użyciu radła czy sochy. Te metody jed-
nak nie były możliwe do zastosowania na ciężkich i mokrych zie-
miach północnej części Europy. Tu potrzebna była nowa technologia 
i taką stał się ciężki pług na kołach, ciągniony przez kilka wołów. 
Stopniowo w konstrukcji pługa zamiast wyłącznie części drewnia-
nych wykorzystywano w coraz większym stopniu żelazo. Produkcja 
żelaza w późnym średniowieczu była dość znaczna

12

, m.in. ze wzglę-

W latach 600–1000 ludność Europy wzrosła o około 38%. Por. J. Wigelsworth, Sci-

ence and Technology in Medieval European Life, Greenwood Press, Westport 2006.

10 

Ściślej biorąc, nie wszystkich wynalazków dokonano w średniowieczu i nie wszyst-

kich w Europie, ale na tym kontynencie technologie owe upowszechniły się w omawia-
nym okresie. 

11 

Z militarnego punku widzenia podobnie wielkie znaczenie ma wynalazek strzemie-

nia (między 400 a 700 rokiem n.e.), pozwalający bardziej skutecznie wykorzystywać 
konia do walki. Zob. L. White jun., Medieval Technology & Social Change, Oxford Uni-
versity Press, Oxford 1962. 

12 

G. Duby dowodzi, że produkcja żelaza, początkowo wykorzystywana do produkcji 

broni i na potrzeby militarne, zaczęła – najpóźniej w XII wieku – masowo przenikać na 
wieś. Zob. G. Duby, The Early Growth of the European Economy, Cornell University 
Press, Ithaka 1974. 

background image

233

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

du na dość masowe używanie młynów wodnych

13

 w celu rafinowania 

metali. Oczywiście żelazny pług był dużym usprawnieniem techniki 
orki. Dostępność wyrobów z żelaza miała także ten skutek, że umoż-
liwiła w praktyce wykorzystanie koni dla celów rolnych (i militar-
nych). W suchym klimacie południowej Europy podkuwanie koni 
nie było konieczne, ale na mokrym gruncie na północy niepodkute 
konie raniły się i niszczyły sobie kopyta. Dopiero po wynalezieniu 
i zastosowaniu podków wykorzystanie koni do celów pociągowych 
stało się możliwe na większą skalę. Co najmniej równie istotny oka-
zał się wynalazek chomąta, pozwalający używać koni do ciężkiej orki. 
Początkowo stosowanie takiej uprzęży, jakiej używano w przypadku 
wołów, czyli w postaci jarzma, nie pozwalało w pełni wykorzystać 
siły pociągowej koni, bo dławiło im tchawicę i wielokrotnie obniża-
ło ich wydajność pracy. Dlatego zarówno nowy sposób zaprzęgania 
koni do pracy, jak i podkuwanie ich znacznie zwiększało wydajność 
orki w porównaniu z wydajnością wołów. Jednak największym osią-
gnięciem technologicznym średniowiecza w dziedzinie rolnictwa był 
system rotacyjnego uprawiania ziemi (trójpolówka). Polegał on na 
obsiewaniu jednego kawałka ziemi roślinami ozimymi, drugiego – ja-
rymi i pozostawieniu trzeciego obszaru jako ugoru. W porównaniu 
ze stosowanym wcześniej systemem dwupolowym (połowa areału 
uprawiana, połowa ugoruje) nowy system zwiększał obszar upraw 
o 1/6, a także rozszerzał produkcję oraz rozkładał wysiłek w cią-
gu roku bardziej równomiernie. Niektórzy autorzy zwracają jednak 
uwagę, że trójpolówka umożliwiła przede wszystkim sianie i sadze-
nie na dużą skalę upraw jarych. Oznaczało to m.in. wysokie zbiory 
owsa, najważniejszej, energetycznej paszy dla koni. Utrzymanie ko-
nia było droższe niż wołu, ale koń był potencjalnie bardziej produk-
tywny. W rezultacie wykorzystanie koni było bardziej efektywne niż 
wołów, o ile karmiono je owsem, na co pozwalała trójpolówka. Im 
zatem mocniej rozwijał się system trójpolowy, tym bardziej rosło zna-
czenie koni jako siły roboczej i podnosiła się produktywność rolnic-
twa. Wreszcie trójpolówka (przez czysty przypadek, choć szczęśliwie) 
zapewniała relatywną równowagę żywnościową: produkcję i kon-
sumpcję węglowodanów (zboża w zasiewach ozimych) oraz protein 
(warzywa i rośliny strączkowe w uprawach jarych). To właśnie ta die-

13 

Odnotujmy, że młyn wodny znany był już w starożytności, ale z niezbyt zrozumia-

łych powodów technologia ta upowszechniła się dopiero w średniowieczu. 

background image

234

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

ta, a nie sama ilość żywności stanowiła ważną przesłankę wyjaśniają-
cą ekspansję ludnościową

14

Analiza wyżej opisanych zmian technologicznych wskazuje, że 

ich upowszechnienie się było możliwe tylko pod warunkiem istot-
nych dostosowań instytucjonalnych. Zarówno organizacja produk-
cji, jak i struktury własności musiały się znacząco zmienić. Użycie 
ciężkiego pługa wymagało zbiorowego wysiłku, gdyż drobni chłopi 
nie byli w stanie pojedynczo utrzymać tak dużej liczby zwierząt po-
ciągowych, by móc orać takim sprzętem. Ponadto zamiast pozosta-
wać przy szachownicy indywidualnych pól, efektywna orka wyma-
gała złączenia całego areału danej wsi w otwarty obszar, bez płotów, 
umożliwiający oranie długich, wąskich kawałków ziemi. Wreszcie 
zastosowanie trójpolówki i zespołowa uprawa roli wymagała przy-
pisania różnym chłopom prawa do poszczególnych kawałków ziemi 
niejako sekwencyjnie, tak by zainteresowani nie byli ani uprzywile-
jowani, ani pokrzywdzeni. Z kolei rotacyjne „prawa własności” wy-
magały wzmocnienia władzy lokalnej, tak by jej autorytet pozwalał 
skutecznie rozstrzygać spory i dystrybuować grunty

15

.

Nie było żadnej gwarancji, że średniowieczna Europa wejdzie 

w fazę wzrostu produkcyjności własnego rolnictwa i wysokiej eks-
pansji ludnościowej, należy bowiem uwzględnić następujące oko-
liczności: po pierwsze, korzystne zmiany klimatyczne w posta-
ci ocieplenia stanowiły czynnik egzogeniczny, nastąpiły całkowicie 
przypadkowo i jedynie stworzyły – potencjalnie – sprzyjające warun-
ki dla ekspansji, ale nie przesądzały o powodzeniu. Po drugie, podbój 
arabski odepchnął Europę od strefy śródziemnomorskiej i spowodo-
wał, że centrum tego kontynentu przesunęło się na północ, a krajo-
braz gospodarki europejskiej stał się niemal wyłącznie rolniczy. To 
przesunięcie postawiło przed rolnictwem nowe wyzwania, ale nowe 
technologie produkcyjne mogły się pojawić lub nie. Gdyby się nie 
pojawiły, europejska gospodarka utknęłaby w pułapce niskiej pro-
dukcji i małego zaludnienia. Po trzecie, jak wiadomo, samo odkrycie 
nowej technologii niczego jeszcze nie rozstrzyga, o czym świadczy 
przypadek braku szerszego wykorzystania młyna wodnego w staro-
żytnym Rzymie. Wprowadzenie nowych technologii w ówczesnym 
rolnictwie oznaczało wzrost wartości wyposażenia technicznego 
względem wartości ziemi. Nie wszystkie społeczności wiejskie były 

14 

L. White jun., op. cit.

15 

Ibidem.

background image

235

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

w stanie podążyć tą drogą, część z nich bowiem nie posiadała dosta-
tecznych środków ekonomicznych, by wdrożyć te technologie. Po 
czwarte, na ogół nowatorskie, przełomowe rozwiązania techniczne 
wymagają nowych reguł gry. Wydaje się, że kluczowy warunek zasto-
sowania nowej technologii stanowiła przebudowa infrastruktury in-
stytucjonalnej, co faktycznie nastąpiło, ale w mniej sprzyjających wa-
runkach mogło zostać zablokowane. Po piąte, co prawda dokonujący 
się przyrost produkcyjności w rolnictwie europejskim i większa pro-
dukcja żywności pozwalały na wzrost potencjału demograficznego 
kontynentu, ale istniała zapewne także odwrotna zależność w postaci 
rosnącej presji demograficznej na udoskonalenia techniczne i insty-
tucjonalne w produkcji rolnej, pozwalające na osiągnięcie wyższej 
gęstości zaludnienia. Obie te tendencje warunkowały się wzajemnie. 

Równolegle z procesami postępu w rolnictwie w Europie zary-

sowało się silne ożywienie w handlu. Ta średniowieczna rewolucja 
handlowa, jak ją nazwali niektórzy historycy

16

, stała się możliwa tyl-

ko dlatego, że kilka podstawowych warunków zaistniało jednocześ-
nie. Pierwszym z nich była stabilizacja polityczna i relatywny pokój. 
Począwszy od najazdu Arabów, chrześcijańska Europa była podda-
wana ciągłym atakom i najazdom

17

. Od VII–VIII wieku skandynaw-

scy wojownicy (wikingowie) pustoszyli wybrzeża Anglii (786–796), 
Irlandii (795) i Galii (799). Te łupieżcze wyprawy od IX wieku przy-
brały na sile, tak iż Galia w latach 856–862 była już pod bardzo silną 
presją. Po 878 roku ponad połowa Anglii znalazła się w rękach wi-
kingów. Saraceńscy korsarze atakowali statki europejskich kupców 
z wybrzeży północnej Afryki i Hiszpanii oraz bez problemów do-
cierali do wybrzeży Italii, wysp na Morzu Tyrreńskim i południowej 
Galii, kontrolując nawet przejściowo górskie szlaki handlowe rejonu 
Alp. Wreszcie stepowi Madziarzy z Niziny Panońskiej systematycz-
nie (33 wypady w latach 899–955) atakowali i grabili terytoria tak 
odległe, jak Brema czy Lombardia. Zmiana nastąpiła ok. X–XI wie-
ku. Węgrzy w 955 roku zostali pokonani na rzeką Lech przez cesa-
rza Ottona I, tak więc ich najazdy na państwo Franków skończyły 
się. Ataki wikingów, początkowo tak destrukcyjne, stopniowo słabły 
zarówno ze względu na rosnącą skuteczność działań defensywnych, 
jak i zmianę charakteru zachowań samych wojowników skandynaw-

16 

R. Lopez, The Commercial Revolution of the Middle Ages, 950–1350, Cambridge 

University Press, Cambridge 1976.

17 

Por. G. Duby, op. cit.

background image

236

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

skich. Osiedlając się na przejmowanych czy podbijanych terytoriach, 
stawali się oni coraz bardziej kupcami i handlarzami, a w niektórych 
przypadkach także kolonizatorami tych ziem. Wenecja oczyściła Ad-
riatyk z piratów, dzięki czemu handel stał się mniej ryzykowny i bar-
dziej opłacalny. Od XI wieku Genua i Piza rozpoczęły kontrofensywę 
przeciwko islamowi, najpierw wypychając wroga z Sardynii, a po-
tem atakując go nawet w północnej Afryce. Jeszcze zanim doszło do 
pierwszej krucjaty (1096), panowanie Arabów na Morzu Śródziem-
nym zaczęło dobiegać końca. 

Obok częściowej stabilizacji politycznej i „odkorkowania” stre-

fy śródziemnomorskiej dla handlu i żeglugi europejskiej poprzez ze-
pchnięcie potęgi muzułmańskiej na południe istotne znaczenie dla 
rozkwitu handlu miała ekspansja demograficzna. Rosnący potencjał 
ludnościowy ówczesnej Europy tworzył potencjalnie duży i chłonny 
rynek zbytu, ale także, bez wątpienia, pozwalał na militarną ofensy-
wę. Przejawem tej ekspansji były krucjaty. Ich rola jest przedmiotem 
sporów wśród historyków, ale niewątpliwie miały one wielki udział 
w budowaniu potęgi ekonomicznej takich włoskich miast, jak Wene-
cja czy Genua. Wyprawy krzyżowe tworzyły ogromne zapotrzebowa-
nie na środki transportu dla ludzi i sprzętu oraz stymulowały wymia-
nę towarową między Ziemią Świętą a zachodnią Europą. W miarę 
jak ruch krucjat rozwijał się, czołowe miasta włoskie rozbudowywały 
swe floty handlowe i wojenne, ustanawiały morską hegemonię oraz 
zdobywały pozycję, dzięki której zaczęły dyktować warunki handlu 
na południu Europy. 

Niski poziom produktywności rolnictwa zmuszał niemal całą 

ludność do produkcji żywności. Kiedy jednak w rolnictwie pojawiły 
się nadwyżki, coraz większa część populacji mogła zostać oderwana 
od roli. Były to różne grupy ludzi: władcy i możnowładcy, służba 
i zarządcy, duchowni, urzędnicy, żołnierze, kupcy, rzemieślnicy, lu-
dzie sztuki i nauki. Stwarzało to warunki do przyspieszenia postępu 
technicznego i cywilizacyjnego, a także umożliwiało rozwój miast. 
Nie ma postępu w rolnictwie bez produkcji przemysłowej i rzemio-
sła, ale i miasta nie mogą się rozwijać bez zaplecza żywnościowego. 
Ta specjalizacja miasta i wsi tworzy wzajemne uzależnienie, pozwa-
lając na czerpanie korzyści obu stronom, pod warunkiem jednak że 
uda się przeskoczyć lokalny wymiar rynków, a wówczas cały układ 
otwiera się na zewnątrz i wchodzi w intensywną wymianę towarową 
ze światem. W późnym średniowieczu ukształtowały się w Europie 

background image

237

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

dwa wyraźne centra produkcyjno-handlowe. Jedno w północnej Ita-
lii, skupione wokół handlowych potęg – Wenecji na zachodzie pół-
wyspu oraz Genui i Pizy na wschodzie – zbudowało swe zaplecze 
produkcyjne i przemysłowe w Lombardii. Wzrost gospodarczy ta-
kich lombardzkich miast, jak Cremona, Bergamo, Lodi czy Wero-
na, był ufundowany na wytwarzaniu i wymianie wyrobów przetwo-
rzonych. Drugim centrum produkcyjnym była Flandria produkująca 
wełnę, której naturalnym kierunkiem ekspansji handlowej były rynki 
Morza Północnego i Bałtyku. Oba te ośrodki gospodarcze ciążyły 
jednak ku sobie, a wymiana handlowa między nimi stawała się coraz 
bardziej intensywna, czego dowodem są dobrze prosperujące słynne 
średniowieczne targi w Szampanii (położone w połowie drogi mię-
dzy oboma centrami). Rewolucja handlowa zaczęła się więc niejako 
na dwóch krańcach Europy, ale jej promieniowanie oddziaływało in-
tensywnie na całość kontynentu, acz w silnie zróżnicowany sposób. 

Zauważmy jednak, że ani potencjalny popyt (presja demogra-

ficzna), ani istnienie portów handlowych i kupców gotowych wy-
mieniać produkty (włoskie miasta–państwa) nie byłyby wystarcza-
jącą przesłanką ekspansji gospodarczej i produkcyjnej, gdyby nie 
prężność ekonomiczna miast. To one stały się ośrodkami, w których 
skupiała się działalność produkcyjna i kwitło rzemiosło, to one spro-
wadzały fachowców i specjalistów oraz zachęcały ich do osiedlania 
się w granicach miasta. To miasta stały się centrami postępu tech-
nicznego w produkcji, a także budowały coraz silniejsze powiązania 
ze swym wiejskim zapleczem. Otoczenie miast stanowiło naturalny 
rynek zbytu i źródło pozyskiwania siły roboczej oraz dostarczało su-
rowców. Rozwój miast europejskich stał się możliwy, gdyż uzyskały 
one polityczną niezależność. Jej atrybutami były: obalenie praw se-
nioralnych i roszczeń finansowych ze strony pana feudalnego (ksią-
żąt świeckich lub biskupów), które mogłyby być sprzeczne z roz-
wojem handlu i przemysłu, ustanowienie samorządu miejskiego, 
wprowadzenie jurysdykcji municypalnej, swoboda obrotu ziemią 
traktowaną jak kapitał, własny system podatków miejskich, likwida-
cja osobistej zależności oraz wolność osobista („miejskie powietrze 
czyni wolnym”). 

Wśród rywali Europy Zachodniej ani Chiny, ani kraje islamu nie 

przeszły tej ewolucji instytucjonalnej, która nadałaby ich miastom 
i ich nauce charakter pozwalający na stworzenie warunków do po-
wstania kapitalizmu oraz rewolucji przemysłowej. Są autorzy, którzy 

background image

238

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

w tym kontekście zwracają uwagę na kluczową rolę norm społecz-
nych i kulturowych

18

. Ich zdaniem na Zachodzie nauka mogła się 

rozwijać tylko dlatego, że panująca w średniowieczu ideologia i in-
stytucjonalny Kościół odrzuciły okazjonalizm i zaakceptowały tezę, 
że Bóg stworzył świat zgodnie z prawem naturalnym, co daje lu-
dziom możność badania tego świata i odkrywania jego prawidłowo-
ści. Zgodnie z tą ideologią to człowiek jest kowalem własnego losu, 
a nie interwencja boska, a do prawa naturalnego możemy odwoły-
wać się po to, by poprzez zasady przyczynowości wyjaśniać świat.

Pojawienie się także innych innowacji instytucjonalnych pozwa-

la lepiej zrozumieć źródła znacznego przyspieszenia wzrostu ekono-
micznego w okresie późnego średniowiecza. Jak pokazuje C. Cipolla, 
od XI do XVI wieku miejscem narodzin większości takich innowacji 
była Italia. Wraz z rozwojem handlu rosło zapotrzebowanie na wy-
godny sposób rozliczeń, co przyczyniło się do rozpowszechnienia się 
czeków, listów kredytowych i banków. O ile początkowo wszyscy 
– kupcy, właściciele feudalni i rządy – stosowali prosty i tani jedno-
stronny system księgowania (typu: zaciągnął zobowiązanie – spłacił), 
o tyle w końcu XIII wieku rosnąca złożoność transakcji zawieranych 
w wielu miejscach z licznymi podmiotami zmuszała do szukania lep-
szych narzędzi ich rozliczania

19

. Włoscy kupcy zaczęli więc stoso-

wać na coraz szerszą skalę dwustronny system księgowania, choć np. 
w handlu hanzeatyckim jeszcze długo ta innowacja nie była znana. 
W dziedzinie bardzo zyskownego długodystansowego handlu mię-
dzynarodowego wystąpiły z kolei dwa inne problemy: jak pozyskać 
kapitał i jak zarządzać ryzykiem? Bez ich rozwiązania utrzymałby się 
jedynie handel lokalny. W Wenecji i Genui typowymi instytucjami 
były tzw. commenda oraz spółka morska. Oba koncepty przypomi-
nały dzisiejszą spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zastosowa-
ną do handlu morskiego, w której ryzyko wyprawy ponosił kupiec. 
W przypadku commenda inwestorzy pozostający w domu wykładali 
całość pieniędzy i otrzymywali 3/4 zysku, w spółce morskiej zaś in-
westor wykładał 2/3 pieniędzy, kupiec 1/3, a zyski (straty) dzielili po 
połowie

20

18 

Por. R. Lipsey, K. Carlaw, C. Bekar, Economic Transformations. General Purpose 

Technologies and Long Term Economic Growth, Oxford University Press, Oxford 2005. 

19 

E. Hunt, J. Murray, A History of Business in Medieval Europe 1200–1550, Cam-

bridge University Press, Cambridge 1999.

20 

Ibidem.

background image

239

11. Studium przypadku: wahania wzrostu gospodarczego...

Europejska ekspansja spowodowała, że już w XIV wieku układ sił 

zaczął się zmieniać. Producenci europejscy, dotychczas dostarczający 
surowców, zaczęli być poszukiwani jako wytwórcy dóbr przetworzo-
nych i luksusowych. Na początku XVI wieku hegemonia Europy sta-
ła się faktem. 

background image
background image

Zakończenie 

Nie potrafimy przewidzieć, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń 
w światowej gospodarce. Czy obecny kryzys ekonomiczny w krajach 
rozwiniętych – jak dotąd dominujących zarówno technologicznie, 
jak i w sferze osiągnięć naukowych – okaże się przejściowy, a proces 
stopniowego słabnięcia Zachodu i względnej erozji jego pozycji he-
gemonicznej ulegnie zatrzymaniu lub nawet odwróceniu? Czy raczej 
czeka nas zasadnicza przebudowa dotychczasowego układu sił? Czy 
obserwowane w kilku ostatnich dekadach radykalne przyspieszenie 
wzrostu ekonomicznego w niektórych krajach dotychczasowych pe-
ryferii będzie miało trwały charakter i zakończy się sukcesem w po-
staci dogonienia rozwiniętych rywali? 

Przyczyny sukcesu chińskiej strategii pogoni za światem rozwi-

niętym są dla nas wciąż zagadką. Mimo licznych publikacji i róż-
norakich prób wyjaśnienia źródeł chińskiego fenomenu ekonomia 
rozwoju dość bezradnie obserwuje ten bieg zdarzeń, ponieważ cały 
układ instytucjonalny Chin „nie pasuje” do schematu, jaki ta teo-
ria wypracowała na potrzeby wyjaśniania mechanizmów rozwoju. 
Kształt azjatyckiego modelu gospodarowania (dotyczy to zwłaszcza 
przypadku Chin, Tajwanu, Korei Południowej czy Singapuru) w ogó-
le pozostaje w dużej sprzeczności z wieloma rekomendacjami zarów-
no ekonomistów teoretyków, jak i światowych instytucji finanso-
wych (Międzynarodowego Funduszu Walutowego) czy pomocowych 
(Banku Światowego). Silna rola państwa, selektywny, ale jednak wy-
raźny protekcjonizm względem własnej gospodarki, rozmyte prawa 
własności, zrost sektora bankowego z produkcyjnym – wszystko to 
jest przez tradycyjną ekonomię postrzegane jako źródło problemów, 
jako czynniki wpływające niekorzystnie na wzrost ekonomiczny, 
a nie narzędzia przyspieszenia. Przypadek szybko rozwijających się 
azjatyckich tygrysów może zatem sugerować, że nasze wyobrażenia 
o optymalnych strategiach rozwojowych są dzisiaj kształtowane dość 

background image

242

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

jednostronnie przez europejskie, a zwłaszcza amerykańską praktykę 
i doświadczenia. Można sądzić, że absolutyzowanie tych doświad-
czeń jest przejawem teoretycznej arogancji i niezrozumienia, jak bar-
dzo zróżnicowane są gospodarujące społeczności i jak bogate może 
być spektrum różnych instytucjonalnych konfiguracji prorozwojo-
wych. Jednakże i w tej sprawie nie mamy pewności. Nie można wy-
kluczyć ani tego, że azjatycki przypadek jest szczególny i odpowiada 
tylko wczesnej fazie pogoni za krajami rozwiniętymi, a potem wszyst-
ko wróci do normy, ani tego, że jest on nową formułą rozwojową, 
dopasowaną do realiów oraz warunków społeczeństw odmiennych 
kulturowo i historycznie. Nie umiemy na to pytanie dziś odpowie-
dzieć, choć nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najważniejszych 
zagadnień, z jakim będziemy konfrontowani w obecnym wieku. 

Jest jeszcze jedno, trochę mniej ambitne naukowo pytanie, choć 

z polskiego punktu widzenia o wiele bardziej interesujące: czy Pol-
ska zdoła utrzymać relatywnie wysokie tempo wzrostu wobec swych 
najbliższych sąsiadów z Unii Europejskiej i nadal zmniejszać dystans 
cywilizacyjny? Dotychczasowe źródła naszych sukcesów wynikały 
z trzech czynników: wysokiej indywidualnej przedsiębiorczości Po-
laków, wzmocnionej wysokimi kwalifikacjami siły roboczej, dopływu 
znacznych środków finansowych z Unii i taniej siły roboczej. Dzięki 
temu ostatniemu czynnikowi polska gospodarka stanowi dziś w du-
żym stopniu wielką montownię dla przemysłu najwyżej zaawansowa-
nych technologicznie krajów unijnych, głównie Niemiec, i ich zaplecze 
przemysłowe. Niemniej część tych źródeł wzrostu dla Polski niebawem 
wyschnie i pojawi się problem, co ma je zastąpić. Polska jest obecnie 
krajem o niezwykle niskich współczynnikach innowacyjności, a więc 
technologicznie bardzo niesamodzielnym. Jednocześnie kraj nie ma 
żadnej przemyślanej długookresowej strategii rozwojowej na szczeblu 
rządowym, a polityka gospodarcza reaguje jedynie na bieżące wyzwania 
i zdarzenia. Kiedy wygasną impulsy wynikające z wejścia do Unii Eu-
ropejskiej i ustanie dopływ pieniędzy z zewnątrz na rozbudowę infra-
struktury technicznej, polska gospodarka może zacząć dryfować. Warto 
przy tym zwrócić uwagę, że Polska jest pokazowym przykładem kraju, 
który przyjął i wdrożył wszelkie rekomendacje doktryny ekonomicznej: 
zliberalizował swe obroty z zagranicą i przepływy kapitałowe, prze-
prowadził masową prywatyzację za pośrednictwem obcego kapitału

1

  

Do tego stopnia, że dzisiaj niektórzy zwolennicy tej drogi są skłonni mówić o po-

trzebie ewentualnej repolonizacji, np. banków.

background image

243

Zakończenie 

oraz zrekonstruował system instytucjonalny na obraz i podobieństwo 
krajów zachodnich. Zarówno polski, jak i chiński przykład wskazuje, 
że życie może być znacznie bogatsze niż jakikolwiek schemat myślowy. 
Można być posłusznym i pilnym uczniem bez sukcesów albo niepo-
kornym, ignorującym naukę wagarowiczem zdumiewająco skutecz-
nym życiowo. 

Zgromadzone doświadczenia praktyczne wyraźnie pokazały, że 

rozwój ekonomiczny w decydującym stopniu zależy od czynników 
wewnętrznych, tj. właściwych instytucji, jakości prawa, sprawnych 
rządów i prowadzonej przez nie polityki gospodarczej. Można oczy-
wiście poszukiwać różnych usprawiedliwień czy politycznych alibi, 
odwoływać się do negatywnego spadku kolonializmu czy – obecnie 
– do roli obcego kapitału jako czynników pogarszających szanse. Dla 
wielu krajów obciążeniem są geografia, warunki klimatyczne i zdro-
wotne. Problemem może być duża odległość od rynków zbytu, wy-
sokie koszty transportu i izolacja geograficzna. Nie zmienia to jed-
nak faktu, że jedynie przez odwołanie się do rodzimych czynników 
sprawczych oraz odblokowanie wewnętrznych hamulców można 
uruchomić potężne siły rozwojowe, wyższą aktywność ekonomiczną 
jednostek i lokalną przedsiębiorczość. Przecież tylko na te wewnętrz-
ne czynniki mamy wpływ. Owszem, narodową strategię rozwoju 
należy widzieć w kontekście globalizacji. Procesy rozwojowe nie są 
już wyłącznie domeną narodową, a zmiany gospodarcze przebiegają 
zgodnie z logiką systemu światowego. Kraje rozwijające się, zwłasz-
cza małe i średnie, nie kreują reguł tej światowej gry, bo ona jest lo-
giką hegemonii, niemniej muszą się tej logice bezwzględnie podpo-
rządkować. W tym sensie dzisiejszy start dla spóźnionych jest o wiele 
trudniejszy, gdyż suwerenność ich decyzji ekonomicznych jest ogra-
niczona ramami globalizacji. Państwa mogą dziś dużo mniej, ponie-
waż w swoich decyzjach muszą uwzględniać zagrożenia wynikające 
z zewnętrznych presji. Przepływy kapitałowe mogą zdestabilizować 
niemal każdą gospodarkę, gdy dysponenci kapitału czują się zaniepo-
kojeni rosnącym ryzykiem lub zniechęceni zbyt niską stopą zwrotu. 
Przy wysokim stopniu specjalizacji eksportowej kraje są wystawione 
na wielkie ryzyko wahań koniunktury na poszczególnych rynkach 
bez możliwości amortyzowania tych wstrząsów w innych sektorach 
produkcji. Im mniejszy jest kraj, tym te zagrożenia i ryzyka są po-
ważniejsze, a mimo to nie ma alternatywy dla mobilizacji wewnętrz-
nych sił jako motoru zmian. Jeden z autorów posłużył się w tym 
kontekście inną formułą. Jego zdaniem rozwój, wychodzenie z biedy, 

background image

244

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

bogacenie się i awans cywilizacyjny są uwarunkowane odpowiednio 
silnymi motywacjami

2

. Kiedy tych motywacji brakuje – wszystko zo-

staje zablokowane. Można się zgodzić z tą formułą, jeśli motywacje 
postrzegamy jako kolektywne, a nie jedynie indywidualistyczne. Od 
kiedy wiemy już, że procesy gospodarowania wymagają kooperacji, 
jest dla nas jasne, iż sposób zorganizowania zbiorowego wysiłku ma 
decydujące znaczenie. 

Zarazem jednak nie należy bagatelizować mechanizmów ekono-

micznych odpowiedzialnych za procesy dywergencji w skali świa-
towej, tj. za pogłębianie się dysproporcji między krajami i regiona-
mi. Te mechanizmy są głównie rezultatem efektów skali. Duże rynki 
działają sprawniej i efektywniej. Przynoszą wyższe stopy zwrotu, ce-
chują się niższymi ryzykami, a duże i rozwinięte gospodarki mają 
bardziej kompletny zestaw rynków. W małych gospodarkach o płyt-
kich rynkach brakuje np. rynków ubezpieczeniowych czy usług pu-
blicznych. Duże rynki i wysoka koncentracja popytu ułatwiają prze-
pływ informacji i technologii. Wyjaśnia to przyczyny, dla których 
gospodarki uzyskujące przewagę wzmacniają dodatkowo szanse na 
jej utrwalenie. Korzyści skali, uruchamiając mechanizm dodatnich 
sprzężeń zwrotnych, wpływają na różnicowanie się tempa wzrostu 
ekonomicznego w taki sposób, że im bardziej jesteś zamożniejszy, 
tym szybciej się rozwijasz. Wszystko to są obiektywne przesłanki ma-
jące swe źródła w uwarunkowaniach technologicznych, niemniej me-
chanizmy korzyści skali stanowią potężny czynnik utrwalający zaco-
fanie. Wysoka jakość instytucji sama w sobie nie znosi (nie usuwa) 
tego upośledzenia wynikającego z płytkości i wielkości rynków. Ja-
kość infrastruktury instytucjonalnej może co najwyżej częściowo sub-
stytuować defekty niskiej gęstości popytu i małych rynków. 

Na szczęście istnieją granice rosnących dysproporcji dochodo-

wych i majątkowych, zmieniają się również technologie. Daje to 
obecnie szansę na pewną korektę istniejącego status quo. Postęp tech-
niczny, obniżając koszty transportu, częściowo znosi dystans geogra-
ficzny. Lokalizacja produkcji traci na znaczeniu, ale przyszłość poka-
że, jak bardzo zmieni to sytuację. 

W. Easterly, The Elusive Quest for Growth, MIT Press, Cambridge 2001.

background image

Bibliografia 

Acemoglu D., Johnson S., Robinson J., The Colonial Origins of Comparative 

Development: An Empirical Investigation, „American Economic Review”, 
Vol. 91, December 2001.

Acemoglu D., Johnson S., Robinson J., Reversal of Fortune: Geography and In-

stitutions in the Making of the Modern World Income Distribution, „Quar-
terly Journal of Economics”, Vol. 117, No. 4, November 2002.

Acemoglu D., Robinson J., Economic Origins of Dictatorship and Democracy

Cambridge University Press, Cambridge 2005.

Anderson J., Wincoop E., Trade Costs, „Journal of Economic Literature” 2004, 

Vol. 42, No. 3.

Arthur W., Positive Feedbacks in the Economy, „Scientific American”, No. 262, 

February 1990.

Bairoch P., Economics and World History: Myths and Paradoxes, University of 

Chicago Press, Chicago 1993.

Bairoch P., Victoires et deboires. Histoire economique et social du monde du XVI 

siecle a nos jours, Editions Gallimard, Paris 1997.

Banniard M., Wczesne średniowiecze na Zachodzie, Oficyna Wydawnicza Volu-

men, Warszawa 1998.

Bardhan P., Scarcity, Conflicts, and Cooperation. Essays in the Political and Insti-

tutional Economics of Development, MIT Press, Cambridge, Mass. 2004.

Barzel Y., Economic Analysis of Property Rights, Cambridge University Press, 

Cambridge 1997.

Basu K., Analytical Development Economics. The Less Developed Economy Re-

visited, MIT Press, London 2003.

Blanchflower D., International Evidence on Well-Being, IZA Discussion Paper 

2008, No. 3354.

Caviedes C., El Nino in History: Storming through the Ages, Florida University 

Press, Gainesville 2002.

Cipolla C., Before the Industrial Revolution. European Society and Economy, 

1000–1700, W.W. Norton, New York1994.

C. Clark, The Conditions of Economic Progress, Macmillan, London 1960.
Climate Change 2007: Synthesis Report, Summary for Policymakers, An Assess-

ment of the Intergovernmental Panel on Climate Change, Valencia 2007.

background image

246

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

CNNMONEY, Global 500. Our Annual Ranking of the World’s Largest Corpo- 

rations 2011, 2011, http://money.cnn.com/magazines/fortune/global500/ 
2011/full_list (dostęp: 23 kwietnia 2012).

Colin C., The Conditions of Economic Progress, Macmillan, London 1960.
Collier P., Economic Causes of Civil Conflict and Their Implications for Policy

[w:] Turbulent Peace: The Challenges of Managing International Conflict
red. Ch. Crocker, F. Osler Hampson, P. Aall, USIP Press, Washington 2001.

Collier P., The Bottom Billion. Why the Poorest Countries Are Failing and What 

Can Be Done about It, Oxford University Press, Oxford 2007.

Collier P., Wars, Guns, and Votes, Harper, New York 2009.
Corden M., Booming Sector and Dutch Desease. Survey and Consolidation

„Oxford Economic Papers” 1984.

Czapiński J., Kapitał ludzki i kapitał społeczny a dobrobyt materialny: polski 

paradoks, „Zarządzanie Publiczne” 2008, nr 4.

Diamond J., Guns, Germs and Steel, W.W. Norton, New York 1997.
Duby G., The Early Growth of the European Economy, Cornell University 

Press, Ithaka 1974.

Easterlin R., Will Raising the Incomes of All Increase the Happiness of All?, 

„Journal of Economic Behavior and Organization” 1995, Vol. 27.

Easterlin R., The Reluctant Economist. Perspectives on Economics, Economic 

History, and Demography, Cambridge University Press, Cambridge 2004.

Easterly W., The Elusive Quest for Growth, MIT Press, Cambridge 2001.
Edison H., Testing the Links. How Strong Are the Links between Institution-

al Quality and Economic Performance?, „Finance & Development”, June 
2003.

Eggertsson T., Imperfect Institutions. Possibilities and Limits to Reform, Uni-

versity of Michigan Press, Ann Arbor 2005.

Emmanuel A., Unequal Exchange. A Study of Imperialism of Trade, „Monthly 

Review of Press”, London 1972.

European Commission, Special Eurobarometer nr 223. Social Capital, Brussel, 

February 2005.

Evers T., von Wogau P., „Dependencia”: latynoamerykański wkład do teorii nie-

dorozwoju, [w:] Ameryka Łacińska. Dyskusja o rozwoju, red. R. Stemplow-
ski, Czytelnik, Warszawa 1987.

Fagan B., Floods, Famines and Emperors. El Nino and the Fate of Civilizations

Basic Books, New York 1999.

Fogel R., The Escape from Hunger and Premature Death, 1700–2100, Cam-

bridge University Press, Cambridge 2004.

Frank A., The Development of Underdevelopment, [w:] J. Passe-Smith, Develop-

ment and Underdevelopment. The Political Economy of Global Inequality
red. M. Seligson, Lynne Rienner Publishers, London 2008.

Frank R., Mikroekonomia. Jakiej jeszcze nie było, Gdańskie Wydawnictwo Psy-

chologiczne, Gdańsk 2007.

Global Inc. An Atlas of the Multinational Corporation, New Press, New York 2003.
Global Trade Liberalization and the Developing Countries, International Mo ne-

tary Fund, Washington, November 2006.

background image

247

Bibliografia 

Graham C., Happiness around the World, Oxford University Press, Oxford 

2009.

Greif A., Institutions and the Path to the Modern Economy. Lessons from Me-

dieval Trade, Cambridge University Press, Cambridge 2006.

Guidolin M., La Ferrara E., Diamonds Are Forever, Wars Are Not. Is Conflict 

Bad for Private Firms? Federal Reserve Bank of St. Louis, Working Paper, 
No. 004C, January 2005.

Ha-Joon-Chang, Bad Samaritans. The Myth of Free Trade and the Secret History 

of Capitalism, Bloomsbury Press, New York 2008.

Ha-Joon-Chang,  It’s Time to Reject the Washington Consensus, „Guardian”, 

9 November 2010.

Henrich, J. Demography and Cultural Evolution: Why Adaptive Cultural Pro-

cesses Produced Maladaptive Losses in Tasmania, „American Antiquity” 
2004, No. 69(2).

Herkenrath M., Bornschier V., Transnational Corporations in World Develop-

ment: Still the Same Harmful Effects in an Increasigly Globalized World 
Economy?
, [w:] J. Passe-Smith, Development and Underdevelopment. The 
Political Economy of Global Inequality
, red. M. Seligson, Lynn Rienner 
Publishers, London 2008.

Hirschman A., The Changing Tolerance for Income Inequality in the Course of 

Economic Development, „The Quarterly Journal of Economics” 1973, No. 
87(4).

Historical Statistics of the United States, Colonial Times to 1970, US Bureau of 

Census, Washington 1975.

Hoogvelt A., Globalization and the Postcolonial World. The New Political Eco-

nomy of Development, The Johns Hopkins University Press, Baltimore 
2001.

Hughes G., Why Is Wind Power So Expensive? An Economic Analysis, The 

Global Warming Policy Foundation, London 2012.

Hummels D., Transportation Costs and International Trade in the Second Era of 

Globalization, „Journal of Economic Perspectives” 2007, Vol. 21, No. 3.

Hunt E., Murray J., A History of Business in Medieval Europe 1200–1550

Cambridge University Press, Cambridge 1999.

Inglehart R., Foa R., Peterson C., Welzel C., Development, Freedom, and Rising 

Happiness. A Global Perspective (1981–2007), „Perspectives on Psycholo-
gical Science” 2008, Vol. 3, No. 4.

Irvin G., Europe vs. USA: Whose Economy Wins?, „The New Federalist” 2006, 

Year XIX.

Jacks D., Pendakur K., Global Trade and the Maritime Transport Revolution

NBER Working Paper 2008, No. 14139.

Johannesson T., Agriculture in Iceland. Conditions and Characteristics, The Ag-

ricultural University of Iceland, Reykjavik 2010.

Kaufmann D., Kraay A., Mastruzzi M., Governance Matters VIII. Aggregate and 

Individual Governance Indicators, 1996–2008, The World Bank Develop-
ment Research Group, Macroeconomics and Growth Team, Washington, 
June 2009.

background image

248

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Kremer M., O-Ring Theory of Economic Development, „The Quarterly Journal 

of Economics”, August 1993.

Krugman P., Venables A., Globalization and the Inequality of Nations, NBER 

Working Papers 1995, No. 5098.

Kuper R., The Birth of a Power Source, Project Syndicate, 1 November 2011, http://

www.project-syndicate.org/commentary/the-birth-of-a-power-source  
(dostęp: 29 kwietnia 2012).

La Porta R., Shleifer A., The Unofficial Economy and Economic Development

„Brookings Papers on Economic Activity”, Fall 2008.

Lewis A., Economic Development with Unlimited Supplies of Labour, „Man-

chester School”, May 1954.

Linden E., The Winds of Change. Climate, Weather, and the Destruction of Civi-

lizations, Simon & Schuster Paperbacks, New York 2007.

Lipsey R., Carlaw K., Bekar C., Economic Transformation. General Purpose 

Technologies and Long Term Economic Growth, Oxford University Press, 
Oxford 2005.

Lomborg B., Cool It. The Skeptical Environmentalist’s Guide to Global Warm-

ing, Vintage Books, New York 2008.

Lomborg B., Gone With the Wind, Project Syndicate, 16 March 2012. http://www.

project-syndicate.org/commentary/gone-with-the-wind  (dostęp 3.10.2012)

Lopez R., The Commercial Revolution of the Middle Ages, 950–1350, Cam-

bridge University Press, Cambridge 1976.

Lucas R., On the Mechanics of Economic Development, „Journal of Monetary 

Economics”, Vol. 22, No. 1, July 1988.

Mann Ch., 1493, Alfred Knopf, New York 2011.
Marks K., Kapitał, t. I, KiW, Warszawa 1970.
Matsuyama K., Why Are There Rich and Poor Counntries? Symmetry- Breaking 

in the World Economy, NBER Working Paper 1996, No. 5697. 

Mayer J., The Fallacy of Composition: A Review of Literature, Discusssion Pa-

per No. 166, United Nations Conference on Trade and Development, Feb-
ruary 2003.

Milanovic B., Lindert P., Williamson J., Measuring Ancient Inequality, NBER 

Working Paper 2007, No. 13550.

Morris M., Pitt L., Berthon P., Entrepreneurial Activity in the Third World In-

formal Sector: The View from Khayelitsha, „International Journal of Entre-
preneurial Behaviour & Research” 1996, Vol. 2, No. 1.

Mugged. Poverty in Your Coffee Cup, Oxfam International, 2002, http://www.

maketradefair.com/assets/english/mugged.pdf (dostęp: 25 czerwca 2012).

Myrdal G., Economic Theory and Underdeveloped Regions, Duckworth, Lon-

don 1957.

Naidu S., Suffrage, Schooling, and Sorting in the Post-Bellum U.S. South, 25 Octo- 

ber 2010, http://projects.iq.harvard.edu/sites/projects.iq.harvard.edu/files/
piep/files/snaidu_dec2010.pdf (dostęp: 6 kwietnia 2012).

North D., Institutions, Institutional Change and Economic Performance, Cam-

bridge University Press, New York 1990.

background image

249

Bibliografia 

Olson M., The Rise and Decline of Nations. Economic Growth, Stagflation, and 

Social Rigidities, Yale University Press, London 1982.

Oomes N., Kalcheva K., Diagnosing Dutch Disease: Does Russia Have the 

Symptoms?, „IMF Working Paper”, April 2007.

Parker M., The Sugar Barons. Family, Corruption, Empire and War, Hutchin-

son, London 2011.

Pharmaceutical Industry Profile 2011, PhRMA, Washington 2011.
Pirenne H., Economic and Social History of Medieval Europe, A Harvest Book 

Harcourt, Inc., Orlando 1936.

Pirenne H., Medieval Cities: Their Origins and the Revival of Trade, Princeton 

University Press, Princeton 1952.

Platteau J.P., Institutions, Social Norms, and Economic Development,  Rout-

ledge, London 2006.

Pomeranz K., The Great Divergence: China, Europe, and the Making of the 

Modern World Economy, Princeton University Press, Princeton 2000.

Radebe J., The State of Transport in Africa, Address by Jeff Radebe, Minister 

of Transport, at the International Transport Convention 2005, Limpopo 
Province 2005.

Ray D., Development Economics, Princeton University Press, Princeton 1998.
Reinert E., How Rich Countries Got Rich and Why Poor Countries Stay Poor

Constable & Robinson Ltd., London 2007.

Richardson C., The Loss of Property Rights and the Collapse of Zimbabwe

„Cato Journal” 2005.

Richerson P., Boyd R., Bettinger R., Was Agriculture Impossible during the Pleis-

tocene but Mandatory During the Holocene? Climate change hypothesis
„America Antiquity” 2001, Vol. 66, No. 1.

Robinson J., When is a State Predatory, CESifo Working Paper 1999, No. 178.
Rodrik D., Subramanian A., Trebbi F., Institutions Rule: The Primacy of Insti-

tutions over Geography and Integration in Economic Development, NBER 
Working Paper 2002, No. 9305.

Rodrik D., Institutions, Integration, and Geography: In Search of the Deep De-

terminants of Economic Growth, [w:] In Search of Prosperity: Analytic Nar-
ratives on Economic Growth
, red. D. Rodrik, Princeton University Press, 
Princeton 2003.

Ros J., Development Theory and the Economics of Growth, University of Michi-

gan Press, Ann Arbor 2000.

Rosen W., Justynian’s Flea. Plaque, Empire, and the Birth of Europe, Viking 

Penguin, London 2007.

Rosenstein-Rodan P., Problems of Industrialisation of Eastern and South-East-

ern Europe, „The Economic Journal” 1943, Vol. 53.

Ross M., Natural Resources and Civil War: An Overview, „Journal of Peace Research” 

2003, http://www.unepfi.org/fileadmin/documents/conflict/ross_2003.pdf  
(dostęp: 30 czerwca 2012).

Ross M., Does Oil Hinder Democracy?, „World Politics” 2001.
Rostow W.W., Stages of Economic Growth: A Non- Communist Manifesto

Cambridge University Press, Cambridge 1960.

background image

250

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

Sachs J., Malaney P., The Economic and Social Burden of Malaria, „Nature”, 

February 2002.

Sachs J., Warner A., Natural Resource Abundance and Economic Growth

NBER Working Paper 1995, No. 5398.

Sachs J., Institutions Matter but Not for Everything. The Role of Geography and 

Resource Endowments in Development Shouldn’t Be Underestimated, „Fi-
nance and Development”, June 2003.

Sachs J., Tropical Underdevelopment, NBER Working Paper 2001, No. 8119.
Sen A., Development as Freedom, Anchor Books, New York 1999.
Shafaeddin M., How Did Developed Countries Industrialize? The History of 

Trade and Industrial Policy: The Cases of Great Britain and the USA, „UNC-
TAD Discusion Papers”, No. 139, December 1998.

Shafaeddin M., What Did Frederick List Actually Say? Some Clarifications on 

the Infant Industry Argument, „UNCTAD Discussion Paper”, No. 149, July 
2000.

Smith A., An Inquiry into the Nature and Causes of the Wealth of Nations, Lon-

don 1776.

Soto H., de, Tajemnica kapitału, Fijor, Warszawa 2002.
Spence M., Hlatshwayo S., The Evolving Structure of the American Economy 

and the Employment Challenge Council on Foreigh Relations, New York 
2011.

Stiglitz J., Sen A., Fitoussi J.P. (red)., Report by the Commission on the Measure-

ment of Economic Performance and Social Progress, b.m.w., 2009.

Stone J., Infrastructure Development in Landlocked and Transit Developing 

Countries: Foreign Aid, Private Investment and the Transport Cost Burden 
of Landlocked Developing Countries
, Fifth Meeting of Governmental Ex-
perts from Landlocked and Transit Developing Countries and Represen-
tatives of Donor Countries and Financial and Development Institutions, 
New York 2001.

Sulejewicz A., Graca P., Kształtowanie się poziomu kosztów transakcyjnych 

w Polsce w latach 1996–2002, [w:] Wzrost gospodarczy w krajach transfor-
macji: konwergencja czy dywergencja?
, red. R. Rapacki, PWE, Warszawa 
2009.

The Manufacturing Paradox. How Do You Get Far More Output with Far Fewer 

Workers? Special Report Near Future. The Next Society”, „Economist”, 
1 November 2001.

The World’s View of Multinationals, „Economist”, 29 January 2000.
Thigpen D., Scott Gregory S., The Hidden Hurdle, „Time”, 16 March 1992.
Tol R., Estimates of the Damage Costs of Climate Change, „Environmental and 

Resource Economics” 2002.

Toumani Touré A., Compaoré B., Your Farm Subsidies Are Strangling Us, „New 

York Times”, 11 July 2003.

UK Electricity Generation Costs Update, Mott MacDonald, London, June 2010.
Venables A., Economic Geography and African Development, „Papers in Re-

gional Science”, Vol. 89, Issue 3, August 2010.

Weil D., Economic Growth, Addison Wesley, Boston 2005.

background image

251

Bibliografia 

White L., jun., Medieval Technology & Social Change, Oxford University Press, 

Oxford 1962.

Who Owns Nature? Corporate Power and the Final Frontier in the Commodifica-

tion of Life, „Comunique of Action Group on Erosion, Technology and Con-
centration” 2008, No. 4, http://www.etcgroup.org/sites/www.etcgroup.org 
/files/publication/707/01/etc.won.report._final.color.pdf (dostęp: 25 czerw- 
ca 2012).

World Development Indicators Database, World Bank, Washington, 1 July 2011. 
Wigelsworth J., Science and Technology in Medieval European Life, Greenwood 

Press, Westport 2006.

Wilkinson R., Pickett K., The Spirit Level. Why Greater Equality Makes Society 

Stronger, Bloomsbury Press, New York 2009.

Wohletz K., Were the Dark Ages Triggered by Volcano-related Climate Changes 

in the 6th Century, http://www.ees1.lanl.gov/Wohletz/Krakatau.htm. 2000 
(dostęp: 2 lipca 2012).

Zussman A., The Rise of German Protectionism in the 1870s: A Macroeconomic 

Perspective, Department of Economics, Hebrew University, Jerusalem, 29 
April 2008.

http://pluto.huji.ac.il/~azussman/protectionism.pdf (dostęp: 14 maja 2012).

background image
background image

A

Acemoglu D. 209, 212–213
Afryka, system transportu 156–159
Amerykańska wojna domowa i klimat 

polityczny dla czarnych mieszkańców 
210–211

Angolańska wojna domowa 178–179
Arthur W. 38–40
Autarkia gospodarcza 108

B

Bardhan P. 192–193
Bariera handlu zagranicznego 100–102, 

129

Bairoch P. 95, 123
Barzel Y. 188
Bezpieczeństwo ekonomiczne 68–69
Bezpośrednie inwestycje zagraniczne 

zob. foreign direct investment

Bhutan 16

C

Caviedes C. 148
Centrum – peryferie, różnice płacowo-

-dochodowe 96–97

Ceny surowców 

a kryzys ekonomiczny i polityczny 

169–170 

a sytuacja w Afryce 170–171 
a sytuacja w Rosji 171–172

Choroba holenderska 172–176
Choroby tropikalne 132–134, 136–143
Clark C. 14
Collier P. 162–163, 170, 178

D

Dekolonizacja 74
Demokracja i dyktatura 212–213
de Soto H. 202, 204–206
Diamond J. 131, 163, 166–167
„Dobrego samarytanina” norma 217–

218

Dobrobyt społeczny 13–32 

obiektywne miary 24–32
subiektywne miary 17–24 

Dochody a postrzeganie dobrobytu 17–

21

Dolina Krzemowa 46
Dwutlenek węgla, emisja i zmiany kli-

matyczne 151–155

Dzietność 134–136

E

Easterlin R. 15–21
Efekt skali zob. korzyści skali
Efekt słabego ogniwa 33, 56, 63
Egalitaryzmu norma 221–222
Eggertsson T. 188, 216–217
El Niño Southern Oscillation, ENSO 

148–149

Eyjafjallajökull, wulkan 149

Indeks

background image

254

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

F

Foreign direct investment, FDI 127
Fogel R. 15

G

Geografia i rozwój ekonomiczny 131, 

163–167 
zob. też izolacja geograficzna

Globalizacja 31, 90–107 

i społeczne nierówności 103–107

Globalne ocieplenie 150–155
Gospodarka centralnie planowana 76–

77, 86–89, 213

Graham C. 22
Greif A. 196–197

H

Ha-Joon-Chang 130
Hamilton A. 126
Hoogvelt A. 79, 81
Hummels D. 95

I

Indeks nieszczęścia 23
Industrializacja 66–74
Instytucje 182–206 

degradacja 207- 210 
i innowacyjność gospodarki 200–201 
zob. też zmiany instytucjonalne

Integracja rynków i różnice cen 159–

160

Interes publiczny i partykularny 213–

214

Izolacja geograficzna 156–167

J

Johnson S. 209

K

Kanał Panamski 133–134
Kapitał społeczny 197–199

Klimat 

i eksplozje wulkaniczne 147–148
i rozwój ekonomiczny 131–155 
i śmiertelność 146 
i zdarzenia historyczne 148–149 
zmiany warunków na Ziemi 143– 

149 

Konflikty wewnętrzne 

a warunki ekonomiczne 178–179 
podatność krajów Trzeciego Świata 

179–181

„Konsensus waszyngtoński” 83–85
Koordynacja działań społecznych, de-

fekty 49–56, 223–226

Korzyści skali 33–56, 63, 92, 99, 103, 

112, 115–120, 172, 244

Koszty komparatywne 113–117
Koszty transakcyjne a mobilizacja 

do zmian 226–227

Kraje szczęśliwe i nieszczęśliwe 21–22
Kremer M. 56, 58–63
Krugman P. 91, 93–94
Kultura braku sukcesu, anti-achieve-

ment ethic 185

L

La Porta R. 203–205
Lewis A. 66
Lomborg B. 155
Lucas R. 12

M

Mann Ch. 142–143
Malaria 132–134, 136–143 

i niewolnictwo 141–142 
i konflikty militarne 142–143

Marksa model społeczeństwa 74–75
Myrdal G. 46–47

N

Niewolnictwo 141–142
Normy społeczne i blokowanie rozwo-

ju 216–223

background image

255

Indeks

Normy społeczne i zachowania pod-

miotów gospodarczych 183–185

North D. 188–190

O

Obiektywne miary dobrobytu 24–32
Ochrona raczkujących przemysłów 126
Olson M. 215–216
Oszczędzanie i długość życia 137–138
Otwarcie gospodarki 108–110

P

Paradoks Easterlina 17–21
Pickett K. 28–29
PKB per capita 15–16, 18, 21, 24–31, 

83, 119, 161, 183, 206

Polityka celna i ochrona gospodarki 

129–130

Postindustrialna gospodarka 69–70
Prebisch R. 77–78
Protekcjonizm 122–130
Przemysł 66–74 

a usługi 70–73 
a zatrudnienie 73–74

R

Reinert E. 117–118
Rewolucja neolityczna 143, 145
Rewolucja przemysłowa  15–16
Robinson J. 209, 212–213
Rodrik D. 9–11, 210
Rosenstein-Rodan P. 50
Rostow W. 75

S

Sachs J. 131–133, 139, 163
Samuelson P. 77, 114
Sarkozy N. 24
SBW, wskaźniki 21–23
Schultz T. 66

Sen A. 29
Shleifer A. 203–205
Singer H. 78
Słabego ogniwa teoria 56–64
Smith A. 20, 110–113, 116, 141
Specjalizacja 113–119 

à la Ricardo 119–122

Stabilizacja polityczna i wzrost gospo-

darczy 215–215 

Strategia wzrostu napędzanego ekspor-

tem, export-led growth 98–103

Strategiczna komplementarność 46– 

49

Strategie rozwoju 65–89
Subiektywne miary dobrobytu 17–24
Subramanian A. 210
Subsydia i ochrona gospodarki  129–

130

Szara strefa 201–206
Szczęście narodowe brutto (Gross Na-

tional Happiness) 16–17

„Szkoła zależności” 77–83

T

Teoria modernizacji 75–76, 83–85
Teoria pierścienia uszczelniającego zob. 

efekt słabego ogniwa

Tol R. 155
Transport, koszty a światowa gospodar-

ka 91–95

Trebbi F. 210

U

Ubóstwo, społeczne uwarunkowanie 

20–21

Usługi 70–73 

eksport 71–73

V

Vaneka–Reinerta efekt 118
Venables A. 91, 93–94

background image

256

Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego

W

Wąskie gardła w produkcji 109– 

110

Wilkinson R. 28–29
Wojny domowe, podatność krajów 

Trzeciego Świata 179–181

World Values Survey 17
Wybory i demokracja 212

Z

Zasoby naturalne 168–181 

 a tempo rozwoju 169

Zmiana ustroju 213
Zmiany instytucjonalne 210–227 

interesy jako czynnik blokujący 216–

219 

normy społeczne jako czynnik bloku-

jący 216–223

background image

Document Outline