background image

SEBASTIAN MIERNICKI 

 
 
 
 
 
 
 

PAN SAMOCHODZIK 

 

I… 

 

ZAMEK W BARANOWIE 

SANDOMIERSKIM 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

PS 90 

background image

 

2

WSTĘP 

 

Stary  parowiec  ,,Almodovar”  powoli  płynął  z  Florydy  na  Kubę.  Na  pokładzie 

dziobowym  stał  wysoki  męŜczyzna.  Jego  włosy  były  przyprószone  nitkami  siwizny, 
która  wdarła  się  takŜe  na  wąsy  i  krótką  brodę.  Miał  niebieskie  oczy,  z  gatunku  tych, 
które  zwykłe  mają  wizjonerzy  -  zapatrzone  gdzieś  w  dal.  Ubrany  w  płócienne, 
granatowe  spodnie  i  krótką  kurtkę  marynarską  wyglądał  jak  stary  wilk  morski. 
Przyglądał się zielonym wzgórzom wyspy, do której zbliŜał się statek. Pogoda nie była 
najlepsza,  bo  gdzieś  na  Karaibach  szalał  huragan.  MęŜczyzna  ćmił  fajkę  i  myślał  o 
Polsce. 

Wspominał dzieciństwo spędzone u wujostwa na wsi, polowania, które tak uwielbiał, 

i dziewczynę z sąsiedniego dworku. Chciał, Ŝeby została jego Ŝoną. Słał do niej listy, w 
których mieszały się namiętność i relacje z miejsc, które odwiedził. 

- Panie Nowicki, za dwie godziny wpływamy do Hawany - do męŜczyzny podszedł 

drugi oficer z „Almodovara”. - Pan na długo zostaje na Kubie? 

- Nie, chcę  wynająć jacht  i popływać po Karaibach  - odpowiedział Nowicki.  - Wie 

pan, gdzie moŜna wynająć dobrą załogę? 

- Przyzwoitych ludzi znajdzie pan w tawernie koło „Yacht Clubu Havana”, a takich, 

co  niejedno  juŜ  przeŜyli  na  tych  wodach,  w  tawernach  dzielnicy  portowej.  Najlepiej 
popytać szynkarzy. Niech pan tylko nie bierze kapitana Latynosa. 

- Czemu? - zdziwił się Nowicki. 
-  CięŜko  się  z  nimi  pracuje.  To  kwestia  innej  mentalności.  I  niech  pan  uwaŜa  na 

siebie w czasie nocnych spacerów. Samotny, biały człowiek moŜe być tu naraŜony na 
roŜne niebezpieczeństwa. 

- Dziękuję za radę - Nowicki ukłonił się. 
„Almodovar”  przybił  do  portu  o  szesnastej.  Marynarze  znieśli  na  nabrzeŜe  kufer  i 

wór  z  rzeczami  Nowickiego.  Do  podróŜnego  podszedł  niewysoki  Latynos  w  białym 
garniturze, z ogryzkiem grubego cygara między zębami. 

- Senior Ŝyczy sobie, Ŝeby mu pomóc? - zagadnął Nowickiego. 
- Szukam jakiegoś dobrego hotelu - odparł Nowicki. 
Latynos pstryknął palcami i natychmiast pojawił się tragarz z wózkiem. Wrzucił na 

niego  bagaŜe  i  nie  czekając  na  jakiekolwiek  wskazówki  poszedł  przed  siebie,  przez 
tłum handlarzy, podróŜnych i ciekawskich, którzy zebrali się w porcie. Nowicki zaczął 
przeciskać się za nim. Obok Polaka dreptał latynoski elegant. 

- Senior Ŝyczy sobie urocze towarzystwo na wieczór? - zapytał. 
- Nie. 
- Znam dobre kasyno... 
- Nie, dziękuję. 
- Senior przypłynął na połów ryb? 
- Nie. 
Tak  doszli  do  samochodu.  Był  to  mocno  zuŜyty  ford,  rocznik  1919.  W  ciasnej 

kabinie z trudem mogły zmieścić się trzy osoby. Paka z tyłu była akurat tak duŜa, Ŝeby 
pomieścić  rzeczy  Nowickiego.  Tragarz  załadował  kufer  i  wór  i  czekał  wyprostowany 
na  zapłatę.  Nowicki  wyjął  z  kieszeni  dwie  ćwierćcentówki  i  zapłacił.  Z  Latynosem 
wsiadł do szoferki i pojechali przez zatłoczone ulice Hawany. 

background image

 

3

- To ma być hotel luksusowy, w stylu kolonialnym czy teŜ nie dba senior o wygody? 

- dopytywał się Latynos. 

- MoŜe być luksusowy - rzucił Nowicki. 
Ciekawie chłonął widok za oknem. Obskurne szare kamienice, przed którymi toczyło 

się Ŝycie towarzyskie i gdzie sklepikarze wykładali swe towary. Tłumy uśmiechniętych 
Murzynów,  między  którymi  kręciły  się  grube  matrony  otoczone  gromadkami 
kilkuletnich  dzieci  i  powabne  dziewczyny,  których  skóra  w  świetle  latarni 
przypominała  barwą  piękną,  starą  miedź.  Po  kilku  minutach  krajobraz  zmienił  się. 
Wille, latarnie, neony hoteli i lokali rozrywkowych, samochody z białymi płóciennymi 
dachami, tłumy męŜczyzn w garniturach i kobiet w eleganckich sukniach.  

Latynos  skręcił  na  podjazd  przed  hotelem.  Był  to  budynek  trzypiętrowy,  z 

kolumnadą  przed  wejściem  i  rozświetlonym  holem.  Lokaje  ubrani  w  poprzecierane 
liberie nawiązywali wyglądem do kolonialnej świetności tego miejsca. Nowicki dostał 
pokój na drugim piętrze, z widokiem na ogród, w którym odbywało się jakieś party. 

-  Piękne  miejsce,  prawda,  senior?  -  latynoski  przewodnik  otworzył  okno  i  głęboko 

wdychał powietrze. 

- Piękne - przyznał Nowicki. 
- MoŜe jeszcze w czymś mogę panu pomóc? 
Nowicki  duŜo  podróŜował  i  znał  ten  typ  ludzi.  Był  to  typowy  naganiacz,  który  od 

właściciela hotelu dostaje parę dolarów za przysłanie klienta. Ale był to teŜ człowiek, 
który mógł się przydać Nowickiemu. 

- Za kilka dni chcę wypłynąć w rejs - powiedział Nowicki. 
Latynos milczał czekając na dalsze wyjaśnienia. 
- Szukam jachtu lub kutra z dobrą załogą - dokończył Nowicki. 
- Co senior ma na myśli mówiąc „dobrą”? 
- Szukam odwaŜnych ludzi. 
- Co senior ma zamiar z nimi robić? 
-  Pływać  -  Nowicki  postarał  się,  Ŝeby  z  tonu  jego  głosu  Latynos  zrozumiał,  Ŝe  w 

swoich pytaniach zaszedł juŜ za daleko. 

- Ach tak - Latynos zamyślił się. - Niech pan przyjdzie o dziewiętnastej do „Zielonej 

Papugi”. Niech pan zapyta przy wejściu o Raula. czyli o mnie. Coś wymyślę. 

- Dziękuję - Nowicki wyjął z kieszeni pięć dolarów i wręczył je przewodnikowi. 
- Do zobaczenia, senior - Latynos uchylił kapelusza, schował pieniądze do kieszeni i 

wyszedł. 

Nowicki  rozejrzał  się  po  swoim  apartamencie.  Wygodne  małŜeńskie  łoŜe,  adapter, 

toaletka z lustrem, stolik z alkoholami, wanna w łazience. Wszystko było tu ładne, ale 
juŜ nieco zuŜyte. 

PodróŜny  wypakował  z  kufra  garnitur,  wykąpał  się,  ogolił  i  zszedł  na  obiad.  W 

jadalni  nieliczne  stoliki  były  zajęte  przez  pary  Amerykanów.  Wnętrze  zaaranŜowano 
boksami  i  donicami  z  palmami.  W  ten  sposób  moŜna  było  spokojnie  rozmawiać  nie 
przeszkadzając sąsiadom.  

Nowicki zamówił cygaro, koniak i duŜy stek. W czasie podróŜy przyzwyczaił się do 

prostego  i  obfitego  jedzenia.  Nie  lubił  wymyślnych  dań,  a  owoców  morza  w 
szczególności. Godzinę później Nowicki wyszedł na ulicę. W recepcji zapytał o drogę 
do  „Zielonej  Papugi”  i  chociaŜ  proponowano  mu  taksówkę,  odmówił.  Szedł  przez 

background image

 

4

elegancką dzielnicę w stronę portu. Znowu, jak za dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki 
znalazł się w strefie egzotycznych zapachów, melancholijnych melodii wygrywanych i 
wyśpiewywanych przez niewidocznych w ciemnościach grajków. 

- Senior? - nagle przed Nowickim stanęła młoda dziewczyna. 
Mogła  mieć  najwyŜej  dziewiętnaście  łat,  W  uśmiechu  odsłaniała  białe  zęby 

kontrastujące z jej pełnymi, pomalowanymi na czerwono wargami. Długie, układające 
się  w  fale  czarne  jak  heban  włosy  miękko  opadały  na  jej  ramiona  Była  ubrana  w 
sukienkę na cienkich ramiączkach, sięgającą jej tylko kilka centymetrów poniŜej kolan. 
Jej  ciemna  skóra  lekko  połyskiwała  i  kusząco  pachniała.  Ciemne  oczy  przeszywały 
Nowickiego i przyprawiały go o dreszcze. 

- Tak? - uprzejmie odpowiedział. 
- MoŜe senior jest samotny? 
Nowicki  milczał  nie  wiedząc  co odpowiedzieć. Myślał, Ŝe  gdyby potrafił  malować, 

gdyby  miał  ze  sobą  aparat  fotograficzny,  to  uwieczniłby  tę  piękność.  W  jej  ruchach, 
gestach,  spojrzeniach  wyczuwało  się  siłę  tych  wszystkich  południowych  tańców  tak 
podziwianych  w  nowojorskich  klubach.  Ta  dziewczyna,  zdaniem  Nowickiego, 
powinna  być  podziwiana,  a  nie  skazana  na  zaczepianie  męŜczyzn  w  tak  ponurym 
miejscu. 

- Mam tu niedaleko zaciszny pokój - dziewczyna kusiła Nowickiego 
On zmusił się tylko do pokręcenia głową. 
- Tylko pięć dolarów - ona nie ustępowała. 
- Nie mogę - Nowicki miał przed oczami obraz kobiety, do której pisał listy. 
Wiedział,  Ŝe  złamałby  obietnicę.  Gdyby  uległ  pokusie,  to  nikt  by  się  o  tym  nie 

dowiedział,  ale  on  nie  potrafiłby  spokojnie  Ŝyć  ze  świadomością,  Ŝe  dopuścił  się 
oszustwa. 

- Trzy dolary - wyszeptała dziewczyna. 
- Nie - Nowicki wydusił z siebie. 
- Dwa - niski ton jej głosu brzmiał bardzo zmysłowo. 
- Nie mogę. Jestem zaręczony. 
-  Ta  kobieta  musi  być  z  tobą  szczęśliwa  -  dziewczyna  smutno  się  uśmiechnęła.  - 

Chciałabym być na jej miejscu. 

-  Jestem  pewien,  Ŝe  uszczęśliwisz  męŜczyznę,  którego  pokochasz.  Nie  wiem  tylko, 

czy go tu znajdziesz? 

Nowicki  ukłonił  się  dziewczynie  i  ominął  ją.  Nie  oglądał  się  za  siebie,  chociaŜ 

słyszał stukot jej pantofelków, czuł jej zapach i pamiętał to spojrzenie pełne obietnic. 
Doszedł do przecznicy i nagle wyrosło przed nim trzech osobników. Na pierwszy rzut 
oka wyglądali na rzezimieszków. Dwóch miało noŜe, a trzeci wielki drąg. 

- Senior rozmawiał z naszą koleŜanką - odezwał się jeden z nich. 
- I co z tego? - zdziwił się Nowicki. 
- Jej czas jest bardzo cenny. 
- Tak? 
Nowicki rozglądał się szukając drogi ucieczki. 
- MoŜe senior da parę dolarów i pójdzie sobie spokojnie dalej? 
- Nie mam w zwyczaju płacić takim jak wy. 

background image

 

5

Cios  pałą  miał  być  nagły  i  ogłuszający,  ale  Nowicki  często  juŜ  stykał  się  z  takimi 

ludźmi. Wiedział, na co ich stać i spodziewał się tego ciosu. W czasie swych podróŜy 
kilka  miesięcy  spędził  w  Japonii,  gdzie  nauczył  się  kilku  sztuczek  tamtejszych 
mistrzów.  Uchylił  się  przed  ciosem,  złapał  za  uzbrojoną  dłoń  i  sprawnie  ją  wykręcił. 
Przeciwnik z jękiem upadł na chodnik, a Nowicki zdobył jego broń.  

Jedno pchnięcie poniŜej mostka drugiego bandyty wystarczyło, Ŝeby ten zwinął się z 

bólu.  Trzeci  zamachnął  się  noŜem,  ale  Nowicki  zrobił  unik  i  pałą  uderzył  bandytę  w 
rękę. NóŜ zabrzęczał na schodach kamienicy. 

Nowicki  przyjrzał  się  agresorom.  Wszyscy  trzej  mieli  dość  walki,  więc  podróŜny 

zamachnął się pałą i rzucił ją daleko od siebie. 

- Pozdrówcie tę miłą panią - ukłonił się i odszedł w stronę portu. 
Im  był  bliŜej  wody,  tym  mocniejszy  dochodził  go  zapach  ryb  i  alkoholu.  Widział 

przez otwarte drzwi i okna tawern jak w środku jedzono, pito i tańczono. Były teŜ bójki 
podsycane przez Ŝądnych krwi widzów. 

Nowicki  odnalazł  „Zieloną  Papugę”  i  wszedł  do  środka.  Drewniany  barak 

wybudowano nad brzegiem wody. Taras wychodził ponad pomosty, przy których stały 
zacumowane łodzie rybackie. 

Wnętrze było aŜ sine od dymu i cygar. Na stołach stały filiŜanki z kawą i szklanki z 

alkoholami. 

-  Senior?  -  do  Nowickiego  podszedł  Murzyn,  ubrany  w  ciemne  spodnie  i  białą, 

poplamioną koszulę. Chyba uwaŜał się za kelnera. 

- Szukam Raula - powiedział Nowicki. 
- Tam - kelner wskazał drzwi obok baru. 
W  oddzielnym  pomieszczeniu  był  duŜy  okrągły  stół.  Wokół  niego  ustawiono  kilka 

krzeseł. Tylko trzy były zajęte. Na jednym siedział Raul. Obok niego był męŜczyzna z 
obfitą  rudą  brodą,  ubrany  w  kowbojski  strój,  a  towarzyszył  mu  Chińczyk  w  czarnych 
spodniach i czarnej, jedwabnej koszuli. 

- Oto  senior, o którym  wam  wspominałem  - Raul  wstał, Ŝeby przedstawić gościa.  - 

Kelner! Rum dla seniora! - złoŜył od razu zamówienie. 

- Bruce - powiedział rudobrody. 
- Kim - Chińczyk ukłonił się. 
- Franciszek Nowicki - Polak skłonił się. - MoŜecie do mnie mówić Franz. 
Nowicki usiadł przy stole. 
- Potrzebujesz łodzi i ludzi? - Bruce pocierał ręką brodę. 
-  Tak  -  przyznał  Nowicki  zastanawiając  się.  czy  Raul  znalazł  mu  odpowiednich 

ludzi. 

-  MoŜe  ja  wyjaśnię  -  Raul  zabrał  głos,  -  Jeśli  dobrze  zrozumiałem,  senior  szukał 

załogi do bardzo specjalnego zadania, a to są najlepsi, jakich moŜna tu wynająć. Senior 
Bruce zajmuje się przewoŜeniem tam i z powrotem roŜnych niebezpiecznych towarów. 
Sława jego wyczynów jest ogromna. 

- Cicho - warknął Bruce. - Mów, człowieku, o co chodzi? 
- Cel naszej podróŜy poznacie dopiero na morzu - oświadczył Nowicki. 
- Nie moŜe tak być - fuknął Kim. 
- A czemu tak? - zapytał Bruce. 
- Chodzi o pełną dyskrecję - tłumaczył Nowicki wymownie patrząc na Raula. 

background image

 

6

- AleŜ senior! - Latynos oburzył się, 
- Ilu macie ludzi? 
- Jest nas ośmiu - oświadczył Bruce. 
- W sam raz - Nowicki zadowolony kiwnął głową. - Jak duŜy macie statek? 
- Kuter, długi na dwadzieścia metrów - mówił Bruce. - śagle i silnik. 
-  Świetnie  -  Nowicki  ucieszył  się,  -  Będziemy  potrzebowali  zapasów  na  trzy 

tygodnie. Macie broń? 

- Senior, to jest zabronione - wtrącił Raul. 
- Nie wszędzie - mruknął Bruce. - Czego pan potrzebuje? 
- Karabiny, rewolwery, dynamit. 
Bruce zamyślił się, a Kim tylko zdziwiony uniósł brwi. 
- Będę potrzebował zaliczki - oświadczył Bruce. 
- Ile? - Nowicki sięgnął po portfel. 
- Pięćset dolarów - rzucił Bruce. 
Nowicki  schował  portfel  i  wyjął  z  kieszeni  ksiąŜeczkę  czekową.  Wypisał  czek  i 

przesunął go w stronę rudobrodego. 

- Kiedy będziecie gotowi? - zapytał. 
- Niech pan pojutrze przyjdzie tu o świcie - oświadczył Bruce. 
- Do zobaczenia - Nowicki wstał i poŜegnał się z męŜczyznami. 
Za Nowickim wybiegł Raul. 
- Senior! - krzyczał, kiedy szli po chodniku. - MoŜe i mnie pan zabierze w rejs. Mogę 

się przydać. Znam ludzi tu i ówdzie. Senior, to moŜe być jednak bardzo niebezpieczna 
wyprawa i moŜe przydać się panu ktoś zaufany. 

-  Dziękuję  panu  za  pomoc  -  Nowicki  podał  Latynosowi  dwadzieścia  dolarów.  - 

Jestem panu bardzo wdzięczny za okazane mi zainteresowanie. Do widzenia! 

 

Tego wieczoru Nowicki odwiedził kasyno. Wiele razy w Ŝyciu grał w pokera i znał 

wiele  sztuczek  stosowanych  przez  krupierów.  Wygrywał  niewielkie  sumy  i  odchodził 
od stolika. Nigdy nie wierzył w to, Ŝe ktoś w kasynie moŜe mieć dobrą passę. Trzeba 
było wiedzieć, kiedy się wycofać, a jest to z reguły najtrudniejszy moment, bo jest to ta 
chwila, kiedy wydaje się, Ŝe cały świat nagle kładzie się do stóp grającego. Nowickiego 
cieszyło  wygranie  nawet  kilkudziesięciu  dolarów.  Zadowolony  połoŜył  się  spać  o 
pierwszej. 

Następny  dzień  Nowicki  spędził  śpiąc  do  dziesiątej.  Po  obfitym  śniadaniu 

powędrował  do  kapitanatu,  gdzie  w  archiwum  przeglądał  mapy  rejonu  Karaibów. 
Obiad  zjadł  w  restauracji  połoŜonej  niedaleko  banku,  w  którym  załatwiał  sprawy 
finansowe. Dowiedział się tam, Ŝe Bruce zrealizował czek tuŜ po otwarciu. Po południu 
Nowicki  wypoczywał  w  pokoju  i  w  ogrodzie  hotelowym,  gdzie  czytał  gazety  i  pił 
drinki.  Wieczorem  zjadł  kolację,  zapłacił  rachunek  i  kazał  obudzić  się  przed  świtem. 
Spał  niezwykle  spokojnie.  Była  jeszcze  noc,  kiedy  do  jego  pokoju  zapukał 
recepcjonista.  Kelner  na  wózku  przywiózł  śniadanie.  Nowicki  ubrał  się,  spakował 
resztę  rzeczy  do  kufra  i  worka.  Pierwszy  zostawił  w  hotelu,  w  przechowalni,  worek 
wziął ze sobą. Znowu załoŜył swój marynarski strój i wędrował przez uśpione  miasto 
do portu. Przy „Zielonej Papudze” czekał na niego Kim. 

- Pan dobrze spał? - zapytał Chińczyk. 
- Wyśmienicie - Nowicki uśmiechnął się. - Gdzie jest wasza krypa? 

background image

 

7

- Pan pójdzie za mną - Kim przymilnie się uśmiechał. 
Szli pół godziny nabrzeŜami portowymi do pomostu, przy którym w szalupie czekał 

jakiś obdartus. Był chyba potomkiem pierwszych  mieszkańców Karaibów. PogrąŜony 
w  melancholijnym  milczeniu  patrzył  na  wodę.  Miał  skórę  o  brązowym  odcieniu, 
wystające kości policzkowe i długie czarne włosy zaplecione w warkocz, w który były 
wplecione wielokolorowe sznureczki.  

- Jamajka - Kim przedstawił męŜczyznę. - Tak go nazywamy. 
- Witaj! - Nowicki ukłonił się marynarzowi. 
Ten nie odpowiedział, tylko złapał za worek, wrzucił go do łodzi i usiadł do wioseł. 

Nowicki zajął  miejsce  na dziobie, a Kim  na rufie, przy  sterze. Jamajka nie był atletą, 
ale bardzo dobrze wiosłował i łódka bardzo szybko dopłynęła do burty kutra stojącego 
na  kotwicy.  Z  góry  patrzyła  na  Nowickiego  cała  załoga.  Bruce  przedstawił  swoich 
kompanów.  Było  to  dwóch  Amerykanów:  James  i  Steve.  Naprawdę  nazywali  się 
zupełnie inaczej, ale tu ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości. Obaj pochodzili 
z  Nowego  Jorku.  Juan  urodził  się  gdzieś  w  Ameryce  Południowej.  W  jego  Ŝyłach 
płynęła  mieszanka  krwi  hiszpańskiej  i  indiańskiej.  Nie  znał  swoich  rodziców,  bo  był 
wychowankiem  Indian  Ŝyjących  w  głębi  puszczy.  Pewnego  dnia  znalazł  go  tam 
plantator  kauczuku  i  przygarnął  jako  słuŜącego  na  swoją  hacjendę.  Po  tym  jak 
młodzieniec uwiódł córkę swego dobroczyńcy, musiał uciekać. Schronienie znalazł na 
pokładzie  kutra  Bruce'a,  który  akurat  wtedy  zatrzymał  się  w  Panamie.  Na  wielkiego, 
muskularnie  zbudowanego  Murzyna  wszyscy  wołali  Spartakus.  Ostatnim  członkiem 
załogi był  milczący biały  męŜczyzna.  Kompani  mówili o  nim Shark. Blizny znaczyły 
jego twarz i ramiona. 

Kuter  nazywał  się  „Sara”.  Wyglądał  na  dobrze  utrzymany.  Miał  dwa  maszty, 

bukszpryt  i  silnik.  Na  wysoko  podniesionym  pokładzie  dziobowym  było  zejście  do 
kajut załogi. Śródokręcie zajmowała ładownia, a pod bezanmasztem, bliŜej rufy, stały 
sterówka  i  nadbudówka  maszynowni.  Dźwigiem  podniesiono  szalupę,  ściągnięto 
kotwice i kuter na silniku wypłynął z portu. 

- Dokąd płyniemy? - Bruce zapytał Nowickiego. 
- Na południe - odparł Polak. - Zejdźmy do pańskiej kajuty, to porozmawiamy. 

 

Kajuta kapitana „Sary” przypominała skład przy niewielkiej gorzelni. Pełno tu było 

skrzynek z alkoholami, które zajmowały kaŜdy wolny kąt, nawet pod koją. Stół zbito z 
kilku pustych skrzynek. Bruce zamknął za sobą drzwi. 

- Macie broń? - Nowicki rozglądał się po pomieszczeniu. 
Słusznie  podejrzewał,  Ŝe  kapitan  właśnie  tu  będzie  trzymał  tak  niebezpieczny 

ładunek. Bruce dumny z siebie podniósł brezent z kilku długich skrzyń. Otworzył je. 

-  Mamy  sześć  wojskowych,  angielskich  karabinów,  cztery  rewolwery  i  to  cacko  - 

pochwalił się. 

Przedmiotem jego szczególnej dumy był karabin maszynowy z talerzem magazynka 

zamontowanym  nad  zamkiem.  Nowicki  widział  takie  kulomioty  tylko  na  samolotach 
walczących w czasie ostatniej wojny. 

- Skąd to macie? - zdziwił się. 
- Pomyślałem, Ŝe będzie teŜ potrzebne małe wsparcie artylerii, wiec skombinowałem 

to cudo - Bruce uśmiechał się. - Na coś większego zabrakłoby pieniędzy. 

- Poproszę o jeden z rewolwerów - Nowicki wyciągnął rękę. 

background image

 

8

Bruce trochę niepewnie podał mu broń i paczkę z nabojami. 
- Umiesz się z tym obchodzić? - zapytał. 
-  Tak  -  krótko  odpowiedział  Nowicki  sprawdzając  działanie  mechanizmów  broni.  - 

Magazynowy stan - ocenił. - Nigdy nie był uŜywany. 

-  Zaopatruję  się  tylko  u  porządnych  dostawców  wojskowych  -  Bruce  znowu  się 

uśmiechał. - MoŜe nadszedł czas, Ŝeby wyjawić cel naszej wyprawy? 

Nowicki  wyjął  z  wewnętrznej  kieszeni  kurtki  kartkę  papieru  z  wpisanymi 

współrzędnymi geograficznymi. 

- Co to jest? - zapytał Bruce. 
- Wyspa. 
- I co tam jest? 
- Wasz udział, pięćdziesiąt procent dla waszej załogi. 
- To jakiś skarb? - Bruce powątpiewał. 
- Tak. 
- Piracki? 
- Tak. 
Bruce roześmiał się. 
- MoŜemy popłynąć, ale ja w skarby nie wierzę. 
Wyszedł z kajuty  wciąŜ  śmiejąc się. Nowicki słyszał, jak na korytarzu rozmawiał z 

Kimem  i  rozbawiony  relacjonował  mu  to,  co  powiedział  Nowicki.  Wieść  o  celu 
podróŜy  bardzo  szybko  rozeszła  się  wśród  załogi.  Ludzie  potraktowali  rewelacje 
Polaka  jako  czyste  wariactwo.  Cieszyli  się,  Ŝe  w  łatwy  sposób,  za  spacer  po  morzu, 
dostaną swoją gaŜę. 

 

Przez następne dni karmili Nowickiego, ale nikt poza Kimem i Bruce'm do niego się 

nie odzywał. Nowicki widział tylko pobłaŜliwe uśmiechy załogi. Piątego dnia podróŜy, 
wieczorem,  dotarli  do  celu.  Wyspa  rozciągała  się  na  osi  północ-południe.  Miała 
dziesięć  kilometrów  długości  i  trzy  szerokości.  Na  jej  środku  sterczał  czubek 
wygasłego  wulkanu,  a  cała  była  porośnięta  gęstym  lasem.  Wygodne  miejsca  do 
lądowania  znajdowały  się  tylko  na  jej  północnym  i  południowym  krańcu.  Nowicki 
kazał zakotwiczyć w zatoce na północy. 

-  I  gdzie  jest  ten  skarb?  -  Ŝartował  Bruce,  kiedy  cała  załoga  na  pokładzie  jadła 

wołowinę z sucharami. 

- Jutro się o tym przekonacie - zapewniał Nowicki. 
Trzy  lata  wcześniej,  w  antykwariacie  w  Japonii  kupił  kilka  ksiąŜek  naleŜących 

niegdyś do jakiegoś amerykańskiego kapitana. Jego statek rozbił się u wybrzeŜy jednej 
z japońskich wysp, a morze wyrzuciło na brzeg kufer kapitana. Były tam stare księgi, 
nawet  z  XVIII  wieku.  W  okładce  jednej  z  nich  Nowicki  znalazł  pergamin  z  mapą  i 
złoty medalion. Wtedy postanowił, Ŝe musi przypłynąć w to miejsce. 

 

Rano  rozbawiona  załoga  wodowała  szalupę.  Postanowiono,  Ŝe  na  „Sarze”  zostanie 

Shark  uzbrojony  w  jeden  karabin.  Resztę  broni,  zapasy  Ŝywności  i  narzędzia  zabrano 
na  ląd.  Dopiero  na  plaŜy  Nowicki  pokazał  załodze  mapę.  Marynarze  zaczęli  sprawę 
traktować nieco powaŜniej. 

- Tam - Bruce porównał szkic i wskazania kompasu. 

background image

 

9

Wskazał  na  gęstą  ścianę  lasu.  Jeden  z  Amerykanów,  Steve,  został  na  plaŜy.  Reszta 

wzięła  kilofy,  łopaty,  liny,  broń  i  manierki  z  wodą  i  wszyscy  poszli  we  wskazanym 
przez  Bruce'a  kierunku.  Jamajka  szedł  pierwszy  wycinając  maczetą  przejście.  Kiedy 
pokonali  gęste  pasmo  drzew  i  krzewów  nad  brzegiem,  dotarli  do  obszaru  ogromnych 
łąk porastających wzgórza wokół wulkanicznej góry. 

Maszerowali  trzy  kilometry.  Nowicki  był  zafascynowany  soczystą  zielenią 

ptactwem,  które  przed  nimi  nie  umykało  i  zaciekawione  patrzyło  na  nowe  zjawisko, 
jakim byli tu ludzie. Wreszcie cała grupa dotarła do wejścia do szczeliny. Kim zapalił 
przygotowane łuczywa i weszli do środka. 

Wąskie  na  dwa  metry  przejście  prowadziło  do  wielkiej  sali  o  powierzchni 

sześćdziesięciu metrów. Na jej ścianach widać było ślady kucia. Jej dno było wysypane 
piachem przyniesionym z plaŜy. 

-  Pod  nami  są  cztery  otwory  -  wyjaśniał  Nowicki.  -  Kiedy  odsłonimy  niewłaściwy, 

moŜe spotkać nas śmierć. 

Marynarze zmieszani rozglądali się po sali zapewne  szukając tych śmiercionośnych 

pułapek. 

- To gdzie mamy kopać? - zapytał Spartakus. 
- Drogę wskaŜe nam kompan najbliŜszy - odpowiedział Nowicki. 
- Kim, pokazuj - Bruce zwrócił się do Chińczyka. 
-  Skąd  wiedzieć,  kto  jest  ten  kompan?  -  zdziwił  się  Kim.  -  Skąd  ty  o  tym  wiesz?  - 

spojrzał na Nowickiego. 

Nowicki wyjął złoty medalion. 
- Na nim szatańskim pismem napisano wskazówki - powiedział. 
Bruce w świetle pochodni oglądał krąŜek metalu. 
-  Trupia  czaszka  i  jakieś  niezrozumiałe  kreski  -  stwierdził  rozczarowany.  -  O  co  tu 

chodzi? Ty to rozczytałeś? 

- Tak. 
- Jak? 
- Niech to pozostanie moją tajemnicą. Napisano tam to, co wam powiedziałem. 
-  Ale  tu  nie  ma  Ŝadnych  śladów,  jakichkolwiek  wskazówek  -  dziwił  się  James.  - 

Czemu mam zaufać czyjejś intuicji? 

- Słuchajcie, tu nie ma Ŝadnych pułapek - orzekł Bruce. 
- Odsłońmy najpierw te cztery wejścia - zaproponował Nowicki. - One są w rogach 

tej sali. 

Marynarze  raźno  chwycili  za  łopaty.  Spartakus  pierwszy  odsłonił  w  swoim  rogu 

leŜącą na deskach skrzynkę. OstroŜnie otworzył ją. 

- Jest! - krzyknął uradowany. 
Wszyscy  podbiegli  do  niego,  Ŝeby  zobaczyć  znalezisko.  W  środku  leŜało  kilka 

złotych monet. 

- Mało tego jak na piracki skarb - ocenił Bruce. 
- Pod spodem jest więcej! - krzyknął Spartakus i kilofem podsadził deski. 
Z  całą  siłą  wyrwał  je.  Wtedy  z  dziury  wyleciały  w  powietrze  drobne  strzałki. 

Trysnęły  pod  sklepienie  jaskini  jak  mała  fontanna  i  rozeszły  się  na  boki.  Jedna  z 
pierwszych, juŜ lecąc w górę raniła pochylonego nad dziurą Murzyna w szyję. Kolejne 
wbiły  się  w  jego  tułów  i  ręce.  Olbrzym  padł  jak  raŜony  piorunem.  Reszta  marynarzy 

background image

 

10 

rozbiegła  się  po  całej  jaskini  i  próbowała  uchronić  się  przed  strzałkami.  Nowickiemu 
jeden z pocisków wbił się w grube sukno jego kurtki. 

- Wszyscy cali i zdrowi? - zapytał Bruce. 
Marynarze klnąc wstawali z miejsc. Kim podniósł jedną ze strzałek. 
- Zatrute - stwierdził. 
- Spartakus nie Ŝyje - oznajmił Jamajka. 
Zapanowało milczenie. 
- Uprzedzałem - odezwał się Nowicki. 
- I co z tego? - warknął Jamajka. 
- Cicho! - wrzasnął Bruce. - Kim i Jamajka! Sprzątnijcie te strzałki. My wyniesiemy 

Spartakusa. 

 

Godzinę  później  w  piątkę  siedzieli  przed  jaskinią  i  patrzyli  na  kopczyk  ziemi  nad 

grobem Spartakusa. 

- To złoto tam jest? - James upewniał się. 
- Tak - Nowicki z powagą pokiwał głową. 
-  Wiesz,  którą  dziurę  mamy  odsłonić,  Ŝeby  nic  nam  się  nie  stało?  -  dopytywał  się 

Bruce. 

- Nie, trzeba posłuchać wskazówek - odparł Nowicki. 
- Co to za wskazówki? - wtrącił się Jamajka. 
- Zostały nam jeszcze trzy otwory, z czego dwa to pułapki - Kim patrzył przed siebie. 

- W najgorszym razie zginie jeszcze dwóch ludzi. 

-  Nikt  nie  zginie,  jeśli  będziemy  uwaŜali  -  zapowiedział  Nowicki.  -  Spartakusa 

zgubiła chciwość. 

-  To  wszystko  przestaje  mi  się  podobać  -  Jamajka  pokręcił  głową.  -  Przeklęte 

pirackie złoto. 

-  Nie  musisz  go  szukać,  tylko  potem  nie  wyciągaj  ręki  po  swoją  działkę  -  James 

wściekle spojrzał na kompana. 

- Cisza! - Bruce uspokajał załogę. - Co proponujesz? - zapytał Nowickiego. 
-  Odsłońmy  wszystkie  wejścia  i  wtedy  zobaczymy,  które  pasuje  do  wskazówki  - 

odpowiedział Polak. 

Pracowali do wieczora. Raz uciekali z jaskini. James nieopatrznie uniósł bok wielkiej 

skórzanej  płachty  narzuconej  na  deski.  Stała  na  niej  skrzynka  z  butelką  rumu. 
Amerykanin  uznał,  Ŝe  to  pułapka,  ale  chciał  sprawdzić  jaka.  Natychmiast  jaskinia 
wypełniła  się  oparami  siarkowodoru,  zapewne  pochodzącymi  z  wulkanu.  Musieli 
czekać aŜ gaz wywietrzeje. Na kolejnych dwóch wejściach były skrzynki z kompasem 
oraz ludzką czaszką.  

Zbudowali  obóz  pod  górą.  Wieczorem  Jamajka  poszedł  na  plaŜę  zmienić  Steve'a. 

Jamajka miał dość poszukiwań. Przy kolacji i przy śniadaniu poszukiwacze debatowali, 
które wejście wybrać, czy to z kompasem, czy to z czaszką. 

- Niech Nowicki sam wejdzie i zadecyduje - rano stwierdził James. 
-  On  nas  w  to  wplątał  i  przez  niego  zginął  Spartakus  -  Steve  natychmiast  poparł 

kolegę. Nowojorscy cwaniacy wspierali się w kaŜdej sytuacji. 

Nowicki wstał, poprawił pas z kaburą, chwycił za kilof, wziął pochodnię i wszedł do 

jaskini. 

background image

 

11 

Czaszka  i  kompas  znajdowały  się  w  przeciwległych  kątach.  Kto  jest  kompanem 

najbliŜszym?  Kompas  czy  czaszka?  Bez  kompasu  moŜna  jakoś  sobie  dać  radę,  a  bez 
czaszki?  Jasne,  kto  da  sobie  radę,  kiedy  nie  będzie  miał  głowy  na  karku?  Nowicki 
przeŜegnał się i zdecydowanym krokiem podszedł do skrzynki z kośćmi. Odsunął ją na 
bok i kilofem podwaŜył deski. JakieŜ było jego zdziwienie, kiedy okazało się, Ŝe niŜej 
były bale drewna. 

- śyjesz? - do jaskini zajrzał Kim. 
Zobaczył, Ŝe Nowickiemu nic się nie stało i podszedł do niego. 
- A to co? - Chińczyk zdziwił się. - To kolejna pułapka? 
- Tak jakby - Nowicki roześmiał się. 
- To znaczy? - Kim zaniepokoił się. 
- Trzeba teraz cierpliwie kopać - Nowicki był zadowolony. 
- A tamto? - Kim zerknął w kierunku skrzynki z kompasem. 
-  To  śmiertelna  pułapka.  Pod  tymi  belkami  będą  kolejne  przeszkody.  Zły, 

niecierpliwy  kompan pójdzie szukać dojścia do skarbu  gdzie indziej. PogrąŜy  siebie i 
ciebie. Przypomnij sobie, gdzie leciało najwięcej strzałek? 

- W ten kąt - przyznał Chińczyk. 
-  Trujący  gaz  ulatniał  się  z  tej  dziury  obok.  Ciekawe,  co  jest  pod  kompasem,  ale 

moŜe lepiej tego nie sprawdzajmy. 

- Tak - Kim roześmiał się. - Chodźcie, robota czeka - zawołał kolegów. 
Warstwa  belek  ułoŜonych  tak,  jak  buduje  się  wieŜe  z  zapałek,  miała  pięć  metrów 

grubości. Pod nią były trzy metry kamieni, niŜej dwa metry ludzkich kości i dwa metry 
piachu. Wszyscy pracowali na zmiany przez cztery dni. Skonstruowali drabiny, dźwig. 
Rozebrani do pasa pracowali w pocie czoła, by pod piachem znowu odkryć belki. 

- Trzeba szukać pod kompasem! - James zbuntował się przy obiedzie. 
- Nie, kopiemy dalej - grzmiał Bruce. 
- Czemu? - dziwił się James. 
-  Jeśli  ktoś  zadał  sobie  tyle  trudu,  Ŝeby  tak  zasypać  wejście,  to  tam  musi  coś  być  - 

Bruce był przekonany o swojej racji. 

Wieczorem  nastąpił  przełom.  Poszukiwacze  dostali  się  do  jaskini,  w  której  leŜało 

rozsypane  złoto.  Zbutwiałe  deski  skrzyń  i  deszczułki  beczek  popękały,  a  zawartość 
rozsypała  się  na  wszystkie  strony.  Złoto  oszałamiało  blaskiem  odbitego  światła 
pochodni.  W  kącie,  w  metalowym  kufrze  barwami  tęczy  mieniły  się  drogocenne 
kamienie, sznury pereł, garście szmaragdów i diamentów. 

Marynarze  brodzili  po  kostki  w  ogromnych  skarbach  nie  wierząc  własnym  oczom. 

W powietrzu czuć było tylko ich pot. 

- To niesamowite - jęknął Kim. 
Nowicki  z  ciekawością  zbieracza  numizmatów  oglądał  monety.  Marynarze  byli  tak 

podekscytowani,  Ŝe  postanowili  pracować  całą  noc,  Ŝeby  wydobyć  łup.  Z  „Sary” 
ś

ciągnęli skrzynie i  worki. Przez dwa dni  wynieśli ogółem ponad dwie tony skarbów. 

Po ostatnią partię złota wybrali się prawie wszyscy. Na kutrze pozostał tylko Jamajka. 
Zmęczony Nowicki szedł na końcu grupy. 

Przed nim maszerował Shark. Zwolnił kroku i zrównał się z Nowickim. 
- UwaŜaj na siebie - odezwał się po polsku. 
Nowickiego zdziwiło, Ŝe nagle usłyszał ojczysty język. 

background image

 

12 

- Jesteś Polakiem? - upewniał się. 
- Tak. Bruce z resztą kompanii chcą cię tu zostawić na zawsze i zgarnąć cały skarb. 
- Kiedy? Jak? 
- Zobaczymy - Shark skończył rozmowę, bo Juan uwaŜnie im się przyglądał. 

 

Było upalne południe, kiedy dotarli do wejścia do jaskini. 
-  Nowicki,  dziś  ty  pracujesz  na  dole  -  zdecydował  Bruce.  -  Shark  będzie  odbierał 

złoto na górze, a my będziemy je pakowali do worków. Hej, po co ci broń? - zdziwił 
się widząc, Ŝe Nowicki zabiera ze sobą rewolwer i karabin. 

- Z przyzwyczajenia - Nowicki uśmiechnął się. - MoŜe tam czyha jakaś paskuda? 
Bruce niepewnie spojrzał na Kima, a Chińczyk tylko wzruszył ramionami. Nowicki 

zjechał  na  linie  na  dół  i  zaczął  pracować.  Kiedy  juŜ  prawie  skończył  pracę  i  ładował 
ostatnie wiaderko monet, na górze rozległy się pojedyncze strzały. Zmęczony Nowicki 
podciągał się do górnej komnaty. Tam zobaczył rannego w ramię Sharka, kryjącego się 
obok wejścia. 

- Zaczęło się! - krzyknął Shark. - Dasz sobie z tym radę? - ruchem głowy wskazał na 

karabin maszynowy leŜący niedaleko dziury. 

Shark  wychylił  się  i  szybko  dwa  razy  wystrzelił  z  rewolweru.  Na  zewnątrz  słychać 

było  czyjś  jęk.  Nowicki  podniósł  karabin.  W  czasie  ostatniej  wojny  widział  inne, 
zasilane  taśmami  i  wiedział,  Ŝe  mają  straszną  siłę  odrzutu.  Ranny  Shark  nie  mógł  go 
obsługiwać. Oddał mu swój karabin i bandolierę z nabojami. 

- Trafiłem Jamesa i Juana, ale zaraz będą szturmowali jaskinię - stwierdził Shark. 
Buntownicy  mieli  jednak  inny  plan.  Nagle  do  środka  wrzucili  wiązankę  lasek 

dynamitu. Lont palił się z głośnym sykiem. Nowicki chwycił ładunek i wrzucił go do 
jamy,  z  której  wyleciały  strzałki.  Polacy  rzucili  się  na  piach  i  czekali  na  eksplozję. 
Zagrzmiało i zadudniło. Ze ścian posypał się kurz, a w powietrzu zawirowały tumany 
piachu. 

- Uwaga! - wrzasnął Shark. 
Nowicki  z  trudem  przyklęknął  i  złapał  za  karabin  maszynowy.  Czuł,  Ŝe  z  prawego 

ucha leci  mu krew. Skierował lufę  w  stronę  wejścia. Kiedy zobaczył kłębiące się tam 
cienie,  nacisnął  spust.  Karabin  zaterkotał  i  wypluł  długą  serię  pocisków.  Wokół 
Nowickiego zagwizdało kilka kul. 

Widział,  jak  Shark  strzela  z  obu  rewolwerów,  potem  jeszcze  bije  kogoś  kolbą 

karabinu.  Nagle  Nowickiego  coś  szarpnęło  w  lewe  ramię.  Ktoś  go  trafił.  MęŜczyzna 
zachwiał  się  i  poleciał  w  stronę  dziury.  Ostatkiem  sił  chwycił  lewą  ręką  linę.  Nie  dał 
rady  utrzymać  się  i  powoli  zjeŜdŜał  do  skarbczyka.  Nad  krawędzią  pojawiła  się 
zakrwawiona  twarz  Bruca.  Wycelował  z  rewolweru  w  twarz  Nowickiego.  Strzelił. 
Trafił w dłoń zaciśniętą na linie. Nowicki krzyknął z bólu i spadł z wysokości dwóch 
metrów.  Zobaczył  jeszcze,  Ŝe  Bruce  nagle  zniknął,  jakby  jakaś  niewidzialna  siła 
uderzyła go w bok. 

Obudził  go  ból.  Nowicki  leŜał  na  płachcie  brezentu  na  plaŜy.  Przy  nim  siedział 

Jamajka. 

- JuŜ dobrze - pogładził Nowickiego po głowie. - WyliŜesz się z tego. 
Nowicki  czuł,  Ŝe  swędzi  go  lewa  dłoń.  Z  trudem  podniósł  rękę  i  zobaczył  tylko 

obwiązany bandaŜami kikut. 

background image

 

13 

- Shark mówił, Ŝe tak było trzeba - wyjaśnił Jamajka. - Nie bój się. Tamci wszyscy 

nie Ŝyją. Jesteśmy tylko we trzech. My i to przeklęte złoto. 

Nowicki  zasnął.  Otworzył  oczy  i  ujrzał,  Ŝe  kuter  spokojnie  płynie  po  łagodnie 

falującym morzu. 

- W południe dopłyniemy do Miami - Shark zjawił się przy Nowickim. 
Obaj, Nowicki i Szarkowski, bo tak naprawdę nazywał się Shark, nie rozstawali się 

od  tej  pory.  Nowicki  był  hrabią,  a  Szarkowski  stał  się  jego  lokajem.  Tak  tylko  to 
nazwali, a w rzeczywistości waŜniejsza była ich przyjaźń. 

Piracki skarb podzielili na równe trzy części. Jamajka  wrócił ze swoim  udziałem  w 

rodzinne  strony  i  wybudował  hotel.  Nowicki  i  Szarkowski  postanowili  jeszcze 
zwiedzać  świat,  a  dopiero  potem  pojechali  do  ojczyzny.  Nowicki  zamieszkał  w 
dworku,  w  cichym  zakątku,  i  tam  spokojnie  Ŝyli  nie  afiszując  się  swoim  bogactwem. 
Mieli złoto, papiery  wartościowe, ale  wszystko to zabrała im  wojna. Ona odebrała im 
teŜ rzecz dla nich najwaŜniejszą - ich przyjaźń. 

background image

 

14 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

SPOTKANIE W NAŁĘCZOWIE * PROPOZYCJA OD PRZYJACIELA * W 

PODZIEMIACH SANDOMIERZA * LIST Z TAJNEGO ARCHIWUM * ZŁOTY 

KRĄśEK * AGENT OKOŃ * WYJAZD DO BARANOWA SANDOMIERSKIEGO 

 

Tegoroczne lato nie odeszło, jak to zwykle było, w pierwszych dniach września, lecz 

leniwie  przeciągało  swoją  obecność  sprawiając,  Ŝe  kolejne  dni  były  pełne  słońca,  a 
kolory Ŝółknących liści zyskiwały złotawy odcień. Te dni były szczególnie trudne dla 
naszego  departamentu  w  Ministerstwie  Kultury  i  Sztuki,  który  został  zlikwidowany. 
Pewien  urzędnik  -  karierowicz  uznał,  Ŝe  jesteśmy  niepotrzebni,  bo  zaginionych  w 
czasie  wojny  zabytków  naleŜy  szukać  na  aukcjach  dzieł  sztuki,  a  w  zakopane  skarby 
wierzą tylko dzieci. 

Mój  szef,  Tomasz  N.N.,  zwany  Panem  Samochodzikiem,  przyjął  te  wydarzenia  w 

ministerstwie  nadzwyczaj  spokojnie.  Wiedziałem,  Ŝe  wyjechał  do  uzdrowiska.  Mnie 
spotkała  kolejna  niespodzianka  -  otrzymałem  w  spadku  dworek  w  Pieninach  i 
wyjechałem  nad  Jezioro  Czorsztyńskie.  Tam  musiałem  zmierzyć  się  z  osobnikiem 
uŜywającym pseudonimu „Janosik”, z którym konkurowałem poszukując zbójnickiego 
skarbu.  Po  szczęśliwym  zakończeniu  tej  górskiej  przygody  otrzymałem  od  pana 
Tomasza  wiadomość,  bym  się  z  nim  skontaktował.  Zadzwoniłem  na  numer  jego 
telefonu  komórkowego,  a  on  zaprosił  mnie  na  spotkanie  do  Nałęczowa.  To  znane  i 
piękne  uzdrowisko  leŜy  kilkadziesiąt  kilometrów  na  południowy  wschód  od  Puław. 
Dojechałem tam naszym wehikułem. Pan Tomasz oficjalnie podarował mi auto, ale ja 
nie śmiałem myśleć o nim jako tylko o moim. 

Doskonale pamiętałem, Ŝe pan Tomasz przez wiele lat jako muzealnik zajmował się 

poszukiwaniem  zagrabionych  i  zaginionych  dzieł  sztuki.  Niekiedy  były  to  skarby 
zrabowane  podczas  ostatniej  wojny  przez  hitlerowców,  a  czasami  trzeba  było 
rozwiązywać  zagadki  sprzed  wieków.  Mój  przełoŜony  jeździł  wtedy  wehikułem, 
pojazdem  wykonanym  przez  jego  wuja,  Stefana  Gromiłłę.  Pod  ręcznie  klepaną 
karoserią krył się  wspaniały silnik ferrari i napęd umoŜliwiający pływanie po  wodzie. 
Mój szef kilka lat temu poszukiwał młodego współpracownika. Zgłosiłem się. 

Okazało się, Ŝe byłem kandydatem, który spełniał oczekiwania. Nazywam się Paweł 

Daniec.  Ukończyłem  historię  sztuki,  słuŜyłem  w  jednostce  komandosów,  kochałem 
przygody,  byłem  kawalerem.  Wtedy  teŜ  otrzymaliśmy  w  darze,  zamiast  rozbitego 
wehikułu,  nowoczesne  auto  terenowe.  WyposaŜone  w  mnóstwo  gadŜetów  było 
przydatne,  ale  widziałem,  Ŝe  szef  tęsknił  za  starym  wehikułem.  Terenówkę  po  kilku 
latach  uŜytkowania  musieliśmy  oddać,  ale  znowu  mieliśmy  szczęście,  bo  od 
angielskiego milionera otrzymaliśmy kolejny wehikuł. Miał pokraczny wygląd, bo pod 
karoserią  były  mocny  silnik,  rama  i  zawieszenie  samochodu  rajdowego,  którym  ten 
Anglik  startował  w  rajdzie  na  trasie  ParyŜ-Dakar.  Nasz  pojazd  wzbudzał 
zainteresowanie swym ekstrawaganckim kształtem, który upodabniał go do auta rodem 
ze złomowiska. 

Do  Nałęczowa  przyjechałem  w  porze  obiadowej.  Na  parkingu  przed  nowoczesnym 

budynkiem  sanatorium  znalazłem  wolne  miejsce  na  płatnym  parkingu.  Przeszedłem 
przez  neogotycką  bramę.  Tu  znajdował  się  niewielki  punkt  sprzedaŜy  pamiątek  i 
przewodników. 

background image

 

15 

Pracowały  tam  dwie  bardzo  miłe  i  ładne  panie.  Kupiłem  folder  reklamujący  uroki 

Nałęczowa i zerkając na zamieszczoną w nim mapę wędrowałem przez park zdrojowy 
na miejsce spotkania z panem Tomaszem. 

Szybko  pomaszerowałem  na  drugi  koniec  parku  do  Pałacu  Małachowskich,  do 

znajdującej się tam  kawiarenki.  Zająłem  stolik pod parasolem  na dworze, zamówiłem 
kawę  i  czekałem  czytając  folder.  ZauwaŜyłem,  Ŝe  wokół  mnie  prawie  wcale  nie  było 
kuracjuszy - musieli pójść na obiad. Została tylko garstka turystów rozkoszujących się 
ciepłem wrześniowego słońca. 

Nałęczów  w  1751  roku  kupił  Stanisław  Małachowski,  herbu  Nałęcz.  On  zlecił 

architektowi  Ferdynandowi  Naxowi  wybudowanie  pałacu  w  stylu  barokowym.  Pod 
koniec  XVIII  wieku  odkryto  w  parku  źródła  wapienno-Ŝelaziste.  Ich  właściwości 
lecznicze potwierdziły badania przeprowadzone przez Józefa Celińskiego w 1817 roku. 
Powstania  listopadowe  i  styczniowe  oraz  sprzedaŜ  majątku  na  licytacji  spowodowały 
upadek  uzdrowiska.  W  1878  roku  spółka  Fortunata  Nowickiego,  Konrada 
Chmielewskiego  i  Wacława  Lasockiego,  lekarzy  i  zesłańców  z  Syberii,  przywróciła 
dawny blask temu miejscu, które do dziś jest znanym zakładem leczniczym. 

-  Dzień  dobry,  Pawle,  widzę  Ŝe  straciłeś  dawną  czujność  -  usłyszałem  głos  pana 

Tomasza. 

Obróciłem się w fotelu i spojrzałem na szefa. WciąŜ mimo zaawansowanego wieku 

trzymał się prosto. Od kilku lat nie palił, dbał o swoje zdrowie i jeździł do uzdrowisk. 
WciąŜ  miał  gęste,  siwe  włosy  i  nosił  ogromne,  rogowe  okulary.  Jego  uśmiech, 
dobroduszny, ale nieco szelmowski, pozostał ten sam. 

- A pan porusza się z kocią zwinnością - uśmiechnąłem się, wstając i witając mojego 

przełoŜonego. - Pobyt w Nałęczowie panu słuŜy. 

- Tak, tu moŜna podleczyć serce i skołatane nerwy - przyznał pan Tomasz siadając. - 

Kochana, białą kawkę - zwrócił się do kelnerki. 

- I szarlotkę? - dopytywała się dziewczyna. 
- Dwie, tylko młody wiek tłumaczy tego człowieka - wskazał na mnie - Ŝe nie słyszał 

o pani szarlotce. 

Kelnerka uśmiechnęła się do pana Tomasza i poszła do budynku po kawę i ciastka. 
- W wiadomości wspominał pan coś o dobrych wieściach - przypomniałem szefowi. 

-  CzyŜby człowiek,  który postanowił rozwiązać  nasz departament, został zwolniony z 
ministerstwa? 

-  Czemu  Ŝyczysz  mu  aŜ  tak  źle?  -  pan  Tomasz  wystawił  twarz  do  słońca 

jednocześnie rozpinając dwa górne guziki swojej letniej kurteczki. 

- Chyba mam powody? 
- Pawle, udał się twój pobyt na południu Polski? 
- Udał. 
- Co się dzieje z twoim spadkiem? 
- W dworku powstanie ośrodek fundacji wspierającej roŜne działania artystyczne. 
- A ty co z tego będziesz miał? 
- Nic. 
- Zostałeś honorowym prezesem - zauwaŜył pan Tomasz. 
Zatytułowanie mnie mianem prezesa spowodowało, Ŝe kelnerka podając mi szarlotkę 

spojrzała na mnie zaciekawiona. 

background image

 

16 

- Ma pan doskonałe informacje - przyznałem zaskoczony. 
- Mam duŜo przyjaciół - pan Tomasz delikatnie wbił widelec w szarlotkę. - Po tym 

nieszczęśliwym  wydarzeniu  w  ministerstwie  okazało  się,  jak  wiele  osób  było  nam 
Ŝ

yczliwych. 

- CzyŜby była szansa na nasz powrót na stare śmieci? - ucieszyłem się. 
-  Panta  rei  -  szef  wzruszył  ramionami.  -  Tak  ci  brakuje  tego  małego  pokoiku  na 

końcu  korytarza?  Wiem,  Ŝe  nie  chodzi  ci  o  ten  gabinecik,  ale  o  pracę  w  terenie, 
przygody i rozwiązywanie zagadek. 

- A panu tego nie brakuje? 
-  Brakuje  i  dlatego  cieszę  się  z  twoich  sukcesów.  Na  razie  nie  masz  Ŝadnej  pilnej 

roboty? 

- Pan wie, Ŝe nie. 
-  Ktoś  chciałby  ci  zlecić  pewne  zadanie.  Zarobisz  parę  groszy  i  nie  wyjdziesz  z 

wprawy. 

- O co chodzi? Co to za praca? Kolejna operacja, w której mam przeniknąć w szeregi 

złych? 

- Pawle, skąd takie podejrzenia? 
- Tak tajemniczo wprowadza mnie pan zwykle w skomplikowane akcje. 
- Ta nie będzie prosta. 
- MoŜe pan zdradzić więcej szczegółów? 
- Będziesz musiał zdobyć czyjeś zaufanie. 
- Czyje? 
- Nie wiem. Musisz tego kogoś odnaleźć. 
- Pan wie, Ŝe i tak się zgodzę, więc niech mi pan wszystko powie od razu - prosiłem 

pana Tomasza. 

-  Skosztuj  tej  szarlotki,  jest  naprawdę  pyszna.  Ta  dziewczyna  sama  ją  piecze  - 

uśmiechał się do przechodzącej obok kelnerki. - To dla ciebie - z kieszeni kurtki wyjął 
białą kopertę. Nie musiałem jej otwierać, by zauwaŜyć, Ŝe w środku był bilet wstępu do 
podziemnej trasy turystycznej w Sandomierzu. 

- Pełna konspiracja - roześmiałem się. - Mam spotkanie w starych piwnicach? 
-  I  mało  czasu  na  dojazd  -  pan  Tomasz  spojrzał  na  zegarek.  -  Co  nie  oznacza,  Ŝe 

masz  prawo  nie  zjeść  szarlotki.  Nawet  nie  próbuj  wyjechać  zostawiwszy  nietkniętą 
porcję! 

Jadłem  popędzany  przez  szefa,  który  z  uśmiechem  na  twarzy  grał  rolę  troskliwego 

ojca  dokarmiającego  syna.  PoŜegnałem  się  z  panem  Tomaszem  i  poszedłem  do 
kontuaru kelnerki, by uregulować rachunek. 

W  niecałe  dwie  godziny  dojechałem  do  Sandomierza.  Zostawiłem  wehikuł  na 

parkingu  pilnowanym  przez  zmęczonego  i  znudzonego  starszego  pana  z  obfitym 
brzuszkiem. 

-  Niech  pan  nie  parkuje  przy  śmietniku,  bo  śmieciarze  się  pomylą  i  wywiozą  panu 

autko - zdobył się na Ŝart przyjmując opłatę za parkowanie. 

Po  schodach  wbiegłem  na  wzgórze,  gdzie  stała  sandomierska  Starówka.  Znalazłem 

się na brukowanej ulicy blisko katedry. Otworzyłem kopertę z biletem. Na blankiecie 
wyraźnie  napisano  godzinę  wejścia:  16.15.  Miałem  jeszcze  pół  godziny.  Spokojnie 
przeszedłem  na  rynek,  by  popatrzeć  na  sandomierski  ratusz.  Przysiadłem  na  murku  i 

background image

 

17 

przyglądałem  się  grupkom  nielicznych  turystów  oraz  młodzieŜy.  Wzrokiem  szukałem 
człowieka, który przyglądałby mi się, ale nikogo takiego nie znalazłem. 

Punktualnie  zameldowałem  się  przy  wejściu  do  podziemi.  Okazało  się,  Ŝe  miałem 

wędrować z wycieczką młodych turystów z Francji. Maszerowałem na końcu pochodu 
słuchając  okrzyków  młodzieŜy  i  ich  Ŝartów,  kiedy  chłopcy  próbowali  zaimponować 
swoim koleŜankom. 

Sandomierz jako miasto królewskie miał przywilej składowania niektórych towarów. 

Do  tego  potrzebne  były  magazyny  i  kupcy  zaczęli  w  miękkim  lessie  drąŜyć  głębokie 
piwnice.  Wkopywano  się  w  obręb  działek  sąsiadów,  pod  rynek.  Powstał  podziemny 
labirynt,  wokół  którego  narosło  wiele  tajemnic.  Po  pierwszym  rozbiorze  Polski 
Sandomierz  jako  punkt  handlowy  stracił  na  znaczeniu  i  piwnic  nie  konserwowano. 
Prawdziwym  problemem  stały  się  one  w  okresie  powojennym,  kiedy  zaczęły  się 
zapadać. Wtedy  konserwatorzy  i  specjaliści  od  robót  górniczych  zaczęli  zabezpieczać 
teren,  a  jednocześnie  uruchomiono  podziemną  trasę  turystyczną.  Połączono  komory 
pod ośmioma piwnicami tworząc korytarz długości 470 metrów. W latach szkolnych i 
studenckich  przechodziłem  tędy  kilka  razy.  Kolejny  raz  wysłuchiwałem  tych  samych 
opowieści, przechodziłem przez kolejne komnaty, aŜ doszliśmy do Komory Łukowej, 
mniej więcej w połowie trasy.  

Wtedy  poczułem  na  swoim  ramieniu  czyjś  dotyk.  Wystraszyłem  się,  bo  przecieŜ 

maszerowałem jako ostatni, w ostatniej wycieczce tego dnia! 

-  Myślałem,  Ŝe  po  kilku  dniach  wypoczynku  w  górach  będziesz  jednak  mniej 

nerwowy - rozpoznałem głos Leśnika. 

Poznałem  go  parę  lat  temu  na  Mazurach  podczas  poszukiwań  dokumentów 

spiskowców szykujących zamach na Adolfa Hitlera. Wtedy pan Tomasz wysłał go, by 
dyskretnie  chronił 

mnie  przed  konkurencją.  Później  jeszcze  kilka  razy 

współpracowaliśmy  podczas  poszukiwań  zaginionych  skarbów.  Leśnik  miał  na  imię 
Michał.  Był  wysokim,  dobrze  zbudowanym  blondynem,  a  ostatnimi  czasy  zamiast 
wojskowego  munduru  nosił  garnitury.  Pracował  w  branŜy,  o  której  im  mniej  się  wie, 
tym lepiej. Nigdy nie wypytywałem go o szczegóły jego pracy. 

- Co to za norka? - zapytałem, kiedy juŜ ochłonąłem. 
Leśnik  siedział  na  taborecie  za  drewnianymi  drzwiami  prowadzącymi  do 

nieoświetlonego korytarza. Wstał strzepując biały pył z rękawa marynarki. 

-  Pamiętasz,  Ŝe  Królik  z  Kubusia  Puchatka  miał  norkę,  z  której  prowadziły  dwa 

wyjścia? - Leśnik przyglądał mi się uwaŜnie. 

- Tak - odpowiedziałem. 
- MoŜesz wyjść stąd razem z wycieczką i pójść w swoją stronę. Nie zawrócisz, bo za 

pięć minut przejdą tędy dwaj straŜnicy, którzy będą sprawdzali, czy nikt nie pozostał w 
podziemiach i zgaszą światła. 

- A dokąd tędy zajdziemy? - wskazałem na mrok w korytarzu. 
-  Nie  widać  tam  Ŝadnych  jasnych  punktów.  Nie  mam  dość  czasu,  Ŝeby  teraz,  tu, 

wszystko ci wyjaśnić, ale musisz podjąć decyzję właśnie w tej chwili. 

- Michał... - zacząłem. 
- Nic ci na razie nie powiem - Leśnik pokręcił głową. 
Głęboko  nabrałem  powietrza.  Mogła  mi  się  nie  podobać  ta  tajemniczość,  ale 

rozumiałem motywy działania Leśnika. Nie zgadzając się na współpracę i tak mogłem 

background image

 

18 

zaangaŜować  się  w  rozwiązanie  zagadki.  Leśnik  nie  mógł  sobie  na  to  pozwolić. 
Miałem do niego pełne zaufanie, bo nigdy mnie nie zawiódł i był moim przyjacielem. 

-  Masz  latarkę?  -  zapytałem  Leśnika  wchodząc  do  korytarza,  w  którym  na  mnie 

czekał. 

Przyjaciel zaprosił mnie gestem do środka. Przepuścił przodem i zatrzasnął drzwi za 

nami.  Z  kieszeni  wyjął  małą  latarkę  i  włączył  ją.  Tunel  prowadził  w  dół  przez 
niewielkie komory oddzielone od siebie stromymi schodami. Zeszliśmy około czterech 
metrów i znaleźliśmy się w długim, prowadzącym na wprost przejściu. 

-  Ta  część  podziemi  moŜe  kiedyś  będzie  udostępniona  turystom.  Na  razie  mają  tu 

wstęp  tylko  konserwatorzy  i  słuŜby  techniczne  -  wyjaśniał  mi  Leśnik.  -  To  jedna  z 
dwóch głównych arterii komunikacyjnych sandomierskich podziemi. 

- Dokąd ona prowadzi? - zaciekawiony rozglądałem się po ścianach. 
Szliśmy pod ceglanymi łukami, wąskimi przejściami wydrąŜonymi w lessowej skale. 

Wokół dominowały zapachy stęchlizny i szczurów. 

- Zaraz będziesz miał okazję przejść przez Ucho Igielne - Leśnik roześmiał się. 
Właśnie  doszliśmy  do  ceglanych  stopni  pokrytych  plamami  białej  farby,  jaką 

wymalowano  sklepienie  przejścia.  Wspinaliśmy  się  w  kierunku  drewnianych,  obitych 
metalowymi sztabami drzwi. Mój towarzysz wsunął klucz w zamek i po chwili byliśmy 
w jakiejś piwnicy. Jasny snop światła z latarki oświetlał słoiki z kompotami i ogórkami 
stojące w równych rzędach na półkach. 

Gdzie  indziej  za  sztachetami  drzwi  dojrzałem  mały  warsztacik  i  trzy  rowery  do 

wypraw turystycznych.  Leśnik poprowadził  mnie do schodów prowadzących na górę. 
Na  chwilę  przystanął  nasłuchując  przy  wyjściu  na  klatkę  schodową  i  ruchem  ręki 
popędził mnie, Ŝebym  wyszedł. Znalazłem  się  w  korytarzu  wyłoŜonym skrzypiącymi, 
pomalowanymi  na  brązowo  deskami.  OstroŜnie  uchyliłem  dwuskrzydłowe  drzwi  na 
potęŜnych zawiasach z grubymi spręŜynami. 

Zajęczały,  a  w  mieszkaniu  na  parterze  zaszczekał  pies.  Szybko  wydostałem  się  na 

ulicę.  Przyjaciel  poprowadził  mnie  w  lewo,  a  potem  po  kamiennych  stopniach  do 
dawnej  furty  w  murze  obronnym,  który  stał  się  opoką,  na  której  wybudowano  domy. 
Pomiędzy  nimi  było  wąskie  przejście,  około  półtorametrowej  szerokości  i  wysokości 
ponad trzech metrów. Zeszliśmy i po kilku minutach zajęliśmy stolik pod parasolem w 
niewielkim pubie. Kelnerkę zdziwiło, Ŝe zamówiliśmy tylko kawę. 

-  Specjalnie  zorganizowałem  ci  tę  wycieczkę,  Ŝebyś  połknął  bakcyla  tajemnicy  - 

Leśnik uśmiechał się. 

-  Wiesz,  Ŝe  od  dawna  nie  potrafię  się  oprzeć  wyzwaniom  związanym  z 

rozwiązywaniem zagadek - odpowiedziałem. - Powiedz mi, o co tym razem chodzi. 

- O skarb - Leśnik szepnął mi do ucha. 
- Jaki? 
- Obiecasz, Ŝe nie będziesz się śmiał? 
- To pytanie mnie niepokoi. Co się za tym kryje? 
-  Piętnastu  chłopców  na  umrzyka  skrzyni  -  Leśnik  zanucił  na  modłę  marynarskiej 

pieśni. 

-  To  piracki  skarb?  Chyba  nie  chcesz  mnie  wysłać  na  Karaiby?  -  mimowolnie 

uśmiechnąłem się. 

- A pobyt w dobrym hotelu przy ładnym pałacu będzie ci odpowiadał? 

background image

 

19 

- Co mają piraci do jakiegoś pałacu? 
- Wiedziałem, te w to nie uwierzysz... - Leśnik westchnął. Z kieszeni wyjął kartkę z 

odbitką odręcznie napisanego tekstu. - Przeczytaj to... - powiedział. 

- Skąd to masz? - zdziwiłem się widząc pieczęć jednaj ze słuŜb specjalnych. 
- W czasie porządków znajduje się roŜne rzeczy - rzucił Leśnik popijając kawę. 
Przed zadaniem kolejnych pytań postanowiłem przeczytać pismo. 

 

(...)  prowadzono  obserwację  obywatela  Romualda  Okonia,  15  maja  1947  roku  o  godzinie 

17.20 spotkał się w Warszawie ze znanym nam byłym członkiem reakcyjnego podziemia M. B., 
pseudonim  „Piecyk”.  Ich  spotkanie  powtórzyło  się  trzy  dni  później.  Wtedy  doszło  do  zakupu 
przez  obywatela  Romualda  Okonia  broni  (niemiecki  pistolet  marki  Walther  P38).  Podczas 
aresztowania „Piecyka” ujawniono, Ŝe za broń otrzymał zapłatę w wysokości 100 dolarów. 

Obywatel  Okoń  dnia  19  maja  wyjechał  do  Sandomierza  W  godzinach  popołudniowych 

wyszedł  z  miasta  w  kierunku  południowym,  Dalszą  obserwację  prowadziliśmy  za  pomocą 
miejscowych  funkcjonariuszy  Milicji  Obywatelskiej  wyposaŜonych  w  rowery  i  samochód 
terenowy. 

Obserwowany  nocował  w  szopie  w  lesie,  a  potem  ruszył  do  lasu.  Patrole  MO  straciły  go  z 

oczu. Podjęliśmy decyzję o aresztowaniu obywatela Okonia. Straciliśmy go z oczu na dwa dni, 
aŜ otrzymaliśmy informację, Ŝe przebywa w jednym z mieszkań w Baranowie, 

Do akcji aresztowania wyznaczyliśmy pięciu pracowników MO. Kiedy zapukaliśmy do drzwi 

mieszkania, ze środka oddano kilka strzałów. Odpowiedzieliśmy ogniem osłaniając wyniesienie 
dwóch  rannych  milicjantów.  Podejrzany  Okoń  wypuścił  lokatorów  mieszkania,  a  sam 
zabarykadował  się  w  środku.  Planowaliśmy  uŜycie  granatów  i  broni  maszynowej,  ale  wtedy 
obywatel Okoń poddał się. Pierwsze przesłuchanie przeprowadziłem w Sandomierzu. Kolejne - 
po  miesiącu  w  Warszawie,  Aresztant  uporczywie  odmawiał  współpracy  i  złoŜenia  zeznań  w 
sprawie wydarzeń z września 1939 roku (...) 

 

-  To  fragment  jakiegoś  raportu  -  zauwaŜyłem.  -  Michale,  czemu  nie  pokaŜesz  mi 

wszystkiego? 

- Nie mogę - Leśnik nie patrzył mi w oczy. - Autorem tego raportu był kapitan RyŜ, 

pracownik  Ministerstwa  Bezpieczeństwa  Publicznego.  Co  ciekawe,  nie  istnieje  on  na 
Ŝ

adnej liście płac, w Ŝadnym spisie emerytów, zasłuŜonych pracowników. Nigdzie! To 

był  najprawdopodobniej  pseudonim  kogoś,  kto  zajmował  się  zadaniami  specjalnymi. 
Jak wiesz, w tamtych ponurych czasach musiał to być ktoś niebywale wredny, zapewne 
po przeszkoleniu w NKWD. MoŜe był to Rosjanin? 

- A Okoń? Kim on był? śołnierzem kampanii wrześniowej? 
- Między innymi. 
- W zawierusze wojennej, kiedy hitlerowskie Niemcy zaatakowały Polskę, ten Okoń 

coś ukrył? Jak się domyślam gdzieś między Sandomierzem a Baranowem? 

- Mniej więcej tak. 
- Co to było, Ŝe twoja firma jest tym zainteresowana? 
- Piracki skarb - Leśnik miał powaŜną minę. 
- śartujesz?! 
-  Nie.  Mam  jeszcze  to  -  z  drugiej  kieszeni  marynarki  wyjął  szarą,  złoŜoną  wpół 

kopertę. Ze środka wyjął złoty medalion. 

KrąŜek metalu miał średnicę około trzech centymetrów. Jego rant był szeroki na trzy 

milimetry. Na jego powierzchni znajdowały się  głębokie rysy. Jedną  stronę zajmował 
wizerunek  trupiej  czaszki  z  piszczelami.  Na  drugiej  był  wyryty  krąg.  Po  jego 

background image

 

20 

zewnętrznej  i  wewnętrznej  stronie  wyryto  mnóstwo  kresek  nie  układających  się  w 
Ŝ

aden konkretny  wzór. Przez prawy oczodół czaszki przewiercono otwór chyba po to, 

by moŜna było zawiesić medalion na rzemyku. 

- To jakaś piracka zawieszka? - pytałem  nie dowierzając, Ŝe Leśnik zajmuje się tak 

niewiarygodną sprawą. 

-  Tak.  Według  raportów  znaleziono  ją  w  mieszkaniu,  gdzie  zatrzymano  Okonia. 

MoŜemy przypuszczać, Ŝe on to miał przy sobie. 

- Co moŜesz powiedzieć mi o samym Okoniu? 
- śołnierz jednostki, która przeprawiała się przez Wisłę koło Baranowa we wrześniu 

1939  roku.  Potem,  przez  Węgry,  trafił  do  Francji  i  Wielkiej  Brytanii.  Ochotniczo 
zgłosił  się  do  Polskiej  Brygady  Spadochronowej.  Jeszcze  przed  inwazją  aliantów  na 
Sycylię  w 1943 roku został przejęty przez Brytyjczyków i  dla nich  wykonywał jakieś 
misje  w  okupowanej  Europie.  Po  wojnie  pod  przybranym  nazwiskiem  przyjechał  do 
Polski.  Ktoś  doniósł  na  niego  do  Urzędu  Bezpieczeństwa  i  wtedy  zaczęto  go  śledzić. 
Po tej strzelaninie i aresztowaniu spędził w więzieniu dwa lata. 

- Tak mało? - zdziwiłem się. 
- W aktach jest tylko dokument potwierdzający zwolnienie Okonia po odbyciu kary. 

Nie  było  rozprawy,  a  odsiadywał  karę!  Sprawdziłem  niedostępne  dla  wszystkich 
archiwum i znalazłem dodatkowe, ciekawe informacje. Trzy dni po zwolnieniu Okonia 
w  porcie  w  Kopenhadze  polski  wywiad  odbierał  od  Brytyjczyków  dwóch  agentów 
rosyjskich.  To  była  typowa  akcja  wymiany  szpiegów,  ale  nie  zapisano,  kogo 
Brytyjczycy dostali za tych Rosjan i czemu to Polacy pośredniczyli w tej operacji? 

- Sugerujesz, Ŝe o Okonia upomnieli się jego angielscy mocodawcy? 
- Tak. 
- Myślisz, Ŝe to oni wysłali go po wojnie, by dowiedział się czegoś o losie ukrytego 

skarbu... piratów? - z trudem wypowiedziałem to ostatnie słowo. 

- Tak. 
- I później nie starali się dobrać do tego złota? 
- Nie. 
- Czemu? 
-  Za  duŜo  pytasz  -  Leśnik  westchnął.  -  Tu  masz  instrukcje  -  z  kieszeni  marynarki 

wyjął dyskietkę. - Masz laptop? 

- W domu - odpowiedziałem. 
- I bardzo dobrze, zapewnimy ci sprzęt - Leśnik był teraz bardzo powaŜny. - Musimy 

jeszcze dokonać jednej, drobnej formalności - znowu sięgnął do wewnętrznej kieszeni 
marynarki i po chwili na stole połoŜył pióro i dwie kartki papieru. 

- Umowa o dzieło?! - zdziwiony przeczytałem tytuł dokumentu. 
- Zamawiam u ciebie artykuł, ksiąŜkę, nowelę, opowiadanie. Nie wiem, ile materiału 

uda  ci  się  zebrać.  Traktuj  to  powaŜnie,  bo  w  archiwum  będziemy  musieli  mieć  twoje 
dzieło. 

- Chcesz, Ŝebym został waszym współpracownikiem? - zaniepokoiłem się. 
-  Naszym,  czyli  wydawnictwa  „Pugnus”  -  Leśnik  spokojnie  wyjaśniał.  -  To  chyba 

nic złego napisać artykuł czy opracowanie z sympozjum poszukiwaczy skarbów? 

background image

 

21 

Wahałem  się.  Z  jednej  strony  ufałem  przyjacielowi,  ale  z  drugiej  bałem  się,  Ŝe  ten 

jeden mój podpis moŜe w przyszłości być przez kogoś wykorzystany i nie uwolnię się 
od wykonywania usług mocodawcom Leśnika. 

- Pawle, musisz mieć pieniądze na pobyt w hotelu i udział w spotkaniach. Muszę się 

jakoś rozliczyć z funduszu operacyjnego. Jeśli mi nie ufasz, to po zakończeniu operacji 
przywiozę ci te papierki i sam je zniszczysz. Wiesz, Ŝe w mojej branŜy świat jest tylko 
wielkim polem gry? 

- Tak - mruknąłem podpisując umowę. - MoŜe powiesz mi, co mam z tym zrobić? - 

stuknąłem  palcem  w  dyskietkę.  -  Mam  jechać  do  Warszawy,  Ŝeby  odczytać  treść  na 
swoim komputerze? 

- Nie - Leśnik sięgnął do kieszeni koszuli. - Musisz się tam zameldować jeszcze dziś 

-  przesunął  po  stole  coś,  co  mogło  być  kartą  kredytową.  -  Udanych  łowów  -  Leśnik 
uśmiechnął się, wstał, zebrał swoje papiery i podał mi rękę na poŜegnanie. - Medalion 
jest do zwrotu! - dodał. 

Uścisnąłem  jego  dłoń  i  odwróciłem  kartonik  pozostawiony  na  stole.  Była  to  karta 

pobytu w hotelu w Baranowie Sandomierskim. Rozejrzałem się za przyjacielem, ale on 
juŜ zniknął jak duch. 

background image

 

22 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

PROMOCJA NA PARKINGU * MOJA REDAKTOR NACZELNA * DZIWNY DIALOG 

* POZNAJĘ UCZESTNIKÓW KONFERENCJI * PORWANIE PROSIĘCIA Z ROśNA * 

UCZTA NA PLAśY * NAPĘD SPRĘśYNOWY 

 

Przede  mną  na  stole  leŜała  dyskietka  zostawiona  przez  Leśnika.  Wiedziałem,  Ŝe 

kiedy tylko zacznę czytać treść instrukcji, nie będę mógł się wycofać. Nie dlatego, Ŝe 
byłbym  zmuszony  do  współpracy,  ale  dlatego,  Ŝe  zwycięŜyłaby  we  mnie  ciekawość 
nowej przygody. Myślałem, ile razy w przeszłości wplątywałem się w dziwne sytuacje, 
a teraz zwolniony z pracy w ministerstwie byłem wolny i mogłem robić to, na co tylko 
miałem ochotę. Chciałbym kiedyś spełnić swoje marzenie i wyjechać do Francji, Ŝeby 
tam rozwiązać pewną zagadkę. 

- Podać panu coś jeszcze? - pytanie uroczej kelnerki wyrwało mnie z zadumy. 
- Nie, dziękuję - odpowiedziałem sięgając do kieszeni po portfel. 
- Tamten pan juŜ zapłacił - powiedziała dziewczyna dostrzegając mój gest 
-  ZdąŜył  tak  szybko?  -  zdziwiłem  się,  bo  przecieŜ  Leśnik  błyskawicznie  wyszedł  z 

lokalu. 

- On zapłacił z góry, jeszcze przed panów przyjściem. 
Uśmiechnąłem się na myśl o przezorności przyjaciela. Pomaszerowałem na parking, 

do  wehikułu.  MęŜczyzna  pobierający  opłaty  za  postój  przestawił  swój  taborecik  tam, 
gdzie przesunął się cień. Szukałem w kieszeni drobnych, Ŝeby zapłacić za parkowanie 
wehikułu. 

- Właściwie to dziś panu zrobię promocję - oznajmił parkingowy. - Niech pan latem 

przyjedzie  do  Sandomierza,  to  załatwię  panu  darmowe  parkowanie  u  wszystkich 
kolegów. 

- Czemu? - byłem rozbawiony taką propozycją. 
- A niech pan patrzy! - męŜczyzna pokazał na samochód z poznańską rejestracją. 
Widać  było,  Ŝe  kierowca  i  pasaŜer  wzrokiem  szukali  miejsca  do  zaparkowania,  ale 

ich uwagę przykuł wehikuł, skręcili w naszym kierunku i zatrzymali się na niewielkim 
skrawku  asfaltu  pomiędzy  autobusem  wycieczkowym  i  furgonetką.  Wysiedli  i  z 
aparatami  cyfrowymi  podbiegli  do  mojego  auta.  Zrobili  mu  zdjęcia,  a  potem  sami 
pozowali do pamiątkowych fotografii. 

- U kolegów jest duŜo wolnych miejsc, a do mnie wszyscy zajeŜdŜają, Ŝeby obejrzeć 

tego pańskiego grata - opowiadał parkingowy. - Panie, przyznaj się, Ŝe specjalnie sobie 
takiego  cudaka  skonstruowałeś.  Gdybyś  mi  go  pan  wynajął  na  lato,  to  ja  bym  potem 
panu taką dywidendę odpalił, Ŝe miałbyś pan na pierwszą wpłatę na nowe autko. 

- Nie, to prezent i bardzo dobry samochód. 
-  Wiem,  wiem.  Maluch  teŜ  miał  cztery  koła  i  jeździł.  Ale  dopiero  jak  człowiek 

wsiadł do wołgi albo mercedesa, to poczuł się jak w samochodzie. 

- Dziękuję za promocję - ukłoniłem się. - Do zobaczenia! 
Szybko  wsiadłem  do  wehikułu  i  wyjechałem.  We  wstecznym  lusterku  widziałem 

tych  dwóch  poznaniaków  filmujących  mój  odjazd.  Szybko  pognałem  z  miasta  na 
południe  do  Baranowa  Sandomierskiego.  Na  miejsce  dojechałem  w  porze  kolacji. 
Miasteczko sprawiało wraŜenie sennego. 

Przez  otwarte  okna  mieszkań  dobiegały  mnie  dźwięki  czołówki  telewizyjnej 

telenoweli. Bramy pałacowego parku pilnował postawny straŜnik. Widząc mój wehikuł 

background image

 

23 

nastroszył  się  i  poprawił  czapkę  z  daszkiem,  w  kroju  podobną  do  tej  noszonej  przez 
amerykańskich policjantów. 

- Dzień dobry, pan do  kogo?! - pytał  uprzejmie, ale  w jego głosie  wyczuwałem, Ŝe 

uwaŜał mnie za człowieka, który nie powinien tu wjeŜdŜać. 

-  Mam  zarezerwowane  miejsce  w  hotelu  -  wyjaśniłem  i  pokazałem  straŜnikowi 

kartonik, który wręczył mi Leśnik. 

Ochroniarz  przez  telefon  skontaktował  się  z  recepcją  i  upewnił  się,  Ŝe  mam 

rezerwację. 

- Proszę! - uruchomił automatyczną bramę, która rozsunęła się bezszelestnie. 
Wjechałem  na  parkową  drogę,  skręciłem  w  lewo,  w  kierunku  hotelu,  który 

zorganizowano w dawnych zabudowaniach stajennych. JuŜ na pierwszy rzut oka widać 
było  wysoki  standard.  Na  podjeździe  gęsto  stały  samochody,  ale  pracownik  hotelu, 
ubrany  w  elegancką  czerwoną  kamizelkę,  wskazał  mi,  Ŝebym  pojechał  dalej.  Tam,  u 
szczytu  budynku  był  pusty  plac.  Zatrzymałem  się  przy  drewnianej  konstrukcji 
utrzymującej gałęzie winorośli. 

Wróciłem  do  hotelu  i  w  recepcji  otrzymałem  klucz  do  pokoju.  Zostałem 

zakwaterowany na pierwszym piętrze. Okna mojego apartamentu wychodziły na park i 
pałac. Na biurku leŜały laptop i wypchana czymś szara koperta. W pierwszej kolejności 
włączyłem  komputer.  Po  chwili  na  ekranie  pojawiło  się  pytanie:  „Kto  jest  Twoim 
szefem?”.  Szybko  w  pustej  rubryce  wpisałem  odpowiedź:  „Pan  Samochodzik”.  Dalej 
komputer  uruchamiał  się  juŜ  bez  problemów.  WłoŜyłem  dyskietkę  i  odczytałem 
znajdujący  się  na  niej  plik  tekstowy.  Kiedy  tylko  wyłączyłem  edytor,  natychmiast 
włączył się program formatujący dyskietkę. Ostatnie zdanie z instrukcji nakazywało mi 
zniszczyć ten dysk. Wiedziałem, jak to skutecznie zrobić i zajęło mi to tylko minutę. 

Otworzyłem  kopertę,  w  której  zgodnie  z  zapowiedzią  w  instrukcji  były  pieniądze, 

legitymacja prasowa, plik wizytówek informujących, ze jestem dziennikarzem znanego 
w Polsce miesięcznika dla poszukiwaczy skarbów, firmowy notes, długopis oraz gruby 
folder - program  konferencji poszukiwaczy skarbów. W szafie  w przedpokoju  wisiały 
dwa  garnitury,  jeden  elegancki  na  bankiety  i  drugi,  uszyty  z  lŜejszego  materiału, 
koszule  i  krawaty,  a  w  szafce  stały  dwie  pary  wygodnych  skórzanych  pantofli. 
Roześmiałem się, bo kto widział, Ŝeby eksploratorzy chodzili w garniturach? Bardziej 
do nich pasował wygodny, wojskowy krój spodni i bluz. 

Poszedłem  do  wehikułu  po  swoje  bagaŜe.  Kiedy  wracałem,  zza  kontuaru  wychyliła 

się recepcjonistka. 

-  Przepraszam,  pan  teŜ  jest  poszukiwaczem  skarbów?  -  zapytała  mnie  uśmiechając 

się promiennie. 

- Nie, proszę pani, jestem dziennikarzem, który ma napisać relację z tego spotkania - 

odpowiedziałem. 

-  No  tak,  pana  koleŜanka  juŜ  tu  jest  -  blondynka  szybko  sprawdzała  jakąś  listę.  - 

Redaktorze Daniec, kolacja będzie o dziewiętnastej, w pałacu. Organizatorzy sugerują, 
Ŝ

eby... - zastanawiała się, jakich uŜyć słów, Ŝeby mnie nie urazić. 

- Przyjść w garniturze? - domyśliłem się. 
- Tak właśnie! 
- Pani wspominała o mojej koleŜance z redakcji. Która z nich przyjechała? 

background image

 

24 

- Pani Iza, redaktor naczelna - usłyszałem odpowiedź. - Chyba pan ją zna? - w głosie 

rozmówczyni wyczułem niepokój. 

- Oczywiście, tylko nie było pewne, czy nie wyśle kogoś w zastępstwie - kłamałem. - 

Ja przez ostatnie dni zbierałem materiału do reportaŜu na południu Polski i nie miałem 
kontaktu z redakcją. 

Ukłoniłem się kończąc dyskusję i pomaszerowałem do siebie. Otrzymane instrukcje 

informowały  mnie  o  celu  akcji,  ale  nie  wspominały  o  obecności  kobiety,  która 
oficjalnie  miała  być  moją  szefową!  Widywałem  ją  przy  okazji  roŜnych  konferencji 
poświęconych ochronie zabytków, ale jak ognia unikałem rozmowy z nią. Kilka razy w 
piśmie, którym kierowała, wspominano o wynikach naszych poszukiwań. Uznałem, Ŝe 
wciąŜ będę unikał bezpośredniego kontaktu z nią. PrzecieŜ wiedziała, kim jestem, więc 
zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  kiedy  będę  o  sobie  mówił  jako  o  dziennikarzu,  to  będzie 
tylko gra. Moja rola przeznaczona była dla kogoś innego. 

Szybko wykąpałem się, przebrałem w garnitur i wyszedłem z hotelu. Do restauracji 

pałacowej było najwyŜej sto  pięćdziesiąt  metrów. Postanowiłem przejść się po parku, 
tym  bardziej  Ŝe  do  kolacji  był  jeszcze  kwadrans.  Wieczorne  powietrze  cudownie 
orzeźwiało  chłodem,  który  błyskawicznie  zastępował  duchotę  upalnej  i  słonecznej 
jesieni.  Ruszyłem  między  Ŝywopłotami  na  tyły  pałacu.  Widziałem,  jak  kucharze 
rozpalali ogień pod roŜnem,  na którym  miał dopiekać się  prosiak. Zatrzymałem się  w 
ocienionym  zakątku,  Ŝeby  posłuchać  ostatnich  pogwizdywań  kosa  ukrytego  wśród 
gałęzi jarzębiny. 

-  Silver!  Psubracie!  Wracaj  tu  natychmiast!  -  obok  mojej  kryjówki,  krzycząc, 

przebiegł jedenastoletni chłopiec. 

Był rudy, z piegowatą twarzą, bez butów, w koszulce na ramiączkach i spodniach z 

postrzępionymi nogawkami sięgającymi za kolana. Krępy, musiał uprawiać jakiś sport, 
bo widać było, Ŝe miał jak na swój wiek mocno umięśnione ręce. Biegł zaglądając pod 
krzaki jakby kogoś szukał. Zaledwie piegus zniknął mi z oczu, usłyszałem czyjeś kroki. 

- Mówiłem, kapitanie Flint, Ŝe Silvera trzeba było dawno wyrzucić z naszej bandy - 

jakiś chłopak starannie obniŜał swój głos i starał się mówić powaŜnym tonem. 

-  CóŜ,  panie  Barrel  -  drugi  chłopak  równie  dobrze  udawał  starszego  niŜ  w 

rzeczywistości. - Pan Dirk jest niezwykle uparty i uwielbia Silvera, a jako jedna banda 
rzezimieszków  nie  moŜemy  sobie pozwolić na rozłam. Załogant Silver jest niezwykle 
przydatny. 

Powstrzymałem  śmiech  słysząc  taki  dialog  w  wykonaniu  dzieci.  Kto  wie?  MoŜe 

ć

wiczyli jakąś scenę do szkolnego teatrzyku. Ta para powoli szła ścieŜką. Jeden z nich 

był niskim, tęgim blondynkiem w okularach. Szedł jak kaczka kołysząc z się z boku na 
bok. Jego chyba za duŜe sandały szorowały po ścieŜce. Spodnie teŜ miał za duŜe - ich 
zawinięte, szerokie nogawki przypominały mi noszone niegdyś dzwony. Koszulka, dla 
odmiany, ciasno go opinała upodabniając do wiązki serdelków. Jego kolega,  wysoki i 
przeraźliwie  chudy  brunet  kroczył  dostojnie  stawiając  długie,  powolne  kroki. 
Patykowate  ręce  ze  splecionymi  dłońmi  załoŜył  z  tyłu.  W  jego  stroju  tylko  trampki 
wyglądały  na  zakupione  w  sklepie.  Płócienne  spodnie  zszyte  były  dratwą.  Zamiast 
koszulki miał lnianą koszulę zakładaną przez głowę, na której na plecach wyszyta była 
trupia czaszka ze skrzyŜowanymi piszczelami. 

background image

 

25 

Chłopcy  zniknęli  za  zakrętem  ścieŜki,  a  ja  spojrzałem  na  zegarek.  Była 

dziewiętnasta.  Szybko  poszedłem  do  restauracji.  Znajdowała  się  ona  w  piwnicy  pod 
skrzydłem pałacu od strony hotelu. W środku ustawiono stylizowane na pochodzące ze 
szlacheckiego dworu kredensy, stoły i krzesła. 

Gości  sadzali  kelnerzy  uprzednio  sprawdziwszy  personalia  danej  osoby.  Mnie 

przypadło siedzieć obok rudej pani Izy, redaktor naczelnej. 

- Dobry wieczór! - ukłoniłem się wszystkim. 
-  Cześć,  Pawle  -  redaktor  naczelna  przywitała  mnie  promiennym  uśmiechem.  - 

Proszę  państwa  -  zwróciła  się  do  naszych  współbiesiadników.  -  To  Paweł,  pracuje  w 
mojej redakcji, ma spore doświadczenia w prowadzeniu akcji eksploracyjnych. 

Kolejno  przedstawiła  mi  osoby  siedzące  przy  naszym  stole.  Leonard,  doskonale 

trzymający  się  staruszek,  przyjechał  do  Polski  ze  swoim  wnukiem  Emilem  - 
oszałamiająco  przystojnym  młodzieńcem,  który  nie  odrywał  wzroku  od  Kasi.  Ona, 
wesoła  brunetka,  przybyła  do  Baranowa  ze  Szkocji.  Na  uniwersytecie  w  Edynburgu 
wykładała  historię  sztuki,  a  jej  zainteresowania  koncentrowały  się  na  zagrabionych 
przez hitlerowców zabytkach i ich losie. Ostatnią osobą był młodzieniec w okularach, o 
pełnym  melancholii  spojrzeniu.  Mówił  o  sobie  jako  o  zwykłym  „wykopkiewiczu”, 
czyli  osobniku,  który  wyposaŜony  w  wykrywacz  metali  krąŜy  po  polach  bitew  w 
poszukiwaniu roŜnych  militariów. Zastanawiało  mnie tylko, skąd Sławek, bo tak  miał 
na  imię,  miał  pieniądze  na  udział  w  tym  spotkaniu.  Wśród  obecnych  rozpoznałem 
znanych  w  Polsce  poszukiwaczy  skarbów,  badaczy  wojennych  tajemnic,  autorów 
poczytnych ksiąŜek, historyków i archeologów. 

Jakiś siwy, dostojnie  wyglądający pan, któremu czarna  muszka  wpinała się  w szyję 

przemawiał, ale jego głos zagłuszał szept pani Izy. 

-  Cieszę  się,  Ŝe  nareszcie  będziemy  mogli  razem  pracować  -  mówiła  mi  do  ucha.  - 

Wiem, kim naprawdę jesteś. Mów mi po imieniu. 

- Co za tajemnice mają państwo przed nami? - Leonard zainteresował się. 
Mówił po polsku powoli dobierając słowa, wypowiadając je w typowy dla Niemców 

sposób, jakby bał się charakterystycznych w naszym języku „szelestów”. 

- Pytałam kolegę o wyniki jego wyjazdu na południe Polski - szybko odpowiedziała 

Iza. 

- I co? - Leonard patrzył na mnie. 
-  Zebrałem  ciekawy  materiał  -  powiedziałem  biorąc  widelec,  bo  właśnie  podano 

przystawki. 

- A jakim tematem pan się zajmował? - Niemiec był dociekliwy. 
- Janosikiem. 
- A co lub kto to? 
-  Taki  nasz,  a  raczej  słowacki  rozbójnik,  który  twierdził,  Ŝe  zabiera  bogatym,  a 

rozdaje biednym. Coś w rodzaju Robin Hooda. 

- Zostawił ukryte skarby? 
Rozśmieszyło  mnie  to  pytanie,  ale  w  tym  środowisku  naleŜało  się  spodziewać  tak 

bezceremonialnych pytań. 

- Tak, ale było tego mało. 
- Znalazł je pan? 

background image

 

26 

-  Po  co?  PrzecieŜ  chodzi  o  to,  Ŝeby  gonić  króliczka.  W  skarbach  najciekawsze  jest 

poszukiwanie ich. 

- Ma pan cholerną rację! - pan Leonard poklepał mnie po ramieniu. 
Z obrzydzeniem odsunął talerzyk z warzywami. Wyglądał na zadowolonego z siebie 

człowieka. Nosił się elegancko, ale z nonszalancją, bo do garnituru załoŜył apaszkę w 
krzykliwych  kolorach.  Dokładnie  strzygł  brodę,  ale  włosy,  dłuŜsze  niŜ  to  przystoi 
męŜczyźnie,  pozostawiał  w  lekkim  nieładzie.  Między  zębami  miętosił  cienkie 
cygaretki, które palił kiedy tylko mógł. 

-  Czekam  na  tę  pieczeń  -  zapowiedział  pociągając  nosem,  jakby  juŜ  czuł  zapach 

potrawy. 

Na  razie  podano  nam  krem  z  borowików  z  okrągłymi  kluseczkami  nadziewanymi 

pasztetem z wątróbek. Po para minutach zachęcano nas, byśmy  wyszli z pomieszczeń 
restauracyjnych na zewnątrz, do stolików  ustawionych pod  wielkimi parasolami. Tam 
czekał  na  nas bufet  sałatkowy i roŜen z prosiakiem. Teraz towarzystwo podzieliło się 
na  grupki.  Jedne  rozsiadły  się  i  popijając  piwo  lub  wino  debatowały  o  roŜnych 
sprawach. Pan Leonard skupił wokół siebie tych, którzy czekali na pieczyste. 

Obracając  w  palcach  nóŜkę  od  kieliszka  z  winem  słuchałem  opowieści  Izy  o 

poszukiwaniach  jakiejś  niemieckiej,  podziemnej  fabryki  na  Dolnym  Śląsku,  która 
produkowała  amunicję  podczas  drugiej  wojny  światowej.  Jednocześnie  przyglądałem 
się Kasi i Emilowi. Ona miała najwyŜej trzydzieści lat. Loki długich czarnych włosów 
spięła  w  dwa  kucyki,  które  opadały  jej  na  białą  koszulę,  wpuszczoną  w  spodnie  typu 
rybaczki  ZałoŜyła  na  to  spotkanie  wysokie,  sznurowane  buty  bardziej  pasujące  do 
wyprawy  turystycznej  niŜ  na  taki  wieczór.  Emil,  w  szarym  garniturze  w  prąŜki  i 
błękitnej  koszuli  kontrastującej  z  jego  opalenizną,  chyba  potrafił  zawrócić  w  głowie 
kaŜdej  dziewczynie,  wyglądało  na  to,  Ŝe  Kasia  była  pod  jego  ogromnym  urokiem. 
Uśmiechała się do niego i trzepotała długimi rzęsami. Bawiła się przy tym okularami, 
które zakładała, to znów przesuwała na czoło. 

- Tak ci się ona podoba? - Iza szepnęła mi na ucho. 
Drgnąłem wyrwany z zamyślenia. 
- Jest bardzo ładna - przyznałem. 
- To ruszaj do ataku - dziennikarka zachęcała mnie 
-  A  Emil?  -  rozmawialiśmy  korzystając  z  okazji,  Ŝe  wszyscy  ustawili  się  w  kolejce 

po talerze, by nałoŜyć na nie porcje mięsa. 

- Taki wymoczek nie jest dla ciebie konkurencją - usłyszałem. 
Prosię  przełoŜono  z  roŜna  na  specjalny  talerz  ułoŜony  na  stole.  Ledwo  kelnerzy 

odstąpili  od  niego,  za  naszymi  plecami  rozległy  się  przeraźliwy  warkot  i  płacz. 
Wszyscy  obejrzeli  się.  Na  Ŝwirze  podjazdu  leŜał  grubasek  tytułowany  mianem  „pana 
Barrela”. a nad nim stał czarny kundel o siwym pysku, który szczerzył kły na chłopca. 

Wśród  członków  konferencji  zapanowała  konsternacja.  Któraś  z  pań  głośno 

krzyknęła przeraŜona. 

- Emil, przegoń tego kundla - pan Leonard zachęcał wnuka. 
- Dziadku, porwę garnitur kupiony u Gucciego... 
Jeden z panów stanowczym krokiem podszedł do psa. 
- Siad! - wydarł się tonem, który pasowałby do placu apelowego w koszarach. 

background image

 

27 

Pies  był  średniej  wielkości.  Jego  pysk  sięgał  męŜczyźnie  najwyŜej  kilka 

centymetrów powyŜej kolan. Odwrócił się w stronę obrońcy chłopca i zawarczał tak, Ŝe 
wszyscy cofnęli się. 

- Ma ktoś broń? - pytał pan Leonard. - To jakaś dzika bestia! 
ZauwaŜyłem, Ŝe chłopak leŜący na ziemi na wspomnienie o broni zaniepokoił się. 
Jednocześnie próbował dojrzeć, co się dzieje za tłumkiem  zebranych gości. Szybko 

odwróciłem  głowę  i  zobaczyłem,  Ŝe  chudzielec  i  rudzielec  kradną  półmisek  z 
prosiakiem zawinięty w obrus ze stolika. 

Dawno temu moja koleŜanka studiująca weterynarię miała psa. Wtedy nauczyłem się 

wciągając  powietrze  przez  zaciśnięte  wargi  wydawać  z  siebie  pisk,  który  zawsze 
intrygował psy. 

Zwierzęta  nasłuchiwały  tego  dziwnego  dźwięku.  Nie  inaczej  było  z  czarnym 

kundlem. Przycupnąłem przed nim. 

-  Dobry  piesek,  juŜ  wkrótce  będziesz  jadł  dobre  mięsko  -  mówiłem  spokojnym 

tonem. 

Właśnie  w  tym  momencie  któryś  z  kelnerów  dostrzegł,  co  się  stało  z  prosiakiem. 

Głośno wykrzyknął przekleństwo, co zwróciło na niego uwagę wszystkich. 

- Zmykajcie! - syknąłem do grubaska. 
Chłopak cięŜko przetoczył się na bok, niezgrabnie powstał i uciekł, a za nim, kulejąc 

na  prawą  tylną  łapę  pobiegł  kundel.  Panowie,  uczestnicy  sympozjum  rzucili  się  w 
pogoń  za  chudzielcem  i  rudzielcem.  W  labiryncie  parkowych  krzewów,  w 
ciemnościach  rozświetlanych  nielicznymi  lampami  nie  mieli  szans,  Ŝeby  dogonić 
szybkich  smyków.  Pewnie  skrzydeł  dodawał  im  fakt,  Ŝe  aŜ  tylu  dorosłych  chciało 
urządzić na nich polowanie. 

- To będzie wegetariańska impreza - roześmiałem się. 
Rozbawił  mnie  widok  męŜczyzn  w  garniturach  myszkujących  po  parku  w 

poszukiwaniu złodziejaszków pieczeni. 

- A pan co?! - pan Leonard głośno na mnie fuknął. - Nosisz pan spodnie, więc goń 

ich! 

- Tak jest! - ironicznie zasalutowałem i ruszyłem śladem grubaska i jego psa. 
Widziałem,  Ŝe  uciekali  w  kierunku  placu  parkingowego.  Kiedy  juŜ  tam  stanąłem, 

ujrzałem,  jak  chłopak  przeciska  się  przez  krzaki  po  drugiej  stronie  długiego  stawu  na 
tyłach hotelu. 

Kilkanaście  sekund  później  byłem  w  tym  samym  miejscu  i  odkryłem,  Ŝe  chłopiec 

przekradał  się  do  dziury  w  siatce.  Była  ona  tuŜ  nad  ziemią.  Ubrany  w  garnitur  nie 
mogłem  się  czołgać,  więc  trzymając  się  słupka  wspiąłem  się  na  ogrodzenie  i 
przeskoczyłem na drugą stronę. Tam, za linią mirabelek, ciągnęło się pole ziemniaków. 

Zatrzymałem  się  w  cieniu  drzew,  obserwowałem  i  słuchałem.  Po  pięciu  minutach 

wiedziałem  juŜ,  dokąd  trzech  chłopców  i  ich  czworonoŜny  przyjaciel  uciekli. 
Rozluźniłem krawat i okręŜną drogą przez miedzę pomaszerowałem w kierunku Wisły. 
Przeszedłem  około  kilometra  i  odnalazłem  cichą  zatokę  wśród  trzcin.  Tam  płonęło 
niewielkie ognisko. Trzy cienie roŜnej długości i szerokości rozciągały się po piasku. Z 
boku pies łapczywie chrupał kości. Przysiadłem za leszczynami i obserwowałem ucztę. 

Rudzielec  wstał,  wyjął  maczetę  i  jednym  ciosem  rozpłatał  prosię.  Chudzielec 

patykiem grzebał w Ŝarze ogniska. 

background image

 

28 

- Panie Dirk, czy ziemniaki mogą być juŜ gotowe? - zapytał. 
- Aj, aj, kapitanie! - wrzasnął rudzielec. 
- Panie Dirk, ile razy zwracałem panu uwagę, Ŝeby nie wymawiał pan tego jakby coś 

pana bolało, tylko inaczej... - tłumaczył chudzielec. - Aye, aye, sir - chłopak poprawnie 
wypowiedział stary marynarski zwrot. 

- Co za róŜnica - rudzielec machnął ręką. - Kto ma rum? 
Teraz powaŜnie zaniepokoiłem się, bo skąd ci nastolatkowie mieliby alkohol? 
- JuŜ panu daję, panie Dirk - grubasek wstał i podszedł do wody. Wyjął z niej pękatą 

butelkę z bursztynowym płynem w środku. 

Skoro ukradli prosiaka, to mogli teŜ skądś skombinować prawdziwy rum. Rudzielec 

przytknął  butelkę  do  ust  i  pociągnął  kilka  sporych  łyków.  Takie  tempo  picia  rumu 
mogli  mieć  tylko  wytrawni  piraci  hulający  po  ciepłych  karaibskich  wodach,  ale  nie 
jedenastolatkowie.  Zacząłem  podejrzewać,  Ŝe  w  butelce  jest  coś  łagodniejszego  w 
smaku i pozbawionego niebezpiecznych procentów. Prawie całkowicie uspokoiłem się, 
kiedy na butelce dostrzegłem wielką naklejkę, na której ktoś markerem namazał słowo 
„RUM”. Chłopcy rzucili psu kolejne kości, a sami odrywali sobie spore kawałki mięsa, 
parząc  palce  obierali  ziemniaki  i  podawali  sobie  butelkę  z  „rumem”.  Siedzieli  trzy 
metry ode mnie, odwróceni plecami. Nie widzieli mnie, wiec wyjąłem z kieszeni notes 
i ołówek. OstroŜnie wyrwałem kartkę papieru. Pospiesznie nabazgrałem list, nadziałem 
go  na  patyk,  który  wbiłem  w  piach,  pół  metra  od  mojej  kryjówki  Potem  wstałem  i 
odszedłem. Kiedy byłem sto metrów od dzieciaków, głośno gwizdnąłem na palcach. 

Uśmiechnięty  i  zadowolony  wracałem  do  hotelu.  Spodobała  mi  się  ta  trójka 

przedziwnych  chłopaków.  Jak  oni  do  siebie  mówili?  „Kapitanie  Flint,  Silver,  Dirk, 
Barrel”.  Zwłaszcza  nazwisko  Flint  wydawało  mi  się  znajome,  tylko  gdzie  się  z  nim 
wcześniej  zerknąłem?  Nie  potrafiłem  od  razu  odpowiedzieć  sobie  na  te  pytania. 
Wróciłem  do  bramy.  StraŜnik  wpuścił  mnie  na  teren  pałacowego  parku  po  okazaniu 
karty pobytu w hotelu. 

- Pan tu przyjechał na dłuŜej? - zapytał mnie. 
- Kilka dni, moŜe dłuŜej - odpowiedziałem wymijająco. 
- Niech pan uwaŜa z tymi nocnymi spacerami - usłyszałem ostrzeŜenie. - Miejscowi 

chłopcy nie lubią obcych, którzy kręcą się po okolicy w nocy. 

- Będę czujny - zapewniałem straŜnika. 
Powoli  stawiając  kroki  pomaszerowałem  alejką  parkową  w  stronę  pałacu.  Przy 

wejściu do restauracji, pod parasolami zostali tylko najwytrwalsi piwosze, którzy teraz 
podniesionymi głosami licytowali się, kto ma rację w jakimś sporze historycznym. Nie 
miałem ochoty na udział w tych rozmowach, więc zawróciłem w stronę hotelu. Wtedy 
z daleka zobaczyłem idących ścieŜką Emila i Kasię. Młodzieniec obejmował kobietę w 
talii  i  coś  jej  czule  szeptał  do  ucha.  Ona  uśmiechała  się  i  uchylając  się  od  pocałunku 
odwróciła głowę i zauwaŜyła mnie. 

- O, wrócił pan? - szybko ruszyła w moją stronę. - Iza i my wszyscy martwiliśmy się 

pana zniknięciem. Odzie pan był? 

- Szukałem tych młodzieńców z prosiakiem. 
- Jak widać, nie ma pan w sobie ani trochę z tropiciela śladów - zadrwił Emil. 
- Nie - przyznałem. 
- Ale pan nie bał się tego psa i zajadle szukał złodziei - Kasia broniła mnie. 

background image

 

29 

- Takiego psa nikt by się nie bał - Emil stał wyprostowany pręŜąc się i trzymając ręce 

w kieszeniach spodni. - Jeden kopniak i po kundlu. 

-  Pan  Paweł  wcale  nie  musiał  uŜywać  siły,  a  ty  nawet  nie  kiwnąłeś  palcem,  Ŝeby 

ratować tego biednego chłopca - zauwaŜyła Kasia. 

- Szkoda mi było garnituru. Zresztą od samego początku wiedziałem, Ŝe ten grubas i 

pies są w zmowie. 

Roześmiałem się. 
- Co pana tak śmieszy? - Emil zdenerwował się. - Śmieszne to jest łaŜenie po polach 

w nocy w poszukiwaniu jakiegoś prosiaka! Szef kuchni ufundował nam ryby z grilla i 
szampana.  Zakurzył  się  pan,  zmęczył  i  spocił.  Nie  warto  było!  Kasia,  wiesz,  Ŝe  pan 
Paweł  jeździ  tym  dziwacznym  gruchotem,  który  stoi  na  parkingu?  Specjalnie 
dopytywałem się w recepcji! Panie, co to jest? 

- Puszka szprotów w oleju z napędem spręŜynowym - odpowiedziałem. 
- Co?! - Emil wsłuchiwał się w moją odpowiedź. 
-  Trzeba  pokręcić  specjalną  śrubką,  Ŝeby  nakręcić  spręŜynę,  która  rozwijając  się 

napędza koła - pani Kasia powaŜnie tłumaczyła Niemcowi. 

Emil wpatrywał się w nią nie dowierzając własnym uszom. 
- Ty naprawdę słyszałaś o takim napędzie? - zapytał. 
-  Tak,  to  dosyć  popularny  napęd  na  wschód  od  Wisły  -  kiwałem  głową.  -  Ostatnio 

granica Europy nieco drgnęła i z Odry przeniosła się na Wisłę. 

Pani Kasia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. 
- On cię  wkręca, robi sobie z ciebie Ŝarty  - klepała pana Emila po ramieniu.  - Ktoś 

kto  jeździ  czymś  takim,  musi  być  fascynującym  człowiekiem  -  obdarzyła  mnie 
czarującym uśmiechem i odeszła w stronę hotelu. 

Stałem  podziwiając  jej  sylwetkę  w  świetle  latarni  parkowych.  Emil  kroczył  obok 

pani  Kasi  i  próbował  objąć  ją,  ale  dziewczyna  gniewnie  pokręciła  głową.  Z  daleka 
widziałem,  jak  wchodzi  do  budynku  hotelowego,  a  po  minucie  zapala  się  światło  w 
jednym z pokoi na piętrze, tak się złoŜyło, Ŝe sąsiadującego z moim. Ciekawe, kto z tej 
pary mieszkał obok mnie? 

-  Przynęta  została  rzucona,  a  rybka  podrzuciła  ją  i  chwilę  się  bawiła  za  sobą 

usłyszałem  głos  Izy.  -  Moim  zdaniem,  masz  u  niej  spore  szanse.  Porozmawiamy?  - 
zapytała. 

background image

 

30 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

NOCNY KLUB „PIEKIEŁKO” * NOCNI AMANCI * DOM NA SKRAJU LASU * 

PRZEBITE OPONY * DZIENNIKARZ, CZYLI KTO? * SENS SZUKANIA SKARBÓW * 

PIERWSZE LODY PRZEŁAMANE 

 

Kiedy  z  Izą  przechodziliśmy  koło  recepcji,  za  kontuarem  wciąŜ  siedziała  urocza 

blondynka  recepcjonistka.  Przyglądała  nam  się  krótką  chwilę.  Skręciliśmy  w  prawo  i 
korytarzem,  mijając drzwi pokoi na parterze doszliśmy do schodów prowadzących do 
piwnicy.  Znajdował  się  tam  nocny  klub  „Piekiełko”.  Nie  przypominał  on  w  niczym 
miejsca  zamieszkanego  przez  diabły,  ale  wygodnie  urządzony  angielski  klub.  Z 
piekłem łączyła  go tylko ognistość serwowanych tu trunków.  Lokal był prawie pusty. 
W  rogu,  na  wygodnej  kanapie  i  fotelach  zasiedli  Kasia,  Leonard  i  Emil.  Starszy  pan 
zachęcająco machał do nas, byśmy dołączyli do nich. 

- Muszę omówić z kolegą sprawy redakcyjne - Iza grzecznie odmówiła. 
Zajęliśmy  stolik  w  drugim  końcu  sali,  gdzie  Iza  mogła  zapalić  papierosa. 

Dziennikarka zamówiła sobie piwo, a ja poprzestałem na herbacie. 

-  Paweł,  jak  mówiłam,  wiem  kim  jesteś  -  zaczęła  Iza.  -  Słyszałam  o  tej  dziwnej 

awanturze w ministerstwie. Wyjaśnij mi, o co tam poszło? 

-  Pewien  urzędnik,  który  miał  kiedyś  okazję  krótko  pracować  w  naszym 

departamencie, awansował i postanowił wprowadzić reformy - opowiadałem. - Zaczął 
od  naszej  komórki,  co  było  mało  efektywnym  posunięciem,  ale  niezwykle 
efektownym, a oto w reformach głównie chodzi - gorzko uśmiechnąłem się. 

- Ale przecieŜ w ten sposób sami sobie strzelili gola - Iza z niedowierzaniem kręciła 

głową.  -  Wiele  osób  ze  środowiska  ucieszyło  się  słysząc  o  tym  zamieszaniu.  Wiesz, 
byliście przez nich uwaŜani za powaŜną konkurencję. Policja ma mnóstwo innej pracy i 
nie  będzie  zajmowała  się  śledzeniem  poszukiwaczy.  Powiedz  mi,  czy  juŜ  na  stałe 
zmieniłeś pracodawcę? 

- Co masz na myśli? 
-  Ten  miły,  elegancki,  przystojny  męŜczyzna,  który  mnie  odwiedził  i  przedstawił 

swoją  propozycję,  był  doskonale  we  wszystkim  zorientowany  i  do  tego  bardzo 
wpływowy. Pytam się, czy zmieniłeś firmę? 

- Jestem na urlopie w okresie wypowiedzenia. 
- Będziesz pracował dla tego człowieka? 
- Na razie nie mam Ŝadnych propozycji pracy. Czemu tak mnie wypytujesz? 
-  MoŜesz  być  bardzo  niebezpieczny  dla  środowiska  poszukiwaczy.  Prawie  nikt  nie 

wie,  jak  wyglądasz.  Słyszano  o  postaci  „Pana  Samochodzika”  i  to  wszystko.  Jesteś 
anonimowy, masz ogromną wiedzę i doświadczenie - same atuty, jeśli spojrzeć na to z 
punktu widzenia zwierzchników twojego przyjaciela. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe ci poszukiwacze, którzy tu są, nie znają mnie? Nie wiedzą, 

kim naprawdę jestem? 

- To wiem tylko ja. Kiedyś, podczas zlotu poszukiwaczy w Dzikowie, kiedy szukano 

Bursztynowej Komnaty, byliście tam z szefem, ale zapamiętano tylko tego zabawnego 
starszego pana Tomasza i  towarzyszącą  mu zgraję  młodych ludzi. Od tamtej pory  nie 
byłeś chyba na Ŝadnym zlocie eksploratorów? 

- Nie - przyznałem się. - Co mój przyjaciel obiecał ci w zamian za współpracę? 

background image

 

31 

-  To  juŜ  pozostanie  naszą  tajemnicą  handlową  -  Iza  rozbawiona  zrobiła  tajemniczą 

minę.  -  MoŜesz  tu  swobodnie  działać,  ale  sprawiaj  wraŜenie,  ze  pracujesz  jako 
dziennikarz. Będziesz to potrafił? 

- Tak. Mam przyjaciela dziennikarza i kilka razy widziałem go w akcji. 
- To powodzenia! - Iza uścisnęła mi rękę. - Nie wiem i nie chcę wiedzieć, czym masz 

się tu zajmować oprócz udawania dziennikarza, ale powinniśmy ustalić, kiedy będziesz 
pełnił  swoje  redakcyjne  obowiązki,  bo  ja  materiał  z  tej  sesji  muszę  przygotować. 
Będziesz jutro brał udział w zwiedzaniu pałacu i pierwszym dniu obrad? 

- Tak. Jestem umówiony na wieczór. 
- O, randka? 
-  Nie,  raczej  stawię  czoła  pewnej  niezwykle  zgranej  paczce  rzezimieszków  - 

uśmiechnąłem się. 

- Dobra. Ja teraz idę do Leona, Ŝeby z nim pogadać, a ty idź spać. 
Iza  wstała  i  ruszyła  do  stolika  zajętego  przez  Niemca,  Zapłaciłem  rachunek  i 

poszedłem  do  swojego  pokoju  Ŝycząc  zlotowiczom  obecnym  w  lokalu  dobrej  nocy. 
Mijając recepcję zobaczyłem, Ŝe blondynka pospiesznie ubiera się, a jej zmienniczka o 
kasztanowych włosach, czerwona na twarzy i zdyszana tłumaczy coś koleŜance. 

-  Ewa.  jeszcze  raz  ci  dziękuję,  te  posiedziałaś  dłuŜej  -  mówiła.  -  Rozalka  mi  się 

rozchorowała i musiałam z nią pojechać do lekarza, a potem kupić leki. 

- Nic się nie stało - Ewa lekcewaŜąco machnęła ręką. - PrzecieŜ ludzie powinni sobie 

pomagać. 

- Jak ty teraz wrócisz do domu? 
- Dam sobie radę. 
- Nie Ŝartuj, tyle kilometrów będziesz sama szła przez las? 
- Przepraszam - odezwałem się. - Jeśli pani pozwoli - zwróciłem się do blondynki - 

to odwiozę panią samochodem do domu. MoŜe po takiej przejaŜdŜce szybciej zasnę? 

-  Pan  juŜ  chyba  był  na  długim  spacerze?  -  recepcjonistka  patrzyła  mi  w  oczy.  - 

Dziękuję panu, ale dam sobie radę. 

Wzięła torebkę i szybko wyszła z hotelu. 
- W którą stronę ona będzie szła? - zapytałem nową recepcjonistkę. 
- Za bramą skręci w lewo. 
Wybiegłem  z  budynku.  Widziałem  blondynkę,  jak  wychodziła  przez  furtkę  w 

bramie.  Wsiadłem  do  wehikułu,  musiałem  chwilę  manewrować  na  zapełnionym 
parkingu  i  jeszcze  kolejne  minuty  straciłem  przy  bramie.  StraŜnik  był  zdziwiony,  Ŝe 
ktoś tak późno wyjeŜdŜa z hotelu. 

- Spacer na czterech kółkach? - zagadnął mnie otwierając bramę. 
- Tak - krótko odpowiedziałem, bo nie chciałem wdawać się w dyskusję. 
- Niech pan pamięta o tym, co mówiłem o miejscowych chłopakach - ostrzegał mnie.  
Przejechałem  około  trzystu  metrów  i  przekonałem  się,  Ŝe  słusznie  zrobiłem 

wyjeŜdŜając  za  panią  Ewą.  Szła  poboczem  drogi,  a  obok  niej  podskakiwało  dwóch 
wyrostków, a kolejnych dwóch w spacerowym tempie jechało opodal na motocyklach. 
Były to stara jawa i czeska cezeta. 

Podjechałem  do  tej  grupki  i  uchyliłem  okno.  Twarze  całej  piątki  skierowały  się  w 

moją stronę. 

- Pani Ewo, niech pani wsiada - prosiłem blondynkę. 

background image

 

32 

Dziewczyna  zawahała  się.  Po  chwili  zrobiła  krok  w  stronę  wehikułu.  Jeden  z 

młodzieńców,  w  białej  bluzie  z  czerwonym  paskiem  na  piersi  i  napisem  „Burning 
Love”, chwycił panią Ewę za ramię. Motocyklista na cezecie zajechał jej drogę. 

- Będziesz jechała takim gratem? - rzucił do recepcjonistki. - ZjeŜdŜaj stąd! - syknął 

w moją stronę. 

Uchyliłem drzwi chcąc wysiąść z wehikułu, ale w tym momencie pani Ewa wyrwała 

się wyrostkom i szybciutko wsiadła na fotel obok mnie. 

- Prosto! - rzuciła zapinając pas bezpieczeństwa. 
Wrzuciłem  bieg  i  szybko  odjechałem.  W  lusterku  widziałem,  jak  młodzieńcy 

wsiadali na motocykle. Wjechaliśmy do miasteczka. 

- W lewo! - usłyszałem komendę. 
Posłusznie skręciłem w drogę wychodzącą z rynku. Jechaliśmy teraz na północ. 
- W prawo! 
W  lusterku  widziałem  na  ścianach  domów  światła  reflektorów  motocykli,  która 

dopiero  miały  wjechać  w  zakręt.  Skręciłem  i  wjeŜdŜając  na  prostą  i  w  miarę  równą 
polną  drogę  wygasiłem  światła  wehikułu.  Powoli  toczyliśmy  się  między  polami,  a  ja 
obserwowałem szosę za nami. Motocykle zwolniły, Pani Ewa obejrzała się. 

-  Gasząc  światła  wcale  ich  pan  nie  zmyli,  bo  oni  wiedzą,  gdzie  mieszkam  - 

powiedziała. 

Rzeczywiście  motocykliści  zjechali  z  asfaltu  i  teraz  miałem  ich  za  sobą.  Zapaliłem 

ś

wiatła  i  przyspieszyłem.  Koła  podniosły  fontanny  piasku,  silnik  zawarczał  i 

popędziliśmy  przed  siebie.  PrzecieŜ  zespół  napędowy  i  zawieszenie  wehikułu  były 
stworzone do takich rajdów samochodowych. Motory bardzo szybko zostały gdzieś w 
tyle za nami. 

- Niezły wozik - pani Ewa pochwaliła wehikuł. 
Spojrzałem  na  jej  twarz  oświetloną  słabym  światłem  z  kontrolek  na  desce 

rozdzielczej  i  odbiciem  blanku  reflektorów  oświetlających  drogę  przed  nami. 
Blondynka  była  bardzo  ładna.  Miała  w  sobie  duŜo  dziewczęcego  uroku,  śliczne 
dołeczki w policzkach, piękne i łagodne rysy twarzy. Jej usta jakby same układały się 
do  uśmiechu,  Burzę  jasnych,  kręconych  się  włosów  spinała  w  kucyk,  ale  pojedyncze, 
niesforne loki opadały na policzki. 

Przed  nami  zamajaczyło  światło  jakiegoś  gospodarstwa,  Moja  pasaŜerka  bez  słowa 

wskazała,  Ŝebym  wjechał  przez  bramę  na  podwórze.  Zatrzymałem  się  przy  studni  z 
kamienną  cembrowiną  i  duŜym  kołowrotem  pod  drewnianym,  dwuspadowym 
daszkiem.  Dom  wybudowano  z  czerwonej  cegły.  Wchodziło  się  do  niego  przez 
drewnianą werandę ciągnącą się przez całą szerokość budynku. Upodabniało go to do 
dawnych  leśniczówek.  Uroku  dodawało  niezwykłe,  mansardowe  okno  na  piętrze  i 
pięknie rzeźbione  w  myśliwskie  motywy okiennice  na parterze. Budynki gospodarcze 
uzupełniały czworobok wokół podwórza. Stodoła, chlewik z kurnikiem oraz wozownia 
ze  stajnią,  choć  stare,  były  dobrze  utrzymane.  Przy  wehikule  stanęły  dwa  olbrzymie 
mieszańce. 

Widząc  panią  Ewę  powoli  machały  ogonami,  ale  na  mnie  patrzyły  groźnie.  Chyba 

jedynym  co  wzbudzało  ich  szacunek  był  wehikuł,  warczący,  o  dziwnej  sylwetce  nie 
przypominającej 

normalnych 

samochodów, 

straszący 

wielkimi 

oczodołami 

reflektorów. 

background image

 

33 

Na werandę wyszedł starszy męŜczyzna, W ręku trzymał flintę, ale dostrzegł Ewę i 

odłoŜył broń. Zapędził psy do wozowni. 

- Dobry wieczór! - przywitałem się ze staruszkiem. 
Chodził  lekko  przygarbiony,  był  ubrany  w  stare,  zielone  spodnie  wpuszczone  w 

wysokie buty oraz sweter narzucony na gołe ciało. Rzadkie siwe włosy zaczesywał na 
bok. Tym co w nim zwróciło moją największą uwagę, to trochę dziecięcy wyraz jego 
twarzy.  Błąkający  się  gdzieś  uśmiech,  ciekawe  wszystkiego  oczy  i  ledwo  widoczne 
zmarszczki znacznie go odmładzały. 

- Dziadku, to jest mieszkaniec naszego hotelu, który odwiózł mnie - tłumaczyła pani 

Ewa. - Zosia nie mogła punktualnie przyjść na zmianę i musiałam trochę dłuŜej zostać 
w pracy, a ten pan jak usłyszał, Ŝe mam sama iść, to zaofiarował się mnie przywieźć. 

- Niech pan wchodzi - staruszek zaprosił mnie. 
- Późno juŜ - zauwaŜyłem. 
- Nic się nie stanie, jak raz pójdzie pan później spać, Kim pan jest z zawodu? 
- Dziennikarzem - wyjąkałem. 
- O, to tacy wcześniej jak o dziesiątej chyba nie wstają? 
- Wstają. O dziewiątej muszę być na zwiedzaniu pałacu w Baranowie. 
- Zapraszam! Mam dobrą nalewkę - staruszek uśmiechnął się znacząco mruŜąc jedno 

oko. 

-  Prowadzę  samochód,  więc  nie  mogę  teraz  pić.  Bardzo  dziękuję  za  zaproszenie. 

Innym razem przyjdę na nalewkę, 

- To pan wejdzie chociaŜ na herbatę z konfiturami. 
- Dziadku, jak pan nie chce, to niech go dziadek nie zmusza - wtrąciła się pani Ewa. 
-  Nie  „nie  chce”,  tylko  się  kryguje.  Ty  pójdziesz  spać,  a  my  sobie  pogadamy  jak 

męŜczyźni. 

Trochę  przeraziłem  się  wizji  tej  „męskiej”  rozmowy,  ale  czułem,  Ŝe  nie  wypada 

odmawiać.  Weszliśmy  do  kuchni,  gdzie  pani  Ewa  postawiła  czajnik  na  kuchence,  a 
potem  we  trójkę  rozsiedliśmy  się  przy  duŜym,  starym  stole.  Rozglądałem  się  po 
umeblowaniu:  starym  kredensie  i  szafkach  robionych  przez  jakiegoś  domorosłego 
stolarza.  Nawet  lodówka  była  tu  stara  -  taka  sama,  jaką  przed  wieloma  laty  moja 
kuzynka kupiła dzięki specjalnym kredytom udzielanym młodym małŜeństwom. Nagle 
usłyszeliśmy  głośne  szczekanie  psów  i  uderzenia,  kiedy  rzucały  się  na  bramę  w 
wozowni. Staruszek wyjrzał przez okno. 

- O psie syny! - krzyknął. 
Pierwszy  pobiegł  do  drzwi,  po  drodze,  w  sieni  chwycił  flintę  i  wyskoczył  z  nią  na 

werandę. Zobaczyłem cienie postaci odrywających się od wehikułu. 

- Stać łobuzy, bo strzelam! - wrzasnął gospodarz. 
Potem  szybko  dwa  razy  wypalił.  Usłyszałem  dwa  okrzyki  bólu.  Staruszek  szybko 

załadował  kolejne  naboje  i  tym  razem  wygarnął  w  powietrze.  Potem  podszedł  do 
wozowni,  otworzył  wrota  i  wypuścił  psy.  One  obwąchały  mnie,  a  potem  krąŜyły  po 
podwórzu.  Z  odległych  o  sto  metrów  krzaków  usłyszałem  ryk  silników  motocykli  i 
dwa światła zatańczyły na drodze kierując się w stronę szosy. 

Podszedłem  do  wehikułu  i  zobaczyłem,  Ŝe  wszystkie  cztery  koła  nie  miały 

powietrza.  Było  za  ciemno,  Ŝeby  sprawdzać,  czy  miałem  przebite  opony,  czy  tylko 
wściekli na mnie motocykliści wykręcili wentyle. 

background image

 

34 

-  No  to  klops!  -  oznajmił  staruszek  patrząc  na  opony.  -  Ale  dwóch  dostało  solą  w 

zadki, to popamiętają. 

- Strasznie mi przykro - usłyszałem za sobą głos pani Ewy. - Nie chciałam, Ŝeby pan 

pakował się w tę historię, bo czułam, Ŝe chłopcy będą chcieli się mścić. Wykorzystali 
okazję, Ŝe dziadek zamknął psy. 

- Nic się nie stało - uśmiechnąłem się. - Jutro napompuję koła. Teraz muszę wrócić 

do hotelu. Którędy będzie najbliŜej? 

- W Ŝadnym wypadku nie puszczę pana teraz na piechotę! - zaprotestował staruszek. 

- Te łobuzy pewnie się gdzieś tam będą czaiły, Ŝeby pana sprać. Coś im pan zrobił? 

-  Zaczepiali  mnie  na  drodze,  a  pan  akurat  przejeŜdŜał  i...  -  pani  Ewa  szukała 

odpowiednich słów. 

- Pan zachował  się jak porządny  męŜczyzna  - dokończył  staruszek.  - Teraz  moŜesz 

pan napić się nalewki. Przenocujemy pana, a rano zobaczymy, co trzeba zrobić z tymi 
kołami. 

Wróciliśmy do kuchni. Czułem ogromną złość w związku ze swoją bezsilnością, Ŝe 

nic  nie  mogłem  zrobić  tym  łobuzom.  Jak  szczeniaki,  po  kryjomu  zemścili  się,  bo 
ś

miałem  przerwać  ich  zaloty.  Starałem  się  hamować  emocje.  Siedzieliśmy  we  trójkę 

przy stole pijąc herbatę. Obok kubków dziadek pani Ewy postawił kieliszki i butelkę z 
nalewką  orzechową.  Potem  ze  spiŜarki  przyniósł  słoik  z  marynowanymi  grzybkami  i 
kawałek pięknej szynki. Pani Ewa zostawiła nas na chwilę samych. Poszła odświeŜyć 
się i przebrać. 

- To jak pan ma na imię? - zagadnął mnie staruszek. 
- Paweł. 
- Ja jestem Jan. Jest pan dziennikarzem, a jakie pan skończył studia? 
- Historię sztuki. 
- Czyli na kogo pan się uczył? 

Mogłem 

zostać 

krytykiem 

sztuki, 

muzealnikiem, 

antykwariuszem 

odpowiedziałem nieco Ŝartobliwym tonem. 

- To w dziennikarstwie chyba najlepiej płacą? 
- Nie rewelacyjnie, ale wszystko zaleŜy od tego, ile się pisze tekstów i w jakim tytule 

je publikuje, 

- A względem Ewy jakie pan ma zamiary? 
To  pytanie  było  jak  nagły  i  silny  cios  podbródkowy.  Lekko  zakręciło  mi  się  w 

głowie. 

-  śadnych  -  szybko  odpowiedziałem.  -  Na  razie  -  szybko  dodałem  widząc  ponurą 

minę pana Jana. - Jakie mogę mieć wobec niej zamiary, skoro dziś się poznaliśmy? 

- I juŜ pan chciał ją podwieźć? - gospodarz był podejrzliwy. - A moŜe pan jesteś taki 

florysta, co z kwiatka na kwiatek sobie skacze? 

- Widziałem, Ŝe ma sama wracać po nocy, więc chciałem jej pomóc. 
- A Ŝe dziewczyna ładna... - staruszek wycelował we mnie gruby, pokryty odciskami 

palec wskazujący. 

-  Panie  Janie!  -  gwałtownie  wstałem.  -  Miałem  wyłącznie  czyste  intencje.  Pan 

wybaczy, ale muszę wracać do hotelu. 

background image

 

35 

- Nie gorączkuj się pan - pan Jan połoŜył mi dłoń na ramieniu. - Ją jedną mam, moją 

ukochaną wnusię, to musiałem sprawdzić, coś pan za jeden. A do miastowych to trzeba 
podchodzić z podwójną nieufnością. Pan wiesz, jak to jest? 

- Domyślam się. 
- Niech pan siada. Zaraz Ewa przyszykuje panu pokój. Pośpisz pan, nawdychasz się 

ś

wieŜego powietrza. Tu lepiej będzie niŜ w tym hotelu. 

Wróciła  do  nas  pani  Ewa  i  przez  jakiś  czas  słuchaliśmy  opowieści  jej  dziadka,  jak 

zamieszkał  w  tym  domu  przedwojennego  gajowego.  Po  wojnie  pracownika  leśnego 
aresztowali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, bo podejrzewali go o współpracę 
ze zbrojnym podziemiem, nieprzychylnym  nowej, ludowej władzy. W pustej chałupie 
zamieszkał siedemnastoletni wówczas pan Jan i tak zostało. Trochę gospodarzył, trochę 
pracował w lesie i jakoś szczęśliwie doŜył emerytury. 

-  Bo  w  Ŝyciu  trzeba  być  uczciwym  wobec  siebie  i  innych  -  powiedział  staruszek 

wstając  od  stołu.  -  Niech  pan  o  tym  pamięta,  chociaŜ  widzę,  Ŝe  panu  dobrze  z  oczu 
patrzy. Zupełnie jakbyś pan nie był tym pismakiem, co Ŝeruje na sensacjach i ludzkich 
nieszczęściach. Dobranoc. I za długo tu nie siedźcie! 

Pan  Jan,  zmęczony,  szurając  nogami  poszedł  w  głąb  domu.  Usłyszałem,  jak 

pstryknął kontakt, jak zaskrzypiały spręŜyny łóŜka. W domu było tak cicho, Ŝe doszedł 
do nas nawet szept odmawianej modlitwy wieczornej. 

- Jakoś nie chce mi się spać - pani Ewa miała teraz rozpuszczone włosy i była ubrana 

w dŜinsy i koszulkę. 

Mogłem podziwiać jej niezwykle zgrabną figurę i szopę włosów skręconych prawie 

tak ciasno jak spręŜyny. 

- MoŜe wyjdziemy na werandę? - zaproponowałem. 
Po  dwóch  kieliszkach  nalewki  nieco  szumiało  mi  w  głowie  i  z  kubkami  herbaty  w 

rękach usiedliśmy na drewnianej ławce. Pani Ewa oparła nogi o barierkę. Koło nas na 
deskach  połoŜyły  się  psy.  Pyski  trzymały  na  przednich  łapach  i  przysypiały, 
jednocześnie  czujnie  nasłuchując.  W  kurniku,  w  ciemnościach,  na  krótko  rozgorzała 
gwałtowna  awantura  między  kurami.  Koń  w  stajni  uderzył  o  coś  kopytem.  Wytrwale 
grały  pojedyncze  świerszcze.  W  leśnej  ściółce  harcowały  myszy,  a  pomiędzy 
budynkami zygzakiem przemknęło kilka nietoperzy. 

-  Lubię  tak  po  całym  dniu  pracy  posiedzieć  i  wsłuchiwać  się  w  to  nocne  Ŝycie  - 

powiedziała pani Ewa. - Pan pewnie lepiej zna inne nocne Ŝycie? 

- Nie - roześmiałem się. - To, które ma pani na myśli, wcale mnie nie interesuje. 
- Czy ci poszukiwacze to taki ciekawy temat dla dziennikarza? 
- Tak, lubię zagadki historyczne, a ci ludzie, którzy przyjechali do Baranowa właśnie 

tym się zajmują. 

- Oni naprawdę szukają skarbów? 
- Tak. 
- I znajdują? 
- RoŜnie z tym bywa. Dla jednych najwaŜniejsze są poszukiwania, emocje związane 

z  przygotowaniami  i  samą  wyprawą.  Inni  rzeczywiście  chcą  się  tylko  w  ten  sposób 
wzbogacić. Dla nich skrytka z dziełami sztuki to skarbiec, z którego trzeba wyciągnąć 
jak najwięcej pieniędzy. Nie interesuje ich historia zabytków, to Ŝe często są to rzeczy, 
które  kiedyś  komuś  zrabowano,  Ŝe  związane  z  nimi  są  czyjeś  tragedie,  wspomnienia. 

background image

 

36 

Liczy  się  tylko  przedmiot,  który  moŜna  sprzedać  na  aukcji.  Jak  zawsze  to  kwestia 
systemu wartości. 

- A dla ciebie, dla pana... - dziewczyna szybko się poprawiła. 
-  MoŜemy  sobie  mówić  po  imieniu  -  zaproponowałem.  -  Chciałaś  zapytać,  co  dla 

mnie jest waŜniejsze? 

- Tak. 
- Chyba to samo co dla twojego dziadka. Wiem teŜ, Ŝe niekiedy trzeba nagiąć swoje 

zasady w imię wyŜszych celów. 

-  Niesie  to  za  sobą  niebezpieczeństwo  łatwego  usprawiedliwiania  się  za  kaŜdym 

razem, kiedy tylko jest to dla nas wygodne. 

- Niestety tak. 
Rozmawialiśmy jeszcze godzinę. Dowiedziałem się, Ŝe Ewa studiowała filozofię i po 

studiach  nie  mogła  znaleźć  innej  pracy  jak  ta  w  hotelu.  Chciała  zajmować  się 
dziadkiem. Jej rodzice i młodszy brat mieszkali na Śląsku. Polubiła to Ŝycie na skraju 
lasu,  kilkaset  metrów  od  Wisły.  Chciała  tu  załoŜyć  gospodarstwo  agroturystyczne. 
Marzyła  o  tym,  Ŝe  znajdzie  odpowiedniego  partnera,  z  którym  będą  wzajemnie 
wspierać  się  w  realizacji  swoich  celów.  Czułem,  Ŝe  ja  teŜ  chciałbym  mieć  takie 
marzenia.  MoŜe  powinienem  był  zostać  w  Torbasach,  w  dworku  odziedziczonym  po 
cioci? Mogłem nie przyjąć oferty Leśnika i poszukać nowego sposobu na Ŝycie. 

Jednak nie potrafiłem wyrwać się z kręgu spraw, które mnie dotąd interesowały. 
Ewa  przygotowała  mi  pokój  na  piętrze  z  małymi  okienkami  w  ścianie  szczytowej. 

Moskitiera chroniła mnie przed atakiem komarów i umoŜliwiała spanie przy otwartym 
oknie.  Zasypiałem  w  drewnianym  łóŜku  z  miękkim  materacem  wsłuchany  w 
skrzypienie  starego  domu,  szuranie  stopek  myszy,  prawie  bezgłośny  łopot  skrzydeł 
nietoperzy i wdychając zapach lasu przeniknięty nutą charakterystycznej woni wody. 

Nie  pamiętałem,  co  mi  się  śniło,  ale  utkwiło  mi  ostatnie  senne  wspomnienie 

zapłakanej  Ewy  uderzającej  mnie  w  twarz.  Gwałtownie  otworzyłem  oczy. 
Rozglądałem się patrząc na komodę, szafę z ciemnego drewna, kaflowy piec na środku 
ś

ciany. Wstałem i po cichu umyłem się w miednicy z wodą. OstroŜnie schodziłem po 

schodach i na podwórze. Była szósta. Wehikuł stał, gdzie go zostawiłem, a przy nim z 
zasmuconą miną, pykając fajkę, trwał pan Jan. 

-  Dwie  opony  przebili  panu  noŜom,  a  z  dwóch  spuścili  powietrze  -  powiedział 

wypuszczając wielki kłąb dymu. 

Mimo  wczesnej  pory  po  niebie  sunęły  szare  chmury  zapowiadające  przelotne 

deszcze.  Było  chłodniej  niŜ  wczoraj  i  dlatego  staruszek  na  sweter  narzucił  starą 
wojskową bluzę, a na głowie miał zieloną, wełnianą czapkę. 

-  Trudno  -  stwierdziłem  oglądając  szkody.  -  Załatwię  samochód  i  wezmę  koła  z 

przebitymi oponami. Czy w miasteczku jest serwis z oponami? 

- Tak, w podwórku obok rynku jest warsztat i sklep - powiedział staruszek. 
-  Dziękuję  za  gościnę  -  podałem  mu  rękę.  -  Muszę  wracać  do  hotelu.  Przebrać  się, 

popracować i po południu zajmę się moją limuzyną. Nie będzie tu przeszkadzała? 

- Nie. Czekaj pan! 
Staruszek wyprowadził ze stajni rower marki „Ukraina” Był doskonale nasmarowany 

i  nie  skrzypiał.  Zawinąłem  nogawki  spodni.  Marynarkę  złoŜyłem  i  przypiąłem  do 
bagaŜnika  za  siodełkiem.  Wyjechałem  na  polną  drogę  i  pojechałem  w  kierunku 

background image

 

37 

Baranowa.  Kiedy  przejeŜdŜałem  przez  rynek,  widziałem  kilku  młodzieńców  przed 
sklepem  spoŜywczym.  Siedzieli  na  schodkach  i  murku  pijąc  piwo  z  puszek.  Widząc 
mnie ryknęli śmiechem. Co mogłem zrobić innego jak z godnością znieść ten rechot? 
Nic miałem Ŝadnego dowodu, Ŝe to oni pocięli mi opony. Jedna tylko rzecz mogła mi 
sprawić satysfakcję. Widziałem, Ŝe dwóch młodzieńców siedzi z kwaśnymi minami, na 
złoŜonych grubych bluzach. Przypomniałem sobie strzały pana Jana ładunkami z solą. 

- Trochę was piecze! - rzuciłem w ich stronę. 
Ś

miech umilkł i zapadła złowroga cisza. Widok tych zaciętych, gniewnych młodych 

twarzy towarzyszył mi w drodze do pałacu. 

-  A  nie  mówiłem?!  -  straŜnik  przywitał  mnie  widząc,  Ŝe  wracam  na  rowerze.  -  Co 

stało się z pana rakietą? 

- śyczliwi ludzie pocięli w niej opony - starałem się, by mój głos brzmiał zadziornie 

i kpiarsko, jakby takie zdarzenia nie robiły na mnie wraŜenia. 

Wprowadziłem  rower  i  poszedłem  z  nim  pod  hotel.  Tam  umocowałem  pojazd  do 

specjalnego  stojaka  i  powędrowałem  do  hotelu.  Na  schodach  mijałem  niektórych 
uczestników zjazdu. Wśród nich był Emil. Popatrzył na mnie krytycznym wzrokiem. 

- Poranny jogging w garniturze? - roześmiał się. - To teŜ nadwiślański zwyczaj? 
-  U  nas  prawdziwi  ludzie  interesu  nie  rozstają  się  z  garniturami  nawet  na  sali 

gimnastycznej - starałem się zachować spokój i naleŜytą powagę. 

-  ZauwaŜyłem,  Ŝe  w  nocy  pan  gdzieś  wyjechał  swoim  szkaradztwem.  MoŜna 

wiedzieć, co takiego ciekawego jest w tej okolicy? 

- Musiałem moją szkaradę napoić w Wiśle. 
W tym momencie usłyszałem śmiech Kasi, która schodziła z pierwszego piętra. 
-  Musimy  razem  spędzać  więcej  czasu  -  powiedziała  do  mnie.  -  Masz  bardzo  fajne 

poczucie humoru. 

- Dziś, podczas wspólnych sesji nie będę odstępował cię nawet na krok. 
- Cudownie! - Kasia obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. 
Pobiegłem do swojego pokoju i cicho pogwizdując wszedłem pod prysznic. Mogłem 

ten  długi,  miniony  dzień  uznać  za  udany,  bo  pierwsze  lody  pomiędzy  mną  a  moim 
celem zostały przełamane. 

background image

 

38 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

ZWIEDZANIE ZAMKU W BARANOWIE SANDOMIERSKIM *  

CZY LICZĄ SIĘ TYLKO BOGACTWA? * ODBIERAM OPONY *  

WALKA JAK U JACKIE CHANA * PROPOZYCJA KASI 

 

Szybko  musiałem  przygotować  się  do  zajęć,  które  sobie  zaplanowałem  na  nowy 

dzień.  Po  kąpieli  zszedłem  na  śniadanie.  Jadłem  je  pospiesznie  i  w  samotności. 
Następnie  pobiegłem  do  wejścia  do  pałacu.  Czekał  tam  na  nas  przewodnik  -  siwy, 
czterdziestoletni męŜczyzna w brązowym garniturze. 

- JuŜ Jan Długosz, nasz polski kronikarz, wspominał o rycerskim dworze obronnym, 

który  w  XV  wieku  naleŜał  do  rodziny  Baranowskich,  herbu  Grzymała.  W  1578  roku 
dobra baranowskie kupiła moŜna rodzina Leszczyńskich, herbu Wieniawa. Jak państwo 
widzą, zamek w takiej postaci, w jakiej przetrwał do dziś, stanowi imponujący dowód 
wytwornego smaku i kultury estetycznej Leszczyńskich, którzy go zbudowali, urządzili 
wnętrza  i  przez  z  górą  sto  lat,  bo  od  1569  do  1677  roku,  mieszkali  tu.  Leszczyńscy 
naleŜeli do najznamienitszych w XVI i XVII wieku rodów w Polsce. Na przykład Rafał 
Leszczyński był znany jako świetny mówca i trybun szlachty. Na sejmie piotrkowskim 
w 1548 roku domagał się rozwodu króla Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. 
To  właśnie  Rafał  Leszczyński  w  1579  roku  przekazał  dobra  baranowskie  młodszemu 
synowi  Andrzejowi,  wojewodzie  brzesko-kujawskiemu,  który  zbudował  zamek  i 
załoŜył  w  nim  słynną  bibliotekę.  Zamek  był  główną  rezydencją  Andrzeja 
Leszczyńskiego  i  tym  czasie  kilka  razy  odwiedzał  go  tu  król  Stefan  Batory.  Sam 
Baranów  stał  się  waŜnym  ośrodkiem  reformacji  w  Polsce.  Była  tu  słynna  biblioteka  i 
przeniesiono tu innowierczą drukarnię z Pińczowa. 

Rozpoczęliśmy  zwiedzanie  pałacu  odwiedzając  kolejno  pomieszczenia  na  parterze, 

na  piętrze  i  w  piwnicy.  Wolno  sunęliśmy  nieregularną  kolumną  częściowo  słuchając 
przewodnika, a częściowo podziwiając odnowione wnętrza. 

Rozbudowę  zamku  będącego  własnością  Andrzeja  Leszczyńskiego  rozpoczęto  w 

1591  roku.  To  miała  być  manierystyczna  rezydencja  zamknięta  w  czworobok  trzema 
skrzydłami  mieszkalnymi i ścianą parawanową,  w  której umieszczono bramę  główną. 
Dookoła dziedzińca biegły kruŜganki oraz na wprost wejścia powstała klatka schodowa 
znana  z  wielu  polskich  filmów  fabularnych  opowiadających  o  wydarzeniach  doby 
odrodzenia.  Wiele  wskazuje,  Ŝe  rozbudową  zamku  zajmował  się  osobiście  królewski 
architekt  Santi  Gucci,  który  miał  swoje  warsztaty  równieŜ  w  Janowcu  i  Pińczowie, 
Anna  Firlej,  pierwsza  Ŝona  Andrzeja  Leszczyńskiego,  była  później  Ŝoną  Andrzeja 
Firleja,  który  zainicjował  rozbudowę  warowni  w  Janowcu,  Baranów  miał  być 
rezydencją,  ale  nie  zapomniano  o  jego  funkcji  obronnej.  Stąd  na  rogach  znalazły  się 
wysokie baszty, a zespół pałacowy znalazł się w centrum wałów fortyfikacji ziemnych. 
W latach trzydziestych XVII wieku Jan Chrzciciel Falconi wykonał sztukaterie. 

Podczas potopu szwedzkiego zamek szczęśliwie ocalał i nie został obrabowany przez 

najeźdźców.  W  drugiej  połowie  XVII  wieku  pałac  przeszedł  w  ręce  Józefa  Karola 
Lubomirskiego,  herbu  Sieniawa,  marszałka  wielkiego  koronnego.  On  powierzył 
przebudowę 

budynku 

Tylmanowi 

Gameren, 

nadwornemu 

architektowi 

Lubomirskich,  To Tylman  dobudował  między  dwoma  basztami  skrzydła  zachodniego 
galerię  obrazów,  wspartą  na  otwartych  arkadach  parteru.  Prace  obejmowały  zapewne 
tylko  reprezentacyjną  kondygnację,  „piano  nobile”,  pierwsze  piętro. Po  Lubomirskich 

background image

 

39 

właścicielami  dóbr  baranowskich  byli  Małachowscy,  Potoccy  i  Krasiccy.  Z  tym 
ostatnim  nazwiskiem  związane  są  przekazy,  Ŝe  Ignacy  Krasicki  przebywał  tu  pod 
koniec  XVIII  wieku.  Mogło  to  być  tuŜ  po  tym  jak  w  1794  roku  poŜegnał  się  z 
biskupstwem warmińskim. 

Szczęście  sprzyjało  pałacowi  w  Baranowie  do  24  września  1849  roku.  Wtedy 

wybuchł  poŜar,  który  zniszczył  wnętrza.  Wypalone  były  stropy  drewniane,  dachy, 
wszystkie  mobilia  wraz  z  biblioteką  umieszczoną  w  jednej  z  baszt  zamkowych. 
Krasickich  nie  stać  było  na  przywrócenie  rezydencji  dawnej  świetności,  a  ostatni  jej 
właściciele  nie  wykazywali  szacunku  dla  zabytków  pozostałych  w  zamku,  Karolina 
Krasicka  wyprzedawała  kamienne  dekoracje  i  wyposaŜenie  właścicielom  okolicznych 
dworów.  Gruzami  ze  spalonych  budynków  podzamcza  wypełniono  fosy  wokół 
bastionów.  W  1867  roku  dobra  baranowskie  kupił  na  licytacji  Feliks  Dolański,  herbu 
Korab.  W  1884  roku  Stanisław  Karol  Dolański  uporządkował  teren  wokół  pałacu 
przeprowadzając  prace  melioracyjne,  regulując  koryto  rzeczki  Krzemienicy  -  zwanej 
odtąd  Babulówką  -  i  sypiąc  wały  przeciwpowodziowe.  Niestety,  26  lipca  1898  roku, 
kolejny  poŜar  strawił  znaczną  część  zamku.  Na  początku  XX  wieku  rozpoczęto 
odbudowę  obiektu.  W  kaplicy  obok  baszty  południowo-zachodniej  (obecnie  kasa  i 
punkt  sprzedaŜy  pamiątek)  były  witraŜe  Józefa  Mehoffera  i  obrazy  Jacka 
Malczewskiego  wkomponowane  w  ołtarz.  W  rękach  rodziny  Dolańskich  zamek 
pozostawał aŜ do drugiej wojny światowej. Podczas wojny siedzibę miał tu niemiecki 
zarządca  majątku,  niewielki  lazaret,  a  sami  Dolańscy  zamieszkali  w  dwupokojowym 
mieszkaniu  w  Krakowie.  Po  wojnie  rosyjscy  Ŝołnierze,  którzy  przyjechali  do  pałacu, 
dali  jego  prawowitym  właścicielom  zaledwie  dwadzieścia  minut  na  wyprowadzkę. 
Dopiero  w  latach  pięćdziesiątych  pałac  znalazł  się  w  posiadaniu  duŜego  zakładu 
wydobywającego siarkę, który w piwnicach przygotował bardzo interesującą wystawę 
poświęconą siarce. 

Mnie  najbardziej  interesowały  pomieszczenia  dawnej  biblioteki,  Galeria 

Tylmanowska  i  pomieszczenia  wschodniego  skrzydła  na  piętrze.  Najwięcej  uwagi 
poświęcałem jednak Kasi, której nawet na krok nie odstępował Emil. 

- Co się stało z twoim wehikułem? - zapytała mnie Iza, kiedy szliśmy kruŜgankami 

pierwszej kondygnacji. 

- Miałem w nocy przygodę - odpowiedziałem. - Zadarłem z osobnikami, którzy lubią 

przecinać opony samochodowe. 

- Nie nocowałeś w hotelu? 
- Nie. 
- A gdzie? 
-  U  dobrych  ludzi  -  uśmiechnąłem  się  chcąc  Ŝartem  uciec  od  dociekliwości 

dziennikarki.  -  PoŜyczysz  mi  samochodu?  Po  obiedzie  chciałbym  wymienić  opony  w 
wehikule. 

- Dobrze - Iza zgodziła się. Czułem, Ŝe chętnie pojechałaby ze mną, ale pohamowała 

swoją ciekawość. 

Po zwiedzaniu przeszliśmy do sali konferencyjnej na piętrze, sąsiadującej z Galerią 

Tylmanowską.  Pierwszym  prelegentem  był  organizator  spotkania  i  przewodniczący 
konferencji.  To  znany  w  środowisku  autor  opracowań  poświęconych  poszukiwaniu 
skarbów. Jego wystąpienie było nieco nuŜące, bo opowiadał o trudach zorganizowania 

background image

 

40 

spotkania  i  wydania  swojej  najnowszej  ksiąŜki,  którą  w  cenie  promocyjnej  moŜna 
kupić w przerwie obrad, razem z innymi dziełami tego autora. Tak naprawdę moment 
przerwy i poczęstunku kawą na kruŜganku wszyscy przyjęli z ulgą. 

Wziąłem  swoją  filiŜankę,  ciastko  i  przeszedłem  na  drugą  stronę,  do  skrzydła 

wschodniego,  by  tam  obejrzeć  pięknie  zdobiony  portal.  Zgodnie  z  moimi 
oczekiwaniami wkrótce usłyszałem za sobą zdecydowane kroki. To była Kasia. 

- Co cię w tym tak interesuje? - zapytała stając obok mnie. 
- Doskonała forma, piękno rzeźb i brzydota maszkaronów w jednym - odparłem. 
- UwaŜasz, Ŝe przeciwieństwa tworzą idealne połączenia? 
-  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  moŜna  kierować  się  sztywnymi  regułami.  Gdyby  tak  było,  nie 

zachwycalibyśmy się sztuką. Oprócz trzymania się zasad artysta musi mieć talent, bo to 
właśnie dodaje szlachetności prawdziwemu dziełu. 

- A ten pałac ci się podoba? 
-  Jako  budowla,  która  przeszła  dwa  poŜary,  jej  wnętrze  zostało  zniszczone  lub 

wyszabrowane moŜe nie wydawać się kolejnym cudem świata. Zawsze trzeba pamiętać 
o  kontekście  zabytku.  Zwykły  Ŝołnierski  bagnet  wystawiony  na  aukcji  internetowej  z 
podpisem  „z  okresu  pierwszej  wojny  światowej”,  ma  pewną  wartość  materialną  dla 
kolekcjonerów.  Jednak  ten  sam,  z  udokumentowanym  pochodzeniem,  na  przykład 
ataku rosyjskiej piechoty na stanowiska niemieckich karabinów maszynowych u źródeł 
Łyny ma zupełnie inną wartość - świadka historii. 

-  Mówisz  zupełnie  tak,  jakbyś  nie  był  jednym  z  tych  poszukiwaczy  skarbów  - 

zauwaŜyła Kasia. 

- Jestem tylko dziennikarzem. Jak myślisz, po co piszę o poszukiwaniach? 
-  śeby  zarabiać  pieniądze,  a  przy  okazji  dowiedzieć  się  o  skarbie,  który  uczyni  cię 

bogatym do końca Ŝycia. 

- Liczą się tylko bogactwa? - pytałem nie dowierzając. 
- Wtedy ludzi stać na realizowanie swoich marzeń. 
-  A  myślałem,  Ŝe  wtedy  ogarnia  ich  lęk,  jak  nie  stracić  tego,  co  juŜ  mają,  albo 

obsesja, jak pomnoŜyć majątek. 

- Tobie wystarcza to, co masz? 
- Tak. Powiedz, o czym ty marzysz? 
- O tym, Ŝeby realizować swoje pomysły. Na razie na to mnie nie stać. 
- Więc musisz odnaleźć skarb. 
-  Zrobię  to!  -  Kasia  odwróciła  się  i  poszła  w  kierunku  sali  konferencyjnej,  gdzie 

znowu miały rozpocząć się obrady. 

Pobiegłem za nią. 
- Intuicja podpowiada mi, Ŝe juŜ coś masz na oku - powiedziałem. 
- Ona cię jak na razie nie myli - przyznała Kasia. 
- I to jest prawdziwy powód twojej wizyty w Polsce? - zapytałem. 
- Za duŜo chcesz wiedzieć - Kasia roześmiała się. 
Pomachała mi ręką i przyłączyła się do czekającego na nią Emila. Zerknąłem na spis 

prelegentów.  Zobaczyłem,  Ŝe  zaproszeni  archeolog  i  konserwator  zabytków  mieli 
mówić  o  szansach  i  zagroŜeniach  amatorskiej  eksploracji.  Przeczuwałem,  te  zamiast 
rzeczowej  dyskusji  na  temat  zmian  w  polskim  prawodawstwie  dojdzie  do  kolejnej 
pyskówki,  bo  nikt  nie  będzie  chciał  cofnąć  się  o  krok  ze  swoich  pozycji.  Urzędnicy 

background image

 

41 

zasłaniają  się  prawem,  naukowcy  wierzą  tylko  w  osiągnięcia  podobnych  jak  oni 
fachowców,  a  ruchliwi  i  pozbawienie  skrupułów  amatorzy  nie  chcieli  chwalić  się 
swoimi sukcesami w obawie przed reperkusjami prawnymi. 

-  Teraz  pojadę  do  warsztatu  i  zajmę  się  oponami  -  powiedziałem  nachylając  się  do 

ucha Izy. - Dasz mi samochód? 

-  Bierz!  -  szybko  podała  mi  kluczyki,  bo  zamierzała  robić  notatki  z  wypowiedzi 

archeologa. 

Był to młody naukowiec, specjalizujący się w badaniu grodzisk pruskich. Właśnie na 

ekranie  wyświetlił  slajd  przedstawiający  poszukiwacza  z  wykrywaczem  metali, 
ubranego  w  amerykański  mundur  z  demobilu  z  podpisem  „Archetyp  eksploratora”. 
Lekko  zniesmaczony  wyszedłem  z  sali  i  pobiegłem  do  hotelu  przebrać  się  w  strój 
bardziej  nadający  się  do  pracy  przy  samochodzie.  Iza  jeździła  ogromnym  terenowym 
nissanem  obudowanym  dodatkowymi  rurami  z  przodu  i  po  bokach,  chroniącymi 
karoserię  przed  wgnieceniami  przy  jeździe  po  lesie  lub  w  szczególnie  trudnych 
warunkach. 

StraŜnikowi  przy  bramie  wyjaśniłem  jak  wszedłem  w  posiadanie  kluczyków  do  nie 

swojego  auta  i  pojechałem  do  gospodarstwa  dziadka  Ewy.  Mój  wjazd  na  podwórze 
rozgonił kury i wywołał na werandę pana Jana. 

-  JuŜ  dzwoniłem  do  warsztatu!  -  zawołał.  -  Czekają  na  pana  z  nowymi  oponami. 

Odkręciłem panu te koła z pociętymi gumami. 

Pozostało  mi  tylko  spakować  koła  do  bagaŜnika  i  wrócić  do  Baranowa.  Bez  trudu 

znalazłem  warsztat  w  podwórzu  obok  rynku.  Były  to  trzy  otwarte  garaŜe  z  halą 
magazynową i niewielkim budyneczkiem biurowym. Wokół nie było Ŝywej duszy. 

- Halo! - zawołałem do wnętrza jednego z garaŜy. 
Na  podnośniku  stało  pokiereszowane  audi  niedawno  sprowadzone  z  zagranicy.  Na 

drugim  stanowisku  był  polonez,  ale  tam  zauwaŜyłem  znajomy  mi  kształt  motocykla 
cezety. To mnie zaniepokoiło. 

- Czego pan tu szuka? - zza skrzydła garaŜowej bramy wyszedł młodzian, w którym 

rozpoznałem  motocyklistę  z  wczorajszego  wieczoru.  Teraz  miał  na  sobie  roboczy 
kombinezon  i  trzymał  klucz  do  odkręcania  kół.  -  To  moŜe  pan  jest  tym  złodziejem, 
którego szukamy? Od dawna giną nam części zamienne... 

- Dzień dobry, czekają tu na  mnie dwie opony -  wyjaśniałem starając się zachować 

spokój. 

Młodzieniec  był  wyjątkowo  pewny  siebie  i  chyba  tylko  chciał  odegrać  się  za 

wczorajszy wieczór. 

- Nic nie wiem o oponach - zimno uśmiechał się. 
- To moŜe skończyć się kolejną, niepotrzebną awanturą - uprzedzałem go. 
- Józek, on ci grozi? - usłyszałem za sobą głos i szybkie kroki. 
Obejrzałem  się.  To  nadchodzili  kompani  motocyklisty.  Szli  obok  siebie,  pewnie 

stawiając  kroki.  UŜywając  kawaleryjskiego  Ŝargonu,  przed  szarŜą  szli  stępa.  Znowu 
skierowałem  wzrok  na  mechanika.  Właśnie  zamachnął  się  na  mnie  kluczem. 
Wystawiłem  lewą rękę, tak Ŝe dłoń napastnika  uderzyła  w  moje przedramię. Ugiąłem 
je,  uchyliłem  się  przed  kluczem  i  prawą  ręką  chwyciłem  za  nadgarstek  Józka. 
Pociągnąłem go i zrobiłem jeden krok prawą nogą w tył, obracając się w miejscu. 

background image

 

42 

W  ten  prosty  sposób  zasłoniłem  się  mechanikiem  przed  jego  kolegami.  Dwaj 

zatrzymali się, ale wciąŜ nacierał na mnie potęŜny, ogolony na łyso osiłek. 

Przytrzymując  głowę  mechanika  przy  swoim  prawym  ramieniu,  jednocześnie 

cofnąłem  lewą  nogę.  Teraz  wystarczył  jeden  wyćwiczony  na  zajęciach  aikido  zwrot 
bioder i mechanik leciał na ziemię. 

Kolejnym problemem był osiłek. ZłoŜył dłonie w wielką pięść, którą chciał uderzyć 

mnie  z  góry  w  głowę,  Zrobiłby  w  ten  sposób  ze  mną  to,  co  zwykle  czyni  młotek  z 
gwoździem. Uchyliłem się przed ciosem, wśliznąłem przed atakującego obejmując go 
w pasie i lekko pochyliłem się. 

Wykorzystując  jego  siłę  rozpędu  sprawiłem,  Ŝe  nagle  zawisł  w  powietrzu.  On  był 

huśtawką, która zamarła  w równowadze, a ja jedynym punktem podparcia. Zrzuciłem 
osiłka a pleców. CięŜko gruchnął o betonowy podjazd do garaŜu. 

Wtedy  przystojniaczek,  który  wczoraj  podrywał  Ewę  chciał  unieruchomić  mnie 

chwytem w pasie od tylu. Jego kolega, kierowca jawy, złapał mnie za ramię ustawiając 
mnie  jako  idealną  tarczę  do  bokserskiego  ciosu  prostego.  Miałem  wolne  ręce,  więc 
uniosłem  je  tak  jakbym  chciał  zasłonić  się  przed  ciosem.  To  tylko  rozzuchwaliło 
atakującego. Ze złowieszczym uśmiechem zacisnął pięść. 

PrzełoŜyłem  prawą,  zgiętą  rękę  na  zewnętrzną  stronę  przedramieniu  przeciwnika  i 

łukiem  przesunąłem  swój  łokieć  między  nas.  Bokser  nagle  pobladł  i  wygiął  się,  co 
ś

wiadczyło, Ŝe dźwignia zadziałała. 

Bokser  puścił  mnie.  Teraz  stojący  za  moimi  plecami  przystojniaczek  zaczął  mnie 

dusić  przedramieniem.  Przekręciłem  głowę  w  kierunku  zgięcia  jego  łokcia,  zrobiłem 
krok w tym samym kierunku i obiema rękoma energicznie pociągnąłem go za duszącą 
mnie rękę. Przystojniak przekoziołkował nade mną lądując na powstającym bokserze. 

Szybko  rozejrzałem  się  oczekując  nowego  niebezpieczeństwa.  Z  biura  wybiegło 

dwóch  siwych  mechaników.  Jeden  z  nich,  grubszy  i  niŜszy  od  kolegi  zaczął 
wymachiwać rękoma. 

- JuŜ stąd! - wrzeszczał na młodzieńców. - Będziecie mi klientów napadali? Jazda! 
WyŜszy i chudszy pomógł wstać Józkowi i odprowadził go do biura. Trzej pozostali 

młodzieńcy  prysnęli  gdzieś  między  drewniane  budy  i  garaŜe  stojące  na  tyłach 
kamienic. 

-  Najmocniej  pana  przepraszam  -  starszy  mechanik  ściskał  mi  dłoń.  -  Pan  jest  od 

pana Jana? 

- Tak, przyjechałem po opony, które pociął mi jeden z pańskich pracowników. 
- Wiem, wiem, przepraszam! - starszy pan uśmiechał się przymilnie. 
Delikatnie odprowadził mnie na skraj placu warsztatu. 
- Za te opony potrącę temu dzwońcowi, bo od pana Jana wiem, jak do tego doszło - 

mechanik  tłumaczył  mi.  -  O  tej  wczorajszej  aferze  to  prawie  całe  miasteczko  aŜ 
huczało.  Jeszcześ  pan  ich  dzisiaj  przed  sklepem  ośmieszył  przypominając  o  tej  soli. 
Niech  pan  zrozumie,  Ŝe  musiałem  chłopcom  pozwolić  postraszyć  pana,  bo  i  mnie  by 
spokoju nie dali, te moje budy by podpalili. Tego Józka na własne utrapienie wziąłem 
na praktykę, bo to syn mojego długoletniego pracownika. 

Myśleliśmy,  Ŝe  go  jakoś  na  ludzi  wyprowadzimy,  a  tu  wychodzi  jeszcze  gorszy 

pasztet.  Słowo,  chciałem  panu  pomóc,  ale  widziałem,  Ŝe  pan  sam  sobie  świetnie  daje 
radę. Takiej ładnej walki to nie widziałem nawet u Jackie Chana. Wie pan, kto to jest? 

background image

 

43 

- Nie - przyznałem się otrząsając się po długim monologu mojego rozmówcy. 
- Taki amerykański aktor, właściwie to Chińczyk, co we wszystkich filmach leje tych 

złych i roŜne fikołki przy tym robi. Mój wnuczek uwielbia oglądać filmy z tym Jackie 
Chanem. 

-  Ja  nikogo  nie  biję  po  twarzy  -  zwróciłem  uwagę.  -  Nie  wiem,  czy  takie  filmy  to 

dobry repertuar dla wnuka. 

- Oj tam, panie, kto teraz za tym wszystkim nadąŜy? Ładnieś ich pan rozłoŜył i to tak 

bez rozlewu krwi. Pan ćwiczy jakieś karate czy co? 

- Niech będzie, Ŝe „czy co” - roześmiałem się. - Gdzie te opony? 
- A, juŜ niosę! 
Mechanik  nie  pozwolił  mi  nic  dźwigać.  Sam  zajął  się  zakładaniem  nowego 

ogumienia  na  felgi.  Przy  okazji  uŜalał  się  na  swój  los.  Bolały  go  podatki,  nieudolny 
rząd, leniwi urzędnicy i pazerni politycy. 

- Wiesz pan, czemu ja mam ten warsztat? - zapytał mnie mechanik. 
- Lubi pan samochody? - zgadywałem. 
- Nienawidzę! Panie, jestem tu jedyny w mieście i świątek, piątek ludzie samochody 

do mnie przyprowadzają. Nie ma chwili wolnej. Wszyscy tu prawie jak sąsiedzi, więc i 
głupio odmówić czy powiedzieć, Ŝe chociaŜ w sobotę wieczorem bym się piwa napił i 
zasnął  w  fotelu.  Na  święta  jeździmy  do  rodziny  do  Glinojecka,  a  tam  co?  Kuzyni  z 
Podlasia przyjeŜdŜają z autami na lawecie, bo wiedzą, Ŝe ja będę i im naprawię. Więc 
wszyscy  spokojnie  telewizorek,  pierwsze,  drugie,  trzecie,  czwarte  danie,  dokładka  i 
deserek,  a  ja  komuś  grzebię  pod  maską,  bo  rodzinie  głupio  odmówić.  Jeszcze  ci  z 
Podlasia to gotowi się obrazić, jak im człowiek  nie pomoŜe. Jeden poŜytek, Ŝe potem 
cały  bagaŜnik  mam  wypchany,  a  to  połową  świniaka,  jajami,  słoikami  z  grzybami, 
miodem, skrzynkami z jabłkami. Co pan tylko chcesz... 

-  A  jak  został  pan  mechanikiem?  -  naprowadzałem  starszego  pana  na  właściwy 

wątek opowieści. 

-  Przez  politykę!  Tfu!  Mówię  panu,  ile  to  UB  krwi  napsuło  mojej  rodzinie...  Ojca 

jako  mechanika  gnębili.  Mnie  teŜ  róŜni  inspektorzy  nachodzili.  Wiesz  pan,  Ŝe  jak  ten 
generał  w  ciemnych  okularach  wojnę  domową  ogłosił,  to  do  mnie  taki  pułkownik  z 
dwiema  babami  z  PGR-u  Krasnelice  przyszedł  na  inspekcję.  Jemu  wódki  dałem, 
babom po kawałku szynki i spokój miałem. Oni niby tu węszyli, a chcieli, Ŝebym to ja 
węszył.  śebym  słuchał,  o  czym  ludzie  mówią,  bo  u  fryzjera  ludzie  bali  się  gadać.  Za 
blisko urzędów i komisariatu miał swój zakład. Ja tu byłem na uboczu... 

Na  szczęście  potokowi  słów  mechanika  towarzyszyło  solidne  wykonanie  roboty. 

Szybko wymienił opony i zaniósł koła do nissana Izy. 

- To niech pan uwaŜa na tych młodych - powiedział, kiedy wsiadłem do terenówki - 

Póki pan siedzisz w hotelu, nic panu nie zrobią, ale tu wszędzie to oni rządzą. Ładna to 
była walka, ale niczego ich nie nauczyła. 

- Zdaję sobie z tego sprawę - smutno pokiwałem głową. - Do widzenia! 
- Oby nie - mechanik pomachał mi ręką. 
Wróciłem  na  podwórze  pana  Jana.  Tym  razem  na  werandzie  zobaczyłem  Ewę. 

Wyglądała przepięknie, kiedy jej jasne włosy łagodnie falowały na wietrze. Ubrana w 
białą koszulę wpuszczoną w wąskie dŜinsy stała obok zastawionego stołu. 

- Chodź na obiad! - zawołała mnie. 

background image

 

44 

-  Zjem  w  Baranowie,  na  konferencji!  -  odpowiedziałem  szykując  się  do  wymiany 

kół. 

- Nie zdąŜysz - Ewa wymownie po stukała w zegarek na nadgarstku. 
Faktycznie  była  pora  obiadu,  a  z  doświadczenia  wiedziałem,  Ŝe  na  tego  typu 

spotkaniach głód jest silniejszy niŜ ochota do dyskusji. 

-  Panie  Pawle,  niech  pan  nie  kombinuje,  tylko  zje  -  z  domu  wyszedł  pan  Jan.  - 

Zrobimy koła i przy okazji odwiezie pan Ewę do pracy. 

- Mam dziś nocną zmianę - wyjaśniła Ewa. 
Zostałem,  tym  bardziej  Ŝe  obiad  przyrządzony  przez  Ewę  pachniał  wspaniale.  W 

zupie pomidorowej był idealnie ugotowany domowy  makaron. Kotlety  mielone  miały 
wspaniałą,  kruchą  i  niezbyt  grubą  skórkę.  Zielone  ogórki  w  gęstej  śmietanie  z 
posiekanymi liśćmi mięty były nadzwyczaj orzeźwiające. Do tego podano ziemniaki z 
koperkiem  i  maślankę.  Po  takim  posiłku  nie  chciało  mi  się  ruszyć  od  stołu.  Ogarnęło 
mnie straszne lenistwo, tym większe, Ŝe mogłem patrzeć na Ewę. Było w niej mnóstwo 
energii  i  jakiejś  nieokreślonej  wewnętrznej  siły,  która  emanowała  na  otoczenie.  Przy 
niej czułem się spokojniejszy, a właśnie wyciszenia potrzebowałem. 

- Zakurzymy i do roboty! - pan Jan wyjął papierosy i usiadł na schodku werandy. 
Nie  palę,  ale  wtedy  zapaliłem  rozumiejąc,  Ŝe  dla  gospodarza  ma  to  symboliczny 

wymiar,  niczym  wypalenie  fajki  pokoju  u  Indian  ze  stepów  Ameryki  Północnej. 
Pozwalałem, by papieros sam się wypalił i obserwowałem, jak dym niesie się do góry. 

- Co tam u Jurka słychać? - zapytał mnie pan Jan. 
- U kogo? - zdziwiłem się. 
- U mechanika - wyjaśnił dziadek Ewy. 
-  Chyba  wszystko  dobrze.  Czekał  tam  na  mnie  komitet  powitalny,  a  pana  kolega 

gotów w kaŜdej chwili ratować mnie z opresji, ale jakoś sobie dałem radę. 

- Czułem, Ŝe tak będzie... 
- Niech pan nie ma do niego pretensji... - chciałem bronić mechanika. 
-  A  do  kogo  tu  moŜna  mieć  pretensje,  Ŝe  trawa  jest  zielona,  a  młodym  głupstwa  w 

głowie? 

- Do nikogo - przyznałem. 
- Jurek teŜ swoje w Ŝyciu przeszedł. Prawie sam się wychowywał. Najpierw ojca mu 

ubecja aresztowała i na Sybir chcieli go wywieźć. Potem, jak juŜ wypuścili, to nękali i 
nie dali Ŝadnej pracy znaleźć. Jak załoŜył warsztat, to kontrole mu robili i kary za byle 
co wlepiali. To w końcu stary oddał warsztat synowi, a sam wyjechał za granicę, Ŝeby 
tam uczciwie popracować. To teŜ się władzy nie podobało i Jurka za ojca uciekiniera i 
szpiega  gnębili.  Panie,  co  to  były  za  straszne  czasy.  Wiesz  pan,  co  było  w  tym 
największym okrucieństwem? 

- śe ofiary nie doczekały się zadośćuczynienia, a kaci kary? 
- To teŜ. Mnie to najbardziej bolało, Ŝe ci ludzie byli źli nie dlatego, Ŝe to system im 

tak  kazał.  Oni  całe  to  zło  robili  z  głupoty,  z  tak  niskich  pobudek,  Ŝe  aŜ  obrzydzenie 
mnie  bierze.  To  byli  ludzie  mali,  próbujący  obronić  władzę  ludzi  maluczkich  jak  oni 
sami.  I  to  wszystko  rozwalił  zwykły  robotnik.  I  dobrze!  -  pan  Jan  zgasił  niedopałek  i 
powstał. 

W  kilkanaście  minut  wymieniliśmy  koła  i  napompowaliśmy  opony.  Najpierw 

wróciłem nissanem do hotelu. Mój przyjazd terenówką i wyjazd rowerem obserwowała 

background image

 

45 

spora  rzesza  uczestników  spotkania.  Emil  kierował  jakieś  dowcipne  uwagi  pod  moim 
adresem,  ale  na  szczęście  dokładnie  ich  nie  słyszałem.  Kiedy  po  jakimś  czasie 
przywiozłem  Ewę  wehikułem,  nikt  juŜ  na  to  nie  zwracał  uwagi.  Wszyscy  gdzieś  się 
rozeszli.  Ewa  zajęła  się  pracą,  a  ja  musiałem  przygotować  się  do  wieczornego 
spotkania.  Moją  uwagę  zaprzątało  głównie  to,  jak  dyskretnie  wymknąć  się  z  hotelu  i 
terenu pałacu. 

Zaplanowałem, Ŝe z budynku wyjdę wyjściem ewakuacyjnym na końcu korytarza. W 

pokoju  przygotowałem  sobie  odpowiedni  strój  -  specjalny  kombinezon,  którego 
uŜywałem  wychodząc  w  nocy,  kiedy  chciałem  się  skrycie  podkraść.  Jego  ogromną 
zaletą  było  to,  Ŝe  uszyty  ze  specjalnego  materiału  pochłaniał  światło,  przez  co  w 
ciemnościach  byłem  prawie  niewidoczny.  Zajęty  przygotowaniami  aŜ  podskoczyłem 
zaskoczony energicznym pukaniem do drzwi mojego pokoju. 

Na przygotowane przedmioty zarzuciłem połę kapy okrywającej łóŜko i otworzyłem 

drzwi gościowi. To była Kasia. 

- Masz czas, Ŝebyśmy się przeszli? - zapytała. 
-  Chciałem  wyjść...  -  zacząłem  mówić,  poszukując  szybko  w  myślach  jakiegoś 

dobrego wytłumaczenia. Nie chciałem zraŜać Kasi do siebie. 

- Dokąd? 
- Na krótki spacer. 
- A wybierasz się na wieczorną biesiadę? 
- Oczywiście - skłamałem. 
Na  śmierć  zapomniałem  o  zapowiadanej  uczcie  w  stylu  szlacheckim,  która  miała 

odbyć się na dziedzińcu i w kruŜgankach pałacu. 

-  Przedstawię  ci  pewną  propozycję  -  Kasia  weszła  do  pokoju  i  zamknęła  drzwi  za 

sobą. 

Przeszła obok mnie. Poczułem intensywny zapach jej perfum. Był zmysłowy, ale na 

mą  wyobraźnię  wciąŜ  bardziej  działały  pewne  zielone  oczy.  Kasia  była  niezwykle 
atrakcyjna.  Usiadła  na  łóŜku  i  powolnym  ruchem  przeczesała  dłonią  włosy.  Potem 
uśmiechając  się  połoŜyła  się  opierając  na  łokciach.  Wtedy  poczuła,  Ŝe  coś  jest  pod 
kapą. Szybko odchyliła ją i zajrzała pod spód. 

-  Widzę,  Ŝe  wybrałam  odpowiedniego  człowieka  -  powiedziała  patrząc  na  mój 

ekwipunek. 

background image

 

46 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

PUŁAPKA PIRATÓW * DRUGI LIST KAPITANA CUSTOSA *  

WIECZORNA UCZTA * GDZIE JEST BURSZTYNOWA KOMNATA? *  

KASIA SZUKA PIRACKIEGO SKARBU 

 

Usiadłem na krześle i przyglądałem się, jak Kasia ogląda zgromadzony przeze mnie 

sprzęt. Nie wydawała się zdziwiona widokiem kombinezonu, który był na wyposaŜeniu 
tylko  niektórych  jednostek  specjalnych  na  świecie.  Nie  dziwiły  jej  noktowizor,  linki, 
latarki, szwajcarski scyzoryk. Oceniała wszystko okiem fachowca i zadowolona kiwała 
głową widocznie usatysfakcjonowana moim wyborem. 

- Ciekawe, co to za wycieczka? - zagadnęła mnie z zagadkowym uśmiechem. 
- Mam spotkanie z trzema groźnymi złoczyńcami - odpowiedziałem. 
- Tymi, którzy pocięli ci opony? 
- Skąd o tym wiesz? - zdziwiłem się. 
- Ludzie bardzo duŜo mówią. 
- Mówiłaś o jakiejś propozycji dla mnie - przypomniałem Kasi. 
- Nie wiem, czy będziesz miał na to czas... - mówiła leniwym tonem przeciągając się 

jak kot. 

- Jeśli będzie to  wystarczająco interesujące... - nie dokończyłem zdania czekając co 

powie Kasia. 

- ...i opłacalne? - domyśliła się moja rozmówczyni. - Opłaci ci się. 
- MoŜesz mówić o konkretach? 
- Na razie nie. Starczy ci na realizację kilku marzeń. Porozmawiamy dziś wieczorem 

na biesiadzie. 

Kasia wstała i wciąŜ uśmiechając się wyszła z mojego pokoju. Odczekałem chwilę, 

analizując  w  myślach  kaŜde  wypowiedziane  przez  nas  słowo.  Następnie  załoŜyłem 
kombinezon, na niego dres jak do joggingu i wziąłem mały plecaczek. Wymknąłem się 
na  korytarz  i  bezszelestnie  zbiegłem  na  parter.  W  kilku  susach  dotarłem  do  wyjścia 
ewakuacyjnego  i  znalazłem  się  na  parkingu,  gdzie  stał  mój  wehikuł.  OstroŜnie 
wyjrzałem  zza  krzaków  rosnących  przy  schodach,  by  zobaczyć,  czy  nikt  mnie  nie 
obserwuje.  Potem  pochylony  biegłem  między  samochody  i  wąską  ścieŜką  między 
Ŝ

ywopłotami,  omijając  otwartą  przestrzeń  trawnika  wokół  stawu,  przekradłem  się  do 

płotu.  Po  chwili  byłem  juŜ  na  zewnątrz.  W  czasie  pierwszego  spaceru  przez  pola 
zauwaŜyłem,  Ŝe  były  tu  rowy  melioracyjne.  Gorące  lato  sprawiło,  Ŝe  zamiast  wody 
było w nich tylko płytkie błoto. 

Pobiegłem  do  niewielkiego  zagajnika  głogu,  tam  zdjąłem  dres  i  włoŜyłem  go  do 

plecaka,  jednocześnie  przekładając  część  ekwipunku  do  kieszeni  spodni.  Kilka  razy 
głęboko nabrałem powietrza, by dotlenić płuca i pobiegłem rowem. Błoto pryskało na 
boki, a ja gnałem w stronę Wisły. Nade mną szybko przesuwały się cięŜkie deszczowe 
chmury.  Kto  wie,  czy  tej  nocy  nie  miała  nadejść  burza?  Do  zmierzchu  było  jeszcze 
duŜo czasu, ale w lesie panował juŜ półmrok. 

Na  chwilę  połoŜyłem  się  na  ściółce,  by  odpocząć  i  uspokoić  oddech.  Wokół 

panowała cisza przytłumiona tylko szumem wiatru. Niektóre drzewa lekko skrzypiały. 

- Pomocy! - usłyszałem czyjś młody, męski, zachrypnięty głos. 
Ton  wskazywał,  Ŝe  ktoś  powtarzał  swoje  wołanie  nie  bardzo  wierząc  w  jego 

skuteczność. OstroŜnie podniosłem głowę, aby rozejrzeć się. 

background image

 

47 

- Rany, czemu ten telefon nie działa?! - męŜczyzna był poirytowany. 
Podniosłem się i bezszelestnie skradałem w stronę źródła dźwięku. Zajęło mi to dwie 

minuty,  by  dojść  do  leszczyny,  zza  której  ujrzałem  Sławka,  tego  młodego 
wykopkiewicza,  wiszącego  w  siatce  splecionej  z  grubych  lin.  Przypominał  ciasno 
obwiązaną szynkę, jedną z wielu, które kiedyś widziałem na strychu u wuja. 

Ktoś przygotował tu pułapkę i młodzieniec został w nią schwytany. Wiedziałem, kto 

zorganizował  zasadzkę.  Byli  to  piraci,  z  którymi  miałem  spotkać  się  niedaleko  stąd, 
nad  brzegiem  Wisły.  Czego  tu  szukał  Sławek?  Postanowiłem  na  razie  zostawić  go 
samego, tym bardziej Ŝe oprócz dyskomfortu wiszenia dwa metry nad ziemią nie miał 
Ŝ

adnych  dolegliwości.  Miał  przy  sobie  telefon  komórkowy,  więc  mógł  sprowadzić 

pomoc. Musiałem na razie zająć się przebiegłymi piratami. 

Wycofałem się i na przełaj dotarłem do plaŜy, na której wczoraj biwakowali chłopcy. 

Wokół tego miejsca teraz panował spokój. OstroŜnie wyszedłem na piasek. Na brzegu 
zauwaŜyłem  głęboki,  rozmywany  przez  powiększające  się  fale  klin,  jakby  przybiła  tu 
jakaś  łódź.  Miała  poszycie  wykonane  z  długich  klepek  na  zakładkę.  Kto  mógł  teraz 
pływać  taką  łodzią?  Przyjrzałem  się  odciskom  butów.  Lądujących  osobników  było 
trzech.  Był  z  nimi  pies.  Znalazłem  regularny  odcisk,  jaki  zostawiła  pozostawiona  na 
chwilę siatka. 

Po chwili miałem pełen obraz sytuacji. Piraci przypłynęli tu łodzią. Pewnie poŜyczyli 

ją od ojca jednego z nich. Najpierw pomaszerowali do lasu i załoŜyli pułapkę z siatką 
w którą miałem złapać się ja, a wpadł w nią Sławek. Potem morscy rozbójnicy weszli 
kolejno  w  pozostałe  dwie  ścieŜki,  a  więc  pewnie  i  tam  przygotowali  jakieś  wnyki. 
Umówiłem  się  tu  z  nimi  na  spotkanie,  a  oni  chcieli  mnie  oszukać.  Mieli  w  sobie 
zacięcie  do  pirackiego  rzemiosła.  Sprawdziłem,  jakie  niespodzianki  skonstruowali  na 
ś

cieŜkach i nieco je przekonstruowałem. 

UłoŜyłem się w krzakach i czekałem. Minęło dwadzieścia minut. Wiatr nabrał mocy, 

a na Wiśle  widać było drobne fale szkwałów. Łabędź troskliwie prowadził na  wodzie 
parę  młodych  w  bardziej  zaciszne  miejsce.  Między  gałęziami  jeszcze  uwijały  się 
mniejsze  ptaki  szukające  kryjówki  przed  nadchodzącą  ulewą.  Mewy  z  rozłoŜonymi 
skrzydłami próbowały wykorzystać wiatr, by dotrzeć do jakiejś ustronnej zatoki. 

Obserwując ptaki zauwaŜyłem ponad trzcinami top masztu z flagą piracką. Czaszka i 

skrzyŜowane piszczele były doskonale widoczne. Miałem obawy, czy chłopcy poradzą 
sobie z Ŝeglowaniem przy takiej pogodzie, ale Flint świetnie dawał sobie radę z łodzią i 
załogą. Piracki okręt wyglądał jak miniaturowa łódź wikingów. Widziałem kiedyś taką 
na zlocie miłośników skandynawskich wojowników. Tego rodzaju łódki mieszczące do 
czterech  osób  słuŜyły  do  działań  zwiadowczych,  do  połowu  ryb  lub  na  wyprawy 
handlowe  dla  pojedynczego  woja.  Ta,  naleŜąca  do  chłopców,  miała  sześć  metrów 
długości  i  120  centymetrów  szerokości  przy  maszcie,  wysoko  wzniesione  stewy 
dziobową i rufową oraz maszt z Ŝaglem rejowym. 

Wpłynęli  do  zatoki  i  Dirk  z  cumą  pierwszy  wyskoczył  na  brzeg.  Uwiązał  linę  do 

dwumetrowej  kłody  drewna.  Barrel  z  Flintem  zrzucili  Ŝagiel,  zwinęli  go  i  zrobili  klar 
na łodzi. 

Zdobyli  moje  uznanie  utrzymując  takie  stare  marynarskie  obyczaje,  Ŝeby  nie 

schodzić na ląd przed zrobieniem porządku na okręcie. 

background image

 

48 

-  Mówiłem  panom,  Ŝe  nasz  plan  się  uda?  -  Flint  spoglądał  na  kompanów.  - 

Tajemniczy adresat listu miał tu na nas czekać, ale go tu nie ma. To oznacza, Ŝe któraś 
z  naszych  pułapek  zadziałała.  Panie  Dirk,  pan  sprawdzi  tamtą,  a  pan,  panie  Barrel,  tę 
drugą - Flint wydał rozkazy wysyłając kolegów do lasu. - Ja osobiście sprawdzę siatkę. 
Panie Silver! - pies zadarł głowę i spojrzał na Flinta. - Pan będzie pilnował okrętu. 

Chłopcy rozbiegli się. ZauwaŜyłem, Ŝe byli na bosaka, mieli luźne spodnie uszyte z 

kawałków  płótna,  sięgające  im  najwyŜej  do  połowy  łydek,  a  za  pasy  zatknęli  sobie 
drewniane kordelasy. Flint miał pistolet skałkowy - zapewne jakąś nędzną replikę starej 
broni.  Silver,  kiedy  tylko  został  sam,  obszedł  plaŜę,  zakręcił  się,  usiadł,  a  potem 
połoŜył na piasku, tuŜ przy dziobie łodzi. 

Najpierw  usłyszałem  przeraźliwy  krzyk  Dirka.  Piraci  przygotowali  potykacz,  który 

po  uruchomieniu  miał  zwolnić  napięte  gałązki  leszczyn  z  przywiązanymi  do  nich 
pokrzywami.  PrzełoŜyłem  linkę  potykacza,  zmniejszyłem  napręŜenie  gałązek  i 
zredukowałem ich ilość, ale to i tak pewnie bolało. 

Silver podniósł łeb i nasłuchiwał. Właśnie wtedy wrzasnął Barrel. Tam, gdzie był ten 

chłopiec,  pułapka  była  szczególnie  niebezpieczna.  Poruszenie  liny  zwalniało  wielką 
kłodę uwiązaną do dwóch sznurków, która jak wielka huśtawka miała łukiem, od tyłu 
uderzyć w idącego tą dróŜką. 

Gdyby  to  mi  się  przytrafiło,  w  najgorszym  razie  miałbym  poobijane  łydki. 

Zamieniłem kłodę na groźną postać uplecioną z gałęzi, traw i trzciny. Wrzask Barrela 
sprawił, Ŝe Silver wstał i kulejąc pobiegł do lasu. Byłem zły na chłopców, Ŝe próbowali 
mnie oszukać i chciałem dać im nauczkę. 

Szybko nabazgrałem drugi list, podbiegłem do łodzi chcąc tam zostawić moje pismo. 

ZauwaŜyłem  pozostawioną  na  ławeczce  finkę.  Wyjąłem  ją  z  pochwy  i  energicznie 
wbiłem w drewniane siedzisko przybijając w ten sposób kartkę z moim przesłaniem do 
chłopaków. Znowu skryłem się w lesie. 

W samą porę, bo na plaŜę biegiem wracali piraci. 
- Kapitanie, ale nas wykiwał! - relacjonował Dirk. - Niech pan spojrzy, ile mam bąbli 

od pokrzyw. 

- Zamienił kłodę na jakieś straszydło - dodał Barrel. 
- Z czego się pan cieszy? - Dirk zauwaŜył zadowoloną minę Flinta. 
-  Bo  przynajmniej  siatka  zadziałała.  Mamy  go!  Dobrze  mu  się  przyjrzałem.  Taki 

niepozorny facet w okularach, ten sam, z którym rozmawialiśmy w parku przy pałacu. 
Zostawimy go tam na noc, to oduczy się robić nam dowcipy. 

- JeŜeli schwytaliśmy tego kapitana, to kto nam zostawił ten list? - Barrel zauwaŜył 

nóŜ i moje pismo. 

Dirk i Flint zaniepokojeni przyglądali się znalezisku. 
- On tu jest i nas obserwuje! - stwierdził Dirk. Groźnym wzrokiem patrzył w stronę 

krzaków. 

- Silver! Szukaj wroga! Bierz go! 
Zaniepokoiłem się słysząc te słowa. Pies rzeczywiście mógł mnie wytropić. 
-  To  bez  sensu!  -  Flint  ocenił  sytuację.  -  Patrzcie,  kapitan  Custos  wyznaczył  nam 

kolejne  spotkanie,  tym  razem  w  pałacowym  parku  -  mówił  czytając  list.  -  Kazał  nam 
uwolnić więźnia i wracać do naszego portu. Zostawił tę kartkę i sobie poszedł. Nie ma 
co go szukać. 

background image

 

49 

- Ciekawe, co to był za kapitan Custos? - zastanawiał się Barrel. 
- Miałeś sprawdzić - Dirk przypomniał koledze. 
-  Szukałem!  -  odpowiedział  Barrel.  -  W  Ŝadnej  ksiąŜce,  które  mam  o  naszych 

kamratach z Morza Karaibskiego, nie było takiego nazwiska. 

- Dość gadania! - Flint przerwał dyskusję. - Kapitan Custos to niezły cwaniak. Panie 

Dirk, niech pan da ten sztylet więźniowi i czym prędzej tu przybiegnie. 

Flint podał kompanowi broń zrobioną z kawałka blachy i drewnianego trzonka jako 

rękojeści. Dirk czym prędzej pobiegł wykonać polecenie kapitana. Flint i Barrel w tym 
czasie zepchnęli łódź na wodę i przygotowali ją do rejsu. Miałem nadzieję, Ŝe dopłyną 
do przystani przed nadejściem burzy. Kiedy zostawiałem im list, zdąŜyłem zauwaŜyć, 
Ŝ

e mieli na pokładzie kamizelki i koło ratunkowe. 

Dirk  wrócił  po  kilku  minutach.  Z  rozpędem  wbiegł  w  wodę  i  pchnął  dziób  łodzi. 

Kiedy  tylko  piracki  okręt  wypłynął  z  zatoki,  trzymając  się  rękoma  stewy  dziobowej 
wciągnął  się  do  środka.  Z  Barrelem  opuścili  Ŝagiel  i  odpłynęli  w  kierunku,  z  którego 
przypłynęli. 

Teraz  zakradłem  się  do  pułapki  z  siatką.  Zobaczyłem,  Ŝe  liny  były  przecięte.  Ze 

skraju  lasu  zobaczyłem  Sławka  spieszącego  w  stronę  Baranowa.  Pozostało  mi  tylko 
znowu pobiec dnem wyschniętego rowu melioracyjnego. 

Do  płotu  otaczającego  pałac  i  park  wróciłem  po  kilku  minutach.  ZałoŜyłem  dres  i 

przekradłem  się  do  hotelu.  Na  piętrze,  przy  swoich  drzwiach  spotkałem  Kasię 
wychodzącą z pokoju sąsiadującego z moim. 

- Spacer był udany? - zapytała uwaŜnie mi się przyglądając. - Chyba długo biegłeś? - 

wskazała na krople potu na moim czole. 

- Jak widzisz, jestem cały i zdrowy - ukłoniłem się. 
- To do zobaczenia wieczorem - Kasia uśmiechnęła się. 
Wszedłem  do  pokoju,  wykąpałem  się  i  ogoliłem.  Potem  przygotowałem  garnitur, 

wybrałem  koszulę  i  połoŜyłem  się  na  łóŜku,  Ŝeby  chwilę  odetchnąć.  Włączyłem 
telewizor,  akurat  w  porze  wieczornych  wiadomości.  Prominentny  polityk  właśnie 
uroczyście  przecinał  wstęgę  nowo  wybudowanego,  trzykilometrowego  odcinka 
autostrady. Pomyślałem sobie, Ŝe to w sam razy tyle, by pomieścić samochody stojące 
w  korku  w  warszawskich  godzinach  szczytu.  Na  zwołanej  właśnie  konferencji 
prasowej  dziennikarze  wcale  nie  pytali  o  kolejne  nitki  autostrad,  ale  o  planowaną 
rekonstrukcję  rządu,  kolejną  w  tej  kadencji  Sejmu.  Z  rosnącą  irytacją  słuchałem 
wywodów  polityka  oraz  dziennikarza,  usiłującego  wytłumaczyć  słowa  urzędnika. 
Miało  to  ukryć  fakt,  Ŝe  we  władzach  brakuje  fachowców.  Złośliwym  zbiegiem 
okoliczności  w  kolejnym  materiale  zobaczyłem  Alfreda  Kobyłkę  -  człowieka,  który 
zlikwidował  nasz  departament  w  ministerstwie  i  zagroził  zwolnieniem  mnie  z  pracy 
zaraz po tym jak wrócę z urlopu, na który mnie wysłał. 

Analitycy Ŝycia politycznego mówili o Kobyłce jako uzdolnionym urzędniku, który 

potrafi skutecznie zreorganizować pracę urzędów. 

-  Tak  naprawdę  do  rozpoczęcia  błyskotliwej  kariery  brakuje  mu  tylko 

spektakularnego sukcesu - tak brzmiało ostatnie zdanie tej relacji. 

Oszołomiony tym co zobaczyłem, wyłączyłem telewizor. Musiałem iść na biesiadę. 

Ucztę  zorganizowano  na  kruŜgankach  pierwszego  piętra  pałacu.  Były  tam  ustawione 
cięŜkie  stoły  i długie ławy. Iza trzymała dla  mnie  miejsce obok siebie. Po przeciwnej 

background image

 

50 

stronie  siedzieli  Sławek,  Emil  i  Kasia.  Pan  Leonard  usiadł  u  szczytu  naszego  stołu. 
Przyglądałem  się  Sławkowi.  Wyglądał  bardzo  mizernie.  Chyba  wiszenie  w  siatce  i 
długie spacery bardzo go wyczerpały. Dziwne, Ŝe miał taką słabą kondycję, skoro był 
eksploratorem, a ci są przyzwyczajeni do długich wędrówek z wykrywaczami metali. 

Na  imprezie  podawano  pyszne  potrawy  i  trunki.  Uświetniała  ją  kapela  grająca 

muzykę z epoki renesansu. MoŜna się tu było poczuć jak na dworze ksiąŜęcym. Szybko 
gwar rozmów zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Biesiadujący milkli tylko wtedy, kiedy 
wnoszono nowe potrawy. 

Dyskretnie przyglądałem się Kasi, a kiedy tylko nasze spojrzenia spotkały się, na jej 

twarzy rozkwitał porozumiewawczy uśmiech. 

- Przestań się tak na nią gapić, bo Emil wyzwie cię na pojedynek - Iza wyszeptała mi 

do ucha. 

- Chyba nie ma wyłączności na jej towarzystwo? - chciałem się pokazać jako hardy 

męŜczyzna. 

Pan  Leonard  najwidoczniej  nie  znosił,  kiedy  był  poza  centrum  zainteresowania  i 

postanowił wdać się ze mną w pogawędkę. 

- Panie Pawle, zapewne czytał pan o Bursztynowej Komnacie? - zagadnął mnie. 
-  Tak  -  krótko  odpowiedziałem  obserwując  uwaŜnie  twarz  rozmówcy,  czy  nie 

zdradzi się jakimś gestem, Ŝe wie o moich poszukiwaniach tego zaginionego skarbu. 

-  Tylko  tyle?  -  pan  Leonard  był  zdziwiony.  -  Jako  dziennikarz  zajmuje  się  pan 

tematyką  poszukiwań  i  o  sprawie  Bursztynowej  Komnaty  mówi  pan  tylko  jednym 
słowem? 

Bursztynowa  Komnata  była  swego  czasu  uznana  za  ósmy  cud  świata.  Teraz  w 

Petersburgu  prezentowana  jest  jej  kopia,  której  uroczyste  otwarcie  nastąpiło  w 
trzechsetlecie  załoŜenia  miasta.  W  dziele  jej  odnowienia  wielce  hojną  była  jedna  z 
niemieckich firm energetycznych... 

-  A  niedawno  Niemcy  i  Rosja  podpisały  umowę  o  wspólnej  budowie  gazociągu  na 

dnie Bałtyku - wtrąciła Iza. 

- Zostawmy politykę - pan Leonard nerwowo machnął ręką. - Co się z nią stało? Co 

pan o tym sądzi? 

Zastanawiałem  się  nad  odpowiedzią.  Było  to  tym  waŜniejsze,  bo  naszej  dyskusji  z 

uwagą przysłuchiwała się Kasia. Domyślałem się, co chciała mi zaproponować, a teraz 
musiałem zaprezentować się od jak najlepszej strony. 

-  Niedawno  wpadła  mi  w  ręce  ksiąŜka  dwójki  brytyjskich  dziennikarzy  Catherine 

Scott-Clark  i  Adriana  Levy,  którzy  opisali  swoje  rosyjskie  peregrynacje  w 
poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty - mówiłem. Pan Tomasz, mój szef podarował mi 
tę  ksiąŜkę  mówiąc:  „Ciekawy  punkt  widzenia”.  -  Jak  wiadomo,  los  Bursztynowej 
Komnaty pozostaje nieznany, chociaŜ jest wiele teorii na temat tego, co mogło się z nią 
stać w czasie drugiej wojny światowej. Tym co ogromnie razi w tej ksiąŜce jest styl, w 
jakim została napisana. Czytelnik staje się świadkiem niebotycznych trudności dwojga 
mieszkańców  cywilizowanego  kraju,  niedawnej  potęgi  morskiej,  którzy  w  poczuciu 
wielkiej  misji  znaleźli  się  w  kraju  na  poły  dzikich  i  dziwnych  ludzi.  Dziennikarzom 
rzucano kłody pod nogi, a niektóre dokumenty udało się zdobyć i wynieść tylko dzięki 
szybkości  ich  nóg.  I  tak  w  kółko,  brakowało  tylko  czarnej  wołgi  i  kilku  smutnych 
pogrobowców KGB. Fakt, Ŝe obecna Rosja  moŜe  nie przystaje do standardów Ŝycia i 

background image

 

51 

pracy na przykład w Cambridge, nie powinien być źródłem aŜ tak długich opisów, bo 
para  ta  najwidoczniej  nie  postawiła  nogi  w  Ŝadnym  innym  kraju  dawnego  bloku 
wschodniego.  W  rosyjskich  archiwach  spotkali  się  z  nieprzychylnością,  a  nasi 
historycy w angielskich stają często przed barierą finansową, bo mało co moŜna dostać 
tam za darmo. 

- Jeśli będziesz chciał, Ŝeby coś dla ciebie wydobyć, to daj mi znać - wtrąciła Kasia. - 

Znam kilka waŜnych osób tu i ówdzie - dodała z tajemniczym uśmiechem. 

- Niech pan mówi! - ponaglał mnie pan Leonard. 
-  Wielkim  walorem  tej  ksiąŜki  jest  opis  powstania  Bursztynowej  Komnaty  - 

kontynuowałem.  -  Wiedzą  państwo,  Ŝe  dar  króla  pruskiego  dla  cara  nie  był  wyrazem 
hojności,  ale  skąpstwa,  bo  król  pruski  zamiast  złota,  które  mógł  wydać  na  zbrojenia 
wolał pozbyć się masy bursztynu. Na początku XVIII wieku król bardziej kochał się w 
swojej  gwardii  olbrzymów  niŜ  w  dziełach  sztuki.  Mnie  najbardziej  zaciekawiły 
szczegóły techniczne związane z Komnatą. Były to opisy montaŜu paneli wyjaśniające, 
czemu  Rosjanie  nie  ewakuowali  Bursztynowej  Komnaty,  kiedy  w  1941  roku 
Wehrmacht zbliŜał się do Carskiego Sioła. Komnatę zamaskowano jako zwykły pokój, 
ale niemieccy Ŝołnierze przypadkowo odkryli istotę kamuflaŜu i komnata w skrzyniach 
wyjechała  do  Królewca,  gdzie  do  1945  roku  składowano  ją  w  piwnicach 
królewieckiego  zamku.  Kiedy  10  kwietnia  tego  roku  generał  Otto  Lasch  podpisywał 
kapitulację  Królewca,  Bursztynowa  Komnata  była...  No  właśnie,  oto  jest  zagadka  od 
dziesięcioleci  nurtująca  poszukiwaczy.  Poszukiwano  jej  w  Niemczech,  są  wskazówki 
kierujące poszukiwania na bagna lub do wnętrz fortyfikacji w okolicach Królewca. Są 
teŜ  i  tropy  prowadzące  do  Polski,  do  Pasłęka  i  Dzikowa...  MoŜe  była  na  pokładzie 
„Wilhelma  Gustloffa”,  którego  wrak  Rosjanie  w  drugiej  połowie  lat  czterdziestych 
penetrowali bebesząc jego ładownie ładunkami wybuchowymi? MoŜe ósmy cud świata 
spłonął  w  czasie  alianckiego  bombardowania  Królewca?  A  moŜe  zniszczyli  go 
zdobywcy Królewca? Ta ostatnia, zaskakująca teza jest wnioskiem ksiąŜki brytyjskich 
dziennikarzy. Czy jest mocno umotywowana? 

Dotąd  mało  kto  szukał  informacji  w  rosyjskich  dokumentach,  więc  nie  brano  tej 

wersji  wydarzeń  pod  uwagę.  Oprócz  pułkownika  Awenira  Owsjanowa,  do  Polski  nie 
dotarł  Ŝaden  powaŜny  rosyjski  poszukiwacz  Bursztynowej  Komnaty,  a  więc  polscy 
pasjonaci  tego  tematu  mieli  dość  ograniczony  dostęp  do  pewnych  informacji,  tym 
bardziej Ŝe Rosjanom wcale nie musi zaleŜeć na nagłośnieniu pewnych wydarzeń. Cały 
czas  nurtuje  mnie,  czemu  Rosjanie  wykonali  kopię  słynnego  zaginionego  skarbu? 
CzyŜby nie wierzyli w jego odnalezienie? 

-  Ktoś,  kto  znał  miejsce  skrytki  juŜ  nie  Ŝyje,  albo  chciał  zbyt  wysoką  cenę  za 

informacje - oceniał pan Leonard. 

- Być moŜe - przyznałem. - Mój zawód polega na ciągłym kształceniu się, zbieraniu 

roŜnych  informacji,  układaniu  ich  w  większą  całość.  W  jednym  z  pism  branŜowych 
dotyczących  muzealnictwa  znalazłem  artykuł  o  tym,  jak  po  wojnie  Urząd 
Bezpieczeństwa  zajmował  się  poszukiwaniem  dzieł  sztuki  ukrytych  w  styczniu  1945 
roku,  tuŜ  przed  wkroczeniem  wojsk  sowieckich  do  Prus  Wschodnich.  Śledzono 
ogrodnika  zatrudnionego  w  majątku  ziemskim,  do  którego  hrabia  pisał  listy  w  1947 
roku pytając o stan pałacu i niektórych miejsc w okolicy. 

- Komunistyczna milicja wydobyła te skarby? - zaciekawił się pan Leonard. 

background image

 

52 

-  Część  tak,  bo  opisy  kilku  figurek  odkryto  niedawno  w  archiwach.  Inna  rzecz 

bardziej  mnie  zainteresowała.  Pamiętają  państwo  nazwisko  niemieckiego  uczonego 
odpowiedzialnego  za  zagrabione  dzieła  sztuki  składowane  przez  hitlerowców  w 
Królewcu? 

-  Doktor  Rhode  -  Iza  mówiąc  o  rzeczach  oczywistych  nieznacznie  wzruszała 

ramionami. 

-  A  co  się  z  nim  stało?  -  dopytywałem  się,  z  góry  wiedząc,  jakie  wkrótce  zrobię 

wraŜenie na moich słuchaczach. 

-  Współpracował  z  Sowietami,  ale  ostatecznie  zginął  w  ruinach  Królewca  - 

powiedział pan Leonard. 

Widziałem, Ŝe mój wywód zaczynał go mocno intrygować. 
- Być  moŜe tak było - pokiwałem  głową. -  Faktem jest, Ŝe ogrodnik zatrudniony  w 

majątku  owego  pruskiego  junkra  pod  koniec  1944  roku  teŜ  miał  na  nazwisko  Rhode. 
Tylko  z  tego  nazwiska  wymieniany  jest  w  dokumentach  Urzędu  Bezpieczeństwa. 
Państwu zostawiam ocenę faktu tej dziwnej zbieŜności nazwisk i dat. 

Cisza, jaka, zapanowała przy naszym stoliku była bardzo wymowna. 
-  Ty!  -  Iza  nagle  uderzyła  mnie  w  bok.  -  Czemu  nie  mówiłeś,  Ŝe  masz  taki  fajny 

temat? Masz go zrobić! 

- Tak jest! - Ŝartobliwie zasalutowałem. - Wkrótce się tym zajmę. 
Nie  kłamałem.  Rzeczywiście  planowałem  jesienią  wyjechać  na  Mazury,  Ŝeby  zająć 

się  poszukiwaniem  części  kolekcji  dzieł  sztuki  z  jednego  z  pruskich  pałaców, 
zaginionej w 1945 roku. 

Zmęczony  dłuŜszą  przemową,  siedzeniem  i  gwarem  w  tym  miejscu  kruŜganka 

postanowiłem  przejść  na  drugą  stronę.  Wziąłem  pajdę  chleba,  na  którą  nałoŜyłem 
gruby  plaster  mięsa  i  stanąłem  oparty  o  balustradę.  Liczyłem,  Ŝe  zwabię  do  siebie 
Kasię. Nie pomyliłem się. Podeszła z długim, cienkim papierosem między palcami. 

-  Twój  wywód  o  Bursztynowe  Komnacie  był  ciekawy  -  powiedziała.  -  Myślisz,  Ŝe 

ona jeszcze istnieje? 

- Lepiej wierzyć, Ŝe tak. Warto mieć marzenia. 
- Jeszcze lepiej móc je zrealizować. 
- JuŜ dziś o tym mówiłaś - nawiązałem do naszej rozmowy w pokoju hotelowym. 
- I jeszcze powinniśmy o tym pogadać. Pójdziemy do parku? 
- Teraz? - zdziwiłem się. 
- Boisz się mnie czy ciemności? 
Po takim pytaniu Ŝaden męŜczyzna chyba nie odwaŜyłby się nie pójść do parku. 
Wymknęliśmy  się  niczym  para  kochanków.  Pewnie  tak  o  nas  pomyślał  ochroniarz 

pilnujący wejścia do pałacu. Park, ze ścieŜkami między Ŝywopłotami i szemrzącą wodą 
w  fontannach,  wyglądał  tajemniczo.  Rzadko  rozstawione  latarnie  nadawały  otoczeniu 
barw jakby wszędzie Ŝarzyły się węgle. 

Od  razu  skręciliśmy  w  lewo,  ku  wschodniemu  skrzydłu  pałacu.  Kiedy  szliśmy, 

chrzęściły drobne kamyczki, którymi wysypano tu przejścia. 

- Paweł, pozwolisz, Ŝe nie będę owijała w bawełnę i powiem wprost, o co mi chodzi? 

- Kasia uwaŜnie śledziła wyraz mojej twarzy. 

- Mów. 
- Przyjechałam tu. Ŝeby odszukać pewien skarb. 

background image

 

53 

- Chyba nie Bursztynową Komnatę? - zaŜartowałem. 
- Ogromna skrzynia pełna wyrobów ze złota brzmi dostatecznie interesująco? 
- Jakich wyrobów? 
- Monet i trochę figurek. Ty dostaniesz zapłatę w dolarach. 
- Czemu nie oferujesz mi części łupu? 
- Będzie ci się naleŜała gaŜa za pracę, jaką dla mnie wykonasz. Od ciebie zaleŜy, czy 

zarobisz równieŜ  na  wysoką  premię za znalezienie  skrzyni. Czy zgadzasz się na takie 
warunki? 

-  Mam  obawy,  czy  nie  chcesz  mnie  oszukać.  MoŜe  te  figurki  i  monety  są  bardzo 

cenne, a więc moŜe wolałbym łup podzielić między nas? 

-  To  są  rzeczy,  których  nie  sprzedasz  na  oficjalnym  rynku  nie  wzbudzając 

zainteresowania  kolekcjonerów  i  władz.  Chyba  lepiej  wziąć  gotówkę  i  mieć  święty 
spokój? - w głosie Kasi wyczułem nutę rozdraŜnienia. 

- Masz rację - przyznałem. - Co to za skarb i co wiesz o miejscu jego ukrycia? 
-  We  wrześniu  1939  roku  pod  Baranowem,  przez  prowizoryczny  most  na  Wiśle, 

przechodziły  roŜne  jednostki  wojska  polskiego  wycofujące  się  przed  naporem 
pancernych formacji Wehrmachtu. W kolumnie taborowej była cięŜarówka cywilna ze 
skarbami  pewnego  hrabiego.  Wśród  nich  była  skrzynia  pełna  złota.  Wierzysz  w 
opowieści o pirackich skarbach? 

- Powiedzmy, Ŝe tak, 
- To był właśnie piracki skarb! 
- śartujesz? - udawałem niedowierzanie. 
- Nie. 
- Skąd on się tu wziął. 
- Ten hrabia w okresie międzywojennym wyjechał na Kubę. Tam wynajął szkuner i 

ruszył w rejs po Morzu Karaibskim. Przy okazji na jakiejś wyspie odkrył to złoto. 

- A co wiesz o skrytce? 
- Wiem, Ŝe to zabrzmi głupio, ale po wskazówki trzeba pójść do admirała Benbow. 
- Do kogo?! 
- Tylko tyle wiem. 
- Chyba ktoś ci zrobił dowcip - roześmiałem się. - Szukałaś tego admirała w Wielkiej 

Brytanii? 

- Nie ma takiego i nie było w Royal Navy przez ostatnie sto lat. 
- A mimo to chcesz szukać tego skarbu? 
-  Tak,  bo  rozmawiałam  z  człowiekiem,  który  go  widział  i  na  dowód,  Ŝe  mówi 

prawdę,  dał  mi  to  -  Kasia  wyjęła  zza  bluzki  medalion,  identyczny  jak  ten,  który 
zostawił mi Leśnik podczas naszego spotkania w Sandomierzu. 

-  Kto  ci  to  dał?  -  zapytałem  czując,  Ŝe  złoto  jest  nagrzane  od  ciepła  ciała  Kasi.  - 

Ufasz temu człowiekowi? 

- Muszę, to był mój dziadek. 

background image

 

54 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

ZDRADA TOMA LONTA * WIZYTA SŁAWKA * NA TROPIE SZAJKI 

POSZUKIWACZY SKARBU * PORANNY WYŚCIG *  

KŁOPOTY TO MOJA SPECJALNOŚĆ 

 

Musiałem zachować kamienny wyraz twarzy, by nie zdradzić, ile wiem o tej sprawie. 

Kasia  patrzyła  na  moją  reakcję.  Wiedziałem,  Ŝe  teraz  wiele  zaleŜy  od  mojego  talentu 
aktorskiego. 

- Kim był twój dziadek? - zapytałem. - Zajmował się badaniem dziejów piratów? 
- Na dokładne wyjaśnienia jeszcze przyjdzie czas - stwierdziła Kasia. - Ten medalion 

jest dowodem, Ŝe ten skarb istnieje. 

- Czy wiesz, co oznaczają te znaki na nim? 
-  Nie.  Takie  medaliony  nosili  marynarze  z  tajemniczej  organizacji  zrzeszającej 

piratów. Nazywała się ona „Clavis”. 

- To w języku łacińskim oznacza „Klucz” - wtrąciłem i zaraz tego poŜałowałem. 
- Znasz łacinę? - Kasia zaciekawiła się. 
- Tylko pojedyncze słowa - pospiesznie zapewniłem ją. 
- Te znaki to podobno klucz napisany diabelskim alfabetem znanym tylko kapitanom 

okrętów  ze  zbójecką  załogą.  W  drugiej  połowie  XVII  wieku  korsarze  i  piraci  zawarli 
układ.  Postanowiono  wtedy,  Ŝe  piraci  nie  będą  atakowali  się  nawzajem,  będą 
informowali  się  o  ruchach  wszelkich  okrętów  i  wspólnie  utworzą  skarbiec  -  rodzaj 
banku czy kasy zapomogowej dla weteranów, którzy zostali kalekami lub wylądowali 
w  więzieniach.  Autorem  paktu  był  kapitan  szkockiego  pochodzenia,  który  z  równą 
nienawiścią  łupił  okręty  i  statki  hiszpańskie  i  angielskie.  Nazywano  go  Tomem 
Lontem, od zapalonych lontów, mocowanych przez niego w czasie bitwy do kapelusza, 
by zawsze móc odpalić jeden z czterech pistoletów, z którymi nigdy się nie rozstawał. 
Tom  Lont  najprawdopodobniej  zaczynał  rozbójniczą  karierę  od  funkcji  chłopca 
okrętowego,  ale  szybko  awansował,  zdobył  uznanie  kompanów  i  został  kapitanem. 
Hasał na Morzu Karaibskim, u zachodnich wybrzeŜy Afryki, na wschodnich krańcach 
Ameryki  Południowej.  Podobno  w  szczytowym  momencie  dowodził  flotyllą  trzech 
okrętów. Wtedy właśnie zawarł pakt z diabłem. 

- To juŜ chyba jakaś bajka? - zauwaŜyłem. 
- To zaleŜy jak się spojrzy na ten fakt. Opowieści o Tomie Loncie znane są tylko z 

przekazów  ustnych  spisanych  przez  Georga  Lucatora  w  połowie  XIX  wieku  podczas 
jego pobytu na Jamajce. MoŜe ludzie, którzy przekazywali sobie te opowieści, chcieli, 
by  w nich znalazły  się  wątki nawiązujące do obrzędów voodoo. W nich konszachty z 
dziwnymi, mrocznymi mocami są na porządku dziennym, a to właśnie sam diabeł miał 
zabezpieczać  pirackie  skarby.  Układ  pomiędzy  kapitanami  wzmocnił  pozycję  Lonta. 
Rzeczywiście  utworzyli  wspólny  skarbiec,  ale  po  trzech  latach  nagle  Lont  namówił 
swoją  załogę  do  zdrady.  Przypłynął  do  skrytki,  oszukał  diabła  i  zabrał  złoto,  które 
przewiózł  w  inne  miejsce.  Ze  swoimi  ludźmi  ukrył  zdobycz,  a  następnej  nocy,  na 
pełnym  morzu  wysadził  w  powietrze  swój  statek  ze  śpiącymi  piratami  na  pokładzie. 
Sam uciekł na szalupie, ale nikt go juŜ nigdy nie spotkał. 

-  To  wszystko  brzmi  bardzo  dziwnie  -  wyraziłem  swoje  wątpliwości,  bo  uwaŜnie 

słuchałem  Kasi.  -  Na  czym  polegał  pakt  z  diabłem?  Kto  wie,  co  się  stało  z  okrętem 
Lonta, skoro nikt z załogi nie przeŜył. A te medaliony? Do czego one miały słuŜyć? 

background image

 

55 

-  Diabeł  za  pilnowanie  złota  tradycyjnie  chciał  dusz  potępieńców.  Płonące  szczątki 

okrętu  Lonta  znaleźli  piraci,  którzy  ścigali  go,  by  oddał  ich  skarby.  Medaliony  były 
pomysłem  Lonta  i  pełniły  funkcję  znaków  rozpoznawczych,  ale  zawarte  na  nich  były 
konkretne  wskazówki.  Powiedziałam  ci  prawie  wszystko,  co  wiem  o  tych  pirackich 
skarbach. Przemyśl to i spotkajmy się jutro. 

-  Na  jutro  zaplanowana  jest  chyba  wycieczka  do  Sandomierza  -  przypomniałem 

Kasi. 

-  Tym  lepiej,  będziemy  mogli  tam  na  mieście  spotkać  się  w  jakimś  zacisznym 

miejscu i porozmawiać. Wracam na ucztę, bo nasza długa nieobecność wyda się komuś 
szczególnie dziwna. 

- Na przykład komu? - zapytałem. 
- Leon i Emil. Czy to nie dziwna para? 
Milczałem nie wiedząc, co właściwie powinienem powiedzieć. Na tej sesji byli sami 

dziwacy,  nie  wyłączając  mnie.  Kasia  pobiegła  do  pałacu  zostawiając  mnie  samego  z 
myślami.  Powoli  wracałem  do  hotelu.  Nie  miałem  juŜ  ochoty  na  gwar  głosów  - 
potrzebowałem  ciszy.  Informacje,  jakie  przekazała  Kasia  były  niezwykle  cenne, 
zwłaszcza o przedwojennym hrabim - poszukiwaczu skarbów na Karaibach.  

Zastanawiałem się, jak wpaść na trop tego hrabiego. Jedyny pomysł, jaki przychodził 

mi  do  głowy,  to  telefon  do  pana  Tomasza  -  zupełnie  jak  w  jednym  z  teleturniejów, 
gdzie  moŜliwość  zapytania  przez  telefon  przyjaciela  o  zdanie  nazywana  była  „kołem 
ratunkowym”. 

Przed  wejściem  do  hotelu  natknąłem  się  na  Ewę.  Była  nieco  spłoszona  moim 

widokiem. Widocznie chciała tu chwilę odetchnąć świeŜym powietrzem, nacieszyć się 
spokojem przed powrotem uczestników biesiady. 

- Jedzenie na uczcie ci nie smakuje? - zdziwiła się. 
- Lubię niekiedy w samotności pomyśleć o tym i owym. 
- O skarbach? 
-  Nie  wiem  czy  w  pogoni  za  zagadkami  nie  przegapiłem  kilku  innych  cennych 

skarbów. 

- Jakich? 
- Takich jak ty - nie wiem co mnie podkusiło, Ŝeby to powiedzieć. 
Nasza znajomość nie trwała dostatecznie długo i bałem się , Ŝe Ewa przestraszy się 

mojej śmiałości. Ona jednak tylko uroczo się uśmiechnęła. 

- Dziękuję ci za ten komplement - powiedziała. - Muszę wracać do pracy. 
Dziękowała tym swoim pięknym, głębokim, bardzo kobiecym i ciepłym głosem, by 

w następnej frazie uŜyć urzędowego tonu. 

- Przepraszam! - rzuciłem za nią. 
Odczekałem chwilę, zebrałem myśli i ułoŜyłem odpowiednie przeprosiny. Wszedłem 

do holu, ale Ewy tam nie było. Pomaszerowałem do swojego pokoju. PołoŜyłem się na 
wygodnym, małŜeńskim łoŜu i leŜałem patrząc w sufit. To co sobie zaplanował Leśnik, 
zaczęło się spełniać. 

Teraz  musiałem  rozpocząć  delikatną  grę.  Cały  czas  czułem  dyskomfort,  Ŝe  muszę 

oszukiwać. Moich wątpliwości w Ŝaden sposób nie potrafiły zagłuszyć myśli, Ŝe robię 
to w słusznej sprawie. Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi. Wstałem i 

background image

 

56 

otworzyłem  je.  Na  korytarzu  stał  Sławek,  ten  młody  poszukiwacz,  i  rozbieganym 
wzrokiem patrzył na boki. 

- Mogę wejść? - wyszeptał konspiracyjnym tonem. 
- Tak, proszę - zaprosiłem go. 
Młodzieniec  jeszcze  pachniał  pieczeniami  i  sosami,  jakie  podawano  na  uczcie. 

Usiadł na krześle i nerwowo zacierał ręce. 

- Mam sprawę - zaczął. - Czy mogę być z tobą szczery? 
- To zaleŜy tylko od ciebie - odpowiedziałem. 
Zastanawiało mnie, do czego zmierza Sławek. 
- Jak to: ode mnie? - zdziwił się. 
- Ludzie niekiedy wspominają o szczerości, a potem mówią prawdę, półprawdy lub... 

- zawiesiłem głos, Ŝeby mój gość sam sobie dopowiedział resztę znanego powiedzenia. 

Po  jego  minie  mogłem  zrozumieć,  Ŝe  nie  bardzo  wiedział,  co  miałem  na  myśli. 

Milczałem oczekując dalszego ciągu jego wywodów. 

- Chciałbym zaproponować ci współpracę - oznajmił Sławek. 
- Tak?! - starałem się powstrzymać uśmiech. - Czemu akurat mnie? 
-  UwaŜnie  słuchałem  tego  co  mówiłeś  o  poszukiwaniach  i  o  Bursztynowej 

Komnacie.  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  jesteś  uczciwym  człowiekiem,  któremu  mogę 
zaufać. 

Przerwał jakby spodziewał się, Ŝe potwierdzę jego słowa. 
- Jestem uczciwy, ale to czy moŜesz mi zaufać, jest tylko i wyłącznie twoją decyzją - 

stwierdziłem. 

- Jak rasowy dziennikarz, jesteś trochę złośliwy - zauwaŜył Sławek. 
- Jeszcze nie jestem złośliwy, tylko na razie uczciwy i szczery. Zawsze myślałem, Ŝe 

cechami  dobrego  dziennikarza  są  dociekliwość,  rzetelność  i  ciekawość  świata. 
Złośliwość chyba nie ma znaczenia w Ŝadnym zawodzie. 

-  No,  niewaŜne  -  Sławek  nie  chciał  wdawać  się  w  tego  rodzaju  dysputy.  -  Chcesz 

mieć dobry materiał na reportaŜ? 

- Po to tu przyjechałem. 
- A co byś powiedział na taki materiał z gatunku dziennikarstwa śledczego? Wiesz, 

Ŝ

e teraz dają dziennikarzom nagrody za takie teksty? 

- A czego miałby dotyczyć ten materiał? 
-  Szajki,  która  chce  odnaleźć  i  wywieźć  z  Polski  prawdziwy  skarb  -  wyszeptał 

Sławek. 

- Jaki skarb? 
- Jeszcze nie wiem, 
- A kto jest w tej szajce? 
-  Jak  to?  Nie  zauwaŜyłeś?  Ten  stary  Niemiec,  Emilek  i  ta  Kaśka.  Oni  spiskują  ze 

sobą. Wykorzystali tę konferencję jako przykrywkę, Ŝeby prowadzić poszukiwania. 

- Jak się o tym dowiedziałeś? 
- Podsłuchałem! 
-  Tu,  za  ścianą,  mieszka  Kasia  -  wskazałem  palcem.  -  MoŜe  teraz  ze  szklanką 

przytkniętą do drugiej strony muru słucha tego co mówisz i śmieje się - napomniałem 
Sławka. - śeby rzucać oskarŜenia, trzeba mieć dowody. Nie wiem, czy zauwaŜyłeś, ale 
wszyscy uczestnicy tej konferencji prowadzą dziwne rozmowy na temat skarbów. 

background image

 

57 

-  Od  samego  początku  udawałem,  Ŝe  nie  znam  niemieckiego  i  dlatego  Leonard  i 

Emil z niczym nie kryli się w rozmowie, którą prowadzili przy mnie. Cały czas gadali 
o jakimś skarbie, który ukryty jest w tej okolicy. 

- I chcesz, Ŝebyśmy go znaleźli przed nimi? 
- Pewnie! 
- A co zrobimy z tym, co odkryjemy w skrytce? 
Sławek zakłopotany umilkł, ale tylko na krótką chwilę. 
- NajwaŜniejsze to zdąŜyć przed Niemcami! Czemu mają nam sprzątnąć coś sprzed 

nosa? A co ty byś zrobił ze skrzynią pełną złota? - wypytywał mnie. 

- Postąpiłbym jak uczciwy człowiek - uśmiechnąłem się. 
- Dobra, będziemy się tym martwili, jak juŜ coś odkryjemy - stwierdził Sławek. - To 

jak? Spóła? - wyciągnął do mnie dłoń. 

- MoŜe dasz mi czas do zastanowienia? - poprosiłem. 
-  Ty,  ale  nie  ma  czasu!  Trzeba  szybko  działać!  -  Sławek  nalegał,  Ŝebym  się 

zdeklarował. - Stary, to jest wyścig. Wygrywa tylko najlepszy! 

- Jak to się stało, Ŝe tu przyjechałeś? - nagle zapytałem. 
Sławek wyprostował się i miał zakłopotaną minę. 
-  Czym  się  zajmujesz,  Ŝe  cię  stać  na  udział  w  tej  konferencji?  -  zadałem  kolejne 

pytanie. 

Konsternacja Sławka rosła. 
-  Myślisz,  Ŝe  nikt  nie  widział,  jak  rozmawiałeś  z  tymi  dzieciakami,  które  ukradły 

pieczeń z naszej konferencyjnej kolacji? - blefowałem. 

Tym zupełnie pogrąŜyłem Sławka. Chciał zadać mi jakieś pytanie, ale wciąŜ zbierał 

myśli. 

-  No  dobra,  powiem  ci  prawdę!  -  powiedział.  -  Jestem  agentem  do  zadań 

specjalnych. 

- Tak? - znowu musiałem pohamować rozbawienie. 
- Naprawdę! Muszę się konspirować! 
- Właśnie się dekonspirujesz! 
-  Nie  mam  wyjścia.  Jeśli  ktoś  się  tu  dowie,  kim  jestem,  to  będę  wiedział,  Ŝe  to  ty 

wszystkim o tym doniosłeś. 

- Nie mam takiego zamiaru... 
- ...I dobrze, bo bym wezwał policję - Sławek gwałtownie mi przerwał. 
- Nie miałem takiego zamiaru, bo i tak nikt by mi w to nie uwierzył. Co to za agent, 

którego udaje się tak łatwo rozszyfrować? Dla kogo pracujesz? 

- Dla ministerstwa... - nie dokończył. - Nie powiem! - jak obraŜone dziecko załoŜył 

ręce na piersi. 

-  To  nie  mów!  -  zaproponowałem.  -  Ja  teŜ  nikomu  nie  będę  mówił  o  naszej 

rozmowie.  Umówmy  się,  Ŝe  po  prostu  nie  będziemy  sobie  wchodzili  w  drogę.  Nie 
obchodzą mnie twoje podejrzenia. Mam tu swoją robotę do wykonania i tym się zajmę. 
Zgoda? - teraz ja wyciągnąłem dłoń do Sławka. 

Ociągając się uścisnął ją, a potem bez słowa wstał i wyszedł. Ledwo trzasnęły drzwi 

za nim, zadzwonił telefon na stoliku obok łóŜka. 

- Tak? - odezwałem się podnosząc słuchawkę. 
- Miałeś rację z tą szklanką - usłyszałem głos Kasi. 

background image

 

58 

- Tak szybko wróciłaś z biesiady? 
- Śledziłam Sławka. 
- Czemu? 
- Bo zauwaŜyłam, Ŝe bardzo się wszystkim interesuje. Miałam wraŜenie, Ŝe to jakiś 

szpicel,  ale  teraz  jestem  prawie  pewna,  Ŝe  to  jakiś  mitoman.  Wydaje  mu  się,  Ŝe  jest 
tajnym agentem - w słuchawce rozległ się śmiech Kasi. - Dobrej nocy! 

-  Dobrej  -  odpowiedziałem.  -  Zaraz  przykleję  swoją  szklankę  do  ściany  i  będę 

słuchał, jak chrapiesz i co mówisz przez sen. 

- Zapewniam cię, Ŝe nie chrapię. 
Kasia  wyłączyła  się.  Zamknąłem  drzwi  na  klucz  i  zrezygnowany  usiadłem. 

Chwyciłem za telefon komórkowy i wysłałem wiadomości tekstowe do Leśnika i pana 
Tomasza.  Nie  chciałem  zakłócać  im  spokoju  w  nocy.  Sam  teŜ  wkrótce  połoŜyłem  się 
spać. Przez sen słyszałem, jak wracali ostatni uczestnicy biesiady na zamku. 

Obudziłem się  wczesnym rankiem.  Znowu śnił  mi się  koszmar związany z Ewą, Ŝe 

uderza  mnie  w  twarz.  Włączyłem  laptop  i  połączyłem  się  ze  swoją  skrzynką  poczty 
elektronicznej. Był tam list od Leśnika. Bardzo lakoniczny: 

 

Witaj! 
Wiedziałem o tym, ale nie chciałem cię do niego uprzedzać. Dasz sobie z nim radę. 
Michał 

 

Typowe zachowanie Leśnika. Wiedział, nie powiedział, bo i tak sobie z tym poradzę. 
Wieczorem  wysłałem  pytanie  do  przyjaciela,  czy  wiedział  o  przyjeździe  na 

konferencję Sławka i roli, jaką ten miał tu pełnić. Gdybym wcześniej znał rolę Sławka, 
to mógłbym zdradzić się jakimś niepotrzebnym słowem. 

ZałoŜyłem  dres  i  zbiegłem  do  parku  na  poranny  jogging.  W  recepcji  była  Ewa. 

Pomachałem do niej i uśmiechnąłem się jednocześnie przepraszając za wczorajsze zbyt 
ś

miałe słowa. 

-  Nie  przepraszaj,  bo  to  było  miłe!  -  mówiła  odwracając  wzrok  w  stronę  monitora, 

jakby  chciała  pod  pozorem  natłoku  pracy  uniknąć  tego  tematu.  Przyznaję,  Ŝe  tego  u 
niej nie rozumiałem, bo zauwaŜyłem, Ŝe wcale się na mnie nie gniewała. 

Wybiegłem do parku. Od strony zachodniej pałacu, tam gdzie na piętrze była Galeria 

Tylmanowska,  za  niewysokim  murkiem,  w  otoczeniu  Ŝywopłotów  stała  fontanna. 
Kiedy  koło  niej  przebiegałem,  usłyszałem  za  sobą  czyjeś  pospieszne  kroki.  Ktoś 
usiłował  mnie  dogonić.  To  był  Emil.  Zwolniłem  i  zrównał  się  ze  mną.  W  szortach  i 
koszulce  na  ramiączkach  dumnie  pręŜył  w  porannym  słońcu  potęŜnie  umięśnioną 
klatkę piersiową i muskuły na rękach. 

- Cześć, podoba ci się Kasia? - zapytał wprost. 
- MoŜna z nią porozmawiać na róŜne tematy - odpowiedziałem wymijająco. 
- Na przykład jakie? 
- Chyba na kaŜdy. 
- Myślisz, Ŝe masz u niej szanse? 
- Szanse na co? 
- Na romans? 
Skręciliśmy  w  alejkę  biegnącą  równoległe  do  północnego  skrzydła  pałacu.  Słysząc 

ostatnie słowa Emila potknąłem się, Emil stanął i patrzył na mnie z dezaprobatą. 

background image

 

59 

-  Skąd  ten  dziwny  pomysł,  Ŝe  miałbym  z  nią  romansować?  -  zatrzymałem  się  przy 

Emilu. 

- Myślisz, Ŝe jestem ślepy?! - warknął zbliŜając się do mnie. 
- Myślę, Ŝe nie - cofnąłem się o krok. 
- To radzę ci, Ŝebyś trzymał  się od  niej z daleka! - Emil  wycelował  we  mnie palec 

wskazujący  i  uderzył  mnie  nim  w  pierś.  -  śadnych  wieczornych  długich  spacerków! 
Jasne? - odwrócił się i ruszył dalej. 

- A czemu? - zapytałem. 
Emil zawrócił i szedł na mnie z groźną miną. 
-  Na  co,  chłopaki,  czekacie?!  -  nagle  dobiegła  do  nas  Kasia.  Przebierała  w  miejscu 

nogami  i  kręciła  głową  na  boki  chcąc  rozruszać  mięśnie  szyi.  -  Co  masz  taką 
przestraszoną minę? - popatrzyła na mnie. 

-  Zaproponowałem  mu  wyścig  dookoła  parku  -  Emil  wypręŜył  się  jak  Ŝołnierz  na 

apelu. - Pismacy zawsze mieli słabą kondycję. 

-  Bieganie  w  kółko  jest  dobre  dla  małych  dzieci  -  stwierdziła  Kasia.  -  Zrobimy 

prawdziwy  wyścig.  Stąd  do  bramy  -  wskazała  prawą  ręką  -  i  potem  do  tej  budki  z 
rusztem  -  wyprostowała  lewą  rękę  w  jej  stronę.  -  Przegrani  wykonają  po  jednym 
Ŝ

yczeniu zwycięzcy. Trasa biegu dowolna. 

- I wszystkie chwyty dozwolone?! - upewniał się Emil. 
- Spróbuj! - Kasia błyskawicznie uniosła dłoń z trzema wyprostowanymi palcami. - 

Trzy! Dwa! Jeden! Start! - krzyczała zginając kolejne palce. 

Pomknęła  jak  strzała.  Teraz  dopiero  zauwaŜyłem,  Ŝe  jej  strój,  leginsy  i  obcisła 

koszulka na ramiączkach wspaniale ukazywały zgrabną i wysportowaną sylwetkę. 

- Nie gap się! - Emil mocno uderzył mnie w plecy. 
On  biegł  stawiając  długie  kroki,  wyprostowany,  mocno  wybijając  się  od  ziemi. 

Ruszyłem  za  nim.  We  trójkę  biegliśmy  rzędem  wąskim  szpalerem  między 
Ŝ

ywopłotami.  Szybko  znaleźliśmy  się  na  szerokiej  alei  dojazdowej  prowadzącej  od 

bramy  do  pałacu.  Kasia  wyprzedzała  nas  o  dwa  metry,  a  Emil  nieustannie  starał  się 
zagrodzić mi drogę nie dopuszczając, Ŝebym go wyprzedził. 

Kasia  pierwsza  dotknęła  prętów  bramy  wjazdowej  i  zawróciła.  Emil  ustąpił  jej,  a 

wtedy ja wskoczyłem w przestrzeń pomiędzy nim a Kasią. Kilkoma susami dopadłem 
do  końca  pierwszego  etapu  wyścigu  i  wtedy  poczułem  jakby  gigantyczny  walec 
wciskał mnie pomiędzy pręty. To był Emil. 

- UwaŜaj, gdzie się wciskasz! - syknął mi do ucha. 
Jeszcze  lekko  oszołomiony  pobiegłem  za  Kasią  i  Emilem.  Dziewczyna  oddaliła  się 

juŜ prawie na sześć metrów. Emil oglądał się w moją stronę ze złośliwym uśmiechem 
na twarzy. 

Nie  pozostało  mi  nie  innego  jak  ominąć  go  łukiem.  Przyspieszyłem  i  wbiegłem  na 

trawnik  po  prawej  stronie.  Przemknąłem  pod  niskimi  gałęziami  świerku  i  jarzębiny; 
nagle  wyrosły przede mną plecy Emila. Chciałem  go  wyprzedzić a lewej strony, a on 
odskoczył,  jakby  chciał  mnie  jednak  przepuścić.  Uwierzyłem  w  jego  dobre  intencje  i 
zaraz tego poŜałowałem. On podstawił mi nogę! 

Leciałem z rozpędem na alejkę wysypaną drobnymi kamyczkami. Teraz przydały mi 

się  odruchy  wyniesione  z  maty  na  sali  treningowej.  We  wszystkich  sztukach  walki 
naukę  zaczyna  się  nie  od  zadawania  ciosów,  lecz  od  bezpiecznego  upadku.  Dzięki 

background image

 

60 

godzinom  spędzonym  na  ćwiczeniach  kończących  się  upadkami  teraz  wystarczyło 
tylko  odpowiednio  ułoŜyć  rękę,  ugiąć  kolano  i  bezpiecznie  przetoczyłem  się  przez 
ramię.  Emil  planował,  Ŝe  po  mojej  wywrotce  przeskoczy  nade  mną.  Nagle,  kiedy 
znajdował  się  w  powietrzu,  potknął  się  o  moje  barki,  akurat  w  chwili,  kiedy 
wstawałem.  Wiedziałem,  co  się  teraz  wydarzy  i  tylko  schowałem  głowę  między 
ramiona. 

Emil  przeleciał  ponad  mną  i  sam  wyłoŜył  się  na  Ŝwirze.  Wstałem  i  wyciągnąłem 

dłoń, Ŝeby mu pomoc podnieść się. On tylko splunął. 

Pobiegłem  ta  Kasią.  Gnałem  przeskakując  Ŝywopłoty,  dróŜki,  w  poprzek  przez 

trawniki,  ale  z  daleka  widziałem,  ze  Kasia  stała  oparta  o  ścianę  budki  wybudowanej 
wokół rusztu. Chwilę po mnie kulejąc nadbiegł Emil. 

- Przegraliście! -  Kasia  uśmiechała się.  - Odzie dwóch się  bije, tam trzeci korzysta. 

Emil, moje Ŝyczenie jest takie, ze masz przeprosić Pawła. 

- Za co? - Emil oburzył się. 
- Grałeś nie fair! Nie dyskutuj, bo taka była stawka wyścigu. 
- Przepraszam! - Emil rzucił w moją stronę. 
- Pawle, dziś nie odstąpisz mnie nawet na krok - powiedziała do mnie. 
- A co ze mną? - oburzenie Emila jeszcze bardziej wzrosło. 
- Masz dziś wychodne! - Kasia zaŜartowała. 
- Co będzie, kiedy będę chciał załatwić jakieś swoje prywatne sprawy? - zapytałem. 
- Będę przy tobie - Kasia uśmiechnęła się i pobiegła w stronę hotelu. 
- Jeszcze się policzymy! - Emil pogroził mi i ruszył za Kasią. 
Przyznam,  ze  zmęczył  mnie  ten  bieg  z  przeszkodami.  Do  budynku  hotelowego 

dotarłem  spacerem,  po  kilku  minutach.  Przed  wejściem  spotkałem  wyraźnie 
podenerwowaną  Ewę.  Chyba  niepewna  tego,  co  ma  zrobić,  trzymała  w  dłoni  telefon 
komórkowy. 

- Co się stało? - zapytałem ją 
- Przed  wjazdem czekają tamci - odpowiedziała. - Mają samochód i trochę boję się 

teraz wracać do domu. Kiedy tylko odeszłam kilkanaście metrów od bramy, oni ruszyli 
za mną. Przestraszyłam się i wróciłam do hotelu. 

Wiedziałem, kogo miała na myśli mówiąc: „tamci”. 
- MoŜe zadzwonimy po policję? - zaproponowałem. 
- Nie - Ewa nerwowo pokręciła głową. 
Domyślałem  się,  o  czym  myślała.  W  takich  małych  społecznościach  jak  w  tym 

miasteczku nie wypadało rozwiązywać konfliktów z pomocą policji. Funkcjonariusze z 
niewielkiego  komisariatu  takŜe  mieszkali  w  tej  okolicy  i  pewnie  wszyscy  się  tu 
doskonale znali. 

- Podwiozę cię - zaproponowałem. 
-  Nie,  zadzwonię  do  kogoś  z  miasteczka  -  Ewa  pomachała  telefonem.  -  Jeszcze 

zaczną cię ścigać i znowu będzie jakaś afera jak ta przed warsztatem. 

-  Spokojnie  -  delikatnie  objąłem  Ewę.  -  Schowasz  się  na  tylnym  siedzeniu  mojego 

wehikułu. Poczekaj tu chwilę - poprosiłem ją. 

Wbiegłem do swojego pokoju, zabrałem kluczyki i dokumenty i wróciłem na dół. 
Zaprowadziłem Ewę do wehikułu. Ona połoŜyła się na tylnym siedzeniu, tak Ŝe nie 

była  widoczna  z  zewnątrz,  i  wyjechałem  z  terenu  pałacu.  Na  prawo  od  bramy,  przy 

background image

 

61 

bloku stało audi, w którym zobaczyłem znajome mi twarze. Pomachałem do nich ręką i 
ruszyłem w stronę miasteczka. Niestety, ruszyli za mną. 

- Nie wyglądaj, przez okienko, im chyba chodzi o mnie - powiedziałem do Ewy. 
- Co się stało? - przestraszyła się. 
- Jadą za mną. 
- I co teraz zrobimy? 
- Jesteś przekonana, Ŝe nie jedziemy na policję? - upewniałem się. 
- W Ŝadnym razie! 
- To zrobimy chłopcom niespodziankę - uśmiechnąłem się do swoich myśli. 
W miasteczku, na rynku zawróciłem. Audi jechało za mną. Spokojnie minąłem pałac 

i  wyjechałem  w  kierunku  Dymitrowa  Małego.  Po  niecałym  kilometrze  wypatrzyłem 
zjazd  na  polną  drogę.  Skręciłem,  a  audi  teŜ.  Chłopcy  nabrali  odwagi,  bo  jechałem 
powoli po wyboistej drodze i zbliŜyli się do mnie na odległość czterech metrów. 

- Co ty  wyprawiasz? - dziwiła się Ewa czując jak kołysze  wehikułem.  - Którędy ty 

jedziesz? 

- To idealna droga do naszych celów - stwierdziłem. 
Wjechaliśmy  pomiędzy  kartofliska,  juŜ  po  zbiorze  ziemniaków  i  bronowaniu,  ale 

jeszcze niezaorane. Gwałtownie skręciłem w prawo przełączając napęd na cztery koła. 
Spod  wehikułu  trysnęły  grudki  wyschniętej  ziemi.  Łukiem  objechałem  audi,  które 
zatrzymało  się  na  wybojach  i  nawet  specjalnie  nie  zwalniając  wróciłem  do  szosy.  W 
kilka minut dojechałem do domu Ewy. Nie zatrzymałem się na dłuŜej, tylko wróciłem 
do hotelu. 

- Nic panu ci obwiesie nie zrobili? - zagadnął mnie straŜnik. 
- Skoro widział pan, Ŝe tu się czają, to czemu pan nic nie zrobił? 
- A niby co? 
Przyjrzałem  się  ochroniarzowi.  Ten  był  młody,  dumny  ze  swojej  funkcji,  ale  i  nie 

przejawiający  Ŝadnej  inicjatywy.  Rozmawiał  ze  mną  z  czystej  ciekawości,  bo  słyszał, 
Ŝ

e  mam  kłopoty  z  miejscowymi  łobuzami.  Zrezygnowany  machnąłem  ręką  i 

pojechałem pod hotel.  

Na korytarzu, przed swoim pokojem spotkałem Kasię idącą na śniadanie. 
-  Czemu  tak  wozisz  tę  wiejską  gąskę?  -  zapytała.  -  To  przez  nią  masz  kłopoty  z 

miejscowymi? 

-  Kłopoty  to  moja  specjalność  -  Ŝartowałem,  ale  twarz  miałem  powaŜną,  bo  nie 

spodobało mi się to, jak Kasia mówiła o Ewie. 

background image

 

62 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

KRZEMIEŃ PASIASTY * GRÓB HRABIEGO NOWICKIEGO *  

W SANDOMIERSKICH WĄWOZACH * TRANSPORT ZE SKARBAMI * 
POSZUKIWANIA CHORĄśEGO OKONIA * SPOTKANIE Z PIRATAMI 

 

Szybko  wykąpałem się i zszedłem  na  śniadanie. Po  wczorajszej biesiadzie  wszyscy 

mieli  wyśmienite  humory  i  teraz  czekali  na  wycieczkę  do  Sandomierza.  Punktualnie 
pod hotel przyjechał autokar i wszyscy wsiedliśmy do niego. Kasia przy śniadaniu i w 
autobusie  nie  odstępowała  mnie  na  krok.  Emil  był  wściekły,  a  Iza  tylko  gestem 
pogratulowała mi sukcesu. 

Sandomierz  doskonale  pamiętałem  z  wielu  pobytów,  ale  i  tak  najbardziej  utkwił  w 

mej  pamięci  z  czytanki,  w  której  Halina  Krępianka,  córka  kasztelana  wprowadza 
Tatarów  do  sandomierskich  podziemi,  gdzie  najeźdźcy  giną  po  zawaleniu  się  tuneli. 
Historia  tego  miasta  jest  znacznie  dłuŜsza.  Osada  ulokowała  się  na  styku  szlaków 
handlowych i archeolodzy odkryli na terenie sandomierskiej Starówki ślady osadnictwa 
sięgające  X  wieku.  W  czasie  rozbicia  dzielnicowego  po  śmierci  Bolesława 
Krzywoustego  Sandomierz  był  jedną  ze  stolic  księstw  dzielnicowych.  To  stąd 
wywodzili  się  tacy  ksiąŜęta,  jak:  Henryk  zwany  Sandomierskim,  Bolesław 
Kędzierzawy, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały, Bolesław Wstydliwy. 

Najazdy  Tatarów  w  XIII  wieku  spowodowały  zniszczenie  i  wyludnienie  miasta, 

które  lokowano  w  1286  roku  w  nowym,  trudniej  dostępnym  miejscu.  W  1349  roku 
miasto  najechali  i  spalili  Litwini.  Odbudowano  je  w  drugiej  połowie  XIV  wieku,  za 
czasów  Kazimierza  Wielkiego,  i  w  takim  kształcie  zabudowa  Starego  Miasta 
przetrwała  do  dziś.  W  XV  i  XVI  wieku  miasto  rozwijało  się,  a  jego  mieszkańcy 
wyjeŜdŜali na studia, prowadzili oŜywione kontakty handlowe. 

Znowu  wojna,  tym  razem  potop  szwedzki  w  połowie  XVII  wieku,  spowodowała 

zniszczenia  w  mieście.  Szwedzi  wycofując  się  po  półrocznej  okupacji  wysadzili  w 
powietrze sandomierski zamek.  

Po  trzecim  rozbiorze  Sandomierz  znalazł  się  pod  administracją  austriacką,  po  1815 

roku w Królestwie Polskim - pod rządami carskiej Rosji. W okresie międzywojennym, 
kiedy w widłach Wisły i Sanu powstawał Centralny Okręg Przemysłowy, Sandomierz 
miał  być  centrum  administracyjnym  i  kulturalnym  tego  ośrodka  przemysłowego. 
Podczas  drugiej  wojny  światowej  miasto  nie  ucierpiało  i  zostało  wyzwolone  18 
sierpnia 1944 roku. 

Szybko dojechaliśmy do Sandomierza i wysiedliśmy na dobrze mi znanym parkingu. 
Wdrapaliśmy się na wzgórze, gdzie była zabytkowa część miasta. Na skrzyŜowaniu 

ulic pomiędzy katedrą a zamkiem Kasia chwyciła  mnie za rękę. Zostaliśmy  w tyle za 
grupą,  potem  Kasia  wciągnęła  mnie  do  sklepu  jubilerskiego,  w  którym  sprzedawano 
wyroby z krzemienia pasiastego. 

Wchodząc  poruszyliśmy  mały,  blaszany  dzwoneczek  nad  drzwiami.  Sprzedawca  i 

producent  wyrobów  ze  słynnego  krzemienia  był  niczym  zbój  Rumcajs  -  postać  z 
czeskiej dobranocki. Spomiędzy skołtunionej, ciemnej brody wyglądały wielkie, czarne 
jak  węgiel  oczy.  Artysta  patrzył  na  nas  podejrzliwie,  bo  Kasia  nie  oglądała  jego 
wyrobów, tylko przez okno wyglądała na zewnątrz. 

Znałem ten sklep, bo tu kiedyś robiłem zakupy dla pewnej damy. 

background image

 

63 

- Poproszę coś dla tej pani - wyszeptałem do Rumcajsa. - Obiecałem jej prezent jako 

przeprosiny. Obraziła się, bo śmiałem się, Ŝe w innym sklepie tak długo przebierała w 
biŜuterii, aŜ zgubiliśmy  swoją  wycieczkę. Teraz ja robię zakupy, a ona pilnuje  naszej 
grupy - wymyślałem na poczekaniu. 

Rumcajs chyba zrozumiał, co miałem na myśli. Bez słowa sięgnął pod ladę i wyłoŜył 

po  kilka  sztuk  wisiorków,  broszek  i  kolczyków.  Zaopatrzony  przez  Leśnika  w  spory 
„fundusz  reprezentacyjno-operacyjny”  nie  Ŝałowałem  pieniędzy  i  kupiłem  dwa  ładne 
komplety. Zakupy zajęły mi najwyŜej kilka minut. Wychodząc objąłem Kasię w talii i 
jakby była moją narzeczoną wyprowadziłem ze sklepu. Na chodniku, w pełnym słońcu 
mogła  dopiero  docenić  urok  krzemieni  pasiastych.  Kamienie  te  pozwalały  tworzyć 
ozdoby  niepowtarzalne,  a  chyba  właśnie  tę  oryginalność  Kasia  doceniła  najbardziej. 
Dyskretnie, Ŝeby tego nie zobaczyła, schowałem drugi komplet do kieszeni kurtki. 

- Dziękuję! - Kasia obejrzała prezent i spontanicznie pocałowała mnie w policzek. - 

Czemu mi to kupiłeś? 

- Na pamiątkę - uśmiechnąłem się. - A ty czemu postanowiłaś uwolnić się od reszty 

towarzystwa? 

- Muszę ci coś pokazać i chcę z tobą spokojnie zaplanować nasze poszukiwania. 
Słońce wspaniale grzało, a słaby wiatr znad Wisły sprawiał, Ŝe nie panowała jednak 

duchota.  

Idąc  ulicą  Staromiejską  minęliśmy  zamek,  którego  budowę  rozpoczęto  za  czasów 

Kazimierza  Wielkiego,  a  za  Zygmunta  Starego  nadano  mu  charakter  renesansowej 
rezydencji. Po zniszczeniach z czasów szwedzkich, za panowania Jana III Sobieskiego, 
był restaurowany, by po rozbiorach, w XIX wieku stać się więzieniem, które było tu do 
1959 roku. Obecnie na zamku jest muzeum. 

Zeszliśmy  teŜ  na  chwilę  w  kasztanową  aleję  prowadzącą  do  drewnianego  dworku 

Skorupskich.  Został  wybudowany  w  XIX  wieku  przez  rodzinę  szlachecką,  która 
osiadła w mieście. Kasia cel naszej wycieczki znała tylko z map i przewodnika, bo cały 
czas  rozglądała  się  jakby  poszukiwała  jakichś  znaków  orientacyjnych.  Tak  doszliśmy 
do kościoła Świętego Pawła. 

Wybudowano go w pierwszej połowie XV wieku w miejscu pierwotnej, drewnianej 

ś

wiątyni  ufundowanej  w 1226 roku przez biskupa krakowskiego Iwona OdrowąŜa. W 

XVII  wieku  gotycką  budowlę  rozbudowano.  Dodano  jedno  przęsło  nawy  i  tam 
przeniesiono  gotycki  portal  wejścia  głównego.  W  1809  roku  właśnie  tu  rozegrała  się 
znana chociaŜby z „Popiołów” Stefana śeromskiego walka na bagnety. 

Weszliśmy  do  środka,  gdzie  pokazałem  mojej  towarzyszce  stiukowe  dekoracje 

kolebkowego  sklepienia,  bogato  polichromowane  i  złocone  ołtarze  główny  i  przy 
ś

cianie  tęczowej,  stalle  w  prezbiterium,  ambonę,  chór.  Wszystko  tu  urzekało,  a  cisza 

tego  miejsca,  z  dala  od  głównych  szlaków  turystycznych,  skłaniała  do  modlitwy  lub 
przynajmniej chwili zadumy. 

Kiedy  wyszliśmy  ze  świątyni,  Kasia  zaprowadziła  mnie  na  cmentarz.  Tam  zajrzała 

do notatek i zaprowadziła mnie do jednej z kwater. 

- Hrabia Franciszek Nowicki - przeczytałem z nagrobka. 
Prosty, kamienny obelisk informował, Ŝe hrabia Ŝył w latach 1888-1939. Czekałem, 

aŜ Kasia powie mi, czemu mnie tu przyprowadziła. 

background image

 

64 

-  Człowiek,  który  odnalazł  piracki  skarb  leŜy  właśnie  tu  -  powiedziała  Kasia.  - 

Pomyśleć, Ŝe mój dziadek kilkadziesiąt lat temu stał w tym samym miejscu co ja teraz. 
Wtedy nie wiedział przez jakie piekło będzie musiał przejść. 

Na  twarzy  dziewczyny  zagościł  smutek.  Zadumana  patrzyła  na  groby  okryte 

wielokolorowymi  plamami  liści  leŜących  na  grobach  wokół  nas.  Rozglądając  się 
zauwaŜyłem, Ŝe ktoś stara się ukryć za pniem wysokiego buku. 

- Chodźmy - delikatnie ująłem Kasię pod łokieć. 
Wyprowadziłem ją furtką w stronę wąwozów zwanych „Piszczele”, bo kiedy zaczęły 

usypywać  się  ich  ściany,  to  pokazały  się  leŜące  tam  ludzkie  kości.  Sandomierzanie 
zaraz dorobili legendę, Ŝe wąwozy to dawne podziemia, w które Tatarów wprowadziła 
dzielna córka kasztelana.  

Teraz  brnęliśmy  przez  warstwę  liści,  a  niekiedy  natykaliśmy  się  na  pozostałości 

czyjejś  uczty  w  plenerze:  puszki  po  napojach,  papiery,  tacki  i  widelczyki  z  tworzyw 
sztucznych.  Trochę  było  mi  wstyd,  kiedy  prowadziłem  tędy  Kasię,  ale  szukałem 
dobrego miejsca na kryjówkę. W pewnym momencie zobaczyłem wywrócone drzewo i 
głęboki  wykrot  w  miejscu  gdzie  stało.  Szybko  pchnąłem  tam  moją  towarzyszkę  i 
wskoczyliśmy do dziury. Pachniało tu próchnem. Bez słowa przytknąłem palec do ust 
dając znać, Ŝeby Kasia milczała. 

Nasłuchiwałem.  Po  kilku  minutach  rozległy  się  pospieszne  kroki.  OstroŜnie 

podniosłem  głowę.  Tak  jak  przypuszczałem,  to  był  Sławek.  Natychmiast  schowałem 
się. Widziałem, Ŝe Kasia chciała zapytać, czemu robię to wszystko, ale powstrzymała 
się.  Spokojnie  leŜałem  oparty  o  ścianę  jamy  i  patrzyłem  na  tarczę  zegarka.  Po  pięciu 
minutach  znowu  słychać  było  kroki.  Tym  razem  ktoś  biegł.  Wyjrzałem.  To  Sławek 
wracał w stronę cmentarza. 

Kasia pojęła, Ŝe ukrywaliśmy się tu przed kimś, kto nas śledził i ten ktoś juŜ odszedł. 

Chciała  wstać,  ale  powstrzymałem  ją  gestem.  Po  kolejnych  pięciu  minutach 
podniosłem  się  i  pomogłem  Kasi  otrzepać  kurtkę  z  grudek  zaschniętego  piachu.  Cały 
czas  nakazywałem  jej  milczenie  i  ostroŜnie  prowadziłem  w  górę  wąwozów,  w  stronę 
miasta.  Po  krótkim  marszu  wyszliśmy  na  obrzeŜa  sandomierskiej  Starówki. 
Odszukaliśmy  sklep  spoŜywczy. Kasia chciała chipsy i  wodę  mineralną. Ja  wybrałem 
tradycyjny  zestaw:  bułkę  i  kefir.  Znaleźliśmy  ustronne  miejsce  za  Domem  Jana 
Długosza,  który  był  nie  tylko  pierwszym  polskim  historykiem,  ale  i  kanonikiem 
sandomierskim.  Widzieliśmy  stąd  Wisłę  i  most  prowadzący  na  drugą  stronę  rzeki, 
gdzie była przemysłowa dzielnica Sandomierza. 

- Kto to był? - zapytała Kasia. 
- Sławek - odpowiedziałem. - Widział, przy którym grobie staliśmy. 
- To nie szkodzi - Kasia machnęła ręką. 
-  Mówiłaś,  Ŝe  to  ten  hrabia  odkrył  piracki  skarb.  Rozumiem,  Ŝe  to  i  on  go  ukrył. 

Poznanie nazwiska tego człowieka jest waŜną wskazówką. 

- Po części masz rację, ale to nie hrabia ukrył ten skarb. 
- A kto? Twój dziadek? 
- On teŜ nie. 
Ta odpowiedź nieco mnie zaskoczyła. 
- To kto? - zapytałem. 
- Pewien dziewięcioletni chłopiec. 

background image

 

65 

O ile wcześniej domyślałem się, jaki mógł być przebieg wydarzeń przed laty, o tyle 

teraz relacja Kasi mogła tylko budzić moje zdumienie. 

-  MoŜe  nadszedł  wreszcie  czas  na  wyjaśnienie  kilku  zagadek?  -  odezwałem  się.  - 

Hrabia zmarł w 1939 roku. MoŜe to przypadek, ale chyba moŜna załoŜyć, Ŝe zginął w 
czasie działań wojennych. Mam rację? 

-  Tak.  Kiedy  rozpoczęła  się  wojna  Franciszek  Nowicki  ewakuował  swój  majątek  z 

okolic  Ujazdu  do  Nałęczowa.  Z  dworku  wyjechały  trzy  samochody  osobowe  i  trzy 
furmanki. Wozy nigdy nie dotarły do uzdrowiska, gdzie hrabia miał wykupioną willę. 
Jeden z samochodów został trafiony, kiedy niemieckie sztukasy zaatakowały kolumnę 
uchodźców.  W  tym  aucie  lokaj  i  jego  syn  przewozili  trzy  skrzynie  naleŜące  do 
hrabiego. Auto z przestrzeloną chłodnicą nie mogło dalej jechać, a od postrzału w szyję 
zginął  ten  lokaj.  Mały  chłopiec  został  sam  i  wtedy  na  drodze  pojawiła  się  kolumna 
wozów  i  cięŜarówek  wojskowych.  Mój  dziadek,  Romuald  Okoń,  zlitował  się  nad 
chłopcem i zabrał go ze sobą. Jego i trzy skrzynki naleŜące do hrabiego. 

-  Rozumiem  ten  humanitarny  gest  wobec  chłopca,  ale  transport  wojskowy  nie 

powinien był zabierać bagaŜy naleŜących do cywili - zauwaŜyłem. 

-  Dziadek  opowiadał,  Ŝe  pracował  wtedy  dla  Sztabu  Generalnego  i  miał  do 

wykonania  pewną  misję.  Nigdy  nie  powiedział  mi  jaką.  Dowodził  konwojem  dwóch 
cięŜarówek  pilnowanych  przez  trzech  jego  podkomendnych.  Miał  wolne  miejsce  na 
pace,  a  ten  chłopiec  tak  prosił...  Płakał  mówiąc,  Ŝe  jego  nieŜyjący  tata  kazał  mu 
zawieźć te rzeczy do pana hrabiego, który zaopiekuje się chłopcem. Co ty byś zrobił na 
miejscu mojego dziadka? 

- Zabrałbym dzieciaka i te graty - przyznałem. 
-  Konwój  mojego  dziadka  dostał  się  między  szeregi  uciekającego  wojska.  Było 

straszne zamieszanie i nikt nie wiedział, czy most w Sandomierzu jeszcze stoi. Ludzie i 
Ŝ

ołnierze  opowiadali,  Ŝe  saperzy  wybudowali  przeprawę  pod  Baranowem,  więc  rzeka 

uciekinierów ruszyła  w tamtym  kierunku. Most pod Baranowem był, ale  uszkodzony. 
CięŜarówki  moŜna  było  przeprawić  tylko  promem,  do  którego  uwiązano  dodatkowo 
tratwę wybudowaną na wojskowych pontonach. 

Dziadek  miał  specjalny  rozkaz  i  dowódca  przeprawy  musiał  przeprawić  jego 

cięŜarówki  w  pierwszej  kolejności.  Jedna  wjechała  na  prom,  druga,  z  dziadkiem  i 
chłopcem,  na  tratwę.  Kiedy  byli  na  środku  rzeki,  nadleciały  sztukasy.  Dziadek 
opowiadał, Ŝe wtedy nienawidził i podziwiał tych pilotów bombowców. Lecieli wprost 
na  most  i  pontony  przez  długie  smugi  pocisków  wystrzeliwanych  przez  karabiny 
maszynowe. Bomba wybuchła juŜ w wodzie, obok promu. Zerwała cumę łączącą go z 
tratwą.  Na  tratwie  pociski  karabinowe  z  samolotu  zabiły  kierowcę  i  cięŜko  raniły 
dziadka. Zapamiętał tylko jak odpływali od mostu. Nikt na nich nie zwracał uwagi, bo 
wszyscy  byli  zajęci  walką  z  niemieckimi  samolotami.  Z  kolei  dziadek  zapamiętał,  Ŝe 
obudził się w jakiejś chacie. 

Słychać  było  huk  dział.  Obok  łóŜka  siedział  ten  chłopiec.  Dziadek  zapytał  go,  co 

stało się z cięŜarówką. Janek, bo tak miał na imię ten syn lokaja, odparł, Ŝe zabrali ją 
Niemcy,  ale  skrzynki  zdąŜył  dobrze  schować.  Na  to  do  chałupy  wszedł  rybak.  To  on 
sprowadził  tratwę  do  brzegu  i  opatrzył  mojego  dziadka.  Wtedy  Janek  stwierdził,  Ŝe 
musi powiadomić o wszystkim hrabiego, bo trzeba wydobyć te skrzynki. 

background image

 

66 

-  A  więc  to  ten  Janek  je  ukrył?  -  zdziwiłem  się.  -  Taki  malec?  Jak  on  sobie  z  tym 

poradził? 

- Schował nie skrzynie, tylko ich zawartość. Otworzył je i złoŜył to co było w środku 

w tylko sobie znanych skrytkach. 

- Nie w jednej? - upewniałem się. 
- Oddzielnie złoŜył rzeczy hrabiego i dokumenty wiezione przez mojego dziadka. 
- I ten Janek nikomu nie powiedział, gdzie to jest? 
- Wspomniał tylko o tym admirale Benbow. 
- Twój dziadek zadowolił się tylko tymi wskazówkami? 
- Nie  miał  wyjścia. Janek przepadł bez  wieści. Powiedział, Ŝe jedzie do Nałęczowa 

do  hrabiego  i  juŜ  nie  wrócił.  Dziadek  leczył  rany  do  połowy  października.  Wtedy 
pojechał do Nałęczowa. Ludzie mówili, Ŝe hrabiego zabrali gestapowcy, a w jego willi 
mieszkał  jakiś  pułkownik.  Sąsiedzi  opowiadali,  Ŝe  hrabia  teŜ  podobno  ukrył  swoje 
rzeczy i Niemcy zawzięcie ich szukali, ale nikt nic nie wiedział o skrytkach hrabiego. 
Potem  dziadek  trafił  do  Polskich  Sił  Zbrojnych  na  Zachodzie.  Po  wojnie  wrócił  do 
Polski. 

- Nie bał się, Ŝe komunistyczne władze go aresztują? - dopytywałem się. - PrzecieŜ 

Ŝ

ołnierze  doskonale  wiedzieli,  co  się  działo  z  tymi,  którzy  pierwsi  odwaŜyli  się 

przyjechać do kraju rządzonego przez komunistów. 

-  Bał  się,  ale  chciał  odnaleźć  tego  Janka.  Chłopak  zostawił  mu  tylko  ten  złoty 

medalion... 

- A dziadek chciał odszukać resztę skarbu? - domyśliłem się. 
-  Prosiła  go  o  to  wdowa  po  hrabim  Nowickim.  Po  wojnie  dziadek  spotkał  ją  w 

Londynie  i  to  ona  opowiedziała  o  tych  pirackich  skarbach.  Te  złoto  potrzebne  było 
hrabinie, a przydałoby się Jankowi i mojemu dziadkowi. 

Cały czas zastanawiało mnie, czy to dziadek oszukał Kasię, czy teraz ona nie mówi 

mi całej prawdy. 

- Przyjechał i co się wydarzyło? - dopytywałem się. 
- Został potraktowany jak szpieg. Janka nie znalazł. Trafił do człowieka, który wtedy 

kierował  promem,  ale  dziadka  aresztowała  milicja  i  niczego  się  nie  dowiedział. 
Milicjanci  przywieźli  go  do  Sandomierza,  do  więzienia  i  tu  go  przesłuchiwali.  Tłukli 
go  zupełnie  tak  jak  gestapowcy.  Dziadkowi  podsuwano  róŜnych  tajniaków  udających 
współwięźniów.  Trafił  tam  teŜ  człowiek,  który  powiedział,  co  się  stało  z  hrabią 
Nowickim. Tylko jedną noc spędził z moim dziadkiem w jednej celi. Następnego dnia 
podobno  go  rozstrzelano,  bo  w  czasie  wojny  był  kapralem  w  Armii  Krajowej.  Ten 
człowiek  opowiedział  dziadkowi,  Ŝe  gestapo  chciało,  by  hrabia  pomógł  im  odszukać 
tego  Janka.  Przywieźli  hrabiego  z  Nałęczowa  do  Sandomierza,  bo  gdzieś  tu  był  ten 
chłopak.  Franciszek  Nowicki  odmówił  współpracy  i  pewnego  dnia  gestapo  kazało 
grabarzom pochować go na cmentarzu. 

„Ciekawe, kto ufundował hrabiemu ten skromny nagrobek?” - pomyślałem. Na razie 

starałem się wyciągnąć jak najwięcej informacji od Kasi. 

-  Po  jakimś  czasie  dziadka  zwolniono  i  on  wrócił  do  Anglii  -  Kasia  zakończyła 

opowieść. 

- A medalion miał ze sobą w Polsce? 
- Nie, zostawił go u znajomego w Szkocji 

background image

 

67 

- To rzeczywiście hrabia Franciszek Nowicki jest naszym jedynym tropem. Musimy 

dowiedzieć się, gdzie mieszkał, jak nazywał się jego lokaj i gdzie teraz moŜe być jego 
syn. 

-  Dziadek  mówił,  Ŝeby  popytać  ludzi  w  Baranowie  -  podpowiadała  Kasia.  - 

Twierdził, Ŝe w miasteczku Ŝyją ludzie, którzy mogą pamiętać czasy wojny. 

-  Jako  dziennikarz  będę  mógł  to  uczynić  nie  wzbudzając  większych  podejrzeń  - 

zauwaŜyłem. 

- Tylko ty chyba zadarłeś z jakimiś miejscowymi gangsterami? 
- Skąd o tym wiesz? 
Kasia tylko tajemniczo się uśmiechnęła. 
- Czas na nas - powiedziała wstając. 
Rzeczywiście,  na  rozmowie  minął  nam  czas  do  południa,  a  wkrótce  nasz  autokar 

miał  wracać  do  Baranowa  na  obiad.  Mieliśmy  jeszcze  godzinę  do  odjazdu,  więc 
postanowiliśmy zwiedzić, choćby pospiesznie, sandomierską Starówkę. 

Sandomierz  ma  dwa  najsłynniejsze  zabytki,  które  ujrzane  na  fotografiach  zaraz 

kojarzą  się  z  tym  miastem.  Pierwszy  z  nich  to  Brama  Opatowska,  Gotycka  budowla 
została  w  XVI  wieku  zwieńczona  charakterystyczną  attyką.  Równie  znany  jak  Brama 
Opatowska jest sandomierski  ratusz i rynek z otaczającymi go kamieniczkami. Rynek 
ma  wymiary 110 na 120  metrów.  śałowałem, Ŝe do dziś nie zachowały się arkadowe 
podcienia z wyjątkiem dwóch kamienic. W centralnym punkcie rynku stoi ratusz. Jego 
najstarsza  część,  na  planie  kwadratu,  powstała  w  połowie  XIV  wieku.  Na  przełomie 
XV  i  XVI  wieku  ratusz  rozbudowano  i  dobudowano  trójstrefową  attykę,  uwaŜaną  za 
najpiękniejszą  attykę  ratuszową  w  Polsce.  W  XVII  wieku,  po  zachodniej  stronie 
budynku postawiono wieŜę, na której jest zegar z XVIII wieku. Obecnie w ratuszu są 
muzeum, sala ślubów i siedziba miejscowego stowarzyszenia kulturalnego. 

Kupiliśmy  z  Kasią  lody  i  usiedliśmy  na  murku  oglądając  pierzeje  kamienic  i 

turystów. Wygrzewaliśmy się we wrześniowym słońcu. Wydawało mi się, Ŝe gdzieś w 
tłumie  ludzi,  moŜe  w  kawiarnianym  ogródku,  dostrzegłem  Sławka,  który  śledził  nas 
zza  płachty  rozłoŜonej  gazety.  Z  Kasią  nie  rozmawialiśmy  o  sprawie  poszukiwań 
skarbu.  Wiedziałem,  Ŝe  będę  musiał  sam  poprowadzić  poszukiwania,  jednocześnie 
ś

ledząc poczynania Kasi, która chyba nie była ze mną do końca szczera. 

Niechętnie  opuszczaliśmy  nasz  punkt  obserwacyjny  na  rynku  i  poszliśmy  do 

autobusu.  Przywitało  nas  zawistne  spojrzenie  Emila,  którego  Leonard  szturchnął  w 
bok, jakby chciał tym gestem zmobilizować syna do bliŜszych kontaktów z Kasią. 

- Co robisz po obiedzie? - Kasia zapytała mnie, kiedy autobus zaczął jechać w stronę 

Baranowa. 

- Muszę popracować i z kimś się spotkać - odpowiedziałem. 
- Z tą blondynką? 
- Nie, z trzema panami w łódce nie zapominając o ich psie - zaŜartowałem. 
Kasia  zmarszczyła  czoło  intensywnie  myśląc.  Wiedziała,  Ŝe  sparafrazowałem  tytuł 

typowej  angielskiej  opowieści  o  wyprawie  łodzią  trzech  dŜentelmenów.  Była  bystrą 
dziewczyną i szybko skojarzyła fakty. 

- Masz na myśli porywaczy pieczonego prosiaka? - zapytała szeptem nachylając się 

do mojego ucha. 

Pokiwałem głową. 

background image

 

68 

- Więc wtedy wieczorem znalazłeś ich? - upewniała się. 
- Tak - mruknąłem. 
- I czemu nam nic nie powiedziałeś? Czego od nich teraz chcesz? 
-  Mogą  nam  się  przydać  -  wyjaśniłem.  -  Pewnie  pochodzą  z  Baranowa  i  znają 

mieszkańców  miasteczka.  Mogą  nam  podpowiedzieć,  kto  jest  dobrym  informatorem  i 
wie coś o wydarzeniach z września 1939 roku. 

- Cwaniak z ciebie - Kasia obdarzyła mnie uśmiechem. - Weźmiesz mnie ze sobą? 
- Wolałbym nie. Mogą się spłoszyć widząc aŜ dwie dorosłe osoby. 
- Ej! Chyba nie jestem taka straszna?! 
Na taki argument juŜ nie mogłem znaleźć dobrej riposty. Trochę Ŝałowałem swojego 

gadulstwa, ale miałem teŜ nadzieję, Ŝe nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 

- Spotkamy się pół godziny po kolacji pod Galerią Tylmanowską - powiedziałem. 
Wróciliśmy  do  hotelu  i  poszliśmy  do  restauracji  w  pałacu  na  obiad.  Uczestnicy 

konferencji  po  wycieczce  i  sutym  posiłku  postanowili  oddać  się  leniuchowaniu  na 
łóŜkach  w  swoich  pokojach  lub  na  ławeczkach  w  parku.  To  był  czas  na  rozmowy  w 
podgrupach. Ja w pokoju ani myślałem o odpoczynku. Wysłałem pocztą elektroniczną 
list do Leśnika. Potem wiadomość tekstową do szefa. 

Pierwszy  odpisał  pan  Tomasz  zapraszając  mnie  na  następny  dzień  do  Nałęczowa. 

Leśnik  odezwał  się  pół  godziny  później  zapowiadając,  Ŝe  potrzebne  mi  rzeczy 
otrzymam jeszcze dziś wieczorem. 

Następne cztery godziny spędziłem przed monitorem komputera buszując w sieci w 

poszukiwaniu potrzebnych  mi informacji. Po takim czasie intensywnego  wpatrywania 
się  w  ekran  miałem  uczucie  jakby  ktoś  nasypał  mi  do  oczu  garść  piachu,  a  w  głowę 
stukał  młotkiem.  Z radością  wyłączyłem  komputer i rozprostowałem plecy i ramiona. 
Przebrałem się i zapukałem do sąsiadki. 

Razem poszliśmy na kolację. 
-  Rzeczywiście  musiałeś  pracować  -  powiedziała  przyglądając  mi  się.  -  Widać  jak 

masz  zmęczone  oczy.  W  pokoju  mam  tabletki,  które  pomagają  w  takich  sytuacjach. 
Dam ci kilka.  

- Nie zapominaj o naszym wieczornym spotkaniu - przypomniałem jej. 
Przy  kolacji  pan  Leonard  Ŝartując  próbował  dowiedzieć  się,  gdzie  z  Kasią 

zniknęliśmy.  My  wymyślaliśmy  niestworzone  historie  jak  szukaliśmy  w  Sandomierzu 
ukrytych  skarbów.  Emil  w  milczeniu  jadł,  Iza  zaśmiewała  się  z  naszych  bzdur,  a 
Sławek tylko przeszywał mnie zimnym i wrogim spojrzeniem. 

Kiedy skończyłem posiłek i wyszedłem z restauracji, dogonił mnie Sławek. 
- Widzę, Ŝe zdradziłeś Polskę! - rzucił zrównując się ze mną. 
- Lepiej nie rzucaj tak powaŜnych oskarŜeń! - ostrzegałem go. 
- Postanowiłeś trzymać z tą międzynarodową szajką! 
-  Nie  krzycz  tak,  bo  zwracasz  na  nas  uwagę  -  syknąłem.  -  W  twojej  pracy 

najwaŜniejsza jest dyskrecja. Zapomniałeś o tym? 

- W jakiej pracy? - zdziwił się Sławek. 
- JuŜ nie jesteś tajnym agentem? - roześmiałem się. 
- To był tylko taki Ŝart. Myślałem, Ŝe tym skuszę cię do współpracy. Tamci obiecali 

ci więcej kasy? 

- Nie ma Ŝadnych „tamtych”. Pracuję sam i tylko dla moich czytelników. 

background image

 

69 

- Akurat! 
Sławek  irytował  mnie  swoją  postawą,  tym  jak  mnie  traktował  i  kim  był.  Stanąłem. 

On teŜ się zatrzymał. Objąłem jego szyję przyjacielskim gestem. Mocno przycisnąłem 
go do siebie. 

- Nigdy nie mów, jaki jestem - szeptałem mu wprost do ucha. - Nie znasz mnie, więc 

mnie nie oceniaj. Umówmy się, Ŝe więcej nie będziesz się do mnie zbliŜał i odzywał. 
Zgoda? 

Zwiększyłem moc uścisku. 
- Zgoda! - Sławek wykrztusił. 
Puściłem go i w tej chwili poŜałowałem swojego zachowania. Niepotrzebnie uŜyłem 

siły,  nie  musiałem  być  aŜ  tak  agresywny.  Zły  na  siebie  i  sytuację,  w  jakiej  się 
znalazłem, pomaszerowałem do pokoju. Starałem się uspokoić biorąc lodowatą kąpiel. 
ZałoŜyłem  wygodne  wojskowe  spodnie  i  bluzę,  i  pobiegłem  na  spotkanie  z  Kasią. 
Czekała w umówionym miejscu. Stała sama, więc od razu poszliśmy w głąb parku, w 
róg  ogrodzenia  za  budką  z  rusztem.  Z  daleka  widziałem,  Ŝe  piraci  wystawili  czujkę  - 
jednego  z  kamratów,  który  siedział  w  krzakach  i  obserwował  nas.  Uprzedził  kumpli 
głośnym gwizdem. Szedłem zdecydowanym krokiem, na przełaj przez trawnik. 

Byli  wszyscy  trzej  i  oczywiście  ich  pies.  Chwilę  patrzyliśmy  na  siebie.  Flint 

wydawał  się  ciekaw  mojej  osoby,  Barrel  był  nieco  wystraszony,  a  Dirk  zawadiacko 
spoglądał mi w oczy. Tylko Silver siedział i powoli zamiatał ogonem po ziemi. 

- I co, kamraci?! - nagle odezwałem się. 
AŜ podskoczyli na dźwięk mojego głosu. Silver stulił uszy. 
- NaleŜy wam się piątka za akcję zdobycia pieczeni - powiedziałem. 
Na  twarzach  chłopców  zagościły  uśmiechy.  Nie  znali  mnie,  ale  pochwała  mile 

połechtała ich dumę. 

-  Ale  stawiam  wam  pałę  z  zachowania!  -  prawie  krzyknąłem.  -  Wezwałem  was  na 

pokojowe spotkanie, a wy przygotowaliście na mnie aŜ trzy pułapki?! Czemu?! Gdzie 
nasza morska solidarność? 

-  To  kapitan  teŜ?  -  Barrel  nieśmiało  zapytał  podnosząc  dwa  palce,  jak  uczeń 

zgłaszający się do odpowiedzi. 

- Co teŜ? - Kasia dopytywała się. - Jesteś kapitanem? 
- Kapitanem Custosem - usłuŜnie podpowiedział Barrel. 
- Bardziej Kustoszem czy StraŜnikiem? - Kasia stała się nagle podejrzliwa. 
- To mój przydomek jeszcze z czasów szkolnych - skłamałem. 
Rzeczywiście  słowo  „kustosz”  pochodziło  od  łacińskiego  „custos”,  co  oznaczało 

właśnie „straŜnika”. NieostroŜnie sam się zdemaskowałem swoim przydomkiem. Skąd 
mogłem przypuszczać, Ŝe o kapitanie Custosie będzie wiedział ktoś więcej niŜ ci trzej 
chłopcy? 

- Słuchajcie, kamraci - zwróciłem się do piratów. - Powiem bez ogródek. PomoŜecie 

mi  znaleźć  ludzi  z  Baranowa,  którzy  pamiętają  ciekawe  historie  związane  z  wojną,  a 
zostaniecie  wynagrodzeni.  Nic  nie  ryzykujecie,  a  bardzo  nam  pomoŜecie.  To  moja 
przyjaciółka, Czarna Mamba. 

Kasia  patrzyła  na  mnie  z  mieszaniną  oburzenia  i  rozbawienia.  Piraci  potraktowali 

przydomek całkowicie powaŜnie. Wstali i grzecznie przywitali się z Kasią. 

background image

 

70 

-  To  pan  przy  warsztacie  rozwalił  chłopców  Szpuli?  -  Dirk  wtrącił  pytanie.  - 

Mówiłem wam, Ŝe to musi być ten sam człowiek? - zapytał chłopców. - Kapitanie, co 
będziemy mieli z tego, Ŝe będziemy milczeli? 

- Nie zaleŜy mi na tym, czy będziecie paplali jak baby, czy zachowacie się jak piraci 

i dochowacie tajemnicy. To wy coś stracicie, a nie ja. Ty, Dirk, powinieneś  wiedzieć, 
Ŝ

e wcale nie boję się Szpuli i jego kompanów. 

- A co moŜemy stracić? - prychnął Dirk. - Szpula to jest gość! 
-  Kapitanie  Flint  -  spojrzałem  na  chudzielca  -  kiedy  nauczy  pan  kompanów 

podstawowych zasad i właściwych manier, proszę zostawić mi wiadomość w hotelu. 

- O co mu chodzi? - Dirk zdziwił się. 
- O  honor  - podpowiedział  mu Barrel. - Kapitan  Custos  nie  wydał  nas i  wcale  nam 

tego nie wypomina. Zdradziliśmy go zastawiając na niego pułapki, a on przyszedł tu do 
nas z propozycją i ręką na zgodę. Co zrobiłby Szpula na jego miejscu? 

Barrel  nikomu  nie  musiał  tego  tłumaczyć,  bo  mentalność  małomiasteczkowego 

łobuza zmusza go do agresji, a siła i budzenie lęku to jego jedyna broń. 

- Święte słowa, panie Barrel - odezwał się Flint. 
Uśmiechnąłem  się  zadowolony,  bo  czułem,  Ŝe  z  tych  piratów  będę  miał  jeszcze 

poŜytek. 

background image

 

71 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

PRZESYŁKA OD LEŚNIKA * WYPRAWA DO NAŁĘCZOWA *  

ROMANTYZM WOKULSKIEGO * WILIA HRABIEGO * ZAMKNIĘCI W PUŁAPCE 

*KTO BYŁ PRZED NAMI? 

 

Kasia  była  rozbawiona  stylem  rozmowy  młodzieńców  i  zerkała  na  mnie  wesoło 

mruŜąc oko. Zostawiłem piratów samym sobie i z moją towarzyszką spacerem szliśmy 
w kierunku hotelu. 

-  Konferencja  kończy  się  pojutrze  -  zauwaŜyła  Kasia.  -  Jeszcze  tylko  jeden  dzień 

dyskusji i wykładów i trzeba wyjechać. 

-  MoŜemy  zostać,  Ŝeby  prowadzić  poszukiwania  -  odpowiedziałem.  -  Ty  zostań  w 

Baranowie, a ja pojadę do Nałęczowa. MoŜe tam znajdę ślady hrabiego Nowickiego. 

ZauwaŜyłem, Ŝe Kasią wstrząsnął jakiś nerwowy dreszcz. 
- Nie ufasz mi? - zapytałem ją głosem pełnym wyrzutu. 
-  Ufam  -  odpowiedziała  po  chwili  wahania.  -  Naprawdę  chcesz  wykorzystać  te 

dzieciaki do naszych celów? 

- Czemu nie? - roześmiałem się. - Nasi nowi przyjaciele są stąd i tą sprytni. 
- A ten Szpula? Co zrobi, jak się dowie, Ŝe piraci współpracują z tobą? 
- Nie dowie się - zapewniałem Kasię, chociaŜ sam nie miałem aŜ takiej pewności. 
Kasia nie odezwała się juŜ ani słowem. Wróciliśmy do swoich pokoi i na korytarzu 

Ŝ

yczyliśmy sobie dobrej nocy. Kiedy tylko wszedłem do siebie, zadzwonił telefon. 

- Halo? - odezwałem się podnosząc słuchawkę. 
- Tu portiernia przy bramie - usłyszałem męski głos. - Mam przesyłkę dla pana. Czy 

przynieść ją do hotelu? 

- Dziękuję panu, sam po nią przyjdę - odpowiedziałem. 
Po  kilku  minutach  trzymałem  w  ręku  grubą  i  cięŜką  paczkę.  Przez  papier  pakowy 

wyczułem,  Ŝe  w  środku  są  ksiąŜki.  To  Leśnik  przysłał  mi  pomoce  naukowe.  Czekała 
mnie więc noc spędzona na czytaniu i robieniu notatek. Kiedy maszerowałem ścieŜką 
w stronę hotelu, nagle z krzaków, wprost przede mnie wyskoczył Dirk. 

- Ty jeszcze nie w domu? - zdziwiłem się. - Odrobiłeś juŜ lekcje? 
- Jutro jest piątek, to zawsze zdąŜę odrobić lekcje w weekend - chłopak lekcewaŜąco 

machnął ręką. W tym jednym geście zawarł najprawdopodobniej cały swój stosunek do 
edukacji. - Kompani kazali mi coś kapitanowi powiedzieć. 

- Słucham - zachęcałem go. 
-  Rozumiem,  co  pan  miał  na  myśli  i  nic  nie  powiem  Szpuli.  Kapitan  Flint  prosił, 

Ŝ

eby przekazać, Ŝe cała nasza załoga będzie z panem współpracowała. 

-  Bardzo  dobrze  -  ucieszyłem  się.  -  Jutro,  po  obiedzie,  spotkajmy  się  w  waszej 

kryjówce nad Wisłą. Przyjdziecie? 

-  Ta  jes!  -  Dirk  wyrzucił  z  siebie  słowa  połykając  końcówki.  Zaraz  obrócił  się  na 

pięcie i zniknął mi z oczu wśród parkowych krzewów. 

W  pokoju  otworzyłem  paczkę  zawierającą  ksiąŜki  dotyczące  przebiegu  kampanii 

wrześniowej. JuŜ w liceum nauczyłem się, Ŝe w kaŜdej dobrej ksiąŜce historycznej jest 
indeks  osób  oraz  nazw  geograficznych.  Ułatwiają  one  poszukiwanie  potrzebnych 
informacji wtedy, kiedy nie mamy czasy na studiowanie całego dzieła. Leśnik postarał 
się i wybrał naprawdę rzetelnie przygotowane opracowania. Wykąpałem się, usiadłem 
na  łóŜku,  uruchomiłem  swój  odtwarzacz  muzyki  i  czytałem.  Skończyłem  pracę  przed 

background image

 

72 

trzecią.  Przed  snem  schowałem  ksiąŜki  do  szafki  nocnej,  a  notatki  do  kieszeni  bluzy. 
Zasypiając myślałem o tym, co wyczytałem i co opowiadała mi Kasia. Powoli układał 
mi się pełny obraz tego, co działo się w okolicach Baranowa we wrześniu 1939 roku. 

O siódmej zadzwonił budzik w moim telefonie komórkowym. Długi, zimny prysznic 

pomógł  mi  otrząsnąć  się  z  resztek  snu.  Zjadłem  obfite  śniadanie  i  kiedy  uczestnicy 
konferencji  dopiero  wstawali,  ja  juŜ  wyjeŜdŜałem  wehikułem  z  terenu  parku.  W 
Baranowie, przejeŜdŜając przez rynek, zobaczyłem Ewę dźwigającą dwie spore torby z 
zakupami.  Zatrzymałem  się  przy  chodniku  i  otwierając  drzwi  od  strony  pasaŜera 
wychyliłem się. 

- Mogę cię podwieźć? - zapytałem. 
Ewa  czuła,  Ŝe  ludzie  obserwują  ją.  Wiedzieli,  Ŝe  to  ja  zadarłem  ze  Szpulą.  Pewnie 

domyślali  się,  Ŝe  to  stało  się  z  powodu  Ewy.  Teraz  to  nasze  spotkanie  wcale  nie 
wyglądało na przypadkowe. 

Wahanie dziewczyny trwało tylko chwilę. Wsiadła i westchnęła z ulgą. Wyjechałem 

z miasta i skierowałem się na polną drogą prowadzącą do gospodarstwa jej dziadka. 

-  Tak  wcześnie  gdzieś  jedziesz?  -  Ewa  odezwała  się,  kiedy  wolno  jechaliśmy  po 

wybojach. 

- Tak, do Nałęczowa. 
- Nie interesuje cię juŜ konferencja? 
- Będzie na niej moja szefowa, a ja mam swoje zadanie do wykonania. 
- Tak? Jakie? 
- Muszę poszukać śladów pewnego pana hrabiego - przybrałem tajemniczy ton. 
- Długo tam będziesz? 
- Wrócę do Baranowa na obiad. MoŜe pojedziesz ze mną? - zaproponowałem Ewie 

wycieczkę wyczuwając, do czego zmierzają jej pytania. 

- Będę ci tylko przeszkadzała - dziewczyna krygowała się. 
- Nie będziesz, a moŜe wręcz przeciwnie - pomoŜesz mi. 
- Tak? A jak? 
- Swoim uśmiechem rozbroisz złe nastroje pewnego człowieka. 
- Coś cię gnębi? 
- Wiele rzeczy - przyznałem. - Ale nie o mnie tu chodzi. Mnie juŜ zdobyłaś z marszu. 
- Tak? Nie miałam takiego zamiaru. 
- Szkoda - roześmiałem się. - W takim razie wykorzystam cię do zdobycia zaufania 

starszego pana. 

- Tego hrabiego? 
- Nie, ale ten człowiek jest bardzo szlachetny. Pojedź ze mną - namawiałem Ewę. 
-  Zgoda!  -  Ewa  uśmiechnęła  się.  -  Marzyłam  o  chwili  wypoczynku,  a  akurat  ten 

weekend mam wolny. 

Pan Jan przywitał mnie promiennym uśmiechem. 
-  Pan  redaktor  juŜ  na  ostro  smali  cholewki  do  mojej  wnuczki?  -  zagadnął  mocno 

ś

ciskając mi dłoń na powitanie. 

- Niech pan tak nie mówi - prosiłem widząc minę Ewy. Była zaŜenowana, ale w jej 

spojrzeniu  dostrzegałem  ciekawość,  jak  teŜ  zareaguję  na  te  słowa.  -  Miłość  jest  jak 
rzadki  i  piękny  kwiat,  który  wymaga  specjalnej  pielęgnacji.  Nie  moŜna  go  utopić 
obficie podlewając, choćby takimi pospiesznie wypowiadanymi słowami. 

background image

 

73 

- To dobrze, Ŝe pewne sprawy traktuje pan powaŜnie -  gospodarz pokiwał  głową.  - 

Coście więc wykombinowali? 

- Zabieram Ewę na wycieczkę do Nałęczowa. 
- JuŜ chcesz leczyć ją w sanatorium? - pan Jan roześmiał się. - Zakurzymy? 
I  tak  musiałem  poczekać,  aŜ  Ewa  przygotuje  się  do  wyjazdu,  więc  usiedliśmy  na 

schodach  werandy  i  zapaliliśmy  papierosy  w  bibule  skręconej  przez  starszego  pana. 
Zapowiadał  się  cudowny,  słoneczny  dzień.  Mimo  pozorów  lata  trzeba  było  pamiętać, 
Ŝ

e to jesień. Z tego  wynikała  nerwowa  krzątanina ptaków,  które zachowywały się jak 

rodzina pakująca bagaŜe przed wyjazdem na dwutygodniowy urlop. Kury na podwórku 
odpędzały  mniejsze  kurki  od  wysypanych  ziaren  zmuszając  młode  do  tego,  by  same 
szukały  sobie  pokarmu.  Kurki  nieporadnie  grzebały  w  ziemi,  a  temu  wszystkiemu 
przyglądał się okazały kogut leniwie przechadzający się po granicach podwórka. 

Kot  dachowiec  siedział  na  werandzie  kilka  metrów  od  nas  i  starannie  lizał  futerko. 

Psy leŜały na skrawku podwórza, gdzie padały pierwsze promienie słońca. Przysypiały, 
ale co chwila czujnie podnosiły powieki, badając, czy nie dzieje się nic niepokojącego. 

- Co pan zamierza robić, kiedy skończy się ta konferencja? - zapytał pan Jan. 
- Zostanę tu na kilka dni. Mam dodatkowe zadanie do wykonania. 
- A co chodzi? MoŜe panu pomogę, coś podpowiem? 
- Pan tu mieszka od dawna? 
-  W  tej  okolicy  prawie  od  urodzenia.  W  tej  chałupie  od  końca  wojny.  Znam  chyba 

wszystkich w Baranowie i okolicznych wsiach. 

- To pewnie będzie mógł mi pan pomóc, ale z pytaniami przyjdę do pana następnym 

razem  -  powiedziałem  widząc,  Ŝe  Ewa  przebrana,  z  torebką  na  ramieniu,  jest  juŜ 
gotowa do drogi. 

Zaprosiłem  ją  do  wehikułu  i  pojechaliśmy  w  stronę  Nałęczowa.  Czas  spędzony 

wtedy  z  Ewą  był  tym,  co  moŜna  było  sobie  wymarzyć.  Nie  spieszyłem  się,  słońce 
przyjemnie  zaczynało  grzać  przeganiając  z  cienia  resztki  porannego  chłodu.  Przyroda 
w  ostatnim  zrywie  przed  snem  zimowym  zmieniała  barwy  z  zielonej  na 
róŜnokolorowe.  Rozmawialiśmy  z  Ewą  i  okazało  się,  Ŝe  wiele  rzeczy  nas  łączy. 
Słuchaliśmy  tej  samej  stacji  radiowej,  ale  po  wysłuchaniu  wiadomości  wybraliśmy 
muzykę  z  płyty.  Dawno  temu  nagrałem  sobie  kompilację  ulubionych  utworów  i  Ewa 
teŜ je lubiła. To samo nas śmieszyło i mieliśmy podobne poglądy na wiele spraw.  

Nawet kiedy mieliśmy odmienne zdanie, to potrafiliśmy mówić o swoich racjach bez 

nadmiernej zapalczywości. Tak bardzo wtedy chciałem, Ŝeby to nie była moja podróŜ 
słuŜbowa,  a  wyjazd  z  kimś  mi  bliskim.  Kiedy  Ewa  dośpiewywała  słowa  w  piosence 
„Knocking on heaven’s door” w wersji Rogera Watersa, byłem szczęśliwy słuchając jej 
głosu,  patrząc  jak  jej jasne  włosy  łagodnie  falują  w  podmuchach  wiatru  wpadającego 
przez  uchylone  okienko.  Zaglądając  w  jej  cudowne  oczy  zastanawiałem  się,  czy  i  ja, 
jak bohater tej piosenki, nie powinienem czegoś zmienić w swoim Ŝyciu, nim będzie za 
późno?  Wjechaliśmy  do  Nałęczowa  od  strony  Lublina.  Aleją  Lipową,  pomiędzy 
starymi  willami,  dotarliśmy  w  pobliŜe  bramy  i  dalej  ulicą  Górskiego  na  parking  na 
zapleczu pijalni wód i palmiarni.  

Kiedy  spacerowałem  z  Ewą  alejkami  uzdrowiska  zauwaŜyłem,  Ŝe  jej  uroda 

przyciągała  wzrok  wielu  osób.  W  pantofelkach,  rybaczkach  w  piaskowym  kolorze  i 
białej koszuli wyglądała wspaniale.  

background image

 

74 

Szliśmy  w  stronę  pałacu  Małachowskich.  Umówiłem  się  z  panem  Tomaszem  w 

okolicach ławeczki Bolesława Prusa. Tu w Nałęczowie jest muzeum poświęcone temu 
pisarzowi, który właśnie w uzdrowisku pisał „Placówkę” i „Lalkę”. 

Usiedliśmy  na  wprost  pomnika  Prusa,  siedzącego  na  ławce  tak  jakby  był  jednym  z 

kuracjuszy. Niedaleko wejścia do pałacu stał grajek ze skrzypcami. Przed sobą połoŜył 
kapelusz, do którego  spacerowicze  wrzucali datki dla artysty. W tej scenerii  skrzypce 
brzmiały dostojnie, właściwie, ale i wywoływały u mnie melancholię. 

-  Nie  lubiłam  „Lalki”  -  powiedziała  Ewa.  -  Nie  potrafiłam  zrozumieć,  jak  ten 

Wokulski dawał się tak długo wodzić tej Łęckiej. 

- „Lalkę” przeczytałem kilka razy - roześmiałem się. - To jedna z nielicznych lektur 

szkolnych, do których wracałem z prawdziwą przyjemnością. 

- Czemu? 
- Czuję, Ŝe niekiedy zachowuję się jak Wokulski. 
- Kobiety tak łatwo mogą owinąć cię wokół palca? 
-  To  teŜ.  Wokulskiego  i  Rzeckiego  traktowałem  jako  wielkie  przenośnie  nas, 

Polaków.  Subiekt  Rzecki,  wielbiciel  legendy  Napoleona  i  uczestnik  węgierskiej 
Wiosny  Ludów,  to  nieuleczalny  przypadek  romantyka.  W  polskiej  świadomości 
Napoleon  to  ktoś  wspaniały,  dał  nam  niby  państwo,  poprowadził  przeciw  wojskom 
naszych zaborców i  występuje  w naszym hymnie narodowym. My z tej romantycznej 
legendy  ery  napoleońskiej  nigdy  się  nie  wyleczyliśmy.  O  Wokulskim  jego  przyjaciel 
doktor, śyd, mówi teŜ jako o nieuleczalnym romantyku. Pamiętasz, Ŝe Wokulski oŜenił 
się  ze  starszą  od  siebie  kobietą,  Ŝeby  przejąć  jej  sklep,  a  potem  dorobił  się  majątku 
handlując  podczas  wojny?  JuŜ  to  stawia  go  w  naszych  oczach  w  nie  najlepszym 
ś

wietle,  bo  czy  to  moralne  zarabiać  na  wojnie?  Wokulski  do  pewnego  momentu  jest 

pozytywistą,  pracuje,  Ŝeby  siłą  swych  pieniędzy  coś  znaczyć.  Nie  mógł  pokonać 
zaborcy, więc sam musiał być silnym, by w odpowiedniej chwili sięgnąć po wolność. 
To  nie  był  konformizm,  tylko  plan.  Jednak  Wokulski  spotkał  Izabelę  Łęcka  i  odŜyły 
stare romantyczne mrzonki, wiara w to, Ŝe miłość pokona wszystkie bariery. 

- A tak nie jest? 
-  W  „Lalce”  tak  się  nie  stało.  Panna  Izabela  nie  potrafiła  przełamać  konwenansów, 

wyjść  poza  rolę,  w  jakiej  siebie  widziała.  Ona  nie  potrafiłaby  uszanować  i  nie 
rozumiałaby  czynów  Wokulskiego.  Była  zimna,  bezosobowa  jak  lalka.  Ja,  czytając  tę 
ksiąŜkę  w  liceum,  dopowiadałem  sobie,  Ŝe  Wokulski  jest  jak  Polska,  a  Izabela  jak 
elegancja... 

- Francja - dokończyła Ewa. 
- Tak, nasza nieodwzajemniona europejska miłość. „Lalkę” uwaŜam za genialną, bo 

oprócz  świetnych  obserwacji  społecznych,  obrazu  Warszawy  drugiej  połowy  XIX 
wieku,  jest  pełna  alegorii,  których  moŜemy  szukać  lub  zdać  się  na  zwyczajne 
odczytanie treści. 

-  To  ciekawe,  co  mówisz,  młody  człowieku  -  odezwał  się  pan  Tomasz  podchodząc 

do nas. 

Powstałem,  Ŝeby  przywitać  się  z  szefem  i  przedstawić  mu  Ewę.  Po  wzajemnej 

prezentacji  przeszliśmy  do  kawiarni,  gdzie  poprzednio  widziałem  się  z  Panem 
Samochodzikiem.  Była  pora  późnego  śniadania,  więc  zamówiliśmy  kawę  i  po  porcji 

background image

 

75 

sernika wiedeńskiego. ZauwaŜyłem, Ŝe szef chciał mi coś powiedzieć, ale nie wiedział, 
czy moŜemy zaufać Ewie. 

-  Ewo,  razem  z  panem  Tomaszem,  prowadzimy  poszukiwania  śladów  hrabiego 

Nowickiego  -  opowiadałem  dziewczynie.  -  Pan  Tomasz,  nazywany  jest  Panem 
Samochodzikiem z racji wehikułu, którego był właścicielem, a którym teraz ja jeŜdŜę. 
JuŜ  razem  szukaliśmy  ukrytych  skarbów,  zaginionych  dzieł  sztuki  i  rozwiązywaliśmy 
zagadki historyczne. 

- A czemu interesuje was ten hrabia? On teŜ schował jakiś skarb? 
- Jest pani równie bystra jak piękna - pan Tomasz ukłonił się Ewie. Ona uśmiechnęła 

się  do  niego  promiennie  i  poczułem  ukłucie  zazdrości.  -  To  bardzo  niebezpieczny 
melanŜ, bo Paweł zbyt łatwo ulegnie pani urokowi. 

-  On  juŜ  chyba  zupełnie  przepadł  -  Ewa  roześmiała  się.  -  Wokół  niego  kręci  się 

jeszcze atrakcyjna brunetka. 

Pan Tomasz Ŝartobliwie pogroził mi palcem, ale z jego spojrzenia wyczytałem nieme 

pytanie: „Co się z tobą dzieje?”. 

- Panie Tomaszu, czy znalazł pan jakieś ślady hrabiego Nowickiego? - zapytałem. 
-  Tak  -  zadowolony  wbił  widelec  w  sernik.  -  To  było  niezwykle  proste.  Poszedłem 

do  archiwum  zakładu  uzdrowiskowego,  gdzie  w  przedwojennych  księgach  znalazłem 
zapisy z danymi kuracjuszy. Był tam wpisany i hrabia Franciszek Nowicki. 

- Gdzie on mieszkał? - dopytywałem się. 
-  Jest  napisane:  „Willa  Nagórze”  -  odparł  pan  Tomasz.  -  Tu  masz  przewodnik  i 

znajdziesz adres - szef  wyjął z kieszeni kurtki ksiąŜeczkę o Nałęczowie i przesunął ją 
po blacie stołu w moją stronę. 

Na  trzynastej  stronie  znalazłem  opis:  „Nazwa  willi  pochodzi  od  nazwiska 

pierwszych właścicieli - rodziny Nagórskich. Zbudowana została w stylu szwajcarskim 
około 1880 roku i słuŜyła właścicielom jako letnia rezydencja”. 

-  Wybudowali  ją  Nagórscy,  ale  moŜe  potem  kupili  Nowiccy?  -  pan  Tomasz  miał 

chyba podobne wątpliwości jak i ja. 

- To chodźmy tam i zbadajmy wszystko na miejscu - zaproponowałem. 
- O nie, ja zostaję - pan Tomasz zaoponował. - Po pierwsze, muszę iść na zabiegi. Po 

drugie,  będę  mieszkał  w  Nałęczowie  jeszcze  przez  dwa  tygodnie  i  nie  chcę  przez  ten 
czas mieć opinii „węszyciela”. Lepiej, kiedy będę ci pomagał incognito. 

Zaskoczyła  mnie  taka  postawa  Pana  Samochodzika.  ale  musiałem  uszanować  wolę 

szefa. Chwilę jeszcze rozmawialiśmy o pobycie pana Tomasza w Nałęczowie, z jakich 
zabiegów  leczniczych  korzystał  i  jakie  przy  okazji  słyszał  ploteczki  o  sławnych 
ludziach,  którzy  odwiedzali  to  miejsce.  Pół  godziny  później  rozstaliśmy  się.  Z  Ewą 
pomaszerowaliśmy Aleją Lipową na wschód. 

Minęliśmy  „Willę  Mazowsze”  i  pomnik  Michała  Archanioła.  Umieszczono  go  w 

kapliczce  wybudowanej  na  podstawie  w  kształcie  sarkofagu,  a  przedstawiono 
Archanioła  zabijającego  szatana.  TuŜ  za  tą  kapliczką  była  „Willa  Nagórze”.  Kiedy  ją 
zobaczyłem, od razu mi się spodobała. 

Ozdobne  framugi  okien,  drewniane  filary  i  balustrady  nadawały  jej  lekkości. 

Ś

rodkowa  część  była  parterowa,  a  dwa  skrzydła  piętrowe.  Furtka  w  bramie 

prowadzącej na podjazd była zamknięta. 

Nacisnąłem dzwonek, raz, drugi, kolejny. 

background image

 

76 

- Poczekamy i wrócimy tu później czy przyjedziesz tu innego dnia? - zapytała Ewa. 
Trochę bezradnie rozglądałem się po ulicy. Spacerujący tu kuracjusze nic pewnie nie 

wiedzieli  o  mieszkańcach  willi.  Z  mapy  pamiętałem,  Ŝe  na  zapleczu  willi  biegła 
podmokła  dolina  Bochotniczanki.  Zakładałem  nawet  moŜliwość  wejścia  tamtędy  na 
teren  posesji,  ale  nagle  Ewa  podbiegła  do  kogoś.  Była  trzydzieści  metrów  ode  mnie  i 
zdąŜyłem  zobaczyć,  Ŝe  rozmawia  z  listonoszem.  Nim  do  niej  podszedłem,  ona 
poŜegnała się z rozmówcą i ruszyła w moją stronę. 

-  Będziesz  mi  winny  kolację  w  wybranym  przeze  mnie  lokalu  -  powiedziała  z 

czarującym  uśmiechem.  -  Jeśli  się  nie  zgadzasz,  to  sam  goń  listonosza  -  wskazała  na 
pomarańczowego  małego  fiata  odjeŜdŜającego  w  chmurze  spalin  od  chodnika  i 
kierującego się w stronę Lublina. 

- Chyba nie mam wyjścia - stwierdziłem. - Czego się dowiedziałaś? 
- Jest „Willa Nagórze” i „Willa Na Górze” - oznajmiła Ewa. - W tej drugiej mieszkał 

hrabia  Nowicki.  Starzy  mieszkańcy  Nałęczowa  znali  tę  historię,  Ŝe  zdarzały  się 
pomyłki  i  Nowiccy  w  środku  nocy  przyjmowali  gości  Nagórskich  i  odwrotnie. 
DoroŜkarze  z  dworca  często  specjalnie  odwozili  ludzi  pod  niewłaściwy  adres 
tłumacząc rzekomą pomyłkę niewłaściwym wypowiedzeniem i akcentowaniem nazwy 
willi. Potem pracownicy uzdrowiska wyczulili potencjalnych gości na istnienie dwóch 
willi  i  nie  było  pomyłek.  Od  czasów  wojny  nie  ma  potrzeby  odróŜniać  obu  willi,  bo 
willa Nowickich została zniszczona jeszcze w czasie wojny. 

- To znaczy? 
- Mieszkał tam jakiś hitlerowski oficer szczególnie zacięty w ściganiu partyzantów i 

polski ruch oporu podłoŜył mu bombę. 

- Gdzie była ta druga willa? 
- Przy skrzyŜowaniu w Lesie Wąwozowym. 
Wyjąłem z bluzy przewodnik z mapą i odszukałem to miejsce. Nie zaznaczono tam 

Ŝ

adnych  budynków,  więc  czekało  nas  chyba  Ŝmudne  szukanie.  Postanowiłem  wpierw 

zaopatrzyć  nas  na  taką  eskapadę.  Kupiłem  wodę,  bułki,  serek  topiony  i  kiełbasę. 
Wróciliśmy  do  wehikułu.  Pojechaliśmy  ulicą  Paderewskiego,  Chmielowskiego  i 
Sołdka.  Znaleźliśmy  się  w  lesie  rozłoŜonym  na  stromych  zboczach  wąwozów  wśród 
wzgórz.  Zobaczyłem  niewielką  zatoczkę  parkingową  przy  drodze  i  tam  zostawiłem 
wehikuł. Do plecaka spakowałem prowiant, latarkę i aparat fotograficzny. 

Nasze  poszukiwania  bardziej  przypominały  spacer  niŜ  przeczesywanie  lasu. 

Chodziliśmy po leśnych ścieŜkach. Dotarliśmy do granicy sadów z pięknymi jabłkami. 
Ewa  między  drzewami  dostrzegła  aleję  brzóz  prowadzącą  do  jakiegoś  placu 
porośniętego  krzakami  bzu.  Poszliśmy  w  tamtym  kierunku.  Na  drodze  zauwaŜyłem 
wśród  kęp  trawy  resztki  kostki  brukowej.  Kamienie  z  owalnego  podjazdu  zostały 
dawno  wyrwane.  Klomb  zniknął  bez  śladu.  Został  tylko  potłuczony  marmurowy 
postument  po  jakiejś  rzeźbie.  Sama  willa  miała  kamienną  podmurówkę  i  drewniane 
ś

ciany.  Kryta  była  piękną  dachówką.  Jej  resztki  tworzyły  niewielki  kurhan  wśród 

bzów. Chodziliśmy wypatrując choćby najmniejszego, ciekawego przedmiotu. 

- Paweł, chodź tu! - zawołała Ewa. 
Podszedłem  do  niej.  Stała  u  szczytu  kamiennych  schodów  prowadzących  do 

piwnicy. 

background image

 

77 

Podziemia były bezpośrednio pod willą, więc spodziewałem się, Ŝe na dole zobaczę 

tylko  stos  gruzu.  Było  inaczej,  bo  za  progiem  ujrzałem  korytarz  z  wejściami 
prowadzącymi  do  roŜnych  pomieszczeń.  Okazało  się,  Ŝe  strop  wykonany  z  cegieł 
wytrzymał i piwnica ocalała. 

- Wchodzisz ze mną? - wyszeptałem do Ewy włączając latarkę. 
- Nie zostanę tu sama - odpowiedziała. 
Podziemia były niespodziewanie duŜe i chyba latem ukrywali się tu roŜni podróŜni, o 

czym  świadczyły  legowiska  porzucone  w  kolejnych  klitkach.  Sądzę,  Ŝe  przed  wojną 
kaŜde  z  tych  pomieszczeń  było  magazynkiem  na  roŜne  produkty  Ŝywnościowe.  Na 
końcu dwudziestometrowego korytarzyka zobaczyłem spiralną klatkę schodową. 

- Schodzimy? - odwróciłem się do Ewy. 
Moje  pytanie  było  niepotrzebne.  Ona  bała  się,  ale  jednocześnie  była  niezwykle 

ciekawa, co zobaczymy głębiej. Trzymając się za ręce szliśmy po schodach. W niŜszej 
kondygnacji  piwnic  były  tylko  dwie  małe  cele.  Skojarzenie  było  nieprzypadkowe,  bo 
do  obu  wejście  prowadziło  przez  drzwi  z  maleńką  kratką  i  w  środku  były  stare, 
pordzewiałe łóŜka z pozrywanymi spręŜynami. 

-  Patrz!  -  Ewa  wycelowała  dłoń  ponad  moim  ramieniem  wskazując  na  drzwiczki 

kasy pancernej zamurowanej w jednym z pomieszczeń. 

Ktoś  niedawno  skuł  grubą  warstwę  tynku  i  odsłonił  zamek  szyfrowy.  Rozsądek 

podpowiadał  mi ostroŜność, ale Ewa przepchnęła  się obok  mnie. Podbiegła do sejfu i 
pociągnęła za rączkę chcąc go otworzyć. 

- Auu! - krzyknęła, odruchowo przytykając skaleczony palec do ust. 
Podbiegłem  do  niej,  Ŝeby  obejrzeć  i  opatrzyć  ranę.  Jakiś  pordzewiały  fragment 

blachy  przeciął  skórę  na  kciuku  i  krew  obficie  lała  się  z  dwucentymetrowej  rany.  Z 
plecaka  wyjąłem  apteczkę.  Wodą  utlenioną  przemyłem  skaleczenie  i  załoŜyłem 
opatrunek oklejony dodatkowo plastrem. 

Nagle  za  naszymi  plecami  rozległo  się  przeraźliwe  skrzypienie.  Błyskawicznie 

obejrzałem  się.  Zobaczyłem,  Ŝe  ktoś  zamyka  cięŜkie  drzwi.  Rozległy  się  metaliczne 
trzaski,  łomot,  odgłos  przeciągania  łańcucha  przez  metalowe  kółko.  Naparłem  całym 
ciałem na drzwi, ale bezskutecznie. 

- Halo! Co to za dowcipy?! - wrzeszczałem na zewnątrz przez małą kratkę. 
Usłyszałem tylko, Ŝe ktoś szybko wbiega po schodach. 
- Paweł, co tu się dzieje? - jęknęła Ewa. 
- Ktoś wiedział, Ŝe tu przyjdziemy i przygotował na nas zasadzkę - odpowiedziałem 

oświetlając zamek pod klamką. 

Otwór był zapchany śmieciami. Na razie nie miałem pomysłu, jak uwolnić nas z tej 

pułapki. Ewa zaczęła szlochać. Podszedłem do niej i objąłem ją. 

- Nie płacz, coś wymyślę, Ŝebyśmy stąd wyszli - powiedziałem. 
- Obiecujesz? 
-  Tak  -  w  ciemnościach  pocałowałem  ją  w  czoło.  -  Wszystko  będzie  dobrze. 

Usiądźmy i zbierzmy myśli - zaproponowałem. 

Z  plecaka  wyjąłem  bluzę  polarową  i  połoŜyłem  ją  na  spręŜynach  tak,  Ŝeby  Ewa 

miała  wygodne  siedzisko.  Następnie  podszedłem  do  sejfu.  Jego  drzwiczki  miały  boki 
długości trzydziestu centymetrów. Pośrodku znajdowały się dwie tarcze cyferblatu. Na 

background image

 

78 

pierwszej  była  podziałka  od  jednego  do  stu,  z  napisanymi  tylko  dziesiątkami.  Na 
wewnętrznej było dwadzieścia pięć liter. 

Ktoś  niedawno  stłukł  tynk,  ale  nie  mógł  otworzyć  skrytki,  bo  tarcze  były  teŜ 

umazane  tynkiem.  Trzeba  go  było  zmyć  specjalnym  płynem  na  bazie  jednego  z 
kwasów. Czułem delikatny zapach chemikaliów i ostroŜnie dotknąłem tarcz. Obracały 
się z trudem. 

- Chcesz teraz otwierać sejf? - Ewa była zdziwiona. - MoŜe wezwiemy pomoc? Mój 

telefon nie ma tu zasięgu. MoŜe twój? 

- Jesteśmy  kilka  metrów pod ziemią, za grubym  murem, na zupełnym odludziu. Tu 

Ŝ

aden  telefon  nie  ma  zasięgu.  Chcę  otworzyć  sejf,  bo  moŜe  w  środku  znajdę 

rozwiązanie zagadki: kto nas tu zamknął? Przy okazji moŜe uda się rozwikłać zagadkę 
hrabiego Nowickiego? 

- Nie boisz się, Ŝe nigdy stąd nie wyjdziemy? 
- Nie. 
- To ja teŜ. 
To  oświadczenie  zaskoczyło  mnie.  Obejrzałem  się  na  Ewę.  Siedziała  na  łóŜku  z 

podkurczonymi  nogami.  Pewnie  bała  się  szczurów  lub  myszy.  Znowu  zwróciłem 
uwagę na sejf. Na drzwiczkach wygrawerowany był statek z duŜą piracką flagą. 

Rączka,  za  którą  szarpała  Ewa  miała  kształt  równoramiennego  krzyŜa  na 

obracającym  się  trzpieniu.  By  otworzyć  sejf  trzeba  było  ustawić  odpowiednią 
kombinację  na  tarczach,  a  następnie  wykonać  kilka  obrotów  rączką  w  prawo  lub  w 
lewo. 

- Wiesz, kto mógł nas tu zamknąć? - Ewa odezwała się po chwili ciszy. 
- Tylko się domyślam. 
- Masz jakiś wrogów? 
-  Czasami  wydaje  mi  się,  Ŝe  bardzo  wielu.  śaden  jednak  nie  śledziłby  mnie,  Ŝeby 

właśnie tu dokonać aktu zemsty. 

- A w Baranowie masz jakiegoś zapiekłego przeciwnika? 
- Szpula? 
- On teŜ? To zrobił ktoś inny. 
- Skąd wiesz? 
Przekonanie w głosie Ewy zainteresowało mnie. 
- Przepraszam, Ŝe nie powiedziałam ci  wszystkiego, ale dopiero teraz zrozumiałam, 

co ten listonosz do mnie mówił. 

Czekałem w napięciu. 
- O tę willę Nowickiego pytał go wcześniej ktoś inny. 
- Kto? 
-  Tam  na  konferencji  jest  taki  facet  w  okularach.  DuŜo  mnie  wypytywał  ciebie. 

Chciał zobaczyć twoją kartę pobytu, kto za ciebie płaci rachunek tak dalej. Nic mu nie 
powiedziałam, chociaŜ on mówił, Ŝe jest z policji. 

- Z policji?! - roześmiałem się rozeźlony. 
- Wspominał, Ŝe jest tajnym agentem. Nie wierzyłam mu, bo wielu facetów w hotelu 

jak się nudzi, to podrywało mnie na taki tekst. Zbyłam go. Ten listonosz opisał go jako 
człowieka, który teŜ pytał o tę willę. On ma na imię Sławek. 

background image

 

79 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

OTWARCIE SEJFU * UWALNIAM NAS Z WIĘZIENIA * CZY MAMY 

KONKURENCJĘ? * NARADA Z PIRATAMI * WYSPA SKARBÓW *  

PLANUJEMY WYPRAWĘ 

 

Nie  zdziwiło  mnie,  Ŝe  Sławek  wypytywał  o  mnie.  W  końcu  uwaŜał  siebie  za 

detektywa,  a  mnie  -  za  podejrzanego  osobnika.  Było  bardziej  zastanawiające,  skąd 
Sławek wiedział o willi Nowickiego w Nałęczowie? 

-  Paweł,  ty  mi  chyba  nie  powiedziałeś  całej  prawdy?  -  Ewa  przerwała  moje 

rozmyślania. 

-  Nie,  naprawdę  szukam  śladów  hrabiego  Nowickiego,  który  mógł  gdzieś  w  tej 

okolicy ukryć skarb - odpowiedziałem. - Jak widzisz - wskazałem na sejf - nie ja jeden 
tak uwaŜam i mam konkurencję. 

- Czy to moŜliwe, Ŝe ten skarb jest schowany w tym sejfie? 
-  Raczej  nie  -  roześmiałem  się.  -  Skrytka  była  dobrze  zabezpieczona,  skoro 

przetrwała nienaruszona aŜ do obecnych czasów, ale nie sądzę, Ŝeby hrabia właśnie tu 
ukrywał swoje skarby. 

- Jak się stąd wydostaniemy? 
- Coś wymyślimy - uśmiechnąłem się. - Najpierw otworzymy kasę pancerną. 
- Nie mów, Ŝe wiesz, jak to zrobić - Ewa oŜywiła się i przyglądała mi się z uwagą. 
-  Domyślam  się,  gdzie  naleŜy  szukać  odpowiedniego  tropu  -  palcem  postukałem  w 

statek  wygrawerowany  na  drzwiczkach.  -  To  dosyć  nietypowy  pomysł  na  ozdobienie 
sejfu.  PrzecieŜ  tego  typu  skrytki  nie  miały  być  dziełami  sztuki,  tylko  bezpiecznymi 
schowkami. PoniewaŜ jednak właściciel zdecydował się na taki motyw, to oznacza, Ŝe 
w  jakiś  sposób  fascynował  się  tą  tematyką,  w  tym  przypadku  morską.  Skoro  tak,  to 
szyfr teŜ powinien mieć związek z morzem... 

- ...i co dalej? - Ewa była zaniepokojona moim przedłuŜającym się milczeniem. 
Z  bliska  lustrowałem  rysunek  Ŝaglowca  szukając  jakichkolwiek  wskazówek,  lecz 

niestety  grudy  tynku  i  działanie  kwasu  powodowały,  Ŝe  nie  moŜna  było  dostrzec 
Ŝ

adnych szczegółów. 

- Na razie nie mam Ŝadnego pomysłu - przyznałem się. 
Usiadłem na krawędzi łóŜka i patrzyłem na dziurę w ścianie. 
- To moŜe teraz skup się na tamtych drzwiach - Ewa wskazała na wyjście z celi. 
- Ciii... - przytknąłem palec do ust. 
Ewa zamilkła i cisza trwała dłuŜszy czas. Nie patrzyłem na zegarek, tylko czekałem, 

co podpowie mi wyobraźnia. Z pamięci przywoływałem zajęcia z kursów Ŝeglarskich i 
patrząc na drzwiczki sejfu zaczął mi świtać w głowie pewien pomysł. 

- Wiesz, co to jest rumb? - zapytałem Ewę. Tak naprawdę wcale nie oczekiwałem od 

niej odpowiedzi. Niekiedy, rozwiązując zagadkę lubiłem analizować ją  wypowiadając 
swoje  myśli  na  głos.  -  Romb  to  figura  geometryczna,  rumba  to  zmysłowy  latynoski 
taniec,  a  rumb  to  jednostka  miary  kąta  stosowana  na  morzu.  Dokładnie  to  jedna 
trzydziesta druga okręgu róŜy wiatrów, czyli 11,25 stopnia. Na tarczy liczbowej mamy 
podziałkę tylko do stu, a więc jeśli chcielibyśmy pokazać nią kierunek kompasowy, to 
mieściłby  się  on  w  przedziale  pomiędzy  północą  a  wschodem.  Wygrawerowany 
Ŝ

aglowiec płynie lewym halsem i półwiatrem. 

- Skąd wiesz? 

background image

 

80 

-  Widać  to  po  tym,  jak  ma  ustawione  Ŝagle  i  jak  łopocą  jego  flagi.  Na  tarczy  z 

literami moŜna wybrać tylko jedną, więc jeśli chcielibyśmy określić kurs Ŝaglowca, to 
w grę wchodzi tylko północ lub wschód, a angielskie skróty nazw tych kierunków to N 
i  E.  Kierunki  pośrednie,  jak  na  przykład  północ  do  północnego  wschodu  miałyby 
więcej liter. 

- A te rumby? Po co o nich wspominałeś? 
- Kierunek północny to maksymalnie dwa rumby w prawo lub w lewo - niczym koło 

sterowe przekręciłem rączkę obok tarcz. 

Zastosowałem kombinację litery N, liczb 11 oraz 22 i obracałem kolejno jeden i dwa 

rumby  w  prawo.  Bezskutecznie.  Dobra  była  trzecia  kombinacja:  E.  80  stopni  i  7 
obrotów.  Ewa  aŜ  westchnęła  zdziwiona  słysząc,  jak  w  drzwiczkach  coś  zgrzytnęło  i 
otworzyły się, kiedy za nie szarpnąłem. 

- Nie wierzyłam, Ŝe ci się to uda - powiedziała. 
Z ciekawością zajrzałem do środka sejfu. 
- Nie ruszaj! - chwyciłem Ewę za rękę, kiedy chciała sięgnąć po zawartość skrytki. - 

To  paczki  zmurszałych,  rozpadających  się  przedwojennych  polskich  banknotów  i 
papierów wartościowych. Wtedy majątek, obecnie bez wartości. 

Zatrzasnąłem drzwiczki i zamknąłem zamek szyfrowy. 
- Czemu to robisz? - Ewa zdziwiła się. - Chciałeś znaleźć skarb hrabiego i właśnie to 

uczyniłeś. Teraz po prostu zamykasz sejf? 

- Tym skarbem powinni zająć się specjaliści - odpowiedziałem. - Ten stos pieniędzy 

hrabia schował tu na czarną godzinę dla siebie lub dla spadkobiercy. Szyfr zamka nie 
był  trudny  do  złamania,  o  ile  znało  się  upodobania  hrabiego  lub  otrzymało  od  niego 
choćby najmniejszą wskazówkę. 

Zastanawiało  mnie  równieŜ,  jak  to  się  stało,  Ŝe  ta  piwnica  nie  została  dokładnie 

przeszukana przez Niemców, którzy zajmowali ten budynek w czasie wojny, lub przez 
szabrowników po wojnie? 

- Teraz uwolnij nas - Ewa wskazała drugi cel. 
Podszedłem  do  wyjścia.  Jak  wspominałem,  ktoś  zamknął  nas  tu  zastawiając  czymś 

drzwi.  Na  wysokości  oczu  znajdował  się  wizjer  zbliŜony  formatem  do  kartki  z  bloku 
rysunkowego, z rzadko rozstawionymi prętami. Część z nich była wyłamana. Stając na 
palcach mogłem spojrzeć w dół, ale zobaczyłem tylko pusty korytarz. 

- Masz lusterko? - zapytałem Ewę. 
W  pierwszej  chwili  chyba  nie  zrozumiała  mojej  prośby,  ale  wyjęła  z  torebki 

puderniczkę.  Podając  ją  miała  niepewną  minę.  Otworzyłem  pudełko,  oddałem  Ewie 
gąbkę,  którą  rozprowadza  się  puder.  Wziąłem  do  jednej  ręki  latarkę,  a  do  drugiej 
lusterko, i wysunąłem je na korytarz między prętami. Zobaczyłem, Ŝe ktoś zaparł drzwi 
łomem  wsuniętym  w  szparę  dziury  w  podłodze  i  wciśniętym  w  przestrzeń  między 
metalowymi  sztabami  wzmacniającymi  drzwi.  Do  tego  pordzewiały  łańcuch  omotano 
dookoła skobla wbitego w ścianę i klamki. Oddałem Ewie lusterko i z plecaka wyjąłem 
aparat fotograficzny. 

- Będziesz mi robił zdjęcie? - zdziwiła się. 
- A chcesz? - zaŜartowałem przytykając urządzenie do oka. 
- Nie - usłyszałem. 
W jej głosie była złość. Jednak nacisnąłem spust migawki. Błysnął flesz. 

background image

 

81 

- Wariat - Ewa prawie krzyknęła. - Po co to zrobiłeś? 
- Bo mimo tych wszystkich okoliczności tak pięknie wyglądasz - przyznałem się. 
Czułem się niezręcznie wyznając Ewie właśnie teraz takie rzeczy, ale naprawdę nie 

mogłem  się  powstrzymać.  Zmęczenie,  wściekłość  na  jej  twarzy  harmonizowały  z 
pięknem  i  energią,  która  tylko  czekała  na  wyzwolenie.  Przypominała  mi  lisicę  z 
pewnego  polowania,  na  którym  byłem  kiedyś  u  wuja.  Myśliwi  po  zejściu  z  kwartału 
lasu, w którym strzelali, zobaczyli umykającego po drodze lisa. Jeden z nich, który był 
w  najlepszej  i  najbezpieczniejszej  dla  pozostałych  pozycji  przyłoŜył  sztucer  do 
ramienia  i  wystrzelił.  Lisica  padła  na  ziemię.  Szkoda  mi  było  tego  sprytnego 
zwierzaka, który najwidoczniej przyczaił się gdzieś w krzakach do momentu aŜ ustały 
strzały  i  dopiero  wtedy  wyrwał  się  do  ucieczki  z  niebezpiecznego  rewiru.  Jako 
najmłodszy  pobiegłem  po  martwe  zwierzę.  Niosłem  je  na  rękach  i  połoŜyłem  na 
przyczepę  traktorową,  gdzie  leŜały  inne  upolowane  trofea.  Przy  leśniczówce  na 
uczestników  łowów  czekało  ognisko,  bigos  i  coś  mocniejszego  do  picia.  Zwierzynę 
ułoŜono  w  pokocie.  Starym  łowieckim  zwyczajem  do  pysków  martwych  zwierząt 
wkładano  gałązki  świerków  oddając  im  w  ten  sposób  hołd.  Ten  kto  ustrzelił  lisa 
pochylił się, by dopełnić tego obyczaju. Nie trzymał się zbyt pewnie na nogach i wylał 
na  pysk  zwierzęcia  herbatę  z  kubka  trzymanego  w  drugiej  ręce.  Lisica  gwałtownie 
otworzyła  oczy,  podniosła  łeb,  rozejrzała  się,  zerwała  na  nogi  i  pomknęła  w  las. 
Konsternacja wszystkich była pełna.  

Potem  strzelec  stał  się  ofiarą  Ŝartów  dotyczących  jego  celności,  a  on  z  kolei 

próbował zwalić winę na mnie, Ŝe nie potrafiłem rozpoznać, czy lis Ŝyje. 

Wykonałem jeszcze zdjęcie drzwiczek sejfu i od aparatu odłączyłem  szeroki pasek, 

który  słuŜył  do  wieszania  go  na  szyi.  Na  końcówkach  były  metalowe  zapinki  i 
magnesy. SłuŜyły one do tego, by moŜna było zawieszać torbę z aparatem na pasie. 

Wziąłem pasek i wystawiłem ręce na korytarz, tak by końcówki z magnesami wisiały 

do dołu. Z ogromną ostroŜnością opuszczałem je po obu stronach łomu. Nie udało mi 
się  to  od  razu.  Dopiero  po  kilku  minutach  prób  magnesy  połączyły  się  pod  prętem. 
Szybko  przesuwałem  pasek  w  rękach,  by  teraz  magnesy  mieć  w  ręce.  Po  chwili 
energicznie ciągnąc za pasek mogłem próbować wyrwać łom z pozycji, w jakiej został 
zaklinowany.  Parę  szarpnięć  wystarczyło,  by  to  zrobić.  Łomot  i  brzęk  metalu 
uderzającego  o  podłogę  zaskoczył  Ewę,  która  aŜ  podskoczyła.  Dotąd  w  milczeniu 
obserwowała moje poczynania i pewnie dziwiła się mojemu dziwacznemu pomysłowi 
manipulacji paskiem od aparatu fotograficznego. 

- Co ty tam robisz? - zapytała. 
- Uwalniam nas. 
- Jesteś teŜ iluzjonistą? 
-  Sztukmistrz  robi  lepszy  lub  gorszy  spektakl,  w  którym  nie  wykorzystuje  magii, 

tylko prawa fizyki, znajomość naszej psychologii i niekiedy znane od lat sztuczki. Ja na 
razie potrafię tylko znaleźć nowe zastosowania dla przedmiotów z naszego otoczenia - 
cierpliwie tłumaczyłem zwijając pasek. 

Następnie  mocno naparłem na drzwi. Ustąpiły  na  kilka centymetrów, bo  więcej nie 

udało  się  przez  supły  na  łańcuchu.  Było  nawet  za  mało  miejsca,  Ŝeby  go  rozplatać. 
Przyjrzałem  się  skoblowi.  Był  wykonany  z  rdzewiejącego  drutu  średnicy  pół 
centymetra.  Mogłem  spróbować  przeciąć  go  wąskim  ostrzem  piłki  do  metalu,  które 

background image

 

82 

miałem  w  małej  paczce  podręcznych  narzędzi  -  pamiątce  po  poznanym  kiedyś 
kasiarzu. Wolałem spróbować najpierw czegoś prostszego. ŁóŜko stało na metalowych 
nogach,  przykręcanych  do  spawanej  ramy.  Wyjąłem  z  plecaka  przybornik  z 
narzędziami, a z niego śrubokręt. 

- Masz ciekawe pomysły i gadŜety jak na zwykłego dziennikarza - zauwaŜyła Ewa. 
-  Wiesz,  czym  roŜni  się  profesor  od  dziennikarza?  -  Ŝartowałem  odkręcając  śruby. 

Ewa pokręciła głową. - Niczym, bo obaj mają podobny zasób wiedzy. To dowcip, jaki 
opowiedział  mi  kiedyś  pewien  profesor.  Wiesz,  dlaczego  tak  jest?  Pierwszy  zgłębiał 
wiedzę w jednym, szczegółowym, bardzo wąskim temacie, stając się specjalistą. Drugi, 
ciekawy  świata,  poznaje  roŜne  dziedziny,  ale  pobieŜnie.  W  efekcie  pierwszy  wie 
wszystko o niczym, a drugi nic o wszystkim. I gotowe! - zadowolony z uśmiechu Ewy 
oglądałem nogę od łóŜka. 

Wsunąłem rurkę w szparę pomiędzy drzwiami a framugą, wcisnąłem w otwór skobla 

i  następnie  energicznie  pociągnąłem  ją  w  dół.  Zgrzytnęło.  Prawie  całym  ciałem 
zawisłem na dźwigni. Po kilku szarpnięciach skobel wyskoczył ze ściany. 

- Panie przodem! - ukłoniłem się przed Ewą przepuszczając ją do wyjścia. 
Ona  niczym  dystyngowana  dama,  wzięła  torebkę  i  niespiesznie,  spoglądając  pod 

nogi  i  z  obrzydzeniem  oglądając  się  na  naszą  celę  wyszła  na  korytarz.  Zerknąłem  na 
zegarek. Byliśmy tu uwięzieni pięć godzin! Wychodząc z piwnicy zadowoleni głęboko 
wdychaliśmy świeŜe powietrze. 

- Myślisz, Ŝe on tu gdzieś jest? - Ewa z lękiem patrzyła na krzaki. - MoŜe teraz siedzi 

gdzieś tam i celuje do nas z pistoletu? 

- Nie - objąłem Ewę ramieniem i poprowadziłem drogą w kierunku wehikułu. 
- Skąd wiesz? 
- Ten ktoś teŜ próbował znaleźć skarb hrabiego Nowickiego i szybciej od nas dotarł 

do willi „Na Górze”. Zapewne wyposaŜony w detektor metali badał piwnice i natrafił 
na  sejf.  Skuł  tynk  i  nie  mógł  otworzyć  zamka.  Kiedy  zaplanował  otwarcie  skrytki, 
przed jego przybyciem na miejsce, pojawiliśmy się my. Trochę spanikował i zamknął 
nas. Teraz pewnie myśli, co z nami począć lub kontaktuje się z mocodawcami. Gdyby 
chciał nas zabić, jak to sugerujesz, zrobiłby to od razu, w piwnicy. 

- Czemu mówisz o nim „ktoś”, a nie po prostu „Sławek”? PrzecieŜ to on rozmawiał z 

listonoszem. 

- To nie jest dowód jego winy. 
Ewę chyba bardzo dziwił mój spokój. Po takiej przygodzie powinniśmy rozpatrywać 

wszystkie  warianty,  szukać  odpowiedzi  na  cisnące  się  pytania.  Jednak  chyba  lepiej 
było  nie  zajmować  się  tym,  tylko  cieszyć  się  towarzystwem  Ewy.  Szliśmy  szosą  do 
skrzyŜowania dróg i skręciliśmy w prawo. Wehikuł stał tam, gdzie go pozostawiliśmy. 
Zawróciłem w stronę Nałęczowa i wjechałem na parking przy uzdrowisku. 

- Muszę się jeszcze spotkać z moim szefem, a ty usiądź w parku i poczekaj na mnie - 

poprosiłem Ewę. - Potem poszukamy jakiejś dobrej restauracji. 

Ewa, po pobycie w ciemnościach chciała nacieszyć się słońcem. Chętnie przystała na 

moją propozycję, a ja stojąc przy wejściu do parku zadzwoniłem do pana Tomasza. 

- Jak poszukiwania? - usłyszałem głos szefa. - Chyba pełna mizeria albo twoje myśli 

zaprzątało co innego? 

background image

 

83 

-  Mieliśmy  problemy  związane  ze  zdeterminowaną  konkurencją  -  powiedziałem 

powaŜnym tonem. 

Opowiedziałem szefowi o uwięzieniu w piwnicy i o moich podejrzeniach co do tego, 

kto to zrobił. 

- Przydałoby się prowadzić obserwację tego miejsca - zaproponowałem na koniec. 
- Chcesz w to zaangaŜować miejscową policję? - w głosie pana Tomasza wyczułem 

wątpliwość. 

- Mam zadzwonić do Leśnika? - upewniałem się. 
- Lepiej tak. 
Skończyłem rozmowę z panem Tomaszem i czym prędzej zadzwoniłem do Michała. 

Przyjął moją prośbę, poinformowałem go o swoich planach i rozłączyliśmy się. Teraz 
musiałem  tylko  odszukać  Ewę  w  parku  zdrojowym.  Była  niedaleko  pijalni  wód. 
Siedziała na ławeczce i opalała się.  

Zaprosiłem ją na obiad do restauracji w jednym z domów zdrojowych. Właściwie był 

to  ośrodek,  w  którym  prowadzono  zabiegi  regeneracyjne  i  upiększające.  Wśród 
klientów  tego  przybytku  dojrzałem  kilka  twarzy  znanych  z  okładek  kolorowych  pism 
dla kobiet. Ewa dyskretnie im się przyglądała i przy posiłku opowiadała mi ploteczki o 
gwiazdach.  Dowiedziałem  się  więc,  Ŝe  piosenkarka,  blondynka  po  serii  zabiegów 
powiększających kobiece wdzięki porzuciła swój zespół. 

Z  kolei  gwiazda  jakiegoś  serialu  po  zrobieniu  oszałamiającej  kariery  spotykała  się 

tylko  z  młodszymi  od  niej  męŜczyznami.  Była  teŜ  para  aktorska,  która  od  lat 
prowadziła  przykładne  Ŝycie  małŜeńskie  i  rzeczywiście  oboje  zachowywali  się  jakby 
właśnie  byli  w  trakcie  miesiąca  miodowego.  Patrzyli  na  siebie  z  miłością  i  aŜ 
promienieli pogodą ducha.  

W trakcie posiłku odebrałem wiadomość tekstową od Leśnika. 
- Praca czy narzeczona? - Ewa zapytała, kiedy czytałem tekst. 
- Praca - odpowiedziałem. - Czemu sprawdzasz mnie, czy mam narzeczoną? 
- Tak tylko... 
- Ewo... - chciałem powiedzieć, co o niej myślę, i Ŝe nie chciałbym jej oszukiwać, ale 

głos uwiązł mi w gardle. 

- Co chciałeś powiedzieć? - Ewa chyba właśnie czekała na tego typu wyznania. 
- Wiele rzeczy, na które jeszcze za wcześnie - odparłem. - Niestety, nadszedł czas, Ŝe 

musimy wracać do Baranowa. 

- Nie będziesz juŜ szukał skarbu hrabiego? 
-  Nie  wiem.  Trzeba  zawiadomić  odpowiednie  słuŜby  o  sejfie  i  jego  zawartości. 

Pewnie  będę  tu  musiał  jeszcze  przyjechać,  Ŝeby  napisać  artykuł.  Masa  pracy  przede 
mną - uśmiechnąłem się. 

Zapłaciłem za obiad i poszliśmy do wehikułu. Jeszcze przed siedemnastą odwiozłem 

Ewę  do  jej  domu  i  zajechałem  na  parking  pod  hotelem  w  Baranowie.  Na  podjeździe 
spotkałem  Kasię.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  w  swoim  pokoju  czekała  na  mój  przyjazd  i 
tylko udawała przypadkowe spotkanie. Lustrowała mnie od stóp do głowy. 

- Jak wyjazd? - wychrypiała jakimś nienaturalnym głosem. 
- Udany - zrobiłem kwaśną minę. - Znalazłem willę hrabiego, ale ktoś zamknął mnie 

w piwnicy, gdzie był sejf. 

- Kto cię uwolnił? 

background image

 

84 

-  Sam,  tymi  rękoma  -  uśmiechnąłem  się  z  satysfakcją.  -  Otworzyłem  i  zamknąłem 

sejf, a potem sforsowałem obite blachą drzwi. 

- śartujesz? 
- Nie, mam świadka - szliśmy po schodach na piętro. 
- Kogo? 
- Ewę. 
- Tę anielicę z recepcji? Po co brałeś ją do pracy? - Kasia robiła mi  wyrzuty, kiedy 

otwierałem drzwi od swojego pokoju. 

- Przypadkowo spotkałem ją w Baranowie i zaproponowałem wycieczkę - wszedłem 

do  pokoju,  a  Kasia  za  mną.  -  To  chyba  naturalne,  Ŝe  młody  facet  spaceruje  po 
uzdrowisku z atrakcyjną dziewczyną, niŜ miałby węszyć i kręcić się zupełnie sam. To 
się nazywa udany kamuflaŜ. 

- Co jej mówiłeś? 
-  Po  prostu  szukam  śladów  pewnego  hrabiego.  Taka  jest  specyfika  mojej 

dziennikarskiej pracy. 

- A kiedy was zamknięto, to co jej powiedziałeś? 
-  Tłumaczyłem,  Ŝe  są  poszukiwacze,  którzy  zmierzają  do  celu  za  wszelką  cenę. 

Hrabia podobno ukrył jakiś skarb i ktoś w to uwierzył... 

-  Wspominałeś  o  otwarciu  sejfu  -  Kasia  wymierzyła  we  mnie  palec.  -  Co  było  w 

ś

rodku? 

-  Nim  ci  odpowiem,  wysłucham  twojego  tłumaczenia,  jak  to  się  stało,  Ŝe  ktoś 

wiedział  o  willi  Nowickiego  w  Nałęczowie?  Czemu  był  tam  pierwszy,  znalazł 
zamurowany sejf i szykował się do jego otwarcia? Czy my mamy jakąś konkurencję? 

Kasia zamilkła. Zaskoczył ją chyba rozkazujący ton mojego głosu. 
-  Ja  się  przebiorę  -  wskazałem  drzwi  łazienki  -  a  ty  zastanów  się,  co  chcesz  mi 

opowiedzieć.  Dobrze,  gdyby  to  brzmiało  wiarygodnie.  Zamierzam  jutro  pojechać  do 
willi  w  towarzystwie  policjantów  i  konserwatora  zabytków,  Ŝeby  pokazać  im  tę 
skrytkę. Umawialiśmy się na poszukiwania, ale nie na uwięzienie. 

-  Nie  narzekaj!  -  Kasia  mówiła  zimnym,  pewnym  głosem.  -  Byliście  zamknięci,  to 

mogłeś  poprzytulać  i  pocieszać  do  woli  tę  gąskę.  Umowa  przewidywała  teŜ  sowitą 
nagrodę... 

Zabrałem  z  szafy  wojskowe  drelichy  i  wszedłem  do  łazienki.  Kiedy  przebrany 

wróciłem  do  pokoju,  Kasia  wciąŜ  tam  była.  LeŜała  na  łóŜku  i  patrzyła  w  sufit. 
Milczałem. Sprawdzałem, czy w plecaku mam potrzebne mi rzeczy. 

- Dokąd idziesz? - usłyszałem pytanie. 
- Na spotkanie z piratami. 
- Traktujesz ich tak serio? 
- Bardzo serio. 
- A mnie juŜ nie? 
- Nie jesteś ze mną szczera - załoŜyłem plecak i stanąłem w progu czekając, aŜ Kasia 

wstanie i wyjdzie z pokoju. 

- Leon i Emil - Kasia rzuciła przechodząc obok mnie. 
-  JuŜ  raz  wspominałaś,  Ŝe  wydają  ci  się  podejrzani,  ale  nie  powiedziałaś  czemu. 

PrzecieŜ ten Emil chyba cię nawet podrywał? 

Staliśmy na korytarzu. Kasia rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie idzie. 

background image

 

85 

-  Oni  teŜ  wiedzą  o  skarbie  Nowickiego  -  szeptała  zbliŜając  usta  do  mojego  ucha. 

Nagle  usłyszałem  czyjeś  kroki,  a  Kasia  zarzuciła  mi  ręce  na  szyję.  -  Oni  wiedzą  o 
Nowickim  z  archiwów  niemieckich  -  Kasia  pocałowała  mnie  na  oczach  jednego  z 
uczestników  konferencji,  który  zaŜenowany  uśmiechnął  się  i  spłoszony  odszedł 
korytarzem.  -  Leon  ma  kontakty z  niemieckimi  weteranami, a Emil to tylko  mięśniak 
od  czarnej  roboty.  Obaj  są  niezwykle  niebezpieczni.  Porozmawiamy  po  wieczornym 
ognisku! - odsunęła się, ale jeszcze raz szybko mnie pocałowała. - To na przeprosiny - 
dodała. 

Ognisko,  o  którym  wspominała,  miało  kończyć  tę  konferencję  i  zaplanowano  je  na 

godzinę dwudziestą pierwszą. Kasia weszła do swojego pokoju, a ja pomaszerowałem 
na dół. W recepcji zapytałem, czy w hotelu jest Sławek. Dowiedziałem się, Ŝe wyjechał 
na cały dzień i wróci dopiero na kolację. Wypracowaną metodą, przez płot, wyszedłem 
z terenu pałacowego parku i przez pola pomaszerowałem  na spotkanie z piratami. Do 
zatoki dotarłem lekko spocony, bo spieszyłem się wiedząc, Ŝe i tak jestem spóźniony. 
Chłopcy jednak cierpliwie czekali i ucztowali zajadając się gruszkami i śliwkami. 

- Przepraszam, Ŝe musieliście tyle na mnie czekać - powiedziałem witając się z nimi. 

- Wypłyniemy na wodę? - wskazałem na ich łódź. 

Flint rzucił kilka rozkazów, pomogłem wypchnąć ich statek na wodę i juŜ płynęliśmy 

w  kierunku  środka  nurtu  Wisły.  Przyznam,  Ŝe  rzeka  w  tym  miejscu  nie  robi 
rewelacyjnego  wraŜenia,  więc  opuściliśmy  Ŝagiel  i  popłynęliśmy  pod  prąd.  Flint 
siedział na rufie przy sterze. Silver zasnął na ławeczce dziobowej. Ja z resztą kompanii 
usiadłem w kokpicie. Oparłem się o maszt i chwilę obserwowałem, jak chłopcy radzą 
sobie z Ŝeglugą. Byli rewelacyjni. 

- Panowie, wiecie, kto spotkał się na tej konferencji w zamku? - zagadnąłem piratów. 
- Poszukiwacze skarbów - odpowiedział Dirk. 
-  Tak  jest!  -  pochwaliłem  go.  -  Jestem  dziennikarzem  i  sam  nie  bardzo  wierzę  w 

skarby, ale teŜ ich szukam i o nich piszę. 

- Znalazł pan kiedyś coś? - pytał Barrel. 
- Tak, ale specjalnie na tym się nie wzbogaciłem. W poszukiwaniach nie chodzi mi o 

wartość  skarbów,  tylko  o  sam  dreszczyk  emocji.  Przyjechałem  tu  i  dowiedziałem  się, 
Ŝ

e  w  tej  okolicy  teŜ  mógł  być  ukryty  skarb.  Chciałbym,  Ŝebyście  pomogli  mi  go 

szukać.  Wczoraj  wspominałem  wam  o  ludziach  z  okolic  Baranowa  pamiętających 
wydarzenia z września 1939 roku. Odszukaliście kogoś? 

- Mamy kilka typów - przyznał Barrel. 
- A co to za skarb? - Dirk był ciekaw. 
- Nie wiem, czy nie robię błędu... - badawczo przyglądałem im się. - Ludzi często na 

wieść o skarbie ogarnia gorączka złota, zdradzają przyjaciół, zdolni są do najgorszego. 

- Dochowamy tajemnicy - zapowiadał Flint. 
-  Kapitan  Custos  ma  na  myśli  pana  Dirka,  któremu  za  bardzo  imponuje  ten  łajdak 

Szpula - Barrel trafnie odczytał moje intencje. 

- Panie Barrel! - Dirk z pięściami przysunął się do grubasa. 
Na odgłos awantury Silver zerwał się z miejsca i zaczął szczekać. 
-  Siadać!  -  Flint  wrzasnął  na  kompanów.  -  Chodzi  o  skarb  i  my  go  z  kapitanem 

Custosem znajdziemy. Panie Dirk, ja teŜ do końca panu nie ufam. Mówię bez ogródek, 

background image

 

86 

jeśli  szepnie  pan  choćby  słowo  temu  Szpuli  lub  jego  kolegom,  z  nami  koniec. 
Wykluczymy pana z załogi na zawsze i nieodwołalnie. Czy to jasne? 

Dirk siedział naburmuszony i tylko kiwnął głową. 
- Kapitanie Custos - Flint sięgnął do torby w schowku pod swoim siedziskiem. Wyjął 

mapę  okolicy.  -  Tu  -  wskazał  niewielką  zieloną  plamkę  na  Wiśle  powyŜej  miejsca, 
gdzie  łączy  się  ona  z  Sanem,  a  poniŜej  miejscowości  Zawichost,  znanej  jako  punkt 
pomiaru  stanu  Wisły.  -  Ta  wyspa  nazywana  jest  Wyspą  Skarbów.  Ktoś  podobno 
znalazł tam talary z XVII wieku. Zgubili je Szwedzi w czasie potopu. 

- Kiedy znaleziono te skarby? 
- TuŜ po pierwszej wojnie światowej. Tak mi opowiadała babcia. 
- My będziemy szukali pirackiego skarbu - oznajmiłem. 
Usta Barrela przypominały teraz kształtem wielkie „O”. Oczy Flinta zalśniły. Dirk z 

niedowierzaniem kręcił głową. Silver siedział i próbował wyczesać łapą pchłę z okolic 
ucha. Pokrótce opowiedziałem chłopcom historię hrabiego, omijając wiele nieistotnych 
dla nich szczegółów. 

- Wiemy tylko, Ŝe cięŜarówka ze skarbem przeprawiała się pod Baranowem, a potem 

wszelki ślad po niej zaginął - zakończyłem. - Dlatego musimy przepytać ludzi, którzy 
znają  lub  słyszeli  jakieś  historie  związane  z  przeszłością.  MoŜe  któregoś  dnia 
popłyniemy w dół Wisły i poszukamy starych rybaków? 

Ta  propozycja  wywołała  entuzjazm.  Zostałem  zakrzyczany,  a  Ŝe  nazajutrz  była 

sobota, a po niej niedziela, to Flint zaproponował, Ŝebyśmy wypłynęli na dwa dni. 

-  Co  na  to  wasi  rodzice?  Czy  wypuszczą  was  z  obcym  człowiekiem?  Z  prądem 

popłyniemy szybko, ale jak wrócimy? - miałem wątpliwości. 

Mój  opór  był  bezskuteczny.  Piraci  zapewniali,  Ŝe  juŜ  wcześniej  pływali  sami  po 

Wiśle,  Ŝe  Flint  jest  mistrzem  pływania  na  Ŝaglówkach  i  startuje  w  regatach. 
Zapowiedzieli, Ŝe przyniosą zgody rodziców. 

- Chciałbym teŜ zobaczyć waszych rodziców i z nimi porozmawiać - stwierdziłem. 
Stanęło  na  tym,  Ŝe  wyruszymy  o  świcie  z  ich  pirackiej  zatoki.  Zawrócili  łódź  do 

miejsca,  z  którego  mnie  zabrali.  Podnieceni  perspektywą  przygody  długo  się  ze  mną 
Ŝ

egnali,  a  we  mnie  rosły  wątpliwości,  czy  słusznie  robię  angaŜując  ich  w  tę  historię. 

Piracka  łódź  zniknęła  za  trzcinami  i  wtedy  w  krzakach  rozległ  się  trzask,  kiedy  ktoś 
stąpnął na suchą gałązkę. Obejrzałem się w tamtą stronę. 

-  Ten  rejs  to  bardzo  dobry  pomysł  i  zabiorę  się  z  wami  -  powiedziała  Kasia 

wychodząc z ukrycia. 

background image

 

87 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

WIECZORNE OGNISKO * SAMOCHÓD Z SILNIKIEM KOSIARKI *  

NOCNE SŁUCHOWISKO * MARYNARSKA ZAGADKA * POŚCIG ZA AUDI * 

MIANUJĘ SIĘ ADMIRAŁEM 

 

Najwidoczniej Kasia postanowiła mnie śledzić i była świadkiem mojego poŜegnania 

z  piratami.  Ciekawiło  mnie,  skąd  moja  wspólniczka  wiedziała,  gdzie  mnie  szukać  i 
czemu postanowiła tu przyjść? 

- Nie wiem, czy oni będą zadowoleni - wymownie obejrzałem się w stronę rzeki. 
- Czemu wietrzysz jakieś problemy? - Kasia wzruszyła ramionami. - Oni mnie znają, 

a przypomnę ci, Ŝe sam przedstawiłeś mnie jako swoją kamratkę, Czarną Mambę. 

- Wytrzymasz z nami na łodzi przez cały dzień? 
- A jaki to problem? 
- A nocleg? 
- Wezmę namiot. 
- A nie boisz się zarzucić poszukiwań? 
- I tak nie mam lepszego pomysłu. 
Tak  się  przerzucaliśmy  argumentami  i  czułem,  Ŝe  Kasia  nie  ustąpi.  Musiałem  się 

zgodzić. 

Wracaliśmy przez pola w stronę zamku w Baranowie. 
- Skąd dowiedziałaś się, Ŝe Leon i Emil teŜ szukają skrytki? - zapytałem. 
- Sami zaproponowali  mi spółkę. Zdziwiła  mnie ich propozycja, ale oni tłumaczyli, 

Ŝ

e  Polacy  są  nieufni  wobec  Niemców,  a  mnie  jako  Angielce  polskiego  pochodzenia 

będzie  łatwiej  uzyskać  informacje.  Odrzuciłam  ich  ofertę  tłumacząc  im,  Ŝe  mam  inne 
plany. Od Emila wyciągnęłam to, co oni wiedzieli na temat skarbu hrabiego. 

- Czyli? 
-  Bardzo  mało.  Nic  oprócz  tego,  Ŝe  Niemcy  na  początku  wojny  szukali  skarbu. 

Początkowo rzeczywiście myślałam o przepytaniu ludzi w Baranowie, ale dostrzegłam 
pewną  szansę  w  tym,  co  ty  zaplanowałeś  z  tymi  dzieciakami.  Taka  wyprawa  będzie 
wyglądała jak niegroźna dziecinada, a starsi ludzie mieszkający w pobliŜu Wisły mogą 
chcieć się przed wami otworzyć i moŜe dowiemy się czegoś ciekawego. 

Nie  odzywałem  się,  bo  doskonale  pamiętałem,  Ŝe  mieliśmy  z  Kasią  szczerze 

porozmawiać. WciąŜ dręczyło mnie przeczucie, Ŝe ona chce mnie oszukać. 

-  Czemu  milczysz?  -  zagadnęła  przytulając  się  do  mojego  ramienia  i  jak  dziecko 

zaglądając  mi  w  oczy.  -  Gniewasz  się  na  mnie?  Myślisz,  Ŝe  to  ja  powiedziałam  na 
przykład Emilowi, Ŝe pojechałeś do Nałęczowa, a on zamknął cię w piwnicy? 

- MoŜe. 
- Nie mam z tym nic wspólnego. Wierzysz mi? 
- Nie. 
- Jak to? 
-  Wyjechałem  do  Nałęczowa,  zostałem  tam  uwięziony.  Jednak  wróciłem  i 

powiedziałem ci, Ŝe otworzyłem sejf i powiadomię o nim jutro odpowiednie słuŜby. Ty 
wszystko  traktujesz  z  nadzwyczajnym  spokojem,  jakby  nic  się  nie  stało.  Otworzyłem 
sejf, to super. Wezwę policję - bardzo dobrze. Chcę prowadzić poszukiwania Ŝeglując 
po Wiśle - jeszcze lepiej. ZaleŜy ci na odnalezieniu tego skarbu czy nie? 

- Tak, chcę go wydobyć. Ufam, Ŝe wiesz, co robisz, więc o co masz pretensje? 

background image

 

88 

- MoŜe kiedy ja będę Ŝeglował, ty mogłabyś prowadzić poszukiwania na lądzie? Na 

przykład mogłabyś popytać o tego przewoźnika z promu, u którego był twój dziadek. 

- Chcesz pozbyć się mnie z waszej pirackiej załogi? 
- Proponuję rozdzielić siły. 
- Tobie naprawdę zaleŜy na znalezieniu tych przedmiotów? 
- Obiecałaś nagrodę - przypomniałem. 
- Kiedy w ten sposób mówisz o pieniądzach, to brzmi bardzo niewiarygodnie. 
-  Zwykle  byłem  idealistą,  ale  teraz  nadszedł  czas,  Ŝebym  zaczął  realizować  swoje 

marzenia. 

Doszliśmy do płotu i pomogłem Kasi sforsować ogrodzenie. Zgrabnie zeskoczyła po 

drugiej  stronie  i  pobiegła  do  hotelu.  Umówiliśmy  się,  Ŝe  odczekam  parę  minut,  Ŝeby 
nasz wspólny powrót nie wzbudzał nadmiernego zainteresowania osób postronnych. 

W  pokoju  przebrałem  się  w  strój  odpowiedni  na  ognisko  i  pomaszerowałem  na 

spotkanie  wieńczące  konferencję.  Wokół  stosu  płonących  drew  juŜ  unosił  się  las 
patyków z nadzianymi kiełbaskami. Dookoła, przy chińskich lampionach, stały stoliki. 
Z  bufetu  na  długiej  ławie  moŜna  było  wybierać  sobie  pieczywo,  sałatki  i  zakąski.  Iza 
przywitała mnie uśmiechem. 

-  Jak  ci  minął  dzień?  -  zapytała  przekładając  kiełbaskę  pomiędzy  dwie  kromki 

chleba. 

-  Był  bardzo  udany  -  stwierdziłem  biorąc  od  niej  patyk.  Nadziałem  kiełbaskę  i 

wystawiłem  ją  nad  płomień.  -  Jutro  w  Nałęczowie  będzie  otwarty  sejf,  który  był 
zamurowany aŜ do ostatnich dni. 

- Wiesz, co w nim jest? 
Kiwnąłem głową. 
- Skarb? 
- W pewnym sensie - zrobiłem tajemniczą minę. 
- Mogę z tego zrobić artykuł? 
-  Tak.  Jutro  wyjeŜdŜam  na  kilka  dni,  a  ty  pojedziesz  do  Nałęczowa  i  razem  z 

policjantami otworzysz kasę. 

- Państwo znaleźli jakiś skarb? - nagle obok nas zahuczał bas pana Leona. 
- To zrobił Paweł. Jutro znalezisko ujrzy światło dzienne - Iza szybko relacjonowała. 

- To jakiś sejf w Nałęczowie. 

- Ach tak - pan Leon zafrasował się. - Pan wie, co jest w środku? 
- Nie - odpowiedziałem. 
- Czemu pan z otwarciem czeka do jutra? 
- Bo jutro na miejsce przybędzie konserwator zabytków. Ja w tym czasie muszę być 

juŜ gdzie indziej i relację napisze Iza. 

- A jak ten sejf zostanie otwarty? - dopytywał się pan Leon. 
- Z tego co się zorientowałem, to jest tam bardzo prosty zamek i szyfr z, nazwijmy 

to,  „marynarskim  kluczem”.  Przepraszam  -  zabrałem  kiełbaskę  znad  ognia  i 
przeszedłem z nią do bufetu. 

Na  talerz  nałoŜyłem  duŜą  porcję  sałatki  i  poszukałem  sobie  wolnego  miejsca  przy 

stoliku.  Dosiadłem  się  do  grupki  pasjonatów  zagadek  związanych  z  okresem  wojen 
napoleońskich. 

background image

 

89 

Słuchałem  ich  uwaŜnie,  jadłem  i  obserwowałem  towarzystwo.  Pan  Leon  i  Emil 

opuścili  nas  po  półgodzinie.  Kilkanaście  minut  później  po  hotelowym  parkingu 
przesunęły się długie smugi reflektorów ich auta. JuŜ dawno skończyłem posiłek i teraz 
tylko  delektowałem  się  filiŜanką  kawy.  Zostawiłem  ją  i  poszedłem  w  cień,  pomiędzy 
drzewa  rosnące  wzdłuŜ  płotu.  Ukryty  w  ciemnościach  pobiegłem  do  wehikułu  i  ku 
zdziwieniu straŜnika przy bramie wyjechałem z zamku. 

Kiedy  tylko  znalazłem  się  za  granicami  Baranowa,  włączyłem  długie  światła 

szosowe  i  przełączyłem  mały  guzik,  który  uruchamiał  ustawienia  rajdowe  mojego 
pojazdu.  Byłem  przekonany,  Ŝe  Niemcy  pojadą  do  Nałęczowa  wygodną  drogą  przez 
Tarnobrzeg,  Stalową  Wolę,  Janów  Lubelski  i  Kraśnik.  Raczej  będą  nocą  omijali 
niebezpieczne  polskie  szosy.  Właśnie  tymi  omijanymi  przez  konkurentów  szlakami 
musiałem dojechać do Nałęczowa. 

Miałem szczęście, bo wybrana przeze mnie trasa była pusta. Sporadycznie pojawiały 

się  na  niej  auta  prowadzone  przez  młodych  bywalców  okolicznych  dyskotek. 
Wiedziałem, Ŝe  w piątkową  noc to najgorszy typ  kierowców, jakich  moŜna spotkać, i 
mijając  ich  zachowywałem  ostroŜność.  W  nocy  nie  widać  było  szkaradztwa  karoserii 
wehikułu,  a  głęboki  bas  i  szeroki  rozstaw  jego  świateł  budziły  szacunek.  W 
Sandomierzu  przekroczyłem  Wisłę,  by  wrócić  na  jej  prawy  brzeg  w  Annopolu.  Tu 
natknąłem  się  na  sznury  cięŜarówek,  więc  szybko  umknąłem  na  mniej  uczęszczane 
szosy. Jak błyskawica mknąłem na północ. Do Nałęczowa wjechałem od zachodu i od 
razu  skręciłem  w  las,  gdzie  stała  kiedyś  willa  Nowickiego.  Minąłem  stojący  na 
poboczu samochód z jakąś parą, a kilkaset metrów dalej na drogę przede mnie wyszedł 
policjant  i  pokazał  mi,  Ŝe  mam  zjechać  z  drogi.  Zaniepokoiłem  się,  bo  mogło  to 
wyglądać jak zasadzka zastawiona przez jakiś bandytów. Jednak wykonałem polecenie. 
Policjant podbiegł do drzwiczek wehikułu. 

- Dwieście metrów, - prosto wydyszał i skrył się w krzaki. 
Posłusznie  pojechałem  pomiędzy  drzewa.  Kiedy  zobaczyłem  duŜy  furgon 

pomalowany  na  ciemnozielono,  zatrzymałem  się  obok  niego.  Boczne  drzwi  tamtego 
pojazdu  rozsunęły  się  i  wyjrzał  z  nich  Leśnik.  Pomachał  do  mnie  ręką.  Wszedłem  do 
ś

rodka  jego  pojazdu.  Było  tu  juŜ  dwóch  techników.  Jeden  obsługiwał  monitory 

pokazujące obraz z kamer w podczerwieni. Drugi kierował chyba mikrofonami, ale na 
razie nie miał nic do roboty. 

- Nie spodziewałem się aŜ takiego komitetu powitalnego - stwierdziłem zaskoczony. 
- Wierzę, Ŝe nocne łowy będą udane - Leśnik uśmiechnął się i z przenośnej lodówki 

wyjął i podał mi kanapkę. - Pomidory, mozarella i wołowina - wyjaśnił. 

Skinieniem głowy podziękowałem za poczęstunek. 
-  Zrobiłem  wszystko  co  mogłem,  Ŝeby  chcieli  tu  przyjechać  -  odpowiedziałem.  - 

Nawet podpowiadałem, jak otworzyć sejf. 

Jadłem  kanapkę  i  wpatrywałem  się  w  ekrany.  Leśnik  wyjaśnił  mi,  Ŝe  w  okolicach 

ruin  willi umieszczono trzy kamery i jedną w samej piwnicy. Wokół resztek budynku 
czuwało  czterech  funkcjonariuszy  podległych  Leśnikowi,  a  na  drogach  dojazdowych 
dwa radiowozy i dwa samochody cywilne policji. 

-  Co  to  za  autko?  -  operator kamer  bawił  się  urządzeniem  umieszczonym  na  dachu 

furgonu, dzięki któremu mógł sobie obejrzeć wehikuł. 

- Całkiem przyzwoite - stwierdziłem. 

background image

 

90 

-  Niech  pan  się  nie  gniewa,  ale  wygląda  jak  amerykański  hummer  z  crashtestu 

złoŜony przez jakiegoś artystę dziwaka. 

- Nie gniewam się, bo on właśnie tak wygląda. Słyszałem teŜ gorsze określenia. 
- A silnik ma od traktora czy od kosiarki? 
-  Dzięki  silnikowi  ten  wehikuł  ma  bardzo  wiele  całkiem  zaskakujących  obliczy. 

Potrafi  oszczędnie  palić  jak  kosiarka  do  trawy,  ale  teŜ  dzięki  niemu  świetnie  sobie 
radzę na zaoranych polach. 

- Pan uprawia nim działkę? - męŜczyzna silił się na dowcip. 
Koledzy prychnęli śmiechem, który Leśnik natychmiast uciszył. 
- Jadą - szepnął. 
W  ucho  miał  wsuniętą  słuchawkę  podłączoną  do  krótkofalówki  i  otrzymał 

informacje  od  któregoś  z  patroli  przy  drodze.  Po  chwili  na  jednym  z  monitorów 
zobaczyliśmy  audi  wjeŜdŜające  na  drogę  prowadzącą  do  ruin  willi.  Auto  przetoczyło 
się na podjazd. 

- Dwóch, w kominiarkach - meldował technik obsługujący kamery. - Wysiedli, idą w 

kierunku piwnicy. 

- Wszyscy gotowi? - Leśnik odezwał się do mikrofonu krótkofalówki. 
Odpowiedziało mu kilka trzasków. 
- Są na schodach - mówił technik od kamer. 
- Mam ich - dołączył drugi, od mikrofonu. 
W głośnikach usłyszeliśmy kroki i rozmowę prowadzoną w języku niemieckim. 
- Zrobiłeś błąd, bo jak juŜ zamknąłeś tu tego faceta z dziewczyną, to mogłeś zostać i 

podsłuchać, co będzie robił - rozpoznałem głos pana Leona. 

- PrzecieŜ nie znam języka polskiego - zauwaŜył Emil. 
- Mógłbyś podejrzeć, jak on otwiera sejf. 
- Tobie mówił, jak go otworzyć. 
- Wspominał coś o marynarskim kluczu. 
-  Mamy  grać  w  marynarza?  -  Emil  parsknął  śmiechem.  -  Mówiłem,  Ŝeby  od  razu 

rozciachać drzwiczki palnikiem. 

Teraz  dźwięki  i  obraz  były  juŜ  zsynchronizowane.  Kamerę  ukryto  chyba  w  stercie 

gruzu  w  piwnicy  na  wprost  tej,  w  której  byłem  więziony.  Mikrofon  idealnie 
przekazywał nam nawet najmniejszy szmer. 

-  Ile  ty  jeszcze  musisz  się  nauczyć  -  jęknął  pan  Leon.  -  Ty  byś  wszystko  spalił, 

wysadził  w  powietrze,  a  tu  trzeba  uŜyć  umysłu.  To  jest  prawdziwe  wyzwanie. 
Rozumiesz?  Ten  facet  w  kilka  godzin  rozwiązał  zagadkę  i  uwolnił  się.  Ty  byś  to 
potrafił? 

- Jakbym chciał, to nawet dałbym mu w zęby. 
- Tych czterech z miasteczka teŜ próbowało. 
- Ty się nim fascynujesz? 
-  Wolałbym,  Ŝeby  był  po  mojej  stronie  -  stwierdził  pan  Leon  uwaŜnie  oglądając 

drzwiczki sejfu. 

- To pokaŜ, Ŝe jesteś lepszy od tego łebka. 
Pan Leon usiadł na przechylonym, pozbawionym nogi łóŜku i patrzył na sejf. 
- Za słaba podpowiedź? - zgadywał Leśnik. 

background image

 

91 

- Jak ten starszy pomyśli, to da sobie z nią radę - zapewniałem przyjaciela. - Niech 

tylko ten młodszy przestanie gadać i bez sensu kręcić się po piwnicy. 

- Rozejrzę się. czy ktoś nam nie ukradł samochodu - powiedział Emil. 
- Idź - sapnął pan Leon. 
- Uwaga, jeden wychodzi na zewnątrz! - Leśnik przez radio uprzedził obstawę. 
Pan  Leon  klęknął  przed  sejfem  i  znowu  uwaŜnie  lustrował  tarcze,  grawerunek  i  w 

pewnym  momencie  usiadł  i  zaczął  sobie  coś  notować.  Potem  poszukał  kalendarza  i 
szybko go wertował. 

- Co on robi? - dziwił się Leśnik. 
- Szuka telefonu do przyjaciela - zaŜartował jeden z techników. 
- Potrzebuje tabeli z przelicznikiem rumbów - wyjaśniłem przyjacielowi. 
-  Trzeba  wyznaczyć  kurs  i  odpowiednio  zakręcić  kołem?  -  Leśnik  domyślił  się.  - 

Marynarska zagadka - roześmiał się. - To rzeczywiście dobra podpowiedź - przyznał. 

W tym czasie pan Leon juŜ zaczął wybierać kombinacje na tarczach i obracać kołem 

zamka. Chyba źle wykonał obliczenia, bo zajęło mu to kilka minut. Wrócił Emil. 

- Wszystko w porządku - rzucił i zamilkł, bo jego starszy wspólnik właśnie otworzył 

sejf. - Kupa forsy - stwierdził świecąc do środka. 

-  BezuŜytecznej!  Same  złotówki,  wycofane  z  obiegu  -  stwierdził  pan  Leon.  -  Są 

jeszcze jakieś papiery, moŜe one są coś warte. 

Mimo Ŝe grymasili, to jednak wszystko zapakowali do torby. Szybko wynieśli się z 

piwnicy. 

-  Wóz  numer  jeden!  -  Leśnik  wezwał  jeden  z  radiowozów.  -  Jedynka  i  czwórka 

wchodzicie! Reszta osłania. Chcesz być przy aresztowaniu? - zapytał mnie. 

- Na razie nie - pokręciłem głową. 
- Na razie? - zdziwił się jeden z techników. - To za co ich właściwie zamykamy? 
- Nie mędrkuj - Leśnik uspokoił podwładnego. 
Pan  Leon  i  Emil  wsiedli  do  audi.  Ledwo  wyjechali  z  podjazdu,  na  wprost  nich 

wjechał oznakowany radiowóz policyjny. Nie zdąŜył zablokować przejazdu, kiedy audi 
gwałtownie przyspieszyło i taranując drobne krzaki pomknęło na drogę. 

-  Wozy  dwa,  trzy  i  cztery  pełna  gotowość!  -  Leśnik  krzyczał  do  mikrofonu.  -  Cel 

ucieka. Przygotować się do pościgu! 

Przyjaciel skoczył do drzwi. 
- Twój wehikuł jest sprawny? - zapytał mnie. 
- Jak najbardziej - przyznałem. 
- Chcecie gonić ich tym gratem? - zdziwił się technik od mikrofonów. 
- To bardzo dobry samochód - oznajmił Leśnik wyskakując na zewnątrz. 
- Lepszy od naszego? - usłyszałem, nim wysiadłem. 
Z Leśnikiem wsiedliśmy do wehikułu. Technicy teŜ wybiegli w krzaki zostawiając w 

furgonie tylko kierowcę. OstroŜnie zawróciłem i juŜ chciałem wcisnąć pedał gazu, by 
popędzić  ku  szosie,  kiedy  z  boku  wyskoczył  terenowy  potwór.  Czarny,  z 
przyciemnionymi  szybami.  Widziałem  takie  tylko  w  obstawie  najwaŜniejszych 
polityków odwiedzających nasz kraj. Terenówka wyrzucając spod kół fontanny piachu 
mknęła przez las. 

-  Chłopcy  chcą  się  popisać  -  Leśnik  niezadowolony  pokręcił  głową.  -  Jedziesz!  - 

uderzył mnie w ramię. 

background image

 

92 

Terenówka skręciła w lewo na szosę, a my jechaliśmy za nimi. 
-  Nasi  ludzie  juŜ  obstawili  drogę  w  kierunku  Nałęczowa  -  poinformował  mnie 

Leśnik. 

Pędziliśmy  na  zachód.  Daleko  przed  nami  widać  było  odblask  migających  świateł 

policyjnych  radiowozów.  Terenówka  przyspieszała,  a  wehikuł  tylko  cicho  warczał. 
Prędkość stu kilometrów na godzinę była tą, przy której jego podzespoły stworzone na 
rajdy  samochodowe  dopiero  zaczynały  się  budzić.  Dojechaliśmy  do  głównej  szosy  i 
skręciliśmy  w  lewo,  na  północ.  Teraz  gnaliśmy  między  rzędami  uśpionych  domostw, 
po prostej i równej drodze. 

- Masz mapę? - Leśnik zapytał mnie. 
- W schowku - odpowiedziałem. 
Minęliśmy  przystanki  autobusowe  i  przed  stacją  benzynową  znowu  skręciliśmy  w 

lewo.  Widziałem,  Ŝe  jeden  z  wozów  pościgowych  zagalopował  się  i  pojechał  prosto, 
teraz gwałtownie zawracał na placu przed dystrybutorem paliw. 

Leśnik rozłoŜył na kolanach mapę okolic. 
-  Chyba  chcą  przebijać  się  na  Kurów  -  stwierdził.  -  Tam  będą  mogli  uciekać  na 

Lublin lub Puławy. 

Znowu  skręciliśmy  w  lewo.  W  oddali  widziałem  budynek  przypominający  stację 

kolejową.  Nagle  terenówka  przed  nami  zatańczyła  na  drodze.  Przyhamowałem. 
Minęliśmy cywilne auto, które wpadło do rowu. Miało zgnieciony lewy bok. Kierowca 
i pasaŜerka juŜ wysiedli na pole i dali znaki, Ŝe są cali i zdrowi. 

- Zostali staranowani - Leśnik przekazał mi meldunek z radia. - Mamy jeszcze jeden 

radiowóz i terenówkę. 

Kolejny zwrot  w lewo, przed  wiaduktem kolejki  wąskotorowej. Po lewej mijaliśmy 

porośnięte gęstym lasem wąwozy. 

- UwaŜaj! - Leśnik krzyknął. - Wysypali kolce na drogę! 
Terenówka  zwolniła,  kiedy  mijaliśmy  radiowóz,  który  zjechał  na  pobocze.  W 

ś

wiatłach  mieniły  się  leŜące  na  asfalcie  czworościany  z  wystającymi  gwoździkami. 

ZbliŜaliśmy się do wiaduktu. Przed nim, po bokach drogi, były łąki. Zjechałem na nie 
omijając pułapki. Terenówka zwolniła i zrównałem się z nią, a kiedy chciałem wrócić 
na szosę, koledzy Leśnika gwałtownie przyspieszyli. 

- Mają przebitą oponę, ale i system pompowania powietrza - powiedział mi Leśnik. 
- Nie mogą tak dalej prowadzić pościgu - zauwaŜyłem. 
- Dadzą radę jechać nawet sto kilometrów na godzinę. 
Bez słowa wskazałem na prędkościomierz, gdzie strzałka szybko pełzła ku setce. 
-  Zjedźcie  nam  z  drogi!  -  Leśnik  rozkazał  kolegom.  -  Wykonać  natychmiast!  - 

wrzasnął. 

Terenówka zjechała do lewego pobocza. Przyspieszyłem, a silnik zadudnił głębokim 

basem.  Uciekające  audi  było  dwieście  metrów  przed  nami,  juŜ  pod  następnym 
wiaduktem.  Pędziliśmy  przez  pustkowia  w  stronę  odległych  o  niecałe  trzy  kilometry 
zabudowań Wąwolnicy. Audi nie miało szans w wyścigu z wehikułem. Niemcy jechali 
maszyną stworzoną do szybkiej jazdy po równych jak stół autostradach, do zadawania 
szyku przyspieszeniem podczas ruszania na skrzyŜowaniach. Wehikuł świetnie czuł się 
na  kaŜdej  drodze.  W  nim  wgłębienia  asfaltu,  dziury,  roŜny  rodzaj  nawierzchni  nie 
powodowały dyskomfortu jazdy. WyobraŜałem  sobie, jak niepewnie tu za  kierownicą 

background image

 

93 

czuł się Emil. Jego wozem pewnie rzucało na wszystkie strony. Ogromna moc silnika 
wehikułu sprawiała wraŜenie, Ŝe koła niemalŜe drą asfalt, a wehikuł wbija się w drogę. 

Minęliśmy  kapliczkę  i  z  lewej  strony  wyrosła  stroma  skarpa.  Wjechaliśmy  między 

zabudowania. Audi, w dole, na mostku zahaczyło podwoziem o wystający kamień. 

- Patrole juŜ jadą od Nałęczowa i Bochotnicy - powiedział Leśnik. 
Audi wspinało się do głównej drogi, ale kierowca chyba zagapił się. Rozpędzony, na 

skrzyŜowaniu,  przeskoczył  na  drugą  stronę,  zarył  przodem  i  na  rozjeździe  skręcił  w 
lewo. 

Minąwszy  kilkanaście  gospodarstw  wjechaliśmy  do  głębokiego  wąwozu.  Za  nami 

pojawiły  się  radiowozy.  Spod  audi  jak  kule  karabinowe  wypadały  drobne  kamyki, 
potem większe, kiedy wpadliśmy na polną drogę. 

-  Po  nim  -  Leśnik  stwierdził  z  satysfakcją  patrząc  na  głębokie  wądoły  wyrobione 

przez maszyny rolnicze. 

Faktycznie,  audi  jechało  wolniej,  sypiąc  skry,  gubiąc  kołpaki.  Włączyłem 

umieszczone  nad  kabiną  światła  halogenowe  i  w  ten  sposób  oświetliłem  pola  wzdłuŜ 
drogi. Gwałtownie skręciłem kierownicą i zjechałem na lewo. Przemknąłem po rŜysku, 
wyprzedziłem  audi  i  zajechałem  mu  drogę.  Niemcy  zatrzymali  się.  Za  nimi  stanęły 
radiowozy.  Błyskawicznie  obok  uciekinierów  pojawili  się  uzbrojeni  policjanci.  Całą 
scenę  oświetlałem  swoimi  reflektorami.  Widziałem,  jak  pan  Leon  i  Emil  zasłaniali 
sobie oczy przed raŜącym światłem. 

- Masz ochotę na chwilę triumfu? - Leśnik popatrzył na mnie z rozbawieniem. 
- Jeszcze nie. Wcale nie odczuwam satysfakcji. 
Leśnik  przez  radio  wydał  rozkazy  i  policjanci  zaprowadzili  Niemców  do 

radiowozów. 

Ominąłem  całą  scenerię  przypominającą  obrazki  z  filmów  sensacyjnych  i  przez 

Wąwolnicę skierowałem się do Nałęczowa. 

- Myślisz, te ci Niemcy nie rozpoznali ani ciebie, ani twojego niepozornego auta? – 

Leśnik zapytał wyłączając krótkofalówkę. 

- MoŜe tak, moŜe nie - odpowiedziałem. - Niepewność jest chyba najgorsza? 
- Kiedy ona się o tym dowie, to ucieknie i stracisz trop. 
- Trop juŜ mam. Gorsze jest to, Ŝe stracę kontrolę nad konkurencją. 
- Mam przygotować dyskretną obserwację? 
- Na razie nie. Dam ci znać. 
- Słowo? 
- Słowo. 
- Co jutro jej powiesz? 
- Jutro płyniemy w rejs Ŝaglówką po Wiśle. 
- śartujesz?! 
- Nie. StrzeŜ się piratów, bo będę na pirackim okręcie. 
-  Chyba  zwariowałeś  -  stwierdził  Leśnik  wysiadając  w  centrum  Nałęczowa.  - 

Pamiętaj, Ŝe ci Niemcy w poniedziałek będą wolni, więc masz tylko dwa dni swobody. 
Nie zmarnuj tego czasu. 

- Będę pamiętał - obiecałem. 
Po  drodze,  na  stacji  benzynowej  kupiłem  kubek  mocnej  kawy  i  wróciłem  do 

Baranowa. Tym razem wehikuł zostawiłem na miejscu parkingowym przy bramie. Nie 

background image

 

94 

chciałem  nikogo  budzić  swoim  przyjazdem.  Zatrzymałem  się  w  recepcji  i  napisałem 
krótki  list  do  Ewy.  Poinformowałem  obsługę,  te  wyjeŜdŜam  na  dwa  dni,  ale  nie 
zwalniam  pokoju.  Poprosiłem  o  przygotowanie  mi  suchego  prowiantu  zamiast 
ś

niadania. 

- Na którą godzinę? - zapytała recepcjonistka. 
- Na siódmą trzydzieści - odpowiedziałem. 
- To juŜ za dwie godziny - zauwaŜyła. 
Zrezygnowany, nie dowierzając własnym oczom spojrzałem na zegarek.  
Zakradłem  się  do  swojego  pokoju  i  szybko  przygotowałem  bagaŜ  na  rejs.  Ubrany 

rzuciłem  się  na  łóŜko  i  natychmiast  zasnąłem.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  przed  chwilą 
zamknąłem oczy, a juŜ dzwonił budzik. Zimny prysznic rozbudził mnie. Z plecakiem w 
ręku zbiegłem do stołówki, wziąłem torbę z jedzeniem i pobiegłem do zatoki piratów. 
Kasia  wiedziała,  o  której  odpływamy,  a  zapowiadałem  jej,  Ŝe  nie  będę  na  nią  czekał. 
Nie spotkałem jej w hotelu, ani po drodze, więc uznałem, Ŝe nie płynie. 

Na miejscu byli piraci, ich rodzice i... Kasia. Pół godziny rozmawiałem z rodzicami 

chłopców.  Byli  zaniepokojeni  pomysłem  dzieci,  ciekawi  tego,  kim  jestem  i  czym  się 
zajmuję.  Jednocześnie  zapewniali,  Ŝe  to  nie  pierwsza  tego  typu  eskapada  chłopców  i 
mieli  pełne  zaufanie  do  ich  umiejętności  Ŝeglarskich.  Wymieniliśmy  się  danymi 
telefonicznymi i mogliśmy odpływać. 

Tata  Flinta  miał  przystań  Ŝeglarską  i  obiecał,  Ŝe  w  niedzielę  przypłynie  po  nas 

motorówką  i  odholuje  z  powrotem  do  Baranowa.  To  oznaczało,  Ŝe  mogliśmy  więcej 
czasu  poświęcić  na  podróŜ.  Rodzice  Dirka  prowadzili  dwa  sklepy  spoŜywcze  w 
okolicach Baranowa, a Barrel wychowywał się w rodzinie nauczycielskiej. 

Pomogłem  Kasi  wsiąść  na  łódź  i  z  Dirkiem  zepchnęliśmy  nasz  okręt  na  wodę. 

Rodzice  machali  nam  rękoma  na  poŜegnanie.  Wpłynęliśmy  w  środek  nurtu  i  powoli 
popłynęliśmy na północ. 

- Kapitanie Custos, kto będzie tu dowodził? - Flint stał na rufie podpierając się pod 

boki. 

- Wiadomo, Custos jest starszy - odezwała się Kasia. 
Po minach chłopców rozpoznałem, Ŝe była to odpowiedź, jakiej się spodziewali, ale 

nie odpowiadała im. 

- A czego wy oczekujecie? - zapytałem. 
- Pan rządzi na lądzie, my na wodzie - stwierdził Dirk. 
- Czemu? 
- To nasz okręt - argumentował Flint. 
- Ale moja wyprawa - zauwaŜyłem. 
- Pan się nie zna na Ŝeglarstwie - wtrącił Dirk. 
- Skąd wiesz? Mam uprawnienia do sterowania jachtem morskim. 
To wywołało konsternację wśród piratów. 
-  Samorzutnie  mianuję  się  admirałem  -  oznajmiłem.  -  Będę  dowodził  wyprawą, 

chociaŜ dowódcą okrętu pozostanie kapitan Flint. 

Piraci  parę  sekund  w  milczeniu  trawili  moją  propozycję,  aŜ  Flint  pierwszy  skinął 

głową. 

-  Zawsze  jednak  moŜemy  odebrać  panu  dowództwo  wręczając  „czarną  plamę”  - 

zastrzegł Dirk. 

background image

 

95 

- Bunt prawie uśmierzony - Kasia zaŜartowała zwracając się do mnie po angielsku. 
- Jakie rozkazy, admirale? - zapytał Flint. 
-  Ja  jem  śniadanie  -  wyjąłem  woreczek  z  prowiantem.  -  Płyniemy  kursem 

północnym.  Panowie  Dirk  i  Barrel  będą  wypatrywali  starych  sadyb  ludzkich  nad 
brzegiem rzeki, czyli miejsc, gdzie moglibyśmy pozyskać informacje. 

- A ja? - Kasia zrobiła słodką minę. 
- Pani będzie zabawiała mnie rozmową. 
Przeszedłem  na  dziób  i  zacząłem  jeść  śniadanie.  Kasia  usiadła  przy  mnie.  Dla 

chłopców mogliśmy wyglądać na parę narzeczonych. 

- Wiesz, Ŝe aresztowano Leona i Emila? - zagadnęła mnie. 
- Skąd wiesz? 
- Policja dzwoniła do organizatorów konferencji. 
- A co zmalowali nasi konkurenci? 
-  Włamali  się  do  sejfu  w  willi  Nowickiego,  a  policja  przygotowała  zasadzkę.  To 

twoja sprawka? - bardziej chyba stwierdzała niŜ pytała. 

- Czemu tak myślisz? 
- Zniknąłeś na całą noc. 
- MoŜe byłem u jakiejś dziewczyny? - Ŝartowałem. 
-  Leon  rozmawiał  telefonicznie  z  organizatorami  prosząc  ich  o  sprowadzenie 

prawnika. Mówił, Ŝe ty teŜ brałeś udział w jego aresztowaniu. 

- Ja? 
- Widział samochód podobny do twojego wehikułu. 
- Tylko podobny - podkreśliłem. 
- Nie czaruj mnie - Kasia miała powaŜną minę. 
Prowadząc z nią tę rozmowę wpadłem na pewną myśl. 
- Specjalnie to zrobiłem - powiedziałem. - Podsunąłem panu Leonowi wiadomość o 

sejfie, o tym, jaki jest klucz, ale wcześniej powiadomiłem policję. Chciałem pozbyć się 
konkurencji. 

background image

 

96 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

TAWERNA NAD WISŁĄ * BIAŁY PUDELEK * STO ZŁOTYCH * WYPRAWA 

ROWEROWA * ZAMEK KRZYśTOPÓR * DWOREK HRABIEGO NOWICKIEGO * 

CIĘśARÓWKA NA DNIE RZEKI * „CZARNA PLAMA” 

 

Kasia nie odzywała się analizując to co jej powiedziałem. 
-  Nie  wiedziałam,  Ŝe  jesteś  zdolny  do  takich  rzeczy  -  stwierdziła  po  chwili.  -  W 

przyszłości konsultuj ze mną swoje pomysły. 

- Tak jest - uśmiechnąłem się. 
Pogodny  nastrój  był  tylko  maską.  Cała  ta  sprawa  bardzo  mi  ciąŜyła  i  sto  razy 

bardziej  wolałbym,  Ŝeby  zamiast  Kasi  siedziała  obok  mnie  Ewa.  Mijaliśmy  tereny 
kopalni  odkrywkowych  siarki.  Wiedziałem,  Ŝe  na  prawym  brzegu  w  miejscu  kopalni 
miały  powstać  tereny  rekreacyjne  ze  sztucznym  zbiornikiem  wodnym.  Teren  nad 
brzegiem  Wisły  przypominał  bardziej  krajobraz  księŜycowy.  Nie  sądziłem,  Ŝeby  tu 
gdziekolwiek ostał się choćby jeden rybak. Nie inaczej było w Tarnobrzegu. 

Zastanawiałem  się,  jak  daleko  powinniśmy  prowadzić  nasze  poszukiwania.  Czy  to 

moŜliwe,  Ŝe  tratwa  z  cięŜarówką  popłynęłaby  aŜ  za  Tarnobrzeg  lub  Sandomierz? 
Raczej nie.  

Lenistwo ogarnęło całą załogę. Poranne słońce przyjemnie grzało nas, a południowy 

wiatr  nadymał  Ŝagiel.  Flint  był  zajęty  sterowaniem,  ale  nie  musiał  stale  być  czujny. 
Wystarczyło, Ŝe trzymał łódź w głównym nurcie rzeki. Dirk i Barrel znudzeni opierali 
się o burty i patrzyli na brzegi. Kasia zdjęła bluzę, zawinęła rękawy koszuli i rozpięła 
guziki, by jeszcze nacieszyć  się resztkami tegorocznego lata. Przeszedłem  na rufę, do 
Flinta. 

- Jakieś rozkazy, admirale? - zapytał. 
- PokaŜ mi mapę - poprosiłem. 
- Jest w schowku - wskazał na półkę na prawej burcie. 
Mapa  leŜała  pod  podniszczonym  egzemplarzem  „Wyspy  Skarbów”  Roberta  Louisa 

Stevensona. 

- Wasza ulubiona lektura? - uśmiechnąłem się. 
Flint  tylko  powaŜnie  pokiwał  głową.  OdłoŜyłem  ksiąŜkę  na  miejsce  i  na  kolanach 

rozłoŜyłem mapę. Przyglądałem się nazwom wiosek połoŜonych wzdłuŜ Wisły. Część 
z  nich  była  mi  znajoma,  bo  przecieŜ  studiowałem  przebieg  działań  wojennych  w  tej 
okolicy we wrześniu 1939 roku. Powoli zbliŜała się pora drugiego śniadania i naleŜało 
pomyśleć o lądowaniu na brzegu, chociaŜby po to, Ŝeby rozprostować kości. 

- Admirale, domy od lewej burty! - zameldował Barrel. 
Przesiadłem się na tamtą stronę. Zobaczyłem budynki stojące na zachodnim brzegu. 

Jeden z nich był pensjonatem, a na jego przystani  wielki napis głosił  „Frytki + Ryba! 
Napój gratis!”. Obok hoteliku stały trzy stare, ale zadbane domostwa. 

-  Kapitanie,  popłyniemy  do  tej  tawerny  -  rozkazałem.  -  Stawiam  wam  te  frytki  z 

rybą. Tam teŜ dyskretnie rozpytamy się o rybaków. 

- Aye, aye sir! - zawołał Flint. 
Ujrzałem radość na twarzach Dirka i Barrela. Łódź skręciła w lewo. Z daleka widać 

było,  Ŝe  na  pomoście  stoi  biały  pudel.  Szczekał  na  nas  jakbyśmy  byli  jego  wrogiem 
numer jeden. 

background image

 

97 

Właścicielka  psa,  ubrana  na  biało,  w  kapeluszu  z  wielkim  rondem  nawoływała 

ulubieńca. 

- Sara, kochanie, uspokój się, bo wpadniesz do wody! 
Pudel szczekając podskakiwał, nagle stracił równowagę i - jak na zawołanie - wpadł 

do wody. 

Kobieta  zaczęła  rozpaczać.  Ludzie  powstawali  z  miejsc,  Ŝeby  lepiej  zobaczyć,  co 

zrobi czworonóg. 

Walczył z nurtem rzeki, ale rzeka juŜ porwała go o kilka metrów od pomostu. 
- Pies za burtą! - wrzasnął Flint. 
Skierował  nas  na  kurs  zbieŜny  z  pudlem.  Płynęliśmy  bardzo  szybko,  pełnym 

wiatrem.  Przeszedłem  przed  maszt,  Ŝeby  lepiej  widzieć,  co  dzieje  się  przed  nami  i 
stamtąd  podawałem  komendy  Flintowi.  Pudel  przebierał  łapkami  chcąc  dopłynąć  do 
brzegu,  ale  nie  miał  sił  albo  wystraszył  się  i  tak  naprawdę  tylko  jakimś  cudem 
utrzymywał się  na powierzchni. Kiedy przepływaliśmy  koło niego,  wychyliłem się za 
burtę i chwyciłem pudla lewą ręką od dołu, tuŜ za przednimi łapami. Zwierzę ugryzło, 
mnie w rękę. Wypuściłem pudla na pokład, a ten otrząsnął się z wody i zaczął rzucać 
się  na  mnie  z  zębami.  Wtedy  spokojnie  dotąd  siedzący  Silver  podskoczył  do  suki  i 
zawarczał tak przeraźliwym basem, Ŝe ta wystraszona skuliła się i przypominała małą 
szmacianą kuleczkę. 

Wykonaliśmy  zwrot  pod  wiatr,  potem  jeszcze  jeden,  Ŝeby  przybić  do  pomostu.  W 

tym  czasie  obmyłem  rękę  wodą  utlenioną  załoŜyłem  sobie  opatrunek,  a  Kasia 
zawiązała mi bandaŜ. 

- Zrzucić Ŝagiel! - Flint wydał komendę. 
Pomogłem chłopcom z płachtą Ŝagla i reją. Flint tak wyliczył kurs, prędkość łodzi i 

nurtu,  Ŝe  łagodnie  dopłynęliśmy  do  kei  bez  potrzeby  wyjmowania  wioseł. 
Umocowaliśmy cumy do pachołków, zrobiliśmy porządek na pokładzie i zeszliśmy na 
ląd.  Na  pomoście  stała  właścicielka  Sary  i  słodkim  głosem  przemawiała  do  swojego 
psa. 

- Sara, kochanie, Ŝyjesz? 
- Proszę, niech pani weźmie swojego pieska - powiedziałem odchodząc od łodzi. 
- Silver, noga! - Flint zawołał psa. 
Silver porzucił pilnowanie pudla i przyłączył się do nas. Stoły stały na drewnianym 

tarasie tuŜ obok długiej budy, w której był barek, a dalej niewielki hangar ze sprzętem 
wodnym.  Gruby  właściciel  baru  wyszedł  zza  kontuaru  i  przepychając  się  między 
stolikami zmierzał w naszą stronę. 

- Witam piratów! - wołał z daleka. 
Obejrzałem się na łódź. Na topie masztu łopotała czarna flaga. 
- Państwo jedzą na miejscu czy na wynos? - zapytał gospodarz. 
Ubrany  w  przetarte  dŜinsy,  rozpiętą  prawie  do  pępka  koszulę,  opalony  i  z  długimi 

bokobrodami wyglądał jak jakiś południowiec. 

- Na miejscu - stwierdziłem. 
- Tam mam specjalny stolik dla państwa - grubas zaprowadził nas do długiej ławy. - 

Co państwo sobie Ŝyczą? 

Zamówiliśmy  standardowy zestaw:  frytki,  sandacz, surówka i napoje. ZauwaŜyłem, 

Ŝ

e  turyści  z  ogromnym  zainteresowaniem  przyglądali  się  całej  scenie,  a  pociechy  juŜ 

background image

 

98 

odbywały wędrówki, Ŝeby obejrzeć łódź. Wkrótce tłumek na kei powiększył się, bo od 
stołów  powstawały  mamy  zaniepokojone,  czy  dzieci  nie  powpadają  do  wody.  Grubas 
przysiadł się do nas. 

- Dokąd państwo płyną taką dziwną łódką? - zapytał nas. 
- Chcemy rozejrzeć się trochę po okolicy - odpowiedziałem. 
-  Was,  urwisy,  to  juŜ  kilka  razy  widziałem  -  grubasek  zwrócił  się  do  Flinta  i  jego 

kompanów. 

-  Zawsze  byłem  ciekawy,  czyja  to  łódka,  taka  oryginalna,  wyglądająca  jak  łodzie 

wikingów. Mało kto czymś takim teraz pływa. To państwo tak rodzinnie pływają? 

-  Nie  jesteśmy  rodziną  -  wyjaśniałem.  -  Jestem  dziennikarzem  i  namówiłem 

chłopców na rejs, bo szukam pewnego rybaka, który mieszkał gdzieś nad Wisłą w 1939 
roku. Ta pani jest naukowcem z Anglii i razem prowadzimy poszukiwania. 

- Wtedy jeszcze było tu kilku - grubas pokiwał głową. - Teraz ryby mamy ze stawów 

hodowlanych. Ludzie jeszcze czasami coś na wędkę w Wiśle złowią i to wszystko. 

- Pan zna rodzinę takiego rybaka? 
-  A  tu  mieszkali!  -  grubas  ruchem  głowy  wskazał  na  domki.  -  Najpierw  ja  tu 

wykupiłem  starą  budę,  potem  letnicy  wykupili  domki,  bo  widok  ze  skarpy  ładny  na 
Wisłę  i  okolicę.  Tu  gdzie  mam  pensjonat,  poprzednio,  jeszcze  przed  wojną,  była 
karczma, ale Ŝe leŜała na uboczu, chociaŜ w ładnym i cichym miejscu, to gości tu nie 
było. Mam nawet stary szyld. Teraz juŜ nie ma rybaków. A po co wam potrzebny ten 
rybak? Co on takiego zrobił? 

-  W  1939  roku  z  przeprawy  pod  Baranowem  urwała  się  tratwa  z  cięŜarówką  - 

opowiadałem.  -  Był  tam  ranny  dziadek  tej  pani  -  wskazałem  na  Kasię.  -  Jakiś  rybak 
uratował rannego i tę tratwę sprowadził do brzegu. W czasie  wojny kontakt się urwał 
i... - przerwałem, bo kelnerka przyniosła talerze z parującymi filetami. 

- To ciekawe - mruczał grubasek. 
Naszą  uwagę  na  chwilę  przykuło  to  co  wyprawiała  właścicielka  Sary  próbując 

sforsować  burtę  łodzi.  Krótka  spódniczka  i  buty  na  wysokim  obcasie  nie  były 
najlepszym strojem do takich wyczynów. Spośród jedzących gości powstał męŜczyzna 
w  eleganckiej  marynarce  i  białych  pantoflach.  Na  jego  palcach  pobłyskiwały  złote 
pierścienie. Zdecydowanym krokiem podszedł do swojej towarzyszki. Jednym ruchem 
ręki postawił ją prawie na baczność. 

- Sara! - wrzasnął na psa. - Do mnie! 
Z  łodzi  wyskoczyła  biała  kuleczka  i  zamarła  w  bezruchu  przy  kostce  męŜczyzny. 

Ten bez słowa wskazał kobiecie i psu stolik. Sam podszedł do nas. 

-  Dziękuję  za  pomoc  -  powiedział  i  wyjął  portfel,  w  którym  widać  było  rzędy 

roŜnokolorowych kart kredytowych. - To na państwa obiad - połoŜył na stole banknot 
stuzłotowy. 

Denerwowała  mnie  pycha  i  arogancja  tego  człowieka.  W  pierwszej  chwili 

zaniemówiłem.  On  odwrócił  się  zadowolony,  Ŝe  załatwił  sprawę  i  na  oczach  tylu 
widzów pokazał, jaki ma gest. 

- Chwileczkę! - odezwałem się. 
- Za mało? - wypielęgnowana brew lekko uniosła się. 
-  Niech  pan  za  to  kupi  smycz  -  oddałem  mu  pieniądze.  -  To  oszczędzi  państwu 

problemów. 

background image

 

99 

- Jakich problemów? 
- Pana pies ugryzł admirała w rękę - zauwaŜył Barrel. 
-  Admirała?  -  w  oczach  rozmówcy  ujrzałem  rozbawienie.  -  Jego  ekscelencja 

wybaczy  -  ukłonił  się  -  rzeczywiście  za  nisko  pana  wyceniłem  -  wyjął  jeszcze  kilka 
setek. 

- Niech pan to zabierze i nie obraŜa mnie - oświadczyłem. 
MęŜczyzna zwinął pieniądze, schował je do kieszeni i odszedł. Usiadłem do stołu i 

zająłem się jedzeniem. 

-  Aleś  mu pan przygadał  - grubasek pochylił się ponad blatem  w  moją stronę.  - To 

jakiś milioner. Ludzie mówią, Ŝe chce kupić zamek w Ujeździe. 

- Gdzieś niedaleko jest Ujazd? - zainteresowałem się. 
- NajwyŜej trzydzieści kilometrów. Piękne ruiny zamku. Chcielibyście je zobaczyć? 
- Tak - przyznałem. 
- PoŜyczę wam rowery. Pójdę i powiem, Ŝeby wam je przygotowali. 
Jak powiedział, tak zrobił. CięŜko sapiąc wspiął się po schodach na górę. 
-  Czemu  pan  tak  nagle  zmienia  plany?  -  zapytał  Dirk.  -  Mieliśmy  szukać  rybaka,  a 

pół dnia stracimy na jazdę rowerami do jakiegoś zamku. 

- Ja bym chciał zobaczyć jak wygląda ten Ujazd - wtrącił Barrel. 
- Hrabia Nowicki przed wojną mieszkał gdzieś w okolicach zamku - przypomniałem. 

- MoŜe tam natrafimy na ciekawy trop? 

- A nad wodą juŜ nie? - powątpiewał Dirk. 
-  Słyszeliście,  co  mówił  ten  pan?  Rybaków  juŜ  nie  ma,  a  ich  rodziny  pewnie 

wyprowadziły się do miast. 

Na schodach pojawił się grubasek. Powoli zszedł do nas. 
- Rowery gotowe! - zameldował. 
Jeszcze  kilkanaście  minut  poświęciliśmy  na  krótką  sjestę  i  zabranie  z  łodzi  kilku 

potrzebnych rzeczy. KaŜde z nas miało mały plecak, do którego wpakowaliśmy między 
innymi  butelki  z  wodą  mineralną  kurtki.  Ja  miałem  apteczkę  i  aparat  fotograficzny. 
Łódź  została  pod  czujnym  okiem  właściciela  pensjonatu,  a  my  pojechaliśmy  w 
kierunku  północno-zachodnim.  Dziurawa,  boczna  droga  nie  była  uczęszczana,  a 
prowadziła  równiną  pomiędzy  polami,  łąkami  i  sadami.  Flint  miał  na  swoim  rowerze 
koszyk, w którym wiózł Silvera bardzo zadowolonego z takiego obrotu sprawy. 

Pies  cały  szczęśliwy  wystawił  jęzor  i  z  wysokości  bagaŜnika  oglądał  okolicę. 

Rowery, które poŜyczyliśmy były skrzyŜowaniem popularnych „górali” nadających się 
do wypraw po lesie i „kolarzówek” stworzonych do wyścigów szosowych. Jechaliśmy 
dosyć szybko i do ruin zamku dojechaliśmy po dwóch godzinach. JuŜ z daleka widok 
dawnej  rezydencji  magnackiej  wzbudzał  zachwyt.  Widziałem,  Ŝe  nawet  Kasia  z 
zainteresowaniem  patrzyła  na  zamek,  kiedy  podziwialiśmy  go  zatrzymując  się  na 
chwilę na wzniesieniu, przez które przebiegała droga. 

Ujazd  znałem  jeszcze  z  czasów  studenckich.  Przyjechaliśmy  tu  razem  z  kolegami  i 

koleŜankami  z  historii  sztuki  podczas  objazdu  naukowego.  Dzięki  dobrej  pamięci 
mogłem teraz zostać przewodnikiem moich towarzyszy. 

- W 1619 roku Ujazd i Iwaniska stały się własnością Krzysztofa Ossolińskiego. JuŜ 

wtedy istniał dwór, a Ossoliński ufundował tu kościół. Jego majątek zaczęto nazywać 
Krzysztoporem,  od  imienia  właściciela  i  topora  z  herbu.  Dopiero  potem  przyjęła  się 

background image

 

100

nazwa  KrzyŜtopór,  związana  juŜ  z  inną  symboliką.  Budowę  fortyfikacji  prowadzono 
najprawdopodobniej  w  latach  1631-1644,  na  co  mogą  wskazywać  pamiątkowe 
inskrypcje umieszczone w przejeździe bramnym i na attyce. 

Informacje  znalezione  w  archiwum  miasta  Krakowa  wskazują,  Ŝe  jednym  z 

architektów  zamku  był  Wawrzyniec  Senes.  Budowla  kosztowała  zawrotną  sumę  30 
milionów  ówczesnych  złotych  i  była  lokalnym  centrum  Ŝycia  kulturalnego.  Krzysztof 
Ossoliński od 1638 roku był wojewodą sandomierskim i miał liczny dwór oraz własne 
wojsko.  Zmarł  26  lutego  1645  roku  w  drodze  do  Krakowa  i  został  pochowany  w 
habicie  franciszkańskim  w  kościele  przy  krakowskim  klasztorze  karmelitów  bosych. 
Majątek  odziedziczył  Krzysztof  Baldwin  Ossoliński,  który  w  1649  roku  zginął  w 
bitwie pod Zborowem. W 1652 roku po rodzinnym podziale majątku Iwaniska i zamek 
wzięła w posiadanie gałąź Ossolińskich związana z rodem Denhoffów. Niebawem, 30 
października 1655 roku Szwedzi podstępnie zajęli fortecę i tu w 1656 roku odbyła się 
koncentracja  wojsk  szwedzkich  Karola  X  Gustawa  i  sił  księcia  siedmiogrodzkiego 
Jerzego II Rakoczego. To z tamtego okresu pochodzi plan Ericka Dahlberga, w którym 
roŜne  części  zamku  noszą  tak  romantyczne  nazwy,  jak  „Oto  dla  Ciebie”,  „Ogród 
nąjrozkoszniejszy”,  „Korona”.  Zapewne  w  czasie  potopu  Szwedzi  wywieźli  bogate 
wyposaŜenie części pałacowej. Po wojnie Denhoffowie odstąpili zamek Ossolińskim, a 
ci wnieśli go w wianie Morsztynom. Po Morsztynach dobra odziedziczyli Pacowie. Jan 
Michał Pac, generał wojsk litewskich i marszałek konfederacji barskiej, przeprowadził 
remont  części  zamku.  Tu  w  latach  1768-1770  schronili  się  konfederaci  barscy,  ale  w 
czasie  walk  zamek  został  częściowo  zniszczony.  W  1787  roku  odwiedził  to  miejsce 
król Stanisław August Poniatowski. W XIX wieku i przez wiele lat po pierwszej wojnie 
ś

wiatowej  zamek  stał  zapomniany,  aŜ  do  czasu,  kiedy  postanowiono  zabezpieczyć  go 

jako trwałą ruinę. 

Kupiliśmy  bilety  i  prowadząc  rowery  weszliśmy  na  dziedziniec  zamku. 

Kontynuowałem swoją opowieść o dziejach zamku. Łączył on w sobie trzy elementy: 
obronny,  pałacowy  i  ogrodowy.  Kiedy  spojrzy  się  na  plan  KrzyŜtoporu,  widać 
pięciokątny zarys bastionowy, wewnątrz którego umieszczono zespół pałacowy. Przez 
bramę wchodzi się na pierwszy dziedziniec otoczony oficynami, a zamknięty na wprost 
frontonem pałacu, który ma dodatkowo własny, owalny dziedziniec. Dookoła niego na 
ś

cianach  umieszczono  galerię antenatów rodu Ossolińskich. Legendą zamku była sala 

balowa, jadalnia z kryształowym sufitem, a zarazem dnem wielkiego akwarium, stajnia 
z  marmurowymi  Ŝłobami,  przy  których  stały  osiodłane  konie,  czy  symbolika  roku 
kalendarzowego zamknięta  w tym zamku. Miał on cztery  wieŜe jak cztery pory roku, 
siedem bram i  wejść jak siedem dni tygodnia, 52 pomieszczenia jak liczba tygodni  w 
roku,  dwanaście  ogromnych  sal  jak  liczba  miesięcy,  oraz  365  okien  jak  liczba  dni  w 
roku. 

Chłopcy  ujrzawszy  ogrom  budowli,  ilość  przejść,  podziemi,  schodów,  zakamarków 

natychmiast  rozbiegli  się,  a  towarzyszył  im  szczekający  i  tryskający  energią  Silver. 
Usiedliśmy z Kasią na ławce i piliśmy wodę. 

-  Mam  wraŜenie,  Ŝe  marnujemy  nasz  czas  -  powiedziała.  -  Zamiast  prowadzić 

poszukiwania, organizujesz wycieczkę tym dzieciakom. 

- Wrócą tu i za kilkanaście minut sami się przejdziemy po podziemiach sprawdzając, 

czy tu moŜna było coś ukryć - odpowiedziałem. 

background image

 

101

- Czy ty naprawdę wierzysz w to co mówisz? 
Spojrzałem zdziwiony na Kasię. 
- Twoje zachowanie jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe - stwierdziła. 
ObraŜona wstała i pomaszerowała  w kierunku północnej oficyny, gdzie były słynne 

stajnie. Siedziałem na ławce i spoglądałem w niebo. 

- Dziwna atmosfera panuje w tym miejscu, co? - usłyszałem kobiecy głos. 
Obejrzałem  się.  Obok  ławki  stała  kobieta  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat.  Była 

ubrana w długą, szeroką spódnicę. Na golf zarzuciła wełnianą chustę, a na nosie miała 
duŜe  okulary  przeciwsłoneczne.  W  ręku  trzymała  ksiąŜki,  chyba  napisane  przez  nią 
przewodniki po zamku KrzyŜtopór. 

- Pan jest poetą? - zapytała. - Tak pan się tu rozmarzył. 
-  Nie  piszę  wierszy,  tylko  artykuły.  Jestem  dziennikarzem  -  odparłem.  -  Opisuję 

roŜne ciekawe miejsca godne odwiedzenia. 

- A tu co najbardziej się panu podoba? 
- Architektura, ale tak naprawdę ten zamek budzi we mnie tylko złe skojarzenia. 
- Tak? - jej ton wskazywał, Ŝe sama chyba podobnie myślała. 
- Wierzy pani w to, Ŝe kaŜde dzieło rąk ludzkich, takŜe budynek, moŜe mieć swojego 

ducha? 

- Tak - moja rozmówczyni nie była pewna, do czego zmierzam. 
-  Ten  pałac,  fortyfikacja  to  wspaniałe  dzieło  renesansu.  Proporcje,  piękno 

nieprzesycone  ozdobnymi  wykrzyknikami,  przytłaczający  przepych  budzący  jedynie 
szacunek. To wszystko tu jest. Jednak nikt tym naleŜycie się nie nacieszył. Jakby ktoś 
przeklął  ten  zamek  i  chciał,  Ŝeby  na  wieki  został  tylko  ruiną,  pomnikiem  lub 
ostrzeŜeniem. 

- Chyba ma pan rację - kobieta przysiadła obok mnie. - TeŜ się nad tym zastanawiam 

w swoich publikacjach - podsunęła ksiąŜki w moją stronę. 

- Niech się pani nie gniewa, ale Ŝadnej z nich od pani nie kupię. Nie potrzebuję ich. 

Znam  ten  zamek  jeszcze  z  czasów  studenckich.  Jedną  z  prac  zaliczeniowych 
poświęciłem tej budowli. 

- Ach, rozumiem - kobieta pokiwała głową. - A teraz chce pan napisać artykuł o tym 

zamku? 

- Nie, przyjechałem tu z grupą przyjaciół. Szukam czegoś innego. 
- A czego? 
-  Gdzieś  w  tej  okolicy  była  posiadłość  hrabiego  Nowickiego.  Słyszała  pani  o  kimś 

takim? 

-  No  pewnie.  Chodzi  o  kapitana  Czarną  Rękę.  Opowiem  panu  więcej,  ale  najpierw 

niech mi pan powie, czemu pan go szuka? 

- Pewien człowiek ze słuŜby hrabiego uratował Ŝycie dziadkowi mojej przyjaciółki. 
- Hrabia juŜ nie Ŝyje. 
-  Wiem.  Zabili  go  hitlerowcy,  ale  mam  nadzieję,  Ŝe  gdzieś  w  okolicy  Ŝyje  jeszcze 

rodzina człowieka, który był lokajem Nowickiego. Czemu hrabiego nazywano Czarną 
Ręką? 

- Ludzie opowiadali, Ŝe w okresie międzywojennym wyjechał na Morze Karaibskie. 

Tam  znalazł  piracki  skarb,  ale  stracił  lewą  rękę.  Nosił  protezę  z  czarną  skórzaną 
rękawiczką.  Hrabia  był  lubiany,  bo  pomagał  kształcić  się  chłopakom,  którzy  chcieli 

background image

 

102

zostać  marynarzami,  ale  przez  te  marynarskie  zainteresowania  uwaŜano  go  teŜ  za 
dziwaka. 

- Gdzie on mieszkał? 
- Tu niedaleko, w Gryzidąbiu. Cały majątek został zniszczony w czasie wojny. Teraz 

z całej wsi zostało tylko kilka domów. 

- Jak tam moŜna dojechać? 
- Trzeba zjechać kilometr w lewo z drogi w stronę Klimontowa. 
Na  dziedziniec  weszła  wycieczka  turystów  i  moja  rozmówczyni  szybko  poŜegnała 

się ze mną, by spróbować sprzedać swoje ksiąŜki. Wrócili do mnie zmęczeni chłopcy. 

- Ale labirynt - westchnął Dirk. 
- Idealne miejsce na piracką kryjówkę - stwierdził Flint. 
- Czemu tak uwaŜasz? - zapytałem. 
-  DuŜo  zakamarków,  ogromne  podziemia  i  mnóstwo  moŜliwości  przygotowania 

klucza ze wskazówkami nawiązującymi do tego, co pan mówił o salach jak miesiącach, 
czy wieŜach jak pory roku - odpowiedział Flint. 

Chłopcy  obiecali,  Ŝe  popilnują  rowerów.  Wziąłem  latarkę  i  ruszyłem  na  wędrówkę 

po  zamku.  Najpierw  powędrowałem  do  dawnej  stajni.  Długa  na  kilkadziesiąt  metrów 
hala  z  wysoko  umieszczonymi  oknami  wychodzącymi  na  poziom  gruntu  dziedzińca 
robiła przytłaczające wraŜenie. Przez dziury wybite w ścianach wyszedłem na tarasy na 
bastionach  i  w  ten  sposób  obszedłem  ośmioboczną  wieŜę.  To  u  jej  stóp,  poniŜej 
bastionu,  znajdował  się  ogród.  Wędrowałem  dalej  i  znalazłem  się  na  wysokości 
kazamat  artyleryjskich.  W  jednym  z  okien  mignęła  mi  sylwetka  Kasi.  Chciałem  ją 
dogonić i szukałem zejścia z wałów do podziemi. Dojrzałem takie dwadzieścia metrów 
dalej.  Szybko  tam  pobiegłem.  Zbiegłem  po  skarpie  do  kazamat.  Panował  tu  mrok  i 
trzeba było uwaŜać, gdzie stawia się nogi, by nie ześliznąć się po jakiejś pochyłości lub 
nie  spaść  z  jakiegoś  schodka.  Labirynt  ścianek  sprawiał,  Ŝe  moŜna  się  było  tu  łatwo 
zgubić. Wypatrywałem, gdzie mogła być Kasia. Nasłuchiwałem jej kroków. Ona jakby 
zapadła  się  pod  ziemię.  Szedłem  ostroŜnie,  nie  zapalając  latarki.  Rękoma  macałem 
ś

ciany, a przed kaŜdym krokiem stopą badałem podłoŜe. 

- Załatwimy go inaczej - nagle usłyszałem głos Kasi. Brzmiało to tak, jakby była tuŜ 

za  załomem  ściany.  -  Jesteśmy  w  zamku  Ujazd  lub  KrzyŜtopór  -  rozmawiała  z  kimś 
przez telefon. - Przyjedź tu i popytaj ludzi o hrabiego. Kiedy będziesz coś wiedział, to 
daj znać... Tak... Cały czas go pilnuję... Zachowuje się tak, jakby nie wiedział, czego i 
gdzie szukać. Chyba miałeś rację, Ŝe bez tego swojego Pana Samochodziku działa jak 
dziecko we mgle... No, na razie! 

Zamarłem w bezruchu. Nie mogłem teraz w Ŝaden sposób zdradzić swojej obecności. 

Kasia  zapaliła  lampkę  zainstalowaną  w  telefonie  komórkowym  i  poszła  korytarzem, 
który  prowadził  do  wyjścia  na  dziedziniec.  Odczekałem  kilka  minut  i  sam  jeszcze 
pochodziłem po podziemiach. 

Dotarłem  do  najniŜszych  kondygnacji  ośmiobocznej  wieŜy  i  wyszedłem  na  owalny 

dziedziniec pałacu. Tamtędy wróciłem do kompanii. 

- Długo pana nie było - stwierdził Barrel. 
-  Sami  widzieliście,  jakie  tu  są  piwnice  -  odparłem.  -  Wsiadamy  na  rowery  i 

mkniemy do łodzi. 

background image

 

103

Powrót trwał o godzinę dłuŜej. Byliśmy juŜ mocno zmęczeni. Po drodze minęliśmy 

drogowskaz  prowadzący  do  wsi  Gryzidąb.  Na  razie  postanowiłem  tam  nie  jechać  i 
nikomu  nie  powtórzyłem  mojej  rozmowy  z  autorką  przewodników.  Wiedziałem,  Ŝe 
tajemniczy rozmówca Kasi dotrze tu i teŜ moŜe natrafić na sprzedawczynię ksiąŜek, ale 
miałem nadzieję, Ŝe nie zdobędzie jej zaufania. 

Właściciel pensjonatu czekał na nas z poczęstunkiem i sporymi dzbankami kompotu 

ś

liwkowego.  Popędzałem  wszystkim,  bo  pamiętałem,  Ŝe  musimy  jeszcze  poszukać 

dobrego  miejsca  na  nocleg.  Moja  postawa  trochę  oburzała  wyczerpaną  załogę  tym 
bardziej,  Ŝe  grubasek  zapraszał,  byśmy  u  niego  rozstawili  namioty.  Grzecznie  acz 
stanowczo  odmawiałem.  Kiedy  zostaliśmy  sami  i  chciałem  zapłacić  rachunek, 
zdziwiłem się, Ŝe jest tak niski. 

-  Ładne  widowisko  z  ratowaniem  tego  pudla  mi  zrobiliście  -  gospodarz  wyjawił 

tajemnicę  tak  duŜego  rabatu.  -  Pan  jesteś  dziennikarz,  to  moŜe  wspomnisz  o  moim 
barku? 

-  MoŜe  -  roześmiałem  się.  -  Ludzie  są  uczuleni  na  taką  kryptoreklamę  i  czasem 

osiąga się odwrotny skutek od zamierzonego - zauwaŜyłem. 

- Nie szkodzi. Polubiłem was od pierwszego wejrzenia, bo teraz to rzadko kiedy ktoś 

pływa tak po Wiśle. 

- Trochę szkoda - przyznałem. 
- Muszę coś panu jeszcze powiedzieć - gospodarz zniŜył głos. - Jak tu wbijałem pale 

pomostu,  to  znaleźliśmy  cięŜarówkę.  Sprowadziłem  nurków,  Ŝeby  ją  obejrzeli  i 
wyciągnęli. Zrobili to za darmo, tylko im jeść i pić dałem. Wzięli to Ŝelastwo. Mówili, 
Ŝ

e to jakiś przedwojenny fiat z tablicami rejestracyjnymi wojska polskiego. 

- Coś w niej było? 
- Skrzynka. 
- Pusta? 
- To dziwne, bo skrzynkę ktoś solidnie umocował na pace, a w środku zostawił tylko 

deskę z wyrytymi znakami. 

- Jakimi? - szybko z kieszeni bluzy wyjąłem notes i długopis. 
Grubasek rysował minutę. 
-  KrzyŜ,  topór,  korona  i  podkowa  -  wypowiedziałem  na  głos  nazwy  czterech 

symboli. 

- Tylko tyle - gospodarz pokiwał głową. 
- Kiedy nurkowie wyciągnęli to auto? 
-  Jakieś  dziesięć  lat  temu.  Nie  wiem,  kto  to  konkretnie  był,  bo  zadzwoniłem  do 

znajomego, co ma przystań w Warszawie, a ten skierował do mnie tych ludzi. Z tego co 
zrozumiałem, to ci nurkowie byli z całej Polski, bo z Warszawy, Krakowa i Śląska. 

- To ciekawe  - postukałem długopisem  w  kartkę z rysunkami.  - Fajny byłby z tego 

materiał  na  artykuł.  Dziękuję  panu  za  pomoc  i  opowieści.  Do  widzenia!  Aha,  jaką 
nazwę miała ta karczma, która tutaj dawniej stała? - przypomniało mi się. 

-  Admiralska!  Nawet  chciałem  wywiesić  ten  szyld,  ale  uznałem,  Ŝe  będzie  mi 

przynosił pecha poprzednich właścicieli. 

- I co? Nie ma pan pecha? 
- Jakoś idzie, pomału. 
- To jeszcze raz do widzenia! 

background image

 

104

-  Zanocujcie  na Wyspie Skarbów! -  usłyszałem, kiedy juŜ  szedłem do łodzi.  - Tam 

jest cudowny klimat! 

Załoga przywitała mnie z kwaśnymi minami. 
-  Tak  nas  poganiałeś,  a  potem  urządzałeś  sobie  pogawędki  -  Kasia  powiedziała  z 

wyrzutem. 

- Dostałem za to duŜy rabat - uśmiechnąłem się. 
- Admirał zaoszczędził, ale to załoga będzie się teraz musiała spręŜać - rzucił Dirk. 
Między  piętnastą  a  szesnastą  odbiliśmy  od  brzegu  i  ruszyliśmy  na  północ.  W 

okolicach Sandomierza nie widzieliśmy Ŝadnej starej chaty. Minęliśmy miasto budząc 
duŜe  zainteresowanie  wśród  łudzi  spacerujących  nad  rzeką.  Zaczynało  zmierzchać, 
kiedy na prawo od głównego nurtu zobaczyliśmy wyspę. 

- Wyspa Skarbów! - powiedział Flint. 
ZauwaŜyłem,  Ŝe  Kasia  otrzymała  od  kogoś  bardzo  długą  wiadomość  tekstową. 

Długo  jej  się  nie  przyglądałem,  bo  zaczęliśmy  manewrować  wchodząc  najpierw  w 
odnogę  Wisły  z  prawej  strony  opływającą  wyspę,  a  potem  dobijając  do  brzegu. 
Pierwszy  zeskoczyłem  na  ląd  szukając  odpowiedniego  miejsca  na  biwak.  Kiedy 
wróciłem  do  zatoki  wśród  trzcin  gdzie  wylądowaliśmy,  zastałem  tam  tylko  Barrela, 
Silvera i swoje bagaŜe. 

- Gdzie jest łódź? - zaniepokoiłem się. 
-  Kazali  panu  dać  „czarną  plamę”  -  Barrel  wręczył  mi  kawałek  kartki  wyrwanej  z 

jakiejś ksiąŜki i pomazanej czarnym długopisem. 

background image

 

105

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

ROZBITKOWIE W POŁUDNIOWEJ ZATOCE * PRZEJĘCIE ŁODZI *  

WYPRAWA BUNTOWNIKÓW * SZKIELET NA DNIE *  

„SZACHY STRZELECKIE” * LIST BARRELA 

 

Zdezorientowany rozglądałem się na wszystkie strony. Nigdzie nie widziałem łodzi. 
- Popłynęli w tamtą stronę - Barrel wskazał na północ. 
- Co to jest? - zapytałem go patrząc na „czarną plamę”. 
- Admirale, odebrali panu dowództwo. 
-  Jak  to?  Tak  bez  Ŝadnego  sądu?  Bez  postawienia  mi  jakichkolwiek  zarzutów  i 

wysłuchania mojej obrony? 

- Takie jest pirackie prawo. Czarna Mamba powiedziała, Ŝe pan źle dowodzi, bo nie 

pływamy,  Ŝeby  szukać  rybaka.  Pan  Dirk  od  razu  ją  poparł,  a  kapitan  Flint  się  wahał. 
Wtedy pan Dirk zaproponował głosowanie. Wyszło trzy do dwóch na pana niekorzyść. 

- To miłe, Ŝe policzyli mój głos - wtrąciłem. 
- To głosował Silver. 
- Jak? 
- Normalnie. Przysiadł się do mnie. 
- I tak po prostu nas tu zostawili? 
-  Dadzą  nam  dzień  do  namysłu.  Jutro  tata  kapitana  Flinta  tu  przypłynie  i  nas 

zabierze. 

- Zostaliśmy rozbitkami? - roześmiałem się. 
- Tak - Barrel nie wyglądał na smutnego. - Dobrze, Ŝe zostawili nam śpiwory, koce, 

prowiant i wodę. 

- Bierzmy toboły i chodźmy do naszego obozu - zdecydowałem. 
Poszliśmy na południe, gdzie nad małą, wygiętą jak banan, zatoką znalazłem resztki 

jakiegoś  obozowiska.  Pewnie  kilka  lat  temu  ktoś  wybudował  tu  sporą  ziemiankę.  Na 
klocach drewna leŜały deski, na których moŜna było rozłoŜyć koce i ułoŜyć się do snu. 
Pośrodku pomieszczenia był niewielki dół wyłoŜony kamieniami, idealny na palenisko. 
Przed wejściem do tego schronienia zaczynał się piasek szerokiej na sześć i długiej na 
kilkanaście metrów plaŜy. Na wprost nas była porośnięta bukami wysepka, oddzielona 
od  stałego  lądu  pasem  mielizn  z  trzcinami  i  niewielkim  zagajnikiem  olch.  Było  tu 
nadzwyczaj  spokojnie  i  cicho.  Nic  dziwnego,  Ŝe  to  miejsce  na  odpoczynek  wybierały 
ptaki wodne rozpoczynające wędrówki. 

Barrel zebrał chrust, a ja na patelni przygotowałem nam jajecznicę z kiełbasą. Potem 

w  menaŜce  ugotowałem  wodę  i  zaparzyłem  herbatę.  Barrel  zjadł  i  potem  usiadł  z 
kubkiem w ręce. Patrzył na kaczki sunące po wodzie. 

- Pan się nie boi? - zapytał mnie. 
- A czego? - zdziwiłem się. - Jest nas tu trzech i na razie nie cierpimy głodu. Zawsze 

moŜemy wyjąć telefon i zadzwonić po pomoc. 

- Tu nie ma zasięgu - powiedział Barrel. 
Spojrzałem na ekran swojego urządzenia. Mój towarzyszy miał rację. 
- MoŜe to tylko chwilowe, a moŜe z któregoś z tych pagórków złapiemy zasięg. Nie 

ma co zamartwiać się na zapas. W ostateczności popłynę wpław do brzegu. Pamiętaj, 
Ŝ

e nawet jakbyśmy nic nie robili, to twoi rodzice zrobią wszystko, Ŝeby cię odnaleźć. 

- No tak - Barrel jęknął. 

background image

 

106

-  Boisz  się  losu  Robinsona?  Nauczymy  się  strzelać  z  łuku,  a  Silvera  nauczymy 

cichego skradania się do zwierzyny - Ŝartowałem. 

- Zostalibyśmy kłusownikami. 
- Panie Barrel, co pana gnębi? - zapytałem wprost. 
- Tak głupio z nami postąpili. Czemu? 
- Twoi kompani dali się podejść sprytnej kobiecie. Wierzysz, Ŝe Dirk i Flint to twoi 

przyjaciele? 

- Chciałbym, Ŝeby tak było. 
-  Są  dwie  moŜliwości.  Pierwsza,  Ŝe  ta  przygoda  tylko  wzmocni  waszą  przyjaźń. 

Druga,  Ŝe  wszystko  to  rozpadnie  się  i  dobrze,  Ŝe  właśnie  teraz,  a  nie  w  chwili 
prawdziwej próby. 

Starałem  się  jak  mogłem  pocieszyć  Barrela,  którego  bardzo  bolało  to,  Ŝe  koledzy 

zostawili  go  samego.  Nie  był  jeszcze  przygotowany  na  wybieranie,  wobec  kogo  być 
bardziej  lojalnym,  wobec  mnie  czy  kolegów.  Dokonał  wyboru,  za  który  w  swoim 
mniemaniu został ukarany. 

-  Umyj  naczynia  i  przygotuj  więcej  chrustu  -  powiedziałem  do  chłopca.  -  Będziesz 

miał pierwszą wachtę. Ja przejdę się po wyspie i potem trochę się prześpię. 

- Tak jest! - odpowiedział Barrel. 
Zostawiłem go z Silverem, a sam poszedłem najpierw na zachód. Przeszedłem przez 

ś

wierkowy  las  i  znalazłem  się  u  stóp  pagórka  z  kilkoma  brzózkami  na  szczycie. 

Wszedłem po stromym zboczu i z tego miejsca zobaczyłem przy świetle zachodzącego 
słońca prawie całą wyspę. 

Miała ona około trzystu metrów długości i około pięćdziesięciu szerokości. Powstała 

chyba  na  wielkiej  łasze  piasku,  bo  otaczały  ją  malownicze  plaŜe,  mielizny  i  zakola 
trzcin.  Na  południu  była  nasza  zatoka  z  wysoką  wyspą  i  przytuloną  koło  niej  kępką. 
Ś

rodek  lądu  zajmował  lasek  świerkowy  przemieszany  z  nielicznymi  brzózkami.  Na 

północy  było  więcej  pagórków,  ale  tam  nie  było  prawie  drzew.  Poszedłem  w  tamtym 
kierunku.  Kiedy  dotarłem  na  północny  kraniec  wysepki,  zobaczyłem  szeroką,  okrągłą 
zatokę zamkniętą od głównego nurtu rzeki długą i wąską mierzeją. 

Na piasku stały dwa namioty, a na wodzie kołysała się łódź piratów. Widziałem, Ŝe 

Kasia,  Flint  i  Dirk  siedzieli  przed  namiotami  i  Ŝywo  o  czymś  debatowali. 
Zastanawiałem  się,  czy  mam  szansę  niepostrzeŜenie  zakraść  się  do  ich  obozowiska, 
Ŝ

eby  podsłuchać  rozmowę.  Postanowiłem  jednak  zrobić  coś  innego.  Najpierw 

wróciłem do Barrela. Siedział przy ognisku i głaskał Silvera. 

- Czy zemsta przystoi prawdziwym piratom? - zapytałem go. 
- To zaleŜy, co pan zamierza zrobić? 
- Przejąć okręt. 
-  To  byłby  niezły  numer  -  Barrel  aŜ  podskoczył  z  radości.  -  Ale  to  statek  kapitana 

Flinta - zauwaŜył po chwili. 

-  Zapominasz,  Ŝe  to  była  wyprawa  dowodzona  przeze  mnie.  Z  mojego  punktu 

widzenia Czarna Mamba, Flint i Dirk to buntownicy i powinni zostać ukarani. 

- Skoro pan tak uwaŜa. Co robimy? 
- Kiedy ja uprowadzę statek, oni przyjdą tu, Ŝeby się zemścić. Zawczasu przeniesiesz 

nasze bagaŜe na wysoki pagórek pośrodku wyspy. Zaprowadzę cię tam. Potem wrócisz 
tu i będziesz na mnie czekał. Pilnuj Silvera, Ŝeby nas nie zdradził. 

background image

 

107

-  Tak  jest  -  Barrel  zasalutował,  chociaŜ  pewnie  uwaŜał,  Ŝe  otrzymał  mało  waŜne 

zadanie. 

Ugasiliśmy ognisko, zebraliśmy wszystkie nasze rzeczy i zaprowadziłem Barrela pod 

brzózki.  Z  plecaka  wyjąłem  strój  do  nurkowania  z  krótkimi  nogawkami  i  rękawami. 
Zabierałem  go  na  rejsy,  bo  w  czasie  deszczowej  pogody  zakładałem  go  pod  zwykłe 
ubranie.  Chronił  on  mój  tułów  przed  wychłodzeniem  i  przemoczeniem.  ZbliŜała  się 
dwudziesta trzecia. Niebo było rozgwieŜdŜone i lśniła na nim połówka księŜyca. 

Zakradłem  się  w  pobliŜe  obozu  buntowników.  Zobaczyłem,  Ŝe  przed  jednym  z 

namiotów  siedzi  uzbrojony  w  długi  patyk  Dirk.  Chwilę  mu  się  przyglądałem  i 
stwierdziłem, Ŝe chłopak smacznie śpi zamiast czuwać. Przeczołgałem się na mierzeję i 
z piasku ześliznąłem się do wody. 

Łódź  była  zabezpieczona  dwiema  kotwicami.  Wszedłem  na  pokład  i  najpierw 

ś

ciągnąłem  tę  od  strony  wody.  Od  razu  poczułem,  Ŝe  w  tej  zatoce  był  lekki  prąd 

wodny,  który  chciał  porwać  okręcik  piratów.  Uwolniłem  drugą  kotwicę  i  wolno 
zacząłem  wypływać  z  zatoki.  Kontrolując  sterem  kurs,  by  nie  osiąść  na  mieliźnie, 
załoŜyłem  w  dulki  dwa  wiosła.  Kiedy  wypłynąłem  na  boczną  i  z  pozoru  spokojną 
odnogę, czekała mnie najtrudniejsza część zadania. 

Wiosłowałem mocno pochylając się do przodu i odchylając do tyłu. Musiałem uŜyć 

sporej  siły,  by  zapanować  nad  łodzią  płynącą  w  górę  nawet  leniwego  nurtu.  Kiedy 
złapałem  odpowiedni  rytm  i  nabrałem  prędkości,  szło  o  wiele  łatwiej.  W  pół  godziny 
dopłynąłem  do  naszej  zatoki.  Tam  rzuciłem  dwie  kotwice  i  wyskoczyłem  do  wody 
sięgającej  mi  tu  do  połowy  ud.  Zabrałem  wiosła  i  wyniosłem  je  na  brzeg.  Zaraz  z 
krzaków wyszedł Barrel. 

- Co pan robi? - zapytał. 
Nie  odpowiedziałem,  tylko  w  milczeniu  znosiłem  drugą  parę  wioseł,  dwa  pagaje, 

reję z Ŝaglem, ksiąŜkę i mapy ze schowka. Barrelowi dałem pagaje i jedno wiosło. Sam 
wziąłem  resztę.  Zanieśliśmy  to  do  naszej  nowej  skrytki,  gdzie  Silver  czekał  na  nas 
uwiązany do drzewka. PołoŜyliśmy na trawie koce i zawinęliśmy się w śpiwory. 

- Co teraz? - pytał Barrel. 
- Czekamy, co się wydarzy - ułoŜyłem się wygodniej. 
TuŜ po północy usłyszałem krzyki od strony obozu buntowników. 
- Zaraz się zacznie - uśmiechnąłem się do Barrela. 
Tak  jak  przewidywałem,  przez  środek  wyspy  w  stronę  naszej  zatoki  biegła  cała 

trójka.  Byli  uzbrojeni  w  kije  i  latarki.  Z  naszego  pagórka  widzieliśmy  miejsce,  gdzie 
zakotwiczyłem łódź. Kasia wskoczyła do wody i ściągnęła kotwice. Pomagał jej Dirk. 
Flint stał na brzegu i krzyczał, Ŝeby nie ruszali łodzi. Nie posłuchali go. 

Kasia  rozpaczliwie  przesuwała  rumpel,  a  Dirk  szukał  wioseł.  W  tym  czasie  łódź 

znosiło w stronę trzcin, koło kępki drzewek, którędy woda wypływała z zatoczki. Flint 
wołał,  Ŝeby  rzucili  mu  cumę,  Ŝeby  zakotwiczyli  łódź,  ale  Kasia  i  Dirk  zupełnie 
spanikowali i nie słuchali go. 

Prąd  wodny  zepchnął  ich  w  szuwary  i  tam  zostali  unieruchomieni.  Obserwowałem, 

jak buntownicy przyświecając sobie latarkami próbowali coś zrobić. Nagle usłyszałem 
rozpaczliwy  krzyk  Kasi.  Dirk  skoczył  do  wody  i  wpław  dotarł  do  brzegu.  Flint 
bezradnie miotał się po plaŜy. 

- Co tam się stało? - zastanawiał się Barrel. 

background image

 

108

- Poczekajmy - powstrzymałem go przed wyjściem z naszej kryjówki. 
Kasia naokoło, przez krzaki i plaŜę, podbiegła do Flinta i coś mu tłumaczyła. Potem 

wskazała  chłopcom  w  kierunku  ich  obozowiska,  ale  oni  nerwowo  kręcili  głowami.  O 
dziwo,  całą  trójką  usiedli  na  plaŜy.  Dirk  zabrał  trochę  uzbieranego  przez  Barrela 
chrustu  i  próbował  rozdmuchać  Ŝar  z  naszego  ogniska.  Wstałem  z  miejsca,  kiedy 
zobaczyłem,  Ŝe  Flint  usiłuje  opatrzyć  nogę  Kasi.  Z  plecaka  wziąłem  apteczkę  i 
powędrowałem  do  buntowników.  Kiedy  wyszedłem  z  krzaków,  przywitało  mnie 
milczenie. Bez słowa podszedłem do Kasi i pochyliłem się nad jej nogą. Rozcięła sobie 
skórę od kostki do połowy łydki. Obficie krwawiła. Początkowo wykonała ruch, jakby 
chciała ukryć nogę przede mną, ale widząc apteczkę zrezygnowała z tego. Przemyłem 
ranę  wodą  utlenioną,  posypałem  specjalnym  proszkiem  bakteriobójczym,  załoŜyłem 
opatrunek i obwiązałem łydkę mocno bandaŜem. 

Flint i Dirk śledzili kaŜdy mój ruch, ale Ŝaden nie wypowiedział słowa. 
- Czemu to robisz? - Kasia zapytała, kiedy skończyłem i chowałem medykamenty do 

apteczki. 

-  Daliście  mi  „czarną  plamę”,  ale  ja  wciąŜ  czuję  się  waszym  admirałem  - 

powiedziałem  prostując  się.  -  To  nie  jest  kwestia  ambicji  dowodzenia  wami,  ale 
odpowiedzialności za was. Rano moŜemy podjąć negocjacje w sprawie dalszych losów 
wyprawy. Teraz wracajcie do siebie i prześpijcie się. 

Nie słysząc Ŝadnej odpowiedzi odszedłem od ogniska i pomaszerowałem przez lasek. 
Specjalnie  wybrałem  okręŜną  drogę,  Ŝeby  sprawdzić,  czy  nikt  nie  będzie  mnie 

ś

ledził.  Zaskoczyło  mnie,  Ŝe  buntownicy  nie  chcieli  wracać  pod  namioty,  tylko 

siedzieli na plaŜy nad wodą. 

Barrel  w  naszej  kryjówce  smacznie  spał,  a  za  jego  plecami  w  kłębek  zwinął  się 

Silver.  Pies  tylko  podniósł  łeb  i  stwierdziwszy,  Ŝe  to  ja  przyszedłem,  dalej  smacznie 
spał.  Noc  stała  się  chłodniejsza.  ZałoŜyłem  ciepłą  bluzę,  skarpety  i  wsunąłem  się  do 
ś

piwora.  Jeszcze  jakiś  czas  obserwowałem  ogień  nad  wodą,  a  potem  zmęczony 

zasnąłem.  Obudziłem  się,  gdy  nad  moją  głową  nagle  zaćwierkał  jakiś  ptak.  Kiedy 
otworzyłem oczy, dojrzałem nad sobą kołujące mewy. 

Podniosłem  się  i  zerknąłem  w  stronę  plaŜy.  Zobaczyłem,  Ŝe  Flint  i  Dirk  spali 

przytuleni  do  siebie  plecami,  a  Kasia  nerwowo  chodziła  po  piasku  tam  i  z  powrotem 
przystając  przy  resztkach  ognia  i  ogrzewając  ręce.  Zerwałem  się  z  legowiska  i 
poszedłem do namiotów nad północną zatoką. 

Zabrałem  stamtąd  koce,  karimaty  i  śpiwory.  Zaniosłem  je  na  plaŜę,  gdzie  Kasia 

przywitała mnie wrogim spojrzeniem, ale widok koców polepszył jej nastrój. 

Znowu  okręŜną  drogą  powędrowałem  na  nasz  pagórek.  Nie  mogłem  zasnąć  i 

zabrałem  się  do  przeglądania  map,  a  potem  sięgnąłem  po  „Wyspę  Skarbów”. 
Wystarczyło,  Ŝebym  przeczytał  tytuł  pierwszego  rozdziału,  a  drgnąłem  zaskoczony. 
Łapczywie  pochłaniałem  kolejne  strony,  bo  na  kartach  tej  ksiąŜki  zdawało  mi  się 
znajdować rozwiązanie nurtującej mnie zagadki. Około siódmej niechętnie zamknąłem 
ksiąŜkę i schowałem ją do kieszeni plecaka. 

- Pobudka - potrząsnąłem ramieniem Barrela. 
- Co na śniadanie? - zapytał przecierając oczy. 
- Będzie to, co zrobią nasi kompani - zerkałem na zatokę. 
Kasia budziła piratów i coś im tłumaczyła wskazując w kierunku ich obozu. 

background image

 

109

- Zostawmy tu bagaŜe i rozgośćmy się w obozie naszych wrogów - zaproponowałem. 
Pół  godziny  później  Flint  i  Dirk  przyszli  do  swojego  obozu  i  zobaczyli,  Ŝe  z  ich 

zapasów przygotowaliśmy śniadanie. 

- Powiedzcie Czarnej Mambie, Ŝe zapraszam was do stołu - powiedziałem. - Pilnuj, 

czy twoi kompani przypadkiem nie trafią na nasze wzgórze - zwróciłem się do Barrela. 

Okazało  się,  Ŝe  Flint  i  Dirk  poszli  prosto  po  Kasię  i  wrócili  z  nią  po  kilkunastu 

minutach.  Dziewczyna  lekko  kulała.  Cała  trójka  była  zziębnięta  i  z  radością  przyjęli 
poczęstunek.  Ich  ucztowaniu  nie  było  końca,  ale  zrozumiałem,  Ŝe  jedząc  chcieli 
opóźnić moment rozpoczęcia negocjacji. 

- Kapitanie Flint, zawiódł mnie pan - odezwałem się. 
-  Miejsce  kapitana  jest  tam,  gdzie  jego  okręt  -  odparł  Flint  -  Sam  pan  mówił,  Ŝe 

płyniemy szukać skarbu... 

- Nie skarbu, tylko świadka wydarzeń - sprostowałem. 
-  Tak  -  Flint  przyznał  mi  rację  -  ale  potem  popłynęlibyśmy  po  złoto.  Co  było 

wczoraj? Rejs przez puste okolice i wycieczka rowerowa. Gdzie te poszukiwania? 

- No właśnie - wtrącił Dirk. 
-  Panie  Dirk  -  spojrzałem  groźnie  na  chłopca  -  po  panu  od  samego  początku  nie 

spodziewałem  się  niczego  dobrego,  a  nawet  domyślałem  się,  Ŝe  pan  mnie  zdradzi. 
Kapitanie  Flint,  sądziłem,  Ŝe  jako  wprawny  Ŝeglarz  wie  pan,  jak  waŜna  jest 
cierpliwość. Panu jej zabrakło. 

Flint skruszony spuścił głowę, a Dirk odwrócił wzrok i udawał, Ŝe obserwuje mewy 

krąŜące nad wodą. 

-  Czarna  Mambo,  w  pełni  zasługujesz  na  swój  mroczny  przydomek  - 

kontynuowałem. - To ty byłaś prowodyrem buntu? 

- Tak? I co z tego? - Kasia wzruszyła ramionami. - Myślałam, Ŝe to świetna zabawa. 
- Wiesz, Ŝe zwłaszcza ty nie powinnaś była mnie zdradzić - zwróciłem jej uwagę. - 

MoŜemy  zachować  się  dalej  jak  obraŜone  dzieci  i  poczekać,  aŜ  przypłynie  tu  po  nas 
tata Flinta. MoŜemy teŜ spróbować wydobyć łódź z szuwarów i popłynąć w górę rzeki. 
Trzeba  wracać,  bo  ta  wyprawa  nie  ma  juŜ  większego  sensu.  Od  was  zaleŜy,  co 
uczynimy - przy ostatnich słowach wyciągnąłem z kieszeni spodni „czarną plamę”. 

Flint  pierwszy  zareagował.  Wziął  karteczkę  i  wrzucił  ją  do  ognia,  na  którym  w 

menaŜce grzała się herbata. 

- Czas wracać i w porcie leczyć rany - stwierdził. 
Kasia i Dirk tylko w milczeniu kiwnęli głowami. Zwinęliśmy namioty i zanieśliśmy 

bagaŜe  do  południowej  zatoki.  Zniosłem  tam  takŜe  Ŝagiel  i  wiosła.  ZauwaŜyłem,  Ŝe 
Kasia  była  jakaś  niespokojna.  Poprosiłem  ją,  Ŝeby  usiadła.  Rozplątałem  bandaŜ  i 
podniosłem  opatrunek.  Proszek,  którym  posypałem  zranienie  zamienił  się  w  kleistą 
maź,  ale  po  tym,  Ŝe  utworzyła  się  na  nim  błękitna  błona  rozpoznałem,  Ŝe  zakaŜenie 
było dosyć powaŜne. Jeszcze raz starannie przemyłem rozcięcie, posypałem proszkiem 
i  załoŜyłem  nową  gazę.  Silver,  który  podszedł  w  czasie  moich  zabiegów  do  Kasi  i 
obwąchał ranę, skrzywił się i prychnął. Nie był to dobry znak. 

- Będziesz musiała z tym pojechać do lekarza - powiedziałem do Kasi. - Na czym tak 

rozcięłaś sobie skórę? 

- Zajrzyj, co jest pod łodzią - odpowiedziała. 

background image

 

110

Flint  i  Dirk  juŜ  prawie  doszli  do  łodzi.  Woda  sięgała  im  do  pasa,  więc  bez  trudu 

wspięli się na pokład, a potem wyjrzeli za burtę. Jednocześnie odwrócili się do mnie, a 
ich twarze nagle stały się bardzo blade. Bez słowa przepuścili mnie tam, skąd mogłem 
podziwiać to, co tak ich wystraszyło. 

Przesmyk zarastały trzciny otaczające z dwóch stron niewielką piaszczystą wysepkę 

z kępką drzew. Rufa łodzi wbiła się w ten piach wydobywając spod niego to, co było 
dotąd ukryte. Był to ludzki szkielet z wbitym w oczodół jakimś metalowym prętem. To 
na nim Kasia rozcięła sobie łydkę. 

-  Panie  Dirk,  cuma  na  brzeg  -  wydawałem  rozkazy.  -  Panie  Flint,  pan  przyniesie 

długie wiosła, Ŝebyśmy mogli się stąd wypchnąć. 

Dirk  i  Barrel  stojąc  na  plaŜy  ciągnęli  za  cumę,  a  ja  i  Flint  wypychaliśmy  łódź  z 

szuwarów. Potem wystarczyło tylko rzucić kotwice i mogłem wrócić w szuwary, Ŝeby 
obejrzeć szkielet. 

Najlepiej  zachowała  się  czaszka,  chociaŜ  nie  miała  juŜ  dolnej  szczęki.  Z  reszty 

kośćca  ocalało  kilka  kręgów,  Ŝeber,  kawałki  kości  ramion,  miednica  i  jedna  noga. 
Zdziwiłem  się,  Ŝe  z  drugiej  dolnej  kończyny  została  tylko  drewniana  proteza,  okuta 
blaszkami i gwoździami. Poprosiłem chłopców, Ŝeby przynieśli jakiś kawał brezentu i 
mój plecak. Wyjąłem z niego cyfrowy aparat fotograficzny i notes. Godzinę zajęło mi 
przygotowanie  dokumentacji  znaleziska.  Okazało  się,  Ŝe  był  to  jakiś  Ŝołnierz, 
najprawdopodobniej  z  XVII wieku.  Wskazywały  na  to  zachowane  szczątki  pistoletu  i 
okucia pasa. Zginął najprawdopodobniej od wbitego w oko rapiera. Została tylko część 
ostrza. 

Z  Flintem  przenieśliśmy  kości  na  brezent,  a  potem  zawinięte  w  materiał  na  brzeg. 

Tam pokazałem wszystko piratom i Kasi, a Dirk wykopał grób. Pochowaliśmy resztki 
tego  biednego  człowieka  na  wysokim  wzgórzu  pod  krzyŜem  zbitym  z  brzozowych 
gałęzi. 

„Prawdziwa  Wyspa  Skarbów”  -  pomyślałem,  kiedy  godzinę  później  odpływaliśmy 

na południe. Zdziwiłem się widząc gitarę leŜącą na ławie obok Flinta. 

- Skąd masz ten instrument? - zapytałem. 
-  Uczę  się  grać  i  woŜę  gitarę  zawiniętą  w  brezent,  ale  teraz  niech  on  słuŜy  temu 

wojakowi - odpowiedział chłopiec. 

Wziąłem  gitarę  do  ręki  i  palcami  przesunąłem  po  strunach.  Mieliśmy  szczęście,  bo 

wiał silny zachodni  wiatr,  który bez trudu pchał  nas  w kierunku Baranowa. Po niebie 
goniły  niewielkie  białe,  pierzaste  chmury  co  jakiś  czas  przesłaniające  słońce.  Na 
przemian było gorąco i chłodno. Zagrałem jedną z moich ulubionych piosenek. 

-  „A  face  in  the  crowd”  -  Kasia  była  zdziwiona,  kiedy  skończyłem.  -  Czemu  grasz 

takie melancholijne kawałki? 

- O czym to jest? - zapytał Dirk. 
- O tym, Ŝe kiedy ludzie się rozstają, to stają się dla siebie tylko twarzami w tłumie - 

odpowiedziałem.  -  Czasami  nie  potrafią  sobie  spojrzeć  w  oczy,  chociaŜ  przysięgali 
sobie roŜne rzeczy i mówili o wspólnych marzeniach. 

- Admirał Custos odsłania swą romantyczną stronę - drwiła Kasia. 
Było mi obojętne, co ona ma do powiedzenia. Siedziałem oparty o stewę dziobową i 

grałem inne piosenki. Po jakimś czasie widząc, Ŝe męczę załogę zająłem się czytaniem 
„Wyspy Skarbów”. 

background image

 

111

-  Ale  pana  wciągnęło  -  zauwaŜył  Barrel,  który  przyniósł  mi  kanapki  przyrządzone 

przez Kasię na drugie śniadanie. 

- To naprawdę fascynująca lektura - przyznałem. - Pozwala oderwać się od dorosłej 

rzeczywistości. To dobrze, Ŝe ją przeczytaliście. 

- Czemu? 
- Bo warto czytać ksiąŜki. 
- Wiem. ale jak mam to wytłumaczyć Dirkowi? On uwaŜa, Ŝe jak czegoś będzie się 

chciał dowiedzieć, to skorzysta z internetowej wyszukiwarki. 

- I znajdzie tam informacje o tym, co działo się w okolicach Baranowa we wrześniu 

1939 roku? - powątpiewałem. 

- Nie wiem - Barrel wzruszył ramionami. 
-  Nie.  Bo  Internet  jako  medium  działające  szybko,  nie  na  długo  przykuwa  uwagę 

odbiorcy, na jednej stronie podając krótkie informacje. To oznacza, Ŝe są one niepełne. 
Pół  biedy,  kiedy  twórcy  stron  internetowych  podają  źródła,  z  których  korzystali, 
bibliografię.  Często  przedstawiają  teksty  jako  swoje  własne  odkrycia,  będące  w 
rzeczywistości  kopiami  lub  w  najlepszym  razie  kompilacjami  z  innych  stron 
internetowych. 

- Pan szukał tych informacji o przeprawie pod Baranowem w ksiąŜkach? 
- Tylko tam znalazłem w miarę dokładny opis. 
- Opowie mi pan? 
Z  radością  zrealizowałem  jego  prośbę. JuŜ  w  czasie  studiów  zauwaŜyłem,  Ŝe  kiedy 

chciałem się nauczyć tematu, do którego „nie miałem serca”, to musiałem go sam sobie 
opowiedzieć, na głos. 

To dobra metoda, kiedy przygotowujemy  się do publicznych  wystąpień, bo od razu 

słyszymy,  czy  to  co  mamy  do  powiedzenia  brzmi  wiarygodnie.  Skąd  się  wzięła 
przeprawa  pod  Baranowem?  JuŜ  na  długo  przed  wybuchem  wojny  polscy  sztabowcy 
prowadzili studia teoretyczne na temat spodziewanego jej przebiegu. 

W  1934  roku  Hitler  niepodzielnie  rządził  Niemcami.  Przygotował  przemysł  do 

zbrojeń  na  niespotykaną  dotąd  skalę.  W  tym  samym  roku  w  Polsce  pewien  młody 
człowiek  wydał  grę  strategiczną  o  nazwie  „Szachy  strzeleckie  -  wojna  o  Prusy 
Wschodnie”. 

Gracze  tych  szachów  mieli  do  dyspozycji  dywizje  strzelców,  kawalerii,  piechoty 

oraz  artylerii.  WyróŜnikiem  tego  wydawnictwa  była  specyficzna  kostka  do  gry. 
Znajdowały  się  na  niej  1,2  lub  3  oczka.  Gracz  mógł  dzięki  niej  wylosować  swoje 
„wojenne  szczęście”.  Dywizje  poruszały  się  po  mapie  Prus  Wschodnich  i  wschodniej 
Polski  po  specjalnych  drogach  podzielonych  na  odcinki.  KaŜdy  rodzaj  wojska  miał 
przydzieloną  liczbę  odcinków,  jakie  mógł  pokonać  w  ciągu  etapu.  Grę  wydano  w 
trzech  tysiącach  egzemplarzy  po  cztery  złote  za  sztukę.  Cały  nakład  rozszedł  się  w 
ciągu  dwóch  tygodni.  Od  kaŜdego  egzemplarza  autor  otrzymywał  75  groszy.  Za 
honorarium wybrał się w podróŜ dookoła Europy i wzdłuŜ wybrzeŜa północnej Afryki.  

„Szachy strzeleckie” szybko stały się popularne w wojsku, gdzie rozgrywano nawet 

zawody.  Gra  nie  miała  straszyć,  lecz  jak  pisano  na  pudełku  ma:  „ćwiczyć  uwagę, 
bystrość  i  szybkość  orientacji  oraz  zapoznaje  grających  z  terenem  Prus  Wschodnich, 
połoŜeniem wzajemnym miast, rzek i przeszkód wodnych”. 

background image

 

112

Niemiecki  MSZ  wystosował  rzecz  jasna  noty  protestacyjne.  Dotyczyły  one 

zwłaszcza  tego,  Ŝe  nazwy  miast  w  Prusach  Wschodnich  miały,  obok  niemieckich, 
polskie odpowiedniki. W 1939 roku ten sam człowiek zaktualizował swoją grę, lecz nie 
zdąŜył jej wydać. Od 1 września 1939 jego pomysł stał się rzeczywistością, a autor był 
wtedy w Szwajcarii, skąd trafił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. W 1940 roku 
opracował  grę  „Kwatera  Główna”,  gdzie  polem  bitwy  miała  być  Francja,  a  w  1941 
roku  „Drugi  Front  w  Europie”.  Po  wojnie  autor  gier  wrócił  do  kraju.  W  1948  roku 
przygotował  „Partyzantkę  na  Lubelszczyźnie”,  której  nie  wydano  wychodząc  z 
załoŜenia,  Ŝe  nikt  nie  będzie  chciał  być  Niemcem.  Takie  było  oficjalne  tłumaczenie. 
MoŜna się domyślać, Ŝe chodziło o proporcje udziału AK i AL w ruchu oporu. W 1959 
roku w Anglii wydano „Task Force”, czyli wizję trzeciej wojny światowej w Europie. 
Autorem  opisanych  gier  był  pułkownik  Tadeusz  Szumowski,  przedwojenny  szef 
polskiego głębokiego wywiadu na Trzecią Rzeszę. 

Podczas roŜnych studiów sztabowych wyszło na jaw, jak waŜne dla ruchów polskich 

wojsk  będą  przeprawy  na  Wiśle,  która  moŜe  stać  się  zaporą  dla  maszerujących  na 
wschód  wojsk  niemieckich.  JuŜ  w  czerwcu  1939  roku  Ministerstwo  Komunikacji 
kierowało  budową  czterech  dwukierunkowych  mostów  wojennych  pod  Świdrami 
Małymi,  Maciejowicami,  Solcem  Sandomierskim  i  Mogiłą,  a  saperzy  wybudowali 
mosty  jednokierunkowe  pod  Modlinem,  Brzuminem,  Baranowem  i  Nowym 
Korczynem. 

Przeprawa  pod  Baranowem  była  wymieniana  jako  cel  marszu  dla  Armii  „Kraków” 

juŜ  w  pierwszych  dniach  wrześniowych  walk.  Wtedy  wschodniego  brzegu  Wisły  i 
przepraw  na  czterdziestokilometrowym  odcinku  od  Zawichostu  do  Baranowa  broniła 
jednostka określana w ksiąŜkach jako „Grupa podpułkownika Sikorskiego” z piechotą, 
artylerią  polową  i  przeciwlotniczą.  Most  pod  Baranowem  miał  być  ratunkiem  dla 
oddziałów Armii „Kraków”, która po przejściu Wisły miała zamiar przekroczyć San. 

Początkowo  generał  Antoni  Szylling,  dowódca  Armii  „Kraków”,  planował 

przeprawić  swoje  jednostki  w  Sandomierzu,  ale  na  północy  pojawiały  się  juŜ 
niemieckie  jednostki  pancerne.  Generał  osobiście  wizytował  uszkodzony  przez 
polskich  saperów  most  Zobaczył,  Ŝe  został  wysadzony  jeden  filar,  a  dwa  przęsła 
zapadły  się.  Generał  ściągnął  z  Tarnobrzega  batalion  saperów,  którym  rozkazał 
naprawić  most.  Jednocześnie  wydał  rozkazy,  Ŝeby  piechota  przeprawiała  się  z  całym 
swoim  sprzętem,  a  artyleria  miała  czekać  do  końca  na  przejście  po  moście,  bo  miała 
być ewentualnie porzucona. 

Saperzy, 11 września, w ciągu sześciu i pół godziny pracy, naprawili istniejący most, 

jednocześnie  w  ciągu  dziewięciu  godzin  budując  drugi,  długości  345  metrów, 
przebiegający  przez  piaszczystą  wyspę  na  Wiśle.  W  tym  czasie  polscy  Ŝołnierze 
odpierali  ataki  niemieckich  dywizji  nacierających  w  kierunku  mostu.  Poświęcenie 
budowniczych  i  Ŝołnierzy  oddziałów  osłonowych  opłaciło  się,  bo  jednostki  Armii 
„Kraków” przeszły na drugi brzeg Wisły. 

Nie  tłumaczyłem  Barrelowi  i  pozostałym  słuchaczom  zawiłości  wszystkich  działań 

wojennych  w  tamtym  rejonie.  Po  analizie  opisów  walk  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 
kolumna  cięŜarówek  dowodzonych  przez  dziadka  Kasi  przebijała  się  z  Ujazdu  i 
Iwanisk na południe na Staszów, a dalej natknęła się na polskie oddziały i zawróciła w 
kierunku Baranowa. Musiała umykać tuŜ przed niemieckimi oddziałami, bo 9 września 

background image

 

113

Niemcy  od  strony  Staszowa  atakowali  czołgami  polską  piechotę  przebijającą  się 
równolegle do Wisły w kierunku północnym. Skoro według opowieści Kasi, most pod 
Baranowem  w  momencie  przeprawy  był  zniszczony,  a  dziadek  nic  nie  wspominał  o 
jego naprawie czy budowie drugiego, to oznaczało, Ŝe cięŜarówki Okonia przeprawiały 
się przez Wisłę 10 września Wiedząc o tym, co powiedział mi gospodarz pensjonatu o 
fiacie znalezionym w wodzie, zaczynałem się domyślać, jaki był przebieg wydarzeń. 

W  porze  obiadu  zawinęliśmy  do  przystani,  gdzie  wczoraj  jedliśmy  frytki  i  ryby.  O 

stanie  stosunków  w  naszej  załodze  niech  świadczy  fakt,  Ŝe  kaŜdy  sam  sobie  kupił 
jedzenie.  Nie  było  grubaska,  właściciela  pensjonatu,  więc  jedliśmy  w  milczeniu.  Na 
wysokości  Tarnobrzega  napotkaliśmy  motorówkę  taty  Flinta  i  szybko,  przed 
zmierzchem, wróciliśmy do Baranowa. 

PoŜegnanie  z  piratami  było  chłodne.  Barrel  ściskając  moją  rękę  wsunął  mi  w  dłoń 

skrawek  papieru.  Schowałem  go  do  kieszeni.  Z  Kasią  wracaliśmy  w  milczeniu  do 
hotelu. Tam natychmiast poszliśmy do swoich pokoi. Wtedy mogłem przeczytać to, co 
mi napisał Barrel: 

„DuŜo  o  wydarzeniach  z  września  1939  roku  wie  mechanik  w  Baranowie  -  ten,  u  którego 

spotkał pan Szpulę. Niech pan nikomu nie mówi, skąd o nim wie”. 

background image

 

114

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

ZERWANY KONTRAKT * ZAGNIEWANA EWA * NOCNY WYJAZD DO 

GRYZIDĄBIA I UJAZDU * POLOWANIE W ZAMKOWYCH PODZIEMIACH * 

STRZAŁY NA BASTIONIE * ŚNIADANIE Z LEŚNIKIEM 

 

Zmęczony usiadłem na łóŜku. Czułem się tak, jakbym dźwigał na barkach ogromny 

cięŜar. Miałem wielką ochotę odpocząć po tych kilku męczących dniach, a wiedziałem, 
Ŝ

e  jeszcze  tego  wieczoru  muszę  wyjechać  do  wsi,  gdzie  stał  dworek  hrabiego 

Nowickiego.  Po  kąpieli  postanowiłem  pójść  na  smaczną  kolację.  W  recepcji  hotelu 
zobaczyłem Ewę. Ucieszył mnie jej widok i uśmiechnąłem się do niej. Odpowiedziała 
tym samym, ale chyba była na mnie obraŜona. 

- Cześć! - przywitałem ją 
- Cześć, co słychać? 
- Wyjechałem na dwa dni i mam ci duŜo do opowiedzenia. Kiedy kończysz zmianę? 
- Za dwie godziny. 
- Mogę cię podwieźć do domu? 
- Nie rób sobie kłopotu. 
- Nie robię. I tak będę wyjeŜdŜał na spotkanie. 
- W nocy? 
- Niekiedy tak wychodzi. Będę czekał na ciebie. 
Poszedłem do pałacowej restauracji na kolację. Zamówiłem wędliny, sałatki, chleb i 

mocną kawę. Byłem sam tylko przez kilkanaście minut, bo do piwnicy weszli Kasia i 
Sławek.  Młodzieniec  widząc  moją  zaskoczoną  minę  napuszył  się.  Kasia 
prawdopodobnie  chciała  mi  zrobić  na  złość,  bo  figlarnym  gestem  chwyciła  za  krawat 
Sławka  i  pociągnęła  go  do  stolika  w  sąsiedniej  sali.  Po  chwili  dobiegły  mnie  stamtąd 
ich radosne śmiechy. To ich demonstracyjne zachowanie zepsuło mi humor, a jedzenie 
przestało mi smakować. Wtedy teŜ zadzwonił mój telefon komórkowy. 

- Tak? 
- Czołem, Ŝołnierzu!  - rozpoznałem głos  Leśnika. - Za dwie godziny  wypuszczamy 

Niemców. Jak twoje poszukiwania? 

-  Powoli  i  do  przodu  -  odpowiedziałem.  -  Dziś  wybieram  się  w  dwa  miejsca  - 

powiedziałem nieco ciszej. 

- W nocy? 
- Sam poinformowałeś mnie, co wydarzy się za dwie godziny - przypomniałem. 
- Potrzebujesz ochrony? 
- Jestem ginącym gatunkiem? 
- Prawdziwym unikatem. 
- Czemu? 
- Jesteś ostatnim romantykiem, jakiego znam. UwaŜaj na siebie! 
Szybko  dokończyłem  kolację,  zapłaciłem  rachunek  i  wróciłem  do  swojego  pokoju. 

Tam  przebrałem  się,  spakowałem  do  plecaka  potrzebne  mi  rzeczy  i  zaniosłem  plecak 
do wehikułu. 

Następnie podjechałem pod wyjście z  hotelu i cierpliwie  czekałem  na Ewę. Kasia i 

Sławek  wracając  do  hotelu  minęli  mnie  i  miny  im  zrzedły  zobaczywszy,  Ŝe  gdzieś 
wyjeŜdŜam. Kasia gestem kazała Sławkowi iść dalej, a sama podeszła do mnie. 

- To juŜ koniec naszej spółki? - zapytała. 

background image

 

115

- Chyba tak - smutno pokiwałem głową. 
- Gniewasz się za tę „czarną plamę”? 
- Nie. 
- Sam przyznasz, Ŝe marnie prowadziłeś poszukiwania. 
- Sławek jest lepszy? 
Kasia milczała. 
- Czyli nie jestem juŜ twoim wspólnikiem? - upewniałem się. 
Kasia skinęła głową. 
- Mogłaś mi o tym wprost powiedzieć, a nie... - przerwałem, bo z hotelu wyszła Ewa. 

-  Trudno.  Byliśmy  wspólnikami,  a  będziemy  konkurencją  -  ukłoniłem  się  Kasi.  -  Do 
zobaczenia! - poŜegnałem się i pobiegłem do Ewy. 

Szła nerwowo stawiając kroki. Udawała, Ŝe mnie nie dostrzega. 
- Ewa, podwiozę cię do domu - poprosiłem ją. 
-  Nie  chcę  ci  przeszkadzać  w  rozmowie  z  tą  Angielką  -  w  głosie  Ewy  wyczułem 

nutkę zazdrości. 

- Właśnie skończyliśmy rozmowę. 
- Razem spędziliście ostatnie dwa dni? - Ewa zatrzymała się i uwaŜnie patrzyła mi w 

oczy. 

-  Tak  -  przyznałem  się.  -  Pozwól  mi  sobie  wytłumaczyć...  -  prosiłem  Ewę,  która 

szybkim krokiem szła w kierunku bramy. 

- Nie musisz, jesteś dorosły i moŜesz robić to, na co masz ochotę. 
-  Ewa!  -  stanąłem  przed  nią.  -  Wsiądźmy  do  wehikułu  i  porozmawiajmy.  Proszę! 

Chcesz, to moŜemy pójść na piechotę. 

- Spóźnisz się na to nocne spotkanie - zauwaŜyła. 
- Ewa - błagalnie złoŜyłem dłonie. 
Dziewczyna westchnęła i zawróciła w stronę wehikułu. 
-  Z  Kasią  szukamy  skarbu  hrabiego  Nowickiego  -  odezwałem  się,  kiedy  tylko 

wyjechaliśmy za bramę parku. 

- Niedawno to ja byłam twoją wspólniczką - Ewa wypomniała mi. 
Zamilkłem  nie  wiedząc,  jak  to  wszystko  jej  wyjaśnić.  Tak  naprawdę  pozostało  mi 

tylko powiedzieć całą prawdę. 

- To wszystko, co chciałeś mi powiedzieć? - Ewa zapytała robiąc drwiącą minę. 
-  Ewo,  błagam  cię  i  nie  przerywaj  mi,  bo  chcę  ci  powiedzieć  prawdę,  a  jest  ona 

bardzo  trudna  do  wyjawienia.  Trudno  mi  o  tym  mówić,  bo  oszukiwałem  cię,  a  nie 
chciałem tego robić. Jeszcze kilka tygodni temu pracowałem w Ministerstwie Kultury i 
Sztuki.  Byłem  tam  detektywem  zajmującym  się  poszukiwaniem  zaginionych  dzieł 
sztuki,  ściganiem  ludzi,  którzy  kradli  lub  przemycali  bezcenne  dla  nas  zabytki. 
Straciłem  pracę  w  ministerstwie,  ale  inna  rządowa  instytucja  wynajęła  mnie,  bym 
poprowadził  śledztwo  tu,  w  Baranowie,  na  tej  konferencji.  Poinformowano  mnie,  Ŝe 
Kasia będzie miała informacje na temat jakiegoś skarbu. Miałem zdobyć jej zaufanie i 
stać  się  jej  wspólnikiem.  Działałem  tu  pod  przykrywką  dziennikarza.  Okazało  się,  Ŝe 
po  ten  sam  skarb  przyjechali  tu  teŜ  dwaj  Niemcy.  Policja  aresztowała  ich  w  nocy  z 
piątku  na  sobotę,  po  tym  jak  oni  włamali  się  do  sejfu  w  dawnej  willi  Nowickiego. 
Pamiętasz  tych  chłopców,  którzy  pierwszego  wieczoru  konferencji  ukradli  pieczeń? 
Znalazłem  tych  urwisów  i  zaproponowałem  im  współpracę.  Mieli  pomóc  mi  w 

background image

 

116

znalezieniu ludzi, którzy dobrze pamiętali wydarzenia z września 1939 roku, zwłaszcza 
przeprawy  przez  Wisłę  wojsk  polskich.  W  tym  samym  czasie  udało  mi  się  zdobyć 
zaufanie Kasi i ona dowiedziała się o moim pomyśle rejsu z chłopcami po Wiśle. 

- To nie chodziło ci o to, co było w sejfie? - Ewa zapytała. 
- Nie. Tak się złoŜyło, Ŝe cięŜarówka wioząca prawdziwe skarby Nowickiego urwała 

się  z  tratwą  w  czasie  przeprawy  pod  Baranowem  i  popłynęła  z  prądem  rzeki.  Jak 
daleko, tego nie wiedziałem. 

- A juŜ wiesz? 
- Chyba tak. 
- Wiesz, Ŝe podobne historie o detektywie opowiadał mi Sławek? 
- Wiem, bo chyba on został moim następcą w ministerstwie. 
- Czemu straciłeś pracę? 
-  Oficjalnie  człowiek,  który  mnie  zwolnił  twierdził,  Ŝe  nie  ma  potrzeby  zatrudniać 

kogoś takiego jak ja. Tak naprawdę ten ktoś bardzo mnie nie lubił. 

DojeŜdŜaliśmy juŜ do domu Ewy. Ona siedziała zamyślona do czasu aŜ zatrzymałem 

się na podwórku. 

- Paweł, po co było to wszystko? - zapytała. 
W ciemnościach widziałem jak lśnią jej oczy, w których odbijało się światło bijące z 

okien domu. Dziadek Ewy wyszedł na werandę i uwaŜnie nam się przyglądał. 

- Nie rozumiem, o co mnie pytasz - odpowiedziałem. 
- Czemu kłamałeś? Czemu teraz teŜ kłamiesz? Czemu chciałeś się ze mną spotykać? 
- Kłamałem, ale teraz nie kłamię - broniłem się. - Ewa, przysięgam ci, Ŝe w naszych 

spotkaniach nie było Ŝadnej mojej kombinacji. Po prostu, polubiłem cię... 

Nagle spełniło się to, co kilka razy mi się śniło. Ewa zamachnęła się i uderzyła mnie 

otwartą  dłonią  w  policzek.  Chciała  powtórzyć  cios,  ale  tym  razem  juŜ  uchyliłem  się. 
Ewa wysiadła z wehikułu i trzasnęła drzwiami. Pobiegła do domu. Wyłączyłem silnik, 
wyjąłem kluczyk ze stacyjki i ruszyłem za nią. Pan Jan stanął na schodkach i zagrodził 
mi drogę. Mierzył mnie zimnym wzrokiem. 

- Nie wiem, co zmalowałeś, ale w oczach Ewy widziałem łzy - powiedział. - KaŜdy 

inny  dostałby  juŜ  ode  mnie,  ale  do  ciebie  czuję  odrobinę  sympatii.  Dobrze  radzę,  na 
razie stąd odjedź. Jak Ewa ci wybaczy, to i ja będę z tobą rozmawiał. 

- Jak ona mi wybaczy, jeśli mnie nie wysłucha? Nie zrobi tego, jeśli pan mnie do niej 

nie puści - zauwaŜyłem. 

- Nie mędrkuj, bo psy spuszczę. 
Wycofałem  się  do  wehikułu.  Było  mi  strasznie  smutno,  Ŝe  tak  uraziłem  Ewę. 

Pojechałem  w  kierunku  Ujazdu  całą  drogę  myśląc  o  Ewie  i  o  tym,  jak  odzyskać  jej 
zaufanie.  Kiedy  wjechałem  na  dziurawy  asfalt,  skupiłem  uwagę  na  jeździe,  by  nie 
przegapić  zjazdu  do  Gryzidąbia.  Wjechałem  na  boczną  drogę,  której  nawierzchnia 
przypominała  mi  afrykańskie  bezdroŜa.  Jechałem  między  szpalerem  wierzb.  Kiedy 
ujrzałem pierwsze budynki wsi, zatrzymałem wehikuł. Zostawiłem auto w zdziczałym 
sadzie.  Zabrałem  z  sobą  plecak,  z  którego  wyjąłem  noktowizor.  Był  to  amerykański 
model  tego  urządzenia  uŜywany  przez  jednostki  specjalne.  Lekki,  oszczędnie 
zuŜywający  prąd  z  niewielkiego  akumulatorka,  świetnie  nadawał  się  do  mojej  pracy. 
Miałem teŜ specjalny czarny  kombinezon, stworzony dla jednostek dalekiego zwiadu. 
Uszyty  był  z  nowoczesnego  materiału  rozpraszającego  widmo  cieplne  i  światło.  To 

background image

 

117

sprawiało, Ŝe  nosząc  w  nocy  taki  strój było się prawie  niewidocznym, takŜe dla ludzi 
wyposaŜonych w noktowizory. 

Pomaszerowałem  przez  pola,  dookoła  zabudowań,  a  następnie  doliną  niewielkiej 

rzeczki  dotarłem  do  resztek  dawnego  muru  otaczającego  park  dworski.  Wszędzie 
leŜały  kamienie  i  skorupy  zaprawy.  Mur  dawno  przestał  przed  czymkolwiek  bronić. 
Skuteczniejsze  od  niego  były  krzaki  jeŜyn,  dzikiej  róŜy  i  leszczyn.  OstroŜnie 
przeciskałem  się  w  kierunku,  gdzie  spodziewałem  się  znaleźć  ruiny  dworku. 
ZauwaŜyłem, Ŝe dwa razy omal nie oślepłem, kiedy w moim pobliŜu przesunął się snop 
ś

wiatła z latarki. Przykucnąłem i obserwowałem teren. 

Najpierw  dostrzegłem  kształt  jakiegoś  samochodu  terenowego.  Przypomniałem 

sobie, Ŝe takim samochodem jeździła Kasia. Potem znowu kilka razy mignęło światło z 
latarki.  Kilka  osób  kręciło  się  między  krzakami  rosnącymi  w  jakimś  płytkim  dole. 
Podczołgałem  się  w  tamtym  kierunku.  Zobaczyłem,  Ŝe  Kasia,  pan  Leon  i  Emil  z 
latarkami  w  dłoniach  kręcili  się  wśród  pozostałości  fundamentów  i  piwnic  jakiegoś 
duŜego budynku. Nie miałem wątpliwości, Ŝe to był dworek Nowickiego. 

- Jesteś pewna, Ŝe powinniśmy jeszcze pojechać do tego Ujazdu? - usłyszałem  głos 

Emila. 

-  Tak.  Daniec  po  coś  nas  tam  zawiózł  -  odpowiedziała  Kasia.  -  On  jest  duŜo 

sprytniejszy niŜ na to wygląda. 

- Skąd wiesz? - wychrypiał pan Leon. 
-  Wsadził  was  do  więzienia  -  Kasia  kpiła  z  kompanów.  -  Emil  tak  śmiał  się  z  jego 

samochodu i co? Podobno ten jego wehikuł to jakaś przeróbka rajdówki. 

-  Wsadził  nas  za  kratki,  ale  zmarnował  ten  czas  na  jakiś  głupi  rejs  -  Emil  oglądał 

fragment ściany. 

-  Właśnie  to  jest  dziwne  -  przyznała  Kasia.  -  Chciał  szukać  tego  rybaka,  potem 

pojechaliśmy do zamku i nagłe jakby wszystkiego mu się odechciało. Czemu? 

- Nie widziałaś, co on oglądał na tym zamku? - niecierpliwił się pan Leon. 
-  Nie.  Musiałam  porozmawiać  przez  telefon  z  naszym  wspólnikiem.  Wierzyłam  w 

jego  ocenę  Pawła,  ale  dopiero  po  tej  historii  na  wyspie  zobaczyłam,  Ŝe  wszyscy  się 
mylimy. Paweł wie, do czego zmierza. 

-  Ty  go  chyba  polubiłaś?  -  zarechotał  pan  Leon.  -  MoŜe  on  cię  fascynuje  albo  go 

podziwiasz? 

- Chyba tak. Jeszcze trochę tu popatrzymy i trzeba pojechać do zamku. 
OstroŜnie  i  szybko  wycofałem  się.  Dotarłem  do  piaszczystej  drogi,  którą, 

przebiegłem do  skrzyŜowania z  kapliczką,  skąd drogi rozchodziły  się  w cztery  strony 
ś

wiata, między innymi do dworskiego parku. Psy tutaj były chyba zmęczone, bo Ŝaden 

na mnie nie zaszczekał. Szybko znalazłem się przy wehikule i odjechałem do Ujazdu. 
Ominąłem parking na placu przed wejściem do zamku i pojechałem dalej drogą na łąki. 
Tam  zjechałem  na  trawę  i  zatrzymałem  się  między  osikami  rosnącymi  wokół 
niewielkiego stawku. Byłem około stu metrów od murów bastionowych. 

Po  co  chciałem  wrócić  do  zamku?  Pamiętacie  opowieść  właściciela  pensjonatu  nad 

Wisłą? Wspominał o znakach w skrzynce: krzyŜ, topór, korona i podkowa. Nad bramą 
zamkową w Ujeździe był kiedyś napis: KrzyŜ obrona, KrzyŜ podpora, Dziatki naszego 
Topora.  Nie  bez  powodu  zamek  nazywał  się  KrzyŜtopór.  Co  oznaczały  korona  i 
podkowa? Jeden z bastionów nazywał się „Corona”, a podkowa  mogła symbolizować 

background image

 

118

konie lub stajnię. Czy było to moŜliwe? Osobiście w to wątpiłem, bo bastion „Corona” 
znajdował się po przeciwnej stronie co stajnie. Musiałem jednak to sprawdzić i być na 
zamku przed konkurencją. 

Zakradłem  się  na  pięćdziesiąt  metrów  od  murów  zamku.  UwaŜnie  lustrowałem 

parking,  most,  wały  i  okna  w  zamku  w  poszukiwaniu  najmniejszych  śladów  ludzi. 
Tylko  w  budce  obok  sklepu  jarzył  się  na  niebiesko  ekran  telewizora.  Pewnie  straŜnik 
oglądał  jakiś  program.  Kiedyś  do  północnego  bastionu,  zwanego  Wysokim 
Barbakanem, moŜna było wejść z ogrodu. Potem schody przesunięto na cofnięte ściany 
dzieła  fortecznego.  Teraz  na  zamek  moŜna  było  wejść  tylko  przez  most  od  południa. 
Drugim  wyjściem  była  wspinaczka  po  murze.  Podszedłem  do  murów  i  uwaŜnie 
przyglądałem  się  układowi  kamieni.  Postanowiłem  wejść  w  miejscu,  gdzie  bark 
bastionu stykał się z murem oporowym pod kątem ostrym. W takiej ciasnej przestrzeni 
łatwiej było znaleźć punkt oparcia lub zwyczajnie zaprzeć się. 

Od  dawna  uprawiałem  wspinaczkę,  więc  wejście  tędy  nie  sprawiało  mi 

najmniejszych  trudności.  Podciągnąłem  się  na  wał  i  zobaczyłem,  Ŝe  na  parking 
zajechało  terenowe  auto.  Z  fotela  kierowcy  wysiadł  pan  Leon,  który  powędrował  do 
budki  straŜnika.  Jednocześnie  z  auta  wyśliznęły  się  dwa  cienie,  które  przemknęły  w 
kierunku mostu. 

Starszy  Niemiec  zagadał  straŜnika,  a  Emil  i  Kasia  pewnie  wspięli  się  przez  mur  na 

dziedziniec  zamkowy.  Przebiegłem  przez  wał  w  kierunku  murów  zamkowych. 
Odnalazłem  dziurę,  przez  którą  moŜna  było  wejść  do  stajni.  Dzięki  noktowizorowi 
mogłem  bezpiecznie  poruszać  się  w  panujących  tu  ciemnościach.  Podkradłem  się  do 
jednego  z  okien,  wspiąłem  się  do  niego,  uchwyciłem  się  parapetu  znajdującego  się 
wysoko  nade  mną  i  podciągnąłem  się,  by  wyjrzeć  na  dziedziniec.  To  co  zobaczyłem, 
zaskoczyło mnie. Ujrzałem trzy sylwetki ludzi ubranych na czarno. 

Mieli  latarki  czołówki  i  stojąc  na  środku  dziedzińca  Ŝywo  gestykulowali.  Było  za 

daleko, Ŝebym dojrzał ich twarze, ale byłem pewien, Ŝe nie ma wśród nich pana Leona. 
Kim  był  trzeci  osobnik?  To  był  ów  tajemniczy  wspólnik,  który  w  rozmowie  z  Kasią 
opowiadał jej o mnie? To mógł być Jerzy Batura, ale nie chciało mi się w to wierzyć. 
Wielokrotnie  rywalizowaliśmy,  ale  przez  ostatnie  lata  Jerzy  zajął  się  uczciwym 
prowadzeniem handlu dziełami sztuki. Pomyślałem o jeszcze jednej osobie. 

Ktoś,  chyba  Emil,  wyjął  z  plecaka  urządzenie  podobne  do  krótkiego  karabinka  z 

niewielkim reflektorem. PrzyłoŜył je do ramienia i zaczął mierzyć w kierunku murów. 
W ostatniej chwili dostrzegłem, Ŝe to jest noktowizor. Skryłem się w cień w momencie, 
kiedy wycelował wielką tubę w moją stronę, a gogle rozjaśnił mi mocny blask. 

Wściekły na swoją nieuwagę ześliznąłem się do stajni. Nie miałem co biec w stronę 

wyjścia,  bo  stamtąd,  z  drewnianego  podestu  dobiegały  mnie  odgłosy  kroków  moich 
rywali.  Mogłem  uciec  na  wały  lub  ukryć  się  w  jakiejś  dziurze.  Wybrałem  pierwsze 
wyjście. Kiedy zrobiłem krok w stronę przejścia na zewnątrz, znalazłem się w ostrym 
ś

wietle reflektorka. 

- Tam jest! - rozpoznałem krzyk Emila. 
Biegli w moją stronę świecąc we mnie latarkami, a ja oślepiony w noktowizorze po 

omacku  próbowałem  odszukać  drogę  na  zewnątrz.  Przesunąłem  gogle  na  czoło  i  na 
czworakach wydostałem na górę bastionu. ŚwieŜe powietrze i łagodny blask bijący od 
rozgwieŜdŜonego  nieba  orzeźwiły  mnie  i  sprawiły,  Ŝe  odzyskałem  ostrość  widzenia. 

background image

 

119

Kroki pościgu słyszałem juŜ kilka metrów ode mnie. Czy miałem się z nimi bić? MoŜe 
mieli broń? Emil mógł chcieć zemścić się za aresztowanie. 

Postanowiłem  dalej  uciekać.  Pobiegłem  w  lewo,  w  stronę  Wysokiego  Barbakanu. 

Rozpędziłem się, wbiegłem na wał i skoczyłem kilka metrów do okna zamku. Szeroko 
rozstawiłem  ręce  i  dzięki  temu.  trzymając  się  murów,  zatrzymałem  się  w  miejscu, 
gdzie  dawniej  był  parapet.  Błyskawicznie  zsunąłem  gogle  i  spojrzałem  w  dół.  Pode 
mną był głęboki na kilka metrów dół - wnętrze dawnych kazamat północnego bastionu. 
Półtora  metra  niŜej,  we  wnętrzu  wieŜy  biegł  gzyms  szerokości  około  dwudziestu 
centymetrów. Trzymając się parapetu zsunąłem  się na  występ i chwytając się  murów, 
zgięty  przesuwałem  się  w  prawo,  w  kierunku  wyjścia  na  wewnętrzny  dziedziniec 
części pałacowej. Widziałem i słyszałem, Ŝe przeciwnicy szukali mnie, ale Ŝadne z nich 
nie  wpadło  na  pomysł,  Ŝeby  zajrzeć  do  wnętrza  barbakanu.  Trzymając  się  desek 
rusztowania i barierek chroniących turystów ześliznąłem się do poziomu piwnic, skąd 
mogłem wyjść na dziedziniec lub przejść do kazamat części południowej zamku. 

Oparty o ścianę nabierałem powietrza chcąc uspokoić oddech. OstroŜnie  wyjrzałem 

na  dziedziniec.  Spostrzegłem  przesuwający  się  po  nim  snop  światła  z  latarki. 
Przypomniał  mi  się  labirynt  wśród  ścianek  kazamat,  gdzie  podsłuchiwałem 
telefoniczną rozmowę Kasi. Przekradałem się w tamtą stronę. Mimo gogli chodzenie tu 
przypominało  zabawę  w  ciuciubabkę.  OstroŜnie  stawiałem  kroki  nie  chcąc  robić 
hałasu. Nagle ciemności rozdarły światła latarek. 

- Daniec! - Emil głośno krzyknął, aŜ zadudniło wokół. - Mam propozycję! Poddasz 

się  i  grzecznie  będziesz  z  nami  rozmawiał  lub  dopadniemy  cię  i  wyciśniemy  jak 
cytrynę. Jesteśmy tu sami i mamy całą noc tylko dla siebie! 

Za  sobą  usłyszałem  kroki.  Przed  sobą  teŜ.  Zachodzili  mnie  z  dwóch  stron.  Szli  raz 

ś

wiecąc,  raz  gasząc  światło.  Zsunąłem  noktowizor  na  czoło  i  czekałem  w  załomie 

między  dwiema  ścianami.  Zamknąłem  oczy  i  nasłuchiwałem.  Trzeba  wyostrzyć  ten 
jeden  zmysł.  Pomaga  to  nie  tylko  wczuć  się  w  ruchy  przeciwnika,  ale  i  wyciszyć 
własne nerwy. 

Najpierw  poczułem  woń  jego  potu,  potem  dosłyszałem  ostroŜny  krok.  Był  najdalej 

metr ode mnie na lewo. Na kilka milimetrów uniosłem powieki i zmruŜonymi oczami 
przyglądałem mu się. 

Szedł zgarbiony z latarką wysuniętą do przodu jakby trzymał pistolet. Stawiał stopę i 

powoli przeczesywał światłem obszar wokół siebie. Za chwilę mogłem być oświetlony. 
Nie  czekając  ani  chwili  dłuŜej  kopnąłem  w  dłoń  z  latarką.  Lampka  poszybowała  w 
powietrze,  spadła  w  jakąś  dziurę  i  Ŝarówka  rozbiła  się.  Błyskawicznie  zaświeciłem 
rywalowi w twarz i przytrzymałem go. 

Halogenowe światło oślepiło go, a ja przyjrzałem się z bliska twarzy Sławka. 
- I ty jesteś z nimi? - zdziwiłem się. 
- Pomocy! - on krzyknął. 
- Wyjdę na zewnątrz i wezwę tu policję! - zapowiedziałem. 
Pchnąłem  Sławka  na  mur,  zgasiłem  swoją  latarkę  i  jak  najszybciej  skryłem  się  za 

kolejną ścianką. 

- Tutaj! - Sławek nawoływał kompanów. - On tu jest! Chce wezwać policję! 
Nikt  mu  nie  odpowiadał.  Emil  i  Kasia  trwali  w  ciszy  i  ciemnościach.  Zapewne 

nasłuchiwali, co teraz robię. 

background image

 

120

- Nie mam światła! - biadolił Sławek. 
Na  chwilę  przyłoŜyłem  gogle  noktowizora  do  oczu.  Zobaczyłem,  Ŝe  Emil  swoim 

urządzeniem bada piwnice, ale gdzieś za moimi plecami. 

- Aaa! - nagle wrzasnął Sławek. 
Brzmiało to tak, jakby zobaczył ducha. Dosłyszałem czyjś szept i Sławek umilkł. To 

oznaczało, Ŝe w ciemnościach Kasia lub Emil doszli do swojego współpracownika. 

-  Daniec!  -  Emil  był  tylko  kilka  metrów  ode  mnie.  -  Nie  masz  szans!  Jeśli  nie 

poddasz się, to nie dam ci Ŝadnej szansy i uciszę na zawsze! 

- Daniec, oni nie Ŝartują! - zawtórował mu Sławek. 
Wyjrzałem  za  ściankę.  Emil  stał  i  celował  swoim  noktowizorem  w  miejsce  odległe 

od  mojej  kryjówki  o  dwa  metry.  Ukryłem  się  i  podniosłem  z  ziemi  dwa  kawałki 
kamieni. Pierwszy rzuciłem w ciemność. Potoczył się, a echo poniosło się po ścianach. 
Wyjrzałem.  Emil  skierował  swoje  urządzenie  na  źródło  hałasu.  Wziąłem  zamach  i  za 
pierwszym razem trafiłem w jego noktowizor. 

Zobaczyłem,  jak  wywrócił  się  i  zaklął.  ZałoŜyłem  gogle  i  rzuciłem  się  sprintem  w 

kierunku  wyjścia.  Nagle  w  ciemnościach  rozległy  się  suche,  krótkie  trzaski.  Ktoś 
strzelał  z  pistoletu,  a  kule  rykoszetowały  po  murach  kazamat.  Po  prawej  stronie 
dostrzegłem wybite przejście na zachodni wał biegnący po bastionach. Rzuciłem się w 
tamtą stronę. Skręciłem w prawo, by czym prędzej skryć się za Wysokim Barbakanem. 

Strzelec  wydostał  się  z  podziemi  kilka  chwil  po  mnie  i  znowu  do  mnie  strzelał. 

Pierwsza  kula  uderzyła  w  ziemię  na  prawo  ode  mnie,  druga  po  lewej  stronie.  Byłem 
dwa  metry  od  zakrętu,  który  mógł  mnie  osłonić  przez  kolejnymi  pociskami,  ale  padł 
trzeci  strzał.  Poczułem  mocne  uderzenie  w  głowę  i  jakby  poraził  mnie  prąd. 
Jednocześnie zapiekło mnie nad prawym okiem. Na chwilę oślepłem, potknąłem się o 
jakiś kamień i poleciałem w lewo. 

Sturlałem  się  z  wału  nad  krawędź  bastionu.  Rękoma  rozpaczliwie  chwytałem  się 

czegokolwiek,  Ŝeby  tylko  zatrzymać  upadek.  Na  krawędzi  kamiennego  muru  zdarłem 
sobie skórę z palców i połamałem  kilka paznokci, ale jakoś szczęśliwie zawisłem. Po 
omacku,  nogami  wyczułem  kamienie,  na  których  mogłem  stanąć.  Jak  tylko  mogłem 
najszybciej  schodziłem.  Raczej  ześlizgiwałem  się.  Na  prawej  powiece  czułem  coś 
ciepłego  i  bałem  się  otworzyć  oczy.  Na  koniec  zejścia  pośliznąłem  się  i  upadłem  na 
plecy. Plecak zamortyzował uderzenie, ale i tak bolały mnie Ŝebra i kręgosłup. Palcami 
przesunąłem po twarzy sprawdzając, co stało się z moimi oczami. 

Okazało  się,  Ŝe  pocisk  trafił  w  prawy  okular  noktowizora  i  rozbił  go.  Najpierw 

ostroŜnie otworzyłem lewe oko. Zobaczyłem nad sobą bastion i snop światła latarki. W 
teatralnym geście szeroko rozłoŜyłem ręce na boki. 

Ktoś  wyszedł  na  szczyt  kamiennej  ściany  i  świecił  w  moją  stronę.  Po  chwili  obok 

stanęły kolejne dwie osoby. 

- Nie Ŝyje! - rozpoznałem głos Kasi. 
- Ma zakrwawioną twarz i dłonie - dodał Sławek. 
-  Spotkało  go  to,  na  co  zasłuŜył  -  stwierdził  Emil.  -  Nie  wiedziałem,  Ŝe  tak  dobrze 

strzelasz - zwrócił się do Kasi. 

-  Chciałam  go  tylko  zatrzymać  -  Kasia  była  chyba  przeraŜona.  -  MoŜe  zejdziemy  i 

sprawdzimy, czy jeszcze Ŝyje? - zaproponowała. 

- Szkoda czasu - powiedział Sławek. - Poszukajmy tu jakichś znaków. 

background image

 

121

Emil  i  Sławek  wycofali  się,  a  Kasia  jeszcze  chwilę  stała  i  świeciła  na  mnie.  Potem 

dołączyła do kolegów. 

LeŜałem  w  trawie  zbierając  siły  i  myśli.  Po  kwadransie  usłyszałem  odległy  dźwięk 

syren  radiowozu.  Wkrótce  na  drodze  od  strony  Iwanisk  zaczęło  błyskać 
charakterystyczne  niebieskie  światło.  Policja  chyba  wypłoszyła  trójkę  moich  rywali. 
Słyszałem  jakieś  krzyki,  ryk  silnika  samochodu,  ale  sam  w  tym  czasie  kulejąc 
zakradłem  się  do  wehikułu.  Wodą  mineralną  obmyłem  sobie  ręce  i  twarz.  Potem 
opatrzyłem  rany  i  cały  sprzęt,  łącznie  z  kombinezonem,  schowałem  do  plecaka,  a  ten 
do bagaŜnika. W wehikule odczekałem jeszcze dwie godziny, aŜ znowu wokół zamku 
zapanowała cisza i radiowóz odjechał. 

Do Baranowa dotarłem po świcie. 
-  Czy  w  hotelu  mieszka  jeszcze  ktoś  z  uczestników  konferencji?  -  zapytałem 

recepcjonistkę, która przestraszonym wzrokiem przyglądała się moim bandaŜom. 

- Ostatni goście wymeldowali się dziś wieczorem - usłyszałem odpowiedź. 
Poszedłem  do  swojego  pokoju  i  po  kąpieli  rzuciłem  się  do  łóŜka.  Śnił  mi  się 

koszmar, pasmo niekończących się ucieczek, które zawsze wieńczyło to samo: upadek 
z wysokości i przebudzenie tuŜ przed uderzeniem. Zmęczony wstałem między ósmą a 
dziewiątą.  Zszedłem  do  jadalni  na  śniadanie.  Wziąłem  sobie  kawę  i  nie  wiedząc,  co 
mam  ochotę  zjeść,  z  ponurą  miną  mieszałem  cukier  w  filiŜance.  Nagle  w  drzwiach 
pojawił  się  Leśnik.  Ubrany  w  garnitur,  pachnący  wodą  kolońską  uśmiechnął  się  do 
kelnerki. 

- Dwa razy solidna jajecznica i dwie porcje parówek dla mnie i tego pana wskazał w 

moim  kierunku.  -  Czołem,  Ŝołnierzu!  -  rzucił  radosnym  tonem,  dosiadając  się  do 
mojego stolika. 

- Czołem - odparłem. 
-  Z  twoim  okiem  wszystko  w  porządku?  -  z  troską  przyglądał  się  zaczerwienieniu 

skóry wokół prawego oka. - Wygląda to tak, jakby ktoś nabił ci limo. 

- To był raczej niespodziewany strzał. 
-  Słyszałem  o  tajemniczych  wydarzeniach  w  zamku  KrzyŜtopór  tej  nocy.  Tak 

pomyślałem, Ŝe to ty miałeś jakieś kłopoty i przyjechałem tu z odsieczą. 

- Jak widzisz, Ŝyję. 
- Wiesz, kto do ciebie strzelał? 
- Prawdopodobnie mój cel. 
- Kiedy kończymy sprawę? 
- Wkrótce. Muszę się spotkać jeszcze z kilkoma osobami. 
- Z panem Jurkiem, mechanikiem z Baranowa, teŜ? 
- Skąd wiesz? 
-  To  u  jego  ojca  schwytano  Romualda  Okonia,  dziadka  naszej  ślicznej  i  walecznej 

Angielki. 

background image

 

122

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 

MANIPULACJA CZY GRA? * NIEUFNOŚĆ MECHANIKA * KWIATY DLA EWY * 

NA TROPIE SYNA LOKAJA * W KAZAMATACH „CORONY” * ZASYPANE 

PRZEJŚCIE * TECZKA „PASKA” 

 

Przyjmując  zlecenie  od  przyjaciela  spodziewałem  się.  Ŝe  nie  powiedział  mi  całej 

prawdy. Nie podejrzewałem jednak, Ŝe będzie przede mną okrywał tak istotne fakty. Te 
słowa  Leśnika  i  jego  pewność  natychmiast  mnie  orzeźwiły.  Bardziej  niŜ  aromatyczna 
jajecznica, którą nam podano. 

- Dziękuję pani - przyjaciel promiennie uśmiechnął się do kelnerki. - Smacznego! - 

zwrócił  się  do  mnie.  Z  wyraźnie  zadowoloną  miną  chwycił  za  sztućce.  -  Nie  jesz?  - 
zdziwiony spojrzał na mnie. 

- Co jeszcze przede mną ukrywałeś? - zapytałem. 
-  Jedz,  po  co  te  wyrzuty?  -  Leśnik  przyglądał  mi  się.  -  Paweł,  nie  bądź  dzieckiem. 

Nie  mogłem  ci  wszystkiego  od  razu  powiedzieć.  Co  byś  zrobił,  gdybyś  wiedział,  Ŝe 
przyjedzie tu twoje alter ego w postaci pana Sławka? 

- On działa w spółce z Kasią i Niemcami - wtrąciłem. 
- I bardzo dobrze - Leśnik smarował musztardą kawałek parówki. - A czy zaraz nie 

poszedłbyś  do  tego  mechanika  prosząc  go  o  wyjaśnienia?  I  myślisz,  Ŝe  on  by  ci  to 
wszystko  od  razu  powiedział?  Ty  bardzo  ładnie  to  rozegrałeś.  Broniłeś  córki  jego 
przyjaciela,  niegrzeczni  chłopcy  przecięli  ci  opony,  a  ty  jako  klient  trafiłeś  do  niego. 
Pierwsze lody zostały przełamane. Gratuluję! 

-  To  nie  była  Ŝadna  gra!  Ten  mechanik  mówił  mi  o  represjach  ze  strony  tajnych 

słuŜb. 

- Tak? To ciekawe - Leśnik wstał i poszedł do bufetu po sałatkę i wędliny. - Jedz - 

zachęcał mnie. - PoŜywne śniadanie to podstawa udanego dnia. 

- Pierwszy raz przez ciebie czuję się nieswojo. 
-  Mówiłem  ci,  Ŝe  jesteś  nadmiernym  idealistą.  Świat  jest  wielkim  polem  gry.  Jedni 

przyrównują Ŝycie do szachów, ale według mnie to wszystko działa jak bilard. Musisz 
wiedzieć,  jak  uderzyć  w  bilę,  by  ona  nie  tylko  wpadła  do  jednej  z  łuz,  ale  Ŝeby  przy 
okazji ustawiła ci pozostałe bile na wygodnych dla ciebie pozycjach. 

- To jest manipulacja! 
- To jest gra. Uprawiają ją wszyscy wokół ciebie. Manipulacja, pokerowe zagrywki, 

gambity,  strzały  padają  zewsząd.  Czym  jest  polityka,  którą  oglądasz  w  telewizji? 
Wiem,  ty  nie  oglądasz  wiadomości.  MoŜe  to  słuszne,  ale  nie  dasz  rady  wiecznie  Ŝyć 
jako idealista wierzący w swoje zasady. 

- Co się z tobą stało? - zapytałem oburzony postawą Leśnika. 
Przerwał swoje wywody, popił mały łyk kawy i głęboko westchnął. 
-  Pawle,  ja  teŜ  sobie  kiedyś  obiecałem,  Ŝe  rzucę  to  wszystko  i  zmienię  się. 

Zazdroszczę  ci,  Ŝe  potrafisz  być  sobą.  Przyjąłem  reguły  rządzące  zawodem,  jaki 
wykonuję,  bo  uwielbiam  dreszczyk  emocji,  jakiego  nigdzie  indziej  nie  znajdę. 
Postaram się pracować z tobą twoimi metodami. 

- Zostajesz przy mnie? 
- Tak. Strzelano do ciebie, a to oznacza, Ŝe poszukiwania przestały być bezpieczne. 

Musimy je znacząco przyspieszyć i jestem tu, Ŝeby cię chronić i dopingować. 

- Będziemy pracowali moimi metodami? - upewniałem się. 

background image

 

123

- Tylko i wyłącznie. Teraz zjesz śniadanie? 
Zjadłem  zimną  jajecznicę  i  parówki.  Zrobiłem  sobie  kilka  kanapek  i  milczałem 

planując kolejne kroki. Leśnik siedział po drugiej stronie stołu i jadł sałatkę widelcem 
wybierając pojedyncze kawałki warzyw. 

- To co dziś robimy? - zapytał w pewnym momencie. 
-  Muszę  załatwić  kilka  spraw  -  odpowiedziałem.  -  Sam.  Potem  pojedziemy  na 

poszukiwania. 

- W porządku - Leśnik wzruszył ramionami. 
Podziękowałem  mu  za  wspólny  posiłek  i  poszedłem  do  pokoju  po  kluczyki  do 

wehikułu. 

Kiedy wyjeŜdŜałem do Baranowa, widziałem, Ŝe przyjaciel z gazetą pod pachą szedł 

na  spacer  do  parku.  Zatrzymałem  się  w  miasteczku  przy  rynku  i  poszedłem  do 
warsztatu  pana  Jurka.  Józek,  kumpel  Szpuli,  na  mój  widok  przerwał  pracę,  ale  nie 
wyszedł spod opla, którego akurat naprawiał. 

- Szef u siebie? - zapytałem chłopaka. 
Tylko  skinął  głową.  Poszedłem  do  pomieszczeń  biurowych  warsztatu.  Mechanika 

zastałem  siedzącego  przy  biurku  i  próbującego  zrozumieć  zapisy  w  jakiejś  urzędowej 
tabeli, którą wypełniał. 

- Dzień dobry! - przywitałem go. 
-  Dobry  -  rzucił  nie  odrywając  wzroku  od  dokumentów.  -  Powiedz  pan,  jak  tu 

zrozumieć ten bełkot? - dopiero wtedy zerknął na mnie. - Znowu opony panu pocięli? - 
zapytał. 

- Nie, chciałem z panem porozmawiać. 
- O czym? 
- O historii? 
-  Bitwa  pod  Grunwaldem  była  w  1410  roku.  To  wszystko  co  zapamiętałem  ze 

szkoły. 

- A o wydarzeniach pod Baranowem we wrześniu 1939 roku pan słyszał? 
-  Niby  o  czym?  -  mechanik  był  zniecierpliwiony  i  rozmawiał  ze  mną  z  wyraźną 

niechęcią. 

-  Po  wojnie  do  pańskiego  ojca  przyjechał  ktoś  z  Anglii  i  wtedy  do  waszego  domu 

wkroczyła milicja. 

Pan Jurek zerwał się zza biurka. 
-  Coś  ty  za  jeden?  -  podszedł  do  mnie  i  z  bliska  patrzył  mi  w  oczy.  -  Skąd  ty  to 

wiesz, gnido? 

- Mówiłem, Ŝe zajmuję się ciekawostkami historycznymi... 
- Precz! - mechanik gwałtownie otworzył drzwi. 
Skrzydłem,  które  uchylało  się  na  zewnątrz  uderzył  w  głowę  Józka,  który 

podsłuchiwał naszą rozmowę. 

-  Nie  masz  roboty?!  -  mechanik  wrzasnął  na  swojego  pracownika.  -  Wynoś  się!  - 

krzyknął w moją stronę. 

- Pan mnie bierze za kogoś, kim nie jestem - broniłem się wychodząc jednak z biura. 
-  Janek  dzwonił  do  mnie  i  mówił,  Ŝeś  pan  skrzywdził  Ewę.  Jednak  jesteś  łajdak  na 

całego. 

background image

 

124

Pod gradem tylu wyzwisk i oskarŜeń poczułem się jak zbity pies. Wolno poszedłem 

do  wehikułu.  Siedząc  za  kierownicą  zauwaŜyłem  szyld  kwiaciarni.  Wysiadłem  i 
przeszedłem na przeciwną stronę placu. 

- Te wszystkie róŜe - wskazałem kwiaciarce na wazon. 
-  O,  będą  zaręczyny?  -  zagadnęła  zgarniając  kwiaty.  -  Zaraz,  zaraz!  To  pan  jeździ 

tym dziwnym samochodem i podrywa Ewę, która pracuje w hotelu? 

- To będą przeprosiny - przerwałem jej wywód. 
-  Ach,  tak?  -  byłem  pewny,  Ŝe  teraz  kwiaciarka  miała  juŜ  temat  do  plotek  na  cały 

dzień. 

Zapłaciłem za kwiaty i wróciłem do wehikułu. Z rynku pojechałem prosto do domu 

dziadka  Ewy.  Kiedy  tylko  wjechałem  na  podwórko,  pan  Jan  wyszedł  na  werandę 
trzymając swoją fuzję przed sobą. Wyraz jego twarzy nieco złagodniał, kiedy zobaczył 
kwiaty. 

- Chciałbym porozmawiać z Ewą - powiedziałem. 
- Nic z tego - odparł pan Jan. 
- PrzekaŜe jej pan kwiaty ode mnie? 
- MoŜe. 
- A list? 
- MoŜe. 
- To napiszę. 
Usiadłem  na  progu  wehikułu  i  na  kolanie  napisałem  kilka  zdań.  Podpisałem  się, 

złoŜyłem kartkę na czworo i razem z kwiatami połoŜyłem na stole na werandzie. 

- Niech pan jej wytłumaczy, Ŝeby nie oceniała ludzi po pozorach i dawała im szansę 

- prosiłem pana Jana. - Niech po prostu zrobi to, co podpowiada jej intuicja. 

- Mnie intuicja podpowiada, Ŝe zaraz powinienem do kogoś  wygarnąć  garść śrutu  - 

pan Jan groźnie podniósł lufę broni. 

- JuŜ odjeŜdŜam - zapewniałem staruszka. 
Pospiesznie wsiadłem do wehikułu i wróciłem do hotelu. 
- Kiedy Ewa będzie miała dyŜur? - zapytałem recepcjonistkę. 
- Wzięła trzy dni wolnego - kobieta uśmiechnęła się tajemniczo. 
Zmartwiony wróciłem do swojego pokoju. Sięgałem po telefon, Ŝeby zadzwonić do 

Leśnika, kiedy rozległo się pukanie do drzwi i zaraz wszedł mój przyjaciel. 

- Jak przebiegły rozmowy? - zagadnął siadając na krawędzi biurka. 
- Kazałeś mnie śledzić? - oburzyłem się. 
-  Nie,  to  dedukcja  -  Leśnik  postukał  się  gazetą  w  głowę.  -  Chciałeś  z  kimś  coś 

omówić,  bo  jakie  sprawy  mógłbyś  załatwiać  w  okolicy?  MoŜe  kupujesz  tu  działkę?  - 
drwił sobie. 

-  Mechanik  nie  chce  ze  mną  rozmawiać,  bo  obraziła  się  na  mnie  córka  jego 

przyjaciela - odparłem rozgoryczony. 

- Czym się jej naraziłeś? 
- Za długo by tłumaczyć. Poczuła się oszukana. 
- A chciałeś ją oszukać? 
- Nie. 
-  Więc  nie  ma  w  tym  twojej  winy.  MoŜe  razem  pojedziemy  do  tego  mechanika? 

Jakoś go przekonamy. 

background image

 

125

- Jedźmy - zadecydowałem. 
Wziąłem plecak, z którego wyjąłem zniszczony noktowizor. Leśnik wziął urządzenie 

do ręki i oglądał uszkodzenia. 

- Mało brakowało - stwierdził. - Wezmę to sobie - wskazał na noktowizor. 
- Nie da się go juŜ naprawić - zauwaŜyłem. 
- Dam ci nowy - Leśnik uśmiechnął się. - Za pięć minut na parkingu? 
- Będę czekał. 
Zszedłem  do  wehikułu  i  czekałem  na  przyjaciela.  Przebrał  się  w  dŜinsy,  koszulę  w 

kratę  i  skórzaną  kurteczkę.  Pod  pachą  miał  grubą  teczkę.  Pojechaliśmy  pod  warsztat. 
Wszystkie  drzwi  były  zamknięte.  Jedynie  na  drzwiach  zobaczyliśmy  karteczkę 
informującą, Ŝe zakład będzie nieczynny do piętnastej. 

- Teraz dokąd? - Leśnik był wyraźnie niezadowolony. 
- Do Gryzidąbia. 
Leśnik zrobił zdziwioną minę. 
- Tam stał dworek hrabiego Nowickiego - wyjaśniłem mu. 
Pogoda  znowu  dopisywała  i  z  przyjemnością  otworzyłem  okno,  by  chłostały  nas 

ostatnie  ciepłe  podmuchy  tegorocznego  lata.  U  przydroŜnego  sprzedawcy  kupiliśmy 
sobie jabłka, które dokładnie umyliśmy pod kranem. Leśnik chrupał je wdychając ich 
naturalny aromat. 

Do  Gryzidąbia  przyjechaliśmy  około  jedenastej.  We  wsi  panował  spokój. 

Zatrzymaliśmy  się  pod  murem  dawnego  parku,  niedaleko  rozdroŜa  z  kapliczką. 
Obejrzeliśmy  ruiny  piwnic  dworku  oraz  zachowane  resztki  krzewów  parkowych.  Z 
pewnością hrabia Ŝył tu w bardzo urokliwym miejscu, blisko rzeczki, z dala od zgiełku 
wielkomiejskiego  gwaru.  Nasza  krzątanina  musiała  wzbudzić  zainteresowanie 
mieszkańców  przysiółka.  Jeden  z  nich  przerwał  chyba  porządki  w  ogródku,  bo 
przyszedł  do  nas  z  grabiami  na  ramieniu.  Rozmawiał  z  nami  oparty  o  nie.  Miał 
pięćdziesiąt  lat,  głębokie  zmarszczki  na  wyświechtanej  wiatrem  twarzy  i 
bladoniebieskie oczy. 

Resztki jasnych włosów skrywał pod granatowym beretem z obowiązkową antenką. 

Ubrany  był  w  stare  adidasy,  połatane  dresy  i  gruby  sweter  z  łatami  naszytymi  na 
łokciach. 

- Dzień dobry! - przywitałem męŜczyznę. - Pan wie, kto tu mieszkał? 
-  Jeszcze  przed  wojną  -  nasz  rozmówca  machnął  ręką  tym  gestem  odmierzając 

ogrom czasu, jaki minął od tamtej pory - podobno jakiś hrabia tu mieszkał. 

- Hrabia Nowicki - wtrącił Leśnik. 
- Właśnie, nazwisko miał jak ten sławny aktor. 
- Czy tu w Gryzidąbiu mieszkał ktoś z jego słuŜby? - zapytałem. 
- Ludzie opowiadali, Ŝe tu prawie wszyscy u hrabiego pracowali. Dopiero jak Ruscy 

w czterdziestym piątym zrobili parcelację, to majątek hrabiego rozdano między ludzi. 

- A w czasie wojny? - zainteresował się Leśnik.  
Wyjął paczkę papierosów i poczęstował rolnika. Obaj zapalili. 
- KaŜdy dbał o ziemię  hrabiego jak o swoją -  męŜczyzna  mówił Ŝywo  gestykulując 

ręką  z  papierosem.  -  Niektórzy  nawet  w  skarpety  pieniądze  za  czynsz  odkładali. 
Wszyscy  mówili,  Ŝe  jak  nie  sam  hrabia  wróci,  to  jego  spadkobiercy.  Hrabiankę 

background image

 

126

wszyscy tu strasznie lubili. Oboje dobrzy byli, zwłaszcza dla młodzieŜy, która chciała 
się kształcić. 

- A kto był lokajem pana hrabiego? - dopytywałem się. 
-  A, ten lokaj nie był  stąd. On był bardziej jak przyjaciel hrabiego. Zginął  w czasie 

wojny, tu niedaleko na drodze. Niemieckie samoloty zbombardowały uchodźców. 

- Nie miał dzieci? 
- Miał syna. Starzy ludzie opowiadali, Ŝe chłopak od najmłodszych lat miał talent do 

języków.  Jak  miał  trzy  lata,  to  tak  samo  gadał  po  polsku  i  po  angielsku.  Ten  lokaj 
nauczył go teŜ hiszpańskiego. Chłopak uczył, pomagał gimnazjalistom uczącym się do 
egzaminów,  czytał  ksiąŜki  napisane  po  obcemu.  Podobno  najbardziej  lubił  takie  o 
piratach i bitwach morskich. Hrabia teŜ lubił morze. 

- Ten syn juŜ tu nie przyjeŜdŜał? - dziwiłem się. 
-  Nie,  podobno  był  tylko  raz  po  wojnie.  Prosił,  Ŝeby  ludzie  nic  o  nim  nie  mówili. 

Rzeczywiście potem milicja go szukała, wypytywała o hrabiego, ale ludzie tu uczciwi, 
więc  nikt z nimi nie chciał nawet  gadać. Ktoś podobno potem na Śląsku spotkał syna 
tego chłopaka. To wszystko. A panowie co tak wypytują o tego hrabiego? 

-  Jestem  muzealnikiem  i  po  prostu  przypadkiem  natrafiłem  na  tropy  związane  z 

losami hrabiego - wyjaśniałem. - Chciałem zobaczyć, gdzie on mieszkał. 

- I tyle zostało z pięknego dworku - męŜczyzna smutno pokiwał głową. 
- A co stało się z budynkiem? - odezwał się Leśnik. 
-  Wojna,  panie...  -  wzruszenie  ramion  i  zarzucenie  grabi  na  ramię  zakończyło 

rozmowę z nami. 

- I co o tym myślisz? - Leśnik zapytał mnie. 
-  Syn  tego  lokaja  musiał  mieć  niezły  mir  wśród  ludności,  skoro  tak  go  posłuchali  i 

nikt go nie wydał milicji. 

- Ile on wtedy mógł mieć lat? - Leśnik głośno liczył. - W 1939 roku miał nie więcej 

niŜ dziewięć, dziesięć lat, to w 1947 roku miał najwyŜej osiemnaście lat. Młodzik. 

-  Wtedy,  po  wojnie,  był  to  dorosły  człowiek.  Nie  wiesz,  co  robił  w  czasie  wojny. 

MoŜe działał w podziemiu? 

-  Gdyby  tak  było,  to  pewnie  skarb  przekazałby  na  rzecz  armii  podziemnej,  a 

przydałyby się teŜ dokumenty... - Leśnik gwałtownie zamilkł. 

-  Dokumenty?  -  podchwyciłem  tę  myśl.  -  To  was  interesuje  ładunek,  który 

eskortował Romuald Okoń? Ty nie wierzysz w to pirackie złoto? 

- Zaraz powiesz coś o tym, Ŝe tobą manipulowałem - Leśnik starał się bagatelizować 

sprawę. 

-  Nic  juŜ  nie  powiem  -  powiedziałem  zdenerwowany.  -  Pojedziemy  odszukać  te 

papiery, na których ci tak zaleŜy. 

Wsiedliśmy  do  wehikułu.  Rosła  we  mnie  frustracja,  Ŝe  to  co  zapowiadało  się  jako 

wspaniała  przygoda,  okazało  się  tylko  grą  prowadzoną  przez  przyjaciela.  Czy  to 
oznaczało, Ŝe przestał być moim najlepszym kolegą? 

Z Gryzidąbia pojechaliśmy w kierunku zamku KrzyŜtopór. Zatrzymałem wehikuł na 

parkingu i wysiedliśmy. Kupiliśmy bilety wstępu i weszliśmy na dziedziniec. Byliśmy 
tu sami. 

-  Rzeczywiście  ładne  miejsce,  Ŝeby  próbować  zastrzelić  Pawła  Dańca  -  Leśnik 

próbował Ŝartować. 

background image

 

127

- Tu są te dokumenty - stwierdziłem. 
- Gdzie? Skąd wiesz? 
-  Podpowiada  mi  to  intuicja.  Dowiedziałem  się  o  znalezieniu  przedwojennej 

cięŜarówki  w  Wiśle.  Ona  miała  tablice  rejestracyjne  wojska  polskiego.  Ktoś  ją 
specjalnie tam zatopił. Było to w miejscu, dokąd prowadzi prosta droga z Ujazdu. 

- Sugerujesz, Ŝe kiedy wokół szalała wojna, dziewięciolatek poprowadził cięŜarówkę 

do zamku, a następnie przez nikogo nie zaczepiany przyjechał nad Wisłę, by tu utopić 
auto? 

- Nie wiem, jak do tego doszło, ale na pace była skrzynia, a w niej deska z wyrytymi, 

znakami: krzyŜ, topór, korona i podkowa. 

-  KrzyŜ  i  topór...  -  Leśnik  zastanawiał  się  chwilę  -  te,  które  są  przy  bramie 

wejściowej? 

- KrzyŜtopór jako nazwa miejsca - tłumaczyłem. - Kiedy dajesz komuś  wskazówki, 

jak dotrzeć w jakieś miejsce, to prowadzisz go od ogółu do szczegółu. 

- To co znaczą korona i podkowa? 
-  Korona  to  nazwa  jednego  z  bastionów,  tego,  przy  którym  do  mnie  strzelano. 

Podkowa oznacza konie, stajnię, ale ta znajduje się po przeciwnej stronie. 

- No to klops? 
-  Wyobraź  sobie,  Ŝe  ten  chłopak  wskazywał  komuś  drogę  -  przypomniałem 

Leśnikowi. - On przekazał wiadomość: Znajdź KrzyŜtopór, pójdź na bastion „Corona” 
i kieruj się w stronę stajni. 

-  Rozmawiałeś  z  tym  chłopakiem?  -  mój  towarzysz  wciąŜ  powątpiewał.  -  MoŜe  po 

prostu na „Coronie” trzeba szukać znaku podkowy? 

- To chodźmy i poszukajmy. 
Obeszliśmy  szczyt  bastionu  nie  znajdując  tam  nic  poza  trawą  i  wydeptaną  w  niej 

ś

cieŜką. 

- Zejdźmy do kazamat - zaproponowałem. 
Miałem  ze  sobą  latarki  i  chodziliśmy  po  podziemiach  oglądając  ściany  w 

poszukiwaniu podkowy. 

-  Powiedz,  skąd  ci  Niemcy  wiedzieli,  Ŝe  trzeba  szukać  skrytki  w  tym  zamku?  - 

Leśnik zapytał mnie. 

- Kasia zauwaŜyła, Ŝe zainteresowało mnie to miejsce. 
- A czemu cię zainteresowało? 
-  Kasia  relacjonując  opowieść  dziadka  mówiła,  Ŝe  konwój  z  rzeczami  hrabiego 

Nowickiego został ostrzelany gdzieś w okolicach Ujazdu. Potem trzeba było poszukać 
informacji o działaniach wojennych w tamtym rejonie i wiele rzeczy się wyjaśniło. 

-  Czyli  ten  chłopak  z  kimś  do  spółki  mógł  cokolwiek  przywieźć  do  zamku 

cięŜarówką,  której  nieoczekiwanie  stał  się  dysponentem?  Czy  mógł  to  zrobić  po 
przejściu frontu? 

- Nie i nie zrobił tego po nieudanej przeprawie pod Baranowem - odpowiedziałem po 

chwili zastanowienia. 

- Druga rzecz - Leśnik zatrzymał się po środku piwnicy.  - Jedyna  wskazówka, jaką 

usłyszał Okoń brzmiała, Ŝe ma szukać admirała Benbowa. Jaki związek z zamkiem ma 
ten admirał? 

background image

 

128

-  Później  ci  wyjaśnię.  Popatrz  na  to  -  wskazałem  na  krótki  korytarz  prowadzący  w 

kierunku stajni. 

Dwa metry od wejścia widzieliśmy zwały gruzu. 
- Nic rozumiem, co cię tu tak intryguje? - Leśnik patrzył na pokruszone kamienie. 
-  Kierunek,  od  strony  bastionu  „Corona”  do  stajni  -  wyjaśniałem.  -  Ciekawe,  od 

kiedy to jest zawalone? 

Nie  czekając  na  przyjaciela  wydostałem  się  przez  najbliŜsze  okno  na  mały 

dziedziniec części pałacowej. Starałem się iść tędy, którędy moim zdaniem przechodził 
zasypany korytarz. Tak znalazłem się w pałacu. Wyjście z podziemnego przejścia z tej 
strony  takŜe  było  niedostępne  przez  zwalony  tu  gruz.  Przeszedłem  przez  owalny 
dziedziniec pałacu i musiałem zejść do dolnej kondygnacji wschodniego skrzydła. Tam 
piwnice były odgruzowane i bez trudu odnalazłem ściany tunelu prowadzącego niegdyś 
do  stajni.  Wróciłem  do  Leśnika,  który  został  w  kazamatach.  OstroŜnie  oglądał 
zagruzowane przejście. 

- I co? - zapytał. 
- Był tu rodzaj poterny pomiędzy kazamatami a stajnią - stwierdziłem. 
- A tu był wybuch - powiedział Leśnik prostując się po wyjściu do kazamat. - Ktoś 

dawno  i  bardzo  sprytnie  zawalił  ładunkiem  wybuchowym  strop.  Czy  zrobił  to  ten 
dziewięciolatek? 

-  Być  moŜe  pomagał  mu  rybak,  który  zatrzymał  tratwę  z  cięŜarówką  dryfującą  po 

Wiśle - zauwaŜyłem. 

- Coś mi tu nie gra - Leśnik niezadowolony kręcił głową. - Ty chyba nie mówisz mi 

wszystkiego? 

-  Pewne  rzeczy  jeszcze  będą  wymagały  wyjaśnień  -  przyznałem.  -  Na  to  przyjdzie 

jeszcze czas. 

Wyszliśmy z zamku i wsiedliśmy do wehikułu. 
-  Czy  chcesz,  Ŝebym  zatrzymał  Kasię?  -  Leśnik  zapytał,  kiedy  wracaliśmy  do 

Baranowa. 

- Za co chcesz ją aresztować? - udawałem zdziwionego. 
- To ona strzelała do ciebie. 
- Skąd wiesz? 
- Bo tylko jej darowałbyś taki czyn. 
- Po prostu nie mam dowodów. 
-  Uprzedź  mnie,  jeśli  planujesz  jakąś  chwilę  triumfu  -  Leśnik  poprosił  i  zamyślony 

patrzył na krajobraz za oknem. 

Dojechaliśmy  do  Baranowa  i  na  podwórze  warsztatu  pana  Jurka.  ZauwaŜył  mój 

wehikuł i wyszedł na podwórko. Wysiedliśmy, a Leśnik wziął swoją czarną teczkę. 

- Mówiłem, Ŝe nie chcę z panem gadać! - krzyknął pan Jurek. 
- MoŜe jednak przekonamy pana do mówienia? - w głosie Leśnika wyczułem dziwną 

pewność siebie. 

-  Mamy  ich  przegnać,  szefie?  -  na  podwórko,  zza  wielkich  drzwi  garaŜu,  wyszedł 

Szpula i jego trzej koledzy. 

Leśnik  odłoŜył  teczkę  na  ziemię.  Szpula  i  jego  kompani  wyjęli  zza  pleców  długie 

kawałki rurek. 

- Dość! - wrzasnął pan Jurek. - Wynoście się! Wszyscy! 

background image

 

129

- My to załatwimy, szefuńciu! - Szpula uśmiechał się, tym razem pan karateka nam 

się nie wywinie. 

- Precz, bo zadzwonię po policję! - krzyczał pan Jurek. 
- Tę z Baranowa?! - Leśnik roześmiał się. 
-  Wejdziemy  do  biura  i  chwilę  porozmawiamy  -  odezwałem  się.  -  Z  wami 

porozmawiamy innym razem. Jeszcze jakaś okazja nam się przydarzy - zwróciłem się 
do Szpuli. - Jakiś czas zostanę w tej okolicy. 

- Poczekamy - Szpula odwrócił się, a za nim poszli jego koledzy. 
- Wejdźmy - zaproponowałem mechanikowi. 
- Ciekawe po co, bo nie mamy o czym gadać - pan Jurek wzruszył ramionami. 
W biurze Leśnik postawił swoją teczkę na biurku. 
-  Jestem  mniej  sentymentalny  niŜ  kolega  -  powiedział  do  mechanika.  -  Czy  będzie 

pan z nami szczerze rozmawiał? 

- Nie - mechanik był pewny siebie. 
Leśnik  otworzył  teczkę  i  wyjął  z  niej  plik  dokumentów  w  tekturowych, 

sznurowanych okładkach. 

- Tajny współpracownik „Pasek” - przeczytał z okładki. - To coś panu mówi? 
- Mieli to zniszczyć - mechanik zbladł. - Wy jesteście najgorsi dranie! śeby po tylu 

latach takie brudy wyciągać?! Ja się tego nie boję! Ciekawe, co mi moŜecie zrobić? 

- Co zrobi dziennikarz jakiejś lokalnej gazety, kiedy dostanie kserokopie oryginałów 

donosów na kolegów „Paska”? - Leśnik miał twarz pokerzysty. - Pan mówi o brudach. 
Te  teczki  to  nic  więcej  jak  brudy,  dowody  ludzkich  słabości  tych,  którzy  donosili,  na 
których  donoszono  i  którzy  zbierali  takie  świństwa.  Sam  pan  jednak  wie,  Ŝe  ludzie 
łakną sensacji. To jak będzie? 

-  Co  chcecie  wiedzieć?  -  mechanik  załamany  usiadł  za  biurkiem  i  rękoma  podparł 

głowę. 

-  Kogo  szukał  człowiek,  którego  milicja  aresztowała  w  waszym  domu?  -  Leśnik 

zadał pytanie. 

Zabrzmiało jak wystrzał. 
- Dranie! - syknął pan Jurek. 
- Czy stać pana na zamknięcie warsztatu? - Leśnik nie ustępował. 
Pan Jurek zacisnął powieki, spod których trysnęły dwie łzy. 
- Dość! - krzyknąłem. - Schowaj to i wynosimy się stąd! 
- Co ty wyprawiasz? - Leśnik wściekł się. - Zaraz wszystko będziesz wiedział. 
- Nie za taką cenę! 
- Ujawnianie prawdy po jakimś czasie wypełnionym kłamstwami zawsze boli. 
- Za mocno! Nie mamy do tego prawa! 
Wyrwałem  Leśnikowi  teczkę  i  wyszedłem  z  warsztatu.  Poczekałem  na  kolegę  w 

wehikule. 

- To było nieźle zagrane - stwierdził wsiadając. 
-  Mówiłem  serio.  Nie  potrzebuję  twojej  pomocy  w  dotarciu  do  syna  lokaja.  Wiem, 

kto to jest. 

background image

 

130

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

 

SZANTAś CZY WSPÓŁPRACA? * ZASADZKA NAD WISŁĄ * ZDRADA DIRKA * 

SPOTKANIE U DZIADKA EWY * LEKTURA MŁODOŚCI * WYDARZENIA Z 

WRZEŚNIA 1939 ROKU * ADMIRAŁ VENATOR 

 

Leśnik patrzył na mnie z niedowierzaniem. 
- Tak po prostu? - pstryknął palcami. - To chyba nie ten mechanik? 
- Nie - przyznałem mu rację. - Co tam na niego macie? - ruchem głowy wskazałem 

na teczkę. 

-  Trochę  brudu  -  Leśnik  lekcewaŜąco  machnął  ręką.  -  Zdolny  porucznik  SłuŜby 

Bezpieczeństwa złamał pana Jurka. Jego siostra w 1976 roku w Radomiu pracowała w 
szpitalu  jako  pielęgniarka.  Widziała,  co  milicja  zrobiła  z  robotnikami.  Jej  relacje 
posłuŜyły  dziennikarzom  Radia  „Wolna  Europa”  do  opowiedzenia  o  skutkach 
niesławnych „ścieŜek zdrowia”, kiedy pobito protestujących. Była zaszczuta przez SB i 
chciała wyjechać na Zachód, ale to SB miała swoich ludzi w wydziale paszportowym, 
a bez paszportu nie mogła wyjechać z kraju. Pan Jurek chciał jej pomóc. W tym samym 
czasie jego brat zdawał egzaminy na studia. Wystarczyłby jeden telefon  na  uczelnię i 
młody  chłopak  zamiast  do  akademika  dostałby  się  do  koszar.  Początkowo  tajny 
współpracownik „Pasek” miał donosić, jacy ludzie naprawiają u niego samochody i co 
przy  okazji  mówią.  RoŜni  tu  się  przecieŜ  przewijali  -  i  miejscowi,  i  turyści.  To  były 
same plotki, głupawe dowcipy. Nic waŜnego, ale jeden współpracownik więcej dobrze 
wyglądał w statystykach i sprawozdaniach tego porucznika. 

- Naprawdę wszystko to byś ujawnił? - zapytałem. 
- Czemu pytasz? 
- Bo to wszystko były śmieci bez wartości - stwierdziłem. - Za coś takiego złamałbyś 

człowiekowi Ŝycie. Sam mówiłeś, w jakiej był sytuacji. Wiesz, Ŝe nie dano mu wyboru. 
Teraz, przez te idiotyczne papiery skazałbyś go w miasteczku na ostracyzm. 

- Donosił! 
- Zawsze wszystkich pakujesz do jednego worka? 
- Widzisz jakąś róŜnicę? 
- Tak! WaŜny jest teŜ zamiar. Co innego donosić na kumpli dla własnych korzyści, 

dla awansu, dla pieniędzy, a co innego, kiedy stajesz się ofiarą szantaŜu. 

- Nie miałem zamiaru ujawniać tych dokumentów - stwierdził Leśnik. 
-  Ale je tu przywiozłeś, Ŝeby go nastraszyć. Czym twoje postępowanie roŜni się od 

tego, co zrobił ten porucznik z SB? 

- Chcieliśmy zdobyć informacje! 
- Nie za taką cenę!  - zwróciłem  uwagę. - Czemu aŜ tak  się zmieniłeś? Dawniej nie 

traktowałeś ludzi tak instrumentalnie. 

Uruchomiłem silnik i w milczeniu wróciliśmy do hotelu. 
- Od tej pory sam będę prowadził poszukiwania - oświadczyłem, kiedy znaleźliśmy 

się na parkingu. - Nie chcę pracować twoimi metodami. Dziś coś zepsułeś i nie wiem, 
czy chcę, Ŝebyśmy jeszcze kiedykolwiek współpracowali. 

-  Paweł,  przepraszam  -  Leśnik  wyciągnął  do  mnie  dłoń.  -  Masz  rację,  Ŝe 

przesadziłem.  Zrobię  jak  zechcesz.  Chciałem  ci  jeszcze  powiedzieć,  Ŝe  w  1981  roku 
TW  „Pasek”  zerwał  współpracę.  Jeszcze  przez  parę  lat  nękano  go  kontrolami  w 
warsztacie, ale on się nie ugiął. 

background image

 

131

Uścisnąłem dłoń Leśnika 
-  Czemu  mu  to  robiono?  Raz  go  złamali,  mieli  nic  nie  warte  informacje,  a  nadal 

chcieli go utrzymać i straszyć? - pytałem. 

- Chodziło o zasadę. Nikt nie moŜe sam odejść, sam wyrwać się spod kontroli. 
- Na razie - poŜegnałem się z przyjacielem. 
W  swoim  pokoju  usiadłem  na  krześle  i  tępo  spoglądałem  na  zamknięty  laptop. 

Myślałem  o  panu  Jurku,  którego  przez  tyle  lat  dręczyły  upiory  przeszłości,  Ŝył  w 
strachu, Ŝe pewnego dnia ktoś taki jak Leśnik przyniesie teczkę. Teraz łatwiej jest być 
uczciwym i wydawać sądy o przeszłości, która po tylu latach tylko w powtarzanych w 
telewizji filmach moŜe mieć posmak absurdalnej komedii. W jednym z takich obrazów 
reŜyser mówi, Ŝe jest prawda ekranu i prawda czasów, w których Ŝyjemy. 

Włączyłem komputer i jakiś czas szukałem potrzebnych mi informacji w Internecie. 

Potem  poszedłem  do  restauracji  zamkowej  na  obiad  i  długo  siedziałem  pijąc  mocną 
kawę i wpatrując się w obraz na ekranie laptopa. Wreszcie podjąłem decyzję, Ŝe muszę 
pojechać do Ewy. Kiedy wracałem do hotelu, zza Ŝywopłotu wyskoczył Dirk. Chłopak 
wyglądał na podenerwowanego i nerwowo rozglądał się na wszystkie strony. 

- Panie admirale! - przywitał mnie. 
- Co się stało, panie Dirk? - zapytałem zmuszając się do pogodnego uśmiechu. 
- Mamy dla pana waŜne informacje. Przyjdzie pan za pół godziny do naszej zatoki? 
Spojrzałem  na  zegarek.  Była  siedemnasta.  Uznałem,  Ŝe  zdąŜę  jeszcze  wieczorem 

pojechać do Ewy. MoŜe teŜ podskórnie bałem się tego spotkania i szukałem pretekstu, 
Ŝ

eby uczynić to, co nieuniknione, jak najpóźniej? 

- Zgoda - powiedziałem. 
Dirk obrócił się na pięcie i pobiegł w kierunku płotu. Pewnie do kolegów.  
W  pokoju  zostawiłem  laptop,  wyszedłem  przez  bramę  i  niespiesznie 

pomaszerowałem przez pola w kierunku Wisły. Na miejsce dotarłem w wyznaczonym 
czasie, ale na plaŜy nikogo nie było. Najwyraźniej chłopcy chcieli przypłynąć tu łodzią 
Flinta. Usiadłem na piasku i cierpliwie czekałem. Kiedy usłyszałem kroki, było juŜ za 
późno na ucieczkę. Z roŜnych stron wyszli Szpula i jego kompani. 

-  No,  panie  karateka,  teraz  zobaczymy,  kto  jest  lepszy  -  Szpula  uśmiechał  się 

złowieszczo. 

Byli  uzbrojeni  w  te  swoje  rurki.  Nie  miałem  wyjścia  i  musiałem  się  bronić. 

Wyciągnąłem  z  krzaków  grubą  gałąź.  Dawała  iluzoryczne  poczucie  bezpieczeństwa. 
Pierwszy natarł na mnie Józek. 

Wziął  zamach  unosząc  wysoko  swoją  broń.  Gdyby  tą  rurą  trafił  mnie  w  głowę,  w 

najlepszym  razie  byłbym  oszołomiony.  Dzięki  starym  nawykom  nabytym  podczas 
ć

wiczeń dalekowschodnich sztuk walk wiedziałem, co powinienem był zrobić. 

Zablokowałem  cios  swoim  drągiem  jednocześnie  schodząc  z  linii  ataku.  Swoim 

kijem  odsunąłem  na  bok  broń  napastnika  i  szybko  wykonałem  pchnięcie.  Trafiłem  w 
splot słoneczny i Józek zamarł próbując łapczywie złapać oddech. Wypuścił z rąk broń 
i skulił się. Teraz do ataku ruszył Szpula. Trzymał rurkę w prawej dłoni i chciał mnie 
uderzyć biorąc silny zamach z boku. 

Zasłoniłem  się  drągiem  i  po  zablokowaniu  ciosu  wykonałem  dwa  kroki  z  obrotem. 

Przy okazji odgoniłem pozostałych bandziorów. Wymierzyłem drągiem cios w kolana 
Szpuli. Natychmiast stracił równowagę i wywrócił się na plecy. Upadek oszołomił go. 

background image

 

132

Dwaj  pozostali  patrzyli  na  mnie  niepewnie.  Po  krótkim  namyśle  podjęli  decyzję  i 

jednocześnie ruszyli w moją stronę. Wtedy padł strzał. 

- Stać, policja! - usłyszałem krzyk Leśnika. 
Wyszedł z krzaków mierząc do łobuzów z pistoletu. 
- OdłóŜcie to! - rozkazał. - PołóŜcie się twarzą do ziemi! 
Tamci  przestraszeni  wykonali  polecenie.  Z  krzaków  wybiegli  piraci.  Flint  i  Barrel 

trzymali za ramiona wyrywającego im się Dirka. Silver podskakiwał przy nich. 

- Admirale, co mamy zrobić z tym zdrajcą? - zapytał Flint. 
Leśnik w tym czasie wyjął telefon komórkowy i chciał wezwać policję. 
- Nie! - powstrzymałem go. 
- Czemu? - zdziwił się mój wybawca. 
- Mieliśmy działać w moim stylu - przypomniałem. 
Leśnik  wzruszył  ramionami  i  machnął  ręką  do  młodych  bandytów  pokazując,  Ŝeby 

zniknęli nam z oczu. 

- Admirale, jutro odbędziemy sąd nad Dirkiem - zapowiedział Flint 
- To on zrobił tę „czarną plamę” dla pana, ale dziś sam ją otrzyma - dodał Barrel. 
- Od jutra pan Dirk przestanie być naszym kompanem - Flint miał zaciętą minę. 
-  Zaraz!  -  przerwałem  ich  wywody.  -  Zapowiadacie  sąd  na  jutro,  ale  juŜ  dziś 

wydajecie  wyrok?  Pamiętacie,  co  zrobiliście  ze  mną?  Nie  daliście  mi  szansy 
wysłuchania moich argumentów. 

- To co pan proponuje? - zapytał Flint. 
- Prawdziwy sąd nad panem Dirkiem, na Wyspie Skarbów. 
- Czy oni nie muszą pójść do szkoły? - wtrącił Leśnik. 
-  Spotkajmy  się  tam  po  południu,  po  zakończeniu  lekcji  -  zaproponowałem.  -  Tata 

Flinta pewnie pomoŜe wam się tam szybko dostać, a zapewniam, Ŝe będzie warto. 

- Zgoda! - Flint i Barrel kiwnęli głowami. 
Dirk korzystając z chwili, kiedy go nie trzymali, czmychnął w las. 
- Jutro będę na przystani! - uciekając zawołał do Flinta. 
- Wy teŜ uciekajcie do domów - klasnąłem na piratów. 
Chłopcy zrobili kwaśne miny. 
- Śledziłeś mnie? - nie kryłem niechęci do Leśnika i jego metod pracy. 
- Gdybym mógł, to tak - on spokojnie chował broń do kabury na pasku spodni. - Tak 

się  złoŜyło,  Ŝe  o  twoje  Ŝycie  i  zdrowie  bardziej  dbają  nie  dorośli,  ale  twoi  piraci-
kamraci. 

-  Dirk  chwalił  się,  Ŝe  będzie  pan  miał  nauczkę  za  wszystkie  czasy  -  opowiadał 

Barrel.  -  Domyśliłem  się,  Ŝe  Dirk  wykombinował  coś  wspólnie  ze  Szpulą. 
Zadzwoniłem do Flinta i spotkaliśmy się przed hotelem. Pani  w recepcji powiedziała, 
Ŝ

e  pan  gdzieś  wyszedł.  Pomyślałem:  Dirk  wciągnął  admirała  w  pułapkę.  Wtedy 

Flintowi przypomniało  się to, co ludzie  w  mieście  mówili. Pan był z jakimś  kolegą  u 
mechanika.  Zapytaliśmy  o  tego  przyjaciela  i  wtedy  ta  pani  z  recepcji  zadzwoniła  po 
pana Michała. 

- Pomyśleliśmy, gdzie Szpula mógł zrobić zasadzkę i przyszło nam do głowy, Ŝe jeśli 

wykorzystał  Dirka,  to  tylko  w  naszej  zatoce  -  Flint  wtrącił  się  do  opowieści.  -  Jakby 
Dirk  chciał  umówić  się  gdzie  indziej,  to  byłby  pan  czujny,  a  tutaj  nie  spodziewał  się 
pan niczego złego. 

background image

 

133

-  Dobrze  to  wykombinowali  i  jak  widziałem,  mało  brakowało,  a  miałbyś  powaŜne 

tarapaty  -  Leśnik  uśmiechnął  się.  -  Wiem,  wiem  -  poklepał  mnie  po  plecach  -  dałbyś 
sobie radę... 

We  czwórkę  poszliśmy  w  kierunku  Baranowa.  Rozstaliśmy  się  z  piratami  przy 

zamkowej bramie. 

- I co teraz? - Leśnik zatrzymał się w parku i wdychał chłodne, wieczorne powietrze 

przesiąknięte zapachem świerku. 

-  Teraz  jadę  na  spotkanie  -  odpowiedziałem.  -  Sam  -  dodałem.  -  MoŜesz  do  mnie 

zadzwonić za dwie godziny. Jeśli nie będę odpowiadał, to moŜesz zacząć się niepokoić. 

- Powiedz, gdzie mam cię szukać? 
- Zapytaj w recepcji, gdzie mieszka Ewa. 
- Po prostu jedziesz do dziewczyny? 
- To nie jest takie proste, ale muszę ją błagać o wybaczenie. 
Nie  miałem  ochoty  na  dalsze  tłumaczenia  i  pomaszerowałem  do  wehikułu. 

Kilkanaście  minut  później  wjechałem  na  podwórko  gospodarstwa  pana  Jana,  dziadka 
Ewy.  Stał  tam  juŜ  mercedes,  stary  model,  tak  zwana  „beczka”,  w  kolorze 
szarozielonym. O dziwo,  na  powitanie  wyszły tylko psy.  Kiedy zaszczekały,  w progu 
werandy pojawiła się Ewa. Widziałem burzę jej jasnych włosów rozjaśnionych jeszcze 
ś

wiatłem padającym z wnętrza domu i zarys jej wspaniałej figury. 

Wysiadłem z auta. Psy czujnie odprowadzały  mnie trzymając pyski tuŜ przy  moich 

kolanach. Czułem się jak więzień prowadzony pod mur przez pluton egzekucyjny. 

- Dobry wieczór - przywitałem Ewę. 
- Wchodź, czekają na ciebie - zaprosiła mnie stając bokiem w przejściu. 
- Chciałem najpierw porozmawiać z tobą - na chwilę zatrzymałem się w drzwiach. 
Nasze spojrzenia spotkały się. Znowu było jak dawniej, bo dojrzałem w jej oczach te 

same  wesołe ogniki. Miałem  ochotę chwycić ją, porwać stąd i nie  wracać do spraw z 
przeszłości. 

- Jeszcze zdąŜymy pogadać - uśmiechnęła się  i dłonią łagodnie pogłaskała  mnie po 

policzku. 

Zastanawiało  mnie,  co  mogło  spowodować  taką  odmianę  jej  zachowania.  Lekko 

pchnęła  mnie  w  stronę  kuchni.  Jedyne  co  przychodziło  mi  teraz  do  głowy,  to  słowa 
mojego szefa, starego kawalera, który powiedział kiedyś: „Kobiety, to jedyna zagadka, 
której nie zdołasz rozwikłać do końca Ŝycia”. 

W  kuchni  przy  stole  siedzieli  panowie  Jan  i  Jurek.  Między  nimi  na  talerzach 

rozłoŜyły się frykasy wiejskiej kuchni: kiełbasa, ogórki kiszone, grzybki marynowane, 
chleb  i  smalec,  a  do  tego  butelka  jakiegoś  ciemnoczerwonego,  ognistego  trunku.  Pan 
Jan  sięgnął  do  kredensu  po  kieliszek  i  bez  słowa  nalał  mi.  Jego  towarzysz  przysunął 
zakąski w kierunku przeznaczonego dla mnie taboretu. Usiadłem, a Ewa zajęła miejsce 
po drugiej stronie. 

- Na pohybel cieniom nękającej nas przeszłości! - pan Jan wzniósł toast. 
Spojrzał wymownie i z wyrzutem, kiedy nie dotknąłem nawet swojego kieliszka. 
- Dobre, nalewka wiśniowa - chwalił swój wyrób. 
- Nie będę mógł prowadzić samochodu - zauwaŜyłem. 
-  Wybierasz  się  dokądś?  -  pan  Jan  zajrzał  mi  w  oczy.  -  Na  górze  mamy  pokój 

gościnny. Póki nie będziesz głośno chrapał, to Ewa nie wyrzuci cię na parter. 

background image

 

134

- Na pohybel - spełniłem toast. 
- Kim jest ten twój koleŜka? - zapytał pan Jurek. 
- Człowiek z resortu - wyjaśniłem enigmatycznie. - Niech pan zrozumie, Ŝe oni tam 

mają takie metody. 

- A ty skąd jesteś? - pan Jan przyglądał mi się rozbawiony. 
- Jestem muzealnikiem. 
Cała trójka roześmiała się słysząc to oświadczenie. 
-  Akurat!  -  pan  Jan  protekcjonalnie  klepnął  mnie  w  ramię.  -  Słyszałem  jednak,  Ŝe 

potrafisz zachować się jak człowiek. 

-  Jestem  muzealnikiem  -  powtórzyłem.  -  Brzydzą  mnie  takie  metody  zdobywania 

informacji.  SzantaŜ  nie  jest  w  moim  stylu.  Zajmuję  się  poszukiwaniem  zaginionych 
dzieł sztuki i rozwiązywaniem zagadek historycznych. Niekiedy muszę udawać kogoś 
innego, uŜyć siły w obronie własnej, blefować, nienawidzę... 

-  Dobra!  -  Ewa  przerwała  mi.  -  JuŜ  raz  słyszałam  tę  opowieść,  od  Sławka.  Kim  on 

jest? 

-  Kimś  takim,  kim  byłem  ja,  nim  wyrzucono  mnie  z  pracy  w  muzealnictwie  - 

tłumaczyłem.  -  Tak  naprawdę  za  kilka  dni  wracam  do  Warszawy  i  wtedy  otrzymam 
wypowiedzenie. Będę wolny i bezrobotny. Wiedząc o tym przyjąłem specjalne zlecenie 
od tego mojego kolegi. On nie powiedział mi wszystkiego... 

Wiele  minut  i  trzy  toasty  zajęło  mi  opowiedzenie  historii  moich  poszukiwań  w 

Baranowie.  Omijałem  tylko  wątki  związane  z  Ewą.  Resztę  wyznałem  szczerze.  Ewa 
słuchała  mnie  bawiąc  się  pustą  filiŜanką  po  kawie.  Panowie  siedzieli  w  milczeniu  i 
tylko kiwali głowami. Kiedy skończyłem, zadzwonił telefon. To był Leśnik. 

- Wszystko  w  porządku  - powiedziałem  mu.  -  Nie  wrócę  dziś do hotelu. Spotkamy 

się na śniadaniu. 

- Najprędzej na obiedzie - Ewa uśmiechnęła się tak, Ŝe poczułem się jak u wrót raju. 
- W południe - poprawiłem się. 
-  Pamiętaj  o  swoich  kamratach  i  sądzie  -  Leśnik  Ŝartował.  -  W  razie  czego  dzwoń. 

Miłej zabawy i... pozdrów Ewę. 

PoŜegnałem się i zakończyłem rozmowę. 
- Troskliwy przyjaciel - zauwaŜył pan Jan. 
- W jego pracy od troski o detale zaleŜy bardzo wiele - odpowiedziałem. 
- Powiedz, a wiesz ty, gdzie jest ten skarb? - zapytał pan Jan. 
- Chyba tak - odpowiedziałem po chwili namysłu. - Mam nadzieję, Ŝe to będzie taki 

wieczór szczerości... 

- Jednak jest trochę interesowny - pan Jurek chytrze zmruŜył oko. 
- Pan jest synem lokaja hrabiego Nowickiego - ukłoniłem się w stronę pana Jana. 
- Szarkowski we własnej osobie - pan Jan uśmiechnął się. 
- Pan jest synem pilota promu - wycelowałem palec w pana Jurka. 
- A jakŜe - przyznał pan Jurek. - Poznaliśmy się na przeprawie promowej, którą mój 

ojciec zrobił koło mostu budowanego przez saperów. 

-  Przyjechał  konwój  prowadzony  przez  Romualda  Okonia  i  dwie  cięŜarówki 

załadowano  na  prom  i  tratwę  -  naprowadzałem  tok  opowieści  na  interesujący  mnie 
wątek. 

background image

 

135

-  Ojciec  mówił,  Ŝe  ten  Okoń  miał  jakiś  glejt  podpisany  przez  szychy  ze  Sztabu 

Generalnego  -  kontynuował  pan  Jurek.  -  Przed  Okoniem  prawie  na  baczność  stawali 
kapitanowie i pułkownicy, chociaŜ chłopak był najwyŜej porucznikiem. Wzięliśmy na 
prom  i  tratwę  te  jego  auta  i  wtedy  nadleciały  niemieckie  bombowce.  Wyły,  strzelały 
pociskami.  Wszystko  wokół  wydawało  się  gotować  i  drŜeć.  Tratwa  się  urwała. 
Pamiętam, jak Janek stał zrozpaczony i patrzył na prom. 

- Drugi raz przez te samoloty straciłem kogoś mi bliskiego - odezwał się pan Jan. - 

Najpierw  pilot  myśliwca  zabił  mi  tatę,  potem  ci  piloci  na  Wiśle  ranili  Romualda 
Okonia. Zostałem sam na tratwie. Wiesz, co mi się wtedy przypomniało? 

- Nie - pokręciłem głową. 
-  „Wyspa  Skarbów”  Stevensona.  Tam  taki  młody  chłopak  teŜ  sam  prowadzi  okręt 

który  zwędził  piratom.  Ja  zostałem  sam  na  tratwie  z  tą  cięŜarówką.  Musiałem  sobie 
jakoś  poradzić.  Na  początku  zająłem  się  rannym  Okoniem.  Opatrzyłem  mu  ranę.  Nie 
wiem,  kiedy  minąłem  Tarnobrzeg  i  za  miastem  dogonił  mnie  łodzią  z  silnikiem 
spalinowym jakiś rybak. Ściągnął tratwę do brzegu. 

-  Gdzie  to  było?  -  dopytywałem  się.  -  Przy  takim  wysokim  brzegu,  po  wschodniej 

stronie Wisły? 

- Tak, była tam skarpa - przyznał pan Jan. - Od czasu jak odszedłem od rybaka, to ja 

tam więcej nie przychodziłem. Zatopiliśmy cięŜarówkę i tyle. 

- Skrzynie z papierami wywiózł pan do zamku KrzyŜtopór? - upewniałem się. 
-  Ten  rybak  w  czasie  pierwszej  wojny  światowej  słuŜył  w  niemieckiej  armii  w 

oddziałach  szturmowych  na  froncie  zachodnim.  Umiał  skonstruować  niewielkie 
ładunki wybuchowe i ukryliśmy dokumenty w znanym mi korytarzyku na zamku. One 
nie były w skrzyniach, tylko w workach. Teraz, po tylu latach to... 

Pan Jan nie musiał kończyć. Płótno i papier przez tyle lat przesiąkły wilgocią, zgniły, 

pokryły się pleśnią. Mimo woli roześmiałem się. 

- Co pana tak śmieszy? - pan Jurek zaciekawił się. 
- Znam człowieka, który bardzo chciał poznać zawartość tych zapisków. Panie Janie, 

pan to obejrzał i wie pan, co tam było? 

-  Teczki,  dane  polskich  wywiadowców,  jakieś  wyciągi  z  kont  bankowych,  hasła 

dostępu do nich. 

- Nie korciło pana, Ŝeby... - znacząco zawiesiłem głos. 
-  Postanowiłem,  Ŝe  to  będą  pieniądze  na  odbudowę  kraju  po  wojnie  -  oznajmił  pan 

Jan.  -  Ta  nowa  Polska  nie  była  jednak  taka  jak  być  powinna.  Ona  nie  była  moja!  Po 
prostu szkoda na nią słów! 

- Skarby hrabiego ukrył pan gdzie indziej. Co pan potem zrobił? Jak to się stało, Ŝe 

Niemcy nie namierzyli pana w czasie przygotowywania skrytek i później? 

-  Do  zamku  pojechaliśmy  z  rybakiem  w  nocy.  Zrobiliśmy  to  raz,  dwa.  Potem 

załadowaliśmy  złoto  na  tratwę  i  schowałem  je  w  dobrym  miejscu.  Kiedy  Romuald 
Okoń ozdrawiał, uciekłem. Chciałem dostać się do Nowickiego, ale ten nagle zniknął. 
Ludzie  mówili,  Ŝe  więzi  go  gestapo.  Stwierdziłem,  Ŝe  nadszedł  czas,  Ŝeby  uciekać. 
Rodziny  nie  miałem,  więc  zostałem  u  tego  rybaka.  Po  nim  odziedziczyłem  całe  jego 
gospodarstwo nad wodą. Sprzedałem je i przeniosłem się tu. 

- A jak to było z Okoniem? - skierowałem wzrok na pana Jurka. 

background image

 

136

- Pojawił się jak duch po  wojnie i szukał Janka  - opowiadał  mechanik. - Ojciec nic 

nie  wiedział  o  jego  losie.  Nagle  łomot  do  drzwi  i  wezwanie,  Ŝeby  poddać  się  milicji. 
Myśmy uciekli, a Okoń jeszcze walczył. Podobno ci, którzy mieli zdobyć mieszkanie, 
byli  cali  w  strachu.  Potem  było  cięŜko.  Okonia  aresztowali,  ojca  na  prywatnej 
inicjatywie roŜni tacy inspektorzy nękali. Najgorsze, Ŝe te same męty przychodziły do 
mnie,  kiedy  przejąłem  interesy  ojca.  MoŜe  ich  dzieci  teŜ  tak  łaŜą  i  ukryci  za  tarczą 
bzdurnych  przepisów  nie  dają  człowiekowi  uczciwie  pracować.  Pan  wiesz,  na  co 
musiałem się godzić? - popatrzył na mnie. 

- Tak - krótko odpowiedziałem. 
- I co? Jestem zdrajcą? 
Widziałem, Ŝe pan Jan i Ewa w napięciu czekali na to, co odpowiem. 
-  Gdyby  rzeczywiście  był  pan  złym  człowiekiem  i  współpracował  z  tajną  policją 

dobrowolnie,  nie  miałby  pan  teraz  takich  wątpliwości  -  odezwałem  się  po  chwili 
namysłu.  -  Nie  moŜna  do  jednego  worka  wkładać  ofiar  i  złoczyńców.  MoŜna 
wypowiedzieć wiele mądrych lub banalnych zdań odwołujących się do filozofii, religii, 
ale one wszystkie i tak będą się sprowadzały do tego, Ŝe człowiek jest istotą błądzącą. 

Moi współbiesiadnicy tylko pokiwali głowami. 
- Co z moją teczką zrobi ten pański kolega? - zapytał pan Jurek. 
- Nie wiem - bezradnie rozłoŜyłem ręce. - Nie ma powodu, Ŝeby teraz te dokumenty 

komukolwiek ujawniać. Co przyniesie przyszłość? Tego nie wiem. 

Pan Jurek zasępiony wpatrywał się w swój kieliszek. Długo jeszcze rozmawialiśmy o 

roŜnych  sprawach.  Przed  północą  wyszedłem  z  Ewą  na  spacer,  Ŝeby  odetchnąć 
ś

wieŜym powietrzem. 

Szliśmy  polną,  piaszczystą  drogą  trzymając  się  za  ręce  i  wpatrując  się  w 

rozgwieŜdŜone niebo. 

- Co jutro zamierzasz zrobić? - zapytała mnie. 
- Wydobędę skarb ukryty przez twojego dziadka. 
- A potem? 
- Potem, zrobię coś, na co miałem ochotę od kiedy tu jestem. 
- To znaczy? 
- Zobaczysz. 
Miałem ochotę pomilczeć i przemyśleć plan na następny dzień. Ewa uszanowała to i 

po prostu tak sobie szliśmy w milczeniu. Wróciliśmy do domu Ewy po kilkudziesięciu 
minutach. Obaj starsi panowie juŜ układali się do snu. śyczyliśmy sobie dobrej nocy i 
rozeszliśmy  się  do  swoich  pokoi.  UłoŜyłem  się  w  chłodnej,  pachnącej  świeŜością 
pościeli i wdychałem zapach lasu. Wpatrzony w belki skośnego sufitu wciąŜ myślałem 
o wskazówkach prowadzących do skarbu. 

Byłem  trochę  zły  na  siebie,  Ŝe  podobnie  jak  szef  lubiłem  efektowne  zakończenia 

ś

ledztw i to, które zaplanowałem, właśnie takim miało być. 

Rano obudziłem się o dziewiątej. Panowie Jan i Jurek wiąŜ spali i na parterze słychać 

było  tylko  ich  głośne  chrapanie.  Ewa  przygotowała  śniadanie  na  werandzie.  To  było 
cudowne uczucie pić kawę w jej towarzystwie, rozkoszować się smacznym posiłkiem i 
sycić wzrok jej widokiem. 

- To co napisałeś do mnie w liście było prawdą? - upewniała się. 

background image

 

137

Miałem  nadzieję,  Ŝe  po  moich  słownych  i  pisemnych  wyjaśnieniach  nie  będziemy 

więcej poruszali tego tematu. 

-  Tłumaczyłem  ci,  Ŝe  musiałem  tak  postępować  i  nigdy  nie  miałem  zamiaru  cię 

oszukiwać. Nie spodziewałem  się, Ŝe to twój dziadek zakopywał skarb. Zleconym  mi 
zadaniem było rozpracowanie Kasi. 

- Wykonałeś dwieście procent normy - Ewa zaŜartowała. 
Roześmiałem się. Po posiłku umówiłem się z Ewą, kiedy po nią przyjadę. Wsiadłem 

do  wehikułu  i  wróciłem  do  hotelu  w  Baranowie.  Po  kąpieli,  orzeźwiony,  wypoczęty 
odnalazłem  Leśnika  przy  kawiarnianym  stoliku  niedaleko  zamku.  Czytał  gazetę  i  pił 
herbatę. 

- Pełny relaks? - zagadnąłem go. 
- To teŜ praca - Leśnik skrzywił się i złoŜył wielką płachtę papieru. - W mojej pracy 

trzeba umieć czytać między wierszami. 

- I co tu wyczytałeś? 
- Wiele rzeczy, które ciebie zupełnie  nie interesują. Zabrakło jednej, najwaŜniejszej 

informacji o tym, ze dziś Paweł Daniec wykopie skarb w zamku KrzyŜtopór. 

-  Dziś  będę  kopał  gdzie  indziej  -  zastrzegałem.  -  To  co  ciebie  interesuje  w 

podziemiach  KrzyŜtoporu  to  twoja  sprawa.  Nie  ciekawi  mnie  widok  worków  pełnych 
przegniłych dokumentów. 

- Jakich dokumentów? - Leśnik udawał rozbawionego. 
-  Bankowych.  Naprawdę  sądziliście,  Ŝe  wyciągniecie  pieniądze  z  martwych  przez 

tyle lat kont będzie moŜliwe? 

- Nie wiem, o czym mówisz. 
-  Ten  podrozdział  mojej  rozprawki  o  poszukiwaniach  sam  napiszesz.  Wiesz,  gdzie 

macie kopać? 

- Wiem. A ty dokąd się wybierasz? 
- Na Wyspę Skarbów. Popłyniesz tam z piratami. Mianuję cię admirałem Venatorem. 
- Mam brać artylerię? 
-  Mam  przeczucie,  Ŝe  niestety  będzie  ona  potrzebna.  Załatw  teŜ  odpowiednie 

wsparcie sił królewskich. 

- Tak jest! - Leśnik zasalutował. 

background image

 

138

ZAKOŃCZENIE 

 

Uzgodniłem z Leśnikiem szczegóły planu i około trzynastej wjechałem na podwórko 

gospodarstwa  pana  Jana.  JuŜ  poprzedniego  wieczoru  nachylił  mi  się  do  ucha  i 
zapowiedział, Ŝe nie chce brać udziału  w  wykopywaniu skarbu. Rozumiałem, jakie to 
dla  niego  miało  znaczenie.  Powróciłyby  wspomnienia  tragicznych  dni,  a  moŜe  po 
prostu  chciał,  Ŝeby  jego  tajemnica,  której  tak  pilnie  przez  tyle  lat  strzegł,  przetrwała 
jeszcze dłuŜej? 

Ewa wsiadła do wehikułu i pojechaliśmy w kierunku Sandomierza. Tam odszukałem 

wyjazd  na  północne  obrzeŜa  miasta.  Wjechaliśmy  na  teren  ogródków  działkowych. 
Dotarliśmy w końcu do obłoŜonego betonowymi płytami brzegu Wisły. 

- Trzymaj się! - powiedziałem do Ewy. 
Ona niepewnie patrzyła co robię. Puściłem hamulec i moje autko zaczęło zjeŜdŜać w 

stronę  wody.  Jednocześnie  uruchomiłem  turbinę,  która  napędzała  wehikuł,  w  wodzie 
zamieniając  go  w  motorówkę.  Kiedy  przednie  koła  znalazły  się  w  wodzie  Ewa 
podskoczyła  i  chciała  wyskoczyć  na  stały  ląd.  PołoŜyłem  dłoń  na  jej  ramieniu  i 
powstrzymałem  ją.  WciąŜ  zaskoczona,  ale  i  juŜ  trochę  rozbawiona  patrzyła,  jak 
wehikuł sunie w wodzie. 

-  Widziałam,  Ŝe  to  niezwykły  samochód,  ale  to  przechodzi  wszelkie  pojęcie  - 

oznajmiła. - Nie zatonie? 

- Nie - uspokajałem ją. - Jeszcze nie nauczyłaś się mi ufać? 
-  Wiesz,  Ŝe  kobiety  potrzebują  odrobiny  szaleństwa,  ale  przede  wszystkim 

stabilizacji? Ty oferujesz mi tylko przeŜycia ekstremalne. 

Było  bardzo  ciepło  i  wiał  słaby  wiatr.  Obawiałem  się,  czy  piraci  dopłyną  na  czas. 

Zsunąłem ze stelaŜa brezentowy dach i powoli płynęliśmy z prądem królowej polskich 
rzek  chciwie  nadstawiając  twarze  do  słońca.  Po  dwóch  godzinach  naszym  oczom 
ukazała się Wyspa Skarbów. 

- Naprawdę to tu? - Ewa nie dowierzała. - Wygląda tak niepozornie. 
- I bardzo dobrze - uśmiechnąłem się. 
Wpłynąłem wehikułem w trzciny, załoŜyłem brezent i dodatkowo okryłem go siatką 

maskującą. 

- Po co to? - Ewa dziwiła się mojemu zachowaniu. 
- Jeszcze wiele ciekawych rzeczy dziś tu się wydarzy. 
Wziąłem  worek,  w  którym  miałem  kilka  narzędzi,  pęto  kiełbasy  i  ćwiartkę  chleba. 

Na brzegu południowej zatoki rozpaliłem ognisko i zajęliśmy się pieczeniem kiełbasek. 

-  Nie  boisz  się,  Ŝe  zabraknie  ci  czasu  na  wykopanie  skarbu?  -  Ewa  jadła  kiełbaski 

ostroŜnie przegryzając gorącą i chrupiącą skórkę. 

-  Na  razie  wszystko  idzie  zgodnie  z  planem.  Jesteśmy  tu  sami  na  wyspie.  - 

roześmiałem się. - Stałaś się więźniem admirała Custosa. 

- Kogo? 
- Dla nich jestem admirałem Custosem - wskazałem na dziób wpływającej do zatoki 

łodzi  pirackiej.  Na  topie  masztu  powiewała  piracka  flaga,  co  wzbudziło  uśmiech 
politowania na twarzy Ewy. 

- UwaŜałam cię za nieco ekscentrycznego, ale jednak normalnego faceta - oznajmiła. 
- To jeszcze nie koniec twoich dzisiejszych przygód. Będziesz zaraz świadkiem sądu. 

background image

 

139

Piraci  zrzucili  Ŝagiel,  wynieśli  kotwice  na  brzeg  i  rozsiedli  się  wokół  ogniska.  TeŜ 

mieli prowiant i piekli sobie kiełbaski. 

- Długo płynęliście? - zapytałem. 
-  Tylko  od  Sandomierza  -  odparł  Flint.  -  Tata  jechał  tam  do  powstającej  przystani 

Ŝ

eglarskiej. Tam wodowaliśmy naszą łódź i chyba ona tam zostanie na zawsze. 

- Czemu? - zdziwiłem się. 
- Trzeba sprzedać starą wysłuŜoną fregatę - odparł Flint - W przyszłym tygodniu jadę 

na  miesiąc  na  obóz  Ŝeglarski  do  Hiszpanii  i  nie  będzie  komu  zajmować  się  naszym 
okrętem.  JuŜ  od  pół  roku  buduję  z  tatą  coś  zupełnie  innego.  Jacht!  Trochę  szkoda  tej 
krypy,  bo  dzielnie  nam  słuŜyła  -  Flint  obejrzał  się  za  siebie  na  zatokę.  -  Wie  pan, 
admirale, jest kupiec, więc trzeba korzystać z okazji. 

Ewa o mało nie zakrztusiła się, kiedy Flint tytułował mnie admirałem. 
- Kiedy zaczynamy sąd? - dopytywał się Barrel. 
- MoŜemy juŜ - szybko wstałem i obmyłem dłonie w wodzie. - Kapitanie Flint, pan 

będzie oskarŜycielem. 

- Miał nim być pan Barrel - zauwaŜył Flint 
- Pan Barrel będzie głównym świadkiem oskarŜenia - uznałem. 
- Miałem być sędzią - Flint bezradnie rozłoŜył ręce. - To admirał go osądzi? 
- Nie. Ta piękna, młoda dama - wskazałem na Ewę. 
- Ja się z wami nie bawię - Ewa roześmiała się. 
- Musisz. 
- A ty nie moŜesz? 
- Ja będę obrońcą - oświadczyłem. 
- Co?! - wrzasnęli Flint i Barrel. 
-  Panie  Dirk,  zgadza  się  pan,  Ŝebym  był  pańskim  obrońcą?  -  zwróciłem  się  do 

młodego osiłka. 

- Tak - wyszeptał. - Czuję, Ŝe teraz się pan zemści i zupełnie mnie pogrąŜy. 
- Nie znasz się na ludziach i masz błędne o nich wyobraŜenie - mruknąłem. - Wysoki 

Sądzie? - ukłoniłem się Ewie. 

-  OskarŜony  i  obrońca  usiądą  po  mojej  prawej  stronie,  oskarŜyciel  po  lewej,  a 

ś

wiadek na wprost mnie - zadecydowała Ewa. - Rozpoczynam rozprawę przeciw temu 

chłopcu, która ma pecha być bronionym przez pana admirała Custosa. 

- Protestuję! - krzyknąłem. - Nie wolno obraŜać obrońcy! 
- Niech będzie - Ewa lekcewaŜąco machnęła ręką. - O co pan oskarŜa tego chłopca? - 

zapytała Flinta. 

Ten wstał i z kieszeni koszuli wyjął zmiętą kartkę papieru. Starannie ją wyprostował 

i  odczytał  akt  oskarŜenia,  który  obejmował  dwa  główne  zarzuty:  jątrzenie  przeciw 
admirałowi Custosowi, dowódcy wyprawy, oraz wciągnięcie go w zasadzkę. Następnie 
Barrel złoŜył zeznanie dotyczące zachowania Dirka. 

-  Po  co  ten  sąd?  -  Dirk  zdenerwował  się.  -  Chcecie  mnie  wyrzucić  z  załogi,  to 

zróbcie to! Po co te cyrki? 

- Niech pan siada - połoŜyłem mu dłoń na ramieniu i stanowczo usadziłem na piasku. 

-  Jako  obrońca  i  ofiara  zachowań  pana  Dirka  uwaŜam  go  za  niewinnego  -  te  słowa 
wywołały  konsternację  wśród  obecnych.  -  Tak!  -  kontynuowałem.  -  Odnosząc  się  do 
pierwszego zarzutu muszę przypomnieć tu obecnym i wyjaśnić Wysokiemu Sądowi, Ŝe 

background image

 

140

to  Czarna  Mamba...  -  zawahałem  się  widząc  minę  Ewy,  ale  szybko  pojęła,  kogo 
miałem  na  myśli  -  ...była  prowodyrem  buntu,  do  którego  przyłączył  się  takŜe  kapitan 
Flint. 

- Musiałem pilnować statku - chłopak bronił się. 
- Czy oni odpłynęliby bez ciebie? Nie! O co naprawdę ci chodziło? 
- To ty chciałeś dowodzić wyprawą! - Dirk wyrzucił z siebie. 
-  Kłamstwo!  -  wzburzony  Flint  wstał,  ale  po  jego  minie  i  spojrzeniu  na  Dirka 

rozpoznałem, Ŝe to było sedno problemu. 

-  Gdzie  pan  Dirk  miał  szukać  autorytetu,  jeśli  Czarna  Mamba  tak  łatwo 

manipulowała  załogą?  -  patrzyłem  na  Flinta.  -  Dowodzenie  to  nie  tylko  przywilej 
władzy, ale i odpowiedzialność związana z dawaniem dobrego przykładu. Właśnie tego 
zabrakło.  Dlatego  pan  Dirk  zbuntował  się.  Prostą  konsekwencją  tych  wydarzeń, 
których  byliśmy  uczestnikami  tu  na  wyspie,  było  przyłączenie  się  pana  Dirka  do 
kompanii Szpuli. Czym mógł wkupić się w łaskę złych ludzi? Tylko czyniąc draństwo 
równe  temu,  do  jakiego  byli  zdolni  Szpula  i  jego  banda.  Czy  warto  było,  niech  pan 
Dirk sam sobie odpowie. Kapitan Flint sprzedaje statek. Czy nie jest tak dlatego, Ŝe nie 
jest  on  juŜ  miejscem,  które  was  łączy?  Dlaczego?  Bo  porzuciliście  swoje  dziecięce 
ideały. 

Dirk  i  Flint  siedzieli  ze  spuszczonymi  głowami.  ZauwaŜyłem,  Ŝe  Ewa  chciała 

skrytykować to co mówię. 

- Czy chłopiec, który ukrył tu skarb zdradził swoje ideały? - zapytałem ją. - Pewnie 

miał  wiele  powodów,  by  sięgnąć  do  tej  skarbnicy  po  nawet  małą  rekompensatę  za 
swoje krzywdy i trudny los. Nie uczynił tego. 

Skończyłem przemawiać i usiadłem. Ogień przygasał i cięŜki dym snuł się nad plaŜą. 
- Wzięliście to, o co prosiłem? - zapytałem Flinta. 
- Mamy w łodzi - Dirk zerwał się z piasku. 
Piraci  pobiegli  po  narzędzia.  Patrzyłem  na  to,  co  robią  i  czy  nie  stanie  im  się 

krzywda  i  wtedy  nagle  za  plecami  usłyszałem  ostroŜne  kroki  kilku  osób.  Obejrzałem 
się.  To  byli  Kasia,  pan  Leon  i  Emil.  Kasia  i  Emil  trzymali  jakieś  grube  drągi,  a  pan 
Leon pistolet z nakręconym na lufę tłumikiem. 

Wyszedłem im naprzeciw. 
-  To  była  piękna  i  pełna  naiwności  przemowa  -  Kasia  uśmiechnęła  się  drwiąco.  - 

Teraz z nią tu przypłynąłeś po skarb? - wrogo spojrzała na Ewę. 

- Jest nas tu znacznie więcej - odpowiedziałem. 
-  Zapomniałam  o  tych  słodkich  piraciątkach  -  Kasia  roześmiała  się  widząc  miny 

chłopców, którzy podeszli do nas wyposaŜeni w łopaty, kilof, liny i latarki. 

- Nie to miałem na myśli - teraz ja się roześmiałem. 
- Ciekawe co? - pan Leon podszedł do mnie i wymierzył broń prosto w moją pierś. 

Stał dwa metry ode mnie. 

Ewa  za  moimi  plecami  zaszlochała,  a  piraci  odwrócili  wzrok.  Wtedy  w  ciszy,  jaka 

zapanowała,  rozległo  się  ciche  „paf!”  i  pistolet  wypadł  z  ręki  Niemca.  Pan  Leon 
zdumiony oglądał swoją pokrwawioną dłoń. 

- Co jest? - oglądał ranę. 
Bez  słowa  wskazałem  w  stronę  łodzi.  Tam  wyprostował  się  Leśnik  uzbrojony  w 

karabinek snajperski. Kazałem mu ukryć się na łodzi wiedząc, Ŝe przyda mi się taki as 

background image

 

141

z rękawa. Z krzaków za plecami Kasi wyszło kilku męŜczyzn ubranych między innymi 
w  kamizelki  kuloodporne  i  kominiarki.  Byli  uzbrojeni,  ale  szybko  schowali  broń  do 
kabur. Otoczyli Kasię i Niemców. Dwóch prowadziło wierzgającego Sławka. 

- Co z nim? - zapytał jeden z ludzi sprowadzonych na wyspę przez Leśnika. 
- Przypłynął z nimi? - przyjaciel wskazał w stronę aresztowanych. 
- Tak jest. 
-  Skujcie  go!  Mam  przeczucie,  Ŝe  kariery  jego  i  jego  przełoŜonego  juŜ  się 

zakończyły - stwierdził zadowolony Leśnik. 

Nie  przypuszczałem,  Ŝe  sytuacja  przybierze  niemal  filmowy  obrót.  Nie  chciałem 

bowiem,  by  Ewa  i  chłopcy  byli  świadkami  strzelaniny,  ale  nie  spodziewałem  się  aŜ 
takiej determinacji w poszukiwaniach ze strony konkurencji. Leśnik ze swoimi ludźmi 
pilnował zatrzymanych, a ja wyjąłem z worka egzemplarz „Wyspy Skarbów”. 

-  To  klucz  do  rozwiązania  zagadki  -  wyjaśniałem.  -  Ewo,  jaki  tytuł  ma  pierwszy 

rozdział tej ksiąŜki? 

- Karczma „Admirał Benbow” - przeczytała Ewa. 
Kilka  minut  zajęło  mi  opowiedzenie  historii  chłopca,  czyli  pana  Jana,  który  w 

młodości  zaczytywał  się  lekturami  marynistycznymi.  „Wyspę  Skarbów”  pierwszy  raz 
opublikowano w 1883 roku i mały Janek przeczytał ją w angielskim wydaniu z połowy 
lat  trzydziestych  XX  wieku.  Kiedy  z  rybakiem  szukali  dobrego  miejsca  na  skrytki, 
chłopiec wskazał na zamek KrzyŜtopór. Tam trafiły papiery. Pirackie złoto trafiło na tę 
wyspę,  która  przypominała  młodemu  czytelnikowi  nie  tylko  nazwą  literacki 
pierwowzór. Układ jej wzgórz i zatok odpowiadał tej, jaką stworzył Stevenson. 

Znalazłem  wskazówki  kapitana  Flinta  z  „Wyspy  Skarbów”,  które  miały  prowadzić 

do skrytek. 

Pierwsza  skrzynka,  zawierająca  kilkanaście  kilogramów  złotych  monet,  znajdowała 

się  kilka  metrów  od  wykrotu  wywróconego,  niegdyś  potęŜnego  drzewa.  Drugą,  ze 
szkatułką  pełną  kamieni  szlachetnych,  wykopaliśmy  ze  skarpy  na  wschodnim 
wybrzeŜu  wiślanej  Wyspy  Skarbów.  Worek  z  białą  bronią  zdobioną  drogocennymi 
kamieniami  znaleźliśmy  u  podnóŜa  niewielkiego  pagórka  rozpoczynającego  mierzeję 
zamykającą północną zatokę. Poszukiwania kończyliśmy o zmroku. 

Ludzie  Leśnika  wywieźli  skarby  i  aresztowanych,  a  sam  Leśnik  jako  admirał 

Venator motorówką odholował łódź piratów do Sandomierza. 

- To było takie proste? - zdziwiła się Ewa. 
- Proste, bo trzeba było wiedzieć, gdzie szukać wskazówek - stwierdziłem. 
Z  kieszeni bluzy  wyjąłem pudełko z biŜuterią z  krzemienia pasiastego i podałem je 

Ewie. Otworzyła je i zaskoczona patrzyła na podarunek. Widać było, Ŝe jej się podoba. 
Zaraz jednak zobaczyłem w jej spojrzeniu Ŝartobliwe ogniki. 

-  Znalazłeś  tu  tyle  złota,  a  dajesz  mi  jakieś  kamienie?  -  zapytała  uśmiechając  się 

figlarnie. 

Nic  nie  odpowiedziałem,  tylko  nachyliłem  się  nad  Ŝarem  rozdmuchując  wygasłe 

ognisko na plaŜy. 

- Co ty robisz? - Ewa zaniepokoiła się. 
- Nie chcę, Ŝebyś zamarzła tu w nocy. 
- Mam tu z tobą spać? My sami na wyspie? 
- Niech pani zrobi kolację, bo admirał Custos jest głodny - rozkazałem. 

background image

 

142

-  To  przy  śniadaniu  mówiłeś  o  tej  kolacji?  To  było  twoje  marzenie,  od  kiedy  tu 

przyjechałeś? 

- Nie - uśmiechnąłem się i rozmarzony patrzyłem na gwiaździste niebo nad nami.