background image

CECILY VON ZIEGESAR 

NIE ZATRZYMASZ MNIE PRZY 

SOBIE 

plotkara 8 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy mam wybierać między jednym złem a drugim, 

zwykle wybieram to, którego jeszcze nie próbowałam. 

Mae West 

background image

∗∗∗∗

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Czerwiec tu

ż

 - tu

ż

 i Nowy Jork płonie jak 

ś

wieca Diptyque - jest gor

ą

cy i aromatyczny, pi

ę

kny i jasny. 

Ś

ciemnia si

ę

 teraz tak pó

ź

no, 

ż

e nie potrafimy odró

ż

ni

ć

 dnia od nocy. Nie, 

ż

eby nas to obchodziło. O 

tej porze roku nasz wybieg - zwany te

ż

 Upper East Side - jest praktycznie wolny od rodziców. S

ą

 za 

bardzo  zaj

ę

ci  meczami  polo  i  garden  party,  meczami  tenisa  i  partiami  golfa  w  naszych  wiejskich 

rezydencjach  w  Ridgefield  w  Connecticut,  w  Bridgehampton  na  Long  Island,  w  Newport  na  Rhode 

Island  albo  w  Mount  Desert  Island  w  Maine.  A  nas  zostawiaj

ą

ż

eby

ś

my  rz

ą

dzili  w  mie

ś

cie.  Tak 

jakby

ś

my  cho

ć

by  na  chwil

ę

  przestali  w  nim  rz

ą

dzi

ć

.  Nasze  nazwiska  otwieraj

ą

  list

ę

  go

ś

ci  w  ka

ż

dej 

ekskluzywnej  restauracji,  klubie  i  hotelu  na  Manhattanie  od  dnia  naszych  narodzin.  Chadzamy 

paczkami i brylujemy na salonach, w centrum i na przedmie

ś

ciach, na wschodzie i na zachodzie. Cała 

wyspa jest i zawsze była nasza. Jednak w czerwcu, dla nas, uczniów ostatnich klas, nadejdzie koniec 

szkoły  i  czas,  by  powiedzie

ć

  sobie  „Do  widzenia”.  Ale  na  bok  sm

ę

tne  miny.  Teraz  jest  czas,  by 

naprawd

ę

  da

ć

  si

ę

  zapami

ę

ta

ć

.  Je

ś

li  na  zako

ń

czenie  szkoły  dostaniemy  to,  czego  chcemy,  ju

ż

 

niedługo  wszyscy  b

ę

dziemy  mieli  samochody.  Nasza  kolei, 

ż

eby  by

ć

  tak  gło

ś

nymi,  niezno

ś

nymi  i 

pi

ę

knymi, jak nigdy dot

ą

d - pip, piiip! A skora nie ma nikogo, kto by chciał nas usadzi

ć

 (jakby

ś

my si

ę

 

tym przejmowali), czas, 

ż

eby porz

ą

dnie poszale

ć

 

Pi

ęć

 powodów, 

ż

eby balowa

ć

 ostrzej ni

ż

 kiedykolwiek w 

ż

yciu: 

1. Nauka do ko

ń

cowych egzaminów jest 

ś

miertelnie nudna. 

2. Ju

ż

 prawie lato! 

3. Zasłu

ż

yli

ś

my na to!! 

4. Klimatyzacja tak mocno chłodzi, 

ż

e musimy znale

źć

 jaki

ś

 sposób na rozgrzewk

ę

 - wiecie, co mam 

na my

ś

li. 

5. To nasza ostatnia szansa. Wi

ę

kszo

ść

  z nas  wyje

ż

d

ż

a  na  wakacje, a potem wyrusza do college'u. 

                                                 

  plotkara.net  jest  tłumaczeniem  nazwy  autentycznej  strony  internetowej:  www.gossipgirl.net  (przyp. 

red.). 

* 

background image

Teraz albo nigdy. 

 

Zanim całkiem ci odbije i zrobisz co

ś

, czego b

ę

dziesz pó

ź

niej 

ż

ałowała, powinna

ś

 zastanowi

ć

 si

ę

, czy 

ty i twój chłopak jeste

ś

cie sobie do

ść

 oddani, by utrzyma

ć

 zwi

ą

zek na odległo

ść

 przez całe lato oraz 

pobyt  w  college'u.  Wyobra

ź

  sobie  siebie  otoczon

ą

  opalonymi  przystojniakami  w  szortach  Billabong, 

bosych,  ze  stopami  w  piasku,  proponuj

ą

cych  ci  przeja

ż

d

ż

k

ę

  stylowym  kabrioletem.  Wyobra

ź

  sobie 

seksownych, 

ś

wie

ż

o  upieczonych  studentów  prosto  z  prywatnych  szkół,  w  samych  milusich 

bladozielonych bokserkach w białe groszki, jak id

ą

 pod prysznic w twoim koedukacyjnym akademiku. 

Naprawd

ę

  zdołasz  si

ę

  oprze

ć

?  Czemu  nie  oszcz

ę

dzi

ć

  sobie  tortur  rozstania  przez  telefon,  zrywaj

ą

ju

ż

 teraz? Zafunduj sobie nic nieznacz

ą

cy flirt z tym nie

ś

miałym, milutkim kujonem, z którym w pi

ą

tej 

klasie  chodziła

ś

  na  lekcje  ta

ń

ca  i  który  nie  jest  ju

ż

  takim  kujonem.  Nie  masz  absolutnie  nic  do 

stracenia. A skoro ju

ż

 przy tym jeste

ś

my - mo

ż

e chocia

ż

 poudawaj, 

ż

e lubisz t

ę

 dziewczyn

ę

 z tłustymi 

włosami  i  wystaj

ą

cymi  z

ę

bami,  której  zapomniała

ś

  zaprosi

ć

  na  urodziny  w  siódmej  klasie  i  ka

ż

dego 

nast

ę

pnego  roku.  Dzi

ę

ki  temu  b

ę

dzie  mogła  wskaza

ć

  twoje  zdj

ę

cie  w  szkolnym  roczniku  i  pochwali

ć

 

si

ę

  przed  nowymi  kole

ż

ankami  w  Mount  Hollyhock  albo  innym  beznadziejnym  college'u,  do  którego 

trafi:  „Widzicie  t

ę

  lask

ę

?  Była  jedn

ą

  z  moich  najlepszych  przyjaciółek  I”  Ale  do

ść

  ju

ż

  o  odgrzewaniu 

starych znajomo

ś

ci i podtrzymywaniu nieistniej

ą

cych przyja

ź

ni. 

 

Nie  wiem,  jak  wy,  ale  ja  prze

ż

ywam  wła

ś

nie  powa

ż

ny  duchowy  kryzys. Wi

ę

kszo

ść

  prywatnych  szkół 

dla  dziewcz

ą

t  traktuje  uroczysto

ść

  rozdania  dyplomów  niezwykle  powa

ż

nie.  Dziewcz

ę

ta  musz

ą

  mie

ć

 

na sobie długie białe suknie, białe r

ę

kawiczki i białe buty. Jak na 

ś

lubie, tyle 

ż

e my b

ę

dziemy wyfruwa

ć

 

a  nie  na  odwrót  -  hurrra!  Mimo  to,  pozostaje  pytanie:  Oscar  czy  nie  Oscar?  Oczywi

ś

cie  Oscar  de  la 

Renta.  Je

ś

li  wybierzesz  Oscara,  sko

ń

czysz  pewnie  w  takiej  samej  sukience  jak  sze

ść

  innych 

dziewczyn  z  twojej  klasy  -  chocia

ż

  i  tak  wiesz, 

ż

e  b

ę

dziesz  wygl

ą

da

ć

  o  niebo  lepiej  ni

ż

  one.  A 

kupowanie bieli ma t

ę

 zalet

ę

ż

e zawsze mo

ż

esz pó

ź

niej ufarbowa

ć

 sukienk

ę

 i wło

ż

y

ć

 j

ą

 jeszcze raz. 

Aha, akurat - jakby

ś

 miała ochot

ę

 jeszcze kiedykolwiek j

ą

 wkłada

ć

 

A skoro mam ju

ż

 wasz

ą

 niepodzieln

ą

 uwag

ę

, sprawd

ź

my co słycha

ć

 u naszych ulubie

ń

ców... 

 

DZIWNA PARA 

 

Pojawiły si

ę

 spekulacje, 

ż

e zwi

ą

zek mi

ę

dzy dwoma skrajnymi przeciwie

ń

stwami mieszkaj

ą

cymi razem 

w  Williamsburgu  to  nie  jest  tylko  zwykłe,  wygodne,  wspólne  wynajmowanie  mieszkania,  ale  co

ś

 

bardziej  -  jakby  to  uj

ąć

  -  romantycznego.  B  ostatnio  bardzo  cz

ę

sto  ubiera  si

ę

  na  czarno  i  zakłada 

ci

ęż

sze  buty.  A  co  z  t

ą

  srebrn

ą

  spink

ą

  od  Tiffany'ego,  któr

ą

  miała  przedwczoraj  w  superkrótkich 

włosach  V?  Wyobra

ż

acie  sobie  je  razem,  tul

ą

ce  si

ę

  do  siebie  na  sofie,  czesz

ą

ce  sobie  włosy, 

wymieniaj

ą

ce si

ę

 szpilkami od Manolo i martensami? Komu potrzebni s

ą

 chłopcy? 

 

A SKORO MOWA O CHŁOPCACH 

 

background image

mo

ż

e i odpu

ś

ciła sobie facetów - kto by tak nie zrobił po ostatnim wyskoku N? - ale V najwyra

ź

niej 

sprawia przyjemno

ść

 towarzystwo płci przeciwnej, i to coraz bardziej. Ona i ten wygolony weganin, A

przyrodni brat B dokazywali bez skr

ę

powania w cz

ęś

ciowym negli

ż

u w kawiarenkach i na parkowych 

ławkach w całym Williamsburgu. Nic tak nie rozpala jak odrobina ekshibicjonizmu! 

 

Co  do  N,  to  pewnie  my

ś

licie, 

ż

e  nie  posiadał  si

ę

  ze  szcz

ęś

cia  po  tym,  jak  zaliczył  najbardziej 

po

żą

dan

ą

  blond  bomb

ę

  w  mie

ś

cie  -  i  to  na  oczach  B,  w  domku k

ą

pielowym,  w  wannie,  na  Imprezie 

dziewczyn  z  ostatniej klasy  z okazji  dnia  wagarowicza, w Southampton. No  wi

ę

c nie. Widzieli

ś

cie go 

ostatnio? Zaczerwienione oczy, brudne chusteczki zwisaj

ą

ce z kieszeni, osowiałe usposobienie. Nasz 

złoty  chłopiec  jest  najwyra

ź

niej  w  straszliwym  dołku.  A  mo

ż

e  złapał  przenoszon

ą

  drog

ą

  płciow

ą

 

chorob

ę

  od  jednej  z  tych  francuskich  zdzir,  z  którymi,  jak  głosi  plotka,  wiecznie  kr

ę

cił. Widzicie?  Nie 

warto by

ć

 zachłannym. Nie 

ż

eby nas to kiedykolwiek powstrzymało. 

 

Wasze e - maile 

 

P:

 Droga P! 

W przyszłym roku id

ę

 do Vassar. Kochałam si

ę

 w takim jednym chłopaku od trzeciego roku 

ż

ycia i wła

ś

nie si

ę

 dowiedziałam, 

ż

e on te

ż

 idzie do Vassar! Jestem taka podekscytowana, 

ale martwi

ę

 si

ę

ż

e strac

ę

 tyle czasu na skłonienie go, 

ż

eby ze mn

ą

 zagadał, 

ż

e nawet nie 

zauwa

żę

ż

e jestem w college'u, rozumiesz? 

Zakochana 

 

O:

 Droga zakochana! 

Wybacz brutaln

ą

 szczero

ść

, ale mam wra

ż

enie, 

ż

e ju

ż

 sp

ę

dziła

ś

 mnóstwo czasu, próbuj

ą

skłoni

ć

 tego faceta, 

ż

eby z tob

ą

 zagadał. Poczekaj, a

ż

 zajedziesz do Vassar - spotkasz tam 

całe  mnóstwo  cud  chłopaków,  których  nigdy  w 

ż

yciu  nie  widziała

ś

.  Niektórzy  mog

ą

  by

ć

 

nawet  warci  miło

ś

ci.  A  poniewa

ż

  w  dzisiejszych  czasach  wi

ę

kszo

ść

  akademików  jest 

koedukacyjna, nie uda ci si

ę

 z nimi nie rozmawia

ć

P. 

 

Na celowniku 

 

B  i  V  kupuj

ą

  na  targu  w  Williamsburgu  bazyli

ę

  w  doniczkach.  Mo

ż

e  jednak  plotki  o  ich  lesbijskich 

skłonno

ś

ciach s

ą

 prawdziwe?! C wchodzi do fryzjera w Greenwich Village, 

ż

eby ogoli

ć

 sobie głow

ę

 i 

wychodzi  z  włosami  dłu

ż

szymi  ni

ż

  wcze

ś

niej  oraz  platynowymi  pasemkami.  Nie  ma  siły, 

ż

eby 

przetrwał  cho

ć

by  miesi

ą

c  w  akademii  wojskowej.  N  stoi  na  dachu  Metropolitan  Museum  of  Art  i  z 

pos

ę

pn

ą

 min

ą

 patrzy na Central Park. Wygl

ą

da na to, 

ż

e nasz ulubiony,  wiecznie najarany chłopiec 

cierpi  na  wyj

ą

tkowo  przykry  przypadek  melancholii.  D  ogl

ą

da  buicki  po  wypadkach  na  jakim

ś

 

zapadłym parkingu z u

ż

ywanymi wozami w Harlemie. 

Ż

eby chocia

ż

 umiał zmienia

ć

 biegi. W sobot

ę

 J 

samotnie zdaje egzamin do szkoły z internatem w biurze dyrektorki Constance Billard. Ona koniecznie 

background image

chce si

ę

 przenie

ść

, a szkoła jeszcze bardziej chce si

ę

 jej pozby

ć

 

MUSICIE TYLKO ZDA

Ć

 

 

Moja rada: nie przegapcie wyprzeda

ż

y wzorów u Zaca Posena i pokazu Stell i McCartney, siedz

ą

c na 

jednym  z  tych  durnych  kursów  przygotowawczych,  do  których  zach

ę

caj

ą

  nas  nauczyciele,  gdzie 

przerabiaj

ą

 wszystko, czego kiedykolwiek si

ę

 uczyli

ś

my. Nalejcie sobie kieliszek dobrze schłodzonego 

pinot  grigio  i  po  prostu  przejrzyjcie  notatki.  Musicie  tylko  zda

ć

,  a  uwierzcie  mi,  jeste

ś

cie  znacznie 

m

ą

drzejsi,  ni

ż

  my

ś

licie.  Powodzenia,  kochani.  Nie  mog

ę

  si

ę

  doczeka

ć

,  kiedy  zobaczymy  si

ę

  na 

rozdaniu 

ś

wiadectw! 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

dok

ą

d chodz

ą

 wszystkie dziewczyny 

- Będziesz to przymierzać? - zapytała nieśmiało Blair Waldorf Alison Baker, dziwnie 

infantylna dziewczyna z ostatniej klasy. 

Blair  pchnęła  srebrny  wieszak  po  szynie  w  stronę  Alison.  Biała,  sztywna  jak  tektura 

tunika z lnu jakiegoś przypadkowego skandynawskiego projektanta? Nie, dzięki. 

- Bierz - odparła wspaniałomyślnie. 

Alison  miała  cienkie,  długie  do  pasa,  brązowe  włosy,  przerwę  między  jedynkami  i 

była  potwornie  chuda.  Codziennie  zakładała  białą  koszulę  i  granatowe  sznurowane  buty, 

których  szkoła  Constance  Billard  wymagała  od  przedszkolaków,  ale  których  w  pierwszej 

klasie  nikt  już  nie  założyłby  do  mundurka.  Kiedyś,  w  czwartej  klasie.  Alison  zsikała  się  w 

majtki w bibliotece, bo nie chciała pójść do łazienki, nim nic skończy czytać Ani z Zielonego 

Wzgórza.  Przez  resztę  dnia  musiała  chodzić  w  za  małych  wełnianych  rajstopach  w 

musztardowym kolorze z kosza na rzeczy znalezione. Bez bielizny. 

Musiało drapać. 

W  szóstej  klasie  Alison  dwa  weekendy  z  rzędu  bezskutecznie  zapraszała  Blair  do 

wiejskiej  posiadłości  w  Osterville  na  Cape  Cod,  aż  w  końcu  sobie  odpuściła.  Potem 

rozpuściła  paskudną  plotkę,  że  ojciec  Blair  nie  puszcza  córki  na  weekendy,  ponieważ  łączy 

ich kazirodczy związek, a tylko wtedy mogą spędzać czas razem. 

Ojciec Blair, stuprocentowy gej? Z byka spadła? 

- Będzie ci w niej fantastycznie. Ja mam do niej za wąskie ramiona - skłamała Blair. 

Alison  włożyła  tunikę  na  koszulę  i  pozwoliła,  żeby  spódniczka  od  mundurka  opadła 

na  podłogę.  Sukienka  zwisała  z  jej  kościstej  figury  jak  mokry  worek  na  kartofle.  Z  mysimi, 

wiotkimi  włosami  do  pasa  wyglądała  jak  dziewczyna,  którą  opętał  demon  w  tym 

obrzydliwym horrorze Egzorcysta. 

- Myślisz, że jest za duża? - zapytała. 

Nawet Blair nic miała serca udawać, że Alison wygląda dobrze. 

- Może  -  odparła,  zbyt  zajęta  stosem  jaskrawo  kolorowych,  jedwabnych,  obcisłych 

sukienek na ramiączkach od Diane von Furstenberg, żeby czymkolwiek się przejmować. 

- Ej,  ja  to  chciałam  przymierzyć!  -  Isabel  Coates  wyrwała  zwiewną,  białą  sukienkę 

background image

Stelli McCartney z rąk Rain Hoffstetter i przycisnęła do swojej patykowatej pozbawionej talii 

figury. Zapuszczała grzywkę i lśniące ciemne włosy nosiła podpięte wsuwkami nad czołem w 

zamierzonym nieładzie, przez co wyglądała odjazdowo i kretyńsko zarazem. 

- Żartujesz? To jest trzydzieści sześć. W życiu się w nią nie wciśniesz - zaoponowała 

Rain, łapiąc za brzeg sukienki, jakby chciała wyrwać ją z rąk Isabel. - Jestem niższa od ciebie 

- opierała się, chociaż tak samo jak Isabel, była bliższa czterdziestki niż trzydziestu sześciu. 

- Nie  wiem,  dlaczego  tak  się  pieklicie  o  głupią  kieckę.  -  Blair  ziewnęła,  podchodząc 

do  wieszaka  z  wyszywanymi  paciorkami  bawełnianymi  sweterkami  w  kolorze  lilaróż  od 

Nicole Farhi. - Po pierwsze, jest kremowa i patrzcie... - Wskazała pomalowanym na perłowo 

paznokciem na biały, satynowy wieszak, na którym wisiała sukienka. - Ma różowy pasek. A 

nasze sukienki na koniec szkoły mają być nieskazitelnie białe. 

Chociaż sukienka była o dwa rozmiary za mała. Isabel nadal przyciskała ją do siebie, 

jakby od tego zależało jej życie. 

- Może wcale nie chcę jej na zakończenie szkoły. Może wybieram się na imprezę albo 

cos takiego. 

Jasne. Została zaproszona na sekretną imprezę, o której Blair nie wiedziała. 

Dzisiaj  był  pierwszy  dzień  pokazu  i  wyprzedaży  Browns  of  London  w  głównej  sali 

balowej hotelu St. Clair i dziewczyny z ostatniej klasy Constance Billard urwały się z godziny 

wychowawczej,  żeby  się  tam  zjawić.  Czy  był  lepszy  sposób,  by  upolować  sukienkę,  która 

pojawiła  się  już  w  Anglii,  ale  nigdy  nie  była  sprzedawana  w  Nowym  Jorku?  Żeby  znaleźć 

idealną, pożądaną, jedyną w swoim rodzaju suknię na zakończenie szkoły? Jedyny sęk w tym, 

że  ich  sukienki  na  rozdanie  świadectw  musiały  być  całe  białe,  a  większość  projektantów 

wystrzegała  się  bieli,  by  uniknąć  mało  seksownych  skojarzeń  z  chrzcinami  i  wiejskimi 

pastuszkami. 

O sukniach ślubnych nie wspominając. 

- Szkoda,  że  ta  ma  tren...  -  zadumała  się  na  głos  Kati  Farkas,  unosząc  do  góry 

śnieżnobiałą, satynową sukienkę z bufiastymi rękawami od Alexandra McQueena. Wyglądała 

jak coś, co Śpiąca Królewna chętnie by włożyła na stuletni sen. 

- Fuj. - Isabel zmarszczyła nos. - Tren to zdecydowanie nie jej jedyna wada. 

Pokaz składał się z pięćdziesięciu ośmiu wieszaków ubrań - sukni balowych, sukienek 

koktajlowych,  sukni  ślubnych  i  dla  druhen,  spódnic,  bluzek,  swetrów,  rybaczek,  dwóch 

wieszaków  kapeluszy,  a  nawet  wieszaka  pełnego  tiar.  welonów  i  chustek.  Ubrania  były 

cudowne  i  przepięknie  wykonane,  ale  dziewczyny  nic  obchodziły  się  z  nimi  delikatnie. 

Rzeczy walały się po całym dywanie, a zwykle dostojna, pełna złoceń sala balowa wyglądała 

background image

teraz  jak  garderoba  jakiejś  zwariowanej  modnisi  z  Upper  Hast  Side,  która  w  alkoholowym 

upojeniu szykowała się na imprezę dobroczynną. 

Tłum dziewcząt polujących na wymarzoną sukienkę na zakończenie szkoły, umilkł na 

chwilę,  gdy  wysoka  blondynka  o  ogromnych  ciemnoniebieskich  oczach  weszła  do  sali  i 

podała  ochroniarzowi  biało  -  zielony  skórzany  plecak  Louisa  Vuittona.  Za  nią  stał  opalony 

chłopak o falujących złotobrązowych włosach i błyszczących zielonych oczach. 

- Założę się, że się spóźnili, bo najpierw musieli skoczyć na górę - zachichotała Rain, 

szturchając  Nicki  Button  w  żebra.  Rain  i  Nicki  wybrały  się  w  weekend  na  japoński  zabieg 

prostowania  włosów  i  teraz  ich  ciemne  czupryny  były  nienaturalnie  wygładzone  i  lśniące, 

jakby doklei! je specjalista z londyńskiego muzeum figur woskowych Madame Tussaud. 

- Patrz.  Blair  udaje,  że  ich  nie  zauważyła.  O  Boże,  Serena  idzie  prosto  do  niej  - 

zapiszczała Laura Salmon. 

Dziewczyny stały z ramionami pełnymi sukienek, nie spuszczając oczu z Sereny van 

der  Woodsen,  która  popłynęła  do  wieszaka  z  eleganckimi,  ale  mimo  to  niemodnymi, 

słomkowymi kapeluszami od słońca, raptem dwa kroki od Blair, i zaczęła je przymierzać. 

- Ładny - stwierdził Nate Archibald bez entuzjazmu, garbiąc się pod ścianą. 

Wyglądał  na  bardziej  pochmurnego  i  zamyślonego  niż  zwykle.  To  była  jedna  z  tych 

imprez,  gdzie  większość  dziewczyn,  zamiast  czekać  wieczność  w  kolejce  do  przymierzalni, 

rozbierała się po prostu przy wieszakach. Nate był jednak najbardziej pożądanym chłopakiem 

na  Upper  East  Side.  Dziewczyny  rozbierały  się  do  naga,  gdy  tylko  pstryknął  palcami,  ale 

nawet  wtedy  to  on,  nie  one,  przyciągał  pożądliwe  spojrzenia.  Nic  dziwnego,  że  nie  był  pod 

wrażeniem.  To,  jak  wbijał  wzrok  w  swoje  tenisówki  z  limitowanej  serii  Stana  Smitha, 

wyraźnie mówiło, że robi, co może, aby udawać, że nie zauważył Blair - dziewczyny, z którą 

miał  spędzić  resztę  życia.  Jednak  raptem  w  zeszłym  tygodniu  spieprzył  sprawę,  zabawiając 

się  w  czasie  dnia  wagarowicza  ostatnich  klas  z  Sereną.  Teraz  Blair  stała  z  pięć  metrów  od 

niego, posyłając mu lodowate spojrzenie. 

Po tym, jak nakryła Nate'a z Sereną, Blair przysięgła sobie, że jeśli znowu natknie się 

na  nich  razem,  nie  wpadnie  w  szał,  nie  złapie  pierwszego  lepszego  ostrego  lub  ciężkiego 

przedmiotu  i  nie  ciśnie  w  ich  głowy,  wrzeszcząc:  „Zdradliwe,  napalone  świnie!”  Nie  mogła 

jednak  nic  poradzić,  że  czuła  się  bardziej  niż  wkurzona  tym,  jak  dobrze  razem  się 

prezentowali.  Naturalne  jasne  pasemka  we  włosach  Nate'a  miały  dokładnie  ten  sam 

bladozłoty odcień, co włosy Sereny. Oboje mieli ten sam zdrowy słoneczny rumieniec, jakby 

spędzali całe dnie na kocu na Owczej Łące, całując się i opalając. Serena miała na sobie jedną 

z  granatowych  znoszonych  koszulek  polo  Nate'a,  z  wyblakłym  kołnierzykiem  i  strzępiącym 

background image

się brzegiem. A policzki Nate'a lśniły odrobinę w jasnych światłach sali balowej, zupełnie tak 

samo jak bladoróżowy błyszczyk Vincenta Longo, który miała na ustach Serena. 

W innych okolicznościach byłoby to nawet słodkie, ale teraz zdecydowanie nie było. 

A  jednak  coś  było  nie  tak.  Nate  schudł  i  wyglądał  na  przygnębionego,  a  Serena 

sprawiała  wrażenie  bardziej  rozkojarzonej  niż  zwykle.  Blair  z  przyjemnością  zauważyła,  że 

zdecydowanie  nie  są  szczęśliwi.  Pewnie  Nate  chodził  ciągle  zbyt  ujarany,  by  poświęcać 

Serenie tyle uwagi, ile się domagała. A Serena pewnie nieustannie zapominała zatelefonować 

do Nate'a.  On udawał, że nie lubi ciągłego dzwonienia, ale w  głębi duszy  potrzebował tego, 

tak  jak  dzieci  potrzebują,  żeby  im  zawsze  przypominać,  że  są  pępkiem  świata.  Z  chytrym 

uśmieszkiem  Blair  wróciła  do  wieszaka  z  sukienkami  Ghost,  które  przeglądała  bez 

przekonania, próbując znaleźć coś oryginalnego, w czym nie będzie się jej można oprzeć na 

uroczystości  rozdania  dyplomów  w  Constance  Billard.  Uroczystości,  która  miała  się  odbyć 

już za dwa tygodnie. 

No  właśnie.  Po  co  marnować  energię  na  nienawidzenie  ich,  kiedy  są  ważniejsze 

sprawy do załatwienia? Na przykład, kupienie sukienki. 

Serena  zdjęła  kapelusz,  który  przymierzała  i  założyła  czarny  toczek  z  jedwabiu,  z 

ponaszywanymi  sztucznymi  perełkami  i  króciutkim,  ledwo  przysłaniającym  oczy  woalem. 

Zacisnęła błyszczące usta i patrząc w lustro, doszła do wniosku, że wygląda jak Madonna w 

Evicie albo jakaś młodziutka żona mafioza. To była jedna z tych rzeczy, które tak uwielbiała 

w  graniu.  Mogła  zatrzepotać  długimi  rzęsami,  zerkać  zza  woalki  ciemnoniebieskimi  oczami 

na  publiczność  i  nagle  stawała  się  tragiczną  postacią,  która  rozpaczliwie  potrzebowała 

odrobiny czułości, albo przynajmniej mocnego drinka. 

Kapelusz  prezentował  się  bardzo  dramatycznie,  a  tak  właśnie  ostatnio  się  czuła.  Nie 

była tyle dramatycznie przygnębiona czy dramatyczne szczęśliwa, co dramatycznie czuła, że 

nie  jest  sobą.  Spojrzała  ukradkiem  na  Blair,  która  zawzięcie  przeglądała  sukienki  na 

wieszaku,  nawet  nie  racząc  zauważyć  przyjaciółki.  Serena  zamieniła  czarny  kapelusz  na 

wstrętną,  grubą  opaskę  z  fioletowego  aksamitu  z  naszytymi  sztucznymi  liśćmi  i  owocami. 

Gdyby tylko Blair spojrzała na nią. Serena wiedziała, że posikałaby się ze śmiechu. Ale Blair 

nadal  stała  odwrócona  do  niej  plecami.  Serena  westchnęła.  Jeszcze  tydzień  temu  były 

najlepszymi  przyjaciółkami.  A  teraz  to.  Ona  i  Nate  byli  razem,  a  Blair  nie  odzywała  się  do 

nich. 

To  był  totalny  wypadek,  że  rzucili  się  na  siebie  na  imprezie  Isabel  i  gdyby  Blair  ich 

nie  przyłapała,  prawdopodobnie  na  tym  by  się  skończyło.  Ale  byłoby  zwyczajnym 

okrucieństwem  baraszkować  na  oczach  Blair,  a  potem  nawet  nie  spróbować  udawać,  że  to 

background image

miało  jakieś  znaczenie.  Chociaż  ona  i  Nate  nigdy  właściwie  o  tym  nie  rozmawiali,  obojgu 

zbyt  zależało  na  Blair,  żeby  nie  zostać  razem  i  pokazać,  że  nie  były  to  tylko  przypadkowe 

igraszki  dwojga  pięknych,  napalonych,  egocentrycznych  ludzi,  którzy  nie  potrafią  nad  sobą 

zapanować. 

A właśnie tacy byli. 

Poza  tym  bycie  parą  nie  wydawało  się  takie  trudne.  Oboje  byli  śliczni,  uwielbiali 

swoje  towarzystwo  -  zawsze  tak  było  -  a  apartament  Sereny  przy  Piątej  Alei  znajdował  się 

raptem cztery przecznice od domu Nate'a między Park a Lexington. No i tak naprawdę, tylko 

się wygłupiali, bo po pierwsze, znali się od małego i niczym nie mogli siebie zaskoczyć, i po 

drugie, nawet jeśli Serena z przyjemnością poszłaby na całość, to Nate miał ostatnio pewien 

problem... 

Och? A cóż to może być za problem? 

- Cześć,  Serena!  -  zawołała  Isabel  znad  wieszaka  z  ubraniami  Stelli  McCartney.  - 

Słyszałam, że pan Beckham zgłosił cię na mówczynię ostatnich klas. 

Serena odwiesiła fioletową opaskę na miejsce. 

- Serio? - odparła szczerze zdumiona. 

Pan  Beckham  był  nauczycielem  filmu  w  Constance  Billard.  Przestała  chodzić  na  te 

zajęcia  w  dziewiątej  klasie,  a  przez  następne  dwa  łata  w  ogóle  nie  uczyła  się  w  Constance. 

Była w Hanover Academy w New Hampshire, dopóki nie opuściła kilku pierwszych tygodni 

w ostatniej klasie i dyrekcja nie chciała jej już z powrotem przyjąć. Dlaczego ze wszystkich 

ludzi akurat pan Beckham zgłosił jej kandydaturę? 

Dobre pytanie. 

- No więc, masz zamiar przemawiać? - dopytywała się Isabel. 

Serena próbowała wyobrazić sobie siebie stojącą na podium w Brick Church przy Park 

Avenue.  jak  zwraca  się  do  swojej  klasy,  ubrana  w  nieskazitelnie  białą  sukienkę  i  białe 

rękawiczki.  „Och,  miejsca,  do  których  się  udacie

.  Przyszłość  jest  tak  jasna,  że  będziemy 

musiały nosić okulary przeciwsłoneczne” itd. Może i lubiła aktorstwo oraz pracę modelki, ale 

inspirujące przemowy raczej nie były w jej stylu. Na pewno jest w klasie ktoś, kio lepiej się 

do tego nadaje. 

- Może - odparła wymijająco. 

Ty zdziro, pomyślała Blair. Uszy bolały ją od podsłuchiwania. Od czasu niechlubnego 

                                                 

 

Nawiązanie  do  tytułu  popularnej  wierszowanej  książeczki  pt.  Oh,  the  Places  You''ll  Go  (1990)  autorstwa  Theodora  Seussa 

Geisela, lepiej znanego jako Dr. Seuss, mówiącej o znaczeniu wiary w siebie i zachęcającej do śmiałego podejmowania życiowych wyzwań. 
Popularne źródło inspiracji i cytatów podczas ceremonii przypieczętowujących zakończenia ważnego etapu w życiu.

 

background image

incydentu w wannie na imprezie u Isabel. Blair postanowiła, że wszystkich zaskoczy i pokaże 

im,  że  jest  ponad  głupim  i  raniącym  postępkiem  Sereny  i  Nate'a.  Zdecydowała  się 

zachowywać  tak,  jakby  miała  to  gdzieś  i  skończyć  szkołę  jako  dziewczyna,  którą  wszyscy 

podziwiają. 

Nie  żeby  już  nie  była  powszechnie  podziwiana.  Zawsze  miała  najlepsze  ciuchy, 

najlepsze  torebki,  najlepsze  paznokcie,  najładniejsze  fryzury  i.  zdecydowanie,  najfajniejsze 

buty. Ale tym razem chciała być podziwiania za odwagę, niezależność i inteligencję. A bycie 

mówczynią  na  rozdaniu  dyplomów  stanowiło  istotną  część  tego  planu.  W  tej  właśnie  chwili 

Vanessa Abrams, nieoczekiwana współlokatorka Blair, zgolona na pałkę, i zawsze ubrana na 

czarno, siedziała w szkole i zgłaszała kandydaturę Blair, Ale jak zwykle, ta wścibska zdzira, 

Serena. musiała ją naśladować. 

Dowcip  polegał  na  tym,  że  z  reguły  nikt  nie  musiał  zabiegać  o  bycie  mówczynią. 

Zwykle  nie  było  żadnego  głosowania,  ponieważ  zgłaszano  tylko  jedną  kandydaturę.  Bycie 

mówczynią  to  jedna  z  tych  rzeczy,  które  się  po  prostu  przydarzały  -  kolejna  tajemnicza 

tradycja  Constance  Billard,  której  nikt  tak  naprawdę  nie  rozumiał.  Sprawy  przybiorą  teraz 

ciekawszy obrót, skoro będą kandydować dwie dziewczyny. 

Zwłaszcza te dwie. 

Serena natychmiast zrozumiała, że Blair pomyśli, że ona naprawdę chce przemawiać, 

co absolutnie nie było prawdą. Ale jak miała się bronić, skoro była przyjaciółka nie chciała na 

nią  nawet  spojrzeć?  Nic  mogąc  się  oprzeć,  wskazała  na  gotycką,  ale  białą  sukienkę  Morgan 

Le Fay, którą trzymała Blair. 

- O  Boże,  wyglądałaby  fantastycznie  na  Vanessie.  To  dla  niej,  prawda?  -  zapytała  z 

promiennym uśmiechem. 

Och,  więc  myślisz,  że  możesz  tak  po  prostu  ze  mną  rozmawiać?  -  pomyślała  Blair. 

Błąd.  Nie  potrafiła  wymyślić  ciętej  odpowiedzi,  wzruszyła  więc  ramionami  i  zaniosła 

sukienkę  do  zaimprowizowanej  kasy  rozstawionej  na  stole  bankietowym  przy  drzwiach. 

Zapłaciła jedną z trzech platynowych kart, których spłacaniem zajmował się księgowy matki, 

Ralph. 

Nie będzie łatwo, pomyślała Serena z teatralnym westchnieniem. 

- Nie mam nastroju na zakupy - dodała na głos i zerknęła w stronę Nate'a. 

Sprzeczki  z  Blair  były  zawsze  takie  wyczerpujące.  Zwłaszcza  jeśli  wiązało  się  to  z 

byciem szaleńczo zakochaną w Nacie Archibaldzie. 

Albo przynajmniej udawaniem, że się jest. 

background image

rozbabrany 

Nate  stał  obok  ochroniarza  przed  hotelem,  w  którym  zorganizowano  pokaz  i  palii 

ręcznie zwinięty papieros z tytoniem i trawką. Słońce lało się na Piątą Aleję i Sześćdziesiątą 

Trzecią. Tłumy europejskich turystów i chmury autobusowych spalin sprawiały, że miało się 

wrażenie, iż jest raczej późny sierpień niż ostatni tydzień maja. 

- Piękny  dzień  -  zauważył  ochroniarz,  który  na  złotym  plastikowym  identyfikatorze 

miał napisane Darwin. 

Był  wielki,  łysy  i  pewnie  dorabiał  sobie  nocami  jako  bramkarz  w  klubie.  Zacisnął 

oczy, żeby ochronić je przed jasnym porannym słońcem. 

- Lato tuż - tuż. 

Nate  przycisnął  kłykcie  do  zaciśniętych  powiek,  żeby  łzy  nie  pociekły  mu  po 

policzkach. Mógłby zwalić to na słońce, albo fakt, że dziewczyna zaciągnęła go na pokaz, ale 

prawda  była  taka,  że  ostatnio  dużo  płakał.  Zbliżał  się  koniec  ostatniego  roku  w  szkole  i 

chodził  z  Sereną,  dziewczyną,  którą  kochał  od  zawsze.  W  pewnym  sensie.  Zupełnie  jakby 

wreszcie  jadł  ciastko,  na  które  przez  te  wszystkie  lata  tylko  patrzył  przez  szybę.  Chciał  je 

powoli  smakować,  ale  wszyscy  inni  jedli  tak  szybko,  że  nie  było  na  to  czasu.  W  dodatku 

dręczyło go uczucie, że zamówił nie to, które chciał. 

Chwileczkę, czyżby chodziło o inna dziewczynę? 

- Powinienem  się  martwić,  że  któraś  z  twoich  przyjaciółek  coś  zwinie?  -  zapytał 

Darwin. 

Wyjął z kieszeni spodni srebrzystoniebieską komórkę, przejrzał wiadomości i schował 

ja  z  powrotem.  Nie  wyglądał  na  zaniepokojonego.  Z  drugiej  strony  dlaczego  ktoś  z  tak 

wielkimi bicepsami miałby się denerwować z powodu kilku niesfornych nastolatek? 

Wiadomo  było,  że  Blair  zdarzały  się  drobne  kradzieże  sklepowe,  ale  nigdy  w 

obecności  przyjaciół.  Nate  nigdy  nie  słyszał,  żeby  Serena  coś  zwędziła,  ale  ona  lubiła 

rozrabiać. Zrobiłaby to z czystych nudów. Wzruszył ramionami. 

- Być może. 

Wtedy  właśnie  portier  otworzył  drzwi  hotelu  i  po  wyłożonych  czerwonym  dywanem 

schodach  zbiegła  Blair.  Minęła  Nate'a  z  uniesiona  głową  i  z  białą  torbą  na  zakupy,  z  której 

background image

wystawał papier pakowy. Reklamówka kołysała się jej w dłoni. 

- Niezła sztuka - gwizdnął Darwin. 

- Aha - odchrząknął Nate. jakby widział Blair po raz pierwszy w życiu. 

Jej  ciemne  jedwabiste  włosy  odrosły  w  krótkiego  i  seksownego  boba,  który  idealnie 

pasował  do  jej  drobnych  rysów  i  drobnego,  zmysłowego  ciała.  Była  z  niej  naprawdę  niezła 

sztuka. 

I już nie należała do niego. 

- Mam ją zatrzymać? Sprawdzić jej torby? - zaproponował Darwin. 

Nate zaciągnął się papierosem, rozważając, jak zareagowałaby Blair, gdyby Darwin ją 

przywołał. Na tę myśl uśmiechnął się tęsknie. Popatrzył, jak Blair znika na zatłoczonej ulicy i 

świeże  łzy  zaczęły  mu  płynąć  po  policzkach.  Jędzowata  i  uparta,  egocentryczna  i 

neurotyczna,  Blair  stanowiła  modelowy  przykład  trudnego  charakteru,  ale  niezależnie  od 

tego, ile razy spieprzył sprawę, zawsze przyjmowała go z powrotem. Zwykle zaczynało się od 

ukradkowych spojrzeń albo wzburzonego telefonu, a potem on zjawiał się pod jej drzwiami, 

całowali się i godzili. Ale teraz Blair nie wysyłała mu żadnych sygnałów typu: „Jeśli będziesz 

naprawdę  miły,  to  się  zastanowię”.  Wygląda  na  to,  że  spieprzył  sprawę  po  raz  ostatni.  Poza 

tym teraz był z Sereną - dziewczyną, o której marzyli wszyscy. 

A on? 

Portier znowu otworzył drzwi i na zewnątrz pojawiła się Serena w miętowozielonym 

lnianym  daszku  do  tenisa  od  Lesa  Besta.  Miała  bladozłote  włosy,  opadające  kaskadą  spod 

daszka  oraz  długie,  opalone  i  wysportowane  nogi,  chociaż  w  ogóle  nie  ćwiczyła  poza 

lekcjami gimnastyki w szkole. Gdy tak stała z promiennym uśmiechem na ustach, wyglądała 

jak reklama markowych strojów do tenisa, które były zbyt wytworne, żeby się w nich pocić. 

- Taksówka do szkoły? - zapytała Nate'a, mrugając szelmowsko. 

Mogła być zbyt zmęczona, żeby iść, ale nie, żeby pobaraszkować na tylnym siedzeniu 

taksówki. 

Czy w ogóle można być zmęczonym na coś takiego? 

Po chwili zauważyła jego łzy. 

- Biedne maleństwo - zagruchała i otarła kciukiem jego policzki. 

Płacz zaczął się parę dni temu i początkowo było to raczej niepokojące. Dlaczego taki 

przystojny,  lubiący  się  zabawić  chłopak  jak  Nate  miałby  płakać?  Ale  potem  doszła  do 

wniosku,  że  to  seksowne  i  niesamowicie  wzruszające.  Kto  by  pomyślał,  że  Nate  jest  takim 

słodkim mazgajem? 

Darwin  podszedł  do  nich.  Nie  zamierzał  pozwolić  temu  blond  kociakowi  uciec  tak 

background image

szybko jak tamtej ślicznej brunetce. 

- Ma pani na to rachunek? 

Serena  dotknęła  lnianego  daszka.  Zupełnie  zapomniała,  że  ma  go  na  sobie.  Zagryzła 

swe pełne, pachnące wiśniowym balsamem usta. 

- Ups. 

Jej ciemnoniebieskie oczy zabłysły, wyzywając Darwina, by ją aresztował. 

- Jestem przyjaciółką projektanta - oznajmiła. 

Darwin uśmiechnął się szeroko. Kolejny facet był pod jej urokiem. 

- W  porządku  -  odparł  nieśmiało.  -  Chciałem  tylko  mieć  pretekst,  żeby  panią 

zagadnąć. 

Nate  nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  powinien  być  zazdrosny.  Wziął  suchą,  ciepłą  dłoń 

Sereny w swoją - spoconą i wilgotną od łez. 

- Chodź - ponaglił dziewczynę, starając się zabrzmieć męsko i pewnie, mimo że głos 

mu drżał. 

- Boże, uwielbiam, kiedy o mnie walczysz - mruknęła Serena. 

Oparła  głowę  na  jego  ramieniu  i  pocałowała  go  w  prawe  ucho.  Objął  ją  w  talii, 

zachęcony krągłością biodra. Chwiejnie zeszli schodami, ż trudem powstrzymując gwałtowne 

pragnienie,  żeby  zerwać  z  siebie  ubrania  na  oczach  setek  turystów,  oblegających  flagowy 

sklep Brooks Brothers po drugiej stronic ulicy. Może i spiknęli się przez przypadek, ale nadal 

byli  dwojgiem  pięknych  ludzi,  którym  nie  można  było  się  oprzeć.  Czemu  więc  nie  mieli 

korzystać z każdej okazji, żeby się zabawić? 

No właśnie. 

- Szczęściarz - mruknął Darwin. 

Wszedł  z  powrotem  do  hotelu,  żeby  dorwać  Rain.  Kati.  albo  inną  ślicznotkę  z 

Constance, która będzie miała najbardziej wypchaną torbę. 

Nate  zwalczył  kolejny  przypływ  łez.  Dostał  się  do  Yale.  Najpiękniejsza  dziewczyna 

świata, którą znal od zawsze, praktycznie błagała go, żeby zrobili to w taksówce po drodze do 

szkoły. Miał niewiarygodne szczęście. 

W takim razie dlaczego nie potrafił powstrzymać łez? 

background image

pierwszy list miłosny dla V tego dnia 

DO: vabrams@constancebillard.edu  

OD: aaron.rose@bronxdale.edu TEMAT: pomysł dnia 

 

Dobra,  wiem, 

ż

e  raptem  godzin

ę

  temu  pocałowałem  ci

ę

  na 

po

ż

egnanie,  ale  wpadłem  na  genialny  pomysł  po  drodze  do 

szkoły  -  w  ko

ń

cu  to  kawał  drogi  metrem!  Co  ty  na  to, 

ż

eby

ś

my  odwalili  egzaminy  ko

ń

cowe  i  po  prostu  odpu

ś

cili 

sobie  zako

ń

czenie  roku  bo:  a)  b

ę

dzie  nudno,  b)  naszym 

rodzicom 

to 

wisi, 

c) 

powiedziała

ś

ż

nie 

jeste

ś

 

dziewczyn

ą

, która ubiera si

ę

 na biało. Mogliby

ś

my wskoczy

ć

 

do  saaba,  pojecha

ć

  do  Wielkiego  Kanionu,  obejrze

ć

  zachód 

sło

ń

ca,  zje

ść

  par

ę

  stuprocentowo  organicznych  grzybów, 

zata

ń

czy

ć

  nago  z  kojotami  pod  gwiazdami.  Chc

ę

  sp

ę

dzi

ć

 

lato,  je

ż

d

żą

c  po  kraju  i  tul

ą

c  ci

ę

  przy  blasku  ksi

ęż

yca. 

Cholera, dzwonek. W ka

ż

dym razie zastanów si

ę

. Jeste

ś

 moj

ą

 

dziewczynk

ą

. Kocham, A. 

background image

D to król popularno

ś

ci 

- Wygląda  na  to.  że  decyzja  jest  jednogłośna.  Danielu  Humphrey.  zostałeś  wybrany 

mówcą  na  zakończenie  szkoły  -  ogłosił  pan  Cohen,  szef  wydziału  historii  i  wychowawca 

ostatniej  klasy  w  szkole  średniej  Riverside,  który  upierał  się,  by  chłopcy  mówili  do  niego 

Larry. 

- Co?  -  Dan  podniósł  wzrok  znad  wiersza,  który  gryzmolił  w  nieodłącznym  czarnym 

notatniku  ze  skóry.  Wiersz  nosił  tytuł  Moja  autostrada  i  opowiadał  o  niewiarygodnej 

podróży, w którą miał zamiar wyruszyć. Ponieważ nic nie trzymało go w mieście, postanowił 

wyjechać  wcześniej  do  Evergreen  College,  gdzie  miał  od  jesieni  studiować.  Już  szukał  tam 

pracy na lato, korzystając ze strony internetowej studenckiego pośredniaka. Zaraz po rozdaniu 

dyplomów  zamierzał  jechać  prosto  do  Olympii  w  stanie  Waszyngton.  Gdyby  tylko  miał 

samochód, albo chociaż prawo jazdy. 

Ups. 

Dan postanowił wzorować się na Jacku Kerouacu, kiedy ten pisał W drodze. W czasie 

podróży  na  zachód  będzie  podrywał  najpiękniejsze  dziewczyny  w  każdym  miasteczku, 

próbował egzotycznego jedzenia i napojów - na przykład peyote i dwustu procentowej tequili 

- oraz podziwiał miejscowe osobliwości. 

takie  jak  jaskinie  z  trzydziestometrowymi  stalaktytami,  z  krwawiącymi  skalami  albo 

krową  z  pięcioraczkami.  Co  prawda,  opublikował  już  wiersz  w  „New  Yorker”.  w 

imponującym wieku siedemnastu Jat i przez krótką chwilę  robił za wokalistę w popularnym 

zespole  rockowym  Raves.  Ale  dopiero  kiedy  przejedzie  wszerz  cały  kraj,  będzie  mógł 

powiedzieć, że ma prawdziwy dyplom ze szkoły życia. 

Wierzgające dziewczyny i walenie gruszek 

megafony na rodeo, bydła i cyklony w Kansas 

dziewczyna z Nebraski zostawia w biegu całusa 

soli moją wołowinę, miesza mój rosół, wypluwa moją pestkę. 

Ups. Wygląda na to, że ktoś był gwiazdą rocka o jeden dzień za długo. 

- Klasa  głosowała  na  ciebie  i  tylko  na  ciebie  -  wyjaśnił  Larry.  -  Powinieneś  czuć  się 

zaszczycony. 

background image

Dan był raczej zaskoczony. Odsunął się na krześle, skrzyżował nogi, na których miał 

brudne niebieskie Pumy i wsunął ręce do kieszeni znoszonych sztruksów khaki. 

- Ale ja nawet nie zgłosiłem swojej kandydatury - wypalił. 

Czy można dobitniej pokazać, że nie ma się przyjaciół. 

W sali rozległy się chichoty. 

- Jesteś  w  końcu  sławną  osobistością.  Chcemy,  żebyś  nas  reprezentował  -  wyjaśnił 

drwiąco Chuck Bass. 

Małpka  Chucka,  Cukiereczek,  zwinęła  się  w  puszysty  kłębuszek  i  spala  u  swojego 

pana  na  kolanach.  Miała  na  sobie  obcisłą  koszulkę  w  kolorze  melona  z  jasnoróżowym  C  na 

grzbiecie. Wszyscy, nawet nauczyciele, lak przyzwyczaili się do małpy, że nikt nie zwracał na 

nią uwagi, ale Dana nadał przechodziły na jej widok ciarki. 

- Doszliśmy do wniosku, że dla ciebie to łatwizna, skoro i tak cały czas coś piszesz - 

ciągnął Chuck sarkastycznym tonem. 

Znowu rozległy się śmiechy. 

Dan przechylił się na krześle do tyłu. 

- Chwila. Chcesz powiedzieć, że to ty zgłosiłeś moją kandydaturę? 

Chuck podniósł kołnierzyk jasnofioletowej koszulki Lacoste z krótkim rękawem. 

- Jak powiedział Larry, decyzja była jednogłośna. 

Danowi zaczęły pocić się dłonie. Bycie mówcą to zaszczyt, ale czul, że przypadł mu 

on z urzędu. Z pewnością nie był klasowym ulubieńcem. Cały ostatni rok spędził, zabiegając 

o rozgłos  albo spotykając się ze swoją byłą najlepszą przyjaciółką i dziewczyną, Vanessą  w 

Williamsburgu,  na  Brooklynie.  Domyślał  się,  że  wszyscy  pozostali  faceci  z  klasy  będą  zbyt 

zajęci  imprezowaniem  albo  zakuwaniem  do  końcowych  egzaminów,  żeby  zawracać  sobie 

głowę pisaniem przemówienia na koniec szkoły. 

- Niech  to  będzie  coś  lekkiego.  I  pamiętaj,  każdy  chce  tylko  odebrać  dyplom,  więc 

masz  się  streszczać  -  poradził  mu  Larry,  głaszcząc  swoją  nędzną  kozią  bródkę  niczym 

zahukany nastolatek, którym zdecydowanie nie był. 

- Dobra - odparł niepewnie Dan. 

Najwyraźniej nie miał w tej kwestii żadnego wyboru. 

Chuck poklepał go w ramię. 

- Wiesz  co?  Słyszałem,  że  ta  twoja  lesbijska  dziewczyna  znowu  będzie  sama.  Jej 

lepsza połówka na bank się wyprowadza. 

Miał na myśli Blair, czy Aarona? Dan nie był pewien, z kim teraz Vanessa mieszka. 

Wiedział  tylko,  że  nie  z  nim.  Mokre  od  potu  dłonie  zaczęły  mu  się  trząść  ze  szczęścia  i 

background image

niepokoju.  Może  Vanessa  zerwała  z  Aaronem.  Ale  przecież  byli  tacy  zakochani.  Nawet 

zafundowali sobie takie same fryzury. Dan zaczął bazgrać ptaszki na górze strony, na której 

pisał wiersz. Vanessa zerwała z Aaronem?! 

- Więc  rozumiem,  że  przyjmujesz  nominację  -  dopytywał  się  Larry,  postukując 

irytująco ołówkiem w drewniane nauczycielskie biurko, - Wszyscy za, niech zawołają; „Tak!” 

- Gościu!  -  odparli  chórem  chłopcy,  zgodnie  z  mało  zabawną  tradycją,  którą  przyjęli 

na  początku  ostatniego  roku  szkoły.  Dan  pobladł,  gdy  zaczęli  wiwatować  i  krzyczeć  z 

niepotrzebnie udawanym entuzjazmem. 

- Dawaj, Dan! 

Gdy tylko  rozległ się dzwonek, Dan zadzwonił do Vanessy, żeby jej powiedzieć, jak 

mu przykro. 

Aha, jasne. 

- To  się  nazywa  plotka!  -  pomstowała  Vanessa,  -  Skąd  ludzie  biorą  takie  brednie?  A 

tak w ogóle, to co u ciebie? - zapytała, jakby cieszyła się, że się odezwał. 

- Wybrali  mnie  mówcą  na  koniec  roku  -  przyznał  się  Dan,  jak  gdyby  od  tygodni 

zabiegał tylko o to. W głębi duszy cierpiał katusze, bo Vanessa i Aaron nadal byli razem, ale 

nie zamierzał tego okazywać. 

- Mówcą? O cholera! - zawołała Vanessa. - To chyba dobrze? 

- Chyba. 

- Słuchaj,  mam  teraz  zajęcia  z  fotografii,  ale  może  chcesz  wpaść  jakoś  później,  czy 

coś? 

Dan przyciskał komórkę do ucha tak mocno, że zaczynało go już trochę boleć. Grupa 

chłopaków  z  młodszej  klasy  prawie  zepchnęła  go  ze  schodów,  gdy  pędzili  na  lunch.  Nagle 

zdał  sobie  sprawę,  jaki  czul  się  samotny.  Czy  to  naprawdę  możliwe,  żeby  znowu  byli  z 

Vanessą przyjaciółmi, tak po prostu, po jednym telefonie? 

A jeśli mogli znowu być przyjaciółmi, to zawsze istniała szansa na coś więcej. 

- Aaron będzie? - zapytał ostrożnie, gdy szedł wzdłuż korytarza na trzecim piętrze na 

zajęcia z angielskiego. Miał w kieszeni przypadkowo zabłąkaną gumkę. Zebrał zmierzwione, 

jasnobrązowe włosy w krótki kucyk, ale po chwili rozpuścił je z powrotem, rzucając gumkę 

na podłogę. To jego ojciec, Rufus, był dziwakiem z kucykiem, nie on. 

- Aaron ma próbę zespołu - odparła jakby nigdy nic Vanessa. - Ale możesz wpadać też 

wtedy, kiedy jest. 

Mały trójkącik? 

Dan  miał  wrażenie,  jakby  gdzieś  otworzyło  się  okno  i  chłodna  bryza  omiotła  mu 

background image

twarz. 

- Miałem iść na głupią powtórkę z historii, ale chyba mogę sobie odpuścić. 

Małpka  Chucka  Bassa  przebiegła  obok  Dana  korytarzem  z  do  połowy  zjedzoną 

torebką chrupek w zębach. Chuck nawet nie zauważył - był zbyt zajęty nakładaniem pomady 

Aveda  na  swoje  nowe  pasemka  przed  wielkim  lustrem,  które  zamontował  sobie  wewnątrz 

drzwi szafki. 

- Dobra,  jestem  teraz  w  laboratorium  fotograficznym.  Jak  zwykle  wszystkie 

dziewczyny,  oprócz  mnie,  się  urwały.  Pewnie  są  na  jakiejś  idiotycznej  wyprzedaży  wzorów 

albo  czymś  nikim.  Kupują  sobie  te  kretyńskie  suknie  ślubne,  to  znaczy  sukienki  na 

zakończenie roku. Nieważne. Jasna cholera! - wykrzyknęła Vanessa, jakby o coś się potknęła. 

- Ale tu ciemno. 

Ucho Dana solidnie się już pociło. 

- Szkoda, że mnie tam nie ma - wypalił, nim zdążył ugryźć się w język. 

- Ja też żałuję - odparła z zapałem Vanessa. - Serio. 

Czyżby z nim flirtowała? 

- Może  wpadnę  później  -  zaryzykował  Dan.  -  Tata  i  Jenny  i  tak  wyjechali,  więc  nie 

muszę wracać do domu na konkretną godzinę. 

No proszę. 

- Super.  -  Vanessa  wydawała  się  teraz  rozkojarzona.  -  Słuchaj,  jeśli  się  nie  rozłączę, 

zaraz  zrobię  coś  głupiego,  napiję  się  utrwalacza  zamiast  herbaty,  albo  coś  takiego.  Do 

zobaczenia później, okay? 

Dan nie mógł się doczekać. 

- Okay. 

Rozłączył  się.  Cukiereczek  siusiał  właśnie  na  marmurową  posadzkę  przed  drzwiami 

do biur wydziału historii. Dan wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

Zuch chłopak. 

background image

przez S imprezowa szkoła zeszła na psy 

- Po prostu napijesz się kawy i poczytasz sobie poezję, dobrze, tato? - poprosiła Jenny 

Humphrey  swojego  mrukliwego  ojca,  gdy  stanęli  przed  elegancką  bramą  z  kutego  żelaza 

prowadzącą  do  Hanover  Academy,  tuż  na  obrzeżach  uroczego  miasteczka  Hanover  w  New 

Hampshire. 

Po  tym,  jak  jej  roznegliżowane  zdjęcia  pojawiły  się  w  Internecie  i  na  stronach  kilku 

czasopism o modzie oraz kiedy wydały się jej harce ze sporo starszymi gwiazdorami rocka, w 

ich  apartamencie  w  hotelu  Plaza,  pani  McLean,  dyrektorka  Constance  Billard,  postawiła 

Jenny ultimatum. Albo przestanie trafiać na nagłówki gazet i grzecznie skończy rok szkolny, 

jak  przystało  na  skromną  uczennicę,  albo  od  jesieni  będzie  sobie  musiała  poszukać  nowej 

szkoły.  Jenny  potraktowała  to  jako  wyzwanie  i  spędziła  cały  weekend  z  Raves,  w  domu 

gitarzysty na Bedford Street. Nawet nagrała z nimi piosenkę! W poniedziałek pani McLean i 

reszta miasta mogli o wszystkim przeczytać w kronice towarzyskiej. 

Do widzenia Constance Billard i witaj... szkoło z internatem! 

W  następny  poniedziałek  Jenny  zwolniła  się  z  lekcji,  żeby  odwiedzić  Hanover, 

niesławną,  szaloną  szkołę  z  internatem  ze  swoich  marzeń.  To  tu  przez  dwa  lata  uczyła  się 

wzorowa  imprezowiczka,  jedyna  i  niepowtarzalna,  Serena  van  der  Woodsen  dopóki  jej  nie 

wywalili zeszłej jesieni. Jenny podejrzewała, że dotąd nikt nie zastąpił Sereny. Cóż, teraz ona 

ją zastąpi. Zamierzała wynieść Hanover na nowe szczyty niesławy. A jeśli z jakiegoś powodu 

- co trudno jej było sobie wyobrazić - Hanover jej się nie spodoba, albo gorzej, nie zechce jej 

przyjąć,  zamierzała  też  odwiedzić  Croton  School.  Croton  znajdowało  się  raptem  półtorej 

godziny  jazdy  od  Nowego  Jorku,  w  Croton  Falls,  i  według  wszystkich  przewodników  po 

szkołach średnich, które czytała Jenny, było równie dzikie jak Hanover. 

- Może się też ostrzygę - odparł już pogodniej Rufus. 

Szorstkie  szpakowate  włosy  miał  związane  w  zmierzwiony  kucyk.  Użył  do  tego 

kawałka  kolorowego  plastiku,  po  torbie  z  bajglami  z  Whole  Foods,  sklepu  niedaleko  ich 

mieszkania  przy  Upper  West  Side.  Do  tej  szykownej  fryzury  włożył  zapinaną  na  zatrzaski 

koszulę  z  krótkim  rękawem  w  czerwono  -  białą  kratę,  ciężkie  płócienne  szorty  Carhartt, 

zdarte beżowe chodaki Birkenstock i czarne wełniane skarpetki. 

background image

Nie ma to jak wypad za miasto, żeby błysnąć wyczuciem stylu. 

- Och. Dobrze. 

Jenny  starała  się  zbytnio  nie  ekscytować.  Ostatnim  razem,  gdy  Rufus  poszedł  obciąć 

włosy - miała wtedy  chyba ze trzynaście lat  - wybrał się na  Lower East Side do ulubionego 

salonu drag queens i zafundował sobie grzywkę z fioletowymi pasemkami. 

- Ja pójdę obejrzeć szkołę, a potem spotkamy się w mieście - dodała, mając na myśli 

kafejkę przy księgarni, którą mijali, jadąc przez Hanover. Do kampusu szło się z miasta dwa 

kilometry ładną, zacienioną drzewami dróżką, Jenny była uspokojona faktem, że taki właśnie 

dystans będzie ją dzielił od Rufusa, na wypadek, gdyby postanowi! założyć jakaś organizację 

polityczną  lub  wpadł  na  równie  chory  pomysł  w  ataku  paniki  wywołanym  wyjazdem  z 

miasta. 

- Załatwione! 

Rufus  cmoknął  ją  w  policzek,  drapiąc  siwawym  zarostem,  a  potem  z  przesadnym 

wigorem ruszył w drogę. 

- Nie zrób niczego, czego ja bym nie zrobił! - zawołał przez ramię. 

Jakby sani nie był zdolny do wszystkiego. 

Jenny  obciągnęła  swoją  ładną  bladozieloną  bluzeczkę  z  bufiastymi  rękawkami,  którą 

kupiła sobie w sobotę w Scoop, w Soho. Była japońska, z wzorkiem małych ważek. Zapięła 

się  w  niej  pod  samą  szyję,  ale  teraz,  kiedy  ojciec  poszedł  do  miasta,  odpięła  dwa  pierwsze 

guziki, odsłaniając swoje zaskakujące atuty - rozmiar trzydzieści cztery, podwójne D. 

Nie ma powodu ukrywać przed chłopcami z Hanover, co ich czeka. 

Wyjęła laminowaną mapę kampusu z imitacji plecaka  Louisa  Vuittona kupionego od 

ulicznego  handlarza  przed  Bloomingdale's,  który  wyglądał  identycznie  jak  plecak  Sereny. 

Pokryte  bluszczem  budynki  ze  starej  cegły  były  jakby  żywcem  wyjęte  z  katalogu 

Abercrombie  &  Fitch,  ale  Jenny  rozczarowała  się,  nie  widząc  w  pobliżu  żadnych  boskich, 

półnagich  chłopców  grających  we  frisbee  na  osłonecznionych  trawnikach.  Riley,  akademik 

dla  dziewcząt,  gdzie  miała  spotkać  się  ze  swoją  przewodniczką,  znajdował  się  po  drugiej 

stronie  parkingu,  na  szczycie  trawiastego  pagórka.  Był  piękny,  letni  dzień  i  powietrze 

pachniało świeżo skoszoną trawą. 

- Już kocham to miejsce - szepnęła Jenny. 

Skóra  mrowiła  ją  z  podniecenia.  Całe  jej  życie  miało  się  zmienić.  Koniec  z 

mundurkami.  Koniec  z  klikami  jędzowatych  dziewczyn,  które  godzinami  potrafiły 

dyskutować o wyższości liliowego błyszczyka do ust nad różowym. Koniec z byciem sławną 

tylko  z  powodu  kaligrafii,  rozdmuchanego  skandalu  internetowego,  czy  jej  rzekomo 

background image

pornograficznych zdjęć. Żadnych więcej plotek, żadnych skandali. 

Z  tym  to  może  lekka  przesada.  Mały  skandal  to  jeszcze  nic  złego.  Przynajmniej  w 

takiej szkole jak Hanover poprzeczka dla skandali będzie znacznie wyżej ustawiona. 

Przewodniczka  Jenny,  Fiona  Castagnoli,  czekała  na  nią  przed  drzwiami  Riley.  Fiona 

wyglądała jak czterdziestopięcioletnia gospodyni domowa: niska i pulchna, w koszuli J. Crew 

w biało - koralowe pasy wpuszczonej do bermudów. Miała białe skarpetki zwinięte starannie 

nad kostką i nowiutkie, białe trampki Reeboka. 

- Jennifer?  -  zapytała  z  entuzjazmem.  Mocno  kręcone  kasztanowe  włosy  miała 

związane w kucyk, który podskakiwał jej między łopatkami. - Musimy się spieszyć. Zabieram 

cię do czytelni, a mamy już pięć minut opóźnienia. 

Fiona  taszczyła  ze  sobą  limonkowy  plecak  Land's  End,  w  którym  miała  chyba 

wszystkie  książki,  jakie  posiadała.  Jenny  zamrugała  oczami.  Kiedy  myślała  o  zwiedzaniu 

Hanover,  wyobrażała  sobie,  że  posiedzi  w  akademiku  z  jakimiś  wyluzowanymi,  chudymi 

blondynkami,  popijając  drinki  i  flirtując  z  chłopakami,  którzy  będą  popalać  fajki  i  którym 

szkolne krawaty będą się zwieszać na opalone, nagie torsy. 

- Jeśli  masz  dużo  do  roboty,  to  mogę  pokręcić  się  w  pobliżu  i  poczekać  na  ciebie  - 

zaproponowała. 

- Och, mogłabyś? - wykrzyknęła Fiona. Najwyraźniej ogromnie jej ulżyło. - Widzisz, 

w  przyszłym  tygodniu  mamy  końcowe  egzaminy,  a  ja  muszę  zakuć  czterdzieści  siedem 

czasowników nieregularnych z hiszpańskiego i trzynaście dowodów geometrycznych. 

Jenny  zerknęła  ku  otwartym  drzwiom.  Kilka  dziewczyn  rozłożyło  się  w  skórzanych 

fotelach  w  oświetlonej  kryształowym  żyrandolem  świetlicy,  czytając  czasopisma  i  słuchając 

iPodów.  Jenny  rozpoznała  na  jednej  z  nich  czerwono  -  biały  top  w  różyczki  od  Marca 

Jacobsa.  Inna  miała  złote  pantofle  na  płaskim  obcasie  od  Sigersona  Morrisona,  które  Jenny 

miała  na  oku  całą  wiosnę,  ale  na  które  nie  udało  jej  się  dość  zaoszczędzić.  Dziewczyny 

wyglądały na dokładnie takie, z jakimi chciałaby się zaprzyjaźnić. Brakowało tylko chłopców 

z fajkami i wódki. 

- Zostanę tutaj - powiedziała z przekonaniem do Fiony. 

- Okay.  -  Fiona  przerzuciła  swój  brzydki,  zielony  plecak  przez  ramię.  -  Przyjdę  po 

ciebie, powiedzmy, za godzinę. Zjemy bajgle w kafejce i pokażę ci mój pokój. 

Super, zapowiada się ubaw po pachy. 

Jenny była całkiem pewna, że już nigdy więcej nie zobaczy Fiony, którą tak pochłoną 

nieregularne czasowniki, czy co lam miała zakuwać, że zupełnie zapomni, że zostawiła Jenny 

z  najfajniejszymi,  najbardziej  zepsutymi  dziewczynami  w  Hanover.  Wyjęła  z  torby  tubkę 

background image

błyszczyka Chanel i nałożyła trochę na usta. A potem weszła do świetlicy. 

- Cześć  -  powiedziała  nieśmiało.  -  Jestem  Jennifer.  Przyjechałam  obejrzeć  szkołę. 

Chodzę do Constance Billard. No wiecie, tam gdzie chodziła Serena van der Woodsen. 

Wiedziała,  że  to  kiepski  chwyt  od  razu  wspominać  o  Serenie,  ale  chciała,  żeby 

dziewczyny od razu wiedziały, że jest cool, że jest jedną z nich. 

Jedna  z  dziewczyn,  o  krótkich  czarnych  włosach,  z  pięknie  pomalowanymi 

paznokciami u nóg, zerknęła w jej stronę, ale szybko odwróciła wzrok. Poza tym jakby nikt 

nie usłyszał Jenny. Od drewnianej boazerii bił bursztynowy poblask, a orientalny dywan był 

w idealnym stanie. Miała wrażenie, że jest w salonie jakiejś starej posiadłości, a nie w szkole. 

- Słyszałam,  że  wykręcacie  tu  w  szkole  niezłe  numery.  Przynajmniej  tak  mówiła 

Serena - kontynuowała Jenny, nadal stojąc w progu jak idiotka. 

Chciała, żeby było jasne, że nie tylko zna Serenę, ale jest jej kumpelką. 

- Ćśśś  -  szepnęła  piękna  blondynka  z  nogami  tak  długimi  i  opalonymi,  że  wyglądały 

jak sztuczne. - Narobisz nam kłopotów. 

Co proszę? Od kiedy to dziewczyny z Hanover przejmowały się kłopotami? 

- Przepraszam - mruknęła potulnie Jenny. 

Usiadła  w  wolnym  fotelu,  krzywiąc  się  na  odgłos,  jaki  wydały  jej  nagie  uda  w 

zetknięciu  ze  skórzanym  obiciem  -  zupełnie  jak  pierdnięcie.  Położyła  podróbkę  Louisa 

Vuittona  sztywno  na  kolanach,  żałując,  że  nie  pomyślała,  aby  zabrać  książkę.  Kątem  oka 

zauważyła,  że  krótko  obcięta  brunetka  znowu  na  nią  zerka.  Jenny  wyciągnęła  z  bocznej 

kieszeni  plecaka  stary  rachunek  z  drogerii  i  wyszperała  ogryzek  ołówka  Hello  Kitty,  który 

miała od piątej klasy. 

Co  jest  grane?  Szkoła  w  Hanover  miała  by

ć

  totalnie  zakr

ę

cona,

  nabazgrała  na  odwrocie 

kwitka. Potem złożyła karteczkę i odważnie rzuciła ją na kolana krótko obciętej dziewczyny. 

W niecałą minutę później rachunek wrócił zapisany niebieskim długopisem. 

ż

, po tym jak  zaszalała  tu twoja przyjaciółka Serena (która - jak ju

ż

 si

ę

 tu pojawiała była 

moj

ą

  s

ą

siadk

ą

  w  Riley)  wszystko  wzi

ę

ło  w  łeb.  Kiedy  ju

ż

  si

ę

  jej  pozbyli,  wprowadzili  kodeks 

dyscyplinarny,  który  sprowadza  si

ę

  do  tego. 

ż

e  je

ś

li  donosisz  na  przyjaciół,  zyskujesz  przywileje. 

Ludzie maj

ą

 tyle korzy

ś

ci z donoszenia, 

ż

e nikt ju

ż

 praktycznie nie robi nic, o czym warto by mówi

ć

. To 

miejsce  jest  absolutnie  trze

ź

we,  ciche  i  nudne!!!  Ale  ja  jestem  w  ostatniej  klasie,  wi

ę

c  niedługo  st

ą

spadam super! 

Jenny podniosła wzrok znad kwitka i przyjrzała się uważnie pozostałym dziewczynom 

w sali. Jedna ze słuchających Poda mruczała do siebie. Po chwili Jenny zdała sobie sprawę, że 

zamiast  nucić  w  takt  najnowszych  przebojów,  zakuwa  na  pamięć  hiszpańskie  koniugacje. 

Drobna  Azjatka  z  grubymi  warkoczami,  która  -  jak  wydawało  się  Jenny  -  czytała  magazyn 

background image

mody. była w rzeczywistości całkowicie pochłonięta lekturą „Science Digest”. 

O rety. 

Pewnie  i  tak  by  mnie  nie  przyj

ę

li

,  odpisała  Jenny.  Rzuciła  świstek  do  dziewczyny  i 

wstała. Zgłoszenia do szkół z internatem były przyjmowane jesienią, więc na którą z nich by 

się nie zdecydowała, i tak była spóźniona. Musiały jednak istnieć jeszcze inne szkoły, mniej 

rygorystyczne niż obecnie Hanower. 

Wyszła z budynku i mszyła z powrotem do bramy szkolnej, żałując, że tak pospiesznie 

odesłała ojca. Kiedy szła dróżką w stronę miasteczka, natknęła się na blondyna w czerwonej 

bejsbolówce  Ralpha  Laurena,  białym  T  -  shircie  z  wycięciem  w  serek  i  w  jasnoniebieskich 

lnianych spodniach J. Crew. Palił marlboro i szedł powoli w stronę kampusu. Był absolutnie 

słodki. 

Gdy  się  mijali,  Jenny  uśmiechnęła  się  do  niego  nieśmiało,  Zbierała  się  na  odwagę, 

żeby zapytać go, czy szkoła w Hanover naprawdę jest tak straszna, jak to opisała dziewczyna 

z Riley. 

- Chyba  na  mnie  nie  doniesiesz?  -  zapytał  ostro  chłopak,  Kucając  jej  oskarżycielskie 

spojrzenie. 

- Nnnie - wyjąkała Jenny. 

Czy wszyscy w Hanover mieli paranoję? 

- Jasne - rzucił szyderczo i nadal patrząc na nią spode łba, ruszył dalej. 

Kiedy pojawiła się w kafejce, jej ojciec stał za ladą i ubijał sojowe chai latte, chociaż 

niedawno  razem  z  Danem  przez  godzinę  tłumaczyli  Jenny,  że  chai  to  chrzaniony  wymysł 

Starbucks  i  że  jedyny  gorący  napój,  jaki  da  się  pić  na  tej  planecie  to  kawa  rozpuszczalna 

Folgers. 

- Powietrze  jest  tu  tak  wspaniałe,  że  pomyślałem,  czyby  się  tu  nie  przeprowadzić. 

Nawet zaproponowali mi pracę w tej kafejce - zagruchał rozpromieniony. - Dan i tak jesienią 

wyjeżdża do Evergreen. Moglibyśmy wynająć nasze mieszkanie i zarobić fortunę! 

- Przykro mi tato, ale raczej nie. - Jenny westchnęła. - Chyba nie chcę tu się uczyć. 

Rufus wyszedł zza lady, niosąc w papierowym kubku gorący napój z pianką i podał go 

Jenny. 

- To  znaczy,  że  chcesz  zostać  ze  mną  w  domu?  -  zapytał,  unosząc  z  nadzieją 

krzaczaste, szpakowate brwi. 

Jenny powąchała miksturę, wykrzywiła się i oddalają ojcu. 

- Nie, Po prostu muszę się dalej rozglądać. Croton i tak jest po drodze. 

Rufus puścił oko do kobiety o szerokich biodrach i kręconych włosach, która miała na 

background image

sobie sukienkę z konopi i właśnie wyszła z kuchni z tacą słodkich babeczek gryczanych. 

- Na pewno? - Westchnął. 

Z tego, co zapamiętała Jenny, przewodnik po szkołach - który przeczytała od deski do 

deski  w  kącie  na  piętrze  Barnes  &  Noble  na  Broadwayu  -  wymieniał  Croton  Academy  jaka 

numer dwa na liście najbardziej imprezowych szkół średnich, zaraz po Hanoverze. W Croton 

pełno  było  dzieciaków  wyrzuconych  z  prywatnych  nowojorskich  szkół  za  złe  zachowanie. 

Najwyraźniej  przewodnik  nie  był  ostatnio  aktualizowany,  skoro  Hanover  znajdował  się  na 

czele listy, ale może wysokie miejsce Croton było nadal uzasadnione. 

- Chodź,  jedziemy.  -  Jenny  pociągnęła  ojca  za  kieszeń  szortów,  podekscytowana 

perspektywą odwiedzenia Croton. 

Tamtejsza  szkoła  zapowiadała  się  o  niebo  lepiej  od  Hanoveru.  Pozostawało  mieć 

nadzieję, że nie mieli tam kodeksu dyscyplinarnego. 

background image

Profesor Pierre Papadametriou 

Wydział literatury angielskiej, Evergreen State College 

2700 Evergreen Parkway, NW 

Olympia, WA 98505 

 

Daniel Humphrey 

815 West End Avenue, m. 8D 

Nowy Jork, NY 10024 

 

Drogi Panie Humphrey 

Zobaczyłem  pa

ń

skie  ogłoszenie  dotycz

ą

ce  płatnego  sta

ż

u,  w  dziale  SZUKAM  PRACY  na 

stronie studenckiego biura zatrudnienia. Jestem profesorem poezji i biologii. Szukam sta

ż

ysty na lato. 

Mieszka pan w moim domu. Mam dwa psy i syna. Moja 

ż

ona wyjechała do Grecji. Syn jest rybakiem. 

Psy  mieszkaj

ą

  na  dworze.  Pracujemy  razem  nad  moj

ą

  bardzo  interesuj

ą

c

ą

  ksi

ąż

k

ą

.  Je  pan  pyszne 

greckie  jedzenie!  Prosz

ę

  powiedzie

ć

,  kiedy  pan  przyje

ż

d

ż

a,  rozwiesz

ę

  hamak  na  strychu.  Musz

ę

  i

ść

 

nakarmi

ć

 psy. Uwielbiaj

ą

 moj

ą

 musak

ę

! 

Prosz

ę

 o szybk

ą

 odpowied

ź

. 

Pierre 

background image

D i V przezywaj

ą

 déjà vu... raz jeszcze 

- Super.  To  mieszkanie  jest  naprawdę...  lawendowe  -  zauważył  Dan,  gdy  Vanessa 

wpuściła go do domu. 

Kiedy  tam  mieszkał,  ściany  małego,  nijakiego  mieszkania  były  zwyczajne,  białe  i 

obłaziły z farby. W oknach zamiast zasłon wisiały czarne halloweenowe prześcieradła. Teraz 

ściany były pomalowane na delikatny odcień lawendy z seledynowym pasem przy suficie, a 

w  oknach,  z  prawdziwych  karniszów,  zwieszały  się  czarno  -  białe  perkalowe  zasłony.  W 

salonie stały ładne, nowoczesne meble - drewniany duński stół i krzesła oraz kapitalna szara 

sofa. Mieszkanie wyglądało, jakby urządził je prawdziwy dekorator wnętrz. 

Vanessa zarumieniła się, co jak na nią było dość dziwne. Od kiedy ona się czerwieni? 

- Blair trochę je podszykowała. Podoba ci się? 

Dan  był  cały  spocony  po  przejażdżce  metrem  i  dlatego,  że  biegł  całą  drogę  od 

przystanku  kolejki  L,  trzynaście  przecznic,  Przejechał  klejącym  się  palcem  po  świeżo 

pomalowanej ścianie. Serce biło mu szybko. 

- Jest inaczej - odparł nerwowo. 

Vanessa przyglądała mu się w ten jej bezpośredni, niespeszony sposób, przez co Dan 

jeszcze bardziej się pocił. 

Kiedy  Vanessa  wróciła  ze  szkoły,  na  blacie  kuchennym  czekało  na  nią  małe  białe 

pudełeczko. Otworzyła je i znalazła srebrny pierścionek w kształcie dwóch rąk trzymających 

dwa  zespawane  ze  sobą  serca.  Wewnątrz  pierścionka  wygrawerowano  Zawsze  i  na  wieki. 

Kocham, A.  Z wyjątkiem krótkiego epizodu z kolczykiem w wardze. Vanessa rzadko nosiła 

biżuterie, a pomysł z pierścionkiem wydał jej się tak ckliwy, że zaczęła się śmiać. Na pewno 

nie  zamierzała  go  nosić,  nieważne,  kto  by  jej  go  dał.  Wrzuciła  pierścionek  z  powrotem  do 

pudełka  i  schowała  je  do  szuflady  ze  sztućcami.  Niewykluczone,  że  Aaron  dał  jej  ten 

pierścionek jako żart, ale w takim razie po co zawracał by sobie głowę dedykacją? Dan nigdy 

by nie wyskoczył z tak sentymentalnym prezentem, nawet kiedy jeszcze byli razem. Kiedy się 

nad  tym  zastanowić,  to  nigdy  też  nie  proponował  jej  biwaku  pod  gwiazdami.  Vanessa  była 

jedną  z  tych  dziewczyn,  które  lubią  mieć  bieżącą  wodę  i  spłuczkę  w  toalecie.  Nie  cierpiała 

słońca,  a  sama  myśl  o  obcowaniu  z  naturą,  z  tymi  jej  pająkami,  mrówkami,  pszczołami  i 

background image

komarami,  przyprawiała  ją  o  gęsią  skórkę.  Oczywiście,  Aaron  chciał  dobrze.  Liczyły  się 

intencje  i  w  ogóle.  Ale  będzie  musiała  z  nim  porozmawiać  -  nie  robili  tego  prawie  wcale, 

odkąd  zaczęli  się  spotykać.  Chociaż  Aaron  pisał  jej  miłosne  liściki,  dawał  prezenty  i 

regularnie u niej nocował, do tej pory ich związek był czysto fizyczny. 

Nie  żeby  miała  coś  przeciw  temu.  Stres  związany  z  końcowymi  egzaminami, 

rozdaniem dyplomów i rozpoczęciem nowego etapu w życiu dawał się jej nieźle we znaki. Po 

prostu nie była sobą. A  może to mieszkanie wśród lawendowych ścian,  z dziewczyną, która 

miała sto siedemnaście par butów, w tym trzydzieści cztery od Manolo Blahnika, sprawiało, 

że  zmieniła  się  w  kogoś  innego.  Dawniej  samotnica,  teraz  nie  mogła  znieść  samotności  i 

odkryła, że najlepszy sposób, by nie myśleć o przyszłości, to trochę się napić wódki, a potem 

zabawić. 

Dopiero teraz to odkryła? 

- Wyglądasz blado - powiedziała do Dana. 

Podeszła  do  niego,  objęła  za  szyję  i  pocałowała  w  oba  policzki.  Zacisnęła  mocno 

powieki i zaciągnęła się przyjemnym, piżmowym zapachem Dana. 

- Blado, ale naprawdę dobrze. 

Vanessa  miała  na  sobie  czarny  prążkowany  top,  bez  stanika.  Miała  świeżo  ogoloną 

głowę, ale pozwoliła, żeby włosy przy twarzy odrosły na jakiś centymetr, zmiękczając w ten 

sposób zarys szerokiego, jasnego czoła i wielkich brązowych oczu. Darowała sobie kolczyk w 

ustach. 

I bardzo dobrze. 

Miała  też  na  sobie  czarną  minispódniczkę  z  zakładkami,  na  którą  przed 

wprowadzeniem  się  Blair  Waldorf  nawet  by  nie  spojrzała.  Ale  do  spódnicy  założyła  biało  - 

czarne  podkolanówki  w  romby  i  nieśmiertelne  martensy,  dając  w  ten  sposób  jasno  do 

zrozumienia,  że  mimo  wpływu  współlokatorki,  nie  zamierza  w  najbliższej  przyszłości 

kupować szpilek Manolo z wężowej skórki - nawet jeśli robiliby je czarne. 

Gładkość  jej  bladych  ramion,  drwiący  łuk  czerwonych  ust  i  prowokujący  blask 

brązowych oczu sprawiały, że Dan zaczął się zastanawiać, jak w ogóle potrafił żyć bez niej. 

Oparł się pokusie, by natychmiast wyciągnąć swój czarny notatnik i napisać wiersz. Zamiast 

tego wyjął camela i wsunął go sobie do ust, nawet nie zapalając. 

- Może  chcesz  się  przejść?  Napić  się  kawy,  czy  coś?  -  zaryzykował,  starając  się 

wypaść w miarę naturalnie. 

Vanessa wzruszyła ramionami, nie odsuwając się. 

- Mam wrażenie dèjà vu - przyznała mu się ze zdezorientowanym uśmiechem. 

background image

Czy nie tak właśnie zeszli się ostatnim razem? Wpadł do niej i praktycznie zerwali z 

siebie ciuchy? 

- Ja też - przyznał, w głębi ducha mając nadzieję, że historia się powtórzy. 

- Blair i ja dopiero co odkryłyśmy drzwi na dach budynku. Przez cały czas myślałam, 

że są zamknięte na kłódkę, ale zamek zupełnie się rozpadł. Tam jest naprawdę fajnie, chcesz 

zobaczyć? 

Więc teraz Vanessa lubiła się też opalać? 

- Jasne - odparł Dan. 

Ku jego zaskoczeniu, wyjęła z lodówki ćwiartkę absolutu i butelkę toniku, i schowała 

do  papierowej  torby  razem  z  dwoma  plastikowymi  szklankami  ze  Scooby  -  Doo,  które 

przedtem napełniła lodem. 

- Polubiłam to ostatnio - przyznała z szelmowskim uśmiechem. 

Dan  patrzył  ze  zdumieniem,  cały  rozdygotany  w  oczekiwaniu  tego  co  miało  nadejść. 

Vanessa nigdy nie miała mocnej głowy. On też nie. 

Wyszli  z  mieszkania  i  ruszyli  brudnym  betonowym  korytarzem,  a  potem  w  górę 

czarnymi,  śmierdzącymi  schodami.  Dwa  piętra  wyżej  Vanessa  pchnęła  czarne,  metalowe 

drzwi  z  napisem:  Nie  wchodzić  i  wyszła  na  zalany  gorącym  słońcem  dach.  Wokół  nich 

wyrosło miasto, a most Williamsburg wydawał się na wyciągniecie ręki. Na prawo lśniła East 

River Jakiś jacht przepływał nieopodal barki ciągnącej ładunek przenośnych kibli, a jego białe 

żagle łopotały w gęstym popołudniowym powietrzu. Po lewej znajdowała się cukrownia, a z 

jej wielkich kominów unosiły się kłęby dymu, by po chwili zmienić się w miejski smog. Po 

drugiej stronie mostu rozciągał się Manhattan, ogromny i pełen obietnic. Zawsze kiedy Dan, 

rodowity manhattańczyk, był na Brooklynie, miał wrażenie, że po drugiej stronie rzeki dzieje 

się coś ekscytującego, co właśnie go omija. 

- Tutaj! - zawołała Vanessa, przekrzykując ruch uliczny. 

Zanurkowała  pod  metalową  podporę  podtrzymującą  gigantyczną,  drewnianą  wieżę 

ciśnień, górującą nad dachem. 

- Tutaj  jesteśmy  całkiem  osłonięci  przed  słońcem  i  deszczem.  A  dzięki  wieży  jest  tu 

nawet całkiem chłodno. 

Dan  podszedł  i  zanurkował  pod  wieżę  ciśnień.  Na  ziemi  leżał  czarny  materac,  a  na 

nim  cała  kolekcja  czarnych  poduszek  ze  sztucznego  futra.  Vanessa  uwiła  sobie  gniazdko 

miłości na świeżym powietrzu. 

- Pewnie ty i Aaron spędzacie tu mnóstwo czasu - stwierdził niezręcznie. 

Usiadła na materacu i zaczęła nalewać wódkę do plastikowych szklanek  ze Scooby  - 

background image

Doo. 

- Właściwie  to  obiecałam  Blair,  że  nie  zagarnę  tego  miejsca  tylko  dla  siebie. 

Odkryłyśmy je dopiero w sobotę, a wczoraj padało, więc Aaron jeszcze tu nie był. 

To znaczy, że ona i Aaron jeszcze tu tego nie robili. Ta świadomość sprawiła, że Dan 

poczuł się swobodniej, siedząc na materacu. Vanessa podała mu wódkę z tonikiem. 

- Przepraszam, nie mam limonek. 

Usiadł  i  zapalił  papierosa.  Nieopodal  przeleciał  helikopter,  potwornie  przy  tym 

hałasując. Dan musiał przyznać, że to naprawdę tajne miejsce. 

- Więc  będziesz  mówcą?  Zastanawiałam  się,  czy  nie  urwać  się  z  mojego  rozdania 

dyplomów. - Stuknęła się szklanką z Danem i wzięła duży łyk. - Za nas. 

Dan  przechylił  szklaneczkę,  zerkając  na  Vanessę.  Trzymał  są  w  tej  samej  dłoni  co 

papieros, wystawiając bladą twarz do słońca. Vanessa wydawała mu się jakaś inna, Gnuśna, 

niebezpieczna i bardzo seksowna. 

Kobra  zwinięta  na  gorącym  betonie  -  zaczął  zapisywać  gorączkowo  w  myślach.  Nie 

mógł się powstrzymać. 

Vanessa  uśmiechnęła  się  szeroko,  odpowiadając  na  jego  uważne  spojrzenie 

zakłopotanym śmiechem. 

- Nie wiem, czemu to robię, ale... - zaczęła. 

Potem  odstawiła  szklankę,  nachyliła  się  powoli  do  niego  i  wsunęła  mu  język  prawie 

do gardła. 

Wow! 

Rozmarzone  brązowe  oczy  Dana  rozszerzyły  się  ze  zdumienia.  Zastanawiał  się,  czy 

Vanessa nie piła przypadkiem przez cały dzień i jakiś cudem nie pomyliła go z Aaronem. A 

może on i Aaron wpadli w jakąś pętlę czasoprzestrzeni. Zamienili się ciałami i umysłami, jak 

w  kiepskich  komiksach,  które  Dan  czytywał  jako  dziewiętnastolatek,  i  teraz  naprawdę  był 

Aaronem.  Nieważne.  Móc  znowu  całować  Vanessę  było  czystą  rozkoszą,  a  sama  myśl,  że 

mieliby przerwać, czystą agonią. Ale po paru minutach zmusił się, żeby przestać. 

- Hm, mogę cię o coś zapytać? Co my właściwie robimy? 

Vanessa złapała za brzeg wyblakłego, czerwonego T - shirta Stussy Dana, podciągnęła 

go do góry i zerknęła na jego jasny, plaski brzuch. 

- Nie  zastanawiasz  się  czasem,  o  co  tyle  krzyku?  -  zapytała,  jakby  to  wystarczało  za 

odpowiedź. 

Dan  nie  odpowiedział.  Vanessa  najwyraźniej  przechodziła  fazę  eksperymentów  i  nie 

zamierzał  jej  w  tym  przeszkadzać.  Zwłaszcza,  jeśli  miała  ochotą  zdjąć  z  niego  koszulkę.  I 

background image

spodnie. Najwyraźniej również skarpetki stały na drodze jej potrzebie autoekspresji. Żeby nie 

czuła się osamotniona, on też pomógł jej wyskoczyć z ciuchów, Wkrótce oboje klęczeli pod 

wieżą ciśnień całkiem nadzy. 

Mowa o dèjà vu! 

background image

mo

ż

esz wyrwa

ć

 dziewczyn

ę

 z manhattanu, ale nie wyrwiesz 

manhattanu z dziewczyny 

- Macie  coś,  co  nie  jest...  takie  błyszczące?  -  zapytała  Blair  Waldorf,  przeglądając 

sukienki na obrotowym stojaku na tyłach Isn't She Lovel, małego butiku z sukniami ślubnymi 

i wizytowymi, raptem przecznicę od mieszkania, które dzieliła z Vanessą. 

Mijała  ten  butik  codziennie,  gdy  szła  do  kafejki,  skąd  -  gdy  kupiła  już  duże  latte  z 

dodatkiem  espresso  -  opłacone  auto  z  szoferem  zabierało  ją  do  szkoły.  Dzisiaj  zajrzała  do 

środka, bo pomyślała, że byłoby czadowo, gdyby udało jej się kupić sukienkę na zakończenie 

szkoły  w  zupełnie  nieznanym  sklepie,  tak  że  żadna  inna  dziewczyna  z  ostatniego  roku  nie 

miałaby  takiej  samej.  Sęk  w  tym,  że  bez  metek  projektantów  nie  potrafiła  zdecydować,  czy 

sukienki są brzydkie w wyszukany sposób. czy po prostu brzydkie. 

- Ta  jest  bardzo  popularna  na  bierzmowaniach  -  powiedziała  przesadnie 

wyperfumowana sprzedawczyni, z mocnym obcym akcentem. 

Wyjęła  olśniewająco  białą,  wyszywaną  kryształkami  sukienkę  bez  pleców  z 

poliestrowym  gorsetem  i  plisowanym  dołem  tak  sztywnym  i  błyszczącym,  że  wyglądał  jak 

laminowany. 

Blair  zerknęła  w  jedno  z  rozstawionych  po  sklepie  luster  i  dostrzegła  gapiącą  się  na 

nią wyniosłą brunetkę w biało - błękitnej spódniczce z krepy od mundurka Constance Billard 

i  schludnej,  różowej  koszulce  polo  z  białym  kołnierzykiem.  Była  na  siebie  wściekła.  Kogo 

próbowała  oszukać,  udając,  że  nie  potrzebuje  szytej  na  zamówienie  sukienki  Oscara  de  la 

Renty  albo  Chanel?  Poprawiła  na  ramieniu  bladoróżową  torebkę  Fendi  i  zsunęła  na  nos 

okulary  w  szylkretowej  oprawce.  Kusiło  ją,  żeby  kupić  tę  ohydną  sukienkę,  którą  pokazała 

sprzedawczyni,  zanieść  do  domu  i  dla  śmiechu  udać  przed  Vanessą,  że  naprawdę  zamierza 

włożyć  ją  na  rozdanie  dyplomów.  Ale  myśl,  że  miałaby  wydać  pieniądze  na  coś  tak 

okropnego,  nawet  w  żartach,  jeszcze  bardziej  ją  rozłościła.  Kiedy  jej  życie  stało  się  takie 

podłe? 

Może  w  dniu,  kiedy  postanowiła  porzucić  Manhattan  i  zostać  buntowniczką  z 

Brooklynu. 

Zwykle  Blair  nie  potrafiła  wyjść  ze  sklepu,  nie  kupując  przynajmniej  jednej  rzeczy, 

background image

ale  zazwyczaj  odwiedzana  miejsca  pełne  ciuchów,  którym  nie  można  się  było  oprzeć.  Jeśli 

chodziło o nią, butik Isn't She Lovel powinien nazywać się Isn't She Ugly. 

Na  upstrzonym  śmieciami  chodniku  naprzeciwko  zaniedbanej,  czteropiętrowej 

kamienicy, w której mieszkała Vanessa, zebrała się grupka gapiów. 

Hm, ciekawe czemu? 

Obojętna i kompletnie niezainteresowana tym, co wzbudziło ciekawość miejscowych. 

Blair  przeszła  szybko  przez  ulicę,  wspięła  się  na  rozsypujący  betonowy  stopień  i  pchnęła 

wymazane  graffiti  drzwi  do  budynku.  Wstrzymała  oddech,  wspinając  się  po  schodach  na 

pierwsze piętro do Vanessy. Dom znajdował się tak blisko cukrowni, że powietrze wokół było 

słodkie  i  ciężkie  jak  przesączony  syropem  francuski  tost.  Do  Lego  dochodził  odór  moczu 

bezpańskich kotów. 

Miodzio. 

- Ohyda - mruknęła Blair, nadal wstrzymując oddech. 

Jakże  tęskniła  za  nieskazitelnym  holem  z  bladoróżowego  marmuru  i  nienagannie 

ubraną  obsługą  w  luksusowym  apartamentowcu  przy  Siedemdziesiątej  Drugiej,  gdzie  do  tej 

pory  mieszkała.  Och,  jak  brakowało  jej  szelestu  oliwkowozielonej  wełnianej  peleryny 

portiera, gdy otwierał jej drzwi do taksówki i pomagał nieść torby, osłaniając przed deszczem 

gigantyczną  czarną  parasolką.  Jak  tęskniła  za  cichym  szumem  wyściełanej  hordowym 

aksamitem  windy,  gdy  ta  zawoziła  ją  do  penthouse'u.  Pomalowane  na  czarno  drzwi  do 

mieszkania  były  otwarte.  Kawałki  złuszczonej  starej  farby  obsypywały  się  na  zakurzoną, 

betonową posadzkę korytarza. 

- Kochanie,  wróciłam!  -  zawołała  Blair  niepewnie,  wchodząc  do  mieszkania,  które 

kilka  tygodni  temu  z  przyjemnością  urządziła  od  nowa  w  odcieniach  lawendy,  gołębiej 

szarości i seledynu. Małe, niskie mieszkanko z jedną sypialnią wyglądało o wiele ładniej, niż 

kiedy  się  wprowadzała,  zwłaszcza  bez  tych  obrzydliwych  czarnych  prześcieradeł  w  oknach. 

Ona i Vanessa nawet się do siebie przywiązały, naprawdę. Poza tym, zabawnie było mieszkać 

w  innym  miejscu  niż  to,  w  którym  dorastała.  Serio.  Mimo  to  trochę  tęskniła  za  domem.  W 

końcu Isn't She Lovely trudno było uznać za godne zastępstwo dla Barneys. 

- O tak! Tak! Tak! - chrapliwy od rozkoszy chłopięcy  głos odbił się echem po klatce 

schodowej i wpadł do mieszkania. 

Fuj. 

Blair skrzywiła się. Vanessa i Aaron znowu to robią, na dachu. Jakby nie spędzili całej 

ostatniej  nocy,  jęcząc  i  wyjąc  jak  dzikie  psy.  Blair  przewróciło  się  w  żołądku.  Nalała  sobie 

szklankę wody z dzbanka z filtrem, który kupiła, bo nie ufała tutejszej wodzie. Odkąd zerwała 

background image

z Nate'm,  ani razu nie zmusiła się do wymiotów - to byłaby oznaka słabości, a ona nie była 

już  słaba.  Jednak  obraz  Vanessy  i  Aarona,  z  przyciśniętymi  do  siebie  ogolonymi  głowami  i 

bladymi  ciałami  rzucającymi  się  w  biały  dzień  po  dachu,  za  bardzo  przypominał  widok 

Sereny  i  Nate'a  wierzgających  w  wannie  w  domku  kąpielowym  Isabel  Coates.  To 

wystarczyło,  żeby  nagle  zachciało  jej  się  zwymiotować  koktajl  z  mango,  który  wypiła  trzy 

godziny temu. 

Popijając  wodę,  złapała  się  popękanego,  białego  blatu  kuchennego,  żeby  się  trochę 

uspokoić.  Na  starej  elektrycznej  kuchence  stał  garnek  z  zatęchłą  wodą  i  dwoma  zimnymi, 

szaroróżowymi kiełbaskami tofu - resztkami obrzydliwego śniadania, lunchu albo kolacji jej 

przyrodniego  brata,  Aarona,  Najpierw  okropne  sukienki  w  sklepie  po  drugiej  stronie  ulicy, 

ohydnie śmierdząca klatka schodowa i jękliwy seks na dachu, który miał być zarezerwowany 

na  babskie  wieczory  z  wódką  z  tonikiem,  kiedy  miały  obmyślać  z  Vanessą,  jak  sabotować 

kandydaturę  Sereny  na  mówczynię,  a  teraz  to.  Blair  miała  dość.  Sięgnęła  do  torebki,  wyjęła 

komórkę i nerwowo wybrała numer. 

- Blair,  kochanie?  Czemu  zawdzięczam  tę  przyjemność,  skarbie?  -  zapytał  Chuck 

Bass. Mówił głośno i brzmiał jeszcze bardziej gejowsko niż zwykle. - Tylko mi nie mów, że 

potajemnie  podkochiwałaś  się  we  mnie  przez  te  wszystkie  lata  i  teraz,  gdy  mamy  skończyć 

szkolę, zebrałaś się w końcu na odwagę, by mi to wyznać. 

- Niezupełnie - warknęła Blair. - Ze znanych mi osób tylko ty masz samochód. 

- Perłowoszary jaguar kabriolet to nie jest po prostu samochód, to jaskinia rozkoszy na 

kółkach. - Chuck zatrąbił klaksonem. - Właśnie siedzę w tym, jak go nazywasz, samochodzie. 

- Nieważne.  -  Blair  otworzyła  obluzowane  sklejkowe  drzwi  do  zagraconej, 

śmierdzącej kulkami na mole szafy w salonie i wyciągnęła dwie torby podróżne od kompletu 

Louisa  Vuittona,  z  brązowej  skóry  ze  złotymi  tłoczeniami.  Nadal  były  częściowo 

nierozpakowane,  bo  Vanessa  nie  miała  dość  miejsca  w  szafach,  żeby  pomieścić  olbrzymią 

garderobę  Blair.  Teraz  wystarczyło  tylko  poskładać  sukienki  wiszące  w  szafie  i  zapchać 

reklamówkę,  albo  cztery,  albo  pięć,  trzydziestoma  sześcioma  parami  butów,  które  miała  ze 

sobą i będzie gotowa do przeprowadzki. 

- Możesz po mnie przyjechać? 

- Oczywiście,  cukiereczku  -  glos  Chucka  przybrał  fałszywie  ojcowski  ton.  -  Nie 

wpakowałaś się chyba w żadne kłopoty? 

Blair  skrzywiła  się  na  widok  karalucha  przyczajonego  w  głębi  szafy  oraz  drugiego, 

półżywego i ledwo przebierającego odnóżami na progu. 

- Jestem w Williamsburgu - jęknęła, niczym przetrzymywana w piwnicy zakładniczka. 

background image

A Manhattan cię potrzebuje - zanucił Chuck. - My wszyscy cię potrzebujemy! 

Blair  zachichotała.  Dobrze  było  przestać  udawać,  że  zamierza  stać  się  jedną  z  tych 

zbuntowanych  dziewczyn,  które  nosiły  prążkowane  podkolanówki,  kilty  z  second  -  handu  i 

odjechane okulary, jadły przez cały czas humus i chodziły po szkole do galerii sztuki zamiast 

do Barneys. Zdjęła czarną dżinsową spódniczkę Habitual i nudny, ciemnoszary T - shirt C&C 

California, i sięgnęła na wieszak po ulubioną, biało - czerwoną sukienkę w grochy od Diane 

von Furstenberg. Manhattan jej potrzebował. No pewnie, że tak. 

- Będę za pięć minut, kochanie. Właśnie przejeżdżam przez most - zapewnił ją Chuck. 

a w de słychać było silnik jaguara. - Właściwie to dokąd mam cię zabrać? Wracasz do domu? 

Blair nie pomyślała o tym. A właściwie pomyślała, ale nie o domu. Od czasu ślubu z 

Cyrusem  Rose  zeszłej  jesieni  i  narodzin  córeczki  wiosną,  matka  zachowywała  się  jak 

szurnięta. Cyrus był głośny, wiecznie spocony i odpychający. Poza tym lubił łazić po domu w 

samym  tylko  luźno  związanym,  zielonym,  jedwabnym  szlafroku,  bez  niczego  pod  spodem. 

Mała  Yale  przez  większość  czasu  była  kochana,  ale  przejęła  pokój  starszej  siostry,  przez  co 

Blair  musiała  przenieść  się  do  starego  pokoju  Aarona,  gdzie  jej  kotka,  Kitty  Minky 

odreagowywała zapach boksera Aarona, Mookiego, sikając po kątach. A skoro o nim mowa - 

gdzie  jest  Mookie?  Zwykle  przychodził  ze  swoim  panem,  gdy  Aaron  zostawał  na  noc  u 

Vanessy,  zamiast  spać  w  pokoju  brata  Blair,  Tylera,  albo  tracić  przytomność  na  skórzanej 

sofie w bibliotece po jednym organicznym piwie za dużo. 

Właśnie, właśnie. 

- Może  teraz,  kiedy  przyjęli  mnie  do  Yale,  wytrzymam  w  do...  -  Blair  urwała, 

doznawszy nagłego olśnienia. Przyszedł jej do głowy nowy, cudowny pomysł. 

Po  tym  jak  jej  ojciec  wyprowadził  się  z  domu  i  zanim  wyjechał  do  Francji,  aby 

zamieszkać  ze  swoim  francuskim  kochankiem  -  Jacquesem,  Jean  -  Claudem,  czy  jak,  do 

cholery,  mu  było  -  przez  kilka  miesięcy  pomieszkiwał  w  Yale  Club,  który  znajdował  się 

dokładnie  naprzeciwko  Grand  Central  Station.  W  przeciwieństwie  do  starego  dworca,  Yale 

Club  nigdy  nie  poddano  renowacji.  Mimo  to  zachował  resztki  świetności  i  staromiejskiego 

uroku.  To  miejsce  na  pewno  spodobałoby  się  jej  byłej  najlepszej  przyjaciółce,  Serenie. 

chociaż  sama  Blair  normalnie  wolałaby  bardziej  okazały  apartament  w  Carlyle  albo  innym 

słynnym hotelu. Ale kiedy mieszkała w hotelu Plaza traktowano ją jak jeszcze jednego dobrze 

sytuowanego gościa. W Yale Club będzie „córką Harolda Waldorfa”, a to prawie to samo, co 

być członkiem rodziny królewskiej. 

Prawie. 

- Właściwe to przenoszę się do Yale Club, przynajmniej dopóki nie wymyślę. co będę 

background image

robić  tego  lata  -  ogłosiła,  uśmiechając  się  do  swoich  idealnie  pomalowanych  koralowych 

paznokci, zupełnie jakby zaplanowała wszystko już dawno temu. 

- Czyżby? 

Blair  podniosła  wzrok  znad  wypchanych  butami  czarnych  reklamówek  Barneys. 

Vanessa stała w drzwiach do mieszkania z rękami na bladych, krągłych biodrach ubrana tylko 

w  czarny  podkoszulek  i  czarne  figi  Hanes.  Chudy  chłopak,  którego  -  jak  sądziła  Blair  - 

Vanessa  rzuciła  na  dobre,  stał  za  nią  w  szarych  bokserkach.  Resztę  swoich  poszarzałych  od 

znoszenia ubrań trzymał zwiniętą pod pachą. Miał wielkiego,  fioletowego siniaka na  gardle, 

tuż pod jabłkiem Adama. 

Fuj, malinka! 

- To  jeden  z  tych  domów  z  graffiti  na  drzwiach.  Będę  na  dole  za  pięć  minut  - 

poinstruowała Chucka i się rozłączyła. 

Oparła ręce na biodrach, usiłując wymyślić, jak grzecznie powiedzieć Vanessie, że się 

stąd  wynosi.  Zabawnie  było  przyjaźnić  się  z  tą  dziewczyną  o  ogolonej  głowie,  którą 

wszystkie koleżanki w klasie uważały za totalnego świra. Blair naprawdę polubiła Vanessę za 

jej  bezpretensjonalność  i  bezpośredniość  oraz  czarny,  sarkastyczny  humor.  Jednak  w  miarę 

zbliżania  się  końca  szkoły,  Vanessa  zaczęła  zachowywać  się  coraz  bardziej  dziwnie.  Prawie 

co  wieczór  prosiła  Blair,  żeby  pomalowała  jej  paznokcie  u  nóg  i  nawet  namówiła  ją.  żeby 

wypróbowywały  ten  jej  idiotyczny  domowy  zestaw  do  robienia  pasemek.  Bogu  dzięki,  nie 

trwało  to  długo.  Vanessa  była  najwidoczniej  spragniona  towarzystwa,  więc  jeśli  zdradzanie 

przyrodniego brata Blair, z tym chudym Danem sprawiało jej przyjemność, to Blair nie miała 

nic  przeciwko  temu.  Ona  osobiście  skończyła  z  facetami.  Za  kilka  minut  Vanessa  znowu 

będzie miała całe mieszkanie dla siebie - może iść na  całość i zafundować sobie prawdziwą 

orgię, jeśli tylko zechce. 

- Ktoś po mnie przyjedzie - stwierdziła zamiast cokolwiek wyjaśniać. 

Vanessa  właśnie  została  przyłapana  na  zdradzaniu  brata  Blair  z  Danem,  który  ponoć 

był już historią. Większość ludzi na jej miejscu byłaby przynajmniej trochę zakłopotana, ale 

nie  Vanessa.  Zamrugała  tylko,  patrząc  oskarżycielsko  na  Blair  swoimi  wielkimi  brązowymi 

oczami. 

- Wyprowadzasz  się?  Dlaczego?  Wściekłaś  się  na  mnie?  -  Przekrzywiła  ogoloną 

głowę i uściśliła. - To znaczy, bardziej niż zwykle? 

Nazwać  Blair  i  Vanessę  dziwną  parą  byłoby  niedomówieniem,  Blair  została 

wychowana przez armię nianiek. Chodziła do przedszkola przy kościele prezbiteriańskim na 

Park  Avenue,  tak  jak  pozostałe  dzieci  z  najlepszych  rodzin  na  Upper  East  Side.  Vanessę 

background image

wychowali  rodzice  -  hipisowscy  artyści  z  Vermont.  Do  dziesiątego  roku  życia  uczyła  się  w 

domu.  Kiedy  miała  piętnaście  łat,  przeniosła  się  do  Williamsburga,  żeby  zamieszkać  ze 

starszą siostrą, Ruby. Przez pierwsze dwa lata wakacje spędzała, pracując na dwie zmiany w 

punkcie  ksero  Kinko,  żeby  zarobić  na  pierwszą  kamerę  cyfrową.  Blair  spędzała  każde  lato, 

grając  w  tenisa  w  posiadłości  ojca  w  Newport  na  Rhode  Island,  albo  pomagając  Serenie 

podwędzać  butelki  stolicznej  z  barku  w  wiejskiej  posiadłości  van  der  Woodsenów  w 

Ridgefield,  w  Connecticut.  Blair  lubiła  naśladować  Audrey  Hepburn,  a  jej  ulubionym 

kolorem  był  jaskraworóżowy.  Vanessa  nikogo  nie  naśladowała,  może  z  wyjątkiem 

szwedzkiego  awangardowego  twórcy  filmowego,  Ingmara  Bergmana,  i  nosiła  wyłącznie 

czarne rzeczy. Nie mogły się bardziej różnić. 

- Nie.  -  Blair  wzruszyła  ramionami.  Na  jej  lisiej  twarzyczce  igrał  uśmieszek.  - 

Dlaczego miałabym się wściec? 

Vanessa  weszła  na  palcach  do  kuchni  i  wyjęła  jeden  z  moczących  się  w  wodzie 

kawałków  tofu,  które  Aaron  zostawił  w  garnku  na  kuchence.  Zjadła  połowę  jednym  kęsem. 

Odkąd spotykała się z Aaronem polubiła takie jedzenie. 

- Chcecie  trochę?  - zaproponowała  Blair  i  Danowi,  wymachując  na  nich  tofu  niczym 

nadgryzionym palcem. 

Rety, dzięki. 

- Nie, dziękuję - wymamrotał Dan, grzebiąc przy wymiętoszonych spodniach. 

Blair  machnęła  ze  wstrętem  na  widok  tofu.  a  także  półnagiego  Dana  i  jego  ohydnej 

malinki, oraz mieszkania, którego nic była w stanie uratować nawet warstwa świeżej farby, i 

całego Williamsburga. 

- To po prostu nie w moim stylu - spróbowała wyjaśnić. 

Vanessa pokiwała powoli głową. Odkąd Blair nakryła Serenę i Nate'a baraszkujących 

w wannie w domku kąpielowym Isabel Coates w Hamptons, zachowywała się trochę dziwnie. 

- Jesteś pewna, że przyjmą cię w Yale Club? W końcu nie jesteś jeszcze absolwentką? 

Blair wcisnęła naręcze dresów Juicy Couture do już wypchanego worka. Kiedyś była 

przewrażliwiona na punkcie fale, ale to było zanim się tam dostała. 

- Mój ojciec jest członkiem. Przyjmą mnie albo skopie im tyłki. 

Vanessa nadał się jej przyglądała. Blair słyszała tykanie elektrycznego zegara na starej 

kuchence. 

- Och. Prawie bym zapomniała. 

Podniosła torbę z Browns of London, którą taszczyła całą drogę ze szkoły. 

Oczywiście nie na piechotę. 

background image

- Kupiłam  ci  sukienkę  na  rozdanie  dyplomów.  Była  po  prostu  idealna  i  pomyślałam, 

że  pewnie  nie  wiedziałabyś,  gdzie  kupić  cos,  co  nie  jest  czarne.  Mam  nawet  do  niej  super 

buty, które możesz pożyczyć. 

Vanessa wyciągnęła z reklamówki zawiniętą w białą bibułę paczkę i wydobyła z niej 

sukienkę. Chociaż była biała, wyglądała niesamowicie. Coś jak skrzyżowanie sukni Morticii 

Adams  i  narzeczonej  Frankensteina.  Oczywiście  nie  miała  serca  powiedzieć  Blair  o 

propozycji Aarona i wyjeździe z miasta przed rozdaniem dyplomów. 

A myśmy myśleli, że już całkiem o tym zapomniała. 

Vanessa  stanęła  na  jednej  nodze  i  podrapała  się  w  tył  łydki  drugą  stopą  z 

pomalowanymi  na  czarno  paznokciami,  cały  czas  trzymając  sukienkę.  Już  i  tak  wariowała  z 

powodu rozdania dyplomów i tego, co będzie potem, a teraz jeszcze to. 

- Cholera. To smutne. - Objęła Blair. - Będzie mi ciebie brakować. 

Blair odwzajemniła uścisk. 

- Wiesz,  jesteśmy  praktycznie  tego  samego  wzrostu  -  mruknęła  miękko,  tuląc  czule 

pulchne półnagie ciało Vanessy. - Będziemy tuż obok siebie w kolejce po dyplom. 

Vanessa  uśmiechnęła  się  i  otarła  zabłąkaną  łzę.  Wskazała  na  jedną  z  tysięcy  par 

szpilek od Manolo porzuconą na zakurzonej, drewnianej podłodze. 

- Nie, jeśli założysz coś takiego. 

- Zawsze mogę ci jakieś pożyczyć - zaproponowała czule Blair. 

Dziewczyny  się  roześmiały  i  natychmiast  wszystko  sobie  wybaczyły.  Nawet  głośny 

seks  z  Aaronem  ostatniej  nocy  i  przypadkowy  seks  na  dachu  z  Danem,  w  gniazdku,  które 

miało być ich specjalnym miejscem. Jeśli tego potrzebowała Vanessa, żeby poradzić sobie ze 

stresem końca szkoły, to niech jej będzie. 

- Wezmę prysznic - stwierdził Dan, chociaż żadna z dziewczyn nie zwracała na niego 

uwagi. 

Vanessa  podniosła  czarną  dżinsową  spódniczkę,  którą  Blair  rzuciła  na  podłogę  i 

wciągnęła ją sobie na tyłek, nawet nie próbując się zapinać. Potem zarzuciła na ramię jedną z 

toreb Louisa Vuittona i dwie pełne butów torby z Barneys. 

- Chodź. Pomogę ci to znieść na dół. 

Chuck  czekał  na  rogu  za  kółkiem  srebrnego  jaguara  -  wczesnego  prezentu  z  okazji 

ukończenia szkoły. Auto wyglądało zupełnie nie na miejscu w ekscentrycznej i zapuszczonej 

dzielnicy. Chuck otworzył bagażnik i dziewczyny wrzuciły torby. 

- Zostawiłam  ci  w  szafie  jeszcze  parę  rzeczy.  -  Blair  uścisnęła  krótko  Vanessę.  -  Do 

zobaczenia jutro na angielskim. 

background image

Vanessa odwzajemniła uścisk. 

- Do zobaczenia jutro, zdziro - odparła czule. 

Blair  patrzyła,  jak  pobazgrane  graffiti  drzwi  zatrzasnęły  się  za  Vanessą.  Potem 

otworzyła drzwi do jaguara. 

- Słyszałem,  ze  w  latach  czterdziestych  wszyscy  absolwenci  Yale  trzymali  w  klubie 

prostytutki - oznajmił Chuck, gdy Blair zapinała pasy. - A nie mieli nawet damskiej toalety. - 

Odbił  od  krawężnika  i  przesunął  dłonią  po  odkrytym  kolanie  Blair.  Wiedziałem,  że  to  nie 

potrwa długo. Ty lubisz chłopców, nie dziewczyny. 

Blair odepchnęła jego rękę i przewróciła z irytacją błękitnymi oczami. Chuck zawsze 

był i będzie wstrętnym typem, którego toleruje się tylko dlatego, że tak samo jak Blair i reszta 

ich rodzaju urodził się w szpitalu Lenox Hill na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i Park Avenue, 

a  potem  chodzili  razem  do  żłobka.  Później  chodzili  wspólnie  na  lekcje  tańca  i  spędzali 

wakacje  z  rodzinami  na  St.  Barts.  Ich  rodzice  zasiadali  w  radach  Metropolitan  Museum  i 

Metropolitan  Opera  i  mówili  tym  samym  sekretnym  językiem.  Ale  w  przeciwieństwie  do 

reszty  paczki  z  Upper  East  Side  Chuckowi  nie  udało  się  dostać  do  żadnego  z  prywatnych 

college'ów, do których złożył podanie. Rodzice wysyłali go więc do przypadkowej akademii 

wojskowej  w  północnym  New  Jersey,  Łatwo  więc  było  zrozumieć,  dlaczego  tak  się  czepia! 

Yale Club - był odrobinkę zazdrosny. 

Nieee?! 

W odtwarzaczu samochodowym  Blaupunkta leciała nowa płyta Justina Timberlake'a. 

Blair  podkręciła  muzykę  na  maksa.  Gdy  podjeżdżali  do  mostu  Williamsburg  Chuck  znowu 

położył rękę na jej kolanie. Chwyciła go za dłoń i przeniosła ją na dźwignię zmiany biegów. 

Chyba  pomylił  ją  z  tą  zdzirą  Sereną,  która  nie  miała  żadnych  zasad  i  zabawiała  się  z 

chłopakiem tylko dlatego, że był przystojny, a ona napalona. 

- Jedź - poleciła. - Po prostu jedź. 

Złożyła ręce sztywno na kolanach. Ona taka nie była. 

Czyżby? 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

NIE ZNAM SI

Ę

 WŁA

Ś

CIWIE NA NICZYM POZA SEKSEM 

 

Ko

ń

cowe  egzaminy  ju

ż

  w  przyszłym  tygodniu,  ale  nikt  si

ę

  chyba  specjalnie  nie  przejmuje.  Zamiast 

siedzie

ć

 w domu i zakuwa

ć

 daty z historii Ameryki czy czasowniki nieregularne na francuski wszyscy 

siedz

ą

  w  domu,  zamawiaj

ą

  chi

ń

szczyzn

ę

  I  id

ą

  do  łó

ż

ka...  z  przyjacielem.  Jeste

ś

my  tak

ą

 

przewidywaln

ą

  band

ą

.  Ale  czy  jest  lepszy  sposób  na  pozbycie  si

ę

  przedegzaminacyjnego  i 

przeddyplomowego stresu? 

 

CZY KTO

Ś

 MÓWIŁ CO

Ś

 O PREZENTACH? 

 

Rozdanie  dyplomów  -  mam  na  my

ś

li  sam

ą

  uroczysto

ść

  -  jest  tak  naprawd

ę

  dla  rodziców.  Jednak 

prezenty,  jakie  dostajemy  przy  okazji  sprawiaj

ą

ż

e  absolutnie  warto  j

ą

  wysiedzie

ć

.  Spróbujmy 

zgadn

ąć

, o co poprosz

ą

 mam

ę

 i tat

ę

 niektórzy z naszych ulubie

ń

ców... 

 

B: twierdzi, 

ż

e ma do

ść

 facetów, ale tak naprawd

ę

 chciałaby mie

ć

 nowego, wystrzałowego chłopaka. 

Takiego, który nie b

ę

dzie jej zdradzał w wannie, na imprezie z najlepsz

ą

 przyjaciółk

ą

 

V: terminarz do notowania randek z ró

ż

nymi chłopakami, 

ż

eby si

ę

 w tym wszystkim nie pogubi

ć

 

N: do

ż

ywotni zapas chusteczek w ładnym pudełeczku w niebiesk

ą

 kratk

ę

 od Ralpha Laurena. 

 

D: u

ż

ywanego hyundaia, prawo jazdy i... no tak, jakie

ś

 

ż

ycie. 

 

S:  inne  hobby  ni

ż

  podkradanie  chłopaka  najlepszej  przyjaciółce.  Co  wła

ś

ciwie  stało  si

ę

  z  jej  karier

ą

 

modelki/aktorki? 

 

background image

J:  czekajcie,  ona  jeszcze  nie  odbiera  dyplomu.  Mimo  to  te

ż

  czego

ś

  potrzebuje  -  szkoły,  do  której 

mogłaby chodzi

ć

 od nowego roku. 

 

Poza tym wszyscy marzymy o jednym: gigantycznej, obł

ę

dnej imprezie, na któr

ą

 ka

ż

dy mógłby wpa

ść

Ż

adnego  snucia  si

ę

  po  lokalach,  gdzie  nie  mo

ż

na  spokojnie  dopi

ć

  drinka.  Znajd

ź

my  odjazdowe 

miejsce, zapro

ś

my wszystkich, wybawmy si

ę

 za wszystkie czasy i nigdy stamt

ą

d nie wychod

ź

my. 

 

Wasze e - maiie 

 

P:

 droga P! 

mój  młodszy  brat  chodzi  do  dziewi

ą

tej  klasy  do 

ś

wi

ę

tego  judy  i  słyszał, 

ż

e  N  chodzi  do 

psychiatry.  Podobno  musiał  cofn

ąć

  si

ę

  do  wczesnego  dzieci

ń

stwa, 

ż

eby  psychiatra  mógł 

stwierdzi

ć

, dlaczego jest ci

ą

gle taki najarany. To dlatego przez cały czas płacze, 

zorientowany 

 

O:

 Drogi zorientowany! 

Wybacz, 

ż

e  pytam,  ale  czy  taka  terapia  nie  sprawi, 

ż

e  N  b

ę

dzie  moczył  si

ę

  w  spodnie?  Fuj. 

Biedaczek! 

P. 

 

Na celowniku 

 

N  skromnie  całuje  S  w  policzek  przed  jej  apartamentowcem  na  rogu  Osiemdziesi

ą

tej  Drugiej  i  Pi

ą

tej 

Alei.  Czy  to  dlatego, 

ż

e  jej  rodzice  patrzyli,  czy  te

ż

  mo

ż

e  to  jedyny  facet  we  wszech

ś

wiecie,  który 

potrafi  jej  si

ę

  oprze

ć

,  mimo 

ż

e  jest  podobno  jego  dziewczyn

ą

?  Mo

ż

e  miał  przemoczone  spodnie  i 

spieszył si

ę

 do domu, aby  si

ę

 przebra

ć

B  i C  w samochodzie na mo

ś

cie Williamsburg - muzyka na 

fuli. On j

ą

 obejmuje, a ona głaszcze jego małpk

ę

. No, to przynajmniej jest  zwi

ą

zek z przyszło

ś

ci

ą

.  V 

spryskuje  swoje  gniazdko  miło

ś

ci  na  dachu  od

ś

wie

ż

aczem  powietrza  i  poprawia  na  nowo  futrzane 

poduszki.  Skoro  tylu  facetów  si

ę

  za  ni

ą

  ugania,  pewnie  musi  jej  by

ć

  trudno  utrzyma

ć

  porz

ą

dek  i 

zadba

ć

  o  czysto

ść

.  A  czy  to,  co  zrzuciła  z  dachu  na  ulic

ę

,  to  nie  były  przypadkiem  białe  slipki?!  J  w 

sklepie  z  narz

ę

dziami  w  New  Hampshire  próbuje  namówi

ć

  ojca, 

ż

eby  zamiast  samochodu  kupił  D 

taczk

ę

  jako 

ż

artobliwy  prezent  na  zako

ń

czenie  szkoły.  Nie  s

ą

dz

ę

ż

eby  brat  docenił  dowcip.  K  i  I 

przymierzaj

ą

 po kolei wszystkie pary białych pantofli od Ferragamo. Czy kto

ś

 mo

ż

e im powiedzie

ć

ż

noszenie takich samych butów jest tandetne? Hej, wła

ś

nie sama to zrobiłam! 

 

Pami

ę

tajcie,  rozdanie  dyplomów  jest  tak  naprawd

ę

  dla  rodziców.  Dlaczego  wi

ę

c  nie  zało

ż

y

ć

  tej 

falbaniastej  sukienki  Laury  Ashley  z  ogromn

ą

  kokard

ą

  na  tyłku,  któr

ą

  mama  trzymała  dla  ciebie 

odk

ą

d sko

ń

czyła

ś

 dziesi

ęć

 lat, a potem odci

ąć

 kupony? Umiecie przeliterowa

ć

 BMW? 

 

Wybaczcie moj

ą

 zachłanno

ść

background image

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

S pokazuje jak by

ć

 niegrzeczn

ą

 i mił

ą

 

- Panie Beckham? - zawołała Serena, odsuwając pierwsze z czterech, ciężkich zasłon, 

które prowadziły do ciemni w Constance Billard. - Panie Beckham, czy mogę wejść i chwilę z 

panem porozmawiać? 

Serena usłyszała skrzypienie taboretu. 

- Jasne, wchodź - odparł jedyny nauczyciel filmu w szkole. - Uważaj na zasłony. 

Zajęcia  już  się  skończyły  i  w  szkole  panowała  cisza,  przerywana  tylko  śmiechem 

ociągających  się  z  wyjściem  uczennic  albo  stukaniem  obcasów  nauczycielki.  Serena  została 

dłużej, żeby sprawdzić, czy nie da się jakoś odkręcić tej sprawy z nominacją na mówczynię. 

Nie miała jeszcze wygranej w kieszeni, ale czuła, że dość już zabrała Blair. Rola mówczyni 

byłaby kolejną rzeczą, którą zdobyła, nawet specjalnie się nie starają. 

Tak jak pewnego zielonookiego chłopca? 

Wsunęła  się  do  ciemni,  upewniając  się,  że  dobrze  zaciągnęła  wszystkie  zasłony  i  do 

pomieszczenia  nie  wpadnie  ani  odrobina  dziennego  światła.  W  górze  świeciła  specjalna 

czerwona  lampka,  ale  nadal  niewiele  było  widać.  Serena  dostała  gęsiej  skórki.  W  ciemni 

zawsze przechodziły ją dreszcze. 

Pan Beckham był jedynym tajnym, młodym nauczycielem w Constance. Tyle tylko że 

uważał się za fajniejszego, młodszego i przystojniejszego niż był w rzeczywistości. Pozował 

na  artystę  -  nosił  prostokątne  okulary  w  ciężkich,  czarnych  oprawkach  i  czarne  obcisłe 

koszulki z długim rękawem Club Monaco, dla podkreślenia muskulatury. Swoje blond włosy 

stroszył żelem i wtrącał francuskie słówka, kiedy tylko mógł. 

- Ach,  Serena!  -  wykrzyknął,  odkładając  bajgla  z  makiem  i  serkiem  śmietankowym, 

który właśnie zajadał. Rozłożył szeroko ramiona. - Quelle przyjemność! 

Serena bawiła się guzikiem przy błękitno - białej spódniczce z krepy, która stanowiła 

część  wiosennego  mundurka  i  przestępowała  z  nogi  na  nogę.  Dlaczego  rozmowa  z 

nauczycielem poza klasą zawsze była trochę krępująca? 

Zwłaszcza, gdy podejrzewałaś, że nauczyciel odrobinkę się w tobie durzy. 

- Hm,  chciałam  podziękować  za  zgłoszenie  mojej  kandydatury  na  mówczynię  - 

powiedziała  Serena.  Włożyła  kciuk  do  ust  i  zaczęła  skubać  obgryziony,  perłoworóżowy 

background image

paznokieć. 

Uwaga dla  wszystkich: tylko nieziemsko piękni ludzie mogę sobie pozwolić na takie 

zachowanie bez przyprawiania wszystkich wokół o mdłości. 

- W każdym razie, chciałam, żeby pan wiedział - ciągnęła - że wykreśliłam się z listy 

kandydatek.  -  Zabrała  się  teraz  do  serdecznego  palca,  którego  nie  obgryzała  od  śniadania.  - 

Nigdy nie byłam dobra w wygłaszaniu przemów. 

A  czy  już  wspominałam,  że  Blair  jest  jedyną  kontrkandydatką  i  naprawdę  chce  być 

mówczynią, a ja się boję, że jeśli innie wybiorą, ona zamorduje mnie we śnie. 

Pan Beckham zdjął okulary i zaczął je czyścić brzegiem czarnej koszulki, odsłaniając 

kawałek nagiego, zaskakująco opalonego brzucha. Serena starała się nie gapić i przez chwilę 

zastanawiała  się,  czy  nauczyciel  nie  jest  przypadkiem  gejem.  Widok  jego  nagiej  skóry 

wydawał się zupełnie nieprzyzwoity, jakby celowo się przed nią obnażał, czy coś takiego. 

- Wiesz, czemu zgłosiłem twoją kandydaturę, n'est - cepas? - zapytał, nadal czyszcząc 

okulary i przyglądając się jej badawczo w karmazynowym półmroku. 

Mais oui. Ponieważ napalił się i stracił głowę pour elle

- Cóż... - zaczęła Serena, szukając pretekstu, żeby odwrócić się na pięcie i zwiać. 

Nagle dotarło do niej, że to wstrętne i niehigieniczne, jeść bajgla i wywoływać filmy. 

Zastanawiała się, czy pan Beckham nie jest uzależniony od jakiś chemikaliów. 

Nauczyciel odłożył okulary i opadł na metalowy taboret. 

- Serena,  obserwowałem  cię  odkąd  tu  przyszedłem.  Byłaś  wtedy  w  siódmej  klasie. 

Wiem,  że  to  brzmi  sentymentalnie,  ale  naprawdę  rozświetliłaś  tę  ciemnię.  -  Urwał,  żeby 

odchrząknąć,  najwyraźniej  zbyt  zdenerwowany,  żeby  wtrącić  jakieś  francuskie  słówko.  - 

Gdybym nie był twoim nauczycielem... 

To...  oblałby  ją  utrwalaczem  i  zlizał  go  z  niej?  Dam  ci  radę  dziewczyno:  uciekaj, 

uciekaj!!! 

Serena była pewna, że nie chce słuchać dalej. 

- Hm,  panie  Beckham?  Przepraszam,  ale  naprawdę  muszę  iść.  Chciałam  tylko 

podziękować za wsparcie. - Podniosła rękę i machnęła mu sztywno, chociaż siedział tuż przed 

nią. - Do zobaczenia na rozdaniu dyplomów - dodała z udawanym entuzjazmem. 

Odwróciła się i zaczęła przepychać przez ciężkie zasłony. 

- Zaczekaj. 

Serce  podeszło  jej  do  gardła,  aż  cala  zadrżała  w  swojej  cienkiej,  białej  bluzeczce.  Z 

korytarza  dobiegały  głosy.  Gdyby  krzyknęła  dość  głośno,  ktoś  na  pewno  by  ją  usłyszał. 

Odwróciła się. 

background image

- Naprawdę muszę już iść. 

Pan Beckham wstał z krzesła i podszedł do niej. 

- Czy  mogę...  -  Przełkną!  ślinę.  Jabłko  Adam  podskoczyło  mu  nerwowo.  -  Czy 

miałabyś  coś  przeciwko  temu,  żebym...  pocałował  cię  un  peu?  -  zapytał  cicho,  zbliżając  do 

siebie kciuk i palec wskazujący, żeby pokazać, jak malutki to będzie pocałunek. 

Serena  się  zawahała.  Nie  zamierzała  robić  z tego  wielkiego  skandalu,  ale  za  wszelką 

cenę chciała uwolnić się od pana Beckhama. Mogła po prostu powiedzieć „nie” i wyjść. Albo 

polecieć z krzykiem do gabinetu pani M i donieść na niego. Mogła mu też pozwolić na jeden 

maleńki całus, żeby miał co wspominać, a potem samej puścić wszystko w niepamięć. 

Wzruszyła  chudymi  ramionami  i  nadstawiła  gładki,  lekko  piegowaty  policzek, 

całkiem jasno dając do zrozumienia, że usta - usta nie wchodziło w grę. 

Pan  Beckham  zrobił  krok  w  przód  i  ostrożnie  pocałował  ją  w  sam  środek  policzka, 

zupełnie jakby stawiał na nim pieczątkę. 

Tant  pis  -  westchnął  tęsknie,  a  potem  rozsunął  zasłony,  żeby  wiedziała,  że  nie 

zamierza jej dłużej molestować. 

Nie martwił się widać za bardzo o swoje klisze. 

- Adieu. Sereno. 

Na  korytarzu  tuż  obok  ciemni,  ubrana  w  ulubiony  czerwono  -  biało  -  niebieski 

płócienny  żakiet  Talbots,  stała  pani  M  razem  z  panią  D'Agostino,  myszowatą  nauczycielką 

hiszpańskiego młodszych klas, która trzymała złotą puszkę pełną czekoladowych trufli. 

- Och, ty mała diablico! - zagruchała pani M, wkładając czekoladkę do ust. 

W tej samej chwili zauważyła Serenę, a jej brązowe oczy rozszerzyły się jak u dziecka 

przyłapanego z ręką w słoiku z ciastkami. 

Serena stłumiła chichot. Nagle poczuła się jak balon, w którym jest za dużo powietrza. 

Jakie  dziwne  jest  życie.  Uśmiechnęła  się  szeroko  do  pani  M,  porwała  truflę  z  puszki  i 

pobiegła do wyjścia. 

Och, rzeczy, które uchodzą płazem uczennicom ostatniego roku. A teraz biegnij, mała, 

biegnij! 

background image

nowy dopalacz N 

Ostatnia  impreza  drużyny  lacrosse'a  odbywała  się  w  sali  gimnastycznej  Szkoły 

Świętego  Judy,  co  było  kiepskim  pomyliłem,  zwłaszcza  że  temperatura  na  zewnątrz 

dochodziła do trzydziestu stopni i zabawa w parku byłaby o wiele fajniejsza. Ale chłopcy byli 

niepełnoletni,  więc  kilka  sześciopaków  z  piwem  i  parę  pizz  w  sali  to  jedyne,  na  co  trener 

Michaels chciał kie zgodzić. Poza tym chłopcy ujarali się już wcześniej w domu Jeremy'ego 

Scotta  Tompkinsona,  a  potem  zamierzali  pójść  zabawić  się  gdzie  indziej,  więc  nie  miało  to 

dla nich większemu znaczenia. 

Nate skubnął kawałek swojej pizzy i zacisnął powieki. Ostatnia impreza z drużyną w 

tym roku. Ostatnia impreza z drużyną w życiu. Cholera. Znowu zaczęły mu płynąć łzy. 

Sala  gimnastyczna  znajdowała  się  na  dachu  pięciopiętrowego  budynku  szkolnego  z 

czerwonej cegły na East End Avenue. Miała ogromne okna wychodzące na lśniącą East River 

i Queens. Pewnego popołudnia pod koniec dziesiątej klasy Nate, Jeremy, Anthony Avuldsen i 

Charlie  Dern  zgłosili  się  na  ochotnika  do  odniesienia  sprzętu  po  treningu.  Zostali  jeszcze 

chwilę na sali, potem schowali się przed woźnym Rickiem za wielkim metalowym stojakiem 

na pitki. Kiedy Rick sobie poszedł i pogasły światła, położyli się przy oknach, w tym samym 

miejscu,  w  którym  teraz  stał  Nate,  i  patrzyli  na  zachód  słońca,  palili  trawkę  i  jedli  cukierki 

Straburst do dziewiątej. Gdy w końcu wyszli z budynku, włączył się alarm, ale udało im się 

uciec  parę  przecznic  dalej,  do  parku  Carl  Schurz,  i  nigdy  nie  zostali  złapani.  To  były  dobre 

czasy. Teraz się skończą. Być może już się skończyły. 

Nate patrzył na horyzont ze srebrzystą wodą i Z niskimi, przemysłowymi budynkami. 

Gdzieś tam, na południowy zachód od Queens znajdował się Williamsburg,  gdzie mieszkała 

Blair. Zastanawiał się, co teraz robi. Może stoi na dachu, pali merita ultra light i wbija szpilki 

we własnoręcznie wykonane laleczki voodoo, przestawiające jego i Serenę. 

Nie pochlebiaj sobie, skarbie. 

Otarł  kciukiem  łzy  ze  ślicznych  zielonych  oczu  i  wyrzucił  ledwo  tkniętą  pizzę 

pepperoni do kosza. Po chwili podszedł do niego Anthony, objął umięśnionym ramieniem i z 

udawana czułością cmoknął w policzek. 

- Co się dzieje, kochanie? 

background image

- Odchrzań się - odparł Nate, strzelając Anthony'ego pod żebra. 

Kumpel nie dal się tak łatwo spławić. 

- Może wreszcie napijesz się z nami piwa i przestaniesz smęcić? - Pasmo przydługich 

włosów,  tak  jasnych,  że  prawie  białych,  opadło  Anthony'emu  na  piegowatą  twarz.  Chłopak 

odgarnął je. - Człowieku, bawimy się! 

Nate  roześmiał  się  i  dał  zaprowadzić  do  reszty  chłopaków,  którzy  popijali  piwo  i 

przysłuchiwali  się  trenerowi.  Jeremy  podciągnął  za  duże  levisy  i  rzucił  Nate'owi  butelkę 

Heinekena. 

- Hej. słyszałeś? Co środę po zajęciach trener łyka viagrę i spotyka się ze swoją żoną 

w hotelu Pierre. - Otworzył sobie butelkę i wziął duży łyk. - Kto by pomyślał. 

Trener Michaels wsadził ręce do kieszeni nieśmiertelnej Czerwonej wiatrówki Land's 

End. Wyglądał na zadowolonego z siebie. 

- A kto mówi, że my też nie mamy prawa się zabawie? 

Nate  z  aprobatą  uniósł  butelkę  w  milczącej  odpowiedzi  i  od  razu  wyżłopał  połowę 

zawartości. Trener Michaels miał szorstkie, ojcowskie usposobienie, dokładnie takie, jakiego 

oczekiwało się po trenerze, ale Nate nigdy specjalnie za nim nie przepadał. Co prawda trener 

wybrał go na kapitana drużyny w połowie sezonu, ale tylko dlatego, że łepek, który miał nim 

zostać,  w  tajemniczych  okolicznościach  przestał  pojawiać  się  w  szkole.  Poza  tym  trener 

nawet nie pogratulował Nate'owi przyjęcia do Yale, Brown i samego Harvardu. Nate nic był 

zauroczony, że trener potrzebował viagry. Była z niego taka zimnu ryba. 

Ale nie Nate'owi go osądzać. Tamtego ranka po wyprzedaży w hotelu St. Clair, Serena 

była  strasznie  napalona,  a  on,  zamiast  wycisnąć  z  niej  ostatnie  poty  w  taksówce  na  Park 

Avenue,  spoglądał  tylko  na  trawnik  między  jezdniami  i  szlochał,  bo  pod  wpływem  upału 

czerwone i żółte tulipany opadły i więdły. 

Chyba nie tylko tulipany. 

Trener Michaels zaczął dowodzić, że minivany są najbardziej seksownymi autami na 

drodze, bo mają dwa rzędy tylnych siedzeń. Nate sączył piwo i powoli zmieniał o nim zdanie. 

Nawet w tej idiotycznej czerwonej wiatrówce wyglądał na zdrowego i pełnego wigoru. Nikt 

nigdy nie przyłapał go na beczeniu z byle powodu. Może tym, czego potrzebował Nate. była 

właśnie odrobina viagry. 

Ups. 

Nate dopił piwo i odstawił butelkę na długi biały  siół, który obsługa kuchni ustawiła 

na imprezę. Polem odwrócił się i ruszył w stronę gabinetu nauczycielskiego na drugim końcu 

sali gimnastycznej, tuż obok szatni dla chłopców. Wszyscy pomyślą, że idzie się wysikać. 

background image

Podczas gdy w rzeczywistości... 

Na  biurku  trenera  stało  zdjęcie  jego  żony,  Patricii,  w  formacie  dwadzieścia  na 

dwadzieścia  pięć.  Wyglądała  trochę  jak  Jennifer  Aniston,  tyle  że  ze  zmarszczkami  i 

ufarbowanym  na  kasztan  bobem.  Drobna  i  wysuszona  miała  na  sobie  damską  wersję 

wiatrówki  trenera,  w  odcieniu  ostrego  różu.  Jej  brązowe  oczy  błyszczały,  a  różowe 

nieumalowane usta były otwarte w szerokim uśmiechu. Zęby miała tak białe, że musiały być 

sztuczne. Nate zastanawiał się. czy wyjmowała je w czasie ich viagrowych eskapad w hotelu 

Pierre. 

Gabinet śmierdział stęchłymi chipsami ziemniaczanymi i przepoconymi skarpetami, a 

na podłodze piętrzy! się ogromny stos starych czasopism. Na samym wierzchu leżał numer z 

kostiumami  kąpielowymi,  ze  zdjęciem  jakiejś  niewiarygodnie  seksownej  Brazylijki  ubranej 

tylko  w  coś  w  rodzaju  stringów  z  metalowej  siateczki.  Piegowatymi  ramionami  zasłaniała 

nagie piersi i śmiała się do aparatu, jakby mówiła: „Daj mi choć jeden powód, żebym opuściła 

ręce!” 

Nate'a  kusiło,  żeby  przejrzeć  pisemko,  ale  się  powstrzymał.  Zamiast  tego  otworzył 

szeroką  szufladę  w  zielonym,  metalowym  biurku  trenera.  Panował  tam  niezły  bałagan. 

Wszędzie  walały  się  foliowe  torebki  z  orzeszkami  w  miodzie,  jakie  zwykle  rozdają  w 

samolotach,  butelki  z  korektorem,  spinacze  do  papieru,  środki  przeciwbólowe,  zimne 

opatrunki i mnóstwo fiolek z lekami na receptę. Nate grzebał dopóki dopóty nie zna lazł tej, 

której szukał. Wepchnął ją, jak gdyby nigdy nic, do kieszeni spodni khaki od Brooks Brothers 

i wymknął się z gabinetu. 

Pozostali chłopcy nadal słuchali trenera, który przechwalał się, ile razy jego żona była 

w ciąży. 

- W waszym wieku byłem już żonaty - mówił trener. 

- Wow - wymamrotali z przerażeniem koledzy Nate'a. 

W  jego  głowie  zaświtała  absurdalna  myśl  -  może  gdyby  był  mężem  Blair  nie 

wydarzyłoby się to wszystko. Jasne, Jakby małżeństwo uodporniało na zdradę. 

- Hej,  skarbie!  -  zawołał  do  Nate'a  Jeremy.  Podciągnął  dżinsy  i  wyciągnął  z 

chłodziarki następnego heinekena. - Chowasz w łazience dziewczynę, czy co? 

Reszta  chłopców  spojrzała  wyczekująco.  Chociaż,  podobnie  jak  reszta,  Nate  był 

średnio rozgarniętym przystojniakiem, zawsze sprawiał największe niespodzianki. Sam fakt, 

że  zdołał  zaliczyć  Blair  Waldorf  i  Serenę  van  der  Woodsen,  podnosił  jego  status  do  niemal 

boskiego. 

Nate  uśmiechnął  się  słabo,  machając  do  Jeremy'ego,  żeby  rzucił  mu  następne  piwo. 

background image

Gdyby zobaczyli, co ma w kieszeni, dopiero mieliby niespodziankę. 

background image

zabawna rzecz wydarzyła si

ę

 w yale club 

- Jak  dobrze  panią  widzieć,  panno  Waldorf  -  powitał  ją  sztywny  recepcjonista  Yale 

Club. - Proszę za mną, Dominick zajmie się bagażem. 

- Dziękuję  -  odparła  uprzejmie  Blair,  zadowolona,  że  kazała  Chuckowi  zadzwonić  i 

udając jej ojca, zarezerwować dla siebie apartament raptem kilka minut przed ich przyjazdem. 

Mogłaby oczywiście poprosić o to samego ojca,  ale był  właśnie w  Niemczech, gdzie 

kupował  samolot  czy  samochód  -  nie  była  pewna  -  dla  swojego  nowego  francuskiego 

chłopaka, Giles'a. Nie chciała mu zawracać głowy. 

Hol  Yale  Club  był  surowy  i  bez  zbędnych  ozdób,  z  podłogą  z  biało  -  czarnego 

marmuru,  białymi  ścianami  i  kilkoma  wysoki  mi  granatowymi  fotelami  w  odcieniu  Yale. 

Blair  trzymała  fason,  podczas  gdy  obsługa  ganiała  z  jej  bagażami  i  kluczami.  Wyobrażała 

sobie, że jest Elizabeth Taylor, gdy była jeszcze piękna, szczupła i olśniewająca i że właśnie 

przybyła do niewyszukanego pensjonatu w małym miasteczku w Szkocji, gdzie kręciła nowy 

film.  Mogła  znieść  staroświeckie,  wysłużone  wnętrza  pod  warunkiem,  że  większość  czasu 

będzie spędzać w barze. 

Ruszyła  za  ubranym  w  czarną  kamizelkę  i  czarną  muszkę  recepcjonista  do  jednej  z 

wykładanych  boazerią  wind  i  stała  w  milczeniu, czekając  na  zaniknięcie  drzwi.  Modliła  się, 

żeby w jej apartamencie były wielkie szafy i przyzwoita pościel. To był właśnie jeden z tych 

niezręcznych,  prozaicznych  momentów,  które  sprawiały,  że  życie  wydawało  się  jednym 

wielkim oczekiwaniem, aż wydarzy się coś wyjątkowego. 

No i właśnie wtedy, coś się wydarzyło. 

- Chwileczkę! - zawołał wysoki barczysty chłopak, biegnąc do windy. 

Miał  krótkie,  jasnobrązowe  i  lekko  pofalowane  włosy,  i  skórę  opaloną  na  złoty  brąz. 

Długie złociste rzęsy okalały jego błyszczące zielone - oczy, a dziewczęce, różowe usta ładnie 

kontrastowały z mocną męską szczęką. 

- Dzięki - rzucił do recepcjonisty ż brytyjskim akcentem. Potem odwrócił się i stanął 

przodem  do  Blair,  bezczelnie  mierząc  ją  wzrokiem  przy  dźwięku  zamykających  się  drzwi 

windy. 

Wygląda na to, że Elizabeth znalazła swojego Richarda Burtona. 

background image

Blair zachwiała się lekko w złotych sandałkach od Manolo, gdy winda mszyła w górę. 

Ależ  czarujący  brytyjski  akcent.  Jaka  piękna,  wykrochmalona  biała  koszula  i  idealnie 

wyprasowane  dżinsy  Helmuta  Langa.  Jakie  śliczne  półbuty  z  beżowej  skórki.  Jakie 

złocistobrązowe włosy, jakie zielone oczy, co za  wzrost! Był wyższą, przystojniejszą wersją 

Nate'a, a dzięki swemu cudnemu akcentowi, jeszcze lepszą! 

Czy nie mówiła, że ma dość facetów? Ale super, brytyjska Wersja Nate'a? Kto by się 

oparł? 

Winda  zatrzymała  się  na  czwartym  piętrze.  Chłopak  odsunął  się  na  bok,  żeby 

przepuścić recepcjonistę. 

Proszę za mną, panienko - powiedział, gestykulując na Blair, by szła za nim. 

Blair zawahała się. Jak zostawić tak smakowity kąsek? 

- Panienka  przodem  -  mruknął  chłopak,  przyciskając  guzik  blokady  drzwi,  żeby  nie 

przycięły Blair. 

- Tędy  proszę.  -  Recepcjonista  ruszył  korytarzem,  który  wyłożono  dywanem  w 

granatowym odcieniu Yale. 

Blair wyszła z windy i ruszyła za recepcjonistą, starając się iść tak wolno, jak to tylko 

było  możliwe.  Nagle  chłopak  znalazł  się  tuż  obok  niej.  Pięknie  pachniał  i  wygląda!  na 

zadowolonego z własnej atrakcyjności. 

Ich przewodnik zatrzymał się na końcu korytarza. 

- To apartament panienki. Zaraz obok apartamentu jego lordowskiej mości. 

Lordowskiej mości?! 

Anglik uśmiechnął się do Blair, wyjmując klucze. 

- Lord  Marcus  Beaton  -  Rhodes  -  przedstawił  się,  wyciągając  rękę.  Blair  od  razu 

zauważyła,  że  nosi  sygnet  Yale.  -  Tu  trochę  krępujące,  ale  przyjaciele  w  Yale  mówili  mi 

Lord. 

Lord. Poznajcie mojego chłopaka, Lorda. To mój mąż, Lord. Poznaliśmy się w Yale. 

Lord  i  jego  śliczna  żona  będą  wypoczywali  na  jachcie  na  południu  Francji  ze  swoją  idealną 

rodziną, a potem zatrzymają się w letnim zamku w Kornwalii... 

- A ty? 

Blair  zatrzepotała  gęstymi  wytuszowanymi  rzęsami,  wybudzając  się  z  rozkosznego 

snu na jawie. 

- Blair  Cornelia  Waldorf  -  zaświergotała,  dokładnie  tak,  jak  Audrey  Hepburn  w 

Śniadaniu  u  Tiffany'ego,  kiedy  pierwszy  raz  przedstawiała  się  nowemu  sąsiadowi,  Paulowi 

Varjakowi. - Na jesieni zaczynam studia w Yale. 

background image

- A ja właśnie skończyłem! - Lord Marcus wrzucił klucze do pokoju i zrzucił w progu 

buty.  -  A  niech  to,  jestem  spóźniony  na  squasha.  ale...  -  Uśmiechnął  się  nieśmiało.  -  Może 

umówilibyśmy się na drinka dziś wieczorem? 

Blair przytaknęła głową. Ledwo mogła uwierzyć we własno szczęście. 

- A więc do zobaczenia na dole o siódmej. 

Lord  zamknął  drzwi,  a  recepcjonista  włożył  w  dłoń  Blair  klucze  do  sąsiedniego 

apartamentu. 

- Bagaże  panienki  zostaną  za  chwilę  wniesione.  Czy  wszystko  w  porządku,  panno 

Waldorf? 

- A  niech  to  diabli!  -  Usłyszała,  jak  lord  wykrzykuje  ze  swoim  uroczym,  brytyjskim 

akcentem, rozbijając się po pokoju. 

Blair wyobraziła go sobie, jak rozrzuca po całym apartamencie piękne, szyte na miarę, 

angielskie  ubrania,  szukając  czegoś,  co  mógłby  włożyć  na  squasha.  Gdyby  była  jego 

dziewczyną,  ułożyłaby  mu  koszule  według  kolorów,  a  buty  alfabetycznie  według 

projektantów, żeby nie musiał wszystkiego rozrzucać, szukając jednej rzeczy. 

No pewnie, żeby to zrobiła. 

Weszła do swojego pokoju, padła na ogromne łóżko i nasłuchiwała. Rozejrzała się po 

pokoju, ogarniając szczegóły. Był mały i szykowny, choć trochę zaniedbany, z naciskiem na 

zaniedbany.  Złote  akcenty  na  zasłonach  i  kapie,  oraz  wzór  na  tapecie  w  odcieniu 

królewskiego  granatu, stanowiły nie do końca udaną próbę nadania mu świetności. Nie była 

to Plaza, ale tutaj po sąsiedzku mieszkał angielski lord. 

Tak, tak - wszystko wyglądało lepiej niż dobrze. 

background image

co robi

ą

 dzieciaki, kiedy si

ę

 nudz

ą

 w internacie 

Była już piąta po południu, kiedy Jenny i jej ojciec dotarli do Croton School w Croton 

Falls,  w  stanie  Nowy  Jork.  Cotygodniowy  wieczorek  Rufusa,  przy  winie  i  poezji 

bitnikowskiej. który spędzał w towarzystwie swoich dziwacznych kumpli - poetów, zaczynał 

się  za  godzinę  w  Greenwich  Village,  więc  ojciec  trochę  się  już  denerwował.  Jenny  i  tak 

chciała  się  go  pozbyć,  a  ponieważ  Croton  znajdowało  się  raptem  półtorej  godziny  jazdy 

pociągiem od Nowego Jorku, zaproponowała, że sama wróci do domu. 

- Nie wysiadaj na Sto Dwudziestej Piątej - doradził jej Rufus, chociaż ten przystanek 

znajdował  się  najbliżej  ich  domu.  Podał  córce  trzy  dwudziestodolarówki.  -  Jedź  na  Grand 

Central,  a  potem  złap  taksówkę.  I  zadzwoń,  jak  będziesz  wyjeżdżać,  to  powiem  twojemu 

bratu, kiedy ma się ciebie spodziewać. 

Jak  gdyby  Dana  w  ogóle  obchodziło,  czy  siostra  wróci  do  domu.  Ostatnio  był  tak 

zajęty, że ledwo pamiętał, że kiedyś byli przyjaciółmi. 

Jenny cmoknęła ojca w policzek. To słodkie, że tak się o nią troszczył, chociaż miała 

prawie piętnaście łat i sama mogła o siebie zadbać. 

- Miłego wieczoru, tato - powiedziała czułe. 

Pomachała mu na pożegnanie, kiedy odjeżdżał poobijanym, granatowym volvo combi. 

Znowu odpięła trochę bluzkę, po czym weszła do uroczego domku wykończonego czerwoną 

deską  ze  złotą  tabliczką  na  ciemnozielonych  drzwiach,  na  której  napisano  Rekrutacja.  Nie 

mogła się doczekać, żeby poznać” swojego przewodnika. 

- Ty?! - zawołał z entuzjazmem męski głos, gdy tylko otworzyła drzwi. - To ty! 

Jenny  rozdziawiła  z  niedowierzaniem  swoje  ładne  czerwone  usta.  Z  drugiego  końca 

staroświecko  urządzonej  recepcji  gapił  się  na  nią  pożądliwie,  bardziej  męski  i  mniej 

ekstrawagancko  ubrany,  klon  Chucka  Bassa.  Miał  tę  samą  twarz,  rodem  z  reklamówki 

europejskiej  wody  po  goleniu,  te  same  ulizane  do  tylu  ciemne  włosy,  ten  sam  zarozumiały 

uśmiech  t  ten  sam  perwersyjny  błysk  w  oku.  Podszedł  do  niej  i  wyciągnął  dłoń.  Na  małym 

palcu prawej dłoni błysnął złoty sygnet z monogramem. 

- Będę  twoim  przewodnikiem.  Nazywam  się  Harold  Bass.  Mów  mi  Harry.  Pewnie 

znasz  mojego  kuzyna,  Charlesa  Bassa,  mówią  na  niego  Chuck.  Wszystko  mi  o  tobie 

background image

opowiedział. I oczywiście, widziałem twoje zdjęcia w sieci. 

O Boże. 

Jenny  zmusiła  się  do  uśmiechu.  Zeszłej  jesieni  Chuck  Bass  prawie  pozbawił  ją 

dziewictwa  w  damskiej  toalecie  w  dawnym  budynku  Barneys,  w  czasie  jej  pierwszego  balu 

charytatywnego  i  Jenny  nadal  trochę  się  go  bała.  Ale  Bassowie  byli  wpływową  rodziną  z 

Upper  East  Side,  słynącą  z  filantropii,  dekadencji  i  nietuzinkowego  rozrywkowego  trybu 

życia  swoich  pochrzanionych  latorośli.  Jeśli  kuzynowi  Chucka  podobało  się  w  Crown,  to 

prawdopodobnie była to szkoła, jakiej Jenny szukała. 

- Nie  zniechęcaj  się.  że  wszystko  wygląda  tu  lak  sztywno.  Jennifer  -  doradził  jej 

Harry,  błyskając  białymi  zębami.  Wsunął  ręce  do  kieszeni  ładnych,  jasnoniebieskich 

płóciennych spodni od Zegnii, do których nosił słomkowe klapki, bardzo w stylu kogoś, kto 

właśnie wybiera się na plaże. - W zasadzie imprezujemy osiemdziesiąt procent czasu, śpimy 

piętnaście, jemy pięć procent, a uczymy się w wolnej chwili, czyli właściwie nigdy. 

Jenny uśmiechnęła się szeroko. To brzmiało nieźle. Całkiem nieźle. 

Harry Bass zacisnął usta i przechylił głowę. 

- Chodź. Chciałbym, żebyś poznała parę osób. 

Serce  jej  waliło,  tak  się  nie  mogła  doczekać.  Ruszyła  za  Harrym.  Wyszli  z  domku  i 

zeszli  długą,  wysypaną  kamykami  dróżką,  która  skręcała  za  rzędem  ładnych  ceglanych 

budynków  z  czarnymi  drewnianymi  okiennicami.  Dróżka  przeszła  w  wąską,  bitą  ścieżkę, 

która biegła brzegiem urokliwego stawu z kaczkami ku lasowi. 

- Jeszcze kawałek - wyjaśnił Harry. 

Klapki uderzały w jego nagie pięty. 

Jenny  się  zawahała.  Zastanawiała  się,  co  u  licha  mogli  robić  w  środku  lasu  ludzie, 

których  miała  poznać.  Czy  miała  wziąć  udział  w  jednej  z  tych  dziwnych  ceremonii  szkół  z 

internatem,  o  których  tyle  czytała,  czymś  w  rodzaju  wspólnego  ogniska  i  pływania  nago  o 

północy?  Pośrodku  stawu  dzika  kaczka  krzyżówka  głośno  kwakała  na  zwykłą  brązową 

kaczkę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Jenny zdumiewało, jak dziwnie było spędzać dzień 

na wsi, po tylu latach przeżytych prawie wyłącznie w mieście. 

- Dokąd idziemy?! - zawołała do Harry'ego. usiłując dotrzymać mu kroku. 

Nim  zdążył  jej  odpowiedzieć,  kilkanaście  metrów  przed  nimi  na  ścieżkę  wyszła 

dziewczyna w jaskrawoczerwonym bikini. 

- Hej,  Bass!  -  zawołała  tak  głośno,  że  liście  niemal  zatrzęsły  się  na  drzewach.  -  Ty  i 

twoja dziewczyna lepiej zbierzcie tyłki w troki i chodźcie tu, nim skończymy, wiesz co! 

- Idziemy! - odkrzyknął Harry. Zaśmiał się do Jenny. - Chodź. Wiesz, że chcesz. 

background image

Nawet mówił jak jego kuzyn. 

Teraz, kiedy Jenny wiedziała, że nie będą z Harrym sami w lesie, odzyskała pewność 

siebie. W cieniu drzew zrobiło się chłodniej i pachniało wilgotnym mchem. Po chwili natrafili 

na grupę pięciu chłopaków i czterech dziewczyn, siedzących w kręgu, w samych kostiumach 

kąpielowych,  albo  w  szortach  i  T  -  shirtach.  Reszta  ich  ubrań  leżała  porozrzucana  wokół 

pobliskiego  drzewa.  Niektórzy  pili  piwo  z  puszek,  inni  palili  papierosy.  Wszyscy  wyglądali 

na  mocno  zadowolonych.  Dziewczyna  w  czerwonym  bikini  -  chuda  i  blada,  z  długimi 

lśniącymi, jasnobrązowymi włosami i pięknymi piwnymi oczami - wyciągnęła do nich rękę. 

- Jeszcze minutka i wiesz, kto się po nie zjawi - powiedziała z radosnym uśmiechem. 

Jenny spojrzała na dłoń dziewczyny, na której leżały małe białe pigułki. 

- Rządzisz April. - Harry zgarnął tabletkę ecstasy z ręki dziewczyny i włożył do ust. - 

Dalej, Jennifer - ponaglił Jenny, wskazując na wyciągniętą rękę April. - Im szybciej łykniesz 

jedną,  tym  szybciej  zakochasz  się  we  mnie.  -  Uśmiechnął  się  szatańsko.  -  To  znaczy,  w 

szkole. 

Czyżby? 

Jenny już wcześniej proponowano narkotyki. Raz nawet trochę się ujarała, z Nate'em 

Archibaldem, tego dnia, kiedy się poznali na Owczej Łące w Central Parku. Zakochała się w 

nim  wtedy  i  kochała  go,  dopóki  w  sylwestra  nie  złamał  jej serca.  Pewnie  gdyby  nic  paliła  z 

nim  trawki,  rozumiałaby,  że  dopiero  się  poznali  i  że  powinna  go  lepiej  poznać,  nim  go 

pocałuje. 

Wzięła  tabletkę  ecstasy  z  ręki  April,  nie  mając  najmniejszego  zamiaru  jej  łykać. 

Pigułka była tak malutka, że nikt nie zauważy. 

- Pychota  -  zagruchała  z  udawanym  zachwytem.  Przycisnęła  dłoń  do  ust  i  pozwoliła 

tabletce spaść prosto do przepastnego rowka między piersiami, miseczka podwójne D. 

Zawsze wiedzieliśmy, że kiedyś ten biust się przyda. 

- Właśnie zamierzaliśmy zagrać w Chodzi lisek koło drogi - oznajmił poważnie jeden 

z pijących piwo chłopaków, zupełnie jakby organizował przyjacielski mecz futbolu. Miał na 

sobie  tylko  zaróżowiastoniebieskie  kolarki.  Ze  swoimi  guzowatymi  mięśniami,  ogoloną 

głową i intensywnym spojrzeniem błękitnych oczu wyglądał jak uczestnik Tour de France. - 

Zagracie? 

- Jasne! - odparł z entuzjazmem Harry Bass. 

Objął Jenny w talii i pocałował w czubek głowy. 

- Mój ogóreczek - mruknął czule. 

Jenny  miała  przeczucie,  że  to  nie  była  pierwsza  pigułka  ecstasy,  którą  Harry  łyknął 

background image

tego  popołudnia.  Już  miała  go  odepchnąć,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  powinna  chociaż 

udawać,  że  wzięła  tabletkę.  Inaczej  wszyscy  się  zorientują.  Kłopot  w  tym,  że  nie  wiedziała, 

jak szybko działał proszek. 

- Super! - pisnęła. - Gramy! 

Usiadła  w  kręgu,  między  pulchnym  Japończykiem  w  kraciastych  bermudach  z  fajną 

długą  fryzurą,  a  muskularnym  chłopakiem  w  kolarkach.  Wszyscy  szczerzyli  zęby,  jakby  ich 

bolały. 

- Ja pierwsza - zaoferowała się April. - Ale myślę, że najpierw przyda nam się trochę 

tego. - Rozdała parę paczek cynamonowej gumy do żucia. 

- Jesteś  boska  -  docenił  jej  pomysł  chłopak  w  kolarkach.  Włożył  do  ust  trzy  listki 

naraz i zaczął gwałtownie przeżuwać. 

April zrobiła mały, różowy balon z gumy, a potem klasnęła w dłonie. 

- Okay, ludzie, zaczynamy! 

Zaczęła obchodzić krąg od zewnątrz zgodnie z ruchem wskazówek. 

- „Chodzi  lisek  koło  drogi,  cichuteńko  stawia  nogi.  Nic  nikomu  nie  powiada,  do 

kurnika  się  zakrada...!”  -  krzyknęła,  klepiąc  Japończyka  z  fajną  fryzurą  i  rzucając  się  do 

ucieczki.  Chłopak  skoczył  na  równe  nogi,  dogonił  ją,  złapał  i  powalił  na  ziemię.  Leżeli  tak 

chwilę, dysząc i trochę się obmacując. 

Jenny  zauważyła,  że  nikt  z  pozostałych  nie  zwraca  na  nich  uwagi.  Ryli  zbyt  zajęci 

żuciem  gumy,  albo  chichotaniem  i  wzajemnym  masowaniem  po  plecach.  Po  chwili  Jenny 

również poczuła czyjąś dłoń na plecach. Pod bluzką. 

- Zdejmijmy koszulki - zasugerował z zapałem Harry. 

- Okay - odparła Jenny, nie chcąc wyjść na świętoszkę. 

I tak miała do rozpięcia jeszcze tylko trzy guziki. W przewodniku napisali prawdę - to 

była  naprawdę  zakręcona  szkoła.  I  może  gdy  już  się  do  niej  przyzwyczai,  okaże  dokładnie 

tym, czego Jenny potrzebowała. 

- Cudo - mruknął Harry, gdy Jenny złożyła równiutko bluzkę i położyła obok siebie na 

trawie. 

Wyraz  jego  twarzy  stanowił  doskonałą  ilustrację  powiedzenia  „gapić  się  jak  sroka  w 

gnat”. 

- Teraz ty - zarządziła Jenny. 

Czuła  się  pewniej,  bo  wiedziała,  że  jest  jedyną  trzeźwą  Osobą  w  lesie.  Cóż,  prawie 

jedyną. 

- Co wy tu do cholery robicie?! - zadudnił niski głos. 

background image

Wysportowany  mężczyzna  o  ciemnych  kędzierzawych  włosach  i  ciemnym  wąsiku 

szedł boso ścieżką, w wypłowiałych Levisach i przetartej jasnoniebieskiej koszuli rozpiętej do 

połowy piersi. 

April usiadła prosto i wytarła usta. Jej brązowe oczy lśniły. 

- Hej, panie Tortia. 

Pan  Tortia  nie  wyglądał  na  tak  wściekłego,  jak  sugerowałby  jego  ton.  Właściwie  to 

sprawiał wrażenie, jakby chciał się do nich przyłączyć. 

- Coś przegapiłem? - zapytał z zapałem. Po chwili zauważył Jenny. - A ty to kto, jeśli 

można wiedzieć? 

Harry pogłaskał Jenny między łopatkami. 

- Potencjalna uczennica. Chyba wzięła pana działkę. 

Jenny  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Tak  naprawdę  jego  działka  tkwiła  gdzieś  w 

cielistym,  superwzmacnianym  staniku  z  fiszbinami  i  nieocierającymi  superszerokimi 

ramiączkami, ale Jenny nie zamierzała chwalić się tą informacją. 

Pan Tortia wyjął coś spomiędzy poplamionych tytoniem zębów i ze złością pstryknął 

w trawę. Wyglądał na nieźle wkurzonego. 

- To szkoła, nie klub ze striptizem. Ubieraj się - warkną! na Jenny. 

Z przyjemnością. 

Jenny  złapała  swoją  śliczną,  japońską  bluzeczkę,  wstała,  wsunęła  ręce  w  rękawy  i 

zapięła  się  pod  samą  szyję.  Kim  do  cholery  jest  ten  facet,  zastanawiała  się  z  cichym 

oburzeniem. 

- Nie myślisz chyba poważnie o wstąpieniu do tej szkoły - stwierdził pan Tortia, Wąsy 

miał pozlepiane od potu i śliny. Croton szczyci się dyskrecją, a nasi uczniowie to śmietanka 

towarzyska kraju. 

Jenny  spojrzała  na  siedzących  wokół  uczniów  Croton,  ich  nagie  pępki  i  sterczące 

sutki,  na  ich  żujące  gumę  usta,  rozanielone  od  ecstasy  twarze  i  wyczerpane  chwilą  zabawy 

ciała. Dyskrecja? Śmietanka towarzyska? Raczej śmietanka popaprańców. Jakim prawem ten 

gość z wąsem mówił jej, czy może tu chodzie, czy nic? 

- Jest pan tu nauczycielem czy...? - zapytała uprzejmie. 

Pan Tortia przykucnął i wyciągnął dłoń do April, która podała mu listek gumy. Znowu 

wstał. 

- Tak się składa, że jestem dyrektorem tej szkoły - odparł beznamiętnie. Skubnął się za 

wąsy  i  po  raz  pierwszy  uśmiechnął  do  Jenny.  -  Pierwsza  lekcja  dyskrecji:  nie  wspominamy 

nikomu o tym małym incydencie. Zrozumiano? 

background image

Jenny kiwnęła głową bez słowa. 

Pan Tortia uniósł ręce i pomachał odwróconymi wierzchem dłońmi, niczym angielska 

królowa. 

Arrivederci, dziewczynko - zanucił, odprawiając ją. Harry wyciągnął rękę i poklepał 

Jenny w pupę. 

- Jedź ostrożnie - powiedział czule, chociaż była ewidentnie za młoda na prawo jazdy. 

Arrivederci, popaprańcy! 

Trzęsąc się ze złości, ruszyła ścieżką przez las, Z całego serca żałowała, że przy stawie 

z kaczkami nie ma przystanku metra. Mogłaby machnąć kartą miejską, złapać kolejkę numer 

trzy  i  wysiąść  na  rogu  Dziewięćdziesiątej  Szóstej  i  Broadwayu  i  zdążyć  do  domu  na  Idola. 

Kaczka z krzyżówką zakwakała do niej drwiąco, gdy Jenny pospiesznie mijała staw. Zupełnie 

jakby mówiła „Śmietanka towarzyska! Śmietanka towarzyska! Śmietanka towarzyska!” 

Jenny wyciągnęła komórkę i wybrała numer do informacji. 

- Taksówki. Croton Falls, Nowy Jork - powiedziała. 

- Nie mamy danych o taksówkach - odparła sucho operatorka. - Sprawdzę limuzyny. 

- Świetnie. 

Jenny zapisała w komórce numer do jedynego serwisu z limuzynami w Croton. Mając 

pieniądze ojca i trochę własnych, może namówi kierowcę, żeby zawiózł ją do domu. 

Kto powiedział, że ona nie należy do śmietanki towarzyskiej? 

background image

V eksperymentuje z podwójn

ą

 dawk

ą

 szcz

ęś

cia 

Kiedy  Aaron  wrócił  z  próby  zespołu,  Vanessa  stała  przy  umywalce  w  łazience  i 

przyglądała  się  swoim  włosom  -  tudzież  ich  brakowi  -  w  okrągłym,  nakrapianym  pastą  do 

zębów  lustrze.  Była  jeszcze  mokra  po  prysznicu.  Zmyła  z  siebie  stęchły  zapach  Dana  i  z 

przerażeniem stwierdziła, że sprawia jej przyjemność fakt, iż Aaron o niczym nie wie. 

Jeśli być już złą dziewczynką, to naprawdę złą. 

- Ładny ręcznik - zauważył Aaron, całując ją w kark. 

- Dzięki. - Vanessa zatrzepotała rzęsami i położyła ręce na biodrach, niczym modelka 

zachwalająca lawendowo - czarny ręcznik w kwiaty, jeden z wielu, które Blair kupiła do ich 

mieszkania w czasie swojego krótkiego, ale miłego pobytu. Aaron objął ją w talii. 

- Znalazłaś prezent ode mnie? 

Wyglądał  słodko  w  pomarańczowym  T  -  shircie  i  luźnych,  zielonych,  wojskowych 

spodenkach. Pachniał sianem przez ziołowe papierosy, które ciągle palił. 

- Blair  wyprowadziła  się  -  oznajmiła  mu  spokojnie,  ignorując  pytanie  o  tandetny 

pierścionek,  który  zostawił  rano  na  blacie  kuchennym.  -  Nie  mogła  dłużej  wytrzymać  tak 

daleko od Barneys, w dodatku w domu bez widny i z graffiti na drzwiach. 

- Cóż, trudną ja winić. - Aaron uśmiechnął się do ich odbicia w lustrze. Dwie ciemne 

ogolone  głowy,  dwie  pary  brązowych  oczu.  dwoje  wąskich  czerwonych  ust.  -  Dostałaś 

mojego e - maila? 

Moglibyśmy  być  bliźniakami,  pomyślała  Vanessa  i  nagle  zrobiło  jej  się  nieswojo. 

Przypomniała sobie tą dziwaczną książkę V. C. Andrews, którą czytała, mając dwanaście lat - 

historię o bracie i siostrze, których zamknięto razem na strychu, aż w końcu urodziły się im 

bliźniaki. 

- Blair chce być naszą mówczynią. Jeśli nie zjawię się na rozdaniu dyplomów, zabije 

mnie. 

Aaron przewrócił oczami, opuścił popękaną, białą pokrywę muszli klozetowej, usiadł i 

westchnął. 

- Nic wiem, jak ona to robi. 

- Co  masz  na  myśli?  -  Vanessa  nie  mogła  nie  zauważyć,  że  ta  krótka  pogawędka  w 

background image

łazience  była  najdłuższą,  jaką  do  tej  pory  odbyli.  Zwykle  natychmiast  zapominali,  o  czym 

mówili i zrywali z siebie ubrania. 

- Jesteś najbardziej niezłomną osobą, jaką znam, ale i tak udało się jej cię przekabacić 

- wyjaśnił Aaron, pocierając kark w miejscu, gdzie wyrastały mu króciutkie włosy. 

- To  nie  tak.  Jesteśmy  przyjaciółkami.  Poza  tym  -  Vanessa  szybko  zmieniła  temat  - 

myślę,  że  jeżdżenie  po  kraju,  mieszkanie  w  namiocie  i  takie  tam  brzmi...  super.  -  Schowała 

ręce,  mając  nadzieję,  że  Aaron  zapomni  o  pierścionku.  -  To  znaczy,  dopóki  jest  łazienka  i 

prysznic, z których możemy skorzystać. 

Wygląda na to, że nie do końca rozumie znaczenie słowa „ biwakować”. 

- Serio? - Aaron wstał i uśmiechnął się szeroko, odwracając ją do siebie. - Wiec... nie 

masz nic pod tym ręcznikiem? - zapytał, całując ją w szyję i ramiona. 

Vanessa wiedziała, że powinien ją przytłaczać ciężar odrażającej zdrady. Dan wyszedł 

raptem godzinę temu. A teraz była z Aaronem, swoim prawdziwym chłopakiem i udawała, że 

prysznic  po  południu  to  normalna  rzecz,  chociaż  zwykle  brała  go  tylko  rano.  Może  traciła 

głowę, a może bycie jednocześnie z Aaronem i z Danem było bardziej podniecające. 

Aaron odkręcił prysznic i ściągnął koszulkę. 

- Myślę, że oboje musimy porządnie się wyszorować. - Pociągnął za ręcznik Vanessy. 

- Chodź, umyję ci włosy. 

Ręcznik upadł na podłogę, a Vanessa roześmiała się głośno, zadziwiona tym, jak mało 

czuła  się  winna.  Prawda  była  taka,  że  w  nieodległej  przyszłości  miała  rzadko  widywać  obu 

chłopców,  czemu  więc  nie  nacieszyć  się  nimi  teraz,  kiedy  byli  na  wyciągniecie  ręki, 

najczęściej nadzy? 

Po  gorącym  prysznicu  Aaron  zajął  się  gotowaniem  krokietów  z  pszenicy  o  smaku 

kurczaka,  frytek  ze  słodkich  ziemniaków,  a  Vanessa  wzięła  się  do  montażu  swojego 

ostatniego  projektu  filmowego:  serii  wywiadów  z  uczniami  ostatnich  klas  z  Constance  i 

innych prywatnych szkół, które nagrywała przez kilka miesięcy. 

Niektóre  z  rozmów  były  zabawne  i  inteligentne,  ale  niektóre  można  było  źle 

zinterpretować,  jeśli  nie  znało  się  danej  osoby.  Postanowiła  zacząć  od  rozmowy  z  Blair. 

Waldorf  wyglądała  po  prostu  niesamowicie,  gdy  tak  siedziała  przed  fontanną  Bethesda  w 

Central  Parku,  w  czarnej  koszulce  polo  i  w  długich  kolczykach  z  jadeitów  i  kryształów 

Swarovskiego.  Gdzieś  w  tle  grupka  chłopców  z  odsłoniętymi  torsami  grała  we  frisbee,  a 

wyciągnięte u ich stóp leżały dziewczyny w bikini. 

- Dla mnie tu nie chodzi tylko o seks, ale o całą moją przyszłość. Yale i Nate to dwie 

rzeczy, których zawsze pragnęłam... - oznajmiła Blair. Zabrzmiało to naprawdę dziwacznie, - 

background image

Jeśli się nie dostanę... Ktoś mi za to zapłaci, do cholery. To właściwie moja jedyna szansa na 

szczęście. Chyba na nią zasłużyłam, nie? 

Zbliżenie na stukniętą kretynkę. 

Vanessa się skrzywiła. Oczywiście, film był niezły, ale biorąc pod uwagę, jak ułożyły 

się sprawy z Nate'em. zraniłaby uczucia Blair, gdyby go wykorzystała. 

Aaron  wyszedł  z  kuchni  z  kawałkiem  marchewki  w  ustach  i  zajrzał  Vanessie  przez 

ramię na ekranik kamery. 

- Kiedy kawałek ze mną? 

Vanessa  przewinęła  do  wywiadu  z  Aaronem,  który  zrobiła  pewnej  nocy  w  swojej 

sypialni  -  to  tłumaczyło,  dlaczego  miał  na  sobie  tylko  prześcieradło  w  lawendowe  i 

seledynowe  pasy.  Wywiad  zrobili,  zanim  ściął  włosy,  więc  jego  krótkie  dredy  sterczały  na 

wszystkie strony. 

- Czuje  się  naprawdę  zadowolony  z  siebie,  odkąd  dostałem  wiadomość  z  Harvardu  - 

mówił do kamery roznegliżowany Aaron. - Kiedyś byłem chudym dzieciakiem z klamrami na 

zębach i rozczochranymi włosami, a teraz czuję się jak król. To prawdziwy czad! 

Gratulujemy, facet. Szczerze gratulujemy. 

Zadzwonił minutnik przy piekarniku. 

- Wyszedłem jak ostatni dupek - spokojnie stwierdził Aaron i wrócił do kuchni. - Ale 

możesz to wykorzystać. Nie mam nic przeciwko. 

Vanessa  wróciła  do  kawałka  z  Blair,  przeglądając  go  raz  za  razem.  Próbowała  tak 

zmontować materiał, żeby przyjaciółka nie wyszła na skończoną jędzę. Może i nie była już z 

Nate'em,  ale  w  końcu  dostała  się  do  Yale.  Kiedy  Vanessa  przewijała  film,  słuchając 

wypowiedzi  koleżanek  z  klasy  i  pozostałych  rówieśników,  ich  prześmiesznie 

egocentrycznych  wywodów  i  smutnych  prawd,  miała  coraz  większą  ochotę  iść  na  rozdanie 

dyplomów.  Nie  żeby  specjalnie  przepadała  za  grupowym  obściskiwaniem  się  i  białymi 

sukienkami, ale wydawało jej się, że byłoby nie fair odpuście sobie dzień, na który czekała od 

kiedy pojawiła się w Constance Billard. 

A zabawianie się z dwoma chłopakami jest fair? 

background image

Profesor Pierre Papadametriou 

Wydział literatury angielskiej, Evergreen State College 

2700 Evergreen Parkway, NW 

Olympia, WA 98505 

 

Daniel Humphrey 

815 West End Avenue, m. 8D 

Nowy Jork, NY 10024 

 

Drogi Danielu 

Tak bardzo zale

ż

ało mi na zatrudnieniu Pana jako mojego asystenta na lato, 

ż

e zapomniałem 

Panu wspomnie

ć

, na jaki temat pisz

ę

 ksi

ąż

k

ę

. Chodzi o erotyki. A 

ś

ci

ś

lej  mówi

ą

c, o rozwój  poezji, o 

uprawianiu seksu na przestrzeni wieków. Interesuje mnie to, poniewa

ż

 wykładam poezj

ę

 i biologi

ę

, no 

i jestem Grekiem! Ksi

ąż

ka nie ma jeszcze tytułu, ale mo

ż

e pomo

ż

e mi Pan wymy

ś

li

ć

 co

ś

 ciekawego! 

Nie  wyja

ś

niłem  te

ż

ż

e  b

ę

dzie  Pan  mieszkał  w  małym  domu  z  dwoma  psami  -  Platonem  i  Platonem 

juniorem - oraz moim synem, Mickiem, jako 

ż

e studenci nie mog

ą

 wprowadza

ć

 si

ę

 do akademików do 

ko

ń

ca  sierpnia,  kiedy  zacznij  si

ę

  spotkania  orientacyjne  dla  pierwszego  roku.  Hamak  wisi  juz  na 

strychu,  wi

ę

c  prosz

ę

  przyje

ż

d

ż

a

ć

!  B

ę

dziemy  si

ę

  dobrze  bawi

ć

  przy  domowej  roboty  ouzo  mojego 

syna! 

Pozdrawiam, 

Pierre 

background image

D wybiera prawdziwy seks zamiast wierszy o seksie 

Dan  siedział  na  końcu  sali  na  zajęciach  z  angielskiego  dla  zaawansowanych.  Trzęsły 

mu się ręce, gdy po raz kolejny czytał list. Profesor Papadametriou sprawiał wrażenie miłego 

człowieka  i  pewnie  byłby  dobrym  opiekunem  naukowym.  Dan  bez  trudu  potrafił  sobie 

wyobrazić,  jak  popija  wino  z  profesorem,  podczas  gdy  ten  opowiada  o  upadku  Troi,  a  jego 

syn  faszeruje  liście  winogron,  czy  coś  w  tym  stylu.  Sęk  w  tym,  że  Dan  nie  chciał  już 

wyjeżdżać do Evergreen. W ogóle. 

- Dan,  czy  mógłbyś  nas  oświecić  i  powiedzieć,  kim  jest  narrator  w  tym  wierszu?  - 

zapytała pani Solomon. 

Miała  na  sobie  obcisłą  koronkową  sukienkę  mini  bez  rękawów.  Jej  niemal 

przezroczyste,  pałąkowate  ręce  i  wystające  spod  sukienki  kościste  nogi  sprawiały,  że 

wyglądała jak wiedźma z kreskówki na Halloween. Nawinęła pasmo mysich blond włosów na 

palec  w  geście,  któremu  -  jak  pewnie  sobie  wyobrażała  -  Dan  nie  potrafił  się  oprzeć.  Pani 

Solomon  poważnie  się  w  nim  podkochiwała  i  za  każdym  razem,  gdy  podejrzewała,  że  Dan 

nie uważa, tupała jak nadąsane dziecko i zadawała mu pytania, domagając się uwagi. 

Dan  nie  orientował  się  nawet,  o  jakim  utworze  mowa,  ale  wiedział,  że  chodzi  o 

Roberta Frosta, którego większość wierszy znał na pamięć. 

- Albo facet, albo koń - odparł mechanicznie, nie podnosząc wzroku. 

- Dziękujemy panu, panie Błyskotliwy - skomentowała sarkastycznie pani Solomon. 

- Nawet  ja  odpowiedziałbym  lepiej  -  zakpił  Chuck  Bass  z  przodu  klasy,  gdzie 

postanowił  siedzieć  każdego  dnia  aż  do  końcowych  egzaminów,  w  ostatnim,  desperackim 

wysiłku zdobycia z angielskiego czegoś więcej niż mierny. 

Chuck  miał  na  sobie  bermudy  w  pomarańczowo  -  białą  kratę,  białą  koszulkę  polo, 

buty  z  białej,  lakierowanej  skóry  i  taki  sam  pasek.  Był  to  strój,  w  jaki  ubrałaby  swojego 

trzyletniego synka matka z Park Avenue, wyruszając do kościoła, tyle że Chuck sam go sobie 

wybrał. Cukiereczek siedział u niego na kolanach w maleńkiej tiarze z górskich kryształków. 

Dan  wzruszył  ramionami.  Był  ponad  wredne  docinki  Chucka  i  nachalne  zadurzenie 

pani Solomon. W rzeczywistości, był tak pochłonięty miłością do Vanessy, że nie za bardzo 

wiedział, co ze sobą zrobić. 

background image

Ups. 

W  metrze  zaczął  pisać  mowę  na  rozdanie  dyplomów,  wzorując  się  chyba  na 

wszystkich głupich przemowach, jakie kiedykolwiek słyszał w filmach. 

Jeste

ś

my przyszło

ś

ci

ą

Przepustk

ą

  do  udanego 

ż

ycia  jest  dobre  wykształcenie. 

Ś

wiat  czeka  na  nas  ze  wszystkim,  czego 

mo

ż

e  nas  nauczy

ć

Ale  to  było  zanim  kochali  się  z  Vanessą  na  dachu.  Teraz  był  całkiem 

pewny, że zmieni temat. Bo jak mógłby nie napisać o miłości? 

Podwójne ups. 

Zerknął  znowu  na  list,  wziął  poobgryzany  długopis  i  znalazł  czystą  kartkę  w 

skoroszycie. 

Drogi Profesorze Papadametriou! 

Dzi

ę

kuj

ę

 za propozycj

ę

 pracy z Panem tego lata. Niestety moje sprawy tak si

ę

 uło

ż

yły, 

ż

e nie 

b

ę

d

ę

  mógł  jej  przyj

ąć

.  Bardzo  chciałbym  pozna

ć

  kiedy

ś

  Pana.  Pa

ń

skie  psy  i  syna.  Do  tego  czasu 

ż

ycz

ę

 wszystkiego najlepszego i powodzenia w pracy nad ksi

ąż

k

ą

. 

Pozdrawiam, 

Daniel Humphrey 

PS Doł

ą

czam wiersz, który mo

ż

e Pan wykorzysta

ć

 w swojej ksi

ąż

ce. 

 

Znalazł kolejną czystą stronę. 

Widok z dachu 

Stąd jest lepszy widok. 

Na jej fabryki, jej rzeki. 

Gdyby jej pagórki nie zasłaniały, 

Zajrzałbym w okna domu po drugiej stronie ulicy. 

Zobaczyłbym kobietę nalewającą mleka, kiedy nakrywa do stołu. 

O tak. Stół. Tam. 

Widzę stąd wszystko. 

Tam. Tak. Właśnie tam. 

 

Dan nie był pewny, czy ma dość odwagi, by wysiać tak ewidentnie erotyczny wiersz 

człowiekowi,  którego  nigdy  nawet  nie  spotkał,  ale  byłoby  fajnie,  gdyby  profesor 

Papadametriou wykorzystał ten kawałek w swojej książce. 

Pani  Solomon  usiadła  przy  biurku  i  oparła  spiczastą,  brzydką  brodę  na  dłoniach, 

kompletnie  załamana,  bo  założyła  dla  Dana  swoją  najseksowniejszą  sukienkę,  a  on  przez 

ostatnie czterdzieści minut ledwo na nią spojrzał. 

- Otwórzcie  zeszyty.  Macie  dziesięć  minut,  żeby  napisać  coś  na  dowolny  temat  - 

background image

powiedziała z nietypową dla siebie wspaniałomyślnością. 

Zwykle  brzęczała  na  temat  Wordswortha  albo  innego  martwego  poety  jeszcze 

przynajmniej pięć minut po dzwonku, czym doprowadzała chłopców do białej gorączki. Dan 

wykorzystał tę okazję i zaczął pisać nową mowę na rozdanie dyplomów. 

Panie  i  panowie,  zebrali

ś

my  si

ę

  tu  dzi

ś

,  aby 

ś

wi

ę

towa

ć

  zako

ń

czenie  pierwszego  rozdziału  w 

naszym 

ż

yciu i rozpocz

ę

cie drugiego. Ju

ż

 wiemy, co nas czeka. Cztery lata college'u, a potem kolejne 

rozdanie dyplomów. Ale, hip hip hura! W mi

ę

dzyczasie b

ę

dzie czas, by si

ę

 zakocha

ć

... 

Hip hip hura? Potrójne, gigantyczne ups. 

background image

kim jest ten chłopak? 

Godzina  wychowawcza  była  ostatnią  wtorkową  lekcją  najstarszej  klasy  Constance 

Billard  i  odbywała  się  w  ich  świetlicy  nad  biblioteką.  Był  to  pokój  bez  okien,  który  pełnił 

kiedyś funkcję magazynu, dopóki nie oddano go najstarszym dziewczętom, żeby miały gdzie 

odpocząć i uciec od młodszych koleżanek. Nie było z nimi żadnego nauczyciela, więc nikt nie 

słuchał  Mimi  Halperin,  dziarskiej,  ale  beznadziejnej,  przewodniczącej  ostatniej  klasy,  która 

informowała dziewczyny o ich przywilejach w czasie sesji egzaminacyjnej. 

- Przez  cały  tydzień  żadnych  mundurków,  dziewczyny.  A  do  szkoły  musimy 

przychodzić  tylko  na  egzaminy.  Super,  co?  -  Mimi  klasnęła  w  pulchne  dłonie  i  odgarnęła 

grube czarne włosy za swoje dziwnie małe uszy. 

Dziewczyny  ziewnęły  i  spojrzały  na  zegarki.  Chciały  już  wyjść,  by  kontynuować 

poszukiwania  idealnej  sukienki  na  rozdanie  dyplomów  albo  popracować  nad  opalenizną. 

Jeszcze  w  trzeciej  klasie  Mimi  była  klasową  maskotką  i  kumplowała  się  ze  wszystkimi,  ale 

teraz,  kiedy  dziewczyny  dorosły,  żadna  nie  uważała  jej  za  zabawną.  Mimo  to,  głosowały  na 

nią jako przewodniczącą, bo tylko ona miała ochotę sprawować tę funkcję. Ponieważ liczyło 

się to w papierach do college'u, rola przewodniczącej klasy była bardzo prestiżowa, ale nie w 

ostatniej klasie. Przewodnicząca musiała zjawiać się na naradach samorządu raz w tygodniu, 

o wpół do ósmej rano, oraz pomagać w organizowaniu wszystkich szkolnych imprez, takich 

jak kiermasz książek czy zbiórka na fundusz stypendialny. Było z tym mnóstwo pracy i teraz, 

pod koniec ostatniej klasy, kiedy dziewczyny podostawały się już do college'ów, miały to w 

nosie. 

- Co więcej, z przyjemnością ogłaszam, orkiestra tusz!, że naszą mówczynią zostaje... 

Blair Waldorf! Hurra, Blair! - Mimi podskoczyła na krótkich, grubych nóżkach i zaklaskała w 

powietrzu, jakby stała się najlepsza rzecz na świecie. 

A  masz,  ty  głupia  zdziro,  promieniała  w  duchu  Blair,  patrząc  na  tył  głowy  Sereny, 

Dobrze ci tak, ty wstrętna sabotażystko. 

W świetlicy huczało od plotek, gdy dziewczyny omawiały wyniki glosowania. Żadna 

tak naprawdę nie chciała, by to Blair była mówczynią, bo cała mowa będzie o niej samej, ale 

wątpiły, czy Serena zdołałaby złożyć dwa zdania do kupy. 

background image

- Jest tak ogłupiała od tych wszystkich prochów, które brała w internacie, że pewnie i 

tak  musiałaby  zapłacić  Blair,  żeby  coś  jej  napisała  -  szepnęła  do  Rain  Hoffstetter  Laura 

Salmon. 

- Słyszałam,  że  Serena  sama  zrezygnowała  -  odpowiedziała  szeptem  Rain.  -  Nate 

sprzedał jej jakąś francę i nie będzie jej na rozdaniu dyplomów, bo musi jechać do kliniki w 

Belgii na leczenie. 

- Czy to prawda? - zapytała głośno Blair. 

Nie chodziło jej o chorobę weneryczną,  ale o to, czy Se  rena  rzeczywiście odpadła z 

wyścigu.  Blair  nie  chciała  przedłużać  zajęć,  bo  miała  tylko  pięć  minut,  żeby  się  przebrać, 

przypudrować,  uszminkować  i  wyperfumować  na  spotkanie  z  niezwykle  przystojnym 

angielskim  lordem,  który  obiecał,  że  pójdzie  z  nią  szukać  sukienki.  Poprzedniego  wieczoru 

przy  martini  lord  Marcus  wyznał,  że  zupełnie  położył  mecz  squasha,  bo  przez  cały  czas 

myślał  tylko  o  niej.  Ona  z  kolei  przyznała,  że  gdy  tylko  wypakowała  laptopa,  wyszukała 

informacje na jego temat w Google'u. Jego rodzina, Beaton - Rhodesowie, byli właścicielami 

największej  fabryki  tekstyliów  w  Anglii  i  mieszkali  w  wielkiej,  zabytkowej  posiadłości  pod 

Londynem.  Mieli  też  willę  pod  Mediolanem  i  dom  przy  plaży  na  Harbadosie.  Rodzice 

Marcusa  byli  bliskimi  przyjaciółmi  rodziny  królewskiej,  a  sam  Marcus  uczestniczył  w 

pogrzebie  księżnej  Diany.  Magazyn  „Hello!”  umieścił  go  na  liście  najbardziej  pożądanych 

młodych  kawalerów  w  Anglii,  więc  była  zdecydowana  go  zdobyć,  nim  dorwie  go  któraś  z 

tych  chciwych  angielskich  zdzir.  Ale  najpierw  musiała  się  dowiedzieć,  czy  została 

mówczynią, bo pokonała Serenę, czy po prostu była jedyną kandydatką. Wbiła wzrok w byłą 

przyjaciółkę i powtórzyła: 

- Czy to prawda? 

Serena  poprawiła  się  na  krześle,  obciągając  spódniczkę  mundurka  na  gołe  kolana  i 

podciągając  na  siłę  krótkie  bladożółte  skarpetki,  przez  co  wyglądały  zupełnie  dziwacznie. 

Chciała, by jej akt męczeństwa przeszedł niezauważony. Teraz wiedziała o tym cała klasa. 

- Jakiś problem? - odparła ostrzej, niż zamierzała. 

- Ale  Blair,  przecież  chciałaś  być  mówczynią,  nie?  -  zauważyła  siedząca  obok 

Vanessa. 

Miała  na  sobie  czarny  top  bez  stanika  i  powinna  była  zostać  odesłana  do  domu  za 

niewłaściwy strój i brak mundurka. Zazwyczaj takie spotkania doprowadzały ją do szału, ale 

ostatnio  nachodziła  ją  taka  nostalgia  w  związku  z  zakończeniem  szkoły,  że  nawet  ją  to 

bawiło. 

- Tak - przyznała Blair. - Chciałam. 

background image

Vanessa przewróciła oczami i lekko szturchnęła przyjaciółkę łokciem. 

- To co się przejmujesz? 

Blair wzruszyła ramionami. 

- Możemy już iść? - spytała przewodniczącą. 

Nie  mogła  się  już  doczekać,  żeby  wyskoczyć  z  mundurka  i  włożyć  obcisłe,  białe 

rybaczki Juicy Couture oraz zielony top bez pleców Marni, które kupiła z myślą o zakupach z 

lordem Marcusem. 

Serena  rzuciła  Vanessie  pełne  wdzięczności  spojrzenie.  Naprawdę  nie  chciała  robić 

zamieszania. Może, kiedy Blair zastanowi się nad tym później - lata później, kiedy obie będą 

już  siwymi  staruszkami  i  na  stare  lata  przeniosą  się  na  Mustique  albo  w  inne  słoneczne 

miejsce - będzie ją trochę mniej nienawidziła. 

Po  godzinie  wychowawczej  dziewczyny  zebrały  się  przed  wielkimi,  niebieskimi 

drzwiami Constance Billard. Nadal plotkowały o wyborze mówczyni. Nie mogły przy tym nie 

zauważyć  ślicznego,  wysokiego,  złotowłosego  chłopaka,  który  stał  na  chodniku  raptem  parę 

kroków  od  nich,  w  idealnie  wyprasowanych  dżinsach  i  słodkiej  koszuli  w  łososiowo  -  białą 

kratę  od  Thomasa  Pinka.  Blair  przemknęła  obok  koleżanek,  ubrana  zupełnie  inaczej  niż  w 

szkole,  zbiegła  po  schodach  i  ku  kompletnemu  zaskoczeniu  zgromadzonych  pocałowała 

chłopaka w policzek. 

- Miło  cię  widzieć  -  zaśmiał  się  lord  Marcus,  chwytając  ją  za  ramiona  i  z  uznaniem 

omiatając wzrokiem od stóp do głów. 

Blair zaczerwieniła się aż po same czubki jasnozielonych pantofli Kale Spade.  Boże, 

on  był  jak  marzenie  -  był  nawet  lepszy  od  chłopaka,  który  grał  w  wyimaginowanym  filmie, 

rozgrywającym  się  w  jej  głowie.  Istniał  naprawdę,  był  arystokratą  i  był  bardziej  doskonały, 

niż Nate kiedykolwiek mógłby być. 

Poprzedniego  wieczoru  w  Yale  Club,  kiedy  zaczęła  już  niewyraźnie  mówić  od 

nadmiaru  drinków,  poprowadził  ją  za  rękę  aż  do  ich  apartamentów  i,  nim  powiedział 

dobranoc, pocałował delikatnie w dłoń. Blair tak zakręciło się w głowie, że puściła pawia. Jak 

cos  tak  nieprzytomnie  seksownego  mogło  przychodzić  mu  z  taką  łatwością?  Z  trudem 

powstrzymała  się  przed  rozwaleniem  oddzielającej  ich  ściany  wielką  fryzjerską  suszarką 

Vidal Sassoon i skoczeniem prosto na niego. 

Grupka uczennic ostatniej klasy stłoczyła się razem w identycznych jasnoniebieskich 

mundurkach  z  krepy.  Wyglądały  trochę  jak  gołębie  siedzące  w  rządku  na  okapie  szkolnego 

dachu,  gdy  tak  z  niedowierzaniem  przyglądały  się  Blair  i  jej  przystojnemu,  brytyjskiemu 

lordowi. 

background image

- Czy  ona  zmajstrowała  go  sobie  w  laboratorium,  czy  co?  dopytywała  się  Laura 

Salmon z mieszaniną zazdrości i podziwu. Obciągnęła na piersiach ażurową, białą bluzeczkę 

W nieudolnej próbie zwrócenia uwagi swoją nową, czerwoną bardotkę DKNY. 

- Jest  po  prostu  idealny  -  sapnęła  Isabel  Coates,  wyciągając  wsuwki,  które 

przytrzymywały jej odrastającą grzywkę, - Założę się, że zmywa naczynia w Yale Clubie albo 

coś takiego. 

- Ja myślę, że to jej kuzyn. Przecież wiecie, że ma ciotkę W Szkocji - improwizowała 

Rain. - Tylko udaje, że ten przystojniak to jej nowy chłopak, żeby Nate był zazdrosny. 

- Ale  tu  nie  ma  Nate'a.  -  Kari  wydęła  dolną  wargę  w  taki  sposób,  że  wyglądała  na 

jeszcze głupszą niż była. 

- Nie, ale jest Serena - słusznie zauważyła Isabel. 

Dziewczyny  odwróciły  się,  żeby  spojrzeć  na  Serenę,  która  właśnie  wychodziła  ze 

szkoły.  Poprawiła  słuchawki  małego  różowego  iPoda  i  zamrugała  wielkimi  niebieskimi 

oczami.  Jej  długie  jasne  włosy  lśniły  w  gorącym  słońcu.  Pomachała  do  dziewczyn  i  zaczęła 

ostrożnie  schodzić  po  schodach,  aż  zobaczyła  Blair,  tulącą  się  do  swojego  brytyjskiego 

przystojniaka. 

Lord  Marcus  miał  już  zatrzymać  dla  nich  taksówkę  do  butiku  Oscara  de  la  Renty  na 

rogu Madison i Sześćdziesiątej Szóstej, gdzie obiecał pomóc Blair w wyborze sukienki, gdy 

Blair złapała go nagle za koszulę, prawie ją z niego zrywając. 

- Pocałuj mnie. Teraz - zażądała. Oczywiście, było to trochę niespodziewane, w końcu 

dopiero wczoraj się poznali, ale czy przez to nie bardziej romantyczne? 

Albo bardzo, bardzo dziwne. 

- Dlatego, że ktoś patrzy, czy dlatego, że chcesz? - odparł lord Marcus z rozbawionym 

uśmiechem, który mówił, że w rzeczywistości było mu to najzupełniej obojętne. 

- Jedno i drugie. 

Blair  zamknęła  oczy,  oczekując  pocałunku.  Oczywiście  nie  była  jeszcze  zakochana. 

Kochała tylko wyobrażenie lorda Marcusa. Ale ich pierwszy pocałunek trwał dłużej niż te na 

ekranie, smakował lepiej niż stek z frytkami i okazał się o wiele przyjemniejszy od marzeń na 

jawie. O wiele, wiele przyjemniejszy. Z pewnością niedużo brakowało, żeby naprawdę się w 

nim zakochała. Była już niemal zadurzona. 

Obok  nich  do  krawężnika  podjechała  taksówka.  Marcus  nadal  całował  Blair,  gdy 

machnął,  żeby  ją  zatrzymać.  Była  już  jednak  zajęta.  Siedział  w  niej  mocno  podenerwowany 

Nate Archibald. Otworzył drzwi, a lord Marcus i Blair odsunęli się, żeby przepuścić Serenę, 

która  przemknęła  obok  nich  i  wskoczyła  na  tylne  siedzenie.  Zamknęła  drzwi,  cały  czas  nie 

background image

spuszczając  swoich  wielkich  niebieskich  oczu  z  Blair  i  jej  towarze  sza.  Blair  odwzajemniła 

spojrzenie,  nadal  wtulona  w  lorda  Marcusa.  Gdy  taksówka  ruszyła  w  kierunku  Piątej  Alei. 

Serena podniosła rękę, żeby im pomachać, a jej idealne usta rozchyliły .się w uśmiechu. 

I chociaż Serena już odjechała, Blair odpowiedziała uśmiechem. Bo po raz pierwszy w 

życiu miała naprawdę gdzieś, dokąd tamci pojechali. 

background image

zgadnijcie, kto si

ę

 bzyka u bergdorfa? 

Znajdujący  się  na  rogu  Piątej  Alei  i  Pięćdziesiątej  Ósmej  Bergdorf  Goodman  był 

jednym  z  najstarszych  i  najpiękniej  szych  ekskluzywnych  domów  towarowych  na 

Manhattanie. To pierwszy sklep, do którego matka Sereny zabrała ją na zakupy, i chociaż był 

bardziej  staroświecki  niż  Banreys  albo  Bendel  wydawał  się  stosownym  miejscem  na  zakup 

galowej  sukienki  Serena  poprosiła  Nate'a,  żeby  wybrał  się  z  nią,  bo  potrzebo  wała  czyjejś 

opinii  -  chociaż  sądząc  po  jego  znoszonych  koszulkach  polo,  białych  koszulach  i  spodniach 

khaki, Nate nie był zbyt zorientowany w sprawach mody. 

- Ciekawe,  gdzie  Blair  go  poznała.  -  Zastanawiała  się  na  głos  Serena,  gdy  jechali  na 

trzecie piętro elegancką windą z ścianami w kolorze kości słoniowej. 

Nate  nie  odpowiedział.  Gapił  się  na  piersi  Sereny.  Wyglądały  na  twarde,  jak  drobne 

jabłka,  które  rosły  w  jego  rodzinnej  posiadłości  na  Mount  Desert  Island  w  Maine.  Jadąc  po 

Serenę  wziął  kilka  tabletek  viagry,  którą  podkradł  trenerowi  i  był  pewny,  że  zaczyna  już 

odczuwać jej efekty. Czul na dole solidne parcie, jakby masturbował się bez użycia ręki. Jeśli 

zaraz czegoś z tym nic zrobi, będzie niefajnie. 

Znaczy się teraz, już? 

Drzwi  windy  otworzyły  się  i  Serena  podeszła  prosto  do  wieszaka  ze  wspaniale 

uszytymi kostiumami Oscara de la Renty - szykownymi, plisowanymi spódnicami do kolan i 

dopasowanymi marynarkami z białymi skórzanymi paskami ozdobionymi śliczną kokardką. 

- Właściwie  nie  wiem,  co  mnie  to  obchodzi  -  ciągnęła,  przeglądając  ubrania.  Nawet 

nie  zauważyła,  że  Nate  gapi  się  na  nią,  jakby  była  kawałkiem  gorącej  pizzy  z  dodatkowym 

serem,  prosto  z  pieca  Ray's  Original  Pizza.  -  Blair  pewnie  nigdy  więcej  się  do  mnie  nie 

odezwie. 

- Mogę w czymś pomóc? - zaoferowała się krępa sprzedawczyni w średnim wieku ze 

złotą plakietką Bergdorfa, na której napisano Joan. 

Joan  miała  na  sobie  fioletowy  kostium  od  Chanel,  który  nie  schlebiał  ani  jej  grubym 

biodrom, ani krótkim pulchnym nogom. 

- Chciałabym przymierzyć rozmiar trzydzieści osiem z tych rzeczy. - Serena wskazała 

na  trzy  kostiumy  de  la  Renty.  Do  tej  pory  nie  myślała  o  tym,  żeby  zamiast  sukienki  włożyć 

background image

kostium,  ale  doszła  do  wniosku,  że  to  ma  sens.  I  tak  nigdy  nie  przepadała  za  białymi 

falbaniastymi  sukieneczkami,  a  w  kostiumie  było  coś  energicznego  i  zdecydowanego,  co 

sprawiało, że idealnie pasował na rozdanie dyplomów. 

Nate  był  bliski  eksplodowania,  kiedy  ruszył  za  Sereną  i  Joan  do  damskiej 

przymierzalni.  Stał  na  zewnątrz,  kiedy  Joan  odwiesiła  kostiumy,  zaciągnęła  ciężkie  szare 

zasłony  z  aksamitu  i  pospieszyła  gdzieś  poszukać  jeszcze  czegoś,  co  mogłoby  się  spodobać 

Serenie. Dostał swoją szansę. 

Szarpnął zasłony. Serena rozpięła właśnie mundurek. Białą koszulkę polo miała gdzieś 

przy szyi, a zamiast stanika nosiła pod spodem delikatną, białą halkę. 

- Hej - powitała go z nieśmiałym uśmiechem. - Możesz wejść. 

Jedną  ręką  zaciągnął  za  sobą  zasłonę,  a  drugą  rozpiął  pasek  u  spodni.  Dalej,  dalej, 

dalej! 

Serena zaczęła zdejmować z wieszaka jeden z kostiumów. Wtedy zauważyła, że Nate 

patrzy na nią ze spodniami przy kostkach. 

Że co proszę? 

- Nate, co ty wyprawiasz? 

Jego piękne zielone oczy błyszczały, a wąskie wargi rozchyliły się wygłodniałe, jakby 

nie zjadł lunchu, czy coś takie go. Zachichotała i skrzyżowała ramiona na piersiach. 

- Nie mają tu kamer, prawda? 

A kogo to obchodzi? 

Złapał  za  halkę  i  zerwał  ją  z  Sereny,  przy  okazji  całkiem  ją  drąc.  Serena  upuściła 

kostium  na  podłogę  i  złapała  Nate'a.  Chociaż  raz  nie  beczał  i  nie  smarkał  w  garść 

przemoczonych chusteczek. Nie zamierzała przepuścić takiej okazji. 

Nate był bezgranicznie wdzięczny, że Serena była Sereną, a nie Blair, Blair chciałaby 

przeanalizować  jego  zachowanie  Narobiłaby  zamieszania  albo  nawet  wywołała  kłótnię,  a 

Serena po prostu zrzuciła strzępy halki i pomogła mu ściągnąć koszulę. 

- Nie powiedziałeś mi, że jesteś taki napalony. 

Tylko odrobinę. 

Nate  zrzucił  z  wieszaka  drugi  nieskazitelnie  biały,  satynowy  kostium  Oscara  i  rzucił 

im pod nogi. 

- Pamiętasz,  jak  byliśmy  w  wannie  u  mnie  w  domu,  latem  przed  dziesiątą  klasą?  - 

zapytał pospiesznie, przyciskając usta do jej szyi. 

Serena znowu się zaczerwieniła. Jak mogłaby zapomnieć? To był ich trzeci raz. Kiedy 

jeszcze oboje Liczyli. 

background image

- Zróbmy  znowu  to  samo!  -  prawie  krzyczał  Nate.  -  Udawajmy,  że  te  białe  kiecki  to 

bąbelki! 

No. no! I kto powiedział, ze facetom brakuje wyobraźni? 

- Tak! 

- O, tak! 

- Znalazłaś  coś,  co  ci  się  podoba,  kochanie?  -  Joan,  zawsze  pomocna,  szacowna 

sprzedawczyni  u  Bergdorfa,  wsunęła  siwą  głowę  przez  aksamitne  zasłony.  Spojrzała  na 

opalone, wijące się kończyny i stertę białej satyny na podłodze, a potem szybko się wycofała. 

Łyknęła  kilka  pigułek  na  nadciśnienie  i  poszła  zająć  się  nowa  dostawą  sweterków  Missoni. 

Takie  wulgarne  zachowanie  zupełnie  nie  pasowało  do  dam,  wobec  czego  absolutnie  nie 

pasowało  do  Bergdorfa,  ale  niewiele  mogła  poradzić.  Serena  van  der  Woodsen  otworzyła 

rachunek  u  Bergdorfa  w  wieku  siedmiu  lat  i  była  lojalną  klientką.  Poza  tym  miło  było 

wiedzieć, ze czuje się w sklepie jak u siebie w domu. 

Nate zaczął płakać, gdy tylko skończyli. Viagra ewidentnie przestała działać. 

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  zamierzasz  coś  takiego  włożyć  -  mruknął,  wyciągając  spod 

nagiego tyłka jedną ze spódnic od kostiumu. 

- Nawet niczego nie przymierzyłam. - Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy,  gdy 

Nate przycisnął mokry policzek do jej włosów. To było słodkie i trochę kobiece, że płakał po 

tym, jak to zrobili. Nagle zdała sobie sprawę, że w tym związku to ona jest silniejszą, bardziej 

„męską”, stroną. Ale przynajmniej wreszcie to zrobili. Teraz byli prawdziwą parą. 

Niezła para. 

- I tak mam już żółtą sukienkę Tocca, która naprawdę mi się podoba. Może ją wybielę 

albo coś takiego - ciągnęła nieskładnie. 

Umysł Nate'a też zaczął błądzić. Pomyślał o pracy zaliczeniowej z historii. 

Cóż za podzielność uwagi! 

Pisał  o  początkach  lacrosse'a.  Jednak  czy  jego  nauczyciel  od  historii,  pan  Knoeder  - 

zwany  też  panem  Brakmijaj  -  nie  uzna,  że  to  niepoprawne  politycznie  pisać  o  starym 

indiańskim  sporcie  bez  wdawania  się  w  kwestie  polityki  wobec  Indian  w  czasach 

kolonialnych i takie tam? W końcu Nate zamierzał w przyszłym roku grać w lacrosse'a, a nie 

zajmować się jego historią. 

Bez wątpienia. 

Podniósł  się  na  łokciu  i  wyjął  chusteczkę  z  kieszeni  granatowej,  płóciennej  torby  na 

książki Jacka Spade'a. Przywykł do noszenia chusteczek. 

- Może  powinniśmy  pójść  poszukać  sukienek  w  Bender's  -  zastanawiała  się  Serena, 

background image

bawiąc się guzikiem jednego z kostiumów. 

E tam, u Bendela mają mniejsze przymierzalnie. 

background image

B umarła i poszła do nieba 

Blair nie mogła pojąć dlaczego nigdy wcześniej nie była w butiku Oscara de la Renty 

przy  Madison  Avenue.  Wnętrze  wzorowano  na  domu  projektanta  na  Dominikanie.  Ściany 

zrobiono z importowanego stamtąd wapienia, ustawiono gipsowe palmy, a ekspozycję butów 

zaaranżowano  jak  wybieg  dla  modelek.  Stroje  wieczorowe  wisiały  w  specjalnej  sali 

umeblowanej  dwuosobowymi  kanapami  z  kolekcji  mebli  de  la  Renta.  Szkoda,  że  Blair  nie 

szukała czarnej, tiulowej sukni balowej, bo inaczej od razu zaciągnęłaby Marcusa na jedną z 

tych kanap, żeby mu podziękować za przyprowadzenie jej tutaj. 

- Cześć, Martbe - powitał Marcus niewiarygodnie piękną  Latynoskę, która wyglądała 

jak  Amazonka.  Miała  na  sobie  złotą  rozkloszowaną  spódniczkę  i  obcisły,  jaskraworóżowy 

sweterek z krótkim rękawem, który wyglądał ultranowocześnie, a jednocześnie retro, jak z lat 

pięćdziesiątych. 

Blair  nastroszyła  się  i  już  zaczęła  odsłaniać  kły,  kiedy  zdali  sobie  sprawę,  że  bycie 

zazdrosnym  o  kogoś  tak  niemożliwie  wysokiego,  kształtnego  i  ślicznego  to  zwykła  strata 

czasu. 

- Panna Waldorf szuka białej sukni - wyjaśnił Marcus, Obejmując Blair i tym samym 

natychmiast rozwiewając jej Wszelkie obawy. 

Wow, jest w tym naprawdę dobry. 

Marthe  z  powagą  skinęła  głową  i  poprowadziła  ich  do  wieszaka  z  boskimi  białymi 

sukniami, w których sama wyglądałaby oszałamiająco. Jednak Blair od razu wiedziała, że ona 

prezentowałaby się w nich jak gruby krasnal bez biustu. Już miała zaprotestować, gdy Marcus 

- Bogu niech będą dzięki - sam się zorientował. 

- A  co  powiesz  na  jeden  z  tych  kostiumów?  -  zapytał,  podchodząc  do  olśniewającej, 

białej,  plisowanej  spódnicy  z  satyny.  Przy  spódnicy  wisiał  dopasowany  biały  żakiet  z 

idealnym skórzanym paskiem, zapinanym na zmyślną kokardkę. 

- Ma  pani  idealną  figurę  do  tych  kostiumów  -  stwierdził;:  Marthe  z  cudownym, 

soczystym  akcentem.  Podeszła  do  wieszaka  i  wybrała  dla  Blair  trzy  kostiumy  do 

przymierzenia. Jestem pewna, że nosi pani trzydzieści osiem. 

- Może nawet trzydzieści sześć - zadudnił za nimi donośny, męski głos. 

background image

Blair  obróciła  się  z  łopoczącym  radośnie  sercem,  gdyż  omyłkowo  przypisano  jej  o 

rozmiar  mniej.  Gdy  zobaczyła,  kto  mówił,  o  mało  nie  zakrztusiła  się  śliną.  Raptem  parę 

kroków  od  niej  stał  sam  Oscar  de  la  Renta.  Miał  na  sobie  idealnie  skrojony  szary  garnitur, 

wykrochmaloną,  białą  koszulę  i  różowy  krawat.  Jego  przystojna,  łysa  głowa  lśniła  jak 

namaszczona  oliwą,  a  szpakowate  brwi  wręcz  się  żarzyły,  Blair  widziała  go  setki  razy  na 

stronach magazynów mody i w kolumnach towarzyskich, ale nigdy nie spotkała go osobiście. 

Jak na starszego faceta był niesamowicie seksowny. 

- Ach, pan de le Renta. - Marthe powitała szefa ciepłym uśmiechem. - Pannie Waldorf 

wspaniale będzie w pańskich kostiumach. 

Pan de la Renta zmierzył Blair wzrokiem i posłał jej pełen uznania uśmiech. 

- Wspaniale  -  zgodził  się.  Odwrócił  się  do  Marcusa  -  Brakowało  mi  twojej  marki  w 

Mediolanie. 

- Witaj, wujku Oscarze. - Marcus uśmiechnął się szeroko, podszedł i objął projektanta 

z czułością. Blair prawie zwymiotowała na piękną podłogę. 

Wujku Oscarze?! 

Marcus zaśmiał się i dotknął jej ramienia. 

- Nie  jest  moim  prawdziwym  wujkiem,  ale  równie  dobrze  mógłby  nim  być.  Moja 

matka nie włoży niczego prócz tego, co dla niej uszyje. 

A dziwisz się? 

Blair  odebrało  mowę.  Czuła  się  jak  Dorotka  w  Czarnoksiężniku  z  krainy  Oz,  która 

obudziła się po przejściu trąby powietrznej, odkryła, że jest w krainie Manczkinów i spotkała 

Glindę, Dobrą Wróżkę z Północy. Tyle że Blair nie była nawet w połowie tak gruba, jak Judy 

Garland. W końcu nosiła trzydzieści sześć! 

- Proszę  tędy,  panno  Waldorf  -  powiedziała  Marthe,  prowadząc  ją  do  wielkiej 

przymierzalni z zasłonami w kolorze nefrytowej zieleni. W środku powiesiła cztery kostiumy, 

dwa w rozmiarze trzydzieści osiem i dwa w rozmiarze trzydzieści cześć. 

- Nie  martw  się,  dopasuję  to  dla  niej,  Marthe!  -  zawołał  za  nimi  pan  de  la  Renta.  - 

Tylko znajdę mój metr krawiecki. 

Blair  była  przekonana,  że  śni,  więc  cokolwiek  powiedział  pan  de  la  Renta,  było  dla 

niej  okay.  Marthe  pomogła  jej  wskoczyć  w  spódnicę  rozmiar  trzydzieści  sześć,  która 

pasowała jak Ulał, ale kiedy  Blair wsunęła ręce  w rękawy żakietu w tym samym rozmiarze, 

stało się jasne, że będzie za ciasny w ramionach. Marthe podała jej więc  trzydzieści osiem i 

poprawiła sprzączkę wąskiego skórzanego paska, a potem rozsunęła zasłony. 

Ta daam! 

background image

Blair  oparła  ręce  na  biodrach  i  z  szerokim  uśmiechem  na  twarzy  wyszła  z 

przymierzalni, niczym modelka na wybieg, szeleszcząc plisowaną spódnicą. Dlaczego nigdy 

wcześniej  nie  pomyślała  o  włożeniu  kostiumu?  Nie  żeby  było  wiele  takich  kostiumów.  Ten 

był  elegancki  i  frywolny  zarazem  -  absolutnie  rewelacyjny  -  a  co  najważniejsze,  jedyny  w 

swoim rodzaju. 

- A niech to - sapnął Marcus. - Wyglądasz oszałamiająco. 

Ty też! - prawie wypaliła Blair. Nie dość, że lord Marcus był tak przystojny, że dech 

zapierało  i  był  arystokratą,  to  jeszcze  okazał  się  serdecznym  przyjacielem  najbardziej 

niesamowitego projektanta na świecie. 

Pan de la Renta zmarszczył brwi i wyciągnął metr. 

- Talia jest zupełnie nie  tak - zmartwił się, poprawiają; żakiet. -  A stan podchodzi za 

wysoko. 

Rozpiął pasek i guziki żakietu, ściągając go pospiesznie z Blair. 

- Zatrzymaj spódnicę, kochanie, ale proszę, mogę najpierw dopasować górę? 

Czy może? 

Blair  żałowała,  że  Serena  albo  któraś  z  innych  koleżanek  z  klasy  nie  widzi  jej  teraz, 

jak  stoi  pośrodku  butiku  Oscara  de  la  Renty  tylko  w  różowym  staniku  La  Perla  i  jednej  z 

olśniewających  plisowanych  spódniczek  „wujka  Oscara”,  a  miarę  na  strój  na  zakończenie 

szkoły zdejmuje jej osobiście Oscar da la Renta. Zerknęła na Marcusa, który odpowiedział jej 

szerokim  uśmiechem,  a  potem  bez  słowa  położył  prawą  rękę  na  sercu.  Jego  zielone  oczy 

błyszczały z zachwytu. 

Wow. 

Blair musiała uważać, żeby nie zsikać się z radości w majtki. Była taka szczęśliwa, że 

nie wiedziała, czy to przeżyje. 

- Nie  ruszaj  się  -  pouczył  pan  de  la  Renta,  gdy  podniósł  jej  ręce  i  opasał  metrem  jej 

biust trzydzieści cztery B. Może to dlatego, że otaczali ją piękni mężczyźni i piękne ubrania, 

ale  Blair  poczuta  nagle  niepohamowaną  chęć,  by  polizać  jego  seksowną,  lśniącą  łysinę. 

Zachichotała  i  zachwiała  się  na  bosych  stopach,  gdy  projektant  opuścił  metr  na  jej  biodra.  - 

Nie ruszaj się! 

Zacisnęła powieki i robiła, co mogła, żeby się nie poruszyć. Szczerze wierzyła, że gdy 

je ponownie otworzy, okaże się, że umarła i poszła do nieba. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

OTWARTE PRZESŁUCHANIA 

 

Na  wypadek,  gdyby

ś

cie  nie  słyszeli:  ten  stukni

ę

ty  re

ż

yser  kina  niezale

ż

nego,  Ken  Mogul,  zrozumiał, 

ż

e nie zwróci niczyjej uwagi, dopóki nie nakr

ę

ci przeboju kasowego - postanowił wi

ę

c to zrobi

ć

. Szuka 

te

ż

  nowej  młodej  i  seksownej  gwiazdy,  któr

ą

  mógłby  odkry

ć

,  ogłosił  wi

ę

c  otwarte  przesłuchania  do 

swojego nowego filmu, 

Ś

niadanie u Freda, w restauracji o tej samej nazwie, w Barneys, w sobot

ę

. Ma 

to by

ć

 remake 

Ś

niadania u Tiffany'ego, tyle 

ż

e z nastoletni

ą

 obsad

ą

. Zgadnijcie, kto b

ę

dzie pierwszy w 

kolejce? A teraz zgadnijcie, kto absolutnie nie potrafi gra

ć

 

Ale zgadnijcie, kto potrafi? 

 

Hm... ciekawe czy wybior

ą

 dziewczyn

ę

, która na pewno wie, jak trzeba wygl

ą

da

ć

 do tej roli, ale nie ma 

talentu,  czy  dziewczyn

ę

  z  talentem,  która  w  ogóle  nie  przypomina  Audrey  Hepburn?  To  brzmi  jak 

jeden  z  tych  bezmy

ś

lnych  frazesów  z  America's  Next  Top  Model

,  mojego  najukocha

ń

szego 

znienawidzonego programu telewizyjnego. 

 

PRESTI

Ż

OWA SZKOŁA Z INTERNATEM ROZSZERZA PROGRAM PLASTYCZNY 

 

Mam dla was full naj

ś

wie

ż

szych plotek. Na wypadek, gdyby kto

ś

 był zainteresowany, Waverly Prep - 

presti

ż

owa szkoła z internatem w Hudson Valley, szuka nowych Picassów i Monetów. 

Spodziewaj

ą

 si

ę

 zalewu poda

ń

 od młodych artystów tej jesieni, ale my znamy pewn

ą

 dziewczyn

ę

 bez 

szkoły,  ju

ż

  prawie  dziesi

ę

cioklasistk

ę

,  która  nie  mo

ż

e  czeka

ć

  tak  długo.  (Przecie

ż

  nie  pójdziesz  do 

publicznej szkoły, co, J?) 

                                                 

  Program  nadawany  w  telewizji  amerykańskiej,  oparty  na  zasadach  reality  show,  którego  celem  jest 

wyłonienie zwyciężczyni spośród kandydatek na modelki (przyp. red.). 

background image

 

SOBOWTÓRY SŁAW 

 

Britney  ma  swojego.  Leonardo  te

ż

.  Nawet  kilkoro  szerzej  nieznanych  członków  nowojorskiej  society 

ich  ma.  Najwyra

ź

niej,  projektant  mody,  Oscar  de  la  Renta  jest  tak  rozchwytywany  po 

ś

wiecie, 

ż

posyła  swoje  klony  na  przyj

ę

cia,  w  których  nie  ma  ochoty  uczestniczy

ć

  oraz  do  swojego  butiku  przy 

Madison  Avenue, 

ż

eby  dopilnowa

ć

  personelu.  Jego  sobowtóry  to  krewni  z  Dominikany.  Niektórzy 

nawet  si

ę

  tak  samo  nazywaj

ą

,  wi

ę

c  nie  musz

ą

  si

ę

  specjalnie  wysila

ć

,  by  móc  podawa

ć

  si

ę

  za 

słynnego  kuzyna.  Ach,  gdybym  tylko  mogła  załatwi

ć

  sobie  sobowtóra,  który  poszedłby  za  mnie  na 

ko

ń

cowe  egzaminy  -  wtedy  mogłabym  skupi

ć

  si

ę

  na  odpoczynku  przed  imprezami  po  rozdaniu 

dyplomów! 

 

Trener  dru

ż

yny  lacrosse'a  ze 

Ś

wi

ę

tego  Judy  prowadzi  dochodzenie  w  sprawie  kradzie

ż

y  viagry  To 

ostrze

ż

enie przyszło e - mailem i całkiem mnie zaskoczyło: 

 

Droga Plotkaro, 

U

ś

wiadom, prosz

ę

, swoim czytelnikom, 

ż

e kradzie

ż

 to powa

ż

na sprawa. Ktokolwiek wzi

ą

ł moj

ą

 viagr

ę

 

- a jestem całkiem pewny, 

ż

e to kto

ś

 z ostatniej klasy, z dru

ż

yny lacrosse'a – na pewno nie dostanie 

dyplomu! 

Dzi

ę

kuj

ę

 za pomoc. 

michaels 

Jakie

ś

 sugestie jak powinnam odpowiedzie

ć

 

Na celowniku 

 

S i B obie, z wielkimi torbami na zakupy, wychodz

ą

 odpowiednio od Bergdorfa Goodmana i z butiku 

Oscara de la Renty Chyba si

ę

 im poszcz

ęś

ciło i znalazły wymarzone sukienki na rozdanie dyplomów! 

D  nieogolony  i  wygl

ą

daj

ą

cy  na  bardziej  znerwicowanego  ni

ż

  zwykle  kupuje  zbiór  wierszy  miłosnych 

Pabla  Nerudy  Barnes&Noble. Czy tym razem wpadł  po uszy? Czekajcie, co ja mówi

ę

 - on jak w 

co

ś

  wpada  to  zawsze  po  uszy.  V  w  drogerii  CVS  w  centrum  Williamsburga  kupuje  zapasy 

antybakteryjnego 

ż

elu  pod  prysznic  Jergents.  Te  wszystkie  prysznice  przed  i  po  -  trzeba  si

ę

 

przygotowa

ć

  J  z  bratem  w  ksi

ę

garni,  czyta  Najlepsze  szkoły  publiczne  w  Nowym  Jorku.  Czy

ż

by 

darowała  sobie  szkoł

ę

  z  internatem?  Hej,  J,  czytaj  wy

ż

ej.  Zdziwiłaby

ś

  si

ę

,  ile  mo

ż

e  si

ę

  wydarzy

ć

  w 

ostatnich tygodniach szkoły. Dzieciaki szalej

ą

, wylatuj

ą

 ze szkół na prawo i lewo. Nie tra

ć

 wiary. Jak w 

tej piosence z West Side Story: „Istnieje gdzie

ś

 miejsce dla nas!...” 

 

A teraz przestaj

ę

 

ś

piewa

ć

 i id

ę

 udawa

ć

ż

e wkuwam do egzaminów. 

Do zobaczenia na przesłuchaniach w Barneys w sobot

ę

 rano kogo tam nie b

ę

dzie! 

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

obiekty odbite w lustrze s

ą

 bli

ż

ej, ni

ż

 si

ę

 wydaje 

- Za  brązowy?  -  spytała  swoją  czasem  -  najbliższą  przyjaciółkę,  Elise  Wells,  Jenny 

Humphrey.  Przejechała  kilka  razy  maleńkim  pędzlem  do  makijażu  z  Sephory  po  grzbiecie 

swojego ślicznego małego noska. - Próbuję zmniejszyć optycznie nos. 

Jakby pewna inna cześć jej ciała nie wymagała pomniejszenia o wiele bardziej. 

- Jaki nos? - dopytywała się Elise. - Ty praktycznie nie masz nosa. 

Elise  też  miała  mały,  ale  za  to  bardzo  zadarty  nos,  co  było  chyba  gorsze,  niż  gdyby 

nosiła  wielką  trąbę,  bo  była  wysoka  i  zawsze  martwiła  się,  że  ludzie  patrząc  na  nią,  widzą 

tylko włoski w nosie i gile. 

Włoski w nosie i gile? Dobry Boże! 

To była ostatnia godzina zajęć, przeznaczona na naukę samodzielną i odrabianie prac 

domowych.  Tymczasem  Jenny  przejęła  łazienkę  przedszkolaków,  która  o  tej  porze  była  już 

pusta,  bo  dzieciaki  kończyły  zajęcia  o  drugiej.  Kabiny  były  węższe  od  tych  w  pozostałych 

łazienkach, a toalety znajdowały się niecałe pół metra nad ziemią i miały jasnoróżowe klapy 

Hello Kitty. Nawet umywalki były niższe, z różowymi taborecikami Hello Kitty i różowymi 

dozownikami mydła, również Hello Kitty. Wszystkie dodatki Hello Killy zostały podarowane 

przez rodzica z Tokio, który - jak się okazało - był właścicielem marki Hello Kitty. 

- Słyszałaś  kiedykolwiek  o  Waverly?  -  zapytała  Jenny,  akcentując  usta  różem  w 

kolorze  wina,  a  potem  smarując  je  wazeliną,  kolejny  sekret  makijażu,  który  podpatrzyła  w 

telewizji  u  jakiejś  modelki  -  aktorki,  Lauren  Hutton,  która,  będąc  rówieśnicą  jej  ojca,  nadal 

była dość ładna, aby pracować jako modelka dla J. Crew. 

Elise pokręciła głową. 

- To kolejna szkoła z internatem? 

Nigdy nie powiedziała tego na głos, ale nie podobał jej się pomysł, że Jenny wyjedzie 

do  szkoły  z  internatem  i  zostawi  ją  samą  bez  przyjaciółki,  w  dziesiątej  klasie  w  Constance. 

Kto inny zamówi z nią sajgonki. które przywiozą im prosto pod niebieskie drzwi szkoły? Kto 

inny powie jej - delikatnie - że koszula lepiej będzie wyglądać wypuszczona? 

- Słyszałam  tylko,  że  mają  nowy,  rewelacyjny  pogram  plastyczny.  Mają  prawdziwą 

galerię,  otwartą  dla  publiczności,  a  uczniowie  sami  urządzają  wystawy  i  w  ogóle.  Brzmi 

background image

naprawdę  super.  Oczywiście  podania  należało  składać  do  grudnia,  ale  pomyślałam,  że 

gdybym  wysłała  kilka  swoich  prac...  -  Jenny  zapięła  kosmetyczkę  LeSponsac  w  żółto  - 

różowe paski i przyjrzała się sobie w maleńkim, kwadratowym lustrze nad umywalką. Lauren 

Hutton miała rację. Jej nos wyglądał na mniejszy. Gdyby jeszcze tylko jej ciemne włosy nie 

były  tak  piekielnic  kręcone  i  niesforne.  -  To  moja  ostatnia  szansa.  Jeśli  się  tam  nie  dostanę, 

będę musiała pójść do szkoły publicznej. 

Niech Bóg broni! 

- Szkoda, że spaliłam te wszystkie portrety... - dodała z żalem i po raz ostatni mlasnęła 

wargami. 

Kiedy jeszcze była zakochana w Nacie, Jenny namalowała kilka jego portretów, każdy 

w  stylu  jednego  z  jej  ulubionych  malarzy:  Matisse'a.  Picassa,  Chagalla,  Moneta,  Warhola  i 

Pollocka.  Obrazy  były  żywe  i  pełne  uczucia,  jakby  chciała  wydobyć  na  płótnie  esencje 

miłości.  Ale  kiedy  Nate  złamał  jej  serce,  podpaliła  je  w  metalowym  kontenerze  na  śmieci 

przed domem i spaliła wszystkie, co do jednego. 

Elise  odsłoniła  zęby  przed  lustrem  i  wyszczerbionym,  niepomalowanym  paznokciem 

próbowała wygrzebać resztki pomarańczy, którą jadła na lunch. 

- Naprawdę  chciałabyś  wysłać  do  szkoły  cykl  portretów  jakiegoś  chłopaka,  z  którym 

już nawet nie rozmawiasz? - zapytała rozsądnie. 

Przynajmniej wiedzieliby, że potrafię sobie znaleźć chłopaka, odgryzła się w myślach 

Jenny. Nagle zaczęła ją drażnić porządnickość jasnoróżowej bluzki z kołnierzykiem Elise i to, 

jak jej oddech zawsze zalatywał wczorajszymi sajgonkami. 

Poza tym Waverly wyglądała na szkolę, która wciąż się rozwija. Nie tyle imprezowa, 

co taka, gdzie nie boją się spróbować czegoś nowego i zaryzykować z nowymi uczniami. 

Na przykład, z kimś takim jak ona? 

Elise przestała  grzebać  w zębach i sięgnęła po kosmetyczkę Jenny. Otworzyła ją bez 

pytania  i  odkręciła  tubkę  z  liliowym  błyszczykiem  Stila.  Wydęła  szerokie  usta  i  zaczęła 

hojnie nakładać warstwy kosmetyku. 

Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, Jenny zaryzykowała z Elise. Najpierw nie miała 

nikogo, a teraz miała przyjaciółkę, czy tego chciała, czy nie. 

- Masz  rację  -  mruknęła,  zabierając  kosmetyczkę  i  wysypując  jej  zawartość  do  małej 

umywalki. - Powinnam wysłać do Waverly cos nowego. Coś, czego jeszcze nic próbowałam. 

-  Zaczęła  grzebać  wśród  sterty  kredek  do  oczu,  eyelinerów  i  szminek,  szukając  swoich 

ulubionych  cieni  -  palety  szarości  Clinique  w  miętowozielonym  pudełeczku.  -  Miałabyś  coś 

przeciwko,  gdybym  sportretowała  cię  tym?  -  zapytała  przyjaciółkę,  unosząc  do  góry 

background image

puzderko. 

Poczuła  nagły  przypływ  natchnienia.  Namaluje  Elise  cieniami  do  powiek,  ojca 

czerwonym winem, a Dana... kawą rozpuszczalną. To dopiero będzie nowatorskie i głębokie, 

o wiele lepsze niż wysłanie zdjęć ze swoim debiutem w roli modelki, gdy pozowała w staniku 

do joggingu, albo pierwszej wzmianki o sobie, jaka ukazała się w kronice towarzyskiej. 

Co  prawda,  Jenny  nie  była  już  imprezowa  dziewczyną  szukającą  imprezowej  szkoły, 

ale Serena van der Woodsen dała jej jedną ważną lekcję: imprezowe dziewczyny często są o 

wiele głębsze i mądrzejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. 

background image

nie dr

ż

yj niewierne serce 

Vanessa  siedziała  na  podłodze  salonu  w  czarnym  T  -  shircie  z  napisem  SugarDaddy 

wziął  Węgry,  który  przysłała  jej  z  Budapesztu  siostra,  z  krótkiego  postoju  w  trasie 

koncertowej,  oraz  w  czyichś  -  trudno  już  było  nadążyć  czyich  -  bokserkach  w  paski. 

Próbowała jakoś sensownie zmontować przerażający i śmieszny wywiad z Chuckiem Bassem, 

który wystąpił z małpką, oraz rozmowę z Kari i Isabel, które opowiadały, jak to postanowiły 

jechać razem do Rollins College na Florydzie, chociaż Isabel dostała się do Princeton. Chuck 

miał na sobie obcisłą, białą koszulkę na ramiączkach i wciera! olejek brązujący Bain de Soleil 

w mięsiste, nienaturalnie opalone ramiona. Wyjaśniał, jak udaje mu się utrzymać opaleniznę 

cały  rok.  Małpka  leżała  zwinięta  na  jego  kolanach  i  mrugała  tępo  w  kamerę  swoimi 

niesamowitymi jasnoniebieskimi ślepiami. 

- Zwykle  chodzę  do  solarium  raz,  może  dwa  razy  w  tygodniu  i  używam  tego 

niesamowitego brązującego cuda Estée Lauder, żeby opalenizna była ładna i równa przez cały 

rok. Tok się zastanawiam, nie znasz może jakiegoś dobrego solarium w pobliżu Fort Lee? 

Isabel  i  Kati  leżały  na  plecach,  stykając  się  głowami  -  gładka  i  ciemna  głowa  Isabel 

oraz jasnoruda kręcona szopa Kati. 

Uśmiechały się do kamery niczym siostry, z tym że zupełnie do siebie niepodobne. 

- No  bo  jak  mam  się  skupie  na  wstępie  do  prawa  w  Princeton,  kiedy  moja  najlepsza 

przyjaciółka na świecie będzie całkiem sama na Florydzie? - pytała radośnie Isabel. 

Miała na ustach taką ilość błyszczyku, że praktycznie z nich kapało. 

- Poza  tym  obie  zamierzamy  zrzucić  pięć  kilo  tego  lata  na  diecie  South  Beach. 

Chcemy  bosko  wyglądać  w  naszych  czarno  -  czerwonych  bikini  w  prążki,  które  będziemy 

nosiły każdziutkiego dnia! - krzyknęła podekscytowana Kati, wymachując bosymi nogami tak 

mocno,  że  jej  jasnoniebieski  mundurek  z  krepy  podfrunął  i  odsłonił  praktyczne  bawełniane 

figi Gap. 

Najdziwniejsze było to, że im więcej razy Vanessa oglądała te wywiady, tym bardziej 

czuła,  że  będzie  tęsknić  za  ich  bohaterami,  chociaż  były  z  nich  takie  niemożliwe  dziwadła. 

Zastanawiała  się,  czy  dla  ich  własnego  dobra,  nie  da  się  tak  zmontować  materiału,  żeby 

wyglądali na trochę bardziej inteligentnych i mniej stukniętych. 

background image

Pewnie nie. Zresztą, wtedy nie byłoby to już tak zabawne. 

Pracowała,  ale  nie  mogła  się  skupić,  wiedząc,  że  po  drugiej  stronie  mostu 

Williamsburg,  reżyser  kina  niezależnego,  Ken  Mogul  prowadził  casting  do  swojego 

pierwszego  wysokobudżetowego  filmu  Śniadania  u  Freda,  który  miał  być  kręcony  w 

restauracji U Freda w Barncys, na rogu Sześćdziesiątej i Madison. Kilka miesięcy temu Ken 

Mogul zobaczył kawałek filmu Vanessy, który przypadkiem przeciekł do Internetu i próbował 

ją u siebie zatrudnić. Chciał, żeby rzuciła szkolę i odłożyła pójście do college'u. Oczywiście 

odmówiła.  Ale  Ken  Mogul  był  teraz  w  Nowym  Jorku  i  kręcił  film  tuż  pod  jej  nosem.  Co 

prawda, miała tego lata jeździć po kraju z Aaronem, ale... 

Kusząca sprawa, co? 

Ktoś zapukał do frontowych drzwi. 

- Tak?! - krzyknęła Vanessa, nim wsiała, żeby zobaczyć, kio to. 

Aaron  miał  wrócić  po  próbie  zespołu  i  obiecał  przynieść  na  kolacje  tajskie  żarcie,  a 

potem  pomóc  jej  uczyć  się  do  egzaminu  z  matmy.  Powinien  zjawić  się  lada  chwila,  ale 

przecież miał klucz. Wstała i zerknęła przez wizjer. Nikogo nie było. 

Słysząc  odgłos  kroków  na  schodach,  zmrużyła  oko  i  zerknęła  pod  kątem.  Zdążyła 

tylko  dojrzeć  chudy  tyłek  Dana  odziany  w  granatowe  spodenki,  który  właśnie  znikał  na 

ciemnych, brudnych schodach prowadzących na dach. Zapomniała, że on też ma klucz. 

Vanessa poczuła przypływ adrenaliny, jak za ostatnim razem, gdy zjawił się Dan. Czy 

to  bycie  z  nim  sprawiało,  że  się  luk  czuła,  czy  może  świadomość,  że  Aaron  może  w  każdej 

chwili wejść i ich przyłapać? Czy to ważne? 

Pewnie, że nie, do cholery. 

Nabazgrała szybko Poszłam po pranie - chociaż odebrała je już rano, przed szkoła, a 

potem otworzyła gwałtownie drzwi i popędziła na górę. 

Dan  leżał  na  plecach  na  materacu  pod  wieżą  ciśnień,  ubrany  tylko  w  czarne, 

bawełniane  bokserki,  i  kartkował  oprawiony  na  różowo  tomik  wierszy  miłosnych  Pabla 

Nerudy. Obok niego, na tacce z folii aluminiowej leżały ostrygi, otwarta butelka czerwonego 

merlota  i  dwa  styropianowe  kubki.  Kiedy  zobaczył  Vanessę,  natychmiast  usiadł  i  zaczął 

czytać na głos. 

Nie odchodź daleko, nawet na jeden dzień, bo... 

Bo... nie wiem, jak to ująć: dzień jest długi. 

- A może byś tak najpierw zadzwonił? - zapytała ostro Vanessa, udając wkurzoną, bo 

wiedziała, że Dan nakręca się, gdy widzi ją wściekłą. - Aaron może wrócić w każdej chwili. 

- To  z  wiersza  pod  tytułem  Łaknę  twoich  ust,  twego  głosu,  twych  włosów  -  wyjaśnił 

background image

Dan. patrząc na nią słodko. Nalał trochę wina do kubka i podał jej. - Napijesz się? 

Vanessa przewróciła oczami i podeszła do materaca. 

- Chyba  wiem,  czego  łakniesz.  -  Usiadła  i  zdjęła  koszulkę,  czując  jeszcze  większy 

przypływ adrenaliny. - Pospiesz się - zarządziła. - Aaron zaraz przyniesie mi obiad, a potem 

muszę się pouczyć. 

Sąsiedzi  z  okolicznych  domów  regulowali  teleskopy.  Przeprowadzili  się  tutaj,  bo 

wynajem był tani. Kto wiedział, że zapewniają tu też rozrywkę na żywo?! 

Im bardziej Vanessa rządziła się i wściekała, tym bardziej Dan był podniecony i tym 

mocniej  ją  kochał.  Ręce  mu  się  trzęsły,  a  pot  występował  nad  świeżo  ogoloną  wargą.  Był 

całkowicie zdany na jej łaskę. 

Na  dole,  na  Broadwayu,  Aaron  zignorował  grupkę  gapiów  z  naprzeciwka, 

obserwujących  dach  budynku  Vanessy.  Pod  pachą  niósł  w  papierowej  torbie  dwa  zestawy 

gorącego  i  pikantnego  jedzenia  tajskiego.  Strasznie  chciało  mu  się  lać.  a  w  metrze  panował 

nieprzytomny  tłok  i  spocił  się  jak  mysz.  Chciał  tylko  wejść  do  domu  i  wziąć  miły  chłodny 

prysznic Najchętniej z Vanessą. 

Znalazł  jej  liścik  i  nabazgrał  na  nim  Jestem  w  wannie.  Zostawił  frontowe  drzwi 

otwarte,  żeby  łatwiej  jej  było  wnieść  kosz  z  czystym  praniem  i  włączył  stereo,  z  którego 

huknął ku wałek, który Dan Humphrey nagrał z Raves - jedyny, który do czegoś się nadawał. 

Strzaskaj mnie jak jajko! - śpiewał Aaron pod prysznicem. 

Trzy  piętra  wyżej  Dan  wciągał  skarpetki.  Muzykę  było  słabo  słychać,  ale  nie  sposób 

było jej pomylić z niczym innym. 

- Myślisz,  że  nas  widział?  -  Na  samą  myśl  Vanessie  przebiegł  po  plecach  dreszczyk. 

Boże, ależ była zepsuta! 

Dan pospiesznie łyknął ostatnią ostrygę. 

- Co mam robić...? - zapytał, równie podekscytowany jak ona. 

Widzisz, jak idealnie do siebie pasujemy? - pomyślał. Oboje strasznie podniecało, że 

Aaron o niczym nie wie. Zdrada to oczywiście zła i okropna rzecz, ale też niesamowita frajda, 

zwłaszcza gdy jesteś szaleńczo i po uszy zakochany w osobie, z którą to robisz! 

- Zejdę na dół i odciągnę jego uwagę - szepnęła  Vanessa, chociaż huk na moście był 

taki, że nikt nie mógł jej usłyszeć. - A ty przez ten czas wyjdziesz. 

Dan zakorkował do połowy opróżnionego merlota i próbował ustawić  go  pionowo w 

swojej czarnej torbie na ramię. 

- Chcesz, żebym sobie poszedł? - odparł zdumiony. 

Wyobraził  sobie  siebie  wspinającego  się  po  ścianie  budynku  niczym  Spiderman  z 

background image

Vanessą uczepioną jego szyi jak Kirsten Dunst. 

Nie ma szans, panie, ręce jak patyczki. 

- Możesz to tutaj zostawić. - Vanessa wskazała na wino. - Wypijemy później. 

Miała na myśli siebie i Dana, czy siebie i Aarona? 

- Dobra  -  odparł  Dan.  Dotarło  do  niego,  że  Vanessa  zaraz  zejdzie  na  dół  i  będzie 

udawała, że go tu w ogóle nie było. Boże, ależ ona była sprytna. A jaka twarda i opanowana 

w kryzysowej sytuacji. - Powodzenia w nauce w ten weekend. 

Vanessa dała mu klapsa w tyłek. 

- Zadzwonię - obiecała i zbiegła na dół. 

Drzwi do mieszkania były otwarte, a Aaron brał prysznic. 

Vanessa rozebrała się po raz drugi w ciągu kwadransa. 

- Cześć - przywitała Aarona, odciągając zasłonę prysznica. 

- Hej. - Uśmiechnął się szeroko i wyciągnął namydloną dłoń, żeby pomóc jej wejść. 

Dan zszedł na palcach po schodach, czytając sobie na głos wiersze Nerudy. Ręce mu 

się pociły, gdy próbował zrozumieć, czy to, co właśnie mu się przytrafiło, było nieprzytomnie 

podniecające, czy nieprzytomnie uwłaczające. 

...w tym momencie opowieści jestem tym, który umiera... 

Problem z poetami jest taki, że mają skłonność do pesymistycznego widzenia świata. 

background image

zgadnij, kto przyjdzie na 

ś

niadanie u freda? 

W sobotę rano kolejka ślicznych dziewczyn ciągnęła się od drzwi frontowych Barneys 

wzdłuż  Madison  do  Sześćdziesiątej  Pierwszej  ulicy,  gdzie  skręcała  w  stronę  Piątej  Alei. 

Większość z nich miała na sobie czarne koktajlowe sukienki bez rękawów, szpiczaste czarne 

pantofle  i  wielkie  okulary  przeciwsłoneczne  w  stylu  Jackie  Onassis.  Serena  miała  na  sobie 

ulubione nowe dżinsy True Religion. 

Typowe. 

Jakimś  cudem  udało  się  jej  zająć  jedno  z  pierwszych  miejsc  w  kolejce.  Może  to 

dlatego, że ona i Nate prawie nie spali ostatniej nocy - dzięki pigułkom, które cały czas łykał - 

i  o  piątej  nad  ranem  była  na  nogach.  Zamówiła  tylko  podwójne  latte  na  wynos  i  wyruszyła, 

taszcząc ze sobą podręcznik do francuskiego, jakby naprawdę liczyła, że uda się jej pouczyć. 

Z kolei Blair była w kolejce pierwsza. I, co za niespodzianka, naprawdę była Audrey 

Hepburn. Ta sama stylowa sukienka Givenchy, ten sam naszyjnik z pereł, taki sam francuski 

kok - dzięki niewielkiej pomocy treski - te same za duże okulary Chanel i czarne rękawiczki 

do  łokci.  Lord  Marcus,  ten  czarujący  przystojniak,  pomógł  jej  się  ubrać  i  sam  wpadł  na 

pomysł, żeby spędzić noc w wynajętej limuzynie zaparkowanej przed Barneys, dzięki czemu 

znalazła się pierwsza w kolejce do przesłuchań. Oczywiście, nie mogli za bardzo poszaleć, bo 

bali się popsuć jej kostium, ale i tak przyjemnie było trzymać się za ręce na tylnym siedzeniu 

i rozmawiać o najbliższej przyszłości, kiedy to Blair zostanie gwiazdą Hollywood. 

- Będę  twoim  biednym  chłopakiem  -  zaproponował  lord  Marcus  ze  swoim  uroczym, 

angielskim akcentem. - Będę cię wachlował wielkimi palmowymi liśćmi i mieszał ci koktajle. 

Oczywiście,  nie  miał  nic  przeciwko  porzuceniu  miejsca  na  studiach  podyplomowych 

w  London  School  of  Economics.  które  zaczynał  na  jesieni.  Dla  Blair  zrobiłby  wszystko. 

Wszystko! 

- W  każdym  mieście  na  świecie  będą  dla  mnie  szyli  najlepsi  projektanci  -  marzyła 

Blair, podczas gdy w brzuchu nerwowo jej burczało. Chciała dostać te rolę tak bardzo, że nie 

jadła  przez  cały  dzień,  ale  dochodziła  już  północ  i  umierała  z  głodu.  -  Albo  może  poproszę 

twojego wujka Oscara, żeby szył moje ubrania. 

Sprzedawca hot dogów zbierał się na noc na rogu Sześćdziesiątej Pierwszej i Madison. 

background image

Czy  lord  Marcus  byłby  zniesmaczony,  gdyby  zjadła  jednego,  stojąc  na  krawężniku  przed 

Barneys? 

Nie byłaby gorsza od Audrey Hepburn zajadającej ciastku z papierowej torebki przed 

Tiffanym. 

- Patrz, kochanie, kolacja! - zawołał lord Marcus, zauważając sprzedawcę i dosłownie 

czytając w myślach Blair. - Ty siedź spokojnie, a ja skoczę po coś do zjedzenia. 

Kochanie. Mówił od niej kochanie i skakał dla niej po cos do zjedzenia! 

Zjedli  więc  hot  dogi  z  musztardą  i  dodatkami,  popili  piwem  korzennym,  a  potem 

drzemali, trzymając się za ręce, aż Blair otworzyła oczy i zobaczyła Serenę wyłaniającą się z 

porannej  mgły  w  spranych  dżinsach  i  bez  makijażu.  Wyskoczyła  z  samochodu  i  wsunęła  na 

nos okulary Chanel. Niedoczekanie, żeby ta zdzira odebrała jej rolę. 

Nie  wspominając  już  o  setkach  pozostałych  aspirujących  aktorek,  które  zaczęły 

schodzić się na przesłuchanie. 

Dochodziła  już  prawie  ósma  i  przesłuchanie  miało  się  lada  chwila  zacząć.  Był 

niezwykle gorący i parny majowy poranek. Dwie dziewczyny na przedzie kolejki wachlowały 

się kartkami z kwestiami, które rozdawali asystenci Kena Mogula, Już dawno wykuły tekst na 

pamięć. 

W końcu Serena nie wytrzymała. 

- Boże, ale gorąco. 

Blair  nie  zareagowała,  więc  Serena  wyciągnęła  rękę  i  dotknęła  odkrytego  ramienia 

przyjaciółki. 

- Ten  chłopak,  z  którym  się  spotykasz...  wygląda  na  całkiem  miłego  -  zaryzykowała 

niezręcznie. 

Blair  żałowała,  że  nie  jest  wyższa,  bo  wtedy  mogłaby  spojrzeć  na  Serenę  z  góry 

niczym jastrząb, tak że tamta już nigdy  w życiu  nie śmiałaby się do niej  odezwać. Niestety, 

była prawie piętnaście centymetrów niższa od byłej przyjaciółki, zwłaszcza teraz,  gdy miała 

na sobie płaskie pantofle w stylu Holly Golightly. 

Miała  już  na  końcu  języka  krótką  i  wyjątkowo  ciętą  odpowiedź,  gdy  zdała  sobie 

sprawę  z  czegoś,  co  wprawiło  ją  w  osłupienie.  Nie  miała  już  nic  przeciw  temu,  że  Serena 

zabrała  jej  Nate'a.  Ona  sama  miała  przystojniejszą,  wyższą,  bardziej  wyrafinowaną  i  lepiej 

urodzoną,  brytyjską  wersję  Nate'a,  i  była  absolutnie  szczęśliwa,  piękne  dzięki.  Na  dowód 

tego,  jak  dobrze  czuła  się  w  tym  nowym  układzie,  była  gotowa,  żeby  znowu  zostali 

przyjaciółmi - całą czwórką. 

Przesunęła  wielkie  okulary  Chanel  na  głowę  i  uśmiechnęła  się  promiennie  do  byłej 

background image

przyjaciółki. 

- A  może  pójdziemy  potem  we  czwórkę  napić  się  czegoś  w  Yale  Club?  Mają  tam 

świetne miejsce. Trochę jak bar hotelowy ze starego filmu. Spodoba ci się. 

- Serio? - Serenę zatkało. 

Zastanawiała się, czy nie śni. Czy Blair właśnie zaprosiła ją i Nate'a na drinka razem z 

nią i jej nowym chłopakiem. 

- Przepraszam,  że  panie  czekały.  No  dobrze,  Blair  Waldorf,  proszę  wejść  -  ogłosił 

krótko obcięty chudy chłopak około dwudziestki. Na karku miał pozostawione długie pasma 

włosów i nosił wyblakłe dżinsy Diesel, podwinięte do kolan. 

Blair znów spuściła okulary na nos. 

- Powodzenia  -  życzyła  jej  słabym  głosem  Serena,  nadal  nie  do  końca  pewna,  czy 

rozmawiają ze sobą, czy nie. 

Chłopak  poprowadził  Blair  przez  dział  z  kosmetykami  do  wind.  Bogu  dzięki  za 

klimatyzację!  W  soboty  Barneys  otwierano  dopiero  o  dziesiątej,  więc  w  sklepie  panowała 

dziwna cisza. Blair spędzała tu tyle czasu, że trafiłaby do Freda z zawiązanymi oczami, ale to 

nie wystarczyło, żeby dostać rolę. 

U Freda, słynna restauracja w Barneys, znajdowała się na dziewiątym piętrze. Długa i 

wąska, z oknami wychodzącymi z jednej strony na Madison Avenue i małym, nowoczesnym 

barem należała do tych knajpek, które wyglądają zaskakująco nieciekawie, zważywszy na to, 

jaką cieszą się popularnością. Ciekawą czyniła ją jej klientela - współczesne Holly Golightly i 

ich  mieszkające  przy  Park  Avenue  matki,  oraz  dziennikarze.  Wszyscy  ubrani  u  Chanel  i 

Prady,  sączyli  wino  z  wodą  i  sałatki,  zamartwiając  się  przy  tym,  że  ktoś  ich  wyprzedzi  po 

ostatnią parę kozaczków na szpilkach Costume National, które wypatrzyli po drodze. 

Teraz jednak restauracja była pusta, nie licząc Kena Mogula i jego ekipy. Reżyser stał 

przy  barze  i  dawał  wskazówki  odnośnie  oświetlenia  stadku  blondynek  o  skandynawskiej 

urodzie, a jego wyłupiaste niebieskie oczy były czerwone ze zmęczenia. Nosił krótką rudawą 

brodę  bez  wąsów  -  to  nigdy  nie  wygląda  za  dobrze  -  i  kręcone  rude  włosy  opadające  do 

ramion.  Jego  skórzana  kurtka  w  stylu  łat  osiemdziesiątych  miała  wielkie,  zaokrąglone 

ramiona,  a  levisy  były  zdecydowanie  za  obcisłe,  co  też  nie  wyglądało  za  specjalnie.  Blair 

nigdy wcześniej go nie widziała i myślała, że może być to ktoś z ekipy, dopóki się do niej nie 

odezwał. 

- Cóż,  z  pewnością  odpowiednio  wyglądasz.  -  Wskazał  jej  barowy  stołek  z  chromu  i 

czarnej  skóry.  -  Ale  to  nie  jest  po  prostu  remake,  rozumiesz.  Mam  pewną  swobodę.  Na 

przykład, Holly może nie mieć ciemnych włosów. I może być wyższa. 

background image

To się nazywa dowartościować niewysoką brunetkę! 

Wyszykowanie się zajęto jej trzy godziny, postanowiła więc zignorować tę obraźliwą 

uwagę.  Złożyła  kartkę,  z  której  miała  czytać  i  wsadziła  ją  do  torebki,  po  części  po  to,  by 

zaimponować  Mogulowi  znajomością  tekstu,  a  po  części  po  to,  aby  pokazać,  że  nie  było 

łatwo jej zniechęcić. Usiadła na stołku i z wdziękiem baletnicy skrzyżowała nogi zupełnie jak 

Audrey Hepburn. 

- Nie  będę  ci  dawał  żadnych  wskazówek  -  stwierdził  reżyser.  -  Po  prostu  rób  swoje, 

okay? Więc... akcja! 

Blair  znalazła  na  Google'u  tonę  artykułów  na  temat  Kena  Mogula  -  jak  to  nazywał 

siebie „nie - reżyserem” i jak aktorzy nic cierpieli z nim pracować, bo tylko gapił się na ich, 

nie dając żadnych wskazówek. Pewnie myślał, że był szalenie awangardowy, czy cos takiego. 

Cóż, dla Blair nie miało to większego znaczenia. Nie potrzebowała żadnych wskazówek - ona 

była Audrey Hepburn i grała Holly Golightly dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

Z  wąskiej,  czarnej,  satynowej  torebki  Chanel  wyciągnęła  papierosa  i  długą 

cygarniczkę z hebanu i masy perłowej, którą znalazła w sklepie z antykami na Rhode Island 

dwa łata temu. 

- Jak  się  masz?  -  zamruczała  uroczo,  perfekcyjnie  naśladując  Audrey.  Zapaliła 

papierosa  i  wydmuchała  delikatny  obłok  dymu  nad  głową  reżysera.  Potem  na  jej  twarz 

wpłynął ten rozmarzony, nieobecny uśmiech, znak firmowy Audrey. - Czy to miejsce nie jest 

boskie? Czy to nie cudowne, obudzić się i wiedzieć, że to miejsce tu jest, codziennie? To mój 

raj. 

Blair czekała na reakcję Kena Mogula. Tylko tyle dano jej do powiedzenia i zrobiła to 

perfekcyjnie, nawet jeśli była to wyłącznie jej opinia. 

Ken Mogul zasłonił wyłupiaste niebieskie oczy ręką, a potem odsłonił je gwałtownie, 

jakby miał zaraz krzyknąć „a kuku!” Patrzył przez dłuższą chwilę na Blair, a potem wrzasnął: 

- Następna! 

Blair  zsunęła  się  ze  stołka  i  z  wdziękiem  wyszła  z  restauracji,  gdzie  przy  windzie 

czekał już na nią lord Marcus. Objął ją silnymi, bezpiecznymi, arystokratycznymi ramionami. 

- Byłaś olśniewająca - zapewnił ją. - Patrzyłem stąd. 

Blair oparła policzek na jego piersi, nadal nie wychodząc z roli. 

- Naprawdę uwielbiam to miejsce - powiedziała rozmarzonym głosem. 

Drzwi windy otworzyły się i wyszli z niej Serena z Nate'em. 

- Powodzenia! - zawołała Blair wspaniałomyślnie. 

Zaciągnęła  się  jeszcze  raz  papierosem  i  rzuciła  Nate'owi  pogodny  uśmiech. 

background image

Odpowiedział jej słabym grymasem. Oczy miał lekko zaczerwienione, jakby płakał, albo - co 

bardzie  prawdopodobne  -  najarał  się  jak  rzadko.  Ale  Blair  stała  przy  tulona  do  swojego 

przystojnego brytyjskiego lorda i wcale jej to nie obchodziło. 

Potem lord Marcus pocałował Blair w tył głowy, sprawiając, że dreszcz przebiegł jej 

po  plecach.  Tuż  obok  nich  znajdowały  się  drzwi  do  damskiej  toalety.  Wzięła  go  za  rękę  i 

pociągnęła za sobą. 

Nie ma nic lepszego niż odrobina dobrej zabawy przed śniadaniem. 

background image

S mo

ż

e powtórzy

ć

 swoj

ą

 kwesti

ę

 dwa razy 

Serena  martwiła  się,  że  powinna  była  przebrać  się  jak  pozostałe  dziewczyny.  Czy 

reżyser  nie  uzna,  że  nie  dość  się  stara,  bo  nie  włożyła  czarnej  koktajlowej  sukienki  i  pereł? 

Poza  tym  była  wysoką,  grubokościstą  blondynką  i  w  niczym  nie  przypominała  Audrey 

Hepburn. Właściwie, jak się nad tym teraz zastanawiała, w ogóle nie powinna była startować 

do tej roli. 

Za późno. 

- Och, Bogu dzięki! - wykrzyknął Ken Mogul na jej widok. - Lecimy. Akcja! 

Serena  nie  zawracała  sobie  głowy  sprawdzaniem  Kena  Mogula  w  Internecie  i  nic 

wiedziała nic na temat jego stylu pracy. Ale wiedziała, co znaczy słowo „akcja”, więc kiedy 

je usłyszała, zrozumiała, że czas zacząć robić swoje. 

- Jak  się  masz?  -  zaćwierkała  pogodnie,  wyciągając  rękę  do  wyimaginowanego 

barmana. Usiadła i zakręciła się na barowym stołku, chichocząc i kokieteryjnie wymachując 

noga mi, - Czy to miejsce nie jest boskie? Czy to nie cudowne, obudzić się i wiedzieć, że to 

miejsce tu jest, codziennie? To mój raj! 

Ken Mogul znowu odstawił swoją dziwną zabawę z rękami. Zerknął na jedną z blond 

lasek z ekipy, zerwał z jej głowy parę lustrzanych okularów i rzucił je Serenie. 

- Zrób to jeszcze raz, w okularach - polecił. 

Serena  zrobiła,  jak  kazał,  zastanawiając  się,  czy  to  dobrze,  czy  źle,  że  Ken  Mogul 

zamknął  oczy,  kiedy  zaczęła  mówić.  -  Następna!  -  wrzasnął,  odsyłając  ją.  Nate  stał  przy 

windach z mokrą chusteczką w pięści. 

- Mama  przyprowadziła  mnie  tu,  żeby  mi  kupić  pierwszy  prawdziwy  garnitur  - 

powiedział.  Zadrżała  mu  dolna  warga.  -  Potem  poszliśmy  na  lody  i  zabrała  mnie  do  zoo  w 

parku. Wszędzie pachniało orzeszkami ziemnymi. 

- Och.  -  Serena  objęła  go  i  pocałowała  w  ucho.  -  Słuchaj,  wiem  chyba,  jak  cię 

rozweselić. 

Po incydencie z viagrą we wtorek u Bergdorla. Serena myślała, że Nate będzie chętny 

zawsze i wszędzie. Skinęła głową w stronę damskiej toalety. 

Nate zawahał się. Wypalił tylko maleńkiego skręta po przebudzeniu, a viagrę zostawił 

background image

w domu. Poza tym całe to płakanie naprawdę go wyczerpało. Nie miał nastroju. 

Drzwi do toalety otworzyły się z rozmachem i wyszli stamtąd, trzymając się za ręce, 

Blair i jej jasnowłosy przystojniak. 

- Jak  się  masz?  -  Blair  machnęła  przesadnie  cygarniczką,  powtarzając  scenkę,  którą 

przed chwilą odegrały obie dziewczyny. Zachichotała. - Napijecie się czegoś? 

- Zdecydowanie - przytaknęła ochoczo Serena. 

Co  prawda,  dochodziła  dopiero  dziesiąta  trzydzieści  rano  w  sobotę,  ale  przyszłe 

Audrey tego świata dobrze wiedziały, jak się bawić. 

Lord Marcus przycisnął guzik windy i drzwi się otworzyły. 

- Zaczekaj! - zawołała ubrana w czarną tunikę blondynka z ekipy Kena Mogula. 

Serce Blair zabiło mocniej. Na pewno chcą jej zaproponować rolę i odesłać całą resztę 

do domu. Ale dziewczyna wpatrywała się w Serenę. 

- Ups! - Serena zaczerwieniła się, zdejmując z głowy okulary i zwracając właścicielce. 

- Ale ze mnie kleptomanka! 

Dziewczyna wzięła okulary, a potem wspięła się na palce i zaczęła szeptać Serenie do 

ucha.  Blair  patrzyła  jak  zaczarowana.  Serena  kiwała  tylko  głową,  słuchając  w  milczeniu. 

Potem dziewczyna odeszła, by dać okulary następnej Holly. 

Blair przygryzła wargę prawie do krwi. Zżerała ją ciekawość, ale powstrzymała się od 

pytań, a Serena najwyraźniej postanowiła nic nie mówić. Myśl, że znowu rozmawiają ze sobą, 

była tak świeża, że żadna z nich nie chciała tego popsuć. 

Poza tym, do tej pory lord Marcus widział Blair wyłącznie w jej najlepszym wydaniu. 

Nie mogła teraz odegrać sceny z Egzorcysty i wściec się na jego oczach, bo spakowałby się i 

wrócił do Wielkiej Brytanii szybciej, niż zdążyłaby powiedzieć: „A niech to diabli”. 

Serena  sięgnęła  po  dłoń  Nate'a  i  ścisnęła  ją  podekscytowana.  Z  trudem  udało  jej  się 

zachować sekret dla siebie. 

- Chodźmy się powygłupiać. 

- Otóż to! - zgodził się lord Marcus. 

Blair nawet nie drgnęła, widząc jak Serena i Nate trzymają się za ręce. Zawsze chciała, 

żeby  tworzyli  czwórkę.  Wtedy  myślała,  że  to  będzie  ona  z  Nate'm  i  Serena  z  kimś  jeszcze 

Spojrzała  w  śliczne,  soczyście  zielone  oczy  lorda  Marcusa,  a  on  pochylił  się  i  pocałował  ją 

czule w czubek nosa. 

Nate  nigdy  nie  lubił  publicznie  okazywać  uczuć.  Właściwie  co  ona  w  nim  kiedyś 

widziała? 

background image

chłopcy zawsze pozostan

ą

 chłopcami, a dziewczyny dziewczynami 

- Słyszałem  o  tobie.  Jesteś  tym  dzieciakiem,  który  zajmie  moje  miejsce  w  drużynie 

lacrosse'a  w  Yale.  Wybaczcie,  drogie  panie.  -  Lord  Marcus  sięgnął  nad  Blair  i  Sereną,  żeby 

uścisnąć Nate'owi dłoń na dość zatłoczonym tylnym siedzeniu taksówki, którą pędzili po Park 

Avenue. - Trenerka mówiła, że Jesteś prawdziwym szatanem. 

Można to i tak ująć. 

Nate  miał  nadzieję,  że  lord  Marcus  nie  domyśli  się,  że  płakał.  Teraz  byłby  dobry 

moment,  żeby  wziąć  następną  viagrę.  choćby  po  to.  żeby  podnieść  sobie  morale  i 

powstrzymać łzy, Gdyby nie te denerwujące efekty uboczne, brałby viagrę codziennie. 

Co,  że  niby  nie  mieści  mu  się  w  spodniach?  Przecież  to  nie  efekt  uboczny,  o  to 

właśnie chodzi! 

- Więc  Yale  to  rzeczywiście  taka  trudna  szkoła?  -  zapytał  Nate.  bo  tylko  to  potrafił 

wymyślić. 

Blair  siedziała  z  głową  na  ramieniu  lorda  Marcusa  i  było  w  z  tym  tak  wygodnie,  że 

patrzenie na to wydawało się zarazem niepokojące i przyjemne. Jej ciemne włosy już trochę 

odrosły i były miękkie i lśniące. Nate prawie czul ich dotyk w dłoniach. 

Błagam, tylko się nie rozpłacz. 

- Nie  tak  trudna  jak  trenerka  Heffner  -  zażartował  Lord  Marcus.  -  Opowiadała  nam, 

jak dźgnęła cię widelcem, bo próbowałeś się do niej dostawiać. 

Nate,  który  właściwie  wyparł  już  ten  drobny  incydent  z  pamięci,  wzdrygnął  się  na 

samo wspomnienie. 

- Po prostu nie spodziewałem się takiej laski w roli trenera - przyznał. 

- Wierz  mi,  nikt  z  nas  się  nie  spodziewał  -  odparł  lord  Marcus  ze  znaczącym 

uśmiechem. 

Zapalił marlboro red, ale kiedy drobny, wysuszony kierowca machnął ze złością ręką, 

lord wyrzucił papierosa za okno. 

- Zapalmy wszyscy i zobaczmy, co zrobi - szepnęła Serena, nadał czując lekki zawrót 

głowy. 

Rozdała  wszystkim  merity  ultra  light  z  czarnej,  zamszowej  torby  z  frędzlami  od 

background image

Balenciagi, a lord Marcus podał ogień ze srebrnej zapalniczki od Tiffany'ego. 

Kierowca zahamował z piskiem opon, kiedy tylko zauważył dym. 

- Wysiadać z mojej taksówki! - wrzasnął, wznosząc gniew nie małą, drżącą pięść. 

Jak  zawsze  uprzejmy,  lord  Marcus  zaczął  przepraszać,  udając,  że  nie  wiedział,  iż 

palenie w amerykańskich taksówkach jest zabronione. Ale ponieważ zdążyli już dojechać do 

rogu  Park  Avenue  i  Czterdziestej  Siódmej,  a  Yale  Club  znajdowało  się  tuż  za  rogiem,  i  tak 

wysiedli. 

Cóż  to  był  za  widok:  śliczna  brunetka  ubrana  dokładnie  jak  Audrey  Hepburn  w 

Śniadaniu  u  Tiffany'ego,  dwóch  przystojnych,  zielonookich,  grających  w  lacrosse'a  i 

porządnie  ubranych  chłopców  oraz  olśniewająca  blondynka  w  dżinsach.  Regulamin  Yale 

Club  zabraniał  noszenia  spranych  dżinsów,  ale  Serena  wyglądała  tak  ślicznie,  że  nikt  nie 

zwrócił  na  to  uwagi.  Gdy  tylko  weszli  do  oszczędnie  umeblowanego,  neoklasycystycznego 

holu, postarzali absolwenci w garniturach J. Press przerwali rozmowy o interesach i odłożyli 

komórki. Ach, mieć znowu siedemnaście lat i być bosko pięknym! 

Tak jakby którykolwiek z nich był kiedyś bosko piękny. 

Lord Marcus zabrał Nate'a do swojego apartamentu, żeby pokazać mu trofea zdobyte 

w  lacrosie,  które  tylko  Nate  potrafił  docenić,  podczas  gdy  Blair  i  Serena  usadowiły  się  w 

eleganckim  barze  ze  złotym  sufitem,  wypolerowaną  drewnianą  podłogą  i  ciemną  boazerią. 

Były  przyzwyczajone  do  takich  miejsc,  a  jednak  czuły  się  bardzo  dorosło,  siedząc  w 

prywatnym barze w sobotni ranek, zwłaszcza, gdy powinny siedzieć z nosami w książkach i 

zakuwać do końcowych egzaminów, które zaczynały się w poniedziałek. 

- O  czym  zamierzasz  mówić  na  rozdaniu  dyplomów?  -  napytała  Serena.  -  Będziesz 

cytować tę książkę, z której wszyscy korzystają? 

Blair  przewróciła  oczami.  Zdecydowanie  nie  będzie  cytować  niczego  z  tej  książki. 

Och, miejsca, do których się udacie! 

Barman  w  muszce  najpierw  przyniósł  drinka  Blair  -  martini  z  oliwką.  Wzięła  łyk,  a 

potem wsunęła papierosa do cygarniczki. Miała z niej taką frajdę, że postanowiła jej używać 

aż do premiery Śniadania u Freda, kiedy to wszystkie dziewczyny zaczną ją naśladować. 

Oto różnica między byciem trendy, a wyznaczaniem trendów. 

- Właściwie to zamierzam napisać o tym. że należy dążyć do lego, czego się pragnie i 

zdobywać  to  -  oznajmiła,  wydmuchując  dym  nad  blond  czupryna  Sereny,  -  Nigdy  nie 

myślałam,  że  zdobędę  wszystko,  czego  zapragnę.  Ale  i  tak  próbowałam,  i  teraz  mam 

wszystko. Wszyściuteńko. 

Serena pokiwała głową. 

background image

- Wiem,  co  masz  na  myśli.  -  Barman  przyniósł  jej  drinka  z  dżinem.  Wzięła  kitka 

ostrożnych  łyków.  Zastanawiała  się,  czy  powinna  od  razu  powiedzieć  Blair,  że  kiedy 

asystentka  Kena  Mogula  szeptała  jej  do  ucha,  prosiła,  żeby  Serena  zjawiła  się  na  drugim 

przesłuchaniu. Ale na razie sprawy z Blair układały się lak dobrze, że nie chciała tego psuć. 

Poza  tym,  nawet  jeśli  zaproponuje  jej  rolę,  nie  była  pewna,  czy  się  zgodzi.  Próbowali 

wymyślić coś innego do powiedzenia, coś na temat zdobywania tego, czego się pragnie. Choć 

Serena nigdy niczego tak naprawdę nie pragnęła, wszystko spadało jej z nieba. 

- Jestem  taka  zakochana  w  Nacie  -  wypaliła.  Chciała  powiedzieć  to  z  taką  samą 

pogodą, z jaką wcześniej mówiła o ich nowych relacjach przyjaciółka. 

Blair  zapaliła  papierosa.  Jak  łatwo  byłoby  niechcący  podpalić  długie  ciemne  rzęsy 

Sereny. Rozejrzała się po sali, zastanawiając się, czy warto dać się ponieść emocjom. 

No, no, zastanawiała się? Czy to nie punkt zwrotny? 

Blair  uwielbiała  salon  w  Yale  Club.  Złota  farba  i  orientalne  dywany  sprawiały,  że 

wydawał  się  wspaniały  i  ekskluzywny,  a  jednocześnie  przytulniejszy  i  nie  tak  nadęty  jak 

pozostałe sale w klubie. Było to idealne miejsce na upalny dzień. I pasowało jej do sukienki. 

- Niedługo  będziemy  w  Yale  -  pomyślała  na  głos.  Dziewczyny  spojrzały  po  sobie, 

próbując zdecydować, czy to dobrze, czy źle. 

Serena zachichotała. 

- Będziemy  mogły  wskoczyć  w  pociąg,  zatrzymać  się  tutaj,  a  nasi  rodzice  nie  będą 

nawet wiedzieli, że jesteśmy w mieście! 

To brzmiało całkiem zabawnie. 

- To byłoby rewelacyjne miejsce na imprezę - zauważyła Blair. Postanowiła być miła. 

W tym samym momencie zamrugała, zastanawiając się, dlaczego wcześniej na to nie 

wpadła.  Oczywiście,  to  by  oznaczało,  że  pojawi  się  dużo  przypadkowych  gości  - 

absolwentów  z  innych  głupich  szkół,  o  których  istnieniu  nawet  nie  wiedziała  i 

przypadkowych  dzieciaków,  które  myślały,  że  są  w  porządku,  bo  w  przyszłym  roku  będą  w 

ostatniej klasie. Ale przecież była mówczynią w Constance Billard. Było właściwie naturalne, 

że to ona powinna urządzić imprezę na zakończenie szkoły. Imprezę, jakiej jeszcze nie było. 

Uścisnęła  Serenę  trochę  sztywno,  odsuwając  cygarniczkę  ledwie  na  tyle,  by  nie 

podpalić jej włosów. 

- Zawsze  mamy  najlepsze  pomysły  -  mruknęła,  trochę  do  siebie,  trochę  do  starej 

przyjaciółki. 

Serena uśmiechnęła się ochoczo, chociaż nie miała pojęcia, o czym Blair mówi. 

- A nie? - zgodziła się. 

background image

Nate  wziął  ze  sobą  trochę  zwiniętych  wcześniej  skrętów.  Rozłożyli  się  wygodnie  z 

Marcusem  w  jego  apartamencie  ze  złoto  -  białą  tapetą  -  odkręcili  klimatyzację  na  fuli  i 

położyli  się  na  plecach  na  wielkim  łóżku  przykrytym  morelową  narzutą.  Poopalali  i  dzielili 

się sekretami na temat Blair. 

Chłopcy są gorsi od dziewczyn. 

- Cała się naburmuszą, gdy człowiek się do niej przystawia, a potem marudzi, jeśli się 

tego nie robi - narzekał Nate, kręcąc głową. - Nigdy tego nie rozumiałem. 

- Ale  jeśli  dać  jej  do  zrozumienia,  że  nie  można  się  jej  oprzeć,  nie  będzie  robić 

problemów - zauważył lord Marcus. - To kluczowe. 

Nate  spojrzał  na  starszego  chłopaka  przez  mgiełkę  dymu  z  trawki.  Znał  Blair 

praktycznie od urodzenia. Czy to możliwe, by ten chłopak, który dopiero co ją poznał, już ją 

rozgryzł?  I  czy  to  możliwe,  że  on,  Nate,  i  Blair  zupełnie  do  siebie  nie  pasowali?  Może  nie 

było im pisane być razem. 

Nate  nie  potrafił  dłużej  o  tym  myśleć  bez  rozrzewniania  się.  Zaciągnął  się  więc  raz 

jeszcze i pozwolił sobie odpłynąć. 

- Zastanawiam się,  czy nie poprosić  Blair, żeby  przyjechała do mnie, do  Anglii, tego 

lata - rozmyślał na głos lorda Marcus. - Opowiedziałem o niej mojej rodzinie i bardzo chcą ją 

poznać.  Najwyraźniej  mój  ojciec  zna  jej  ojca,  a  moja  matka  już  nas  widzi  na  ślubnym 

kobiercu. 

Nate  znowu  się  zaciągnął.  Nie  ma  powodu  się  denerwować.  Jego  umysł  był  jak 

satynowe powłoczki poduszek na łóżku lorda Marcusa - gładki i czysty. 

Lord dopalił swojego skręta i wstał, gasząc go o podeszwę bursztynowego półbuta. 

- Nasze damy będą się zastanawiać, gdzie się podzialiśmy. - Klepnął Nate’a w ramię. - 

Idziemy? 

Nate wsparł się na łokciach i potrząsnął nieprzytomnie głową, niczym pies. Zabłąkana 

łza  wypłynęła  mu  z  kącika  lewego  oka  i  spłynęła  po  policzku.  Starł  ją  ze złością,  ale  wtedy 

kolejna sturlała się z prawego kącika. 

- Wszystko w porządku? - zapytał lord Marcus. - Chcesz jeszcze zaczekać? 

Nate wzruszył ramionami, a jego dolna warga zadrżała. 

Lord Marcus usiadł obok i objął go. 

- Już dobrze - mruknął. - Nic złego się nie stało. 

To nie była udawana gejowska afektacja, którą Nate i jego kumple lubili doprowadzać 

się  nawzajem  do  szału.  To  był  szczery  gest.  Jakby  go  przytulał  starszy  brat.  Nate  nigdy  nie 

miał starszego brata, w ogóle nie miał rodzeństwa, a takiego uścisku właśnie potrzebował. 

background image

Mon père habite en France dans le Loire. Il aime des autres hommes. Il est un fag! 

pisnęła Blair i obie z Serena zachichotały. 

Qu'est  -  ce  que  vous  faites,  mes  cheries?!  -  zawołał  lord  Marcus.  gdy  zbliżali  się  

Nate'em. 

- Ćwiczymy francuski. Do ustnego dla zaawansowanych. Mamy przez dziesięć minut 

opowiadać o rodzinie - wyjaśniła Blair. - Używając wszystkich czasów. 

Serena przewróciła oczami. 

- Tyle  właśnie  masz  z  chodzenia  na  zajęcia  dla  zaawansowanych.  -  Zmrużyła  oczy, 

przyglądając się chłopcom badawczo. - Paliliście? 

Nate uśmiechnął się nieśmiało. 

- Odrobinę. 

- Ty  kretynie.  -  Serena  złapała  go  i  pocałowała  w  usta.  Tryskała  energią,  bo  znowu 

odzywały się do siebie z Blair. 

Blair  zupełnie  nie  przeszkadzało,  że  Serena  i  Nate  całują  się  przy  niej  -  nawet  nie 

drgnęła.  Po  chwili  lord  Marcus  stał  już  za  nią  i  obejmował  zmysłowo  w  talii  -  takim 

mężowskim gestem dumnego posiadacza, o jakim Blair zawsze marzyła. Mrugnął do Sereny. 

- Czy wiesz, że Serena znaczy po włosku „syrena”? 

- Jasne.  -  Serena  zachichotała  i  rzuciła  Blair  spojrzenie,  które  mówiło:  „Skąd  tyś  go 

wytrzasnęła?” 

Blair odpowiedziała chytrym uśmieszkiem, który mówił z kolei: „A nie mówiłam, że 

mam wszystko” oraz: „Trzymaj łapy z daleka, ty zdziro”. 

Nate zlizał z ust Sereny waniliowy błyszczyk, a potem dopił resztkę jej drinka, ani na 

chwilę nie spuszczając z oczu idealnej, lekko opalonej stopy Blair. W jej lśniących, czarnych 

pantoflach było coś, co podniecało go jak diabli. 

Dobrze, że zostawił viagrę w domu. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

NIE CAŁKIEM PRYWATNE PRZYJ

Ę

CIE W YALE CLUB 

 

Je

ś

li  nie  byli

ś

cie  zaproszeni  na  sobotnie  bachanalia  w  Yale  Club,  gdzie  personel  miał  pełne  r

ę

ce 

roboty,  biegaj

ą

c  na  Grand  Central  po  dodatkowe  butelki  Prosecco  z  Campbell  Apartament  i  sernik  z 

Junior's  -  spiesz

ę

  donie

ść

ż

e  w  nast

ę

pny  poniedziałek  pewna  przyszła  studentka  Yale  wydaje  w 

klubie imprez

ę

 

ż

ycia z okazji zako

ń

czenia szkoły. Do Yale Club maj

ą

 wst

ę

p wył

ą

cznie członkowie, ale 

nie ma strachu. Tatu

ś

 gospodyni słono zapłacił klubowi, 

ż

eby drzwi pozostały otwarte przez cał

ą

 noc 

dla  wszystkich  dobrze  ubranych  imprezowiczów,  którzy  chc

ą

  si

ę

  porz

ą

dnie  zabawi

ć

.  W  ten  sposób 

chce jej wynagrodzi

ć

 swoj

ą

 nieobecno

ść

 na rozdaniu dyplomów. Och, czy

ż

 to niesłodkie. 

 

Miejmy nadziej

ę

ż

e nie zapomni te

ż

ż

e córeczka potrzebuje jakiego

ś

 

ś

rodka transportu, czego

ś

ż

eby 

móc porusza

ć

 si

ę

 w przyszłym roku po New Haven. Brum, brum. 

 

DEPRESJA PO

Ś

NIADANIOWA 

 

Ken Mogul jest albo strasznie  wybredny, albo strasznie  zło

ś

liwy. Albo jedno i drugie. Plotka głosi, 

ż

wezwał  tylko  cztery  dziewczyny  na  drugie  przesłuchanie  do  głównej  roli  w  swoim  nowym  filmie 

Ś

niadnie  u  Freda.  Inna  plotka  mówi, 

ż

e  obsadził  w  roli  Holly  Golightly  młodsz

ą

  siostr

ę

  i 

ż

przesłuchanie w sobot

ę

 było tylko dla statystów. Co za marnotrawienie talentów. 

 

ZAARAN

Ż

OWANE MAŁ

Ż

E

Ń

STWO 

 

Wszyscy słyszeli

ś

my, 

ż

e brytyjscy arystokraci maj

ą

 słabo

ść

 do aran

ż

owanych mał

ż

e

ń

stw. Oszcz

ę

dza 

to  mnóstwa  kłopotów  i  wstydu,  kiedy  nie  trzeba  si

ę

  ukrywa

ć

  lub  martwi

ć

,  jak  przedstawi

ć

 

nieokrzesan

ą

ź

le  ubran

ą

  dziewczyn

ę

  mamie,  która  tak  si

ę

  składa  -  jest  królow

ą

.  Có

ż

,  wedle  moich 

ź

ródeł, w Wielkiej Brytanii, pewien bł

ę

kitnej krwi przystojniak, który niedawno uko

ń

czył Yale, a obecnie 

background image

mieszka  w  Yale  Club  w  Nowym  Jorku,  gdzie  załatwia  pewne  sprawy,  czytaj:  imprezuje,  został 

przyrzeczony  pewnej  równie  szlachetnie  urodzonej  Angielce,  kiedy  miał  raptem  dwa  lata.  Nie 

widziałam jej zdj

ę

cia, ale s

ą

dz

ą

c po tym, z jakim zapałem rzucił si

ę

 na nasz

ą

 B, podejrzewam, 

ż

e nie 

jest zbyt ładna i chłopak nie pali si

ę

 do 

ż

eniaczki. 

 

ZŁODZIEJ CENNEJ FIOLKI ZIDENTYFIKOWANY 

 

Nie 

ż

ebym chciała przynosi

ć

 same złe nowiny, ale zaprzyja

ź

niony trener e - mailował do mnie ostatnio 

regularnie  -  hej,  kto  mu  dał  ten  link?!  -  i  okazuje  si

ę

ż

e  złodziej  viagry  został  zidentyfikowany  i 

zostanie odpowiednio ukarany. Czy to znaczy, 

ż

e on/ona nie dostanie dyplomu?? 

 

Wasze e – maile 

 

P:

 Droga P! 

Wiem, 

ż

e nie powinienem był, ale tak jakby wsypałem mojego kumpla i teraz martwi

ę

 si

ę

ż

przeze mnie niw sko

ń

czy szkoły. Ale my

ś

lałem, 

ż

e lepiej on ni

ż

 ja, rozumiesz? 

Ż

enada 

 

O:

 Drogi 

ż

enado 

Taaak, to rzeczywi

ś

cie niezła 

ż

enada. Ale przecie

ż

 ju

ż

 to wiesz. 

P. 

 

P:

 Droga Plotkaro! 

Chciałbym  ci

ę

  osobi

ś

cie  zaprosi

ć

  na  przesłuchanie  do  mojego  nowego  filmu.  Masz 

nastawienie, jakiego szukam. Mam nadziej

ę

ż

e prezencj

ę

 równie

ż

. Kiedy masz czas? 

Mogs 

 

O:

 Drogi mogs; Niezła 

ś

ciema. 

P. 

 

Na celowniku 

 

B, S, N lord M w niedziel

ę

 Cipriani Dolci naprzeciwko Yale Club pij

ą

 krwaw

ą

 mary na 

ś

niadanie. Ci 

to wiedz

ą

, jak przygotowa

ć

 si

ę

 do ko

ń

cowych egzaminów! V z A w jego czerwonym saabie, udaj

ą

ż

nie  zauwa

ż

yli,  i

ż

  prawie  rozjechali  D  przechodz

ą

cego  przez  ulic

ę

,  kiedy  jechali  na  film  do  kina 

Angelika.  D  wracał  wła

ś

nie  od  chi

ń

skich  zielarzy  przy  Canal  z  woreczkiem  czego

ś

,  co  reklamowali 

jako  „Eliksir  miłosny  xxx”.  Och,  jak  perfidn

ą

  intryg

ę

  snujemy.  J  w  Gristedes  przy  Dziewi

ęć

dziesi

ą

tej 

Szóstej  Zachodniej,  kupuje  samotnie  litrow

ą

  butelk

ę

  czerwonego  wina  z  zakr

ę

tk

ą

  i  ogromn

ą

  puszk

ę

 

kawy rozpuszczalnej Folgers. Ubranie i r

ę

ce ma wymazane szarym cieniem do powiek, kaw

ą

 i winem. 

Najwyra

ź

niej bije od niej taka aura twórcza, 

ż

e nie 

ś

mieli jej nawet wylegitymowa

ć

background image

 

JESZCZE JEDEN TYDZIE

Ń

 

 

To  ju

ż

  ostatnia  prosta,  moi  kochani.  Poza  egzaminami,  które  tak  naprawd

ę

  s

ą

  tylko  nieprzyjemnym 

epizodem,  szkoła  wła

ś

ciwie  ju

ż

  si

ę

  sko

ń

czyła.  Powtarzajcie  za  mn

ą

:  ju

ż

  tylko  tydzie

ń

  do  rozdania 

dyplomów. Ju

ż

 tylko tydzie

ń

 do rozdania dyplomów. Ju

ż

 tylko tydzie

ń

 do rozdania dyplomów. 

 

Powodzenia!!!! 

 

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

D pisze kolejn

ą

 od

ę

 

Dan  skończył  egzamin  z  angielskiego  dla  zaawansowanych  dwadzieścia  minut  przed 

czasem  i  zabrał  się  do  pisania  mowy  na  zakończenie  szkoły  na  ostatniej  stronie  zeszytu 

egzaminacyjnego. Tym razem postanowił zacytować fragment wiersza Roberta Frosta Droga 

niewybrana: 

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano 

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną – 

Reszta wzięła się z tego, ze to ją wybrałem

Słowa  brzmiały  jednak  jakoś  jałowo  i  wydawały  mu  się  nadużywane,  zwłaszcza  w 

kontekście zakończenia szkoły. Poza tym ani on, ani żaden z jego kolegów nie wybierał mniej 

uczęszczanej  drogi.  Skończą  szkołę  i  pójdą  prosto  do  college'u.  Potworny  banał.  Danowi 

nigdy, tak naprawdę, nie przyszło do głowy, że mogłoby być inaczej. Aż do teraz. 

Od  kilku  dni  walczył  ze  świadomością,  że  gdy  nadejdzie  jesień,  Vanessa  będzie  w 

Nowym Jorku, a on w Olympii, w stanie Waszyngton - na drugim końcu kraju. Ta myśl była 

dla  niego  nie  do  zniesienia,  mimo  że  nadal  nie  był  pewien  prawdziwych  uczuć  Vanessy. 

Zwłaszcza po tym, jak szorstko odprawiła go tamtego wieczoru, gdy tylko zjawił się Aaron, a 

potem nie odzywała się przez cały weekend. 

Ale może to on nie postawił sprawy jasno. Zawiadomił już tego stukniętego profesora, 

że  nie  spędzi  lata  w  Olympii.  Dlaczego  nie  pójść  krok  dalej  i  nie  oświadczyć  wszystkim  w 

czasie rozdania dyplomów, że nie idzie do college'u, koniec kropka. To pokazałoby Vanessie 

i  światu,  jak  daleko  gotów  był  się  posunąć  w  imię  miłości.  Wybierze  mniej  uczęszczaną 

drogę. 

Odwrócił  kartkę  i  nabazgrał:  Oda  do  miłości,  wzorując  się  na  jednym  ze  swoich 

ulubionych  poetów,  Johnie  Keatsie.  Keats  ciągle  pisał  ody:  Oda  do  Psyche.  Oda  do  urny 

greckiej.  Oda  do  słownika,  Oda  na  melancholię,  ale  nigdy  nie  napisał  Ody  do  miłości. 

Dlaczego właśnie Dan nie miałby tego zrobić? 

- Siedemnaście minut do końca - ogłosiła pani Solomon. 

Dan  zerknął  na  napięte  plecy  kolegów  pochylonych  nad  ławkami.  Wściekle 

                                                 

 tłum. S. Barańczak. 

background image

wymachiwali  długopisami,  podczas  gdy  czarny  zegar  ścienny  miarowo  odmierzał  czas.  Dan 

wrócił  do  swojego  zeszytu.  Oda  do  miłości.  Oczywiście  jego  miłość  do  Vanessy  była 

doprawiona  sporą  dawką  niegasnącego  pożądania.  Ale  jak  to  przekazać,  nie  popadając  w 

pornografię? W końcu ten wiersz miał być częścią mowy na zakończenie szkoły. 

Mleczne, białe kule 

Poduszki twego brzucha 

Uda jak brzozy. 

Fuuj, stop! 

Przekreślił wszystko. Poduszki mego brzucha? Ohyda. 

No właśnie. 

A potem przypomniał kilka wersetów z Ody do urny greckiej: 

Najszczęśliwsza miłości, błoga, o, tyś błoga! 

Wiecznie młoda i piękna, wyciągasz ramiona 

Zdyszana, nieznająca znużenia i skargi. 

Nad namiętnością ludzką wysoka twa droga, 

Nad nią, która wygasa, smutkiem przygnieciona, 

Gdy nam spaliła, bólem i gorączką, wargi

. 

Czy można było powiedzieć to lepiej? 

Pewnie nie. 

Dan  zaczął  szkicować  rysunek  przedstawiający  wieżę  ciśnień  na  dachu  domu 

Vanessy.  ale  żaden  był  z  niego  artysta  i  wieża  bardziej  przypominała  gigantyczny  żołądź. 

Gdyby tylko mógł skorzystać z telefonu w trakcie egzaminu. Zadzwoniłby do biura rekrutacji 

w Evergreen i dał im znać, że się nie zjawi. 

Zamiast  tego  postanowił  poprawić  początek  mowy  na  ostatnich  kilku  stronicach 

zeszytu egzaminacyjnego. 

Panie i panowie, dzi

ę

kuj

ę

, za przybycie na uroczysto

ść

 rozdania dyplomów w szkole 

ś

redniej 

dla  chłopców  Riverside.  Musicie  by

ć

  bardzo  dumni  ze  swoich  synów.  Tak  dumni, 

ż

e  dali

ś

cie  im  z 

okazji zako

ń

czenia nauki dokładnie to, czego chcieli. (Pauza na wybuchy 

ś

miechu.) 

Mam zaszczyt by

ć

 w tym roku mówc

ą

. Pozwol

ę

 wiec zacz

ąć

 od odczytania fragmentu wiersza 

Roberta Frosta. 

Zdarzyło mi si

ę

 niegdy

ś

 ujrze

ć

 w lesie rano 

Dwie drogi; pojechałem t

ą

 mniej ucz

ę

szczan

ą

 – 

Reszta wzi

ę

ła si

ę

 z tego, 

ż

e to j

ą

 wybrałem. 

                                                 

 tłum, Z. Kubiak. 

background image

Cz

ę

sto  cytuje  si

ę

  ten  fragment  w  mowach  na  zako

ń

czenie  szkoły  Wiem,  bo  sprawdzałem  w 

Google'u.  (Pauza  na  wybuchy 

ś

miechu.)  

ż

  za  ironia,  bo  ilu  z  nas  rzeczywi

ś

cie  wybiera  mniej 

ucz

ę

szczan

ą

  drog

ę

?  (Pauza  na  niezr

ę

czn

ą

  cisz

ę

).  

ż

,  ja  wybior

ę

.  A  oto,  jak  zamierzam  tego 

dokona

ć

 - pójd

ę

 za głosem serca... 

Mały kuchenny minutnik w kształcie jajka, który przyniosła pani Solomon, zadzwonił 

na jej biurku. 

- Proszę odłożyć ołówki - powiedziała. 

Dan podniósł zamglony wzrok. Jak zwykle go poniosło. 

- Nie skończyłeś, co? - zadrwił siedzący z lewej Chuck Bass. 

W  czasie  egzaminów  końcowych  uczniowie  ostatnich  klas  nie  musieli  przestrzegać 

regulaminu  odnośnie  stroju,  więc  Chuck  postanowił  włożyć  jasnożółtą  pociętą  koszulkę  bez 

rękawów  Dolce  &  Gabbana,  która  jakimś  cudem  odsłaniała  więcej,  niż  gdyby  niczego  nie 

włożył. 

Dan spiorunował  go wzrokiem. Czy można zginąć w czasie służby, będąc dopiero  w 

szkole wojskowej? Dan miał nadzieję, że tak. 

Pani Solomon podeszła, żeby zabrać ich zeszyty egzaminacyjne. 

- Jakiś problem, panie Humphrey? - zapytała ostro, wypinając na niego kościstą pierś 

w brzydkiej sukience bez pleców w czarno - pomarańczowe pasy. 

Dan zmarszczył czoło. 

- Czy mogę wyrwać kilka ostatnich kartek z zeszytu? - zapytał bez większej nadziei. 

Nauczycielka wzruszyła niestosownie odsłoniętymi ramionami. 

- Proszę bardzo. 

Dan wyrwał strony, zanim zdążyła zmienić zdanie, zaskoczony, że nie zachowała się 

jędzowato,  jak  zwykle.  Może  pani  Solomon  w  końcu  znalazła  sobie  chłopaka  i  była  zbyt 

zajęta marzeniem o czekającym ją upalnym i zmysłowym lecie pełnym późnych poranków i 

gorącego seksu, żeby zawracać sobie głowę uprzykrzaniem Danowi życia. 

Och,  jakże  sam  marzył  o  długich  porankach  i  gorącym  seksie?  A  jest  ktoś,  kto  nie 

marzy?! 

background image

kto si

ę

 oprze artystce z kroniki towarzyskiej? 

Biologia  była  ostatnim  egzaminem  Jenny.  Nie  spała  całą  noc,  zakuwając.  Jądro 

komórkowe,  pierwotniaki,  osmoza  znała  wszystko.  Odpowiadała  na  pytania  automatycznie, 

wypełniając  luki  bez  zastanowienia  i  sprawiając,  że  pozostałe  koleżanki  były  zielone  z 

zazdrości.  Osmoza  to  proces,  w  którym  pewne  cechy  przenikały  do  innych  organizmów 

przez,  sam  fakt  bliskości.  Cóż,  skoro  to  działa  na  małe  organizmy,  to  czemu  i  nie  w  ich 

przypadku?  Trzymały  się  blisko  Jenny  przez  cały  rok,  a  jednak  nie  zrobiły  się  ani  trochę 

mądrzejsze. 

Ani ich piersi większe. 

Podoba  mi  si

ę

  twoja  fryzura

,  nabazgrała  na  szarym  blacie  ławki  Jessiki  Soames  Kim 

Swanson. 

Mo

ż

esz zobaczy

ć

 odpowied

ź

 Jenny na pyt. 21?

 

Kim  Swanson  była  najbardziej  zadbaną  dziewczyną  w  dziewiątej  klasie.  Od 

dziewiątego roku życia nosiła blond pasemka w naturalnie jasnobrązowych włosach i zawsze 

miała  idealnie  wyprasowaną  białą  koszule  Agnes  B.,  którą  nosiła  do  szarej,  plisowanej 

spódniczki od mundurka. Dziewczyny plotkowały, że nawet bieliznę ma wyprasowaną. Nigdy 

nie wychodziła z domu bez pełnego makijażu, srebrno - złotej bransoletki w formie łańcuszka 

od  Cartiera  i  raczej  sporych  wkrętek  z  brylantami.  Tyle  czasu  poświęcała  na  pielęgnację,  że 

ledwo miała czas na naukę. 

Poczekaj

odpisała Jessica. 

Jessica  była  klasową  zdzirą.  począwszy  od  czwartej  klasy,  kiedy  dostała  miesiączki. 

Szczyty  osiągnęła  w  szóstej,  gdy  straciła  dziewictwo.  Miała  też  największe  piersi  -  dopóki 

Jenny  nie  rozkwitła  w  siódmej  klasie,  przeskakując  ją  o  całe  trzy  miseczki,  Jessica  rzuciła 

dyskretne  spojrzenie  na  ławkę  na  prawo  od  niej,  próbując  odczytać  odpowiedź  w  arkuszu 

Jenny. Tamta skończyła już jednak pisać i teraz zabijała czas, kaligrafując na pustej stronie. 

Frajerka

wypisała eleganckimi zakrętasami. Jessica starała się nie brać tego osobiście. 

Prawda  była  taka,  że  Jenny  pisała  o  sobie.  Z  samego  rana  w  poniedziałek  wysiała 

kurierem do Waverly trzy doskonałe portrety, wszystkie zagruntowane i oprawione. Teraz był 

czwartek  i  nadal  nie  było  żadnych  wieści  z  biura  rekrutacji.  Zaczął  się  pierwszy  tydzień 

czerwca. Wrzesień był za trzy miesiące, a ona nie znalazła jeszcze szkoły. Powoli ogarniała ją 

background image

desperacja. 

Nim  przystąpiły  do  egzaminu.  Elise  przypomniała  Jenny,  że  w  Waverly  też  pewnie 

kończą rok szkolny i nie zajrzą do jej paczki, dopóki nie wypuszczą z dyplomami najstarszej 

klasy.  Ale  Jenny  nie  chciała  o  tym  słyszeć.  Najwyraźniej  straciła  szansę  na  szkołę  z 

internatem.  Pozostały  jej  tylko  dwa  wyjścia.  Mogła  pójść  do  szkoły  publicznej  albo  zdać 

celująco egzaminy, a potem błagać panią M. żeby pozwoliła jej zostać w Constance. Mogłaby 

powtórzyć dziewiątą klasę, zapracować na reputację absolutnego kujona, nosić grube szkła w 

szylkretowej  oprawce  i  spódnice  do  kostek.  Żadnych  więcej  wzmianek  w  rubryce  z 

ploteczkami, ryzykownych rozkładówek, randek z gwiazdami rocka, roznegliżowanych fotek 

w Internecie. 

Och. Ale przecież to właśnie czyniło Jenny wyjątkową. 

Poza tym, już teraz była piątkową uczennicą. Jak mogła to przebić? 

Jenny doszła do wniosku, że być może oceny i jej nowe obrazy nie wystarczyły. Może 

powinna wysłać do Waverly numer „W”, w którym wystąpiła jako modelka razem z Sereną 

van  der  Woodsen,  i  zdjęcie  z  kroniki  towarzyskiej,  na  którym  całuje  gitarzystę  Raves  przed 

hotelem Plaza? 

A  może  przy  okazji  wysłać  im  też  pukiel  włosów?  Albo  jeden  z  jej  ogromnych 

wzmacnianych staników Bali? 

Kim  Swanson  zachichotała  dyskretnie,  pisząc  coś  na  Sawce  Jessiki  Soames.  Jenny 

odłożyła  ołówek  i  oparła  czoło  na  przedramieniu,  a  jej  ciemne  włosy  rozsypały  się  kaskadą 

loczków  na  ławce.  Gdyby  wysłała  do  Waverly  „W”  i  wycinek  ze  zdjęciem,  stałaby  się 

głównym  tematem  rozmów,  zanim  jeszcze  pojawiłaby  się  w  szkole.  Był  to  na  pewno  jakiś 

sposób,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę,  ale  wtedy  wszyscy  mieliby  o  niej  z  góry  wyrobione 

zdanie i może Jenny nigdy nie udało by się go zmienić. Lepiej samej zapracować na reputację 

i zwrócić na siebie uwagę, gdy już się tam pojawi. 

Tymczasem  czekało  ją  dziwaczne  Lato  w  Pradze  w  towarzystwie  matki.  Miała 

uczęszczać  na  słynne  czeskie  warsztaty  artystyczne,  na  co  zgodziła  się  w  trakcie  Paschy  po 

jednym kieliszku wina za dużo. Tata przypomniał jej o tym w zeszłym tygodniu. Wtedy miała 

jeszcze  przed  sobą  perspektywę  pójścia  na  jesieni  do  szkoły  z  internatem,  ale  teraz  nie  była 

już tego taka pewna. 

- Raz,  dwa,  trzy,  słuchajcie  matoły,  już  za  cztery  dni  koniec  szkoły!  -  wrzasnęła 

wesoło grupka dziewczyn z ostatniej klasy na korytarzu przed pracownią biologiczną. Kiedy 

zabrzmiał dzwonek, koleżanki Jenny wyrzuciły ołówki w powietrze, zaczęły się obejmować i 

podpisywać  księgi  pamiątkowe  Elise  podeszła  nawet  do  Kim  Swanson  z  prośbą  o  podpis, 

background image

chociaż  pogardzała  nią  od  czasu,  kiedy  Kim  rozpuściła  obrzydliwą  plotkę,  że  Elise  urodziła 

się zdeformowana i w wieku dwóch lata miała usuwany garb z pleców. 

Summertime  -  zaczęta  nucić  wytrenowanym  w  klubach  falsetem  Roni  Chang  -  and 

the living is easy! 

Jenny  żałowała,  że  nie  podziela  ich  radości.  W  końcu  był  to  jej  ostatni  egzamin. 

Skończyła rok! A teraz czekały ją trzy długie, letnie miesiące w Europie i możliwościom nie 

było  końca.  Jednak  z  jakiegoś  powodu  nie  miała  ochoty  na  wznoszenie  okrzyków  i 

podpisywanie roczników pamiątkowych, chociaż kaligrafowała piękniej od pozostałych. 

Teraz  rozumiała,  jak  musiały  się  czuć  uczennice  ostatnich  klas  zimą,  gdy  czekały  na 

wieści z college'ów. Zrobiła wszystko, co w jej mocy. Teraz jej los leżał w rękach innych. 

background image

ś

ci

ą

ganie przez wzgl

ą

d na dawne czasy 

Blair  i  Serena  siedziały  obok  siebie  przy  długim,  czarnym  stole  w  pracowni 

chemicznej  na  swoim  ostatnim  egzaminie.  Uczennice  z  zajęć  z  chemii  dla  zaawansowanych 

siedziały  miedzy  koleżankami  ze  zwykłych  zajęć  i  pisały  inny  egzamin,  więc  fakt,  że 

dziewczyny prawie trącały się łokciami nie powinien mieć żadnego znaczenia. W Constance 

Billard lubiano myśleć, że ich uczennice są ponad ściąganie, ale prawda była taka, że zrzynały 

gdzie się tylko dało. Blair i Serena nie stanowiły wyjątku. 

Jakie  b

ę

dzie  st

ęż

enie  molowe  roztworu,  je

ś

li  rozpu

ś

cimy  5,827  NaCI  w  obj

ę

to

ś

ci  100  ml?

 

Serena nabazgrała pytanie na wewnętrznej stronie przedramienia. Ziewnęła i przeciągnęła się, 

pozwalając, aby ręka opadła na zeszyt egzaminacyjny Blair. 

n = 5,827 g/ 58,4425 

n = 0,09970 moli NaCl 

M = 0,09970 moli/0,1 l 

M = 0,9970 

Blair  na  bazgrała  odpowiedź  na  wewnętrznej  stronie  okład  ki  zeszytu. 

Co  wkładasz  w 

poniedziałek?,

 dopisała obok. 

Czemu w poniedziałek?,

 odpisała Serena, nim przepisała odpowiedź do zadania. Czyżby 

Blair dowiedziała się, że Serenę wezwano na drugie przesłuchanie? 

Koniec roku, zapomniała

ś

?!

 - odpisała pospiesznie Blair. 

Serena zagapiła się na odpowiedź Blair. To takie typowe dla niej - nie zorientować się 

we  własnej  pomyłce.  Drugie  przesłuchanie  odbywało  się  w  poniedziałek,  tak  samo  jak 

rozdanie dyplomów. Mieli się zjawić jej rodzice. Erik, jej brat, przełożył wyjazd na narty do 

Nowej  Zelandii ze swoją obecną dziewczyną,  Liesl, by móc być na uroczystości. No i  Blair 

miała wygłosić mowę. 

Ups. 

Nie  musisz  mówi

ć

,  je

ś

li  nie  chcesz

,  napisała  Blair,  nim  przeleciała  przez  dwie  następne 

strony egzaminu. 

Serena patrzyła na przyjaciółkę z podziwem. Blair absolutnie zasługiwała na studia w 

Yale. Jeśli chodzi o testy była geniuszem. Słońce wpadało przez okna pracowni chemicznej u 

jakiś  ptak  ćwierkał  wesoło.  Serena  westchnęła  i  zaczęła  bazgrać  swoje  imię  w  rogu  trzeciej 

background image

strony dziewięciostronicowego zeszytu egzaminacyjnego. 

Serena van der Woodsen. 

Ś

niadanie u Freda, w roli głównej Serena van der Woodsen

. 

Zwykle nie marzyła o takich rzeczach, ale to była jej pierwsza szansa, żeby zagrać w 

prawdziwym filmie. Trudno nie pragnąć czegoś takiego, chociaż troszkę. 

Blair pochyliła się nad ostatnią stroną egzaminu, pospiesznie wypisując odpowiedzi, a 

potem  zaczęła  sprawdzać  całość.  Kiedy  już  z  zadowoleniem  stwierdziła,  że  wszystko  jest  w 

porządku, zerknęła na pilnującą ich nauczycielkę. Pani Crandall puszysta kobieta z czerwoną 

twarzą - zajęta była piłowaniem paznokci, pomalowanych na straszliwy ciemny beż. Jej palce 

wyglądały  jak  świńskie  racice  zanurzone  w  formaldehydzie,  na  których  dziewczęta  musiały 

zrobić sekcję w dziewiątej klasie na zajęciach z biologii. Blair odsunęła swój zeszyt i sięgnęła 

po książeczkę Sereny. 

- Hej... - zaczęła protestować Serena. 

- Ćśśś - szepnęła Blair i zaczęła odpowiadać na pytania. 

Serena narysowała uśmiechniętą buźkę na stronie, nad którą Blair pracowała. Zupełnie 

jak  za  dawnych  dobrych  czasów.  Z  tym  wyjątkiem,  że  teraz  to  ona  była  z  Nate'em,  a  Blair 

spotykała  się  z  nowym,  angielskim  przystojniakiem.  Zmarszczyła  brwi.  A  teraz  zamierzała 

opuścić rozdanie dyplomów, przez co Blair znowu ją znienawidzi. 

No cóż. 

background image

za du

ż

o chłopców, za du

ż

o wyborów, za mało czasu 

Vanessa nie wyjmowała z szafy sukienki Morgane Le Fay, którą kupiła jej Blair, aż do 

niedzieli  wieczór  poprzedzającej  zakończenie  szkoły.  W  mieszkaniu  było  ciemno  i  była 

całkiem  sama.  Rozebrała  się  do  bielizny  w  czarno  -  białe  prążki  i  wsunęła  sukienkę  przez 

ogoloną głowę. Potem podeszła do dużego lustra na drzwiach sypialni, żeby się przejrzeć. 

Sukienka  była  piękniejsza  niż  jakakolwiek  rzecz  w  garderobie  Vanessy,  Miała 

satynowy  gorset  z  głębokim  dekoltem  w  szpic,  asymetryczne  wykończenie  dołu  i  obniżoną 

talię, w stylu lat dwudziestych, która wyglądała lepiej, niż Vanessa się spodziewała. Wróciła 

do szafy i wyjęła buty. Miały taki sam rozmiar stopy, więc Blair zostawiła jej białe sandały na 

koturnie Michaela Korsa, które idealnie pasowały do sukienki. Znalazła też dla Vanessy parę 

świetnych, siateczkowych rękawiczek w jakimś komisie na Upper East Side, bo należało do 

tradycji Constance Billard, by dziewczęta w czasie uroczystości nosiły białe rękawiczki. 

Sęk  w  tym,  że  Vanessa  nie  zamierzała  się  pojawić  na  ceremonii.  Aaron  miał 

przyjechać  po  nią  o  dziesiątej  rano  swoim  stylowym,  czerwonym  saabem  900S, 

wyładowanym  ziołowy  mi  papierosami,  chrupkami  sojowymi,  suszonymi  strączkami  soi  i 

brzoskwiniową  icc  -  tca,  i  zabrać  na  seksapadę  po  kraju.  Jej  rodzice  byli  w  Santa  Fe,  w 

Nowym  Meksyku  i  brali  udział  w  jakiś  hipisowskim  happeningu,  Z  kolei  jej  starsza  siostra 

Ruby,  była  nadal  w  trasie  i  siedziała  gdzieś  w  Finlandii,  Polsce  albo  Laponii,  zdobywając 

nowych  fanów  dla  swojej  kapeli  SugarDaddy.  Nikogo  z  jej  rodziny  nie  będzie  obchodziło 

jeśli  Vanessa  nie  pojawi  się  na  zakończeniu  szkoły.  Dyplom  przyślą  jej  pocztą,  a  sukienkę 

będzie można zwrócić. Nic wielkiego. 

Jasne. To dlaczego ci nie wierzymy. 

Przy  drzwiach  wejściowych  rozległo  się  jakieś  drapanie.  Vanessa  wyszła  ze  swojego 

pokoju.  Gdy  zapalała  światło  w  salonie,  ktoś  wsunął  pod  drzwiami  kartkę.  Rozpoznała 

bazgroły Dana, zanim jeszcze przyklękła, by podnieść liścik. 

Nie dam rady jutro na rozdaniu dyplomów, je

ś

li ci

ę

 jeszcze raz nie zobacz

ę

. Jestem na górze. 

D. 

Nie, znowu! 

Nie zdejmując sukienki ani butów, Vanessa poczłapała na górę. Dochodziła dziewiąta 

w  łagodny,  czerwcowy  wieczór,  ale  było  jeszcze  całkiem  widno.  Samochody  kursowały  po 

background image

moście  w  tę  i  z  powrotem,  a  na  Broadwayu  rozdźwięczał  się  chór  alarmów 

przeciwpożarowych.  Lampa  oliwna  kołysała  się  na  stalowej  ramie  podtrzymującej  wieżę 

ciśnień, pod którą w pozycji lotosu, siedział nagi Dan z grubą książką otwartą na kolanach. 

- Co ty wyprawiasz? - zapytała ostro Vanessa. 

Dan  spojrzał  na  nią.  Jego  rozkochaną  twarz  oświetlał  blask  lampy.  Cały  jaśniał  od 

światła i absolutnego uwielbienia dla Vanessy. 

- Wow - mruknął cicho. - Ślicznie wyglądasz. Prawie tak... - Urwał z zakłopotaniem. 

- Jak?  -  Vanessa  skrzyżowała  ręce  na  piersi.  Gdyby  nie  byli  z  Danem  starymi 

przyjaciółmi, pewnie bardziej by się wkurzyła jego dziwacznym zakradaniem się i nagością. 

Ale Dan to Dan - potrafiła zdobyć się tylko na lekką irytację. 

- Wyglądasz tak, jak wyobrażałem sobie ciebie na naszym ślubie - wypalił niepewnie. 

Że co proszę? 

Vanessa  doszła  do  wniosku,  że  najlepiej  będzie  kompletnie  zignorować  to,  co  przed 

chwilą usłyszała. 

- To ma coś wspólnego z jutrzejszą mową? - Wskazała na książkę. 

- Co?  -  Dan  spojrzał  w  dół,  jakby  zapomniał,  że  ma  coś  na  kolanach.  -  Tak.  W 

pewnym  sensie.  Właściwie,  to  nie  bardzo.  Zamknął  książkę  i  podniósł  do  góry,  odsłaniając 

swoją męskość w  całej okazałości. - Nazywa się  Seksualna sztuka rozkoszy.  Znalazłem ją w 

księgarni. 

Vanessa  skinęła  bezwiednie  głową,  jakby  właśnie  jej  powiedział,  że  będzie  później 

padać. 

- Jest tu fragment o wspólnej medytacji. Robi się to do momentu aż obie strony są. no, 

gotowe. Sting może to robić praktycznie godzinami, chociaż jest przecież starszym gościem. I 

właśnie tak to robi. 

Jakbyśmy naprawdę chcieli wiedzieć. 

Vanessa studiowała go. Na ten swój dziwaczny, wychudzony sposób Dan był uroczy. 

Miała jednak nadzieję, że nie zobaczy go już przed wyjazdem, bo chciała umknąć tłumaczeń. 

Jak  to  kocha  jego,  ale  że  obiecała  Aaronowi.  Że  spotykanie  się  z  dwoma  facetami 

jednocześnie było strasznie ekscytujące, ale musiało się kiedyś skończyć. Tak naprawdę, nie 

była nawet pewna swoich uczuć, tak długo starała się o tym nie myśleć. 

Dan odłożył książkę i wyciągnął dłoń. 

- Moglibyśmy też po prostu się pocałować  - zasugerował z czułością, która sprawiła, 

że Vanessa ucieszyła się, że jest już nagi. 

Podeszła i przyklękła przed nim, ostrożnie unosząc sukienkę, żeby nie dotykała ziemi. 

background image

- Tylko uważaj na sukienkę - ostrzegła. 

To mogła być jedyna okazja, żeby ją ponosić, ale nie zamierzała mu o tym mówić. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

widzicie, jakie to proste? 

 

Udało  nam  si

ę

!  Gdyby

ś

my  teraz  potrafiły  tylko  zdecydowa

ć

,  któr

ą

  z  siedmiu  sukienek  kupi

ć

  na 

zako

ń

czenie roku u Bergdorfa, albo Bendela w Barneys. Nie b

ę

dzie łatwo, bo: a) po tym jak w czasie 

sesji  egzaminacyjnej  opijały

ś

my  si

ę

  hektolitrami  kawy  i  opychały

ś

my  si

ę

  do  pó

ź

na  pizz

ą

,  nie  wiemy, 

czy przytyły

ś

my czy mo

ż

e schudły

ś

my; b) nie cierpimy podejmowa

ć

 decyzji; c) biel to nowy ró

ż

A przynajmniej lepiej, 

ż

eby tak było. 

 

OSTATNIEJ NOCY WYŁADOWANO CAŁY STATEK EUROPEJSKICH SAMOCHODÓW 

 

Mogłabym pisa

ć

 dla „Wall Street Journal”, co nie? Gdyby

ś

cie ostatniej nocy znale

ź

li si

ę

 w pobli

ż

u Park 

Avenue, tak jak ja, zobaczyliby

ś

cie kolumn

ę

 eleganckich czarnych wozów wje

ż

d

ż

aj

ą

cych do pewnego 

gara

ż

u na Upper East Side. Wygl

ą

da na to, 

ż

e kilkoro z nas dostanie to, o co prosiło, tyle 

ż

e... Tatusiu, 

miał by

ć

 ró

ż

owy! 

 

WIEDZA, 

Ż

Ś

CI

Ą

GAŁA

Ś

 

 

Do tej, która 

ś

ci

ą

gała na ko

ń

cowych egzaminach - wiemy, o kim mowa i twoi nauczyciele te

ż

 wiedz

ą

Widzieli

ś

my, 

ż

e sko

ń

czyła

ś

 wcze

ś

niej i reszt

ę

 czasu sp

ę

dziła

ś

 na robieniu notatek i gwiazdorskich min 

- SM Przymkn

ę

li oko tylko dlatego, 

ż

e chc

ą

 si

ę

 ciebie pozby

ć

. Zupełnie mnie przerasta, dla czego  w 

ogóle zawracaj

ą

 sobie głowy tymi egzaminami. 

Lekarstwo na nerwy przed rozdaniem dyplomów 

Po pierwsze, nie ma si

ę

 czym denerwowa

ć

. Musimy tylko ol

ś

niewaj

ą

co wygl

ą

da

ć

 i odebra

ć

 dyplomy. 

Ale i tak si

ę

 stresu jemy. Mo

ż

e dlatego, 

ż

e b

ę

d

ą

 na nas patrzyli rodzice. A mo

ż

e dlatego, 

ż

e nie mamy 

poj

ę

cia, co b

ę

dzie potem. Pami

ę

tacie, jak szkolna piel

ę

gniarka zawsze zalecała to samo, niezale

ż

nie 

od  tego,  co  wam  dolegało?  Łyknij  krople 

ż

ą

dkowe.  Przepłucz  gardło  słon

ą

  wod

ą

.  No  wi

ę

c  ja  te

ż

 

background image

mam  pewien  patent.  Szampan  i  chłopak.  Za

ż

yj  raz,  a  potem  powtarzaj  co  pi

ę

tna

ś

cie  mi  nut  a

ż

  do 

ust

ą

pienia objawów. 

 

Szcz

ęś

liwego zako

ń

czenia szkoły! Do zobaczenia na imprezie po! 

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

po dyplomy marsz! 

Przed  kościołem  na  rogu  Park  Avenue  i  Dziewięćdziesiątej  Drugiej  z  czarnych 

limuzyn  wysypywały  się  kobiety  w  toaletach  od  Chanel  i  mężczyźni  oraz  chłopcy  ubrani 

przez  Ralpha  Laurenu.  Wszyscy  oni  wchodzili  do  Brick  Church,  by  być  świadkami 

Wręczenia dyplomów w Constance Billard ich córkom i siostrom. Był przyjemny czerwcowy 

poranek  i  delikatna  bryza  szeleściła  w  dzikich  jabłonkach,  rosnących  po  obu  stronach 

chodnika, które rozrzucały po alei płatki i śliczne zielone liście. Urokliwy kościół z czerwonej 

cegły  z  masywnymi  białymi  kolumnami  i  porastającym  go  ładnie  przyciętym  bluszczem, 

wyglądał  jak  z  obrazka.  Właściwie  to  całe  Upper  East  Side  wyglądało  dzisiaj  wyjątkowo 

malowniczo,  przesiąknięte  słońcem  i  zapachem  kwitnących  jabłoni.  Ale  dzisiaj  przecież  był 

koniec szkoły. 

Hurrra! 

Matka Isabel, Titi Coates, z takim zapałem wyciągała chirurgicznie poprawioną szyję, 

żeby  przyjrzeć  się  elegancko  Ubranej  publiczności,  że  jeszcze  chwila,  a  poodpadałyby  jej 

guziki w jaskraworóżowej sukience ze złotymi detalami od Versace. 

- Słyszałam, że Harold Waldorf przyleci z Paryża ze swoim smakowitym, francuskim 

chłopakiem,  żeby  zobaczyć  Blair  przy  wręczeniu  dyplomów  -  szepnęła  do  Lillian  van  der 

Woodsen,  która  siedziała  obok  niej  w  ławce.  -  Kazał  też  sprowadzić  w  częściach  czerwony 

kabriolet Peugeot razem z francuskim mechanikiem, który go dla niej poskłada. 

Pani  van  der  Woodsen  pokręciła  głową.  Lubiła  plotki,  ale  tylko  te  nieszkodliwe  -  na 

temat psów należących do rożnych osób albo wyników znajomych w golfie. 

Nieszkodliwe plotki? A jaki to by miało sens? 

- Harold  Waldorf  jest  w  Bordeaux,  na  aukcji  win  -  poprawiła  tandetnie  ubraną 

sąsiadkę  uprzejmym  szeptem,  wygładzając  liliową,  jedwabną  spódnice  do  połowy  łydki, 

prostego ale prześlicznego kostiumu Yves Saint Laurenta. - Wiem to na pewno, ponieważ mój 

drogi przyjaciel licytuje  tam dla nas kilka butelek burgunda.  Nic mi jednak nie  wiadomo na 

temat samochodu. 

Nieopodal  w  zakrystii,  dziewczyny  ustawiły  się  według  wzrostu  i  z  niepokojem 

oczekiwały pierwszych akordów marszu Pomp and Circumstance. Kali Farkas i Isabel Coates 

background image

były najniższe. Miały na sobie takie same białe pantofle na płaskim obcasie od  Ferragamo i 

sukienki  z  koronkowymi  kokardami  z  tyłu  i  małymi  pomponami  zwisającymi  wzdłuż 

rękawów, w których wyglądały jak druhny. Tak bardzo chciały stać obok siebie w szeregu, że 

przeprowadziły  ankietę  wśród  dziewczyn  w  klasie,  pytając  je  o  wysokość  obcasów,  jakie 

zamierzały mieć na uroczystości. Nawet wiecznie nosząca martensy Vanessa powiedziała, że 

będzie  miała  koturny,  zdecydowały  więc,  że  najlepszym  rozwiązaniem  będą  pantofle  na 

płaskim  obcasie  A  teraz  nie  dość,  że  stały  obok  siebie  i  miały  takie  same  stroje,  to  jeszcze 

były pierwsze! 

Hurrra! 

Na  swoich  sześciocentymetrowych  szpilkach  od  Manolo  z  białej  koziej  skórki.  Blair 

wylądowała  gdzieś  pośrodku.  Jej  kostium  z  białej  satyny  od  Oscara  de  la  Renty  był 

nienagannie skrojony. Żakiet wcinał się wokół jej drobniutkiej talii i perfekcyjnie podkreślał 

wspaniałe  ramiona.  Żadna  z  dziewczyn  nie  była  na  tyle  pomysłowa  ani  nie  miała  takiego 

wyczucia  stylu,  żeby  chociaż  pomyśleć  o  włożeniu  kostiumu,  nie  wspominając  już  o 

dodatkach - połyskliwej koralowej szmince Chanel, którą Blair kupiła specjalnie na tę okazję 

i prostych perłowych kolczykach. Nauczyła się mowy na pamięć i teraz ciągle powtarzała ją 

w myślach, kołysząc się na stopach, żeby pobudzić krążenie i zwiększyć przypływ adrenaliny. 

Panie  i  panowie,  dzi

ę

kuj

ę

  za  przybycie.  Dzi

ę

kuj

ę

  równie

ż

  uczennicom  ostatniej  klasy  za 

wybranie  mnie  na  mówczyni

ę

.  Pewnie  wiecie, 

ż

e  niektóre  z  nas  s

ą

  razem  od  przedszkola.  Razem 

uczyły

ś

my  si

ę

  czyta

ć

.  Razem  traciły

ś

my  mleczaki.  Razem  kombinowały

ś

my  jak  zdoby

ć

  w  stołówce 

najwi

ę

cej  herbatników.  W  miar

ę

  upływu  lat,  wspólnie  nauczyły

ś

my  si

ę

  nie  załamywa

ć

  pod  presj

ą

Teraz czeka nas college, a my nadal si

ę

 przyja

ź

nimy. Jak mogłoby by

ć

 inaczej? 

Jest  co

ś

  jeszcze,  czego  nauczyłam  si

ę

  w  Constance,  a  czym  chciałabym  si

ę

  dzi

ś

  z  wami 

podzieli

ć

. Wiedz

ą

, jak zdobywa

ć

 to, czego si

ę

 pragnie... 

Czy ktoś widział Serenę? - zapytała głośno Nicki Buton, przyglądając się w lusterku 

swoim  brązowym  oczom  i  obciągając  fajniutką  sukienkę  z  obniżoną  talią.  -  Uwierzycie,  że 

kupiłam to w butiku z dziecięcą odzieżą? - zapytała po raz dziesiąty, na wypadek gdyby ktoś 

jeszcze nie zauważył, jaka jest drobna i chuda. 

- A  co  z  Vanessą?  -  dodała  Laura  Salmon,  biorąc  wdech  i  próbując  zasznurować  nie 

do końca stosowny gorset sukienki od Alexandra McQueena. 

- Można  by  się  spodziewać,  że  chociaż  raz  postarają  się  nic  spóźnić  -  wtrąciła  Rain 

Hoftstetler, pomagając Laurze w sznurowaniu i jednocześnie starając się nie wpaść na nikogo 

w swojej niewyobrażalnie falbaniastej sukience od Christiana Lacroix. 

Blair  rozejrzała  się  wokół.  Tak  pochłonęło  ją  powtarzanie  mowy.  że  nawet  nie 

zauważyła braku Vanessy i Sereny. 

background image

No właśnie. 

- Prawie wpół do jedenastej - rzuciła pospiesznie pani McLean, klaszcząc w pulchne, 

piegowate dłonie, żeby przy wołać dziewczyny do porządku. - Musimy zacząć bez nich. 

Blair obracała rubinowy pierścionek na palcu lewej dłoni Serena i Vanessa nie zjawią 

się na rozdaniu dyplomów? Prze gapią jej mowę! Gdzie one, do cholery, są?! 

Pani Weeds, kędzierzawa hipiska i nauczycielka  muzyki, zagrała pierwsze akordy na 

organach. Jej tłuste łopatki zatrzęsły się w sukience bez ramiączek Laury Ashley. 

- Dobrze,  dziewczęta,  zaczynamy!  -  zawołała  podekscytowana  pani  McLean.  -  Wasz 

ostatni wielki występ w roli uczennic Constance. - Wyrzuciła piegowatą pięść w powie trze, 

tak że jej czerwono - biało - niebieski żakiet napiął się do granic możliwości. - Więc zróbcie 

to, jak należy! - dodała, wyglądając jeszcze bardziej homo niż zwykle. 

- Och  -  sapnęła  widownia,  gdy  dziewczęta  zaczęły  wchodzić  do  głównej  nawy 

kościoła przystrojonej liliami. 

Wyglądały jak skrzyżowanie modelek i panien młodych do wynajęcia. 

Eleanor  Waldorf  siedziała  między  Cyrusem  Rose  -  jej  mężem  od  niespełna  roku  -  i 

Tylerem,  dwunastoletnim  bratem  Blair.  Eleanor  była  jedyną  kobietą  na  sali,  która  miała  na 

sobie  gołębioszary  kapelusz Philipa  Treaey'ego  z  szerokim  rondem i  prawdziwymi  gołębimi 

piórami. 

Co ona sobie właściwie wyobrażała - że jest w Anglii. 

Cyrus  Rose  miał  na  sobie  wyjątkowo  brzydki,  dwurzędowy  garnitur  Hugo  Bossa  w 

kolorze  awokado  i  kołysał  na  kolanach  Yale,  sześciotygodniową  siostrzyczkę  Blair.  Mała 

miała  na  sobie  kilt  Burberry,  który  Blair  kupiła  jeszcze  zanim  Yale  się  urodziła,  i  biały, 

ażurowy trykocik, który Blair zamówiła dla niej z Oeuf, dziecięcego butiku w Paryżu. Tyler 

wyglądał  na  skacowanego.  Ale  Blair  nie  widziała  go  od  tak  dawna,  że  może  po  prostu 

zapomniała, jak wygląda, chociaż był jej bratem. Aaron w ogóle się nie zjawił. 

Ciekawe czemu. 

Kiedy Blair doszła do ich ławki, Eleanor skoczyła na równe nogi i posłała jej całusa, 

strzelając  zdjęcia  ze  swojej  różowej  nokii.  Łzy  popłynęły  jej  po  wymalowanych  różem 

policzkach. 

- Jesteśmy z ciebie tacy dumni - zachwyciła się odrobinę za głośno. 

W dalszych ławkach Blair spostrzegła panią van der Woodsen, która rozpromieniła się 

na  jej  widok  z  dumą,  jakby  to  była  Jej  własna  córka.  Blair  przepraszająco  wzruszyła 

ramionami, chociaż była całkiem pewna, że mama Sereny nie zdaje sobie uprawy, że brakuje 

jej  latorośli.  Biedni  państwo  van  der  Woodsenowie.  Zjawił  się  nawet  Erik,  przystojny  brat 

background image

Sereny, student Brown, z którym Blair prawie straciła cnotę w czasie ferii wiosennych. 

Blair  nigdy  nie  poznała  rodziców  Vanessy,  ale  przyjaciółka  całkiem  dokładnie  ich 

opisała.  Jednak  na  widowni  nie  było  nikogo  siwego  ani  ubranego  w  niestosownym, 

hipisowskim stylu. Postanowiła patrzeć na kasztanowy kucyk dziewczyny przed nią - była to 

akurat Rain Hoffstetter, której Blair nie cierpiała. Teraz musiała tylko wygłosić mowę, którą 

wykuła na blachę, tak że mogłaby ją recytować przez sen, a potem Odebrać dyplom. Później 

urządzi  najlepszą  imprezę  w  historii  szkoły,  będą  się  kochać  z  Marcusem,  przejadą  się 

powozem po Central Parku, on poprosi ją o rękę... Rozmarzone oczy Blair zamgliły się nieco, 

tak że nadepnęła na falbaniastą sukienkę Rain. prawie przewracając koleżankę. 

Skup się, skup się! 

Jedna za drugą dziewczęta wypełniły trzy pierwsze rzędy ławek. W sumie trzydzieści 

cztery,  nie  licząc  dwóch  nieobecnych.  Pani  McLean  stała  przy  pulpicie,  czekając,  aż  będzie 

mogła zwrócić się od odchodzącego rocznika i ich rodzin. Blair miała wygłosić mowę zaraz, 

potem, a później kilka słów miał powiedzieć gość specjalny, Ciocia Lynn - starsza pani, która 

założyła  organizację  dla  skautek  czy  coś  takiego.  Ciocia  Lynn  czekała  już  w  chodziku  w 

pierwszym  rzędzie,  ubrana  w  sraczkowaty  dres  i  z  aparatem  słuchowym  w  każdym  uchu. 

Wyglądała  na  przysypiającą  i  znudzoną.  Po  jej  przemowie  -  albo  po  tym  jak  straci 

przytomność lub umrze, zależy co będzie pierwsze - pani McLean wręczy dyplomy. 

Pani Weeds przebrnęła przez ostatnie akordy marszu. 

- Pomódlmy się - zarządziła poważnie pani McLean i pochyliła głowę. 

Dyrektorka stała się głęboko religijna, po tym jak jej mąż, Randall. zginął w wypadku 

podczas  wyprawy  na  ryby  przy  archipelagu  Florida  Keys.  Przynajmniej  tak  mówiły 

dziewczyny.  Opowiadały  też  o  dziewczynie  pani  McLean,  Vondzie,  która  mieszkała  w 

domku na wsi w Woodstock i jeździła traktorem. Pani McLean miała wytatuowane Dosiądź 

mnie,  Vonda  na  wewnętrznej  stronie  uda.  Krążyły  nawet  plotki,  wedle  których  Vonda  była 

kiedyś Randallem, ale żadna z dziewczyn nie miała pewności. 

- Słyszałam, że Serena i Nate uciekli na Mustique. Dlatego jej nie ma - szepnęła Rain 

do Laury. - Sukienkę na rozdanie dyplomów włożyła jako ślubną. Pamiętasz jak widziałyśmy 

ją przymierzającą welon u Very Wang? - dodała znacząco. 

- A ja słyszałam, że Vanessa jest w ciąży - odparła Laura. - Pewnie jest w Vermont z 

rodzicami i próbują cos zaradzić. Ale i tak dostanie dyplom. 

Blair  bezskutecznie  starała  się  nie  słuchać,  ale  oczywiście  umierała  z  ciekawości, 

gdzie  podziały  się  Serena  i  Vanessa.  Czy  Vanessa  wyjechała  gdzieś  z  Aaronem?  Albo 

Danem?  Czy  Serena  i  Nate  naprawdę  uciekli?  To  był  taki  zwariowany  dzień  i  czas  w  ich 

background image

życiu, że nie bardzo wiedziała, w co wierzyć. 

- A teraz mam przyjemność zaprosić Blair Waldorf, naszą mówczynię - ogłosiła pani 

McLean.  -  Skinęła  ufarbowaną  na  kasztanowo  głową  i  zeszła  z  podium,  robiąc  miejsce  dla 

uczennicy. 

Blair  wstała,  wygładziła  elegancką  plisowaną  spódniczkę  z  satyny  i  z  gracją 

przestąpiła  nad  wyciągniętymi  stopami  koleżanek,  obutymi  w  podobne  do  siebie  spiczaste, 

białe pantofle, coraz bardziej rozzłoszczona dochodzącymi ja pomrukami i poszeptywaniami. 

- Serena na pewno nie pójdzie w przyszłym roku do Yale. 

- Vanessa jest w L. A. Nie słyszałaś? Kręci film z Bradem Pittem. 

Blair wspięła się na podium - była chodzącym ideałem w swoim skrojonym na miarę 

satynowym  kostiumie,  z  gładkim  i  lśniącym  bobem,  błękitnymi  oczami,  długimi  rzęsami, 

ikrzącymi  się  koralowymi  ustami  i  w  prześlicznych  białych  szpileczkach.  Odchrząknęła, 

próbując oderwać uwagę dziewcząt od wielkich nieobecnych. 

- Dziękuję - zaczęła. - Na wstępie chciałabym pogratulować mojej klasie. Udało nam 

się! - krzyknęła z przesadną radością. 

Ale żadna z jej cholernych koleżanek nawet na nią nie spojrzała. 

Kogo to obchodzi? Kogo to obchodzi? Kogo to obchodzi? Kończyła dziś szkolę, miała 

niesamowitego  chłopaka,  który,  tak  się  składa,  był  angielskim  lordem,  a  na  jesieni  szła  do 

Yale.  Tylko  to  się  liczy,  powiedziała  sobie,  kontynuując  mowę.  I  to,  że  prezentowała  się 

naprawdę  rewelacyjnie  w  eleganckim  kostiumie  Oscara  de  la  Renty,  podczas  gdy  reszta 

dziewczyn wyglądała jak na chrzcie w swoich białych, falbaniastych sukienkach. 

- Teraz  czeka  nas  college,  a  my  nadal  się  przyjaźnimy  -  stwierdziła  z  determinacją 

Blair. 

Aha, akurat. 

background image

och, miejsca do których si

ę

 udacie - lub nie 

Tam, da da da, tam, tam... 

W  szkole  Świętego  Judy  nie  zawracali  sobie  głowy  wynajmowaniem  kościoła  lub 

ustawianiem  chłopców  według  wzrostu.  Zorganizowano  skromną,  poważną  uroczystość  w 

sali gimnastycznej, złożono chłopcom najlepsze  życzenia i wysłano  w dalszą drogę.  Zwykle 

przestronna sala wyglądała na mniejszą, gdy wypełniły ją składane krzesła, matki w żakietach 

od  Chanel  i  lnianych  spódnicach  przed  kolano,  oraz  ojcowie  w  letnich  garniturach  z  szarej 

flanelki od Brooks Brothers. Nate czekał na ten dzień od zawsze, więc dla uczczenia okazji, 

on  i  jego  koledzy  ujarali  się  wcześniej  w  domu  Charliego.  Potem  włożyli  bordowe  szkolne 

krawaty i granatowe wełniane marynarki, z głupimi mosiężnymi guzikami, których już nigdy 

więcej nie będą musieli wkładać i poszli. 

Nate zerknął przez ramię na rodziców, którzy siedzieli sztywno w szóstym rzędzie po 

drugiej  stronie  przejścia.  Kapitan  Archibald  wyłowił  go  wzrokiem  i  ze  złością  zamachał 

programem,  wskazując  palcem  na  listę  uczniów.  Szpakowate  brwi  miał  zmarszczone  w 

gniewie. 

Nate  podniósł  egzemplarz,  który  upadł  mu  między  jasnobrązowe  zamszowe  buty  -  i 

zaczął  przeglądać,  żeby  zorientować  się,  o  co  chodzi  ojcu.  Nazwiska  czterdziestu  trzech 

chłopców wydrukowano elegancko granatowym tuszem w dwóch zwięzłych kolumnach. Przy 

pierwszym  nazwisku  znajdowała  się  gwiazdka,  a  na  samym  dole  strony,  tuż  obok  podobnej 

gwiazdki  znajdowała  się  adnotacja:  „dyplom  wstrzymany”.  Nate  zmrużył  oczy,  myśląc,  że 

może to jego kompletnie ujarany mózg piata mu figle, ale wszystko się zgadzało. Obok jego 

nazwiska  znajdowała  się  gwiazdka. 

NATHANIEL  FITZWIL  LIAM  ARCHIBALD

*

.  DYPLOM 

WSTRZYMANY. 

Ok... 

Ojciec Mark, niegdyś pastor, który był dyrektorem Szkoły Świętego Judy od bez mała 

sześćdziesięciu  lat,  zgarbił  się  nad  pulpitem  podium,  które  ustawiono  na  przedzie  sali  i  z 

drżącymi rękami zaczął odczytywać nazwiska chłopców. Nate oczywiście był pierwszy. 

- Nathaniel Fitzwilliam Archibald! 

Nate  wstał  i  ruszył  w  kierunku  podium,  wbijając  wzrok  w  czarne  i  niebieskie  linie 

wyznaczające pola gry do kosza i ho keja halowego. 

background image

- Gratulacje, stary - szepnęło sarkastycznie paru chłopaków. 

Nate poczuł, jak kark pali go ze wstydu. Obok jego nazwiska umieszczono gwiazdkę. 

Ojciec  Mark  wręczył  mu  obwolutę  ze  sztucznej,  granatowej  skóry  i  uścisnął  rękę, 

jakby nigdy nic. Nate obrócił się i ruszył z powrotem na swoje miejsce, prawie wpadając na 

tunera Michalesa, który stał w przejściu w tej swojej cholernej, czerwonej wiatrówce. Złapał 

Nate'a za rękaw i nachylił mu się do ucha: 

- Wiem, gdzie cię szukać, chłopcze. 

Potem poklepał go szorstko po ramieniu i puścił. 

- Och,  czy  to  nie  słodkie  -  rozczuliła  się  jedna  z  matek,  biorąc  groźbę  trenera  za 

gratulacje. 

Nate wrócił na miejsce zlany potem. Nic mógł złapać tchu. 

- Anthony  Arthur  Avuldsen!  -  wychrypiał  stary  dyrektor,  niecierpliwie  wymachując 

granatową obwolutą z dyplomem Anthony'go nad łysą głową. 

Anthony  przełazi  nad  odzianymi  w  spodnie  khaki  kolanami  Nate'a,  siląc  się  na 

skupienie. Był kompletnie ujarany. Nate poklepał przyjaciela po umięśnionych plecach. 

- Udało ci się - mruknął słabo, czując znajome dławienie w gardle i wzbierające łzy. 

- Charles  Cameron  Dern!  -  wychrypiał  ojciec  Mark.  -  Stary  -  mruknął  Charlie  do 

Nate'a, gdy przeciskał się obok - co jest z tą gwiazdką? 

Nate  był  za  bardzo  zbity  z  tropu,  żeby  płakać.  Siedział  bez  czucia,  odrętwiały  po 

trawie. Wściekłe spojrzenie ojca wypalało mu dziurę w plecach, a koledzy odbierali dyplomy. 

Granatowa,  skórzana  obwoluta  leżała  zamknięta  na  jego  kolanach.  Uchylił  ją  odrobinę.  Tak 

jak przypuszczał, była pusta. 

O kurczę. 

Dokładnie  za  plecami  ojca  Marka  znajdowały  się  czarne,  metalowe  drzwi  z  białym 

napisem  Sekcja  Wychowania  Fizycznego.  Nate  gapił  się  na  nie,  mrugając  w  zamyśleniu 

błyszczącymi zielonymi oczami. Czy ta gwiazdka miała coś wspólnego z viagrą trenera? 

W końcu zaczął łapać! 

background image

D przydałoby si

ę

 troch

ę

 wi

ę

cej miło

ś

ci 

- Podsumowując - komu potrzebny jest college? A przynajmniej już teraz? Mam całe 

życie,  żeby  zdobyć  wykształcenie.  Jak  napisał  kiedyś  John  Lennon  w  piosence  Beatlesów 

Love is all you need. Trzeba ci tylko miłości. 

Dan  przyjrzał  się  słuchaczom,  gdy  skończył  przemawiać  i  stał  za  drewnianym 

pulpitem na scenie. Mało oficjalne rozdanie dyplomów w szkole średniej Riverside odbywało 

się  w  szkolnej  auli  i  przypominało  trochę  kiepskie  przedstawienia,  które  kółko  teatralne 

wystawiało  dwa  razy  do  roku.  Za  jego  plecami,  na  składanych  krzesełkach  siedziało 

czterdziestu jeden kolegów, wszyscy z ustami rozdziawionymi ze zdziwienia i szoku. Nawet 

Larry,  ich  opiekun,  który  zawsze  starał  się  robić  za  równiachę,  chichotał  nerwowo,  zerkając 

na trzydzieści rzędów pedagogów, rodziców i krewnych, którzy siedzieli w szarych kinowych 

fotelach poniżej i zastanawiając się jak im wytłumaczyć, że przemowa Dana to jeszcze jeden 

głupawy dowcip, jakie często wycinali z chłopcami. 

W  ostatnim  rzędzie,  z  nisko  spuszczoną  głową  siedział  Rufus.  Kędzierzawe, 

szpakowate  włosy  związał  odświętną  pomarańczową  wstążką  zdjętą  z  butelki  szampana 

Veuve Cliequot, którego kupił, aby mogli go wypić po uroczystości. Jenny trzymała ojca za 

rękę. Podniosła smutne brązowe oczy i odszukała spojrzenie Dana ponad rzędami głów. „Ty 

dupku, jak mogłeś to zrobić naszemu kochanemu, poczciwemu tacie?”, wydawało się mówić 

jej spojrzenie. „Na wypadek, gdybyś zapomniał - wykształcenie jest dla niego wszystkim”. 

Dan  pozostał  na  scenie,  aby  odebrać  nagrodę  imienia  E.  B.  White'a,  którą  Riverside 

przyznawało za wybitne osiągnięcia literackie. 

- Gratulacje,  synu.  -  Doktor  Nesbitt,  sepleniący  młody  dyrektor  o  wyglądzie 

rosyjskiego łyżwiarza figurowego, wręczył Danowi rulon pergaminu i uścisnął dłoń, podczas 

gdy fotograf robił zdjęcia. 

Doktor  Nesbitt  był  ojcem  jednego  z  młodszych  uczniów  i  od  półtora  roku  pełnił 

funkcję  dyrektora  szkoły.  Objął  ją  po  panu  Coobiem,  który  został  usunięty  po  tym,  jak  sam 

uparł się nauczać wychowania seksualnego w piątej klasie, zamiast zatrudnić fachowca. 

Kiedy  Dan  przyjmował  nagrodę  i  wracał  na  miejsce,  towarzyszyły  mu  wątłe  i 

sporadyczne  oklaski.  Po  takiej  mowie  trudno  się  było  dziwić.  Nie  słuchać  nauczycieli? 

background image

Pozwolić,” aby nauczycielem była miłość i iść za głosem serca? Trzeba ci tylko miłości? 

Że co proszę??! 

- A teraz czas na dyplomy - ogłosił doktor Nesbitt i widownia z zapałem poruszyła się 

w fotelach. 

Żaden  z  chłopców  nie  miał  nazwiska  zaczynającego  się  na  A,  więc  pierwszy  był 

Chuck Bass. Cały ubrany był w kremowy len, łącznie z szytymi na miarę butami od Hogana. 

Nawet  podeszwy  miał  z  kremowej  gumy.  Z  przylizanymi  ciemnymi  włosami  i  opaloną, 

przystojną  twarzą  prezentował  się  całkiem  nieźle  -  jak  hollywoodzki  gwiazdor  z  lat 

czterdziestych.  Chuck  wsunął  pod  pachę  schowany  w  obwolutę  z  brązowej  skóry  dyplom, 

wyciągnął z kieszeni marynarki kubańskie cygaro i włożył je sobie do ust. 

Już miał się obrócić i zejść ze sceny, gdy doktor Nesbitt wyrwał mu cygaro, wytarł o 

spodnie i włożył do ust. 

- Muszę  mieć  co  zagryzać,  żeby  przebrnąć  przez  te  wszystkie  nazwiska  -  zażartował 

do mikrofonu, a rodzice ryknęli w odpowiedzi śmiechem. 

Doktor Nesbitt stał się tak lubiany, odkąd przyjął rolę dyrektora, że chwilowo musiał 

zamknąć  swoją  praktykę  psychiatryczną,  ponieważ  szkoła  nie  potrafiła  znaleźć  następcy, 

który cieszyłby się podobną sympatią. 

- Świetna mowa. palancie - syknął Chuck, potykając się o stopy Dana, gdy wracał na 

miejsce.  -  Idź  za  głosem  serca?  Czy  to  znaczy,  że  uciekniemy  razem  do  Vegas  zaraz  po 

uroczystości? 

Dan  oparł  się  nagłej  pokusie  przyłożenia  Chuckowi  mokasynem  w  podbrzusze.  Nie 

pomyślał  wcześniej,  jak  jego  słowa  mogą  odebrać  inni.  Wiedział  tylko,  że  pisał  je  z  głębi 

serca, z myślą o tylko jednej osobie, Vanessie. 

- Dobra  robota  -  zadrwił  Zeke  Freedman,  kiedy  przechodził  obok  Dana  w  drodze  na 

scenę. 

Zeke i Dan byli najlepszymi kumplami, dopóki Vanessa nie została jego dziewczyną i 

Dan  zapomniał  o  wszystkim  i  wszystkich  poza  nią.  Zeke  był  maniakiem  komputerowym  i 

niesamowicie  cieszył  się  z  faktu,  że  dostał  się  do  MIT

.  Nie  trudno  więc  było  zgadnąć,  że 

przemowa Dana raczej go nic zachwyciła. 

Dan  zerknął  znowu  na  swoją  rodzinę.  Jenny  obejmowali  teraz  ojca,  którego  ramiona 

drżały od szlochu. Inni rodzice myśleli pewnie, że Rufus łka ze wzruszenia, ale Dan wiedział 

                                                 

  Massachusetts  Institute  of  Technology  -  jedna  z  najsłynniejszych  i  najbardziej  prestiżowych  uczelni 

technicznych w USA (przyp. tłum.). 

background image

lepiej. Może powinien ostrzec tale i powiedzieć wcześniej, że nie wybiera się do Evergreen w 

przyszłym roku. 

Może. 

- Daniel Jonah Humphrey - zawołał doktor Nesbitt. 

Dan poruszył się niespokojnie na krześle. Czy nie dość czasu spędził już na scenie? Po 

chwili zerwał się z trzeciego miejsca, złapał dyplom z rąk dyrektora i popędził z powrotem, 

jakby  bał  się,  że  koledzy  mogą  go  obrzucić  pomidorami.  Jenny  myślała,  że  rozdanie 

dyplomów Dana będzie względnie bezbolesne i nudne. Nie miała nawet nie przeciwko, kiedy 

tata  przełożył  jej  odlot  do  Pragi  z  wczoraj  na  jutro  rano,  żeby  mogła  być  na  rozdaniu.  Dan 

odebrałby  dyplom,  podczas  gdy  ona  i  Rufus  szeptaliby  do  siebie,  przeszkadzając  jego 

nudnym  kolegom  z  klasy.  Potem  poszliby  na  chińskie  żarcie  do  ulubionej  knajpy  Dana  na 

Broadwayu,  a  później  zaciągnęłaby  brata  na  imprezę  do  Blair  Waldorf,  która  podobno 

zapraszała  wszystkich  do  Yale  Club.  Jenny  zdecydowanie  nie  zamierzała  przegapić  takiej 

okazji. 

Zamiast lego jej rodzina była w stanie rozkładu, a ona okropnie się martwiła. 

Przestali być dla siebie mili z Danem po tym, jak Jenny spędziła noc w apartamencie 

w hotelu Plaza z członkami Raves, a później - tego samego dnia, kiedy wylali Dana - nagrała 

z  nimi  piosenkę.  W  domu  Dan  zachowywał  się  bez  zarzutu.  Był  publikowanym  autorem  i 

piątkowym  uczniem.  Miał  do  wyboru  kilka  college'ów  -  Brown,  Columbię,  NYU

  i 

Evergreen.  Ojciec  nieustannie  chwalił  się  osiągnięciami  syna.  Jenny  była  jeszcze  lepszą 

uczennicą,  ale  odkąd  pani  McLean  poprosiła,  aby  nie  wracała  do  Constance  w  przyszłym 

roku, czuła się jak rozwydrzona siostrzyczka Dana. Fakt, że nadopiekuńczy Rufus zgodził się 

na  szkołę  z  internatem,  mówił  wszystko  -  Dan  był  tym  dobrym  dzieciakiem,  a  ona  tym 

niegrzecznym. 

Ale  teraz  proszę:  trzymała  tatę  za  rękę  i  udawała,  że  jest  całkiem  spokojna  i 

zrównoważona,  podczas  gdy  sama  zastanawiała  się,  co  zrobi  ze  sobą  w  przyszłym  roku. 

Gdyby  tylko  mogła  pójść  do  Evergreen  zamiast  Dana.  Podobno  to  uczelnia  dla  artystów, 

pewnie dobrze by sobie tam radziła. 

Bardzo szkoda, że nie mają tam dziesiątej klasy. 

                                                 

 NYU - New York Univeisity - Uniwersytet Nowojorski (przyp. tłum.). 

background image

A czyta w V jak w otwartej ksi

ę

dze 

Chociaż  bezwstydnie  go  zdradzała,  a  pomysł  włóczęgi  po  kraju  nie  wydawał  się  jej 

najlepszym  sposobem  spędzenia  czasu,  Vanessa  była  gotowa,  kiedy  Aaron  podjechał 

czerwonym  saabem.  Po  prostu  nie  mogła  go  zawieść.  Gdyby  to  zrobiła,  musiałaby 

opowiedzieć  mu  o  swoim  wyjątkowo  odrażającym  zachowaniu,  a  nie  potrafiłaby,  bo 

naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego zachowała się w ten sposób. Może po prostu była... 

Szurnięta? 

- Już schodzę! - zawołała, gdy zadzwonił z dołu. 

- Nie, wpuść mnie, wchodzę na górę - odparł. 

Vanessa powinna się była domyślić”, że coś się stało, gdy wszedł i nie pocałował jej 

na  powitanie.  Na  dole,  Mookie,  wielki,  brązowo  -  biały  bokser  Aarona,  szczekał  z  zapałem 

przez otwarty szyberdach saaba. 

Aaron  nosił  zielone  paciorki  w  krótkich  szorstkich  włosach.  Nagle  Vanessa 

zauważyła, że zdążyły mu już odrosnąć prawie trzycentymetrowe dredy. Kiedy to się stało? 

- Bogu dzięki, że Blair też ma dzisiaj rozdanie dyplomów - stwierdził. - Mój ojciec nie 

miał  nic  przeciwko,  żeby  iść  na  jej  zakończenie  zamiast  na  moje.  -  Poklepał  się  po 

kieszeniach  krótkich  bojówek.  -  Hm...  -  zaczął,  rozglądając  się  nerwowo  po  pokoju.  -  Hej, 

ładna sukienka! 

Sukienka Morgane Le Fay wisiała na szafie w salonie. 

Vanessa wzruszyła ramionami. 

- Zwracam ją. 

Aaron podszedł do szafy, zdjął wieszak z drążka i zakręcił nim, żeby lepiej przyjrzeć 

się sukience. 

- Włóż ją - zasugerował. 

Pokręciła głową. 

- Już  ją  parę  razy  przymierzałam.  Poza  rozdaniem  dyplomów  i  tak  nie  będę  miała 

gdzie jej nosić. 

Aaron nadal trzymał sukienkę. 

- Słuchaj - zaczął - jakoś myślę, że to nic jest najlepszy pomysł, żebyś ze mną jechała. 

background image

Przede  wszystkim  Mookie  zajął  prawie  cale  wolne  miejsce  w  samochodzie.  Poza  tym...  tak 

jakby wiem, że od jakiegoś czasu ty i Dan... spotykacie się Często. 

Tak jakby. 

Vanessa skrzyżowała ręce na piersi. Nagle poczuła się trochę za duża, za głupia, za... 

sama nie bardzo wiedziała, co. Wiedział'? Ale przecież byli z Danem tacy dyskretni. 

Uważasz, że uprawianie seksu na dachu w biały dzień jest dyskretne?! 

- Przepraszam. - Tylko tyle zdołała wydusić. 

Nic więcej nie przychodziło jej do głowy. 

- W porządku. Ale powinnaś była mi powiedzieć, kiedy próbowałem ci to dać. - Aaron 

wyciągnął tandetny srebrny pierścionek ze złączonymi sercami. - Znalazłem to w szufladzie z 

łyżkami. 

Nie  wyglądał  na  specjalnie  rozgniewanego,  przez  co  Vanessa  poczuła  się  jeszcze 

gorzej. Najwyraźniej poświęcała mu tak mało uwagi, że miał czas wszystko sobie przemyśleć 

i przeboleć. Ale poza tym, że czuła się potwornie, ogromnie jej ulżyło. 

Aaron znowu zakręcił sukienką. 

- Myślę też, że wcale nie chcesz odpuszczać sobie rozdania dyplomów. Uwielbiasz te 

dziewczyny - dodał delikatnie, co zabrzmiało tylko trochę gejowsko. 

- Taaak - zgodziła się sarkastycznie, ale znowu poczuła ulgę. 

Będzie mogła włożyć sukienkę, chociaż niby nie cierpiała bieli. Będzie  mogła usiąść 

obok  Blair  i  nabijać  się  z  pani  M  i  w  końcu  skończyć  szkolę.  A  potem  całą  klasa  pójdą  się 

upić, chociaż niby wszystkie tak się nienawidzą. 

No dobra, może trochę lubiła te dziewczyny. 

Aaron zamachał jej sukienką przed nosem. 

- Wiesz, że chcesz. 

Vanessa parsknęła i wyrwała mu sukienkę, obejmując go przy okazji. 

- Nie myśl sobie, że uda ci się uciec bez buziaka na pożegnanie. Nie wiem, kiedy cię 

znowu zobaczę. 

Pocałowała go szybko w usta, a potem przycisnęła czoło do jego ciepłego, znajomego 

ramienia. Cała była kłębkiem nerwów. Zrywała z chłopakiem, miała odebrać dyplom i iść na 

szaloną  imprezę.  A  potem  jeszcze  czekały  na  nią  całe  cztery  lata  na  NYU  i  żadnych  więcej 

głupich mundurków! 

Hurra! Ale czy o kimś nie zapomniała? 

Vanessa  przebrała  się  przy  Aaronie.  Skoro  zerwali,  czuła  się  prawie  tak,  jakby  byli 

rodzeństwem. Nadal go kochała i pewnie zawsze tak będzie, ale w miłości piękne jest to, że 

background image

się rozwija. 

Miejmy nadzieję, że będzie o tym pamiętać. 

- I jak? - zapytała, obracając się w sandałach Blair. 

Aaron wzdrygnął się. jakby samo patrzenie na nią, gdy była tak niesamowicie piękna, 

bolało. Wyciągnął rękę. 

- Chodź, W radiu mówili, że w metrze są straszne tłumy. Odwiozę cię. 

Och. Jak to jest, że chłopcy robią się o wiele słodsi, gdy już z nimi zerwiemy? 

background image

kim jest ta dziewczyna? 

- I  dlatego  właśnie  stoję  tu  dziś  przed  wami  w  szpilkach  z  limitowanej  kolekcji 

Manolo Blahnika i szytym na miarę kostiumie Oscara de la Renty - oznajmiła z pobłażliwym 

uśmiechem  Blair  na  zakończenie  mowy.  -  Nie  pozwólcie,  aby  ktokolwiek  wmówił  wam,  że 

trzeba być zadowolonym z tego, co się ma. Zawsze jest więcej do zdobycia i nie ma powodu, 

abyście nie miały tego mieć. 

Wszyscy  w  kościele  zachowali  uprzejme  milczenie,  jakby  nie  byli  do  końca  pewni, 

czy skończyła już mówić, czy nie. 

Nie żeby ktoś specjalnie jej słuchał. 

- Czy to naprawdę ona? - szepnęła do Isabel Coates Kati Farkas. 

Wyciągnęły  szyje  ponad  głowami  koleżanek,  żeby  przyjrzeć  się  Vanessie,  która 

właśnie pojawiła się w jednym z bocznych wejść. Miała zaróżowioną, promienną twarz, a jej 

suknia  była  olśniewająco  biała.  Miała  też  wspaniałe  sandały  na  klinie,  u  jej  drobne, 

siateczkowe  rękawiczki  były  po  prostu  zachwycające.  Tak  bardzo  różniła  się  od  swojego 

normalnego, pochmurnego i ciemnego wizerunku, że trudno ją było rozpoznać. 

- Taaak,  właściwie  wygląda  całkiem...  dobrze  -  przyznała  z  niechęcią  Isabel.  - 

Oczywiście,  to  Blair  wybrała  jej  sukienkę.  Inaczej  pewnie  przyszłaby  owinięta  w  białe 

prześcieradło. 

Vanessa rzeczywiście miała taki pomysł, ale w sukience Morgane Le Fay wyglądała o 

niebo lepiej. 

- To wszystko - ogłosiła tymczasem Blair. 

Rozejrzała się za panią M i wtedy zauważyła Vanessę. W pierwszej chwili zmrużyła z 

wyrzutem oczy, żeby pokazać, jaka była wściekła z powodu jej spóźnienia. Ale zaraz potem 

uniosła  do  góry  oba  kciuki,  dając  przyjaciółce  do  zrozumienia,  że  wygląda  niesamowicie. 

Widownia zdobyła się na słabe oklaski, gdy Blair wracała na miejsce. 

- Dziękujemy ci, Blair. - Pani M wróciła na podwyższenie. - A teraz chwila, na którą 

wszyscy  czekaliśmy.  Mam  wielką  przyjemność  wręczyć  wam  dyplomy.  Vanesso  Marigolu 

Abrams,  nie  szukaj  miejsca.  Jesteś  pierwsza.  -  Posłała  Vanessie  jeden  ze  swoich  słynnych, 

ciepłych uśmiechów, wybaczając swojej najbardziej ekscentrycznej uczennicy, że przegapiła 

background image

połowę uroczystości. 

Marigold

?! Tak to jest, kiedy twoi rodzice są hipisami i artystami. 

Vanessa  podeszła  dumnym  krokiem  w  swoich  rewelacyjnych  butach,  z  uszami 

płonącymi  na  dźwięk  jej  kretyńskiego  drugiego  imienia,  ze  łzami  w  oczach  i  sercem 

przepełnionym  miłością  dla  wszystkich,  łącznie  z  panią  M.  Nic  mogła  uwić  rzyć,  że  prawie 

przegapiła  tę  chwilę.  Ściskając  bordową,  skórzaną  okładkę  dyplomu,  z  bryzowymi  oczami 

lśniącymi od łez wzruszenia, uściskała dyrektorkę niczym odnalezioną po latach krewną. 

- Mam  również  wielką  przyjemność  wręczyć  ci,  Vanesso  Marigold,  nagrodę  imienia 

Georgii  O'Keeffe  za  wybitne  osiągnięcia  artystyczne  -  oznajmiła  pani  M.  Założyła  Vanessie 

na szyję błękitna, satynową wstęgę. Zwisał z niej złoty medal z wytłoczonym na nim makiem 

Georgii O'Keeffe, który powszechnie kojarzył się z waginą. - Moje gratulacje. 

Vanessa zeskoczyła z podwyższenia i ruszyła główną nawą kościoła do trzeciej ławki, 

gdzie siedziała Blair. 

- Mogę tu usiąść? 

- Przesuń się - poleciła Rain Blair. Rain miała na sobie białą, liniową sukienkę, która 

wyglądała jak przerośnięte tulu z Jeziora łabędziego. - Twoja sukienka nie potrzebuje aż tyle 

miejsca. 

- Isabel Siobhan Coates! - zawołała pani M, trzymając dyplom dla Isabel. 

Vanessa wcisnęła się obok Blair i zabrała jej z ręki program. 

- Cholera. Przykro mi, że przegapiłam twoją mowę. 

Wcale nie było jej przykro. 

- Nie szkodzi. - Blair poprawiła sukienkę Vanessy. - Powiedz, że nie podoba ci się, a 

normalnie cię zabiję. Powinnaś ubierać się na biało codziennie. 

Vanessa otarła łzy kciukami i otworzyła bordową okładkę dyplomu. 

- Tylko popatrz. - Westchnęła. 

Dziewczyny  przyjrzały  się  pergaminowi  z  wydrukowanym  imieniem  i  nazwiskiem 

Vanessy,  datą,  nazwą  szkoły  i  całym  mnóstwem  łaciny.  Wyglądał  strasznie  oficjalnie  a 

jednocześnie zupełnie błaho. To po to były te wszystkie łata noszenia mundurka i odrabiania 

zbyt wielu prac domowych? 

Vanessa  zamknęła  okładkę  i  przycisnęła  dyplom  do  piersi.  Nieważne  -  udało  jej  się! 

Cała  przyszłość  była  przed  nią.  Wybierze  wszystkie  kursy  filmowe,  jakie  mają  na  NYU, 

zostanie  słynnym  reżyserem  kina  niezależnego,  i  to  przez  duże  N  –  nie  jak  jej  były  mentor, 

                                                 

 marigold (ang.) - nagietek (przyp. tłum.). 

background image

Ken  Mogul,  który  sprzedawał  się  tym  filmem  z  nastolatkami  kręconym  w  Barneys.  To 

dobrze,  że  Aaron  z  nią  dzisiaj  zerwał,  bo  teraz  była  wolna.  Mogła  spotykać  się  z  różnymi 

interesującymi ludźmi z całego świata i eksperymentować ze związkami. W końcu po co się 

idzie do college'u? 

Taaak. Ale zapytam raz jeszcze - czy ona przypadkiem o kimś nie zapomniała?? 

background image

kto

ś

 mógłby powiedzie

ć

, ze jej nazwisko zaczyna si

ę

 na W 

- Serena Caroline van der Woodsen! - zawołała pani M. 

- Cholera - mruknęła pod nosem Blair. 

Do  cholery,  gdzie  ona  się  właściwie  podziewała?  Blair  zerknęła  do  tyłu  na 

pozostałych  van  der  Woodsenów.  Wyglądali  na  podekscytowanych  i  radosnych.  Nie  do 

wiary, nadal do nich nie docierało, że Sereny nie ma. 

- Serena? Czy jest Serena? - zapytała dyrektorka, rozglądając się po kościele mglistym 

wzrokiem. - Czy ktoś widział Serenę? 

Śliczna  blondynka,  która  nigdy  tak  naprawdę  nie  wykorzystała  swojego  potencjału, 

zawsze  spóźniała  się  na  poranne  apele.  Można  by  się  jednak  spodziewać,  że  tym  razem 

zmobilizuje się i zjawi punktualnie. 

Dziewczyny  zaczęły  szeptać  miedzy  sobą.  Nikt  nie  odpowiedział  dyrektorce.  Blair 

znowu  zerknęła  na  rodzinę  Sereny.  Wyglądali  na  zakłopotanych,  chociaż  van  der 

Woodsenowie  nigdy  nie  tracili  zimnej  krwi.  Erik  skinął  milcząco  na  Blair,  Żeby  odebrała 

dyplom za przyjaciółkę. 

- Blair Comelia Waldotf - ogłosiła surowym tonem pani M. 

Nigdy  jeszcze  żadna  uczennica  Constance  nie  opuściła  rozdania  dyplomów. 

Dyrektorka  była  zła,  naprawdę  zła.  Pozwoliła  Serenie  wrócić  do  szkoły,  po  tym  jak 

wyrzucono  ja  ze  szkoły  z  internatem,  a  ona  nie  raczyła  się  nawet  zjawić  na  zakończenie 

szkoły? 

Bogu  dzięki,  nazwisko  Blair  było  na  W,  zaraz  po  V  Serceny.  Właściwie  to  ktoś 

mógłby powiedzieć, że nazwisko Sereny zaczynało się na W i powinno wypadać po nazwisku 

Blair Nie żeby miało to jakieś znaczenie, albo ktoś się tym przejmował. 

Blair podeszła do podwyższenia i odebrała dyplom. 

- Wezmę też Sereny - wyszeptała, mając nadzieję, że mikrofon nie wychwyci jej słów. 

Pani M uśmiechnęła się sucho i machnęła ręką. 

- To nie będzie konieczne - odparła, kiwając głową w kierunku wejścia. 

Blair  odwróciła  się  i  zobaczyła  Serenę  biegnącą  główną  nawą  w  jej  kostiumie  - 

dokładnie takim samym białym, satynowym kostiumie Oscara de la Renty, jaki miała na sobie 

background image

Blair  Ponieważ  Serena  była  praktycznie  od  niej  prawie  o  głowę  wyższa,  a  obie  ważyły  tyle 

samo,  kostium  wyglądał  na  niej  lepiej,  chociaż  biegła  boso,  była  potargana  i  zapomniała 

rękawiczek. 

- Przepraszam,  pani  M!  -  zawołała  zdyszana  Serena,  czarując  dyrektorkę  swym 

słynnym  uśmiechem,  który  podbijał  wszystkich,  od  awangardowych  artystów  po 

pracowników billi rekrutacji Yale,  Brown i Harvardu, i gdzie tam jeszcze złożyła podanie.  - 

Proszę tylko pomyśleć. To już ostatni raz, kiedy się spóźniłam! 

Blair miała ochotę zdzielić ją za to, że jest taka Słodki w chwili, kiedy powinna palić 

się  ze  wstydu.  Przecież  Serena  prawdopodobnie  oblałaby  chemię  i  w  ogóle  nie  dostała 

dyplomu,  gdyby  nie  jej  pomoc.  Aż  skręcało  ją  na  myśl,  jak  musiały  wyglądać,  stojąc  obok 

siebie  w  identycznych  kostiumach.  Ludzie  pomyślą,  że  kupowały  je  razem  albo  coś.  Jedno 

było pewne  - Blair zmusi Serene, żeby przebrała  się przed wieczorną imprezą w Yale Club. 

Nie  ma  mowy,  żeby  pozwoliła  Marcinowi  zobaczyć,  o  ile  lepiej  Serena  wygląda  w  tym 

cholernym kostiumie. 

Pani  M  miała  dość.  Jeszcze  pół  godziny  ściskania  dłoni  rodziców  i  opowiadania 

durnych anegdotek o ich słodkich, inteligentnych córeczkach, a potem jedzie do Woodstock, 

żeby przez resztę lata patrzeć jak Vonda pieli grządki z pomidorami w haftowanym topie bez 

pleców, który pani M kupiła jej na festynie rękodzieła w zeszły weekend. 

- Usiądźcie, dziewczęta - poleciła, odsyłając Blair i Serenę. 

Podeszły do ławki. Serena nie miała miejsca, więc przysiadła Vanessie na kolanach. 

- Macie  moje  błogosławieństwo.  -  Pani  M  posłała  uczennicom  całusa.  -  A  teraz, 

ogłaszam koniec zajęć! 

Hurrrrraaaa! 

background image

jej serce nale

ż

y ju

ż

 do innego 

Po  uroczystości  Nate  pociągnął  parę  dymków  z  fajki  z  trawką  razem  z  innym 

chłopcami  w  sali  bilardowej  u  Jeremy'ego,  ale  sercem  był  całkiem  gdzie  indziej.  Oni 

skończyli szkołę średnią, a on miał „wstrzymany dyplom”. Cokolwiek to do cholery znaczyło. 

Zostawił  ich,  by  świętowali  bez  niego,  a  sam  powlókł  się

 

Osiemdziesiątą  Szóstą  w 

stronę domu. Cieszył się, ze rodzicu tak się wściekli za tę cholerną gwiazdkę, że pojechali na 

tydzień prosto na Mount Desert Island i zostawili go w spokoju. Gdy znalazł się z powrotem 

w  swoim  pokoju,  zaczął  grzebać  w  cedrowej  garderobie.  Na  półce  nad  drążkiem  z 

wieszakami,  obok  kretyńskiego  hełmu  Dartha  Vadera,  który  nosił  na  Halloween  dwa  lata  z 

rzędu,  w  czwartej  i  piątej  klasie,  stała  mahoniowa  szkatułka  z  mosiężnym  zamkiem. 

Podarował  mu  ją  wuj  Gerard,  gdy  Nate  miał  osiem  lal.  Teraz  przechowywał  w  niej  stare 

fotografie. Złapał się drążka jedną ręką i zapierając się, wspiął po ścianie garderoby, próbując 

ściągnąć to cholerstwo. 

Szkatułka  spadła,  a  jej  zawartość  rozsypała  się  po  podłodze.  Na  jednym  ze  zdjęć 

widać było Nate'a jak stoi na kutrze rybackim w Zatoce Księcia Williama na Alasce, dwa lata 

temu  w  sierpniu  i  obejmuje  ojca.  Obaj  szczerzą  zęby  jak  frajerzy  ubrani  w  brudne,  żółte 

sztormiaki. To były najprzyjemniejsze chwilę, jakie kiedykolwiek razem spędzili. Łowili ryby 

o  jedenastej  wieczorem,  w  otoczeniu  majaczących  w  oddali  lodowców,  a  potem  wspólnie 

popijali szkocką z piersiówki w drodze powrotnej do portu. Nate znalazł też zdjęcia z Blair. 

On  wyglądał  na  znudzonego,  sennego  i  zakłopotanego  z  głową  opartą  na  jej  różowych 

poduszkach.  Ją  rozpierała  energia,  gdy  z  policzkiem  przyciśniętym  do  jego  ucha,  robiła  im 

zdjęcie wyciągniętym na odległość ręki aparatem. 

Potem  znalazł  zdjęcie  eleganckiej,  opalonej  stopy  Sereny,  na  której  napisała 

fioletowym flamastrem Tęsknię. Przesłała mu tę fotkę w zeszłym roku, kiedy była jeszcze w 

szkole z internatem, Nate zatrzymał ją. Uwielbiał ten seksowny srebrny pierścionek na palcu 

jej  stopy  i  świadomość,  że  sama  podarowała  mu  to  zdjęcie,  chociaż  nie  dołączyła  do  niego 

żadnego listu, adresu zwrotnego, nic. Obracał teraz fotografię w dłoniach, próbując przywołać 

to mrowiące uczucie podniecenia, które czuł, gdy dostał zdjęcie pocztą, ale teraz była to tylko 

stara, głupia fotka i niczego w nim nie przywoływała. 

background image

Spojrzał  znowu  na  zdjęcie  z  Blair.  Tęsknił  za  tym,  jak  włóczyli  się  razem,  robiąc 

różne  wygłupy.  Na  przykład,  wypijali  za  dużo  wódki  z  tonikiem  przed  pójściem  do  kina,  a 

potem  uciekali  w  trakcie  zapowiedzi,  bo  nie  mogli  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Tęsknił  za 

zapachem jej nowych butów i ogórkowego balsamu do ciała. Za tym, jaka była seksowna, gdy 

się  wściekała.  Chciał,  żeby  siedziała  mu  na  kolanach,  żeby  trzymała  dłonie  w  jego 

kieszeniach.  Chciał,  żeby  dzwoniła  do  niego  o  siódmej  rano  w  niedzielę,  bo  znowu  się 

nakręciła i nie mogła się doczekać, aż on wstanie. 

Wrzucił  fotografie  z  powrotem  do  skrzynki  i  zamknął  wieko.  Na  wieszaku,  w 

plastikowym pokrowcu wisiał ciemnozielony kaszmirowy sweter, który Blair podarowała mu 

zeszłej  wiosny.  Pokojówka  wysiała  go  do  pralni  chemicznej,  żeby  Nate  mógł  go  zabrać  do 

Yale. Nate rozerwał torbę i pomacał wnętrze prawego rękawa. Nie, może to był lewy. O, jest. 

Maleńki, złoty wisiorek w kształcie serduszka, który Blair wszyła do rękawa, żeby Nate miał 

jej serce zawsze przy sobie. Pewnie myślała, że nie zauważył serduszka, ale nosił ten sweter 

tak często, że nie mógł się nie zorientować. Uwielbiał ten sweter. 

Wygląda na to, że jego uczucie wykraczało poza dzianinę. 

Łzy  zaczęły  mu  spływać  kącikami  zielonych  oczu,  gdy  wymacał  złote  serduszko 

palcami, a potem wyrwał je ze swetra. Telefon zadzwonił, nim zdążył zdecydować, co zrobić 

dalej. 

Miejmy nadzieję, że nic pochopnego. 

- Słucham? 

- To  był  dla  ciebie  ciężki  rok,  synu  -  warknął  trener  Michaels  z  drugiej  strony 

słuchawki. - Myślałem, że masz już za sobą te wygłupy z narkotykami. Ale musiałeś ukraść 

moją cholerną viagrę? Co z tobą, chłopcze? 

- Przepraszam  -  wymamrotał  Nate,  ledwo  słyszalnie.  Zaczął  płakać.  Nic,  co 

powiedziałby trener, nie mogło sprawić że poczuje się jeszcze gorzej. 

- Po  uroczystości  odbyłem  długą  rozmowę  z  doktorem  Nesbittem  i  twoim  ojcem  - 

ciągnął trener. - Masz fart, dzieciaku. 

Fart? Nie było to pierwsze słowo, jakie w tej chwili przychodziło Nate'owi na myśl. 

- Wstrzymanie dyplomu było tylko delikatnym klapsem, żebyś wiedział, że nie ujdzie 

ci  na  sucho  kradzież,  zwłaszcza  moich  leków.  Prawdziwa  kara  czeka  cię  latem.  Mam  w 

Hamptons  dom,  któremu  przydałby  się  remont.  Więc  jeśli  w  przyszłym  roku  chcesz  grać  w 

lacrosse'a dla Yale, musisz być moim chłopcem na posyłki tego lata.  Będziesz mieszkał nad 

garażem, pracował dla mnie, a w wolnym czasie będziesz chodził do kościoła na spotkania A 

A. 

background image

Nate  z  wysiłkiem  przełknął  ślinę.  Wyobrażał  sobie,  że  spędzi  leniwe  wakacje  w 

Maine,  opalając  się  i  pomagając  ojcu  przy  łodziach,  ale  nie  miał  innego  wyjścia.  Tego  lata 

musi popracować dla trenera w Hamptons. 

- Przepraszam,  trenerze.  Zachowałem  się  jak  ostatni  kretyn  -  powiedział  szczerze.  - 

Obiecuję, że to panu wynagrodzę. 

Trener Michaels zaśmiał się. 

- Więc przynajmniej będziesz kretynem z dyplomem! 

Nate  zmusił  się  do  śmiechu.  Wszystko  się  ułoży,  mówił  sobie.  Pod  koniec  lata 

dostanie dyplom. 

- Dzięki, trenerze. 

Odłożył słuchawkę i otworzył wilgotną dłoń. Spojrzał na zloty wisiorek. 

Cóż, pewne rzeczy na pewno się ułożą. 

Westchnął roztrzęsiony i wyczerpany  długim płaczem. Rzucił serduszko na starannie 

pościelone  łóżko,  a  potem  wrócił  do  buszowania  w  szafie.  O  siódmej  miał  spotkać  się  z 

Sereną na imprezie w Yale Club. Może ona coś wymyśli, żeby wszystko znowu było dobrze. 

Bez żadnej viagry. 

background image

J zdecyduje si

ę

 na nauk

ę

 w domu? 

- Chyba nie udało mi się wychować was jak należy. - Rufus westchnął ciężko, patrząc 

na kieliszek czerwonego wina. 

Jego zdaniem, w tym mieście człowiek miał następujący wybór. Mógł zaharować się 

na śmierć, żeby posłać dzieciaki do prywatnej szkoły, gdzie nauczą się kupować horrendalnie 

drogie  rzeczy  i  staną  się  snobami,  zadzierającymi  nosa  przed  ojcem,  ale  gdzie  poznają  też 

łacinę,  nauczą  się  recytować  Keatsa  i  rozwiązywać  równania  w  pamięci.  Albo  mógł  je  wy 

słać do szkoły publicznej, gdzie być może w ogóle nie nauczyłyby się czytać i której mogły w 

ogóle nie skończyć, pod warunkiem, że by ich nie zastrzelili. Myślał, że zrobił, co trzeba. A 

teraz wyglądało na to, że żadne z jego dzieci nie będzie się w przyszłym roku uczyć. 

- Tato,  to  nie  twoja  wina  -  przekonywał  Dan,  nawijając  na  widelec  makaron  z 

sezamem. 

Po uroczystości, Rufus i Jenny poszli z nim do Hunan 92 na rogu Dziewięćdziesiątej 

Drugiej  i  Amsterdam,  i  zaczekali  aż  kupią  sobie  coś  na  wynos.  Przez  całą  noc  pracował  ad 

mową,  pijąc  jedną  kawę  rozpuszczalną  za  dragą  i  paląc  camela  za  camelem.  Jeśliby  czegoś 

nie zjadł, nie wytrzymałby do żadnej imprezy. Teraz siedzieli w domu, w jadalni i gapili się 

na  siebie,  z  zamkniętą  butelką  szampana  na  stole.  Był  poniedziałek  i  dochodziła  dopiero 

czwarta - dziwna pora, żeby siedzieć razem w domu. 

- Przynajmniej dostał się do college'u - wtrąciła ponuro Jenny. 

Na  rozdanie  dyplomów  u  Dana  włożyła  nową,  obcisłą  sukienkę  od  Pucciego  w 

kolorze  lawendy  i  bladej  żółci.  Teraz  pod  każdą  kołyszącą  się  piersią  miała  wielkie  plamy 

potu.  Czuła  się  paskudnie  i  miała  żal  do  brata  i  ojca,  że  mają  równie  podły  humor  co  ona  i 

nawet  nie  próbują  jej  pocieszyć.  Zastanawiała  się,  czy  nie  zadzwonić  do  Elise,  ale 

przyjaciółka  wyjechała  do  domu  na  Cape  Cod  i  tylko  dobiłaby  Jenny,  smęcąc  z  powodu 

rychłego  rozstania.  O  ile  Jenny  gdziekolwiek  pojedzie  w  przyszłym  roku.  Na  razie 

zapowiadało się, że być może przyjdzie jej się uczyć w domu. 

Zerknęła  na  tatę.  Żeby  nie  odstawać  od  innych  ojców,  włożył  dziś  garnitur.  Szkoda 

tylko, że z czarnej wełny, zbyt ciepły jak na czerwiec, no i tragicznie gryzącej się z obcisłą, 

pomarańczową jak dynia koszulą, którą ojciec pożyczył od Dana. W gniewie zerwał z włosów 

background image

pomarańczową wstążkę i teraz jego szpakowate włosy zwinięte były w nieporządny kok pod - 

pięty  jaskrawoniebieskim  magnesem,  którym  przypinali  do  lodówki  ulotki  z  jedzeniem  na 

wynos. Jakby tego było mało, w brodzie miał pełno różowych nitek z ręcznika. 

Może nauka w domu to nie taki zły pomysł. 

- Nie  wybieracie  się  gdzieś  przypadkiem?  -  zapytał  Rufus,  dopijając  resztki  wina. 

Najwyraźniej dopiero się rozkręcał. 

- Daj  spokój,  tato  -  marudził  Dan.  -  To  nie  znaczy,  że  nigdy  nie  pójdę  do  college'u. 

Odłożyłem to tylko na rok i tyle. 

Rufus sięgnął po odkorkowaną butelką sangiovese stojącą pośrodku stołu i nalał sobie 

jeszcze trochę. 

- Wydaleni  osiemdziesiąt  tysięcy  dolarów  na  twoją  szkole  średnią.  wszystko 

pożyczone,  więc  pewnie  z  odsetkami  wyjdzie  dwa  razy  tyle.  Wybacz  więc.  że  nie  skaczę.  - 

Zmarszczył  gniewnie  szpakowate  brwi.  -  Czy  Vanessa  wie  o  twoim  pomyśle?  -  zapytał 

podejrzliwie. 

Dan  rozerwał  w  zębach  plastikową  torebkę  z  żarówiastopomarańczowym  sosem  do 

kaczki i polał nim sajgonki. 

- Niezupełnie. 

Jenny i Rufus spojrzeli po sobie zaskoczeni. 

Dan podniósł wzrok. 

- No co? 

- Idiota - szepnęła nad stołem Jenny. 

Pracowała  z  Vanessą  w  „Rancor”,  artystycznym  szkolnym  pisemku  i  spędziła  z  nią 

dość  czasu,  żeby  wiedzieć,  że  była  to  wyjątkowo  niezależna  osoba  i  szczeniackie,  ckliwe 

zagrania Dana zupełnie nie były w jej stylu. Poza tym czy ona nie spotyka się z przyrodnim 

bratem Blair Waldorf? 

- Idiota - powtórzyła. 

Rufus  nic  nie  powiedział.  Wziął  tylko  kieliszek,  wyszedł  z  jadalni,  poszedł  do 

gabinetu i z hukiem trzasnął drzwiami. 

Dan wzruszył ramionami i otworzył następną paczuszki; z sosem. 

- Naprawdę nie wiem, o co wam chodzi. 

Jenny  już  zamierzała  mu  powiedzieć,  jaki  z  niego  ograniczony,  arogancki  dupek, 

kiedy  jej  błękitna  nokia  rozdzwonili  się  pierwszymi  nutami  Sto  lat  Ravesów,  do  których 

nagrała  chórki.  Zagryzła  usta,  nadal  obserwując  Dana  z  wyrzutem  w  wielkich  brązowych 

oczach. 

background image

- To twój telefon, więc lepiej odbierz - rzucił jej z pełny mi ustami. 

- Odbieram.  -  Jenny  sięgnęła  do  swojej  podróbki  Louisa  Vuittona  i  odebrała  telefon. 

To pewnie Elise, dzwoni z Cape Cod, żeby pomarudzić, jak to ma dość wsuwania homarów z 

rodzicami. 

- Uprzedzam,  że  jestem  w  naprawdę  kiepskim  nastroju  -  powiedziała  na  powitanie 

Jenny. Po drugiej stronie słuchawki zapanowało milczenie. 

- Halo? - zapytała ostro Jenny. 

- Czy mówię z Jennifer Humphrey? - odezwał się uprzejmy męski głos. 

Ups. 

Wyprostowała się na krześle. 

- Przy telefonie. 

Jenny  przypominała  Danowi  kogoś,  ale  nie  bardzo  wiedział  kogo.  Może  ich  matkę? 

Tyle  że  jedyne  prawdziwe  wspomnienie  matki  miał  z  czasów,  gdy  był  pięcioletnim 

krasnalem,  a  ona  próbowała  nauczyć  go  wiązać  krawat.  Cały  czas  się  mylił,  bo  jej  perfumy 

były tak ostre, że kręciło mu się od nich w głowie. 

- Mówi  Thaddeus  Moore,  dyrektor  biura  rekrutacji  w  szkole  średniej  Waverly  - 

przedstawił się mężczyzna. - Czy ma pani chwilę? 

Czy ma?! 

- Tak - odparła ostrożnie. 

Serce  bilo  jej  lak  mocno,  że  wydawało  się,  iż  czuje,  jak  pękają  jej  żebra.  Paczka 

cameli Dana leżała na siole. Sięgnęła po nią. przechyliła i popukała o blat. jak stara palaczka. 

Szkoda, że ojciec nie zostawił wina. 

- Bardzo  dobrze.  Chciałem  panią  poinformować,  że  otrzymaliśmy  pani  podanie  i 

paczkę.  Jesteśmy  pod  dużym  wrażeniem,  zwłaszcza  prac  -  poinformował  ją  pan  Moore  - 

Osobiście  rozmawiałem  z  pani  dyrektorką,  panią  McLean.  Nie  mogła  się  pani  nachwalić. 

Oczywiście  termin  składania  podań  minął  już  w  grudniu,  ale  nieoczekiwanie  zwolniło  się 

jedno miejsce. Jeśli więc jest pani zainteresowana nauką w Waverly to zapraszamy do nas od 

jesieni. 

Jenny  rzuciła  niezapalonym  papierosem  w  Dana.  Odbił  się  od  jego  głupiego  czoła  i 

upadł na podłogę. 

- Naprawdę?! - prawie krzyknęła. - O Boże. Naprawdę? 

- Naprawdę  -  odpowiedział  pan  Moore,  a  w  jego  głosie  pobrzmiewało  lekkie 

rozbawienie. - Wyślemy pani papiery jeszcze dzisiaj, jeśli pani chce. 

Och, jaki miły, przemiły człowiek. 

background image

- Tak, poproszę! 

Jenny wstała i znowu usiadła. Była tak podekscytowana, że prawie się posiusiała. 

- Dziękuję. O mój Boże. Strasznie panu dziękuję! 

- Proszę bardzo. 

Zrozumiała,  że  powinna  się  rozłączyć,  nim  powie  coś  głupiego  i  dyrektor  zmieni 

zdanie. 

- Lepiej od razu powiem tacie. Cieszę się, że pan zadzwonił. Dziękuję. 

Jenny rozłączyła się, zatańczyła wokół siołu i objęła Dana. 

- Idę do szkoły z internatem! - krzyknęła radośnie, łapiąc go za ramiona i potrząsając 

jego chudym, spoconym ciałem, jakby był szmacianą lalką. - Idę do szkoły z internatem! 

- Super  -  odparł  Dan.  Ulżyło  mu,  że  coś  odciągnęło  uwagę  od  jego  trudnego 

położenia.  Wyciągnął  ciasteczko  z  wróżbą  z  dna  papierowej  torby,  w  której  przyniósł 

chińszczyznę. Gratuluję. 

Jenny  obróciła  się  na  pięcie  i  popędziła  do  gabinetu  ojca,  Zapominając  o  zasadach, 

które ustanowił ojciec, kiedy była jeszcze mała, bez pukania wleciała do środka. 

Rufus  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  W  rękach  trzymał  zapaloną  zapałkę  i  fajkę  z 

przezroczystego,  zielonkawego  szkła.  Okno  było  otwarte  na  oścież,  a  w  ciepłym  powietrzu 

unosił się cierpki zapach trawki. 

Ojciec tylko warknął. 

Jenny miała to w nosie. I tak zawsze podejrzewała, że tata popala. 

- Tato, idę do Waverly - powiedziała, ledwo łapiąc oddech. - No wiesz, do tej szkoły z 

internatem.  Czytałam  o  jej  nowym  programie  plastycznym.  Dostałam  się!  -  praktycznie 

wrzasnęła. - Dostałam się! 

Rufus zgasił zapałkę, otworzył szufladę biurka i schował do niej dowody winy. Potem 

rozłożył ramiona, żeby uściskać córkę. 

- Chciałam  tego  tak  bardzo,  że  po  prostu  musiało  się  udać  -  sapnęła  Jenny, 

przyciśnięta do ciepłej, pachnącej dymem piersi ojca. 

Zawsze nam mówiono: „Uważaj, czego sobie życzysz”. Ale może to Blair miała rację 

- im więcej chcesz, tym więcej dostajesz. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

NASZA OSTATNIA WSPÓLNA NOC 

 

Oficjalnie  uko

ń

czyli

ś

my  szkoł

ę

 

ś

redni

ą

!!!  Przygotujmy  si

ę

  wi

ę

c  by  poszale

ć

  -  w  Yale  Club!!  Nie  ma 

ż

adnej  listy  go

ś

ci  ani  wymogów  dotycz

ą

cych  stroju,  wi

ę

c  do  wszystkich  nieproszonych  go

ś

ci  mówi

ę

nikt wam nie obiecuje pokoju, ale z pewno

ś

ci

ą

 jeste

ś

cie mile widziani! Definicja nieproszonego go

ś

cia: 

ka

ż

dy, kto nie sko

ń

czył dzi

ś

 szkoły 

ś

redniej i/lub nie zna gospodyni. 

 

ICH OSTATNIA WSPÓLNA NOC 

 

Niestety, cudny angielski lord naszej B leci jutro do domu. Czy zerwie swoje zar

ę

czyny z dziewczyn

ą

której jest pono

ć

 przy rzeczony od male

ń

kiego? Czy te

ż

 o

ż

eni si

ę

 z ni

ą

 i zostawi B na lodzie? Teraz 

przynajmniej  B  b

ę

dzie  mogła  odjecha

ć

  ku  zachodz

ą

cemu  sło

ń

cu  w  nowym,  prze

ś

licznym,  be

ż

owym 

kabriolecie  BMW.  Widzieli

ś

cie  go?  Stał  zaparkowany  przed  ko

ś

ciołem  Sprowadzony  pro

ś

ciutko  z 

Europy. Nikt, dosłownie nikt, nie ma drugiego takiego w tym kraju. 

 

Wasze e – maile 

 

P:

 Droga P! 

Jestem na pierwszym roku studiów przygotowawczych do medycyny w Yale i słyszałem, 

ż

ten dzieciak, N, zgłosił si

ę

 jako szczur laboratoryjny do bada

ń

 na wydziale psychiatrii. B

ę

d

ą

 

mu  dawali  te  wszystkie,  które  tam  testuj

ą

,  no  wiesz,  odmienne  stany 

ś

wiadomo

ś

ci,  które 

badaj

ą

 i jeszcze b

ę

d

ą

 mu za to płaci

ć

Prawiedr 

 

O

: Drogi prawiedr! 

Jakby potrzebował pieni

ę

dzy?! Ale nie zapominajmy o najistotniejszym - ten chłopak nie ma 

background image

jeszcze nawet dyplomu uko

ń

czenia szkoły 

ś

redniej. 

P. 

 

P:

 Droga Plotkaro! 

Mój  syn  mówi, 

ż

e  jeste

ś

  głosem  młodego  pokolenia,  musz

ę

  wi

ę

c  zapyta

ć

,  czy  nie  znasz 

pewnego  utalentowanego  poety,  który  był  na  najlepszej  drodze  do  Evergreen,  ale  potkn

ą

ł 

si

ę

  o  własne  serce.  Jak  widzisz,  sam  jestem  troch

ę

  poet

ą

!  Tamten  poeta  miał  mi  pomóc 

przy  ksi

ąż

ce  o  historii  seksu  w  poezji,  ale  napisał  niedawno, 

ż

e  nie  przyjedzie.  No  i  mam 

zgryz!  Potrzebuj

ę

  utalentowanego  pomocnika!  Mo

ż

e  ty  przyjedziesz  do  Olympii  i  mi 

pomo

ż

esz? 

Ś

pisz w hamaku. A mój syn robi 

ś

wietne greckie 

ż

arcie! 

profesor - pop 

 

O:

 Drogi profesorze – pop! 

Rety. to naprawd

ę

 kusz

ą

ca propozycja, ale mam ju

ż

 inne plany na lato. Poza tym nigdy nie 

przepadałam za hamakami - nale

żę

 do dziewczyn, które 

ś

pi

ą

 w satynie. Ale pa

ń

ska ksi

ąż

ka 

zapowiada si

ę

 bardzo interesuj

ą

co. Powodzenia. 

P. 

 

WRESZCIE TO DO NICH DOTARŁO 

 

Prawie  wszystkie  prywatne  szkoły  na  Manhattanie  wreszcie  zrozumiały, 

ż

e  uczniowie  ostatnich  klas 

nie  maj

ą

  ochoty  zdawa

ć

  ko

ń

cowych  egzaminów  ani  siedzie

ć

  w  klasie  przez  ostatni  miesi

ą

c  szkoły. 

Poza tym wcale tego nie potrzebuj

ą

, skoro ju

ż

 zostali przy j

ę

ci do college'u. Zreszt

ą

 s

ą

 tak wyczerpani 

intelektualnie, 

ż

e  i  tak  nie  s

ą

  w  stanie  niczego  si

ę

  nauczy

ć

.  Tak  wi

ę

c  od  przyszłego  roku  uczniowie 

ostatnich  klas  b

ę

d

ę

  musieli  chodzi

ć

  do  szkoły  tylko  do  potowy  maja.  Rok  zako

ń

cz

ą

  na  sta

ż

u  w 

dowolnie  wybranym  miejscu  w  mie

ś

cie.  Brzmi  całkiem  fajnie,  co?  Szkoda, 

ż

e  my  si

ę

  na  to  nie 

załapali

ś

my.  Ja  mogłabym  „odby

ć

  sta

ż

”,  prowadz

ą

c  stron

ę

  z  ploteczkami  w  Internecie  i  „chodzi

ć

  do 

pracy”  we  własnym  łóz  ku,  w  ulubionej  haleczce  z  czarnej  bawełny.  Ale  nie  jestem  zgorzkniała.  W 

ko

ń

cu ja ju

ż

 sko

ń

czyłam szkoł

ę

!!!! 

 

Na celowniku 

 

B wypina goły tyłek na Yale Club z wn

ę

trza swojego nowego kabrioletu BMW. V wypina goły tytek na 

Yale  Club  z  nowego  kabrioletu  BMW  B.  Dziewczyny  zacz

ę

ły  wcze

ś

nie 

ś

wi

ę

towa

ć

,  wi

ę

c  kto  wie  w 

jakiej  formie  dotrwaj

ą

  do  wieczoru...  Ten  zarozumiały  re

ż

yser  kina  niezale

ż

nego  osobi

ś

cie  odwiedza 

mieszkanie  rodziny  S  na  Pi

ą

tej  Alei.  S  wychodzi  z  domu,  wygl

ą

daj

ą

c  bosko  w 

ż

ółtej,  a

ż

urowej 

sukience Tocca. Bogu dzi

ę

ki, 

ż

e si

ę

 przebrała. J w Bed  Balii and Beyond ju

ż

 szuka drobiazgów do 

swojego pokoju w Waverly D kupuje cały p

ę

k czerwonych ró

ż

, zgadnijcie dla kogo? Dobrze, 

ż

V nie 

wyjechała  z  miasta,  ale  szkoda, 

ż

e  całkiem  o  nim  zapomniała!  Dzisiejszy  wieczór  b

ę

dzie  très,  très 

interessant. 

background image

 

Do zobaczenia! 

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

najlepsze i najgorsze chwile 

Blair  siedziała  na  kolanach  lorda  Marcusa  w  wysokim  fotelu  z  brązowej  skóry  w 

salonie Yale Club, nadal ubrana w idealnie dopasowany, biały, satynowy kostium Oscara de 

la Renty. Czułą się dziwnie zadowolona, widząc tłum ludzi, którzy zjawili się na jej imprezie 

z rocznikami pamiątkowymi pod pachą. Ona i lord nie mieli jeszcze okazji uczcić ukończenia 

przez  nią  szkoły,  ale  kiedy  tylko  impreza  się  rozkręci,  wyślizgną  się  do  jej  apartamentu  i 

wreszcie to zrobią. Już wcześniej ustawiła w pokoju mnóstwo świec zapachowych Diptque o 

zapachu  drzewa  sandałowego  oraz  bergamotki  i  limy,  a  pod  kostiumem  miała  ulubiony 

komplet bielizny - halkę i stringj z kremowej, wyszywanej bawełny. 

Można  by  powiedzieć,  że  w  salonie  unosił  się  duch  starego  Nowego  Jorku,  jeśli 

pominąć  sześć  telewizorów  Pioneera  o  płaskich  kineskopach,  na  których  leciał  w  kółko 

najnowszy film Vanessy. Ponieważ bohaterowie dzieła powoli ściągali na imprezę, miało się 

wrażenie,  że  odbywa  się  tu  dziś  wieczór  premiera  nowego,  awangardowego  filmu 

dokumentalnego, i wszyscy czuli się sławni. 

- Mówiłem,  że  kamera  mnie  kocha  -  zachwycił  się  Chuck  Bass,  oglądając  się  na 

ekranie. 

Pojawił  się  ze  świta  krótko  ostrzyżonych  chłopców  w  mundurkach  z  szarej  flaneli, 

których nikt wcześniej nie widział na oczy. 

Wszystko dlatego, że Chuck zaczaił się na uczniów młodszej klasy jakiejś katolickiej 

szkoły w pobliżu swojego apartamentu na Sutton Place i zapłacił chłopcom, żeby przyszli. 

- Są  całkiem  milusi  -  zauważyła  Isabel,  mierząc  wzrokiem  wyjątkowo  niewinnie 

wyglądającego  chłopca,  który  rozglądał  się  wokół  szeroko  otwartymi  oczami  i  podpisywał 

rocznik Chucka żółtym markerem. 

Isabel  przebrała  się  w  obcięte  dżinsy  Rogan  i  pociętą  czerwoną  koszulkę  Juicy 

Coulure, w której wyglądała nieprzyzwoicie zdzirowato. 

Chłopak odwzajemnił spojrzenie. Nigdy nie widział tyle odsłoniętej, dobrze opalonej 

skóry naraz. Może to jego szczęśliwa noc! 

- Ale  oni  mają  chyba  po  trzynaście  lat.  -  Kali  się  skrzywiła,  kartkując  swój  rocznik  i 

licząc, ile osób się w nim podpisało. 

background image

Oszczędzała swoje dziewictwo na college. W pewnym sensie. Z technicznego punktu 

widzenia straciła je już z Chuckiem Bassem na imprezie w domu Sereny jakieś dwa lata temu, 

ale była wtedy tak pijana, że nawet tego nie pamiętała. 

Lord  Marcus  zapiął  coś  zimnego  i  cudownego  na  szyi  swojej  dziewczyny.  Blair 

dotknęła  obojczyka  i  zerknęła  w  dół.  To  był  perłowy  naszyjnik  -  dokładnie  taki  sam,  jaki 

pożyczyła od matki na przesłuchanie do Śniadania u Freda, tyle że sto razy ładniejszy. Każda 

perła miała niepowtarzalny kształt, była nic doskonała i doskonała za razem, a złote zapięcie 

miało kształt ozdobnej litery B. 

- Moje gratulacje, Be - mruknął, całując ją w kark. 

Be? 

Blair  zawsze  marzyła  o  ksywce.  Uniosła  brodę,  żeby  po  całować  Marcusa  w  usta. 

Czuła się pijana ze szczęścia i od wódki, którą wypiły z Vanessą w ciągu kilku godzin między 

rozdaniem  dyplomów  a  imprezą.  Miała  śliczny  nowy  samochód,  szaleńczo  przystojnego 

nowego chłopaka i od jesieni zaczynała studia w Yale. Perły stanowiły jedynie dodatek do jej 

już i tak idealnego życia. 

Ach, czyż nie jestem z siebie zadowolona? 

- Chciałbym,  żebyś  przyjechała  tego  lata  do  Anglii  -  szepnął  lord  Marcus,  muskając 

ustami  włosy  Blair.  -  Moja  rodzina  bardzo  chce  cię  poznać.  Mogłabyś  zatrzymać  się  u  nas. 

Moglibyśmy  też  polecieć  do  Paryża,  żebyś  zobaczyła  się  z  ojcem,  skoro  już  będziesz  w 

Europie. 

Zaparto jej dech. Odwróciła się i zamrugała powiekami niczym księżniczka z bajki, z 

której  właśnie  zdjęto  zaklęcie  złej  wiedźmy.  Poprosił  ją  tylko,  żeby  go  odwiedziła,  ale 

zabrzmiało to prawie jak... propozycja małżeństwa. Był jej księciem, jej rycerzem, no dobra, 

może nie całkiem, ale lord to prawie to samo. Zjawił się na białym rumaku, zwalił ją z nóg, a 

teraz chciał, żeby poznała jego rodziców, bo wkrótce - może jeszcze tego lata - uklęknie przed 

nią, podaruje jej pierścionek z niewiarygodnie rzadkim diamentem i poprosi o rękę. 

Nie żeby rzeczywiście wspomniał coś o małżeństwie. I skąd się właściwie pojawił ten 

biały rumak? 

- Tak - odparła Blair błogo, - O tak! 

To  była  bardziej  odpowiedź  na  wyimaginowane  oświadczyny  niż  prośbę  lorda 

Marcusa,  ale  w  świecie,  według  Blair,  obie  sprawy  były  ściśle  ze  sobą  powiązane.  Pojedzie 

do Anglii i wróci jako jego narzeczona. 

Co prawda, miała dopiero siedemnaście lat, a jej matka nawet nie znała Marcusa. Nie 

żeby Blair w ogóle planowała przedstawić matkę lordowi. Mogą się poznać na ślubie. A może 

background image

Blair i lord uciekną na odludną wyspę na południowym Pacyfiku i wezmą ślub nocą na plaży, 

gdzie świadkami będą tylko tubylcy. Zjedzą kozę pieczoną na ognisku i będą tańczyć boso na 

piasku. 

Pamiętajcie, że na Wyspie Blair wszystko może się zdarzyć. 

Nic  zaplanowała  wakacji,  bo  myślała,  że  zajmie  jej  co  najmniej  dwa  i  pół  miesiąca 

zrobienie zakupów i pakowanie do Yale. Zastanawiała się nawet, czy nie pojechać do Europy 

odwiedzić ojca, ale przede wszystkim zrobić zakupy, ponieważ sklepy w Nowym Jorku nigdy 

nie  wystawiały  nowej  kolekcji  jesiennej  przed  wrześniem,  a  ona  pod  koniec  sierpnia  miała 

być już w New Haven na spotkaniu orientacyjnym. Jak na Boga miała się pojawić w Yale z 

odpowiednimi kaszmirowymi sweterkami, botkami i dopasowanymi żakietami, jeśli nie kupi 

ich u Prądy w Mediolanie albo u Burberry w Londynie? 

Teraz  plany  na  lato  nabierały  konkretnych  kształtów.  Zrobi  trochę  zakupów,  zaręczy 

się, a potem znowu trochę pokupuje. 

- Nie mogę znieść myśli, że to nasz ostatni wieczór razem skarżył się Marcus, całując 

ją  za  uchem.  -  Mojemu  sercu  dobrze  by  zrobiło,  gdybym  wiedział,  że  przylecisz  za  parę 

tygodni. 

Blair  miała  już  zamknąć  oczy,  pocałować  go  i  wyszeptać.  jak  to  naprawdę,  ale  to 

naprawdę musi się położyć, więc żeby zechciał ją odprowadzić do apartamentu, żeby mogła 

zerwał  z  niego  ubranie  i  by  mogli  nieco  przed  czasem  skonsumować  ich  małżeństwo.  Ale 

właśnie  wtedy  na  imprezie  zjawili  się  Serena  i  Nate.  Weszli  zaraz  za  grupą  dziewcząt  z 

L'École, które paliły gauloise'y i miały na sobie szydełkowe topy bez pleców Marni oraz złote 

sandały  Gucciego,  tylko  dlatego,  że  francuska  modelka  Pru  miała  na  sobie  identyczny 

komplet na okładce czerwcowego francuskiego „Vogue”. Serena przebrała się - na szczęście. 

W przeciwnym wypadku Blair złamałaby jej ten doskonały, szlachetny nos. 

- A  mówiłaś,  że  zerwali  -  powiedziała  Tina  Ford,  która  skończyła  Seatem  Arms,  do 

Isabel  Coales.  Wgryzła  się  w  nasączoną  cytrynowym  absolutem  kostkę  lodu.  -  Czy  to  nie 

dlatego nie zjawili się na rozdaniu dyplomów? 

- Słyszałam, że nigdy tak naprawdę nie byli razem - zaświergotała w odpowiedzi Kati 

Farkas, chociaż Tina nie do niej mówiła. - Nate to gej. W zeszłym tygodniu ujawnił się. Ma 

teraz straszne kłopoty. Rodzice się go wyrzekli. Nie zamierzają nawet zapłacić za Yale. 

- Więc  dlaczego  Serena  nadal  udaje,  że  się  z  nim  spotyka?  -  dopytywała  się  Isabel, 

unosząc  pocięty  czerwony  T  -  shirt  i  odsłaniając  brzuch,  żeby  zafundować  mały  dreszczyk 

emocji temu niewinnie wyglądającemu chłopakowi, którego przyprowadził Chuck. 

Pozostałe dziewczyny przewróciły oczami. 

background image

- Och, przecież wiesz, jaka ona jest. Dla wszystkich musi być miła - narzekała Rain, - 

Ojciec Nate'a pewnie jej zapłacił, żeby flirtowała z jego synem i wyleczyła go z gejostwa! 

Nie byłoby to niepodobne do kapitana Archibalda. 

Kiedy  wychodziły  z  kościoła,  przez  kilka  chwil  nim  dogoniły  je  rodziny,  Serena 

próbowała wytłumaczyć, dlaczego prawie przegapiła rozdanie dyplomów, ale Blair udawała, 

że  nie  słucha.  Najwyraźniej  drugie  przesłuchanie  do  Śniadania  u  Freda  było  ważniejsze  od 

wysłuchania  mowy  przyjaciółki  czy  odebrania  dyplomu.  Blair  miała  przynajmniej  tę 

satysfakcję, że Serena nigdy nie dostanie roli. Była za wysoka, miała jasne włosy i niebieskie 

oczy - zupełnie na opak. 

- Dostałam rolę! - Serena wrzasnęła na cale gardło, tak podekscytowana, że nie dbała 

kto ją usłyszy. Złapała Nate'a i wyściskała go smukłymi, pięknie wyrzeźbionymi ramionami. - 

Ken Mogul właśnie dzwonił. Dostałam rolę! 

Blair prawie spadla z kolan lorda Marcusa. Już wystarczająco nie cierpiała Sereny za 

to, że przegapiła jej mowę na zakończenie szkoły, i że włożyła taki sam kostium Oscara de la 

Remy. Poza tym w głębi duszy nadal nienawidziła jej za to, że była z Nate'em. Nie sądziła, że 

może jeszcze bardziej jej nie znosić. Aż do tej chwili. Z drugiej strony, nie tak dawno zaczęła 

z nią znowu rozmawiać. Nawet napisała za nią egzamin z chemii, na litość boską. Miała więc 

teraz do wyboru: ni stąd, ni zowąd, bez żadnego powodu zachować się jak skończona jędza, i 

to  w  obecności  Marcusa,  albo  udawać  milą,  żeby  nie  pomyślał  sobie  nie  wiadomo  co  i  nie 

zmienił zdania odnośnie małżeństwa. 

Jakby nie zdążył zauważyć jej jędzowatej natury. 

Nate  stał  obok  Sereny  jak  wynajęty  przystojniak  do  towarzystwa.  Potarł  oczy  i 

niewyraźnie  uśmiechnął  się  do  Blair  i  Marcusa.  Po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  Blair 

zaczęła się zastanawiać, co właściwie w nim kiedyś widziała. Niezależnie od tego, jak często 

zrywali, w jej fantazjach pod tytułem I żyli długo i szczęśliwie zawsze występował Nate, ale 

teraz  na  scenę  wkroczył  jej  nowy,  wspaniały  amant.  Oparła  się  o  pierś  Marcusa,  żeby 

pokazać, jak niezwykle wygodnie jest jej na kolanach lorda, i że nowina Sereny zupełnie nie 

zrobiła na niej wrażenia. Jej pięknie skrojony kostium był trochę za ciepły jak na zatłoczony 

salon klubu, ale wyglądał na niej tak dobrze, że nie miała zamiaru się przejmować. 

Nieoczekiwanie kolejna ładna, choć nieco niższa, para wyłoniła się zza pleców Nate'a 

i  Sereny.  Rozejrzeli  się  z  nie  pokojem  po  sali,  jakby  obawiając  się.  że  może  im  się  zaraz 

oberwać  za  wproszenie  się  na  imprezę.  Blair  wyprostowała  się.  rozpięła  żakiet  kostiumu  i 

zrzuciła  go  z  niesmakiem  na  podło  gę.  Brzydszą  połową  pary  był  jej  dwunastoletni  brat, 

Tyler, który pozował na gwiazdę rocka, w smokingu od Armatniego włożonym na porwaną, 

background image

czarną  koszulkę  AC/DC.  Jego  towarzyszka  wyglądała  jak  dziecko  ze  swoimi  rozkosznymi 

dołeczkami  w  policzkach  i  miała  ten  sam  cholerny  kostium  Oscara  de  la  Renty  jak  Blair. 

Miała nawet takie same cholerne szpilki Manolo Blahnika. Jej cholerne włosy miały taki sam 

kolor, co włosy Blair i były tak samo obcięte w boba. Oczy Blair się zwęziły. Nigdy w życiu 

nie  widziała  tej  cholernej  dziewczyny,  która,  o  ile  Blair  się  nie  myliła,  używała  nawet  tej 

samej szminki Chanel, cholernej ulubionej szminki Blair. 

Zgroza. 

Blair poprawiła ramiączka kremowej, prześwitującej halki Cosabella. Gdyby  nie lord 

Marcus, złapałaby tę dziewczynę za włosy i wyrzuciła na ulicę. 

- Hej, siostrzyczko! - powitał ją Tyler, udając wstawionego. Napinał ramiona, starając 

się  wyglądać  na  potężniejszego  niż  w  rzeczywistości.  -  To  Jasmine.  Jazz,  to  moja  siostra, 

Blair. 

- Super - odparł jakby nigdy nic rumianolicy klon Blair. 

Jakby nie było oczywiste, że spędziła cały dzień, żeby upodobnić się do Blair. 

Blair zmarszczyła malutki, lekko zadarty nosek. 

- Dostałam rolę! - usłyszała, chyba po raz tysięczny, okrzyk Sereny na drugim końcu 

sali. 

Wyjęła cygarniczkę i poczekała, aż Marcus poda jej ogień. 

- Jak  się  masz?  -  rzuciła,  naśladując  Audrey  Hepburn  najlepiej  jak  potrafiła.  Potem 

wydmuchała dym ponad głowami brata i jego głupiej panienki. 

Może i Serena dostała rolę Holly, ale Blair była nią na co dzień. 

background image

nic nas razem nie zatrzyma 

Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zakończenie szkoły zmieniało wszystko i wszystkich. 

Impreza w Yale Club przypominała spotkanie po latach, tyle że wszyscy widzieli się rano na 

rozdaniu dyplomów. Niektóre z dziewczyn nadal miały na sobie te same sukienki, a do tego 

gumowe japonki i potargane włosy, przez co wyglądały jak uciekające panny młode. Chłopcy 

podwinęli nogawki starannie wyprasowanych spodni khaki, a krawaty zwisały im krzywo na 

nagich,  opalonych  torsach  Przypominali  modeli  z  reklamy  Ralpha  Laurena,  ubranych  jak  na 

koktajl, którzy wolą pomoczyć nogi, napić się piwa na pomoście przy jeziorze, niż wracać na 

sztywne przyjęcie. 

Serena  uważała  się  za  uczuciową  osobę.  Projektant  mody.  Les  Best,  nazwał  nawet 

swoje perfumy Łzami Sereny, gdy uchwycił ją płaczącą na śniegu w czasie sesji zdjęciowej w 

Central  Parku.  Zawsze  myślała,  że  całkiem  się  rozklei  na  rozdaniu  dyplomów.  W  końcu 

dorastała  z  tymi  ludźmi,  dzieliła  z  nimi  wzloty  i  upadki,  przeżywała  z  nimi  te  same 

rozczarowania  i  triumfy.  A  tu  proszę  -  praktycznie  nie  posiadała  się  z  radości.  Nawet 

płaczliwy, nieobecny duchem Nate nie był w stanie popsuć jej nastroju, bo dostała rolę! 

Tak, usłyszeliśmy już za pierwszym razem. 

W  typowy  dla  siebie,  pretensjonalny  i  dziwaczny  sposób,  Ken  Mogul  nawet  nie 

patrzył  na  jej  drugie  przesłuchanie.  Cały  czas  siedział  odwrócony  plecami,  próbując  ocenić, 

czy  promieniowała  właściwą  dla  roli  energią.  Kiedy  skończyła  swoją  kwestię,  nie  odwrócił 

się, tylko uniósł rękę i powiedział: „Dziękuję”. 

Przesłuchanie  odbywało  się  w  starym  magazynie  w  Meatpacking  Distria.  na  drugim 

końcu  Manhattanu  od  Brick  Church.  Serena  przyszła  ubrana  jak  na  rozdanie  dyplomów  i 

obiecała  dobrze  zapłacić  taksówkarzowi,  jeśli  zaczeka  na  nią  na  zewnątrz.  Już  po  kilku 

minutach była z powrotem w taksówce i pędziła Czternastą na wschód, modląc się, aby pani 

M nie kazała jej powtarzać ostatniej klasy i zbyt późno zauważając, że zapomniała butów. 

Po  rozdaniu  dyplomów,  przy  lunchu  w  Tavern  przy  Green,  jej  matka  oburzała  się 

bardziej  z  powodu  braku  białych  szpilek  Jimmy'ego  Choo  niż  faktu,  że  Serena  prawie 

przegapiła uroczystość. 

- Jaka dziewczyna biega boso? - dopytywała się pani van der Woodsen. 

background image

I wtedy na komórkę Sereny zadzwonił Ken Mogul. 

- Nie  lubię  opalenizny  ani  piegów,  więc  proszę,  staraj  się  unikać  słońca.  Zaczynamy 

kręcić U Freda w przyszłym miesiącu - oznajmił szorstko. 

Serena  siedziała  z  telefonem  przyciśniętym  do  ucha  i  próbowała  zrozumieć,  o  czym 

mówił. I nagle pojęła. Dostałam rolę. Dostałam rotę! 

Słucham? Możemy już zmienić temat? 

Jej rodzice uważali, że granie w filmie jest nieco déclassé. Jednak dziewięć miesięcy 

po  tym,  jak  została  wyrzucona  ze  szkoły  z  internatem,  Serenę  przyjęto  do  Yale,  Harvardu, 

Brown  i  Princeton,  a  teraz  miała  zostać  gwiazda  w  remake'u  Śniadania  u  Tiffane'go.  Nie 

mogli narzekać. 

Dostałam  rolę,  dostałam  rolę!  -  krzyczała  w  duchu  Serena.  Jej  pierwsza  rola  w 

prawdziwym  filmie.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  zdała  sobie  sprawę,  że  stało  się  coś,  czego 

naprawdę  chciała.  I  nie  stało  się  to  tak  po  prostu.  Ona  to  sprawiła.  Dobrze,  że  teraz  była  na 

imprezie, bo podekscytowana dziewczynka w jej wnętrzu nic, tylko podskakiwała z radości. 

Ile można! 

- Podobno  ona  i  Ken  Mogul  zaszaleli  ostatniej  nocy,  przyćpali,  i  ona  namówiła  go, 

żeby dal jej główną rolę. Zamierzał już wszystko zmienić, wybrać starszą obsadę i zatrudnić 

Natalie Portman. ale Serena zrobiła mu pranie mózgu - szepnął ktoś. 

- Próbowała go nawet namówić, żeby obsadził Nate'a, ale on jest zawsze taki ujarany, 

że zapominał kwestii - dodał szeptem ktoś inny. 

- A  nie  słyszeliście?  Nate  nie  dostał  dyplomu.  Wywalili  go  za  kradzież  środków 

przeciwbólowych z gabinetu pielęgniarki i teraz musi jechać do jakiejś kliniki odwykowej w 

najgorszej  dzielnicy  w  Hamptons.  Na  calutkie  lato  -  poinformowała  słuchaczy  Rain 

Hoffstetter. 

W zeszły weekend zaszalała z Charliem Dernem, po tym jak ich rodzice zaparkowali 

obok  siebie  w  kinie  samochodowym  na  Cape  Cod.  Od  tego  czasu  co  wieczór  rozmawiali 

przez telefon, więc Rain znała najświeższe plotki na temat Nate'u. 

Nate cieszył się, że robi za milczącego towarzysza Sereny. który ma tylko wyglądać. 

Czuł  się,  jakby  go  zatopiono  w  bryle  plastiku.  Glosy  wszystkich  wydawały  się  stłumione  i 

odległe. Nie pomagało mu to. że Blair wyglądała tak promiennie na kolanach lorda Marcusa. 

ani fakt, że Serena ewidentnie nie potrzebowała teraz chłopaka, ani to, że był ujarany po uszy. 

- Blair?!  Słyszałaś?  Dostałam  rolę!  -  Serena  rzuciła  się  na  Blair  i  lorda  Marcusa, 

ciągnąc za sobą Nate'a. Wylewnie wyściskała przyjaciółkę. - Chyba się nie gniewasz? 

Czy  się  gniewam?  -  pomyślała  Blair  z  ironią  i  wymusiła  uśmiech,  chcąc  pokazać 

background image

Mareusowi, jaka jest słodka i wspaniałomyślna. 

Ha! 

- Jesteś taką świetną aktorką - powiedziała w końcu uprzejmie do byłej przyjaciółki. - 

Zasłużyłaś na to. 

Promienny  uśmiech  Sereny  nieco  przygasł.  Zbyt  dobrze  znała  Blair,  żeby  nie 

zauważyć,  że  nie  jest  specjalnie  zadowolona,  ale  za  to  zdecydowanie  wkurzona.  Blair  była 

skomplikowana. Lepiej uciekać, gdy zachowuje się nieprzewidywalnie. 

- Jest  tu  gdzieś  Vanessa?  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  jej  powiem.  Zamierzam 

namówić Kena Mogula, żeby zatrudnił ją przy filmie! 

Z  wyrazem  absolutnej  obojętności  na  twarzy  Blair  wskazała  na  kąt,  w  którym 

siedziała  Vanessa  z  prywatną  butelką  Stolicznej,  radośnie  podpisując  roczniki  wszystkim 

młodszym uczniom, którzy uważali, że jest niemożebnie odlotowa. 

- Vanesso  Marigold  Abrams!  -  krzyknęła  Serena  i  popędziła  przez  salę,  zostawiając 

swojego niby - chłopaka. 

Nate stał przed Blair i lordem Marcusem, wtulonymi w siebie w fotelu. Trzymał ręce 

w kieszeniach i czul się jak ostatni palant. 

- Jak było? - zapytał lord Marcus, wyciągając dłoń, żeby przywitać się z Nate'em. 

Nate  nie  wiedział,  kto  wie  o  wstrzymaniu  jego  dyplomu  i  nie  bardzo  miał  ochotę  o 

tym rozmawiać. 

- Cieszę się, że mam to za sobą - wymamrotał. 

Marcus wyglądał na większego, niż go zapamiętał, i chociaż był to facet, Nate potrafił 

docenić, że lord był naprawdę przystojny. Blair miała fart. 

- Tak samo i ja się czuję - stwierdziła Blair z dziarskim uśmiechem. 

Wyciągnęła  rękę  i  od  niechcenia  pogłaskała  Marcusa  po  opalonym,  umięśnionym 

karku,  popisując  się  tym.  jak  swobodnie  rozmawia  jej  się  z  Nate'em,  podczas  gdy  siedzi  na 

kolanach lorda. 

Nate  ożywił  się  nagle,  gdy  przypomniał  sobie,  dlaczego  w  ogóle  zjawił  się  na 

imprezie. 

- Blair, możemy chwilę porozmawiać? - zapytał. Miał wrażenie, jakby wybełkotał „bla 

bla ble bla?” 

To  zawsze  Blair  była  tą  w  potrzebie,  jeśli  chodziło  o  ich  wieczne  rozstania  i  zejścia. 

Było  więc  dla  niej  całkiem  nowym  doświadczeniem,  zobaczyć,  jak  Nate  krąży  wokół  niej, 

zakłopotany  i  trochę  zdesperowany,  z  jakimś  pakunkiem  pod  pachą.  Zastanawiała  się,  czy 

chce jej dać prezent. Bóg jeden wie, że dała mu dość prezentów w czasie, gdy byli razem, a 

background image

on rzadko kiedy ofiarował jej coś poza kwiatami, kiedy już na to wpadł. 

- Nigdzie nie odchodź, zaraz wracam - mruknęła do Marcusa. 

Ześlizgnęła  się  z  jego  kolan,  rzucając  mu  zmysłowe  spojrzenie,  które  mówiło: 

„Wytrzymam jeszcze z pół godziny na tej imprezie, a potem zedrę z ciebie ubranie”. Ruszyła 

za  Nate'em  do  względnie  spokojnego  kąta  sali,  starając  się  wyglądać  na  zniecierpliwioną  i 

obojętną, podczas gdy serce waliło jej jak szalone - nie zdziwiłaby się, gdy było je widać pod 

jej bardzo prześwitującą kremową halką. 

Nate  wyciągnął  spod  pachy  pakunek  -  zwiniętą  na  pół  granatową,  papierową  torbę 

Gap. Blair była zbulwersowana. Kupił jej prezent w Gap? 

- Proszę - mruknął, wyciągając coś z torby i wręczając jej. 

Blair  natychmiast  to  rozpoznała  -  ciemnozielony  kaszmirowy  sweter  w  serek,  który 

podarowała mu ponad rok temu. 

- Ale  ty  uwielbiasz  ten  sweter  -  żachnęła  się,  macając  lewy  rękaw  w  poszukiwaniu 

złotego serduszka. Zaszyła je tam, nim dała mu sweter, żeby zawsze nosił jej serce przy sobie. 

Nie  znalazła  go.  Pomacała  prawy  rękaw,  chociaż  była  absolutnie  pewna,  że  zaszyła  je  w 

lewym. Nic. Gdzie ono się. do cholery, podziało? 

- Po prostu uważam, że nie powinienem go zatrzymywać - odparł poważnie Nate. 

Zamrugał,  starając  się  powstrzymać  łzy.  Zastanawiał  się,  czy  Blair  pamięta  o  złotym 

serduszku,  które  teraz  leżało  w  szklanej  turkusowej  popielniczce  w  kształcie  żaglówki  - 

przypomnienie o ich skończonym związku. 

Hej,  a  może  powinien  pogadać  z  Lesem  Bestem  na  temat  męskiej  wody  kolońskiej  - 

Łzy Nate'a! 

- To  tylko  sweter  -  upierała  się  Blair,  nic  z  tego  nie  rozumiejąc.  Dlaczego  Nate  nie 

mógłby być normalny i z okazji ukończenia szkoły dać jej nudnej bransoletki od Tiffany'ego, 

czy coś takiego? Czy w ten sposób chciał ją przeprosić. Czy może odzyskać? Cóż, trochę na 

to za późno. 

- Proszę, zatrzymaj go. 

- Nie mogę - wydusił Nate. 

Żałował,  że  nie  może  zwierzyć  się  Blair,  opowiedzieć,  jak  położył  sprawę  z 

dyplomem,  jak  w  ogóle  wszystko  schrzanił.  Ale  Nate  nigdy  wcześniej  tak  naprawdę  nie 

zwierzał się Blair, i teraz był raczej kiepski moment, żeby zacząć. 

- Jak chcesz. 

Złożyła  starannie  sweter  i  położyła  na  granatowym  fotelu  obok.  Oparła  ręce  na 

biodrach,  zdecydowana  nie  okazać  wahania.  Teraz  miała  nowego  chłopaka.  O  wiele,  wiele 

background image

lepszego. 

- To wszystko? 

Nate  skinął  głową.  Potem  zrobił  krok  w  przód,  zamknął  szmaragdowe  oczy  i 

pocałował Blair ostrożnie w gładki, miękki policzek. Znowu otworzył oczy. 

- Moje gratulacje - mruknął i odszedł. 

Blair  stała  przez  chwilę  z  ramionami  skrzyżowanymi  na  piersi,  ignorując  szepty 

koleżanek z klasy. To tylko sweter - powtarzała sobie w duchu. 

Aha. Jasne. 

background image

przypomnij mi, jak bardzo ci

ę

 kocham 

Dan  przyszedł  na  imprezę  do  Blair  w  ciemnozielonym  szkolnym  krawacie.  Chciał 

wyglądać jak najlepiej, gdy oznajmi Vanessie, że na jakiś czas odłożył pójście do Evergreen i 

że chce spędzić najbliższy rok, a najlepiej resztę życia, właśnie z nią. Jak tylko zajechali na 

imprezę,  Jenny  poszła  prosto  do  baru  po  kieliszek  szampana.  Dan  natomiast  stał  jak  wryty 

przy  drzwiach  z  naręczem  czerwonych  róż,  sparaliżowany  widokiem  Vanessy,  która 

wyglądała olśniewająco w seksownej sukience z głębokim dekoltem i modnych sandałach na 

koturnie. Miała zaróżowione policzki i iskierki w brązowych oczach, gdy gawędziła z Sereną 

van  der  Woodsen.  Serena  wyglądała  jak  zwykłe  ślicznie,  z  kaskadą  jasnych  włosów 

opadających  na  nagie  łopatki  i  z  nieskończenie  długimi  nogami,  ale  jej  widok  nie  nakręcał 

Dana tak bardzo jak widok Vanessy. 

- Hej, przystojniaku, przywlecz tu swój tyłek! - zawołała do niego Vanessa z drugiego 

końca sali. 

Piła od pierwszej po południu więc widok Dana stojącego z naręczem róż wydawał się 

jej bardziej wizją niż podniecającą rzeczywistością. Cokolwiek pijacką wizją. 

Dziś rano prawie odjechała z niewłaściwym chłopakiem. To Dana kochała. Jak mogła 

go nie kochać - z tym jego niedbałym wyglądem, mękami twórczymi i niezapowiedzianymi 

wizytami na ciachu, gdzie czekał na nią nago. 

Kiedy Dan podszedł, sapnęła, próbując wstać z wysokiego fotela w granatowo - białe 

pasy, ale poddała się i opadła z powrotem. 

- Próbowałam cię objąć - wyjaśniła i roześmiała się z siebie. 

Jest pijana, pomyślał. 

Serena złapała go i ucałowała w policzek, a potem pchnęła na kolana Vanessy. 

- Zawsze  jesteś  taki  słodki  -  zagruchała,  mierzwiąc  mu  włosy.  Czerwone  róże 

rozsypały się u ich stóp. 

Vanessa  połaskotała  go  pod  pachami.  Wzdrygnął  się,  uciekając  przed  jej  palcami. 

Nagle poczuł się bardziej jak milutki, czteroletni brat Vanessy niż jej superseksowny facet. 

- No więc, mamy niesamowitą nowinę. Serena zostanie gwiazdą filmową, a ja pomogę 

jej  zrobić  ten  tandetny,  wysokobudżetowy  film,  bo  jeśli  już  się  sprzedawać,  to  z  klasą 

background image

oznajmiła mu z pijackim entuzjazmem Vanessa. 

Dziewczyny  przybiły  sobie  piątkę,  jak  stare  kumpelki  z  drużyny  piłkarskiej.  Potem 

Serena  nalała  szampana  z  wielkiej  póttoralitrowej  butelki,  która  stała  obok  fotela  Vanessy  i 

podała Danowi wypełniony po brzegi kieliszek. 

- Za Hollywood! - krzyknęła radośnie, czekając, aż Dan wypije do dna. 

Dan  przysiadł  na  nagim  kolanie  Vanessy,  usiłując  nie  rozlać  szampana.  Przygotował 

wiersz miłosny Pabla Nerudy, ale to nie był najlepszy moment na recytację. 

- Myślisz,  że  powinnam  im  powiedzieć,  żeby  podkręcili  muzykę?  Mogłybyśmy 

potańczyć. - Serena głośno beknęła. 

- Zdecydowanie.  -  Vanessa  podskoczyła  na  poduszkach  fotela,  przez  co  Dan  prawie 

zleciał na podłogę. - Dan, zatańczysz z nami? 

Wstał niepewnie, nie mogąc doczekać się, aż Serena zostawi ich samych. 

- Jasne. 

Serena zakręciła się i odeszła. Wyglądała zjawiskowo w sukience z żółtego jedwabiu i 

złotych  włosach.  Sala  była  pełna  ludzi,  a  powietrze  gęstniało  od  dymu  papierosowego  i 

perfum. Wszyscy świętowali od rana, miało się więc wrażenie, że jest czwarta nad ranem, a 

nie dziesiąta wieczór. Przez wzgląd na dawne czasy, dziewczyny z Seaton Arms i Constance 

grały w butelkę z grupą chłopców z Riverside. 

- Ja pierwszy! - zapiał z zachwytem Chuck Bass, przyklękając, żeby solidnie zakręcić 

butelką po stolicznej. 

Typowe. 

- Ojciec  nieźle  się  dziś  na  mnie  wkurzył  -  przyznał  się  Dan.  Przysiadł  na 

podłokietniku.  Zdenerwowany,  że  nie  mógł  przełknąć  szampana.  Nie  patrzyła  na  niego,  ale 

miał nadzieję, że go słucha. - Pewnie powinienem był go uprzedzić. 

Vanessa  patrzyła  na  Serenę,  która  flirtowała  z  Jarvisem  Cockerem,  zwariowanym 

brytyjskim  didżejem,  który  siedział  w  czarnym  cylindrze  przy  swojej  konsoli  na  drugim 

końcu  sali.  Była  zafascynowana  tym,  jak  bezwstydna  jest  Serena.  Zrobiłaby  wszystko,  co  w 

miarę  legalne  i  nie  za  bardzo  upokarzające,  tylko  dlatego,  że  ją  to  bawiło.  Ale  najbardziej 

Vanessa  podziwiała  to,  że  Serena  nie  zadzierała  nosa,  była  po  prostu  sobą.  Nikogo  nie 

potrzebowała. Po prostu była Sereną. 

- Wiesz, zmieniłem zdanie co do Evergreen - ciągnął Dan. - W każdym razie, nie idę 

tam od razu. 

Vanessa czuła, że Dan gapi się na nią i zdała sobie sprawę, że próbuje jej powiedzieć 

coś ważnego. Połowy z tego nie dosłyszała. 

background image

- Czekaj. Co? 

Dan zsunął się z oparcia, przykląkł na lśniącej odcieniami brązu drewnianej podłodze i 

ujął jej dłonie. 

Nie kocham cię z innego powodu niż moja miłość - zarecytował. 

Vanessa  cieszyła  się,  że  wokół  panuje  taki  tłok.  W  przeciwnym  wypadku  poczułaby 

się nieco zakłopotana. 

- Nie  mogę  sobie  wyobrazić,  żebyśmy  nie  oddychali  tym  samym  powietrzem  i 

mieszkali tyle kilometrów od siebie - wyznał szczerze Dan, tym razem własnymi słowami. - 

Jak powiedziałem w swojej mowie, do college'u mogę iść zawsze, a ciebie kocham tu i teraz. 

Jedyna rzecz, której chcę, moje jedyne pragnienie, to być z tobą. 

Vanessa  się  zaczerwieniła.  Tak,  kochała  go,  ale  czy  musiał  być  taki  cholernie 

melodramatyczny? 

- Więc ty... - zawiesiła niepewnie głos. 

- Zostaję - dokończył, patrząc na nią z zachwytem w brązowych oczach. - Z tobą. 

Nagle  nowa  piosenka  OutKast,  której  nikt  nie  potrafił  słuchać,  nie  zrywając  się  z 

miejsca  i  nie  potrząsając  tyłkiem,  ryknęła  z  głośników  jakieś  dziesięć  decybeli  głośniej  niż 

wcześniejszy wolny kawałek r'n'b. Serena doskoczyła, złapała Vanessę za rękę i wyciągnęła z 

fotela. 

- Chodź, ślicznotko - zaćwierkała. - Pokaż, co potrafisz . 

Vanessa nie cierpiała tańczyć, przynajmniej publicznie, ale chciała uciec od Dana i tej 

jego powagi. Serena zderzyła się z nią biodrami, więc Vanessa roześmiała się i odpowiedziała 

tym samym. Czuła, że Dan się jej przygląda, ale się nie odwróciła. Muzyka była dobra, a ona 

czuła,  że  żyje,  piękna  w  lśniącej  białej  sukience  Morgane  Le  Fay.  Dan  musiał  zwariować, 

skoro  sądził,  że  to  dobry  pomysł  nie  iść  w  przyszłym  roku  do  college'u.  Oczywiście,  że 

pójdzie,  ale  najpierw  spędzą  razem  lato  s  wszystko  obgadają.  Muzyka  robiła  się  coraz 

głośniejsza. Vanessa uniosła nagie ramiona i zaczęła się kołysać. Dan kompletnie oszalał, ale 

ona też, skoro kiedykolwiek twierdziła, że nie lubi tańczyć. 

background image

struga łez N 

Nate  siedział  na  brzegu  jednego  z  orientalnych  dywanów  w  salonie  Yale  Club  i 

udawał,  że  obserwuje  zabawę  w  butelkę.  Ta  francuska  hipiska,  Lexie,  która  łaziła  za  nim 

przez  kilku  tygodni,  twierdząc,  że  jest  w  nim  szaleńczo  zakochana,  oraz  jej  koleżanki  z 

L'École  siedziały  w  zwartym  kręgu  kilka  kroków  dalej,  wszystkie  w  szydełkowych  topach 

bez  pleców,  z  gołymi  chudymi  brzuchami.  Kopciły  gauloise'y  jak  nakręcone.  Miał  nadzieję, 

że Lexie go nie zauważy. 

Za późno. 

- Nate?  -  Nadal  siedząc,  Lexie  wypięła  do  przodu  chudy,  opalony  brzuch,  w  sposób, 

który  musiał  jej  się  wydawać  szale  nie  pociągający.  Pewnie  myślała,  że  nie  można  jej  się 

wtedy oprzeć. Miała nowy kolczyk w pępku, który był jeszcze zaróżowiony po przekuciu. 

Fuj. 

Wyciągnęła  długie,  nagie  ramiona  nad  głową,  prezentując  całej  sali  słońce,  księżyc, 

gwiazdy, które miała wytatuowane na prawej łopatce. 

Ooh la la. 

Nate uśmiechnął się, udając, że dopiero ją zauważył. 

- Hej, Lexie. 

Pomachał  jej  niemrawo,  a  potem  objął  rekami  kolana,  dając  do  zrozumienia,  że  nie 

zamierza się do niej przyłączyć. 

Lexie przewróciła oczami i przerzuciła długi kruczoczarny kucyk przez ramię. 

- Łajdak  -  odparła  z  ciężkim,  francuskim  akcentem  i  bardzo  francuskim  grymasem.  - 

Złamałeś mi serce. 

Coś ekscytującego wydarzyło się w grze w butelkę, bo wszyscy skandowali i klaskali. 

Nate też zaczął klaskać - zrobiłby wszystko, byle uniknąć konfrontacji z Lexie. 

Serena  i  ta  dziwaczna  dziewczyna  z  ogoloną  głową  z  Constance,  z  którą  Blair 

mieszkała i miała rzekomo poważny, lesbijski romans, tańczyły pośrodku sali jak zwariowane 

królowe  disco.  Wyglądały  na  pijane  i  wniebowzięte  -  tak  jak  powinno  się  wyglądać  w  dniu 

ukończenia szkoły średniej. 

Oczywiście,  pod  warunkiem,  że  dostanie  się  dyplom,  w  przeciwieństwie  do  pewnej 

background image

znanej osoby. 

Nate'a ogarnęło nagle wrażenie déjà vu. a może to była tylko chandra. W każdym razie 

było  to  coś  smutnego  i  brzmiącego  z  francuska.  Przypomniał  sobie,  jak  na  przypadkowej 

imprezie  u  Dana  Humphreya,  przy  West  Side,  gdzieś  w  dziewiątej  albo  dziesiątej  klasie, 

pozwolił  Blair  i  Serenie  narysować  sobie  na  brzuchu  czarnym  markerem  twarz.  Nazwali  ją 

Nagi Buck. Przed upływem wieczoru, każda dziewczyna pocałowała Bucka co najmniej kilka 

razy, nawet kiedy Nate już całkiem odpłynął. 

To były dni. 

Nagle Nate się przeraził. A co jeśli ma już za sobą całą zabawę, jaka była mu pisana? 

Co jeśli znalazł się właśnie na równi pochyłej? 

A  jeśli  z  każdym  rokiem  w  Riverside  był  coraz  głupszy  i  głupszy,  zamiast  mądrzeć? 

To całkiem możliwe, jeśli przez całe życie chodzisz upalony trawą. 

Łzy  zaczęły  powoli  płynąć  po  jego  złotych  policzkach.  Cała  reszta  towarzystwa 

wydawała  się  taka  szczęśliwa  i  podekscytowana  przyszłością,  podczas  gdy  on  nie  wiedział, 

czy w ogóle ma jeszcze na co czekać. 

background image

J zastanawia si

ę

, czy nie straci

ć

 cnoty, zanim pójdzie do szkoły z 

internatem 

Imprezy  zawsze  onieśmielały  Jenny,  zwłaszcza  takie,  na  których  inne  dziewczyny 

miały piersi w normalnym rozmiarze oraz były wyższe, ładniejsze i bardziej pewne siebie od 

niej. Ale teraz, gdy dostała się do szkoły z internatem, Jenny czuła, że otwierają się przed nią 

zupełnie  nowe  możliwości.  Nie  będzie  już  tylko  małą  Jenny  Humphrey,  dziewczyną  o 

artystycznym zacięciu, kręconych włosach, kościstych kolanach i gigantycznych cyckach. W 

przyszłym  roku  w  Waverly  stanie  się  Jennifer  Humphrey,  nieprzyzwoicie  pewnym  siebie, 

magnesem na chłopców, najfajniejszą dziewczyną w klasie, a może nawet w całej szkole. 

Może. 

A  skoro  zamierzała  zmienić  wizerunek,  wydawało  się  jej  wskazane  zrobić  coś 

naprawdę dramatycznego, na przykład stracić cnotę. 

Że co proszę? 

Od kilku dobrych chwil obserwowała Nate'a. Zmienił się od czasu, kiedy w sylwestra 

złamał  jej  serce.  Przede  wszystkim  -  płakał.  Siedział  zgarbiony,  jakby  dostał  jakąś  złą 

wiadomość  i  nie  potrafił  się  z  tego  otrząsnąć.  Nawet  jego  szmaragdowe  oczy  były 

pozbawione blasku. Z trudem potrzymała odruch, żeby go przytulić. 

- Cześć, Nate - wykrztusiła, odważnie dotykając jego ramienia. - Pamiętasz mnie? 

Takie piesi? Nawet najbardziej ujarany chłopak nie mógłby zapomnieć. 

Nate potarł rękami zapłakaną twarz i spróbował się uśmiechnąć. 

- Siemanko, Jennifer - powitał ją z wymuszonym entuzjazmem kogoś, kto miał ciężki 

dzień i nie miał ochoty na pogaduszki. 

- Więc masz już z głowy szkołę i w ogóle? - Jenny nie dawała za wygraną. 

W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że z miejsca w którym siedział,  Nate widział 

tylko spód jej gigantycznych piersi, upchanych w rozciągliwy top bez pleców z wbudowanym 

stanikiem.  Pewnie  nawet  nie  widział  jej  twarzy.  Przykucnęła  obok,  chwiejąc  się  nieco  na 

niskich szpilkach bez pięty. 

- Idę w przyszłym roku do szkoły z internatem, do Waverly - wypaliła, - Nie mogę się 

już. normalnie, doczekać! 

background image

Nate był trochę zaskoczony, że Jenny w ogóle chce z nim rozmawiać, ale cieszył się, 

bo to oznaczało, że nie musi już unikać rozmowy z Lexie. 

- To dobra szkoła. 

- Aha,  i  nie  będę  już  musiała  nosić  tych  głupich  mundurków  z  Constance  -  dodała 

podekscytowana  Jenny  i  od  razu  pożałowała  swoich  słów,  bo  zabrzmiały  dziecinnie  i 

marudnie. 

Po chwili doszła do wniosku, że być może jest sposób, żeby wypaść bardziej dojrzale. 

Przysunęła  się  bliżej  do  ucha  Nate'a.  Pachniał  świeżo  upraną  koszulą  i  tą  cudowną  wodą 

kolońską Hermès'a. której zawsze używał i od której zapierało jej dech. 

- Mam w torebce pigułkę eski. Ktoś dał mi ją w Croton, kiedy zwiedzałam szkołę. Nie 

wiem  nawet,  czy  damy  radę  się  nią  podzielić,  ale...  -  Posłała  mu  swój  najbardziej 

uwodzicielski uśmiech. 

Co za tupet! Niezła flirciara zrobiła się z tej nowej Jenny Humphrey! 

Nate  zamrugał  oczami.  Jennifer  nie  rozmawiała  z  nim  tak  po  prostu,  ona  z  nim 

flirtowała i to ostro. Co, wyobrażała sobie, że Nate po prostu łyknie tabletkę eski i rzuci się na 

nią  pośrodku  salonu  Yale  Club  w  obecności  wszystkich  znajomych,  łącznie  z  jego  byłą 

dziewczyną Blair i, najprawdopodobniej już wkrótce byłą dziewczyną, Sereną? 

Czy coś takiego kiedykolwiek go powstrzymało? 

Nate  brał  ecstasy  tylko  dwa  razy,  z  Charliem,  Anthonym  i  Jeremym,  ale  za  każdym 

razem czuł się rewelacyjnie. Nie było nic lepszego niż dobre, luźne samopoczucie po esce  - 

przynajmniej  dopóki  nie  przestała  działać  i  człowiek  czul  się  zmęczony  i  odwodniony,  że 

miał  ochotę  dać  nura  do  wiadra  wody.  Tak  się  składało,  że  teraz  czuł  się  gorzej  niż 

kiedykolwiek wcześniej w całym swoim życiu. Może mała esca z małą Jennifer Humphrey - 

która wydawała się zyskiwać z wiekiem - była tym, czego mu trzeba. 

Jenny  zauważyła,  że  Nate'a  kusiło.  Zachęcona  tym,  że  potrafiła  zaintrygować 

starszego od siebie, przystojnego chłopaka, westchnęła mu pożądliwie do ucha: 

- Chodźmy do łazienki i zróbmy to. 

Co proszę? Czyżby zapomniała, co stało się ostatnim razem, gdy poszła do łazienki z 

napalonym starszym chłopakiem? 

background image

czego ucho nie słyszało, tego sercu nie 

ż

al 

Blair  siedziała  w  kabinie  jednej  z  nieskazitelnych  i  eleganckich,  zdobionych  złotymi 

akcentami,  damskich  toalet  Yale  Club.  Zastanawiało  ją,  że  od  ponad  miesiąca  nie  zmuszała 

się do wymiotów. I wtedy właśnie usłyszała pierwsze niepokojące plotki. 

- Podobno nie jest nawet prawdziwym lordem. To po prostu jakiś Angol, który udaje 

wielkiego  arystokratę.  Założę  się,  że  wcale  nie  jeździ  na  polowania  na  lisa  ani  nie  zakłada 

cylindra i fraka na przyjęcia, ani nic z tych rzeczy - paplała z sąsiedniej kabiny Laura Salmon. 

- Myślę, że to naprawdę draństwo z jego strony. To znaczy, jeśli jest zaręczony z jakąś 

dziewczyną  w  Anglii,  to  znaczy,  że  oszukuje  obydwie  -  odparła  nonszalancko  Kati  Farkas, 

spryskując  włosy  lakierem  Fredericka  Fekkai  z  butelki  -  próbki  po  raz  trzeci  tej  nocy.  -  Po 

prostu  uwielbiam  ten  zapach.  A  tobie  podoba  się  zapach  tego  lakieru?  Ja  nawet  czasem 

psikam  nim  ubranie,  chociaż  wiem,  że  to  trochę  wstrętne.  No  bo  w  końcu  to  lakier  do 

włosów! 

Blair zebrała do góry plisowaną, satynową spódnicę swojego białego kostiumu od de 

la Renty, żeby dziewczyny jej nie poznały. Czy one mówiły o lordzie Marcusie? 

- Myślę,  że  ktoś  powinien  jej  to  powiedzieć  -  oznajmiła  Laura,  nim  spuściła  wodę. 

Pchnęła  drzwi  kabiny  i  zaczęła  myć  ręce  cytrynową  pianką  do  rąk  L'Occitane,  którą 

zapewniał Yale Club. - Nie uważasz? 

- Zdecydowanie - zgodziła się Kati. 

Jakby którakolwiek z nich miała dość odwagi. 

Blair  poczekała,  aż  sobie  pójdą,  nim  wyszła  z  kabiny.  Wszystko  przewracało  jej  się 

żołądku  od  wódki i  szampana,  które  piła  od  kilku  godzin,  ale  nie  zamierzała  uciekać  się  do 

wymiotów i ryzykować, że pobrudzi sobie spódnicę prześlicznego kostiumu. 

Co  one  mogą  wiedzieć  na  temat  Marcusa?  -  wściekała  się.  Ich  zazdrość  była  tok 

oczywista, że już na samą myśl robiło jej się jeszcze bardziej niedobrze.  Oczywiście, że był 

lordem.  Nie  zauważyły  jego  cudownych,  nienagannie  utrzymanych  butów  Church's? 

Nieskazitelnego  podcięcia  włosów?  Szytych  na  miarę  koszul  Savile  Row?  Nie  słyszały,  jak 

mówi do niej „olśniewająca” i „kochanie”. Nie zauważyły, jak  całuje jej  dłoń, jakby to była 

najnaturalniejsza  rzecz  na  świecie?  Kiedy  Blair  sprawdzała  informacje  na  jego  temat  na 

background image

Google'u,  nigdzie  nie  było  słowa  o  narzeczonej.  Nie  ma  mowy,  do  cholery,  żeby  był 

zaręczony  z  kimś  innym  niż  ona.  Zamknęła  oczy  z  rozmarzeniem.  Lady  Blair  Rhodes  -  to 

brzmiało naprawdę nieźle. 

Drzwi  łazienki  otworzyły  się  i  do  środka  wmaszerowała  Isabel  Coates.  Była  całkiem 

potargana, bo biała, satynowa zapinka do włosów Diora rozpięła jej się w trakcie tańca. Isabel 

zawsze tak wydziwiała z włosami, że Blair zastanawiała się, dlaczego ich po prostu nie zetnie. 

- Och. Tu jesteś - zauważyła Isabel i zaraz stało się jasne, że była obecna, gdy Kati i 

Laura  plotkowały  na  temat  lorda  Marcusa.  -  Więc  to  chyba  ja  powinnam  ci  powiedzieć.  - 

Zniżyła glos, żeby Blair zrozumiała, że to, co zamierza jej powiedzieć jest niezwykle ważne, - 

Nim ktoś cię zrani. 

Jakby ją to w ogóle obchodziło! 

Blair zmrużyła w lustrze niebieskie oczy i rzuciła odbiciu Isabel lodowate spojrzenie. 

- Powiedzieć co? 

Isabel odgarnęła za uszy kilka niesfornych odstających włosów, a potem zmarszczyła 

brwi, zerwała z głowy spinkę i zaczęła upinać fryzurę od nowa. Blair uważała, że w obciętych 

dżinsach  i  pociętej  czerwonej  koszulce  Juicy,  Isabel  wygląda  na  tanią  i  zdesperowaną,  jak 

Paris Hilton. 

- Ten  lord  Marcus  jest  żonaty  -  stwierdziła  rzeczowo  Isabel,  krzywiąc  się  z  wysiłku, 

gdy próbowała uczesać się w idealnie gładkiego kucyka. 

Blair po raz siódmy w ciągu pięciu minut nałożyła szminkę Chanel. Była tak wściekła, 

że zaczęła znowu myśleć o wymiotach. 

- Chrzanienie. 

Isabel  przewróciła  oczami  o  podkręconych  rzęsach  i  westchnęła,  jakby  była  już 

absolutnie znudzona tematem. 

- W każdym razie prawie. Jest zaręczony od dziesiątego roku życia. No wiesz, jak lady 

Diana i książę Karol? 

Blair odwróciła się od lustra. Zaciskała mocno pięści, żeby nie złapać Isabel za tę jej 

strusią szyję. 

- A gdzie właściwie o tym słyszałaś? 

Isabel wzruszyła irytująco ramionami. 

- Wszyscy wiedzą. To po prostu fakt. 

To zależy, jak definiować słowo „fakt”. 

- To najgłupsza... 

Blair  już  chciała  bronić  honoru  lorda  Marcusa,  ale  się  powstrzymała.  Byli  młodzi  i 

background image

zakochani  -  kogo  obchodziło,  co  myślą  inni?  Nawet  jeśli  rzeczywiście  istniała  jakaś  nudna 

Angielka,  którą  lord  Marcus  miał  poślubić,  to  pewnie  wyglądała  jak  królowa  Wiktoria, 

siedziała  na  tłustym  tyłku  w  swoim  zamku  w  Anglii,  zajadała  ciasteczka  i  zastanawiała  się 

dlaczego lord Marcus nie dzwoni. 

Isabel uśmiechnęła się do własnego odbicia, nareszcie zadowolona. 

- Po  prostu  uznałam,  że  powinnaś  wiedzieć.  -  Wzruszyła  ramionami,  unosząc  za 

mocno wydepilowane brwi. - Chcesz z nami zapalić? - zaproponowała, jakby nadal miały po 

trzynaście lat i paliły tylko w grupkach. 

- Nie. 

Blair  przeszła  obok  Isabel  i  wyszła  z  łazienki.  Zajrzała  do  niewiarygodnie 

zatłoczonego salonu, ale fotel, na którym siedziała z lordem Marcusem, był teraz zajęty przez 

głośnego i upalonego przyjaciela Nate'a, Jeremy'ego i jakąś wulgarną Francuzkę, która uczyła 

go  wydmuchiwać  serduszka  z  dymu.  Lorda  Marcusa  nigdzie  nie  było  widać.  Blair  dotknęła 

perłowego naszyjnika na swojej szyi i potykając się, pobiegła do windy. 

Cały  wieczór  marzyła,  by  znaleźć  się  z  lordem  Marcusem,  sam  na  sam,  w  jego 

apartamencie. Teraz miała szansę. 

background image

D postanawia przemy

ś

le

ć

 wakacyjne plany 

Danowi trzęsła się ręka, w której trzymał papierosa, gdy patrzył jak jego siostra znika 

w  męskiej  toalecie  z  tym  aroganckim,  wiecznie  upalonym  księciem  z  Upper  East  Side, 

Nate'em  Archibaldem.  Podczas  gdy  Jenny  z  każdym  dniem  wydawała  się  coraz  bardziej 

śmiała  i  pewna  siebie,  Dan  miał  wrażenie,  że  cofa  się  w  rozwoju  do  żałosnego  frajera  bez 

dziewczyny i przyjaciół, jakim był jeszcze rok temu. Jego siostra załatwiła sobie nawet szkołę 

z  internatem  po  tym,  jak  zamknęli  rekrutację,  podczas  gdy  on  zawęził  swoje  możliwości  do 

zera. 

Muzyka grała teraz naprawdę głośno, a Vanessa z Sereną poderwały do tańca połowę 

sali.  Vanessa  zrzuciła  sandały  na  koturnie,  odsłaniając  pomalowane  na  czarno  paznokcie  i 

mocno wysklepioną stopę. Dan uwielbiał całować jej stopy. Potrafił pisać o nich sonety. Ale 

to było jeszcze w czasach gdy Vanessa nie piła, nic tańczyła i nie nosiła bieli ani nic innego 

poza  czarnymi  dżinsami,  podkolanówkami  i  martensami.  Teraz  wydawała  się  tak  inna  - 

gdyby miał napisać o niej wiersz, nie bardzo wiedziałby, od czego zacząć. 

Vanessa podeszła do niego tanecznym krokiem i objęła za szyję. Jej blada skóra była 

śliska od potu, a powieki ciężkie od wódki, którą wypiła. 

- Naprawdę  cię  kocham,  Dan  -  mruknęła  mu  gorąco  do  ucha  i  znowu  odeszła,  nie 

przestając się kołysać. 

Całe jej ciało skrzyło się, gdy Dan patrzył za nią. Naprawdę wierzył, że go kocha. Po 

prostu nie potrzebowała, żeby cały czas był przy niej. Była zbyt zajęta zrzucaniem czarnego 

kokonu i przemianą w lśniącą, białą ćmę. 

Ale on zrezygnował już z Evergreen. Co miał teraz robić? 

Zapalając  camela,  zastanawiał  się,  czy  nie  wpakować  się  do  męskiej  toalety,  żeby 

przez  wzgląd  na  dawne  czasy  ratować  siostrę.  Taki  szlachetny  gest  mógłby  sprawić,  że 

poczułby  się  lepiej.  Ale  Dan  miał  już  serdecznie  dość  bycia  odpowiedzialnym  starszym 

bratem. Może dla odmiany ktoś uratowałby jego? 

Nie ma sprawy. 

- Synu? Możemy chwilę porozmawiać? 

Dan z zaskoczenia upuścił papierosa na bordowo - złoty orientalny dywan i mało nie 

background image

wyskoczył  z  wyblakłych,  błękitnych  vansów.  To  był  jego  ojciec,  w  swoim  ulubionym 

fioletowym dresie i czarnym T - shircie, z policzkami zaczerwionymi od namiaru wina. 

- Chyba tak - odparł powoli Dan. 

Muzyka w klubie była absurdalnie głośna. Dan wyprowadził Rufusa na zewnątrz. Na 

Vanderbilt  Avenue  powietrze  było  parne,  a  chodniki  lśniły  od  wilgoci.  Po  drugiej  stronie 

ulicy,  Grand  Central  Station  wyglądał  jak  olbrzymi  relikt  przeszłości.  Przed  Yale  Club  stał 

zaparkowany  inny  relikt,  Buick  Skylark  z  siedemdziesiątego  siódmego  roku,  niebieski 

metalik,  który  zupełnie  nie  pasował  do  tego  miejsca.  Dwie  chude  dziewczyny  z  L'École 

siedziały  na  krawężniku  i  kłóciły  się  o  coś  –  która  jest  ładniejsza  albo  która  z  większym 

szykiem pali gauloise'y. 

Za  nimi  leżały  porzucone  złote  sandały  Gucciego.  Nagle  dziewczyny  zaczęły  się 

całować. 

- Jezu  -  mruknął  Rufus,  pociągając  się  za  szpakowatą  brodę,  która  przypominała 

zużyty, metalowy zmywak. 

- Co znowu, tato? - jękną! zniecierpliwiony Dan. 

To było dość krępujące, wychodzić z imprezy z ojcem. Czuł się, jakby miał jedenaście 

lat. 

Rufus  wsadził  ręce  za  rozciągnięty  pas  fioletowego  dresu  i  Dan  aż  się  wzdrygnął  na 

taki gest. 

- Po  tym  jak  wyszedłeś,  zadzwoni!  jakiś  stuknięty  grecki  profesor  z  Evergreen. 

Najpierw plótł, że miałeś spać u niego na hamaku i jeść z nim liście winogron, a potem zaczął 

filozofować  na  temat  tego,  jak  to  dzieciaki  w  twoim  wieku  nie  odróżniają  seksu  od  miłości. 

Najwyraźniej jest w tych sprawach ekspertem. W każdym razie rozmawiałem z nim chwilę i 

dogadaliśmy się, że zatrzyma dla ciebie miejsce na uczelni, bo po pierwsze, poprosiłem go o 

to, po drugie, miał być twoim opiekunem naukowym i chce, żebyś mu pomógł z książką i po 

trzecie, obaj cię lubimy, chociaż jesteś kretynem. 

Dan czuł się dotknięty ciepłym i nieco protekcjonalnym tonem ojca. 

- Nie  możesz  mi  mówić,  co  mam  robić  -  wypalił,  krzyżując  ręce  na  piersi  i  z  każdą 

minutą zachowując się coraz bardziej dziecinnie. - Nie możesz. 

- To  prawda  -  zgodził  się  Rufus.  -  Wskazał  na  starego  stylowego  buicka 

zaparkowanego  przed  Yale  Club.  -  Ale  kupiłem  ci  już  samochód.  Mógłbyś  przynajmniej 

pozwolić mi nauczyć cię nim jeździć, a potem możesz się stąd zabierać w cholerę. 

Dan czytywał o objawieniach, ale do tej pory nigdy czegoś takiego nie przeżył. Dostał 

się do niemal każdego college'u. do którego złożył podanie. „New Yorker” opublikował jego 

background image

wiersz Co miał robić w przyszłym roku - pracować w księgarni albo w knajpie, podczas gdy 

Vanessa będzie na zajęciach? 

- Mógłbym  poświęcić  lato  na  przemyślenie  wszystkiego  -  zgodził  sic,  nie  chcąc 

pokazać ojcu, że łatwo go przekonać. 

Będą mogli spędzać czas z Vanessą, kiedy ona nie będzie za bardzo zajęta pracą przy 

filmie,  a  on  jeżdżeniem  tym...  magnesem  na  panienki.  Kto  wie?  Może  znajdą  się  inne 

dziewczyny  do  kochania  poza  Vanessą.  Musiał  tylko  zdobyć  prawo  jazdy  i  ruszyć 

samochodem na zachód, żeby się przekonać. 

Rufus  wyciągnął  rękę,  żeby  poklepać  Dana  po  plecach,  ale  ten  wyciągnął  ramiona  i 

uściskał ojca. 

- Ta impreza jest taka sobie - przyznał się. 

Rufus odchrząknął i poprowadził syna do samochodu, który wyglądał niesamowicie w 

świetle ulicznej latarni. 

- To może dam ci pierwszą lekcję jazdy? 

Och. Uwielbiam szczęśliwe zakończenia. 

background image

seks, narkotyki i rock'n'roll 

Jenny zamknęła na zasuwkę drzwi kabiny dla niepełnosprawnych w męskiej toalecie. 

Nie była pewna co zrobić najpierw - rozebrać się czy wyłowić tabletkę z torebki. Rozszerzone 

nozdrza  Nate'a  świadczyły  o  zniecierpliwieniu,  ale  nie  wiedziała,  czy  chodzi  o  seks,  czy  o 

narkotyk. 

Rozpięła  czarną  torebkę  w  białe  perskie  koty  i  otworzyła  pasującą  do  niej 

portmonetkę. 

- Mam. 

Wyjęła kawał folii z tabletką w środku i ostrożnie zaczęły odwijać. 

Nate zerknął jej przez ramię. 

- Chcesz ją sama wziąć, czy wolisz, żebym ja to zrobił? 

Jenny nie miała ochoty, on najwyraźniej tak. 

- Ty weź. 

Wyciągnęła  dłoń  i  Nate  wziął  pigułkę  między  palce.  Otworzył  usta,  zamknął  oczy  i 

wysunął język, po czym wcisnął na niego tabletkę, znowu otworzył oczy i zamknął usta. Nie 

wyglądał przy tym szczególnie atrakcyjnie, ale Jenny i tak była zdecydowana pójść z nim na 

całość. To był jej łabędzi śpiew, ostatnia szansa, by dać się zapamiętać tak, jak ona chciała. 

Och, z pewnością da się zapamiętać. 

- Czy to ma jakiś smak? - zapytała ze szczerej ciekawości. 

- Nie. 

Nate  się  uśmiechnął.  Im  więcej  czasu  spędzał  sam  na  sam  z  Jennifer,  tym  bardziej 

czul,  że  wraca  jego  dawne  „ja”.  Ona  chciała  się  tylko  zabawić,  bez  zobowiązań,  bez 

oczekiwań,  z  okazji  zakończenia  roku,  nim  wyjedzie  do  szkoły  z  internatem,  czy  gdzie,  do 

cholery,  wybierała  się  tego  łata  -  a  to  była  specjalność  Nate'a.  Pochylił  się  i  pocałował  ja  w 

usta, na początku z wahaniem, jakby była gorącym przysmakiem, a on bał się, że się oparzy. 

- Za to ty smakujesz wspaniale. 

Jenny  ogromnie  podobała  się  myśl,  że  wykorzystuje  Nate'a,  a  fakt,  że  chciał  zostać 

wykorzystany, tylko dodawał sytuacji pikanterii.  Pogłaskał jej brązowe włosy, a ona uniosła 

podbródek i spojrzała w jego olśniewające zielone oczy. 

background image

- Pamiętasz, jaka byłam w tobie zakochana? 

Nate  uśmiechnął  się  i  pocałował  ją  znowu.  Robił  to  przez  jakiś  czas,  uśmiechał  się  i 

całował ją, uśmiechał się i całował, jakby zajadał pyszne lody. 

- Twoja  skóra  jest  jak...  jak...  płatki  kwiatów  -  zauważył  Nate,  gdy  eska  zaczęła 

działać. Potarł czubkiem nosa o jej skroń. - Grrr. 

Jenny  zachichotała.  To  było  absolutnie  niesamowite,  być  tak  blisko  Nate'a  i  czuć  się 

przy  tym  tak  swobodnie.  Był  niemożliwie  przystojny  i  bycie  całowaną  przez  niego  okazało 

się naprawdę, naprawdę, naprawdę przyjemne. Ale Nate zaczynał odpływać, a ona nie chciała 

tracić cnoty z chłopakiem, który gotów wziąć ją za szczeniaka labradora. O, nie. 

No, zachował przynajmniej resztkę godności. 

Mimo  wszystko,  była  to  jej  ostatnia  szalona  noc  przed  porannym  odlotem  do  Pragi. 

Nie była jeszcze gotowa, by ją zakończyć. 

Nate  potarł  policzkiem  o  jej  starannie  wyregulowane  ciemne  brwi,  a  ona  uniosła 

podbródek, żeby pochwycić go w kolejny długi, głodny pocałunek. Jej brat zawsze zrzędził, 

że życie jest beznadziejne. Nie mogła bardziej się z nim nie zgodzić. Nigdy nie wyobrażała 

sobie, że jej życie będzie aż tak ekscytujące. A było, naprawdę było. 

background image

nie ma to jak odrobina tajemniczo

ś

ci 

- Marcus,  kochanie?!  -  zawołała  niepewnie  Blair  przez  białe  rzeźbione  drzwi  do 

apartamentu lorda. Nigdy wcześniej nie mówiła do niego „kochanie”, ale to słowo stawało się 

powoli jej ulubionym pieszczotliwym określeniem. - Jesteś tam? 

Zastanawiała się, czy nie rozebrać się do samych pereł już na korytarzu, ale Yale Club 

był pełen gości. Co, gdyby jakiś profesor z Yale zobaczył ją nago, a potem trafiłaby do niego 

na wstęp do prawa albo jakieś inne zajęcia dla pierwszego roku? 

Taaak, wtedy zajęcia stałyby się nadzwyczaj interesujące. 

- Marcus? 

Blair  przycisnęła  ucho  do  drzwi  i  nasłuchiwała.  Nic.  Pociągnęła  za  klamkę.  Drzwi 

były otwarte. Uchyliła je i zajrzała do środka. 

- Marcus? 

Dalej nic. Otworzyła drzwi na oścież. 

Szuflady  staroświeckiej,  dębowej  szafy  były  powysuwane,  a  na  łóżku  leżał  wilgotny 

ręcznik. Powietrze było  ciężkie od pary i zapachu wody kolońskiej Caroliny  Herrery. Drzwi 

garderoby stały otwarte, a cedrowe wieszaki wisiały puste. Marcus zniknął. 

Ups. 

Blair opadła ciężko na łóżko. Czuła się zupełnie jak porzucona, lecz piękna, bohaterka 

jednego  z  epickich  filmów,  które  rozgrywały  się  w  jej  głowie,  a  które  ostatnio  przestała 

oglądać. Zdążyła już zapomnieć o wielkich okularach przeciwsłonecznych, chustce na włosy 

Hermesa  i  trenczu  do  kostek,  bo  jako  zakochana  bohaterka,  która  miała  drugą  połowę,  nie 

potrzebowała ich. Teraz chciała je odzyskać. 

Jak to się stało? Czy jej jedynym przeznaczeniem było robić za wycieraczkę dla takich 

chłopaków jak Nate albo lord Marcus, żeby mieli o co wytrzeć podeszwy swoich kłamliwych, 

zdradliwych butów? 

Czując,  jak  buntuje  się  jej  żołądek,  wstała  i  popędziła  do  swojego  apartamentu. 

Zamierzała  wpaść  do  łazienki  i  zmusić  się  do  wymiotów,  gdy  tylko  dopadnie  muszli.  Na 

biurku stała oparta o coś, duża, kremowa koperta z napisem Do mojej kochanej B, wypisanym 

niewyraźnym  charakterem  pisma  Marcusa,  oraz  małe,  czarne  pudełeczko  Z  aksamitu  ze 

background image

złotym  nadrukiem  Bvlgari.  Blair  oparta  się  pokusie  otwarcia  pudełka  i  rozdarta  kopertę.  W 

środku  znajdował  się  list  od  Marcusa  napisany  na  kremowym  papierze  z  granatowym 

nagłówkiem, LORD MARCUS B EATON - RHODES, oraz bilet British Airways. 

Nadal  stojąc,  Blair  zaczęła  łapczywie  czytać  List.  Starała  się  ignorować  drobne 

drgania w żołądku, które przypominały pękanie baniek. 

Najdro

ż

sza, kochana Blair, Be, moja pszczółko! 

Jak  mogłem  przypuszcza

ć

,  kiedy  planowałem  krótk

ą

  wizyt

ę

  w  Nowym  Jorku  po  Yale,  ze 

spotkam dziewczyn

ę

 i si

ę

 zakocham? I to nie jak

ąś

 tam dziewczyn

ę

, tylko Ciebie. Nie potrafi

ę

 opisa

ć

 

moich  uczu

ć

  słowami,  dlatego  pop

ę

dziłem  i  dokupiłem  te  dwa  drobiazgi,  które  b

ę

d

ą

  Ci  pasowały  do 

naszyjnika. Obiecaj, 

ż

e b

ę

dziesz to wszystko miała na sobie, gdy znowu ci

ę

 zobacz

ę

. Mam nadziej

ę

ż

e nast

ą

pi to ju

ż

 za dwa tygodnie, je

ś

li tylko Wasza Pi

ę

kno

ść

 b

ę

dzie tak miła i przyleci lotem, który w 

swej 

ś

miało

ś

ci pozwoliłem sobie dla Niej zarezerwowa

ć

 oczywi

ś

cie w pierwszej klasie. Masz zatem 

dwa  tygodnie  -  do

ść

  czasu, 

ż

eby  sprawi

ć

  sobie  now

ą

  garderob

ę

,  zafundowa

ć

  seri

ę

  maseczek  albo 

sesji w solarium, czy cokolwiek jest ci potrzebne, by wygl

ą

da

ć

 ol

ś

niewaj

ą

co, jak zawsze. Wybacz, 

ż

tak  uciekam,  ale  to  twoje  przyj

ę

cie  na  zako

ń

czenie  szkoły  i  nie  chciałem  go  psu

ć

  po

ż

egnaniami.  A 

zatem, odlatuj

ę

. Prosz

ę

, przyjed

ź

 do Anglii. B

ę

d

ę

 t

ę

sknił. 

Twój na zawsze, 

Marcus 

Blair chwyciła pudełko z biurka i uchyliła wieczko. W środku lśniły dwie doskonale, 

ogromne, okrągłe perły, każda na ozdobnej złotej zawieszce w kształcie litery B - kolczyki w 

komplecie  do  naszyjnika.  Natychmiast  zdjęła  swoje  nudne  perłowe  wkrętki  i  założyła 

kolczyki Bvlgari. 

Be. Pszczółka. 

Blair  wątpiła,  by  Marcus  był  zaręczony  z  jakąś  grubą  księżniczką  krwi  z  wielkim 

nosem,  skoro  kupił  jej  bilet  do  Anglii,  aby  mogła  poznać  jego  mamę.  Sądząc  po  wytwornej 

papeterii,  był  też  autentycznym  lordem.  A  bilet  i  perły  świadczyły  o  tym,  że  naprawdę  ją 

kochał. 

Otworzyła  górną  szufladę  biurka  i  schowała  bilet  obok  ulubionego  czarnego  stanika 

La Perła. 

Wbrew  obiegowej  opinii,  nic  tak  nie  rozpala  wyobraźni  dziewczyny  jak  tajemnicze 

zniknięcie. 

background image

wiesz, 

ż

e mnie kochasz 

Jasne  włosy  Sereny  zmatowiały  od  potu,  a  żółta  sukienka  kleiła  jej  się  do  ciała  jak 

wilgotna bibuła. Tańczyła od godziny i ledwo trzymała się na nogach. Vanessa opierała się o 

ścianę  i  żłopała  z  butelki  wodę  Perrier,  a  policzki  miała  czerwone  od  wysiłku.  Serena 

dołączyła do niej, wyrwała butelkę z dłoni przyjaciółki i zaczęła pić. 

- Nie widziałaś przypadkiem Dana, co? - wydyszała Vanessa. 

Teraz,  gdy  skończyła  tańczyć,  miło  byłoby  znaleźć  jakiś  cichy  kącik  w  klubie  i 

pofiglować z Danem. 

- Nie - odparta Serena. 

Szczypiącymi  od  potu  oczami,  dziewczyny  rozejrzały  się  po  obecnych.  Grupa 

chłopców  z  dziesiątej  klasy  jakiejś  katolickiej  szkoły  robiła  ludzką  piramidę  z  Chuckiem 

Bassem na szczycie - chociaż on jeden ważył pewnie tyle, co cała reszta razem wzięta. Jedna 

z dziewczyn z L'École zdjęła top i kołysała się samotnie w kącie, paląc skręta i strojąc gitarę. 

Na łopatce miała wytatuowane słońce, księżyc i gwiazdy. 

- Dziwna jakaś ta impreza - zauważyła Vanessa. 

- Widziałaś Nate'a? - zapytała Serena. 

Pamiętała  mgliście,  że  z  nim  przyjechała,  ale  potem  go  już  nie  widziała.  Zmrużyła 

oczy, po części spodziewając się zobaczyć go łkającego przy barze, ale nigdzie go nie było. 

Blair odchodziła właśnie od baru ze świeżym kieliszkiem szampana w ręce i nowym 

papierosem w hebanowej cygarniczce, którą trzymała w lśniących szminką ustach. Wyglądała 

jak amantka ze starego filmu. Serena odepchnęła się od ściany i podeszła do niej. 

- Masz przepiękne perły. 

Blair postanowiła nie splunąć Serenie w twarz ani nie wydrapać jej niebieskich oczu. 

- To od Marcusa. 

Serena pokiwała głową i zamierzała powiedzieć coś o tym

jakim niezwykłym facetem 

jest Marcus, ale była za bardzo rozkojarzona. 

- Nie widziałaś gdzieś Nate'a? 

Blair  pociągnęła  długi  łyk  szampana  i  wypuściła  dym  z  papierosa.  Była  zbyt  zajęta 

przyjmowaniem prezentów od swojego tajemniczego, arystokratycznego adoratora. Nie miała 

background image

czasu pilnować Nate'a. 

- Nie. 

Serena rozejrzała się po sali. 

- Ostatnio dziwnie się zachowywał rzuciła, obgryzając paznokieć. - Nie uważasz? 

Blair nie miała wiele do powiedzenia na ten temat. Ciemnozielony sweter nadal leżał 

tam, gdzie go zostawiła, zwinięty w fotelu nieopodal. 

- Chyba tak - zgodziła się. 

Jenny  Humphrey,  ta  drobna  dziewiątoklasistka  o  wielkich  piersiach,  wyszła  z 

korytarzyka  prowadzącego  do  męskiej  toalety.  Kręcone  włosy  miała  w  lekkim  nieładzie,  a 

usta  zaczerwienione  i  opuchnięte,  jakby  za  długo  się  całowała.  Zatrzymała  się  i  wyciągnęła 

rękę, jakby prowadziła za sobą dziecko. Potem pojawił się Nate. Wyglądał na szczęśliwego i 

zdezorientowanego. Jenny objęła go w pasie, a on odwrócił się i pocałował ją w usta z takim 

zapałem, jakby były co najmniej z czekolady. 

- Och! - wykrzyknęła Serena, jakby ktoś ją uszczypnął. 

Zamrugała  oczami,  zastanawiając  się,  czy  czuje  się  naprawdę  zraniona,  czy  tylko 

niemile zaskoczona. Nigdy nie czuła się w porządku, że byli z Nate'em razem. I lepiej będzie 

zostać  singlem  tego  lata,  bo  będzie  się  mogła  skupić  na  filmie.  Teraz  przynajmniej  nie 

musiała  zawracać  sobie  głowy  zrywaniem  z  nim.  Tak  naprawdę  to  chyba  nigdy  nie  byli 

prawdziwą parą. 

Rzeczywiście, niekoniecznie. 

- Typowe - syknęła Blair. 

Wytrząsnęła z paczki merita ultra light i podała go Serenie. 

- Nie wściekaj się. To silniejsze od niego. 

Serena wzięła papierosa i wsunęła między wargi, czekając, aż Blair poda jej ogień. 

- Nie jestem wściekła. - Westchnęła z ulgą. 

Chociaż  raz  ona  i  Blair  zbliżyły  się  przez  Nate'a,  zamiast  pokłócić  się  o  niego.  Miła 

odmiana. 

- Pożyczysz  mi  to  do  filmu?  -  Wskazała  na  cygarniczkę  Blair.  -  Chociaż  pewnie 

podpaliłabym sobie tytek, próbując jej używać. Jestem taką fajtłapą. 

Blair uwielbiała słuchać samokrytyki Sereny. To dawało jej nadzieję. 

- Pewnie, że pożyczę. 

Dwie dziewczyny odwróciły się instynktownie, gdy kłos podszedł do nich z drugiego 

końca sali. Twarz Nate'a była obwisła, jego zielone oczy ogromne, a ciało bardziej bezwładne 

niż  zwykle.  Szedł  do  nich  z  otwartymi  ramionami.  Złapał  Serene  i  zafundował  jej  jeszcze 

background image

bardziej rozmaślony pocałunek niż przed chwilą Jenny. Serena zachichotała i odepchnęła go. 

- Natie! 

Ale on był niewzruszony. Puścił Serenę i złapał Blair. Przycisnął wilgotne usta do jej 

warg i zaciągnął się jej oddechem. 

- Co do cholery...?! - krzyknęła Blair. Zrobiła krok do tyłu, żeby się wyrwać. 

Nate stał między dziewczynami i uśmiechał się jak najszczęśliwszy facet na ziemi. 

- Jesteście po prostu zbyt piękne - powiedział, jakby tytułem usprawiedliwienia. - Nie 

mogę przestać was całować. 

Blair i Serena spojrzały po sobie. Tak, Nate rzeczywiście dziwnie się zachowywał. Jak 

mawiają w Anglii, był kompletnie naprany. Było jednak coś zaraźliwego w jego szczeniackim 

entuzjazmie, W końcu dzisiaj kończyli szkołę. Dlaczego nie mieli zachowywać się dziwnie? 

Dlaczego nie całować się ze wszystkimi? Niektórych z nich pewnie nigdy więcej nie zobaczą. 

A z niektórymi spędzą jeszcze całkiem sporo czasu. 

- Chcesz  zobaczyć  coś  naprawdę  szalonego?  -  zapytała  Nate'a  Blair,  unosząc  prawą 

brew w sposób, który godzinami próbowały naśladować młodsze uczennice z Constance. 

Zrobiła  krok  naprzód  i  położyła  ręce  na  nagich  ramionach  Sereny.  Przyjaciółka 

natychmiast  zrozumiała,  co  ma  zrobić.  Uśmiechnęły  się  do  siebie  i  zbliżyły  głowy,  bliżej,  i 

jeszcze bliżej, jakby na zwolnionym tempie. 

- Wiemy, że nas kochacie - mruknęły zgodnie, nim ich usta zetknęły się w pocałunku. 

W sali ucichło, gdy wszyscy przerwali to, co robili i odwrócili się, żeby popatrzeć, ale 

żadna  z  dziewczyn  nie  przerywała  pocałunku.  Wszyscy  zastanawiali  się,  czy  to  nie  żart, 

ostatni wybryk absolwentek? 

Może tak. A może nie. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

DZIE

Ń

 DOBRY, ABSOLWENCI! 

 

Nie macie wra

ż

enia, 

ż

e wasze twarze wygl

ą

dały dzi

ś

 rano odrobin

ę

 inaczej - a mo

ż

e powinnam raczej 

napisa

ć

 po południu, bo rano nikt z nas nie zd

ąż

ył si

ę

 jeszcze poło

ż

y

ć

? Wczorajszy dzie

ń

 wydaje si

ę

 

troch

ę

 nierzeczywisty, ale, wierzcie mi, to wszystko wydarzyło si

ę

 naprawd

ę

. Udało nam si

ę

, mamy to 

z głowy. 

 

DNI S

Ą

 KRÓTKIE, A NOCE S

Ą

 BARDZO, BARDZO DŁUGIE 

 

Mamy wtorkowe popołudnie - a wła

ś

ciwie prawie wieczór - a ja nadal w łó

ż

ku. Co zrobiłam zaraz po 

przebudzeniu? Wrzuciłam ubranie z rozdania dyplomów na dno szafy, a szkolne mundurki, których ju

ż

 

nigdy w

ż

yciu nie wło

żę

, wyrzuciłam do 

ś

mieci. Potem zacz

ę

łam snu

ć

 skomplikowane plany, jak zabra

ć

 

paczk

ę

 przyjaciół na pla

żę

 w Sag Harbor moim nowiutkim, importowanym z Europy, samochodem. Ale 

zmieniłam  zdanie.  Nie  ma  po

ś

piechu.  Mo

ż

emy  zrobi

ć

  to  jutro  albo  pojutrze,  albo  po  pojutrze. 

Zamówiłam wi

ę

ś

niadanie z E.A.T., wróciłam do łó

ż

ka i siedz

ę

 tak do tej pory - jest mi jak w siódmym 

niebie.  Zamierzam  tu  zosta

ć

  jeszcze  co  najmniej  pół  godziny  -  a

ż

  nadejdzie  czas  szykowa

ć

  si

ę

  do 

kolejnego wyj

ś

cia. Zapomnijcie o baraszkowaniu w sło

ń

cu przez cały dzie

ń

 - do tego trzeba wcze

ś

nie 

wstawa

ć

. A w lecie najpi

ę

kniejsze s

ą

 te długie nocne wyj

ś

cia! 

 

YALE CLUB PRZYJMUJE NOW

Ą

 POLITYK

Ę

 W KWESTIE IMPREZ 

 

Dwana

ś

cie  godzin  pó

ź

niej,  a  oni  nadal  zamiataj

ą

  ludzi  z  orientalnych  dywanów  i  pakuj

ą

  ich  do 

taksówek. Po ostatnim wieczorze - z dziewczynami w topless, piramidami z chłopców, dziewczynami 

dobieraj

ą

cymi si

ę

 do dziewczyn, chłopcami dobieraj

ą

cymi si

ę

 do chłopców, znikni

ę

ciu flagi Yale, która 

wisiała  nad  wej

ś

ciem,  skargach  go

ś

ci  na  niewiarygodnie  gło

ś

n

ą

  muzyk

ę

  i  dym  papierosowy  - 

kierownictwo  klubu  postanowiło  działa

ć

.  Od  teraz  członkowie  Yale  Club  mog

ą

  urz

ą

dza

ć

  imprezy,  ale 

background image

tylko dla innych członków klubu i ich rodzin. 

Ż

adnych go

ś

ci z zewn

ą

trz. Wygl

ą

da na to, 

ż

e lepiej, aby 

pewna  trójka  wybieraj

ą

c  si

ę

  do  Yale,  pozostała  w  dobrych  stosunkach.  Inaczej  z  kim  si

ę

  bawi

ć

,  je

ś

li 

kiedy

ś

 przyjdzie im ochota zaszale

ć

 w klubie. 

 

ZAPOWIADA SI

Ę

 NAM LATO MIŁO

Ś

CI 

 

S V+ D 

+ on sam 

+ ona sama 

S + ona sama 

J + jaki

ś

 przypadkowy, ale przystojny czeski artysta, który nie mówi po angielsku 

N + on sam 

B + lord M... i oczywi

ś

cie ona sama 

 

POJAWIAJ

Ą

 SI

Ę

 JEDNAK NOWE PYTANIA 

 

Czy  S  i  B  s

ą

  teraz  przyjaciółkami,  czy  par

ą

?  Czy  to  znaczy, 

ż

e  stare  plotki  o  wannie  to  jednak 

prawda? 

 

Czy N przetrwa lato ci

ęż

kiej pracy i pobo

ż

no

ś

ci w Hamptons, zwłaszcza bez B i S

 

Czy V dostanie prac

ę

 przy kr

ę

ceniu 

Ś

niadania u Freda? Jak zniesie wariata w roli re

ż

ysera? 

 

Czy V i D rzeczywi

ś

cie s

ą

 razem? A je

ś

li tak, to czy ich zwi

ą

zek przetrwa do jesieni. A co potem? 

 

Czy D nauczy si

ę

 je

ź

dzi

ć

 swoim stary  buickiem, czy te

ż

 mo

ż

e  za  bardzo  b

ę

d

ą

  mu si

ę

 poci

ć

 r

ę

ce na 

kierownicy? 

 

Czy B naprawd

ę

 pojedzie do Anglii odwiedzi

ć

 przystojnego lorda? Czy wróci w koronie? Czy w ogóle 

wróci? 

 

Czy  przy  S  Audrey  Hepburn  wyjdzie  na  amatork

ę

?  A  co  wa

ż

niejsze;  kto  b

ę

dzie  jej  filmowym 

partnerem? 

 

Czy  nadal  b

ę

dziemy  mieli  wie

ś

ci  o  J,  nawet  gdy  wyjedzie  do  Europy?  A  co,  gdy  pójdzie  do  szkoły  z 

internatem? 

 

Na pewno dowiecie si

ę

 wszystkiego o wszystkich. Nigdy nie byłam za dobra w zatajaniu informacji! 

 

NIE ZNIKAM 

background image

 

Na  wypadek,  gdyby

ś

cie  si

ę

  zastanawiali  -  mo

ż

e  i  sko

ń

czyłam  szkoł

ę

,  i  wyje

ż

d

ż

am  na  jesieni  do 

college'u,  ale  na  pewno  nie  zamierzam  was  zaniedba

ć

  ani  znikn

ąć

.  Za  du

ż

o  jest  do  opowiadania. 

Zawsze b

ę

dzie... 

Wiem, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara