background image

Lilian Darcy  

 

Kochanka doktora Blacka 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Hayley  Morris  z  piskiem  opon  ruszyła  spod  pogotowia  i  skręciwszy  w  Halifax  Street, 

włączyła światło alarmowe i syrenę. Siedzący obok Bruce McDonald pochylił się nad planem 

miasta.  

– W porządku – powiedział. – To boczna Bennett Paradę. Beach Road.  

Był  doświadczonym  sanitariuszem,  ale  nie  dorównywał  kwalifikacjami  Hayley,  która 

miała stopień asystentki medycznej. Był krępy, miał posiwiałe włosy i potrafił równie dobrze 

podnieść cięŜkiego męŜczyznę, co łagodnym głosem uspokoić przeraŜone dziecko.  

Hayley skinęła głową.  

– Znam Beach Road – mruknęła.  

– Rozbudowali ją ostatnio – dodał Bruce. – MoŜe to jeden z tych nowych domów.  

– Zaraz się przekonamy.  

Był  początek  lutego,  czwartek,  wczesne  popołudnie.  Hayley  ostro  skręciła  i  skierowała 

wóz na północ. Ulica była pusta, ambulans pędził z prędkością stu kilometrów na godzinę.  

Dwie  minuty  później  byli  juŜ  w  Moama.  Sześćdziesiąt  lat  temu  Moama  była  po  prostu 

nazwą  plaŜy.  Trzydzieści  lat  później  w  pachnącym  gaju  eukaliptusowym  wyrosły  letnie 

domki, z fibrocementu lub z desek.  

Teraz  było  to  juŜ  odrębne  miasto,  w  którym  działki  połoŜone  przy  plaŜy  osiągały 

zawrotne  ceny.  WzdłuŜ  nabrzeŜa  powstały  wspaniałe  rezydencje  w  niczym  nie 

przypominające dawnej osady letniskowej. W ciągu następnych dziesięciu lat Arden i Moama 

zespolą się zapewne w jeden organizm miejski.  

–  Wezwanie  pochodzi  od  czteroletniej  dziewczynki  –  usłyszeli  w  radiotelefonie  głos 

dyspozytorki,  Kathy  Lowe.  –  Ona  płacze.  Mogę  jej  powiedzieć,  Ŝe  zaraz  będziecie?  Ma  na 

imię Tori.  

– Skręcamy w Beach Road – odparł Bruce. – Powiedz jej, Ŝe usłyszy, jak nadjeŜdŜamy. I 

niech otworzy drzwi.  

Hayley  tknęło  złe  przeczucie.  Dlaczego  czteroletnia  dziewczynka  sama  wzywa 

pogotowie? Co się stało? 

Kathy,  była  pielęgniarka,  nie  potrafiła  podać  wielu  szczegółów,  choć  miała  za  sobą  lata 

praktyki i umiała rozmawiać z wzywającymi pomocy i podtrzymywać ich na duchu. Ostatnio 

instruowała  nawet  przez  telefon  pewnego  ojca,  jak  odbierać  poród,  zanim  karetka  dotrze  na 

odludzie,  na  którym  mieszkali.  A  kiedyś  zdołała  zlokalizować  rannych  turystów, 

identyfikując drzewo, na które wpadł ich samochód.  

Tym  razem  Kathy  musiała  od  płaczącego  dziecka  wydobyć  adres  domu  i  inne  istotne 

szczegóły. Czy jest z babcią? Dlaczego babcia nie pomogła jej ugotować jajka? Och, babcia 

właśnie się połoŜyła, Ŝeby się przespać? Czy tak? 

–  Strasznie  płacze  –  oznajmiła  Kathy.  –  Nie  bardzo  mogę  się  zorientować,  co  się  stało. 

Coś z babcią, coś z jajkiem. Chyba się poparzyła, ale nie jestem pewna.  

Hayley  nie  znosiła  oparzeń.  Nie  znosiła,  gdy  coś  takiego  się  przydarzało  dziecku.  A  juŜ 

background image

najbardziej ją irytowało, gdy nikt nie miał na tyle przytomności umysłu, by natychmiast polać 

miejsce  oparzenia  zimną  wodą.  Ale  jak  mogła  się  tego  spodziewać  po  dziecku?  Nawet  jeśli 

Kathy  poradziła  dziewczynce,  by  to  zrobiła,  to  czy  ona  zrozumiała,  o  co  chodzi?  A  co  do 

babci...  

–  To  numer  154,  jeden  z  tych  nowych  domów  –  powiedział  Bruce.  –  Dobra,  tutaj!  – 

Wskazał  na  imponującą  posesję,  w  najdrobniejszych  szczegółach  zaprojektowaną  przez 

architektów. Dom był pomalowany na kremowy kolor, miał czerwone zdobienia. – Do diabła, 

ale cudo! 

Podjazd prowadził pod bramę podwójnego garaŜu.  

–  Zawrócę  –  powiedziała  Hayley,  wyłączając  syrenę.  Skręciła  i  ustawiła  samochód 

przodem  do  ulicy.  Bruce  wyskoczył,  zanim  jeszcze  zdąŜyła  wyhamować  i  zgasić  silnik. 

Pobiegła za nim przez dziedziniec okolony drzewami i rabatami kwiatów.  

W otwartych drzwiach stała Tori, śliczna dziewczynka z jasnymi włosami związanymi w 

kucyk  i  duŜymi  piwnymi  oczami.  RóŜowa  bawełniana  sukienka  była  z  przodu  mokra. 

Dziewczynka  trzęsła  się  i  płakała.  Woda  musiała  poparzyć  ją  całą,  pomyślała  Hayley.  Jej 

zachowanie mogło świadczyć o groźnym dla Ŝycia wstrząsie, ale mogła to być teŜ normalna 

reakcja po poparzeniu. Bruce wziął dziewczynkę na ręce.  

– Jest gorąca – stwierdził. – Gdzie kuchnia? Przede wszystkim polejmy ją wodą.  

Weszli do domu, instynktownie kierując się we właściwą stronę. Za duŜym holem zastali 

przestronną,  supernowoczesną  kuchnię  połączoną  z  pokojem  jadalnym,  z  którego  rozciągał 

się  wspaniały  widok  na  ogród.  Hayley  rozejrzała  się.  Do  kranu  umocowany  był  wąŜ  z 

końcówką prysznicową i regulatorem ciśnienia.  

– Patrz, kuchenka jest włączona – zauwaŜył Bruce. – A na podłodze dwa rozbite jajka, na 

talerzu resztki chleba i masła. Chciałaś sobie zrobić śniadanie, Tori? – zwrócił się łagodnie do 

dziewczynki.  

Posadził  ją  na  granitowym  blacie  zlewozmywaka  i  ściągnął  z  niej  sukienkę,  a  Hayley 

zaczęła polewać zimną wodą poparzone miejsca. ZauwaŜyła na stopie dziecka dwie czerwone 

plamy  i  zorientowała  się,  Ŝe  i  w  tym  miejscu  były  oparzenia.  Siady  widniały  teŜ  na  udach. 

Zatkała zlew, zanurzyła w wodzie stopy Tori i ostroŜnie, pod wodą, zdjęła z nich sandały.  

– Wiem, Ŝe to boli, maleńka – uśmiechnęła się do dziewczynki, odnotowując w duchu, Ŝe 

obszar  poparzenia  jest  rozleglejszy,  niŜ  początkowo  myślała.  –  Zimna  woda  ci  pomoŜe, 

wiesz? Nie będzie bolało.  

– Zobaczę, kto jeszcze jest w domu – powiedział Bruce. – Lepiej, Ŝeby ktoś był – dodał 

złowrogim tonem.  

Pracował w pogotowiu od dwudziestu lat i często mówił, Ŝe nic juŜ nie jest w stanie  go 

zaskoczyć.  Ale  niejedno  jeszcze  mogło  go  doprowadzić  do  furii,  a  przede  wszystkim 

wypadek  dziecka,  którego  moŜna  było  uniknąć,  gdyby  opiekun  nie  zaniedbał  swoich 

obowiązków.  

Podał  Hayley  koc,  którym  owinęła  drŜące  ciało  dziewczynki.  Oparzenia  wymagały 

schłodzenia,  ale  reszta  ciała  ciepła.  Dziecko  potrzebowało  takŜe  serdecznych  ramion,  które 

mogłyby  je  utulić.  Tori  przestała  szlochać,  lecz  nadal  wstrząsały  nią  konwulsyjne  dreszcze. 

background image

DuŜe ciemne oczy były pełne łez, nie powiedziała jeszcze ani słowa.  

–  Mniej  cię  boli?  –  spytała  Hayley.  –  Czujesz  się  juŜ  trochę  lepiej?  Nie  zostawimy  cię 

samej.  

TeŜ  miała  czteroletnie  dziecko  –  chłopca  o  imieniu  Max.  Jego  ojciec  mieszkał  teraz  w 

Melbourne.  Od  trzech  lat  byli  rozwiedzeni.  Kiedy  została  sama  z  Maxem,  wytworzył  się 

między  nimi  stosunek  szczególnej  bliskości  i  nawet  gdy  Max  był  z  Chrisem,  starała  się  nie 

tracić syna z oczu. Jej były mąŜ kochał go, ale to nie zawsze wystarczy.  

A  kto  kocha  to  dziecko?  Kogo  naleŜy  obwiniać  o  to,  co  się  stało?  Kto  powinien  mieć 

wyrzuty sumienia? Słyszała cięŜkie kroki Bruce’a w holu. Dziewczynka wciąŜ milczała.  

–  Halo!  –  wołał  Bruce.  –  Jest  tam  kto?  Podszedł  do  tylnych  drzwi  i  obrzucił  wzrokiem 

ogród, potem skierował się długim korytarzem do sypialni.  

–  Weźmiemy  cię  do  karetki  –  rzekła  Hayley  do  dziewczynki.  –  PrzyłoŜymy  wilgotną 

gazę, Ŝeby twoje ciałko było chłodne. Czy mamusia albo tatuś niedługo przyjdą? 

Zaczęła  tracić  wiarę  w  istnienie  babci.  Przypuszczalnie  Kathy  się  przesłyszała.  To 

dziecko jest w domu samo.  

– Mam tatusia – pisnęła dziewczynka.  

– A gdzie teraz jest tatuś, kochanie? 

– W pracy.  

– Wiesz, gdzie pracuje? 

– W szpitalu.  

Bruce  doszedł  do  końca  korytarza  i  otworzył  drzwi  pokoju  po  prawej  stronie.  Hayley 

usłyszała jego głośny okrzyk, a w chwilę później rozmowę z dyspozytorką.  

–  Przyślij  drugi  wóz  na  Beach  Road,  Kathy  –  mówił.  –  Babcia  wcale  nie  śpi,  jest 

nieprzytomna. Zbadam ją.  

– Dobra, załatwione – odparła Kathy.  

W  pogotowiu  panuje  zasada,  by  nie  kazać  pacjentowi  czekać.  Nie  byli  duŜą  stacją  i  w 

dzień  dyŜur  pełniła  tylko  jedna  załoga.  Drugą  trzeba  było  dopiero  wezwać,  co  opóźniało 

interwencję.  

Tymczasem  Bruce  zbada  chorą  i  w  miarę  moŜliwości  określi  jej  stan.  EKG  potwierdzi 

albo  wykluczy  problemy  z  sercem,  a  szybki  test  na  poziom  cukru  we  krwi  wskaŜe,  czy  aby 

nie zachodzi tu przypadek śpiączki cukrzycowej.  

– Wygląda na udar mózgu – zawołał w końcu Bruce.  

–  Jesteś  pewien?  –  spytała  Hayley,  nie  przestając  schładzać  rozpalonej  skóry 

dziewczynki.  

–  EKG  wykluczyło  serce.  Poziom  cukru  w  normie.  Sprawdziłem  jej  reakcje  – 

kontynuował  Bruce.  –  Reaguje  na  ból  i  światło.  Przykryłem  ją  i  połoŜyłem  na  boku,  Ŝeby 

zabezpieczyć  drogi  oddechowe.  Będę  do  niej  mówił,  moŜe  zareaguje.  A  jak  twoja  mała 

bohaterka? Nie chciałbym odjeŜdŜać, dopóki nie zjawi się drugi wóz.  

–  Nie,  oczywiście,  Ŝe  nie  –  zgodziła  się  Hayley  –  ale  to  nam  utrudnia  sprawę.  Ta  mała 

wymaga więcej, niŜ mogę zrobić, sądząc po jej skórze i oddechu.  

Tori  była  blada  i  spocona,  oddech  miała  przyspieszony  i  płytki.  RównieŜ  tętno  było 

background image

przyspieszone i nitkowate.  

– Powiedziała coś? – spytał Bruce.  

– śe tatuś pracuje w szpitalu. Prawda, kochanie? 

– Nie mamy pojęcia, kto to – rzucił Bruce.  

– Nie, ale... CóŜ, spójrz na ten niewiarygodny dom.  

–  Hm  –  zgodził  się  Bruce.  –  I  ten  imponujący  widok  za  oknem.  To  juŜ  pewna 

wskazówka. Portierem na pewno nie jest. Lekarzem? Dyrektorem administracyjnym? No nie, 

znam go, nie ma dzieci w tym wieku.  

Hayley wyjęła z torby bandaŜ. Tori wciąŜ milczała. Nagle pochyliła się i zwymiotowała. 

Hayley przytrzymała ją za ramiona, potem szybko spłukała zlew. Dała dziewczynce szklankę 

wody.  Tori  wypluła  ślinę  i  łapczywie  wypiła  wodę.  Hayley  przyłoŜyła  wilgotną  gazę  na 

poparzone miejsca.  

Zaczynały  się  juŜ  tworzyć  pęcherze.  Na  szczęście  obszar  poparzeń  kończył  się  tuŜ  nad 

pępkiem.  

–  Zaniosę  ją  do  karetki!  –  zawołała  do  Bruce’a.  –  Jak  tylko  przyjedzie  drugi  samochód, 

rozdzielimy się. Jim zawiezie mnie do szpitala, a Paul zostanie z tobą.  

Zostawiła frontowe drzwi otwarte i zaniosła Tori do ambulansu, mając nadzieję, Ŝe drugi 

zespół zjawi się lada chwila. W karetce przykryła dziewczynkę kocem. Wyjęła strzykawkę i 

napełniła ją morfiną. Zaniepokoiło ją, Ŝe dziewczynka nawet nie zareagowała na ukłucie.  

Włączyła radiotelefon.  

– Kathy, czy drugi wóz juŜ wyjechał? – spytała.  

– Tak, siódemka. Powinna być za parę minut.  

–  Dzięki.  –  Hayley  pochyliła  się  nad  Tori.  –  Co  twój  tatuś  robi  w  szpitalu,  kochanie?  – 

spytała.  

– On jest doktor Black – rzekła słabym głosem Tori.  

– Doktor Black? – Hayley nie wierzyła własnym uszom.  

Dobry BoŜe, to musi być Byron! To córka Byrona Blacka...  

Z  oddali  dobiegał  słaby  dźwięk  syreny.  Hayley  widziała  Byrona  moŜe  ze  dwa  razy  w 

ciągu  szesnastu  lat.  Kiedy  mieli  po  kilkanaście  lat,  trenowali  razem  w  amatorskim  klubie 

pływackim w Arden. Nazywano go wtedy B. J.  

Był  od  niej  starszy  o  trzy  lata,  ale  oboje  specjalizowali  się  w  stylu  grzbietowym  na 

krótkich  dystansach.  Ścigali  się,  dopingowali  i  przyjaźnili.  Oboje  byli  zapalonymi 

sportowcami i dwa razy nawet osiągnęli mistrzostwo. Kiedyś nawet się pocałowali. Na Boga, 

od lat juŜ nie wspominała tego miłego zdarzenia...  

Potem,  kiedy  miała  piętnaście  lat,  Byron  wyjechał  do  Sydney  na  studia  i  na  dobre 

zadomowił  się  w  mieście.  Był  ambitny  w  sporcie  i  ambitny  w  Ŝyciu  zawodowym.  Nie 

pochodził  z  rodziny  lekarskiej.  Ojciec  pracował  w  sklepie  ze  sprzętem  elektronicznym  i 

Byron  musiał  cięŜko  pracować  na  swoją  pozycję.  Hayley  miała  wraŜenie,  Ŝe  uwielbiał 

wyzwania i nie wyobraŜała sobie, by mógł nie dopiąć celu.  

Kiedyś,  z  siedem  lat  temu,  spotkała  go  przypadkowo  na  plaŜy  w  towarzystwie  ładnej 

ciemnowłosej kobiety. „To moja Ŝona, Elizabeth”, powiedział. Ona przedstawiła mu Chrisa i 

background image

przez  chwilę  gawędzili  w  czwórkę.  W  dwa  lata  później  wpadli  na  siebie  w  supermarkecie. 

Później  słyszała  o  nim  od  czasu  do  czasu.  Ze  jego  Ŝona  zginęła  w  katastrofie  lotniczej,  Ŝe 

mieli córeczkę.  

Dźwięk syreny był coraz głośniejszy i po chwili druga karetka zatrzymała się na ulicy pod 

domem.  

Hayley wychyliła się z samochodu i wskazała Paulowi Cotterowi, dokąd ma podjechać.  

–  Bruce  jest  w  salonie  z  drugą  pacjentką  –  poinformowała  Jima  Sheldona,  gdy  wóz 

zatrzymał się obok jej karetki. – Pierwsze drzwi po prawej stronie – dodała.  

– Rozumiem. – Paul juŜ wbiegał na schody.  

–  Teraz  pojedziemy  –  powiedziała  Hayley  do  Tori.  Odwinęła  koc  i  przyłoŜyła  do 

rozgrzanego ciała dziewczynki nowy kompres chłodzący. – Poszukamy w szpitalu tatusia.  

– Tatuś... – cichutko powtórzyła dziewczynka.  

Parę  tygodni  wcześniej  Hayley  dowiedziała  się,  Ŝe  Byron  wrócił  do  Arden  z  córeczką, 

aby objąć stanowisko szefa oddziału nagłych wypadków oraz lekarza naczelnego w tutejszym 

szpitalu.  Ze  słów  Tori  wywnioskowała,  Ŝe  juŜ zaczął  pracę.  Zastąpił  starszego  kolegę,  który 

przeszedł na emeryturę. Hayley jeszcze go nie widziała, bo ostatnie dwa tygodnie spędziła w 

Melbourne, by Max mógł pobyć trochę z ojcem.  

Poczuła  znajomy  ucisk  w  sercu.  Pobyt  nie  naleŜał  do  przyjemnych.  Chris  jak  zwykle 

napomykał,  Ŝe  mogliby  się  ponownie  zejść.  Widać  było,  Ŝe  chciałby  naprawić  jakoś  swoje 

odejście,  ale  poza  tym...  Chyba  nie  brał  pod  uwagę,  Ŝe  czas  leczy  rany  i  Ŝe  ona  teŜ  się 

zmieniła.  

– Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Hayley – szeptał czule. – MoŜe to właśnie liczy 

się najbardziej.  

–  Zawsze  będę  twoim  przyjacielem,  Chris  –  odparta  chłodno.  Był  jej  pierwszym  i 

jedynym  kochankiem.  Był  przez  siedem  łat  jej  męŜem  i  ojcem  jej  dziecka.  NiezaleŜnie  od 

wszystkich wad i błędów, jakie popełnił, nie był jej zupełnie obojętny.  

Przez osiem godzin jazdy z powrotem do Arden  targały nią wątpliwości i nie zaprzątała 

sobie głowy tym, czego się dowiedziała, a mianowicie powrotem Byrona. A teraz siedziała w 

karetce, wioząc do szpitala jego córeczkę. Dobry BoŜe, aleŜ on będzie zdziwiony. Drzwi od 

strony kierowcy trzasnęły i za kierownicą usiadł Jim. Zapuścił silnik.  

– Jak się czuje mała? – spytał.  

– Jest w szoku.  

– A druga pacjentka? 

– Bruce niewiele mi mówił. Jest niemal pewny, Ŝe to udar niedokrwienny. Ma chyba po 

sześćdziesiątce.  

Chciałaby powiedzieć Jimowi coś więcej, Ŝe to musi być albo matka Byrona Blacka, albo 

jego teściowa. MoŜe by się czegoś dowiedziała. Ale teraz całą uwagę musiała poświęcić Tori. 

Nie czas na snucie domysłów.  

– JuŜ jedziemy, kochanie. – Pochyliła się nad dziewczynką. – To nie potrwa

1

 długo. Pan 

Sheldon zadzwoni do szpitala i poprosi, Ŝeby twój tatuś na nas czekał.  

Tori się nie odzywała. Zamknęła oczy.  

background image

– Jim, wiem, kim ona jest – rzekła Hayley. – MoŜesz się upewnić, czy doktor Black jest 

osiągalny? 

Jim aŜ gwizdnął z przejęcia.  

– To jego córka? Tego nowego? W zeszłym tygodniu przekazałem mu chorego z udarem. 

Wydaje się niezły. Dokładny, uprzejmy, ale dzisiaj będzie miał problemy.  

Hayley  zauwaŜyła  go  na  podjeździe  dla  karetek.  Nie  zmienił  się  wiele  od  czasu,  gdy 

widziała  go  ostatni  raz.  WciąŜ  miał  szerokie  ramiona  pływaka,  gęste  miękkie  włosy  tak 

krótko  przystrzyŜone,  Ŝe  po  myciu,  gdy  wytarł  je  ręcznikiem,  sterczały  na  jeŜa.  Teraz 

nerwowo przesuwał po nich palcami.  

Miał brązowe oczy. Nie były piwne jak u Chrisa, lecz ze złotym połyskiem jak u tygrysa, 

co  nadawało  im  trochę  drapieŜny  wygląd.  Długi  prosty  nos,  szerokie  usta  i  wysokie  czoło. 

Teraz rysy jego twarzy były napięte, bardziej surowe niŜ normalnie. Jak gdyby artysta, który 

je wyrzeźbił, zagłębiał dłuto w twardym tworzywie, z trudem nim manipulując.  

–  Tori!  Victoria!  –  zawołał,  rzucając  się  do  samochodu,  gdy  Hayley  otworzyła  drzwi. 

Omal nie zerwał kroplówki.  

Hayley  odsunęła  go,  dotykając  przy  tym  niechcący  jego  włosów.  Były  tak  samo 

jedwabiste  i  miękkie  jak  przed  laty.  Odczepiła  plastikowy  pojemnik  z  płynem  i  podała  go 

pielęgniarce. Byron pochylił się nad córką.  

– Tatusiu... – wyszeptała, oszołomiona morfiną. – Babcia się nie obudziła.  

Doktor Black zbladł, wyprostował się i zwrócił wzrok na Hayley. Miała wraŜenie, Ŝe jej 

nie poznaje.  

– Co się stało? – spytał przeraŜony.  

– Tori ma poparzone dwanaście do piętnastu procent powierzchni ciała. – Hayley starała 

się  mówić  spokojnym  tonem.  Byron  musi  uzyskać  rzeczowe  informacje,  a  nie  wyrazy 

sympatii i współczucia. Jeszcze nie teraz. – Twarz i organy płciowe nie poniosły uszczerbku. 

Wszystko wskazuje na to, Ŝe osoba, która była z nią w domu, doznała udaru. Wiezie ją druga 

karetka. Jej załoga poda panu więcej szczegółów.  

– Udar? PrzecieŜ to moja matka... – Byron pobladł jeszcze bardziej. – Dobry BoŜe, i one 

były same w domu.  

Rozległ  się  dźwięk  syreny  drugiego  ambulansu.  Byron  sam  nie  wiedział,  w  którą  stronę 

się zwrócić, stracił zawodowe opanowanie i samokontrolę. Miał przeraŜony wzrok, wargi mu 

zbielały, nerwowo zaciskał palce. Hayley serdecznie mu współczuła.  

– Tori musiała być przeraŜona – wyszeptał.  

–  Myślę,  Ŝe  nie,  Byronie,  dopóki  się  nie  poparzyła  –  uspokoiła  go  Hayley,  odruchowo 

zwracając się do niego po imieniu. – Chciała ugotować jajka na drugie śniadanie. Myślała, Ŝe 

twoja matka po prostu się zdrzemnęła.  

– No tak, na pewno. Myślę, Ŝe tak właśnie było. – Popatrzył na Hayley i nagle twarz mu 

się rozjaśniła, a w oczach pokazały złote błyski. – Hayley! – zawołał. – Przepraszam, wybacz, 

Ŝ

e cię... – Chwycił ją za ramię.  

– W porządku, nie ma o czym mówić – uspokoiła go. Odwzajemniła mu się takim samym 

gestem, ściskając muskularne ramię, które widziała tyle razy nagie, opalone, mokre, w czasie 

background image

treningów  pływackich.  Takie  ramię  moŜe  mieć  tylko  ktoś  silny,  ale  dziś  Byron  był  tylko 

zwykłym słabym człowiekiem targanym bólem i rozpaczą.  

–  Nie  wiemy,  ile  czasu  Tori  próbowała  obudzić  babcię  –  powiedziała,  kiedy  zbliŜali  się 

juŜ  do  sekcji  pediatrycznej  oddziału  nagłych  wypadków.  –  MoŜe  w  ogóle  tego  nie  robiła. 

Chyba rzeczywiście myślała, Ŝe babcia śpi.  

Sukienkę  miała  z  przodu  mokrą,  oparzenia  na  udach  i  stopach,  co  by  wskazywało,  Ŝe 

wylała  na  siebie  gorącą  wodę,  kiedy  chciała  wyjąć  jajka  z  rondelka.  LeŜały  rozbite  na 

podłodze.  

– Z mamą wszystko w porządku? 

Zatrzymał się na moment, gdy przesuwano Tori z noszy na łóŜko szpitalne.  

–  Jest  pod  opieką  naszej  drugiej  załogi  –  powtórzyła  cierpliwie  Hayley  –  z  Bruce’em 

McDonaldem.  Wykluczył  serce  i  cukrzycę,  zabezpieczył  drogi  oddechowe  i  próbował 

przywrócić jej przytomność, kiedy odjeŜdŜałam. Tylko tyle wiem.  

– Co za koszmar! – westchnął bezradnie Byron.  

Po chwili jednak odzyskał samokontrolę, choć Hayley podejrzewała, Ŝe tylko pozornie.  

–  Proszę  wezwać  kogoś,  kto  jest  pod  telefonem  –  zwrócił  się  do  siostry  oddziałowej.  – 

Potrzebujemy drugiego lekarza. Tori, kochanie, tatuś jest przy tobie. Musimy ją obserwować. 

Hayley,  kiedy  podłączyłaś  kroplówkę?  To  morfina,  tak? Jaka  dawka?  Tori,  wszystko  będzie 

dobrze.  Przestraszyłaś  się,  ale  byłaś  bardzo  dzielna,  Ŝe  zadzwoniłaś  po  pogotowie  i  Ŝe 

pamiętałaś  nasz  nowy  adres.  Jestem  z  ciebie  bardzo  dumny.  Teraz  obejrzę  cię  i  zobaczę,  co 

się stało, dobrze? 

Hayley  odpowiadała  na  jego  pytania,  usiłując  przerwać  ten  potok  słów.  Kiedy  juŜ  ją 

poznał, przestał zwracać na nią uwagę. Przysunął krzesło do łóŜka Tori i nie odrywał od niej 

oczu.  Hayley  wycofała  się  z  oporami,  które  ją  samą  zaskoczyły.  Jej  rola  się  skończyła, 

powinna  juŜ  tylko  napisać  raport,  ale  miała  nieodpartą  chęć  pozostania  tutaj.  Chciała 

wesprzeć  Byrona,  co  było  dziwne,  zwaŜywszy  Ŝe  przez  te  wszystkie  lata  prawie  się  nie 

widywali. Zawsze był taki silny, zdecydowany i pewny siebie, a teraz wydawał się bezbronny 

i słaby. Serce ściskało się z bólu na ten widok.  

Chciała go pocieszyć, powiedzieć, Ŝe to nie jego wina, Ŝe tak się stało. Wiedziała jednak, 

Ŝ

e nie ma Ŝadnego prawa, by to zrobić.  

Jest tylko jego koleŜanką z młodzieńczych lat, kimś, kogo dopingował i komu gratulował 

po  zawodach.  Kimś,  kogo  raz  pocałował  na  jakiejś  prywatce.  Wspominała  potem  ten 

pocałunek, tę intymność, jaka moŜe się wytworzyć między kobietą a męŜczyzną. W parę dni 

później pojawił się przed jej domem i wybąkał coś o czekającym go wyjeździe do Sydney i o 

tym, Ŝe na razie nie chce się angaŜować w Ŝaden związek.  

Prawdę  mówiąc,  odetchnęła,  słysząc  to.  W  wieku  piętnastu  lat  nie  była  jeszcze 

przygotowana na powaŜny związek ze starszym od niej chłopcem, który właśnie miał zacząć 

studia  i  sprawiał  wraŜenie,  Ŝe  dokładnie  wie,  co  chce  osiągnąć.  Przez  parę  miesięcy  snuła 

romantyczne marzenia o spotkaniu z nim, gdy będzie juŜ miała siedemnaście czy osiemnaście 

lat, ale jak to często bywa, wkrótce się one rozwiały, a gdy miała lat dziewiętnaście, poznała 

Chrisa.  

background image

Automatycznie drzwi otworzyły się i Bruce z Paulem wnieśli panią Black na oddział. Od 

razu  podeszła  do  niej  pielęgniarka.  Po  chwili  Hayley  usłyszała,  jak  Bruce  podaje  bardziej 

dokładne dane na temat stanu pani Black.  

– Ciśnienie sto sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt. Tętno osiemdziesiąt siedem. Nasycenie 

tlenem dziewięćdziesiąt osiem procent.  

Wychodząc z pokoju dla pielęgniarek, usłyszała znowu głos Byrona.  

– Gdzie mamy wolne łóŜka? Na zatruciach? Nie, nie wyślę jej do Sydney – zdecydował 

po namyśle. – MoŜemy ją leczyć tutaj. Chcę mieć kontrolę nad leczeniem.  

Jim usiadł za kierownicą karetki. Hayley zajęła miejsce pasaŜera i powoli odjechali.  

– Zadzwonisz do Kathy i powiesz, Ŝe juŜ jesteśmy wolni? – spytał Jim.  

–  Tak,  oczywiście,  i  tak  juŜ  jesteśmy  nieźle  spóźnieni  –  odparła.  –  Dyspozytornia,  tu 

załoga siódma...  

Numery karetek sugerowały duŜy park samochodowy, ale było to złudzenie, zwaŜywszy 

Ŝ

e niŜsze numery naleŜały do wozów wycofanych ze słuŜby. Ten wiejski teren nie wymagał 

wielu karetek. Jedna załoga pełniła dyŜur wyjazdowy, a druga czekała pod telefonem. Bardzo 

często rezerwowa karetka nie była potrzebna przez całą zmianę.  

Hayley  i  Bruce  mieli  właśnie  przewieźć  pacjenta,  u  którego  nie  była  konieczna  pilna 

interwencja, gdy wezwano ich do Tori. Transport tego pacjenta zajął im około dwóch godzin. 

Pojechali na oddaloną o  trzydzieści kilometrów  farmę, skąd przewieźli starszego męŜczyznę 

w terminalnym stadium choroby do miejscowego hospicjum. Do centrali wrócili o trzeciej, i 

przez  resztę  dnia  nie  mieli  juŜ  Ŝadnych  wezwań.  Jim  i  Paul  poszli  do  domu,  Bruce 

towarzyszył Hayley do końca zmiany.  

– Ciekaw jestem, co z tą małą i jej babcią –  rzekł przed wyjściem. – Jedziesz prosto do 

domu? – spytał.  

–  Nie  –  odparła.  –  Zadzwonię  do  mamy  i  dowiem  się,  co  słychać.  Max  jest  u  niej. Jeśli 

wszystko w porządku, wstąpię do szpitala.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Od czasu narodzin Tori cztery i pół roku temu nie było dnia, Ŝeby Byron nie cieszył się 

widokiem  śpiącej  córki.  Było  w  niej  tyle  ufności.  LeŜała  na  plecach  jakby  zawsze 

przygotowana na pocałunek na dobranoc. Buzię miała wypogodzoną, lekko rozchylone wargi.  

Czasami  myślał,  Ŝe  obserwowanie  śpiącej  Tori  jest  czymś  w  rodzaju  kompasu  w  jego 

Ŝ

yciu. Pozwala mu trzymać właściwy kurs.  Od  czasu śmierci Elizabeth,  która nastąpiła,  gdy 

Tori miała zaledwie sześć miesięcy, widok śpiącego dziecka był mu coraz bardziej potrzebny 

i coraz bardziej drogi. Czasami były to jedyne chwile, w których się uspokajał i wyciszał.  

KaŜdego  wieczoru,  gdy  przed  snem  przychodził  do  jej  pokoju,  by  popatrzeć  na  drobną 

istotkę otuloną kocem, miał ściśnięte gardło. Ze wzruszenia i miłości.  

Nie wyobraŜał sobie, by moŜna było darzyć dziecko głębszym uczuciem. Ale dziś, kiedy 

patrzył na Tori leŜącą w szpitalnym łóŜku, stwierdził, Ŝe się mylił. Istnieje jeszcze silniejsze 

uczucie,  a  jest  nim  miłość  połączona  z  lękiem.  Sprawiało,  Ŝe  nogi  się  pod  nim  uginały,  a  w 

głowie czuł pustkę, której tak bardzo nienawidził.  

Dziś mało brakowało, a byłby ją stracił. Wywołało to w nim silne wspomnienie dnia, w 

którym  w  tragicznym  wypadku  zginęła  Elizabeth.  Całymi  miesiącami  dręczyło  go  poczucie 

bezsilności. Potem nie myślał juŜ w ten sposób o śmierci Ŝony. W kaŜdym razie nie za często. 

Pogodził się z nią.  

Jej  wspólnik  zaprosił  ją,  by  poleciała  z  nim  i  jego  Ŝoną  ich  prywatnym  samolotem  do 

Tamworth  na  weekendowe  spotkanie  z  muzyką  ludową,  połączone  z  piknikiem  i  tańcami. 

Byron sam ją namawiał na ten wyjazd, uwaŜając, Ŝe potrzebuje odpoczynku. Niech jedzie, a 

on zajmie się Tori, która w owym czasie była dość męczącym dzieckiem.  

– Pojadę tylko wtedy, jeśli wycisnę dość mleka i sprawdzimy, Ŝe będzie piła z butelki – 

zdecydowała Elizabeth.  

Tori  nie  robiła  Ŝadnych  problemów,  więc  Elizabeth  poleciała.  Samolot  rozbił  się  na 

odludziu, w pobliŜu Barrington Tops. Cała piątka pasaŜerów zginęła na miejscu, ale dopiero 

po czterech dniach poszukiwań udało się słuŜbom ratowniczym zlokalizować wrak samolotu.  

Stało się. A teraz zdarzył się następny wypadek z serii „gdyby”. Gdyby rodzice Elizabeth 

nie  postanowili  przenieść  się  na  północ  od  Queensland,  Ŝeby  być  bliŜej  swoich  dwojga 

pozostałych dzieci...  

Byron  wciąŜ  miał  wątpliwości  co  do  tej  przeprowadzki.  Zastanawiał  się,  czy  matka 

Elizabeth była nieszczęśliwa, Ŝe musi się opiekować Tori w czasie, kiedy  on pracował. Jeśli 

tak,  to  powinna  była  powiedzieć.  Czy  stanowiłoby  to  jakiś  problem?  Decyzja  o 

przeprowadzce była niespodziewana, a jej motywy co najmniej niejasne.  

Zastanawiał się nad tym wiele razy w ciągu minionych miesięcy, zadawał sobie wciąŜ te 

same  pytania,  na  które  nie  potrafił  znaleźć  odpowiedzi.  Zdecydowanie  wolał  jednoznaczne 

sytuacje, gdy wiedział, o co chodzi, i odpowiednio do tego mógł postąpić.  

Czy  zrobił  błąd,  wracając  do  Arden?  Wydawało  mu  się,  Ŝe  to  ze  wszech  miar  słuszna 

decyzja. Oczywista w tej sytuacji. Jego własna inicjatywa. Po studiach został w Sydney tylko 

background image

dlatego, Ŝe Elizabeth tego chciała. Stanowili małŜeństwo partnerskie, w którym obie strony są 

gotowe do kompromisów.  

Kiedy jego matka owdowiała, zapragnęła częściej widywać syna i wnuczkę. Obiecała, Ŝe 

zajmie się dziewczynką, gdy on będzie w pracy.  

– W końcu Tori i tak przez trzy dni w tygodniu będzie w przedszkolu – przekonywała – a 

więc będę miała trochę czasu dla siebie. Zresztą ona nie ma juŜ dwóch lat.  

Nie, ale ma cztery i pół! 

Powinien  był  przewidzieć,  Ŝe  opieka  nad  Tori  będzie  dla  matki  za  duŜym  obciąŜeniem. 

Ma juŜ przecieŜ sześćdziesiąt osiem łat. Kiedy wracał do domu, wyglądała na zmęczoną, ale 

nigdy się nie skarŜyła. Twierdziła, Ŝe lubi być z Tori i Ŝe dziewczynka nie sprawia Ŝadnych 

kłopotów. Od kiedy to Tori nie sprawia Ŝadnych kłopotów? 

Dziewczynka  kręciła  się  i  jęczała.  Byron  patrzył  na  nią  zatroskany,  czując,  jak  łzy 

napływają mu do oczu.  

Victoria  Louise  Galloway  Black  ma  osobowość  jeszcze  bogatszą  niŜ  jej  imię.  Jest  taka 

Ŝ

ywa, taka śmiała. W sposób aŜ niebezpieczny, jak się okazało. Nie zastanawiając się wiele, 

postanowiła  sama  przygotować  drugie  śniadanie  dla  siebie  i  babci.  Swoje  ulubione  jajka  na 

miękko, z płynnym Ŝółtkiem, w którym moŜna maczać kawałeczki chleba.  

Zastanawiał się teŜ nad tą „drzemką”. Wiedział, Ŝe matka i Tori oglądają razem program 

dla dzieci w telewizji. Być moŜe dziś nie po raz pierwszy matka się zdrzemnęła. Wiedział, Ŝe 

często zdarza jej się zasypiać przed telewizorem.  

CzyŜby  Tori  regularnie  przygotowywała  w  kuchni  coś,  co  było  zbyt  ambitne  jak  na  jej 

małe  rączki?  Powinien  był  się  domyślić,  Ŝe  opieka  nad  Tori  jest  dla  matki  duŜym 

obciąŜeniem...  

Nagle usłyszał szelest za plecami i odwrócił się, spodziewając się zobaczyć pielęgniarkę. 

Tymczasem  była  to  Hayley  Kennett.  ChociaŜ  nie,  nie  nazywa  się  juŜ  Kennett,  przypomniał 

sobie  nagle.  Wyszła  za  Chrisa  jakiegoś  tam.  Tylko...  czy  aby  nie  jest  rozwiedziona?  Coś 

słyszał na ten temat. A więc moŜe znowu nazywa się Kennett.  

WytęŜył  umysł,  starając  się  przypomnieć  sobie  więcej  szczegółów,  ale  nie  był  w  stanie. 

Było mu głupio, Ŝe od razu jej nie poznał. Zawsze była jedną z najładniejszych dziewcząt w 

klubie, ambitną, pracowitą, pełną zapału i energii, wesołą i skorą do Ŝartów. Była Ŝyczliwa i 

otwarta,  szczerze  gratulowała  lepszym  od  siebie.  Pamiętał,  Ŝe  miała  szczupłe,  zwinne  ciało, 

gładkie jak foka.  

Nie dziwiło go, Ŝe odnosiła sukcesy w zawodzie, który wybrała. Pogotowie otrzymywało 

na kaŜde ogłoszenie o pracy setki ofert. Hayley nie odstraszyłyby Ŝadne trudności.  

–  Cześć  –  odezwała  się  półgłosem.  –  Chciałam  zobaczyć,  jak  się  czuje  Tori.  I  twoja 

matka.  

–  Przepraszam,  Ŝe  cię  od  razu  nie  poznałem.  –  Przelotnie  dotknął  jej  dłoni.  Była 

przyjemnie chłodna.  

Potrząsnęła głową, kolczyki zalśniły w świetle nocnej lampki.  

– Miałeś co innego na głowie.  

– Dziękuję ci za wszystko.  

background image

– Spełniam tylko swoje obowiązki – zauwaŜyła skromnie.  

– Ale nie teraz. Nie musiałaś przychodzić.  

– Chciałam.  

– Doceniam to, Hayley, naprawdę.  

Były to słowa z rodzaju tych, jakie mówi się zdawkowo przy takich okazjach, ale Byron 

mówił prawdę. Co to za nowe uczucie nie daje mu ostatnio spokoju? NiezaleŜnie od tego, co 

to  jest,  widok  Hayley  sprawił,  Ŝe  natychmiast  znikło.  Ucisk  w  gardle  i  w  skroniach  powoli 

zelŜał.  

– Jak się czuje Tori? – spytała ponownie. Spojrzeli równocześnie na śpiącą dziewczynkę. 

Byron  uwaŜał,  Ŝe  jest  najpiękniejszym  dzieckiem  na  świecie,  z  kremową  cerą,  długimi 

rzęsami  i  miękkimi  włosami.  Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  moŜe  na  tę  opinię  ma  wpływ 

fakt, Ŝe jest jej ojcem, a inni wcale nie muszą myśleć tak jak on, ale się tym nie przejmował.  

–  Wyprowadziliśmy  ją  ze  wstrząsu,  a  więc  prawdziwe  niebezpieczeństwo  minęło  – 

odparł. – Jej stan jest teraz stabilny. Nerki pracują normalnie. Dajemy jej nadal duŜo płynów, 

ból stopniowo ustępuje. Nie ma zgrubień na poparzeniach, potrzebuje tylko kilku niewielkich 

przeszczepów.  Zabiorę  ją  w  tym  celu  do  Canberry.  Dziękuję  Bogu,  Ŝe  nie  stało  się  nic 

powaŜniejszego.  AŜ  boję  się  pomyśleć,  co  by  było,  gdyby  nie  umiała  zadzwonić  po 

pogotowie, gdyby nie pamiętała naszego adresu...  

–  Ale  zadzwoniła  i  pamiętała.  Nie  moŜna  myśleć,  co  by  było  gdyby,  Byronie  –  rzekła 

Hayley.  –  To  do  niczego  nie  prowadzi.  A  co  by  było,  gdyby  się  nie  poparzyła  i  myślała,  Ŝe 

twoja  matka  śpi?  Mogłoby  to  się  skończyć  tragicznie.  MoŜe  to  poparzenie  uratowało  Ŝycie 

twojej matce.  

–  Dajmy  spokój  tym  spekulacjom  –  zgodził  się,  kiwając  głową.  –  Masz  rację.  Za  duŜo 

rozmyślam, a przecieŜ zawsze wolałem działać. Zaglądałem do mamy parę minut temu. Śpi. 

Gdyby nie to, zaprowadziłbym cię do niej, Ŝeby mogła ci podziękować. Wiesz – dodał – ona 

jeszcze nie mówi, ale ścisnęła moją rękę.  

– To dobrze.  

– Wygląda lepiej niŜ parę godzin temu. Ale, ale, czy ty coś jadłaś? Która to? – Spojrzał na 

zegarek. – JuŜ po szóstej? Moglibyśmy nadrobić zaległości, prawda? 

Dobry BoŜe, cóŜ to za dziwny ton w jego głosie. CzyŜby głos mu drŜał? 

– Hm, właściwie to zamierzałam juŜ iść do domu – zawahała się Hayley.  

Zobaczyła wyraz rozczarowania na jego twarzy i domyśliła się przyczyny. Był bezradny, 

wykończony. Nie chciał tego wieczoru jeść sam, dręcząc się własnymi myślami.  

– Ale mogłabym jeszcze zostać – dodała szybko. – Mniej więcej godzinę. Mój syn jest z 

moją mamą.  

– Wybacz – zreflektował się. – Nie chcę ci robić kłopotu.  

–  Poczekaj,  tylko  zadzwonię,  dobrze?  Max  pewnie  będzie  zadowolony,  Ŝe.  zostanie  z 

babcią  trochę  dłuŜej.  Zresztą  mama  i  tak  miała  nam  przygotować  coś  do  jedzenia.  Jutro  nie 

mam dyŜuru, więc zawiozę go po raz pierwszy do przedszkola.  

– Tori teŜ będzie chodzić do przedszkola. W kaŜdym razie mam taką nadzieję. Czy twój 

syn będzie chodził do Arden North? 

background image

– Tak, to parę kroków od naszego domu.  

–  I  w  połowie  drogi  między  moim  domem  a  szpitalem.  Mieszkam  przy...  Ach,  przecieŜ 

wiesz, gdzie mieszkam.  

–  Masz  piękny  dom  –  oznajmiła.  –  Urządzony  z  duŜym  smakiem.  Na  pewno  dobrze  się 

tam czujesz, a kiedy ogród...  

–  Teraz  wcale  nie  wydaje  mi  się  piękny.  –  Byron  potrząsnął  głową.  –  Ale  to  głupota 

obwiniać dom o to, co się stało.  

–  MoŜe  zjemy  pizzę?  –  Zręcznie  zmieniła  temat.  Byron  wyglądał,  jakby  chciał  się 

wycofać, niczym kierowca wyścigowy biorący ostry zakręt.  

– Dobrze – odrzekł automatycznie i Hayley zorientowała się, Ŝe jest mu obojętne, co będą 

jedli.  

–  Zadzwonię  do  mamy  z  komórki,  jak  wyjdziemy  –  powiedziała.  –  Weźmiemy  mój 

samochód? 

– Wszystko jedno.  

Podejrzewała,  Ŝe  normalnie  wolałby  jechać  swoim,  ale  dziś  albo  było  mu  rzeczywiście 

wszystko jedno, albo uświadomił sobie, Ŝe jest zbyt roztrzęsiony, by siadać za kierownicą.  

– Coś mi wypadło – wyjaśniła matce. – MoŜesz zaczekać do wpół do ósmej? Powinnam 

wrócić do tej pory.  

– Jasne. Czy coś się stało? – zaniepokoiła się matka.  

– Opowiem ci, jak wrócę.  

Omal  nie  parsknęła  śmiechem,  widząc,  jak  Byron  wciska  się  do  jej  małego  auta.  Chris 

nigdy nie chciał z nią jeździć.  

– Tym? – mówił. – Wolę iść. Spójrz na mnie! Myślisz, Ŝe bym się zmieścił? Pojedziemy 

moim.  ,  Byron  był  na  tyle  taktowny,  by  nie  skomentować  rozmiarów  samochodu. 

Przypuszczalnie  tego  wieczoru  w  ogóle  nie  zwracał  uwagi  na  takie  drobiazgi.  Musiał  usiąść 

bokiem,  przyciskając  kolana  do  drzwi,  a  wyraz  jego  twarzy  wskazywał,  Ŝe  nie  jest  mu 

najwygodniej.  

Hayley  milczała.  Byron  zapewne  chce  być  jak  najszybciej  na  miejscu  i  kto  wie,  czy  w 

końcu  nie  Ŝałuje,  Ŝe  zaproponował  jej  wspólną  kolację.  Widziała  dostatecznie  wielu  ludzi 

przechodzących kryzys, by wiedzieć, Ŝe w takich stanach nastrój moŜe się zmienić w jednej 

chwili diametralnie.  

W  Arden  były  dwie  pizzerie.  Wybrała  bliŜszą  i  bez  kłopotu  zaparkowała  na  wprost 

wejścia. W powszedni dzień wczesnym wieczorem nigdy nie było tu tłoku.  

– Wybierz, na co masz ochotę – rzekł Byron.  

No  tak,  musi  sama  zdecydować.  Nagle  przypomniała  sobie  ich  wieczory  w  pizzerii  po 

treningach i pochylając się konfidencjonalnie do męŜczyzny za bufetem, powiedziała: 

– Dwie pizze z szynką i ananasem, proszę.  

– Na wynos? 

– Nie, na miejscu.  

W głębi sali stały cztery stoliki z plastikowymi podkładkami pod talerze. Ściany zdobiły 

duŜe  reprodukcje  widokówek  z  Sycylii,  podłoga  była  wyłoŜona  czerwonymi  płytkami  z 

background image

winylu.  Miejsce  nie  było  imponujące,  ale  dla  Byrona  nie  miało  to  znaczenia.  Nie  zwracał 

uwagi na otoczenie, zaprzątnięty własnymi myślami.  

Hayley  miała  dla  niego  ogromnie  duŜo  czułości.  Być  moŜe  takie  uczucie  kobieta  moŜe 

Ŝ

ywić tylko do męŜczyzny, który jako młody chłopiec obdarował ją pierwszym prawdziwym 

pocałunkiem.  Nigdy  się  nie  poróŜnili.  Po  prostu  Ŝycie  pokierowało  ich  w  róŜne  strony.  W 

klubie sportowym dziewczęta go nie odstępowały, ale on był zbyt skoncentrowany na swoim 

celu,  aby  zwracać  na  to  uwagę,  i  zbyt  honorowy,  by  wykorzystywać  tę  burzę  Ŝeńskich 

hormonów.  

A  teraz  był  dorosły.  Był  męŜczyzną  w  kaŜdym  tego  słowa  znaczeniu.  Miał  trzydzieści 

cztery  lata,  doskonałą  sylwetkę,  mógł  się  poszczycić  zawodowymi  sukcesami.  Znał  radości 

męŜczyzny i jedyny w swoim rodzaju Ŝal z powodu straty Ŝony, który na ogół jest udziałem 

ludzi w starszym wieku.  

Nie zastanawiając się, jak zinterpretuje ten gest, Hayley wyciągnęła rękę i dotknęła jego 

dłoni.  

–  Ona  musi  być  niezwykła,  Byronie  –  powiedziała.  –  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy 

zobaczę ją w przedszkolu. MoŜe Max wreszcie znajdzie równego sobie.  

– Kto wie? – Byron się roześmiał.  

Odwrócił dłoń tak, Ŝe ich palce się zetknęły, ścisnął je lekko i potarł kciukiem jej kostki. 

Zrobił to powoli, w sposób hipnotyzujący. Nie było w tym nic erotycznego, a jednak Hayley 

przypomniała sobie nagle w najdrobniejszych szczegółach ich pocałunek sprzed szesnastu lat.  

Powolny, nienatarczywy, gorący, nie będący preludium do bardziej intymnego celu, lecz 

celem  samym  w  sobie.  Po  prostu  pocałunek.  Po  prostu  chwila  wzruszenia.  Ona  zwichrzyła 

mu  włosy,  on  wsunął  rękę  pod  jej  bluzeczkę  i  za  pasek  dŜinsów,  by  dotknąć  jej  skóry.  Pół 

godziny upłynęło, zanim dotknął jej piersi. Pieścił je tak, jak teraz pieści jej palce, delikatnie, 

nienatarczywie, niczego się nie domagając.  

–  Dobrze  znów  cię  widzieć  Hayley  –  oświadczył  wreszcie.  Zabrzmiało  to  szczerze,  ale 

chyba wiele go te słowa kosztowały.  

– Hm, fajne były czasy, prawda? – odrzekła. – Wtedy w klubie. Nieźle się bawiliśmy.  

– Widujesz czasem kogoś z dawnych znajomych? – zainteresował się. – Ludzi, z którymi 

startowaliśmy w zawodach? 

–  Craig  wciąŜ  tu  mieszka.  I  Samantha.  I  Rob.  –  Pokrótce  opowiedziała,  co  które  z  nich 

robi,  wspomniała  jeszcze  o  para  innych  osobach,  które  wyjechały  z  Arden  do  Sydney, 

Melbourne czy Canberry.  

– A co u ciebie? – spytał. – U ciebie i... ? 

– Chris i ja rozwiedliśmy  się –  wpadła mu szybko w słowo.  Z jakichś powodów bardzo 

waŜne było, Ŝeby od razu to wyjaśnić. WaŜne dla kogo? Dla Byrona? Czy moŜe dla niej? 

– Chyba coś słyszałem. – Skinął głową. Przyniesiono pizzę, co dało Hayley pretekst, by 

cofnąć rękę. Poczuła się naraz nielojalna wobec Chrisa, dotykając dłoni innego męŜczyzny i 

ciesząc się tym dotykiem. To szaleństwo. PrzecieŜ Chris ją opuścił. Chciał „odnaleźć siebie”. 

Nie był w stanie „sprostać roli ojca”. Kiedy ostatnio była w Melbourne, zauwaŜyła, Ŝe Chris 

w  końcu  wydoroślał.  Być  moŜe  „odnalazł  siebie”.  Otworzył  szkołę  samoobrony,  nazwał  ją 

background image

Międzynarodową Akademią Tae Kwon Do i cięŜko pracował, by pozyskać uczniów. Jeśli ją 

utrzyma,  szkoła  zapewni  mu  stały  dochód.  WciąŜ  miał  kłopoty  z  rachunkowością  i 

podatkami, ale Hayley nie miała nic przeciwko temu, by od czasu do czasu mu w tym pomóc. 

Chciała, Ŝeby mu się powiodło. A to znaczyło, Ŝe jego los wciąŜ nie był jej obojętny. Czy to 

wystarczy do... ? 

– Tak, to musiało być dla ciebie trudne – powiedział Byron.  

AŜ podskoczyła i uzmysłowiła sobie, Ŝe myślami była o całe kilometry stąd.  

– Przepraszam – rzuciła. – Zamyśliłam się.  

– Mam wraŜenie, Ŝe rozwód nie był twoim pomysłem – zauwaŜył Byron.  

–  CóŜ,  nie.  Ja  jestem...  uparta.  Nie  lubię  pozostawiać  rzeczy  własnemu  biegowi  ani 

przyznać się do poraŜki, zanim nie zrobię wszystkiego, co w danej sytuacji mogę. I musiałam 

jeszcze mieć na względzie Maxa.  

Pokiwał głową. Nie kontynuował tego tematu, co przyjęła z ulgą. Po co mu to wszystko 

opowiada? 

– Nie jestem dziś zbyt atrakcyjnym towarzyszem, co? 

– zauwaŜył.  

– Nie oczekiwałam tego.  

– Dziękuję. – Zasłonił dłonią oczy i westchnął. – Jeśli zdarza się coś takiego... to znaczy, 

tęsknię za Elizabeth bardzo, ale jeśli coś takiego się zdarza...  

– Wiem.  

ChociaŜ  nie  wiedziała.  Nie  do  końca.  Rozwód  to  jednak  nie  to  samo  co  śmierć.  Ból 

dotyka innych miejsc.  

– Przestałem czekać, aŜ to minie – wyznał. – Po prostu raz ból jest większy, raz mniejszy. 

Z czasem moŜe rany się zabliźnią. Dziś jest lepiej niŜ jeszcze miesiąc temu. Powoli dochodzę 

do siebie, ale przestałem czekać, aŜ to się skończy. Ból nie przebiega liniowo, prawda? 

– Nie – przyznała z pełnym zrozumieniem.  

–  Wzmaga  się  i  słabnie  jak  kursy  na  giełdzie,  o  ile  w  ogóle  moŜna  zrobić  takie 

porównanie.  

– Dziś jest źle, prawda? – Dotknęła jego dłoni.  

–  Fatalnie  –  przyznał,  ściskając  lekko  jej  palce.  –  To  juŜ  cztery  lata!  Niejeden  na  moim 

miejscu byłby juŜ ponownie Ŝonaty. – Potrząsnął w zamyśleniu głową.  

– Myślisz, Ŝe kiedyś znów się oŜenisz? – spytała mimo woli i od razu zdała sobie sprawę 

z niestosowności tego pytania.  

– Nie, raczej nie. – Byron znowu potrząsnął głową.  

– Nie wyobraŜam sobie, Ŝebym kiedykolwiek mógł znaleźć kogoś, z kim tak totalnie bym 

się  zespolił.  MoŜe  częściowo,  moŜe  fizycznie  tak,  moŜe  jak  przyjaciele.  Ale  nie  całkowicie, 

nie tak, byśmy tworzyli jedność. Nie, to wykluczone. Nigdy nie byłoby tak samo.  

– Tak samo na pewno nie – zgodziła się. I znowu ogarnęła ją taka sama jak przed chwilą 

czułość.  

–  Miałem  to  wszystko.  Byłem  szczęśliwy.  Wielu  ludzi  nigdy  nie  doznaje  podobnych 

przeŜyć.  

background image

– Nie...  

Rozłączyli dłonie i przez chwilę w milczeniu jedli pizzę.  

Hayley nagle przyszło na myśl, Ŝe być moŜe Byron idealizuje trochę swój związek. Ale 

któŜ  by  tego  nie  robił  po  takiej  stracie?  Najwidoczniej  bardzo  kochał  Ŝonę,  a  teraz,  gdy 

odeszła,  zapomniał  o  napięciach,  jakie  musiały  się  zdarzać,  o  nieporozumieniach,  o 

rozczarowaniach. W kaŜdym, nawet najlepszym małŜeństwie się zdarzają.  

To była jedna z tych rzeczy, nad którymi się zastanawiała, a mianowicie czy ona i Chris 

mogliby  jeszcze  mieć  wspólną  przyszłość.  Rozumiała  go,  troszczyła  się  o  niego,  był  ojcem 

Maxa. Czego więcej chciała? 

–  Jestem  juŜ  dostatecznie  długo  daleko  od  niej  –  rzekł  Byron  i  przez  sekundę  Hayley 

myślała, Ŝe wciąŜ mówi o Elizabeth. – Nie chcę, Ŝeby była sama, kiedy się obudzi.  

AleŜ oczywiście, ma na myśli Tori! 

–  Ani  mama  –  dodał.  –  Mam  nadzieję,  Ŝe  jutro  z  Harpoon  Bay  przyjedzie  ciotka  i  wuj, 

Ŝ

eby się z nią zobaczyć. – Odsunął krzesło. – Niestety, moja siostra mieszka w Londynie.  

– Nie skończyłeś pizzy.  

– Zabierz do domu, jeśli chcesz.  

Poprosiła o pudełko i zapakowała resztę pizzy.  

–  MoŜe  pani...  przypomnieć  doktorowi  Blackowi,  Ŝeby...  to  skończył  w  nocy?  –  Podała 

po przyjściu do szpitala pudełko jednej z pielęgniarek. Nie musiała nawet pytać, by wiedzieć, 

Ŝ

e Byron nie zamierza wracać do domu. – Podgrzeje mu to pani? I proszę wyłoŜyć na talerz i 

mu podać.  

– Sam o sobie nie pomyśli, prawda? – zorientowała się pielęgniarka.  

Byron  zajrzał  do  Tori.  Zobaczył,  Ŝe  dziewczynka  jeszcze  śpi  i  skierował  się  na  drugą 

stronę korytarza do pokoju matki.  

– Jeszcze tu jesteś? – zdziwił się.  

– Twoja pizza jest w lodówce – powiedziała.  

– Myślałem, Ŝe to twoja – zaśmiał się.  

–  Nie,  na  pewno  twoja.  Ja  nie  przepadam  za  szynką  z  ananasami  –  dodała  szybko.  – 

Pamiętasz?  Jedliśmy  ją  zawsze  po  treningach.  Pan  Hazelwood  nie  dawał  nam  moŜliwości 

wyboru albo mówił, Ŝe przez całą noc byśmy się nie zdecydowali.  

– I nigdy nie powiedziałaś, Ŝe jej nie lubisz? 

– Nie chciałam grymasić.  

– Zawsze byłaś zbyt uprzejma.  

–  Ty  teŜ.  Zwykłeś  czekać,  aŜ  wszyscy  sobie  nałoŜą,  i  dopiero  wtedy  brałeś  ostatni 

kawałek.  

–  To  nie  była  szczególna  uprzejmość  z  mojej  strony.  Wiedziałem,  Ŝe  mama  czeka  w 

domu z kolacją.  

– To znaczy, Ŝe nie wiedziała o pizzy? 

– Ej Ŝe, byłem juŜ prawie dorosły.  

Roześmiali się jak na komendę. Z jedną ręką na klamce, pochylił się i wsunął palce w jej 

krótkie  ciemne  włosy.  Odruchowo  zwróciła  ku  niemu  twarz,  ich  oczy  się  spotkały.  Miał 

background image

ciemne, duŜe źrenice, a w jego oczach była delikatność i czułość. Przesunął wzrok na jej usta. 

Rozchyliła je lekko,  czując, Ŝe serce bije jej mocniej, i wtedy on opuścił  rękę.  Odetchnęła z 

ulgą. Tego wieczoru nie była przygotowana na takie doznania.  

–  Muszę  jechać  po  Maxa  –  wykrztusiła  z  trudem.  –  Myślę,  Ŝe  teraz,  skoro  wróciłeś, 

będziemy w kontakcie – rzuciła.  

–  Oczywiście  –  odparł.  MoŜe  by  jeszcze  coś  dodał,  ale  ona  juŜ  oddaliła  się  szybkim 

krokiem w kierunku wyjścia.  

Obserwował ją przez chwilę.  

Był  czas  odwiedzin  i  na  korytarzu  zaroiło  się  od  ludzi.  Hayley  nie  zwracała  na  nich 

uwagi. Szła z pochyloną głową tak szybko, Ŝe delikatne złote kolczyki z bursztynem uderzały 

o  szyję,  połyskując  w  świetle  lamp.  ZauwaŜył  to  juŜ  wcześniej.  Zawsze  była  szybka  i  taka 

pozostała,  pomyślał.  Szybka  w  basenie,  szybka  za  kierownicą  karetki,  szybka,  kiedy  szła. 

Zorganizowana. Skuteczna. Umykająca.  

Zawsze uwaŜał ją za bardzo atrakcyjną. Była szczupła ale silna, miała zgrabną sylwetkę, 

cudownie gładką skórę i Ŝywe, roześmiane oczy.  

Oczywiście,  Ŝe  hormony  dawały  o  sobie  znać  w  otoczeniu  gładkich,  mokrych  ciał  i 

napręŜonych mięśni. Wcześnie nauczył się jednak rozróŜniać między pociągiem fizycznym a 

więzią  emocjonalną.  Kiedy  na  drugim  roku  medycyny  w  Sydney  poznał  Elizabeth,  ich 

wzajemny pociąg stanowił tylko element pewnej całości, tak doskonałej, Ŝe wiedział, iŜ nigdy 

takiej nie znajdzie. Zresztą nawet nie chciał znaleźć.  

Teraz nie szukał znajomości z kobietami, nie odczuwał ich braku, właściwie stały mu się 

obojętne. A jednak uwaŜał Hayley za bardzo atrakcyjną kobietę. Stwierdził, Ŝe ich pocałunek 

sprzed lat pozostał mu w pamięci. Niepokoiło go to, przeraŜało, jeśli miał być szczery.  

Nie. Nie potrzebuję tego. Nie chcę.  

To  była  sprawa  instynktu,  a  nie  coś,  co  chciałby  dogłębnie  analizować.  Czy  niechęć  nie 

jest wystarczającym argumentem? Czy musiał jeszcze się głowić nad tym „dlaczego”? 

Tak.  MoŜe  i  musiał.  Nie  w  pełni  wierzył  swej  ocenie  czy  swoim  reakcjom  –  to  właśnie 

stanowiło  część  problemu.  To  byłoby  takie  proste...  zaspokoić  pewne  potrzeby...  oszukać 

samego siebie, Ŝe z Hayley nic mu nie grozi, bo znają się przecieŜ od lat. Ale co będzie, gdy 

przygoda  się  skończy?  Wszystko  wróci  do  dawnego  stanu,  tyle  Ŝe  on  straci  starego 

przyjaciela.  Gorzej,  rozjątrzy  jeszcze  nie  zagojone  rany  po  stracie  Elizabeth  i  ból  wróci  ze 

zdwojoną siłą.  

Nie,  jeśli  zamierza  wdać  się  w  jakiś  nowy  związek,  to  na  pewno  nie  z  Hayley, 

zdecydował.  Musiałby  to  być  ktoś  bardziej  neutralny,  ktoś,  z  kim  taki  układ  byłby 

bezpieczniejszy i nie miał przykrych następstw.  

Utwierdziwszy się w tym postanowieniu, odetchnął z ulgą i poszedł zobaczyć się z matką.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

–  Moja  mama  ma  dzisiaj  dyŜur  –  powiedział  Max  do  swojej  wychowawczyni  w 

przedszkolu, Karen.  

–  Wiem.  Cieszysz  się,  Ŝe  mama  z  tobą  będzie,  prawda?  –  Karen  uśmiechnęła  się  i 

spojrzała na Hayley.  

–  W  czym  mogę  pomóc?  –  spytała  Hayley.  Nigdy  przedtem  nie  pełniła  dyŜuru 

rodzicielskiego w przedszkolu, choć robiła to kilka razy rok wcześniej, kiedy Max dwa razy 

w tygodniu chodził przedpołudniami na zajęcia dla maluchów.  

Zanim wychowawczyni zdąŜyła jej odpowiedzieć, uwagę ich zwrócił Byron Black, który 

właśnie wchodził na werandę, trzymając za rękę Tori. Był tak wysoki, Ŝe musiał się pochylić, 

by nie uderzyć  głową w  niski strop. W jego postawie i sposobie poruszania się było coś,  co 

natychmiast przyciągnęło niejedną parę oczu.  

– Wybacz Hayley – rzekła Karen. – To mała Tori Black, jest tu pierwszy raz. Ona... cóŜ... 

ma za sobą cięŜkie przejścia.  

– Znam Tori. I jej tatę – uśmiechnęła się Hayley. Obserwowała tę dwójkę, jak wchodzili 

do  sali.  Byron  wyglądał  na  zaniepokojonego,  jak  gdyby  się  zastanawiał,  czy  Tori  moŜe  juŜ 

uczęszczać  do  przedszkola.  Trudno  mu  się  dziwić.  Od  wypadku  dziewczynki  upłynęło 

zaledwie  sześć  tygodni  i  choć  poparzenia  nie  były  widoczne,  pod  czerwoną  letnią  sukienką 

kryły  się  blizny  i  zaczerwienienia  w  miejscach,  w  których  przeszczepiono  skórę.  Karen 

podeszła, by się z nimi przywitać, a Hayley usiadła na dywanie obok Maxa. Chłopiec zaczął 

układać  kota.  Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  całą  uwagę  skupia  na  Tori  i  Byronie,  a  nie  na 

drewnianych elementach rozrzuconych po podłodze.  

– W zeszłym tygodniu układałem kota codziennie – oznajmił Max. – Znam to na pamięć. 

– Co tłumaczyło, dlaczego nie potrzebował jej pomocy w tym momencie.  

– Ucho, ogon, drugie ucho, głowa, łapy – wymieniał, chwytając bezbłędnie jeden element 

za drugim.  

Hayley  nie  przestawała  myśleć  o  Byronie.  Odwiedziła  Tori  i  panią  Black  w  szpitalu  w 

dwa  dni  po  wypadku  i  podarowała  Tori  puzzle  trójwymiarowe,  ale  wtedy  nie  spotkała  się  z 

Byronem.  Dowiedziała  się  jednak  o  nim  tego  i  owego  od  kolegi  z  drugiej  karetki,  który  teŜ 

znał Byrona ze szkoły.  

– Zaczął się spotykać z Wendy Piper, która jest lekarzem pierwszego kontaktu mojej Ŝony 

– mówił Paul Cotter. – Niech im wyjdzie na zdrowie, mam nadzieję, Ŝe on lubi konie! 

– Doktor Piper jest równieŜ moim lekarzem pierwszego kontaktu – zauwaŜyła Hayley. W 

systemie słuŜby zdrowia w Arden oznaczało to, Ŝe doktor Piper pracuje równieŜ w szpitalu i 

pełni  regularne  dyŜury  na  oddziale  wypadkowym.  –  Ale  nie  słyszałam  o  niej  i  doktorze 

Blacku.  

– Och, ona się przyjaźni z moją Ŝoną – wyjaśnił Paul.  

–  Rhonda  zajmuje  się  równieŜ  jej  koniem,  a  więc  spotykają  się  czasami  na  padoku. 

Przypuszczam, Ŝe nieźle wtedy plotkują.  

background image

Karen  pokazała  Tori,  gdzie  powiesić  plecak,  gdzie  po–  łoŜyć  owoce  i  gdzie  są  toalety. 

Byron  chodził  za  nimi  krok  w  krok,  jakby  się  bał  choć  na  sekundę  stracić  córkę  z  oczu. 

Podeszli do półki z puzzlami.  

– MoŜe wybierzesz sobie którąś układankę i tatuś ci pomoŜe? – zaproponowała Karen.  

– Umiem sama układać – odparła Tori. – Uwielbiam puzzle. Nie potrzebuję pomocy, ale 

tatuś moŜe się przyłączyć – dodała uprzejmie.  

– Zechcesz się przyłączyć, tatusiu? – Karen uśmiechnęła się do Byrona.  

– Oczywiście! 

Wreszcie!  Wreszcie  się  uśmiechnął  i  twarz  od  razu  mu  się  zmieniła.  Było  w  niej  coś 

ciepłego, coś wspaniałomyślnego. Dziel ze mną moją przyjemność, zdawał się mówić. Miłość 

i ból po stracie nie były jego jedynymi uczuciami. Hayley stwierdziła, Ŝe i ona się uśmiecha, 

choć nawet nie spojrzał jeszcze w jej kierunku.  

Próbował  znaleźć  na  dywanie  kawałek  miejsca  na  tyle  duŜy,  by  zmieścić  jakoś  długie 

nogi.  W  końcu  usiadł,  a  tymczasem  Tori  wybierała  puzzle.  Wreszcie  pochwycił  spojrzenie 

Hayley i pozdrowił ją. Odpowiedziała mu uśmiechem.  

– Moja mama ma dzisiaj dyŜur – wyjaśnił Max.  

– Będzie potrzebowała pomocy? – spytał Byron.  

– Myślę, Ŝe nie.  

– Ty teŜ zostajesz? – zdziwiła się Hayley. Przysunął się do niej i zniŜył głos.  

–  Tak.  Pewnie  okaŜe  się  to  niepotrzebne,  ale  blizny  po  przeszczepach  są  jeszcze  świeŜe 

i... Wiesz, po prostu chciałem z nią zostać pierwszego dnia.  

– MoŜesz pokroić owoce dla dzieci – zasugerowała Hayley. – Poczujesz się potrzebny.  

– Dobry pomysł. – Uśmiechnął się z wdzięcznością. – Przynajmniej się na coś przydam. 

W  kaŜdym  razie  dzisiaj.  Normalnie  opiekunka  będzie  przyprowadzać  i  odbierać  Tori.  Sama 

ma małe dziecko i opiekuje się przy okazji innymi.  

– I to zdaje egzamin? – zainteresowała się Hayley.  

–  Jeszcze  jak.  Tori  chodzi  do Robyn  od  dwóch  tygodni  i  słyszę  od  obu  same  zachwyty. 

Wiesz – wyznał szeptem – w zeszłym tygodniu nawet tam wpadłem niespodziewanie. Sama 

rozumiesz, wciąŜ się słyszy opowieści o złej opiece nad dziećmi i tak dalej.  

– Rozumiem. – Hayley skinęła głową.  

– Ale Robyn była z Tori, jeszcze dwójką innych dzieci i swoim synkiem w piaskownicy, 

budowali zamki z piasku. Wszystkie miały na głowach kapelusiki chroniące przed słońcem, a 

ona  przygotowała  im  zdrowe  drugie  śniadanie.  Głupio  mi  było,  Ŝe  zachciało  mi  się  ją 

kontrolować.  

– Nie pomyślałeś, Ŝeby jakoś wyjaśnić swoją wizytę, przeprosić? – zapytała.  

– Nie, byłem ostatnio potwornie zajęty, nawet nie przyszło mi to do głowy. Nie wiem, na 

jakim świecie Ŝyję.  

– Ona to zrozumie, skoro sama jest matką.  

–  AleŜ  ona  zrozumiała!  Natychmiast!  MoŜe  byłbym  mniej  zaŜenowany,  gdyby  nie 

zrozumiała! Zaślepiony ojciec przyłapany na gorącym uczynku zamartwiania się.  

Hayley  się  roześmiała.  Byron  wyglądał  znacznie  lepiej  niŜ  sześć  tygodni  wcześniej. 

background image

Twarz mu się wypogodziła, sprawiał wraŜenie radośniejszego.  

– Jak się czuje twoja matka? – spytała. Zmarkotniał nieco.  

–  Cały  czas  odbywa  rehabilitację,  ale  postępy  są  jeszcze  nieznaczne.  Na  razie  robi  parę 

kroków  z  balkonikiem.  Mówi  parę  słów.  Sama  je,  lewą  ręką.  Czeka  ją  jeszcze  długa  droga. 

Niczego nie planujemy, ale mama bardzo chce być zdrowa, a to ma ogromne znaczenie.  

– O tak, masz rację – przyznała Hayley.  

– Maxem opiekuje się twoja mama, tak? – Jego zainteresowanie było szczere. MoŜe nie 

sprawiał wraŜenia dobrego słuchacza, ale na pewno niczego nie udawał.  

–  Tak,  i  tata  teŜ  pomaga  –  wyjaśniła.  –  Opowiada  mu  bajki  na  dobranoc,  kiedy  ja  mam 

dyŜur, chodzi z nim na plac zabaw. Bez pomocy ze strony rodziców nie dałabym rady.  

Rodzice  Chrisa  teŜ  mieszkali  w  okolicy,  ale  nie  byli  szczególnie  zainteresowani 

wnukiem. Nawet w okresie małŜeństwa Hayley nie utrzymywała z nimi bliskich stosunków.  

– Rozumiem, Ŝe oboje cieszą się dobrym zdrowiem – zauwaŜył Byron.  

– O tak, dzięki Bogu – przyznała. – Tata skończy w przyszłym roku sześćdziesiąt lat, ale 

nie dałbyś mu tyie.  

–  Moi  teściowie  teŜ  nie  wyglądają  na  swoje  lata  –  zauwaŜył  Byron.  –  W  przyszłym 

tygodniu ma przyjechać Monica. Tori nie moŜe się juŜ doczekać, a i ja się cieszę. Monica jest 

wspaniała.  

Nie  mogli  kontynuować  tej  rozmowy,  bo  dzieci  uprzątnęły  puzzle  i  zaczęły  gry 

zespołowe,  po  których  nadszedł  czas  na  zajęcia  praktyczne.  Karen  poprosiła  Byrona,  Ŝeby 

pomógł jednemu z dzieci manipulować myszką przy komputerze.  

Przez  cały  czas  miała  świadomość  jego  bliskiej  obecności.  Wolałaby  o  nim  nie  myśleć. 

Dał  jej  juŜ  przecieŜ  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  jest  zainteresowany  kobietami,  Ŝe  nie  chce  się 

angaŜować. A ona, która wciąŜ rozmawiała telefonicznie z Chrisem o „powrocie do tego, co 

było”, teŜ nie chciała – nie powinna – poświęcać tyle uwagi Byronowi.  

–  Gdzie  są  te  owoce,  które  mam  pokroić?  –  spytał  Byron,  gdy  dzieci  zaczęły  uczyć  się 

piosenek.  

– Tam, w misce na zlewozmywaku. Spytaj Karen, jak to zrobić, bo niektóre trzeba obrać, 

inne nie...  

Byron nie wydawał się tutaj nie na miejscu, jak to było w przypadku większości ojców, 

którzy wkraczali na teren zastrzeŜony dla kobiet i dzieci. WyróŜniał się tylko nieprzeciętnym 

wzrostem i atletyczną sylwetką.  

Chris, na przykład, nie zawsze umiał znaleźć właściwy ton w rozmowie z Maxem. Mówił 

przesadnie  słodkim  głosem  w  sposób  zbliŜony,  jak  mu  się  wydawało,  do  sposobu  mówienia 

dzieci. Często powtarzał: „Wow! To niesamowite”, choć wcale tak nie myślał.  

– Na litość boską, rozmawiaj z nim normalnie, Chris – napominała Hayley męŜa.  

– Wiem, wiem, ale nie potrafię, i w tym cały problem. Za kaŜdym razem, kiedy go widzę, 

jest  większy.  Nigdy  nie  twierdziłem,  Ŝe  jestem  w  tym  dobry.  Zaskoczyłaś  mnie.  Dlatego 

wszystko się rozleciało. Nie planowaliśmy dzieci przez pierwsze lata małŜeństwa.  

– Do tego trzeba dwojga, Chris – przypomniała mu.  

– Chcesz mi powiedzieć, Ŝe to nie ty nie uwaŜałaś? 

background image

– spytał, podnosząc głos.  

To  prawda,  przypomniała,  sobie  teraz.  Musiała  przyznać,  Ŝe  w  pewnych  sprawach  miał 

rację. Rzeczywiście była nieostroŜna, ale nie zrobiła tego z premedytacją. Po prostu naiwnie 

myślała, Ŝe dziecko nie będzie stanowiło dla nich problemu.  

Pokomplikowało się. Miłość, rodzicielstwo, rozwód. Wszystko się pokomplikowało.  

Pod koniec zajęć w przedszkolu Hayley zauwaŜyła elegancko ubraną kobietę z kręconymi 

kasztanowymi włosami, czekającą przed wejściem. Domyśliła się, Ŝe to doktor Piper.  

– No i jak ci poszło? – spytała Byrona.  

– Kiepsko.  

– NiemoŜliwe – powiedziała Ŝartobliwie, ale z pewną uszczypliwością.  

Tori  spojrzała  na  doktor  Piper  spode  łba.  Trzymała  ojca  za  rękę.  Nie  przywitała  się, 

dopóki Byron jej o tym nie przypomniał. Hayley z Maxem minęła ich w drodze na parking.  

– PokaŜę ci dzisiaj moje konie, Victorio – rzekła doktor Piper, starając się nadać głosowi 

przyjacielski  ton.  –  Ale  najpierw  zjemy  obiad  w  miłej  restauracji  z  owocami  morza.  Lubisz 

krewetki? 

– Nie, mają macki i oczy.  

Hayley stłumiła śmiech. MoŜe nie powinna się cieszyć z drobnych nieporozumień między 

panią doktor a Tori, a jednak się cieszyła.  

– Jedziemy do domu, Max – powiedziała, ponaglając chłopca, by wsiadł do samochodu. 

DyŜur w pogotowiu miała dopiero o szóstej wieczorem.  

–  Do  widzenia,  Hayley!  –  zawołał  Byron,  gdy  zapinała  Maxowi  pas.  Wendy  posłała  jej 

przelotny,  niepewny  uśmiech.  Być  moŜe  nie  poznała  jej  w  sytuacji  innej  niŜ te,  w  jakich  na 

ogół się spotykały.  

Nagły dzwonek telefonu gorącej linii przerwał błogi spokój panujący w stacji pogotowia. 

Hayley  oglądała  telewizję,  około  jedenastej  wieczór  poczuła  się  senna.  Zastanawiała  się 

właśnie,  czy  ma  się  połoŜyć  na  kozetce,  czy  moŜe  zwinąć  w  kłębek  na  fotelu,  gdy  telefon 

zadecydował za nią.  

Bruce podniósł słuchawkę.  

– Wypadek na autostradzie w pobliŜu granicy stanu – przekazał. Obsługiwali teren przy 

granicy między stanem Victoria a Nową Południową Walią. – Dwie osoby ranne.  

Hayley  przetarła  oczy,  przeciągnęła  się  i  włoŜyła  kurtkę.  Bruce  usiadł  za  kierownicą. 

Była  mu  wdzięczna,  Ŝe  tym  razem  ją  wyręczył.  Mieli  jechać  pustym,  pełnym  zakrętów 

odcinkiem autostrady. Nie było tam łatwo prowadzić po ciemku.  

– Czego jeszcze się dowiedziałeś? – spytała, gdy włączyli syrenę i wyjechali na szosę.  

– Zadzwonił do dyspozytora z komórki ktoś, kto właśnie tamtędy przejeŜdŜał, ale musiał 

odjechać kawał drogi, Ŝeby złapać zasięg. Teraz zawrócił i wskaŜe nam, gdzie się zatrzymać. 

Mówi,  Ŝe  jadąc  z  naszej  strony,  trudno  zauwaŜyć  rozbity  samochód.  Nie  był  bezpośrednim 

ś

wiadkiem zdarzenia, a więc nie wie, kiedy to się stało.  

– Zatem mogło to być zaledwie kilka minut wcześniej.  

– Wątpię. Na tym odcinku szosy jest nocą mały ruch. Kto wie, ile czasu upłynęło.  

– Sprawdził, co im się stało? – spytała.  

background image

– Nie przeszedł kursu pierwszej pomocy, więc bał się cokolwiek robić.  

– Słusznie. W jakiej to odległości od granicy? 

–  Nie  wiem.  Kathy  nie  znała  szczegółów.  Powiadomili  równieŜ  drugą  załogę.  A  takŜe 

straŜaków i policję.  

– To moŜe być jakieś czterdzieści kilometrów stąd – domyśliła się Hayley.  

– Pięćdziesiąt, jeśli „blisko granicy” oznacza stronę Victorii.  

–  Nienawidzę  tego  odcinka  autostrady  –  mruknęła  Hayley.  W  ciągu  ostatnich  lat  wiele 

razy tędy jeździła, woŜąc Maxa do ojca w Melbourne.  

Kiedy wyjechali poza miasto w kierunku południa, Bruce rozpędził samochód do granicy 

bezpieczeństwa.  Był  czwartek,  tydzień  po  tym,  jak  Tori  Black  po  raz  pierwszy  przyszła  do 

przedszkola.  Szosa  była  zupełnie  pusta.  W  świetle  reflektorów  migały  tylko  sylwetki 

eukaliptusów, a zakręty,  których było tu niemało, sprawiały, Ŝe jazdy nie  moŜna było uznać 

za relaksującą.  

W pewnym momencie zobaczyli kangura rozciągniętego na poboczu szosy. Najwyraźniej 

oślepiony światłami wpadł pod kola jakiegoś samochodu.  

– To nie miejsce dla ciebie, mały – mruknął Bruce.  

Na prostym odcinku zauwaŜyli za sobą błękitne światła wozu policyjnego i jadący tuŜ za 

nim samochód straŜy poŜarnej.  

Po dwudziestu minutach byli na miejscu. MęŜczyzna, który dzwonił na pogotowie, stał na 

poboczu z latarką w ręku, „ machając nią z daleka. Był bardzo zdenerwowany. Gdy tylko się 

zatrzymali, podbiegł do okna od strony Hayley.  

–  Tam!  –  zawołał,  wskazując  w  kierunku  gęstego  lasu  eukaliptusowego.  –  Widzicie? 

Uderzył  w  drzewo,  na  prawo  od  szosy.  Jeden  jęczy.  Drugi  w  ogóle  się  nie  rusza.  Ja...  nie 

miałem pojęcia, co robić.  

Bruce  podjechał  do  rozbitego  samochodu.  Był  to  stary  model,  mocno  sfatygowany  i 

skorodowany. Cały przód z jednej strony był zgnieciony jak kartka papieru. W samochodzie 

znajdowało  się  dwóch  męŜczyzn.  Mogli  mieć  niewiele  ponad  dwadzieścia  lat,  przemknęło 

Hayley przez myśl.  

Jeden tkwił nieruchomo z nogami uwięzionymi w zgniecionym metalu. Bruce szybko go 

zbadał i stwierdził, Ŝe nie Ŝyje.  

– Nie ma się co spieszyć – orzekł. – Co jest... dobre, o ile moŜna uŜyć tego słowa, bo nie 

trzeba będzie męczyć się, Ŝeby go jak najszybciej z tego uwolnić. – Sfrustrowany ratował się 

czarnym humorem.  

Drugi męŜczyzna, kierowca, cicho pojękiwał. Na szczęście nie był zakleszczony. Puls bił 

równomiernie,  choć  był  przyspieszony,  ale  ciśnienie  skurczowe  było  o  połowę  niŜsze  od 

normalnego.  

– Krwotok wewnętrzny – orzekła Hayley. Bruce skinął potakująco głową. – Jak tylko go 

wydobędziemy, zastosujemy kombinezon przeciwwstrząsowy. Drogi oddechowe w porządku.  

– Czuję benzynę – zauwaŜył spokojnie Bruce. – Dobrze, Ŝe chłopcy tu są.  

StraŜacy czekali w pogotowiu na wypadek, gdyby nastąpił wybuch lub gdyby samochód 

się zapalił. Drugi zespól zabierał się do odcięcia zmiaŜdŜonej części samochodu.  

background image

– MoŜe się to zdarzyć w kaŜdej chwili, prawda? – Hayley zachowywała spokój. – Ale nie 

moŜemy o tym myśleć...  

ZałoŜyła  rannemu  męŜczyźnie  maskę  i  podłączyła  go  do  aparatu  demowego.  Następnie 

Bruce unieruchomił mu kark.  

– No dobrze, chłopie – powiedział do rannego. – Zaraz cię zawieziemy do szpitala. Jesteś 

pod dobrą opieką.  

Czy  męŜczyzna  go  zrozumiał?  Nie  przestawał  jęczeć.  Hayley  poszukała  Ŝyły,  w  którą 

mogłaby  się  wkłuć  i  podłączyć  kroplówkę,  ale  wskutek  niskiego  ciśnienia  Ŝyły  męŜczyzny 

wyglądały jak baloniki, z których wypuszczono powietrze.  

– MoŜecie nam tu trochę poświecić? – zwróciła się do straŜaków. – Niewiele widzę.  

Jeden z nich podszedł z duŜą latarką.  

Znalazła  w  końcu  Ŝyłę,  przez  którą  mogła  podawać  preparat  krwiozastępczy,  co 

umoŜliwiało dowiezienie męŜczyzny do szpitala Ŝywego. Włączyła aparat do monitorowania 

pracy  serca  i  pobrała  próbkę  krwi,  którą  drugi  ambulans  natychmiast  powiózł  do  Arden  w 

celu ustalenia grupy krwi.  

– W porządku, moŜna go wyciągnąć – powiedział Bruce do straŜaków.  

– Tętno trochę spadło, ciśnienie wzrasta – stwierdziła Hayley. – To dobrze, bierzcie go.  

OstroŜnie wyciągnęli męŜczyznę z wraka samochodu, ułoŜyli na noszach  i przenieśli do 

karetki.  Wystarczył  tylko  ten  ruch,  by  serce  rannego  znowu  wpadło  w  galopujący  rytm. 

Helikopter  był  juŜ  w  drodze.  Nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  rannego  trzeba  przetransportować 

do szpitala w mieście.  

Ostatnią  deską  ratunku  był  kombinezon  przeciwwstrząsowy  i  teraz  właśnie  naleŜało  go 

uŜyć.  Był  to  wynalazek  wojskowy  zaadaptowany  dla  celów  medycyny  cywilnej.  Spodnie 

sięgające  od  stóp  do  brzucha  mogły  się  nadąć,  aby  sztucznie  podwyŜszyć  ciśnienie  w 

kończynach chorego. Miały kilka zalet. NajwaŜniejsza była ta, Ŝe tłoczyły krew od kończyn w 

kierunku mózgu i innych waŜnych narządów. Mogły takŜe zmniejszyć krwotok wewnętrzny i 

skutecznie  unieruchomić  ranne  nogi  pacjenta.  Po  dowiezieniu  chorego  do  szpitala  naleŜało 

pozostawić aparaturę włączoną do czasu rozpoczęcia transfuzji krwi.  

Zestaw działał jak nałeŜy.  

–  Okay,  ustabilizowaliśmy  jego  stan  na  tyle,  na  ile  to  było  moŜliwe  –  poinformowała 

Hayley Bruce’a. – Tętno i ciśnienie się poprawia. Jedziemy.  

– W drogę. – Bruce włączył światło oraz syrenę.  

–  Słyszysz  mnie?  –  Hayley  pochyliła  się  nad  męŜczyzną.  –  Jedziemy.  Trzymaj  się, 

wszystko będzie dobrze.  

Ale  nie  było.  Tętno  i  ciśnienie  znowu  się  pogorszyło,  męŜczyzna  przestał  jęczeć,  wciąŜ 

był nieprzytomny. Jego stan był krytyczny i Hayley dobrze o tym wiedziała.  

Na  Boga,  westchnęła,  on  tak  bardzo  przypomina  Chrisa.  Jasne  włosy,  przystojny, 

niedbale ubrany. Chris teŜ zawsze tą szosą jeździ za szybko. Za kaŜdym razem pytała go: „O 

której  wyjechałeś  z  Melbourne?”  I  za  kaŜdym  razem  okazywało  się,  Ŝe  jechał  za  szybko, 

przewaŜnie nocą.  

Później  oczami  wyobraźni  widziała  taką  scenę,  jakiej  dziś  była  świadkiem  –  samotny 

background image

samochód  roztrzaskany  o  drzewo,  bo  Chris  zasnął  za  kierownicą,  stracił  panowanie  na 

zakręcie,  oślepiły  go  światła  samochodu  z  naprzeciwka  albo  skręcił  zbyt  gwałtownie,  chcąc 

ominąć strusia czy kangura.  

Niebezpieczeństwo  było  wręcz  namacalnie  realne.  W  telewizji  prowadzono  nawet 

specjalną akcję na rzecz bezpieczeństwa na drodze, w której brali udział członkowie rodzin i 

przyjaciele ofiar brawury za kierownicą.  

Ilekroć  jednak  prosiła  go,  wręcz  błagała,  by  jechał  wolniej,  zatrzymywał  się  na  kawę, 

jechał za dnia, zawsze odpowiadał, Ŝe nie ma się czym martwić.  

–  Znam  swoje  moŜliwości,  Hayley  –  mówił.  –  Nie  piję.  Jadę  stosownie  do  warunków. 

Powinnaś mnie zobaczyć, gdy jest ślisko albo mgła. Wtedy pełznę. Wlokę się. Martwisz się, 

bo w pracy widzisz za duŜo wypadków.  

–  Tak,  i  nieraz  bym  chciała,  Ŝebyś  znalazł  się  na  moim  miejscu.  MoŜe  być  trochę 

spowaŜniał.  

– Nie bądź taka piekielnie zasadnicza! 

Następny  z  arsenału  ich  argumentów  w  dobrze  znanej  grze  wzajemnych  stosunków. 

Zasadnicza? Ale teraz i tak nie miała czasu zastanawiać się nad tym. Robiła, co mogła, choć 

mogła  niewiele.  Tętno  rannego  znów  przyspieszyło,  ciśnienie  skurczowe  spadło  poniŜej 

siedemdziesięciu.  Zapis  EKG  stał  się  płaski  na  pięć  minut  przed  Arden  i  minuty,  jakie 

pozostały do przyjazdu do szpitala, Hayley spędziła na gorączkowych próbach reanimacji.  

Kiedy zatrzymali się pod bramą do szpitala, Byron i Wendy juŜ na nich czekali. Wendy 

miała  na  sobie,  tak  jak  Byron,  zielony  fartuch  chirurgiczny.  Byli  gotowi  do  operacji  lub  do 

przewiezienia rannego helikopterem. Byron wyglądał na zmęczonego, był nieogolony. Stali z 

podkulonymi ramionami, jakby byli zmarznięci.  

Hayley  kontynuowała  reanimację,  podczas  gdy  Byron  i  Wendy  podawali  leki  mające 

przywrócić  pracę  serca.  Kiedy  wwieźli  męŜczyznę  do  środka,  zdała  relację  z  przebiegu 

wydarzeń.  W  większym  szpitalu  mogłaby  przelać  pełną  odpowiedzialność  na  personel 

medyczny w chwili, gdy skończyła sprawozdanie. Tutaj jednak musiała jeszcze pomagać przy 

rannym.  

Byron zlecił podanie atropiny i adrenaliny oraz krwi uniwersalnej  grupy zero Rh minus, 

ale po następnych paru minutach gorączkowych wysiłków Hayley wiedziała juŜ, Ŝe wszystko 

na  próŜno.  Byron  stwierdził  zgon  i  reanimację  przerwano.  Wendy  zaklęła  cicho  i  zamknęła 

oczy.  

– Przykro mi, Ŝe wyciągnąłem was z łóŜek na próŜno – bąknął Bruce.  

Helikopter zawrócił do bazy.  

Po  powrocie  do  pogotowia  Hayley  nie  miała  juŜ  pilnych  wezwań  i  mogła  się  trochę 

przespać. Rano pojechała do domu po Maxa i odwiozła go do przedszkola. Nie była w stanie 

pozbyć się balastu nocnych przeŜyć i czymś niestosownym wydawało jej się przebywanie w 

tym słonecznym, niewinnym miejscu zabaw.  

Niestosownym, ale stanowiącym balsam na jej duszę. Przyjechali parę minut za wcześnie. 

Drzwi  przedszkola  były  jeszcze  zamknięte,  więc  Max  pobiegł  się  bawić  na  placyku  przed 

budynkiem. Obserwowała go. Trudno by było tego nie robić, skoro raz po raz wołał: 

background image

– Patrz, mamo! – i wspinał się zręcznie po rozstawionych na placu zabaw drabinkach.  

Roześmiała się.  

– UwaŜaj, bo spadniesz! – zawołała.  

–  Nie  spadnę.  MoŜesz  mnie  teraz  pohuśtać?  –  poprosił.  Stanęła  przed  nim  i  pchnęła 

huśtawką.  Popychała  ją  kilka  razy,  gdy  nagle  Max  wydał  okrzyk  radości  i  zeskoczył  na 

ziemię.  

–  Tatuś!  –  zawołał  i  pobiegł  jak  strzała  do  wejścia.  Hayley  odwróciła  się  zdumiona  i 

zobaczyła  Chrisa.  Stał  przy  bramie,  z  włosami  jaśniejszymi  niŜ  zwykle,  w  koszuli  bez 

rękawów uwydatniającej letnią opaleniznę i silne mięśnie. Rozjaśnił włosy, pomyślała. Nieźle 

wygląda...  

– Cześć, chłopie! – zawołał Chris. – Cześć, Hayl! 

– Chris, co na Boga tu robisz? 

–  Opowiadałaś  mi  przez  telefon,  jak  to  fajnie  pójść  z  Maxem  do  przedszkola,  więc 

pomyślałem, Ŝe i ja spróbuję.  

– Ale przecieŜ masz dziś zajęcia? 

–  Nie  martw  się.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Z  dorosłymi  odrobię  je  wieczorem,  a  przy 

dzieciach zastąpi mnie kumpel. – Oczy miał podkrąŜone i zamglone.  

– Jechałeś całą noc – domyśliła się Hayley. – Nie moŜesz od razu wracać. To by było dwa 

razy po osiem godzin za kierownicą, zajęcia przez całe przedpołudnie i brak snu.  

–  Och,  przedszkole  jest  aŜ  tak  wyczerpujące?  –  zauwaŜył  kpiąco.  –  Nawiasem  mówiąc, 

zdrzemnąłem się godzinkę u rodziców i zjadłem dobre ciepłe śniadanie.  

–  W  nocy  na  tej  szosie  zginęły  dwie  osoby.  –  Mówiła  spokojnie,  ale  z  coraz  większym 

trudem  tłumiła  złość.  Po  tej  koszmarnej  nocy  jego  wizyta  nie  była  jej  specjalnie  na  rękę. 

Tymczasem nadeszły juŜ inne dzieci i Karen otworzyła drzwi.  

– Wiesz, widziałem ten samochód. W kaŜdym razie tak mi się wydaje – oznajmił Chris. – 

Było jeszcze pełno szkła na szosie. Nie najlepiej to wyglądało.  

– Nie najlepiej? Chris, to było straszne! Na Boga, czy to jeszcze mało, Ŝe zginęło dwoje 

ludzi? 

Głos  jej  drŜał.  Kątem  oka  dostrzegła  Byrona  i  Tori  z  jakąś  starszą  kobietą,  której  nie 

znała. Podeszli do drugiego wejścia. Poczuła się trochę niezręcznie, przyłapana przez Byrona 

na tym, Ŝe krzyczy na byłego męŜa.  

Chris prychnął i wzruszył ramionami, obrócił się na pięcie, by popatrzeć na Maxa, który 

nie zwracał uwagi na ostrą wymianę zdań między swymi rozwiedzionymi rodzicami.  

CzyŜby  był  do  tego  przyzwyczajony?  –  zastanawiała  się  Hayley.  A  moŜe...  moŜe  my 

jednak zachowujemy się na tyle powściągliwie, Ŝe on niczego nie zauwaŜa...  

Uchwyciła się tej myśli, choć wiedziała, Ŝe oszukuje samą siebie. Widziała, Ŝe Max jest 

spięty.  

–  EjŜe,  tygrysie,  weźmiesz  mnie  i  narysujesz  coś  dla  mnie?  –  spytał  Chris  nienaturalnie 

wesołym tonem.  

Chwycił  chłopca  za  rękę  i  skierował  się  do  drzwi.  Hayley  poczuła  znajomy  ucisk  w 

skroniach. Dlaczego zawsze muszą się wobec siebie zachowywać w ten sposób? 

background image

Nagle  zorientowała  się,  Ŝe  Byron  ją  obserwuje.  Zostawił  kobietę,  z  którą  przyszedł, 

przypuszczalnie matkę Elizabeth, zaprowadził Tori do budynku, po czym podszedł do niej.  

– Wyglądasz na zdenerwowaną – zauwaŜył. – WciąŜ myślisz o tym wypadku? – Dotknął 

jej  ramienia,  ale  ta  subtelna  pieszczota  wcale  jej  nie  rozluźniła.  Opuścił  rękę,  a  ona  od  razu 

pomyślała, Ŝe chciałaby znów poczuć dotyk jego palców.  

– To jest... hm... nie jest to ulubiona strona mojego zawodu. Wybacz.  

– BoŜe, nie musisz się tłumaczyć! Jeśli to moŜe cię pocieszyć... – zaczął.  

– Od razu ci powiem, Ŝe nie – przerwała mu.  

– Nie, z pewnością – westchnął. – Ale i tak ci powiem.  

–  Proszę  –  odparła,  wciąŜ  rozdraŜniona  sprzeczką  z  Chrisem.  Na  ogół  nie  przerywała 

nikomu w ten sposób.  

– CóŜ, oni nie są najbardziej opłakiwanymi ludźmi na świecie. Poszukiwani przez policję 

z Melbourne, w samochodzie znaleziono narkotyki. Nie mieli bliŜszej rodziny.  

–  Och,  a  więc  jeśli  ojciec  Maxa  rozbije  się  samochodem,  powinnam  dobrze  się  czuć, 

poniewaŜ jesteśmy rozwiedzeni? A więc jego los nie powinien mnie juŜ obchodzić? 

Byron zbladł, rysy mu stęŜały.  

– Nie! Na Boga! Nie! – wykrzyknął przeraŜony.  

– Przepraszam, Byron, wybacz mi. – Głowa pękała jej z bólu. – Nie powinnam była tak 

mówić. To podłe. – Widząc jego przeraŜoną twarz, uznała, Ŝe winna mu bliŜsze wyjaśnienie. 

–  Chris  właśnie  przyjechał  prosto  z  Melbourne.  To  wszystko.  I  chce  wracać  natychmiast  po 

przedszkolu. Jeździ szybko i po drodze nie odpoczywa. Właśnie o to się poróŜniliśmy.  

– Tak, rozumiem – rzekł Byron z namysłem.  

–  Ja  uwaŜam,  Ŝe  to  niebezpieczne,  ale  on...  –  Zaśmiała  się  nerwowo.  –  Do  niego  nie 

dociera, Ŝe jestem wściekła, bo jest ojcem Maxa i martwię się o niego. Nie dlatego, Ŝe jestem 

przewraŜliwiona  i  nie  pochwalam  sportowego  ducha  i  ryzyka.  Ale  nie  miałam  prawa 

wyładowywać się na tobie.  

–  Hayley...  –  Byron  patrzył  na  nią  powaŜnie,  –  Posłuchaj,  to  nie  twój  problem  i  jeszcze 

raz cię przepraszam za tę scenę.  

–  W  porządku,  rozumiem  cię  aŜ  nadto  dobrze  –  uspokoił  ją.  –  Tak  to  jest,  kiedy  nasza 

praca zazębia się z czymś, co się dzieje w domu. Pamiętam, jak parę lat temu przywieziono 

do  szpitala  ofiary  wypadku  po  awaryjnym  lądowaniu  małego  samolotu  na  lotnisku  w 

Bankstown. To było... – Urwał na chwilę. – Zajęło mi to tygodnie.  

Nie potrzebowała pytać, tygodnie na co? Tylko kiwnęła głową. Poczuła, Ŝe Byron ściska 

jej  dłoń.  Stali  blisko  siebie.  Owiał  ją  subtelny  zapach  wody  po  goleniu  i  nagle  ogarnęła  ją 

przemoŜna  chęć,  by  oprzeć  czoło  o  jego  ramię  i  przejąć  trochę  tej  męskiej  siły.  Czasem 

człowiek  potrzebuje  czyjejś  pewności  siebie,  kompetencji,  opanowania.  Co  by  było,  gdyby 

oparła  się  o  Byrona  i  powiedziała:  opiekuj  się  mną,  nie  cały  czas,  ale  tylko  dzisiaj... 

Odetchnęła głęboko i odstąpiła krok do tyłu.  

– MoŜe byś mu schowała kluczyki? – zasugerował.  

– Tak jak to robią przyjaciele, kiedy ich kumpel się upije? Nie sądzę, Ŝe to dobry pomysł.  

– Jedyna praktyczna rada. jaka mi przyszła do głowy.  

background image

–  Praktyczne  rady  nieraz  mogą  się  przydać.  Ale  on...  Nie,  to  by  nic  nie  dało.  Znowu 

wybuchłaby awantura.  

–  A  on  jechałby  jeszcze  szybciej,  Ŝeby  udowodnić  swoją  rację  –  dodał  Byron.  –  A  ty 

jeszcze bardziej byś się martwiła.  

– Pewnie tak. Wejdźmy do środka – zaproponowała.  

– Dobrze – zgodził się. – Chciałbym cię przedstawić matce Elizabeth.  

W  pierwszej  chwili  Monica  Galloway  przypomniała  Hayley  jej  matkę.  „Cieszy  mnie 

przyjaźń międzypokoleniowa”, mawiała często Adele Kennett, mrugając okiem, jakby chciała 

zaznaczyć  dystans  do  tych  górnolotnych  fraz.  Matka  Elizabeth  Black  wyraziła  to  samo 

znacznie prościej.  

–  Lubię  być  wśród  maluchów  –  powiedziała.  –  Czeka  mnie  urocze  przedpołudnie  w  tej 

gromadzie. Twój Max wygląda tak, jakby chciał wszystko przewrócić do góry nogami.  

– O tak! Ale jak będzie starszy, trochę się uspokoi.  

– Byron wspomniał mi o wypadku Tori. Mówił, Ŝe jest ci bardzo wdzięczny za wszystko, 

co zrobiłaś.  

– Ach, tak? – Hayley zdała sobie sprawę, Ŝe się rumieni, ale nagle głos Chrisa odwrócił 

jej uwagę.  

– Kolego, ułoŜyliśmy to dwa razy. Weź inne puzzle.  

– Ale ja chcę jeszcze raz ułoŜyć wóz straŜacki.  

– Nie, kolego...  

Pozwól mu jeszcze raz ułoŜyć ten wóz straŜacki, błagała w myślach Hayley byłego męŜa, 

patrząc w jego kierunku. Co za problem. On chce jeszcze raz to zrobić. Pozwól mu, Chris.  

ZauwaŜyła z zakłopotaniem, Ŝe Monica podąŜa za jej wzrokiem. To najwidoczniej dzień 

gaf i przeprosin.  

–  On...  on  nie  na  tyle  zna  Maxa,  Ŝeby  wiedzieć...  Urwała,  czując,  Ŝe  kontynuowanie  tej 

konwersacji nie ma sensu. Czy panią Galloway to wszystko cokolwiek obchodzi? Jest na tyle 

taktowna, by nie czynić komentarzy.  

–  Byron  juŜ  się  niecierpliwi  –  powiedziała.  –  Mamy  się  spotkać  na  kawie  z  jego 

przyjaciółką.  

– A, to bardzo miło – uśmiechnęła się Hayley.  

W  parę  minut  później  wyszła  z  przedszkola.  Była  zmęczona  i  zirytowana.  MoŜe 

powinnam posłuchać rady Byrona, pomyślała, . i zabrać Chrisowi te kluczyki. W przeciwnym 

razie spędzę resztę dnia na wyczekiwaniu, aŜ będę mogła wieczorem zadzwonić i dowiedzieć 

się, Ŝe cały i zdrów dotarł do domu.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

–  Och,  Monico,  moje  konie  są  moimi  dziećmi,  tak  jak  moje  koty  –  powiedziała  wesoło 

Wendy.  

Posłała  porozumiewawczy  uśmiech  Byronowi,  zachęcając  go,  by  podzielił  jej 

rozbawienie  z  powodu  drobnomieszczańskich  poglądów  Moniki  w  niektórych  kwestiach. 

Zrobił  to,  choć  bez  przekonania,  nie  chcąc  pochopnie  wspierać  Ŝadnej  z kobiet  w  sprawach, 

które,  jak  przewidywał,  wkrótce  staną  się  przedmiotem  eleganckiej  walki  diametralnie 

róŜnych sił.  

Jego  powściągliwość  była  czymś  w  rodzaju  kostiumu,  który  wkładał  juŜ  tyle  razy  od 

czasu śmierci Elizabeth, Ŝe czasami czuł się, jakby to była jego druga skóra. Wiedział, Ŝe to 

nienaturalne.  Nie  był  typem  człowieka,  który  trzyma  się  na  uboczu,  zachowując  rolę 

obserwatora, nie bardzo wiedział jednak, jak wrócić do swego dawnego ja.  

– Ale to nie to samo, prawda? – odparła jego teściowa.  

–  CzyŜby?  –  zdziwiła  się  Wendy,  mrugając  powiekami.  –  Zarówno  konie,  jak  i  dzieci 

pochłaniają ogromną ilość czasu i pieniędzy, mogą być nieznośne i nie dają Ŝadnej gwarancji, 

Ŝ

e  wychowywanie  ich  przyniesie  poŜądane  rezultaty.  Myślę,  Ŝe  są  identyczne!  Z  jednym 

wyjątkiem.  Jeśli  koń  mi  nie  odpowiada,  mogę  go  sprzedać,  a  ze  sprzedaniem  dziecka 

niewątpliwie miałabym trudności.  

–  To  nie  to  samo  –  powtórzyła  Monica  z  lekkim  rozbawieniem  wprawdzie,  lecz 

stanowczo. – Zrozumiesz to w chwili, gdy będziesz miała własne dziecko.  

– MoŜe, z tym Ŝe zapewne nie będę go miała – odrzekła Wendy. – Mówiąc szczerze, nie 

przewiduję dziecka. Mam bardzo udane Ŝycie bez obecności w nim małych ludzików i myślę, 

Ŝ

e nie byłoby z mojej strony uczciwe, gdybym uległa presji społecznej i wyrobiła w sobie na 

siłę wątpliwy instynkt macierzyński. W dodatku na tym etapie Ŝycia.  

–  Oczywiście  masz  pełne  prawo  myśleć  w  ten  sposób,  o  ile  rzeczywiście  tak  czujesz  – 

zgodziła  się  Monica.  –  JakieŜ  to  odświeŜające  spotkać  kobietę,  która  naprawdę  wie,  czego 

chce i ma niezachwiane poglądy. To cudowne! A więc czy mogłabym dowiedzieć się czegoś 

więcej o twoich koniach i kotach? 

No tak, ona rzeczywiście nie lubi Wendy, pomyślał Byron, jeszcze bardziej zamykając się 

w sobie. Nie miał zamiaru brać udziału w tej rozmowie.  

Kiedy Monica zaczynała przytakiwać i zgadzać się z czymś, co było absolutnie sprzeczne 

z  jej  poglądami,  znaczyło  to,  Ŝe  dana  osoba  jest  przez  nią  skreślona  raz  na  zawsze.  Gdyby 

czuła  do  Wendy  sympatię,  byłaby  teraz  szczerze  zatroskana  i  starałaby  się  ją  przekonać,  Ŝe 

naprawdę moŜe pokochać słodkie bezradne niemowlę. Powinno go to zaniepokoić. Powinien 

czuć się nieswojo, być rozczarowany, gdyŜ szanował zdanie Moniki i... W końcu stwierdził, 

Ŝ

e przede wszystkim poczuł ulgę.  

Przestanę się z nią spotykać. Najwidoczniej jeszcze nie jestem gotowy. I Monica zapewne 

teŜ  uwaŜa,  Ŝe  nie  jestem  gotowy  i  dlatego  nie  chce  mieć  z  Wendy  nic  wspólnego.  A  jeśli 

chodzi  o  Wendy...  Gdyby  miała  dla  mnie  znaczenie,  martwiłoby  mnie  zachowanie  Moniki. 

background image

Ale  nie  ma.  I  właśnie  dlatego  zacząłem  się  z  nią  spotykać.  Z  góry  wiedziałem,  Ŝe  będzie  to 

tylko  przygoda,  a  nie  związek.  Teraz  muszę  jej  jak  najszybciej  powiedzieć,  Ŝe  to  była 

pomyłka. Nie sądzę, Ŝeby rozpaczała z tego powodu.  

Na  litość  boską,  dlaczego  się  z  nią  spotykałem,  skoro  było  to  dla  mnie  takim  cięŜarem? 

Przeanalizował  to  i  znalazł  dwa  powody.  Pierwszy  to  była  jego  gwałtowna  reakcja  na 

wypadek  Tori.  Był  przekonany,  Ŝe  dziewczynka  potrzebuje  więcej  kochających  dorosłych 

osób wokół siebie. Potrzebuje nowej matki, co znaczyło logicznie, Ŝe Byron potrzebuje nowej 

Ŝ

ony. Jest tylko jedna droga ku temu. Zacząć od początku.  

Ale  oparzenia  Tori  szybko  się  wygoiły,  dziewczynka  była  znowu  tak  samo  wesoła  i 

samodzielna  jak  przedtem.  A  co  za  tym  idzie,  jego  wyrzuty  sumienia  i  strach  osłabły.  Tym 

bardziej  Ŝe  Robyn  znakomicie  się  spisywała  w  roli  opiekunki  zastępującej  matkę,  a  jej 

młodsza siostra, Simone, chętnie zostawała z Tori na noc, kiedy on miał dyŜur.  

I na litość boską, przecieŜ nie chciał Ŝenić się po raz drugi. Znał juŜ miłość. Miłość swego 

Ŝ

ycia. Był za nią wdzięczny losowi. Ale ona odeszła.  

Niestety, był teŜ... samotny. Pozbył się juŜ uczucia dojmującego bólu po stracie Elizabeth. 

WciąŜ  odczuwał  to  jak  wielki  cięŜki  kamień  gdzieś  na  dnie  Ŝołądka,  ale  kamień  powoli 

kurczył  się  do  bardziej  znośnych  rozmiarów,  a  miejsce  poczucia  straty  zaczęła  stopniowo 

zajmować bardziej ogólna tęsknota. Teraz potrafił juŜ ją nazwać.  

Samotność.  

Samotność  to  brak  wdzięcznego  melodyjnego  głosu  kobiecego  w  domu,  brak  kojącego 

dotyku  kobiety,  nawet  jako  gościa.  Tęsknił  za  kimś,  z  kim  mógłby  się  wdać  w  pogawędkę, 

pospacerować po plaŜy i obejrzeć film, gdy Tori juŜ zaśnie.  

Jego  ciało  teŜ  się  wreszcie  przebudziło.  Zrozumiał  to  w  chwili,  gdy  uznał  za  moŜliwe 

pójście  do  łóŜka  z  kobietą  inną  niŜ  zmarła  Ŝona.  Zaczął  zauwaŜać  kobiety  na  ulicy  i 

porównywać  je  z  Elizabeth,  ale  równocześnie  zaczął  odczuwać  poŜądanie,  które  po  śmierci 

Ŝ

ony na dłuŜszy czas wygasło.  

MoŜe właśnie z tych względów wybrał Wendy. Sprawiała wraŜenie – nie był pewien, czy 

robiła  to  rozmyślnie  –  Ŝe  od  męŜczyzny,  który  zechce  się  z  nią  przespać,  nie  będzie  Ŝądała 

pełnego zaangaŜowania, a jego ostroŜność i powściągliwość nie będzie jej przeszkadzać.  

– Byron juŜ słyszał tę historię. – Głos Wendy wyrwał go z zamyślenia.  

– Niezła historia – przyznała Monica. – Ale myślę, Ŝe zatrzymujemy Byrona wbrew jego 

woli – dodała. – Masz dziś rano parę spraw do załatwienia, prawda, B. J. ? 

Co? – ocknął się Byron. Nie, nie mam! To ty najwyraźniej chcesz juŜ iść.  

–  Tak,  rzeczywiście  muszę  coś  załatwić  –  przyznał.  Monica  spojrzała  na  niego  z 

wdzięcznością.  

–  Tak,  a  ja  muszę  się  trochę  zająć  moimi  rozpieszczonymi  czworonoŜnymi  dziećmi  – 

dodała Wendy.  

PoŜegnała  się  i  odeszła,  zanim  Monica  podniosła  głowę  znad  torebki,  w  której  nagle 

zaczęła gorączkowo czegoś szukać.  

– No dobrze, masz rację – zwrócił się Byron do teściowej. – I nie udawaj, Ŝe nie wiesz, o 

czym mówię.  

background image

– Nie, cóŜ, ona jest przemiła, ale...  

–  Podrzucę  cię  do  domu,  zanim  przystąpię  do  załatwiania  tych  fikcyjnych  spraw. 

Będziesz się tam nudzić i dobrze ci to zrobi.  

Pojechał do supermarketu i kupił sukienkę dla Tori, wazon i parę doniczek z kwiatami do 

domu, wciąŜ zastanawiając się, jak kobiety przyozdabiają mieszkania. Jego nowy dom wciąŜ 

czegoś potrzebuje, czegoś więcej niŜ ogród i parę mebli.  

O  wpół  do  trzeciej  podjechał  do  przedszkola,  by  odebrać  Tori.  Kiedy  z  nią  wychodził, 

usłyszał głos Hayley.  

–  Dobrze  ci  w  tych  rozjaśnionych  włosach  –  mówiła  do  byłego  męŜa.  Sama  wyglądała 

znakomicie  w  ciemnoniebieskich  spodniach,  dobranej  kolorystycznie  bluzce,  ze  złotymi 

kolczykami  połyskującymi  w  uszach.  Jej  ciemne  włosy  lśniły  w  promieniach  słońca,  a  oczy 

były jak zawsze pełne Ŝycia.  

– Wiesz co, Hayley? – rzekł Chris najwyraźniej pod wpływem impulsu. – Zadzwonię do 

Melbourne i odwołam zajęcia. Zostanę i pojadę dopiero jutro. Pracujesz dziś? 

– Tak – ziewnęła. – Ale przespałam się parę godzin rano, parę godzin nocą w pogotowiu, 

więc czuję się dobrze. Od jutra mam cztery dni wolne.  

–  A  więc  po  południu  pojedziemy  z  Maxem  na  plaŜę,  a  ja  prześpię  się  na  twoim  łóŜku. 

Daj dziś rodzicom wolną noc.  

– To cudownie. Och, naprawdę jestem ci wdzięczna! 

Byron poczuł coś w rodzaju ukłucia zazdrości. Samotność Hayley i jej potrzeby w niczym 

nie przypominały jego. Wygląda na to, Ŝe ona i Chris wciąŜ jeszcze mają szanse na wspólne 

Ŝ

ycie.  

– Chodź, Tori – zwrócił się do córki z nienaturalną beztroską. – Zawiozę cię do domu, a 

sam pójdę do pracy.  

Widział się z Hayley ponownie tej nocy, a raczej wczesnym rankiem. Wziął parę nocnych 

dyŜurów na czas pobytu Moniki, czując, Ŝe jest to winien kolegom, którzy zastępowali go w 

czasie rekonwalescencji córki.  

Kiedy przyszedł do pracy po kolacji, przez oddział wciąŜ przewijali się pacjenci, ale teraz 

zapanował  spokój.  Była  tylko  jedna  młoda  kobieta  w  ciąŜy,  która  zaczęła  trochę  krwawić. 

Drugim  pacjentem  było  dziecko  z  astmą  i  jego  matka,  którzy  przebywali  na  oddziale  od 

dwóch godzin, podczas gdy on kontrolował oddech ośmiolatka.  

Teraz, o czwartej rano,  kiedy poziom jego energii spadł do najniŜszego punktu, usłyszał 

sygnał karetki. Była w niej Hayley i Paul Cotter, jeden z męŜczyzn, którzy przed siedmioma 

tygodniami  przywieźli  tu  jego  matkę.  Wynosili  na  noszach  starszego  męŜczyznę,  cały  czas 

uspokajając go, jak to zwykli robić doświadczeni pracownicy pogotowia.  

– Ból w klatce piersiowej – oznajmiła Hayley. – Myślę, Ŝe autentyczny.  

W  wielu  przypadkach  tak  nie  było.  Niestrawność,  bóle  mięśni,  a  nawet  grypa  mogą 

wpędzić chorego w paniczny strach, Ŝe ma zawał serca. Ale ten męŜczyzna...  

Hayley szybko podała jego nazwisko, wiek, wagę.  

– Wygląda na klasyczny zawał – ciągnęła. – Skręca się z bólu, który rozpiera mu klatkę 

piersiową i promieniuje do lewej ręki.  

background image

– Jeszcze chwilę, Stan, jesteśmy na miejscu – uspokajał chorego Paul.  

– Dobra, zaraz się panem zajmiemy, panie Frewin. – Byron zwrócił uwagę na szary kolor 

twarzy męŜczyzny, płytki oddech i oznaki utrzymującego się bólu. – Co zrobiłaś, Hayley? 

–  Co  mogłam  –  odparła.  –  Podałam  tlen,  zrobiłam  EKG.  Wykazało  uniesienie  odcinka 

ST,  sugerujące  zawał.  Typowe  objawy,  jak  juŜ  wspomniałam.  Ciśnienie  skurczowe  ponad 

120, więc mogliśmy podać morfinę dla złagodzenia bólu.  

Wymieniła jeszcze dwa leki, które podała, by przywrócić normalną akcję serca. Byronowi 

zaimponowało,  Ŝe  w  stosunkowo  krótkim  czasie  zdąŜyła  wykonać  tyle  rutynowych 

czynności.  

– Próbujesz pozbawić mnie pracy? – zaŜartował.  

–  Jeśli  chcesz,  moŜemy  się  zamienić  –  odparowała,  posyłając  mu  figlarny  uśmiech.  W 

ciemnych oczach pojawiły się wesołe iskierki. Zmarszczyła nos.  

Czuł się przy niej dobrze i bezpiecznie.  

– MoŜe masz ochotę na filiŜankę herbaty? Zdziwił się, jak łatwo mu przyszło uczynić ten 

drobny  krok  w  jej  kierunku,  skoro  przez  tak  długi  czas  nie  był  w  stanie  zdobyć  się  na  tego 

rodzaju propozycję.  

–  Owszem  –  uśmiechnęła  się.  –  W  przeciwnym  razie  pójdę  do  pogotowia  spać  i  będę 

zupełnie  rozbita,  kiedy  za  godzinę  czy  dwie  znów  nadejdzie  wezwanie.  –  Ziewnęła, 

przysłaniając dłonią usta. – Och, przepraszam.  

– Nie ma za co, nie krępuj się. Ja zaraz zrobię to samo. To zaraźliwe.  

Roześmiali  się  oboje.  Pół  godziny  zajęło  im  ustabilizowanie  stanu  pana  Frewina  i 

przeniesienie  go  na  kardiologię.  Przeglądając  raport,  Byron  zauwaŜył,  Ŝe  charakter  pisma 

Hayley jest tak samo pełen wdzięku jak jej ziewnięcie. A Ŝe był teraz jedynym lekarzem na 

dyŜurze,  nie  zdziwił  się,  kiedy  wezwano  go  na  połoŜnictwo,  by  zbadał  gorączkującego 

noworodka.  Po  powrocie  na  swój  oddział  zastał  Hayley  i  Paula  pijących  herbatę  i 

rozmawiających z nocną pielęgniarką o ulubionych serialach, tak jakby Hayley potraktowała 

jego zaproszenie jako ogólne, a nie skierowane do niej osobiście.  

– Jeszcze jedną? – zaproponował, gdy skończyła.  

– Hm... czy ja wiem? 

Czekał  cierpliwie,  rozumiejąc,  Ŝe  zadała  to  pytanie  sobie,  a  nie  jemu.  Zgięła  ręce  w 

łokciach  i  odchyliła  je  do  tyłu,  chcąc  się  rozprostować.  Przeraził  się,  stwierdziwszy,  Ŝe  nie 

odrywa wzroku od jej fartucha, który ciasno opinał piersi.  

Sam  juŜ  nie  wiedział,  co  się  z  nim  dzieje.  Co  innego  patrzeć  na  mijające  go  kobiety  na 

ulicy, a co innego odczuwać nagłe poŜądanie do Hayley. I jedno i drugie jednak świadczyło o 

tym, Ŝe zaczyna się z nim dziać coś, z czym jeszcze nie potrafi się uporać.  

Wcześniej zrobił sobie przerwę na kolację i wstąpił do Wendy wkrótce po jej powrocie do 

domu.  Miała  jeszcze  na  sobie  strój  do  konnej  jazdy  i  pachniała  stajnią.  Poczęstowała  go 

piwem, a on przedstawił pokrótce, ale taktownie sprawę, która go do niej sprowadziła. Wendy 

wyglądała na trochę zaskoczoną.  

– Musi ci być bardzo cięŜko – powiedziała w końcu. Nagle poczuł się winny, co po  raz 

pierwszy  kazało  mu  się  zastanowić,  czy  rzeczywiście  jest  mu  cięŜko  z  powodu  Elizabeth  i 

background image

tego, Ŝe nie jest jeszcze gotów na nowy związek. Wendy ma rację, jest mu cięŜko! Ale raczej 

nie  z  powodów,  które  miała  na  myśli.  Wyszedł  od  niej,  czując  się  gorzej  niŜ  powinien, 

zwaŜywszy, jak zareagowała na jego słowa.  

Było mu cięŜko, bo czekał na decyzję Hayley.  

A więc zrezygnowałem z wielce obiecującego związku z Wendy po to tylko, Ŝeby zacząć 

się oglądać za następną wolną kobietą, którą spotkałem? A czyŜ nie doszedłem dopiero co do 

wniosku, Ŝe wiązanie się z Hayley byłoby ogromnym błędem? 

Nie szukał miłości, ale czy ten wybór był lepszy? 

– Paul, chcesz jeszcze jedną herbatę? – zwróciła się Hayley do swego partnera.  

– Wolałbym juŜ jechać – odparł. – MoŜe uda mi się chwilę zdrzemnąć.  

–  W  porządku.  A  więc  wygląda  na  to,  Ŝe  nie,  Byron.  Wzruszyła  ramionami  i  jej  piersi 

poruszyły się podniecająco. Zobaczył blady zarys stanika.  

– A więc do zobaczenia – rzucił. Najlepiej nie za szybko, dodał w duchu.  

– MoŜe naleŜało to zorganizować w czasie weekendu – rzekł Tim Foster, przewodniczący 

komitetu rodzicielskiego.  

Popatrzył  na  Hayley  i  Byrona,  a  ci  wymienili  spojrzenia.  Tylko  ich  troje  zjawiło  się  w 

przedszkolu,  by  pomalować  meble  w  pokoju  zabaw  i  przygotować  ziemię  pod  rabatki.  A 

miało to być coś w rodzaju czynu społecznego rodziców.  

–  A  moŜe  raczej  wieczorem  w  ciągu  tygodnia,  a  nie  w  piątek  wieczór  –  zasugerował 

Byron.  

– CóŜ, chcieliśmy przy  okazji zorganizować pieczenie kiełbasek – powiedział Tim. – W 

ten  sposób  przyciągnęlibyśmy  więcej  ochotników,  bo  byłoby  to  spotkanie  towarzyskie 

połączone z pracą, ale z kiełbasek nic nie wyszło.  

Hayley  poruszyła  się  niespokojnie.  Z  pieczenia  kiełbasek  nic  nie  wyszło,  poniewaŜ  Tim 

nie  przywiózł  grilla  i  nie  zawiadomił  na  czas  rodziców.  Była  na  dwóch  zebraniach,  które 

sama zainicjowała, i odniosła wraŜenie, Ŝe tegoroczny przewodniczący nie jest zbyt dobrym 

organizatorem. Mogła sama przygotować grill, ale sądziła, Ŝe Tim dotrzyma obietnicy.  

– Skoro jest nas troje, mamy dwie moŜliwości – powiedziała. – Albo moŜemy wszystko 

odwołać, albo zrealizować mniej ambitny plan.  

– O, tylko nie odwoływać – zaprotestował Tim. – Jeszcze przyjdą inni. Jest wcześnie.  

–  Wpół  do  szóstej  –  mruknął  Byron,  zerknąwszy  na  zegarek.  Prace  społeczne  miały  się 

zacząć o piątej, a on i Hayley sami trochę się spóźnili.  

–  A  więc  trzymajmy  się  planu  –  powiedział  Tim.  Miał  przygotowaną  farbę,  pędzle, 

narzędzia ogrodnicze, torby z ziemią i Trilka zuŜytych opon. – Pomalujemy meble i zrobimy 

w  tych  oponach  donice,  Ŝeby  dzieci  mogły  tam  coś  zasadzić.  MoŜe  wy  zajmiecie  się 

malowaniem, a ja pójdę do ogrodu? 

– To dobrze obmyślany plan – skomentował Byron.  

Jeszcze  raz  zerknął  na  zegarek,  zdjął  go,  włoŜył  do  kieszeni  i  podwinął  rękawy  koszuli. 

Była  znoszona  i  w  paru  miejscach  poplamiona  farbą.  Stare  dŜinsy  teŜ  nosiły  ślady  farby. 

Ciasno go opinają, stwierdziła nagle Hayley.  

Speszyła  się  i  poczuła,  jakby  znowu  miała  piętnaście  lat.  Zbiło  ją  to  z  tropu.  A  moŜe 

background image

przyczyną jej zakłopotania nie jest Byron, moŜe źródło tkwi gdzie indziej? W wydarzeniach 

ostatnich kilku dni...  

Kiedy zeszłej niedzieli wróciła rano z pracy, Chris i Max jeszcze spali. Obudziła byłego 

męŜa,  sądząc,  Ŝe  zechce  jak  najwcześniej  wyruszyć  do  Melbourne,  ale  on  zamiast  wstać, 

próbował  wciągnąć  ją  do  łóŜka,  do  tego  samego  królewskiego  łoŜa,  które  kupili  razem 

wkrótce po ślubie.  

Był ciepły, rozespany i podniecony.  

– Max zaraz się obudzi. – Zareagowała złością i zniecierpliwieniem.  

– I co z tego? 

– Jak to co? Jesteśmy rozwiedzeni. Zostawiłeś mnie.  

– Myślałem, Ŝe chcesz, Ŝebyśmy byli przyjaciółmi.  

– Nie sypiam z przyjaciółmi – obruszyła się.  

– MoŜe gdybyśmy to zrobili, nie bylibyśmy przyjaciółmi.  

– Co ty mówisz? Chcesz, Ŝebyśmy znowu się zeszli? 

–  Ja  nic  nie  mówię.  Mówię  tylko,  Ŝe  mogłoby  być  miło.  Czy  naprawdę  musimy  to 

rozpamiętywać w kategoriach albo albo? 

– Tak! W naszej sytuacji i biorąc pod uwagę Maxa, tak! 

– A więc rzeczywiście lepiej nie – mruknął z irytacją. – Nie będę cię zmuszał.  

Stoczył się z łóŜka i poszedł do łazienki. Siedział tam, dopóki Max się nie obudził. A ona 

została  z  uczuciem  niesmaku  i  złości.  Czy  zastosowała  nieuczciwy  szantaŜ?  Czy  to  ona 

uniemoŜliwiła im to, czego oboje chcieli? 

–  Weź  pędzel.  –  Głos  Byrona  przerwał  jej  rozmyślania.  –  To  malowanie  potrwa  dłuŜej, 

niŜ się Timowi wydaje.  

– Wiem. Ale myślę, Ŝe moŜemy zrobić całą robotę, skoro juŜ tu jesteśmy. Nie ma sensu 

przerywać w połowie, skoro dzieci w przyszłym tygodniu zechcą się tu bawić.  

Byron  przysiadł  na  piętach.  DŜinsy  omal  nie  pękały  na  jego  udach.  Zdrapywał 

ś

rubokrętem resztki starej farby.  

–  To  juŜ  raz  było  malowane  –  zauwaŜył.  –  Pod  spodem  jest  biała  farba  w  niebieskie 

wzorki.  

– Zrobimy tak samo? – zapytała.  

– MoŜemy, ale nie przesadzajmy z tą artystyczną robotą, bo nigdy jej nie skończymy.  

– MoŜe spytamy Tima? – zaproponowała.  

– Podejmijmy kolektywną decyzję – odrzekł Byron.  

–  Kto  wie,  czy  nie  pierwszą  z  wielu  –  roześmiała  się.  Byron  teŜ  się  roześmiał.  Znowu 

poczuła niepokój, ale nie chciała się zastanawiać nad jego przyczyną.  

– Jak się czuje twoja mama? – spytała.  

– Coraz lepiej. Na ogól jest w dobrym nastroju. Pogarsza się jej tylko, kiedy nie mogę do 

niej przyjść.  

– A więc starasz się ją codziennie odwiedzać? 

– Jeśli tylko mogę.  

Rozmawiając  z  nim  o  matce,  stwierdziła,  Ŝe  jest  bardziej  opiekuńczy  i  troskliwy,  niŜby 

background image

się spodziewała.  

–  No,  no,  doskonale  –  pochwalił  ich  Tim,  który  mniej  więcej  po  kwadransie  przyszedł 

zobaczyć,  jak  sobie  radzą.  –  CóŜ,  muszę  wyjść  –  dodał  po  chwili.  –  Wiesz,  jak  zamknąć, 

prawda? – zwrócił się do Hayley.  

– Tak, ale... – Wstała, trzymając pędzel w ręku.  

– Klucze są przy zlewie w kuchni – poinformował.  

–  Muszę  iść,  bo  spóźnię  się  na  następne  spotkanie.  Dobra  robota,  Byron.  Myślę,  Ŝe  do 

siódmej skończycie.  

Zanim  zdąŜyli  odpowiedzieć,  Tim  był  juŜ  za  bramą.  Wyjął  komórkę  i  biegł  do 

samochodu, machając im na poŜegnanie.  

– No cóŜ – skwitował Byron.  

– Czy on coś mówił wcześniej o jakimś spotkaniu? 

– zdziwiła się Hayley.  

– Skąd, przecieŜ byśmy słyszeli. Do siódmej sami tego nie skończymy.  

– Odpuśćmy sobie te grządki – zasugerowała.  

– Nie, przecieŜ on otworzył wszystkie torby z ziemią.  

Łatwiej  będzie  wrzucić  ziemię  w  opony  niŜ  nieść  ją  z  powrotem  do  komórki.  Potem 

trzeba będzie tylko podlać...  

– Och, no dobrze – zgodziła się niechętnie.  

– Wiesz, co zamierzam zrobić? 

– MoŜe teŜ sobie pójść? – zasugerowała słodkim głosem.  

–  Nie,  a  więc  nie  rzucaj  we  mnie  farbami,  kiedy  będę  szedł  do  samochodu  –  roześmiał 

się. – Kupiłem coś do jedzenia. Masz ochotę na piwo i chipsy? 

– MoŜe być.  

–  Gdybym  tylko  miał  grill  i  kiełbaski,  moglibyśmy  urządzić  spotkanie  towarzyskie  – 

dodał Ŝartobliwie.  

Piwo  było  jeszcze  zimne,  a  pikantne  chipsy  dodawały  mu  smaku.  Byron  przyniósł  teŜ  z 

samochodu radiomagnetofon i nastawił stację, która nadawała dawne przeboje rockowe.  

–  MoŜe  jednak  zrobimy  te  grządki  –  powiedziała  Hayley  po  następnych  piętnastu 

minutach pracy. – Jest całkiem miło.  

– Czy to sprawka piwa? – zaśmiał się Byron.  

– A nie po to je przyniosłeś? – zaŜartowała.  

– śeby dodać ci energii? 

– śeby było miło.  

– O tak – zgodził się. – Gdzie jest Max? 

–  U  dziadków.  –  Stłumiła  westchnienie.  –  Myślałam,  Ŝe  będę  dziś  pracować,  ale  Bruce 

prosił,  Ŝebym  się  z  nim  zamieniła.  Ma  okazję  poŜeglować  i  chce  mieć  wolne  jutro  i  w 

niedzielę. Max był juŜ u mamy, a więc uznałam, Ŝe nie ma sensu zabierać go wieczorem do 

domu. Pojadę po niego jutro rano. Ale zawsze czuję się winna, kiedy zostawiam go u nich z 

powodów innych niŜ praca.  

– Winna dlatego, Ŝe obarczasz ich opieką nad Maxem, czy dlatego, Ŝe poświęcasz mu za 

background image

mało czasu? – spytał.  

– Jedno i drugie. Gdybym mogła, spędzałabym z nim więcej czasu.  I – dodała szybko – 

jestem zła na Chrisa, Ŝe przez niego znalazłam się w takiej sytuacji. śe tak muszę się szarpać. 

Lubię  swoją  pracę.  To,  Ŝe  jestem  potrzebna,  Ŝe  robię  coś  poŜytecznego  i  to,  Ŝe  często 

uczestniczę  w  prawdziwych  dramatach.  Ale  praca  na  zmiany,  gdy  jest  się  samotnym 

rodzicem, nie byłaby moŜliwa bez pomocy dziadków.  

– Wydawało mi się, Ŝe wczoraj doszliście do porozumienia – zauwaŜył Byron.  

– Tak. Postanowił zostać na noc, czym bardzo mi pomógł. Ale potem...  

Nagle  Byron  przypadkowo  chlapnął  sobie  farbą  w  twarz.  Zaklął  pod  nosem  i  chwycił 

jakąś szmatę, Ŝeby farba nie spłynęła mu do oka.  

– Pozwól, Ŝe ja to zrobię. Tylko się ubrudzisz.  

– Dzięki.  

OdłoŜyła pędzel i stanęła przy nim.  

– Zamknij oczy – powiedziała.  

– Zaczęłaś coś mówić – zauwaŜył.  

– NiewaŜne.  

Czuła na policzku jego ciepły oddech. Wydawał jej się w tej chwili spokojny i ufny, nie 

daleki  i  powściągliwy,  jak  to  nieraz  bywało.  Nie  chłodny  i  obojętny.  Był  bardzo  wysoki,  co 

dawało mu przewagę fizyczną nawet teraz, kiedy stali tak blisko siebie. Musiała wspiąć się na 

palce,  Ŝeby  sięgnąć  do  jego  twarzy.  Miał  zamknięte  usta,  zdecydowane,  pięknie  wykrojone. 

Przez woń chemikaliów przebijał delikatny zapach dobrej wody toaletowej.  

–  Och,  on  po  prostu  wysyła  swoje  zwyczajne  sygnały  –  rzekła,  sama  zaskoczona,  Ŝe 

nawiązała do jego pytania.  

Poczuła  ulgę,  Ŝe  mogła  to  w  końcu  komuś  powiedzieć.  Matka  była  zła  na  Chrisa  i  aŜ 

nadto  chętnie  brała  stronę  Hayley.  Ojciec  mruczał  jakieś  pogróŜki.  Hayley  oczywiście 

potrzebowała  wsparcia,  lecz  nie  chciała,  Ŝeby  uwaŜano  jej  byłego  męŜa  za  kogoś  nic 

niewartego. Tak nie było.  

– Jakiego typu sygnały? – spytał Byron.  

– No, jeszcze trochę – powiedziała, jakby nie słyszała jego pytania, biorąc do ręki pędzel. 

– Ach, wiesz, o powrocie – rzuciła od niechcenia.  

– Chciałabyś? 

– Sama nie wiem. Nie wiem, ile mogę Ŝądać.  

Miała  na  myśli  „Ŝądać  od  Ŝycia”.  śycie  nie  zaoferowało  jej  wielkiej  miłości.  Ludzie 

zadowalali się tym, co mogli dostać i co jest rozsądne. Ogień wygasa i cóŜ pozostaje? 

– A więc i ty wysyłasz sygnały? – spytał Byron. – MoŜe on tak to odbiera.  

– To nie takie proste, jak ci się wydaje.  

– Zawsze wydaje się prostsze z perspektywy osoby postronnej – zauwaŜył. – Chciałbym... 

Ŝ

eby i to, co ja czuję, było prostsze.  

– Masz na myśli Elizabeth? 

– Czy Elizabeth? – Zawahał się. – MoŜe to tylko tarcza ochronna? Ja... wiesz przecieŜ... 

pewnie wiesz, Ŝe spotykałem się z Wendy Piper.  

background image

–  Słyszałam  –  odparła  ostroŜnie.  Nagle  poczuła,  Ŝe  jest  spięta.  Co  spodziewała  się 

usłyszeć? 

– JuŜ nie – dodał.  

– I to jest ten problem? – zdziwiła się. Dlaczego tak się denerwuję, pomyślała.  

– To była moja decyzja – ciągnął. – Od razu zrobiło mi się lŜej.  

To  właśnie  to  słowo,  pomyślała  Hayley.  Ona  teŜ  odczuła  ulgę  po  tym,  co  usłyszała  od 

Byrona.  

– Tylko Ŝe teraz...  

– Jesteś samotny – dokończyła.  

– śebyś wiedziała.  

–  To  przykre,  prawda?  To  uczucie,  które  moŜe  cię  pchnąć  w  niewłaściwym  kierunku. 

Wiem, Ŝe gdybym się przespała z Chrisem...  

Ojej,  przeraziła  się.  Nadmiar  szczerości.  PrzecieŜ  rozmawialiśmy  tylko  o  niewyraźnych 

sygnałach, ostroŜnie, powściągliwie. Muszę się opanować. Dość tych zwierzeń.  

–  Tak,  to  moŜe  być  tylko  dotyk  samotności  jak  pistolet  przyłoŜony  do  pleców  – 

dokończył.  –  Z  jednej  strony  chciałem  wypełnić  pustkę,  spotykając  się  z  Wendy,  z  drugiej 

wahałem się. Sam juŜ nie wiem. Czy jest coś złego w tym, Ŝe człowiek nie chce być sam? 

–  Właśnie  tak  jest  ze  mną.  Ale  z  Chrisem  chyba  nie  mogłabym  się  powaŜyć  na  taką 

próbę.  

– Tak, to brzmi sensownie – przyznał.  

Takiej  rozmowy  nie  mogliby  prowadzić,  siedząc  przy  posiłku  czy  obserwując  fale 

uderzające o skały. Ale teraz, gdy ręce mieli zajęte, wpatrywali się w meble i zastanawiali nad 

doborem kolorów, wszystko, co mówili, było naturalne, niegroźne i miało sens.  

Pomału zaczęło się ściemniać. Zapalili światło w przedszkolu. Noc była łagodna, a więc 

ś

wieŜo  pomalowane  meble  na  pewno  do  rana  wyschną.  Byron  sięgnął  po  następne  piwo. 

Hayley  pozostała  przy  jednej  butelce,  ale  potem  nie  zastanawiając  się,  co  robi,  wypiła  parę 

łyków  z  jego.  Zorientowała  się  dopiero,  gdy  zobaczyła,  Ŝe  jej  butelka  leŜy  tam,  gdzie  ją 

zostawiła.  Zerknęła  na  Byrona,  ale  on  nie  zorientował  się,  Ŝe  z  jego  butelki  trochę  ubyło. 

Przechylił  ją  do  ust,  pijąc  dokładnie  z  tego  samego  miejsca,  którego  ona  dotykała  ustami 

minutę wcześniej.  

MoŜe  nie  miało  to  Ŝadnego  znaczenia,  a  jednak  w  jakiś  sposób  było  istotne.  CzyŜ  nie 

czytała  kiedyś,  Ŝe  jeśli  dwoje  łudzi  pije  z  tego  samego  naczynia,  ich  drogi  Ŝyciowe  się 

zazębią?  Ta  kusząca  myśl  nią  wstrząsnęła.  Mimo  rozmowy,  jaką  prowadzili,  wiedziała,  Ŝe 

jego serce wciąŜ pozostało wierne zmarłej Ŝonie.  

– Wiesz, nie sądzę, Ŝeby jeszcze ktoś przyszedł. – Głos Byrona wyrwał ją z zamyślenia.  

– Dedukujesz jak sam Sherlock Holmes – roześmiała się.  

Skończyli malować meble za piętnaście ósma i przez ostatni kwadrans czyścili i składali 

pędzle. Większość mebli była juŜ sucha i moŜna je było wnieść do środka.  

– Zabierzmy te opony – powiedział Byron. – W końcu nie musimy juŜ dzisiaj robić tych 

grządek.  

– KsięŜyc wschodzi – zauwaŜyła. – Czy nie ma tu nasion, które naleŜy włoŜyć do ziemi 

background image

przy świetle księŜyca w pełni? 

– Myślę, Ŝe pietruszka. I tylko wtedy, gdybyś chciała zajść w ciąŜę.  

Wypowiedział te słowa i natychmiast uzmysłowił sobie, Ŝe kryją niebezpieczny podtekst. 

Poczuł ulgę,  gdy Hayley się roześmiała, a fakt, Ŝe utkwiła wzrok w torbie ziemi, nie musiał 

absolutnie  niczego  znaczyć.  Cały  czas  niemal  namacalnie  czuł  jej  obecność  od  chwili,  gdy 

stanęła tuŜ przy nim, by wytrzeć mu farbę z twarzy. Nie, uczciwie mówiąc, czuł namacalnie 

jej obecność od momentu, gdy tu przyszła.  

Miała na sobie luźny czerwony Tshirt i obcięte wystrzępione dŜinsy, które kończyły się w 

połowie ud. Skórę na nogach gładką i opaloną jak piernik. To porównanie nasunęło mu się nie 

bez  powodu,  bo  właśnie  wczoraj  Monica  i  Tori  upiekły  piernik  z  polewą  i  wielkodusznie 

pozwoliły  mu  wylizać  łyŜeczkę.  Dzisiaj  Monica  zabrała  Tori  do  Canberry  na  dwa  dni  w 

odwiedziny do dawnych przyjaciół. Miał świadomość, Ŝe czeka na niego pusty dom.  

– Jeśli chcesz iść do domu... – zaproponowała Hayley wielkodusznie, wsypując do opony 

pierwszy worek ziemi. – Ja jednak chciałabym to dzisiaj skończyć.  

–  Sądzisz,  Ŝe  zostawiłbym  cię  tu  z  tym  kramem?  Jakby  na  przypieczętowanie  swoich 

słów, chwycił dwa worki ziemi i wysypał je do opon. Szybko uporali się ze wszystkimi. Gdy 

pracowali,  miał  okazję  podziwiać  jej  zgrabną  figurę.  Nie  było  to  zwyczajne  uznanie,  jakie 

odczuwał  w  stosunku  do  kobiet  spotykanych  na  ulicy,  ani  abstrakcyjna  gra  hormonów,  lecz 

bardzo  konkretne  silne  poŜądanie  tylko  i  wyłącznie  Hayley  Morris.  Kiedy  się  pochylała, 

długie włosy opadały jej na twarz, ukazując ładną szyję, a piersi kołysały się kusząco.  

– Są za pełne – oświadczyła, odstępując krok do tyłu. Nie, wcale nie, są w sam raz.  

Ach! Co się z nim dzieje? Ona mówi przecieŜ o oponach. Byron z trudem zbierał myśli.  

– Ziemia opadnie, jak nalejemy wody – uznał. – Jest tu gdzieś wąŜ, czy  mam przynieść 

wiadro? 

–  W  komórce  jest  wąŜ.  –  Poszła  po  niego,  podczas  gdy  on  wnosił  do  środka  meble  i 

zbierał brezentowe płachty. – Znalazłam! – usłyszał.  

– Jeśli jest i łopata, moŜesz polewać, a ja... – powiedział, wchodząc do komórki.  

– Ups! – Z trudem chwyciła oddech.  

Niemal zderzyli się w drzwiach. Byron chwycił ją za ramiona, Ŝeby się nie przewróciła, i 

przez  moment  czuł  rozkoszny  dotyk  jej  piersi  na  swoich  Ŝebrach.  KaŜdy  nerw  miał  napięty, 

krew napłynęła do mu głowy...  

– Przepraszam – mruknęła. – To przez ten wąŜ. A to przez ciebie, Hayley.  

Szybkie  tętno.  Ból.  PoŜądanie.  Musi  to  zwalczyć.  Za  wcześnie  na  to,  duŜo  za  wcześnie. 

Pragnął wreszcie zakończyć ten okres abstynencji wywołanej Ŝałobą, ale...  

Teraz jego ciało aŜ nadto wyraźnie mówiło mu, Ŝe Hayley jest właściwą osobą. Jest tutaj. 

Jest kobietą.  

–  Puść  trochę  zimnej  wody.  –  Nie.  To  on  potrzebuje  zimnego  prysznica.  –  Puść  wodę  i 

wyjdź  –  powiedział.  –  Za  długo  juŜ  tu  siedzimy.  Kto  właściwie  wybrał  tego  Tima  na 

przewodniczącego? 

–  On  był  jedyny,  który  się  zgłosił  –  wyjaśniła.  Byron  wziął  od  niej  wąŜ  i  umocował  go 

przy kranie.  

background image

Odkręcił wodę i zaczął wyrównywać ziemię w oponach. W pewnej chwili Hayley, która 

trzymała koniec węŜa, skierowała go niechcący na niego, fundując mu zimny prysznic.  

– EjŜe! – zaprotestował. – Maści wie dziękuję – dodał. – Było fajnie.  

Woda przyjemnie go odświeŜyła. Hayley skierowała strumień na jego pierś.  

– Przepraszam, nie chciałam – powiedziała.  

– W porządku.  

Wiedział,  Ŝe  kłamie.  Poznał  to  po  wyrazie  jej  twarzy.  A  więc...  Rzucił  w  jej  kierunku 

grudkę  ziemi.  Uderzyła  w  przód  koszulki.  Odpowiedziała  mu  prysznicem  w  twarz.  Wziął 

następną  grudkę ziemi, rzucił w nią i  wykorzystując moment jej nieuwagi, chwycił wąŜ. Na 

Boga,  kiedy  to  ostatni  raz  śmiał  się  tak  serdecznie,  i  to  z  tak  błahego  powodu?  Było  w  tym 

ś

miechu  coś  zdrowego,  dziecinnego,  hedonistycznego.  Hayley  pisnęła  z  uciechy,  on 

wrzeszczał jak opętany. Wkrótce byli mokrzy i powalani ziemią od stóp do głów.  

– Hayley, przestań! – błagał.  

– Zmuś mnie! 

– Poczekaj...  

Nie  dał  jej  czasu  na  reakcję.  Wyzbywając  się  resztek  zdrowego  rozsądku,  zrobił  to,  co 

chciał  zrobić  od  chwili,  gdy  się  tu  spotkali,  od  czego  nie  był  w  stanie  oderwać  się  myślami 

nawet  podczas  tej  na  wpół  erotycznej,  na  wpół  dziecinnej  zabawy.  Chwycił  ją  w  ramiona, 

przechylił  jej  głowę  do  tyłu  i  pocałował  jej  wilgotne  wargi  z  zachłannością,  nad  której 

konsekwencjami ani przez sekundę się nie zastanawiał.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

O tak, to jest to! Wiedzieli o tym oboje. Dwoje  dorosłych ludzi nie obrzuca się ziemią i 

nie polewa zimną wodą tylko dlatego, Ŝe jest piątek wieczór, a oni po całym tygodniu pracy 

malują meble w przedszkolu. Hayley przeczuwała, Ŝe coś między nimi zajdzie w chwili, gdy 

napiła  się  piwa  z  butelki  Byrona.  ChociaŜ  nie,  juŜ  wcześniej,  znacznie  wcześniej.  Parę 

tygodni temu, w dniu, w którym Tori się poparzyła.  

Kiedy znalazła się w ramionach Byrona, było tak, jak sobie wyobraŜała. Miała wraŜenie, 

Ŝ

e od początku wiedziała, Ŝe do tego dojdzie. Jego usta były z początku zimne, cienka koszula 

oblepiała tors i ramiona. Wkrótce jednak poczuła ciepło jego ciała i zapach piwa zmieszany z 

lekką  wonią  błota.  Całował  ją  gorąco  i  namiętnie,  ale  nie  natarczywie.  Rozchylone  wargi 

kusiły  obietnicą  pieszczot  i  pocałunków,  które  pokryją  kaŜdy  fragment  jej  ciała.  ZadrŜała. 

Byron wsunął dłonie pod jej bluzkę i dotknął piersi.  

Hayley wypręŜyła się, Ŝądając więcej.  śałowała, ze nie jest naga i Ŝe nie znajdują się w 

miejscu bardziej odosobnionym. Wsunęła ręce do tylnych kieszeni jego dŜinsów i trzymała je 

tam,  nie  zdając  sobie  nawet  sprawy,  jak  bardzo  go  podnieca.  Przyciskała  go  do  siebie  i 

ocierała się o niego, dopóki nie przeszedł go dreszcz i nie odepchnął jej od siebie.  

– Jest tu moŜe prysznic? – spytał.  

– Nie. – Serce biło jej silnie i miarowo.  

– ŁóŜka teŜ nie ma, co? Chcę... więcej, Hayley. – I ja.  

W ich głosach brzmiała tłumiona namiętność i poŜądanie.  

– MoŜemy jeszcze tyle sobie powiedzieć... – zaczął.  

– Nie, proszę nie. Mam dość mówienia. Ale musimy...  

– Zamknąć przedszkole. Ten okropny...  

– Sądzę, Ŝe powinniśmy jednak być wdzięczni Timowi – zaprotestowała ze śmiechem.  

– Och, to mogło się zdarzyć wszędzie – zauwaŜył, ujmując ją za biodra.  

– Naprawdę? – Przekrzywiła zalotnie głowę.  

–  Do  diabła,  pewnie!  Tu  czy  tam,  co  za  róŜnica!  Nie  wiem,  co  ty  na  to,  ale  ja  tego 

potrzebuję.  Dzisiaj,  teraz.  Z  tobą,  z  nikim  innym  tylko  z  tobą.  Schowam  wąŜ,  a  ty  zamknij 

drzwi.  Moniki  i  Tori  nie  ma,  więc  pojedziemy  do  mnie  i  pójdziemy  do  łóŜka.  W  kaŜdym 

razie, jeśli...  

Przerwał nagle. Uprzytomnił sobie, Ŝe się zagalopował. ZmruŜył oczy, zmarszczył brwi, 

zacisnął  wargi.  Wyglądał,  jakby  był  zły.  Wiedziała  jednak,  Ŝe  tak  nie  jest.  Po  prostu 

zastanawiał się, czy aby nie posunął się za daleko.  

– Dobrze, Byron. Ja... – westchnęła i zadrŜała. – Ja teŜ tego potrzebuję.  

– Świetnie! – Woda spływała mu po karku, przeciągnął dłonią po wargach, pozostawiając 

na policzku ślad błota.  

Nie  tracili  ani  sekundy.  Chwycił  wąŜ,  odczepił  go  i  zaniósł  do  komórki.  Hayley 

posprzątała narzędzia, zebrała śmieci. Gdyby to była gorąca letnia nic, kochaliby się tutaj, na 

trawie, w błocie. Natychmiast.  

background image

Byron  pozbierał  jeszcze  puste  worki  po  ziemi,  Hayley  zamknęła  komórkę,  pogasiła 

ś

wiatła w budynku i zamknęła drzwi. Poszli kaŜde do swego samochodu.  

– Do zobaczenia u mnie – rzucił.  

Pomachała mu ręką i usiadła za kierownicą. Mogła myśleć tylko o jednym, o tym, co ją 

za chwilę czeka. Jechała tuŜ za nim, wpatrzona w światła jego samochodu, jakby się bała, by 

się nie zgubić.  

– Zmarzłaś? – spytał parę minut później.  

– Tak.  

– A więc prysznic.  

Wydawało  się,  Ŝe  potrafią  juŜ  mówić  tylko  monosylabami  albo  równowaŜnikami  zdań. 

Ostatnią  rzeczą,  jakiej  Hayley  pragnęła,  była  rozmowa.  Rozmawiali  juŜ  tego  wieczoru,  i  to 

długo. Spędziła lata na rozmowach z Chrisem w kółko o tym samym. Nie chciała powtarzać 

tego  z  Byronem.  Nie  chciała  niczego  się  domyślać.  Stało  się.  Pragnęli  tego.  Ufali  sobie, 

szanowali  się,  a  w  ich  długoletnich  stosunkach  koleŜeńskich  nie  było  niczego,  co  by  ich 

ostrzegało przed takim krokiem. I tylko to w tym momencie się liczyło.  

Prysznic  był  równie  okazały,  jak  cała  posesja.  Byron  nie  zapalił  światła.  Włączył  tylko 

oświetlenie  dziedzińca,  a  potem  odwrócił  się  do  Hayley  i  wpatrując  się  w  nią  rozpalonym 

wzrokiem, ściągnął z niej bluzkę i rozpiął stanik. Potem pochylił się i pocałował ją w kark.  

– Masz smak ziemi – szepnął.  

– I ty teŜ. MoŜesz ją zlizać.  

– Zrobię to.  

Jej piersi były zimne i napięte, ręce  gorączkowo  sięgały  do jego ubrania.  Ale Byron nie 

czekał, aŜ go rozbierze. Koszulę juŜ zrzucił, więc sięgnęła do paska dŜinsów i ściągnęła je w 

dół,  gdy  tylko  rozpiął  zamek.  Byron  jedną  ręką  odkręcił  kurek,  drugą  odrzucił  spodnie. 

Pospiesznie zrzucił buty i spodenki, po czym wszedł wraz z nią do kabiny. Czuli się jak pod 

wodospadem w dŜungli z tą tylko róŜnicą, Ŝe woda była gorąca, a powietrze pełne pary. Przez 

chwilę woda spływająca z ich ciał miała brunatny kolor.  

– Nie miałam pojęcia, Ŝe jesteśmy aŜ tak uwalani – powiedziała.  

– We włosach teŜ masz ziemię – zauwaŜył. – Zamknij oczy.  

Nakierował jej głowę pod strumień wody. Nalał na rękę szampon i delikatnie wmasował 

go w jej włosy. Delikatnymi ruchami ścierał resztki ziemi z karku i zza uszu.  

– Hm... – westchnęła z rozkoszą. Poddawała się temu zmysłowemu masaŜowi, by juŜ za 

chwilę poczuć jego usta na swoich i delikatny dotyk rąk na piersiach.  

Usiłowała otworzyć oczy i sięgnąć do jego włosów, by zrewanŜować mu się tym samym. 

Był  taki  wysoki!  Kiedy  myła  mu  włosy,  wykorzystał  pozycję,  w  jakiej  się  znajdowali, 

pochylił głowę jeszcze niŜej i musnął wargami najpierw jeden sutek, potem drugi.  

– Do łóŜka – powiedział.  

– Mokrzy? – zdziwiła się.  

– Nie, skądŜe.  

Ręczniki.  Ogromne,  puszyste,  pachnące  świeŜością.  Wycierali  się  nawzajem,  dotykając 

ś

wiadomie wszystkich fragmentów swoich ciał, odkrywając ich kształty przez materiał.  

background image

– Nie cierpię być mokra – powiedziała.  

–  Ja  teŜ.  Było  zabawnie,  ale...  –  Rzucił  ręcznik  na  kaloryfer,  wziął  ją  za  rękę,  by 

podprowadzić do wielkiego _ łoŜa, i zawinął w gruby szlafrok. – Jeszcze ci zimno? 

– Trochę.  

– Ogrzeję cię.  

Nie  spodziewała  się,  Ŝe  moŜe  ją  po  prostu  trzymać  tak  blisko  siebie.  Na  razie  Ŝadnych 

pieszczot.  Krótka  zwłoka  po  to,  by  zwiększyć  podniecenie.  A  później  jego  ręce  zaczęły  się 

poruszać i dowiedziała się, co naprawdę znaczy podniecenie.  

To  upajająca  mieszanka  rozkoszy  i  narastającego  poŜądania.  To  uczucie,  Ŝe  kaŜde 

zetknięcie  się  skóry  ze  skórą  jest  cudem.  Egoizm  w  jednej  minucie,  gdy  przyciskała  jego 

głowę do swoich piersi, domagając się pieszczoty, szczodrość w następnej, gdy lekko wpijała 

paznokcie w jego plecy i przesuwała w dół, przez płaski brzuch, coraz niŜej i niŜej, pieszcząc 

go i czując, jak jego ciało drŜy.  

Spytał niecierpliwie, czy się zabezpiecza.  

– Biorę pigułki – odpowiedziała. – Ja właściwie... nigdy nie przestałam ich brać.  

Oboje  zamilkli,  zorientowawszy  się,  co  znaczą  te  słowa  w  kontekście  jej  stosunków  z 

Chrisem,  ale  szybko  o  tym  zapomnieli,  zatapiając  się  w  sobie.  Hayley  równie  gorączkowo 

pragnęła  własnej  przyjemności,  co  obdarowania  nią  Byrona.  I  wreszcie,  kiedy  nastąpiło 

spełnienie, nie potrafiła juŜ rozróŜnić między jego rozkoszą a swoją.  

Przez dłuŜszy czas milczeli. To, co między nimi zaszło, wymykało się wszelkim słowom. 

Zwyczajna  pogawędka  czy  czcze  komplementy  zabrzmiałyby  w  tej  sytuacji  trywialnie  i 

płasko. Dotykiem wyraŜali to, czego nie chcieli ująć w słowa.  

Przytulił ją do siebie, a ona objęła mocno jego plecy.  

Potem  leŜał  obok  niej  odpręŜony,  pieszcząc  ją  czule  i  leniwie.  Włosy,  piersi,  uda.  Ona 

obdarzała go pocałunkami, przyciskała wargi do jego skroni i brody, wtulała twarz w szyję i 

ramiona, głaskała jego twarde uda.  

– Pamiętasz, jak, och, ze sto lat temu, mówiłaś coś na temat Chrisa, Ŝe nie jest właściwą 

osobą do eksperymentowania? – spytał z pozorną obojętnością.  

– Uhm, pamiętam.  

Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  wyznała  Byronowi  więcej,  niŜ  by  chciała,  i  czekała  teraz  na 

wyrazy ubolewania wywołane tą szczerością, ale to nie nastąpiło.  

– Czy moŜe... byłabyś zainteresowana eksperymentowaniem ze mną? 

– Spaniem z tobą – sprecyzowała, choć zapewne to właśnie miał na myśli. – PrzecieŜ juŜ 

to zrobiliśmy, czyŜ nie? 

– Tak, ale ja miałem na myśli coś w rodzaju romansu.  

– Wiem, wybacz, wszystko utrudniam.  

–  Nie,  to  ja  przepraszam;  ale...  chcę  być  uczciwy.  Nie  mogę  ci  niczego  więcej 

zaoferować!  –  Nagle  w  jego  głosie  pojawiła  się  nuta  zmęczenia,  niemal  zniechęcenia.  – 

Chodzi  mi  o  całkowite  oddanie,  którego  większość  kobiet  i  męŜczyzn,  o  ile  są  uczciwi, 

poszukuje.  Nie  mógłbym...  nawet  bym  nie  chciał...  tego  oferować.  Zdajesz  sobie  sprawę, 

czego potrzebuję. I cóŜ, ta noc świadczyłaby o tym, Ŝe i ty tego potrzebujesz.  

background image

–  Tak.  Nigdy  nie  patrzyłam  na  to  w  ten  sposób,  ale  moŜe  masz  rację.  Byłoby  fatalnie, 

gdybym pozwoliła Chrisowi wrócić tylko dlatego, Ŝe jestem...  

– Spragniona seksu? – podpowiedział.  

– Spragniona seksu – powtórzyła z przekąsem. – Dzięki.  

– Przepraszam – zreflektował się. – To było zbyt...  

–  Nie,  rzeczywiście  tak  jest.  –  Jej  chwilowa  irytacja  minęła  tak  samo  nagle,  jak  się 

pojawiła. – To trafne sformułowanie. Człowiek moŜe sobie narobić mnóstwo kłopotów, jeśli 

nie nazwie rzeczy po imieniu. A ja muszę znaleźć odpowiednie określenie na to, co czuję do 

Chrisa.  

A do Byrona? 

–  Do  diabła  z  Chrisem!  –  wybuchnął  Byron  i  przetoczył  się  na  nią,  unieruchamiając  ją. 

Podparł  się  na  łokciach.  Dotknęła  dłońmi  jego  torsu,  czuła  pod  palcami  gładką,  porośniętą 

włosami skórę, a potem nagle jego usta znowu zaczęły błądzić po jej ciele. – Do diabła z tym 

wszystkim! To było niesamowite. Chcę więcej. Z tobą. Pomyśl o tym, a jeśli czujesz to samo, 

to moŜemy, prawda? Proszę.  

–  MoŜemy  co?  –  spytała  naiwnie,  uzbrajając  się  w  cierpliwość,  a  moŜe  pragnąc 

jednoznacznej odpowiedzi.  

Za moment i jedno i drugie nie było juŜ potrzebne.  

– Myślałem, Ŝe wyraziłem się dostatecznie jasno – rzekł schrypniętym głosem. – A moŜe 

nie? 

–  AleŜ  tak,  tak  –  przyznała,  ogarnięta  ponownie  falą  poŜądania.  –  Dla  mnie  teŜ  było  to 

niesamowite.  

Słowa te nie do końca oznaczały zgodę na to, czego z taką pewnością siebie się domagał, 

ale  on  tak  właśnie  je  potraktował  i  kiedy  teraz  zaczął  ją  całować,  nie  przestał  przez  bardzo 

długi czas.  

– Zostaniesz na noc? 

Do  diabła,  znowu  tak  obcesowo,  skarcił  się  w  duchu.  Nie  moŜesz  być  choć  trochę 

subtelniejszy? 

Zrobiło się późno i właśnie skończyli jeść. Byron był  głodny jak  wilk. Minęła jedenasta 

wieczór, w przedszkolu jedli tylko chipsy, i to dobre parę godzin temu. Zrobił górę kanapek z 

szynką i pomidorami, grzanki z serem i czajnik herbaty. Na deser były lody z truskawkami i 

gorąca czekolada.  

PoniewaŜ rzeczy Hayley jeszcze się suszyły, poŜyczył jej coś ze swoich – błękitny T-shirt 

o wiele na nią za duŜy, który zsuwał się prowokacyjnie to z jednego, to z drugiego ramienia, i 

błękitne  bokserki  z  jedwabiu,  które  przysłała  mu  w  prezencie  gwiazdkowym  siostra  z 

Londynu.  

Zwinięta  w  kłębek  na  ciemnozielonej  kanapie  ze  skóry,  Hayley  dopijała  czekoladę. 

Zwlekała z odpowiedzią na jego pytanie, ale nie wyglądała na uraŜoną.  

–  Hm,  sama  nie  wiem.  Zwykle  odbieram  Maxa  od  razu  po  zmianie.  Mama  wie,  Ŝe  nie 

pracuję, ale i tak będzie się mnie spodziewać wcześnie. Nie lubię, kiedy się martwi.  

Albo kiedy zaczyna coś podejrzewać.  

background image

Byron rozumiał to aŜ nadto dobrze. On z kolei nie chciał, by Monica zaczęła się czegoś 

domyślać.  Miała  wyjechać  w  środę,  najpierw  autobusem  do  Sydney,  potem  samolotem  do 

Brisbane  i  mimo  Ŝe  bardzo  ją  lubił,  z  utęsknieniem  czekał  na  tę  chwilę.  Gdyby  zastała  tu 

Hayley,  domyśliłaby  się,  co  między  nimi  zaszło  i  zareagowała  podobnie  jak  w  stosunku  do 

Wendy Piper...  

Nagle uzmysłowił sobie, Ŝe opinia teściowej, choć mogłaby go wprawić w zakłopotanie, 

nie  ma  na  niego  Ŝadnego  wpływu.  Nadal  będzie  się  spotykał  z  Hayley,  sypiał  z  nią, 

niezaleŜnie od tego, co kto sobie pomyśli, a jeśli ich romans się skończy, to tylko dlatego, Ŝe 

jedno z nich będzie tego chciało.  Niewiele było  spraw w ostatnich latach, których byłby tak 

absolutnie pewien.  

Potwierdzało  to  słowa  jego  i  Hayley  o  tym,  Ŝe  naleŜy  nazywać  rzeczy  po  imieniu.  Nie 

było  to  paniczne  poszukiwanie  kobiety,  która  zastąpiłaby  Tori  matkę.  Było  to  zaspokojenie 

jego  potrzeb,  chęć  nauczenia  się  Ŝycia  na  nowo,  posunięcia  się  naprzód  tak  daleko,  jak  to 

moŜliwe.  

– O której na ogół jeździsz po Maxa? – spytał.  

– Najpóźniej około wpół do siódmej – odparła.  

– Nastawimy budzik – zaproponował. Milczała przez chwilę.  

– A więc chcesz, Ŝebym została? – upewniła się.  

– Tak, , bardzo.  

– Ja... zostawiłam ci furtkę, zdajesz sobie sprawę? 

– Nie potrzebuję jej. Zostań. Jeśli teŜ tego chcesz.  

– Chcę. – Popatrzyła mu prosto w oczy. – Bardzo chcę – dodała, akcentując kaŜde słowo.  

Odstawiła  kubek,  podniosła  się  i  podeszła  do  niego.  Na  jej  twarzy  malowało  się 

poŜądanie  tak  silne,  Ŝe  się  przeraził.  Wielkie  nieba,  pod  względem  fizycznym  rozumieją  się 

jak mało kto. Nic ich nie dzieli, nie czują Ŝadnego skrępowania, zaŜenowania czy wstydu. Z 

całą szczerością wyraŜają swoje potrzeby i uczucia. Ujął jej biodra. Pod jedwabiem szortów, 

ciepłych od ciepła jej ciała, czuł zarys jej bioder.  

Chwycił ją na ręce i zaniósł do sypialni.  

Zapomnieli nastawić budzik, ale nie miało to znaczenia. Hayley prawie nie zmruŜyła oka 

i za kaŜdym razem, gdy unosiła powieki, sprawdzała godzinę na radio-budziku stojącym przy 

łóŜku.  Nawet  nie  starała  się  zasnąć.  Po  prostu  leŜała  przytulona  do  piersi  Byrona,  a  on 

obejmował  jej  biodra.  Czuła  jego  oddech  na  karku,  słyszała  bicie  jego  serca,  podobnie  jak 

szum oceanu oddalonego od nich o sto metrów.  

Cała  ta  sytuacja  wydawała  jej  się  nierealna.  Nie  mogła  wprost  uwierzyć,  Ŝe  leŜy  obok 

niego.  WciąŜ  jeszcze  pozostało  w  niej  coś  z  piętnastolatki,  patrzącej  na  niego  jak  na 

przystojnego  B  J.  z  klubu  pływackiego.  Ale  to  juŜ  naleŜy  do  przeszłości,  a  oni  nie  są  juŜ 

nastolatkami.  Nie  mogła  jednak  nie  napawać  się  tym,  co  zaistniało  między  nimi.  JakaŜ  to 

niewiarygodna  przyjemność  leŜeć  tak  obok  męŜczyzny  po  tylu  samotnych  nocach,  pełnych 

łez i bólu, kiedy wtulała głowę w poduszkę zamiast w opiekuńcze męskie ramiona.  

Ale  teraz,  w  kaŜdym  razie  na  jakiś  czas,  miało  się  to  skończyć.  Bardzo  ostroŜnie  zdjęła 

rękę  Byrona  ze  swego  biodra.  Zsuwając  się  z  łóŜka,  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  moŜe  go 

background image

obudzić  i  ogarnęła  ją  przemoŜna  chęć  wśliznięcia  się  z  powrotem  pod  prześcieradło, 

dotknięcia ustami jego ust i wykorzystania jeszcze tej ostatniej chwili.  

Wiedziała  jednak,  Ŝe  nie  moŜe  tego  zrobić.  Max  wkrótce  wstanie.  Mama  musi  trochę 

odpocząć,  bo  przecieŜ  następnej  nocy  znowu  będzie  dyŜurować  przy  wnuku.  A  potem, 

szczęśliwie, Hayley będzie miała dwa dni wolne.  

Chcę je spędzić z Byronem. W łóŜku. Jedząc i śmiejąc się. Nie myśląc o niczym. Nawet 

nie rozmawiając wiele. Ale, na Boga, jak nam się to uda? 

Byron mówił, Ŝeby nie wybiegać myślami w przód. No dobrze, ale w tej chwili nawet nie 

była w stanie przewidzieć, jak ich znajomość rozwinie się następnego dnia.  

– Wyglądasz na zmęczoną, kochanie – rzekła Adele Kennett do córki. – Myślałam, Ŝe tej 

nocy nie miałaś pracować.  

–  Po  prostu źle  spałam –  odparła  Hayley  zadowolona,  Ŝe  stoi tyłem  do  matki.  Nalewała 

właśnie wody do czajnika.  

Wiedziała, Ŝe oczy ma podkrąŜone, a pod powiekami piasek. Jej wargi były  pełniejsze i 

bardziej  miękkie  niŜ  normalnie,  piersi  lekko  obrzmiałe.  Czuła  kaŜdy  mięsień,  wciąŜ  jeszcze 

była  rozogniona,  a  równocześnie  cudownie  odpręŜona.  Zastanawiała  się,  czy  ta  noc 

pozostawiła równieŜ jakiś ślad na twarzy Byrona. Na pewno! 

– Miałaś wiadomość od Chrisa? – spytała matka.  

Moment,  w  którym  Adele  zadała  to  pytanie,  sugerował,  Ŝe  zdaniem  matki  Hayley 

spędziła  bezsenną  noc,  myśląc  o  swoim  byłym  męŜu.  Tak  teŜ  było,  ale  tylko  przez  część 

nocy. Bardzo małą część. Bo resztę...  

– Tak, dzwonił parę dni temu – odparła beztrosko. – Nie mógł sobie poradzić z nowymi 

formularzami podatkowymi.  

– Nie wypełniaj ich za niego. Masz dość obowiązków.  

– Tak, wiem, ale...  

– Niech pójdzie do biura rachunkowego. To nie twój problem. To nie jest twój problem 

od przeszło trzech lat.  

– Mamo... – zaoponowała nieśmiało.  

– Och, wiem, nie cierpisz, kiedy tak mówię, ale...  

–  Czy  chcesz,  Ŝebyśmy  się  stali  wrogami,  którzy  nie  są  w  stanie  zamienić  w  sposób 

kulturalny  paru  słów?  –  WciąŜ  stała  przy  zlewie,  sprzątając  bałagan,  jaki  zrobił  Max.  –  On 

jest  ojcem  Maxa  –  rzuciła  przez  ramię.  –  Dla  nas  trojga  będzie  lepiej,  jeśli  Chris  i  ja 

pozostaniemy przyjaciółmi.  

– On cię wykorzystuje...  

–  Tak,  i  pozwalam  na  to  z  całą  świadomością  dla  dobra  Maxa.  To  naprawdę  nic 

wielkiego.  

– Tylko dla dobra Maxa? 

–  EjŜe,  mówiłaś,  Ŝe  mam  przyjść  na  śniadanie,  a  nie  na  przesłuchanie!  –  zniecierpliwiła 

się Hayley.  

Nagłe poczuła, Ŝe matka ją obejmuje.  

– Co ja na to poradzę, kochanie, Ŝe uwaŜam, iŜ zasługujesz na lepszy los. Jestem przecieŜ 

background image

twoją matką.  

Hayley odwróciła się i potarła policzek o skroń matki.  

– A więc moŜesz juŜ dać spokój? – spytała. – Pomału wszystko się ułoŜy, Chris wreszcie 

zaczyna  dorastać.  PrzecieŜ  został  na  noc  w  zeszłym  tygodniu,  prawda?  Zamiast  od  razu 

wracać. Bo widział, Ŝe się martwię. Trzy lata temu nie zrobiłby tego. Od razu wskoczyłby do 

samochodu, choćby po to, Ŝeby postawić na swoim.  

–  To  na  to  czekasz?  Na  to  liczysz?  AŜ  dorośnie  na  tyle,  Ŝeby...  –  Matka  wydawała  się 

przeraŜona.  

–  Sama  nie  wiem.  –  Hayley  zamyśliła  się.  –  Wiesz,  kiedy  byliśmy  małŜeństwem,  nie 

zdawałam sobie sprawy, Ŝe aŜ tak bardzo go nie lubisz.  

– Nieprawda. Nie przepadam za nim, ale on sprawia ci ból, a sama wiesz, Ŝe matka jest 

jak lwica.  

Hayley popatrzyła na niską pulchną postać z siwymi włosami, stojącą obok. Mama miała 

na  sobie  puchate  kapcie  z  owczej  wełny,  niebieskie  sportowe  spodnie  z  dobraną 

kolorystycznie bluzką w kwiaty i zielony fartuszek w owoce cytrusowe. Na nosie okulary.  

–  Lwica.  Oczywiście.  –  Hayley  przekrzywiła  lekko  głowę  i  zamyśliła  się.  –  Dlaczego 

przedtem tego nie zauwaŜyłam? 

Matka klepnęła ją po ramieniu.  

– Wiesz, o co mi chodzi, prawda? Wybacz. I uwaŜaj na siebie.  

– Dobrze.  

Sypiam z kim innym, niezwykle atrakcyjnym męŜczyzną, któremu bezgranicznie ufam i 

który  nie  będzie  obiecywał  niczego  ponad  niezobowiązujący  romans.  Czy  to  oznacza 

uwaŜanie  na  siebie?  Kiedy  tak  stała  zmęczona  w  zalanej  porannym  słońcem  kuchni  matki, 

wydawało jej się to szczytem lekkomyślności i szaleństwa.  

Do  chwili,  gdy  nie  przypomniała  sobie  szczegółów  ostatniej  nocy.  Ciała  Byrona 

splecionego  z  jej  ciałem,  jego  rąk  i  ust  odkrywających  sekretne  zakamarki...  I  dopóki  nie 

uzmysłowiła  sobie,  Ŝe  lekkomyślność  i  szaleństwo  nie  mają  tu  nic  do  rzeczy.  MoŜe  nawet 

zwiększają atrakcyjność tej przygody, nadają jej posmak czegoś niewiadomego, nowego, nie 

wykalkulowanego.  

Max przerwał te rozmyślania, wbiegając do kuchni. Pochyliła się i wzięła go w ramiona.  

–  EjŜe,  pięknie  wyglądasz!  –  Roześmiała  się.  –  Czy  aby  na  pewno  dobrze  włoŜyłeś 

koszulkę? 

Chłopiec popatrzył w dół i zachichotał.  

– Ale fajnie.  

– Zmienimy to? – spytała.  

– Ty to zrób.  

–  A  więc  ręce  do  góry.  –  Hayley  ściągnęła  koszulkę  z  ramion  chłopca  i  wywróciła  na 

prawą stronę.  

– Babciu, zrobisz naleśniki? – Max podbiegł do Adeli.  

– Nie, dzisiaj tylko grzanki. Albo płatki z bananami.  

–  Płatki  z  bananami  –  zaŜyczył  sobie  i  usiadł  przy  stole.  Dzień  zaczaj  się  toczyć  swoim 

background image

normalnym rytmem.  

Ale tylko z pozoru. Szczerze mówiąc, w głowie Hayley nic nie układało się normalnie. Po 

ś

niadaniu  zabrała  Maxa  do  domu  i  zajęli  się  pracami  weekendowymi.  Pranie,  sprzątanie, 

zakupy,  oporządzanie  ogrodu,  który  na  szczęście  był  mały  i  nie  wymagał  duŜego  nakładu 

pracy. Zjedli lunch, obejrzeli na wideo film dla dzieci, a potem spędzili parę godzin na plaŜy. 

Kiedy zadzwonił telefon, aŜ podskoczyła. Myślała, Ŝe usłyszy głos Byrona.  

Rano  w  supermarkecie  rozglądała  się  za  nim,  chodząc  między  wszystkimi  stoiskami  po 

kolei,  a  kiedy  po  południu  Max  spytał,  na  którą  plaŜę  pójdą,  oczekując,  Ŝe  wybierze  ich 

ulubioną,  odpowiedziała  z  wystudiowaną  zdawkowością,  która  jej  matkę  natychmiast  by 

wprawiła w stan czujności.  

– MoŜe dla odmiany wybralibyśmy się na North Moama? 

Była to plaŜa naprzeciw domu Byrona.  

Nie  spotkali  go.  Zapewne  pracował,  zajmował  się  ogrodem,  robił  zakupy,  moŜe  był  z 

wizytą  u  matki.  I,  oczywiście,  to  nie  on  telefonował,  lecz  jakaś  organizacja  badania  rynku, 

która chciała znać jej opinię na temat produktów gospodarstwa domowego, których nigdy nie 

uŜywała.  

Po  powrocie  z  plaŜy  kazała  Maxowi  wykąpać  się  i  przygotowała  potrawkę  z  kurczaka, 

którą  miała  wieczorem  zanieść  rodzicom.  Ubrana  juŜ  w  słuŜbowy  strój  podrzuciła  Maxa  do 

rodziców za dwadzieścia szósta wieczorem, a potem spędziła dwie godziny na zastanawianiu 

się, czy Byron ma tej nocy dyŜur w szpitalu. Dowiedziała się tego o ósmej trzydzieści, kiedy 

wezwano ich do starszej kobiety, która dotkliwie się potłukła spadając ze schodów.  

Wszystko  wskazywało  na  pęknięcie  szyjki  kości  udowej,  częsty  problem  u  osób  w 

podeszłym  wieku.  Nie  rokowało  to  dobrze.  W  przyszłości  kobieta  moŜe  mieć  kłopoty  z 

chodzeniem.  Hayley  podała  jej  tlen  i  zrobiła  EKG.  Chciała  podać  morfinę,  więc  musiała 

kontrolować ciśnienie krwi i tętno, by sprawdzić, czy kobieta toleruje działanie leku. Okazało 

się, Ŝe w przeszłości miała problemy z sercem.  

To  Wendy,  a  nie  Byron,  czekała  na  ambulans  przed  wejściem  na  oddział.  Hayley  była 

rozczarowana.  Wpadła  w  panikę.  Ile  czasu  trzeba,  by  niezobowiązująca  przygoda  z 

przyjemności stała się koniecznością? I co będzie potem? 

Podeszła  do  Wendy  i  zreferowała  jej  stan  pacjentki.  Doktor  Piper  nie  robiła  większych 

nadziei.  

–  Ona  ma  dziewięćdziesiąt  trzy  lata  –  powiedziała.  –  To  początek  końca.  Myślę,  Ŝe  ona 

teŜ to czuje...  

Kiedy  Hayley  wsiadała  z  powrotem  do  karetki,  podbiegła  do  niej  zdenerwowana  córka 

chorej kobiety.  

– Dziękuję – powiedziała. – Bardzo dziękuję. Ona z początku w ogóle nie chciała słyszeć 

o szpitalu. Czy pani wie, kiedy będzie mogła wrócić do domu? 

– To zaleŜy od lekarza i od tego, jak szybko odzyska siły – odrzekła spokojnie Hayley – 

Myślę, Ŝe nie cierpi.  

Byli  wzywani jeszcze dwukrotnie, za kaŜdym  razem miało to związek z sobotnią nocą i 

alkoholem.  O  dziesiątej  wieczór  jakaś  nastolatka,  nieprzyzwyczajona  do  picia  alkoholu, 

background image

straciła  przytomność,  wprawiając  w  panikę  swoich  przyjaciół,  a  o  wpół  do  dwunastej 

wezwano ich do tego, co policja zwykła określać jako nieporozumienie rodzinne.  

– Co za niezdara ze mnie! – wołała poturbowana kobieta. – Pośliznęłam się w łazience i 

uderzyłam  twarzą  w  brzeg  wanny.  Nic  nie  pamiętam,  dopiero  po  chwili  zobaczyłam 

pochylonego nade mną Dave’a.  

– To prawda – potwierdził jej mąŜ. – Ona nic nie p... pamięta – wyjąkał. – Ale juŜ czuje 

się dobrze.  

– Musimy panią zabrać do szpitala na przebadanie, pani Murphy – powiedział Paul.  

– Nic mi nie jest. David wpadł w panikę, to wszystko.  

–  Na  wszelki  wypadek  –  tłumaczył  Paul.  –  Prawdopodobnie  nic  pani  nie  jest,  ale  skoro 

pani straciła na chwilę przytomność, musimy panią dokładnie przebadać.  

– Dobrze. – Kobieta zerknęła na męŜa. – Myślę, Ŝe nic mi nie będzie.  

Hayley  zanotowała  w  zeszycie,  by  skontaktowano  kobietę  z  organizacją  pomocy 

społecznej, ale Paul potrząsnął głową.  

–  Ona  dobrze  wie,  gdzie  szukać  pomocy.  To  trwa  od  lat.  Widziałem  ją  juŜ  co  najmniej 

trzy razy. Kiedyś powiedziała coś... Myślę, Ŝe czeka, aŜ dzieci opuszczą dom.  

– Nie szkodzi jej o tym  przypomnieć – rzekła  Hayley. – Nigdy  nie wiadomo, w którym 

momencie zdecyduje się odejść.  

– Masz rację – zgodził się Paul. – Miejmy nadzieję, Ŝe jakoś się jej ułoŜy. Niekiedy, jak 

mam do czynienia z takimi facetami jak on, to aŜ mnie ręka świerzbi, Ŝeby im dołoŜyć.  

Nie mogła wiele zrobić dla tej pacjentki, wioząc ją do szpitala, ale dowiedziała się więcej 

szczegółów  na  temat  incydentu.  Kobieta  plątała  się  w  zeznaniach,  ale  koniec  końców 

przyznała, Ŝe Dave ją popchnął. I dlatego upadła.  

Zasłoniła dłonią oczy.  

– JuŜ dobrze, pani Murphy – uspokajała ją Hayley. – Proszę się zastanowić, co pani chce 

zrobić, i powiedzieć w szpitalu, gdyby chciała pani o tym z kimś porozmawiać.  

Przez  resztę  nocy  nie  było  juŜ  Ŝadnych  wezwań.  Hayley  próbowała  się  choć  trochę 

przespać, ale była rozkojarzona i zmęczona. Gdy zapadała w płytki sen, miała erotyczne sny, 

a męŜczyzną w tych snach był Byron. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

– Jesteś dzisiaj przed południem zajęta? – spytał. Jego głos brzmiał tajemniczo.  

Był  czwartek  rano,  klęczeli  oboje  na  podłodze  w  przedszkolu  otoczeni  czterolatkami, 

rodzicami i puzzlami, oboje ubrani po domowemu. Hayley miała na sobie dŜinsy i zapinany z 

przodu bawełniany sweterek, Byron płócienne spodnie i szaroniebieską koszulę.  

– Nie – odparła. Od razu odgadła, co ma na myśli. Przyszło jej to do głowy, gdy tylko go 

zobaczyła,  jak  wchodził  do  przedszkola,  trzymając  za  rękę  Tori.  Nie  przyprowadziła  jej 

Monica ani Robyn, tylko on osobiście. Jeśli to oznacza, Ŝe przed południem nie pracuje... – A 

co z Monicą? 

– Wczoraj wyjechała. Zamieniłem się na dyŜur, Ŝywiąc słabą nadzieję, Ŝe odpracuję go na 

twojej zmianie.  

– Słabą nadzieję? – powtórzyła.  

– Wiem, Ŝe to brzmi trochę rozpaczliwie, co? Hayley się roześmiała.  

– Nie jestem zajęta – powiedziała, oddychając głęboko.  

– Dobrze, a więc się spotkamy? 

– U ciebie? – spytała.  

– A jak myślisz? 

– Mamusiu, pomóŜ! – zawołał Max.  

Było  to  dziwne  Ŝądanie  jak  na  dziecko,  które  zazwyczaj  wszystko  chciało  robić 

samodzielnie. Hayley uzmysłowiła sobie, Ŝe chłopiec coś wyczuwa. A moŜe Karen teŜ? 

Właśnie do nich podchodziła.  

– Tim mówi, Ŝe to wam powinnam podziękować za piękne odnowienie mebli i za grządki 

– powiedziała. – Szkoda, Ŝe nikt wam nie pomógł.  

–  Sprawiło  nam  to  duŜą  przyjemność  –  oświadczył  Byron.  –  Nawet  się  tego  nie 

spodziewaliśmy, prawda, Hayley? 

– O tak, świetnie się bawiliśmy – roześmiała się. – Zwłaszcza na koniec. śadne z nas nie 

mogłoby lepiej zaplanować wieczoru.  

ś

adne z nas nie odwaŜyłoby się zaplanować tego, co nastąpiło...  

– Ach tak. W kaŜdym razie dziękuję – powiedziała Karen. – Obawiam się, Ŝe zawsze ci 

sami rodzice nam pomagają.  

Tori chwyciła ojca za rękę.  

– MoŜesz juŜ iść, tatusiu. Widzisz? Inni rodzice juŜ sobie poszli.  

– Zgoda – kiwnął głową Byron.  

–  Masz  dyŜur,  nie  moŜesz  tutaj  zostać,  aŜ  ułoŜymy  puzzle  –  powiedziała  rezolutnie 

dziewczynka.  

– Dobrze. Macie juŜ ustalony program zajęć, prawda? 

– Tak. – Tori wzruszyła ramionami. – Teraz gry, potem zajęcia plastyczne.  

– No to namaluj mi coś ładnego – poprosił Byron.  

– Nie, dzisiaj będę malować dla babci Black. Hayley i Byron wyszli z budynku, po czym 

background image

kaŜde z nich udało się do swego samochodu. Dojechali na miejsce w ciągu pięciu minut.  

–  Hm.  –  Byron  otworzył  drzwi.  –  W  świetle  dziennym  wszystko  wygląda  inaczej, 

prawda? Tamtej nocy...  

– Tamtej nocy to było tamtej nocy. Było, minęło – dokończyła nie tak spokojnie, jak by 

chciała. – Było dobrze. Teraz będzie inaczej, ale teŜ dobrze.  

– Mamy około trzech godzin – zauwaŜył.  

– Powinniśmy byli poprosić Tori, Ŝeby dała nam plan zajęć. – Ten dowcip nie naleŜał do 

najbardziej udanych.  

Byron  wciąŜ  trzymał  drzwi  na  wpół  otwarte.  Hayley  oparła  się  plecami  o  ścianę  domu. 

Poranne  słońce  opromieniało  ich  twarze,  słychać  było  szum  oceanu.  Byron  zmruŜył  oczy. 

MoŜe to z powodu słońca, które padały mu na twarz? 

– Zaczniemy od kąpieli? Czy to byłoby... ? Kolejne niedokończone zdanie.  

– Czy miałeś juŜ jakiś romans? – zapytała. – To znaczy po śmierci Elizabeth.  

– Nie – odparł powaŜnie. – A ty? 

– Nie – wykrztusiła. W gardle jej zaschło z przejęcia. – Spałam tylko z...  

– Tak, ja teŜ – dodał. – A teraz z tobą. Zatrzasnął drzwi, pochylił się i zbliŜył wargi do jej 

ust. Były suche i miękkie. Zacisnęła pięści, a potem chwyciła go kurczowo za koszulę. Czuła 

wzbierające  poŜądanie  i  dziwny  lęk.  Jeśli  taki  męŜczyzna  jak  Byron  miał  w  swoim  Ŝyciu 

tylko  jedną  kobietę,  świadczyło  to  o  sile  i  głębokości  jego  uczuć.  Fakt  bycia  jego  dragą 

kochanką coś znaczy. O czymś świadczy. Nie tylko odnosi się to do niego, ale i do niej. Musi 

na  to  zasłuŜyć.  Musi  zapracować  na  to,  aby  ten  związek  trwał.  A  gdy  się  skończy,  nie 

powinno być awantur, Ŝalu i pretensji.  

Poczucie lęku i odpowiedzialności łączyło się z poŜądaniem. Trzymała Byrona kurczowo, 

jakby  stanowił  jedyny  pewny  punkt  w  chaosie  wszechświata.  Stali  w  holu,  obejmując  się  i 

całując.  W  ciszy  panującej  w  domu  dźwięki,  jakie  wydawali,  zdawały  się  zwielokrotnione. 

Hayley nawet nie przypuszczała, Ŝe pocałunki mogą być tak głośne.  

Oprócz dźwięków był smak i dotyk. Dotyk tego męŜczyzny sprawiał, Ŝe przestało dla niej 

istnieć cokolwiek. Kiedy ją objął i pociągnął w kierunku sypialni, nie opierała się. Usiedli na 

brzegu łóŜka, by znowu oddać się pieszczotom.  

Rozbierał ją powoli, rozpinając guzik po guziku. Jego palce delikatnie muskały jej skórę 

nad piersiami, wędrując  coraz niŜej i niŜej. Reagowała na kaŜdy jego dotyk, a kiedy ściągał 

jej  z  ramion  sweter,  obserwowała  kaŜdy  jego  ruch  niemal  z  czcią,  aŜ  wreszcie  zsunął 

ramiączka stanika i zaczął delikatnie pieścić nabrzmiałe piersi.  

Nie  przypuszczała,  Ŝe  kobieta  moŜe  mieć  tyle  przyjemności  z  rzędu  guzików  u  męskiej 

koszuli. Tors Byrona, który z wolna odsłaniała, był jeszcze bardziej imponujący niŜ myślała. 

Silny,  opalony,  porośnięty  ciemnymi  włosami.  Gdy  skończyła  rozpinać  guziki  i  ściągnęła  z 

niego  koszulę,  pochyliła  się  i  przyłoŜyła  głowę  do  jego  piersi.  Słyszała  bicie  jego  serca, 

napawała się siłą jego ramion, w których czuła się pewnie i bezpiecznie.  

– Podsuń się trochę wyŜej – wyszeptał.  

– Po co? 

Poruszyła  się,  zanim  odpowiedział  i  juŜ  nie  musiał  jej  mówić,  po  co  i  czego  pragnął. 

background image

Wszystko powiedział jej jęk rozkoszy, jaki wydobył się z jego piersi. PodąŜyła wzrokiem za 

jego  spojrzeniem  do  miejsca,  w  którym  jej  piersi  opierały  się  o  jego  tors.  To  był  intymny 

widok, kobieta przy męŜczyźnie, skóra przy skórze, widok, który kazał jej myśleć o tym, co 

nastąpi za chwilę, ale i o tym, co będzie, gdy wszystko to się skończy.  

Bo skończy się na pewno. Co powiedział Byron w zeszłym tygodniu, gdy spotkali się po 

swej pierwszej nocy? 

– Przygoda. Muszę być uczciwy. Nie mogę zaoferować niczego więcej. – A przygody się 

kończą.  

Bardzo dobrze tak sobie mówić, Ŝe nie będzie pretensji i Ŝalu, ale jak tego dokonać? 

MoŜe myśląc tylko o tym, co jest teraz.  

Teraz... Teraz jest dobrze. Bardzo dobrze. Powtórzyła to sobie raz jeszcze. Byron wsunął 

dłonie pod jej dŜinsy i powoli rozpiął zamek. Kiedy wreszcie owinęła się wokół jego nagiego 

ciała, był rozpalony,  a jego skóra była tak  gładka i napięta, Ŝe jedyne,  co  mogła  robić przez 

parę minut, to pieścić go wszędzie tam, gdzie mogły dosięgnąć jej dłonie. PrzedłuŜali chwile 

pieszczot,  nie  spiesząc  się  i  z  rozmysłem  powstrzymując  się  do  momentu,  kiedy  juŜ  dłuŜej 

powstrzymywać się nie byli w stanie. Nastąpiło coś, co przypominało przerwanie tamy, przez 

którą  przelała  się  rzeka  –  potęŜna,  niepowstrzymana,  burzliwa,  zagarniająca  wszystko  po 

drodze.  

A później oboje zasnęli. Byron obudził się pierwszy, więc kiedy Hayley otworzyła oczy, 

zobaczyła nad sobą jego twarz. Obserwował ją w zadumie.  

– Powiedz, o czym myślisz – poprosiła. Serce jej waliło. Nie robiła sobie złudzeń.  

–  Zastanawiam  się,  jak  to  zorganizujemy.  Praktyczny.  Zorganizowany.  Rzeczowy.  Tak 

jak ona.  

– Chodzi ci o czas? – spytała.  

–  I  o  miejsce  –  dodał.  –  Wkrótce  moja  matka  przeniesie  się  do  mnie.  Wolałaby  być  u 

siebie, ale na razie to nierealne. Ona... jest dla mnie bardzo waŜna i nie chciałbym wywierać 

na nią presji.  

Hayley domyśliła się podtekstu tej wypowiedzi.  

– Romanse dla ludzi takich jak my nie są wygodne, co? 

– Nie.  

– Chcesz to skończyć? – spytała zdławionym głosem. Nie daj mu poznać, co czujesz.  

– Nie – odparł bez chwili wahania.  

– Nie...  

– Zostaw to mnie, dobrze? 

– Zamienisz się na dyŜur? 

– Postaram się – odparł. – Jeśli będziemy czekać, aŜ nadarzy się okazja taka jak w zeszły 

piątek, to moŜemy czekać bardzo długo.  

–  Tak,  biorąc  pod  uwagę  to,  co  było,  muszę  powiedzieć,  Ŝe  bardzo  polubiłam  Tima 

Fostera. Nie przypuszczałam, Ŝe moŜe do tego dojść.  

Byron roześmiał się i nie wracali juŜ do tematu przyszłego spotkania. W tym momencie 

trudno im było o tym myśleć.  

background image

– Pana matka nie bardzo chce iść do szpitala – rzekła rehabilitantka w następną środę. – 

UwaŜa to za krok wstecz.  

– Bo teŜ tak jest – przyznał Byron.  

– Tak, ale w tym wypadku nie będzie to długo trwało. W kaŜdym razie nie powinno.  

– Hm. – Przez chwilę nie mógł zebrać myśli. Poczuł zaciskającą się wokół głowy obręcz, 

zwiastującą ból głowy.  

Na ironię zakrawało, Ŝe z dwojga rodziców to ojciec zawsze się wydawał sprawniejszy i 

silniejszy,  dopóki  przed  pięciu  laty  nie  powalił  go  rak  prostaty.  Na  ironię  zakrawało  teŜ,  Ŝe 

gdyby  ojciec  nie  czuł  się  tak  pewny  siebie,  tak  niepokonany,  zasięgnąłby  porady  lekarza  na 

tyle  wcześnie,  by  uratować  Ŝycie.  Matka  jeszcze  nie  doszła  do  siebie  po  śmierci  ojca,  kiedy 

rok  później  zginęła  Elizabeth.  Obie  te  tragedie  bardzo  ich  do  siebie  zbliŜyły.  Myślał  o 

pacjentce,  którą  przed  jedenastoma  dniami  przyjęła  Wendy  –  dziewięćdziesięciotrzyletniej 

kobiecie z pękniętą szyjką kości udowej. Wywiązało się zapalenie płuc, komplikacje z sercem 

i kobieta przeszła kilka małych udarów. Jej stan pogarszał się w błyskawicznym tempie, więc 

rodzinie  zakomunikowano,  Ŝe  jej  śmierć  jest  juŜ  tylko  kwestią  czasu.  To  nie  moŜe  spotkać 

jego matki! 

– Mówiła pani, Ŝe karetka jest w drodze? – zwróci! się do rehabilitantki.  

– Tak, powinna być lada chwila.  

–  Mogłem  zawieźć  matkę  samochodem  –  mruknął.  Jazda  karetką  jedynie  upewni  ją,  Ŝe 

stan się pogorszył.  

Było  to  zwykłe  zapalenie  płuc,  ale  w  stanie,  w  jakim  była,  nie  mogłaby  go  zwalczyć,  a 

antybiotyk  nie  zlikwidowałby  choroby.  Trzeba  jej  podać  silniejszy  lek  doŜylnie  i  zapewnić 

innego typu opiekę niŜ w ośrodku rehabilitacji.  

– Podajemy jej tlen, panie doktorze – tłumaczyła cierpliwie siostra. – Ma teŜ podłączoną 

kroplówkę. Nie moŜe się poruszać. Naprawdę trzeba ją przewieźć karetką.  

Zgodziłby  się  z  tym,  gdyby  chodziło  o  innego  pacjenta.  Musiał  sobie  dopiero 

przypomnieć, Ŝe nieraz miał do czynienia z podobnymi przypadkami. A później uzmysłowił 

sobie,  Ŝe  w  karetce  moŜe  być  przecieŜ  Hayley.  Zamienili  po  cichu  grafik  dyŜurów  na 

weekend i kiedy  Tori przyszła pobawić się do Maxa, szanowna mama i tata gawędzili sobie 

przy filiŜance herbaty.  

Byron cały czas się głowił, jak zorganizować ich następne spotkanie. Z róŜnych przyczyn 

odpadał czwartek i piątek. Weekendy równieŜ. Nie mógł zostawić matki samej.  

Być moŜe uda mu się złoŜyć późną wizytę Hayley w przyszły wtorek w nocy, ale na razie 

nie chciał  niczego obiecywać.  Był na oddziale drugim lekarzem na telefon, a  gdyby  w nocy 

było duŜo pracy...  

Był  tak  rozczarowany  perspektywą  oczekiwania  jak  dziecko,  które  upuściło  na  ziemię 

lody,  zdąŜywszy  je  zaledwie  raz  liznąć.  Nagle  znikła  gdzieś  cała  dotychczasowa 

powściągliwość  i  niechęć  do  spotkań  z  kobietami.  OŜywił  się,  rozpierała  go  energia,  nabrał 

chęci do Ŝycia.  

Słusznie zrobił, Ŝe uwaŜał ten związek za przygodę. Hayley wciąŜ nie odpowiedziała na 

jego  pytanie  o  byłego  męŜa,  a  Byron  znał  granice  swoich  uczuć.  Na  razie  jego  strategia 

background image

zdawała egzamin.  

Nadchodzący weekend teŜ nie wchodzi w grę, pomyślał, chyba Ŝe urządzą piknik. Takie 

spotkanie w towarzystwie dzieci jednak tylko pogłębi jego frustrację, zwłaszcza Ŝe przez dwie 

noce mają oboje dyŜur na telefon. Wielkie nieba, jak ludzie sobie z tym radzą, jeśli muszą się 

spotykać za plecami współmałŜonków? 

Oczywiście,  ich  sytuacja  jest  odmienna.  Nie  ma  w  niej  nic  z  oszustwa  czy  zdrady.  A 

jednak miał wraŜenie, jakby nie panował dostatecznie nad wydarzeniami. Obawiał się takŜe, 

Ŝ

e  Hayley  uzna,  iŜ  gra  nie  jest  warta  świeczki  i  taktownie  się  z  niej  wycofa.  Bądź  co  bądź 

sprowadzenie  ich  relacji  do  przygody  oznacza  alternatywę:  akceptujesz  albo  się  wycofujesz. 

ś

adnych zobowiązań. śadnych obietnic ani Ŝądań.  

Usłyszał  warkot  karetki  podjeŜdŜającej  do  budynku  i  rozpaczliwie  zapragnął  ujrzeć 

Hayley, co przypuszczalnie oznaczało, Ŝe jej tam nie będzie, jak to zazwyczaj w Ŝyciu bywa. 

Jako  wysoko  wykwalifikowana  asystentka  medyczna  nie  uczestniczyła  w  rutynowym 

przewozie chorych, lecz była wysyłana do pilnych przypadków.  

Do diabła, kto tu mówi o rutynie! PrzecieŜ chodzi o jego matkę! 

– Witaj – usłyszał nagle jej pogodny głos, gdy wraz z Bruce’em McDonaldem wysuwała 

z karetki nosze.  

Poczuł  zupełnie  irracjonalną  ulgę  na  jej  widok,  zarówno  ze  względu  na  matkę,  jak  i  na 

siebie.  

– Matka jest gotowa – powiedział, zaskoczony lekkim drŜeniem swego głosu.  

Popatrzył  na  Hayley.  Kiedy  była  blisko,  czuł  jej  obecność  wszystkimi  zmysłami.  Przez 

chwilę miał wraŜenie, Ŝe jest tak jak wtedy, gdy zaczął się spotykać przed lary z Elizabeth, ale 

w następnej chwili stwierdził, Ŝe to jednak nie to, nic podobnego. On i Elizabeth od samego 

początku  byli  siebie  pewni.  Była  to  spokojna  pewność,  w  której  aspekt  fizyczny  stanowił 

tylko  jeden  element,  równorzędny  z  innymi.  Nie  było  takiego  dnia,  kiedy  Ŝywiliby 

jakiekolwiek  wątpliwości  co  do  swoich  uczuć.  Ich  związek  był  stabilny  i  spokojny, 

nieskomplikowany i niczym niezmącony.  

Zaborczy? MoŜe. W kaŜdym razie z jego strony. Z perspektywy czasu stwierdzał, Ŝe był 

przyzwyczajony  zawsze  dostawać  to,  czego  chciał.  Medale  w  zawodach,  dobre  oceny  w 

szkole, miejsce na medycynie uniwersytetu w Sydney.  

Związek  z  Hayley  natomiast  przypominał  szaleńczą  jazdę  kolejką  górską  w  wesołym 

miasteczku. Dominowały reakcje fizyczne, wciskając go w siedzenie, powodując, Ŝe kłykcie 

mu bielały, a serce podchodziło do gardła. Spokój? 

Być moŜe nie był stworzony do związku tak namiętnego, fizycznego i powierzchownego. 

Być  moŜe  kolejka  wypadłaby  z  toru,  a  on  znalazłby  się  w  otchłani  Ŝalu  za  utraconym 

małŜeństwem, co byłoby nawet gorsze niŜ tych parę pierwszych miesięcy po śmierci Ŝony.  

Dobry  BoŜe!  Za  nic  na  świecie  nie  chciałby  przeŜywać  tego  po  raz  drugi.  Potencjalne 

niebezpieczeństwo  i  katastrofa  nie  sprawiły  jednak,  by  zapomniał  o  dręczącym  go  pytaniu: 

czy plany na najbliŜszy wtorek się udadzą? 

– Jesteśmy, pani Black – usłyszał głos rehabilitantki. Podszedł do łóŜka matki.  

– Mamo, są tu Hayley i Bruce, którzy cię znaleźli, kiedy miałaś udar. Zabierzemy cię do 

background image

szpitala, gdzie pozbędziesz się tego bakcyla z płuc.  

– Pojedziesz ze mną, B.  J. ? – Matka z trudem poruszała ustami, oczy miała zamknięte, 

twarz poszarzałą i skurczoną. Byron ściskał jej dłoń. Skórę miała cienką i wiotką, jak gdyby 

utraciła resztki tkanki tłuszczowej.  

Zanim odpowiedział, spojrzał pytająco na Hayley i Bruce’a. Skinęli głowami.  

– Tak, pojadę z tobą – obiecał.  

Otworzyła  oczy  i  uśmiechnęła  się,  najwyraźniej  oŜywiona,  co  dało  Byronowi  iskrę 

nadziei. Po udarze stosunkowo szybko odzyskiwała siły. A teraz wywiązała się tylko infekcja 

dróg  oddechowych,  a  przecieŜ  ma  sześćdziesiąt  osiem  lat,  a  nie  dziewięćdziesiąt  trzy. 

Wydobrzeje,  zwłaszcza  jeśli  będzie  wiedziała,  Ŝe  po  pobycie  w  szpitalu  będzie  mogła  w 

niedługim czasie wrócić do domu.  

– Posłuchaj – rzekł szybko. – Ciocia Valda i wujek Dean powiedzieli, Ŝe jeśli zechcesz, 

przyjadą na parę tygodni. Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować. Wiem, Ŝe trochę ci działają 

na nerwy, ale mają dobre intencje.  

– Tak...  

– A jeśli dzięki temu mogłabyś szybciej wrócić do domu...  

– Proszę! 

– Zadzwonię do nich i wszystko zorganizuję. I wczoraj rozmawiałem z Milły... – Siostra 

Byrona miała trzydzieści lat i usiłowała zrobić w Londynie karierę jako projektantka mody. – 

W czerwcu przyjedzie na trzy tygodnie.  

– Cudownie, B. J. ! Dziękuję...  

–  Pani  Black  –  Hayley  podeszła  do  nich  –  teraz  podłączymy  panią  do  butli  z  tlenem,  a 

potem umieścimy panią w karetce. Czy przesunie się pani sama? 

– Tak.  

– Wspaniale.  

–  Tutaj.  –  Bruce  sięgnął  po  aparaturę  tlenową.  Gdy  tylko  pani  Black  znalazła  się  w 

karetce,  zamknęła  oczy.  Hayley  przykryła  ją  ciepłym  kocem,  a  Bruce  zdjął  ze  stojaka 

kroplówkę i podał siostrze.  

Matka wydawała się teraz spokojna, moŜe dlatego Ŝe on był przy niej, a moŜe dlatego, Ŝe 

miała  nadzieję  na  wcześniejszy  powrót  do  domu.  W  szpitalu  Hayley  i  Byron  zawieźli  ją  na 

wózku  na  oddział  i  pomogli  się  połoŜyć.  Od  razu  zajęła  się  nią  pielęgniarka.  Byron 

tymczasem dopełnił wszystkich formalności związanych z przyjęciem do szpitala.  

– MoŜemy cię odwieźć, Byron – zaproponowała Hayley.  

–  Dziękuję,  ale  chcę  zostać.  –  Potrząsnął  głową.  –  Potem  się  przejdę.  To  przecieŜ 

niedaleko, przez plac zabaw i park. Mam czas do dwunastej.  

Hayley  wahała  się  przez  chwilę,  zerknęła  w  kierunku  Bruce’a,  który  rozmawiał  z 

pielęgniarką, potem na matkę Byrona.  

– Wiesz, będę miała trochę czasu we wtorek w nocy...  

– Hm, teŜ o tym myślałem. Ale nie mogę obiecać.  

– Wiem.  

Wzruszyli  ramionami  i  uśmiechnęli  się  smutno. Byrona  nagle  zirytowała  cała  złoŜoność 

background image

ich sytuacji. Nie miał pojęcia, czy to wszystko jest warte zachodu. Nie miał pojęcia, dopóki 

Hayley się nie odwróciła i nie pochyliła, by chwycić nosze. Pod czarnym materiałem spodni 

zobaczył  zarys  jej  pośladków.  I  od  razu  pozbył  się  wątpliwości.  Jedyne,  czego  w  tej  chwili 

chciał, to przeŜyć znów taką cudowną noc.  

– Udało się! 

– Wejdź. – Hayley wciągnęła Byrona do środka i szybko zamknęła drzwi, by do domu nie 

napłynął chłód wieczoru.  

Przyszedł prosto ze szpitala i w kaŜdej chwili mógł zostać wezwany z powrotem. Hayley 

wiedziała,  Ŝe  Robyn  ma  młodszą  siostrę,  która  przychodziła  do  niego  na  noc,  kiedy  miał 

dyŜur pod telefonem, by w razie wezwania zostać z Tori. Najwyraźniej zdawało to egzamin, 

ale wątpiła, czy Byron zechce korzystać z takiego układu, przychodząc do niej. Tak samo jak 

ona  zawsze  lękał  się  o  dziecko  i  niechętnie  zostawiał  córeczkę  w  nocy  pod  opieką  obcej 

osoby.  

Dochodziła  jedenasta  i  miała  juŜ  na  sobie  nocną  koszulę,  na  którą  narzuciła  cięŜki 

satynowy szlafrok. Czy to miał być strój prowokacyjny? Niezupełnie! Gdy Byron zadzwonił 

parę minut wcześniej, mówiąc, Ŝe jest wolny i moŜe przyjść, miała juŜ kłaść się spać.  

CóŜ, oczywiście zgodziła się, choć wiedziała, jak się będzie następnego dnia czulą. Przez 

cały  wieczór  Ŝywiła  nadzieję,  Ŝe  uda  mu  się  wyrwać  w  miarę  wcześnie.  Czekanie  na 

męŜczyznę jest zbyt wyczerpujące.  

– Jak matka? – spytała.  

– Znacznie lepiej. Reaguje na nowy antybiotyk, gorączka spada, płuca są czyste. Jutro ją 

wypiszą.  

– To cudownie! Do domu? 

– Nie, na kolejne parę tygodni do ośrodka rehabilitacyjnego. Ale rozmawiałem z ciotką i 

wujem. Bardzo się cieszą z przyjazdu do nas. Ciotka Valda ma sześćdziesiąt cztery lata i jest 

osobą  bardzo  energiczną,  czasami  aŜ  za  bardzo  jak  dla  mojej  mamy,  ale  w  tym  wypadku  to 

dobrze. Co byśmy robili bez rodziny? Wybacz – dodał szybko.  

– W porządku. To oczywiste, Ŝe się tym wszystkim przejmujesz.  

– Trochę.  

– A nie powinieneś? – spytała, prowadząc go do małego salonu.  

Nie  odpowiedział  i  zaległo  kłopotliwe  milczenie.  Hayley  nie  chciała  od  razu  iść  do 

sypialni, jak gdyby nie mieli czasu do stracenia – ale tak właśnie było.  

– Max śpi? – spytał.  

– Mam nadzieję, o tej porze! 

– No tak...  

– Herbaty? 

– Hayley... – zaczął z wysiłkiem.  

Musiał juŜ w samochodzie zdjąć krawat i rozluźnić kołnierzyk. Koszulę miał rozpiętą, co 

sugerowało, Ŝe nie moŜe się doczekać, kiedy znajdą się w łóŜku.  

Owszem,  dlaczego  nie,  pomyślała?  Po  co  udawać?  PrzecieŜ  tak  uzgodniliśmy.  Podeszła 

do niego.  

background image

Pager odezwał się równo po godzinie, ani o sekundę za wcześnie. Westchnęli i roześmiali 

się równocześnie.  

– Mogło być gorzej – stwierdził.  

– Tak...  

W ciągu trzech minut ubrał się i wyszedł. Nie potrafiła tak po prostu obrócić się na drugi 

bok  i  zasnąć.  Słyszała  warkot  silnika  i  nagle  zapragnęła  zobaczyć,  jak  odjeŜdŜa.  Narzuciła 

szlafrok na gołe ciało i pobiegła do okna w chwili, gdy samochód znikał za zakrętem.  

– Pojechał – powiedziała głośno do wyludnionej ulicy, a potem wróciła do łóŜka i czytała 

do pierwszej w nocy ksiąŜkę, która niezbyt jej się podobała. Dopiero wtedy zrelaksowała się 

na tyle, by mieć nadzieję, Ŝe zaśnie.  

–  Masz  jakiś  pomysł?  –  spytał  Byron.  SkrzyŜował  ręce  na  kierownicy,  by  wziąć  zakręt. 

Hayley  nie  mogła  oderwać  od  nich  wzroku.  Uwielbiała  jego  dłonie.  Uświadomiła  sobie 

jednak, Ŝe nie jest bezpieczna, Ŝe pędzi na złamanie karku na skraj przepaści emocjonalnej i 

uznała, Ŝe w tej chwili trudno jej skupić się na tak prozaicznym temacie jak piknik. Nazywasz 

coś przygodą, ale nie wyobraŜasz sobie, Ŝe zechcesz ją zakończyć. Co to ma za sens? 

–  Przygotowałam  się  na  kaŜdą  ewentualność  –  powiedziała,  nie  odrywając  od  niego 

wzroku. – PlaŜa, łąka...  

–  Ja  myślałem  w  zasadzie  o  placu  zabaw  na  wzgórzu  koło  portu  –  odrzekł.  –  Dzieciaki 

skończą  jeść  i  będą  się  jeszcze  mogły  pobawić.  Potem  moŜemy  zejść  na  dół  i  pooglądać 

łodzie  rybackie.  Tori  bardzo  to  lubi.  A  wracając,  kupimy  trochę  owoców  morza  i 

przyrządzimy je u mnie na kolację.  

– O... tak. Byłoby cudownie! 

Naprawdę dobrze to wszystko zaplanował. Kiedy Max miał spędzić dzień z ojcem, Chris 

zawsze  robił  plany  zbyt  wyszukane  jak  na  czteroletnie  dziecko  i  w  końcu  nic  z  tego  nie 

wychodziło. Chciał przyjechać w miniony weekend, ale w środę zadzwonił i odwołał wizytę.  

– Masz rację – przyznał, kończąc rozmowę, która zbaczała na śliskie tory. – Taka długa 

jazda  samochodem  tylko  z  jednym  noclegiem  jest  zbyt  męcząca.  Zaczekam,  aŜ  uda  mi  się 

zorganizować trzydniowy weekend.  

W  pierwszej  chwili  była  rozczarowana,  więc  kiedy  Byron  zaproponował  piknik  w 

poniedziałek,  od  razu  na  to  przystała.  Max  i  Ton  polubili  się.  Oboje  byli  trochę  zbyt 

samodzielni  jak  na  swój  wiek  i  za  bardzo  rozpierała  ich  energia.  Niewiele  ich  łączyło  ze 

znacznie spokojniejszymi dziećmi z przedszkola. Karen nie zmartwiła się więc przesadnie, Ŝe 

opuszczą jeden dzień zajęć.  

Na miejskim placu zabaw były tylko stoły do pikników i ławki, ale oboje chcieli, aby był 

to piknik niecodzienny. Hayley wzięła wino i termos z herbatą dla dorosłych oraz soki i wodę 

mineralną  dla  dzieci,  a  takŜe  ciasto  według  przepisu  swojej  ‘mamy.  Byron  zabrał  grill,  na 

którym miał piec szaszłyki i kiełbaski. Wziął teŜ sałatę i przyprawy.  

Tori i Max jedli w takim tempie, jakby chcieli się znaleźć w księdze rekordów Guinessa, i 

w ogóle nie zwracali uwagi na rodziców, którzy  szczęśliwi wylegiwali się na kocu  w cieniu 

drzewa eukaliptusowego.  

Dzień był piękny, niebo prawie bez chmurki, lekki wiatr marszczył taflę oceanu. Z portu 

background image

dochodziły odgłosy lin uderzających o maszty kutrów rybackich.  

–  Myślisz,  Ŝe  dziś  nam  się  uda?  –  spytał  Byron,  przerywając  ciszę.  Hayley  właśnie 

zapadała w drzemkę.  

– Co znaczy, uda? 

LeŜeli  z  dala  od  siebie,  nie  będąc  jeszcze  gotowi  odpowiedzieć  na  pytanie  w  rodzaju 

„Dlaczego tatuś Tori cię obejmuje, mamusiu?”. Hayley pragnęła przytulić się do Byrona. Po 

namiętnych  chwilach  w  łóŜku  oddalenie  choćby  na  metr  wydawało  jej  się  czymś 

nienaturalnym.  

– Czy dzieci nie będą się dziwić, jeśli zostaniesz z Maxem na noc? – spytał. – Czy Max 

moŜe potem powiedzieć twoim rodzicom coś, co wprawi cię w zakłopotanie? 

–  Na  pierwsze  pytanie  odpowiedź  brzmi  nie.  Trzeba  im  to  tylko  przekonująco 

wytłumaczyć.  Co  do  drugiego  pytania,  tak.  Mas  prawie  na  pewno  o  tym  wspomni,  i  to  w 

sposób najbardziej kłopotliwy z moŜliwych.  

Roześmiała się. Byron zmartwiał.  

– To czy moŜemy to zorganizować jakoś inaczej? 

– Nie wiem.  

Było jej głupio, Ŝe omawiają tę sprawę niczym problem przez duŜe P. Patrząc na Byrona, 

widziała, Ŝe obmyśla róŜne moŜliwości, jak strateg plany bitwy.  

– Czy Max mógłby zostać z Tori i ze mną sam? – spytał w końcu.  

– Nie bardzo rozumiem...  

– No wiesz, mogłabyś wyjść w nocy niepostrzeŜenie, a następnego dnia przyjść rano po 

Maxa, tak jakby to była zabawa dzieci z nocowaniem. Wtedy nie mógłby powiedzieć nic, co 

wprawiłoby cię w zakłopotanie.  

– A ty oczywiście dostałbyś to, o co ci chodzi – zauwaŜyła uszczypliwym tonem.  

Zaległa cisza.  

– Tak, owszem – przyznał wreszcie. – Czy i tobie nie o to... chodzi? 

– Myślę, Ŝe w znacznie mniejszym stopniu niŜ tobie.  

– W porządku. Jeśli to dla ciebie problem, czemu nic nie mówisz? 

Bo przygody nie mieszczą się w tych kategoriach. Bo niczego sobie nie obiecywaliśmy. 

Bo jeśli zacznę sobie zadawać pytania, mogę się zacząć zastanawiać, co ja tu właściwie robię. 

I po co mi to wszystko.  

– Nie ma problemu – skwitowała krótko.  

Tchórz! Trzy i pół tygodnia temu, kiedy wszystko się zaczęło, była odwaŜniej sza.  

Czekała,  aŜ  będzie  ją  dalej  prowokował,  ale  nie  zrobił  tego.  Ogarnęło  ją  niczym 

niewytłumaczalne  rozczarowanie.  Być  moŜe  była  to  teŜ  ulga,  Ŝe  wreszcie  powiedziała 

szczerze,  co  myśli  o  ich  układzie.  Sprowokował  ją,  to  prawda.  Dlaczego  nie  potrafiła  tego 

samego powiedzieć spokojnie? 

– A więc zapomnijmy o dzisiejszym wieczorze – zdecydował w imieniu ich obojga.  

–  Myślę,  wiesz...  jestem  zmęczona.  Dwie  ostatnie  noce  pracowałam  i  nie  mogłam  się 

wyspać.  

– Zmęczona? Ja teŜ.  

background image

Po chwili zebrała resztki energii i poszła pohuśtać Maxa. Później musiała go podsadzić na 

karuzelę  i  przypilnować  przy  zjeŜdŜalni.  Wreszcie  udali  się  wszyscy  na  lody,  a  potem  do 

portu  obejrzeć  kutry.  Właśnie  przypłynęła  nowa  łódź,  z  której  wyładowywano  świeŜe  ryby. 

Max i Tori obserwowali rybaków z uwagą. Hayley i Byron odpowiadali na pytania dzieci i w 

ich imieniu zadawali im pytania. Wreszcie zorientowali się, Ŝe dochodzi piąta.  

–  CóŜ...  –  zaczął  Byron  niezdecydowanie,  gdy  oddalając  się  od  nabrzeŜa  w  kierunku 

parkingu, mijali sklep rybny.  

Teraz  owoce  morza.  Hayley  omal  nie  powiedziała  tego  głośno,  ale  powstrzymała  się, 

widząc,  Ŝe  Byron  z  kluczykami  w  dłoni  podchodzi  do  samochodu.  Zrobiło  jej  się  gorąco. 

CzyŜ nie planowali...  

Najwyraźniej  juŜ  nie.  Gdyby  nie  ta  chłodna  wymiana  zdań  niedawno,  przypomniałaby 

mu,  ale  teraz  nie  chciała  tego  robić.  Wątpiła,  Ŝe  zapomniał  o  swoim  zaproszeniu.  Po  prostu 

nagle stracił zainteresowanie wspólną kolacją, skoro nie mieli potem pójść do łóŜka.  

Była zaszokowana tym, jak bardzo ją to dotknęło. PrzecieŜ nie tak miało być. Nie miało 

się  to  skończyć  tak,  Ŝe  jej  uczucia  zostaną  zlekcewaŜone  i  wykorzystane  przez  męŜczyznę, 

który  w  jej  mniemaniu  zawsze  bardzo  się  liczył  z  uczuciami  innych.  Zerknęła  ku  niemu  i 

uświadomiła  sobie,  Ŝe  odkąd  wstali  z  koca,  ,  nie  odezwali  się  do  siebie  ani  słowem.  A  w 

kaŜdym razie – słowem, które nie miałoby związku z dziećmi i którego nie powinny słyszeć 

osoby postronne.  

CzyŜby był zły? 

Zaryzykowała  jeszcze  jedno  spojrzenie,  gdy  usadzali  dzieci  w  fotelikach,  ale  nie 

wyczytała wiele z jego twarzy. Rozczarowanie, na pewno, ale poza tym...  

Zmartwiała. To on powiedział: „Zapomnijmy o dzisiejszej nocy”. Ale moŜe ją za to wini? 

Po kilkunastu minutach dojechali do jej domu i poŜegnali się, dziękując sobie uprzejmie 

za mile spędzony czas. Hayley była nieszczęśliwa i zdezorientowana, a sposób, w jaki Byron 

się z nią rozstawał, nie wskazywał na to, Ŝe nie miała ku temu powodu.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

PołoŜyła  Maxa  do  łóŜka  i  zadzwoniła  do  przyjaciółki.  Uciekała  się  do  jej  pomocy  w 

ostateczności, ale teraz musiała to zrobić. Nie mogła sobie znaleźć miejsca.  

– Czy moŜesz przyjść i zostać z Maxem? – spytała.  

– On juŜ śpi, a ja muszę na chwilę wyjść.  

– Nie ma sprawy, Hayl. Jesteś przemęczona, prawda? 

– rzekła ze współczuciem Melanie.  

– Coś w tym rodzaju – przytaknęła.  

– Naprawdę nie wiem, jak sobie ze wszystkim radzisz.  

– PrzecieŜ ty masz troje dzieci – zdziwiła się Hayley.  

–  Tak,  ale  mam  teŜ  bardzo  dobrego  męŜa!  –  odparła  Melanie.  –  Będę  za  pół  godziny, 

dobrze? 

Zjawiła  się  juŜ  po  dwudziestu  minutach.  Włosy  miała  w  nieładzie,  bluzkę  poplamioną 

pizzą. Nie zadawała Ŝadnych kłopotliwych pytań, po prostu wypchnęła Hayley za drzwi.  

– Nie wracaj, dopóki nie poczujesz się lepiej! 

– No, no, to moŜe potrwać kilka dni.  

– Niegrzeczna dziewczynka! – zaśmiała się Melanie. W pięć minut później Hayley stała 

na wprost Byrona – zaskoczonego, potem uradowanego – w drzwiach jego domu.  

– Witaj! – Wciągnął ją do środka. – Tori jeszcze nie śpi. Zaczekajmy, aŜ zaśnie, zanim...  

– Nie – odrzekła – To nie jest dobry pomysł, Byronie. Wyglądał na zdziwionego, a nawet 

zszokowanego.  

– Masz rację – przyznał i popatrzył na nią uwaŜnie.  

–  Wiesz,  moglibyśmy  spędzić  cudowny  wieczór,  posiedzieć  sobie  w  salonie,  wypić 

lampkę  wina  –  mówiła  Hayley.  –  Moglibyśmy  zrobić  sałatkę  z  krewetkami,  posłuchać 

muzyki i... Ale nie. Nie byłbyś tym zainteresowany, gdyby wieczór nie miał się skończyć w 

łóŜku. MoŜe zmieniam warunki czy coś w tym rodzaju... chociaŜ nie! Nigdy nie uwaŜałam, Ŝe 

romans sprowadza się tylko i wyłącznie do seksu.  

Sprawiał  wraŜenie  zaniepokojonego,  co  było  zrozumiałe,  zwaŜywszy  ton,  jakim  się  do 

niego zwróciła.  

– Chodźmy do kuchni – powiedział. – Muszę skończyć zmywanie. Jeśli Tori usłyszy, Ŝe 

coś się dzieje, od razu zerwie się z łóŜka. Powinniśmy porozmawiać spokojnie.  

Hayley zaczerpnęła głęboko powietrza.  

– Dobrze, przepraszam – zgodziła Się.  

– Napijesz się czegoś? Herbaty? Wina? – Byron wrócił do zmywania.  

– Nie, dziękuję.  

–  Hayley,  powiedziałem  ci,  Ŝe  nie  mogę  niczego  obiecać.  –  Chwycił  patelnię,  na  której 

były resztki jajecznicy. Wieczorny posiłek jego i Tori, pomyślała.  

– Wiem – odrzekła. – Nie prosiłam o Ŝadne obietnice, prawda? 

– Ale chciałabyś czegoś więcej niŜ seks? 

background image

– Nie owijasz w bawełnę – stwierdziła.  

–  Nie,  a  ty  tego  nie  lubisz.  Wolisz  wszystko  ubierać  w  piękne  słówka  –  podsumował 

Byron.  –  Chciałem  dziś  po  południu  zaprosić  ciebie  i  Maxa  na  owoce  morza  –  mówił 

spokojnie,  patrząc  jej  prosto  w  twarz  –  ale  po  naszej  wcześniejszej  rozmowie  uznałem,  Ŝe 

tego  nie  zrobię.  Naprawdę  nie  myślałem,  Ŝe  skoro  nie  ma...  w  perspektywie  celu,  jak  to 

określiłaś, to nie warto w ogóle grać w tę grę. Proszę cię, nie myśl w ten sposób.  

– Dzisiaj trudno nam się było porozumieć – przyznała.  

– A teraz łatwiej? 

– Hm, być moŜe. Chciałabym po prostu, Ŝeby czasami było pięknie i niecodziennie.  

– Zobaczę, co da się zrobić.  

Uśmiechnęli się do siebie niepewnie, zdając sobie sprawę, Ŝe coś tu nie jest w porządku.  

– Mogę ci pomóc? – Wskazała naczynia po pikniku spiętrzone w zlewozmywaku.  

– Dzięki. Ktoś jest z Maxem? 

–  Przyjaciółka.  –  Widziała,  Ŝe  Byron  toczy  ze  sobą  walkę.  Czy  powinna  zostać  mimo 

wszystko?  Pomóc  mu?  Odpowiedź  wciąŜ  brzmiała  nie,  ale  moŜe  upór  nie  jest  dobry  dla 

Ŝ

adnego  z  nas.  –  A  więc  powinnam  juŜ  iść.  Ona  sama  ma  trójkę  dzieci,  więc  proszę  ją  o 

pomoc tylko w razie konieczności.  

– A teraz była taka konieczność? 

– Trochę przeholowałam, tak. – Hayley się zaczerwieniła.  

– Jesteś na mnie zła? 

– Tak.  

–  Ach  –  westchnął,  jakby  ta  rozmowa  go  znudziła  i  chciał  ją  jak  najszybciej  skończyć. 

Hayley  wyszła  zaŜenowana  i  zdegustowana,  mając  wraŜenie,  Ŝe  jej  wizyta  tylko  pogorszyła 

sytuację, zamiast ją wyjaśnić.  

–  Mamy  problem  –  oznajmił  Bruce,  odebrawszy  zlecenie.  –  Potrzebne  są  dwie  karetki. 

Dwóch wędkarzy zmyło do morza.  

–  Kogo  jeszcze  wzywają?  –  spytał  Lucas  Garrett.  Alison  Carmichael,  nowa  asystentka 

medyczna, odstawiła kawę, którą właśnie miała wsypać do kubka.  

–  Na  razie  helikopter  z  SouthCare  –  odparł  Bruce.  –  Ale  zawiadomili  równieŜ  stanowe 

słuŜby ratownicze i szpital.  

– Oni wciąŜ są w wodzie? 

–  Tak,  typowa  sprawa.  Próbowali  się  wydostać  i  fala  rzuciła  ich  o  skały.  Dzwonił  do 

pogotowia z komórki ich towarzysz, ale słabo go było słychać. Pewnie stracił zasięg. Kto wie, 

co zastaniemy na miejscu.  

– Gdzie to jest? – spytała Hayley.  

– W Robson’s Point – odparł Bruce.  

–  Nieźle  się  tam  musi  łowić  –  zauwaŜyła  Alison  –  bo  od  kiedy  zaczęłam  pracować,  juŜ 

trzeci raz słyszę o problemach w Robson’s Point.  

– Tak, a wiesz, dlaczego tam się tak dobrze łowi? – włączył się Lucas. – Bo ryby Ŝywią 

się krwią frajerów, którzy się tam kąpali.  

– Zachowaj swoje Ŝarty dla kumpli od kieliszka, Lucas – ofuknęła go Hayley.  

background image

Czarny  humor  Lucasa  był  rodzajem  samoobrony  przed  tym,  z  czym  się  stykał  w  swojej 

pracy. Hayley rozumiała to, choć takie zachowanie jej osobiście było obce.  

Lucas  był  dziś  jej  partnerem.  Zostawiła  mu,  jako  bardziej  doświadczonemu,  miejsce  za 

kierownicą,  a  sama  zaczęła  pisać  raport.  Robson’s  Point  znajdował  się  około  dziesięciu 

kilometrów na południe. Jak wspomniał Lucas, było to ulubione miejsce wędkarzy, ale moŜna 

tam  dotrzeć  tylko  wozem  terenowym  z  napędem  na  cztery  koła,  który  przez  dobre  dwa 

kilometry musi się przedzierać przez gąszcz roślinności.  

Na  południe  od  tego  miejsca  rozciągał  się  kawałek  pięknej,  ale  niebezpiecznej  plaŜy, 

znanej ze zdradliwych prądów, a samo miejsce znajdowało się na półce skalnej, która kusiła 

wędkarzy.  Podchodzili  na  samą  krawędź,  by  szukać  ryb  gromadzących  się  pod  występem 

skalnym.  Nad  półką  wznosiło  się  niemal  pionowo  strome  urwisko.  Mimo  znaków 

ostrzegawczych  wędkarze  chętnie  się  tam  zapuszczali,  choć  miejsce  to  było  w  miarę 

bezpieczne tylko w czasie odpływu.  

Zaledwie wjechali na autostradę, w radiotelefonie znowu usłyszeli głos dyspozytorki.  

– Helikopter SouthCare jest juŜ w drodze – mówiła Kathy. – Leci nim dwóch asystentów 

medycznych,  ale  są  dodatkowe  komplikacje.  Jeden  z  męŜczyzn  w  wodzie  jest  chyba 

nieprzytomny.  Mam  na  linii  świadka,  który  mówi,  Ŝe  na  pomoc  kolegom  skoczył  trzeci 

wędkarz,  ale  został  wyrzucony  na  skałę  i  chyba  się  połamał.  Niewiele  więcej  wiem,  bo 

straciłam  połączenie.  W  kaŜdym  razie  zawiadomiłam  słuŜby  ratownicze,  bo  nie  wydaje  mi 

się, Ŝebyście mogli się do niego dostać bez lin i wyciągarki.  

Lucas  zaklął.  Ambulans  podskakiwał,  rzucało  nim  na  wszystkie  strony.  Był  to  wóz  z 

napędem  na  cztery  koła  przystosowany  do  jazdy  terenowej,  ale  nie  czyniło  to  wcale  jazdy 

wygodniejszą.  

– Chyba nie będziemy tych połamanych wieźli tą samą drogą, co? – rzucił.  

– Nie byliby zachwyceni – mruknęła Hayley. – A jeśli na przykład któryś z nich ma uraz 

kręgosłupa... – Potrząsnęła głową. – Spytaj, czy Kathy będzie miała drugi helikopter.  

Skontaktowali się z dyspozytorką.  

– Z tym moŜe być problem – poinformowała w parę minut później. – Spróbuję załatwić w 

Westpac.  

Wreszcie  zobaczyli  plaŜę.  Taflę  ciemnobłękitnej  wody  i  jasny  piasek  za  karłowatymi, 

kwitnącymi  na  Ŝółto  krzewami.  W  łagodnych  promieniach  jesiennego  słońca  był  to  widok 

niezapomniany.  Na  wprost  rozciągał  się  pusty  teren,  pozbawiony  jakiejkolwiek  roślinności, 

słuŜący jako parking. Stało na nim pięć samochodów.  

–  MoŜe  uda  mi  się  podjechać  bliŜej  –  powiedział  Lucas.  –  Trzymaj  się.  Cofnę  trochę  i 

zjadę nad zatoczkę. – Widać było, Ŝe Lucas nie bardzo się orientuje w terenie.  

–  śebyśmy  tylko  nie  ugrzęźli  –  ostrzegła  Hayley.  –  Nawet  się  nie  spostrzeŜesz,  jak 

zakopiemy się w piasku.  

– Ten wóz sobie poradzi – uspokoił ją. – Jak sobie wyobraŜasz dźwiganie przez dwieście 

metrów noszy z cięŜarem? 

– Jeśli będzie trzeba...  

Bruce  był  tego  samego  zdania  co  Hayley.  Lepiej  dłuŜej  nieść  nosze  niŜ  ryzykować,  Ŝe 

background image

karetka utkwi w piasku. Nie była przystosowana  do jazdy w takich warunkach. Zaparkował, 

po czym wzięli z Alison sprzęt i na piechotę poszli dalej.  

Lucas  podjechał  jeszcze  trzydzieści  metrów,  zanim  był  zmuszony  się  poddać,  mimo  Ŝe 

prowadził samochód terenowy. Zawrócił, by móc od razu ruszyć, gdy tylko pacjent znajdzie 

się w karetce, i zaparkował trochę z boku, zostawiając miejsce dla helikoptera.  

Usłyszeli  warkot  następnego  silnika  i  po  chwili  zobaczyli  wóz  stanowych  słuŜb 

ratowniczych. OkrąŜył parking i zmierzał w ich kierunku. Czy jest w nim moŜe Byron? 

Hayley  zauwaŜyła  na  siedzeniu  pasaŜera  zarys  znajomej  sylwetki,  ale  nie  była  pewna, 

dopóki  Byron  nie  wyskoczył  z  samochodu.  On  jeden  nie  miał  na  sobie  pomarańczowego 

munduru słuŜb ratowniczych.  

–  Byron?  –  Hayley  podeszła  do  niego.  Miał  na  sobie  cięŜkie  buty  turystyczne,  szare 

robocze  spodnie,  flanelową  koszulę  i  lekką  kurtkę.  Nie  spodziewała  się,  Ŝe  go  tu  spotka. 

Czuła się niezręcznie. Ich ostatnie rozstanie nie przebiegło tak, jak by tego chciała. Wyczuła, 

Ŝ

e  ich  romans  zbliŜa  się  do  punktu  krytycznego.  Zastanawiała  się,  dlaczego  myślała,  Ŝe 

związek z męŜczyzną takim jak Byron, niezaleŜnie od tego czy nazwie się go romansem czy 

przygodą, moŜe być prosty.  

–  Pomyślałem,  Ŝe  tu  mogę  się  bardziej  przydać  niŜ  w  szpitalu.  Zresztą  tam  teraz  nic  się 

nie dzieje. – Spojrzał jej prosto w twarz, w jego  ciemnych oczach połyskiwały złote ogniki. 

Najwyraźniej teŜ nie czuł się swobodnie.  

– Kto dowodzi? – Pytanie Bruce’a rozładowało atmosferę.  

W  takim  składzie  –  słuŜby  medyczne  z  ambulansu,  lekarz  i  ochotnicy  ze  słuŜb 

ratowniczych  –  nie  było  jasne,  kto  ma  kierować  akcją.  Wiele  zaleŜało  zatem  od  dobrej  woli 

wszystkich zaangaŜowanych i od ich milczącej zgody, by przedłoŜyć dobro akcji nad własne 

ambicje.  

Natychmiast wszyscy ruszyli do najdogodniejszego punktu, wysuniętego fragmentu skały 

w  pobliŜu  półki  skalnej.  Na  tle  niebieskiego  nieba  fale  wydawały  się  niegroźne  i  łagodne. 

Złudzenie. Po serii czterech lub pięciu łagodnych nagle nadchodziła wysoka i potęŜna.  

PoniŜej urwiska, w części oceanu pociemniałej od wodorostów, dwóch z trzech wędkarzy 

podskakiwało  na  wodzie  jak  maleńkie  samotne  korki.  Po  bliŜszej  analizie  okazało  się,  Ŝe 

jeden  z  nich  podtrzymuje  drugiego  chwytem,  jakim  trzyma  się  tonącego.  Silniejszy 

męŜczyzna  słusznie  nie  próbował  podpłynąć  bliŜej  skał,  a  wkrótce  stało  się  jasne,  Ŝe  prąd 

oceanu powoli spycha ich coraz dalej.  

– Na razie zachowuje się właściwie – uznał Bruce.  

– śeby tylko nie wpadł w panikę albo nie stracił sił.  

– Ile czasu potrzebuje helikopter, Ŝeby tu dolecieć? 

– spytał szef ratowników.  

–  Zgodnie  z  naszymi  informacjami  około  dziesięciu  minut  –  odparł  Bruce.  –  Niestety, 

dowiedzieliśmy się właśnie, Ŝe helikopter z Westpac jest na rutynowym przeglądzie.  

– SouthCar moŜe zabrać dwóch pacjentów, jeśli stan tylko jednego jest powaŜny.  

– Łódź ratunkowa z Arden Beach jest w drodze, ale to trochę potrwa – zauwaŜył Bruce.  

–  Tymczasem  musimy  się  zająć  trzecim  gościem,  tym  na  półce  skalnej  –  rzekł  jeden  z 

background image

ratowników.  –  Wolałbym,  Ŝebyśmy  mogli  go  stąd  zabrać,  bo  jest  przypływ,  a  ja  znam  to 

miejsce lepiej, niŜ bym chciał.  

– Ja teŜ – dodał ponuro Bruce.  

– Trzeba będzie po niego zejść.  

– Gdzie ten facet, który dzwonił z drugiej komórki? 

– Straciliśmy kontakt.  

– Szkoda. Chciałbym znać więcej szczegółów.  

Byron  odłączył  się  od  pozostałych  i  zaczął  się  przedzierać  przez  krzewy  na  cyplu,  by 

dojść na szczyt klifu. Wiedział, Ŝe inni pójdą jego śladem. Instynkt mu podpowiadał, Ŝe jest to 

jedna  z  tych  sytuacji,  które  mogą  się  róŜnie  rozwinąć.  Jeśli  helikopter  wyciągnie  obu 

męŜczyzn z morza, a trzeciego uda się zabrać spod urwiska, w ciągu dwudziestu minut juŜ ich 

tu  nie  będzie,  a  jego  obecność  w  ogóle  nie  będzie  potrzebna.  Jeśli  jednak  wynikną  jakieś 

trudności,  jego  decyzja  o  przyłączeniu  się  do  ekipy  ratunkowej  okaŜe  się  ze  wszech  miar 

uzasadniona.  

Z zawodowego punktu widzenia niepokoił się tym, co moŜe nastąpić.  Z osobistego jego 

niepokój nie miał nic wspólnego ze wspinaczką, przypływem, skałami, lecz tylko i wyłącznie 

z  Hayley.  Nie  mógł  przestać  myśleć  o  tym,  co  powiedziała  w  czasie  weekendu.  Jakaś  jego 

część chciała rzucić to wszystko jak najszybciej, wrócić raczej do znanego bólu samotności i 

pustki, niŜ Ŝyć ze świadomością, Ŝe Hayley nie jest szczęśliwa i Ŝe on ponosi w jakiejś mierze 

za to odpowiedzialność.  

Jeśli  nic  nie  zrobi,  by  to  zmienić,  ona  wróci  do  Chrisa.  Romans  z  nim  pomoŜe  jej 

zdefiniować własne uczucia do byłego męŜa. Nie chcę, Ŝeby wróciła do Chrisa! 

Nie chcę,  a to znaczy, Ŝe zaczynam się  angaŜować. Muszę zachować dystans, rozwaŜyć 

całą sytuację na chłodno. Tak jak z Wendy. Tylko przygoda, zwyczajny romans, nic ponadto. 

Oboje z Hayley zgodziliśmy się co do tego. Nie chcę, Ŝeby to się skończyło, ale muszę wziąć 

na wstrzymanie. Tylko jak? 

– Do diabła, akurat teraz zachciało mi się nad tym dumać! Nie mogłem wybrać lepszego 

momentu! – wymamrotał pod nosem, odwrócił się i popatrzył na pozostałych.  

Bruce  i  jego  partner  wspinali  się  tuŜ  za  nim  razem  z  dwoma  ratownikami.  Jeden  z  nich 

miał radiotelefon. Hayley i Lucas czekali w karetce. W pewnej chwili Byron usłyszał odgłos 

nadlatującego  helikoptera.  Jeśli  uda  się  wciągnąć  obu  męŜczyzn  na  pokład,  będzie  moŜna 

tego bez obraŜeń zostawić w karetce, a nieprzytomnego przewieźć prosto do Canberry.  

Silniejszy z męŜczyzn juŜ prawie pół godziny utrzymywał na wodzie rannego przyjaciela. 

Na  pewno  jest  wyczerpany  i  przemarznięty.  Hayley  i  Lucas  będą  musieli  sprawdzić  stan 

wychłodzenia  organizmu  i  opatrzyć  powierzchowne  obraŜenia.  Pomoc  Byrona  będzie 

zapewne  konieczna  przy  ratowaniu  trzeciego  męŜczyzny,  tego,  którego  zobaczą  dopiero 

wtedy, gdy wejdą jeszcze dziesięć metrów wyŜej.  

Byron  pierwszy  znalazł  się  na  szczycie  cypla.  Owiała  go  silna  bryza  znad  oceanu. 

Właśnie miał spojrzeć w dół, tam, gdzie powinien leŜeć trzeci wędkarz, gdy nagle zauwaŜył 

w wodzie jakiś poruszający się kształt.  

Co za ryba porusza się w taki sposób? A moŜe to samotny delfin? Nie, na Boga, nie! To 

background image

rekin.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Rekin, tuŜ poniŜej skały, nieopodal obu męŜczyzn. Byronowi pozostawało tylko patrzeć” 

i modlić się. Wychylił się i zobaczył rannego wędkarza, który leŜał na półce skalnej.  

Co zwabiło rekina? Krew w wodzie na pewno przyciągnęłaby rekina, ale w końcu rekin 

to nie krokodyl.  Nie byłby  w stanie wpełznąć na skałę, by  porwać swój łup. MęŜczyzna nie 

był tam zagroŜony.  

Fala załamała się na szelfie i rozprysła w białą pianę, która sięgnęła aŜ do rannego. Byron 

przypomniał  sobie,  Ŝe  zbliŜa  się  przypływ.  Czy  męŜczyzna  jest  bezpieczny?  Czy  woda  nie 

zmyje go ze skalnej półki? 

Usłyszał  słaby  krzyk  i  natychmiast  odetchnął  z  ulgą.  Jest  przytomny.  Zawołam  go.  Jeśli 

tylko zdoła podczołgać się o parę metrów dalej...  

W  chwilę  potem  uświadomił  sobie  jednak,  Ŝe  wołał  ktoś,  kto  znajdował  się  znacznie 

bliŜej niŜ ranny wędkarz.  

– PomóŜcie mi! Jest tam kto? – usłyszał.  

Do diabła, kto to moŜe być? CzyŜby czwarta ofiara wypadku? 

W tym momencie do Byrona dołączyli dwaj ratownicy.  

– Chyba mamy męŜczyznę, który za drugim razem dzwonił z komórki! – zawołał do nich 

Byron.  

– I co z nim? 

– Właśnie usiłuję się dowiedzieć. Ej, tam na dole! – krzyknął. – Słyszy mnie pan? 

– Zraniłem się w nogę. Próbowałem zejść na dół, ale potknąłem się i upadłem.  

Byron  słyszał  trzaski  radia,  gdy  jeden  z  ratowników  przekazywał  informacje  szefowi 

grupy  i  wymieniał  sprzęt,  jaki  będzie  im  potrzebny.  Z  miejsca,  w  którym  się  znajdował, 

widział  męŜczyznę  leŜącego  na  boku  i  kurczowo  trzymającego  się  występu  skalnego  mniej 

więcej w połowie klifu wysokiego na dwadzieścia metrów.  

Podniósłszy  wzrok,  zobaczył  helikopter  zawieszony  nad  obu  męŜczyznami  w  wodzie. 

Spuszczał się z niego na linie sanitariusz w kombinezonie płetwonurka, w masce na twarzy, z 

płetwami na nogach.  

A  więc  tak:  jeden  męŜczyzna  w  połowie  urwiska,  jeden  na  półce  skalnej,  i  dwóch  w 

morzu.  I  na  dodatek  rekin.  Gdzie  on  jest?  CzyŜby  odpłynął?  Znalazł  jakąś  bardziej  kuszącą 

zdobycz? 

– JuŜ idzie pomoc! – zawołał do męŜczyzny na klifie. – Jak się pan nazywa? 

– Colin. Colin Frederick.  

–  Jestem  lekarzem!  –  zawołał  Byron.  –  Mamy  tu  ratowników,  sanitariuszy,  liny,  haki, 

uprząŜ i tonę innego sprzętu, a takŜe helikopter. Wciągniemy pana jak najszybciej.  

– To ja do was dzwoniłem – zawołał męŜczyzna. – Głupio zrobiłem, Ŝe próbowałem coś 

sam kombinować na tej skale. Kiedyś wspinałem się tutaj i schodziłem, ale to juŜ przeszłość. 

Nie jestem teraz taki sprawny. Gość się nie rusza, a nadchodzi przypływ.  

– W porządku, uporamy się z tym.  

background image

–  Z  początku  się  ruszał.  Sam  się  wydostał  w  wody,  ale  kiepsko  wyglądał.  Ze  mną  w 

porządku. To znaczy, wytrzymam. Kiedy ten gość przestał się ruszać, zdecydowałem. ..  

–  Nie  męcz  się,  Colin,  chcę  tylko  coś  sprawdzić.  Szybko  przeleciał  listę  rutynowych 

pytań, by ocenić stan rannego. MęŜczyzna orientował się w czasie i przestrzeni, wiedział, jak 

się  nazywa,  znał  datę,  potrafił  odpowiedzieć  na  proste  pytania  dotyczące  spraw  bieŜących. 

Krwawił, ale nie za mocno. I, oczywiście, odczuwał ból.  

Tymczasem  z  morza  wynurzyły  się  dwie  postacie  i  zaczęły  się  powoli  unosić  na  linie. 

MęŜczyzna,  który  został  w  wodzie,  ten,  który  trzymał  nieprzytomnego  towarzysza  przez 

ponad  pół  godziny,  wydawał  się  z  góry  nie  większy  od  główki  zapałki  i  bardzo,  bardzo 

samotny.  

Rekin,  przemknęło  Byronowi  znowu  przez  myśl.  Gdzie  on  moŜe  być?  Po  namyśle 

zdecydował,  Ŝe  nikomu  nie  powie  o  rekinie,  Ŝeby  nie  wywołać  paniki.  Przez  cały  czas 

obserwował morze, ale nigdzie nie widział charakterystycznego kształtu. Kolejna potęŜna fala 

rozbiła się o skały. Tym razem dosięgła rannego i zalała mu nogi. f znowu rekin moŜe poczuć 

w wodzie woń krwi.  

Helikopter  wciąŜ  wisiał  nad  oceanem.  Na  pewno  odczepili  juŜ  rannego  i  dokonali 

pierwszej oceny jego stanu. Ochotnicy ze słuŜb ratowniczych koordynowali przez radio swoje 

plany. WciąŜ nie pojawiła się łódź ratunkowa, ale tak czy inaczej nie mogłaby w pobliŜu tych 

skał  bezpiecznie  przybić  do  plaŜy.  W  chwili,  gdy  dragi  wędkarz  znajdzie  się  na  pokładzie 

helikoptera, zostanie odesłana z powrotem do bazy.  

– Półka skalna nie jest dostępna z powodu przypływu – usłyszał Byron przez radio. – Fala 

jest wysoka, a będzie jeszcze wyŜsza.  

– A więc mamy zejść po rannego? – spytał jeden z ratowników.  

– Tak – odpowiedziano. – MoŜesz się zorientować, jak umocować liny? 

– Właśnie to robimy.  

Byron obserwował teraz, jak z helikoptera po raz drugi spuszcza się ratownik, i odetchnął 

z  ulgą.  Jeden  męŜczyzna  jest  juŜ  bezpieczny,  drugi  za  chwilę  teŜ  się  znajdzie  pod  fachową 

opieką. Za chwilę... I nagłe zauwaŜył ponownie zarys sylwetki rekina. JuŜ nie węszył wokół 

skał.  Znalazł  łatwiejszą  zdobycz  w  wodzie.  Byrona  przeszedł  dreszcz.  Musiał  mimo  woli 

wydać jakiś okrzyk, bo jeden z ratowników spojrzał na niego pytająco.  

– Kolec – wyjaśnił i zacisnął usta tak mocno, Ŝe zęby aŜ zazgrzytały.  

Dobry  BoŜe,  jeśli  nikt  inny  nie  zauwaŜył  rekina,  on  im  nie  powie!  A  juŜ  na  pewno  nie 

teraz.  Wstrzymał  oddech,  napiął  mięśnie  aŜ  do  bólu  i  obserwował  kaŜdy  ruch  zwierzęcia 

krąŜącego  coraz  bliŜej  miejsca,  w  którym  specjalna  uprząŜ,  w  której  miał  być  umieszczony 

męŜczyzna, opadała ku wodzie. Zobaczył, jak sanitariusz zanurza się w oceanie.  

Serce  zaczęło  mu  walić  jak  oszalałe,  krew  uderzyła  mu  do  głowy.  Nagle  rekin  zmienił 

kierunek,  najwyraźniej  zainteresowawszy  czymś  innym,  i  Byron  odetchnął.  Przez  radio 

ratownika  słyszał  sprawozdanie  pilota  na  temat  ofiary  wypadku.  Wstępna  ocena  dokonana 

przez  asystenta  medycznego  nie  rokowała  pomyślnie.  Jeśli  stan  drugiego  będzie 

zadowalający, zostawią go na brzegu, a sami polecą do Canberry.  

Ratownik,  miał  trudności  z  załoŜeniem  drugiemu  męŜczyźnie  uprzęŜy.  Tymczasem 

background image

Byron wciąŜ widział krąŜącego w pobliŜu rekina. Zmartwiał. Dobry BoŜe, szybciej, szybciej, 

załóŜ te szelki... Wreszcie! Tak! 

Ale zanim jeszcze sanitariusz umocował je na dobre, helikopter przechylił się gwałtownie 

i podskoczył w górę. Nogi obu męŜczyzn wyłoniły się z wody w chwili, gdy rekin znajdował 

się  zaledwie  trzy  metry  od  nich.  Wynurzył  się  raptownie,  pokazując  rozwartą  paszczę. 

MęŜczyźni  jeszcze  nie  byli  we  właściwej  pozycji,  niebezpiecznie  dyndali  nad  taflą  oceanu. 

Nie  pozwól,  Ŝeby  spadli!  –  modlił  się  w  duchu  Byron.  Korba  obracała  się  w  zawrotnym 

tempie,  osiągając  maksymalną  szybkość  czterdziestu  pięciu  metrów  na  minutę.  W  pewnej 

chwili lina napręŜyła się i obaj męŜczyźni znaleźli się w helikopterze.  

Niebezpieczeństwo minęło.  

–  Schodzę  w  dół.  Mogę  być  potrzebny,  jak  helikopter  wyląduje  –  powiedział  do 

ratowników  Byron.  –  Wrócę,  kiedy  będziecie  gotowi  posłać  kogoś  na  klif.  Zostawiam  cię  z 

chłopakami,  Colin!  –  zawołał  do  rannego  męŜczyzny.  –  Zajmą  się  tobą,  jak  tylko  umocują 

liny.  

Znalazł  się  przy  karetce  w  chwili,  gdy  helikopter  wylądował.  Sanitariusze  ułoŜyli  lŜej 

rannego na lekkich składanych noszach i przenieśli do ambulansu. Byli bladzi i spięci. Hayley 

spojrzała na Byrona i zorientowała się, Ŝe jest tak samo wstrząśnięty jak oni.  

– Co się stało? – spytała.  

– Później ci powiem.  

– Jakieś problemy? – spytał Lucas.  

– Później – warknął Byron.  

– Hayley, Bruce chce, Ŝebym siadła z nim z tyłu – rzekła Alison. – Na wypadek gdybyś ty 

była potrzebna tutaj.  

–  Nie  jest  z  nim  źle  –  zgodziła  się  Hayley.  –  Ma  parę  otarć  na  skórze,  jest  wyziębiony. 

Ale  przytomny.  Tylko  wycieńczony  po  tak  długim  pobycie  w  wodzie  i  podtrzymywaniu 

przyjaciela.  

– Trzeba go zostawić w szpitalu na obserwacji – dodał Byron.  

– Damy znać, Ŝe wydałeś takie polecenie – powiedziała Hayley. – Kto ma dzisiaj dyŜur? 

– Nie pamiętam. – ZniŜył głos. – Pamiętam tylko twoje dyŜury – dodał.  

Nie bardzo wiedział, dlaczego wybrał akurat ten moment, by spróbować naprawić to, co 

zaczynało się między nimi psuć.  

Alison i Lucas byli juŜ gotowi do odjazdu, a ratownicy za chwilę umocnią liny i uprząŜ. 

Dołączy do nich reszta zespołu, Hayley, Bruce i on.  

Byron  opowiedział  o  tym,  co  widział,  dopiero  gdy  znaleźli  się  wszyscy  na  szczycie 

urwiska i gotowali się do zejścia.  

–  NajwaŜniejszą  sprawą  jest  tempo  –  powiedział.  –  Widziałem  krąŜącego  wokół  skał 

rekina.  

– To dlatego jesteś taki blady? – domyśliła się Hayley.  

Ratownicy  przynieśli  trzy  komplety  lin,  jedną  przymocowali  do  pnia  drzewa,  a  dwie 

pozostałe  do  wystającego  potęŜnego  głazu.  Jedna  z  lin  miała  słuŜyć  tylko  do  spuszczania 

sprzętu.  

background image

–  Sprawdźcie,  czy  nie  ma  uszkodzonego  kręgosłupa  –  powiedział  Byron  do  dwóch 

ratowników.  –  Starajcie  się  go  nie  ruszać,  o  ile  to  moŜliwe.  Hayley  i  ja  unieruchomimy  mu 

kręgosłup i załoŜymy kołnierz, jak tylko do was dołączymy.  

Colinowi przekazano, Ŝe będzie musiał jeszcze trochę poczekać na pomoc.  

Dwóch  ratowników  doświadczonych  we  wspinaczce  wkrótce  znalazło  się  u  podnóŜa 

klifu.  Zdjęli  z  siebie  uprząŜ  i  dali  sygnał,  Ŝe  moŜna  wciągnąć  liny.  Dwóch  innych  pomogło 

Byronowi i Hayley załoŜyć je i poinstruowali, jak się zachowywać w czasie opuszczania się 

w dół. Tymczasem Bruce z innym ratownikiem opuszczał na trzeciej linie nosze.  

Ranny  męŜczyzna  nie  miał  widocznych  oznak  uszkodzenia  kręgosłupa  ani  obraŜeń 

głowy. MoŜe po prostu był wyziębiony, ale mimo to Byron i Hayley zabezpieczyli kręgosłup 

i szyję. W tych warunkach trudno było ocenić, czy nie doznał urazu podstawy czaszki.  

Ciśnienie  i  tętno  pozostawiały  wiele  do  Ŝyczenia.  Prawa  noga  męŜczyzny  miała  otwarte 

złamanie. Dwóch ratowników przeniosło go w miejsce, gdzie nie sięgał przypływ, i Byron z 

pomocą Hayley unieruchomił kończyny, uŜywając w tym celu szyny.  

Ratownicy  ułoŜyli  męŜczyznę  na  noszach,  przykryli  kocem  i  przymocowali  pasami. 

Byron jeszcze raz sprawdził tętno.  

–  Podnosimy.  –  W  czwórkę  zanieśli  nosze  pod  ścianę  klifu.  Ranny  musiał  waŜyć  z 

osiemdziesiąt  kilo.  Byron  zaczął  obliczać,  jaką  dawkę  morfiny  mu  poda  w  karetce,  jeśli 

ciśnienie krwi podniesie się wystarczająco. – Jak go teraz wciągniemy na górę? – spytał.  

– Na górze mają krąŜek linowy. Uda się go wciągnąć. Potem zaniesiemy go do karetki – 

odparł szef ratowników.  

–  Musimy  wezwać  helikopter  z  Westpac  –  powiedział  Byron.  –  MoŜe  wreszcie  jest 

gotów. Nie wyobraŜam sobie, jak mogłabyś go wieźć tą drogą, Hayley.  

– Wiem, sama o tym myślałam.  

– Chodźmy: 

Obsługa helikoptera poinformowała, Ŝe za czterdzieści minut będzie na miejscu.  

– Wystarczyłoby dziesięć – mruknął Byron.  

– Zaczniemy reanimację w samochodzie – rzekła Hayley.  

Przetransportowanie  pacjenta  do  ambulansu  zajęło  im  dwadzieścia  minut.  Był 

nieprzytomny, ale od czasu do czasu jęczał i wydawał nieartykułowane dźwięki.  

– Podłącz kroplówkę i podaj mu morfinę – polecił Byron – a ja go zbadam. – Obmacywał 

brzuch  męŜczyzny,  który  jęczał  za  kaŜdym  razem,  gdy  dotykał  go  z  lewej  strony.  Byron 

obawiał  się,  Ŝe  moŜe  mieć  rozerwaną  śledzionę.  Zastanawiał  się,  ile  razy  fale  rzuciły  nim  o 

skałę.  

Tymczasem ratownicy dotarli do Colina Fredericka i przygotowali się do wyciągnięcia go 

na  górę.  MęŜczyzna  miał  złamaną  nogę,  drugą  skręconą  w  kostce  i  kilka  niegroźnych 

skaleczeń  i  zadrapań.  Jego  Ŝycie  nie  było  zagroŜone.  Szczęście  w  nieszczęściu,  Ŝe  zsuwając 

się w dół, zdołał się uchwycić występu skalnego...  

Hayley  i  Byron  czuwali  przy  nieprzytomnym  męŜczyźnie.  Mogli  jedynie  obserwować 

wątłe  oznaki  Ŝycia  i  czekać  na  helikopter.  Podali  mu  tlen,  załoŜyli  kombinezon 

przeciwwstrząsowy,  ciśnienie  trochę  się  podniosło.  Po  tak  dramatycznych  wydarzeniach 

background image

zapanował  teraz  względny  spokój  i  Hayley  rozpaczliwie  pragnęła  powiedzieć  swojemu 

kochankowi coś, co wyjaśniłoby sytuację między nimi.  

Przepraszam  za  moje  zachowanie  tamtego  dnia.  Nie  zasłuŜyłeś  na  nie.  Czy  moŜemy  o 

tym porozmawiać? Wyglądasz wspaniale, kiedy wiatr rozwiewa ci włosy.  

Jeśli cię pocałuję, czy twoja twarz nabierze kolorów, przestaniesz wyglądać jak duch? 

–  Ten  rekin...  –  odezwał  się  Byron,  zanim  zdąŜyła  znaleźć  odpowiednie  słowa.  – 

Widziałem go, zanim przyleciał helikopter. Był tak blisko tego drugiego gościa w wodzie, Ŝe 

czułem juŜ niemal krew.  

Opowiedział wszystko ze szczegółami. Na koniec bezradnie potrząsnął głową.  

–  Nie  mogłem  nic  zrobić.  Wiedziałem,  Ŝe  jeśli  komukolwiek  o  tym  powiem,  to  tylko 

pogorszy sprawę. Załoga helikoptera i tak nie mogłaby działać szybciej. A wy teŜ bylibyście 

bezradni. Byłem wściekły, Ŝe jestem bezsilny. Wybacz, Ŝe teraz muszę to z siebie wyrzucić.  

– Chciałam, Ŝebyś to zrobił – powiedziała. – Czułam, Ŝe coś się stało.  

– A co do tamtej nocy...  

– Przepraszam cię. Zareagowałam przesadnie.  

–  Nie,  miałaś  rację  –  stwierdził  krótko,  jak  gdyby  to  było  wszystko,  co  miał  do 

powiedzenia na ten temat.  

– Pozwól... – zaczęła. – To znaczy, czy moglibyśmy? 

– Nie mówmy za wiele. – Z trudem wydobywał głos. – Muszę się nad paroma rzeczami 

zastanowić. Proszę cię...  

– Męczy cię to? – spytała ostroŜnie.  

– Tak jakby.  

– Rozumiem. – Miała nadzieję, Ŝe jej głos brzmi normalnie, mimo ściśniętego gardła.  

–  W  przyszłym  tygodniu  siostra  Robyn  zostanie  z  Tori  na  noc.  Przyjdę  do  ciebie  i 

zobaczymy, jak to będzie.  

– Świetnie. – W głębi duszy była przeraŜona. Bała się, Ŝe to moŜe być początek końca. A 

moŜe wręcz przeciwnie, pomyślała z nadzieją.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Byron przyszedł w następny czwartek piętnaście po ósmej, gdy Max juŜ spał. Hayley nie 

była  w  najlepszym  nastroju.  Parę  dni  wcześniej  zadzwonił  Chris  i  oznajmił,  Ŝe  zamierza 

przyjechać na trzydniowy weekend.  

– Powinienem być w piątek – powiedział.  

– Rano czy po południu? 

–  Jeszcze  nie  wiem.  ZaleŜy  od  tego,  jak  zorganizuję  zajęcia.  W  kaŜdym  razie  będę.  Nie 

mogę się juŜ doczekać.  

Ta  rozmowa  wprawiła  ją  w  niepokój.  Gdyby  rzeczywiście  chcieli  podjąć  próbę 

scementowania  małŜeństwa,  to  musi  to  nastąpić  teraz  albo  nigdy.  DłuŜej  nie  mogą  trwać  w 

zawieszeniu.  

Byron co prawda dostarczył jej takich doznań, o jakich nawet nie marzyłaby, pozostając 

w  związku  z  Chrisem,  ale  Byron  nie  ma  jej  nic  do  zaoferowania  na  przyszłość.  W 

przeciwieństwie  do  Chrisa,  który  jest  ojcem  Maxa,  a  jej  dałby  poczucie  stabilizacji  i 

bezpieczeństwa.  Warto  rozwaŜyć  taką  perspektywę.  Skończyłaby  się  samotność,  a  jej  Ŝycie 

osobiste nabrałoby konkretnego kształtu.  

WciąŜ  niepewna,  jak  rozwinie  się  sytuacja,  pozostała  w  kuchni  dopóki  nie  usłyszała 

dzwonka do drzwi. Czy ma udawać obojętną i niedostępną? Kogo chce oszukać? Otworzyła 

drzwi. Na progu stał Byron, ale Byron zupełnie inny niŜ ten, którego spotykała dotychczas.  

Miał  na  sobie  czarny  wizytowy  garnitur,  białą  koszulę  i  czarny  jedwabny  krawat. 

Wyglądał niczym Cary  Grant z filmu z Audrey  Hepburn. W butonierce tkwi! czerwony pąk 

róŜy, a dwanaście innych trzymał niedbale w opuszczonej ręce. Drugą od niechcenia opierał o 

framugę.  

– Chciałaś, Ŝeby było pięknie, Hayley – powiedział. – A więc postarałem się o oprawę.  

– Ja... tak, wejdź. – Wzięła bukiet drŜącymi rękami, serce jej waliło. Nawet nie przyszło 

jej do głowy, by zaprotestować. – Dziękuję. Są naprawdę piękne.  

– Mam więcej w samochodzie.  

– RóŜ? – zdziwiła się.  

– Innych rzeczy. TeŜ upiększających, mam nadzieję.  

– Och, Byron, mówiłam ci przecieŜ, Ŝe nie musisz.  

– AleŜ tak! Muszę. Miałaś rację. Oprawa teŜ jest waŜna. Mam zamiar  cieszyć się kaŜdą 

sekundą. Zajmij się róŜami, a ja pójdę po resztę.  

Po chwili wrócił i znowu popatrzyła na niego z zachwytem. Ten garnitur...  

– Muszę się przebrać – zdecydowała. Uniósł nieco brwi i obrzucił ją spojrzeniem.  

–  Czekam  z  niecierpliwością  –  oznajmił.  Wybiegła  do  sypialni  i  otworzyła  szafę. 

Zdecydowała się na czarną jedwabną sukienkę z dekoltem i na czarny Ŝakiet, który kupiła pod 

wpływem  impulsu  w  zeszłym  roku  i  ani  razu  nie  miała  go  na  sobie.  NałoŜyła  makijaŜ, 

wyszczotkowała włosy i wpięła w uszy złote kolczyki. Pobiegła z powrotem do salonu, mając 

wraŜenie, Ŝe jej nieobecność trwa zbyt długo. Wydawało się, Ŝe Byron tego nie zauwaŜył. Był 

background image

zajęty.  

Na  stoliku  rozłoŜył  kremowy  obrus  i  postawił  świece.  Na  talerzach  leŜały  wykwintne 

kanapki  i  ciasteczka,  w  wiaderku  chłodził  się  szampan.  On  sam  stał  tyłem  do  pokoju 

pochylony  nad  komodą.  Dopiero  gdy  usłyszała  dobiegającą  stamtąd  muzykę  zakłócaną 

trzaskami,  zorientowała  się,  Ŝe  włączył  stary  gramofon.  Poznała  wibrujący,  zmysłowy  głos 

Edith Piaf.  

Byron sięgnął po butelkę, wyjął korek i nalał do kieliszków perlisty płyn. Potem wzniósł 

kieliszki i podał jej jeden, muskając przy tym jej palce. Wypili łyk i pocałowali się.  

– Skąd masz ten gramofon? – spytała.  

–  Piękny,  prawda?  MoŜesz  mi  wierzyć  albo  nie,  ale  został  po  ojcu.  Nigdy  nie  mógł  się 

zdobyć  na  to,  Ŝeby  go  wyrzucić.  Schował  go,  ale  po  jego  śmierci  przeszukaliśmy  z  mamą 

szopę  w  podwórzu.  –  Roześmiał  się.  –  Wiesz,  mama  wyrzuciłaby  chętnie  wszystkie 

szpargały, ale on je magazynował. Nie miała pojęcia, co tam przechowuje.  

– Było ci przykro? – spytała.  

– I tak, i nie – odparł po namyśle. – Trochę się pośmialiśmy, trochę popłakaliśmy. Mama 

trochę gderała, ale tak jak ja teŜ zatrzymała parę rzeczy.  

– Byłoby jej trudniej, gdyby nie miała ciebie.  

– CóŜ, tak to w Ŝyciu jest, prawda? – odparł. – Ludzie nie są stworzeni do samotności, w 

głębi  serca  wszyscy  pozostaliśmy  dziećmi.  –  Jego  twarz  nagle  się  wypogodziła.  –  Pięknie 

wyglądasz, nawiasem mówiąc – rzekł i pochylił się, by pocałować ją w usta.  

Wygięła  szyję,  domagając  się  więcej  takich  pieszczot.  Tyle  dni  upłynęło  od  czasu,  gdy 

była w jego ramionach.  

– Miałaś rację, Hayley – wyszeptał. – Oprawa jest bardzo waŜna. Zapomniałem o tym. To 

moja wina.  

– Przestań się tłumaczyć – przerwała mu.  

Ich  pocałunek  trwał  wieki,  ale  nie  była  w  stanie  przerwać  go,  tak  jak  chciała.  Ta  cała 

sceneria  miała  sprawić,  by  poczuła  się  jak  królowa.  Tymczasem  miała  wraŜenie,  Ŝe  to  tylko 

fasada, upiększające pozory.  

Nie chcę romansu. Zakochałam się. Chcę wszystkiego.  

Wiedziała, Ŝe pragnęła tego niemal od początku i Ŝe bała się do tego przyznać sama przed 

sobą.  

Było to proste jak puzzle, które pomagała ułoŜyć Maxowi w przedszkolu, poniewaŜ miała 

juŜ  wszystkie  elementy.  Zaufanie,  szacunek  i  zrozumienie.  Wspólne  zainteresowania, 

wspólne  troski,  wspólną  przeszłość.  I  wreszcie  pociąg  fizyczny  tak  silny,  Ŝe  musiał  trwać, 

jeśli nie zawsze, to przynajmniej tak długo jak długo człowiek Ŝywi nadzieję.  

Proste? 

Zakochanie  się  w  nim  było  proste.  Ale  Ŝycie  z  tym  uczuciem  będzie  duŜo  bardziej 

skomplikowane.  

 

Trzydziestoczteroletni  męŜczyzna  nie  powinien  tego  robić,  myślał  Byron,  wracając  od 

Hayley parę godzin później.  

background image

Takie wykradanie się w środku nocy nie powinno się zdarzać człowiekowi w tym wieku. 

On  zresztą  nie  miał  takich  doświadczeń.  Na  początku  znajomości  mieszkali  z  Elizabeth  w 

koedukacyjnych  akademikach  i  nikogo  nie  obchodziło,  kto  do  kogo  przychodzi  i  kiedy.  To 

mu odpowiadało.  

Wkradanie się do własnej sypialni z nadzieją, Ŝe siostra Robyn, Simone, nie zauwaŜy, o 

której  wrócił,  nie  było  w  jego  stylu  i  pozostawiało  w  nim  uczucie  niesmaku  i  czegoś... 

niestosownego. Nie chciał tak postępować. W jakiś sposób uwłacza to Hayley, a ona na to nie 

zasługuje.  

Usatysfakcjonowany  był  natomiast  „oprawą”  wieczoru,  jakiej  pragnęła  Hayley. 

Doświadczeni  męŜczyźni  wiedzą,  Ŝe  romans  wymaga  kwiatów  i  szampana  podanych  we 

właściwych momentach.  

A  więc  wszystko  jest  w  porządku.  Nic  mu  nie  grozi.  Postępował  tak,  jak  sobie 

postanowił.  

Miłość  dwa  razy  się  nie  zdarza.  Miałem  szczęście.  Miałem  miłość.  Ale  się  skończyła. 

Znalazł punkt oparcia, coś, czego mógł się uchwycić jak rozbitek skały. Skoro nie będzie juŜ 

kochał  tak  jak  kiedyś,  nie  grozi  mu  utrata  kochanej  osoby.  A  Hayley,  mając  obok  siebie 

Chrisa, tez jest bezpieczna.  

Chris wkrótce ich odwiedzi, powiedziała. Zabrzmiało to trochę niezręcznie. Gdyby mogła 

odnowić swoje małŜeństwo, byłoby to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich.  

Wszedł  na  schody  i  przekręcił  klucz.  Rozległ  się  głośny  zgrzyt.  Był  pewien,  Ŝe  Simone 

się obudzi. Do diabła! Szybko przemknął do sypialni, rozebrał się i wśliznął do łóŜka. Poczuł 

znajomy ucisk w Ŝołądku i nagle nabrał podejrzenia, Ŝe niemal wszystko, co powiedział sobie 

tej nocy, jest nieprawdą.  

– Gdzie jesteś, Chris? – spytała.  

–  Jak  to  gdzie?  W  Melbourne.  Nie  przyjadę.  Przepraszam,  Ŝe  zawiadamiam  cię  w 

ostatniej  chwili,  ale  facet,  który  prowadzi  kursy  samoobrony  niedaleko  ode  mnie  prosił, 

Ŝ

ebym w weekend go zastąpił. Spodziewam się, Ŝe to dobra okazja.  

– śeby podkraść mu uczniów? 

– No wiesz! Hayley! Chodzi mi o połączenie szkół – wyjaśnił Chris. – Zmniejszyłoby to 

koszty i pozwoliło skuteczniej się reklamować.  

–  Wygląda  na  dobrą  strategię  –  przyznała.  –  Pod  warunkiem,  Ŝe  będziecie  mogli  razem 

pracować.  

– CóŜ, musimy to jeszcze omówić. Uzgodnić warunki, sprecyzować oczekiwania. Czy nie 

będziesz  miała  nic  przeciwko  temu,  jeśli  w  razie  czego  poproszę  cię  o  pomoc  przy 

załatwianiu spraw urzędowych? 

– Nie, oczywiście, Ŝe nie.  

– Zawsze mogę na ciebie liczyć, Hayl. Doceniam to. I potrzebuję tego.  

Miał czuły, łagodny głos. Przestraszyła się. On powaŜnie myśli o powrocie...  

–  Myślę,  Ŝe  w  ciągu  dwóch  tygodni  wszystko  załatwię.  I  wtedy  przyjadę,  jeśli  ci  to 

odpowiada.  

– Dobrze...  

background image

OdłoŜyła  słuchawkę.  Ręce  jej  drŜały.  Dwa  tygodnie.  Chris  ma  rację.  To  niedługo.  A  za 

dwa tygodnie, jeśli Chris zechce porozmawiać o wspólnej przyszłości, odrzuci to, co zechce 

jej obiecać, z powodu męŜczyzny, który wyznał jej otwarcie, Ŝe niczego obiecać nie moŜe.  

Spojrzała  na  zegarek.  Dochodzi  południe,  wkrótce  moŜe  odebrać  z  przedszkola  Maxa. 

Czuła ogromną, palącą potrzebę spotkania z Byronem, wyznania, co jej leŜy na sercu.  

Kocham  cię.  To,  co  czuję  do  Chrisa,  to  nic  w  porównaniu  z  uczuciem  do  ciebie.  Ale 

przynajmniej  rokuje  jakąś  przyszłość,  podczas  gdy  bycie  z  tobą  to  wspaniała  uczta,  która  w 

kaŜdej  chwili  moŜe  się  skończyć.  Czy  zrobię  błąd,  wybierając  głodówkę,  poniewaŜ  Chris 

moŜe mi zaoferować tylko chleb i wodę? Wielkie nieba, jeśli ciebie i Elizabeth łączyło takie 

uczucie, to nic dziwnego, Ŝe uwaŜasz, Ŝe nie moŜe się powtórzyć.  

Chwyciła za telefon, ale nie podniosła słuchawki. Wiedziała, Ŝe popełniłaby błąd. On nie 

musi znać jej uczuć. Byłby przeraŜony. Miałby poczucie winy. Litowałby się nad nią. O nie, 

nie  mogła  znieść  samej  myśli  o  tym.  Wsiadła  do  samochodu.  Pomyślała  o  buzi  synka, 

uśmiechniętej na jej widok. To wystarczy, by miała ochotę wstawać z łóŜka.  

PodjeŜdŜając pod budynek przedszkola, zauwaŜyła wśród samochodów innych rodziców 

auto Byrona. Uśmiechnął się na jej widok. Myślę o ostatniej nocy, zdawał się mówić. Jeszcze 

parę tygodni temu podskoczyłaby z radości, ale dziś to było za mało. Poszli na werandę, by 

zaczekać na dzieci.  

– Masz w poniedziałek nocny dyŜur? – spytał cicho.  

– Tak. – Była zaskoczona, Ŝe w ogóle jest w stanie wydobyć z siebie głos. – W weekend 

mam dyŜur w dzień, potem znowu noc we wtorek, a potem do niedzieli wolne.  

–  We  wtorek  zabieram  Tori  do  Brisbane.  Mam  tam  konferencję  w  czwartek  i  piątek, 

wracamy  w  niedzielę  rano.  Przez  cały  ten  weekend  pracuję,  ale  chciałbym  zaprosić  cię  z 

Maxem na lunch w poniedziałek.  

– Zaczynam dyŜur o szóstej.  

– Wiem.  

– No dobrze – zgodziła się. – O której mamy przyjść? 

– Jak wam wygodnie. MoŜe być jedenasta? Potem odwieziesz Maxa prosto do rodziców.  

Delikatnie i dyskretnie  musnął jej dłoń. ZadrŜała. Cofnęła rękę w momencie, gdy Karen 

otworzyła drzwi.  

Weekend  był...  dziwny.  Tak  jak  kiedyś  Byron  po  śmierci  ojca  pomagał  matce  opróŜnić 

szopę,  tak  teraz  ona  próbowała  pozbyć  się  pozostałości  swego  małŜeństwa.  Nie  w  sensie 

dosłownym, wyrzucając na przykład starą maszynkę do golenia Chrisa czy sprzęt sportowy – 

wciąŜ zalegający w garaŜu, lecz pozostałości psychicznych, emocjonalnych.  

Miała  w  swojej  pamięci  szufladki  z  etykietką  „Dobre  wspomnienia”  i  „Czy  chcę  być 

samotną  matką  przez  następne  piętnaście  lat?”,  w  których  musiała  przeprowadzić  remanent. 

To wspomnienie zostawić, tamto lepiej usunąć do szufladki z napisem „Złe wspomnienia”.  

W  szufladce  „samotnej  matki”  panował  bałagan,  była  zarzucona  takimi  rzeczami  jak 

„Powody, dla których naleŜy scementować małŜeństwo” albo „Obawy, co będzie, gdy mama i 

tata  się  zestarzeją”.  KaŜdą  z  tych  rzeczy  analizowała  pod  kątem  aktualnych  uczuć.  Rzecz 

dotycząca powrotu do Chrisa okazała się zupełnie nieprzydatna.  

background image

Jak ja w ogóle mogłam myśleć, Ŝe to będzie moŜliwe? Jak mogłam myśleć, Ŝe w naszym 

związku było wystarczająco duŜo miłości, Ŝeby jeszcze coś z niej zostało? Płakała w piątek w 

nocy  i  w  sobotę  w  nocy.  Płakała  z  powodu  Byrona  i  miłości  jego  Ŝycia,  którą  nie  była  ona. 

Płakała nad sobą i Chrisem, który nie miał pojęcia, co moŜe znaczyć prawdziwa miłość.  

W niedzielę miała dyŜur razem z Byronem.  

– Cieszę się na jutrzejszy dzień – powiedziała.  

– Ja teŜ.  

Następnego dnia spała nieco dłuŜej, podczas gdy Max oglądał w telewizji film dla dzieci. 

Cieszył się, Ŝe pójdzie do Tori.  

– Lubię ją – powiedział. – Buduje świetne zamki z piasku.  

–  Pewnie  pójdziemy  na  plaŜę  –  odparła  Hayley.  –  To  przecieŜ  naprzeciwko  domu. 

Będziecie się mogli pobawić.  

Kiedy  przyjechali,  Byron  był  w  ogrodzie.  Dzieci  od  razu  pobiegły  do  pokoju  Tori,  skąd 

po chwili rozległ się odgłos klocków lego rozrzuconych po podłodze.  

– Pamiętam te uwalane farbą dŜinsy – szepnęła Hayley, kiedy Byron chwalił się efektami 

swojej pracy ogrodniczej.  

– Nie zamierzam dać ci okazji do potraktowania ich tak jak ostatnio – odparował.  

– Ściągnięcia ich z ciebie pod prysznicem? Ani myślę! 

Uśmiechnęła się, czując, jak opada z niej napięcie. Kocha go i jest z nim, a on patrzy na 

nią z poŜądaniem.  

–  Albo  obrzucenia  ich  błotem  i  przy  okazji  mnie.  Chodź  tutaj.  –  Rozpostarł  ramiona.  – 

Wiesz, jak często myślę o tamtej nocy? – spytał między jednym a drugim pocałunkiem.  

– Mam nadzieję, Ŝe tak często jak ja.  

Przez chwilę nie widzieli niczego  poza sobą. W  końcu odepchnął ją lekko. Uśmiechnęli 

się  do  siebie  niepewnie,  odwrócili  w  tej  samej  chwili  i  zamilkli.  Chyba  to,  co  zobaczyła  w 

jego oczach, to nie był strach? 

– Masz moŜe ochotę na kawę czy sok? – spytał.  

– Tak – odrzekła po to tylko, by mogli się czymś zająć. Około wpół do dwunastej dzieci 

oznajmiły, Ŝe są głodne. Byron zrobił obfite kanapki i zasiedli do jedzenia.  

– Pójdziemy na plaŜę – zaproponował, kiedy skończyli sprzątać w kuchni.  

– Max bardzo by chciał. Mówił, Ŝe Tori buduje piękne zamki z piasku.  

– Uczyła się od mistrza. W tym teŜ jestem dobry.  

– Chcesz, Ŝebym ci uwierzyła? – zapytała figlarnie.  

– Chętnie ci udowodnię – odparł.  

Hayley  z  przyjemnością  obserwowała,  jak  razem  z  dziećmi  buduje  wspaniały  zamek  z 

piasku. Zresztą zawsze patrzyła na niego z przyjemnością. Jego energia była zaraźliwa i była 

to jedna z tych rzeczy, które w nim kochała.  

–  No  dobrze,  a  teraz  będziesz  kopał  ze  swojej  strony  i  spotkamy  się  pośrodku  – 

powiedział Byron do Maxa.  

– Kopię, ale nie mogę.  

– MoŜesz, po prostu kop. Czujesz moje palce? Max zachichotał, kiedy ich ręce spotkały 

background image

się pod mostem z piasku.  

–  MoŜemy  go  poszerzyć,  tato?  –  spytał.  –  Ojej,  co  ja  powiedziałem.  Mamusiu,  ja 

powiedziałem do niego tato. To głupio, prawda? 

Spojrzał  na  nią,  czekając,  Ŝe  się  roześmieje,  ale  Hayley  tego  nie  zrobiła.  O  BoŜe,  to 

dziecko po prostu się przejęzyczyło, ale nie była w stanie się roześmiać, bo Max powiedział 

to, co chciałaby, Ŝeby było prawdą.  

–  Bardzo  głupio  –  odpowiedziała  synowi.  –  To  tak  jak  czasem  bezmyślnie  mówisz  do 

mnie „babciu”.  

– Tak – odrzekł Max i oboje się roześmiali.  

W  chwilę  później  wrócili  do  zabawy.  Tori  zbierała  na  brzegu  muszelki.  Hayley,  choć 

pomagała  dzieciom  wznosić  ich  piaskowe  budowle,  przez  cały  czas  myślała  o  niewinnym 

przejęzyczeniu  Maxa.  Myślała  o  tym,  obserwując  pełnego  zapału  i  energii  Byrona  oraz 

rozbawione,  ufne  dzieci.  Myślała  o  tym,  gdy  jego  ciemna  głowa  pochyliła  się  ku  jasnej 

główce  Tori,  a  Max  przeszedł  po  jego  wyciągniętych  na  piasku  nogach,  jak  gdyby  ich  nie 

zauwaŜył.  

Właśnie tego chcę. Chcę, by mój syn myślał o tym męŜczyźnie jak o ojcu. Chcę, Ŝebyśmy 

się  stali  rodziną.  Ale  wiem,  Ŝe  to  nigdy  nie  nastąpi,  a  więc  jak  długo  zdołam  znosić  taką 

sytuację? Cieszyć się tym, co jest.  

Nie  mogę.  Nie  mogę  tego  znosić,  wiedząc,  Ŝe  chcę,  Ŝeby  to  się  nigdy  nie  skończyło  i 

czekać na moment, kiedy się skończy. Romanse zawsze się kończą, przygody teŜ. Związki, w 

których  nie  czyni  się  Ŝadnych  obietnic.  A  przecieŜ  bez  obietnic  nic  nie  ma  sensu.  I  dlatego 

nawet  ostatnia  wizyta  Byrona  z  kwiatami  i  całą  odświętną  oprawą  wcale  jej  nie 

usatysfakcjonowała. Nie zbliŜyli się do siebie bardziej i miała wraŜenie, Ŝe Byron jest z tego 

zadowolony. Zrobił to z premedytacją, dał jej kwiaty i szampana jedną ręką, a zabrał zbliŜenie 

drugą.  

ś

adnych  obietnic,  a  ona  pragnęła  obietnic,  takich  samych,  jakie  czynił  jej  kiedyś  Chris, 

ale nie zdołał ich spełnić. Obietnic, jakie Byron złoŜył kobiecie swego Ŝycia i, jak powiedział 

Hayley, nie będzie w stanie złoŜyć nigdy więcej.  

Poczuła nagłe zazdrość  o nieŜyjącą matkę Tori i utraconą miłość Byrona. Przeraziła się. 

Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  tego  rodzaju  uczucia,  pomyślała.  Niestety,  czegoś  takiego  nie 

moŜna było zgasić na Ŝądanie, niczym świeczkę na torcie.  

– Dobrze się czujesz? 

Byron chwycił ją za rękę. Musiał się zorientować, Ŝe coś z nią nie jest w porządku. Stała 

w wodzie, podskakując na falach, nie czuła nawet zimna przenikającego jej stopy.  

– Ach tak, po prostu... się zamyśliłam.  

– Jak było w czasie weekendu z Chrisem? – spytał.  

–  Odwołał  przyjazd  w  ostatniej  chwili.  Coś mu wypadło.  Być  moŜe  wejdzie  w  spółkę z 

właścicielem innej szkoły. Ostatnio znacznie praktyczniej myśli o przyszłości.  

Słyszała  ,  w  swoich  słowach  ukryte  wskazanie,  Ŝe  chodzi  o  ich  osobistą  przyszłość, 

podobnie jak o przyszłość jego biznesu, i wstrzymała oddech, mając rozpaczliwą nadzieję, Ŝe 

Byron nie podejmie tego tematu.  

background image

Nie pytaj. Tylko nie pytaj. Nie powiedziała tego głośno, ale musiała to wyraŜać jej twarz, 

poniewaŜ  Byron  milczał.  Patrzyła  na  jego  nogi,  na  ręce  uwalane  piaskiem  i  błękitne,  lekko 

spłowiałe  szorty.  Wyglądał  na  szczęśliwego.  Nagle  zapragnęła  ze  wszystkich  sił  stać  się 

częścią jego Ŝycia.  

Ale do tego nie dojdzie.  

– Powiedział, kiedy przyjedzie? – usłyszała głos Byrona.  

W pierwszej chwili nie wiedziała, o co pyta. Ach tak, oczywiście, o Chrisa.  

– On... tak, postara się za tydzień lub dwa.  

– Niedługo.  

–  Nie.  Max  tylko  wzruszył  ramionami,  jak  się  dowiedział  –  dodała  po  chwili.  –  Czy 

powinnam  się  martwić  z  tego  powodu?  Czy  cieszyć?  śe  tak  niewiele  wie  o  tym,  co  znaczy 

mieć ojca? 

– Wie, Ŝe są i inni ojcowie. Jak twój ojciec, czy na przykład ja.  

– Tak – skinęła głową. – Choćby ty.  

W  tym  momencie  nie  była  w  stanie  rozmawiać  dłuŜej  na  ten  temat.  Odwróciła  się  i 

pobiegła za dziećmi.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Byron  cieszył  się  z  wyjazdu  do  Brisbane  przede  wszystkim  ze  względu  na  Tori.  Chciał, 

by spędziła trochę czasu z rodzicami i rodzeństwem Elizabeth. W Brisbane mieszkało czworo 

jej kuzynów, których powinna lepiej poznać. On sam teŜ chciał choć kilka dni pobyć z nią z 

dala od codziennej rutyny i stresów.  

Postanowił,  Ŝe  będzie  chodzić  tylko  na  najwaŜniejsze  spotkania  konferencyjne,  wygłosi 

własny krótki referat i weźmie udział w oficjalnym bankiecie w piątek wieczór. Resztę czasu 

spędzi z Monicą i Alanem nad basenem.  

Ta  część  planu  okazała  się  duŜo  bardziej  pokrzepiająca,  niŜ  tego  oczekiwał.  Ile  czasu 

upłynęło od jego ostatniego prawdziwego urlopu? To było jeszcze przed narodzinami Tori.  

Wielkie  nieba,  czy  to  moŜliwe?  Doszedł  do  wniosku,  Ŝe  tak.  Po  śmierci  Elizabeth 

natychmiast wrócił do pracy, nie dał sobie ani dnia odpoczynku. Jego podporą w tym trudnym 

okresie była Monica, która kochała  go jak syna.  Nie chciał jej zranić, zaczynając nowy etap 

Ŝ

ycia po śmierci jej jedynej córki. Sam tak postanowił. Monica nie wywierała na niego Ŝadnej 

presji i nie miałaby mu za złe, gdyby się z kimś związał. Sam narzucił sobie ograniczenia.  

Siedział teraz z Monicą nad basenem, sączyli herbatę i pogryzali ciasteczka, obserwując 

pływającą Tori.  

– Kochanie, nie zdejmuj koła! – zawołała Monica.  

– Chcę zobaczyć, czy umiem pływać.  

– Zaczekaj aŜ tatuś albo ja przyjdziemy do ciebie.  

– Dobrze. No to teraz wyjdę. Idę na huśtawkę.  

–  Idź,  kochanie  –  uśmiechnął  się  Byron.  –  W  jakiej  mierze  wasza  przeprowadzka  tutaj 

nastąpiła z mojego powodu? – zwrócił się niespodziewanie do teściowej.  

Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.  

– Mam to podać w procentach? – spytała.  

–  Ale  skąd.  Chcę  po  prostu  usłyszeć  potwierdzenie,  Ŝe  tak  było,  aby  móc  wam 

podziękować. To trafna i wspaniałomyślna decyzja. Uznaliście, Ŝe powinienem zostać sam.  

– Niektórzy by powiedzieli, Ŝe zostawiłam cię w najmniej odpowiednim momencie.  

– Z początku teŜ tak uwaŜałem – przyznał. – Ale teraz wiem, Ŝe to było potrzebne.  

–  Mnie  teŜ,  B.  J.  Byłoby  mi  trochę  przykro  patrzeć,  jak  darzysz  uczuciem  inną  kobietę, 

choć wierz mi, bardzo tego pragnę, ze względu na ciebie.  

– AleŜ Monico! Wcale tego nie chcę.  

– Czy to znaczy... Czy ty... juŜ nie spotykasz się z Wendy? – sondowała ostroŜnie.  

Przez  chwilę  nie  wiedział,  o  czym  ona  mówi.  Wendy  naleŜała  juŜ  do  zamierzchłej 

przeszłości, choć upłynęło zaledwie sześć tygodni od czasu, gdy zakończył tę znajomość.  

–  Nie,  juŜ  nie  –  przytaknął.  –  Powinienem  był  ci  o  tym  powiedzieć.  W  czasie  twojej 

rozmowy z Wendy uświadomiłem sobie, Ŝe jeszcze nie jestem gotów na nowy związek.  

–  Nie  jesteś  gotów?  Och,  Byron,  myślę,  Ŝe  jesteś  aŜ  nadto  gotów  i  chciałabym  tego.  Po 

prostu  niezbyt  mi  się  uśmiechało  mieć  za  synową  Wendy.  Wiesz,  Ŝe  będę  twoją  Ŝonę 

background image

traktować jak synową, prawda? Bo ciebie uwaŜam za syna.  

Wyraz  jej  oczu  świadczył,  Ŝe  choć  bardzo  tego  pragnie,  wciąŜ  jeszcze  odczuwa  ból  na 

myśl o tym, Ŝe jej córkę zastąpi inna kobieta.  

–  Będę  zaszczycony  –  powiedział  i  nagle  wyobraził  sobie  Monice  gawędzącą  przy 

basenie z Hayley. Był pewien, Ŝe teściowa by ją polubiła. – Tyle Ŝe – dodał stanowczo – na 

razie się na to nie zanosi.  

Nagły  ucisk  w  sercu  zdziwił  go.  CzyŜ  związek  z  Hayley  nie  jest  tym,  czego  pragnął? 

Związek taki, jaki sam narzucił, do jakiego był zdolny. Przygoda.  

Bardzo  za  nią  tęsknił,  daleko  bardziej  niŜby  się  tego  spodziewał.  WciąŜ  przypominał 

sobie chwile, jakie ze sobą spędzili. Był zły, Ŝe nie umówił się na następne spotkanie. Teraz 

miałby  na  co  czekać.  JuŜ  dawno  na  nic  nie  czekał.  Najlepiej  znał  uczucie  oglądania  się 

wstecz.  

– Dlaczego, Byronie? – ostroŜnie zagadnęła Monica. – UwaŜasz, Ŝe ty i Elizabeth byliście 

tak idealną parą, Ŝe nie moŜesz juŜ nigdy pokochać innej kobiety? To nieprawda! 

– Nie? – odpowiedział pytaniem.  

–  Nie!  Kochaliście  się  tak,  jak  powinni  kochać  się  małŜonkowie.  To  wspaniała 

umiejętność,  nie  w  kaŜdym  małŜeństwie  się  udaje.  Ale  to  nie  znaczy,  Ŝe  nie  moŜesz  się 

związać  z  Ŝadną  inną  kobietą.  Pewnego  dnia  spotkasz  taką,  którą  pokochasz  w  ten  sam 

sposób.  

– A jeśli nie chcę? – Ŝachnął się. – Jeśli łęk przed utratą przeraŜa mnie? 

–  Oczywiście,  Ŝe  cię  przeraŜa,  B.  J.  –  odrzekła  Monica.  –  Zawsze  się  tego  boimy,  jeśli 

głęboko  kochamy,  czy  to  dziecko,  czy  rodziców,  czy  choćby  psa.  Ale  myślę,  Ŝe  kiedy 

spotkasz taką osobę, sam uznasz, Ŝe nie masz wyboru.  

– O... wspaniale! Po prostu wspaniale! – prychnął.  

–  Tak,  to  jest  coś  wspaniałego.  Lękamy  się,  ale  to  najwspanialsza  rzecz  na  świecie  – 

rzekła łagodnie Monica i poszła do Tori, zanim zdąŜył zaprotestować.  

 

–  Chris  nie  dzwonił,  mamo?  –  spytała  Hayley.  Pracowała  od  ósmej  rano  do  szóstej 

wieczorem. Za dwie godziny będzie wolna.  

– Nie – odparła Adele. – Spodziewasz się telefonu? 

– Nie, spodziewam się, Ŝe przyjedzie.  

W sobotę lub w niedzielę, powiedział. Uznała zatem, Ŝe albo w sobotę wieczorem albo w 

niedzielę  rano  i  starała  się  nie  myśleć  o  tym,  Ŝe  pewnie  znowu  wróci  do  sprawy  ich 

małŜeństwa. Teraz zaniepokoiła się, Ŝe nie dał znaku Ŝycia.  

Przez cały tydzień była spięta i nieszczęśliwa. Nieobecność Byrona uzmysłowiła jej, jak 

silne  są  jej  uczucia  wobec  niego.  Tęskniła  za  nim.  Było  jej  cięŜko  i  znowu  zaczęła  się 

zastanawiać, czy on podobnym uczuciem darzył Elizabeth.  

Nie  mając  nadziei  na  przypadkowe  spotkanie  w  przedszkolu  czy  szpitalu,  uzmysławiała 

sobie  wyraziście,  jak  pusta  będzie  jej  przyszłość,  kiedy  ich  romans  się  skończy...  kiedy  ona 

zdobędzie się na odwagę, by go zakończyć. Znacznie bardziej pusta niŜ teraz z nim i z Tori, 

którzy wyjechali zaledwie na parę dni.  

background image

Weekend  dobiegał  końca.  DyŜur  był  spokojny,  Ŝadnego  przedawkowania,  Ŝadnego 

wypadku  pod  wpływem  alkoholu.  Same  lekkie  przypadki.  Gdy  zadzwonił  telefon,  chwyciła 

niecierpliwie słuchawkę, choć nie spodziewała się juŜ usłyszeć głosu swego byłego męŜa.  

– Hayley? – To jednak był Chris.  

– Gdzie jesteś? 

– Późno wyjechałem, przepraszam. Zobaczymy się wieczorem.  

– Dzwonisz z samochodu? – spytała.  

– Tak.  

– Ale skąd? 

– Z samochodu – powtórzył.  

– To wiem, ale...  

– Do zobaczenia – przerwał jej i wyłączył komórkę.  

Irytowało ją, Ŝe nie wie, o której go powinna oczekiwać, ale równocześnie poczuła ulgę. 

Nic mu się nie stało. Jedzie. I miejmy nadzieję, nie jest zmęczony, jeśli wyruszył po lunchu. 

Musi  być  teraz  gdzieś  w  okolicach  Traralgon  lub  Sale.  Przypuszczalnie  zjawi  się  koło 

dziesiątej.  Postara  się  nie  okazywać  złości  ze  względu  na  Maxa  i  ze  względu  na  rozmowę, 

którą mają przeprowadzić.  

DyŜur dobiegał końca.  Nie mogła się juŜ doczekać zmienników. Chciała jak najszybciej 

zobaczyć synka i wziąć go w ramiona. Z jakichś powodów pragnęła tego bardziej niŜ zwykle. 

Za kwadrans szósta odezwał się telefon gorącej linii. Podniosła słuchawkę.  

–  Samochód  wypadł  z  szosy  około  dwadzieścia  kilometrów  na  południe  od  miasta  – 

usłyszała głos Kathy. – Nie wygląda to dobrze. Jechał za szybko, gwałtownie zahamował na 

zakręcie. Facet, który dzwonił, był świadkiem wypadku.  

– Jedziemy – rzuciła Hayley. Znowu ta szosa, pomyślała przygnębiona.  

Prowadziła karetkę, słuchając dalszych informacji.  

–  W  samochodzie  był  tylko  kierowca.  Świadek  ma  za  sobą  kurs  udzielania  pierwszej 

pomocy  i  gaśnicę,  której  uŜył,  bo  poczuł  benzynę.  Mówi,  Ŝe  męŜczyzna  jest  ranny, 

niezupełnie  przytomny  i  chyba  ma  zakleszczone  nogi.  Powiadomiłam  SouthCare,  dadzą 

helikopter. Policja jest juŜ na miejscu.  

–  Dobra,  nie  ma  duŜego  ruchu  –  zauwaŜył  Lucas.  –  Wkrótce  tam  będziemy.  O  tak,  juŜ 

widzę wóz policyjny. DojeŜdŜamy.  

Podziękuj  Bogu  za  mamę  i  tatę,  pomyślała  Hayley,  oczami  wyobraźni  widząc,  jak 

przepada jej wspólny wieczór z Maxem. W tej chwili trudno jej było myśleć o pacjencie.  

Nagle  rozbity  samochód  wydał  się  jej  znajomy.  DuŜy  zielony  ford,  taki  jak  Chrisa,  ale 

stał przodem w kierunku południa, na lewym poboczu szosy, nie na prawym. A więc, jechał 

do Melbourne, uznała. Wzięła zestaw tlenowy, aparat do EKG, ciśnieniomierz i leki.  

–  Kierowca  zmęczony?  –  usłyszała  głos  policjanta.  –  Nie  zauwaŜył  zakrętu?  Samochód 

przejechał w poprzek szosy. Stoczył się, uderzył w drzewo i obrócił tyłem do kierunku jazdy.  

A więc jechał z Melbourne. DuŜy zielony ford.  

–  Chris,  na  Boga,  to  Chris!  –  Poznała  ciemniejsze  plamy  w  miejscach,  gdzie  była  rdza. 

Chris tylko zabezpieczał je przed dalszą korozją, ale nigdy nie malował.  

background image

– Hayley? – Głos Lucasa zabrzmiał inaczej niŜ normalnie.  

– To mój były mąŜ – wyjąkała.  

– O BoŜe! Nie! 

Ugięły się pod nią kolana. Byłaby upadła, gdyby Lucas jej nie podtrzymał. Nie wiedziała, 

co się wokół niej dzieje.  

–  Wytrzymasz  to?  –  spytał.  Głos  mu  drŜał.  Nie mógł  jej  zastąpić.  Choć wiedział  jak  się 

posługiwać aparaturą, nie miał jeszcze oficjalnych uprawnień.  

Chciała powiedzieć, Ŝe wytrzyma, ale słowa uwięzły jej w gardle. Wydawało jej się, Ŝe to 

koszmarny sen, coś co sama sprowokowała swoimi lękami.  

– Tak – wykrztusiła w końcu.  

– Wezwę drugą załogę – powiedział Lucas.  

–  Tak,  proszę.  –  Na  nogach  jak  z  waty  poszła  w  kierunku  rozbitego  samochodu.  – 

Potrzebny  kołnierz  i  stabilizator  kręgosłupa  –  zwróciła  się  do  Lucasa.  –  MoŜe  kombinezon 

przeciwwstrząsowy. Co jeszcze? Nie mogę się skupić...  

Nigdy  nie  pracowała  w  takiej  sytuacji.  Nakładała  maskę  tlenową  na  twarz,  którą  kiedyś 

całowała,  szukała  Ŝyły  w  rękach,  które  trzymały  ich  nowo  narodzone  dziecko,  mówiła  w 

sposób uspokajający nie jako asystentka medyczna, lecz jako była Ŝona.  

–  Wszystko  będzie  dobrze,  Chris.  To  ja,  Hayley.  Słyszysz  mnie?  Mów  do  mnie,  Chris. 

MoŜesz otworzyć oczy? 

Z najwyŜszym trudem uniósł powieki. Z ulgą zobaczyła, Ŝe źrenice reagują.  

– Mów do mnie, Chris! Jęknął tylko.  

–  Max  namalował  dla  ciebie  obrazek  –  ciągnęła.  –  Chciałabym,  Ŝebyś  go  zobaczył.  Daj 

mi rękę. Muszę znaleźć Ŝyłę. – Nie przestawała mówić. – Gdzie się schowały te Ŝyły? 

Cieszyła  się,  Ŝe  otworzył  oczy,  choć  od  razu  znowu  je  zamknął.  Ale  przede  wszystkim 

była na niego zła.  

O  BoŜe,  jak  tego  nienawidziła!  Bywała  zła  juŜ  przedtem  na  pacjentów  –  narkomanów, 

pijanych  kierowców,  ludzi,  którzy  wzywali  karetkę,  kiedy  potrzebowali  jedynie  tabletki  od 

bólu  głowy  czy  bandaŜa,  ale  nigdy  nie  było  tak  jak  teraz.  Wszystko  się  w  niej  gotowało, 

sprawiało  ból,  gdy  tylko  pomyślała  o  Maksie,  powodowało,  Ŝe  ręce  jej  się  trzęsły  tak,  Ŝe 

wiedziała, iŜ nie zdoła wbić igły w zapadnięte Ŝyły.  

–  Lucas!  –  zawołała.  –  Ciśnienie  spada.  Tętno  nitkowate.  Nie  mogę  znaleźć  Ŝyły.  Czy 

druga karetka juŜ jedzie? 

– Wzywałem, ale pojechali do pacjenta. Wyjaśniłem sytuację. Nie wiem, kiedy tu dotrą.  

BoŜe,  dlaczego  właśnie  dziś  nie  ma  tu  Bruce’a!  Lucas  nie  ma  prawa  nawet  załoŜyć 

kroplówki. Kusiło ją, by mu kazać spróbować. Do diabła z przepisami! JuŜ nieraz widział, jak 

to się robi. PomoŜe mu, podpowie, jego ręce będą pewniejsze niŜ jej. Choć przy tych niemal 

niewyczuwalnych Ŝyłach doświadczenie mogło być sprawą Ŝycia i śmierci.  

Tylko ja mam doświadczenie.  

Ponowiła  próbę.  Nie  udało  się.  Jej  dłonie  wydawały  się  równie  bez  Ŝycia  jak  jego  Ŝyły. 

Chris jęczał i coś mamrotał. Cały  czas do niego mówiła,  gdy tymczasem straŜacy przecinali 

karoserię, by uwolnić jego nogi.  

background image

–  Chris,  wytrzymaj,  proszę!  –  Przeszła  jej  juŜ  cała  złość.  Czemu  ten  sprzęt  nie  pracuje 

ciszej? 

Musi to zrobić! Dla Chrisa. Dla ojca Maxa. Dla Maxa. Ręce przestały jej drŜeć, poczuła 

nagły  przypływ  adrenaliny  i  wreszcie  zdołała  wkłuć  się  w  Ŝyłę  i  podłączyć  kroplówkę  z 

ratującym  Ŝycie  preparatem  krwiozastępczym.  Ciśnienie  od  razu  się  podniosło,  Chris 

otworzył oczy.  

– Hayley... – wyszeptał. – Co z Maxem? 

– Nic, nic. Jest z moją mamą. Byłeś w samochodzie sam.  

–  Wybacz.  Nic  nie  pamiętam.  Nie  wiem,  co  się  stało...  Nagłe  usłyszała  nad  sobą  głos 

Byrona.  

– Pozwól, Hayley, ja się nim zajmę – oznajmił.  

–  To  ty?  –  Nie  posiadała  się  ze  zdumienia.  Delikatnie  dotknął  jej  ramienia.  Na  chwilę 

zamknęła  oczy.  Poczuła  jego  ciepło,  skórę  pachnącą  morzem.  Ciepło  i  zapach  męŜczyzny, 

którego kochała.  

– Druga załoga dostała pilne wezwanie – wyjaśnił. – Dyspozytorka powiadomiła szpital, 

ja przyszedłem o szóstej, powiedziano mi, Ŝe... Ŝe to Chris. W jakim jest stanie? 

– W porządku. Panuję nad sytuacją – odparła.  

– Nie, nie moŜesz zajmować się pacjentem, który jest ci tak bliski.  

– Mogę. Muszę – zaprotestowała. – To mój były mąŜ.  

–  Wiem  –  odparł.  –  I  właśnie  dlatego  nie  moŜesz.  JuŜ  nie  musisz.  Jestem  specjalistą  od 

reanimacji, nie pamiętasz? 

Jakaś  jej  część,  która  wciąŜ  zachowała  trzeźwość  myślenia,  wiedziała,  Ŝe  on  ma  rację. 

Skinęła  głową.  Wysunęła  się  z  rozbitego  auta,  robiąc  mu  miejsce.  Zrelacjonowała  mu 

pokrótce to, co dotychczas zrobiła, po czym cała adrenalina znów z niej odpłynęła.  

– Będziesz potrzebował mojej pomocy – dodała jeszcze słabszym głosem.  

Ale on tylko potrząsnął głową i delikatnie ją odsunął. Ktoś okrył ją kocem i podprowadził 

do samochodu policyjnego. Usiadła z tyłu i rozpłakała się. Nie pozwól mu umrzeć, BoŜe, nie 

pozwól umrzeć ojcu mego dziecka, modliła się.  

Nie wiedziała, ile czasu mogło upłynąć, zanim do samochodu podszedł Lucas.  

– Jedziemy – powiedział.  

– Co z nim? 

– W porządku. Przytomny. Trochę cierpi z bólu.  

–  Ból...  jest  dobry  –  rzekła  z  wysiłkiem.  Zabrzmiało  to  paradoksalnie,  ale  było  prawdą. 

Jeśli osoba jest powaŜnie ranna i nie odczuwa bólu, wtedy naleŜy się niepokoić.  

–  Doktor  Black  z  nami  jedzie  –  dodał  Lucas.  –  Helikopter  jest  juŜ  w  drodze.  Policja 

zawiezie cię do domu.  

– Nie! Jadę karetką! 

Wysiadła  z  auta  policyjnego  i  wsunęła  się  na  tył  karetki.  Byron  i  Chris  juŜ  tam  byli. 

Usiadła na małym krzesełku za kierowcą. Lucas włączył światło alarmowe i syrenę i pełnym 

gazem ruszył na autostradę. Trzymała Chrisa za rękę, nie bardzo zdając sobie z tego sprawę, 

co  robi  Byron,  choć  normalnie  potrafiłaby  z  zamkniętymi  oczami  wyliczyć  wszystkie  jego 

background image

czynności.  Tlen,  EKG,  ciśnienie  krwi,  morfina  na  uśmierzenie  bólu,  o  ile  ciśnienie 

odpowiednio wzrośnie, a pacjent jest przytomny.  

– Pojedziesz do Canberry, Chris – mówiła. – Ja z Maxem przyjedziemy jutro rano. Dziś 

nie jestem w stanie prowadzić. Max przywiezie ci swoje rysunki. Powiesimy je w pokoju w 

szpitalu, dobrze? 

Od  czasu  do  czasu  wycierała  łzy.  WciąŜ  płaczę,  pomyślała.  Płaczę  nad  Maxem,  nad 

Chrisem, i dlatego, Ŝe nie chcę sienna niego złościć...  

Jest zupełnie rozbita, stwierdził w duchu Byron. Wiedział, Ŝe były mąŜ wciąŜ nie jest jej 

obojętny.  Rozmawiali  na  ten  temat.  Chris  napomykał,  Ŝe  chciałby  do  niej  wrócić,  a  ona 

zastanawiała  się  nad  takim  rozwiązaniem.  Nie  zdawał  sobie  jednak  aŜ  do  tej  chwili  sprawy, 

jak silne muszą być te uczucia.  I nagle poczuł zazdrość. Doznawał jej wiele razy po śmierci 

Elizabeth, kiedy widział inne pary. Są szczęśliwi, a ja ją straciłem, myślał wtedy. I nic a nic 

nie  mogę  na  to  poradzić.  MoŜe  nie  było  to  uczucie  szlachetne,  ale  jakŜe  ludzkie.  Teraz  był 

zazdrosny o Chrisa, bo to jego Hayley kochała.  

Nie  mnie,  jego.  Ona  kocha  jego.  Ja  chcę...  Ŝeby...  kochała  mnie.  Tak  jak  ja  ją  kocham. 

Wielkie  nieba,  ja  ją  kocham!  To,  co  było  między  nami,  to  zaledwie  ułamek  tego,  czego 

pragnę, i duŜo czasu musiało minąć, Ŝebym uświadomił sobie, Ŝe to wprawdzie inne uczucie 

niŜ  to  sprzed  lat,  ale  równie  cenne  i  autentyczne.  Monica  ma  rację.  Nie  chciałem  tego, 

broniłem się, bałem, ale zdarzyło się i nic na to nie poradzę.  

A  ona  tonie  we  łzach  z  powodu  Chrisa.  Jego  stan  jest  powaŜny.  Ma  połamane  nogi  i 

chyba rozerwaną wątrobę.  

Byron walczył, by utrzymać stabilny stan rannego, Ŝycząc sobie, by kto inny był na jego 

miejscu, i walczył z absurdalną potrzebą wykrzyczenia do tego męŜczyzny: „PokaŜ, na co cię 

stać.  Ona  cię  kocha.  Tyle  bólu  jej  sprawiłeś.  Niech  przynajmniej  ten  wypadek  na  coś  się 

przyda. Obdarz ją taką  miłością, na jaką zasługuje. Powiedz to jej teraz! Ściśnij jej dłoń tak 

mocno, jak moŜesz, i powiedz!” 

Lucas  pędził  autostradą,  ani  na  chwilę  nie  zdejmując  nogi  z  gazu,  ale  Byronowi 

wydawało się, Ŝe wóz sunie koło za kołem. Były to najdłuŜsze minuty w jego Ŝyciu.  

Helikopter SouthCare czekał obok szpitala. Sanitariusze wnieśli Chrisa do środka. Hayley 

obserwowała,  jak  śmigłowiec  wznosi  się  w  powietrze.  Gdy  tylko  Chris  jako  tako  odzyska 

siły, powie mu, Ŝe juŜ za późno. Nie moŜe do niego wrócić. Chciałaby mieć juŜ tę rozmowę 

za sobą, ale wiedziała, Ŝe upłyną tygodnie, zanim Chris będzie do niej zdolny.  

– Hayley...  

Poczuła  delikatne  dotknięcie.  Odwróciła  się  i  padła  w  ramiona  Byrona.  Pragnęła,  by  ją 

ukoił, ale nie dał jej ciepła, którego pragnęła, nie przytulił. Odsunęła się.  

– Jutro pojadę – powiedziała z wysiłkiem.  

– Zawiozę cię.  

– Nie... Jeśli będzie trzeba... mama i tata ze mną pojadą. Zresztą, i tak pojadą – dodała. – 

Max jest za mały na to, Ŝeby przesiadywać w szpitalu. W kaŜdym razie dziękuję. – Otarła łzy 

wierzchem dłoni.  

– Nie mogłem patrzeć, jak płaczesz w karetce – powiedział. – Ten wypadek was zbliŜy. 

background image

Zadziała na twoją korzyść. Mówiłaś mi, Ŝe on tego chce. Nie musisz płakać.  

– Ale ja jestem na niego wściekła! – wybuchnęła.  

–  To  się  zdarza,  gdy  kogoś  naprawdę  kochamy.  W  takiej  chwili  jak  ta,  miłość 

przezwycięŜy wszystko.  

– Nie kocham Chrisa! Teraz go chyba nawet nienawidzę. Wiedział, jak ryzykuje. OŜenił 

się  ze  mną  i  nie  słuchał  moich  ostrzeŜeń!  Mówiłam  mu,  Ŝe  jeździ  za  szybko,  Ŝe  nie 

odpoczywa  w  czasie  podróŜy.  –  DrŜał  jej  głos.  –  Me  dawałam  mu  spokoju,  ale  on  mnie 

ignorował. Ten męŜczyzna, który dzwonił na pogotowie, mówił, Ŝe on pędził. A przecieŜ jest 

ojcem  i  gdyby  dzisiaj  zginął,  zostawiłby  mojego  synka  bez  ojca...  O  BoŜe,  nie  wybaczę  mu 

tego! 

Byron ujął jej dłonie i zaczął je delikatnie gładzić.  

–  Powiedz  mi  szczerze,  Hayley.  –  Popatrzył  jej  w  oczy.  –  Jesteś  zła,  bo  on  utrudnia  ci 

kochanie go, czy tak? A ty wciąŜ go kochasz.  

–  Kocham?  –  powtórzyła.  –  Ja...  on  jest  ojcem  Masa.  Na  swój  sposób  będę  go  zawsze 

kochać,  to  znaczy  przynajmniej  interesować  się  nim.  Szanować,  troszczyć  się  o  niego.  Ale 

jeśli chodzi ci o to, czy chcę znowu być z nim... Dlaczego chcesz to wiedzieć właśnie teraz? – 

zaśmiała się nerwowo. – Nie, nie chcę go z powrotem.  

Nagle przypomniała sobie, Ŝe nie miała poruszać tego tematu, Ŝe chciała, by Byron sądził, 

iŜ jej związek z Chrisem jest prawdopodobny. Był to rodzaj samoobrony z jej strony. Ale juŜ 

za późno. Była zbyt szczera.  

– Nawet nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić – dokończyła. Gdy milczał, dodała: – 

Byron? 

–  Wybacz  –  mruknął,  patrząc  jej  w  oczy.  –  Chcę  to  wiedzieć  teraz,  choć  wiem,  Ŝe  to 

najgorsza z moŜliwych chwil, bo to ma dla mnie... znaczenie, bo chcę, Ŝebyś...  

– Chcesz, Ŝebym cię kochała – nagłe do niej dotarło.  

–  Naprawdę?  Po  tym  wszystkim,  co  mówiłeś  o  naszym  związku

7

  śe  nie  moŜesz  mi 

niczego zaoferować ani obiecać? 

Podniosła na niego wzrok. Patrzył na nią w napięciu.  

–  Myliłem  się  –  odparł  po  chwili.  –  Mogę  ci  zaoferować  więcej,  tyle  Ŝe  nie  chciałem. 

Walczyłem.  Ale  stało  się  i  jest  to  tak  cudowne,  Ŝe  juz  się  nie  boję.  Mogę  ci  dać  wszystko, 

Hayley,  i  myślę,  Ŝe  jesteś  jedyną  kobietą  na  świecie,  która  moŜe  sprawić,  Ŝe...  pragnę  tego. 

Czy zgodzisz się na zmianę warunków umowy, jaką zawarliśmy? 

Objął  ją,  zapragnęła  poczuć  jego  wargi,  ale  postanowiła  zaczekać  i  kazać  jemu  czekać. 

To,  co  się  teraz  między  nimi  dokonało,  było  zbyt  waŜne,  by  zepsuć  to  pospiesznym 

działaniem.  

– Zmiana warunków umowy – powtórzyła, czując, jak serce jej wali. – A więc na jakie? 

Powiedz mi, Byronie.  

– Ja... cóŜ... muszę pomyśleć – odparł. – Sądzę, Ŝe są róŜne moŜliwości. Powinniśmy je 

najpierw przedyskutować.  

–  Podaj  mi  wersję  podstawową.  Wiesz,  Ŝe  my,  w  pogotowiu,  bardzo  przestrzegamy 

pewnych reguł.  

background image

Wiedział, Ŝe udaje pewną siebie. Czuł, Ŝe drŜy, poznał po jej oczach, co chce usłyszeć. I 

powiedział to.  

–  Hayley,  chcę,  Ŝebyś  za  mnie  wyszła.  NiewaŜne,  kiedy  to  nastąpi  i  gdzie.  Chcę  z  tobą 

Ŝ

yć  i  mieć  z  tobą  dziecko,  być  dobrym  ojcem  dla  Maxa  na  wypadek,  gdyby  Chris  nie 

spisywał się w tej roli jak naleŜy, chcę patrzeć, jak stajesz się matką dla Tori, jedyną moŜliwą, 

jaką mógłbym znaleźć, poniewaŜ musi to być kobieta, która i mnie odpowiada, a taką kobietą 

jesteś ty. Zgadzasz się? 

– Tak, och, tak. Zgadzam się. Kocham cię.  

Ujął  w  dłonie  jej  twarz,  pochylił  się  i  usta  ich  spotkały  się  w  namiętnym,  zachłannym, 

czułym pocałunku.  

– Co to jest, kochanie? – spytała matka Hayley, wskazując grubą kopertę, która leŜała na 

bufecie w kuchni.  

– Ach! To zaproszenie na ślub – odparła Hayley. – Przyszło dzisiaj, ale juŜ wiedzieliśmy 

o tym. Nie mówiłam ci? Nie zdecydowaliśmy jeszcze z Byronem, czy pojedziemy. Nie będzie 

tam dzieci, a więc Max i Tori musieliby zostać z tobą.  

– To Ŝaden problem. Matka Byrona mi pomoŜe. Uwielbia być z wnukami, jeśli ma obok 

siebie jeszcze jakąś osobę dorosłą.  

Pani Black po udarze nie odzyskała juŜ dawnej sprawności.  

– Tak, ale to będzie na krótko przed rozwiązaniem, więc chyba jednak nie pojedziemy.  

Hayley  połoŜyła  dłoń  na  brzuchu  i  poczuła  lekkie  kopnięcie.  Była  w  siódmym  miesiącu 

ciąŜy  i  bezustannie  spierali  się  z  Byronem  o  imię  dziecka.  A  Ŝe  nie  znali  jego  płci,  bitwa 

toczyła się na dwóch frontach.  

– A czyj to ślub? – zainteresowała się matka.  

– Chrisa.  

– Och.  

–  Poznał  kogoś  ponad  rok  temu  –  wyjaśniła  Hayley  –  kiedy  chodził  na  rehabilitację  po 

wypadku. Po sposobie, w jaki o niej mówił, zorientowałam się, Ŝe to coś powaŜnego.  

– I zaprosił ciebie i Byrona? – Matka popatrzyła na nią z niedowierzaniem.  

–  Cieszę  się,  Ŝe  to  zrobił.  Dla  dobra  Maxa.  To  lepiej,  jeśli  Max  wie,  Ŝe  obojgu  nam 

ułoŜyło się Ŝycie, Ŝe jesteśmy w dobrych stosunkach i Ŝe jesteśmy szczęśliwi.  

Zza okien dobiegł odgłos samochodu.  

– O, czy to Byron? – spytała Adele.  

– Pewno tak. Miał odebrać Maxa z treningu, a po obiedzie ja zawiozę Tori na balet. Ona 

jest  cudowna,  mamo  –  mówiła  dalej,  zniŜając  głos,  by  dziewczynka  nie  słyszała.  –  Nie  jest 

moŜe  wybitnie  utalentowana,  ale  kocha  taniec,  a  to  się  liczy.  Cieszę  się,  Ŝe  przestałam  juŜ 

pracować, bo dwoje sześciolatków w domu to aŜ nadto! 

– Poczekaj, aŜ będziesz miała jeszcze niemowlę – roześmiała się Adele.  

Byron  z  Maxem  weszli  do  kuchni.  Max  w  biegu  ucałował  Hayley  i  pognał  do  swego 

pokoju. Miał za sobą dzień pełen sukcesów, i w sporcie, i w nauce.  

Hayley czekała, by Byron wziął ją w ramiona i uścisnął, ale wyraz jego oczu mówił jej, 

Ŝ

e odkłada to na potem, kiedy będzie ją mógł obdarzyć czymś więcej.  

background image

Byli  małŜeństwem  od  półtora  roku  i  małŜeństwo  to  nadawało  sens  ich  Ŝyciu,  pozwalało 

spojrzeć na przeszłość z dystansu.  

– Witaj, B. J. – Adele podeszła do niego z szerokim uśmiechem na twarzy.  

Ona,  Monica  i  matka  Byrona  –  przyszłe  trzy  babcie  wspólnego  wnuka  –  rozumiały  się 

bardzo dobrze. Adele od razu zaczęła się do zięcia zwracać tak jak one, B J.  

– Witaj, Adele, zostaniesz? – spytał.  

–  Nie,  wstąpiłam  tylko  na  chwilę.  JuŜ  późno.  Wzrok  Byrona  padł  na  kremową  kopertę. 

Adele spojrzała na nią po raz drugi.  

– JuŜ późno... – powtórzyła, po czym dodała zdecydowanym tonem: – Nie, nie idźcie.  

Hayley  i  Byron  popatrzyli  na  nią  zdziwieni.  Dokąd  mają  nie  iść?  PrzecieŜ  to  ona 

wychodzi.  

– Zastanawiałam się. Zróbcie sobie wakacje przed narodzinami dziecka.  

– Czy ktoś moŜe mi powiedzieć, o co tu chodzi? – spytał Byron.  

– Nie jedźcie na ślub Chrisa – wyjaśniła Adele.  

–  Ach,  to  zaproszenie.  –  Byron  wziął  kopertę  i  odłoŜył  ją  z  powrotem,  nawet  nie 

zaglądając do środka.  

–  Jeśli  mam zostać  z  dziećmi,  to  wolałabym,  Ŝebyście  pojechali  sobie  gdzieś  we  dwoje. 

Od czasu miesiąca miodowego nie mieliście urlopu, a i on trwał zaledwie trzy dni. To ostatnia 

okazja przed przyjściem dziecka na świat.  

Byron i Hayley wymienili spojrzenia.  

– Pojedziemy? – spytała Hayley.  

– Tak.  

– Wszystko jedno dokąd? 

– Oczywiście, ale tylko we dwoje. Przytuliła się do niego, musnął ustami jej wargi.  

– Dobrze, mamo, bardzo chętnie... – zaczęła.  

Ale  Adeli  juŜ  nie  było.  Usłyszeli  jej  głos  dobiegający  z  pokoju  Tori.  Zegnała  się  z 

dziećmi. Musiała wymknąć się z kuchni niepostrzeŜenie albo om’ byli zbyt pochłonięci sobą, 

by to zauwaŜyć. Raczej to drugie, uznała Hayley. Na bufecie leŜało zaproszenie przedarte na 

pół, jakby zdając się mówić: Teraz nie macie juŜ wyboru.  

– Czy musiała to robić? – roześmiał się Byron.  

– Skąd, sama podjęłam decyzję.  

– Ja teŜ, kochanie.  

Wziął ją ponownie w ramiona i tym razem ich pocałunek trwał znacznie, znacznie dłuŜej.