background image

CECILY VON ZIEGESAR

TYLKO W TWOICH SNACH

plotkara 9

To prawdziwa Alicja w Krainie Czarów, a jej wygląd i zachowanie są udanym 

połączeniem Królowej Kier i Flaminga.

Truman Capote

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Lato zaczęto się jakieś pięć minut temu, a już miejskie chodniki mają po sto stopni. Dzięki Bogu 

wreszcie możemy cisnąć w kąt sfatygowane, paskudne biało - granatowe mundurki szkolne - i to na 

dobre. Chyba że reaktywujemy je na pierwsze studenckie przyjęcie Halloween. Spódniczki w szkocką 

kratę doprowadzają facetów do szaleństwa!

Mamy za sobą ciężkie cztery lata liceum, To nie lada wysiłek, połączyć imprezowanie, zakupy, naukę, 

imprezowanie i zakupy. I to z takim wdziękiem i stylem, żeby wylądować w lvy League. No, ale nam 

się udało, mamy świadectwa - i prezenty na ukończenie szkoły (brum, brum!) - na dowód.

Na   wypadek   gdybyście   przespali   cały   rok,   informuję,   że   my   to   dzieciaki,   które   bawią   się   równie 

intensywnie jak kupują. A teraz, gdy mamy nową fantastyczną letnią garderobę, czas się poważnie 

zabawić. Znacie nas i powiedzmy sobie szczerze: chcielibyście być jednym z nas. My to dziewczyny 

spacerujące po Manhattanie w świeżutkich plażówkach Marni i klapkach Jimmy'ego Choo. Zniszczą 

się? Co z tego?

My to chłopcy na dachu Metropolitan Opera. Opaleni po feriach zimowych na Karaibach, sączymy gin 

z   tonikiem   ze   srebrnych   piersiówek.   Nadeszło   lato   i   koniec   z   bzdurami   typu   testy   i   egzaminy. 

Najbliższe   miesiące   wypełnią  same   przyjemności:  miłość,   seks,   stawa   i  niesława.   A   skoro   o   tym 

mowa...

NAJSŁYNNIEJSZA DZIEWCZYNA W MIEŚCIE STANIE SIĘ JESZCZE BARDZIEJ SŁAWNA

Już teraz jest lokalną legendą, ale zanosi się na to, że będzie jeszcze bardziej sławna. Powiedzmy, 

okładki w „Vanity Fair” i czerwone dywany na premierach filmowych? Na to wygląda, bo  S  zdobyła 

jedyną   wakacyjną   pracę,  o   którą   warto  się  starać  -   zagra główną  rolę  w  hollywoodzkim  filmie,   w 

reżyserii   być   może   niepoczytalnego   łajdaka,   Kena   Mogula,   a   jej   partnerem   będzie   cudowny 

  plotkara.net jest tłumaczeniem nazwy autentycznej  strony internetowej:  

www.gossipgirl.net

  (przyp. 

red.).

*

background image

megagwiazdor T. Słodki ze złotym zarostem. Znając życie i przeszłość ST będzie jej partnerem także 

poza ekranem. Niektóre to mają szczęście.

Choć   wszyscy   byli   przekonani,   że   do   tej   roli   wręcz   stworzona   jest  B,   ona   sama   chyba   już   się 

pogodziła,  że  znowu  przegrała  z  najlepszą   przyjaciółką.  Może  już  do tego  przywykła,   a  może  za 

bardzo   pochłaniają   ją   igraszki   między   prześcieradłami   z   egipskiej   bawełny   w   londyńskim   hotelu 

Claridge, ze smakowitym nowym chłopakiem. Tak jest. Jej błyskawiczny romans z uroczym angielskim 

dżentelmenem,   lordem  M  zmienił   miejsce   akcji   -  z  parnego   Nowego   Jorku   na   elegancki   Londyn. 

Domyślam się, że dobrze wykorzystują hotelowy apartament B. Co prawda mówi się, że rezydencja 

lorda  M  jest jeszcze piękniejsza, niż hotel Claridge - o ile to w ogóle możliwe - więc dlaczego nie 

mieszka u niego?

Wkrótce się dowiemy, Wiadomości o jej eskapadach już do nas docierają zza oceanu.

Do miasta docierają także skandaliczne wieści o naszym ulubieńcu, wiecznie upalonym i wiecznie 

pięknym N, choć on wyjechał znacznie bliżej, do rozkochanego w lecie Hamptons. Przechodzi ciężkie 

chwile na Long Island po tym żałosnym epizodzie z kradzieżą viagry trenerowi - mało brakowało, a nie 

skończyłby szkoły. W każdym razie teraz jest już opalony i wiecznie spocony od reperowania dachu 

na domku trenera. Mieszkanki okolicznych wiosek podobno przejeżdżają tamtędy niby przypadkiem 

tylko po to, żeby go zobaczyć bez koszuli. Tymczasem tutaj, z tej strony Long Island - na Brooklynie, 

jakby ktoś nie wiedział - widziano V rozkoszującą się pozostałościami krótkiego okresu, gdy mieszkała 

z nią B. Witaj, czarna suknio Diane von Furstenberg! Tylko B mogłaby zostawić coś takiego jak starą 

szczoteczkę do zębów. Nie wiadomo, czy V miała romans z obojgiem przyrodniego rodzeństwa, ale i 

A, i B ruszyli dalej. Dosłownie. Z tego, co ostatnio słyszałam, A związał się z wytatuowaną tancerką 

brzucha w Austin w Teksasie, która ma dwa szczeniaki bokserki. Dzięki Bogu za D - widziano go, jak 

włóczy się po mieście z obłędem w oku, jak turysta. Wygląda jak człowiek ogarnięty nostalgią na myśl 

o jesiennym wyjeździe na zachód.

Wasze e – maile

P:

 Droga Plotkaro

Bytem właśnie na lotnisku Heathrow - wybieram się do okropnej szkoły z internatem, na którą 

tego lata uparli się moi rodzice - i kogo nagle widzę jak nie B, czyli dziewczynę moich marzeń. 

Myślałem, że moje problemy się skończyły, ale przyjechałem do szkoły i dowiedziałem się 

trzech bardzo niepokojących rzeczy:

1. Nie dość, że B się spotyka jakimś angielskim dupkiem, ona jest z nim zaręczona.

2. A on już jest zaręczony z inną.

I najbardziej szalone z tego wszystkiego:

3. Lord de Dupek nie zaspokaja potrzeb B, jeśli wiesz, co mam na myśli. Może za bardzo go 

wyczerpują spotkania z narzeczoną?

background image

Pomóż nieszczęśnikowi. Oszaleję, jeśli nie spotkam zaraz dziewczyny, która wie, czym się 

różni futbol amerykański od piłki nożnej. A może B znowu jest wolna?

PS. Ja mogę całą noc.

O:

 Mój drogi

Nie wiem, jak to jest w Anglii, ale tu w Stanach siedemnaście lat to stanowczo za mało na 

ślub. Rany, przecież jeszcze nawet nie znamy współlokatorów z akademika! Spokojnie. Nic 

nie trwa wiecznie…

Plotkara

PS. Całą noc, co? A jak wyglądasz?

P:

 Droga Plotkaro

Kosztowało mnie to mnóstwo błagań i próśb, ale w końcu namówiłam ojca i wynajął domek w 

Southampton dla mnie i moich znajomych. Jesteśmy tu, ale nie ma nikogo więcej. Co się 

dzieje?

Brak Seksu na Plaży

O:

 Droga BSNP

Jeśli już musisz wiedzieć, zbyt wczesny przyjazd do Hamptons to oznaka... cóż, złego gustu, 

chyba że musisz tam być, jak niektórzy moi znajomi. A skoro już jesteś, rozkręć imprezę! 

Masz do dyspozycji cały dom - wykorzystaj prześcieradła jako togi i wczuj się w atmosferę 

uniwersytetu!

Plotkara

Na celowniku

B  oskarża   pracownika   linii   lotniczych   Virgin   Atlantic,   że   ukradł   jedne   z   jej   licznych   koronkowych 

stringów Cosabella z torby Turni. Tak to jest, jak się lata rejsowymi samolotami! S czyta - Czyta? Ej, 

rok szkolny się już skończył! - Sfatygowany egzemplarz Śniadania u Tiffany'ego na zacienionej ławce 

w Central Parku. Na pewno będzie to kiedyś wspominała w wywiadach. Spocony  N  pedałuje przez 

East   Hampton   na   wiekowym   czerwonym   rowerze.   A   gdzie   się   podział   range   rover?  V  w   Bonita, 

malutkiej, tradycyjnej meksykańskiej knajpce w Williamsburgu, prosi kelnera, żeby wytarł stolik, zanim 

przy nim usiądzie. Może naprawdę nauczyła się czegoś od BD godzinami jeździ w tę i z powrotem 

West End Avenue - niby gdzie ma zaparkować gigantycznego błękitnego buicka, którego dostał na 

zakończenie szkoły?

To na razie tyle. Spadam stąd. Jakby nie było, nie trzeba być matematycznym geniuszem w drodze do 

Massachusetts Institute of Technology, żeby wiedzieć, że lato ma tylko jedenaście tygodni, zaledwie 

siedemdziesiąt   siedem  dni,  zanim   trzeba   się   będzie   zająć   innymi   sprawami,   takimi   jak   wybór 

background image

akademika, przedmiotu głównego (na przykład projektowania mody), czy fakultatywnym romansem z 

profesorem   literatury   angielskiej   -   słodziutkim   pod   tweedową   marynarką   i   muszką.   Ale   nie 

uprzedzajmy   faktów;   na   dworze   jest   gorąco   i   temperatura   ciągle   rośnie.   Że   już   nie   wspomnę   o 

słodkich dziewczynach w bikini w groszki i chłopakach w pastelowych szortach. Lato, bez zasad i 

planów,   to   idealna   pora,   by   się   źle   zachowywać.   W   tej   chwili   zabieram   moje   nowe   jasnoróżowe 

okulary   słoneczne   Gucciego,   francuskie   wydanie   „Elle”,   krem   do   opalania   Guerlaina,   faktor   45, 

rozkoszny turkusowo - pomarańczowy ręcznik Missoni i idę do parku. Gdzie dokładnie? Chcielibyście 

wiedzieć!

Wiecie, że mnie kochacie,

plotkara

background image

nowożeńcy

- Dzień dobry pani! - zaświergotał kobiecy glos z ultrabrytyjskim akcentem.

Blair Waldorf z westchnieniem przewróciła się na bok. Od jej przyjazdu do Londynu 

minęły już trzy dni, ale nadal nie uporała się ze zmianą czasu. Nie szkodzi; to i tak niewy-

górowana   cena   za   szansę   na   spotkanie   z   nowym   chłopakiem,   filmowo   przystojnym, 

najprawdziwszym angielskim arystokratą, lordem Mareusem.

Wendy. jedna z trzech pokojówek, które przez całą dobę dbały o apartament Blair w 

hotelu Claridge. zastukała obcasami na jasnym parkiecie i postawiła ciężką mahoniową tacę 

na ogromnym łożu. Było tak duże, że Blair podzieliła je na cztery części: jedna do spania, 

jedna do jedzenia, jedna do oglądania telewizji i wreszcie ostatnia - do uprawiania seksu. Póki 

co, Z tej nie korzystała ani razu. Wendy rozsunęła grube brązowe zasłony i cały apartament 

zalało światło słońca. Odbijało się Od złoconego sufitu i luster na toaletce.

- Au! - syknęła Blair i zakryła sobie oczy jedną z wielkich puchowych poduszek.

- Śniadanie zgodnie z pani życzeniem, panno Waldorf - oznajmiła Wendy i uniosła 

srebrną   przykrywę   z   tacy,   prezentując   obrzydliwą   wodnistą   jajecznice,   ogromne   tłuste 

kiełbaski i duszone pomidory.

Klasyczne angielskie śniadanie. Tak...

Blair   wygładziła   zmierzwione   kasztanowe   włosy,   wyrównała   ramiączka   miękkiej 

różowej koszulki Hanro, którą włożyła na noc. Jedzenie wyglądało okropnie, ale pachniało 

smakowicie. No cóż, w końcu zasłużyła na małą przyjemność, może nie? Wczoraj bardzo 

zgłodniała, zwiedzając Londyn.

O   ile   buszowanie   u   Harrodsa,   Harveya   Nicholsa   i   w   Whistles   można   nazwać 

zwiedzaniem.

- Proszę   bardzo,   pani   gazeta.   -   Wendy   szarmanckim   gestem   położyła   na   tacy 

„International Herald Tribune”. Blair poprosiła, żeby codziennie dostarczano jej gazetę, gdy 

meldowała się w hotelu. Jakby nie było, studentka Yale musi wiedzieć, co się dzieje na 

świecie. Co z tego, że jeszcze nie zabrała się do czytania?

- Czy to wszystko? - zapytała Wendy niewinnie.

Blair skinęła głową. Pokojówka poszła do saloniku. Blair nadziała wielką kiełbasę na 

background image

widelec i przebiegła wzrokiem pierwszą stronę, ale drobny druk i rzeczowe fotografie były 

tak nudne, że nie mogła się skupić. Dotychczas jedyną gazetą, jaką czytała, był dział mody w 

niedzielnym dodatku do „New York Timesa”, no i kronika towarzyska, w której szukała zdjęć 

znajomych twarzy. Właściwie dlaczego kobieta światowa, jak ona, ma sobie zawracać głowę 

wiadomościami ze świata? W końcu ona je tworzy, nie czyta.

Blair zawsze była impulsywna, ale to Markus wpadł na pomysł, aby przyjechała do 

Londynu.   Był   to   jego   prezent   na   zakończenie   szkoły,   oczywiście   oprócz   szalenie 

ekstrawaganckich kolczyków Bvlgari. Blair wyobrażała sobie, że spędzą długie deszczowe 

tygodnie w jego średniowiecznym kamiennym zamczysku. A z łóżka będą wychodzić tylko 

po to, żeby obgryźć udziec barani czy inną przekąskę, którą przyniosą im z prymitywnej, lecz 

świetnie zaopatrzonej zamkowej kuchni, Ale Marcus niemal cale dnie spędzał w firmie ojca i 

jedyne na co znalazł czas. to na lunch i szybki całus.

Cisnęła  gazetę na podłogę i poszukała  wzrokiem brytyjskiego  wydania  „Vogue” - 

zaopatrzyła się we wszystkie angielskie czasopisma, żeby wiedzieć, co i gdzie kupować. Wte-

dy rozdzwonił się jej nowy telefon Vertu. Tylko jeden człowiek znał jej londyński numer.

- Halo? - zaczęła na tyle seksownie, na ile to możliwe z jajecznicą w ustach.

- Kochanie - Marcus Beaton - Rhodes przywitał ją z uroczym brytyjskim akcentem. - 

Zaraz wpadnę. Chciałem się tylko upewnić, że nie śpisz.

- Nie, nie! - Blair nie zdołała ukryć podniecenia. Ostatnie dwie noce spędziła sama i 

była już tak napalona, że hormony atakowały jej rozum. Nie pojmowała, jakim cudem zaszli 

tak daleko, ani razu tego nie robiąc.  Czyżby  wreszcie  szansa na poranne tête à tête bez 

majtek?

- Doskonale - ciągnął rozbrajająco bezpośrednio. - Zaraz będę. I mam niespodziankę.

Niespodzianka! Blair kręciło się w głowie, gdy odkładała słuchawkę. Właśnie takiego 

telefonu było trzeba, żeby wyciągnąć ją z łóżka. Pobiegła do łazienki, rozbierając się po 

drodze.   Czyżby   róże   i   kawior?   Mrożony  szampan   i   ostrygi?   Trochę   za   wcześnie   na  coś 

takiego, ale w końcu ostatnio dostała perłowe kolczyki od Bvlgari, że złotymi literkami B. To 

na pewno będzie coś extra. Równie ekskluzywny dowód jego wiecznej miłości? W Nowym 

Jorku wszyscy skręcali się z zazdrości, że ma takiego cudownego chłopaka, stąd plotki, że 

Marcus jest już zaręczony. Istnieje tylko jeden sposób, żeby raz na zawsze rozprawić się z 

tym głupim gadaniem. Musi wrócić do Nowego Jorku z pierścionkiem zaręczynowym  na 

palcu. Najlepiej z nieskazitelnym czterokaratowym brylantem, choć pierścień rodowy też nie 

byłby zły.

Jakie to wielkoduszne z jej strony.

background image

Marcus zaprosił ją do rezydencji ojca w Knightsbridge, ale prosto z lotniska zawiózł ją 

do hotelu Claridge. Kremowego bentleya prowadził szofer.

- Mamy za mało miejsca, skarbie - szeptał jej do ucha, a ją aż przechodziły dreszcze, 

gdy czuła jego gorący oddech. Recepcjonista wydawał jej klucz do apartamentu. - No i kiedy 

cię odwiedzę, nikt nie będzie nam przeszkadzał.

Cóż. takim argumentom trudno się oprzeć. Blair nie bardzo wiedziała, czym zajmuje 

się ojciec Marcusa. W każdym razie chodziło o akcje i wydawało się to strasznie nudne. Tego 

lata   Marcus   miał   praktyki   w   firmie   ojca.   Zaczynał   wczesnym   rankiem,   kończył   późnym 

wieczorem i dlatego nie miał siły na... seks. Blair robiła to zaledwie kilka razy z Natem 

Archibaldem i bardzo chciała spróbować z kimś starszym i bardziej doświadczonym. Nie 

żeby seks z Natem był zły.

W ustach wciąż jeszcze czuła smak śniadania. Pozbyła się go za pomocą tomku Le 

Mar z rozmarynem i miętowej pasty do zębów. Wróciła do sypialni i wdrapała się na łóżko. 

Miała na sobie tylko perfumy Chanel nr 5 i kolczyki od Bvlgari. Nie zdjęła ich ani razu od 

przyjęcia na zakończenie szkoły w klubie Yale, czyli od ponad dwóch tygodni.

Blair   wyprowadziła   się   z   ciasnego   mieszkanka   Vanessy   Abrams   w   dziwacznym 

Williamsburgu. ze świętym postanowieniem, że nie wróci do szalonego świata, który kiedyś 

nazywała domem. Zamieszkała w Yale Club. I tam poznała Marcusa. Jego brytyjski akcent i 

starannie   wyprasowane   dżinsy  zrobiły   na   niej   piorunujące   wrażenie.   Los   sprawił,   że   ich 

pokoje   sąsiadowały  przez  ścianę.  Nie  zdążył  jej  pocałować   - a  stało  się  to tego   samego 

wieczoru - a ona już wyobrażała sobie, że czuje na karku jego seksowny angielski oddech. Po 

szóstym   czy  siódmym   drinku  zaczęła  mu  się zwierzać.  Była  przekonana,   że  oto  poznała 

mężczyznę swego życia. Właściwie się na niego rzuciła. Była zbyt pijana, a Marcus zbyt do-

brze wychowany, by doszło do czegoś więcej niż pocałunku. Ale to się zaraz zmieni.

Blair otuliła się prześcieradłem, zapaliła papierosa i przyjęła pozę, która zdawała się 

mówić: to mój miesiąc miodowy, jestem już zmęczona seksem, ale co tam, zróbmy to jeszcze 

raz. Podniosła gazetę z podłogi i ułożyła pierwszą stronę tak. żeby wyglądało, że ją czyta. 

Super. Idealnie. Seksowna intelektualistka. Kobieta światowa, która czyta o kryzysach mię-

dzynarodowych   -   i   omawia   je   w   łóżku.   Szkoda,   że   nie   ma   staroświeckich   okularów   do 

czytania, żeby je zsunąć na czubek nosa.

A to po to, żeby cię lepiej widzieć... nago!

Marcus wpadł do sypialni dokładnie w tej chwili, jakby odgadł jej myśli. Blair powoli 

odwróciła głowę, udając, że z najwyższym trudem odrywa się od artykułu o kryzysie dro-

biarskim w Azji. Mężczyzna miał na sobie świetnie skrojony grafitowy garnitur i oliwkową 

background image

koszulkę Jamesa Perse'a. Podkreślała zieleń jego oczu i sprawiała, że wydawały się pełne 

obietnic.

- Co   jest?   -   Zdziwiony,   zmarszczył   złotobrązowe   brwi.   - Mówiłem,   że   mam 

niespodziankę, zapomniałaś?

- Ja też mam dla ciebie niespodziankę - zagruchała zmysłowo. - Zajrzyj pod kołdrę.

- Świetnie - żachnął się, lekko zniecierpliwiony. - Ubieraj się, skarbie.

- Nie chcę. - Blair się naburmuszyła.

Przeszedł przez pokój i cmoknął ją w nos.

- Później - obiecał. - A teraz włóż coś na siebie i zejdź do holu. - Odwrócił się i 

wyszedł. Blair naga, wyperfumowana, wydepilowana i nawilżona, została sama.

Oby to była fajna niespodzianka.

Blair   wysiadła   z   wyłożonej   boazerią   windy.   Miała   na   sobie   błyskawicznie 

skomponowaną kreację - czekoladową tunikę Tory Burch (dzięki ci. Harrodsie), ukochane 

dżinsy True Religion i złote drewniaki Marca Jacobsa. Wyglądała jak dama z towarzystwa na 

wakacjach, ubrana idealnie na weekendowy wypad do Tunisu samolotem Marcusa. Czyżby to 

była ta niespodzianka?

W   imponującym   hotelowym   holu,   wyłożonym   marmurem   i   oświetlonym 

kryształowym  żyrandolem, panował szum i ruch. Ale Blair widziała, że tłum ucichł, gdy 

wysiadła z windy i szła, stukając drewniakami, w stronę czarnej aksamitnej kanapy, na której 

czekał na nią Marcus. Był tak cholernie przystojny, że nie mogła go nie podziwiać jak pięknej 

rzeźby. Z trudem powstrzymała ochotę, by przeczesać palcami jego złociste włosy. Do tego 

stopnia zachwycała się w myślach cudownym angielskim kochankiem, że dopiero w ostatniej 

chwili zauważyła, że trzyma za rękę kobietę, i to z pewnością nie ją.

Słucham?

Romantyczny wypad do Afryki zupełnie wyleciał Blair z głowy. Spod zmrużonych 

powiek przyglądała się blondynce, z wyglądu przypominającej konia, która trzymała za rękę 

jej chłopaka. Co jest?

- Blair,   nareszcie!   -   Marcus   powitał   ją   serdecznie   i   wstał,   ale   nie   puścił   dłoni 

towarzyszki. - Skarbie, to moja kochana kuzynka Camilla, o której ci tyle opowiadałem. Moja 

bratnia dusza. Przyjechała na kilka tygodni. W dzieciństwie byliśmy nierozłączni! Czy to nie 

cudowna niespodzianka?

- Cudowna - zgodziła się Blair i opadła na fotel. Nie przypominała sobie, żeby w 

ogóle wspominał o kuzynce Camilli.

background image

No, ale z drugiej strony słuchanie nigdy nie było jej mocną stroną.

- Tak się cieszę, że cię poznałam - oznajmiła Camilla. Popatrzyła  na nią z ukosa, 

demonstrując przy tym długi, wielki nos, z jakim nie poradziłby sobie nawet najlepszy chirurg 

plastyczny. Maskowała bladą angielską cerę komiczną wręcz ilością beżowego pudru i różu. 

Jej   nogi,   śmiesznie   długie   i   chude,   wyglądały,   jakby   wydłużała   je   na   staroświeckich 

machinach, których Blair szukała na eBayu.

- Mimi przyjechała wczoraj rano, bez zapowiedzi - tłumaczył Marcus. - Wyobrażasz 

sobie? Jak zagubiona sierotka, Z bagażem w dłoni - zachichotał.

- Cóż, na szczęście zawsze mogę liczyć, że kochany Marmar udzieli mi schronienia - 

zaszczebiotała Camilla i od niechcenia przeczesała długie, proste włosy wolną ręką. Włosy, 

które pod osłoną nocy ktoś mógłby obciąć.

Zaraz... - Schronienia?

Zatrzymałaś   się   u   niego?   -   zapytała   Blair   niegrzecznie.   Zdążyła   już   znienawidzić 

Camillę, jej krzywe zęby i paskudną plażówkę z żółtego jedwabiu, która zapewne kosztowała 

majątek, ale i tak wyglądała jak obrus. - Wdawało mi się, że nie masz miejsca?

- Dla rodziny zawsze się znajdzie - odparł Marcus. ścisnął szponiastą dłoń Camilli i 

zwrócił się do Blair: - Nie przejmuj się, skarbie. Będziemy się razem świetnie bawić.

Jasne.

background image

jedynka to samotna liczba

- Archibald! - Trener Michaels wrzasnął w stronę dachu. - Chcę usłyszeć, jak ruszasz 

leniwy tyłek i przybijasz dachówki! I to już!

- Tak jest. sir - mruknął. Patrzył, jak trener wsiada do niebieskiej furgonetki, wyjeżdża 

z podjazdu, trąbi radośnie i oddala się podmiejską uliczką w Hampton Bays. Nate wyobrażał 

sobie, że łyka viagrę i wali konia, oglądając pornosy, które zapewne wozi w schowku przy 

kierownicy.

Kretyn, zaklął w myślach. Otarł pot z czoła i spojrzał na czarne dachówki. Debil, 

powtórzył  po raz setny tego ranka. Nie było  jeszcze  dziewiątej rano, a słońce już paliło 

niemiłosiernie. Szorstki dach drapał go w kolana, plecy bolały. Wyprostował się i ściągnął 

przepoconą zieloną koszulkę. Odłożył młotek i usiadł, choć dach był tak gorący, że nawet 

przez spodenki palił go w tyłek.

Szukał   w   kieszeniach   starannie   zwiniętego   skręta.   Przezornie   schował   go   wczoraj 

wieczorem. Wyjął ze skarpetki żółtą zapalniczkę, zapalił i zaciągnął się głęboko.

Przypalanie na śniadanie. Tak robią zwycięzcy.

Błąd   sporo   go   kosztował,   to   pewne,   ale   Nate   postanowił   sobie,   że   jedno   małe 

potknięcie nie schrzani mu całego lata. Za dnia był niewolnikiem trenera Michaelsa, ale noce 

nadal należały do niego. Miał do dyspozycji dom rodziców przy plaży Georgica - woleli ciszę 

i spokój posiadłości w Maine.

Nate wyjął  komórkę i przeglądał spis telefonów, dopóki nie doszedł do pierwszej 

osoby, o której wiedział, że ma dom w Hamptons. Nie może pozwolić, żeby dobra chata stalą 

pusta, bez imprez.

- Cześć, tu Charlie - usłyszał pocztę głosową. - Wyjechałem z kraju 

na kilka tygodni, ale zostaw wiadomość, to się odezwę po powrocie. Cześć.

Cholera. Nate się rozłączył bez słowa.

Przeglądał   dalej,   aż   doszedł   do   numeru   Jeremy'ego   Scotta   Tompkinsona.   innego 

kolegi ze szkoły. Nate jak przez mgłę przypominał sobie, że słyszał, iż Jeremy jedzie na lato 

do Los Angeles. Będzie się uczył aktorstwa czy czegoś równie głupiego.

Zmarszczył   brwi  i  zaciągnął  się  głęboko.  Już  sobie  to   wyobrażał:   ciągnące  się  w 

nieskończoność   gorące,   parne   dni   i   długie,   samotne   noce.   A   potem   trzeba   się   będzie 

background image

spakować i jechać do Yale.

Biedactwo.

Z dachu doskonale widział ogródek trenera, ten sam, który przez najbliższe tygodnie 

będzie   musiał   kosić   i   pielić.   Do   tego   stopnia   pogrążył   się   w   ponurych   myślach,   że   nie 

zauważył najlepszego. Żona trenera opalała się topless na brzegu basenu. Owszem, ma dzieci 

i nie jest już młoda, ale też nie jest stara. W każdym razie jej cycki ładnie się postarzały. 

Widział  Absolwenta,  nigdy nie był ze starszą kobietą. Wszystko się może zdarzyć. Może 

darmowa harówka u trenera wcale nie będzie taka straszna.

Albo może słońce daje mu się we znaki.

background image

V i randka z przeznaczeniem

Vanessa chwiała się lekko na czarnych  platformach Celine. No dobra, technicznie 

rzecz   biorąc,   należały   do   Blair,   jej   byłej   współlokatorki,   ale   ona   nigdy   nie   wróci   do 

Williamsburga   po   rzeczy,   które   zostawiła.   Dziewczyna   maszerowała   po   kocich   łbach 

Meatpacking District. dzielnicy zbyt modnej jak na miejsce .śmierdzące zgniłym mięsem, w 

stronę zardzewiałych, nieoznaczonych drzwi mansardy Kena Mogula.

Kilka tygodni temu była impreza Blair. Mocno wstawiona Serena van der Woodsen, 

dawna koleżanka z klasy, zarzekała się wtedy, że szepnie o Vanessie dobre słowo. Mimo to 

Vanessa Abrams nie liczyła, że Ken Mogul się do niej odezwie. Wcześniej zainteresował się 

jej pracami, kiedy w Internecie pojawiły się niemal pornograficzne scenki, które nakręciła w 

Central Parku z udziałem Jenny Humphrey i Nate'a Archibalda. Chciał otoczyć ją artystyczną 

opieką. Vanessie jednak nie podobała się myśl o czyjejkolwiek opiece. Nie przemawiała też 

do niej praca przy hollywoodzkiej produkcji w Los Angeles. Widziała się raczej jako autorkę 

intelektualnych  dzieł ze zużytymi  kondomami  i martwymi  gołębiami,  a nie operatorkę w 

komercyjnym   filmie   dla   nastolatków.   Ale  Śniadanie   u   Freda  miało   powstać   tu,   pod   jej 

nosem, w Barneys. Chciała potraktować to jako etap edukacji, jednak coś w tym pomyśle 

budziło jej niepokój.

Nacisnęła   dzwonek,   oznaczony   jedynie   inicjałami   reżysera,   i   czekała,   nerwowo 

bawiąc się ubraniem. Właściwie wszystko, co miała na sobie, to rzeczy Blair. Włożyła jej 

czarną koszulkę bez rękawów i swoje sfatygowane czarne dżinsy, do tego dobrała platformy 

Blair i stalową, skórzaną torbę DKNY, w której Blair nosiła laptopa. Efekt był wyrafinowany 

i artystyczny; wyglądała jak ktoś, kogo nie obchodzi, czy wygląda stylowo.

A czy ją to obchodzi?

Drzwi   otworzyły   się   nagle.   W   progu   stała   niewiarygodnie   wysoka  dziewczyna   w 

mikroskopijnych szortach i różowej koszulce. Miała ciemnobrązową, nieskazitelną karnację, 

długie, czarne i idealnie proste włosy, wielkie błyszczące, zielone oczy. Uśmiechnęła się, 

demonstrując perfekcyjnie białe zęby.

Po to, żeby cię zjeść...

- Tak? - zapytała afroazjatycka  bogini z wrogim grymasem. Wyglądała jak czarny 

background image

charakter z gry Xbox, Jade Empire, i Vanessa już sobie wyobrażała, że bogini zetnie jej głowę 

jednym ruchem wyćwiczonej, umięśnionej ręki.

- Ja do Kena.

- Wejdź - mruknęła Jade Empire i odwróciła się na pięcie. Ciężkie metalowe drzwi 

zamknęły   się   za   Vanessą.   Dziewczyna   poszła   za   ciemnoskórą   pięknością   po   wąskich 

betonowych   schodach   do   obszernego,   jasnego   pomieszczenia.   Zardzewiałe   wsporniki 

podtrzymywały   wysoki   sufit.   Z   okien   rozpościerała   się   fantastyczna   panorama   na   rzekę 

Hudson. Pośrodku stał regal na książki. Uginał się pod ciężarem albumów, winylowych płyt, 

fotografii w ramkach i zakurzonych wazonów. Z malutkich głośników Bose. umocowanych 

na   szczycie   regału,   rozbrzmiewała   ostatnia   płyta   Aracade   Fire.   Muzyka   wypełniała 

przestrzeń.

- Jest gdzieś tutaj - rzuciła Jade Empire, wyraźnie znudzona. - Jesteś umówiona, tak?

- Tak myślę.

- No,   to   poczekaj.   Przyjdzie,   prędzej   czy   później.   Powodzenia,   cokolwiek   chcesz 

załatwić.   -   Wzruszyła   ramionami,   zrzuciła   ze   stóp   żółte   klapki   i   zniknęła   w   głębi 

pomieszczenia, za regałem.

Vanessa   odwróciła   się   i  podziwiała   przeciwległą   ścianę,   obwieszoną   oprawionymi 

fotografiami. Niektóre z nich poznawała - były autorstwa Kena Mogula. Zanim go poznała, 

uwielbiała jego prace i znała je na wylot, Wiedziała, że jego ulubionym miejscem jest wyspa 

Capri i że zanim został  filmowcem,  zrobił  karierę, jako fotograf. Wśród zdjęć  półnagich 

modelek,   włóczących   się   po   zaśmieconych   peronach   metra,   widniały   fotografie   Kena   w 

nocnych klubach, w towarzystwie gwiazd. Dostrzegła Madonnę, Angelinę Jolie, Brada Pitta i 

Davida Bowie.

- Podobają ci się? - odezwał się męski glos za jej plecami.

Odwróciła   się   i   zobaczyła   nieogolonego   Kena   Mogula   we   własnej   osobie.   Miał 

denerwujący zwyczaj - wyglądał, jakby nigdy nic mrugał. Wbił w nią przekrwione wyłupiaste 

oczy i uśmiechnął się lekko. Miał na sobie flanelową koszulę bez rękawów i dżinsy obcięte 

do kolan.

- Oto moja propozycja. - Nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się. Vanessa nie 

miała wyboru, musiała pójść za nim. Za regałem był przestronny gabinet z gigantycznym 

oknem. - Siadaj. - Nalał jej z zielonego dzbanka czegoś, co wyglądało jak mrożona miętowa 

herbata.   Wskazał   czerwony   skórzany   fotel   naprzeciwko   biurka,   ginącego   pod   stosami 

papierów. Napełnił swoją szklankę i usiadł za biurkiem. Przez chwilę kręcił się na obrotowym 

fotelu, a potem oparł się wygodnie i położył nogi na blacie. - To praca dla kasy, tak między 

background image

nami, ale Śniadanie u Freda będzie pieprzonym hitem. Nie mów tego producentom, ale to nie 

taki zwykły film dla nastolatków. Godard, rozumiesz? Coś głęboko ludzkiego, zabawnego i 

mrocznego.

- Mhm - mruknęła Vanessa i upiła łyk herbaty. Rozpraszały ją dekoracje w gabinecie; 

za biurkiem wisiało ogromne zdjęcie reżysera we własnej osobie, jak kompletnie nagi bryka 

w morskich falach z suką Jade Empire. Na dodatek nie znosiła takich pretensjonalnych gadek.

Lepiej do nich przywyknij, panno studentko szkoły filmowej New York University.

- Co ty na to? - zapytał Ken. Dłubał w nosie i pstrykał na podłogę znaleziskami. - 

Wiem, wielkie studio, wielki budżet, komedia romantyczna. Ale właśnie dlatego jesteś mi 

potrzebna.   Potrzebna   mi   twoja   wizja,   żebyśmy   razem   stworzyli   coś,   coś,   co   sprawi,   że 

widzowie otworzą oczy i zaczną patrzeć.

Jakby jeszcze tego nie robili.

Vanessa patrzyła w okno, na stare tory kolejowe, zapomniane wiele lat temu, teraz 

porośnięte trawą i krzewami, i na budowę na drugiej przecznicy. Ten film symbolizował 

wszystko, czemu się sprzeciwiała - komercyjna wysokobudżetowa komedia romantyczna dla 

nastolatków. Ale Ken Mogul jej potrzebuje. Ilu studentów filmówki słyszało takie słowa? 

Poza tym, brzmiało to ciekawie, a nic miała nic do roboty przez całe lato. Właśnie dlatego tu 

dzisiaj przyszła. Z nudy.

Spojrzała na Kena.

- Muszę to przemyśleć.

Zdjął nogi z biurka i szukał czegoś w papierach. Wreszcie znalazł paczkę papierosów. 

Wsunął jednego do ust, ale nie zapalił.

- Kobiecą   rolę   główną   miała   zagrać   moja   żona   -   ciągnął.   -   Ale   jak   wiesz, 

postanowiłem pójść w inną stronę.

- Żona? - Vanessie nie mieściło się w głowie, że którakolwiek kobieta zdecydowałaby 

się na małżeństwo z neurotycznym, zarozumiałym świrem o wyłupiastych oczach.

- Heather. Otworzyła ci drzwi.

Miss Gościnności to pani Mogulowa?

- Ach, tak. - Nie mogła oprzeć się pokusie. Jeszcze raz zerknęła na zdjęcie za jego 

plecami, wyglądało jak scena z pornosa o piratach.

Świry z Karaibów?

- Teraz się do mnie nie odzywa, bo wybrałem Serenę. Serena będzie gwiazdą. Ty też.

- Dziękuję - odparła Vanessa. - Naprawdę. Ale muszę to przemyśleć, dobrze?

Pospiesz się, skarbie. Hollywood nie czeka na nikogo.

background image

S się wyprowadza

- Poproszę na Wschodnią Siedemdziesiątą Pierwszą numer 169 - powiedziała Serena 

van der Woodsen, siadając na czarnym winylowym siedzeniu taksówki. Otworzyła okno i 

pozwoliła, by gorące poranne powietrze owiało jej twarz. Hm, lato. Przez cale jej życie lato 

oznaczało   imprezy   w   posiadłości   rodzinnej   w   Ridgefield   w   Connecticut   albo   długie, 

słoneczne popołudnia w parku, kiedy sączyła mrożone drinki - wódkę z sokiem żurawinowym 

- i razem z Blair przeglądała stare egzemplarze czasopisma „W”. A teraz, po raz pierwszy w 

życiu, Serena miała pracować. Obróciła w dłoniach grubą kopertę i wyjęła list. który zdążyła 

przeczytać już kilka razy.

Holly dla sztuki trzeba  cierpieć. Musisz STAĆ SIĘ swoją bohaterką. Pakuj się. Kluczyki w  

kopercie to klucze do twego nowego życia - do prawdziwego życia Holly. Do zobaczenia, Kenneth.

Dziwaczny list, fakt, ale czego innego można się spodziewać po światowej sławy 

ekscentryku   takim,   jak   Kenneth   Mogul?   W   końcu   jest   reżyserem,   więc   chyba   powinna 

słuchać ligo poleceń.

Poklepała dwie torby w biało - czerwone paski, które kupiła u Kale Spade, Nadal 

pachniały   cudownie,   oceanem   i   olejkiem   do   opalania.   Zapakowała   w   nie   zapas   bielizny 

Cosabella, koszulkę brata, Erika, którą podwędziła mu. gdy ostatnio był w domu, zwiewną 

plażówkę Milty, najwygodniejsze klapki Michaela Korsa. różowo - czarną sukienkę Cynthii 

Vincent, stare dżinsy Seven, jeszcze jedne klapki, tak na wszelki wypadek, i biały haftowany 

topik Viktora & Rolfa. Same niezbędne rzeczy.

Patrzyła   przez   okno   na   majestatyczne   schody   do   Metropolitan   Museum   of   Art; 

soczyście zielone drzewa Central Parku, imponujące kamienice na Siedemdziesiątej Drugiej, 

panoramę Park Avenue, a potem nieznane, brzydkie, nowoczesne wieżowce na Trzeciej Alei. 

Fuj.

- Jesteśmy - oznajmił kierowca i zademonstrował w uśmiechu złote zęby. Na jednym 

wygrawerowano nawet literę Z. Zorro czy Zeus, zastanawiała się Serena.

- Och.   -   Wyjęła   bordowy   portfel   Bottega   Veneta   i   przejrzała   zasoby   gotówki. 

Wysiadła z taksówki, ciągnąc wypchane po brzegi torby i przyglądała się burym budynkom w 

poszukiwaniu właściwego numeru.

Widziała 171 i 167, a między nimi kilka nieoznaczonych domów. Nie wiedziała, który 

background image

jest jej. Postawiła torby na krawężniku i przysiadła na hydrancie. Sądząc po niskich, pudeł-

kowatych   budynkach   wzdłuż   ulicy,   ta   okolica   znacznie   się   różniła   od   tego,   do   czego 

przywykła.   Wyjęła   papierosa   i   zapaliła.   Odsunęła   się   w   ostatniej   chwili,   gdy   z   włazu 

kanalizacyjnego wydobył się cuchnący obłoczek.

Pobudka, Dorotko. To już nie Złota Mila.

Zabawne, jak szybko wszystko się zmienia. Z Sereny van der Woodsen. uczennicy 

szkoły   Constance   Billard   i  czasem   modelki,   stała   się   Sereną   aktorką.   Nie   tak   dawno  jej 

największym problemem było zapamiętać, gdzie w tym miesiącu będzie wyprzedaż próbek 

Catherine Malandrino. albo nie kłócić się z Blair w VIP - roomie w Marquee, albo spotykać 

się z Natem, gdy tylko tego zapragnął, co przez pewien czas oznaczało ciągle i wszędzie,

Życie jest ciężkie.

- Zabłądziłaś?

Spojrzała w górę... bardzo, bardzo wysoko. Tuż nad nią stał facet o szerokich barkach, 

konserwatywnie przystrzyżonych włosach, z dołeczkiem w podbródku i ładnych niebieskich 

oczach. Miał na sobie gładki szary garnitur i sztywny granatowy krawat, ale uśmiechał się 

przy tym tak czarująco, że mogłaby mu darować idiotyczny biurowy strój.

A okropne bokserki w szkocką kratę, które zapewne ma pod spodniami?

- Szukam tego adresu. - Westchnęła i podała mu kluczyki z namalowanym numerem 

169.

Niektóre dziewczyny czują się jak ryba w wodzie w roli damy w opałach.

- No proszę. - Uśmiechnął się, - Tak się składa, że wiem, gdzie to jest, a to dlatego, że 

też tam mieszkam. - Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać. - Cześć. Jason Bridges.

- Serena van der Woodsen - odparła, wygładziła zieloną spódniczkę od Lilly Pulitzer i 

uśmiechnęła się przebiegle i niewinnie zarazem, szeroko otwierając przy tym oczy, tak, jak 

Audrey Hepburn.

Nic dziwnego, że dostała tę rolę.

Serena, podobnie jak Holly Golightly, po mistrzowsku opiniowała sztukę sprawiania 

wrażenia tyleż pięknej, co niewinnej, na co faceci łapali się jak muchy na miód.

- W takim razie, Sereno, chodźmy do domu. - Jason schylił się po jej torby.

Otworzył drzwi do budynku pod numerem 169. Była to biała kamienica z czarnymi 

wykończeniami. Po ścianie piął się bluszcz. Pchnął ciężkie czarne drzwi i puścił Serenę przo-

dem.

Prawdziwy dżentelmen!

- Przyjechałaś z wizytą do Therese? - zapytał.

background image

- Nie. - Serena ze zmarszczonymi brwiami przyglądała się skrzypiącym drewnianym 

schodom, oświetlonym jedynie mdłym światłem z żyrandola z kutego żelaza. Wydawało się, 

że w holu króluje duch starszej pani. że nic tu nic zmieniono, odkąd poprzednia właścicielka 

zmarła przed trzydziestu laty. A jednak dom miał pełen urok i swoisty styl, - Zamieszkam tu. 

Chyba.

- Chyba?   -   Jason   się   roześmiał.   -   A   co   to   ma   znaczyć?   - Wchodził   na   górę   po 

skrzypiących schodach.

- No cóż - zaczęła Serena. - Gram w filmie i dzisiaj dostałam od reżysera list. Kazał 

mi się spakować i tu przyjechać. I oto jestem. To ma mi chyba pomóc wczuć się w rolę czy 

coś takiego.

- Gwiazda filmowa, co? - mruknął Jason.

- Coś w tym stylu. - Serena lekko się speszyła. - Rany. - Odwrócił się i posłał jej 

nieśmiały uśmiech. - Owszem, to fajne miejsce, ale sądziłem, że aktorki wybierają eleganckie 

kwatery, jak, no nie wiem, Waldorf czy coś takiego.

- Kręcimy nową wersję Śniadania u Tiffany'ego - wyjaśniła, niemal dosłownie cytując 

to, co Ken Mogul mówił o swoim wysokobudżetowym debiucie,  Śniadaniu u Freda.  - W 

oryginale Holly Golightly mieszkała właśnie tutaj, ale to pewnie wiesz. Zamieszkam tu, żeby 

poczuć się bardziej nią. To mój pierwszy film.

- Tak?   -   Jason   doszedł   do   półpiętra.   W   czarno   -   białej   mozaice   brakowało   kilku 

kafelków. - A o czym?

- Szalona   dziewczyna   z   wielkiego   miasta,   czyli   ja,   poznaje   niewinnego   faceta   z 

prowincji, który chce zrobić karierę aktorską, - Na wszelki wypadek pominęła, że tę rolę 

zagra supergwiazdor Thaddeus Smith. - Ale próżna dziewczyna z Upper Kast Side kusi go 

pieniędzmi... i lunchami U Freda, tej restauracji w Barneys? - Serena miała nadzieję, że to co 

mówi, trzyma się kupy. Często paplała bez sensu i gubiła wątek.

Jakby facetom, z którymi rozmawiała, kiedykolwiek to przeszkadzało.

Znowu wspinali się po stopniach i Serena mówiła z coraz większym trudem.

- Ta   druga   niszczy   jego   niewinność,   jedyną   cechę,   która   zapewniłaby   mu   sukces 

aktorski. Robi z niego wyrafinowanego nowojorczyka i tylko moja bohaterka może go ocalić.

- Czy to oznacza, że przez całe lato będziemy sąsiadami? zapytał Jason z nadzieją. Był 

przy tym uroczy.

Tylko   przez   kilka   tygodni   -   wyjaśniła.   Choć  Śniadanie   u   Freda  to   film 

wysokobudżetowy, Ken Mogul przeznaczył jedynie dwanaście dni na zdjęcia.

Kolejne   piętro.   Przeszli   przez   wąski   korytarz.   A   potem   Jason   wszedł   na   kolejne 

background image

schody.

- Wysoko jeszcze? - zapytała Serena. Brakowało jej tchu.

Czas rzucić mocne francuskie papierosy.

Piętro, kolejny korytarz i znowu schody... A może prowadzi ją do kryjówki, w której 

ją zgwałci? Może powinna się bać? Poklepała się po kieszeni, żeby się upewnić, że ma ze 

sobą komórkę, tak na wszelki wypadek.

- Ja też zacząłem pierwszą pracę - wyjaśniał. - Mam praktykę w Lowell. Bonderoff, 

Foster i Wallace. To kancelaria prawnicza. Wczoraj siedziałem do czwartej rano, dlatego 

dzisiaj idę dopiero teraz. Ale zazwyczaj nie pracuję do późna.

W końcu znaleźli się na ostatnim piętrze. Sufit wisiał nisko  nad ich głowami, a w 

korytarzu było ciemno. Serena dostrzegła rumieńce na policzkach Jasona. Nie wiedziała, czy 

wywołały je te cholerne schody, czy ona.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił.

Otworzyła drzwi. Jason wszedł za nią i postawił torby na podłodze. Głuchy odgłos 

niósł się echem po pustym mieszkaniu. Z sufitu barwy uryny smętnie zwisały dwie gołe 

żarówki. Zacieki wyglądały jak wymyślny wzór.

- Fajnie - oznajmił spokojnie.

Czyżby?

Serena   przechadzała   się   po   saloniku   i   mało   brakowało,   a   przewróciłaby   się   na 

krzywej,  skrzypiącej  drewnianej podłodze. Trzy okna wychodziły na ulicę. Przez podartą 

siatkę   widziała   solidny   budynek   domu   starców   po   drugiej   stronie   ulicy.   Okienko   w 

mikroskopijnej kuchence wychodziło na schody przeciwpożarowe, które rozpoznała z filmu 

Śniadanie u Tiffany'ego.  To tam Holly Golightly grała na mandolinie i nuciła  Moon River. 

Blair miała łzy w oczach, ilekroć oglądała tę scenę. Serena otworzyła okno. W mieszkaniu 

unosił się duszący, klaustrofobiczny zapach starych skarpet i sardynek.

- A gdzie meble? - zapytała na głos. Była bliska płaczu.

- A to kto? - zdziwił się Jason. Do saloniku wkroczył czarny kot. Przyszedł z sypialni 

w głębi mieszkania.

No, to już wiadomo, skąd ten smród.

Serena wyjęła paczkę gauloisów i wyjrzała przez słynne kuchenne okno w nadziei na 

przypływ inspiracji. Ale czuła się jedynie zdenerwowana i zagubiona. Właściwie co ona tu 

robi?

Jesteś tu, bo masz zagrać w hicie kasowym, jasne?

- Fajny. - Jason ukucnął i głaskał kota między uszami.

background image

Serena   odwróciła   się,   zapaliła   papierosa   i   obserwowała,   jak   jej   ciemnowłosy, 

niebieskooki sąsiad bawi się z kotem, który najwyraźniej też tu mieszka.

No proszę. Nawet w takiej dziurze trafia się niezły widok.

background image

D uczy się sztuki obsługi klienta

- Przepraszam bardzo, czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie znajdę romanse?

Daniel   Humphrey   kucał   na   podłodze   i   układał   biografie   tematycznie,   nie 

alfabetycznie. Jeśli się pracuje w Strand, najlepszej - i największej - nowojorskiej księgarni, 

trzeba zwracać uwagę na takie szczegóły.

Fantastycznie.

- Kilka   powinno   być   na   regale   przy   schodach,   ale   nie   Błamy   osobnego   działu   z 

romansami - burknął. Nic zdołał ukryć niezadowolenia.

- Dzięki - odparła radośnie kobieta i udała się na poszukiwanie zakurzonych powieści 

Joanny Lindsay i marnych resztek Nory Roberts.

Księgarnia   Strand   słynęła   nie   tylko   z   bogatej   oferty,   ale   także   ze   świetnie 

wykształconego i zarozumiałego personelu. Dan nie posiadał się z radości, że dostał tę pracę. 

Zobaczył ogłoszenie w drodze powrotnej z lotniska Kennedyego.  Odwoził siostrę, Jenny, 

która pod wpływem impulsu postanowiła odwiedzić matkę w Pradze i zapisać się na lekcje 

malarstwa. Dan nie wiedział, co zrobić z wolnym czasem. Plakat w oknie księgarni wydał mu 

się znakiem.

I   proszę,   teraz   układa   książki   na   półkach   najlepszej   księgarni   w   mieście.   Ale   w 

porównaniu z innymi, w Strand nie było specyficznej atmosfery. Żadnej muzyki, zero kawy. 

tylko niekończące się szeregi regałów, zastawionych książkami.

Dan   pchał   piszczący   wózek,   pełen   zakurzonych   tomów,   wąską   alejką   w   dziale 

biografii. Obowiązki pozwalały mu mnóstwo czasu spędzać samotnie. Ignorował klientów i 

rozmyślał: o literaturze, o swoich wierszach, o tym. jak będzie w Evergreen College w stanie 

Washington, a przede wszystkim o tym ostatnim lecie w Nowym Jorku - ostatnim lecie z 

Vanessą. Podczas uroczystego zakończenia szkoły urządził niezłe widowisko, oświadczając, 

że   w   ogóle   nie   pójdzie   na   studia,   byle   być   z   nią.   Okazało   się   jednak,   że   nie   może   się 

doczekać, żeby wyruszyć na zachód buickiem skylark - rocznik 1977, niebieski metalik - 

którego dostał od ojca z okazji ukończenia szkoły. Idealny wóz na taką podróż. Będzie jak 

Jack Kerouac W drodze. Będzie zdzierał asfalt szos i kochał się z niebem i ziemią, szepcząc 

słowa, które pojawią się w jego głowie podczas jazdy. Będzie pisał i zostawiał kobietom 

background image

wiersze.   Będzie   tajemniczym   kochankiem,   którego   nigdy   nie   posiądą   na   zawsze.   A 

tymczasem czeka go ostatnie cudowne miejskie łato z Vanessą, jego pierwszą miłością.

Dan zdjął z wózka zakurzony egzemplarz  Życia Johnsona  pióra Boswella. kucnął i 

szukał   miejsca,   gdzie   wstawić   biografię.   Odpłynął   myślami.   W   jego   głowie   rozbrzmiały 

słowa:

Gorące dłonie na kierownicy

Jesteś moją skrzynią biegów, moim sprzęgiem

Wzruszasz kurz... namiętność. Namiętność. Niech trwa.

No dobra. trochę kiczowato, ale właśnie tak się teraz czuł.

W myślach sporządzał już listę klasycznych miejsc na romantyczne randki w Nowym 

Jorku: Szekspir w Central Parku, przejażdżka promem na Staten Island, tak po prostu, dla 

samej przyjemności; wschód słońca nad mostem przy Pięćdziesiątej Dziewiątej, jak Woody 

Allen i Diane Keaton w Manhattanie. Może wypad do Jones Beach jego samochodem, słony 

wiatr   w   otwartych   oknach,   włosy   Vanessy   rozwiane   na   wietrze...   No   dobra,   nie   włosy, 

właściwie jest łysa.  Ale może włoży długą jedwabną chustę czy coś takiego. Widział  to 

oczyma wyobraźni. To będzie bardzo romantyczne lato.

W każdym razie na pewno będzie jakieś.

- Przepraszam   bardzo,   gdzie   znajdę   opracowanie   do  Ulissesa?  -  Ledwo   słyszalny, 

piskliwy męski głos wyrwał Dana z marzeń.

Opracowanie do Jamesa Joyce'a? Skandal!

Dan spojrzał groźnie na wybladłego kujona, który zadał mu pytanie. Na ramieniu miał 

plecaczek z wizerunkiem Batmana. Żenada.

- Radziłbym przeczytać oryginał - rzucił arogancko.

Chłopak   był   żałosny.   Prawdopodobnie   starszy   od   Dana   pewnie   student   albo 

nieszczęśnik, który męczy się w czasie wakacji, żeby wreszcie w wieku dwudziestu trzech lat 

zrobić maturę. Wzruszył ramionami.

- Nudy.

Dan miał ochotę walnąć go w chudy brzuch, ule nagle zdał sobie sprawę, że jego 

praca, jego obowiązek, to skłonić dupka do czytania. Wyprostował się.

- Chodź.

Zaprowadził   bezmózgowca   do   małej   salki   na   zapleczu.   Zdjął   z   półki   piękne, 

oprawione w skórę wydanie arcydzieła Joyce'a. Otworzył na chybił trafił i zaczął czytać:

- „Dotknij mnie. Łagodne oczy. Łagodna łagodna łagodna dłoń. Samotny tu jestem. O, 

dotknij   mnie   teraz,   zaraz.   Jakie   jest   to   słowo   znane   wszystkim   ludziom?   Jestem   cichy   i 

background image

samotny tu. I smutny. Dotknij mnie, dotknij

”. - Przerwał i spojrzał na żałosnego. - No, dalej, 

wiesz, że tego chcesz - zachęcał.

Chłopak   był   przerażony.   Pewnie   podejrzewał,   że   Dan   to   literacki   zboczeniec 

czyhający w księgami na ofiary. Upuścił plecaczek z Batmanem i uciekł.

Dan usiadł na podłodze i doczytał  stronę do końca. Fakt, James Joyce zawsze go 

podniecał.

Tak, zanosi się na bardzo ciekawe lato.

 James Joyce Ulisses, przeł. Maciej Słomczyński, Znak, Kraków 2006 (przy. tłum.).

background image

kask - niemal równie istotny jak kondom

Nate stał na pedałach starego jak świat rowem i pedałował z całej siły, a potem opadł 

na niewygodne, skórzane siodełko. Lubił tak jeździć - najpierw rozpędzić się co sił w nogach. 

a potem siedzieć, odpoczywać  i rozkoszować się ciepłą bryzą na twarzy. Po prawej tale 

rozbijały się o brzeg. Po lewej ciągnęła się winnica pełna krzewów chardonnay. W powietrzu 

unosił się zapach soli i grilla. Żwir trzeszczał pod kołami jego roweru. Nate uśmiechnął się 

leniwie.

Poranny skręt zadziałał jak trzeba i pod koniec pracy niemal zachwycał się letnią karą. 

Praca fizyczna ma w sobie coś kojącego. Po dziesiątej klasie przez całe wakacje pomagał ojcu 

budować   ich   jacht   „Charlotte”,   w   posiadłości   w   Maine.   Praca   u   trenera   Michaelsa 

przypominała mu tamte chwile, choć okolica nie była tak piękna - tutaj otaczały go liczne 

domy i zatłoczone plaże. Mimo wszystko nie ma to jak ciężka harówka, gorące słonce i 

nagroda w postaci zimnego piwa po robocie. I żeby nic nie odrywało go od pracy.

Nie musi sobie zawracać głowy nauką. Szkoła to już przeszłość, a Yale wydaje się 

nieskończenie   daleko.   Blair,   dziewczyna,   która   -   o   czym   był   głęboko   przekonany   -   jest 

miłością jego życia, ale z którą nigdy nie mógł długo wytrzymać,  wyjechała do Anglii z 

nowym   facetem,   arystokratą.   Pewnie   robi   zakupy,   zajada   kanapki   z   ogórkiem   i   pije 

zdecydowanie za dużo herbaty. Serena siedzi w mieście i bawi się w gwiazdę filmową. A 

Jenny,   małolata   z   fantastycznymi   piersiami,   z   którą   jakimś   cudem   związał   się   w   zimie, 

wyjechała do Europy. Z dała od tej trójki czuł się o wiele lepiej.

Uśmiechnął się na myśl. że właśnie tak będzie wyglądało cafe lato. Ciężka praca w 

ciągu dnia, potem powrót rowerem do domu, prysznic, skręt i trochę czasu dla siebie. Właśnie 

tego mu trzeba. Trener mieszkał w Hampton Bays, dobrych kilka kilometrów od domku Nata 

w   East   Hampton.   To   był   zupełnie   inny   świat:   podmiejskie   domki,   furgonetki   i   centra 

handlowe. Takie otoczenie pomoże mu spojrzeć na wszystko z dystansu. I o to chodziło. Nie 

miał na oku żadnej konkretnej dziewczyny, zresztą zawsze pakował się przez nie w kłopoty. 

Może lepiej mu będzie samemu.

Jasne, jakby kiedykolwiek był sam dłużej niż trzydzieści sekund.

Nate zeskoczył z roweru i pchał go pod wyjątkowo strome wzgórze, sapiąc z wysiłku. 

background image

Takie są skutki spalania trzech skrętów dziennie.

Zdyszany i spocony, wsiadł na rower na szczycie wzgórza i pomknął w dół, zdając się 

na siłę grawitacji. Spojrzał na rękę i nacisnął zaróżowioną skórę, żeby się przekonać, czy 

zbieleje pod dotykiem. Blair zawsze tak robiła, gdy byli razem na plaży. Oznajmiała, że się 

spiekł na raka i czułe nacierała go swoim drogim olejkiem do opalania. Jeszcze raz dotknął 

przedramienia. Tak, wyraźnie spieczone.

Tak to jest, jak się nie używa kremów z filtrem!

Podniósł głowę i zdał sobie sprawę, że jedzie prosto na rozstaje. Szarpnął za hamulec i 

skręcił, ale jechał tak szybko, że upadł. Bolało.

Rozległy się uprzejme oklaski, jak na meczu golfowym. Nate podniósł głowę i zdał 

sobie sprawę, że wylądował na żwirowym parkingu przed Oyster Shack. Knajpka z owocami 

morza   położona   była   mniej   więcej   w   połowie   drogi   między   domem   trenera   a   stuletnią 

posiadłością   jego   rodziców,   niedaleko   plaży   Georgica   w   East   Hampton.   Przy   stoliku   na 

zewnątrz   siedziała   grupka   dzieciaków,   na   oko   licealistów.   Przyglądali   mu   się   znad 

oszronionych butelek z piwem i talerzy pełnych smażonych smakołyków.

- Cholera - mruknął Nate. Drobne kamyczki wbiły mu się pod skórę, jasnozielona 

koszulka, w której pracował cały dzień, była rozdarta. Otrzepał dłonie z piachu i spojrzał na 

drelichowe szorty - tu bez żadnych szkód.

Cały Nate Archibald - we krwi, pocie i brudzie wygląda jeszcze lepiej niż zwykle.

Kucnął, żeby obejrzeć rower. Przednie koło było wygięte.

- Niezłe lądowanie.

Nate podniósł głowę. Głos należał do kształtnej,  niebieskookiej blondynki.  Długie 

gęste loki przewiązała czerwoną bandaną. Różowa obcisła koszulka bez ramiączek zjechała 

interesująco   nisko,   a   dżinsowa   mini   przesunęła   się   cudownie   wysoko.   W   dłoni   trzymała 

puszkę coli. Sterczała z niej słomka umazana szminką. Dziewczyna podała Nate'owi prawą 

rękę. Długie, czerwone paznokcie miały identyczny odcień jak puszka.

- Nie zwracaj na nich uwagi - mruknęła, wskazując towarzyszy.

Charakterystyczny   złocistobeżowy   odcień   skóry   zawdzięczała,   tak   jak   i   inne 

dziewczyny, samoopalaczowi Clinique. Pud sztuczną opalenizną kryły się niezliczone piegi: 

na   nosie,   policzkach,   ramionach   i   dekolcie,   Blair   nauczyła   Nate'a,   że   dziewczyny   są 

zazwyczaj   bardziej   skomplikowane,   niż   widać   na   pierwszy   rzut   oka.   Piegi   tej   tutaj 

sugerowały, że nie jest kolejną laseczką z Long Island.

Nate z uśmiechem podał jej rękę i pozwolił, by pociągnęła go w górę.

- Jasne. - Był trochę speszony.

background image

- Musisz oddać rower do warsztatu - stwierdziła Pieguska, patrząc na koło.

- Mhm - mruknął Nate. Nie obchodził go rower. O wiele bardziej interesowała go ona.

- Jestem Tawny. Znam niezły warsztat. Ale najpierw kupię ci loda.

Tawny? Tak jak odcień jej samoopalacza?

- Jasne.   -   Przed   wyjściem   od   trenera   wypalił   resztę   porannego   skręta,   może   stąd 

wypadek, i lody brzmiały bardzo smakowicie. - Jestem Nate.

- Co tu robisz, Nate? Nie widziałam cię w okolicy. - Tawny przebiegła przez drogę i 

podeszła   do   malutkiego   niebieskiego   domku,   tak   niskiego,   że   wyglądał   jak   zbudowany 

tektury. Na schodkach siedziały dzieci i zajadały lody truskawkowe.

- Dwa waniliowe - mruknęła do pryszczatego faceta za ladą. W jej głosie słyszał cień 

obcego akcentu, ale nie potrafił go rozpoznać.

- Nic. - Nate od niechcenia kopnął jasnoniebieska ścianę czubkiem sfatygowanego 

buta Stana Smitha. Miał ochotę przejechać dłońmi po jej ciepłych, piegowatych ramionach.

Tawny przykucnęła, położyła banknot pięciodolarowy na ladzie, zajrzała do środka i 

po chwili wynurzyła się z dwoma rożkami lodów. Podała jeden Nate'owi.

- Dzięki, - W popołudniowym słońcu lody natychmiast zaczęły się topić i spływały mu 

na rękę. Oblizał ją.

Tawny   ostrożnie   dotknęła   jego   obtartego   kolana.   W   jej   geście   była   jakaś.., 

zaborczość?   Pewność?   Coś   nieuchwytnego,   co   przywodziło   mu   na   myśl   Blair.   Ale   ta 

dziewczyna bardzo się od niej różni. Blair w życiu nie włożyłaby różowej obcisłej koszulki, 

nie pozwoliłaby, żeby lody spływały jej po palcach, nie zapłaciłaby za jedzenie na pierwszej 

randce.

Randka? Niezłe tempo.

- Dobrze się czujesz? - zapytała Tawny. Oblizała pełne, jakby opuchnięte usta. - Masz 

taką poważną minę.

W rzeczywistości Nate się zastanawiał, jak Tawny wygląda bez różowej koszulki. Czy 

piersi też ma piegowate? Na samą myśl zaswędziały go ręce.

- Bardzo się cieszę, że cię poznałem - oznajmił głupkowato. Otarł sobie usta serwetką. 

- Powinniśmy się jeszcze spotkać.

Nowy rekord świata. Nate Archibald trzymał się z dala od dziewczyn przez całe trzy 

minuty.

background image

miłość już tu nie mieszka

Vanessa trzasnęła drzwiami taksówki, kiedy dotarli do Williamsburga. Wpatrzona w 

zniszczoną fasadę budynku myślała o propozycji pracy u Kena. Szkoda, że nie ma się kogo 

poradzić.   Nie   ma   sensu   dzwonić   do   rodziców,   egoistycznych   hippisów   z   Vermont. 

Usłyszałaby jedynie wykład o sztuce, komercji i „twórczej odpowiedzialności”. Najchętniej 

pogadałaby ze swoją siostrą Ruby - tytko jej Vanessa całkowicie ufała w tych sprawach.

Przed domem od wielu tygodni stał biały ford z wybitą przednią szybą. Nie miał też 

tylnych  drzwiczek; na siedzeniach piętrzyły  się śmiecie i stare koce. Pewnie ktoś w nim 

zamieszkał, stąd smród uryny w sąsiedztwie wozu.

Cudownie.

Vanessa uporała się ze wszystkimi zamkami i zasuwami i pobiegła na górę. Zawahała 

się   w   połowic   drogi.   Z   jej   mieszkania   dochodziły   głosy.   Czyżby   wychodząc,   zostawiła 

włączony telewizor? Na palcach zakradła się do drzwi i nasłuchiwała, wstrzymując oddech. 

Tak, naprawdę słyszy głosy, naprawdę dobiegają z jej mieszkania i... jeden z nich brzmi 

bardzo znajomo.

Ruby, jej starsza siostra, od ośmiu tygodni była w europejskiej trasie koncertowej ze 

swoim zespołem, SugarDaddy. Co jakiś czas w skrzynce pocztowej pojawiała się kartka z 

Oslo czy Madrytu. Raz rozmawiały przez telefon, ale rockandrollowy styl życia nie zostawia 

wiele miejsca na rodzinne kontakty.

Vanessa entuzjastycznie otworzyła drzwi.

- Ruby! - krzyknęła. Siostra miała na sobie skórzane fioletowe spodnie tego samego 

koloru, co włosy. - Nie wierzę! Wróciłaś!

- Cześć   -   rzuciła   Ruby   od   niechcenia   z   kanapy.   Siedziała   okrakiem   na   chudym, 

zarośniętym   facecie,   w   czarnych   skórzanych   spodniach,   identycznych   jak   jej   fioletowe. 

Zapaliła swojego papierosa od jego. Nie wstała, żeby się przywitać z siostrą, a w jej głosie 

było tyle nonszalancji, że można by pomyśleć, że Vanessa wyszła przed chwilą do sklepu po 

mleko, czy coś takiego.

- No, cześć. - Jej reakcja zaskoczyła Vanessę. Zamknęła Za sobą drzwi.

- Co jest, siostrzyczko? - Ruby zaciągnęła się marlboro i podziwiała wystrój wnętrza 

background image

autorstwa Blair. - Widzę, że trochę tu pozmieniałaś.

Vanessa nie miała ochoty na rozmówki o meblach i narzutach. Ruby wróciła! Akurat 

teraz, kiedy najbardziej jej potrzebowała!

- Rany, wróciłaś! To najważniejsze! Jak trasa?

Ruby wzruszyła ramionami.

- Berlin, Londyn, Paryż, Budapeszt, Graliśmy. Było super.

- Chwała gwieździe rocka! Jestem Vanessa. - Podeszła do faceta, na którym siedziała 

jej siostra. Ani razu na nią nie spojrzał.

- To Piotr - przedstawiła go Ruby. Zakręciła przy tym tyłeczkiem w fioletowej skórze, 

jakby podniecało ją już jego unię. - Poznaliśmy się po koncercie w Pradze.

- Cześć - odezwał się Piotr z silnym cudzoziemskim akcentem i wypuścił z pluć kłąb 

dymu.

Uroczy.

- Fajnie tu - zaczęła Ruby sceptycznie. Rozejrzała się po pokoju. - Ale skąd miałaś na 

to kasę? Meble? Zasłony?

- To długa historia - odparła Vanessa. Oparła się o ścianę koloru lawendy i starała się 

patrzeć gdziekolwiek, byle nie na jasną kanapę, gdzie pod jej siostrą półleżał obrzydliwy 

chudy facet z Europy Wschodniej.

- Podobnie jak ta. skąd masz te huty. co? - Ruby odrzuciła do tylu fioletowe włosy, 

takie same, jak kapelusz Willy'ego Wonka. - I tę koszulkę. Jezu, jak ty wyglądasz! Ostatni 

krzyk mody!

- Miałam spotkanie zawodowe. - Vanessa poczuła się urażona. Dlaczego Ruby jest 

taka   wredna?   Najlepiej,   żeby  ten   dupek,   leżący   między   jej   nogami,   zaraz   sobie   poszedł. 

Wtedy zamówią sushi i pogadają normalnie, jak siostry.

- Pogadamy? - zapytała Ruby. Zsunęła się z kolan Piotra i skinęła głową w stronę 

kuchni.

Vanessa   poszła   za   nią,   ciekawa,   na   jak   długo   Ruby   przyjechała.   Oparły   się  o 

sfatygowany blat.

- Wydaje się. że między wami to cos poważnego - zauważyła Vanessa.

- To miłość - mruknęła Ruby tęsknie. Zabrzmiało to zadziwiająco nie rockandrollowo. 

Okręciła się dokoła własnej osi. a potem, pozornie speszona, ponownie oparła się o blat.

- Super - mruknęła Vanessa z irytacją. Więc jednak nici i  siostrzanych pogawędek. 

Bawiła się solniczką i pieprzniczką w kształcie Statuy Wolności, prezentem, który Dan kupił 

jej w przypływie kiczowatego romantyzmu.

background image

- Cóż, mieszkanie wygląda super, choć nic tego się spodziewałam, wracając do domu - 

stwierdziła Ruby. - Tym bardziej mi przykro, kiedy pomyślę, że zadałaś sobie tyle trudu, a 

ja...

- A ty co? - zaniepokoiła się Vanessa.

- Nie chcę zaczynać od złych wieści, ale... Piotr zostanie tu przez jakiś czas. Tutejsze 

galerie są zainteresowane jego pracami. Jest malarzem, mówiłam ci? Specjalizuje się w mo-

imi i tycznych aktach z psami. W artystycznym światku Pragi o nim głośno. Liczy, że uda mu 

się w Williamsburgu.

Vanessa nie do końca wiedziała, czy „monolityczne akty z psami” to to, co ma na 

myśli, ale wyobrażała sobie, jak Ruby pożycza od kogoś pitbulla i pozuje z nim naga, z 

wyszczerzonymi zębami.

- To fajnie.

- Cóż, właściwie pomyślałam sobie, że mógłby zamieszkać tutaj, ze mną - wystękała 

Ruby.

- Będzie ciasno - mruknęła Vanessa. - Ale jakoś się pomieścimy...

- No właśnie - Ruby wpadła jej w słowo. - Piotr musi mieć atelier. A ponieważ nie 

stać go na wynajęcie, pomyśleliśmy... że może pracować w drugim pokoju... w twoim pokoju.

Słucham?

- Ach tak, więc mnie wyrzucasz? - Vanessa spojrzała siostrze w twarz. Mieszkała tu, 

odkąd skończyła piętnaście lat To także jej dom.

- Cóż, to zawsze było tylko tymczasowe rozwiązanie. No wiesz, póki chodziłaś do 

szkoły. Ale teraz jesteś dorosła i powinnaś zacząć własne życie tak, jak ja, kiedy miałam 

osiemnaście lat.

- Świetnie - warknęła Vanessa. - Super. Jasne, jestem do - rosła i zdana tylko na siebie. 

Bomba.

- Nie mów tak. - Ruby ogarnęły wyrzuty sumienia. - Chodź, usiądź, pogadajmy.

- Nie, nie ma sprawy, naprawdę. Daj mi moment, spakuję się i chlebek Pita czy jak mu 

tam może zaraz się wprowadzać. - Roztrzęsiona Vanessa wybiegła z kuchni do saloniku, 

gdzie facet pizza palił cuchnące czeskie papierosy. Zerwała fotografię martwego gołębia ze 

ściany nad jego głową i wsunęła sobie pod pachę. To było jej ulubione zdjęcie. Nie zostawi 

go, żeby miał z czego ściągać. Już to sobie wyobrażała - facet zasłynie jako malarz martwych 

gołębi. To są jej gołębic i jej mieszkanie!

Kilka minut później zbiegła ze schodów, taszcząc sprzęt i wielką czarną torbę. Wyszła 

na dwór, na gorące popołudniowe słońce i maszerowała Bedford Avenue. Mijała dziwacz-

background image

nych, obojętnych przechodniów i psie kupy i zastanawiała się, co u licha ma robić.

Postawiła torbę na ziemi i przycupnęła na niej. Wyjęła komórkę z kieszeni, wybrała 

numer... Po dwóch sygnałach rozległ się znajomy głos Dana.

- Co jest?

- Siostra wyrzuciła mnie z domu. - Głos jej się załamał. Ze wszystkich sił starała się 

nie rozpłakać. - Nie mam pieniędzy, nie mam dokąd iść, nie wiem, co robić.

Chyba weźmie tę pracę.

background image

S jak spirytualizm, między innymi

- Cześć - szepnął Dan w czarną nokię i skulił się za wiekowym metalowym regałem w 

księgarni Strand. Tylko komuś, kio czytał Hamleta pięć razy, mogło się tu podobać. - Właśnie 

o lobie myślałem.

Nie zrozumiał, co odpowiedziała. Chyba brakowało jej tchu i była na granicy łez.

- Powoli, powoli - uspokajał. Ułożył biografie Ronalda Reagana w wysoką stertę i 

przycupnął na niej. - Nic nie rozumiem.

- Powiedziałam, że straciłam dach nad głową! - krzyknęła Vanessa. - Ruby wróciła z 

Europy,  przywiozła ze sobą nowego chłopaka. czeskiego dupka, malarza, i kazała mi się 

wynosić.

Cholera   -   mruknął   Dan   i   rozejrzał   się   dokoła.   Właściwie   nie  wolno   mu   w   pracy 

rozmawiać przez komórkę.

- Co mam zrobić.' Dokąd pójść?

- Może do mnie? - zapytał, zanim zdążył się nad tym zastanowić. Musnął palcem 

zakurzoną biografię Walta Whitmana zastanawiał się, czy nie zabrać jej ze sobą.

-   Do   ciebie?   -   powtórzyła   Vanessa   żałośnie.   Dan   nie   przypomniał   sobie,   by 

kiedykolwiek słyszał tyle słabości w jej głosie. Wiedział, że to nie w porządku, ale podobało 

mu się to. Czuł się jakby był prawdziwym macho, a ona kruchą, bezradna istotką. Zapamiętał 

sobie, żeby wykorzystać to uczucie w wierszu.

dziewczyna z, papieru ryżowego,

jestem piórem, atramentem, kałamarzem...

- Wszystko będzie dobrze - zapewnił ją. - Spakuj się, wsiadaj w metro i jedź do mnie. 

Drzwi są otwarte, wiesz, że ojciec nigdy ich nie zamyka. Wrócę za kilka godzin.

- Naprawdę? - zapytała z wahaniem. Zawsze była bardzo niezależna. Dan wiedział, że 

nie znosi nikogo o nie prosić. - Twój tata na pewno nie będzie miał nic przeciwko?

- Nie. - Starł kurz z górnej półki i odrobina dostała mu się do oka. - Sama zobaczysz. 

Niedługo wrócę. Nie przejmuj się. - Wycierał oczy i słuchał oddechu Vanessy w słuchawce.

- Mam   też   dobre   nowiny.   Ken   Mogul   zaproponował   mi   pracę.   -   Roześmiała   się 

gorzko. - Najwyraźniej będę musiała się zgodzić.

background image

- Super!   -   zawołał,   choć   ogarnęło   go   rozczarowanie.   Nie   dość,   że   on   pracował. 

Vanessa też będzie zajęta. To zdecydowanie ograniczy jego romantyczne plany. Niby kiedy 

znajdą czas, żeby pojechać tramwajem na Roosevelt (stand i pić sake w parku?

- Cholera, mam drugi telefon - mruknęła. Dan słyszał, jak odsuwa słuchawkę od ucha. 

- To Ken, muszę odebrać. Czyli zobaczymy się w domu? To znaczy, u ciebie.

- Nie - poprawił. W domu. Twoim także.

Och.

Dan rozłączył się i ponownie wszedł w wąską alejkę działu biografii. Uśmiechnął się. 

Może to, że Vanessa straciła dach nad głową to najlepsze, co im się mogło zdarzyć. Jeśli 

razem zamieszkają, ich ostatnie lato przed studiami będzie bardziej intymne. Jeszcze bardziej 

godne zapamiętania.

Wziął   pod   pachę   stertę   biografii   Reagana   i   kucnął,   szukając   dla   nich   miejsca   na 

półkach.

- Przepraszam, szukam Siddarthy. Pomożesz mi?

Dan wstał przy akompaniamencie strzelających kości i już miał wygłosić pouczający 

komentarz, gdzie szukać oświecenia, ale wystarczył jeden rzut oka na klientkę, by ugryzł się 

w język.

Była prawie dziesięć centymetrów wyższa od niego, miała falujące platynowe włosy 

zebrane   w   wygodny   kucyk.   Nosiła   spraną   szarą   koszulkę   i   białe   dżinsowe   szorty,   na 

przegubach rak miała biało - zielone frotowe opaski tenisowe. Lekko zmarszczyła czoło, ale i 

tak jej niebieskie oczy błyszczały. Wyglądała jak bardziej seksowna, prowokacyjna wersja 

Marshy Brady. Jak Marsha Brady w drodze na zajęcie ze strip - aerobicu.

- A, tak. - Dan się speszył. - Tak, mamy Siddarthę. Na pewno.

- To   dobrze!   -   zawołała   Sprośna   Marsha   i   ścisnęła   go   za   chude   ramię.   -   Bardzo 

chciałabym to przeczytać.

- Tak   -   mruknął   i   prowadził   ją   coraz   dalej   od   biografii   prezydenckich,   do   działu 

beletrystyki. - To jedna z moich ulubionych książek.

Czyżby?

- Ojej, naprawdę? - Nie znał dziewczyny, która mówiłaby „ojej” i nie wydawałaby się 

przy tym kompletną idiotką. - Mój login bardzo nam to poleca.

- Proszę bardzo. - Wspiął się na palce, zdjął z półki cienka niebieską książeczkę i 

podał jej.

- Super. - Spojrzała na okładkę z tyłu. - Dzięki za pomoc. Naprawdę ci się podobała? - 

Patrzyła na niego. Jej niebieskie oczy miały ten sam odcień co okładka książki.

background image

- Cóż... - urwał. Literatura to jego dziedzina, dlaczego nie wie, co powiedzieć?

Może dlatego, że jej nie czytał?

- Jest bardzo... inspirująca.

- Super. Już się cieszę. - Przycisnęła książkę do piersi i przysunęła się bliżej do Dana. 

- Może przyjdę, kiedy ją skończę i polecisz mi następną?

- Zawsze chętnie służę pomocą naszym klientom - wyrecytował gładko.

- Bomba! - zawołała z entuzjazmem cheerleaderki. - Jestem Bree.

- Dan.

- Super, Dan. Nie jest gruba, więc wrócę za kilka dni. Jeszcze raz dzięki za pomoc! - 

Odwróciła  się i odeszła  sprężystym  krokiem. Dan patrzył,  jak jej  małe, okrągłe  pośladki 

(przypominały   dwie   kulki   lodów   waniliowych)   znikają   za   działem   nowości.   Dopiero   po 

chwili przypomniał sobie, że właśnie zaproponował Vanessie, żeby z nim zamieszkała.

Jakie to... inspirujące.

background image

grunt to rodzinka

- Brawo! - zawołał Marcus. - Skarbie, masz do tego wrodzony talent!

Camilla zachichotała. Założyła długie jasne włosy za ucho i patrzyła, jak czerwona 

piłeczka   do   krykieta   przechodzi   przez   bramkę   i   zatrzymuje   się   na   nieskazitelnie 

przystrzyżonym szmaragdowym trawniku posiadłości rodziny Beaton - Rhodes. Był to trzeci 

mecz, który rozgrywali tego dnia, i Camilla wygrała. Znowu.

- Uczył mnie mistrz! - Roześmiała się, podekscytowana.

- Kiedy wreszcie  będzie moja  kolej? - jęknęła Blair. Już bardzo długo czekała  na 

szansę, żeby się zamachnąć młotkiem. Naprawdę miała ochotę w coś walnąć.

Rezydencja   położona   była   w   zachodnim   Londynie.   Wznosiła   się   za   ich   plecami, 

opleciona bluszczem, jak forteca. Blair jeszcze nie zaproszono do środka, nie poznała też 

rodziców Marcusa.

- Mama ma migrenę - wyjaśnił. Camilla zareagowała na to donośnym śmiechem. Blair 

zastanawiała się, czy lady Rhodes udaje się na spoczynek w towarzystwie butelki dżinu. Nie 

zapytała o to. Posłała tylko Camilli groźne spojrzenie. Camilla zdawała się bez słów mówić: 

ja tu należę, ty nie. I to tak dobitnie, że Blair najchętniej urwałaby jej głowę, jak paskudnej 

lalce   Barbie   z   limitowanej   serii   „rodzina   królewska”,   która   jeszcze   długo   po   Gwiazdce 

poniewiera się na półkach sklepu FAO Schwarz.

- To już koniec - stwierdził Marcus z żalem. - Zagramy jeszcze raz?

- Jak chcecie - mruknęła Blair. Sączyła już czwarte martini tego popołudnia. Rozległą 

rezydencję   otaczały   setki   starannie   przystrzyżonych   krzewów.   Nawet   ogromne   drzewa 

przycięto w nienaturalne kształty. Blair czuła się jak Alicja w Krainie Czarów, u królowej. 

Zapaliła   silk   cuta   i   zaciągnęła   się   chciwie.   -   Może   się   czegoś   napijemy?   -   rzuciła   w 

przestrzeń.

W razie wątpliwości, działaj dalej.

- Padam z nóg - sapnęła Camilla i osunęła się na krzesło z kutego żelaza, obok Blair. - 

Dobrze się bawisz? - zapytała i ujęła dłoń Blair, ściśniętą w piąstkę.

Co jest? Przecież ona i Marcus są zakochani, prawda? Dlaczego nie rozbiera jej w 

eleganckiej edwardiańskiej sypialni? Dlaczego woli brykać z przypominającą konia kuzynką? 

background image

Dlaczego przynajmniej nic maca jej pod stołem?

Zerknęła na Marcusa, szukając jakiegoś śladu jego prawdziwych uczuć. Uśmiechał się 

szeroko,   zielone   oczy   błyszczały   rozbawieniem.   Wydawał   się   niczego   nieświadomy.   Po 

prostu świetnie się bawił w ciepły letni dzień. Blair westchnęła. Może się czepia. Zerknęła na 

Camillę. Może wkrótce wyjedzie, a ona i Marcus będą się kochać pod świerkiem w kształcie 

królika.

- Nigdy w życiu nie bawiłam się lepiej - warknęła.

- Umieram z głodu - oznajmił Marcus, zakasał rękawy białej lnianej koszuli i usiadł 

przy   stoliku   ze   szklanym   blatem.   Wziął   ze   srebrnej   tacy   kanapkę   z   ogórkiem   i   zjadł   z 

apetytem.

- Zawsze jesteś głodny w moim towarzystwie! - zachichotała Camilla. Szturchnęła go 

w brzuch i z wdziękiem upiła łyk martini.

- Pamiętasz, jak odwiedziłam cię w Yale i pojechaliśmy do tej uroczej mieściny w 

Vermont na  narty?  - Camilla  zwróciła się  do Blair.  - Spędziliśmy  cały dzień  na stoku i 

marzyłam jedynie o długiej, gorącej kąpieli. Kiedy wyszłam z wanny, okazało się, że Marcus 

zamówił   wszystko,   dosłownie   wszystko,   co   było   w   karcie,   żebyśmy   zjedli   kolację   przy 

kominku.

Blair ogarnęła przemożna ochota, by zdzielić Camillę w głowę młotkiem do krykieta. 

Zerknęła na Marcusa. Zarumienił się. Może to tacy kuzynowie,  co się bawią w lekarza? 

Nawet, kiedy są już na to za starzy. Czyżby ta klacz nie pojmowała, że to ona jest dziewczyną 

Marcusa?

- Cam, Blair na pewno nie chce słuchać o naszych wypadach narciarskich. - Marcus 

wstał i pokazał lokajowi pusty półmisek po kanapkach.

Blair także się podniosła.

- Gramy jeszcze jednego gema, seta, czy jak to się do cholery nazywa? Może tym 

razem i mnie się uda uderzyć.

- Padam  z  nóg.  Powinienem  był  cię  ostrzec  -  tłumaczył   się Marcus.   - Camilla  to 

mistrzyni gier.

No, dobrze.

- Muszę do łazienki - wycedziła Blair przez zęby. - Och. - Camilla się zarumieniła. - 

Jankeska bezpośredniość.

I brytyjska wredność.

- Wewnątrz - tłumaczył Marcus. - Za biblioteką, w lewo.

- Poradzę sobie - zapewniła Blair, chwiejąc się lekko na nogach. Dżin uderzył jej do 

background image

głowy. - Nie zawracajcie sobie głowy.

Maszerowała kamienną ścieżką. Wygładziła zmarszczki na białej szmizjerce Thomasa 

Pinka, którą założyła specjalnie na tę okazję. W domu, o dziwo, panował bałagan i zalatywało 

gnijącymi kwiatami. Oczywiście meble były przepiękne, zwłaszcza chodnik. Lady Rhodes 

chyba   co   roku   wysyłała   kogoś   do   Marrakeszu   na   zakupy,   żeby   uzupełnić   kolekcje.   Ale 

witrażowe okna nadawały wnętrzu kościelny charakter i Blair czuła się nieswojo, błąkając się 

po korytarzach, podczas gdy gdzieś na piętrze lady Rhodes leczy kaca.

Sama   w   łazience,   zapaliła   kolejnego   silk   cuta   -   to   jej   nowe   ulubione   angielskie 

papierosy - i przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze, wypuszczając dym ustami. Zmrużyła 

oczy i wydęła wargi, ćwicząc seksowne spojrzenie, którym uraczy Marcusa. Jeszcze jedno 

martini   i   zaproponuje   powrót   do  hotelu   Claridge   na   popołudniową   sesję   w   łóżku.   Gry   i 

zabawy   na   świeżym   powietrzu   to   fantastyczna   sprawa,   ale   miała   ochotę   na   prawdziwy 

wysiłek. Wypaliła papierosa do końca i wsunęła do kieszeni francuskie mydełko w kształcie 

muszli. Tak dla zasady.

Trudno się pozbyć starych nawyków.

Tymczasem   na   dworze   przygotowano   nowe   martini   i   Marcus   podał   jej   kolejny 

kieliszek, ledwie usiadła.

- Potrzebna   jej   popielniczka   -   zauważyła   Camilla.   Nerwowo   obserwowała   słupek 

popiołu na papierosie Blair.

- Dzięki, nie trzeba, trawnik mi wystarczy - burknęła Blair i upiła łyk z kieliszka z 

cieniutkiego szkła. Udało jej się rozlać tylko odrobinę.

- Skarbie,   poczekaj!   -   skarcił   ją   dobrodusznie   Marcus.   -   Chcemy   wznieść   toast. 

Czekaliśmy na ciebie.

- Z jakiej okazji? - Z trudem powstrzymała beknięcie.

- Kiedy odeszłaś, Camilla przekazała mi cudowną wiadomość.

Wyjeżdża do Szwajcarii na plastyczną operację nochala? W końcu postanowiła się 

przyznać, że jest starą lesbą? Idzie do zakonu?

- Zostanie dłużej. Spędzi z nami całe lato. Czy to nie cudownie? - Marcus stuknął się z 

nią kieliszkiem.

Camilla upiła malutki łyczek i przykryła dłoń Blair swoją.

- Zaprzyjaźnimy się, będziemy sobie bliskie jak siostry obiecała. Tym razem mówiła 

jak zła macocha, a nie jedna z. trzech małych świnek.

Blair uśmiechnęła się z trudem i jednym haustem dopiła martini do dna. Spojrzała na 

Camillę.

background image

- Zawsze chciałam mieć starszą siostrę - powiedziała, akceptując przesadnie słowo 

„starszą”.

Marcus objął je obie ramionami, silnymi i muskularnymi  dzięki grze w squasha, i 

uścisnął je serdecznie.

- Wiedziałem, że się polubicie.

Cmoknął każdą z nich w policzek. Blair zamknęła oczy i wyobrażała sobie, że Camilli 

wcale tu nie ma.

Dzięki Bogu, zawsze miała bujną wyobraźnię.

background image

narodziny gwiazdy (mniej więcej)

Jasnopomarańczowe gumowe japonki od Hermesa stukały głośno o biało - czarną 

marmurowa szachownicę podłogi hotelu Chelsea, gdy Serena szła do pokoju 609, w którym 

Ken   Mogul   zakwaterował   jej   ekranowego   partnera,   Thaddeusa   Smitha.   Chelsea   to 

prawdopodobnie najsłynniejszy nowojorski hotel. Kiedyś  mieszkały tu ikony pop kultury, 

takie   jak   Andy  Warhol   i   Janis   Joplin.   Tak   było   do   czasu,   aż   ogromny   pożar   wypłoszył 

sławnych  mieszkańców. Teraz zatrzymywali  się tu głównie turyści,  ale w budynku nadal 

panowała atmosfera lat sześćdziesiątych. A w podziemiach mieścił się modny, ponury bar, o 

jakże pasującej nazwie - Serena.

Serena   nie   wiedziała,   dlaczego   Thaddeus   zatrzymał   się   w   hotelu,   a   jej   przypadło 

obskurne mieszkanie bez klimatyzacji. Siedziała sama jak palec, odkąd Jason wyszedł. Było 

zbyt gorąco, żeby się gdzieś ruszyć. Wtedy zadzwonił Ken i kazał jej przyjść na pierwszą 

próbę z Thadem. Serena odetchnęła głęboko, nerwowo bawiła się suwakiem srebrzy sto szarej 

torby Balenciagi i zapukała w odrapane drzwi do pokoju 609.

- O, cześć! - pisnęła radośnie, gdy otworzyła jej Vanessa Abrams. Od zakończenia 

szkoły minęły zaledwie dwa tygodnie, ale miała wrażenie, że to już dwadzieścia lat. Vanessa 

miała   na   sobie   sukienkę   z   czarnego   jedwabiu   i   fantastyczne   srebrne   sandały.   -   Super 

wyglądasz!

Vanessa już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale Ken wpadł jej w słowo.

- Serena - powiedział powoli. Siedział na parapecie w salonie i palił papierosa bez 

filtra. - Witaj w naszym świecie!

- Fajnie cię widzieć. - Serena zachichotała, minęła próg i weszła do pomieszczenia 

zalanego światłami z Dwudziestej Trzeciej. Intensywna zieleń ścian przypominała jej łazienki 

w Hannover Academy, szkole z internatem w New Hampshire, do której przez rok chodziła. 

Skóra, którą obito ogromną kanapę, była popękana, zwłaszcza przy oparciach. Na parapecie 

stały dziesiątki doniczek z kaktusami. W głębi apartamentu dostrzegła rozesłane wielkie łoże.

- Od razu wyobrażasz sobie, ilu ludzi się tam kochało, nie? - szepnęła Vanessa. Serena 

zmarszczyła nos. Tak, teraz tak.

- Oczywiście znasz Vanessę. - Ken wyrzucił papierosa przez otwarte okno za plecami. 

background image

- Ściągnąłem ją na pokład. Będzie głównym operatorem.

Nie żeby biedaczka miała jakikolwiek wybór.

- Super,   bomba.   -   Serena   puściła   oko   do   Vanessy,   która   była   zajęta   bardzo 

profesjonalnie wyglądającym sprzętem.

- A ja jestem Thaddeus - rozległ się seksowny głos. Gwiazdor wszedł z sąsiedniego 

pokoju.

Thaddeus   Smith   był   wyższy,   niż   się   spodziewała,   a   sterczące   ciemnoblond   włosy 

dodawały mu jeszcze ze dwa centymetry. Miał na sobie bardzo zwyczajne ciuchy, ciemne 

dżinsy i spraną czarną koszulkę polo Lacosty, z postawionym kołnierzykiem. Serenie wydało 

się, że już go zna, i w pewnym sensie tak było. Widziała, jak w dwóch komediach roman-

tycznych podrywał słodką gwiazdkę z Południa. Trzymała za niego kciuki, gdy uciekał przed 

psychopatycznym   mordercą   (który   zresztą   okazał   się   jego   zaginionym   przed   laty   bratem 

bliźniakiem, a Thad podjął się aktorskiego wyzwania i zagrał obie role). Ba, widziała go 

nawet w obcisłym kombinezonie. Grał wtedy niemą istotę z innego świata, którą obudziło 

słońce, oświetlając ruiny Majów. Słyszała już jego baryton, gdy gawędził swobodnie w talk 

show, no i, oczywiście, wiele razy podziwiała jego znak firmowy - fantastycznie wyrzeźbiony 

brzuch - na reklamach bielizny Lesa Besta. Nie zawiódł jej oczekiwań w rzeczywistości. Był 

boski, poczynając od złotego zarostu, poprzez ostre, regularne rysy, po opalone, piękne stopy.

Thaddeus mocno uścisnął jej rękę.

- Tak się cieszę, że wreszcie się poznaliśmy. - Czy jej się tylko wydaje, czy głęboko 

zajrzał jej w oczy granatowym spojrzeniem?

- Ja też - szepnęła.

- Świetnie, że wszyscy jesteśmy razem - zaczął Ken i zapalił kolejnego papierosa. 

Przycupnął na parapecie w niebezpiecznie śliskich granatowych szortach i podciągnął kolana 

pod brodę. - Dobra, wyciągamy scenariusze. Thaddeus, od tej pory to Holly, nie Serena.

Thaddeus przysiadł na zniszczonej skórzanej kanapie i nonszalancko cisnął poduszkę 

na podłogę.

- Siadaj, Holly.

Serena wyjęła scenariusz z torby i przysiadła na kanapie. Stłumiła ochotę, by od razu 

się przytulić do ekranowego partnera.

To byłoby bardzo nieprofesjonalne.

Ken zaniknął oczy i oddychał głęboko, aż drżały mu nozdrza. Rozcapierzył palce jak 

macki, zeskoczył z parapetu i zatoczył się na środek pokoju. Gwałtownie otworzył oczy, gdy 

wpadł na poobijany drewniany stolik do kawy i sterta różnych wersji scenariusza runęła na 

background image

podłogę. Potem wskoczył na stolik i kucnął, bardzo blisko dwójki aktorów.

- Na   początek   scena   kulminacyjna.   To   kwintesencja   filmu   i   chcę   od   tego   zacząć, 

zanim weźmiemy się za cokolwiek innego. Wszystko prowadzi do tego momentu.

Ken był tak blisko, że Serena czulą jego nieświeży tytoniowy oddech. Zasłoniła się 

scenariuszem i przeglądała go nerwowo. Liczyła, że będą ćwiczyć chronologicznie i nauczyła 

się roli w pierwszych kilku scenach. O drugiej połowie filmu miała tylko mgliste pojęcie.

- Przeczytamy to sobie raz, a potem zabieramy się do roboty. Każde znajdzie swoje 

miejsce w przestrzeni, jasne? Vanessa będzie kręcić tylko zdjęcia próbne, żebyście mogli 

rzucić na nie okiem. Co wy na to? - Ken nadal czaił się na stoliku.

- Zaczynajmy. - Thaddeus odłożył scenariusz.

- Moment - mruknęła Vanessa. Podłączała kamerę do laptopa reżysera.

- Holly? - zapytał Ken. Oparł dłoń na brodzie. Chyba wsadził też palec do nosa.

- Gotowa   -   wymamrotała   Serena.   Cholerny   świat!   Nie   znała   nawet   jednej   linijki 

tekstu. Głęboko zaczerpnęła tchu.

- Skarbie, wiecznie mnie ratujesz. Jak ja ci się odwdzięczę? - zaczęła i powoli, celowo 

machnęła ręką. Taki seksowny gest. Odrobina kokieterii.

- Nie   musisz   -   odparł   Thaddeus   jako   Jeremy   Stone,   swoim   słynnym   zmysłowym 

barytonem. Stali przy oknie. Pochylił się, aż słońce oświetliło jego profil, i wziął Serenę za 

rękę. - To ja jestem twoim dłużnikiem. Holly. tobie zawdzięczam wszystko. Pokazałaś mi, 

jak... - Znacząco zawiesił głos. - Jak być sobą.

Może dlatego, że był świetnym aktorem, a może dlatego. że był zabójczo przystojny, 

w każdym razie w jego ustach beznadziejny tekst brzmiał niemal naturalnie. Stał tak blisko, 

że Serena czuła jego oddech. Pachniał miętą. Czy on naprawdę jest idealny?

Owszem.

- Ja... ja... - zawahała się. - Nie wiem. co powiedzieć.

Po drugiej stronie pokoju Vanessa chrząknęła za kamerą.

- Nic nie mów - szepnął Thaddeus jako Jeremy. - Pozwól mi na ciebie popatrzeć.

Serena ani drgnęła. Nic na to nie poradzi; wierzyła we wszystko, co mówił.

- Stop! - zawołał Ken Mogul. - Holly, skarbie, pamiętaj, jesteś Holly, nie Sereną.

- Jasne - szepnęła. Nie czuła się Holly Golightly. Była sobą, a tuż obok stał facet jej 

marzeń. Nigdy nie udawała niczego przed mężczyznami. Trudno zacząć tak nagle, zwłaszcza 

przy kimś tak pięknym.

- I   przestań   machać   ręką   -   jęknął   Ken.   Marudził   jak   dziecko.   -   Wygląda,   jakbyś 

odganiała muchy.

background image

- Przepraszam.  - Przez  otwarte   okno słyszała  ruch  uliczny.  Wolałaby  być  tam,  na 

zewnątrz, oglądać wystawy z Thaddeusem. albo może dać się zaprosić na sushi do Sushi 

Samba, zaledwie kilka przecznic stąd. Thaddeus wychylił się przez okno i odetchnął głęboko. 

Czyżby czytał w jej myślach?

- Słuchaj  Thada,  dobrze? - Ken nadal nie wyjął palca z nosa. - To już nie Thad, 

prawda? Nie, to Jeremy. Słyszysz to? Jego nieśmiałość? Jego zdenerwowanie? On się ciebie 

boi, rozumiesz? Boi się i jednocześnie jest zafascynowany. Pokaż nam to. Spraw, żebyśmy 

wszyscy stracili dla ciebie głowy.

Jakby kiedykolwiek miała z tym kłopot.

- Jeszcze raz! - Ken klasnął w dłonie i jednocześnie zapalił kolejnego papierosa, choć 

poprzedni wypalił się w popielniczce, a on nie zaciągnął się nawet raz.

Thaddeus znowu grał. Pochylił się nad Sereną.

- Skarbie, wiecznie mnie ratujesz. Jak ja ci się odwdzięczę? - zapytała, tym razem 

bardziej stanowczo.

- Nie musisz.

- Koniecznie przyjdź na moje... - Nie pamiętała, co dalej. Powinna zajrzeć do tekstu.

- Przyjęcie! - wrzasnął Ken. - Przyjęcie! Holly, nie czytałaś scenariusza?!

- Czytałam - mruknęła Serena. Najchętniej kopnęłaby stertę scenopisów na podłodze, 

aż wyleciałyby przez okno.

- No dobra, przejdźmy dalej. - Ken tarł dziwnie czerwone czoło. - Scena poranna. Tam 

jest mało tekstu, więc chyba dasz sobie radę. co, Holly?

- Jasne. - Miała wrażenie, że wszystko robi nie tak, a powiedziała dopiero kilka słów. 

Co to, nie ma czasu na rozgrzewkę?

- Dobra, Thaddeus, zaczynasz - polecił Ken z nowym papierosem w dłoni.

- Holly. - Thaddeus recytował z pamięci, jego scenariusz nadal leżał na kanapie. - 

Wiedziałem, że cię tu znajdę.

- Zawsze będziesz wiedział? - Serena kątem oka widziała, jak Ken kręci głową, więc 

rzuciła scenariusz na ziemię. Da sobie radę. Wspięła się na palce i wtuliła w szeroką pierś 

partnera.

- Tak, jeśli się zatrzymasz - odparł miękko. - Nigdy więcej nie uciekaj.

- Obiecuję   -   szepnęła.   Była   to   jej   ostatnia   kwestia   w   filmie.   Wyciągnęła   szyję   i 

odchyliła głowę do tyłu, podsuwając Thaddeusowi wargi. Jego usta pachniały papierosami i 

miętą, ręce - owsianym kremem Kiehla, a ubrania proszkiem Tide. Niemal go nie dotykała, 

oparła tylko dłonie na jego szerokiej klatce piersiowej, ale była świadoma bliskości jego ciała, 

background image

poczynając  od silnych  pleców, po idealny brzuch. Od muskularnych  ramion, po stopy w 

japonkach. I czegoś jeszcze. Elektrycznej iskry w powietrzu, w skrawku przestrzeni między 

nimi. Czy to gra, czy rzeczywistość?

- Dobra   -   wystękał   Thaddeus.   Cofnął   się   o   krok   i   Serena,   oparta   o   niego   całym 

ciężarem, się zachwiała.

Roześmiał się nerwowo.

- Ken, przerwa na papierosa?

Ken rzucił mu paczkę czerwonych marlboro. Thaddeus spokojnie wyjął papierosa i 

zapalił.

- I co ty na to? - zapytał reżysera. Wsunął kciuk za pasek spodni.

- Dobrze. Lepiej. Tym razem widziałem jakąś iskrę. Ale Holly musi poczuć bluesa. 

Holly, możemy przerobie tekst, jeśli nie możesz się go nauczyć.

- Jak to? - Serena opadła na sfatygowaną kanapę. Przecież nie myliła się aż tak często, 

prawda?

- No wiesz, jeśli twoje kwestie są za długie. - Tłumaczył powoli i wyraźnie, jakby 

rozmawiał   z   cudzoziemką   kiepsko   znającą   angielski,   -   Jeśli   nie   możesz   wszystkiego 

zapamiętać.

Sugeruje, że jest głupia?

- Nie, dam radę - zapewniła znużona.

- Nauczy się. - Thaddeus przysiadł koło niej. Położył miękką dłoń na jej nagim kolanie 

i ścisnął uspokajająco.

Wiesz, że tak, pomyślała. Boże, czyżby już się zakochała? Czasami jest chyba aż za 

łatwa. Bez komentarza.

- Jasne, jasne - zgodził się Ken. - Ale musimy mieć więcej prób. Co ty na to, Vanesso?

Vanessa nie zdążyła  wszystkiego nagrać, bo nie dali jej dość czasu, by podłączyć 

sprzęt.

- Bomba - skłamała entuzjastycznie. Jak by nie było, to tylko próba.

A wszystko wskazuje na to, że prób czeka ich mnóstwo.

background image

myślisz, że kogoś znasz

- Skarbie,   wróciłeeem!   -   Dan   zajrzał   do   pokoju   Jenny,   swojej   młodszej   siostry.   - 

Vanessa?

- Cześć. - Vanessa wstała zza sztalug Jenny. Przytulny pokój nadal pełen był płócien 

jego siostry. Jedne przedstawiały rozmyte krajobrazy, inne szkice najsłynniejszych nowojor-

skich budynków, między innymi Dakoty przy Siedemdziesiątej Drugiej. Było też kilka aktów, 

które, jak zauważyła Vanessa, Dan skrzętnie omijał wzrokiem, na wypadek, gdyby były to 

autoportrety Jenny. Objęła go serdecznie i uściskała. - Dzięki, że pozwoliłeś mi się u was 

zatrzymać.

- Będzie super - zapewnił ją i usiadł na łóżku zasłanym niebieską flanelową narzutą. - 

Spędzimy razem szalone nowojorskie  lato. Wyobrażam  sobie te wszystkie  rzeczy,  wiesz: 

pływamy rowerem wodnym po jeziorku w Central Parku, zajadamy bajgle z H&H w wolny 

dzień...

- Tak, brzmi świetnie, ale będę niesamowicie zajęta. Musimy nieźle harować, jeśli ten 

film ma się udać. - Skinęła głową w stronę komputera. Na monitorze widniała nieruchoma 

eteryczna twarz Sereny van der Woodsen. Vanessa przeglądała materiał, który udało jej się 

nakręcić tego popołudnia. Jeśli to miała być reprezentatywna próbka gotowego filmu - ciężka 

sprawa.

- Jasne.

Dan się naburmuszył.

- Oczywiście.

No cóż, wszystko ma swoje dobre strony. Im bardziej Serena myliła się na próbach, 

tym więcej czasu Vanessa miała na eksperymenty artystyczne. Chciała zrobić cos naprawdę 

dobrego.   Postanowiła,   że   jej   zdjęcia   będą   bardzo   awangardowe,   aż   Kenowi   Mogulowi   i 

producentom   opadną   szczeki.   Mówił   coś   o   Godardzie,   a   Vanessa   to   mistrzyni   łączenia 

humoru i tragedii. Pokaże zużyty kondom pod podeszwą Holly, imprezowiezkę zbrukaną!

- Gdzie twój tata? - zapytała, chcąc zmienić temat. To tylko kwestia czasu, zanim 

stanie oko w oko z Rufusem, bilnikowym poetą, ojcem Dana. Pewnie, jak zwykle, będzie 

miał na sobie poplamioną koszulkę z logo Metsów i zbyt obcisłe brązowe szorty. Liczyła, że 

background image

spotka go. zanim wpadną na siebie w środku nocy. Kto wie, co wtedy wkłada?

Dan wzruszył ramionami.

- Rozmawiałaś z Ruby? - Wyjął z kieszeni wymiętą paczkę cameli. Zapalił i położył 

się na wąskim, niewygodnym łóżku Jenny. - Mam nadzieję, że się pogodzicie. Życie jest za 

krótkie, rozumiesz?

- Co? - Vanessa leniwie wyciągnęła się obok niego. Ruby przysłała jej kilka esemesów 

z wyrazami skruchy, ale była zbyt wściekła, by je doczytać do końca. Oczyma wyobraźni 

widziała, jak siostra wyciska Piotrowi syfy z pleców w zachlapanym farbami atelier, czyli jej 

dawnym pokoju. Musnęła niemal łysą głową kark Dana i szepnęła: - Wiesz, w tej chwili nie 

chcę o tym myśleć.

- To źle - zauważył poważnie. - Zawsze podobało mi się to, co was łączy.

- Jasne. - Zachichotała mimo woli. - Dobrze się czujesz?

Dan odwrócił się tak. że niemal stykali się nosami. Vanessa pocałowała go w usta. 

Pachniał papierosowym dymem. Dotknął jej twarzy.

- Wiesz, nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale szczęście jest... jest tu. pod 

nosem, rozumiesz? Jesteś wszystkim, czego potrzebuję do szczęścia, i mam cię tu. w domu. 

Tak, wiem, masz mnóstwo pracy i w ogóle, ale i tak jest świetnie. O wiele łatwej jest osiągać 

szczęście, niż pogodzić się z brzydotą.

Vanessa zagryzła usta. Owszem, kocha Dana, ale bała się, że wygłosi zaraz kolejną 

żenującą deklarację wiecznego uczucia, jak w swojej mowie pożegnalnej. Niektórych rzeczy 

lepiej nie mówić.

Prosimy o powtórkę.

- Nauczyłeś się tego w pracy? - zażartowała. - Nie wiedziałam, że w Strand można 

kupić poradniki psychologiczne.

- Nie   mówię   o   pracy.   -   Mocno   zaciągnął   się   camelem.   Dzisiaj   w   czasie   przerwy 

przeczytałem Siddarthę. Życie jest zbyt krótkie... Mamy tylko cień szansy na to, że nadamy 

mu sens, rozumiesz?

O   ile   pamiętała,   tylko   o   jednej   książce   mówił   równie   entuzjastycznie.   Były   to 

Cierpienia młodego Wertera, nudny bełkot o depresyjnym kolesiu, który na końcu popełnia 

samobójstwo, bo jego dziewczyna wyszła za innego.

- No dobra, zbiłeś mnie z tropu. O co ci chodzi, do cholery? - zapytała. Patrzyła w 

jego piwne oczy spod zmarszczonych brwi.

- O sens życia - odparł krótko.

A może o pewną blondynkę z okrągłym tyłkiem?

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Odkryłam coś w sobie, jestem totalnie bi. Nie tak, jak myślicie - po prostu jestem wiecznie rozdarta, 

gdzie spędzić lato. Doszłam do wniosku, że chcę mieć i jedno, i drugie. Dzięki ci Boże za lotnisko 

Teterboro. Chwila na autostradzie i w niecałą godzinę jestem na plaży. Tym sposobem nie ominie 

mnie żaden surfer i żadne przyjęcie tu, w domu.

A   miejskie   przyjęcia   w   lecie   mają   w   sobie   coś   ekskluzywnego.   Są   takie   kameralne,   żadnych 

nieproszonych  gości.  No,  prawie.   Przecież  lubimy,   kiedy  nas  fotografują.   Po  prostu   chcemy   mieć 

pewność,   że   we   włosach   nie   został   nam   piasek   plaży,   zanim   rozbłyśnie   flesz.   Tak,   mówię   o 

paparazzi... Najwyraźniej muszą pracować przez całe lato i chyba koszmarnie im się nudzi, bo ścigają 

nieliczne sławy zostające w mieście - mnie także - jakby co noc odbywała się ceremonia wręczania 

nagród MTV.

Lato i plaża to jedno i to samo. Nie wyobrażam sobie rozstania z wybrzeżem. Ale przepiękny aktor 

właśnie to zrobił; porzucił fantastyczną posiadłość nad morzem (tak, tę samą, która widzieliście w 

odcinku Cribs) na rzecz upalnego lata w dusznym Nowym Jorku. To dopiero profesjonalizm.

ZA OCEANEM

Kiedyś byliśmy angielską kolonią, ale później wygraliśmy wojnę (bez urazy) i dlatego pewne rzeczy 

wyglądają u nas inaczej. Bardzo mi się podoba idea monarchii - zwłaszcza następca tronu i jego rudy 

brat,   lew   salonowy   -   ale   wielu   rzeczy   nie   pojmuję,   Na   przykład   wieść   niesie,   że   pewna   młoda, 

seksowna  niebieskooka Amerykanka,  którą  wszyscy znamy i kochamy,  zaręczyła  się  z brytyjskim 

młodzieńcem o błękitnej krwi. On jednak preferuje swoją, za przeproszeniem, kuzynkę? Podobno w 

najszlachetniejszych angielskich rodzinach nie ma nic niezwykłego w tym, że zaprasza się kuzynkę na 

tato,   trzyma   się   ją   za   rękę   podczas   romantycznych   kolacyjek   w   najelegantszych   restauracjach 

Londynu i wymyka się razem na polowanie na lisy do domku pod strzechą. I co, szok kulturowy?

background image

Wasze e – maile

P:

 Droga Plotkaro

Moja mama się uparła, żebym tego lata odbyła praktyki w znanym magazynie. Mówi, że dzięki 

temu poznam prawdziwe życie, ale mam wrażenie, że jako jedyna spędzam lato w dusznym 

budynku, pakuję przyszłoroczne sandały Marca Jacobsa i liczę sztuki biżuterii Me&Ro. Czuję 

się jak ekspedientka! Zresztą mam jeszcze czas, żeby pracować do końca życia, prawda? 

Czy nie powinnam teraz pokazywać się na plaży w towarzystwie mojego boskiego chłopaka?

Zamknięta

O:

 Droga Zamknięta

A jak myślisz, jak ja się czuję? Nadal tu siedzę, choć klimatyzacja działa nastawiona na fuli, 

przy   komputerze   chłodzi   się   Dom   Perignon,   ale   pracuje,   zaspokajam   wasze   plotkarskie 

potrzeby.   Atak   poważnie,   uszczknij   coś   guccistycznego   z   półki   z   okularami   słonecznymi. 

Zasługujesz na to! (Nikt nie zauważy, jeśli weźmiesz też coś dla chłopaka)

Plotkara

P

: Droga Plotkaro

Czy N ma zaginionego brata? Chyba go widziałam w Oyster Snack, ale przecież niemożliwe, 

żeby to był on. Ten chłopak wyglądał jak robotnik i zadawał się z co prawda ładną, ale jednak 

miejscową. Co jest?

Zezowata

O:

 Droga Zezowata

Jest tylko  jeden  jedyny  N. Skoro  teraz wszedł w  branżę budowlaną,  zatrudnij go, żeby ci 

wyremontował taras. Może się spoci, a wtedy zaproponujesz mu kąpiel nago!

Plotkara

Na celowniku

B kłóci się z myszowatą ekspedientką u Harveya Nicholsa, w dziale torebek. W Londynie także są listy 

oczekujących, ale do niektórych jeszcze nie dotarło, że cierpliwość to cnota. S błądzi po nieznanych 

zakątkach Upper East Side, wygląda na to, że się zgubiła. Kupiła puszkę kociego jedzenia. Czyżby 

nowa   wariacka   dieta?  N  pojawił   się   na   Catachungo   Road   w   Hampton   Bays,   w   baseballowej 

czapeczce z logo Yale, bardzo blisko tajemniczej dziewczyny w różowej koszulce z logo Old Navy. 

Czyżby otworzyli sklep w Hamptons?  V  siedzi na brązowym skórzanym fotelu u fryzjera na Upper 

West Side - nie przejęta się napisem tylko dla mężczyzn. Chyba ktoś powinien jej powiedzieć, że już 

nie jest na Brooklynie. D na ławce na Union Square zaczytuje się książką o jodze kundalini i zaciąga 

papierosem. Może chce napisać epicki poemat o pozycjach jogi dla chorych na raka płuc? Kogoś to 

background image

ciekawi? Bo mnie tak.

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

miejscowi też ludzie

Nate pedałował poboczem żwirowanej drogi i skręcił na parking przed Oyster Shack. 

Tym razem nie powtórzył wczorajszego żałosnego występu. Po lodach Tawny zaprowadziła 

go do warsztatu U Boba i rower był jak nowy. Chciwie zaciągnął się świeżym powietrzem. 

Rano wypalił tylko jedną trzecią skręta, więc myślał jasno.

Coś nowego.

Dochodziła dopiero szósta, ale w Oyster Shack zebrało się już mnóstwo dzieciaków w 

szortach i koszulkach na ramiączkach. Wszyscy sączyli piwo z puszek i zajadali frytki. Nate 

oparł rower na nóżce i powoli podszedł do czerwonego stolika, przy którym Tawny paliła 

papierosa   virginia   slim.   Na   pełnych   ustach,   muśniętych   brzoskwiniowym   błyszczykiem, 

malował się diabelski uśmieszek.

W   innej   sytuacji   Nate   czułby   się   głupio,   jadąc   na   randkę   rowerem.   Ale   teraz 

odpowiadał mu wysiłek, podobała mu się bryza we włosach i wiatr na twarzy. To ostatnie 

miałby   też   w   kabriolecie   aston   martiri,   należącym   do   ojca.   Samochód   czekał   w   garażu 

zaledwie dwadzieścia minut drogi stąd, ale był największym skarbem Kapitana i Nate

;

owi nie 

wolno   było   samemu   siadać   za   kierownicą,   zwłaszcza   w   dzielnicy   tak   nieciekawej   jak 

Hampton Bays.

Po   wspólnych   lodach   i   wizycie   w   warsztacie,   Tawny   zaproponowała   kolację 

następnego dnia. Nate'a nie trzeba było długo przekonywać. Los, jak dobry kumpel, zawsze 

wybawiał   go   z   opałów   w   odpowiedniej   chwili.   Akurat   kiedy   samotność   zaczynała   mu 

doskwierać, poznał pewną siebie, seksowną Tawny.

- Jesteś! - zawołała. Zgasiła papierosa na stole i cisnęła niedopałek na trawę. Miała na 

sobie   brzoskwiniową   górę   od   kostiumu   i   króciutką   wiązaną   czarną   spódniczkę,   która 

odsłaniała opalone, silne i jędrne uda. Rozpuszczone włosy opadały na piegowate ramiona i 

zsuwające się ramiączka biustonosza w tym samym odcieniu, co błyszczyk na ustach. - Bez 

upadku!

- Tak, tym razem dotarłem cały i zdrowy. - Nate się roześmiał i potrząsnął głową. 

Opuścił kołnierzyk spranej, ale czystej niebieskiej koszuli Brooks Brothers, którą założył po 

pracy. Usiadł koło Tawny. - Więc to naprawdę dobry dzień.

background image

- Jak było w pracy? - zapytała, smarując usta kleistą mana o zapachu wanilii. Aromat 

docierał aż do Nate'a.

- Jak zwykle, mordercza harówka. - Od dwóch dni mocował nowe łupki na dachu 

trenera Michaelsa. Bolały go ramiona, na rękach miał odciski. - Pracuję u mojego trenera, 

więc nie ma szans na chwilę przerwy. To straszny dupek. Czuję się Juk na treningu.

Jasne, tylko bez kija. I piłki. I reszty chłopaków.

- W takim razie musisz go bardzo lubić, skoro zdecydowałeś się pracować u niego 

przez całe lato - zauważyła Tawny.

Nate wzruszy! ramionami, masując zesztywniały kark.

-   Owszem.   -   Przecież   nie   musi   jej   od   razu   opowiadać   o   kradzieży   viagry   i 

wstrzymanym świadectwie, nie?

Lepiej nie.

- Biedactwo - zaszczebiotała. - Może masaż dobrze ci zrobi? Poćwiczę na tobie. Po 

szkole chciałabym być MD.

Kim? Nie miał pojęcia, o czym mówi. MD?

Miejscową Dupą?

- Masażystką dyplomowaną, głuptasie! Nie mieści mi się w głowie, że tego nie wiesz! 

W każdym razie, rozmawiałam już z właścicielem salonu spa w Sag Harbor i może weźmie 

mnie na praktykę! Rozumiesz? Mogłabym się uczyć na prawdziwych klientach! Strasznie 

mnie to kręci. - Pochyliła się nad stolikiem i zaczęła masować jego przedramię. Masowała 

dwoma   rękami,   z   zadziwiającą   siłą.   Długie   paznokcie   drapały   go   lekko,   jak   drapaczki 

oszronioną szybę. - Widzisz? - zapytała. - Super, co?

Owszem, super, a jeszcze lepszy był widok. Tawny pochyliła się tak bardzo, że miał 

dokładnie przed oczami jej imponujące gruszkowate piersi.

- Nadal chodzisz do szkoły? - wymamrotał, bo dotarło do niego, że teraz jego kolej 

coś powiedzieć. - Ja właśnie skończyłem. - Dobrze się poczuł, mówiąc te słowa. Bardzo mę-

sko.

O rany.

- Został   mi   jeszcze   rok   -   wyjaśniła   i   przesunęła   dłonie   na   jego   klatkę   piersiową. 

Mięśnie były napięte po całym dniu pracy. - Już nie mogę się doczekać. Mam dosyć szkoły. 

Wymyśliłam   sobie,   że   po   maturze   wynajmę   dom   w   Bays.   Jak   się   ma   szczęście,   to   na 

turystach można zarobić tyle, że przez resztę roku leży się brzuchem do góry. Taki mam plan, 

dorobić się na turystach. - Roześmiała się.

- Super. - Nate z trudem skupiał się na jej słowach, bo piersi dziewczyny niemal leżały 

background image

mu  na kolanach.  Nie  zwracał  uwagi  na  to,  co mówi.  Trajkotała   jak  rodzice  w   komiksie 

Peanuts: bla, bla. bla. Miała takie lśniące, pełne, brzoskwiniowe usta i pachniała wanilią.

Pochylił   się   i   pocałował   ją   lekko.   Delikatnie   dotknął   jej   policzków.   Smakowała 

dietetyczną colą i sztucznymi, ale pysznymi owocami.

Po dłuższej chwili odsunęła się ze śmiechem.

- Możemy to robić przez cały wieczór, ale najpierw chciałabym usłyszeć, jakie masz 

plany na przyszłość - stwierdziła i wzięła go za rękę. - Opowiesz mi przy kolacji.

- Jasne. - Nate wstał i poklepał się po kieszeni, żeby się upewnić, że zabrał portfel. 

Ciekawe,   czy   w   Oysier   Shack   przyjmują   platynowe   karty   kredytowe   American   Express. 

Oblizał usta  - teraz śliskie i owocowe - i przemknęło mu przez myśl, że jego piwo będzie 

smakowało jak piña colada. - Chodźmy coś zjeść, to ci opowiem, co planuję.

Nate Archibald coś planuje?

- Super. - Znowu zachichotała. Wstała i wzięła ze stolika papierosy, zapalniczkę i 

złotą torebkę z mnóstwem sprzączek.

- Za kilka miesięcy idę do Yale.,.

- Yale? Naprawdę? Rany, to dobry uniwersytet, - Wzięła go pod rękę. - I drogi.

Z drugiej strony, czyż wykształcenie nie jest jak torebka Birkin - jak można wycenić 

coś takiego?

background image

B jak buszująca

Blair Waldorf założyła nogę na nogę i odchyliła się do tyłu w wysokim skórzanym 

ciemnobrązowym fotelu. Podniosła do ust białą porcelanową filiżankę Spode

;

a. Upiła malutki 

łyczek   letniej   herbaty   earl   gray   i   uśmiechnęła   się   do   Jemimy,   ekspedientki,   która   ją 

obsługiwała.

- Panno Waldorf? - zaszczebiotała Jemima i wręczyła jej nieduży, ciężki, oprawiony w 

skórę notesik. - Proszę bardzo.

Blair   otworzyła   książeczkę.   Wewnątrz   była   jej   czarna   karta   American   Express, 

rachunek i długopis. Bez wahania podpisała paragon, nawet nie patrząc na sumę.

- Cudownie. Kazałam zapakować pani zakupy i zawieźć do hotelu Claridge. Czy mogę 

pani jeszcze jakoś pomóc? Może wezwać taksówkę?

- Nie, dziękuję. - Blair uśmiechnęła się wdzięcznie. - Pojdę pieszo.

Od godziny siedziała na prywatnym pokazie w nowym londyńskim butiku o nazwie 

Kid. a Jemima - ładna brunetka ze strasznymi zębami - prezentowała jej wszystkie rodzaje 

butów, jakie mieli w sklepie. Mierząc ponad dwadzieścia par kozaków, zdążyła wypić dwie 

filiżanki herbaty, przejrzeć najnowsze francuskie wydanie „Vogue” i zadzwonić do Marcusa. 

Znowu poczta głosowa. Ciekawiło ją, czy pracuje, czy może wyrwał się gdzieś z Camillą, 

kupić nowe kije do krykieta albo...

Albo co?

Blair nie poddawała się łatwo i postanowiła sobie, że wczorajszy dzień nie zepsuje jej 

humoru. Może Marcus i Camilla musieli się sobą nacieszyć, odświeżyć rodzinne więzi? Na 

pewno zaraz się sobą znudzą. Zresztą Marcus zapomni o istnieniu Camilli, kiedy zobaczy 

Blair w nowych kozakach ze skóry pytona, czarnym gorseciku Cossarda i biodrówkach do 

kompletu. Zamierzała mu zaprezentować ten strój jeszcze tego wieczoru, w przerwie między 

daniami uroczystej kolacji z szampanem i czekoladą, którą zaplanowała.

Wsunęła   jeszcze   ciepłą   kartę   kredytową   do   nowego   portfela   Smythsona.   Wzięła 

torebkę (ręcznie malowana z limitowanej edycji Goyarda), którą wczoraj kupiła, i wyszła ze 

sklepu na cichą Press Street. Jak dotąd była w Londynie tylko raz, z rodzicami, kiedy miała 

dwanaście lat. Zatrzymali się wtedy w hotelu Langham, przy Regent Street. Oglądali zmianę 

background image

warty,   zajadali   kruche   ciasteczka,   pili   herbatę   i   zwiedzili   Tower.   Pamiętała,   że   przez 

większość czasu słuchała Madonny na iPodzie. Ale wtedy była tu jako turystka. Teraz tu 

mieszka, a to zupełnie co innego.

Wszyscy   mówili,   że   Londyn   jest   szary,   mglisty,   zachmurzony   i   depresyjny,   a 

tymczasem od tygodnia świeciło słońce. Drzewa i krzewy kwitły, za każdym rogiem kryły się 

piękne   ogrody,   budynki   kusiły   dekoracjami.   Wszyscy   twierdzili   takie,   że   Anglicy   są 

zarozumiali i nadęci, mają fatalne zęby i silny akcent. O ile te dwie ostatnie rzeczy okazały 

się prawdą, póki co wszyscy byli dla Blair bardzo mili i uprzejmi.

No pewnie, rozmawiała jedynie ze sprzedawcami, którzy liczyli na prowizję.

Ponownie   zerknęła   na   komórkę;   nadal   żadnych   wiadomości.   Wrzuciła   aparat   do 

torebki. Oczywiście rozumie, że dżentelmen musi zajmować się gościem - dla angielskiej kla-

sy wyższej rodzina to rzecz święta - a Camilla jest urocza, naprawdę. No, tak. Nawet jeśli 

wygląda jak blond krowa. Blair to wszystko rozumie. Ale chciałaby, żeby w ich związku 

pojawiło   się   więcej   pikanterii,   a   im   dłużej   Marcus   kazał   jej   czekać,   tym   bardziej   się 

niecierpliwiła. Może robi to tylko po to, żeby jeszcze bardziej ją rozpalić. No, może.

Idąc mniej więcej w stronę hotelu, czuła się trochę jak Julia Roberts w Pretty Woman, 

kiedy ruszyła na zakupy na Rodeo Drive, w wielkim czarnym kapeluszu, i wszyscy sprze-

dawcy prześcigiwali się, żeby ją obsłużyć. I jeszcze trochę, jak Audrey Hepburn w My Fair 

Lady, gdzie grała śliczną biedną dziewczynę mówiącą cockneyem, która z nizin społecznych 

wdziera się na salony. Tylko że Blair nie jest ani prostytutką, ani biedulą z przedmieścia.

Ech, szczegóły.

Rozglądała   się   dokoła,   ale   każda   witryna,   każdy   szyld   sklepowy   wydawał   się 

znajomy. Czyżby naprawdę zwiedziła już wszystkie sklepy w okolicy? W Londynie to żadna 

sztuka robić zakupy, korzystny kurs dolara jeszcze wszystko upraszczał. Blair zauważyła to 

zaraz po przyjeździe; musiała wymienić pieniądze na taksówkę i bardzo się ucieszyła, widząc 

ile ładnych, pastelowych banknotów dostała za nudne zielone dolary. Kasjer w banku dal jej 

nawet garść monet, w tym wielkiego pensa, wartego nie jednego centa, ale aż dwa, śmieszną 

sześciokątną monetę i spore ciężkie monety funtowe. Jeśli Anglicy używają monet tak samo, 

jak Amerykanie banknotów, to po prostu zakupowy raj. Nie żeby ceny kiedykolwiek zdołały 

ją powstrzymać.

Blair stanęła przed budynkiem, który niczym się nie różnił od domów w zachodnim 

Londynie. Była to wysoka, dobrze oświetlona kamienica o dużych, czystych oknach z donicz-

kami na parapetach. Jednak lata zakupów sprawiły, że Blair miała szósty zmysł; wiedziała 

instynktownie, gdy trafiła na cos interesującego. Przez okno na parterze dostrzegła piękny 

background image

chiński wazon pełen białych kamelii na pozłacanym stoliku. Nie widziała nigdzie ubrań, ale 

była świecie przekonana, że w środku kryje się coś wspaniałego.

Jakby nie było, każdy ma ukryty talent.

Zadzwoniła   do   drzwi   i   po   chwili   rozległ   się   dźwięk   domofonu,   więc   weszła   do 

wyłożonego   marmurem   eleganckiego   holu.   W   przestronnym,   jasnym   salonie   królował 

minimalizm.   Fantastyczna   zielona   torebka   z   krokodylej   skóry   spoczywała   na   szczycie 

złamanej   korynckiej   kolumny,   spowita   w   miękki   blask   reflektora.   Zapierające   dech   w 

piersiach   czerwone   aksamitne   baleriny   leżały   na   satynowej   poduszce.   Wyglądały   na   lak 

miękkie, że nie oparła się pokusie i pogłaskała je. Wysoka  Hinduska z długimi, gęstymi 

włosami uśmiechnęła się zza zabytkowego biureczka w stylu art nouveau. Blair poczuła się 

nie na miejscu w dżinsach Rock Republic, złotej jedwabnej koszuli Eberjey i skromnych 

sandałkach, ale nie miała zamiaru wychodzić.

- Jestem Lyla - przedstawiła się dziewczyna z nienagannym brytyjskim akcentem. - W 

czym mogę pomóc?

Blair podeszła do kręconych schodów. Kierowana instynktem, wchodziła coraz wyżej. 

Schody były dokładnie takie same jak te, po których schodzi Eliza w  My Fair Lady,  w tej 

scenie, gdy debiutuje w towarzystwie.

No proszę, życie naprawdę naśladuje sztukę.

Piętro było niemal puste, jeśli nie liczyć wielkiego lustra przy najdalszej ścianie. Blair 

zatrzymała się w jasnym, słonecznym pomieszczeniu i wyobraziła sobie, że to jej garderoba. 

Pośrodku, na szklanym  wieszaku, wisiała  długa biała suknia. Jedwabna, uszyta  ze skosu, 

zdawała   się   żyć   własnym   życiem.   Była...   piękna.   Ta,   która   ją   włoży,   będzie   bohaterką 

niekończącego się romansu. Blair, zafascynowana, dotknęła materiału. Czyżby to... Tak.

Suknia ślubna.

Jej suknia ślubna.

- Zechciałaby pani przymierzyć?

Blair odwróciła się gwałtownie i zobaczyła Lylę. Nie słyszała, kiedy weszła na górę.

- Tak, koniecznie - szepnęła. - Muszę.

Po co właściwie?

W sklepie przyjmowano jedną klientkę naraz, więc nie było oddzielnej przymierzalni. 

Lyla wspięła się na palce, żeby zdjąć szklany wieszak z uchwytu, a Blair niemal zdarła z sie-

bie ubranie. Włożyła suknię przez głowę. Przeszył ją dreszcz, gdy jedwab, miękki i lekki jak 

bita śmietana, muskał jej ciało.

Nie spojrzała w lustro, póki nie była gotowa. Stała przy oknie, wpatrzona w ogród na 

background image

tyłach sklepu.

- Proszę, jeszcze to. - Lyla zapięła jej na karku delikatny złoty naszyjnik. - Chyba 

może się pani przejrzeć - mruknęła i odwróciła Blair twarzą do lustra.

Blair ostrożnie szła przez duże pomieszczenie, unosząc skraj sukni, żeby na niego nie 

nadepnąć. Przed lustrem było małe podwyższenie. Weszła na nie ze spuszczonym wzrokiem, 

czekała, aż wszystko będzie idealnie. Puściła skraj sukni, odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała 

w zwierciadło.

- Och! - jęknęła.

Oto jej przyszłość. Blair w życiu nie widziała równie idealnej sukni. Zadziwiające. 

Piękno kreacji sprawiło, że ona sama wydawała się jeszcze ładniejsza. Stanik zupełnie nie 

pasował do kreacji, a jednak jej cera nigdy nie była równie nieskazitelna. Czuła się, jakby 

zeszła z okładki letniego wydania „Town&Country”. Najwyraźniej stare powiedzenie, że in-

stynktownie wiesz, gdy trafisz na odpowiednią suknię ślubną, zawiera sporo prawdy.

Pobiorą się w kościele świętego Patryka w Piątej Alei i wydadzą przyjęcie w hotelu 

St. Clair, w którym zarezerwują wszystkie pokoje dla gości. Ojciec poprowadzi ją do ołtarza 

ze łzami w niebieskich oczach, szepcząc: „Kocham cię, misiu”, zanim odda ją Marcusowi. A 

Marcus przez całą uroczystość będzie trzymał ją za rękę, jak tylko on potrafi, dając do zrozu-

mienia, że są nie tylko kochankami, ale i przyjaciółmi.

- Wspaniała, prawda? - Lyla splotła ręce na piersi. Stała za Blair i uśmiechała się z 

aprobatą. Blair odnalazła jej wzrok w lustrze.

- Idealna - szepnęła, wpatrzona w śnieżnobiały jedwab.

- Wyznaczyli już państwo datę?

Hm, może najpierw oświadczyny? I, no wiecie, studia?

- Biorę ją - zdecydowała Blair.

- Oczywiście,   -   Lyla   skinęła   głową.   -   Nie   pożałuje   pani.   Narzeczony   będzie 

zachwycony.

Blair machinalnie skinęła głową, ciągle wpatrzona w swoje odbicie.

- A naszyjnik? - zapytała Lyla.

Dlaczego nie, pomyślała Blair.

No właśnie, dlaczego nie?

background image

danny ma coś w sobie

Jedyne, co nie podobało się Danowi w Strand to fakt, że w księgarni nic było pewnego 

nowoczesnego wynalazku - klimatyzacji. Tego ranka pracował w ciasnej, dusznej piwnicy, w 

informacji;   zajmował   się   też   specjalnymi   zamówieniami,   na   przykład   na   kalendarz   z 

fotografiami chorób skórnych. Po kilku godzinach męczarni miał wreszcie okazję zaczerpnąć 

świeżego powietrza.

O ile tak można nazwać papierosa.

Ledwie  zjawił  się   jego  zmiennik   -  ponury,   milczący   facet   o  imieniu  Brem,   który 

pracował w Strand od dwudziestu łat - Dan pomknął na górę krętymi schodami i wypadł na 

zewnątrz. Wzdłuż budynku biegł betonowy beżowy gzyms. Przysiadł na nim, rozkoszując się 

cieniem i papierosem.

Na chodniku tłoczyli się przechodnie, zwabieni koszami z przecenionymi książkami, 

których i tak nikt nie kupował. Leżały tam na przykład: Numizmatyka w dzisiejszej Kanadzie 

Tiger, prawdziwa opowieść o psie, który pokochał kota.  Dan zamknął oczy i nie zwracał 

uwagi na buszujących w koszach. Zaciągnął się głęboko i wspominał  Siddurthę  Hermana 

Hesse:   ,.Gdy   Siddartha   przechodził   ulicami   miasta,   z   jasnym   czołem,   z   królewskim 

wejrzeniem,   smukły   w   biodrach   -   w   sercach   młodych   dziewcząt   z   bramińskich   domów 

budziła   się   miłość”

  Nic   na   to   nie   poradzi,   chciałby   być   Siddartha,   a   przynajmniej   być 

podobnym do niego.

Chciałby też z kimś o tym porozmawiać, zwłaszcza odkąd próba dyskusji z Vanessą 

okazała się niewypałem.

Czyjaś dłoń na ramieniu wyrwała go z zadumy. Otworzył oczy.

- Dan? - Bree, wysportowana, zwinna jasnowłosa córka bramina, stała przed nim i 

podziwiała go jak Siddanhę.

I kto twierdzi, że marzenia się nic spełniają?

- Cześć.   -  Zerwał   się  szybko.   Bree  miała   na  sobie  obcisłą  ,  zieloną  koszulkę   bez 

rękawów   i   białe   szorty.   Związała   włosy   w   dwa   kucyki.   Jej   skóra   wręcz   promieniała 

zdrowiem.

  Hermann  Hesse  Siddartha.   Poemat   indyjski,  przeł..   Małgorzata   Łukasiewicz,   Wydawnictwo 

Poznańskie, Poznań 1988 (przy. tłum.).

background image

- Ty palisz? - zapytała wstrząśnięta.

- Nie. nie. - Dan szybko cisnął zapalonego papierosa na ziemię i zadeptał niedopałek. - 

Trzymałem go dla Steve'a, musiał wrócić do środka.

Nieźle, Szekspirze.

- Uf - odetchnęła, wachlując się dłonią. - Palenie bardzo szkodzi zdrowiu.

- Wiem. wiem - zapewnił szczerze i wytarł ręce w sprane zielone sztruksy.

- Tak się cieszę, że cię spotkałam! - Bree wskoczyła na krawężnik i przeskakiwała z 

miejsca na miejsce, jak dziecko, które chce do łazienki, ale żal mu się rozstać z kolegami. - 

Chciałam ci powiedzieć, że Siddartha bardzo mi się podobał.

- Tak? Świetnie. Niedawno sam wróciłem do tej książki.

- Tak? Co za zbieg okoliczności.

Jasne. Zbieg okoliczności.

- Więc spodobała ci się? - zapytał, zakładając nogę na nogę gestem, jak miał nadzieję, 

tyleż sportowym co intelektualnym. - A co teraz czytasz?

- Zabieram się do dzieła, nad którym pracuje mój jogin. Pisze o tym, jak usprawnić 

komunikację między mózgiem i pozostałymi organami, za pomocą jogi i mantr. Napisał z 

pięćdziesiąt rozdziałów, a każdy ma prawie sto stron. Pracował nad tym od jedenastu lat. W 

tym roku chyba mu to wydadzą. Prosił, żebym rzuciła okiem. Ja! Wyobrażasz to sobie? To 

wielki zaszczyt!

Zaszczyt? Raczej wrzód na jej wyćwiczonym tyłeczku.

- Ale muszę ci coś wyznać - ciągnęła, patrząc mu prosto w oczy. - Nie przyszłam tu 

rozmawiać o książkach.

- Nie?

Dan zarumienił się i wbił wzrok w ziemię. Nerwowo kopnął papierosa, którego się 

wyparł. Oddałby wszystko, żeby go dalej palić.

- Chciałam zapytać, czy nic miałbyś ochoty się kiedyś spotkać? Wiem. pewnie wyda 

ci się to bardzo bezpośrednie, ale uważam, że trzeba chwytać dzień. Moim zdaniem los wy-

nagradza śmiałość, nic sądzisz?

Dan entuzjastycznie skinął głową.

- W każdym razie, trochę się nudzę sama. Dorastałam tutaj, w Greenwich Village, ale 

potem chodziłam do szkoły z internatem na zachodzie, więc nikogo tu nie znam. Jesienią idę 

na studia do Santa Cruz, ale nie chcę się nudzić w mieście przez całe lato, sama jak palec.

- Oczywiście - przytaknął ochoczo. - Chętnie ci potowarzyszę.

- Super! - Bree zeskoczyła z krawężnika. - Jaki masz rozkład dnia?

background image

- Pracuję codziennie, ale po szóstej jestem wolny.

- Świetnie. Co powiesz na Bikram?

- Jasne - skinął głową, choć nie miał pojęcia, o czym mówi. Rzadko bywał w klubach.

- Bomba!   -   pisnęła.   -   Podaj   mi   swój   numer,   zadzwonię,   żeby   potwierdzić,   ale 

powiedzmy, sobota? - Wpisała numer jego komórki do różowego telefonu.

Pozwolił sobie na dłuższą przerwę, niż mu przysługiwała, ale po odejściu Bree musiał 

zapalić jeszcze jednego camela, żeby się uspokoić. Nie miał pojęcia, co to jest Bikram. Nowy 

modny klub? Hinduska restauracja? A może niezależny film? Nieważne. Vanessa jest zajęta 

pracą, a on umówił się na gorącą randkę ze ślicznotką, która lubi czytać.

Co jak co, ale ta randka na pewno będzie gorąca.

background image

światła, kamera... a gdzie akcja?

- Ciecie! - wrzasnął Ken Mogul. - Kurwa! - Cisnął zieloną fluorescencyjną podkładkę 

na ziemię i zerwał się z metalowego krzesła. - Dziesięć minut przerwy. Muszę zapalić, do 

cholery.

Ręce Sereny drżały, gdy Thaddeus przypalał jej gauloisa srebrną zapalniczką Zippo. 

Zaciągnęła się głęboko, ale tym razem nikotyna nie pomogła jej się uspokoić. Opanowanie 

teksu i wygłaszanie swoich kwestii w odpowiedni sposób okazało się trudniejsze, niż sądziła. 

Co najgorsze, Ken, przerażający dziwak, wrzeszczał na nią co pięć sekund.

- Nie   przejmuj   się   nim   -   mruknął   Thaddeus.   Przeczesał   jasne   włosy   dłonią   i 

uśmiechnął   się z  błyskiem   w  cudownych  jasnoniebieskich   oczach.  Objął  ją  ramieniem.   - 

Wiem, że jest ci ciężko. Zresztą uważam, że radzisz sobie świetnie jak na pierwszy raz. 

Mamy po prostu bardzo  napięty plan zdjęciowy,  a  Kenowi  zależy, żeby producenci  byli 

zadowoleni. Uwierz mi, to nie ma nic wspólnego z tobą.

Czyżby?

- Naprawdę?   -   szepnęła,   wtulona   w   jego   opiekuńcze   ramiona.   W   innych 

okolicznościach nie kleiłaby się tak do faceta, którego zna dopiero od kilku dni, ale Thaddeus 

to ktoś więcej  niż  zwykły  znajomy. I nie  chodzi  tylko  o to,  że jest.  Grali  zakochanych. 

Podczas prób idiotycznej sceny kulminacyjnej całowali się już osiem razy. Tulenie się do 

niego na kanapie wydawało się jak najbardziej naturalne.

- Słuchajcie!   -   ryknął   reżyser.   Wrócił   do   pokoju,   wepchnął   paczkę   czerwonych 

marlboro   do   kieszeni   pogniecionej   dżinsowej   koszuli   z   obciętymi   rękawami,   przez   co 

wyglądała   raczej   jak   kamizelka.   Serena   wzdrygnęła   się   na   dźwięk   jego   głosu.   Thaddeus 

przykrył jej dłoń swoją w uspokajającym gestie.

- Poniosło mnie - przyznał Ken. - Dajmy sobie spokój na dzisiaj, dobrze? I tak muszę 

z Vanessą ustalić rodzaje ujęć. Ale wy dwoje pracujecie dalej. Idźcie na kolację, na mój koszt.

- Dzięki, Ken. - Thaddeus wstał i się przeciągnął. Serena poczuła zapach potu i wody 

kolońskiej Carolina Herrera for Men. - To był męczący dzień. Chętnie wyskoczyłbym  na 

drinka.

- I popracujecie nad chemią, tak. Holly? Poznaj go. Porozmawiaj z nim, słuchaj go, 

background image

ucz się od niego. Macie się zgrać, rozumiecie?

Serena   skinęła   głową   i   zdusiła   niedopałek   w   popielniczce   z   macicy   perłowej, 

balansującej  na  oparci  u  brązowej  skórzanej  kanapy. Jasne,   może  się  zgrać,  zwłaszcza   z 

Thaddeusem. Ale niekoniecznie na oczach Kena.

- Świetnie - mruknął reżyser. - No, to lećcie na kolację. To wasza praca domowa.

Kolacja z hollywoodzkim gwiazdorem? A będą oceny?

Wybrali As Such przy Clinton Street, najmodniejszą, najbardziej zatłoczoną knajpkę 

w mieście. Podawano tu najlepszego tatara, serwowanego z jajami przepiórczymi i frytkami z 

solą morską. Opróżnili butelkę szampana Veuve Cliquot do czekoladowego ciasta z jeżynami 

na deser. Lekko wstawiona Serena wyznała Thaddeusowi, jak to się stało, że w zeszłym roku 

nie przyjęto jej ponownie do Hannover Academy.

Pojechała   na   lato   do   Europy.   Przez   kilka   miesięcy   balowała   z   Erikiem,   starszym 

bratem, i flirtowała z Francuzami.  Erik w sierpniu wrócił do Stanów, ale  Serena została 

dłużej. Po co się uczyć, skoro plaże Saint - Tropez są takie piękne nawet we wrześniu? Na 

szczęście Constance Billard, prywatna żeńska szkoła, do której uczęszczała od przedszkola, 

zgodziła się przyjąć ją ponownie.

- Już myślałam, że trafię na podrzędny uniwersytet i do końca życia będę mieszkała z 

rodzicami - wyznała. - A teraz proszę, gram w filmie, mieszkam sama, a jesienią idę do Yale. 

Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. - Uśmiechnęła się uwodzicielsko, ale alkohol sprawił, że 

wyszło   to   dość  nieporadnie.   Była   to   zachęta,   żeby  ją   pocałował.   Z   drugiej   strony,  są  w 

restauracji pełnej gapiów. Może lepiej, że tego nie zrobił.

- Idziemy? - zapytał, jakby nie mógł się doczekać, aż znajdą się w bardziej intymnym 

miejscu.

Ledwie wyszli na duszną, rozgrzaną, zatłoczoną ulicę, rozległ się krzyk.

- Thad!   Thad!   -   Z   cienia   wynurzył   się   krępy  brodacz  z  aparatem   fotograficznym. 

Pstrykał zdjęcia, idąc w ich stronę. Flesz rozjaśniał ciemną uliczkę.

Thaddeus opiekuńczym gestem objął Serenę w talii. Miał fałszywy uśmiech na ustach.

Serena także się uśmiechnęła. Przywykła już, że reporterzy z kronik towarzyskich ją 

fotografują.   Kilka   razy   wystąpiła   też   jako   modelka.   Ale   żaden   z   fotografów   nie   był   tak 

natrętny. Przerażające.

- Idziemy   -   westchnął   Thaddeus.   Skinął   na   brodacza.   -   Słuchaj,   stary,   dość   już. 

Idziemy.

Ale reporter nadal im towarzyszył. Drobił i tańczył jak bokser, i pstrykał bezustannie, 

background image

tak szybko, że brzmiało to jak warkot karabinu maszynowego. Wypstrykał cały film, błyska-

wicznie załadował nowy i pstrykał dalej.

- Dosyć - warknął Thaddeus bardziej stanowczo. Szarpnął Serenę za ramię w stronę 

jezdni. - Idziemy.

Serena uśmiechała się dalej, ale rozbieganym wzrokiem szukała taksówki.

- Kto to, Thad?! - zawołał reporter za ich plecami. - Co masz dzisiaj na sobie, Thad? - 

dodał bezczelnie. - Jesteś boski, wiesz? A ty, ślicznotko? Co to za projektant?

Akurat tego dnia założyła ulubioną czarną bawełnianą plażówkę Lesa Besta i czarne 

baleriny Capezio, ale była zbyt zaskoczona, by to powiedzieć.

- Koniec! - wrzasnął gniewnie Thaddeus.

Czyżby zamierzał odstawić numer Cameron Diaz?

Wszedł na ruchliwą Clinton Street, machając rękami jak rozbitek na bezludnej wyspie 

na   widok   samolotu   ratunkowego.   Ledwie   zatrzymała   się   taksówka,   wepchnął   Serenę   do 

środka, wskoczył za nią i zatrzasnął drzwiczki. Fotograf przycisnął aparat do szyby. Serena 

ukryła twarz na szerokim ramieniu Thaddeusa i przez chwilę wiedziała, co czuła księżna 

Diana tuż przed śmiercią.

- Jedziemy, i to już! - warknął Thaddeus do kierowcy.

Dobiegł ich jeszcze krzyk fotografa:

- Jutro będziecie na pierwszej stronie „Post”!

Na   rogu   Siedemdziesiątej   Pierwszej   i   Trzeciej   Alei   Thaddeus   zapłacił,   wysiadł   i 

przytrzymał jej drzwiczki.

Ich kroki niosły się echem w nocnym powietrzu. Ruch uliczny szumiał na Drugiej 

Alei jak ocean. Serena weszła na stopień i spojrzała na Thaddeusa. Wreszcie byli równego 

wzrostu.

- Może wejdziesz na drinka? - zapytała. Nie chciała, żeby przykre zajście z nachalnym 

paparazzim zepsuło im wieczór, Jakby nie było, po raz pierwszy ma Thaddeusa tylko dla 

siebie. Nie patrzy na nich reżyser - dziwak, nie ma tu kamer ani scenariusza. Nie przepuści 

takiej okazji.

Wzruszył ramionami.

- Usiądźmy tu na chwilę. - Przycupnął na stopniu. - Wszystko w porządku?

- Tak - szepnęła. Ostrożnie uniosła sukienkę i usiadła obok niego.

- Cholerny fotograf - mruknął gniewnie.

Serena położyła mu dłoń na udzie w geście pocieszenia.

- Dupek. - Uśmiechnęła się pogodnie. - Nie przejmuj się nim. Chodź na górę, zrobię ci 

background image

pyszne mojito.

- Czasami mam tego dosyć. Wiesz, mówią do ciebie, jakby cię znali. Zawołał do mnie 

Thad, słyszałaś? - Thaddeus puścił jej propozycję mimo uszu. Serena patrzyła na srebrny 

rożek księżyca nad wieżowcem przy Siedemdziesiątej Drugiej.

- Pewnie   jest   ci   ciężko.   Ludziom   się  wydaje,   że   cię   znają.   Widzą   cię   w   filmach, 

gazetach...

Ale nie chadzają na kolacyjki. Biedacy.

- Słuchaj, przecież ja nawet nie nazywam się Thaddeus.

- Jak to? - zdziwiła się.

- Mam na imię Tim. Mój agent uznał, że Thaddeus brzmi bardziej filmowo.

- Chyba miał rację. - Serena skinęła głową i nagle przyszło jej na mysi, że może i ona 

powinna zmienić nazwisko. Może to jej pomoże w karierze.

Jasne, bo Serena van der Woodsen wcale nie brzmi dramatycznie.

Poszukał chwilę w kieszeni i wyjął paczkę parlamentów light.

- Tu przynajmniej mamy spokój - mruknął i zapalił.

Tak jest. Masz spokój i masz mnie.

- Żadnych fotografów - zachichotała. - Tylko my dwoje.

- Odrabiamy prace domową. Z chemii, kapujesz?

Bracie, lepiej trzymaj się scenariusza.

Serena w życiu nie miała równie przyjemnej pracy domowej i była pewna, że świetnie 

sobie radzi. Pytanie tylko, jak się do niego przytulić, aby dać mu jasno do zrozumienia, że to 

nic element roli. Chciała, żeby widział różnicą pomiędzy Sereną a Holly. Żeby wiedział, które 

pocałunki są prawdziwe, a które udawane.

- Znowu   się   spotykamy   -   rozległ   się   glos   nad   ich   głowami.   Jason,   jej   sąsiad,   w 

granatowym garniturze w prążki. Rozwiązał żółto - niebieski krawat i rozpiął białą koszulę 

pod szyją. Nie widziała go, odkąd tu zamieszkała i szczerze mówiąc, już o nim zapomniała.

- Cześć, Jason. - Kie chciała być niegrzeczna, ale miała nadzieję, że sobie pójdzie. 

Owszem, jest miły i słodki, ale ona i Thaddeus muszą odrobić pracę domową.

- Cześć - odezwał się Thaddeus tym  samym  pogodnym  tonem, którego używał  w 

telewizyjnych talk show. Nie wstał ze stopnia, ale podał rękę Jasonowi. - Jestem Thaddeus.

Jason zbiegł ze schodów.

- Właśnie szedłem po pocztę. Jason - przedstawił się. Mocno uścisnął dłoń Thaddeusa. 

- Miło mi.

- Wybierz   sobie   stopień   -  zażartował   Thaddeus   i   przesunął   się   odrobinę.   -  Mamy 

background image

mnóstwo miejsca.

- A może pójdziemy do mnie na drinka? - zaproponowała Serena z nadzieją.

- Skoczę po piwo - zaoferował się Jason. - Mam kilka butelek w lodówce. Nie musimy 

wspinać się na samą górę.

- Super.   Podoba   mi   się   tutaj.   Taki   miły   wiaterek.   I   towarzystwo.   -   Thaddeus 

uśmiechnął się do Sereny.

- Mnie też. - Odpowiedziała uśmiechem na jego uśmiech, choć wolałaby być na górze, 

tylko we dwójkę. Chce wiaterku? Otworzy mu okno.

Jason mieszkał zaledwie piętro wyżej, więc już po chwili wrócił z trzema zimnymi 

butelkami heinekena.

- Dzięki. - Thaddeus z westchnieniem zdjął kapsel i cisnął go na stopień.

- Ciężki dzień? - domyślił się Jason.

- Bardzo - przyznał Thaddeus. - A ty? Co robisz?

- Mam letnią praktykę w kancelarii Lowell, Bonderoff. Foster i Wallace - odparł Jason 

i upił spory łyk. Na ulicy głośno zatrąbił samochodowy klakson. Serena zerknęła na zegarek. 

To doprawdy fascynująca rozmowa, ale szczerze mówiąc, wolałaby teraz siedzieć w gorącej 

wannie.

- To moi prawnicy! - zawołał Thaddeus podekscytowany, jakby w życiu nie poznał 

nikogo równie fascynującego jak Jason. - Nie znasz przypadkiem Sama?

- Słyszałem o nim - odparł Jason. - To partner z Los Angeles, prawda?

Powiew wiatru rozwiał włosy Thaddeusa.

- Prawdziwy pittbul. Boże, pamiętam, jak kiedyś miałem problem z jedną wytwórnią 

i...

- Świat jest mały. - Serena ziewnęła i się przeciągnęła.

- W takim razie za mały świat. - Thaddeus podniósł butelkę i stuknął się z nimi.

Serena wypiła piwo do dna i przysunęła się do niego. Choć rozmowa była śmiertelnie 

nudna, jest w towarzystwie dwóch dżentelmenów, którzy bez wątpienia zaniosą ją na samą 

górę do jej mieszkania, gdyby wypiła za dużo i straciła równowagę.

Jakby nie było, zawsze polegała na innych.

background image

uciekająca panna młoda

Blair   Waldorf   wbiegła   do   holu   hotelu   Claridge   jak   kobieta   bardzo   zajęta,   bo   tak 

właśnie było. Musi jak najszybciej wrócić do apartamentu i przejrzeć zakupy. Spieszyło się 

jej zwłaszcza do imponującej sukni ślubnej, najwspanialszego łupu tego tygodnia. Dziesięć 

tysięcy   funtów   to   majątek,   nawet   dla   niej,   ale   suknia   była   warta   każdego   pensa   i   Blair 

wiedziała, że matka przyzna jej rację. A jeśli nie ona, to jej ojciec. Harold J. Waldorf, uroczy 

gej, który korzystał z życia na południu Francji. Ze wszystkich ludzi na świecie on na pewno 

zrozumie, co to znaczy, trafić na idealną suknię ślubną.

Zamierzała zaplanować spotkanie z ojcem w Paryżu. Chyba już czas, żeby Marcus 

poznał jej rodziców? To tylko kilka godzin stąd. No i co to za frajda, wyjechać z ukochanym 

w romantyczną podróż pociągiem i zostawić kuzynkę Camillę w Londynie. Idąc przez hol, 

dostrzegła recepcjonistkę za ślicznym małym biureczkiem. Świetnie, pomyślała. Niech ona 

wszystko załatwi! Przemierzyła marmurowy hol i zatrzymała się przed kobietą, piszącą coś w 

oprawionym w skórę notesie.

- Chciałabym zamówić bilety do Paryża - odezwała się Blair.

- Pani...   przepraszam   bardzo,   Beaton   -   Rhodes?   -   zapytała   recepcjonistka,   niska, 

zgrabna Azjatka w okularach lennonkach i krótkiej, praktycznej fryzurce.

- Panna Waldorf - poprawiła Blair.

Nie pani Beaton - Rhodes. Jeszcze nic.

- Oczywiście   -   speszyła   się   recepcjonistka.   -   Chciałam   się   jedynie   upewnić,   czy 

zostanie pani u nas przez kolejny tydzień?

- Tak, tak - Blair machnęła ręką. Miała ważniejsze sprawy na głowie. - Jak mówiłam, 

chciałabym wyjechać do Paryża. I to natychmiast.

- Oczywiście, jeszcze tylko potrzebna mi karta kredytowa. Żeby uiścić rachunek za 

pokój.

- Nie może pani wystawić rachunku na lorda Beaton - Rhodesa? - żachnęła się Blair, 

zirytowana. - On się tym zajmuje.

- Rozumiem. - Recepcjonistka skinęła głową i zapisała coś w małym notesiku. - A czy 

jego lordowska mość wkrótce nas zaszczyci? Musi podpisać rachunek.

background image

- Nie wiem - przyznała Blair. Za moment będzie szykowała cudownie romantyczny 

wieczór: szampan, bielizna, te sprawy; tyle że nie rozmawiała z Marcusem cały dzień, więc 

nie wiedziała nawet, czy się spotkają.

- Niestety, nalegam, żeby lord Beaton - Rhodes pojawił się u nas w najbliższym czasie 

i podpisał stosowne dokumenty.

- Dobrze - warknęła Blair. - Przyjdzie.

Minęła je grupa włoskich turystów, Niektórzy robili zdjęcia rozzłoszczonej Blair. - 

Cóż, panno...

- Waldorf - podsunęła.

- Cóż, panno Waldorf, lord musi jutro podpisać rachunek, inaczej będziemy zmuszeni 

prosić panią o zwolnienie apartamentu. Są inni zainteresowani.

- Świetnie - syknęła Blair. - Zaraz do niego zadzwonię. - Wyjęła komórkę z torebki i 

wybrała   jedyną   pozycję   w   „moich   numerach”.   Mogła   się   tego   spodziewać   -   Marcus   nie 

odbierał. Postanowiła nie zostawiać wiadomości na poczcie głosowej. Tego dnia nagrała się 

już trzykrotnie. Nie chciała, żeby uznał, że zwariowała.

Bo oczywiście kupno sukni ślubnej to przykład zdrowego rozsądku.

- Nie   odbiera   -   poinformowała   recepcjonistkę.   -   Ma   teraz   mnóstwo   pracy,   ale   na 

pewno dzisiaj się odezwie. Poproszę, żeby wpadł i załatwił całą tę sprawę, dobrze?

Minęło   dopiero   kilka   dni,   a   Blair   już   podłapała   brytyjski   akcent   i   słówka.   Jak 

Madonna skracała niektóre głoski i używała wyrażeń w stylu „cała la sprawa”.

- Dobrze.   -   Recepcjonistka   skinęła   głową.   -   Proszę   tylko   pamiętać,   że   jutro   musi 

podpisać rachunek, w innym wypadku będziemy zmuszeni zażądać zwolnienia apartamentu. 

Oby zdołał się na moment oderwać od żony i wpadł to załatwić.

- Słucham? - Blair się najeżyła.

- Tak? - rzuciła recepcjonistka arogancko.

- Co pani powiedziała? - Blair czuła, jak jej uszy czerwienieją ze złości. Na moment 

zapomniała o sukni czekającej na górze, w luksusowym apartamencie. Zapomniała o poko-

jówce, która ochoczo przygotuje jej pysznego drinka, ledwie stanie w drzwiach. Zapomniała o 

masażu, o którym marzyła. Zapomniała nawet o Paryżu.

- O  ile  pamiętam,  powiedziałam:  „Oby zdołał się  na moment  oderwać  od pracy i 

wpadł to załatwić” - wyjaśniła słodko recepcjonistka.

- Nieprawda - wycedziła Blair. Pochyliła się nad kontuarem. - Powiedziała pani: „Od 

żony”.

To nieporozumienie - mruknęła recepcjonistka.

background image

- Owszem,   z   pani   strony!   -   wrzasnęła   Blair.   Nieśmiałość   nigdy   nic   była   jej 

problemem. - Słyszałam, co pani powiedziała.

- Tak, proszę pani. Oczywiście. Niech jego lordowska mość podpisze dokument, a 

wszystko będzie w porządku.

- On nie ma żony. To jego kuzynka - ciągnęła Blair. - A ja jestem jego dziewczyną. - 

Krzyczała już na cale gardło. Włosi przyglądali się jej z drugiego krańca holu.

Recepcjonistka się zarumieniła.

- Proszę, nie podnośmy głosu.

- Pieprzyć to. - Blair miała po dziurki w nosie Anglii, ciągłej uprzejmości i brytyjskiej 

godności. Nie interesowała ją żadna z tych rzeczy. Pieprzyć tę sukę, pieprzyć Anglię, pie-

przyć Marcusa i jego końską kuzynkę Camillę. Nagle zamarzyła o jednym, o powrocie do 

domu.

- Wie   pani   co?   Wie   chcę   tego   apartamentu.   Proszę   zaraz   zadzwonić   do   British 

Airways   i   zarezerwować   mi   bilet.   W   jedną   stronę,   pierwszą   klasą,   do   Nowego   Jorku.   - 

Wsunęła rękę do torebki, znalazła kartę kredytową i cisnęła na kontuar.

- Do Nowego Jorku, pierwszą klasą, w jedną stronę - powtórzyła  recepcjonistka. - 

Virgin lata codziennie o jedenastej. Może jeszcze będą miejsca.

Virgin. Dziewica. Odpowiednie, nie ma co.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Na   pewno   niektórzy   z   was   to   widzieli   i   podobnie   jak   ja   nie   mogli   uwierzyć   własnym   oczom. 

Wędrowałam   sobie  radośnie  Madison  Avenue  w  poszukiwaniu nowych  bawełnianych  koszulek na 

plażę, i co widzę? Najstraszniejszy widok na świecie: tabliczkę z napisem ZAMKNIĘTE. Zamknięte? 

To nie tak, jak myślicie. Wygląda na to, że największy dandys w mieście i zarazem dyrektor kreatywny 

Barneys, Graham Oliver, przyjaźni się z pewną niezależną operatorką filmową i zgodził się zamknąć 

sklep na kilka dni, żeby mogli kręcić w spokoju.

Oby tylko otworzyli zgodnie z zapowiedziami. Wieść niesie,  że  debiut pewnej młodej gwiazdy  nie 

będzie tak spektakularny, jak się spodziewano. Podobno jest tak źle, że najpierw kręcą wszystkie 

sceny bez niej. W nadziei, że praktyka naprawdę czyni mistrza.

Barneys jest chwilowo nieczynny, więc chyba wyjadę na dobre - mam dosyć latania w tę i z powrotem 

helikopterami i wynajętymi samolotami. Wiem, wiem, sama mówiłam, że w Hamptons na początku lata 

nic się nie dzieje - zazwyczaj czekam do czwartego lipca, zanim tam pojadę - ale dochodzą mnie 

wieści o przedziwnych wydarzeniach na wyspie. Muszę zobaczyć to na własne oczy. Mam naprawdę 

ciężkie życie. Jakim cudem uda mi się być jednocześnie w kilku miejscach? Nie żeby kiedykolwiek 

sprawiało mi to problem.

JAK PRZETRWAĆ LATO: PORADNIK

Nie   będę   rzucać   nazwiskami,   wiem,   to   do   mnie   niepodobne,   ale   widzę   na   mieście   mnóstwo 

grzeszników. Więc najpierw kilka słów na temat tego, co koniecznie musicie wiedzieć:

1. opalanie

Oczywiście najlepsza jest naturalna opalenizna. Jeśli matka natura nie chce współpracować, ujdzie 

też   opalanie   natryskowe.   Ale   pamiętajcie,   nieważne,   nad   basenem   czy   w   komorze   natryskowej, 

opalamy się nago! Białe ślady po kostiumie to szczyt złego smaku. A dwa dni wcześniej peeling i 

background image

woskowanie! Nikt się nie nabierze na plamy.

2. brwi

Po   pierwsze,   wiemy,   że   powinnyśmy   mieć   dwoje,   prawda?   Odkładamy   pęsetę.   Nie,   wyrzucamy! 

Idziemy do mojej znajomej, Reese, u Bergdorfa, i to jak najszybciej. I niech nikt nie waży się narzekać, 

że zapłacił 45 dolarów za jedna brew.

3. woskowanie

Mamy sezon kąpielowy, więc ta kwestia nie podlega dyskusji. Ty włożysz bikini Eres, a widok mamy 

wszyscy.   Ja   osobiście   preferuję   tradycyjną   depilację   brazylijską.   (Chcesz   być   piękna?   Cierp!) 

Powszechnie wiadomo, że chwalę też aplikacje z kryształków Swarovskiego, przesada jest jednak w 

złym guście, prawda?

Wasze e - maile

P:

 Droga Plotkaro

Podobno w Internecie pojawił się bardzo ciekawy film, żywy dowód na to, że niektóre już 

występowały przed kamerą. Kręcono go w plenerze, w Central Parku, a partnerem naszej 

gwiazdy jest ten ogier, N, Dziewczyna ma ciemne, kręcone włosy, ale to S, prawda?

Kinomaniak

O:

 Drogi Kinomaniaku

Wyjaśnijmy   sobie   pewne   fakty.   Film,   o   którym   mówisz,   powstał   jakiś   rok   temu   i   nikt   z 

grających w nim aktorów nie występuje teraz przed kamerą. Świetnie zbudowana gwiazda jest 

teraz w Pradze, gdzie uprawia sztukę i nie wiadomo co jeszcze. Au revoir!

Plotkara

P:

 Droga Plotkaro

Na zajęcia jogi chodzi ze mną strasznie wyjątkowa dziewczyna. Chcę nabrać formy i jakoś 

zabić  czas,   dopóki  moja   najlepsza   przyjaciółka  uczy   się   w  Pradze   malarstwa,  a  ta  ciągle 

nudzi,   że   joga   to   sposób   na   życie.   W   każdym   razie,   wczoraj   po   zajęciach   opowiadała 

instruktorowi   o   „miłośniku   książek   stymulujących   rozwój   duchowy”.   Zabrzmiało   mi   to 

podejrzanie znajomo - choć nie do końca. Jakby miała na myśli złego brata bliźniaka naszego 

wspólnego   znajomego.   Albo   lepszego?   Sama   już   nie   wiem,   co   o   tym   myśleć.   Czyżby   w 

mieście zagościli pożeracze ciał i podstawiają klony przyjaciół?

Przerażona

O:

 Droga Przerażona

Bardzo ciekawy rozwój wydarzeń, ale nie sądzę, żeby to była sprawka kosmitów. Po prostu w 

lecie czasem warto pozwolić sobie na marzenia. Czy na wakacjach nigdy nie udawałaś kogoś 

innego? Spróbuj kiedyś. Zamelduj się w hotelu jako, powiedzmy, Principessa de Medici i nie 

zdziw się, kiedy zarząd przyśle ci kosz owoców albo butelkę Dom Perignon. Czasami warto 

background image

nieco naciągnąć prawdę.

Plotkara

Na celowniku

B  płaci za  nadbagaż   na  lotnisku  Heathrow.  Upominki  dla  rodziny  i  przyjaciół?   Czy  też  naprawdę 

taszczy   pokrowiec   z   suknią   ślubną?  N  kupuje   artykuły   podstawowego   użytku,   aspirynę   i 

prezerwatywy, w aptece White's w East Hampton. D popija bardzo zdrowy koktajl warzywny w barze 

wegetariańskim   w   Soho.   Może   szykuje   się   na   sezon   plażowy?  S  mogłaby   się   czegoś   od   niego 

nauczyć - właśnie wymknęła się wcześniej z próby i pobiegła na pokaz Tuleh niedaleko F.I.T., a potem 

wpadła do lodziarni. Spokojnie.  Wyglądać  jak  gwiazda  to  połowa sukcesu!  Nie żeby kiedykolwiek 

miała z tym problemy.

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

ptaszki na drzewach ćwierkają o...

- Nate Archibald! Nie wierzę własnym oczom!

- Cześć, Chuck - mruknął Nate. Tego dnia w drodze do domu zorientował się, że ma 

trochę mało powietrza w przedniej oponie, więc skręcił na stację benzynowa BP przy Springs 

Road. Było bardzo gorąco, od morza nie wiała nawet leciutka bryza, więc po kilku godzinach 

ciężkiej pracy był spocony, zgrzany i wyczerpany. Sądząc po przerażeniu na gładkiej, opa-

lonej twarzy Chucka Bassa, wyglądał okropnie.

Chyba po raz pierwszy.

- Co pi się stało? - sapnął Chuck. Przesunął przeciwsłoneczne raybany na czubek nosa, 

wręczył pracownikowi stacji banknot pięćdziesięciodolarowy i mruknął: - Reszta dla ciebie.

- W porządku, stary - odparł Nate, zirytowany. Odczepił pompkę i ścisnął przednie 

koło, żeby się przekonać, czy jest już dosyć powietrza.

Mimo koszmarnego upału, Chuck Bass miał na sobie madrasowe szorty i kaszmirową 

bluzę. Jak zawsze wyglądał nieskazitelnie, gęste brwi unosiły się nad przenikliwymi niebie-

skimi   oczami,   kwadratowy   podbródek   jak   z   reklamy   wody   po   goleniu   był   starannie 

wygolony. Pomógł Nate'owi wstać.

- Przerzuciłeś się na rower? - Chuck spojrzał na jego wehikuł. - Nie powiesz chyba, że 

dbasz o środowisko.

- Jasne.   -   Nate   błagalnie   spojrzał   na   zadbany   budynek   stacji   BP,   pokryty   szarym 

łupkowym dachem. Czy ktoś pospieszy mu na ratunek?

- Chodź, podwiozę cię. - Chuck zagrzechotał kostkami lodu w plastikowym kubku po 

mrożonej kawie, którą przed chwilą wypił. - Jest ze czterdzieści stopni w cieniu, a ty jesteś 

czerwony,  jakbyś przeszedł  przez piekło.  Wolę nic myśleć,  jak będziesz  wyglądał,  kiedy 

dojedziesz tym cudem do Georgica.

Nate rozważał możliwości: pół godziny w słońcu albo dziesięć minut sam na sam z 

Chuckiem Bassem.

I tak źle, i tak niedobrze.

- Jedziemy   -   westchnął.   Wizja   klimatyzowanego,   gołębiego   jaguara   była   bardzo 

kusząca.

background image

Chuck   otworzył   bagażnik   i   Nate   wpakował   tam   rower.   Nie   był   pewien,   czy   się 

zmieści, ale bagażnik okazał się zadziwiająco pakowny i rower wszedł prawie cały, tak że 

wystawał   tylko   skrawek   opony.   Nate   usiadł   na   białym   skórzanym   fotelu,   zatrzasnął 

drzwiczki, zapiął pasy i szykował się do drogi.

Chuck   przekręcił   kluczyk   w   stacyjce.   Samochód   wypełniło   chłodne   powietrze   i 

dźwięki Houses of Holy Led Zeppelin.

- Byłem na plaży w Sag Harbor i wczuwałem się w dawne klimaty - wyjaśnił Chuck, 

ściszając dźwięk. - Wracamy do teraźniejszości.

- Wracamy   -   zgodził   się   Nate,   zrezygnowany.   Sądząc   po   tonie   kumpla,   ten   zaraz 

zasypie go gradem pytań. Pogaduchy z Chuckiem to jak rozmowa kwalifikacyjna.

- Pewnie już słyszałeś  o Blair. - Chuck majstrował coś przy klimatyzacji, choć w 

samochodzie było już bardzo zimno. Skręcił na drogę łączącą Hampton Bays z East Hampton, 

którą Nate właściwie znal już na pamięć. Winnice przeplatały się z eleganckimi domkami 

krytymi szarym łupkiem. Gdzieniegdzie pojawiał się skrawek oceanu za czyimś ogródkiem.

- Blair? - powtórzył, gdy mijali Oyster Shack po lewej stronie. Tawny pochłonęła go 

do tego stopnia, że samo imię Blair, wypowiedziane na głos, zabrzmiało dziwnie. O ile wie-

dział, wyjechała  na wakacje do Anglii z tym  nowym  facetem, Anglikiem.  Ilekroć o niej 

myślał, zdawała się bardzo odległa, choć wiedział, że wkrótce znowu się spotkają. Nieważne, 

czy straciła głowę dla tego Angola czy nie. Blair Waldorf nie zrezygnuje ze swego marzenia o 

studiach w Yale. We wrześniu spotkają się na uczelni, to nieuniknione.

- Wróciła.   -   Chuck   przeciągnął   to   słowo,   jak   Drew   Barrymore   w  Duchu.  Znowu 

zagrzechotał lodem w kubku i upił łyk wody o posmaku kawy. - Przyleciała dzisiaj rano.

- Tak?   -   Nate   bawił   się   pasem   bezpieczeństwa.   Blair   wróciła   już   z   Londynu?   To 

dopiero nowina.

- No. - Chuck jeszcze bardziej ściszył dźwięk. - Ciekawe, czy pocałowały się z Sereną 

i pogodziły. Znowu. Wiesz, co mam na myśli.

- Blair i Serena nigdy nie gniewały się długo - bąknął Nate. Bębnił palcami w drzwi w 

rytm muzyki.

Kto jak kto, ale on doskonale o tym wiedział, bo zazwyczaj kłóciły się przez niego.

- To   dobrze,   ze   względu   na   Serenę   -   dodał   cicho   Chuck.   -   Teraz   potrzebna   jej 

przyjaciółka.

Nate nie zareagował. Słowa Chucka go zaniepokoiły. Zupełnie jakby świat kręcił się 

dalej, bez niego. Jest w Hamptons od zaledwie tygodnia, a już nie ma pojęcia, co się dzieje.

- Podobno nie za dobrze jej idzie to całe aktorstwo - zauważył Chuck. - Ale na pewno 

background image

jeszcze postawi na swoim. Jak zawsze.

- No   tak,   aktorstwo   -   powtórzył   Nate.   Zapomniał   o   filmie   Sereny.   To   było   coś 

zupełnie innego niż jego codzienna harówa. Nagle poczuł, że musi zapalić. Wyciągnął rękę 

po elektryczną zapalniczkę. - Mogę, prawda?

Chuck wzruszył ramionami.

- Nieważne, jakie kłopoty ma Serena. To nic w porównaniu z tym, w co wpakowała 

się Blair. - Jechał szybko i skręcił gwałtownie, z piskiem opon. Po obu stronach drogi domy 

były coraz, bardziej okazałe, a ogrody coraz bardziej rozległe.

- Jakie   kłopoty?   -   zainteresował   się   Nate.   Zapalił   połówkę   skręta,   którą   rozsądnie 

trzymał od rana.

- Blair wróciła z Londynu w ogromnym pośpiechu. Z... bagażem.

- Jakim bagażem? - Skręt zaczynał działać. Czy tytko mu się zdaje, czy Chuck to 

megadupek. Do tego stopnia, że właściwie już nie jest człowiekiem, tylko jakimś androidem 

albo czymś takim?

- W   Londynie   Blair   kupiła   mnóstwo   rzeczy,   między   innymi   suknię   ślubną.   I   taki 

staroświecki angielski wózek dziecinny. A potem wróciła do Nowego Jorku.

- No i co? - zapytał Nate. Jego uwagę zwrócił wielki biały namiot na środku trawnika. 

Panna młoda w koronkowej sukni i łysiejący pan młody pozowali do zdjęć z gitarą, pod 

wiekowym dębem. Początkujący gwiazdorzy rockowi zawsze biorą ślub w Hamptons.

- Blair wróciła w pośpiechu, taszcząc suknię ślubną i wózek dziecinny... Nie wiem. - 

Chuck westchnął zniecierpliwiony. - Sam pomyśl.

Nie było to trudne zadanie, nawet dla upalonego faceta.

Byle co nie skłoniłoby Blair Waldorf do przerwania podróży. Czyżby wróciła, żeby 

zaplanować ślub? Nate nie mógł tego wykluczyć, ale też nie wyobrażał sobie Blair kroczącej 

do ołtarza w białej sukni. Chyba że to on, we fraku, będzie na nią czekał. Oczywiście nie są 

już razem, ale nie wyobrażał sobie, żeby Blair, jego Blair, wyszła za kogoś innego.

Odetchnął z ulgą, gdy pod kołami zazgrzytał żwir krętego podjazdu na posesji jego 

rodziców. Chciał zostać sam z tymi rewelacjami i nowym dużym skrętem.

- Dzięki, stary - mruknął do Chucka, wysiadając z wozu.

- Jeśli chcesz jeszcze pogadać, wejdę do środka. Zamówimy sushi! - zawołał Chuck 

przez otwarte okno.

Nate puścił mimo uszu żałosną propozycję. Wyjął rower z bagażnika i pojechał do 

domu. Musi jasno pomyśleć.

I nauczyć się, że nie można wierzyć we wszystko, co się słyszy. (No, ale czy wszyscy 

background image

nie popełniamy czasem tego błędu?)

background image

S idzie w ślady audrey, dosłownie

Serena wysiadła z jaskrawożółtej taksówki na zatłoczonej Piątej Alei. Miała na sobie 

prostą   czarną   sukienkę   i   ogromne   okulary   przeciwsłoneczne,   dzieło   projektanta   Baileya 

Wintera. Był to kostium filmowy - nawet Serena nie włóczyłaby się po mieście w środku dnia 

w   sukience   koktajlowej.   Ćwiczyła   scenę   rozpoczynającą   film.   Holly   miała   podziwiać 

wystawy   słynnego   sklepu   jubilerskiego,   Tiffany   and   Company,   jedząc,   śniadanie   po 

przebalowanej nocy, podobne jak Audrey Hepburn w filmowym klasyku.

Z tekturowym kubkiem i torebką z ciastkami w dłoni, Serena grzecznie szła w stronę 

eleganckiego budynku, licząc pod nosem kroki. Jeden, dwa, trzy, cztery.

- Uważaj! - warknął biznesmen w garniturze. Minął ją, nie odsuwając słuchawki od 

ucha.

- Przepraszam - mruknęła Serena, speszona. Zawróciła do krawężnika i zaczęła od 

nowa. Starała się iść wyprostowana jak struna tak, jak kazał Ken, ale musiała też zmierzać 

prosto do sklepu, a to graniczyło z niemożliwością wobec tłumów na ulicy. W końcu jej się 

udało, ale wystawę oblegali turyści, gorączkowo pstrykając zdjęcia. Tego na pewno nie było 

w scenariuszu.

Gruba starsza kobieta w spódniczce do tenisa wręczyła jej aparat, na migi pokazując, 

ze ma zrobić zdjęcie. Serena wzruszyła ramionami, odłożyła torebkę ze śniadaniem i wzięła 

aparat. Sfotografowała kobietę, z uśmiechem wskazującą logo Tiffany.

- Dzięki!   Mogę   ci   teraz   zrobić   zdjęcie?   Pracujesz   tu,   prawda?   -   Serena   była 

wstrząśnięta. Jasne, pewnie wszyscy myśleli, że Tiffany zatrudnił ją w nadziei, że nawiązanie 

do znanego   filmu  zwiększy  sprzedaż.  Czekała  z  uśmiechem   przyklejonym   do twarzy, aż 

kobieta pstryknie parę fotek, a potem zabrała torebkę ze śniadaniem i wróciła do krawężnika. 

Podmuch gorącego powietrza z mijającego ją autobusu, podwinął jej sukienkę.

Uroki lata w mieście. Spojrzała na sklep, drżąc ze zdenerwowania. Na dworze było 

prawie czterdzieści stopni w cieniu, pociła się w zbyt eleganckiej sukience i ludzie się na nią 

gapili. Chciała do domu - do klimatyzowanego apartamentu rodziców, a nie zasikanej przez 

kola nory. Chciała przebrać się w lniane szorty, bezrękawnik, wygodne klapki i do wieczora 

sączyć piwo corona i oglądać stare seriale w telewizji. Zawsze we wszystkim była najlepsza, 

background image

poczynając od nauki, poprzez jazdę konną, po zdobywanie facetów. I to bez najmniejszego 

wysiłku. Była święcie przekonana, że aktorstwo przyjdzie jej z podobną łatwością. Ale jak 

dotąd reżyser był bardzo niezadowolony z jej pracy.

Ciekawe,   czy   nawet   Blair   Waldorf,   największa   fanka  Śniadania   u   Tiffany'ego, 

zniosłaby wariackie tyrady Kena Mogula.

Po raz kolejny ruszyła w stronę sklepu.

- Patrz, kochany! - zawołała potężna kobieta z południowym akcentem. Pokazywała 

Serenę łysemu  grubasowi w ohydnym  stroju - koszulce Lacosty i drelichowych  szortach. 

Reszty dopełniały czarne skarpetki w tanich sandałach.

- No, tego jeszcze nie było - sapnął facet.

- Jak   w  Śniadaniu   a   Tiffany'ego,  prawda?   -   Kobieta   podeszła   do   Sereny.   -   Rany, 

skarbie, co to, jakaś reklama?

Serena udawała, że nie słyszy. Kto by się spodziewał, że na ulicach Manhattanu czyha 

tyle pułapek? Cofnęła się do krawężnika, skupiła i zaczęła jeszcze raz.

To się nazywa poświęcenie.

W oczach turystów była chodzącą reklamą sklepu, a w głębi duszy gotowała się z 

wściekłości   i   była   na   krawędzi   wybuchu.   Szczerze   mówiąc,   już   odechciało   jej   się   grać. 

Najchętniej dałaby sobie spokój i zajrzała do Barneys,  żeby się przekonać, czy mają coś 

nowego. Ale oczywiście nie może. Po pierwsze, ze względu na zdjęcia sklep był zamknięty, a 

po drugie, jeszcze nigdy nie poniosła klęski i w głębi duszy była równie waleczna jak jej 

(czasami) najlepsza przyjaciółka, Blair.

- Niezła dupka, blondynko! - zawołał ktoś za nią.

Odwróciła się. Obleśny facet wychylał  się z okna taksówki. Fuj! Audrey Hepburn 

nigdy nie zdarzały się takie rzeczy.

No tak, ale Audrey Hepburn miała płaski tyłek. Za to umiała grać.

background image

pieniądze to poważna sprawa

Blair   nie   wiedziała,   czy   łomot   rozlega   się   jedynie   w   jej   głowie   -   w   samolocie 

wychyliła   kilka   whisky   -   czy   słyszy   go   naprawdę.   Podniosła   się   na   łokciu.   Owszem,   to 

rzeczywistość.   Ktoś   wali   w   drzwi   sypialni,   którą   zajęła   wczoraj   wieczorem,   a   która   do 

niedawna należała do jej przyrodniego brata, hippisa Aarona Rose.

- Blair Comelio Waldorf!

I znowu walenie. Matka, ale jej głos jest jakiś.,, dziwny. Jest chora czy co? A może ma 

coś w ustach?

Eleonor Rose wpadła do ciemnej sypialni i przysiadła na skraju materaca. W ręku 

miała kubek kawy, a na sobie letnią piżamę - kwiecistą, powiewną, zdecydowanie za krótką 

koszulkę Eberjey i dobrany do niej szlafrok.

- Pobudka! - zawołała ochryple.

Blair z jękiem naciągnęła kołdrę na głowę. Dlaczego matka tak się zachowuje bladym 

świtem?

- Blair Waldorf - syknęła matka. - Mówię poważnie, miotła damo. Wstawaj. Musimy 

porozmawiać.

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że prawie nie spałam - warknęła Blair. Usiadła i zabrała 

matce kawę. Upiła spory łyk i wygładziła białą koszulkę Hanro, w której spała.

- Po pierwsze - zaczęła Eleanor. - Skąd się wzięłaś w domu? - Otuliła się szlafrokiem, 

pochyliła i zajrzała córce w twarz. - Miałaś” być w Londynie!

Jak na panią po pięćdziesiątce, która niedawno urodziła dziecko, Eleonor wyglądała 

zadziwiająco dobrze o tak wczesnej porze. Blair zastanawiała się, czy matka zrobiła cos z 

twarzą podczas jej nieobecności, czy może to tylko efekty nowego rewelacyjnego kremu, 

który wkrótce jej podwędzi?

- Tak wyszło. - Blair otworzyła szufladę nocnego stolika. Wyjęła płatki kosmetyczne 

nasączone zieloną herbatą i położyła sobie na oczach.

- Następnym razem bądź łaskawa do mnie zadzwonić i uprzedzić, żebym wiedziała, co 

zamierzasz. - Eleonor ściągnęła jej waciki z oczu. - Dzwonili do mnie dzisiaj z American 

Express. Nie podoba mi się, gdy ludzie od karty kredytowej lepiej niż ja wiedzą, gdzie jest 

background image

moja córka.

- Co? - Blair wyprostowała się gwałtownie.

- Dzwonili z American Express, bo ktoś zapłacił moją kartą cztery tysiące dolarów za 

bilet   lotniczy   -   warknęła   Eleonor.   -   Już   miałam   wezwać   policję,   gdy   zobaczyłam   nowy 

komplet niebieskich walizek Hermesa w holu.

- Późno przyjechałam - wyjaśniła Blair. - Nie chciałam cię budzić.

- To tylko czubek góry lodowej. - Eleonor wstała i przechadzała się po pokoju. - Blair, 

najwyższy czas, żebyś stała się bardziej odpowiedzialna. Nie jesteś już dzieckiem. Musisz się 

nauczyć zarządzać pieniędzmi.

Usłyszeć coś takiego z ust kobiety, która każdemu ze swoich dzieci kupiła wyspę na 

południowym Pacyfiku!

- Mamo - jęknęła Blair.

- Nie jęcz! - syknęła Eleonor ostro. - Wiesz, że nigdy niczego nie odmawiam moim 

dzieciom, prawda? Zawsze dostawałaś, czego chciałaś, może nie?

Przecież to jej obowiązek?

- Oczywiście.   -   Eleonor   po   raz   pierwszy   wygłaszała   mowę   wychowawczą   i   Blair 

widziała, że wkręca się w rolę. - Ale tego już za wiele. Omówiłam sprawę z Cyrusem i uzna-

liśmy, że trzeba coś z tym zrobić.

Chwileczkę,   dlaczego   matka   omawia   jej   prywatne   sprawy   z   Cyrusem   Rosem,   jej 

głupim, rumianym, tandetnym ojczymem?

- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. - Blair ziewnęła i dopiła kawę do końca. Ciekawe, 

ile   jeszcze   potrwa   ta   rozmowa.   To   takie...   nudne.   Musi   się   wyspać,   wykąpać,   iść   do 

kosmetyczki, żeby się pozbyć z twarzy londyńskiego smugu, może też zajrzy do fryzjera? 

Nowa fryzura i pasemka, żeby podkreślić rysy?

- Chodzi mi o wyciąg z karty kredytowej, Blair. - Eleonor pomachała pogniecionym 

faksem.   -   Kazałam   go   sobie   przesłać,   kiedy   usłyszałam   o   twoich...   ekstrawaganckich 

zakupach.

Ojej!

- No dobrze, może trochę przesadziłam przy sukni ślubnej, ale kiedy ją zobaczysz, 

przyznasz mi rację...

- Sukni   .ślubnej?   -   sapnęła   Eleonor.   -   To   chyba   wyjaśnia   pozycję   za   osiemnaście 

tysięcy   dolarów.   O   co   chodzi   z  tym   ślubem?!   -   Przysiadała   na   łóżku   i   wachlowała   się 

upierścienioną dłonią.  - Zaraz  zemdleję! Wychodzisz  za mąż? Och, Blair?  Nie wiem, co 

powiedzieć! - Objęła ją serdecznie i rozpłakała się na głos. Nagle się wyprostowała. - Już 

background image

wiem: po moim trupie! Oszalałaś?!

Blair przewróciła oczami.

- Nie, mamo, nie wychodzę za mąż. W każdym razie nie teraz. A suknia kosztowała 

dziesięć tysięcy, nie osiemnaście.

Tak, to brzmi o wiele lepiej.

- Moja biedna, naiwna córeczka. - Eleonor pokręciła głową. - Nie zorientowałaś się, że 

kurs dolara do funta jest jak dwa do jednego?

- Słuchaj, przepraszam. - Blair szybko wpadła jej w słowo. - Kupiłam tylko  kilka 

drobiazgów, wszystkie będą mi potrzebne do szkoły.

Jasne.   Przecież   bez   sukni   ślubnej   nie   można   się   pokazać   na   inauguracji   roku 

akademickiego.

Chyba nie ma szans na to, że szybko skończą rozmowę. Blair sięgnęła po najnowsze 

wydanie „W”, które położyła wieczorem przy łóżku. Kupiła je, żeby się nie nudzić podczas 

lotu, ale darmowa whisky Maker's Mark stanowiła o wiele milsze Towarzystwo.

- Blair. - Eleanor z westchnieniem ścisnęła ja za nogę przez purpurowo - fioletową 

kołdrę.   -  Nie   mam   nic   przeciwko   temu,   żebyś   sobie   kupiła   parę   drobiazgów,   ale   suknia 

ślubna? - Urwała. - Co prawda, na pewno jest wspaniała.

- Jest! - zapewniła Blair. No, to jest matka, którą zna i na swój sposób kocha.

- Mimo wszystko rozmawiałam o tym z Cyrusem, a dzisiaj zadzwonię do twojego ojca 

i sądzę, że też się ze mną zgodzi. Teraz, gdy wróciłaś do domu, chyba na stałe...

- Z pewnością nie wracam do Londynu - przerwała jej Blair. Starała się nie myśleć o 

dramatycznym rozstaniu z miastem Marcusa. Czy on w ogóle zauważył jej nieobecność?

- ...to doskonały moment, żebyś poszła do pracy. Na łato.

Co? No comprendo, señora.

Pokój wirował dokoła niej.

- Co ty powiedziałaś, mamo? Do pracy?

- Tak skarbie. Do pracy.

Blair opadła na poduszki i zasłoniła sobie oczy rękoma.

- Umrę, jeśli będę musiała pracować.

- Nie przesadzaj, skarbie. To wspaniałe doświadczenie przed studiami.

- A ty kiedykolwiek  pracowałaś? - zainteresowała się Blair. Nerwowo przeglądała 

czasopismo, niemal wyrywając przy tym kartki. Dopiero co wróciła zza oceanu. Zdradził ją 

mężczyzna, którego wybrała, by spędzić z nim życie. Teraz brakuje jej jeszcze tylko wykładu 

o zaletach pracy z ust matki, która w życiu nie przepracowała nawet jednego dnia.

background image

- To bez znaczenia - odparła gładko Eleonor. - Nie mówimy o mnie, tylko o tobie. O 

tym, w jaki sposób chcesz spłacić część tych zawrotnych rachunków. Skoro tyle wydajesz, 

zacznij też zarabiać.

Praca w lecie? Blair zamknęła oczy. Nikt nie pracuje, nie teraz, nie podczas ostatniego 

nowojorskiego lata! Nikt! No, może za wyjątkiem Nate'a, ale w jego wypadku to kara. I 

Sereny, ale to nie praca, to spełnienie marzeń.

Jej uwagę nagle przykuło zdjęcie w czasopiśmie. O pieprzonym wilku mowa. Proszę 

bardzo, w samym środku kroniki towarzyskiej Suzy, Serena van der Woodsen pod rękę z 

projektantem Baileyem Winterem. Blair przypomniała sobie, kiedy zrobiono to zdjęcie - na 

pokazie Wintera w zeszłym sezonie. Siedziały z Sereną w pierwszym rzędzie, ma się rozu-

mieć, i kiedy projektant wyszedł się ukłonić po zakończonym pokazie, dostrzegł Serenę i 

zaprosił ją wybieg.

Blair   puszczała   mimo   uszu   wywody   matki   i   szybko   przebiegła   wzrokiem   tekst, 

szukając plotek o Serenie. O, jest! Suzy rozpisywała się, jak to Bailey Winter zgodził się 

zaprojektować kostiumy do najnowszego filmu Kena Mogula,  Śniadanie u Freda.  Czy nie 

dość, że Serena zagra w filmie z Thaddeusem Smithem? Czy musi do tego nosić szyte na 

miarę kreacje jednego z najlepszych amerykańskich projektantów?

- To kwestia odpowiedzialności, Blair - tłumaczyła matka. Wiesz, że kiedy skończysz 

dwadzieścia jeden lat, będziesz miała nieograniczony dostęp do funduszu powierniczego i 

wszyscy: twój ojciec, Cyrus i ja, uważamy, że musisz się nauczyć rozważnie obchodzić  z 

pieniędzmi. Naszym zdaniem praca nauczy cię odpowiedzialności i tego, że czasami liczą się 

też życzenia innych, nie tylko twoje.

Blair łypnęła na brzydką narzutę w kolorze bakłażana. Świetnie, pójdzie do pracy. Ale 

nie do byle jakiej.

- Wiesz - zamyśliła się. - Może masz rację. Może praca dobrze mi zrobi.

- Tak! - matka ucieszyła się wyraźnie. - Wiedziałam, że zmądrzejesz!

- A pomożesz mi coś znaleźć? - zapytała Blair niewinnie.

- Oczywiście.   -   Eleonor   skinęła   głową.   -   Na   pewno   wystarczy   kilka   telefonów   i 

znajdziemy coś wspaniałego.

Wystarczy   jeden,   dokładnie   mówiąc.   Eleonor   Rose   to   jedna   z   najwierniejszych 

klientek Baileya Wintera. To chyba żaden problem, że jej córka zostanie jego asystentką na 

planie Śniadania u Freda?

Jak nie kijem ich, to pałką.

background image

robi się gorąco

Dan zaciągnął się głęboko po raz ostatni i wyrzucił skrywany w dłoni niedopałek na 

ulicę. Siedział na ławce na rogu Houston i Szóstej Alei i widział, jak Bree przechodzi przez 

jezdnię. Nie chciał, żeby po raz drugi przyłapała go na paleniu.

- Dan! - zawołała  i pomachała  radośnie,  omijając  niezliczone  taksówki  na Szóstej 

Alei. Miała na sobie obcisłe czarne legginsy do pół łydki i turkusowy sportowy stanik. Do 

piersi tuliła butelkę wody. Podbiegła do ławki i usiadła.

- Cześć! Fajnie, że jesteś!

- Cześć - odparł Dan. Od niechcenia zaniknął książkę i uśmiechnął się do niej.

- O! czytasz Drogę artysty!. - krzyknęła. - Uwielbiam tę książkę.

- Tak? - Tego się spodziewał. - Zabawny zbieg okoliczności .

Akurat.

- No!   -   zachichotała.   -   Najpierw  Siddartha,  teraz  Droga   artysty?  Chyba   jesteś   w 

Strand ekspertem od spraw duchowych?

- Właśnie - skłamał. - Każdy z nas ma swoją dziedzinę.

- Super. - Bree złapała go za rękę i ściągnęła z ławki. - Chodźmy, bo się spóźnimy.

- Dobra - zgodził się ochoczo, - Nie lubię spóźniać się na trailery.

- Trailery? - zdziwiła się. - Nie idziemy do kina. Zapomniałeś? Bikram!

- A, tak - mruknął nerwowo. Bikram, Bikram, Bikram... Nie film. Może restauracja? - 

Super, bo wiesz, umieram z głodu.

Bree się roześmiała.

- Tak, ja też mam apetyt na ćwiczenia. Pospieszmy się, bo inaczej się spóźnimy. Sesje 

wieczorne   są   często   bardziej   intensywne   niż   te,   na   które   zazwyczaj   chodzę.   A   później 

wpadniemy do Jamba Juice.

Zajęcia?   Jamba   Juice?   Równie   dobrze   mogłaby   mówić   w   suahili.   Dan   nie   miał 

pojęcia, dokąd idą, ale posłusznie szedł za Bree, gawędził o książkach, których nie czytał i 

denerwował się coraz bardziej. Więc nie idą do restauracji. A potem podniósł wzrok i to 

zobaczył,   nieco   dalej;   ręcznie   malowany   szyld.   Dziwaczna   czcionka,   która   miała 

przypominać sanskryt, głosiła, że to tu. Bikram. Nic film. Nie restauracja. Tylko joga. Bree 

background image

zabrała go na zajęcia jogi.

Namaste!

Bree radośnie wbiegała po schodach, podniecona jak mała dziewczynka na gwiazdkę. 

Odwróciła się i czekała na niego. Dan się ociągał, gorączkowo szukał wymówki, żeby nie 

uczestniczyć w zajęciach. Postanowił, że uda, że jest ranny. Zastanawiał się, co zełgać. Może 

ma pęknięte żebro? Od dźwigania słowników. Albo wstrząs mózgu? Rano w drodze do pracy 

potrącił go samochód i na pewno ma wstrząs mózgu. Albo cierpi na rzadką neurologiczną 

przypadłość i mdleje w ciasnych pomieszczeniach pełnych spoconych ludzi na kolorowych 

matach.

- Wiesz, Dan, bardzo się cieszę, że nie zawracałeś sobie głowy ciuchami na zmianę! - 

zawołała Bree z góry. - Wieczorami jest tak gorąco, że mistrz nalega, żebyśmy ćwiczyli nago.

No, sytuacja się komplikuje. Po pierwsze, nie ma zielonego pojęcia o jodze, po drugie, 

prędzej   go   szlag   trafi,   niż   będzie   ćwiczył   nago.   Z   drugiej   strony,   Bree   też   tam   będzie. 

Zobaczy ją nagusieńką na pierwszej randce.

- Super - sapnął zdyszany po wspinaczce na schody. Choć nigdy w życiu nie ćwiczył, 

widok okrągłego tyłeczka Bree stanowił wystarczającą motywację. Nie szkodzi, że jak dotąd 

ani razu nie był na zajęciach jogi. Co z tego, że czeka go murowane upokorzenie. Pieprzyć 

niekończące się schody! Za chwilę on i Bree będą nago wywijać się jak precle. I czego tu się 

bać!

To się nazywa optymizm!

- No, chodź - poganiała wesoło Bree.

Dan   doszedł   do   szczytu   schodów   i   wszedł   za   nią   do   klubu.   Było   to   przestronne 

pomieszczenie z drewnianą podłogą.

Przez ogromne okna wpadało popołudniowe słońce, co tylko potęgowało upał. Było tu 

ponad   czterdzieści   stopni   Celsjusza,   a   jeśli   dodać   liczne   spocone   ciała,   panowała   duża 

wilgotność i w powietrzu wisiały,,. nieciekawe zapachy.

Na podwyższeniu przy ścianie siedział wychudzony stary Hindus. Jego natłuszczona 

skóra   lśniła   w   słońcu.   Miał   na   sobie   jedynie   luźną   bawełnianą   białą   szatę.   Oczy   pod 

wyskubanymi   brawami   były   zamknięte.   Uśmiechał   się   dobrotliwie.   Przed   nim 

czterdziestoletnia  kobieta  w  stylu  Kate   Couric  rozgrzewała   się  i  przeciągała.  Jej   obwisły 

brzuch uderzał o żylaste uda.

Przy oknie rozgrzewało się dwóch mężczyzn. Jeden miał długie, sprężyste mięśnie i 

wyginał się do tyłu w bardzo nienaturalny sposób. Drugi, siwowłosy dziadek, bez wysiłku 

dotykał swoich stóp. Dan nie mógł się z nim równać... pod żadnym względem.

background image

- Rozbieraj się, - Bree puściła do niego oko. - Mistrz nic lubi spóźnialskich. Jeśli ktoś 

nie jest gotowy, musi wyjść.

Dan juz miał poinformować Bree, że cierpi na epilepsję i zapomniał lekarstwa, ale 

właśnie wtedy zaczęła ściągać przez głowę turkusowy stanik. Jezu. Co robić?

Rozbierać się!

Zdjął brudną koszulkę i rzucił ją na ziemię. Rozpiął pasek, zdjął buty i pozbył się 

dżinsów. Był jednym, który został w bokserkach, ale uparcie ich nie zdejmował.

Jakby blada skóra i chude ramiona wystarczająco nie wyróżniały go z tłumu.

Zwinął skarpetki w kulki, wsunął do butów, głęboko zaczerpnął tchu i w ślad za Bree 

wyszedł na środek sali. Zaczęła się rozgrzewać. Była opalona wszędzie, na pewno, bo widział 

ją całą. Długie jasne włosy opadły na okrągłą pierś i Dan z trudem wziął się w garść na tyle, 

by do niej nie podejść i nie zacząć obmacywać. Pochyliła się i położyła dłonie na podłodze. 

Usiłował pójść jej śladem, ale sięgnął jedynie kolan. I już bardzo cierpiał.

- Nie pochylaj się - szepnęła. - Rozciągaj.

Nie mógł spokojnie  patrzeć, jak Bree, naga i idealna, rozciąga się i wygina. Jego 

rozporek   przybrał   żenujące   rozmiary.   Dan   obserwował,   jak   złapała   się   za   stopę   i 

wyprostowała ją nad głową. Zamknął oczy i starał się myśleć o obrzydliwych rzeczach. O 

tym, jak w sztucznej szczęce ciotki Sophie zawsze zostają resztki jedzenia; o tym. że chodnik 

przed ich domem zawsze śmierdzi sikami. Pot już zalewał mu oczy, a przecież jeszcze nic nie 

zrobił. Otarł czoło ręką.

- Nie, Dan - syknęła Bree. - Uważaj, żeby mistrz tego nic zobaczył. Chodzi o to, żeby 

wszystko wypocić. Nie wolno się wycierać. To wbrew jego naukom.

Dlaczego,   ach   dlaczego,   Bikram   nie   okazał   się   ciekawym   zagranicznym   filmem? 

Zajadaliby popcorn w ciemnym, klimatyzowanym kinie i całowali się jak szaleni, zamiast 

pocić się w dusznej sali, czekając na polecenia starego sadysty. Nagle mistrz wstał i zrzucił 

szatę.

Namaste! - zawołał głośno i radośnie. Ukłonił się.

Natnaste! - odparli uczniowie i też się ukłonili. W każdym razie większość z nich.

- Zaczynamy. - Dał znak, żeby dobrali się w pary. - Najpierw pies i trójnóg.

- Gotów? - szepnęła Bree, Koło pępka miała znamię w kształcie Teksasu.

Schyliła się, położyła dłonie na podłodze i poruszyła pośladkami. Dan rozejrzał się 

przerażony, ale wszyscy robili to samo. A partnerzy trzymali ich za biodra. Ostrożnie objął 

Bree w talii. Przyciągnęła prawe kolano do prawego łokcia... potem lewe do lewego.

- Przytrzymaj   mnie   -   poleciła.   Dan   kucnął   obok   i   błądził   dłońmi   po   jej   jędrnym 

background image

brzuchu, gdy powoli prostowała długie, silne nogi. Uśmiechnęła się do niego do góry nogami. 

- Chyba mi się udało.

- Super. - Dan się cofnął. Już miał wstać, gdy nagle uświadomił sobie, że jego mały 

przyjaciel w stanie najwyższego podniecenia wygląda z bokserek. O Boże! Skulony, despera-

cko wyobrażał sobie zęby cioci Sophie.

- Młody człowieku. - Przerażający stary mistrz wskazał go palcem.

- Ja? - Dan wskazał na siebie, nadal skulony. Patrzyli na niego wszyscy na sali.

- Tak, ty. Chodź, synu, - Jogin skinął na niego długim, chudym palcem.

- Idź - szepnęła Bree, nadal stojąc na głowie. - To wielki zaszczyt. Coś takiego! I to za 

pierwszym razem!

Dan maszerował po drewnianej podłodze i desperacko zakrywał  rozporek rękoma. 

Doszedł do podwyższenia. Jogin uśmiechał się łagodnie.

- Chodź, synu - powiedział. - To twój pierwszy raz. prawda?

Dan nerwowo skinął głową. Dygocząc, wszedł na podwyższenie. Jogin pochylił się, 

oparł o ziemię i zademonstrował Danowi makabryczne zbliżenie pomarszczonych pośladków. 

Wszyscy poszli jego śladem i przez chwilę Dan miał przed oczyma  surrealistyczną wizję 

piersi Bree do góry nogami, między jej nogami. Lecz mistrz wyrwał go z rozmarzenia. Stanął 

za nim, przywarł płaskim brzuchem do chudych pleców Dana i delikatnie pochylił mu głowę, 

tak że chłopak widział jedynie swoje nogi i chude łydki jogina, W życiu nie doświadczył 

takiej bliskości ze starszym człowiekiem, a co dopiero z hinduskim mistrzem jogi.

Ale napalony facet nie zna wstydu.

background image

N wśród miejscowych

- Wiem, gdzie  później pójdziemy - oznajmiła  Tawny. Oblizała palce i zajrzała do 

koszyczka z panierowanymi krewetkami w poszukiwaniu okruchów.

Nate dopił cytrynową corone i skinął głową.

- Dobra.

Siedzieli przy malutkim stoliku, pod brudnym oknem w Oyster Shack, jedli palcami, 

pili piwo i rozmawiali - a właściwie Tawny gadała. O tym, że się uczy surfingu. Że jej tata był 

strażakiem, ale spadł z drabiny i przeszedł na rentę. Że cztery razy była w Disney World. Że 

jej włosy same się kręcą, ale wszyscy myślą, że ma trwałą. Że się bardzo cieszy, że niedługo 

skończy szkolę.

Nate prawie jej nie słuchał. Była bardzo seksowna i zadawalał się patrzeniem na nią. 

Na Upper East Side niewiele jest takich dziewczyn. Gęste, jasne faliste włosy spływały jej na 

opalone, piegowate ramiona. Różowe usta smakowały wiśniowym błyszczykiem. Niebieskie 

oczy kryty się za zasłoną długich rzęs, a srebrne pierścionki zdobiły długie, opalone palce.

Blair wiecznie o coś pytała. O ulubioną piosenkę, pierwsze wspomnienie, co będzie 

robił,   gdy   dorośnie?   Mówiła,   że   po   prostu   chce   go   lepiej   poznać,   ale   jemu   zawsze   się 

wydawało, że to egzamin, którego nie potrafi zdać. Tawny wystarczało, że był po prostu sobą.

Czyli przystojnym, aroganckim ćpunem?

Po kolacji Tawny wskoczyła na kierownicę i mówiła mu. jak ma jechać. Odrzuciła 

głowę do tyłu. Jej długie włosy łaskotały go w nos.

- Wolniej! Nie, szybciej! - piszczała.

- Dokąd jedziemy? - zapytał Nate. Rower podskakiwał na wybojach i korzeniach.

Tawny obejrzała się przez ramię.

- Zobaczysz... Stop! Muszę zsiąść!

Nate zahamował i zeskoczyła na ziemię. Jej lawendowe szorty odsłoniły na chwilę 

fantastyczne, opalone pośladki. Rany, ależ jest seksowna!

- Fajnie było! - Zaśmiała się. Rozgarniała zarosła i szła w stronę plaży. - Zostaw tu 

rower, nic mu nie będzie.

Nate oparł rower o pień. Zachodzące słońce z trudem przedzierało się przez gałęzie 

background image

drzew. W lesie panował chłód i cisza.

Idąc za Tawny rozmyślał, jakie to dziwne, że zaledwie kilka tygodni po zakończeniu 

szkoły jego życie zmieniło się tak diametralnie. Pracuje na budowie i chodzi z dziewczyną z 

Hamptons. Chociaż, właściwie czemu nie? Skoro Blair mogła wszystko zmienić - na miłość 

boską, ona wychodzi za mąż! Dlaczego on nie może spróbować czegoś nowego? Z Tawny 

szło mu łatwiej niż z innymi.  Nie była  wymagająca i samolubna jak Blair, ani naiwna i 

nachalna jak Jenny, ani nieprzewidywalna i nieuważna jak Serena. Ona po prostu... była.

Klasyczna logika ćpuna.

- No, chodź! - zawołała Tawny i złapała go za rękę.

Zaprowadziła go na małą słoneczną polankę. Dwa zwalone drzewa służyły za ławki. 

Miejsce było najwyraźniej popularne wśród miejscowych, bo na ziemi poniewierały się puste 

butelki po piwie i niedopałki. Na jednym pniu przysiadło trzech kolesi. Palili skręta. Za ich 

plecami lśniły niebieskie wody zatoki.

- Cześć chłopaki! - zawołała Tawny.

Spojrzeli w ich stronę. Mieli wyskubane brwi i nażelowane włosy, nosili workowate 

dżinsy i koszule w kratkę. Nate i jego kumple śmialiby się do rozpuku, widząc ich w mieście. 

Tacy   kolesie   wdają   się   w   bójki   z   bramkarzami   i   zlewają   się   łanią   wodą   kolońską.   I 

najwyraźniej przyjaźnią się z, Tawny.

- Nate, to Greg, Tony i Vince.

- Cześć. - Nate niepewnie skinął głową.

Tawny przelazła przez pień i usiadła obok Grega, opalonego chłopaka ze skrętem w 

dłoni. Wypinał pierś i zdaniem Nate'a wyglądał jak buldog.

- Mamy zioło, stary - oznajmił Vince, który mógłby być bratem bliźniakiem Grega. - 

Siadaj.

Nate rozpogodził się nieco na tę propozycję. Nie znosił, kiedy nieznajomi zwracali się 

do niego per „stary”, nie znosił przegranych, którzy udają, że wszystko jest w porządku, ale 

musiał przyznać, że nie ma to jak skręt po jedzeniu. Nawet z takimi dupkami.

Tawny pociągnęła i podała mu wilgotnego skręta. Zaciągał się chciwie.

- Dobry towar, co? - zapytał Greg szorstko. - Od mojego stałego dostawcy. W lecie ma 

zawsze pełne ręce roboty, ale i tak trzyma najlepszą trawkę dla stałych klientów.

Towar nie był dobry. Nate miał w sypialni o wiele lepszy, hawajski, ale nie narzekał.

- Pieprzone mieszczuchy - warknął Vince i wziął od niego skręta. - Zawsze wszystko 

pieprzą w lecie. Ruch. Imprezy. Tłok.

Cóż za elokwencja.

background image

- Turyści,   stary   -   podsumował   Tony.   Do   tej   pory   się   nie   odzywał.   Podejrzliwie 

przyglądał się Nate'owi spod pogniecionej cyklistówki.

Nate odpływał, jak zwykle po skręcie, ale słyszał, co mówili. Głośno i wyraźnie.

- Fakt. - Tawny ziewnęła i oparła blond głowę na jego ramieniu.

Nate zerknął na swoje ciuchy. Najwyraźniej Tawny nie lubiła bogaczy, którzy latem 

zapełniali uliczki Hamptons, a on do nich należał. Opalenizna i robocze ubranie sprawiły, że 

wzięła go za chłopaka, który musi w lecie pracować. Pewnie żeby móc zapłacić za Yale. Nie 

był wobec niej szczery.

Niektórych nawyków trudno się pozbyć.

- Co roku to samo - ciągnęła Tawny. - Dlaczego nie jeżdżą gdzie indziej, nie wiem, do 

Francji na przykład?

- Nie są tacy źli - zaryzykował, - To znaczy, ja też jestem z miasta…

- Tak? - Tawny podniosła głowę, zmrużyła niebieskie oczy. - A nic nie mówiłeś.

- Nie pytałaś - zauważył. Trzej kolesie zamruczeli groźnie. Vince splunął. Gdzieś na 

morzu kuter rybacki włączył reflektory.

- Wiedziałem. - Tony splunął na ziemię. - To się czuje.

- Ale to co innego. - Nate pokręcił głową. - Nie jestem jak oni.

- Chyba nie… - Tawny znowu przytuliła się do niego, potarła twarzą o jego mocną, 

robotniczą pierś. - Może kiedyś zabierzesz mnie do miasta?

- Jasne. - Objął ją ramieniem. - Będzie fajnie.

Pod warunkiem, że nie wpadną na Blair Waldorf, znaną zazdrośnicę.

background image

wpadnij do mnie

Wieczorem   po   sesji   naukowej   i   kolejnym   meczącym   dniu   prób,   Serena   wracała 

taksówką   do   hotelu   Chelsea.   Ale   tym   razem   miała   powody   do   radości.   Po   raz   kolejny 

otworzyła komórkę, głównie po to, żeby jeszcze raz przeczytać esemesa od Thaddeusa.

Wpadnij do mnie. Tęsknię. Całusy.

Po stekach obelg, którymi obrzucał ją Ken Mogul, Serena zaczynała w siebie wątpić, 

ale oto namacalny dowód, że nic się nie zmieniło.

Taksówka   skręciła   w   Dwudziestą   Trzecią   i   Serena   czuła,   jak   jej   serce   bije   coraz 

szybciej. Za kilka minut będzie w hotelu. Już wcześniej spotykała się z przystojniakami, ale 

jeszcze nigdy nie straciła głowy dla kogoś takiego jak Thaddeus. Tak, jest boski, ale było w 

nim coś jeszcze. Miała przeczucie, że zostaną nie tylko partnerami ekranowymi, nie tylko 

kochankami, ale także bliskimi przyjaciółmi.

Nie żeby potrzebowała nowego przyjaciela... A może jednak? Nie myślała o tym zbyt 

dużo.

W końcu dojechali do hotelu Chelsea. Wetknęła banknot dwudziestodolarowy w dłoń 

kierowcy, wysiadła i wbiegła do holu. Zaczęli już zdjęcia w Barneys, ale Ken i tak twierdził, 

że   muszą   dużo   ćwiczyć.   Idąc   znajomymi   ciemnymi   korytarzami,   których   ściany   zdobiły 

słynne   dzieła,   czuła,   jak   nieprzyjemnie   ściska   się   jej   żołądek.   Starała   się   nie   myśleć   o 

wszystkich przykrych rzeczach, które usłyszała od Kena w tym budynku. Za chwilę wydarzy 

się coś wspaniałego. Czeka ją randką z Thaddeusem Smithem!

Zapukała  cicho.  Otworzył niemal  natychmiast  i na  jego twarzy pojawił  się wyraz 

zdumienia. Luźne szorty zsunęły się nisko na biodra, odsłaniając skraj zwyczajnych szarych 

bokserek.

- Serena! - zawołał. - Co się stało?

- Nic - szepnęła i wślizgnęła się do pokoju. Rzuciła oliwkową torbę Marca Jacobsa na 

podłogę i usadowiła się na kanapie.

Thaddeus zaniknął drzwi i podciągnął szorty. Speszył się trochę.

- Co się dzieje? Byłaś w okolicy?

- Coś w tym stylu. - Roześmiała się. Jakie to słodkie, że gwiazdor światowej sławy 

może być taki zażenowany. Boże. cudownie się z nim flirtuje.

background image

- Jak tam. ćwiczysz sama? - Thaddeus włożył koszulkę, którą przed chwilą podniósł z 

podłogi.

- To okropne - jęknęła. - Sądząc po zachowaniu Kena, nic mi się nie udaje.

- Być aktorem jest trudniej, niż ludziom się wydaje - przyznał Thaddeus, - Sądzą, że to 

tylko blichtr, imprezy i premiery, ale ja naprawdę pracuję. Chyba nie muszę ci tego mówić.

Tak, trzy miliony dolarów za film to ciężki kawałek chleba.

- Szkoda, że nikt mnie nie ostrzegł. - Serena podniosła torbę z podłogi i szukała w niej 

czegoś nerwowo. Była bardzo spięta, musiała się rozluźnić. - Mogę zapalić?

- Oczywiście.   -   Znużonym   gestem   wskazał   stolik,   a   na   nim   popielniczkę   i   kilka 

zapalniczek. - Tylko widzisz, Sereno, to nie jest odpowiednia chwila. Zaraz tu przyjdzie mój 

przyjaciel. Serge.

Serena nie ruszyła się z kanapy. Czy naprawdę tak trudno zostać z nim sam na sam?

- Cóż,   z   twojego   esemesa   trudno   wywnioskować,   żebyś   był   bardzo   zajęty.   - 

Uśmiechnęła się nerwowo. Thaddeus chyba trochę przesadza z nieśmiałością.

Trochę?

- Cholera! okrzyknął. - Dostałaś ode mnie esemesa?

- Mhm - mruknęła gardłowo.

- Cóż, bardzo się cieszę - wysiekał. - Pomyślałem, że... no... pomyślałem, że trochę 

popracujemy.

Dlaczego tak się denerwuje? Nie do wiary, że ktoś tak piękny i sławny jak Thaddeus 

Smith wpada w panikę przy kobiecie!

- Popracujemy? - Naburmuszyła się. - Myślałam, że może, no wiesz, chciałbyś  się 

zabawić.

- Zabawić - powtórzył. - Czasami praca to... - Przerwał mu świergot komórki. Spojrzał 

na wyświetlacz. - Przepraszam, muszę odebrać. Zaraz wracam. - Wybiegł do sypialni, lak że 

usłyszała tylko: „Halo?”

Zdusiła niedopałek w popielniczce. Dziwaczne zachowanie Thaddeusa niepokoiło ją. 

Jest   zbyt   nachalna?   Zbyt   nieśmiała?   To   on   przesiał   prowokacyjnego   esemesa.   Dlaczego 

zaprosił przyjaciela? Może kręcą go takie pikantne pomysły? To nie w jej stylu.

Czyżby?

- Przepraszam. - Thaddeus wrócił do saloniku i rzucił telefon na stolik. - No dobra, 

skoro już tu jesteś, przećwiczmy kilka scen.

- Scen? - powtórzyła.

- Możesz wziąć mój scenariusz. - Thaddeus z westchnieniem opadł na fotel, - Znam 

background image

tekst na pamięć.

- Zacznijmy od sceny siedemnastej - zaczęła z nadzieją. - Wiesz, tej miłosnej?

Odgrywanie sceny miłosnej to chyba wszystko, na co może liczyć.

background image

herbatka dla dwojga

- Wszystko w porządku? - zapytała Vanessa. Dan leżał na łóżku i krzywił się z bólu. 

Na podniszczonym brązowym dywanie walały się niedopałki cameli, jakby nie miał nawet 

siły sięgnąć po kubek z resztkami kawy, którego zazwyczaj używał jako popielniczki.

- Kurwa - jęknął. - Chyba coś sobie naciągnąłem.

Vanessa   wzięła   z   niepościelonego   łóżka   zaczytany   egzemplarz  Bhagavadgity. 

Wiedziała, że to święta księga hinduizmu. ale nigdy jej to specjalnie nie interesowało. A 

potem zobaczyła, że Dan pisze nowy wiersz w wielkim czarnym notesie.

Przewrócił się na plecy.

- Co   piszesz?   -   zapytała   i   wyciągnęła   rękę   po   notes.   Przepytała   kilka   pierwszych 

linijek:

Tylko miłość. Tylko namiętność. Tak, tak.

Budda to nie Jezus. Ja też nie.

Jestem zwykłym facetem.

Sensacja dnia! Bikram zabija szare komórki i poeci, którzy tak pisali źle, zaczynają 

pisać fatalnie.

- Nie czytaj tego! - Dan wyrwał jej notes. - To... osobiste, chcesz herbaty? - zapytał po 

chwili i usiadł. - Kupiłem miętę, podobno oczyszcza ciało z toksyn i sprawia, że zaczyna się 

naprawdę oddychać.

Vanessa się żachnęła.

- Żartujesz?

- Daj spokój. - Dan ziewnął  i wstał z trudem. Vanessa ruszyła  za nim. Przeszli z 

sypialni   do   mrocznego   przedpokoju,   a   potem   (w   ślimaczym   tempie)   do   kuchni,   pełnej 

brudnych naczyń. Na blacie poniewierały się okruszki, opiekacz do chleba leżał smętnie na 

boku. Na środku stołu stał brudny garnek po fondue. Vanessa sięgnęła po widelec i dźgnęła 

zastygłą masę. Dan gotował wodę.

Zaparzył dwie herbaty miętowe i podał jej szklankę. Vanessa usiłowała spojrzeć mu w 

oczy, ale, o dziwo, unikał jej wzroku. Po pierwsze dlatego, że wyglądała bardzo ładnie w 

nowej czarnej sukience, a także dlatego, że miał wyrzuty sumienia, że szalał na jodze z Bree i 

background image

nie pisnął o tym słowa swojej, jakby nie było, dziewczynie.

- Wiesz - zaczęła ostrożnie. - Mam wrażenie, że w ogóle się nie widujemy.

- Mam mnóstwo pracy - mruknął z nosem w kubku. - Jestem potrzebny w Strand. I 

poznałem nowych ludzi.

Vanessa zachichotała.

- Pewnie w świecie antykwariatów trwa ciągły ruch. Dlaczego Dan zachowuje się tak 

dziwacznie? Kilka dni temu widziała, że był rozczarowany jej napiętym planem dnia, ale 

odkąd się wprowadziła, zachowuje się, jakby wcale się nie znali.

- Daruj   sobie   te   złośliwości   -   burknął   i   uderzył   łyżeczką   w   kubek   z   napisem: 

P

RAWDZIWI

 

POECI

 

ROBIĄ

 

TO

 

W

 

DRODZE

. - Wyniosłość to otwarte drzwi dla negatywnej energii.

- Słucham? - pisnęła Vanessa. - Możesz łaskawie powtórzyć?

- Wątpię, żebyś zrozumiała. - Pił przeraźliwie gorącą herbatę. - To jedna z podstaw 

filozofii jogina.

- Nie znam żadnego jogina, poza misiem Yogi. Nie wiem, gdzie podłapałeś ten rodem 

z New Age żargon, ale Dan Humphrey, którego znałam, kochałam i który mnie podniecał, 

uznałby, że pieprzysz jak potłuczony.

- Cóż, Vanessa Abrams, którą znałem i kochałem, nie sprzedałaby się Hollywood - 

odciął się gniewnie. Celowo opuścił fragment o podniecaniu, bo chwilowo kręciła go inna.

- Słucham?  -  Vanessa  odstawiła  kubek.  To   niesprawiedliwe.  Przecież   wiedział,  że 

Ruby właściwie wyrzuciła ją z domu i że potrzebowała pieniędzy. I co? Nie jest z niej dumny, 

że mając zaledwie osiemnaście lat pracuje przy filmie fabularnym? - Cóż, ja przynajmniej 

robię coś więcej niż ustawianie książek w porządku alfabetycznym.

Zamknął oczy i głośno oddychał przez nos. Wczoraj nauczył się tego na jodze - dobre 

wchodzi, złe wychodzi.

- Myślałem, że dobrze nam będzie razem, ale chyba się zmieniłaś.

Vanessa z westchnieniem spojrzała na kubek. Herbata smakowała jak pasta do zębów 

i płyn do mycia naczyń.

- To ty się zmieniłeś! - krzyknęła. - Może powinnam po prostu zejść ci z oczu. - 

Dmuchała na gorący napój.

- Litości! - warknął Dan. - To ty miałaś mnie dosyć, nie odwrotnie. To mnie zależało 

na ostatnim wspólnym lecie. Ciebie obchodziła jedynie praca.

- No   to   oboje   mamy,   czego   chcieliśmy   -   stwierdziła.   Upiła   kolejny   łyk   herbaty   i 

odstawiła kubek w bałagan na stole, między stare gazety i brudne garnki. A potem wybiegła z 

mieszkania na przyzwoitą kawę w kafejce przy Broadwayu.

background image

Dan przeczesał palcami niesforną czuprynę. Owszem, rozluźnił się, ale nie tak. jak 

powinien. Wyjął camela z paczki i zapalił od kuchennego planiku.

Jogin chyba nie byłby zadowolony.

background image

naśladownictwo - najszczerszy komplement

Blair wsunęła stopy w szpilki z kremowej cielęcej skórki projektu Baileya Wintera, 

ostatni szczegół jej kreacji. Były nieco zbyt eleganckie, ale chciała mieć na sobie coś z jego 

kolekcji. Uznała, że przesadą byłoby włożyć jego ubranie, ale buty to delikatny, dyskretny 

hołd dla jego geniuszu, a jednocześnie nie wyjdzie  na żałosną, zdesperowaną niewolnicę 

mody.

Stała w sypialni małej Yale, czyli swoim dawnym pokoju, i podziwiała swoje odbicie 

w wielkim lustrze. Było tu o wiele lepsze światło niż w dawnym pokoju Aarona, gdzie nadal 

unosił   się   smród   jego   ziołowych   papierosów.   Skinęła   głowa   swojemu   odbiciu.   Choć 

wyglądała na pewną siebie, była zdenerwowana. Dotychczas nie najlepiej sobie radziła na 

rozmowach  kwalifikacyjnych.  Kiedy ubiegała się o miejsce w  Yale,  pocałowała swojego 

rozmówcę! A później, kiedy poprosiła o kolejną szansę, mało brakowało, a przespałaby się z 

absolwentem   tej   uczelni.   Co   prawda   szanse,   żeby   sytuacja   się   powtórzyła   z   Baileyem 

Winterem,  były  naprawdę niewielkie.  Ten  przystojny,  opalony facet  nigdy by na nią  nie 

poleciał.

No, chyba, że zmieniłaby się jakimś cudem w Blaira.

Odwróciła się i zerknęła przez ramię w lustro. Wszystko okazało się łatwiejsze, niż 

sadziła, wystarczył jeden telefon Eleonor Rose. Mimo to Blair nie chciała niczego popsuć, 

wiedziała, że to jej wielka szansa.

Niech Serena cieszy się sławą w Hollywood; Blair zrobi karierę w świecie mody. 

Znała nazwiska wszystkich  projektantów, wszystkie  dobre sklepy i najlepsze czasopisma. 

Znała   się   na   ciuchach   i   umiała   je   dobierać.   Wkrótce   stanie   się   prawdziwą   wyrocznią   w 

sprawach mody. Będzie siedziała w pierwszym rzędzie na każdym pokazie Baileya Wintera, 

jej imieniem nazwą nowe perfumy, jej twarz pojawi się w jego kampaniach reklamowych. Ich 

związek będzie przypominał relację między Audrey Hepburn i Givenchy i też przejdzie do 

legendy.   Niech   Serena   udaje   sobie   Audrey   Hepburn   na   ekranie;   Blair   będzie   nią   w 

rzeczywistości.

No tak, ale czy nie ma już perfum nazwanych imieniem Sereny? Oj.

Natarczywy dzwonek telefonu wyrwał ją z marzeń. Wróciła do Nowego Jorku dwa 

background image

dni temu, ale jeszcze nikt do niej nie zadzwonił. Ani na numer brytyjski, który miał tylko 

Marcus, ani na zwykły, który znali wszyscy. Jest na wygnaniu, stwierdziła, i nie wróci do 

życia,   dopóki  nie   będzie  mogła   zrobić   dramatycznego  wejścia,   na  przykład   oznajmić,   że 

przyleciała z Londynu na wezwanie samego Baileya Wintera. Nie może przecież dopuścić, 

żeby rozeszły się plotki, że wróciła, bo Marcus bardziej interesował się podobną do konia 

kuzynką niż nią.

Jakby i bez tego prawda nie wyszła na jaw.

Pobiegła do pokoju Aarona i porwała telefon z biurka. Napis na wyświetlaczu głosił; 

MARCUS. Proszę bardzo, Jego Lordowska Mość we własnej osobie.

Odebrała rozmowę.

- Co? - warknęła niegrzecznie.

- Blair, skarbie, co się stało? Usiłuję się do ciebie dodzwonić...

- Nie wiem, o czym mielibyśmy rozmawiać - zauważyła lodowato. - Skoro chciałeś 

pogadać, miałeś na to mnóstwo czasu, gdy jeszcze byliśmy na tym samym kontynencie.

- Jak to? Wyjechałaś? - Marcus był najwyraźniej bardzo zdziwiony. - Myślałem, że 

tylko zmieniłaś hotel, albo pojechałaś zobaczyć się z ojcem do Paryża. Bardzo się martwiłem.

- Na pewno - mruknęła złośliwie i wróciła do pokoju Yale.

- Chyba nie chodzi o Camillę, skarbie? Bo widzisz, jesteśmy spokrewnieni w drugiej 

linii, więc...

- Więc co? - zapytała. Widziała w lustrze, jak poczerwieniały jej policzki. - Wiesz co, 

chyba nie chcę tego wiedzieć. Jeśli lubicie bawić się jak dzieci, proszę bardzo. Ja w każdym 

razie nic mam na to czasu. Mam pracę!

- Żartujesz, prawda, skarbie? To tylko kawał, tak? - dopytywał się radośnie Marcus. - 

Camilla też o ciebie pyta. Będzie zachwycona...

- Pozdrów ją ode mnie - prychnęła. Rozłączyła się i wyłączyła telefon. Upewniła się, 

że nie ma w nim żadnych wystających i ostrych części i położyła go w łóżeczku małej Yale.

Bo nigdy nie jest za wcześnie na pierwszą komórkę.

Blair zerknęła na zegarek Chanel. Niedługo ma się spotkać z Baileyem Winterem, a 

nie chciała się spóźnić. Powędrowała długim korytarzem do kuchni i zastała matkę zajadającą 

kanapkę. choć zaraz miały wychodzić. Tyler, jej młodszy brat, i jego dziewczyna, Jasmine, 

siedzieli na niskich stołeczkach i sączyli colę.

- Miło cię widzieć, Blair - zaszczebiotała Jasmine.

Jasmine  ją prześladowała.  Prawda  wyszła  na jaw,  gdy zjawiła  się na imprezie  na 

zakończenie szkoły w identycznym kostiumie Oscara de la Renty, jaki Blair miała na sobie. 

background image

Miała   zadziwiająco   ciemne,   lśniące   i   zdrowe   włosy.   I   była   chyba   najbardziej   irytującą 

dziewczyną na świecie.

- Mamo. - Blair nie zwróciła uwagi na Jasmine. - Zostaw to. Musimy iść.

- Cicho - mruknęła matka i starła niewidzialny pyłek z marmurowego blatu. - Mamy 

czas. Zresztą znam Baileya od lat, ten człowiek nigdy nie przychodzi na czas. zawsze spóźnia 

się co najmniej dziesięć minut. Wszyscy o tym wiedzą. - Wbiła zęby w kanapkę.

- Bailey Winter? - pisnęła Jasmine. Zauważyła buty Blair. - O, to jego buty! Mam 

takie same, tylko czarne. Szkoda, że nie kupiłam kremowych.

Blair posłała jej mordercze spojrzenie.

- Ej, Blair? - Tyler jednocześnie pisał esemesa i ściągał mp3 na iPoda. Co chwila 

zerkał na oba wyświetlacze.

- Tak? - Niecierpliwie stukała obcasem. Czemu jeszcze nie idą do cholery?

- Naprawdę nic mi nie przywiozłaś z Londynu?

- Przykro mi - westchnęła. - Wracałam w pośpiechu.

- Ale sobie zdążyłaś sporo kupić - zauważyła Eleonor i wsunęła w usta oliwkę.

- Jestem Jasmine. - Dziewczyna Tylera wstała i podała Blair rękę. - A ty oczywiście 

jesteś Blair. Właściwie już się poznałyśmy, na twoim przyjęciu po ukończeniu szkoły, ale 

pewnie mnie nie pamiętasz.

Jakby Blair mogła zapomnieć swoją naśladowczynię.

Jest   coś   podejrzanego   w   trzynastolatce   z   nieskazitelnymi   manierami.   Ba,   jest   coś 

podejrzanego w tym, że Tyler ma dziewczynę. Dotychczas w ogóle się nimi nie interesował, 

wolał towarzystwo komputera i kolekcję winylowych płyt.

- Chodźmy, mamo - nalegała Blair. - Nie chcę się spóźnić. Zależy mi, żeby zrobić 

dobre wrażenie.

- Och, skarbie. - Eleanor dokończyła kanapkę i zostawiła okruchy na blacie. Myrtle 

posprząta. - Tak się cieszę, że poważnie do tego podchodzisz.

- Zaraz, idziecie do tego Baileya Wintera? - zainteresowała się Jasmine.

Pewnie zżera ją ciekawość.

- Chce mnie zatrudnić - syknęła Blair lodowato.

- Uwielbiam jego projekty - zaszczebiotała Jasmine. - Oczywiście na razie nie mogę 

kupować żadnych jego ciuchów, mama mówi, że dopiero jak pójdę do liceum, ale nie mam 

nic przeciwko temu. No, bo przecież do szkoły i tak noszę mundurek i...

- Jasne. - Blair nie dała jej dokończyć. Czy prosiła o szczegółową opowieść? - Zejdę 

na dół, niech odźwierny złapie nam taksówkę. Mamo, za pięć minut masz być w holu, inaczej 

background image

jadę bez ciebie.

Blair  sama   zjechała   windą  do  holu.  Czekała   przed  budynkiem,   paliła  i   co  chwila 

zerkała na zegarek Chanel. Dokładnie po pięciu minutach zjawiła się Eleonor w grejpfrutowej 

szmizjerce   od   Baileya   Wintera  i  płaskich   mokasynach   Toda.   Nie   była   sama.   Koło   niej 

radośnie   podskakiwała   Jasmine,   jak   trzylatka   przed   pierwszym   pokazem  Dziadka   do 

orzechów. Blair niczym się nie przejmowała. W jej głowic rozgrywała się filmowa scena - oto 

zwiewna muza udaje się na spotkanie z geniuszem. Nawet Jaśminie nie mogła tego zepsuć.

Na Park Avenue, przed imponującą rezydencją Wintera. Blair pierwsza wysiadła z 

taksówki. Matka i Jasmine szły tuż za nią, jak damy dworu. Później wytnie się statystów.

W   drzwiach   powitał   je   najprawdziwszy   angielski   lokaj,   w   liberii,   a   jakże.   I 

zaanonsował je pełnym nazwiskiem, gdy stanęły na progu salonu na drugim piętrze:

- Pani   Eleonor   Rose,   pani   Blair   Waldorf,   pani   Jasmine   James   -   Morgan   -   ryknął 

donośnie. Blair przemknął przez myśl Marcus, ale zaraz o nim zapomniała, bo znalazła się w 

najelegantszym wnętrzu, jakie w życiu widziała. Na mahoniowej boazerii wisiały ogromne 

olejne portrety pięknych arystokratek w niewiarygodnych kreacjach z jedwabiu i koronek. 

Kobiety   miały   błogie   uśmiechy   na   twarzach.   Na   marmurowych   podestach   stały   szklane 

rzeźby - męskie torsy i popiersia. A wysoko pod sufitem widniało witrażowe okno.

- O Boże! - rozległ się znajomy, piskliwy głos Baileya Wintera. Szacowny projektant 

z Park Avenue wbiegł do pokoju w podskokach, jak mała dziewczynka. Jego białożółte włosy 

sterczały na wszystkie strony, jakby poraził go prąd podczas suszenia. Był zadziwiająco niski, 

wręcz  miniaturowy.  Miał  na sobie  niebieską  marynarkę  z mosiężnymi  guzikami,  koszulę 

rozpiętą pod szyją i białe lniane spodnie. Kremowe mokasyny, które włożył na gołe stopy, 

skrzypiały zabawnie na drewnianej posadzce. Na szyi powiewała mu zawadiacko zawiązana 

żółta apaszka ze wzorem, który lansował w ostatniej kolekcji. - Eleonor Rose, ty suko! Jaka 

jesteś chuda!

- Bailey! - zawołała Eleonor. Objęli się i głośno cmoknęli w policzki.

Cmok, cmok, cmok!

- A cóż to za dwie ślicznotki? - zapytał Bailey i dramatycznym gestem ściągnął z 

głowy   okulary   przeciwsłoneczne,   swój   znak   rozpoznawczy,   W   zadumie   gładził   się   po 

brodzie. - Boskie, po prostu boskie, prawda? - zapytał nie wiadomo kogo.

- Bailey - odezwała się z dumą Eleonor. - To moja córka, Blair, i Jasmine, dziewczyna 

mojego syna, Tylera.

- Fuj! - pisnął Bailey Winter.

Blair nigdy nie słyszała, żeby dorosły mężczyzna wydawał takie dźwięki.

background image

- Niewiarygodne - szepnął. - Chodźcie, siadajcie. Napijmy się herbatki i pogadajmy, 

co   wy   na   to,   moje   panie?   -   Skinął   na   lokaja,   wymachując   ręką,   jakby   miał   złamany 

nadgarstek. Wskazał ogromną kanapę i nagle zastygł w bezruchu. - Pst - syknął. Odwrócił się 

i uraczył Blair szaleńczym uśmiechem. - Herbatka oznacza martini. - Puścił oko.

Blair odpowiedziała tym samym i się uśmiechnęła. Nie tego się spodziewała.

Było o wiele lepiej.

background image

czy V zarobi na obiad w tym mieście?

- Dobra, kręcimy! - powiedział Ken Mogul do asystenta. Siedział niedbale rozparty w 

płóciennym krześle ze swoimi inicjałami.

Vanessa   ustawiła   kamerę   na   stojaku.   U   Freda,   restauracja   w   Barneys,   miejsce 

kluczowe dla akcji filmu, przypominała obraz nędzy i rozpaczy. Zamiast klientów jedzących 

lunch, tłoczyła  się w  niej stuosobowa ekipa filmowa. Choć wynieśli  większość stolików, 

między reflektorami, kablami, wizażystami, fryzjerami, dźwiękowcami, gońcami, asystentami 

i asystentami asystentów zostało bardzo mało miejsca.

Zupełnie jak w sklepie z butami podczas wyprzedaży.

- Dobra, kręcimy! - zawołał asystent. Wszyscy rozsunęli się na boki, a Ken Mogul 

skinął na Vanessę, która mocowała się z kamerą.

- Kręcimy, Vanesso.

- Uwaga, kręcimy! - zawołała z dumą. Zawsze chciała to powiedzieć, choć wyobrażała 

sobie raczej, że te słowa padną w kostnicy albo innym równie ponurym miejscu. Z pewnością 

nie w Barneys i nie w filmie z Thaddeusem Smithem w roli głównej. Mimo wszystko przeszła 

daleką drogę od czasów, gdy reżyserowała szkolną wersję Wojny i pokoju.

Był to drugi dzień zdjęciowy i kręcili bardzo ważną scenę z udziałem Thaddeusa w 

roli Jeremy'ego i gwiazdki niezależnych produkcji. Mirandy Grace, w roli Heleny, czyli czar-

nego   charakteru.  Śniadanie   u   Freda  to   jej   pierwszy   film   bez   Coco,   siostry   bliźniaczki. 

Oficjalnie mówiło się, że Miranda chce spróbować kariery solowej. W rzeczywistości Coco 

była na odwyku. Zastąpiła ją niejaka Courtney Pinard, którą Ken Mogul odkrył, gdy jeździła 

na   rolkach   w   parku   przy   Washington   Square,   i   która   miała   w   jednym   palcu   wszystkie 

sztuczki, jakich wiecznie naćpana Coco nie zdołała się nauczyć.

Miranda poruszyła  szklanką,  aż zagrzechotał lód w jej drinku. Wypiła  go jednym 

haustem. Odchrząknęła głosko, pochyliła się nad stolikiem i wzięła Thaddeusa za rękę.

- Kochany, wierzysz w przeznaczenie? - zapytała.

Jej słowa niosły się echem po planie. Było tak cicho, że Vanessa słyszała grzechot 

kostek lodu w szklance Mirandy.

- Sam już nie wiem, w co wierzę - odparł Thaddeus cicho, - Ale wiem jedno... - 

background image

Urwał.

Tego momentu Vanessa - i wszyscy inni na planie - bali się najbardziej. Serena miała 

wpaść do restauracji, ciągnąc za sobą różową etolę, i dosiąść się do pozostałej dwójki.

Minęła jedna chwila... druga...

Ani śladu Sereny. Ani śladu Holly. Nikogo.

- Cięcie, do cholery! - warknął Ken Mogul.

- Cięcie - powtórzył spokojnie asystent reżysera i nagle plan ożył. Nie wiadomo skąd 

wybiegli wizażyści i fryzjerzy, poprawiali Thaddeusowi czuprynę, malowali usta Mi randzie, 

Rekwizytor napełnił jej szklankę i starł szminkę z krawędzi.

- Czy ktoś w końcu powie pieprzonej pannie van der coś tam, żeby przyszła na plan i 

nakręciła te cholerną scenę - szepnął Ken.

- Przepraszani  bardzo!   -  zawołała  Serena.   Wbiegła  na  plan   z  groźnie   wyglądającą 

szpilką Baileya Wintera. - Byłam w garderobie. Bardzo przepraszam, te buty, ja...

- Serena na planie! - zawołał drugi asystent reżysera.

Dzięki za informację.

- Holly, Holly, Holly. - Ken Mogul pokręcił głową. - Na miejsce, i to już. Jeszcze raz.

Wszyscy   ponownie   skryli   się   w   cieniu.   Zaczęli   od   początku.   Tym   razem,   gdy 

Thaddeus   już   miał   odpowiedzieć   na   pytanie   Mirandy,   Serena   wbiegła   do   restauracji,   w 

odpowiedniej chwili, i poprawiła etolę zsuwającą się z ramion.

- Jestem, już jestem! - zaszczebiotała. Wygładziła szyfonową kreację Baileya Wintera, 

przysunęła sobie wolne krzesło z sąsiedniego stolika i usiadła.

- Słucham? - warknęła Miranda.

- Cięcie, cięcie, cięcie! - wymamrotał Ken Mogul.

- Cięcie! - ryknął posłuszny asystent.

- Mirando,   Sereno,   słuchajcie,   jesteście   teraz   Heleną   i   Holly.   Pokażcie   nam   to   - 

tłumaczył. - Mirando, przekonaj mnie, że cały świat je ci z ręki.

Miranda głupio kiwała głową i trzepotała sztucznymi rzęsami. Pochodziła z Lower 

East Side, chodziła do katolickiej szkoły, a najbardziej lubiła makaron z serem. Nie miała 

pojęcia, o co mu chodzi.

A kto miał?

Za trzecim razem wydawało się, że wszystko idzie jak trzeba, Thaddeus i Miranda 

wypadli   wspaniale,   dorzucili   do   tekstu   własne   perełki.   Światło   było   idealne,   naturalne   i 

łagodne, nic się w niczym nie odbijało, dźwięk wchodził bez problemów. A Serena wkroczyła 

we  właściwym   momencie,   nie   zapomniała   tekstu,   nie   potknęła  się...   kiedy  Ken  krzyknął 

background image

cięcie, scena była gotowa.

- Może nie będzie tak źle - mruknął scenicznym  szeptem do Vanessy. - Dosyć na 

razie! - zawołał. - Kwadrans przerwy.

Odwrócił się do Vanessy i powiedział już normalnym głosem:

- Czas na ciebie, mała. Pokaż, co masz.

Nie ma sprawy, pomyślała. Może wszystko inne się pieprzy - jak z Danem - ale z 

kamerą umiała się obchodzić.

Ken Mogul przyciągnął reżyserski fotel do jej monitora, żeby obejrzeć, co nakręciła. 

Asystent Vanessy włączył sprzęt, a ona zaglądała Kenowi przez ramię.

Za pierwszym razem kręciła tradycyjnie, używając dalszego i bliższego planu, żeby 

uchwycić niuanse gry aktorskiej, ale generalnie zachowując klasyczny odstęp od aktorów. Jej 

zdaniem wypadło to sztywno i konwencjonalnie; dobrze technicznie, ale bez krzty wyobraźni. 

Za   drugim   razem   zdecydowała   się   na   zupełnie   inne   podejście;   zrobiła   najazd   na   usta 

Thaddeusa, później przesunęła obiektyw na jego rzęsy. Podobnie potraktowała jego partnerkę 

i w elekcie otrzymała impresjonistyczny kawałek w klimacie wideoklipu. W filmach do tej 

pory nie widziała równie nowatorskich ujęć, ale to było naprawdę dobre. Za trzecim razem 

posunęła się jeszcze dalej, zatrzymała obiektyw na lodzie w szklance. Jej zdaniem idealnie 

obrazowało to skomplikowane relacje między bohaterami. Jedno z jej najlepszych ujęć.

- Co to, kurwa, jest? - zapytał spokojnie Ken Mogul.

Vanessa spojrzała na niego. Nie bardzo wiedziała, jak interpretować jego ton.

- Zadałem ci pytanie? - Odwrócił się do niej, - Co to, kurwa, jest, Vanesso? Co to, 

kurwa, jest?

- Dzisiejsza scena - odparła z dumą, ale i drżeniem w głosie.

- Czy ty, kurwa, żartujesz?! - wrzasnął. Członkowie ekipy skryli  się w cieniu, ale 

Vanessa czuła na sobie ich wzrok.

- Vanesso, co to za eksperymentalne gówno? Nie po to cię zatrudniłem!

Ależ   owszem,   właśnie   po   to!   Sam   to   powiedział,   o   ile   dobrze   pamięta.   Vanessa 

przyglądała mu się w milczeniu.

- Dość tego. Jeszcze tego mi brakowało. Mam aktorkę, która nie umie grać. Obgryzam 

długopis, bo na planie własnego filmu nie wolno mi palić. A teraz jeszcze to. Pieprzona 

eksperymentatorka kręci mi tu intelektualne gówno. Dosyć tego. Zwalniam cię! - Ken się 

odwrócił   i   rozsiadł   na   krześle.   -   A   ty   -   wskazał   praktykanta   -   każ   Serenie,   Thadowi   i 

Mirandzie zostać na planie. Przez tę idiotkę musimy powtórzyć.

Vanessa już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale nie zrobiła tego. Była wściekła, 

background image

cholernie wściekła, ale przede wszystkim dotknięta. Miała łzy w oczach, a gardło ścisnęło jej 

się tak bardzo, ze zaniosła się kaszlem. Nic mieściło jej się w głowie, że do tego doszło. 

Dopiero co zaczęli kręcić, a już ją wylał? Najpierw Ruby wyrzuciła ją z domu, potem Dan 

zwariował i zachowuje się jak natchniony buddysta, a teraz to?

- Vanesso, co jest? - zapytał Ken szorstko. - Ogłuchłaś? Zwalniam cię. Spieprzaj z 

mojego planu.

Vanessa   spakowała   sprzęt   i   rzuciła   się   do   windy.   Jej   pierwszy   film   na   studiach? 

Fabuła o popieprzonym reżyserze, którego rozerwie na strzępy stado wściekłych kojotów. A 

potem gość wpadnie pod metro.

Ciekawe, jak mu się spodobają zdjęcia.

background image

znowu razem... jak dobrze

Blair   dziwnie  się  czuła, wysiadając   z  windy w  Barneys.   na  spokojnym,   ciemnym 

dziewiątym piętrze. Było to trochę jak we śnie, w chwili, która wydaje się bardzo rzeczywista 

- wszystko jest znajome, ale zarazem nie takie, jak trzeba.

Zaledwie dwadzieścia minut wcześniej popijała „herbatkę” z Baileyem Winterem i 

matką, ale jeszcze nie dopiła pierwszego martini, a została wysłana do Barneys.

- Leć! Leć! - zapiszczał Bailey dziewczęcym głosikiem. - Moda nie lubi czekać!

Więc chyba ma tę pracę.

Kazał im jechać na plan  Śniadania u Freda  i skonsultować się z kostiumologiem w 

kwestii wymiarów głównych aktorów. Krawcowa w jego atelier nie uszyje bez nich na czas 

kostiumów do wielkiej sceny finałowej. Jak dotąd, nowa praca zawierała wszystkie elementy 

z marzeń Blair Waldorf: moda, blichtr, odrobina dramatu. Jedyny minus to Jasmine.

Ach tak, ona.

Bailey Winter pomyłkowo uznał dziewczynę Tylera za jej przyjaciółkę i uparł się, że 

zatrudni je obie. Tyle że Blair nie pozwoli, by obecność nieletniej prześladowczymi popsuta 

jej smak zwycięstwa. Ba, wykorzysta ją. Jasmine przecież zrobi, co się jej każe.

Zaczęła   już   w   taksówce.   Ledwie   wsiadły,   instruowała   Jasmine,   jak   ma   się 

zachowywać.

- Ja będę gadać. Mistrzowi się nie spodoba, jeśli będziesz się wtrącać - tłumaczyła jak 

stara znawczyni. Bez zmrużenia oka zamieniła niedawno nabyty brytyjski akcent na holly-

woodzki slang.

Jasmine podążała za nią krok w krok, jak zakochany szczeniak. Wysiadły z windy i 

szły korytarzem wyłożonym czarnym marmurem w stronę restauracji U Freda. Maszerowały 

energicznie i stanowczo. Nic dziwnego, że w pewnej chwili zderzyły się z kimś. Zapłakana, 

łysa i ubrana na czarno Vanessa wpadła na Blair, a ta na Jasmine, która dosłownie deptała jej 

po piętach. Jasmine z cichym jękiem osunęła się na ziemię, sandałki spadły jej z nóg.

- Cholera!   -   krzyknęła   Blair.   W   pierwszej   chwili   nie   rozpoznała   dawnej 

współlokatorki.

- Jezu.   Kurwa,   Przepraszam   -   wystękała   Vanessa.   Miała   czerwone   plamy   na 

background image

policzkach, ba, nawet na głowie. Łzy kapały jej z brody.

- Wszystko   w   porządku?   Jesteś   taka...   czerwona   -   zauważyła   inteligentnie   Blair. 

Widać, że Vanessa jest w rozpaczy, ale przecież Blair zaraz będzie mierzyła długość nogi 

Thaddeusa Smitha! To się robi od wewnętrznej strony.

A wszyscy wiemy, dokąd prowadzi wewnętrzna strona uda. prawda?

- W porządku, w porządku - mruknęła Jasmine i dźwignęła się z podłogi, chociaż nikt 

nie zwracał na nią uwagi.

- Jasmine, Vanessa... - Blair dokonała prezentacji, a polem objęła Vanessę serdecznie i 

cmoknęła powietrze w okolicy jej policzków. - Powiedz, co się stało?

Vanessa w odpowiedzi pociągnęła nosem. Nie wiedziała, czy głos nie odmówi jej 

posłuszeństwa. Co teraz? Co zrobi? Dokąd pójdzie?

- Dobra, Jasmine - warknęła Blair. Napawała się rolą szefowej. - Zostań tu i zajmij się 

Vanessą.   Muszę   lecieć.   Rozkaz   Baileya!   -   Uściskała   Vanessę,   żeby   dodać   jej   otuchy,   i 

uśmiechnęła   się   z   trudem.   -   Wiesz,   że   cię   kocham!   -   powiedziała   i   oddaliła   się   długim 

korytarzem. Pchnęła drzwi do restauracji.

- Przepraszam bardzo - powiedziała bardzo głośno w przestrzeń, ledwie znalazła się w 

środku. - Nazywam się Blair Waldorf. Pracuję u Baileya Wintera. Chciałabym porozmawiać z 

kierownikiem.

Nikt  nic odpowiedział,  nikt się  nie ruszył.  A  potem  Blair  poczuła czyjąś  dłoń na 

ramieniu i usłyszała znajomy głos:

- Chyba mogę ci pomóc - stwierdziła Serena.

- Cześć. - Blair odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z rozpromienioną przyjaciółką. 

A   może   teraz,   znowu   się   nie   przyjaźnią?   Już   tyle   razy   się   rozstawały,   że   czasami   nie 

wiedziała, czy znowu lubi Serenę, czy nadal się do niej nie odzywa.

- Wróciłaś! - pisnęła Serena. Mocno ją uściskała.

Wygląda na przyjaźń do grobowej deski.

- Wróciłam - powtórzyła Blair. Zazdrośnie chłonęli wzrokiem kreację z kremowego 

szyfonu, którą Serena miała na sobie.

- Opowiadaj!   -   Serena   odsunęła   się   trochę   i   przyjrzała   jej   uważnie.   -   Od   kiedy 

pracujesz u Baileya Wintera? Myślałam, że jesteś w Londynie?

- Dostałam tę pracę - wyjaśniła Blair rzeczowo. - Uznałam. że to najrozsądniejsze, co 

mogę zrobić. Że takie doświadczenie to dobry pomysł.

- Bomba! - zapiszczała Serena.

- Rozważam   karierę   w   świecie   mody   -   dorzuciła   Blair   od   niechcenia.   Ponad 

background image

stuosobowa ekipa Śniadania u Freda gapiła się na nią z otwartymi ustami i czekała, aż Ken 

Mogul rozerwie ją na strzępy swoimi komentarzami. Blair, niczego nieświadoma, ciągnęła 

dalej.   Rozkoszowała   się   zainteresowaniem,   jakie   budziła:   -   Każdy   ma   jakieś   powołanie. 

Moim jest chyba właśnie moda.

- A   Londyn?   I   Lord   Jakmutam?   -   dopytywała   się   Serena.   Czyżby   w   plotkach   o 

angielskiej narzeczonej była odrobina prawdy? Zazwyczaj nie słuchała plotek, ale przecież 

Blair nie bez powodu zakończyła laki romans i wróciła do domu, do pracy.

- To   długa   historia.   -   Blair   westchnęła   dramatycznie.   Jest   kobietą   pracującą   i   z 

przeszłością. Jeszcze gdyby Serena pożyczyła jej tę sukienkę...

- Dzisiaj mi opowiesz - szepnęła Serena, podekscytowana. - Ken umieścił mnie w 

mieszkaniu. Musisz je zobaczyć, Cholera, co ja gadam, zamieszkać ze mną!

- Cóż... - Blair się zawahała. Ostatnio ciągle zmieniała miejsca zamieszkania: hotel 

Plaza,   Williamsburg,   Yale   Club,   Londyn.   Czy   nie   powinna   zostać   w   domu,   z   małą 

siostrzyczką?

- Mówiłam już, że mieszkam na Wschodniej Siedemdziesiątej Pierwszej?  - Serena 

wiedziała, że akurat Blair Waldorf od razu rozpozna ten adres.

Zamieszkać w budynku ze Śniadania u Tiffany'ego?

- Muszę się spakować - oznajmiła Blair ze stoickim spokojem, jakby liczyła, że ukryje 

fakt, że niemal zsiusiała się w majtki z radości. - Przyjadę wieczorem.

W przypływie radości serdecznie uściskała przyjaciółkę. Wszystko jakoś się układa, 

zwłaszcza jeśli chodzi o Serenę. Tym razem naprawdę połączy je przyjaźń na wieki.

O ile wiekami można nazwać kilka dni!

background image

karma kameleon

Dan Humphrey wślizgnął się do obrzydliwej toalety dla personelu w ponurym zakątku 

piwnicy w Strand. W garści trzymał reklamówkę z logo literackiego pisma „Red Herring” 

Upewnił   się,   że   drzwi   są   zamknięte,   po   czym   ściągnął   przez   głowę   koszulkę   i   rozpiął 

sztruksy.   Nie   zwracał   uwagi   na   napisy   na   ścianach   toalety,   dzieła   wielu   pokoleń 

sfrustrowanych pracowników księgarni. Jeśli wierzyć plotkom, jeden z nich nabazgrał tam 

kiedyś prywatny numer telefoniczny znanego pisarza samotnika, J. D. Salingera. Za dziesięć 

minut spotka się z Bree na Union Square i musiał się przebrać, bo jego ciuchy śmierdziały 

dymem papierosowym. No i to, co nosił w pracy, nie nadawało się do ćwiczeń.

No dobra, nie jest zbytnio wysportowany. Jednak jego związek, przyjaźń czy jak tam 

nazwać to, co go łączyło z Bree, to coś więcej niż ciuchy z lycry i joga na golasa. Bree 

otworzyła mu oczy, sprawiła, że postrzegał świat z zupełnie innej perspektywy. Rozciąganie 

się   i   pozowanie   w   dusznej,   nagrzanej   sali,   ze   spoconym   starcem   u   boku,   to   nie   jest 

wymarzony   sposób,   by   spędzić   wolne   chwile.   Ale   ulubione   książki   Bree   okazały   się 

fascynujące; zmuszały do myślenia. W jego życiu tyle już się działo: opublikował wiersz w 

„New Yorkerze”, praktykował w „Red Herring , śpiewał swoje piosenki z zespołem Raves, 

Teraz odkrywał coś głębszego, ważniejszego niż przelotna sława. To było bardzo intrygujące.

Włożył czystą, zieloną koszulkę American Apparel. wygładził zmierzwione ciemne 

włosy i zasznurował nowiutkie, olśniewająco białe buty Nike. Wsunął w usta płatek gumy 

miętowej i chuchnął sobie w dłoń, żeby sprawdzić oddech. Nie. w ogóle nie czuć papierosów. 

Zwinął stare ciuchy w kulę, wepchnął do swojej szafki, wbiegł na górę, wyszedł ze sklepu i 

ruszył w stronę Union Square.

Bree czekała niedaleko pomnika łagodnie uśmiechniętego Gandhiego, w południowo - 

zachodnim zakątku tętniącego życiem parku, niedaleko Czternastej ulicy - na razie obskurnej, 

ale coraz modniejszej.

- Czasami   lubię   tu   przychodzić   -   tłumaczyła   przez   telefon.   -   Lubię   tu   czytać   i 

rozmyślać o przesłaniu Gandhiego.

Jak my wszyscy, prawda?

Zaplotła jasne włosy w warkocz i upięła go u nasady karku. Miała na sobie białą 

background image

koszulkę z logo Adidasa i jasnoniebieskie szorty, które podkreślały jej zgrabne, umięśnione, 

długie nogi. Na widok Dana wstała i pomachała energicznie.

- Nie spóźniłeś się! - Ledwie podszedł, objęła go serdecznie. - Namaste! - szepnęła. - 

Ładnie pachniesz.

- Dzięki.   -   Ulżyło   mu.   Głęboko   zaczerpnął   tchu   i   wtedy   poczuł   zapach   jej 

organicznego dezodorantu z szałwi i olejku paczulowego, którym smarowała się za uszami.

- Rozgrzejmy  się - zdecydowała.  Puściła  go, odwróciła  się. oparła  prawą nogę na 

ławce, na której przed chwilą siedziała. Pochyliła się, przenosząc cały ciężar ciała na tę nogę.

Dan ją naśladował, krzywiąc się z bólu. gdy usiłował rozruszać zastałe mięśnie w 

nogach. To o wiele trudniejsze niż jego codzienne ćwiczenia - spacer do kiosku po fajki.

- Wspaniałe uczucie, co? - Bree uśmiechała się radośnie i rozciągała, jakby to było 

przyjemniejsze niż gorąca kąpiel.

- O tak - wysapał.

- Pomyślałam, że zaczniemy stąd. - Bree się wyprostowała. Złączyła nogi, schyliła się 

i dotknęła dłońmi ziemi. - Pobiegniemy Czternastą do Hudson, potem dalej do Battery Park.

Dan skupił się na rachunkach. To co najmniej trzy kilometry, o trzy kilometry więcej, 

niż kiedykolwiek przebiegł.

W co on się wpakował?

Na początku wszystko szło dobrze. Pierwszą przecznicę przebiegł bezboleśnie. Omijał 

pieszych i wózki dziecięce, wpatrzony w rozkołysane pośladki Bree.

Super, powtarzał sobie. Fajne uczucie.

Na rogu Piątej Alei zatrzymali się na światłach. Bree przyjrzała mu się uważnie.

- Dobrze się czujesz? - Zmarszczyła brwi.

Dan   miał   dreszcze.   Pot   lał   mu   się   z   czoła,   zalewał   oczy,   spływał   na   chodnik. 

Popołudniowe słońce świeciło prosto na nich. Nie wierzył, że dożyje wieczora.

- Jasne - odarł słabym głosem. - Doskonale.

Póki biegli, ból w nogach i walenie w klatce piersiowej było do zniesienia, ale ledwie 

się zatrzymali, miał wrażenie, że nogi odmówią mu posłuszeństwa.

Światło się zmieniło. Bree wyskoczyła na jezdnię.

- No, chodź! - zawołała radośnie przez ramię.

Dan odetchnął głęboko i wybiegł na ulicę. Mało brakowało, a wpadłby na staruszkę w 

słomkowym kapeluszu, z wózkiem z zakupami.

- Uważaj, idioto! - wrzasnęła.

Nie   zwracał   na   nią   uwagi,   biegł   za   Bree   jak   pies   na   wyścigach   za   metalowym 

background image

królikiem. Dudniło mu w uszach, gdy mijali Szóstą, Siódmą, Ósmą i w końcu Dziewiątą 

Aleję. Między Dziewiątą a Greenwich ruch uliczny się przerzedził, więc Bree wbiegła na 

jezdnię. Dan ignorował gorące wyziewy z autobusów. Ruszył jej śladem, w kierunku lśniącej 

rzeki Hudson, zaledwie dwie przecznice dalej.

Trzymaj się, powtarzał sobie. Dotrwaj do rzeki. No, dalej. Nie wyobrażał sobie, jak 

dotrze do Battery Park, na sam skraj Manhattanu. Ale po kolei, najpierw musi wytrzymać do 

rzeki. Stopy go bolały w nierozchodzonych, kupionych za dychę na wyprzedaży butach do 

biegania. Spływały  z niego takie  ilości  potu, że obawiał  się, że  całkowicie  się odwodni. 

Oddałby wszystko za łyk wody. I chwilę odpoczynku.

Nawet życie?

Przebiegli West Side Highway i wpadli do Hudson River Park, gdzie szeroka alejka 

dla biegaczy i rowerzystów ciągnęła się aż do Tribeca. Nie byli  jedynymi,  którzy chcieli 

aktywnie wykorzystać słoneczny dzień. Widział setki ludzi na rolkach i rowerach. Niektórzy 

spacerowali, trzymając się za ręce. Bree przebiegła przez jezdnię i przebiła się przez tłum. 

Dopadła ogrodzenia, które ustawiono, by ludzie nie kąpali się w rzece. Drobiła w miejscu, 

czekając na niego. Mimo upału prawie się nie spociła.

Dan ruszył w jej stronę. Super, wmawiał sobie. I nagle tak się poczuł! Gorące słońce, 

świeże powietrze, wiaterek od rzeki... Uśmiechnął się szeroko. Da radę!

I wtedy nogi się pod nim ugięły. Z głuchym łomotem osunął się na ziemię.

- Dan! - krzyknęła Bree. Pochyliła się nad nim. - Dobrze się czujesz?

Patrzył na jej zarumienioną buzię, otoczoną jasnymi kosmykami. Mętniał mu wzrok.

- Czy ja umieram? - zapytał głośno. - Jesteś aniołem?

- Zrobię ci sztuczne oddychanie - oznajmiła Bree poważnie, pochyliła się i nakryła 

jego usta swoimi.

Jakby nie wiedziała, że to go przyprawi o kolejny atak serca.

background image

z deszczu pod rynnę

Chwiejąc się lekko, Vanessa Abrams złapała się poręczy z kutego żelaza i odzyskała 

równowagę na schodach wiodących do oplecionej bluszczem rezydencji na Osiemdziesiątej 

Siódmej. Beknęła głośno. Kilka razy dźgała palcem guzik dzwonka, zanim w końcu udało jej 

się   w   niego   trafić.   Może   niepotrzebnie   pocieszała   się   butelką   zimnego   Pinot   Grigio. 

Zwłaszcza że lada moment czeka ją rozmowa w sprawie pracy.

Po tym, jak Ken Mogul bezceremonialnie wyrzucił ją z planu  Śniadania u Freda, 

zjechała na dół windą w towarzystwie klonu Blair Waldorf, małej Jasmine. Dziewczyna po-

informowała   ją,   że   jej   mama   właśnie   szuka   kogoś   na   bardzo   ważne,   odpowiedzialne 

stanowisko. Oczekuje  osoby wykwalifikowanej,  energicznej  i pełnej entuzjazmu. Vanessa 

była zbyt zdenerwowana, by pytać o szczegóły, więc Jasmine wyrwała kartkę z notesu Louisa 

Vuittona i zapisała na niej adres. Namawiała Vanessę, żeby zgłosiła się natychmiast.

Po kilku kieliszkach wina z osobistych zapasów Rufusa Humphreya Vanessa spojrzała 

na całą sytuacje bardziej optymistycznie.

Ken Mogul to bezduszny kmiot. Sprzedał się, kręci sztampowy hollywoodzki gniot 

dla   nastolatków,   a   ona   jest   przecież   autorką   niezależną!   Nie   powinna   marnować   czasu   i 

talentu   na   planie   tego   filmu.   Niedługo   zaczyna   studia   w   szkole   filmowej   New   York 

University. najlepszej w kraju. Będzie miała zajęcia z najlepszymi wykładowcami, będzie 

korzystać z doskonałego sprzętu, w jej filmach zagra elita aktorów młodego pokolenia. Niby 

dlaczego ma urabiać sobie ręce po łokcie przy projekcie, w który nie wierzy? W tym czasie 

może zarabiać gdzie indziej i oszczędzać na własny film. Nakręci go jesienią. Już miała 

pomysł na fabułę. Będzie to opowieść o młodej artystce, rozdartej między sztuką a związkiem 

z niepoczytalnym pisarzem, uzależnionym od kadzidełek i herbatek ziołowych.

Sztuka czasem imituje życie.

Ciężkie przeszklone drzwi uchyliły się i w progu stanęła skrzywiona pokojówka w 

autentycznej czarnej sukience z białym fartuszkiem i opaską na głowie.

- Słucham? - zapytała podejrzliwie.

- Ja w sprawie pracy - wybełkotała Vanessa. - Córka mamy... - Urwała, szukała w 

pamięci imienia dziewczyny. - Jasmine! Tak, właśnie tak! Kazała mi tu przyjść, mam się 

background image

zgłosić do jej mamy w sprawie pracy. No, to jestem.

Pokojówka zmarszczyła brwi.

- Rozumiem. Proszę wejść. Pani przyjmie panią w bibliotece.

Vanessa   weszła   do   wyłożonego   marmurem   holu.   Minęła   imponujące   schody,   nad 

którymi   wisiał   kryształowy   żyrandol,   i   znalazła   się   w   bibliotece   z   mahoniową   boazerią, 

półkami pełnymi książek i gustownymi antykami. Nie miała pojęcia, o jaką pracę chodzi, ale 

już na pierwszy rzut oka widać było, że ma do czynienia z kobietą sukcesu. Pewnie robi 

karierę w biznesie i potrzebuje kompetentnej asystentki. Jasne, głupawa robota, ale artysta 

musi cierpieć dla sztuki, chyba że zgodzi się robić komercyjne gnioty, jak Ken Mogul.

- Proszę zaczekać - poleciła pokojówka.

Vanessa   przycupnęła   na   skraju   eleganckiego   fotela   art   deco.   Pokój   zawirował 

niebezpiecznie. Złapała się oparcia. Tylko nie rzygaj, upomniała się.

- Jesteś moją nową przyjaciółka?

Rozejrzała się. Nikogo.

Super, tak się skułam, że słyszę głosy.

- Jesteś moją nową przyjaciółką? - Głosik powtórzył pytanie i przeszedł w chichot.

- Kto tam? - zawołała Vanessa niespokojnie. Jeszcze tylko tego trzeba, żeby nowa 

szefowa przyłapała ją na gadaniu do siebie.

- Jesteś dziewczyną? - dopytywał się inny głos.

- Dlaczego nie masz włosów? - zainteresował się pierwszy.

Dwa głosy? Ile ona właściwie wypiła?

Vanessa   wstrzymała   oddech   i   nasłuchiwała.   Wstała,   Skąd   te   głosy?   Uklękła, 

przywarła policzkiem do zimnej, idealnie wypolerowanej podłogi i spojrzała na pokój z tej 

perspektywy.  Zadziałało. Dostrzegła drobnego, chudego chłopczyka  z kręconymi  włosami 

pod pozłacaną sofą.

- Znalazłaś mnie! - zawołał i wypełzł spod mebla.

- Tak. Cześć - mruknęła. - Mama w domu? - Śmierdzisz winem. - Chłopczyk się 

skrzywił. - Mam cztery latka. A ty?

- Mnie też musisz znaleźć! - zawołał drugi głos.

Co ma robić?

- Gdzie jesteś? - Znów opadła na czworaki. Zaglądała pod meble.

- Szukaj, szukaj! - piszczał głos.

Nasłuchując, podeszła do kąta, w którym stał ogromny globus na stoliku ze szklanym 

blatem.  Podniosła obrus  i zobaczyła  małego chłopczyka,  identycznego  jak jej  poprzednie 

background image

znalezisko.

- Znalazłaś mnie! - zapiszczał. Wyskoczył spod stolika, podbiegł do kanapy, na której 

podskakiwał jego brat i ściągnął go na podłogę.

- Chłopcy! - zawołał ktoś. Wysoka rudowłosa kobieta w fioletowym kostiumie Chanel 

weszła do biblioteki z egzemplarzem ,,Vogue” pod pachą.

- Vanessa, jak się domyślam - zaczęła energicznie. - Jasmine wspomniała, że może 

przyjdziesz. Trochę mnie zaskoczyło, że zjawiasz się bez uprzedzenia, ale to chyba dobrze o 

tobie świadczy, Przejawiasz inicjatywę. Bardzo dobrze.

Oj.

- Tak jest. - Vanessa wstała i robiła co mogła, by wyglądać na trzeźwą. - Pani... - 

urwała, bo uświadomiła sobie, że nic ma pojęcia, jak się nazywa matka Jasmine.

- Panna Morgan - odparła kobieta. - Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Nic przyjęłam 

nazwiska męża.

- Przepraszam - speszyła się Vanessa. Co za dziwaczna rozmowa kwalifikacyjna!

- Nieważne. Widzę, że chłopcy już cię polubili.

- Chłopcy? - powtórzyła Vanessa. Bliźniacy złapali ją za ręce i szarpnęli z całej siły.

- Pobaw się z nami! - zawołali.

- Zakres twoich obowiązków jest standardowy - ciągnęła panna Morgan. - Pracujesz 

kilka razy w tygodniu, popołudniami. Odbierasz ich z przedszkola, prowadzisz do terapeuty, 

wozisz do kolegów, wiadomo. Na pewno wiesz, jak to wygląda. - Podniosła komórkę do 

ucha.

Przedszkole? Terapeuta? Słucham?

- Chyba zaszło nieporozumienie - wystękała Vanessa. Usiłowała stać prosto, co nie 

bardzo jej się udawało ze względu na wypite wino i dwóch małych chłopców uczepionych jej 

ramion. Jasne, może cierpieć w imię sztuki, ale nie będzie się bawić w panią Doubtfire.

- Hura! - zawołali chłopcy. - Mamusiu, czy Vanessa jest naszą nową przyjaciółką?

- Tak - odparła kobieta, nadal z telefonem przy uchu. - To wasza nowa przyjaciółka.

Czyżby?

- Osiemnaście dolarów za godzinę - dodała panna Morgan w drodze do holu. - Możesz 

zacząć natychmiast.

O tak, jak najbardziej była ich nową przyjaciółką.

background image

B i S dzielą się po połowie

Nawet po trzech podróżach w tę i z powrotem Blair nie wniosła na najwyższe piętro 

wszystkich swoich pakunków. Nie było tu odźwiernego, nie było klimatyzacji, nie było nawet 

windy, ale jej to nie przeszkadzało, bo cała sytuacja była niezwykle... filmowa.

Blair   wymyśliła   sobie   plan   na   życie,   scenariusz,   który   chciała   zrealizować   w 

najmniejszym szczególe. A jednak wy - darzyło się tyle nieprzewidzianych rzeczy: zakup 

sukni ślubnej, rozstanie z Marcusem, praca u Baileya Wintera, a teraz Wspólne mieszkanie z 

Sereną.   Gdyby   zaledwie   tydzień   temu   ktoś   jej   powiedział,   że   w   lecie   będzie   musiała 

pracować, krzyczałaby na całe gardło na znak protestu. Praca absolutnie nie mieściła się w jej 

planach! A tymczasem teraz wcale nie miała ochoty krzyczeć. Była... szczęśliwa. Może warto 

wyciągnąć wnioski z tego wszystkiego. Może zamiast realizować plan, trzeba  brać to, co 

przynosi los? Może wreszcie naprawdę wszystko się ułoży.

Jak w filmie.

Zbiegała ze schodów po ostatni pakunek - torbę Paula Smitha  z krokodylej skóry, 

którą   zaledwie   kilka   dni   temu   kupiła   w   Londynie   -   i   mało   brakowało,   a   wpadłaby   na 

wysokiego,   szczupłego   bruneta   w   garniturze   Hugo   Bossa,   Wychodził   z   mieszkania   na 

pierwszym piętrze. Zatrzymała się w pół kroku.

Przecież w Śniadaniu u Tiffany'ego też jest przystojny sąsiad piętro niżej!

- Witaj - odezwała się z ledwo słyszalnym wschodnioeuropejskim akcentem, zupełnie 

jak Audrey Hepburn w roli Holly Golightly.

- Cześć - odparł nieśmiało nieznajomy. Zmierzwione włosy opadały mu na niebieskie 

oczy. Wsunął ręce w kieszenie spodni i wyprostował się na całą wysokość.

- Dobry wieczór. - Blair skinęła mu głową, zeszła powoli ze schodów i przemierzyła 

kiepsko oświetlony skrawek przestrzeni, udający hol. Minęła uśmiechniętego mężczyznę i 

schyliła się po bagaż. - Przepraszam bardzo - mruknęła i zarzuciła sobie ciężką torbę z butami 

na ramię.

- Och, oczywiście. - Oparł się o drzwi do swojego mieszkania. - Może pomogę?

- Poradzę   sobie   -   zapewniła   ze   stoickim   spokojem,   ale   posłała   mu   olśniewający 

uśmiech. - Znamy się już?

background image

- Jason. - Wyciągnął rękę. - Przyjechałaś na weekend?

- Nie, wprowadzam się do Sereny, mojej starej przyjaciółki - wyjaśniła. - Na piąte 

piętro.

- Ach tak. znam Serenę. - Urwał. - Wczoraj siedzieliśmy na schodach, wypiliśmy kilka 

piw. Ale nic nie mówiła o piękniej współlokatorce.

- O przystojnym sąsiedzie też nie.

Typowe.

- To nagła decyzja - wyjaśniła Blair. - I długa historia.

- Mam czas, - Uśmiechnął się uroczo, zalotnie. Wsunął długie palce w tylne kieszenie 

spodni. - I jestem dobrym słuchaczem.

- Czyżby? - Blair przełożyła torbę na drugie ramię. Była naprawdę ciężka.

- Co więcej, akurat wybierałem się po różowe wino do sklepu. Byłaś już na dachu? Co 

powiesz na powitalną lampkę wina?

- Nie wiedziałam, że można wyjść na dach! - Lampka różowego wina z przystojnym 

niebieskookim nieznajomym to idealny sposób, żeby oblać początek nowego życia.

Nowego romansu?

Serena uczy się tekstu do jutrzejszych scen. Nawet nie zauważy, że Blair wyszła na 

drinka z Jasonem.

- Wiem, jak się tam dostać, - Puścił od niej oko. - To co. za piętnaście minut?

Dawna Blair Waldorf w żadnym wypadku nie zdołałaby w tym czasie przygotować się 

do wyjścia, ale teraz pojawiła się nowa, letnia, pracująca Blair.

- Daję ci dziesięć. - Ruszyła na górę, ale odwróciła się i posłała mu leniwy uśmiech, - 

A tak w ogóle, jestem Blair.

Włożyła   różową   sukienkę   w   kwiatki   Lilly   Pulitzer   i   białe   japonki   wyszywane 

muszelkami i pobiegła na górę. Jason już czekał, z kocem przerzuconym przez ramię i butelką 

w dłoni. Wszedł na zardzewiałą drabinę i pchnął klapę w dachu. Potem odwrócił się i pomógł 

Blair   wejść   na   górę,   okazując   przy   tym   więcej   troskliwości,   niż   kiedykolwiek   zrobił   to 

Marcus. Blair wspięła się na dach.

- Mam   nadzieję,   że   dzisiaj   nie   będzie   padać   -   stwierdziła,   patrząc   na   panoramę 

Manhattanu. - Bo w życiu nie zejdę po lej drabinie.

- Mówiłem, że widok zapiera dech w piersiach - zażartował Jason. Mocował się z 

korkociągiem. Po chwili butelka była otwarta.

Widok nie był równie imponujący jak ten na Central Park z apartamentu przy Piątej 

background image

Alei, a jednak w nocnej dusznej mgiełce nad ponurymi domami była jakaś magia. Drzew nikt 

nie przycinał tak starannie jak buków i dębów przy parku, ale wątle gałęzie pyszniły się 

soczystą zielenią. Upper West Side jest jak kreacje Wintera, stwierdziła Blair. Od Piątej Alei 

do Park Avenue mamy ekskluzywne Bailey Winter Couture, od Park do Lexington - Bailey 

Winter Collection, takie prêt - à - porter, a stamtąd do rzeki - B, linie popularną.

Oryginalne podejście.

- Naprawdę   tu   ładnie   -   przyznała.   Wzięła   od   Jasona   plastikowy   kubeczek 

schłodzonego wina i usiadła na granatowym kocu, który rozłożył na rozgrzanym dachu. Nie 

był tak miękki jak jej ukochany kaszmirowy koc piknikowy. Ale to nic. Ma na sobie cudowną 

letnią kreację, u boku fantastycznego faceta i za sobą pierwsze kroki w świecie mody. Po co 

jej podrzędny brytyjski arystokrata? Jest dziewczyną z Nowego Jorku, a to klasyczna scena z 

miejskiego lata. Londyn w porównaniu z Nowym Jorkiem to zapyziała, zatęchła dziura.

- Dlaczego Serena nic nie mówiła o twoim przyjeździe?

- zainteresował się Jason.

- Może chciała zachować cię dla siebie - odparła, tyleż złośliwie, co prawdziwie. - Za 

szalone lato - wzniosła toast. - Oby dalej takie było - dodała z uśmiechem.

- Za szalone lato - powtórzył i upił łyk wina. - Nie sądzę, żeby Serena była mną 

zainteresowana.   Wczoraj   chwilę   pogadaliśmy   i  wydawało   się,   że   pochłania   ją   ktoś  inny, 

rozumiesz.

- Thaddeus  Smith?   - Choć  nie  miały  czasu,  żeby  szczerze  pogadać,   wiedziała,  po 

prostu wiedziała, że między Sereną a Thaddeusem coś się dzieje.

Bo Blair, podobnie jak my wszyscy, wierzy w to, co przeczyta.

- Z nikim innym - potwierdził Jason, - Ale wiesz. - Głęboko zajrzał jej w oczy. - Nie 

bardzo interesują mnie gwiazdy filmowe. Wolę zwyczajne dziewczyny.

Czyżby powiedział, że ona, Blair Waldorf, jest zwyczajna? Ależ się pomylił.

- Chwileczkę, ty nie jesteś aktorką, prawda? - Przyglądał się jej podejrzliwie. - Bo 

jesteś taka ładna, że mogłabyś...

- Nie, ja wolę trzymać się za kulisami - odparła i tajemniczo zatrzepotała rzęsami, 

pomalowanymi tuszem Chanel.

- Nie mam nic przeciwko aktorkom. - Jason się wycofał. - Nie zrozum mnie źle. po 

prostu interesują mnie inne rzeczy. Na przykład prawo. Zajmuję się tym, wiesz?

- Zastanawiałam się, czy nie wybrać prawa, kiedy jesienią pójdę do Yale. - Może 

jednocześnie być muzą kreatora mody i prawniczką. Może nosić eleganckie kreacje pod togą 

sędzi Sądu Najwyższego.

background image

- Piękna i mądra - stwierdził Jason. - Zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Blair   chciwie   sączyła   wino.   Niech   Serena   sobie   bierze   gwiazdora.   Jason   to   facet 

idealny dla studentki Yale.

W każdym razie na ten tydzień.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Bez wstydu przyznaję, że Summer Lovin' (z ulubionego filmu na piątkowe wieczory w domu, Grease) 

to jeden z najlepszych kawałków, jakie w życiu słyszałam. Nie dość, że wpada w ucho, ma bardzo 

prawdziwe słowa: w lecie najważniejsze to kochać i być kochanym, nie? Ale tego lata o to trudno.

Minęły już niemal trzy tygodnie, a nasza  S  nadal jest singlem! Co jest? Oczywiście widywano ją na 

mieście z T, ale przecież nikt nie zabrania przyjaciołom wyskoczyć razem na kolację, prawda? Zresztą 

naszym zdaniem T ma juz kogoś. Pamiętajcie, że ode mnie dowiedzieliście się tego pierwsi.

Tymczasem B rzuciła się w wir pracy. Wieść niesie, że na planie tylko reżyser budzi równy postrach. 

Nie udało nam się zbliżyć na tyle, żeby się przekonać, czy naprawdę ma na palcu wielki pierścionek 

zaręczynowy   -   żeby   zmylić   paparazzich,   jak   prawdziwa   gwiazda.   Podobno  B  wygląda   uroczo   - 

rumieńce przyszłej mamy, tajemniczy kochanek czy nowa kosmetyczka? Ludzie, szykujcie aparaty w 

komórkach, potrzebujemy dowodów!

Kolejne letnie nowiny miłosne. Wygląda na to, że D i V zerwali definitywnie, i znowu powtarzam, że po 

raz pierwszy usłyszeliście o tym ode mnie.  D  zadziwiająco opalony i umięśniony. Słowo! A  N  i jego 

letnia miłość? Kiedy w końcu pokaże prawdziwą twarz mieszczucha? Co prawda twierdzi, że nie jest 

taki   jak   inni,   ale  N  nie   obejdzie   się   długo   bez   miejskich   luksusów,   takich   jak   wypady  prywatnym 

helikopterem, sale dla VIP - ów w nocnych klubach i tak dalej...

ZANOSI SIĘ NA KŁOPOTY

Szpiedzy donieśli mi niedawno o bardzo burzliwym spotkaniu. Doszło do niego między fotografem, 

który zajął się robieniem filmów, a hollywoodzką wagą ciężką (dosłownie - dwójką grubych braci), 

która finansuje jego najnowszy obraz. Podobno producenci nie są zachwyceni tym, co zobaczyli i 

zastanawiają się, czy nie zmienić obsady. Czyżby zmiany personalne na planie nie skończyły się na 

V? Zobaczymy.

background image

Na celowniku

B, z mrożoną kawą i notesem w dłoni, gorączkowo łapie taksówkę na Park Avenue. A co z prezentem 

na zakończenie szkoły? Czy to prawda, że nadal nie zrobiła prawa jazdy? A to pech!  N  na targu w 

Amagansett ogląda polne kwiaty. Wszyscy wiedzieli, że w głębi duszy jest romantykiem! T oprowadza 

po   planie   kogoś   obcego.   Podobno   w   programie   wycieczki   była   też   długa   wizyta   w   przyczepie 

gwiazdora. V w Forbidden Planet kupuje stosy komiksów, ale nawet nie zajrzała do Dana, do Strand, 

zaraz po drugiej stronie ulicy. Bardzo ciekawe...

MÓWIĄ NA TO SZCZENIĘCA MIŁOŚĆ...

Skoro o miłości mowa - wreszcie kogoś poznałam. A właściwie nawet dwóch naraz. Obaj są cudowni, 

żadnemu nie sposób się oprzeć, obaj obsypują mnie całusami. Wiem, że nie powinno się stawać 

między braćmi, ale nie umiałabym wybrać między Lukiem a Owenem.

Pewnie  czytaliście   o  nich  w  ostatnim   „Sunday   Styles”,  to  mieszanki   beagla  z  retrieverem,  jedyne 

kundle,   które   wchodzą   w   rachubę,   kwintesencja   miłości.   Obaj   pochodzą   ze   schroniska.   Zawsze 

lubiłam nicponi o dobrym pochodzeniu. To nowa moda i służy szczytnym celom, więc nie zawracajcie 

sobie głowy wychudzonym chihuahua czy oślinionym buldożkiem francuskim.

Wasze e - maile

P:

 Droga Plotkaro

Jestem   sekretarką   w   kancelarii   prawnej   na   Manhattanie   i   od   kilku   tygodni   bardzo   mi   się 

podoba jeden z kolegów z pracy. Do niedawna chętnie chodził ze mną na drinka, ale nagle 

stał się domatorem i po pracy niemal biegiem wraca do siebie. Myślisz, że to coś wstydliwego, 

jak uzależnienie od pornografii?

Załamana

O

: Droga Załamana

Wszystko wskazuje na to, że jest uzależniony od czegoś albo od kogoś. Przychodzi mi na 

myśl tylko jedno wytłumaczenie, dlaczego imprezowy koleś zmienia się w domatora - kobieta. 

Moja rada: zaproponuj, że go nagiego zwiążesz krawatem. Obserwuj jego reakcję. Jeśli się 

zgodzi - uzależniony od pornografii. Powie: „Nie, dzięki” - ma dziewczynę. Powodzenia.

Plotkara

Co jeszcze dzieje się w mieście? Czekam na wieści, plotki i informacje o wyprzedażach. Czy ktoś wie, 

gdzie jest ten nowy butik As Four? I czy ktoś wie, gdzie i kiedy odbędzie się impreza po zdjęciach do 

Śniadania u Freda? Muszę zaklepać sobie miejsce u fryzjera, bo oczywiście będzie mnie czesał sam 

Fekkai, ma się rozumieć. Więc piszcie!

background image

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

N idzie w miasto

- Pieprzcie się wszyscy bardzo! - Lider zespołu, nazywanego żartobliwie Sunshine 

Express,   otarł   pot   z   czoła   i   machnął   ręką   w   stronę   tłumu.   Półnagi   chudy   piosenkarz   w 

skórzanych spodniach, znany raczej z romansów z modelkami i aktorkami niż ze śpiewania, 

splunął gniewnie na scenę i oddalił się w otoczeniu wielbicieli.

- Jezu, uwielbiam ich! - Tawny ścisnęła Nate'a za udo i niechcący wylała połowę 

drinka na siedzenie i swoje spod nie, podróbkę znanego projektanta.

Co za szkoda.

Nate skinął głową i upił łyk z trzeciego dużego piwa tego wieczoru. Rozejrzał się po 

zatłoczonej   sali   w   Resort,   nocnym   klubie   w   East   Hampton.   Na   parkiecie   kłębiły   się 

jasnowłose   dziewczyny   w   sukienkach   Diane   von   Furstenberg   i   faceci   wyglądający   na 

makierów   giełdowych,   wszyscy   w   drelichach   i   koszulach   Thomasa   Pinka.   Zazwyczaj   na 

koncerty Sunshine Express przychodzą inni fani.

W   Hamptons   już   od   tygodnia   wrzało   na   wieść   o   niespodziewanym   występie 

brytyjskiej   kapeli   punkowej   i   Nate   był   zaskoczony   własnym   entuzjazmem,   gdy   Tawny 

zaproponowała,   żeby   poszli   na   koncert.   Tego   lata   jeszcze   ani   razu   nie   był   w   Resort. 

Właściwie nie miał tu wiele do roboty, oczywiście oprócz czyszczenia rynien, koszenia trawy, 

przybijania łupków i palenia skrętów z Tawny. Fajnie jest wyjść z domu i trafić między ludzi 

z seksowną blondynką u boku.

- Archibald!

Tawny dyskretnie trąciła go w bok.

- Twój znajomy?

Anthony Avuldsen przebijał się przez tłum. Szklankę z whisky trzymał  wysoko w 

górze, żeby nie uronić ani kropli.

Krótko przyciął jasne włosy, a przy opaleniźnie jego uśmiech był jeszcze bardziej 

promienny. Bramkarz - potężny typ bez karku - skinął głową i wpuścił go na podwyższenie, 

które w tym klubie udawało VIP - room.

- Archibald, ty draniu. - Anthony stukną! się z nim szklanką na powitanie. - Gdzie ty 

się ukrywasz?

background image

- Cześć - odparł Nate.

- Trener daje ci w kość? - Anthony usiadł koło niego na kanapie i w ostatniej chwili 

schylił głowę, żeby nie walnąć w mosiężną poręcz.

- Mniej więcej.

- Bracie.   -   Anthony   przekrzykiwał   ogłuszającą   muzykę.   -   Podobno   Blair   wróciła. 

Dlaczego?

Nate zmarszczył brwi, objął Tawny i przyciągnął do siebie.

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami.

- Jestem Tawny. - Pochyliła się nad nim i uśmiechnęła do Anthony'ego.

- Fajnie. - Skinął głową. - Anthony.

- Znacie się ze szkoły?

- Tak. A wy skąd?

Nate pomachał na kelnerkę. Musi się napić, i to zaraz.

- Któregoś dnia Nate zwyczajnie padł mi do stóp. - Tawny dopiła drinka do końca. - 

Po prostu mam szczęście.

Anthony przyglądał się jej przez chwilę, a potem zawołał do Nate'a:

- To ty masz szczęście, draniu!

Podeszła kelnerka, bardzo podobna do Jessiki Simpson jako Daisy w Księciu ryzyka.

- Jeszcze raz to samo? - zapytała.

- Tak - mruknął Nate. Musi się napić, jeśli Anthony ma zamiar wypytywać go dalej.

- Nie widziałem cię w mieście - ciągnął tymczasem kumpel. - Gdzie się uczysz?

- Nie jestem z miasta - wyjaśniła Tawny. - Mieszkam w Hampton Bays.

- Super - stwierdził Anthony. - Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiałem z miejscową.

Nate mocno dźgnął go w żebro.

- Co? - zdziwił się Anthony. - Super, stary. Nie ma sprawy.

- Co? - Tawny podniosła rękę do ucha. - Strasznie tu głośno!

- Bracie - ciągnął Anthony, do którego nic nie dotarło, - Isabel jutro urządza imprezę. 

Podobno będzie Serena. Widziałeś ją ostatnio?

Ostatnio,   kiedy   widział   Serenę,   całował   się   z   Jenny   na   imprezie   Blair.   Był   to 

pocałunek   pożegnalny,   w   imię   dawnych   dobrych   czasów,   ale   Serena   i   Blair   na   pewno 

połączyły siły. obie wściekłe na niego.

Coś nowego?

Nate pokręcił głową. Stracił kontakt ze starymi znajomymi.

- Chwileczkę, Serena? - Podekscytowana Tawny oparli się o stolik. Ze swego miejsca 

background image

miał doskonały widok na jej dekolt i niżej, aż do przekłutego pępka. - Ta Serena z obcym 

nazwiskiem?

Pochyliła się jeszcze bardziej i Nate ponownie zerknął jej za bluzkę.

Robi to celowo? - zastanawiał się.

Nate łypnął na Anthony'ego, żeby się przekonać, czy i on podziwia piersi Tawny, ale 

kumpel był pogrążony w rozmowie z ciemnowłosą pięknością, która - co Nate przypominał 

sobie jak przez mgłę - chodziła do Grafion i była od nich o rok młodsza.

- Tak   -   mruknął,   rozbawiony   zdziwieniem   Tawny.   Czy   nazwisko   Sereny   brzmi 

cudzoziemsko? Nigdy nie zwrócił na to uwagi. Ale co tam Serena. Wyraźnie zaimponował 

Tawny. Rzadko mu się to zdarzało; dziewczyny owszem, uważały, że jest słodki, kochany, 

lubiany i co tam jeszcze, ale w oczach Tawny dostrzegł coś, czego nigdy nie widział we 

wzroku Sereny czy Blair - podziw.

- Kiedyś z nią chodziłem - pochwalił się. Była to tylko część prawdy.

- Panie Archibald! - Tawny jeszcze hardziej pochyliła się nad stolikiem, aż jej piersi 

złączyły się kusząco. - Jest pan bardzo tajemniczy!

- Ty   też   znasz   Serenę?   -   Anthony   ponownie   włączył   się   do   rozmowy   i   usiłował 

zerknąć w dekolt Tawny. - Za kilka dni, kiedy skończą kręcić, będzie impreza. Powinnaś 

wpaść! - ryknął na całe gardło.

Śniadanie u Freda? -  Wydawało się, że oczy wyjdą Tawny z orbit. - Przecież ja 

jestem największą fanką Thaddeusa Smitha! Naprawdę!

Wróciła kelnerka z drinkami. Nate chciwie złapał szklankę.

- No. nie wiem. - Potrząsnął głową. Nagle wydało  mu się, że pływa w głębokim, 

ciemnym basenie. Nie myślał logicznie. Nic dziwnego po skręcie i trzech piwach, ale i tak 

zdawał sobie sprawę, że nierozsądnie byłoby zjawić się na imprezie Sereny z Tawny u boku. 

Blair na pewno tam będzie i nie chciał, żeby uznała, że już sobie kogoś znalazł.

Ale czy tak właśnie nie było? Czy oboje tego nie zrobili?

- Błagam   -   piszczała   Tawny.   -   Zrobię   wszystko,   żeby   poznać   Thaddeusa   Smitha! 

Wszystko!

- Bracie, ładnym dziewczynom się nie odmawia - zażartował Anthony.

Nate Archibald nigdy nie odmawiał. Koniec, kropka.

background image

B przejmuje kontrolę

Trzask   zamykanych   drzwi   niósł   się   echem   po   pustym   mieszkaniu.   Niełatwo   jest 

gniewnie trzasnąć drzwiami po wspinaczce na piąte piętro, i to na dodatek w gumowych ja-

ponkach, ale Serena starała się jak mogła. Tupała głośno i energicznie cisnęła na ziemię białą 

skórzaną   torbę   Jil   Sander.   Nie   przejmowała   się   iPodem   ani   okularami   słonecznymi 

Dolce&Gabbana.

- Wróciłaś,   siostro?   -   zawołała   Blair   z   jedynej   sypialni,   ich   wspólnej.   Przecież 

naprawdę są jak siostry.

W każdym razie kłócą się jak rodzina.

- Tak!   -   odparła   Serena.   Wzięła   butelkę   piwa   corona   z   lodówki   i   przysiadła   na 

parapecie w oknie wychodzącym na kamienicę naprzeciwko. Machała nogami nad schodami 

przeciwpożarowymi.

- Co w pracy? - Blair weszła do kuchni owinięta wielkim białym ręcznikiem Frette, 

który podwędziła z bieliźniarki matki. Wyjęła papierosa Merit z torby Sereny na podłodze i 

przypaliła go od palnika gazowego.

- Jak to w pracy. - Serena smętnie wpatrywała się w smutne podwórko. Westchnęła. - 

Szczerze, Blair? Do kitu.

- Jak to? - Dzisiaj Blair woziła próbki tkanin od krawca z Trzydziestej Dziewiątej do 

domu Baileya Wintera, gdzie ten częstował herbatą księżniczkę z Arabii Saudyjskiej i bawił 

się świetnie podczas przymiarek.

Blair otworzyła okno i wyjrzała na dwór. Wypuściła z ust kłąb dymu i spojrzała na 

Serenę. Wiatr rozwiewał jej jasne włosy. Siedziała przygaszona i smętnie machała bosymi 

stopami.

- Sama nie wiem. - Przyjaciółka napiła się piwa. Dzisiaj był jeden najgorszych dni na 

planie. Niechcący usłyszała, jak ludzie z ekipy wyśmiewali się z jej pomyłek, a Ken klął na 

całe gardło w środku jej sceny. - Było ciężko.

- Opowiadaj - poprosiła Blair.

Serena się zawahała. Co prawda nigdy o tym nie rozmawiały, ale znała Blair dość 

dobrze, by wiedzieć, że przyjaciółka nie jest zachwycona, że to Serena gra w  Śniadaniu u 

background image

Freda. Blair marzyła o tym od dziecka. Jak zareaguje, gdy Serena zacznie narzekać?

- Nie bardzo sobie radzę z aktorstwem - wyznała cicho.

Delikatnie mówiąc.

- Myślałam, że sobie poradzę. No, bo wiesz, już wcześniej to robiłam. Ale wtedy było 

inaczej, bez tłumów na planie, bez miliona ekspertów dokoła, i bez kamery, która gapi się na 

ciebie jak... jak... jak Darth Vader.

- I   co?   -   Blair   wychyliła   się   przez   okno   i   wypuściła   dym   z   ust   w   gorące   nocne 

powietrze. Uwielbiała pomagać innym w rozwiązywaniu problemów.

Czy raczej, chciała się upewnić, że inni mają problemy.

- Nie umiem - przyznała Serena. Wbiła wzrok w klapki - Nie wychodzi mi.

- Sereno - mruknęła Blair sennie. - Czy wiesz, jak wyglądasz?

- Co? - Serena podniosła głowę. Blair wychylała się przez okno w białym ręczniku. 

Miała papierosa w dłoni, ale go nie paliła, więc na czubku sterczał słupek popiołu. Wyglądała 

jak szalona wieszczka z Madison Avenue w alkoholowym transie.

- Wyglądasz dokładnie, ale to naprawdę dokładnie jak Holly Golightly - wyjaśniła 

Blair. - Schody przeciwpożarowe, kosmyki włosów, oświetlenie - wszystko jest jak trzeba. To 

wręcz niesamowite.

- Dzięki - mruknęła Serena. Był  to jeden z najpiękniejszych komplementów, które 

usłyszała od Blair podczas wielu lat ich przyjaźni.

- Mówię poważnie - ciągnęła Blair. - Znam się na tym. Pracuję w tej branży, prawda? 

Znam się na modzie, urodzie, stylu i ty to wszystko masz. Nic mnie nie obchodzi, co mówi 

Ken Mogul. Ty jesteś Holly Golightly - zapewniła stanowczo. - I zaraz ci to udowodnię.

- Jak to? - zdziwiła się Serena.

- Kto wie wszystko o Holly Golightly? - zapytała Blair.

Serena się roześmiała.

- Oczywiście, że ty.

- Więc masz szczęście, że tu jestem, co? - mruknęła Blair, koro sama nie wcieli się w 

Holly Golightly, pomoże Serenie się nią stać. To jej wystarczy. - Chodź. - Zgasiła papierosa i 

złapała przyjaciółkę za rękę. - Mamy dużo pracy.

Było jasne, dokąd pójdą najpierw. Pod wystawę Tiffany'ego.

Blair   włożyła   haftowaną   meksykańską   szmizjerkę,   kupioną   rok   temu   w   Scoop,   i 

dżinsy. Uparła się, że Serena też ma włożyć byle co. Ledwie taksówka zatrzymała się przed 

słynnym sklepem, niemal silą wypchnęła przyjaciółkę na chodnik.

background image

- A teraz pokaż mi, jak chodzisz - warknęła. Ustawiła się przy wystawie i patrzyła. 

Mając   za   plecami   ruchliwą   ulice   i   niebosiężne   wieżowce,   Serena   wydawała   się   bardzo 

malutka, bardzo krucha. To do niej niepodobne. A tym bardziej niepodobne do Holly.

Serena ruszyła w stronę sklepu. Drobiła śmiesznie, jak dziewczynka sypiąca kwiatki 

na ślubie.

- Stop! - syknęła Blair. Wybiegła na chodnik. - Co to było?

- Jak to? - Ledwie słyszała Serenę przez ryk samochodów i krzyki wszechobecnych 

turystów.

- Nie starasz się - zarzuciła jej Blair. Mówiła surowo, ale ciepło, jak poczciwy trener w 

filmie, który niedawno oglądała na HBO. - Pokaż mi! Wiem, że umiesz zrobić to lepiej!

- Głupio   się   czuję   -   wyznała   Serena.   -   Wszyscy   się   na   mnie   gapią,   strasznie   się 

wstydzę.

Dziewczyna, która tańczyła na stole w Bungalow 8? Wstydzi się?

- Nie możesz - żachnęła się Blair. - Masz być pewna siebie. Dumna. Masz cały świat u 

stóp, to ty rozdajesz karty. Ty tu rządzisz.

I to się nazywa aktorstwo?

- A przecież mam tylko iść? - zdziwiła się Serena. To nie to samo co przechadzka po 

wybiegu, co już robiła. - Głupio mi.

- Wyobraź sobie, że to zakończenie szkoły - poradzili Blair. Przypomniała sobie, jak 

Serena nerwowo, w ostatniej chwili wpadła do kościoła w identycznym kostiumie Oscara de 

la Renty. Takim, jaki ona miała na sobie.

- Spróbuję. - Serena westchnęła.

Blair wróciła na posterunek przed sklepem. Czeka ją mnóstwo pracy, ale co to za 

frajda rozkazywać Serenie.

Wszystko w imię przyjaźni.

background image

kolejna szalona niedziela w parku z V... i D

Nils ciągnął ją za prawą rękę, Edgar za lewą. A może odwrotnie? Vanessa Abrams 

przypomniała sobie, dlaczego to nie najlepszy pomysł, by dwóch chłopaków walczyło o tę 

samą dziewczynę.

Jakby jeszcze tego nie wiedziała.

- No, chodź - jęczał jeden z chłopców. Czy to ważne, który jest który? Małe łapki 

lepiły się z brudu, dziecięce głosy piszczały przeraźliwie, a do tego ich sita... Trzymali ją w 

żelaznym   uścisku,   a   ponieważ   nie   chcieli   zwolnić,   Vanessa   na   wpół   szła,   na   wpół   była 

ciągnięta   cienistymi   alejkami   Central   Parku.  Przypomniało  jej  się,  jak   razem   z  Aaronem 

wprowadzali jego boksera, Mookie, ale bliźniaki jeszcze bardziej rwały się na spacer niż pies. 

Gdyby mieli ogony, machaliby nimi bez przerwy.

- O Boże, błagam, zwolnijcie - sapnęła Vanessa.

Osiemnaście dolarów za godzinę, osiemnaście dolarów za godzinę. Dziś zarobiła już 

trzydzieści sześć. To nie majątek, ale przyda się przy następnym projekcie.

A może następnym mieszkaniu?

Potknęła  się, gdy chłopcy niespodziewanie zatrzymali  się przy wózku ocienionym 

parasolem.

- Możemy zjeść loda?

Nie sądziła, by matka kiedykolwiek zabrała ich do parku, a co dopiero kupiła lody. Od 

dziwacznej rozmowy tamtego pierwszego dnia nie widziała jej ani razu, ale pani Morgan nie 

wyglądała   na   kobietę,   której   podobają   się   lepkie   odciski   dziecinnych   łapek   na   spódnicy 

Chanel. W dzieciństwie ona i Ruby nie znały smaku słodyczy. Rodzice karmili je sorbetami 

owocowymi i ciasteczkami bez cukru, ale Vanessy nie obchodziło, co jadają te dwa potwory.

- Oczywiście, lody, proszę bardzo - zgodziła się. Wyzwoliła się z uścisku chłopców i 

wyjęła z kieszeni zmiętą dwudziestkę.

- Trzy lody - powiedziała do sprzedawcy. Miał sumiaste wąsy i kolorową koszulkę 

Anno Domini 1972.

Chłopcy podskakiwali nerwowo. Chciwie rozdarli opakowania i z wrzaskiem odbiegli 

w stronę placu zabaw, śmiejąc się z pełnymi buziami.

background image

- Poczekajcie! - zawołała za nimi z obowiązku. Nie obchodziło jej już, że przepadną 

bez siadu, a ona straci pracę i pójdzie do więzienia. Czy naprawdę zaledwie trzy dni temu 

zaczęła   pracę   na   pianie   wysokobudżetowej   hollywoodzkiej   produkcji?   A   może   to   tylko 

koszmarny sen?

Opadła na ławkę pod rozłożystym dębem i patrzyła, jak bliźniaki pochłaniają zdobycz 

i   rzucają   papierki   na   ziemię.   Nieładnie.   Ganiali   się   z   zawrotną   szybkością,   śmigali   pod 

zjeżdżalnią   i   między   huśtawkami,   w   ostatniej   chwili   unikali   zderzenia   z   maluchami, 

stawiającymi pierwsze kroki, i ich groźnymi opiekunkami.

- Nie  oddalajcie   się! -  zawołała  zrezygnowana.  Dokończyła  loda  i  rozparła   się  na 

zadziwiająco wygodnej ławce z betonu i drewna. Z oddali dobiegał warkot samochodów, 

jadących przez park Siedemdziesiątą Dziewiątą. Mity, usypiający odgłos. Mimo słońca w 

cieniu panował przyjemny chłód i przez chwilę wydawało się jej, że nie jest nianią, tylko 

sama rozkoszuje się niedzielnym popołudniem w parku. Przymknęła powieki i odpłynęła.

A potem usłyszała znajomy pisk i gwałtownie otworzyła oczy.

Kto by przypuszczał, że ma instynkt macierzyński?

Trochę dalej panowało zamieszanie. Dostrzegła znajome jasnowłose główki.

Zerwała się na równe nogi i pobiegła w tamtą stronę. Jeden z bliźniaków siedział na 

chodniku, płakał i trzymał się za zakrwawione kolano. Drugi stał z boku i groźnie wskazywał 

paluszkiem wrotkarza, leżącego na ziemi.

- Co tu się dzieje? - zapytała władczo. A przynajmniej miała taką nadzieję.

- Ten duży wpadł na Edgara! - szlochał Nils.

Piegowata nimfetka w różowych obcisłych szortach i niebieskim sportowym staniku 

podjechała szybko na wrotkach.

- Co tu się dzieje? - warknęła. - To, że nie panujesz nad dzieciakami, a my chcemy 

trochę poćwiczyć!

- To nie są moje dzieci - zauważyła  Vanessa i pogłaskała zapłakanego Edgara po 

głowie. - A ty daruj sobie ten ton.

- Vanesso, chodźmy do domu - zajęczał Nils i złapał ją za rękę.

- To niezły pomysł - stwierdziła Lycra. Uklękła i zajęła się leżącym  towarzyszem. 

Wyglądała, jakby zjechała żywcem z reklamy piwa coors lite.

- Słuchaj, następnym razem patrz, gdzie jedziesz. - Vanessa nie pozwoli, żeby byle 

nimfetka nią dyrygowała.

- Vanessa? - Wrotkarz na ziemi usiłował się podnieść.

Vanessa zamrugała z niedowierzaniem. Czyżby się przesłyszała?

background image

Bo oto na asfaltowej alejce w Central Parku, w cieniu dębów, z wrotkami na nogach, 

w idiotycznych szortach i obcisłej białej koszulce, w ochraniaczach na łokciach i kolanach, 

leżał Dan. Spocony i czerwony na twarzy. Jej Dan.

- Dan? - W jej glosie było tyle przerażenia i zdumienia, że Edgar przestał szlochać i 

wstał.

- Cześć.   -   Uśmiechnął   się   speszony.   Blond   cheerleaderka   w   obcisłych   ciuchach 

pomogła mu wstać. Zachwiał się niepewnie na wrotkach. - Cześć, Vanesso. Co słychać?

- Co   słychać?   Nie   upilnowała   tych   małych   potworów   -   zaczęła   blondynka   i 

podciągnęła różowe szorty tak mocno, że szczegóły jej anatomii były doskonale widoczne. - 

Staram się potraktować to Zen, ale...

- Kim jesteś? - przerwała jej Vanessa.

- A ty? - odcięła się suka.

- Ja? Jego dziewczyną - odparła Vanessa.

Lycra skrzywiła się lekko.

- Chwileczkę,   co   ty   robisz?   -   Vanessa   przyglądała   się   Danowi.   Wyglądał   tak 

idiotycznie, że z trudem znosiła jego widok. Wróciła wzrokiem do dziewczyny.  - Pewnie 

przez ciebie ciągle nie ma go w domu.

- Mieszkacie razem?

Vanessie przypomniał się jego wiersz:

Tylko miłość. Tylko namiętność. Tak, tak.

Budda to nie Jezus. Ja też nie.

Jestem zwykłym facetem.

- Co to za dzieciaki? - zainteresował się Dan.

- Jesteśmy jej przyjaciółmi  - warknął jeden bliźniaków, Vanessa nic miała pojęcia 

który, i pokazał Danowi język.

- Przyjaciółmi? - powtórzył Dan.

- Tak - warknęła. - Podobnie jak ona jest twoją przyjaciółką, co?

W   Piątej   Alei   rozdzwonił   się   dzwon   kościelny.   Był   to   dźwięk   tak   czysty   i   tak 

nieodpowiedni, że Vanessie chciało się krzyczeć.

- Vanessa? - Drugi bliźniak złapał ją za rękę, - Niedobrze mi.

- Nie teraz - warknęła.

- Nic z tego nie rozumiem - wystękał Dan. - Dlaczego nie jesteś na planie?

- Ken Mogul mnie wylał, ale ciebie i tak to nie obchodzi.

- Przestańmy, zanim powiemy coś, czego później będziemy żałować - wtrąciła się 

background image

Lycra. Gołębie obżerały się resztkami lodów bliźniaków. Dlaczego nie dziobną blondyny w 

tyłek?

- Vanessa?   -   zajęczał   ten   sam   bliźniak.   -   Naprawdę   mi...   -   Nie   dokończył, 

zwymiotował lodami na jadowicie zielone sportowe buty Dana.

Więc tak wygląda zła karma.

background image

N traci zapał

Pod Natem uginały się kolana, tak samo jak wtedy, gdy trener go przyłapał na obijaniu 

się na treningu i za karę kazał biegać dokoła boiska. Miał za sobą ciężki dzień. Dźwigał nowe 

słupki na ogrodzenie przez cały podjazd. Szedł do domu pochylony i znużony.

Pod Natem Archibaldem uginają się kolana. I to nie z powodu dziewczyny.

W drodze do sypialni zajrzał do jasnej, biało - stalowej kuchni, do lodówki. Regina, 

ich gospodyni, kucharka i pokojówka w jednym, pilnowała, żeby miał co jeść, ale Nate nawet 

nie spojrzał na domowy pasztet czy sałatkę z pomidorów. Interesowała go jedynie oranżada 

lorina. Od dziecka bardzo ją Lubił,  ale nie wiadomo dlaczego kupowali ją tylko  w  East 

Hamptons. Lekko cierpki smak kojarzył mu się z beztroskimi wakacjami w dzieciństwie, gdy 

wydawaj   fantastyczne   imprezy   z   pływaniem   nago   W   basenie   i   osuszał   winną   piwniczkę 

rodziców.

To były czasy, pomyślał, idąc do siebie. Wtedy nie miał innych zmartwień oprócz 

tego, czy będzie pogoda na plażę, czy już się wystarczająco upalił i czy uda mu się poderwać 

Blair.

Teraz życie jest o wiele trudniejsze. Są wakacje, a on siedzi po uszy w problemach. Co 

będzie, jak kolesie Tawny spotkają go samego na ulicy? Co powie Blair, kiedy się spotkają w 

Yale? Czy Chuck Bass mówił prawdę?

Z butelką w reku opadł na miękkie, nieposłane łóżko. Jęknął. Zamknął oczy i starał się 

odprężyć, ale cały czas miał przed oczyma czyjąś twarz.

Ciekawe, czyją?

Nagle pożałował, że oddał ciemnozielony kaszmirowy sweter w serek, który Blair 

podarowała mu dwa lata temu, gdy pojechali z jej ojcem na narty do Sun Valley. Gdyby go 

miał, mógłby go włożyć,  zamknąć oczy i wspominać lepsze, prostsze czasy,  gdy jeszcze 

chodził z Blair, a świat był taki, jaki powinien. Bo - jeśli nie liczyć tych okazji, gdy się na 

niego wkurzała, bo powiedział coś nie tak albo za bardzo się upalił, żeby pamiętać o randkach 

- Blair sprawiała, że czuł się spełniony. Przy niej wszystko było lak, jak trzeba. A teraz Blair 

wychodzi za jakiegoś Anglika. Czy to prawda? Nagle poczuł, że musi się upewnić.

Wstał,   napił   się   oranżady   i   sięgnął   po   czarny   telefon   Bang&Olufsen   przy   łóżku. 

background image

Zawahał się, ale po chwili wybrał znajomy numer.

- Tu Blair - odezwała się po kilku sygnałach. Mówiła szybko, rzeczowo, jakby nie 

wiedziała, kto dzwoni.

- Cześć. - Przewrócił się na brzuch i gorączkowo bawił prześcieradłem.

- Nate?   -   Ziewnęła,   jakby   już   ją   znudził.   -   O   rany,   bardzo   przepraszam.   Jestem 

koszmarnie zmęczona.

- Tak, to ja - zaczął. W tej chwili rozmowa z nią nie wydawała mu się już dobrym 

pomysłem.

- Pracuję - wyjaśniła. - Mam za sobą bardzo nerwowy tydzień.

- Super. - Pracuje? Jezu, naprawdę wszystko się zmieniło.

- No. Bailey Winter nie daje mi odetchnąć.

Nate nie miał pojęcia, o czym mówi, ale uznał, że powinien okazać współczucie.

- Fatalnie.

- Tak to jest w świecie mody. A właściwie gdzie się podziewasz?

- W East Hamptons, w domu rodziców. Pracuję u trenera, pomagam mu odnowić dom.

- Chciałabym  się wyrwać  - rozmarzyła  się Blair.  - Chociaż na moment...  ale  sam 

wiesz, jak to jest...

- Jasne - mruknął. - Tak to jest, jak się pracuje.

- Mówiłam już, że zajmuję się kostiumami w tym nowym filmie, Śniadanie u Freda?

- Świetnie - stwierdził. Dlaczego nic nie mówi o zaręczynach? - Więc jak, już wróciłaś 

z Londynu?

- Och, tak - westchnęła głośno. - Musiałam. Uznałam, że to najlepsze rozwiązanie, 

zdobyć trochę doświadczenia, zanim pójdziemy na studia.

- Świetny   plan.   -   Nagłe   pożałował,   że   nie   zapalił,   zanim   chwycił   za   telefon.   - 

Zwłaszcza teraz, kiedy, no wiesz, masz plany na przyszłość.

- A kto ich nie ma? - zdziwiła się. - Chyba czasem myślisz o przyszłości, co, Nate?

- No, tak - przyznał, choć rzadko kiedy myślał o czymś bardziej odległym niż kolacja. 

- W każdym razie chciałem ci tylko, no wiesz, pogratulować.

- Nie   przesadzaj.   To   tylko   tymczasowa   praca,   choć   u   jednego   najlepszych 

projektantów w Ameryce.

- Chodzi mi o zaręczyny. Już słyszałem.

- Zaręczyny? - powtórzyła. - O co ci chodzi?

- Chuck mi powiedział. - Wsunął sobie poduszkę pod głowę.

- Chuck   ci   powiedział,   że   się   zaręczyłam?   -   warknęła.   -   Jak   zwykle   wszystko 

background image

popieprzył.

- Jak to? - Nate usiadł.

- No, bo wróciłam - wyjaśniła. - Nie mogłabym  za niego wyjść. Muszę myśleć  o 

przyszłości.

Bo oczywiście się jej oświadczył, co?

- Więc nie wychodzisz za maż? Powiem Chuckowi.

Powodzenia.

- To idiota - stwierdziła Blair. - Kogo obchodzi, co sobie myśli? Dlaczego go w ogóle 

posłuchałeś?

Nate wzruszył ramionami, choć oczywiście Blair nie mogła go widzieć.

- Sam nie wiem. Nie odzywałaś się do mnie, ani nic. Ale cieszę się, że wróciłaś. 

Wiem, że zawsze chciałaś być Katherine Hepburn. Fajnie, że przynajmniej jesteś na co dzień 

na planie filmowym.

- Audrey Hepburn - poprawiła. - Ja nie tylko jestem na planie filmowym, odgrywam 

tam kluczową rolę. W takim filmie kostiumy są bardzo ważne.

- Pamiętasz, jak razem oglądaliśmy ten film, a ty co chwila zatrzymywałaś i kazałaś 

mi powtarzać tekst? - Pogrążył się we wspomnieniach. Padał wtedy śnieg, odwołano lekcje i 

przez całe popołudnie leżeli w jej łóżku i oglądali Śniadanie u Tiffany'ego, ale Blair co chwila 

zatrzymywała film i recytowała tekst z pamięci. On też próbował, tylko po to, żeby sprawić 

jej   przyjemność.   A   teraz   on   jest   w   Hamptons,   ona   w   Nowym   Jorku,   ich   związek   to 

przeszłość... Nie ma nawet jej pokoju. Teraz śpi w nim jej malutka siostrzyczka.

- Uznałam, że praca w świecie mody, z dala od reflektorów, to ciekawsza ścieżka 

kariery - wyjaśniła.

- No - mruknął. - Zwłaszcza że Serena i tak bardziej na daje się na gwiazdę.

Oj.

Blair umilkła na chwilę.

- Nate. muszę kończyć. Musze zawieźć kostiumy na plan.

- Dobrze. - Był rozczarowany. - To chyba ważne.

- Bardzo. Baw się dobrze na plaży. - Blair się rozłączyła.

Nate upuścił słuchawkę na podłogę, odwrócił się na plecy i wbił wzrok w sufit. Baw 

się? Nagle Hampton wydało się śmiertelnie nudne. Lato wydawało się nieskończenie długie. 

Brakowało mu miasta, przyjaciół, Blair.

Bo żadna miejscowa ślicznotka jej nie zastąpi.

background image

V znajduje surogat ojca

Vanessa głośno trzasnęła drzwiami, wbiegła do przedpokoju Humphreyów i cisnęła na 

podłogę wojskowy plecak. Sterta starych gazet rozsypała się na skrzypiący parkiet.

- Cholera!   -   Uklękła   i   pozbierała   gazety   najstaranniej,   jak   umiała,   ale   w   tym 

mieszkaniu zawsze panował taki bałagan, że właściwie nie miało to znaczenia.

- Co jest? - zapytał męski głos. - Kto to?

Vanessa rozejrzała się niespokojnie. Niezmordowane bliźniaki ją wykończyły, Dan i 

jego blond nimfetka wkurzyli ją i upokorzyli. Zabolało ją, że walnięty Ken Mogul wyrzucił ją 

z  pracy.  Z  tego  wszystkiego   zapomniała,   że  nie   jest  tu   u  siebie,  i   nie  powinna   trzaskać 

drzwiami ani kląć na głos. W końcu jest tu gościem.

- O co chodzi? - Rufus Humphrey stanął w progu kiepsko oświetlonego przedpokoju. 

Do wypukłej  piersi tulił plik kartek. Długie  do ramion, zmierzwione  włosy spiął  zieloną 

gumką. W szpakowatej brodzie widniały resztki orzeszków, a okulary cudem trzymały się na 

czubku czerwonego nosa Miał na sobie sfatygowane beżowe szorty - z kieszeni wystawały 

niezliczone długopisy i ołówki - i zdecydowanie za ciasną jasnoniebieską koszulkę, którą 

Vanessa zidentyfikowała jako stary szkolny podkoszulek Dana. Całości dopełniał jaskrawy, 

różowy ceratowy fartuch w stokrotki.

- Przepraszam - speszyła się. - Nie chciałam ci przeszkadzać.

- Jaki dzisiaj dzień? - zapytał Rufus. Przyglądał się jej uważnie, jakby ją widział po 

raz pierwszy.

Rozważała, czy mu przypomnieć, kim jest.

- Niedziela.

- Ach, tak, niedziela, tak. - Rufus skinął głową, zdjął okulary do czytania i wsunął do 

jednej z licznych kieszeni. - Więc jak, wróciłaś ja wcześnie czy za późno? Mam na ciebie 

nakrzyczeć czy co?

Vanessa się roześmiała. Ulżyło jej, bo chyba wiedział, z kim rozmawia.

- Nie martw się, byłam grzeczna.

- No, to chodź. - Skinął ręką w stronę zadymionej, zabałaganionej kuchni. - Gotuję 

kolację i chciałbym, żeby ktoś spojrzał na moje dzieło świeżym okiem.

background image

Jakby i bez tego nie miała za sobą ciężkiego dnia.

Vanessa  przycupnęła  na  chwiejącym  się  taborecie przy kuchennym  stole.  Popijała 

mętną wodę z kranu i obserwowała, juk Rufus Humphrey uwija się przy kuchence. Nieważne, 

co   pichcił.   Pachniało   smakowicie,   aż   zaburczało   jej   w   brzuchu.   Jadła   dzisiaj   tylko 

nieszczęsnego loda w parku, bo później jakoś odeszła jej ochota na lunch.

- Spróbuj - rozkazał Rufus i podał jej drewnianą łyżkę.

Podmuchała na dymiący kuskus.

- Pyszne.

- To  tajine -  poinformował. - Według przepisu Paula Bowlesa. Zapomniałem, że go 

mam. Gdzie Dan? Uwielbia jego dania. Będzie mu smakowało, jestem pewien. Zastąpiłem 

szafran Wermutem!

- Dan? Nie wiem - przyznała. Niespokojnie bawiła się skrajem Lnianej serwetki w 

niebieskie kwiatki. Nie pasowała do zapuszczonej, zagraconej kuchni.

- Kłopoty w raju? - Rufus energicznie mieszał w ogromnym garnku.

Vanessa się zawahała. Naprawdę chciała się przed kimś wygadać. Nie rozmawiała z 

Ruby, odkąd obrażona wyszła z domu. Do rodziców nie odzywała się od wieków. Nieważne, 

że Rufus to ojciec Dana. Musiała z kimś pogadać.

- Raj - żachnęła się. - Już po nim.

- Jak to? - Rufus przeglądał książkę kucharską i mądrze kiwał głową. - O cholera! 

Dwie łyżeczki! No cóż, sześć nikomu nie zaszkodzi.

- No, bo my chyba zerwaliśmy. - Vanessa miała gulę w gardle.

- Co się stało? - Mężczyzna buszował w szufladach, szczękając sztućcami.

- Nie   wiem   -   skłamała.   Nagle   się   zawstydziła.   Przecież   nie   musi   mu   opowiadać 

wszystkiego z najobrzydliwszymi szczegółami?

- Dzieciaki - pokręcił głową. - Pierwsza miłość.

Albo jej koniec.

Vanessa starała się wziąć się w garść.

- Najgorsze, że on nawet nie wie, co się ze mną dzieje. No, bo dzisiaj straciłam pracę. 

Ken Mogul mnie wylał. - Westchnęła i zadygotała. Te słowa wypowiedziane na głos, nawet 

przez nią samą, potęgowały grozę sytuacji.

- Wylał'? - powtórzył Rufus i dolał, jej zdaniem, zdecydowanie za dużo miodu do 

garnka. - Nie przejmuj się. Nie uwierzysz,  ale mnie też kiedyś  wywalili z pracy. Byłem 

bileterem w Brattle Theater, jeszcze na studiach. - Zachichotał. - Wylali mnie, bo kląłem 

nagłos podczas sztuki o Rosji sowieckiej, ale to długa historia.

background image

- Bardzo ci dziękuję, że pozwoliłeś mi tu zamieszkać. Niedługo sobie coś znajdę - 

mruknęła ponuro. - Zadzwonię do Ruby, może pozwoli mi spać na kanapie. Albo poproszę 

Blair Waldorf o pomoc. Ja jej po mogłam, kiedy nie miała gdzie się podziać.

Blair, która zmienia łóżka co tydzień? Nie licz na to, moja droga.

- Wstrzymaj się, bracie! - zawołał Rufus Humphrey w jednym ze swoich słynnych 

bezsensownych wybuchów. - O ile pamiętam, to moje mieszkanie, nie Dana. Jenny jest w 

Europie, a później wyjeżdża do tej elitarnej szkoły z internatem. Dan jedzie do Evergreen, 

jakby dalej już nie mógł, a ja zostanę sam jak palec i nic będę miał dla kogo gotować. O nie, 

bracie.

Jeszcze   nikt,   nigdy,   a   już   zawłaszcza   niczyj   ojciec,   nie   zwracał   się   do   niej   per 

„bracie”. Nawet jej się to podobało.

- Sama nie wiem - zaprotestowała. W końcu ktoś jest dla niej miły, a ona nie wie, jak 

to przyjąć. - Byłoby mi głupio, gdybym bez końca wykorzystywała twoją gościnność.

- Skoro tak uważasz... - Rufus energicznie opuścił przykrywkę. - Coś wymyślimy. 

Jesienią idziesz na studia na New York University, tak? Kiepskie perspektywy na kasę i mało 

czasu, żeby dorobić. Możesz wynająć  pokój Jenny za niewielką opłata. O ile pozwolisz, 

żebym ci gotował.

Vanessa podrapała się po głowie - włosy już zaczynały jej odrastać - I spojrzała na 

czuprynę Rufusa.

- Ojej! Chili! - zawołał i wrzucił kilka łyżek stołowych przyprawy do garnka.

Tak, to dziwak, ale bardzo sympatyczny. I na pewno nie zażąda wygórowanej sumy. 

Do wyjazdu Dana będzie znikać na całe dnie. Zresztą mieszkanie z Rufusem pod jednym da-

chem może się okazać całkiem przyjemne. Będzie dziwacznym  ojcem, którego nigdy nie 

miała. To znaczy owszem, miała, ale dwaj nie zaszkodzą.

- Dziękuję bardzo. - Otarła łzy wierzchem dłoni. - Bardzo chętnie.

- Świetnie, A teraz weź sobie talerz i przynieś kieliszki do wina. Kolacja gotowa.

I nie zapomnij o manti, skoro już nakrywasz do stołu.

background image

narodziny gwiazdy - druga próba

Serena siedziała w przyczepie, dopóki się dało. Po raz tysięczny czytała scenariusz i 

starała się uspokoić rozszalałe nerwy. Popijała już drugą kawę latte tego ranka i wspominała 

weekendowe próby z Blair.

- Zamknij   oczy   -   poleciła   Kristina,   chuda   jak   szczapa   niemiecka   wizażystka. 

Malowała sobie oczy smoliście czarnym eyelinerem i Serena trochę się jej bała.

Poczuła delikatne muśnięcia pędzla na powiekach.

- Dobrze, już, otwórz - mruknęła Kristina.

Serena otworzyła oczy i westchnęła. Dobrze chociaż, że w dzisiejszej, bardzo ważnej 

scenie, nie ma żadnego tekstu. To, co dzisiaj kręcili, bezpośrednio nawiązywało do oryginału, 

do sceny, w której Audrey Hepburn śpiewa Moon river na schodach przeciwpożarowych. Ken 

Mogul postanowił odtworzyć te scenę bardzo dokładnie, więc przyczepa Sereny stała przed 

podupadłą kamienicą w East Village. w której mieszka jej filmowa bohaterka. Serena dopiła 

resztki kawy Starbucks i przypomniała sobie, co poprzedniego dnia powiedziała Blair. Niemal 

słyszała jej głos w głowie.

Przerażająca myśl. swoją drogą.

Nie musisz grać, i tak nią jesteś. Ta sukienka to twoja sukienka. Jej głos to twój głos. 

Pokaż to.

- Chyba na ciebie czekają - zauważyła Kristina.

Serena zerknęła ostatni raz na swoje odbicie i przełknęła ślinę. Była gotowa, na tyle. 

na ile umiała, ale potrzeba cudu. żeby się udało.

Ten cud nazywa się Blair Waldorf.

Wyszła ze lśniącej przyczepy na chodnik. St, Marks Place sprawiał jeszcze bardziej 

niż zazwyczaj klaustrofobiczne wrażenie - wszędzie widziała członków ekipy i oślepiające 

reflektory.   Ken   Mogul   jak   zwykle   rozsiadł   się   w   reżyserskim   krześle   i   rozkoszował   się 

papierosem - kręcił w plenerze, nic w nieskazitelnie czystych wnętrzach Barneys. Bawił się 

guzikiem od koszuli.

Blair czekała między przyczepami z nieodłączną Jasmine u boku. Nastolatka trzymała 

wielki zielony pokrowiec na ubrania z logo Baileya Wintera, żeby po skończonej scenie 

background image

ochronić sukienkę Sereny przed kaprysami aury.

- Serena na planie! - zawołał drugi asystent reżysera i ekipa ożywiła się nagle.

Na widok głównej aktorki Ken Mogul zerwał się z fotela tak energicznie, że prawie 

przewrócił   zezowatego   praktykanci   Za   jego   plecami   Serena   widziała   Thaddeusa   Smitha. 

Oparty o przyczepę - identyczną jak jej, tylko jasnoniebieską - szeptał coś do komórki.

- Holly, skarbie! - zawalał Ken i poprawił dziwaczne spodnie, jak od smokingu. - 

Wyglądasz cudownie. Kostium leży jak ulał.

Serena miała na sobie granatową aksamitną kreację Bajleya Wintera i śliczne srebrne 

balerinki z kokardkami. Oczywiście jej nogi były długie i zgrabne, choć nigdy nie ćwiczyła.

Ćwiczyć? Jakie to prostackie.

- Dzięki - odparła drżącym głosem. Bardzo chciała mieć to już za sobą.

- Dobra! - szczeknął Ken. - Światła! Kręcimy, ludzie!

Serena stanęła na swoim miejscu, tak samo, jak wczoraj, podczas prób z Blair.

- Reflektor! - zawołał asystent reżysera.

Oświetlenie się zmieniło. Dokoła wszystko pociemniało, tylko Serena stała w jasnym 

kręgu. Nawet nie mrugnęła okiem. Podniosła wzrok. Widziała jedynie światło i myślała tylko 

o tym, że stoi w blasku reflektorów. Ona, Serena. Ona, Holly. Nie wiedziała już, kim jest. Po 

prostu była.

Pokaż to, upomniała się.

- Daj znać, kiedy będziesz gotowa, Molly! - zawołał Ken.

Była.

Odetchnęła głęboko i podeszła do skraju schodów. Nie wahała się, nie liczyła stopni, 

nie potknęła się, nie uciekła. Weszła na ganek i odwróciła się w stronę kamer.

- Piękna noc - westchnęła. - Jak zawsze.

Usiadła   na   najwyższym   stopniu.   Widziała,   jak   Ken   Mogul   obserwuje   ją   bacznie, 

zaciągając się dymem. Czuła na sobie krytyczny wzrok Blair. Znieruchomiała i po chwili 

zaczęła nucić ze wzruszającym drżeniem w glosie:

Moon river, wider than a mile...

I'll be crossing you in style, someday.

Dream maket, you heartbreaker...

Zaśpiewała   całą   piosenkę   a   capella.   Na   planie   panowała   cisza,   dokoła   było   tak 

ciemno, że na moment zapomniała, kim i gdzie jest. Przez chwilę naprawdę była Holly i 

śpiewała I głębi serca.

Skończyła.   Po   jej   policzku   spłynęła   pojedyncza   łza.   Wpatrywała   się   w   światło, 

background image

uśmiechnięta i zadumana. Zawsze znajdowała się w centrum uwagi. Było to dla niej coś tak 

naturalnego, że właściwe o tym nie pamiętała. Ale dziś po raz pierwszy poczuła się gwiazdą.

Zapadła długa cisza. Nikt się nie poruszył. Nie odezwał.

- Holly - szepnął Ken Mogul, ale było tak cicho, że wszyscy go słyszeli. - To było 

niewiarygodne. Gdzieś ty to, kurwa, ukrywała, skarbie? - Zerwał się z fotela i rzucił się ją 

uściskać. Niektórzy w ekipie zaczęli bić brawo. Nawet Blair.

- Panie i panowie! - wrzasnął Ken. Przytulił Serenę do siebie i okręcił w kółko. - 

Widzieliśmy narodziny gwiazdy!

Ken   śmierdział   kiszoną   kapustą   i   kawą.   Serenie   oczy   nabiegły   łzami,   ale   to   nie 

szkodzi. I tak już płakała.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Kilka dni temu przechodziłam obok Barneys (no dobra, przyznaję, poszłam na przeszpiegi). I wiecie 

co? Znów jest otwarty! Tak jest, otwarty jak zwykle, wszystko po staremu. W idealnym momencie! 

Kupiłam fantastyczne mikrobikini Margiela, idealne na basen i pobiegłam na górę do Freda, gdzie 

wszystko wróciło do dawnej chwały. Więc chyba było sporo prawdy w plotkach, które do mnie dotarły - 

że   skończyli   już   zdjęcia   do   filmu.   Ciekawe,   jak   poszło   naszej   ulubienicy   w   roli   głównej?   Z  planu 

dochodzą wieści, że - o dziwo - poradziła sobie całkiem, całkiem (brawo mała!), i zagrała bezbłędnie, 

tak, że nawet słynny z upierdliwości reżyser nie miał się do czego przyczepić i wyznał jej miłość do 

grobowej  deski. Ustaw się w kolejce, stary.  I jeszcze lepsza  nowina.  Każdy  wie,  że  koniec zdjęć 

oznacza imprezę. Podobno ta będzie totalnie oldskulowa, więc trzymajcie kciuki i co chwila biegajcie 

do skrzynki sprawdzić, czy dostaliście zaproszenie. Ja oczywiście otrzymałam je już kilka dni temu.

OGŁOSZENIE

Przerywamy program, żeby donieść o bardzo ważnym wydarzeniu. ABC Carpet&Home, jedyny sklep, 

w którym można dostać ręcznie tkane irańskie dywaniki i smakowicie pachnące świece Dyptique, 

zaprasza stałych klientów na specjalną promocję. Wpadnijcie tam i zapytajcie o Sisi. Pomoże wam 

wybrać cudowny mięciutki materac (bo w akademikach każą spać na cienkich i twardych), uroczy 

turecki kilim (żeby zakryć odrapane ściany), staroświecki żyrandol (okropnym jarzeniówkom mówimy 

nie)   i   mnóstwo   innych   drobiazgów,   które   sprawią,   że   nawet   ciasny   studencki   pokój   stanie   się 

przytulny. Wiecie, na przygotowania nigdy nie jest za wcześnie.

Wasze e – maile

P:

 Droga PIotkaro

W   zeszły   weekend   byłam   na   pikniku   nad   rzeką   Hudson   i   dałabym   sobie   rękę   uciąć,   że 

widziałam pewnego hollywoodzkiego ogiera na wrotkach, bez koszuli. Wszędzie rozpoznam 

background image

jego regularne rysy i fantastyczny brzuch. Czy to możliwe, że to naprawdę on? Bo widzisz, 

chodzi o to, że miał na sobie bardzo obcisłe szorty, tak, że dokładnie widziałam jego boski 

tyłek. A z butów do jazdy na wrotkach wystawały tęczowe skarpetki. Co to znaczy? Błagam, 

nie mów mi, że to jest to, o czym myślę!

Thadowa

O:

 Droga Thadowa

Od kiedy wrotki wróciły do mody? Intrygujące. Słuchaj, powiem tak: nawet heteroseksualni 

mogą jeździć na wrotkach. Ba, znam takiego (zadeklarowani' go heteryka), który niedawno 

odkrył dla siebie ten sport. A jeśli chodzi o dowody, że T preferuje męskie towarzystwo - mówi 

się, że romansuje ze wszystkimi, od młodej żony pewnego reżysera po niego samego. Nie 

wierz we wszystko, co czytasz... chyba, że czytasz to u mnie.

Plotkara

P:

 Droga Plotkaro

Mam   twardy   orzech   do   zgryzienia.   W   tym   samym   domu   mieszka   superdziewczyna,   która 

bardzo mi się spodobała. Wszystko w porządku, co? Tylko że, widzisz, teraz wprowadziła się 

jej   równie   atrakcyjna   przyjaciółka,   i   ta   podoba   mi   się   jeszcze   bardziej.   Co   ty   na   to? 

Wystartować do tej drugiej czy umawiać się z obydwoma z dala od domu?

Niezdecydowany

O:

 Drogi Niezdecydowany

Dzielny z  ciebie gość. Zadbaj tylko, żeby romans trwał tyle, ile umowa najmu, bo  inaczej 

czekają cię przykre niespodzianki na klatce schodowej! Zresztą, nie ma nic przyjemniejszego 

niż trójkącik!

Plotkara

Na celowniku

Posępny N siedzi na ławce przy Main Street w East Hampton. Co go gryzie? D i niezidentyfikowana 

dziewczyna w Jamba Juice w Columbus Circle, uzupełniają poziom płynów po ostrej sesji na siłowni. 

Słuchajcie, wiecie, że w okolicy są ze cztery hotele, prawda? B taszczy wypchane torby z ciuchami do 

domu matki na Piątej Alei. Jeszcze Jej mato zakupów? A może to dodatkowe bonusy z pracy?  

kupuje kwiaty na Chelsea Market - dowód uczucia dla partnerki? V niesie swoje dzieła do rezydencji 

na Piątej Alei, gdzie obecnie pracuje. Czyżby jej nowa szefowa była miłośniczką kina? A może V chce 

stracić posadę, pokazując bliźniakom swoje dzieła?

Dobra,   dosyć   tego,   nie   mam  czasu   na   więcej.   Lecę   do   cudownego   butiku   przy   Elizabeth   Street. 

Zazwyczaj nie kupuję używanych ciuchów, śmierdzą trupem, ale uznałam, że na oldskulowe party a la 

Hollywood trzeba się odpowiednio ubrać. Ojej, chyba za dużo wypaplałam...

background image

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

iście hollywoodzkie zakończenie

W barze na dachu hotelu Oceana panował harmider. W każdy letni wieczór był tam 

niesamowity tłok. Ale jeśli do tłumu nowojorczyków doda się kilka gwiazd, powstaje istny 

dom wariatów. Bar i basen na dachu to miejsca, w których się bywa, żeby widzieć i być 

widzianym, nie żeby słyszeć i być słyszanym, więc Serena była trochę rozczarowana, gdy 

Thaddeus zaproponował właśnie ten lokal. Teraz, gdy nic gryzła się już zdjęciami, chciała z 

nim szczerze porozmawiać. Poznać go lepiej jako człowieka, nie aktora. Słyszała plotki, że 

zaraz po przyjęciu wyjeżdża z miasta, więc zostało im mało czasu. A miała nadzieję, że 

między nimi wreszcie do czegoś dojdzie. Bez kamer.

Najwyraźniej nie słyszała jeszcze wszystkich plotek na jego temat.

- Co   pijesz?   -   zapytał,   gdy   podeszła   kelnerka.   Siedzieli   w,   jak   to   się   oficjalnie 

nazywało, części dla VlP - ów, która różniła się od reszty baru tylko tym, że mieli lepszy 

widok na rzekę Hudson. Przynajmniej trafili na ciekawe widowisko. Nad rzeką co chwila 

wybuchały   fajerwerki.   Co   to?   Maraton?   Czy   parada   gejowska?   Serenie   zawsze   się   to 

wszystko mieszało.

- Caipirinhę - wrzasnęła mu do ucha.

Thaddeus   przekazał   zamówienie   oszołomionej   kelnerce.   Pobiegła   po   drinki,   które 

pewnie dostaną za darmo. Thaddeus nigdy za nic nie płacił, Serena też nie - kontrowersyjny 

projektant Les Best podarował jej mnóstwo ciuchów ze swojej kolekcji, kiedy wystąpiła w 

reklamie jego perfum, a faceci zawsze stawali jej drinki i kolacje.

Najwyraźniej ma to zapisane w gwiazdach.

Thaddeus   machinalnie  bębnił  palcami   w  stolik,  wtórując   Scissor   Sisters.   Piosenka 

leciała ze sprytnie ukrytych głośników. Uśmiechnął się, wpatrzony w rzekę.

- Piękny wieczór - zauważył.

- Tak - zgodziła się. Siedziała między nim a poręczą. - Tak się cieszę, że nie musimy 

już uczyć się tekstu i zastanawiać, co Ken jutro wymyśli.

- Nie musisz mi mówić. - Thaddeus zapalił papierosa, zaciągnął się i podał go Serenie.

Wsunęła w usta wilgotny ustnik - całowali się już przed kamerą, więc co jej szkodzi 

odrobina jego śliny. Kelnerka przyniosła ich drinki.

background image

- Czas na toast - stwierdził i podniósł różowe cosmo.

Różowe cosmo?

- Tak jest. - Serena wzięła swoją szklankę. - Za fantastyczny film.

- Za fantastyczną aktorkę - poprawił Thaddeus i uniósł brew. - Za fantastyczny debiut. 

- Objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej do siebie. - Świetne fajerwerki, co? - skinął głową w 

stronę rzeki.

Rozległa się spokojniejsza piosenka.

- Znam to! - pisnęła Serena. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd.

- The Raves - wyjaśnił Thaddeus. - Dobrze znam ich perkusistę. - Wyjął jej z rak 

papierosa i się zaciągnął.

- Tak? A ja solistkę. Ma na imię Jenny. Chodziłyśmy razem do szkoły. Poczekaj, czy 

ona nie chodziła z twoim kumplem, tym perkusistą? Jak on się nazywa?

- Nie. - Thaddeus się roześmiał, - Nie sądzę, żeby była w jego typie.

Nie? A to dlaczego?

Serena nie wiedziała, co chciał przez to powiedzieć, ale nie przyszła tu, żeby omawiać 

życie erotyczne Jenny Humphrey. Sączyła słodkiego drinka i uśmiechała się do tłumu fanek 

za   sznurem   odgradzającym   część   dla   VIP   -   ów.   Dziewczyny,   wszystkie   z   okropnym 

makijażem i fatalnymi włosami, robiły im zdjęcia aparatami w komórkach.

Pewnie wyślą je później jakiemuś internetowemu plotkarzowi, pomyślała zirytowana.

Oj, nie bądź taka.

Sztuczne ognie eksplodowały z hukiem. Serena pisnęła, przestraszona, i wtuliła się w 

ciepłe, muskularne ramię Thaddeusa Smitha.

- Nie przejmuj się. - Roześmiał się. - To tylko fajerwerki.

- Chyba już nas znaleźli - mruknęła i wskazała tłum fanek.

- Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. - Zmarszczył brwi. - Na pewno te zdjęcia trafią 

do gazet.

- Okropne - szepnęła i niechcący musnęła nosem jego ucho.

- Zrobisz coś dla mnie? - zapytał.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo pochylił się i pocałował ją w usta. Idealny moment. Nad 

rzeką znowu wybuchły fajerwerki, oświetlając ich i zaraz gasnąc. To było takie kiczowate i 

romantyczne zarazem. Iście hollywoodzkie.

O rany.

background image

N ma kłopoty z kobietami

- Ej, koleś! - Anthony Avuldsen wychylił się z okna czarnego bmw i zatrąbił.

Nate właśnie przypinał rower do słupka z napisem T

EREN

 

PRYWATNY

WSTĘP

 

WZBRONIONY

 

na skraju żwirowego parkingu przy plaży. Miał się spotkać z Tawny, ale Anthony stanowił 

miłe urozmaicenie. Po rozmowie z Blair nie mógł się pozbyć uczucia, że jest z niewłaściwą 

dziewczyną. No i przyjechał dwadzieścia minut za wcześnie.

Na wszystko przychodzi czas.

- Cześć! - zawołał i podszedł do okna kierowcy. - Jak leci?

- W porzo. - Anthony się uśmiechnął. - Właśnie wracani z plaży. Słuchaj, wsiadaj, 

odjedziemy? - Wyjął z popielniczki świeżutkiego skręta, - No wiesz.

Nate nie potrzebował innej zachęty. Obszedł samochód i wsiadł od strony pasażera. 

Opadł na miękki fotel pokryty kremową skórą.

Anthony ściszył radio, otworzył okno od strony pasażera i wyjechał z parkingu.

- Zacznij - powiedział.

Nate wziął skręta, wyjął ze skarpetki starą zapalniczkę i zapalił.

- U Isabel było super. - Kumpel także pociągnął. - Szkoda, że nie przyszedłeś.

Nate wypuścił kłąb dymu przez okno. Patrzył na swoje odbicie w szybie. Tego ranka 

nie   zdążył   się   ogolić   i   straszył   zarostem.   Jego   koszulka   była   brudna,   dezodorant   dawno 

przestał działać, na dżinsach widniały plamy z trawy. Choć opalony, wyglądał niezdrowo, 

pewnie z braku snu. i miał przekrwione oczy.

Naprawdę z braku snu?

Wziął skręta i przyjrzał się koledze. Androny siedział za kierownicą w wariackich 

szortach Vilebrequin, zwyczajnych klapkach i okularach przeciwsłonecznych. Był opalony, 

jak Nate, ale w przeciwieństwie do niego nie miał worków pod jasnymi oczami. Wyglądał jak 

setki innych chłopaków w Hamptons. Jak koleś na wakacjach, który wraca do domu po dniu 

na plaży i po drodze spala skręta. Nate westchnął ponuro. Świetny towar, ale to nie zmienia 

faktu, że jest zmęczony, zły... zazdrosny. Niby dlaczego Anthony całymi dniami obija się na 

plaży, a on zasuwa jak niewolnik?

Może dlatego, że Anthony nie ukradł trenerowi środka na potencję?

background image

Nate bębnił palcami w szybę, wsłuchany w stary kawałek Dylana. Wyobraził sobie 

idealne lato: plaża, surfing w Montauk albo zwykłe leniuchowanie, przejażdżki kabrioletem 

ojca, przypalanie z Anthonym i chłopakami z drużyny lacrosse, długie ranki w łóżku z Blair. 

A może zabrałby Blair na żagle wzdłuż wybrzeża Maine? Nauczyłby ją łowić ryby. Jedliby 

homary. Kochali się. Spali. Kochali się. Pływali. Kochali się.

- Stary, jesteś tu? - zapytał Anthony.

- Sorry. - Nate wrócił do rzeczywistości.

- Nie ma sprawy - mruknął Anthony. Przez jezdnię przechodziły trzy dziewczyny w 

szortach i górach od bikini. Miały dopiero po trzynaście lat, ale były śliczne. - O co chodzi z 

tą Tawny? Jest niezła.

- No. - Nate oddał mu skręta. - Fajna. Ale sam nie wiem. Może mam dość kobiet.

Anthony parsknął śmiechem i zakrztusił się dymem.

- Jasne. Już to słyszałem.

- Kurde, stary, to nie Blair - wyjaśnił Nate. - Rozumiesz?

- Cóż,   Blair   jest   tylko   jedna   -   odparł   Anthony   przeciągle   i   zgasił   niedopałek   w 

popielniczce. Przejechał palcami po jasnych włosach, - Więc jak, znowu będziecie razem?

Nate smutno pokręcił głową. On tyra jak chłop pańszczyźniany. Blair robi karierę w 

świecie mody. Był idiotą, wszystko spieprzył, uważał, że zawsze będzie na niego czekała. 

Przez pomyłkę związał się z jej najlepszą przyjaciółką i tak dalej. Nie wiedział, że bez Blair 

jego życie nie ma sensu.

Najwyraźniej nie tylko Blair uwielbia dramatyzować.

background image

powrót na miejsce zbrodni

Serena pokonała metalowe stopnie swojej przyczepy najciszej, jak umiała. A raczej, 

najciszej jak to możliwe w srebrzystych pantofelkach Michaela Korsa. Nie miała prawa tu 

być - zakończono już zdjęcia i na planie przybywali jedynie ludzie, których zadaniem było 

demontować dekoracje. Ale tego dnia Serena przyjechała z Blair - chciała sobie pożyczyć 

czarną sukienkę, którą Bailey Winter zaprojektował dla filmowej Holly do finałowej sceny na 

przyjęciu. Będzie idealna na prawdziwe przyjęcie następnego dnia.

Weszła do przyczepy, zamknęła za sobą drzwi i zapaliła światło. Na toaletce nadal 

poniewierały się kosmetyki  i szczotki do włosów, a jej  kostiumy,  starannie opakowane i 

opisane przez asystentkę Blair, wisiały na wieszakach.

Bomba.   Serena   chwyciła   śliczną   małą   czarną.   Była   skrojona   na   nią   i,   nie   licząc 

koralików na ramiączkach, gładka i prosta. To łatwiejsze niż zakupy.

Jasne, bo zakupy to naprawdę ciężka praca.

Rozerwała   plastikową   osłonę,   zdjęła   sukienkę   z   wieszaka   i   wsunęła   do   torby. 

Właściwie nie powinna tego robić, ale kradzież kostiumu z planu filmowego przyprawiła ją o 

dreszcz, jakiego doświadczyła  tylko raz, gdy mając dziesięć lat ukradła lizaka w sklepie. 

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Znieruchomiała, przerażona.

- Kto   tam?   -   zapytała   drżącym   głosem   i   pospiesznie   zapięła   pomarańczową   torbę 

Hermesa.

- Thad? - Do przyczepy zajrzał chudy, fantastycznie opalony chłopak. Ciemne włosy 

sterczały na wszystkie strony w artystycznym  nieładzie, oczy pod pięknymi brwiami były 

duże, zielone i ocienione długimi rzęsami. Był w obcisłej czarnej koszulce bez rękawów, 

która eksponowała zawiłe tatuaże na jego długich, chudych ramionach.

- Nie. to ja - odparła. - Przyczepa Thada jest obok.

- Ojejku! - Chłopak zaczerwienił się po uszy. - Przepraszam, powinienem mieć więcej 

rozumu i nic włazić ludziom do przyczep.

- Nie ma sprawy. - Serena się odprężyła, bo zrozumiała, że jej nie zdradzi. - Serena.

- Ojejku,   cześć!   -   Nieznajomy   wbiegł   do   przyczepy   i   wyciągnął   rękę.   Drzwi   się 

zatrzasnęły.

background image

Tyle, jeśli chodzi o kradzież pod osłoną nocy.

- Ojejku, Serena. Tak się cieszę, że w końcu cię poznałem. - Złapał jej dłoń w swoje 

ręce i mocno uścisnął.

- Ja... też - wyjąkała. Miał ślad akcentu, którego nie mogła nigdzie umiejscowić. Zna 

go?

- Jezu, ależ jestem okropny! Wpadam tak bez uprzedzenia! Robisz coś, a ja wbiegam 

jak fan z ulicy! Przepraszam, pewnie myślisz, że zwariowałem. - Puścił jej rękę i się roze-

śmiał.

- Nie, nic nie robię - skłamała i przycisnęła torebkę do piersi. - Zostawiłam tu coś i 

musiałam wrócić.

- Thad mówił, że już skończyliście zdjęcia? Mogę usiąść? - Chłopak rozsiadł się na 

taborecie przy toaletce i założył nogę na nogę.

Proszę bardzo.

- Tak, w końcu. Dzięki Bogu! - Serena miała nadzieję, że nie widać, jak bardzo jest 

zbita z tropu. Kto to jest?

- To zakręcona robota, ale ktoś to musi robić. - Odchylił się do tylu i lustrował ją 

wzrokiem. - Jesteś boska. Wspaniała. Thad mi mówił.

- No tak, Thad - mruknęła, coraz bardziej podejrzliwa. - Ojejku. Nie przedstawiłem 

się. Ciągle mi się to zdarza. Gadam i gadam, zazwyczaj dlatego, że się denerwuję, ale przy 

tobie nie mam powodu, jesteś taka śliczna i fajna, chyba że, oczywiście, chciałbym się z tobą 

umówić...

Serena się zarumieniła. Co to za typ?

- I nadał paplam - zreflektował się. - Ojejku, czasami jestem strasznie głupi. Serge, 

Tak się cieszę, że wreszcie cię poznałem.

- Serge? - powtórzyła. - Serge? Serge? Co za Serge, do cholery?

- Serge, chłopak Thada? - wyjaśnił. - Nie mieści mi się w głowie, że do tej pory się nie 

poznaliśmy. No, Thad oberwie ! Tyle czasu trzymał nas z dala od siebie...

Thada kto?

- Och, Thad ciągle o tobie opowiada - skłamała. - I też nie rozumiem, czemu się 

wcześniej nie poznaliśmy.

- No   wiesz,   to   ma   sens.   -   Serge   wziął   słoiczek   kremu   z   toaletki   i   bawił   się   nim 

nerwowo.   -   Musimy   zachować   dyskrecję,   więc   spędzam   większość   czasu   w   pokoju 

hotelowym. Nawet nie mieszkamy w tym samym hotelu. Ja jestem w Mercer. Wiesz, jak to 

jest, przecież pozowałaś z nim do zdjęć. Jesteś cudowna. Obaj jesteśmy ci bardzo wdzięczni.

background image

Zdjęcia? Pocałunek? Wszystko tylko dla fotografów? Thad ją wykorzystał? Serena 

oparła się o ścianę. Nie mieściło jej się w głowie, że mogła się aż tak pomylić. Myślała, że 

naprawdę   coś   ich   łączy,   a   tymczasem   okazało   się,   że   Thad   to   po   prostu   piękny   gej   z 

chłopakiem, którego musi ukrywać. Poczuła, że musi usiąść.

- Hm.   -   Położyła   torebkę   na   ziemi   i   przycupnęła   na   kanapie.   Zsunęła   pantofle, 

podkuliła nogi. - Thad jest super. Cieszę się, że mogłam pomóc. - Westchnęła. To prawic 

prawda.   Powinna   być   wściekła   albo   dotknięta,   a   tymczasem   zastanawiała   się,   dlaczego 

wcześniej się nie zorientowała.

Chociaż nie miała zbyt wielu przesłanek.

- Mówiłem mu, że ma szczęście, że z tobą pracuje. Wiesz, czasami jego partnerki 

robią się takie zaborcze. Wydaje im się, że z nim chodzą. Jakby nie rozróżniały fikcji od 

rzeczywistości. A przecież to tylko gra!

- No właśnie - przytaknęła.

- A   ty   jesteś   inna   -   zachwycał   się   Serge.   -   Jesteś   profesjonalistką,   choć   to   twój 

pierwszy film! Chciałbym, żebyś zawsze grała z Thadem! Obiecaj mi to!

- Daj spokój! - zachichotała. Nie sposób się dąsać czy smucić, gdy i Thaddeus, i jego 

chłopak są tacy mili.

- Mówię poważnie! - Serge usiadł koło niej na kanapie. - Musisz nas odwiedzić w 

Palm Springs. Będzie super! I wiesz co? Chyba mam dla ciebie fantastycznego faceta!

- Tak? - Brzmi nieźle.

Zwłaszcza że może polegać na jego guście, jeśli chodzi o mężczyzn!

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Mam dosłownie pięć minut na pisanie. Nie wiem jakim cudem, nagle zrobiło się tak mało czasu. Sama 

nie zauważam, kiedy mija kolejny dzień. Lekcje tenisa w Ocean Colony, koktajle na dachu Met... 

Zacznijmy od waszych e - maili, bo ostatnio wszyscy mają tylko jedno w głowie...

P:

 Droga Plotkaro

Wiesz,   jak   mogę   dostać   zaproszenie   na   to   wielkie   przyjęcie   we   czwartek?   Mój   chłopak 

obiecał, że mnie tam zabierze, ale podejrzewam, że blefuje i w ostatniej chwili zepsuje mu się 

samochód, czy coś takiego. A bardzo, ale to bardzo chciałabym tam być, więc potrzebny mi 

plan B. Pomocy!

Zakochana

O

: Droga Zakochana

Podobno lista gości już jest zamknięta, więc zostaje ci tylko nadzieja, że twój facet nie blefuje. Inaczej 

będziesz tęsknie patrzyła na nas z oddali, jak inni zwykli śmiertelnicy, Sorry!

Plotkara

P:

  Niedawno   bytem   z  rodziną   w   Amsterdamie   i   urwałem   się   sam,   żeby  zwiedzieć   to,   co 

naprawdę warto. Zapaliłem skręta w coffee shopie, a później dałbym sobie rękę uciąć, że 

widziałem  J,   jak   tańczyła  w  oknie  w dzielnicy  czerwonych latarni.   Teraz   żałuję,  że  jej   nie 

zamówiłem! Powiedz, że to naprawdę ona!

Zdesperowany

O:

 Drogi Zdesperowany

Przykro mi. Co prawda jej rodzice są niekonwencjonalni, ale J nie. Uczy się sztuk pięknych i 

być   może   sztuczek   z   facetami,   ale   tańce   w   dzielnicy   rozpusty   nie   figurują   na   liście 

przedmiotów.

background image

Plotkara

Doskonalimy sztukę rozmowy na przyjęciu

Krótki kurs odświeżający dla wszystkich znajomych. Dobrej zabawy!

1.   Obleśny,   źle   ubrany   reżyser   szepcze   ci,   że   zaprasza   do   siebie   na   prywatne   przesłuchanie. 

Odpowiadasz:

a. Tylko w twoich snach, zboku.

b. Dlaczego u ciebie? Bierz komórkę z aparatem i chodź do łazienki!

c. Z przyjemnością, panie Mogul.

2.   W   kolejce   do   łazienki   niski,   tęgi   producent   filmowy   pyta.   co   sądzisz   o   jego   ostatnim   dziele. 

Odpowiadasz:

a.   Moim   zdaniem   źle   obsadzono   główne   role,   na   przykład   aktorka   grająca   bohaterkę   była   zbyt 

sztywna... Ale ogólnie nie jest źle.

b.  Piękne  kostiumy.   Choć  akurat   jeśli  chodzi  o  scenografię,   zawsze   powtarzam,  że  mniej   znaczy 

więcej.

c. Kompletujecie już obsadę drugiej części?

3. Światowej sławy zabójczo przystojny aktor filmowy zaprasza cię do tanga. Odpowiadasz:

a. Tango? Wolałabym spokojniejsze miejsce, z dala od paparazzich.

b. Przytul mnie, tylko mnie przytul.

c. Zawsze wiedziałam, że geje to najlepsi tancerze.

4. Długonoga gwiazdka potyka się i wylewa owocowego drinka na twoje nowiutkie zamszowe balerinki 

Sigersona Morrisona. Odpowiadasz:

a. Milczeniem; za to chlustasz jej drinkiem w twarz!

b. Moje buty! Mój skarb! Mój sens życia!

c. Pieprzyć to. Zatańczę boso!

Już? Tylko nie oszukujcie.

Dobra, właściwa odpowiedź to  C, w każdym pytaniu. Jakbyście tego nie wiedzieli. Do zobaczenia 

wieczorem!

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

background image

wolność D

Dan widział Bree w różnych sportowych ciuchach i oczywiście całkiem nagą, ale ani 

razu - wystrojonej do wyjścia. Gdy wyszedł ze stacji metra na Siedemdziesiątej Siódmej, 

zdziwił się na jej widok. Czekała na niego, zjawiskowa w prostej białej jedwabnej koszulce, z 

jasnymi   włosami   spływającymi   swobodnie   na   opalone   ramiona.   Turkusowa   spódnica   do 

kolan wyglądała, jakby wygrzebała ją na pchlim targu gdzieś w Turcji.

Dan   włożył   to,   co   jego   zdaniem   najbardziej   nadawało   się   na   imprezę,   grafitowy 

garnitur Agnes B - prezent od byłego agenta, w czasach, gdy był młodym literatem.

A nie żałosnym typem, który zdradza dziewczynę, z którą mieszka.

- Cześć,   piękna!   -   zawołał   śmiało   i   pokonał   ostatnie   kroki   biegiem.   To   nie   takie 

trudne, odkąd regularnie ćwiczył.

- Dzięki. - Bree cmoknęła go w policzek. - Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz! Mam 

nadzieję, że nie ubrałam się za skromnie?

- Nie, idealnie. Idziemy?

Szli Lexington wśród samochodowych wyziewów. Wieczorne słońce odbijało się w 

szybach kawiarni Starbucks.

- Wiesz, nadal nie bardzo rozumiem, dlaczego zostałeś zaproszony na to przyjęcie. - 

Bree objęła się ramionami.

- Ja też nie - przyznał Dan. - Znam Serenę od lat... A może Vanessa wpisała mnie na 

listę   gości?   Czy   to   ważne?   Impreza   to   impreza,   prawda?   -   Skręcili   w   Siedemdziesiątą 

Pierwszą.

- Fakt, - Bree sztywno skinęła głową. Wydawała się nieco spięta i zdenerwowana jak 

na osobę zazwyczaj bardzo Zen. - Jeśli chodzi o Vanessę...

- Tak. - Dan odruchowo sięgnął do kieszeni po camela. Szkoda, że nie zabrał swoich 

nowych ziołowych papierosów.

Bree westchnęła.

- Chyba   musisz   to   przemyśleć.   Pomedytować.   Oddychać   głęboko.   Skupić   się.   W 

końcu doświadczysz oświecenia. Wiesz, ja ci nie powiem, co masz robić. To twoje życie, Ale 

chciałabym, żebyś trafił na odpowiedzi. W gruncie rzeczy wszyscy tego chcemy, prawda?

background image

- Jasne. - Dan rozejrzał się na boki, zanim przekroczyli Trzecią Aleję. Może zaraz 

przejedzie go taksówka i nie będzie musiał dalej prowadzić tej rozmowy.

- Sama już nie wiem. - Bree westchnęła i machinalnie zaplatała kosmyk włosów. - 

Jesienią i tak wyjeżdżam do Santa Cruz, nie mam prawa niczego od ciebie oczekiwać. Ale 

świetnie się razem bawiliśmy, prawda?

Wieczorną ciszę przerwał hałas. W oddali wściekle trąbiły klaksony. Co jakiś czas 

rozlegał się krzyk. Bez przerwy trzaskały migawki aparatów fotograficznych.

- To nasza impreza? - zapytała Bree. - Bardzo... głośna.

A co, myślała, że impreza miesiąca będzie cicha i spokojna?

- Chodź! - Dan załapał ją za rękę, szczęśliwy, że rozmowa się urwała. Nie miał ochoty 

analizować swojego związku z Vanessą. Szczerze mówiąc, nie znal odpowiedzi na żadne 

pytanie. - Nie możemy się spóźnić.

Spokojna uliczka Holly Golightly już nie była spokojna. Przy obu przecznicach stali 

ochroniarze, a do wejścia prowadził najprawdziwszy czerwony chodnik. Sznur limuzyn na 

Drugiej Alei ciągnął się przez dwie przecznice, na rogu, za aksamitnymi sznurami, tłoczyli się 

dziennikarze i fotografowie.

Przy drzwiach Dan wręczył  zaproszenie ochroniarzowi. Facet obejrzał je uważnie, 

niechętnie skinął głową i znacznie brutalniej, niż było trzeba, przybił im stemple na dłoniach.

- Napijesz się? - zapytał Dan, gdy mijali stolik zastawiony kieliszkami szampana.

- Chyba nie powinnam dzisiaj pić. - Powiedziała to tak surowo, że Dan od razu uznał, 

że jej zdaniem on też powinien trzymać się z, daleka od alkoholu.

No, ale niby po co są imprezy?

Wziął dwa kieliszki - jeśli Bree nie wypije, on jej pomoże - i zaraz opróżnił jeden z 

nich. Beknął cicho, odstawił pusty kieliszek i przeciskał się przez tłum, trzymając Bree za 

rękę. Weszli do holu. Bree pierwsza wbiegła na schody. Może zapaliła się wreszcie do tej 

imprezy?

- Doskonałe ćwiczenie - zauważyła.

- Super - sapnął Dan, idąc za nią.

Im   wyżej   wchodzili,   tym   głośniejsze   stawały   się   piski   dziewcząt   i   łomot   basów. 

Popękane ściany kamienicy, choć zadziwiająco solidne, nie zdołały wyciszyć hałasu. Byli na 

czwartym piętrze, gdy spotkali pierwszych gości z imprezy.  Chuck Bass w przedziwnym 

stroju, ze śnieżnobiałą małpką w różowej spódniczce baletowej i różdżką w łapce, przyglądał 

się im z góry.

- Romeo! - pisnął dziewczęco na widok Dana.

background image

Dan uprzejmie skinął Chuckowi głową. Nie znosił togo dupka i bardzo mu się nie 

podobał jego strój, oryginalny miętowozielony garnitur Prady z lat osiemdziesiątych. Wziął 

Bree za rękę i pociągnął za sobą po schodach. Niełatwo będzie ominąć Chucka.

- Kto to? - zapytała Bree.

- Nikt - odparł stanowczo. Wbiegli na najwyższe piętro, mijając po drodze innych 

gości i Chucka Bassa. I wtedy mało brakowało, a wpadliby na Vanessę. Znowu.

Muszą przestać się tak spotykać.

Vanessie   towarzyszyli   ci   sami   chłopcy,   z   którymi   kilka   dni   temu   była   w   Central 

Parku,   tym   razem   wypucowani   i   eleganccy   w   granatowych   marynarkach   z   mosiężnymi 

guzikami,   szortach   w   prążki   i   białych   koszulach.   Blond   włoski   zaczesano   na   bok.   z 

przedziałkiem. Wydawali się bardzo nieszczęśliwi.

- Dan - wyjąkała Vanessa, bardzo zaskoczona. - Co tu robisz?

- Ja...   sądziłem,   że   może   wpisałaś   mnie   na   listę   gości,   zanim...   -   wysiekał.   -   Nie 

wiedziałem, że tu będziesz, po tym, jak, no wiesz...

- Ich siostra pracowała na planie, - Pogłaskała chłopców po główkach, - Musiałam.

- Cześć - odezwała się Bree niepewnie. - Jestem Bree. Właściwie już się poznałyśmy.

- Vanessa. - Uśmiechnęła się pod nosem. Bree? A co to za durne imię?

- Jestem Edgar - przedstawił się jeden z bliźniaków i dumnie wypiął pierś. Puścił dłoń 

Vanessy i wyciągnął  ręce do Bree. Chyba  już zapomniał  nieszczęsny lodowy incydent  z 

parku.

- A ja Nils - powiedział drugi chłopczyk, odepchnął brata i posłał Bree promienny 

uśmiech. Dan od razu zauważył, że obaj chłopcy mówią troszkę jak miniatury Chucka.

Cóż, chłopcy z Upper East Side zaczynają wcześnie.

Bree uklękła i przyjrzała się im uważnie.

- Wiecie co, macie bardzo jasne aury.

Vanessa stłumiła chichot. Dan przechylił głowę i przyglądał się jej. Właściwie się nie 

zmieniła - ogolona głowa i bezczelne spojrzenie - a jednak zamiast nieodłącznych dżinsów 

miała   na   sobie   eleganckie   czarne   spodnie,   a   zamiast   koszulki   bez   rękawów   miękką 

półprzezroczystą bluzeczkę. Czyżby z jedwabiu? Wyglądała niemal kobieco. Może to dziwne, 

ale czasami Dan chyba zapominał, że ona jest dziewczyną. Zwykłą dziewczyną.

- Pogadamy? - zapytał nieśmiało.

Vanessa wzruszyła ramionami.

- Jeśli zdołasz się oderwać... - Bree objęła chłopców i wróżyła im z ręki.

- Przecież   musimy   pogadać,   prawda?   -   zauważył   Dan.   Bree   mamrotała   mantry   w 

background image

sanskrycie.

Delikatnie mówiąc.

background image

świat jest sceną

Ponieważ w mieszkaniu właściwie nie było mebli z prawdziwego zdarzenia, pijany 

tłum urządził sobie parkiet taneczny w salonie. Blair wypiła duszkiem trzy bellini i była 

gotowa stanąć na wysokości zadania i tańczyć do utraty tchu. Zresztą znała na pamięć scenę 

przyjęcia ze Śniadania u Tiffany'ego i wiedziała, że tego wszyscy od niej oczekują. Jasne, to 

Serena jest Holly,  nie sposób temu zaprzeczyć,  ale to nie znaczy, że i ona nie może się 

świetnie bawić. Ma do dyspozycji mnóstwo alkoholu i imprezę swoich marzeń.

No i świetnego faceta.

- Cześć - szepnął jej Jason do ucha. - Cieszę się, że cię widzę.

Zatańczyła w miejscu, dokładnie jak jedna z postaci w filmie, ale tylko taki znawca 

jak  ona   rozpoznałby  ten  element  choreografii.  Jej   zwiewna  sukienka   Blumarine  falowała 

rytmicznie,  gdy kołysała  biodrami. W ręku trzymała  staroświecką fitkę z masy perłowej. 

Darowała sobie tylko brylantowy diadem.

Nie potrzebuje go, żeby zagrać księżniczkę.

- Tańczymy!  - poleciła. Złapała  długie,  smukłe  palce Jasona  i przyciągnęła  go do 

siebie. Miał cudowny, szczery uśmiech, był taki wysoki i schludny...

- Tak jest, szanowna pani! - Rozpiął pod szyją jasnoniebieską koszule Stevena Alana. 

Działał na nią ten grzeczny wizerunek!

Przysunęła się bliżej. Rozkoszowała się uczuciem, że jest malutka i bezradna w jego 

ramionach.

Zupełnie jak pewna blondyneczka w drodze do Hollywood?

Pachniał mydłem, piwem i nagle przyjęcie zeszło na dalszy plan. Rozmarzona patrzyła 

mu w oczy. W tej chwili nic pamiętała, że kiedyś podobał jej się ktoś inny, nawet Lord 

Jakmutam czy Pan Ujarany.

- Wiesz   co?   -   Uwodzicielsko   zatrzepotała   rzęsami.   -   Serena   wprowadza   się   z 

powrotem do rodziców, ale ja chyba tu zostanę...

- Będziemy sąsiadami. - Uśmiechnął się. - A to może oznaczać kłopoty.

- Lubię kłopoty.

Delikatnie mówiąc.

background image

- W takim razie... - Jason się uśmiechnął, pochylił i pocałował ją powoli. Smakował 

słodkim piwem, które pil tego wieczoru, i jeszcze miętą. Był cudowny. A pocałunek... do-

skonały pierwszy pocałunek.

Później uśmiechnęła się do Jasona i rozejrzała po pokoju. Tylko oni tańczyli wtuleni w 

siebie, reszta podrygiwała przy Madonnie, którą puścił didżej. Blair przywarła mocniej do 

Jasona, choć w mieszkaniu  było  nieznośnie  gorąco. I wtedy, kątem oka, zobaczyła  Pana 

Ujaranego. O kurwa! Nawet teraz instynktownie wiedział, jak jej zepsuć idealną chwilę.

Nate Archibald trzymał za rękę dziewczynę, której Blair z pewnością nie znała. Nie 

była to nawet jedna z tych suk z L'Ecole, spowitych w Marni. Nie, ta dziewczyna nie nosiła 

Marni, tylko... rzeczy z domu towarowego?

Przesadziła pod każdym względem - opalenizna, biust, usta, makijaż...

Wszystko   wyglądało   sztucznie.   Od   przesadnie   skomplikowanej   fryzury   i   żałośnie 

pomarańczowej opalenizny, gorszy był strój - brzoskwiniowe rybaczki, koszulka z cekinami, 

a do tego brudne espadryle i brzoskwiniowy plecaczek, podróbka Prądy, którą można kupić 

na każdym rogu. Blair w życiu nie widziała kogoś takiego. Koszmar. Zerknęła na Baileya 

Wintera, który stał w drugim końcu pokoju. Oddałaby majątek, żeby wiedzieć, co w tej chwili 

szepce do Grahama Olivera.

- Coś nie tak? - Jason pocałował ją w szyję.

- Przepraszam, daj mi chwilę. - Wyzwoliła się z jego objęć.

Ale chwila to za mało, by się otrząsnąć po tym, jak widzisz swoją pierwszą miłość z 

inną.

background image

co jest?

- Dobrze   się   czujesz?   -   zapytała   Vanessa,   Dan   milczał   od   dłuższej   chwili   i   to 

wzbudziło   jej   niepokój.   -   Usiądźmy.   -   Wskazała   parapet   za   ich   plecami,   Otwarte   okno 

wychodziło na podwórze, skąd wpadała przyjemna wieczorna bryza. Na dole. w ogródku, 

grupka gości tłoczyła się za krzakiem bzu i paliła.

- Wszystko się ostatnio zmieniło, co? - Dan już wyciągał rękę, ale powstrzymał się i 

nie dotknął jej. - Nie pojmuję, co się stało w ciągu ostatnich tygodni.

Obetnij mi palce, już. nic nie czuję,

Nie czuję ciebie... ciebie... ciebie.

- A ja wiem - zaczęła Vanessa, poważnie, ale nie wrogo, - Poznałeś kogoś. I tak jest 

dobrze. To znaczy, owszem, jest mi przykro,  chyba.  Ale przede wszystkim  żałuję, że to 

przede mną ukrywałeś,  zwłaszcza  po tej  scenie  na imprezie  Blair,  kiedy obiecywałeś, że 

zostaniesz ze mną jesienią...

- Scenie? - powtórzył. - Urządziłem scenę? - Rozmawiali w cztery oczy,  w kącie. 

Żadnej sceny nie było. No dobra, urządził jedną na uroczystości zakończenia szkoły, ale na 

szczęście jej przy tym nie było.

- Nie w tym problem. Chodzi o to, że ja też nie byłam z tobą do końca szczera - 

ciągnęła.

Na   schodach   zataczała   się   brzydka   dziewczyna,   która,   o   ile   Vanessa   pamiętała, 

statystowała w filmie. Miała na sobie czerwoną koszulkę i z tysiąc srebrnych bransoletek na 

ręce. Zerknęła na Vanessę, jakby jej nie znała. Nie, nie tak Vanessa sobie wyobraża udaną 

imprezę.

Maruda.

- Masz kogoś? - Dan miał taką minę, jakby chciał się rozpłakać.

- Nie, skądże. - Wachlowała się ręką. - Ale mam ci coś dziwnego do powiedzenia. 

Twój tata powiedział, że wynajmie mi pokój... chociaż z tobą zerwałam...

Dan skrzywił się i podrapał się w łydkę. Nie zastanawiał się nad tym, że oficjalnie się 

rozstali, ale to chyba nastąpiło, właśnie teraz.

- No i?

background image

- No i się zgodziłam. - Vanessa spojrzała na niego, ciekawa jego reakcji, ale nadal 

drapał się w nogę, jak zapchlony pies. - No bo wiesz, nie mam dużo kasy, a twój tata obiecał, 

że nie weźmie drogo i...

- Cóż - odezwał się w końcu. - Moim zdaniem nie ma w tym nic dziwnego.

Nie?

- Moim zdaniem to fajny układ.

Tak?

- Więc jak, jesteśmy przyjaciółmi? - zapytał.

- Tak - potwierdziła.

Przyjaciółmi...?

background image

co przyciągnął kot i kto za nim przyszedł

Thaddeus Smith jednym haustem wypił lodowato zimną caipirinhę i pochylił się do 

ucha Sereny, szepcząc zmysłowo. Jego oddech pachniał rumem.

- Kto to?

Nie musiał pokazywać palcem, bo i tak wszyscy wiedzieli, kogo ma na myśli.

Przyszedł Nate Archibald.

Mikroskopijna kuchnia okazała się najlepszym punktem obserwacyjnym i tam tłoczyła 

się część gości. Serena zobaczyła Nata po raz pierwszy od imprezy Blair. Wtedy tańczyła co 

sił   w   nogach,   a   on   siedział   na   ziemi,   ujarany   bardziej   niż   zwykłe,   aż   w   końcu   wstał   i 

pocałował małą Jenny Humphrey. Kapitan Archibald był tak wściekły, że Nate wrócił do 

domu bez świadectwa, że zaraz następnego dnia osobiście wywiózł go do East Hampton i tak 

zaczęło się dla niego ciężkie lato, Serena nie zdążyła się pożegnać, ale wiedziała, że wkrótce 

się spotkają. I proszę, jest tutaj, cudownie opalony, przez co jego idealne zęby wydają się 

jeszcze   bielsze,   a   cudowne   oczy   jeszcze   bardziej   zielone.   Był   potężniejszy,   bardziej 

muskularny. Nic dziwnego, że Thaddeus Smith go zauważył.

- To Nate - odparła swobodnie.

- Hetero Nate? - upewnił się Thaddeus.

Serena wzruszyła ramionami.

- Otwarty na wszystko. - Zachichotała. - Ale nie jest sam.

Bardzo opalona jasna blondynka wisiała na jego ramieniu, jakby od tego zależało jej 

życie.   Wbijała   w   jego   bicepsy   długie,   krwiście   czerwone   paznokcie.   Chłonęła   wszystko 

szeroko otwartymi oczami, rozbieganymi, jakby była na prochach.

Niewykluczone.

- Błagam,   powiedz,   że   to   jego   siostra   -   szepnął   Thaddeus.   -   Jezu,   czy   ona   ma 

niebieskie cienie na powiekach? No, niech Serge się o tym dowie...

Serena  przyglądała  się  nowo  przybyłej.  Tak,  naprawdę  umalowała   się  niebieskimi 

cieniami. I ubrała się na brzoskwiniowo od stóp do głów. To takie... brzoskwiniowe. Miała 

jasne, falujące włosy - jak Barbie, striptizerka na plaży.

Plażowa Barbie Striptizerka? Świetny pomysł.

background image

- Skąd ona wytrzasnęła te ciuchy? - zastanawiał się Thad złośliwie. Blair biegła w jej 

stronę z wyrazem przerażenia w oczach, który Serena znała aż za dobrze.

- Cholera - mruknęła pod nosem.

- Kto to, kurwa, jest? - wycedziła Blair przez zęby. Przecisnęła się przez tłum i wpadła 

do ciasnej kuchenki.

Serena nie musiała pytać, o kogo jej chodzi.

- Och, skarbie, nie musisz się nią przejmować - zapewnił Thaddeus serdecznie.

- Nie do wiary! - warknęła Blair. - On śmiał tu dzisiaj przyjść z tą zdzirą. Gdzie on ją 

wynalazł? W centrum handlowym?

Cóż, tych nie brak na Long Island.

- Siadaj. - Thaddeus poklepał blat. - Wyluzuj.

- Cholera! - Blair posłuchała jego rady i usadowiła się na szafce. - Muszę się napić.

- Zostań z nami. - Thaddeus usiadł koło niej i objął ją serdecznie.

- Nie wierzyłem, że to prawda. - Chuck Bass przecisnął się obok Sereny i wszedł do 

kuchni. - Ale widzę to na własne oczy!

- Cześć, Chuck. - Serena z westchnieniem oparła się o uda Thada. Jeszcze tylko tego 

jej trzeba, żeby Chuck dorwał w swoje szpony jej partnera.

- Blair znowu wśród nas! - zawołał Chuck. - Jak to dobrze! - Cmoknął ją w oba 

policzki.

- Cześć, Chuck - odparła i zrezygnowana nadstawiła policzki. - Kim jest ta suka? - 

Chociaż raz będzie z Chucka jakiś pożytek. Zwykle znal najnowsze plotki, choć nie zawsze 

prawdziwe.

- Słyszałem o niej, ale nigdy jej nie widziałem - wyjaśnił z dumą. Napił się z butelki 

Dom Perignon. - O rany, nie patrzcie, ale chyba zaraz dostąpimy zaszczytu i ją poznamy - 

szepnął, rozkoszując się sytuacją.

Nate prowadził Tawny przez roztańczony tłum w stronę znajomych twarzy w kuchni.

- Cześć! - zawołał. - Serena, Blair, - Były jeszcze piękniejsze, niż zapamiętał. Jakby 

oprószył je magiczny pył.

- Nate! - Serena rzuciła się do przodu i uściskała serdecznie starego przyjaciela. Nie 

chciała, żeby sytuacja za bardzo się skomplikowała.

Za późno.

- Cześć - syknęła Blair. Założyła nogę na nogę i machała komicznie długą cygaretką 

jak szpadą, - Czy ktoś mi poda ogień?

Thaddeus Smith wyjął z kieszeni srebrną zapalniczkę Zippo ze swoimi inicjałami i 

background image

zapalił jej papierosa. Na parkiecie rozległa się piosenka Madonny Papa Don't Preach. Co bar-

dziej hiperaktywni statyści skakali po parkiecie udając, że śpiewają do wyimaginowanych 

mikrofonów.

- W   końcu   prawdziwy   dżentelmen,   -   Blair   westchnęła   dramatycznie.   -   Czy   ktoś 

widział mojego chłopaka? - No, niech Nate tylko zobaczy, jak się całuje z Jasonem. Ha!

- Blair - wystękał Nate. - Ślicznie wyglądasz. Fajnie, że wróciłaś. - Nie wiedział, co 

powiedzieć. Czuł się jak ostatni dupek.

Blair zeskoczyła z szafki i zachwiała się lekko, gdy szpilki Jimmy'ego Choo uderzyły 

w popękane kafelki podłogi.

- Dziękuję.   - Skinęła   głową.  - Przepraszam,   chcę  zatańczyć,  idę  poszukać  mojego 

partnera. - Wyszła do zatłoczonego saloniku.

Serena uśmiechnęła się przepraszająco.

- Serena. - Wyciągnęła  rękę do nieznajomej  i zobaczyła,  że dziewczyna  ma ładne 

niebieskie oczy w kształcie migdałów i urocze piegi na całym ciele.

Ale Serena zawsze szuka w ludziach czegoś dobrego.

- Tawny - przedstawiła się dziewczyna.

- No tak, przepraszam - mruknął Nate. - Serena, poznaj Tawny.

- A to Thaddeus. - Serena wzięła go za ramię, - Thaddeus, Nate i Tawny.

Thaddeus zeskoczył z szafki i serdecznie uścisnął im ręce, najpierw Natowi, potem 

Tawny. Pijana dziewczyna w fioletowej sukience bez ramiączek wpadła na niego niechcący. 

Delikatnie odepchnął ją z powrotem na parkiet.

- Miło mi - powiedział ciepło.

Naprawdę dobry z niego aktor.

- Hm! - Chuck Bass chrząknął dramatycznie. - A ja jestem Chuck.

- Tawny. - Dziewczyna wyrównała ramiączka malutkiego brzoskwiniowego plecaczka 

i wróciła wzrokiem do Thaddeusa. Prawie się śliniła na jego widok.

- Miło mi - wymamrotał Chuck, pocałował ją w rękę i skłonił się nisko, - Poznajmy 

się, skarbie, Natie, nie masz nic przeciwko temu, prawda?

Nate powiedziałby,  że nie, proszę bardzo, stary, ale jego uwagę pochłaniała Blair. 

Trzymała się za ręce z wysokim typem, jakby bankierem, i śmiała się z głową odrzuconą do 

tyłu.   Przedstawiła   go   przed   chwilą   starszemu,   świetnie   ubranemu   gościowi   w   okularach 

przeciwsłonecznych. Flirtowała z obydwoma i Nate poczuł, jak ogarnia go nostalgia.

- Przepraszam, muszę iść - wystękał.

Był już przy drzwiach, gdy usłyszał, jak Chuck mówi do Tawny:

background image

- Jesteś superopalona.

Jasne.

background image

B jako muza

- Skarbie, skarbie! - zapiszczał Bailey Winter do Blair. - Musisz, powtarzam, musisz 

tego lata zamieszkać ze mną na wyspie. Jesteś idealna!

Stali   w   drzwiach   do   sypialni,   czyli   dość   daleko   od  kuchni,   ale   Blair   nadal   miała 

wszystko na oku. Nerwowo założyła za uszy ciemne włosy sięgające ramion. Zawsze lubiła 

komplementy, ale jak zareagować, gdy ktoś ci mówi, że jesteś idealna?

Może zwykłym „dziękuję”?

- Zaczynam pracę nad nową kolekcją. Nazwę ją lato/zima. - Gest Baileya miał chyba 

symbolizować pory roku, ale zdaniem Blair projektant wyglądał, jakby miał lada moment do-

stać wylewu. - A ty moja droga, jesteś Zimą.

Poczuła na karku ciepłą, kojącą dłoń Jasona.

- To wspaniale, Blair - powiedział.

Tak, cudownie, ale nie mogła się powstrzymać i kątem oka obserwowała, jak Nate o 

lśniących zielonych oczach, Nate w jasnoniebieskiej koszulce polo, zostawia Serenę, Chucka 

i tę prowincjonalną zdzirę i wychodzi. Gdzie on się, kurwa, wybiera?

- A Serena będzie Latem! - pisnął Bailey i Blair wróciła na ziemię. Przesunął okulary 

na czubek głowy i podekscytowany spojrzał w żyrandol.

Blair odnalazła wzrokiem Serenę. Oczywiście w marzeniach była jedną muzą mistrza, 

ale skoro już ma się z kimś dzielić splendorem, niech to będzie jej najlepsza przyjaciółka.

Jakie to wielkoduszne.

- Oczywiście obie musicie u mnie zamieszkać. Żeby mnie inspirować, skarbie! Nie 

martw się, w domku na plaży jest mnóstwo miejsca dla gości! - Puścił oko do Jasona.

Blair patrzyła, jak Nate przybija piątkę z  Jeremym Scottem Tompkinsonem z jego 

szkolnej drużyny lacrosse. Czasami się zastanawiała, ile właściwie faceci sobie mówią w 

sportowej szatni. Czy opowiadał kumplom o ich pierwszym razie? Albo o tym, jak to robił z 

Sereną? Blair spojrzała w dół i zobaczyła, że gniewnie zacisnęła pięści.

- Bardzo chętnie wpadnę z wizytą. - Jason przyciągnął ją do siebie. - Jeśli Blair mnie 

zaprosi.

Bailey ściągnął okulary z głowy i zsunął na czubek nosa.

background image

- Jeśli   nie   ona,   to   ja!   -   Roześmiał   się   i   klasnął.   -   Och,   biedaku,   pewnie   jesteś 

przerażony! Nie bój się, nie gryzę. Chyba że na specjalną prośbę! - Zapiszczał z uciechy.

Blair   uśmiechała   się   skromnie.   Nie   mogła   się   skupić   na   piskach   Baileya.   Ale 

powiedział, że jest doskonała, to słyszała.

Ma się rozumieć.

Z drugiej strony, żeby z nim zamieszkać? Chociaż, może?... Co prawda nie dalej jak 

dzisiaj powiedziała Jasonowi, że tu zostanie, ale majestatyczna rezydencja Baileya na rogu 

Park Avenue i Sześćdziesiątej Drugiej to fantastyczne miejsce. Nie można sobie wymarzyć 

lepszego na ostatnie tygodnie przed wyjazdem do Yale. Ciekawe, czy Audrey Hepburn jako 

muza też mieszkała w takich wnętrzach?

- Obawiam się, że moja mama będzie codziennie wpadała na herbatkę - mruknęła.

- A ona też będzie na Georgica? - Bailey uniósł ciemne brwi. - Bosko!

- W Georgii? - Blair zmarszczyła czoło. Dlaczego Bailey zawsze tak dziwnie gada?

- Na Georgica, skarbie! W domku plażowym. East Hampton? Tam, gdzie pojedziemy, 

- Tłumaczył cierpliwie. - Wszystko w porządku?

Chwileczkę, Hamptons? To Hamptons, gdzie mieszka teraz Nate i ta prowincjonalna 

zdzira? Dlaczego od razu tak nie mówił?

Problem w tym, że mówił.

- Tak - powiedziała, choć kiwała przecząco głową. - Wszystko w porządku.

- Niestety, domek gościnny jest w dalszej części posiadłości, dosyć blisko sąsiadów, 

Ale ich prawie nigdy nie ma. Może ich znasz? Archibaldów? W tym roku przyjechał tam 

tylko ich syn. Mniej więcej w twoim wieku. Zabójczo przystojny?

O tak, znała go dobrze.

Nie ma to jak dobre sąsiedztwo.

background image

trójkąt na dachu

Dan wspiął się po drabinie, uniósł klapę i wyszedł na dach. Budynek był zbyt niski, by 

dało   się   zobaczyć   East   River,   ale   w   nocnym   powietrzu   unosił   się   jej   zapach,   duszący   i 

przenikliwy. Letni zmierzch w Nowym Jorku ma w sobie coś magicznego.

Zapalił camela i zaciągnął się chciwie. Przez cienki dach słyszał muzykę i krzyki, czuł 

drgania basów. Musi sobie wszystko przemyśleć w samotności. Podszedł do skraju dachu, 

wyjrzał za krawędź, do ogródka. Po ciemku o mały włos nie wpadł na Bree, która siedziała w 

pozycji lotosu, rozłożywszy dokoła turkusową spódnicę.

- Bree, dobrze się czujesz?

- Dan - mruknęła spokojnie. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego. - Palisz.

Cholera.

Cisnął papierosa w noc.

- Przepraszam - speszył się.

- Nie musisz. - Powiedziała to z uwłaczającą obojętnością.

Dan   usiadł   koło   niej.   Zapadał   zmrok,   z   trudem   dostrzegał   zarys   krzaka   bzu   i 

bursztynowe końcówki papierosów. Zamknął oczy i usiłował sobie wyobrazić... że siedzi na 

szczycie urwiska nad Pacyfikiem. Ale nawet jego wyobraźnia poety nie sięgała tak daleko.

Mało tlenu... za mało dla dwojga.

- Nie   mam   nic   przeciwko   temu,   że   chcesz   zapalić   -   ciągnęła   Bree.   -   Oczywiście 

wolałabym, żebyś tego nie robił, bo szkodzisz sobie i ziemi, ale jesteś wolny. Możesz zrobić, 

co chcesz.

Dan nie miał ochoty na kłótnię. Wyjął kolejnego papierosa i zapalił. No proszę. Od 

razu lepiej.

- Przepraszam, że musiałeś przyjść za mną aż tutaj - zaczęła Bree.

Postanowił nie tłumaczyć, że nie szukał jej, tylko chwili spokoju.

- Myślałam,   że   rozmawiasz   z   Vanessą.   Wydaje   się,   że   macie   sobie   dużo   do 

powiedzenia.

Nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Szczerze mówiąc nie sądził, żeby przez cale lato 

mieli mieszkać razem i być tylko przyjaciółmi.

background image

Może przyjaciółmi i czymś więcej?

- Nie jestem zła, naprawdę - zapewniła Bree i chyba mówiła szczerze. - Dobrze nam 

było przez tych kilka tygodni, prawda?

- Jasne - skinął głową. Wiedział, co będzie dalej.

- Cieszę  się,  że   cię   poznałam.  Poznawanie   ludzi   to  zawsze  fascynująca,   magiczna 

podróż, prawda?

O rany.

- Tak, tak - mruknął. Znudziła mu się już ta filozoficzna gadanina. Dobrze, że nie 

będzie musiał dłużej tego słuchać.

- Nie szkodzi, że jest nam smutno, gdy podróż dobiega końca - stwierdziła. - Ale nasze 

drogi   się   rozchodzą.   Twoja   zaprowadziła   cię   na   to   przyjęcie.   Nie   rozumiem   tego.   Moja 

wiedzie w inną stronę.

Rzucił na szalę swoje studia i całą przyszłość w imię związku z Vanessą i nie widział 

w tym nic złego. Ale ryzykować związek z Vanessą dla Bree? Co mu odbiło?

Bree   wstała,   przeciągała   się,   podniosła   ręce   do   góry   i   odetchnęła   głęboko.   W 

ciemności widać było jedynie jej białą koszulkę i jasne włosy. Wyglądała, jakby unosiła się w 

powietrzu.

- Och, Dan. - Pociągnęła nosem. - Rozstania zawsze są trudne. Staram się pamiętać, co 

mówi jogin. że trzeba pozwolić ludziom odejść, ale to niełatwe. Przecież dopiero się uczę.

Nagle rozstanie wcale nie wydało mu się bolesne.

Objął   ją,   bo   uznał,   że   tak   trzeba.   Właściwie   cieszył   się,   że   z   nim   zrywa   i   był 

zachwycony, że Bree odchodzi. Dużo go nauczyła, o przyrodzie, ćwiczeniach i duchowości, 

ale miał już dość. Chciał zapalić i mieć chwilę spokoju, a potem wrócić do domu z Vanessą - 

w charakterze przyjaciółki.

- O, kurczę - rozległ się męski glos.

- Kto   tam?   -   Dan   widział   jedynie   rozżarzony   koniuszek   papierosa.   Czuł 

charakterystyczny zapach skręta.

- Przepraszam,   bracie.   -   Nate   Archibald   przysunął   się   bliżej.   -   Nie   chciałem 

podsłuchiwać, ale chyba mnie nie widzieliście.

- Cześć. - Dan poznał przystojniaka, który jesienią złamał Jenny serce. Ale szybko 

doszła do siebie i nie miał do niego pretensji.

- Dobrze to znosisz - zauważył Nate.

- Szczerze? - Dan się zamyślił. - To nam nie było pisane. Myślałem, że mi na niej 

zależy, że jestem gotów na zmiany, ale wiesz co? Myliłem się. Chyba kręciła mnie myśl o 

background image

innej, choć wcale do siebie nie pasujemy.

- Naprawdę? - Nate zaniósł się kaszlem. Dobrze znał to uczucie.

- Problem w tym - ciągnął Dan. - Że tam, na dole, jest inna dziewczyna. Ta jedna. 

Jedyna.

Która?

- Wiem, o co ci chodzi. - Nate mówił głosem wyższym niż zazwyczaj. - Ale ta twoja 

miała rację. Ludzkie drogi czasami się, no... rozchodzą, nie?

Ho, ho.

- Nie wiem - mruknął Dan, choć kawałek o rozchodzących się drogach pochodził z 

wiersza Roberta Frosta, który cytował w mowie pożegnalnej na zakończenie szkoły. - Właś-

ciwie mam już dosyć bełkotu rodem z New Age.

- Tak? - zdziwił się Nate. Jemu to odpowiadało.

No pewnie.

background image

N schodzi ze sceny

Nate minął grupę roztańczonych dziewczyn i rozejrzał się po pokoju. W tłumie nie 

widział żadnych znajomych twarzy.

Może za bardzo się ujarał.

Nie spodziewał się, że na tej durnej hollywoodzkiej imprezie dozna olśnienia. Tego 

lata   miał   spoważnieć,   dać   sobie   spokój   z   imprezami,   paleniem   i   uganianiem   się   za 

dziewczynami,   które   przynoszą   same   kłopoty.   Miał   się   nauczyć   ciężkiej   pracy,   poznać 

samego siebie i dojrzeć do studiów w Yale. Kapitan Archibald i trener Michaels chcieli, żeby 

pojechał tam jako inny, odrodzony Nate. Odpowiedzialny i poważny. I nagle wydało mu się, 

że już to osiągnął.

Szybko.

Zapamiętał sobie jedno, co powiedział Dan - że jego życie jest tu i teraz. Że czeka w 

zatłoczonym mieszkaniu. Dziewczyna, która jest mu pisana, bawi się w tłumie. Jedyne, co 

może zrobić, to poinformować o tym tę drugą.

Ale   nigdzie   nie   widział   jasnych   włosów   Tawny.   Przepychał   się   przez   tłum.   Nie 

zwracał uwagi na machanie niskiego, opalonego dziwaka w okularach przeciwsłonecznych. 

Nie czas na pogaduszki; ma zadanie do wykonania.

Wszedł  do kuchni, usiadł na szafce i stamtąd  rozglądał się po całym  mieszkaniu. 

Kłębił się tam istny tłum. Rozpoznawał niektóre osoby. Isabel i Kati jak zwykle siedziały w 

kącie i szeptały z przejęciem. Łysa, groźnie wyglądająca dziewczyna rozmawiała z małymi 

chłopcami... ale poza tym. pokój wypełniali nieznajomi.

I  wtedy  ją  zobaczył.  Nie   sposób  nie   poznać  blond   włosów,  miękkich,   kręconych, 

spływających na piegowate ramiona - jedno nagie, bo zsunęło się jej ramiączko koszulki. 

Wyglądało to bardzo zmysłowo. Tańczyła z Chuckiem Bassem, który rozpiął zieloną koszulę 

i odsłonił pierś. Fuj.

Ktoś szarpnął go za nogawkę spodni Trovata. Spojrzał w dół. Serena. Uśmiechała się 

do niego.

- Kogo szukasz? - zapytała i wskoczyła na blat tuż obok.

- Cześć. - Nate podał jej rękę. Dobrze mu zrobi towarzystwo starej przyjaciółki.

background image

Serena podążyła wzrokiem w tę samą stronę co on i obserwowała niemal obsceniczne 

popisy Chucka i Tawny.

- Wiesz, nic masz się czym przejmować - szepnęła mu do ucha. Jej oddech pachniał 

słodko i łaskotał go w ucho. Było to bardzo przyjemne uczucie. - Chuck Bass to napalony, 

niegroźny dupek i za to go kochamy.

- Nie przejmuję się - zapewnił. - To nie tak.

- Nie? - zdziwiła się. Znała go i wiedziała, że jeśli chodzi o kobiety, nie można mu 

ufać. Z zasady wszystko psuł.

Jest aktorką, nie zapominajcie. Tylko gra głupią.

- Wydawało mi się, że tak, ale nie - wyjaśnił. - Zaraz, dokąd oni idą? - Tawny ciągnęła 

Chucka za rękę. Zniknęli za uchylonymi drzwiami.

- Do łazienki - poinformowała Serena.

Podwójne fuj.

- Nieważne.   -   Nate   wzruszył   ramionami.   Ma   już   za   sobą   ten   etap   w   życiu,   gdy 

obchodzą go dziewczyny wymykające się do łazienki z nieznajomymi facetami. Nie obchodzi 

go,   co   się   tam   teraz   dzieje.   I   wtedy   zobaczył   Blair   na   parkiecie,   bosą   i   roześmianą,   w 

ramionach   wysokiego   faceta   w   konserwatywnym   szarym   garniturze.   Całowali   się.   Nate 

zamknął oczy.

- Idę - mruknął. Miał  po dziurki w nosie tej imprezy.  Posłał Serenie  swój słynny 

krzywy uśmiech, zeskoczył z szafki i zniknął w tłumie.

background image

napisy końcowe… i muzyka

Serena została w kuchni. Sięgnęła po papierosa, którego sprytnie ukryła za uchem. 

Wygładziła   zagniecenia   na   „pożyczonej”   małej   czarnej   Baileya   Wintera,   zapaliła   palnik, 

pochyliła   się,   zapaliła   papierosa   i   zgasiła   gaz.   Zaciągnęła   się   głęboko   i   spojrzała   na 

roztańczony tłum.

- Gdzie Nate? - Blair wpadła do kuchni.

- Kto to wie? - Serena się roześmiała i pomogła Blair usiąść koło siebie. Podała jej 

papierosa i rozejrzała się dokoła. - A Jason?

- Poszedł do siebie - wyjaśniła Blair. - Ma kurczaka w lodówce, a ja umieram z głodu.

- Szczęściara z ciebie. - Serena wzięła od niej papierosa.

Tak jest, Blair to prawdziwa szczęściara.

Serena wzięła Blair za rękę. Pochyliła się do ucha przyjaciółki, ozdobionego słynnym 

kolczykiem Bvlgari.

- To będzie wspaniałe lato.

Blair oparła ciemną głowę na jej barku.

- Mam nadzieję, że w Hamptons wystarczy miejsca dla nas wszystkich.

Serena ściskała ją za kolano. Blair  błądziła wzrokiem po parkiecie. Jeśli zmrużyć 

oczy, wygląda dokładnie tak samo jak w Śniadaniu u Tiffany'ego. Tyle razy wyobrażała sobie 

tę chwilę, przeżywała ją w myślach, w swoim własnym wewnętrznym filmie, że wydawała 

się znajoma. I cudowna.

Kati   i   Isabel,   w   identycznych   czarnych   sukienkach   Tocca,   starały   się   ukryć,   że 

plotkują o Serenie i Blair, machając im radośnie, Blair niemal słyszała, co o niej mówią. 

Chuck Bass tańczył z tą opaloną blondynką i aż błyszczał od potu. Cała reszta patrzyła na nie. 

Na którą? Na Serenę czy Blair? Czy to naprawdę ważne?

Nie.

Didżej - ciągle spocony chłopak, od którego Bailey Winter nie mógł oderwać wzroku - 

zmienił  płytę.  Chyba  czytał  Blair  w myślach,  ho oto rozległ się powolny rytm,  a potem 

mieszkanie wypełnił seksowny głos:

Moon river, wider than a mile...

background image

I'll be crossing you in style, someday.

Dream maker, you heartbreaker...

- To ja! - pisnęła Serena!

- Rewelacyjnie to wyszło - stwierdziła Blair szczerze i ścisnęła ją za rękę.

W filmie w jej głowie to doskonała scena końcowa. Odpowiednia muzyka, tłum bawi 

się   szampańsko.   Uroczy   chłopak   szykuje   jej   kolację   w   mieszkaniu   piętro   niżej.   Choć 

nieumeblowane, mieszkanie pachniało wielkim światem. Blair była zachwycona. To jej dom. 

Jej przyjęcie. Tak, film się kończy, ale lato się zaczyna.

background image

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź

Wszystkie  nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwisko   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

O Boże! Nie wierzyłam, że można mieć takiego kaca, jak ja teraz, ale sama jestem sobie winna. Kiedy 

się nauczę nie przesadzać z szampanem? Z drugiej strony, zawsze jestem duszą towarzystwa. I to 

jakiego! Ci szczęściarze, którzy byli na tej imprezie, na pewno się ze mną zgodzą - prawie największa, 

najlepsza impreza sezonu. Chyba ktoś ostrzy sobie ząbki na tytuł gospodyni roku, co?

TO I OWO

Umieracie z ciekawości, kto z kim wyszedł? Ja wiem wszystko:

T  jest   naprawdę   wierny!   Zaraz   po   imprezie   wsiadł   do   taksówki,   pojechał   do   hotelu   Mercer,   do 

ukochanego.   Podobno   przez   kolejne   czterdzieści   osiem   godzin   nie   wychodzili   z   apartamentu   dla 

nowożeńców.

Ekscentryczny projektant, ten, który nigdy nie rozstaje się z okularami przeciwsłonecznymi, zwabił 

pięknego didżeja do swojej rezydencji na Park Avenue, pewnie obiecał mu ciuchy ze swojej nowej 

kolekcji. Ciekawe, czy boski didżej będzie nam przygrywał w Hamptons...

S poszła do łóżka sama. Czy cuda nigdy się nie skończą?

D i V pojechali do niego... czy raczej do nich - jedną taksówką, ale oficjalnie nie są już razem. Mają 

osobne sypialnie, rozumiecie? Osobne sypialnie...

N widziano w nocnym pociągu do Hamptons, samego jak palec. Więc co się stało z...

Tandetną farbowaną blondynką ze sztuczną opalenizną? Ona i C szaleli do białego rana. Włóczyli się 

po klubach. O piątej rano zawędrowali do Bungalow 8 i od tej pory słuch o nich zaginął.

Ciekawe, dlaczego S poszła spać sama? Bo jej współlokatorka nocowała piętro niżej. Bynajmniej nie 

background image

sama!

WAKACJE

Ludzie, nie zapominajcie, że lato jest po to, żeby odpoczywać. Lipiec tuż tuż, a czternastego lipca (to 

zdaje się czyjeś urodziny?) przypada już po połowie wakacji. Jesienią będzie mnóstwo czasu na pracę 

i naukę, i martwienie się, gdzie odbyć praktyki za rok. Teraz trzeba się bawić, więc bierzcie się do 

roboty i... odpoczywajcie. No dobra, kto to mówi? W mieście nigdy się nie odpoczywa. Poza  N, ale 

cała reszta żyje pełną parą. A skoro, tym mowa,.. Czy B złamie następne serce? Odrzuciła już dwóch 

wielbicieli, a lipiec się jeszcze nie zaczął!

Czy S przywyknie do życia bez kamer? Czy będzie się dzieliła blaskiem reflektorów z B w Hamptons, 

czy pojedzie do Hollywood, do swego nowego kumpla T?

Czy N pogodzi się z B? A może wróci na kolanach do S?

A może da sobie z nimi spokój i wreszcie dorośnie? I czy na pewno to już koniec z farbowaną T?

Nie sądzę. Przecież ma jeszcze mnóstwo pracy w domu trenera...

A co z Hamptons? Czy w tym wakacyjnym raju dla bogaczy starczy miejsca dla BS i N? I reszty elity 

Manhattanu? Zmieniają się miejsca, ale nie bohaterowie.

A tak poważnie. Co do licha się dzieje z  V  i  D? Stawiam trzy do jednego, że przed czwartym lipca 

znowu będą razem. Kto się zakłada?

Dowiem się wszystkiego. Jakby nie było, to moja praca wakacyjna, bardzo męcząca, ale ktoś to musi 

robić.

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara


Document Outline