background image

CECILY VON ZIEGESAR

NIE ZATRZYMASZ MNIE PRZY 

SOBIE

plotkara 8

Kiedy mam wybierać między jednym złem a drugim,

zwykle wybieram to, którego jeszcze nie próbowałam.

Mae West

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Czerwiec tuż - tuż i Nowy Jork płonie jak świeca Diptyque - jest gorący i aromatyczny, piękny i jasny. 

Ściemnia się teraz tak późno, że nie potrafimy odróżnić dnia od nocy. Nie, żeby nas to obchodziło. O 

tej porze roku nasz wybieg - zwany też Upper East Side - jest praktycznie wolny od rodziców. Są za 

bardzo  zajęci   meczami  polo   i  garden   party,   meczami   tenisa  i  partiami   golfa   w  naszych   wiejskich 

rezydencjach w Ridgefield w Connecticut, w Bridgehampton na Long Island, w Newport na Rhode 

Island   albo   w   Mount   Desert   Island   w   Maine.   A   nas   zostawiają,   żebyśmy   rządzili   w   mieście.   Tak 

jakbyśmy choćby na chwilę przestali w nim rządzić. Nasze nazwiska otwierają listę gości w każdej 

ekskluzywnej   restauracji,   klubie   i   hotelu   na   Manhattanie   od   dnia   naszych   narodzin.   Chadzamy 

paczkami i brylujemy na salonach, w centrum i na przedmieściach, na wschodzie i na zachodzie. Cała 

wyspa jest i zawsze była nasza. Jednak w czerwcu, dla nas, uczniów ostatnich klas, nadejdzie koniec 

szkoły   i   czas,   by   powiedzieć   sobie   „Do   widzenia”.   Ale   na   bok   smętne   miny.   Teraz  jest   czas,   by 

naprawdę   dać   się   zapamiętać.   Jeśli   na   zakończenie   szkoły   dostaniemy   to,   czego   chcemy,   już 

niedługo  wszyscy   będziemy   mieli  samochody.  Nasza  kolei,  żeby  być tak  głośnymi,  nieznośnymi  i 

pięknymi, jak nigdy dotąd - pip, piiip! A skora nie ma nikogo, kto by chciał nas usadzić (jakbyśmy się 

tym przejmowali), czas, żeby porządnie poszaleć.

Pięć powodów, żeby balować ostrzej niż kiedykolwiek w życiu:

1. Nauka do końcowych egzaminów jest śmiertelnie nudna.

2. Już prawie lato!

3. Zasłużyliśmy na to!!

4. Klimatyzacja tak mocno chłodzi, że musimy znaleźć jakiś sposób na rozgrzewkę - wiecie, co mam 

na myśli.

5. To nasza ostatnia szansa. Większość z nas wyjeżdża na wakacje, a potem wyrusza do college'u. 

Teraz albo nigdy.

  plotkara.net jest tłumaczeniem nazwy autentycznej  strony internetowej:  

www.gossipgirl.net

  (przyp. 

red.).

*

background image

Zanim całkiem ci odbije i zrobisz coś, czego będziesz później żałowała, powinnaś zastanowić się, czy 

ty i twój chłopak jesteście sobie dość oddani, by utrzymać związek na odległość przez całe lato oraz 

pobyt w college'u. Wyobraź sobie siebie otoczoną opalonymi przystojniakami w szortach Billabong, 

bosych, ze stopami w piasku, proponujących ci przejażdżkę stylowym kabrioletem. Wyobraź sobie 

seksownych,   świeżo   upieczonych   studentów   prosto  z  prywatnych   szkół,   w   samych   milusich 

bladozielonych bokserkach w białe groszki, jak idą pod prysznic w twoim koedukacyjnym akademiku. 

Naprawdę zdołasz się oprzeć? Czemu nie oszczędzić sobie tortur rozstania przez telefon, zrywając 

już teraz? Zafunduj sobie nic nieznaczący flirt z tym nieśmiałym, milutkim kujonem, z którym w piątej 

klasie   chodziłaś   na   lekcje   tańca   i   który   nie   jest   już   takim   kujonem.   Nie   masz   absolutnie   nic   do 

stracenia. A skoro już przy tym jesteśmy - może chociaż poudawaj, że lubisz tę dziewczynę z tłustymi 

włosami i wystającymi zębami, której zapomniałaś zaprosić na urodziny w siódmej klasie i każdego 

następnego roku. Dzięki temu będzie mogła wskazać twoje zdjęcie w szkolnym roczniku i pochwalić 

się przed nowymi koleżankami w Mount Hollyhock albo innym beznadziejnym college'u, do którego 

trafi: „Widzicie tę laskę? Była jedną z moich najlepszych przyjaciółek I” Ale dość już o odgrzewaniu 

starych znajomości i podtrzymywaniu nieistniejących przyjaźni.

Nie wiem, jak wy, ale ja przeżywam właśnie poważny duchowy kryzys. Większość prywatnych szkół 

dla dziewcząt traktuje uroczystość rozdania dyplomów niezwykle poważnie. Dziewczęta muszą mieć 

na sobie długie białe suknie, białe rękawiczki i białe buty. Jak na ślubie, tyle że my będziemy wyfruwać 

a nie na odwrót - hurrra! Mimo to, pozostaje pytanie: Oscar czy nie Oscar? Oczywiście Oscar de la 

Renta.   Jeśli   wybierzesz   Oscara,   skończysz   pewnie   w   takiej   samej   sukience   jak   sześć   innych 

dziewczyn   z   twojej   klasy   -   chociaż   i   tak   wiesz,   że   będziesz   wyglądać   o   niebo   lepiej   niż   one.   A 

kupowanie bieli ma tę zaletę, że zawsze możesz później ufarbować sukienkę i włożyć ją jeszcze raz. 

Aha, akurat - jakbyś miała ochotę jeszcze kiedykolwiek ją wkładać!

A skoro mam już waszą niepodzielną uwagę, sprawdźmy co słychać u naszych ulubieńców...

DZIWNA PARA

Pojawiły się spekulacje, że związek między dwoma skrajnymi przeciwieństwami mieszkającymi razem 

w   Williamsburgu   to   nie   jest   tylko   zwykłe,   wygodne,   wspólne   wynajmowanie   mieszkania,   ale   coś 

bardziej - jakby to ująć - romantycznego.  B  ostatnio bardzo często ubiera się na czarno i zakłada 

cięższe   buty.   A   co   z   tą   srebrną   spinką   od   Tiffany'ego,  którą   miała   przedwczoraj   w   superkrótkich 

włosach  V?   Wyobrażacie   sobie   je   razem,   tulące   się   do   siebie   na   sofie,   czeszące   sobie   włosy, 

wymieniające się szpilkami od Manolo i martensami? Komu potrzebni są chłopcy?

A SKORO MOWA O CHŁOPCACH

może i odpuściła sobie facetów - kto by tak nie zrobił po ostatnim wyskoku N? - ale V najwyraźniej 

sprawia przyjemność towarzystwo płci przeciwnej, i to coraz bardziej. Ona i ten wygolony weganin, A

background image

przyrodni brat B dokazywali bez skrępowania w częściowym negliżu w kawiarenkach i na parkowych 

ławkach w całym Williamsburgu. Nic tak nie rozpala jak odrobina ekshibicjonizmu!

Co   do  N,   to   pewnie   myślicie,   że   nie   posiadał   się   ze   szczęścia   po   tym,   jak   zaliczył   najbardziej 

pożądaną blond bombę w mieście - i to na oczach B, w domku kąpielowym, w wannie, na Imprezie 

dziewczyn z ostatniej klasy z okazji dnia wagarowicza, w Southampton. No więc nie. Widzieliście go 

ostatnio? Zaczerwienione oczy, brudne chusteczki zwisające z kieszeni, osowiałe usposobienie. Nasz 

złoty   chłopiec   jest   najwyraźniej   w   straszliwym   dołku.   A   może   złapał   przenoszoną   drogą   płciową 

chorobę od jednej z tych francuskich zdzir, z którymi, jak głosi plotka, wiecznie kręcił. Widzicie? Nie 

warto być zachłannym. Nie żeby nas to kiedykolwiek powstrzymało.

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

W przyszłym roku idę do Vassar. Kochałam się w takim jednym chłopaku od trzeciego roku 

życia i właśnie się dowiedziałam, że on też idzie do Vassar! Jestem taka podekscytowana, 

ale martwię się, że stracę tyle czasu na skłonienie go, żeby ze mną zagadał, że nawet nie 

zauważę, że jestem w college'u, rozumiesz?

Zakochana

O:

 Droga zakochana!

Wybacz brutalną szczerość, ale mam wrażenie, że już spędziłaś mnóstwo czasu, próbując 

skłonić tego faceta, żeby z tobą zagadał. Poczekaj, aż zajedziesz do Vassar - spotkasz tam 

całe mnóstwo cud chłopaków, których nigdy w życiu nie widziałaś. Niektórzy mogą być 

nawet   warci   miłości.   A   ponieważ   w   dzisiejszych   czasach   większość   akademików   jest 

koedukacyjna, nie uda ci się z nimi nie rozmawiać!

P.

Na celowniku

B  i  V  kupują na targu w  Williamsburgu  bazylię w doniczkach. Może jednak plotki o ich lesbijskich 

skłonnościach są prawdziwe?! C wchodzi do fryzjera w Greenwich Village, żeby ogolić sobie głowę i 

wychodzi   z   włosami   dłuższymi   niż   wcześniej   oraz   platynowymi   pasemkami.   Nie   ma   siły,   żeby 

przetrwał choćby miesiąc w akademii wojskowej.  N  stoi na dachu Metropolitan Museum of Art i z 

posępną miną patrzy na Central Park. Wygląda na to, że nasz ulubiony, wiecznie najarany chłopiec 

cierpi   na   wyjątkowo   przykry   przypadek   melancholii.  D  ogląda   buicki   po   wypadkach   na   jakimś 

zapadłym parkingu z używanymi wozami w Harlemie. Żeby chociaż umiał zmieniać biegi. W sobotę 

samotnie zdaje egzamin do szkoły z internatem w biurze dyrektorki Constance Billard. Ona koniecznie 

chce się przenieść, a szkoła jeszcze bardziej chce się jej pozbyć!

background image

MUSICIE TYLKO ZDAĆ

Moja rada: nie przegapcie wyprzedaży wzorów u Zaca Posena i pokazu Stell i McCartney, siedząc na 

jednym   z   tych   durnych   kursów   przygotowawczych,   do   których   zachęcają   nas   nauczyciele,   gdzie 

przerabiają wszystko, czego kiedykolwiek się uczyliśmy. Nalejcie sobie kieliszek dobrze schłodzonego 

pinot grigio i po prostu przejrzyjcie notatki. Musicie tylko zdać, a uwierzcie mi, jesteście znacznie 

mądrzejsi,   niż   myślicie.   Powodzenia,   kochani.   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy   zobaczymy   się   na 

rozdaniu świadectw!

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

dokąd chodzą wszystkie dziewczyny

- Będziesz to przymierzać? - zapytała nieśmiało Blair Waldorf Alison Baker, dziwnie 

infantylna dziewczyna z ostatniej klasy.

Blair pchnęła srebrny wieszak po szynie w stronę Alison. Biała, sztywna jak tektura 

tunika z lnu jakiegoś przypadkowego skandynawskiego projektanta? Nie, dzięki.

- Bierz - odparła wspaniałomyślnie.

Alison miała cienkie, długie do pasa, brązowe włosy, przerwę między jedynkami i 

była   potwornie   chuda.   Codziennie   zakładała   białą   koszulę   i   granatowe   sznurowane   buty, 

których  szkoła Constance Billard wymagała  od przedszkolaków, ale których  w pierwszej 

klasie nikt już nie założyłby do mundurka. Kiedyś, w czwartej klasie. Alison zsikała się w 

majtki w bibliotece, bo nie chciała pójść do łazienki, nim nic skończy czytać Ani z Zielonego 

Wzgórza.  Przez   resztę   dnia   musiała   chodzić   w   za   małych   wełnianych   rajstopach   w 

musztardowym kolorze z kosza na rzeczy znalezione. Bez bielizny.

Musiało drapać.

W szóstej klasie Alison dwa weekendy z rzędu bezskutecznie zapraszała Blair do 

wiejskiej   posiadłości   w   Osterville   na   Cape   Cod,   aż   w   końcu   sobie   odpuściła.   Potem 

rozpuściła paskudną plotkę, że ojciec Blair nie puszcza córki na weekendy, ponieważ łączy 

ich kazirodczy związek, a tylko wtedy mogą spędzać czas razem.

Ojciec Blair, stuprocentowy gej? Z byka spadła?

- Będzie ci w niej fantastycznie. Ja mam do niej za wąskie ramiona - skłamała Blair.

Alison włożyła tunikę na koszulę i pozwoliła, żeby spódniczka od mundurka opadła 

na podłogę. Sukienka zwisała z jej kościstej figury jak mokry worek na kartofle. Z mysimi, 

wiotkimi   włosami   do   pasa   wyglądała   jak   dziewczyna,   którą   opętał   demon   w   tym 

obrzydliwym horrorze Egzorcysta.

- Myślisz, że jest za duża? - zapytała.

Nawet Blair nic miała serca udawać, że Alison wygląda dobrze.

- Może - odparła, zbyt  zajęta stosem jaskrawo kolorowych, jedwabnych, obcisłych 

sukienek na ramiączkach od Diane von Furstenberg, żeby czymkolwiek się przejmować.

- Ej, ja to chciałam przymierzyć! - Isabel Coates wyrwała zwiewną, białą sukienkę 

background image

Stelli McCartney z rąk Rain Hoffstetter i przycisnęła do swojej patykowatej pozbawionej talii 

figury. Zapuszczała grzywkę i lśniące ciemne włosy nosiła podpięte wsuwkami nad czołem w 

zamierzonym nieładzie, przez co wyglądała odjazdowo i kretyńsko zarazem.

- Żartujesz? To jest trzydzieści sześć. W życiu się w nią nie wciśniesz - zaoponowała 

Rain, łapiąc za brzeg sukienki, jakby chciała wyrwać ją z rąk Isabel. - Jestem niższa od ciebie 

- opierała się, chociaż tak samo jak Isabel, była bliższa czterdziestki niż trzydziestu sześciu.

- Nie wiem, dlaczego tak się pieklicie o głupią kieckę. - Blair ziewnęła, podchodząc 

do   wieszaka   z   wyszywanymi   paciorkami   bawełnianymi   sweterkami   w   kolorze   lilaróż   od 

Nicole Farhi. - Po pierwsze, jest kremowa i patrzcie... - Wskazała pomalowanym na perłowo 

paznokciem na biały, satynowy wieszak, na którym wisiała sukienka. - Ma różowy pasek. A 

nasze sukienki na koniec szkoły mają być nieskazitelnie białe.

Chociaż sukienka była o dwa rozmiary za mała. Isabel nadal przyciskała ją do siebie, 

jakby od tego zależało jej życie.

- Może wcale nie chcę jej na zakończenie szkoły. Może wybieram się na imprezę albo 

cos takiego.

Jasne. Została zaproszona na sekretną imprezę, o której Blair nie wiedziała.

Dzisiaj był pierwszy dzień pokazu i wyprzedaży Browns of London w głównej sali 

balowej hotelu St. Clair i dziewczyny z ostatniej klasy Constance Billard urwały się z godziny 

wychowawczej, żeby się tam zjawić. Czy był lepszy sposób, by upolować sukienkę, która 

pojawiła się już w Anglii, ale nigdy nie była sprzedawana w Nowym Jorku? Żeby znaleźć 

idealną, pożądaną, jedyną w swoim rodzaju suknię na zakończenie szkoły? Jedyny sęk w tym, 

że ich sukienki na rozdanie świadectw musiały być  całe białe, a większość projektantów 

wystrzegała   się   bieli,   by   uniknąć   mało   seksownych   skojarzeń   z   chrzcinami   i   wiejskimi 

pastuszkami.

O sukniach ślubnych nie wspominając.

- Szkoda,   że   ta   ma   tren...   -   zadumała   się   na   głos   Kati   Farkas,   unosząc   do   góry 

śnieżnobiałą, satynową sukienkę z bufiastymi rękawami od Alexandra McQueena. Wyglądała 

jak coś, co Śpiąca Królewna chętnie by włożyła na stuletni sen.

- Fuj. - Isabel zmarszczyła nos. - Tren to zdecydowanie nie jej jedyna wada.

Pokaz składał się z pięćdziesięciu ośmiu wieszaków ubrań - sukni balowych, sukienek 

koktajlowych,   sukni   ślubnych   i   dla   druhen,   spódnic,   bluzek,   swetrów,   rybaczek,   dwóch 

wieszaków   kapeluszy,   a   nawet   wieszaka   pełnego   tiar.   welonów   i   chustek.   Ubrania   były 

cudowne   i   przepięknie   wykonane,   ale   dziewczyny   nic   obchodziły   się   z   nimi   delikatnie. 

Rzeczy walały się po całym dywanie, a zwykle dostojna, pełna złoceń sala balowa wyglądała 

background image

teraz jak garderoba jakiejś zwariowanej modnisi z Upper Hast Side, która w alkoholowym 

upojeniu szykowała się na imprezę dobroczynną.

Tłum dziewcząt polujących na wymarzoną sukienkę na zakończenie szkoły, umilkł na 

chwilę,   gdy  wysoka   blondynka   o   ogromnych   ciemnoniebieskich   oczach   weszła   do   sali   i 

podała ochroniarzowi biało - zielony skórzany plecak Louisa Vuittona. Za nią stał opalony 

chłopak o falujących złotobrązowych włosach i błyszczących zielonych oczach.

- Założę się, że się spóźnili, bo najpierw musieli skoczyć na górę - zachichotała Rain, 

szturchając Nicki Button w żebra. Rain i Nicki wybrały się w weekend na japoński zabieg 

prostowania włosów i teraz ich ciemne czupryny były nienaturalnie wygładzone i lśniące, 

jakby doklei! je specjalista z londyńskiego muzeum figur woskowych Madame Tussaud.

- Patrz.   Blair   udaje,   że   ich   nie   zauważyła.   O   Boże,   Serena   idzie   prosto  do   niej   - 

zapiszczała Laura Salmon.

Dziewczyny stały z ramionami pełnymi sukienek, nie spuszczając oczu z Sereny van 

der   Woodsen,   która   popłynęła   do   wieszaka   z   eleganckimi,   ale   mimo   to   niemodnymi, 

słomkowymi kapeluszami od słońca, raptem dwa kroki od Blair, i zaczęła je przymierzać.

- Ładny - stwierdził Nate Archibald bez entuzjazmu, garbiąc się pod ścianą.

Wyglądał na bardziej pochmurnego i zamyślonego niż zwykle. To była jedna z tych 

imprez, gdzie większość dziewczyn, zamiast czekać wieczność w kolejce do przymierzalni, 

rozbierała się po prostu przy wieszakach. Nate był jednak najbardziej pożądanym chłopakiem 

na Upper East Side. Dziewczyny rozbierały się do naga, gdy tylko pstryknął palcami, ale 

nawet wtedy to on, nie one, przyciągał pożądliwe spojrzenia. Nic dziwnego, że nie był pod 

wrażeniem.   To,   jak   wbijał   wzrok   w   swoje   tenisówki   z   limitowanej   serii   Stana   Smitha, 

wyraźnie mówiło, że robi, co może, aby udawać, że nie zauważył Blair - dziewczyny, z którą 

miał spędzić resztę życia. Jednak raptem w zeszłym tygodniu spieprzył sprawę, zabawiając 

się w czasie dnia wagarowicza ostatnich klas z Sereną. Teraz Blair stała z pięć metrów od 

niego, posyłając mu lodowate spojrzenie.

Po tym, jak nakryła Nate'a z Sereną, Blair przysięgła sobie, że jeśli znowu natknie się 

na nich razem, nie wpadnie w szał, nie złapie pierwszego lepszego ostrego lub ciężkiego 

przedmiotu i nie ciśnie w ich głowy, wrzeszcząc: „Zdradliwe, napalone świnie!” Nie mogła 

jednak   nic   poradzić,   że   czuła   się   bardziej   niż   wkurzona   tym,   jak   dobrze   razem   się 

prezentowali.   Naturalne   jasne   pasemka   we   włosach   Nate'a   miały   dokładnie   ten   sam 

bladozłoty odcień, co włosy Sereny. Oboje mieli ten sam zdrowy słoneczny rumieniec, jakby 

spędzali całe dnie na kocu na Owczej Łące, całując się i opalając. Serena miała na sobie jedną 

z granatowych znoszonych koszulek polo Nate'a, z wyblakłym kołnierzykiem i strzępiącym 

background image

się brzegiem. A policzki Nate'a lśniły odrobinę w jasnych światłach sali balowej, zupełnie tak 

samo jak bladoróżowy błyszczyk Vincenta Longo, który miała na ustach Serena.

W innych okolicznościach byłoby to nawet słodkie, ale teraz zdecydowanie nie było.

A   jednak   coś   było   nie   tak.   Nate   schudł   i   wyglądał   na   przygnębionego,   a   Serena 

sprawiała wrażenie bardziej rozkojarzonej niż zwykle. Blair z przyjemnością zauważyła, że 

zdecydowanie   nie   są   szczęśliwi.   Pewnie   Nate   chodził   ciągle   zbyt   ujarany,   by  poświęcać 

Serenie tyle uwagi, ile się domagała. A Serena pewnie nieustannie zapominała zatelefonować 

do Nate'a. On udawał, że nie lubi ciągłego dzwonienia, ale w głębi duszy potrzebował tego, 

tak jak dzieci potrzebują, żeby im zawsze przypominać, że są pępkiem świata. Z chytrym 

uśmieszkiem   Blair   wróciła   do   wieszaka   z   sukienkami   Ghost,   które   przeglądała   bez 

przekonania, próbując znaleźć coś oryginalnego, w czym nie będzie się jej można oprzeć na 

uroczystości rozdania dyplomów w Constance Billard. Uroczystości, która miała się odbyć 

już za dwa tygodnie.

No   właśnie.   Po   co   marnować   energię   na   nienawidzenie   ich,   kiedy   są   ważniejsze 

sprawy do załatwienia? Na przykład, kupienie sukienki.

Serena zdjęła kapelusz, który przymierzała  i założyła  czarny toczek z jedwabiu, z 

ponaszywanymi  sztucznymi  perełkami i króciutkim, ledwo przysłaniającym  oczy woalem. 

Zacisnęła błyszczące usta i patrząc w lustro, doszła do wniosku, że wygląda jak Madonna w 

Evicie albo jakaś młodziutka żona mafioza. To była jedna z tych rzeczy, które tak uwielbiała 

w graniu. Mogła zatrzepotać długimi rzęsami, zerkać zza woalki ciemnoniebieskimi oczami 

na   publiczność   i   nagle   stawała   się   tragiczną   postacią,   która   rozpaczliwie   potrzebowała 

odrobiny czułości, albo przynajmniej mocnego drinka.

Kapelusz prezentował się bardzo dramatycznie, a tak właśnie ostatnio się czuła. Nie 

była tyle dramatycznie przygnębiona czy dramatyczne szczęśliwa, co dramatycznie czuła, że 

nie   jest   sobą.   Spojrzała   ukradkiem   na   Blair,   która   zawzięcie   przeglądała   sukienki   na 

wieszaku,   nawet   nie   racząc   zauważyć   przyjaciółki.   Serena   zamieniła   czarny   kapelusz   na 

wstrętną, grubą opaskę z fioletowego aksamitu z naszytymi sztucznymi liśćmi i owocami. 

Gdyby tylko Blair spojrzała na nią. Serena wiedziała, że posikałaby się ze śmiechu. Ale Blair 

nadal   stała   odwrócona   do   niej   plecami.   Serena   westchnęła.   Jeszcze   tydzień   temu   były 

najlepszymi przyjaciółkami. A teraz to. Ona i Nate byli razem, a Blair nie odzywała się do 

nich.

To był totalny wypadek, że rzucili się na siebie na imprezie Isabel i gdyby Blair ich 

nie   przyłapała,   prawdopodobnie   na   tym   by   się   skończyło.   Ale   byłoby   zwyczajnym 

okrucieństwem baraszkować na oczach Blair, a potem nawet nie spróbować udawać, że to 

background image

miało jakieś znaczenie. Chociaż ona i Nate nigdy właściwie o tym nie rozmawiali, obojgu 

zbyt zależało na Blair, żeby nie zostać razem i pokazać, że nie były to tylko przypadkowe 

igraszki dwojga pięknych, napalonych, egocentrycznych ludzi, którzy nie potrafią nad sobą 

zapanować.

A właśnie tacy byli.

Poza tym  bycie  parą nie wydawało się takie trudne. Oboje  byli  śliczni, uwielbiali 

swoje towarzystwo - zawsze tak było - a apartament Sereny przy Piątej Alei znajdował się 

raptem cztery przecznice od domu Nate'a między Park a Lexington. No i tak naprawdę, tylko 

się wygłupiali, bo po pierwsze, znali się od małego i niczym nie mogli siebie zaskoczyć, i po 

drugie, nawet jeśli Serena z przyjemnością poszłaby na całość, to Nate miał ostatnio pewien 

problem...

Och? A cóż to może być za problem?

- Cześć, Serena! - zawołała Isabel  znad wieszaka  z ubraniami Stelli McCartney.  - 

Słyszałam, że pan Beckham zgłosił cię na mówczynię ostatnich klas.

Serena odwiesiła fioletową opaskę na miejsce.

- Serio? - odparła szczerze zdumiona.

Pan Beckham był nauczycielem filmu w Constance Billard. Przestała chodzić na te 

zajęcia w dziewiątej klasie, a przez następne dwa łata w ogóle nie uczyła się w Constance. 

Była w Hanover Academy w New Hampshire, dopóki nie opuściła kilku pierwszych tygodni 

w ostatniej klasie i dyrekcja nie chciała jej już z powrotem przyjąć. Dlaczego ze wszystkich 

ludzi akurat pan Beckham zgłosił jej kandydaturę?

Dobre pytanie.

- No więc, masz zamiar przemawiać? - dopytywała się Isabel.

Serena próbowała wyobrazić sobie siebie stojącą na podium w Brick Church przy Park 

Avenue.   jak   zwraca   się   do   swojej   klasy,   ubrana   w   nieskazitelnie   białą   sukienkę   i   białe 

rękawiczki. „Och, miejsca, do których się udacie

. Przyszłość jest tak jasna, że będziemy 

musiały nosić okulary przeciwsłoneczne” itd. Może i lubiła aktorstwo oraz pracę modelki, ale 

inspirujące przemowy raczej nie były w jej stylu. Na pewno jest w klasie ktoś, kio lepiej się 

do tego nadaje.

- Może - odparła wymijająco.

Ty zdziro, pomyślała Blair. Uszy bolały ją od podsłuchiwania. Od czasu niechlubnego 

incydentu w wannie na imprezie u Isabel. Blair postanowiła, że wszystkich zaskoczy i pokaże 

 

Nawiązanie do tytułu popularnej wierszowanej książeczki pt. Oh, the Places You''ll Go (1990) autorstwa Theodora Seussa 

Geisela, lepiej znanego jako Dr. Seuss, mówiącej o znaczeniu wiary w siebie i zachęcającej do śmiałego podejmowania życiowych wyzwań. 
Popularne źródło inspiracji i cytatów podczas ceremonii przypieczętowujących zakończenia ważnego etapu w życiu.

background image

im,   że   jest   ponad   głupim   i   raniącym   postępkiem   Sereny   i   Nate'a.   Zdecydowała   się 

zachowywać tak, jakby miała to gdzieś i skończyć szkołę jako dziewczyna, którą wszyscy 

podziwiają.

Nie   żeby   już   nie   była   powszechnie   podziwiana.   Zawsze   miała   najlepsze   ciuchy, 

najlepsze torebki, najlepsze paznokcie, najładniejsze fryzury i. zdecydowanie, najfajniejsze 

buty. Ale tym razem chciała być podziwiania za odwagę, niezależność i inteligencję. A bycie 

mówczynią na rozdaniu dyplomów stanowiło istotną część tego planu. W tej właśnie chwili 

Vanessa Abrams, nieoczekiwana współlokatorka Blair, zgolona na pałkę, i zawsze ubrana na 

czarno, siedziała w szkole i zgłaszała kandydaturę Blair, Ale jak zwykle, ta wścibska zdzira, 

Serena. musiała ją naśladować.

Dowcip polegał na tym, że z reguły nikt nie musiał zabiegać o bycie mówczynią. 

Zwykle nie było żadnego głosowania, ponieważ zgłaszano tylko jedną kandydaturę. Bycie 

mówczynią   to   jedna   z  tych   rzeczy,   które   się   po  prostu   przydarzały   -  kolejna   tajemnicza 

tradycja Constance Billard, której nikt tak naprawdę nie rozumiał. Sprawy przybiorą teraz 

ciekawszy obrót, skoro będą kandydować dwie dziewczyny.

Zwłaszcza te dwie.

Serena natychmiast zrozumiała, że Blair pomyśli, że ona naprawdę chce przemawiać, 

co absolutnie nie było prawdą. Ale jak miała się bronić, skoro była przyjaciółka nie chciała na 

nią nawet spojrzeć? Nic mogąc się oprzeć, wskazała na gotycką, ale białą sukienkę Morgan 

Le Fay, którą trzymała Blair.

- O Boże, wyglądałaby fantastycznie na Vanessie. To dla niej, prawda? - zapytała z 

promiennym uśmiechem.

Och, więc myślisz, że możesz tak po prostu ze mną rozmawiać? - pomyślała Blair. 

Błąd.   Nie   potrafiła   wymyślić   ciętej   odpowiedzi,   wzruszyła   więc   ramionami   i   zaniosła 

sukienkę   do   zaimprowizowanej   kasy   rozstawionej   na   stole   bankietowym   przy   drzwiach. 

Zapłaciła jedną z trzech platynowych kart, których spłacaniem zajmował się księgowy matki, 

Ralph.

Nie będzie łatwo, pomyślała Serena z teatralnym westchnieniem.

- Nie mam nastroju na zakupy - dodała na głos i zerknęła w stronę Nate'a.

Sprzeczki z Blair były zawsze takie wyczerpujące. Zwłaszcza jeśli wiązało się to z 

byciem szaleńczo zakochaną w Nacie Archibaldzie.

Albo przynajmniej udawaniem, że się jest.

background image

rozbabrany

Nate stał obok ochroniarza przed hotelem, w którym  zorganizowano pokaz i palii 

ręcznie zwinięty papieros z tytoniem i trawką. Słońce lało się na Piątą Aleję i Sześćdziesiątą 

Trzecią. Tłumy europejskich turystów i chmury autobusowych spalin sprawiały, że miało się 

wrażenie, iż jest raczej późny sierpień niż ostatni tydzień maja.

- Piękny dzień - zauważył ochroniarz, który na złotym plastikowym identyfikatorze 

miał napisane Darwin.

Był wielki, łysy i pewnie dorabiał sobie nocami jako bramkarz w klubie. Zacisnął 

oczy, żeby ochronić je przed jasnym porannym słońcem.

- Lato tuż - tuż.

Nate   przycisnął   kłykcie   do   zaciśniętych   powiek,   żeby   łzy   nie   pociekły   mu   po 

policzkach. Mógłby zwalić to na słońce, albo fakt, że dziewczyna zaciągnęła go na pokaz, ale 

prawda była  taka, że ostatnio dużo płakał. Zbliżał  się koniec  ostatniego roku w szkole i 

chodził z Sereną, dziewczyną, którą kochał od zawsze. W pewnym sensie. Zupełnie jakby 

wreszcie jadł ciastko, na które przez te wszystkie lata tylko patrzył przez szybę. Chciał je 

powoli smakować, ale wszyscy inni jedli tak szybko, że nie było na to czasu. W dodatku 

dręczyło go uczucie, że zamówił nie to, które chciał.

Chwileczkę, czyżby chodziło o inna dziewczynę?

- Powinienem   się   martwić,   że   któraś   z   twoich   przyjaciółek   coś   zwinie?   -   zapytał 

Darwin.

Wyjął z kieszeni spodni srebrzystoniebieską komórkę, przejrzał wiadomości i schował 

ja   z   powrotem.   Nie   wyglądał   na   zaniepokojonego.   Z   drugiej   strony   dlaczego   ktoś   z   tak 

wielkimi bicepsami miałby się denerwować z powodu kilku niesfornych nastolatek?

Wiadomo   było,   że   Blair   zdarzały   się   drobne   kradzieże   sklepowe,   ale   nigdy   w 

obecności   przyjaciół.   Nate   nigdy   nie   słyszał,   żeby   Serena   coś   zwędziła,   ale   ona   lubiła 

rozrabiać. Zrobiłaby to z czystych nudów. Wzruszył ramionami.

- Być może.

Wtedy właśnie portier otworzył drzwi hotelu i po wyłożonych czerwonym dywanem 

schodach zbiegła Blair. Minęła Nate'a z uniesiona głową i z białą torbą na zakupy, z której 

background image

wystawał papier pakowy. Reklamówka kołysała się jej w dłoni.

- Niezła sztuka - gwizdnął Darwin.

- Aha - odchrząknął Nate. jakby widział Blair po raz pierwszy w życiu.

Jej ciemne jedwabiste włosy odrosły w krótkiego i seksownego boba, który idealnie 

pasował do jej drobnych rysów i drobnego, zmysłowego ciała. Była z niej naprawdę niezła 

sztuka.

I już nie należała do niego.

- Mam ją zatrzymać? Sprawdzić jej torby? - zaproponował Darwin.

Nate zaciągnął się papierosem, rozważając, jak zareagowałaby Blair, gdyby Darwin ją 

przywołał. Na tę myśl uśmiechnął się tęsknie. Popatrzył, jak Blair znika na zatłoczonej ulicy i 

świeże   łzy   zaczęły   mu   płynąć   po   policzkach.   Jędzowata   i   uparta,   egocentryczna   i 

neurotyczna,   Blair   stanowiła   modelowy   przykład   trudnego   charakteru,   ale   niezależnie   od 

tego, ile razy spieprzył sprawę, zawsze przyjmowała go z powrotem. Zwykle zaczynało się od 

ukradkowych spojrzeń albo wzburzonego telefonu, a potem on zjawiał się pod jej drzwiami, 

całowali się i godzili. Ale teraz Blair nie wysyłała mu żadnych sygnałów typu: „Jeśli będziesz 

naprawdę miły, to się zastanowię”. Wygląda na to, że spieprzył sprawę po raz ostatni. Poza 

tym teraz był z Sereną - dziewczyną, o której marzyli wszyscy.

A on?

Portier znowu otworzył drzwi i na zewnątrz pojawiła się Serena w miętowozielonym 

lnianym daszku do tenisa od Lesa Besta. Miała bladozłote włosy, opadające kaskadą spod 

daszka   oraz   długie,   opalone   i   wysportowane   nogi,   chociaż   w   ogóle   nie   ćwiczyła   poza 

lekcjami gimnastyki w szkole. Gdy tak stała z promiennym uśmiechem na ustach, wyglądała 

jak reklama markowych strojów do tenisa, które były zbyt wytworne, żeby się w nich pocić.

- Taksówka do szkoły? - zapytała Nate'a, mrugając szelmowsko.

Mogła być zbyt zmęczona, żeby iść, ale nie, żeby pobaraszkować na tylnym siedzeniu 

taksówki.

Czy w ogóle można być zmęczonym na coś takiego?

Po chwili zauważyła jego łzy.

- Biedne maleństwo - zagruchała i otarła kciukiem jego policzki.

Płacz zaczął się parę dni temu i początkowo było to raczej niepokojące. Dlaczego taki 

przystojny,   lubiący   się   zabawić   chłopak   jak   Nate   miałby   płakać?   Ale   potem   doszła   do 

wniosku, że to seksowne i niesamowicie wzruszające. Kto by pomyślał, że Nate jest takim 

słodkim mazgajem?

Darwin podszedł do nich. Nie zamierzał pozwolić temu blond kociakowi uciec tak 

background image

szybko jak tamtej ślicznej brunetce.

- Ma pani na to rachunek?

Serena dotknęła lnianego daszka. Zupełnie zapomniała, że ma go na sobie. Zagryzła 

swe pełne, pachnące wiśniowym balsamem usta.

- Ups.

Jej ciemnoniebieskie oczy zabłysły, wyzywając Darwina, by ją aresztował.

- Jestem przyjaciółką projektanta - oznajmiła.

Darwin uśmiechnął się szeroko. Kolejny facet był pod jej urokiem.

- W   porządku   -   odparł   nieśmiało.   -   Chciałem   tylko   mieć   pretekst,   żeby   panią 

zagadnąć.

Nate nagle zdał sobie sprawę, że powinien być zazdrosny. Wziął suchą, ciepłą dłoń 

Sereny w swoją - spoconą i wilgotną od łez.

- Chodź - ponaglił dziewczynę, starając się zabrzmieć męsko i pewnie, mimo że głos 

mu drżał.

- Boże, uwielbiam, kiedy o mnie walczysz - mruknęła Serena.

Oparła   głowę   na   jego   ramieniu   i   pocałowała   go   w   prawe   ucho.   Objął   ją   w   talii, 

zachęcony krągłością biodra. Chwiejnie zeszli schodami, ż trudem powstrzymując gwałtowne 

pragnienie, żeby zerwać z siebie ubrania na oczach setek turystów, oblegających flagowy 

sklep Brooks Brothers po drugiej stronic ulicy. Może i spiknęli się przez przypadek, ale nadal 

byli  dwojgiem pięknych  ludzi, którym nie można było się oprzeć. Czemu więc nie mieli 

korzystać z każdej okazji, żeby się zabawić?

No właśnie.

- Szczęściarz - mruknął Darwin.

Wszedł   z   powrotem   do   hotelu,   żeby   dorwać   Rain.   Kati.   albo   inną   ślicznotkę   z 

Constance, która będzie miała najbardziej wypchaną torbę.

Nate zwalczył kolejny przypływ łez. Dostał się do Yale. Najpiękniejsza dziewczyna 

świata, którą znal od zawsze, praktycznie błagała go, żeby zrobili to w taksówce po drodze do 

szkoły. Miał niewiarygodne szczęście.

W takim razie dlaczego nie potrafił powstrzymać łez?

background image

pierwszy list miłosny dla V tego dnia

DO: 

vabrams@constancebillard.edu 

OD: 

aaron.rose@bronxdale.edu 

TEMAT: pomysł dnia

Dobra,   wiem,   że   raptem   godzinę   temu   pocałowałem   cię   na 

pożegnanie,   ale  wpadłem   na  genialny   pomysł  po   drodze  do 

szkoły   -   w   końcu   to   kawał   drogi   metrem!   Co   ty   na   to, 

żebyśmy   odwalili   egzaminy   końcowe   i   po   prostu   odpuścili 

sobie   zakończenie   roku   bo:   a)   będzie   nudno,   b)   naszym 

rodzicom   to   wisi,   c)   powiedziałaś,   że   nie   jesteś 

dziewczyną, która ubiera się na biało. Moglibyśmy wskoczyć 

do saaba, pojechać do Wielkiego Kanionu, obejrzeć zachód 

słońca,   zjeść   parę   stuprocentowo   organicznych   grzybów, 

zatańczyć   nago   z   kojotami   pod   gwiazdami.   Chcę   spędzić 

lato, jeżdżąc po kraju i tuląc cię przy blasku księżyca. 

Cholera, dzwonek. W każdym razie zastanów się. Jesteś moją 

dziewczynką. Kocham, A.

background image

D to król popularności

- Wygląda na to. że decyzja jest jednogłośna. Danielu Humphrey. zostałeś wybrany 

mówcą na zakończenie szkoły - ogłosił pan Cohen, szef wydziału historii i wychowawca 

ostatniej klasy w szkole średniej Riverside, który upierał się, by chłopcy mówili do niego 

Larry.

- Co? - Dan podniósł wzrok znad wiersza, który gryzmolił w nieodłącznym czarnym 

notatniku   ze   skóry.   Wiersz   nosił   tytuł  Moja   autostrada  i   opowiadał   o   niewiarygodnej 

podróży, w którą miał zamiar wyruszyć. Ponieważ nic nie trzymało go w mieście, postanowił 

wyjechać wcześniej do Evergreen College, gdzie miał od jesieni studiować. Już szukał tam 

pracy na lato, korzystając ze strony internetowej studenckiego pośredniaka. Zaraz po rozdaniu 

dyplomów   zamierzał   jechać   prosto   do   Olympii   w   stanie   Waszyngton.   Gdyby   tylko   miał 

samochód, albo chociaż prawo jazdy.

Ups.

Dan postanowił wzorować się na Jacku Kerouacu, kiedy ten pisał W drodze. W czasie 

podróży   na   zachód   będzie   podrywał   najpiękniejsze   dziewczyny   w   każdym   miasteczku, 

próbował egzotycznego jedzenia i napojów - na przykład peyote i dwustu procentowej tequili 

- oraz podziwiał miejscowe osobliwości.

takie jak jaskinie z trzydziestometrowymi stalaktytami, z krwawiącymi skalami albo 

krową   z   pięcioraczkami.   Co   prawda,   opublikował   już   wiersz   w   „New   Yorker”.   w 

imponującym wieku siedemnastu Jat i przez krótką chwilę robił za wokalistę w popularnym 

zespole   rockowym   Raves.   Ale   dopiero   kiedy   przejedzie   wszerz   cały   kraj,   będzie   mógł 

powiedzieć, że ma prawdziwy dyplom ze szkoły życia.

Wierzgające dziewczyny i walenie gruszek

megafony na rodeo, bydła i cyklony w Kansas

dziewczyna z Nebraski zostawia w biegu całusa

soli moją wołowinę, miesza mój rosół, wypluwa moją pestkę.

Ups. Wygląda na to, że ktoś był gwiazdą rocka o jeden dzień za długo.

- Klasa głosowała na ciebie i tylko na ciebie - wyjaśnił Larry. - Powinieneś czuć się 

zaszczycony.

background image

Dan był raczej zaskoczony. Odsunął się na krześle, skrzyżował nogi, na których miał 

brudne niebieskie Pumy i wsunął ręce do kieszeni znoszonych sztruksów khaki.

- Ale ja nawet nie zgłosiłem swojej kandydatury - wypalił.

Czy można dobitniej pokazać, że nie ma się przyjaciół.

W sali rozległy się chichoty.

- Jesteś w końcu sławną osobistością. Chcemy, żebyś nas reprezentował - wyjaśnił 

drwiąco Chuck Bass.

Małpka Chucka, Cukiereczek, zwinęła się w puszysty kłębuszek i spala u swojego 

pana na kolanach. Miała na sobie obcisłą koszulkę w kolorze melona z jasnoróżowym C na 

grzbiecie. Wszyscy, nawet nauczyciele, lak przyzwyczaili się do małpy, że nikt nie zwracał na 

nią uwagi, ale Dana nadał przechodziły na jej widok ciarki.

- Doszliśmy do wniosku, że dla ciebie to łatwizna, skoro i tak cały czas coś piszesz - 

ciągnął Chuck sarkastycznym tonem.

Znowu rozległy się śmiechy.

Dan przechylił się na krześle do tyłu.

- Chwila. Chcesz powiedzieć, że to ty zgłosiłeś moją kandydaturę?

Chuck podniósł kołnierzyk jasnofioletowej koszulki Lacoste z krótkim rękawem.

- Jak powiedział Larry, decyzja była jednogłośna.

Danowi zaczęły pocić się dłonie. Bycie mówcą to zaszczyt, ale czul, że przypadł mu 

on z urzędu. Z pewnością nie był klasowym ulubieńcem. Cały ostatni rok spędził, zabiegając 

o rozgłos albo spotykając się ze swoją byłą najlepszą przyjaciółką i dziewczyną, Vanessą w 

Williamsburgu, na Brooklynie. Domyślał się, że wszyscy pozostali faceci z klasy będą zbyt 

zajęci imprezowaniem albo zakuwaniem do końcowych  egzaminów, żeby zawracać sobie 

głowę pisaniem przemówienia na koniec szkoły.

- Niech to będzie coś lekkiego. I pamiętaj, każdy chce tylko odebrać dyplom, więc 

masz   się   streszczać   -   poradził   mu   Larry,   głaszcząc   swoją   nędzną   kozią   bródkę   niczym 

zahukany nastolatek, którym zdecydowanie nie był.

- Dobra - odparł niepewnie Dan.

Najwyraźniej nie miał w tej kwestii żadnego wyboru.

Chuck poklepał go w ramię.

- Wiesz   co?   Słyszałem,   że   ta   twoja   lesbijska   dziewczyna   znowu   będzie  sama.   Jej 

lepsza połówka na bank się wyprowadza.

Miał na myśli Blair, czy Aarona? Dan nie był pewien, z kim teraz Vanessa mieszka. 

Wiedział tylko, że nie z nim. Mokre od potu dłonie zaczęły mu się trząść ze szczęścia i 

background image

niepokoju.   Może   Vanessa   zerwała   z   Aaronem.   Ale   przecież   byli   tacy   zakochani.   Nawet 

zafundowali sobie takie same fryzury. Dan zaczął bazgrać ptaszki na górze strony, na której 

pisał wiersz. Vanessa zerwała z Aaronem?!

- Więc   rozumiem,   że   przyjmujesz   nominację   -   dopytywał   się   Larry,   postukując 

irytująco ołówkiem w drewniane nauczycielskie biurko, - Wszyscy za, niech zawołają; „Tak!”

- Gościu! - odparli chórem chłopcy, zgodnie z mało zabawną tradycją, którą przyjęli 

na   początku   ostatniego   roku   szkoły.   Dan   pobladł,   gdy   zaczęli   wiwatować   i   krzyczeć   z 

niepotrzebnie udawanym entuzjazmem.

- Dawaj, Dan!

Gdy tylko rozległ się dzwonek, Dan zadzwonił do Vanessy, żeby jej powiedzieć, jak 

mu przykro.

Aha, jasne.

- To się nazywa plotka! - pomstowała Vanessa, - Skąd ludzie biorą takie brednie? A 

tak w ogóle, to co u ciebie? - zapytała, jakby cieszyła się, że się odezwał.

- Wybrali  mnie  mówcą  na koniec  roku - przyznał  się Dan, jak  gdyby  od tygodni 

zabiegał tylko o to. W głębi duszy cierpiał katusze, bo Vanessa i Aaron nadal byli razem, ale 

nie zamierzał tego okazywać.

- Mówcą? O cholera! - zawołała Vanessa. - To chyba dobrze?

- Chyba.

- Słuchaj, mam teraz zajęcia z fotografii, ale może chcesz wpaść jakoś później, czy 

coś?

Dan przyciskał komórkę do ucha tak mocno, że zaczynało go już trochę boleć. Grupa 

chłopaków z młodszej klasy prawie zepchnęła go ze schodów, gdy pędzili na lunch. Nagle 

zdał sobie sprawę, jaki  czul się samotny. Czy to naprawdę możliwe,  żeby znowu byli  z 

Vanessą przyjaciółmi, tak po prostu, po jednym telefonie?

A jeśli mogli znowu być przyjaciółmi, to zawsze istniała szansa na coś więcej.

- Aaron będzie? - zapytał ostrożnie, gdy szedł wzdłuż korytarza na trzecim piętrze na 

zajęcia z angielskiego. Miał w kieszeni przypadkowo zabłąkaną gumkę. Zebrał zmierzwione, 

jasnobrązowe włosy w krótki kucyk, ale po chwili rozpuścił je z powrotem, rzucając gumkę 

na podłogę. To jego ojciec, Rufus, był dziwakiem z kucykiem, nie on.

- Aaron ma próbę zespołu - odparła jakby nigdy nic Vanessa. - Ale możesz wpadać też 

wtedy, kiedy jest.

Mały trójkącik?

Dan miał  wrażenie,  jakby gdzieś  otworzyło  się okno i  chłodna  bryza  omiotła  mu 

background image

twarz.

- Miałem iść na głupią powtórkę z historii, ale chyba mogę sobie odpuścić.

Małpka   Chucka   Bassa   przebiegła   obok   Dana   korytarzem   z  do   połowy   zjedzoną 

torebką chrupek w zębach. Chuck nawet nie zauważył - był zbyt zajęty nakładaniem pomady 

Aveda na swoje nowe pasemka przed wielkim lustrem, które zamontował sobie wewnątrz 

drzwi szafki.

- Dobra,   jestem   teraz   w   laboratorium   fotograficznym.   Jak   zwykle   wszystkie 

dziewczyny, oprócz mnie, się urwały. Pewnie są na jakiejś idiotycznej wyprzedaży wzorów 

albo   czymś   nikim.   Kupują   sobie   te   kretyńskie   suknie   ślubne,   to   znaczy   sukienki   na 

zakończenie roku. Nieważne. Jasna cholera! - wykrzyknęła Vanessa, jakby o coś się potknęła. 

- Ale tu ciemno.

Ucho Dana solidnie się już pociło.

- Szkoda, że mnie tam nie ma - wypalił, nim zdążył ugryźć się w język.

- Ja też żałuję - odparła z zapałem Vanessa. - Serio.

Czyżby z nim flirtowała?

- Może wpadnę później - zaryzykował Dan. - Tata i Jenny i tak wyjechali, więc nie 

muszę wracać do domu na konkretną godzinę.

No proszę.

- Super. - Vanessa wydawała się teraz rozkojarzona. - Słuchaj, jeśli się nie rozłączę, 

zaraz   zrobię   coś   głupiego,   napiję   się   utrwalacza   zamiast   herbaty,   albo   coś   takiego.   Do 

zobaczenia później, okay?

Dan nie mógł się doczekać.

- Okay.

Rozłączył się. Cukiereczek siusiał właśnie na marmurową posadzkę przed drzwiami 

do biur wydziału historii. Dan wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Zuch chłopak.

background image

przez S imprezowa szkoła zeszła na psy

- Po prostu napijesz się kawy i poczytasz sobie poezję, dobrze, tato? - poprosiła Jenny 

Humphrey swojego mrukliwego ojca,  gdy stanęli przed elegancką bramą z kutego żelaza 

prowadzącą do Hanover Academy, tuż na obrzeżach uroczego miasteczka Hanover w New 

Hampshire.

Po tym, jak jej roznegliżowane zdjęcia pojawiły się w Internecie i na stronach kilku 

czasopism o modzie oraz kiedy wydały się jej harce ze sporo starszymi gwiazdorami rocka, w 

ich   apartamencie   w   hotelu   Plaza,   pani   McLean,   dyrektorka   Constance   Billard,   postawiła 

Jenny ultimatum. Albo przestanie trafiać na nagłówki gazet i grzecznie skończy rok szkolny, 

jak przystało na skromną uczennicę, albo od jesieni będzie sobie musiała poszukać nowej 

szkoły.  Jenny potraktowała to jako wyzwanie i spędziła cały weekend z Raves, w domu 

gitarzysty na Bedford Street. Nawet nagrała z nimi piosenkę! W poniedziałek pani McLean i 

reszta miasta mogli o wszystkim przeczytać w kronice towarzyskiej.

Do widzenia Constance Billard i witaj... szkoło z internatem!

W   następny   poniedziałek   Jenny   zwolniła   się   z   lekcji,   żeby   odwiedzić   Hanover, 

niesławną, szaloną szkołę z internatem ze swoich marzeń. To tu przez dwa lata uczyła się 

wzorowa imprezowiczka, jedyna i niepowtarzalna, Serena van der Woodsen dopóki jej nie 

wywalili zeszłej jesieni. Jenny podejrzewała, że dotąd nikt nie zastąpił Sereny. Cóż, teraz ona 

ją zastąpi. Zamierzała wynieść Hanover na nowe szczyty niesławy. A jeśli z jakiegoś powodu 

- co trudno jej było sobie wyobrazić - Hanover jej się nie spodoba, albo gorzej, nie zechce jej 

przyjąć,   zamierzała   też   odwiedzić   Croton   School.   Croton   znajdowało   się   raptem   półtorej 

godziny jazdy od Nowego Jorku, w Croton Falls, i według wszystkich przewodników po 

szkołach średnich, które czytała Jenny, było równie dzikie jak Hanover.

- Może się też ostrzygę - odparł już pogodniej Rufus.

Szorstkie   szpakowate   włosy   miał   związane   w   zmierzwiony   kucyk.   Użył   do   tego 

kawałka kolorowego plastiku, po torbie z bajglami z Whole Foods, sklepu niedaleko ich 

mieszkania przy Upper West Side. Do tej szykownej fryzury włożył zapinaną na zatrzaski 

koszulę   z  krótkim  rękawem  w  czerwono  -  białą  kratę,  ciężkie  płócienne  szorty  Carhartt, 

zdarte beżowe chodaki Birkenstock i czarne wełniane skarpetki.

background image

Nie ma to jak wypad za miasto, żeby błysnąć wyczuciem stylu.

- Och. Dobrze.

Jenny starała się zbytnio nie ekscytować. Ostatnim razem, gdy Rufus poszedł obciąć 

włosy - miała wtedy chyba ze trzynaście lat - wybrał się na Lower East Side do ulubionego 

salonu drag queens i zafundował sobie grzywkę z fioletowymi pasemkami.

- Ja pójdę obejrzeć szkołę, a potem spotkamy się w mieście - dodała, mając na myśli 

kafejkę przy księgarni, którą mijali, jadąc przez Hanover. Do kampusu szło się z miasta dwa 

kilometry ładną, zacienioną drzewami dróżką, Jenny była uspokojona faktem, że taki właśnie 

dystans będzie ją dzielił od Rufusa, na wypadek, gdyby postanowi! założyć jakaś organizację 

polityczną   lub   wpadł   na   równie   chory   pomysł   w   ataku   paniki   wywołanym   wyjazdem   z 

miasta.

- Załatwione!

Rufus cmoknął  ją w policzek, drapiąc siwawym  zarostem, a potem z przesadnym 

wigorem ruszył w drogę.

- Nie zrób niczego, czego ja bym nie zrobił! - zawołał przez ramię.

Jakby sani nie był zdolny do wszystkiego.

Jenny obciągnęła swoją ładną bladozieloną bluzeczkę z bufiastymi rękawkami, którą 

kupiła sobie w sobotę w Scoop, w Soho. Była japońska, z wzorkiem małych ważek. Zapięła 

się  w niej pod samą szyję, ale teraz, kiedy ojciec poszedł do miasta, odpięła dwa pierwsze 

guziki, odsłaniając swoje zaskakujące atuty - rozmiar trzydzieści cztery, podwójne D.

Nie ma powodu ukrywać przed chłopcami z Hanover, co ich czeka.

Wyjęła laminowaną mapę kampusu z imitacji plecaka Louisa Vuittona kupionego od 

ulicznego handlarza przed Bloomingdale's, który wyglądał identycznie jak plecak Sereny. 

Pokryte   bluszczem   budynki   ze   starej   cegły   były   jakby   żywcem   wyjęte   z   katalogu 

Abercrombie & Fitch, ale Jenny rozczarowała się, nie widząc w pobliżu żadnych boskich, 

półnagich chłopców grających we frisbee na osłonecznionych trawnikach. Riley, akademik 

dla dziewcząt, gdzie miała spotkać się ze  swoją przewodniczką, znajdował się po drugiej 

stronie   parkingu,   na   szczycie   trawiastego   pagórka.   Był   piękny,   letni   dzień   i   powietrze 

pachniało świeżo skoszoną trawą.

- Już kocham to miejsce - szepnęła Jenny.

Skóra   mrowiła   ją   z   podniecenia.   Całe   jej   życie   miało   się   zmienić.   Koniec   z 

mundurkami.   Koniec   z   klikami   jędzowatych   dziewczyn,   które   godzinami   potrafiły 

dyskutować o wyższości liliowego błyszczyka do ust nad różowym. Koniec z byciem sławną 

tylko   z   powodu   kaligrafii,   rozdmuchanego   skandalu   internetowego,   czy   jej   rzekomo 

background image

pornograficznych zdjęć. Żadnych więcej plotek, żadnych skandali.

Z tym to może lekka przesada. Mały skandal to jeszcze nic złego. Przynajmniej w 

takiej szkole jak Hanover poprzeczka dla skandali będzie znacznie wyżej ustawiona.

Przewodniczka Jenny, Fiona Castagnoli, czekała na nią przed drzwiami Riley. Fiona 

wyglądała jak czterdziestopięcioletnia gospodyni domowa: niska i pulchna, w koszuli J. Crew 

w biało - koralowe pasy wpuszczonej do bermudów. Miała białe skarpetki zwinięte starannie 

nad kostką i nowiutkie, białe trampki Reeboka.

- Jennifer?   -   zapytała   z   entuzjazmem.   Mocno   kręcone   kasztanowe   włosy   miała 

związane w kucyk, który podskakiwał jej między łopatkami. - Musimy się spieszyć. Zabieram 

cię do czytelni, a mamy już pięć minut opóźnienia.

Fiona   taszczyła   ze   sobą   limonkowy   plecak   Land's   End,   w   którym   miała   chyba 

wszystkie  książki, jakie posiadała.  Jenny zamrugała oczami. Kiedy myślała o zwiedzaniu 

Hanover, wyobrażała sobie, że posiedzi  w akademiku z jakimiś wyluzowanymi,  chudymi 

blondynkami, popijając drinki i flirtując z chłopakami, którzy będą popalać fajki i którym 

szkolne krawaty będą się zwieszać na opalone, nagie torsy.

- Jeśli masz dużo do roboty, to mogę pokręcić się w pobliżu i poczekać na ciebie - 

zaproponowała.

- Och, mogłabyś? - wykrzyknęła Fiona. Najwyraźniej ogromnie jej ulżyło. - Widzisz, 

w   przyszłym   tygodniu   mamy   końcowe   egzaminy,   a   ja   muszę   zakuć   czterdzieści   siedem 

czasowników nieregularnych z hiszpańskiego i trzynaście dowodów geometrycznych.

Jenny zerknęła ku otwartym drzwiom. Kilka dziewczyn rozłożyło się w skórzanych 

fotelach w oświetlonej kryształowym żyrandolem świetlicy, czytając czasopisma i słuchając 

iPodów.   Jenny   rozpoznała   na   jednej   z   nich   czerwono   -   biały   top   w   różyczki   od   Marca 

Jacobsa. Inna miała złote pantofle na płaskim obcasie od Sigersona Morrisona, które Jenny 

miała  na oku całą wiosnę, ale na które nie udało jej  się dość zaoszczędzić.  Dziewczyny 

wyglądały na dokładnie takie, z jakimi chciałaby się zaprzyjaźnić. Brakowało tylko chłopców 

z fajkami i wódki.

- Zostanę tutaj - powiedziała z przekonaniem do Fiony.

- Okay. - Fiona przerzuciła swój brzydki, zielony plecak przez ramię. - Przyjdę po 

ciebie, powiedzmy, za godzinę. Zjemy bajgle w kafejce i pokażę ci mój pokój.

Super, zapowiada się ubaw po pachy.

Jenny była całkiem pewna, że już nigdy więcej nie zobaczy Fiony, którą tak pochłoną 

nieregularne czasowniki, czy co lam miała zakuwać, że zupełnie zapomni, że zostawiła Jenny 

z  najfajniejszymi,  najbardziej zepsutymi  dziewczynami  w Hanover. Wyjęła z torby tubkę 

background image

błyszczyka Chanel i nałożyła trochę na usta. A potem weszła do świetlicy.

- Cześć   -   powiedziała   nieśmiało.   -   Jestem   Jennifer.   Przyjechałam   obejrzeć   szkołę. 

Chodzę do Constance Billard. No wiecie, tam gdzie chodziła Serena van der Woodsen.

Wiedziała,   że   to   kiepski   chwyt   od   razu   wspominać   o   Serenie,   ale   chciała,   żeby 

dziewczyny od razu wiedziały, że jest cool, że jest jedną z nich.

Jedna   z   dziewczyn,   o   krótkich   czarnych   włosach,   z   pięknie   pomalowanymi 

paznokciami u nóg, zerknęła w jej stronę, ale szybko odwróciła wzrok. Poza tym jakby nikt 

nie usłyszał Jenny. Od drewnianej boazerii bił bursztynowy poblask, a orientalny dywan był 

w idealnym stanie. Miała wrażenie, że jest w salonie jakiejś starej posiadłości, a nie w szkole.

- Słyszałam,   że   wykręcacie   tu   w   szkole   niezłe   numery.   Przynajmniej   tak   mówiła 

Serena - kontynuowała Jenny, nadal stojąc w progu jak idiotka.

Chciała, żeby było jasne, że nie tylko zna Serenę, ale jest jej kumpelką.

- Ćśśś - szepnęła piękna blondynka z nogami tak długimi i opalonymi, że wyglądały 

jak sztuczne. - Narobisz nam kłopotów.

Co proszę? Od kiedy to dziewczyny z Hanover przejmowały się kłopotami?

- Przepraszam - mruknęła potulnie Jenny.

Usiadła   w   wolnym   fotelu,   krzywiąc   się   na   odgłos,   jaki   wydały   jej   nagie   uda   w 

zetknięciu   ze   skórzanym   obiciem   -   zupełnie   jak   pierdnięcie.   Położyła   podróbkę   Louisa 

Vuittona sztywno  na kolanach, żałując, że nie pomyślała, aby zabrać książkę. Kątem oka 

zauważyła,   że   krótko  obcięta   brunetka   znowu  na   nią   zerka.   Jenny  wyciągnęła   z   bocznej 

kieszeni plecaka stary rachunek z drogerii i wyszperała ogryzek ołówka Hello Kitty, który 

miała od piątej klasy.

Co jest grane? Szkoła w Hanover miała być totalnie zakręcona,

  nabazgrała na odwrocie 

kwitka. Potem złożyła karteczkę i odważnie rzuciła ją na kolana krótko obciętej dziewczyny. 

W niecałą minutę później rachunek wrócił zapisany niebieskim długopisem.

Cóż, po tym jak zaszalała tu twoja przyjaciółka Serena (która - jak już się tu pojawiała była 

moją   sąsiadką   w   Riley)   wszystko   wzięło   w   łeb.   Kiedy   już   się   jej   pozbyli,   wprowadzili   kodeks  

dyscyplinarny,   który   sprowadza  się   do  tego.   że   jeśli  donosisz   na   przyjaciół,   zyskujesz  przywileje. 

Ludzie mają tyle korzyści z donoszenia, że nikt już praktycznie nie robi nic, o czym warto by mówić. 

To miejsce jest absolutnie trzeźwe, ciche i nudne!!! Ale ja jestem w ostatniej klasie, więc niedługo stąd  

spadam super!

Jenny podniosła wzrok znad kwitka i przyjrzała się uważnie pozostałym dziewczynom 

w sali. Jedna ze słuchających Poda mruczała do siebie. Po chwili Jenny zdała sobie sprawę, że 

zamiast nucić w takt najnowszych  przebojów, zakuwa na pamięć hiszpańskie koniugacje. 

Drobna Azjatka z grubymi warkoczami, która - jak wydawało się Jenny - czytała magazyn 

background image

mody. była w rzeczywistości całkowicie pochłonięta lekturą „Science Digest”.

O rety.

Pewnie   i   tak   by   mnie   nie   przyjęli

,  odpisała   Jenny.  Rzuciła  świstek   do  dziewczyny   i 

wstała. Zgłoszenia do szkół z internatem były przyjmowane jesienią, więc na którą z nich by 

się nie zdecydowała, i tak była spóźniona. Musiały jednak istnieć jeszcze inne szkoły, mniej 

rygorystyczne niż obecnie Hanower.

Wyszła z budynku i mszyła z powrotem do bramy szkolnej, żałując, że tak pospiesznie 

odesłała ojca. Kiedy szła dróżką w stronę miasteczka, natknęła się na blondyna w czerwonej 

bejsbolówce Ralpha Laurena, białym T - shircie z wycięciem w serek i w jasnoniebieskich 

lnianych spodniach J. Crew. Palił marlboro i szedł powoli w stronę kampusu. Był absolutnie 

słodki.

Gdy się mijali, Jenny uśmiechnęła się do niego nieśmiało, Zbierała się na odwagę, 

żeby zapytać go, czy szkoła w Hanover naprawdę jest tak straszna, jak to opisała dziewczyna 

z Riley.

- Chyba na mnie nie doniesiesz? - zapytał ostro chłopak, Kucając jej oskarżycielskie 

spojrzenie.

- Nnnie - wyjąkała Jenny.

Czy wszyscy w Hanover mieli paranoję?

- Jasne - rzucił szyderczo i nadal patrząc na nią spode łba, ruszył dalej.

Kiedy pojawiła się w kafejce, jej ojciec stał za ladą i ubijał sojowe chai latte, chociaż 

niedawno razem z Danem przez godzinę tłumaczyli Jenny, że  chai  to chrzaniony wymysł 

Starbucks i że jedyny gorący napój, jaki da się pić na tej planecie to kawa rozpuszczalna 

Folgers.

- Powietrze jest tu tak wspaniałe, że pomyślałem, czyby  się tu nie przeprowadzić. 

Nawet zaproponowali mi pracę w tej kafejce - zagruchał rozpromieniony. - Dan i tak jesienią 

wyjeżdża do Evergreen. Moglibyśmy wynająć nasze mieszkanie i zarobić fortunę!

- Przykro mi tato, ale raczej nie. - Jenny westchnęła. - Chyba nie chcę tu się uczyć.

Rufus wyszedł zza lady, niosąc w papierowym kubku gorący napój z pianką i podał go 

Jenny.

- To   znaczy,   że   chcesz   zostać   ze   mną   w   domu?   -   zapytał,   unosząc   z   nadzieją 

krzaczaste, szpakowate brwi.

Jenny powąchała miksturę, wykrzywiła się i oddalają ojcu.

- Nie, Po prostu muszę się dalej rozglądać. Croton i tak jest po drodze.

Rufus puścił oko do kobiety o szerokich biodrach i kręconych włosach, która miała na 

background image

sobie sukienkę z konopi i właśnie wyszła z kuchni z tacą słodkich babeczek gryczanych.

- Na pewno? - Westchnął.

Z tego, co zapamiętała Jenny, przewodnik po szkołach - który przeczytała od deski do 

deski w kącie na piętrze Barnes & Noble na Broadwayu - wymieniał Croton Academy jaka 

numer dwa na liście najbardziej imprezowych szkół średnich, zaraz po Hanoverze. W Croton 

pełno było dzieciaków wyrzuconych z prywatnych nowojorskich szkół za złe zachowanie. 

Najwyraźniej przewodnik nie był ostatnio aktualizowany, skoro Hanover znajdował się na 

czele listy, ale może wysokie miejsce Croton było nadal uzasadnione.

- Chodź,   jedziemy.   -   Jenny   pociągnęła   ojca   za   kieszeń   szortów,   podekscytowana 

perspektywą odwiedzenia Croton.

Tamtejsza   szkoła   zapowiadała   się   o   niebo   lepiej   od   Hanoveru.   Pozostawało   mieć 

nadzieję, że nie mieli tam kodeksu dyscyplinarnego.

background image

Profesor Pierre Papadametriou

Wydział literatury angielskiej, Evergreen State College

2700 Evergreen Parkway, NW

Olympia, WA 98505

Daniel Humphrey

815 West End Avenue, m. 8D

Nowy Jork, NY 10024

Drogi Panie Humphrey

Zobaczyłem   pańskie   ogłoszenie  dotyczące   płatnego   stażu,  w  dziale  SZUKAM   PRACY   na  

stronie studenckiego biura zatrudnienia. Jestem profesorem poezji i biologii. Szukam stażysty na lato. 

Mieszka pan w moim domu. Mam dwa psy i syna. Moja żona wyjechała do Grecji. Syn jest rybakiem.  

Psy mieszkają na dworze. Pracujemy razem nad moją bardzo interesującą książką. Je pan pyszne 

greckie jedzenie! Proszę powiedzieć, kiedy pan przyjeżdża, rozwieszę hamak na strychu. Muszę iść 

nakarmić psy. Uwielbiają moją musakę!

Proszę o szybką odpowiedź.

Pierre

background image

D i V przezywają déjà vu... raz jeszcze

- Super. To mieszkanie  jest naprawdę... lawendowe - zauważył Dan, gdy Vanessa 

wpuściła go do domu.

Kiedy tam mieszkał,  ściany małego,  nijakiego  mieszkania  były  zwyczajne,  białe i 

obłaziły z farby. W oknach zamiast zasłon wisiały czarne halloweenowe prześcieradła. Teraz 

ściany były pomalowane na delikatny odcień lawendy z seledynowym pasem przy suficie, a 

w oknach, z prawdziwych karniszów, zwieszały się czarno - białe perkalowe zasłony.  W 

salonie stały ładne, nowoczesne meble - drewniany duński stół i krzesła oraz kapitalna szara 

sofa. Mieszkanie wyglądało, jakby urządził je prawdziwy dekorator wnętrz.

Vanessa zarumieniła się, co jak na nią było dość dziwne. Od kiedy ona się czerwieni?

- Blair trochę je podszykowała. Podoba ci się?

Dan   był   cały   spocony   po   przejażdżce   metrem   i   dlatego,   że   biegł   całą   drogę   od 

przystanku   kolejki   L,   trzynaście   przecznic,   Przejechał   klejącym   się   palcem   po   świeżo 

pomalowanej ścianie. Serce biło mu szybko.

- Jest inaczej - odparł nerwowo.

Vanessa przyglądała mu się w ten jej bezpośredni, niespeszony sposób, przez co Dan 

jeszcze bardziej się pocił.

Kiedy Vanessa wróciła ze szkoły, na blacie kuchennym czekało na nią małe białe 

pudełeczko. Otworzyła je i znalazła srebrny pierścionek w kształcie dwóch rąk trzymających 

dwa zespawane ze sobą serca. Wewnątrz pierścionka wygrawerowano  Zawsze i na wieki. 

Kocham, A. Z wyjątkiem krótkiego epizodu z kolczykiem w wardze. Vanessa rzadko nosiła 

biżuterie, a pomysł z pierścionkiem wydał jej się tak ckliwy, że zaczęła się śmiać. Na pewno 

nie zamierzała go nosić, nieważne, kto by jej go dał. Wrzuciła pierścionek z powrotem do 

pudełka   i   schowała   je   do   szuflady   ze   sztućcami.   Niewykluczone,   że   Aaron   dał   jej   ten 

pierścionek jako żart, ale w takim razie po co zawracał by sobie głowę dedykacją? Dan nigdy 

by nie wyskoczył z tak sentymentalnym prezentem, nawet kiedy jeszcze byli razem. Kiedy się 

nad tym zastanowić, to nigdy też nie proponował jej biwaku pod gwiazdami. Vanessa była 

jedną z tych dziewczyn, które lubią mieć bieżącą wodę i spłuczkę w toalecie. Nie cierpiała 

słońca, a sama myśl o obcowaniu z naturą, z tymi jej pająkami, mrówkami, pszczołami i 

background image

komarami,  przyprawiała  ją o gęsią  skórkę.  Oczywiście,  Aaron chciał  dobrze. Liczyły  się 

intencje i w ogóle. Ale będzie musiała z nim porozmawiać - nie robili tego prawie wcale, 

odkąd   zaczęli   się   spotykać.   Chociaż   Aaron   pisał   jej   miłosne   liściki,   dawał   prezenty   i 

regularnie u niej nocował, do tej pory ich związek był czysto fizyczny.

Nie   żeby   miała   coś   przeciw   temu.   Stres   związany   z   końcowymi   egzaminami, 

rozdaniem dyplomów i rozpoczęciem nowego etapu w życiu dawał się jej nieźle we znaki. Po 

prostu nie była sobą. A może to mieszkanie wśród lawendowych ścian, z dziewczyną, która 

miała sto siedemnaście par butów, w tym trzydzieści cztery od Manolo Blahnika, sprawiało, 

że zmieniła się w kogoś innego. Dawniej samotnica, teraz nie mogła znieść samotności i 

odkryła, że najlepszy sposób, by nie myśleć o przyszłości, to trochę się napić wódki, a potem 

zabawić.

Dopiero teraz to odkryła?

- Wyglądasz blado - powiedziała do Dana.

Podeszła do niego, objęła za szyję  i pocałowała w oba policzki. Zacisnęła mocno 

powieki i zaciągnęła się przyjemnym, piżmowym zapachem Dana.

- Blado, ale naprawdę dobrze.

Vanessa miała na sobie czarny prążkowany top, bez stanika. Miała świeżo ogoloną 

głowę, ale pozwoliła, żeby włosy przy twarzy odrosły na jakiś centymetr, zmiękczając w ten 

sposób zarys szerokiego, jasnego czoła i wielkich brązowych oczu. Darowała sobie kolczyk w 

ustach.

I bardzo dobrze.

Miała   też   na   sobie   czarną   minispódniczkę   z   zakładkami,   na   którą   przed 

wprowadzeniem się Blair Waldorf nawet by nie spojrzała. Ale do spódnicy założyła biało - 

czarne   podkolanówki   w   romby   i   nieśmiertelne   martensy,   dając   w   ten   sposób   jasno   do 

zrozumienia,   że   mimo   wpływu   współlokatorki,   nie   zamierza   w   najbliższej   przyszłości 

kupować szpilek Manolo z wężowej skórki - nawet jeśli robiliby je czarne.

Gładkość   jej   bladych   ramion,   drwiący   łuk   czerwonych   ust   i   prowokujący   blask 

brązowych oczu sprawiały, że Dan zaczął się zastanawiać, jak w ogóle potrafił żyć bez niej. 

Oparł się pokusie, by natychmiast wyciągnąć swój czarny notatnik i napisać wiersz. Zamiast 

tego wyjął camela i wsunął go sobie do ust, nawet nie zapalając.

- Może   chcesz   się   przejść?   Napić   się   kawy,   czy   coś?   -   zaryzykował,   starając   się 

wypaść w miarę naturalnie.

Vanessa wzruszyła ramionami, nie odsuwając się.

- Mam wrażenie dèjà vu - przyznała mu się ze zdezorientowanym uśmiechem.

background image

Czy nie tak właśnie zeszli się ostatnim razem? Wpadł do niej i praktycznie zerwali z 

siebie ciuchy?

- Ja też - przyznał, w głębi ducha mając nadzieję, że historia się powtórzy.

- Blair i ja dopiero co odkryłyśmy drzwi na dach budynku. Przez cały czas myślałam, 

że są zamknięte na kłódkę, ale zamek zupełnie się rozpadł. Tam jest naprawdę fajnie, chcesz 

zobaczyć?

Więc teraz Vanessa lubiła się też opalać?

- Jasne - odparł Dan.

Ku jego zaskoczeniu, wyjęła z lodówki ćwiartkę absolutu i butelkę toniku, i schowała 

do   papierowej   torby   razem   z   dwoma   plastikowymi   szklankami   ze   Scooby   -   Doo,   które 

przedtem napełniła lodem.

- Polubiłam to ostatnio - przyznała z szelmowskim uśmiechem.

Dan patrzył ze zdumieniem, cały rozdygotany w oczekiwaniu tego co miało nadejść. 

Vanessa nigdy nie miała mocnej głowy. On też nie.

Wyszli   z   mieszkania   i   ruszyli   brudnym   betonowym   korytarzem,   a   potem   w   górę 

czarnymi,   śmierdzącymi   schodami.   Dwa   piętra   wyżej   Vanessa   pchnęła   czarne,   metalowe 

drzwi  z  napisem:  Nie   wchodzić  i   wyszła   na  zalany  gorącym  słońcem   dach.  Wokół  nich 

wyrosło miasto, a most Williamsburg wydawał się na wyciągniecie ręki. Na prawo lśniła East 

River Jakiś jacht przepływał nieopodal barki ciągnącej ładunek przenośnych kibli, a jego białe 

żagle łopotały w gęstym popołudniowym powietrzu. Po lewej znajdowała się cukrownia, a z 

jej wielkich kominów unosiły się kłęby dymu, by po chwili zmienić się w miejski smog. Po 

drugiej stronie mostu rozciągał się Manhattan, ogromny i pełen obietnic. Zawsze kiedy Dan, 

rodowity manhattańczyk, był na Brooklynie, miał wrażenie, że po drugiej stronie rzeki dzieje 

się coś ekscytującego, co właśnie go omija.

- Tutaj! - zawołała Vanessa, przekrzykując ruch uliczny.

Zanurkowała   pod   metalową   podporę   podtrzymującą   gigantyczną,   drewnianą   wieżę 

ciśnień, górującą nad dachem.

- Tutaj jesteśmy całkiem osłonięci przed słońcem i deszczem. A dzięki wieży jest tu 

nawet całkiem chłodno.

Dan podszedł i zanurkował pod wieżę ciśnień. Na ziemi leżał czarny materac, a na 

nim cała kolekcja czarnych  poduszek ze sztucznego futra. Vanessa uwiła sobie gniazdko 

miłości na świeżym powietrzu.

- Pewnie ty i Aaron spędzacie tu mnóstwo czasu - stwierdził niezręcznie.

Usiadła na materacu i zaczęła nalewać wódkę do plastikowych szklanek ze Scooby - 

background image

Doo.

- Właściwie   to   obiecałam   Blair,   że   nie   zagarnę   tego   miejsca   tylko   dla   siebie. 

Odkryłyśmy je dopiero w sobotę, a wczoraj padało, więc Aaron jeszcze tu nie był.

To znaczy, że ona i Aaron jeszcze tu tego nie robili. Ta świadomość sprawiła, że Dan 

poczuł się swobodniej, siedząc na materacu. Vanessa podała mu wódkę z tonikiem.

- Przepraszam, nie mam limonek.

Usiadł   i   zapalił   papierosa.   Nieopodal   przeleciał   helikopter,   potwornie   przy   tym 

hałasując. Dan musiał przyznać, że to naprawdę tajne miejsce.

- Więc będziesz mówcą? Zastanawiałam się, czy nie urwać się z mojego rozdania 

dyplomów. - Stuknęła się szklanką z Danem i wzięła duży łyk. - Za nas.

Dan przechylił szklaneczkę, zerkając na Vanessę. Trzymał są  w tej samej dłoni co 

papieros, wystawiając bladą twarz do słońca. Vanessa wydawała mu się jakaś inna, Gnuśna, 

niebezpieczna i bardzo seksowna.

Kobra zwinięta na gorącym betonie - zaczął zapisywać gorączkowo w myślach. Nie 

mógł się powstrzymać.

Vanessa   uśmiechnęła   się   szeroko,   odpowiadając   na   jego   uważne   spojrzenie 

zakłopotanym śmiechem.

- Nie wiem, czemu to robię, ale... - zaczęła.

Potem odstawiła szklankę, nachyliła się powoli do niego i wsunęła mu język prawie 

do gardła.

Wow!

Rozmarzone brązowe oczy Dana rozszerzyły się ze zdumienia. Zastanawiał się, czy 

Vanessa nie piła przypadkiem przez cały dzień i jakiś cudem nie pomyliła go z Aaronem. A 

może on i Aaron wpadli w jakąś pętlę czasoprzestrzeni. Zamienili się ciałami i umysłami, jak 

w kiepskich komiksach, które Dan czytywał jako dziewiętnastolatek, i teraz naprawdę był 

Aaronem. Nieważne. Móc znowu całować Vanessę było czystą rozkoszą, a sama myśl, że 

mieliby przerwać, czystą agonią. Ale po paru minutach zmusił się, żeby przestać.

- Hm, mogę cię o coś zapytać? Co my właściwie robimy?

Vanessa złapała za brzeg wyblakłego, czerwonego T - shirta Stussy Dana, podciągnęła 

go do góry i zerknęła na jego jasny, plaski brzuch.

- Nie zastanawiasz się czasem, o co tyle krzyku? - zapytała, jakby to wystarczało za 

odpowiedź.

Dan nie odpowiedział. Vanessa najwyraźniej przechodziła fazę eksperymentów i nie 

zamierzał jej w tym przeszkadzać. Zwłaszcza, jeśli miała ochotą zdjąć z niego koszulkę. I 

background image

spodnie. Najwyraźniej również skarpetki stały na drodze jej potrzebie autoekspresji. Żeby nie 

czuła się osamotniona, on też pomógł jej wyskoczyć z ciuchów, Wkrótce oboje klęczeli pod 

wieżą ciśnień całkiem nadzy.

Mowa o dèjà vu!

background image

możesz wyrwać dziewczynę z manhattanu, ale nie wyrwiesz 

manhattanu z dziewczyny

- Macie coś, co nie jest... takie błyszczące? - zapytała Blair Waldorf, przeglądając 

sukienki na obrotowym stojaku na tyłach Isn't She Lovel, małego butiku z sukniami ślubnymi 

i wizytowymi, raptem przecznicę od mieszkania, które dzieliła z Vanessą.

Mijała ten butik codziennie, gdy szła do kafejki, skąd - gdy kupiła już duże latte z 

dodatkiem espresso - opłacone auto z szoferem zabierało ją do szkoły. Dzisiaj zajrzała do 

środka, bo pomyślała, że byłoby czadowo, gdyby udało jej się kupić sukienkę na zakończenie 

szkoły w zupełnie nieznanym sklepie, tak że żadna inna dziewczyna z ostatniego roku nie 

miałaby takiej samej. Sęk w tym, że bez metek projektantów nie potrafiła zdecydować, czy 

sukienki są brzydkie w wyszukany sposób. czy po prostu brzydkie.

- Ta   jest   bardzo   popularna   na   bierzmowaniach   -   powiedziała   przesadnie 

wyperfumowana sprzedawczyni, z mocnym obcym akcentem.

Wyjęła   olśniewająco   białą,   wyszywaną   kryształkami   sukienkę   bez   pleców   z 

poliestrowym gorsetem i plisowanym dołem tak sztywnym i błyszczącym, że wyglądał jak 

laminowany.

Blair zerknęła w jedno z rozstawionych po sklepie luster i dostrzegła gapiącą się na 

nią wyniosłą brunetkę w biało - błękitnej spódniczce z krepy od mundurka Constance Billard 

i schludnej, różowej koszulce polo z białym kołnierzykiem. Była na siebie wściekła. Kogo 

próbowała oszukać, udając, że nie potrzebuje szytej na zamówienie sukienki Oscara de la 

Renty   albo   Chanel?   Poprawiła   na   ramieniu   bladoróżową   torebkę   Fendi   i   zsunęła   na   nos 

okulary w szylkretowej oprawce. Kusiło ją, żeby kupić tę ohydną sukienkę, którą pokazała 

sprzedawczyni, zanieść do domu i dla śmiechu udać przed Vanessą, że naprawdę zamierza 

włożyć   ją   na   rozdanie   dyplomów.   Ale   myśl,   że   miałaby   wydać   pieniądze   na   coś   tak 

okropnego, nawet w żartach, jeszcze bardziej ją rozłościła. Kiedy jej życie stało się takie 

podłe?

Może   w   dniu,   kiedy   postanowiła   porzucić   Manhattan   i   zostać   buntowniczką   z 

Brooklynu.

Zwykle Blair nie potrafiła wyjść ze sklepu, nie kupując przynajmniej jednej rzeczy, 

background image

ale zazwyczaj odwiedzana miejsca pełne ciuchów, którym nie można się było oprzeć. Jeśli 

chodziło o nią, butik Isn't She Lovel powinien nazywać się Isn't She Ugly.

Na   upstrzonym   śmieciami   chodniku   naprzeciwko   zaniedbanej,   czteropiętrowej 

kamienicy, w której mieszkała Vanessa, zebrała się grupka gapiów.

Hm, ciekawe czemu?

Obojętna i kompletnie niezainteresowana tym, co wzbudziło ciekawość miejscowych. 

Blair przeszła szybko przez ulicę, wspięła się na rozsypujący betonowy stopień i pchnęła 

wymazane  graffiti drzwi do budynku. Wstrzymała  oddech, wspinając się po schodach na 

pierwsze piętro do Vanessy. Dom znajdował się tak blisko cukrowni, że powietrze wokół było 

słodkie i ciężkie jak przesączony syropem francuski tost. Do Lego dochodził odór moczu 

bezpańskich kotów.

Miodzio.

- Ohyda - mruknęła Blair, nadal wstrzymując oddech.

Jakże   tęskniła   za   nieskazitelnym   holem   z   bladoróżowego   marmuru   i   nienagannie 

ubraną obsługą w luksusowym apartamentowcu przy Siedemdziesiątej Drugiej, gdzie do tej 

pory   mieszkała.   Och,   jak   brakowało   jej   szelestu   oliwkowozielonej   wełnianej   peleryny 

portiera, gdy otwierał jej drzwi do taksówki i pomagał nieść torby, osłaniając przed deszczem 

gigantyczną   czarną   parasolką.   Jak   tęskniła   za   cichym   szumem   wyściełanej   hordowym 

aksamitem   windy,   gdy   ta   zawoziła   ją   do   penthouse'u.   Pomalowane   na   czarno   drzwi   do 

mieszkania  były  otwarte.  Kawałki  złuszczonej  starej  farby obsypywały  się na zakurzoną, 

betonową posadzkę korytarza.

- Kochanie, wróciłam! - zawołała Blair niepewnie, wchodząc do mieszkania, które 

kilka   tygodni   temu   z   przyjemnością   urządziła   od   nowa   w   odcieniach   lawendy,   gołębiej 

szarości i seledynu. Małe, niskie mieszkanko z jedną sypialnią wyglądało o wiele ładniej, niż 

kiedy się wprowadzała, zwłaszcza bez tych obrzydliwych czarnych prześcieradeł w oknach. 

Ona i Vanessa nawet się do siebie przywiązały, naprawdę. Poza tym, zabawnie było mieszkać 

w innym miejscu niż to, w którym dorastała. Serio. Mimo to trochę tęskniła za domem. W 

końcu Isn't She Lovely trudno było uznać za godne zastępstwo dla Barneys.

- O tak! Tak! Tak! - chrapliwy od rozkoszy chłopięcy głos odbił się echem po klatce 

schodowej i wpadł do mieszkania.

Fuj.

Blair skrzywiła się. Vanessa i Aaron znowu to robią, na dachu. Jakby nie spędzili całej 

ostatniej nocy, jęcząc i wyjąc jak dzikie psy. Blair przewróciło się w żołądku. Nalała sobie 

szklankę wody z dzbanka z filtrem, który kupiła, bo nie ufała tutejszej wodzie. Odkąd zerwała 

background image

z Nate'm, ani razu nie zmusiła się do wymiotów - to byłaby oznaka słabości, a ona nie była 

już słaba. Jednak obraz Vanessy i Aarona, z przyciśniętymi do siebie ogolonymi głowami i 

bladymi   ciałami   rzucającymi   się   w   biały   dzień   po   dachu,   za   bardzo   przypominał   widok 

Sereny   i   Nate'a   wierzgających   w   wannie   w   domku   kąpielowym   Isabel   Coates.   To 

wystarczyło, żeby nagle zachciało jej się zwymiotować koktajl z mango, który wypiła trzy 

godziny temu.

Popijając wodę, złapała się popękanego, białego blatu kuchennego, żeby się trochę 

uspokoić. Na starej elektrycznej kuchence stał garnek z zatęchłą wodą i dwoma zimnymi, 

szaroróżowymi kiełbaskami tofu - resztkami obrzydliwego śniadania, lunchu albo kolacji jej 

przyrodniego brata, Aarona, Najpierw okropne sukienki w sklepie po drugiej stronie ulicy, 

ohydnie śmierdząca klatka schodowa i jękliwy seks na dachu, który miał być zarezerwowany 

na babskie wieczory z wódką z tonikiem, kiedy miały obmyślać z Vanessą, jak sabotować 

kandydaturę Sereny na mówczynię, a teraz to. Blair miała dość. Sięgnęła do torebki, wyjęła 

komórkę i nerwowo wybrała numer.

- Blair,   kochanie?   Czemu   zawdzięczam   tę   przyjemność,   skarbie?   -   zapytał   Chuck 

Bass. Mówił głośno i brzmiał jeszcze bardziej gejowsko niż zwykle. - Tylko mi nie mów, że 

potajemnie podkochiwałaś się we mnie przez te wszystkie lata i teraz, gdy mamy skończyć 

szkolę, zebrałaś się w końcu na odwagę, by mi to wyznać.

- Niezupełnie - warknęła Blair. - Ze znanych mi osób tylko ty masz samochód.

- Perłowoszary jaguar kabriolet to nie jest po prostu samochód, to jaskinia rozkoszy na 

kółkach. - Chuck zatrąbił klaksonem. - Właśnie siedzę w tym, jak go nazywasz, samochodzie.

- Nieważne.   -   Blair   otworzyła   obluzowane   sklejkowe   drzwi   do   zagraconej, 

śmierdzącej kulkami na mole szafy w salonie i wyciągnęła dwie torby podróżne od kompletu 

Louisa   Vuittona,   z   brązowej   skóry   ze   złotymi   tłoczeniami.   Nadal   były   częściowo 

nierozpakowane, bo Vanessa nie miała dość miejsca w szafach, żeby pomieścić olbrzymią 

garderobę   Blair.   Teraz   wystarczyło   tylko   poskładać   sukienki   wiszące   w   szafie   i   zapchać 

reklamówkę, albo cztery, albo pięć, trzydziestoma sześcioma parami butów, które miała ze 

sobą i będzie gotowa do przeprowadzki.

- Możesz po mnie przyjechać?

- Oczywiście,   cukiereczku   -   glos   Chucka   przybrał   fałszywie   ojcowski   ton.   -   Nie 

wpakowałaś się chyba w żadne kłopoty?

Blair skrzywiła się na widok karalucha przyczajonego w głębi szafy oraz drugiego, 

półżywego i ledwo przebierającego odnóżami na progu.

- Jestem w Williamsburgu - jęknęła, niczym przetrzymywana w piwnicy zakładniczka.

background image

A Manhattan cię potrzebuje - zanucił Chuck. - My wszyscy cię potrzebujemy!

Blair zachichotała. Dobrze było przestać udawać, że zamierza stać się jedną z tych 

zbuntowanych dziewczyn, które nosiły prążkowane podkolanówki, kilty z second - handu i 

odjechane okulary, jadły przez cały czas humus i chodziły po szkole do galerii sztuki zamiast 

do Barneys. Zdjęła czarną dżinsową spódniczkę Habitual i nudny, ciemnoszary T - shirt C&C 

California, i sięgnęła na wieszak po ulubioną, biało - czerwoną sukienkę w grochy od Diane 

von Furstenberg. Manhattan jej potrzebował. No pewnie, że tak.

- Będę za pięć minut, kochanie. Właśnie przejeżdżam przez most - zapewnił ją Chuck. 

a w de słychać było silnik jaguara. - Właściwie to dokąd mam cię zabrać? Wracasz do domu?

Blair nie pomyślała o tym. A właściwie pomyślała, ale nie o domu. Od czasu ślubu z 

Cyrusem   Rose   zeszłej   jesieni   i   narodzin   córeczki   wiosną,   matka   zachowywała   się   jak 

szurnięta. Cyrus był głośny, wiecznie spocony i odpychający. Poza tym lubił łazić po domu w 

samym tylko luźno związanym, zielonym, jedwabnym szlafroku, bez niczego pod spodem. 

Mała Yale przez większość czasu była kochana, ale przejęła pokój starszej siostry, przez co 

Blair   musiała   przenieść   się   do   starego   pokoju   Aarona,   gdzie   jej   kotka,   Kitty   Minky 

odreagowywała zapach boksera Aarona, Mookiego, sikając po kątach. A skoro o nim mowa - 

gdzie jest Mookie? Zwykle  przychodził  ze swoim panem, gdy Aaron zostawał na noc u 

Vanessy, zamiast spać w pokoju brata Blair, Tylera, albo tracić przytomność na skórzanej 

sofie w bibliotece po jednym organicznym piwie za dużo.

Właśnie, właśnie.

- Może   teraz,   kiedy   przyjęli   mnie   do   Yale,   wytrzymam   w   do...   -   Blair   urwała, 

doznawszy nagłego olśnienia. Przyszedł jej do głowy nowy, cudowny pomysł.

Po   tym   jak   jej   ojciec   wyprowadził   się   z   domu  i   zanim   wyjechał   do  Francji,   aby 

zamieszkać  ze swoim francuskim kochankiem - Jacquesem, Jean - Claudem, czy jak, do 

cholery, mu było  - przez kilka miesięcy pomieszkiwał w Yale Club, który znajdował się 

dokładnie naprzeciwko Grand Central Station. W przeciwieństwie do starego dworca, Yale 

Club nigdy nie poddano renowacji. Mimo to zachował resztki świetności i staromiejskiego 

uroku.   To   miejsce   na   pewno   spodobałoby   się   jej   byłej   najlepszej   przyjaciółce,   Serenie. 

chociaż sama Blair normalnie wolałaby bardziej okazały apartament w Carlyle albo innym 

słynnym hotelu. Ale kiedy mieszkała w hotelu Plaza traktowano ją jak jeszcze jednego dobrze 

sytuowanego gościa. W Yale Club będzie „córką Harolda Waldorfa”, a to prawie to samo, co 

być członkiem rodziny królewskiej.

Prawie.

- Właściwe to przenoszę się do Yale Club, przynajmniej dopóki nie wymyślę. co będę 

background image

robić tego lata - ogłosiła, uśmiechając się do swoich idealnie pomalowanych  koralowych 

paznokci, zupełnie jakby zaplanowała wszystko już dawno temu.

- Czyżby?

Blair   podniosła   wzrok   znad   wypchanych   butami   czarnych   reklamówek   Barneys. 

Vanessa stała w drzwiach do mieszkania z rękami na bladych, krągłych biodrach ubrana tylko 

w czarny podkoszulek  i czarne  figi  Hanes.  Chudy chłopak, którego  - jak  sądziła  Blair  - 

Vanessa rzuciła na dobre, stał za nią w szarych bokserkach. Resztę swoich poszarzałych od 

znoszenia ubrań trzymał zwiniętą pod pachą. Miał wielkiego, fioletowego siniaka na gardle, 

tuż pod jabłkiem Adama.

Fuj, malinka!

- To   jeden   z   tych   domów   z   graffiti   na   drzwiach.   Będę   na   dole   za   pięć   minut   - 

poinstruowała Chucka i się rozłączyła.

Oparła ręce na biodrach, usiłując wymyślić, jak grzecznie powiedzieć Vanessie, że się 

stąd   wynosi.   Zabawnie   było   przyjaźnić   się   z   tą   dziewczyną   o   ogolonej   głowie,   którą 

wszystkie koleżanki w klasie uważały za totalnego świra. Blair naprawdę polubiła Vanessę za 

jej bezpretensjonalność i bezpośredniość oraz czarny, sarkastyczny humor. Jednak w miarę 

zbliżania się końca szkoły, Vanessa zaczęła zachowywać się coraz bardziej dziwnie. Prawie 

co wieczór prosiła Blair, żeby pomalowała jej paznokcie u nóg i nawet namówiła ją. żeby 

wypróbowywały ten jej idiotyczny domowy zestaw do robienia pasemek. Bogu dzięki, nie 

trwało to długo. Vanessa była najwidoczniej spragniona towarzystwa, więc jeśli zdradzanie 

przyrodniego brata Blair, z tym chudym Danem sprawiało jej przyjemność, to Blair nie miała 

nic przeciwko temu. Ona osobiście skończyła  z facetami. Za kilka minut Vanessa znowu 

będzie miała całe mieszkanie dla siebie - może iść na całość i zafundować sobie prawdziwą 

orgię, jeśli tylko zechce.

- Ktoś po mnie przyjedzie - stwierdziła zamiast cokolwiek wyjaśniać.

Vanessa właśnie została przyłapana na zdradzaniu brata Blair z Danem, który ponoć 

był już historią. Większość ludzi na jej miejscu byłaby przynajmniej trochę zakłopotana, ale 

nie Vanessa. Zamrugała tylko, patrząc oskarżycielsko na Blair swoimi wielkimi brązowymi 

oczami.

- Wyprowadzasz   się?   Dlaczego?   Wściekłaś   się   na   mnie?   -   Przekrzywiła   ogoloną 

głowę i uściśliła. - To znaczy, bardziej niż zwykle?

Nazwać   Blair   i   Vanessę   dziwną   parą   byłoby   niedomówieniem,   Blair   została 

wychowana przez armię nianiek. Chodziła do przedszkola przy kościele prezbiteriańskim na 

Park Avenue, tak jak pozostałe dzieci z najlepszych  rodzin na Upper East Side. Vanessę 

background image

wychowali rodzice - hipisowscy artyści z Vermont. Do dziesiątego roku życia uczyła się w 

domu.   Kiedy   miała   piętnaście   łat,   przeniosła   się   do   Williamsburga,   żeby   zamieszkać   ze 

starszą siostrą, Ruby. Przez pierwsze dwa lata wakacje spędzała, pracując na dwie zmiany w 

punkcie ksero Kinko, żeby zarobić na pierwszą kamerę cyfrową. Blair spędzała każde lato, 

grając  w tenisa w posiadłości ojca  w Newport na Rhode Island, albo pomagając Serenie 

podwędzać   butelki   stolicznej   z   barku   w   wiejskiej   posiadłości   van   der   Woodsenów   w 

Ridgefield,   w   Connecticut.   Blair   lubiła   naśladować   Audrey   Hepburn,   a   jej   ulubionym 

kolorem   był   jaskraworóżowy.   Vanessa   nikogo   nie   naśladowała,   może   z   wyjątkiem 

szwedzkiego   awangardowego   twórcy   filmowego,   Ingmara   Bergmana,   i   nosiła   wyłącznie 

czarne rzeczy. Nie mogły się bardziej różnić.

- Nie.   -   Blair   wzruszyła   ramionami.   Na   jej   lisiej   twarzyczce   igrał   uśmieszek.   - 

Dlaczego miałabym się wściec?

Vanessa   weszła   na   palcach   do   kuchni   i   wyjęła   jeden   z   moczących   się   w   wodzie 

kawałków tofu, które Aaron zostawił w garnku na kuchence. Zjadła połowę jednym kęsem. 

Odkąd spotykała się z Aaronem polubiła takie jedzenie.

- Chcecie trochę? - zaproponowała Blair i Danowi, wymachując na nich tofu niczym 

nadgryzionym palcem.

Rety, dzięki.

- Nie, dziękuję - wymamrotał Dan, grzebiąc przy wymiętoszonych spodniach.

Blair machnęła ze wstrętem na widok tofu. a także półnagiego Dana i jego ohydnej 

malinki, oraz mieszkania, którego nic była w stanie uratować nawet warstwa świeżej farby, i 

całego Williamsburga.

- To po prostu nie w moim stylu - spróbowała wyjaśnić.

Vanessa pokiwała powoli głową. Odkąd Blair nakryła Serenę i Nate'a baraszkujących 

w wannie w domku kąpielowym Isabel Coates w Hamptons, zachowywała się trochę dziwnie.

- Jesteś pewna, że przyjmą cię w Yale Club? W końcu nie jesteś jeszcze absolwentką?

Blair wcisnęła naręcze dresów Juicy Couture do już wypchanego worka. Kiedyś była 

przewrażliwiona na punkcie fale, ale to było zanim się tam dostała.

- Mój ojciec jest członkiem. Przyjmą mnie albo skopie im tyłki.

Vanessa nadał się jej przyglądała. Blair słyszała tykanie elektrycznego zegara na starej 

kuchence.

- Och. Prawie bym zapomniała.

Podniosła torbę z Browns of London, którą taszczyła całą drogę ze szkoły.

Oczywiście nie na piechotę.

background image

- Kupiłam ci sukienkę na rozdanie dyplomów. Była po prostu idealna i pomyślałam, 

że pewnie nie wiedziałabyś, gdzie kupić cos, co nie jest czarne. Mam nawet do niej super 

buty, które możesz pożyczyć.

Vanessa wyciągnęła z reklamówki zawiniętą w białą bibułę paczkę i wydobyła z niej 

sukienkę. Chociaż była biała, wyglądała niesamowicie. Coś jak skrzyżowanie sukni Morticii 

Adams   i   narzeczonej   Frankensteina.   Oczywiście   nie   miała   serca   powiedzieć   Blair   o 

propozycji Aarona i wyjeździe z miasta przed rozdaniem dyplomów.

A myśmy myśleli, że już całkiem o tym zapomniała.

Vanessa   stanęła   na   jednej   nodze   i   podrapała   się   w   tył   łydki   drugą   stopą   z 

pomalowanymi na czarno paznokciami, cały czas trzymając sukienkę. Już i tak wariowała z 

powodu rozdania dyplomów i tego, co będzie potem, a teraz jeszcze to.

- Cholera. To smutne. - Objęła Blair. - Będzie mi ciebie brakować.

Blair odwzajemniła uścisk.

- Wiesz, jesteśmy praktycznie tego samego wzrostu - mruknęła miękko, tuląc czule 

pulchne półnagie ciało Vanessy. - Będziemy tuż obok siebie w kolejce po dyplom.

Vanessa   uśmiechnęła   się   i   otarła   zabłąkaną   łzę.   Wskazała   na   jedną   z   tysięcy   par 

szpilek od Manolo porzuconą na zakurzonej, drewnianej podłodze.

- Nie, jeśli założysz coś takiego.

- Zawsze mogę ci jakieś pożyczyć - zaproponowała czule Blair.

Dziewczyny się roześmiały i natychmiast wszystko sobie wybaczyły. Nawet głośny 

seks z Aaronem ostatniej nocy i przypadkowy seks na dachu z Danem, w gniazdku, które 

miało być ich specjalnym miejscem. Jeśli tego potrzebowała Vanessa, żeby poradzić sobie ze 

stresem końca szkoły, to niech jej będzie.

- Wezmę prysznic - stwierdził Dan, chociaż żadna z dziewczyn nie zwracała na niego 

uwagi.

Vanessa   podniosła   czarną   dżinsową   spódniczkę,   którą   Blair   rzuciła   na   podłogę   i 

wciągnęła ją sobie na tyłek, nawet nie próbując się zapinać. Potem zarzuciła na ramię jedną z 

toreb Louisa Vuittona i dwie pełne butów torby z Barneys.

- Chodź. Pomogę ci to znieść na dół.

Chuck czekał na rogu za kółkiem srebrnego jaguara - wczesnego prezentu z okazji 

ukończenia szkoły. Auto wyglądało zupełnie nie na miejscu w ekscentrycznej i zapuszczonej 

dzielnicy. Chuck otworzył bagażnik i dziewczyny wrzuciły torby.

- Zostawiłam ci w szafie jeszcze parę rzeczy. - Blair uścisnęła krótko Vanessę. - Do 

zobaczenia jutro na angielskim.

background image

Vanessa odwzajemniła uścisk.

- Do zobaczenia jutro, zdziro - odparła czule.

Blair   patrzyła,   jak   pobazgrane   graffiti   drzwi   zatrzasnęły   się   za   Vanessą.   Potem 

otworzyła drzwi do jaguara.

- Słyszałem, ze w latach czterdziestych wszyscy absolwenci Yale trzymali w klubie 

prostytutki - oznajmił Chuck, gdy Blair zapinała pasy. - A nie mieli nawet damskiej toalety. - 

Odbił od krawężnika i przesunął dłonią po odkrytym kolanie Blair. Wiedziałem, że to nie 

potrwa długo. Ty lubisz chłopców, nie dziewczyny.

Blair odepchnęła jego rękę i przewróciła z irytacją błękitnymi oczami. Chuck zawsze 

był i będzie wstrętnym typem, którego toleruje się tylko dlatego, że tak samo jak Blair i reszta 

ich rodzaju urodził się w szpitalu Lenox Hill na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i Park Avenue, 

a   potem   chodzili   razem   do   żłobka.   Później   chodzili   wspólnie   na   lekcje   tańca   i   spędzali 

wakacje z rodzinami na St. Barts. Ich rodzice zasiadali w radach Metropolitan Museum i 

Metropolitan Opera i mówili tym samym  sekretnym językiem. Ale w przeciwieństwie do 

reszty paczki z Upper East Side Chuckowi nie udało się dostać do żadnego z prywatnych 

college'ów, do których złożył podanie. Rodzice wysyłali go więc do przypadkowej akademii 

wojskowej w północnym New Jersey, Łatwo więc było zrozumieć, dlaczego tak się czepia! 

Yale Club - był odrobinkę zazdrosny.

Nieee?!

W odtwarzaczu samochodowym Blaupunkta leciała nowa płyta Justina Timberlake'a. 

Blair podkręciła muzykę na maksa. Gdy podjeżdżali do mostu Williamsburg Chuck znowu 

położył rękę na jej kolanie. Chwyciła go za dłoń i przeniosła ją na dźwignię zmiany biegów. 

Chyba   pomylił   ją   z   tą   zdzirą   Sereną,   która   nie   miała   żadnych   zasad   i   zabawiała   się   z 

chłopakiem tylko dlatego, że był przystojny, a ona napalona.

- Jedź - poleciła. - Po prostu jedź.

Złożyła ręce sztywno na kolanach. Ona taka nie była.

Czyżby?

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

NIE ZNAM SIĘ WŁAŚCIWIE NA NICZYM POZA SEKSEM

Końcowe egzaminy już w przyszłym tygodniu, ale nikt się chyba specjalnie nie przejmuje. Zamiast 

siedzieć w domu i zakuwać daty z historii Ameryki czy czasowniki nieregularne na francuski wszyscy 

siedzą   w   domu,   zamawiają   chińszczyznę   I   idą   do   łóżka...   z   przyjacielem.   Jesteśmy   taką 

przewidywalną   bandą.   Ale   czy   jest   lepszy   sposób   na   pozbycie   się   przedegzaminacyjnego   i 

przeddyplomowego stresu?

CZY KTOŚ MÓWIŁ COŚ O PREZENTACH?

Rozdanie dyplomów - mam na myśli samą uroczystość - jest tak naprawdę dla rodziców. Jednak 

prezenty,   jakie   dostajemy   przy   okazji   sprawiają,   że   absolutnie   warto   ją   wysiedzieć.   Spróbujmy 

zgadnąć, o co poproszą mamę i tatę niektórzy z naszych ulubieńców...

B: twierdzi, że ma dość facetów, ale tak naprawdę chciałaby mieć nowego, wystrzałowego chłopaka. 

Takiego, który nie będzie jej zdradzał w wannie, na imprezie z najlepszą przyjaciółką.

V: terminarz do notowania randek z różnymi chłopakami, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

N: dożywotni zapas chusteczek w ładnym pudełeczku w niebieską kratkę od Ralpha Laurena.

D: używanego hyundaia, prawo jazdy i... no tak, jakieś życie.

S: inne hobby niż podkradanie chłopaka najlepszej przyjaciółce. Co właściwie stało się z jej karierą 

modelki/aktorki?

background image

J: czekajcie, ona jeszcze nie odbiera dyplomu. Mimo to też czegoś potrzebuje - szkoły, do której 

mogłaby chodzić od nowego roku.

Poza tym wszyscy marzymy o jednym: gigantycznej, obłędnej imprezie, na którą każdy mógłby wpaść. 

Żadnego   snucia   się   po   lokalach,   gdzie   nie   można   spokojnie   dopić   drinka.   Znajdźmy   odjazdowe 

miejsce, zaprośmy wszystkich, wybawmy się za wszystkie czasy i nigdy stamtąd nie wychodźmy.

Wasze e - maiie

P:

 droga P!

mój   młodszy   brat   chodzi   do   dziewiątej   klasy   do   świętego   judy   i   słyszał,   że   N   chodzi   do 

psychiatry.   Podobno   musiał   cofnąć   się   do   wczesnego   dzieciństwa,   żeby   psychiatra   mógł 

stwierdzić, dlaczego jest ciągle taki najarany. To dlatego przez cały czas płacze,

zorientowany

O:

 Drogi zorientowany!

Wybacz, że pytam, ale czy taka terapia nie sprawi, że N będzie moczył się w spodnie? Fuj. 

Biedaczek!

P.

Na celowniku

N skromnie całuje S w policzek przed jej apartamentowcem na rogu Osiemdziesiątej Drugiej i Piątej 

Alei. Czy to dlatego, że jej rodzice patrzyli, czy też może to jedyny facet we wszechświecie, który 

potrafi jej się oprzeć, mimo że jest podobno jego dziewczyną? Może miał przemoczone spodnie i 

spieszył się do domu, aby się przebrać? B i C w samochodzie na moście Williamsburg - muzyka na 

fuli. On ją obejmuje, a ona głaszcze jego małpkę. No, to przynajmniej jest związek z przyszłością. 

spryskuje swoje gniazdko miłości na dachu odświeżaczem powietrza i poprawia na nowo futrzane 

poduszki.   Skoro   tylu  facetów  się   za  nią  ugania,   pewnie   musi   jej  być   trudno   utrzymać  porządek  i 

zadbać o czystość. A czy to, co zrzuciła z dachu na ulicę, to nie były przypadkiem białe slipki?! J w 

sklepie z narzędziami w  New Hampshire  próbuje namówić ojca, żeby zamiast samochodu kupił  

taczkę jako żartobliwy prezent na zakończenie szkoły. Nie sądzę, żeby brat docenił dowcip.  K  i  

przymierzają po kolei wszystkie pary białych pantofli od Ferragamo. Czy ktoś może im powiedzieć, że 

noszenie takich samych butów jest tandetne? Hej, właśnie sama to zrobiłam!

Pamiętajcie,   rozdanie   dyplomów   jest   tak   naprawdę   dla   rodziców.   Dlaczego   więc   nie   założyć   tej 

falbaniastej  sukienki  Laury  Ashley  z ogromną   kokardą   na  tyłku,  którą   mama  trzymała  dla  ciebie 

odkąd skończyłaś dziesięć lat, a potem odciąć kupony? Umiecie przeliterować BMW?

Wybaczcie moją zachłanność.

background image

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

S pokazuje jak być niegrzeczną i miłą

- Panie Beckham? - zawołała Serena, odsuwając pierwsze z czterech, ciężkich zasłon, 

które prowadziły do ciemni w Constance Billard. - Panie Beckham, czy mogę wejść i chwilę z 

panem porozmawiać?

Serena usłyszała skrzypienie taboretu.

- Jasne, wchodź - odparł jedyny nauczyciel filmu w szkole. - Uważaj na zasłony.

Zajęcia  już się skończyły  i w  szkole panowała cisza, przerywana  tylko  śmiechem 

ociągających się z wyjściem uczennic albo stukaniem obcasów nauczycielki. Serena została 

dłużej, żeby sprawdzić, czy nie da się jakoś odkręcić tej sprawy z nominacją na mówczynię. 

Nie miała jeszcze wygranej w kieszeni, ale czuła, że dość już zabrała Blair. Rola mówczyni 

byłaby kolejną rzeczą, którą zdobyła, nawet specjalnie się nie starają.

Tak jak pewnego zielonookiego chłopca?

Wsunęła się do ciemni, upewniając się, że dobrze zaciągnęła wszystkie zasłony i do 

pomieszczenia   nie   wpadnie   ani   odrobina   dziennego   światła.   W   górze   świeciła   specjalna 

czerwona lampka, ale nadal niewiele było  widać. Serena dostała gęsiej skórki. W ciemni 

zawsze przechodziły ją dreszcze.

Pan Beckham był jedynym tajnym, młodym nauczycielem w Constance. Tyle tylko że 

uważał się za fajniejszego, młodszego i przystojniejszego niż był w rzeczywistości. Pozował 

na   artystę   -   nosił   prostokątne   okulary   w   ciężkich,   czarnych   oprawkach   i   czarne   obcisłe 

koszulki z długim rękawem Club Monaco, dla podkreślenia muskulatury. Swoje blond włosy 

stroszył żelem i wtrącał francuskie słówka, kiedy tylko mógł.

- Ach, Serena! - wykrzyknął, odkładając bajgla z makiem i serkiem śmietankowym, 

który właśnie zajadał. Rozłożył szeroko ramiona. - Quelle przyjemność!

Serena bawiła się guzikiem przy błękitno - białej spódniczce z krepy, która stanowiła 

część   wiosennego   mundurka   i   przestępowała   z   nogi   na   nogę.   Dlaczego   rozmowa   z 

nauczycielem poza klasą zawsze była trochę krępująca?

Zwłaszcza, gdy podejrzewałaś, że nauczyciel odrobinkę się w tobie durzy.

- Hm,   chciałam   podziękować   za   zgłoszenie   mojej   kandydatury   na   mówczynię   - 

powiedziała   Serena.   Włożyła   kciuk   do   ust   i   zaczęła   skubać   obgryziony,   perłoworóżowy 

background image

paznokieć.

Uwaga dla wszystkich: tylko nieziemsko piękni ludzie mogę sobie pozwolić na takie 

zachowanie bez przyprawiania wszystkich wokół o mdłości.

- W każdym razie, chciałam, żeby pan wiedział - ciągnęła - że wykreśliłam się z listy 

kandydatek. - Zabrała się teraz do serdecznego palca, którego nie obgryzała od śniadania. - 

Nigdy nie byłam dobra w wygłaszaniu przemów.

A czy już wspominałam, że Blair jest jedyną kontrkandydatką i naprawdę chce być 

mówczynią, a ja się boję, że jeśli innie wybiorą, ona zamorduje mnie we śnie.

Pan Beckham zdjął okulary i zaczął je czyścić brzegiem czarnej koszulki, odsłaniając 

kawałek nagiego, zaskakująco opalonego brzucha. Serena starała się nie gapić i przez chwilę 

zastanawiała   się,   czy   nauczyciel   nie   jest   przypadkiem   gejem.   Widok   jego   nagiej   skóry 

wydawał się zupełnie nieprzyzwoity, jakby celowo się przed nią obnażał, czy coś takiego.

- Wiesz, czemu zgłosiłem twoją kandydaturę, n'est - cepas? - zapytał, nadal czyszcząc 

okulary i przyglądając się jej badawczo w karmazynowym półmroku.

Mais oui. Ponieważ napalił się i stracił głowę pour elle?

- Cóż... - zaczęła Serena, szukając pretekstu, żeby odwrócić się na pięcie i zwiać.

Nagle dotarło do niej, że to wstrętne i niehigieniczne, jeść bajgla i wywoływać filmy. 

Zastanawiała się, czy pan Beckham nie jest uzależniony od jakiś chemikaliów.

Nauczyciel odłożył okulary i opadł na metalowy taboret.

- Serena, obserwowałem cię odkąd tu przyszedłem. Byłaś wtedy w siódmej klasie. 

Wiem, że to brzmi  sentymentalnie,  ale naprawdę rozświetliłaś  tę ciemnię.  - Urwał, żeby 

odchrząknąć,   najwyraźniej   zbyt   zdenerwowany,   żeby   wtrącić   jakieś   francuskie   słówko.   - 

Gdybym nie był twoim nauczycielem...

To... oblałby ją utrwalaczem i zlizał go z niej? Dam ci radę dziewczyno:  uciekaj, 

uciekaj!!!

Serena była pewna, że nie chce słuchać dalej.

- Hm,   panie   Beckham?   Przepraszam,   ale   naprawdę   muszę   iść.   Chciałam   tylko 

podziękować za wsparcie. - Podniosła rękę i machnęła mu sztywno, chociaż siedział tuż przed 

nią. - Do zobaczenia na rozdaniu dyplomów - dodała z udawanym entuzjazmem.

Odwróciła się i zaczęła przepychać przez ciężkie zasłony.

- Zaczekaj.

Serce podeszło jej do gardła, aż cala zadrżała w swojej cienkiej, białej bluzeczce. Z 

korytarza   dobiegały   głosy.  Gdyby   krzyknęła   dość   głośno,  ktoś   na  pewno   by  ją   usłyszał. 

Odwróciła się.

background image

- Naprawdę muszę już iść.

Pan Beckham wstał z krzesła i podszedł do niej.

- Czy   mogę...   -   Przełkną!   ślinę.   Jabłko   Adam   podskoczyło   mu   nerwowo.   -   Czy 

miałabyś coś przeciwko temu, żebym... pocałował cię  un peu? - zapytał cicho, zbliżając do 

siebie kciuk i palec wskazujący, żeby pokazać, jak malutki to będzie pocałunek.

Serena się zawahała. Nie zamierzała robić z tego wielkiego skandalu, ale za wszelką 

cenę chciała uwolnić się od pana Beckhama. Mogła po prostu powiedzieć „nie” i wyjść. Albo 

polecieć z krzykiem do gabinetu pani M i donieść na niego. Mogła mu też pozwolić na jeden 

maleńki całus, żeby miał co wspominać, a potem samej puścić wszystko w niepamięć.

Wzruszyła   chudymi   ramionami   i   nadstawiła   gładki,   lekko   piegowaty   policzek, 

całkiem jasno dając do zrozumienia, że usta - usta nie wchodziło w grę.

Pan Beckham zrobił krok w przód i ostrożnie pocałował ją w sam środek policzka, 

zupełnie jakby stawiał na nim pieczątkę.

Tant   pis   -  westchnął   tęsknie,   a   potem   rozsunął   zasłony,   żeby   wiedziała,   że   nie 

zamierza jej dłużej molestować.

Nie martwił się widać za bardzo o swoje klisze.

- Adieu. Sereno.

Na   korytarzu   tuż   obok   ciemni,   ubrana   w   ulubiony   czerwono   -   biało   -   niebieski 

płócienny żakiet Talbots, stała pani M razem z panią D'Agostino, myszowatą nauczycielką 

hiszpańskiego młodszych klas, która trzymała złotą puszkę pełną czekoladowych trufli.

- Och, ty mała diablico! - zagruchała pani M, wkładając czekoladkę do ust.

W tej samej chwili zauważyła Serenę, a jej brązowe oczy rozszerzyły się jak u dziecka 

przyłapanego z ręką w słoiku z ciastkami.

Serena stłumiła chichot. Nagle poczuła się jak balon, w którym jest za dużo powietrza. 

Jakie   dziwne   jest   życie.   Uśmiechnęła   się   szeroko   do   pani   M,   porwała   truflę   z   puszki   i 

pobiegła do wyjścia.

Och, rzeczy, które uchodzą płazem uczennicom ostatniego roku. A teraz biegnij, mała, 

biegnij!

background image

nowy dopalacz N

Ostatnia   impreza   drużyny   lacrosse'a   odbywała   się   w   sali   gimnastycznej   Szkoły 

Świętego   Judy,   co   było   kiepskim   pomyliłem,   zwłaszcza   że   temperatura   na   zewnątrz 

dochodziła do trzydziestu stopni i zabawa w parku byłaby o wiele fajniejsza. Ale chłopcy byli 

niepełnoletni, więc kilka sześciopaków z piwem i parę pizz w sali to jedyne, na co trener 

Michaels chciał kie zgodzić. Poza tym chłopcy ujarali się już wcześniej w domu Jeremy'ego 

Scotta Tompkinsona, a potem zamierzali pójść zabawić się gdzie indziej, więc nie miało to 

dla nich większemu znaczenia.

Nate skubnął kawałek swojej pizzy i zacisnął powieki. Ostatnia impreza z drużyną w 

tym roku. Ostatnia impreza z drużyną w życiu. Cholera. Znowu zaczęły mu płynąć łzy.

Sala gimnastyczna znajdowała się na dachu pięciopiętrowego budynku szkolnego z 

czerwonej cegły na East End Avenue. Miała ogromne okna wychodzące na lśniącą East River 

i Queens. Pewnego popołudnia pod koniec dziesiątej klasy Nate, Jeremy, Anthony Avuldsen i 

Charlie Dern zgłosili się na ochotnika do odniesienia sprzętu po treningu. Zostali jeszcze 

chwilę na sali, potem schowali się przed woźnym Rickiem za wielkim metalowym stojakiem 

na pitki. Kiedy Rick sobie poszedł i pogasły światła, położyli się przy oknach, w tym samym 

miejscu, w którym teraz stał Nate, i patrzyli na zachód słońca, palili trawkę i jedli cukierki 

Straburst do dziewiątej. Gdy w końcu wyszli z budynku, włączył się alarm, ale udało im się 

uciec parę przecznic dalej, do parku Carl Schurz, i nigdy nie zostali złapani. To były dobre 

czasy. Teraz się skończą. Być może już się skończyły.

Nate patrzył na horyzont ze srebrzystą wodą i Z niskimi, przemysłowymi budynkami. 

Gdzieś tam, na południowy zachód od Queens znajdował się Williamsburg, gdzie mieszkała 

Blair. Zastanawiał się, co teraz robi. Może stoi na dachu, pali merita ultra light i wbija szpilki 

we własnoręcznie wykonane laleczki voodoo, przestawiające jego i Serenę.

Nie pochlebiaj sobie, skarbie.

Otarł   kciukiem   łzy   ze   ślicznych   zielonych   oczu   i   wyrzucił   ledwo   tkniętą   pizzę 

pepperoni do kosza. Po chwili podszedł do niego Anthony, objął umięśnionym ramieniem i z 

udawana czułością cmoknął w policzek.

- Co się dzieje, kochanie?

background image

- Odchrzań się - odparł Nate, strzelając Anthony'ego pod żebra.

Kumpel nie dal się tak łatwo spławić.

- Może wreszcie napijesz się z nami piwa i przestaniesz smęcić? - Pasmo przydługich 

włosów, tak jasnych, że prawie białych, opadło Anthony'emu na piegowatą twarz. Chłopak 

odgarnął je. - Człowieku, bawimy się!

Nate roześmiał  się i dał zaprowadzić do reszty chłopaków, którzy popijali piwo i 

przysłuchiwali   się trenerowi.   Jeremy  podciągnął  za  duże  levisy  i  rzucił Nate'owi   butelkę 

Heinekena.

- Hej. słyszałeś? Co środę po zajęciach trener łyka viagrę i spotyka się ze swoją żoną 

w hotelu Pierre. - Otworzył sobie butelkę i wziął duży łyk. - Kto by pomyślał.

Trener Michaels wsadził ręce do kieszeni nieśmiertelnej Czerwonej wiatrówki Land's 

End. Wyglądał na zadowolonego z siebie.

- A kto mówi, że my też nie mamy prawa się zabawie?

Nate z aprobatą uniósł butelkę w milczącej odpowiedzi i od razu wyżłopał połowę 

zawartości. Trener Michaels miał szorstkie, ojcowskie usposobienie, dokładnie takie, jakiego 

oczekiwało się po trenerze, ale Nate nigdy specjalnie za nim nie przepadał. Co prawda trener 

wybrał go na kapitana drużyny w połowie sezonu, ale tylko dlatego, że łepek, który miał nim 

zostać,   w   tajemniczych   okolicznościach   przestał   pojawiać   się   w   szkole.   Poza   tym   trener 

nawet nie pogratulował Nate'owi przyjęcia do Yale, Brown i samego Harvardu. Nate nic był 

zauroczony, że trener potrzebował viagry. Była z niego taka zimnu ryba.

Ale nie Nate'owi go osądzać. Tamtego ranka po wyprzedaży w hotelu St. Clair, Serena 

była  strasznie napalona, a on, zamiast wycisnąć z niej ostatnie poty w taksówce na Park 

Avenue, spoglądał tylko na trawnik między jezdniami i szlochał, bo pod wpływem upału 

czerwone i żółte tulipany opadły i więdły.

Chyba nie tylko tulipany.

Trener Michaels zaczął dowodzić, że minivany są najbardziej seksownymi autami na 

drodze, bo mają dwa rzędy tylnych siedzeń. Nate sączył piwo i powoli zmieniał o nim zdanie. 

Nawet w tej idiotycznej czerwonej wiatrówce wyglądał na zdrowego i pełnego wigoru. Nikt 

nigdy nie przyłapał go na beczeniu z byle powodu. Może tym, czego potrzebował Nate. była 

właśnie odrobina viagry.

Ups.

Nate dopił piwo i odstawił butelkę na długi biały siół, który obsługa kuchni ustawiła 

na imprezę. Polem odwrócił się i ruszył w stronę gabinetu nauczycielskiego na drugim końcu 

sali gimnastycznej, tuż obok szatni dla chłopców. Wszyscy pomyślą, że idzie się wysikać.

background image

Podczas gdy w rzeczywistości...

Na   biurku   trenera   stało   zdjęcie   jego   żony,   Patricii,   w   formacie   dwadzieścia   na 

dwadzieścia   pięć.   Wyglądała   trochę   jak   Jennifer   Aniston,   tyle   że   ze   zmarszczkami   i 

ufarbowanym   na   kasztan   bobem.   Drobna   i   wysuszona   miała   na   sobie   damską   wersję 

wiatrówki   trenera,   w   odcieniu   ostrego   różu.   Jej   brązowe   oczy   błyszczały,   a   różowe 

nieumalowane usta były otwarte w szerokim uśmiechu. Zęby miała tak białe, że musiały być 

sztuczne. Nate zastanawiał się. czy wyjmowała je w czasie ich viagrowych eskapad w hotelu 

Pierre.

Gabinet śmierdział stęchłymi chipsami ziemniaczanymi i przepoconymi skarpetami, a 

na podłodze piętrzy! się ogromny stos starych czasopism. Na samym wierzchu leżał numer z 

kostiumami kąpielowymi, ze zdjęciem jakiejś niewiarygodnie seksownej Brazylijki ubranej 

tylko w coś w rodzaju stringów z metalowej siateczki. Piegowatymi ramionami zasłaniała 

nagie piersi i śmiała się do aparatu, jakby mówiła: „Daj mi choć jeden powód, żebym opuściła 

ręce!”

Nate'a kusiło, żeby przejrzeć pisemko, ale się powstrzymał. Zamiast tego otworzył 

szeroką   szufladę   w   zielonym,   metalowym   biurku   trenera.   Panował   tam   niezły   bałagan. 

Wszędzie   walały   się   foliowe   torebki   z   orzeszkami   w   miodzie,   jakie   zwykle   rozdają   w 

samolotach,   butelki   z   korektorem,   spinacze   do   papieru,   środki   przeciwbólowe,   zimne 

opatrunki i mnóstwo fiolek z lekami na receptę. Nate grzebał dopóki dopóty nie zna lazł tej, 

której szukał. Wepchnął ją, jak gdyby nigdy nic, do kieszeni spodni khaki od Brooks Brothers 

i wymknął się z gabinetu.

Pozostali chłopcy nadal słuchali trenera, który przechwalał się, ile razy jego żona była 

w ciąży.

- W waszym wieku byłem już żonaty - mówił trener.

- Wow - wymamrotali z przerażeniem koledzy Nate'a.

W   jego   głowie   zaświtała   absurdalna   myśl   -   może   gdyby   był   mężem   Blair   nie 

wydarzyłoby się to wszystko. Jasne, Jakby małżeństwo uodporniało na zdradę.

- Hej,   skarbie!   -   zawołał   do   Nate'a   Jeremy.   Podciągnął   dżinsy   i   wyciągnął   z 

chłodziarki następnego heinekena. - Chowasz w łazience dziewczynę, czy co?

Reszta   chłopców   spojrzała   wyczekująco.   Chociaż,   podobnie   jak   reszta,   Nate   był 

średnio rozgarniętym przystojniakiem, zawsze sprawiał największe niespodzianki. Sam fakt, 

że zdołał zaliczyć Blair Waldorf i Serenę van der Woodsen, podnosił jego status do niemal 

boskiego.

Nate uśmiechnął się słabo, machając do Jeremy'ego, żeby rzucił mu następne piwo. 

background image

Gdyby zobaczyli, co ma w kieszeni, dopiero mieliby niespodziankę.

background image

zabawna rzecz wydarzyła się w yale club

- Jak dobrze panią widzieć, panno Waldorf - powitał ją sztywny recepcjonista Yale 

Club. - Proszę za mną, Dominick zajmie się bagażem.

- Dziękuję - odparła uprzejmie Blair, zadowolona, że kazała Chuckowi zadzwonić i 

udając jej ojca, zarezerwować dla siebie apartament raptem kilka minut przed ich przyjazdem.

Mogłaby oczywiście poprosić o to samego ojca, ale był właśnie w Niemczech, gdzie 

kupował   samolot   czy   samochód   -   nie   była   pewna   -   dla   swojego   nowego   francuskiego 

chłopaka, Giles'a. Nie chciała mu zawracać głowy.

Hol   Yale   Club   był   surowy   i   bez   zbędnych   ozdób,   z   podłogą   z   biało   -   czarnego 

marmuru, białymi  ścianami i kilkoma wysoki mi granatowymi  fotelami w odcieniu Yale. 

Blair trzymała fason, podczas gdy obsługa ganiała z jej bagażami i kluczami. Wyobrażała 

sobie, że jest Elizabeth Taylor, gdy była jeszcze piękna, szczupła i olśniewająca i że właśnie 

przybyła do niewyszukanego pensjonatu w małym miasteczku w Szkocji, gdzie kręciła nowy 

film. Mogła znieść staroświeckie, wysłużone wnętrza pod warunkiem, że większość czasu 

będzie spędzać w barze.

Ruszyła za ubranym w czarną kamizelkę i czarną muszkę recepcjonista do jednej z 

wykładanych boazerią wind i stała w milczeniu, czekając na zaniknięcie drzwi. Modliła się, 

żeby w jej apartamencie były wielkie szafy i przyzwoita pościel. To był właśnie jeden z tych 

niezręcznych,   prozaicznych   momentów,   które   sprawiały,   że   życie   wydawało   się   jednym 

wielkim oczekiwaniem, aż wydarzy się coś wyjątkowego.

No i właśnie wtedy, coś się wydarzyło.

- Chwileczkę! - zawołał wysoki barczysty chłopak, biegnąc do windy.

Miał krótkie, jasnobrązowe i lekko pofalowane włosy, i skórę opaloną na złoty brąz. 

Długie złociste rzęsy okalały jego błyszczące zielone - oczy, a dziewczęce, różowe usta ładnie 

kontrastowały z mocną męską szczęką.

- Dzięki - rzucił do recepcjonisty ż brytyjskim akcentem. Potem odwrócił się i stanął 

przodem do Blair, bezczelnie mierząc ją wzrokiem przy dźwięku zamykających się drzwi 

windy.

Wygląda na to, że Elizabeth znalazła swojego Richarda Burtona.

background image

Blair zachwiała się lekko w złotych sandałkach od Manolo, gdy winda mszyła w górę. 

Ależ   czarujący   brytyjski   akcent.   Jaka   piękna,   wykrochmalona   biała   koszula   i   idealnie 

wyprasowane   dżinsy   Helmuta   Langa.   Jakie   śliczne   półbuty   z   beżowej   skórki.   Jakie 

złocistobrązowe włosy, jakie zielone oczy, co za wzrost! Był wyższą, przystojniejszą wersją 

Nate'a, a dzięki swemu cudnemu akcentowi, jeszcze lepszą!

Czy nie mówiła, że ma dość facetów? Ale super, brytyjska Wersja Nate'a? Kto by się 

oparł?

Winda   zatrzymała   się   na   czwartym   piętrze.   Chłopak   odsunął   się   na   bok,   żeby 

przepuścić recepcjonistę.

Proszę za mną, panienko - powiedział, gestykulując na Blair, by szła za nim.

Blair zawahała się. Jak zostawić tak smakowity kąsek?

- Panienka przodem - mruknął chłopak, przyciskając guzik blokady drzwi, żeby nie 

przycięły Blair.

- Tędy   proszę.   -   Recepcjonista   ruszył   korytarzem,   który   wyłożono   dywanem   w 

granatowym odcieniu Yale.

Blair wyszła z windy i ruszyła za recepcjonistą, starając się iść tak wolno, jak to tylko 

było   możliwe.   Nagle   chłopak   znalazł   się   tuż   obok   niej.   Pięknie   pachniał   i   wygląda!   na 

zadowolonego z własnej atrakcyjności.

Ich przewodnik zatrzymał się na końcu korytarza.

- To apartament panienki. Zaraz obok apartamentu jego lordowskiej mości.

Lordowskiej mości?!

Anglik uśmiechnął się do Blair, wyjmując klucze.

- Lord  Marcus  Beaton   - Rhodes  - przedstawił   się,  wyciągając   rękę.  Blair  od  razu 

zauważyła, że nosi sygnet Yale. - Tu trochę krępujące, ale przyjaciele w Yale mówili mi 

Lord.

Lord. Poznajcie mojego chłopaka, Lorda. To mój mąż, Lord. Poznaliśmy się w Yale. 

Lord i jego śliczna żona będą wypoczywali na jachcie na południu Francji ze swoją idealną 

rodziną, a potem zatrzymają się w letnim zamku w Kornwalii...

- A ty?

Blair zatrzepotała gęstymi  wytuszowanymi  rzęsami, wybudzając się z rozkosznego 

snu na jawie.

- Blair   Cornelia   Waldorf   -   zaświergotała,   dokładnie   tak,   jak   Audrey   Hepburn   w 

Śniadaniu u Tiffany'ego,  kiedy pierwszy raz przedstawiała się nowemu sąsiadowi, Paulowi 

Varjakowi. - Na jesieni zaczynam studia w Yale.

background image

- A ja właśnie skończyłem! - Lord Marcus wrzucił klucze do pokoju i zrzucił w progu 

buty. - A niech to, jestem spóźniony na squasha. ale... - Uśmiechnął się nieśmiało. - Może 

umówilibyśmy się na drinka dziś wieczorem?

Blair przytaknęła głową. Ledwo mogła uwierzyć we własno szczęście.

- A więc do zobaczenia na dole o siódmej.

Lord   zamknął   drzwi,   a   recepcjonista   włożył   w   dłoń   Blair   klucze   do   sąsiedniego 

apartamentu.

- Bagaże panienki zostaną za chwilę wniesione. Czy wszystko w porządku, panno 

Waldorf?

- A niech to diabli! - Usłyszała, jak lord wykrzykuje ze swoim uroczym, brytyjskim 

akcentem, rozbijając się po pokoju.

Blair wyobraziła go sobie, jak rozrzuca po całym apartamencie piękne, szyte na miarę, 

angielskie   ubrania,   szukając   czegoś,   co   mógłby   włożyć   na   squasha.   Gdyby   była   jego 

dziewczyną,   ułożyłaby   mu   koszule   według   kolorów,   a   buty   alfabetycznie   według 

projektantów, żeby nie musiał wszystkiego rozrzucać, szukając jednej rzeczy.

No pewnie, żeby to zrobiła.

Weszła do swojego pokoju, padła na ogromne łóżko i nasłuchiwała. Rozejrzała się po 

pokoju, ogarniając szczegóły. Był mały i szykowny, choć trochę zaniedbany, z naciskiem na 

zaniedbany.   Złote   akcenty   na   zasłonach   i   kapie,   oraz   wzór   na   tapecie  w   odcieniu 

królewskiego granatu, stanowiły nie do końca udaną próbę nadania mu świetności. Nie była 

to Plaza, ale tutaj po sąsiedzku mieszkał angielski lord.

Tak, tak - wszystko wyglądało lepiej niż dobrze.

background image

co robią dzieciaki, kiedy się nudzą w internacie

Była już piąta po południu, kiedy Jenny i jej ojciec dotarli do Croton School w Croton 

Falls,   w   stanie   Nowy   Jork.   Cotygodniowy   wieczorek   Rufusa,   przy   winie   i   poezji 

bitnikowskiej. który spędzał w towarzystwie swoich dziwacznych kumpli - poetów, zaczynał 

się za godzinę w Greenwich Village, więc ojciec trochę się już denerwował. Jenny i tak 

chciała  się  go pozbyć,  a  ponieważ  Croton  znajdowało   się raptem  półtorej  godziny  jazdy 

pociągiem od Nowego Jorku, zaproponowała, że sama wróci do domu.

- Nie wysiadaj na Sto Dwudziestej Piątej - doradził jej Rufus, chociaż ten przystanek 

znajdował się najbliżej ich domu. Podał córce trzy dwudziestodolarówki. - Jedź na Grand 

Central, a potem złap taksówkę. I zadzwoń, jak będziesz wyjeżdżać, to powiem twojemu 

bratu, kiedy ma się ciebie spodziewać.

Jak gdyby Dana w ogóle obchodziło, czy siostra wróci do domu. Ostatnio był tak 

zajęty, że ledwo pamiętał, że kiedyś byli przyjaciółmi.

Jenny cmoknęła ojca w policzek. To słodkie, że tak się o nią troszczył, chociaż miała 

prawie piętnaście łat i sama mogła o siebie zadbać.

- Miłego wieczoru, tato - powiedziała czułe.

Pomachała mu na pożegnanie, kiedy odjeżdżał poobijanym, granatowym volvo combi. 

Znowu odpięła trochę bluzkę, po czym weszła do uroczego domku wykończonego czerwoną 

deską ze złotą tabliczką na ciemnozielonych drzwiach, na której napisano Rekrutacja. Nie 

mogła się doczekać, żeby poznać” swojego przewodnika.

- Ty?! - zawołał z entuzjazmem męski głos, gdy tylko otworzyła drzwi. - To ty!

Jenny rozdziawiła z niedowierzaniem swoje ładne czerwone usta. Z drugiego końca 

staroświecko   urządzonej   recepcji   gapił   się   na   nią   pożądliwie,   bardziej   męski   i   mniej 

ekstrawagancko   ubrany,   klon   Chucka   Bassa.   Miał   tę   samą   twarz,   rodem   z   reklamówki 

europejskiej wody po goleniu, te same ulizane do tylu ciemne włosy, ten sam zarozumiały 

uśmiech t ten sam perwersyjny błysk w oku. Podszedł do niej i wyciągnął dłoń. Na małym 

palcu prawej dłoni błysnął złoty sygnet z monogramem.

- Będę twoim przewodnikiem. Nazywam się Harold Bass. Mów mi Harry. Pewnie 

znasz   mojego   kuzyna,   Charlesa   Bassa,   mówią   na   niego   Chuck.   Wszystko   mi   o   tobie 

background image

opowiedział. I oczywiście, widziałem twoje zdjęcia w sieci.

O Boże.

Jenny   zmusiła   się   do   uśmiechu.   Zeszłej   jesieni   Chuck   Bass   prawie   pozbawił   ją 

dziewictwa w damskiej toalecie w dawnym budynku Barneys, w czasie jej pierwszego balu 

charytatywnego i Jenny nadal trochę się go bała. Ale Bassowie byli wpływową rodziną z 

Upper   East  Side,   słynącą  z   filantropii,   dekadencji  i   nietuzinkowego  rozrywkowego   trybu 

życia swoich pochrzanionych  latorośli. Jeśli kuzynowi Chucka podobało się w Crown, to 

prawdopodobnie była to szkoła, jakiej Jenny szukała.

- Nie   zniechęcaj   się.   że   wszystko   wygląda   tu   lak   sztywno.   Jennifer   -   doradził   jej 

Harry,   błyskając   białymi   zębami.   Wsunął   ręce   do   kieszeni   ładnych,   jasnoniebieskich 

płóciennych spodni od Zegnii, do których nosił słomkowe klapki, bardzo w stylu kogoś, kto 

właśnie wybiera się na plaże. - W zasadzie imprezujemy osiemdziesiąt procent czasu, śpimy 

piętnaście, jemy pięć procent, a uczymy się w wolnej chwili, czyli właściwie nigdy.

Jenny uśmiechnęła się szeroko. To brzmiało nieźle. Całkiem nieźle.

Harry Bass zacisnął usta i przechylił głowę.

- Chodź. Chciałbym, żebyś poznała parę osób.

Serce jej waliło, tak się nie mogła doczekać. Ruszyła za Harrym. Wyszli z domku i 

zeszli   długą,   wysypaną   kamykami   dróżką,   która   skręcała   za   rzędem   ładnych   ceglanych 

budynków  z czarnymi  drewnianymi  okiennicami. Dróżka przeszła w wąską, bitą ścieżkę, 

która biegła brzegiem urokliwego stawu z kaczkami ku lasowi.

- Jeszcze kawałek - wyjaśnił Harry.

Klapki uderzały w jego nagie pięty.

Jenny się zawahała. Zastanawiała się, co u licha mogli robić w środku lasu ludzie, 

których miała poznać. Czy miała wziąć udział w jednej z tych dziwnych ceremonii szkół z 

internatem, o których tyle czytała, czymś w rodzaju wspólnego ogniska i pływania nago o 

północy?   Pośrodku   stawu   dzika   kaczka   krzyżówka   głośno   kwakała   na   zwykłą   brązową 

kaczkę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Jenny zdumiewało, jak dziwnie było spędzać dzień 

na wsi, po tylu latach przeżytych prawie wyłącznie w mieście.

- Dokąd idziemy?! - zawołała do Harry'ego. usiłując dotrzymać mu kroku.

Nim   zdążył   jej   odpowiedzieć,   kilkanaście   metrów   przed   nimi   na   ścieżkę   wyszła 

dziewczyna w jaskrawoczerwonym bikini.

- Hej, Bass! - zawołała tak głośno, że liście niemal zatrzęsły się na drzewach. - Ty i 

twoja dziewczyna lepiej zbierzcie tyłki w troki i chodźcie tu, nim skończymy, wiesz co!

- Idziemy! - odkrzyknął Harry. Zaśmiał się do Jenny. - Chodź. Wiesz, że chcesz.

background image

Nawet mówił jak jego kuzyn.

Teraz, kiedy Jenny wiedziała, że nie będą z Harrym sami w lesie, odzyskała pewność 

siebie. W cieniu drzew zrobiło się chłodniej i pachniało wilgotnym mchem. Po chwili natrafili 

na grupę pięciu chłopaków i czterech dziewczyn, siedzących w kręgu, w samych kostiumach 

kąpielowych, albo w szortach i T - shirtach. Reszta ich ubrań leżała porozrzucana wokół 

pobliskiego drzewa. Niektórzy pili piwo z puszek, inni palili papierosy. Wszyscy wyglądali 

na   mocno   zadowolonych.   Dziewczyna   w   czerwonym   bikini   -   chuda   i   blada,   z   długimi 

lśniącymi, jasnobrązowymi włosami i pięknymi piwnymi oczami - wyciągnęła do nich rękę.

- Jeszcze minutka i wiesz, kto się po nie zjawi - powiedziała z radosnym uśmiechem.

Jenny spojrzała na dłoń dziewczyny, na której leżały małe białe pigułki.

- Rządzisz April. - Harry zgarnął tabletkę ecstasy z ręki dziewczyny i włożył do ust. - 

Dalej, Jennifer - ponaglił Jenny, wskazując na wyciągniętą rękę April. - Im szybciej łykniesz 

jedną, tym  szybciej zakochasz się we mnie. - Uśmiechnął się szatańsko. - To znaczy, w 

szkole.

Czyżby?

Jenny już wcześniej proponowano narkotyki. Raz nawet trochę się ujarała, z Nate'em 

Archibaldem, tego dnia, kiedy się poznali na Owczej Łące w Central Parku. Zakochała się w 

nim wtedy i kochała go, dopóki w sylwestra nie złamał jej serca. Pewnie gdyby nic paliła z 

nim   trawki,   rozumiałaby,   że   dopiero   się   poznali   i   że   powinna   go   lepiej   poznać,   nim   go 

pocałuje.

Wzięła   tabletkę   ecstasy   z   ręki   April,   nie   mając   najmniejszego   zamiaru   jej   łykać. 

Pigułka była tak malutka, że nikt nie zauważy.

- Pychota - zagruchała z udawanym zachwytem. Przycisnęła dłoń do ust i pozwoliła 

tabletce spaść prosto do przepastnego rowka między piersiami, miseczka podwójne D.

Zawsze wiedzieliśmy, że kiedyś ten biust się przyda.

- Właśnie zamierzaliśmy zagrać w Chodzi lisek koło drogi - oznajmił poważnie jeden 

z pijących piwo chłopaków, zupełnie jakby organizował przyjacielski mecz futbolu. Miał na 

sobie   tylko   zaróżowiastoniebieskie   kolarki.   Ze   swoimi   guzowatymi   mięśniami,   ogoloną 

głową i intensywnym spojrzeniem błękitnych oczu wyglądał jak uczestnik Tour de France. - 

Zagracie?

- Jasne! - odparł z entuzjazmem Harry Bass.

Objął Jenny w talii i pocałował w czubek głowy.

- Mój ogóreczek - mruknął czule.

Jenny miała przeczucie, że to nie była pierwsza pigułka ecstasy, którą Harry łyknął 

background image

tego   popołudnia.   Już   miała   go   odepchnąć,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   powinna   chociaż 

udawać, że wzięła tabletkę. Inaczej wszyscy się zorientują. Kłopot w tym, że nie wiedziała, 

jak szybko działał proszek.

- Super! - pisnęła. - Gramy!

Usiadła w kręgu, między pulchnym Japończykiem w kraciastych bermudach z fajną 

długą fryzurą, a muskularnym chłopakiem w kolarkach. Wszyscy szczerzyli zęby, jakby ich 

bolały.

- Ja pierwsza - zaoferowała się April. - Ale myślę, że najpierw przyda nam się trochę 

tego. - Rozdała parę paczek cynamonowej gumy do żucia.

- Jesteś boska - docenił jej pomysł chłopak w kolarkach. Włożył do ust trzy listki 

naraz i zaczął gwałtownie przeżuwać.

April zrobiła mały, różowy balon z gumy, a potem klasnęła w dłonie.

- Okay, ludzie, zaczynamy!

Zaczęła obchodzić krąg od zewnątrz zgodnie z ruchem wskazówek.

- „Chodzi   lisek   koło   drogi,   cichuteńko   stawia   nogi.   Nic   nikomu   nie   powiada,   do 

kurnika się zakrada...!” - krzyknęła,  klepiąc Japończyka  z fajną fryzurą  i rzucając się do 

ucieczki. Chłopak skoczył na równe nogi, dogonił ją, złapał i powalił na ziemię. Leżeli tak 

chwilę, dysząc i trochę się obmacując.

Jenny zauważyła, że nikt z pozostałych nie zwraca na nich uwagi. Ryli zbyt zajęci 

żuciem gumy, albo chichotaniem i wzajemnym masowaniem po plecach. Po chwili Jenny 

również poczuła czyjąś dłoń na plecach. Pod bluzką.

- Zdejmijmy koszulki - zasugerował z zapałem Harry.

- Okay - odparła Jenny, nie chcąc wyjść na świętoszkę.

I tak miała do rozpięcia jeszcze tylko trzy guziki. W przewodniku napisali prawdę - to 

była naprawdę zakręcona szkoła. I może gdy już się do niej przyzwyczai, okaże dokładnie 

tym, czego Jenny potrzebowała.

- Cudo - mruknął Harry, gdy Jenny złożyła równiutko bluzkę i położyła obok siebie na 

trawie.

Wyraz jego twarzy stanowił doskonałą ilustrację powiedzenia „gapić się jak sroka w 

gnat”.

- Teraz ty - zarządziła Jenny.

Czuła się pewniej, bo wiedziała, że jest jedyną trzeźwą Osobą w lesie. Cóż, prawie 

jedyną.

- Co wy tu do cholery robicie?! - zadudnił niski głos.

background image

Wysportowany  mężczyzna  o  ciemnych   kędzierzawych  włosach  i   ciemnym  wąsiku 

szedł boso ścieżką, w wypłowiałych Levisach i przetartej jasnoniebieskiej koszuli rozpiętej do 

połowy piersi.

April usiadła prosto i wytarła usta. Jej brązowe oczy lśniły.

- Hej, panie Tortia.

Pan Tortia nie wyglądał na tak wściekłego, jak sugerowałby jego ton. Właściwie to 

sprawiał wrażenie, jakby chciał się do nich przyłączyć.

- Coś przegapiłem? - zapytał z zapałem. Po chwili zauważył Jenny. - A ty to kto, jeśli 

można wiedzieć?

Harry pogłaskał Jenny między łopatkami.

- Potencjalna uczennica. Chyba wzięła pana działkę.

Jenny  skrzyżowała   ręce  na  piersiach.  Tak   naprawdę jego   działka tkwiła   gdzieś  w 

cielistym,   superwzmacnianym   staniku   z   fiszbinami   i   nieocierającymi   superszerokimi 

ramiączkami, ale Jenny nie zamierzała chwalić się tą informacją.

Pan Tortia wyjął coś spomiędzy poplamionych tytoniem zębów i ze złością pstryknął 

w trawę. Wyglądał na nieźle wkurzonego.

- To szkoła, nie klub ze striptizem. Ubieraj się - warkną! na Jenny.

Z przyjemnością.

Jenny złapała swoją śliczną, japońską bluzeczkę, wstała, wsunęła ręce w rękawy i 

zapięła   się   pod   samą   szyję.   Kim   do   cholery   jest   ten   facet,   zastanawiała   się   z   cichym 

oburzeniem.

- Nie myślisz chyba poważnie o wstąpieniu do tej szkoły - stwierdził pan Tortia, Wąsy 

miał pozlepiane od potu i śliny. Croton szczyci się dyskrecją, a nasi uczniowie to śmietanka 

towarzyska kraju.

Jenny spojrzała na siedzących  wokół uczniów Croton, ich nagie  pępki i sterczące 

sutki, na ich żujące gumę usta, rozanielone od ecstasy twarze i wyczerpane chwilą zabawy 

ciała. Dyskrecja? Śmietanka towarzyska? Raczej śmietanka popaprańców. Jakim prawem ten 

gość z wąsem mówił jej, czy może tu chodzie, czy nic?

- Jest pan tu nauczycielem czy...? - zapytała uprzejmie.

Pan Tortia przykucnął i wyciągnął dłoń do April, która podała mu listek gumy. Znowu 

wstał.

- Tak się składa, że jestem dyrektorem tej szkoły - odparł beznamiętnie. Skubnął się za 

wąsy i po raz pierwszy uśmiechnął do Jenny. - Pierwsza lekcja dyskrecji: nie wspominamy 

nikomu o tym małym incydencie. Zrozumiano?

background image

Jenny kiwnęła głową bez słowa.

Pan Tortia uniósł ręce i pomachał odwróconymi wierzchem dłońmi, niczym angielska 

królowa.

Arrivederci, dziewczynko - zanucił, odprawiając ją. Harry wyciągnął rękę i poklepał 

Jenny w pupę.

- Jedź ostrożnie - powiedział czule, chociaż była ewidentnie za młoda na prawo jazdy.

Arrivederci, popaprańcy!

Trzęsąc się ze złości, ruszyła ścieżką przez las, Z całego serca żałowała, że przy stawie 

z kaczkami nie ma przystanku metra. Mogłaby machnąć kartą miejską, złapać kolejkę numer 

trzy i wysiąść na rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej i Broadwayu i zdążyć do domu na Idola. 

Kaczka z krzyżówką zakwakała do niej drwiąco, gdy Jenny pospiesznie mijała staw. Zupełnie 

jakby mówiła „Śmietanka towarzyska! Śmietanka towarzyska! Śmietanka towarzyska!”

Jenny wyciągnęła komórkę i wybrała numer do informacji.

- Taksówki. Croton Falls, Nowy Jork - powiedziała.

- Nie mamy danych o taksówkach - odparła sucho operatorka. - Sprawdzę limuzyny.

- Świetnie.

Jenny zapisała w komórce numer do jedynego serwisu z limuzynami w Croton. Mając 

pieniądze ojca i trochę własnych, może namówi kierowcę, żeby zawiózł ją do domu.

Kto powiedział, że ona nie należy do śmietanki towarzyskiej?

background image

V eksperymentuje z podwójną dawką szczęścia

Kiedy   Aaron   wrócił   z   próby   zespołu,   Vanessa   stała   przy   umywalce   w   łazience   i 

przyglądała się swoim włosom - tudzież ich brakowi - w okrągłym, nakrapianym pastą do 

zębów lustrze. Była jeszcze mokra po prysznicu. Zmyła z siebie stęchły zapach Dana i z 

przerażeniem stwierdziła, że sprawia jej przyjemność fakt, iż Aaron o niczym nie wie.

Jeśli być już złą dziewczynką, to naprawdę złą.

- Ładny ręcznik - zauważył Aaron, całując ją w kark.

- Dzięki. - Vanessa zatrzepotała rzęsami i położyła ręce na biodrach, niczym modelka 

zachwalająca lawendowo - czarny ręcznik w kwiaty, jeden z wielu, które Blair kupiła do ich 

mieszkania w czasie swojego krótkiego, ale miłego pobytu. Aaron objął ją w talii.

- Znalazłaś prezent ode mnie?

Wyglądał słodko w pomarańczowym T - shircie i luźnych, zielonych, wojskowych 

spodenkach. Pachniał sianem przez ziołowe papierosy, które ciągle palił.

- Blair   wyprowadziła   się   -   oznajmiła   mu   spokojnie,   ignorując   pytanie   o   tandetny 

pierścionek, który zostawił rano na blacie kuchennym. - Nie mogła dłużej wytrzymać tak 

daleko od Barneys, w dodatku w domu bez widny i z graffiti na drzwiach.

- Cóż, trudną ja winić. - Aaron uśmiechnął się do ich odbicia w lustrze. Dwie ciemne 

ogolone   głowy,   dwie   pary   brązowych   oczu.   dwoje   wąskich   czerwonych   ust.   -   Dostałaś 

mojego e - maila?

Moglibyśmy  być bliźniakami,  pomyślała  Vanessa  i nagle zrobiło jej  się nieswojo. 

Przypomniała sobie tą dziwaczną książkę V. C. Andrews, którą czytała, mając dwanaście lat - 

historię o bracie i siostrze, których zamknięto razem na strychu, aż w końcu urodziły się im 

bliźniaki.

- Blair chce być naszą mówczynią. Jeśli nie zjawię się na rozdaniu dyplomów, zabije 

mnie.

Aaron przewrócił oczami, opuścił popękaną, białą pokrywę muszli klozetowej, usiadł i 

westchnął.

- Nic wiem, jak ona to robi.

- Co masz na myśli? - Vanessa nie mogła nie zauważyć, że ta krótka pogawędka w 

background image

łazience była najdłuższą, jaką do tej pory odbyli. Zwykle natychmiast zapominali, o czym 

mówili i zrywali z siebie ubrania.

- Jesteś najbardziej niezłomną osobą, jaką znam, ale i tak udało się jej cię przekabacić 

- wyjaśnił Aaron, pocierając kark w miejscu, gdzie wyrastały mu króciutkie włosy.

- To nie tak. Jesteśmy przyjaciółkami. Poza tym - Vanessa szybko zmieniła temat - 

myślę, że jeżdżenie po kraju, mieszkanie w namiocie i takie tam brzmi... super. - Schowała 

ręce, mając nadzieję, że Aaron zapomni o pierścionku. - To znaczy, dopóki jest łazienka i 

prysznic, z których możemy skorzystać.

Wygląda na to, że nie do końca rozumie znaczenie słowa „ biwakować”.

- Serio? - Aaron wstał i uśmiechnął się szeroko, odwracając ją do siebie. - Wiec... nie 

masz nic pod tym ręcznikiem? - zapytał, całując ją w szyję i ramiona.

Vanessa wiedziała, że powinien ją przytłaczać ciężar odrażającej zdrady. Dan wyszedł 

raptem godzinę temu. A teraz była z Aaronem, swoim prawdziwym chłopakiem i udawała, że 

prysznic po południu to normalna rzecz, chociaż zwykle brała go tylko rano. Może traciła 

głowę, a może bycie jednocześnie z Aaronem i z Danem było bardziej podniecające.

Aaron odkręcił prysznic i ściągnął koszulkę.

- Myślę, że oboje musimy porządnie się wyszorować. - Pociągnął za ręcznik Vanessy. 

- Chodź, umyję ci włosy.

Ręcznik upadł na podłogę, a Vanessa roześmiała się głośno, zadziwiona tym, jak mało 

czuła się winna. Prawda była taka, że w nieodległej przyszłości miała rzadko widywać obu 

chłopców,   czemu   więc   nie   nacieszyć   się   nimi   teraz,   kiedy   byli   na   wyciągniecie   ręki, 

najczęściej nadzy?

Po gorącym prysznicu Aaron zajął się gotowaniem krokietów z pszenicy o smaku 

kurczaka,   frytek   ze   słodkich   ziemniaków,   a   Vanessa   wzięła   się   do   montażu   swojego 

ostatniego   projektu   filmowego:   serii   wywiadów   z   uczniami   ostatnich   klas   z   Constance   i 

innych prywatnych szkół, które nagrywała przez kilka miesięcy.

Niektóre   z   rozmów   były   zabawne   i   inteligentne,   ale   niektóre   można   było   źle 

zinterpretować,  jeśli  nie znało  się danej  osoby.  Postanowiła  zacząć  od rozmowy z Blair. 

Waldorf wyglądała po prostu niesamowicie, gdy tak siedziała przed fontanną Bethesda w 

Central   Parku,   w   czarnej   koszulce   polo   i   w   długich   kolczykach   z   jadeitów   i   kryształów 

Swarovskiego. Gdzieś w tle grupka chłopców z odsłoniętymi  torsami grała we frisbee, a 

wyciągnięte u ich stóp leżały dziewczyny w bikini.

- Dla mnie tu nie chodzi tylko o seks, ale o całą moją przyszłość. Yale i Nate to dwie 

rzeczy, których zawsze pragnęłam... - oznajmiła Blair. Zabrzmiało to naprawdę dziwacznie, - 

background image

Jeśli się nie dostanę... Ktoś mi za to zapłaci, do cholery. To właściwie moja jedyna szansa na 

szczęście. Chyba na nią zasłużyłam, nie?

Zbliżenie na stukniętą kretynkę.

Vanessa się skrzywiła. Oczywiście, film był niezły, ale biorąc pod uwagę, jak ułożyły 

się sprawy z Nate'em. zraniłaby uczucia Blair, gdyby go wykorzystała.

Aaron wyszedł z kuchni z kawałkiem marchewki w ustach i zajrzał Vanessie przez 

ramię na ekranik kamery.

- Kiedy kawałek ze mną?

Vanessa przewinęła do wywiadu  z Aaronem, który zrobiła pewnej nocy w swojej 

sypialni   -   to   tłumaczyło,   dlaczego   miał   na   sobie   tylko   prześcieradło   w   lawendowe   i 

seledynowe pasy. Wywiad zrobili, zanim ściął włosy, więc jego krótkie dredy sterczały na 

wszystkie strony.

- Czuje się naprawdę zadowolony z siebie, odkąd dostałem wiadomość z Harvardu - 

mówił do kamery roznegliżowany Aaron. - Kiedyś byłem chudym dzieciakiem z klamrami na 

zębach i rozczochranymi włosami, a teraz czuję się jak król. To prawdziwy czad!

Gratulujemy, facet. Szczerze gratulujemy.

Zadzwonił minutnik przy piekarniku.

- Wyszedłem jak ostatni dupek - spokojnie stwierdził Aaron i wrócił do kuchni. - Ale 

możesz to wykorzystać. Nie mam nic przeciwko.

Vanessa wróciła do kawałka z Blair, przeglądając go raz za razem. Próbowała tak 

zmontować materiał, żeby przyjaciółka nie wyszła na skończoną jędzę. Może i nie była już z 

Nate'em,   ale   w   końcu   dostała   się   do   Yale.   Kiedy   Vanessa   przewijała   film,   słuchając 

wypowiedzi   koleżanek   z   klasy   i   pozostałych   rówieśników,   ich   prześmiesznie 

egocentrycznych wywodów i smutnych prawd, miała coraz większą ochotę iść na rozdanie 

dyplomów.   Nie   żeby   specjalnie   przepadała   za   grupowym   obściskiwaniem   się   i   białymi 

sukienkami, ale wydawało jej się, że byłoby nie fair odpuście sobie dzień, na który czekała od 

kiedy pojawiła się w Constance Billard.

A zabawianie się z dwoma chłopakami jest fair?

background image

Profesor Pierre Papadametriou

Wydział literatury angielskiej, Evergreen State College

2700 Evergreen Parkway, NW

Olympia, WA 98505

Daniel Humphrey

815 West End Avenue, m. 8D

Nowy Jork, NY 10024

Drogi Danielu

Tak bardzo zależało mi na zatrudnieniu Pana jako mojego asystenta na lato, że zapomniałem  

Panu wspomnieć, na jaki temat piszę książkę. Chodzi o erotyki. A ściślej mówiąc, o rozwój poezji, o  

uprawianiu seksu na przestrzeni wieków. Interesuje mnie to, ponieważ wykładam poezję i biologię, no  

i jestem Grekiem! Książka nie ma jeszcze tytułu, ale może pomoże mi Pan wymyślić coś ciekawego!  

Nie wyjaśniłem też, że będzie Pan mieszkał w małym domu z dwoma psami Platonem i Platonem 

juniorem - oraz moim synem, Mickiem, jako że studenci nie mogą wprowadzać się do akademików do 

końca   sierpnia,   kiedy   zacznij   się   spotkania   orientacyjne   dla   pierwszego   roku.   Hamak   wisi   juz  na  

strychu, więc proszę   przyjeżdżać!   Będziemy  się dobrze  bawić przy  domowej roboty ouzo  mojego 

syna!

Pozdrawiam,

Pierre

background image

D wybiera prawdziwy seks zamiast wierszy o seksie

Dan siedział na końcu sali na zajęciach z angielskiego dla zaawansowanych. Trzęsły 

mu się ręce, gdy po raz kolejny czytał list. Profesor Papadametriou sprawiał wrażenie miłego 

człowieka   i   pewnie   byłby   dobrym   opiekunem   naukowym.   Dan   bez   trudu   potrafił   sobie 

wyobrazić, jak popija wino z profesorem, podczas gdy ten opowiada o upadku Troi, a jego 

syn   faszeruje   liście   winogron,   czy   coś   w   tym   stylu.   Sęk   w   tym,   że   Dan   nie   chciał   już 

wyjeżdżać do Evergreen. W ogóle.

- Dan, czy mógłbyś nas oświecić i powiedzieć, kim jest narrator w tym wierszu? - 

zapytała pani Solomon.

Miała   na   sobie   obcisłą   koronkową   sukienkę   mini   bez   rękawów.   Jej   niemal 

przezroczyste,   pałąkowate   ręce   i   wystające   spod   sukienki   kościste   nogi   sprawiały,   że 

wyglądała jak wiedźma z kreskówki na Halloween. Nawinęła pasmo mysich blond włosów na 

palec w geście, któremu - jak pewnie sobie wyobrażała - Dan nie potrafił się oprzeć. Pani 

Solomon poważnie się w nim podkochiwała i za każdym razem, gdy podejrzewała, że Dan 

nie uważa, tupała jak nadąsane dziecko i zadawała mu pytania, domagając się uwagi.

Dan   nie   orientował   się   nawet,   o   jakim   utworze   mowa,   ale   wiedział,   że   chodzi   o 

Roberta Frosta, którego większość wierszy znał na pamięć.

- Albo facet, albo koń - odparł mechanicznie, nie podnosząc wzroku.

- Dziękujemy panu, panie Błyskotliwy - skomentowała sarkastycznie pani Solomon.

- Nawet   ja   odpowiedziałbym   lepiej   -   zakpił   Chuck   Bass   z   przodu   klasy,   gdzie 

postanowił siedzieć każdego dnia aż do końcowych egzaminów, w ostatnim, desperackim 

wysiłku zdobycia z angielskiego czegoś więcej niż mierny.

Chuck miał na sobie bermudy w pomarańczowo - białą kratę, białą koszulkę polo, 

buty z białej, lakierowanej skóry i taki sam pasek. Był to strój, w jaki ubrałaby swojego 

trzyletniego synka matka z Park Avenue, wyruszając do kościoła, tyle że Chuck sam go sobie 

wybrał. Cukiereczek siedział u niego na kolanach w maleńkiej tiarze z górskich kryształków.

Dan wzruszył ramionami. Był ponad wredne docinki Chucka i nachalne zadurzenie 

pani Solomon. W rzeczywistości, był tak pochłonięty miłością do Vanessy, że nie za bardzo 

wiedział, co ze sobą zrobić.

background image

Ups.

W   metrze   zaczął   pisać   mowę   na   rozdanie   dyplomów,   wzorując   się   chyba   na 

wszystkich głupich przemowach, jakie kiedykolwiek słyszał w filmach. 

Jesteśmy przyszłością. 

Przepustką do udanego życia  jest dobre wykształcenie.  Świat czeka na nas ze  wszystkim, czego 

może  nas   nauczyć.  

Ale to było zanim kochali się z Vanessą na dachu. Teraz był całkiem 

pewny, że zmieni temat. Bo jak mógłby nie napisać o miłości?

Podwójne ups.

Zerknął   znowu   na   list,   wziął   poobgryzany   długopis   i   znalazł   czystą   kartkę   w 

skoroszycie.

Drogi Profesorze Papadametriou!

Dziękuję za propozycję pracy z Panem tego lata. Niestety moje sprawy tak się ułożyły, że nie 

będę mógł jej przyjąć. Bardzo chciałbym poznać kiedyś Pana. Pańskie psy i syna. Do tego czasu  

życzę wszystkiego najlepszego i powodzenia w pracy nad książką.

Pozdrawiam,

Daniel Humphrey

PS Dołączam wiersz, który może Pan wykorzystać w swojej książce.

Znalazł kolejną czystą stronę.

Widok z dachu

Stąd jest lepszy widok.

Na jej fabryki, jej rzeki.

Gdyby jej pagórki nie zasłaniały,

Zajrzałbym w okna domu po drugiej stronie ulicy.

Zobaczyłbym kobietę nalewającą mleka, kiedy nakrywa do stołu.

O tak. Stół. Tam.

Widzę stąd wszystko.

Tam. Tak. Właśnie tam.

Dan nie był pewny, czy ma dość odwagi, by wysiać tak ewidentnie erotyczny wiersz 

człowiekowi,   którego   nigdy   nawet   nie   spotkał,   ale   byłoby   fajnie,   gdyby   profesor 

Papadametriou wykorzystał ten kawałek w swojej książce.

Pani   Solomon   usiadła   przy   biurku   i   oparła   spiczastą,   brzydką   brodę   na   dłoniach, 

kompletnie załamana, bo założyła  dla Dana swoją najseksowniejszą sukienkę, a on przez 

ostatnie czterdzieści minut ledwo na nią spojrzał.

- Otwórzcie   zeszyty.   Macie   dziesięć   minut,   żeby   napisać   coś   na   dowolny   temat   - 

background image

powiedziała z nietypową dla siebie wspaniałomyślnością.

Zwykle   brzęczała   na   temat   Wordswortha   albo   innego   martwego   poety   jeszcze 

przynajmniej pięć minut po dzwonku, czym doprowadzała chłopców do białej gorączki. Dan 

wykorzystał tę okazję i zaczął pisać nową mowę na rozdanie dyplomów.

Panie i panowie, zebraliśmy się tu dziś, aby świętować zakończenie pierwszego rozdziału w 

naszym życiu i rozpoczęcie drugiego. Już wiemy, co nas czeka. Cztery lata college'u, a potem kolejne 

rozdanie dyplomów. Ale, hip hip hura! W międzyczasie będzie czas, by się zakochać...

Hip hip hura? Potrójne, gigantyczne ups.

background image

kim jest ten chłopak?

Godzina   wychowawcza   była   ostatnią   wtorkową   lekcją   najstarszej   klasy   Constance 

Billard i odbywała się w ich świetlicy nad biblioteką. Był to pokój bez okien, który pełnił 

kiedyś funkcję magazynu, dopóki nie oddano go najstarszym dziewczętom, żeby miały gdzie 

odpocząć i uciec od młodszych koleżanek. Nie było z nimi żadnego nauczyciela, więc nikt nie 

słuchał Mimi Halperin, dziarskiej, ale beznadziejnej, przewodniczącej ostatniej klasy, która 

informowała dziewczyny o ich przywilejach w czasie sesji egzaminacyjnej.

- Przez   cały   tydzień   żadnych   mundurków,   dziewczyny.   A   do   szkoły   musimy 

przychodzić tylko na egzaminy. Super, co? - Mimi klasnęła w pulchne dłonie i odgarnęła 

grube czarne włosy za swoje dziwnie małe uszy.

Dziewczyny   ziewnęły   i   spojrzały   na   zegarki.   Chciały   już   wyjść,  by  kontynuować 

poszukiwania   idealnej   sukienki   na   rozdanie   dyplomów   albo   popracować   nad   opalenizną. 

Jeszcze w trzeciej klasie Mimi była klasową maskotką i kumplowała się ze wszystkimi, ale 

teraz, kiedy dziewczyny dorosły, żadna nie uważała jej za zabawną. Mimo to, głosowały na 

nią jako przewodniczącą, bo tylko ona miała ochotę sprawować tę funkcję. Ponieważ liczyło 

się to w papierach do college'u, rola przewodniczącej klasy była bardzo prestiżowa, ale nie w 

ostatniej klasie. Przewodnicząca musiała zjawiać się na naradach samorządu raz w tygodniu, 

o wpół do ósmej rano, oraz pomagać w organizowaniu wszystkich szkolnych imprez, takich 

jak kiermasz książek czy zbiórka na fundusz stypendialny. Było z tym mnóstwo pracy i teraz, 

pod koniec ostatniej klasy, kiedy dziewczyny podostawały się już do college'ów, miały to w 

nosie.

- Co więcej, z przyjemnością ogłaszam, orkiestra tusz!, że naszą mówczynią zostaje... 

Blair Waldorf! Hurra, Blair! - Mimi podskoczyła na krótkich, grubych nóżkach i zaklaskała w 

powietrzu, jakby stała się najlepsza rzecz na świecie.

A masz, ty głupia zdziro, promieniała w duchu Blair, patrząc na tył głowy Sereny, 

Dobrze ci tak, ty wstrętna sabotażystko.

W świetlicy huczało od plotek, gdy dziewczyny omawiały wyniki glosowania. Żadna 

tak naprawdę nie chciała, by to Blair była mówczynią, bo cała mowa będzie o niej samej, ale 

wątpiły, czy Serena zdołałaby złożyć dwa zdania do kupy.

background image

- Jest tak ogłupiała od tych wszystkich prochów, które brała w internacie, że pewnie i 

tak  musiałaby  zapłacić  Blair,  żeby coś  jej  napisała   - szepnęła   do Rain  Hoffstetter   Laura 

Salmon.

- Słyszałam,   że   Serena   sama   zrezygnowała   -   odpowiedziała   szeptem   Rain.   -   Nate 

sprzedał jej jakąś francę i nie będzie jej na rozdaniu dyplomów, bo musi jechać do kliniki w 

Belgii na leczenie.

- Czy to prawda? - zapytała głośno Blair.

Nie chodziło jej o chorobę weneryczną, ale o to, czy Se rena rzeczywiście odpadła z 

wyścigu. Blair nie chciała przedłużać zajęć, bo miała tylko pięć minut, żeby się przebrać, 

przypudrować,   uszminkować   i   wyperfumować   na   spotkanie   z   niezwykle   przystojnym 

angielskim lordem, który obiecał, że pójdzie z nią szukać sukienki. Poprzedniego wieczoru 

przy martini  lord Marcus  wyznał,  że zupełnie położył  mecz  squasha, bo przez cały czas 

myślał tylko o niej. Ona z kolei przyznała, że gdy tylko wypakowała laptopa, wyszukała 

informacje na jego temat w Google'u. Jego rodzina, Beaton - Rhodesowie, byli właścicielami 

największej fabryki tekstyliów w Anglii i mieszkali w wielkiej, zabytkowej posiadłości pod 

Londynem.   Mieli   też   willę   pod   Mediolanem   i   dom   przy   plaży   na   Harbadosie.   Rodzice 

Marcusa   byli   bliskimi   przyjaciółmi   rodziny   królewskiej,   a   sam   Marcus   uczestniczył   w 

pogrzebie księżnej Diany. Magazyn „Hello!” umieścił go na liście najbardziej pożądanych 

młodych kawalerów w Anglii, więc była zdecydowana go zdobyć, nim dorwie go któraś z 

tych   chciwych   angielskich   zdzir.   Ale   najpierw   musiała   się   dowiedzieć,   czy   została 

mówczynią, bo pokonała Serenę, czy po prostu była jedyną kandydatką. Wbiła wzrok w byłą 

przyjaciółkę i powtórzyła:

- Czy to prawda?

Serena poprawiła się na krześle, obciągając spódniczkę mundurka na gołe kolana i 

podciągając na siłę krótkie bladożółte skarpetki, przez co wyglądały zupełnie dziwacznie. 

Chciała, by jej akt męczeństwa przeszedł niezauważony. Teraz wiedziała o tym cała klasa.

- Jakiś problem? - odparła ostrzej, niż zamierzała.

- Ale   Blair,   przecież   chciałaś   być   mówczynią,   nie?   -   zauważyła   siedząca   obok 

Vanessa.

Miała na sobie czarny top bez stanika i powinna była zostać odesłana do domu za 

niewłaściwy strój i brak mundurka. Zazwyczaj takie spotkania doprowadzały ją do szału, ale 

ostatnio   nachodziła   ją   taka   nostalgia   w   związku   z   zakończeniem   szkoły,   że   nawet   ją   to 

bawiło.

- Tak - przyznała Blair. - Chciałam.

background image

Vanessa przewróciła oczami i lekko szturchnęła przyjaciółkę łokciem.

- To co się przejmujesz?

Blair wzruszyła ramionami.

- Możemy już iść? - spytała przewodniczącą.

Nie mogła się już doczekać, żeby wyskoczyć  z mundurka i włożyć obcisłe,  białe 

rybaczki Juicy Couture oraz zielony top bez pleców Marni, które kupiła z myślą o zakupach z 

lordem Marcusem.

Serena rzuciła Vanessie pełne wdzięczności spojrzenie. Naprawdę nie chciała robić 

zamieszania. Może, kiedy Blair zastanowi się nad tym później - lata później, kiedy obie będą 

już siwymi  staruszkami  i na stare  lata przeniosą  się na Mustique  albo w  inne słoneczne 

miejsce - będzie ją trochę mniej nienawidziła.

Po   godzinie   wychowawczej   dziewczyny   zebrały   się   przed   wielkimi,   niebieskimi 

drzwiami Constance Billard. Nadal plotkowały o wyborze mówczyni. Nie mogły przy tym nie 

zauważyć ślicznego, wysokiego, złotowłosego chłopaka, który stał na chodniku raptem parę 

kroków od nich, w idealnie wyprasowanych dżinsach i słodkiej koszuli w łososiowo - białą 

kratę od Thomasa Pinka. Blair przemknęła obok koleżanek, ubrana zupełnie inaczej niż w 

szkole,   zbiegła   po   schodach   i   ku   kompletnemu   zaskoczeniu   zgromadzonych   pocałowała 

chłopaka w policzek.

- Miło cię widzieć - zaśmiał się lord Marcus, chwytając ją za ramiona i z uznaniem 

omiatając wzrokiem od stóp do głów.

Blair zaczerwieniła się aż po same czubki jasnozielonych pantofli Kale Spade. Boże, 

on był jak marzenie - był nawet lepszy od chłopaka, który grał w wyimaginowanym filmie, 

rozgrywającym się w jej głowie. Istniał naprawdę, był arystokratą i był bardziej doskonały, 

niż Nate kiedykolwiek mógłby być.

Poprzedniego   wieczoru   w   Yale   Club,   kiedy   zaczęła   już   niewyraźnie   mówić   od 

nadmiaru   drinków,   poprowadził   ją   za   rękę   aż   do   ich   apartamentów   i,   nim   powiedział 

dobranoc, pocałował delikatnie w dłoń. Blair tak zakręciło się w głowie, że puściła pawia. Jak 

cos   tak   nieprzytomnie   seksownego   mogło   przychodzić   mu   z   taką   łatwością?   Z   trudem 

powstrzymała   się   przed   rozwaleniem   oddzielającej   ich   ściany   wielką   fryzjerską   suszarką 

Vidal Sassoon i skoczeniem prosto na niego.

Grupka uczennic ostatniej klasy stłoczyła się razem w identycznych jasnoniebieskich 

mundurkach z krepy. Wyglądały trochę jak gołębie siedzące w rządku na okapie szkolnego 

dachu, gdy tak  z  niedowierzaniem  przyglądały się Blair i jej przystojnemu, brytyjskiemu 

lordowi.

background image

- Czy   ona   zmajstrowała   go   sobie   w   laboratorium,   czy   co?   dopytywała   się   Laura 

Salmon z mieszaniną zazdrości i podziwu. Obciągnęła na piersiach ażurową, białą bluzeczkę 

W nieudolnej próbie zwrócenia uwagi swoją nową, czerwoną bardotkę DKNY.

- Jest   po   prostu   idealny   -   sapnęła   Isabel   Coates,   wyciągając   wsuwki,   które 

przytrzymywały jej odrastającą grzywkę, - Założę się, że zmywa naczynia w Yale Clubie albo 

coś takiego.

- Ja myślę, że to jej kuzyn. Przecież wiecie, że ma ciotkę W Szkocji - improwizowała 

Rain. - Tylko udaje, że ten przystojniak to jej nowy chłopak, żeby Nate był zazdrosny.

- Ale tu nie ma Nate'a. - Kari wydęła dolną wargę w taki sposób, że wyglądała na 

jeszcze głupszą niż była.

- Nie, ale jest Serena - słusznie zauważyła Isabel.

Dziewczyny  odwróciły się, żeby spojrzeć  na Serenę,  która właśnie  wychodziła  ze 

szkoły.   Poprawiła   słuchawki   małego   różowego   iPoda   i   zamrugała   wielkimi   niebieskimi 

oczami. Jej długie jasne włosy lśniły w gorącym słońcu. Pomachała do dziewczyn i zaczęła 

ostrożnie   schodzić   po   schodach,   aż   zobaczyła   Blair,   tulącą   się   do   swojego   brytyjskiego 

przystojniaka.

Lord Marcus miał już zatrzymać dla nich taksówkę do butiku Oscara de la Renty na 

rogu Madison i Sześćdziesiątej Szóstej, gdzie obiecał pomóc Blair w wyborze sukienki, gdy 

Blair złapała go nagle za koszulę, prawie ją z niego zrywając.

- Pocałuj mnie. Teraz - zażądała. Oczywiście, było to trochę niespodziewane, w końcu 

dopiero wczoraj się poznali, ale czy przez to nie bardziej romantyczne?

Albo bardzo, bardzo dziwne.

- Dlatego, że ktoś patrzy, czy dlatego, że chcesz? - odparł lord Marcus z rozbawionym 

uśmiechem, który mówił, że w rzeczywistości było mu to najzupełniej obojętne.

- Jedno i drugie.

Blair zamknęła oczy, oczekując pocałunku. Oczywiście nie była jeszcze zakochana. 

Kochała tylko wyobrażenie lorda Marcusa. Ale ich pierwszy pocałunek trwał dłużej niż te na 

ekranie, smakował lepiej niż stek z frytkami i okazał się o wiele przyjemniejszy od marzeń na 

jawie. O wiele, wiele przyjemniejszy. Z pewnością niedużo brakowało, żeby naprawdę się w 

nim zakochała. Była już niemal zadurzona.

Obok   nich   do   krawężnika   podjechała   taksówka.   Marcus   nadal   całował   Blair,   gdy 

machnął, żeby ją zatrzymać. Była już jednak zajęta. Siedział w niej mocno podenerwowany 

Nate Archibald. Otworzył drzwi, a lord Marcus i Blair odsunęli się, żeby przepuścić Serenę, 

która przemknęła obok nich i wskoczyła na tylne siedzenie. Zamknęła drzwi, cały czas nie 

background image

spuszczając swoich wielkich niebieskich oczu z Blair i jej towarze sza. Blair odwzajemniła 

spojrzenie, nadal wtulona w lorda Marcusa. Gdy taksówka ruszyła w kierunku Piątej Alei. 

Serena podniosła rękę, żeby im pomachać, a jej idealne usta rozchyliły .się w uśmiechu.

I chociaż Serena już odjechała, Blair odpowiedziała uśmiechem. Bo po raz pierwszy w 

życiu miała naprawdę gdzieś, dokąd tamci pojechali.

background image

zgadnijcie, kto się bzyka u bergdorfa?

Znajdujący  się  na   rogu  Piątej  Alei  i   Pięćdziesiątej  Ósmej   Bergdorf  Goodman  był 

jednym   z   najstarszych   i   najpiękniej   szych   ekskluzywnych   domów   towarowych   na 

Manhattanie. To pierwszy sklep, do którego matka Sereny zabrała ją na zakupy, i chociaż był 

bardziej staroświecki niż Banreys albo Bendel wydawał się stosownym miejscem na zakup 

galowej sukienki Serena poprosiła Nate'a, żeby wybrał się z nią, bo potrzebo wała czyjejś 

opinii - chociaż sądząc po jego znoszonych koszulkach polo, białych koszulach i spodniach 

khaki, Nate nie był zbyt zorientowany w sprawach mody.

- Ciekawe, gdzie Blair go poznała. - Zastanawiała się na głos Serena, gdy jechali na 

trzecie piętro elegancką windą z ścianami w kolorze kości słoniowej.

Nate nie odpowiedział. Gapił się na piersi Sereny. Wyglądały na twarde, jak drobne 

jabłka, które rosły w jego rodzinnej posiadłości na Mount Desert Island w Maine. Jadąc po 

Serenę wziął kilka tabletek viagry, którą podkradł trenerowi i był pewny, że zaczyna  już 

odczuwać jej efekty. Czul na dole solidne parcie, jakby masturbował się bez użycia ręki. Jeśli 

zaraz czegoś z tym nic zrobi, będzie niefajnie.

Znaczy się teraz, już?

Drzwi   windy   otworzyły   się   i   Serena   podeszła   prosto   do   wieszaka   ze   wspaniale 

uszytymi kostiumami Oscara de la Renty - szykownymi, plisowanymi spódnicami do kolan i 

dopasowanymi marynarkami z białymi skórzanymi paskami ozdobionymi śliczną kokardką.

- Właściwie nie wiem, co mnie to obchodzi - ciągnęła, przeglądając ubrania. Nawet 

nie zauważyła, że Nate gapi się na nią, jakby była kawałkiem gorącej pizzy z dodatkowym 

serem, prosto z pieca Ray's  Original Pizza. - Blair pewnie nigdy więcej się do mnie nie 

odezwie.

- Mogę w czymś pomóc? - zaoferowała się krępa sprzedawczyni w średnim wieku ze 

złotą plakietką Bergdorfa, na której napisano Joan.

Joan miała na sobie fioletowy kostium od Chanel, który nie schlebiał ani jej grubym 

biodrom, ani krótkim pulchnym nogom.

- Chciałabym przymierzyć rozmiar trzydzieści osiem z tych rzeczy. - Serena wskazała 

na trzy kostiumy de la Renty. Do tej pory nie myślała o tym, żeby zamiast sukienki włożyć 

background image

kostium,   ale   doszła   do   wniosku,   że   to   ma   sens.   I   tak   nigdy   nie   przepadała   za   białymi 

falbaniastymi  sukieneczkami,  a w  kostiumie  było  coś energicznego  i zdecydowanego,  co 

sprawiało, że idealnie pasował na rozdanie dyplomów.

Nate   był   bliski   eksplodowania,   kiedy   ruszył   za   Sereną   i   Joan   do   damskiej 

przymierzalni.  Stał  na zewnątrz,  kiedy Joan  odwiesiła  kostiumy, zaciągnęła  ciężkie  szare 

zasłony z aksamitu i pospieszyła gdzieś poszukać jeszcze czegoś, co mogłoby się spodobać 

Serenie. Dostał swoją szansę.

Szarpnął zasłony. Serena rozpięła właśnie mundurek. Białą koszulkę polo miała gdzieś 

przy szyi, a zamiast stanika nosiła pod spodem delikatną, białą halkę.

- Hej - powitała go z nieśmiałym uśmiechem. - Możesz wejść.

Jedną ręką zaciągnął za sobą zasłonę, a drugą rozpiął pasek u spodni. Dalej, dalej, 

dalej!

Serena zaczęła zdejmować z wieszaka jeden z kostiumów. Wtedy zauważyła, że Nate 

patrzy na nią ze spodniami przy kostkach.

Że co proszę?

- Nate, co ty wyprawiasz?

Jego piękne zielone oczy błyszczały, a wąskie wargi rozchyliły się wygłodniałe, jakby 

nie zjadł lunchu, czy coś takie go. Zachichotała i skrzyżowała ramiona na piersiach.

- Nie mają tu kamer, prawda?

A kogo to obchodzi?

Złapał za halkę i zerwał ją z Sereny, przy okazji całkiem ją drąc. Serena upuściła 

kostium   na   podłogę   i   złapała   Nate'a.   Chociaż   raz   nie   beczał   i   nie   smarkał   w   garść 

przemoczonych chusteczek. Nie zamierzała przepuścić takiej okazji.

Nate był bezgranicznie wdzięczny, że Serena była Sereną, a nie Blair, Blair chciałaby 

przeanalizować   jego  zachowanie   Narobiłaby  zamieszania   albo  nawet   wywołała  kłótnię,   a 

Serena po prostu zrzuciła strzępy halki i pomogła mu ściągnąć koszulę.

- Nie powiedziałeś mi, że jesteś taki napalony.

Tylko odrobinę.

Nate zrzucił z wieszaka drugi nieskazitelnie biały, satynowy kostium Oscara i rzucił 

im pod nogi.

- Pamiętasz, jak byliśmy w wannie u mnie w domu, latem przed dziesiątą klasą? - 

zapytał pospiesznie, przyciskając usta do jej szyi.

Serena znowu się zaczerwieniła. Jak mogłaby zapomnieć? To był ich trzeci raz. Kiedy 

jeszcze oboje Liczyli.

background image

- Zróbmy znowu to samo! - prawie krzyczał Nate. - Udawajmy, że te białe kiecki to 

bąbelki!

No. no! I kto powiedział, ze facetom brakuje wyobraźni?

- Tak!

- O, tak!

- Znalazłaś   coś,   co   ci   się   podoba,   kochanie?   -   Joan,   zawsze   pomocna,   szacowna 

sprzedawczyni   u   Bergdorfa,   wsunęła   siwą   głowę   przez   aksamitne   zasłony.   Spojrzała   na 

opalone, wijące się kończyny i stertę białej satyny na podłodze, a potem szybko się wycofała. 

Łyknęła kilka pigułek na nadciśnienie i poszła zająć się nowa dostawą sweterków Missoni. 

Takie   wulgarne   zachowanie   zupełnie   nie   pasowało   do   dam,   wobec   czego   absolutnie   nie 

pasowało do Bergdorfa, ale niewiele mogła poradzić. Serena van der Woodsen otworzyła 

rachunek   u   Bergdorfa   w   wieku   siedmiu   lat   i   była   lojalną   klientką.   Poza   tym   miło   było 

wiedzieć, ze czuje się w sklepie jak u siebie w domu.

Nate zaczął płakać, gdy tylko skończyli. Viagra ewidentnie przestała działać.

- Nie mogę uwierzyć, że zamierzasz coś takiego włożyć - mruknął, wyciągając spod 

nagiego tyłka jedną ze spódnic od kostiumu.

- Nawet niczego nie przymierzyłam. - Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy, gdy 

Nate przycisnął mokry policzek do jej włosów. To było słodkie i trochę kobiece, że płakał po 

tym, jak to zrobili. Nagle zdała sobie sprawę, że w tym związku to ona jest silniejszą, bardziej 

„męską”, stroną. Ale przynajmniej wreszcie to zrobili. Teraz byli prawdziwą parą.

Niezła para.

- I tak mam już żółtą sukienkę Tocca, która naprawdę mi się podoba. Może ją wybielę 

albo coś takiego - ciągnęła nieskładnie.

Umysł Nate'a też zaczął błądzić. Pomyślał o pracy zaliczeniowej z historii.

Cóż za podzielność uwagi!

Pisał o początkach lacrosse'a. Jednak czy jego nauczyciel od historii, pan Knoeder - 

zwany   też   panem   Brakmijaj   -   nie   uzna,   że   to   niepoprawne   politycznie   pisać   o   starym 

indiańskim   sporcie   bez   wdawania   się   w   kwestie   polityki   wobec   Indian   w   czasach 

kolonialnych i takie tam? W końcu Nate zamierzał w przyszłym roku grać w lacrosse'a, a nie 

zajmować się jego historią.

Bez wątpienia.

Podniósł się na łokciu i wyjął chusteczkę z kieszeni granatowej, płóciennej torby na 

książki Jacka Spade'a. Przywykł do noszenia chusteczek.

- Może powinniśmy pójść poszukać sukienek w Bender's - zastanawiała się Serena, 

background image

bawiąc się guzikiem jednego z kostiumów.

E tam, u Bendela mają mniejsze przymierzalnie.

background image

B umarła i poszła do nieba

Blair nie mogła pojąć dlaczego nigdy wcześniej nie była w butiku Oscara de la Renty 

przy Madison Avenue. Wnętrze wzorowano na domu projektanta na Dominikanie. Ściany 

zrobiono z importowanego stamtąd wapienia, ustawiono gipsowe palmy, a ekspozycję butów 

zaaranżowano   jak   wybieg   dla   modelek.   Stroje   wieczorowe   wisiały   w   specjalnej   sali 

umeblowanej dwuosobowymi kanapami z kolekcji mebli de la Renta. Szkoda, że Blair nie 

szukała czarnej, tiulowej sukni balowej, bo inaczej od razu zaciągnęłaby Marcusa na jedną z 

tych kanap, żeby mu podziękować za przyprowadzenie jej tutaj.

- Cześć, Martbe - powitał Marcus niewiarygodnie piękną Latynoskę, która wyglądała 

jak Amazonka. Miała na sobie złotą rozkloszowaną spódniczkę i obcisły, jaskraworóżowy 

sweterek z krótkim rękawem, który wyglądał ultranowocześnie, a jednocześnie retro, jak z lat 

pięćdziesiątych.

Blair nastroszyła się i już zaczęła odsłaniać kły, kiedy zdali sobie sprawę, że bycie 

zazdrosnym  o kogoś tak niemożliwie wysokiego, kształtnego i ślicznego to zwykła strata 

czasu.

- Panna Waldorf szuka białej sukni - wyjaśnił Marcus, Obejmując Blair i tym samym 

natychmiast rozwiewając jej Wszelkie obawy.

Wow, jest w tym naprawdę dobry.

Marthe z powagą skinęła głową i poprowadziła ich do wieszaka z boskimi białymi 

sukniami, w których sama wyglądałaby oszałamiająco. Jednak Blair od razu wiedziała, że ona 

prezentowałaby się w nich jak gruby krasnal bez biustu. Już miała zaprotestować, gdy Marcus 

- Bogu niech będą dzięki - sam się zorientował.

- A co powiesz na jeden z tych kostiumów? - zapytał, podchodząc do olśniewającej, 

białej,   plisowanej   spódnicy   z   satyny.   Przy   spódnicy   wisiał   dopasowany   biały   żakiet   z 

idealnym skórzanym paskiem, zapinanym na zmyślną kokardkę.

- Ma   pani   idealną   figurę   do   tych   kostiumów   -   stwierdził;:   Marthe   z   cudownym, 

soczystym   akcentem.   Podeszła   do   wieszaka   i   wybrała   dla   Blair   trzy   kostiumy   do 

przymierzenia. Jestem pewna, że nosi pani trzydzieści osiem.

- Może nawet trzydzieści sześć - zadudnił za nimi donośny, męski głos.

background image

Blair obróciła się z łopoczącym radośnie sercem, gdyż omyłkowo przypisano jej o 

rozmiar mniej. Gdy zobaczyła,  kto mówił, o mało  nie zakrztusiła się śliną. Raptem parę 

kroków od niej stał sam Oscar de la Renta. Miał na sobie idealnie skrojony szary garnitur, 

wykrochmaloną,   białą   koszulę   i   różowy   krawat.   Jego   przystojna,   łysa   głowa   lśniła   jak 

namaszczona oliwą, a szpakowate brwi wręcz się żarzyły,  Blair widziała go setki razy na 

stronach magazynów mody i w kolumnach towarzyskich, ale nigdy nie spotkała go osobiście. 

Jak na starszego faceta był niesamowicie seksowny.

- Ach, pan de le Renta. - Marthe powitała szefa ciepłym uśmiechem. - Pannie Waldorf 

wspaniale będzie w pańskich kostiumach.

Pan de la Renta zmierzył Blair wzrokiem i posłał jej pełen uznania uśmiech.

- Wspaniale - zgodził się. Odwrócił się do Marcusa - Brakowało mi twojej marki w 

Mediolanie.

- Witaj, wujku Oscarze. - Marcus uśmiechnął się szeroko, podszedł i objął projektanta 

z czułością. Blair prawie zwymiotowała na piękną podłogę.

Wujku Oscarze?!

Marcus zaśmiał się i dotknął jej ramienia.

- Nie jest moim  prawdziwym  wujkiem, ale równie dobrze mógłby nim być.  Moja 

matka nie włoży niczego prócz tego, co dla niej uszyje.

A dziwisz się?

Blair odebrało mowę. Czuła się jak Dorotka w  Czarnoksiężniku z krainy Oz,  która 

obudziła się po przejściu trąby powietrznej, odkryła, że jest w krainie Manczkinów i spotkała 

Glindę, Dobrą Wróżkę z Północy. Tyle że Blair nie była nawet w połowie tak gruba, jak Judy 

Garland. W końcu nosiła trzydzieści sześć!

- Proszę   tędy,   panno   Waldorf   -   powiedziała   Marthe,   prowadząc   ją   do   wielkiej 

przymierzalni z zasłonami w kolorze nefrytowej zieleni. W środku powiesiła cztery kostiumy, 

dwa w rozmiarze trzydzieści osiem i dwa w rozmiarze trzydzieści cześć.

- Nie martw się, dopasuję to dla niej, Marthe! - zawołał za nimi pan de la Renta. - 

Tylko znajdę mój metr krawiecki.

Blair była przekonana, że śni, więc cokolwiek powiedział pan de la Renta, było dla 

niej   okay.   Marthe   pomogła   jej   wskoczyć   w   spódnicę   rozmiar   trzydzieści   sześć,   która 

pasowała jak Ulał, ale kiedy Blair wsunęła ręce w rękawy żakietu w tym samym rozmiarze, 

stało się jasne, że będzie za ciasny w ramionach. Marthe podała jej więc trzydzieści osiem i 

poprawiła sprzączkę wąskiego skórzanego paska, a potem rozsunęła zasłony.

Ta daam!

background image

Blair   oparła   ręce   na   biodrach   i   z   szerokim   uśmiechem   na   twarzy   wyszła   z 

przymierzalni, niczym modelka na wybieg, szeleszcząc plisowaną spódnicą. Dlaczego nigdy 

wcześniej nie pomyślała o włożeniu kostiumu? Nie żeby było wiele takich kostiumów. Ten 

był elegancki i frywolny zarazem - absolutnie rewelacyjny - a co najważniejsze, jedyny w 

swoim rodzaju.

- A niech to - sapnął Marcus. - Wyglądasz oszałamiająco.

Ty też! - prawie wypaliła Blair. Nie dość, że lord Marcus był tak przystojny, że dech 

zapierało   i   był   arystokratą,   to   jeszcze   okazał   się   serdecznym   przyjacielem   najbardziej 

niesamowitego projektanta na świecie.

Pan de la Renta zmarszczył brwi i wyciągnął metr.

- Talia jest zupełnie nie tak - zmartwił się, poprawiają; żakiet. - A stan podchodzi za 

wysoko.

Rozpiął pasek i guziki żakietu, ściągając go pospiesznie z Blair.

- Zatrzymaj spódnicę, kochanie, ale proszę, mogę najpierw dopasować górę?

Czy może?

Blair żałowała, że Serena albo któraś z innych koleżanek z klasy nie widzi jej teraz, 

jak stoi pośrodku butiku Oscara de la Renty tylko w różowym staniku La Perla i jednej z 

olśniewających plisowanych spódniczek „wujka Oscara”, a miarę na strój na zakończenie 

szkoły zdejmuje jej osobiście Oscar da la Renta. Zerknęła na Marcusa, który odpowiedział jej 

szerokim uśmiechem, a potem bez słowa położył prawą rękę na sercu. Jego zielone oczy 

błyszczały z zachwytu.

Wow.

Blair musiała uważać, żeby nie zsikać się z radości w majtki. Była taka szczęśliwa, że 

nie wiedziała, czy to przeżyje.

- Nie ruszaj się - pouczył pan de la Renta, gdy podniósł jej ręce i opasał metrem jej 

biust trzydzieści cztery B. Może to dlatego, że otaczali ją piękni mężczyźni i piękne ubrania, 

ale   Blair   poczuta   nagle   niepohamowaną   chęć,   by   polizać   jego   seksowną,   lśniącą   łysinę. 

Zachichotała i zachwiała się na bosych stopach, gdy projektant opuścił metr na jej biodra. - 

Nie ruszaj się!

Zacisnęła powieki i robiła, co mogła, żeby się nie poruszyć. Szczerze wierzyła, że gdy 

je ponownie otworzy, okaże się, że umarła i poszła do nieba.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

OTWARTE PRZESŁUCHANIA

Na wypadek, gdybyście nie słyszeli: ten stuknięty reżyser kina niezależnego, Ken Mogul, zrozumiał, 

że nie zwróci niczyjej uwagi, dopóki nie nakręci przeboju kasowego - postanowił więc to zrobić. Szuka 

też nowej młodej i seksownej gwiazdy, którą mógłby odkryć, ogłosił więc otwarte przesłuchania do 

swojego nowego filmu, Śniadanie u Freda, w restauracji o tej samej nazwie, w Barneys, w sobotę. Ma 

to być remake Śniadania u Tiffany'ego, tyle że z nastoletnią obsadą. Zgadnijcie, kto będzie pierwszy w 

kolejce? A teraz zgadnijcie, kto absolutnie nie potrafi grać?

Ale zgadnijcie, kto potrafi?

Hm... ciekawe czy wybiorą dziewczynę, która na pewno wie, jak trzeba wyglądać do tej roli, ale nie ma 

talentu, czy dziewczynę z talentem, która w ogóle nie przypomina Audrey Hepburn? To brzmi jak 

jeden   z   tych   bezmyślnych   frazesów  z  America's   Next   Top   Model

 mojego   najukochańszego 

znienawidzonego programu telewizyjnego.

PRESTIŻOWA SZKOŁA Z INTERNATEM ROZSZERZA PROGRAM PLASTYCZNY

Mam dla was full najświeższych plotek. Na wypadek, gdyby ktoś był zainteresowany, Waverly Prep - 

prestiżowa szkoła z internatem w Hudson Valley, szuka nowych Picassów i Monetów.

Spodziewają się zalewu podań od młodych artystów tej jesieni, ale my znamy pewną dziewczynę bez 

szkoły, już prawie dziesięcioklasistkę, która nie może czekać tak długo. (Przecież nie pójdziesz do 

publicznej szkoły, co, J?)

  Program nadawany w telewizji amerykańskiej, oparty na zasadach  reality show,  którego celem jest 

wyłonienie zwyciężczyni spośród kandydatek na modelki (przyp. red.).

background image

SOBOWTÓRY SŁAW

Britney ma swojego. Leonardo też. Nawet kilkoro szerzej nieznanych członków nowojorskiej society 

ich ma. Najwyraźniej, projektant mody, Oscar de la Renta jest tak rozchwytywany po świecie, że 

posyła swoje klony na przyjęcia, w których nie ma ochoty uczestniczyć oraz do swojego butiku przy 

Madison  Avenue,   żeby  dopilnować   personelu.  Jego   sobowtóry  to  krewni  z  Dominikany.   Niektórzy 

nawet   się   tak   samo   nazywają,   więc   nie   muszą   się   specjalnie   wysilać,   by   móc   podawać   się   za 

słynnego kuzyna. Ach, gdybym tylko mogła załatwić sobie sobowtóra, który poszedłby za mnie na 

końcowe   egzaminy   -   wtedy   mogłabym   skupić   się   na   odpoczynku   przed   imprezami   po   rozdaniu 

dyplomów!

Trener drużyny lacrosse'a ze Świętego Judy prowadzi dochodzenie w sprawie kradzieży viagry To 

ostrzeżenie przyszło e - mailem i całkiem mnie zaskoczyło:

Droga Plotkaro,

Uświadom, proszę, swoim czytelnikom, że kradzież to poważna sprawa. Ktokolwiek wziął moją viagrę 

- a jestem całkiem pewny, że to ktoś z ostatniej klasy, z drużyny lacrosse'a – na pewno nie dostanie 

dyplomu!

Dziękuję za pomoc.

michaels

Jakieś sugestie jak powinnam odpowiedzieć?

Na celowniku

S i B obie, z wielkimi torbami na zakupy, wychodzą odpowiednio od Bergdorfa Goodmana i z butiku 

Oscara de la Renty Chyba się im poszczęściło i znalazły wymarzone sukienki na rozdanie dyplomów! 

D  nieogolony i wyglądający na bardziej znerwicowanego niż zwykle kupuje zbiór wierszy miłosnych 

Pabla Nerudy Barnes&Noble. Czy tym razem wpadł po uszy? Czekajcie, co ja mówię - on jak w 

coś   wpada   to   zawsze   po   uszy.  V  w   drogerii  CVS  w   centrum  Williamsburga  kupuje   zapasy 

antybakteryjnego   żelu   pod   prysznic   Jergents.   Te   wszystkie   prysznice   przed   i   po   -   trzeba   się 

przygotować  J  z   bratem   w   księgarni,   czyta  Najlepsze   szkoły   publiczne   w   Nowym   Jorku.  Czyżby 

darowała sobie szkołę z internatem? Hej,  J, czytaj wyżej. Zdziwiłabyś się, ile może się wydarzyć w 

ostatnich tygodniach szkoły. Dzieciaki szaleją, wylatują ze szkół na prawo i lewo. Nie trać wiary. Jak w 

tej piosence z West Side Story: „Istnieje gdzieś miejsce dla nas!...”

A teraz przestaję śpiewać i idę udawać, że wkuwam do egzaminów.

Do zobaczenia na przesłuchaniach w Barneys w sobotę rano kogo tam nie będzie!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

obiekty odbite w lustrze są bliżej, niż się wydaje

- Za brązowy? - spytała swoją czasem - najbliższą przyjaciółkę, Elise Wells, Jenny 

Humphrey. Przejechała kilka razy maleńkim pędzlem do makijażu z Sephory po grzbiecie 

swojego ślicznego małego noska. - Próbuję zmniejszyć optycznie nos.

Jakby pewna inna cześć jej ciała nie wymagała pomniejszenia o wiele bardziej.

- Jaki nos? - dopytywała się Elise. - Ty praktycznie nie masz nosa.

Elise też miała mały, ale za to bardzo zadarty nos, co było chyba gorsze, niż gdyby 

nosiła wielką trąbę, bo była wysoka i zawsze martwiła się, że ludzie patrząc na nią, widzą 

tylko włoski w nosie i gile.

Włoski w nosie i gile? Dobry Boże!

To była ostatnia godzina zajęć, przeznaczona na naukę samodzielną i odrabianie prac 

domowych. Tymczasem Jenny przejęła łazienkę przedszkolaków, która o tej porze była już 

pusta, bo dzieciaki kończyły zajęcia o drugiej. Kabiny były węższe od tych w pozostałych 

łazienkach, a toalety znajdowały się niecałe pół metra nad ziemią i miały jasnoróżowe klapy 

Hello Kitty. Nawet umywalki były niższe, z różowymi taborecikami Hello Kitty i różowymi 

dozownikami mydła, również Hello Kitty. Wszystkie dodatki Hello Killy zostały podarowane 

przez rodzica z Tokio, który - jak się okazało - był właścicielem marki Hello Kitty.

- Słyszałaś   kiedykolwiek   o   Waverly?   -   zapytała   Jenny,   akcentując   usta   różem   w 

kolorze wina, a potem smarując je wazeliną, kolejny sekret makijażu, który podpatrzyła w 

telewizji u jakiejś modelki - aktorki, Lauren Hutton, która, będąc rówieśnicą jej ojca, nadal 

była dość ładna, aby pracować jako modelka dla J. Crew.

Elise pokręciła głową.

- To kolejna szkoła z internatem?

Nigdy nie powiedziała tego na głos, ale nie podobał jej się pomysł, że Jenny wyjedzie 

do szkoły z internatem i zostawi ją samą bez przyjaciółki, w dziesiątej klasie w Constance. 

Kto inny zamówi z nią sajgonki. które przywiozą im prosto pod niebieskie drzwi szkoły? Kto 

inny powie jej - delikatnie - że koszula lepiej będzie wyglądać wypuszczona?

- Słyszałam tylko, że mają nowy, rewelacyjny pogram plastyczny. Mają prawdziwą 

galerię, otwartą  dla publiczności, a uczniowie  sami urządzają wystawy i w  ogóle. Brzmi 

background image

naprawdę   super.   Oczywiście   podania   należało   składać   do   grudnia,   ale   pomyślałam,   że 

gdybym   wysłała   kilka   swoich   prac...   -   Jenny   zapięła   kosmetyczkę   LeSponsac   w   żółto   - 

różowe paski i przyjrzała się sobie w maleńkim, kwadratowym lustrze nad umywalką. Lauren 

Hutton miała rację. Jej nos wyglądał na mniejszy. Gdyby jeszcze tylko jej ciemne włosy nie 

były tak piekielnic kręcone i niesforne. - To moja ostatnia szansa. Jeśli się tam nie dostanę, 

będę musiała pójść do szkoły publicznej.

Niech Bóg broni!

- Szkoda, że spaliłam te wszystkie portrety... - dodała z żalem i po raz ostatni mlasnęła 

wargami.

Kiedy jeszcze była zakochana w Nacie, Jenny namalowała kilka jego portretów, każdy 

w stylu jednego z jej ulubionych malarzy: Matisse'a. Picassa, Chagalla, Moneta, Warhola i 

Pollocka.   Obrazy   były   żywe   i   pełne   uczucia,   jakby   chciała   wydobyć   na   płótnie   esencje 

miłości. Ale kiedy Nate złamał jej serce, podpaliła je w metalowym kontenerze na śmieci 

przed domem i spaliła wszystkie, co do jednego.

Elise odsłoniła zęby przed lustrem i wyszczerbionym, niepomalowanym paznokciem 

próbowała wygrzebać resztki pomarańczy, którą jadła na lunch.

- Naprawdę chciałabyś wysłać do szkoły cykl portretów jakiegoś chłopaka, z którym 

już nawet nie rozmawiasz? - zapytała rozsądnie.

Przynajmniej wiedzieliby, że potrafię sobie znaleźć chłopaka, odgryzła się w myślach 

Jenny. Nagle zaczęła ją drażnić porządnickość jasnoróżowej bluzki z kołnierzykiem Elise i to, 

jak jej oddech zawsze zalatywał wczorajszymi sajgonkami.

Poza tym Waverly wyglądała na szkolę, która wciąż się rozwija. Nie tyle imprezowa, 

co taka, gdzie nie boją się spróbować czegoś nowego i zaryzykować z nowymi uczniami.

Na przykład, z kimś takim jak ona?

Elise przestała grzebać w zębach i sięgnęła po kosmetyczkę Jenny. Otworzyła ją bez 

pytania   i  odkręciła   tubkę  z   liliowym   błyszczykiem   Stila.   Wydęła   szerokie  usta   i  zaczęła 

hojnie nakładać warstwy kosmetyku.

Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, Jenny zaryzykowała z Elise. Najpierw nie miała 

nikogo, a teraz miała przyjaciółkę, czy tego chciała, czy nie.

- Masz rację - mruknęła, zabierając kosmetyczkę i wysypując jej zawartość do małej 

umywalki. - Powinnam wysłać do Waverly cos nowego. Coś, czego jeszcze nic próbowałam. 

-   Zaczęła   grzebać   wśród   sterty   kredek   do   oczu,   eyelinerów   i   szminek,   szukając   swoich 

ulubionych cieni - palety szarości Clinique w miętowozielonym pudełeczku. - Miałabyś coś 

przeciwko,   gdybym   sportretowała   cię   tym?   -   zapytała   przyjaciółkę,   unosząc   do   góry 

background image

puzderko.

Poczuła   nagły   przypływ   natchnienia.   Namaluje   Elise   cieniami   do   powiek,   ojca 

czerwonym winem, a Dana... kawą rozpuszczalną. To dopiero będzie nowatorskie i głębokie, 

o wiele lepsze niż wysłanie zdjęć ze swoim debiutem w roli modelki, gdy pozowała w staniku 

do joggingu, albo pierwszej wzmianki o sobie, jaka ukazała się w kronice towarzyskiej.

Co prawda, Jenny nie była już imprezowa dziewczyną szukającą imprezowej szkoły, 

ale Serena van der Woodsen dała jej jedną ważną lekcję: imprezowe dziewczyny często są o 

wiele głębsze i mądrzejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

background image

nie drżyj niewierne serce

Vanessa siedziała na podłodze salonu w czarnym T - shircie z napisem SugarDaddy 

wziął   Węgry,  który   przysłała   jej   z   Budapesztu   siostra,   z   krótkiego   postoju   w   trasie 

koncertowej,   oraz   w   czyichś   -   trudno   już   było   nadążyć   czyich   -   bokserkach   w   paski. 

Próbowała jakoś sensownie zmontować przerażający i śmieszny wywiad z Chuckiem Bassem, 

który wystąpił z małpką, oraz rozmowę z Kari i Isabel, które opowiadały, jak to postanowiły 

jechać razem do Rollins College na Florydzie, chociaż Isabel dostała się do Princeton. Chuck 

miał na sobie obcisłą, białą koszulkę na ramiączkach i wciera! olejek brązujący Bain de Soleil 

w mięsiste, nienaturalnie opalone ramiona. Wyjaśniał, jak udaje mu się utrzymać opaleniznę 

cały   rok.   Małpka   leżała   zwinięta   na   jego   kolanach   i   mrugała   tępo   w   kamerę   swoimi 

niesamowitymi jasnoniebieskimi ślepiami.

- Zwykle   chodzę   do   solarium   raz,   może   dwa   razy   w   tygodniu   i   używam   tego 

niesamowitego brązującego cuda Estée Lauder, żeby opalenizna była ładna i równa przez cały 

rok. Tok się zastanawiam, nie znasz może jakiegoś dobrego solarium w pobliżu Fort Lee?

Isabel i Kati leżały na plecach, stykając się głowami - gładka i ciemna głowa Isabel 

oraz jasnoruda kręcona szopa Kati.

Uśmiechały się do kamery niczym siostry, z tym że zupełnie do siebie niepodobne.

- No bo jak mam się skupie na wstępie do prawa w Princeton, kiedy moja najlepsza 

przyjaciółka na świecie będzie całkiem sama na Florydzie? - pytała radośnie Isabel.

Miała na ustach taką ilość błyszczyku, że praktycznie z nich kapało.

- Poza   tym   obie   zamierzamy   zrzucić   pięć   kilo   tego   lata   na   diecie   South   Beach. 

Chcemy bosko wyglądać w naszych czarno - czerwonych bikini w prążki, które będziemy 

nosiły każdziutkiego dnia! - krzyknęła podekscytowana Kati, wymachując bosymi nogami tak 

mocno, że jej jasnoniebieski mundurek z krepy podfrunął i odsłonił praktyczne bawełniane 

figi Gap.

Najdziwniejsze było to, że im więcej razy Vanessa oglądała te wywiady, tym bardziej 

czuła, że będzie tęsknić za ich bohaterami, chociaż były z nich takie niemożliwe dziwadła. 

Zastanawiała się, czy dla ich własnego dobra, nie da się tak zmontować  materiału,  żeby 

wyglądali na trochę bardziej inteligentnych i mniej stukniętych.

background image

Pewnie nie. Zresztą, wtedy nie byłoby to już tak zabawne.

Pracowała,   ale   nie   mogła   się   skupić,   wiedząc,   że   po   drugiej   stronie   mostu 

Williamsburg,   reżyser   kina   niezależnego,   Ken   Mogul   prowadził   casting   do   swojego 

pierwszego   wysokobudżetowego   filmu  Śniadania   u   Freda,  który   miał   być   kręcony   w 

restauracji U Freda w Barncys, na rogu Sześćdziesiątej i Madison. Kilka miesięcy temu Ken 

Mogul zobaczył kawałek filmu Vanessy, który przypadkiem przeciekł do Internetu i próbował 

ją u siebie zatrudnić. Chciał, żeby rzuciła szkolę i odłożyła pójście do college'u. Oczywiście 

odmówiła. Ale Ken Mogul był teraz w Nowym Jorku i kręcił film tuż pod jej nosem. Co 

prawda, miała tego lata jeździć po kraju z Aaronem, ale...

Kusząca sprawa, co?

Ktoś zapukał do frontowych drzwi.

- Tak?! - krzyknęła Vanessa, nim wsiała, żeby zobaczyć, kio to.

Aaron miał wrócić po próbie zespołu i obiecał przynieść na kolacje tajskie żarcie, a 

potem  pomóc jej  uczyć się do egzaminu  z matmy.  Powinien zjawić  się lada  chwila, ale 

przecież miał klucz. Wstała i zerknęła przez wizjer. Nikogo nie było.

Słysząc odgłos kroków na schodach, zmrużyła  oko i zerknęła pod kątem. Zdążyła 

tylko   dojrzeć   chudy  tyłek   Dana  odziany   w   granatowe   spodenki,   który   właśnie   znikał  na 

ciemnych, brudnych schodach prowadzących na dach. Zapomniała, że on też ma klucz.

Vanessa poczuła przypływ adrenaliny, jak za ostatnim razem, gdy zjawił się Dan. Czy 

to bycie z nim sprawiało, że się luk czuła, czy może świadomość, że Aaron może w każdej 

chwili wejść i ich przyłapać? Czy to ważne?

Pewnie, że nie, do cholery.

Nabazgrała szybko Poszłam po pranie - chociaż odebrała je już rano, przed szkoła, a 

potem otworzyła gwałtownie drzwi i popędziła na górę.

Dan   leżał   na   plecach   na   materacu   pod   wieżą   ciśnień,   ubrany   tylko   w   czarne, 

bawełniane   bokserki,   i   kartkował   oprawiony   na   różowo   tomik   wierszy   miłosnych   Pabla 

Nerudy. Obok niego, na tacce z folii aluminiowej leżały ostrygi, otwarta butelka czerwonego 

merlota   i   dwa   styropianowe   kubki.   Kiedy   zobaczył   Vanessę,   natychmiast   usiadł   i   zaczął 

czytać na głos.

Nie odchodź daleko, nawet na jeden dzień, bo...

Bo... nie wiem, jak to ująć: dzień jest długi.

- A może byś tak najpierw zadzwonił? - zapytała ostro Vanessa, udając wkurzoną, bo 

wiedziała, że Dan nakręca się, gdy widzi ją wściekłą. - Aaron może wrócić w każdej chwili.

- To z wiersza pod tytułem  Łaknę twoich ust, twego głosu, twych włosów - wyjaśnił 

background image

Dan. patrząc na nią słodko. Nalał trochę wina do kubka i podał jej. - Napijesz się?

Vanessa przewróciła oczami i podeszła do materaca.

- Chyba wiem, czego łakniesz. - Usiadła i zdjęła koszulkę, czując jeszcze większy 

przypływ adrenaliny. - Pospiesz się - zarządziła. - Aaron zaraz przyniesie mi obiad, a potem 

muszę się pouczyć.

Sąsiedzi   z   okolicznych   domów   regulowali   teleskopy.   Przeprowadzili   się   tutaj,   bo 

wynajem był tani. Kto wiedział, że zapewniają tu też rozrywkę na żywo?!

Im bardziej Vanessa rządziła się i wściekała, tym bardziej Dan był podniecony i tym 

mocniej ją kochał. Ręce mu się trzęsły, a pot występował nad świeżo ogoloną wargą. Był 

całkowicie zdany na jej łaskę.

Na   dole,   na   Broadwayu,   Aaron   zignorował   grupkę   gapiów   z   naprzeciwka, 

obserwujących dach budynku Vanessy. Pod pachą niósł w papierowej torbie dwa zestawy 

gorącego i pikantnego jedzenia tajskiego. Strasznie chciało mu się lać. a w metrze panował 

nieprzytomny tłok i spocił się jak mysz. Chciał tylko wejść do domu i wziąć miły chłodny 

prysznic Najchętniej z Vanessą.

Znalazł   jej   liścik   i   nabazgrał   na   nim  Jestem   w   wannie.  Zostawił   frontowe   drzwi 

otwarte, żeby łatwiej jej było wnieść kosz z czystym  praniem i włączył stereo, z którego 

huknął ku wałek, który Dan Humphrey nagrał z Raves - jedyny, który do czegoś się nadawał.

Strzaskaj mnie jak jajko! - śpiewał Aaron pod prysznicem.

Trzy piętra wyżej Dan wciągał skarpetki. Muzykę było słabo słychać, ale nie sposób 

było jej pomylić z niczym innym.

- Myślisz, że nas widział? - Na samą myśl Vanessie przebiegł po plecach dreszczyk. 

Boże, ależ była zepsuta!

Dan pospiesznie łyknął ostatnią ostrygę.

- Co mam robić...? - zapytał, równie podekscytowany jak ona.

Widzisz, jak idealnie do siebie pasujemy? - pomyślał. Oboje strasznie podniecało, że 

Aaron o niczym nie wie. Zdrada to oczywiście zła i okropna rzecz, ale też niesamowita frajda, 

zwłaszcza gdy jesteś szaleńczo i po uszy zakochany w osobie, z którą to robisz!

- Zejdę na dół i odciągnę jego uwagę - szepnęła Vanessa, chociaż huk na moście był 

taki, że nikt nie mógł jej usłyszeć. - A ty przez ten czas wyjdziesz.

Dan zakorkował do połowy opróżnionego merlota i próbował ustawić go pionowo w 

swojej czarnej torbie na ramię.

- Chcesz, żebym sobie poszedł? - odparł zdumiony.

Wyobraził  sobie siebie wspinającego  się po ścianie  budynku  niczym  Spiderman z 

background image

Vanessą uczepioną jego szyi jak Kirsten Dunst.

Nie ma szans, panie, ręce jak patyczki.

- Możesz to tutaj zostawić. - Vanessa wskazała na wino. - Wypijemy później.

Miała na myśli siebie i Dana, czy siebie i Aarona?

- Dobra - odparł Dan. Dotarło do niego, że Vanessa zaraz zejdzie na dół i będzie 

udawała, że go tu w ogóle nie było. Boże, ależ ona była sprytna. A jaka twarda i opanowana 

w kryzysowej sytuacji. - Powodzenia w nauce w ten weekend.

Vanessa dała mu klapsa w tyłek.

- Zadzwonię - obiecała i zbiegła na dół.

Drzwi do mieszkania były otwarte, a Aaron brał prysznic.

Vanessa rozebrała się po raz drugi w ciągu kwadransa.

- Cześć - przywitała Aarona, odciągając zasłonę prysznica.

- Hej. - Uśmiechnął się szeroko i wyciągnął namydloną dłoń, żeby pomóc jej wejść.

Dan zszedł na palcach po schodach, czytając sobie na głos wiersze Nerudy. Ręce mu 

się pociły, gdy próbował zrozumieć, czy to, co właśnie mu się przytrafiło, było nieprzytomnie 

podniecające, czy nieprzytomnie uwłaczające.

...w tym momencie opowieści jestem tym, który umiera...

Problem z poetami jest taki, że mają skłonność do pesymistycznego widzenia świata.

background image

zgadnij, kto przyjdzie na śniadanie u freda?

W sobotę rano kolejka ślicznych dziewczyn ciągnęła się od drzwi frontowych Barneys 

wzdłuż   Madison   do   Sześćdziesiątej   Pierwszej   ulicy,   gdzie   skręcała   w   stronę   Piątej   Alei. 

Większość z nich miała na sobie czarne koktajlowe sukienki bez rękawów, szpiczaste czarne 

pantofle i wielkie okulary przeciwsłoneczne w stylu Jackie Onassis. Serena miała na sobie 

ulubione nowe dżinsy True Religion.

Typowe.

Jakimś   cudem   udało   się   jej   zająć   jedno   z  pierwszych   miejsc   w   kolejce.   Może   to 

dlatego, że ona i Nate prawie nie spali ostatniej nocy - dzięki pigułkom, które cały czas łykał - 

i o piątej nad ranem była na nogach. Zamówiła tylko podwójne latte na wynos i wyruszyła, 

taszcząc ze sobą podręcznik do francuskiego, jakby naprawdę liczyła, że uda się jej pouczyć.

Z kolei Blair była w kolejce pierwsza. I, co za niespodzianka, naprawdę była Audrey 

Hepburn. Ta sama stylowa sukienka Givenchy, ten sam naszyjnik z pereł, taki sam francuski 

kok - dzięki niewielkiej pomocy treski - te same za duże okulary Chanel i czarne rękawiczki 

do łokci. Lord Marcus, ten czarujący przystojniak,  pomógł jej się ubrać i sam wpadł na 

pomysł, żeby spędzić noc w wynajętej limuzynie zaparkowanej przed Barneys, dzięki czemu 

znalazła się pierwsza w kolejce do przesłuchań. Oczywiście, nie mogli za bardzo poszaleć, bo 

bali się popsuć jej kostium, ale i tak przyjemnie było trzymać się za ręce na tylnym siedzeniu 

i rozmawiać o najbliższej przyszłości, kiedy to Blair zostanie gwiazdą Hollywood.

- Będę twoim biednym chłopakiem - zaproponował lord Marcus ze swoim uroczym, 

angielskim akcentem. - Będę cię wachlował wielkimi palmowymi liśćmi i mieszał ci koktajle.

Oczywiście, nie miał nic przeciwko porzuceniu miejsca na studiach podyplomowych 

w London School of Economics. które zaczynał  na jesieni. Dla Blair  zrobiłby wszystko. 

Wszystko!

- W każdym mieście na świecie będą dla mnie szyli najlepsi projektanci - marzyła 

Blair, podczas gdy w brzuchu nerwowo jej burczało. Chciała dostać te rolę tak bardzo, że nie 

jadła przez cały dzień, ale dochodziła już północ i umierała z głodu. - Albo może poproszę 

twojego wujka Oscara, żeby szył moje ubrania.

Sprzedawca hot dogów zbierał się na noc na rogu Sześćdziesiątej Pierwszej i Madison. 

background image

Czy lord Marcus byłby zniesmaczony, gdyby zjadła jednego, stojąc na krawężniku przed 

Barneys?

Nie byłaby gorsza od Audrey Hepburn zajadającej ciastku z papierowej torebki przed 

Tiffanym.

- Patrz, kochanie, kolacja! - zawołał lord Marcus, zauważając sprzedawcę i dosłownie 

czytając w myślach Blair. - Ty siedź spokojnie, a ja skoczę po coś do zjedzenia.

Kochanie. Mówił od niej kochanie i skakał dla niej po cos do zjedzenia!

Zjedli więc hot dogi z musztardą i dodatkami, popili piwem korzennym,  a potem 

drzemali, trzymając się za ręce, aż Blair otworzyła oczy i zobaczyła Serenę wyłaniającą się z 

porannej mgły w spranych dżinsach i bez makijażu. Wyskoczyła z samochodu i wsunęła na 

nos okulary Chanel. Niedoczekanie, żeby ta zdzira odebrała jej rolę.

Nie   wspominając   już   o   setkach   pozostałych   aspirujących   aktorek,   które   zaczęły 

schodzić się na przesłuchanie.

Dochodziła   już   prawie   ósma   i   przesłuchanie   miało   się   lada   chwila   zacząć.   Był 

niezwykle gorący i parny majowy poranek. Dwie dziewczyny na przedzie kolejki wachlowały 

się kartkami z kwestiami, które rozdawali asystenci Kena Mogula, Już dawno wykuły tekst na 

pamięć.

W końcu Serena nie wytrzymała.

- Boże, ale gorąco.

Blair nie zareagowała, więc Serena wyciągnęła rękę i dotknęła odkrytego ramienia 

przyjaciółki.

- Ten chłopak, z którym się spotykasz... wygląda na całkiem miłego - zaryzykowała 

niezręcznie.

Blair   żałowała,  że  nie  jest  wyższa,  bo  wtedy  mogłaby  spojrzeć  na  Serenę  z  góry 

niczym jastrząb, tak że tamta już nigdy w życiu nie śmiałaby się do niej odezwać. Niestety, 

była prawie piętnaście centymetrów niższa od byłej przyjaciółki, zwłaszcza teraz, gdy miała 

na sobie płaskie pantofle w stylu Holly Golightly.

Miała   już   na  końcu   języka   krótką   i   wyjątkowo   ciętą   odpowiedź,   gdy  zdała  sobie 

sprawę z czegoś, co wprawiło ją w osłupienie. Nie miała już nic przeciw temu, że Serena 

zabrała jej Nate'a. Ona sama miała przystojniejszą, wyższą, bardziej wyrafinowaną i lepiej 

urodzoną, brytyjską wersję Nate'a, i była  absolutnie szczęśliwa, piękne dzięki. Na dowód 

tego,   jak   dobrze   czuła   się   w   tym   nowym   układzie,   była   gotowa,   żeby   znowu   zostali 

przyjaciółmi - całą czwórką.

Przesunęła wielkie okulary Chanel na głowę i uśmiechnęła się promiennie do byłej 

background image

przyjaciółki.

- A może pójdziemy potem we czwórkę napić się czegoś w Yale Club? Mają tam 

świetne miejsce. Trochę jak bar hotelowy ze starego filmu. Spodoba ci się.

- Serio? - Serenę zatkało.

Zastanawiała się, czy nie śni. Czy Blair właśnie zaprosiła ją i Nate'a na drinka razem z 

nią i jej nowym chłopakiem.

- Przepraszam, że panie czekały. No dobrze, Blair Waldorf, proszę wejść - ogłosił 

krótko obcięty chudy chłopak około dwudziestki. Na karku miał pozostawione długie pasma 

włosów i nosił wyblakłe dżinsy Diesel, podwinięte do kolan.

Blair znów spuściła okulary na nos.

- Powodzenia - życzyła  jej słabym głosem Serena, nadal nie do końca pewna, czy 

rozmawiają ze sobą, czy nie.

Chłopak   poprowadził   Blair   przez   dział   z   kosmetykami   do   wind.   Bogu   dzięki   za 

klimatyzację! W soboty Barneys otwierano dopiero o dziesiątej, więc w sklepie panowała 

dziwna cisza. Blair spędzała tu tyle czasu, że trafiłaby do Freda z zawiązanymi oczami, ale to 

nie wystarczyło, żeby dostać rolę.

U Freda, słynna restauracja w Barneys, znajdowała się na dziewiątym piętrze. Długa i 

wąska, z oknami wychodzącymi z jednej strony na Madison Avenue i małym, nowoczesnym 

barem należała do tych knajpek, które wyglądają zaskakująco nieciekawie, zważywszy na to, 

jaką cieszą się popularnością. Ciekawą czyniła ją jej klientela - współczesne Holly Golightly i 

ich mieszkające  przy Park Avenue matki,  oraz dziennikarze.  Wszyscy ubrani u Chanel i 

Prady, sączyli wino z wodą i sałatki, zamartwiając się przy tym, że ktoś ich wyprzedzi po 

ostatnią parę kozaczków na szpilkach Costume National, które wypatrzyli po drodze.

Teraz jednak restauracja była pusta, nie licząc Kena Mogula i jego ekipy. Reżyser stał 

przy   barze   i   dawał   wskazówki   odnośnie   oświetlenia   stadku  blondynek   o   skandynawskiej 

urodzie, a jego wyłupiaste niebieskie oczy były czerwone ze zmęczenia. Nosił krótką rudawą 

brodę bez wąsów - to nigdy nie wygląda za dobrze - i kręcone rude włosy opadające do 

ramion.   Jego   skórzana   kurtka   w   stylu   łat   osiemdziesiątych   miała   wielkie,   zaokrąglone 

ramiona, a levisy były zdecydowanie za obcisłe, co też nie wyglądało za specjalnie. Blair 

nigdy wcześniej go nie widziała i myślała, że może być to ktoś z ekipy, dopóki się do niej nie 

odezwał.

- Cóż, z pewnością odpowiednio wyglądasz. - Wskazał jej barowy stołek z chromu i 

czarnej skóry.  - Ale to nie  jest  po prostu  remake,  rozumiesz.  Mam pewną swobodę.  Na 

przykład, Holly może nie mieć ciemnych włosów. I może być wyższa.

background image

To się nazywa dowartościować niewysoką brunetkę!

Wyszykowanie się zajęto jej trzy godziny, postanowiła więc zignorować tę obraźliwą 

uwagę. Złożyła kartkę, z której miała czytać i wsadziła ją do torebki, po części po to, by 

zaimponować Mogulowi znajomością tekstu, a po części po to, aby pokazać, że nie było 

łatwo jej zniechęcić. Usiadła na stołku i z wdziękiem baletnicy skrzyżowała nogi zupełnie jak 

Audrey Hepburn.

- Nie będę ci dawał żadnych wskazówek - stwierdził reżyser. - Po prostu rób swoje, 

okay? Więc... akcja!

Blair znalazła na Google'u tonę artykułów na temat Kena Mogula - jak to nazywał 

siebie „nie - reżyserem” i jak aktorzy nic cierpieli z nim pracować, bo tylko gapił się na ich, 

nie dając żadnych wskazówek. Pewnie myślał, że był szalenie awangardowy, czy cos takiego. 

Cóż, dla Blair nie miało to większego znaczenia. Nie potrzebowała żadnych wskazówek - ona 

była Audrey Hepburn i grała Holly Golightly dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Z   wąskiej,   czarnej,   satynowej   torebki   Chanel   wyciągnęła   papierosa   i   długą 

cygarniczkę z hebanu i masy perłowej, którą znalazła w sklepie z antykami na Rhode Island 

dwa łata temu.

- Jak   się   masz?   -   zamruczała   uroczo,   perfekcyjnie   naśladując   Audrey.   Zapaliła 

papierosa   i   wydmuchała   delikatny   obłok   dymu   nad   głową   reżysera.   Potem   na   jej   twarz 

wpłynął ten rozmarzony, nieobecny uśmiech, znak firmowy Audrey. - Czy to miejsce nie jest 

boskie? Czy to nie cudowne, obudzić się i wiedzieć, że to miejsce tu jest, codziennie? To mój 

raj.

Blair czekała na reakcję Kena Mogula. Tylko tyle dano jej do powiedzenia i zrobiła to 

perfekcyjnie, nawet jeśli była to wyłącznie jej opinia.

Ken Mogul zasłonił wyłupiaste niebieskie oczy ręką, a potem odsłonił je gwałtownie, 

jakby miał zaraz krzyknąć „a kuku!” Patrzył przez dłuższą chwilę na Blair, a potem wrzasnął:

- Następna!

Blair zsunęła się ze stołka i z wdziękiem wyszła z restauracji, gdzie przy windzie 

czekał już na nią lord Marcus. Objął ją silnymi, bezpiecznymi, arystokratycznymi ramionami.

- Byłaś olśniewająca - zapewnił ją. - Patrzyłem stąd.

Blair oparła policzek na jego piersi, nadal nie wychodząc z roli.

- Naprawdę uwielbiam to miejsce - powiedziała rozmarzonym głosem.

Drzwi windy otworzyły się i wyszli z niej Serena z Nate'em.

- Powodzenia! - zawołała Blair wspaniałomyślnie.

Zaciągnęła   się   jeszcze   raz   papierosem   i   rzuciła   Nate'owi   pogodny   uśmiech. 

background image

Odpowiedział jej słabym grymasem. Oczy miał lekko zaczerwienione, jakby płakał, albo - co 

bardzie   prawdopodobne  -  najarał  się   jak  rzadko.   Ale  Blair   stała   przy  tulona   do  swojego 

przystojnego brytyjskiego lorda i wcale jej to nie obchodziło.

Potem lord Marcus pocałował Blair w tył głowy, sprawiając, że dreszcz przebiegł jej 

po plecach. Tuż obok nich znajdowały się drzwi do damskiej toalety. Wzięła go za rękę i 

pociągnęła za sobą.

Nie ma nic lepszego niż odrobina dobrej zabawy przed śniadaniem.

background image

S może powtórzyć swoją kwestię dwa razy

Serena martwiła się, że powinna była  przebrać się jak pozostałe dziewczyny.  Czy 

reżyser nie uzna, że nie dość się stara, bo nie włożyła czarnej koktajlowej sukienki i pereł? 

Poza   tym   była   wysoką,   grubokościstą   blondynką   i   w   niczym   nie   przypominała   Audrey 

Hepburn. Właściwie, jak się nad tym teraz zastanawiała, w ogóle nie powinna była startować 

do tej roli.

Za późno.

- Och, Bogu dzięki! - wykrzyknął Ken Mogul na jej widok. - Lecimy. Akcja!

Serena nie zawracała sobie głowy sprawdzaniem  Kena Mogula w Internecie i nic 

wiedziała nic na temat jego stylu pracy. Ale wiedziała, co znaczy słowo „akcja”, więc kiedy 

je usłyszała, zrozumiała, że czas zacząć robić swoje.

- Jak   się   masz?   -   zaćwierkała   pogodnie,   wyciągając   rękę   do   wyimaginowanego 

barmana. Usiadła i zakręciła się na barowym stołku, chichocząc i kokieteryjnie wymachując 

noga mi, - Czy to miejsce nie jest boskie? Czy to nie cudowne, obudzić się i wiedzieć, że to 

miejsce tu jest, codziennie? To mój raj!

Ken Mogul znowu odstawił swoją dziwną zabawę z rękami. Zerknął na jedną z blond 

lasek z ekipy, zerwał z jej głowy parę lustrzanych okularów i rzucił je Serenie.

- Zrób to jeszcze raz, w okularach - polecił.

Serena zrobiła, jak kazał, zastanawiając się, czy to dobrze, czy źle, że Ken Mogul 

zamknął oczy,  kiedy zaczęła mówić. - Następna! - wrzasnął, odsyłając ją. Nate stał przy 

windach z mokrą chusteczką w pięści.

- Mama   przyprowadziła   mnie   tu,   żeby   mi   kupić   pierwszy   prawdziwy   garnitur   - 

powiedział. Zadrżała mu dolna warga. - Potem poszliśmy na lody i zabrała mnie do zoo w 

parku. Wszędzie pachniało orzeszkami ziemnymi.

- Och.   -   Serena   objęła   go   i   pocałowała   w   ucho.   -   Słuchaj,   wiem   chyba,   jak   cię 

rozweselić.

Po incydencie z viagrą we wtorek u Bergdorla. Serena myślała, że Nate będzie chętny 

zawsze i wszędzie. Skinęła głową w stronę damskiej toalety.

Nate zawahał się. Wypalił tylko maleńkiego skręta po przebudzeniu, a viagrę zostawił 

background image

w domu. Poza tym całe to płakanie naprawdę go wyczerpało. Nie miał nastroju.

Drzwi do toalety otworzyły się z rozmachem i wyszli stamtąd, trzymając się za ręce, 

Blair i jej jasnowłosy przystojniak.

- Jak się masz? - Blair machnęła przesadnie cygarniczką, powtarzając scenkę, którą 

przed chwilą odegrały obie dziewczyny. Zachichotała. - Napijecie się czegoś?

- Zdecydowanie - przytaknęła ochoczo Serena.

Co   prawda,   dochodziła   dopiero   dziesiąta   trzydzieści   rano   w   sobotę,   ale   przyszłe 

Audrey tego świata dobrze wiedziały, jak się bawić.

Lord Marcus przycisnął guzik windy i drzwi się otworzyły.

- Zaczekaj! - zawołała ubrana w czarną tunikę blondynka z ekipy Kena Mogula.

Serce Blair zabiło mocniej. Na pewno chcą jej zaproponować rolę i odesłać całą resztę 

do domu. Ale dziewczyna wpatrywała się w Serenę.

- Ups! - Serena zaczerwieniła się, zdejmując z głowy okulary i zwracając właścicielce. 

- Ale ze mnie kleptomanka!

Dziewczyna wzięła okulary, a potem wspięła się na palce i zaczęła szeptać Serenie do 

ucha. Blair  patrzyła  jak zaczarowana. Serena kiwała tylko  głową, słuchając w milczeniu. 

Potem dziewczyna odeszła, by dać okulary następnej Holly.

Blair przygryzła wargę prawie do krwi. Zżerała ją ciekawość, ale powstrzymała się od 

pytań, a Serena najwyraźniej postanowiła nic nie mówić. Myśl, że znowu rozmawiają ze sobą, 

była tak świeża, że żadna z nich nie chciała tego popsuć.

Poza tym, do tej pory lord Marcus widział Blair wyłącznie w jej najlepszym wydaniu. 

Nie mogła teraz odegrać sceny z Egzorcysty i wściec się na jego oczach, bo spakowałby się i 

wrócił do Wielkiej Brytanii szybciej, niż zdążyłaby powiedzieć: „A niech to diabli”.

Serena sięgnęła po dłoń Nate'a i ścisnęła ją podekscytowana. Z trudem udało jej się 

zachować sekret dla siebie.

- Chodźmy się powygłupiać.

- Otóż to! - zgodził się lord Marcus.

Blair nawet nie drgnęła, widząc jak Serena i Nate trzymają się za ręce. Zawsze chciała, 

żeby tworzyli czwórkę. Wtedy myślała, że to będzie ona z Nate'm i Serena z kimś jeszcze 

Spojrzała w śliczne, soczyście zielone oczy lorda Marcusa, a on pochylił się i pocałował ją 

czule w czubek nosa.

Nate nigdy nie lubił publicznie okazywać uczuć. Właściwie co ona w nim kiedyś 

widziała?

background image

chłopcy zawsze pozostaną chłopcami, a dziewczyny dziewczynami

- Słyszałem o tobie. Jesteś tym dzieciakiem, który zajmie moje miejsce w drużynie 

lacrosse'a w Yale. Wybaczcie, drogie panie. - Lord Marcus sięgnął nad Blair i Sereną, żeby 

uścisnąć Nate'owi dłoń na dość zatłoczonym tylnym siedzeniu taksówki, którą pędzili po Park 

Avenue. - Trenerka mówiła, że Jesteś prawdziwym szatanem.

Można to i tak ująć.

Nate miał nadzieję, że lord Marcus nie domyśli  się, że płakał. Teraz byłby dobry 

moment,   żeby   wziąć   następną   viagrę.   choćby   po   to.   żeby   podnieść   sobie   morale   i 

powstrzymać łzy, Gdyby nie te denerwujące efekty uboczne, brałby viagrę codziennie.

Co, że  niby nie  mieści mu się w  spodniach?  Przecież to  nie efekt  uboczny,  o to 

właśnie chodzi!

- Więc Yale to rzeczywiście taka trudna szkoła? - zapytał Nate. bo tylko to potrafił 

wymyślić.

Blair siedziała z głową na ramieniu lorda Marcusa i było w z tym tak wygodnie, że 

patrzenie na to wydawało się zarazem niepokojące i przyjemne. Jej ciemne włosy już trochę 

odrosły i były miękkie i lśniące. Nate prawie czul ich dotyk w dłoniach.

Błagam, tylko się nie rozpłacz.

- Nie tak trudna jak trenerka Heffner - zażartował Lord Marcus. - Opowiadała nam, 

jak dźgnęła cię widelcem, bo próbowałeś się do niej dostawiać.

Nate, który właściwie wyparł już ten drobny incydent z pamięci, wzdrygnął się na 

samo wspomnienie.

- Po prostu nie spodziewałem się takiej laski w roli trenera - przyznał.

- Wierz   mi,   nikt   z   nas   się   nie   spodziewał   -   odparł   lord   Marcus   ze   znaczącym 

uśmiechem.

Zapalił marlboro red, ale kiedy drobny, wysuszony kierowca machnął ze złością ręką, 

lord wyrzucił papierosa za okno.

- Zapalmy wszyscy i zobaczmy, co zrobi - szepnęła Serena, nadał czując lekki zawrót 

głowy.

Rozdała   wszystkim   merity   ultra   light   z   czarnej,   zamszowej   torby   z   frędzlami   od 

background image

Balenciagi, a lord Marcus podał ogień ze srebrnej zapalniczki od Tiffany'ego.

Kierowca zahamował z piskiem opon, kiedy tylko zauważył dym.

- Wysiadać z mojej taksówki! - wrzasnął, wznosząc gniew nie małą, drżącą pięść.

Jak  zawsze  uprzejmy,  lord  Marcus  zaczął  przepraszać,  udając,  że  nie  wiedział,  iż 

palenie w amerykańskich taksówkach jest zabronione. Ale ponieważ zdążyli już dojechać do 

rogu Park Avenue i Czterdziestej Siódmej, a Yale Club znajdowało się tuż za rogiem, i tak 

wysiedli.

Cóż   to   był   za   widok:   śliczna   brunetka   ubrana   dokładnie   jak   Audrey   Hepburn   w 

Śniadaniu   u   Tiffany'ego,  dwóch   przystojnych,   zielonookich,   grających   w   lacrosse'a   i 

porządnie   ubranych   chłopców   oraz   olśniewająca   blondynka   w   dżinsach.   Regulamin   Yale 

Club zabraniał noszenia spranych dżinsów, ale Serena wyglądała tak ślicznie, że nikt nie 

zwrócił na to uwagi. Gdy tylko weszli do oszczędnie umeblowanego, neoklasycystycznego 

holu, postarzali absolwenci w garniturach J. Press przerwali rozmowy o interesach i odłożyli 

komórki. Ach, mieć znowu siedemnaście lat i być bosko pięknym!

Tak jakby którykolwiek z nich był kiedyś bosko piękny.

Lord Marcus zabrał Nate'a do swojego apartamentu, żeby pokazać mu trofea zdobyte 

w lacrosie, które tylko Nate potrafił docenić, podczas gdy Blair i Serena usadowiły się w 

eleganckim barze ze złotym sufitem, wypolerowaną drewnianą podłogą i ciemną boazerią. 

Były   przyzwyczajone   do   takich   miejsc,   a   jednak   czuły   się   bardzo   dorosło,   siedząc   w 

prywatnym barze w sobotni ranek, zwłaszcza, gdy powinny siedzieć z nosami w książkach i 

zakuwać do końcowych egzaminów, które zaczynały się w poniedziałek.

- O czym zamierzasz mówić na rozdaniu dyplomów? - napytała Serena. - Będziesz 

cytować tę książkę, z której wszyscy korzystają?

Blair przewróciła oczami. Zdecydowanie nie będzie cytować niczego z tej książki. 

Och, miejsca, do których się udacie!

Barman w muszce najpierw przyniósł drinka Blair - martini z oliwką. Wzięła łyk, a 

potem wsunęła papierosa do cygarniczki. Miała z niej taką frajdę, że postanowiła jej używać 

aż do premiery Śniadania u Freda, kiedy to wszystkie dziewczyny zaczną ją naśladować.

Oto różnica między byciem trendy, a wyznaczaniem trendów.

- Właściwie to zamierzam napisać o tym. że należy dążyć do lego, czego się pragnie i 

zdobywać   to   -   oznajmiła,   wydmuchując   dym   nad   blond   czupryna   Sereny,   -   Nigdy   nie 

myślałam,   że   zdobędę   wszystko,   czego   zapragnę.   Ale   i   tak   próbowałam,   i   teraz   mam 

wszystko. Wszyściuteńko.

Serena pokiwała głową.

background image

- Wiem, co masz na myśli.  - Barman przyniósł jej drinka z dżinem. Wzięła kitka 

ostrożnych   łyków.   Zastanawiała   się,   czy   powinna   od   razu   powiedzieć   Blair,   że   kiedy 

asystentka Kena Mogula szeptała jej do ucha, prosiła, żeby Serena zjawiła się na drugim 

przesłuchaniu. Ale na razie sprawy z Blair układały się lak dobrze, że nie chciała tego psuć. 

Poza   tym,   nawet   jeśli   zaproponuje   jej   rolę,   nie   była   pewna,   czy   się   zgodzi.   Próbowali 

wymyślić coś innego do powiedzenia, coś na temat zdobywania tego, czego się pragnie. Choć 

Serena nigdy niczego tak naprawdę nie pragnęła, wszystko spadało jej z nieba.

- Jestem   taka   zakochana   w   Nacie   -   wypaliła.   Chciała   powiedzieć   to   z   taką   samą 

pogodą, z jaką wcześniej mówiła o ich nowych relacjach przyjaciółka.

Blair zapaliła papierosa. Jak łatwo byłoby niechcący podpalić długie ciemne rzęsy 

Sereny. Rozejrzała się po sali, zastanawiając się, czy warto dać się ponieść emocjom.

No, no, zastanawiała się? Czy to nie punkt zwrotny?

Blair uwielbiała salon w Yale Club. Złota farba i orientalne dywany sprawiały, że 

wydawał się wspaniały i ekskluzywny, a jednocześnie przytulniejszy i nie tak nadęty jak 

pozostałe sale w klubie. Było to idealne miejsce na upalny dzień. I pasowało jej do sukienki.

- Niedługo będziemy w Yale - pomyślała na głos. Dziewczyny spojrzały po sobie, 

próbując zdecydować, czy to dobrze, czy źle.

Serena zachichotała.

- Będziemy mogły wskoczyć w pociąg, zatrzymać się tutaj, a nasi rodzice nie będą 

nawet wiedzieli, że jesteśmy w mieście!

To brzmiało całkiem zabawnie.

- To byłoby rewelacyjne miejsce na imprezę - zauważyła Blair. Postanowiła być miła.

W tym samym momencie zamrugała, zastanawiając się, dlaczego wcześniej na to nie 

wpadła.   Oczywiście,   to   by   oznaczało,   że   pojawi   się   dużo   przypadkowych   gości   - 

absolwentów   z   innych   głupich   szkół,   o   których   istnieniu   nawet   nie   wiedziała   i 

przypadkowych dzieciaków, które myślały, że są w porządku, bo w przyszłym roku będą w 

ostatniej klasie. Ale przecież była mówczynią w Constance Billard. Było właściwie naturalne, 

że to ona powinna urządzić imprezę na zakończenie szkoły. Imprezę, jakiej jeszcze nie było.

Uścisnęła   Serenę   trochę   sztywno,   odsuwając   cygarniczkę   ledwie   na   tyle,   by   nie 

podpalić jej włosów.

- Zawsze   mamy   najlepsze   pomysły   -   mruknęła,   trochę   do   siebie,   trochę   do   starej 

przyjaciółki.

Serena uśmiechnęła się ochoczo, chociaż nie miała pojęcia, o czym Blair mówi.

- A nie? - zgodziła się.

background image

Nate wziął ze sobą trochę zwiniętych wcześniej skrętów. Rozłożyli się wygodnie z 

Marcusem  w   jego  apartamencie   ze  złoto  -  białą   tapetą  -  odkręcili  klimatyzację  na   fuli  i 

położyli się na plecach na wielkim łóżku przykrytym morelową narzutą. Poopalali i dzielili 

się sekretami na temat Blair.

Chłopcy są gorsi od dziewczyn.

- Cała się naburmuszą, gdy człowiek się do niej przystawia, a potem marudzi, jeśli się 

tego nie robi - narzekał Nate, kręcąc głową. - Nigdy tego nie rozumiałem.

- Ale   jeśli   dać   jej   do   zrozumienia,   że   nie   można   się   jej   oprzeć,   nie   będzie   robić 

problemów - zauważył lord Marcus. - To kluczowe.

Nate   spojrzał   na   starszego   chłopaka   przez   mgiełkę   dymu   z   trawki.   Znał   Blair 

praktycznie od urodzenia. Czy to możliwe, by ten chłopak, który dopiero co ją poznał, już ją 

rozgryzł? I czy to możliwe, że on, Nate, i Blair zupełnie do siebie nie pasowali? Może nie 

było im pisane być razem.

Nate nie potrafił dłużej o tym myśleć bez rozrzewniania się. Zaciągnął się więc raz 

jeszcze i pozwolił sobie odpłynąć.

- Zastanawiam się, czy nie poprosić Blair, żeby przyjechała do mnie, do Anglii, tego 

lata - rozmyślał na głos lorda Marcus. - Opowiedziałem o niej mojej rodzinie i bardzo chcą ją 

poznać.   Najwyraźniej   mój   ojciec   zna   jej   ojca,   a   moja   matka   już   nas   widzi   na   ślubnym 

kobiercu.

Nate   znowu   się   zaciągnął.   Nie   ma   powodu   się   denerwować.   Jego   umysł   był   jak 

satynowe powłoczki poduszek na łóżku lorda Marcusa - gładki i czysty.

Lord dopalił swojego skręta i wstał, gasząc go o podeszwę bursztynowego półbuta.

- Nasze damy będą się zastanawiać, gdzie się podzialiśmy. - Klepnął Nate’a w ramię. - 

Idziemy?

Nate wsparł się na łokciach i potrząsnął nieprzytomnie głową, niczym pies. Zabłąkana 

łza wypłynęła mu z kącika lewego oka i spłynęła po policzku. Starł ją ze złością, ale wtedy 

kolejna sturlała się z prawego kącika.

- Wszystko w porządku? - zapytał lord Marcus. - Chcesz jeszcze zaczekać?

Nate wzruszył ramionami, a jego dolna warga zadrżała.

Lord Marcus usiadł obok i objął go.

- Już dobrze - mruknął. - Nic złego się nie stało.

To nie była udawana gejowska afektacja, którą Nate i jego kumple lubili doprowadzać 

się nawzajem do szału. To był szczery gest. Jakby go przytulał starszy brat. Nate nigdy nie 

miał starszego brata, w ogóle nie miał rodzeństwa, a takiego uścisku właśnie potrzebował.

background image

Mon père habite en France dans le Loire. Il aime des autres hommes. Il est un fag! 

pisnęła Blair i obie z Serena zachichotały.

Qu'est - ce que vous faites, mes cheries?! - zawołał lord Marcus. gdy zbliżali się 

Nate'em.

- Ćwiczymy francuski. Do ustnego dla zaawansowanych. Mamy przez dziesięć minut 

opowiadać o rodzinie - wyjaśniła Blair. - Używając wszystkich czasów.

Serena przewróciła oczami.

- Tyle właśnie masz z chodzenia na zajęcia dla zaawansowanych. - Zmrużyła oczy, 

przyglądając się chłopcom badawczo. - Paliliście?

Nate uśmiechnął się nieśmiało.

- Odrobinę.

- Ty kretynie. - Serena złapała go i pocałowała w usta. Tryskała energią, bo znowu 

odzywały się do siebie z Blair.

Blair zupełnie nie przeszkadzało, że Serena i Nate całują się przy niej - nawet nie 

drgnęła.   Po   chwili   lord   Marcus   stał   już   za   nią   i   obejmował   zmysłowo   w   talii   -   takim 

mężowskim gestem dumnego posiadacza, o jakim Blair zawsze marzyła. Mrugnął do Sereny.

- Czy wiesz, że Serena znaczy po włosku „syrena”?

- Jasne. - Serena zachichotała i rzuciła Blair spojrzenie, które mówiło: „Skąd tyś go 

wytrzasnęła?”

Blair odpowiedziała chytrym uśmieszkiem, który mówił z kolei: „A nie mówiłam, że 

mam wszystko” oraz: „Trzymaj łapy z daleka, ty zdziro”.

Nate zlizał z ust Sereny waniliowy błyszczyk, a potem dopił resztkę jej drinka, ani na 

chwilę nie spuszczając z oczu idealnej, lekko opalonej stopy Blair. W jej lśniących, czarnych 

pantoflach było coś, co podniecało go jak diabli.

Dobrze, że zostawił viagrę w domu.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

NIE CAŁKIEM PRYWATNE PRZYJĘCIE W YALE CLUB

Jeśli nie byliście zaproszeni na sobotnie bachanalia w Yale Club, gdzie personel miał pełne ręce 

roboty, biegając na Grand Central po dodatkowe butelki Prosecco z Campbell Apartament i sernik z 

Junior's - spieszę donieść, że  w następny poniedziałek pewna przyszła  studentka  Yale wydaje  w 

klubie imprezę życia z okazji zakończenia szkoły. Do Yale Club mają wstęp wyłącznie członkowie, ale 

nie ma strachu. Tatuś gospodyni słono zapłacił klubowi, żeby drzwi pozostały otwarte przez całą noc 

dla wszystkich dobrze ubranych imprezowiczów, którzy chcą się porządnie zabawić. W ten sposób 

chce jej wynagrodzić swoją nieobecność na rozdaniu dyplomów. Och, czyż to niesłodkie.

Miejmy nadzieję, że nie zapomni też, że córeczka potrzebuje jakiegoś środka transportu, czegoś, żeby 

móc poruszać się w przyszłym roku po New Haven. Brum, brum.

DEPRESJA POŚNIADANIOWA

Ken Mogul jest albo strasznie wybredny, albo strasznie złośliwy. Albo jedno i drugie. Plotka głosi, że 

wezwał   tylko   cztery   dziewczyny   na   drugie   przesłuchanie   do   głównej   roli   w   swoim   nowym   filmie 

Śniadnie   u   Freda.   Inna   plotka   mówi,   że   obsadził   w   roli   Holly   Golightly   młodszą   siostrę   i   że 

przesłuchanie w sobotę było tylko dla statystów. Co za marnotrawienie talentów.

ZAARANŻOWANE MAŁŻEŃSTWO

Wszyscy słyszeliśmy, że brytyjscy arystokraci mają słabość do aranżowanych małżeństw. Oszczędza 

to   mnóstwa   kłopotów   i   wstydu,   kiedy   nie   trzeba   się   ukrywać   lub   martwić,   jak   przedstawić 

nieokrzesaną, źle ubraną dziewczynę mamie, która tak się składa - jest królową. Cóż, wedle moich 

źródeł, w Wielkiej Brytanii, pewien błękitnej krwi przystojniak, który niedawno ukończył Yale, a obecnie 

background image

mieszka   w   Yale   Club   w   Nowym   Jorku,   gdzie   załatwia   pewne   sprawy,   czytaj:   imprezuje,   został 

przyrzeczony   pewnej   równie   szlachetnie   urodzonej   Angielce,   kiedy   miał   raptem   dwa   lata.   Nie 

widziałam jej zdjęcia, ale sądząc po tym, z jakim zapałem rzucił się na naszą B, podejrzewam, że nie 

jest zbyt ładna i chłopak nie pali się do żeniaczki.

ZŁODZIEJ CENNEJ FIOLKI ZIDENTYFIKOWANY

Nie żebym chciała przynosić same złe nowiny, ale zaprzyjaźniony trener e - mailował do mnie ostatnio 

regularnie   -   hej,   kto   mu   dał   ten   link?!   -   i   okazuje   się,   że   złodziej   viagry   został  zidentyfikowany   i 

zostanie odpowiednio ukarany. Czy to znaczy, że on/ona nie dostanie dyplomu??

Wasze e – maile

P:

 Droga P!

Wiem, że nie powinienem był, ale tak jakby wsypałem mojego kumpla i teraz martwię się, że 

przeze mnie niw skończy szkoły. Ale myślałem, że lepiej on niż ja, rozumiesz?

Żenada

O:

 Drogi żenado

Taaak, to rzeczywiście niezła żenada. Ale przecież już to wiesz.

P.

P:

 Droga Plotkaro!

Chciałbym   cię   osobiście   zaprosić   na   przesłuchanie   do   mojego   nowego   filmu.   Masz 

nastawienie, jakiego szukam. Mam nadzieję, że prezencję również. Kiedy masz czas?

Mogs

O:

 Drogi mogs; Niezła ściema.

P.

Na celowniku

B, S, N lord M w niedzielę Cipriani Dolci naprzeciwko Yale Club piją krwawą mary na śniadanie. Ci 

to wiedzą, jak przygotować się do końcowych egzaminów! V z A w jego czerwonym saabie, udają, że 

nie   zauważyli,   iż   prawie   rozjechali  D  przechodzącego   przez   ulicę,   kiedy   jechali   na   film   do   kina 

Angelika. D  wracał właśnie od chińskich zielarzy przy Canal z woreczkiem czegoś, co reklamowali 

jako „Eliksir miłosny xxx”. Och,  jak perfidną intrygę snujemy.  J  w Gristedes przy Dziewięćdziesiątej 

Szóstej Zachodniej, kupuje samotnie litrową butelkę czerwonego wina z zakrętką i ogromną puszkę 

kawy rozpuszczalnej Folgers. Ubranie i ręce ma wymazane szarym cieniem do powiek, kawą i winem. 

Najwyraźniej bije od niej taka aura twórcza, że nie śmieli jej nawet wylegitymować.

background image

JESZCZE JEDEN TYDZIEŃ

To już ostatnia prosta, moi kochani. Poza egzaminami, które tak naprawdę są tylko nieprzyjemnym 

epizodem, szkoła właściwie już się skończyła. Powtarzajcie za mną: już tylko tydzień do rozdania 

dyplomów. Już tylko tydzień do rozdania dyplomów. Już tylko tydzień do rozdania dyplomów.

Powodzenia!!!!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

D pisze kolejną odę

Dan skończył egzamin z angielskiego dla zaawansowanych dwadzieścia minut przed 

czasem  i  zabrał   się do  pisania  mowy  na  zakończenie  szkoły  na ostatniej  stronie  zeszytu 

egzaminacyjnego. Tym razem postanowił zacytować fragment wiersza Roberta Frosta Droga 

niewybrana:

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną –

Reszta wzięła się z tego, ze to ją wybrałem

.

Słowa brzmiały jednak jakoś jałowo i wydawały mu się nadużywane, zwłaszcza w 

kontekście zakończenia szkoły. Poza tym ani on, ani żaden z jego kolegów nie wybierał mniej 

uczęszczanej drogi. Skończą szkołę i pójdą prosto do college'u. Potworny banał. Danowi 

nigdy, tak naprawdę, nie przyszło do głowy, że mogłoby być inaczej. Aż do teraz.

Od kilku dni walczył ze świadomością, że gdy nadejdzie jesień, Vanessa będzie w 

Nowym Jorku, a on w Olympii, w stanie Waszyngton - na drugim końcu kraju. Ta myśl była 

dla niego nie do zniesienia, mimo że nadal nie był pewien prawdziwych  uczuć Vanessy. 

Zwłaszcza po tym, jak szorstko odprawiła go tamtego wieczoru, gdy tylko zjawił się Aaron, a 

potem nie odzywała się przez cały weekend.

Ale może to on nie postawił sprawy jasno. Zawiadomił już tego stukniętego profesora, 

że nie spędzi lata w Olympii. Dlaczego nie pójść krok dalej i nie oświadczyć wszystkim w 

czasie rozdania dyplomów, że nie idzie do college'u, koniec kropka. To pokazałoby Vanessie 

i światu, jak daleko gotów był się posunąć w imię miłości. Wybierze mniej uczęszczaną 

drogę.

Odwrócił   kartkę   i   nabazgrał:  Oda   do   miłości,  wzorując   się   na   jednym  ze   swoich 

ulubionych poetów, Johnie Keatsie. Keats ciągle pisał ody:  Oda do Psyche. Oda do urny 

greckiej.   Oda   do   słownika,   Oda   na   melancholię,  ale   nigdy   nie   napisał  Ody   do   miłości. 

Dlaczego właśnie Dan nie miałby tego zrobić?

- Siedemnaście minut do końca - ogłosiła pani Solomon.

Dan   zerknął   na   napięte   plecy   kolegów   pochylonych   nad   ławkami.   Wściekle 

 tłum. S. Barańczak.

background image

wymachiwali długopisami, podczas gdy czarny zegar ścienny miarowo odmierzał czas. Dan 

wrócił   do   swojego   zeszytu.  Oda   do   miłości.  Oczywiście   jego   miłość   do   Vanessy   była 

doprawiona sporą dawką niegasnącego pożądania. Ale jak to przekazać, nie popadając w 

pornografię? W końcu ten wiersz miał być częścią mowy na zakończenie szkoły.

Mleczne, białe kule

Poduszki twego brzucha

Uda jak brzozy.

Fuuj, stop!

Przekreślił wszystko. Poduszki mego brzucha? Ohyda.

No właśnie.

A potem przypomniał kilka wersetów z Ody do urny greckiej:

Najszczęśliwsza miłości, błoga, o, tyś błoga!

Wiecznie młoda i piękna, wyciągasz ramiona

Zdyszana, nieznająca znużenia i skargi.

Nad namiętnością ludzką wysoka twa droga,

Nad nią, która wygasa, smutkiem przygnieciona,

Gdy nam spaliła, bólem i gorączką, wargi

.

Czy można było powiedzieć to lepiej?

Pewnie nie.

Dan   zaczął   szkicować   rysunek   przedstawiający   wieżę   ciśnień   na   dachu   domu 

Vanessy. ale żaden był z niego artysta i wieża bardziej przypominała gigantyczny żołądź. 

Gdyby tylko mógł skorzystać z telefonu w trakcie egzaminu. Zadzwoniłby do biura rekrutacji 

w Evergreen i dał im znać, że się nie zjawi.

Zamiast   tego   postanowił   poprawić   początek   mowy   na   ostatnich   kilku   stronicach 

zeszytu egzaminacyjnego.

Panie i panowie, dziękuję, za przybycie na uroczystość rozdania dyplomów w szkole średniej 

dla chłopców Riverside. Musicie być bardzo dumni ze  swoich synów. Tak dumni, że daliście im z  

okazji zakończenia nauki dokładnie to, czego chcieli. (Pauza na wybuchy śmiechu.)

Mam zaszczyt być w tym roku mówcą. Pozwolę wiec zacząć od odczytania fragmentu wiersza  

Roberta Frosta.

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną 

Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

Często cytuje się ten fragment w mowach na zakończenie szkoły Wiem, bo sprawdzałem w 

 tłum, Z. Kubiak.

background image

Google'u.  (Pauza   na   wybuchy   śmiechu.)  Cóż   za   ironia,   bo   ilu   z   nas   rzeczywiście   wybiera   mniej 

uczęszczaną   drogę?  (Pauza   na   niezręczną   ciszę).  Cóż,   ja   wybiorę.   A   oto,   jak   zamierzam   tego  

dokonać - pójdę za głosem serca...

Mały kuchenny minutnik w kształcie jajka, który przyniosła pani Solomon, zadzwonił 

na jej biurku.

- Proszę odłożyć ołówki - powiedziała.

Dan podniósł zamglony wzrok. Jak zwykle go poniosło.

- Nie skończyłeś, co? - zadrwił siedzący z lewej Chuck Bass.

W czasie egzaminów końcowych uczniowie ostatnich klas nie musieli przestrzegać 

regulaminu odnośnie stroju, więc Chuck postanowił włożyć jasnożółtą pociętą koszulkę bez 

rękawów Dolce & Gabbana, która jakimś cudem odsłaniała więcej, niż gdyby niczego nie 

włożył.

Dan spiorunował go wzrokiem. Czy można zginąć w czasie służby, będąc dopiero w 

szkole wojskowej? Dan miał nadzieję, że tak.

Pani Solomon podeszła, żeby zabrać ich zeszyty egzaminacyjne.

- Jakiś problem, panie Humphrey? - zapytała ostro, wypinając na niego kościstą pierś 

w brzydkiej sukience bez pleców w czarno - pomarańczowe pasy.

Dan zmarszczył czoło.

- Czy mogę wyrwać kilka ostatnich kartek z zeszytu? - zapytał bez większej nadziei.

Nauczycielka wzruszyła niestosownie odsłoniętymi ramionami.

- Proszę bardzo.

Dan wyrwał strony, zanim zdążyła zmienić zdanie, zaskoczony, że nie zachowała się 

jędzowato, jak zwykle. Może pani Solomon w końcu znalazła sobie chłopaka i była zbyt 

zajęta marzeniem o czekającym ją upalnym i zmysłowym lecie pełnym późnych poranków i 

gorącego seksu, żeby zawracać sobie głowę uprzykrzaniem Danowi życia.

Och, jakże sam marzył o długich porankach i gorącym seksie? A jest ktoś, kto nie 

marzy?!

background image

kto się oprze artystce z kroniki towarzyskiej?

Biologia   była   ostatnim   egzaminem   Jenny.   Nie   spała   całą   noc,   zakuwając.   Jądro 

komórkowe, pierwotniaki, osmoza znała wszystko. Odpowiadała na pytania automatycznie, 

wypełniając   luki   bez   zastanowienia   i   sprawiając,   że   pozostałe   koleżanki   były   zielone   z 

zazdrości.   Osmoza   to   proces,   w   którym   pewne   cechy   przenikały   do   innych   organizmów 

przez, sam fakt bliskości. Cóż, skoro to działa na małe organizmy, to czemu i nie w ich 

przypadku? Trzymały się blisko Jenny przez cały rok, a jednak nie zrobiły się ani trochę 

mądrzejsze.

Ani ich piersi większe.

Podoba mi się twoja fryzura

nabazgrała na szarym blacie ławki Jessiki Soames Kim 

Swanson. 

Możesz zobaczyć odpowiedź Jenny na pyt. 21?

Kim   Swanson   była   najbardziej   zadbaną   dziewczyną   w   dziewiątej   klasie.   Od 

dziewiątego roku życia nosiła blond pasemka w naturalnie jasnobrązowych włosach i zawsze 

miała   idealnie   wyprasowaną   białą   koszule   Agnes   B.,   którą   nosiła   do   szarej,   plisowanej 

spódniczki od mundurka. Dziewczyny plotkowały, że nawet bieliznę ma wyprasowaną. Nigdy 

nie wychodziła z domu bez pełnego makijażu, srebrno - złotej bransoletki w formie łańcuszka 

od Cartiera i raczej sporych wkrętek brylantami. Tyle czasu poświęcała na pielęgnację, że 

ledwo miała czas na naukę.

Poczekaj

odpisała Jessica.

Jessica była klasową zdzirą. począwszy od czwartej klasy, kiedy dostała miesiączki. 

Szczyty osiągnęła w szóstej, gdy straciła dziewictwo. Miała też największe piersi - dopóki 

Jenny nie rozkwitła w siódmej klasie, przeskakując ją o całe trzy miseczki, Jessica rzuciła 

dyskretne spojrzenie na ławkę na prawo od niej, próbując odczytać odpowiedź w arkuszu 

Jenny. Tamta skończyła już jednak pisać i teraz zabijała czas, kaligrafując na pustej stronie.

Frajerka

wypisała eleganckimi zakrętasami. Jessica starała się nie brać tego osobiście.

Prawda była taka, że Jenny pisała o sobie. Z samego rana w poniedziałek wysiała 

kurierem do Waverly trzy doskonałe portrety, wszystkie zagruntowane i oprawione. Teraz był 

czwartek i nadal nie było  żadnych  wieści z biura rekrutacji. Zaczął się pierwszy tydzień 

czerwca. Wrzesień był za trzy miesiące, a ona nie znalazła jeszcze szkoły. Powoli ogarniała ją 

background image

desperacja.

Nim przystąpiły do egzaminu. Elise przypomniała Jenny, że w Waverly też pewnie 

kończą rok szkolny i nie zajrzą do jej paczki, dopóki nie wypuszczą z dyplomami najstarszej 

klasy.   Ale   Jenny   nie   chciała   o   tym   słyszeć.   Najwyraźniej   straciła   szansę   na   szkołę   z 

internatem. Pozostały jej tylko  dwa wyjścia. Mogła pójść do szkoły publicznej albo zdać 

celująco egzaminy, a potem błagać panią M. żeby pozwoliła jej zostać w Constance. Mogłaby 

powtórzyć dziewiątą klasę, zapracować na reputację absolutnego kujona, nosić grube szkła w 

szylkretowej   oprawce   i   spódnice   do   kostek.   Żadnych   więcej   wzmianek   w   rubryce   z 

ploteczkami, ryzykownych rozkładówek, randek z gwiazdami rocka, roznegliżowanych fotek 

w Internecie.

Och. Ale przecież to właśnie czyniło Jenny wyjątkową.

Poza tym, już teraz była piątkową uczennicą. Jak mogła to przebić?

Jenny doszła do wniosku, że być może oceny i jej nowe obrazy nie wystarczyły. Może 

powinna wysłać do Waverly numer „W”, w którym wystąpiła jako modelka razem z Sereną 

van der Woodsen, i zdjęcie z kroniki towarzyskiej, na którym całuje gitarzystę Raves przed 

hotelem Plaza?

A   może   przy   okazji   wysłać   im   też   pukiel   włosów?   Albo   jeden   z   jej   ogromnych 

wzmacnianych staników Bali?

Kim Swanson zachichotała dyskretnie, pisząc coś na Sawce Jessiki Soames. Jenny 

odłożyła ołówek i oparła czoło na przedramieniu, a jej ciemne włosy rozsypały się kaskadą 

loczków   na   ławce.   Gdyby   wysłała   do   Waverly   „W”   i   wycinek   ze   zdjęciem,   stałaby   się 

głównym tematem rozmów, zanim jeszcze pojawiłaby się w szkole. Był to na pewno jakiś 

sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale wtedy wszyscy mieliby o niej z góry wyrobione 

zdanie i może Jenny nigdy nie udało by się go zmienić. Lepiej samej zapracować na reputację 

i zwrócić na siebie uwagę, gdy już się tam pojawi.

Tymczasem   czekało   ją   dziwaczne   Lato   w   Pradze   w   towarzystwie   matki.   Miała 

uczęszczać na słynne czeskie warsztaty artystyczne, na co zgodziła się w trakcie Paschy po 

jednym kieliszku wina za dużo. Tata przypomniał jej o tym w zeszłym tygodniu. Wtedy miała 

jeszcze przed sobą perspektywę pójścia na jesieni do szkoły z internatem, ale teraz nie była 

już tego taka pewna.

- Raz,   dwa,   trzy,   słuchajcie   matoły,   już   za   cztery   dni   koniec   szkoły!   -   wrzasnęła 

wesoło grupka dziewczyn z ostatniej klasy na korytarzu przed pracownią biologiczną. Kiedy 

zabrzmiał dzwonek, koleżanki Jenny wyrzuciły ołówki w powietrze, zaczęły się obejmować i 

podpisywać księgi pamiątkowe Elise podeszła nawet do Kim Swanson z prośbą o podpis, 

background image

chociaż pogardzała nią od czasu, kiedy Kim rozpuściła obrzydliwą plotkę, że Elise urodziła 

się zdeformowana i w wieku dwóch lata miała usuwany garb z pleców.

Summertime - zaczęta nucić wytrenowanym w klubach falsetem Roni Chang - and 

the living is easy!

Jenny żałowała,  że nie  podziela ich  radości. W końcu  był  to jej  ostatni  egzamin. 

Skończyła rok! A teraz czekały ją trzy długie, letnie miesiące w Europie i możliwościom nie 

było   końca.   Jednak   z   jakiegoś   powodu   nie   miała   ochoty   na   wznoszenie   okrzyków   i 

podpisywanie roczników pamiątkowych, chociaż kaligrafowała piękniej od pozostałych.

Teraz rozumiała, jak musiały się czuć uczennice ostatnich klas zimą, gdy czekały na 

wieści z college'ów. Zrobiła wszystko, co w jej mocy. Teraz jej los leżał w rękach innych.

background image

ściąganie przez wzgląd na dawne czasy

Blair   i   Serena   siedziały   obok   siebie   przy   długim,   czarnym   stole   w   pracowni 

chemicznej na swoim ostatnim egzaminie. Uczennice z zajęć z chemii dla zaawansowanych 

siedziały   miedzy   koleżankami   ze   zwykłych   zajęć   i   pisały   inny   egzamin,   więc   fakt,   że 

dziewczyny prawie trącały się łokciami nie powinien mieć żadnego znaczenia. W Constance 

Billard lubiano myśleć, że ich uczennice są ponad ściąganie, ale prawda była taka, że zrzynały 

gdzie się tylko dało. Blair i Serena nie stanowiły wyjątku.

Jakie będzie  stężenie molowe roztworu, jeśli rozpuścimy 5,827 NaCI w objętości  100 ml? 

Serena nabazgrała pytanie na wewnętrznej stronie przedramienia. Ziewnęła i przeciągnęła się, 

pozwalając, aby ręka opadła na zeszyt egzaminacyjny Blair.

n = 5,827 g/ 58,4425

n = 0,09970 moli NaCl

M = 0,09970 moli/0,1 l

M = 0,9970

Blair na bazgrała odpowiedź na wewnętrznej stronie okład ki zeszytu. 

Co wkładasz w 

poniedziałek?,

 dopisała obok.

Czemu w poniedziałek?,

 odpisała Serena, nim przepisała odpowiedź do zadania. Czyżby 

Blair dowiedziała się, że Serenę wezwano na drugie przesłuchanie?

Koniec roku, zapomniałaś?!

 - odpisała pospiesznie Blair.

Serena zagapiła się na odpowiedź Blair. To takie typowe dla niej - nie zorientować się 

we   własnej   pomyłce.   Drugie   przesłuchanie   odbywało   się   w   poniedziałek,   tak   samo   jak 

rozdanie dyplomów. Mieli się zjawić jej rodzice. Erik, jej brat, przełożył wyjazd na narty do 

Nowej Zelandii ze swoją obecną dziewczyną, Liesl, by móc być na uroczystości. No i Blair 

miała wygłosić mowę.

Ups.

Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz

napisała Blair, nim przeleciała przez dwie następne 

strony egzaminu.

Serena patrzyła na przyjaciółkę z podziwem. Blair absolutnie zasługiwała na studia w 

Yale. Jeśli chodzi o testy była geniuszem. Słońce wpadało przez okna pracowni chemicznej u 

background image

jakiś ptak ćwierkał wesoło. Serena westchnęła i zaczęła bazgrać swoje imię w rogu trzeciej 

strony dziewięciostronicowego zeszytu egzaminacyjnego.

Serena van der Woodsen. Śniadanie u Freda, w roli głównej Serena van der Woodsen

.

Zwykle nie marzyła o takich rzeczach, ale to była jej pierwsza szansa, żeby zagrać w 

prawdziwym filmie. Trudno nie pragnąć czegoś takiego, chociaż troszkę.

Blair pochyliła się nad ostatnią stroną egzaminu, pospiesznie wypisując odpowiedzi, a 

potem zaczęła sprawdzać całość. Kiedy już z zadowoleniem stwierdziła, że wszystko jest w 

porządku, zerknęła na pilnującą ich nauczycielkę. Pani Crandall puszysta kobieta z czerwoną 

twarzą - zajęta była piłowaniem paznokci, pomalowanych na straszliwy ciemny beż. Jej palce 

wyglądały jak świńskie racice zanurzone w formaldehydzie, na których dziewczęta musiały 

zrobić sekcję w dziewiątej klasie na zajęciach z biologii. Blair odsunęła swój zeszyt i sięgnęła 

po książeczkę Sereny.

- Hej... - zaczęła protestować Serena.

- Ćśśś - szepnęła Blair i zaczęła odpowiadać na pytania.

Serena narysowała uśmiechniętą buźkę na stronie, nad którą Blair pracowała. Zupełnie 

jak za dawnych dobrych czasów. Z tym wyjątkiem, że teraz to ona była z Nate'em, a Blair 

spotykała się z nowym, angielskim przystojniakiem. Zmarszczyła brwi. A teraz zamierzała 

opuścić rozdanie dyplomów, przez co Blair znowu ją znienawidzi.

No cóż.

background image

za dużo chłopców, za dużo wyborów, za mało czasu

Vanessa nie wyjmowała z szafy sukienki Morgane Le Fay, którą kupiła jej Blair, aż do 

niedzieli   wieczór   poprzedzającej   zakończenie   szkoły.   W   mieszkaniu   było   ciemno   i   była 

całkiem sama. Rozebrała się do bielizny w czarno - białe prążki i wsunęła sukienkę przez 

ogoloną głowę. Potem podeszła do dużego lustra na drzwiach sypialni, żeby się przejrzeć.

Sukienka   była   piękniejsza   niż   jakakolwiek   rzecz   w   garderobie   Vanessy,   Miała 

satynowy gorset z głębokim dekoltem w szpic, asymetryczne wykończenie dołu i obniżoną 

talię, w stylu lat dwudziestych, która wyglądała lepiej, niż Vanessa się spodziewała. Wróciła 

do szafy i wyjęła buty. Miały taki sam rozmiar stopy, więc Blair zostawiła jej białe sandały na 

koturnie Michaela Korsa, które idealnie pasowały do sukienki. Znalazła też dla Vanessy parę 

świetnych, siateczkowych rękawiczek w jakimś komisie na Upper East Side, bo należało do 

tradycji Constance Billard, by dziewczęta w czasie uroczystości nosiły białe rękawiczki.

Sęk   w   tym,   że   Vanessa   nie   zamierzała   się   pojawić   na   ceremonii.   Aaron   miał 

przyjechać   po   nią   o   dziesiątej   rano   swoim   stylowym,   czerwonym   saabem   900S, 

wyładowanym  ziołowy mi papierosami, chrupkami sojowymi,  suszonymi  strączkami soi i 

brzoskwiniową icc - tca, i zabrać na seksapadę po kraju. Jej rodzice byli w Santa Fe, w 

Nowym Meksyku i brali udział w jakiś hipisowskim happeningu, Z kolei jej starsza siostra 

Ruby, była nadal w trasie i siedziała gdzieś w Finlandii, Polsce albo Laponii, zdobywając 

nowych fanów dla swojej kapeli SugarDaddy. Nikogo z jej rodziny nie będzie obchodziło 

jeśli Vanessa nie pojawi się na zakończeniu szkoły. Dyplom przyślą jej pocztą, a sukienkę 

będzie można zwrócić. Nic wielkiego.

Jasne. To dlaczego ci nie wierzymy.

Przy drzwiach wejściowych rozległo się jakieś drapanie. Vanessa wyszła ze swojego 

pokoju.   Gdy   zapalała   światło   w   salonie,   ktoś   wsunął   pod   drzwiami   kartkę.   Rozpoznała 

bazgroły Dana, zanim jeszcze przyklękła, by podnieść liścik.

Nie dam rady jutro na rozdaniu dyplomów, jeśli cię jeszcze raz nie zobaczę. Jestem na górze.

D.

Nie, znowu!

Nie zdejmując sukienki ani butów, Vanessa poczłapała na górę. Dochodziła dziewiąta 

w łagodny, czerwcowy wieczór, ale było jeszcze całkiem widno. Samochody kursowały po 

background image

moście   w   tę   i   z   powrotem,   a   na   Broadwayu   rozdźwięczał   się   chór   alarmów 

przeciwpożarowych.   Lampa   oliwna   kołysała   się   na   stalowej   ramie   podtrzymującej   wieżę 

ciśnień, pod którą w pozycji lotosu, siedział nagi Dan z grubą książką otwartą na kolanach.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała ostro Vanessa.

Dan spojrzał na nią. Jego rozkochaną twarz oświetlał blask lampy. Cały jaśniał od 

światła i absolutnego uwielbienia dla Vanessy.

- Wow - mruknął cicho. - Ślicznie wyglądasz. Prawie tak... - Urwał z zakłopotaniem.

- Jak?   -   Vanessa   skrzyżowała   ręce   na   piersi.   Gdyby   nie   byli   z   Danem   starymi 

przyjaciółmi, pewnie bardziej by się wkurzyła jego dziwacznym zakradaniem się i nagością. 

Ale Dan to Dan - potrafiła zdobyć się tylko na lekką irytację.

- Wyglądasz tak, jak wyobrażałem sobie ciebie na naszym ślubie - wypalił niepewnie.

Że co proszę?

Vanessa doszła do wniosku, że najlepiej będzie kompletnie zignorować to, co przed 

chwilą usłyszała.

- To ma coś wspólnego z jutrzejszą mową? - Wskazała na książkę.

- Co?   -   Dan   spojrzał   w   dół,   jakby   zapomniał,   że   ma   coś   na   kolanach.   -   Tak.   W 

pewnym sensie. Właściwie, to nie bardzo. Zamknął książkę i podniósł do góry, odsłaniając 

swoją męskość w całej okazałości. - Nazywa się Seksualna sztuka rozkoszy. Znalazłem ją w 

księgarni.

Vanessa skinęła bezwiednie głową, jakby właśnie jej powiedział, że będzie później 

padać.

- Jest tu fragment o wspólnej medytacji. Robi się to do momentu aż obie strony są. no, 

gotowe. Sting może to robić praktycznie godzinami, chociaż jest przecież starszym gościem. I 

właśnie tak to robi.

Jakbyśmy naprawdę chcieli wiedzieć.

Vanessa studiowała go. Na ten swój dziwaczny, wychudzony sposób Dan był uroczy. 

Miała jednak nadzieję, że nie zobaczy go już przed wyjazdem, bo chciała umknąć tłumaczeń. 

Jak   to   kocha   jego,   ale   że   obiecała   Aaronowi.   Że   spotykanie   się   z   dwoma   facetami 

jednocześnie było strasznie ekscytujące, ale musiało się kiedyś skończyć. Tak naprawdę, nie 

była nawet pewna swoich uczuć, tak długo starała się o tym nie myśleć.

Dan odłożył książkę i wyciągnął dłoń.

- Moglibyśmy też po prostu się pocałować - zasugerował z czułością, która sprawiła, 

że Vanessa ucieszyła się, że jest już nagi.

Podeszła i przyklękła przed nim, ostrożnie unosząc sukienkę, żeby nie dotykała ziemi.

background image

- Tylko uważaj na sukienkę - ostrzegła.

To mogła być jedyna okazja, żeby ją ponosić, ale nie zamierzała mu o tym mówić.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

widzicie, jakie to proste?

Udało   nam   się!   Gdybyśmy   teraz   potrafiły   tylko   zdecydować,   którą   z   siedmiu   sukienek   kupić   na 

zakończenie roku u Bergdorfa, albo Bendela w Barneys. Nie będzie łatwo, bo: a) po tym jak w czasie 

sesji egzaminacyjnej opijałyśmy się hektolitrami kawy i opychałyśmy się do późna pizzą, nie wiemy, 

czy przytyłyśmy czy może schudłyśmy; b) nie cierpimy podejmować decyzji; c) biel to nowy róż.

A przynajmniej lepiej, żeby tak było.

OSTATNIEJ NOCY WYŁADOWANO CAŁY STATEK EUROPEJSKICH SAMOCHODÓW

Mogłabym pisać dla „Wall Street Journal”, co nie? Gdybyście ostatniej nocy znaleźli się w pobliżu Park 

Avenue, tak jak ja, zobaczylibyście kolumnę eleganckich czarnych wozów wjeżdżających do pewnego 

garażu na Upper East Side. Wygląda na to, że kilkoro z nas dostanie to, o co prosiło, tyle że... Tatusiu, 

miał być różowy!

WIEDZA, ŻE ŚCIĄGAŁAŚ

Do tej, która ściągała na końcowych egzaminach - wiemy, o kim mowa i twoi nauczyciele też wiedzą. 

Widzieliśmy, że skończyłaś wcześniej i resztę czasu spędziłaś na robieniu notatek i gwiazdorskich min 

- SM Przymknęli oko tylko dlatego, że chcą się ciebie pozbyć. Zupełnie mnie przerasta, dla czego w 

ogóle zawracają sobie głowy tymi egzaminami.

Lekarstwo na nerwy przed rozdaniem dyplomów

Po pierwsze, nie ma się czym denerwować. Musimy tylko olśniewająco wyglądać i odebrać dyplomy. 

Ale i tak się stresu jemy. Może dlatego, że będą na nas patrzyli rodzice. A może dlatego, że nie mamy 

pojęcia, co będzie potem. Pamiętacie, jak szkolna pielęgniarka zawsze zalecała to samo, niezależnie 

od tego, co wam dolegało? Łyknij krople żołądkowe. Przepłucz gardło słoną wodą. No więc ja też 

background image

mam pewien patent. Szampan i chłopak. Zażyj raz, a potem powtarzaj co piętnaście mi nut aż do 

ustąpienia objawów.

Szczęśliwego zakończenia szkoły! Do zobaczenia na imprezie po!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

po dyplomy marsz!

Przed   kościołem   na   rogu   Park   Avenue   i   Dziewięćdziesiątej   Drugiej   z   czarnych 

limuzyn wysypywały się kobiety w toaletach od Chanel i mężczyźni  oraz chłopcy ubrani 

przez   Ralpha   Laurenu.   Wszyscy   oni   wchodzili   do   Brick   Church,   by   być   świadkami 

Wręczenia dyplomów w Constance Billard ich córkom i siostrom. Był przyjemny czerwcowy 

poranek   i   delikatna   bryza   szeleściła   w   dzikich   jabłonkach,   rosnących   po   obu   stronach 

chodnika, które rozrzucały po alei płatki i śliczne zielone liście. Urokliwy kościół z czerwonej 

cegły z masywnymi  białymi  kolumnami  i porastającym  go ładnie przyciętym  bluszczem, 

wyglądał jak z obrazka. Właściwie to całe Upper East Side wyglądało dzisiaj wyjątkowo 

malowniczo, przesiąknięte słońcem i zapachem kwitnących jabłoni. Ale dzisiaj przecież był 

koniec szkoły.

Hurrra!

Matka Isabel, Titi Coates, z takim zapałem wyciągała chirurgicznie poprawioną szyję, 

żeby przyjrzeć się elegancko Ubranej publiczności, że jeszcze chwila, a poodpadałyby jej 

guziki w jaskraworóżowej sukience ze złotymi detalami od Versace.

- Słyszałam, że Harold Waldorf przyleci z Paryża ze swoim smakowitym, francuskim 

chłopakiem, żeby zobaczyć Blair przy wręczeniu dyplomów - szepnęła do Lillian van der 

Woodsen, która siedziała obok niej w ławce. - Kazał też sprowadzić w częściach czerwony 

kabriolet Peugeot razem z francuskim mechanikiem, który go dla niej poskłada.

Pani van der Woodsen pokręciła głową. Lubiła plotki, ale tylko te nieszkodliwe - na 

temat psów należących do rożnych osób albo wyników znajomych w golfie.

Nieszkodliwe plotki? A jaki to by miało sens?

- Harold   Waldorf   jest   w   Bordeaux,   na   aukcji   win   -   poprawiła   tandetnie   ubraną 

sąsiadkę   uprzejmym   szeptem,   wygładzając   liliową,   jedwabną   spódnice   do   połowy   łydki, 

prostego ale prześlicznego kostiumu Yves Saint Laurenta. - Wiem to na pewno, ponieważ mój 

drogi przyjaciel licytuje tam dla nas kilka butelek burgunda. Nic mi jednak nie wiadomo na 

temat samochodu.

Nieopodal   w   zakrystii,   dziewczyny   ustawiły   się   według   wzrostu   i   z   niepokojem 

oczekiwały pierwszych akordów marszu Pomp and Circumstance. Kali Farkas i Isabel Coates 

background image

były najniższe. Miały na sobie takie same białe pantofle na płaskim obcasie od Ferragamo i 

sukienki   z   koronkowymi   kokardami   z   tyłu   i   małymi   pomponami   zwisającymi   wzdłuż 

rękawów, w których wyglądały jak druhny. Tak bardzo chciały stać obok siebie w szeregu, że 

przeprowadziły ankietę wśród dziewczyn  w klasie, pytając je o wysokość  obcasów, jakie 

zamierzały mieć na uroczystości. Nawet wiecznie nosząca martensy Vanessa powiedziała, że 

będzie   miała   koturny,   zdecydowały   więc,   że   najlepszym   rozwiązaniem   będą   pantofle   na 

płaskim obcasie A teraz nie dość, że stały obok siebie i miały takie same stroje, to jeszcze 

były pierwsze!

Hurrra!

Na swoich sześciocentymetrowych szpilkach od Manolo z białej koziej skórki. Blair 

wylądowała   gdzieś   pośrodku.   Jej   kostium   z   białej   satyny   od   Oscara   de   la   Renty   był 

nienagannie skrojony. Żakiet wcinał się wokół jej drobniutkiej talii i perfekcyjnie podkreślał 

wspaniałe ramiona. Żadna z dziewczyn nie była na tyle pomysłowa ani nie miała takiego 

wyczucia   stylu,   żeby   chociaż   pomyśleć   o   włożeniu   kostiumu,   nie   wspominając   już   o 

dodatkach - połyskliwej koralowej szmince Chanel, którą Blair kupiła specjalnie na tę okazję 

i prostych perłowych kolczykach. Nauczyła się mowy na pamięć i teraz ciągle powtarzała ją 

w myślach, kołysząc się na stopach, żeby pobudzić krążenie i zwiększyć przypływ adrenaliny.

Panie   i   panowie,   dziękuję   za   przybycie.   Dziękuję   również   uczennicom   ostatniej   klasy   za 

wybranie mnie na mówczynię. Pewnie wiecie, że niektóre z nas są razem od przedszkola. Razem  

uczyłyśmy się czytać. Razem traciłyśmy mleczaki. Razem kombinowałyśmy jak zdobyć w stołówce  

najwięcej herbatników. W miarę upływu  lat, wspólnie nauczyłyśmy  się nie załamywać pod presją.  

Teraz czeka nas college, a my nadal się przyjaźnimy. Jak mogłoby być inaczej?

Jest coś jeszcze,  czego nauczyłam się w Constance, a czym chciałabym się dziś z wami  

podzielić. Wiedzą, jak zdobywać to, czego się pragnie...

Czy ktoś widział Serenę? - zapytała głośno Nicki Buton, przyglądając się w lusterku 

swoim brązowym oczom i obciągając fajniutką sukienkę z obniżoną talią. - Uwierzycie, że 

kupiłam to w butiku z dziecięcą odzieżą? - zapytała po raz dziesiąty, na wypadek gdyby ktoś 

jeszcze nie zauważył, jaka jest drobna i chuda.

- A co z Vanessą? - dodała Laura Salmon, biorąc wdech i próbując zasznurować nie 

do końca stosowny gorset sukienki od Alexandra McQueena.

- Można by się spodziewać, że chociaż raz postarają się nic spóźnić - wtrąciła Rain 

Hoftstetler, pomagając Laurze w sznurowaniu i jednocześnie starając się nie wpaść na nikogo 

w swojej niewyobrażalnie falbaniastej sukience od Christiana Lacroix.

Blair   rozejrzała   się   wokół.   Tak   pochłonęło   ją   powtarzanie   mowy.   że   nawet   nie 

zauważyła braku Vanessy i Sereny.

background image

No właśnie.

- Prawie wpół do jedenastej - rzuciła pospiesznie pani McLean, klaszcząc w pulchne, 

piegowate dłonie, żeby przy wołać dziewczyny do porządku. - Musimy zacząć bez nich.

Blair obracała rubinowy pierścionek na palcu lewej dłoni Serena i Vanessa nie zjawią 

się na rozdaniu dyplomów? Prze gapią jej mowę! Gdzie one, do cholery, są?!

Pani Weeds, kędzierzawa hipiska i nauczycielka muzyki, zagrała pierwsze akordy na 

organach. Jej tłuste łopatki zatrzęsły się w sukience bez ramiączek Laury Ashley.

- Dobrze, dziewczęta, zaczynamy! - zawołała podekscytowana pani McLean. - Wasz 

ostatni wielki występ w roli uczennic Constance. - Wyrzuciła piegowatą pięść w powie trze, 

tak że jej czerwono - biało - niebieski żakiet napiął się do granic możliwości. - Więc zróbcie 

to, jak należy! - dodała, wyglądając jeszcze bardziej homo niż zwykle.

- Och   -   sapnęła   widownia,   gdy   dziewczęta   zaczęły   wchodzić   do   głównej   nawy 

kościoła przystrojonej liliami.

Wyglądały jak skrzyżowanie modelek i panien młodych do wynajęcia.

Eleanor Waldorf siedziała między Cyrusem Rose - jej mężem od niespełna roku - i 

Tylerem, dwunastoletnim bratem Blair. Eleanor była jedyną kobietą na sali, która miała na 

sobie gołębioszary kapelusz Philipa Treaey'ego z szerokim rondem i prawdziwymi gołębimi 

piórami.

Co ona sobie właściwie wyobrażała - że jest w Anglii.

Cyrus Rose miał na sobie wyjątkowo brzydki, dwurzędowy garnitur Hugo Bossa w 

kolorze awokado i kołysał na kolanach Yale, sześciotygodniową siostrzyczkę Blair. Mała 

miała na sobie kilt Burberry,  który Blair kupiła jeszcze zanim Yale się urodziła, i biały, 

ażurowy trykocik, który Blair zamówiła dla niej z Oeuf, dziecięcego butiku w Paryżu. Tyler 

wyglądał   na   skacowanego.   Ale   Blair   nie   widziała   go   od   tak   dawna,   że   może   po   prostu 

zapomniała, jak wygląda, chociaż był jej bratem. Aaron w ogóle się nie zjawił.

Ciekawe czemu.

Kiedy Blair doszła do ich ławki, Eleanor skoczyła na równe nogi i posłała jej całusa, 

strzelając   zdjęcia   ze   swojej   różowej   nokii.   Łzy   popłynęły   jej   po   wymalowanych   różem 

policzkach.

- Jesteśmy z ciebie tacy dumni - zachwyciła się odrobinę za głośno.

W dalszych ławkach Blair spostrzegła panią van der Woodsen, która rozpromieniła się 

na   jej   widok   z   dumą,   jakby   to   była   Jej   własna   córka.   Blair   przepraszająco   wzruszyła 

ramionami, chociaż była całkiem pewna, że mama Sereny nie zdaje sobie uprawy, że brakuje 

jej latorośli. Biedni państwo van der Woodsenowie. Zjawił się nawet Erik, przystojny brat 

background image

Sereny, student Brown, z którym Blair prawie straciła cnotę w czasie ferii wiosennych.

Blair nigdy nie poznała rodziców Vanessy, ale przyjaciółka całkiem dokładnie ich 

opisała.   Jednak   na   widowni   nie   było   nikogo   siwego   ani   ubranego   w   niestosownym, 

hipisowskim stylu. Postanowiła patrzeć na kasztanowy kucyk dziewczyny przed nią - była to 

akurat Rain Hoffstetter, której Blair nie cierpiała. Teraz musiała tylko wygłosić mowę, którą 

wykuła na blachę, tak że mogłaby ją recytować przez sen, a potem Odebrać dyplom. Później 

urządzi   najlepszą   imprezę   w   historii   szkoły,   będą   się   kochać   z   Marcusem,   przejadą   się 

powozem po Central Parku, on poprosi ją o rękę... Rozmarzone oczy Blair zamgliły się nieco, 

tak że nadepnęła na falbaniastą sukienkę Rain. prawie przewracając koleżankę.

Skup się, skup się!

Jedna za drugą dziewczęta wypełniły trzy pierwsze rzędy ławek. W sumie trzydzieści 

cztery, nie licząc dwóch nieobecnych. Pani McLean stała przy pulpicie, czekając, aż będzie 

mogła zwrócić się od odchodzącego rocznika i ich rodzin. Blair miała wygłosić mowę zaraz, 

potem, a później kilka słów miał powiedzieć gość specjalny, Ciocia Lynn - starsza pani, która 

założyła organizację dla skautek czy coś takiego. Ciocia Lynn czekała już w chodziku w 

pierwszym rzędzie, ubrana w sraczkowaty dres i z aparatem słuchowym w każdym uchu. 

Wyglądała   na   przysypiającą   i   znudzoną.   Po   jej   przemowie   -   albo   po   tym   jak   straci 

przytomność lub umrze, zależy co będzie pierwsze - pani McLean wręczy dyplomy.

Pani Weeds przebrnęła przez ostatnie akordy marszu.

- Pomódlmy się - zarządziła poważnie pani McLean i pochyliła głowę.

Dyrektorka stała się głęboko religijna, po tym jak jej mąż, Randall. zginął w wypadku 

podczas   wyprawy   na   ryby   przy   archipelagu   Florida   Keys.   Przynajmniej   tak   mówiły 

dziewczyny.   Opowiadały   też   o   dziewczynie   pani   McLean,   Vondzie,   która   mieszkała   w 

domku na wsi w Woodstock i jeździła traktorem. Pani McLean miała wytatuowane Dosiądź 

mnie, Vonda  na wewnętrznej stronie uda. Krążyły nawet plotki, wedle których Vonda była 

kiedyś Randallem, ale żadna z dziewczyn nie miała pewności.

- Słyszałam, że Serena i Nate uciekli na Mustique. Dlatego jej nie ma - szepnęła Rain 

do Laury. - Sukienkę na rozdanie dyplomów włożyła jako ślubną. Pamiętasz jak widziałyśmy 

ją przymierzającą welon u Very Wang? - dodała znacząco.

- A ja słyszałam, że Vanessa jest w ciąży - odparła Laura. - Pewnie jest w Vermont z 

rodzicami i próbują cos zaradzić. Ale i tak dostanie dyplom.

Blair   bezskutecznie   starała   się  nie   słuchać,   ale   oczywiście   umierała   z   ciekawości, 

gdzie   podziały   się   Serena   i   Vanessa.   Czy   Vanessa   wyjechała   gdzieś   z   Aaronem?   Albo 

Danem? Czy Serena i Nate naprawdę uciekli? To był taki zwariowany dzień i czas w ich 

background image

życiu, że nie bardzo wiedziała, w co wierzyć.

- A teraz mam przyjemność zaprosić Blair Waldorf, naszą mówczynię - ogłosiła pani 

McLean. - Skinęła ufarbowaną na kasztanowo głową i zeszła z podium, robiąc miejsce dla 

uczennicy.

Blair   wstała,   wygładziła   elegancką   plisowaną   spódniczkę   z  satyny   i   z   gracją 

przestąpiła nad wyciągniętymi stopami koleżanek, obutymi w podobne do siebie spiczaste, 

białe pantofle, coraz bardziej rozzłoszczona dochodzącymi ja pomrukami i poszeptywaniami.

- Serena na pewno nie pójdzie w przyszłym roku do Yale.

- Vanessa jest w L. A. Nie słyszałaś? Kręci film z Bradem Pittem.

Blair wspięła się na podium - była chodzącym ideałem w swoim skrojonym na miarę 

satynowym  kostiumie, z gładkim i lśniącym  bobem, błękitnymi  oczami, długimi rzęsami, 

ikrzącymi   się   koralowymi   ustami   i   w   prześlicznych   białych   szpileczkach.   Odchrząknęła, 

próbując oderwać uwagę dziewcząt od wielkich nieobecnych.

- Dziękuję - zaczęła. - Na wstępie chciałabym pogratulować mojej klasie. Udało nam 

się! - krzyknęła z przesadną radością.

Ale żadna z jej cholernych koleżanek nawet na nią nie spojrzała.

Kogo to obchodzi? Kogo to obchodzi? Kogo to obchodzi? Kończyła dziś szkolę, miała 

niesamowitego chłopaka, który, tak się składa, był angielskim lordem, a na jesieni szła do 

Yale. Tylko to się liczy, powiedziała sobie, kontynuując  mowę. I to, że prezentowała się 

naprawdę   rewelacyjnie   w   eleganckim   kostiumie   Oscara   de   la   Renty,   podczas   gdy   reszta 

dziewczyn wyglądała jak na chrzcie w swoich białych, falbaniastych sukienkach.

- Teraz czeka nas college, a my nadal się przyjaźnimy - stwierdziła z determinacją 

Blair.

Aha, akurat.

background image

och, miejsca do których się udacie - lub nie

Tam, da da da, tam, tam...

W szkole Świętego Judy nie zawracali sobie głowy wynajmowaniem kościoła lub 

ustawianiem chłopców według wzrostu. Zorganizowano skromną, poważną uroczystość w 

sali gimnastycznej, złożono chłopcom najlepsze życzenia i wysłano w dalszą drogę. Zwykle 

przestronna sala wyglądała na mniejszą, gdy wypełniły ją składane krzesła, matki w żakietach 

od Chanel i lnianych spódnicach przed kolano, oraz ojcowie w letnich garniturach z szarej 

flanelki od Brooks Brothers. Nate czekał na ten dzień od zawsze, więc dla uczczenia okazji, 

on i jego koledzy ujarali się wcześniej w domu Charliego. Potem włożyli bordowe szkolne 

krawaty i granatowe wełniane marynarki, z głupimi mosiężnymi guzikami, których już nigdy 

więcej nie będą musieli wkładać i poszli.

Nate zerknął przez ramię na rodziców, którzy siedzieli sztywno w szóstym rzędzie po 

drugiej   stronie   przejścia.   Kapitan   Archibald   wyłowił   go  wzrokiem   i   ze   złością   zamachał 

programem,   wskazując   palcem   na   listę   uczniów.   Szpakowate   brwi   miał   zmarszczone   w 

gniewie.

Nate podniósł egzemplarz, który upadł mu między jasnobrązowe zamszowe buty - i 

zaczął   przeglądać,   żeby   zorientować   się,   o   co   chodzi   ojcu.   Nazwiska   czterdziestu   trzech 

chłopców wydrukowano elegancko granatowym tuszem w dwóch zwięzłych kolumnach. Przy 

pierwszym nazwisku znajdowała się gwiazdka, a na samym dole strony, tuż obok podobnej 

gwiazdki znajdowała się adnotacja: „dyplom wstrzymany”. Nate zmrużył oczy, myśląc, że 

może to jego kompletnie ujarany mózg piata mu figle, ale wszystko się zgadzało. Obok jego 

nazwiska   znajdowała   się   gwiazdka.  

NATHANIEL   FITZWIL   LIAM   ARCHIBALD

*

.   DYPLOM 

WSTRZYMANY.

Ok...

Ojciec Mark, niegdyś pastor, który był dyrektorem Szkoły Świętego Judy od bez mała 

sześćdziesięciu lat, zgarbił się nad pulpitem podium, które ustawiono na przedzie sali i z 

drżącymi rękami zaczął odczytywać nazwiska chłopców. Nate oczywiście był pierwszy.

- Nathaniel Fitzwilliam Archibald!

Nate wstał i ruszył w kierunku podium, wbijając wzrok w czarne i niebieskie linie 

wyznaczające pola gry do kosza i ho keja halowego.

background image

- Gratulacje, stary - szepnęło sarkastycznie paru chłopaków.

Nate poczuł, jak kark pali go ze wstydu. Obok jego nazwiska umieszczono gwiazdkę.

Ojciec Mark wręczył mu obwolutę ze sztucznej, granatowej skóry i uścisnął rękę, 

jakby nigdy nic. Nate obrócił się i ruszył z powrotem na swoje miejsce, prawie wpadając na 

tunera Michalesa, który stał w przejściu w tej swojej cholernej, czerwonej wiatrówce. Złapał 

Nate'a za rękaw i nachylił mu się do ucha:

- Wiem, gdzie cię szukać, chłopcze.

Potem poklepał go szorstko po ramieniu i puścił.

- Och, czy to nie słodkie - rozczuliła  się jedna  z matek, biorąc  groźbę trenera za 

gratulacje.

Nate wrócił na miejsce zlany potem. Nic mógł złapać tchu.

- Anthony Arthur Avuldsen! - wychrypiał stary dyrektor, niecierpliwie wymachując 

granatową obwolutą z dyplomem Anthony'go nad łysą głową.

Anthony   przełazi   nad   odzianymi   w   spodnie   khaki   kolanami   Nate'a,   siląc   się   na 

skupienie. Był kompletnie ujarany. Nate poklepał przyjaciela po umięśnionych plecach.

- Udało ci się - mruknął słabo, czując znajome dławienie w gardle i wzbierające łzy.

- Charles Cameron Dern! - wychrypiał  ojciec Mark. - Stary - mruknął Charlie  do 

Nate'a, gdy przeciskał się obok - co jest z tą gwiazdką?

Nate był za bardzo zbity z tropu, żeby płakać. Siedział bez czucia, odrętwiały po 

trawie. Wściekłe spojrzenie ojca wypalało mu dziurę w plecach, a koledzy odbierali dyplomy. 

Granatowa, skórzana obwoluta leżała zamknięta na jego kolanach. Uchylił ją odrobinę. Tak 

jak przypuszczał, była pusta.

O kurczę.

Dokładnie za plecami ojca Marka znajdowały się czarne, metalowe drzwi z białym 

napisem   Sekcja  Wychowania  Fizycznego.   Nate  gapił   się  na  nie,  mrugając  w  zamyśleniu 

błyszczącymi zielonymi oczami. Czy ta gwiazdka miała coś wspólnego z viagrą trenera?

W końcu zaczął łapać!

background image

D przydałoby się trochę więcej miłości

- Podsumowując - komu potrzebny jest college? A przynajmniej już teraz? Mam całe 

życie, żeby zdobyć wykształcenie.  Jak napisał kiedyś John Lennon w piosence Beatlesów 

Love is all you need. Trzeba ci tylko miłości.

Dan   przyjrzał   się   słuchaczom,   gdy   skończył   przemawiać   i   stał   za   drewnianym 

pulpitem na scenie. Mało oficjalne rozdanie dyplomów w szkole średniej Riverside odbywało 

się   w   szkolnej   auli   i   przypominało   trochę   kiepskie   przedstawienia,   które   kółko   teatralne 

wystawiało   dwa   razy   do   roku.   Za   jego   plecami,   na   składanych   krzesełkach   siedziało 

czterdziestu jeden kolegów, wszyscy z ustami rozdziawionymi ze zdziwienia i szoku. Nawet 

Larry, ich opiekun, który zawsze starał się robić za równiachę, chichotał nerwowo, zerkając 

na trzydzieści rzędów pedagogów, rodziców i krewnych, którzy siedzieli w szarych kinowych 

fotelach poniżej i zastanawiając się jak im wytłumaczyć, że przemowa Dana to jeszcze jeden 

głupawy dowcip, jakie często wycinali z chłopcami.

W   ostatnim   rzędzie,   z   nisko   spuszczoną   głową   siedział   Rufus.   Kędzierzawe, 

szpakowate   włosy   związał   odświętną   pomarańczową   wstążką   zdjętą   z   butelki   szampana 

Veuve Cliequot, którego kupił, aby mogli go wypić po uroczystości. Jenny trzymała ojca za 

rękę. Podniosła smutne brązowe oczy i odszukała spojrzenie Dana ponad rzędami głów. „Ty 

dupku, jak mogłeś to zrobić naszemu kochanemu, poczciwemu tacie?”, wydawało się mówić 

jej spojrzenie. „Na wypadek, gdybyś zapomniał - wykształcenie jest dla niego wszystkim”.

Dan pozostał na scenie, aby odebrać nagrodę imienia E. B. White'a, którą Riverside 

przyznawało za wybitne osiągnięcia literackie.

- Gratulacje,   synu.   -   Doktor   Nesbitt,   sepleniący   młody   dyrektor   o   wyglądzie 

rosyjskiego łyżwiarza figurowego, wręczył Danowi rulon pergaminu i uścisnął dłoń, podczas 

gdy fotograf robił zdjęcia.

Doktor   Nesbitt   był   ojcem   jednego   z   młodszych   uczniów   i   od   półtora   roku   pełnił 

funkcję dyrektora szkoły. Objął ją po panu Coobiem, który został usunięty po tym, jak sam 

uparł się nauczać wychowania seksualnego w piątej klasie, zamiast zatrudnić fachowca.

Kiedy   Dan   przyjmował   nagrodę   i   wracał   na   miejsce,   towarzyszyły   mu   wątłe   i 

sporadyczne   oklaski.   Po   takiej   mowie   trudno   się   było   dziwić.   Nie   słuchać   nauczycieli? 

background image

Pozwolić,” aby nauczycielem była miłość i iść za głosem serca? Trzeba ci tylko miłości?

Że co proszę??!

- A teraz czas na dyplomy - ogłosił doktor Nesbitt i widownia z zapałem poruszyła się 

w fotelach.

Żaden   z chłopców  nie  miał  nazwiska  zaczynającego   się  na A,   więc  pierwszy był 

Chuck Bass. Cały ubrany był w kremowy len, łącznie z szytymi na miarę butami od Hogana. 

Nawet   podeszwy   miał   z   kremowej   gumy.   Z   przylizanymi   ciemnymi   włosami   i   opaloną, 

przystojną   twarzą   prezentował   się   całkiem   nieźle   -   jak   hollywoodzki   gwiazdor   z   lat 

czterdziestych. Chuck wsunął pod pachę schowany w obwolutę z brązowej skóry dyplom, 

wyciągnął z kieszeni marynarki kubańskie cygaro i włożył je sobie do ust.

Już miał się obrócić i zejść ze sceny, gdy doktor Nesbitt wyrwał mu cygaro, wytarł o 

spodnie i włożył do ust.

- Muszę mieć co zagryzać, żeby przebrnąć przez te wszystkie nazwiska - zażartował 

do mikrofonu, a rodzice ryknęli w odpowiedzi śmiechem.

Doktor Nesbitt stał się tak lubiany, odkąd przyjął rolę dyrektora, że chwilowo musiał 

zamknąć   swoją   praktykę   psychiatryczną,   ponieważ   szkoła   nie   potrafiła   znaleźć   następcy, 

który cieszyłby się podobną sympatią.

- Świetna mowa. palancie - syknął Chuck, potykając się o stopy Dana, gdy wracał na 

miejsce. - Idź za głosem serca? Czy to znaczy, że uciekniemy razem do Vegas zaraz po 

uroczystości?

Dan oparł się nagłej pokusie przyłożenia Chuckowi mokasynem w podbrzusze. Nie 

pomyślał wcześniej, jak jego słowa mogą odebrać inni. Wiedział tylko, że pisał je z głębi 

serca, z myślą o tylko jednej osobie, Vanessie.

- Dobra robota - zadrwił Zeke Freedman, kiedy przechodził obok Dana w drodze na 

scenę.

Zeke i Dan byli najlepszymi kumplami, dopóki Vanessa nie została jego dziewczyną i 

Dan zapomniał o wszystkim i wszystkich poza nią. Zeke był maniakiem komputerowym i 

niesamowicie cieszył się z faktu, że dostał się do MIT

. Nie trudno więc było zgadnąć, że 

przemowa Dana raczej go nic zachwyciła.

Dan zerknął znowu na swoją rodzinę. Jenny obejmowali teraz ojca, którego ramiona 

drżały od szlochu. Inni rodzice myśleli pewnie, że Rufus łka ze wzruszenia, ale Dan wiedział 

lepiej. Może powinien ostrzec tale i powiedzieć wcześniej, że nie wybiera się do Evergreen w 

  Massachusetts Institute of Technology - jedna z najsłynniejszych i najbardziej prestiżowych uczelni 

technicznych w USA (przyp. tłum.).

background image

przyszłym roku.

Może.

- Daniel Jonah Humphrey - zawołał doktor Nesbitt.

Dan poruszył się niespokojnie na krześle. Czy nie dość czasu spędził już na scenie? Po 

chwili zerwał się z trzeciego miejsca, złapał dyplom z rąk dyrektora i popędził z powrotem, 

jakby   bał   się,   że   koledzy   mogą   go   obrzucić   pomidorami.   Jenny   myślała,   że   rozdanie 

dyplomów Dana będzie względnie bezbolesne i nudne. Nie miała nawet nie przeciwko, kiedy 

tata przełożył jej odlot do Pragi z wczoraj na jutro rano, żeby mogła być na rozdaniu. Dan 

odebrałby   dyplom,   podczas   gdy   ona   i   Rufus   szeptaliby   do   siebie,   przeszkadzając   jego 

nudnym kolegom z klasy. Potem poszliby na chińskie żarcie do ulubionej knajpy Dana na 

Broadwayu,   a   później   zaciągnęłaby   brata   na   imprezę   do   Blair   Waldorf,   która   podobno 

zapraszała wszystkich do Yale Club. Jenny zdecydowanie nie zamierzała przegapić takiej 

okazji.

Zamiast lego jej rodzina była w stanie rozkładu, a ona okropnie się martwiła.

Przestali być dla siebie mili z Danem po tym, jak Jenny spędziła noc w apartamencie 

w hotelu Plaza z członkami Raves, a później - tego samego dnia, kiedy wylali Dana - nagrała 

z nimi piosenkę. W domu Dan zachowywał się bez zarzutu. Był publikowanym autorem i 

piątkowym   uczniem.   Miał   do   wyboru   kilka   college'ów   -   Brown,   Columbię,   NYU

  

Evergreen.   Ojciec   nieustannie   chwalił   się   osiągnięciami   syna.   Jenny   była   jeszcze   lepszą 

uczennicą, ale odkąd pani McLean poprosiła, aby nie wracała do Constance w przyszłym 

roku, czuła się jak rozwydrzona siostrzyczka Dana. Fakt, że nadopiekuńczy Rufus zgodził się 

na szkołę  z internatem,  mówił  wszystko  - Dan był tym  dobrym dzieciakiem,  a ona tym 

niegrzecznym.

Ale   teraz   proszę:   trzymała   tatę   za   rękę   i   udawała,   że   jest   całkiem   spokojna   i 

zrównoważona,  podczas gdy sama zastanawiała się, co zrobi ze sobą w  przyszłym  roku. 

Gdyby tylko  mogła pójść do Evergreen zamiast Dana. Podobno to uczelnia dla artystów, 

pewnie dobrze by sobie tam radziła.

Bardzo szkoda, że nie mają tam dziesiątej klasy.

 NYU - New York Univeisity - Uniwersytet Nowojorski (przyp. tłum.).

background image

A czyta w V jak w otwartej księdze

Chociaż bezwstydnie go zdradzała, a pomysł włóczęgi po kraju nie wydawał się jej 

najlepszym   sposobem   spędzenia   czasu,   Vanessa   była   gotowa,   kiedy   Aaron   podjechał 

czerwonym   saabem.   Po   prostu   nie   mogła   go   zawieść.   Gdyby   to   zrobiła,   musiałaby 

opowiedzieć   mu   o   swoim   wyjątkowo   odrażającym   zachowaniu,   a   nie   potrafiłaby,   bo 

naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego zachowała się w ten sposób. Może po prostu była...

Szurnięta?

- Już schodzę! - zawołała, gdy zadzwonił z dołu.

- Nie, wpuść mnie, wchodzę na górę - odparł.

Vanessa powinna się była domyślić”, że coś się stało, gdy wszedł i nie pocałował jej 

na powitanie. Na dole, Mookie, wielki, brązowo - biały bokser Aarona, szczekał z zapałem 

przez otwarty szyberdach saaba.

Aaron   nosił   zielone   paciorki   w   krótkich   szorstkich   włosach.   Nagle   Vanessa 

zauważyła, że zdążyły mu już odrosnąć prawie trzycentymetrowe dredy. Kiedy to się stało?

- Bogu dzięki, że Blair też ma dzisiaj rozdanie dyplomów - stwierdził. - Mój ojciec nie 

miał   nic   przeciwko,   żeby   iść   na   jej   zakończenie   zamiast   na   moje.   -   Poklepał   się   po 

kieszeniach krótkich bojówek. - Hm... - zaczął, rozglądając się nerwowo po pokoju. - Hej, 

ładna sukienka!

Sukienka Morgane Le Fay wisiała na szafie w salonie.

Vanessa wzruszyła ramionami.

- Zwracam ją.

Aaron podszedł do szafy, zdjął wieszak z drążka i zakręcił nim, żeby lepiej przyjrzeć 

się sukience.

- Włóż ją - zasugerował.

Pokręciła głową.

- Już ją parę razy przymierzałam. Poza rozdaniem dyplomów i tak nie będę miała 

gdzie jej nosić.

Aaron nadal trzymał sukienkę.

- Słuchaj - zaczął - jakoś myślę, że to nic jest najlepszy pomysł, żebyś ze mną jechała. 

background image

Przede wszystkim Mookie zajął prawie cale wolne miejsce w samochodzie. Poza tym... tak 

jakby wiem, że od jakiegoś czasu ty i Dan... spotykacie się Często.

Tak jakby.

Vanessa skrzyżowała ręce na piersi. Nagle poczuła się trochę za duża, za głupia, za... 

sama nie bardzo wiedziała, co. Wiedział'? Ale przecież byli z Danem tacy dyskretni.

Uważasz, że uprawianie seksu na dachu w biały dzień jest dyskretne?!

- Przepraszam. - Tylko tyle zdołała wydusić.

Nic więcej nie przychodziło jej do głowy.

- W porządku. Ale powinnaś była mi powiedzieć, kiedy próbowałem ci to dać. - Aaron 

wyciągnął tandetny srebrny pierścionek ze złączonymi sercami. - Znalazłem to w szufladzie z 

łyżkami.

Nie   wyglądał   na   specjalnie   rozgniewanego,   przez   co   Vanessa   poczuła   się   jeszcze 

gorzej. Najwyraźniej poświęcała mu tak mało uwagi, że miał czas wszystko sobie przemyśleć 

i przeboleć. Ale poza tym, że czuła się potwornie, ogromnie jej ulżyło.

Aaron znowu zakręcił sukienką.

- Myślę też, że wcale nie chcesz odpuszczać sobie rozdania dyplomów. Uwielbiasz te 

dziewczyny - dodał delikatnie, co zabrzmiało tylko trochę gejowsko.

- Taaak - zgodziła się sarkastycznie, ale znowu poczuła ulgę.

Będzie mogła włożyć sukienkę, chociaż niby nie cierpiała bieli. Będzie mogła usiąść 

obok Blair i nabijać się z pani M i w końcu skończyć szkolę. A potem całą klasa pójdą się 

upić, chociaż niby wszystkie tak się nienawidzą.

No dobra, może trochę lubiła te dziewczyny.

Aaron zamachał jej sukienką przed nosem.

- Wiesz, że chcesz.

Vanessa parsknęła i wyrwała mu sukienkę, obejmując go przy okazji.

- Nie myśl sobie, że uda ci się uciec bez buziaka na pożegnanie. Nie wiem, kiedy cię 

znowu zobaczę.

Pocałowała go szybko w usta, a potem przycisnęła czoło do jego ciepłego, znajomego 

ramienia. Cała była kłębkiem nerwów. Zrywała z chłopakiem, miała odebrać dyplom i iść na 

szaloną imprezę. A potem jeszcze czekały na nią całe cztery lata na NYU i żadnych więcej 

głupich mundurków!

Hurra! Ale czy o kimś nie zapomniała?

Vanessa przebrała się przy Aaronie. Skoro zerwali, czuła się prawie tak, jakby byli 

rodzeństwem. Nadal go kochała i pewnie zawsze tak będzie, ale w miłości piękne jest to, że 

background image

się rozwija.

Miejmy nadzieję, że będzie o tym pamiętać.

- I jak? - zapytała, obracając się w sandałach Blair.

Aaron wzdrygnął się. jakby samo patrzenie na nią, gdy była tak niesamowicie piękna, 

bolało. Wyciągnął rękę.

- Chodź, W radiu mówili, że w metrze są straszne tłumy. Odwiozę cię.

Och. Jak to jest, że chłopcy robią się o wiele słodsi, gdy już z nimi zerwiemy?

background image

kim jest ta dziewczyna?

- I   dlatego   właśnie   stoję   tu   dziś   przed   wami   w   szpilkach   z   limitowanej   kolekcji 

Manolo Blahnika i szytym na miarę kostiumie Oscara de la Renty - oznajmiła z pobłażliwym 

uśmiechem Blair na zakończenie mowy. - Nie pozwólcie, aby ktokolwiek wmówił wam, że 

trzeba być zadowolonym z tego, co się ma. Zawsze jest więcej do zdobycia i nie ma powodu, 

abyście nie miały tego mieć.

Wszyscy w kościele zachowali uprzejme milczenie, jakby nie byli do końca pewni, 

czy skończyła już mówić, czy nie.

Nie żeby ktoś specjalnie jej słuchał.

- Czy to naprawdę ona? - szepnęła do Isabel Coates Kati Farkas.

Wyciągnęły   szyje   ponad   głowami   koleżanek,   żeby   przyjrzeć   się   Vanessie,   która 

właśnie pojawiła się w jednym z bocznych wejść. Miała zaróżowioną, promienną twarz, a jej 

suknia   była   olśniewająco   biała.   Miała   też   wspaniałe   sandały   na   klinie,   u   jej   drobne, 

siateczkowe rękawiczki były  po prostu zachwycające.  Tak bardzo różniła się od swojego 

normalnego, pochmurnego i ciemnego wizerunku, że trudno ją było rozpoznać.

- Taaak,   właściwie   wygląda   całkiem...   dobrze   -   przyznała   z   niechęcią   Isabel.   - 

Oczywiście,   to   Blair   wybrała   jej   sukienkę.   Inaczej   pewnie   przyszłaby   owinięta   w   białe 

prześcieradło.

Vanessa rzeczywiście miała taki pomysł, ale w sukience Morgane Le Fay wyglądała o 

niebo lepiej.

- To wszystko - ogłosiła tymczasem Blair.

Rozejrzała się za panią M i wtedy zauważyła Vanessę. W pierwszej chwili zmrużyła z 

wyrzutem oczy, żeby pokazać, jaka była wściekła z powodu jej spóźnienia. Ale zaraz potem 

uniosła do góry oba kciuki, dając przyjaciółce do zrozumienia, że wygląda niesamowicie. 

Widownia zdobyła się na słabe oklaski, gdy Blair wracała na miejsce.

- Dziękujemy ci, Blair. - Pani M wróciła na podwyższenie. - A teraz chwila, na którą 

wszyscy czekaliśmy. Mam wielką przyjemność wręczyć wam dyplomy. Vanesso Marigolu 

Abrams, nie szukaj miejsca. Jesteś pierwsza. - Posłała Vanessie jeden ze swoich słynnych, 

ciepłych uśmiechów, wybaczając swojej najbardziej ekscentrycznej uczennicy, że przegapiła 

background image

połowę uroczystości.

Marigold

?! Tak to jest, kiedy twoi rodzice są hipisami i artystami.

Vanessa   podeszła   dumnym   krokiem   w   swoich   rewelacyjnych   butach,   z   uszami 

płonącymi   na   dźwięk   jej   kretyńskiego   drugiego   imienia,   ze   łzami   w   oczach   i   sercem 

przepełnionym miłością dla wszystkich, łącznie z panią M. Nic mogła uwić rzyć, że prawie 

przegapiła tę chwilę. Ściskając bordową, skórzaną okładkę dyplomu, z bryzowymi oczami 

lśniącymi od łez wzruszenia, uściskała dyrektorkę niczym odnalezioną po latach krewną.

- Mam również wielką przyjemność wręczyć ci, Vanesso Marigold, nagrodę imienia 

Georgii O'Keeffe za wybitne osiągnięcia artystyczne - oznajmiła pani M. Założyła Vanessie 

na szyję błękitna, satynową wstęgę. Zwisał z niej złoty medal z wytłoczonym na nim makiem 

Georgii O'Keeffe, który powszechnie kojarzył się z waginą. - Moje gratulacje.

Vanessa zeskoczyła z podwyższenia i ruszyła główną nawą kościoła do trzeciej ławki, 

gdzie siedziała Blair.

- Mogę tu usiąść?

- Przesuń się - poleciła Rain Blair. Rain miała na sobie białą, liniową sukienkę, która 

wyglądała jak przerośnięte tulu z Jeziora łabędziego. - Twoja sukienka nie potrzebuje aż tyle 

miejsca.

- Isabel Siobhan Coates! - zawołała pani M, trzymając dyplom dla Isabel.

Vanessa wcisnęła się obok Blair i zabrała jej z ręki program.

- Cholera. Przykro mi, że przegapiłam twoją mowę.

Wcale nie było jej przykro.

- Nie szkodzi. - Blair poprawiła sukienkę Vanessy. - Powiedz, że nie podoba ci się, a 

normalnie cię zabiję. Powinnaś ubierać się na biało codziennie.

Vanessa otarła łzy kciukami i otworzyła bordową okładkę dyplomu.

- Tylko popatrz. - Westchnęła.

Dziewczyny  przyjrzały się pergaminowi z wydrukowanym  imieniem i nazwiskiem 

Vanessy,   datą,   nazwą   szkoły   i   całym   mnóstwem   łaciny.   Wyglądał   strasznie   oficjalnie   a 

jednocześnie zupełnie błaho. To po to były te wszystkie łata noszenia mundurka i odrabiania 

zbyt wielu prac domowych?

Vanessa zamknęła okładkę i przycisnęła dyplom do piersi. Nieważne - udało jej się! 

Cała przyszłość  była  przed nią. Wybierze  wszystkie kursy filmowe, jakie mają na NYU, 

zostanie słynnym reżyserem kina niezależnego, i to przez duże N – nie jak jej były mentor, 

Ken   Mogul,   który   sprzedawał   się   tym   filmem   z   nastolatkami   kręconym   w   Barneys.   To 

 marigold (ang.) - nagietek (przyp. tłum.).

background image

dobrze, że Aaron z nią dzisiaj zerwał, bo teraz była wolna. Mogła spotykać się z różnymi 

interesującymi ludźmi z całego świata i eksperymentować ze związkami. W końcu po co się 

idzie do college'u?

Taaak. Ale zapytam raz jeszcze - czy ona przypadkiem o kimś nie zapomniała??

background image

ktoś mógłby powiedzieć, ze jej nazwisko zaczyna się na W

- Serena Caroline van der Woodsen! - zawołała pani M.

- Cholera - mruknęła pod nosem Blair.

Do   cholery,   gdzie   ona   się   właściwie   podziewała?   Blair   zerknęła   do   tyłu   na 

pozostałych   van   der   Woodsenów.   Wyglądali   na   podekscytowanych   i   radosnych.   Nie   do 

wiary, nadal do nich nie docierało, że Sereny nie ma.

- Serena? Czy jest Serena? - zapytała dyrektorka, rozglądając się po kościele mglistym 

wzrokiem. - Czy ktoś widział Serenę?

Śliczna blondynka, która nigdy tak naprawdę nie wykorzystała swojego potencjału, 

zawsze  spóźniała  się  na  poranne  apele. Można  by się  jednak   spodziewać,   że  tym   razem 

zmobilizuje się i zjawi punktualnie.

Dziewczyny zaczęły szeptać miedzy sobą. Nikt nie odpowiedział dyrektorce. Blair 

znowu   zerknęła   na   rodzinę   Sereny.   Wyglądali   na   zakłopotanych,   chociaż   van   der 

Woodsenowie nigdy nie tracili zimnej krwi. Erik skinął milcząco na Blair, Żeby odebrała 

dyplom za przyjaciółkę.

- Blair Comelia Waldotf - ogłosiła surowym tonem pani M.

Nigdy   jeszcze   żadna   uczennica   Constance   nie   opuściła   rozdania   dyplomów. 

Dyrektorka   była   zła,   naprawdę   zła.   Pozwoliła   Serenie   wrócić   do   szkoły,   po   tym   jak 

wyrzucono ja ze szkoły z internatem, a ona nie raczyła  się nawet zjawić na zakończenie 

szkoły?

Bogu   dzięki,   nazwisko   Blair   było   na   W,   zaraz   po   V   Serceny.   Właściwie   to   ktoś 

mógłby powiedzieć, że nazwisko Sereny zaczynało się na W i powinno wypadać po nazwisku 

Blair Nie żeby miało to jakieś znaczenie, albo ktoś się tym przejmował.

Blair podeszła do podwyższenia i odebrała dyplom.

- Wezmę też Sereny - wyszeptała, mając nadzieję, że mikrofon nie wychwyci jej słów.

Pani M uśmiechnęła się sucho i machnęła ręką.

- To nie będzie konieczne - odparła, kiwając głową w kierunku wejścia.

Blair   odwróciła   się   i   zobaczyła   Serenę   biegnącą   główną   nawą   w   jej   kostiumie   - 

dokładnie takim samym białym, satynowym kostiumie Oscara de la Renty, jaki miała na sobie 

background image

Blair Ponieważ Serena była praktycznie od niej prawie o głowę wyższa, a obie ważyły tyle 

samo, kostium wyglądał  na niej lepiej, chociaż biegła boso, była  potargana i zapomniała 

rękawiczek.

- Przepraszam,   pani   M!   -   zawołała   zdyszana   Serena,   czarując   dyrektorkę   swym 

słynnym   uśmiechem,   który   podbijał   wszystkich,   od   awangardowych   artystów   po 

pracowników billi rekrutacji Yale, Brown i Harvardu, i gdzie tam jeszcze złożyła podanie. - 

Proszę tylko pomyśleć. To już ostatni raz, kiedy się spóźniłam!

Blair miała ochotę zdzielić ją za to, że jest taka Słodki w chwili, kiedy powinna palić 

się   ze   wstydu.   Przecież   Serena   prawdopodobnie   oblałaby   chemię   i   w   ogóle   nie   dostała 

dyplomu, gdyby nie jej pomoc. Aż skręcało ją na myśl, jak musiały wyglądać, stojąc obok 

siebie w identycznych kostiumach. Ludzie pomyślą, że kupowały je razem albo coś. Jedno 

było pewne - Blair zmusi Serene, żeby przebrała się przed wieczorną imprezą w Yale Club. 

Nie ma  mowy, żeby pozwoliła  Marcinowi  zobaczyć,  o ile  lepiej Serena  wygląda  w  tym 

cholernym kostiumie.

Pani   M   miała   dość.   Jeszcze   pół   godziny   ściskania   dłoni   rodziców   i   opowiadania 

durnych anegdotek o ich słodkich, inteligentnych córeczkach, a potem jedzie do Woodstock, 

żeby przez resztę lata patrzeć jak Vonda pieli grządki z pomidorami w haftowanym topie bez 

pleców, który pani M kupiła jej na festynie rękodzieła w zeszły weekend.

- Usiądźcie, dziewczęta - poleciła, odsyłając Blair i Serenę.

Podeszły do ławki. Serena nie miała miejsca, więc przysiadła Vanessie na kolanach.

- Macie   moje   błogosławieństwo.   -   Pani   M   posłała   uczennicom   całusa.   -   A   teraz, 

ogłaszam koniec zajęć!

Hurrrrraaaa!

background image

jej serce należy już do innego

Po   uroczystości   Nate   pociągnął   parę   dymków   z   fajki   z   trawką   razem   z   innym 

chłopcami   w   sali   bilardowej   u   Jeremy'ego,   ale   sercem   był   całkiem   gdzie   indziej.   Oni 

skończyli szkołę średnią, a on miał „wstrzymany dyplom”. Cokolwiek to do cholery znaczyło.

Zostawił ich, by świętowali bez niego, a sam powlókł się

 

Osiemdziesiątą Szóstą w 

stronę domu. Cieszył się, ze rodzicu tak się wściekli za tę cholerną gwiazdkę, że pojechali na 

tydzień prosto na Mount Desert Island i zostawili go w spokoju. Gdy znalazł się z powrotem 

w   swoim   pokoju,   zaczął   grzebać   w   cedrowej   garderobie.   Na   półce   nad   drążkiem   z 

wieszakami, obok kretyńskiego hełmu Dartha Vadera, który nosił na Halloween dwa lata z 

rzędu,   w   czwartej   i   piątej   klasie,   stała   mahoniowa   szkatułka   z   mosiężnym   zamkiem. 

Podarował mu ją wuj Gerard, gdy Nate miał osiem lal. Teraz przechowywał w niej stare 

fotografie. Złapał się drążka jedną ręką i zapierając się, wspiął po ścianie garderoby, próbując 

ściągnąć to cholerstwo.

Szkatułka  spadła,  a jej  zawartość  rozsypała  się po podłodze.  Na jednym ze  zdjęć 

widać było Nate'a jak stoi na kutrze rybackim w Zatoce Księcia Williama na Alasce, dwa lata 

temu w sierpniu i obejmuje ojca. Obaj szczerzą zęby jak frajerzy ubrani w brudne, żółte 

sztormiaki. To były najprzyjemniejsze chwilę, jakie kiedykolwiek razem spędzili. Łowili ryby 

o jedenastej wieczorem, w otoczeniu majaczących w oddali lodowców, a potem wspólnie 

popijali szkocką z piersiówki w drodze powrotnej do portu. Nate znalazł też zdjęcia z Blair. 

On   wyglądał   na   znudzonego,   sennego   i   zakłopotanego   z   głową   opartą   na   jej   różowych 

poduszkach. Ją rozpierała energia, gdy z policzkiem przyciśniętym do jego ucha, robiła im 

zdjęcie wyciągniętym na odległość ręki aparatem.

Potem   znalazł   zdjęcie   eleganckiej,   opalonej   stopy   Sereny,   na   której   napisała 

fioletowym flamastrem Tęsknię. Przesłała mu tę fotkę w zeszłym roku, kiedy była jeszcze w 

szkole z internatem, Nate zatrzymał ją. Uwielbiał ten seksowny srebrny pierścionek na palcu 

jej stopy i świadomość, że sama podarowała mu to zdjęcie, chociaż nie dołączyła do niego 

żadnego listu, adresu zwrotnego, nic. Obracał teraz fotografię w dłoniach, próbując przywołać 

to mrowiące uczucie podniecenia, które czuł, gdy dostał zdjęcie pocztą, ale teraz była to tylko 

stara, głupia fotka i niczego w nim nie przywoływała.

background image

Spojrzał znowu na zdjęcie z Blair. Tęsknił za tym, jak włóczyli  się razem, robiąc 

różne wygłupy. Na przykład, wypijali za dużo wódki z tonikiem przed pójściem do kina, a 

potem uciekali w trakcie zapowiedzi, bo nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Tęsknił za 

zapachem jej nowych butów i ogórkowego balsamu do ciała. Za tym, jaka była seksowna, gdy 

się   wściekała.   Chciał,   żeby   siedziała   mu   na   kolanach,   żeby   trzymała   dłonie   w   jego 

kieszeniach.   Chciał,   żeby   dzwoniła   do   niego   o   siódmej   rano   w   niedzielę,   bo   znowu   się 

nakręciła i nie mogła się doczekać, aż on wstanie.

Wrzucił   fotografie   z   powrotem   do   skrzynki   i   zamknął   wieko.   Na   wieszaku,   w 

plastikowym pokrowcu wisiał ciemnozielony kaszmirowy sweter, który Blair podarowała mu 

zeszłej wiosny. Pokojówka wysiała go do pralni chemicznej, żeby Nate mógł go zabrać do 

Yale. Nate rozerwał torbę i pomacał wnętrze prawego rękawa. Nie, może to był lewy. O, jest. 

Maleńki, złoty wisiorek w kształcie serduszka, który Blair wszyła do rękawa, żeby Nate miał 

jej serce zawsze przy sobie. Pewnie myślała, że nie zauważył serduszka, ale nosił ten sweter 

tak często, że nie mógł się nie zorientować. Uwielbiał ten sweter.

Wygląda na to, że jego uczucie wykraczało poza dzianinę.

Łzy   zaczęły   mu   spływać   kącikami   zielonych   oczu,   gdy   wymacał   złote   serduszko 

palcami, a potem wyrwał je ze swetra. Telefon zadzwonił, nim zdążył zdecydować, co zrobić 

dalej.

Miejmy nadzieję, że nic pochopnego.

- Słucham?

- To   był   dla   ciebie   ciężki   rok,   synu   -   warknął   trener   Michaels   z   drugiej   strony 

słuchawki. - Myślałem, że masz już za sobą te wygłupy z narkotykami. Ale musiałeś ukraść 

moją cholerną viagrę? Co z tobą, chłopcze?

- Przepraszam   -   wymamrotał   Nate,   ledwo   słyszalnie.   Zaczął   płakać.   Nic,   co 

powiedziałby trener, nie mogło sprawić że poczuje się jeszcze gorzej.

- Po uroczystości odbyłem długą rozmowę z doktorem Nesbittem i twoim ojcem - 

ciągnął trener. - Masz fart, dzieciaku.

Fart? Nie było to pierwsze słowo, jakie w tej chwili przychodziło Nate'owi na myśl.

- Wstrzymanie dyplomu było tylko delikatnym klapsem, żebyś wiedział, że nie ujdzie 

ci na sucho kradzież, zwłaszcza  moich leków. Prawdziwa kara czeka  cię latem. Mam w 

Hamptons dom, któremu przydałby się remont. Więc jeśli w przyszłym roku chcesz grać w 

lacrosse'a dla Yale, musisz być moim chłopcem na posyłki tego lata. Będziesz mieszkał nad 

garażem, pracował dla mnie, a w wolnym czasie będziesz chodził do kościoła na spotkania A 

A.

background image

Nate   z   wysiłkiem   przełknął   ślinę.   Wyobrażał   sobie,   że   spędzi   leniwe   wakacje   w 

Maine, opalając się i pomagając ojcu przy łodziach, ale nie miał innego wyjścia. Tego lata 

musi popracować dla trenera w Hamptons.

- Przepraszam, trenerze. Zachowałem się jak ostatni kretyn - powiedział szczerze. - 

Obiecuję, że to panu wynagrodzę.

Trener Michaels zaśmiał się.

- Więc przynajmniej będziesz kretynem z dyplomem!

Nate   zmusił   się   do   śmiechu.   Wszystko   się   ułoży,   mówił   sobie.   Pod   koniec   lata 

dostanie dyplom.

- Dzięki, trenerze.

Odłożył słuchawkę i otworzył wilgotną dłoń. Spojrzał na zloty wisiorek.

Cóż, pewne rzeczy na pewno się ułożą.

Westchnął roztrzęsiony i wyczerpany długim płaczem. Rzucił serduszko na starannie 

pościelone łóżko, a potem wrócił do buszowania w szafie. O siódmej miał spotkać się z 

Sereną na imprezie w Yale Club. Może ona coś wymyśli, żeby wszystko znowu było dobrze.

Bez żadnej viagry.

background image

J zdecyduje się na naukę w domu?

- Chyba nie udało mi się wychować was jak należy. - Rufus westchnął ciężko, patrząc 

na kieliszek czerwonego wina.

Jego zdaniem, w tym mieście człowiek miał następujący wybór. Mógł zaharować się 

na śmierć, żeby posłać dzieciaki do prywatnej szkoły, gdzie nauczą się kupować horrendalnie 

drogie rzeczy i staną się snobami, zadzierającymi nosa przed ojcem, ale gdzie poznają też 

łacinę, nauczą się recytować Keatsa i rozwiązywać równania w pamięci. Albo mógł je wy 

słać do szkoły publicznej, gdzie być może w ogóle nie nauczyłyby się czytać i której mogły w 

ogóle nie skończyć, pod warunkiem, że by ich nie zastrzelili. Myślał, że zrobił, co trzeba. A 

teraz wyglądało na to, że żadne z jego dzieci nie będzie się w przyszłym roku uczyć.

- Tato,   to   nie   twoja   wina   -   przekonywał   Dan,   nawijając   na   widelec   makaron   z 

sezamem.

Po uroczystości, Rufus i Jenny poszli z nim do Hunan 92 na rogu Dziewięćdziesiątej 

Drugiej i Amsterdam, i zaczekali aż kupią sobie coś na wynos. Przez całą noc pracował ad 

mową, pijąc jedną kawę rozpuszczalną za dragą i paląc camela za camelem. Jeśliby czegoś 

nie zjadł, nie wytrzymałby do żadnej imprezy. Teraz siedzieli w domu, w jadalni i gapili się 

na siebie, z zamkniętą  butelką szampana na stole. Był poniedziałek i dochodziła dopiero 

czwarta - dziwna pora, żeby siedzieć razem w domu.

- Przynajmniej dostał się do college'u - wtrąciła ponuro Jenny.

Na   rozdanie   dyplomów   u   Dana   włożyła   nową,   obcisłą   sukienkę   od   Pucciego   w 

kolorze lawendy i bladej żółci. Teraz pod każdą kołyszącą się piersią miała wielkie plamy 

potu. Czuła się paskudnie i miała żal do brata i ojca, że mają równie podły humor co ona i 

nawet   nie   próbują   jej   pocieszyć.   Zastanawiała   się,   czy   nie   zadzwonić   do   Elise,   ale 

przyjaciółka wyjechała do domu na Cape Cod i tylko dobiłaby Jenny, smęcąc z powodu 

rychłego   rozstania.   O   ile   Jenny   gdziekolwiek   pojedzie   w   przyszłym   roku.   Na   razie 

zapowiadało się, że być może przyjdzie jej się uczyć w domu.

Zerknęła na tatę. Żeby nie odstawać od innych ojców, włożył dziś garnitur. Szkoda 

tylko, że z czarnej wełny, zbyt ciepły jak na czerwiec, no i tragicznie gryzącej się z obcisłą, 

pomarańczową jak dynia koszulą, którą ojciec pożyczył od Dana. W gniewie zerwał z włosów 

background image

pomarańczową wstążkę i teraz jego szpakowate włosy zwinięte były w nieporządny kok pod - 

pięty jaskrawoniebieskim magnesem, którym przypinali do lodówki ulotki z jedzeniem na 

wynos. Jakby tego było mało, w brodzie miał pełno różowych nitek z ręcznika.

Może nauka w domu to nie taki zły pomysł.

- Nie  wybieracie   się  gdzieś  przypadkiem?   - zapytał  Rufus,  dopijając   resztki  wina. 

Najwyraźniej dopiero się rozkręcał.

- Daj spokój, tato - marudził Dan. - To nie znaczy, że nigdy nie pójdę do college'u. 

Odłożyłem to tylko na rok i tyle.

Rufus sięgnął po odkorkowaną butelką sangiovese stojącą pośrodku stołu i nalał sobie 

jeszcze trochę.

- Wydaleni   osiemdziesiąt   tysięcy   dolarów   na   twoją   szkole   średnią.   wszystko 

pożyczone, więc pewnie z odsetkami wyjdzie dwa razy tyle. Wybacz więc. że nie skaczę. - 

Zmarszczył   gniewnie   szpakowate   brwi.   -   Czy   Vanessa   wie   o   twoim   pomyśle?   -   zapytał 

podejrzliwie.

Dan rozerwał w zębach plastikową torebkę z żarówiastopomarańczowym sosem do 

kaczki i polał nim sajgonki.

- Niezupełnie.

Jenny i Rufus spojrzeli po sobie zaskoczeni.

Dan podniósł wzrok.

- No co?

- Idiota - szepnęła nad stołem Jenny.

Pracowała z Vanessą w „Rancor”, artystycznym szkolnym pisemku i spędziła z nią 

dość czasu, żeby wiedzieć, że była to wyjątkowo niezależna osoba i szczeniackie, ckliwe 

zagrania Dana zupełnie nie były w jej stylu. Poza tym czy ona nie spotyka się z przyrodnim 

bratem Blair Waldorf?

- Idiota - powtórzyła.

Rufus   nic   nie   powiedział.   Wziął   tylko   kieliszek,   wyszedł   z   jadalni,   poszedł   do 

gabinetu i z hukiem trzasnął drzwiami.

Dan wzruszył ramionami i otworzył następną paczuszki; z sosem.

- Naprawdę nie wiem, o co wam chodzi.

Jenny  już   zamierzała   mu   powiedzieć,   jaki   z   niego   ograniczony,   arogancki   dupek, 

kiedy jej  błękitna nokia rozdzwonili  się pierwszymi  nutami  Sto lat  Ravesów, do których 

nagrała chórki. Zagryzła usta, nadal obserwując Dana z wyrzutem w wielkich brązowych 

oczach.

background image

- To twój telefon, więc lepiej odbierz - rzucił jej z pełny mi ustami.

- Odbieram. - Jenny sięgnęła do swojej podróbki Louisa Vuittona i odebrała telefon. 

To pewnie Elise, dzwoni z Cape Cod, żeby pomarudzić, jak to ma dość wsuwania homarów z 

rodzicami.

- Uprzedzam, że jestem w naprawdę kiepskim nastroju - powiedziała na powitanie 

Jenny. Po drugiej stronie słuchawki zapanowało milczenie.

- Halo? - zapytała ostro Jenny.

- Czy mówię z Jennifer Humphrey? - odezwał się uprzejmy męski głos.

Ups.

Wyprostowała się na krześle.

- Przy telefonie.

Jenny przypominała Danowi kogoś, ale nie bardzo wiedział kogo. Może ich matkę? 

Tyle   że   jedyne   prawdziwe   wspomnienie   matki   miał   z   czasów,   gdy   był   pięcioletnim 

krasnalem, a ona próbowała nauczyć go wiązać krawat. Cały czas się mylił, bo jej perfumy 

były tak ostre, że kręciło mu się od nich w głowie.

- Mówi   Thaddeus   Moore,   dyrektor   biura   rekrutacji   w   szkole   średniej   Waverly   - 

przedstawił się mężczyzna. - Czy ma pani chwilę?

Czy ma?!

- Tak - odparła ostrożnie.

Serce bilo jej lak mocno, że wydawało się, iż czuje,  jak pękają jej żebra. Paczka 

cameli Dana leżała na siole. Sięgnęła po nią. przechyliła i popukała o blat. jak stara palaczka. 

Szkoda, że ojciec nie zostawił wina.

- Bardzo   dobrze.   Chciałem   panią   poinformować,   że   otrzymaliśmy   pani   podanie   i 

paczkę. Jesteśmy pod dużym  wrażeniem, zwłaszcza prac - poinformował ją pan Moore - 

Osobiście rozmawiałem z pani dyrektorką, panią McLean. Nie mogła się pani nachwalić. 

Oczywiście termin składania podań minął już w grudniu, ale nieoczekiwanie zwolniło się 

jedno miejsce. Jeśli więc jest pani zainteresowana nauką w Waverly to zapraszamy do nas od 

jesieni.

Jenny rzuciła niezapalonym papierosem w Dana. Odbił się od jego głupiego czoła i 

upadł na podłogę.

- Naprawdę?! - prawie krzyknęła. - O Boże. Naprawdę?

- Naprawdę   -   odpowiedział   pan   Moore,   a   w   jego   głosie   pobrzmiewało   lekkie 

rozbawienie. - Wyślemy pani papiery jeszcze dzisiaj, jeśli pani chce.

Och, jaki miły, przemiły człowiek.

background image

- Tak, poproszę!

Jenny wstała i znowu usiadła. Była tak podekscytowana, że prawie się posiusiała.

- Dziękuję. O mój Boże. Strasznie panu dziękuję!

- Proszę bardzo.

Zrozumiała,  że   powinna  się  rozłączyć,   nim   powie   coś  głupiego   i  dyrektor   zmieni 

zdanie.

- Lepiej od razu powiem tacie. Cieszę się, że pan zadzwonił. Dziękuję.

Jenny rozłączyła się, zatańczyła wokół siołu i objęła Dana.

- Idę do szkoły z internatem! - krzyknęła radośnie, łapiąc go za ramiona i potrząsając 

jego chudym, spoconym ciałem, jakby był szmacianą lalką. - Idę do szkoły z internatem!

- Super   -   odparł   Dan.   Ulżyło   mu,   że   coś   odciągnęło   uwagę   od   jego   trudnego 

położenia.   Wyciągnął   ciasteczko   z   wróżbą   z   dna   papierowej   torby,   w   której   przyniósł 

chińszczyznę. Gratuluję.

Jenny obróciła się na pięcie i popędziła do gabinetu ojca, Zapominając o zasadach, 

które ustanowił ojciec, kiedy była jeszcze mała, bez pukania wleciała do środka.

Rufus   spojrzał   na   nią   zaskoczony.   W   rękach   trzymał   zapaloną   zapałkę   i   fajkę   z 

przezroczystego, zielonkawego szkła. Okno było otwarte na oścież, a w ciepłym powietrzu 

unosił się cierpki zapach trawki.

Ojciec tylko warknął.

Jenny miała to w nosie. I tak zawsze podejrzewała, że tata popala.

- Tato, idę do Waverly - powiedziała, ledwo łapiąc oddech. - No wiesz, do tej szkoły z 

internatem.   Czytałam   o   jej   nowym   programie   plastycznym.   Dostałam   się!   -   praktycznie 

wrzasnęła. - Dostałam się!

Rufus zgasił zapałkę, otworzył szufladę biurka i schował do niej dowody winy. Potem 

rozłożył ramiona, żeby uściskać córkę.

- Chciałam   tego   tak   bardzo,   że   po   prostu   musiało   się   udać   -   sapnęła   Jenny, 

przyciśnięta do ciepłej, pachnącej dymem piersi ojca.

Zawsze nam mówiono: „Uważaj, czego sobie życzysz”. Ale może to Blair miała rację 

- im więcej chcesz, tym więcej dostajesz.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

NASZA OSTATNIA WSPÓLNA NOC

Oficjalnie ukończyliśmy szkołę średnią!!! Przygotujmy się więc by poszaleć - w Yale Club!! Nie ma 

żadnej listy gości ani wymogów dotyczących stroju, więc do wszystkich nieproszonych gości mówię: 

nikt wam nie obiecuje pokoju, ale z pewnością jesteście mile widziani! Definicja nieproszonego gościa: 

każdy, kto nie skończył dziś szkoły średniej i/lub nie zna gospodyni.

ICH OSTATNIA WSPÓLNA NOC

Niestety, cudny angielski lord naszej B leci jutro do domu. Czy zerwie swoje zaręczyny z dziewczyną, 

której jest ponoć przy rzeczony od maleńkiego? Czy też ożeni się z nią i zostawi B na lodzie? Teraz 

przynajmniej B będzie mogła odjechać ku zachodzącemu słońcu w nowym, prześlicznym, beżowym 

kabriolecie   BMW.  Widzieliście   go?   Stał   zaparkowany   przed   kościołem   Sprowadzony   prościutko   z 

Europy. Nikt, dosłownie nikt, nie ma drugiego takiego w tym kraju.

Wasze e – maile

P:

 Droga P!

Jestem na pierwszym roku studiów przygotowawczych do medycyny w Yale i słyszałem, że 

ten dzieciak, N, zgłosił się jako szczur laboratoryjny do badań na wydziale psychiatrii. Będą 

mu dawali te wszystkie, które tam testują, no wiesz, odmienne stany świadomości, które 

badają i jeszcze będą mu za to płacić,

Prawiedr

O

: Drogi prawiedr!

Jakby potrzebował pieniędzy?! Ale nie zapominajmy o najistotniejszym - ten chłopak nie ma 

background image

jeszcze nawet dyplomu ukończenia szkoły średniej.

P.

P:

 Droga Plotkaro!

Mój syn mówi, że jesteś głosem młodego pokolenia, muszę więc zapytać, czy nie znasz 

pewnego utalentowanego poety, który był na najlepszej drodze do Evergreen, ale potknął 

się o własne serce. Jak widzisz, sam jestem trochę poetą! Tamten poeta miał mi pomóc 

przy książce o historii seksu w poezji, ale napisał niedawno, że nie przyjedzie. No i mam 

zgryz!   Potrzebuję   utalentowanego   pomocnika!   Może   ty   przyjedziesz   do   Olympii   i   mi 

pomożesz? Śpisz w hamaku. A mój syn robi świetne greckie żarcie!

profesor - pop

O:

 Drogi profesorze – pop!

Rety. to naprawdę kusząca propozycja, ale mam już inne plany na lato. Poza tym nigdy nie 

przepadałam za hamakami - należę do dziewczyn, które śpią w satynie. Ale pańska książka 

zapowiada się bardzo interesująco. Powodzenia.

P.

WRESZCIE TO DO NICH DOTARŁO

Prawie wszystkie prywatne szkoły na Manhattanie wreszcie zrozumiały, że uczniowie ostatnich klas 

nie mają ochoty zdawać końcowych egzaminów ani siedzieć w klasie przez ostatni miesiąc szkoły. 

Poza tym wcale tego nie potrzebują, skoro już zostali przy jęci do college'u. Zresztą są tak wyczerpani 

intelektualnie, że i tak nie są w stanie niczego się nauczyć. Tak więc od przyszłego roku uczniowie 

ostatnich   klas   będę   musieli   chodzić   do   szkoły   tylko   do   potowy   maja.   Rok   zakończą   na   stażu   w 

dowolnie   wybranym   miejscu   w   mieście.   Brzmi   całkiem   fajnie,   co?   Szkoda,   że   my   się   na   to   nie 

załapaliśmy. Ja mogłabym „odbyć staż”, prowadząc stronę z ploteczkami w Internecie i „chodzić do 

pracy” we własnym łóz ku, w ulubionej haleczce z czarnej bawełny. Ale nie jestem zgorzkniała. W 

końcu ja już skończyłam szkołę!!!!

Na celowniku

B wypina goły tyłek na Yale Club z wnętrza swojego nowego kabrioletu BMW. V wypina goły tytek na 

Yale Club z nowego kabrioletu BMW  B. Dziewczyny zaczęły wcześnie świętować, więc kto wie w 

jakiej formie dotrwają do wieczoru... Ten zarozumiały reżyser kina niezależnego osobiście odwiedza 

mieszkanie   rodziny  S  na   Piątej   Alei.  S  wychodzi   z   domu,   wyglądając   bosko   w   żółtej,   ażurowej 

sukience Tocca. Bogu dzięki, że się przebrała. J w Bed  Balii and Beyond już szuka drobiazgów do 

swojego pokoju w Waverly D kupuje cały pęk czerwonych róż, zgadnijcie dla kogo? Dobrze, że V nie 

wyjechała z miasta, ale szkoda, że całkiem o nim zapomniała! Dzisiejszy wieczór będzie  très, très 

interessant.

background image

Do zobaczenia!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

najlepsze i najgorsze chwile

Blair  siedziała na kolanach lorda Marcusa w wysokim  fotelu z brązowej  skóry w 

salonie Yale Club, nadal ubrana w idealnie dopasowany, biały, satynowy kostium Oscara de 

la Renty. Czułą się dziwnie zadowolona, widząc tłum ludzi, którzy zjawili się na jej imprezie 

z rocznikami pamiątkowymi pod pachą. Ona i lord nie mieli jeszcze okazji uczcić ukończenia 

przez nią szkoły, ale kiedy tylko impreza się rozkręci, wyślizgną się do jej apartamentu i 

wreszcie to zrobią. Już wcześniej ustawiła w pokoju mnóstwo świec zapachowych Diptque o 

zapachu   drzewa   sandałowego   oraz   bergamotki   i   limy,   a   pod   kostiumem   miała   ulubiony 

komplet bielizny - halkę i stringj z kremowej, wyszywanej bawełny.

Można   by   powiedzieć,   że   w   salonie   unosił   się   duch   starego   Nowego   Jorku,   jeśli 

pominąć   sześć   telewizorów   Pioneera   o   płaskich   kineskopach,   na   których   leciał   w   kółko 

najnowszy film Vanessy. Ponieważ bohaterowie dzieła powoli ściągali na imprezę, miało się 

wrażenie,   że   odbywa   się   tu   dziś   wieczór   premiera   nowego,   awangardowego   filmu 

dokumentalnego, i wszyscy czuli się sławni.

- Mówiłem,   że   kamera   mnie   kocha   -   zachwycił   się  Chuck   Bass,   oglądając   się   na 

ekranie.

Pojawił się ze świta krótko ostrzyżonych chłopców w mundurkach z szarej flaneli, 

których nikt wcześniej nie widział na oczy.

Wszystko dlatego, że Chuck zaczaił się na uczniów młodszej klasy jakiejś katolickiej 

szkoły w pobliżu swojego apartamentu na Sutton Place i zapłacił chłopcom, żeby przyszli.

- Są   całkiem   milusi   -   zauważyła   Isabel,   mierząc   wzrokiem   wyjątkowo   niewinnie 

wyglądającego chłopca, który rozglądał się wokół szeroko otwartymi oczami i podpisywał 

rocznik Chucka żółtym markerem.

Isabel   przebrała   się   w   obcięte   dżinsy   Rogan   i   pociętą   czerwoną   koszulkę   Juicy 

Coulure, w której wyglądała nieprzyzwoicie zdzirowato.

Chłopak odwzajemnił spojrzenie. Nigdy nie widział tyle odsłoniętej, dobrze opalonej 

skóry naraz. Może to jego szczęśliwa noc!

- Ale oni mają chyba po trzynaście lat. - Kali się skrzywiła, kartkując swój rocznik i 

licząc, ile osób się w nim podpisało.

background image

Oszczędzała swoje dziewictwo na college. W pewnym sensie. Z technicznego punktu 

widzenia straciła je już z Chuckiem Bassem na imprezie w domu Sereny jakieś dwa lata temu, 

ale była wtedy tak pijana, że nawet tego nie pamiętała.

Lord   Marcus   zapiął   coś   zimnego   i   cudownego   na   szyi   swojej   dziewczyny.   Blair 

dotknęła obojczyka i zerknęła w dół. To był perłowy naszyjnik - dokładnie taki sam, jaki 

pożyczyła od matki na przesłuchanie do Śniadania u Freda, tyle że sto razy ładniejszy. Każda 

perła miała niepowtarzalny kształt, była nic doskonała i doskonała za razem, a złote zapięcie 

miało kształt ozdobnej litery B.

- Moje gratulacje, Be - mruknął, całując ją w kark.

Be?

Blair zawsze marzyła o ksywce. Uniosła brodę, żeby po całować Marcusa w usta. 

Czuła się pijana ze szczęścia i od wódki, którą wypiły z Vanessą w ciągu kilku godzin między 

rozdaniem   dyplomów   a   imprezą.   Miała   śliczny   nowy   samochód,   szaleńczo   przystojnego 

nowego chłopaka i od jesieni zaczynała studia w Yale. Perły stanowiły jedynie dodatek do jej 

już i tak idealnego życia.

Ach, czyż nie jestem z siebie zadowolona?

- Chciałbym, żebyś przyjechała tego lata do Anglii - szepnął lord Marcus, muskając 

ustami włosy Blair. - Moja rodzina bardzo chce cię poznać. Mogłabyś zatrzymać się u nas. 

Moglibyśmy  też  polecieć  do Paryża,  żebyś zobaczyła  się z ojcem,  skoro już  będziesz  w 

Europie.

Zaparto jej dech. Odwróciła się i zamrugała powiekami niczym księżniczka z bajki, z 

której   właśnie   zdjęto   zaklęcie   złej   wiedźmy.   Poprosił   ją   tylko,   żeby   go   odwiedziła,   ale 

zabrzmiało to prawie jak... propozycja małżeństwa. Był jej księciem, jej rycerzem, no dobra, 

może nie całkiem, ale lord to prawie to samo. Zjawił się na białym rumaku, zwalił ją z nóg, a 

teraz chciał, żeby poznała jego rodziców, bo wkrótce - może jeszcze tego lata - uklęknie przed 

nią, podaruje jej pierścionek z niewiarygodnie rzadkim diamentem i poprosi o rękę.

Nie żeby rzeczywiście wspomniał coś o małżeństwie. I skąd się właściwie pojawił ten 

biały rumak?

- Tak - odparła Blair błogo, - O tak!

To   była   bardziej   odpowiedź   na   wyimaginowane   oświadczyny   niż   prośbę   lorda 

Marcusa, ale w świecie, według Blair, obie sprawy były ściśle ze sobą powiązane. Pojedzie 

do Anglii i wróci jako jego narzeczona.

Co prawda, miała dopiero siedemnaście lat, a jej matka nawet nie znała Marcusa. Nie 

żeby Blair w ogóle planowała przedstawić matkę lordowi. Mogą się poznać na ślubie. A może 

background image

Blair i lord uciekną na odludną wyspę na południowym Pacyfiku i wezmą ślub nocą na plaży, 

gdzie świadkami będą tylko tubylcy. Zjedzą kozę pieczoną na ognisku i będą tańczyć boso na 

piasku.

Pamiętajcie, że na Wyspie Blair wszystko może się zdarzyć.

Nic zaplanowała wakacji, bo myślała, że zajmie jej co najmniej dwa i pół miesiąca 

zrobienie zakupów i pakowanie do Yale. Zastanawiała się nawet, czy nie pojechać do Europy 

odwiedzić ojca, ale przede wszystkim zrobić zakupy, ponieważ sklepy w Nowym Jorku nigdy 

nie wystawiały nowej kolekcji jesiennej przed wrześniem, a ona pod koniec sierpnia miała 

być już w New Haven na spotkaniu orientacyjnym. Jak na Boga miała się pojawić w Yale z 

odpowiednimi kaszmirowymi sweterkami, botkami i dopasowanymi żakietami, jeśli nie kupi 

ich u Prądy w Mediolanie albo u Burberry w Londynie?

Teraz plany na lato nabierały konkretnych kształtów. Zrobi trochę zakupów, zaręczy 

się, a potem znowu trochę pokupuje.

- Nie mogę znieść myśli, że to nasz ostatni wieczór razem skarżył się Marcus, całując 

ją za uchem. - Mojemu sercu dobrze by zrobiło, gdybym  wiedział, że przylecisz za parę 

tygodni.

Blair miała już zamknąć oczy, pocałować go i wyszeptać. jak to naprawdę, ale to 

naprawdę musi się położyć, więc żeby zechciał ją odprowadzić do apartamentu, żeby mogła 

zerwał z niego ubranie i by mogli nieco przed czasem skonsumować ich małżeństwo. Ale 

właśnie wtedy na imprezie zjawili się Serena i Nate. Weszli zaraz za grupą dziewcząt z 

L'École, które paliły gauloise'y i miały na sobie szydełkowe topy bez pleców Marni oraz złote 

sandały   Gucciego,   tylko   dlatego,   że   francuska   modelka   Pru   miała   na   sobie   identyczny 

komplet na okładce czerwcowego francuskiego „Vogue”. Serena przebrała się - na szczęście. 

W przeciwnym wypadku Blair złamałaby jej ten doskonały, szlachetny nos.

- A mówiłaś, że zerwali - powiedziała Tina Ford, która skończyła Seatem Arms, do 

Isabel Coales. Wgryzła się w nasączoną cytrynowym absolutem kostkę lodu. - Czy to nie 

dlatego nie zjawili się na rozdaniu dyplomów?

- Słyszałam, że nigdy tak naprawdę nie byli razem - zaświergotała w odpowiedzi Kati 

Farkas, chociaż Tina nie do niej mówiła. - Nate to gej. W zeszłym tygodniu ujawnił się. Ma 

teraz straszne kłopoty. Rodzice się go wyrzekli. Nie zamierzają nawet zapłacić za Yale.

- Więc dlaczego Serena nadal udaje, że się z nim spotyka? - dopytywała się Isabel, 

unosząc pocięty czerwony T - shirt i odsłaniając brzuch, żeby zafundować mały dreszczyk 

emocji temu niewinnie wyglądającemu chłopakowi, którego przyprowadził Chuck.

Pozostałe dziewczyny przewróciły oczami.

background image

- Och, przecież wiesz, jaka ona jest. Dla wszystkich musi być miła - narzekała Rain, - 

Ojciec Nate'a pewnie jej zapłacił, żeby flirtowała z jego synem i wyleczyła go z gejostwa!

Nie byłoby to niepodobne do kapitana Archibalda.

Kiedy   wychodziły   z   kościoła,   przez   kilka   chwil   nim   dogoniły   je   rodziny,   Serena 

próbowała wytłumaczyć, dlaczego prawie przegapiła rozdanie dyplomów, ale Blair udawała, 

że nie słucha. Najwyraźniej drugie przesłuchanie do Śniadania u Freda było ważniejsze od 

wysłuchania   mowy   przyjaciółki   czy   odebrania   dyplomu.   Blair   miała   przynajmniej   tę 

satysfakcję, że Serena nigdy nie dostanie roli. Była za wysoka, miała jasne włosy i niebieskie 

oczy - zupełnie na opak.

- Dostałam rolę! - Serena wrzasnęła na cale gardło, tak podekscytowana, że nie dbała 

kto ją usłyszy. Złapała Nate'a i wyściskała go smukłymi, pięknie wyrzeźbionymi ramionami. - 

Ken Mogul właśnie dzwonił. Dostałam rolę!

Blair prawie spadla z kolan lorda Marcusa. Już wystarczająco nie cierpiała Sereny za 

to, że przegapiła jej mowę na zakończenie szkoły, i że włożyła taki sam kostium Oscara de la 

Remy. Poza tym w głębi duszy nadal nienawidziła jej za to, że była z Nate'em. Nie sądziła, że 

może jeszcze bardziej jej nie znosić. Aż do tej chwili. Z drugiej strony, nie tak dawno zaczęła 

z nią znowu rozmawiać. Nawet napisała za nią egzamin z chemii, na litość boską. Miała więc 

teraz do wyboru: ni stąd, ni zowąd, bez żadnego powodu zachować się jak skończona jędza, i 

to w obecności Marcusa, albo udawać milą, żeby nie pomyślał sobie nie wiadomo co i nie 

zmienił zdania odnośnie małżeństwa.

Jakby nie zdążył zauważyć jej jędzowatej natury.

Nate   stał   obok   Sereny   jak   wynajęty   przystojniak   do   towarzystwa.   Potarł   oczy   i 

niewyraźnie uśmiechnął się do Blair i Marcusa. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Blair 

zaczęła się zastanawiać, co właściwie w nim kiedyś widziała. Niezależnie od tego, jak często 

zrywali, w jej fantazjach pod tytułem I żyli długo i szczęśliwie zawsze występował Nate, ale 

teraz   na   scenę   wkroczył   jej   nowy,   wspaniały   amant.   Oparła   się   o   pierś   Marcusa,   żeby 

pokazać, jak niezwykle wygodnie jest jej na kolanach lorda, i że nowina Sereny zupełnie nie 

zrobiła na niej wrażenia. Jej pięknie skrojony kostium był trochę za ciepły jak na zatłoczony 

salon klubu, ale wyglądał na niej tak dobrze, że nie miała zamiaru się przejmować.

Nieoczekiwanie kolejna ładna, choć nieco niższa, para wyłoniła się zza pleców Nate'a 

i Sereny. Rozejrzeli się z nie pokojem po sali, jakby obawiając się. że może im się zaraz 

oberwać za wproszenie się na imprezę. Blair wyprostowała się. rozpięła żakiet kostiumu i 

zrzuciła go z niesmakiem na podło gę. Brzydszą połową pary był jej dwunastoletni brat, 

Tyler, który pozował na gwiazdę rocka, w smokingu od Armatniego włożonym na porwaną, 

background image

czarną koszulkę AC/DC. Jego towarzyszka wyglądała jak dziecko ze swoimi rozkosznymi 

dołeczkami w policzkach i miała ten sam cholerny kostium Oscara de la Renty jak Blair. 

Miała nawet takie same cholerne szpilki Manolo Blahnika. Jej cholerne włosy miały taki sam 

kolor, co włosy Blair i były tak samo obcięte w boba. Oczy Blair się zwęziły. Nigdy w życiu 

nie widziała tej cholernej dziewczyny, która, o ile Blair się nie myliła, używała nawet tej 

samej szminki Chanel, cholernej ulubionej szminki Blair.

Zgroza.

Blair poprawiła ramiączka kremowej, prześwitującej halki Cosabella. Gdyby nie lord 

Marcus, złapałaby tę dziewczynę za włosy i wyrzuciła na ulicę.

- Hej, siostrzyczko! - powitał ją Tyler, udając wstawionego. Napinał ramiona, starając 

się wyglądać na potężniejszego niż w rzeczywistości. - To Jasmine. Jazz, to moja siostra, 

Blair.

- Super - odparł jakby nigdy nic rumianolicy klon Blair.

Jakby nie było oczywiste, że spędziła cały dzień, żeby upodobnić się do Blair.

Blair zmarszczyła malutki, lekko zadarty nosek.

- Dostałam rolę! - usłyszała, chyba po raz tysięczny, okrzyk Sereny na drugim końcu 

sali.

Wyjęła cygarniczkę i poczekała, aż Marcus poda jej ogień.

- Jak się masz? - rzuciła, naśladując Audrey Hepburn najlepiej jak potrafiła. Potem 

wydmuchała dym ponad głowami brata i jego głupiej panienki.

Może i Serena dostała rolę Holly, ale Blair była nią na co dzień.

background image

nic nas razem nie zatrzyma

Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zakończenie szkoły zmieniało wszystko i wszystkich. 

Impreza w Yale Club przypominała spotkanie po latach, tyle że wszyscy widzieli się rano na 

rozdaniu dyplomów. Niektóre z dziewczyn nadal miały na sobie te same sukienki, a do tego 

gumowe japonki i potargane włosy, przez co wyglądały jak uciekające panny młode. Chłopcy 

podwinęli nogawki starannie wyprasowanych spodni khaki, a krawaty zwisały im krzywo na 

nagich, opalonych torsach Przypominali modeli z reklamy Ralpha Laurena, ubranych jak na 

koktajl, którzy wolą pomoczyć nogi, napić się piwa na pomoście przy jeziorze, niż wracać na 

sztywne przyjęcie.

Serena uważała się za uczuciową osobę. Projektant mody. Les Best, nazwał nawet 

swoje perfumy Łzami Sereny, gdy uchwycił ją płaczącą na śniegu w czasie sesji zdjęciowej w 

Central Parku. Zawsze myślała,  że całkiem się rozklei na rozdaniu dyplomów. W końcu 

dorastała   z   tymi   ludźmi,   dzieliła   z   nimi   wzloty   i   upadki,   przeżywała   z   nimi   te   same 

rozczarowania   i   triumfy.   A   tu   proszę   -   praktycznie   nie   posiadała   się   z   radości.   Nawet 

płaczliwy, nieobecny duchem Nate nie był w stanie popsuć jej nastroju, bo dostała rolę!

Tak, usłyszeliśmy już za pierwszym razem.

W   typowy   dla   siebie,   pretensjonalny   i   dziwaczny   sposób,   Ken   Mogul   nawet   nie 

patrzył na jej drugie przesłuchanie. Cały czas siedział odwrócony plecami, próbując ocenić, 

czy promieniowała właściwą dla roli energią. Kiedy skończyła swoją kwestię, nie odwrócił 

się, tylko uniósł rękę i powiedział: „Dziękuję”.

Przesłuchanie odbywało się w starym magazynie w Meatpacking Distria. na drugim 

końcu Manhattanu od Brick Church. Serena przyszła ubrana jak na rozdanie dyplomów i 

obiecała   dobrze   zapłacić   taksówkarzowi,   jeśli   zaczeka   na   nią   na   zewnątrz.   Już   po   kilku 

minutach była z powrotem w taksówce i pędziła Czternastą na wschód, modląc się, aby pani 

M nie kazała jej powtarzać ostatniej klasy i zbyt późno zauważając, że zapomniała butów.

Po rozdaniu dyplomów, przy lunchu w Tavern przy Green, jej matka oburzała się 

bardziej   z   powodu   braku   białych   szpilek   Jimmy'ego   Choo   niż   faktu,   że   Serena   prawie 

przegapiła uroczystość.

- Jaka dziewczyna biega boso? - dopytywała się pani van der Woodsen.

background image

I wtedy na komórkę Sereny zadzwonił Ken Mogul.

- Nie lubię opalenizny ani piegów, więc proszę, staraj się unikać słońca. Zaczynamy 

kręcić U Freda w przyszłym miesiącu - oznajmił szorstko.

Serena siedziała z telefonem przyciśniętym do ucha i próbowała zrozumieć, o czym 

mówił. I nagle pojęła. Dostałam rolę. Dostałam rotę!

Słucham? Możemy już zmienić temat?

Jej rodzice uważali, że granie w filmie jest nieco déclassé. Jednak dziewięć miesięcy 

po tym, jak została wyrzucona ze szkoły z internatem, Serenę przyjęto do Yale, Harvardu, 

Brown i Princeton, a teraz miała zostać gwiazda w remake'u  Śniadania u Tiffane'go.  Nie 

mogli narzekać.

Dostałam   rolę,   dostałam   rolę!   -   krzyczała   w   duchu   Serena.   Jej   pierwsza   rola   w 

prawdziwym filmie. Po raz pierwszy w życiu zdała sobie sprawę, że stało się coś, czego 

naprawdę chciała. I nie stało się to tak po prostu. Ona to sprawiła. Dobrze, że teraz była na 

imprezie, bo podekscytowana dziewczynka w jej wnętrzu nic, tylko podskakiwała z radości.

Ile można!

- Podobno ona i Ken Mogul zaszaleli ostatniej nocy, przyćpali, i ona namówiła go, 

żeby dal jej główną rolę. Zamierzał już wszystko zmienić, wybrać starszą obsadę i zatrudnić 

Natalie Portman. ale Serena zrobiła mu pranie mózgu - szepnął ktoś.

- Próbowała go nawet namówić, żeby obsadził Nate'a, ale on jest zawsze taki ujarany, 

że zapominał kwestii - dodał szeptem ktoś inny.

- A   nie   słyszeliście?   Nate   nie   dostał   dyplomu.   Wywalili   go   za   kradzież   środków 

przeciwbólowych z gabinetu pielęgniarki i teraz musi jechać do jakiejś kliniki odwykowej w 

najgorszej   dzielnicy   w   Hamptons.   Na   calutkie   lato   -   poinformowała   słuchaczy   Rain 

Hoffstetter.

W zeszły weekend zaszalała z Charliem Dernem, po tym jak ich rodzice zaparkowali 

obok siebie w kinie samochodowym na Cape Cod. Od tego czasu co wieczór rozmawiali 

przez telefon, więc Rain znała najświeższe plotki na temat Nate'u.

Nate cieszył się, że robi za milczącego towarzysza Sereny. który ma tylko wyglądać. 

Czuł się, jakby go zatopiono w bryle plastiku. Glosy wszystkich wydawały się stłumione i 

odległe. Nie pomagało mu to. że Blair wyglądała tak promiennie na kolanach lorda Marcusa. 

ani fakt, że Serena ewidentnie nie potrzebowała teraz chłopaka, ani to, że był ujarany po uszy.

- Blair?!   Słyszałaś?   Dostałam   rolę!   -  Serena   rzuciła   się   na   Blair   i   lorda   Marcusa, 

ciągnąc za sobą Nate'a. Wylewnie wyściskała przyjaciółkę. - Chyba się nie gniewasz?

Czy się gniewam? - pomyślała  Blair z ironią  i wymusiła  uśmiech, chcąc pokazać 

background image

Mareusowi, jaka jest słodka i wspaniałomyślna.

Ha!

- Jesteś taką świetną aktorką - powiedziała w końcu uprzejmie do byłej przyjaciółki. - 

Zasłużyłaś na to.

Promienny   uśmiech   Sereny   nieco   przygasł.   Zbyt   dobrze   znała   Blair,   żeby   nie 

zauważyć, że nie jest specjalnie zadowolona, ale za to zdecydowanie wkurzona. Blair była 

skomplikowana. Lepiej uciekać, gdy zachowuje się nieprzewidywalnie.

- Jest   tu   gdzieś   Vanessa?   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy   jej   powiem.   Zamierzam 

namówić Kena Mogula, żeby zatrudnił ją przy filmie!

Z   wyrazem   absolutnej   obojętności   na   twarzy   Blair   wskazała   na   kąt,   w   którym 

siedziała   Vanessa   z   prywatną   butelką   Stolicznej,   radośnie   podpisując   roczniki   wszystkim 

młodszym uczniom, którzy uważali, że jest niemożebnie odlotowa.

- Vanesso Marigold Abrams! - krzyknęła Serena i popędziła przez salę, zostawiając 

swojego niby - chłopaka.

Nate stał przed Blair i lordem Marcusem, wtulonymi w siebie w fotelu. Trzymał ręce 

w kieszeniach i czul się jak ostatni palant.

- Jak było? - zapytał lord Marcus, wyciągając dłoń, żeby przywitać się z Nate'em.

Nate nie wiedział, kto wie o wstrzymaniu jego dyplomu i nie bardzo miał ochotę o 

tym rozmawiać.

- Cieszę się, że mam to za sobą - wymamrotał.

Marcus wyglądał na większego, niż go zapamiętał, i chociaż był to facet, Nate potrafił 

docenić, że lord był naprawdę przystojny. Blair miała fart.

- Tak samo i ja się czuję - stwierdziła Blair z dziarskim uśmiechem.

Wyciągnęła   rękę   i   od   niechcenia   pogłaskała   Marcusa   po   opalonym,   umięśnionym 

karku, popisując się tym. jak swobodnie rozmawia jej się z Nate'em, podczas gdy siedzi na 

kolanach lorda.

Nate   ożywił   się   nagle,   gdy   przypomniał   sobie,   dlaczego   w   ogóle   zjawił   się   na 

imprezie.

- Blair, możemy chwilę porozmawiać? - zapytał. Miał wrażenie, jakby wybełkotał „bla 

bla ble bla?”

To zawsze Blair była tą w potrzebie, jeśli chodziło o ich wieczne rozstania i zejścia. 

Było więc dla niej całkiem nowym doświadczeniem, zobaczyć, jak Nate krąży wokół niej, 

zakłopotany i trochę zdesperowany, z jakimś pakunkiem pod pachą. Zastanawiała się, czy 

chce jej dać prezent. Bóg jeden wie, że dała mu dość prezentów w czasie, gdy byli razem, a 

background image

on rzadko kiedy ofiarował jej coś poza kwiatami, kiedy już na to wpadł.

- Nigdzie nie odchodź, zaraz wracam - mruknęła do Marcusa.

Ześlizgnęła   się   z   jego   kolan,   rzucając   mu   zmysłowe   spojrzenie,   które   mówiło: 

„Wytrzymam jeszcze z pół godziny na tej imprezie, a potem zedrę z ciebie ubranie”. Ruszyła 

za Nate'em do względnie spokojnego kąta sali, starając się wyglądać na zniecierpliwioną i 

obojętną, podczas gdy serce waliło jej jak szalone - nie zdziwiłaby się, gdy było je widać pod 

jej bardzo prześwitującą kremową halką.

Nate wyciągnął spod pachy pakunek - zwiniętą na pół granatową, papierową torbę 

Gap. Blair była zbulwersowana. Kupił jej prezent w Gap?

- Proszę - mruknął, wyciągając coś z torby i wręczając jej.

Blair natychmiast to rozpoznała - ciemnozielony kaszmirowy sweter w serek, który 

podarowała mu ponad rok temu.

- Ale ty uwielbiasz ten sweter - żachnęła się, macając lewy rękaw w poszukiwaniu 

złotego serduszka. Zaszyła je tam, nim dała mu sweter, żeby zawsze nosił jej serce przy sobie. 

Nie znalazła go. Pomacała prawy rękaw, chociaż była absolutnie pewna, że zaszyła  je w 

lewym. Nic. Gdzie ono się. do cholery, podziało?

- Po prostu uważam, że nie powinienem go zatrzymywać - odparł poważnie Nate.

Zamrugał, starając się powstrzymać łzy. Zastanawiał się, czy Blair pamięta o złotym 

serduszku,   które   teraz   leżało   w   szklanej   turkusowej   popielniczce   w   kształcie   żaglówki   - 

przypomnienie o ich skończonym związku.

Hej, a może powinien pogadać z Lesem Bestem na temat męskiej wody kolońskiej - 

Łzy Nate'a!

- To tylko sweter - upierała się Blair, nic z tego nie rozumiejąc. Dlaczego Nate nie 

mógłby być normalny i z okazji ukończenia szkoły dać jej nudnej bransoletki od Tiffany'ego, 

czy coś takiego? Czy w ten sposób chciał ją przeprosić. Czy może odzyskać? Cóż, trochę na 

to za późno.

- Proszę, zatrzymaj go.

- Nie mogę - wydusił Nate.

Żałował,   że   nie   może   zwierzyć   się   Blair,   opowiedzieć,   jak   położył   sprawę   z 

dyplomem,  jak  w ogóle  wszystko  schrzanił.  Ale Nate nigdy wcześniej  tak naprawdę  nie 

zwierzał się Blair, i teraz był raczej kiepski moment, żeby zacząć.

- Jak chcesz.

Złożyła   starannie   sweter   i   położyła   na   granatowym   fotelu   obok.   Oparła   ręce   na 

biodrach, zdecydowana nie okazać wahania. Teraz miała nowego chłopaka. O wiele, wiele 

background image

lepszego.

- To wszystko?

Nate   skinął   głową.   Potem   zrobił   krok   w   przód,   zamknął   szmaragdowe   oczy   i 

pocałował Blair ostrożnie w gładki, miękki policzek. Znowu otworzył oczy.

- Moje gratulacje - mruknął i odszedł.

Blair   stała   przez   chwilę   z   ramionami   skrzyżowanymi   na   piersi,   ignorując   szepty 

koleżanek z klasy. To tylko sweter - powtarzała sobie w duchu.

Aha. Jasne.

background image

przypomnij mi, jak bardzo cię kocham

Dan przyszedł na imprezę do Blair w ciemnozielonym  szkolnym  krawacie. Chciał 

wyglądać jak najlepiej, gdy oznajmi Vanessie, że na jakiś czas odłożył pójście do Evergreen i 

że chce spędzić najbliższy rok, a najlepiej resztę życia, właśnie z nią. Jak tylko zajechali na 

imprezę, Jenny poszła prosto do baru po kieliszek szampana. Dan natomiast stał jak wryty 

przy   drzwiach   z   naręczem   czerwonych   róż,   sparaliżowany   widokiem   Vanessy,   która 

wyglądała olśniewająco w seksownej sukience z głębokim dekoltem i modnych sandałach na 

koturnie. Miała zaróżowione policzki i iskierki w brązowych oczach, gdy gawędziła z Sereną 

van   der   Woodsen.   Serena   wyglądała   jak   zwykłe   ślicznie,   z   kaskadą   jasnych   włosów 

opadających na nagie łopatki i z nieskończenie długimi nogami, ale jej widok nie nakręcał 

Dana tak bardzo jak widok Vanessy.

- Hej, przystojniaku, przywlecz tu swój tyłek! - zawołała do niego Vanessa z drugiego 

końca sali.

Piła od pierwszej po południu więc widok Dana stojącego z naręczem róż wydawał się 

jej bardziej wizją niż podniecającą rzeczywistością. Cokolwiek pijacką wizją.

Dziś rano prawie odjechała z niewłaściwym chłopakiem. To Dana kochała. Jak mogła 

go nie kochać - z tym jego niedbałym wyglądem, mękami twórczymi i niezapowiedzianymi 

wizytami na ciachu, gdzie czekał na nią nago.

Kiedy Dan podszedł, sapnęła, próbując wstać z wysokiego fotela w granatowo - białe 

pasy, ale poddała się i opadła z powrotem.

- Próbowałam cię objąć - wyjaśniła i roześmiała się z siebie.

Jest pijana, pomyślał.

Serena złapała go i ucałowała w policzek, a potem pchnęła na kolana Vanessy.

- Zawsze   jesteś   taki   słodki   -   zagruchała,   mierzwiąc   mu   włosy.   Czerwone   róże 

rozsypały się u ich stóp.

Vanessa  połaskotała go pod pachami. Wzdrygnął  się, uciekając  przed jej palcami. 

Nagle poczuł się bardziej jak milutki, czteroletni brat Vanessy niż jej superseksowny facet.

- No więc, mamy niesamowitą nowinę. Serena zostanie gwiazdą filmową, a ja pomogę 

jej   zrobić   ten   tandetny,   wysokobudżetowy   film,   bo   jeśli   już   się   sprzedawać,   to   z   klasą 

background image

oznajmiła mu z pijackim entuzjazmem Vanessa.

Dziewczyny przybiły sobie piątkę, jak stare kumpelki z drużyny piłkarskiej. Potem 

Serena nalała szampana z wielkiej póttoralitrowej butelki, która stała obok fotela Vanessy i 

podała Danowi wypełniony po brzegi kieliszek.

- Za Hollywood! - krzyknęła radośnie, czekając, aż Dan wypije do dna.

Dan przysiadł na nagim kolanie Vanessy, usiłując nie rozlać szampana. Przygotował 

wiersz miłosny Pabla Nerudy, ale to nie był najlepszy moment na recytację.

- Myślisz,   że   powinnam   im   powiedzieć,   żeby   podkręcili   muzykę?   Mogłybyśmy 

potańczyć. - Serena głośno beknęła.

- Zdecydowanie. - Vanessa podskoczyła na poduszkach fotela, przez co Dan prawie 

zleciał na podłogę. - Dan, zatańczysz z nami?

Wstał niepewnie, nie mogąc doczekać się, aż Serena zostawi ich samych.

- Jasne.

Serena zakręciła się i odeszła. Wyglądała zjawiskowo w sukience z żółtego jedwabiu i 

złotych   włosach.   Sala   była   pełna   ludzi,   a   powietrze   gęstniało   od   dymu   papierosowego   i 

perfum. Wszyscy świętowali od rana, miało się więc wrażenie, że jest czwarta nad ranem, a 

nie dziesiąta wieczór. Przez wzgląd na dawne czasy, dziewczyny z Seaton Arms i Constance 

grały w butelkę z grupą chłopców z Riverside.

- Ja pierwszy! - zapiał z zachwytem Chuck Bass, przyklękając, żeby solidnie zakręcić 

butelką po stolicznej.

Typowe.

- Ojciec   nieźle   się   dziś   na   mnie   wkurzył   -   przyznał   się   Dan.   Przysiadł   na 

podłokietniku. Zdenerwowany, że nie mógł przełknąć szampana. Nie patrzyła na niego, ale 

miał nadzieję, że go słucha. - Pewnie powinienem był go uprzedzić.

Vanessa   patrzyła   na   Serenę,   która   flirtowała   z   Jarvisem   Cockerem,   zwariowanym 

brytyjskim   didżejem,   który   siedział   w   czarnym   cylindrze   przy   swojej   konsoli   na   drugim 

końcu sali. Była zafascynowana tym, jak bezwstydna jest Serena. Zrobiłaby wszystko, co w 

miarę legalne i nie za bardzo upokarzające, tylko dlatego, że ją to bawiło. Ale najbardziej 

Vanessa   podziwiała   to,   że   Serena   nie   zadzierała   nosa,   była   po   prostu   sobą.   Nikogo   nie 

potrzebowała. Po prostu była Sereną.

- Wiesz, zmieniłem zdanie co do Evergreen - ciągnął Dan. - W każdym razie, nie idę 

tam od razu.

Vanessa czuła, że Dan gapi się na nią i zdała sobie sprawę, że próbuje jej powiedzieć 

coś ważnego. Połowy z tego nie dosłyszała.

background image

- Czekaj. Co?

Dan zsunął się z oparcia, przykląkł na lśniącej odcieniami brązu drewnianej podłodze i 

ujął jej dłonie.

Nie kocham cię z innego powodu niż moja miłość - zarecytował.

Vanessa cieszyła się, że wokół panuje taki tłok. W przeciwnym wypadku poczułaby 

się nieco zakłopotana.

- Nie   mogę   sobie   wyobrazić,   żebyśmy   nie   oddychali   tym   samym   powietrzem   i 

mieszkali tyle kilometrów od siebie - wyznał szczerze Dan, tym razem własnymi słowami. - 

Jak powiedziałem w swojej mowie, do college'u mogę iść zawsze, a ciebie kocham tu i teraz. 

Jedyna rzecz, której chcę, moje jedyne pragnienie, to być z tobą.

Vanessa   się   zaczerwieniła.   Tak,   kochała   go,   ale   czy   musiał   być   taki   cholernie 

melodramatyczny?

- Więc ty... - zawiesiła niepewnie głos.

- Zostaję - dokończył, patrząc na nią z zachwytem w brązowych oczach. - Z tobą.

Nagle nowa piosenka OutKast, której nikt nie potrafił słuchać, nie zrywając  się z 

miejsca i nie potrząsając tyłkiem, ryknęła z głośników jakieś dziesięć decybeli głośniej niż 

wcześniejszy wolny kawałek r'n'b. Serena doskoczyła, złapała Vanessę za rękę i wyciągnęła z 

fotela.

- Chodź, ślicznotko - zaćwierkała. - Pokaż, co potrafisz .

Vanessa nie cierpiała tańczyć, przynajmniej publicznie, ale chciała uciec od Dana i tej 

jego powagi. Serena zderzyła się z nią biodrami, więc Vanessa roześmiała się i odpowiedziała 

tym samym. Czuła, że Dan się jej przygląda, ale się nie odwróciła. Muzyka była dobra, a ona 

czuła, że żyje, piękna w lśniącej białej sukience Morgane Le Fay. Dan musiał zwariować, 

skoro sądził, że to dobry pomysł  nie iść w przyszłym  roku do college'u. Oczywiście,  że 

pójdzie,   ale   najpierw   spędzą   razem   lato   s   wszystko   obgadają.   Muzyka   robiła   się   coraz 

głośniejsza. Vanessa uniosła nagie ramiona i zaczęła się kołysać. Dan kompletnie oszalał, ale 

ona też, skoro kiedykolwiek twierdziła, że nie lubi tańczyć.

background image

struga łez N

Nate   siedział   na   brzegu   jednego   z   orientalnych   dywanów   w   salonie   Yale   Club   i 

udawał, że obserwuje zabawę w butelkę. Ta francuska hipiska, Lexie, która łaziła za nim 

przez   kilku  tygodni,   twierdząc,  że   jest  w   nim   szaleńczo  zakochana,  oraz   jej   koleżanki  z 

L'École siedziały w zwartym kręgu kilka kroków dalej, wszystkie w szydełkowych topach 

bez pleców, z gołymi chudymi brzuchami. Kopciły gauloise'y jak nakręcone. Miał nadzieję, 

że Lexie go nie zauważy.

Za późno.

- Nate? - Nadal siedząc, Lexie wypięła do przodu chudy, opalony brzuch, w sposób, 

który musiał jej się wydawać szale nie pociągający. Pewnie myślała, że nie można jej się 

wtedy oprzeć. Miała nowy kolczyk w pępku, który był jeszcze zaróżowiony po przekuciu.

Fuj.

Wyciągnęła długie, nagie ramiona nad głową, prezentując całej sali słońce, księżyc, 

gwiazdy, które miała wytatuowane na prawej łopatce.

Ooh la la.

Nate uśmiechnął się, udając, że dopiero ją zauważył.

- Hej, Lexie.

Pomachał jej niemrawo, a potem objął rekami kolana, dając do zrozumienia, że nie 

zamierza się do niej przyłączyć.

Lexie przewróciła oczami i przerzuciła długi kruczoczarny kucyk przez ramię.

- Łajdak - odparła z ciężkim, francuskim akcentem i bardzo francuskim grymasem. - 

Złamałeś mi serce.

Coś ekscytującego wydarzyło się w grze w butelkę, bo wszyscy skandowali i klaskali. 

Nate też zaczął klaskać - zrobiłby wszystko, byle uniknąć konfrontacji z Lexie.

Serena   i   ta   dziwaczna   dziewczyna   z   ogoloną   głową   z   Constance,   z   którą   Blair 

mieszkała i miała rzekomo poważny, lesbijski romans, tańczyły pośrodku sali jak zwariowane 

królowe disco. Wyglądały na pijane i wniebowzięte - tak jak powinno się wyglądać w dniu 

ukończenia szkoły średniej.

Oczywiście, pod warunkiem, że dostanie się dyplom, w przeciwieństwie do pewnej 

background image

znanej osoby.

Nate'a ogarnęło nagle wrażenie déjà vu. a może to była tylko chandra. W każdym razie 

było to coś smutnego i brzmiącego z francuska. Przypomniał sobie, jak na przypadkowej 

imprezie  u Dana Humphreya,  przy West Side, gdzieś w dziewiątej albo dziesiątej klasie, 

pozwolił Blair i Serenie narysować sobie na brzuchu czarnym markerem twarz. Nazwali ją 

Nagi Buck. Przed upływem wieczoru, każda dziewczyna pocałowała Bucka co najmniej kilka 

razy, nawet kiedy Nate już całkiem odpłynął.

To były dni.

Nagle Nate się przeraził. A co jeśli ma już za sobą całą zabawę, jaka była mu pisana? 

Co jeśli znalazł się właśnie na równi pochyłej?

A jeśli z każdym rokiem w Riverside był coraz głupszy i głupszy, zamiast mądrzeć? 

To całkiem możliwe, jeśli przez całe życie chodzisz upalony trawą.

Łzy   zaczęły   powoli   płynąć   po   jego   złotych   policzkach.   Cała   reszta   towarzystwa 

wydawała się taka szczęśliwa i podekscytowana przyszłością, podczas gdy on nie wiedział, 

czy w ogóle ma jeszcze na co czekać.

background image

J zastanawia się, czy nie stracić cnoty, zanim pójdzie do szkoły z 

internatem

Imprezy zawsze onieśmielały Jenny,  zwłaszcza  takie, na których  inne dziewczyny 

miały piersi w normalnym rozmiarze oraz były wyższe, ładniejsze i bardziej pewne siebie od 

niej. Ale teraz, gdy dostała się do szkoły z internatem, Jenny czuła, że otwierają się przed nią 

zupełnie   nowe   możliwości.   Nie   będzie   już   tylko   małą   Jenny   Humphrey,   dziewczyną   o 

artystycznym zacięciu, kręconych włosach, kościstych kolanach i gigantycznych cyckach. W 

przyszłym roku w Waverly stanie się Jennifer Humphrey, nieprzyzwoicie pewnym siebie, 

magnesem na chłopców, najfajniejszą dziewczyną w klasie, a może nawet w całej szkole.

Może.

A   skoro   zamierzała   zmienić   wizerunek,   wydawało   się   jej   wskazane   zrobić   coś 

naprawdę dramatycznego, na przykład stracić cnotę.

Że co proszę?

Od kilku dobrych chwil obserwowała Nate'a. Zmienił się od czasu, kiedy w sylwestra 

złamał   jej   serce.   Przede   wszystkim   -   płakał.   Siedział   zgarbiony,   jakby   dostał   jakąś   złą 

wiadomość   i   nie   potrafił   się   z   tego   otrząsnąć.   Nawet   jego   szmaragdowe   oczy   były 

pozbawione blasku. Z trudem potrzymała odruch, żeby go przytulić.

- Cześć, Nate - wykrztusiła, odważnie dotykając jego ramienia. - Pamiętasz mnie?

Takie piesi? Nawet najbardziej ujarany chłopak nie mógłby zapomnieć.

Nate potarł rękami zapłakaną twarz i spróbował się uśmiechnąć.

- Siemanko, Jennifer - powitał ją z wymuszonym entuzjazmem kogoś, kto miał ciężki 

dzień i nie miał ochoty na pogaduszki.

- Więc masz już z głowy szkołę i w ogóle? - Jenny nie dawała za wygraną.

W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że z miejsca w którym siedział, Nate widział 

tylko spód jej gigantycznych piersi, upchanych w rozciągliwy top bez pleców z wbudowanym 

stanikiem. Pewnie nawet nie widział jej twarzy. Przykucnęła obok, chwiejąc się nieco na 

niskich szpilkach bez pięty.

- Idę w przyszłym roku do szkoły z internatem, do Waverly - wypaliła, - Nie mogę się 

już. normalnie, doczekać!

background image

Nate był trochę zaskoczony, że Jenny w ogóle chce z nim rozmawiać, ale cieszył się, 

bo to oznaczało, że nie musi już unikać rozmowy z Lexie.

- To dobra szkoła.

- Aha, i nie będę już musiała nosić tych głupich mundurków z Constance - dodała 

podekscytowana   Jenny   i   od   razu   pożałowała   swoich   słów,   bo   zabrzmiały   dziecinnie   i 

marudnie.

Po chwili doszła do wniosku, że być może jest sposób, żeby wypaść bardziej dojrzale. 

Przysunęła się bliżej do ucha Nate'a. Pachniał świeżo upraną koszulą i tą cudowną wodą 

kolońską Hermès'a. której zawsze używał i od której zapierało jej dech.

- Mam w torebce pigułkę eski. Ktoś dał mi ją w Croton, kiedy zwiedzałam szkołę. Nie 

wiem   nawet,   czy   damy   radę   się   nią   podzielić,   ale...   -   Posłała   mu   swój   najbardziej 

uwodzicielski uśmiech.

Co za tupet! Niezła flirciara zrobiła się z tej nowej Jenny Humphrey!

Nate   zamrugał   oczami.   Jennifer   nie   rozmawiała   z   nim   tak   po   prostu,   ona   z   nim 

flirtowała i to ostro. Co, wyobrażała sobie, że Nate po prostu łyknie tabletkę eski i rzuci się na 

nią   pośrodku   salonu   Yale   Club   w   obecności   wszystkich   znajomych,   łącznie   z   jego   byłą 

dziewczyną Blair i, najprawdopodobniej już wkrótce byłą dziewczyną, Sereną?

Czy coś takiego kiedykolwiek go powstrzymało?

Nate brał ecstasy tylko dwa razy, z Charliem, Anthonym i Jeremym, ale za każdym 

razem czuł się rewelacyjnie. Nie było nic lepszego niż dobre, luźne samopoczucie po esce - 

przynajmniej dopóki nie przestała działać i człowiek czul się zmęczony i odwodniony, że 

miał   ochotę   dać   nura   do   wiadra   wody.   Tak   się   składało,   że   teraz   czuł   się   gorzej   niż 

kiedykolwiek wcześniej w całym swoim życiu. Może mała esca z małą Jennifer Humphrey - 

która wydawała się zyskiwać z wiekiem - była tym, czego mu trzeba.

Jenny   zauważyła,   że   Nate'a   kusiło.   Zachęcona   tym,   że   potrafiła   zaintrygować 

starszego od siebie, przystojnego chłopaka, westchnęła mu pożądliwie do ucha:

- Chodźmy do łazienki i zróbmy to.

Co proszę? Czyżby zapomniała, co stało się ostatnim razem, gdy poszła do łazienki z 

napalonym starszym chłopakiem?

background image

czego ucho nie słyszało, tego sercu nie żal

Blair siedziała w kabinie jednej z nieskazitelnych i eleganckich, zdobionych złotymi 

akcentami, damskich toalet Yale Club. Zastanawiało ją, że od ponad miesiąca nie zmuszała 

się do wymiotów. I wtedy właśnie usłyszała pierwsze niepokojące plotki.

- Podobno nie jest nawet prawdziwym lordem. To po prostu jakiś Angol, który udaje 

wielkiego arystokratę. Założę się, że wcale nie jeździ na polowania na lisa ani nie zakłada 

cylindra i fraka na przyjęcia, ani nic z tych rzeczy - paplała z sąsiedniej kabiny Laura Salmon.

- Myślę, że to naprawdę draństwo z jego strony. To znaczy, jeśli jest zaręczony z jakąś 

dziewczyną w Anglii, to znaczy, że oszukuje obydwie - odparła nonszalancko Kati Farkas, 

spryskując włosy lakierem Fredericka Fekkai z butelki - próbki po raz trzeci tej nocy. - Po 

prostu   uwielbiam  ten   zapach.   A   tobie  podoba   się  zapach   tego   lakieru?  Ja  nawet  czasem 

psikam   nim   ubranie,   chociaż   wiem,   że   to   trochę   wstrętne.   No   bo   w   końcu   to   lakier   do 

włosów!

Blair zebrała do góry plisowaną, satynową spódnicę swojego białego kostiumu od de 

la Renty, żeby dziewczyny jej nie poznały. Czy one mówiły o lordzie Marcusie?

- Myślę, że ktoś powinien jej to powiedzieć - oznajmiła Laura, nim spuściła wodę. 

Pchnęła   drzwi   kabiny   i   zaczęła   myć   ręce   cytrynową   pianką   do   rąk   L'Occitane,   którą 

zapewniał Yale Club. - Nie uważasz?

- Zdecydowanie - zgodziła się Kati.

Jakby którakolwiek z nich miała dość odwagi.

Blair poczekała, aż sobie pójdą, nim wyszła z kabiny. Wszystko przewracało jej się 

żołądku od wódki i szampana, które piła od kilku godzin, ale nie zamierzała uciekać się do 

wymiotów i ryzykować, że pobrudzi sobie spódnicę prześlicznego kostiumu.

Co one mogą wiedzieć na temat  Marcusa? - wściekała się. Ich zazdrość była  tok 

oczywista, że już na samą myśl robiło jej się jeszcze bardziej niedobrze. Oczywiście, że był 

lordem.   Nie   zauważyły   jego   cudownych,   nienagannie   utrzymanych   butów   Church's? 

Nieskazitelnego podcięcia włosów? Szytych na miarę koszul Savile Row? Nie słyszały, jak 

mówi do niej „olśniewająca” i „kochanie”. Nie zauważyły, jak całuje jej dłoń, jakby to była 

najnaturalniejsza   rzecz   na   świecie?   Kiedy   Blair   sprawdzała   informacje   na   jego   temat   na 

background image

Google'u,   nigdzie   nie   było   słowa   o   narzeczonej.   Nie   ma   mowy,   do   cholery,   żeby   był 

zaręczony z kimś innym niż ona. Zamknęła oczy z rozmarzeniem. Lady Blair Rhodes - to 

brzmiało naprawdę nieźle.

Drzwi łazienki otworzyły się i do środka wmaszerowała Isabel Coates. Była całkiem 

potargana, bo biała, satynowa zapinka do włosów Diora rozpięła jej się w trakcie tańca. Isabel 

zawsze tak wydziwiała z włosami, że Blair zastanawiała się, dlaczego ich po prostu nie zetnie.

- Och. Tu jesteś - zauważyła Isabel i zaraz stało się jasne, że była obecna, gdy Kati i 

Laura plotkowały na temat lorda Marcusa. - Więc to chyba ja powinnam ci powiedzieć. - 

Zniżyła glos, żeby Blair zrozumiała, że to, co zamierza jej powiedzieć jest niezwykle ważne, - 

Nim ktoś cię zrani.

Jakby ją to w ogóle obchodziło!

Blair zmrużyła w lustrze niebieskie oczy i rzuciła odbiciu Isabel lodowate spojrzenie.

- Powiedzieć co?

Isabel odgarnęła za uszy kilka niesfornych odstających włosów, a potem zmarszczyła 

brwi, zerwała z głowy spinkę i zaczęła upinać fryzurę od nowa. Blair uważała, że w obciętych 

dżinsach i pociętej czerwonej koszulce Juicy, Isabel wygląda na tanią i zdesperowaną, jak 

Paris Hilton.

- Ten lord Marcus jest żonaty - stwierdziła rzeczowo Isabel, krzywiąc się z wysiłku, 

gdy próbowała uczesać się w idealnie gładkiego kucyka.

Blair po raz siódmy w ciągu pięciu minut nałożyła szminkę Chanel. Była tak wściekła, 

że zaczęła znowu myśleć o wymiotach.

- Chrzanienie.

Isabel   przewróciła   oczami   o   podkręconych   rzęsach   i   westchnęła,   jakby   była   już 

absolutnie znudzona tematem.

- W każdym razie prawie. Jest zaręczony od dziesiątego roku życia. No wiesz, jak lady 

Diana i książę Karol?

Blair odwróciła się od lustra. Zaciskała mocno pięści, żeby nie złapać Isabel za tę jej 

strusią szyję.

- A gdzie właściwie o tym słyszałaś?

Isabel wzruszyła irytująco ramionami.

- Wszyscy wiedzą. To po prostu fakt.

To zależy, jak definiować słowo „fakt”.

- To najgłupsza...

Blair już chciała bronić honoru lorda Marcusa, ale się powstrzymała. Byli młodzi i 

background image

zakochani - kogo obchodziło, co myślą inni? Nawet jeśli rzeczywiście istniała jakaś nudna 

Angielka,   którą   lord   Marcus   miał   poślubić,   to   pewnie   wyglądała   jak   królowa   Wiktoria, 

siedziała na tłustym tyłku w swoim zamku w Anglii, zajadała ciasteczka i zastanawiała się 

dlaczego lord Marcus nie dzwoni.

Isabel uśmiechnęła się do własnego odbicia, nareszcie zadowolona.

- Po   prostu   uznałam,   że   powinnaś   wiedzieć.   -   Wzruszyła   ramionami,   unosząc   za 

mocno wydepilowane brwi. - Chcesz z nami zapalić? - zaproponowała, jakby nadal miały po 

trzynaście lat i paliły tylko w grupkach.

- Nie.

Blair   przeszła   obok   Isabel   i   wyszła   z   łazienki.   Zajrzała   do   niewiarygodnie 

zatłoczonego salonu, ale fotel, na którym siedziała z lordem Marcusem, był teraz zajęty przez 

głośnego i upalonego przyjaciela Nate'a, Jeremy'ego i jakąś wulgarną Francuzkę, która uczyła 

go wydmuchiwać serduszka z dymu. Lorda Marcusa nigdzie nie było widać. Blair dotknęła 

perłowego naszyjnika na swojej szyi i potykając się, pobiegła do windy.

Cały   wieczór   marzyła,   by   znaleźć   się   z   lordem   Marcusem,   sam   na   sam,   w   jego 

apartamencie. Teraz miała szansę.

background image

D postanawia przemyśleć wakacyjne plany

Danowi trzęsła się ręka, w której trzymał papierosa, gdy patrzył jak jego siostra znika 

w   męskiej   toalecie   z   tym   aroganckim,   wiecznie   upalonym   księciem   z   Upper   East   Side, 

Nate'em   Archibaldem.   Podczas   gdy  Jenny  z   każdym   dniem   wydawała   się   coraz   bardziej 

śmiała i pewna siebie, Dan miał wrażenie, że cofa się w rozwoju do żałosnego frajera bez 

dziewczyny i przyjaciół, jakim był jeszcze rok temu. Jego siostra załatwiła sobie nawet szkołę 

z internatem po tym, jak zamknęli rekrutację, podczas gdy on zawęził swoje możliwości do 

zera.

Muzyka grała teraz naprawdę głośno, a Vanessa z Sereną poderwały do tańca połowę 

sali. Vanessa zrzuciła sandały na koturnie, odsłaniając pomalowane na czarno paznokcie i 

mocno wysklepioną stopę. Dan uwielbiał całować jej stopy. Potrafił pisać o nich sonety. Ale 

to było jeszcze w czasach gdy Vanessa nie piła, nic tańczyła i nie nosiła bieli ani nic innego 

poza   czarnymi   dżinsami,   podkolanówkami   i   martensami.   Teraz   wydawała   się   tak   inna   - 

gdyby miał napisać o niej wiersz, nie bardzo wiedziałby, od czego zacząć.

Vanessa podeszła do niego tanecznym krokiem i objęła za szyję. Jej blada skóra była 

śliska od potu, a powieki ciężkie od wódki, którą wypiła.

- Naprawdę cię kocham, Dan - mruknęła mu gorąco do ucha i znowu odeszła, nie 

przestając się kołysać.

Całe jej ciało skrzyło się, gdy Dan patrzył za nią. Naprawdę wierzył, że go kocha. Po 

prostu nie potrzebowała, żeby cały czas był przy niej. Była zbyt zajęta zrzucaniem czarnego 

kokonu i przemianą w lśniącą, białą ćmę.

Ale on zrezygnował już z Evergreen. Co miał teraz robić?

Zapalając camela, zastanawiał się, czy nie wpakować się do męskiej toalety, żeby 

przez   wzgląd   na   dawne   czasy   ratować   siostrę.   Taki   szlachetny   gest   mógłby   sprawić,   że 

poczułby   się   lepiej.   Ale   Dan   miał   już   serdecznie   dość   bycia   odpowiedzialnym   starszym 

bratem. Może dla odmiany ktoś uratowałby jego?

Nie ma sprawy.

- Synu? Możemy chwilę porozmawiać?

Dan z zaskoczenia upuścił papierosa na bordowo - złoty orientalny dywan i mało nie 

background image

wyskoczył   z   wyblakłych,   błękitnych   vansów.   To   był   jego   ojciec,   w   swoim   ulubionym 

fioletowym dresie i czarnym T - shircie, z policzkami zaczerwionymi od namiaru wina.

- Chyba tak - odparł powoli Dan.

Muzyka w klubie była absurdalnie głośna. Dan wyprowadził Rufusa na zewnątrz. Na 

Vanderbilt Avenue powietrze było parne, a chodniki lśniły od wilgoci. Po drugiej stronie 

ulicy, Grand Central Station wyglądał jak olbrzymi relikt przeszłości. Przed Yale Club stał 

zaparkowany   inny   relikt,   Buick   Skylark   z   siedemdziesiątego   siódmego   roku,   niebieski 

metalik,  który  zupełnie  nie  pasował  do tego  miejsca.  Dwie   chude  dziewczyny  z  L'École 

siedziały na krawężniku i kłóciły się o coś – która jest ładniejsza albo która z większym 

szykiem pali gauloise'y.

Za   nimi   leżały   porzucone   złote   sandały   Gucciego.   Nagle   dziewczyny   zaczęły   się 

całować.

- Jezu   -   mruknął   Rufus,   pociągając   się   za   szpakowatą   brodę,   która   przypominała 

zużyty, metalowy zmywak.

- Co znowu, tato? - jękną! zniecierpliwiony Dan.

To było dość krępujące, wychodzić z imprezy z ojcem. Czuł się, jakby miał jedenaście 

lat.

Rufus wsadził ręce za rozciągnięty pas fioletowego dresu i Dan aż się wzdrygnął na 

taki gest.

- Po   tym   jak   wyszedłeś,   zadzwoni!   jakiś   stuknięty   grecki   profesor   z   Evergreen. 

Najpierw plótł, że miałeś spać u niego na hamaku i jeść z nim liście winogron, a potem zaczął 

filozofować na temat tego, jak to dzieciaki w twoim wieku nie odróżniają seksu od miłości. 

Najwyraźniej jest w tych sprawach ekspertem. W każdym razie rozmawiałem z nim chwilę i 

dogadaliśmy się, że zatrzyma dla ciebie miejsce na uczelni, bo po pierwsze, poprosiłem go o 

to, po drugie, miał być twoim opiekunem naukowym i chce, żebyś mu pomógł z książką i po 

trzecie, obaj cię lubimy, chociaż jesteś kretynem.

Dan czuł się dotknięty ciepłym i nieco protekcjonalnym tonem ojca.

- Nie możesz mi mówić, co mam robić - wypalił, krzyżując ręce na piersi i z każdą 

minutą zachowując się coraz bardziej dziecinnie. - Nie możesz.

- To   prawda   -   zgodził   się   Rufus.   -   Wskazał   na   starego   stylowego   buicka 

zaparkowanego przed Yale Club. - Ale kupiłem ci już samochód. Mógłbyś  przynajmniej 

pozwolić mi nauczyć cię nim jeździć, a potem możesz się stąd zabierać w cholerę.

Dan czytywał o objawieniach, ale do tej pory nigdy czegoś takiego nie przeżył. Dostał 

się do niemal każdego college'u. do którego złożył podanie. „New Yorker” opublikował jego 

background image

wiersz Co miał robić w przyszłym roku - pracować w księgarni albo w knajpie, podczas gdy 

Vanessa będzie na zajęciach?

- Mógłbym   poświęcić   lato   na   przemyślenie   wszystkiego   -   zgodził   sic,   nie   chcąc 

pokazać ojcu, że łatwo go przekonać.

Będą mogli spędzać czas z Vanessą, kiedy ona nie będzie za bardzo zajęta pracą przy 

filmie,   a   on   jeżdżeniem   tym...   magnesem   na   panienki.   Kto   wie?   Może   znajdą   się   inne 

dziewczyny   do   kochania   poza   Vanessą.   Musiał   tylko   zdobyć   prawo   jazdy   i   ruszyć 

samochodem na zachód, żeby się przekonać.

Rufus wyciągnął rękę, żeby poklepać Dana po plecach, ale ten wyciągnął ramiona i 

uściskał ojca.

- Ta impreza jest taka sobie - przyznał się.

Rufus odchrząknął i poprowadził syna do samochodu, który wyglądał niesamowicie w 

świetle ulicznej latarni.

- To może dam ci pierwszą lekcję jazdy?

Och. Uwielbiam szczęśliwe zakończenia.

background image

seks, narkotyki i rock'n'roll

Jenny zamknęła na zasuwkę drzwi kabiny dla niepełnosprawnych w męskiej toalecie. 

Nie była pewna co zrobić najpierw - rozebrać się czy wyłowić tabletkę z torebki. Rozszerzone 

nozdrza Nate'a świadczyły o zniecierpliwieniu, ale nie wiedziała, czy chodzi o seks, czy o 

narkotyk.

Rozpięła   czarną   torebkę   w   białe   perskie   koty   i   otworzyła   pasującą   do   niej 

portmonetkę.

- Mam.

Wyjęła kawał folii z tabletką w środku i ostrożnie zaczęły odwijać.

Nate zerknął jej przez ramię.

- Chcesz ją sama wziąć, czy wolisz, żebym ja to zrobił?

Jenny nie miała ochoty, on najwyraźniej tak.

- Ty weź.

Wyciągnęła dłoń i Nate wziął pigułkę między palce. Otworzył usta, zamknął oczy i 

wysunął język, po czym wcisnął na niego tabletkę, znowu otworzył oczy i zamknął usta. Nie 

wyglądał przy tym szczególnie atrakcyjnie, ale Jenny i tak była zdecydowana pójść z nim na 

całość. To był jej łabędzi śpiew, ostatnia szansa, by dać się zapamiętać tak, jak ona chciała.

Och, z pewnością da się zapamiętać.

- Czy to ma jakiś smak? - zapytała ze szczerej ciekawości.

- Nie.

Nate się uśmiechnął. Im więcej czasu spędzał sam na sam z Jennifer, tym bardziej 

czul,   że   wraca   jego   dawne   „ja”.   Ona   chciała   się   tylko   zabawić,   bez   zobowiązań,   bez 

oczekiwań, z okazji zakończenia roku, nim wyjedzie do szkoły z internatem, czy gdzie, do 

cholery, wybierała się tego łata - a to była specjalność Nate'a. Pochylił się i pocałował ja w 

usta, na początku z wahaniem, jakby była gorącym przysmakiem, a on bał się, że się oparzy.

- Za to ty smakujesz wspaniale.

Jenny ogromnie podobała się myśl, że wykorzystuje Nate'a, a fakt, że chciał zostać 

wykorzystany, tylko dodawał sytuacji pikanterii. Pogłaskał jej brązowe włosy, a ona uniosła 

podbródek i spojrzała w jego olśniewające zielone oczy.

background image

- Pamiętasz, jaka byłam w tobie zakochana?

Nate uśmiechnął się i pocałował ją znowu. Robił to przez jakiś czas, uśmiechał się i 

całował ją, uśmiechał się i całował, jakby zajadał pyszne lody.

- Twoja   skóra   jest   jak...   jak...   płatki   kwiatów   -   zauważył   Nate,   gdy   eska   zaczęła 

działać. Potarł czubkiem nosa o jej skroń. - Grrr.

Jenny zachichotała. To było absolutnie niesamowite, być tak blisko Nate'a i czuć się 

przy tym tak swobodnie. Był niemożliwie przystojny i bycie całowaną przez niego okazało 

się naprawdę, naprawdę, naprawdę przyjemne. Ale Nate zaczynał odpływać, a ona nie chciała 

tracić cnoty z chłopakiem, który gotów wziąć ją za szczeniaka labradora. O, nie.

No, zachował przynajmniej resztkę godności.

Mimo wszystko, była to jej ostatnia szalona noc przed porannym odlotem do Pragi. 

Nie była jeszcze gotowa, by ją zakończyć.

Nate   potarł   policzkiem   o   jej   starannie   wyregulowane   ciemne   brwi,   a   ona   uniosła 

podbródek, żeby pochwycić go w kolejny długi, głodny pocałunek. Jej brat zawsze zrzędził, 

że życie jest beznadziejne. Nie mogła bardziej się z nim nie zgodzić. Nigdy nie wyobrażała 

sobie, że jej życie będzie aż tak ekscytujące. A było, naprawdę było.

background image

nie ma to jak odrobina tajemniczości

- Marcus,   kochanie?!   -   zawołała   niepewnie   Blair   przez   białe   rzeźbione   drzwi   do 

apartamentu lorda. Nigdy wcześniej nie mówiła do niego „kochanie”, ale to słowo stawało się 

powoli jej ulubionym pieszczotliwym określeniem. - Jesteś tam?

Zastanawiała się, czy nie rozebrać się do samych pereł już na korytarzu, ale Yale Club 

był pełen gości. Co, gdyby jakiś profesor z Yale zobaczył ją nago, a potem trafiłaby do niego 

na wstęp do prawa albo jakieś inne zajęcia dla pierwszego roku?

Taaak, wtedy zajęcia stałyby się nadzwyczaj interesujące.

- Marcus?

Blair przycisnęła ucho do drzwi i nasłuchiwała. Nic. Pociągnęła za klamkę. Drzwi 

były otwarte. Uchyliła je i zajrzała do środka.

- Marcus?

Dalej nic. Otworzyła drzwi na oścież.

Szuflady staroświeckiej, dębowej szafy były powysuwane, a na łóżku leżał wilgotny 

ręcznik. Powietrze było ciężkie od pary i zapachu wody kolońskiej Caroliny Herrery. Drzwi 

garderoby stały otwarte, a cedrowe wieszaki wisiały puste. Marcus zniknął.

Ups.

Blair opadła ciężko na łóżko. Czuła się zupełnie jak porzucona, lecz piękna, bohaterka 

jednego z epickich filmów, które rozgrywały się w jej głowie, a które ostatnio  przestała 

oglądać. Zdążyła już zapomnieć o wielkich okularach przeciwsłonecznych, chustce na włosy 

Hermesa i trenczu do kostek, bo jako zakochana bohaterka, która miała drugą połowę, nie 

potrzebowała ich. Teraz chciała je odzyskać.

Jak to się stało? Czy jej jedynym przeznaczeniem było robić za wycieraczkę dla takich 

chłopaków jak Nate albo lord Marcus, żeby mieli o co wytrzeć podeszwy swoich kłamliwych, 

zdradliwych butów?

Czując,   jak   buntuje   się   jej   żołądek,   wstała   i   popędziła   do   swojego   apartamentu. 

Zamierzała wpaść do łazienki i zmusić się do wymiotów, gdy tylko dopadnie muszli. Na 

biurku stała oparta o coś, duża, kremowa koperta z napisem Do mojej kochanej B, wypisanym 

niewyraźnym   charakterem   pisma   Marcusa,   oraz   małe,   czarne   pudełeczko   Z   aksamitu   ze 

background image

złotym nadrukiem  Bvlgari.  Blair oparta się pokusie otwarcia pudełka i rozdarta kopertę. W 

środku   znajdował   się   list   od   Marcusa   napisany   na   kremowym   papierze  z  granatowym 

nagłówkiem, LORD MARCUS B EATON - RHODES, oraz bilet British Airways.

Nadal   stojąc,   Blair   zaczęła   łapczywie   czytać   List.   Starała   się   ignorować   drobne 

drgania w żołądku, które przypominały pękanie baniek.

Najdroższa, kochana Blair, Be, moja pszczółko!

Jak   mogłem   przypuszczać,   kiedy   planowałem   krótką   wizytę  w   Nowym   Jorku   po   Yale,   ze  

spotkam dziewczynę i się zakocham? I to nie jakąś tam dziewczynę, tylko Ciebie. Nie potrafię opisać 

moich uczuć słowami, dlatego popędziłem i dokupiłem te dwa drobiazgi, które będą Ci pasowały do  

naszyjnika. Obiecaj, że będziesz to wszystko miała na sobie, gdy znowu cię zobaczę. Mam nadzieję,  

że nastąpi to już za dwa tygodnie, jeśli tylko Wasza Piękność będzie tak miła i przyleci lotem, który w  

swej śmiałości pozwoliłem sobie dla Niej zarezerwować oczywiście w pierwszej klasie. Masz zatem 

dwa tygodnie  -  dość czasu, żeby sprawić sobie nową garderobę, zafundować serię maseczek albo 

sesji w solarium, czy cokolwiek jest ci potrzebne, by wyglądać olśniewająco, jak zawsze. Wybacz, że  

tak uciekam, ale to twoje przyjęcie na zakończenie szkoły i nie chciałem go psuć pożegnaniami. A  

zatem, odlatuję. Proszę, przyjedź do Anglii. Będę tęsknił.

Twój na zawsze,

Marcus

Blair chwyciła pudełko z biurka i uchyliła wieczko. W środku lśniły dwie doskonale, 

ogromne, okrągłe perły, każda na ozdobnej złotej zawieszce w kształcie litery B - kolczyki w 

komplecie   do   naszyjnika.   Natychmiast   zdjęła   swoje   nudne   perłowe   wkrętki   i   założyła 

kolczyki Bvlgari.

Be. Pszczółka.

Blair wątpiła, by Marcus był zaręczony z jakąś grubą księżniczką krwi z wielkim 

nosem, skoro kupił jej bilet do Anglii, aby mogła poznać jego mamę. Sądząc po wytwornej 

papeterii, był też autentycznym lordem. A bilet i perły świadczyły o tym, że naprawdę ją 

kochał.

Otworzyła górną szufladę biurka i schowała bilet obok ulubionego czarnego stanika 

La Perła.

Wbrew obiegowej opinii, nic tak nie rozpala wyobraźni dziewczyny jak tajemnicze 

zniknięcie.

background image

wiesz, że mnie kochasz

Jasne włosy Sereny zmatowiały od potu, a żółta sukienka kleiła jej się do ciała jak 

wilgotna bibuła. Tańczyła od godziny i ledwo trzymała się na nogach. Vanessa opierała się o 

ścianę   i   żłopała   z   butelki   wodę   Perrier,   a   policzki   miała   czerwone   od   wysiłku.   Serena 

dołączyła do niej, wyrwała butelkę z dłoni przyjaciółki i zaczęła pić.

- Nie widziałaś przypadkiem Dana, co? - wydyszała Vanessa.

Teraz,   gdy   skończyła   tańczyć,   miło   byłoby   znaleźć   jakiś   cichy   kącik   w   klubie   i 

pofiglować z Danem.

- Nie - odparta Serena.

Szczypiącymi   od   potu   oczami,   dziewczyny   rozejrzały   się   po   obecnych.   Grupa 

chłopców z dziesiątej klasy jakiejś katolickiej  szkoły robiła ludzką piramidę z Chuckiem 

Bassem na szczycie - chociaż on jeden ważył pewnie tyle, co cała reszta razem wzięta. Jedna 

z dziewczyn z L'École zdjęła top i kołysała się samotnie w kącie, paląc skręta i strojąc gitarę. 

Na łopatce miała wytatuowane słońce, księżyc i gwiazdy.

- Dziwna jakaś ta impreza - zauważyła Vanessa.

- Widziałaś Nate'a? - zapytała Serena.

Pamiętała mgliście, że z nim przyjechała, ale potem go już nie widziała. Zmrużyła 

oczy, po części spodziewając się zobaczyć go łkającego przy barze, ale nigdzie go nie było.

Blair odchodziła właśnie od baru ze świeżym kieliszkiem szampana w ręce i nowym 

papierosem w hebanowej cygarniczce, którą trzymała w lśniących szminką ustach. Wyglądała 

jak amantka ze starego filmu. Serena odepchnęła się od ściany i podeszła do niej.

- Masz przepiękne perły.

Blair postanowiła nie splunąć Serenie w twarz ani nie wydrapać jej niebieskich oczu.

- To od Marcusa.

Serena pokiwała głową i zamierzała powiedzieć coś o tym

jakim niezwykłym facetem 

jest Marcus, ale była za bardzo rozkojarzona.

- Nie widziałaś gdzieś Nate'a?

Blair pociągnęła długi łyk szampana i wypuściła dym z papierosa. Była zbyt zajęta 

przyjmowaniem prezentów od swojego tajemniczego, arystokratycznego adoratora. Nie miała 

background image

czasu pilnować Nate'a.

- Nie.

Serena rozejrzała się po sali.

- Ostatnio dziwnie się zachowywał rzuciła, obgryzając paznokieć. - Nie uważasz?

Blair nie miała wiele do powiedzenia na ten temat. Ciemnozielony sweter nadal leżał 

tam, gdzie go zostawiła, zwinięty w fotelu nieopodal.

- Chyba tak - zgodziła się.

Jenny   Humphrey,   ta   drobna   dziewiątoklasistka   o   wielkich   piersiach,   wyszła   z 

korytarzyka prowadzącego do męskiej toalety. Kręcone włosy miała w lekkim nieładzie, a 

usta zaczerwienione i opuchnięte, jakby za długo się całowała. Zatrzymała się i wyciągnęła 

rękę, jakby prowadziła za sobą dziecko. Potem pojawił się Nate. Wyglądał na szczęśliwego i 

zdezorientowanego. Jenny objęła go w pasie, a on odwrócił się i pocałował ją w usta z takim 

zapałem, jakby były co najmniej z czekolady.

- Och! - wykrzyknęła Serena, jakby ktoś ją uszczypnął.

Zamrugała   oczami,   zastanawiając   się,   czy   czuje   się   naprawdę   zraniona,   czy   tylko 

niemile zaskoczona. Nigdy nie czuła się w porządku, że byli z Nate'em razem. I lepiej będzie 

zostać   singlem   tego   lata,   bo   będzie   się   mogła   skupić   na   filmie.   Teraz   przynajmniej   nie 

musiała zawracać  sobie głowy zrywaniem  z nim. Tak naprawdę to chyba  nigdy nie byli 

prawdziwą parą.

Rzeczywiście, niekoniecznie.

- Typowe - syknęła Blair.

Wytrząsnęła z paczki merita ultra light i podała go Serenie.

- Nie wściekaj się. To silniejsze od niego.

Serena wzięła papierosa i wsunęła między wargi, czekając, aż Blair poda jej ogień.

- Nie jestem wściekła. - Westchnęła z ulgą.

Chociaż raz ona i Blair zbliżyły się przez Nate'a, zamiast pokłócić się o niego. Miła 

odmiana.

- Pożyczysz   mi   to   do   filmu?   -   Wskazała   na   cygarniczkę   Blair.   -   Chociaż   pewnie 

podpaliłabym sobie tytek, próbując jej używać. Jestem taką fajtłapą.

Blair uwielbiała słuchać samokrytyki Sereny. To dawało jej nadzieję.

- Pewnie, że pożyczę.

Dwie dziewczyny odwróciły się instynktownie, gdy kłos podszedł do nich z drugiego 

końca sali. Twarz Nate'a była obwisła, jego zielone oczy ogromne, a ciało bardziej bezwładne 

niż zwykle. Szedł do nich z otwartymi ramionami. Złapał Serene i zafundował jej jeszcze 

background image

bardziej rozmaślony pocałunek niż przed chwilą Jenny. Serena zachichotała i odepchnęła go.

- Natie!

Ale on był niewzruszony. Puścił Serenę i złapał Blair. Przycisnął wilgotne usta do jej 

warg i zaciągnął się jej oddechem.

- Co do cholery...?! - krzyknęła Blair. Zrobiła krok do tyłu, żeby się wyrwać.

Nate stał między dziewczynami i uśmiechał się jak najszczęśliwszy facet na ziemi.

- Jesteście po prostu zbyt piękne - powiedział, jakby tytułem usprawiedliwienia. - Nie 

mogę przestać was całować.

Blair i Serena spojrzały po sobie. Tak, Nate rzeczywiście dziwnie się zachowywał. Jak 

mawiają w Anglii, był kompletnie naprany. Było jednak coś zaraźliwego w jego szczeniackim 

entuzjazmie, W końcu dzisiaj kończyli szkołę. Dlaczego nie mieli zachowywać się dziwnie? 

Dlaczego nie całować się ze wszystkimi? Niektórych z nich pewnie nigdy więcej nie zobaczą.

A z niektórymi spędzą jeszcze całkiem sporo czasu.

- Chcesz zobaczyć coś naprawdę szalonego? - zapytała Nate'a Blair, unosząc prawą 

brew w sposób, który godzinami próbowały naśladować młodsze uczennice z Constance.

Zrobiła   krok   naprzód   i   położyła   ręce   na   nagich   ramionach   Sereny.   Przyjaciółka 

natychmiast zrozumiała, co ma zrobić. Uśmiechnęły się do siebie i zbliżyły głowy, bliżej, i 

jeszcze bliżej, jakby na zwolnionym tempie.

- Wiemy, że nas kochacie - mruknęły zgodnie, nim ich usta zetknęły się w pocałunku.

W sali ucichło, gdy wszyscy przerwali to, co robili i odwrócili się, żeby popatrzeć, ale 

żadna  z dziewczyn nie przerywała  pocałunku.  Wszyscy zastanawiali  się, czy to nie  żart, 

ostatni wybryk absolwentek?

Może tak. A może nie.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

DZIEŃ DOBRY, ABSOLWENCI!

Nie macie wrażenia, że wasze twarze wyglądały dziś rano odrobinę inaczej - a może powinnam raczej 

napisać po południu, bo rano nikt z nas nie zdążył się jeszcze położyć? Wczorajszy dzień wydaje się 

trochę nierzeczywisty, ale, wierzcie mi, to wszystko wydarzyło się naprawdę. Udało nam się, mamy to 

z głowy.

DNI SĄ KRÓTKIE, A NOCE SĄ BARDZO, BARDZO DŁUGIE

Mamy wtorkowe popołudnie - a właściwie prawie wieczór - a ja nadal w łóżku. Co zrobiłam zaraz po 

przebudzeniu? Wrzuciłam ubranie z rozdania dyplomów na dno szafy, a szkolne mundurki, których już 

nigdy wżyciu nie włożę, wyrzuciłam do śmieci. Potem zaczęłam snuć skomplikowane plany, jak zabrać 

paczkę przyjaciół na plażę w Sag Harbor moim nowiutkim, importowanym z Europy, samochodem. Ale 

zmieniłam   zdanie.   Nie   ma   pośpiechu.   Możemy   zrobić   to   jutro   albo   pojutrze,   albo   po   pojutrze. 

Zamówiłam więc śniadanie z E.A.T., wróciłam do łóżka i siedzę tak do tej pory - jest mi jak w siódmym 

niebie. Zamierzam tu zostać jeszcze co najmniej pół godziny - aż nadejdzie czas szykować się do 

kolejnego wyjścia. Zapomnijcie o baraszkowaniu w słońcu przez cały dzień - do tego trzeba wcześnie 

wstawać. A w lecie najpiękniejsze są te długie nocne wyjścia!

YALE CLUB PRZYJMUJE NOWĄ POLITYKĘ W KWESTIE IMPREZ

Dwanaście   godzin   później,   a   oni   nadal   zamiatają   ludzi   z   orientalnych   dywanów   i   pakują   ich   do 

taksówek. Po ostatnim wieczorze - z dziewczynami w topless, piramidami z chłopców, dziewczynami 

dobierającymi się do dziewczyn, chłopcami dobierającymi się do chłopców, zniknięciu flagi Yale, która 

wisiała   nad   wejściem,   skargach   gości   na   niewiarygodnie   głośną   muzykę   i   dym   papierosowy   - 

kierownictwo klubu postanowiło działać. Od teraz członkowie Yale Club mogą urządzać imprezy, ale 

background image

tylko dla innych członków klubu i ich rodzin. Żadnych gości z zewnątrz. Wygląda na to, że lepiej, aby 

pewna trójka wybierając się do Yale, pozostała w dobrych stosunkach. Inaczej z kim się bawić, jeśli 

kiedyś przyjdzie im ochota zaszaleć w klubie.

ZAPOWIADA SIĘ NAM LATO MIŁOŚCI

S V+ D

+ on sam

+ ona sama

S + ona sama

J + jakiś przypadkowy, ale przystojny czeski artysta, który nie mówi po angielsku

N + on sam

B + lord M... i oczywiście ona sama

POJAWIAJĄ SIĘ JEDNAK NOWE PYTANIA

Czy  S  i  B  są   teraz   przyjaciółkami,  czy  parą?   Czy  to   znaczy,  że  stare   plotki   o   wannie   to   jednak 

prawda?

Czy N przetrwa lato ciężkiej pracy i pobożności w Hamptons, zwłaszcza bez B i S?

Czy V dostanie pracę przy kręceniu Śniadania u Freda? Jak zniesie wariata w roli reżysera?

Czy V i D rzeczywiście są razem? A jeśli tak, to czy ich związek przetrwa do jesieni. A co potem?

Czy D nauczy się jeździć swoim stary buickiem, czy też może za bardzo będą mu się pocić ręce na 

kierownicy?

Czy B naprawdę pojedzie do Anglii odwiedzić przystojnego lorda? Czy wróci w koronie? Czy w ogóle 

wróci?

Czy   przy  S  Audrey   Hepburn   wyjdzie   na   amatorkę?   A   co   ważniejsze;   kto   będzie   jej   filmowym 

partnerem?

Czy nadal będziemy mieli wieści o J, nawet gdy wyjedzie do Europy? A co, gdy pójdzie do szkoły z 

internatem?

Na pewno dowiecie się wszystkiego o wszystkich. Nigdy nie byłam za dobra w zatajaniu informacji!

NIE ZNIKAM

background image

Na   wypadek,   gdybyście   się   zastanawiali   -   może   i   skończyłam   szkołę,   i   wyjeżdżam   na   jesieni   do 

college'u, ale na pewno nie zamierzam was zaniedbać ani zniknąć. Za dużo jest do opowiadania. 

Zawsze będzie...

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara


Document Outline