background image

CECILY VON ZIEGESAR

NIKT NIE ROBI TEGO LEPIEJ

plotkara 7

Przekład Małgorzata Strzelec

Tytuł oryginału

NOBODY DOES IT BETTER

Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę.

William Szekspir Hamlet

przekł. J. Paszkowski

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Zostały dwa tygodnie, żeby się zdecydować, do którego pójść college'u - oczywiście dotyczy to tylko 

tych,   którzy   mają   jakiś   wybór.   Ćwiczymy   się   właśnie   w   trudnej   sztuce:   jak   totalnie   nie   zawalić 

ostatniego semestru w szkole, jak najrzadziej bywając na zajęciach i nie odrabiając prac domowych. 

Jeśli zobaczycie dziewczyny, które zrzucają biało - niebieskie szkolne mundurki i kładą się na Owczej 

Łące w Central Parku w ślicznych, szpanerskich bikini, to właśnie my A jeśli zobaczycie grupę biegają-

cych   boso   chłopaków   bez   koszul,   w   podwiniętych   spodniach   khaki,   z   platynowymi   zegarkami   od 

Cartiera połyskującymi na opalonych, umięśnionych od gry w lacrosse rękach, to właśnie będziecie 

podziwiać   naszych   chłopaków.   No   dobra,   jest   dopiero   jedenasta   przed   południem   w   piątek   i 

powinnyśmy   być   na   WF  -   ie   albo   francuskim   dla   zaawansowanych,   ale   zbliżamy   się   do   końca 

najtrudniejszego roku w naszym życiu i naprawdę musimy wyluzować, więc odpuście nam trochę, w 

porządku?

Albo lepiej przyłączcie się do nas.

A na wypadek, gdybyście do tej pory chowali się pod jakimś kamieniem i jeszcze nas nie znali - no bo 

znają nas już chyba wszyscy - to właśnie my jesteśmy tymi najpiękniejszymi na balach; księżniczkami 

i książętami z Upper East Side w Nowym Jorku. Przez większość czasu mieszkamy w rezydencjach 

przy Park Avenue albo Piątej Alei lub w ogromnych willach, More zajmują pół kwartału. Resztę czasu 

spędzamy   w   naszych   „domkach   na   wsi”,   co   może   oznaczać   rezydencję   w   Connecticut   lub   w 

Hamptons, średniowieczny zamek w Irlandii albo willę na St. Barts z widokiem na morze. W tygodniu 

uczymy tlę - nuda - w którejś z tych małych, prywatnych, żeńskich lub męskich szkół na Manhattanie, 

gdzie obowiązują mundurki. W weekendy ostro balujemy, zwłaszcza teraz, gdy pogoda jest piękna i 

nasi   rodzice   są   na   swoich   jachtach,   w   prywatnych   odrzutowcach   albo   limuzynach   z   kierowcą   i 

zostawiają nam, swoim zwariowanym dzieciakom, zupełną swobodę.

A nas najbardziej teraz rajcuje coś, co nazywa się na literę „s”. Może jeszcze tego nie robicie, ale na 

pewno o tym mówicie. Wszyscy o tym mówią. A niektórzy też to robią. Zwłaszcza...

  plotkara.net jest tłumaczeniem nazwy autentycznej  strony internetowej:  

www.gossipgirl.net

  (przyp. 

red.).

*

background image

PARY, KTÓRE RÓWNIE DOBRZE MOGŁYBY JUŻ BYĆ MAŁŻEŃSTWAMI

Razem śpią,  razem  jedzą, pożyczają   sobie ubrania.  Nie zwracają uwagi na oddzielanie  jego  i  jej 

rzeczy ze stosu ubrań porzuconych koło łóżka i po prostu wskakują w pierwszy lepszy ciuch, wiedząc, 

że i tak za chwilę go zrzucą. Żadne z nich nie może nigdzie pójść samo i nie usłyszeć pytań „A gdzie 

jest to...?” lub „Gdzie jest tamto...?”, jakby nie potrafili się rozdzielić na dłużej niż trzydzieści sekund. 

Wiem, już słyszę, jak się nabijacie. Przecież to takie nudne mieć jednego chłopaka. Ale spójrzmy 

prawdzie w oczy, oni na pewno robią coś więcej, niż tylko rozmawiają o tym słowie na „s” - a niewielu 

z nas może to o sobie powiedzieć.

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

Mój   ojciec   jest   niezależnym   producentem   filmowym   i   właśnie   wyjechał   na   festiwal   do 

Cannes.   Wszyscy   tam   mówią   o   filmie   dokumentalnym   na   temat   „uprzywilejowanych 

nastolatków z Nowego Jorku”, ale nikt nie wie, kto go nakręcił. Po pierwsze, występujesz w 

tym filmie? Po drugie, to ty go zrobiłaś?

dziewczyna z LA

O:

 Droga dziewczyno z LA!

Nie mogę odpowiedzieć na twoje pierwsze pytanie, bo nie widziałam tego filmu, ale brzmi 

przerażająco znajomo... Kilka tygodni temu pewna dziewczyna z ogoloną głową chodziła za 

wszystkimi z kamerą... A co do twojego drugiego pytania - ledwo daję sobie radę z robie-

niem zdjęć moją komórką!

P

Na celowniku

Po północy  S  wybiega na paluszkach do skrzynki pocztowej przed swoim mieszkaniem przy Piątej 

Alei. W rękach trzyma plik wielkich białych kopert z herbami różnych college'ów. Ma na sobie skąpą 

błękitną  koszulkę nocną  Cosabella,  która  ledwo zakrywa  jej  słynną,  prześliczną pupę (ku uciesze 

wszystkich   portierów   na   służbie   i   taksówkarzy,   którzy   stoją   w   korku).   Potem   jednak   wraca   na 

paluszkach do domu, niczego nie wysławszy. Pewnie trudno jej podjąć decyzję co do przyszłego roku, 

skoro dostała się do wszystkich szkół, do których złożyła papiery, i może nawet do paru takich, gdzie 

w ogóle się nie zgłaszała!  C  zabiera swoje straszliwe  wojskowe buciory  do Toda, żeby je trochę 

odszykować. Będzie pierwszym kadetem w historii z różowymi frędzlami przy butach. D i J walczą o 

lustro w H&M. Wygląda na to, że teraz, kiedy oboje są tacy stawni, zaczęta się typowa dla rodzeństwa 

rywalizacja.  V  w   kafejce   internetowej   w   Williamsburgu   gawędzi   na   czacie   z   przypadkowymi 

nieznajomymi. Ta kobieta niczego się nie boi. K i I objadają się i knują intrygi w Jackson Hole. Boże, 

background image

co tym razem? Nie widać nigdzie  N  i  B... Jezu, czy oni nigdy się sobą nie znudzą? A co, jeśli w 

przyszłym roku będą musieli się rozstać?

Decyzje, decyzje, decyzje... Gdzie będziemy za rok? Czy zdołamy przetrwać bez siebie? Spróbujcie 

nie oszaleć. Wiecie, gdzie mnie szukać, gdybyście potrzebowali pomocy, towarzystwa albo gdybyście 

chcieli mnie zaprosić na jedną z tych słynnych spontanicznych imprez na dachu, które maturzyści 

organizują pod koniec roku.

Wiecie, że was kocham.

plotkara

background image

sypialnia N to 100% czystej miłości

- Obudź się! - Blair Waldorf szarpnęła kołdrę w kratę i pozwoliła jej opaść na podłogę 

obok antycznego łóżka.

Nate Archibald, całkiem nagi, leżał rozciągnięty swobodnie na materacu. Blair usiadła 

obok niego i z całej siły zatrzęsła parę razy łóżkiem. Nate nie otwierał oczu. chociaż złoto-

włosa   głowa   podskakiwała   mu   na   poduszce.   Dlaczego   seks   sprawiał,   że   ona   była   taka 

nakręcona, a on taki śpiący?

- Nie śpię - wymamrotał.

Otworzył jedno błyszczące zielone oko i natychmiast poczuł, że jest znacznie bardziej 

obudzony niż jeszcze sekundę temu. Blair też była naga - cały jej metr i sześćdziesiąt dwa 

centymetry,   od   lśniących,   pomalowanych   na   koralowo   paznokci   u   stóp   po   kasztanowe 

falujące włosy, które już nieco odrosły po króciutkim ścięciu. Miała tego rodzaju ciało, które 

nago prezentuje się jeszcze lepiej niż w ubraniu. Zaokrąglone, ale bez zbędnego tłuszczu, 

delikatniejsze, niż to zdradzały jej grzeczne, porządnie zaprasowane dżinsy i kaszmirowe 

sweterki   albo   krótkie,   obcisłe   czarne   sukienki.   Była   jak   wrzód   na   jego   tyłku,   bo   odkąd 

skończyli jedenaście lat wiele razy rozstawali się i godzili. A on pragnął jej nagości chyba 

jeszcze dłużej. Jakie to typowe, że Blair potrzebowała sześciu lat i pół roku. żeby przestać się 

kłócić i w końcu pójść z nim do łóżka.

A kiedy już raz to zrobili, nie potrafili przestać.

Nate złapał ją i wciągnął na siebie. Całował namiętnie gdzie popadło, napawając się 

myślą, że w końcu jest jego, cała jego.

- Ej! - zachichotała Blair.

Granatowe jedwabne rolety były podciągnięte, a okna otwarte, ale Blair miała gdzieś, 

czy ktoś ich zobaczy. Byli zakochani, piękni i uprawiali seks. Każdego, kto na nich patrzył, 

mogła zżerać jedynie zazdrość.

Poza tym  uwielbiała zwracać na siebie uwagę, nawet przypadkowych, zboczonych 

podglądaczy,   którzy   akurat   obserwowali   ich   z   okien   otaczających   domów   przez   złocone 

lorgnon.

Całowali się przez chwilę, ale Nate był zbyt wycieńczony, żeby zrobić coś więcej. 

background image

Blair sturlała się z niego i zapaliła papierosa. Co jakiś czas posyłała do Nate'a małe obłoczki 

dymu, jak aktorzy w Do utraty tchu, rewelacyjnym czarno - białym francuskim filmie, który 

widziała   wcześniej   tego   dnia   na   zajęciach   z   francuskiego   dla   zaawansowanych.   Główna 

bohaterka, blondynka, zawsze wyglądała stylowo, była piękna i nigdy nie pokazywała się bez 

szminki. Ludzie w tym filmie nie robili nic oprócz tego, że jeździli na skuterze Vespa, kochali 

się, przesiadywali w kafejkach i palili. I oczywiście przez cały czas rewelacyjnie wyglądali. 

Ale Blair musiała utrzymać oceny, jeśli chciała wyskoczyć z listy rezerwowych do Yale, a 

skoro   miała   na   głowie   szkołę,   prace   domowe   i   codziennie   po   lekcjach   seks   z   Nate'em, 

niewiele   czasu   zostawało   jej   na   dbanie   o  urodę,   Ciemne,   falujące   włosy   Blair   były 

zmatowione i przepocone, usta spierzchnięte od długich pocałunków, a brwi zarośnięte. Tak 

naprawdę wcale jej to nie przeszkadzało. Zdecydowanie warto było poświęcić sprawie seksu 

trochę   czasu   przeznaczonego   do   tej   pory   na   zabiegi   upiększające.   Poza   tym   przeczytała 

gdzieś, że godzina seksu pozwala spalić trzysta sześćdziesiąt kalorii, więc nawet jeśli trochę 

się zaniedbała, to przynajmniej była chuda!

Musnęła dłonią i wyczuła odrastające włoski między ciemnymi, pięknie wygiętymi w 

luk   brwiami.   No   dobra,   może   odrobinkę   jej   to   przeszkadzało,   ale   zawsze   mogła   złapać 

taksówkę i pojechać do salonu Elizabeth Arden na regulację brwi.

Pomijając kwestię brwi, Blair nigdy w życiu nie była tak szczęśliwa. Odkąd prawie 

dwa tygodnie temu zrobili to z Nate'em po raz pierwszy, czuła się zupełnie inną kobietą. 

Jedyną ciemną chmurę na jej różowym niebie stanowił irytujący fakt, że znalazła się tylko na 

liście   rezerwowych   do   Yale.   Jak   będzie   spędzać   z   Nate'em   każde   popołudnie,   jeśli   ona 

wyląduje w Georgetown - w jedynej szkole, do której ją przyjęli - a on pójdzie do Yale w 

New Haven, w Connecticut, albo do Brown w Providence, na Rhode Island lub do którejś z 

pozostałych świetnych szkół, gdzie zupełnie niesprawiedliwie się dostał. Nie przemawiała 

przez nią gorycz - po prostu Nate miał szczęście. Przychodził na egzaminy ujarany, nie brał 

żadnych   dodatkowych   zajęć   i   jego   średnia   wynosiła   zaledwie   cztery,   podczas   gdy   ona 

chodziła na wszystkie zajęcia dla zaawansowanych, na egzaminie końcowym zdobyła tysiąc 

czterysta dziewięćdziesiąt punktów i miała średnią prawie pięć z plusem.

No dobra, może rzeczywiście była trochę zgorzkniała.

- Jeśli zgłoszę się do Korpusu Pokoju i przez kilka lat będę budować kanały i robić 

kanapki dla głodujących dzieci w Rio czy gdzieś indziej, to będą musieli mnie przyjąć do 

Yale, prawda? - zapytała.

Nate uśmiechnął się szeroko. Właśnie to uwielbiał w Blair. Była rozpieszczona, ale 

nie   leniwa.   Wiedziała,   czego   chce,   a   ponieważ   niezachwianie   wierzyła,   że   może   mieć 

background image

wszystko, czego zapragnie, jeśli tylko się postara, nigdy nie przestawała próbować.

- Słyszałem, że w Korpusach Pokoju wszyscy chorują. I trzeba mówić miejscowym 

językiem.

- Wobec tego będę pracować we Francji. - Blair wydmuchnęła dym w stronę sufitu. - 

Albo w którymś z tych afrykańskich krajów, gdzie mówią po francusku.

Próbowała   sobie   wyobrazić   siebie,   jak   rozmawia   z   tubylcami   w   jakieś   spalonej 

słońcem wiosce, trzymając na głowie gliniany dzban z kozim mlekiem, ubrana w pięknie 

farbowany, długi wschodni kaftan, który może wyglądać niezwykle seksownie, jeśli się go 

przewiąże w odpowiednich miejscach. Miałaby zabójczą opaleniznę i ciało składające się 

tylko z mięśni i kości z powodu ciężkiej pracy i straszliwej choroby jelit. Dzieci kręciłyby się 

wokół   jej   kolan,   domagając   się   czekoladek   Godivy,   które   zamawiałaby   dla   nich,   a   ona 

uśmiechałaby się do nich łagodnie jak piękna, niepomarszczona matka Teresa. Po powrocie 

do Stanów zdobyłaby nagrodę dla najlepszej wolontariuszki Korpusu Pokoju, a może nawet 

Pokojową Nagrodę Nobla. Zjadłaby kolację z prezydentem, który napisałby jej rekomendację 

do college'u, a Yale stanęłoby na głowie, żeby ją przyjąć.

Nate był pewien, że Korpus Pokoju pomaga tylko w krajach Trzeciego Świata, a nie w 

kwitnących pod względem gospodarczym państwach, takich jak Francja. Był też przekonany, 

że Blair nie wytrzymałaby nawet jednego dnia w jakiejś dalekiej, afrykańskiej wiosce, gdzie 

nie byłoby perfumerii Sephora ani nawet toalet ze spłuczką. Biedna Blair. To była rażąca 

niesprawiedliwość, że on się dostał, bez najmniejszych starań, podczas gdy ona. dziewczyna, 

która naprawdę chciała studiować w Yale, odkąd skończyła dwa latka, dostała się na lisię 

rezerwowych. Z drugiej strony Nate przyzwyczaił się do tego, że bez wysiłku dostaje różne 

rzeczy.

Uniósł głowę i oparł ją na ręku. Czule odgarnął ciemne włosy z czoła Blair.

- Obiecuję,   że   nie   pójdę   do   Yale.   chyba   że   ciebie  też   tam   przyjmą   -  przysiągł.   - 

Równie dobrze mogę iść do Brown albo gdziekolwiek indziej.

- Naprawdę? - Blair zgasiła papierosa w marmurowej popielniczce w kształcie lodki, 

która stała koło łóżka, i objęła Nate'a za szyję.

Nate   był   zdecydowanie   najlepszym   chłopakiem,   jakiego   dziewczyna   mogła   sobie 

wymarzyć. Blair nie potrafiła zrozumieć, dlaczego z nim zerwała, i to nie raz, ale wiele, wiele 

razy.

Bo ją zdradzał wiele, wiele razy?

Teraz wiedziała tylko jedno: że nigdy, przenigdy go nie opuści. Oparła policzek na 

jego szerokiej, nagiej piersi. Właściwie, gdy się teraz nad tym zastanowiła, wprowadzenie się 

background image

do  domu   Archibaldów   było   całkiem   dobrym   pomysłem,   zwłaszcza   że   jej   obecne   własne 

mieszkanie nie miało nic wspólnego ze scenerią z filmu Siódme niebo. Jej matka raptem dwa 

tygodnie temu urodziła córeczkę i teraz przechodziła ciężką depresję poporodową. Dziś rano 

Blair zostawiła matkę szlochającą nad DVD przysłanym przez farmę peruwiańskich alpak. 

Jeśli adoptuje się stado roczniaków, można zamawiać ręcznie tkane koce i swetry z wełny 

zwierząt   ze   swojego   stada.   Mała   siostrzyczka   Blair   będzie   niedługo   dumną   posiadaczką 

włochatego białego koca z alpaki, który do niczego się nie przyda przez całe lato i pewnie tak 

już zostanie przez resztę jej życia. No chyba że jako nastolatka mała Yale przejdzie okres 

hipisowskiej   mody   na   własnoręcznie   robione   rzeczy,   wytnie   w   kocu   dziurę   na   głowę   i 

przerobi go na poncho.

Kiedy matka Blair była jeszcze w ciąży, poprosiła swoją córkę o wymyślenie imienia 

dla dziecka, a ona z czystego oddania dla ukochanego college'u nazwała siostrę Yale. Teraz 

mała Yale była żywym i bardzo hałaśliwym przypomnieniem faktu, że niezależnie od tego, 

jak oszałamiające były osiągnięcia jej Starszej siostry, szkoła ma ją po prostu w nosie. Na 

dodatek   dziecko   przejęło   sypialnię   Blair,   transportując   ją   do   pokoju   przyrodniego   brata. 

Aarona, aż do czasu jesiennego wyjazdu do colleges. Aaron był rastafarianinem. weganem i 

miłośnikiem psów, więc z myślą o nim pokój urządzono samymi ekologicznymi, przyjaznymi 

środowisku rzeczami w odcieniach oberżyny i szałwii. Na domiar złego kotka Blair, Kitty 

Minky, zaczęła sikać na poduszki wypełnione łupinami z jęczmienia i wymiotować na maty z 

trawy morskiej, żeby zabić w pokoju zapach wiecznie śliniącego się psa Aarona, boksera 

Mookiego.

Obrzydliwość, prawda?

„Zamieszkać u Nate'a”. Blair nie wiedziała, dlaczego wcześniej nie wpadła na ten 

pomysł. Ogłupiała matka, przesiąknięty kocim moczem pokój i nowo narodzona siostrzyczka 

o imieniu Yale nie sprzyjały ani nauce, ani seksowi. Było więc naturalne poszukać dla siebie 

nowego miejsca. Oczywiście w grę wchodził jeszcze dom Sereny, ale raz już próbowały i 

skończyło się kłótnią. Poza tym Serena niewiele by jej pomogła w kwestii seksu.

No chyba, że te stare plotki były prawdziwe...

Nate leniwie wodził dłonią po jej nagich plecach.

- Nie   myślałaś   nigdy   o   tatuażu?   -   zapytał   ni   stąd,   ni   zowąd,   gdy   głaskał   ją   po 

łopatkach.

Poza krótkim okresem na odwyku na początku tego roku Nate niemal codziennie od 

jedenastego roku życia  był upalony trawą i Blair przyzwyczaiła się do jego dziwacznych 

pytań. Zmarszczyła spiczasty, lekko zadarty nosek na myśl o wielkiej bliźnie wypełnionej 

background image

czarnym tuszem.

- Ohyda - odparła.

Zostawiała   takie   pomysły   aktorkom,   które   lubią   odstręczający   wizerunek,   jak 

Angelina Jolie.

Nate   wzruszył   ramionami.   Zawsze   uważał,   że   dobrze   dobrany,   maleńki   tatuaż   w 

odpowiednim   miejscu   może   być   szalenie   seksowny.   Na   przykład   czarny   kotek   między 

łopatkami naprawdę idealnie by pasował do Blair. Ale nim zdążył powiedzieć coś więcej, 

Blair szybko zmieniła temat.

- Nate? - Otarła się policzkami o jego męski, idealnie kształtny obojczyk. - Myślisz, że 

twoi rodzice mieliby coś przeciwko, gdybym została...

Nim zdołała skończyć zdanie, na dole rozległ się dzwonek.

Część domu, która należała do Nate'a. zajmowała cale ostatnie piętro - stąd osobny 

dzwonek przy frontowych drzwiach.

Nate odsunął się od Blair i spuścił nogi na podłogę.

- Tak? - zawołał przyciskając guzik domofonu.

- Dostawa!   - wrzasnął  Jeremy  Scott  Tompkinson  chrapliwym,  ujaranym   głosem.  - 

Pospiesz się, póki gorące!

Nate usłyszał śmiech i jakieś inne glosy w tle. Blair poczekała, aż jej chłopak ich 

spławi, ale on nacisnął guzik, żeby ich wpuścić.

- Pójdę się ubrać - stwierdziła krótko.

Wyśliznęła się z łóżka i pomaszerowała do sąsiadującej z sypialnią łazienki. Jak to 

możliwe, że Nate był dość inteligentny, by dostać się do Yale, a jednak za głupi, żeby zrozu-

mieć,   że   zapraszając   swoich   naćpanych   przyjaciół   do   ich   parnego,   miłosnego   gniazdka, 

całkowicie zniszczy nastrój?

Ale Yale nie przyjęło Nate'a ze względu na jego intelekt: szkoła potrzebowała kilku 

dobrych graczy lacrosse. I tyle.

Przynajmniej Blair miała teraz pretekst, żeby użyć cudnego sandałowego mydła w 

płynie L'Occitane, które gospodyni przynosiła Nate'owi pod prysznic. Wytarła się grubym 

granatowym ręcznikiem od Ralpha Laurena, wskoczyła w różowe, cieniutkie, jedwabne figi 

Cosabella,   w   spódnice   od   wiosennego   mundurka   szkolnego   Constance   Billard   z   biało   - 

niebieskiej krepy i zapięła białą, lniana bluzkę z rękawami trzy czwarte od Calvina Kleina na 

dwa z sześciu guzików. Bez stanika i boso wyglądała dokładnie w stylu „moja dziewczyna 

Właśnie wyszła spod prysznica, więc moglibyście sobie pójść?” Miała nadzieję, że znajomi 

Nate'a zrozumieją aluzję, strzelą parę dymków i wyniosą się w podskokach. Roztrzepała wil-

background image

gotne włosy palcami i otworzyła drzwi łazienki.

Bonjour!

Piersiasta,   kruczowłosa   i   długonoga   dziewczyna   z   L'École   powitała   Blair   z   łóżka 

Nate'a. Blair widziała ją już na paru imprezach. Nazywała się Lexus albo Lexique czy jakoś 

równie   irytująco.   Miała   szesnaście   lat   i   jako   dziecko   była   modelką   w   Paryżu,   a   teraz 

pracowała nad doprowadzeniem do perfekcji wizerunku jednej z francuskich hipisowskich 

zdzir.   Lexique,   która   tak   naprawdę   nazywała   się   Lexie,   miała   na   sobie   wiązaną,   ręcznie 

farbowaną,   lawendowo   -   musztardową   sukienkę,   która   wyglądała   na   uszytą   przez 

kompletnego laika, ale która w rzeczywistości została kupiona u Kirny Zabete za czterysta 

pięćdziesiąt dolarów. Lexie nosiła też brzydkie sandały na płaskim obcasie w stylu pasterzy z 

Pakistanu,   które   można   było   kupić   w   Barneys   i   które   wszyscy   poza   Blair   najwyraźniej 

uważali za świetny pomysł  na ten sezon. Lexie nie miała makijażu, a w chudych  rękach 

trzymała gitarę. Obok niej leżała torebka pełna trawy.

Prawdziwa buntowniczka. Większość dziewczyn z L'École nie ruszała się nigdzie bez 

gitanów. czerwonej szminki i wysokich obcasów.

- Chłopcy szykują fajkę na dachu - wyjaśniła Lexie. Przejechała kciukiem po strunach 

gitary. - Alors, chcesz ze mną poimprowizować, póki nie wrócą?

Poimprowizować?

Blair   zmarszczyła   nos   jeszcze   bardziej   niż   wtedy,   gdy   usłyszała   o   tatuażu. 

Zdecydowanie   nie   odpowiadało   jej   popalanie,   granie   na   gitarze   oraz   śmianie   się   z 

idiotycznych uwag najaranych znajomych. I absolutnie nie miała ochoty spędzać czasu z la 

Lexique, która najwyraźniej uważała się za najbardziej odlotową Francuzkę w Nowym Jorku. 

Blair   wolała   już   oglądać   potworki   Ophrah   w   śmierdzącym   kocimi   sikami   pokoju   w   to-

warzystwie szlochającej matki, wzruszonej losem małych alpak.

Ktoś   wbił   płonące   kadzidełko   o   zapachu   ambry   w   korkowy   obcas   jej   nowych 

espadryli   w   kolorze   mięty   od   Christiana   Diora.   Złapała   kadzidełko   i   wepchnęła   je   do 

iluminatora jednego z ukochanych modeli łódek Nate'a, które stały na biurku. Zawiązała buty, 

porządniej zapięła bluzkę i złapała torbę z bambusowymi uszami od Gucciego.

- Powiedz, proszę, Nathanielowi, że poszłam do domu - rzuciła ostro.

- Pokój wszystkim! - Lexie zasalutowała, wesoła po trawce. - Au revoir!

Na łopatce miała tatuaż ze słońcem, księżycem i gwiazdami.

Stąd u Nate'a to nagle zainteresowanie tatuażami?

Blair zeszła po schodach i wyszła na Osiemdziesiątą Drugą. Miało się wrażenie, że 

lato już się zaczęło. Do zachodu słońca brakowało jeszcze dwóch godzin, powietrze pachniało 

background image

świeżo   skoszoną   trawą   w   Central   Parku   i   balsamem   do   opalania   półnagich   dziewcząt 

spieszących  do swoich domów przy Park Avenue. Stado nieudaczników z klasy Nate'a i 

Jeremy'ego kręciło się na dole przy dzwonku. Jeden z nich miał przewieszoną przez ramię 

gitarę.

Bien sûr.  Wchodźcie! - Blair usłyszała głos Lexie, wołającą do chłopaków przez 

domofon. Zupełnie, jakby tam mieszkała.

Dom Nate'a najwyraźniej przyciągał wszystkie upalone trawą dzieciaki z Upper East 

Side, jak jakiś magiczny magnes. A Blair przysięgała, że nie ma nic przeciwko - naprawdę nie 

miała   nic   przeciwko   -   pod   warunkiem,   że   nie   musi   z   nimi   siedzieć   i   patrzeć,   jak 

„improwizują”. Po tym wszystkim, co Blair i Nate razem przeszli, wiedziała, że tym razem 

będzie inaczej. Byli jednością w sensie duchowym, a teraz także fizycznie, dzięki czemu 

mogła go zostawić samego i mieć absolutną pewność, że jej nie zdradzi.

Ruszyła   Osiemdziesiątą   Drugą   w   stronę   Piątej   Alei.   Co   chwila   sprawdzała   na 

komórce,   czy   nie   ma   wiadomości   od   Nate'a.   To   oczywiste,   że   w   każdej   chwili   mógł 

zadzwonić. Nawet powinien. Jak każda zaborcza, agresywna i obsesyjna dziewczyna lubiła 

sobie wyobrażać, że Nate nie ma poza nią żadnego życia.

Z drugiej jednak strony, gdyby rzeczywiście nie miał, doprowadziłby ją do szału.

background image

gwiazdka daje kilka rad wielkiej gwieździe

- Dali   nam   pięć   rozkładówek   -   wyjaśniała   Serena   van   der   Woodsen,   przeglądając 

egzemplarz „W” prosto z drukarni. - To cale dziesięć stron!

Znany na całym świecie projektant mody Les Best przysłał właśnie do jej mieszkania 

nowe wydanie pisma z modą oraz liścik:  Jak zawsze  jesteś bajeczna, kochanie. Tak 

samo jak ta mata, słodka brunetka, twoja przyjaciółka!

Owa rzekomo mała, słodka brunetka, czternastoletnia Jenny Humphrey, z całych sił 

próbowała nie zsikać się w majtki z przejęcia. Serena, najbardziej podziwiana dziewczyna w 

Constance   Billard.  absolutnie  przesławna   i  najpiękniejsza  modelka,  znana  na  całe  miasto 

mieszkanka Upper East Side, poprosiła, żeby spotkały się dziś po szkole. Teraz Jenny sie-

działa w ogromnej, staromodnie urządzonej sypialni Sereny - w jej prywatnym sanktuarium - 

na jej osobistym łóżku i przeglądały najnowsze wydanie najbardziej odlotowego czasopisma 

o   modzie   na   świecie.   Oglądały   strony,   na   których   we   dwie   jako   modelki   prezentowały 

niesamowite markowe ciuchy. Jenny zawsze tęsknie patrzyła na takie ubrania w sklepach, ale 

nigdy nawet nie marzyła,  że będzie je nosić.  To było  tak nierzeczywiste,  że aż jej dech 

zaparło.

- O,   popatrz!   -   pisnęła   Serena,   stukając   w   kartkę   długim,   smukłym   palcem.   - 

Wyglądamy jak ostatnie jędze, nie?

Jenny   pochyliła   się,   żeby   się   przyjrzeć.   Uszczęśliwiona   zaciągnęła   się   słodkim 

zapachem   mieszanki   olejków   paczuli   robionej   specjalnie   na   zamówienie   dla   Sereny.   Na 

pięknych, idealnych kolanach starszej koleżanki leżała rozkładówka z dwiema dziewczynami 

ubranymi od stóp do głów w stroje Lesa Besta. Dziewczęta jechały po plaży małą terenówką, 

a za nimi widać było rozświetlony diabelski młyn na Coney Island. Zdjęcie było typowe dla 

stylu Jonathana Joyce'a - supersławnego fotografa mody, który stworzył tę rozkładówkę - 

wyglądało naturalnie - zupełnie jakby dziewczyny akurat jechały sobie plażą o zachodzie 

słońca w terenówce i świetnie się bawiły. Rzeczywiście wyglądały jak ostre jędze w tych 

zwariowanych   turkusowo   -   czarnych   leginsach   w   pasy.   turkusowych   skórzanych 

kamizelkach, białych górach od bikini i w białych, wysokich do kolan kozakach z cieniutkimi 

obcasami. Rozwiane włosy, paznokcie pomalowane na biało, cukierkowo różowe usta... Z 

background image

uszu zwisały im kolczyki  z pawich piór. To było  bardzo w stylu  lat osiemdziesiątych,  a 

zarazem futurystyczne i stylowe. I absolutnie czadowe.

Jenny nie mogła oderwać oczu. Oto ona. w czasopiśmie, i po raz pierwszy w życiu jej 

ogromny biust nie był w centrum zainteresowania. Obie wyglądały tak świeżo i niewinnie, że 

fotografię chciało się po prostu schrupać. Jenny nawet nie marzyła, że zdjęcie wyjdzie tak 

dobrze. Było boskie.

- Strasznie mi się podoba wyraz twojej twarzy - zauważyła Serena. - Wyglądasz tak. 

jakby właśnie ktoś cię pocałował albo coś w tym rodzaju.

Jenny zachichotała. Czuła się właśnie tak. jakby ktoś ją pocałował.

- Ty też ładnie wyglądasz.

Ups, patrzcie, któż to się podkochuje w Serenie! Tak samo zresztą jak cala reszta 

wszechświata!

Ale uczucie Jenny było głębsze niż innych - tak naprawdę to ona chciała stać się 

Sereną. Brakowało jej jeszcze jednej rzeczy - zagadkowej przeszłości, ponętnej atmosfery 

absolutnie niezgłębionej tajemnicy.

- Założę się, że ledwo pamiętasz czas, kiedy wyrzucili cię ze szkoły z internatem - 

zaryzykowała odważnie Jenny, nie odrywając oczu od pisma.

- Bałam się. że przez to nie przyjmą mnie do żadnego college'u - westchnęła Serena. - 

Gdybym wiedziała, że przyjmą mnie do wszystkich, nie wysłałabym aż tylu podań.

Biedactwo. Gdybyśmy wszyscy mieli takie problemy.

- Podobało ci się w szkole z internatem? - dopytywała się Jenny, patrząc na Serenę 

wielkimi brązowymi oczami. - To znaczy bardziej niż w normalnej szkole?

Serena położyła się na łóżku z baldachimem i popatrzyła na biały materiał nad głową. 

Dostała to łóżko, gdy miała  osiem lat, i co wieczór, kiedy szła spać, czuła się jak mała 

księżniczka. Prawdę mówiąc, nadal czuła się jak księżniczka, tyle że starsza.

- Uwielbiałam   to   wrażenie,   że   mam   własne   życie,   niezależnie   od   rodziców   i 

przyjaciół, których znałam praktycznie od urodzenia. Podobało mi się chodzenie do szkoły z 

chłopcami, jedzenie z nimi w stołówce. Jakbym miała całą klasę braci. Ale tęskniłam za 

własnym   pokojem   i   miastem,   i   za   wyjściami   w   weekendy.  -   Ściągnęła   białe  bawełniane 

skarpetki i rzuciła je przez pokój. - I pewnie wyjdę na strasznie rozpieszczoną, ale brakowało 

mi pokojówki.

Jenny   kiwnęła   głową.   Podobała   jej   się   myśl   o   stołówce   pełnej   chłopców.   Nawet 

bardzo. I nigdy nie miała pokojówki, więc nie odczułaby jej braku.

- To   chyba   był   dobry   trening   przed   college'em   -   Serena   rozmyślała   na   glos.   - 

background image

Oczywiście, jeśli w końcu zdecyduje się pójść do college'u.

Jenny zamknęła magazyn i przycisnęła go do piersi.

- Myślałam, że pójdziesz do Brown.

Serena   zakryła   twarz   poduszką   z   gęsiego   puchu,   którą   po   chwili   odłożyła.   Czy 

naprawdę musiała odpowiadać na tyle pytań? Nagle pożałowała, że zaprosiła do siebie Jenny.

- Nie wiem, gdzie pójdę. Może nigdzie nie pójdę. Naprawdę nie wiem - wymamrotała, 

rzucając poduszkę na podłogę obok skarpetek.

Jasne jak len włosy rozsypały się wokół jej twarzy o idealnie wyrzeźbionych rysach, 

kiedy zapatrzyła  się w dal wielkimi błękitnymi  oczami. Wyglądała tak ślicznie, że Jenny 

wyobraziła sobie, że spod łóżka wyfruwa stado białych gołębi.

Serena wzięła z nocnego stolika pilota do wieży i włączyła starą płytę Ravesów, której 

ostatnio   często   słuchała.   Płyta   wyszła   zeszłego   lata   i   przypominała   jej   czas,   kiedy   żyła 

zupełnie beztrosko. Jeszcze nie wywalili jej ze szkoły z internatem. Jeszcze nie myślała o 

podaniach do college'ów. Jeszcze nie zaczęła pracy jako modelka.

- A co jest takiego super w Brown? - zapytała, chociaż studiował tam jej brat. Erik, i 

pewnie wściekłby się jak diabli, gdyby nie poszła do tej szkoły.

Poza tym poznała tam seksownego latynoskiego malarza, który zakochał się w niej po 

uszy. Ale co z Harvardem i wrażliwym krótkowidzem, jej przewodnikiem, który też się w niej 

zabujał?   Albo   z   Yale   i   Whifteopoofs,   którzy   napisali   dla   niej   piosenkę?   No   i   jeszcze 

zostawało   Princeton,   do   którego   nawet   nie   pojechała.   W   końcu   ten   college   był   najbliżej 

miasta.

- Może powinnam poczekać z rok albo dwa lata i załatwić sobie własne mieszkanie. 

Może popracowałabym trochę jako modelka albo spróbowałabym aktorstwa?

- Albo jedno i drugie. Jak Claire Danes - podsunęła Jenny. - No bo gdy raz przerwiesz 

szkolę, to pewnie trudno potem wrócić.

Jakbyś coś o tym wiedziała, mała mądrala.

Serena sturlała się z łóżka i stanęła przed wysokim lustrem, które wisiało na szafie. 

Miała   pogniecioną   niebieską   bluzkę   w   rustykalnym   stylu   od   Marni,   a   biało   -   błękitna 

spódniczka Z krepy od mundurka wisiała krzywo na jej biodrach. Dziś rano jak zwykle biegła 

spóźniona i się potknęła. Zgubiła pomarańczowy drewniak na korkowym obcasie od Miu Miu 

i wylądowała jak długa na chodniku. Teraz połyskujący różowy lakier na dużym palcu lewej 

stopy odprysł, a na prawym kolanie widniał wielki, fioletowo - żółty siniak.

- Co za rozpacz - jęknęła.

Jenny nie wyobrażała sobie, jak Serena może codziennie stawać przed lustrem i nie 

background image

mdleć, patrząc na swoją idealną twarz. To było całkiem niezrozumiale, żeby ktoś tak perfek-

cyjnie piękny jak Serena mógł mieć jakieś problemy.

- Na pewno uda ci się to rozwiązać - powiedziała Jenny.

Nagle   jej   uwagę   przyciągnęło   zdjęcie   Erika   van   der   Woodsena   -   seksownego, 

starszego   brata   Sereny.   Fotografia   stała   na   nocnym   stoliku   w   srebrnych   ramkach   od 

Tiffany'ego. Wysoki i smukły, miał tak samo jasne włosy, dość długie i pięknie okalające 

twarz - męska wersja Sereny. Miał też identyczne ciemnoniebieskie oczy, takie same usta z 

uniesionymi kącikami, takie same proste, śnieżnobiałe zęby i arystokratyczny podbródek. Na 

zdjęciu stał na kamienistej plaży, opalony i bez koszuli. Jenny zacisnęła kolana. Ta klatka, ten 

brzuch, te ramiona... och! Jeśli w szkole z internatem są chłopcy chociaż w połowie tak 

śliczni jak Erik van der Woodsen. już by ją mogli przyjąć!

Spokojnie, kowbojko!

Różowy iMac Sereny zapiszczał, co znaczyło, że przyszedł e - mail.

- Pewnie ktoś z naszych fanów - zażartowała Serena, chociaż Jenny pomyślała, że 

mówi poważnie.

Serena  pochyliła  się  nad antycznym  sekretarzykiem,  kliknęła  myszką  i sprawdziła 

najnowszy list.

Do: SvW§vanderWoodsen.com

Od: 

Sheri@PrincetonTriDs.org

Droga Sereno!

Nasze   stowarzyszenie   studentek   absolutnie   wielbi   Lesa 

Besta.   Kilka   dziewczyn   od   nas   było   tej   wiosny   na   jego 

nowojorskim   pokazie,   więc   możesz   sobie   wyobrazić   naszą 

radość,   gdy   się   dowiedziałyśmy,   że   bierzesz   pod   uwagę 

studiowanie   w   Princeton.   Jeśli   wybierzesz   nasz   college, 

musisz   przyłączyć   się   do   Tri   Delt.   Mamy   już   mnóstwo 

pomysłów na imprezy charytatywne, łącznie z pokazem Lesa 

Besta,   z   którego   pieniądze   poszłyby   na   dzikie   konie   w 

Chincoteague. W pokazie jako modelki wzięłybyśmy udział my 

- członkinie Tri Delt. Najlepsze jest to, że nie musisz 

nawet przechodzić ślubowania i reszty - nasze gratulacje, 

Sereno, już jesteś naszą siostrą! Musisz tylko przywieźć 

background image

swój   tyłek  do   Princeton  kilka   dni  wcześniej   w  sierpniu, 

żebyś dostała dobry pokoik w naszym domu.

Nie możemy się doczekać. Całusy.

Twoja siostra,

Sheri

Serena   przeczytała   wiadomość   raz   jeszcze,   a   potem   się   wylogowała.   Zszokowana 

gapiła się jeszcze przez chwilę na pusty ekran. Namolne siostrzyczki ze stowarzyszenia to 

ostatnie osoby, od których chciałaby dostać teraz list. A poza tym. czy Princeton to nie jest 

uczelnia z  intelektualnymi  ambicjami?  Podniosła  słuchawkę i  wybrała  numer  do Blair,  a 

polem cisnęła ją z powrotem, zdając sobie sprawę, że zupełnie zapomniała o swoim gościu. 

Jenny była słodka, milutka i w ogóle, ale czyż nie miała do odrobienia żadnej pracy domowej, 

nie musiała obejrzeć jakiegoś filmu czy coś takiego?

Widzicie, nawet chodzące ideały mają wredną stronę.

Jenny ześliznęła się z łóżka i poprawiła ramiączka superszerokiego. wzmacnianego 

stanika, zgadując, że zaraz zostanie pożegnana.

- Wiesz, mój brat, Dan. śpiewa teraz z Ravesami - oznajmiła. - Jutro wieczorem ma 

pierwszy koncert. Mogę cię wpisać na listę specjalnych gości, jeśli masz ochotę przyjść.

Jenny nie była pewna, czy w ogóle istnieje taka lista specjalnych gości. Wiedziała 

tylko, że wchodzi za darmo, bo jest siostrą wokalisty. Dan uważał, że jest taki sławny, skoro 

należy do kapeli, która wydała  najlepiej  sprzedający się album na wschodnim wybrzeżu. 

Gdyby jednak pojawiła się na koncercie z Sereną - dwie najładniejsze modelki w Nowym 

Jorku w takich samych sukienka od Lesa Besta - przebiłaby go o głowę.

Serena zmarszczyła nos. Chciała iść na koncert Ravesów, naprawdę chciała, ale już 

potwierdziła   rodzicom,   że   jutro   wieczorem   pójdą   razem   na   przyjęcie   zapoznawcze   dla 

przyszłych studentów Yale. Nie za bardzo mogła ich teraz wystawić.

- Chyba   nie   mogę   -   powiedziała   przepraszającym   tonem.   -  Muszę   iść  na   imprezę 

organizowaną przez Yale. Ale spróbuję dojechać, jeśli wyrwę się wcześniej.

Jenny kiwnęła głową i rozczarowana wsadziła „W” do torby z uszami Gapa. Już sobie 

wyobrażała, jak robią we dwie wielkie wejście do klubu w Lower East Side. Zapomnijcie o 

Ravesach - to tylko gwiazdy rocka, wielkie mi co. One z Sereną były supermodelkami, a 

przynajmniej była nią Serena. Na pewno wszystkie głowy odwróciłyby się w ich kierunku.

Chyba   będzie   musiała   zadowolić   się   statusem   siostry   lidera   zespołu.   Jakby   to 

komukolwiek wystarczało.

background image

kryzys tożsamości

- Strzaskaj mnie jak jajko!

Daniel   Humphrey   spiorunował   wzrokiem   swoje   odbicie   w   lustrze   w   sypialni   i 

zaciągnął   się   do   połowy   wypalonym   camelem.   Mięczak   o   beznadziejnym   glosie   w 

znoszonych sztruksach w kolorze khaki i bordowej koszulce Gapa. Prawie gwiazda rocka.

- Strzaskaj   mnie   jak   jajko!   -   jęknął   znowu,   próbując   wyglądać   jednocześnie   na 

udręczonego, zbuntowanego i totalnie wyluzowanego.

Problem polegał na tym, że głos łamał mu się za każdym razem, gdy wchodził na 

wyższe   rejestry.  Wydawał  z   siebie   dychawiczny   szept,  a  jego   twarz  wyglądała  łagodnie, 

młodo i bez cienia pozy.

Dan   potarł   kościsty   podbródek   i   zastanawiał   się,   czy   nie   zapuścić   koziej   bródki. 

Vanessa zawsze była zdecydowanie przeciwna zarostowi, ale odkąd przestali być parą, jej 

zdanie już się nie liczyło.

Prawie   dwa   tygodnie   temu   na   osiemnastce   Vanessy   w   jej   mieszkaniu   w 

Williamsburgu, w Brooklynie. Dan został odkryty przez megapopulamą kapelę grającą indie - 

Raves.   A   właściwie   odkryto   jego   wiersze.   Myśląc,   że   oboje   od   przyszłego   roku   będą 

studiować na NYU

 i żyć długo i szczęśliwie. Dan wprowadzi! się do Vanessy raptem parę 

dni   przed   imprezą.   Ale   ich   związek   szybko   zaczął   się   sypać.   Bardziej   przygnębiony   niż 

zwykle Dan siedział na imprezie w kącie i żłopał prosto z butelki wódkę Grey Goose. W tym 

czasie pojawili się Ravesi i ich gitarzysta. Damian Polk, napatoczył się na stos czarnych 

notatników   z   wierszami   Dana.   Damian   i   jego   zespół   zwariowali   na   punkcie   tej   poezji. 

Upierali   się.   że   to   świetne   teksty   do   piosenek.   Ich   wokalista   zniknął   w   tajemniczych 

okolicznościach - czyżby  jakiś odwyk?  - więc postanowili  zaproponować fuchę autorowi 

wierszy. Dan był już wtedy zalany w pestkę i uznał, że cala ta sytuacja jest przezabawna. 

Rzucił się do roboty z pijackim zapałem, przyciągnął całą uwagę i wszystkich nakręcił swoim 

bezwstydnym występem.

Myślał, że to była jednorazowa propozycja, coś, co pomoże mu przestać myśleć o 

tym. że właśnie zerwał z jedyną dziewczyną, która go kochała. Następnego dnia odkrył, że 

 NYU - New York University (ang.) - Uniwersytet w Nowym Jorku (przyp. tłum.).

background image

jest oficjalnym członkiem zespołu i że tkwi w tym po uszy.

W   czasie   prób   Dan   zorientował   się.   że   jego   normalne,   trzeźwe   ja   jest   fizycznie 

niezdolne   do   występów   z   tą   samą   brawurą   co   w   czasie   imprezy   i   że   przy   pozostałych 

członkach   zespołu,   którzy   byli   już   po  dwudziestce   i   nosili   ubrania   szyte   na   miarę   przez 

awangardowych projektantów, takich jak Pistolcock albo Better Than Naked, czuł się jak 

niezręczny, piszczący dzieciak. Zapytał  nawet Damiana Polka, dlaczego do diabła Ravesi 

chcą. żeby dla nich śpiewał. Damian odpowiedział po prostu:

- Chodzi tylko o słowa.

Kurczę, to, że potrafił pisać, nie znaczyło, że potrafi śpiewać. Ale gdyby wyglądał 

bardziej jak ktoś, kto potrafi śpiewać, to może przekonałby publiczność, że zasługuje na bycie 

w zespole.

Dan przegrzebał przepełnione szuflady biurka w poszukiwaniu maszynki na baterie do 

przycinania   brody.   Kupił   sobie   to   urządzenie   w   zeszłym   roku,   gdy   przez   tydzień 

eksperymentował z długością bokobrodów. Poszedł do pokoju młodszej siostry, Jenny, i w 

końcu znalazł  maszynkę  pod jej  łóżkiem,  z niewyjaśnionych  przyczyn  zawiniętą  w stary 

różowy ręcznik kąpielowy.

Lekcja numer jeden na temat młodszych sióstr: jeśli chcesz zachować swoje śmiecie, 

załóż kłódkę na drzwiach.

Nawet  nie  kłopotał  się.  żeby  wrócić   do własnego  pokoju   - podszedł  do  lustra  na 

drzwiach szafy Jenny i pociągnął się za włosy. Odrosły mu już po fryzurze w stylu „modnego 

artysty”,   którą   zafundował   sobie   zaraz   po   tym,   jak   opublikowano   jego   wiersz   w   „New 

Yorkerze”. Teraz, kiedy z poety zamienił się w przebojową gwiazdę rocka, nadszedł czas na 

zmianę.

Fuj! Przecież wszyscy wiedzą, że w dzień przed wielkim występem nie wypróbowuje 

się nowego wizerunku!

Włączył maszynkę i zaczął golić kark. Patrzył, jak jasnobrązowe pasemka pokrywają 

czekoladowy dywan. Przerwał, bo nagle zaniepokoił się, że maszynka nie ma odpowiednich 

ostrzy do golenia głowy. Mogłaby zostawić dziwne, czerwone ślady na całej czaszce albo 

ogolić go nierówno i wyglądałby, jakby ktoś wygryzł mu włosy.

Pewnie,   że   chciał   wyglądać   jak   twardziel,   ale   niekoniecznie   jak   twardziel   z 

wygryzioną głową.

Zastanawiał   się.   co   dalej.   Jeśli   zostawi   tak   jak   teraz,   ogolony   kawałek   będzie 

zasłonięty przez resztę włosów do chwili, kiedy Dan się nie pochyli - a wtedy voila - wyłoni 

się ogolona szyja. Właściwie to fajne wiedzieć, że ma się taki wygolony kawałek, ale nie 

background image

musi go pokazywać. Z drugiej jednak strony, niezauważalna fryzura to nie było dokładnie to, 

o co mu chodziło.

Odłożył golarkę, wsadził do ust camela i sięgnął po telefon Jenny. Jeśli ktoś zna się na 

goleniu głowy, to na pewno Vanessa. Goliła sobie włosy od dziewiątej klasy. Unikała drogich 

salonów, takich jak Frederic Fekkai i Elizabeth Arden Red Door, gdzie regularnie chodziły jej 

wyfiokowane koleżanki z klasy, i upierała się, żeby golić włosy samodzielnie w domu. W 

głębi duszy zawsze uważał, że gdyby miała odrobinę więcej włosów, wyglądałaby trochę 

lepiej, ale skoro najwyraźniej myślała, że jako łysa prezentuje się świetnie, nic jej nie mówił.

- Jeśli   dzwonisz   w   sprawie   wynajmu   mieszkania,   oddzwonię   zaraz   po   przejrzeniu 

oferty online - Vanessa automatycznie wyrecytowała formułkę.

- Hej, to ja, Dan - odpowiedział wesoło. - Co u ciebie?

Vanessa nie od razuzareagowała. Chciała dać Danowi trochę przestrzeni, żeby podrósł 

i   rozkwitł   jako   nowy   Kurt   Cobain.   Jon   Keats   czy   czym   tam   do   cholery   chciał   być,   ale 

zerwanie  z  nim  i  wyrzucenie   go z  mieszkania   nie  było   dla  niej  takie  łatwe.  Zwyczajny, 

przyjacielski ton w jego głosie sprawił, że serce jej oklapło jak balon bez powietrza.

- Jestem   trochę   zajęta.   -   Wystukała   na   klawiaturze   jakąś   bzdurę,   żeby   sprawiać 

wrażenie dramatycznie zawalonej pracą. - Mam mnóstwo ofert do przejrzenia, no wiesz, w 

sprawie mieszkania.

- Och.

Dan nie wiedział, że Vanessa szuka współlokatora. Ale Z drugiej strony, skoro jej 

starsza siostra Ruby pojechała w trasę ze swoim zespołem, pewnie Vanessie nudziło się samej 

w mieszkaniu, zwłaszcza że on już nie dotrzymywał jej towarzystwa.

Na ułamek sekundy Dana ogarnął taki żal, że miał ochotę złapać ołówek i napisać 

tragiczny wiersz o rozstaniu, używając słów. takich jak „ciąć” i „golić”, ale jego świeżo 

ogolony kark zaczął go piec i szczypać, więc od razu przypomniał sobie, po co dzwonił do 

Vanessy.

- Mam tylko pytanko. - Zaciągnął się kilka razy papierosem, a potem wrzucił go z 

roztargnieniem do wazonu ze stokrotkami więdnącymi na biurku Jenny. - Jak golisz głowę, 

no wiesz... Używasz konkretnej golarki, czy jak? Jakiegoś ostrza?

W   pierwszej   chwili   Vanessa   chciała   mu   powiedzieć,   że   z   ogoloną   głową   będzie 

wyglądał jak chudy siedmiolatek z białaczką świeżo po chemioterapii, ale miała już dość 

chronienia go przed własnymi błędami, zwłaszcza teraz, gdy byli „tylko przyjaciółmi”.

- Wahl, ostrze numer dziesięć. Słuchaj, muszę kończyć.

Dan   obejrzał   swoją   golarkę.   Kupił   ją   w   drogerii.   Nie   było   na   niej   informacji   o 

background image

rozmiarze ostrza. Może lepiej pójść do fryzjera.

- Dobra. Zobaczymy się jutro wieczorem na moim koncercie, tak?

- Może   -   odparła   beztrosko   Vanessa.   -   Jeśli   uporam   się   z   tym   szukaniem 

współlokatora. Zmykam. Cześć!

Dan odłożył słuchawkę i znowu obejrzał golarkę.

- Strzaskaj mnie jak jajko! - wrzasnął, trzymając maszynkę przy ustach, jakby to był 

mikrofon. Ściągnął koszulkę i wystawił blady, chudy brzuch, próbując wyglądać jak ktoś zu-

chwały,   znudzony   i   zbuntowany   -   taka   niższa,   chudsza   i   mniej   narąbana   wersja   Jima 

Morrisona. - Strzaskaj mnie jak jajko! - jęknął, opadając na kolana.

Nagłe w progu stanął jego ojciec, Rufus, w poprzypalanej papierosami szarej bluzie 

Old Navy i różowej opasce frotté, której Jenny używała do odgarniania włosów, gdy myła 

twarz.

- Dobrze, że twoja siostra jest już zbyt zajęta, żeby siedzieć z nami po szkole. Pewnie 

nie byłaby zachwycona, gdyby zobaczyła, jak robisz striptiz w jej pokoju - stwierdził.

- Mam próbę. - Dan wstał, starając się zachować resztki godności. - Mógłbyś mi nie 

przeszkadzać?

- Mną się nie przejmuj.

Rufus nadal siał w drzwiach, drapiąc się po piersi i macając camela bez filtra, którego 

wsunął za lewe ucho. Był samotnym ojcem pracującym w domu. wydawcą mniej znanych 

poetów - bitników i pisarzy ezoterycznych, o których nikt nie słyszał.

- Myślę, że jakbyś akcentował co drugie słowo, lepiej by to brzmiało.

Dan przechylił głowę i podał ojcu golarkę.

- Pokaż mi.

Rufus wyszczerzył zęby.

- Dobra, ale nie zdejmę koszuli.

Bogu dzięki.

Odsunął golarkę od twarzy, jakby się bal. że może się włączyć i przyciąć jego słynną, 

niepielęgnowaną brodę.

- Strzaskaj mnie jak jajko! - zawył. Jego brązowe oczy rozbłysły.

Oddał synowi maszynkę do strzyżenia.

- Teraz ty.

Oczywiście Rufus zabrzmiał właśnie tak, jak chciał brzmieć Dan. Dan rzucił golarkę 

na łóżko Jenny i włożył z powrotem koszulkę.

- Mam pracę domową do zrobienia - wymamrotał.

background image

Ojciec wzruszył ramionami.

- Dobra, zostawiam cię w spokoju. - Mrugnął do syna. - Zdecydowałeś już, gdzie 

pójdziesz na jesieni?

- Nie - odparł ponuro Dan.

Wyszedł z pokoju Jenny, powłócząc nogami, i wrócił do siebie. Ojciec tak przeżywał 

tę sprawę college'ów, że zaczynał się robić naprawdę denerwujący.

- Columbia jest blisko! - zawołał za nim Rufus. - Mógłbyś mieszkać w domu!

Jakby nie wspomniał o tym już tysiąc razy!

W pokoju Dan znalazł w szufladzie biurka gumkę i spiął nią włosy w krótki kucyk, 

odsłaniając wygoloną część. Złapał znowu golarkę.

- Strzaskaj mnie jak jajko! - szepnął, naśladując ojca najlepiej, jak umiał.

Skrzywił się. Jego głos nie był dość zachrypły, żeby zabrzmiało to przekonująco.

Zamienił maszynkę na stos informatorów z college'ów, które przeglądał przez ostatnie 

trzy miesiące, i rzucił się na łóżko. Jeszcze tydzień, żeby wybrać między NYU, Brown, Co-

lumbią i Evergreen. Otworzył katalog na zdjęciu ze studentem z Brown ubranym w tweedową 

marynarkę i wyglądającym na intelektualistę. Stał oparty o pień drzewa i bazgrał coś w notat-

niku jak młody Keats. Wyglądał właśnie tak. jak Dan wyobrażał sobie siebie za rok - zanim 

został odkryty przez Ravesów i zanim ogolił sobie tył głowy.

Przejechał palcem po ogolonym kawałku i zerknął na swoje ubranie. Będzie musiał iść 

na zakupy, bo nic z jego ciuchów nie pasuje już do włosów.

A myśleliście, że takimi rzeczami martwią się tylko dziewczyny.

Szkoda, że nie ma Jenny do pomocy, pomyślał ponuro Dan. Ale jego młodsza siostra 

była zbyt zajęta karierą supermodelki. żeby przejrzeć jego ubrania i powiedzieć mu, co jest do 

bani. a co da się włożyć. Dan wziął kubek z kawą rozpuszczalną,, która od rana stygła na 

podłodze, i wypił łyk. Skrzywił się do swojego odbicia w lustrze i przez chwilę wyobrażał 

sobie, że na scenie krzywi się tak samo do publiczności - wściekły i rozdrażniony. Może. 

może jednak da sobie jakoś radę z tym wszystkim bez pomocy siostry. A może nie.

background image

druga połowa zamiast współlokatora

Połykaczkaognia:   mam   raczej   chory   cykl   dobowy,   śpię   za 

dnia i pracuje nocami

Łysakotka: co robisz?

Połykaczkaognia: ech... występuje

Łysakotka: naprawdę połykasz ogień?

Połykaczkaognia:   pracuje   nad   tym.   najczęściej   tańczę   z 

wężami.

Łysakotka: wężami?

Połykaczkaognia: aha, mam cztery węże.

Połykaczkaognia: nie masz nic przeciwko zwierzakom, nie?

Połykaczkaognia: jesteś tam?

Połykaczkaognia: ej?

- Próbuj dalej, frajerko! - Vanessa Abrams wylogowała się i podeszła do szafy.

Dwie   godziny   temu   zdjęła   swój   ciepły,   a   zarazem   okropny,   bordowy   wełniany 

mundurek szkoły Constance Billard - zimowy, ale jedyny, jaki miała - i do tej pory niczego 

nie   włożyła.   Chociaż   dziewczyna,   z   którą   Vanessa   miała   spotkać   się   za   trzy   minuty,   w 

porannych e - mailach wypadła całkiem fajnie, pewnie trochę by się przestraszyła, gdyby 

Vanessa otworzyła jej drzwi tylko w czarnych bawełnianych figach. Na oślep wyciągnęła z 

górnej półki złożone spodnie Wszystkie jej ubrania były czarne, a poza tym Vanessa wierzyła 

w sens podwójnych zakupów. Jeśli masz sześć par prostych, czarnych, dopasowanych dżin-

sów Levisa, to nigdy tak naprawdę nie zastanawiasz się, co włożyć, i wystarcza, jak raz w 

tygodniu robisz pranie. Wciągnęła spodnie na blade i trochę zbyt pulchne biodra, a potem 

naciągnęła czarną koszulkę z długimi rękawami i dekoltem w szpic. Przeciągnęła dłońmi po 

ogolonej głowie. Dla tak zwanych  normalnych  dziewczyn,  z którymi  chodziła do szkoły, 

wyglądałaby dziwnie, ale ta, z którą miała się spotkać, zapowiadała się naprawdę interesująco 

-   żadna   z   tamtych   gęsi   nie   mogła   nawet   marzyć,   żeby   wypaść   równie   ciekawie.   No, 

przynajmniej tak wynikało z rozmowy online.

Zgodnie z oczekiwaniami odezwał się dzwonek. Vanessa podeszła do okna i odsunęła 

background image

zasłonę   (tak   naprawdę   to   było   czarne   prześcieradło   z   bawełny   z   domieszką   sztucznych 

włókien, które kupiły z Ruby, jej siostrą, w Kmart w poprzednie Halloween). Na ulicy dwa 

piętra niżej pijany  bezdomny wrzeszczał  na puste zaparkowane samochody.  Chłopczyk z 

zielonymi,  nastroszonymi  włosami,  bez koszulki,  pędził chodnikiem  na górskim rowerze, 

który był zdecydowanie dla niego za duży. Kruszący się kawał betonu, który robił za schodek 

do domu Vanessy, był pusty. Przyszła współlokatorka już wchodziła na górę.

- Proszę, bądź normalna - mruknęła Vanessa.

Nie   chodziło   o   to,   że   tak   naprawdę   lubiła   normalne   dziewczyny.   Normalne 

dziewczyny, jak te z jej klasy w Constance Billard. malowały usta na różowo i nosiły różne 

wersje dokładnie tej samej pary butów, z nabożeństwem traktując takie rzeczy jak pasemka 

albo pedikiur. W e - mailowym zgłoszeniu Beverly napisała, że studiuje w Pratt, więc jest 

starsza   -   to   już   coś,   a   poza   tym   prawdopodobnie   woli   bardziej   alternatywny   styl   życia. 

Vanessa miała nadzieję, że dziewczyna wypadnie równie dobrze, jak się zapowiadała.

Otworzyła drzwi mieszkania w chwili, gdy gość doszedł do końca schodów. Tyle, że 

ku kompletnemu zaskoczeniu Vanessy gość okazał się facetem.

Vanessa zapomniała zaznaczyć w ogłoszeniu w Internecie, że na współlokatora szuka 

dziewczyny.

Tak całkiem przypadkiem o tym zapomniała?

- Założę się, że spodziewałaś się dziewczyny, nie? - zapytał Beverly, wyciągając rękę 

do Vanessy. - To imię jest potwornie staroświeckie i absolutnie mylące. Nie martw się, przy-

zwyczaiłem się.

Vanessa starała się nie wyglądać na zaskoczoną, co nie było  dla niej zbyt  trudne. 

Dawno   temu   podczas   samotnych   lunchów   w   szkolnej   stołówce   Constance   Billard,   kiedy 

wyłączała   się   z   paplaniny   pięknych,   jędzowatych   koleżanek   z   klasy,   do   mistrzostwa 

opanowała   zupełnie   obojętne   spojrzenie.   Wsadziła   palce   do   tylnych   kieszeni   dżinsów   i 

nonszalancko wpuściła gościa do mieszkania.

- Właśnie gadałam na czacie z jakąś zwariowaną panienką, która tańczy z wężami. Ty 

nie hodujesz węży, prawda?

- Nie.

Beverly złożył ręce jak do modlitwy i przyjrzał się ponuro urządzonemu mieszkaniu. 

Ściany były białe, a drewniane podłogi nagie. Maleńka kuchnia wychodziła na salon, pełniący 

funkcję drugiej sypialni, w którym leżał materac i stał telewizor. Jedyna dekoracja to kadry z 

ponurych filmów, które Vanessa ciągle kręciła w wolnym czasie.

- Czyja to praca? - zapytał Beverly, wskazując na czarno - białą fotografię gołębia 

background image

dziobiącego zużyty kondom w parku przy Madison Square.

Vanessa złapała się na tym, że gapi się na mocny, okrągły tyłek Beverly'ego, więc 

szybko odwróciła wzrok.

- Moja - odparła chrapliwym głosem. - To z filmu, który nakręciłam w tym roku.

Beverly pokiwał głową, nadal trzymając złożone dłonie i przyglądając się pozostałym 

zdjęciom.   Vanessie   bardzo   spodobało   się   to,   że   nie   zacząć   od   razu   paplać,   jakie   są 

przygnębiające i oryginalne, jak to zwykle robili ludzie. Już sam sposób, w jaki zapytał „czyja 

to praca”, sprawił, że poczuła się jak prawdziwa artystka.

- Masz ochotę na piwo? - zapytała.

Chociaż to nietypowe dla niej, w lodówce stało mnóstwo piwa, które zostało po jej 

szalonej   osiemnastce   dwa   tygodnie   temu.   Teraz   korzystała   z   każdej   okazji,   żeby   się   go 

pozbyć”.

- Przykro mi, ale poza wodą niczego więcej nie mogę zaoferować.

- Woda   to   dobry   pomysł   -   odpowiedział   Beverly,   a   Vanessa   poczuła,   że   jeszcze 

bardziej go lubi.

Zapytaj   jakiegokolwiek   chłopaka  ze   szkoły  średniej,   czy  chce   piwa,   a   ten   w   trzy 

sekundy   wyżłopie   cały   sześciopak.   Beverly   potrzebował   tylko   trochę   wody  do   moczenia 

pędzli i miejsca do mieszkania, na przykład z nią...

Prrr, szalona! A co ze wstępną rozmową?

Vanessa poszła do maleńkiej kuchni, wyjęła starą szklankę ze Scooby - Doo, trochę 

lodu i dzbanek ze schłodzoną wodą Z lodówki. Nalewała do szklanki powoli, jednocześnie 

podejrzliwie przyglądając się Beverly'emu. Jego małe oczy o intensywnym spojrzeniu były 

bladoniebieskie,   a   krótkie,   potargane   włosy   prawie   czarne.   Dłonie   i   paznokcie   miał 

poplamione jakimś czarnym tuszem, którego pewnie używał do pracy, a jego burozielona 

koszulka była przyprószona czymś, co wyglądało jak trociny. Miał czarne luźne spodnie z 

bawełny,   które   sama   nosiłaby   codziennie,   gdyby   była   facetem,   a   na   nogach   cienkie 

pomarańczowe klapki z gumy,  jakie można kupić za dziewięćdziesiąt dziewięć centów w 

drogerii.   Był   tak   różny   od   ludzi,   z   którymi   chodziła   do   szkoły,   że   Vanessa   zaczęła   się 

strasznie ekscytować - zupełnie nie potrafiła się opanować.

Czy to mogło mieć coś wspólnego z faktem, że okazał się facetem?

Obeszła blat i podała Beverly'emu wodę, już wyobrażając sobie, że siedzą razem do 

późna i oglądają filmy. Ona podawałaby mu wodę, a on kiwałby głową w podziękowaniu w 

ten   swój   zamyślony,   seksowny   sposób.   A   potem   przeanalizowaliby   dorobek   Stanleya 

Kubricka. film po filmie... nago.

background image

Vanessa usiadła na materacu, a Beverly przysiadł obok niej.

- W tej chwili właściwie tylko pomieszkuję, nie mam stałego miejsca - wyjaśnił. - 

Mieszkałem w akademiku, a teraz jestem z grupą artystów. Mamy mieszkanie i pracownię w 

magazynach przy stoczni marynarki wojennej w Brooklynie. Ale czasem to prawdziwy dom 

wariatów. - Zaśmiał się cicho. - Potrzebuję miejsca, gdzie mogę spokojnie się zdrzemnąć i nie 

bać się, że ktoś w czasie snu odrąbie mi palce. No wiesz, do rzeźby z ludzkich części ciała 

albo czegoś w tym stylu.

Vanessa pokiwała entuzjastycznie głową. Doskonale wiedziała, o co mu chodzi.

Serio?

Oczywiście nie spodziewała się. że będzie mieszkać z facetem - innym niż Dan - ale 

miała już osiemnaście lat. była dorosła, zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji i 

dość dojrzała, żeby mieszkać z chłopakiem i nie mieć ochoty od razu wskoczyć mu do łóżka.

Jasne.

- Ale   problem   w   tym,   że   to   trochę   dziwne,   zamieszkać   z   kimś.   z   kim   nigdy   nie 

oddychało się tym samym powietrzem, rozumiesz? - ciągnął Beverly.

Wielkie brązowe oczy Vanessy zrobiły się jeszcze większe. Więc nie chciał z nią 

mieszkać?

- Chyba - odpowiedziała ponuro.

- Zastanawiałem   się,   czy   może   moglibyśmy   najpierw   spędzić   trochę   czasu   razem, 

przez kilka tygodni.  Porobić różne rzeczy.  Poznać się trochę. Sprawdzić, czy coś z tego 

będzie - dodał.

Vanessa przysiadła na dłoniach. Czuła się zakłopotana, jak te tak zwane normalne 

dziewczyny, których tak nie cierpiała, kiedy jakiś przystojniak zaprasza je na bal czy jak tam 

nazywali te idiotyczne imprezy, na które trzeba się odstawić i na które nieustannie chodziły, 

bo miały pretekst, żeby kupować nowe sukienki. Beverly miał ochotę z nią zamieszkać, tylko 

najpierw chciał ją poznać. Jakie to odświeżające i jakie ekscytujące poznać nareszcie kogoś, 

kto jest inteligentny, w porządku, twórczy i... seksowny!

- Cóż. mam jeszcze kilka spotkań z chętnymi - odparła, żeby nie wykazać zbyt dużego 

entuzjazmu. - Ale jak dla mnie, to dobry pomysł. To znaczy, masz rację. To ważne wiedzieć, 

do kogo człowiek się wprowadza.

- Właśnie.

Beverly dopił wodę. wstał i odstawił szklankę do zlewu.

Rety, w dodatku sprząta po sobie.

Wrócił do salonu, postukując klapkami.

background image

- Moglibyśmy spotkać się w ten weekend albo...

Nagle Vanessę olśniło. Czy istnieje lepszy pomysł, żeby pokazać Danowi, że jej już 

przeszło i że ma własne życie, niezależnie od Dana i jego egoistycznego ,ja”, niż przyjść na 

jego pierwszy koncert z chłopakiem?

- Mój stary znajomy śpiewa jutro wieczorem z Ravesami. Masz ochotę pójść?

Na szczęście  Beverly był dość dojrzały, żeby nie zacząć podskakiwać i głupieć z 

powodu tego, że Vanessa znała kogoś, kto śpiewa w Ravesach. Złożył dłonie i kiwnął głową 

w ten swój seksowny, uduchowiony sposób.

- Jasne. Zadzwonię jutro to ustalimy resztę.

Vanessa zaprowadziła go do drzwi i popędziła do okna. Odprowadziła spojrzeniem 

zgrabny tyłeczek Beverly'ego. Chłopak poszedł Szóstą Południową i zniknął w labiryncie sta-

rych magazynów, które tworzyły krajobraz Williamsburga. W sobotnie poranki siadywaliby z 

Beverlym właśnie przy tym oknie, korzystając z tego, że wychodzi na południe, i zajmo-

waliby się swoją sztuką. On pracowałby w milczeniu nad płótnami, brudząc sobie całe dłonie 

czarnym tuszem, a ona by go filmowała. I oboje byliby... nadzy.

Oczywiście.

Jakie to ekscytujące mieszkać z artystą. Owszem, Dan był poetą, ale to co innego. 

Przez cały dzień tylko bazgrał w notatnikach, pil okropną kawę i z godziny na godzinę stawał 

się coraz bardziej roztrzęsiony i neurotyczny.

Oczywiście nadal będzie spotykała się z ludźmi z ogłoszenia, a przynajmniej będzie z 

nimi rozmawiała w Necie. Była jednak pewna, że już znalazła to, czego szukała: idealnego 

partnera.

Czekajcie. A czyż nie szukała współ lokatora?

background image

B ciągle ucieka z domu

- Przepraszam, co wy robicie? - zapylała ostro Blair. Eleanor Waldorf i przyrodni brat 

Blair, Aaron Rose, stali nad łóżkiem Blair w jej zaimprowizowanym  pokoju i przypinali 

pinezkami do ściany jakąś wielką mapę. Blair stanęła w progu ze skrzyżowanymi rękoma i 

czekała na wyjaśnienia.

- Nic nie mów - szepnęła do Aarona podekscytowana matka.

Eleanor miała na sobie dziwny strój od Versace, który aż krzyczał; „fatalny zakup na 

wyprzedaży”. Strój składał się z bluzki bez pleców w pionowe pomarańczowo - czarne pasy 

połączonej   Z   rybaczkami   w   zielono   -   czarne   poziome   pasy   masą   złotych   łańcuszków   i 

guzików. Rybaczki miały nawet złotą lamówkę.

Dlaczego tak jest, że największe błędy projektantów zawsze przyciągają populację 

matek?

Nie dość, że strój był brzydki, to w kolejnym ataku depresji poporodowej Eleanor 

zrobiła coś strasznego z włosami. Jeszcze rano były do ramion i w kolorze blond. Teraz były 

ciemnorude i króciutko przycięte, jak u Sharon Osbourne. Nie trzeba mówić, że Blair ledwo 

mogła patrzeć na matkę.

Aaron   wcisnął   ostatnią   pinezkę   w   róg   mapy   i   zeskoczył   z   łóżka.   Miał   krótkie 

rastafariańskie dredy, które obijały mu się wesoło o zapadłe od wegetariańskiej diety policzki.

- Przykro mi to mówić, mamuś, ale trzeba jej co nieco wyjaśnić.

Rzucił Blair przepraszające spojrzenie.

- Przykro mi. siostruniu, to miała być niespodzianka.

Blair lubiła swojego przyrodniego brata - o wiele bardziej niż tego tłustego frajera, jej 

ojczyma. Cyrusa Rose - ale wkurzał ją jak diabli, gdy mówił do Eleanor „mamuś” albo do 

niej „siostruniu”. Koniec końców rodzice pobrali się raptem w Święto Dziękczynienia, więc 

Eleanor zdecydowanie nie była jego mamą, a ona jego siostrą. Mimo że miała młodszego bra-

ta, Tylera (ale w końcu to chłopak), i Yale (ale to tylko niemowlę), Blair zawsze uważała się 

za jedynaczkę, poza tymi rzadkimi sytuacjami, gdy tak dobrze układało im się z Sereną, że 

czuły się jak siostry.

Eleanor szybko  zeszła z łóżka, złapała Blair za rękę i pociągnęła ją do Ściany w 

background image

kolorze szałwii, żeby popatrzyła na mapę. To była szczegółowa mapa Australii i Pacyfiku. 

Zakreślono cztery czerwone kółka wokół punkcików na morzu między Vanuatu a Fidżi. Pod 

kółkami czarnym tuszem Eleanor napisała ozdobną kursywą imiona:  Yale, Tyler, Aaron i 

Blair.

Pardonnes - moi ?

Blair przekręciła kilka razy na palcu rubinowy pierścionek.

- Co do cholery? - dopytywała się niecierpliwie.

Eleanor nadal trzymała córkę za rękę i zaciskała dłoń na jej palcach z maniakalną 

radością.

- Kupiłam   ci   wyspę,   kochanie,   i   nazwałam   twoim   imieniem.   Każde   z   moich 

kochanych  skarbów ma własną wyspę na Pacyfiku! W przyszłym  roku, kiedy wydrukują 

nowe mapy, wasze imiona pojawią się tuż koło Fidżi! Prawda, że to fantastyczne?

Blair gapiła się na mapę. Fidżi zawsze kojarzyło jej się dość egzotycznie, ale Wyspa 

Blair prawdopodobnie składała się z paru krzaków na kawałku rafy usianej klującymi jeżow-

cami i wodorostami.

- Tyler  już planuje nam wielką wyprawę na południowy Pacyfik w czasie Bożego 

Narodzenia - paplała Eleanor. - Sprawdza, która z naszych wysp ma najlepsze warunki do 

surfowania.

Blair zauważyła, że Aaron ma paznokcie pomalowane na czarno.

- Chodzi o nasz zespół - wytłumaczył, rejestrując jej spojrzenie. - To w związku z tym, 

że obecnie żaden z nas nie ma dziewczyny.

Żadna niespodzianka, pomyślała Blair. Jeśli nie będzie ostrożny, Aaron skończy jako 

jeden z tych bladych, chudych, aseksualnych starszawych wegetarian jak Morrissey, rozpłynie 

się w powietrzu i nikt nawet nie będzie pamiętał, że kiedykolwiek istniał. Aaron i Serena 

spotykali się ostatniej zimy i przez chwilę byli w sobie zakochani, ale Aaron nie był dość 

ekscytujący, żeby utrzymać zainteresowanie Sereny na dłużej niż pięć minut.

Choć z drugiej strony, kto był?

Blair   nie   ciekawiło   za   bardzo,   co   Aaron   i   jego   beznadziejni   kumple   ze   szkoły 

Bronxdale, z którymi  grywa,  robią dla rozrywki.  Nie interesowały jej też  przypadkowe  i 

całkowicie bezużyteczne zakupy matki w stylu wysp, alpak i desek do surfowania. Chciała 

tylko  wiedzieć, dlaczego Kitty Minky,  jej kotka rasy błękitnej  rosyjskiej,  grzebała wśród 

okazałego stosu jedwabnych zagłówków, poduszek i jaśków u wezgłowia jej łóżka.

- Miau? - Blair zagadnęła kotkę.

Od dziewiątego roku życia udawała, że mówi do niej w kocim języku.

background image

Nagle Kitty Minky zaczęła siusiać.

- Nie! - wrzasnęła Blair i rzuciła w kota skórzanym sandałem w ceglastym kolorze od 

Manolo.

Kitty Minky zeskoczyła z łóżka, ale było już za późno: różowa jedwabna narzuta i stos 

jaśków całkiem przesiąkły.

- Ojej! - wykrzyknęła Eleanor, załamując ręce. Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. - 

Och,   co   za   bałagan   -   dodała   z   rozpaczą,   błyskawicznie   przechodząc   od   uniesienia   do 

przygnębienia.

- Nie martw się, Blair. Możesz spać ze mną i Tylerem  w naszym  pokoju, dopóki 

Esther tu nie sprzątnie - zaproponował Aaron.

Pokój   Tylera   i   Aarona   pachniał   piwem,   skarpetami,   hot   dogami   z   tofu   i   tymi 

obrzydliwymi, ziołowymi papierosami, które wiecznie palił Aaron. Blair zmarszczyła nos.

- Wolę spać na podłodze w pokoju Yale - odparła z żałosną miną.

Eleanor znowu załamała ręce.

- Ale mała Yale ma kwarantannę na najbliższych kilka dni. Złapała jakąś wysypkę na 

buzi w gabinecie pediatry, kiedy była wczoraj na kontrolnej wizycie. Najwyraźniej wysypka 

jest bardzo zaraźliwa.

Fuj.

Blair   zmrużyła   niebieskie   oczy.   Uwielbiała   siostrzyczkę,   ale   nie   miała   zamiaru 

ryzykować, że złapie wysypkę, zwłaszcza na twarzy. A to sprawiało, że nadal nie znalazła 

odpowiedzi na zasadnicze pytanie: gdzie do cholery ma spać?!

Apartament nie nadawał się do mieszkania. Dom Archibaldów jeszcze godzinę temu 

wydawał   się   oczywistym   wyborem,   ale   okazał   się   miejscem   popołudniowych   zajęć   dla 

ujaranych wielbicieli Nate'a. Drzwi Sereny zawsze stały otworem, ale van der Woodsenowie 

byli trochę staroświeccy i pewnie by się im nie podobało, gdyby Blair zaprosiła do siebie 

chłopaka i zamknęła drzwi lub coś w tym stylu.

Chwileczkę! A czy Serena nigdy nie zapraszała do siebie chłopaka i nie zamykała 

drzwi?!

Poza tym Blair próbowała już przez kilka dni tej wiosny mieszkać z Sereną. Ciągle się 

kłóciły. Oczywiście to był okres, kiedy Blair próbowała uwieść brata Sereny, Erika, żeby w 

ten sposób odciągnąć uwagę Nate'a od tej zaćpanej, puszczalskiej panienki, którą poznał na 

odwyku. Ale mimo wszystko, chociaż znowu były przyjaciółkami, lepiej nie ryzykować.

Jakby nie potrafiły znaleźć sobie innego pretekstu do kłótni.

Blair otworzyła górną szufladę mahoniowej, przyjaznej środowisku komody. Miała 

background image

kartę   kredytową,   a   w   okolicy  znajdowało   się   mnóstwo  przyjemnych   hoteli.   Złapała   parę 

czystych   białych   fig   Hanro   i   biały   podkoszulek.   Jedną   z   korzyści   noszenia   do   szkoły 

mundurka była  mała ilość bagażu. A zaletą małego bagażu było  to, że na pewno będzie 

potrzebowała czegoś, czego nie wzięła, i w związku z tym będzie musiała to kupić w którymś 

z trzech B: u Bendela. Bergdorfa albo w Barneys.

- Chcesz zobaczyć, co Tyler wyszukał na temat naszych wysp? - zapytał Aaron. - 

Właśnie ściąga z Internetu mnóstwo informacji.

- Mężczyzna, z którym rozmawiałam, powiedział, że temperatura na tych wyspach 

przez cały rok wynosi od dwudziestu pięciu do trzydziestu stopni - dodała radośnie Eleanor. 

Zerknęła na złoty zegarek od Cartiera. - O rety. spóźniłam się już pięć minut na makijaż w 

salonie Red Door. - Zachichotała konspiracyjnie i klasnęła w ręce jak mała dziewczynka. - 

Cyrus zabiera mnie dziś wieczór do Four Seasons. Nie mogę się doczekać, żeby powiedzieć 

mu o niespodziance dla niego.

Blair nawet nie chciała słyszeć, jakim zakupem matka zamierzała zaskoczyć Cyrusa. 

Kupiła jakiś kraj?

- Pewnie wpadnę jeszcze, żeby zabrać parę rzeczy - poinformowała matkę. - Trzeba 

kupić do tego pokoju nowy materac, poduszki i pościel. Ale nie jestem pewna, czy jeszcze 

lulaj wrócę, no wiesz, żeby tu mieszkać.

Eleanor zamrugała zdziwiona, patrząc na Blair. Po siedemnastu latach i pół roku bycia 

jej matką nadal nie potrafiła zrozumieć córki.

- Na wypadek, gdyby na twojej wyspie wybuchła wojna domowa albo pojawiła się 

nowa   dostawa   francuskiej   bielizny.   gdzie   będzie   można   cię   znaleźć?   -   zapytał   z 

przemądrzałym uśmieszkiem Aaron.

- W hotelu Plaza. - Blair odpowiedziała mu podobnym uśmieszkiem.

Najpewniej w apartamencie.

background image

łatwo wyprowadzić N na głębokie wody

Taras na dachu trzypiętrowego domu Nate'a nie znajdował się dość wysoko, żeby 

oferować ładne widoki. Mimo to przyjemnie się tam siedziało, popalało z ogromnej fajki 

wodnej z zielonego szkła, która należała do Jeremy'ego, i wspominało wszystkie zwariowane 

numery, jakie wykręcali, kiedy byli młodzi i beztroscy - to znaczy, zanim zaczęli się martwić 

college'ami i przyszłością.

Jakby naprawdę się tym martwili.

- Stary, pamiętasz te zajęcia z łaciny, kiedy byłeś tak ujarany, że myślałeś, że jesteś na 

francuskim?   -   zapytał   przeciągle   Charlie   Dern,   wypuszczając   dym   kącikiem   szerokich, 

pajacowato uśmiechniętych ust. - Paplałeś po francusku jak jakiś pochrzaniony świr, a pan 

Herman, nasz She - Man, rzucił tylko: „Przepraszam bardzo, panie Archibald, ale chociaż 

wszystkie   języki   romańskie   mają   swoje   korzenie   w   łacinie,   nigdy   nie   opanowałem 

francuskiego”.

Anthony Avuldsen i Jeremy Scott Tompkinson wybuchli śmiechem, przypominając 

sobie tamten dzień.

- Cholera, i w dodatku mówiłem perfekcyjnie - stwierdził Nate. - Chyba przez moment 

myślałem, że naprawdę jestem Francuzem. Mówiłem jak urodzony we Francji.

- Jasne - rzucił sarkastycznie Charlie. - Człowieku, ledwo w ogóle byłeś w stanie coś 

wybełkotać.

Lexie tańczyła boso w batikowej sukience, wymachując rękoma przed swoją twarzą. 

Flamastrem świecącym w ciemnościach, który znalazła na biurku Nate'a, namalowała sobie 

kwiatki na palcach rąk i stóp. Teraz, w zapadającym zmierzchu, rysunki zaczynały jaśnieć 

neonową zielenią. Uczesany w kucyk chłopak o imieniu Malcolm grał na gitarze i śpiewał 

stare jak świat piosenki Jamesa Taylora.

Wystarczy, że mnie zawołasz,

A wiedz, że gdziekolwiek będę,

Natychmiast do ciebie przybiegnę.

- Szkoda, że nie jesteśmy na plaży - westchnął Jeremy i przeciągnął palcem po brzegu 

fajki wodnej. - Byłoby po prostu idealnie, gdybyśmy siedzieli teraz na plaży.

background image

Nate pokiwał złotobrązową głową.

- Niedługo będziemy. Za dwa tygodnie ruszamy z rodzicami w rejs charytatywny do 

Hamptons. Łódź już dokuje w Battery Park. Płyniecie z nami, nie?

Chłopcy z młodszych klas podnieśli głowy z nadzieją, że Nate mówi też do nich.

Marne szanse.

- Pewnie, że wszyscy płyną  - odparł Anthony Avuldsen, a młodsi chłopcy jeszcze 

bardziej poczuli się jak skończeni frajerzy. - To otwarcie sezonu, absolutnie odjazdowego 

lata.

- Klasa Blair urządza sobie wagary następnego dnia - myślał głośno Nate.

Dotarło do niego jak przez mgłę. że Blair ani razu nie pojawiła się na dachu. Może 

nadal brała prysznic, a może pocałowała go na pożegnanie i wróciła do domu? Szczerze mó-

wiąc, nie mógł sobie przypomnieć. Gdyby dalej brała prysznic, mógłby zakraść się na dół i ją 

zaskoczyć. Na myśl o nagiej i mokrej Blair uśmiechnął się rozkosznie.

Charlie wyciągnął z kieszeni spodni koloru khaki torebkę pełną trawy i zaczął ładować 

fajkę.

- Mówisz, że łódź stoi w porcie?

Zanim Nate zdążył odpowiedzieć, zadzwoniła jego komórka. Na ekranie rozbłysło 

imię Blair.

O wilku mowa.

Nate bez słowa przyłożył telefon do ucha.

- Zgadnij, gdzie jestem - rzuciła radośnie Blair. - W hotelu Płaza. Więc natychmiast 

przytargaj tu swój tyłek. Mam apartament.

Hotel   Plaza   znajdował   się   raptem   dwadzieścia   przecznic   dalej.   Nate   zerknął   w 

kierunku centrum. Wydawało mu się, że to strasznie daleko, ale milo by było położyć się na 

wielkim, białym hotelowym łóżku, oglądać mnóstwo filmów i zamówić posiłek do pokoju. 

Zrobił się porządnie głodny.

Blair niezupełnie to miała na myśli.

- Zabierz  szczoteczkę  do  zębów.  Poza  tym   mam  wszystko, co  potrzebne   - dodała 

nieśmiało.

Miała na myśli trzy rzeczy na „k”: kawior, kondomy i koniecznie szampan.

- Brzmi kusząco - odparł ochoczo Nate. - Do zobaczenia za chwilę. - Rozłączył się.

Jeremy podsunął mu fajkę.

- Więc   myślę   sobie...   -   tłumaczył   dalej   Nate'owi   z   twarzą   pełną   skupienia,   jakie 

pojawia się tylko u kogoś, kto wypalił tonę trawy. Oderwał aligatora od czarnej koszulki 

background image

Lacoste'a   i   teraz   naszywka   wisiała   mu   na   piersi   jak   częściowo   zerwany   strup   -   ...że 

moglibyśmy  wszyscy pójść na łódź twoich starych.  Pełno tam gorzałki, a załoga pewnie 

ogląda miasto i nawet nie zauważy, że na chwilę wypłynęliśmy, nie? Ty pływasz jak mistrz. 

Może byśmy urwali się na krótką wycieczkę przed impreza, w Hamptons, powiedzmy na...

- Bermudy! - wypalił Charlie.

- Cholera, właśnie! - przytaknął Anthony.

Wszyscy   trzej   spojrzeli   na   Nate'a.   Wiedzieli,   że   proszą   go   o   zrobienie   czegoś 

absolutnie skandalicznego, ale po zaciekawionym błysku w oczach Nate'a zorientowali się, że 

uda się go namówić.

Myśli   Nate'a   pędziły   w   przedziwny,   zakręcony   i   ujarany   sposób.   Popłynąć   na 

Bermudy?   Jasne,   czemu   nie?   Byli   w   ostatniej   klasie,   mogli   robić,   co   chcieli.   Blair   też 

mogłaby przyjść - piliby drinki z szampana i pomarańczowego soku i kochaliby się na plaży 

w ciepłym słońcu. Zawsze mówiła o tym, że chciałaby gdzieś z nim wyjechać.

Lexie podeszła  i usiadła  Nate'owi  na kolanach. Pachniała kadzidełkami  z ambry i 

pasztetem z gęsich wątróbek. Koniuszek kruczoczarnego kucyka muskał tatuaż ze słońcem, 

księżycem i gwiazdami na jej łopatce.

Alors, co robimy? - pociągając dymka z fajki, ziewnęła.

Nate poczekał, aż dziewczyna  zaciągnie się, a potem zepchnął ją z kolan i wstał. 

Klasnął w ręce, jakby był ujaranym opiekunem na letnim obozie dla dzieci.

- Zbieramy się, czas na wielką przygodę.

Wśród młodszych chłopców rozległ się podniecony pomruk. Nie dość, że dostali się 

na   imprezę  u   Nate'a   Archibalda,   to   jeszcze   teraz   on  gdzieś   ich   zabierał   -   pewnie   w   tak 

czadowe miejsce, jakiego w życiu nie widzieli.

- Wszyscy, którzy rzygają na łodziach, powinni zostać - ostrzegł ich Jeremy.

- Za cholerę - szepnął chłopak ze szkoły Świętego Judy. Tak się składało, że nazywał 

się   Nate   Lyons   i   naśladował   swojego   imiennika   tak   wiernie,   że   nawet   nosił   identyczne 

granatowe skarpetki Brook Brothers.

Zapanowało pełne podniecenia zamieszanie. Nate Archibald, najfajniejszy chłopak z 

Upper East Side, zabierał ich na swoją łódź. Cholera, to ich wielki dzień!

Nate   ruszył   na   dół   z   chłopakami   pełen   dobrodusznego   rozbawienia.   Zupełnie 

zapomniał, co zamierzał zrobić, zanim wypłynął temat Bermudów. Jego komórka została na 

tarasie na dachu. Przez następne półgodziny ekranik rozbłyskiwał co dwie minuty imieniem 

Blair.

Zimą, wiosną, latem czy jesienią

background image

Wystarczy, że zawołasz,

A od razu przybiegnę!

Aha. Jasne.

background image

kolejna zmarnowana para fig la perla

- Nate właśnie jedzie - z zadowoleniem oznajmiła Serenie Blair.

Zadzwoniła do przyjaciółki, żeby się pochwalić, że śpi w hotelu Plaza. Gdy wybierała 

numer, czuła pewne wyrzuty sumienia, ale kiedy czekała na połączenie, zaczęło jej prze-

chodzić. Pochyliła się ku wielkiemu lustru w łazience, oprawionemu w złotą ramę i nałożyła 

kolejną warstwę szminki Chanel. Była ciemnoczerwona, więc zwykle używała jej zimą, ale 

kiedy siedzi się ze swoim chłopakiem w luksusowym hotelu i nie wychodzi się z łóżka, kto by 

się przejmował porą roku?

- Nie wściekaj się - Blair prosiła najlepszą przyjaciółkę.  - Możemy spotkać się w 

moim apartamencie jutro popołudniu albo jakoś tak, dobra? - Uśmiechnęła się do swojego 

odbicia w seksowny, wymowny sposób. - Jak się już z Nate'em obudzimy.

- Wy   dwoje   jesteście   po   prostu   śmieszni.   -   Serena   nabijała   się   z   niej   bez   cienia 

zazdrości.

Blair już następnego ranka przyznała się jej. że straciła dziewictwo z Nate'em, ale 

odmawiała wchodzenia w szczegóły, a Serena zadawala za dużo pytań - W końcu Serena i 

Nate razem stracili dziewictwo, więc seks był trochę niezręcznym tematem do rozmów.

- Muszę iść na tę imprezę dla przyszłych  studentów Yale - odparła Serena. - Nie, 

żebym już wybrała Yale - pospiesznie się poprawiła. To. że przyjęto ją do Yale. było jeszcze 

gorszym tematem do rozmowy. - Moi rodzice nas zgłosili, więc muszę iść.

- Och.

Blair wydęła usta z niezadowoleniem i odwróciła się, żeby obejrzeć swój tyłek  w 

nowym,   czarnym   komplecie   z   jedwabiu   La   Perła.   Oczywiście   formalnie   nie   przyjęto   jej 

jeszcze do Yale. ale w końcu była na liście rezerwowych, więc mimo wszystko mogli ją 

zaprosić.

- Miałam nadzieję, że pójdziesz ze mną - dodała Serena. - Bo to o niebo bardziej 

prawdopodobne, że w Yale wylądujesz ty, a nie ja.

Blair poprawiła ramiączka stanika. Nate też dostał się do Yale, ale nic nie wspominał 

o imprezie. A jeśli on nie idzie, to ona też się nie wybiera. Mogą mieć... inne plany na 

wieczór.

background image

Jasne.

- Zaczyna   się   dopiero   o   siódmej   -   przekonywała   ją   Serena.   -   Do   tego   czasu 

powinniście być już gotowi do wyjścia.

- Zadzwonię do ciebie jutro w tej sprawie, dobrze? - Blair zapytała z wahaniem.

- Jak chcesz. - Serena nie miała nic przeciwko pójściu samej, bo nigdy zbyt długo nie 

siedziała sama. Chłopcy kręcili się wokół niej jak muchy nad piknikiem. - Baw się dobrze. Do 

zobaczenia, kochanie.

Blair rozłączyła się w chwili, gdy zjawił się boy hotelowy z butelką szampana Dom 

Pérignon oraz z talerzem kawioru i tostami, które zamówiła do pokoju. Zawinęła się w jeden 

z hotelowych grubych szlafroków frotté i otworzyła drzwi.

- Postaw przy łóżku - poleciła.

Spodobało się jej, że powiedziała to takim znudzonym tonem w stylu Joan Crawford. 

Dała   facetowi   napiwek   i   poczekała,   aż   zamknie   za   sobą   drzwi.   Potem   zrzuciła   szlafrok, 

wskoczyła  na swoją  połowę ogromnego łóżka  i sięgnęła  po pilot. W ciągu kilku sekund 

znalazła AMC - program z amerykańskimi klasykami, kanał, na którym regularnie puszczano 

jej ulubione filmy typu Śniadanie u Tiffany'ego z Audrey Hepburn albo My Fair Lady, też z 

Audrey Hepburn.

Ku jej rozczarowaniu, puścili  Dirty Dancing.  Od kiedy to. co nakręcono po tysiąc 

dziewięćset osiemdziesiątym, było prawdziwą klasyką, zastanawiała się Blair. Nagle poczuła 

się staro. Ale z drugiej strony wydawało się to całkiem na miejscu, zwłaszcza że właśnie 

szykowała się do gorącego spotkania ze swoim kochankiem w luksusowym  apartamencie 

hotelowym. A właściwie to gdzie podziewał się Nate? Taksówką z jego domu do hotelu 

powinno się jechać z siedem minut. Na miejscu Nate'a przyjechałaby w pięć minut. Wybrała 

do niego numer, nawet nie patrząc na telefon, ale nikt nie odbierał. Może brał prysznic i 

zakładał seksowne czarne bokserki Calvina Kleina, szykując się do ich randki, zastanawiała 

się.

A może jednak nie.

Blair wstała i przygasiła światła. Rozsmarowała odrobinę kawioru na toście i, stojąc, 

patrzyła w ogromne lustro w złotych ramach, jak zajada. Na ekranie telewizyjnym Baby wła-

śnie starała się wyglądać niewinnie po całej nocy spędzonej na gorącym seksie z Patrickiem 

Swayze, instruktorem tańca w letnim kurorcie, do którego wybrała się jej rodzina na wakacje. 

Ojciec Baby był tak wściekły, że Blair przez ułamek sekundy zastanawiała się. jak czułby się 

jej własny ojciec, gdyby wiedział, że wprowadziła się do apartamentu hotelowego, żeby mieć 

trochę   prywatności   z   Nate'em.   Oczywiście   jej   ojciec,   gej.   mieszkający   w   rezydencji   we 

background image

Francji,   noszący   pastelowe   skarpetki   w   kratę   i   błękitne   okulary   przeciwsłoneczne   od 

Gucciego,   pod   żadnym   względem   nie   przypominał   odpowiedzialnego   doktora   z  Dirty 

Dancing,  Znowu   wybrała   numer   do   Nate'a,   ale   nie   odbierał.   Zrobiła   więc   sobie   kolejną 

kanapkę z kawiorem i zadzwoniła do południowej Francji, gdzie jej ojciec mieszkał od dwóch 

lat, odkąd rozstał się z Eleanor z powodu swojego homoseksualizmu.

- Misiaczku? Wszystko w porządku? Odezwali się już ci kretyni z Yale? Przyjęli cię? - 

zaczął dopytywać się ojciec, gdy tylko usłyszał jej głos.

Blair widziała go oczami wyobraźni, w samych niebieskich jedwabnych bokserkach, 

że śpiącym kochankiem - Françoisem albo Edwardem czy jak tam miał na imię - chrapiącym 

cicho tuż obok. Wielmożny pan Harold Waldorf był kiedyś  członkiem zarządu poważnej 

kancelarii prawniczej, ożenił się z damą z towarzystwa, Eleanor, i mieszkał w apartamencie 

razem z dwójką dzieci: Blair i Tylerem. Teraz butelkował własne wino z winnic otaczających 

jego rezydencję, robił zakupy w milutkich francuskich butikach, które zaopatrywały tylko 

opalonych  gejów,   i  pływał  we  własnym   basenie,  podczas  gdy jego  opaleni  kochankowie 

czekali z czystymi ręcznikami i kieliszkami koniaku.

To było życie w luksusie, nie da się ukryć.

- Zgadnij,   gdzie   jestem?   -   Blair   pochwaliła   się   tym   samym   tonem,   którym 

przechwalała się Serenie.

Właściwie  to rozmowa z ojcem nie różniła się za bardzo od rozmowy z którąś z 

przyjaciółek. Nawet mu nie przeszkadzało, że we Francji dochodziła druga w nocy i pewnie 

go obudziła.

- W Paryżu? - zapytał z nadzieją ojciec. - Wyślę po ciebie samochód. Będziesz tu w 

godzinę.

- Nie. tato - jęknęła Blair, chociaż tak naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, żeby 

znaleźć się teraz w Paryżu, jeśli mogłaby zabrać ze sobą Nate'a i apartament w hotelu Plaza. - 

Jestem w Plaza. Mieszkam tu teraz, mam apartament.

- Brawo,   córeczko!   -   Wykrzyknął   ojciec.   -   Pewnie   mieszkanie   jest   teraz   trochę 

zatłoczone. Odkąd się urodziło dziecko i w ogóle.

W   tle   Blair   usłyszała   odgłos   nalewania   czegoś   do   kieliszka.   Zajmował   się   teraz 

ostatnią partią białego wina i pewnie trzymał przy łóżku chłodzącą się butelkę specjalnie na 

takie okazje.

Na Dirty Dancing wredna siostra Baby właśnie brała udział w idiotycznym konkursie 

talentów, mając na sobie zdecydowanie za małą górę od bikini. Blair wyłączyła dźwięk w 

telewizorze, rozsmarowała kolejną porcję kawioru na toście, zapaliła papierosa i westchnęła 

background image

dramatycznie.

- Chodzi o to, że prawie kończę szkołę i potrzebuję trochę przestrzeni... No wiesz, 

żeby zająć się nauką i zastanowić się nad przyszłym rokiem, i...

Nagle bardzo wyraźnie zobaczyła siebie w roli stroniącej od ludzi gwiazdy filmowej - 

kogoś jak Greta Garbo - rzadko opuszczającej hotelowy pokój i komunikującej się ze światem 

zewnętrznym   tylko   poprzez   role,   które   zdecyduje   się   zagrać.   Obsługa   grzebałaby   w   jej 

śmieciach   i   kradła   jej   ubrania,   a   turyści   stawaliby   na   ulicy   naprzeciwko   hotelu,   mając 

nadzieję, że zobaczą ją przez ułamek sekundy. Całe miasto mówiłoby o niej.

Jakby już o niej nie mówiło.

- O, założę się, że dużo się uczysz... - Ojciec naśmiewał się z niej między łykami 

czegoś, co właśnie popijał. - Założę się. że właśnie twój przystojny chłopak masuje ci stopy.

Byłoby pięknie.

Blair zachichotała i między jednym a drugim dymkiem merita ultra light pochłonęła 

kolejną kanapkę z kawiorem.

- Tak naprawdę to Nate właśnie do mnie jedzie - przyznała się.

Przyjrzała się butelce z szampanem, chłodzącej się w srebrnym wiaderku z lodem. 

Nate chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby otworzyła butelkę i wypiła maleńki kieliszek 

przed jego przyjazdem?

Pewnie, że nie.

- Tak   myślałem   -   odparł   ze   zrozumieniem   ojciec.   -   Ale   zasługujesz   sobie   na   to, 

kochanie. Zasługujesz na wszystko.

Jasne. Przecież to wie.

Blair złapała butelkę szampana, przy trzymała ją kolanami, z wprawą rozkręciła drut 

wokół korka, a potem powoli... powolutku... po troszku... wyciągała korek... aż...

Buch!

- O! Mój Boże! Ty tam rozkręcasz prawdziwą imprezę! - wykrzyknął  ojciec. - W 

środku tygodnia? - udał przejętego zgrozą, jakby był surowym rodzicem, który przejmował 

się takimi rzeczami jak szkoła. - Natychmiast daj mi do telefonu tego twojego przystojniaka.

Blair nalała szampana do wysokiego kieliszka, wychyliła go jednym haustem i znowu 

sobie nalała. Na ekranie telewizora Patrick Swayze stał właśnie twarzą w twarz z ojcem Baby.

- Nikt   nie   będzie   stawiał   Baby   do   kąta   -   powtórzyła   bezgłośnie   słowa,   chociaż 

telewizor miał wyłączony dźwięk.

To był najbardziej czerstwy film na świecie, ale nadal fantazjowała sobie, że Nate 

staje w jej obronie z równą determinacją i złością. Nate robił się niesamowicie seksowny, gdy 

background image

się wkurzał, co zdarzało mu się... Praktycznie nigdy.

Trudno się wkurzyć, kiedy przez cały czas jest się upalonym trawą.

- Już   ci   mówiłam,   tato   -   tłumaczyła   ojcu   Blair.   -   Nate   jeszcze   nie   przyjechał.   - 

Zazgrzytała zębami i wypiła kolejny łyk szampana. Tylko, do cholery, nie wiedziała, co go 

zatrzymało.

- A tak w ogóle... - powiedziała, wydymając usta do odbicia w lustrze albo do kamery, 

albo do kogoś, kto akurat obserwował ją przez teleskop z czubków drzew w Central Parku. 

- Skoro na to wszystko sobie zasłużyłam, to dlaczego nie przyjęli mnie do tego durnego Yale?

- Och, misiaczku  - - ojciec  powiedział to męskim,  a zarazem matczynym  głosem, 

który sprawiał, że i kobiety, i mężczyźni natychmiast się w nim zakochiwali. - Przyjmą cię, 

do cholery, na pewno przyjmą.

Blair   sięgnęła   po   następny   tost   i   odkryła,   że   zjadła   już   wszystkie.   Przez   telefon 

usłyszała, jak ktoś mruczy po francusku zaspanym głosem.

- Słuchaj,   słoneczko,   późno   już.   Muszę   kończyć   -   powiedział   ojciec,   zagłuszając 

mamrotanie. - Poza tym u ciebie wszystko w porządku, prawda? Baw się dobrze.

Blair spojrzała krzywo na do polowy opróżnioną butelkę szampana i resztki kawioru 

na talerzu z białej porcelany. Dirty Dancing skończył się.

- Dobranoc, tato - odpowiedziała z odrobiną smutku.

Rozłączyła się i znowu wybrała numer komórki Nate'a. Żadnej reakcji. Zadzwoniła do 

niego do domu. Żadnej reakcji, poza spiętym głosem admirała na automatycznej sekretarce. 

Nagrał tekst z instrukcji do sekretarki, którego żaden normalny człowiek by nie wykorzystał:

- Dodzwoniłeś   się   do   rezydencji   Archibaldów.   Proszę 

zostawić krótką wiadomość. Jak najszybciej oddzwonimy.

Właśnie miał zacząć się  Tramwaj zwany pożądaniem  z Marlonem Brando i Vivien 

Leigh. Kolejny z ulubionych  klasyków.  Blair z powrotem włożyła  biały szlafrok frotte' i 

poprawiła poduszki na wielkim łóżku. Zadzwoniła do obsługi.

- Poproszę  deser  lodowy z   gorącym  sosem  czekoladowym   i  paczkę  meritów   ultra 

light.

Opadła   na   poduszki   i   zamknęła   oczy.   Kiedy   wychodziła   z   jego   domu.   Nate 

imprezował   z   grupą   ujaranych   dzieciaków,   między   innymi   z   tą   denerwującą   francuską 

hipiską, Lexique. Ten głupi, leniwy dupek, który nie zasługuje, żeby iść do Yale, pewnie 

nawet nie zauważył, że Blair wyszła. Łzy wypłynęły jej spod zaciśniętych powiek. Nate się 

nie   zmienił.   Nic   się   nie   zmieniło   -   poza   tym,   że   straciła   dziewictwo.   Przygryzła   usta   i 

próbowała powstrzymać pełen wściekłości płacz. No więc co z tego? Nate nie zasługiwał na 

background image

seks. Poza tym jedzenie lodów z sosem czekoladowym w łóżku hotelu Plaza i planowanie ze-

msty na swoim już wkrótce byłym chłopaku, frajerze i dupku w jednej osobie, było lepsze od 

seksu.

O niebo lepsze.

background image

K oraz I niezmiernie poważnie traktują swoje zadanie

DROGIE KOLEŻANKI!

Nie możemy się już doczekać przyszłego piątku, w który, jak wiadomo, cały 

ostatni rok wagaruje - to będzie nasz pierwszy dzień weekendu piękności!!!!! Zgadza 

się, powinnyśmy być wtedy w szkole. Niestety, będziemy zbyt zajęte szykowaniem  

się do maseczek z gorącej glinki i okładów z wodorostów, żeby pamiętać o lekcjach!  

Proszę,   nie   martwicie   się.   że   będziecie   mieć   jakieś   kłopoty  -  nie,   żebyście 

rzeczywiście się tym przejmowały. Dzień wagarowicza to stara tradycja w Constance  

BiIlard i nigdy nikt z jego powodu nie został wydalony ani nawet ukarany

Oto nasz plan:

W czwartek po południu o godzinie osiemnastej trzydzieści meldujemy się na 

wielkiej łodzi Archibaldów, która cumuje w Battery Park. Archibaldowie wyruszają w  

swój   coroczny   rejs   do   Hamptons   i   zaproponowali,   że   nas   podrzucą.   Gdy   tylko 

zatrzymamy się w Sag Harbor, odbierze nas flotylla limuzyn i zabierze do absolutnie 

niesamowitego   domku   na   plaży   Isabel   Coates,   gdzie   odbędzie   się   największa   i 

najlepsza   impreza   piżamowa   tylko   dla   dziewczyn.   Chłopcom   wstęp   wzbroniony!  

Rano   zjemy   śniadanie   przy   basenie   przygotowane   przez...   To  się   jeszcze   okaże  

(pracujemy nad tym, żeby dorwać szefa kuchni, który pomógł Julii Roberts zrzucić  

wagę   po   urodzeniu   bliźniąt).   A   potem   Origins   zapewni   nam   cały   dzień   różnych 

zabiegów. Każda dostanie torbę z prezentami od Origins wartymi trzysta dolarów, 

które zabierze do domy całkowicie odświeżona i zregenerowana!

Strój: zwykły, jak do kurortu. Ręczniki, suszarki do włosów, produkty do kąpieli 

oraz pielęgnacji zapewniamy na miejscu - będzie tego w bród. I prosimy żadnych 

psów. nawet naprawdę małych. I żadnych facetów!

Hip. hip hura na cześć niesamowitego weekendu tylko dla dziewczyn!

Wielkie całusy!!

Pozdrawiamy,

Wasze koleżanki Kati Farkas i Isabel Coates

background image

PS   W   szatni   dla   najstarszej   klasy   wystawimy   skrzyneczkę   na   listy   z 

sugestiami od was - wasze pomysły są mile widziane, chociaż już zaplanowałyśmy  

wam idealny dzień!

PPS Raz, dwa, trzy słuchajcie matoły, już za miesiąc koniec szkoły!!!

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

KILKA NAJŚWIEŻSZYCH SPOSTRZEŻEŃ

ROZBITKOWIE

Muszę szczerze przyznać, że nie mam pojęcia, co się ostatnio stało z pewną grupą ludzi. No bo w 

końcu, czy to w porządku tak nagle zniknąć?? Najwyraźniej grupa chłopców, których znamy i kochamy 

(albo raczej zwykle kochamy), porwała bardzo dużą, dobrze wyposażoną łódź i ruszyła na Atlantyk. To 

mógłby być kolejny wygłup maturzystów, gdyby nie to, że połowa chłopców na łodzi jest z młodszych 

klas. To nie najlepszy moment na zniknięcie, zwłaszcza że my wszystkie chętnie byśmy się trochę ro-

zerwały. Co oni sobie myślą? Że są Krzysztofami Kolumbami?

WY PIERWSI O TYM USŁYSZYCIE

Mają spory wybór facetów, a jednak z jakiegoś powodu modelki uwielbiają facetów z gitarami. Według 

plotek, najnowsza para to pewna blondynka z Piątej Alei, kończąca w tym roku szkołę, i gitarzysta z 

Ravesów. Jak, kiedy i gdzie się poznali to kompletna tajemnica, ale to dopiero idealna para!

GAPIĆ CZY NIE GAPIĆ?

Nawet   nie   próbuj   udawać,   że   to   byt   ktoś   inny:   widziałam   cię,   jak   zakradłaś   się   do   Gapa   przy 

Osiemdziesiątej Szóstej i Madison. W dziale dziecięcym przymierzałaś śliwkową zapinaną na suwak 

bluzę frotté z kapturem, podróbkę Juicy Couture. Wiem, jestem jędza, która wszystko wyniucha. Ale 

wydałam cię  dlatego,  że  przymierzałam  dokładnie taką  samą bluzę i w przeciwieństwie  do ciebie 

(chociaż wiem, że miałaś ochotę) kupiłam sobie trzy! A dlaczego nie? Są słodkie, a tego lata przyda 

nam się sporo rzeczy frotte po wyjściu z basenu. Poza tym na pewno oblejemy się campari, likierem 

miętowym albo czymś równie niszczycielskim, więc potrzebna nam będzie więcej niż jedna bluza. 

background image

Poza tym frotte to frotté  i czy istnieje lepszy sposób, żeby popisać się nowym, białym, żakardowym 

bikini od Gucciego, jak wkładając śliczną śliwkową bluzę z kapturem? Pomyśl o tym jak o dyspensie - 

nadal nie wolno ci kupować tam dżinsów - niech Bóg broni! - ale teraz masz moje pozwolenie, żeby 

kupować w Gap pewne niezbędne rzeczy.

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

Powiesz nam, gdzie zamierzasz się uczyć w przyszłym roku? Zdecydowałaś się już?

pytek

O:

 Drogi pytku!

Moja rzecz wiedzieć, twoja - się dowiedzieć. Pozwól jednak, że się zapytam: czy ja się 

czepiam ciebie za to, że nie potrafisz się zdecydować?

P

P:

 Droga P!

Słyszałam, że Damian Polk z Ravesów mieszkał kiedyś w tym samym domu co ta blond 

modelka, o której ciągle piszesz. Znają się od dziecka i kiedyś po nocach spotykali się w 

windzie, gdy portier drzemał.

ewi - dentna

O:

 Droga ewi - dentna!

To świetna historia, ale słyszałam, że rodzina Damiana mieszkała w Irlandii, dopóki nie 

skończył   trzynastu   lat.   To   tłumaczy,   skąd   ma   ten   śmieszny   akcent   i   dlaczego   zawsze 

wygląda na lekko podchmielonego.

P

P:

 Droga P!

Dowodzę załogą na łodzi należącej do znanej nowojorskiej rodziny. Ich syn, który - jak 

słyszałem - miał ostatnio spore problemy, wypłynął wczoraj wieczorem i do tej pory nie 

wrócił. Jak wróci, będzie miał przerąbane, bo jego ojciec to twardy gość.

kapitan

O:

 Drogi kapitanie!

Już ma przerąbane i to nie tylko z powodu łodzi!

P

Na celowniku

background image

S  i niezidentyfikowany przystojniak  w kolorze  blond  - być może  jej brat, a być może  gitarzysta  z 

Ravesów - w Central Parku karmią Iwy morskie resztkami sushi, które im zostały po lunchu u Nicole. 

B kupuje dwie koszulki nocne La Perla w Barneys. Najwyraźniej uzależniła się od kupowania bielizny, 

ale z drugiej strony co można nosić, kiedy się kobieta samotnie obija w apartamencie w hotelu Plaza i 

czeka, aż wróci jej chłopak? D przymierza wszystkie czapki w Yellow Rat Bastard na Broadwayu. 

kupuje sobie nowy kolczyk do ust - fuj! - w Williamsburgu, w gabinecie, w którym robią piercing.  

przymierza w Barneys wszystkie pary dżinsów Seven, ignorując uwagi sprzedawczyni, że może łatwiej 

będzie  jej  znaleźć coś dla  siebie w  dziale dziecięcym w  Bloomingdale.  K  oraz  I  znowu siedzą w 

Jackson Hole i znowu coś knują. N - brak. Gdzie on do diabła się podział?

Nie martwcie się, znajdę go.

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

modelki, które spotykają się i gwiazdami rocka

- Jak   to   jest,   że   niezależnie   od   lego   -   co   włożę,   zawsze   wyglądam   jak   posiać   z 

kreskówki? - Jenny skarżyła się swojej przyjaciółce i zarazem koleżance ze szkoły Constance 

Billard. Elise Wells.

Był sobotni wieczór i szykowały się na koncert Dana z grupą Raves w Funktion, 

nowym  klubie  muzycznym,  który urządzono w wyremontowanej  remizie  strażackiej przy 

Orchard Street. Jenny zerknęła na Elise.

- A ty zawsze wyglądasz tak normalnie.

Obie dziewczyny przyjrzały się sobie w wysokim lustrze na drzwiach szafy. Jenny 

włożyła obcisły czerwony top bez rękawów z głębokim dekoltem w kształcie U. w którym jej 

piersi wyglądały monstrualnie. Miała ledwo metr pięćdziesiąt dwa wzrostu i jej nowe spodnie 

- pierwsza w życiu para dżinsów Seven - były na nią zdecydowanie za długie, gdy kupowała 

je   w   Bloomingdale.   Poprosiła   więc   panią   w   pralni   chemicznej   na   rogu   Broadwayu   i 

Dziewięćdziesiątej Ósmej, żeby skróciła je o jakieś dwadzieścia pięć centymetrów. Dopiero 

teraz zauważyła, że spodnie były specjalnie wytarte na kolanach - u niej wytarcia wypadały w 

połowie   łydki.   W   przypadku   Jenny   jedynie   głowę   dało   się   zaakceptować.   Lubiła   swoje 

wielkie, szeroko otwarte brązowe oczy, czystą, jasną cerę, czerwone usta i kręcone brązowe 

włosy z prostą, ciężką grzywką opadającą na czoło. Według Sereny wyglądała jak modelka 

Prady - tyle że z za dużymi implantami piersi i kikutami zamiast nóg, ale tego akurat Serena 

nigdy by nie powiedziała.

Pod względem figury Elise stanowiła przeciwieństwo Jenny. Była prawie dwadzieścia 

centymetrów wyższa, miała długie, chude nogi, długie, chude ręce i maleńkie piersi. Żadna 

rzecz nigdy nie była na nią za ciasna, no może z wyjątkiem okolic brzucha, wokół którego 

zrobiła się jej mała oponka. Ale łatwo to było  schować pod koszulką. A Jenny w żaden 

sposób nie mogła ukryć swoich piersi. Z drugiej strony Elise miała skórę usianą piegami - 

miała piegi nawet na powiekach - oraz długie do podbródka słomkowożółte włosy, które były 

tak grube i tak sztywne, że ledwo dawało się je związać gumką.

Cóż, nie ma ideałów. Może z wyjątkiem kilku z nas.

- Zamieńmy się bluzkami - zaproponowała Elise.

background image

Zdjęła czarną koszulkę z dekoltem w szpic i podała ją Jenny.

- No   dobra   -   odparła   z   wahaniem   Jenny   i   zdjęła   top.   Bluzka   Elise   pochodziła   z 

Express, a jej z Anthropologic, czyli była trochę fajniejsza, ale Jenny nie chciała urazić uczuć 

przyjaciółki i nic nie powiedziała. Poza tym efekt był wstrząsający. W czarnej koszulce piersi 

Jenny wyglądały prawie normalnie, a czerwony top sprawił, że włosy Elise rozbłysły ruda-

wymi pasemkami - żadna z nich nie wiedziała, skąd się wzięły.

- Założę   się,   że   Serena   van   der   Woodsen   nawet   nie   ogląda   się   przed   wyjściem   - 

stwierdziła Jenny. Uklękła i zaczęła chodzić na kolanach po pokoju. - Pewnie nawet nie musi 

niczego przymierzać, może z wyjątkiem butów.

Elise oparła rękę na biodrze.

- Co ty robisz?

- Wycieram   moje   nowe   dżinsy   -   odpada   Jenny,   nie   przerywając   chodzenia   na 

czworaka. - Słyszałaś o Serenie i Damianie z Ravesów?

Elise pokiwała głową. Wszyscy o nich słyszeli.

Szorując   kolanami   o   różowy  dywan.   Jenny   przeszła   do   szafy,  żeby   wybrać   buty. 

Oczywiście Serena nigdy nie musiała łazić na czworaka jak pies, żeby jej dżinsy wyglądały 

normalnie.

- Nie wiem, jak ona to robi.

Wyciągnęła nowe złote sandały z pętelką na palec od Michaela Korsa i wsunęła w nie 

stopy. Ojciec powiedział, że coś takiego mogłaby nosić tancerka brzucha, ale dostała je za 

darmo po sesji zdjęciowej dla „W” i były to najładniejsze buty, jakie miała.

Jakie to dziwne, że przez chwilę była supergwiazdą - dzięki tym zdjęciom z Sereną - a 

teraz znowu wróciła do swojego starego, zwykłego ja. Znowu była czternastolatką - prawie 

piętnastolatką - z wielkimi ambicjami i jeszcze większymi piersiami. Oczywiście jej życiową 

ambicją nie było rzucenie szkoły w wieku czternastu lat i zostanie supermodelką, ale byłoby 

miło, gdyby ktoś ją o to poprosił.

Jenny wstała, otrzepała kolana. Dżinsy były całkowicie i rozczarowująco niewylarte. 

Jeśli zapomnieć o dziwacznym umiejscowieniu oryginalnych wytarć, spodnie wyglądały zu-

pełnie normalnie, tak jak wszystkie inne ubrania w jej szafie. Ubrania Sereny zawsze były 

idealnie   wystrzępione,   wyblakłe   i   znoszone,   sugerując,   że   nosząca   je   osoba   ma   za   sobą 

kolorową i tajemniczą przeszłość. Jenny cały czas zastanawiała się. czyjej własne ubrania też 

by tak wyblakły i nabrały charakteru, gdyby została wyrzucona z Constance i wysłana do 

szkoły z internatem.

- Nigdy nie myślałaś o szkole z internatem? - Jenny zapytała przyjaciółkę.

background image

Elise skrzywiła się.

- Trzy razy dziennie jeść szkolne posiłki i mieszkać z nauczycielami? Ohyda!

Jenny   zmarszczyła   brwi.   Nie   tak   wyobrażała   sobie   internat.   Dla   niej   taka   szkoła 

oznaczała wolność: z dala od maniakalno - depresyjnego brata, boga poezji i rocka, z dala od 

maniakalnego, nadopiekuńczego i tak zaniedbanego, że można się było go wstydzić ojca, z 

dala od straszliwych mundurków Constance Billard. z dala od jej starej, zakurzonej sypialni 

oraz od codziennej nudy i robienia w kółko tego samego nudziarstwa przez następne trzy lata. 

Internat   oznaczał   też   okazję:   żeby   mieszkać   i   chodzić   do   szkoły   razem   z   chłopcami, 

chłopcami i chłopcami oraz żeby stać się dziewczyną, jaką zawsze chciała być: dziewczyną, o 

której ciągle się mówi.

Rufus wsadził głowę do pokoju, nawet nie myśląc o tym, że Jenny już dawno nie ma 

pięciu lat i może być całkiem naga albo coś w tym stylu. Niesforne włosy związał w kucyk 

kawałkiem jasnoniebieskiej torebki, w której przynoszono rano „New York Timesa”.

- Dziewczyny, chcecie, żebym wam zamówił taksówkę? - Jego głos był pełen troski.

Jenny widziała, że ojciec bardzo chciałby iść z nimi na koncert, ale dziś wieczór były, 

jak   co   miesiąc,   warsztaty   pisarzy   -   anarchistów   -   jedyna   rzecz,   którą   traktował   równie 

poważnie jak wychowywanie dzieci, chociaż nigdy niczego nie wydał.

- Nie trzeba, tato. - Jenny uśmiechnęła się słodko, podpuszczając go. aby powiedział 

coś niegrzecznego na temat jej sandałów. - Gotowa? - zapytała przyjaciółkę.

Elise nałożyła jeszcze raz ulubiony błyszczyk Jenny na i tak już lśniące usta.

- Gotowa - odparła.

- Wyglądacie tak... - Rufus pociągnął się za zmierzwioną brodę, szukając stosownego 

określenia - dorosło - stwierdził w końcu.

Aha, ale nie jak materiał na modelki, które spotykają się z gwiazdami rocka, dodała w 

myślach Jenny. Obie dziewczyny popatrzyły na swoje odbicie w lustrze. Elise nałożyła zde-

cydowanie za dużo błyszczyku, a Jenny żałowała, że jej sandały nie mają jednak jakiegoś 

obcasa, bo wtedy wyglądałaby na ciul wyższą. W końcu nie idzie na koncert po to, żeby zoba-

czyć Dana. Chciała poznać Damiana Polka oraz resztę zespołu i zrobić na nich wrażenie.

Jenny stanęła na palcach, a potem z powrotem opadła na pięty.

- Mamy szczęście, że jesteśmy na liście gości - westchnęła. - Bo inaczej w ogóle by 

nas nie wpuścili.

Właściwie to z takimi piersiami wszędzie by ją wpuszczono. Ale sama musi to odkryć.

background image

czasem V bywa całkiem zwyczajną dziewczyną

- Co do cholery? - zapytała ostro Vanessa.

Jak mogła  ich  nie zauważyć przez  wszystkie  te  lata? Nie miała  pojęcia.  Obróciła 

głowę i znowu sprawdziła swoje odbicie w łazienkowym lustrze. Były tam - cztery wielkie 

brązowe pieprzyki, ustawione na jej karku za uchem jak jakaś cholerna konstelacja. Czuła się 

jak dziewczyna z reklamy clearasilu, która panikuje z powodu pryszcza tuż przed wyjściem 

na randkę. Ale pryszcze kiedyś znikają. Pieprzyki zostają na cale życie. Kto przy zdrowych 

zmysłach goliłby głowę, mając na karku takie znamiona?

Szarpnęła szufladę pod umywalką w łazience, szukając tego kryjącego dziadostwa w 

cielistym kolorze, którego używała jej siostra pod oczy, gdy zarwała noc. Znalazła sztyft, 

który   nazywał   się   Peekaboo.   Był   odrobinę   bardziej   różowy   niż   odcień   jej   skóry,   ale 

wystarczająco dobry. Nałożyła trochę na pieprzyki, roztarta i obejrzała się. Teraz wyglądała 

jakby dostała poparzeń po trującym bluszczu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie nakleić 

plastra, ale nie miała dość dużego, który zasłoniłby wszystkie cztery znamiona, a sam plaster i 

tak będzie przyciągał uwagę. Zmylą korektor i zaczęła grzebać w szufladzie w poszukiwaniu 

czegoś, co odwróciłoby uwagę Beverly'ego od odrażającego zniekształcenia na jej szyi.

Jakby niezagojona przekłuta górna warga nie odciągała wystarczająco uwagi od szyi. 

Beverly był  dość uprzejmy,  żeby nie  wspomnieć  o  tym   wcześniej,  ale   teraz,  kiedy będą 

poznawać się lepiej, może zapytać, czy paprząca się ranka nad kolczykiem w ustach sprawia 

jej ból.

I   właściwie,   dlaczego   Beverly   miałby   oglądać   jej   szyję?   Wybierają   się   dzisiaj   na 

koncert Ravesów, spędzą razem trochę czasu, żeby sprawdzić, czy nadają się do wspólnego 

mieszkania, ale jako współ lokatorzy, a nie para, która ogląda sobie szyje. Poza tym Beverly 

to artysta. Może nawet uznać, że pieprzyki są fajne.

Próbka perfum, które nazywały się Pewność, walała się na dnie zagraconej szuflady 

toaletki. Nazwa kojarzyła się bardziej z tamponami albo testami ciążowymi,  ale mimo to 

Vanessa zdjęła czarny korek i skropiła odrobiną perfum nadgarstki i skronie. Zapach był tak 

piżmowy   i   ciężki,   że   mógł   całkiem   odciągać   uwagę   Beverly'ego   od   ohydnej   konstelacji 

pieprzyków na szyi Vanessy. Może nawet zadziałają jak czar. Ona wejdzie do klubu, gdzie 

background image

Dan i Ravesi będą już grali. Dan poczerwienieje z pożądania, żalu i wściekłej zazdrości, a 

Beverly natychmiast poczuje, że chce z nią mieszkać. Jako przyjaciel, rzecz jasna.

Oczywiście.

background image

kiepsko, gdy ubranie nie pasuje do twojego nastroju

- Na pewno nic ci nie jest? - Damian zapytał po raz drugi przez zamknięte drzwi do 

toalety.

- Aha - odkrzyknął Dan zza drugiej strony drzwi, modląc się, żeby Damian i reszta 

zespołu uznali, że to jego zwykle zachowanie przed koncertem, i wrócili do gry w pokera, 

obalania stolicznej czy co tam robili za kulisami.

- No dobra. Do zobaczenia za chwilę - odpowiedział Damian. - Ładne sznurówki - 

dodał i wyszedł z łazienki.

Siedząc  na pokrywie  muszli  klozetowej. Dan spojrzał żałośnie na nowe trampki i 

absurdalnie szerokie nogawki spodni, które prawie je zakrywały. Wczoraj zaszedł do Pięćset 

Pięćdziesiątej   Piątej   Soul   na   Broadwayu   w   SoHo   i   dał   się   namówić   sprzedawcy   na 

kompletnie nową garderobę z okazji koncertu. Wielki żółto - czarny T - shirt, potwornie 

wielkie i workowate spodnie dresowe ze sznurkami do ściągania, przetyczkami i kieszeniami 

we   wszystkich   możliwych   miejscach,   czarne   płócienne   trampki   Converse   z   żółtymi 

sznurówkami oraz czapkę Z daszkiem w kolorze khaki z wielkim żółtym znakiem nakazu-

jącym   ustąpienie   pierwszeństwa   przejazdu.   Czapka   pozwalała   mu   zapanować   nad 

zmierzwionymi włosami i odsłaniała ogoloną szyje, co sprawiało, że wyglądał groźniej, niż 

potrafił to sobie wyobrazić. Właściwie to w tym nowym ubraniu prezentował się jak niższa, 

chudsza wersja Eminema. Zdecydowanie nie tak zamierzał wyglądać.

Żaden   z   chłopaków   z   zespołu   nie   skomentował   jego   stroju,   ale   z   drugiej   strony, 

właściwie nie dał im szansy cokolwiek powiedzieć. Raz tylko zerknął na ogromną kolejkę 

stojącą przed wejściem do klubu, na instrumenty i mikrofony ustawione na scenie i od razu 

popędził do łazienki, żeby wyrzygać  flaki. Od tej chwili nawet na minutę nie wyszedł  z 

toalety.

Gdyby tylko miał jakiś talizman, coś w rodzaju ręcznie robionej sprzączki do spodni 

albo wisiorka z zęba rekina, jakie pewnie mieli najsłynniejsi gwiazdorzy rocka. Założyłby go 

i przestałby się denerwować, potem śpiewałby bez opamiętania i doprowadził tłumy do szału. 

A tak siedział na kiblu w pomalowanej na jaskrawozielono męskiej toalecie i palił swoje 

camele - wypalił już jakieś czterdzieści - czując się coraz gorzej i gorzej.

background image

Nagle z jękiem otworzyły się drzwi do toalety i pod drzwiami do kibla pojawiły się 

znowu czarne buciory o pozdzieranych noskach należące do Damiana.

- Pociągnij sobie i od razu będzie ci lepiej - poradził, wsuwając zamkniętą butelkę 

stolicznej pod drzwi.

Dan wziął butelkę. Jeśli ma dziś wieczorem wystąpić, będzie musiał być równie ostry 

jak jego nowy wizerunek. Otworzył butelkę i pociągnął łyk. Miał wrażenie, że ma żołądek 

bez dna - zupełnie jakby wlał raptem łyżeczkę wódki do pustej studni. Wziął następny łyk i 

otarł usta wierzchem dłoni.

- Do zobaczenia za chwilę, dobra? - odezwał się znowu Damian. - Ale może zdejmij tę 

czapkę - zasugerował delikatnie przed wyjściem z łazienki.

Ravesi   dbali,   żeby   nie   bazować   na   wyglądzie   i   nie   wypaść   zbyt   zaangażowanie. 

Większość  nadal  nosiła   ubrania,   które  kupiły  im   matki,  gdy  chodzili  do  szkoły  średniej: 

koszulki polo Lacoste'a, spodnie khaki z Brooks Brothers w zestawieniu z czymś absolutnie 

czadowym i absurdalnie drogim, typu szyty na zamówienie płaszcz od Dolce & Gabbana. Ale 

matka   Dana   uciekła   do   Czech   z   jakimś   łysiejącym,   napalonym   hrabią,   nim   Dan   zaczął 

chodzić do szkoły średniej, więc nie miał żadnych  koszulek polo ani spodni khaki, tylko 

ubrania, które sam wybrał i zdołał za nie zapłacić z głodowego kieszonkowego od Rufusa. 

Poczuł,   jak   ogarnia   go   panika.   Kto   będzie   słuchał   wymiotującego,   chudego   nastolatka   z 

ogolonym karkiem w potwornych żółto - czarnych trampkach?

Jeszcze się zdziwisz.

background image

jesteś piękna, a twoja matka śmiesznie cię ubiera

Spódnica, koszulka, bielizna, buty, zegarek, kolczyki i obróżka z pereł. Serena gapiła 

się na ubranie, które jej matka wyłożyła schludnie na łóżko córki. Wszystko, co wybrała 

matka, było szare lub granatowe. Akurat tak się składało, że były to kolory uniwersytetu Yale. 

Ma robić za kretynkę?  Naprawdę potrzebowała matki,  żeby wybierała  jej  ubrania?  Ile w 

końcu miała lat? Pięć?

Jej rodzice byli w swoim apartamencie i szykowali się do przyjęcia organizowanego 

przez uniwersytet  Yale pod hasłem „Yale kocha Nowy Jork” dla przyszłych  studentów z 

Nowego Jorku. Miało odbyć się z apartamencie Stanforda Parrisa III na rogu Park Avenue i 

Osiemdziesiątej   Czwartej.  Dla  nich  to  kolejne koktajl  party -  okazja, żeby spotkać  się  z 

rodzicami dzieci, z którymi ich własne dzieci chodziły do szkoły, na lekcje tenisa albo kursy 

przygotowujące do końcowych egzaminów. Nikt tam nikogo nie zna naprawdę dobrze, ale 

każdy   każdego   kojarzy.   Ludzie   tacy   jak   van   der   Woodsenowie   myśleli   o   wszystkich   ze 

swojego   kręgu   towarzyskiego   jak   o   najbliższych   przyjaciołach,   ale   jak   blisko   można 

przyjaźnić się z kimś takim jak Stanford Parris III?

- Jesteś już prawie gotowa, kochanie?! - Serena usłyszała wołanie matki.

- Aha! - odkrzyknęła.

Czuła się jak uparta, nadąsana i rozłoszczona dziewczynka. Fakt był jednak laki. że 

mogła jechać na koncert Ravesów. zamiast iść z rodzicami na kolejne nudne i bezsensowne 

przyjęcie.   Ignorując   ubranie,   które   naszykowała   jej   matka,   usiadła   przed   iMackiem   i 

zalogowała   się.   Większość   e   -   maili   przysłały   domy   mody   typu   Burberry   albo   Missoni. 

Zapowiadały   wyprzedaż   próbek   albo   przyjęcia,   na   których   można   zdobyć   sygnowane 

nazwiskiem znanych osób perfumy albo buty, ale na samej górze listy była nowa wiadomość 

z Brown, potem z Harvardu i na końcu z Princeton.

Do: SvW@vanderWoodsen.com

Od: malarz@brown.edu

Carina Serena!

background image

Kiedyś malowałem anioły bez twarzy i bezcielesne dłonie. 

Byłem   martwy.   Teraz   moja   sztuka   ma   twarz.   Gdybyś   w 

przyszłym   roku   była   tutaj,   w   Brown   -   żywa,   oddychająca 

muza! - to byłoby dla mnie wskrzeszeniem. Kleczę u Twoich 

stóp.

Christian

PS   Krążą   plotki,   że   zaręczyłaś   się   z   tym   wariatem, 

gitarzystą z Ravesów. Moja miła, modlę się, aby to była 

tylko plotka.

Do: 

SvW@vanderWoodsen.com

Od: chłopak2@harvarduni

versity.edu

Droga Sereno!

Wiem, że ty i ja jesteśmy z różnej gliny, jeśli można tak 

to ująć. Ja jestem osiłkiem ze wsi, a ty boginią z Nowego 

Jorku - ale jak to mówią w starej piosence, nie mogę prze-

stać   o   tobie   myśleć.   Kiedy   przypominam   sobie   ciebie, 

zaparowują   mi   okna   w   dżipie   i   nie   mogę   oddychać.   Przez 

ciebie   zawale   egzaminy.   Nie   sądzę,   żeby   trzeba   było 

powtarzać rok, jeśli zawali się semestr w college'u, jak 

to było w szkole średniej, ale nie miałbym nic przeciwko, 

bo wtedy moglibyśmy dłużej być razem. Wiem, że takie słowa 

to   czyste   wariactwo,   ale   jesteś   moją   dziewczyną,   więc 

lepiej   przyjedź   w   przyszłym   roku   do   Harvardu.   Wznieśmy 

toast za nas przez następne cztery lata i do końca życia.

Wade   (kolega   z   pokoju   twojego   przewodnika   z   Harvardu, 

pamiętasz?)

Do: SvW@vanderWoodsen.com

Od: 

Sheri@PrincetonTriDs.org

Droga Sereno!

background image

Chcemy ci powiedzieć, że cały czas gadamy o tym, jaką to 

wspaniałą parę tworzycie z Damianem z Ravesów!! Nie możemy 

się   doczekać,   kiedy   go   poznamy,   ale   najpierw   musimy 

pościągać wszystkie jego zdjęcia ze ścian w naszym domu - 

to takie żenujące! Ucałuj od nas Damiana i powiedz mu, że 

go   kochamy   (chociaż   nigdy   w   życiu   nie   ukradłybyśmy   ci 

Twojego faceta).

Całujemy,

Twoje siostry z Princeton, Tri Delt.

Serena wykrzywiła  się i skasowała wszystkie trzy wiadomości od natrętów, mając 

nadzieję, że ostatni zniknie też z jej pamięci.

Nie  ma  nic  gorszego  od grupy  dziewczyn udających  twoje  najlepsze  przyjaciółki, 

chociaż nawet ich nie kojarzysz, i tylko plotkujących na temat twojego chłopaka - gwiazdy 

rocka, którego tak naprawdę nawet nie znasz. Dzięki takim listom traciła wszelką ochotę na 

pójście do college'u.

Wylogowała się, nie czytając reszty e - maili, i związała burzę jasnych włosów w 

niezbyt porządny kucyk zwykłą białą gumką. Potem posmarowała usta wazeliną i wyszła z 

sypialni, żeby poszukać rodziców.

Starsi van der Woodsenowie mieli osobny apartament składający się między innymi z 

ogromnej   sypialni   z   potężnym   łóżkiem   z   baldachimem,   dwóch   garderób   z   ogromnymi 

szafami - pokojami. dwóch łazienek z pełnym wyposażeniem, saloniku z barem z alkoholami 

i plazmowym telewizorem, którego nigdy nie oglądali, i biblioteki pełnej rzadkich książek, 

których nigdy nie czytali, ponieważ wiecznie wychodzili na jakieś kolacje dobroczynne, do 

opery albo mecze polo w Connecticut. Już sam ten apartament mógłby stanowić samodzielne 

mieszkanie, a zajmował zaledwie ćwierć powierzchni całego lokalu van der Woodsenów przy 

Piątej Alei.

- Nie   zauważyłaś   ubrań,   które   ci   naszykowałam?   -   zapytała   matka,   oglądając   z 

rozpaczą strój córki.

Pani van der Woodsen była wysoka, miała jasne włosy jak Serena i równie harmonijne 

rysy, które z wiekiem stawały się coraz bardziej arystokratyczne.

- Dżinsy z dziurami na pupie nie pasują na taką okazję, chyba się ze mną zgodzisz, 

kochanie?

- To nie są po prostu stare dżinsy - odparł Serena, patrząc na swoje wyblakłe spodnie. 

background image

- To moje ulubione dżinsy.

Właściwie to miała ze dwadzieścia par dżinsów, ale w tym tygodniu Blue Cults były 

dżinsami, bez których nie potrafiła żyć.

- Spódnica i bluzka, które ci wybrałam, są w sam raz. - Matka upierała się nadal.

Zapięła żakiet od złotego kostiumu Chanel i zerknęła na platynowy zegarek - antyk od 

Cartiera, który nosiła na opalonym na San Domingo nadgarstku.

- Wychodzimy za pięć minut. Będziemy z ojcem czytali gazetę w jego gabinecie. Nie 

rób problemów, kochanie. To tylko przyjęcie. Lubisz przyjęcia.

- Ale nie takie - burknęła Serena.

Matka uniosła jasną brew tak groźnie, że Serena postanowiła nie wspominać o tym, że 

wolałaby   pójść   na   koncert   Ravesów,   niż   paplać   z   bandą   dzieciaków   i   ich   rodziców, 

upajających się faktem przyjęcia do najbardziej prestiżowych college'ów na świecie.

Serena   wróciła   do   swojego   pokoju.   Z  niechęcią   zdjęła   dżinsy   i   włożyła   szarą 

plisowaną   spódnicę   Marca   Jacobsa,   która   leżała   na   łóżku,   a   do   niej   błękitną   koszulkę   z 

paciorkami   i   pomarańczowe   drewniaki   Miu   Miu   zamiast   nudnej   granatowej   bluzki   i 

błękitnych mokasynów z Tod's naszykowanych przez matkę.

A perły? Przykro mi, mamo.

Na   koniec   rozpuściła   kucyk   i   przeczesała   jasne   włosy  palcami.  Potem,   nawet   nie 

zerkając w lustro, wyszła z pokoju i stanęła w korytarzu pod drzwiami wyjściowymi.

Gdybyśmy wszystkie mogły być równie pewne swojej powalającej urody.

- Mamo! Tato! Jestem gotowa! - krzyknęła, próbując udawać podekscytowaną.

Pobędzie na przyjęciu pięć, dziesięć minut, akurat tyle. aby jej rodzice wdali się w 

jakąś nadzwyczaj  nudną i angażującą rozmowę z Stanfordem Parrisem III albo z innym, 

starym jak świat, nudnym absolwentem Yale, który od wieków chodził na takie przyjęcia. 

Potem wymknie się i pojedzie do centrum na koncert Ravesów.

W końcu, jeśli przez następne cztery lata ma robić za intelektualistkę, musi się bawić, 

póki ma okazję.

Zaraz, zaraz, czy już nie zabawiała się przy każdej nadarzającej się okazji?

background image

płyń, płyń po morzach i oceanach!

Jeremy, Charlie i Anthony ciągle gadali o Bermudach, więc kiedy weszli na pokład 

Xharlotte”, nazwanej tak na cześć babki Nate'a ze strony ojca, Nate poszukał w komputerze 

łodzi  portu na Bermudach  i  zaprogramował  kurs  na zatokę Horseshoe. Ustawił prędkość 

kilometr na godzinę, co oznaczało, że płynęli na Bermudy bardzo wolno. Chociaż opuścili 

port   w   Dolnym   Manhattanie   prawie   dwadzieścia   godzin   temu,   dopiero   przepływali   obok 

Coney Island w Brooklynie.

Piątkowy wieczór zamienił się w sobotni. Słońce wisiało nisko nad Staten Island, 

podczas gdy łódź powoli płynęła na południe. Powietrze było chłodniejsze niż nad lądem i 

pachniało   mokrym   psem.   Nate   i   cała   reszta   towarzystwa   na   łodzi   nadal   byli   ujarani. 

Wyciągnęli   się   leniwie   na   pokładzie   z   przymkniętymi   oczami   i   otwartymi   ustami   albo 

niespiesznie dreptali boso pod pokład, żeby uzupełnić zapasy piwa i przekąsek.

Dopiero niedawno dotarło do Nate'a, że Blair nie ma na pokładzie. Przypomniał sobie, 

że dzwoniła do niego zeszłego wieczoru z hotelu Płaza i że chyba zapomniał o umówionym 

spotkaniu. Oczywiście zadzwoniłby do niej, ale zniknął jego telefon komórkowy, a kiedy 

pożyczył komórkę od Jeremy'ego, zorientował się. że nie zna numeru do Blair, bo zawsze 

wybierał go z książki telefonicznej w telefonie. Kiedy człowiek jest przez niemal dwadzieścia 

cztery godziny na dobę upalony trawą, zadzwonienie do informacji i sprawdzenie numeru do 

dziewczyny wydaje się niemal przekraczać ludzkie możliwości.

Ofiara losu do kwadratu, nie?

Nate i jego ojciec sami zbudowali  „Charlotte” w posiadłości Archibaldów na Mt. 

Desert Island, w Maine. To był ponadtrzydziestometrowy kecz. dość duży, żeby wygodnie 

zabrać około setki pasażerów z parku Battery do Hamptons albo siedemnaścioro dzieciaków 

na Bermudy. W związku z przygotowaniami do nadchodzącego rejsu do Hamptons kuchnia 

była   pełna   najlepszych   serów,   lekkich   krakersów,   wędzonych   ostryg,   belgijskiego   piwa, 

szampana Veuve Clicquot i starej whisky. Cztery łazienki wyposażono w prysznice z gorącą 

wodą,   granatowe   ręczniki   Frette   oraz   ręcznie   robione   mydełka   w   kształcie   muszelek   ze 

złotym   nadrukiem  C

HARLOTTE

.  Kabina   kapitana   miała   najnowsze   systemy   nawigacji   i 

komunikacji,   a   na   pokładzie   i   pod   nim   zamontowano   wspaniały   system   nagłośnienia   - 

background image

prawdziwy majstersztyk.

Po kolacji składającej się z piwa. sera brie i chipsów ziemniaczanych odpuścił sobie 

kolejną fajkę z trawką w towarzystwie kumpli i wdrapał się na bocianie gniazdo na wyższym 

maszcie łodzi. Usiadł, objął kolana i zamyślił się nad sytuacją, patrząc na wszystko z wysoka. 

Ponieważ tylko dryfowali, był pewien, że do poniedziałku nie dopłyną dalej niż do brzegów 

New   Jersey.   Nie   miał   nic   przeciwko   temu.   Był   też   pewien,   że   ominie   go   przyjęcie 

organizowane przez Yale. na które miał iść z rodzicami. I pewnie ominie go masa wściekłych, 

smutnych i być może nawet zmartwionych telefonów od Blair.

Być może.

Nate'a dręczyło przeczucie, że mały wypad łodzią to był zły pomysł. Załoga będzie się 

potwornie   denerwować,   gdy   odkryje,   że   „Charlotte”   zniknęła,   a   ojciec   wścieknie   się   jak 

diabli. Ale jeżeli zdążą wrócić przed planowanym rozpoczęciem rejsu do Hamptons, nikomu 

żadna krzywda się nie stanie, prawda? Podciągnął czarną koszulkę i sprawdził, czy jeszcze 

widać malinki, które zostawiła mu przedwczoraj na brzuchu Blair. Zrobiły się ciut bladsze, 

ale tak, nadal tam były. Wspomnienie Blair uspokoiło go. Nawet jeśli przez osiemdziesiąt 

procent czasu była na niego wkurzona, na zawsze pozostaną razem i miejmy nadzieję, razem 

pójdą na Yale. Jak to dobrze, pomyślał sobie w sposób, w jaki potrafi myśleć tylko na wpół 

ujarany chłopak, „mieć kogoś, kogo można trzymać za rękę, wchodząc w wielkie nieznane”.

- Pokój wszystkim, stary! - rozległ się z pokładu dziewczęcy głos. - Alors, znalazłam 

parę herbatników Oreos na deser!

Nate zerknął w dół na Lexie. Z góry wyglądała na bardzo niską. I miała błyszczące 

oczy - zupełnie jak mała dziewczynka.

Na pokładzie grupki chłopaków i parę dziewczyn paliło i popijało jasne belgijskie 

piwo z kryształowych kufli. Na rufie łodzi z wodoodpornych głośników sączył się leniwy 

francuski jazz z jednej z ulubionych płyt mamy Nate'a.

- Chcesz trochę? - zapytała Lexie. - Mogę wejść tam do ciebie.

Przez chwilę Nate nie odpowiadał. Popatrzył na jasno oświetlony diabelski młyn na 

Coney Island, kręcący się powoli i migoczący na zielonobrązowej wodzie. Był całkiem pew-

ny, że nie chce, aby Lexie wchodziła do niego na bocianie gniazdo. Po pierwsze, ledwo 

mieściła się tam jedna osoba. Po drugie, musiałby ją pocałować, bo była ładna, miała taki sek-

sowny tatuaż i ewidentnie się w nim podkochiwała. Jednak ostatnio naprawdę nie miał ochoty 

całować nikogo innego poza Blair. W końcu mieli razem z Blair pójść do college'u i pobrać 

się. Spędzą razem resztę życia.

Czekaj no. Doznał objawienia, czy jak?

background image

Nate wstał i zaczął schodzić z bocianiego gniazda. Nie mógł siedzieć na górze przez 

całą noc i czekać, aż łódź sama zawróci. Nie - kiedy czeka na niego Blair - nie, kiedy całe 

życie jest przed nim.

Zeskoczył z drabiny, a Lexie podała mu ciastko.

- Na   wodzie   czuję   się   taka   wolna   -   mówiąc   to,   Lexie   zatoczyła   się   lekko,   bo 

„Charlotte” przepływała przez nieco bardziej wzburzoną wodę.

Jej  batikowa  sukienka  rozwiązała  się  albo  rozdarła,   ramiączka  opadły, odsłaniając 

opalone plecy i tatuaż przedstawiający maleńkie słońce, księżyc i gwiazdy.

Nate wziął ciastko, rozdzielił herbatniki i wylizał spomiędzy nich krem. Tak, przed 

nim całe życie, ale czasem ważniejsze jest, żeby cieszyć się prostymi przyjemnościami.

background image

wyspa B

- Panienka zje dziś w domu czy mamy przesiać kolację do apartamentów w hotelu 

Plaza? - zapytał Aaron wyniosłym tonem angielskiego kamerdynera.

Blair spiorunowała wzorkiem denerwującego brata, który właśnie wsunął swoją głowę 

z dredami do jej tak zwanego pokoju.

- Właściwie   to   wychodzę   -   odparta   i   wyszarpnęła   z   szafy   nienoszoną,   granatową, 

obcisłą sukienkę z satyny od Calvina Kleina.

Od Nate'a wciąż  nie było  wiadomości, a ona właśnie miała za sobą upokarzające 

zdarzenie - wracając z hotelu, musiała złapać taksówkę ubrana w szkolny mundurek. A była 

sobota i nie miała dziś szkoły.

Dziewczyny, które muszą nosić do szkoły mundurki, robią wszystko, co w ich mocy, 

aby   poza   godzinami   zajęć   nikt   nie   zobaczył   ich   w   takim   stroju.   A   zwłaszcza   w   czasie 

weekendu.

Wcześniej  tego  popołudnia   zamówiła   parę  dżinsów Earl,   które  dostarczono   jej  do 

pokoju w hotelu prosto z Barneys, ale przyniesiono spodnie zupełnie w innym stylu niż te, 

które zwykle nosiła. Były proste jak spod linijki i trzeba je było nosić tak nisko, że odsłaniały 

najmarniej  piętnaście  centymetrów  pośladków. Blair  ledwo wciągnęła je  do kolan.  Miała 

jedynie szkolny mundurek, bieliznę La Perla oraz hotelowy biały szlafrok frotte' i nic do 

roboty   poza   oglądaniem   przez   szesnaście   godzin   bez   przerwy   telewizji,   więc   powoli 

zaczynała   wariować.   Przyjęcie   organizowane   przez   Yale,   o   którym   wspomniała   Serena, 

oferowało miłą odmianę, a poza tym okazję, żeby zemścić się na Nacie.

Włączyć kamerę!

Zjawiłaby   się   na   przyjęciu   w   chmurze   perfum   i   dymu   papierowego   niczym   jakiś 

dżinn, ubrana tak, że nikt się jej nie oprze. Wszyscy przyszli studenci i nawet zwaliści, starzy 

absolwenci   Yale   porzuciliby   swoje   szkockie   i   padliby   na   kolana   u   jej   nieskazitelnie 

zadbanych stóp. Wdałaby się w gorący, głośny romans z najprzystojniejszym i najbardziej 

wpływowym   facetem   z   tej   bandy,   upewniając   się,   że   Nate   się   o   tym   dowie,   a   potem 

zażądałaby   od   wyżej   wspomnianego   absolwenta,   aby   zapewnił   jej   dostanie   się   do   Yale. 

Wtedy powiedziałaby Nate'owi, żeby się od niej odchrzanił i wynosił do Brown, albo jeszcze 

background image

dalej, bo szczerze mówiąc, nie chce już więcej patrzeć na tę jego żałosną gębę.

- Dzwoniła mama Nate'a. Była dość oschła. Powiedziała, że byłoby miło, gdybyście 

pojawili się z Nate'em dziś wieczorem na przyjęciu „Yale kocha Nowy Jork” - poinformował 

ją Aaron.

Że jak?

Blair   zmarszczyła   brwi,   patrząc   na   sukienkę,   którą   trzymała   w   rękach.   Miała 

prześliczny odcień granatu Yale, ale nie była tak kusząca, jakby tego chciała Blair. No, chyba 

że włoży do niej powalająco seksowne sandały na paski i z wysokimi obcasami - miała takich 

mnóstwo.

- Myślałam, że przyjęcie jest tylko dla tych, którzy na pewno idą do Yale tej jesieni - 

upierał się Aaron. - A ty jeszcze się nie dostałaś, nie?

Blair zignorowała go i wyciągnęła z szafy miniponcho - nawet nie pamiętała, że je 

kupiła. Było w szaro - niebieskie paski, nowy ścieg Missoni. Przyłożyła je do sukienki, żeby 

zobaczyć, czy pasuje. Pasowało, ale nie dawało tego ponętnego efektu typu „wiesz, że mnie 

pragniesz”, jakiego potrzebowała, aby podbić serca facetów z Yale.

Rzuciła Aaronowi lodowate spojrzenie mówiące „spadaj, próbuję się ubrać”.

- Skoro   pytasz:   nie,   jeszcze   się   nie   dostałam.   Ale   jestem   pewna,   że   w   końcu   się 

dostanę, więc nie rozumiem, dlaczego miałabym nie iść na to przyjęcie.

Podeszła do drzwi i złapała za klamkę, gotowa trzasnąć Aarona w twarz drzwiami. On 

już wcześniej dostał się do Harvardu. Co go to wszystko obchodzi?

Aaron wycofał się. Podniósł ręce, pokazując, że nie miał na myśli nic złego.

- Nie ma co się tak unosić.

A nic tak nie wkurza dziewczyny, jak oskarżenie jej o to, że się wkurza.

Blair trzasnęła drzwiami. Kilka minut później otworzyła je znowu, mając na sobie 

niebieską   wąską   sukienkę   i   srebrne   sandały   Manolo   na   ośmiocentymetrowych   obcasach. 

Chybotliwym   krokiem   przetruchtała   korytarzem  do  swojego  dawnego  pokoju.  Mała   Yale 

miała sypialnię wyposażoną we wspaniałe urządzenia monitorujące. Gdyby tylko Blair udało 

się wejść tam niepostrzeżenie...

Pokój Yale urządzono w odcieniach bladej żółci i brzoskwini. Pełny był pluszowych 

zabawek   i   maleńkich   drewnianych   mebelków.   Nad   łóżeczkiem   udrapowano   gęstą   białą 

moskitierę sprowadzoną z Indii, więc trudno było zobaczyć, czy Yale śpi, czy nie, jednak 

cisza   w   pokoju   sugerowała,   że   dziecko   drzemie.   A   także,   że   mała   nadal   przechodzi 

kwarantannę. Ups.

Blair podeszła na palcach do żółtej wolno stojącej szaty, uchyliła górna szufladę i 

background image

wyjęła z niej maleńkie pudełeczko na biżuterię z białego aksamitu. Potem zamknęła drzwi i 

podeszła do łóżeczka.

- Przyniosę z powrotem, obiecuję - szepnęła do zawiniątka w kocu, które spokojnie 

leżało.

Uniosła   moskitierę   i   pocałowała   Yale   w   delikatny   policzek,   zbył   skupiona   na 

zdobyczy, żeby zauważyć, że dziecko ma maleńkie rękawiczki na rączkach, zapobiegające 

drapaniu się po zaróżowionym, pokrytym wysypką ciele.

Zwykle to młodsze siostry podkradają rzeczy z pokoju starszych sióstr, ale jak Yale 

wkrótce się przekona, Blair nie jest zwyczajną starszą siostrą.

background image

a skoro mowa o młodszych siostrach...

Lower   East  Side  było   jedną   z  łych  szczęśliwych  dzielnic  w   Nowym Jorku,  które 

zawsze były fajne, ale dość nie po drodze i wystarczająco brudne, aby turyści i kawiarnie 

Starbucks trzymały się od nich z daleka. Opierało się pokusie stania się modną dzielnicą 

sezonu, jak to ostatnio przydarzyło się Meatpacking District. Kolejka dziewczyn w bluzkach 

bez pleców i plisowanych minispódniczkach oraz chłopaków w dżinsach i koszulkach polo z 

podniesionymi kołnierzykami ustawiła się przed Funktion, klubem przy Orchard Street, gdzie 

występował zespół Raves.

Jenny złapała Elise za łokieć, rozkoszując się w głębi duszy tym, że nie muszą czekać 

w kolejce razem z innymi i martwić się, czy bramkarz je wpuści. Podała mu nazwisko, aksa-

mitny sznur zniknął i obie weszły.

Ta - dam! Pełen luz w dwie sekundy.

W środku Funktion był mniejszy, niż to sobie Jenny wyobrażała, i chociaż dopiero go 

otwarto, miejsce sprawiało wrażenie starego. Podłogę klubu pomalowano na czarno, a ściany 

były z pustaków pomalowanych na czerwono. Panował tłok. Zamiast siedzieć przy stolikach 

w  czarno  -  białą szachownicę,   ludzie tłoczyli   się  przy scenie,   trzymając  w  rękach  piwo. 

Najfajniejszą i najbardziej staromodną rzeczą w klubie była rura do zjeżdżania dla strażaków, 

która pozostała po dawnej remizie. Wychodziła z sufitu pośrodku sceny, dodając dramatyzmu 

wszelkim występom.

Jenny zastanawiała się, czy powinny zebrać się na odwagę, podejść do baru i zamówić 

drinki, czy raczej usiąść, wyglądać na znudzone i wyrafinowane i poczekać, aż w końcu 

kelnerka sama podejdzie, żeby przyjąć zamówienie. A może w ogóle nie musiały pić. Każda 

dziewczyna w wieku od dziewięciu do dwudziestu dziewięciu lat była zakochana w zespole 

Raves. Już samo przebywanie w tym samym pomieszczeniu co oni, na żywo, przyprawiało o 

zawrót głowy.

Pociągnęła Elise za pasek czarnej torebki z cekinami i poprowadziła na tyły klubu, 

żeby mogły usiąść i sprawiać wrażenie podchmielonych i znudzonych, jak zawsze wyglądają 

modelki na robionych z ukrycia zdjęciach w „New Yorkerze”.

Basista   i   perkusista   z   Raves   już   byli   na   scenie.   Grzebali   przy   instrumentach   i 

background image

sprawdzali mikrofony.

- „A, b, c, d, e, f, g” - zanucił do mikrofonu perkusista z zamkniętymi oczami i pełną 

uczucia twarzą, jakby śpiewał najbardziej porywającą piosenkę, jaką kiedykolwiek napisano. 

- Powiedz mi, co o mnie myślisz.

- Milusi! - szepnęła Jenny do przyjaciółki.

- Kto?   -   dopytywała   się   Elise,   zerkając   na   scenę,   -   Perkusista?   Ale   on   ma   ze 

dwadzieścia pięć lat!

I co z tego?

- I co z tego? - zapytała Jenny. - Przecież wszyscy tyle mają.

- Ale on nosi roboczy kombinezon. - Elise zmarszczyła piegowaty nos z niesmakiem. - 

Ten gitarzysta, jak mu tam... Damon... nie... Damian... ten, z którym spotyka się Serena. Ten 

to jest milusi - upierała się. - Jest piegowaty jak ja i ma śliczny akcent! - zachwyciła się. - I 

nie zapominaj o swoim bracie. On jeszcze nie ma dwudziestu pięciu lat.

Jenny przewróciła oczami. No dobra, perkusista nosił kombinezon malarski, koszulkę 

polo w różowo - zielone paski i białe tenisówki Trelom. Jego strój był zaskakująco niewinny i 

grzeczny, jak na kogoś, kto w czasie koncertów łamał sobie pałeczki na czole. Ale na tym 

polegał  jego   urok,  a   właściwie   urok   całego   zespołu.   Ravesi   stanowili   idealne   połączenie 

psychotycznego   seryjnego   mordercy   i   kochanego,   głupiutkiego   maminsynka,   coś   jak 

skrzyżowanie Marilyna Mansona ze strachem na wróble z Czarnoksiężnika z Krainy Oz.

- Podoba mi się - upierała się Jenny.

Przesunęła się na krześle tak, żeby patrzeć prosto na perkusistę. Mrugnął w jej stronę, 

a ona zachichotała, potwornie się czerwieniąc.

- Mnóstwo tu ślicznych dziewczyn dziś wieczór - rzucił przeciągle do mikrofonu i 

uśmiechnął się szeroko do Jenny.

Miał proste białe zęby i szerokie usta, zupełnie jak Kot z Cheshire. Ciemne włosy były 

krótko ostrzyżone i porządnie uczesane, jakby dopiero co wrócił od tego starego fryzjera przy 

Osiemdziesiątej Trzeciej i Lexington, gdzie chodzili wszyscy mali chłopcy z Upper East Side 

razem z tatusiami.

- Przypomina   mi   tego   grubego   gościa   z   tamtego   filmu   -   zauważyła   Elise,   jakby 

ktokolwiek wiedział, o czym ona mówi.

- On nie jest gruby - odgryzła się Jenny.

Elise wyciągnęła z błyszczącej torebki zamkniętą paczkę marlboro light i rzuciła ją na 

stolik.

- Nie można stwierdzić, że ktoś nie jest gruby, dopóki nie zobaczy się go nago.

background image

Jenny zastanowiła się nad tym. przyglądając się perkusiście. Nawet nie wiedziała, jak 

się nazywa, ale podobał się jej. Po prostu. I nie miała nic przeciwko obejrzeniu go nago. W 

końcu ilu całkiem nagich facetów widziała w swoim życiu? Zero?

Klub wypełniał się ludźmi. Jenny poznała nawet parę osób z kolejki na zewnątrz, 

które w końcu się dostały. Nagle zgasły wszystkie światła z wyjątkiem jednej nagiej żarówki 

oświetlającej rurę strażacką. Jenny złapała Elise za rękę pod stołem i mocno ścisnęła, ledwo 

kryjąc podniecenie. Potem Damian, główny gitarzysta Ravesów zjechał po rurze. Jego rudawe 

włosy stały śmiesznie, jakby nie uczesał się po wstaniu z łóżka. Miał na sobie białą koszulkę 

z wielkim, czarnym drukowanym „R” To była nowa koszulka promocyjna Ravesów, którą 

Damian sam zaprojektował.

Jeśli można to nazwać projektem.

Jeśli idzie o Ravesów. to mogli nosić, co chcieli, i robić, co im się zamarzyło, bo 

naprawdę byli czystej krwi elitą - dobrymi dzieciakami z dobrych rodzin z Upper East Side, 

które razem uczyły się w szkole z internatem, a potem stworzyły zespół zamiast pójść do 

college'u. Kilka miesięcy temu „Rolling Stone” opublikował kawałek, w którym opisano, jak 

to każdy z członków zespołu dostał się do Princeton i jak to pewnego pamiętnego majowego 

wieczoru przed ukończeniem szkoły grali w kafejce Deerfield. Jakiś dzieciak siedzący na 

widowni   akurat   gadał   przez   telefon   ze   swoim   ojcem,   szefem   wytwórni,   który   z   miejsca 

podpisał kontrakt z Ravesami. Cała czwórka postanowiła nie iść do college'u. bo jak lepiej 

odwdzięczyć się rodzicom, którzy ofiarowali ci wszystko, czego dusza zapragnie, niż kupując 

sobie własny wóz i dom przed dwudziestką? W końcu bycie gwiazdą rocka jest o wiele 

bardziej zyskowne  niż ukończenie w college'u jakiegoś zupełnie nieużytecznego kierunku 

typu   filozofia.   Poza   tym   tak   się   akurat   składało,   że   len   producent   był   mężem   szefowej 

francuskiej   agencji   modelek,   dzięki   czemu   członkowie   zespołu   mogli   przez   cały   czas 

spotykać się z pięknymi, francuskimi modelkami - całkiem miły bonus.

Jenny patrzyła z niepokojem na zjeżdżającego za Damianem Dana, który wylądował 

boleśnie na kolanach. Miał zieloną twarz i włosy posklejane od potu, a oczy uciekały mu 

gdzieś w głąb czaszki. Ubrany był jak początkujący hip - hopowiec, co absolutnie kłóciło się 

ze stylem wyrośniętych uczniaków, jaki wybrali pozostali członkowie zespołu.

- Co z jego spodniami? - zapytała zaniepokojona Elise, jakby nie mogła uwierzyć, że 

kiedyś pozwoliła Danowi, żeby ją pocałował. - I co z jego włosami?

Jenny wzruszyła ramionami. Musiała przyznać, że Dan wyglądał cokolwiek dziwnie, 

ale wolała raczej robić słodkie oczy do perkusisty, niż próbować rozgryźć, dlaczego nagle jej 

brat   postanowił   wyglądać   jak   Eminem.   Perkusista   znowu   się   do   niej   uśmiechnął,   a   ona 

background image

zatrzepotała rzęsami, żałując, że nie ma dłuższych albo że nie nałożyła więcej tuszu. Żałowała 

też,   że   nie   ma   odwagi,   żeby   wstać   i   zamówić   u   barmana   czegoś   dla   perkusisty.   Miała 

wrażenie, że coś takiego zrobiłaby Serena. Gdyby tylko tam była.  A może lepiej, że nie 

przyszła. W końcu perkusista uśmiechał się właśnie do Jenny. A gdyby była tu Serena, Jenny 

mogłaby pozostać niezauważona.

Tłum zaczął hałasować i miało się wrażenie, że jest go teraz dwa razy więcej. Elise 

zapaliła papierosa i podała go Jenny. Nikt im jeszcze nie zaproponował drinka, ale palenie w 

pomieszczeniu   pełnym   dorosłych,   kiedy   ma   się   czternaście   lat,   wydawało   im   się 

wystarczająco fajne.

Damian   brzdęknął   w   gitarę,   a   perkusista   zagrał   na   werblach.   Anorektyczny. 

ciemnowłosy   basista   strzelił   palcami.   Dan   chrząknął   prosto   do   mikrofonu   -   rozległ   się 

obrzydliwy odgłos odrywającej się flegmy.

Ohyda.

- Chyba powinienem zacząć śpiewać - wybełkotał bez sensu.

Tłum zaśmiał się głupio. Jenny pomyślała, że Dan brzmiał dokładnie tak. jak pewnego 

ranka, gdy obudził się i okazało się, że w domu skończyła się kawa. Zrobiło mu się tak słabo, 

że   zwymiotował.   Jenny   musiał   biec   do   delikatesów.   Dopiero   po   czterech   kubkach   mu 

przeszło.   Przekrzywiła   głowę  na  bok,  zaciągnęła  się   i  wydmuchnęła   długą   smugę  dymu. 

Może   tylko   udawał,   żeby   wszystkich   zaskoczyć,   gdy   zacznie   szaleć   jak   na   urodzinach 

Vanessy.

A może nie.

background image

nawet V nie może patrzeć na tę katastrofę

Beverly czekał na Vanessę przed klubem. Miał na sobie te same luźne czarne spodnie 

i pomarańczowe gumowe klapki co wczoraj. Ciemne włosy uczesał na boki z przedziałkiem 

pośrodku.   Bladoniebieskie   oczy   skrył   za   małymi,   lustrzanymi   lennonkami.   Skrzyżowanie 

Johna Lennona z Keanu Reevesem.

- Cześć - przywitała go Vanessa, mając nadzieje, że nie widać po niej, jak bardzo się 

cieszy ze spotkania. - Ładne okulary.

„Uwielbiam   ten   kolczyk   w   ustach.   Fantastycznie   pachniesz”,   podsuwała   mu   w 

myślach możliwe odzywki. „I z całą pewnością zamierzam z tobą zamieszkać”. Ale on tylko 

zapytał:

- Wchodzimy?

Zespól zaczął już grać i kolejka przed klubem zmalała. Vanessa podeszła do przodu.

- Abrams. Jestem na liście gości - oznajmiła bramkarzowi.

Nagle ją uderzyło, że Dan pierwszy raz w życiu zobaczy ją z innym facetem. Gdyby 

tylko miała dość odwagi, żeby złapać Beverly'ego i zacząć się całować tuż pod sceną.

Jeśli Dan w ogóle by ich zauważył.

Bramkarz obrzucił ich spojrzeniem od stóp do głów i odczepił czerwony aksamitny 

sznur.   Vanessa   usłyszała,   jak   ludzie   stojący   za   nią   w   kolejce   jęczą   z   zazdrością,   gdy 

wchodziła do klubu. Beverly nic nie powiedział, jakby co dzień przydarzały mu się takie 

rzeczy.

W Funktion było głośno, tłoczno, szaro od dymu i gorąco - tak właśnie jak powinno 

być w klubie. Ravesi grali z typową dla nich brawurą, a publiczność śpiewała głośniej od 

Dana.   Vanessa   nawet   go   jeszcze   nie   zobaczyła,   ale   odgłosy,   które   dobiegały   ze   sceny, 

sugerowały, że Dan się dławi albo coś w tym stylu.

Strzaskaj mnie jak jajko!

Wypal dziurę w moim palcu, aż odkryję.

Aż odkryję, że cię tracę!

Tracę cię i tęsknię.

Tęsknię za tym, że jak mi skopywałaś tyłek!

background image

No, no! Ta piosenka nie jest autobiograficzna, prawda?

To był nowy tekst, który Dan napisał w zeszłym tygodniu. Jacyś wybitni wielbiciele 

Ravesów wypuścili wersję bootlegową z nagraniem z próby i zdążyli się już nauczyć tekstu 

na pamięć. Teraz go wykrzykiwali. To dobrze, bo Dana ledwo było słychać.

Vanessa przepchnęła się przez zwarty tłum na tyły klubu. Młodsza siostra Dana i jej 

przyjaciółka Elise siedziały przy stoliku w rogu, paliły papierosy i kiwały brodami w takt mu-

zyki z wystudiowanym znudzeniem. Było widać, że musiały ćwiczyć to przed lustrem.

Beverly wskazał na stolik w pobliżu wyjścia ewakuacyjnego, gdzie było jedno wolne 

miejsce.

- Chodźmy - powiedział do Vanessy.

Przysiadł na stoliku i wskazał Vanessie wolne miejsce.

- Nie wiem. ile tego zniosę.

Vanessa zacisnęła usta i usiadła. Co to miało znaczyć? Nie podobała się mu? Nie 

chciał   z   nią   mieszkać?   Nie   to   sobie   wyobrażała.   Powinni   siedzieć   w   jakimś   kąciku, 

przypadkowo   szturchać   się   kolanami   i   dotykać   łokciami,   coraz   bliżej   się   przysuwając   i 

jednocześnie cały czas udawać, że słuchają Dana.

Ale może z tym po części wiązał się problem. To nie Dan śpiewał, tylko publiczność.

Tęsknisz za mną? Czy ja tęsknię?

Wiem, wiem.

Nie o to do cholery chodzi.

Jesteśmy jak przystrzyżony trawnik -

Ładnie wyglądamy, pięknie pachniemy,

ale kłujemy w tyłek!

Dan   złapał   się   za   żołądek,   sapnął   do   mikrofonu,   który   ściskał   tak,   że   mu   kostki 

zbielały. Oczy miał zaczerwienione. Żałośnie poruszał ustami jak umierająca ryba - Ryba 

ubrana jak król rapu w MTV w dziwne, workowate spodnie i brzydkie trampki. Włosy miał 

przepocone i okropne, a szyje nierówno wygoloną.

Widzisz, co się z tobą dzieje, gdy zrywamy? - pomyślała z pewną satysfakcją Vanessa. 

Z drugiej jednak strony. Dan wyglądał tak żałośnie, że wstyd było przyznać, że się go zna. 

Zerknęła na Beverly'ego. Obgryzał skórki przy paznokciach i machał stopami jak ktoś, kto 

czeka na autobus.

Nagle z głośników huknął charakterystyczny odgłos wymiotowania. Dan stoczył się 

ze sceny, pociągając za sobą mikrofon. Zespół zaczął grać jeszcze głośniej, podczas gdy w tle 

Dan walczył z torsjami.

background image

Po prostu ohyda.

Vanessa dotknęła łokcia Beverly'ego.

- Może powinniśmy wyjść - zaproponowała przepraszającym tonem.

Miała wrażenie, że to nie w porządku zostawiać Dana wymiotującego za kulisami, 

skoro kiedyś byli tak blisko. Z drugiej jednak strony, sam chciał zostać gwiazdą rocka. Poza 

tym   pewnie   cala   banda   blond   fanek   Ravesów   ocierała   mu   właśnie   głowę   chłodnymi, 

zwilżonymi ręcznikami i łyżeczką poiła go wodą mineralną. Już jej nie potrzebował.

Beverly kiwnął głową i ześliznął się ze stołu.

- Jest taka impreza, którą moi znajomi z Pratt ciągną już od marca. Zajrzyjmy tam.

Wyciągnął   rękę,   a   Vanessa   po   raz   pierwszy   zauważyła,   że   brakuje   mu   korka 

środkowego palca lewej ręki.

Fuj!?!

Starała się nie gapić. Pozwoliła, żeby pomógł jej wstać. Żałowała, że Dan nie wyjdzie 

już na scenę, żeby zobaczyć, jak idzie z innym facetem. Ale w klubie panował zbyt duży tłok. 

żeby dostrzec byłą dziewczynę, poza tym Dan miał teraz na głowie co innego.

Znowu z głośników rozległ się odgłos wymiotowania, prawie zagłuszając muzykę.

Mała rada. stary: wszyscy wiemy, jak bardzo jesteś przywiązany do mikrofonu, ale 

następnym razem, jak pójdziesz rzygać, nie zabieraj go ze sobą!

background image

obcy język

Na szczęście dla Dana, Damian i reszta zespołu miała dość pewności siebie i poczucia 

humoru, żeby nie denerwować się faktem, że ich nowy lider rzyga jak kot kilka kroków za 

sceną.   Nie   przestali   grać   mimo   drobnej   wpadki   Dana.   Dyskretnie   odcięli   dźwięk   z   jego 

mikrofonu i płynnie przeszli do starej piosenki, której Dan nigdy wcześniej nie słyszał:

Cukiereczku, na twój widok moje oczy krzyczą

Obliż, co spłynie, a potem wyrzuć rooożek...

Nic dziwnego, że szukali autora tekstów.

Tłum oszalał i zaczął śpiewać z jeszcze większą pasją. Dan został za kulisami z głową 

wciśniętą   między   kolana.   Próbował   sobie   przypomnieć,   jak   w   ogóle   wpakował   się   w   tę 

sytuację. Jak. do diabła, z poety - samotnika zamienił się w faceta w workowatych spodniach, 

śpiewającego ze słynnym zespołem, chociaż nigdy się do czegoś takiego nie nadawał?

Zanim zaczął się występ, Dan zrobił tak, jak zasugerował Damian - napił się wódki. 

No dobra, wypił prawie pół butelki, ale zamiast się rozluźnić albo nabrać odwagi, kompletnie 

się przytruł, zwłaszcza że wypalił paczkę papierosów.

Zaskoczony?

Za kulisami światła były przygaszone, a drewniana podłoga lepka od rozlanego piwa i 

papierosowego popiołu. Dan zazgrzytał zębami, gdy złapała go kolejna fala mdłości, ale zaci-

snął oczy i spróbował zapanować nad sobą. Nagle ktoś poklepał go w ramię.

- Szystko ghra, mon cher. Napij sze toniku er voilà. Jusz lepiej, nie?

Dan podniósł wzrok i zobaczył prześliczną dziewczynę blisko dwudziestki, która stała 

nad nim z butelką toniku Schweppesa i szklanką z lodem. Nalała toniku i przykucnęła obok 

Dana.

- Masz. Bez sytryny, pasuje?

Dan   nie   wiedział,   co   powiedzieć.   Nigdy   nie   pił   toniku   bez   wódki,   ale   w   tym 

momencie  był gotów spróbować wszystkiego. Dziewczyna  miała długie włosy w kolorze 

miodu i mocną opaleniznę. Włożyła obcisłą białą koszulkę i elegancką zieloną spódniczkę, 

która   ledwo   zakrywała   jej   długie,   opalone   uda.   Oczy   miała   w   kolorze   oliwek   i   jakby 

pachniała orzeszkami piniowymi.  Sięgnął po szklankę i przyłożył  do ust. Wziął maleńki, 

background image

niepewny łyk. To byłoby cale jego szczęście, gdyby tonik obrócił się przeciwko niemu i 

sprawił,   że   wyplułby   wszystko   na   piękne   włosy   dziewczyny.   Jednak   jakimś   cudem   nic 

takiego się nie stało. Dan wziął następny łyk, i kolejny, i z każdym łykiem odzyskiwał jasność 

myślenia.

- Wyslahrczy - powiedziała dziewczyna tonem nieznoszącym sprzeciwu i zabrała mu 

szklankę.

Odstawiła pustą butelkę na nieużywany wzmacniacz i odwróciła się do Dana.

- Jak chłopcy skońszą, zhrobimy imphrezę - mówiła dalej.

Jej oliwkowe oczy były senne, a ich spojrzenie pewne siebie.

- Wtedy pohrozmawiamy.

Dan   pokiwał   grzecznie   głową,   jakby   dziewczyna   mówiła   całkiem   do   rzeczy.   Był 

prawie pewien, że to Francuzka, a kiedy powiedziała „wtedy pohrozmawiamy”, brzmiało to 

tak, jakby miała na myśli coś więcej niż tylko grzecznościową wymianę uwag. Ale jakim 

cudem w jego obecnym stanie mogła go uznać za atrakcyjnego? Może jego występy lepiej 

wypadały, kiedy nie rozumiało się języka.

Dziewczyna stanęła za kulisami i popatrzyła, jak zespół kończy piosenkę.

- Zaghrają jesze dwie piosenki et puis finis - stwierdziła.

Dan   znowu   pokiwał   głową.   Chyba   miała   rację.   Dziewczyna   miała   tatuaż   wokół 

opalonej kostki. Na pierwszy rzut oka uznał, że to wąż, a potem zdał sobie sprawę, że to lis, 

zwinięty w kłębek we śnie.

Och. jakie wiersze napisałby o tym lisie, gdyby tylko miał pióro, notatnik i wielkie 

opakowanie supermocnego środka przeciwbólowego!

Odchrząknął, próbując oczyścić zdarte od tytoniu gardło.

- Nazywam się Dan - wychrypiał, wyciągając rękę, ale nie mając odwagi wstać.

Dziewczyna się uśmiechnęła. Miała seksowną, maleńką przerwę między jedynkami. 

Podeszła, ścisnęła jego spoconą dłoń i pochyliła się, żeby pocałować go w wilgotny policzek, 

- Wiem, jak się nazywasz - zamruczała mu do ucha. - Et je m'appelle Monique.

Hm, zastanawiał się niezbyt przytomnie Dan, ciekawe, jak jest po francusku lisiczka.

background image

yale kocha nowy jork

Stanford   Parris   III   mieszkał   w   apartamencie   przy   Park   Avenue   numer   1000   na 

Carnegie Hill, w jednym  z najstarszych  i najelegantszych  budynków  w Upper East Side. 

Jednakże większość gości - łącznie z van der Woodsenami - nie dostrzegła mebli w stylu 

chippendale,   średniowiecznych   gobelinów   ani   kolekcji   osiemnastowiecznej   rzeźby 

brytyjskiej. Tak przywykli do elegancji, że w takim domu czuli się po prostu jak u siebie.

- Mój wnuk chciał, żebym urządził przyjęcie w hotelu - zwierzył się panu van der 

Woodsenowi Stanford Parris III, ściskając jego dłoń na powitanie. - Albo w jachtklubie. - 

Mrugnął do maiki  Sereny.  - Ale nie mogłem przepuścić  okazji, aby gościć u siebie tyle 

pięknych kobiet!

Matka Sereny posiała mu uprzejmy uśmiech, mówiący „możesz gadać, co chcesz, ty 

stara pijawko, a ja nadal będę się uśmiechała”, a jej córka zachichotała. Może jednak ten stary 

Stan Parris nie jest taki zły. Uścisnęła rękę podstarzałego arystokraty z Nowej Anglii, a potem 

wspięła się na place i żeby wkurzyć rodziców, kokieteryjnie pocałowała go w pomarszczony 

policzek.

- No proszę! - wykrzyknął pan Parris. - Yale z pewnością wie, co robi!

- Spokojnie, dziadku. - Powiedział wysoki blondyn z uroczym dołeczkiem w brodzie i 

niesamowitymi kośćmi policzkowymi. - Pamiętaj, że masz słabe serce - strofował go.

- Nie o serce się martwię - burknął pan Parris.

Złapał wnuka za ramię.

- Panno Sereno van der Woodsen, to mój wnuk, Stanford Parris V.

Czy kogokolwiek obchodzi, ilu jest tych Stanfordów Parrisów?

Serena   poczekała,   aż   chłopak   zaczerwieni   się   zakłopotany   i   mruknie,   że   staremu, 

dobremu Stanowi nic nie będzie, ale nic takiego się nie siało. Najwyraźniej uważał, że jego 

tytuł to najlepsza rzecz na świecie. Ciekawe, jak na niego wołają w szkole, zastanawiała się 

Serena. Numer Piąty? Stan 5?

- To twoja plakietka z imieniem. - Matka Sereny przykleiła córce do piersi plakietkę 

wielkości nalepki na zderzak ze zrobionym niebieskim flamastrem napisem Serena van der 

Woodsen, nowa od jesieni, jakby to był jakiś ohydny, samoprzylepny top bez ramiączek.

background image

Serena udawała, że jej to nie przeszkadza.

- Dzięki, mamo - powiedziała i przygładziła dłońmi naklejkę.

Wszyscy obecni mężczyźni sapnęli, wariując na myśl o koedukacyjnych akademikach 

od przyszłego roku.

Zjawili   się   bardzo   wcześnie   i   impreza   jeszcze   się   nie   rozkręciła.   Chłopcy   w 

garniturach od Hugo Bossa oraz dziewczyny w długich spódnicach Tocca i zapiętych pod 

szyję   bluzkach   czaili   się   przy   rodzicach,   uśmiechali   niezręcznie   i   popijali   szampana.   To 

wszystko sprawiło, że Serena poczuła się. jakby znowu była na pierwszych zajęciach z tańca 

towarzyskiego w piątej klasie.

Ktoś   stuknął   ją   w   ramię.   Odwróciła   się   i   zobaczyła   panią   Archibald, 

melodramatyczną, trochę zwariowaną Francuzkę, matkę Nate'a. Jej rozjaśnione, bursztynowe 

włosy  rozsypywały   się  kaskadą   loków.   Wąskie   usta   miała   pomalowane   mocną,   jaskrawą 

czerwienią. Szyję ozdobiła sześcioma sznurami pereł w różowym kolorze, a uszy różowymi 

perłowymi  kolczykami od kompletu. Mimo siedmiocemymetrowych  szpilek od Christiana 

Louboutina była zaskakująco drobna. Ubrała się w jedwabną, wąską wieczorową suknię bez 

ramiączek  w odcieniu cyny od Oscara de la Renta. Trzymała  małą. złotą torebkę i złote 

lorgnon   -   najwyraźniej   Archibaldowie   zajrzeli   tutaj   tylko   na   chwilę   w   drodze   do   teatru. 

Pocałowała Serenę w oba policzki.

- Widziałaś mojego syna? - matka Nate'a szepnęła jej do ucha z błyskiem w zielonych 

oczach.

Serena pokręciła głową.

- Nie,   ale   Blair...   -   urwała,   zastanawiając   się,   czy   pani   Archibald   rzeczywiście 

chciałaby usłyszeć, że Blair i Nate zaszyli się w apartamencie w hotelu Plaza i zabawiają się 

w najlepsze.

- Dzwoniła   pani   do   niego   na   komórkę?   -   zapytała   Serena,   zamiast   skończyć 

odpowiedź.

Pani Archibald zatrzepotała rzęsami i machnęła lorgnon.

- Ach, nieważne, kochanie - westchnęła i z szelestem sukni odeszła do męża admirała.

Stan   5   nadal   stał   obok,   jakby   to   było   naturalne,   że   najprzystojniejszy   blondyn 

powinien rozmawiać z najpiękniejszą blondynką na sali. Kobieta w czarnym stroju kelnerki 

podała Serenie kieliszek szampana.

- A gdzie twoja plakietka z nazwiskiem? - zapytała Serena Stana 5, przyglądając się 

jego rozpiętej czarnej koszuli, do której nie włożył krawata.

Prawdziwy buntownik.

background image

Uśmiechnął się szeroko i odchrząknął.

- Nie sądziłem, że będzie mi potrzebna.

Och, więc niby wszyscy powinni wiedzieć, kim jesteś?

Serena   już   była   gotowa   wymknąć   się   z   imprezy   -   w   końcu   pokazała   się.   została 

dziesięć minut, więc czego jeszcze mogą chcieć od niej rodzice? Ale wtedy, szurając nogami, 

podszedł do niej starszy pan Parris. Nie chciała być niegrzeczna.

- Twoja   matka   właśnie   mi   mówiła,   że   jesteś   wspaniałą   aktorką   -   zadudnił   z 

nowoangielskim akcentem. Poprawił krawat w bordowo - granatowe pasy. - Wiesz, w Yale 

grałem główną rolę w dziewiętnastu przedstawieniach. Wtedy ta uczelnia przyjmowała tylko 

chłopców. Mam trochę starych zdjęć, jeśli chcesz obejrzeć.

- Dziadku... - irytował się Stan 5, próbując uciszyć starszego pana Parrisa.

- Z przyjemnością - odparła Serena szczerze zainteresowana.

Bardzo   lubiła   oglądać   stare   zdjęcia.   Podobały   jej   się   wyrafinowane   stroje, 

natapirowane fryzury i to. że wszyscy nosili kapelusze, rękawiczki i torebki  pasujące  do 

butów.

Zaskoczony   Stan   5   zmarszczył   brwi.   jakby   nie   mógł   uwierzyć,   że   dziewczyna 

zamierza go porzucić dla jego starego, pomarszczonego dziadka. Serena rzuciła mu taki sam 

uśmiech jak ten, którym poczęstowała starszego Parrisa jej matka, i ruszyła za staruszkiem do 

biblioteki. Prawa noga najwyraźniej sprawiała mu kłopot i przechylał się trochę na lewo. 

Złapała go za łokieć, bojąc się. że starszy pan może się przewrócić.

- O, tu gram w Hamlecie. - Wskazał na wielką czarno - białą fotografię wiszącą nad 

kominkiem.

Serena   spodziewała   się,   że   zobaczy   młodego   pana   Parrisa   w   pełnej   zbroi, 

wyglądającego   groźnie   i   wyniośle.   Zamiast   tego   ujrzała   piękną,   młodą   dziewczynę   o 

pociągłej twarzy i charakterystycznym  dołeczku w podbródku, ze spuszczonymi  oczami i 

długimi rzęsami opierającymi się o policzki, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi. Z jej jasnych, 

rozpuszczonych włosów zwieszał się wieniec stokrotek.

- To pan? - zapytała zaskoczona.

Starszy pan zachichotał.

- Byłem wtedy całkiem ładnym chłopcem. Kazali mi zagrać Ofelię.

Serena popatrzyła na zdjęcie.

- Wyglądał pan rewelacyjnie.

- Sam   lubię   tak   myśleć   -   odpowiedział,   klepiąc   ją   po   ręku.   -   I   byłem   lepszy   w 

umieraniu od innych kolegów.

background image

Podszedł do baru w rogu. nalał whisky do dwóch kryształowych szklanek i postawił je 

na   stoliku   do   kart.   Wyciągnął   z   półki   zniszczony,   oprawiony   w   zieloną   skórę   album. 

Przekartkował parę stron i wskazał Serenie jeden ze skórzanych foteli.

- Mam setki zdjęć - ostrzegł ją.

Serena usiadła i wzięła łyk szkockiej. Ułożyła się wygodniej, podciągnęła nogi pod 

siebie i sięgnęła po album. Było jej przytulnie i wygodnie. Poza tym naprawdę zaciekawiły ją 

stare zdjęcia z Yale pana Stanforda Parrisa III. Kiedy obracała powoli kartki, przyglądając się 

wspaniałym fotografiom młodego pana Parrisa i jego przystojnych kolegów z Yale, zdała 

sobie sprawę, że nigdy nie myślała o tym. że mogłaby grać w college'u. Wyobraziła sobie, jak 

gra Ofelię, przymykając oczy i zamykając się jak kwiat w chwili śmierci.

- A tu gram w  Pocałuj mnie, Kasiu.  - Pan Parris wskazał na fotografię z tą samą 

pięknością o pociągłej twarzy, która piorunowała wzorkiem aparat fotograficzny. Jej ciemne 

oczy błyszczały, a podróbek z dołeczkiem unosiła lekceważąco. - Ależ wiedźma z tej Kasi.

Serena przyjrzała się zdjęciu. Pan Parris jako Kasia kogoś jej przypominał, ale nie 

mogła sobie przypomnieć, kogo.

Podpowiedzmy jej odrobinę. Zaczyna się na literę „B”.

Przeglądała dalsze fotografie, a myśli przelatywały jej przez głowę. Yale to jedyna 

szkoła, która nie prześladowała  jej e - mailami  i nadgorliwymi  listami  od fanów. Nawet 

chłopcy z Whiffenpoofs - chóru z Yale śpiewającego a capella, który poznała w zeszłym 

miesiącu - mieli dość przyzwoitości, żeby nie przysyłać jej każdego dnia e - maila. pytając, 

kiedy zamierza przyjechać, żeby mogli pomóc jej nieść torby, zabrać ją na kawę albo coś w 

tym stylu. I na pewno nie będą jej pytać o Damiana z Ravesów, którego nawet nie znała.

Pan Parris poklepał ją w kolano.

- Masz twarz gwiazdy - stwierdził. - Yale wie, co robi.

- Tak pan myśli? - Serena odparła z entuzjazmem.

Nagle ucieczka z przyjęcia Yale na koncert wydała jej się całkiem niepotrzebna. Z 

szacunku do pana Parrisa prawie żyłowała, że nie włożyła szaro - granatowego stroju, który 

przygotowała   dla   niej   matka.   Będzie   najlepszą   aktorką   uniwersytetu   Yale   od   czasów 

Stanforda Parrisa III. New Haven znajdowało się blisko Nowego Jorku, więc nadal będzie 

mogła pracować jako modelka,  a mając już pewne doświadczenie  aktorskie, może nawet 

zdobędzie rolę w filmie! Blair strasznie by się ucieszyła, gdyby razem poszły do szkoły, ale 

oczywiście  nic jej nie powie, dopóki przyjaciółka nie dowie się, że też ją przyjęli. Blair 

potrafiła zachowywać się dość nierozsądnie, gdy Serena dostawała coś. co ona sama chciała 

mieć.

background image

Dość nierozsądnie?!

background image

nieproszony gość znajduje bratnią duszę

- Brawo za odwagę!

Wysoki   blondyn   W   rozpiętej   czarnej   koszuli   powitał   Blair,   gdy   tylko   wysiadła   z 

windy i weszła do apartamentu Stanforda Parrisa III.

- Cała reszta została tu zaciągnięta przez rodziców. Jeden nawet urwał się, więc jego 

rodzice przyszli sami.

Ciekawe, o kogo chodzi?

- A tak przy okazji, jestem Stanford Parris V. - Chłopak wyciągnął dłoń i rzucił jej 

dumny uśmiech, który mówił .jeśli tego nie wiedziałaś”.

Blair odpowiedziała szerokim uśmiechem. Uwielbiała chłopców z tytułami, zwłaszcza 

wysokich blondynów ze ślicznymi dołeczkami w podbródkach, a szczególnie takich, którzy 

od przyszłego roku będą studiować na Yale.

- Blair Waldorf - powiedziała, odpowiadając uściskiem ręki.

Dotknęła wiszącego na jej szyi zrobionego na zamówienie wisiorka od Cartiera - tego 

samego, który podkradła młodszej siostrze. To była po prostu plakietka na niebieskiej wstążce 

z imieniem, jednym słowem Y

ALE

 wygrawerowanym złotą kursywą.

- Więc gdzie są twoi rodzice? - zapytała.

- W Szkocji. Mamy tam zamek. - Stan 5 pochwalił się jakby nigdy nic.

Blair zachichotała.

- My też! Moja ciotka tam mieszka.

Och, czyż to nie słodkie? Jeśli się pobiorą i wyjadą na miesiąc miodowy do Szkocji, 

będą mogli zmieniać zamki!

- To przyjęcie urządził mój dziadek. Jestem tu tylko... - Stan 5 urwał i odchrząknął, 

jakby właściwie zapomniał, po co się tu zjawił. A może po prostu wypił za dużo szkockiej. - 

Żeby nasza klasa miała czym się ekscytować przez następny rok - wyjaśnił w końcu.

Blair zacisnęła wyszminkowane usta. Wnuk Stanforda Parrisa. Bez żadnego starania 

wpadła na najmłodszego członka najbardziej wpływowej rodziny absolwentów Yale! Jeśli 

ktokolwiek mógł ją przenieść z listy rezerwowych, to z pewnością był to właśnie on.

Stan wskazał na wisiorek na szyi Blair.

background image

- To   coś   nietypowego   -   zauważył.   -   Chyba   naprawdę   nie   możesz   się   doczekać 

przyszłego roku, nie?

Można to tak ująć.

Blair   mocno   się   zaczerwieniła.   Przygotowała   się   na   takie   pytanie.   „Moi   rodzice 

zamówili   go   dla   mnie,   gdy   tylko   dowiedzieli   się   o   moim   przyjęciu”,   tak   planowała 

odpowiedzieć. Ale postanowiła powiedzieć prawdę. Wspięła się na place i przysunęła dłoń do 

arystokratycznego ucha Stana 5:

- Właściwie to jeszcze mnie nie przyjęli - szepnęła mu do ucha. - Jestem na liście 

rezerwowych.

- Cóż. będziemy musieli zobaczyć, co da się zrobić - Stan 5 zaśmiał się współczująco.

Porwał dwa kieliszki szampana z tacy przechodzącej kelnerki i podał jeden z nich 

Blair. Kiedy stuknęli się kieliszkami, Blair przebiegł dreszczyk po plecach. Czuła, że tym 

razem jej się uda.

I to nie tylko dostanie się do Yale.

Nagle   rozległ   się   szelest   tiulu   i   matka   Nate'a   zamknęła   ją   w   swoich   pachnących 

Chanel No. 5 objęciach.

- Kochanie, gdzie Nate? - zapytała pani Archibald z melodramatycznym angielsko - 

francuskim akcentem.

Dobre pytanie.

Blair   nie   chciała   tłumaczyć   Stanowi   5,   kto   to   jest   Nate,   i   nie   chciała,   żeby   pani 

Archibald pomyślała, że Blair nie potrafi upilnować swojego chłopaka. Nie chciała też dać do 

zrozumienia, że coś ukrywa. W końcu tak naprawdę sama bardzo chciała dowiedzieć się, 

gdzie on się podziewa. żeby mu solidnie skopać tyłek.

- Zatrzymałam się w hotelu Plaza, więc nie miałam okazji sprawdzić automatycznej 

sekretarki w domu - odparła z wahaniem. - Myślę, że może komórka mu się zepsuła albo coś 

takiego, bo w ogóle nie odbiera.

- Wiem. - Pani Archibald zacisnęła pomalowane na czerwono usta. - Ogrodnik znalazł 

jego komórkę na dachu. - Uniosła podejrzliwie podkreślone kredką brwi. - Na pewno nie za-

mieszkał razem z tobą w hotelu?

Zażenowana   Blair   spojrzała   na   Stana   5   i   pokręciła   głową,   nie   mając   zamiaru 

odpowiadać na głos. Jakie to krępujące musieć przyznać matce chłopaka, że nie udało się jej 

zamknąć   go  w   hotelowym   pokoju   na  całe   dnie   dzikiego,   namiętnego   seksu.   Albo  wręcz 

przyznać się do kompletnej porażki.

- Wobec   tego...   -   Pani   Archibald   ucałowała   ją   w   oba   policzki   i   uśmiechnęła   się 

background image

powściągliwie, jakby mówiła „Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, ale spóźnię się do opery, 

więc cóż. c'est la vie”.

- Jeśli go jednak spotkasz, kochanie, powiedz, że matka i ojciec są na niego dość 

mocni zdenerwowani i poszli na Cyganerię.

Blair złożyła ręce za plecami i pokiwała posłusznie głową. A gdzie właściwie, do 

cholery, podziewał się Nate? Patrzyła, jak jego ojciec podaje pani Archibald wyszywaną, 

jedwabną pelerynkę od Oscara dc la Renta i odprowadza do windy. Zastanawiała się. czy nie 

podejść się przywitać, ale admirał słynął z gwałtownego usposobienia, więc jeśli był wściekły 

na Nate'a, to lepiej go unikać.

Poza tym miała ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład flirt Z panem Mogę - cię - 

wkręcić - do - Yale Piątym.

Blair zauważyła, że Stan nosi coś, co wygląda jak zabytkowy sygnet z herbem Yale.

- Należy do dziadka - wyjaśnił. - Dał mi go. gdy się tam dostałem. Yale to całe życie 

mojego dziadka. Przedstawiłbym cię, ale zniknął w gabinecie z piękną blondynka i kto wie, 

kiedy wrócą.' Nie, nie jest żadnym zboczeńcem czy kimś w tym rodzaju. Pewnie zanudzi ją 

na śmierć opowieściami o Yale.

Blair   rozejrzała   się   po   sali.   Określenie   „piękna   blondynka”   w   podejrzany   sposób 

kojarzyło się z Sereną. Starszy pan Parris był członkiem zarządu Yale i miał daleko większe 

wpływy od wnuka. Jakie to typowe: Serena jak zawsze zmonopolizowała jedyną osobę, która 

pewnie mogłaby załatwić Blair natychmiastowe przyjęcie na Yale.

Kelner zabrał puste kieliszki i podał im napełnione.

- Za Yale - wzniósł toast Stan 5. Stuknęli się kieliszkami.

Blair dotknęła wisiorka i wypiła szampana. Zastanawiała się. czy poprosić go, aby 

przedstawił ją dziadkowi. Stan podszedł do niej i obniżył swój arystokratyczny podbródek.

- Nie martw się - uspokoił ją. jakby czytał w jej myślach. - Jesteśmy z dziadkiem 

bardzo blisko.

Blair mocno chwyciła kieliszek za nóżkę i zatrzepotała rzęsami, mając nadzieję, że nie 

zaczerwieni się jak kretynka. Jakie miała szczęście, że złapała młodszego, przystojniejszego 

Stanforda Parrisa, podczas gdy Serena dorwała zatęchłego staruszka!

- Pocałowałam   faceta,   który   przeprowadzał   ze   mną   rozmowę   kwalifikacyjną   - 

zwierzyła się, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Nie była dumna z tego epizodu, ale chciała, żeby Stan 5 wiedział, z czym musi się 

zmierzyć.

Stan 5 uśmiechnął się zachwycony.

background image

- Dziadek urządził tu dla mnie pokój. Mam całą jego kolekcję starych katalogów z 

Yale. Chcesz je obejrzeć?

Blair   zachichotała   kokieteryjnie.   Jakie   to   cudowne   spotkać   chłopaka,   który   miał 

takiego samego fioła na punkcie Yale jak ona. Z zapałem ruszyła za Stanem 5 do jego pokoju. 

Nie mogła się doczekać, kiedy ucałuje katalogi.

Ucałuje?

Czemu nie, skoro więcej ją łączyło ze Stanfordem Parrisem V niż z jakimkolwiek 

innym facetem, nie wyłączając jej beznadziejnego chłopaka, który i tak już dostał się do Yale 

i okazał się nieużyteczny i nieczuły?

Cóż, skoro tak, to chyba rzeczywiście miała na myśli pocałunek.

background image

N opuszcza statek

- Ups,   chyba   wygrywam!   -   Lexie   zachichotała   i   wsunęła   do   ust   kolejną   połówkę 

herbatnika.

- Ładnie - odparł Nate, nawet nie próbując odpędzać się od jej czekoladowych ust.

To był pomysł Lexie, żeby wypalić skręta i zagrać w warcaby herbatnikami, więc to 

ona   ustaliła   reguły:   za   każdym   razem,   gdy   zbijała   białą   połówkę   Nate'a   swoim   całym 

herbatnikiem, zjadała połówkę i całowała Nate'a w usta.

Nate nie miał serca do tej gry, co oznaczało, że pozwalał Lexie wygrywać. Jednak 

całowanie jej na pokładzie, gdzie ciągle ktoś się kręcił, wydawało się bezpieczniejsze niż 

siedzenie z nią samotnie w bocianim gnieździe, gdzie wszystko mogłoby się zdarzyć...

Oczywiście nie pozwoliłby, żeby doszło do czegoś poważnego. Prawda?

Jak zwykle Nate cierpiał z powodu klątwy Blair. Za każdym razem, gdy zabawiał się z 

inną dziewczyną, myślał tylko o Blair i zabawianiu się właśnie z nią, przez co czuł się winny i 

jednocześnie napalony. Trudno mu było to ogarnąć i nad tym zapanować.

Kiedy Lexie znów go całowała, nie zamknął oczu, tylko nawiązał kontakt wzrokowy z 

Jeremym,   który   na   drugim   końcu   pokładu   całował   się   z   jakąś   dziewczyną   o   brązowych 

oczach i tłustych ramionach - Nate nigdy wcześniej jej nie widział. Nagle poczuł się, jakby 

znowu był w siódmej klasie na jednej z tych imprez, gdzie wszyscy po prostu leżą i całują się, 

bo myślą, że powinni to robić, chociaż właściwie to wstrętne, tak ssać język dziewczyny, 

dajmy na to, przez godzinę i nawet nie móc napić się wody czy innego płynu. Wyjątkiem był 

tylko   czas   spędzony   z   Blair   w   garderobie   Sereny   w   ósmej   klasie...   A   może   w   szóstej? 

Całowali się i rozmawiali tak długo, że Serena musiała ich wyciągnąć, żeby nie stracili całej 

imprezy. Gdyby tylko Blair nagle podpłynęła do burty „Charlotte” jakimś małym pontonem i 

wrzasnęła na niego tym swoim seksownym, zjadliwym tonem, którym mówiła, gdy zaczynała 

się   wściekać...   Ale   gdzie   właściwie   była   Blair,   przemknęło   mu   przez   głowę,   niezbyt 

przytomną z powodu trawki i braku snu. Nie było jej z nim?

Ej? Jest tam ktoś? Pobudka!!!

Lexie miała zamknięte oczy i dyszała ciężko, gdy przyssała się do jego ust. Jej język 

smakował czekoladą i piwem, co nie stanowiło najlepszego połączenia. Nate nie mógł się do-

background image

czekać, kiedy zepchnie ją z kolan i zejdzie pod pokład, żeby wypić kilka szklanek zimnej 

wody. Nie mógł się też doczekać, kiedy powie Blair, że mimo tego niewielkiego, niezbyt 

przyjemnego interludium, wszystko dobrze się skończy - gdy tylko dotrze na Bermudy albo 

do New Jersey czy gdzie tam, do cholery, płynęli.

Jego   wzrok   powędrował   na   sterburtę.   Słońce   zachodziło   i   w   końcu   zniknęło   za 

oceanem.  Ciemna woda była  spokojna.  Kilka lodzi rybackich  mrugało na horyzoncie.  W 

ciągu ostatnich kilku godzin Nate ani razu nie sprawdzał systemu nawigacyjnego. Od samego 

początku „Charlotte” płynęła na autopilocie, ale ponieważ jako jedyny potrafił żeglować i był 

w pewnym sensie odpowiedzialny za bezpieczeństwo wszystkich na pokładzie, pomyślał, że 

może powinien sprawdzić kurs.

Aha, może powinien.

Odsunął się od Lexie i szepnął jej do ucha chrapliwym głosem:

- Muszę zająć się sterami.

Ześliznęła się z jego kolan, wsunęła kolejnego herbatnika do ust i ścisnęła go mocno 

za biceps.

- Ale ogiehr. Wierz, zawrze chciałam pojechać na Bermudy.

Nate ruszył na rufę do kabiny kapitana, przechodząc nad leżącymi ciałami ujaranych, 

pijanych i na wpół śpiących współpasażerów. Jeden z dzieciaków, z którym chodził na zajęcia 

o religiach świata, miał na sobie pomarańczową kamizelkę ratunkową z „Charlotte”, grał na 

harmonijce i śpiewał stary kawałek Neila Younga:

Bezradny, bezradny, bezradny, bezradny.

Nate'owi przypomniał się dreszczowiec Titanic, który obejrzał z Blair, na jej życzenie, 

aż cztery razy. A ściślej przypomniała mu się chwila, gdy statek zaczynał tonąć.

Charlie i Anthony zamknęli się w kabinie. Siedzieli na podłodze ze skrzyżowanymi 

nogami i palili fajkę. Zdjęli koszule i pokazywali sobie, który potrafi mocniej wypiąć brzuch - 

idiotyczne zawody, zwłaszcza że obaj mieli tak płaskie brzuchy, że niemal wklęsłe.

- Hej! - Anthony powitał Nate'a. - Właśnie się zastanawialiśmy, czy na Bermudach 

można surfować.

- Bo powinniśmy zabrać swoje deski - dodał Charlie.

Nate   pokręcił   głową,   ignorując   obu.   W   kabinie   było   tyle   dymu.   że   ledwo   mógł 

odczytać dane z monitorów. Z tego. co zauważył, zbliżali się do Cape May, co oznaczało, że 

gdyby popłynęli z normalną prędkością, a nie kilometr na godzinę, to w nieco ponad trzy 

godziny wróciliby do portu w Nowym Jorku. Zacumowałby lodź i ruszył prosto do hotelu 

Plaza.

background image

Raptem jeden dzień spóźnienia.

Nate   sprawdził   monitor   z   nadesłanymi   wiadomościami,   na   którym   „Charlotte” 

wyświetlała   informacje   tekstowe   -   głównie   od   pobliskich   łodzi   albo   z   portów.   Nadeszło 

trzydzieści siedem wiadomości z adresu AdArch@nextel.net. czyli z komórki ojca Nate'a.

NATHANIELU, TWOJA MATKA I JA JESTEŚMY W OPERZE.

NATHANIELU, ZAWRÓĆ ŁÓDŹ.

POWIADOMILIŚMY STRAŻ PRZYBRZEŻNĄ, MAJĄ CIĘ ARESZTOWAĆ.

NATHANIELU, TWOJA MATKA JEST BARDZO ZDENERWOWANA. ZAWRÓĆ 

ŁÓDŹ, SYNU.

I tak dalej.

- Cholera.

Nate wyobraził sobie matkę  w czarnej wieczorowej sukni płaczącą w ich loży W 

Metropolitan Opera, podczas gdy ojciec wściekle wystukiwał wiadomości na komórce. Z 

drugiej strony, ona zawsze płakała w operze - to część jej melodramatycznego wizerunku 

francuskiej księżniczki.

Wszystkie wiadomości zostały wysiane w ciągu ostatnich dwóch godzin, więc rodzice 

nie zamartwiali się zbyt długo. Zwykle surowy ton ojca sprawiał, że prawie sikał ze strachu. 

ale tym razem Nate tylko szukał pretekstu, by przerwać misję i wrócić do Blair. I teraz go 

znalazł.

Podszedł do nawigacyjnego  monitora  i wybrał  współrzędne portu w Battery Park, 

które wypisano żółtą kredą na tablicy. Wcisnął 

ENTER

 i natychmiast silnik przeszedł na jałowy 

bieg. Potem dziób zanurzył się i obrócił, aż cała łódź zrobiła skręt o sto osiemdziesiąt stopni i 

zawróciła   w   stronę   Nowego   Jorku.   Wpisał   komendę,   żeby   zwiększyć   prędkość   do 

sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, i zerknął na zegar - 8.29 wieczorem. Przed północą 

będzie z powrotem w łóżku razem z Blair.

- Ej, co jest, stary? - zapytał Anthony, nie podnosząc się z podłogi kabiny, - Odrabiasz 

pracę domową, czy jak?

Nate uśmiechnął się szeroko i pokręci! głową, czując lekki zawrót głowy od dymu z 

fajki. Blair tak się ucieszy, widząc go z powrotem, że będzie musiała mu wybaczyć. A on już 

zadba, żeby o wszystkim zapomniała.

Zakładając, że czeka na niego. I zakładając, że jest sama...

background image

pokręcona siostrzyczka

- Zdjąć buty! Zdjąć buty! Zdją - ąć buu - uu - uuty! - skrzeczał do mikrofonu Damian.

To był końcowy refren z Japońskiej restauracji, ostatniego przeboju z ich singla, który 

napisał Dan Humphrey, i zarazem ostatniej piosenki na dzisiejszym koncercie.

- Jeśli się teraz wymkniemy - mruknęła Elise - to pewnie zdążymy złapać taksówkę 

przed resztą.

A kto tu mówi o wychodzeniu?

Jenny   zapaliła   następnego   papierosa,   ignorując   przyjaciółkę.   Chciała   poczekać,   aż 

tłum się przerzedzi, i lepiej przyjrzeć się Damianowi. Sprawdzić, czy jego jasnorude włosy 

stały same z siebie, czy lepiły się od żelu. Czy jego zęby rzeczywiście są idealnie białe i 

proste,   jak   wyglądały   z   miejsca,   w   którym   siedziała.   Usłyszeć   ten   jego   słynny   irlandzki 

akcent.   I   obejrzeć   te   mięśnie   rąk!   Perkusista   nadal   prezentował   się   milutko,   ale   musiała 

przyznać, że Damian to absolutny odlot. Miał w sobie taką niesamowitą energię, jakby był 

nakręcony. Gdyby się tu trochę posnuła, to może Dan przedstawiłby ich sobie, a ona mogłaby 

jakby nigdy nic napomknąć, że jest przyjaciółką Sereny, i dowiedzieć się, czy rzeczywiście 

tych dwoje się spotyka.

Jeśli Dan nadal żyje.

Brzdęk! Damian zagrał ostatni akord na gitarze, którą rzuci! potem w tłum. Słynął z 

tego. Następnie wspiął się po rurze dla strażaków, dłoń za dłonią, napinając fantastyczne 

mięśnie ramion, i zniknął.

- Popisuje się - rzucił szyderczo perkusista.

Wstał   sztywno,   złapał   butelkę   piwa   stojącą   pod   perkusją   i   całą   wyżłopał.   Potem 

odstawił butelkę i wyciągnął szyję, jakby szukał kogoś w tłumie.

Jenny poczuła dreszczyk. Szukał jej?

Chwileczkę, czy z perkusistą nie dała sobie spokoju?

- Powinnyśmy już iść - powtórzyła Elise. Wstała i obciągnęła bluzkę. - Wszyscy będą 

się bić o taksówki.

Basista   zaczął   rozłączać   kable   i   rozmontowywać   sprzęt.   Perkusista   beknął   z 

lekceważeniem do jednego z mikrofonów.

background image

Ohyda.

Jenny zachichotała, jakby to była najprzyjemniejsza, najsłodsza rzecz, jaką w życiu 

słyszała.

- Możesz iść, jeśli chcesz, ale ja zostaję - odparła przyjaciółce.

Miała resztę weekendu spędzić w domu Elise, ale takie okazje nie zdarzają się zbyt 

często.

Okazje, żeby poznać słynne gwiazdy rocka, czy okazje, żeby nabroić na maksa?

Tłum zaczął znikać. Część ludzi ruszyła do toalet, inni wylewali się przez drzwi na 

ulicę. Elise kręciła się koło stolika, nie wiedząc za bardzo, co robić. Jenny po raz kolejny 

zaciągnęła się papierosem, niezbyt wprawnie, i machnęła niecierpliwie stopą. I wtedy nagle 

zjawił się przed nimi on, perkusista.

Nie był Damianem, ale był prawie równie dobry.

- Hej.   Nazywam   się   Lloyd.   -   Kostki   miał   owinięte   wystrzępionym   plastrem,   jak 

bokser, a jego ciemne, porządnie przycięte włosy i ugrzeczniona różowo - zielona koszulka 

Lacoste'a były całkiem przepocone. - Jesteś siostrą Dana, Jennifer, zgadza się?

Jenny   pokiwała   głową.   Uwielbiała,   gdy   ludzie   mówili   do   niej   Jennifer.   Chociaż 

wolałaby, gdyby powiedział: Jesteś Jennifer, ta olśniewająca modelka z rozkładówki z »W« w 

tym miesiącu, nie?”

- Skąd wiesz? - zapytała, chociaż znała odpowiedź.

Mimo że lepiej się ubierała od Dana, była ponad dwadzieścia centymetrów niższa i o 

niebo szersza w klatce piersiowej, z powodzeniem mogliby być dwujajowymi bliźniętami.

Tyle że Jenny była trzy lata młodsza od Dana. Ale nie zamierzała tego mówić panu 

perkusiście.

- Twój   brat   powiedział,   że   przyjdzie   jego   śliczna   siostra   -   odparł   Lloyd   z   pełną 

powagą. Zerknął na Elise, która nadal stalą obok, bawiąc się nerwowo suwakiem od torebki, 

jakby ześwirowała. - Marc, nasz basista, ma fioła na punkcie starych hoteli - ciągnął Lloyd. - 

W każdym razie zarezerwował nam wielki apartament w hotelu Plaza. Robimy tam małą 

imprezkę, może macie ochotę wpaść.

Jenny upuściła papierosa na podłogę. Prawie zapomniała, że go trzyma.

- Jasne! - wykrzyknęła z większym entuzjazmem, niż chciała. - To znaczy, mój brat 

też idzie, nie? - Tak naprawdę nie obchodziło ją, czy Dan się tam wybiera. Nie chciała po 

prostu wyjść na dziewczynę, która ciągle baluje w hotelach z obcymi facetami z zespołów.

Jasne.

- Za dziesięć minut muszę być w domu - upierała się Elise. Rzuciła Jenny spojrzenie 

background image

mówiące: „To twoja ostatnia szansa”.

- W porządku. Zadzwonię do ciebie jutro - odparła Jenny.

Podała Elise paczkę papierosów, ale przyjaciółka machnęła na nie ręką.

- Mogą ci się przydać - odparła i się odwróciła.

Jenny wiedziała, że powinna mieć wyrzuty sumienia, bo nie wychodzi z przyjaciółką, 

ale jak mogła nie skorzystać z takiej okazji? Najgorsze, co może się zdarzyć, to to. że jej 

ojciec się dowie, ale on nigdy nie był za dobry w karaniu, a poza tym Elise nigdy jej nie 

zdradzi. Zacisnęła kolana i nerwowo uśmiechnęła się do Lloyda. Podał jej zabandażowaną 

rękę i pomógł wstać.

- Chodź. Przedstawię cię wszystkim.

Klub wrócił do normalnego stanu. Ludzie gawędzili cicho przy piwie, podczas gdy 

przez głośniki leciał nowy album Franza Ferdinanda. Dan siedział teraz na krawędzi sceny 

obok   bardzo   ładnej,   opylonej   dziewczyny   o   włosach   w   kolorze   miodu.   Trzymał   butelkę 

toniku Schweppesa. Wyglądał na całkiem wyczerpanego, ale dziewczyna gawędziła z nim, 

śmiała się i uśmiechała, jakby Dan był najzabawniejszym facetem, jakiego w życiu spotkała.

- Jasna cholera, Yoko wróciła - syknął pod nosem Lloyd, gdy do nich podchodzili.

- Kto? - Jenny zapytała zaciekawiona.

Dziewczyna miała na sobie króciuteńką spódniczkę w kolorze jadeitu, a jej odkryte 

nogi były wspaniale opalone i długie, jak u tych modelek reklamujących balsam do opalania 

Bain de Soleil.

Na twarz Lloyda wypłynął szeroki, sztuczny uśmiech.

- Nieważne - odparł, zaciskając lśniące zęby. - Sama zobaczysz.

Opalona dziewczyna podeszła do nich tanecznym krokiem i pocałowała Jenny w oba 

policzki.

- Dan mówi. sze jestesz jego siosthrą - powiedziała z mocnym francuskim akcentem. - 

Ale ci zazdhroszczę tych wspaniałych piehrsi! - Wyciągnęła obie ręce i ścisnęła mocno piersi 

Jenny.

Pip - pip!

- To takie kobiece, non?

- Monique, lepiej daj spokój... - Dan chciał ją ostrzec.

- Dzięki - przerwała mu Jenny, zaskakując wszystkich, łącznie z sobą.

Zawsze była niezwykle przewrażliwiona na punkcie swoich piersi i miała ku temu 

powód, ale zachwyt Monique zabrzmiał szczerze. Poza tym właściwie nie miała nic przeciw-

ko, żeby Damian i Lloyd mieli świadomość, że ma największe piersi w całej sali.

background image

- Jennifer, to Monique - Monique, to Jennifer - przedstawił je sobie Lloyd. - Monique 

jest dziewczyną Dam...

- Która przyjechała tu z St. Tropez - przerwała mu Monique z płonącymi  oczami, 

które mówiły „zamknij się, idioto”. - Wybiehrasz się z nami do otelu Płaza? - To pytanie 

skierowała do Jenny.

- Nie, musi wracać do domu - wybełkotał Dan. - Późno już. - Rozejrzał się po klubie 

mętnym wzrokiem. - Prawda?

On na pewno wyglądał na zmęczonego.

Lekcja numer dwa na lemat młodszych sióstr: nawet nie próbuj im mówić, co mają 

robić.

- Nieprawda - poprawiła brata Jenny. - Zdecydowanie idę.

Damian ześliznął się po rurze i susami doskoczył do nich. Przebrał się w oliwkowy 

dres, białą farbą miał wypisane na tyłku „ściśnij”.

- Gotowi na bibę? - zapytał Damian, klepiąc Dana i Lloyda w plecy.

Monique rzuciła mu słodki uśmiech, który mówił: „toleruję cię tylko dlatego, że jesteś 

sławny” i wzięła Dana pod ramię.

Lloyd chwycił Jenny i zamknął ją w niedźwiedzim uścisku razem z Damianem.

- Damian, poznaj Jennifer. Jennifer, poznaj Damiana.

Jenny była  tak podekscytowana,  że gdyby nie mocny uścisk Lloyda,  z pewnością 

osunęłaby się na podłogę. Damian sapnął z przesadnym zachwytem. jak nadzwyczaj gejowski 

gej, który znalazł cudowny płaszczyk przeciwdeszczowy dla psa. A potem pocałował Jenny w 

czubek nosa.

Może więc jednak nie był chłopakiem Sereny.

- Może   niech   Danny   i   Monique   pojadą   limuzyną?   A   my   ściśniemy   się   jakoś   w 

taksówce? - zaproponował Damian.

- Mogę usiąść komuś na kolanach - zgłosiła się na ochotnika Jenny.

- Pewnie, że możesz - stwierdził Lloyd.

- Pewnie, że możesz - zgodził się Damian.

Pewnie, że może.

background image

nikogo tu nie ma, tylko my, kurczaczki

- Miałam więcej zaawansowanych zajęć niż ktokolwiek inny w klasie i średnią pięć - 

poskarżyła się Blair.

- Więc trzeba było złożyć podanie o wcześniejsze przyjęcie - poradził Stan 5.

- Ale nie rozumiesz, nie rozumiesz - szepnęła dość głośno Blair, jakby zacięła się jej 

płyta. - Nasza szkolna doradczyni stwierdziła, że nie mam szans na wcześniejsze przyjęcie.

Stan 5 wzruszył ramionami.

- Mniejsza pula podań, łatwiej zabłysnąć.

Blair zazgrzytała zębami, żeby powstrzymać lawinę przekleństw. Od trzynastego roku 

życia zamierzała złożyć podanie o wcześniejsze przyjęcie do Yale. Dlaczego posłuchała tej 

bezmyślnej   baby   w   peruce,   która   wiecznie   miała   krwotoki   z   nosa.   zamiast   zaufać 

instynktowi? Dlaczego nie spotkała Stana 5 rok temu, kiedy naprawdę mógł jej się przydać?

Leżeli na brzuchach na podwójnym łóżku w pokoju, który dziadek Stana 5 trzymał dla 

wnuka.   Przejrzeli   już   wszystkie   katalogi,   począwszy  od   tysiąc   dziewięćset   czterdziestego 

siódmego roku, śmiejąc się z ubrań, jakie nosili  wtedy ludzie, i czerstwych  tekstów pod 

zdjęciami   typu   „tylko   spójrz   na   siebie,   skarbie”   albo   „nikogo   tu   nie   ma.   tylko   my, 

kurczaczki”. Pokój był udekorowany drobiazgami z Yale: proporczykiem drużyny pływackiej 

Yale, dyplomem Stana III z literatury angielskiej i teatru, wycinkami z gazety z New Haven 

na temat Stana III. jednego z najbardziej utalentowanych młodych aktorów w Yale, i żółtą 

kartą z wszystkimi semestrami na Yale, kiedy stary Stan III dostał wyróżnienie za wyniki.

- Wygląda na to. że Yale to całe życie twojego dziadka - zauważyła Blair.

Miała na wpół zdjęte buty i kołysała nimi na czubkach palców.

Stan obrócił się na plecy i spojrzał w sufit.

- Aha - odparł bez wyrazu.

Blair nie bardzo rozumiała, dlaczego jest taki przygnębiony. W końcu dla niej Yale to 

też całe życie, ale wylądowała tylko na liście rezerwowych.

Stan 5 wyciągnął rękę i nawinął na palec pasemko ciemnych włosów Blair.

- Powinniśmy przestać o tym myśleć - powiedział, wypuszczając loczek - bo inaczej 

wpadniesz w potężną depresję.

background image

- Ale... - zaczęła Blair.

Kiedy właściwie opracują plan wkręcenia jej do Yale?

Stan 5 przeturlał się. złapał ją za ręce i pociągnął do siebie.

- Powinniśmy   skończyć   gadać,   kropka   -   stwierdził,   przyglądając   się   jej   twarzy 

wygłodniałym wzrokiem. - Jak powiedziałem, jesteśmy z dziadkiem naprawdę blisko. Więc 

nie martw się Yale, dobra?

To   był   ten   moment   w   filmie,   kiedy   powinna   popłynąć   łagodna   muzyka,   głowy 

aktorów   powinny   się   zbliżyć   i   powinien   nastąpić   tak   namiętny   pocałunek,   że   ubrania 

bohaterów w jednej sekundzie lądują na podłodze, a okna zachodzą parą. Stan 5 załatwi jej 

przyjęcie do Yale! Ale z jakiegoś powodu - może to ta liczba pamiątek z Yale na wszystkich 

ścianach i podłodze, a może dlatego, że wypiła cztery kieliszki szampana na przyjęciu, na 

które nikt jej nie zapraszał, a może dlatego, że dotykanie warg innego chłopaka niż Nate było 

naprawdę   paskudnym   uczuciem,   Blair   nie   mogła   po   prostu   zamknąć   oczu   i   pocałować 

Stanforda Parrisa V. Zdołała tylko prychnąć i zachichotać jak dwunastolatka.

Odepchnęła go, tak prychając i się śmiejąc, że aż się zakrztusiła.

- Co? - Stan 5 oparł się na łokciach.

Blond włosy opadły mu na oczy, więc je odgarnął.

Blair   znowu   parsknęła.   Kręciło   jej   się   w   głowie,   była   oszołomiona   i   naprawdę 

potrzebowała krótkiej babskiej rozmowy z Sereną.

- Nie wiem. - Wstała i wsunęła stopy w buty. - Muszę kogoś poszukać. Zobaczymy się 

później?

Stanowi 5 chyba podobało się to. jaka była rozpalona i zmieszana. Uśmiechnął się do 

niej zarozumiale i uniósł blond brwi.

- Być może.

Wychodząc, próbowała wziąć się w garść.

Żadne „być może”. Z pewnością.

background image

kobiety są mądrzejsze

- Nigdy   nie   myślałam   o   Hamlecie   jak   o   naprawdę   tragicznej   postaci   -   oznajmiła 

Serena Stanfordowi Parrisowi III.

Tylko  przekartkowała  Hamleta,  kiedy zadano  na jego temat  esej, ale zawsze była 

mistrzynią   w  laniu  wody.  Nie musiała   w  ogóle  czytać,  żeby zorientować  się,  że  Hamlet 

przypomina jej Dana Humphreya, z którym spotykała się ostatniej jesieni. Taki żałosny i 

znerwicowany.

- Trochę zoloftu albo innego antydepresanta, a pewnie podbiłby całą Skandynawię i 

miał w każdym kraju żonę.

Ejże, Panienka Wszystkowiedząca, Znawczyni Szekspira?

Pan Parris kiwnął głową.

- Wellbutrin. To brałem.

Jakby ją to interesowało.

- Lubię czytać - ciągnęła Serena, kompletnie oszołomiona własnymi słowami. - Jeśli 

nie mam nic lepszego do roboty - poprawiła się.

Czyli praktycznie nigdy.

- Pewnie będę miała z tym problem, rozumie pan, z wyborem specjalizacji. Nie wiem, 

co wybrać: literaturę czy teatr. - Uśmiechnęła się i skromnie obciągnęła krótką spódniczkę, 

żeby zakryć kolana.

Od   kiedy   to   najbardziej   imprezowa   dziewczyna   w   tym   mieście   martwi   się 

specjalizacją?

- To dziecinnie proste, moja droga. Po to właśnie wymyślono podwójną specjalizacje! 

- Pan Parris strzelił z szelek, najwyraźniej zachwycony tym,  że ma okazje pochwalić się 

swoją rozległą wiedzą przed młodą dziewczyną o tak wybitnej urodzie i inteligencji.

Nagle do pokoju wpadła Blair, ubrana trochę zbyt seksownie jak na uniwersytecką 

imprezę. Wisiorek malej Yale przekrzywił się na jej szyi. Serena nigdy nie widziała swojej 

przyjaciółki tak zdezorientowanej.

- Bogu dzięki, że cię znalazłam! - wykrzyknęła Blair ledwo łapiąc oddech. Zerknęła 

na pana Parrisa. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki!

background image

Serena zorientowała się, że Blair coś kombinuje albo jest bliska paniki, bo nozdrza 

miała rozszerzone jak u dzikiego zwierzęcia i oczy, które zdawały się nigdy nie mrugać. 

Wyglądała jak wiewiórka chora na wściekliznę. Serena wstała i uścisnęła panu Parrisowi 

rękę.

- To była prawdziwa przyjemność porozmawiać z panem.

Pan Parris ucałował jej rękę.

- Cała przyjemność po mojej stronie.

Blair  kaszlnęła. Oczywiście  Serena całkowicie oczarowała tego staruszka, co było 

absolutnie niesprawiedliwe, bo to Blair powinna go była oczarować.

- To naprawdę pilne - rzuciła niecierpliwie.

Niezbyt to czarujące.

- Dobrze, już idę - mruknęła Serena.

Wzięła Blair pod ramię i dała się wyciągnąć do wyjściowego korytarza. Nacisnęły 

guzik windy.

- Gdzie my właściwie idziemy? - zapytała Serena, gdy otworzyły się drzwi windy.

- Do hotelu Plaza! - pisnęła Blair.

Można chyba bezpiecznie założyć, że na miejscu nie będą rozmawiały o Szekspirze.

background image

a myślałaś, że andy warhol nie żyje

Vanessa   i   Beverly   podeszli   do   ogrodzonej   rampy,   która   prowadziła   na   teren 

magazynów w Williamsburgu. gdzie odbywała się impreza znajomego Beverly'ego. Vanessa 

słyszała muzykę - coś beztroskiego i rytmicznego, mogła to być Björk, ale nie na pewno. 

Jakaś kobieta otworzyła czarne, metalowe drzwi u szczytu rampy i, głośno tupiąc, wyszła na 

zewnątrz.   Na   włosach   miała   żółtą   bandamkę,   a   poza   tym   nosiła   czarne   podkolanówki   i 

fluorescencyjnożółte chodaki. Wyglądała, jakby płakała. Lewą rękę przyciskała do piersi.

- Hej, Bethene - zawołał do niej Beverly, gdy kobieta zaczęła się oddalać.

- Co to? - zapytała Vanessa, zaglądając do wiadra pełnego czegoś, co przypominało 

pluszowe zabawki. Wiadro stało w połowie rampy.

- Kocięta - odpowiedział Beverly, jakby niepotrzebne były żadne dalsze wyjaśnienia.

Najwyraźniej rampa została przerobiona na swoistą wystawę i stało na niej mnóstwo 

dość przypadkowych przedmiotów. Poza wiadrem z kociętami była tam naturalnej wielkości 

woskowa figura Świętego Mikołaja z ogromnym workiem z przezroczystego plastiku pełnym 

nagich lalek Barbie bez głów. U stóp Mikołaja stała lampa woskowa, w której pływało coś, co 

wyglądało jak najprawdziwsze gałki oczne. Rampa przypominała nawiedzony dom, tyle że to 

miejsce było trochę bardziej niepokojące.

Tylko trochę?

- Wszyscy tutaj to artyści - oznajmił Beverly. - I robią tę imprezę od marca.

Vanessa pokiwała głową, chociaż nie do końca rozumiała, co ma na myśli, mówiąc 

„robią tę imprezę”. Kojarzyło jej się to happeningami urządzanymi W latach sześćdziesiątych 

przez Andy'ego Warhola w Factory. Mnóstwo artystów pracowało nad dziwacznymi dziełami 

sztuki, których nikt tak naprawdę nie rozumiał i które nawet nie były dobre.

Kiedy doszli do szczytu rampy, Beverly pchnął drzwi i weszli do środka. Zobaczyli 

ogromny magazyn,  zimny i ciemny,  oświetlony jedynie czterema gigantycznymi  lampami 

woskowymi podobnymi do tej, którą widzieli po drodze. Nikt ich nie powitał. Ku zaskoczeniu 

Vanessy, w środku było raptem ze trzydzieści osób. Wszyscy siedzieli ze skrzyżowanymi 

nogami w małych grupkach, malowali palcami na stronach starych encyklopedii i wyglądali 

na nieprzytomnych, jakby od marca nie spali. Nikt niczego nie pił ani nie jadł. ani nawet nie 

background image

rozmawiał. Ta impreza w pewnym sensie była antyimprezą.

Vanessa   patrzyła,   jak   kobieta   we   włochatym   czerwonym   szlafroku   i   czerwonych 

kaloszach odcięła sobie garść długich, ciemnych włosów i wrzuciła je do ogromnego gara, 

który stał na płycie grzejnej na podłodze. Wysoki, blady, chudy facet w czarnym kapeluszu 

typu fedora i czarnych bokserkach podszedł do kociołka i zamieszał w nim długą drewnianą 

linijką.

- Bruce. - Beverly powitał chłopaka skinieniem głowy. - To Vanessa. Robi filmy.

Bruce kiwnął głową. Kiwał dłużej niż normalny człowiek, nie przerywając mieszania. 

Vanessa potwornie żałowała, że nie wzięła ze sobą kamery wideo. W życiu  nie widziała 

czegoś podobnego.

- Przyszłaś, żeby się dołożyć? - zapytał Bruce.

Vanessa nie była pewna, kogo pytał. Tak naprawdę to pierwszy raz w życiu czuła się 

kompletnie zagubiona. Każda impreza, na której była, okazywała się tak przewidywalna, że 

aż beznadziejnie nudna. Uśmiechnęła się niepewnie do Beverly'ego. Właściwie miło było dać 

się tak zaskoczyć.

Muzyka nagłe zmieniła się w ścieżkę muzyczną ze  Shreka 2  i Vanessa poczuła się 

jeszcze bardziej zagubiona. Podeszła do kotła i zerknęła do niego.

- A co to właściwie jest?

Bruce uniósł lewą dłoń i zamachał palcami. Brakowało mu końca środkowego palca, 

tak samo jak Beverly'emu.

- Pracuję nad regeneracją - odparł Bruce, jakby to wszystko wyjaśniało.

Beverly podniósł lewą dłoń i rozłożył palce jak wachlarz. Nie, Vanessa wcale nie 

oszalała. Jemu też brakowało końca środkowego palca.

- Większość z nas się dołożyła. Ale nie ma żadnego przymusu ani nic takiego.

Co za ulga, nie?

Niełatwo Vanessę przyprawić o dreszcz, ale tym ludziom prawie się to udało.

- I co robisz z tymi.., kawałkami... w tym garnku... po tym jak już... się ugotują czy 

jakoś tak?

Bruce wyszczerzył zęby, na szyi wyszły mu błękitne żyłki. Wyglądał tak, jakby od 

miesięcy nic nie jadł.

- Nie chodzi o robienie, tylko o mieszanie - odparł.

Beverly pokiwał głową w ten sam dziwaczny, przydługi sposób, jak wcześniej Bruce.

- Vanessa ma świetną przestrzeń - oświadczył ni stąd, ni zowąd. - Chyba zostanę u 

niej na jakiś czas. Byłoby świetnie ze względu na nasz projekt - dodał, nadal kiwając głową.

background image

Nagle Vanessa zdała sobie sprawę z tego, że szukanie współlokatora przez Internet 

mogło nie być najlepszym pomysłem. Z początku Beverly wydawał się ciekawy, ale wła-

ściwie to wolała już mieszkać z Danem, niezależnie od jego występków, lub jedną z tych jej 

zepsutych, próżnych, ogarniętych obsesją mody koleżanek z klasy, niż wracać do domu, gdzie 

w garze gotują się kawałki palców i Bóg jeden wie, co jeszcze. Jedna rzecz to tworzyć sztukę, 

o której ludzie pomyślą, że jest szokująca i dziwaczna, a inna rzecz to rzeczywiście próbować 

być szokującym i dziwacznym. Beverly i jego znajomi chodzili do college'u - niczego się tam 

nie nauczyli?

- Chce ci się pić? - zapytał Beverly. - Wody?

Vanessa zdała sobie sprawę z tego, że to chyba najmilsza rzecz, jaką powiedział jej 

przez   cały   wieczór.   Nie   mogła   uwierzyć,   że   przejmowała   się   konstelacją   znamion   i   że 

specjalnie dla niego użyła perfum. Ziewnęła i rozejrzała się po ogromnym pomieszczeniu.

- Nie wiem, ile tego jeszcze zniosę - odparta, parodiując słowa Beverly'ego na temat 

śpiewu Dana w klubie. - Idę do domu.

Beverly zagryzł usta.

- Ale przecież jest dobrze, nie? To znaczy, na razie jest dobrze? - zapytał.

- Właściwie to nie - odparła Vanessa i uśmiechnęła się słodko i fałszywie, jak jej 

koleżanka z klasy, Blair Waldorf, gdy w myślach mówiła nauczycielowi, żeby się wypchał i 

odchrzanił, jednocześnie próbowała urwać się z lekcji na wyprzedaż butów Manolo Blahnika.

- Na pewno nie chcesz się dołożyć? - zapylał Bruce, nadal mieszając w kotle.

Vanessa odpięła kolczyk z ust i wrzuciła go do środka.

- Powodzenia - powiedziała i odwróciła się na pięcie.

Beverly i Bruce zaczęli kiwać głowami.

O ile wiemy, nadal nimi kiwają.

background image

co tak naprawdę robią dziewczyny za zamkniętymi hotelowymi 

drzwiami

- Pamiętasz, jak byłyśmy w piątej klasie i ćwiczyłyśmy całowanie na poduszkach? - 

Serena zanurzyła twarz w jedną z ogromnych, puchowych hotelowych poduch i zaczęła ją 

obściskiwać. - Och, kochanie - westchnęła. - Twoje usta są takie słodkie.

Blair rzuciła poduszką w tył głowy Sereny.

- Słuchałaś mnie w ogóle? - zapytała ostro. - Powiedziałam, że prawic pocałowałam 

Stanforda Parrisa Piątego!

Serena   przechyliła   głowę   i   zdmuchnęła   z   twarzy   włosy.   Zdjęła   spódnicę,   a   białe 

bawełniane figi zjechały jej do połowy chudego tyłka.

- Więc dlaczego tego nie zrobiłaś?

- Nie wiem.

Blair zdjęła złoty wisiorek Yale i rzuciła go na nocny stolik. Potem ściągnęła przez 

głowę sukienkę i rozebrała się do bielizny, Włożyła jeden z hotelowych szlafroków frotte” i z 

trzaskiem otworzyła puszkę coli.

- Chciałam, ale nie mogłam przestać się śmiać. Potem zrobiło mi się tak głupio, że 

wyszłam.

Serena  przeturlała   się  na plecy  i zaczęła   masować  swój  brzuch,  jakby  chciała  się 

pozbyć tłuszczu, którego na nim nie było.

- Nie uważasz, że to dziwne, że jesteśmy przyjaciółkami, a pociągają nas tak różni 

faceci? Moim zdaniem to potworny snob.

Pociągają je różni faceci? A czy nie straciły cnoty z tym samym chłopakiem? Ale 

żadna z nich nie chciała burzyć ich przyjaźni, przypominając tę historię.

Blair głośno beknęła.

- Twoim zdaniem wszyscy są snobami. A ja miałam wrażenie, że Stan 5 był trochę 

zakłopotany faktem, że jego już przyjęli do Yale, gdy mu powiedziałam, że jestem tylko na li-

ście   rezerwowych.   Jest   raptem   trójkowym   uczniem   w   Andover.   Nie   chodził   na   żadne 

zaawansowane zajęcia. Dostał się tylko dzięki dziadkowi.

Serena   otworzyła   szeroko   oczy.   Miała   czwórki   plus   i   też   nie   chodziła   na 

background image

zaawansowane zajęcia, ale ją przyjęli. A w czasie rozmowy z panem Parrisem zdecydowała 

ostatecznie, że Yale to szkoła dla niej. Czy odważy się powiedzieć o tym Blair i popsuje 

rewelacyjnie zapowiadającą się zabawę w hotelowym apartamencie?

Blair   znowu  beknęła.   Serena   zabębniła   o  materac   pomalowanymi   na   jasnoróżowo 

paznokciami nóg. Zastanawiała się. E, nie, doszła do wniosku. Poza tym podejrzewała, że 

Blair tak się przejmowała Stanem 5 tylko dlatego, że jej zdaniem mógł jej pomóc dostać się 

do Yale.

Na tym właśnie polega kłopot z najlepszymi przyjaciółkami. Czasem znają cię lepiej 

niż ty samą siebie.

- Ej, podzwońmy po ludziach dla zabawy! - krzyknęła Serena, desperacko próbując 

zmienić temat.

Usiadła, złapała telefon i szybko wybrała numer.

- Halo? Recepcja? Czy możecie przysłać hydraulika do pokoju 448? Mamy okropny 

problem z... toaletą. Rozumie pani? Super. Dziękuję. - Wybrała następny numer.  -  Proszę 

pana? Pokój 448? Tak, tu recepcjonistka. Chciałam tylko pana zawiadomić, że idzie już do 

pana pan do towarzystwa, którego pan zamawiał. - Potem zadzwoniła do któregoś z pokojów 

na tym samym korytarzu. - Tatusiu, nie mogę zasnąć - powiedziała dziecinnym głosikiem. - 

Zaśpiewaj mi coś. - Facet na drugim końcu zaczął śpiewać piosenkę Ravesów Lody. Miał głos 

zupełnie taki sam jak Damian.

Ciekawe, jak to możliwe?

- Jej, jesteś naprawdę niezły - sapnęła dziecięcym głosikiem Serena. - Kocham cię, 

tato - zagruchała i się rozłączyła. Odwróciła się do Blair. - No dobra, to było kretyńskie.

Blair nic nie powiedziała. Nadał nie mogła uwierzyć, że stchórzyła ze Stanem 5. To 

był tylko pocałunek, a Nate'a nawet nie obchodziło, z kim się całowała, bo najwyraźniej cał-

kiem o niej zapomniał.

Nagłe ktoś zapukał do drzwi.

- Cholera! - pisnęła Serena, chowając się pod kołdrę. - To recepcjonistka!

Blair poprawiła szlafrok i podeszła do drzwi.

- Kto tam? - zawołała, dotykając niepewnie drzwi.

- To ja - odpowiedział Nate.

Blair odskoczyła do tyłu. jak porażona prądem. Znowu zacisnęła pasek szlafroka.

- Kto? - zapytała poirytowana, chociaż doskonale wiedziała, kto.

- To ja, Nate - padła odpowiedź. - Mogę wejść?

- Psst! - szepnęła spod kołdry Serena. - Udawaj, że jestem Stanem 5!

background image

Blair odwróciła  się i zobaczyła,  że Serena wyciągnęła się na brzuchu pod kołdrą, 

długie nogi rozrzuciła szeroko, włosy schowała dyskretnie pod poduszkę, a całkiem spore 

stopy wystawiła za łóżko. Spokojnie można by ją wziąć za faceta. Nawet pognieciona szara 

spódniczka mogła być wzięta za porzucone bokserki.

Serena uniosła głowę i uśmiechnęła się szelmowsko. Blair zachichotała i machnęła 

ręką   na   przyjaciółkę,   żeby   położyła   się   jak   przedtem.   Potem   uchyliła   drzwi   na   parę 

centymetrów.

- To nie jest najlepszy moment - szepnęła tajemniczo.

Nate był rozczochrany i wyglądał na zmęczonego. Właściwie to była pewna, że miał 

na   sobie   te   same   rzeczy:   czarną   wyblakłą   koszulkę   i   spodnie   khaki,   które   nosił,   gdy 

wychodziła od niego z domu zeszłego popołudnia. Włosy miał brudne, bo już nie było widać 

w nich złotych pasemek. Wyglądały po prostu jak brązowe. Miał też między zębami coś 

brązowego, jak okruszki ciastek czekoladowych.

Albo herbatników.

- Muszę wziąć prysznic - powiedział i ziewnął.

- Ale nie tutaj - upierała się Blair.

Poprawiła szlafrok, sugerując, że pod spodem jest naga. Potem zrobiła krok w tył, 

odsłaniając widok na pokój.

- Jestem zajęta.

Patrzyła, jak wzrok Nate'a wędruje od pomalowanych na biało i złoto drzwi, przez 

złoto - beżowy dywan, do wielkiego łóżka. Dwa dni temu złapałaby go za kark i rzuciła na 

łóżko, żeby się natychmiast  dobrać do jego niesamowicie  cudnego ciała i żeby on mógł 

dorwać się do niej, tak jak to robili, odkąd postanowiła iść na całość. Ale przez całe dwa dni 

nie odezwał się do niej i naprawdę powinien umyć zęby. Stracił swoją szansę.

Serena zachrapała spod kołdry - perfekcyjnie udawała męskie chrapanie po solidnej 

dawce seksu. Blair zacisnęła zęby, żeby się nie roześmiać. Właściwie to wcale jej nie było do 

śmiechu. Za bardzo była zła na Nate'a.

Nate przycisnął dłonie do policzków, jakby się bal, że eksploduje. Liczy! na to, że 

zostanie dziś wieczór z Blair, bo: a) miała apartament w hotelu i byłoby super wziąć miły, 

gorący prysznic, zająć się seksem, wziąć kąpiel z pianką, zamówić tony żarcia do pokoju i 

oglądać filmy aż do zaśnięcia w swoich ramionach; b) naprawdę nie chciał wracać do domu i 

znosić napady wściekłości admirała Archibalda. Na pewno dostanie szlaban, co oznacza, że 

nie będzie się mógł umawiać przez resztę życia i pewnie nigdy więcej nie zobaczy Blair. I c) 

kiedy baraszkował z Lexie, zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już ochoty całować nikogo 

background image

poza Blair.

Cóż, może powinien pomyśleć o tym wczoraj.

Serena machnęła nogą i ryknęła przez nos jak śpiący słoń.

„Kto to do cholery jest?” Nate miał wielką ochotę zapytać, już sobie wyobrażał, jak 

się zachowa, gdy usłyszy odpowiedź. Spojrzał z powrotem na Blair, która wyglądała, jakby 

już się znudziła grą, w którą najwyraźniej grali.

- Byłem na łodzi - zaczął tłumaczyć. - Zgubiłem telefon.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że właściwie to niczego nie wyjaśnia.

Czasem bycie sobą jest naprawdę straszne, nie?

- Wracaj do domu - odprawiła go Blair. - Rodzice cię szukali.

Nate opuścił ręce. schował je do kieszeni i zaczął się cofać do windy. Spodnie miał 

umazane w kroczu herbatnikami. Był w kompletnym nieładzie.

- Nie  odzywali  się  jeszcze  z Yale,  nie?  - zapytał  desperacko,  szukając  wspólnego 

tematu.

- Nie - odparła chłodno.

Nate poczekał, aż Blair powie coś więcej, ale nie odezwała się. Przeciągnęła się i 

ziewnęła leniwie, jakby tak się zmęczyła seksem z tym wielkim, napalonym ogierem, który 

leżał w jej łóżku, że już jej się nawet nie chciało gadać.

- Napisz   do  mnie   e   -  maila   albo   coś   takiego,  dobra?   -   zaproponowała   Nate'owi   i 

złapała za klamkę.

Nigdy nie porozumiewali się z Nate'em za pomocą e - maili. Kiedy widzisz kogoś 

nago codziennie przez parę godzin po szkole, nie masz potrzeby pisania do niego e - maili.

Kąciki ust Nate'a opadły, jakby miał się rozpłakać. Blair nie zrywała z nim oficjalnie - 

nigdy nie zrywała oficjalnie i dlatego przez ostatnie trzy łata ciągle rozstawali się i wracali do 

siebie. Ale to było, zanim zaczęli być ze sobą tak blisko. A teraz jakiś przypadkowy facet 

leżał w łóżku Blair.

- Dobra. Baw się dobrze jutro w szkole.

- Do zobaczenia. - Blair zamknęła drzwi. - Poszedł - szepnęła.

Serena podniosła głowę z kaskadą bładozłotych włosów.

- To dopiero była zabawa - stwierdziła, ale zabrzmiało to bardziej jak pytanie.

Blair podeszła i usiadła na brzegu łóżka.

- Świetny ubaw - stwierdziła bezbarwnym głosem.

Spojrzały po sobie. Żadna się nie uśmiechała.

Wreszcie Serena zachichotała.

background image

- Pewnie byłoby zabawniej, gdybym naprawdę była Stanem 5.

Blair nie odpowiedziała. Właściwie to właśnie zerwała z Nate'em - znowu - po tym, 

jak przegapiła idealną okazję, żeby zabawić się z chłopakiem, który mógł załatwić jej przyję-

cie do Yale. Cóż, jedno było pewne: nie zamierzała odpuścić sobie Stana 5.

Serena odrzuciła kołdrę i złapała oprawione w skórę hotelowe menu.

- Zamówmy befsztyki z polędwicy, frytki i piwo i pooglądajmy stare filmy!

Zawsze była mistrzynią w zmienianiu tematu.

Blair podciągnęła stopy pod siebie i złapała pilot. Może będzie jakiś film z Audrey 

Hepburn   na   TCM   albo   AMC.   Przerzuciła   parę   programów.  Jest!  My   Fair   Lady.  No, 

przynajmniej tyle dobrego.

Serena   zapaliła   merita   ultra   light,   zaciągnęła   się   i   włożyła   papierosa   do   ust 

przyjaciółki.   Potem   wzięła   telefon   i   masując   Blair   plecy,   zamówiła   wszystko   po   kolei   z 

hotelowego menu.

Może życie czasem dokopuje ludziom, ale Serena nie pozwoli, żeby dokopało im.

background image

dwoje drzwi, dalej impreza no całego

Przy tym samym  korytarzu w jeszcze większym apartamencie Dan, Jenny i dwoje 

członków zespołu Raves oraz bardzo opalona Francuzka obijali się, paląc cygara, które tego 

dnia   dostarczono   kurierem   prosto   z   Kuby.   Cały   pokój   był   pełen   porozrywanych   paczek 

kurierskich: brzoskwinie z Georgii, świece z Francji, wódka z Finlandii, mocne ciemne piwo 

z Irlandii, paluszki chlebowe z Wioch, żel pod prysznic z Los Angeles i superostry cheddar z 

Vermont.

Jakby nie można było tego wszystkiego kupić w mieście, w którym jest wszystko.

Lloyd poprosił recepcjonistkę, żeby przysłała więcej szlafroków i wszyscy po kolei 

zdjęli ubrania i włożyli szlafroki. Jenny nie wiedziała za bardzo, co zrobić ze spodniami i 

koszulką,   poza   tym   właściwie   nie   mogła   ukryć   stanika,   ponieważ   szlafrok   miał   okropną 

tendencję do rozchylania się w okolicach dekoltu. Postanowiła wrzucić ubrania do złoto - 

białej toaletki pod urny walką, a potem ścisnęła się mocno paskiem szlafroka i wyszła z 

łazienki.

- Poczęstuj   się   brzoskwinią   -   zaproponował   jej   Damian   z   uroczym   irlandzkim 

akcentem.

Wyjął   z   pudełka   idealnie   dojrzały   owoc.   Też   przebrał   się   w   szlafrok.   Jenny 

zastanawiała się, czy nadal ma na sobie bieliznę. Ta mysi sprawiła, że zaczerwieniła się, a 

szlafrok znowu jej się rozchylił.  Damian poklepał poduszkę ze złotego adamaszku, która 

leżała obok niego na szerokiej kanapie.

- Chodź,   siadaj.   Zjedz   sobie   jedną,   a   potem   pokaż,   jak   skopiesz   mi   tyłek   na 

terminatorze.

Jenny zerknęła na zbiór gier leżący na stoliku do kawy. Nigdy w życiu nie grała w grę 

wideo.

- A   może   wolisz   coś   bardziej   wyrafinowanego,   na   przykład   świetne   paluszki 

Chlebowe?   -   zapytał   Lloyd   siedzący   na   sofie   po   drugiej   stronie   stolika.   Bębnił   dwoma 

paluszkami o kolano. - Świetnie wchodzą z piwem. Po prostu zanurz - wyjaśnił, wkładając 

cały paluszek do butelki irlandzkiego ale - i zjadaj. - Poklepał poduszkę obok siebie tak jak 

przed chwilą Damian. - Spróbuj.

background image

Nie mogąc się zdecydować, który chłopak jest fajniejszy, Jenny ukroiła sobie maleńki 

kawałek   cheddara   z   wielkiego   kawałka   leżącego   na   stoliku   i   przyklęknęła   na   podłodze. 

Monique   też   siedziała   na   podłodze.   Paliła   ręcznie   zwijaną   cygaretkę,   czytała   francuski 

magazyn mody i sprawiała wrażenie znudzonej, bo Dan poszedł do łazienki wziąć prysznic i 

przebrać się w szlafrok.

- U   -   la   -   la,   właśnie   skojarzyłam,   kim   jesteś!   -   pisnęła   Monique.   z   podniecenia 

rozrzucając   popiół   na   podłodze.   -   Jestesz   ta   modelka   z   tego   fantastycznego   pisma   „W”. 

Prześliczne te zdjęcia. I ta blondynka, taka piękna, non?

- Ty jesteś jeszcze ładniejsza - odparła skromnie Jenny, poruszona tym, że została 

rozpoznana.

Żałowała, że nie ma takiego świetnego francuskiego akcentu jak Monique. Jak się 

mówi z takim akcentem, od razu wszystko brzmi lepiej.

Dan wyszedł z łazienki z hiphopowymi ubraniami zwiniętymi pod pachą. Teraz, gdy 

już zwymiotował wszystko, co mógł zwymiotować, i trochę otrzeźwiał, miał ochotę wywalić 

je przez okno.

- Ej, gościu, nie mówiłeś, że twoja siostra to cholerna modelka - stwierdził Damian.

- Skoro cholerna Monique jest pod wrażeniem, to Jennifer musi być cholernie dobra - 

dodał Lloyd.

Chłopcy.   Dać   im   trochę   mocnego   irlandzkiego   piwa,   a   nagle   wszyscy   zaczynają 

mówić z brytyjskim akcentem.

Dan był tak zażenowany swoim występem, że ledwo potrafił spojrzeć na kumpli z 

zespołu.

- Pracowała trochę jako modelka - wymamrotał.

Marc, basista z Raves, otworzył drzwi do apartamentu. Wrócił ze spaceru ze swoim 

psem berneńskim o imieniu Trish. Trish była ogromna, czarna i miała słodką, brązowo - białą 

mordkę jak bernardyn.  Marc nazwał psa imieniem swojej byłej dziewczyny,  miłości jego 

życia, która zerwała z nim w dziewiątej klasie. Nigdzie się bez Trish nie ruszał.

Jakie to słodkie. I chore.

Dan usiadł na podłodze obok siostry. Trish położyła się obok i oparła głowę na jego 

kolanach. Strasznie jechało jej z pyska, jakby najadła się makreli i kwaśnego mleka.

- Ej, Marc. okazało się, że Jenny jest znaną supermodelką - poinformował kumpla 

Lloyd.

Basista zerknął nieśmiało na Jenny, a potem wziął ze stosu hotelowy szlafrok i włożył 

go na ubranie. Wyglądał jak współczesna wersja wampira - miał kręcone czarne włosy, bladą 

background image

cerę i czarne jak węgiel oczy.

Jenny  zachichotała,   rozkoszując   się   tym,   że   cała   uwaga   skupiła   się   na   niej.   Była 

pierwsza w nocy. a ona siedziała w hotelu Plaza w samym szlafroku i bieliźnie z chłopakami 

leźć się w takiej sytuacji z bratem, ale z drugiej strony trochę uspokajające.

Monique przyklęknęła i podrapała Trish za uszami. A potem przejechała dłonią po 

plecach Dana.

- Chodź do sypialni - szepnęła mu do ucha.

Jenny słyszała każde jej słowo, chociaż wcale tego nie chciała. Odważnie wstała i 

usiadła na sofie obok Lloyda. Koniec korków była słynną modelką, mogła siadać, gdzie jej się 

żywnie podobało.

Lloyd dał jej paluszek chlebowy.

- W południowych Włoszech uważa się je za afrodyzjak.

- Kłamczuch! - Damian rzucił dojrzałą, soczystą brzoskwinią w głowę Lloyda.

Nie trafił i owoc roztrzaskał się na nieskazitelnie białej ścianie za sofą.

- Nie słuchaj tego głupka, on ciągle sypie takimi tekstami - ostrzegł ją Damian, nagle 

tracąc irlandzki akcent.

Zaniósł na sofę trzy joysticki i usiadł, więc Jenny siedziała teraz wciśnięta między 

Damiana i Lloyda.

Było jej nawet fajnie.

Stopy ją świerzbiły, a w uszach szumiało. Następnego dnia szła do szkoły, ale była 

supermodelką i siedziała w hotelu z trzema słynnymi gwiazdami rocka. Szkoda, że Serena jej 

nie widzi.

Monique zmusiła Dana do wstania. Damian kopnął ją w tyłek, ale ona udawała, że 

niczego nie zauważyła. Zaciągnęła Dana do sąsiedniej sypialni i zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Nie hałasujcie za bardzo! - wrzasnął Damian.

Marc położył się w miejscu,  w którym  wcześniej  siedzieli Dan i Monique. Oparł 

głowę na psie. Trish polizała go w blady policzek i objęła za szyję ogromną czarną łapą.

Och. Jaka śliczna para.

Jenny nigdy w życiu nie czuła się tak stawna - i wszystko to zawdzięczała bratu. 

Zasłużył sobie  na  jakąś   przypadkową   francuską  dziewczynę.   A  Jenny zasłużyła   sobie  na 

siedzenie między dwoma najsłodszymi facetami, jacy kiedykolwiek zdobili okładkę „Rolling 

Stone”. Gdyby tylko jakiś fotoreporter zapukał właśnie do drzwi i zrobił im zdjęcie. Chciała, 

żeby świat się o tym dowiedział - to było zbyt piękne, żeby tego nie rozgłosić, nawet jeśli 

miałaby przez to straszne kłopoty.

background image

Spokojnie, kochana, jakimś cudem świat i tak się o wszystkim dowie.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

A MYŚLELIŚCIE, ŻE HOTEL TRIBECA STAR JEST TAKI SUPER

Hotel Plaza przeżywa odrodzenie, i to wielkie. Kilku naszych ulubieńców szalało zeszłego wieczoru w 

hotelu Plaza. Sprawa rozegrała się zbyt późno, żeby trafiła do dzisiejszych gazet, ale zalogujcie się na 

szóstej stronie internetowego wydania „New York Posta”, a wszystko znajdziecie. Całą czarno - białą 

galerię zdjęć ze śliczną, małą J, którą czołowy gitarzysta Ravesów całuje na pożegnanie w usta na 

krytych czerwonym dywanem schodach hotelu Plaza i która dostaje klapsa w tyłek pałeczkami od 

perkusisty, obejmującego ją po chwili w niedźwiedzim uścisku. Miała na sobie hotelowy szlafrok, bo 

beztrosko zostawiła ubranie w apartamencie. Potem posyłała z taksówki pocałunki jak współczesna 

Marylin Monroe.

J nie była w tym budynku jedyną modelką, która spędziła czas z gitarzystą z Ravesów. Ktoś z obsługi 

hotelowej nagrał, jak gitarzysta śpiewał przez wewnętrzny telefon dla S. Zakończyła rozmowę, mówiąc 

„Kocham cię, tatusiu”. Czyżby?

Ale co z jego ślubem z pewną tajemniczą Francuzką, który odbył się jakiś rok temu podczas prywatnej 

uroczystości na St. Barts? Jeśli się przyjrzycie uważnie zdjęciu, na którym całuje J. to widać, że ma 

złotą obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki... I była tam też pewna śliczna Francuzka, tyle że 

zajęta D, nowym głosem zespołu. Jego publiczny debiut był właściwie dość żenujący, ale jak to zwykle 

bywa z Francuzkami, pewnie za bardzo się napaliła, żeby zwrócić na to uwagę.

Najdziwniejsze jest to, że  S  nocowała w apartamencie  B, co przywołuje z powrotem te wszystkie 

opowieści o ich wspólnych gorących kąpielach, kiedy zajmowały się czymś, co najlepiej można by 

określić jako mały „kobiecy duecik”. Jakby sprawy nie były już dość skomplikowane i pikantne!

COŚ NA TEMAT FRANCUZEK

background image

Wiem, że już nieraz pomstowałam na ten temat, ale dlaczego dziewczyny, które chodzą do L'École 

Française, wyglądają na dwadzieścia pięć, chociaż mają dopiero czternaście lat? I jak to się dzieje, że 

wszyscy faceci, za którymi wzdychamy - mniej lub bardziej potajemnie - ślinią się na ich widok? A 

jakie   to   denerwujące   usłyszeć,   jak   grupka   dziewczyn   z   L'École   obgaduje   cię   na   imprezie   -   po 

frangielsku,   więc  nie   rozumiesz   z  tego   ani   słowa!  Piją  tylko  gorącą   czekoladę   i  jedzą  frytki,   palą 

jednego papierosa za drugim i nigdy nie widzi się ich biegających po parku albo grających w hokeja na 

trawie w Central Parku. Ale żadna z nich nie jest gruba ani nie ma pryszczy. Zupełnie jakby ich mère i 

grandmère zapoznały je z kosmetykami Lancôme'a i Chanel, kiedy jeszcze były maleńkie i teraz ich 

ciała przesycone są kwasami alfa - hydroksylowymi - albo czymś w tym guście - dzięki czemu mają 

idealną cerę i idealne ciała oraz stopy, którym najwygodniej jest na siedmiocentymetrowych obcasach. 

Ich szkoła nawet zezwala na obcasy - w przeciwieństwa do pozostałych szkół dla dziewcząt w Upper 

East   Side,   co   tylko   potwierdza   moje   spostrzeżenia.   A   jeśli   chodzi   o   edukację,   najwyraźniej   mają 

zupełnie inny program. Nie znaczy to, że im zazdrościmy, nic z tych rzeczy.

Inni na celowniku

Mama B we włoskim konsulacie wymachuje książeczką czekową - co ona właściwie kombinuje? K i 

fundują  sobie   wosk   w  okolicach  bikini   w  Maria  Bonita,   w  maleńkim  salonie   w  NoLita   zaraz  obok 

Sigerson Morrisona, gdzie akurat mieli wyprzedaż.  C  (który wypadł poza zasięg radaru, odkąd nie 

przyjęli go do żadnego college'u, do którego złożył podanie) zabiera swoją białą małpkę, żeby... hm... 

pomogli jej w dyskretnej klinice w Chelsea. Najwyraźniej małpka przejęła od właściciela skłonność do 

flirtów i rzucała się na każdego psa, kota i fretkę z sąsiedztwa.

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

Wiem,   że   to   ty   zrobiłaś   ten   film,   którym   wszyscy   tak   się   ekscytują   w   Cannes.   Na   co 

czekasz? Zabieraj tyłek i leć po nagrodę!

gr.ryba

O:

 Droga gr.rybo!

Możesz sobie myśleć, że damie wypada zaprzeczać, ale powtarzam po raz ostatni: nie 

mam zielonego pojęcia, o czym mówisz! Miłej zabawy w Cannes.

P

P:

 Droga P!

Co mamy robić przez resztę roku, skoro już wiemy, do którego college'u idziemy?

znudz

background image

O:

 Droga znudz!

Błagam - przecież na to właśnie czekałyśmy, nie? Nadszedł czas na zakupy, picie, jedzenie 

i cieszenie się życiem, nie? Czas, żeby być sobą. Jeśli nie masz własnego basenu, postaw 

sobie za cel zaprzyjaźnienie się z kimś, kto ma dojście do basenu, i przez resztę maja 

zajmuj się przebieraniem w kolejne bikini Eres!

P

P:

 Droga P!

Jeśli naprawdę, ale to naprawdę lubi się jakąś dziewczynę, która cały czas cię olewa, to co 

robić?

rzuconyrazy2

O:

 Drogi rzuconyrazy2!

Po pierwsze, zmień swój pseudonim na coś bardziej optymistycznego i atrakcyjnego typu 

„superprzystojniak”. Po drugie, upewnij się, że twój dezodorant działa jak trzeba i że nie 

ubierasz się jak ostatni frajer. Potem umów się z nią, najlepiej w takim miejscu, gdzie są lu-

dzie, których ona zna i z którymi dobrze się czuje, dzięki czemu będzie się dobrze bawić, 

nawet jeśli dojdzie do wniosku, że jesteś nieśmiałym frajerem, którym absolutnie nie jest 

zainteresowana. Powodzenia!

P

Jest   poniedziałek   -   czas   iść   do   szkoły.   Wiem:  nuda!   Ale   tak   realnie   rzecz   biorąc   -   czy   po   takim 

weekendzie, można się nudzić? Jak wilk w owczej skórze wszystkie wyglądamy niewinnie w naszych 

szkolnych mundurkach, ale ten weekend nie minie bez echa.

Pierwsza dam wam znać, gdzie będzie najgoręcej!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

J, B i S zdecydowanie wylatują

- Słyszałam, że ta zdzira była z każdym facetem z zespołu, normalnie grupowy seks. 

Poszła   nawet   z   liderem,   a   to   przecież   jej   brat!   -   szepnęła   Kati   Farkas   do   najlepszej 

przyjaciółki i współorganizatorki weekendu piękności, Isabel Coates.

Kati   rozczesała   długie,   jasnorude   włosy   różowym,   szylkretowym   grzebieniem   i 

wygładziła je dłońmi.

- Widziałaś te  zdjęcia  w internetowym  „Post”?  Nawet  nie raczyła  się ubrać przed 

wyjściem z hotelu!

Obie dziewczyny wyglądały przez okno biblioteki z drugiego piętra szkoły Constance 

Billard. Udawały, że uczą się na pamięć zabawnej ulotki na temat dziewczyn w bikini i z ma-

seczkami   z   błota,   które   miały   zamiar   wyłożyć   w   szatni   dla   ostatniej   klasy,   żeby 

rozreklamować   weekend   piękności,   chociaż   takie   wydarzenie   wcale   nie   potrzebowało 

reklamy.   Wszystkie   zaproszone   dostaną   torbę   pełna   prezentów   -   wspaniałych,   nowych 

kosmetyków   Origins,   a   ich   cera   będzie   jaśnieć,   aż   do   rozdania   dyplomów.   To   będzie 

najbardziej udany dzień wagarowicza w historii szkoły.

Isabel zabrała Kati grzebień i zaczesała gładkie, ciemne włosy w koński ogon.

- Słyszałam, że Nate i jego kumple prawie zginęli w katastrofie na morzu, ale Blair 

była zbyt zajęta zabawianiem się - znowu! - z Sereną. Wyobrażasz sobie? Dowiedzieć się, że 

twoja dziewczyna zdradza cię z drugą dziewczyną?

Kati wykrzywiła się i wzdrygnęła.

- Ohyda.

Isabel przycisnęła do szyby zadarty nos.

- Patrz!

Blair i Serena szły pospiesznie Dziewięćdziesiątą Trzecią, trzymając się pod ramię i 

uśmiechając chytrze, jakby dzieliły ze sobą wyjątkowo zabawny sekret. Zamiast powszechnie 

akceptowanej spódniczki do połowy uda, Blair miała na sobie mundurek sięgający kolan. To 

było oczywiste, że pożyczyła go od Sereny.

Proszę, proszę.

Kiedy   dziewczyny   skręcały   w   stronę   wielkich   niebieskich   drzwi,   pod   szkołą 

background image

zatrzymała   się   żółta   taksówka   i   wysiadła   z   niej   Jenny   Humphrey.   Zajadała   paluszek 

chlebowy. Udało jej się przebrać. Nie miała już na sobie szlafroka hotelowego, lecz różową 

koszulkę i biało - niebieski letni mundurek Constance Billard. Na nogi włożyła naprawdę 

ładne, jaskraworóżowe sandały na koturnach od Jimmy Choc, które absolutnie łamały szkolne 

przepisy, a na nos ogromne, ciemne okulary w różowoszylkretowej oprawce od Jackie O.

Ups, nie patrz w tamtą stronę, ale ktoś tu myśli, że jest superlaską.

- Skąd ona wytrzasnęła te buty? - sapnęła Kati z niedowierzaniem.

- To pewnie podróbki, po prostu z tej odległości nie widać - odparła Isabel.

Żadna z dziewczyn  nie chciała przyznać,  co tak naprawdę sobie pomyślały:  że to 

Damian albo Lloyd z Ravesów dał jej te buty i okulary. Bo to było absolutnie w złym guście 

zazdrościć takiej gówniarze.

Ledwo Serena, Blair i Jenny przestąpiły próg szkoły,  a już zaczepiła je potworna 

dyrektorka Constance Billard, pani M.

- Dziewczęta   -   poleciła   pani   M.   -   Chce   porozmawiać   z   wami   trzema   w   moim 

gabinecie. Wasi rodzice już jadą.

Co takiego? - pomyślały jednocześnie wszystkie trzy.

Zapowiada się niezła zabawa.

Twarz pani M. była  miękka jak ciasto. Włosy miała ufarbowane na kasztanowo i 

przypominała lalkę szmaciankę Raggedy Ann. Nosiła trwałą w drobne loczki, dzięki czemu 

wyglądała słodko jak babunia. Ale pozory mylą: w żadnym razie nie była słodka. Właściwie 

to była  wielką,  złośliwą, starą  lesbą, która  podobno miała  dziewczynę  - traktorzystkę  na 

farmie w stanie Nowy Jork i tatuaż na udzie Ujeżdżaj mnie, Vonda.

- Usiądźcie, dziewczęta - rozkazała, sadowiąc swój szeroki tyłek, ubrany w granatowy 

żakiet na krześle - antyku za ogromnym mahoniowym biurkiem.

Cały gabinet pani M. był urządzony w kolorach bieli, czerwieni i granatu. Uczennice 

właściwie nie były pewne, czy to znaczy, że uważała się za prezydenta, czy że po prostu czuje 

się patriotką.

Oszołomione przysiadły posłusznie na twardej niebieskiej sofie naprzeciwko biurka 

dyrektorki. Ledwo mieściły się na tej dwuosobowej kanapie, ale ściśnięte czuły się raźniej.

- Dwie   z  was   w   przyszłym   miesiącu   kończą   szkołę,   co   oznacza   koniec   mojej 

odpowiedzialności - zaczęła pani M, - Ale trzecia dopiero zaczęła swoją karierę w szkole 

średniej,   a   już   zmierza   w   bardzo   złym   kierunku   i   nie   ma   za   co   dziękować   starszym 

koleżankom. - Poprawiła okulary na nosie i przekartkowała stos akt leżący na jej biurku. - 

background image

Wszystkie trzy znalazłyście się w bardzo niepewnym położeniu.

Blair otworzyła usta. żeby się odezwać, ale zamknęła je. gdy w drzwiach gabinetu 

pojawiła   się   jej   matka   w   białym   stroju   do   tenisa,   niosąca   kwilącą   Yale   w   nosidełku   z 

Burberry. Paski nie zostały dobrze dopasowane, więc nosidełko obijało się matce o biodro jak 

nieporęczna torba z uszami.

- Wypróbowuję   tę   nową   rzecz,   która   się   nazywa   „umacnianie   więzi”   -   wyjaśniła 

zdyszana Eleanor. - Dzięki temu dzieci są bardziej związane z rodzicami i potem bardziej 

pewne siebie. - Zachichotała i poprawiła niezgrabnie ramiączko od nosidełka. - Wydaje mi 

się, że powinno się z tym chodzić przez cały dzień, ale kto ma na to czas? Gram w tenisa w 

klubie, jem lunch z Danielem, mam maseczkę w salonie Arden, a potem wyjeżdżamy w tym 

tygodniu z Cyrusem do Bridgehampton. Pół godziny w poniedziałki i w środy, tylko tyle 

czasu mam na tę więź!

Ale i tak należy jej się punkt za starania.

- Och, Blair, u Diora mają wyprzedaż próbek, pomyślałam, że możesz mieć ochotę 

tam pójść. W południe. Możemy się spotkać na miejscu.

Pani M. uniosła nieprzyzwoicie zarośniętą brew. Zakupy w czasie lekcji - niech Bóg 

broni! Chociaż, gdyby chodziło o wyprzedaż w Talbots. to może sama by się skusiła.

- Pani Rose. - Pani M. wskazała fotel z wysokim oparciem stojący obok kapany, na 

której przysiadły dziewczyny. - Rozumiem, że jest pani zajęta, ale chciałam wyrazić swoje 

zaniepokojenie faktem, że pani córka mieszka w hotelu. Zważywszy, że przyjęcie do Yale 

wciąż nie jest pewne, nie sądzę, aby wypadało, by młoda kobieta mieszkała w takim... - urwa-

ła, szukając właściwych słów - niestosownym miejscu.

Eleanor rozpromieniła się bezmyślnie do dyrektorki. Zauważyła. Że Blair zniknęła na 

weekend, ale nie wiedziała za bardzo, dokąd poszła, i nie zauważyła, że córka nie wróciła 

wczoraj na noc do domu, ponieważ wyszli z Cyrusem na koktajl party z okazji otwarcia jego 

nowego budynku i wrócili prawie przed drugą. Usiadła w fotelu na lewo od biurka, skrzyżo-

wała nogi i wsunęła sobie Yale pod pachę, jakby to była najnowsza torebka z kolekcji Hermes 

Birkin. Yale zaczęła zawodzić w proteście, ale Eleanor nadal się uśmiechała, jakby nie bardzo 

wiedziała, co zrobić.

Blair   wierciła   się   niespokojnie.   Czy   pani   M.,   widząc   jej   matkę,   nie   rozumiała, 

dlaczego Blair musiała zamieszkać w hotelu?

- Blair ostatniej nocy spała u mnie - skłamała Serena. Jak na kogoś, kto przypominał 

Barbie z Upper East Side, potrafiła naprawdę szybko reagować, niezależnie od sytuacji. - 

Proszę spojrzeć, pożyczyła ode mnie mundurek.

background image

- To dlaczego przez cały ranek musiałam odpowiadać na telefony rodziców uczennic, 

tych  obecnych  i  tych  przyszłych,   zatroskanych   o  swoje   córki,  które   mogą  wylądować   w 

hotelu z pijanymi gwiazdami rocka? - zapytała ostro pani M. - Otrzymałam nawet telefon z 

wydawnictwa.  Poinformowano   mnie,  że   w   przyszłym  roku  Constance  Billard  przypadnie 

zaszczyt wpisania na ich listę pięciu najlepszych szkół, do których należy wysłać córkę, jeśli 

się pragnie, aby została sławą albo spotykała się ze sławą.

- Super - wyrwało się Jenny, która natychmiast pożałowała swojej reakcji.

Pani   M.   rzuciła   jej   spojrzenie,   które   mówiło:   „nawet   nie   waż   się   zaczynać,   ty 

bezczelna   smarkulo”.   Dyrektorka   nie   miała   pojęcia,   co   doradzić   Eleanor   w   kwestii 

wychowywania córki. Pewnie nieraz jej się to zdarzało, zważywszy, że większość rodziców 

uczennic z Constance Billard nie wychowywało córek samodzielnie. Wyręczali się wieloma 

ludźmi.

- Jestem   pewna,   że   jeśli   dziewczęta   były   razem,   nie   mogły   za   bardzo   nabroić   - 

stwierdziła Eleanor z większym sprytem, niż Blair by ją o to podejrzewała.

- Nawet nie wychodziłyśmy z pokoju - dodała Blair i znowu ugryzła się w język.

O co właściwie chodzi? Serena przecież powiedziała, że nocowały u niej.

Wtedy w drzwiach pojawiła się matka Sereny, Lillian van der Woodsen, oraz ojciec 

Jenny, Rufus Humphrey. Rufus nie przywykł do wychodzenia z domu, a nawet budzenia się 

przed   jedenastą   i   był   jeszcze   bardziej   niż   zwykle   potargany   i   rozwichrzony.   Długie 

szpakowate włosy upiął do góry w kok ogromną, błyszczącą fioletową spinką, którą Jenny 

kupiła w czwartej klasie. Miał na sobie szare spodnie od dresu, które przycięto do połowy 

łydki,   i   czerwoną   flanelową   koszulę   z   podwiniętymi   rękawami.   Z   kieszeni   na   piersi 

wystawała mu paczka cameli - Buty miał całkiem w porządku - brązowe mokasyny - tyle że 

źle wyglądały ze spodniami od dresu i naprawdę fatalnie na gołych stopach.

Pani van der Woodsen jak zwykle wyglądała szykownie i była całkowicie opanowana. 

Roztaczała woń świeżo ściętych lilii i francuskiego mydła. Skrzyżowała długie, opalone ręce 

na piersi, nie zważając na to, że pogniecie sobie lnianą miętową sukienkę od Chanel. Chciała 

mieć absolutną pewność, że żadną częścią swojego ciała nie zbliży się za bardzo do Rufusa.

- Przepraszam za spóźnienie na ten proces inkwizycji - burkną! Rufus. Rzucił Jenny 

groźne spojrzenie. - Za nic w świecie nie chciałbym tego przegapić.

Pani van der Woodsen podeszła do dyrektorki i uprzejmie pocałowała ją w policzek. 

To był pocałunek w stylu tych, jakimi dobroczyńcy obdarzają dyrektorów organizacji, którym 

hojnie przekazują miliony dolarów.

- To   przeze   mnie   dziewczęta  spóźniły  się  do  szkoły -  przyznała   się  pani   van  der 

background image

Woodsen. - Kierowca miał szybko odebrać moją sukienkę z pralni chemicznej, więc musiały 

iść piechotą.

Serena   rzuciła   matce   pełne   wdzięczności   spojrzenie,   a   matka   zmrużyła   oczy   z 

milczącym zrozumieniem.

Teraz już wiemy, po kim Serena odziedziczyła umiejętność wykorzystywania swojego 

wdzięku w trudnych sytuacjach.

Mała   Yale   nagle   wydała   z   siebie   odgłos,   który   publicznie   mogą   wydawać   tylko 

malutkie dzieci. Eleanor wyciągnęła komórkę i wybrała numer do niańki. Miała już dość tego 

umacniania   więzi,   serdecznie   dość.   Nie   zamierzała   ryzykować,   że   przyjdzie   jej   zmieniać 

pieluchę.

- Zostań w samochodzie, zaraz przyjdę - poleciła gorączkowo.

Pani M. jakby nagle zdała sobie sprawę z tego, że w gabinecie znajduje się zbyt wiele 

osób i jeśli czegoś nie zrobi, sytuacja stanie się naprawdę dziwaczna.

Chociaż już było wystarczająco dziwacznie.

Westchnęła   ciężko,   jakby   weekend   w   Woodstock   przy   koszeniu   siana   z   Vondą 

skończył się zbyt szybko i zbliżał się czas, żeby pomyśleć o wcześniejszej emeryturze.

- Sereno, Blair. Jesteście w ostatniej klasie, a wasi rodzice to zajęci ludzie. Zostańmy 

więc przy tym: może już niewiele brakuje wam do dorosłości, ale wolę, żebyście spały we 

własnych łóżkach, zwłaszcza jeśli następnego dnia jest szkoła.

Eleanor   kiwnęła   głową   i   pospiesznie   zgarnęła   zawodzącą   Yale   do   nosidełka. 

Najwyraźniej nie mogła się doczekać, kiedy bezpiecznie odda córkę w sprawne ręce niani. 

Pani van der Woodsen uśmiechnęła się smutno, jakby była  pewna, że jakkolwiek Serena 

narozrabia, da się to łatwo załagodzić demokratycznym pocałunkiem w policzek i obietnicą 

większej dotacji na fundusz rozwojowy Constance Billard. Rufus chrząknął, jakby nie mógł 

się doczekać, kiedy zostanie sam na sam z Jenny oraz panią M.. żeby mógł wygarnąć obu, co 

o tym wszystkim myśli.

Rozległ się dzwonek oznaczający koniec pierwszej tury zajęć.

- Możemy   już   iść   do   klasy?   -   zapytała   słodko   Blair,   jakby   przegapienie   WF   -   u 

rzeczywiście mogło jej popsuć dzień.

- Możecie - zgodziła się pani M.

Serena i Blair wstały, zostawiając Jenny samą na kanapie.

- Tylko pamiętajcie, dziewczęta - dodała dyrektorka - college mogą odwołać decyzję o 

waszym przyjęciu, jeżeli nie utrzymacie stosownego poziomu.

- Dziękujemy   za   ostrzeżenie   -   odparła   Serena,   posłusznie   kiwając   głową   i   prawie 

background image

dygając.

Potem złapała Blair za łokieć i wyciągnęła ją z gabinetu. Pocałowały się z matkami na 

pożegnanie   i   ruszyły   schodami   do   szatni   dla   najstarszej   klasy,   trzy   razy   po   drodze 

powtarzając sobie po drodze pod nosem: „Co to do cholery było?”

- Jennifer - powiedzieli pani M. i Rufus niemal jednym głosem.

Jenny skrzyżowała nogi w kostkach i przysiadła na dłoniach. Poczuła się bardzo mała 

i jak na widelcu, kiedy starsze koleżanki wyszły. Ojciec usiadł obok niej na kanapie i objął ją 

za   ramię.   Pachniał   nieświeżymi   bajglami   z   cebulą   i   kiepską   kawą.   W   spodniach   miał 

powypalane papierosami maleńkie dziurki.

- Zawsze   byłaś   dobrym   dzieckiem.   -   Uścisnął   córkę.   -   Dobre   oceny.   Wspaniała 

artystka.   Dużo   czytałaś.   Byłaś   miła   dla   ojca.   Przeważnie.   -   Rzucił   pani   M.   rozbawione 

spojrzenie. - Chcesz mi powiedzieć, że przez wszystkie te lata odnosiłem mylne wrażenie?

Pani   M.   po   raz   pierwszy   od   tygodni   szczerze   się   uśmiechnęła.   Lubiła   Rufusa 

Humphreya. Jasne: wyglądał niechlujnie i nieodpowiednio się zachowywał, ale był samotnym 

ojcem, który wychowywał dwójkę dzieci i odwalał przy tym kawał niezłej roboty. Jedyny 

kłopot w tym. że mieszkał po drugiej stronie parku i nie przestrzegał reguł, zgodnie z którymi 

grała reszta mieszkańców Upper East Side, odkąd zaczęli żłobek przy Brick Church na Park 

Avenue. Nigdy nie dał nawet centa w darze  dla szkoły ani nie brał udziału w zbieraniu 

funduszy, Nigdy nie zaproponował, że wybuduje szkole nową bibliotekę, salę gimnastyczną 

albo basen, jeśli to zagwarantuje Jenny po ukończeniu szkoły miejsce w Harvardzie. Był też 

bardziej opiekuńczy w stosunku do córki niż większość rodziców, z którymi dyrektorka miała 

do czynienia, głównie dlatego, że sam zmieniał jej pieluchy, siedział przy niej, gdy nie mogła 

zasnąć,   i   sam   ją   karał,   gdy   zrobiła   coś   źle,   więc   czuł   większą   odpowiedzialność   za   jej 

zachowanie.

Rety, niezła wpadka.

Jenny miała nadzieję, że to jeden z tych jej zwariowanych snów, jakie często miewała, 

kiedy zjadła za dużo czekoladowych pączków. Ale pączków, oczywiście, nie jadła. O ile pa-

miętała, na kolację zjadła tylko sześć paluszków chlebowych przywiezionych kurierem prosto 

z Włoch do pewnego apartamentu w hotelu Plaza.

Nie wspominając o siódmym, który jako pamiątkę zawinęła w haftowany złotą nicią 

hotelowy ręcznik.

- Dziękuję za bezzwłoczne zjawienie się, panie Humphrey - zaczęła pani M. - Muszę 

przyznać, że się z panem zgadzam. Jennifer jest inteligentną, twórczą i zwykle niesprawiającą 

background image

kłopotów dziewczyną. Jednak ostatnio zaczyna słynąć z... różnych drobnych szaleństw, które 

sprowokowały rodziców jej koleżanek do zadawania pytań.

Rufus z zakłopotaniem pociągnął się za brodę. Jako samozwańczy anarchista musiał 

czuć   się   dość   niezręcznie,   siedząc   w   patriotycznym   gabinecie   pani   M.,   przedstawicielki 

władzy, i wysłuchując jej wynurzeń o rzekomych wybrykach córki.

- Co ma pani na myśli. mówiąc o „różnych drobnych szaleństwach”?

Pani M. zdjęła okulary i ostrożnie złożyła je przed sobą.

- Panie Humphrey, czy zdaje pan sobie sprawę, że pana córka nie spędziła ostatniej 

nocy w domu?

Rufus skinął głową.

- To jakiś problem?

Jenny zachichotała, a potem zasłoniła usta dłonią.

- A jak pan sobie wyobraża, gdzie była? - dopytywała się uporczywie pani M., a jej 

miękka twarz lalki szmacianki stawała się coraz bardziej surowa i zawzięta.

Rufus żachnął się, a Jenny wyczuła, że gotuje się w nim krew anarchisty.

- Nie   muszę   sobie   wyobrażać,   gdzie   była.   Powiedziała   mi.   Nocowała   w   domu 

przyjaciółki, Elise. Gdzieś tu w pobliżu.

- Elise Wells - wyjaśniła zachrypłym głosem Jenny. - Chodzi ze mną do klasy.

- Tak. Cóż. Elise nie spóźniła się dziś godzinę do szkoły. Właściwie to zjawiła się tu 

punktualnie i... sama. Z kolei pana córka dopiero co przyjechała. To dlatego, że musiała 

pojechać do domu, żeby się przebrać, ponieważ spędziła noc w hotelu, w apartamencie, z 

dość znanym zespołem rockowym.

Rufus rozdziawił usta, odsłaniając krzywe zęby z nalotem od kawy. Po raz pierwszy 

odebrało mu mowę. Jenny skrzyżowała ręce na piersiach i wbiła wzrok w ciemnoniebieski 

dywan.

- I to nie pierwsza jej wpadka - ciągnęła pani M. - Był też kompromitujący film z nią i 

pewnym  chłopcem, film, który kilka miesięcy temu krążył po Internecie. Po tym  zajściu 

wysłałam panu lisi z sugestią, żeby Jennifer kilka razy w tygodniu spotkała się po szkole z 

terapeutą, ale pan nigdy nie odpowiedział. A w zeszłym miesiącu Jennifer pojawiła się w 

popularnym czasopiśmie dla nastolatek w samym staniku do ćwiczeń, co zaniepokoiło sporą 

grupę rodziców jej koleżanek. Głównie tych, którzy mają dorastających synów.

Rufus otarł twarz ręką.

- Jezu. Jenny - westchnął.

Nawet ona musiała przyznać, że pani M. powiedziała to tak, jakby Jenny była zwykłą 

background image

zdzirą - ale nie zamierzała się bronić. Poza tym zwykle była grzeczna, więc to było ekscytu-

jące okazać się dla odmiany złą dziewczyną.

- Więc zawiesicie ją czy jak? - zapytał ojciec.

Tak.   poproszę,   pomyślała   z   radością   Jenny.   I   wyślijcie   mnie   prosto   do   szkoły   z 

internatem. Pani M. pokręciła głową.

- Jeszcze nie. To tylko ostrzeżenie. Jeśli jednak Jenny nadal będzie się zachowywała w 

sposób rażący albo przysparzający trosk koleżankom i ich rodzicom, będę musiała przedsię-

wziąć środki, które zadbają o dobre imię szkoły.

Zadzwonił trzeci dzwonek, oznaczający rozpoczęcie się drugiej tury zajęć.

- Stracę lekcję łaciny - pisnęła Jenny. - Mogę już iść?

- Nie tak szybko, panienko! - wrzasnął ojciec, mocniej łapiąc ją za ramiona.

Rufus miał miękkie serce, ale potrafił stosować surowe środki dyscyplinarne, kiedy się 

naprawdę wściekł.

- Już dobrze, możecie oboje wyjść - odparła pani M.

Odgarnęła   włosy   i   skrzyżowała   ręce   na   piersiach,   wyglądając   na   lesbijkę   jeszcze 

bardziej niż zwykle.

Jenny skoczyła na równe nogi i pospiesznie wybiegła z gabinetu, zanim zdążył dorwać 

ją ojciec i rzucić swoje ostatnie słowo oraz zanim pani M. zdołałaby odesłać ją do domu za 

nieprzepisowy strój.

- Wygląda pan na zmęczonego, panie Humphrey. - Jenny usłyszała za plecami glos 

dyrektorki. - Mam wspaniałą farmę w Woodstock. Proszę nas kiedyś odwiedzić.

- Woodstock... Uwielbiam Woodstock! - wykrzyknął Rufus. - Biwakowałem tam w 

tysiąc   dziewięćset   siedemdziesiątym   czwartym.   Mieszkałem   w   furgonetce   z   kilkoma 

kumplami - poetami...

Jenny   popędziła   na   górę   na   zajęcia   z   łaciny,   dziwnie   podekscytowana   tym.   jak 

niewiele brakowało, żeby wydalili ją z Constance. Co z tego, jeśli pojawiła się na zdjęciach w 

rubrykach z ploteczkami jako niezidentyfikowana, niska cizia o kręconych włosach, która 

zachowywała się w skandaliczny sposób? W końcu zostanie rozpoznana jako dziewczyna, 

która zawsze trzyma  się blisko Ravesów. Ludzie ciągle będą ją pytać, czy spotyka  się z 

Damianem. Będzie twarzą ze strony szóstej, tak jak zawsze o tym marzyła.

background image

osobisty przypal N

- Pyrrusowe zwycięstwo - pan Knoeder. jak zawsze, mamrotał w sposób, za którym 

absolutnie nie dało się podążyć. - Archibald. Jesteś tu z nami duchem?

Nate nie odrobił pracy domowej. Nawet nie bardzo wiedział, jaki jest dzień tygodnia. 

Obudził się, wziął prysznic i podreptał do szkoły, mając nadzieję, że się zorientuje. A teraz 

ten padalec, nauczyciel od historii, chciał, żeby odpowiedział mu na jakieś idiotyczne pytanie 

dotyczące wojny w Wietnamie, o której wszyscy wiedzieli, że była totalnym przypałem.

- Pyrrus był greckim królem czy kimś takim, który skopał tyłek Rzymianom w czasie 

jakiejś bitwy, ale było przy tym masę ofiar - usłyszał własne słowa Nate.

Nic   dziwnego,   że   dostałem   się   do   Yale   i   Brown,   pomyślał.   Jestem   cholernym 

geniuszem!

- Właściwie to była bitwa pod Pyrrusem - poprawił go pan Knoeder. Zaczął pisać coś 

na tablicy, jednocześnie grzebiąc małym palcem w uchu. Chłopcy ze szkoły Świętego Judy 

nazywali   go   panem   Bezinteresownym,   bo   nosił   spodnie   tak   wysoko   podciągnięte   i   tak 

obcisłe, że absolutnie nie mógł mieć żadnego interesu. - Ale twoja odpowiedź jest z grubsza 

dobra.

Nate wyciągnął komórkę i zaczął pisać do Jeremy'ego, który siedział w tym samym 

rzędzie, cztery ławki dalej.

EJ, DZIĘKI FRAJERZE - napisał.

WIDZIMY SIE POTEM? - odpisał Jeremy.

NIE. MAM SZLABAN - odpowiedział Nate.

PRZYKROŚĆ - B & TEN DZIECIAK - napisał Jeremy.

Nate   pochylił   się   nad   ławką   i   rzucił   kumplowi   rozdrażnione   spojrzenie,   mówiące 

„wyjaśnij, proszę”.

GOSTEK   Z   IMPREZY   YALE,   KTÓRY   SPIKNAL   SIE   Z   B  -   wytłumaczył 

Jeremy.

Więc   to   z   nim   Blair   wylądowała   w   łóżku   zeszłego   wieczoru.   Nate   był   zbyt 

przygnębiony, żeby odpisać. Zostawił Blair samą na niecały dzień, a ona już musiała spiknąć 

się z jakimś  dupkiem na imprezie  Yale, na którą pewnie nawet nie dostała zaproszenia? 

background image

Powinien się wściec. Zamiast tego jednak czuł się przygnębiony. Powinien zjawić się na tej 

imprezie. Może nawet zabrałby ze sobą Blair. Mogliby rozmawiać o przyszłości, a potem 

pójść do łóżka. Mogłoby być romantycznie. Ale on jak zwykle wszystko schrzanił.

Cóż, teraz już wie: może zdradzanie nie jest takie nieprzyjemne, ale bycie zdradzonym 

zdecydowanie boli.

Chrzanić to, pomyślał Nate. Podniósł rękę.

- Panie Knoeder, czy mogę wyjść? Chyba się zatrułem.

No nie, daj spokój. Stać cię na więcej.

Pan Knoeder nawet go nie usłyszał. Siał odwrócony i był zajęty rysowaniem fioletową 

kredą szczegółowej mapy Sajgonu. Nate napisał do Jeremy'ego smutne NARA, zebrał rzeczy 

i wyśliznął się z klasy. Reszta kolegów z lekcji historii Stanów Zjednoczonych popatrzyła za 

nim, zastanawiając się, dlaczego oni nie mają dość odwagi, żeby zrobić to samo.

Nate wrzucił książki do szafki w podziemiach i zatrzasnął drzwiczki. Pieprzyć prace 

domowe, pieprzyć szkołę. Dostał się już do college'u, a skoro ma szlaban, równie dobrze 

może siedzieć w domu, zajadać czekoladowe ciastka i palić trawę. Urwie się z reszty zajęć, 

wypali wielkiego, grubego skręta, wypełni odpowiednie formularze i wyśle zadatek do Yale. 

Co z tego, że obiecał Blair, że nie pójdzie do Yale, jeśli ona się tam nie dostanie? Wszystkie 

obietnice, jakie sobie złożyli, zostały złamane, a prawda jest taka, że w Yale mają najlepszą 

drużynę lacrosse i obiecali, że na drugim roku zostanie kapitanem. Chciał tam pójść, przez 

wzgląd na Blair.

Z   posępną   stanowczością   ruszył   do   domu.   próbując   pozbyć   się   z   pamięci   obrazu 

chudego, chrapiącego dupka kradnącego cudze dziewczyny, który spał w hotelowym łóżku 

Blair. Jednakże wysianie zadatku do Yale będzie zwycięstwem krwawo opłaconym. Kiedy 

Blair się dowie, będzie zionąć ogniem.

Chyba że już jej nie zależy - co byłoby jeszcze bardziej przerażające.

background image

D - przyszłość hip - hopu

Szkoła średnia Riverside mieściła się w ceglanym kościele zbudowanym pod koniec 

pierwszej dekady dwudziestego wieku - najbardziej osobliwym budynku szkolnym w Upper 

West   Side.   Główne   wejście   do   szkoły   znajdowało   się   przy   West   End   Avenue   -   śliczne 

jasnoczerwone drzwi, nad którymi  wisiała tablica:  P

RYWATNA

 

SZKOLĄ

 

ŚREDNIA

  R

IVERSIDE

 

DLA

 

CHŁOPCÓW

. Brzmiało to trochę żenująco, jakby to była szkoła dla jakichś bogatych dzieciaków. 

Na   szczęście   uczniowie   wchodzili   bocznym   wejściem,   przez   zwykłe   czarne   drzwi   przy 

Siedemdziesiątej   Siódmej   -   idealne   miejsce,   jeśli   do   szkoły   chce   się   wślizgnąć   człowiek 

spóźniony dwie godziny.

Dan wszedł dumnie na ostatnie dziesięć minut zaawansowanych zajęć z angielskiego. 

Miał na sobie hiphopowe spodnie i czarno - żółte trampki, które nosił na koncercie Ravesów 

poprzedniego   wieczoru,   oraz   ciemnoszarą   koszulkę   z   wielkim   czerwonym   napisem   na 

piersiach  P

AN

  C

UDOWNY

.  Dostał ją od Monique. Ostatniego wieczoru spił się, śpiewał jak 

ostatni   sukinkot,   a   potem   uprawiał   odlotowy   i   absolutnie   niezasłużony   seks   z   piękną 

Francuzką na ogromnym łóżku w hotelu Plaza. Bycie gwiazdą rocka to naprawdę fajna rzecz.

Nawet o tym nie myśl.

- Proszę, czyżby to mój najsławniejszy uczeń? - rzuciła oschle pani Solomon, kiedy 

Dan powędrował na koniec klasy i zgarbił się, siadając w ławce.

Pani Solomon była świeżo po uniwerku i straszliwe wstydziła się tego, że po uszy 

zadurzyła   się   w   Danie.   Zamiast   obsypywać   go   pochwałami   -   bez   wątpienia   był 

najzdolniejszym i najbardziej utalentowanym uczniem w tej klasie - to albo z niego szydziła i 

go   krytykowała,   albo   całkowicie   go   ignorowała.   Pewnego   razu,   żeby   ją   sprawdzić,   Dan 

przepisał esej na temat nawyków pisarskich Virginii Woolf napisany przez słynnego krytyka 

literackiego   Harolda   Blooma   (jej   opiekuna   w   Princeton)   i   oddał   jej   pracę   pod   swoim 

nazwiskiem. Pani Solomon postawiła mu cztery z plusem, tak jak oceniała wszystkie jego 

prace z angielskiego, niezależnie od tego, jak były dobre albo kiepskie.

- Rozmawialiśmy właśnie, czy na zakończenie omawiania tragedii Szekspira ma być 

esej czy egzamin. Co ty na to, Dan? - Zasłoniła usta dłonią i dodała ironicznie. - Och, prze-

praszam, może masz już pseudonim sceniczny?

background image

Dan zmarszczył brwi znad ławki, na której ktoś wyrył  zielonym długopisem napis 

ZDZIRA.   Zwykle   wolałby   pisać   pracę   zamiast   egzaminu,   ale   praca   wymaga   szukania 

materiałów, szperania i wielu godzin pisania, podczas gdy egzamin jedynie pojawienia się na 

dwóch godzinach zajęć.

Przynajmniej, jeśli nie masz zamiaru się uczyć, jak to było w przypadku Dana.

Teraz, kiedy był gwiazdą rocka, będzie jeździł w trasy, kręcił wideoklipy, podpisywał 

albumy i opędzał się od kobiet i paparazzich. Dwie godziny jednego dnia na głupi egzamin z 

angielskiego to zdecydowanie najlepsze rozwiązanie.

Pani   Solomon   miała   skórę   jak   suszone   jabłko,   co   sprawiało,   że   wyglądała   na 

czterdzieści lat starszą, a jej włosy, które spinała na karku w koński ogon, miały popielaty 

kolor i w ostrym świetle fluorescencyjnych lamp wyglądały na siwe. Uwielbiała koronkę i 

wybierała bluzki w kremowym kolorze z koronkowymi kołnierzykami i mankietami, a do 

tego spódnice z czarnej wełny do kolan, czarne pończochy i zaskakująco wysokie pantofle na 

cieniutkich obcasach. Spódnice zawsze miała mocno obcisłe i chłopcy podejrzewali, że uważa 

się za najseksowniejszą kobietę na świecie.

Fuj.

- Połowa klasy woli esej, polowa egzamin. Twój głos przeważy - wyjaśniła.

To znaczy, że cokolwiek wybierze, polowa klasy go znienawidzi.

Odchrząknął.

- Myślę, że egzamin będzie lepszym wskaźnikiem tego, ile się nauczyliśmy w ciągu 

roku - oznajmił jak ostatni głupek.

- Czyżby? - zaszydził siedzący dwie ławki dalej Chuck Bass.

W Riverside nosiło się spodnie khaki albo sztruksy, w brązowo albo w czarne paski, 

białe albo pastelowe koszule oraz czarne lub brązowe mokasyny i ciemne skarpetki. Chuck 

miał   na   sobie   czarny   kombinezon   od   Prady   rozpięty   tak,   że   doskonale   było   widać   jego 

opaloną, świeżo wydepilowaną woskiem pierś i jasnokremowe skórzane sandały Camper, w 

których widać było jego gładkie, świeżo po pedikiurze stopy. Na podłodze pod ławką Chucka 

z pomarańczowo - czerwonej skórzanej torby z uszami Dooney & Bourke małpka Chucka 

wysunęła futrzasty biały łebek i wyszczerzyła zęby.

Chuck   właściwie   nie   zasługiwał,   żeby   być   na   zaawansowanych   zajęciach   z 

angielskiego. Ledwo potrafił poprawnie pisać, nigdy w życiu nie przeczytał całej książki i 

myślał, że  Beowulf  to rodzaj futra na podszewkę do płaszczy, a nie średniowieczny epos 

angielski. Jednak rodzice uparli się, aby syna wpisano na wszystkie zaawansowane zajęcia, 

dzięki czemu miał się polem dostać do jakiegoś college'u. Okazało się to straszliwą pomyłką. 

background image

Ponieważ Chuck zdecydowanie bardziej wolał bywać na pokazach mody i robić zakupy, niż 

chodzić do szkoły i odrabiać prace domowe, w zeszłym  semestrze dostał ze wszystkiego 

najgorsze oceny i nie przyjęto go do żadnego z college'ów, do których złożył papiery. Teraz 

czekała go akademia wojskowa.

Czy był z tego powodu zgorzkniały? Z pewnością.

- Ej, Panie Cudowny - syknął do Dana Chuck. - Twoje dni w Ravesach są policzone.

Hę?

Dan zgarbił się w krześle i zaczął dłubać długopisem w ławce. Był gwiazdą rocka, nie 

musiał słuchać tych pierdół. Ktoś go szurnął stopą w plecy.

- Wylatujesz - szepnął Bryce James, jeden z głupich kumpli Chucka. - Chyba że twoja 

puszczalska siostra wkręci cię z powrotem.

Dan się zjeżył. Co do tego miała Jenny? O ile wiedział, jego siostra była tylko na 

doczepkę, jak zwykle. W końcu, jeśli czyjś starszy brat gra w znanym zespole, to wiadomo, 

że chce się imprezować razem z nim i jego kumplami, nie?

- Słyszałem, że chce śpiewać - wyjaśnił Bryce. - Więc przespała się ze wszystkimi z 

zespołu.

Dan odwrócił się gwałtownie i pokazał Bryce'owi palec, bo miał za dużego kaca, aby 

wymyślić cokolwiek inteligentnego w odpowiedzi. Dziś rano Jenny wyszła z hotelu, zanim on 

i Monique wstali, ale na co mogła sobie pozwolić zeszłego wieczoru, kiedy on był zajęty 

czym innym? I dlaczego wszyscy o tym wiedzą?

- Wobec tego egzamin - ogłosiła pani Solomon.

Zapisała coś w notatniku, a potem wstała i podeszła do ławki Dana.

- Sama trochę jestem fanką Ravesów - mruknęła z lekko zarumienionymi policzkami. 

- I naprawdę strasznie mnie to ciekawi... - Zatrzymała się przed Danem, oparła dłonie na ław-

ce, pochyliła się tak, że mógł wyczuć zapach bajgla z cebulowym serkiem, który jadła na 

śniadanie. - Czy to prawda, że Damian ożenił się ze swoją szkolną sympatią? Jakąś Francuz-

ką? - zapytała głośno, najwyraźniej uważając, że to absolutny odlot, kiedy nauczyciel wie coś 

o tak popularnym zespole jak Ravesi.

Danowi zaczęły się pocić dłonie. Wymacał  w tylnej  kieszeni workowatych spodni 

camele   bez   filtra.   Czy   w   Riverside   nie   było   żadnych   przepisów   na   temat   napastowania 

uczniów przez nauczycieli?

Zostały tylko dwie minuty do końca zajęć. Mając nadzieję, że padnie odpowiedź na 

pytanie pani Solomon, chłopcy cicho zebrali książki i zapięli plecaki.

Wskazówka minutowa zegara nad tablicą pełzła naprzód i korytarz przed klasą się 

background image

ożywił. Dan wstał, minął wścibską nauczycielkę i ruszył do drzwi.

Uratował go dzwonek.

background image

e - mail wart odpowiedzi

Tego popołudnia w czasie zajęć w sali komputerowej Serenę kusiło, żeby napisać do 

melodramatycznego   artysty   z   Brown,   do   rozentuzjazmowanych   dziwaczek   z   bractwa   w 

Princeton i niespełnionego w miłości byczka z Harvardu i życzyć im dużo radości, bo ona 

teraz zdecydowanie myśli tylko o Yale. Jednak zamiast tego ostatecznie usunęła je z kosza. W 

czasie lunchu wysłała zadatek do Yale - jaka to ulga, wreszcie podjąć decyzje, nawet jeśli nie 

mogła powiedzieć słowa na ten temat swojej najlepszej przyjaciółce. Przejrzała resztę listów, 

aż w końcu trafiła na e - mail od nieznajomego.

Od: dpolk@raver.net

Do: Svdwoodsen@constancebillard.edu

Temat: nie wierz w to, co piszą

No więc... wszyscy o nas gadają. To bardzo pochlebiające. 

Problem   polega   na   tym,   że   nawet   się   nie   znamy.   Chcesz   się 

spotkać?   Grupa   znajomych   wpadnie   do   mnie   w   Village   w   piątek 

wieczorem. Mam nadzieje, że masz czas. Damian

Serena   zachichotała   i   uniosła   się   lekko   na   krześle,   żeby   poszukać   w   pracowni 

ciemnowłosej   głowy   Blair.   Jednak   przyjaciółka   pracowała   w   skupieniu   i   nawet   nie 

zauważyła, że Serena do niej macha. Pan Schneider, sztywniak, który pilnował uczennic przy 

komputerach i miał zdeformowane nozdrza, spiorunował ją wzrokiem, Serena wróciła więc 

do   poczty.   Z   wideoklipów   wiedziała,   że   gitarzysta   Ravesów   jest   naprawdę   wyjątkowo 

przystojny i utalentowany. Czy to nie byłoby szalone, gdyby zaczęli się spotykać, zamieniając 

mit w rzeczywistość? Co z tego, że właściwie zdecydowała się wybrać poważną drogę i w 

przyszłym roku zająć się na pełen etat studiami? To dopiero w przyszłym roku, a resztę tego 

może poświęcić na niekończącą się zabawę. Kto wie - może nawet zmieni zdanie, odroczy 

pójście do college'u, zostanie fanką Ravesów i będzie jeździć z nimi w trasy przez następnych 

pięć lat!

background image

A jeszcze chwilę temu taka była z siebie zadowolona, mając świadomość, że umie 

podjąć decyzję.

Serena   przez   chwilę   gryzła   paznokcie,   a   potem   kliknęła   „odpowiedz”   i   na   wpół 

obgryzionym, na wpół pomalowanym paznokciem wpisała odpowiedź w postaci trzech liter.

T - A - K.

background image

niezbyt dobrana para

Blair grzebała w Internecie w poszukiwaniu prześlicznych butów od Jimmy'ego Choo, 

które widziała w „W”, ale musiała jeszcze znaleźć swój rozmiar. Zrobiono je z zielonego 

jedwabiu, a na obcasach ręcznie inkrustowano serduszkami z macicy perłowej. Do sklepów 

na całym świecie dostarczono tylko trzysta par, ale na pewno musiała się znaleźć jedna para 

w   rozmiarze   siedem   i   pół,   której   jeszcze   nikt   nie   zamówił   -   może   w   Mexico   City   albo 

Hongkongu, gdzie zwykle mają mniejsze stopy.

Obok   niej   Vanessa   Abrams   pisała   zawzięcie,   pewnie   tworząc   jakąś   stronę   dla 

feministek   albo   coś   w   tym   rodzaju.   Blair   zerknęła   na   ekran   sąsiadki.  Szukam 

współlokatorki  -   przeczytała   nagłówek   wypisany   dużymi,   wytłuszczonymi   literami. 

Tylko kobiety!

Blair nigdy za bardzo nie przepadała za tą dziewczyną o ogolonej głowie, ubierająca 

się tylko na czarno i kręcącą autorskie filmy. Każde słowo, które Vanessa wypowiadała na 

zajęciach, mówiło tak naprawdę „odzywam się tylko dlatego, że pytasz”, jakby była znacznie 

mądrzejsza od wszystkich, nawet od nauczycieli. I w dodatku Blair zawsze podejrzewała, że 

Vanessa woli dziewczyny.

- Rozmawiałam   z   jednym   facetem   w   ten   weekend.   Okazało   się,   że   to   kompletny 

czubek.

Blair zerknęła na Vanessę i zorientowała się, że to do niej.

- Postanowiłam zostać tylko przy zgłoszeniach dziewczyn - dodała Vanessa, wciskając 

ENTER

 dla podkreślenia słów.

Blair   zacisnęła   usta   i   poprawiła   się   na   krześle.   Najwyraźniej   Vanessa   naprawdę 

mówiła do niej.

- Ja też w ten weekend poznałam faceta - przyznała się. Zagryzła usta i wskazała na 

monitor Vanessy. - A po co właściwie szukasz współlokatorki? Dałabym  wszystko, żeby 

mieszkać sama.

Vanessa wzruszyła ramionami. I tak to było dziwne, że rozmawiała z tą jędzowatą 

Blair Waldorf, a jeszcze dziwniejsze było to, że jej pytanie warte było przemyślenia.

- Moja siostra wyjechała w trasę po Europie. Sama nie wiem, chyba czuję się trochę 

background image

samotna - przyznała się Vanessa, nim zdążyła się ugryźć w język. Gdy tylko to powiedziała, 

miała ochotę zatkać sobie usta. Dlaczego, do cholery, tłumaczę się Blair Waldorf?

- A co z twoim chłopakiem, tym dziwakiem? - Blair przygryzła język i się poprawiła. - 

Z tym chłopakiem... od notatnika.

- Zerwaliśmy.

Blair kiwnęła głową. Kusiło ją. żeby powiedzieć, że też zerwała z chłopakiem i że też 

czuje się samotna. Przyjrzała się dyskretnie Vanessie. Właściwie to spodobało się jej, że 

Vanessa nie ględzi, jakim to frajerem był jej ekschłopak, że nie marudzi z powodu prezentów, 

które jej dał, nie przedrzeźnia idiotycznego sposobu, w jaki wiązał buty, i nie powtarza całej 

tej   smutnej   opowieści.   Powszechnie   wiadomo   było.   że   rodzice   Vanessy   mieszkają   w 

Vermont, więc jeśli jej siostra wyjechała, to naprawdę Vanessa mieszkała całkiem sama.

- Więc jak to jest? - zapytała Blair. - Rozmawiasz z potencjalnymi kandydatami?

Vanessa zastanawiała się, do czego zmierza ta rozmowa.

- Najpierw sprawdzam ich w rozmowie przez Internet i jeśli wypadają normalnie, to 

spotykam się osobiście. Ale jak do tej pory, nie trafił się nikt normalny.

Blair nie mogła uwierzyć, że brała pod uwagę zamieszkanie z lesbijską, łysą Vanessą, 

która nie ma przyjaciół, ale naprawdę musiała znaleźć sobie kąt. Jej własny dom był nie do 

zniesienia, a po utarczce z panią M.  dziś rano wiedziała, że nie może  przez resztę roku 

mieszkać w hotelu Płaza, nie tracąc przy tym szansy na dostanie się do Yale. A co, jeśli 

będzie   musiała...   przyjąć   jakiegoś   gościa?   Mieszkanie   bez   rodziców,   niań,   pokojówek   i 

kucharzy   to   idealne   miejsce,   nawet   jeśli   przyjdzie   jej   mieszkać   w   brudnym,   wstrętnym 

Williamsburgu. Może nawet namówi Vanessę, żeby zatrudniły dekoratora i wprowadziły do 

mieszkania   trochę   kolorów.   Oczywiście   nawet   nie   widziała   jej   domu,   ale   ponieważ   od 

wieków chodziła z nią do szkoły, była przekonana, że całe mieszkanie było urządzone na 

czarno.   Mogłaby   całkowicie   odmienić   to   miejsce,   tak   jak   odmieniono   w  My   Fair   Lady 

Audrey Hepburn - wyglądała jak strach na wróble i mól książkowy, a zamieniła się w olśnie-

wającą modelkę.

- Więc przeprowadź rozmowę ze mną - zasugerowała.

- Ale... - sprzeciwiła się Vanessa. - Ja mieszkam w Brooklynie.

Blair obróciła kilka razy rubinowy pierścionek na palcu lewej dłoni.

- Wiem.

Westchnęła   ciężko,   patrząc   na   swoje   pantofle   z   lakierowanej   czarnej   skórki   na 

płaskich   obcasach.   Zamknęła   oczy,   próbując   wyobrazić   sobie   siebie   jako   modną, 

ekscentryczną   osóbkę   z   Williamsburga.   Nosiłaby   zgniłozielone   koszulki   z   ironicznymi 

background image

napisami typu W

ILLIAMSBURG

 - 

WYMARZONE

 

DLA

 

ROMANTYCZNYCH

 

KOCHANKÓW

. Piłaby czarną kawę. 

Nosiłaby trampki  Converse bez skarpetek i fioletową  plastikową  torebkę w starym  stylu. 

Zrobiłaby   sobie   pomarańczowe   pasemka   i   nosiłaby   ciemne   okulary   w   ośmiokątnych, 

kanciastych   oprawkach.   Jadałaby   falafele.   Pisałaby   wiersze.   Zaczęłaby   nosić   kolczyk   w 

ustach i zrobiłaby sobie tatuaż! Och, Nate'a szlag by trafił!

Na twarzy Blair pojawił się uśmiech.

- Zawsze chciałam zamieszkać na Brooklynie.

Akurat.

- Nie, ty - - zaczęła Vanessa, zamierzając wyperswadować koleżance ten pomysł.

- Masz kablówkę, magnetowid i odtwarzacz DVD, nie? - zapytała Blair.

Czekajcie no, kto tu kogo miał przepytywać?

- Muszę oglądać moje filmy - upierała się Blair, jak stara kura domowa, która nie 

przeżyje bez dziennej dawki swoich ulubionych programów.

- Filmy? - powtórzyła Vanessa, zastanawiając się, czy Blair całkiem odbiło.

Zapomniała, że Blair była wielką fanką starych filmów. W listopadzie wzięła nawet 

udział w szkolnym konkursie filmowym. Jej dzieło składało się z powtórek pierwszych dzie-

sięciu minut Śniadania u Tiffany'ego z różnym podkładem muzycznym, ponieważ jej zdaniem 

to było najlepsze pierwsze dziesięć minut w dziejach filmu. Vanessa wygrała konkurs swoją 

wersją  Wojny   i   pokoju,  w   której   główną   rolę   umierającego   księcia   Andrieja   grał   jej 

niegdysiejszy   najlepszy   przyjaciel,   Dan   Humphrey.   To   było,   zanim   pierwszy   raz   się 

pocałowali. Vanessa miała wrażenie, że całe wieki temu.

- Wszystko z Audrey Hepburn. Albo Jimmym Stewartem. Albo Cary Grantem. Albo 

Lauren Bacall - wyjaśniła jednym tchem Blair. - I oczywiście Przeminęło z wiatrem.

Jeśli czegoś Vanessa miała w nadmiarze, to właśnie sprzętu filmowego, telewizorów, 

magnetowidów i DVD.

- Nie martw się. W przyszłym roku zaczynam specjalizację filmową na NYU. Mam 

wszystko - zapewniła ją Vanessa. - Całą klasykę.

- A jak dojeżdżasz do szkoły? - dopytywała się Blair, zastanawiając się, czy będzie 

musiała zrobić prawo jazdy. Nie spuszczając oczu z monitora, poruszała myszką, udając, że 

pracuje. - Trzeba przejechać jakiś most czy coś?

Zważywszy, że Manhattan to wyspa, to tak, pewnie trzeba będzie zaliczyć jakiś most.

Vanessa   postanowiła   ustąpić.   W   końcu   to   niemożliwe,   żeby   Blair   Waldorf 

rzeczywiście   chciała   zamieszkać   w   jej   zapuszczonym,   zabazgranym   graffiti   domu   w 

Brooklynie.

background image

- Pociąg L dojeżdża do Union Square, a potem przesiadam się w szóstkę.

Co proszę?

Blair zmarszczyła brwi. Czy ona mówiła o metrze?

- A jeśli pogoda jest naprawdę kiepska albo bardzo się spieszę, to wzywam taksówkę - 

przyznała Vanessa.

Aha!

- A masz coś przeciwko... no wiesz, odwiedzinom? - zapytała Blair.

Ma na myśli męskie odwiedziny?

Vanessa się roześmiała.

- Nie, jeśli goście nie śmierdzą i przynoszą jedzenie.

Blair z pełną powagą pokiwała głową. Miałaby własne mieszkanie, w którym mogłaby 

uprawiać dziki, szalony seks ze Stanem 5 albo jakimkolwiek innym chłopakiem, którego by 

wybrała. Stałaby się najbardziej seksowną i wytatuowaną dziewczyną w Williamsburgu. Nate 

oszalałby z żalu.

- Myślę, że mogłoby nam się udać, nie?

Vanessa z wrażenia nawet nie mrugnęła.

- Ale my się nie cierpimy - stwierdziła rzeczowo.

Blair przewróciła oczami i stuknęła Vanessę opalonym kolanem.

- Ej, nie bądź taką snobką - mruknęła z urazą, wchodząc w rolę nowej, zaginionej, 

ekstrawaganckiej siostry Vanessy. - A co do problemów z chłopakiem... - ciągnęła, jakby 

poprzedni temat został zamknięty - problem polega na tym, bez urazy, że przyciągają cię, idę 

o zakład, raczej „alternatywni” faceci, tacy jak ty... - Blair ugryzła się w język, kiedy nagle 

doznała olśnienia.

Nie miała pojęcia, dlaczego nigdy wcześniej o tym nie pomyślała, ale jej tak zwany 

przyrodni brat z dredami i ogolona, ubierająca się na czarno Vanessa stanowiliby absolutnie 

idealną   parę!   Mogliby   nawzajem   malować   sobie   na   czarno   paznokcie   u   nóg,   gotować 

wegetariańskie sushi, filmować swoje włosy tudzież ich brak i zabawiać na tysiące innych 

sposobów, podczas gdy Blair uwodziłaby chłopaka, który wkręci ją do Yale.

Widzicie, może Williamsburg to rzeczywiście wymarzone miejsce dla kochanków!

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

DZIWNA PARA

Kto   by   to   wymyślił?   Dziewczyna,   która   nie   może   żyć   bez   szpilek   Manolo   za   osiemset   dolarów, 

wprowadziła się na okres próbny do koleżanki z klasy, która nigdy w życiu nie włożyła niczego poza 

podkutymi   martensami   i   czarnymi   podkolanówkami   Danskin.   Jedno   jest   pewne:   nie   będą   sobie 

pożyczać ciuchów. Ale ponieważ pochodzą z dwóch różnych planet, na pewno będą miały o czym 

rozmawiać i wiele się od siebie nauczą.

Przykładowa rozmowa:

- Widziałaś pędzel do pudru brązującego?

- A co, malujesz coś do szkoły?

Przyjmuję zakłady, jak długo potrwa to szaleństwo!

QUE CATASTROPHE!

Plotki mówią też, że pewna francuska hipiska nosząca batikowe sukienki rozgłosiła całemu światu, że 

ona i nasz ulubiony, wiecznie ujarany zawodnik lacrosse nie tylko się spotykają, ale są po uszy w 

sobie zakochani! Ups.

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

Zgłosiłam się na ochotnika do biura rekrutacji w naszym college'u, który - tak się składa - 

należy  do prestiżowych   uniwersytetów  Ivy League.  Ja   i  moje  przyjaciółki  poświęciłyśmy 

mnóstwo czasu, żeby namówić na studia u nas jedną z przyjętych. Uważamy, że idealnie 

pasowałaby   do   naszego   bractwa.   Jest   prześliczna,   mądra   i   utalentowana,   tak   jak   my 

wszystkie. Kłopot w tym, że nie odpowiedziała na żaden z naszych e - maili. Wiem, że to 

background image

zabrzmi czerstwo, ale może powinnyśmy wystać jej jakąś paczkę czy coś takiego? Myślisz, 

że to by pomogło?

Mała z Princeton

O:

 Droga Mała z Princeton!

Przykro mi to mówić, ale chyba nie pomoże.

P

Na celowniku

C w Tower Records kupuje piracką wersję najnowszego singla Ravesów, na którym występuje nie kto 

inny jak D, osoba, której nie znosi, jak chyba nikogo innego na świecie. Nie może się oprzeć muzyce 

czy słowom? K i I sprawdzają próbki kosmetyków Origins do cery trądzikowej w sklepie przy Madison 

Avenue i niechcący wsuwają do torebek kilka darmowych próbek, gdy sprzedawczyni odwraca się do 

nich tyłem. B i V nachalnie częstują faceta od dostaw ze spożywczego truflami Godivy, żeby wniósł im 

zakupy na drugie piętro, pod drzwi mieszkania. I gdzie  się  podziały  te czarno  - białe  bawełniane 

zasłony z obfitymi falbankami, które widzieliśmy w oknach? Chyba obie uczą się kompromisów!

CISZA PRZED BURZĄ

W tym tygodniu zauważyłam, że koleżanki z klasy kręcą się przed szkołą po lekcjach i gawędzą o 

wakacyjnych   planach,   popijając   mrożoną   kawę.   Kilka   tygodni   temu   urywałyśmy   się   z   lekcji,   żeby 

poopalać się w parku, posłuchać MP3 i prawie się do siebie nie odzywałyśmy. Teraz nie wiemy, co ze 

sobą zrobić, i nie możemy znieść samotności. Zwalcie to na pochmurny, wilgotny, duszny maj i fakt, 

że za niecałe cztery tygodnie niektórzy z nas więcej się nie zobaczą. Jestem też przekonana, że coś 

się szykuje. Tylko patrzcie: przyjdzie piątek i rozpęta się piekło.

Z radością się zjawię!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

na S nie robi to wrażenia

Okrągła sumka z funduszu założonego przez jego pradziadka, który miał udział w 

wynalezieniu   zapięcia   na   rzepy,   oraz   pieniądze   z   pierwszej,   przebojowej   płyty   Ravesów 

Jimmy   i   Jane  pozwoliły   dwudziestotrzyletniemu   Damianowi   Polkowi   kupić   ładniutki, 

trzypiętrowy   dom   otynkowany   na   biało,   z   czerwonymi   okiennicami.   Znajdował   się   przy 

osobliwej ulicy - Bedford Street w West Village. Bedford Street ciągnęła się raptem przez 

trzy   kwartały.   Pełno   było   przy   niej   intymnych   restauracyjek,   przytulnych   kafejek, 

zabytkowych domów, słynnych z czasów prohibicji nocnych klubów oraz przystojnych gejów 

wyprowadzających na spacer małe pieski. Z zewnątrz dom Damiana wyglądał jak zabytkowy 

domek dla lalek, ale w środku powalał nowoczesnym, minimalistycznym białym wystrojem. 

Plotki mówiły, że chociaż na scenie Damian nosił się kolorowo, w domu ubierał się tylko na 

biało i nie pozwalał, aby jego goście wkładali cokolwiek innego oprócz bieli, choćby to były 

niebieskie dżinsy.

Szkoda, że zapomniał poinformować o tym pewne osoby.

Frontowe drzwi były otwarte. Serena weszła po marmurowych schodach na pierwsze 

piętro.   Miała   na  sobie   ulubione   rozszerzane   dżinsy  Blue   Cult,   króciutką   jaskraworóżową 

koszulkę oraz zwariowane jaskraworóżowe sandały Hollywoold na platformach, w których 

chodzenie stanowiło prawdziwe wyzwanie. Słyszała jakiś psychodeliczny jazz, brzęk szkła i 

pomruk głosów.

Jenny Humphrey siedziała ze skrzyżowanymi nogami na białym lakierowanym blacie 

w rozległej, otwartej, białej kuchni Damiana i piła mleko. Włosy uczesała w dwa kucyki. 

Miała na sobie biały, bawełniany podkoszulek i białe bawełniane bokserki.

- Hej! - krzyknęła, zeskakując z blatu, aby przywitać Serenę. - Damian wspomniał, że 

przyjdziesz. Bierze prysznic. - Podbiegła do niej boso i przechyliła biały jak lilia podbródek, 

żeby pocałować Serenę w policzek. - Tak się cieszę, że tu jesteś.

No proszę, mała gospodyni! Co za zmiana! Jeszcze w zeszłym tygodniu Jenny szalała 

z radości, kiedy Serena zaprosiła ją do domu. I nie miała przypadkiem szlabanu na spotkania 

z zespołem?

No tak, tylko kogo to obchodzi?

background image

- Wymknęłam   się   z   domu   -   szepnęła   Jenny.   -   Tata   ogląda   jakiś   nudny   film 

dokumentalny o Allenie Ginsbergu. Myśli, że siedzę w pokoju i maluję albo coś takiego.

Aha, malowanie. To była jej jedyna rozrywka, kiedy była młoda i niewinna.

Serena uśmiechnęła się do swojej małej protegowanej o kręconych włosach. Czuła się 

dziwnie nie na miejscu. Pozostali goście rozkładali się na długiej, zamszowej białej sofie w 

sklepionym białym salonie połączonym z kuchnią. Od stóp do głów ubrani byli w biel, pili 

ogromne martini z dżinem z gotowanymi jajkami pływającymi w kieliszkach. Jedna ze ścian 

salonu   była   ozdobiona   wyciętymi   z   papieru   śnieżynkami   -   takimi,   jakie   się   wycina   w 

przedszkolu, a na drugiej ścianie wymalowano półki z białymi książkami.

Bo prawdziwe książki są zbyt kolorowe?

Wysoki,   chudy   chłopak   siedział   na   wełnianym   dywaniku   udającym   skórę 

niedźwiedzia   polarnego.   Miał   na   sobie   tylko   biały   szlafrok.   Obok   niego   leżał   ogromny 

brązowo - czarny pies z wielkim pyskiem wtulonym w kolana chłopaka - jedyna barwna rzecz 

w tym całkiem białym pomieszczeniu.

- U - la - la! - zaćwierkała Jenny, gdy zjawił się Damian, nadal mokry po prysznicu. 

Miał na sobie tylko białe, kaszmirowe spodnie od dresu. Rude włosy były jeszcze wilgotne. 

Krople   wody   zebrały   mu   się   w   zagłębieniach   obojczyków.   Pierś   i   ramiona   miał   usiane 

drobnymi piegami i mocno umięśnione. I tak, zgadza się, był jeszcze przystojniejszy, niż 

widać to było na okładkach płyt.

- Cześć. - Serena powitała go, czując się dziwnie onieśmielona spotkaniem z gwiazdą. 

Jak to się stało, że nikt jej nie powiedział o obowiązującym tutaj białym stroju? Skąd miała to 

wiedzieć?

- Teraz rozumiem, dlaczego wszyscy mówili, że powinienem cię poznać - stwierdził 

odruchowo na jej widok Damian.

Serena zaczerwieniła się, słysząc komplement, ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Rzadko   zdarzało   się,   że   zapominała   języka   w   gębie   -   van   der   Woodsenowie   zostali   tak 

wychowywani, aby zawsze mówić odpowiednie rzeczy w odpowiedniej chwili.

Jenny wzięła dłoń Sereny, a potem Damiana, stając między nimi jak krągła druhna 

podczas wzniosłej chwili zawarcia związku małżeńskiego.

- Musisz pokazać Serenie swoją sypialnię - oznajmiła Damianowi. Potem odwróciła 

się do Sereny. - Jego sypialnia to czysty odlot.

Tak? A skąd ona o tym wie?

Damian wzruszył ramionami i zaczął iść w stronę salonu, ciągnąc za sobą Serenę i 

Jenny.

background image

- Chodźcie, siadajcie. Za minutę przywiozą Kelly and Ping.

- Super - odparła Serena, chociaż nie miała pojęcia, o czym mowa. Kelly and Ping - 

kolejny zespół? Występ klaunów? Didżeje?

- Pychota. Najlepszy smażony makaron po tajsku! - powiedziała Jenny, jakby przez 

cale życie zamawiała jedzenie z orientalnych knajpek w SoHo.

- Pychota - zgodziła się Serena.

Co się z nią dzieje? Nawet nie była głodna.

Jenny zostawiła ich i przysiadła na kolanie jakiegoś chłopaka. Miał ciemne włosy, 

dołeczki w policzkach i nosił biały kombinezon malarski. Przypominał perkusistę Ravesów, 

Collinsa.

No bo to właśnie był on.

- Cześć,   Serena   -   powitał   ją   Lloyd   na   swój   arogancki,   drwiący   sposób.   -   Mam 

wrażenie,   że   już   jesteśmy   siostrami   -   powiedział,   wymachując   nadgarstkami   i   udając 

zaginionego gejowskiego brata - bliźniaka Damiana.

- Damian   właśnie   nagrał,   jak   śpiewam   dla   siebie  Sto   lat.  Chce   to   zmiksować   z 

następnym kawałkiem zespołu - oznajmiła Jenny wszystkim zainteresowanym. - Nie mogę się 

doczekać, kiedy Dan to usłyszy.

- Nie ma go tutaj? - zapytała Serena, rozglądając się wokół za chmurą dymu z cameli, 

która zwykle otaczała głowę Dana Humphreya.

- Jeszcze nie - odparł Damian, a Serena wyczuła w jego głosie nutkę złości.

Dan i Serena spotykali się ostatniej jesieni, ale to był tylko epizod - jak wszystkie jej 

związki - i teraz właściwie nie mieli ze sobą kontaktu. Ale nie chowali do siebie urazy. Milo 

by było spotkać się czasem po przyjacielsku, skoro obydwoje kończą szkołę. Zastanawiała 

się. czy Dan zamierza pójść w przyszłym roku do college'u, czy też zrobi sobie wolne na trasy 

z zespołem?

- Cygaro?   -   zaproponował   Damian,   podsuwając   jej   pudełko.   -   Przyszły   z   Kuby 

wczoraj wieczorem.

- Paluszek chlebowy? - zapytał Lloyd, podrzucając paluszek w powietrze, jakby to 

była pałeczka do perkusji, i łapiąc go w zęby. - Są z Wioch i wspaniale chrupią.

- Nie, dzięki - cicho odpowiedziała Serena.

Oto ona, imprezowa dziewczyna  na superimprezie.  A mimo to zupełnie nie miała 

nastroju na zabawę. Może zabawę psuł fakt. że wszyscy uważali, że ona i Damian są już 

razem. A może widok Jenny - obraz jej samej sprzed dwóch, trzech lat - sprawił, że Serena 

zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   czas   spróbować   czegoś   nowego.   A   może   to   dlatego,   że 

background image

przeżywała ostatnie tygodnie w szkole średniej - ostatnie tygodnie przez wakacjami i przed 

Yale. Nie obchodziły ja. gwiazdy rocka; po prostu chciała spędzić czas z przyjaciółmi.

Blair była teraz w mieszkaniu Vanessy w Williamsburgu - pewnie tapetowała łazienkę 

we wzorek z różanych pączków albo coś w tym stylu - i tylko tam Serena miała ochotę teraz 

być.

- Mogę skorzystać z łazienki? - zapytała.

Damian skierował ją za białe aksamitne zasłony, potem białym długim korytarzem do 

wyłożonej białymi kafelkami z lustrzanym sufitem marmurowej łazienki. Serena zamknęła za 

sobą drzwi, wyciągnęła z tylnej kieszeni spodni błyszczyk MAC i nałożyła trochę na usta. Z 

korytarza  po drugiej  stronie zasłon  dobiegi  ją dźwięk  dzwonka do drzwi - przywieziono 

orientalne   smakołyki  z   Kelly  and   Ping.  Otworzyła  drzwi  łazienki  i   pobiegła  korytarzem, 

przemykając się obok grupy dostawców z powrotem na chodnik.

Czy  tak   postępuje   dziewczyna   słynąca   z   tańców   na   stole   w   barach   całej   Francji? 

Dziewczyna,   której   nieokreślona   część   ciała   została   sfotografowana   i   rozklejona   na 

autobusach i pociągach metra w całym mieście? Wymyka się z imprezy, która jeszcze się 

nawet nie zaczęła?

Z drugiej strony, to nieistotne, czy została na imprezie, czy nie. Niezależnie od tego, 

co zrobi Serena, i tak nagłówki gazet będą o tym trąbić.

background image

dziwna para

- Więc w tej szufladzie będziemy trzymać mleczka, żele nawilżające, toniki. peelingi, 

maseczki i płyny do zmywania makijażu. Wszystkie żele do kąpieli będą w dolnej szufladzie, 

najbliżej  wanny. Widzisz? To dywanik  z egipskiej bawełny do przykrycia  tego lodowato 

zimnego linoleum. - Blair wskazała na brzoskwiniowy dywanik, który właśnie ułożyła  w 

łazience.

Vanessa  otworzyła  szufladę w poobtlukiwanej kremowej  toaletce pod urny walką. 

Wszystko w niej zostało ułożone w porządku alfabetycznym i według kodu kolorów zgodnie 

z pedantycznymi wytycznymi Blair. Nie znaczy to, że Vanessa miała jakiekolwiek własne 

kosmetyki. To wszystko i tak należało do Blair.

- Możesz pożyczać, co zechcesz - zaproponowała hojnie Blair.

Wyjęła   maleńki   porcelanowy   słoiczek   kremu   do   oczu   La   Mer   i   zaczęła   wcierać 

odrobinę pod oczy.

- Ten krem jest niesamowity - stwierdziła. - Szkoda tylko, że pachnie jak kosmetyk.

Nałożyła trochę kremu Vanessie pod oczy. Jednorazowe użycie niewiele zmieni, ale 

gdyby namówiła Vanessę do codziennego używania, w ciągu tygodnia zniknęłyby te ogromne 

worki pod oczami. Może nawet Vanessa pozwoliłaby, żeby całkowicie ją odmienić. Mogłyby 

pójść razem na zakupy po dżinsy do Bloomingdale'a w SoHo, a może nawet kupiłyby dla 

Vanessy fajną perukę!

Marzenie ściętej głowy.

- Gdzie moja golarka? - burknęła Vanessa, odwracając twarz od Blair jak dziecko, 

które nie chce, żeby mu myć buzię. - Muszę golić głowę raz w tygodniu, sama rozumiesz.

- Golarka?   -   powtórzyła   bezmyślnie   Blair.   Wskazała   na   torbę   ze   śmieciami   przed 

drzwiami   łazienki.   -   Chyba   tam.   -   Złapała   pędzelek   do   brwi   ze   świeżo   uporządkowanej 

szuflady i przesunęła nim po kłujących odrostach na głowie Vanessy. - Nie myślałaś nigdy o 

tym, żeby je zapuścić...?

- Nie! - odparła niewzruszenie Vanessa, gwałtownie odsuwając pędzel.

Opróżniła   torbę   śmieci   na   brzoskwiniowy   dywanik   i   odszukała   swoją   elektryczną 

golarkę. Włożyła ją do szuflady w toaletce obok zalotki Blair.

background image

- Przepraszam, powinnam była najpierw zapytać - przyznała Blair.

- Nie szkodzi. - Vanessa dotknęła z zaciekawieniem zalotki. - A co to, do cholery, 

jest?

Blair z zapałem złapała zalotkę i posadziła Vanessę na zamkniętej muszli klozetowej.

- Nie zamykaj oczu. I nie bój się, to nie boli. - Przysunęła zalotkę do rzęs Vanessy i 

zmrużyła   oczy.   A   potem   ją   odłożyła.   - Wiesz   co?   Nie   potrzebujesz   tego.   Masz   gęste   i 

podkręcone rzęsy. - Zmrużyła  znowu oczy, jakby nie mogła w to uwierzyć. - W gruncie 

rzeczy są po prostu idealne.

Vanessa wstała i przyjrzała się swoim rzęsom w lustrze. Bardzo jej pochlebiały słowa 

Blair, chociaż nigdy w życiu by się do tego nie przyznała.

- Możemy teraz coś zjeść, do cholery? Przez cały dzień urządzałyśmy mieszkanie.

Raz w życiu Blair była tak zajęta, że całkiem zapomniała o jedzeniu. To będzie ich 

pierwszy   wieczór   w   mieszkaniu,   a   ona   przez   całe   popołudnie   wypakowywała   się   i 

organizowała. Swoją drogą Ciekawe, co Vanessa zwykle jada na kolację. Może sama gotuje?!

Wyszły z łazienki do aneksu kuchennego, przyglądając się mieszkaniu z rękoma na 

biodrach. Dekorator wnętrz, który urządził dla matki Blair pokój dziecinny, przysłał ekipę 

malarzy w środę i czwartek, kiedy Vanessa siedziała w szkole, i teraz całe mieszkanie było 

seledynowo - szare - w kolorach nie za bardzo dziewczęcych, żeby nie raziły Vanessy. W 

czwartek po szkole Vanessa odkryła  nowe zasłony w Domsey,  które jakoś  mogła znieść 

mimo wzorku z egzotycznych ptaków i palmowych liści, bo były biało - czarne. Dziś rano 

dekorator   przysłał   sześć   dwudziestowiecznych,   nowoczesnych   drewnianych   krzeseł,   mały 

owalny stół do jadalni, rewelacyjny szklany stolik do kawy w kształcie fasolki firmy Noguchi 

oraz dwa pufy z grochem z szarego zamszu, które teraz ciągle przestawiały w salonie, bo je to 

bawiło.

- Nie wierzę, że to mówię, ale mi się podoba - przyznała Vanessa.

- Naprawdę? - zapytała ostrożnie Blair.

Mieszkanie przeszło gruntowną przemianę i wcale by się nie zdziwiła, gdyby Vanessa 

wykopała ją za drzwi, nim zdążyłaby rozpakować swoje walizki od Louisa Vuittona.

- Mogłybyśmy   zaprosić   kogoś   na   kolację   -   powiedziała   Vanessa,   podchodząc   do 

owalnego   stołu   z   brzozy   i   poprawiając   ustawienie   nowoczesnych   obrotowych   krzeseł   z 

takiego samego drewna. - Tyle że nie mam kogo.

Nikt   nie   urządzał   imprez   lepiej   od   Blair   Waldorf.   Nawet   jeśli   to   była   szykowna 

kolacyjka w stylu cyganerii z Brooklynu.

Wyciągnęła telefon komórkowy z kieszeni dżinsów i wybrała zaprogramowany numer 

background image

do Sereny.

- Jeśli nie jesteś jeszcze z tym gwiazdorem w łóżku, to może chcesz wpaść do mojego 

nowego mieszkania na kolację?

- Właśnie do ciebie jadę - przyznała Serena. - Przykro mi jednak, że cię zawiodę, jadę 

sama.

Drugi telefon był do Stana 5.

- Czemu dopiero teraz dzwonisz? - dopytywał się chłopak.

Wreszcie zatelefonowała do przyrodniego brata, Aarona.

- A co gotujecie? - zapytał podejrzliwie. - Mam przynieść trochę tempehu

?

Blair nie przemyślała jeszcze menu.

- Możemy   zamówić   coś   z   Nobu.   -   Zakryła   dłonią   mikrofon.   -   Mają   Nobu   na 

Brooklynie?

Vanessa pomachała jej przed nosem ulotką z pizzerii, a Blair zauważyła, że w dziale 

dla wegetarian mają coś, co nazywa się Bezserowe Rajskie Ciasto.

- Nie martw się - powiedziała do brata. - Będzie coś i dla ciebie.

- A jaka właściwie jest ta Vanessa? - dopytywał się podejrzliwie Aaron.

Blair uśmiechnęła się szelmowsko.

- Ja już wiem, a ty się dowiesz.

 tempeh - półprodukt sojowy poddany fermentacji (przyp. tłum.).

background image

nawet francuzki bywają spławiane

- Allo? - W domofonie Nate'a rozległ się charakterystyczny angielski z francuskim 

akcentem. - Mogę wejść?

Nate na cały tydzień zamknął się w swoim pokoju. Palił trawkę i grał w Grand Theft 

Auto: San Andreas na Xboksie. Nie przyjmował w tym czasie żadnych gości poza Jeremym, 

Anthonym   i   Charliem,   którzy   wpadali   co   jakiś   czas.   żeby   uzupełnić   mu   zapasy   i 

poopowiadać,   co   dzieje   się   w   szkole.   Cale   skrzydło   domu,   które   zajmowali,   pachniało 

niedojedzonym burrito, rozlaną wodą z fajki i chrupkami serowymi o smaku pizzy. Ale i tak 

nikt   poza   Nate'em   tego   nie   wąchał.   Rodzice   dali   mu   szlaban,   po   czym   popłynęli   na 

„Charlotte” rzeką Hudson, żeby odwiedzić przyjaciół w Kingston i mieć pewność, że Nate nie 

ukradnie ponownie łodzi przed ich charytatywnym rejsem. Gdyby tylko nie zawalił sprawy z 

Blair, mieliby dla siebie cały dom i mogliby uprawiać seks nawet na fortepianie w salonie, 

gdyby naszła ich taka ochota.

Cóż.

- Jestem chory - skłamał. - To naprawdę zaraźliwe. Od tygodnia nie chodzę do szkoły.

- Nie   szkodzi,   ja   też   jestem   chora!   -   Lexie   odpowiedziała   wesoło   i   na   dowód 

zakaszlała. - Podzielimy się zarazkami!

Pyszna zabawa!

Nate właśnie ukradł hummera, ale Lexie rozproszyła jego uwagę i teraz miał na tyłku 

gliniarzy. Kopnął konsolę i oblizał spękane od fajki wargi. Czuł w ustach smak jak po smole 

o aromacie marihuany. Nie zmieniał koszuli od wielu dni. sam nie pamiętał, od ilu.

- Śmierdzę - przyznał się. - Serio. I to mocno.

- Weźmiemy kąpiel - oznajmiła radośnie Lexie. - Wpuść mnie. Zafunduję ci masahż, 

mon chéri - dodała z jeszcze wyraźniejszym francuskich akcentem niż wcześniej.

Nate zorientował się, że dziewczyna nie zamierza się poddać, a poza tym Blair sama 

go ostatnio zdradziła. Lexie była ładniutka i najwyraźniej napalona, a on naprawdę się nudził.

- Dobra - odparł powoli i już miał przycisnąć guzik, żeby ją wpuścić.

- Och, kocham cię! - wykrzyknęła do domofonu Lexie.

Nate   zamrugał   powoli.   Czy   ona   użyła   tego   słowa?   Opuścił   rękę.   Dziewczyny   - 

background image

wiecznie się w nim zakochiwały i tylko przysparzały mu problemów. Blair, Serena, Jennifer, 

Georgie, a teraz ta napalona hipiska ze sztucznym francuskim akcentem - Lexie.

No nie, czyżby doznał kolejnego objawienia?

Dowcip polegał na tym, że on właśnie kończył szkołę i zamierzał wyjechać do Yale. 

Chciał się spotykać z dziewczynami, z którymi dorastał, które od zawsze znal i kochał. A nie 

z jakąś nową laską.

A już na pewno nie z taką, która nawet nie mówi w tym samym języku, co on.

- Słuchaj, mam szlaban - odparł stanowczo. - Wracaj do domu.

Mais non! - jęknęła Lexie i zaczęła płakać.

Mais oui.

background image

S przyzna się czy stchórzy?

Drzwi   do   mieszkania   Vanessy   i   Blair   były   otwarte.   Serena   weszła   do   środka   i 

rozdziawiła świeżo pomalowane błyszczykiem usta. widząc, jak zmienił się wystrój od czasu 

urodzinowej   imprezki   u   Vanessy.   Raptem   parę   tygodni   temu   w   oknach   wisiały   czarne 

prześcieradła   i   tynk   sypał   się   na   praktycznie   gołe   podłogi.   Teraz   ściany   były   świeżo 

pomalowane i wszędzie stały nowoczesne meble. Pachnące olejkiem cytronelowym świece 

paliły się na stoliku do kawy, a w otwartych oknach w salonie wydymały się czarno - białe 

bawełniane zasłony.

- Wow! - mruknęła.

- Wiem!   -   zawołała   z   kuchni   Vanessa,   która   była   zajęta   napełnianiem   małych, 

ceramicznych miseczek oliwkami, drobnymi marchewkami i migdałami prażonymi w sosie 

sojowym tamari, żeby goście mieli co pogryzać, nim przywiozą pizzę.

- Uwierzysz? - zamachnęła się wysoko bladą nogą i pomachała stopą, żeby Serena 

zobaczyła, że Vanessa pożyczyła od Blair czarne pantofle z lakierowanej skóry z obcasami na 

klinie. - Podobają ci się moje buty?

Blair wybiegała boso z sypialni z pustą szklaneczką do whisky. W obcisłej czarnej 

koszulce, w krótkiej czarnej dżinsowej spódniczce Seven i z nowoczesną srebrzystoróżową 

szminką na ustach wyglądała bardzo w brooklyńskim stylu. Pocałowała Serenę w policzek.

- Prawda, że jest super? - zapytała, wyglądając na szczerze podekscytowaną.

Gdy stała w taksówce w korku na moście Williamsburg. Serena zastanawiała się, czy 

nie powiedzieć Blair, że postanowiła pójść na Yale. Ale teraz, gdy stały twarzą w twarz, 

czuła, że stchórzy.

Włożyła   rękę   do   szklanki   Blair   i   wykradła   kostkę   lodu   przesiąkniętą   wódką   z 

tonikiem.

- Mam nadzieję, że zrobiłyście zdjęcia przed i po.

- Nie martw się. - Vanessa  wyszła  z kuchni, głośno tupiąc  butami Blair,  i podała 

Serenie wódkę z tonikiem. - Mam nawet zdjęcia tyłków malarzy.

No pewnie, że ma.

Dziewczyny   przysiadły   na   starym   materacu   Ruby,   któremu   zafundowano   nową 

background image

tapicerkę z. szarego sztucznego zamszu i ramę z brzozy.

- Więc co się stało z Damianem? - dopytywała się Blair. - Myślałam, że będziemy 

jutro czytać o was w gazecie.

Serena podwinęła dżinsy aż do kościstych kolan.

- Hm... Jest przystojny i w ogóle. ale... - Zawahała się na chwilę i z powrotem spuściła 

nogawki spodni. Wzięła łyk wódki i szybko zmieniła temat. - Więc kto dziś przychodzi?

Blair   przygryzła   usta.   Nie   przyszło   jej   do   głowy,   że   Serena   kiedykolwiek   może 

wylądować bez pary.

- Nie   spodoba   ci   się   to,   ale   zaprosiłam   tego   Stanforda   Parrisa   z   imprezy   Yale.   I 

Aarona, no wiesz, mojego przyrodniego brata. Myślę, że będą do siebie pasowali z Vanessą. 

Są dla siebie stworzeni.

Vanessa wzięła potężny łyk coli z rumem.

- Zobaczymy. - Beknęła głośno.

Wielkie ciemnoniebieskie oczy Sereny zabłysły, gdy trawiła tę informację. Właściwie 

to przez tydzień albo dwa tej zimy była zakochana w Aaronie, ale minęło dość czasu, żeby 

zaciąć  traktować go jak kumpla. I Blair miała rację - Vanessa i Aaron idealnie do siebie 

pasowali.

- Świetnie   -   stwierdziła   uprzejmie,   chociaż   osobiście   uważała,   że   Stan   5   to 

zarozumiały dupek.

Na dole rozległ się dzwonek. Blair i Vanessa zerwały się z miejsc i rzuciły do okna 

wychodzącego  na ulicę. Na chodniku stali Aaron Rose i Stanford Parris 5. Obaj patrzyli 

niepewnie na mieszkanie na pierwszym piętrze.

- O mój Boże. już są! - pisnęły jednocześnie dziwnie dobrane współlokatorki.

Nagle   Serena   poczuła   się   jak   przyzwoitka   na   całonocnej   imprezie   gimnazjalistek. 

Przewróciła oczami.

- Chcecie, żebym otworzyła drzwi, a wy w tym czasie poprawicie włosy czy coś w 

tym stylu? - zażartowała.

- Tak, proszę! - krzyknęła Blair.

Złapała Vanessę za rękę i pociągnęła do łazienki.

Serena zgryzła kawałek lodu i czekając, aż chłopcy wejdą na górę. włączyła płytę w 

odtwarzaczu Vanessy. Zaczęła się piosenka Ravesów Ice Cream, więc szybko wybrała inną 

płytę, jeden z dziwacznym albumów Ruby z niemieckim disco.

Ktoś zapukał do drzwi, więc pobiegła otworzyć. Żeby tylko udało się przez resztę 

wieczoru uniknąć tematu college'ów...

background image

Mało prawdopodobne.

background image

jak zrazić do siebie siostrę i stracić pracę

Dan   byłby   absolutnie   szczęśliwy,   jedząc   sushi   z   Monique   i   idąc   z   nią   na   stary 

francuski film w tym kinie przy Dwudziestej, które ma artystyczne pretensje. Ale Monique 

upierała się, żeby niezauważenie zakradli się na imprezę Damiana, zwędzili butelkę szampana 

i   kilka   cygar,   wspięli   się   na   jedną   z   drabin   przeciwpożarowych   i   urządzili   sobie   własną 

zabawę.

Bedford   Street   to   właśnie   laka   okolica   w   West   Village   -   tylko   dla   wybrańców   i 

absolutnie   na   topie   -   w   jakiej   Dan   wyobrażał   sobie,   że   zamieszka,   gdy   zostanie   już 

niesamowicie sławną gwiazdą rocka. Czuł się naprawdę odlotowo, gdy kroczy! ulicą z piękną 

Monique  u  boku.  Miała   na  sobie  długą   do  kostek,  prześwitującą   sukienkę  bez   pleców  z 

białego jedwabiu i białe sandały. On włożył ulubione rdzawe, znoszone sztruksy i mięciutką 

czarną koszulkę. Uważał, że całkiem dobrze razem wyglądali.

Jemu chyba też nikt nie powiedział o białym stroju.

Drzwi   do   domu   Damiana   były   otwarte.   Ze   Środka   dolatywał   zapach   smażonego 

tajskiego   makaronu   z   krewetkami.   Zanim   wspięli   się   po   marmurowych   schodach,   Dan 

wyłapał z tłumu glos swojej siostry, Jenny. I wcale nie rozmawiała, tylko śpiewała.

- „Sto lat, sto lat, niech żyję. żyję ja!”

Dan wypuścił dłoń Monique i zamrugał pod wpływem oślepiającej bieli. Palce mu 

zadrżały i dłonie zaczęły mu się pocić. Cale mieszkanie Damiana było urządzone w bieli, 

bieli i tylko w bieli. Nawet goście ubrali się na biało. Jasne, to naprawdę robiło wrażenie. 

Szkoda tylko, że nikt go nie uprzedził.

Głośniki nadal ryczały głosem Jenny.

- „Sto łat, sto lat, niech żyję, żyję ja!”

- Hej! - zawołał rozedrganym głosem Dan.

Podszedł   do   Jenny   siedzącej   na   długiej   białej   sofie.   Tyłek   trzymała   na   kolanach 

Lloyda, a łydki na kolanach Damiana.

- Co jest grane? Tata powiedział mi. że spędzasz ten weekend w domku na wsi u Elise.

Jenny zachichotała, najwyraźniej zachwycona własnym sprytem.

- Elise rzeczywiście jest na wsi. - Zaśmiała się i oparła o pierś Lloyda. - Ale ja jestem 

background image

tutaj. Tata jest taki łatwowierny.

Danowi nie podobało się to, że Jenny okłamuje ojca. Pewnie, że sam miał na koncie 

parę   nieszkodliwych   kłamstewek,   ale   młodsze   siostry   powinny   być   czyste,   niewinne   i 

prawdomówne,   a   nie   zachowywać   się   jak   kłamliwe   intrygantki,   które   siadają   starszym 

facetom na kolanach i flirtują bez opamiętania, mając na sobie tylko cieniutki, prześwitujący 

podkoszulek   i   chłopięce   bokserki.   Mógłby   napisać   wiersz   o   tym.   jak   to   przypomina   mu 

Ofelię, tyle że był za bardzo wkurzony.

- Z tymi piehrsiami nawet mohrdehrstwo uszłoby ci na sucho! - Monique wskazała na 

ledwo zakryte piersi Jenny.

Danowi ręce drżały teraz tak. że nie mógł nad nimi zapanować. Wyciągnął z tylnej 

kieszeni paczkę cameli i wsunął jednego papierosa do ust.

- Właściwie  to nawet nie wiem, co tu robisz - warknął na siostrę z niezapalonym 

papierosem w ustach. - To mój zespól - dodał, co zabrzmiało po prostu dziecinnie.

Damian uniósł zgrabne loczki jasnorudych brwi.

- Teraz Jenny dla nas śpiewa.

Dan poczekał, aż Damian wybuchnie śmiechem i powie, że żartuje, ale ten zachował 

poważną twarz.

- Tata zawsze mówił, że muszę sobie znaleźć prace, żebym miała pieniądze na moje 

nałogowe zakupy - zaszczebiotała Jenny z promieniejącą twarzą i uroczymi dołeczkami w po-

liczkach.

- A my doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy nowego, delikatniejszego brzmienia - 

dodał Lloyd, głaszcząc Jenny po kręconych włosach. - Oczywiście nadal będziemy korzystać 

z twoich piosenek. Tyle że śpiewać będzie Jenny.

Excusei - moi?

Dan zapalił papierosa jaskrawozieloną zapalniczką Bica i rzucił ją na białą sofę w 

wyrazie   czystego   buntu.   Sposób,   w   jaki   Damian   -   który   nawet   nie   miał   koszuli   na 

umięśnionym męskim torsie - trzymał stopy Jenny, doprowadzał Dana do białej gorączki.

Damian zerknął podejrzliwie na Monique.

- Myślałem, że wróciłaś na St. Bans, kochanie.

Monique uśmiechnęła się szeroko.

- Próbowałam namówić Dana, żeby pojechał ze mną. ale stwierdził, że najpierw musi 

skończyć szkolę. - Przewróciła oczami. - Nuda.

- Była tu Serena van der Woodsen - powiedziała bratu Jenny. - Ale już wyszła. Ciebie 

to pewnie nie obchodzi.

background image

- Jest ładniejsza od ciebie, Monique - dodał złośliwie Lloyd. Objął Jenny w talii. - Ale 

nawet w połowie nie tak śliczna, jak ty, pączuszku.

Dan   zaciągnął   się   wściekle   papierosem,   desperacko   próbując   powstrzymać   się   od 

gniewnego ryku. Miło byłoby spotkać Serenę, ale teraz co innego miał na głowie.

- Hm, Damian, możemy chwile pogadać? - zażądał, zgrzytając zębami.

- Ciao, ciao, kochanie! - zawołała Monique do kogoś na drugim korku salonu i odeszła 

od Dana, żeby jakiegoś łysego, przypominającego Moby'ego faceta w komplecie z białego lnu 

obsypać mokrymi, pachnącymi orzeszkami piniowymi, pocałunkami.

Dan czekał, aż Damian zabierze ręce ze stóp Jenny, wstanie - włoży koszulę i pójdzie 

porozmawiać z nim na osobności, jak mężczyzna z mężczyzną.

Aha.

Ale Damian nie ruszył się z miejsca.

- Wszystko, co masz do powiedzenia, może zostać powiedziane przy Lloydzie i twojej 

starszej siostrze. Jesteśmy jedną rodziną, nie?

Starszej siostrze?

Dan zacisnął spocone dłonie w pięści.

- Jenny nie jest moją straszą siostrą - syknął. - Za dwa tygodnie kończę osiemnastkę. 

Ona w lipcu skończy piętnaście lat.

- Wielkie dzięki - obraziła się Jenny.

Damian   i   Lloyd   wytrzeszczyli   oczy,   ale   nic   nie   powiedzieli.   Potem   perkusista 

uśmiechnął się szeroko;

- Przynajmniej nie jest mężatką.

Damian strzelił kumpla łokciem w żebro.

- Ja to załatwię.

Wyciągnął   z   tylnej   kieszeni   maleńką   buteleczkę   stolicznej   i   pociągnął   łyk.   Jego 

jasnorude włosy były krótsze niż tydzień temu i w większym artystycznym nieładzie.

Może to dlatego, że wczoraj obcinał się u Sally Hershberger?

- Dan - ciągnął Damian. - W zeszłą sobotę śpiewałeś beznadziejnie. I praktycznie 

porzygałeś się na scenie. A potem dorwałeś się do mojej żony.

Żony?

Danowi   wszystko   przewróciło   się   w   żołądku.   Monique   nigdy  nie   mówiła,   że   jest 

czyjąś żoną. Nagle poczuł, że potrzebuje bardzo długiego, zimnego prysznica.

- Jesteśmy w separacji - wyjaśnił Damian.

Och. co za ulga.

background image

- Szanuję twoje teksty - dodał poważnie Damian. - Ale chyba ich nie pokochałem.

Dan przeniósł spojrzenie na pozostałych gości - obraz luzu i wyrafinowania; wszyscy 

ubrani na biało w markowe ubrania, radośnie popijający swoje martini z jajkami na twardo i 

zajadający   krewetki   z   ryżowym   makaronem,   a   ich   włosy   były   równie   błyszczące   i 

wystylizowane co fryzura Damiana prosto od Sally Hershberger. Zaś Dan miał na sobie stare 

sztruksy Old Navy i raz do roku obcinał włosy w Supercuts. Lubił rozpuszczalną kawę i hot 

dogi   z  ulicy.   Lubił   wracać   wieczorem   do   domu   i  razem   z   ojcem   śmiać   się   z  lokalnych 

wiadomości. W jego pokoju całą podłogę pokrywała zmechacona bordowa wykładzina, którą 

w gruncie rzeczy naprawdę lubił. Miał tylko dwie pary butów. Niepisane mu było zostać 

gwiazdą rocka.

- Chodź, Jenny, wracamy do domu. - Z ponurą miną wyciągną! rękę do siostry.

Jenny spiorunowała go wzrokiem. Oszalał? Facetom z Raves nawet nie przeszkadzało, 

że ma dopiero czternaście lat. Zdecydowanie zamierzała zostać.

- Ty wracasz do domu - poprawiła go.

Dan szturchnął ją spoconą ręką.

- Możemy wziąć taksówkę, ja płacę.

Jenny strzasnęła jego rękę. przyciskając plecy do piersi Lloyda.

- Proszę, nie rób z siebie idioty, Dan. - Ziewnęła lekceważąco. - I nie mów nic tacie. 

Sama się z nim rozmówię.

- Dobra, - Dan wsunął ręce do kieszeni.

Miał przeczucie, że Jenny wyraźnie prosi się o kłopoty, ale nie miał zamiaru na nią 

donosić. Sama świetnie sobie radziła z pakowaniem się w kabałę.

- Jeśli jednak myślicie, że dam wam swoje wiersze, to możecie o tym zapomnieć.

Damian   uniósł   brwi,   Lloyd   przewrócił   oczami,   a   Jenny   kopnęła   bosą   stopą   w 

śnieżnobiałą sofę - jakby byli bezgranicznie znudzeni tyradą Dana. Na drugim końcu salonu 

Monique   wyjadała   makaron   prosto   z   półmiska   pałeczkami   w   kolorze   kości   słoniowej. 

Dziewczyna w białym haftowanym bolerku, która wyglądała jak Chloe Sevigny, zaplatała 

długie, miodowe włosy jedzącej Monique.

- Pożegnaj ode mnie swoją żonę - burknął Dan do Damiana.

Zawahał się, dając Jenny ostatnią szansę wyjścia, ale ona tak usiadła na kolanach 

Lloyda, żeby być tyłem do brata.

- Cześć, Dan - powiedziała niecierpliwym tonem, jakby nie mogła się doczekać, kiedy 

brat wyjdzie.

Powłócząc nogami. Dan zszedł po schodach na Bedford Street. Nie bardzo wiedział, 

background image

czy śmiać się, czy płakać. Ulżyło mu, że już nie będzie musiał śpiewać na scenie. Mógł iść do 

college'u, żyć jak normalny dzieciak, mieć normalną dziewczynę i normalne życie.

Cokolwiek to znaczyło.

background image

prawda albo wyzwanie

Blair została w łazience, szykując  się do wielkiego wejścia, podczas gdy Vanessa 

kręciła   się   przy   kuchni   jak   nieśmiała   trzynastolatka,   czekając,   aż   Serena   otworzy   drzwi. 

Vanessa  czuła  się kretyńsko  z  mocno  błyszczącą   szminką  Blair   na ustach  i  w  obcisłych 

czarnych levisach, które przestała nosić rok temu, bo uznała, że są zbyt ciasne. Po prostu 

czuła się kretyńsko, i koniec, kropka. Aaron pewnie okaże się jakimś skończonym snobem, 

który uzna ją za tłustą, łysą dziwaczkę, tak jak zawsze myślała o niej Blair, dopóki całkiem jej 

nie odbiło i postanowiła się do niej wprowadzić.

- Hej.   -   Aaron   wszedł   do   mieszkania   i   pocałował   Serenę   w   policzek.   -   Też   tu 

mieszkasz?

Miał na sobie pomarańczowy podkoszulek bez rękawów, typowe dla siebie wojskowe 

spodnie oraz czarne, gumowe klapki, których  produkcja nie wyrządzała krzywdy żadnym 

zwierzętom. Upiął ciemne dredy dwiema turkusowymi spinkami w kształcie serduszek, które 

podkradł z łazienki Blair. Najwyraźniej  zamierzał sprawdzić, jak bardzo Vanessa jest to-

lerancyjna wobec wegańskich dziwaków, starając się wyglądać możliwie najdziwaczniej na 

świecie.

Serena z ulgą stwierdziła, że rzeczywiście nic już do niego nie czuje.

- Nie, ja tu tylko otwieram drzwi - odpowiedziała z uśmiechem.

Stan 5 stał w korytarzu, trzymając dwa wielkie pudełka z pizzą. W garniturze khaki od 

Hugo Bossa, w różowej koszuli Brooks Brothers i zielono - różowym krawacie w paski od 

Turnbuil & Asser wyglądał jak uczniak z plakatu reklamowego.

- Facet od pizzy stał na dole - powiedział. Sprawiał wrażenie zmieszanego. - Tutaj jest 

zupełnie inaczej - dodał i stało się oczywiste, że nigdy w życiu nie był na Brooklynie.

- Witam ponownie - odparła Serena. - Chyba już się poznaliście z Aaronem.

Wzięła pizzę i zaniosła ją do kuchni. Stan trzymał się blisko Aarona. Rozejrzał się po 

mieszkaniu, szukając dziewczyny, która go zaprosiła.

Widok dziwacznej fryzury Aarona dodał Vanessie odwagi. Podeszła parę kroków.

- Cześć!   -   powiedziała   na   przywitanie,   żałując,   że   wypadło   to   tak   radośnie   i 

idiotycznie. - Jestem Vanessa.

background image

Aaron uśmiechnął się. a jej od razu spodobały się jego ciemne, wąskie wargi i sposób, 

w jaki jego prawie czarne oczy błyszczały w świetle świec. Podszedł i uścisnął jej dłoń. Był 

chudy i nieco od niej wyższy. Mógł mieć metr siedemdziesiąt pięć - tyle samo co Dan - ale 

wydawał się większy i lepiej zbudowany. Wskazał na jej pantofle.

- Ej, to są buty Blair, nie? Mój pies próbował je kiedyś zjeść na śniadanie.

- I tak by nie zauważyła, ma chyba z osiemset par - stwierdziła Vanessa.

Zaśmiali   się.   szczerząc   do   siebie   zęby   jak   w   transie.   Autentyczne   towarzystwo 

wzajemnej adoracji.

Serena już zamierzała wyciągnąć Blair z łazienki, kiedy ta uprzedziła ją, wychodząc w 

chmurze   perfum  Caroliny  Herrery.  Rzęsy  miała  świeżo  podkręcone,  włosy   rozczesane,   a 

twarz przypudrowaną brązującym pudrem o różanym odcieniu. Nadal miała len sam obcisły 

czarny T - shirt, ale włożyła inny stanik i teraz jej biust wyglądał raczej na C niż B.

- Kto ma ochotę się napić? - zapytała, uśmiechając się nieśmiało do Stana 5.

- Ja. Z przyjemnością - odparł Stan 5.

Podszedł   i   pocałował   ją   w   policzek.   Był   wyższy,   niż   go   zapamiętała,   i   bardziej 

oficjalny. Ale pachniał Polo for Men, a to jeden z jej ulubionych zapachów.

Blair   zatrzepotała   do   niego   podkręconymi   rzęsami.   Dziś   wieczór   cię   uwiodę, 

powiedziała do niego w myślach.

Serena nie mogła znieść tego, że wszyscy tak dziwnie się zachowywali. Poza tym 

prawie dochodziła dziesiąta - już dawno powinna być po kolacji. Otworzyła jedno z pudelek z 

pizzą.

- Macie coś przeciwko temu, żeby zacząć jeść? Umieram z głodu.

Vanessa i Aaron wzięli po kawałku wegetariańskiej oraz colę z rumem i siedli przy 

stole. Blair dolała sobie do szklaneczki i wrzuciła na talerz wielki kawał pizzy z serem i 

pepperoni; pomyślała, że będzie potrzebowała sporo energii. Stan 5 wziął dwa kawałki pizzy 

pepperoni   -   najwyraźniej   też   uważał,   że   będzie   potrzebował   sporo   sił.   Serena   wzięła   po 

jednym kawałku z obu, ponieważ zawsze była głodomorem.

- Może w coś zagramy? - zasugerowała, kiedy już wszyscy usiedli przy stole.

Zwykle miałaby to gdzieś, ale teraz była gotowa zrobić wszystko, żeby przestali się 

uśmiechać do siebie jak... debile.

Blair wzięła wielki kęs pizzy i spłukała go wódką z tonikiem.

- Tak! - prawie wykrzyknęła. - Zagrajmy w Prawdę albo wyzwanie!

Serena szturchnęła swoją pizzę, jakby sprawdzała, czy nadaje się do jedzenia. Dopóki 

będzie wybierać wyzwania, nic jej nie grozi.

background image

Aaron złożył swój kawałek na pół i wziął dwa ogromne kęsy. Vanessie podobało się 

to, w jaki sposób jego śliczne, małe uszka poruszały się, gdy przeżuwał.

- Ja zacznę - zgłosił się na ochotnika, ocierając usta papierową serwetką. - Wyzwanie.

Blair podsunęła mu swoją pizzę. Wielkie plasterki pepperoni przykrywały tłusty ser.

- To proste. Zjedz kawałek.

Aaron przewrócił oczami.

- W życiu. Wobec tego prawda.

Blair próbowała wymyślić dobre pytanie, ale Vanessa ją uprzedziła.

- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?

Nie podnosiła wzroku znad kawałka pizzy. Odrywała zielone różyczki od kawałka 

brokułu, żeby się nie zaczerwienić z powodu tak czerstwego pytania.

Noga Aarona przesuwała się w stronę Vanessy, aż w końcu jego kolano delikatnie 

otarło się o jej dżinsy. Wziął resztkę pizzy, a potem odłożył ją. nie gryząc.

- Jasne, że tak - oznajmił, uśmiechając się szeroko. - Teraz tak.

Blair kopnęła pod stołem Vanessę, która natychmiast się zaczerwieniła - twarz miała 

bordową jak mundurki w Constance Billard.

- A nie mówiłam? - zachwycona Blair bezgłośnie poruszyła ustami. Zdjęła kawałek 

pepperoni z pizzy i włożyła go ust. - A teraz ja. Wyzwanie.

Każdy próbował wymyślić coś dobrego. Problem z wyzwaniami byt taki, że zawsze 

wydawały się trochę głupawe. Prawda okazywała się o wiele ciekawsza.

Chociaż niekoniecznie.

- Całuj mnie - powiedział cicho Stan 5, odsuwając krzesło, aby Blair mogła podejść. - 

Przez całe pięć minut.

Zupełnie w stylu siódmoklasisty.

- Dobra.

Blair wstała i odgarnęła ciemne włosy za uszy. Myślał, że go nie pocałuje, myślał, że 

musi mieć taki pretekst jak wyzwanie? Cóż, planowała o wiele więcej niż tylko pocałunki. 

Przysiadła mu na kolanie i objęła go za szyję. Miał w kąciku ust odrobinę sosu z pizzy, a 

ponieważ wypiła odrobinę za dużo i jadła odrobinę za szybko, widok ten sprawił, że zrobiło 

jej się mdło. Zamknęła oczy i wciągnęła zapach Polo for Men.

- Niech ktoś zacznie mierzyć czas - poleciła.

Przycisnęła usta do jego warg. próbując się rozluźnić i wczuć, ale nie było łatwo, 

zwłaszcza przy publiczności. Usta Stana 5 były słonawe, nieznajome i dziwnie wilgotne. Już 

miała się oderwać, żeby złapać oddech, kiedy przypomniała sobie, jak całowała się z Nate'em 

background image

podczas jakichś zawodów na imprezie w domu Sereny pod koniec siódmej klasy. Weszli do 

garderoby,   a   Serena   siała   pod   drzwiami   i   mierzyła   czas,   podczas   gdy   oni   się   całowali. 

Wytrzymali czterdzieści siedem minut, ale tak naprawdę to nie całowali się przez cały czas. 

Szeptali do siebie cichutko, nie odrywając ust - praktycznie całowali się, rozmawiając, i na 

odwrót. Właściwie to było całkiem romantyczne.

- Czas minął! - zawołał Aaron.

Blair odsunęła się od Stana 5. Wspomnienia o Nacie sprawiły, że usta Siana zaczęły 

lepiej smakować.

- Wytrzymałabym   dłużej   -   stwierdziła,   zsuwając   się   z   kolan   chłopaka.   Usiadła   na 

krześle i napiła się wódki z tonikiem. - Ty następny - powiedziała do Stana 5. - Prawda czy 

wyzwanie.

- Prawda.

Blair próbowała wymyślić jakieś pikantne pytanie, ale kojarzyła go tylko z Yale.

- Gdyby twój dziadek nie był w zarządzie Yale, poszedłbyś do innej szkoły?

Stan 5 odchrząknął i rozluźnił ugrzeczniony.  różowo - zielony krawat. Zerknął na 

Blair i otarł twarz dłonią.

- Nie idę do Yale - powiedział cicho. - Nie dostałem się.

Nikt   się   nie   odezwał.   Blair   poczuła   rosnącą   w   gardle   gulę.   Odsunęła   krzesło   i 

popędziła do łazienki.

Serena posłała Stanfordowi Parrisowi V wyluzowany uśmiech  swojej matki, który 

mówi „chrzań się”.

- Mam wyzwanie dla ciebie. Wyjdź natychmiast - powiedziała uprzejmie.

Stan 5 wzruszył ramionami, jakby nie rozumiał, o co tyle hałasu.

- Nic jej nie będzie?

Jakby naprawdę go to obchodziło.

- Nic jej nie będzie - zapewniła Serena.

- Za rogiem jest postój taksówek - poinformowała go Vanessa, zbyt  rozkojarzona, 

żeby załapać, co się dzieje.

Stan 5 wstał i poprawił krawat. Serena odprowadziła go do drzwi.

- Dzięki za pizzę - rzucił niezręcznie i wyszedł.

Vanessa i Aaron spletli dłonie pod stołem.

- Prawda czy wyzwanie? - Vanessa szepnęła.

- Prawda - odparł Aaron.

- Myślisz, że powinnam zapuścić włosy?

background image

Aaron pochylił się i pocałował ją szybko w usta.

- Za cholerę.

Serena poszła zobaczyć, co z Blair. Spodziewała się ujrzeć ją klęczącą nad muszlą 

klozetową, jak już ją widywała setki razy. Ale Blair wyciągnęła się nago w wannie, cała w 

zielonej panie z Vitabath i z wilgotnym ręcznikiem na oczach. Wyglądała jak przepracowana 

diwa.

- Nie wiem. co sobie myślałam - jęknęła, odwracając głowę do Sereny. Była  taka 

wściekła na Nate'a i tak bardzo chciała dostać się do Yale, a Stan 5 sprawiał wrażenie, jakby 

już nie musiał się niczym martwić...

Serena zrzuciła buty i podwinęła dżinsy. Siadła na brzegu wanny i zanurzyła stopy w 

wodzie.

- Ja leż nie wiem.

Poruszyła   w   wodzie   pomalowanymi   na   różowo   palcami,   zbierając   się,   żeby 

powiedzieć Blair o tym, że wybrała Yale.

Blair wyciągnęła rękę na oślep i umazała policzek Sereny pianą.

- Mam wyzwanie dla ciebie. Wskakuj tu do mnie.

Serena zachichotała i zaczęła rozpinać dżinsy. Pogadają o Yale kiedy indziej.

Tymczasem w salonie zaczęło robić się gorąco.

- To właśnie się powinno robić, gdy kończy się szkołę średnią? - zapytała Vanessa, 

pomagając Aaronowi zdjąć cieniutki, pomarańczowy podkoszulek. Obcałowała jego szyję, aż 

doszła do wąskich, czerwonych ust, które ją oczarowały od pierwszego wejrzenia.

- Masz   na   myśli   przyjaźń   z   najbardziej   jędzowatą   i   najdroższą   w   utrzymaniu 

dziewczyną   z   klasy,   a   potem   dobieranie   się   do   jej   przyrodniego   brata?   -   Aaron   odparł 

szczerze i się roześmiał. - Nie jestem pewien. - Przesunął palcem po szorstkiej, ogolonej 

głowie Vanessy. - Myślę, że to ten czas, kiedy jesteśmy gotowi, żeby spróbować czegoś 

nowego.

Najwyraźniej!

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

NARODZIŁA SIĘ GWIAZDA, ALE ONA MA TO GDZIEŚ

Pamiętacie,  jak kilka miesięcy  temu pewna dziewczyna  z  Brooklynu o  ogolonej  głowie wygrała  w 

szkole konkurs filmowy? Nagrodą byt wyjazd na festiwal w Cannes i udział w konkursie dla najbardziej 

obiecującego   młodego   filmowca.   Każda   normalna   dziewczyna,   gdy   tylko   dowiedziałaby   się   o 

zwycięstwie,   pobiegłaby  na   zakupy   po   odpowiednią   sukienkę   i   odpowiednie   buty,   zrobiłaby   sobie 

odpowiednią   fryzurę   i   załatwiła   odpowiednie   towarzystwo.   Odliczałaby   dni   do   wyjazdu.   Wygrana 

oznaczałaby bycie królową tego dnia. Ale nasz geniusz filmowy ma to wszystko w nosie. Odpuściła 

sobie całą imprezę, nagrodę w jej imieniu musiał odebrać mistrz ceremonii i niezależny filmowiec Ken 

Mogul,   który   nazwał   ją   „najoryginalniejszym   głosem   w   filmie   od   czasów   Charliego   Chaplina”.   To 

kiepski komplement, zważywszy, że Charlie Chaplin kręcił nieme filmy. Jednak nie co dzień tysiące 

bajecznie odstawionych gwiazd wstaje, żeby cię oklaskiwać. Większość z nas chciałaby tam być. Ale 

jedno jest pewne: ona nie dba o ciuchy i sławę - i to jest coś, czego nie potrafię pojąć!

A TERAZ O JEJ FILMIE...

Pamiętacie zeszły miesiąc, kiedy ta sama dziewczyna o ogolonej głowie rozbita obóz w parku i robiła 

wywiady ze wszystkimi z ostatniej klasy, którzy chcieli opowiedzieć o szkołach, do których się dostali 

albo nie dostali, i o tym, jakie to ich życie jest beznadziejne lub wręcz przeciwnie? A teraz zgadnijcie, 

jaki film wygrał w Cannes? Czy ośmielimy się jeszcze kiedyś pokazać we Francji?

Wasze e - maile

P:

 Droga P!

Byłam na liście rezerwowych do Yale i właśnie dziś rano dostałam od nich list. Z odmową. 

Słyszałam, że nie przyjęli nikogo z listy rezerwowych, bo wszyscy przyjęci wybrali Yale. Dla 

background image

mnie fatalnie.

matołek

O:

 Drogi matołkul

To, że nie dostałaś się do Yale, nie znaczy, że jesteś matołkiem. Twoja doradczyni w szkole 

nie   pozwoliłaby   ci   składać   tam   papierów,   gdyby   nie   uważała,   że   masz   szansę.   Znam 

mnóstwo   niesamowicie   mądrych   ludzi,   którzy   się   nie   dostali,   i   kilka   matołów,   których 

przyjęto.   Ale   czy   to   znaczy,   że   wszyscy   z   listy   rezerwowych   dostaną   w   tym   tygodniu 

zawiadomienia? Pewnie niedługo się dowiemy...

P

P:

 Droga P!

Proszę, powiedz, jak odzyskać serce chłopaka, którego kocham. Jest załamany, bo ojciec 

za pewne przewinienie nie wypuszcza go z domu. Ale ja go kocham i muszę go zobaczyć, 

inaczej umrę.

melancholia

O:

 Droga melancholio!

Zakładam, że angielski nie jest twoim ojczystym językiem. Wyłożę ci więc to w prostych 

słowach: może wyżej wymieniony chłopak nie szaleje za tobą tak bardzo, jak ty za nim, 

n'est ce pas?

P

Na celowniku

B i S w Five and Dime w Williamsburgu na filmowej nocy piją cosmo i powtarzają wszystkie kwestie w 

Szaradzie  razem   z  Audrey   Hepburn.  V  i  A  w  salonie   fryzjerskim   Mousy   Brown  w  Williamsburgu. 

Powiedzcie mi, że A nie zamierza zgolić sobie głowy do pary z VK i I laminują napisy C

HŁOPCOM

 

WSTĘP

 

WZBRONIONY

 w Kinko's w Upper East Side. Głuptasy, nie wiedzą, że w ten sposób proszą się o kłopoty? 

Ciemnowłosa Francuzka w poncho z frędzelkami od Prady i mokasynach Fendi wspina się po murach 

domu N w East Side. N na pewno ma słabość do wariatek. J  z resztą grupy Raves śpiewa na cały 

głos w środku nocy na dachu domu czołowego gitarzysty zespołu. W nocy z niedzieli na poniedziałek. 

Zgadnijcie, kto przez cały weekend imprezowa! w domu pewnej gwiazdy rocka? O, to jest dziewczyna, 

której chodzi o sławę. Stara się, żeby pojawić się w gazetach, czy też samo jej tak wychodzi?

W poniedziałek w szkole będziemy mieli o czym rozmawiać - choć nigdy nie brakuje nam tematów do 

plotek!

PS   W   czwartek   wieczorem   zaczyna   się   z   dawna   oczekiwany   rejs   charytatywny   Archibaldów   do 

Hamptons.   Nie   zapomnijcie   zabrać   ze   sobą   kamizelek   ratunkowych   z   monogramem   od   Louisa 

background image

Vuittona!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

background image

uzdolnieni to coś strasznego

We wtorek rano, kiedy Jenny robiła sobie kreski na powiekach czarnym flamastrem 

Chanel, żeby uzyskać efekt, jakby balowała całą noc (taki wizerunek idealnie pasował do jej 

nowych,   ogromnych   różowych   okularów   od   Gucciego,   których   zazdrościły   jej   wszystkie 

dziewczyny z dziewiątej klasy w Constance Billard), do drzwi łazienki zapukał ojciec i oznaj-

mił:

- Nie idziesz dziś do szkoły, skarbie.

Jenny odłożyła eyeliner i otworzyła drzwi.

- Co masz na myśli? Dlaczego?

Rufus miał na sobie dziecięcą bejsbolówkę Metsów, którą kupił Danowi, gdy ten miał 

osiem lat. Czapka trzymała się na samym czubku rozczochranej, siwej szopy włosów. Miał 

też na sobie bawełniane spodnie w gumkę w niebiesko - białe pasy, które wyglądały zupełnie 

jak dół od piżamy.

- Wczoraj wieczorem pogadałem sobie nieco z panią M. - odparł Rufus.

Ups.

Jenny obciągnęła króciutki szkolny mundurek z krepy.

- Po co? - zapytała niewinnie, chociaż doskonale znała odpowiedź.

Rufus zignorował jej zachowanie w stylu „chodzącej niewinności”.

- Właściwie   powiedziała   to   wprost.   Albo   powtarzasz   dziewiąta   klasę,   albo   w 

przyszłym roku idziesz do innej szkoły.

Jenny zwalczyła pokusę, żeby rzucić się ojcu na szyję i go wyściskać. Pojedzie do 

szkoły z internatem! To naprawdę się dzieje!

Nie tak szybko, panienko!

- Nie wejdę tam - uparła się Jenny, gdy taksówka się zatrzymała.

- Tylko tak sobie myślisz - warknął ojciec. Zapłacił taksówkarzowi i otworzył drzwi. - 

Wyskakuj, nadąsana księżniczko. Obejrzymy sobie to miejsce.

Wysiedli   przed   Sloan   Center.   Ośrodkiem   dla   Wybitnie   Uzdolnionych,   hipisowską 

eksperymentalną szkołą, która mieściła się w paśmie dwupiętrowych, nudnych budynków we 

background image

Flushing, w Quenns. Znajdowała się całe kilometry od Manhattanu i w żadnej mierze nie 

przypominała  porośniętych  bluszczem  ceglanych  budynków  szkoły z internatem,  o której 

marzyła. Po drodze Rufus dał jej informator ze Sloan Center, który przekartkowała. Nie mieli 

tu   prawdziwych   mundurków,   w   stołówce   podawali   ekologiczne,   wegetariańskie   jedzenie, 

wszyscy uczniowie mieli tłuste włosy i trądzik i żadna z nauczycielek nie nosiła kostiumów 

od Chanel. Jednym słowem Jenny z miejsca znienawidziła tę szkołę.

Ogromny znak pacyfistów  z kory brzozowej powitał ich. gdy tylko  przeszli  przez 

drzwi z prawdziwej, wyhodowanej biodynamicznie dębiny. Pacyfka zwieszała się z sufitu nad 

wejściem.   Obracała   się   na   wietrze   wytworzonym   przez   młyn   wodny   wybudowany   przez 

uczniów u podstawy schodów. Czysta źródlana woda spływała kaskadami rynną z bambusa 

pośrodku schodów, zasilając młyn.

- Nasi starsi uczniowie zbudowali ten młyn zeszłej zimy - wyjaśniła im na samym 

początku ich wizyty Calliope Trask, dyrektorka szkoły. - W styczniu co roku mamy coś, co 

nazywamy   zimowymi   pracami.   Nie   ma   normalnych   zajęć,   a   uczniowie   skupiają   się   na 

budowie   czegoś   użytecznego   własnymi   rękoma.   Rok   wcześniej   mieliśmy   kurnik   z 

dwudziestoma kwokami, tutaj, na sali gimnastycznej. Zebraliśmy tyle jajek, że zaczęliśmy je 

sprzedawać   i   uskładaliśmy   pieniądze   na   nowe   konopiane   maty   do   spania   w   czasie 

popołudniowej drzemki dla naszych przedszkolaków!

Hura!

Calliope   Trask   miała   siwe   włosy   splecione   w   długi   aż   do   pupy   warkocz.   Nosiła 

musztardowożóltą lnianą sukienkę na ramiączkach Eileen Fisher, która wspaniale podkreślała 

kędzierzawe czarne włosy pod pachami. Dyrektorka nie goliła też nóg - ciemne, sztywne 

włoski   wystawały   między   paskami   wiązanych   w   kostce   beżowych   płóciennych, 

ekologicznych butów.

- To   naprawdę   piękne   okulary.   -   Calliope   wskazała   na   gigantyczne   okulary   od 

Gucciego,   które   skrywały   lśniące   brązowe   oczy   Jenny.   -   Ale   tutaj   nie   pozwalamy   nosić 

markowych ubrań, naszywek ani żadnych innych tego typu rzeczy.

Zanim   Jenny  zdążyła   powiedzieć   „Co,   do  cholery?”,   Rufus   ściągnął   jej   okulary  i 

schował je do kieszeni marynarki z szarego ortalionu.

- Od razu lepiej. Teraz widzimy twoją śliczną buzię - zaświergotała Calliope, a Jenny 

wstrętnie się do niej wykrzywiła.

Ruszyła schodami za dyrektorką i ojcem. Kusiło ją, żeby im powiedzieć, by wypalili 

konopie z mat, a ona w tym czasie ucieknie do Czech i zamieszka ze swoją zwariowaną, ego-

istyczną   i   zaniedbującą   dzieci   matką.   Ravesi   mogli   zorganizować   turę   we   wschodniej 

background image

Europie, a ona na czarnym rynku nakupowałaby sobie za pół ceny tyle rzeczy Gucciego, ile 

by zechciała.

Znaleźli się na pierwszym piętrze. Calliope otworzyła drzwi do jednej z klas.

- Nasze klasy łączą się w grupy w różnym wieku i dzielą się na „paczki”, które mają 

nazwy   od   zaginionych   gatunków   na   Galapagos.   Jennifer,   będziesz   w   grupie   wiekowej 

trzynaście - piętnaście. Zaprowadzę cię do miejsca, gdzie Żółwie Słoniowe zebrały się rano 

przy pracy, i dalej oprowadzi cię któraś z uczennic.

Podłoga klasy wysypana była piaskiem, ściany wyłożone łodygami bambusa, a sufit 

palmowymi liśćmi. Nad ich głowami wisiał wielki, ręcznie malowany napis NIE PALIĆ.

Jenny nigdy nie przepadała za papierosami, ale teraz marzyła o dymku. Rozpięła biały 

sweter Miss  Sixty, żeby odsłonić krokodylka  Lacoste'a  maszerującego  na lewej  piersi jej 

nowej,   różowej   koszulki,   którą   dostała   od   Lloyda   Collinsa   z   Ravesów.   Była   gotowa   na 

wszystko, byleby uniknąć zostania Żółwiem Słoniowym.

Hakuna matata, panno Calliope - powitała ich pulchna dziewczyna ubrana w coś, co 

wyglądało jak bikini z koziej skóry.

Hakuna matata, Cherisse - odparła z uśmiechem Calliope. - Żółwie Słoniowe badają 

w tym tygodniu Namibię - oznajmiła Jenny i Rufusowi, jakby to wszystko wyjaśniało.

Jenny   przyjrzała   się   pozostałym   członkom   grupy.   Pięć   pulchnych   dziewczyn   o 

tłustych   włosach   i   krzywych   zębach   oraz   trzech   chudych   chłopaków   w   okularach   i   z 

trądzikiem. Wszyscy ubrani byli w stroje z koziej skóry, które mogłyby mieć styl, gdyby 

zaprojektowała je Stella McCartney, a nie Hippies R Us. Stali w kole, trzymali się za ręce i 

śpiewali namibijską pieśń zaklinającą deszcz.

Nawet Rufus wyglądał na zszokowanego.

- Macie dane, do jakich college'ów dostają się wasi absolwenci? - zapytał dokładnie 

tak samo, jak pytała większość rodziców koleżanek Jenny z Constance Billard.

Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, Rufus bardzo poważnie traktował sprawę 

college'ów i niewiele brakowało, a sam by otworzył wszystkie listy, które przyszły do Dana. 

nie czekając,  aż syn  wróci ze szkoły. Mógł sobie być  anarchistą, ale  głęboko wierzył  w 

tradycyjną edukację.

Calliope zmarszczyła brwi.

- Staramy   się,   aby   nasza   szkoła   jak   najmniej   podsycała   rywalizację.   Zachęcamy 

uczniów, aby dali sobie czas na poznanie świata. Pożyli poza systemem. Kiedy już odkryją 

swoje powołanie, mogą ewentualnie zdecydować się na dalsze kształcenie.

Konia z rzędem temu, kto zinterpretuje te słowa.

background image

- Słyszałam,   że   jesteś   artystką.   -   Cherisse   uśmiechnęła   się   do   Jenny,   odsłaniając 

krzywe żółte zęby, - Chodź, pokażę ci nasz fresk. Cały jest z koziego obornika.

Rufus trzymał Jenny troskliwie za rękę, podczas gdy Cherisse poprowadziła ich do 

dziwnego fresku przedstawiającego słonie i zebry baraszkujące w trawie. Cherisse zanurzyła 

dłoń w glinianej misie stojącej na podłodze i rozsmarowała coś brązowego na zadzie słonia. 

Rufus ze zmęczeniem pokręcił głową. Pociągnął Jenny do stołu znajdującego się w kącie sali 

i usiadł. Naprawdę spodobała mu się idea alternatywnej szkoły, ale w głębi duszy marzył, aby 

córka ukończyła uniwersytet Berkeley albo Columbia, a nie wędrowała po świecie i malowała 

freski z obornika.

Jenny siadła naprzeciwko niego i wyjęła z różowej torebki DKNY buteleczkę lakieru 

do paznokci Chanel.

- Więc zapytam jeszcze raz: po co tu właściwie jesteśmy?

Odkręciła buteleczkę i zaczęła malować paznokcie.

Rufus   poprawił   czapkę   z   daszkiem   i   potarł   zamglone   oczy.   Wyglądał,   jakby 

potrzebował jeszcze z sześciu godzin snu i dodatkowych trzech kubków kawy.

- Posłuchaj, Jen. Nie możesz po prostu pomieszkiwać z gwiazdami rocka w hotelu i 

przez cały czas okłamywać ojca. Ale chcę, żebyś była szczęśliwa. A ty czego chcesz?

Jenny zakręciła buteleczkę z lakierem i schowała ją z powrotem do torebki. Wiedziała, 

że ojcu nie spodoba się to, co zamierzała powiedzieć, bo w głębi duszy uwielbiał dom pełen 

zwariowanych  dzieciaków, które mógł  wprawiać w  zakłopotanie i denerwować. Ale była 

skłonna zrezygnować z kariery fanki Ravesów tylko pod jednym warunkiem: jeśli zostanie 

wysłana do szkoły z internatem, gdzie istniało tysiąc okazji do przygód. Sam to przecież 

powiedział: chce, żeby była szczęśliwa.

Na   drugim   końcu   sali   Calliope   Trask   pomagała   Żółwiom   Słoniowym   nakładać 

obornik na fresk w stylu Jacksona Pollocka.

Jenny spojrzała na ojca sarnimi oczami pełnymi nadziei. Usta złożyła w serduszko, 

wypowiadając kilka melodyjnych słów:

- Tato, czy mogę wyjechać do szkoły z internatem?

background image

krótkie przypomnienie

Drogie koleżanki z Constance Billard!

Pewnie nie trzeba wam przypominać, ale Jutro zaczyna się nasz weekend  

piękności! Chcemy wam powiedzieć, że jesteśmy strasznie podekscytowane! Żeby 

upewnić się. że będziecie ubrane stosownie do rejsu, mamy fantastyczne koszulki z  

długimi rękawami przygotowane specjalnie dla was przez Three Dots. Pamiętajcie, 

jesteśmy gośćmi Archibaldów. Spróbujcie zachowywać się jak damy Ale kiedy tylko 

dotrzemy do posiadłości Coatesów. wszystko będzie dozwolone!

Nie możemy się doczekać! Do zobaczenia jutro!!!

Całusy.

Wasze koleżanki z klasy. Isabel i Kati

background image

widok z bocianiego gniazda

To było idealne popołudnie na rejs. Słońce przygrzewało i wiała chłodna bryza. Niebo 

miało błękitny kolor, a woda była spokojna. Pokład był usiany małymi okrągłymi stolikami z 

jedwabnymi obrusami w kolorach „Charlotte” - złotym i niebieskim. Na każdym stała ciężka 

marmurowa waza z pływającymi w nich świecami. Na dziobie jachtu mężczyzna w białym 

smokingu   grał   na   kontrabasie,   a   kobieta   w   czerwonym   muumuu,   tradycyjnej   sukience 

hawajskiej,  pięknie nuciła piosenki  Niny Simone. Najznamienitsi  mieszkańcy Upper East 

Side trzymali swoje kieliszki z koktajlami i gawędzili. Wszyscy mieli na sobie najnowsze 

wakacyjne kreacje kupione w Cannes i na St. Barts. Przed nimi horyzont coraz bardziej się 

skracał, ponieważ płynęli w stronę cieśniny Long Island Sound i Sag Harbor.

- Jak się miewa twój syn? - zapytała panią Archibald Misty Bass, marszcząc z troską 

cieniutkie, ciemne brwi. Brylantowy naszyjnik kołysał się na jej opalonej na Cap d'Antibes 

szyi. gdy „Charlotte” z wydętymi, białymi żaglami podskakiwała na falach. - Słyszałam, że 

znowu ma kłopoty. To nie... narkotyki, prawda? - Ciągnęła, mając nadzieję na świeże plo-

teczki.

- Nate ma się dobrze - najeżyła się pani Archibald, opuszczając wyzywająco kąciki 

pomalowanych na czerwono ust. - Jest w domu, uczy się - skłamała, nie chcą przyznać, że 

dostał szlaban za kradzież rodzinnej lodzi. - A twój Chuck pewnie nie może się doczekać 

akademii wojskowej?

Misty Bass wlała do gardła resztkę bourbona. Chuck miał własne mieszkanie, a ona 

ostatnio sporo podróżowała, więc prawdę mówiąc, dawno z nim nie rozmawiała.

- O. tak - odparła z wahaniem. Rozejrzała się za kelnerem. - Szkoda, że kieliszki są 

takie małe.

- Och. Misty! - wykrzyknęła Eleanor Waldorf, zarzucając starej przyjaciółce ręce na 

szyję. - Musisz zobaczyć willę w Toskanii, którą kupiłam dla Cyrusa. Ma własną stronę inter-

netową i w ogóle!

Na zawietrznej burcie starsze córki gości utworzyły małe grupki. Wszystkie miały na 

sobie różowe koszulki z długimi rękawami, przygotowane specjalnie na weekend piękności. 

Chowały się przed rodzicami i udawały, że ich cola jest bez rumu.

background image

- Nie mogę uwierzyć, że Nate Archibald nie zjawił się na własnej imprezie - narzekała 

Isabel Coates.

- Bo chłopcom wstęp wzbroniony, głupia - odparła Kati Farkas, myśląc, że chociaż raz 

wyszła na mądrzejszą od najlepszej przyjaciółki.

- Nie wygłupiaj się - zbeształa ją Isabel. - Na łódź mogą wejść, tylko nie do mojego 

domu w czasie weekendu piękności.

No jasne!

- Och... - mruknęła Kati. jakby dopiero teraz załapała.

- Więc gdzie on się skhrywa?

Obie dziewczyny spojrzały na Lexie. Chodziła do L'École. a nie do Constance Billard. 

co oznaczało, że absolutnie nie została zaproszona na weekend piękności. Poza tym wszyscy 

wiedzieli, że jej matka i matka Nate'a chodziły razem do katolickiej szkoły z internatem we 

Francji i szczerze się nienawidziły. Co więc robiła Lexie na pokładzie „Charlotte”? Miała na 

sobie tunikę Missoni z głębokim dekoltem, której Kati i Isabel pożądały, ale nigdzie nie 

mogły   dostać   (nawet   w   sklepach   internetowych!),   a   długie,   ciemne   włosy   zaplotła   w 

warkocze, jakby była skrzyżowaniem francuskiej hipiski z Heidi.

- Nate ma szlaban - poinformowała je Blair, chociaż nie rozmawiała z Nate'em od 

czasu ich spotkania w hotelu Płaza. - Nie ma go tutaj.

Pan Archibald byt bardzo ostry - Nate musiał mieć szlaban. Blair zachwiała się w 

beżowych sandałach Prady na siedmiocentymetrowych obcasach i wyjadła wisienkę z pustej 

szklanki po coli. Czuła się bardzo dumna z siebie, bo nie wy - drapała Lexie oczu. A prawda 

była taka, że wcale nie tęskniła za Nate'em.

Aha, jasne.

Serena podała Blair kolejną doprawioną colę.

- Nie jestem taka pewna, że go tu nie ma.

Była przekonana, że Nate nie odpuściłby sobie rejsu rodziców do Hamptons, nawet 

gdyby miał szlaban, i tylko ukrywał się gdzieś na lodzi.

- Nate nie jest aż tak pomysłowy - sprzeciwiła się Blair, czytając w myślach Sereny. - 

Gdyby tu był. już byśmy o tym wiedziały.

- Nate jest doskonały - zamruczała przeciągle Lexie. zaciągając się skrętem.

Nikt z dorosłych najwyraźniej nie zauważył, że dziewczyna pali trawkę na pokładzie. 

Może dlatego, że była Francuzką i nosiła tunikę Missoni.

Blair przewróciła oczami i odwróciła się plecami do tej głupiej francuskiej zdziry. 

Może i był jedynym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek kochała, ale każdy, kto uznaje Nate'a 

background image

Archibalda za doskonałego, musi być kompletnym  idiotą. Patrzyła,  jak jej przyrodni brat 

Aaron pędzi pod pokład po kolejny rum i dietetyczną colę dla Vanessy. Miał świeżo ogoloną 

głowę. Aaron ledwo znal Nate'a i z pewnością nie został zaproszony, ale ostatnio pojawiał się 

wszędzie tam. gdzie była Vanessa. Gdyby obydwoje nie stanowili zaprzeczenia słodyczy, 

można by ich uznać za najsłodszą parę w dziejach ludzkości.

Nagle Serena poczuła, że ktoś ją ciągnie za koszulkę.

- Hej! - powiedziała Jenny i wspięła się na palce, żeby ucałować ją w policzek.

Obok   stała   Elise.   Obie   dziewczyny   miały   na   sobie   różowe   koszulki   weekendu 

piękności i podobne, zdecydowanie za duże, różowe okulary Gucciego.

- Nikomu nie powiesz, prawda?

Serena   musiała   podziwiać   bezczelność   Jenny,   która   najwyraźniej   zaczęła   się 

specjalizować w byciu niegrzeczną dziewczynką. Położyła palec na ustach.

- Nikomu nie powiem - obiecała, chociaż w ostatniej klasie było tylko czterdzieści 

dziewczyn, więc dwie młodsze nie mogły przejść niezauważone.

Jenny uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Elise pod pokład, żeby zwędzić szampana 

i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nie było wątpliwości, że im bliżej wieczoru, tym obie będą coraz 

bardziej niegrzeczne.

- Muszę przyznać, że już się poddałem - westchnął Dan. patrząc, jak młodsza siostra i 

jej przyjaciółka zniknęły w tłumie dziewczyn ubranych w cukierkowo - różowe koszulki.

Jego też nikt nie zaprosił, ale dołączył do Jenny, aby mieć na nią oko. Oparł się o 

reling i zapalił camela. Czekał cierpliwie, aż Vanessa go zauważy.

Znajomy zapach cameli przepłynął obok nozdrzy Vanessy. Odwróciła się i zobaczyła 

Dana uśmiechającego się nieśmiało. Jego niechlujne włosy i rdzawe sztruksy łopotały na 

wietrze. To, że którekolwiek z nich wyląduje tutaj, na jachcie żeglującym do Hamptons albo 

że ona będzie miała na sobie różową koszulkę było tak nieprawdopodobne, że Vanessa wy-

buchła śmiechem.

- Co cię tak bawi? - zapytał Dan.

Vanessa wyglądała na tak szczęśliwą, że zrobiło mu się trochę smutno, bo zdał sobie 

sprawę, że ta euforia nie ma z nim nic wspólnego.

Aaron wrócił z drinkiem i piwem. Kiedy zobaczył Dana i Vanessę rozmawiających ze 

sobą. natychmiast podał swoje piwo Danowi.

- Przyniosę jeszcze jedno - powiedział usłużnie.

Dan nie mógł w to uwierzyć - tych dwoje pasowało do siebie jak ulał. Nawet głowy 

mieli takie same.

background image

Vanessa stała z bezmyślnym  uśmiechem na twarzy i czekała, aż Aaron wróci. Jej 

szczęście było denerwujące - nawet dla niej samej.

- Przepraszam - powiedziała do Dana. - Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Dan wziął łyk piwa i wskazał na jej usta.

- To błyszczyk? - zapytał zaskoczony i rozbawiony zarazem.

Vanessa zachichotała.

- Firmy Nars, o smaku toffi, jeśli pytasz o szczegóły. Pożyczyłam od Blair.

Spojrzeli po sobie. Każde czekało, aż drugie rzuci jakąś krytyczną i dowcipną uwagę 

na temat obrzydliwego pokazu bogactwa i bezsensu tej imprezy. Ale prawda była taka. że 

obydwoje   pojawili   się   tu   z   tego   samego   powodu.   Chociaż   całymi   latami   próbowali   się 

odgrodzić, ci ludzie byli ich rówieśnikami i pomimo całego lego krytykowania i izolowania 

się oboje cieszyli się, że dotyczyli do zabawy.

Słońce przypominające ogromną pomarańczę schowało się za smugą chmur. Woda 

była lśniąca, zielona i spokojna jak trawnik w bezwietrzny dzień. Aaron wrócił z piwem i 

nonszalancko pocałował Vanessę w policzek.

- Ślicznie wyglądasz - szepnął.

Dan zastanawiał się, czy kiedykolwiek powiedział Vanessie, że ślicznie wygląda, ale 

było już trochę za późno na takie rozpamiętywanie.

- Gratuluję szybkiego wykopania z zespołu - zadrwił denerwująco znajomy glos.

W   stronę   Dana   pochylał   się   Chuck   Bass.   Stał   na   dziobie   w   dziwnym,   błękitnym 

lnianym stroju żeglarza z nogawkami podwiniętymi do kolan i białą małpką wczepioną w 

jego ramię - najwyraźniej zwierzątko bało się wpaść do wody. Chuck wyglądał na podpitego i 

lekko nieprzytomnego od choroby morskiej.

Chuck zdawał się tak odpychający, że wkurzanie się na niego nie miało sensu. Poza 

tym Dan był zachwycony tym, że jest normalnym dzieciakiem, a nie wielką gwiazdą rocka. 

Podał dłoń koledze i uśmiechnął się beznamiętnie.

- Dzięki, stary.

- Ravesi i tak już długo nie pociągną - zauważył Aaron. - Daję im najwyżej jeszcze 

jedną płytę, a potem znikną.

- Racja.   -  Chuck   potrząsnął   dłonią   Dana,   jakby  byli   starymi   przyjaciółmi.   -  Więc 

dokąd się wybierasz w przyszłym roku, synu?

Synu?

Ravesi to kapela z Nowego Jorku, a Dan słyszał, że Chuck wybiera się do akademii 

wojskowej gdzieś w północnym New Jersey. Najlepiej byłoby znaleźć się jak najdalej od obu, 

background image

od niego i od zespołu.

- Do Evergreen - oznajmił, jakby wiedział to od zawsze. - To na zachodzie, w stanie 

Washington.

- Miło.   -   Chuck   ziewnął,   jakby   już   znudził   się   rozmową.   - Widział   ktoś   Serenę? 

Słyszałem, że spotyka się z jakimś osiemdziesięciopięcioletnim członkiem zarządu w Yale. 

Ale zdzira.

Vanessa parsknęła z niesmakiem i zostawiła chłopców samych. Poszła poszukać Blair 

i Sereny. Potrzebowała paru chwil z dziewczynami, które pasowały do jej różowej koszulki.

Reszta dziewczyn z klasy zebrała się w pobliżu dziobu. Trochę słuchały muzyki  i 

trochę   ściskały   reling,   próbując   powstrzymać   się   od   wymiotowania   w   spienione   wody 

cieśniny Long  Island  Sound.  Słońce  świeciło  już  słabiej,  a  bryza   przybrała  na  sile.  Parę 

dziewczyn  otuliło   ramiona   pashminą   albo   niebiesko   -  złotymi   swetrami   pożyczonymi   od 

załogi „Charlotte”, ale większość pasażerów była zbyt podchmielona, żeby czuć chłód. Za ich 

plecami   Manhattan   kołysał   się   i   lśnił   niczym   miniaturowy   srebrny   raj   w   kryształowym 

przycisku do papieru od Tiffany'ego.

Serena  i  Blair   skuliły  się razem  na  prążkowanej,  niebiesko   - złotej  poduszce  pod 

jednym Z masztów i popijały zgodnie heinekena.

- Nie mogę uwierzyć, że za chwilę skończymy szkołę - westchnęła Serena i oparła 

głowę na ramieniu Blair.

- Bogu dzięki - odparła przyjaciółka bez cienia sentymentu. - Szkoda tylko, że nie 

mam pojęcia, co będę robić w przyszłym roku.

Serena usiadła prosto, zastanawiając się, czy to dobra okazja, żeby powiedzieć Blair o 

Yale. Ale płynęły łodzią, a ona nie zamierzała wylądować za burtą.

Podeszła do nich Vanessa. Położyła się i oparła głowę na kolanach Blair.

- Przestajcie obgadywać ludzi, jędze - oznajmiła im i leniwie przymknęła oczy.

- Powinnaś   poprawić   błyszczyk   -   zauważyła   Blair.   Wyjęła   z   kieszeni   dżinsowej 

spódnicy owocowy błyszczyk Lancôme'a i ostrożnie pomalowała Vanessie usta.

- Dzięki, mamusiu - mruknęła Vanessa, nie otwierając oczu.

Serena   roześmiała  się   i  znowu  oparła   głowę  o  maszt.   To  zabawne,   jak  tuż  przed 

końcem szkoły wszystkie nierówno powycinane kawałki układanki, które wyglądały, jakby 

nigdy nie miały do siebie pasować, nagle zaczęły się układać w jedną całość. Może w końcu 

obie   z   Blair   pójdą   do   Yale   i  będą   mieszkać   razem   w   pokoju.   Będą   druhnami   na   ślubie 

Vanessy i Aarona, poznają dwóch braci i wyjdą za nich, zamieszkają w tym samym kwartale 

na Piątej Alei i wyślą dzieci do tej samej szkoły - przyjaciółki po grób.

background image

Ale kogoś brakowało. Kogoś, kto zawsze stanowił ważną część układanki na swój 

własny, pokręcony, cudowny i niewierny sposób.

- Szkoda, że nie ma Nate'a - westchnęła Serena.

Blair zakręciła błyszczyk i z roztargnieniem zaczęła masować blade czoło Vanessy. - 

Czasem zastanawiam się, czy nie lepiej nam bez niego - przyznała się.

No bo w końcu, czy Nate nie był przyczyną wszystkich kłótni między nimi dwiema?

Serena zmrużyła oczy i jeszcze raz przyjrzała się ludziom na pokładzie. Wszędzie już 

go szukała.

Ale nie przyszło jej do głowy spojrzeć w górę.

Wysoko, wysoko nad ich głowami, na samym szczycie masztu Nate przykucnął w 

bocianim gnieździe i obserwował dziewczyny. Na górze czuł się trochę samotny i zmarznięty, 

ale zabrał ze sobą do towarzystwa sześciopak i kilka skrętów. Kiedy tylko zacumują w Sag 

Harbor, a rodzice i ich znajomi rozejdą się do swoich dworków w Hamptons, zejdzie na dół 

niczym Spider - Man i wszystkich zaskoczy.

Z   góry  dziewczyny   w   różowych   koszulkach   były   praktycznie   nie   do   odróżnienia. 

Nawet ta ogolona mogłaby się nieźle prezentować, gdyby zapuściła trochę włosów. Zapalił 

skręta. Nagle ogarnęła go tęsknota - tak bardzo je kochał. Kochał je wszystkie.

background image

dziewczyny ekscytują się babską imprezą

W ciepłe dni Hamptons pachniało solą, nową skórą, kremami przeciwsłonecznymi i 

pieniędzmi. Ogromne nowoczesne domy przycupnęły przy białych piaszczystych plażach, w 

otoczeniu basenów i czarnych, terenowych mercedesów. Małe dziewczynki w bikini Petit 

Bateau jeździły na skuterach do miasta na włoskie lody. Lśniące konie wystawowe elegancko 

kłusowały wzdłuż drogi za śnieżnobiałymi ogrodzeniami Niczym ogromny klub, Hamptons 

było tego rodzaju miejscem, do którego należeli tylko ci, którzy naprawdę tu pasowali.

Ale oczywiście wszystkie nasze dziewczyny tu pasowały.

- Zbiórka!  - Wrzasnęły Isabel  Coates i  Kati  Farkas.  gdy uczennice  ostatniej  klasy 

Constance   Billard   wysiadły   z   flotylli   srebrnych   limuzyn   przed   weekendowym   domkiem 

rodziców Isabel w Southampton.

Dom   miał   kształt   litery   ,.L”   i   był   nowoczesną,   przeszkloną   konstrukcją 

zaprojektowaną   przez   Philippe'a   Starcka.   Posiadał   prywatną   plażę   i   lądowisko   dla 

helikopterów na dachu. W zgięciu „L” mieścił się basen wyłożony różowymi kafelkami z 

podświetlanym  dnem oraz otynkowany na różowo domek kąpielowy. Wokół basenu stało 

czterdzieści   białych   plastikowych   leżaków,   a   na   każdym   pysznił   się   rozłożony   różowy 

ręcznik specjalnie zamówiony na weekend piękności. Obok basenu rozstawiono biały namiot 

ze stołami przykrytymi różowymi obrusami i barem z różowymi serwetkami. Wyglądało to 

prawic jak wesele, tyle że bez wesela.

Jenny Humphrey i Elise Wells okrążyły dziewczyny, żeby ominęło je sprawdzanie 

obecności, i popędziły przed podwórze do domku przy basenie.

- Ej! - szepnęła Rain Hoffstetter do I.aury Salmon. Obie miały na sobie gigantyczne 

różowe kapelusze od słońca Kati Spade. Ronda kapeluszy ciągle o siebie uderzały. - A co one 

tu robią?

- Kto? - dopytywała się Laura Salmon, mrużąc oczy zacienione kapeluszem.

- Częstujcie   się   koktajlami   i   kanapkami!   -   wykrzyknęła   przez   megafon   Isabel, 

rozkoszując się każdą chwilą, kiedy mogła powydawać rozkazy.

Chociaż to nie była tak dobra szkoła jak Princeton, Isabel postanowiła pójść do Rollins 

razem z Kati - ku wielkiemu rozczarowaniu rodziców - ponieważ w Rollins zaproponowano 

background image

jej pozycję szefowej jednego z akademików dla dziewcząt z pierwszego roku, więc przez cały 

rok jej zadaniem będzie rozstawianie wszystkich, łącznie z Kati. po kątach.

- W domku kąpielowym jest sauna. Mieści naraz tylko sześć osób - ciągnęła z ustami 

przyciśniętymi do megafonu. - W pokoju do projekcji znajdziecie filmy, a basen jest podgrze-

wany,   więc   możecie   pływać   całą   noc.   jeśli   tylko   zechcecie.   Wysokoproteinowe   i 

wysokoenergetyczne śniadanie zostanie podane jutro o siódmej, a pierwsza maseczka Origins 

jest już o ósmej, więc zarezerwujcie sobie czas na sen dla urody. W każdym pokoju są wielkie 

materace. Po trzy na każdym łóżku, dziewczyny - będzie przytulnie!

Powietrze   rozbrzmiewało   glosami   dziewczyn   gromadzących   się   przy   barze   albo 

wędrujących   do   domu   na   bitwę   poduszkami   na   łóżkach   z   jedwabna,   pościelą   lub 

spenetrowanie torebek z prezentami Origins, które miały zostać otwarte dopiero jutro. Kilka 

odważniejszych dziewczyn rozebrało się do bielizny albo przebrało w kostiumy kąpielowe i 

zaczęło   skakać   z   trampoliny   do   basenu.   Zaś   te   bardziej   leniwe   zebrały   się   w   pokoju 

projekcyjnym   pana   Coatesa   i   rozłożyły   w   skórzanych   fotelach,   podczas   gdy   na   wielkim 

ekranie   leciały   początkowe   napisy  Wielkiego   Gatsby'ego  z   Robertem   Redfordem   i   Mią 

Farrow.

Blair, Serena i Vanessa usiadły na brzegu basenu i zaczęły moczyć nogi w wodzie.

- Ale zabawa - stwierdziła Vanessa, próbując okazać trochę entuzjazmu.

Zastanawiała   się,   jak   Serena   i   Blair   to   robią,   że   ciągle   mają   opalone   nogi.   Jej 

wyglądały jak nogi trupa.

- Ej, dziewczyny! - Jenny zawołała do nich zza uchylonych szklanych drzwi domku 

kąpielowego. Była w samym ręczniku, a na głowie miała biały turban kąpielowy z brylantami 

w stylu dawnych gwiazd Hollywoodu. Pani Coates zakładała ten turban, żeby nie zmoczyć 

włosów, gdy pływała w basenie. - Musicie zobaczyć saunę!

Blair nie przepadała za tymi gówniarami, którym wydawało się, że mogą kręcić się ze 

starszymi koleżankami, ale nie przegapiłaby szansy wypocenia kilku zbędnych kilogramów.

- Dobra, ale ja będę nosić turban - oznajmiła. ruszając do domku. Ściągnęła turban z 

głowy Jenny i sama go włożyła. Na Jenny wyglądał śmiesznie, ale Blair prezentowała się w 

nim jak królowa.

Tylko prawdziwe diwy dobrze wyglądają w turbanach.

Jenny   podała   każdej   ogromny   ręcznik   z   miękkiej   egipskiej   bawełny.   Dziewczyny 

rozebrały   się   do   naga.   Każda   udawała   że   nie   pożera   wzorkiem   idealnego   do   granic 

możliwości   ciała  Sereny,  ale  i   tak  wszystkie   zerkały  z  zazdrością.  W  głębi  ducha   miały 

nadzieję odkryć skrywany kawałek z cellulitem, który od lat chowała pod mundurkiem, ale 

background image

ona była tak szczupła i nieskazitelna, jak się lego zawsze obawiały.

- Podobno   pan   Coates   pali   bardzo   dużo   trawy   -   powiedziała   Serena,   ściągając 

koszulkę, nieświadoma ich spojrzeń. - To dlatego teraz czyta tylko reklamy zamiast filmów. 

Pali tyle, że nie może zapamiętać tekstu.

- Wiem - przytaknęła Jenny. - Patrzcie. - Odkręciła głowę niewinnie wyglądającego 

popiersia Apolla i wyciągnęła ogromną torebkę z trawką.

Trzy starsze koleżanki zagapiły się na nią. Po co właściwie ta mała Jenny Humphrey 

odkręca głowy posągom?

- Nie znaczy to, że mam ochotę - stwierdziła niewinnie Jenny. - Elise znalazła to przez 

przypadek.

Nagle łysa głowa Aarona pojawia się w oknie domku i wszystkie dziewczyny pisnęły, 

chowając nagie ciała pod ręczniki. Wyglądał tak, jakby część drogi do rezydencji Coatesów 

przepłynął wpław. Miał mokre ubranie, a na policzkach wytrąciła mu się sól.

Vanessa postanowiła schować się przed nim, tak dla zabawy.

- Szybko, do sauny! Teraz!

Jenny   otworzyła   drzwi   i   dziewczyny   wskoczyły   do   środka.   Sauna   była   wielkości 

garderoby Sereny,  cała wyłożona  białymi  kafelkami,  z miejscami do siedzenia na dwóch 

poziomach. W oparach zobaczyły Elise skuloną w kącie na schodku, zawiniętą w wielki 

ręcznik, z długą srebrną cygarniczką ze skrętem, która zwisała jej w ustach.

- Elise chce się ujarać - wytłumaczyła reszcie Jenny. Przysiadła na dolnym schodku i 

podała przyjaciółce butelkę wody mineralnej Poland Spring. - Chce gadać tylko o tym, jaka to 

jest nadal zakochana w moim bracie.

- Nie jestem. - Elise odkręciła zakrętkę i napita się wody. - A właściwie to jestem.

- Cóż, jest milutki - szczerze stwierdziła Serena.

Wspięła się na wyższy schodek i usiadła, krzyżując swoje wręcz śmiesznie długie i 

idealne nogi. Gdyby Dan nie podchodził do wszystkiego tak śmiertelnie poważnie, to bez 

wątpienia znowu by się z nim spotykała. Przynajmniej przez dzień czy dwa.

- Fakt - zgodziła się Vanessa, siadając na schodku poniżej Sereny.

Nadal trochę uważała Dana za swoją własność. Zerwali ze sobą. owszem, ale jeśli 

ktokolwiek mógł dawać Danowi oceny, to z pewnością ona.

- Chyba tak - dodała Blair, rozciągając się leniwie na dolnym schodku.

Ledwo pamiętała, jak Dan wygląda.

Jenny usiadła na górze obok Sereny i objęła rękoma kolana.

- Serio? - zapytała zaskoczona.

background image

Nagle otworzyły się drzwi i do środka zajrzał nie kto inny jak Dan. Chwilę potrwało, 

nim w zaparowanym  i mrocznym  pomieszczeniu  wyłoniły mu się przed oczami wyraźne 

kształty. A cóż to za niespodzianka - sauna była pełna dziewczyn.

- Wchodź, wchodź - wychrypiała  Vanessa głosem juk z horroru. - Czekałyśmy na 

ciebie.

Dan uśmiechnął się nieśmiało i przygryzł dolną wargę.. Miał na sobie tylko czerwone 

kąpielówki, a jego włosy były mokre. Na bladych ramionach widać było gęsią skórkę.

- Jest tu moja siostra?

- Tak, ty frajerze. I Elise też tu jest - odparła Jenny. - Nadal się w tobie kocha.

- Wszystkie się w tobie kochamy - stwierdziła Serena.

Dan usiadł na stopniu z białych  kafelków obok leżącej na brzuchu dziewczyny w 

białym turbanie z brylantami.

- Ja się w tobie nie kocham - stwierdziła dziewczyna. - Nawet cię nie znam.

Co za ulga.

Drzwi znowu się otworzyły i do sauny zajrzał Aaron.

- Nessa? - zawołał słodko. Zaróżowione policzki całe miał w piasku.

- Tutaj - odparła wśród pary Vanessa. - Chodź do nas, skarbie. Tylko nie patrz na 

pozostałe nagie dziewczyny.

Aaron w bordowej koszulce Harvardu i umazanych piaskiem zielonych wojskowych 

spodniach przeszedł na palcach i usiadł Vanessie na kolanach. Jenny wyciągnęła rękę i prze-

kręciła pokrętło, żeby zwiększyć temperaturę pary.

Chociaż naprawdę nie trzeba już było podgrzewać atmosfery.

- Wow! Ale zabawa - stwierdziła Serena. Otarła pot znad górnej wargi i wstała. - 

Muszę siusiu. Ktoś coś potrzebuje?

- Tak. ale nie jesteś w stanie mi pomóc - odparła z zadowoleniem Blair.

Próbowała przekonać samą siebie, że ta impreza tylko dla dziewczyn naprawdę jej 

pasuje, ale teraz, kiedy wokół pojawiło się tylu facetów, ujawniły się jej prawdziwe uczucia. 

Chciała, żeby jej chłopak wyłonił się z pary i ją zaskoczył. Wsunąłby jej na palec diamentowy 

pierścionek, przykrył ramiona kremową kaszmirową peleryną, a potem wywiózłby ją stąd 

perłowoszarym kabrioletem jaguarem na oświetloną księżycowym blaskiem prywatną plażę i 

błagał pocałunkami o wybaczenie. O świcie z mgły wynurzyłaby się łódź, która zabrałaby ich 

daleko   od   lądu.   i   resztę   życia   spędziliby,   przeżywając   przygody   i   kochając   się.   Chciała 

prawdziwego, hollywoodzkiego zakończenia.

Stąd ten turban.

background image

Serena otworzyła drzwi sauny. Zimne powietrze owiało jej twarz.

- Cholera.   Blair   -   usłyszała   głos   Aarona   za   plecami.   -   Nie   wierzę,   że   o   tym 

zapomniałem. Mam coś dla ciebie.

Co to może być?

background image

jeśli jesteś za bardzo ujarany, żeby znaleźć tę, którą kochasz, 

kochaj się z tą, z którą jesteś

Kiedy   zamknęły   się   za   nią   drzwi   od   sauny,   Serena   truchcikiem   pobiegła   w 

poszukiwaniu łazienki. Domek, jak na kąpielowy, był naprawdę duży. Mieścił stół do ping - 

ponga, dwie ogromne rozkładane sofy ze skóry w kolorze kości słoniowej i akwarium z żywą 

barakudą. Nie wspominając o saunie i łazience, która gdzieś tu musiała być.

Ktoś dobrał się do zapasów trawki pana Coatesa, bo głowa Apolla leżała pod stołem 

do ping - ponga jak przerośnięta piłeczka. Obok akwarium znajdowały się białe drzwi z 

obrazkiem przedstawiającym niebieskiego chłopczyka i różową dziewczynkę trzymających 

się za ręce. Serena otworzyła je.

Za nimi znajdowała się łazienka ozdobiona złotymi listkami. Była w niej niska urny 

walka, taka sama, jakie można spotkać w europejskich hotelach, i równie bezużyteczna.

Bo służy do mycia tyłka, ale to po prostu ohyda?

Zasłona prysznica była  zrobiona z plastiku w złote gwiazdki. Za nią w wannie, z 

paczką trawki pana Coatesa na kolanach, w ubraniu mokrym od morskiej wody i oczami 

zaczerwienionymi   i   zaspanymi   do   granic   możliwości,   siedział   Nate   Archibald   -   tak,   ten 

słynny, zaginiony Nate. Serena odciągnęła zasłonę i weszła do wanny, przytrzymując ręcznik, 

w który była zawinięta.

- Nate? Co tu robisz? Dlaczego nie było cię na lodzi?

Nate uśmiechnął się głupio. Serena była naga, jeśli oczywiście nie liczyć ręcznika. Nie 

sposób było nie uśmiechać się do niej. Wyglądała jak grecka bogini. Jej czoło było wilgotne, 

a jasne włosy zmatowiałe od potu, ale nadal wyglądała przepięknie. Bardziej niż przepięknie.

Zwinęła włosy na czubku głowy i powachlowała się dłonią.

- Boże, ale mi gorąco. Nate'owi też zrobiło się gorąco.

- Nie   powinienem   tu   być   -   przyznał   się   idiotycznie.   -   Na   tabliczce   napisano: 

„Chłopcom wstęp wzbroniony”.

Serena wzięła szklaną buteleczkę żelu do kąpieli Clarins, która stała na brzegu wanny, 

i obejrzała ją. Pierwszym składnikiem była aqua. ,.To znaczy woda?” - zastanowiła się Sere-

na. To dlaczego od razu tak nie napiszą? Odstawiła butelkę z powrotem.

background image

- Nie   szkodzi.   Jest   tu   przyrodni   brat   Blair.  I   Dan   Humphrey.  Zakaz   wstępu   dla 

chłopaków i tak by nie wypalił.

Nate nie spuszczał wzroku z jej twarzy. Maleńkie kropelki wody zatrzymały się na 

jasnych   rzęsach.   Boże,   jaka   ona   była   śliczna.   Zjawił   się   tutaj,   żeby   szukać   Blair,   ale 

naprzeciwko niego siedziała Serena, i to ubrana tylko w ręcznik.

- Postanowiłam w przyszłym  roku pójść do Yale - wypaliła Serena, odgarniając z 

twarzy wilgotne pasemka włosów. - Nie powiedziałam jeszcze Blair, bo nie chcę, żeby się 

wściekła, jeśli ona się nie dostanie. Ale tam właśnie postanowiłam pójść.

Nate pokiwał głową. To zabawne, że twarz, a nawet głos Sereny wydawały się takie 

delikatne, podczas gdy jej ciała nie można by nazwać delikatnym. Było smukłe, umięśnione i 

mocne jak u maratończyka.

- Ja też tam idę - przyznał się łamiącym głosem. - Już wysiałem im zaliczkę.

Serena uśmiechnęła się szeroko.

- Oboje idziemy do Yale!

Nate   pochylił   się   ku   niej   i   położył   dłonie   na   jej   wilgotnych,   nagich   ramionach. 

Zanurzył nos w jej długich, jasnych włosach. Pachniała słodko i ciepło, jak lato.

- Hm - mruknął i pocałował ją delikatnie w ciepłą szyję, smakując mieszankę olejków 

paczuli, której zawsze używała.

Ejże! To nie ta dziewczyna!

Serena uśmiechnęła się szeroko, podczas gdy jego usta wędrowały w górę po szyi ku 

jej wargom.

- Co robisz? - mruknęła, nie odpychając go jednak. Minęło już trochę czasu, odkąd 

ktoś  ją  całował,  a   to  jest   miłe  uczucie.  Oczywiście,   było  w   tym  coś  złego,  ale  przecież 

całowali się już z Nate'em, a świadomość, że w przyszłym roku będą razem studiować, jakoś 

usprawiedliwiała tę sytuację.

Zamknęła oczy i poddała się pocałunkom. Jej ręcznik opinii i jakimś cudem wilgotna 

koszulka Nate też spadła.

Zbliżał się koniec roku szkolnego, za chwilę mieli skończyć szkołę - małe spotkanie 

najlepszych przyjaciół z tej okazji to przecież nic zdrożnego.

Aha, a co z ich wspólną najlepszą przyjaciółką?

background image

nikt nie robi tego lepiej

Blair   spływała   potem   i   rozpaczliwie   potrzebowała   wódki   z   tonikiem.   Podciągnęła 

ręcznik.

- Co to jest? Co masz dla mnie? - zapytała brata.

Aaron wstał i zaczął macać kieszenie wojskowych spodni.

- Mam to przy sobie - wyjaśnił. - Przynajmniej tak mi się wydaje.

Przez chwilę grzebał w kieszeniach, po czym wyjął coś, co wyglądało jak mokra, biała 

koperta.

Blair zacisnęła powieki, a potem z powrotem otworzyła oczy. Była całkowicie pewna, 

że zna zawartość koperty.

- I od jak dawna to masz? - zapytała wściekła, po czym wyrwała kopertę z rąk brata.

Aaron wzruszył ramionami jak niewiniątko.

- Przyszło dziś rano.

Mimo pary Blair widziała znajomy niebieski herb Yale wydrukowany w lewym górny 

rogu koperty. Próbowała ją otworzyć drżącymi, niecierpliwymi dłońmi.

- Cholera - sapnęła i rozdarła ją do końca zębami.

W środku leżała złożona na pół. cieniutka, wystrzępiona kartka. Od kilku miesięcy 

życie Blair wisiało na włosku. Trudno uwierzyć, że wszystko zależało od takiego skrawka.

Pozostali czekali w pełnym szacunku milczeniu.

Droga Blair Waldorf

Po   długim   zastanowieniu   z   przyjemnością   proponujemy   pani   miejsce   na 

uniwersytecie Yale od jesieni przyszłego roku...

Blair przycisnęła kawałek papieru do piersi i wypadła z sauny.

- Serena! - wrzasnęła, pędząc korytarzem domku kąpielowego prosto do łazienki.

Otworzyła   z   rozmachem   drzwi,   spodziewając   się,   że   zobaczy   swoją   przyjaciółkę 

niewinnie siedzącą na toalecie.

Tymczasem   powitała   ją   gmatwanina   znajomych,   pięknych   i   nagich   kończyn   w 

wannie.   Nate   i   Serena   zamrugali   bezmyślnie   oczami,   patrząc   na   Blair;   ich   złote   głowy 

znajdowały się raptem kilka centymetrów od siebie.

background image

- Świętowaliśmy - wyjąkała Serena.

Wyszła   z   wanny,   przytrzymując   niezbyt   pewnie   ręcznik   wokół   nagiego   ciała   i 

spojrzała na przemoczony kawałek papieru w rękach Blair.

- Co to takiego? - zapylała, desperacko próbując zmienić temat.

Blair miała ochotę zmyć len idealną, anielską buźkę w idiotycznym bidecie Coatesów.

- Przyjęto   mnie   do   Yale.   Wreszcie.   -   Zmrużyła   oczy.   Nie   udawajcie,   że   was   to 

interesuje.

Nate wstał, chwiejąc się i rozsypując ogromną torbę trawki po całej wannie. Zerwał 

zasłonę od prysznica, gdy próbował złapać równowagę, jak na złość, nadal wyglądał bosko. 

Złocistobrązowe   włosy   układały   mu   się   w   fale,   od   wiatru   i   soli,   którą   przesycone   było 

powietrze. Policzki miał zaróżowione od słońca, trawki i pocałunków. I ten nagi tors - Blair 

robiło się niedobrze z pożądania, gdy na niego patrzyła.

- Ej. wiesz, właśnie o tym rozmawialiśmy - bełkotał; język miał jak kolek z powodu 

trawki, zakłopotania i poczucia winy. - Ja i Serena, i teraz ty też. Wszyscy idziemy do Yale. 

Cała nasza trójka!

Hura!

- Dzięki, że mi mówicie - odgryzła się Blair.

Wyobrażała sobie, że świętując to wydarzenie, wypiją z Sereną butelkę szampana na 

prywatnej plaży Coatesów. Potem z pewnością by skapitulowała i zadzwoniła do Nate'a na 

komórkę, żeby porwał ją z imprezy i kochał się z nią jak wariat na jakieś innej plaży.

Tyle, jeśli chodzi o fantazje.

Nate nadal stał w wannie. Na bosych stopach miał rozsypaną trawkę. Blair wyciągnęła 

rękę i odkręciła mocno prysznic, oblewając Nate'a lodowato zimną wodą. Potem wyszarpnęła 

ręcznik   Sereny   i   schowała   go   pod   rękę.   Trzaskając   drzwiami   przed   ich   kłamliwymi, 

zdradliwymi twarzami, wyszła z łazienki.

Lexique. czy jak jej, do cholery, było, dreptała w stronę domku kąpielowego w tej 

swojej tunice Missoni, która wszystkim dziewczynom działała na nerwy. Warkocze obijały jej 

się o uwolnione ze stanika piersi. Blair właśnie wychodziła z domku.

- On tam jest, prawda? Mój kochany Nate?

Blair odsłoniła zęby w demonicznym uśmiechu.

- O, tak. Czeka na ciebie w łazience - odpowiedziała tej głupiej francuskiej jędzy. 

Zatrzasnęła za Lexie drzwi i ruszyła prosto do baru przy basenie.

W namiocie było chyba więcej chłopaków niż dziewczyn. Damian, Lloyd i Marc z 

Ravesów rozmawiali z dziewczynami z ostatniej klasy Constance Billard, rozdając cygara i 

background image

najnowszego   singla  Pokręcona   siostrzyczka,  na   którym   śpiewał   nie   kto   inny,   jak   Jenny 

Humphrey. Dziewczyny zdjęły koszulki. Wszystkie miały na sobie jasne, pastelowe góry od 

bikini. Wyglądały jak statystki ze starych filmów Elvisa, których akcja rozgrywała się na 

plaży.

Chuck Bass próbował namówić Rain Hoffstetter. Laurę Salmon. Kati Farkas i Isabel 

Coates. żeby poszły razem z nim do akademii wojskowej.

- To  nieważne,  do jakiej szkoły się  pójdzie.  Liczy się to.  jak dobrze  będziesz  się 

bawić. - Usłyszała jego słowa Blair. - Pomyślcie, jakby było cudownie, gdybyśmy poszli tam 

wszyscy razem!

Blair podeszła do baru, złapała do połowy opróżnioną butelkę wódki Absolut i udała 

się z nią nad basen.

- Ej, żadnego szklą w okolicach basenu! - krzyknęła za nią przez megafon Isabel.

Blair zignorowała ją i weszła po drabinie na najwyższą trampolinę. Ręcznik osunął jej 

się z ciała, gdy stanęła na samej krawędzi, nad przepaścią.

Naga diwa w zdobionym brylantami turbanie wzięła łyk swojego ulubionego napoju.

Ignorując   pomruki   zszokowanych   koleżanek   z   klasy   i   polne   zachwytu   okrzyki 

chłopców   Blair   zastanowiła   się   chwilę   nad   ostatnimi   wydarzeniami.   Ona   i   Nate   to 

najwyraźniej zamknięty rozdział, tak samo jak ona i Serena. Nie pierwszy raz. Mieszkała nie 

gdzie indziej jak w Brooklynie z Vanessą, dziewczyną o ogolonej głowic, z którą zaczęła 

rozmawiać raptem tydzień temu. No i w końcu, nareszcie dostała się do Yale.

Jej życie składało się z bisów, wypełnionych tymi samymi ludźmi i imprezami. Było 

nad wyraz  przewidywalne. Nawet jej marzenia były przewidywalne  i to jej się, owszem, 

podobało. A teraz nie wiedziała, czego się spodziewać.

Podniosła butelkę do ust i wzięła kolejny potężny łyk, a potem ostrożnie odstawiła ją 

na trampolinę. Uniosła ramiona, wyprostowała się jak strzała, wspięła na palce i skoczyła. 

Wstrzymując oddech, zanurkowała pod powierzchnię błękitnozielonej wody, rozkoszując się 

ciszą. Za nią na powierzchnię wody wypłynął turban.

Cały ten rok był dla Blair serią wzlotów i upadków, z przewagą tych ostatnich. Ale co 

z tego, że jej życie nie układało się tak, jak sobie wyobrażała, tworząc w głowie własny film? 

To nie ona, tylko pozostali aktorzy okazali się dupkami. Zamierzała przenieść akcję filmu do 

zupełnie nowego miejsca, gdzie zaangażuje całkowicie nową obsadę. A nikt nie wiedział 

lepiej od Blair, jak skupić na sobie całą uwagę.

Jej   ciemna   głowa   wynurzyła   się   z   wody   z   dramatycznym,   głośnym   pluskiem. 

Pozostali gapili się, chichocząc głupio w namiocie, ale Blair na nikogo nie zwracała uwagi. 

background image

Dryfując na plecach, zanuciła małą, głupawą wyliczankę, by dodać sobie otuchy.

Raz. dwa, trzy, słuchajcie matoły, już za dziewiętnaście dni koniec szkoły.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

WEEKEND PIĘKNOŚCI WEEKENDEM WYSYPKI

Okazało się, że niemal wszyscy, którzy korzystali z sauny Coate sów albo z ich basenu bądź pożyczali 

ręcznik od kogoś, kto korzystał z sauny lub basenu, obudzili się z ohydną, swędzącą, sączącą się 

wysypką na twarzy. Ludzie z Origins zostali natychmiast odesłani do domu, wezwano też lekarza 

dermatologa, aby ocenił powagę sytuacji. Co ciekawe, nasza kąpiąca się piękność B nie miała na 

twarzy nawet najmniejszego śladu. Dermatolog wyjaśnił, że najprawdopodobniej była uodporniona, ale 

mogła też być nosicielem. Żeby było ciekawiej, wysypka wyglądała dokładnie tak, jak pokrzywka na 

pewnym dziecku, z którym B miała styczność, mimo że rodzina próbowała je odizolować. No ale 

przynajmniej wszyscy otrzymali w prezencie dobry pretekst, żeby nie iść w piątek do szkoły! Skoro 

dziewięćdziesiąt   dziewięć   procent   uczennic   ostatniej   klasy   zostało   poddanych   kwarantannie, 

dyrektorka Constance Billard nie miała wyjścia, jak tylko dać im wolny cały tydzień.

B skorzystała z okazji i poleciała do Paryża, aby zobaczyć się z ojcem, i wpadła na matkę u Chanel na 

lewym brzegu Sekwany. Najwyraźniej mama próbowała wykupić dla niej cała firmę jako prezent z 

okazji przyjęcia do Yale. Ponieważ firma nie byłą na sprzedaż, B zadowoliła się czterema spódnicami, 

sześcioma   parami   pantofli   bez   pięt   i   trzema   wieczorowymi   torebkami   -   jaka   z   niej   rozsądna 

dziewczyna! V pojechałaby razem z nią, gdyby nie kwarantanna. W nagrodę miała kupę radości z za-

bawy w doktora ze swoim nowym chłopakiem. A co z S i N? N widziano w drodze do jej domu przy 

Piątej   Alei.   Odwiedzał   ją   pod   pretekstem   pożyczenia   kremu   łagodzącego   wysypkę,   ale   osobiście 

podejrzewam, że też spodobała mu się zabawa w doktora.

CZEGO NIE MOŻECIE SIĘ DOCZEKAĆ, GDY MINIE WYSYPKA

Szalonych imprez na dachach.

Kupowania białych sukienek na rozdanie dyplomów - takich sukienek, które nie złamią reguły, że nie 

może być widoczny rowek między piersiami, ale w których nie będziemy wyglądać jak tłuste panny 

background image

młode.

Kupowania towarzyszy na bal z okazji zakończenia szkoły, którzy się nie upiją ani nie obrzygają nam 

naszych ślicznych nowych sukienek.

Kupowania   idealnych   białych   szpilek,   które   włożymy   do   naszych   nowych   sukienek   na   rozdanie 

dyplomów. Ale niezbyt wysokich, bo podchodzić będziemy według wzrostu, a żadna nie chce być 

ostatnia.

Układania   listy  prezentów   z  okazji  zakończenia  szkoły.  Chyba  nie   będzie problemu   z  napisaniem 

poprawnie słowa „samochód”?

Dostania wszystkiego z listy prezentów. Brum, brum, brum!

Końca szkoły!!!!

KILKA NIEDOKOŃCZONYCH SPRAW

Czy S i N są parą? A jeśli nie, to kim właściwie są?

Czy B jeszcze kiedyś odezwie się do nich? A może się zemści?

Czy B i V nadal będą razem mieszkać, skoro teraz ciągle kręci się tam A?

Czy D nadal będzie zwykłym dzieciakiem - w pewnym sensie? Czy pozna normalną dziewczynę?

Czy  J  pójdzie do szkoły z internatem? Czy będzie się trzymać z dala od kłopotów, zanim ją tam 

wyślą?

Czy wszystkim nam się uda skończyć szkołę? Zgadnijcie, kto pozna wszystkie odpowiedzi?

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara


Document Outline