Lilian Darcy
Blisko czy daleko
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Tego dnia doktor Christina Farrelli musiała tak naprawdę zrobić tylko jedną waŜną rzecz.
Powiedzieć Joemu, Ŝe ich związek dobiegł końca.
Jechała po niego na lotnisko w ciepłym, pachnącym słodko powietrzu typowym dla
jesiennego wieczoru w Queenslandzie Północnym, i na samą myśl o tym czuła się chora.
Samolot z Cairns miał sześciogodzinne opóźnienie. Znaczyło to, Ŝe zamiast porozmawiać
z Joem przy kawie, będzie musiała zawieźć go do hotelu dla lekarzy, co najwyŜej wyrzucając
z siebie po drodze: „Wybacz, ale zorganizowałam ci tu pokój”.
Nie, nie moŜe rozstać się z Joem w taki sposób, zwłaszcza Ŝe wcale nie chce tego robić.
MoŜe opóźnienie samolotu to dobry pretekst, by to odłoŜyć?
Lotnisko znajdowało się tylko parę kilometrów od jej staromodnego piętrowego domu z
otaczającą go werandą, połoŜonego dwie ulice od handlowego centrum Crocodile Creek.
Kilka lat temu odziedziczyła go po babce. Między miastem a lotniskiem leniwym łukiem
płynął strumień, zaś jego mniejszy dopływ zakręcał równie ospale między lotniskiem a
szpitalem, po czym łączył siły z Crocodile Creek sto metrów przed ujściem do oceanu.
Główna droga przecinała szerokie koryto rzeki. Stary most wkrótce miał zostać zburzony.
Sto metrów dalej rozpoczęto budowę nowego. Christina myślała o tym z Ŝalem, bo
przywiązywała się do wszystkiego bardziej, niŜ powinna.
Tak, Ŝadnego odkładania, po prostu musi to skończyć.
Aby dostać się do pasaŜerskiego terminalu, musiała objechać główną siedzibę lotniczej
słuŜby ratunkowej i pas startowy z rzędami świateł, które patrzyły na nią złowrogo. O tej
porze było tu prawie pusto. Lot Joego był ostatnim rejsem tego dnia. Widziała, jak samolot
wylądował. Joe zbliŜał się coraz bardziej do kryzysu emocjonalnego, o którym nie miał
jeszcze pojęcia.
Inni juŜ coś podejrzewali. W minionym tygodniu Mike Poulos zgadł, Ŝe coś jest nie tak,
kiedy razem z Christina leciał śmigłowcem po pacjenta z zawałem. Ale nie mówił nic
nikomu, gdyŜ nie miał zwyczaju plotkować, a takŜe dlatego, Ŝe miał waŜniejsze sprawy na
głowie.
Mike i Emily Morgan po osiemnastu miesiącach znajomości nagle odkryli, Ŝe są w sobie
zakochani do szaleństwa, i Ŝe nieobca im jest myśl o małŜeństwie.
Skręcając na parking, Christina poczuła, Ŝe łzy napływają jej do oczu, i zamrugała
powiekami. Jeśli rozpłacze się, zanim cokolwiek zrobi, to czy będzie w stanie przeprowadzić
rozmowę z Joem?
I czy będzie bardzo źle, gdy wieść rozniesie się po szpitalu? A moŜe juŜ krąŜą plotki?
Próbując dystansować się wobec rzeczywistości, poprosiła Briana Simmonsa, szpitalnego
administratora, by zorganizował dla Joego pokój w hotelu dla lekarzy. Był to ponadstuletni
budynek, niegdyś szpitalny, połoŜony na terenie obecnego, o wiele nowocześniejszego
kompleksu. Mieszkała w nim większość samotnych lekarzy, poza Christiną, która miała dom
swojej babki. Z bujnym ogrodem, który chronił jej prywatność, z antykami, ciszą i spokojem.
A poniewaŜ jeden z pokoi w tym domu był wolny, a Joe spędzał w Crocodile Creek tylko
jeden tydzień w miesiącu, przed dwoma laty został czasowym lokatorem Christiny. I niezbyt
długo pozostał wyłącznie w tej roli.
Dom lekarzy był głośnym i przyjaznym miejscem. Christiną często tam wpadała. Lubiła
jego mieszkańców, ale nie Ŝyczyła sobie, by zadawali pytania za jej plecami, martwili się o
nią, wyraŜali niedowierzanie, poniewaŜ ona i Joe wydawali się być taką dobrą parą.
Dwa minione tygodnie w Crocodile Creek obfitowały w dość dramatyczne wydarzenia,
począwszy od tego, Ŝe kardiolog Simon i pacjentka Kirsty ukradkiem wymknęli się oglądać
zachód słońca. Po rodeo odkryto porzuconego noworodka, zaś w osadzie Wygera na skutek
czołowego zderzenia zginęła czwórka dzieci aborygenów, a pozostali uczestnicy wypadku
wciąŜ pozostawali w szpitalu na południu.
Ludzie mają własne zmartwienia, pomyślała Christiną, podkreślając te słowa
zaciągnięciem hamulca.
Noworodek miał się juŜ całkiem nieźle. Znalazła się teŜ jego matka, Megan Cooper, która
omal nie zmarła po powaŜnych komplikacjach, na domiar złego przekonana, Ŝe jej dziecko
urodziło się martwe. Przez kilka minionych dni Megan powoli dochodziła do siebie. Synowi
dała na imię Jackson. Nie znali jeszcze jego ojca. Megan nie poruszała tego tematu, nie
wspominała teŜ o dziadkach.
Tak, wszyscy w Crocodile Creek mają o czym myśleć.
Kiedy Christina dotarła do niemal pustej hali przylotów, pasaŜerowie właśnie zaczęli
przechodzić przez bramkę. To lotnisko było skromnie wyposaŜone. Joe szedł po asfalcie pod
gołym niebem razem z innymi zmęczonymi pasaŜerami, podczas gdy wózek z bagaŜami
wyprzedzał ich zaledwie o minutę.
Samolot był zapełniony tylko w połowie, a więc Christina bez problemu wypatrzyła
Joego. PrzewyŜszał o pół głowy najwyŜszego z pozostałych pasaŜerów, miał ciemniejszą
skórę i szerszy uśmiech... Zawsze wydawało jej się, Ŝe wszystkiego ma więcej. Serca, energii,
a takŜe pomysłów, by utrzymać ich związek w takim stanie, jaki mu odpowiadał, a którego
ona coraz bardziej nie mogła znieść.
– Cześć – powiedziała drŜącym głosem.
– Tink. – Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, wdychając zapach jej włosów. – Och, Tink.
– Był jedyną osobą, która nazywała ją Tink. Tak naprawdę Tunk, z silnym nowozelandzkim
akcentem. – Do diabła, ale za tobą tęskniłem. Cudownie pachniesz.
Był teŜ jedyną osobą, która wywoływała w niej tak silne emocje, kiedy ją obejmował.
Poczuła jego wargi przyciśnięte najpierw do jej włosów, potem policzka i kącika warg.
Wygłodniałe pocałunki, które niczego nie obiecywały.
– Jestem wykończony. Siedem godzin czekania w Cairns.
– Masz bagaŜ?
– Wszystko jest tutaj. – Poklepał małą torbę podróŜną przewieszoną przez ramię. Pod
białym rękawem T-shirtu widać było niebiesko-czarny tatuaŜ, który wyglądał jak bransoleta i
ś
wiadczył o jego częściowo maoryskich korzeniach. To właśnie im zawdzięczał miodowy
kolor skóry. – Chodźmy. Masz jutro dyŜur?
– Tak, muszę tu być z powrotem o siódmej. – Po drugiej stronie pasa startowego, czyli
właściwie w tym samym miejscu.
– Ja mam dyŜur od ósmej. Ale moŜemy chyba spędzić trochę czasu razem? – Spojrzał na
nią z absolutną pewnością, Ŝe ona pragnie dokładnie tego samego.
Poruszyła się nerwowo.
– Tak, mamy trochę czasu – odparła obojętnie. Mimo to powinien coś zauwaŜyć. A moŜe
był zbyt zmęczony, Ŝeby usłyszeć, co kryje się za jej słowami.
Nie zamierzała jednak zaczynać powaŜnej rozmowy na parkingu lotniska ani przed
hotelem dla lekarzy. Kiedy mijali szpital, Joe stwierdził:
– Sporo świateł dzisiaj w hotelu i w głównym budynku.
– Ostatnie dwa tygodnie były dosyć cięŜkie. – Przekazała mu kilka szczegółów
dotyczących spraw medycznych, a takŜe ich kolegów.
Cal zaręczył się z doktor Giną Lopez, amerykańską kardioloŜką, którą poznał w
Townsville przed pięcioma laty i która, jak się okazało, urodziła mu syna. Chłopiec miał teraz
cztery lata. Christina opowiedziała mu teŜ o Kirsty i Simonie, Emily i Mike’u, wypadku
samochodowym w osadzie Wygera i dzielnym maleńkim Jacksonie oraz jego matce.
– Cierpi na chorobę von Willebranda, poza wszystkim innym – zakończyła. Tę rzadką
chorobę krwi zdiagnozowano, kiedy w miejscu po odcięciu pępowiny dziecka nastąpiło silne
krwawienie. Udało się je zatamować. Teraz, kiedy znali juŜ powód, nie powinno to
przysparzać dalszych problemów.
– Więc matka teŜ to ma? – spytał Joe.
– Nie, ani rodzice matki, chociaŜ jej ojciec cierpi na wiele innych schorzeń, a zatem
najwyraźniej nosicielem jest ojciec chłopca. Ale dotąd Megan nie zdradziła, kto to jest ani
gdzie mieszka. Zresztą nie wiadomo, czy to jest zawsze dziedziczne. To moŜe być zbieg
okoliczności.
Była zła, Ŝe musi przekazać mu tyle nowin w jednej duŜej niestrawnej masie. Zawsze tak
było, nawet kiedy wydarzenia w Crocodile Creek nie gnały naprzód tak szybko jak ostatnio.
W końcu Joe spędzał trzy tygodnie w miesiącu w swoim nowozelandzkim domu, który był
dla niej tak obcy, jak jakaś odległa galaktyka.
Przez dwa lata, kiedy byli parą na pół etatu, wyrwało mu się kilka istotnych faktów na
temat jego Ŝycia. Mieszkał w Auckland. Ukończył studia na tamtejszym uniwersytecie.
Pracował w prywatnej przychodni. Nie był Ŝonaty – ale mógł ją okłamywać. Miał matkę,
młodszą siostrę przyrodnią i ojczyma. Oznajmił za to boleśnie jasno, Ŝe bardzo nie lubi o
sobie mówić. Nigdy nie telefonował do niej z Nowej Zelandii. Podał jej co prawda swoje
numery: prywatny i słuŜbowy, tak na wszelki wypadek, ale kiedy wybrała je skwapliwie na
początku ich znajomości, dał jej do zrozumienia, by nie dzwoniła.
Zrobił to uprzejmie. Christina była przekonana, Ŝe Joe nie potrafi być nieuprzejmy.
Powiedział wówczas ciepłym głosem:
– Tink, nie mogę teraz rozmawiać, okej?
Nie oddzwonił. Nie wspomniał o jej telefonach podczas kolejnego spotkania. Zaczęła się
czuć jak jedna z dziewczyn marynarza. To prawda, Joe wracał do tego samego portu, i to
portu, który szczerze lubił. Ale to nie zmieniało podstawowego faktu: Ŝycie Christiny było dla
Joego jak otwarta ksiąŜka. Opowiadała mu anegdoty ze swego dzieciństwa, dzieliła się
marzeniami, mówiła, co jest dla niej waŜne. W zamian była jego „odpoczynkiem i rozrywką”,
jak mawiali o kobietach amerykańscy marynarze, którzy od czasu do czasu cumowali na
południu w Townsville. I niczego więcej od niej nie oczekiwał.
Co sugerowało, Ŝe mógł być Ŝonaty.
Nigdy nie przyłapała go na kłamstwie i nie chciała wszczynać paranoicznej konfrontacji.
To nie było w jej stylu. Ale nie chodziło jej nawet o jego małŜeństwo. Chodziło o to, Ŝe ten
związek prowadził donikąd, podczas gdy jej biologiczny zegar brał juŜ udział w wyścigu z
czasem.
Christina skończyła trzydzieści trzy lata. Chciała wyjść za mąŜ i załoŜyć rodzinę z
przyzwoitym facetem. Nie zamierzała zostać jedną z wiecznie młodych, zakochanych i
bawiących się kobiet, z męŜczyzną, którego widywała tylko kilkanaście godzin w miesiącu.
NiezaleŜnie od tego, jak miłe były te godziny. Joe o tym wiedział. Nie oznajmiła tego wprost,
nie naciskała na niego, ale musiał to odgadnąć ze sposobu, w jaki opowiadała o dzieciach
brata w Brisbane i o małŜeństwie rodziców, które podziwiała.
Gdyby Joe wykazał przynajmniej chęć głębszego zaangaŜowania, gdyby zaczął mówić
coś więcej o swoim Ŝyciu w Nowej Zelandii, gdyby rozumiała, dlaczego tak stanowczo
trzyma się pewnych granic, byłaby gotowa czekać o wiele dłuŜej. Nic takiego nie nastąpiło.
Był od niej dwa lata młodszy, ale to niczego nie tłumaczy.
Poza tym naleŜała do osób, dla których liczy się wierność, i gdyby kiedykolwiek znalazła
partnera, który dzieliłby jej pragnienia, pozbyłaby się Joego Barretta na zawsze. Tymczasem
o jedenastej wieczór w niedzielę zbliŜała się do starego mostu nad Crocodile Creek ze
wspaniałym męŜczyzną, którego zamierzała rzucić.
Nagle na drodze jakiś metr przed mostem dostrzegli leŜącą postać.
– To kangur – stwierdził Joe, unosząc się na siedzeniu, kiedy Christina zwolniła. – LeŜał
tu, jak jechałaś w tamtą stronę?
– Nie sądzę. – Wyminęła kangura. – Nie – dodała bardziej pewnym głosem. – Nie było
go. – Co prawda myślała wtedy o tym, Ŝe będzie jej Ŝal mostu, gdy go zburzą. Ale
zauwaŜyłaby zwierzę.
– Powinniśmy się zatrzymać i odsunąć go z drogi.
Christina zwolniła jeszcze bardziej, szukając miejsca, gdzie mogłaby zawrócić, co przy
małym natęŜeniu ruchu nie było trudne. Kangur nie miał szczęścia, znalazł się w złym
miejscu o złym czasie. Christina zaparkowała.
– To kangurzyca. Jeszcze ciepła – stwierdził Joe, kładąc rękę na jej szyi. – Ale nie Ŝyje.
Akurat w tym momencie kangurzyca się poruszyła. A w zasadzie nie matka, tylko malec
w jej kieszeni.
– O rany! – zawołał Joe. – Tu jest mały.
Roześmiała się mimo woli. Jak na męŜczyznę, który spędził jedenaście godzin w podróŜy
po tygodniu cięŜkiej pracy, dość szybko odzyskał energię i dobry humor. Zawsze taki był.
Uwielbiał się śmiać. Nigdy długo nie narzekał.
– Bądź miły i powiedz mi, co zrobimy.
– CóŜ, nie moŜemy go zostawić, Tink. – OstroŜnie odciągnął ciało kangurzycy z drogi i
odwrócił ją tak, by mieć dostęp do kieszeni.
– Wiem. – Zebrała siły, skupiając się na tym, co najwaŜniejsze. – Tam jest rezerwat, w
stronę gór, to chyba najlepsze wyjście? Mają tam miejsce dla małych zwierząt.
Po moście przetoczyła się cięŜarówka z ładunkiem toreb ze śmieciami. Zwolniła na ich
widok.
– Co się stało? – spytał kierowca.
Christina rozpoznała Billa Doyla, właściciela hotelu Czarna Kakadu.
– Matka nie Ŝyje, ale malec jest w porządku – streściła szybko Christina. – Cześć, Bill, to
ja, Christina.
– Witam, pani doktor. Przekwalifikowuje się pani na weterynarza?
– Coś w tym rodzaju. Chcemy przewieźć małego do parku narodowego.
– Słusznie. – Skinął głową i odjechał, szczęśliwy, Ŝe zostawił im kłopot na głowie.
Christina i Joe wspólnie zbadali małego kangura, który wcale nie wymachiwał nogami z
przeraŜenia. Nie znaleźli Ŝadnych urazów. Skulony w kieszeni kangur miał otwarte oczy i
oddychał szybko.
– Musimy jechać – rzekła Christina. – Nie moŜemy go karmić ani zaopiekować się nim
sami.
– Wezmę tylko koszulkę z torby. Owiniemy go. Oboje o mały włos nie zostali jednak
podrapani ostrymi pazurami, lecz gdy Joe trzymał juŜ zwierzę na kolanach w samochodzie,
ciasno opatulone, wydawało się, Ŝe się uspokoiło. Droga prowadząca na południowy zachód
była ciemna i pusta, tylko jedna cięŜarówka przetoczyła się obok nich z hałasem.
– Jak tam? – spytała Christina.
– Dobrze. Jest spokojny, oddycha.
Zerknęła w bok. Joe i mały kangur, obydwaj zdrowi, spokojni, i oddychają.
Wielki samochód zahamował z trudem, a on pobiegł za nim, bo po raz pierwszy tego dnia
dopisało mu szczęście. Niech tak będzie cały rok. Całe Ŝycie.
To dobry znak.
– Podwieźć cię gdzieś? – spytał kierowca.
– Tak. Za to pasmo górskie.
– No to wskakuj.
Tak dobrze było usiąść, jechać. Stał tam przez bite dwie godziny i nikt nawet nie
pomyślał, by go podwieźć. Czy wygląda jak nierób albo zbrodniarz? Niektórzy ludzie tak
właśnie uwaŜali. Na przykład jej ojciec.
Ona, jego miłość, powód jego podróŜy.
Kumple śmialiby się, gdyby wiedzieli, jak o niej myśli. Jak jakiś gwiazdor w operze
mydlanej, który moŜe mieć kaŜdą dziewczynę, ale nie potrafi zapomnieć tej jedynej. Zresztą
on nie mógł mieć kaŜdej dziewczyny, tyle Ŝe wcale się tym nie przejmował. Pragnął tylko
jednej.
Jej rodzice wyrzucili go z ich domu w tak gwałtownym wybuchu złości, Ŝe wylądował
jakieś pięćset kilometrów dalej na północ. I naprawdę wierzył, Ŝe jej ojciec mógłby go zabić,
gdyby tylko tam wrócił. Ale tracąc ją, stracił serce. Powinien był przeciwstawić się złości jej
ojca. Dlaczego potrzebował tyle czasu, by to zrozumieć? Dlaczego pozwolił, by inni
podejmowali za niego decyzje?
Nie rozumiał człowieka, którym był wcześniej. Od tamtej pory stwardniał, i to bardzo,
poniewaŜ minęło wiele miesięcy. Nikt by się nie domyślił, Ŝe był rozpieszczonym chłopcem z
Sydney – prywatna szkoła, przeklęte lekcje gry na skrzypcach, oczywiście prywatne lekcje
ujeŜdŜania, a nie jeździectwo, które miał we krwi.
Więc gdyby teraz oszalały stary zabił go albo próbował zabić, niech tak będzie. Teraz
będzie walczył o wiele zacieklej niŜ pół roku temu. W zeszłym tygodniu skończył
dwadzieścia dwa lata. Zrzucił z siebie cięŜar rodzicielskiej opieki. Teraz moŜe jej pokazać, ile
warta jest jego miłość. MoŜe tym razem ona z nim wyjedzie, zostawi swoich rodziców i
wszystko będzie dobrze.
Siedząc wysoko w kabinie cięŜarówki, czuł, Ŝe wszystko się uda, o ile tylko będzie miał
szansę ją zobaczyć, zanim wyruszy z powrotem na północ, najpóźniej w południe, bo inaczej
straci pracę i trzymiesięczną wypłatę, którą są mu winni. Szef nie chciał go puścić, ale udało
się w końcu znaleźć te dwa dni przed wielkim spędem bydła. Mieli pędzić bydło setki
kilometrów, począwszy od przyszłego tygodnia, a taki spęd poruszał coś w głębi jego duszy.
Gdyby usłyszał z jej ust, Ŝe nadal go kocha, wracałby do roboty z uczuciem, Ŝe cały świat do
niego naleŜy.
– Zawiozę cię do zakrętu do Mount Evelyn. Czy to ci wystarczy?
– Słucham?
– Powiedziałem, Ŝe jadę tylko do zakrętu do Mount Evelyn.
– Dobrze. – Serce zgasło jak zuŜyty fajerwerk. Ten człowiek pokona tylko jedną dziesiątą
drogi, którą on miał przed sobą, więc nie osiągnie celu przed ranem. W Ŝołądku mu burczało,
powinien był zatrzymać się na hamburgera w Crocodile Creek, ale nie chciał tracić czasu. Nie
dotrze do niej tego wieczoru. Musi przełoŜyć to o kilka tygodni. Nie przemyślał wszystkiego
jak naleŜy.
Była juŜ prawie północ, kiedy Joe i Christina dojechali do parku. Brama była zamknięta,
ale lekki samochód, jakim poruszała się Christina, mógł ją okrąŜyć, jeśli przesunęło się dwa
na wpół zgniłe bale.
– Gdybyś wzięła juniora... – zaczął Joe.
– Nie, jato zrobię. Jest spokojny, nie przeszkadzajmy mu. – Wyskoczyła z samochodu.
Miała na sobie dŜinsy, T-shirt i sportowe buty, a o tej porze było zimno.
Pięć minut później zastukali do domu straŜnika. Otworzyła im jego Ŝona.
– Proszę się nie przejmować, i tak dziecko mi nie pozwoliło spać. Wspaniały malec –
dodała, patrząc na kangura. – Tak, zaopiekujemy się nim, mamy dwa inne, więc nie będzie
samotny.
Zaproponowała im herbatę, a wtedy pojawił się jej mąŜ. Joe i Christina wymienili
spojrzenia i bez słów doszli do tego samego wniosku. Nie chcieli przeszkadzać tym ludziom
w środku nocy.
– Powinniśmy wracać – rzekł Joe. – Prawda, Tink? Oboje jutro pracujemy.
Tym razem on prowadził, co dało Christinie sporo czasu na myślenie. Nie mogę tego
dzisiaj zrobić, stwierdziła. Ale nie zasnę, jeśli tego nie zrobię. Och, tak czy owak nie zaśnie.
Rano obydwoje będą spieszyć się do pracy. Nie mogła odkładać rozmowy, jeśli naprawdę
zamierzała ją przeprowadzić. Więc moŜe teraz, podczas jazdy?
Wzięła głęboki oddech, by powiedzieć: „Joe, musimy porozmawiać”. Ale zaraz potem
stchórzyła.
Dotarli do zakrętu. Joe skręcił gwałtownie, jakby nie całkiem panował nad kierownicą.
– Coś nie tak – rzucił.
– Co, Joe? – Instynktownie dotknęła jego ramienia.
– Chyba złapaliśmy gumę. – Zwolnił ostroŜnie i stanął na poboczu.
Wybuchnęła cichym, nerwowym śmiechem.
– śartujesz? Powiedz mi, Ŝe to Ŝart.
– Nie. Tego juŜ za wiele.
– Święta racja.
Gdyby wierzyła w znaki, zapamiętałaby sobie to ostrzeŜenie. Ktoś tam na górze nie chce,
by go dziś rzuciła. Ale ona nie była przesądna, więc tylko zacisnęła zęby i pomyślała: MoŜe
powiem mu to, kiedy będziemy zmieniać oponę?
Była to przednia lewa opona. Tak jak w przypadku kangurka, pracowali razem w
milczącej harmonii. Joe ustawił światła ostrzegawcze, Christina wyjęła lewarek. Joe postawił
stopę na kluczu francuskim, a Christina zdjęła zapasową oponę z tylnych drzwi.
Joe był taki silny. Obserwując go, poczuła tęsknotę, trudno jej było oderwać od niego
wzrok. Ale po tej nocy nie będzie juŜ w stanie patrzeć na niego w taki sposób, straci do tego
prawo. I za duŜo by ją to kosztowało.
Razem zdjęli przebite koło i załoŜyli nowe, potem na zmianę dokręcali nakrętki.
Na koniec Joe uśmiechnął się do niej.
– Uwielbiam kobiety ze smarem na nosie – powiedział. – Bardzo seksowne.
– Joe, musimy...
Za późno. JuŜ ją całował, a do tego pieścił ręką, która z pewnością zostawiła ślady smaru
na jej skórze... Kiedy się odsunął, wciąŜ się uśmiechał, był tak wspaniały, pełny Ŝycia, Ŝe
Ŝ
adne brzemienne w skutki słowa nie przeszły jej przez gardło. Zresztą i tak nie mogła ich
wypowiedzieć, bo nie byli juŜ sami.
– Cześć!
– Co do diabła?
– Cześć, zaczekajcie! – W ich stronę biegła jakaś zdyszana postać. Joe machnął ręką i
mruknął:
– Nie nasz wieczór, co?
OdłoŜył lewarek i zamknął tylne drzwi samochodu. Stali razem z Christiną, patrząc na
nieznajomego. Był to młody męŜczyzna, nie tak wysoki jak Joe, ale dobrze zbudowany.
Zatrzymał się, a wtedy Joe zapytał ostro:
– Co się stało?
Christiną wiedziała, Ŝe myślał o wypadku. Kiedyś na tej drodze zdarzył się wypadek.
Jako lekarze widzieli juŜ więcej, niŜ powinni, a poza tym nie było wiele innych niewinnych
powodów, dla których ten młody człowiek biegłby po pustej szosie w środku nocy.
– Czy moŜecie mnie podwieźć? – Chłopak wyglądał co najwyŜej na dwadzieścia jeden,
dwadzieścia dwa lata.
– Do miasta? Do domu? Jesteś z okolicy? – pytał Joe.
– Nie, ale tak. Chcę się dostać do miasta. – Wyraźnie się plątał.
Christina i Joe wymienili spojrzenia. Nie wyglądał groźnie. Ale co on tu robi?
– Wskakuj na tył – powiedział Joe, po czy dodał do Christiny: – MoŜesz prowadzić?
Skinęła głową, rozumiejąc, co Joe ma na myśli. Jeśli ten młodzieniec zacznie robić
kłopoty, lepiej, Ŝeby Joe miał wolne ręce.
– Jak ci na imię? – spytał Joe.
– Jack.
– Zrobiliśmy dodatkową rundkę do parku narodowego, ale chyba nie mijaliśmy cię juŜ,
co?
– Ja mijałem was – odparł Jack. – W cięŜarówce. Ale kierowca skręcił do Mount Evelyn.
Myślał, Ŝe ktoś moŜe jeszcze tędy jechać, ale nikogo nie było, a ja zmarzłem.
– Więc zawróciłeś?
– Tak, a potem zobaczyłem wasze światła awaryjne między drzewami i zacząłem biec.
– Dokąd chciałeś się dostać?
– Na... farmę na zachodzie. Zobaczyć się z przyjacielem. Pracuję na farmie, jestem
oborowym, i dostałem parę dni wolnych. Myślałem, Ŝe mi się uda, ale szczęście mi nie
dopisało.
Jak na kogoś, kto na początku był powściągliwy, Ŝeby nie powiedzieć nieufny, po pięciu
minutach Jack się rozgadał. RozwaŜał swoje problemy z podróŜą autostopem i brak deszczu.
To musiała być dla niego wielka ulga, kiedy wreszcie znalazł transport. Wydawał się
inteligentny, a w jego sposobie mówienia było coś takiego, co sugerowało, Ŝe celowo obniŜa
swój status.
– Powinienem był wiedzieć, Ŝe nie dam rady w dwa dni. – Nagle, gdy pokazały się
ś
wiatła miasta, zabrzmiał jak przegrany. – Mój... mój kumpel pewnie byłby... Tak, pewnie i
tak byłby zajęty.
Dotarli do skrzyŜowania dwieście metrów na południe od szpitala i powietrznej bazy
ratunkowej.
– Gdzie mamy cię wysadzić? – spytał Joe pasaŜera.
– Gdzieś tutaj będzie dobrze. – Znów był powściągliwy.
– Masz gdzie pójść?
– Taa. Nie ma zmartwienia.
– MoŜemy zabrać cię do miasta – dodał Joe.
– Nie, tu jest w porządku.
Tutaj, na poziomie morza, temperatura była kilka stopni wyŜsza i nie padało. Kiedy Jack
wysiadł, Christina zerknęła na niego w tylnym lusterku. Nie ruszył się z miejsca. W końcu
zniknął im z widoku, gdyŜ droga do Crocodile Creek się obniŜała.
– Czy ktoś naprawdę z nami jechał? – spytała Joego.
Czy został przysłany przez jakieś kosmiczne siły, by powstrzymać ją przed rozmową o
zerwaniu? Jej męczące, natrętne myśli gwałtownie powróciły. Zostawi to do jutra. Ale jutro
oboje cały dzień pracują. A jeśli ktoś w szpitalu wspomni o pokoju w hotelu lekarzy...
Przejechali przez most i stanęli na światłach na głównej ulicy. Joe zerknął na zegarek.
– Cholera, kwadrans po pierwszej.
– A mnie wcale nie chce się spać.
– Mnie teŜ. I coś mi chodzi po głowie, Tink. – Uśmiechnął się do niej, a jej serce zamarło
po raz setny tego wieczoru. – Na czym skończyliśmy, kiedy nam tak niegrzecznie przerwano?
Na skraju przepaści, Joe, pomyślała, ale zachowała to dla siebie.
ROZDZIAŁ DRUGI
Wysiedli z samochodu. W domu Joe rzucił swoją torbę na środku dywanu w salonie, po
czym objął Christinę. Jego ramiona były ciepłe.
Christina poczuła znajome poŜądanie. Zaczynało się zawsze w Ŝołądku i promieniowało
na zewnątrz niczym gorąco z rozŜarzonych węgli. Nie zmniejszyło się w ciągu dwóch lat,
wręcz przeciwnie. Czy dlatego, Ŝe stale towarzyszyła jej niepewność, jak długo Joe
pozostanie w jej Ŝyciu?
Pocałował ją. Och, nie powinna mu na to pozwalać, ale skoro to ostami raz... Swoją
drogą, często zastanawiała się, czy całują się po raz ostatni. Tym razem wiedziała to na
pewno. Joe nie był męŜczyzną, który robi cokolwiek połowicznie, dotyczyło to między
innymi pocałunków. A przecieŜ ich związek był połowiczny, niekompletny. Joe nigdy nie
robił nic połowicznie w danym momencie, poprawiła się. W pocałunek wkładał całą swoją
duszę, całą energię i serce, a ona odpowiadała mu tym samym.
Po raz ostatni uniosła ręce i wplotła palce w jego włosy, uwalniając zapach szamponu.
Delektowała się smakiem jego warg, które budziły w niej pragnienie czegoś więcej. W tym
momencie czas się zatrzymał, ale nie mógł tak stać wiecznie. Joe przerwał ten moment.
– Muszę wziąć prysznic – mruknął, wciąŜ trzymając ją w objęciach. – Cuchnę samolotem
i kangurem. Dziwię się, Ŝe pozwalasz mi się przytulać.
Sama była tym zaskoczona, przeraŜona, Ŝe nawet nie poczuła zapachów, o których
wspomniał.
– Ja teŜ muszę wziąć prysznic – rzekła głośno.
– To moŜe razem... ? – Spojrzał na nią z Ŝartobliwym, wyzywającym uśmiechem, celowo
opuszczając powieki. Potarł brodą o jej policzek, a ona mimo woli odwróciła głowę, szukając
jego warg.
Christina, musisz być silniejsza, zganiła się.
– Nie, idź pierwszy – odparła. CięŜko jej to przyszło, a jeszcze cięŜej było wypuścić go z
objęć. – Ja... Nie muszę zmywać z siebie zapachów sali tranzytowej w Cairns.
– Mimo wszystko chciałbym umyć się z tobą. – Przyciągnął ją do piersi, pewny jej
odpowiedzi.
– Joe, musimy porozmawiać – wyrwało jej się. Nadszedł moment krytyczny. Chwila
prawdy.
– Tak?
W jego oczach dostrzegła zdumienie, ale nie niepokój. W dalszym ciągu nie spodziewał
się niczego złego. Zresztą skąd miał wiedzieć? Nie wysyłała Ŝadnych sygnałów, nie
uprzedziła go w Ŝaden sposób. Sama dopiero jakiś tydzień temu doszła do wniosku, Ŝe juŜ
najwyŜsza pora.
Musi zrobić to spokojnie, w cywilizowany sposób.
– Jesteś głodny? – spytała wymijająco, machając ręką w stronę kuchni. Potem nagle
zobaczyła zegar. Dochodziła pierwsza trzydzieści w nocy. A jednak nie zrezygnuje.
– Głodny? Nie – odparł. – Dali nam talony na jedzenie i picie w Cairns, Ŝeby nam
wynagrodzić opóźnienie. – Przyjrzał się uwaŜnie jej twarzy, jego twarz złagodniała. – No, co
jest? Nie powiedziałaś mi wszystkiego w samochodzie? Na co czekałaś?
Mówił ciszej, tym intymnym tonem, który tak lubiła. Takim głosem mówił do niej w
łóŜku, takim głosem mówił miesiąc temu, kiedy miała rozstrój Ŝołądka i musiała leŜeć przez
dwa ostatnie dni jego wizyty.
– Nadal jesteś chora, Tink?
Kiedy poleciał do domu, ona spędzała wciąŜ sporo czasu w łazience i chyba wtedy
zaczęła rozumieć, Ŝe potrzebuje czegoś więcej. Nie wystarczał jej męŜczyzna, którego
widywała tylko przez tydzień w miesiącu, w przerwach, kiedy długie godziny ich pracy nie
nakładały się na siebie. Czy powinna poprosić go, by usiadł? To jej trzęsły się nogi, poniewaŜ
nie wiedziała, jak zacząć.
– To do niczego nie prowadzi – wyrzuciła z siebie.
– To znaczy my.
– Do niczego nie prowadzi?
– Joe, nie udawaj. – DrŜały jej nogi i drŜał głos.
– Nie utrudniaj, proszę. Pomyśl sekundę, a potem powiedz mi, Ŝe nie wiesz, o czym
mówię.
Odsunęła się od niego i zaczęła krąŜyć po pokoju, Ŝałując, Ŝe nie jest większy, pragnąc,
by Joe zamknął ją znowu w pułapce swoich ramion. Rozpaczliwie pragnęła, by ją uprzedził i
sam powiedział to, co miał usłyszeć.
Tymczasem on oparł ramiona o otwarty łuk między wypoczynkową i jadalną częścią
pokoju. Wyglądał, jakby chciał jej dotknąć, ale doszedł do wniosku, Ŝe nie powinien tego
robić.
– Chcę, Ŝebyś się wyprowadził – podjęła. – Jutro, jeśli moŜesz. Nie jestem w stanie tego
ciągnąć, i nie wyobraŜam sobie, Ŝe ty tego chcesz. Zorganizowałam ci pokój w hotelu. Nie
umiem dalej tak Ŝyć – ciągnęła. – Jesteśmy razem dwa lata, ale ja chcę czegoś więcej, Joe.
Chcę wiedzieć, do czego to prowadzi. Chcę zobowiązania. Jakiegoś znaku, Ŝe to nie jest dla
ciebie tylko rozrywka. Christina Farrelli, ośrodek wypoczynkowy z pełną obsługą. Ja... – Och,
do diabła, powie mu juŜ wszystko. – Kocham cię. Na pewno o tym wiesz, ale to, co dzieje się
między nami, juŜ mi nie wystarcza.
Cisza. Jakieś trzy sekundy.
– Ja teŜ cię kocham – odparł powoli. – Czy o to chodzi? śe tego nie powiedziałem?
Kocham cię, Tink.
Język mu się plątał. Zaklął, co było dość niezwykłe.
– Przykro mi, Ŝe nie jesteś szczęśliwa. – Wziął oddech. – Trochę mnie tym zaskoczyłaś.
Jest środek nocy. Mieliśmy cholernie cięŜki wieczór, a ty ni stąd, ni zowąd wyskakujesz z
czymś takim.
– Sądziłeś, Ŝe tego pragnę? śe to mnie zadowala?
– Było nam razem bardzo dobrze.
– I przypuszczasz, Ŝe tego tylko chcę? Miło spędzać z tobą czas?
– To chyba lepiej, niŜ źle się bawić.
– Nie Ŝartuj.
– Nie lekcewaŜę cię, zaleŜy mi na tobie. Kocham cię. Jestem... no, trochę oszołomiony.
Zamknęła oczy, po czym znowu je otworzyła. On takŜe powiedział, Ŝe ją kocha. Trzy
razy. Ale to tylko słowo. Niektórzy męŜczyźni chlapią nim jak farbą. Tak, oczywiście,
kocham cię, maleńka. Nie uwaŜała Joego za jednego z nich.
– Wybacz, ale nie nadąŜam – powiedziała ochrypłym głosem. – Zgadzasz się?
– A mam wyjście? Skoro tego chcesz. Skoro... – zaklął znowu i po raz pierwszy w jego
głosie zabrzmiała złość – zorganizowałaś mi pokój. Nie mam podstaw, Ŝeby ci się
sprzeciwiać, skoro tak czujesz. Ale, do diabła, nie mogłaś mnie jakoś uprzedzić? Powiedzieć
coś na lotnisku albo...
– Nie przyszło mi do głowy, Ŝe nie dotrzemy od razu do domu.
– Trzeba było zatelefonować do Auckland.
– Nie lubisz, kiedy dzwonię. Ty nigdy do mnie nie dzwonisz.
Nie zaprzeczył. Był zbyt zdenerwowany i zły.
– Zorganizowałaś mi pokój.
– To chyba najlepsze rozwiązanie, prawda? Będzie nam łatwiej, obojgu.
– Rozumiem, Ŝe ty tak to postrzegasz.
– Ale... – Dobra, pora pozbyć się dumy. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo liczyła na
to, Ŝe pokój w hotelu dla lekarzy pozostanie mimo wszystko pusty. Liczyła na to, kiedy go
zamawiała u Briana, kiedy podejmowała decyzję, i kiedy ich przyjazd do domu się opóźniał.
– To znaczy, Ŝe nie zamierzasz obiecywać, Ŝe w przyszłości coś się zmieni? – zapytała.
Joe wypuścił powietrze, szukając właściwych słów.
– Nie wydaje mi się, Ŝebym do tej pory obiecywał coś złego. To znaczy, spędzam tutaj
tylko tydzień w miesiącu. Sama to powiedziałaś. Naprawdę bardzo lubię z tobą przebywać.
Myślę, Ŝe do siebie pasujemy. Moje Ŝycie w domu... Wiem, Ŝe nigdy o tym nie opowiadam.
Mówiąc szczerze, główny powód, z którego tu przyjeŜdŜam, to nie dodatkowy zarobek,
chociaŜ bardzo tego potrzebuję, ale fakt, Ŝe nie muszę myśleć o domu... – Urwał. – Jest
cięŜko. Moje Ŝycie w domu jest cięŜkie. Tak dobrze jest mieć ciebie, i nie rozmawiać o tym,
uciec...
– To jest twój wypoczynek i rozrywka. Tak? Uchwycił się tego z wdzięcznością.
– Tak. I to jest takie dobre!
– Nie dla mnie, Joe. – Dławiły ją łzy.
– Nie? – spytał łagodnie.
– Słowo „miłość” najwyraźniej znaczy dla ciebie co innego niŜ dla mnie. Chcę być
częścią twojego Ŝycia. Twojego całego Ŝycia.
– Nie. – Tym razem nie zwlekał z odpowiedzią.
– Więc nie powiesz mi nic o...
– Nie.
Okej, więc albo powinna oskarŜyć go, Ŝe zdradza Ŝonę, albo wybiec i trzasnąć drzwiami.
Nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. Trzęsła się tak bardzo, Ŝe Joe dostrzegłby to z
odległości trzystu metrów. Nie mógłby tego zignorować, chyba Ŝeby mu na niej wcale nie
zaleŜało. A jemu zaleŜało. Podszedł do niej, objął ją i podtrzymał, by nie osunęła się na
dywan.
– Bardzo przepraszam, Tink – szepnął. – Nie czułem, Ŝe to się zbliŜa. Teraz widzę... Czy
nie moglibyśmy spróbować...
– Tak?
Nie dokończył, tylko trzymał ją w objęciach. Och, do diabła, tak bardzo lubiła jego
zapach, nawet teraz, kiedy mieszał się z wonią samolotu, smaru i kangura. Zawsze tak
pachniał, a ona zawsze uwielbiała ten zapach. Mogłaby w nim zatonąć. Mogłaby uratować się
dzięki niemu.
– Nie, nie będę się sprzeczać – odparł w końcu. – Nie mam nic do zaoferowania.
Przepraszam. Byłem idiotą, bo nie zauwaŜyłem, Ŝe chcesz mieć jasną sytuację. Nie jestem
zainteresowany czymś na dłuŜej, zobowiązaniami. Po prostu nie, mam tego dość. A poza tym
naprawdę nie chciałabyś tego czegoś.
– Ale nie pozwoliłeś mi zdecydować – powiedziała głosem, który był równocześnie ostry
i niepewny.
– MoŜemy teraz skończyć? Chyba musimy, bo nie ma sensu mówić nic więcej. – Stał
wyprostowany, z ramionami splecionymi na piersi.
Chciał się zdystansować, odsunąć emocje. Ona usiłowała zrobić to samo. On ma rację.
Znaleźli się w impasie, i nie zostało nic do powiedzenia.
– Chyba... nie spodziewają się mnie w hotelu o tej porze? – spytał.
– Miałeś tam być, gdyby samolot się nie spóźnił, taki był plan. Ale wszyscy jesteśmy tu
niewyspani od tygodnia albo dłuŜej. Nie chcę tupać po drewnianej podłodze ani zapalać
ś
wiatła o drugiej nad ranem.
– Moje rzeczy... – Przez dwa lata zebrało się tego parę walizek i pudeł.
– Jutro pracuję poza miastem. Gdzie umieszczą cię w szpitalu?
– Jeszcze nie wiem. – Joe był zawsze wysyłany tam, gdzie akurat go potrzebowano.
– Jeśli podrzucisz mnie do bazy, moŜesz wziąć samochód – oznajmiła. – Wtedy, jak
znajdziesz chwilę w ciągu dnia, moŜesz się spakować i przenieść. Ja... nie spakowałam
twoich rzeczy, bo... – nie dokończyła.
– Nic nie szkodzi, do diabła, nic nie szkodzi, Tink. Przez sekundę bym się nie
spodziewał...
– Weź prysznic. Ja idę do łóŜka – powiedziała, nie czekając na niego.
I, oczywiście, nie mogła zasnąć.
O drugiej trzydzieści przestała słyszeć kroki Joego. Najwyraźniej teŜ się połoŜył. O
trzeciej porzuciła myśl, by pójść do jego pokoju i wejść do jego łóŜka... i straciła nadzieję, Ŝe
on przyjdzie do niej. O wpół do czwartej zrezygnowała z pomysłu, by zadzwonić na
połoŜnictwo i pogadać z Georgią albo Grace.
Zresztą nie miałyby czasu na rozmowę. A gdyby znalazły czas, Joe usłyszałby ją, jak
szlocha do słuchawki.
O czwartej poszła po szklankę wody do kuchni i wracając, spotkała Joego. Miał na sobie
tylko czarne spodnie od piŜamy. Próbowali się wyminąć i zderzyli się trzy razy, gorąco się
przepraszając. Ale to wcale nie było zabawne.
– Jesteś Ŝonaty, Joe? – zapytała.
– Nie! – Jego protest zakończył się ochrypłym szeptem. – Nie mam Ŝony.
– CóŜ, to juŜ coś. – Zabrzmiało to bardzo gorzko.
– Och, Tink, do diabła. Nie rób tego.
– Czego?
– Nie szukaj powodów.
– A są powody?
– Oczywiście, Ŝe tak.
– To mi je podaj.
Ale on nie odpowiedział, poniewaŜ juŜ się obejmowali jak rozbitkowie z zatopionego
statku na czarnym morzu. Jego ciało było rozgrzane od snu – a moŜe bezsenności. Christina
czuła na brzuchu odciśnięty pasek jego spodni. Znała to tak dobrze. Jego podniecenie.
Łaskotanie włosów, pomrukiwanie. Nie chciała pozwolić, by to się dalej posunęło, ale kiedy
szukał jej warg, zapomniała o dumie i pragnęła go tak samo jak zawsze. Nie pytał, jak daleko
moŜe się posunąć, ale jego ciało zadawało to pytanie kaŜdym coraz bardziej namiętnym
pocałunkiem, coraz bardziej intymnym dotykiem. Nie usłyszał odpowiedzi. Drzwi do jego
pokoju były jakiś metr od nich, więc tam właśnie wylądowali, na jego łóŜku.
– Christina – szepnął.
Gdy zdjął jej bluzę, zamknęła oczy, a potem wyciągnęła ręce i wplotła palce w jego
włosy, przyciągnęła jego głowę i pocałowała go tak gorąco, Ŝe obydwoje z trudem łapali
potem oddech. Joe wstał, zdjął jej spodnie od piŜamy, a później swoje. Wiedziała, Ŝe będzie
im tak dobrze jak zawsze. Zachowywał się, jakby robił inwentaryzację, zapisywał ją sobie w
pamięci, równie jak ona świadomy, Ŝe kochają się po raz ostatni.
– Christina... – szepnął znowu. Jego ręce były jeszcze bardziej delikatne, ledwie ją
muskał, niczym szept.
Nagle ogarnęła ją złość. Rzuciła mu wyzwanie, a on go nie podjął. Nie stanął na
wysokości zadania, więc dlaczego ma czelność zachowywać się tak, jakby odgrywali
współczesnych Romea i Julię?
Zróbmy to, Joe, pomyślała, zaspokójmy swoje poŜądanie, przecieŜ tylko tego zawsze ode
mnie chciałeś. Chwyciła go za biodra, objęła nogami i poprowadziła, pospiesznie się unosząc.
Robiła wszystko, aby poczuć tę wyjątkową jedność i spełnienie. Potem zaczęła się kołysać,
wiedząc, jak to na niego działa, pragnęła oddać się mu i ukarać go równocześnie. Udowodnić
mu, jak bardzo się myli.
Zamknęła oczy. Miała wszystkie potrzebne informacje zjego ruchów, dźwięków, które
wydobywały się gdzieś z głębi jego gardła, sposobu, w jaki zaciskał dłonie. Potem przestała
się tym wszystkim przejmować, nie wiedziała juŜ, gdzie kończy się jej ciało, a gdzie zaczyna
jego, ale sekundy po tym, jak Joe skończył, znowu podupadła na duchu. Zastanawiała się, co
na Boga właśnie zrobiła.
Dała mu odprawę, której nigdy nie zapomni?
LeŜeli razem parę minut, zdyszani i nieruchomi, aŜ w końcu Christina uwolniła się spod
cięŜaru jego ciała.
– Zostań. – PołoŜył rękę na jej biodrze.
– Nie mogę, Joe.
– Dobrze, dobrze.
Po raz drugi tej nocy zrezygnował z walki o nią.
ROZDZIAŁ TRZECI
Ranek przyszedł zbyt szybko. Christina usłyszała, Ŝe Joe wstał, gdy tylko wyłączyła
budzik. Przez kilka minut ukrywała się jeszcze w łóŜku, ale nie mogła przeciągać tego w
nieskończoność. Podreptała do łazienki. Zdołała uniknąć Joego poza pięciominutowym
spotkaniem w kuchni, gdzie wypiła szklankę soku. Na myśl o bardziej poŜywnym posiłku
robiło jej się niedobrze, ale z pustym Ŝołądkiem wcale nie czuła się lepiej.
– Więc mam podrzucić cię do bazy? – spytał.
– Tak. MoŜemy juŜ iść, jeśli chcesz.
– Dobra. ZdąŜę zerknąć na mój nowy pokój. Tego ranka obydwoje byli spięci. JuŜ nie
tworzyli zgranego zespołu, który poprzedniego wieczoru ratował małego kangura, wymieniał
oponę i podwoził chłopaka do miasta. Joe był zły, Ŝe juŜ nie jest miło, Ŝe Christina zmieniła
zasady. Ona była zła, Ŝe on chciał tylko zabawy, nawet kiedy oświadczyła mu jasno, Ŝe
pragnie czegoś więcej. To bolało tak bardzo, Ŝe ktoś musi być winny.
To nie moja wina, myślała Christina, i poczuła się kompletnie wykończona.
Ona wygląda tak okropnie, jak ja się czuję, stwierdził Joe po drodze.
Kiedy spisywał jej numer telefonu z tablicy w szpitalu dwa lata temu i zadzwonił do niej
w sprawie pokoju do wynajęcia, nie przyszło mu do głowy, Ŝe tak się to skończy. Na
początku zamieszkał w hotelu dla lekarzy, ale szybko zrozumiał, Ŝe to nie dla niego. Nie
szukał konfliktów wynikających z niezgodności charakterów ani imprez, na które nie miał
ochoty, kiedy nie był w nastroju. Potrzebował prywatności. PrzyjeŜdŜał tam zarobić pieniądze
i trochę odetchnąć. Dom Christiny spełniał jego wymagania.
Niecałe piętnaście minut po tym, jak ujrzał jej dom i ją samą, wiedział, Ŝe jej pragnie.
Zawsze podobały mu się kobiety w tym typie. Atrakcyjne w sposób naturalny, szczupłe, ale
nie pozbawione zaokrągleń, o brązowych oczach, które potrafią się śmiać i tańczyć. O
ciemnych włosach związanych w koński ogon i uśmiechu, który jest bardziej tajemniczy niŜ
uśmiech Mony Lizy. Emanowała zdrową energią, była inteligentna i dobra, a tego nie da się
udawać. Dość szybko powiedział jej o swoich pragnieniach. Przyszło mu to łatwo, niczego
specjalnie nie planował. Pewnego ranka znaleźli się razem w kuchni, przygotowując
ś
niadanie. Ona stała obok tostera, czekając na grzankę. On podszedł do niej i połoŜył dłoń na
jej dłoni. Nie cofnęła ręki – nie obawiał się, Ŝe tak zrobi – i nie potrzebowali Ŝadnych długich
rozmów. Objęli się, ich wargi się spotkały, wymienili szeptem raptem kilka słów.
Och, jak dobrze. Wiesz, Ŝe o tym marzyłem, prawda? Twoja grzanka chyba się spaliła. A
dwa lata później...
Przez ostatnie dwa miesiące nie zauwaŜył, Ŝeby była nieszczęśliwa, ale cienie pod jej
oczami i napięte mięśnie twarzy tego ranka to były konkrety, które trudno przegapić. Jej ciało
takŜe mówiło wiele, sposób, w jaki przyciskała się do drzwi samochodu, skulone ramiona i
odsunięte od niego nogi.
Tak, był zły. Zły na nią i na siebie.
W czasie spędzanym z Christiną lubił właśnie to, Ŝe mógł się zrelaksować, wyjść do
miasta i się zabawić. Tutaj nie musiał czuć się zły, odpowiedzialny ani przytłoczony cięŜarem
obowiązków, tak jak w domu.
CóŜ, iluzja, Ŝe Crocodile Creek to świat bezpieczniejszy, szczęśliwszy i łatwiejszy,
została mu właśnie odebrana. Kiedy zerkał na Christinę, nie widział juŜ spokoju, tylko nowe
kłopoty. Chciał chwycić ją za ramiona, potrząsnąć nią i krzyknąć: Dlaczego musiałaś to
zrobić, kiedy było tak dobrze?
Ale to nie byłoby fair.
Kiedy dotarli do bazy, pielęgniarka Grace O’Riordan właśnie wjechała na parking swoim
starym samochodem. Christiną westchnęła cicho i wyprostowała się na jej widok. Joe uznał,
Ŝ
e się ucieszyła. Ona i Grace były przyjaciółkami. Pewnie teraz sobie porozmawiają. Prawdę
mówiąc, wszyscy będą gadać. To taki szpital, takie miasto.
Serce mu zamarło. Miał tego dość w domu, zwłaszcza gdy wychodził gdzieś z Amber.
Mogła to być anonimowa uwaga, nie tak osobista jak tutaj, a jednak wywoływała to samo
przykre poczucie, Ŝe wszyscy o tobie za plecami mówią. Amber świetnie sobie z tym radziła.
Joe miał problemy.
– MoŜemy pogadać o kluczach i tak dalej później w tygodniu? – zapytał. W niedzielę
leciał do domu. Wydawało mu się, Ŝe ma mnóstwo czasu.
Skinęła głową, próbowała się nawet uśmiechnąć, ale poddała się i wysiadła z samochodu.
Patrzył, jak podchodzi do Grace, potem zawrócił i ruszył szybko do szpitala, pełen buntu
przeciw temu, co się stało.
W domu dla lekarzy aŜ huczało od porannych zajęć. Cal mieszkał tam ze swoją na nowo
odkrytą miłością, doktor Giną Lopez, i ich małym synkiem CJem, ale szukali juŜ jakiegoś
lokum w mieście. Hamish McGregor snuł się po korytarzach, narzekając na pogodę. Jego
kontrakt wkrótce się kończył, Hamish wracał do Szkocji. Kolejny mieszkaniec hotelu,
Charles Wertherby, niemal legendarny administrator szpitala, miał w tej chwili problemy z
personelem.
– Nie gapcie się na mnie – mruknął pod nosem Joe, wchodząc z werandy do kuchni przez
rozsuwane drzwi.
W odpowiedzi usłyszał chór powitań.
– Czy ktoś wie, który pokój jest dla mnie? Emily Morgan poderwała się od stołu:
– PokaŜę ci, Joe.
Plotąc o szalonych hydraulikach i harmonogramie zakupów, prowadziła go ciemnym
korytarzem, który w połowie drogi otwierał się na boczną werandę. Przeszklone drzwi w
kaŜdym pokoju ratowały to miejsce, zauwaŜył Joe. MoŜna było wchodzić i wychodzić tak, by
nikt o tym nie wiedział. Pod warunkiem, Ŝe człowiek nauczył się, które deski nie skrzypią,
pomyślał, słysząc poraŜający jęk drewnianej podłogi pod stopami.
– Nikomu nie będzie przeszkadzać, jak postawisz sobie tutaj krzesło – rzekła Emily. –
Kiedy nikogo tu nie ma, jest całkiem spokojnie.
– A czy to się kiedykolwiek zdarza?
– Teoretycznie. – Zaśmiała się cicho.
Hamish wyszedł w pośpiechu przez sąsiednie drzwi.
– Lucky – rzucił do kolegi.
Emily odprowadzała go niespokojnym wzrokiem.
– Nie czuję się w tej chwili specjalnie szczęśliwy. Myślałem, Ŝe Christina jest
szczęśliwa... Tak. – Joe urwał nagle, kiedy zobaczył zakłopotanie w oczach Emily.
– Och, Joe, on nie mówił o tobie... i wybacz, czy Christina nic ci nie mówiła?
– Mówiła? – powtórzył jak echo. – Oczywiście, Ŝe mi powiedziała. Dlatego tu jestem,
prawda? – rzekł ponuro.
– Chodzi o dziecko znalezione podczas rodeo – podjęła Emily, jąkając się w przypływie
skruchy. – Na początku nie znaliśmy jego imienia, więc nazwaliśmy go Lucky i tak zostało,
chociaŜ oficjalnie nazywa się Jackson Cooper. Trochę się zdenerwowałam, Hamish tak się
spieszył.
– Coś się stało?
– Nie wiem, a wszyscy tak się zaangaŜowaliśmy. Megan i jej synek mieli się juŜ dobrze.
Zostaną wypisani, kiedy stwierdzimy, Ŝe ich sytuacja rodzinna się poprawiła, no i kiedy
wszystko będzie w porządku z karmieniem. W tej chwili rodzice Megan nie wiedzą nawet, Ŝe
ich córka ma dziecko, a ona odmawia powrotu do domu. Ma dopiero dziewiętnaście lat. Jeśli
coś jest nie tak...
– Aha. – To wszystko, co był w stanie powiedzieć. Emily dotknęła jego ręki.
– Jeśli chodzi o ciebie i Christinę, przykro mi. Ludzie będą gadać, oczywiście, i nie będą
taktowni, ale tylko dlatego, Ŝe oboje jesteście nam bliscy. To nie nasza sprawa, wiem.
– Nic nie szkodzi, to moja wina.
Skinęła głową, wyglądała, jakby chciała coś dodać, ale ostatecznie się rozmyśliła.
– Zostawię cię teraz. Pracujesz dzisiaj, prawda?
– Powinienem tam być za dwie minuty – odparł, Ŝeby się jej pozbyć. Oboje wiedzieli, Ŝe
wcale nie musi się tak spieszyć.
Kiedy wyszła, rozejrzał się dokładnie po pokoju. Christina przygotowała mu łóŜko,
poznał pościel, w której czasami spał w jej domu. Na półce postawiła kilka ksiąŜek. Wiedział,
Ŝ
e nie były to tylko pozostałości po poprzednim lokatorze, poniewaŜ rozpoznał nazwiska
autorów, których lubił. Nikt inny w Crocodile Creek nie znał go tak dobrze.
Nikt inny nie wiedział, jakiej pasty do zębów uŜywa, i Ŝe nie znosi zaschniętego kołnierza
miętowej pasty wokół otworu tubki. Nikt inny nie miał pojęcia, jakiej muzyki słucha w
leniwe niedzielne poranki. Nikt nie znał głupiego głosu, którym rozmawiał z przyjaznymi
kotami.
To nieprawda, Ŝe Christina nie stanowiła części jego Ŝycia. Nawet jeśli nigdy nie
rozmawiał z nią o swoim domu, znali się dobrze. A to, co ich łączyło, było waŜne, choć
spędzali razem niewiele czasu i skupiali się głównie na dniu dzisiejszym.
Postawiła nawet kwiaty na stoliku przy łóŜku, by złagodzić tę nieco spartańską atmosferę
– jakieś kolorowe pnące rośliny z jej ogrodu. Wiedział to, poniewaŜ zawsze starała się mieć
kwiaty w domu. Serce go zabolało i znienawidził siebie za to, Ŝe tak bardzo ją zranił. Bolało
takŜe dlatego, Ŝe spadło to na niego znienacka, i dlatego Ŝe wciąŜ nie wierzył, Ŝe mógłby
ofiarować jej coś więcej.
W samolocie nie dało się rozmawiać. Bez słuchawek poziom hałasu był zbyt wysoki, a ze
słuchawkami... CóŜ, kto chciałby wyjawiać sekrety własnej duszy do plastikowego zestawu
słuchawkowego? Podczas rutynowych działań poprzedzających lot Grace klepnęła ją w ramię
i uśmiechnęła się ze współczuciem. To upewniło Christinę, Ŝe wiadomość ojej rozstaniu z
Joem juŜ się rozeszła.
Tego dnia mieli tylko dwa przystanki. Pierwszy miał być krótszy, na farmie hodowlanej
na północnym zachodzie, której właścicielem była potęŜna spółka. Około jedenastej
trzydzieści przeskoczą stamtąd do Gunyamurry, małego miasteczka w okolicy, gdzie
odbywało się rodeo, podczas którego jedenaście dni wcześniej znaleziono małego Jacksona.
– To było jak jeden z tych cudów, które zdarzają się podczas trzęsienia ziemi, co,
Christina? – powiedziała Grace do słuchawki. – Wiesz, kiedy to znajduje się Ŝywe dziecko,
które spędziło kilka dni pod gruzami?
– Chyba tak.
Amity Downs było spokojnym miejscem, gdzie trafiały się głównie podręcznikowe
przypadki, jakie spotyka się na takich wyizolowanych terenach. Choroby wywołane stresem
nasilonym z powodu suszy, drobne urazy, którymi nie zajęto się w porę i wywiązała się
infekcja. Poza tym przeprowadzali tam rutynowe kontrole, w tym kobiet w ciąŜy, które
czekała długa podróŜ do szpitala, kiedy przyjdzie termin porodu.
Zostawili część sprzętu w nieduŜej sali Związku Kobiet Wiejskich, która pełniła teŜ rolę
gabinetu podczas ich wizyt. W budynku cuchnęło stęchlizną. Związek Kobiet prowadził małą
bibliotekę, gdzie obok nowych romansów znajdował się spory wybór klasyki australijskiej:
Mary B. Grant, Bruce Billabong i Ethel Turner. Były to piękne powieści, ale rzadko
wypoŜyczane, i pewnie pojawiły się w nich zarodniki pleśni. Christina otworzyła wszystkie
okna.
Potem przyszła pora na lunch, zanim przyjmą pierwszego pacjenta. Miasteczko nie miało
kawiarni ani barku, więc przywozili ze sobą coś do jedzenia.
– A ja mam termos gorącej wody na herbatę – wyznała Grace.
Jej miłość do herbaty zdradzała jej irlandzkie pochodzenie – piła mocną słodką herbatę z
mlekiem. TakŜe jasna piegowata cera świadczyła ojej korzeniach. Poza tym miała niebieskie
oczy i cudowny śmiech. Trzeba by być naprawdę w fatalnym stanie, by nie zarazić się
ś
miechem Grace. Wybuchał z jej nieco pulchnego ciała i spływał kaskadą niczym gama. A
Grace znajdowała powód do śmiechu niemal we wszystkim.
– Nie siedźmy w tym obskurnym budynku, pijąc z kubków, które pochodzą z czasów
sprzed wynalezienia radia – powiedziała.
– I pewnie nie były porządnie myte od tamtej pory.
– No właśnie. Przycupnijmy sobie pod jakimś drzewem. I myślę, no wiesz, moŜemy...
– Tak, Grace, chcę pogadać.
Oczy Grace błyszczały i współczuły równocześnie.
– Wyrzuć to wszystko z siebie, jak paskudny pasztet.
Christina zaśmiała się, ale zakończyło się półszlochem.
– Och, cholerny świat, Grace, tak obrzydliwie się czuję. Jest gorzej, niŜ myślałam.
– No wiesz, kiedy wyrzucasz idealnego faceta, który nie chce być wyrzucony, i to bez
waŜnego powodu... No, powiedz wszystko cioci Grace. – Zabrzmiało to absurdalnie,
poniewaŜ Grace była młodsza od Christiny co najmniej o pięć lat.
Usiadły w jedynym zacienionym miejscu, jakie znalazły w pobliŜu, obok zbiornika na
wodę deszczową, który stał na tyłach budynku, gdzie rosło kilka drzew pieprzowych.
Christina bawiła się ich listkami, zrywała je i pocierała w palcach, po czym wdychała gorzką
woń.
Normalnie bardzo lubiła przekraczać góry i lecieć na te odległe suche tereny, które tak
bardzo róŜniły się od wilgotnego wybrzeŜa. Taki sam szeroki horyzont i bezkresne niebo, ale
panowały tu cisza i bezruch, które jak nigdzie indziej zostawiały człowieka sam na sam ze
sobą.
Christina zaczęła opowiadać. Mówiła o wszystkim, co kocha w Joem, co przed nią ukrył,
o swojej decyzji, o pokoju w hotelu, i swoim odczuciu, Ŝe ten pokój to błąd, poniewaŜ z tego
powodu Joe był zły.
– A fakt, Ŝe droga z lotniska do domu zabrała nam ponad dwie godziny, wcale nam nie
pomógł.
– A co, szliście na rękach?
Christina powiedziała Grace o serii fatalnych przypadków.
– A jak zajechaliśmy do domu, nie potrafiłam dłuŜej tego odkładać, bo gdyby to wisiało
nade mną do dzisiejszego wieczoru albo gdyby Joe dowiedział się od kogoś innego o tym
pokoju...
Zjadły kanapki i wypiły herbatę, i dalej rozmawiały.
– Myślałam nawet, Ŝe moŜe jest Ŝonaty – przyznała Christina – ale nie chce mi
powiedzieć ze względu na jakieś okoliczności. Chyba... próbowałabym go zrozumieć.
– Tak? Wielki mit o Ŝonatych męŜczyznach. Niby co mogłoby go tłumaczyć?
– Na przykład to, Ŝe jego piękna Ŝona w ciemności zamienia się w łabędzia.
– Aha.
– A jeśli on ją zostawi, klątwa będzie nieodwracalna i ona zostanie juŜ na zawsze
łabędziem.
– Tak. – Grace cmoknęła. – Poznałam wielu męŜczyzn, którzy mieli problem z Ŝoną
łabędzicą.
– Dobra, dobra, więc nie byłam w stanie wymyślić powodu, który bym zaakceptowała.
– A pytałaś go kiedyś?
– Czy jest Ŝonaty?
– Tak, wprost. Joe, czy jesteś Ŝonaty?
– Dzisiaj o czwartej rano – wyznała Christina. – Kiedy spotkaliśmy się w przedpokoju, bo
Ŝ
adne z nas nie mogło zasnąć. – Nie rozwijała, co stało się później.
– I co on na to?
– śe nie jest.
– Ale mógł kłamać.
– To by znaczyło, Ŝe nie znam się na ludziach – wybuchnęła Christina. Jak mogłaby się
tego nie domyślić?
– Tysiące kobiet w historii nie miało pojęcia, Ŝe ich facet ma Ŝonę.
– Grace, a zaufanie?
– Wybacz, ale sama o tym pomyślałaś.
– To prawda.
– Zostało nam w termosie trochę wody. Wypijesz jeszcze filiŜankę herbaty?
– Nie, dzięki.
Raptem usłyszały jakiś hałas i zobaczyły kobietę wychodzącą zza rogu budynku.
Prowadziła konia za uzdę.
– Czy mogę go tutaj uwiązać? – spytała. – Przyjechałam do lekarza. Jestem za wcześnie?
– Proszę go uwiązać – odparła Christina. – Czy zwykle przyjeŜdŜa pani konno do
miasteczka?
– Zwykle jeŜdŜę samochodem. I nie przyjeŜdŜam często. – Wyglądała na zgrzaną i
zmęczoną. – Czy w środku jest jakieś wiadro? Muszę go napoić.
Spojrzała na metalowy kran wystający ze zbiornika, a potem na sam zbiornik. W tej
części kraju nie padało wiele. Uderzając dłonią w zardzewiałe Ŝelazo, nasłuchiwała odgłosu.
– Coś tam jeszcze zostało – stwierdziła. – Woda. Tego bym sobie zaŜyczyła, gdybym
potrafiła czarować. Wszystko zamieniłabym w wodę. Złoto jest bezuŜyteczne.
– W środku na pewno jest wiadro – powiedziała Grace. – Proszę zaczekać.
Zniknęła za tylnymi drzwiami budynku. Kobieta, którą Christina oceniła na pięćdziesiąt
lat, oparła czoło o satynowy kark konia. To było trochę dziwne, Ŝe Christina jej nie
rozpoznała. Z pewnością mieszka tu od dawna, nie jest przyjezdna. Wiedziała, jak uderzyć w
zbiornik wody, by ocenić poziom wody po odgłosie, co sugerowało, Ŝe urodziła się i
wychowała w buszu. Christina od kilku lat latała do tego miasteczka i nigdy jej nie spotkała.
– Pracuje pani czasem w szpitalu, prawda? – spytała kobieta po chwili. – Ma pani tam
kolegów?
– Tak, znam prawie wszystkich – odparła Christina.
– A pacjentów? Moja córka leŜy tam w tej chwili. Megan Cooper.
– Och, Megan. – Jedno się wyjaśniło. – Wszyscy znamy Megan i... – Christina urwała
przeraŜona, Ŝe o mały włos się nie wygadała.
Mały Lucky, szczęściarz, teraz oficjalnie Jackson Cooper. Christina opowiedziała Joemu
dramatyczną historię narodzin chłopca, a Grace zastanawiała się głośno nad całą sprawą
podczas lotu tego ranka.
Megan wciąŜ odmawiała zgody na przekazanie swoim rodzicom informacji o dziecku. Jej
matka – ta zmęczona, spragniona deszczu kobieta – myślała, Ŝe Megan poroniła. Ojciec
dziewczyny nawet tyle nie wiedział. Etyka lekarska nie pozwała nikomu z personelu szpitala
nic zrobić w tym zakresie. Gdyby tylko rodzice Megan mogli pojechać do Crocodile Creek i
odwiedzić córkę, wszystko z pewnością by się wyjaśniło. Ale farma Cooperów była tak
dotknięta przez suszę, Ŝe ani Honey, ani jej mąŜ nie brali dotąd pod uwagę długiej podróŜy na
wybrzeŜe. Wybierali się po córkę dopiero, kiedy zostanie wypisana.
A jednak los chciał inaczej.
– I... wiemy, Ŝe przeszła trudne chwile – podjęła Christina, modląc się, by pani Cooper
nie zauwaŜyła jej gafy. – Na pewno jest pani bardzo szczęśliwa, Ŝe córka ma się juŜ dobrze.
– Nawet jej nie widziałam. To jest... niemoŜliwe w tej chwili.
– Chyba nie podróŜuje pani często.
– Tylko wtedy, kiedy muszę. To dlatego przyjechałam na Buckleyu, chociaŜ to dwie
godziny jazdy konno. Gdybym wzięła samochód, Jim zaraz chciałby wiedzieć, po co jadę, i
by mnie zatrzymał. – Zobaczyła minę Christiny. – Nie jestem więźniem. – Zaśmiała się
zmęczona. – CóŜ, moŜe i tak, ale to nie Jim trzyma mnie w kajdanach, tylko susza. I praca.
Proszę posłuchać...
Christina najchętniej od razu zaczęłaby leczyć jej depresję i stres, nie mierząc nawet
ciśnienia.
– MoŜe wejdziemy do środka i zbadam panią, a potem powie mi pani całą resztę, dobrze?
– powiedziała.
– Och, nie chodzi o mnie, pani doktor – rzekła pani Cooper. – Chodzi o mojego męŜa
Jima.
Grace pojawiła się z wiadrem i trzeba było zająć się koniem. Jego potrzeby były o wiele
prostsze niŜ potrzeby Honey Cooper.
– Jim nie da się zbadać – rzekła Honey zmęczonym głosem. Siedziała teraz w małym
biurze, w którym Christina i Grace przyjmowały pacjentów. – Dostał receptę na lek
obniŜający ciśnienie, ale juŜ się skończył. Czy moŜe mi pani wypisać drugą?
– Niestety, pani Cooper, przykro mi. Musi sam przyjechać.
– Daję mniej soli, odkąd mi tak kazali w szpitalu po jego ataku serca. Ale on sobie dosala
przy stole. Mówi, Ŝe za bardzo się poci, Ŝeby nie jeść soli. A jeśli chodzi o stres... Pracuje za
cięŜko, jego serce jest w okropnym stanie. Powiedziano mu, Ŝe powinien dostać bypassy. Co
ja mam zrobić, doktor Farrelly?
– Musi go pani przekonać, Ŝeby do nas przyjechał. Naprawdę muszę go zbadać, zanim
zalecę jakiekolwiek leczenie, nawet jeśli to tylko kwestia odnowienia recepty, którą dostał
wcześniej.
Honey Cooper zamknęła oczy i wzruszyła ramionami. Wszędzie i nieprzerwanie
dźwigała ze sobą swój krzyŜ.
Minionego wieczoru Joe wspomniał o cięŜarze, który zostawił w Nowej Zelandii i od
którego lubił uciekać, Christina stanowiła jego tymczasowe niebo. MoŜe tego właśnie
potrzebował, moŜe nawet na to zasługiwał, ale ona nie chciała juŜ być wykorzystywana w
taki sposób.
Pomyślała, by przepisać Honey Cooper romans. Lekarstwo Joego Barretta. To naprawdę
pozwoli pani zapomnieć o kłopotach, pani Cooper. To sprawi cuda. Pomysł był tak
idiotyczny, Ŝe o mały włos się nie zaśmiała, a potem znowu ogarnęła ją złość na Joego.
– Proszę pozwolić, Ŝe panią zbadam, skoro juŜ pani tu jest – zwróciła się do Honey i
stwierdziła, Ŝe jej ciśnienie krwi jest takŜe podwyŜszone.
Honey ucieszyła się z tej wiadomości, a Christina doskonale wiedziała dlaczego.
Lekarstwo, które jej przepisze, Honey da męŜowi.
– Niech pani spróbuje przywieźć go następnym razem – poprosiła, gdy kobieta wstała. –
A moŜe uda wam się przyjechać do miasta. Megan... – Zawahała się, rozdarta z powodu
złoŜoności kłopotów tej rodziny – Ona potrzebuje pomocy, Ŝeby sobie jakoś ułoŜyć Ŝycie –
dokończyła, wiedząc, Ŝe powiedziała i tak za duŜo.
Ale matka Megan była zbyt przygnieciona innymi zmartwieniami, by wychwycić
jakiekolwiek subtelne aluzje.
– Do miasta? – powtórzyła jak echo. – Tak, kiedy będzie gotowa wracać.
Gdy Christina odprowadzała Honey do większego pomieszczenia, które słuŜyło za
poczekalnię, przed budynkiem zaparkował samochód terenowy.
– Wysiadajcie – usłyszała męski głos. – Jesteśmy spóźnieni i będziemy czekać dwie
godziny.
Honey wyjrzała przez okno i zamarła. Grace nie zauwaŜyła jej reakcji. Właśnie poprosiła
matkę z dzieckiem na badanie kontrolne i szczepienie. Dwójka czekających pacjentów jednak
to spostrzegła. Odległości były tam spore, ale sąsiedzi to zawsze sąsiedzi, i znają nawzajem
swoje sprawy.
– Cześć, Philip. – MęŜczyzna po pięćdziesiątce o skórze spalonej słońcem burknął jakieś
pozdrowienie i wyciągnął rękę, gdy właściciel samochodu wkroczył pewny siebie do
poczekalni.
Christina znała nowo przybyłego, chociaŜ spotkali się zaledwie parę razy. Philip
Wetherby, młodszy brat Charlesa Wetherby’ego, liczący około czterdziestki, prowadził
ogromną farmę hodowlaną w okolicy. Bracia nie byli ze sobą blisko – ledwie rozmawiali, ale
w mieście nikt nie wspominał, dlaczego tak się działo.
– Cześć, Greg – rzucił Philip do męŜczyzny, który go powitał. – Dobrze cię widzieć.
Twoje matki utrzymują wysoką cenę?
– Spadają. Jeśli wkrótce nie będzie deszczu... Philip rozejrzał się po poczekalni. Honey
odwróciła się plecami i studiowała plakaty na ścianie. Jego wzrok spoczął na niej. Rozpoznał
ją, ale jej nie przywitał, i szybko uciekł wzrokiem.
– To głupi system, Ŝe przyjmują według kolejności zgłoszeń – stwierdził. – Nie mam
czasu siedzieć tu całe popołudnie. – Przeszył Christinę zniecierpliwionym wzrokiem. – Moja
Ŝ
ona Lynley ma migrenę, a ja musiałem przywieźć tu tych ludzi. – ZniŜył głos, przenosząc
spojrzenie na trzech aborygenów, którzy mu towarzyszyli. Zapewne zatrudniał ich na farmie.
– Trzeba ich traktować jak dzieci, sami się sobą nie zajmą. – Nie czekał na odpowiedź. –
Gdybyśmy mogli wejść pierwsi...
– Obawiam się, Ŝe to niemoŜliwe – odparła chłodno Christina. – Przyjmujemy według
kolejności zgłoszeń, chyba Ŝe sprawa jest pilna.
– Moje bydło pilnie mnie potrzebuje, ale pani mi powie, Ŝe to nie ma znaczenia.
– Przepraszam. – Uśmiechnęła się uprzejmie, po czym odwróciła się i poprosiła kolejnego
pacjenta.
Wiedziała, Ŝe Philip Wetherby będzie wściekał się za jej plecami. AŜ trudno uwierzyć, Ŝe
to brat Charlesa. ChociaŜ Charles miał kłopoty ze zdrowiem i był przykuty do wózka
inwalidzkiego, to Philip sprawiał wraŜenie słabszego. Upokarzał ludzi, Ŝeby czuć się
silniejszym. Dzięki pracy fizycznej był mocnej budowy, ale siła fizyczna nie równała się u
niego sile charakteru.
Charles patrzył ze współczuciem prosto w serca innych ludzi, Philip zaś patrzył
krytycznie, widząc tylko to, co mógł wykorzystać przeciwko danej osobie. Jego wargi zwisały
w kącikach, a górna była zbyt cienka. Nie zauwaŜyłoby się tego u kogoś, kto często się
uśmiecha, ale u Philipa ta cecha rzucała się w oczy.
Burcząc coś pod nosem, usiadł z dala od swoich pracowników. A kiedy Honey wyśliznęła
się przez drzwi, prychnął, co mogło znaczyć wszystko.
Christina nie zamierzała ulegać temu zadufanemu człowiekowi, a jednak za kaŜdym
razem, gdy prosiła kolejnego pacjenta, była zdenerwowana. UlŜyło jej dopiero, gdy przyjęła
trzech pracowników Wetherby’ego.
– Proszę przyjść za dwa tygodnie na kontrolę – powiedziała ostatniemu z nich, wiedząc,
Ŝ
e Philip nie będzie z tego zadowolony. MoŜe następnym razem kaŜe temu męŜczyźnie
przyjechać na własny koszt.
Kiedy skończyły pracę, minęła czwarta trzydzieści po południu. Dwóch pacjentów
Christina wysłała na dalsze badania w Crocodile Creek. Musiały teraz szybko spakować
sprzęt, bo ich pilot, Glenn Corcoran, chciał przed zmierzchem dotrzeć do domu.
Grace miała ochotę na pogaduszki. A moŜe była tylko miła i chciała, by Christina nie
myślała o Joem?
– Pani Strachan rośnie na potęgę – powiedziała. – Moim zdaniem urodzi wcześniej, choć
mówiła, Ŝe dwoje poprzednich dzieci przyszło na świat tydzień po terminie. Jak sobie
poradziłaś z tym zarozumialcem z Wetherby Downs?
– Nie lubisz brata Charlesa?
– A ty? Jemu przydałby się sprzęt do wspinaczki jaskiniowej. Jestem pewna, Ŝe nasz
Charles z radością by go dostarczył, razem z bardzo niedokładną mapą.
Christina roześmiała się i poczuła, Ŝe ucisk w okolicy serca zelŜał odrobinę.
– Dobrze mi robi twoje towarzystwo, Grace.
– I o to chodzi, Chrissie. Wybacz, nie lubisz, kiedy tak mówię. Powiedz mi o Honey
Cooper.
– Znasz ją?
– Kiedyś przyjechała do nas z męŜem. Pewnie nie miałaś wtedy dyŜuru. Cooperowie są
ludźmi, którzy nie przechorowali ani jednego dnia, ale wpadli w kierat dwadzieścia lat za
wcześnie.
– Po tym podsumowaniu chyba nie muszę ci nic mówić o Honey Cooper?
– Więc po co przyjechała?
– Po poradę dla męŜa, który został w domu. Oboje mają wysokie ciśnienie. Jim nie bierze
swoich problemów z sercem powaŜnie. Jego Ŝona traktuje je serio, ale niewiele moŜe zrobić.
Grace wzruszyła ramionami.
– Mogłabym ksiąŜkę napisać na temat psychologii męŜczyzny i jego partnerki w
australijskim buszu. – Zamknęła szafkę, gdzie przechowywały podstawowe leki. – MoŜemy
ruszać?
– Chyba tak.
Pani Considine, wierna członkini Związku Kobiet Wiejskich, która prowadziła małą
pocztę i sklepik, zamknęła swój interes, by pomóc im zanieść rzeczy na pas startowy na
skraju miasteczka. Glenn marszczył czoło, patrząc na światełko ostrzegawcze na tablicy
przyrządów kontrolno-pomiarowych, które nie powinno się zapalić. Sprawdził wskaźnik
paliwa i mruknął kilka złowieszczych zdań, po czym znalazł usterkę, którą szczęśliwie łatwo
dało się usunąć.
– Straciliśmy dwadzieścia minut – stwierdził, patrząc na zegarek.
Był dobrym pilotem i potrafił wyprzedzać potrzeby personelu medycznego, który z nim
leciał, ale, jak powiedziała kiedyś Grace, brakowało mu genu humoru.
– Mógłby być najatrakcyjniejszym facetem na naszej planecie – a muszę przyznać, Ŝe
wiele mu nie brakuje – ale jeśli chodzi o mnie, jest równie seksowny co paczka płatków
kukurydzianych.
Christina zgadzała się z nią. Spędzała z nim w pracy wiele godzin, ale nie zaprosiłaby go
na swe wesele.
– Co, twoja dziewczyna nie moŜe czekać tak długo? – zaŜartowała Grace.
Glenn uniósł brwi i wzruszył ramionami, potem zaśmiał się mechanicznie, poniewaŜ
iskierki w oczach Grace dały mu znak, Ŝe naleŜy się zaśmiać. No i zabrał się za swoje
rutynowe zajęcia.
Christina załoŜyła słuchawki na głowę i wyjrzała przez okno, czekając, aŜ wystartują.
Popołudniowe słońce ciemnym złotem malowało rdzawe skały i wyschniętą ziemię. Za
samochodem pędzącym z zachodu do Gunyamurry unosiła się smuga kurzu. W tej ogromnej
przestrzeni miasteczko zawsze wyglądało na malutkie, jakby jakiś olbrzym rzucił garść
pudełek od zapałek na pusty stół.
Próbowała docenić majestat tego wszystkiego, powiedzieć sobie, Ŝe jej nieskończenie
małe miejsce we wszechświecie nie uzasadnia tak wielkiego bólu serca spowodowanego
przez pewnego Nowozelandczyka, ale to nie zadziałało.
Tymczasem zbliŜała się do nich smuga kurzu za samochodem. Glenn zwiększył obroty
silników i samolot zaczął kołować. Za kilka chwil zostawią pod sobą ziemię, a mniej więcej
za godzinę dotkną jej znów w Crocodile Creek.
Samochód i ciągnący się za nim parasol kurzu wciąŜ znajdowały się w centrum uwagi
Christiny. Równolegle do pasa startowego biegła droga dojazdowa. Zdezelowany pojazd
mknął po niej, jakby ścigał się z samolotem. Szalony kierowca, czy nie słyszał o fatalnym
wypadku w osadzie Wygera półtora tygodnia temu?
Potem Christina dojrzała kobietę za kierownicą, widziała jej przeraŜoną minę i szalone
gesty, poznała ją i zrozumiała, Ŝe to wcale nie jest zwykły wyścig, ale wyścig o czyjeś Ŝycie.
– Glenn! – zawołała do mikrofonu. – Odwołuję start.
ROZDZIAŁ CZWARTY
– Co myślisz, Joe? – spytał Hamish McGregor. Stali w maleńkim pokoju dla dzieci, który
stanowił część oddziału połoŜniczo-ginekologicznego. Była tam dwójka dzieci. Zdrowa
dziewczynka, która przyszła na świat w terminie i miała tego dnia wyjść z mamą do domu.
Marudziła w nocy, więc jej mama korzystała z chwili drzemki. Drugim dzieckiem był
Jackson Cooper.
Lucky. Czyli Szczęściarz.
Joe miał mnóstwo myśli. Nie wszystkie dotyczyły tego małego chłopca. Nie mógł
zapomnieć rozmowy z Christiną, nie mógł uwierzyć, Ŝe ich związek naprawdę się skończył.
Skupił jednak uwagę na chłopcu. Niewysoka gorączka, niepokój, brak apetytu. W
przypadku niemowlaków wszystkie symptomy trzeba traktować powaŜnie. Tym bardziej Ŝe
ten malec przeszedł juŜ i tak zbyt wiele.
– To musi być infekcja – oświadczył. – Blizna po przecięciu pępowiny wygląda bardzo
dobrze. Pępowina jest ładna i sucha. Mówiłeś, Ŝe wyniki badania krwi i moczu teŜ są dobre.
To jedna z tych niespecyficznych infekcji. Trzeba dać kroplówkę, coś na obniŜenie
temperatury i antybiotyk. Czy matka karmi go piersią?
– Próbuje. Nie zdziwię się, jeśli zrezygnuje.
– Byłoby naprawdę źle, gdyby to zrobiła.
– Ty masz nieodparty urok, Joe. Przekonaj ją.
I tak Joe spotkał się z Megan i Jacksonem, pacjentami, o których mówił cały szpital.
– Karmienie piersią to dla niego najlepsza rzecz, Megan – odezwał się do dziewczyny.
– Chyba nie umiem tego robić. – Jej poczucie poraŜki wydawało się nałogowe.
– AleŜ umiesz. – Przykucnął obok krzesła, na którym siedziała z dzieckiem. – Jest
mnóstwo rzeczy, które znajdują się poza twoją kontrolą, ale karmienie piersią do nich nie
naleŜy. Powiem ci coś. Moja matka bardzo się starała, ale nie mogła karmić mojej siostry.
Zdał sobie sprawę, Ŝe mówi za duŜo. Emocje go poniosły.
– Nie mogła? – spytała Megan.
– Moja siostra ma kłopoty ze zdrowiem. – Machnął ręką, Ŝałując, Ŝe zaczął ten temat.
Prawie nigdy nie wspominał pacjentom o swojej rodzinie. – Rzecz w tym, Ŝe moŜesz zrobić
to dla Jacksona, jeśli tylko zdecydujesz, Ŝe to waŜne. A tu są ludzie, którzy ci pomogą,
gdybyś tego potrzebowała. Wystarczy, Ŝe naciśniesz ten dzwonek.
– Była taka miła lekarka... kobieta...
– Doktor Farrelly?
– Nie, doktor Turner. Ona mi pokazała, co robić. I pielęgniarka teŜ. Chyba nie ma dzisiaj
dyŜuru. Nie jestem głupia, nie musi pan mówić do mnie protekcjonalnie.
– Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało.
– Rozumiem, co pan mówi. Chcę dalej próbować, ale on dzisiaj nie jest zainteresowany, a
mnie się zdaje, Ŝe źle go ułoŜyłam.
Spojrzał na nią uwaŜniej, i zobaczył, Ŝe ma rację.
– Mały ma trochę gorączki, dlatego nie chce jeść. Damy mu coś na obniŜenie
temperatury. Wyniki badań są dobre, ale na wszelki wypadek zastosujemy antybiotyk.
MoŜesz spróbować odciągnąć pokarm, przez smoczek ssie się łatwiej, a dzisiaj ssanie jest dla
niego męczące.
– Ktoś mi pomoŜe, tak?
– Tak.
Uśmiechnęła się w końcu, a on zrozumiał, dlaczego cały szpitalny personel wstrzymał
oddech przez tę dziewczynę i jej dziecko.
Glenn walczył z samolotem, by nie przekroczyć prędkości, a koniec pasa startowego
zbliŜał się szybko.
– Jeszcze dziesięć metrów i musielibyśmy startować, zdajesz sobie sprawę?
– Wiem. – Głos Christiny drŜał. Nie bała się latać, ale obawiała się odwołania lotu w
ostatniej chwili czy trudnego lądowania.
– Więc lepiej, Ŝeby to było coś waŜnego.
– Myślę, Ŝe tak jest. Za nami na drodze jest Honey Cooper, babka Lucky’ego, i nie sądzę,
Ŝ
eby chciała nas tylko poŜegnać.
Grace wyciągnęła szyję.
– To Honey! – potwierdziła. – Jedzie w stronę bramy. Coś się musiało stać, i to zaraz po
jej powrocie do domu.
– Chce spotkać się z nami jak najbliŜej samolotu – stwierdził Glenn. On takŜe znał
historię Lucky’ego.
– Muszę zawiadomić bazę o zmianie planów.
– Jest z nią Jim – zauwaŜyła Grace. – Widzę go na siedzeniu pasaŜera. O BoŜe, to pewnie
znowu zawał – dodała bardziej do siebie niŜ do kolegów.
I tak teŜ było. Honey zaparkowała przy końcu pasa startowego i otworzyła drzwi od
strony pasaŜera. Jim siedział sztywno, zbolały, siny na twarzy. Obficie się pocił i ledwo łapał
oddech.
– Jim? – odezwała się Christina. – MoŜe pan mówić? Bardzo pana boli?
– Zabija mnie – jęknął. – PomóŜcie mi.
– PołoŜymy pana na ziemi. – Było tam pełno pyłu, ale za to płasko, a jeśli będą musieli
go reanimować, robić masaŜ serca...
– Po co? Co mu zrobicie? – pytała Honey. Wyglądała, jakby przez minioną godzinę
postarzała się o dziesięć lat. – Mam koc.
– Niech go pani zwinie. – To im pomoŜe podtrzymać Jima w pozycji, w której łatwiej mu
będzie oddychać.
– Tak... tak...
Glenn zawsze wiedział, kiedy jest potrzebny, i teraz stanął przy nich.
– PomóŜ mi połoŜyć go na ziemi – poprosiła Christina, a on skinął głową. Potem spytała
Jima:
– MoŜe pan przełknąć aspirynę? To bardzo pomoŜe. Zajmiemy się panem i wszystko
będzie dobrze.
– Mam aspirynę w torebce – oznajmiła Honey i zaczęła w panice grzebać w skórzanym
worku, który pewnie Megan zrobiła dla niej podczas zajęć praktycznych w szkole.
– Połknie ją pan, Jim? – powtórzyła Christina.
– Proszę ją wziąć do ust i połknąć, dobrze?
Jim wydal z siebie dźwięk, który wzięła za „tak”.
– Jaka to aspiryna? – Zastanawiała się, czy nie wyjąć lekarstwa z ich zapasów, ale jeśli to
trzysta miligramów rozpuszczalnej aspiryny, a Honey ma ją pod ręką, to moŜe zmniejszyć
rozmiar zawału, zanim ich specjalistyczny sprzęt zostanie przyniesiony z samolotu.
– Grace, tlen. – Urwała, szybko myśląc. Sprzęt do ssania? MoŜe być potrzebny, gdyby
stało się najgorsze. MoŜe Grace powinna go na wszelki wypadek przynieść? Ale nie będzie w
stanie nieść tego wszystkiego sama. – Glenn, pomóŜ jej. Tlen, torba z narzędziami i lekami,
aparat do EKG. Szybko, bo Jim pomyśli, Ŝe z nas lenie. – śartobliwy ton nic nie dał, ale
koledzy zrozumieli. – Świetnie pan sobie radzi, Jim. Wszystko będzie w porządku.
Złota reguła w stosunku do pacjentów z chorobami serca. Nie naleŜy pozwolić im myśleć,
Ŝ
e mają problem, nawet jeśli tak jest, poniewaŜ strach tylko pogarsza ich stan.
Honey wyjęła aspirynę i poprosiła Jima, by ją połknął. Lekarstwo rozpuszczało się w jego
ustach. Christina nie wyczuwała pulsu na nadgarstku męŜczyzny. To niedobrze. W tej sytuacji
nie mogła podać nitrogliceryny, poniewaŜ ta jeszcze obniŜyłaby ciśnienie.
Znalazła słaby puls na szyi. Jim był prawie nieprzytomny. Zapewniła go, Ŝe jest
bezpieczny, po czym zwróciła się do Honey:
– Jak było poprzednim razem?
Streszczenie Honey było nerwowe i bezładne. To był lekki zawał, ale badania wykazały,
Ŝ
e powinien mieć załoŜone bypassy. Jeszcze nie miał zabiegu. Nie było okazji.
– Co robił, kiedy zaczął się ból?
– Zajmował się koniem. Krzyczał na mnie, Ŝe pojechałam do miasteczka bez jego wiedzy.
Okazało się, Ŝe cały dzień czuł się źle, ale nic mi nie powiedział. Gdyby to zrobił, nie
zostawiłabym go. Nie pojechałabym do was w jego sprawie. – Zaszlochała gorzko z tej ironii
losu.
Grace dotarła do nich z tlenem. Butla miała tylko około pięćdziesięciu centymetrów
długości, ale była cięŜka.
– Chcesz, Ŝebym go podłączyła?
– Tak.
Przez moment Christina miała mroczki przed oczami. Do diabła, czy juŜ robi się ciemno?
Nie, to tylko cień chmury nisko na zachodzie. Gdy chmura zasłoniła słońce, niebo stało się
ciemnoczerwone, jak ostrzeŜenie o zbliŜającym się zmierzchu.
Glenn przyniósł torbę z narzędziami i lekami. Christina wysłała go z powrotem do
samolotu po nosze, potem rozerwała koszulę Jima i przystawiła trzy elektrody do jego klatki
piersiowej, po jednej pod obojczykami i jedną nisko po lewej stronie. Włączyła maszynę i
ujrzała na ekranie najpierw linię, a potem rytm, ale taki, którego miała nadzieję nie zobaczyć,
wskazujący na blok serca.
Po załoŜeniu maski tlenowej i podaniu tlenu Grace załoŜyła mankiet na przedramieniu
Jima i próbowała zmierzyć mu ciśnienie. Kiedy Christina spojrzała na nią pytająco, tylko
pokręciła głową.
Ten pacjent mógł umrzeć w kaŜdej chwili. I wciąŜ cierpiał potworny ból. Podłączyli mu
kroplówkę, Ŝeby podać środek przeciwbólowy i leki ratujące Ŝycie w razie konieczności. Do
morfiny Christina dodała słowa otuchy.
– Ta kroplówka pomoŜe, Jim, wszystko będzie dobrze. Ból powinien bardzo szybko
zelŜeć. Teraz przeniesiemy pana do samolotu i zawieziemy do szpitala.
Glenn pojawił się jak na zawołanie. PrzełoŜyli Jima na nosze i popchali je po twardej,
pokrytej pyłem suchej ziemi, podczas gdy Grace zajęła się sprzętem.
– Czy mam iść do samolotu? – spytała Honey.
– Tak, oczywiście. – Grace dotknęła jej ramienia. – Ale niech pani najpierw przestawi
samochód, pani Cooper.
– Tak, tak – odparła przeraŜonym tonem. – Nie lećcie beze mnie. – Teraz nikomu juŜ nie
ufała, co nie było racjonalne, ale bardzo ludzkie.
Kilka minut później Glenn po raz drugi przygotowywał się do startu. Honey zostawiła
samochód za pasem startowym. Nie miała przy sobie nic prócz śmiesznej torebki.
– Jestem tu, Jim – szepnęła do męŜa. – Wszystko w porządku.
Tym razem wystartowali bez przeszkód. Christina wiedziała, Ŝe ulga, którą poczuła, jest
iluzoryczna, bo czekał ich godzinny lot. Prawie nie zdejmowała wzroku z zapisu EKG,
pragnąc, by nie było pogorszenia.
Czas mijał. Honey oparła głowę o okno i cicho płakała. Christina niemal czuła jej trzęsące
się ramiona, nie patrząc nawet na nią. Grace pocieszała kobietę ukradkiem, bo nie chciała, by
Jim ją usłyszał. Honey robiła wszystko, Ŝeby ukryć panikę.
– Świetnie sobie pan radzi, Jim – powiedziała Christina. – Jesteśmy juŜ prawie na
miejscu.
Byli blisko, ale nie dość blisko. Pojawiły się skurcze dodatkowe i Jim stracił
przytomność. Jego serce się zatrzymało.
– Glenn, musimy lądować – rzekła Christina do słuchawki.
– Zaraz zaczniemy schodzić do lądowania, pani doktor.
– Jak daleko jesteśmy? Nie widzę wybrzeŜa.
– Dlatego, Ŝe robi się ciemno.
Czy Honey ich słyszała? Czy zdawała sobie sprawę ze stanu męŜa?
– Mamy problem? – spytał Glenn.
– Tak. – Nie wolno defibrylować ani intubować pacjenta podczas lotu. Stanowi to zbyt
duŜe zagroŜenie zarówno dla pacjenta, jak i dla personelu.
Christina chciała wylądować na jakimś płaskim trawiastym terenie w ciągu minuty, by
mogła znowu uruchomić serce Jima, ale rozumiała opór Glenna. Robiło się ciemno,
znajdowali się ledwie parę minut od Crocodile Creek, gdzie był szpital, sprzęt, personel, w
tym kardiolog.
– Znajdę jakieś miejsce, jak będzie trzeba – oznajmił Glenn. – JuŜ prosiłem o moŜliwość
natychmiastowego lądowania. Ale nie zyska pani wiele czasu, a w tym świetle ryzykujemy.
– Lecimy do końca – zdecydowała. – Powiedz im tylko, Ŝeby zamknęli autostradę. Jak
wylądujemy, zatrzymaj się jak najszybciej. Chcę natychmiast karetkę. Upewnij się, Ŝe
wiedzą, co się stało.
Chwilę później zaczęli schodzić do lądowania. Glenn potwierdził to przez słuchawki.
– Tylko ciśnienie trochę się zmienia.
Christina przełknęła, Grace zrobiła to samo.
Zapowiadało się trudne lądowanie. Sekundy mijały w zwolnionym tempie, a serce
Christiny waliło jak oszalałe. Na ekranie monitora EKG zygzaki przypominały wizualny
zapis strzelaniny. Zaczęła uciskać pierś Jima.
– Trzymaj go za rękę, Honey – rzuciła. – Niech wie, Ŝe tu jesteś.
PoniewaŜ to moŜe być poŜegnanie, pomyślała. Zaraz potem dobiegł ją głuchy odgłos
uderzenia, a chwilę później następny, jeszcze głośniejszy. Wstrzymała oddech przeraŜona.
Ale w końcu, dzięki Bogu, koła dotknęły ziemi. Po paru kolejnych podskokach samolot sunął
juŜ gładko. Christina poczuła mdłości. Spod jej zamkniętych powiek wypłynęły łzy.
– Twoje serduszko zaczęło znów bić normalnie? – spytała Grace.
– Nie Ŝartuj. Przed chwilą myślałam, Ŝe wszyscy zginiemy. – Śmiała się przez łzy.
Samolot zwalniał, aŜ wreszcie się zatrzymał. Christina nie podniosła wzroku, by
zobaczyć, czy przyjechała karetka. Niejasno zdawała sobie sprawę, Ŝe Glenn pominął
większość końcowych procedur i wyskoczył na asfalt.
PrzyłoŜyła elektrody do klatki piersiowej Jima, jedną pod obojczykiem, drugą niŜej po
przeciwnej stronie.
– Wszyscy gotowi?
Grace spojrzała na Honey. Podczas defibrylacji nikomu nie wolno dotykać pacjenta ani
Ŝ
adnego metalu.
– Tak, gotowi – odparła.
Christina nacisnęła przyciski kciukami. Ciałem Jima wstrząsnęło. Wszyscy patrzyli i
czekali. To było jak czekanie na ogłoszenie wyroku w sali sądowej. Christina szykowała się
do powtórzenia elektrowstrząsów, gdyby okazało się to konieczne. Kiedy na monitorze
pokazał się rytm, był nadal niedobry.
Grace pomogła Honey zejść po schodkach do Glenna. Ktoś musiał być na ziemi, by się
nią zająć.
– Powtarzamy defibrylację – oznajmiła Christina, gdy tylko Honey wyszła.
ś
adnego rezultatu.
– Jeszcze raz. – Znowu nic.
Wtedy wydało jej się, Ŝe ktoś wszedł na pokład. Nie zdawała sobie nawet sprawy, Ŝe
tylny właz jest otwarty.
– Jak długo jest zatrzymana akcja serca?
O BoŜe, to był Joe. Poznałaby go, nie słysząc nawet głosu, wystarczył jej jego zapach.
Poczuła ulgę, fizyczną ulgę, niczym narkoman na głodzie, który dostaje działkę.
– Za długo – odparła. – Przysłali cię karetką?
– Podkręciłaś do trzystu sześćdziesięciu? – ZbliŜył się, otarł o jej ramię. Uczucie było
znajome, ale juŜ zabronione. On juŜ do niej nie naleŜy.
– Tak. – Nabrała powietrza. – Dam mu adrenalinę i intubuję go.
– Potem znowu elektrowstrząsy.
– Tak. – Trzeba próbować wszystkiego, przez trzydzieści lub czterdzieści minut, i czekać
na cud, ale szanse na cud zmniejszały się z kaŜdą chwilą.
Grace juŜ szykowała zastrzyk z adrenaliny. Joe zaczął masaŜ serca, przerywając tylko na
chwilę, by Christina mogła intubować Jima przy pomocy Grace.
– Dobra, teraz trzysta sześćdziesiąt.
Ciałem Jima ponownie wstrząsnęło. Wykres był jednak najpierw linią prostą, a dopiero
potem pojawił się rytm.
– Rytm zatokowy – oznajmił Joe.
– Dzięki Bogu.
– Czterdzieści, za wolno.
– Dam mu atropinę.
– Mam nadzieję, Ŝe nie skoczy za wysoko, bo znajdziemy się w punkcie wyjścia.
– My? – KaŜdy mięsień jej ciała był napięty. – Nie my, tylko Jim. Nie uŜywaj tego słowa,
proszę.
Och, zachowuje się nieprofesjonalnie. I głupio. Chciała zapomnieć o osobistej aluzji, i
Ŝ
eby Joe ją zignorował.
Wysłuchał jej niewypowiedzianej prośby, a ona starała się nad sobą panować.
Przygotowała dawkę atropiny z nadzieją, Ŝe nie przyspieszy za bardzo rytmu serca. Niestety,
nie zawsze da się przewidzieć reakcję pacjenta na lek.
– Okej – rzekł Joe kilka minut później. – Wygląda lepiej. Wzrosło do sześćdziesięciu.
ZałóŜ mu maskę tlenową i zobaczymy.
Przyglądali się i czekali. Jim poruszył się i stęknął, powoli odzyskując przytomność.
Wkrótce będą mogli go ruszyć.
– Kto jeszcze przyjechał? – spytała Christina.
– Karetka i dwóch ludzi, jeden prowadzi, drugi jest z Ŝoną chorego. Nick Brady. Znasz
go, jest dobry. Ona wydaje się...
Urwał, przekrzywił głowę w stronę włazu i nasłuchiwał. Christina słyszała głosy, ale nie
zdejmowała wzroku z monitora. Joe wychylił się na zewnątrz, po czym zdał jej cicho relację.
– Zemdlała na chwilę.
Christina przestraszyła się. Wiedziała, Ŝe Honey jest na skraju kompletnego załamania
nerwowego.
– Nick nie sądzi, Ŝe to coś powaŜnego. – Te słowa były przeznaczone częściowo dla Jima,
który mógł ich słyszeć. – Niski poziom cukru, wyczerpanie, stres. Wezwą drugą karetkę, Ŝeby
ją zbadać. Co my wiemy o tych dwojgu? – dodał ciszej.
Znowu to powiedział. My. Takie krótkie słowo, ale jak boli, bo brzmi jak drwina z ich
obecnej sytuacji. Christina zignorowała je i odpowiedziała:
– Pacjent to Jim Cooper, ojciec Megan. Pamiętasz, mówiłam ci wczoraj w nocy...
– Tak. Zostałem przedstawiony Megan i małemu. Grace nachyliła się do Christiny.
– A skoro o nich mowa, szykuje się zjazd rodzinny. Myślałaś o tym, Christina?
– O BoŜe, nie. – Podczas paru minut, kiedy nie skupiała uwagi na Jimie, myślała o
zupełnie innym spotkaniu. Spotkaniu z Joem, które było równie trudne.
Grace jednak miała rację. Honey zechce widzieć Megan jak najszybciej, gdy tylko
odzyska siły i się przekona, Ŝe stan Jima jest stabilny. A kiedy Honey zobaczy córkę, ujrzy
takŜe swojego wnuka, chyba Ŝe zadzwonią wcześniej na oddział i Megan nie wpuści matki do
pokoju. Czy dziewczyna posunie się tak daleko? Czy Honey coś zauwaŜy?
– Nie wyprzedzajmy zdarzeń – odparła Christina. – Na razie najwaŜniejszy jest Jim.
– Tak sądzisz? To zamieńmy się – mruknęła Grace.
– Ja zajmę się ratowaniem Ŝycia, a ty rozwiązywaniem rodzinnych konfliktów.
– Chcesz powiedzieć, Ŝe to spadnie na ciebie?
– Chcę powiedzieć, Ŝe pielęgniarki mają czasami cięŜko. JeŜeli coś się namiesza i oni na
dobre ze sobą zerwą...
– Wtedy wszyscy na tym stracą – wtrącił Joe, jakby coś o tym wiedział.
– A ja będę się czuła winna – zakończyła Grace.
– Nie jesteś winna. To się musiało zacząć wiele miesięcy temu, zanim ktokolwiek z tego
szpitala został w to zaangaŜowany.
Grace skinęła głową.
– Racja. Ale uczuciami nie rządzi logika, prawda?
– Byłoby duŜo lepiej, gdyby rządziła. – Nagle Joe zaczął sprawiać wraŜenie zmęczonego
i zestresowanego.
Skóra wokół jego duŜych ciemnych oczu była napięta, włosy sterczały mu z tyłu głowy,
jakby bez przerwy przeczesywał je palcami. Christina zastanawiała się, jak minął mu dzień,
jak minął mu miesiąc, który spędził w Nowej Zelandii, jak wyglądało jego tamtejsze Ŝycie, i
ile pracy kosztowało go urządzenie się w nowym pokoju.
Poprzedniego dnia zrobiła tam, co mogła: posłała łóŜko, poukładała ksiąŜki, ustawiła
kwiaty. Czy starała się za bardzo? Czy tymi gestami zbyt wiele powiedziała?
– Puls sześćdziesiąt pięć, oddychanie teŜ się poprawia – powiedziała. – Chyba moŜemy
go juŜ ruszyć.
– Zmieniła nieco ton i odezwała się do Jima, nawet jeśli nie był całkiem przytomny. –
Teraz zawieziemy pana do szpitala. Mamy tam lepszy sprzęt, który pokaŜe, jak pracuje
pańskie serce. Zaraz damy panu coś przeciwbólowego.
Mogli podać mu jeszcze jedną dawkę morfiny. Kiedy wtłoczyła ją do kroplówki, spytała
Jima, jak się czuje. Zobaczyła ruch gałek ocznych pod jego zamkniętymi powiekami i bardzo
słaby ruch głowy.
Bez większego kłopotu przenieśli go do karetki. Przypadkowi gapie nie dostrzegliby
Ŝ
adnego dramatu, Ŝadnego szalonego pośpiechu. Mimo to zagroŜenie jeszcze nie minęło.
Zapewne Jima czeka dalsza podróŜ na zachód na zabieg chirurgiczny, do którego nie mieli tu
warunków.
Kiedy wjechali na parking dla karetek, szpital wydawał się pogrąŜony w ciszy. Zerkając
do poczekalni przed wejściem na oddział ratunkowy, Christina zobaczyła dwóch czy trzech
pacjentów. W oknach głównego budynku paliły się światła. MoŜna było dostrzec kilka
migających ekranów telewizyjnych.
Szybka podróŜ korytarzem doprowadziła ich do sali reanimacyjnej. Honey została
ulokowana w sąsiednim pomieszczeniu. Zaopiekowała się nią pielęgniarka, a Christina
dopilnowała, by podłączono jej kroplówkę. Dostała takŜe filiŜankę herbaty, ale jej nie piła.
Gdy tylko ich zobaczyła, natychmiast próbowała usiąść wyŜej i wyrzuciła z siebie
nerwowo:
– Przepraszam. To takie głupie. Jim, jestem tutaj, ale połoŜyli mnie do łóŜka. Czy mogę
wstać i wziąć to ze sobą? – Zniecierpliwiona pokazała na stojak z kroplówką.
Pielęgniarka uniosła pytająco brwi, a Christina i Joe skinęli głowami. Stan Honey mógłby
się pogorszyć, gdyby pozostała z dala od męŜa. Grace pomogła jej wstać z łóŜka.
– Tędy, pani Cooper.
– PołoŜymy pana przy lepszym aparacie EKG, Jim – wyjaśniła Christina. – Wygląda
trochę groźniej, ale ma więcej róŜnych kabli, które do pana podłączymy, Ŝebyśmy mogli
stwierdzić, jaki rodzaj zawału pan przeszedł. Pobierzemy panu takŜe krew i damy lekarstwa
przez kroplówkę. Będziemy pana bardzo dokładnie monitorować.
My. Tym razem ona to powiedziała.
Personel medyczny często tak mówi. Ale do minionej nocy „my” znaczyło dla Christiny
coś bardziej osobistego. Ona i Joe. Pracowali razem, a potem planowali wspólne wieczory.
Czasami szalone biegi po plaŜy, po spienionych falach. Ognisko na tyłach ogrodu i pieczenie
bananów i ananasów, a potem maczanie ich w rozpuszczonej czekoladzie.
Kąpiel w dmuchanym basenie dla dzieci w gorącą letnią noc, połączona z oglądaniem
filmów na wideo ustawionym na werandzie. Byli naprawdę pomysłowi, jeśli chodzi o
rozrywki. Świetnie się bawili. Tak jak chciał Joe.
Ale teraz powinna się skupić. Muszą poznać skalę zawału Jima. W ciągu kilku minut
otrzymają odpowiedź na pytanie, czy muszą przekazać Jima do Brisbane na zabieg, a takŜe
jakie leki podać mu w międzyczasie.
Honey obserwowała ich bacznie, kiedy ustawili aparat EKG i pobierali krew. Jim
otworzył oczy podczas wkłucia igły.
– No, jest pan z nami – zauwaŜył Joe. – Jestem doktor Barrett. Znajduje się pan w szpitalu
w Crocodile Creek. Zaopiekujemy się panem.
– Jim, bardzo pana boli? – spytała Christina. Cienka plastikowa rurka zaczęła wypełniać
się krwią.
– Nie, juŜ mniej – wydusił Jim cienkim głosem.
– Och, Jim. – Honey ścisnęła jego dłoń.
– EKG wygląda duŜo lepiej – stwierdził Joe i odciągnął Christinę na bok. – Co
zamierzasz? Technicznie to jest teraz mój pacjent, ale pewnie chcesz przy nim zostać.
– Co sądzę? To mały zawał, ból mija. Zobaczymy, jaki jest poziom enzymów i zaczniemy
trombolizę. Mam nadzieję, Ŝe zmiany ustąpią i nie będziemy musieli przewozić go na bardziej
inwazyjne leczenie. Poprosimy doktor Lopez, Ŝeby go zbadała... – Urwała. – Jestem zbyt
zmęczona, Ŝeby rozstrzygać dzisiaj ich problemy rodzinne i finansowe.
– Zbadam jego Ŝonę, ale chyba najlepiej zatrzymać ją na noc – rzekł Joe. – Wygląda
okropnie.
– O której kończysz? – zapytała mimo woli. Zobaczyła, Ŝe Joe zesztywniał.
– Hamish ma dyŜur w nocy. Jest teraz na pediatrii. Lucky miał dzisiaj rano wyŜszą
temperaturę, ale jest juŜ lepiej. Wyjdę, kiedy Hamish powie mi, Ŝe wszystko się uspokoiło.
Będę pod telefonem. Czy chciałaś... ?
– Nic nie chciałam – rzuciła szybko. – Tylko pytałam.
– Bo ja chcę pogadać.
Pochylił głowę, zbliŜając się w ten sposób ledwie o kilka centymetrów, ale jej wydało się,
Ŝ
e odciął ją od reszty świata. Jak ona kiedykolwiek przywyknie do tego, Ŝe bliskość nie
oznacza juŜ dotyku, Ŝe jego głos to nie tylko słowa przeznaczone dla jej uszu? Jak zdoła
udawać przed nim, przed sobą, przed innymi, Ŝe wszystko jest w porządku? Ze są
przyjaciółmi.
– Dzisiaj wieczorem? – spytała, pragnąc tego i bojąc się równocześnie.
Musiała spuścić wzrok, bo gdziekolwiek patrzyła, widziała tylko jego ciało, jego twarz,
jego oczy. A nawet jeśli ich nie widziała, czuła je.
– Wiem, Ŝe oboje jesteśmy zmęczeni. MoŜe to błąd, ale jest parę rzeczy, które chciałbym
ci powiedzieć. Które chyba powinienem ci powiedzieć.
– Nie jestem pewna, Joe.
– Będziesz w domu?
Skinęła głową, chociaŜ wcale nie chciała siedzieć sama w pustym domu. Och, do diabła!
– Więc jak skończę albo kiedy będę miał przerwę, wpadnę.
Pragnęła zrobić to, co robiła wiele razy, przytulić ucho do jego piersi, czuć wibrację jego
głosu.
– To moŜe być późno – dodał.
– W porządku.
– Chcę, Ŝebyś zrozumiała pewne rzeczy, nawet jeśli to niczego nie zmieni.
Zabrzmiało to złowieszczo, nie jak coś, na co by się oczekiwało. Mimo to, gdy Joe
odwrócił się, by wrócić do pacjenta, a ona znów miała przed sobą jego postać, wiedziała, Ŝe
nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie dała mu – nie dała sobie – jeszcze jednej szansy.
ROZDZIAŁ PIĄTY
– Christina! Jak leci? – spytał Brian Simmons.
– Cześć, Brian.
Nie podobał jej się sposób, w jaki wypowiedział jej imię. Zostawiwszy Jima w o wiele
bardziej stabilnym stanie, a odpoczywającą Honey pod opieką Joego i pielęgniarki z oddziału
ratunkowego, poszła szukać Grace. Miała nadzieję, Ŝe przy okazji znajdzie teŜ Charlesa
Wetherby’ego. Ale moŜe oboje poszli juŜ do domu.
Chyba Ŝe Grace zajrzała jeszcze do Megan i jej dziecka.
Ruszając w tamtą stronę, Christina musiała minąć biuro Briana, a ten ją niestety
zauwaŜył. Zawsze czuła się przy nim nieswojo. Na pozór wydawał się całkiem przyzwoitym
człowiekiem, pomógł jej więcej, niŜ potrzebowała, kiedy organizowała pokój dla Joego w
domu dla lekarzy.
Nie było powodu, by tak irytować się jego nawykami. Niewątpliwie maskowały one
niepewność i brak szczęścia w Ŝyciu osobistym. Tego dnia powinna go doskonale rozumieć.
Dodała zatem cieplejszym tonem:
– Co tu robisz o tej porze? Chyba nie przeprowadzasz nagłej operacji na teczce
dokumentów?
– No widzisz, wszyscy tak właśnie myślą: Ŝe jeśli nie zajmuję się ratowaniem Ŝycia,
mogę zmieścić się z robotą między dziesiątą a piątą – rzekł powaŜnie.
– Tymczasem pociliśmy się z Jill nad kwestią personelu i budŜetu przez dwie minione
godziny. Trochę – dodał ciszej – ją teŜ pocieszałem, ale nie powtarzaj tego nikomu. Jill nie
lubi, kiedy ktoś rozmawia o jej prywatnych sprawach.
– Oczywiście, Brian.
Przez ramię Christina widziała przy biurku szefową pielęgniarek. Światło lampki padało
na część jej twarzy, ale widać było, Ŝe jest zalana łzami. Nawet w tym niejednolitym świetle
nie wyglądała na szczęśliwą. Brian powiódł wzrokiem za spojrzeniem Christiny.
– Cieszę się, Ŝe mogę na ciebie liczyć – stwierdził w końcu cicho. – Jej były mąŜ
powinien zostać zastrzelony i zalany betonem w tym nowym moście. Mówię ci.
Wyglądał, jakby był gotowy zrobić to sam.
CzyŜby tych dwoje coś łączyło? Christina zawsze uwaŜała Jill Shaw za osobę sztywną i
surową, ale moŜe Brian dostrzegał w niej coś innego. Coś, co stanowiło odbicie ponurej
prawdy o jej małŜeństwie, które zakończyło się w minionym roku...
Na swój sposób był dobrym człowiekiem. Christina poklepała go po ramieniu. Wiedziała,
Ŝ
e Ŝona Briana zostawiła go przed kilkoma laty. To musiało być bolesne.
– No to lecę, nie przeszkadzam.
– Nie, w porządku, juŜ skończyliśmy. Jill? – zawołał. – Mówiłem ci, Ŝebyś poszła
wreszcie do domu. Zostań chwilkę, Christina. Ilu pacjentów zostało dziś przyjętych?
Ale kiedy Jill wzięła torebkę, pozdrowiła Christinę na swój sztywny sposób i wyszła
szybkim krokiem, Brian nie wydawał się w ogóle zainteresowany Jimem Cooperem.
– Wiem, Ŝe masz cięŜki tydzień – zaczął. – Sam przez to przeszedłem, i wierz mi,
rozumiem. Ta pustka. Myśli krąŜą w kółko. Do głowy przychodzą wyłącznie złe rozwiązania.
Nie powinnaś siedzieć sama w domu. Czy mogę cię wyciągnąć na kolację powiedzmy w
ś
rodę albo czwartek?
– Och, Brian, ja nie...
– Bardzo kameralną i skromną. Jak przyjaciel z przyjacielem. Jak koledzy z pracy, którzy
mają więcej wspólnego niŜ tydzień temu.
Nie miała ochoty z nim wychodzić. Ani z nim, ani z nikim. Ale on ma rację. Bała się dziś
wracać sama do domu, bo wiedziała, Ŝe kiedy juŜ się tam znajdzie, usiądzie i pozwoli swoim
myślom krąŜyć. Ale czy zaczną jej przychodzić do głowy same „złe rozwiązania”?
ChociaŜ siedzenie w domu przez cały tydzień to złe rozwiązanie, prawda? BoŜe, czuła
się, jakby łapała ją grypa, z takim trudem trzymała się na nogach.
A Brian takŜe przez to przeszedł.
– Pod warunkiem, Ŝe będzie skromna – odparła. – Pizza albo burgery. Na to się zgadzam,
nie jestem w nastroju na elegancką restaurację.
– Czy ja mówiłem o eleganckiej restauracji? Przewińmy taśmę. – Udawał, Ŝe słucha. –
Nic takiego.
Musiała się roześmiać.
– No to w porządku. Czwartek?
To da Joemu całe trzy dni, Ŝeby zdał sobie sprawę ze swojego zaślepienia. A gdyby coś
się zmieniło, odwoła kolację, a Brian oczywiście zrozumie.
– Czwartek, świetnie. JuŜ zapisane w kalendarzu. Przyjadę po ciebie o siódmej.
– Dobrze. – Dobiegł ją jakiś głos zza dość cienkiej ściany, która dzieliła biuro Briana od
biura Charlesa Wetherby’ego. – Czy Charles jeszcze jest? – spytała.
– A czy jego kiedykolwiek nie ma?
– To prawda. Wykorzystam go, póki jest.
– Zawsze z przyjemnością daję się wykorzystać – oświadczył szef do spraw medycznych
kilka minut później, kiedy Christina przepraszała go za najście.
Przeprosiła go jeszcze raz, starając się przedstawić w skrócie prośbę Honey Cooper, którą
ta wyrzuciła z siebie nerwowo, gdy Christina wychodziła z oddziału.
– Wiem, Ŝe to dodatkowa komplikacja.
– Skontaktować się ze szwagrem siostrzeńca pani Considine ze sklepu w Gunyamurze,
poniewaŜ siostrzeńca nie ma, ale pani Considine musi zadzwonić do szwagra, gdyŜ Honey nie
zna jego numeru, a pani Considine grywa w karty w domu Fiony Donnelly w poniedziałkowe
wieczory, więc trzeba ją tam łapać. Honey ma numer Donnellych – powtarzał jak papuga
Charles, przesuwając się na swoim wózku inwalidzkim w stronę półek. – Tylko troszkę
skomplikowane, jeśli w ogóle dobrze zapamiętałem.
– Dlatego właśnie pomyślałam, Ŝe będzie o wiele prościej, jeśli zadzwonisz do Wetherby
Downs i poprosisz kogoś stamtąd, Ŝeby tam poszedł.
– Racja – powiedział Charles, odwrócony do niej plecami. Jego plecy mówiły same za
siebie. Po pierwsze wyraŜały głęboko zakorzenioną niechęć.
Christina ponownie go przeprosiła. Wiedziała o wieloletnich rodzinnych waśniach, ale
pamiętała takŜe, Ŝe Wetherby Downs to ogromna posiadłość. Jest tam menedŜer. Zresztą
moŜe zadzwonić sama i porozmawiać z nim, jeśli Charles da jej numer. Pewnie sam to
zasugeruje, bo nie będzie miał ochoty rozmawiać z bratem.
– Honey jest w kiepskim stanie – oznajmiła. – Odwodniona, ma niski poziom cukru,
wysokie ciśnienie. Przede wszystkim to skutek wyczerpania. Przejmuje się, bo nie wie, czy
Jim wypuścił krowę i cielaka, czy teŜ są zamknięte bez wody i jedzenia. No i jeszcze psy.
Obiecałam jej, Ŝe zrobię wszystko, Ŝeby ktoś...
– Szwagier Considine, którego numeru nie mamy.
– Tak, albo ktokolwiek inny pojechał do Cooperów i sprawdził, co się tam dzieje.
Charles w milczeniu okręcił się na wózku. Kiedyś dolna połowa jego ciała była zapewne
równie silna co ramiona i tors, i pewnie znakomicie jeździł konno.
– Nie, pora, Ŝebym porozmawiał z Philipem – odrzekł. – Dajmy sobie spokój z tym
szwagrem i szukaniem wiatru w polu. Zadzwonię do brata, a on kogoś wyśle. Powiedz Honey
i Jimowi, Ŝe sprawa załatwiona.
– Dzięki, Charles. Wiem, Ŝe to dla ciebie kłopot.
– MoŜe parę osób potrzebuje tego kłopotu – mruknął i dodał: – Zmykaj do domu, jeśli
jutro znowu latasz.
– Czy on umrze, doktorze Barrett? – spytała przeraŜonym szeptem Honey i ścisnęła rękę
Joego. Jim leŜał parę metrów dalej za drzwiami salki reanimacyjnej.
– Nie, nie umrze – odrzekł z przekonaniem. Przyszły pierwsze wyniki badań, które
wyglądały nie najgorzej, podobnie jak wykres EKG. Najwyraźniej nie był to rozległy zawał,
co moŜna było podejrzewać. Jim dostał sporą dawkę leków, które zadziałały.
– Co teraz będzie?
Joe przedstawił jej pozytywny scenariusz.
– Zatrzymamy go na kilka dni, będziemy go monitorować i podawać leki. Jeśli wszystko
pójdzie dobrze, wypiszemy go, a nawet będzie mógł dość szybko wrócić do normalnej
aktywności, pod warunkiem, Ŝe będzie się czuł na siłach. Ale wymaga dalszego leczenia.
Bypassy lub angioplastyka, na pewno juŜ wam o tym wspominano.
– Tak, tylko nie udało nam się tego zrobić.
– No cóŜ, teraz trzeba będzie o tym powaŜnie pomyśleć. Ale z tego, co obserwuję do tej
pory, widzę, Ŝe nie natychmiast.
– Och, to cudownie. – Zamrugała, by powstrzymać łzy. – Czy on śpi?
– Drzemie.
– Chciałabym zobaczyć córkę. Nie wiem, gdzie ona leŜy. To znaczy, na jakim oddziale.
– Chce pani, Ŝebym sprawdził? – spytał Joe. Doskonale wiedział, Ŝe Megan leŜy na
ginekologii i połoŜnictwie razem z dzieckiem. Zdawał sobie takŜe sprawę z tego, Ŝe nie chce
widzieć swych rodziców. Miał wraŜenie, Ŝe nic by się nie stało, gdyby Honey jakimś cudem
dotarła tam sama, ale wolał się upewnić.
Poszedł do telefonu w pokoju pielęgniarek i wybrał wewnętrzny oddziału połoŜnictwa.
Odebrała Christina.
– Tink? – powiedział automatycznie i poczuł skurcz w Ŝołądku. – Co tam robisz?
– Joe? Co się stało? Ja, no wiesz, tak się kręcę. A ty jesteś dalej na ratownictwie?
– Tak. Wszystko w porządku. EKG się poprawiło. Wyniki badania krwi są dobre. – Podał
jej dokładne liczby. – Ale pani Cooper chce zobaczyć się z córką. Damy radę?
Cisza.
– Chyba nie – odrzekła w końcu. – Megan teraz odpoczywa, a Lucky jest w pokoju dla
dzieci. A moŜe jednak się uda – dodała po chwili. – Niech porozmawiają. Tak, powiedz
Honey, Ŝe Megan jest w pokoju numer cztery.
Grace uniosła brwi, gdy Christina odłoŜyła słuchawkę.
– Pozwolimy na to?
– A jak moŜemy to powstrzymać? Honey nie jest typem, który grzecznie potakuje. Mam
jej powiedzieć: „Przykro mi, ale pani córka prosiła, Ŝebyśmy pani do niej nie wpuszczali”? To
nie więzienie, a ona nie stanowi zagroŜenia dla pacjentki.
– Tego nie wiemy – stwierdziła złowieszczo Grace.
– Wiem. Pozabijają się w tej rodzinie, ale nie nawzajem. – Poszła do łóŜka Megan i
dotknęła jej ramienia, wiedząc, Ŝe Grace obserwuje kaŜdy jej ruch. – Masz gościa, kochanie –
oznajmiła.
Megan otworzyła szeroko senne oczy.
– Czy to... ? – Urwała. – Kto to jest?
– Twoja mama.
– Mama? Mama? Ona...
– Porozmawiaj z nią, miała cięŜki dzień. – Christina w skrócie opowiedziała Megan, co
stało się z ojcem, podkreślając, Ŝe rokowania są optymistyczne.
– Jackson jest na oddziale noworodków – zakończyła.
– A ty zrobisz, co zechcesz.
– Och, jest piękny, Megan. Po prostu śliczny.
Po pełnej łez rozmowie z córką Honey trzymała w ramionach swojego śpiącego wnuka.
WciąŜ był maleńki i słaby po operacji serca, którą musiał przejść tuŜ po narodzinach. Tego
ranka miał gorączkę, ale temperatura dzięki kroplówkom i lekom juŜ spadła.
– Nie jesteś zła? – spytała Megan.
– Jak mogłabym być zła...
– Tata był zły, pół roku temu. Bałam się, Ŝe zabije Jacka, a jeszcze wtedy nie wiedział o
dziecku.
– A czy Jack wie o dziecku, kochanie?
– Nie, wyjechał. Myślałam, Ŝe napisze, ale chyba wziął pogróŜki taty na serio, a potem,
kiedy wyrzucili go z Wetherby Downs... Nienawidzę Philipa Wetherby’ego. Nie powiemy
tacie o dziecku, dobrze?
– Och, kochanie...
Siedząc w pobliskim pokoju pielęgniarek, Grace i Christina wymieniły spojrzenia.
Trudno było nie słyszeć rozmowy. Matka i córka podnosiły głosy, kiedy emocje rosły, a na
oddziale panowała cisza. Druga mama z dzieckiem, która leŜała z Megan, wyszła juŜ do
domu, a dwie pacjentki doktor Turner po drugiej stronie korytarza miały na uszach słuchawki
i oglądały telewizję.
– Nie mów tak – rzekła Megan. – Nie mów, jakbym była nierozsądna, mamo. To ty
powiedziałaś, Ŝe nie wolno denerwować taty, a co by go bardziej zdenerwowało?
– To dziecko jest takie śliczne...
– Ale to niczego nie rozwiązuje – wybuchnęła dziewczyna. Dziecko na rękach Honey ani
drgnęło. – Nie moŜesz się zachowywać, jakbyśmy byli teraz szczęśliwą rodziną. Ludzie nadal
traktują mnie jak idiotkę. A ja nie jestem głupia. Stracimy farmę, bo ja tam z Jacksonem nie
wrócę, tak daleko od lekarzy, kiedy on mało co nie umarł. Ty i tata nie dacie rady beze mnie.
Chyba Ŝe jutro spadnie sto mililitrów deszczu.
– Megan...
– Tak. Moje dziecko to kropla, która przepełniła czarę. Mogłam je porzucić. Myślałam o
tym. Ale podjęłam decyzję. Wybrałam dziecko, nie farmę. I nie sądzę, Ŝeby tata kiedykolwiek
mi to wybaczył.
– Trzeba będzie mu powiedzieć.
– Tak – zgodziła się gwałtownie Megan. – Oczywiście, Ŝe w końcu trzeba będzie mu
powiedzieć. Ale pozwól, Ŝe najpierw wyjdę ze szpitala i znajdę sobie mieszkanie w mieście,
zanim porozmawiamy z tatą. Niech jego serce trochę się zaleczy, nim znowu pęknie.
Spojrzała na matkę, gotowa na odparcie ataku. Ale Ŝaden atak nie nastąpił. Honey
pochyliła lekko głowę nad dzieckiem. Dwie kroplówki stały za nimi jak straŜnicy.
– Jest zdenerwowana – mruknęła Grace, marszcząc czoło. – To niedobrze. Dzisiaj Honey
ma być przede wszystkim pacjentką.
– Zabiorę ją z powrotem. Na noc zatrzymali Jima na reanimacji, a ona chce być blisko.
Nikt się nie sprzeciwiał, Ŝeby z nim została.
Wstała i podeszła do Honey.
– Pora odpocząć, pani Cooper.
Honey podniosła wzrok, jej policzki były mokre od łez.
– Megan, czy mogę dać ci Jacksona? – spytała Christina, a Megan natychmiast
wyciągnęła ręce.
Przeniosły dziecko tak delikatnie, Ŝe się nie przebudziło. Honey wstała, a Christina
pomogła jej przestawić kroplówkę.
– Jakoś to załatwimy – obiecała Honey córce, chociaŜ było oczywiste, Ŝe nie ma pojęcia,
co zrobić. – Dwadzieścia sześć lat – westchnęła juŜ na korytarzu.
– To się zaczęło juŜ dwadzieścia sześć lat temu, pani doktor. Kto by pomyślał, Ŝe tak się
skończy?
– Nie znam tej historii – odparła Christina.
– Oczywiście, bo się o tym nie mówiło. W końcu to był wypadek. Wszyscy trzej się z tym
zgadzali. Nadal nie wie pani, o czy mówię?
– Nie, przykro mi.
– To się stało tuŜ po tym, jak zaczęłam spotykać się z Jimem, ale on nie słuchał moich
rad. Pojechali we trzech – Charles, Philip i mój Jim – na polowanie. Jim i Charles mieli po
osiemnaście lat, ale Philip był pięć lat młodszy, jeszcze dzieciak. Jim postrzelił Charlesa
przez pomyłkę, a stary Wetherby nigdy mu tego nie zapomniał. Nie chciał nawet uwierzyć, Ŝe
to był wypadek, poniewaŜ kiedyś Jim i Charles interesowali się tą samą dziewczyną.
Wetherby odciął nam dostęp do Gunyi. Cooperowie przez sześćdziesiąt lat mieli umowę z
rodziną Wetherby w sprawie tego strumienia. Po śmierci starego Jim poszedł do Philipa, który
wtedy rządził farmą – Charles kończył wówczas medycynę – i błagał go, Ŝeby dał nam znów
dostęp do wody.
Philip odmówił. Od tamtej pory... – Potrząsnęła głową, zbyt zmęczona, by kontynuować.
– To dlatego Charles jeździ na wózku? Bo Jim go postrzelił?
– Tak. Nigdy od Ŝadnego z nich nie słyszałam relacji, która trzymałaby się kupy.
Wszyscy byli po trosze winni, Charles sam to przyznał. Stary Wetherby uwaŜał, Ŝe to
zrujnowało Ŝycie Charlesa, ale on jest silny i do czegoś doszedł. Wetherby powinien być
dumny ze swojego najstarszego syna, ale to Philip był zawsze dla niego waŜniejszy. Od
tamtej pory Charles nie utrzymuje z nim kontaktów.
Christina nie wiedziała, co powiedzieć.
– Kto o tym wie? – zapytała w końcu.
– Och, wiele osób. W Gunyamurze to nie tajemnica. Ale to stara historia. Jim potrafi
czasami być... trudny. Jest zbyt dumny. Miał dość cięŜkie dzieciństwo. Myślę, Ŝe jestem
jedyną osobą, która widzi... Nawet Megan nie widzi... – Nie była w stanie dokończyć.
Dotarły do salki reanimacyjnej. Jim na dźwięk ich kroków otworzył oczy.
– Honey – szepnął, po czym opuścił powieki i natychmiast zasnął.
Powietrze było wciąŜ ciepłe, chociaŜ od oceanu wiał orzeźwiający wiatr.
Pora wracać do domu, pomyślała Christina. Weźmie klucze z recepcji, gdzie Joe je
zostawił, wsiądzie do samochodu stojącego na parkingu i pojedzie do domu.
Musi coś zjeść, podlać kwiaty, sprawdzić, czy nie ma wiadomości na sekretarce.
Otworzyć szafę i przesunąć wieszaki, by zapełnić pustą przestrzeń, którą zajmowały koszule
Joego. Przy okazji zdecyduje, co włoŜy w czwartek wieczór na skromną kolację z Brianem.
Przez ponad tydzień nie robiła prania i nie miała wielkiego wyboru.
Nie, nie moŜe pójść na kolację z Brianem, nawet na proponowanych przez niego
warunkach. Nie moŜe tego zrobić, bo na myśl o koszulach Joego ma wraŜenie, jakby ktoś
wbijał jej zardzewiały nóŜ prosto w serce.
Powinna była odmówić. Zawróciła do szpitalnego holu i poszła w kierunku administracji
szpitala. Jeśli Brian jeszcze jest z biurze, powie mu wprost. Jeśli go nie ma, zostawi mu
kartkę.
W jego pokoju nadal paliło się światło. Drzwi były otwarte. Najwyraźniej był gdzieś w
budynku. Czekała, nie chciała jak tchórz naskrobać coś potajemnie na kartce i uciec. Raptem
zdała sobie sprawę, Ŝe i Charles wciąŜ jest w szpitalu, za cienką ścianą gabinetu Briana...
– Powiedz mi, dlaczego nie powinienem tobą gardzić, Philip – usłyszała. – Miałeś idealną
okazję, Ŝeby zakończyć to po śmierci taty. Obiecałeś mi, Ŝe tak zrobisz, myślałem, Ŝe
dotrzymałeś słowa. Nie miałem świadomości, Ŝe sytuacja stała się tak tragiczna.
Na kilka sekund zapadła cisza. Christina nie wiedziała, co robić. Wyjrzała na korytarz.
Drzwi biura Charlesa były zamknięte. Oderwała jedną z samoprzylepnych kartek i napisała:
„Drogi Brianie”, po czym stanęła z piórem nad Ŝółtym kwadratem, z pustką w głowie.
– Twoja pozycja w miejscowej społeczności? – powiedział Charles w przyległym pokoju.
– To... – Znowu cisza, a potem: – Tak, oczywiście, ja teŜ jestem winien. Dobry BoŜe, byliśmy
smarkaczami. Posłuchaj, zrobimy coś z tym i porozmawiamy. Teraz mówisz mi, Ŝe nie
mogłeś spłodzić tego dziecka, ale mówiąc szczerze, Philip, twoje słowo nie jest dla mnie
wiarygodne.
Christina zrozumiała, Ŝe nie moŜe zostać tam ani chwili dłuŜej. Charles poruszał zbyt
intymne tematy. Nigdy by nie rozmawiał w ten sposób, wiedząc, Ŝe ktoś go słyszy. Poza tym
nie potrafiła napisać kartki do Briana. Właściwe słowa nie przychodziły jej do głowy, podczas
gdy łzy – i niewłaściwe słowa – mogły pojawić się w kaŜdej chwili.
Drogi Brianie, zrozumiałam, Ŝe nie mogę iść z tobą na kolację. Nadal kocham Joego, to
jest jak choroba. Jestem głodna, ale mój Ŝołądek nie przyjmuje poŜywienia. Jestem
wyczerpana, ale wiem, Ŝe nie zasnę całą noc. Tak będzie lepiej, choć wcale nie jest mi z tym
łatwiej. Przepraszam. Umówimy się za trzy lata, jak się wyleczę.
Zmięła kartkę i wsadziła ją do kieszeni spodni. Potem wymknęła się z biura, by jechać do
pustego domu.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Okazało się, Ŝe dom wcale nie był pusty. A raczej jej weranda. Joe czekał na nią i wziął ją
w ramiona.
– Wybacz, jeśli cię przestraszyłem.
– Nie przestraszyłeś mnie – odparła. – Spodziewałam się ciebie. – Odepchnęła go lekko, a
on się nie sprzeciwił. Mimo to wciąŜ czuła jego ciepło.
– Georgie Turner mnie podrzuciła. Zobaczyłem, Ŝe w domu pali się światło, ale nikt nie
otwierał.
– Zostawiłam światło na wypadek, gdybym wróciła po zmierzchu. Joe, wiesz, gdzie
trzymam zapasowe klucze.
Cisza.
– Uznałem, Ŝe to niewłaściwe – odrzekł w końcu. Tak, ma rację, przecieŜ oddał jej juŜ
klucze.
– No, to jestem – powiedziała lekko zdenerwowana. Otworzyła drzwi, po czym weszli do
ś
rodka. Napięcie między nimi wyraźnie narastało.
– Czy naprawdę mogłem wejść? – spytał ciszej. – PrzecieŜ juŜ tu nie mieszkam.
KrąŜył po salonie. Oboje chodzili tam i z powrotem, nie potrafili spokojnie usiąść ani
zrobić niczego logicznego, na przykład zjeść coś czy nalać sobie drinka. Christina nie mogła
juŜ podejść do niego i przytulić się, i to było dziwne, przykre, niewiarygodne uczucie.
Kompletnie straciła pewność siebie.
NaleŜała do osób, które cenią sobie wierność. Koniec związku nie oznaczał dla niej, Ŝe
natychmiast przenosi uczucia na kogoś innego. Wiedziała, Ŝe jeszcze przez długi czas będzie
kochać Joego.
– Jadłaś coś? – spytał ni stąd, ni zowąd.
– Co?
– Bo jesteś blada. Ja teŜ prawie nic nie jadłem, ale załoŜę się, Ŝe i tak więcej niŜ ty.
Znajdziemy coś do jedzenia? A moŜe zamówimy pizzę?
– Nie mam ochoty na pizzę – odparła szybko. Pizza miała w sobie coś intymnego i
seksownego.
Zbyt często zamawiali pizzę* kiedy byli zmęczeni. Pizzę je się palcami, pochylając się
nad stolikiem, i oglądając razem film. Walcząc z ciągnącym się serem, nie moŜna poruszać
trudnych tematów. Uwielbiała patrzeć, jak Joe je pizzę, poniewaŜ robił to z idealnym
połączeniem wdzięku i niezgrabności, ale tego wieczoru nie chciała tego oglądać.
Tymczasem Joe zniknął w kuchni. Poszła tam za nim.
– Co robisz?
– Jajka na grzance. Dorzucimy trochę bekonu, jeŜeli mamy.
Znowu mówi „my”. Miłe, zwyczajne my, które w przeszłości oznaczało improwizowane
pikniki na dywanie albo wycieczki na ryby czy wylegiwanie się w łóŜku.
– O czym chcesz ze mną porozmawiać, Joe?
– Najpierw musisz coś zjeść. – Wbijał jajka do miski. – Usiądź, dobrze? – Przystawił dla
niej krzesło do stołu.
Christina usiadła, ale tylko dlatego, Ŝe zaczęła się zastanawiać, jak długo jeszcze ustoi, i
czy przestanie boleć ją Ŝołądek. Czas zwolnił, a jej siła woli wyparowała. Siedziała i patrzyła
na Joego, nawet nie próbując zapanować nad sytuacją.
Zerkał na nią od czasu do czasu, jakby chciał sprawdzić, czy nie wpadła pod stół, ale
milczał. Mieszał jajka, wrzucił pieczywo do tostera i kroił bekon.
– Jak to się stało, Ŝe jesteś taki opiekuńczy? – wypaliła, kiedy posiłek był juŜ prawie
gotowy.
– To mało męskie, co?
– Nie o to chodzi. Przeciwnie. Wielu mniej męskich męŜczyzn nie potrafi zająć się nikim
innym prócz siebie. Mój tata... – Jej rodzice mieszkali setki kilometrów na zachód, na Złotym
WybrzeŜu. Nie znali Joego, co było dość wymowne. – Kocham go, ale według niego
wyrazem troski o mamę, kiedy jest zmęczona, jest powiedzenie jej, Ŝe nic się nie stało, kiedy
kolacja pojawia się na stole dziesięć minut później.
Wzruszył ramionami.
– Inne pokolenie.
– To nie tylko to. Ty nic nie mówisz. Ilekroć daję ci do zrozumienia, Ŝe chcę usłyszeć coś
o tobie, o twoim dzieciństwie, uciekasz w uogólnienia.
– Powiedziałem, Ŝe dziś wieczorem chcę z tobą porozmawiać, tak? – Postawił na stole
dwa talerze, po czym przyniósł jeszcze dzbanek wody i karton soku pomarańczowego.
– Tak – odparła dość agresywnie. – Więc mów. Joe odkroił kawałek grzanki i nabrał go
na widelec, zyskując na czasie. Wiedział, Ŝe nie pójdzie mu łatwo. Zbyt długo się
przygotowywał. Nie wierzył, Ŝe rozmowa cokolwiek zmieni, a jednak to on ją zasugerował.
Dlaczego stwierdził, Ŝe Christina powinna wiedzieć wszystko o jego Ŝyciu?
ś
ycie nie traktowało rodziny Barrettów sprawiedliwie, ale to nie znaczy, Ŝe on musi
kontynuować rodzinną tradycję.
– Moja siostra cierpi na zespół Treacher Collinsa – oznajmił. Nie planował tak
dramatycznego początku, ale jakoś tak wyszło.
– Syndrom Treacher Collinsa – powtórzyła Christina, a Joe widział, jak kartkuje w
pamięci podręcznik medycyny. Czy znalazła właściwy rozdział? Owszem.
Pomógł jej mimo wszystko.
– To choroba genetyczna. Występuje raz na dziesięć tysięcy urodzin. Jeśli jeden z
rodziców jest nosicielem tego genu, a jest on dominujący, to kaŜde jego dziecko ma
pięćdziesiąt procent ryzyka, Ŝe zachoruje, co moŜe mieć znaczenie dla Amber, jeśli zechce
mieć dzieci.
Christina słuchała, kiwając głową, mruŜąc oczy, nie zdejmując wzroku z jego twarzy.
Widział, jak bardzo pragnęła, by jego słowa coś rozwiązały, znowu ich połączyły. Miał
jednak świadomość, Ŝe tak się nie stanie. Nagle wydała mu się taka krucha, Ŝe zapragnął ją
przytulić.
– Oczywiście, mogą pojawić się spontaniczne mutacje – podjął.
Chce ją przestraszyć? Tak, zdecydowanie tak.
– W chromosomie piątym. Tak właśnie było w przypadku Amber. Nikt inny w rodzinie
nie ma tego genu.
Urwał, by nabrać powietrza, ale był gotowy mówić dalej, odpowiadać na jej pytania. Był
niemal pewny, o co zapyta, i miał gotowe odpowiedzi. Tak, niestety, Amber urodziła się z
charakterystycznymi niedorozwiniętymi uszami, opadającymi powiekami, brakiem kości
policzkowych i małą opadającą szczęką. Tak, przeszła liczne operacje, i czekają ją następne.
Mało nie umarła przy porodzie. Nie mogła normalnie oddychać ani jeść.
Teraz Amber ma specjalny aparat słuchowy i rurkę tracheotomijną, która działa w nocy, a
w dzień jest zamknięta, by mogła mówić. Niedługo czekają operacja szczęki, a potem jest
nadzieja, Ŝe będzie mogła pozbyć się rurki. MoŜe za kilka lat lekarze wszyją jej wewnętrzny
aparat słuchowy.
Poza tym to fantastyczna dziewczynka. Skończyła piętnaście lat, jest mądra, inteligentna i
twórcza. Pogodziła się z chorobą, ale, oczywiście, ludzie się na nią gapią, zadają jej głupie
pytania, więc on jest dumny z tego, jak ona sobie z tym radzi. Jeśli chodzi o to, jak radzi sobie
z tym jego matka i ojczym... opowie o tym następnym razem.
Christina poderwała się z krzesła, rzucając na talerz sztućce. Jej koński ogon zakołysał
się, a oczy zapłonęły.
– I coś takiego – zaczęła ze złością – ukrywałeś przede mną przez dwa lata... A teraz
nagle opowiadasz mi wszystko, jakby to wyjaśniało, dlaczego nasz związek znalazł się w
kryzysie? To niczego nie tłumaczy, Joe! Czytałam na temat tego zespołu, jestem lekarzem.
– Więc wiesz, Ŝe to moŜe być powaŜne.
– Ukrywasz swoją siostrę dlatego, Ŝe ma zdeformowaną twarz? Tak jak inni ukrywają, Ŝe
mają w rodzinie psychicznie chorego, bo wydaje im się, Ŝe przez to wszyscy się od nich
odsuną? Nie do wiary! Nie rozumiem, dlaczego milczałeś przez dwa lata, i dlaczego teraz
chcesz tym wytłumaczyć...
Urwała, ale po kilku sekundach zaczęła na nowo:
– Nie, rozumiem. Ale to jeszcze gorzej. DuŜo gorzej.
Głos jej się załamał, wybiegła z kuchni. Joe widział, Ŝe nie mogła tego dłuŜej wytrzymać.
Słyszał jej przyspieszony oddech, pełen złości szloch, i przez chwilę miał chęć zostawić ją w
spokoju. Zostawić ją samą, skoro tego chciała. Pozwolić jej na złość.
Ale potem się zbuntował. Do tej pory przystał na jej rozwiązanie, poniewaŜ czuł, Ŝe nie
ma prawa do niczego więcej. Skoro nie moŜe obiecać jej wspólnej przyszłości, ona ma
absolutne prawo wyrzucić go z domu. Jednak teraz wstał od stołu i nadstawił uszu, ale nie
mógł zgadnąć, dokąd Christina pobiegła. Dom był pogrąŜony w ciszy. Potem usłyszał
uderzenie tylnych drzwi i poszedł w tamtą stronę. Stojąc na werandzie, zobaczył Christinę
krąŜącą po ogrodzie, gdzie światło ulicznych latarni nadawało wszystkiemu niebiesko-białą
księŜycową poświatę.
Zszedł ze schodków i przystanął naprzeciw niej.
– Christino, to jest o wiele bardziej skomplikowane, niŜ myślisz.
– Posłuchaj, co mówisz. Czyja to wina?
– Moja, wiem.
– Więc zmień to. – Zaśmiała się gorzko.
– Nie mówiłem ci nic nie z tego powodu, Ŝe wstydzę się Amber. Nie, do diabła. Jestem z
niej bardzo dumny. – Wymienił zabiegi, które przeszła, wspomniał o walce, która jeszcze ją
czeka. – I nie dlatego, Ŝe uwaŜałem, Ŝe ciebie to przerazi. Wiem, Ŝe nie jesteś taka.
– Więc dlaczego?
Westchnął, szukając odpowiednich słów.
– Narodziny Amber zrujnowały małŜeństwo mojej matki z moim ojczymem – zaczął.
– Myślałam, Ŝe wciąŜ są razem.
– Są, ale tylko dlatego, Ŝe Ŝadne z nich nie wierzy, Ŝe to drugie dobrze zajmie się Amber.
Mój ojczym ma problem z alkoholem. Zawsze go miał, ale po narodzinach Amber to się
pogorszyło. KaŜdy lekarz, który leczy Amber, jest jego wrogiem. Nie ufa mojej matce, Ŝe
poradzi sobie z lekarzami. Czasami ma rację. Zdarzyło się, Ŝe podjęto złe decyzje, na
przykład, kiedy próbowali jej kiedyś wyjąć rurkę, i musieli ją włoŜyć z powrotem, poniewaŜ
nie mogła swobodnie oddychać. W Nowej Zelandii brakuje lekarzy z odpowiednim
doświadczeniem w tej dziedzinie.
– Twoi rodzice nie mogli zawieźć jej gdzieś na konsultacje?
– Nie mają pieniędzy. Sporo im dokładam.
– Ubezpieczenie zdrowotne w Nowej Zelandii nie pokrywa wszystkich kosztów?
– Kiedy w grę wchodzą drogie procedury, jakich wymagała i nadal wymaga Amber,
Ŝ
aden system nie pokrywa wszystkich kosztów. Część z jej zabiegów uwaŜa się za
kosmetyczne. Niektóre koszty są niewymierne, na przykład fakt, Ŝe moja matka nie moŜe
utrzymać przyzwoitej pracy, bo opieka nad Amber zajmuje mnóstwo czasu. Wiem, Ŝe matka
chciałaby zostawić ojczyma. Wyszła za niego, kiedy była rozbita po śmierci mojego ojca, bo
wzięła jego chęć dominacji za siłę. Teraz sama jest silniejsza, ale wierzy, Ŝe powinna z nim
zostać ze względu na Amber. Chce zachować ten związek, choć on w istocie nie istnieje.
– A ty chciałeś tylko rozrywki i odpoczynku. Nie ufałeś mi na tyle, Ŝeby powiedzieć mi o
swoim Ŝyciu, bo myślałeś, Ŝe wtedy odmówię ci tej rozrywki. Wiesz, jak to boli?
– A nie odmówiłabyś, Tink? KaŜdy zaoszczędzony przeze mnie grosz idzie na Amber.
Ona jest taka dzielna, nie mogę jej zawieść. Mieszkam w Auckland, i pewnie tam zostanę,
przynajmniej dopóki Amber nie stanie się samodzielna. Nigdzie się nie przeprowadzę. Nie
wierzę w dobre intencje ojczyma. Nie wierzę w siłę mojej matki. Ufam Amber, ale ona ma
juŜ dość na głowie. Gdybym wyjechał... – Potrząsnął głową. – I tak spędzam tu tydzień w
miesiącu, a gdyby nie pieniądze...
– Pieniądze? Ja mam pieniądze. Dziadek zostawił mi sześćdziesiąt tysięcy dolarów
oprócz tego domu.
Joe zaśmiał się.
– Christino, kochana jesteś. Daj mi swój spadek, Ŝebym mógł wydać go na swoją siostrę.
– Kiedy ludzie się kochają, dzielą się problemami. Mój BoŜe, Joe, ty właśnie powinieneś
to rozumieć.
Dla Joego brzmiało to kusząco, słodko i... naiwnie, jak pieśń syreny, której hipnotyczny
wpływ trzeba zwalczyć, by nie stracić sił.
– Nie chcę. – Starał się, by nie zabrzmiało to zbyt ostro, ale musiał być stanowczy. – Nie
wiesz, o czym mówisz.
– Więc musisz być bohaterem.
– To nie tak. Twoje zaangaŜowanie tylko zwiększyłoby presję. A ja mam juŜ dość presji,
właśnie dlatego tak lubię być z tobą, Ŝe tutaj jej nie czuję.
Christina zdenerwowana chodziła po ogrodzie, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę.
– Idź sobie, dobrze? Jeśli zamierzasz tak dalej gadać, nie chcę tego słyszeć. Nigdy nie
przypuszczałam, Ŝe będę na ciebie aŜ tak zła. Nie... nie mogę juŜ nawet mówić.
Joe spojrzał na nią i zobaczył, Ŝe nie przesadza. I oczywiście miała rację. Powiedział to,
co musiał. Teraz powinien zostawić ją, by przetrawiła to w samotności, a potem doszła do
tego samego wniosku co on.
Miłość to nie wszystko, jeśli dwoje ludzi potrzebuje od siebie tak kompletnie róŜnych
rzeczy. Miłość to za mało, jeśli dwoje ludzi ma wobec siebie tak kompletnie róŜne
oczekiwania. Nigdy nie powinien był mówić o miłości, poniewaŜ dla niej znaczyła ona
przyszłość, a dla niego nie. On po prostu nie miał na to miejsca.
Todd wyjechał do bramy, tak jak obiecał. Obiecał? To brzmiało bardziej jak groźba.
– Weź sobie wolne, szczeniaku, ale jak mi tu nie wrócisz we wtorek punkt piąta, nie będę
czekał.
O czwartej czterdzieści pięć Jack wyskoczył z szoferki cięŜarówki, która podrzuciła go
ostatni kawałek drogi.
– Kac? – powitał go radośnie Todd. Opuścił szybę, ale nie wysiadł z samochodu.
– Łeb mi pęka – odparł Jack.
Oczywiście skłamał. Australijczyk nie był taki zły, ale nie musi wszystkiego wiedzieć.
– Chodź, głąbie, wskakuj – powiedział.
– Najpierw chcę dostać zaległą zapłatę. Todd zaśmiał się.
– Co, myślisz, Ŝe woŜę ze sobą tyle kasy?
– Wiem, Ŝe tak. – Wskazał na tył samochodu. – Są przyklejone taśmą do opony. – W
plastikowym worku, a taśma była mocna, płócienna. Był to bardzo oczywisty schowek.
Todd zmruŜył oczy, ale szybko się otrząsnął.
– A ty gdzie będziesz je trzymał?
– PoŜycz mi taśmę, a ja juŜ znajdę jakieś miejsce. – Najprawdopodobniej na własnej
piersi.
– MoŜesz teraz dostać połowę. Gest dobrej woli. Jack skinął głową. Nie oczekiwał
więcej. Mówiąc szczerze, nie wiedział, co zrobi, jaki będzie jego kolejny ruch, jeśli Todd nie
da mu ani grosza. Ale najwyraźniej męŜczyzna potrzebował go do tego stopnia, Ŝe Jack mógł
go trochę przycisnąć.
Todd z pewnością znajdzie nową kryjówkę dla pieniędzy, więc Jack musi poznać ją jak
najszybciej, bo inaczej skończy z połową wypłaty. Powinien teŜ kierować się instynktem i
baczniej rozglądać wokół siebie. Dlaczego Todd wozi tyle gotówki? I te raporty, z którymi
wracał od szefa – czasami były nielogiczne.
PodróŜ na zachód, nawet jeśli Jack nie dotarł do celu i nie zobaczył tego, co chciał,
wzmocniła jego ducha i oczyściła głowę. W nocy, którą spędził na jakichś wilgotnych
fartuchach w szpitalu, prawie nie spał, za to duŜo myślał, obserwując światła i cienie przez
szpitalne okna. To nie była strata czasu, jak początkowo sądził. Jakoś go to pokrzepiło, a
kiedy ruszył znów przed siebie, maszerując autostradą na północ tuŜ przed świtem, poczuł w
sobie coś nowego i dobrego.
Z marzeń, nadziei nie wynika nic pozytywnego. Trzeba mieć plan, i trzeba działać.
Ona zobaczyła w nim coś, czego nikt inny nie dojrzał.
Pora zacząć udowadniać, Ŝe się nie myliła.
W środę przypadał jej dzień wolny. Christina wiedziała, Ŝe będzie cięŜko. Spanie do
dziewiątej trzydzieści to tylko głupie zaprzeczanie rzeczywistości. Teraz miała cięŜką głowę i
czuła się ospała, dopiero za kwadrans dziesiąta usiadła do śniadania. Na dodatek dokuczały
jej nudności, a dwie grzanki z masłem tego nie zmieniły.
Poprzedniego dnia razem z Glennem i Grace polecieli na wyspy. To był inny świat.
Ocean zamiast pustyni. Turyści zirytowani, Ŝe choroba przerywa ich kosztowne wakacje,
zamiast tubylców, którzy usiłują pchać do przodu swoje Ŝycie. Przypadki były dosyć
rutynowe, Ŝadnych dramatów, Ŝadnych pacjentów, którzy nadawaliby się na oddział
ratunkowy. Nawet nie widziała Joego.
Do domu wróciła przed zmierzchem, ale w pustych pokojach nie czuła się duŜo lepiej za
dnia niŜ w nocy. Umówiła się z dwójką znajomych na drinka w Czarnej Kakadu, lecz w
końcu wypiła tylko zagęszczony sok cytrynowy i wyszła po godzinie. Zapach piwa
wywoływał w niej mdłości, a hałas ją irytował.
Wiedziała, Ŝe będzie musiała czym prędzej poszukać nowego lokatora do pustego pokoju
Joego, bo inaczej nabierze zbyt wielu złych nawyków.
Na przykład przestanie jeść. W poniedziałek wieczór jajka na grzance wylądowały w
kuble na śmieci, a ona zjadła czekoladowe herbatniki, popijając je herbatą.
Nie będzie o siebie dbała, dopóki ktoś inny jej nie zawstydzi. Potrzebowała kogoś, kim
mogłaby się opiekować, kto dałby jej motywację do tego, by kupiła składniki do sałatki,
warzywa, ser i mięso, przyzwoite pieczywo. śeby myła łazienkę dwa razy w tygodniu.
Kogoś, przed kim nie będzie chciała pokazać się w piŜamie w sobotę w południe.
Megan Cooper. Megan i jej dziecko, coś szepnęło jej do ucha, a ona uchwyciła się tego
pomysłu. Czy to by się udało? Czy Megan byłaby zainteresowana?
Wkrótce wypiszą ją ze szpitala. Trzymali ją tylko dlatego, Ŝe nie rozwiązała problemu z
karmieniem i Ŝe jej sytuacja rodzinna była trudna. Jackson miał zostać na oddziale trochę
dłuŜej, a Megan i tak pewnie spędzi większość czasu przy jego łóŜeczku.
– Zapytam ją – postanowiła, mówiąc głośno do filiŜanki kawy. Był to kiepski partner do
rozmowy, tak bardzo jej teraz potrzebnej.
Co jeszcze musi rozwaŜyć? Pieniądze za wynajem. Nic nie weźmie od Megan,
przynajmniej dopóki dziewczyna nie wy dobrzeje i nie stanie na nogi, a i wtedy tylko ze
względu na jej dumę.
Dwa lata temu Joe upierał się, Ŝe zapłaci za swój pokój, ale było oczywiste, Ŝe chce
zaoszczędzić jak najwięcej. Christina pokazała mu dwa cieknące krany, gdy tylko zdała sobie
z tego sprawę.
– Nie dam sobie z tym rady, Joe, i nie chcę się tego uczyć. Zawołam hydraulika, ale moŜe
ty potrafisz to naprawić? MoŜemy się umówić, Ŝe w zamian za pokój będziesz się zajmował
róŜnymi naprawami?
Zgodził się, a ona nie miała juŜ cieknących kranów, poluzowanych desek na werandzie,
zacinających się drzwi ani przepalonych Ŝarówek.
Dlaczego znów wraca myślami do Joego? Odstawiła filiŜankę na suszarkę.
A więc pieniądze. Megan moŜe nie być w stanie zaoferować jej Ŝadnych praktycznych
umiejętności. Wychowała się na farmie, ale była młoda i nie przygotowana do
macierzyństwa, a musi opiekować się dzieckiem. Mimo wszystko byłoby wspaniale mieć ich
dwoje w domu. Zwłaszcza dziecko...
Tik tak. Zegar biologiczny. A tu ani śladu tatusia.
Do końca popołudnia uzgodniła wszystko z Megan.
– Postawiłam karton w pokoju słuŜbowym, Christino – oznajmiła Jiłl Shaw. – Na ubrania
i rzeczy osobiste dla Megan, Honey i dziecka. Honey nic nie miała, kiedy tu z tobą
przyleciała.
– To prawda, tylko torebkę.
– Kupiła sobie jakąś bieliznę w mieście, ale nie chce inwestować w nową garderobę.
Wiemy, Ŝe z pieniędzmi u nich krucho.
– To bardzo Ŝyczliwie z twojej strony, Jill.
– Tak. CóŜ, niektóre potrzeby łatwo zaspokoić.
Charles pojawił się w drzwiach, jak zwykle bezszelestnie. Potrafił teŜ w magiczny sposób
włączyć się do rozmowy w jej trakcie.
– Chodzi o karton na dary dla Cooperów? – spytał.
– Tak, doktorze Wetherby. Mam nadzieję, Ŝe nie ma pan nic przeciwko temu.
– Nie zgadzam się, Ŝebyś mówiła do mnie doktorze Wetłierby, a poza tym się zgadzam.
Są tam juŜ trzy paczki pieluch.
– Och, cudownie! – ucieszyła się Christina. – Będziemy opróŜniać karton trzy razy
dziennie.
– Pomyślałam o tym. To duŜe pudlo – odparła Jill. I w końcu się uśmiechnęła. Christina
dojrzała minę Charlesa, zadowolonego z tej zmiany. Opryskliwa Jill powoli łagodniała,
poradziła sobie juŜ ze swoim złym małŜeństwem i rozwodem. Co dalej? Brian i Jill? A co z
Charlesem? Czy kiedykolwiek brał pod uwagę małŜeństwo?
Nie mogła zastanawiać się nad tym zbyt długo, bo Charles miał jej coś do powiedzenia.
– Rozmawiałem z Glennem, jutro lecę z wami.
– Będziesz oceniał naszą pracę?
– A chcecie tego?
– Niekoniecznie. – Uśmiechnęła się.
A Charles i tym razem zrobił zadowoloną minę. Dbał o nich wszystkich, na wszystkich
mu zaleŜało. Troszczył się o szpital i jego personel. Brian z kolei pozwalał Jill wypłakać się
na jego ramieniu, a ją zaprosił na kolację tylko po to, by nie czuła się samotna. Wszystko jest
w porządku...
Poza tym, co działo się między nią i Joem.
Ale w tym nikt nie mógł jej pomóc.
– W tej chwili nie grozi wam inspekcja – rzekł Charles i nagle zmarszczył czoło. –
Podrzucicie mnie do Wetherby Downs.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
– Jak dzisiaj poszło, Christino? – spytał Charles, kiedy wspinali się w powietrze,
oddalając się od Wetherby Downs.
Christina czuła, Ŝe jego myśli krąŜą zupełnie gdzie indziej. Zadawał jej pytania, patrząc
przez okno nieobecnym wzrokiem.
– Dość rutynowo – odparła przez słuchawki. – ChociaŜ wzięłam kilka próbek krwi i
tkanki. MoŜe coś z tego będzie i przywieziemy dwie osoby na leczenie.
– Uhm – mruknął, wciąŜ patrząc w dół. – BoŜe, ale sucho. Widziałem to juŜ dziś rano,
zieleń zamieniła się w brąz, jak tylko przelecieliśmy nad górami.
Christina spojrzała przez okno. Pod nimi rozciągał się teren przypominający mapę.
Widziała bydło idące w stronę szerokiej pętli strumienia i wiatrak leniwie kręcący się na tle
suchej, czerwonej ziemi.
– Jak tam w Wetherby Downs? – zapytała. Przed kwadransem w drodze powrotnej do
Crocodile Creek zabrali Charlesa z prywatnego pasa startowego na ogromnej farmie. Pas
znajdował się dwa kilometry od głównego budynku mieszkalnego, który moŜna było
rozpoznać z góry dzięki grupom drzew. Charles siedział sam, w wózku zaparkowanym przy
ogrodzeniu, patrząc na zbliŜający się samolot. Z jakiegoś powodu nikt go nie odprowadził,
wyglądał bardzo samotnie. MoŜna by powiedzieć „bezradnie”, gdyby się go nie znało.
– Wystawimy ją na sprzedaŜ – odparł, zaciskając zęby.
– Tak źle?
Christina nie mogła w to uwierzyć. Wiedziała, Ŝe na tak wielkim areale powinna wciąŜ
być woda. Strumień Gunya nigdy nie wysychał. Nawet gdyby młodszy brat Charlesa musiał
sprzedać część stada, taka duŜa farma ma kapitał z dobrych lat zainwestowany gdzie indziej.
– Bydło ma się dobrze – podjął Charles. – To ja zdecydowałem, Ŝeby wystawić farmę na
sprzedaŜ, bo jestem współwłaścicielem, i nie ma to nic wspólnego z suszą. Wkrótce wszyscy
się o tym dowiedzą, więc nie ma powodu trzymać tego w tajemnicy.
– Ale dlaczego? – zapytała wprost.
– PoniewaŜ mój brat odmawia pomocy Cooperom, mimo Ŝe zwróciłem się do niego z tą
sprawą osobiście. Nie chce dać im dostępu do wody, który mieli przez trzy pokolenia. A
skoro mój ojciec nie napisał w testamencie, Ŝe nie moŜna sprzedać rodzinnej posiadłości, ja to
właśnie zrobię. Są juŜ chętni, poniewaŜ wiedzą, Ŝe podczas tej suszy mogą kupić farmę za
dobrą cenę.
– Ale Charles... Zignorował ją.
– Spędziłem wczoraj wieczorem trochę czasu z Jimem Cooperem. Kiedyś byliśmy
dobrymi kumplami. Teraz to złamany człowiek. Jeśli istnieje jakaś szansa, Ŝeby stanął na
nogi, fizycznie i psychicznie...
– A ty wiesz, jak to zrobić? – spytała Christina. Wszyscy w szpitalu Ŝyczyli rodzinie
Cooperów jak najlepiej.
Charles pokręcił głową.
– Próbowałem. Ale mój brat to napuszony idiota, co nie pozostawia mi wyboru. Jeśli
Philip nie zamierza honorować swoich zobowiązań w stosunku do lokalnej społeczności, to ja
przeznaczę moją część ze sprzedaŜy farmy, Ŝeby pomóc ludziom w inny sposób. Wygera
potrzebuje basenu, Crocodile Creek potrzebuje lepszego tomografu. W hotelu dla lekarzy
przyda się nowa lodówka. KaŜda sugestia do listy zakupów jest mile widziana.
Zszokował ich wszystkich.
– To bardzo szlachetnie z twojej strony, Charles – powiedziała Christina.
– Nie – warknął. – To szantaŜ. Do tej pory albo chroniłem Philipa, albo go ignorowałem.
ś
adna z tych strategii nie poskutkowała. Zobaczymy, co będzie teraz.
– Czy to... ? – zaczęła Grace. – Powiedziałeś, Ŝe to nie sekret, ale...
– Ale czy to znaczy, Ŝe chcę, Ŝeby wieści rozeszły się jak błyskawica? Oczywiście, Ŝe
nie, ale to nieuniknione. MoŜecie powiedzieć, komu chcecie.
Czy ktoś widział kiedyś takiego Charlesa? Christina zastanawiała się, co właściwie zaszło
między braćmi, i czy samotne oczekiwanie Charlesa na samolot było znaczące. Kto podwiózł
go do pasa startowego? Dlaczego z nim nie został? Kto był bardziej zły, Charles czy Philip?
Po tych słowach nikt nie miał juŜ ochoty na rozmowę, a Christina z radością zdała sobie
sprawę, Ŝe lot do Crocodile Creek wkrótce dobiegnie końca. Tymczasem dostali przez radio
wezwanie, by po drodze zabrać pacjenta z Wygery. Helikopter ratunkowy przewoził do
szpitala młodą kobietę, która rodziła przed terminem, i nie mógł zabrać pacjenta z osady.
Wygera. Joe poleciał tam tego dnia z pielęgniarką na rutynowe wizyty. Christina
wiedziała o tym, i poczuła, jak na myśl o Joem jej ciało sztywnieje. Wróciły teŜ mdłości. W
poniedziałkowy wieczór nie rozstali się w zgodzie. Christina poczytała o zespole Treacher
Collinsa w Internecie i umocniła się w przekonaniu, Ŝe gdyby Joemu naprawdę na niej
zaleŜało, niczego by przed nią nie ukrywał. Był taki dumny ze swojej przyrodniej siostry.
Christina bardzo chciałaby ją poznać, ale Joe najwyraźniej nie planował takiego spotkania.
Była zła, czuła się zraniona. Ale czy jej uczucia są uzasadnione? Czy jest na tyle szalona,
Ŝ
e wciąŜ szuka jakiegoś sposobu, by dać Joemu drugą szansę? Co powinna zrobić, by
udowodnić mu, Ŝe nie ma racji?
Joe i pielęgniarka Lindsay Palmer czekali na nich obok pasa startowego, w samochodzie,
którym tego ranka wyjechali z Crocodile Creek. Na tylnym siedzeniu Christina zobaczyła
chłopca, który tulił do siebie jakąś dziwną konstrukcję.
– Zapalenie wyrostka robaczkowego – oznajmił Joe, przekrzykując hałas silnika i
zerkając na Christinę. Oboje zapomnieli uśmiechnąć się czy przywitać, bo ich uczucia były
zbyt skomplikowane.
Lindsay powitała wszystkich krótko.
– Nie wiem, ile usłyszeliście przez radio – podjął Joe. Zachowywał się z wymuszoną
radością, w czym nie było nic dziwnego. – Porywam wasz samolot, poniewaŜ wydaje mi się,
Ŝ
e wyrostek juŜ pękł, a mamy jeszcze pacjentów.
– Bardzo z nim źle? – zapytała Christina.
– Nie tak źle, jak moŜna by przypuszczać. Kiedy matka go przyprowadziła, chodził w
charakterystyczny sposób. Miał bardzo czuły brzuch, kiedy połoŜyłem go płasko i badałem.
Matka mówiła, Ŝe w nocy miał nudności, ale nie wymiotował. Kiedy zastanawiałem się, co z
nim zrobić, zaczął mówić nam, Ŝe coś mu pękło, ale juŜ tak nie boli i pytał, czy moŜe
zatrzymać swój model.
– Swój model?
– To, co tak czule ściska. To model nowego basenu. Swoją drogą dzieciak ma
fantastyczne pomysły. Powiedziałem, Ŝe moŜe go zabrać, bo bez niego nie chciał jechać. –
Podszedł bliŜej samolotu i powiedział głośniej: – Charles, moŜemy zamienić się do końca
dnia?
– Mam zająć się twoimi pacjentami? – zapytał Charles. – To ma sens. Chętnie spędzę tam
trochę czasu. Ci ludzie tyle ostatnio przeszli.
Wszyscy wiedzieli, Ŝe na wózku Charles nie moŜe zrobić nic uŜytecznego w małej
przestrzeni samolotu, i Ŝe Joe powinien być z powrotem w szpitalu na wypadek, gdyby trzeba
było kogoś operować.
– Glenn? – powiedział Charles.
Pilot wiedział, co robić. Wyskoczył na pas startowy, by rozłoŜyć wózek Charlesa na
krótki przejazd do samochodu. Dzięki silnym rękom Charles bez kłopotu przesiadł się z
wózka na siedzenie pasaŜera, a wózek został ponownie złoŜony i schowany z tyłu, razem ze
sprzętem, którego nie potrzebowali juŜ tego dnia.
– Polecę samolotem? – spytał mały Shane. Wyglądał na jakieś dziesięć lat. Miał włosy
jak siano, flanelową koszulę bez rękawów i duŜe oczy jak błyszczące guziki. Mógłby bez
trudu zdobyć posadę stracha na wróble, i budził sympatię od pierwszego wejrzenia.
– Tak, polecisz samolotem, i moŜesz wziąć ze sobą swój model – rzekł Joe.
– Jest najlepszy odparł Shane. – Widział pan model Roddiego? Nie był taki dobry, ale on
mówi, Ŝe zrobi lepszy. Wszyscy teraz robią modele. To był mój pomysł.
– Zorganizujemy konkurs – oznajmił Charles z satysfakcją. Jego twarz była wciąŜ tak
smutna jak wtedy, kiedy po niego przyjechali. – Wszystkie dzieciaki w Wygerze, kaŜdy, kto
tylko zechce, moŜe wziąć w nim udział. Ten basen nie będzie tylko duŜą cementową wanną
otoczoną ziemią. Ma być naprawdę atrakcyjny, niemal jak park wodny. Nagrodą dla
najlepszego projektu są... talony do fastfoodu? Nie, to musi być coś lepszego. Masz pomysł,
Lindsay?
– Na nagrodę? – Starsza pielęgniarka zrobiła przestraszoną minę. Nie wiedziała, Ŝe
Charles postanowił tego popołudnia wymusić sprzedaŜ rodzinnej posiadłości.
– No dobra, jedźmy – powiedział Charles.
– Shane – odezwał się Joe. – Twoja mama przyjedzie samochodem z doktorem
Wetherbym, kiedy doktor skończy przyjmować pacjentów. Musi ci spakować trochę rzeczy.
W samolocie, kiedy Charles i Lindsay odjechali, Chnstina szykowała kroplówkę. Chciała
od razu podać chłopcu antybiotyk, nie czekając na potwierdzenie, Ŝe wyrostek faktycznie
pękł. Shane nie wyglądał dobrze, chyba bolało go bardziej, niŜ chciał przyznać, ale wciąŜ był
zajęty projektem basenu.
– Jeśli będzie konkurs, powinna być nagroda dla tego, kto wymyślił robienie tych modeli,
i dla najlepszego modelu – stwierdził. – Powiedzcie to tamtemu doktorowi.
– Doktorowi Wetherby’emu? Dobrze – obiecała Christina. – Ale nie w tej chwili.
– On chce sprzedać posiadłość, Joe – włączyła się Grace. – Dzisiaj nam powiedział.
Wykorzystuje fakt, Ŝe jest współwłaścicielem.
Joe zagwizdał.
– Tak, dla mnie to teŜ szok.
Christina nie uczestniczyła w rozmowie. Podejrzewała, Ŝe Grace robi wszystko, by zająć
czymś myśli jej i Joego.
Dzięki, Grace. Tak, cięŜko jej było tak blisko Joego na takiej małej powierzchni. Grace
pewnie chciałaby usłyszeć, o czym w poniedziałek wieczór rozmawiali, i jak się to
zakończyło. Nie znalazła dotąd okazji, by pogadać z przyjaciółką. A poza tym trudno jej było
o tym mówić. Na samo wspomnienie bolał ją Ŝołądek.
Przetarła skórę Shane’a środkiem odkaŜającym i wkłuła igłę. Shane nawet nie drgnął.
Ś
ciskał swój model, zrobiony między innymi z plastikowych pojemników po margarynie,
tekturowego pudełka po płatkach oraz srebrnych i złotych folii z pudełek po papierosach.
– Widzi pani, muszą być zjeŜdŜalnie...
– Ta rurka zostanie tu chwilę, Shane, więc przykleję ci ją plastrem, dobrze?
– I płytka woda dla małych dzieci. Glenn przygotowywał się do startu.
– I musi być trawa i cień, Ŝeby wyglądało jak te, no wie pani, jak one się nazywają? Oa..
– Oazy?
– Tak.
– Bardzo mi się podoba twój pomysł.
– Jak będę jechał do Wygery, to wezmę ze sobą ręcznik – oznajmił Joe. – Musisz
zobaczyć, jak skaczę do wody. Dobra, teraz damy ci lekarstwo, Shane. Poleci tą rurką, więc
nie musisz się martwić, Ŝe jest niesmaczne.
– A skoro o tym mowa – wtrąciła Grace. – Jeśli będzie cię bolało, mogę ci dać coś
takiego. To jest smaczne.
Lot odbył się bez większych niespodzianek. Wylądowali gładko, a Glenn ani razu się nie
uśmiechnął.
– To dobry dzieciak – rzekł Joe do Christiny, gdy samolot kierował się w stronę karetki
czekającej obok pasa startowego. Shane leŜał spokojnie, pewnie wciąŜ myślał o swym
modelu. – I dobry pacjent – dodał Joe.
– Podoba mi się ten projekt – oświadczyła Christina.
– Tak, ale wolałbym nie znać budŜetu.
– Charles twierdzi, Ŝe to nie jest problem.
– Myślisz, Ŝe naprawdę wymusi na bracie sprzedaŜ posiadłości? – Joe był sceptyczny.
– CóŜ, tak powiedział, kiedy odbieraliśmy go z Wetherby Downs. – Instynktownie
przysunęła się bliŜej, poniewaŜ mówiła o dość draŜliwych sprawach.
Spojrzenie Joego padło na jej rękę, po czym przesunęło się jak pieszczota wzdłuŜ jej
ciała. Christina wzięła oddech i kontynuowała:
– Ale nawet jak nie dojdzie do sprzedaŜy, mam wraŜenie, Ŝe środki finansowe Wetherby
Downs pozwolą na budowę basenu bez likwidowania największej nieruchomości.
– Wybierasz się na imprezę w hotelu lekarzy dziś wieczorem? – spytał Joe ciszej, jakby
jej nie słyszał.
Przyjęcie. Nie, ona wybiera się na kolację z Brianem. Ale nie chciała informować o tym
Joego, poniewaŜ zabrzmiałoby to tak, jakby się na nim mściła.
A przecieŜ nie miała takiego zamiaru.
– Przyjęcie? – powtórzyła jak echo.
– Urodziny Dory, pomysł Cala. – Dora i jej mąŜ Walter byli oddanymi pracownikami
szpitala. – Dora opiekowała się ostatnio synkiem Giny i Cala. Poza tym pomyśleli, Ŝe Georgie
teŜ dobrze zrobi miły wieczór, niedawno zmarła jej matka. Myślę, Ŝe powinnaś wpaść, Tink.
– Niby po co?
Nie miał na to odpowiedzi. Pewnie dlatego, Ŝe w jej pytaniu było pełno złości.
– Przepraszam – mruknęła.
– Za to, Ŝe nie przyjdziesz? Zamknęła oczy.
– Za to, Ŝe na ciebie warknęłam. To nie z powodu... – Machnęła ręką. – Zaproszenia na
imprezę.
– Ale jesteś na mnie zła.
– Tak.
– Pogadamy o tym dziś wieczorem.
– Joe, przez dwa lata nie rozmawialiśmy o niczym waŜnym.
– Nie? – zdziwił się.
– Nie. A nagle w tym tygodniu rozmowy mają być cudownym lekarstwem?
– Myślę, Ŝe powinniśmy porozmawiać o wielu istotnych kwestiach – rzekł spokojnie.
– Rozmawialiśmy w poniedziałek.
– Wiesz, nawet rozmowa o trawniku moŜe być waŜna, albo prośba o podanie mleka, albo
pytanie, czy widziałaś ten gol w ostatniej minucie meczu. Ale rozmowa to nie wszystko.
Liczy się działanie. I duch. Christina nie była w nastroju do wysłuchiwania tego rodzaju
filozofii.
– A potem byliśmy tylko jeszcze bardziej źli i zdenerwowani – zakończyła, wracając
myślą do poniedziałku.
– Znowu na mnie burczysz, Tink.
– Tym razem nie będzie przeprosin. Pojechała prosto do domu i nie słyszała nowych
wiadomości na temat Shane’a, więc była szczęśliwa, Ŝe moŜe usłyszeć je od Briana.
– Wyrostek pękł, tak jak przypuszczał Joe – rzekł przy kolacji. – Nie dało się wykonać
laparoskopii, trzeba było zrobić to metodą tradycyjną, naciąć powłokę brzuszną, ale chłopak
wyzdrowieje.
– Cieszę się, Ŝe to słyszę, Brian.
Christina była o wiele mniej szczęśliwa z powodu miejsca, gdzie padły te słowa. Brian
zaprosił ją do bardzo eleganckiej trzygwiazdkowej restauracji rodziców Mike’a Poulosa, która
stanowiła część hotelu Athina.
Próbowała protestować, chciała przypomnieć mu, Ŝe obiecał jej skromną kolację, pizzę
albo burgery. Tylko dlatego się zgodziła.
Athina była restauracją ze wspaniałym widokiem na ocean, akwarium z tropikalnymi
rybami na całej ścianie, zagranicznym szefem kuchni i odpowiednimi cenami. Nie była
skromna. Ale Brian nie udawał, Ŝe ją za taką uwaŜa. Podjechał pod dom Christiny z tuzinem
róŜ i przekonał ją, by przebrała się w coś elegantszego. Christina jak niepyszna zdjęła
dŜinsową spódnicę i bawełnianą bluzkę i włoŜyła eleganckie czarne spodnie oraz połyskujący
top na ramiączkach. Zaczesała włosy do góry, spinając je szpilkami.
Brian zadzwonił wcześniej do restauracji, by zamówić jakieś specjalne danie z homara,
którego nie było w menu. Wybrał jedno z najdroŜszych win i wciąŜ prosił grający na Ŝywo
zespół o piosenki o miłości.
Christina gotowała się ze złości. Ale co mogła zrobić? Jak moŜna krzyczeć na
męŜczyznę, który traktuje kobietę jak królową? Brian zaprosił ją na kolację za dwieście
dolarów i nie szczędził jej uwagi, a przecieŜ twierdził, Ŝe to tylko spotkanie koleŜeńskie.
Gdyby to był Joe, na pewno by zrobiła awanturę. Z Joem czuła się swobodnie. Ale nie
mogła wrzeszczeć na Briana. Tylko dlaczego on nie widzi, Ŝe ten wieczór to fatalny pomysł?
– Zawsze uwaŜałem cię za wyjątkową osobę, Christina – oznajmił Brian.
Nie, nie, nie. Nie wysyłałam takich sygnałów.
– No cóŜ. Zrobiłam przecieŜ dyplom na uniwersytecie w Sydney, a moi profesorowie byli
ze mnie zadowoleni – zaŜartowała.
– Nie o tym mówię, dobrze wiesz. Tak, do diabła, wie.
– To moŜe zbyt szybko... – dodał.
– Tak, potrzeba czasu, prawda? Myślę, Ŝe Jill dopiero poradziła sobie z rozwodem. To
wspaniała kobieta, Brian. Nie widziałam tego wcześniej. Ona bardzo sobie ceni twoje
wsparcie – wyrzuciła z siebie zdesperowana.
– Tak, oczywiście, cieszę się, Ŝe mogę jej pomóc, ale nie chcę teraz rozmawiać o Jill.
Powiedz mi coś więcej o prawdziwej Christinie Farrelly. Czy jest taką fantastyczną kobietą,
za jaką ją uwaŜam?
Nie, jest straszną wiedźmą, pomyślała Christina.
– W tej chwili jest dosyć zmęczona – odparła zgodnie z prawdą, by nie sprawiać mu
przykrości.
Podziękowała za deser i szybko wypiła wino, dzięki czemu skróciła ten wieczór. Brian
zerknął na zegarek.
– Odwiozę cię do domu, ale zajrzyjmy najpierw do szpitala. Mam coś do załatwienia.
Natychmiast zdała sobie sprawę, Ŝe chciał tylko pochwalić się, Ŝe spędzili razem wieczór.
Po paru kłopotliwych spotkaniach na przykład z Calem i Georgie, które Brian z
pewnością zaaranŜował, by pochwalić się randką, wpadli na Joego. Christina poczuła tak
wielką ulgę, Ŝe nie potrafiła tego ukryć.
Joe Barrett. Wolałaby sto razy spędzić z nim wieczór pełen awantur niŜ uprzejmy wieczór
z Brianem. Czy mogłaby mu to powiedzieć? Czy to cokolwiek dla niego znaczy? Czy to
pomoŜe? Czy Joe moŜe ją teraz uratować z rąk Briana?
– Joe? – Chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę oddziału chirurgicznego, robiąc
wszystko, by wyglądało na to, Ŝe to on ją tam ciągnie. – Co nowego u Shane
r
a?
– Jest z nim matka, mały dzielnie sobie poczyna. Na razie jest trochę nieprzytomny po
narkozie. Często naciska guzik.
– Co mu zaordynowano? Morfinę?
– Tak. Teraz dostał tlen, płyny, antybiotyki. Cal jak zwykle świetnie się spisał. Zabieg
trwał krótko.
– Więc wszystko w normie.
– Jak dotąd. Za kilka dni powinien wrócić do swojego projektu basenu.
– Mam nadzieję, Ŝe Charles nie zapomni o tym konkursie.
– Czy Charles kiedykolwiek o czymkolwiek zapomniał?
– Racja – odrzekła Christina ze śmiechem. – Chciałabym zobaczyć Shane’a. Wrócisz tam
ze mną, Joe? Teraz?
Odwróciła się w stronę Briana, który właśnie do nich podszedł.
– Brian, dzięki za wspaniałą kolację. Nie musisz mnie odwozić do domu, pojadę
autostopem.
Brian zmarszczył czoło.
– Christino, to niebezpieczne.
– Zanim wsiądę, zapytam kierowcę o nazwisko – rzuciła, ale nie czekała na jego
odpowiedź.
Znowu pociągnęła za sobą Joego, który stwierdził z zadowoleniem:
– Podoba mi się to ściskanie ręki. Nowa technika radzenia sobie ze złością?
– Och, Joe! – Zabrzmiało to jak szloch.
– No... Tink!
– Nie rozśmieszaj mnie, kiedy tak podle się czuję. Kiedy Brian zniknął im z oczu, Joe i
Christina zwolnili i przystanęli.
– Wywoływanie śmiechu wbrew woli pacjenta – zaŜartował Joe. Christinie zdawało się,
Ŝ
e cała reszta świata nie istnieje.
– Przestań. – Przycisnęła dłonie do skroni.
– Posłuchaj... – zaczął jeszcze ciszej. – Jeśli mogę powstrzymać twoją złość, zrobię to,
uciekając się do wszelkich moŜliwych środków. Nigdy nie chciałem, Ŝeby nasza znajomość
tak się skończyła. Westchnęła bezradnie.
– Wiesz, co zaczęłam myśleć? śe złość to wcale nie taka zła rzecz, zwłaszcza jeśli o niej
rozmawiamy. – Dotknęła jego przedramienia.
– Czy wciąŜ mamy o czym rozmawiać, Tink? – Jego ciemne oczy wędrowały po jej
twarzy. Stali tak blisko siebie, Ŝe czuli ciepło swoich ciał. – Myślałem, Ŝe nie.
– Och, mamy. – Jej dłoń zawisła nad jego ramieniem. Gdyby dotknęła jego karku,
pochyliłby się i pocałował ją. Była tego pewna.
– O powaŜnych ranach, jeśli juŜ o niczym innym?
– Tak? Ty teŜ czujesz się zraniony?
– Naprawdę sądzisz, Ŝe ten tydzień gładko mi przeleciał? śe uganiam się za
dziewczynami w Czarnej Kakadu?
– Czy moŜemy... pójść na to przyjęcie, Joe? – spytała, bo nie mogli przecieŜ toczyć tak
osobistej rozmowy parę metrów od łóŜek pacjentów.
– Tak, chodźmy – zgodził się.
W milczeniu opuścili szpital i przeszli spacerkiem przez ogród. Nie dotykali się, bo
przecieŜ juŜ nie byli parą.
Wielu gości odnotowało mimo to, Ŝe pojawili się razem. Jednak zaraz po wejściu zostali
rozdzieleni przez grupy przyjaciół.
– I co? – dopytywała się Grace w kącie duŜej kuchni chwilę później. – Wyglądasz
ś
wietnie. Brian zabrał cię do Athiny, tak?
– Tak, ale to nie było... – Christina urwała.
– Wiem, to nie było to, czego chciałaś. Ale nie opowiadaj mi o kolacji z Brianem,
powiedz mi o Joem. Widziałam, jak szłaś z nim przez ogród.
Ktoś nastawił głośniej muzykę. Dwójka dzieciaków tańczyła na trawniku, ktoś pływał w
basenie. Joe wałęsał się tu i tam. Brian takŜe wpadł, ale nie został długo. Pani Grubb
zignorowała swoją rolę gościa honorowego i zajmowała się jedzeniem.
Grace, tak jak trzy dni wcześniej obok zbiornika na wodę w Gunyamurze, oczekiwała
nowin na temat Joego.
– A więc, Grace, to problem z Ŝoną łabędzicą – oznajmiła Christina.
– Tak? – Grace była zaintrygowana i zmartwiona.
– Tak. Miałaś rację. Niewiarygodne, Ŝe nikt inny w mieście nie zauwaŜył spadających
charakterystycznych piór.
– A powaŜnie? – Grace przekrzykiwała muzykę.
– PowaŜnie? Dobra. Problem z siostrą. Kłopoty rodzinne. – Nie mogła wchodzić w
szczegóły. Joe dał jej jasno do zrozumienia, Ŝe nie chce, by o tym rozpowiadać. – Nie moŜe
zostawić ani zawieść rodziny – dodała jedynie.
– I nie powinien ciebie w to angaŜować.
– Jego zdaniem. Zachowuje się jak Zosia Samosia z kompleksem bohatera tragicznego.
– Przez co ty kochasz go jeszcze bardziej, nawet jeśli nie chcesz, poniewaŜ w naszej
pracy spotykamy zbyt wielu męŜczyzn, którzy nie biorą Ŝadnego cięŜaru na swoje barki.
Tak. Właśnie tak.
– Dlaczego tak się dzieje? – Tym razem Christina przekrzykiwała muzykę. – Kocham go
i jestem na niego wściekła, i mam świadomość, Ŝe to mi nie słuŜy.
Grace przekrzywiła głowę i ściągnęła brwi.
– Wiesz co? Zaczynam myśleć, Ŝe moŜna na to spojrzeć inaczej. UwaŜam, Ŝe okres
Ŝ
ałoby był przedwczesny.
– Okej. – Christina zaśmiała się zmęczona. – Chcesz powiedzieć, Ŝe niebo jednak nie wali
mi się na głowę? Nie tak mówiłaś w poniedziałek w Gunyamurze.
– Daj mu drugą szansę.
– Co?
– Czy nie oświadczyłaś mi, Ŝe gdybyś wiedziała, dlaczego tak się zachowywał, jakoś byś
sobie z tym poradziła? Teraz wiesz dlaczego. Z powodu siostry. To o wiele lepiej, niŜ gdyby
chodziło o Ŝonę. Więc poczekaj chwilę, przekonaj się, jak będzie.
– Mam go przyjąć z powrotem do domu? JuŜ wszystko uzgodniłam z Megan, wprowadza
się do mnie z dzieckiem.
– To dobrze. PoniewaŜ nie chcesz, Ŝeby Joe znowu się wprowadził. Wolisz zachować
pewien dystans.
– Który miałby polegać na tym, Ŝe mieszkamy osobno w odległości trzech kilometrów od
siebie, aleja otworzę przed nim swoje serce?
– Widzisz? Świetnie zrozumiałaś.
– Grace!
– Oj, Christina. Wszystkim na tobie zaleŜy, a ty jesteś kompletnie rozbita. Gdyby Joe
zniknął, nie oglądając się za siebie, pierwsza bym cię błagała, Ŝebyś nie zmieniała zdania. Ale
spójrz na niego...
– On jest.. ? – Christina okręciła się, szukając go wzrokiem. Nie zdawała sobie sprawy, Ŝe
był tak blisko. Dziesięć minut temu krąŜył na zewnątrz. Dostrzegła jego ramię i czubek
głowy, resztę zasłaniali koledzy, ale ona i tak patrzyła w jego stronę.
– Taa – mruknęła Grace, wiodąc wzrokiem za jej spojrzeniem. – Wygląda, jakby nie
wiedział, czego szuka. Jest tak samo rozbity jak ty.
– A twoim zdaniem to dobrze.
– Musi być dobrze, no nie? – Zatrzymała wzrok na Christinie. – Przemyśl to.
Joe nie dał jej na to szansy. Stał właśnie obok lodówki z drinkami, kiedy ją dojrzał.
– Tutaj jesteś – powiedział takim głosem, jakby znalazł ją pod przednim siedzeniem w
samochodzie, jak zgubione CD.
– Jestem gotowa rozwaŜyć inne miejsca do parkowania.
Nic nie mówiąc, chwycił ją za rękę.
– Dokąd idziemy, Joe?
– Na plaŜę? Nie wiem.
– PlaŜa jest w porządku. Czy nikt...
– MoŜe zauwaŜą, ale wcale się tym nie przejmą. Tego wieczoru na niebie nie było
księŜyca, ale spienione grzbiety fal rzucały własny blask. Piasek był zimny i gąbczasty. Joe
przystanął, by zdjąć buty i podwinąć spodnie. Christina takŜe zrzuciła pantofle, po czym
ruszyli w stronę skalistej wychodni u stóp skarpy. Znaleźli tam spokojne miejsce, gdzie mogli
usiąść i porozmawiać.
– Cieszę się, Ŝe powiedziałem ci w poniedziałek o Amber – zaczął Joe. – Bałem się, Ŝe
będę się potem źle czuł, ale nie.
– Dlaczego tak sądziłeś?
– Bo pomieszałem moje osobne światy.
Sięgnął po jej dłoń. W pierwszym odruchu Christina zamierzała go odepchnąć. Dlaczego
chciał mieć dwa oddzielne światy? Dlaczego jej nie ufa, kiedy ona chce być częścią tego
ś
wiata, w którym on Ŝyje na co dzień, i to przez resztę Ŝycia? Potem przypomniała sobie, co
mówił tego popołudnia. Nie była wówczas w nastroju, by go słuchać, a mimo to zapamiętała
jego słowa. Jak moŜna uwaŜać, Ŝe rozmowa o tak banalnych rzeczach jak ogród czy sport w
telewizji coś znaczy? Jak moŜna twierdzić, Ŝe czyny mówią więcej niŜ słowa?
Tymczasem przemawiała do niej jego ręka. Oparł grzbiet dłoni o skałę, podczas gdy jej
dłoń spoczęła w ciepłej kołysce jego dłoni. Głaskał palcem jej skórę.
Christina spuściła wzrok. Tylko jeden punkt kontaktu. Dwie dłonie. Jedna obsypana
piegami i wymagająca kremu nawilŜającego, druga zbudowana jak łapa niedźwiedzia, tyle Ŝe
gładka i brązowa. Nie widziała jej dobrze w ciemności, ale wiedziała, Ŝe jest na niej stara
blizna, poniŜej kciuka. Przenosząc wzrok do góry, znalazła niebiesko-czarny tatuaŜ: wąską
bransoletkę obejmującą silne ramię.
– Ja teŜ cieszę się, Ŝe powiedziałeś mi o Amber – rzekła w końcu. – Szkoda jednak, Ŝe nie
zrobiłeś tego wcześniej.
– Tylko nie opowiadaj o tym nikomu w Crocodile Creek, dobrze?
– Jasne.
– Ona nie lubi, kiedy ludzie o niej mówią, nawet jeśli ma świadomość, Ŝe dobrze jej
Ŝ
yczą. Nie lubi nawet, kiedy za często powtarzam jej, Ŝe jestem z niej dumny.
– A jak sobie radzi z konfliktem rodziców?
– Chyba nie zdała sobie jeszcze sprawy, Ŝe powinno być maczej, Ŝe nie wszyscy ojcowie
są agresywni i gotowi wysłać córkę na wszystkie moŜliwe operacje plastyczne, Ŝeby
wyglądała normalnie.
– A on tego chce? śeby wyglądała normalnie?
– Bez względu na koszty. Amber pragnie tylko tych zabiegów, które są konieczne dla jej
zdrowia, a to i tak sporo. Matka wie, Ŝe Amber nie marzy, by zostać supermodelką, ale udaje,
Ŝ
e zgadza się z Geoffem, moim ojczymem. Zbyt wiele poświęca. – Potrząsnął głową.
– Ale ty stanowisz inny model męŜczyzny dla Amber niŜ jej ojciec – stwierdziła
Christina.
– Jestem tylko bratem.
– Pewnie uwaŜa, Ŝe bracia są w porządku.
– Mam nadzieję. Znowu zapadła cisza.
Joe zdjął rękę ze skały. Christina odwróciła ją i śledziła czerwone, odciśnięte ślady
kamienia.
– Chyba cię boli – powiedziała, myśląc o radzie Grace, Ŝeby dać mu drugą szansę.
– Nie, skąd – odparł.
– Cholerny bohater. Uśmiechnął się.
– Tak, jestem nieznośny.
– Jesteś. – Uśmiechnęła się, a potem westchnęła. Bohaterowie mają swoje dobre strony.
Podjęła decyzję. – Czy pozwolisz, Ŝe cię pocałuję? Proszę...
ROZDZIAŁ ÓSMY
– Naprawdę uwaŜasz, Ŝe to dobry pomysł, Tink? – spytał Joe, choć miał wraŜenie, Ŝe te
słowa go zabiją.
– To wspaniały pomysł. – Pochyliła się i dotknęła jego warg opuszkami palców. JuŜ się
nie uśmiechała.
On teŜ nie. Bał się, Ŝe jej pocałunek go zabije. Wiedział, Ŝe nie wolno mu się zgodzić, ale
w tej chwili nie potrafił jej odmówić. Jej wargi były zimne i miękkie. Ujęła jego twarz w
dłonie i przekrzywiła głowę, a potem znowu musnęła jego wargi swoimi.
Później usiadła prosto i wyjęła szpilki z włosów. Uczesała luźne kosmyki palcami i
potrząsnęła głową, roztaczając słodki zapach. Joe miał ochotę objąć ją, a jednak się
powstrzymał. Czekał cały tydzień, myślał tylko o niej. Przypominał sobie niedzielną noc i
cierpiał na myśl o tym, Ŝe juŜ się nie powtórzy.
A teraz ona, słodka i przebiegła, postanowiła mu się oddać. Czuł się zagubiony. W
niedzielną noc słuchał, jak dzieliła się z nim swoimi pragnieniami, i uszanował jej prawo do
podjęcia decyzji o rozstaniu. Tymczasem w tej chwili mówiła znów co innego – wycofywała
się ze swojej decyzji, oznajmiła, Ŝe doszła do wniosku, iŜ jednak mogą być razem na jego
warunkach.
Więc dlaczego stanowi to dla niego problem?
– No! – szepnęła Christina, delikatnie pieszcząc jego ucho. – Do tego potrzeba dwojga. –
Wplotła palce w jego włosy i całowała jego kark. – Tak? Ona mówi „tak”, idioto, więc niech
będzie.
– Naprawdę tego chcesz?
Kiedy wziął ją w końcu w ramiona i zniósł ze skał na piasek, aŜ zapiszczała z radości.
– Tak? – powtórzył. – Tutaj?
– Tak – odparła bez tchu.
LeŜała z głową wtuloną w jego piersi, a on głaskał jej jedwabiste włosy, dając jej ostatnią
szansę, by zmieniła zdanie. Christina milczała. A zatem, z zamkniętymi oczami, przyciągnął
jej twarz ku swojej. Ich pocałunek był namiętny, ich ciała drŜały. Gdyby ktoś wybrał się tego
wieczoru na spacer plaŜą... CóŜ, i tak nie mogło to trwać długo, tak bardzo byli siebie
spragnieni.
Joe podniósł powieki, by widzieć Christinę: jej opadające włosy, twarz, na której
malowała się rozkosz, poŜądanie i piękno. Przesunął dłonią po jej udach, które go ściskały.
Kochał w niej wszystko, świadomy równocześnie, Ŝe to za mało. MoŜe w tym tkwi problem?
Za bardzo była mu droga, by wciągał ją w meandry swojego Ŝycia.
Zdjęła przez głowę połyskujący top. Jej piersi zakrywał ciemny koronkowy stanik.
Zamknęła oczy, dzięki czemu Joe mógł na nią bezkarnie patrzeć. A przyglądając się tak,
dostrzegł jej emocjonalną nagość i jej bezgraniczną ufność. I wtedy zrozumiał, Ŝe muszą
natychmiast przestać.
Jego dłonie znieruchomiały. Christina lekko zmarszczyła czoło. Na jej twarzy błąkał się
uśmiech, czekała, by znowu przyciągnął ją do siebie. Pomyślała nawet, Ŝe Joe się z nią draŜni.
– Joe? Na co czekamy?
– Nie moŜemy tego zrobić – odparł po chwili milczenia, czując złość, Ŝe tak karze siebie i
Christinę.
Z wysiłkiem uniósł ją i posadził z boku na piasku, a następnie sam usiadł, oddychając z
trudem. Christina wlepiała w niego zdumiony wzrok.
– Zdawało mi się, Ŝe całkiem dobrze nam idzie – zaŜartowała.
– Ale co się zmieniło, Tink? – wybuchnął. – Co się dla ciebie zmieniło, odkąd
wyprowadziłem się do hotelu lekarzy, Ŝe tak nagle wszystko jest znów w porządku? Czy
dlatego, Ŝe powiedziałem ci o Amber?
– Uznałam, Ŝe to dobry początek – odparła.
Nie dał się oszukać. Wymyśliła sobie, Ŝe zrobią to etapami, krok po kroku. Krok
pierwszy: Joe opowiada o swojej rodzinie i odkrywa, Ŝe to nie takie trudne, jak się
spodziewał. Krok drugi: Christina przyjeŜdŜa do Nowej Zelandii na wakacje, poznaje Amber,
ich matkę, ojca Amber, i oznajmia Joemu, Ŝe Amber jest wspaniała, a jego matka nadzwyczaj
silna, choć tego nie widać na pierwszy rzut oka. Dostrzega nawet kilka zalet w jego ojczymie.
Krok trzeci: Christina całym sercem włącza się w tę rodzinną sytuację, a Joe jest tak
przyciśnięty do muru przez jej poświęcenie, Ŝe zaczyna brakować mu powietrza.
Co oznacza krok czwarty: oboje się duszą.
Był świadkiem, jak jego matka usiłowała zapełnić bezdenną studnię potrzeb innych ludzi.
Mało sama się przez to nie wykończyła. Wcale nie uwaŜał, Ŝe męŜczyźni są silniejsi, ale jego
zdaniem często lepiej się chronią. Posiadają ten niezbędny element egoizmu.
Sam wykorzystywał go w związku z Christina.
Od początku wiedział, Ŝe nie da jej wszystkiego, więc nawet nie próbował. Chronił siebie,
dbał, by ich związek był przyjemną zabawą, ograniczoną do teraz i tutaj. Był pewien, Ŝe cały
czas dawał jej jasno do zrozumienia, Ŝe istnieją pewne nieprzekraczalne granice.
Christina by się nie chroniła, wskoczyłaby w jego Ŝycie obiema nogami. NaleŜała do
osób, które dają z siebie wszystko, więc nie mógł jej na to pozwolić.
– To błąd – rzucił wprost. – To nie ma sensu, poniewaŜ nie tego pragniesz, i wiesz o tym.
Miałaś rację w niedzielę, twierdząc, Ŝe musimy skończyć nasz związek. Teraz mówisz o
dosyć dobrym początku, jakbym był rybą na wędce, którą ostroŜnie przyciągasz do siebie.
Nie dotykali się, a jednak czuł, Ŝe Christina zesztywniała ze złości.
– To okropne...
– Nie, nie to chciałem powiedzieć – rzekł szybko.
– Wychodzi na to, Ŝe ja manipuluję z zimną krwią, a ty masz... rybi móŜdŜek? Mam
nadzieję, Ŝe nie!
– Chciałem tylko zaznaczyć, Ŝe ty liczysz na coś więcej – rzekł. – Myślisz, Ŝe ja, Ŝe my,
zrobiliśmy właśnie pierwszy krok, więc za dwa miesiące zrobimy następny.
– Czy to byłoby takie straszne? – zapytała.
– Gdybyśmy robili te kroki, mogłoby się to skończyć tylko w jeden sposób. A ja tego nie
chcę.
– Więc czego chcesz, Joe? – Tym razem była bliska łez, ale nie zamierzała mu tego
pokazać. Jej głos brzmiał nienaturalnie ostro.
– Niczego – odparł. – Teraz chcę iść do domu. – Wstał. – Do hotelu lekarzy.
Gdzie pościel na jego łóŜku wciąŜ pachniała jej proszkiem do prania, a kwiaty, które
wstawiła do wazonu na biurku, zaczynały więdnąć.
Gdy włoŜyła z powrotem swój top, poczuła przyklejony do niego piasek, który sypał się
teŜ do jej spodni. Ruszyła za Joem, który szedł szybko, najwyraźniej zdenerwowany tak jak
ona. Wyprzedzał ją o kilka kroków, ale ilekroć sobie to uświadamiał, przystawał i czekał na
nią, co jeszcze bardziej ją złościło.
Nie jesteś moim rycerzem, przestań się tak zachowywać, myślała. Ciągnęła nogę za nogą
wyczerpana. Nie miała ochoty wracać na przyjęcie, które trwało w najlepsze, choć na
parkingu stało juŜ mniej samochodów. Muzyka grała ciszej, pewnie niektórzy chcieli juŜ o tej
porze spać. Minęła jedenasta, a większość personelu musiała rano wstać do pracy.
– Wracam do domu, Joe – oznajmiła. Skinął głową.
– Jak się tam dostaniesz? Brian cię tu przywiózł, tak?
JuŜ prawie o tym zapomniała.
– Pójdę piechotą.
– Nie o tej porze. – Wrócił rycerz w lśniącej zbroi. – Zajrzę do środka i spytam, czy ktoś
poŜyczy mi samochód.
– Nie trzeba. Jest tu samochód Grace. Poproszę, Ŝeby mnie podwiozła. Mogę chwilę
poczekać, jeśli nie jest jeszcze gotowa do wyjścia A ty idź spać, jeśli chcesz. – Spojrzał na nią
bez słowa, a potem przeprosił za nich oboje. – Chyba jesteśmy zmęczeni.
– Chyba tak. – Próbowała powiedzieć to obojętnie, ignorując reakcję swojego ciała:
miękkie nogi, nierówny oddech.
Joe ruszył prosto do swojego pokoju przez werandę, udając, Ŝe robi to bez wysiłku.
Christina od razu znalazła Grace, która śmiała się głośno, stojąc z trójką kolegów. Mimo to
chętnie opuściła przyjęcie, kiedy Christina poprosiła ją o podwiezienie.
– Więc Joe... nie wraca? – spytała. – No wiesz, na przykład, Ŝeby naprawić ogrodzenie?
Christina przygryzła wargi i westchnęła.
– Myślę, Ŝe to była zła rada, Grace.
– Och, do diabła, tak? – Grace wydawała się zaskoczona. – Jak mogła być zła? Sama
widziałaś, Ŝe wyglądał jak duch, kiedy wisiał nad tymi drinkami. Emily twierdzi, Ŝe cały
tydzień był taki, w totalnym dole. Bardzo mi przykro. Nie powinnam się wtrącać, prawda?
– Kiedy ja chciałam to właśnie usłyszeć, Grace, tyle Ŝe on był jakiś taki cholernie
szlachetny i zdeterminowany, Ŝeby uratować mnie przed sobą, a ja jestem... – Urwała. –
Wściekła?
Nie powinna być wściekła.
– Nie, tylko otępiała – poprawiła się.
– MoŜe zostanę u ciebie na noc? Mogę spać na kanapie. Jak będziesz chciała z kimś
pogadać...
– Grace, tak się o mnie martwisz?
– Trochę się martwię. Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie sypiała. Jakoś tak niewyraźnie.
– Niewyraźnie?
– To fachowe określenie. Christina zaśmiała się.
– Byłoby miło, gdybyś została. W domu nie będzie tak pusto. Ale moŜesz spać w pokoju
Joego... – Urwała i poprawiła się: – W wolnym pokoju. ŁóŜko jest posłane.
Poprzedniego dnia wyprała pościel, a potem przygotowała pokój dla Megan, choć ta
miała się wprowadzić dopiero za parę dni.
– A czy mogę liczyć na gorącą czekoladę i herbatnika?
– Na wypadek, gdybym musiała się jeszcze raz wypłakać na ramieniu cioci Grace?
– Musisz przyznać, Ŝe moje ramię wspaniale się do tego nadaje.
Grace spędziła noc u Christiny. Christina wstała w lepszym nastroju, ale gdy tylko dotarła
do łazienki i odkręciła tubkę z pastą, zaczęła wymiotować. Nie zamknęła nawet drzwi
łazienki.
W takich małych drewnianych domkach jak jej jest doskonała akustyka. Christina
wypłukała usta wodą, bo pasta miała dla niej zbyt mocny zapach. Wycierała właśnie twarz
ręcznikiem, zastanawiając się, skąd te nudności, i dlaczego męczą ją od kilku dni, kiedy w
drzwiach pojawiła się Grace.
– Co się stało? Wszystko w porządku?
– Nie wiem – odparła, choć coś ją tknęło.
– DuŜo wczoraj piłaś?
– Pół szklanki wina z Brianem. Sok cytrynowy na przyjęciu.
Grace zadała przyjaciółce jeszcze dwa pytania.
– Jestem połoŜną, a ty lekarzem – powiedziała potem. – Co myślisz?
Wymieniły spojrzenia.
– NiemoŜliwe – stwierdziła Christina.
– Nie?
Grace zadała kilka kolejnych pytań. Christina zaprzeczyła, tym razem bardziej
stanowczo.
– Zrobimy test – zasugerowała Grace. – Lecę do apteki. – Spojrzała na zegarek. – JuŜ
otwarta. – W Crocodile Creek była tylko jedna apteka, więc pracowała od rana do wieczora. –
Minęła siódma. O której masz być na lotnisku?
– O ósmej. Mamy przewieźć jednego pacjenta rano, a drugiego po południu.
– Znowu będziesz wymiotować?
– No.
– Kupię ci suchary. Czy owoce?
– Suchary. I wodę.
Grace przyniosła z kuchni herbatniki i szklankę wody, po czym wyszła z domu.
Herbatniki i woda pomogły. Christina poczuła się lepiej. Zdołała wziąć prysznic, wytarła się,
zjadła jeszcze jednego herbatnika i spojrzała na siebie w lustrze. Wyglądała jak zwykle. Z
twarzy nie mogła rozpoznać, czy jest w ciąŜy. Ale pewnie była w ciąŜy.
Miesiąc temu miała problemy z Ŝołądkiem. Trwało to tak krótko, Ŝe nie sądziła, Ŝe moŜe
mieć to wpływ na działanie środków antykoncepcyjnych, a jednak...
O BoŜe, o czym ona myślała przed miesiącem? śe wymusi coś na Joem, jeśli zajdzie w
ciąŜę? Owszem, myślała, Ŝe zegar biologiczny tyka, ale nic więcej.
Dotknęła piersi, przypominając sobie, Ŝe poprzedniego wieczoru Joe je obejmował. Czy
były pełniejsze? MoŜe trochę. Grace wróci za moment z testem, i juŜ po paru minutach będą
znać wynik. Ubrała się szybko, głowa pękała jej od pytań.
Oczywiście musi poinformować o tym Joego, ale równocześnie powiedzieć mu jasno, Ŝe
niczego od niego nie oczekuje.
Na jej podjeździe zgasł silnik volkswagena, a pół minuty później otworzyły się drzwi
frontowe.
– Mam. – Grace wpadła do sypialni Christiny i podała jej papierową torebkę z apteki. –
Przygotuję ci śniadanie. Grzanka i herbata.
– Zupełnie jak na BoŜe Narodzenie. Grace policzyła miesiące na palcach.
– No, wtedy juŜ nie będę musiała cię pytać o wynik testu.
Kiedy Christina wróciła z łazienki, Grace i tak nie musiała jej o nic pytać. Wszystko
miała wypisane na twarzy.
– O rety! No nie – przejęła się Grace. – Muszę cię uściskać. Och, to takie... wielka chwila.
– Tak – przyznała Christina, drŜąc.
Nie miała pojęcia, co to dla niej znaczy, jak zmieni to jej plany. Nie była w stanie się
skupić. Wydawało jej się, Ŝe to niemoŜliwe. ChociaŜ zawsze pragnęła zostać matką, inaczej to
sobie wyobraŜała.
– Christina?
– Tak? – Była bardzo daleko.
– Kiedy powiesz Joemu?
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Zawracamy?
Christina spojrzała na Jill i zobaczyła to samo pytanie na twarzy starszej pielęgniarki. To
miał być rutynowy transport ze szpitala do domu. Na pokładzie mieli chłopca mieszkającego
na odległej farmie bydła.
Ben skończył dziewięć lat. Lekarze załoŜyli mu gips od palców stopy do biodra. Chłopiec
złamał sobie kość udową podczas upadku z konia. Powitał ich szerokim uśmiechem, tuŜ po
lunchu, poniewaŜ był szczęśliwy, Ŝe opuszcza szpitalne łóŜko i wraca do rodziny. Jego mama
teŜ wyglądała na szczęśliwą, ściskała go i pakowała prezenty, które otrzymał z Ŝyczeniami
powrotu do zdrowia.
– Tyle czekolady. Balony są piękne, ale... Co z tym wszystkim zrobić?
– Nie wolno brać balonów do samolotu – powiedziała jej Christina.
Po czterdziestu minutach lotu Ben Cartwell przestał się uśmiechać, a Judy Cartwell
zapomniała o balonach.
– Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje – powiedziała spiętym głosem, ściskając rękę
syna. – Spróbuj normalnie oddychać, Ben, spróbuj się uspokoić.
Atak astmy zaskoczył ich wszystkich. Kiedy lekarz w szpitalu pytał panią Cartwell o
choroby syna, wspomniała o łagodnej astmie. Ale ten atak nie był łagodny.
Szybko musieli dać chłopcu maskę i dawkę ventolinu, które co prawda pomogły, lecz
niedostatecznie.
– Tak jeszcze nigdy nie było – oznajmiła pani Cartwell. – Ben, nie bój się, kochanie.
Turbulencja zakołysała samolotem. Christinie nie spodobał się ten niespodziewany ruch
tak samo jak Benowi, i zaczęła Ŝałować, Ŝe nie wzięła ze sobą zapasu herbatników, które
Grace znalazła rano w spiŜarni.
Joe jeszcze nie miał pojęcia ojej ciąŜy. Nie wiedziała, kiedy znajdzie okazję, by go o niej
poinformować, i czuła się z tym fatalnie. Miała za duŜo czasu, by zaplanować sobie rozmowę,
która w rzeczywistości będzie wyglądać inaczej, poniewaŜ tak zawsze jest z waŜnymi
rozmowami.
– Od tego się zaczęło – wyjaśniła cicho Jill. – Przestraszył się, strach wywołuje u niego
ataki.
– Glenn? – rzekła Christina do słuchawki. – Co się dzieje? Jakie warunki? Czeka nas
jeszcze coś niemiłego?
– Chyba tak – odparł. – Spróbuję polecieć wyŜej. Jill i Christina wymieniły spojrzenia.
– Co się stało? – chciała wiedzieć matka Bena. Ogarnęła ją panika, chociaŜ starała się to
przed synem ukryć.
– Jak się czujesz, Ben? – spytała Jill. Jej głos zawsze łagodniał, kiedy zwracała się do
dzieci. – Lepiej ci się oddycha? – Jako doświadczona pielęgniarka, a takŜe szefowa
pielęgniarek, rzadko latała, ale lubiła robić to od czasu do czasu, by trzymać rękę na pulsie,
jak mówiła.
Grace miała wolne tego dnia, więc Jill zdecydowała, Ŝe sama zajmie się transportem
dwóch pacjentów, zamiast wysyłać którąś z młodszych pielęgniarek. Teraz Christina była
wdzięczna losowi, Ŝe tak się właśnie stało.
Nikt nie chciał bez waŜnego powodu zawracać, poniewaŜ mieli określony budŜet, zwykle
zbyt mały, a latanie jest kosztowne. Z drugiej strony...
Ben pokręcił głową w odpowiedzi na pytanie Jill. Nie mógł mówić. Pani Cartwell jęknęła.
Christina przyłoŜyła stetoskop do klatki piersiowej Bena. Cisza. MoŜna by pomyśleć, Ŝe
ś
wiszczący oddech minął i stan chłopca się poprawia. Ale Christina wiedziała lepiej.
– Glenn, zawracamy! – zawołała. – Natychmiast! Ben, kochanie, dzisiaj jeszcze nie
wrócisz do domu. Wiem, Ŝe jesteś rozczarowany.
Ale w tej chwili chłopiec był zbyt zestresowany i przeraŜony, by się tym przejmować.
Połowę twarzy zakrywała mu maska. Jego stan pogarszał się szybko. Walcząc z falą mdłości,
Christina zmierzyła mu tętno, które wynosiło prawie sto czterdzieści uderzeń na minutę.
Coraz gorzej oddychał. Jill juŜ przygotowywała ratującą Ŝycie adrenalinę.
– W dole jest płasko, Glenn? – spytała zwyczajnym tonem, ale wszyscy wiedzieli, o co jej
chodzi.
Jeśli stan Bena się nie poprawi, będą musieli go intubować, a ten zabieg moŜna wykonać
bezpiecznie tylko na ziemi.
– Płasko? Tak, głównie – odparł Glenn, powaŜnie jak zawsze. – To mój problem, nie
twój.
– Lądujemy? – spytała pani Cartwell. – Proszę mi powiedzieć, co zamierza pani zrobić z
Benem.
– Zawracamy – odparła Jill.
I obyśmy nie lądowali w środku pustkowia, dodała w myślach Christina. Miała nadzieję,
Ŝ
e to będzie normalny dzień, Ŝe na koniec dyŜuru złoŜy podpis, pojedzie z bazy do szpitala,
znajdzie Joego i czas, by z nim porozmawiać. Liczyła, Ŝe przynajmniej zdąŜy się do tego
przygotować. A teraz, nawet jeśli z Benem wszystko dobrze się skończy, będzie roztrzęsiona i
zmęczona bardziej niŜ kiedykolwiek.
Jill zaaplikowała chłopcu adrenalinę, a Christina znowu posłuchała jego płuc i podała
kolejną dawkę ventolinu. Turbulencja się zmniejszyła.
Ben oddychał lepiej, ale nadal wyglądał na mocno przestraszonego. Wydawało się, Ŝe od
celu dzielą ich jeszcze niezliczone kilometry.
– Puls trochę niŜszy – poinformowała Jill. – Sto trzydzieści. Oddech trzydzieści pięć. –
Zwróciła się głośniej do chłopca: – Ben, kochanie, jest duŜo lepiej. MoŜe jeszcze tego nie
czujesz, ale twój stan się poprawił. Dzielny chłopak.
W końcu samolot zaczął zniŜać lot i jeszcze ich wytrzęsło. Ben wzdrygał się przy kaŜdym
wstrząsie, a Christina zdała sobie sprawę, Ŝe chłopiec boi się o swoją nogę.
– Gips ją chroni – wytłumaczyła mu. – Nic złego się nie stanie.
Nie była pewna, czyjej uwierzył. Zaciskał palce na dłoni matki, aŜ kłykcie mu pobielały, i
sprawiał wraŜenie chorego ze strachu.
Po szczęśliwym lądowaniu przenieśli się z samolotu – do karetki, którą pojechali na
oddział ratunkowy.
Joe miał dyŜur tego dnia, a pacjentów nie brakowało. Odwrócił się od starszej kobiety i
zobaczył kolejny wózek, a za nim Christinę. Gestem dał jej znak, Ŝe zaraz do niej przyjdzie,
ale nie tracił czasu na uśmiech. Moje dziecko będzie do niego podobne, pomyślała nagle
Christina. Po chwili, posługując się lekarskim slangiem, wyjaśniła mu sytuację Bena.
– Chłopak ma pecha – stwierdził, kręcąc głową.
– Mama teŜ się denerwuje.
– To jasne.
Joe zbadał Bena, nie znajdując śladu sinicy. Ben był juŜ w stanie wypowiedzieć
samodzielnie całe zdanie. Mimo wszystko naleŜało podać mu doustnie sterydy i monitorować
go co najmniej przez dobę.
– Masz wreszcie święty spokój. Jesteś juŜ wolna – powiedział Joe do Christiny.
– Wiem... – odparła, świadoma, Ŝe nie jest juŜ potrzebna, kiedy Benem zajął się personel.
Musiała jednak powiedzieć Joemu, Ŝe chce z nim porozmawiać. Dojrzała nadchodzącego
Hamisha i chwyciła się ostatniej okazji:
– Musimy pogadać, Joe.
Spojrzał na nią i wreszcie się uśmiechnął.
– Wpadamy w bardzo zły zwyczaj, Tink – mruknął.
– Wiem, ale coś się dziś zmieniło.
– Mam długą zmianę. Do północy. – Następnego dnia teŜ miał pracować, a w sobotę rano
leciał do Auckland. Christina z kolei miała być pod telefonem cały weekend. Jak znaleźć czas
na rozmowę przy takim rozkładzie zajęć?
Przez kolejne trzy tygodnie nie będzie go widziała. Wiedziała z doświadczenia, Ŝe on do
niej nie zadzwoni. Trzy tygodnie to szmat czasu, kiedy dowiadujesz się, Ŝe jesteś w ciąŜy i nie
wiesz, co na to powie ojciec dziecka.
Muszę działać, postanowiła.
– Cześć, Ben – odezwał się Hamish za ich plecami. – To twoja mama? Jestem doktor
McGregor.
– MoŜesz do mnie zadzwonić do domu, Joe? – poprosiła Christina. – Daj mi znać, kiedy
będziesz miał przerwę na kolację, podjadę do ciebie.
– Zadzwonię z hotelu. Tam moŜemy się spotkać.
Musiała przystać na jego propozycję, gdyŜ w zamieszaniu panującym na oddziale nie
dostrzegła alternatywy.
Przez kilka pełnych udręki godzin czekała w domu, aŜ o dziewiątej wieczorem doczekała
się telefonu od Joego. Wiedziała, Ŝe to nie jego wina, ale to wcale nie poprawiło jej nastroju.
– Jestem juŜ u siebie. – Jakieś hałasy w tle niemal zagłuszały jego słowa. – Niestety, tu
jest głośno.
– Zaraz będę.
– Wejdź przez werandę, bo jeśli wejdziesz przez kuchnię... – Wejście przez kuchnię
groziło zaproszeniem na piwo albo na herbatę, od którego nie było ucieczki.
Joe mówił spiętym, chyba poirytowanym głosem. Być moŜe zaczął podejrzewać, Ŝe
Christina naleŜy do tego rodzaju kochanek, które po rozstaniu nie dają swoim byłym
męŜczyznom spokoju.
– Napijesz się czegoś? – spytał, kiedy dotarła na miejsce.
– Nie, dzięki.
– Kolacja jest w mikrofali. Nie mam duŜo czasu, Tink. – Powiedział to uprzejmie, ale ona
znowu poczuła się jak natręt, nawet gdy dotknął jej ramienia, jakby chciał przeprosić za swe
słowa. – NajwyŜej pół godziny.
– W porządku. Weź sobie kolację.
Skinął głową i wyszedł. Christina słyszała głosy w róŜnych częściach domu, ale miała
nadzieję, Ŝe nikt nie wie ojej wizycie. Kiedy została sama, zdawało jej się, Ŝe pokój Joego
nagle zmalał. Jej wzrok padł na kwiaty, które w niedzielę dla niego zerwała. Przywiędły juŜ, a
kiedy zobaczyła kolor wody w wazonie, Ŝołądek podszedł jej do gardła. Odwróciła wzrok i
spojrzała na łóŜko, pościelone w pośpiechu. Wyobraziła sobie w pościeli rozgrzane ciało...
– To okropne – oznajmił Joe, wchodząc do pokoju.
– Jedzenie? – Na talerzu miał jakieś mroŜone danie. Postawił je na biurku obok zwiędłych
kwiatów i nawet nie próbował jeść.
– Nie, jedzenie w twojej obecności, i to, Ŝe cię poganiam...
– Ja... – Tak jak w niedzielny wieczór, musiała to oznajmić wprost. – Ja... – Nie powie
przecieŜ: „No wiesz, za trzy miesiące będę musiała kupić sobie nowe ciuchy”. – Jestem w
ciąŜy, Joe.
– MoŜesz to powtórzyć?
Wiedziała, Ŝe ją usłyszał. Najpierw wydał jakiś niski dźwięk, potem chwycił się krawędzi
biurka. Trafił w talerz, który przechylił się i jego kolacja wylądowała na podłodze. Obydwoje
spojrzeli na to w milczeniu.
– Jeszcze się do tego nie zabrałem, a juŜ wygląda niejadalnie – zaŜartował ponuro Joe.
– Przepraszam.
Nie mogła tego znieść. Nie kolacji czy wody w wazonie, czy nawet reakcji Joego. Po
prostu zrobiło jej się niedobrze. Wybiegła na werandę, a potem do ogrodu ufundowanego
przez jednego z przodków Charlesa Wetherby’ego. Wiedziała, Ŝe Joe za nią wyjdzie, i tak się
właśnie stało. Po kilku głębokich wdechach zapanowała nad nudnościami, po czym zaczęła
się zastanawiać, czy będzie się tak męczyła przez następne dwa miesiące ciąŜy, czy moŜe to
skutek stresu i zmęczenia.
– JuŜ w porządku? – spytał.
– Chyba tak.
Usłyszawszy cięŜkie westchnienie Joego, odwróciła się do niego. Wolała zobaczyć, co
jest wypisane na jego twarzy, zamiast wyobraŜać sobie najgorsze. Nawet nie zauwaŜył liści
krzewu, które ocierały się o jego ramię, a na jego twarzy malował się szok. Był wstrząśnięty.
To chyba lepsze, niŜ gdyby udawał, Ŝe jest szczęśliwy.
– Powiedz coś – poprosiła.
– Jestem trochę oszołomiony.
– Tak. I co jeszcze? – Zabrzmiało to wrogo, zbyt agresywnie. Nie czekając na odpowiedź,
podjęła: – Ja teŜ byłam oszołomiona.
– Skoro tak, to pewnie nie... Wiedziała, co miał na myśli.
– Nie zrobiłam tego celowo.
– Niczego nie sugeruję, Christino. Czuła, Ŝe musi być szczera aŜ do bólu.
– Masz prawo tak podejrzewać – powiedziała, widząc, Ŝe zmruŜył oczy. – Pamiętasz, Ŝe
miałam rozstrój Ŝołądka? Gdybym była mądra, wzięłabym następnego ranka pigułkę po.
– Myślałaś o tym? Pokiwała głową.
– Wracając z lotniska. Ale uznałam, Ŝe ryzyko jest minimalne. – Nabrała powietrza. – A
potem pomyślałam, Ŝe nawet gdyby tak się stało, to nie byłoby wcale takie straszne.
Ale to jest straszne, prawda, Joe?
– Więc wiedziałaś o tym w niedzielę, kiedy po mnie przyjechałaś? – Zaczął drzeć liść z
mechaniczną precyzją.
– Niejasne, Ŝe nie. Ani kiedy ci powiedziałam, Ŝe załatwiłam ci pokój w hotelu.
– Zostawiłaś to sobie na później?
– Zostawiłam na później? – powtórzyła, nie do razu rozumiejąc. – Och, na Boga. Niby
jako co? Ostatnią deskę ratunku?
Joe znowu westchnął głośno.
– Źle to zabrzmiało, co?
– Tak, bardzo. Jeśli naprawdę sądzisz, Ŝe ja..
– Chcesz manipulować? – wtrącił. – Nie.
– To dlaczego tak mówisz?
– PoniewaŜ biorę to wprost, Tink. Nie sądzę, Ŝebyś chciała, Ŝebym udawał. Powiedz mi...
co myślisz i czujesz. Czego się spodziewasz? – dodał niechętnie.
– Niczego od ciebie nie oczekuję. Jedynie wsparcia mojej decyzji, Ŝeby urodzić to
dziecko. Ja nie musiałam się długo nad tym zastanawiać.
– Wiesz dobrze, Ŝe ja walczę, Ŝeby utrzymać się na powierzchni.
– Wiem. Jesteś przeraŜony, nie chcesz tego. Wyrzucił porwane liście i zaczął chodzić tam
i z powrotem. Christina podeszła do niego, po czym usiedli razem na ogrodowej ławce. Joe
pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Z początku nic nie mówił. Christina zrozumiała, Ŝe
musi uzbroić się w cierpliwość.
– Kiedy urodziła się Amber, miałem szesnaście lat – zaczął w końcu. – Byłem dość
dorosły, Ŝeby zdać sobie sprawę, Ŝe coś jest nie tak. Amber była mała i miała taką dziwną,
zabawną twarz. Miała juŜ rurkę tracheotomiijną, i przypominała... – Potrząsnął głową.
– Kiedy miałem siedem czy osiem lat – podjął – uratowałem małe ptaki, które wypadły z
gniazda, i do których skradał się kot. Były róŜowe i bez piór, i oczywiście zdechły.
Postanowiłem, Ŝe nie pozwolę, Ŝeby to samo przytrafiło się Amber. Jej twarz przypominała
mi tamte ptaki. Czułem, Ŝe muszę się nią zaopiekować. Jeden z moich najlepszych przyjaciół
powiedział, Ŝe jest opóźniona w rozwoju, i oberwał za to ode mnie. Cztery razy w brzuch. To
pewnie nie tłumaczy, dlaczego teraz tak zareagowałem.
Obrócił się do niej, dotykając jej ramienia.
– Nie wiem – odparła Christina bliska łez. – Wiem tylko, Ŝe miałeś dwa lata, Ŝeby
opowiedzieć mi te wszystkie historie. A teraz oczekujesz, Ŝe nadrobię to w dwa dni,
zrozumiem ciebie, twoje Ŝycie i twoją przeszłość. Nigdy nie widziałam, gdzie Ŝyjesz, nie
znam twojej rodziny, nigdy dotąd o tym nie słyszałam. Zbyt wiele ode mnie wymagasz, Joe.
– Tak, właśnie tego między innymi chciałem uniknąć.
– A czego jeszcze?
– Strasznego małŜeństwa, takiego jak mojej matki. Ciągłej gotowości, Ŝeby dać sobie
uciąć za kogoś rękę.
Przez kilka pierwszych lat Ŝycia Amber co i rusz zastanawiałem się, czy to juŜ dzisiaj?
– UwaŜasz, Ŝe musiałbyś dać sobie uciąć za mnie rękę? Za dziecko?
Długo jej nie odpowiadał.
– Jestem zmęczony – rzekł w końcu.
Poza tym musiał wracać do szpitala. ZdąŜył zjeść tylko kanapkę z masłem orzechowym,
poniewaŜ jego kolacja wciąŜ leŜała na podłodze.
– Idź, ja posprzątam – powiedziała Christina.
– Zostaw to. Będę zły, jak to zrobisz. A zatem nie posprzątała.
Gdy wrócił do pokoju po północy, jego kolacja wciąŜ leŜała na podłodze. Spojrzał na nią,
odkleił talerz i spróbował sobie przypomnieć, jakie składniki były wymienione na
opakowaniu gotowego dania. Nie pamiętał. Zebrał je papierowymi ręcznikami i wrzucił do
kosza na śmieci. Potem kilka razy przejechał podłogę gąbką.
Ten wieczór był na oddziale dość gorący. Między innymi pojawił się pijany męŜczyzna o
dość wybuchowym temperamencie oraz chłopak, który przedawkował heroinę. Ben został
umieszczony na oddziale pediatrycznym. Jego stan uległ co prawda znacznej poprawie, ale
wciąŜ zastanawiano się, kiedy wypuścić go do domu. Na myśl o kolejnym locie bardzo się
denerwował.
Joe zajrzał teŜ do Jima Coopera, chociaŜ teraz był on pacjentem Giny. Przytrafiła mu się
drobna infekcja, która opóźniała jego powrót do zdrowia. Honey dzieliła swój czas między
męŜa i córkę, nie wspominając męŜowi na razie o wnuku. Bardzo niepokoiła się teŜ o
zwierzęta na farmie.
Po długim dniu pracy Joe był głodny, ale nie miał juŜ ochoty na gotowe danie. Poszedł do
kuchni, gdzie akurat było cicho i pusto. Zajrzawszy do lodówki, znalazł w niej kawałek sera
cheddar. Zostało nawet trochę chleba. Postanowił zrobić sobie grzankę z serem.
Nie lubił takiego wspólnotowego Ŝycia, nawet jeśli szanowano tu swoją prywatność i
respektowano pewne granice. Ale on potrzebował prywatności i samotności, której nie mógł
znaleźć w takim miejscu. Chciał teŜ mieć pewność, Ŝe jeśli zostawi trzy kawałki zimnej pizzy
w lodówce, zastanie je tam następnego dnia, kiedy przyjdzie po długim dyŜurze ze szpitala.
Jego Ŝycie było trudne, a więc starał się ułatwiać je sobie, kiedy tylko mógł, nawet jeśli
dotyczyło to drobiazgów, choćby kolejnego posiłku.
Za długo wymagał od siebie zbyt wiele. Podczas studiów juŜ pracował, a teraz w
Auckland w ciągu trzech tygodni przyjmował tylu pacjentów, co inni lekarze w miesiąc.
W czasie dwóch lat znajomości z Christiną udawał swobodę i beztroskę. I tak dobrze się z
tym czuł. W swoim prawdziwym Ŝyciu nie znajdował miejsca na beztroskę, choć bardzo tego
Ŝ
ałował.
– Co tutaj tak pachnie? – usłyszał głos Mike’a.
– Mogę zrobić więcej – zaproponował natychmiast Joe, nie przyznając, Ŝe woli jadać
sam.
– Nie trzeba, przyszedłem tylko po wodę. – Mike znalazł dzbanek zimnej wody w
lodówce i szybko wyszedł z kuchni.
Za trzydzieści godzin Joe miał lecieć znów do Auckland. W poniedziałek rano
spodziewali się go tam pacjenci, których przyjmował od dziewiątej rano do siódmej
wieczorem. Pod koniec tygodnia Amber czekała wizyta lekarska w sprawie operacji szczęki.
WciąŜ istniała wątpliwość, czy równocześnie usunąć Amber rurkę tracheotomijną, a Joe
przypuszczał, Ŝe Geoff będzie się przy tym upierał. A tu, w Crocodile Creek, jego dziecko
będzie rosło w brzuchu Christiny. Czy będzie zdrowe? Musi w to wierzyć. Nie moŜe Ŝyć w
strachu przez siedem miesięcy.
Czuł się, jakby ktoś rozdzierał go na pół, i nienawidził losu za to, Ŝe tak się z nim obszedł.
Znalazł się w takiej sytuacji, poniewaŜ tak bardzo pragnął czegoś, co będzie proste i dobre,
relaksu i rozrywki, a tymczasem spadła na niego jeszcze większa odpowiedzialność.
Nawet jeśli przestanie przyjeŜdŜać do Crocodile Creek i nigdy nie zobaczy Christiny ani
dziecka, zawsze będzie o nich myślał. Będzie się zastanawiał, czy urodził się chłopiec czy
dziewczynka. Czy zostanie artystą czy naukowcem. Zawsze będzie Ŝył ze świadomością, Ŝe
któregoś dnia Christina albo dziecko mogą zechcieć nawiązać z nim kontakt. Nie miał
pojęcia, co robić.
Był kompletnie zagubiony.
Christina nie była w stanie zasnąć, niezaleŜnie od zmęczenia. Znalazła w spiŜarni paczkę
solonych chipsów. Sól pomogła jej opanować mdłości, ale nie stres.
Nie Ŝartowała, rozmawiając z Joem. Ich sytuacji nie zmieniał fakt, Ŝe Joe tak wiele przed
nią ukrył.
A streszczenie jego dotychczasowego Ŝycia i parę anegdot jej nie wystarczały.
Usiadła do komputera i zaczęła szukać w Internecie informacji na temat zespołu Treacher
Collinsa. Poprzednio przeglądała całą sieć, teraz kliknęła na strony z Australii. Nagle,
przejrzawszy kilka stron, ujrzała na ekranie uśmiechniętą twarz Joego, który obejmował
kilkunastoletnią dziewczynkę.
To była Amber. Ona takŜe się uśmiechała, a rurkę tracheotomijną przytrzymywał biały
pasek, który wyglądał jak kołnierz. Christina miała wraŜenie, Ŝe śni. Nie mogła uwierzyć, Ŝe
trafiła na Joego i jego siostrę w taki sposób. Dlaczego nie wspomniał jej o tej stronie?
Dlaczego nie powiedział słowa na temat wiersza, który Amber napisała? Wiersz nosił tytuł:
„Jestem trochę inna” i opisywał jej uczucia i codzienne zajęcia, które nie róŜniły się od uczuć
i zajęć innych nastolatek, tylko od czasu do czasu pojawiały się w nich elementy, które
zdecydowanie ją wyróŜniały.
„Kiedy budzę się w nocy z przeraŜającego snu, krzyczę. Ale mój krzyk jest niemy, mój
oddech nie porusza moich strun głosowych”.
Christina przeczytała cały wiersz i patrzyła na Joego i Amber, aŜ ekran zgasł. Nie
wiedziała, jak długo by tak siedziała, gdyby miała wciąŜ przed oczami to zdjęcie. Całą noc?
Wiedziała za to, co chce zrobić. Nie była pewna, w jakim stopniu pomoŜe jej w tym Charles
Wetherby. Postanowiła spotkać się z nim z samego rana, jeśli tylko będzie wolny.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Ranek był o wiele bardziej świeŜy niŜ Joe, który szedł właśnie do szpitala po siedmiu
godzinach przerwy. W jednej ręce trzymał kubek kawy, w drugiej kawałek starego ciasta. W
kuchni hotelu lekarzy kręciło się zbyt duŜo ludzi, którzy przygotowywali sobie śniadanie, a
on chciał uciec od pytań tych wszystkich, którzy dobrze mu Ŝyczyli.
W cichy sobotni ranek słyszał szum fal w zatoce i papugi skrzeczące na gałęziach.
Dobiegł go jeszcze jeden dźwięk, który rozpoznał dopiero po kilku sekundach. Był to niski
warkot helikoptera ratunkowego.
Zobaczył go, jak wznosi się nad budynkiem szpitala i kieruje się w stronę turkusowego
oceanu. Helikopter wisiał na niebie w sposób, który przypomniał Joemu, jak bardzo cieszył
się, Ŝe podczas dwóch lat pracy w Crocodile Creek musiał nim lecieć tylko dwukrotnie.
Christina łatała nim prawie kaŜdego tygodnia. I pewnie teraz takŜe.
Jego problemem nie był strach, tylko zaufanie. Christina miała więcej zaufania – do
umiejętności innych ludzi, ich dobrych intencji, ich siły. Wierzyła teŜ w niego bardziej niŜ on
sam. Czasami myślał, Ŝe o wiele za bardzo.
Tymczasem helikopter znalazł się juŜ nad oceanem. Wielka Rafa Koralowa leŜała jakieś
trzydzieści kilometrów od brzegu. W mniej niŜ jednej trzeciej tej odległości znajdowała się
wyspa Wallaby, jeden z najpopularniejszych ośrodków turystycznych regionu. Był akurat
szczyt sezonu, ludzie przyjeŜdŜali z południa, gdzie zima była o wiele sroŜsza. Być moŜe tam
właśnie leciał helikopter, lub na inną wyspę turystyczną dalej na północ albo południe. Kiedy
Joe wszedł głównym wejściem do budynku, helikopter prawie zniknął mu z oczu.
Zaczął od porannego obchodu, spodziewając się, Ŝe spędzi dzień na oddziale
ratunkowym. Na pediatrii Cal Jamieson oglądał właśnie bliznę po wycięciu wyrostka.
– Nie trzeba mu juŜ podawać morfiny – powiedział pielęgniarce. – Wygląda dobrze.
Ben leŜał na sąsiednim łóŜku; oddychał juŜ lepiej niŜ poprzedniego popołudnia. Joe
poprosił jego matkę, by następnego dnia podała chłopcu środek uspokajający, zanim wspomni
mu o locie do domu.
Potem zobaczył dwoje starszych ludzi kierujących się w stronę oddziału ratunkowego.
Georgie Turner dorwała go po drodze. Jej krótkie ciemne włosy błyszczały. Wyglądała na
osobę, która ma zadziwiająco duŜo energii jak na samotną matkę, która jest regularnie
wzywana o róŜnych godzinach, by przyjąć na świat cudze dzieci.
Na przykład dziecko Christiny za siedem i pół miesiąca?
Czy on przy tym będzie? Czy tego chce?
– Joe, posłuchaj. Christina miała dziś rano pokazać Megan i jej matce pokój –
powiedziała Georgie – ale musiała lecieć na wyspę.
– Chyba nie Wallaby?
– Nie, jeszcze dalej. Nie wiemy, ile im to zajmie.
– Widziałem helikopter – potwierdził Joe. – Nie tak dawno.
– Dzwoniła i zostawiła dla ciebie wiadomość. Podobno wiesz, gdzie ona trzyma
dodatkowe klucze?
– Tak – odparł z zaciśniętym gardłem.
– Mógłbyś znaleźć chwilę i zabrać tam Megan i panią Cooper? Charles da ci kluczyki do
szpitalnego samochodu. Trzeba zabrać dwa pudła z darami. To nie zajmie ci więcej jak pół
godzinki. One chcą tylko rozejrzeć się i zobaczyć, czy im się podoba. A ty znasz dom.
Skinął głową, a Georgie zrobiła przepraszającą minę.
– Jest wspaniały – ciągnęła. – Jestem pewna, Ŝe Megan się spodoba.
– Nie ma problemu. Czy mam zadzwonić na oddział, jak będę gotowy?
– Świetnie. Dzięki, Joe. – śwawym krokiem odmaszerowała w stronę, z której przyszła.
Na oddziale ratunkowym Joe zlecił prześwietlenie jednemu pacjentowi, a USG drugiemu.
Kiedy wspomniał o Megan i jej matce, Emily wyjrzała do prawie pustej poczekalni i
zasugerowała:
– Jedź teraz. Spodziewamy się tylko pacjenta, który przyleci helikopterem, ale to za parę
godzin.
– Wiesz, dokąd polecieli?
– Na wyspę York, dość daleko.
A zatem Christiny moŜe nie być w szpitalu przez cały dzień. Zobaczą się dopiero po jej
powrocie z pacjentem zaatakowanym przez rekina albo teŜ niedoszłym topielcem. Wymieni z
Christiną informacje, pytania, polecenia, i co najwyŜej jedno czy dwa słowa prywatnie.
A moŜe nie zobaczą się do końca dnia. MoŜe wezwą ją znowu wieczorem, a on będzie
musiał asystować przy jakimś zabiegu. Nazajutrz o szóstej rano leciał do domu, co znaczyło,
Ŝ
e musi wstać po ciemku i po cichu wynieść się z hotelu. Do diabła, mogą się w ogóle nie
zobaczyć. A przecieŜ musi jej powiedzieć...
Co? śe nie jest sama? PrzecieŜ nie wie, ile moŜe jej obiecać. I nie chce jej okłamywać.
Poczuł na sobie zatroskany wzrok Emily.
– Wszystko w porządku, Joe?
– Tak. Masz rację. Pojadę teraz z Megan, bo potem moŜe nie być okazji.
– To dobrze, bo Christinie bardzo zaleŜy, Ŝeby to dziś załatwić.
Kiedy poszedł na oddział połoŜniczy, okazało się, Ŝe Honey wciąŜ przegląda zawartość
pudeł z darami, które przyniesiono z biura Jill.
– Nie potrzebujesz tyle tego – powiedziała córce.
– MoŜe się przydać – odparła Megan.
Wzięła do ręki maleńkie ubranko i uśmiechnęła się. Matka i córka wyglądały na duŜo
szczęśliwsze i spokojniejsze niŜ przed paroma dniami. Jackson spal w łóŜeczku. Megan
spojrzała na niego, marszcząc czoło.
– A jeśli zbudzi się i będzie chciał jeść?
– Jadł godzinę temu.
– Czasami dłuŜej nie wytrzymuje, mamo. – Jak wszystkie młode mamy wiedziała
wszystko najlepiej.
– Jest mleko w lodówce – zapewniła ją pielęgniarka. – Podamy mu.
– Jesteście gotowe? – spytał Joe. Ale Honey nadal grzebała w pudle.
– Pięć minut?
Wiedział, Ŝe powinien zadzwonić na oddział ratunkowy, by sprawdzić, czy nie jest
potrzebny. Czekając, aŜ Emily podniesie słuchawkę, dojrzał jakąś postać w szlafroku i z
kroplówką, która powoli zbliŜała się do drzwi.
To był Jim Cooper. Nikt prócz niego jeszcze go nie spostrzegł. Joe usłyszał głos Emily w
słuchawce:
– Jakiś problem?
– Jeszcze nie wyjechaliśmy.
– Nie szkodzi. Nic się nie dzieje.
– Dobra. Na razie.
– Joe?
Ale on juŜ się rozłączył, zastanawiając się, czy powinien ingerować i zapobiec
nieuchronnej konfrontacji. Jim juŜ dojrzał swoją córkę. Uśmiechał się zadowolony, Ŝe dobrze
wygląda. Wiedział, Ŝe była w jego pokoju dwa dni wcześniej, ale trzymała się na dystans,
tłumacząc to faktem, Ŝe Jim był jeszcze bardzo słaby.
– Przyjdzie do ciebie, jak nabierzesz sił – powiedziała męŜowi Honey.
– A ty mnie nie szukaj – poprosiła Megan.
Ale po dwóch dniach Jim poczuł się dość silny, by wyruszyć na spacer szpitalnym
korytarzem.
Honey w dalszym ciągu pochylała się nad pudłami.
– Kochanie? – zawołał Jim. – Stwierdziłem, Ŝe pora zobaczyć moją córkę pod... – Urwał.
Zobaczył dziecko w łóŜeczku. Pięć osób zamarło. Honey pierwsza odzyskała głos.
– Tylko się nie denerwuj, Jim. – Pospieszyła do niego. – Megan nie chciała ci nic mówić,
mnie teŜ. Urodziła go podczas rodeo, myślała, Ŝe urodził się martwy. To cud, Ŝe on Ŝyje i ma
się dobrze. Ona go zatrzyma. A my jesteśmy dziadkami. Wiedziałam, Ŝe będziesz
zachwycony. To chłopiec, Jim. – W jej tonie dało się słyszeć błaganie, by mąŜ postrzegał
dziecko tak jak ona. – Mamy chłopaka w rodzinie. Tylko się nie denerwuj.
Objęła go mocno, jakby bała się, Ŝe Jim upadnie.
– Daj mi krzesło – poprosił. – To ten chłopak, tak?
– Jack? Tak, Jack jest ojcem.
– Przegoniłem go, a jego wuj wylał go z pracy. Niech go szlag...
– Panie Cooper, niech pan się stara zachować spokój, dobrze? – wtrącił Joe.
MęŜczyzna trząsł się, a jego oddech był płytki. Zacisnął pięść i przycisnął ją do serca.
– Jim, boli pana? – spytał Joe.
– Nie, tylko nie mogę złapać tchu. To nic.
Joe nie czekał dłuŜej. W pokoju znajdowała się butla z tlenem.
– Wózek – zaordynował, przygotowując maskę. – Trzeba go przewieźć do pokoju.
Po minucie Jim siedział na wózku, a Joe stał obok.
– Idę z tobą, Jim – rzekła Honey. – Megan – dodała ciszej. – Wizyta w tamtym domu
musi poczekać.
– Wiem. Nie szkodzi.
– Doktor Farrelly chciała to dzisiaj załatwić.
– Nie szkodzi, mamo.
– Dobrze ci mówić.
Jim oddychał głośno przez maskę.
– Czy on sobie zdaje sprawę – spytała Megan – czy on rozumie? Czy rozumie, Ŝe nie
wracam do domu?
– Nawet nie zobaczyłem dobrze tego małego – skarŜył się Jim kilka minut później, leŜąc
w swoim łóŜku.
– Jim...
– Wiem. Słyszałem, wiem, Ŝe to koniec. Wiem, Ŝe nie damy sobie rady we dwójkę i
wiem, Ŝe ona nie wróci, dopóki ten mały nie nabierze siły, a wtedy będzie za późno.
– Ona uwaŜa, Ŝe złamała ci serce. Tak bardzo bała się powiedzieć ci prawdę. Nie
pozwoliła mi, Ŝebym cię jakoś przygotowała. Dała mu na imię Jackson... Ona chyba
naprawdę kocha tego chłopaka Ransomów.
– Wiele dobrego jej z tego nie przyjdzie, skoro nie pokazał się od pół roku.
Honey zamilkła, spuściła głowę.
– Tak, to zawód.
– Jak tylko będziemy mogli, wystawimy gospodarstwo na sprzedaŜ. Nie dostaniemy za
nie duŜo, ale osiedlimy się w mieście. Znajdę jakąś pracę. To nie koniec świata. Czy Megan o
tym wie?
– Jim, ona myśli, Ŝe złamała ci serce.
– Nie, Honey – odrzekł Jim zachrypniętym głosem.
– Moje serce zostało złamane dawno temu.
Joe kończył właśnie notatki na temat stanu zdrowia Jima, kiedy Charles wpadł zobaczyć
się z przyjacielem z dzieciństwa.
– Słyszałem, Ŝe znowu nieźle nas nastraszyłeś – zauwaŜył.
– Ktoś musi dbać, Ŝebyście się nie nudzili, Charlie – odparł Jim.
– Wierz mi, i tak nie brakuje nam zajęć.
Jim uniósł kąciki ust w półuśmiechu. Zaraz potem Joe zobaczył, Ŝe twarz Jima pobladła.
– Ty tutaj!
Charles odwrócił się, ale zanim zdąŜył zareagować, Philip Wetherby, który właśnie stanął
w progu, zwrócił się do brata:
– Próbowałem dogonić cię na korytarzu, ale poruszałeś się na wózku za szybko, a ja
jechałem tu pół nocy. Wołałem do ciebie, ale nie słyszałeś.
– Czy Lynley cię wysłała?
– Nie, do diabła. Pomyślałem, Ŝe musimy pogadać.
– Prawda. Innymi słowy, nie w obecności twojej Ŝony?
– Tak.
– Chcesz rozmawiać ze mną w biurze? Młodszy Wetherby zawahał się.
– A zresztą, jeśli masz mi coś do powiedzenia, moŜesz to zrobić tutaj.
– Potem cię znajdę – rzekł szybko Joe, ale Charles chwycił go za rękę.
– Zostań, jeśli moŜesz – poprosił. – MoŜe nam się przydać świadek.
– Jasne – zgodził się Joe.
– Dzięki. – Charles przeniósł wzrok na brata. – Mów, Philip.
Philip zacisnął swoje i tak wąskie wargi.
– To proste. Przyjechałem ci powiedzieć, Ŝe wygrałeś.
Charles tylko uniósł brwi.
– Wiesz, o czym mówię. Nie ma potrzeby wymuszać sprzedaŜy domu. Zrobię to, co
naleŜy.
– Słuchasz tego, Jim? – spytał Charles.
– Tak, ale chcę to usłyszeć jeszcze raz głośno.
– Dam ci dostęp do wody, Jim. – Odwrócił się do brata. – Ale nie powiem Lynley, Ŝe to
nie Jim nacisnął spust. Ani nikomu innemu. Ty i Jim zawsze przyznawaliście, Ŝe teŜ jesteście
winni. Wszyscy jesteśmy winni. Miałem trzynaście lat! I nie macie racji, uwaŜając, Ŝe
naleŜało to załatwić po śmierci taty. Wtedy to juŜ była przeszłość.
– Nie dla Cooperów. A ty nie odwołałeś kary, którą wymierzył im ojciec. Tak, przyznaję,
Ŝ
e chroniliśmy takŜe własne tyłki, poniewaŜ wiedzieliśmy, Ŝe odwet taty moŜe być duŜo
gorszy, jeśli dowie się, Ŝe byliśmy tacy nierozsądni. Ojciec miał wybuchowy charakter. Ale
kiedy zmarł, jego pozycja w społeczności nie była juŜ wymówką, Philipie.
– Czy musimy wciąŜ do tego wracać? Powiedziałem, Ŝe zrobię, czego chcesz, o ile moja
Ŝ
ona się nie dowie.
– Z powodu jej pozycji społecznej?
– Mniej więcej.
– Dostęp do wody to nie wszystko. Dziesięć lat temu to by wystarczyło, ale teraz juŜ nie.
Wetherby Downs ofiarują Jimowi i Honey wszystko, czego będzie im trzeba, Ŝeby znów
stanęli na własnych nogach, albo uprę się przy sprzedaŜy farmy. Bydło, sprzęt i tak dalej, aŜ
zaczną zarabiać. I jeszcze jedno.
Philip przycisnął pałce do oczu.
– Ciągle ci mało?
– To nie ma związku z twoim ego – obiecał Charles łagodnym tonem. – Chciałbym,
Ŝ
ebyś się dowiedział, gdzie jest ten nasz krewniak.
– Masz na myśli Jacka?
– Tak, chodzi o syna Celii – powiedział Jim. – Jacka Ransome’a.
– Urodził się i wychował w Sydney – odparł Philip. – Celia wspomniała mi, Ŝe chciał
zostać zaganiaczem bydła i pytała, czy mogę go przyuczyć. – Potrząsnął głową. – Nie moŜesz
mnie obwiniać za to, co zrobił twojej córce, Cooper. Oboje mieli ponad osiemnaście lat.
– Tak, a teraz oboje są rodzicami. – Oczy Jima zabłysły nadzieją. – MoŜesz nas nazwać
naiwnymi, Philip, ale to wielka róŜnica. Chcemy, Ŝeby wiedział o dziecku.
Lecąc z powrotem do Crocodile Creek, Mike Poulos przekazał bazie informację na temat
pacjentki, którą wieźli. Była to trzydziestoczteroletnia kobieta w pierwszych tygodniach
ciąŜy, która spędzała wakacje z męŜem. Kobieta przeszła niedawno zapalenie jajowodów.
Mike otrzymał potwierdzenie, Ŝe doktor Turner będzie czekała na nich na chirurgii.
Sądzili bowiem, Ŝe to ciąŜa pozamaciczna. Wszystkie symptomy na to wskazywały.
Christina przekazała kobiecie złe wieści, a pacjentka i jej mąŜ bardzo się zmartwili, gdyŜ
dziecko było upragnione i zaplanowane, a poza tym w takiej sytuacji kaŜda kolejna ciąŜa
stanowi ryzyko.
Christina, myśląc o własnej ciąŜy, bardzo im współczuła, ale nie pomogłaby im, dzieląc
się z nimi swoją historią.
Podczas lotu moŜliwości leczenia są bardzo ograniczone, a zatem przede wszystkim zajęli
się stanem psychicznym kobiety. Poza tym Christina podała jej tlen, środek przeciwbólowy i
podłączyła kroplówkę.
– JuŜ niedługo – uspokajała pacjentkę, widząc znajomą linię brzegową.
Joe, który pracował akurat na oddziale ratunkowym, usłyszał warkot helikoptera.
– Wiemy, co się stało? – spytał Emily. Pielęgniarka nie podniosła wzroku znad notatek.
– Pytasz o helikopter, którym leci Christina? Okazało się, Ŝe to ciąŜa pozamaciczna.
Georgie będzie operować, a Jill asystować. Nie wiem, kto jeszcze.
Nagle cały świat zachwiał się pod jego stopami. Joemu zrobiło się ciemno przed oczami.
Emily zamilkła, a on zdał sobie sprawę, Ŝe patrzy na niego z niepokojem.
– BoŜe, nic ci nie jest? – Poderwała się na nogi.
– Nic. – Odetchnął głęboko, Ŝeby przestało mu się kręcić w głowie. – To nic.
Na szczęście sytuacja wyjaśniła się w ciągu kilku sekund. To nie Christina jest w ciąŜy
pozamacicznej, tylko jej pacjentka. Ale ten krótki moment, kiedy sobie wyobraził...
– Wyglądasz, jakby ci całe Ŝycie przemknęło właśnie przed oczami – zauwaŜyła Emily.
– Bo tak było. Ale juŜ minęło. – Zaczął zabawnie wymachiwać rękami. – Widzisz?
Nie chciał juŜ o tym mówić. Przez ten skok adrenaliny czuł się rozdygotany i
rozdraŜniony. Podczas dwóch sekund, kiedy opacznie zrozumiał słowa Emily, w myśli
odwołał lot do domu, dzwonił do pracujących z nim lekarzy, by go zastąpili, a nawet
postanowił przesunąć wizytę Amber w sprawie kolejnej operacji. NajwaŜniejsza jest
Christina. A równocześnie poczuł cięŜar odpowiedzialności. Czy jednak Christina pozwoli
mu wziąć tę odpowiedzialność, skoro dał jej jasno do zrozumienia, Ŝe dla niego to tylko
dodatkowy balast?
– Wyskoczę na dwie minuty na kawę – rzekł do Emily.
– Na pewno nic ci nie jest?
– Wszystko będzie w porządku. – O ile znajdzie czas, Ŝeby porozmawiać z Christina.
– Jadłeś lunch?
– Jeszcze nie.
– To zjedz, Joe.
– Dobrze.
– Ta pacjentka pojedzie prosto na stół. Jeśli chcesz pogadać z Christina, będzie wolna za
parę minut.
– Czemu sądzisz, Ŝe chcę pogadać z Christina? – O BoŜe, jeśli wszyscy juŜ wiedzą, to
okropne.
– Bo wołałeś ją, Joe. Nie słyszysz, co mówisz?
– Nie.
– Przed chwilą, kiedy wspomniałam ci o tej pacjentce. Zabrzmiało to, jakby to było twoje
ostatnie tchnienie.
Jego ostatnie tchnienie. W ciągu kolejnych piętnastu godzin Joe nie mógł juŜ doliczyć się
tych ostatnich tchnień. Stwierdził, Ŝe to jakaś kara. Nie rozmawiał z Christina przez dwa lata,
w kaŜdym razie nie o tym, co chciała. A teraz niczego tak nie pragnął jak rozmowy, ale ich
ś
cieŜki po prostu się nie skrzyŜowały.
Został wezwany na oddział ratunkowy, by zająć się poparzonym męŜczyzną, a kiedy
skończył, Christina leciała znów helikopterem. Liczył na wolny wieczór, ale Charles poprosił
go, by został dłuŜej w szpitalu.
– Mamy drobne zamieszanie. Nie będę cię zanudzał szczegółami – powiedział.
– Nie ma sprawy, Charles – odparł Joe.
Kiedy Christina wróciła z kierowcą cięŜarówki, Joe był zajęty, a gdy pomyślał o niej w
wolniejszej chwili, zastanawiając się, czy do niej zadzwonić, czy moŜe pójść z pagerem w
kieszeni, wydało mu się, Ŝe to nie ma sensu.
O pierwszej w nocy? Na pewno juŜ śpi. Nie budzi się kobiety o tej porze, by obiecać jej
pomoc, kiedy nie potrafi się ukryć, jak wiele kosztuje ta obietnica.
Czwarta trzydzieści rano... Honey nagle zdała sobie sprawę, Ŝe ktoś jest w pokoju. Spała
obok Jima, a teraz się obudziła, trzymając go za rękę. Ale był tam ktoś jeszcze. Podniosła
wzrok i ujrzała Megan.
– Tylko sprawdzam – szepnęła Megan i uśmiechnęła się z wahaniem. – Doktor Wetherby
mówi, Ŝe tata wyzdrowieje.
– Tak, kochanie. I mamy dobre wieści. Nie chce mi się w to wierzyć, ale dostaniemy
dostęp do strumienia. Koniec kłótni. MoŜemy jechać do domu.
– Nie wiem...
– Teraz będziemy mieć pieniądze na twoje studia – oznajmiła Honey, wyciągając rękę do
córki. – MoŜe trzeba będzie poczekać, aŜ Jackson trochę podrośnie, ale są kursy zaoczne.
MoŜesz teŜ studiować w domu. Jakoś to urządzimy.
– Jasne. – Jim obudził się i patrzył na swoją Ŝonę i córkę z radością.
– NajwaŜniejsze są bypassy, tato – rzekła Megan.
– NajwaŜniejsze jest twoje szczęście. Megan, tak mi przykro... Za duŜo wymagaliśmy od
ciebie. Teraz to nadrobimy, zobaczysz.
– Wszystko dobrze, tato, wszystko dobrze. Honey nachyliła się i pocałowała męŜa w
czoło.
– Teraz będziemy prawdziwą rodziną.
Megan spojrzała na swoich rodziców i zobaczyła, jak bardzo się kochają. Serce jej się
ś
cisnęło.
Gdzie jest Jack?
Na korytarzu rozległy się czyjeś kroki. Megan usłyszała cichą wymianę zdań, a kiedy się
obejrzała, ujrzała doktora Wetherby’ego i doktor Farrelly. Charles przyciągnął Christinę i
uściskał ją, a ona trzymała w ręku małą podróŜną torbę. Megan zamknęła oczy. Pomyślała, Ŝe
Christina jedzie do swojego ukochanego, tego nowozelandzkiego lekarza, który był dla niej
taki miły. Wiedziała, Ŝe to jej ukochany.
Któregoś dnia ja teŜ do ciebie pojadę, Jack...
Było wciąŜ ciemno, kiedy Joe wstał po trzech godzinach snu. Torbę spakował wcześniej,
nie miał ochoty na śniadanie. Kwadrans po piątej dotarł na lotnisko, zesztywniały z bólu i
zmęczenia. I nagle zobaczył Christinę – przyjechała, Ŝeby go poŜegnać.
– Tink!
Hala była prawie pusta, więc dojrzał ją od razu. Stała przy stanowisku odprawy. Kiedy
pomachała do niego z uśmiechem, ruszył ku niej. Wyglądała tak pięknie. Zawsze uwaŜał, Ŝe
jest lepsza, Ŝe ma więcej energii i piękniejszy uśmiech niŜ inne kobiety.
– Cześć – powiedziała, kiedy się zbliŜył.
– Tink – powtórzył. Wtulił twarz w jej włosy. – Cudownie pachniesz. – Tylko ona
wywoływała w nim taki dreszcz podniecenia, kiedy była blisko.
Ogarnęła go wielka ulga i szczęście, nawet jeśli były tylko iluzoryczne, nawet jeśli za
chwilę miał na niego znowu spaść jakiś cięŜar. Przynajmniej ma okazję powiedzieć, Ŝe nie
zostawi jej z dzieckiem samej.
– Co tu robisz o tej porze? – spytał wreszcie. – Chciałaś mnie odprowadzić?
– Lecę z tobą – odparła. – Do Auckland, Joe.
– To... niemoŜliwe.
– MoŜliwe. Dzięki Charlesowi, który zwolnił mnie na ten tydzień, i liniom lotniczym,
które znalazły wolne miejsce.
– Ale...
Patrzyła na niego z uśmiechem. Wyglądała na taką szczęśliwą i podnieconą, jak turystka
podczas miesiąca miodowego. A obok niej stała torba podróŜna.
Joe poczuł dziwną radość, a przecieŜ powinien się zmartwić. Jego serce powinno być
cięŜkie jak kamień.
– Sam mówiłeś, Ŝe rozmowa nic nie da. śe liczą się czyny. – Jej oczy błyszczały.
Widziała, co czuł Joe. Widziała, Ŝe z radości uniósłby się w powietrze jak balon, gdyby tylko
mógł. – Więc przestałam cię słuchać i zaczęłam myśleć o wszystkim, co zrobiłeś przez te dwa
lata, kiedy byliśmy razem. Wiem, Ŝe mnie kochasz, i nie chcę tego stracić. Ale od tej pory
będziesz się ze mną dzielić swoimi troskami. Spędzę tydzień w Nowej Zelandii z tobą i twoją
rodziną. Zastanowimy się nad naszą przyszłością. Nie obchodzi mnie, czy będziemy mieszkać
tu czy tam, czy wykorzystamy moje oszczędności czy je zachowamy, ale wszystko mamy
uzgadniać wspólnie. Dobrze?
ZmruŜyła oczy i uniosła głowę. Wtedy zobaczył, Ŝe nie jest taka pewna siebie, jak moŜna
by sądzić z jej słów.
– Kocham cię – rzekł czym prędzej, bo jej niepewność była nie do zniesienia. – Kocham i
pragnę, i masz rację. Nie pozwolę ci odejść. – Potrząsnął głową. – Nigdy nie myślałem, Ŝe
zrobisz coś takiego. A nawet jeśli przemknęło mi przez myśl, Ŝe dziś rano cię tu zastanę,
sądziłem, Ŝe mnie to zdenerwuje. śe poczuję się przytłoczony i pociągnę cię za sobą w tę
otchłań. Ale wczoraj coś się wydarzyło... Kiedy Emily wspomniała o ciąŜy pozamacicznej tej
pacjentki, przez kilka sekund myślałem, Ŝe mówi o tobie. I wiedziałem, Ŝe porzucę wszystko,
byle być z tobą.
– Tak? – Przytknęła czubek nosa do jego nosa.
– Byłem gotowy dać ci wszystko. Wreszcie mam okazję ci to powiedzieć. Och, Tink, jeśli
naprawdę chcesz...
– Czyny mówią głośniej niŜ słowa. – Pomachała mu paszportem przed nosem.
Za oknami z wolna jaśniało niebo. Joe zaśmiał się głośno.
– Jestem taki szczęśliwy.
– Zawsze jesteśmy szczęśliwi, kiedy jesteśmy razem, Joe. I to się nie zmieni.
– Tak sądzisz?
– Ja to wiem. Tylko ciebie nie mogłam o tym przekonać. W końcu zrozumiałam, Ŝe
muszę ci to pokazać. Udowodnić.
– Tak się cieszę.
– A dziecko?
– TeŜ bardzo się cieszę. Nigdy nie pozwolę ci odejść – szepnął.
– Ale teraz musimy juŜ iść do odprawy.
Joe zarzucił swój bagaŜ na ramię i wziął torbę Christiny do ręki.
– Och, Joe. – Ujęła go za drugą rękę i pół godziny później polecieli ku swojej wspólnej
przyszłości.