background image

Lilian Darcy

Szczęście w nieszczęściu

background image

Rozdział 1

Wystarczyło zaledwie kilka sekund, żeby cały świat Lauren Van Shuyler 

zmienił się nie do poznania. Usłyszała krzyk jakiegoś mężczyzny:

– Uwaga na dźwig! Uważajcie na ten przeklęty dźwig!
Za późno. Dziewiętnastowieczna ceglana fasada domu runęła z hukiem 

na ziemię. Było chłodne majowe popołudnie i padał deszcz. Kilka platform z 
rozpadającego się rusztowania pofrunęło w powietrze niczym karty do gry.

– Cofnijcie się! Cofnijcie się! – zawołał ten sam męski głos.
Coś ciężkiego i ciepłego upadło na Lauren, powalając ją na ziemię. Ten 

ktoś – ponieważ było to ciało mężczyzny – potoczył się na nią, a potem 
pociągnął ją za sobą i przekręcił się jeszcze raz. Oboje runęli bokiem do 
zimnego, wąskiego kanału w niewykończonej betonowej podłodze budynku 
o   ułamek   sekundy   wcześniej,   zanim   spadło   na   nich   kilka   elementów 
rusztowania. Potem deszcz cegieł posypał się z głośnym łoskotem.

Lauren dusiła się, suchy i twardy jak kreda pył wypełniał jej usta i nos. 

Ostry   ból   przeszył   jej   nogę,   później   poczuła   dziwnie   kojące   ciepło,   a 
następnie stopniowe odrętwienie.

Nie mogła się poruszyć. Otaczał ją nieprzenikniony mrok, tak gęsty, że 

niemal namacalny. Poczuła łzy na policzku. Leżący obok niej mężczyzna na 
pewno   żył,   gdyż   czuła   drgania   jego   klatki   piersiowej.   Nigdy   dotąd   nie 
zaznała tak potwornego, obezwładniającego strachu.

–   Żyje   pani?   Nic   się   pani   nie   stało?   –   usłyszała   głos   leżącego   obok 

mężczyzny.

– Tak, żyję. – Z jej piersi wyrwał się suchy jak czkawka szloch. – Żyję.
– Dobre i to na początek.
– Czy to się skończyło? – spytała Lauren. – Ten... ten zawał?
Słyszała teraz jedynie ciężki, nieregularny oddech towarzysza niedoli. 

Chwyciły ją mdłości, chciała się skulić i objąć ramionami, ale nie mogła 
nimi poruszyć. Jedno ramię miała wyciągnięte wzdłuż betonowego kanału, 
drugie nienaturalnie wykręcone.

–   Nie   słyszę,   żeby   jeszcze   coś   spadało.   Może   pani   się   poruszyć?   – 

zapytał nieznajomy.

– Nie za bardzo.

background image

– Tak przypuszczałem.
Oboje pogrążyli się w ponurym milczeniu. Zmysły Lauren, nastawione 

na przetrwanie, były wyostrzone i czujne. Czuła na twarzy zimne powietrze. 
Oznaczało to, że kanał nie jest całkowicie zablokowany z obu stron.

Teraz, kiedy oczy Lauren przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegła nawet 

niewyraźne światełko, słabe i rozproszone. Lauren widziała również jakieś 
zamazane kontury – prawdopodobnie ramię i głowę nieznajomego.

Nie   mogła   jednak   zrobić   żadnego   ruchu.   Leżała   na   boku.   Jej   biodro 

pulsowało bólem, gdyż wpijał się w nie kamyk. Skórzany plecak, wciśnięty 
między   dolną   część   pleców   Lauren   i   ścianę,   zmuszał   ją   do   wygięcia 
kręgosłupa.

Roztrzaskane   drewno   z   częściowo   zmiażdżonych   desek   z   rozbitej 

platformy zraniło jej ramię. Pod klatką piersiową czuła leżącą płasko rękę 
mężczyzny. Jego kłykcie musiały boleśnie wpijać się w twardy beton.

– Czy uratował mi pan życie? – zapytała.
Instynktownie   starała   się   znaleźć   jakiś   punkt   oparcia   w   tym   nowym 

świecie.

– Chyba jeszcze za wcześnie na tego typu stwierdzenia – odparł kwaśno, 

siląc się na żart.

– Boję się.
– Ooch... proszę się nie bać, dobrze? Proszę... Lepiej zachować spokój.
– Jestem spokojna. – Jednak szczękała zębami ze strachu. Czuła, że zaraz 

jej strach przerodzi się w panikę.

– Zimno ci?
– Nie jestem ubrana na taką okazję.
Roześmiał się cicho.
– Brawo! Nie wiedziałem, że istnieje strój przeznaczony do leżenia pod 

kupą gruzu – Chciałam powiedzieć, że nie jestem... że mam na sobie tylko 
cienką bluzkę. Zimno mi.

– Może i trochę zmarzłaś, ale nic nam nie będzie.
– Ramię mi drętwieje.
– Spróbujmy się poruszyć.
– Jak?
– Podstawą zespołowego działania jest planowanie i dobra współpraca.
Usiłowała się roześmiać, ale zabrzmiało to żałośnie.
– A co powiesz na wyznaczenie jakiegoś celu? – mruknęła.

background image

– Dobry pomysł. Ja przede wszystkim chciałbym wydostać palce spod 

twoich pleców. Masz bardzo wystające żebra!

– Ja... ja ostatnio straciłam trochę na wadze. I mam na imię Lauren.
– W porządku, Lauren. W ogóle nie zmieścilibyśmy się tutaj, gdybyś 

ważyła pięć kilogramów więcej.

– A ty? Jak masz na imię?
– Lock.
– Lock, czy mogę poruszyć ramieniem?  – Wydawało się tak zimne i 

martwe jak marmur. – I przesunąć plecak? Uwiera mnie.

– Czy właśnie to wyczuwam czubkami palców? Jest ze skóry, prawda?
– Tak.
– Masz w nim coś przydatnego? Jedzenie łub coś do picia?
– Trochę wody mineralnej i tabliczkę czekolady.
– A więc wybrałem odpowiednią osobę do uratowania, co?
– Tylko że ty mnie nie wybrałeś. To wszystko jedynie nieszczęśliwy 

zbieg okoliczności.

– Nie, nie wybrałem cię. Do diaska, to było instynktowne! Krzyknąłem 

do   pozostałych   i   wepchnąłem   cię   tu,   ponieważ   tylko   ciebie   mogłem 
dosięgnąć. Tylko ty i ja staliśmy pod tym przeklętym dźwigiem.

– Pracujesz na tutejszej budowie?
– Nie, tylko ją odwiedziłem. Ładne powitanie, nie ma co. A ty?
– Ja też dopiero przyjechałam. Szukałam kierownika. Czy inni zdołali w 

porę uciec?

– Nie wiem. Kilku na pewno, ale chyba nie wszyscy.
Oboje znowu zaczęli nasłuchiwać. Żadnych głosów.
Żadnych okrzyków. Żadnego ruchu.
Ile   czasu   minie,   zanim   nas   stąd   wyciągną?   –   Lauren   nie   wiedziała, 

dlaczego zdaje się na jego sąd w tej sprawie. Skąd mógł znać odpowiedź?

On jednak potraktował jej pytanie poważnie.
– Nie wiemy, ile gruzu na nas spadło, jak stabilne jest to miejsce i kogo 

jeszcze zasypało.

– Nie, oczywiście, że nie. Przepraszam, to było głupie pytanie.
– Nie ma sprawy. Wiesz, zajmijmy się wydostaniem tej czekolady.
Wykonali   to   tak,   jak   się   umówili.   Wyznaczyli   cel,   ułożyli   plan   i 

porozumiewali się przez cały czas. Najpierw musieli wydostać jego rękę 
spod jej pleców. Lauren poczuła, że jego dłoń się ześlizgnęła wzdłuż jej 

background image

boku i zatrzymała w dole brzucha. Jęknął.

–   Mam   nadzieję,   że   nie   będzie   gorzej   –   stwierdził.   –   Możesz   teraz 

przesunąć ramię?

–   Myślę,   że   tak.   –   Roześmiała   się   i   w   jej   śmiechu   oboje   usłyszeli 

histeryczną nutę.

–   Hej,   tylko   spokojnie   –   powiedział   łagodnie,   chcąc   ją   uspokoić.   – 

Obejmij mnie, dobrze?

– Dobrze. – Pod miękką, bawełnianą koszulą wyczuła twarde mięśnie. 

Kiedy odzyskała władzę w ramieniu, poczuła bolesne mrowienie.

– Dobrze, teraz spróbuję wyciągnąć plecak spod twoich barków.
– Proszę! Powiedz mi, co powinnam zrobić.
Powoli i mozolnie zmieniali pozycje, niemal w kompletnej ciszy.
– Mam czekoladę! – oświadczył wreszcie Lock triumfalnie.
– Chce mi się pić. Powinniśmy byli najpierw wyjąć wodę.
– Po czekoladzie będziesz miała jeszcze większe pragnienie.
– Słusznie – przyznała.
– Masz – odezwał się Lock.
Poczuła, że nieporadnie wepchnął jej kawałek czekolady do ust. Zdołała 

przełknąć gęstą i lepką masę.

– Och! – jęknęła, walcząc z odruchem wymiotnym.
– Wody, proszę!
– Nie mogę się do niej dostać. Nie zwymiotujesz, prawda? – A potem 

warknął, jak gdyby wydawał rozkazy:

–   Oddychaj!   Głęboko!   Nie   myśl   o   niczym  innym.   Po   prostu   nabierz 

powietrza, zatrzymaj je w ustach, wypuść.

Spokojnie. A potem jeszcze raz.
Posłuchała go i od razu poczuła się o niebo lepiej.
– Dzięki – powiedziała.
– Już dobrze?
– Jestem w ciąży – wyznała nagle i zaczęła drżeć na całym ciele. – Mój 

Boże, jestem w ciąży. Jak to wpłynie na moje dziecko?

W jej pytanie wdarł się nagle  ryk syren,  początkowo słaby, a potem 

coraz bardziej przeraźliwy i coraz głośniejszy.

– Od jak dawna? – zapytał na tle rosnącej wrzawy.
–  Pięć   i  pół   tygodnia,  jeśli   wierzyć   lekarzowi.  –   Uchwyciła   się   jego 

koszuli, nieco poniżej pasa. – Wiem o tym na pewno dopiero od ostatniego 

background image

weekendu. Nie chcę stracić dziecka!

– Nie stracisz! – Objął ją mocno. – Wszystko będzie w porządku. Nie 

zrobiłaś   sobie   nic   w   brzuch,   jest   mocno   przyciśnięty   do   mojego.   Masz 
skurcze?

– Nie, nic takiego – wyjąkała.
– Twoje maleństwo rośnie sobie tam w środku i świetnie się czuje.
– Skąd wiesz? – zapytała szorstko. – Nie jesteś lekarzem, prawda?
– Nie, ale mam dzieci – odparł. – Dwóch chłopców, bliźniaków.
– Twoja żona na pewno się zamartwia.
– Nie, ona umarła. Kilka miesięcy temu.
–   Och,   tak   mi   przykro.   To   musiało   być   dla   ciebie   straszne!   Nie 

pomyślałam...

– No tak, ale nie mówmy o tym – odparł oschle. – Dręczy mnie raczej 

poczucie winy niż żal.

Tylko pięć słów, jakże jednak znaczących. Dlaczego ten mężczyzna czuł 

się winny? Dlaczego nie potrafił opłakiwać żony?

– Teraz chłopcami opiekuje się moja mama. Będzie zrozpaczona, jeśli 

coś mi się stanie.

– Dobry Boże, pomóż nam...
– Przyjechali ratownicy – szepnął, gdy wycie syren zaczęło cichnąć.
– Jak nas znajdą?
–   Kiedy   tylko   wyłączą   te   wszystkie   syreny,   zacznę   wrzeszczeć.   Nie 

przestrasz się.

– Ja też mogę krzyczeć.
– Wtedy po prostu wzajemnie się ogłuszymy.
Lecz chociaż krzyczał wniebogłosy przez pięć minut lub dłużej, nic nie 

wskazywało na to, że ktokolwiek go usłyszał.

–   Beton   niezbyt   dobrze   przewodzi   dźwięki   –   powiedział   w   końcu,   a 

potem usłyszeli łoskot cegły spadającej w niewielkiej odległości. Lock z 
sykiem   wciągnął   powietrze.   –   Fatalnie.   Możemy   zostać   tu   jakiś   czas 
oznajmił, potwierdzając jej obawy. – Całą noc albo dłużej.

Zaczęła się trząść.
– Całą noc? Nie, to za długo! Moje dziecko...
– Spokojnie.
Lock zdołał przytknąć butelkę z wodą do jej ust. Lauren upiła łyk, a 

potem zaczęła opowiadać. Nie obchodziło jej, czy dobiera właściwe słowa. 

background image

Nie przejmowała się tym, że całej historii nie wyznała dotąd nikomu, nawet 
najlepszym przyjaciółkom.

Może   właśnie   dlatego,   że   to   jedna   z   nich,   Corinne,   przedstawiła   ją 

Benowi Devesonowi. Może to z tego powodu Lauren nic jej nie wyjawiła. 
Nic o powracającym często przekonaniu, że tak naprawdę to nie ona jest 
zaręczona z Benem i będzie miała z nim dziecko. Nic o wrażeniu, że istnieją 
dwie Lauren, z których jedna uczestniczy we wszystkich przygotowaniach 
do   wspaniałego   wesela,   podekscytowana   i   zaangażowana,   druga   zaś 
obserwuje to wszystko z boku, zmagając się z nieznośnym bólem serca.

Która z tych dwóch Lauren jest prawdziwa?
A teraz zdradziła swą tajemnicę zupełnie obcemu mężczyźnie. Może był 

ostatnim człowiekiem, z którym dane jej będzie porozmawiać?

Panika i strach przed utratą dziecka zakrawały na ironię, gdyż Ben go nie 

chciał. I to właśnie sprawiało jej największy ból. Postawa ojca dziecka nie 
dawała jej spokoju przez cały tydzień, odkąd w ostatni weekend powiedziała 
mu o ciąży, kilka godzin po zrobieniu testu.

–   Musiałam   o   tym   wiedzieć   –   wyrwało   się   jej.   –   Podświadomie 

musiałam wiedzieć, że Ben tak zareaguje, ponieważ nie powiedziałam mu 
od razu. Zrobiłam to, dopiero gdy już byłam pewna. A wówczas...

Dokładnie zapamiętała jego słowa.
– Dobry Boże! Jak, do licha, mogłaś do tego dopuścić?! – wykrzyknął ze 

złością.

– Wiem, że to trochę wcześniej, niż planowaliśmy...
–  Właśnie,   do  wszystkich   diabłów!  Mówiliśmy  o  trzech  lub  czterech 

latach, najpierw mieliśmy nacieszyć się życiem.

– Myślę, że będziemy musieli jakoś to zaakceptować, ale... Och, Ben, 

mamy dziecko. Nie uważasz, że to prawdziwy cud?

– Uśmiechnął się z przymusem, wybąkał drętwo kilka słów o tym, jaki 

jest szczęśliwy.

– I to wszystko dokładnie takim samym tonem opowiadała teraz obcemu 

mężczyźnie – jakiego używa, kiedy mówi mi, jak wspaniale było nam ze 
sobą w łóżku.

Tylko   że   rzeczywistość   była   inna.   Opowiedziała   Lockowi   również   o 

tym. Wyznała, że współżycie z Benem nie dawało jej satysfakcji, przyznała 
się do początkowych wątpliwości.

– Zgodziłam się z nim sypiać dopiero po zaręczynach. Nie było dobrze, 

background image

ale miałam nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży. To moja wina. Muszę 
nad tym popracować. Powinnam była zdać sobie sprawę, że ja...

  –   urwała,   a   potem   dodała   z   wahaniem:   –   Oczywiście,   kocham   go. 

Straciłam dla niego głowę. On nie jest ideałem, ale tacy zdarzają się tylko w 
książkach. Pobieramy się za pięć dni. Chcę mieć rodzinę. Pragnę tego! Och, 
moje dziecko! – jęknęła rozpaczliwie.

Wielkie   nieba,   co   mam   zrobić,   żeby   przestała   o   tym   myśleć?   – 

przemknęło Danielowi przez głowę. Chyba jest w szoku. Znienawidzi siebie 
samą za to, że mi to wszystko opowiedziała.

Za każde bolesne, rozdzierające serce słowo. Był tego pewny, ponieważ 

sam już się znienawidził za pięć krótkich słów, które mu się wypsnęły, gdy 
wspomniał o śmierci żony. „Bardziej poczucie winy niż żal".

Dobry Boże, jak to się stało, że tak szybko zaczęli się sobie zwierzać, 

zdradzając najgłębiej skrywane uczucia?

Lauren Van Shuyler przyjechała na plac budowy jakąś godzinę temu. 

Zobaczył ją z okna biura, gdzie przeglądał plany.

Wiedział, że to Lauren Van Shuyler, córka i spadkobierczyni właściciela 

olbrzymiej   korporacji   zajmującej   się   produkcją   artykułów   żelaznych   i 
wyposażenia   domów.   Przyjechała,   by   obejrzeć   budowę   najnowszego 
magazynu swej firmy.

Zaintrygowała   Daniela,   toteż   pod   byle   pretekstem   wybiegł   na   plac 

budowy. Ojciec Daniela był sierżantem w plutonie ojca Lauren i chociaż 
później   panowie   nie   utrzymywali   ze   sobą   stosunków   towarzyskich,   nie 
zapomnieli   o   łączącej   ich   więzi.   Kiedy   John   Van   Shuyler   usłyszał   o 
rozwijającej   się   firmie   Daniela,   wybrał   ją   do   zainstalowania   systemu 
bezpieczeństwa w nowym budynku.

Lauren   zaparkowała   swoje   kosztowne   sportowe   auto   na   zakręcie   i 

pomaszerowała raźno przez poorany koleinami  teren budowy. Wyglądała 
wspaniale w eleganckich czarnych spodniach i ciemnoczerwonej jedwabnej 
bluzce, która podkreślała jej lśniące, kasztanowe włosy i jasną cerę. Ktoś 
podał jej kask, lecz niestety nie zdążyła już go włożyć.

Sekundę później operator dźwigu pozwolił sobie na karygodną chwilę 

nieuwagi... Daniel w ostatniej chwili porwał Lauren w ramiona i przetoczył 
się wraz z nią do dołu.

Teraz   na   łydce   wyczuwał   lepki   płyn   przesączający   się   przez   jego 

znoszone dżinsy. Podejrzewał, że to krew – jej krew – nie chciał jednak o 

background image

tym mówić. Lauren o niczym nie wspomniała. Może nawet nie wie, że jest 
ranna.

Dotyk   jej   ciała   był   taki   przyjemny,   tak   ładnie   pachniała.   Rękoma 

wyczuwał   jedwab   i   len,   wciągał   w   nozdrza   zapach   jaśminu   i   kwiatów 
pomarańczy. Ile czasu upłynęło, odkąd był tak blisko z jakąś kobietą? Chyba 
dużo.   To   by   wyjaśniało   jego   gwałtowne   podniecenie.   Becky   umarła 
dokładnie cztery miesiące temu, ale przedtem nie uprawiali miłości przez 
wiele miesięcy.

Nagle zatęsknił za synkami. Uwielbiał ich.
Nie przestawał też myśleć o narzeczonym Lauren. Chętnie powiedziałby 

temu łajdakowi kilka słów do słuchu.

Czuł,   że   Lauren   drży.   Chciałby   ją   objąć   mocniej,   uspokoić,   dodać 

otuchy, ale to było niemożliwe.

Uzmysłowił sobie, że Lauren nie wie, kim on jest. Przedstawił się jej 

jako   Lock.   Wszyscy   przyjaciele   tak   go   nazywali,   a   także   najbliżsi 
współpracownicy i wspólnicy. Nawet jego matka od czasu do czasu używała 
tego imienia. Lecz formalnie był Danielem Lachlanem, a to nazwisko nie 
mogło być Lauren obce.

– Przestań mówić, odpocznij teraz – poprosił ją.
– Wiesz, zależy mi tylko na dziecku. Tata jeszcze o niczym nie wie. Od 

dawna chciał mieć wnuczkę lub wnuka...

– Przestań się zamartwiać.
– Proszę, pomóż mi. Wciąż się trzęsę i nic nie mogę na to poradzić.
– Wiem, ale zaraz ci przejdzie.
– Ponieważ nie mogę przestać myśleć, że Ben ucieszyłby się, gdybym 

straciła...

I nagle Daniel zrozumiał, że tylko w jeden sposób może ją uciszyć. To 

nie   wymagało   wielkiego   wysiłku.   Powstrzymał   potok   jej   zbyt   szczerych 
słów żarliwym pocałunkiem.

background image

Rozdział 2

Usta Locka przywarły do jej ust; miały smak ceglanego pyłu i czekolady. 

Lauren jęknęła na znak protestu. Była zaręczona z Benem. Ten mężczyzna 
był dla niej obcy, nie znała go.

Lecz   zanim   zdołała   oderwać   usta   lub   odwrócić   głowę,   stało   się   coś 

niezwykłego. Konwulsyjne drżenie jej ciała stopniowo ustało. Zalała ją fala 
słodyczy, radosnego uniesienia. Pocałunek Locka nie miał nic wspólnego z 
seksem czy zdradą. Po prostu był... samym życiem.

Wargi   Locka   poruszały   się   coraz   wolniej.   Pozwolił   jej   odetchnąć. 

Mogłaby   coś  powiedzieć,  zaprotestować,   oburzyć  się.  Jednak  nie  zrobiła 
tego. Sekundę później usta Locka znów musnęły jej wargi...

Mogłoby   to   trwać   wiele   godzin.   Tkwili   w   ciasnej   przestrzeni,   która 

wyostrzała ich zmysły. Oboje jednak stracili poczucie czasu. A potem hałas 
pracujących   maszyn   zaczął   narastać   i   całkiem   blisko   usłyszeli   zgrzyt   i 
chrzęst.

Lock   gwałtownym   ruchem   cofnął   głowę.   Lauren   usłyszała   odgłos 

uderzenia o beton i jęknęła. Otworzyła oczy, nie mogąc sobie przypomnieć, 
kiedy   je   zamknęła.   Wokół   panowała   czarna   jak   atrament,   aksamitna 
ciemność. Na zewnątrz zapewne zapadła noc.

– Twoja głowa – powiedziała.
–   Nic   mi   nie   jest   –   odparł   szybko.   Mówił   niewyraźnie,   lekko 

zachrypniętym głosem.

Dobiegł ich ryk syreny. Nasłuchiwali, trwając nieruchomo i milcząco 

przez kilka minut. Lauren było potwornie zimno. Cienka bluzka przylgnęła 
do niej jak warstwa szronu.

Pochyliła głowę i przycisnęła czoło do klatki piersiowej Locka. Objął ją 

mocniej, czuła, że szuka właściwych słów.

– Posłuchaj, ja... To był... taki impuls.
– Wiem.
– Wygląda na to, że oboje tego potrzebowaliśmy. Aby poczuć, iż nadal 

żyjemy.

– Tak, ja odebrałam to tak samo.
– Więc nie gniewasz się na mnie?

background image

– Czy moje usta stawiały opór?
– Nie. Twoje usta to najlepsza rzecz, jakiej skosztowałem od dawna. 

Myślę, że mówiły wierszem, śpiewały.

– W takim razie stworzyliśmy duet.
– Uhmm,  ale teraz twoje czoło wbija mi się w obojczyk. To już nie 

poezja. Myślałem, że żałujesz tego, co się stało.

–   Nie,   nie   żałuję,   chociaż   cieszę   się,   że   się   skończyło.   Będę   miała 

dziecko   z   Benem.   Nie   powinnam...   napawać   się   smakiem   ust   innego 
mężczyzny, nawet jeśli my nie... jeśli nigdy nas nie...

– Przeżyjemy, Lauren. Wydostaniemy się stąd. Posłuchaj, ratownicy są 

coraz bliżej!

– A jeśli popełnią jakiś błąd?
– Nie popełnią.
– Operator dźwigu popełnił.
– Ten facet był skończonym idiotą. Słyszałem, jak kierownik wspomniał, 

że chce go zwolnić.

– Szkoda, że nie zrobił tego w zeszłym tygodniu!
Oboje roześmieli się niepewnie.
– Powiedz mi, jak się nazywasz. Chcę poznać twoje imię i nazwisko.
– Nie, nie musisz wiedzieć o mnie nic więcej.
– Dlaczego?
– Dlatego, że kiedy jutro rano obudzisz się w jakimś szpitalu, będziesz 

naprawdę żałowała, że tak wiele mi o sobie opowiedziałaś dziś wieczorem – 
wyjaśnił.   –   Ludzie   często   żałują,   że   obnażyli   duszę   przed   niewłaściwą 
osobą. To może wyrządzić nieodwracalną szkodę. Wiesz, ja też żałuję kilku 
rzeczy, o których ci powiedziałem dziś wieczorem.

– Nie będę niczego żałowała – odparła. – Musiałam komuś opowiedzieć 

o tym wszystkim. O dziecku i całej reszcie. Dusiłam to w sobie od dawna.

– Tak, o dziecku. Ale nie o całej reszcie.
– Powiedz mi, kim jesteś.
– Nie, ponieważ nie chcę, żeby dzisiejszy wieczór stał się jeszcze gorszy, 

rozumiesz? I kiedy się stąd wydostaniemy, natychmiast zniknę.

– Nie uda ci się. Będą chcieli cię zbadać.
– Myślę, że to ty jesteś ranna i potrzebujesz pomocy lekarskiej.
– Chodzi ci o moją nogę? – spytała całkiem spokojnie. – Skąd wiesz?
– Czułem, jak coś ciepłego wsiąka w moje dżinsy. Zrozumiałem, że to 

background image

musi być krew, twoja krew. Jeśli ty też o tym wiedziałaś, czemu nic nie 
powiedziałaś?

– Nie chciałam cię niepokoić – wyjaśniła.
Jej   spokój   i   odwaga   napełniły   go   podziwem.   Ta   kobieta   nie   była 

lekkomyślną trzpiotką, żyjącą beztrosko i przyjemnie dzięki sukcesom ojca. 
Wszyscy wiedzieli, że John Van Shuyler zamierzał przekazać jej kontrolę 
nad rodzinną firmą w ciągu najbliższych pięciu lat. Z pewnością Lauren 
dorosła do tego zadania.

– Noga szybko zdrętwiała i przestała boleć – ciągnęła. – Zresztą i tak nic 

byś nie mógł zrobić. A teraz podaj mi swoje nazwisko.

– Nie. Porozmawiajmy o czymś innym.
– Na przykład?
– Jaka jest twoja ulubiona potrawa?
Westchnęła.
–   No   cóż,   zrobimy,   jak   chcesz.   Najbardziej   lubię   grochówkę.   Moja 

matka   często   gotowała   ją   w   zimowe   wieczory   i   podawała   z   gorącymi 
grzankami.

– Chętnie zjadłbym teraz coś takiego.
– A twoje ulubione dania?
– Ulubione dania? Wszystko, czego nie wolno dawać niemowlakom!
– Co za wyrafinowany gust.
– Przez ostatni rok miałem kaszkę dla dzieci na wszystkich ubraniach. 

Tak   naprawdę   uwielbiam   pizzę   z   grzybami   i   cebulą,   oczywiście   po 
rozmrożeniu.

I   znów   wydawało   się,   że   rozmawiają   tak   godzinami.   Ulubiony   film. 

Ulubiona pora roku. Ulubiony sport. Czasami zgadzali się, a czasami nie, ale 
liczyła się tylko wymiana myśli i porozumienie.

Ponownie   usłyszeli   zgrzyty,   przytłumione   okrzyki,   a   potem   znów 

zapadła cisza. Wreszcie, po długim czasie, słabiutki promyk bladego światła 
przebił się przez mrok. Lock krzyknął i tym razem otrzymał odpowiedź.

– Jesteśmy tutaj, idziemy do ciebie, kolego! – Och, jak dobrze było znów 

usłyszeć ludzki głos, tę wątłą więź z resztą świata.

– Jest nas dwoje! – odkrzyknął. – Lauren jest ranna w nogę!
Zadawano im pytania i dodawano otuchy. Rozmawiał z nimi mężczyzna 

o imieniu Kyle.

– To już nie potrwa długo – obiecał im wreszcie Kyle.

background image

Jego głos dobiegał z daleka. – Ponieważ tak grzecznie czekacie, poślemy 

wam trochę ciepła, dobrze?

Po kilku chwilach Daniel poczuł delikatne muśnięcia powietrza, które 

najpierw stało się letnie, a potem ciepłe.

–   Uważajcie   na   złamaną   platformę   nad   naszymi   nogami   –   ostrzegł 

Kyle'a.

– Znowu włączamy maszyny – uprzedził ich Kyle. – Będziemy robić 

przerwy co kilka minut, żeby sprawdzić, co z wami.

–   W   porządku!   –   odkrzyknął   Daniel.   Maszyny   ponownie   zaczęły 

hałasować. Przekrzykując ich warkot, powiedział pośpiesznie do Lauren, jak 
gdyby już nie mógł dłużej zwlekać: – Nie wychodź za Bena. Jeśli czujesz, że 
coś jest nie tak, nie rób tego. W ten sposób wcale nie pomożesz dziecku.

– Lauren długo nie odpowiadała. Wyczuł, jak bardzo jest spięta.
– Nie możesz tak do mnie mówić – odrzekła w końcu.
– Czemu nie?
– To nie fair.
– Po tym wszystkim, co mi opowiedziałaś?
– To nie fair – powtórzyła i głos jej lekko zadrżał. – Nie chcę tego 

słuchać. Ja muszę... ja chcę wyjść za Bena.

– No dobrze, już dobrze.
– Proszę, powiedz mi, kim jesteś.
– Nie.
– Potrafię cię odnaleźć. – Ta groźba była dziwną mieszaniną pewności 

siebie i bezradności.

To   oczywiste,   że   może   mnie   odnaleźć,   pomyślał   Daniel.   Bez   trudu, 

ponieważ zawarłem umowę z firmą jej ojca.

– Zrobiłabyś to? – zapytał cicho. – Po co, skoro nigdy więcej się nie 

spotkamy?

– Zrobiłabym to, ponieważ nie chcę, żebyś podejmował za mnie decyzje 

w sprawach dotyczących uczuć, Lock. To ja postanowię, czy będę żałować 
wszystkiego, co powiedziałam. Podaj mi swoje nazwisko!

– Nie.
Milczała całą minutę, zanim powiedziała:
–   To   nie   chodzi   tylko   o   mnie,   prawda,   Lock?   Ty   też   chciałbyś 

zapomnieć, że wyjawiłeś mi pewien sekret...

– Tak – przyznał, a raczej warknął niechętnie.

background image

– W porządku... – odrzekła powoli. – W porządku.
I   zanim   się   zorientował,   zbliżyła   twarz   do   jego   twarzy   i   przywarła 

wargami do jego ust.

Odpowiedział na jej pocałunek. Do diabła, nic nie mógł na to poradzić! 

Była tak blisko. Jego ramię leżało na jej żołądku, a jej ręka spoczywała na 
jego ramieniu. Piersi Lauren przywarły do jego klatki piersiowej.

Po   kilku   sekundach   usłyszał   ciche,   lekkie   westchnienie   i   poczuł,   że 

Lauren odsunęła usta.

– Ty już wiesz, kim jestem – oświadczyła. – Wiedziałeś od początku. W 

tym właśnie tkwi problem, co?

– Dlaczego mnie znów pocałowałaś?
– Najpierw odpowiedz na moje pytanie. Zawahał się.
– Chroniłem cię.
Czy   to   był   najważniejszy   powód?   A   może   to   poczucie   winy.   Jego 

poczucie winy. Bardziej poczucie winy niż żal...

– Chroniłeś mnie? – powtórzyła Lauren. – Tylko dlatego? Na pewno?
– Chroniłem sam siebie – przyznał.
– Ponieważ czujesz się winny, że nie opłakiwałeś swojej żony?
– Tak. A ty jakbyś się czuła na moim miejscu?
– Nie wiem. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
– Uwierz mi, czuję się winny.
Oczy   go   zapiekły   i   z   całej   duszy   zapragnął   powiedzieć   jej   więcej, 

wyjawić wszystko. Zacisnął usta tak mocno, że poczuł smak krwi.

Dlaczego czuł potrzebę otwarcia się przed tą obcą kobietą, skoro nigdy 

nie   wyznał   prawdy   ani   matce,   ani   starszej   siostrze,   ani   najlepszemu 
przyjacielowi. Mama nadal chodziła wokół niego na paluszkach, jak gdyby 
jego serce umarło wraz ze śmiercią Becky. Nigdy nie wyjawił mamie, że 
ożenił się z Becky jedynie z poczucia obowiązku, i nigdy tego nie wyjawi. 
Takie   zasady   wpoił   mu   ojciec.   Prawdziwe   bohaterstwo   to   nie   tylko 
odpowiednie postępowanie, lecz także nieobnoszenie się ze swym czynem. 
Jednak w tej sprawie chodziło o coś więcej. Nie chciał się przyznać mamie, 
jakim był głupcem. Bo tylko idiota zdecydowałby się na romans z szefową.

Do licha, od samego początku wiedział, że podoba się Becky. Zawsze 

miał powodzenie u płci pięknej, odkąd skończył piętnaście lat. To właśnie 
wtedy wystrzelił w górę na ponad metr osiemdziesiąt i pozbył się trądziku. 
Szesnastoletnie przyjaciółki jego siostry Helen, o wiele dojrzalsze od niego, 

background image

nagle dostrzegły w nim mężczyznę.

Nie miał wtedy pojęcia, co się dzieje. Za każdym razem oblewał się 

gorącym rumieńcem i czuł się bardzo niezręcznie. Nawet parę lat później, 
kiedy już wydoroślał, nadal nie lubił kobiecej kokieterii i zalotów.

Od lat młodzieńczych nie  umiał  radzić sobie  z kobietami,  które zbyt 

otwarcie się nim interesowały. Po prostu czuł do nich obrzydzenie, bał się 
ich.

Aż do śmierci taty...
Becky wiedziała, jak ukoić jego ból. Była troskliwa, łagodna, ostrożna. 

Zaprzestała jawnego flirtowania. Porzuciła łatwe do przejrzenia manewry, 
żeby   zostać   z   nim   sam   na   sam   w   pracy   po   godzinach.   Zamiast   tego, 
poświęciła   całe   swoje   niemałe   zasoby   energii   na   przewidywanie   jego 
rzeczywistych potrzeb.

Na pewnym firmowym przyjęciu wypiła trochę za dużo  i zrobiła się 

płaczliwa. Daniel uznał, że to jest urocze.

Odwiózł ją do domu i położył do łóżka. Jakże żałował tego, co się potem 

stało! Po miesiącu okazało się, że Becky „pomyliła" się i zaszła w ciążę. Nie 
tylko ona się pomyliła.

Powinien był zaufać swoim pierwszym, instynktownym odczuciom. Nie 

należało iść z Becky do łóżka. Nie powinien był rozklejać się po śmierci 
ojca. Nie do tego stopnia, by zapomnieć o zdrowym rozsądku i instynkcie 
samozachowawczym.

– Dlatego mnie okłamałeś – powiedziała w końcu Lauren.
– Nie okłamałem.
– Nie?
–   Ja   nigdy   cię   nie   okłamałem.   Po   prostu   nie   powiedziałem   ci   całej 

prawdy.

– Ani nie podałeś mi twojego pełnego imienia i nazwiska.
– Właśnie tak. Dlaczego znów mnie pocałowałaś?
–   Ponieważ   chciałam   ci   udowodnić,   że   niczego   nie   żałuję.   Jak   się 

nazywasz?

– Lock – odpowiedział przez zaciśnięte zęby. – Przykro mi, ale dla ciebie 

nadal   nazywam   się   Lock.   W   każdym   razie   później   nie   będziesz   mogła 
twierdzić, że nie próbowałem ułatwić nam obojgu zakończenia tej sprawy.

Hałas ucichł. Jeszcze raz dotarł do nich z oddali głos Kyle'a.
– Przepraszamy  za hałas.  Prawie do was dotarliśmy. , Z wami  nadal 

background image

wszystko w porządku?

– Nic nam nie jest – odrzekł Lock.
– Lauren?
– Tak, jestem tutaj. Czuję się dobrze.
Poczuli teraz wibracje wywołane pracą maszyn. Potem usłyszeli jakiś 

krzyk i warkot maszyn znów ucichł.

– Lauren, Lock, zostały już tylko platformy. Jest ich cztery, zachodzą na 

siebie, musimy działać ostrożnie.

Minęło   pięć,   może   piętnaście   minut.   Nad   ich   głowami   rozległ   się 

ogłuszający zgrzyt. Lauren mocno zacisnęła powieki, gdy nagle zalało ich 
jaskrawe, oślepiające światło reflektorów.

Jej ciało od pasa w dół nadal tkwiło pod ostatnią roztrzaskaną platformą. 

Próbowała otworzyć oczy, lecz oślepiające światło nadal padało prosto na jej 
twarz. Otaczali ich jacyś ludzie, ratownicy w mundurach, sanitariusze. Glosy 
docierały do nich ze wszystkich stron.

–   Lock,   spróbujemy   wyciągnąć   cię   pierwszego.   Lauren,   odetniemy 

ostatnią deskę koło twoich nóg. Powiedz nam, czym możesz poruszyć?

– Prawie niczym – jęknęła.
Lock usiłował wygramolić się z zagłębienia w betonie, ale potrzebował 

pomocy.   Ratownicy   wyciągnęli   do   niego   ręce,   a   potem  zaczęli   zadawać 
pytania Lauren.

– Czy straciłaś gdzieś czucie? Spróbujesz to wypić?
Pojawił się sprzęt medyczny. Więcej rąk. Uwolniony z pułapki Lock stał 

chwiejnie   na   zgiętych   nogach.   Właściwie   to   Lauren   widziała   tylko   jego 
stopy. Kiedy ciepłe ciało Locka przestało ją ogrzewać, zadrżała z zimna.

Jej oczy już się przyzwyczaiły do jaskrawego światła. Uniosła powieki, 

poszukała Locka wzrokiem. Zobaczyła tylko szerokie, zakurzone plecy w 
bawełnianej koszuli. To musiał być on. Próbowała wypowiedzieć jego imię, 
podziękować  mu,  poprosić,  żeby nie odchodził,  ale słowa  uwięzły  jej w 
gardle.   Otoczyli   go   starsi   sanitariusze   i   ratownicy.   Lauren   usiłowała 
poruszyć stopami. Przenikliwy ból przeszył jej nogę. Omal nie zemdlała. 
Ktoś powiedział:

– Trzeba jechać szybko do szpitala.
Ktoś inny przykrył ją ogrzanym kocem i wsunął poduszki pod jej głowę i 

barki.

Stetoskop   zakołysał   się   w   polu   widzenia   Lauren.   Chwyciła   ramię 

background image

jednego z sanitariuszy.

–   Moje   dziecko   –   powiedziała   naglącym   tonem.   –   Jestem   w   ciąży. 

Proszę, nie pozwólcie, żeby coś złego stało się mojemu dziecku!

Po tych słowach sanitariusz zasypał ją pytaniami. Odpowiedziała na nie 

najlepiej, jak mogła. Potem dobiegły ją podniesione głosy z miejsca, gdzie 
nadal stał Lock.

– Wsiadaj do ambulansu, Lock.
– Nie jestem ranny. Chcę wrócić do domu, do moich dzieciaków.
– Najpierw musimy pana zbadać.
– Więc mnie zbadajcie, a potem puśćcie do domu. Moja mama oszaleje 

ze strachu.

Inny z sanitariuszy zwrócił się do Lauren:
– Zrobię pani zastrzyk, dobrze?
– Dobrze. – Skinęła głową – Gdzie?
– W nogę. Jest pani szczepiona przeciw tężcowi?
– Tak.
–   Ciśnienie   krwi   i   puls   w   normie,   ale   damy   pani   łagodny   środek 

uspokajający, ponieważ na razie nie mamy  – odpowiedniego sprzętu, by 
wydostać spod gruzu pani nogę.

Chyba   zemdleję,   pomyślała   Lauren   na   widok   swojej   lepkiej   od   krwi 

nogi.   Zamknęła   oczy,   ogarnęła   ją   senność.   Nagle   zrozumiała,   że   zaczął 
działać   środek   uspokajający.   Miejscowe   znieczulenie   nie   całkiem 
uśmierzyło ból.

Otworzyła oczy, dopiero gdy niesiono ją do ambulansu.
– W porządku, zabieramy panią do szpitala, Lauren – powiedział któryś 

z sanitariuszy.

Zanim   zamknęły   się   drzwi   karetki,   Lauren   dojrzała   sylwetkę   Locka. 

Pokryty   kurzem,   wysoki,   wspaniale   zbudowany,   stał   nieruchomo   obok 
niebieskiego sedana z otwartymi drzwiami. Trzymał w ręku kluczyki, jak 
gdyby zastanawiał się, co ma teraz robić.

Wiedziała, że na zawsze zachowa w pamięci jego twarz. Ciemne włosy, 

zlepione   i   szare   od   kurzu.   Ciemne   oczy,   okolone   jeszcze   ciemniejszymi 
rzęsami. Usta, które ją całowały, zaciśnięte teraz w wąską linię. Nos, który 
wyglądał, jakby ucierpiał w kilku bójkach.

Lauren wiedziała, że rozpozna Locka natychmiast, kiedy go ponownie 

zobaczy. Bo właśnie przed chwilą postanowiła, że nie spocznie, dopóki nie 

background image

dowie się, kim jest jej wybawiciel.

background image

Rozdział 3

–   Lauren,   czy   mogłabyś   przed   wyjściem   podpisać   listy,   które   mi 

podyktowałaś?

– Oczywiście, Eileen. Wychodzisz już? – Lauren nie oderwała wzroku 

od monitora komputera.

– Już po szóstej.
– O mój Boże! Przepraszam. Powinnaś była mi coś powiedzieć!
– To nieważne, Lauren. – Eileen Harrap uśmiechnęła się. Pracowała dla 

ojca   Lauren   przez   ponad   trzydzieści   lat.   Czasami   zachowywała   się   jak 
kochająca   ciotka,   a   nie   osobista   asystentka   Lauren.   –   Do   zobaczenia   w 
poniedziałek.

– Życzę ci miłego weekendu.
– Nawzajem.
Eileen   cicho   zamknęła   drzwi,   a   Lauren   ponownie   odwróciła   się   do 

komputera. Nie mogła skupić uwagi na arkuszu kalkulacyjnym. Zraniona 
noga wciąż dawała o sobie znać, choć od wypadku minęło pół roku. Lauren 
dopadło znużenie. Ukryła twarz w dłoniach, przymknęła powieki, by dać 
chwilę odpoczynku zmęczonym oczom.

Po chwili drzwi otworzyły się i w progu ponownie stanęła Eileen.
– Czy pamiętasz, że dziś wieczorem ojciec zaprosił cię na kolację? – 

spytała.

– Tak, pamiętam.
– Czeka na ciebie o siódmej.
– W porządku.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy wiele się zmieniło w życiu Lauren. 

Teraz była w ósmym miesiącu ciąży i coraz częściej myślała o mającym 
przyjść na świat maleństwie. Na jej palcu nie błyszczał żaden pierścionek 
zaręczynowy, żadna obrączka. Fakt, że wyszła bez szwanku z poważnego 
wypadku, popchnął ją do zdecydowanego działania.

Jeszcze podczas pobytu w szpitalu powiedziała Benowi, że za niego nie 

wyjdzie. Ben wpadł we wściekłość, nie skąpił jej wyzwisk.

Zaledwie kilka tygodni później opuścił kraj po nieudanym starcie swojej 

firmy internetowej. Przeniósł się do Szwajcarii, by uniknąć zwrotu pieniędzy 

background image

udziałowcom, którzy lekkomyślnie zainwestowali w jego przedsięwzięcie.

Lauren   nie   widziała   Bena   od   czerwca,   ale   wywarł   on   nieodwracalny 

wpływ   na   jej   życie.   Była   z   nim   w   ciąży,   chociaż   jeszcze   nie   określił 
jednoznacznie, do jakiego stopnia chce uczestniczyć w życiu ich dziecka.

Niedawno   otrzymała   też   listy   z   pogróżkami   na   tyle   poważnymi,   że 

zgłosiła się na policję. Podejrzewano, że wysłał je któryś ze wspólników 
Bena, rozgoryczony poniesionymi stratami.

Wkrótce   potem   ojciec   Lauren   zaczął   coraz   częściej   nalegać   na 

zatrudnienie   dodatkowych   ochroniarzy   i   zainstalowanie 
najnowocześniejszych systemów  bezpieczeństwa.  Lauren przyznała, że to 
rozsądny   pomysł,   ale   nie   śpieszyła   się   z   wprowadzeniem   go   w   życie, 
zaprzątały ją inne sprawy.

Przed urodzeniem dziecka powinna przemyśleć wiele spraw. Gdyby nie 

wypadek   sprzed   pół   roku   i   nowe   uczucie,   które   się   wtedy   zrodziło, 
poślubiłaby   Bena.   Ta   świadomość   wprawiła   ją   w   popłoch.   Tak   niewiele 
brakowało, by popełniła największy błąd w swoim życiu...

Z westchnieniem wyłączyła komputer i uporządkowała papiery. Zaczęła 

się zastanawiać, co zabrać do wiejskiego domu jej ojca i czy powinna zostać 
tam na weekend. Ojciec by się ucieszył.

A potem, tak jak robiła to niemal codziennie, wróciła myślami do tamtej 

nocy spędzonej pod gruzami. Nie pamiętała swego strachu, ale nie mogła 
zapomnieć głosu Locka, ani tego, o czym rozmawiali i jak się całowali.

Potem ich rozdzielono i nigdy więcej się nie spotkali. Trzy tygodnie po 

wypadku Lauren wysłała list pod adresem kierownictwa feralnej budowy, 
łudząc się, że jej słowa dotrą wcześniej czy później do Locka. W środku 
było tylko dziewięć słów: Niczego nie żałuję. Proszą, skontaktuj się ze mną.  
Lauren
  Chciała   opowiedzieć   mu   o   zerwaniu   z   Benem.   Pragnęła   mu 
podziękować   za   uratowanie   życia,   no   i   za   pomoc   w   podjęciu   właściwej 
decyzji. Lecz nawet jeśli otrzymał jej list, nigdy na niego nie odpowiedział.

Wynajęła   zatem   prywatnego   detektywa,   jednak   już   następnego   dnia 

odwołała zlecenie. Skoro Lock nie chciał się z nią więcej spotkać, powinna 
uszanować jego wolę.

Jednak   myślała   o   nim   znacznie   więcej   i   częściej,   niż   nakazywał 

rozsądek.

W porządku, komputer był wyłączony, papiery zapakowane do teczki. 

Jednak   Lauren   nie   opuszczało   dziwne   wrażenie,   że   zapomniała   o   czymś 

background image

bardzo ważnym. Weź się w garść, zganiła się w duchu, bo tata od razu 
zauważy, że coś jest nie tak.

Skierowała się do windy.
– Pani Van Shuyler opuszcza swoje biuro.
– Chłopie, ale ona ma ładne nogi, co?
Daniel, który właśnie dotarł do biura ochrony, słysząc te komentarze, 

zacisnął zęby. Spojrzał na rząd czarnobiałych monitorów, a potem szybko 
oderwał od nich wzrok.

Tak, to była Lauren. W tym roku jej ojciec często  korzystał z usług 

Lachlan Security Systems. Najpierw Daniel przeprowadził generalny remont 
systemu   bezpieczeństwa   w   całym   gmachu.   Na   szczęście   udało   mu   się 
wówczas uniknąć spotkania z Lauren.

A   potem...   John   Van   Shuyler   zaproponował   mu   kolejne   zlecenie, 

zaniepokojony pogróżkami pod adresem córki. Zasugerował, że cała trójka 
powinna   przedyskutować   ten   problem   w   najbliższy   poniedziałek   po 
południu.

Daniel nie wiedział, co począć. Czy powinien porozmawiać z Lauren 

przed spotkaniem z jej ojcem i raz na zawsze zamknąć pewien rozdział, by 
wreszcie   zapomnieć   o   tamtej   upiornej   nocy?   A   może   całkiem   zgłupiał, 
wyobrażając sobie, że cokolwiek trzeba wyjaśniać? Może Lauren już dawno 
przeszła nad całą sprawą do porządku dziennego? Od ich spotkania musiała 
poradzić sobie z wieloma problemami, na pewno nie miała czasu ani chęci 
na rozpamiętywanie niezbyt miłych wydarzeń.

Daniel też wolałby nie wracać myślami  do wypadku. Mimo  to nadal 

odczuwał zażenowanie, wspominając to, co razem przeżyli. To było takie 
niesamowite   i   intymne...   Siła   i   jednocześnie   bezbronność   Lauren.   Jej 
śmiech. Sposób, w jaki płakała. Co mieli sobie do zaoferowania? Absolutnie 
nic.

Zostaw to do poniedziałku, zdecydował.
Gdy ponownie zerknął na monitor, znów zobaczył Lauren. Szary obraz, 

widoczny pod dziwnym kątem, przypomniał mu, jak wyglądała, kiedy leżeli 
objęci   ramionami.   Żadne   z   nich   nie   widziało   dobrze   twarzy 
współtowarzysza niedoli. Kiedy znów się spotkają, być może Lauren nawet 
go nie rozpozna.

Ochroniarze nadal wymieniali komentarze na temat wyglądu Lauren. Nie 

zauważyli Daniela, który wciąż stał w drzwiach.

background image

– Idzie tu.
– Tak, teraz wspaniale widać jej nogi.
–   Zamknijcie   się,   chłopaki!   –   warknął   Daniel,   wchodząc   do 

pomieszczenia.

– Co?
– Powiedziałem, że macie się zamknąć – powtórzył. – Gapienie się na 

córkę szefa, to nie najlepszy pomysł. Chyba że nie zależy wam na tej pracy?

– W porządku, panie Lachlan. Pani Lauren na pewno by się nie obraziła. 

Jest podobno bardzo miła.

– Tak, to prawda – mruknął Daniel, znowu wpatrując się w monitory.
Teraz Lauren przechodziła przez hol, zaraz dotrze do drzwi obrotowych. 

Tak, droga wolna.

Zebrał swoje rzeczy, szybko pożegnał się z ochroniarzami i wyszedł. 

Było już późno i chciał wrócić do domu, do swoich synków.

Listy... No tak. Eileen prosiła o podpisanie przygotowanych do wysyłki 

listów.

Tłumiąc   złość,   Lauren   energicznie   zawróciła.   Przeszła   przez   placyk 

między   siedzibą   firmy   Van   Shuyler   i   sąsiadującym   z   nim 
wielopoziomowym parkingiem i jak burza wtargnęła do holu.

Była w połowie drogi do windy, kiedy zobaczyła jakiegoś mężczyznę w 

ciemnym, dobrze skrojonym garniturze. Prawdopodobnie nie spojrzałaby na 
niego po raz drugi, lecz na jej widok mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i 
znieruchomiał.

To zwróciło jej uwagę i obudziło wspomnienia.
– Lock! – wyszeptała. – Dobry Boże, Lock, co ty tu robisz?!
Podeszła do niego, uśmiechnęła się promiennie i spojrzała mu w oczy.
– Cześć, Lauren – burknął.
– Jak dobrze znów cię zobaczyć! Szukałeś mnie?
I nagle wszystko zrozumiała. W ciemnym garniturze Lock prezentował 

się   wspaniale.   Miał   ciemne   oczy   i   włosy   i   lekko   skrzywiony   nos.   Był 
niewiarygodnie   przystojnym   mężczyzną.   Teraz   sprawiał   wrażenie 
przerażonego,   a   jednocześnie   zakłopotanego.   A   na   identyfikatorze 
przypiętym do klapy jego marynarki było napisane: Daniel Lachlan, Lachlan 
Security Systems.

Lauren   wiedziała,   że   ojciec   zatrudnił   tę   firmę,   gdyż   znał   ojca   jej 

dyrektora jeszcze z czasów wojny. Miała też spotkać się z tatą i z Danielem 

background image

Lachlanem w poniedziałek po południu, by porozmawiać o wprowadzeniu 
dodatkowych   systemów   zabezpieczających.   Jednak   nie   miała   pojęcia,   że 
Daniel Lachlan i mężczyzna, który leżał razem z nią pod gruzami, to jedna i 
ta sama osoba.

Ale on o tym wiedział. Cały czas był tak blisko niej. że w każdej chwili 

mógł się z nią skontaktować.

– Wysłałam do ciebie list – powiedziała, z trudem panując nad głosem.
– Nigdy do mnie nie dotarł.
– Myślałam, że nigdy cię nie odszukam, a tymczasem ty przez cały czas 

mnie szpiegowałeś...

– Nie robiłem tego – odrzekł. – Naprawdę. – Potarł kark. – Widywałem 

cię tylko czasami na monitorze.

– Ale na pewno wiesz, że odwołałam ślub z Benem Musisz też wiedzieć, 

że   uciekł   z   kraju.   Dobry   Boże,   ty   wiesz   o   wszystkim!   A   mimo   to   nie 
przyszło ci do głowy by się ze mną skontaktować, porozmawiać... Nie, ty 
tego wręcz nie chciałeś. Ja otworzyłam przed tobą duszę, co więcej, wzięłam 
sobie   do   serca   twoje   rady.   Uszanowałam   też   twoje   życzenie   i   nie 
próbowałam cię odszukać, ale nie miałam pojęcia, że byłeś tak blisko...

Urwała   i   zamrugała   oczami,   żeby   powstrzymać   łzy.   Ogarnęła   ją 

wściekłość na samą siebie za to, że się tak obnażyła emocjonalnie. I to przed 
kimś, kogo jej uczucia obchodziły tyle, co zeszłoroczny śnieg.

–   Wciąż   rozpamiętywałam   naszą   rozmowę.   Powierzyłam   ci   bardzo 

intymne sekrety, a ty mnie wysłuchałeś jak najlepszy przyjaciel, jakby ci na 
mnie   zależało.   Myślałam,   że   uszanowałeś   moją   prywatność   po   tym 
wszystkim, co ci wyznałam. Ale ty jedynie chroniłeś swój tyłek, prawda? 
Próbowałeś uciec przed poczuciem winy, z którego mi się zwierzyłeś. A 
może bałeś się, że utracisz intratne zlecenie od mojego ojca? Och! To po 
prostu obrzydliwe!

– Tak, to obrzydliwe – przyznał cicho.
Lauren   wyjęła   chusteczkę   i   otarła   oczy.   Nagle   Daniel   zrozumiał,   że 

konsekwentne unikanie Lauren było jednym z największych błędów w jego 
życiu. Jeszcze kilka minut temu uważał inaczej. Tłumaczył sobie, że tak 
będzie najlepiej dla nich obojga, a nawet w to wierzył... Jednak teraz, stojąc 
z nią twarzą w twarz, uświadomił sobie, jak głupio postąpił.

– To rzeczywiście wstrętne – powiedział. – Wiedziałem, że znów się 

spotkamy,   Lauren,   ale   nie   chciałem,   żeby   odbyło   się   to   w   taki   sposób. 

background image

Uwierz mi. Nie byłem pewny, jak wspominasz tamtą noc. To nie ma nic 
wspólnego z moją pracą. Po prostu postanowiłem dać ci trochę czasu...

Zamilkł, gdy zobaczył, że Lauren gwałtownie potrząsa głową, odwraca 

się i maszeruje do wyjścia. Widoczna spod skórzanego płaszcza sukienka 
ciążowa   z   szarej   wełny   otulała   figurę   Lauren,   wspaniale   podkreślając 
zmysłowe okrągłości. Daniel daremnie próbował skierować myśli na inne 
tory. Z tyłu nie było widać, że panna Van Shuyler w ogóle jest w ciąży, no i 
tamci dwaj ochroniarze mieli całkowitą rację co do jej nóg.

– ... Lauren – dokończył cicho, chociaż wiedział, że ona go nie usłyszy. 

Wiedział też, że zaczęła płakać.

No tak, doskonale. Nie pomyliła się co do większości motywów, jakimi 

się kierował, prawda? Tak, w pewnym sensie chronił własną skórę i nie 
dopuszczał   do   siebie   poczucia   winy.   To   dobrze,   że   Lauren   właśnie   tak 
myśli, że jest na niego wściekła. Tak będzie lepiej dla nich obojga.

Lepiej? A właściwie dlaczego?
Znał już odpowiedź. Ponieważ, ku jego przerażeniu, ogień, który w nim 

zapłonął   tamtej   nocy,   wcale   nie   wygasł.   Te   sześć   godzin   spędzonych   w 
ciasnej betonowej pułapce, dotyk ciała Lauren, zapach jej perfum, dźwięk jej 
słodkiego głosu – to wszystko wciąż żyło w jego pamięci.

Nie chciał ani takich  przeżyć, ani takich wspomnień.  Tak bardzo się 

pomylił   w   ocenie   kobiety,   z   którą   się   ożenił.   Minie   dużo   czasu,   zanim 
będzie   gotowy   do   kolejnego   związku.   Jednak   nie   chciał,   żeby   Lauren 
gniewała   się   na   niego,   by   zaczęła   go   unikać.   Czy   dwoje   inteligentnych 
dorosłych ludzi nie może się porozumieć?

– Lauren! – zawołał za nią.
Pozwolić   jej   odejść?   Nie.   Chociażby   dlatego,   że   mają   się   oficjalnie 

spotkać w przyszłym tygodniu pod zatroskanym spojrzeniem ojca Lauren.

Muszą  być dla siebie uprzejmi,  co więcej, powinni ułożyć wzajemne 

stosunki   na   przyjacielskiej   stopie.   Przecież   Daniel   będzie   dbał   o 
bezpieczeństwo Lauren.

Pobiegł za nią.
– Lauren!
Nie zatrzymała się, ale zwolniła. Dogonił ją dopiero w garażu, gdy miała 

wcisnąć guzik windy.

– Hej! – zawołał, wyciągając rękę.
To był wielki błąd.

background image

Uznała jego gest za napaść, toteż podniosła rękę, żeby go spoliczkować. 

Jednak Daniel był szybszy. Chwycił Lauren za nadgarstek i już po chwili 
unieruchomił jej obie ręce. Lauren nie spuszczała płonącego wzroku z jego 
twarzy.

– Puść mnie! – warknęła, unosząc wyżej głowę.
– Mylisz się co do moich zamiarów!
– Powiedziałam, żebyś mnie puścił!
Posłuchał. Lauren natychmiast objęła swój wydatny już brzuszek.
– A ja powiedziałem, że mylisz się co do moich zamiarów. – Tym razem 

zabrzmiało to niemal żałośnie. Przepraszam cię, Lauren.

Podświadomie nadal osłaniała dziecko, wyczuwał w niej siłę i zaciętość, 

chociaż na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie bezbronnej i zagubionej.

– Możemy porozmawiać? – zapytał.
– Spotkamy się w poniedziałek po południu, prawda?
– To nie może tak długo czekać – odparł. – Co pomyśli twój ojciec, jeśli 

wyczuje, że jesteś do mnie wrogo nastawiona?

– Pomyśli, że nie chcę z tobą pracować. Będziesz miał w związku z tym 

jakieś problemy?

– Nie zerwę tego kontraktu, Lauren. Gdyby nie twój – tata, mój ojciec 

straciłby obie nogi. Mój ojciec nigdy nie miał okazji spłacenia tego długu.

– Ale ty miałeś – odrzekła. – Uratowałeś mi życie.
– Tamtej nocy nie zrobiłem dla ciebie więcej niż ty dla mnie. Oboje 

podtrzymywaliśmy się nawzajem na duchu. Spłacę ten dług, jeśli ochronię 
cię przed łajdakiem, który ci grozi.

– Nie jesteś mi potrzebny i ty też mnie nie potrzebujesz. To ty pół roku 

temu nalegałeś, by każde z nas poszło w swoją stronę. Nie mam czasu na 
twoje gierki.

Spodziewam   się   dziecka   i   jestem   sama.   Ben   wciąż   nie   raczył   mnie 

poinformować, w jakim stopniu chce uczestniczyć w życiu naszego dziecka. 
Uprzedziłam prawników, że powinni się przygotować do walki o opiekę nad 
dzieckiem. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę lub potrzebuję w życiu, jest związek 
z kolejnym facetem.

– Czy mówimy o jakimś bliskim związku? Ja nie szukam bliskości – 

odparł. – Chcę tylko dobrze wykonywać moją pracę. Zrobimy to, czego chce 
twój ojciec, a potem zakończymy tę znajomość. To wszystko.

–   Mój   ojciec   chce,   żebyś  mi   towarzyszył   podczas   codziennych   zajęć 

background image

przynajmniej   przez   tydzień,   a   prawdopodobnie   dłużej.   Masz   uzyskać 
informacje, w jaki sposób spędzam czas, z kim się spotykam, czy zachowuję 
minimum bezpieczeństwa. Jeżeli uważasz, że to nas do siebie nie zbliży, to 
jak właściwie pojmujesz wzajemną bliskość?

– Chyba inaczej niż ty – odgryzł się. – Ponieważ dla mnie bliskość to 

coś, co zaszło między nami tamtej nocy. Obiecuję ci, że nie mam tego typu 
zachowań w programie.

– Tata po prostu znajdzie kogoś innego – rzuciła przez ramię, wychodząc 

z windy.

– On chce kogoś, komu może zaufać.
– I tylko ty wydajesz mu się godny zaufania w całej Filadelfii?
– Pamiętaj, że kiedyś ufał też Benowi – powiedział bez ogródek. Nie 

obchodziło   go,   że   zadał   jej   cios   poniżej   pasa.   –   Naszych   ojców   łączy 
wyjątkowa więź. Nie przekonasz go, żeby wynajął kogoś innego, Lauren.

–   W   takim   razie   zrezygnuję   z   dodatkowej   ochrony   –   oświadczyła.   – 

Policja już nad tym pracuje. Jak na razie, niezbyt intensywnie. Od tygodnia 
nie dostałam żadnego listu z pogróżkami.

– To świetnie! – warknął Daniel. – Doskonale. Zobaczymy, co twój tata 

powie na ten temat w poniedziałek.

– Zobaczymy.
Odwróciła się, wyjęła kluczyki z kieszeni i poszła w stronę samochodu. 

Nie spuszczając oczu z Lauren, Daniel natychmiast zauważył, co stało się z 
jej   samochodem.   Wstrząśnięta   Lauren   aż   jęknęła.   Serce   Daniela   zabiło 
mocniej, poczuł ucisk w dołku.

– Ojej! – wyjąkała – O Boże!
Potknęła się i oparła o maskę najnowszego modelu BMW. Wszystkie 

cztery opony zostały przecięte.

background image

Rozdział 4

– Teraz jestem wściekła! – powiedziała Lauren. Cholernie wściekła!
Jednak nie wyglądała na rozgniewaną. Sprawiała wrażenie roztrzęsionej 

i zaszokowanej.

Wyprostowała się, odwróciła do Daniela, jej niebieskie oczy zabłysły. 

Zacisnęła usta. Daniel nie był pewny, w jaki sposób już po kilku sekundach 
znalazła się w jego ramionach, które z nich zrobiło pierwszy krok?

Pachniała tak samo jak ostatnim razem, kiedy trzymał ją w objęciach. 

Jaśminem i kwiatem pomarańczy. Do licha, jak mógł tak bardzo odczuwać 
brak tego zapachu, skoro wdychał go tylko przez sześć godzin? Ale jej ciało 
się zmieniło. Wydatny brzuch wpijał mu się w żołądek. A piersi były bujne, 
krągłe, ciężkie i miękkie.

– To gorsze niż kilka listów, prawda? – szepnął w końcu.
–   Jestem   wściekła!   –   powtórzyła   i   tym   razem   Daniel   rzeczywiście 

usłyszał gniew w jej głosie. Lauren puściła go, wyprostowała się i zacisnęła 
pięści.   –   Najwidoczniej   ta   osoba   zupełnie   mnie   nie   zna.  W   przeciwnym 
wypadku wiedziałaby, że trudno mnie zastraszyć.

– Dzwonię na policję. – Daniel wyjął telefon komórkowy z kieszeni. .
– Lauren skinęła gwałtownie głową.
– Dzięki. Gdybym to ja spróbowała teraz z nimi rozmawiać...
– Tylko bełkotałabyś i syczała do komórki, co?
– Coś w tym rodzaju!
Potem zadzwonił do ojca Lauren, żeby odwołać dzisiejszą kolację z nim, 

a wreszcie do warsztatu samochodowego.

Policjanci   błyskawicznie   uporali   się   z   dość   pobieżnymi   oględzinami 

miejsca, co nie zaskoczyło Daniela. Zrobili, co do nich należało, ale takiego 
wykroczenia   nie   można   porównać   z   rozbojem   czy   rozprowadzaniem 
narkotyków.

Daniel przypomniał sobie, że kiedy stali z Lauren przy windzie, z garażu 

wybiegł jakiś mężczyzna. Chyba w niebieskiej marynarce...

Nie potrafił jednak powiedzieć nic na temat wzrostu, koloru włosów i 

wieku nieznajomego.

Oficer   policji,   który   spisał   ich   zeznania,   dość   kpiąco   potraktował 

background image

informację,   że   Daniel   jest   właścicielem   firmy   zajmującej   się 
bezpieczeństwem. No cóż, i bez tego Daniel o mało nie spalił się ze wstydu.

Tak skupiłem uwagę na Lauren, że nawet nie zauważyłem tego faceta, 

powtarzał w myślach, gdy w końcu pozwolono im odjechać. Nie tego mnie 
uczono.

Lauren   siedziała   spokojnie   na   miejscu   pasażera,   wyczerpana   i 

przygnębiona. Już się nie gniewała. Teraz to on był wściekły. Na siebie.

To   musiał   być   tamten   facet   w   niebieskiej   marynarce,   rozmyślał 

intensywnie. O szóstej trzydzieści w piątek wieczorem ludzie opuszczają 
garaż samochodem, a nie pieszo.

Podjechali   pod   dom   Lauren.   Mieszkała   na   eleganckim   osiedlu,   które 

miało   raczej   chronić   anonimowość   niż   kłuć   w   oczy   luksusem.   Daniel 
nieśmiało objął Lauren.

– Musisz być zmęczona, Lauren. – Do diabła, że też stać go było tylko 

na taki banał.

– Nic mi nie jest. Dzięki. – Zesztywniała i Daniel cofnął się.
– Masz w domu jedzenie? – zapytał.
– Mnóstwo. Najwyżej coś zamówię. Nic mi nie jest – powtórzyła.
– Chcesz, żebym wszedł?
– Nie.
– I tak wejdę, żeby obejrzeć twój dom.
Niechętnie skinęła głową.
– W porządku – odparła. – Nie masz nic przeciwko temu, że będę ci 

towarzyszyła przy tych oględzinach? Nalegam.

Nie. Nie miał nic przeciwko temu.
Nie obejrzał domu bardzo dokładnie – to było zaplanowane na przyszły 

tydzień, ale sprawdził wszystkie pomieszczenia, zamki w drzwiach i okna. 
Dzięki oględzinom tego miejsca dowiedział się znacznie więcej o Lauren. 
Nagle   poczuł   się   dziwnie   zażenowany.   Gdyby   mógł,   rzuciłby   się   do 
ucieczki.

Rezydencja   Lauren   była   piękna   i   wygodna,   a   każdy   szczegół 

wyposażenia   dokładnie   przemyślany.   Umeblowana   antykami   sypialnia 
tchnęła   spokojem,   gabinet   był   świetnie   wyposażony,   a   salon   wydał   się 
Danielowi niezwykle elegancki i kobiecy. W nowoczesnej kuchni, w której 
królowały   granit   i   szkło,   Lauren   wykrzesała   z   siebie   dość   energii,   by 
przystąpić do gotowania kolacji.

background image

Na samym końcu Daniel zajrzał do pomieszczenia, które było pokojem 

dziecinnym, i poczuł ukłucie w sercu.

Chociaż dziecko Lauren miało się urodzić prawie za dwa miesiące, pokój 

był kompletnie  urządzony. Kolorowa pościel  na małym łóżeczku, maści, 
oliwki i zasypki na stoliku do przewijania. W biblioteczce książki dla dzieci, 
na   niższych   półkach   zabawki,   w   wysokiej   komodzie   –   prawdopodobnie 
mnóstwo śpiochów, koszulek i kaftaników.

Odniósł   wrażenie,   że   Lauren   stara   się   być   wspaniale   zorganizowana. 

Perfekcjonistka, która nie lubi, gdy sprawy wymykają się jej z rąk. Pewnie 
uważa,   że   wszystko   można   zaplanować,   a   następnie   bez   przeszkód 
zrealizować, o ile tylko człowiek wykaże się silną wolą.

Wrócił myślą do stosu książek, które zauważył na szafce nocnej przy 

łóżku. Książki o ciąży i poradniki dla rodziców. Obok telewizora dostrzegł 
kasety   wideo   z   ćwiczeniami   dla   ciężarnych   kobiet,   a   w   kuchni   komplet 
książek kucharskich o żywieniu małych dzieci i przyszłych matek.

Ona się boi...
To dlatego zdawała się lekceważyć anonimy z pogróżkami i nie zależało 

jej na wzmocnieniu ochrony...

Straciła   matkę   jakieś   piętnaście   lat   temu,   przypomniał   sobie,   stojąc 

nieruchomo w nieskazitelnie czystym i wymuskanym pokoju dziecinnym. 
Ojciec   jej   dziecka   zdefraudował   pieniądze   wspólników   i   zbiegł   do 
Szwajcarii. Lauren nie otrzymała wsparcia od dwóch najważniejszych osób, 
więc   nie   czuje   się   zbyt   pewnie,   więcej   –   jest   przerażona.   Dlatego 
postanowiła, że na przekór przeciwnościom zostanie idealną matką.

To było smutne i wzruszające zarazem. Mówiło wiele o jej stosunku do 

życia i wielkiej determinacji.

Wreszcie   Daniel   upewnił   się,   że   Lauren   jest   chwilowo   całkowicie 

bezpieczna.   Potem   stał   przy   telefonie,   kiedy   dzwoniła   do   jakiejś 
przyjaciółki, zapraszając ją do siebie na noc.

Corinne Alexander okazała się afektowaną, chudą jak patyk blondynką, 

nadrabiającą makijażem brak urody, której poskąpiła jej natura.

– Ależ miałaś wieczór, kochanie – oświadczyła zamiast powitania. – Tak 

się cieszę, że mogę ci jakoś pomóc. Opowiem ci o urlopie, który spędziłam 
w Europie.

–  Objęła   mocno   Lauren,   a  potem  odwróciła   się   do   Daniela.   –  Jesteś 

ochroniarzem, prawda? Cześć! – Nie spojrzała mu w oczy i już nie zwracała 

background image

na niego uwagi.

– Co mogę dla ciebie zrobić, kochanie? Przygotować ci kąpiel?
– Nic mi nie jest, Corinne – odparła łagodnie Lauren, jakby chciała ją 

uspokoić. To ona troszczyła się o przyjaciółkę, a nie odwrotnie. – Po prostu 
potrzebuję czyjegoś towarzystwa.

–   Czy   sprawdziłaś   pod   łóżkami?   Czy   twój   telefon   działa?   – 

Najwidoczniej Corinne należała do ludzi, którzy lubią być potrzebni.

Daniel powiedział cicho do Lauren:
– Wyjdę teraz, jeśli wszystko jest w porządku.
– Tak właśnie jest.
– I rano pojedziesz do twojego taty?
– Tak. – Skinęła głową.
Dopiero po tej odpowiedzi trochę się odprężył i zaczął myśleć o swoich 

chłopcach.

Zabrał   Coreya   i   Jesse'ego   od   matki   bardzo   późno.   Mama   i   chłopcy 

bardzo się kochali, ale Daniel uważał, że dzieci spędzają za dużo czasu z 
babcią, a za mało – z tatą. Chyba nie tylko Lauren marzyła o tym, by zostać 
rodzicem doskonałym.

– Mam bardzo dobrego szefa ochrony osobistej, który mógłby wykonać 

to zadanie – powiedział Daniel, pochylając się do przodu. Czuł, jakie ma 
napięte mięśnie. Po weekendzie spędzonym z dziećmi uspokoił się trochę, 
ale   teraz,   kiedy   rozmawiał   z   Lauren   i   jej   ojcem,   niepokój   powrócił   ze 
zdwojoną siłą.

– Nie, Danielu, chcę ciebie – odparł John Van Shuyler bez namysłu. 

Zmarszczki wokół jego ust pogłębiły się jeszcze bardziej. Siwowłosy, lecz 
wciąż w dobrej formie, musiał mieć teraz ponad siedemdziesiąt lat.

–   Tu   chodzi   o   bezpieczeństwo   mojej   jedynej   córki.   Chcę,   żebyś 

osobiście czuwał nad tą sprawą. – Ojciec Lauren mówił stanowczym tonem 
biznesmena, któremu notorycznie brakuje czasu.

– Tak, w porządku, proszę pana – odpowiedział mu Daniel. – Rzucił 

spojrzenie   na   Lauren   i   zauważył,   że   niemal   niedostrzegalnie   wzruszyła 
ramionami.

Próbowałeś, przekazała mu w ten sposób.
John spojrzał na zegarek i oznajmił:
– Muszę iść na inne spotkanie. Czy możecie załatwić resztę spraw sami?
– Przyniosłem trochę notatek – odrzekł Daniel.

background image

– Informuj  mnie  na  bieżąco,  Lock, ponieważ moja  córka potrafi być 

bardzo, ale to bardzo uparta.

Nikt się nie roześmiał, zapadła niezręczna cisza. Kiedy tylko za ojcem 

zamknęły się drzwi, Lauren poczuła się nieswojo. Nagle coś przyszło jej do 
głowy.

–   Czy   mój   tata   wie,   że   byłeś   na   budowie,   kiedy   zawalił   się   tamten 

budynek? Że zostałeś uwięziony razem ze mną?

– Teraz wie – odparł.
– Od kiedy?
– Od naszej rozmowy  w zeszłym tygodniu, gdy zaproponował mi  to 

zlecenie.

– I nic mi nie powiedział! – Potrząsnęła głową, wyraźnie zdegustowana. 

– Zaczynam mieć tego wszystkiego dosyć!

– Dosyć czego?
– Dosyć traktowania mnie jak... jak...
–   Jak   kobiety   w   ósmym   miesiącu   ciąży,   która   otrzymała   anonimowe 

pogróżki i której przecięto opony?

– Nie! Mam dosyć traktowana mnie jak małej dziewczynki, której nie 

mówi się o wszystkim, bo i tak jest za głupia, by to zrozumieć.

Przytrzymując brzuch, z pewnym trudem wstała z kanapy i spiorunowała 

Daniela wzrokiem.

– Mówię poważnie – ciągnęła. – Od tej pory będziesz informował mnie 

wyczerpująco o rozwoju sytuacji.

O wszystkim, co powiedzą ci na policji. O wszystkim, co usłyszysz od 

mojego ojca. O wszystkim, co zamierzasz zrobić. Pominiesz choćby jedno, i 
następnego dnia zostaniesz... odsunięty od sprawy!

–   No   cóż,   dobrze   o   tym  wiedzieć   –   mruknął.   Spojrzała   na   niego   ze 

złością.

– Ja nie żartuję!
– Ja też. Naprawdę dobrze o tym wiedzieć.
– Dlaczego? – Nadal mu nie ufała.
– Bo mnie też odpowiada taki układ. Nie boisz się, chcesz mieć dostęp 

do wszystkich uzyskanych informacji.

A poza tym...
Czekała chwilę, a potem go ponagliła.
– Tak? Co poza tym?

background image

– Która godzina? – Spojrzał na stary zegarek z zaśniedziałą metalową 

bransoletką.   Lauren   domyśliła   się,   że   prawdopodobnie   należał   do   jego 
zmarłego   ojca.   –   Za   kwadrans   szósta.   Muszę   odebrać   dzieciaki,   ale 
pozostało nam wiele spraw do omówienia. Czy moglibyśmy to zrobić przy 
kolacji?

– Na mieście? Z twoimi chłopcami?
– Nie, u mnie w domu. Zamówimy pizzę. Przepraszam, wiem, że to nie 

jest idealne rozwiązanie, ale ja naprawdę...

–   Rozumiem   –   powiedziała   szybko.   –   Nie   ma   problemu.   To   żaden 

kłopot.

Nigdy dotąd nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy. Dopiero w tej 

chwili zdała sobie sprawę, jak bardzo Daniel kocha dzieci.

– Nie musisz nic tłumaczyć – mówiła dalej. – To oczywiste, że pragniesz 

spędzać jak najwięcej czasu z synkami. No to jesteśmy umówieni.

–   Czy   dzisiaj   przyjechałaś   do   pracy   swoim   samochodem?   –   zapytał 

Daniel.

–   Nie,   wzięłam   taksówkę.   –   Napotkała   jego   czujne   spojrzenie   i 

zarumieniła się. – Tak, masz rację, stchórzyłam. Czy źle zrobiłam?

– Ależ nie, wręcz przeciwnie. Na pewno nie chcesz wpaść w pułapkę 

zastawioną   przez   jakiegoś   sfrustrowanego   i   zdesperowanego   wspólnika 
twojego byłego narzeczonego, domagającego się zwrotu pieniędzy.

Spojrzała na Daniela i zauważyła, że zmrużył oczy i zacisnął usta. Ta 

poważna   mina   uwydatniła   jego   mocno   zarysowaną   szczękę   i   wystający 
podbródek.

– Nic nie wiedziałam o interesach Bena – wyjaśniła. – Ani o planach 

ucieczki z kraju. Wierzysz mi, prawda?

– Oczywiście, że wierzę! Sprawdzę dokumentację interesów Bena i jego 

akta   osobiste   w   poszukiwaniu   wskazówek,   kto   może   za   tym   stać.   Nie 
oczekuję, że podasz mi na tacy listę podejrzanych, ani że sama zbadasz tę 
sprawę. Znalazłaś się mimo woli w samym środku wydarzeń, jesteś w ciąży 
i   najwidoczniej   wcale   nie   masz   zaufania...   –   Urwał,   a   potem   dodał:   – 
Według mnie jesteś bardzo odważna. Chodźmy już, dobrze?

Chciałaby zobaczyć w tej chwili jego twarz, ale odwrócił się w stronę 

drzwi. Co więcej, pragnęłaby usłyszeć zakończenie tamtego zdania. Komu, 
jego zdaniem, zupełnie nie ufała?

Jesse i Corey byli wspaniali.

background image

Powitali tatę żywiołowo, tuląc się i obejmując go. Lauren widziała matkę 

Daniela,   Margaret   Lachlan,   tylko   przez   chwilę,   jednak   zdołała   to   i   owo 
zauważyć. Grube uda w wygodnych, elastycznych spodniach, krótkie, siwe 
włosy, brak makijażu; dużo zmarszczek i pogodny uśmiech.

Daniel   przedstawił   Lauren   jako   swoją   klientkę   i   córkę   Johna   Van 

Shuylera.

Pani Lachlan skinęła głową, biorąc w dłonie ręce Lauren i ściskając je 

delikatnie.

– Mój mąż tak bardzo podziwiał pani ojca. Powinni byli utrzymywać 

bliższe stosunki, wtedy już dawno zostalibyśmy przyjaciółmi. Przykro mi, 
że właśnie teraz przeżywa pani takie trudne chwile.

– Daniel na pewno bardzo mi pomoże – odparła Lauren i uśmiechnęła 

się.

Grzeczność   za   grzeczność.   Tak   wypadało   powiedzieć.   Jednak   już   po 

chwili uświadomiła sobie, że to nie pusty frazes, a szczera prawda.

W   samochodzie   chłopcy   śpiewali   przez   pierwsze   piętnaście   minut,   a 

przez resztę podróży pokazywali palcem każdą ciężarówkę, każdy autobus i 
ambulans,  który ich mijał. Kiedy Daniel wrócił do samochodu z dwoma 
tekturowymi pudełkami, Corey i Jesse krzyknęli zgodnym chórem:

– Tak, to pizza!
Lauren   zerknęła   do   tyłu.   Synkowie   Daniela   mieli   niebieskie   oczy, 

jedwabiste, kręcone włoski i roześmiane buzie. Wyglądali na szczęśliwe i 
kochane dzieci.

W podmiejskim domu Daniela panował bałagan. Początkowo widok ten 

trochę zaszokował Lauren. Gdy pomyślała o tych wszystkich bakteriach... 
Stała   sztywno   na   środku   salonu,   pocierając   zmęczone   plecy.   A   chłopcy 
natychmiast   uklękli   i   zaczęli   się   bawić.   Daniel   zaś   zdjął   marynarkę, 
podwinął rękawy koszuli i poszedł do kuchni.

Gdy Lauren rozejrzała się dokładniej, dostrzegła, że wszędzie jest bardzo 

czysto, ostre kanty mebli poowijane są specjalną folią, a z zamków szaf i 
szuflad   wyjęto   klucze.   Wszystko   to   podniosło   ją   na   duchu.   Z   lekkim 
wahaniem zdecydowała, że ten bałagan jest w sumie niegroźny i nawet dość 
malowniczy.   Trochę   zabawek,   czyste   ubrania,   sterty   książeczek   i 
kolorowych rysunków.

Daniel zajrzał na chwilę do salonu.
– Przepraszam. – Machnął ręką. – To wygląda jak pobojowisko, prawda? 

background image

Czasami po prostu brak mi czasu na sprzątanie.

– Czy mogę pomóc?
– Posprzątać? Do diaska, nie!
Wielkimi krokami wrócił do kuchni, a Lauren poszła za nim.
– Chodziło mi... o pizzę.
– A co tu jest do roboty? Po prostu usiądź!
Położył pudełka z pizzą na stole w przytulnej wnęce jadalnej, chwycił 

talerze,   szklanki   i   serwetki,   po   kolei   umył   buzie   i   rączki   synom.   Potem 
wszyscy zasiedli do kolacji.

Przez cały czas Lauren bacznie obserwowała Daniela.
Świetnie   sobie   radził,   był   rozluźniony   i   niesłychanie   cierpliwy.   Nie 

podnosił głosu na dzieci.

Wywarł na niej duże wrażenie, a nawet poczuła zazdrość. Sama często 

zastanawiała   się,   jak   poradzi   sobie   z   rodzicielstwem.   Miała   ambicje,   by 
zastąpić   dziecku   również   ojca,   lecz   obawiała   się,   że   już   same   zabiegi 
pielęgnacyjne   przysporzą   jej   wielu   kłopotów   Przynajmniej   była 
przygotowana od strony praktycznej. Urządziła pokój dla maleństwa, kupiła 
ubranka, zabawki. W ten sposób udało jej się wmówić sobie, że w pełni 
kontroluje sytuację.

No   i   przeczytała   mnóstwo   poradników.   Ale,   prawdę   mówiąc,   po   tej 

lekturze poczuła się jeszcze gorzej i mniej pewnie. Daniel sprawił, że nagle 
wszystkie jej obawy zbladły.

– Nie masz gosposi? – zapytała.
– Próbowałem tego – odrzekł – ale nie byłem zbyt zadowolony. Miałem 

wrażenie, że obca osoba narusza moją prywatność.

– O rany, skąd ja to znam?
Zignorował jej zgryźliwą uwagę i ciągnął – dalej.
– Nie przeszkadza mi bałagan. Korzystamy z usług wyspecjalizowanej 

firmy.   Sprzątają   raz   w   tygodniu,   żeby   do   minimum   ograniczyć   inwazję 
kurzu i zarazków, a poza tym my, faceci, żyjemy, jak nam się podoba.

– Trzech facetów, co?
– Tak, a z każdym rokiem będzie coraz gorzej. – Uśmiechnął się do niej 

szeroko. – No, weź kawałek pizzy.

Wzięła jeden i spytała ostrożnie:
– Czy nie dajesz chłopcom w ten sposób dobrego przykładu? No wiesz, 

poszanowanie wolności, dbanie o własne rzeczy...

background image

Spojrzał na nią z uśmiechem.
– W jakiej książce to wyczytałaś?
–   Nie   pamiętam.   –   Zarumieniła   się   lekko   pod   jego   rozbawionym 

spojrzeniem. – A dlaczego uważasz, że gdzieś to wyczytałam?

– Zauważyłem stertę poradników przy twoim łóżku.
– No tak. Który z nich byś mi polecił?
– Odpowiem, kiedy kilka z nich przeczytam.
Otworzyła usta ze zdumienia.
– Nie przeczytałeś żadnego? Musiałeś! – Była naprawdę wstrząśnięta.
– Przeczytałem kilka po śmierci Becky – przyznał.
Z   roztargnieniem   ugryzła   duży   kawałek   pizzy   i   podparła   podbródek 

wolną ręką, gotowa słuchać i uczyć się od praktyka.

– Trzymałem je przy łóżku, tak jak ty. Dwa rozdziały z jednej, trzy z 

drugiej... Czasami wydawało mi się, że to jakiś thriller. Nie spałem całymi 
nocami. Leżałem pokryty potem, pełen skruchy i przerażenia, że oto jednym 
nieprzemyślanym gestem lub słowem okaleczyłem psychicznie moje dzieci.

– Chyba żartujesz!
– Tylko trochę przesadzam – odparł. – W końcu uznałem, że ludzie z 

taką wybujałą wyobraźnią jak ja i talentem do przewidywania najgorszych 
scenariuszy powinni trzymać się z daleka od książek o opiece nad dziećmi. 
Teraz kieruję się zdrowym rozsądkiem i jestem o wiele szczęśliwszy. Dzieci 
też.

– Skąd wiesz, że chłopcy są szczęśliwi?
Zmarszczyła brwi i ugryzła następny kawałek pizzy.
Obaj   chłopcy   mieli   buzie   wymazane   sosem   pomidorowym,   policzki 

wypchane ciastem i serem. Jeśli wierzyć tabelkom z książek, spożywanie 
pizzy  powinno  zostać  zabronione. Sól  i tłuszcz  kapiący  z  każdego  kęsa, 
prawie żadnych witamin. No tak, ale za to ten wspaniały smak...

–   No   cóż,   myślę,   że   mógłbym   przeprowadzić   pewien   eksperyment   – 

stwierdził   Daniel.   –   Rozdzielić   chłopców   na   trzy   miesiące   i   jednego 
wychowywać  zgodnie  z  mądrymi   teoriami,   drugiego  –  według  własnego 
widzimisię.   Potem   powinienem   ich   przebadać   fizycznie   i   psychicznie   i 
porównać wyniki. Ciekawe, który z bliźniaków lepiej by się rozwijał?

– Żartujesz.
– Tak, żartuję.
– A ty najwidoczniej myślisz, że jestem neurotyczką.

background image

Pochylił się nad stołem i dotknął ręki Lauren. Ta pieszczota była lekka, 

krótka i niewinna, ale Lauren aż zadrżała.

– Nie jesteś neurotyczką – powiedział, patrząc jej w oczy. – Znalazłaś się 

w   trudnej   sytuacji   i   czasami   reagujesz   zbyt   gwałtownie.   To   się   zdarza, 
prawda?

– Przypuszczam, że tak – przyznała, a potem wzruszyła ramionami.
– Spokojnie, nie ma się o co kłócić. Nie twierdzę, że znam odpowiedzi 

na wszystkie pytania.

– A szkoda...
Roześmiał się.
– Nie martw się, poradzisz sobie. Na pewno będziesz wspaniałą matką. 

Potrzeba tylko dużo cierpliwości, pogody ducha i miłości.

– Ja już kocham moje dziecko. – Objęła ręką brzuch.
– Schodzę! – zawołał Corey, ten w czerwonym sweterku, i zaczął się 

niecierpliwie wiercić na krzesełku.

– Chcę się wykąpać! – zawtórował mu Jesse.
–   No   dobrze.   Położę   ich   spać,   a   potem   wrócimy   do   sprawy,   którą 

mieliśmy omówić – zaproponował Daniel, patrząc pytająco na Lauren.

– Ja posprzątam – zaproponowała.
Oczywiście   powiedział   jej,   że   nie   musi   tego   robić,   ale   i   tak   go   nie 

posłuchała. Miała dość czasu, żeby posprzątać również w salonie. Czołgała 
się niezdarnie na czworakach, wkładając klocki, samochodziki i drewniane 
wagoniki do plastikowych pudełek.

– Już jestem wolny – oznajmił Daniel, stając w progu salonu. – Corey 

właśnie   nauczył   się   wychodzić   z   łóżeczka,   musiałem   porozkładać   na 
podłodze   poduszki.   Na   szczęście   Jesse   jest   trochę   spokojniejszy.   To   co, 
zaczynamy? Robi się późno.

Lauren patrzyła, jak Daniel wyjmuje dokumenty z aktówki. Zauważyła 

kilka broszurek o różnych systemach alarmowych i blok papieru pokryty 
nierównym pismem Daniela.

Poważni   i   skupieni   pochylili   się   nad   papierami.   Efektywność   i 

operatywność Daniela wywarła na Lauren duże wrażenie i dodała jej otuchy. 
Poczuła się też swobodniej, gdyż żadne z nich nie wracało do wydarzeń 
sprzed pół roku.

Prawie skończyli, kiedy Daniel nadstawił uszu, urwał w pół zdania i 

wytężył słuch. Z korytarza dobiegał odgłos lekkich kroków, po chwili do 

background image

salonu wszedł Corey.

– Wyszedłem z łóżeczka, tato – obwieścił triumfalnie i zrobił śmieszną 

minę.

Rzucił się  w ramiona  Daniela, który  ze śmiechem  posadził malca  na 

kanapie.

– Mój mały, ty nie masz pojęcia, że wcale nie jestem tym zachwycony, 

prawda?

–   Nie   wierzę,   Danielu   –   powiedziała   Lauren,   której   udzieliło   się 

rozbawienie   Daniela.   –   Wiem,   co   naprawdę   czujesz.   Jesteś   dumny   ze 
swojego synka.

– Czy teraz rozumiesz, czemu wyrzuciłem wszystkie poradniki? Chyba 

powinienem popatrzeć na Corey a z dezaprobatą, ale nie potrafię. Spójrz, 
jaki on jest z siebie dumny! Myśli, że świetnie się spisał. – Mocno przytulił 
synka i pocałował go w główkę. – Corey, chce ci się spać?

– Nie! – Niebieskie oczka malca zabłysły.
–   No   tak,   to   co   robimy?   Nie   będzie   ci   przeszkadzać,   jeśli   mały   tu 

zostanie? I tak zaraz kończymy.

– Mnie to nie przeszkadza – odpowiedziała Lauren zgodnie z prawdą.
Po dziesięciu minutach, kiedy skończyli, Corey spał, opierając pulchną 

rączkę na udzie Daniela, a główkę na poduszce. Ten widok rozczulił Lauren 
i uświadomił jej, że Daniel może ją wiele nauczyć. Czuła się zagubiona i 
samotna.   Czasami   nawiedzało   ją   ponure   przeświadczenie,   że   nigdy   nie 
będzie dobrą matką.

A zaraz potem zadała mu przypuszczalnie najgorsze z możliwych pytań.
– Jak... jak umarła twoja żona, Danielu?
Daniel wzdrygnął się lekko, a Corey mruknął coś przez sen.
– Przepraszam. – Złożyła jego notatki, próbując opanować drżenie rąk. – 

Nie miałam prawa...

–   W   porządku   –   odparł.   –   To   znaczy,   wydaje   mi   się   nienaturalne 

unikanie tego typu rozmów.

–   Tak,   ja   czuję   to   samo   w   odniesieniu   do   śmierci   mojej   matki   – 

przyznała Lauren. – To tak, jak gdyby ludzie udawali, że ona nigdy nie 
istniała.

–   Próbuję   opowiadać   o   niej   chłopcom.   No   wiesz,   same   miłe   rzeczy. 

Razem   oglądamy   jej   fotografie.   Jednak   pewnego   dnia   będą   musieli   się 
dowiedzieć, co się stało. To było... – Urwał i potrząsnął głową. – Widzisz, to 

background image

po   prostu   nie   powinno   było   się   stać.   W   trakcie   ciąży   Becky   dostała 
cukrzycy, to się czasami zdarza i ustępuje po porodzie. U niej było inaczej... 
Początkowo czuła się dobrze, ale potem przeczytała tę książkę...

Roześmiał się gorzko.
–   Może   dlatego   nie   cenię   wysoko   poradników   –   ciągnął.   –   Lubię 

dreszczowce,   ponieważ   ich   autorzy   nie   udają,   że   znają   odpowiedzi   na 
podstawowe pytania. W każdym razie Becky wbiła sobie do głowy, że może 
kontrolować poziom cukru jedynie poprzez ćwiczenia i odpowiednią dietę. 
Zaczęła   chodzić   na   spotkania   zwolenników   medycyny   alternatywnej.   – 
Sposępniał. – Nigdy mi nie powiedziała, że przestała przyjmować insulinę.

Kiedy   pewnego   dnia   wróciłem   z   pracy,   chłopcy   spali   w   swoich 

łóżeczkach, a Becky leżała w śpiączce w łazience na podłodze.

Zszokowana Lauren tylko pokręciła głową.
– Sanitariusze byli wspaniali, po prostu fantastyczni. Ale było już za 

późno. Nie mogli jej z tego wyciągnąć. A ja wciąż odczuwam wściekłość.

– Na nią? – Lauren z trudem wymówiła te słowa.
– Tak. Na nią. Na tamtą książkę i na grupę tych durniów. Na siebie. Do 

diabła, dlaczego wtedy wyznałem ci, że mam poczucie winy?

– Nie musisz mi opowiadać...
–   Muszę,   potrzebuję   tego.   Przykro   mi   tylko,   że   karmię   cię   takimi 

ponuractwami.

Rozczesał   palcami   włosy,   a   potem   zaczął   masować   skronie.   Jego 

wysokie   czoło   było   poorane   zmarszczkami.   Lauren   najchętniej   objęłaby 
serdecznie  Daniela, podtrzymała  go na duchu. Niestety, nie miała  prawa 
tego robić.

–   Gdybym   nie   był   taki   nieszczęśliwy   w   małżeństwie,   a   przede 

wszystkim, gdybym nie gniewał się na nią, że zaszła w ciążę... Gdybym 
bardziej się starał, pewnie nie ukrywałaby przede mną niczego! Nie potrafię 
należycie opłakiwać jej śmierci, bo wciąż dręczy mnie poczucie winy...

Znowu   potrząsnął   głową.   Ich   oczy   się   spotkały   i   coś   między   nimi 

zaiskrzyło. Usta Daniela przyciągały wzrok Lauren niczym magnes. Miała 
chęć   dotknąć   go,   przesunąć   rękoma   po   jego   muskularnych   ramionach   i 
szerokich barach.

– Przepraszam – powiedział. – Nie zasłużyłaś na to, by obarczać cię 

kłopotami.

– Ty również na to nie zasłużyłeś. Danielu. Nie powinieneś obwiniać się 

background image

za   śmierć   Becky.   Nie   można   uratować   ludzi,   którzy   tego   nie   chcą.   Ja 
przeżyłam to samo z powodu Bena.

– Więc rozumiesz mnie?
– Tak, oczywiście. Miałam sobie za złe, że Ben z niczego mi się nie 

zwierzał. Dlaczego nie powiedział mi, że jego firma wpadła w tarapaty? 
Dlaczego uciekł?

– Czasami czuję się bardzo samotny. Znasz to uczucie, prawda?
– Aż za dobrze.
– No cóż, skończyliśmy na dzisiaj, więc... – Daniel zająknął się.
– Tak, pora na mnie.
– Czujesz się bezpieczna w twoim domu?
– Nic nie wskazuje na to, że ten facet wie, gdzie mieszkam. Wszystkie 

listy z pogróżkami przysłał do firmy. – Zerknęła na Coreya, który głębiej 
wtulił się w kolana ojca. – Nie wstawaj – powiedziała do Daniela. – Nie 
chciałabym go budzić. To takie wspaniałe dzieciaki. Wyjdę sama.

– Wszystko w porządku, teraz już się nie obudzi. Odprowadzę cię, a 

potem położę go do łóżeczka.

Daniel   wstał   ostrożnie,   przesuwając   śpiące   dziecko   na   ramię.   Lauren 

słyszała   rytmiczny   oddech   Coreya.   Na   tle   koszuli   ojca   policzek   malca 
wyglądał jak okrągłe, białe jabłuszko. Dotknęła miękkich loków chłopczyka, 
a Daniel uśmiechnął się do niej.

– Najpiękniejszy widok na świecie, co? Rekompensuje cały ten bałagan.
Lauren   nie   mogła   wykrztusić   ani   słowa,   więc   tylko   skinęła   głową   i 

poszła za Danielem do drzwi frontowych. Czuła się tak, jakby rozdzielała 
ich   bezdenna   przepaść.   To   ostatni   człowiek   na   świecie,   który   chciałby 
nawiązać ze mną bliskie stosunki, pomyślała smętnie.

background image

Rozdział 5

Miło to wygląda...
Daniel omiótł taksującym spojrzeniem nieskazitelnie czyste, błyszczące, 

przyćmione szyby w drzwiach frontowych, wypielęgnowane rośliny i wolną 
od kurzu tablicę głoszącą, że to jest Cedarwood Athletic Club.

–   Są   tu   wszystkie   przyrządy   gimnastyczne,   których   szukałam   – 

powiedziała Lauren. – A potem odkryłam, że jest tu również szkoła rodzenia 
na całkiem przyzwoitym poziomie.

– A jak z bezpieczeństwem?
–   Przed   wejściem   trzeba   pokazać   przepustkę   i   dowód   tożsamości   z 

fotografią.

– Możesz zaczekać minutę w samochodzie? Chciałbym coś sprawdzić.
– Jasne.
Odprowadziła   go   wzrokiem,   gdy   wbiegł   na   schody   Sportowy   strój 

uwydatniał jego mocne, długie nogi i szerokie ramiona.

To dziwne, ale po wczorajszej rozmowie czuli się w swoim towarzystwie 

o wiele swobodniej. Może szczere wyznania ulżyły im, pomogły pokonać 
wewnętrzne   napięcie.   Teraz   Lauren   przepełniała   energia   i   radość   życia. 
Nabrała pewności, że poradzi sobie ze wszystkimi problemami.

Zaczęła też rozumieć, jak ważna jest dla Daniela jego praca. Podchodził 

do nowego zadania niezwykle poważnie, a piętrzące się przed nim trudności 
jedynie pobudzały go do działania.

Po przybyciu do jej biura wczesnym popołudniem, nie tracił czasu na 

pogawędki. Zamiast tego natychmiast wzięli się do pracy. Daniel pochwalił 
systemy i procedury bezpieczeństwa w centrali korporacji Van Shuylerów. 
Ustalili,   że   Lauren   będzie   jeździła   kilkoma   różnymi   samochodami, 
zmieniając je na chybił trafił.

Teraz   wizytowali   jej   fitness   club.   Lauren   widziała   Daniela   przez 

przydymione   szyby.   Stał   przy   ladzie   i   rozmawiał   z   uśmiechniętą 
recepcjonistką. Najwidoczniej ta rozmowa satysfakcjonowała  obie strony. 
Recepcjonistka   kiwała   głową   i   dowodziła   czegoś   z   coraz   większym 
zapałem.   Wystukała   coś   na   klawiaturze   komputera,   wysłuchała   uważnie 
Daniela,   a   potem   podała   mu   coś   ponad   wysokim   biurkiem.   Lauren   nie 

background image

mogła dostrzec, co to było.

Daniel   powiedział   coś,   co   zostało   skwitowane   kolejnym   szerokim 

uśmiechem,   a   potem   szybko   pobiegł   do   drzwi.   Lecz   kiedy   dotarł   do 
samochodu i usiadł na miejscu pasażera, miał znacznie poważniejszą minę.

– Otrzymałem przepustkę dla gościa, żebym mógł obejrzeć wyposażenie 

klubu   –   wycedził.   –   Ależ   ze   mnie   szczęściarz.   Vanessa   z   recepcji   była 
zachwycona, że zamierzam wstąpić do klubu.

Lauren natychmiast odgadła, do czego zmierza.
– To niedobrze, prawda?
–   Fatalnie.   Wprawdzie   musiałem   pokazać   dowód   tożsamości   z 

fotografią, ale ta dziewczyna natychmiast zobaczyła we mnie potencjalnego 
klienta.   Wystarczyło   się   miło   uśmiechnąć.   Może   twój   prześladowca   już 
należy do tego klubu.

– Nie strasz mnie, bo i tak będę tu przychodzić! – Te słowa wyrwały się 

jej prosto z serca. – W tutejszej szkole rodzenia poznałam kilka wspaniałych 
kobiet.

– Nie zamierzam cię do niczego zmuszać.
– Dziękuję!
–   Wejdźmy   tam.   Pokażesz   mi   basen   i   salę,   gdzie   ćwiczysz. 

Porozmawiam z osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo tego klubu i 
powiem im, że miałaś pewne problemy. Sprawdzę ich kamery i procedury 
postępowania   w   razie   jakiegoś  wypadku.   A   skoro   już   o   tym   mowa,   nie 
powinnaś z góry zakładać, że twoim prześladowcą jest mężczyzna. To może 
być   kobieta   lub   para.   Ktoś   próbuje   cię   zastraszyć,   wzbudzić   w   tobie 
poczucie winy, więc moim zdaniem trzeba rozważyć scenariusz zakładający 
bezpośrednią konfrontację. Zaczekają na odpowiedni moment, gdy będziesz 
zupełnie bezbronna...

–   Chcesz   powiedzieć,   gdy   się   przebieram   lub   jestem   naga   i   właśnie 

wyszłam spod prysznica?

– Tak – zgodził się z nią Daniel.
– Cholera jasna!
Daniel   westchnął   w   duchu.   Czuł   się   w   towarzystwie   Lauren   coraz 

swobodniej. Wczoraj przyjęła ze zrozumieniem jego wyznanie i dopatrzyła 
się pewnych podobieństw do tego, co zaszło między nią i Benem. W jakiś 
sposób poczuł się oczyszczony. Dlatego dzisiaj mógł poświęcić wszystkie 
myśli nowemu zadaniu, czyli zapewnieniu Lauren bezpieczeństwa.

background image

Sęk w tym, że im lepiej poznawał jej codzienne zajęcia, tym częściej 

dochodził   do   wniosku,   iż   Lauren   wcale   nie   potrzebuje   dodatkowych 
alarmów i kamer, ona potrzebuje jego.

A właściwie jakiegoś ochroniarza. Zatrudniał ich mnóstwo, na pełnym 

etacie, na pół etatu, tymczasowo, na stałe. Przysadzistych, ciemnowłosych i 
krzepkich. Wysokich, smukłych blondynów. Miał odpowiedni personel do 
takiej roboty.

Wiedział   jednak,   że   John   Van   Shuyler   natychmiast   zaprotestuje 

przeciwko podobnemu rozwiązaniu.

–   To   jest   sala,   gdzie   ćwiczymy   –   powiedziała   Lauren,   wskazując 

przeszklone ściany.

Daniel   był   w   rozterce.   Czy   powinien   spodziewać   się   eskalacji 

zagrożenia? Westchnął ciężko.

– Gdzie zazwyczaj ćwiczysz? Z przodu sali? Z tyłu? Potrząsnęła głową.
– Tam, gdzie akurat jest wolne miejsce.
– W przyszłości podchodź jak najbliżej do tej murowanej ściany i unikaj 

szklanej. Nie zbliżaj się do szatni, jeśli jest pusta. Tam mieści się odkryty 
basen, tak?

– Tak, możesz go zobaczyć z tarasu kawiarni. – Ruszyła w tym kierunku, 

a Daniel poszedł za nią.

– Unikaj tego tarasu. Pływaj w krytym basenie. Spróbuj przyjeżdżać tu o 

różnych   porach   i   zmieniaj   miejsca,   gdzie   parkujesz   –   powiedział   bez 
entuzjazmu.  – To... – – rozłożył ręce – to całkiem oczywiste. Po prostu 
musisz nauczyć się myśleć w taki sposób.

–   To   wspaniale!   Cudownie!   –   odparła   ironicznie,   sztywnym   krokiem 

przemaszerowała   przez   kawiarnię   i   dotarła   na   taras.   Oparła   łokcie   o 
drewnianą   poręcz,   z   nachmurzoną   miną   spojrzała   na   opustoszały   teren 
wokół basenu, z którego spuszczono wodę.

– Chcę zwrócić ci uwagę na to, co oczywiste – dodała po chwili. – Ten 

basen zamknięto na zimę. Jeden problem masz z głowy.

– Rozważam jeszcze jeden pomysł.
– Czyżby? – Spojrzała na niego przez ramię.
– Całodobowa osobista ochrona – wyjaśnił. – Moja, kiedy to możliwe. 

Przez resztę czasu dyżury moich ludzi.

– Nie. Nie!
Wzruszył ramionami, wyłącznie po to, żeby ukryć ulgę, jaką poczuł.

background image

– Wybór należy do ciebie.
Utkwiła w nim uważne spojrzenie.
– Ale mój tata nie dokonałby takiego wyboru, prawda? On by przyjął 

twoją propozycję.

– Myślę, że tak.
– W takim razie nie powiemy mu o tym. Mam dowody na to, że umiesz 

dochować tajemnicy, kiedy chcesz.

Nagle poczuł wyrzuty sumienia. Pewnie, mogliby razem udawać przed 

ojcem Lauren, że w pełni kontroluje sytuację, ale to John miał rację.

– Czy ty rzeczywiście właśnie teraz chcesz się narażać na najgorsze? – 

zapytał.

– Nie boję się, raczej jestem wściekła.
– A co z twoim dzieckiem?
– A co z moim dzieckiem? – Jej twarz stężała jak maska.
Nie pasowała do niej buńczuczna, zuchowata mina.
– Ile procent ryzyka jesteś w stanie zaakceptować, gdy w grę wchodzi 

życie   twojego   dziecka?   Dziesięć?   Dwadzieścia?   Prowadzisz   bez   pasa 
bezpieczeństwa? Ile alkoholu pijesz?

– Zero ryzyka. Na litość boską, dobrze o tym wiesz.
– No cóż, nie mogę ci zagwarantować bezpieczeństwa, jeśli nie zgodzisz 

się zatrudnić ochroniarza.

– Nie chcę teraz o tym myśleć! – Zamknęła oczy.
– Musisz!
– Skończmy przegląd moich codziennych zajęć. Chciałeś zobaczyć mój 

kościół, jeszcze raz rzucić okiem na dom. Potem się zastanowię.

– W porządku.
– Zimno mi. – Skrzyżowała ramiona i zaczęła rozcierać je rękoma.
Kościół, do którego chodziła Lauren, mieścił  się w dzielnicy  będącej 

siedzibą   wielu   firm.   Lauren   musiała   przyznać,   że   w   niedzielę   było   tam 
prawie pusto. Danielowi to się nie spodobało.

Lauren również.
– A teraz pewnie mam zrezygnować z niedzielnej mszy!
– Zmień kościół. Zamieszkaj z ojcem w New Jersey i chodź do jego 

kościoła.

– Ojciec spędza weekendy w Nowym Jorku, u bliskiej przyjaciółki.
–     –   Możesz   chodzić   do   mojego   kościoła.   Znajduje   się   w 

background image

bezpieczniejszym miejscu, a na parkingu, który do niego przylega, zawsze 
jest duży ruch.

Nie odpowiedziała. Zastanowił się, pod wpływem jakiego idiotycznego 

impulsu wysunął tę propozycję. Był pewny, że Lauren odmówi.

Potem pojechali do jej domu. Daniel zaproponował jej zainstalowanie 

dodatkowego systemu alarmowego, na co Lauren wyraziła zgodę. Zapytał 
też, czy przechowuje w domu jakieś kosztowności. Czy ma sejf? Czy trzyma 
gotówkę   lub   biżuterię   w   łatwo   dostępnych   miejscach?   Odpowiadała   na 
pytania, nie kryjąc narastającej irytacji.

Powstrzymał się od złośliwości, tylko spokojnie zapytał:
– Czy zamykasz swoją szafę na dokumenty?
–   Tak!   Zobacz!   –   Przechyliła   się   lekko   w   bok   i   przesadnie   mocno 

pociągnęła za rączkę górnej szuflady, najwidoczniej oczekując, że zamek 
stawi opór. Lecz szuflada  wysunęła się lekko i Lauren omal  nie straciła 
równowagi.

Daniel   chwycił   ją   i   postawił   na   nogi.   Serce   zabiło   mu   szybciej,   jak 

zawsze, gdy dotykał Lauren. Nadal stał /. a blisko niej. Nie mógł oderwać 
spojrzenia od jej pięknie wykrojonych ust i kosmyków cienkich, ciemnych 
włosów na jej karku.

Natomiast Lauren była znacznie bardziej wstrząśnięta otwartą szufladą 

niż dotykiem Daniela, który położył ręce na jej ramionach.

– To dziwne – powiedziała. – Zawsze zamykam.
– A gdzie trzymasz klucze?
– Jeden komplet przy breloczku, z innymi kluczami, a drugi tutaj...
–   Urwała   i   wpatrzyła   się   w   mały   cynowy   dzbanuszek   do   połowy 

napełniony spinaczami.

– Nie ma ich tam.
–   Nie,   są   tutaj.   –   Sięgnął   ręką   i   wziął   klucze   z   półki.   Leżały   obok 

cynowego dzbanka. – Czy rzuciłaś je tam i chybiłaś?

– Gdybym je rzuciła, to... Nie, nie rzuciłam i zamknęłam tę szufladę!
Odwróciła   się   i   zaczęła   chodzić   po   pokoju   tam   i   z   powrotem, 

zacisnąwszy ręce w pięści.

–   To   było   może   tydzień   temu.   Pamiętam   o   tym,   ponieważ   telefon 

zadzwonił, zanim przekręciłam klucz. Zamek w tej szafce zacina się, chyba 
że   wsunie   się   wszystkie   szuflady   naprawdę   mocno.   Kiedy   skończyłam 
rozmowę,   wróciłam   i   zamknęłam   szufladę.   Potem   schowałam   klucz   pod 

background image

spinaczami. Właściwie nie trzymam tu żadnych ważnych materiałów, ale...

Zbladła, jej źrenice rozszerzyły się, oddech stał się płytki i nagle Daniel 

przestał   się   troszczyć   o   osobiste   bezpieczeństwo   Lauren   czy   o 
bezpieczeństwo jej dokumentów. Teraz interesowało go tylko samopoczucie 
Lauren.

– Przygotuję coś do zjedzenia – oświadczył. – A potem zastanowimy się 

na spokojnie. Uważasz, że ktoś tu był i grzebał w twoich rzeczach?

– Ja o tym wiem! Jeszcze nie umiem powiedzieć, czy czegoś brakuje, ale 

ktoś na pewno zaglądał do tych szuflad. Na pewno!

– I jesteś wściekła, co? – zapytał, wiedząc, że tak nie jest, bo Lauren po 

prostu się boi.

– Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Nie – odparła. – Tym razem jestem przerażona!
Może   sprawiło   to   błagalne   spojrzenie   jej   szeroko   otwartych   oczu.   A 

może   ten   niezwykły   odcień   błękitu   i   długie,   ciemne   rzęsy.   Możliwe,   że 
drżenie dolnej wargi. Bez względu na powód – Daniel nie umiał nad sobą 
zapanować.

Przesunął dłońmi po okrytych miękkim swetrem barkach Lauren, po jej 

kręgosłupie, i zatrzymał na plecach. Musnął podbródkiem jej włosy. Potem 
schylił głowę, szukając ust Lauren.

Tylko   jeden   niewinny   pocałunek.   Nic   więcej,   przyrzekł   sobie   zbyt 

późno. Muszę dodać jej otuchy.

Nic z tego nie wyszło. Z ust Lauren wyrwał się cichy dźwięk. Może miał 

być protestem, ale zaraz potem zamienił się w pomruk zadowolenia. Ona 
również tego pragnęła z całego serca.

Daniel   delikatnie  dotknął   ustami   jej  warg.  Raz,   drugi,   trzeci.   Później 

przestał   je   liczyć   i   przestał   myśleć.   Przestał   sobie   powtarzać,   że   źle 
postępuje.

To  nie  mogło  być  złe,   skoro  sprawiało  im  obojgu  taką  przyjemność, 

prawda? Lauren miała gęste, jedwabiste i pachnące włosy. Rozwarła usta i 
odchyliła głowę do tyłu. Obsypywał pocałunkami jej usta, a ona chłonęła je 
jak spieczona ziemia chłonie deszcz. Zacisnęła mocno ręce na jego biodrach, 
najwidoczniej prosząc o więcej.

Dał jej to, czego pragnęła.
Oparł ręce na twardym brzuchu Lauren, przesuwał usta w dół, po jej 

szyi. Okrągły dekolt jej swetra był luźny, ale Daniel nie mógł sięgnąć ustami 

background image

poza obojczyk Lauren, a przecież gorąco pragnął pieścić jej piersi.

Wreszcie znalazł to, czego szukał. Lauren jęknęła, gdy potarł palcami jej 

wrażliwe sutki, odchyliła głowę.

– Pragnę cię chronić, Lauren – szepnął. – Pragnę cię strzec.
– Nie, po prostu całuj mnie.
Pieścił ją przez długie minuty. Obsypywał pocałunkami jej usta, szyję, > 

miękkie kosmyki włosów tuż za uchem.  Gładził jej piersi, miękką skórę 
pleców,   ciepłe   ramiona.   Lauren   trzymała   go   za   biodra,   tuląc   do   siebie. 
Podobała mu się ślepa namiętność, która w niej zapłonęła.

Dotknął wargami jej ucha, a potem szepnął:
– Zdejmij sweter. Proszę. Chcę cię zobaczyć. Chcę cię dotknąć i poznać 

smak twego ciała.

Lauren już cofnęła się o krok, skrzyżowała ramiona i chwyciła brzeg 

swetra. Oczy miała otwarte, lecz przesłonięte mgłą. A jej włosy rozsypały 
się na wszystkie strony.

Nagle   jednak   znieruchomiała,   potrząsnęła   głową,   opuściła   ręce   i 

obronnym   gestem   objęła   brzuch.   Sweter   ześlizgnął   się   jej   z   ramienia   i 
Daniel delikatnie podsunął go do góry. Pozwoliła mu  na to, a następnie 
pokręciła głową.

– Nie potrzebujemy tego, Danielu – powiedziała. – Wiesz o tym równie 

dobrze, jak ja. Z jakiegoś powodu nasze ciała czują inaczej, ale mylą się.

– Dlaczego tak uważasz? – Musiał usłyszeć to od niej. Może wtedy się 

opamięta.

– Ponieważ budowanie prawdziwego związku między nami właśnie teraz 

przypominałoby   wznoszenie   pięć–   dziesięciopiętrowego   wieżowca   na 
bagnach.   Nie   wiem,   jaki   będzie   stosunek   Bena   do   tego   dziecka. 
Przypuszczam,   że   w   ogóle   nie   będzie   się   nim   interesował.   W   dodatku 
pojawił się ten prześladowca, kimkolwiek jest. A ty... ty dobrze wiesz, jak 
wiele sprzecznych emocji tobą targa. Nie mam ochoty na przelotny romans, 
nie chcę tego ani dla siebie, ani dla mojego dziecka.

– Lauren... – zaczął.
Ponownie potrząsnęła głową. Nie chciała słuchać żadnych argumentów. 

Niestety, nie mogła  zaprzeczyć, że spalała  ich żądza.  Trawiła ich oboje, 
pozornie nieodparta, pozornie kusząca  obietnicą ekstazy i zapomnienia, i 
wspomnieniem tego, co podarowali sobie sześć  miesięcy  temu.  Któż nie 
chciałby przeżyć tego wszystkiego?

background image

–   Jeżeli   zamierzasz   się   spierać   –   szepnęła   –   najpierw   sam   sobie 

odpowiedz na kilka pytań.

– Jakich pytań?
– Jak bardzo ufasz moim uczuciom? I jak bardzo ufasz własnym?
– Ani trochę – zgodził się z nią. – Nie zamierzałem spierać się z tobą, 

Lauren.   Masz   rację.   Nie   jestem   pewien,   czy   będę   umiał   obdarzyć   inną 
kobietę takim zaufaniem, jakie powinienem był pokładać w Becky. Męczy 
mnie sama myśl o obudzeniu w sobie tych wszystkich uczuć, których nie 
podarowałem żonie.

– Rozumiem – odparła. – Kiedy rozpada się twój związek, ogarnia cię 

zmęczenie i zniechęcenie. Ja również tak się czuję.

– Wiesz co, czasami  poszłoby łatwiej, gdybyśmy  tyle nie rozmyślali. 

Gdybyśmy potrafili połączyć na krótko – nasze ciała, a potem rozejść się w 
różne   strony.   Zamiast   tego,   pragniemy   jakoś   dopasować   pożądanie   do 
uczuć... Nie wolno nam prowadzić tej gry, zwłaszcza że chwilowo jesteśmy 
skazani   na   swoje   towarzystwo.   Przepraszam.   Nie   powinienem   był   cię 
całować właśnie teraz.

– Nie!  – wyrwało jej  się.  – Nie  powinieneś był  mnie  całować  sześć 

miesięcy temu.

– Wtedy też nie – zgodził się z nią. – Już więcej tego nie zrobię. Byłaś 

wtedy taka blada – ciągnął. – Zaniepokoił mnie twój stan. – Wskazał ręką na 
nadal   otwartą   szufladę.   –   Jest   już   szósta.   Mam   później   jeszcze   jedno 
spotkanie. Może zamówimy  coś do zjedzenia i ustalimy, jakiego rodzaju 
ochrony potrzebujesz?

Skinęła   głową   w   milczeniu,   zbyt   wyczerpana,   aby   cokolwiek 

powiedzieć.

background image

Rozdział 6

Daniel   usmażył   befsztyk,   ponieważ   Lauren   nie   zgodziła   się,   by   coś 

zamówić.

–  W   tej  chwili   przeraża   mnie   sama   myśl   o   dostawcy   z   restauracji   – 

wyznała, nakładając sałatkę na talerz. – Muszę to przezwyciężyć. Uda mi 
się, na pewno!

– Może jednak zamieszkasz z tatą? – Daniel włożył kilka ziemniaków do 

kuchenki mikrofalowej.

Lauren potrząsnęła głową.
–   On   tak   bardzo   się   o   mnie   martwi,   że   oboje   zwariowalibyśmy   ze 

strachu.

– A gdyby zamieszkała z wami przyjaciółka ojca?
– Pracuję nad tym, by stać się bardziej niezależną osobą. Nie lubię, gdy 

ktoś   się   nade   mną   roztkliwia.   Tamtego   wieczoru,   gdy   nocowała   u   mnie 
Corinne, czułam się podle. Skakała koło mnie tak, jakbym była chora.

– Trochę przesadza, jest zbyt egzaltowana.
– Ona dobrze mi życzy. Nasza przyjaźń przeżyła liczne wzloty i upadki, 

ale znamy się od dawna. – Od szkoły średniej, kiedy obie nosiły na zębach 
aparaty   ortodontyczne,   co   było   źródłem   potężnych   kompleksów   i 
zahamowań.

– Czy razem spędziłyście ten wieczór?
– Tak. Zjadłyśmy kolację, obejrzałyśmy... – Urwała, zrozumiawszy, o co 

mu chodzi. – Jeżeli sugerujesz, że to Corinne szperała w mojej szafie na 
dokumenty...

– Która z was pierwsza poszła do łóżka?
– Ja, około dziewiątej, ale...
– Kto tu był od tej pory?
– Tata, w sobotę wieczorem. Moi przyjaciele, Patrick i Catrina, wpadli, 

żeby oddać pożyczone kasety wideo. Mam sprzątaczkę, która przychodzi w 
poniedziałki,   ale   ona   jest...   Nie!   Bridget   O’Meara?   Ona   ma   pięćdziesiąt 
siedem lat!

– Możesz wybierać spośród nich, Lauren. Chyba że ktoś rozbił szybę 

albo uszkodził zamek, a ty jeszcze tego nie zauważyłaś lub mi o tym nie 

background image

powiedziałaś.

– Zaraz po wejściu do domu sprawdzam wszystkie drzwi i okna.
– To bardzo dobrze!
– Nienawidzę tego!
– Już o tym wspominałaś.
– Chyba cię to nie dziwi?
– Nie, ale w twojej sytuacji starałbym się reagować racjonalnie, a nie 

emocjonalnie.

Rzuciła mu gniewne, lodowate spojrzenie, ale on tylko uśmiechnął się 

lekko.

– Walcz. Tak trzeba.
– W porządku, właśnie przypomniałam sobie, że jeszcze ktoś wchodził 

do domu. W poniedziałek, kiedy byłam w pracy. Poleciłam dostarczyć nowe 
krzesło. – Dotknęła ręką pleców, które bolały ją coraz bardziej. – Bridget 
powiedziała, że ten facet był tu jakiś czas, podczas – gdy ona sprzątała. 
Chętnie wysłucham twego zdania na ten temat.

– To i owo przyszło mi do głowy – przyznał. – Kiedy zjemy kolację, 

powinnaś sprawdzić, czy coś ci zginęło. I jeszcze jedna sprawa. Bridget ma 
własny klucz, prawda?

– Inaczej nie mogłaby tu wejść, gdyż większość czasu spędzam poza 

domem.

– Lepiej przypomnij jej, żeby nigdy nie zostawiała go na widoku. Jutro 

każę wymienić wszystkie zamki.

Lauren   skinęła   głową,   a   potem   postawiła   talerze   na   stole   w   rogu 

przestronnej kuchni. Znalazła też obrus, lniane serwetki, srebrne kółka do 
serwetek   i   kryształowe   szklanki   do   wody.   Dopiero   po   zakończeniu   tych 
przygotowań zauważyła, że Daniel ją obserwuje.

– Już rozumiem, dlaczego byłaś taka zdegustowana widokiem mojego 

salonu – mruknął.

– Czasami wystarczy drobiazg, by dom bardzo zmienił się na korzyść – 

odpowiedziała   sztywno,   sznurując   usta.   Potem   osunęła   się   na   najbliższe 
krzesło i przyłożyła dłoń do czoła. – No dobrze, wyznam ci prawdę. Kiedy 
zaczynam   myśleć,   że   sprawy   wymykają   mi   się   z   rąk,   zamieniam   się   w 
nieznośną, pedantyczną zrzędę.

– Zauważyłem – odparł łagodnie.
Ich oczy się spotkały. Gdy Daniel się uśmiechnął, Lauren mimowolnie 

background image

odpowiedziała tym samym. Zrobiło jej się miło, że jakiś mężczyzna o niej 
myśli, stara się ją rozszyfrować. Ben nigdy tego nie robił.

A potem Daniel wzruszył ramionami.
–   Przepraszam.   To   chyba   zupełnie   normalna   reakcja   u   kogoś,   komu 

grożono.

– Och, bardzo nie lubię, kiedy zalicza się mnie do pospolitej większości.
–   Jednak   twoje   poczucie   humoru   jest   wyjątkowe,   jedyne   w   swoim 

rodzaju. – W jego oczach ujrzała błysk rozbawienia. Chciała się na niego 
pogniewać, lecz nie mogła. – Trzymaj się tego, jeśli dzięki temu czujesz się 
silniejsza   –   dodał.   –   I   oczywiście   masz   rację.   Zachowanie   kontroli   jest 
naprawdę ważne.

– Czasami myślę, że taka postawa mnie wykańcza – wyznała, rumieniąc 

się gwałtownie. – Spodobał mi  się twój dom, Danielu. Zwłaszcza to, co 
wymknęło się spod kontroli.

–   Więc   może   pozwolisz   mi   przejąć   częściową   kontrolę   nad   twoim 

życiem? Musisz zachować trochę sił dla dziecka, prawda?

Kuchenka   mikrofalowa   zabrzęczała.   Lauren   poczuła,   że   robi   jej   się 

niedobrze z głodu. Jej dziecko szybko rosło i potrzebowało dużo kalorii.

– W porządku. – Skinęła głową. – Zgadzam się, zwyciężyłeś. Załatwimy 

sprawę  ochrony  w sposób,  jaki uznasz  za najlepszy. Pod warunkiem,  że 
będziemy przestrzegać pewnej zasady.

– Co to za zasada?
– Kiedy powiem, by ochroniarze czekali na zewnątrz, to posłuchają.
– W porządku – odparł. – Podjęłaś właściwą decyzję. Naprawdę mnie to 

cieszy.

Zauważyła jednak, że wcale nie wyglądał na zadowolonego.
– Nigdy się do tego nie przyzwyczaję – oświadczyła Lauren.
Zastukała obcasikami po podłodze korytarza przed salą konferencyjną. 

Przy każdym kroku fala bólu przenikała jej ciało. Bolały ją stopy. Bolała 
głowa.   Bolały   plecy.   Bez   względu   na   swój   wizerunek   kobiety   interesu, 
ponownie założy te buty dopiero po urodzeniu dziecka!

Był   piątkowy   wieczór,   dokładnie   dziesięć   dni   przed   Bożym 

Narodzeniem. To spotkanie skończyło się późno. Za godzinę i piętnaście 
minut zacznie się kolacja, podczas której będzie się rozmawiać o interesach. 
A Daniel nadal krążył wokół niej jak... jak mężczyzna, którego wynajęła do 
ochrony   i  który   wykona   swoje   zadanie,   nawet   gdyby   miał   przypłacić   to 

background image

życiem.

Był   jak   zwykle   ubrany   w   jeden   ze   swoich   ciemnych   garniturów   i 

wyglądał  wspaniale.  Jednak   sprawiał  wrażenie  człowieka,  który  marzy   o 
tym, by być daleko stąd. Rzucał ukradkowe spojrzenia na zegarek i gładził 
podbródek. Lauren już bardzo dobrze znała ten gest.

– O co chodzi? – zapytała wprost.
– Liza miała mnie zastąpić o piątej, ale wynikły jakieś problemy.
– Nie było nikogo innego?
–   Wiesz,   że   jestem   bardzo   wybredny,   jeśli   chodzi   o   dobór   twoich 

ochroniarzy.

– Wiem, że ja jestem bardzo wybredna. Kawa na ławę, Danielu. Gdzie 

się tak śpieszysz?

Czyżby umówił się z jakąś kobietą? A może chciał już odebrać synków 

od babci? Tak, to o nich chodzi. Poznała to po wyrazie jego twarzy.

–   Obiecałem   chłopcom   przejażdżkę   do   centrum.   Chcieli   pooglądać 

świąteczne dekoracje – wyjaśnił, potwierdzając jej przypuszczenia. Zgarbił 
się i wsunął ręce do kieszeni spodni. – Powinienem dotrzymać  słowa. – 
Roześmiał się nieoczekiwanie. – Do licha, w ostatni weekend kupiłem dla 
nich prezenty gwiazdkowe, a oni nawet tego nie zauważyli.

–   Naprawdę?   –   Czy   to   możliwe?   Zapragnęła   dowiedzieć   się   czegoś 

więcej   o   dwulatkach.   Zwłaszcza   takich   zachwycających   jak   synowie 
Daniela.

– Dobry jestem, co? Ale nie chcę ich zwodzić i oszukiwać. Mama przez 

cały dzień opowiadała im o tym wypadzie do miasta.  Nie cierpię takich 
sytuacji. W takich chwilach żałuję, że jestem samotnym ojcem.

– Twoja matka...
– Właśnie do mnie zadzwoniła, żeby mi przypomnieć, iż w ten weekend 

wyjeżdża   do   mojej   siostry   w   Wirginii.   Przywiązuje   dużą   wagę   do   tego 
wyjazdu, musi się przygotować.

– Przepraszam, Danielu. Mogłeś po prostu odejść.
Nie   odpowiedział.   Nie   musiał.   Minęły   właśnie   trzy   tygodnie,   odkąd 

zaostrzył ochronę Lauren. Znała go już dostatecznie dobrze i wiedziała, że 
Daniel nigdy nie schodzi z posterunku.

– Pojedźmy po nich teraz – zaproponowała. – Twoja matka będzie mogła 

spokojnie   przygotować   się   do   wyjazdu.   Obejrzymy   razem   dekoracje,   a 
potem zawieziesz mnie do restauracji i upewnisz się, że wszystko jest w 

background image

porządku. Następnie będziesz miał kilka godzin na znalezienie kogoś, kto 
odwiezie mnie do domu.

– Ale chciałaś pojechać do domu, żeby się przebrać.
– Nie ma takiej potrzeby. – Co tam, te pęcherze na piętach kiedyś się 

przecież wygoją.

Spojrzał na Lauren z wahaniem, nadal poirytowany. Nagle zapragnęła 

wygładzić zmarszczki na jego czole, pogłaskać go po włosach, przytulić.

– Nie dyskutuj, proszę – powiedziała takim tonem, że dalsza rozmowa na 

ten temat nie miała sensu.

– W porządku. Mama już ich nakarmiła. W pobliżu jej domu jest kilka 

ulic, które zawsze są pięknie udekorowane – powiedział i ruszył do windy.

Lauren dotrzymywała  mu  kroku, choć bolały  ją otarte pięty, głowa i 

plecy, a ciężki brzuch bardzo przeszkadzał.

– To nie potrwa długo – dodał. – Może nawet będzie dość czasu, żebyś...
– Nie muszę się przebierać. – Przynajmniej dopóki nie zobaczę swojego 

odbicia w lustrze, dodała w duchu.

Lauren od lat nie oglądała świątecznych dekoracji. Zapomniała, jaki to 

wspaniały widok. Noc była jasna i zimna, ale Daniel natychmiast włączył 
ogrzewanie.   Chłopcy   na   tylnym   siedzeniu   ściskali   w   rączkach   kawałki 
świeżych, kruchych ciastek. W samochodzie unosił się zapach cynamonu.

Daniel powoli jechał ulicami, mówiąc:
– Ojej! Spójrzcie na ten dom! Czy widzicie te sanie?
I elfy?
Początkowo   Lauren   czuła   się   trochę   niezręcznie.   Znalazła   się   tu 

przypadkiem. Nie należała do rodziny. Ale potem Daniel powiedział do niej 
cicho:

– To miło, że się z nami wybrałaś. Dobrze jest porozmawiać czasami z 

kimś   dorosłym.   No   i   mama   jest   zadowolona,   bo   uda   jej   się   wcześniej 
wyjechać. Dziękuję ci, Lauren.

– Mnie też jest miło – szepnęła.
Ostatnio Lauren łatwo się wzruszała. Ucieszyła się, że w samochodzie 

jest ciemno. Co i rusz zerkała ukradkiem na Daniela. Pragnęła znów znaleźć 
się w jego ramionach, a ukrywanie tego przychodziło jej z coraz większym 
trudem.

– Spójrzcie, chłopcy! Spójrzcie na tę wielką choinkę!
– zawołał po chwili.

background image

Wskazywał   synom   najpiękniejsze,   rozjarzone   lampkami   dekoracje   z 

równym zapałem, z jakim dbał o bezpieczeństwo Lauren. W miarę upływu 
czasu coraz bardziej ceniła tę cechę jego charakteru. Gdyby kiedykolwiek 
zapragnęła   poszukać   oparcia   w   jakimś   mężczyźnie,   zwróciłaby   się   do 
Daniela. On jej nie zawiedzie.

Nie, sama muszę rozwiązywać swoje problemy, skarciła się natychmiast. 

Dla odwrócenia uwagi od takich myśli, zapytała:

– Danielu, jak świętujecie Boże Narodzenie?
– Jest wspaniałe! – Roześmiał się od ucha do ucha.
– Mama dba o należytą oprawę.
– To miłe.
–   Owszem   –   przyznał.   –   Kiedyś   trochę   się   buntowałem,   ale   po 

narodzinach   chłopców   zrozumiałem,   jakie   to   ważne.   Kiedy   masz   dzieci, 
szybko zmieniasz poglądy.

– Tak przypuszczam.
– A co z tobą?
– Myślę, że ja też zmienię zapatrywania na wiele kwestii. Przynajmniej 

wszyscy tak mówią.

– Nie chodziło mi o twoje poglądy. Chciałem zapytać, jak spędzacie 

Boże Narodzenie.

–   Ach,   tak.   –   Skinęła   głową.   –   Cicho.   Spokojnie.   Moja   mama   była 

jednak   podobna   do   twojej.   Uwielbiała   rodzinne   spędy   i   ten   podniosły 
nastrój, dbała o najmniejszy szczegół.

– Brak ci tego?
– No wiesz, to wymaga dużo pracy i... – Wzięła głęboki oddech. – Tak. 

Brakuje mi tego.

Synowie Daniela wydawali się coraz bardziej zmęczeni i senni, a kolacja 

Lauren miała się rozpocząć za dwadzieścia minut.

– Musimy jechać do restauracji – powiedziała.
–   Zdążymy   wpaść   na   gorącą   czekoladę   –   odparł.   –   Gdzieś,   gdzie 

moglibyśmy zabrać moich chłopców i gdzie nie będą się wściekać z powodu 
kilku plam na obrusie. – Spojrzał na zegarek. – No tak, chyba rzeczywiście 
już nie mamy na to czasu.

– Nie. Niestety, nie.
Po piętnastu minutach zatrzymał się przed restauracją, w której Lauren 

miała zjeść służbową kolację. Otworzył przed nią drzwi, kiedy ona wciąż 

background image

próbowała podnieść się z fotela. Daniel zawsze tak postępował. Nie skakał 
koło   niej,  nie   wykonywał   teatralnych  gestów.   Po   prostu   był  na   miejscu, 
gotów przyjść z pomocą swojej podopiecznej. W miarę jak Lauren stawała 
się coraz cięższa, przyjmowała te gesty z coraz większą wdzięcznością, bo 
ułatwiały jej życie.

– Nie wchodź do środka – poprosiła. – Do drzwi frontowych prowadzą 

tylko dwa stopnie. Czuję się dobrze.

– Będę patrzył. Żałuję, że nie mogliśmy napić się gorącej czekolady – 

dodał cicho.

– Ja też.
Zabrakło jej tchu. Daniel patrzył na usta Lauren. Potem pochylił się, 

zmniejszając odległość między nimi, a potem wydatny brzuch Lauren otarł 
się o jego płaszcz.

– Kiedy kolacja się skończy, ktoś będzie na ciebie czekać – oświadczył. 

– Może Charlie. Albo Alex. Znasz ich obu. Dadzą ci znać, gdy przyjadą. 
Zobaczymy się w poniedziałek.

– Dzięki.
– Nie, to ja ci dziękuję.
Uśmiechnął się, a Lauren zrobiła to, co musiała. Minęła go i weszła do 

restauracji.

– Wiesz, naprawdę zaczynam się przyzwyczajać do tego wszystkiego – 

powiedziała   Lauren   Danielowi   ponad   tydzień   później,   w   Wigilię.   – 
Myślałam, że to niemożliwe. Coś podobnego...

– Ludzie przyzwyczajają się do wielu rzeczy – odparł, uśmiechając się 

do niej.

Patrzył na nią ciepło, w kącikach jego ciemnych oczu pojawiły się kurze 

łapki.

– Chociaż mogłabym się obejść bez tego faceta, któremu brak przednich 

zębów.

–   To   trochę   niesprawiedliwe.   Wiesz,   że   stracił   je   w   walce,   podczas 

pełnienia obowiązków.

– No cóż, tak naprawdę nie przeszkadzają mi jego braki w uzębieniu, 

tylko oddech. Karmisz go kanapkami z czosnkiem?

Roześmiał się.
– Nie opowiadaj mu dowcipów. Mówiąc poważnie... – Jednak żadne z 

nich nie było zbyt poważne – ... to porządny człowiek, ale jeśli chcesz, mogę 

background image

przydzielić mu inne zadanie.

–   Nie,   nie   rób   tego   –   odparła.   –   Masz   rację.   Charlie   jest   miły,   a   ja 

niesprawiedliwa. A Bill jest wspaniały i całkowicie oddany swojej pracy. – 
Lauren   wskazała   widocznego   przez   oblodzone   okno   umundurowanego 
ochroniarza,   który   nie   odrywał   wzroku   od   potoku   samochodów 
wjeżdżających na rozległy parking przylegający do kościoła.

– Tak – zgodził się z nią Daniel. – Bill jest najlepszy.
– Hmm.
Lauren   nie   chciała   przyznać,   że   w   coraz   większym   stopniu   jedynym 

ochroniarzem,  którego rzeczywiście lubiła mieć  w pobliżu, jest Daniel. I 
wcale nie ze względu na swoje bezpieczeństwo. Chociaż niedawno, gdy już 
powoli zapomniała o zagrożeniu, otrzymała następny list z pogróżkami.

Policja   teoretycznie   nadal   pracowała   nad   tą   sprawą,   lecz   Lauren 

podejrzewała, że dopóki chroni ją Daniel, śledztwo nie przyniesie żadnych 
rezultatów. Widać uznano, że pani Van Shuyler jest dobrze strzeżona, a to 
przecież najważniejsze.

Zorientowała się, że Daniel po cichu prowadzi prywatne dochodzenie w 

jej sprawie, gdyż zadał jej kilka enigmatycznych pytań, ale, podobnie jak 
policja, miał wiele innych spraw na głowie.

Musiała przyznać, że nie ma prawa oczekiwać niczego więcej. Pewnie 

przez nią nieco zaniedbywał obowiązki dyrektora Lachlan Security Systems.

Teraz   już   po   raz   czwarty   przyjechała   do   jego   kościoła.   Daniel   był 

zaskoczony, że Lauren tak regularnie uczęszcza  na msze,  a ona polubiła 
ciepłą i przyjazną atmosferę tego miejsca.

Tego   ranka   Daniel   przywiózł   do   kościoła   swoich   synków.   Lauren 

obiecała zająć się dziećmi w przykościelnej salce dla dzieci. Przestronne 
wnętrze błyszczało od ozdób. W rogu stała szopka. Po porannej mszy dzieci 
miał odwiedzić Święty Mikołaj.

Zanim Daniel wyszedł, Lauren zdążyła mu szepnąć:
– A tak między nami, w piątek przyszedł kolejny list z pogróżkami.
– Nie powiedziałaś mi o tym!
– Nie chciałam zepsuć ci weekendu. – Odciąganie Daniela od jego firmy 

jest   złe,   ale   pozbawianie   go  możliwości   zajmowania   się   dziećmi,   to   coś 
znacznie gorszego i bardziej nagannego.

– Widocznie policja również tego nie chciała – odrzekł. – Oni też mi o 

niczym nie powiedzieli.

background image

– Na moją prośbę. Przyniosłam fotokopię tego listu.
Podała odbitkę Danielowi, który szybko przeczytał ją, marszcząc brwi.

Ponowne   ostrzeżenie!   Numer   twojego   osobistego   konta   bankowego   i 

dane karty kredytowej zostały ściągnięte Z Internetu. Następne będą konta 
Korporacji   Van   Shuylerów.   Spłać   dobrowolnie   długi   Devesona,   dopóki  
jeszcze możesz...

– Bardziej konkretny niż poprzednie – stwierdził.
– Wygląda to jednak na pustą groźbę. Mój księgowy wraz z ekspertem 

policyjnym przeprowadzili kontrolę. Nie znaleźli żadnego dowodu na to, że 
ktoś   obcy   miał   dostęp   do   mojego   konta   osobistego   lub   do   kont   naszej 
rodzinnej korporacji.

– Jeśli właśnie te informacje znaleźli w twojej szafie na dokumenty...
– Mogli to wykorzystać już kilka tygodni temu – zgodziła się z nim. – 

Ale ja nie trzymam tam informacji finansowych...

– Więc co tam trzymasz? Powiedziałaś mi, że niczego nie brakowało.
– Większość to dokumenty osobiste. Stare pamiętniki, listy i fotografie. 

Notatki z wykładów, które prawdopodobnie powinnam wyrzucić.

– W takim razie nasz szantażysta musiał się poczuć srodze zawiedziony.
–   Chyba   że   chciał   przeczytać   wyjątkowo   kiepskie   wiersze,   które 

napisałam,   gdy   miałam   czternaście   lat,   lub   znaleźć   imiona   chłopców,   w 
których się durzyłam.

– Taak. – Daniel spochmurniał. Potem jego ton się zmienił. – A skoro 

już   o   chłopcach   mowa,   skończcie   z   tym   zaraz.   –   Rozdzielił   Coreya   i 
Jesse'ego, którzy zaczęli obrzucać się klockami. – Pobawcie się grzecznie, 
chłopcy – poprosił. – Tata niedługo wróci, dobrze?

– Tata idzie do kościoła? – spytał Jesse.
– Trafiłeś w sedno, kolego.
– Ja też pójdę?
– Nie dzisiaj. Lauren pobawi się z wami.
– Lauren poczyta książkę?
– Tak. – Uwolnił się z objęć chłopców, uśmiechnął do Lauren i wyszedł.
Lauren niezdarnie uklękła na leżącej na podłodze poduszce, a każdy z 

chłopców   przyniósł   jej   jakąś   książkę.   Po   chwili   dołączyła   do   nich   mała 
dziewczynka imieniem Emily, która mogła mieć około trzech lat. Cała trójka 
usiłowała usiąść Lauren na kolanach, co było trudne, gdyż uniemożliwiał to 

background image

duży brzuch. Termin porodu wyznaczono za trzy tygodnie. Wreszcie Lauren 
zdołała   posadzić   synków   Daniela   obok   siebie.   Emily   przycupnęła   na 
krzesełku tuż za nią.

Dziecko w brzuchu Lauren energicznie kopało. Chłopcy Daniela chcieli 

słuchać wyłącznie opowiadań o samochodach, co zupełnie nie spodobało się 
Emily.   Dziewczynka   pragnęła   usłyszeć   historię   o   Bożym   Narodzeniu   i 
powtórzyła to szesnaście razy. Nikt nie siedział spokojnie i ktoś rozlał coś 
lepkiego na ciążowe legginsy Lauren. Nie była to słodka scena spokoju i 
miłości, jaką opisywały podręczniki dla przyszłych matek, a mimo to Lauren 
uważała, że wszystko jest w najlepszym porządku.

W końcu Emily poszła się bawić z inną dziewczynką. Lauren została z 

chłopcami   Daniela,   którzy   postanowili   potraktować   ją   jako   część 
wyposażenia   sali   gimnastycznej.   Byli   tacy   zachwycający,   że   po   prostu 
musiała chwycić ich w ramiona, uścisnąć i pocałować – tak łatwo mogłaby 
pokochać tych malców – i właśnie wtedy Daniel stanął w drzwiach, gdyż 
msza dobiegła końca.

Z jakiegoś powodu Lauren poczuła się tak, jak gdyby ją przyłapano na 

gorącym uczynku i roześmiała się z zażenowaniem.

–   Nieźle   mnie   wymęczyli.   –   Nadal   obejmowała   ramieniem   Coreya   i 

opierała lekko podbródek na jego kędzierzawej główce.

– Nie powinnaś na to pozwalać – odrzekł Daniel.
– Och, ale to mi się podoba. To... mi służy.
Dlaczego przyglądał się jej tak uważnie?
Kiedy tylko sformułowała w myśli to pytanie, Daniel uśmiechnął się z 

przymusem,   odwrócił   i   zszedł   na   bok,   robiąc   przejście   kilku   innym 
rodzicom.

– Czas na zabawę! – oświadczyła jedna z matek. Kilkoro starszych dzieci 

powtórzyło za nią:

– Czas na zabawę! Tak!
Synkowie   Daniela   natychmiast   podskoczyli,   również   bardzo 

podekscytowani, chociaż tak naprawdę nie zrozumieli, o co chodzi.

Lauren   nie   była   pewna,   jak   powinna   postąpić.   Bill   nadal   czekał   na 

zewnątrz, by jej towarzyszyć w drodze do domu. Będzie obserwował jej 
rezydencję, kiedy ona spakuje niewielką torbę podróżną. Następnie odwiezie 
ją do luksusowej podmiejskiej willi jej ojca, gdzie razem spędzą ciche Boże 
Narodzenie.

background image

Eileen   Harrap   zje   z   nimi   świąteczną   kolację,   ale   potem   pojedzie   do 

swojej siostry. Siostra Lauren, Stephanie, w tym roku odwiedzi rodzinny 
dom dopiero w styczniu.

Nie zaplanowali innych uroczystości, nie zaprosili innych gości. Czy to 

nie smutne?

– Chyba powinnam już pójść – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
Daniel natychmiast wyłowił nutę niechęci w jej głosie.
– A nie chcesz? – spytał.
Na jej twarzy malował  się smutek.  Daniel walczył ze sobą, żeby nie 

zareagować na nastrój Lauren. Profesjonalna ochrona to jedno, ale troska o 
samopoczucie klientki to zupełnie inna sprawa. Przestraszył się własnych 
uczuć, nie chciał sobie komplikować życia.

Znowu się zarumieniła.
–   Och,   wiesz,   zastanawiałam   się,   czy   nie   przydałoby   mi   się   trochę 

praktyki. Skoro tu jest tyle dzieci...

–   Myślę,   że   praktyka   to   podstawa   powodzenia   w   każdej   dziedzinie. 

Zostań, proszę. Będziesz tu mile widziana.

– Mogłabym pomóc.
– To zawsze się przyda.
Skinęła głową i poszła zapytać Dorothy Minter, organizatorkę zabawy, 

co mogłaby zrobić. Dorothy wskazała na kuchnię, do której dorośli wnosili 
przykryte talerze z jedzeniem. Daniel uważnie obserwował Lauren.

Jak   zawsze   wyglądała   pięknie.   Włosy   upięła   na   czubku   głowy,   a 

ciemnozielony strój złożony z topu i tuniki miękko otulał jej śliczną figurkę.

Poczuł, że budzi się w nim pożądanie. Przez ostatnie trzy tygodnie tłumił 

je,   poskramiał,   deptał,   jak   gdyby   było   ogrodowym   szkodnikiem 
pożerającym   jego   rośliny.   Czasami   nawet   wmawiał   sobie,   że   te   wysiłki 
zakończyły się sukcesem.

Ostatnio prawie już nie myślał o ich niedawnym pocałunku. Prawie nie 

fantazjował na jej temat. Lauren była jego klientką i nikim więcej. Mógł 
wyrecytować   nazwiska   osób,   z   którymi   najczęściej   się   kontaktowała. 
Wyliczyć   jej   ulubione   restauracje   i   sklepy.   Znał   wszystkie   szczegóły   jej 
życia codziennego i tylko to go obchodziło.

Nieprawda! Wiedział o niej znacznie więcej, i im lepiej ją poznawał, tym 

bardziej się nią interesował. Nieustannie czymś go zaskakiwała, była pełna 
sprzeczności.

background image

Podchodziła odważnie i rzeczowo do grożącego jej niebezpieczeństwa, a 

przecież   była   nieśmiała   i   na   myśl   o   przyszłym   macierzyństwie   traciła 
pewność   siebie.   Ambitna,   profesjonalna   i   niezawodna   w   pracy, 
najwidoczniej nie radziła sobie z życiem osobistym. W jednej chwili mogła 
się śmiać z jego żartów, a zaraz potem miała oczy pełne łez. Z gracją krążyła 
po sali z talerzami kruchych ciasteczek i kanapek, a przecież czerwieniła się 
i jąkała, kiedy tylko ktoś zapytał ją o jej dziecko.

Musiała  poczuć,  że  Daniel  ją  obserwuje,  gdyż w  pewnym momencie 

spojrzała mu prosto w oczy.

Do diabła, przestraszył się tego spojrzenia i nie wiedział dlaczego.
A może wiedział. Czyż nie tak samo patrzyła na niego Becky w czasach, 

gdy nic ich jeszcze nie łączyło?

Och, Boże, jak bardzo nienawidził tego spojrzenia! Zawsze było w nim 

coś drapieżnego  i  niebezpiecznie   zachłannego.  Nie  znosił  sytuacji,  kiedy 
czuł się jak trofeum. To spojrzenie na jakiś czas zniknęło z oczu Becky po 
śmierci ojca Daniela. Zastąpiła je czułość, która go ujęła. Wtedy radykalnie 
zmienił zdanie o Becky. Ona się zmieniła. Albo on. A może dopiero zaczął 
dostrzegać   prawdziwą   Becky   ukrytą   za   mało   subtelną   maską,   która   tak 
często go irytowała.

I dlatego ożenił się z nią i oboje byli nieszczęśliwi już od pierwszego 

dnia. Kiedy Becky upewniła się, że ich związku nie da się uratować, zaczęła 
krytykować Daniela w obecności jego przyjaciół. Bez reszty pochłonęły ją 
modne   diety,   medycyna   alternatywna   i   kosztowne   seminaria   rozwoju 
duchowego.   I   oczywiście   to   też   była   jego   wina.   Podobno   zbyt   często 
przebywał poza domem, nie chwalił lub wręcz nie zauważał zmian, które 
wprowadziła   w   wystroju   wnętrz   lub   w   sposobie   przygotowywania   i 
podawania posiłków. Obiecał poprawę, ale było już za późno. Becky znów 
zwracała   na   niego   tamto   spojrzenie.   Głodne   i   czujne,   ale   jednocześnie 
zaborcze i wrogie.

Czego Lauren ode mnie chce? – zastanawiał się gorączkowo.
Czegoś więcej, niż mogę jej dać. Kobieta nie patrzy tak na mężczyznę, 

kiedy już dostanie to, czego pragnęła. Więc o co chodzi? Wydawała się 
równie   zdeterminowana   jak   on,   by   odrzucić   czysto   fizyczny   pociąg.   On 
chronił   ją   przed   niebezpieczeństwem,   najlepiej   jak   umiał.   Więc   o   co   jej 
chodzi?

Zapomnij   o   tym,   nakazał   sobie   w   duchu.   Trzymaj   się   wspólnie 

background image

wytyczonych granic, nie przekraczaj ich pod żadnym pozorem. Przypomnij 
jej o istnieniu tych granic. To wszystko, co możesz zrobić.

– Corey, czy chcesz mi oderwać ucho? – powiedział do synka, którego 

trzymał   w   objęciach.   –   To   bardzo   ważna   część   ciała,   będzie  mi   jeszcze 
potrzebna.

Jesse pociągnął go za wolną rękę.
– Dekoracje. Zobaczyć dekoracje.
– Chcesz zobaczyć dekoracje?
– Ty też pójdź.
– Tak, ja też pójdę.
Obejrzeli   szopkę   i   choinkę.   A   potem   przyszła   pora   na   poczęstunek. 

Chłopcy już po chwili mieli buzie wymazane czekoladą. Po uraczeniu się 
smakołykami   wszyscy   zaczęli   śpiewać   kolędy,   wreszcie   do   sali   wszedł 
Święty Mikołaj.

To   była   kompletna   katastrofa.   Malcy   śmiertelnie   się   przerazili.   Nie 

chcieli   podejść   do   Mikołaja,   choć   Dorothy   Minter   gorąco   ich   do   tego 
namawiała. Nie potrafiła uwierzyć w zapewnienia Daniela, że to nic takiego 
i że w przyszłym roku pójdzie lepiej.

– Och, ale musicie mieć zdjęcie!
–   Nie   zachęcajmy   ich   do   płaczu,   pani   Minter.   To   tylko   wystraszy 

pozostałe maleństwa.

– Ale jestem pewna, że się uda, jeśli odwrócimy ich uwagę.
Skłamał naprędce, iż koniecznie musi odprowadzić synków do łazienki. I 

właśnie wtedy, trzymając mocno dwóch wierzgających malców, zauważył, 
że Lauren znowu go obserwuje.

– Może powinnaś już pójść – powiedział do niej chłodno, a jednocześnie 

znacznie bardziej opryskliwie i nieuprzejmie, niż zamierzał. – Bo inaczej 
Bill spóźni się na kolację świąteczną.

Zareagowała   tak,   jak   oczekiwał.   Cofnęła   się.   Twarz   jej   posmutniała. 

Zaczęła go przepraszać.

Przerwał   jej,   mówiąc,   że   wszystko   jest   w   porządku,   i   że   Bill   sobie 

poradzi. Potem złożył jej życzenia świąteczne. Już wiedział, zachował się 
jak ostatni łajdak. Nie chciał ranić Lauren, ale w ostatecznym rozrachunku 
wyjdzie im to na dobre, był tego pewny. Nie mógł jej nic zaoferować – ani 
przyjaźni, ani mądrości, ani zaangażowania uczuciowego – i chciał, by to do 
niej dotarło.

background image
background image

Rozdział 7

– Eileen, w tym roku przeszłaś samą siebie – stwierdził ojciec Lauren, 

patrząc na zawieszoną na ścianie plastikową rybę.

– No cóż, doskonale wiesz, jak trudno jest kupić ci prezent – odparła bez 

cienia skruchy. – Więcej już nawet nie będę próbowała. Od tej pory będziesz 
otrzymywać ode mnie wyłącznie najświeższe ploteczki.

John   roześmiał   się   wesoło,   a   potem   powiedział   tak,   jakby   to   był 

uciążliwy obowiązek:

– No cóż, myślę, że powinniśmy teraz zasiąść do kolacji. Pracownicy 

firmy  cateringowej  zostawili   wszystko  w  podgrzewaczach,  wystarczy,  że 
nałożymy potrawy na talerze.

Szesnaście lat temu Boże Narodzenie było zupełnie inne. Matka Lauren 

przywiązywała   wielką   wagę   do   świąt   i   jeśli   nie   mogła   ściągnąć   całej 
rodziny, zapraszała przyjaciół. Zmarła dwudziestego ósmego grudnia, kiedy 
Lauren   miała   zaledwie   piętnaście   lat.   Od   tamtej   pory   święta   Bożego 
Narodzenia w domu Van Shuylerów zawsze były ciche.

Lauren   doskonale   to   rozumiała,   dlatego   nigdy   nie   czyniła   ojcu 

wymówek. Lecz w tym roku ogarnął ją płomień buntu i przyrzekła sobie, że 
następne Boże Narodzenie będzie inne.

Wtedy   będzie   miała   dziecko.   Dziecko,   które   będzie   raczkowało   lub 

próbowało   chodzić,   pochłonięte   kolorowymi   ozdobami   choinkowymi   i 
lampkami, ciągle wkładające coś do buzi.

Jej   dziecko   spędzi   święta   Bożego   Narodzenia   tak   jak   Jesse   i   Corey 

Lachlanowie. Będzie wielka, pachnąca, sięgająca sufitu, bogato przystrojona 
choinka, świąteczna kolacja, gromada gości i wizyta Świętego Mikołaja.

No, byle obyło się bez okrzyków przerażenia na widok mężczyzny w 

czerwonym stroju. Lauren uśmiechnęła się na wspomnienie szczerych słów 
synków Daniela.

–   Nie   chcę   widzieć   Świętego   Mikołaja!   Nie   chcę   widzieć   Świętego 

Mikołaja!

A   potem   z   bólem   serca   przypomniała   sobie   sugestię   wypowiedzianą 

minutę   później  przez   Daniela.   Nie   spodziewała   się,   że   odtrąci  ją   w  taki 
sposób. Myślała, że między nimi wszystko dobrze się układa. Trzymali się 

background image

granic, które sami wytyczyli. Miała nadzieję, że zostaną przyjaciółmi.

Lecz obojętna mina i chłodny ton, kiedy się do niej zwrócił, sprawiały 

wrażenie celowych. A Lauren nie mogła sobie przypomnieć, żeby słowem 
lub czynem zasłużyła na takie traktowanie. To on pierwszy zaproponował, 
żeby chodziła do jego kościoła. Ona tylko pozostała na dziecięcej zabawie 
świątecznej,   gdzie   tak   naprawdę   nie   było   dla   niej   miejsca.   Patrzyła,   jak 
Daniel   radzi   sobie   ze   swoimi   malcami.   W   przyszłości   chciałaby   mu 
dorównać. I to wszystko.

Przynajmniej   nie   będę   musiała   na   niego   patrzeć   przez   kilka   dni, 

pomyślała, siadając do kolacji z ojcem i Eileen.

Pomyliła się!
Musiała pożegnać się z tą pocieszającą  myślą  godzinę później, kiedy 

zadzwonił telefon. Jej ojciec podniósł komórkę, udzielił kilku lakonicznych 
odpowiedzi, a potem powiedział Lauren:

– To ktoś z Metropay Parking. – Rozpoznała nazwę koncesjonowanej 

firmy   zarządzającej   parkingiem   obok   korporacji   Van   Shuylerów.   –   Ktoś 
namalował graffiti na ścianach wokół twojego miejsca.

– Tego, gdzie stał mój samochód, kiedy przecięto opony? Od tej pory z 

niego nie korzystałam.

– Najwidoczniej ten facet o tym nie wie. – Jej ojciec znowu podniósł 

komórkę.

– Chcesz wezwać policję?
–   Nie,   zadzwonię   do   Daniela.   Mam   tego   dosyć.   Policja   nawet   nie 

wszczęła porządnego śledztwa w tej sprawie. A Daniel może tu przyjechać i 
wtedy porozmawiamy o tym, co się stało.

– Tato, jest Boże Narodzenie! Odłóż telefon.
– Myślisz, że Daniel jeszcze nie zjadł kolacji?
Podeszła i objęła go.
– Przypomnij sobie, tato – powiedziała cicho. – Czy pamiętasz  stosy 

papieru do pakowania i małych kuzynów z zarumienionymi policzkami i 
lepkimi   od   słodyczy   wargami?   Pamiętasz   zapach   potraw,   nie 
przywiezionych na zamówienie,  lecz tych, które mama  sama  ugotowała? 
Pamiętasz   głupie   gry,   którymi   wuj   Pete   starał   się   zabawić   dorosłych,   i 
Olimpiadę Balonową, którą urządził w piwnicy dla dzieci?

– Tak. Tak, oczywiście, pamiętam to wszystko – odparł ochryple.
– Zerwaliśmy kontakt z rodziną mamy, kiedy wuj Pete przeprowadził się 

background image

do   Chicago.   Ale   wiesz   co?   Gdzieś   tam   są   ludzie,   którzy   nadal   razem 
spędzają Boże Narodzenie i wiem, że Daniel jest jednym z nich. Nie możesz 
prosić go, żeby przyjechał tu dzisiaj i dyskutował o sprawach zawodowych!

Ojciec Lauren milczał jakiś czas. Później niezdarnie przytulił jej głowę 

do   policzka   i  poczuła   znajomy   zapach   jego  płynu   po  goleniu.   W  końcu 
odpowiedział szorstko:

– Zrozumiałem, o co ci chodzi. Za rok nasza rodzina powiększy się o 

twoje dziecko. Wtedy inaczej spędzimy Boże Narodzenie. Czy przynajmniej 
pozwolisz mi zatelefonować do Daniela?

– A będziesz mógł zapomnieć o całej sprawie, jeśli nie pozwolę?
– Nie. Wiesz, że nie zapomnę. Za wiele dla mnie znaczysz, Lauren, i 

niedobrze mi się robi na samą myśl o grożącym ci niebezpieczeństwie.

– W takim razie zadzwoń. Nie rozmawiaj jednak za długo. A co w ogóle 

głosiły te napisy na murze?

– Facet z Metropay nie chciał powiedzieć. Najwidoczniej było to coś 

naprawdę nieprzyzwoitego. – Podniósł telefon komórkowy, wystukał numer 
i poinformował Daniela, co się stało.

Następnie milczał przez minutę lub dwie, mruknął coś niezrozumiałego i 

nagle powiedział:

  –   Przywieź   też   swoich   chłopców.   Nie,   będziecie   mile   widziani. 

Poszukam zabawek w piwnicy i z przyjemnością znowu zobaczę tu dzieci. 
Dziękuję, Danielu. Spotkamy się mniej więcej za godzinę.

Chwilę potem z kamienną twarzą wytrzymał gniewne spojrzenie córki.
– To był jego pomysł.
– Mogłeś się nie zgodzić!
– Chcę, żeby był tutaj, Lauren. Potrzebuję jego oceny sytuacji.
Lauren powstrzymała się od gwałtownego protestu i czekała na to, co 

nieuniknione.

– Masz rację – przytaknęła półtorej godziny później.
 – Są nieprzyzwoite.
Daniel   wstąpił   do  garażu   w  drodze   przez   miasto   i   zrobił   kilka   zdjęć 

napisów wykonanych czerwonym sprayem. Jego synkowie budowali wieże 
z klocków w salonie, pod czujnym okiem Eileen, kiedy pozostała  trójka 
dorosłych odbyła to, co John Van Shuyler nazwał „naradą kryzysową".

Zaparzył   kawę   i   siedzieli   teraz   w   jego   gabinecie,   pełnym   książek   o 

północnoamerykańskiej faunie i florze.

background image

– I myślę,  że  masz  rację,  John.  Popchniemy  sprawę  do  przodu, jeśli 

zapomnimy o policji – oświadczył Daniel. – Dla nich to błahostka, na którą 
szkoda czasu. Chcę przeanalizować znane fakty i wyciągnąć z tego wnioski.

Może coś wpadnie mi do głowy.
Lauren   wiedziała,   że   Daniel   i   tak   pracuje   nad   tą   sprawą.   Nie   miała 

jednak pojęcia, że już tak dobrze się do tego przygotował. Rozłożył wydruk 
z datami wszystkich listów, stempli pocztowych na kopertach, treścią listów 
wraz   z   charakterystycznymi   sformułowaniami,   oraz   informacjami,   jakie 
mieli o innych incydentach. O przeciętych oponach, włamaniu do szafy z 
dokumentami, a teraz jeszcze o wulgarnych napisach.

–   Jeśli   jest   w   tym   jakaś   prawidłowość,   to   nie   rzuca   się   w   oczy   – 

podsumował Daniel.

– Chyba tylko to, że ten facet dba o to, żebym dobrze zapamiętała dni 

świąteczne  –  skomentowała   Lauren.  – Przeciął  opony  nazajutrz  po Dniu 
Dziękczynienia.

Jej ojciec roześmiał się.
– Zanotuj to w twoim zestawieniu, Lock. Ten typ nie lubi indyków.
–  Chyba  to   zrobię,   ponieważ   moje   zestawienie   składa   się   z  niewielu 

faktów   –   odparł   Daniel.   –   Firma   Bena   miała   w   przybliżeniu   szesnaście 
tysięcy   inwestorów,   rozproszonych   w   całych   Stanach   Zjednoczonych. 
Sądząc po stemplach pocztowych, listy wysłano z sześciu różnych miejsc. Z 
dwóch   różnych   urzędów   pocztowych   tu   w   Filadelfii,   dwóch   w   pobliżu 
Bostonu,   jednego   w   Nowym   Jorku   i   jednego   w   małym   mieście   w 
Connecticut. Na trzech listach są odciski palców, należące do trzech różnych 
osób. Mogłyby się przydać, ale policja nie ma ich w kartotece. – Bezradnie 
wzruszył ramionami.

– Nie masz żadnego przeszkolenia w tej dziedzinie, prawda? – zapytał 

ojciec Lauren.

– Nie, nie mam. Moja specjalność to zapobieganie przestępstwom, a nie 

tropienie przestępców. Powinieneś wynająć prywatnego detektywa.

– Nie chcę tego zrobić. Jeszcze nie. – John Van Shuyler wstał i zaczął 

nerwowo   krążyć   po   pokoju.   –   Czy   wspomniałaś   Benowi   o   tej   sprawie, 
Lauren?

– Nie, prawie wcale się nie kontaktujemy. Nadal czekam na jego decyzję 

odnośnie kontaktów z dzieckiem.

– Powinnaś powiedzieć mu o wszystkim. Może to go zmusi do zrobienia 

background image

chociaż małego kroku we właściwym kierunku.

Pokręcił   powoli   głową,   jakby   nie   mógł   znieść   ogromu   wad   Bena 

Devesona. Lauren znowu poczuła przypływ determinacji, jak zawsze, kiedy 
jej tata wydawał się zagubiony. Poradzi sobie z Benem, bez względu na 
wszystkie okoliczności. Da sobie radę z tajemniczym prześladowcą. Ben nie 
musi o tym wiedzieć. Przecież świetnie jej idzie.

– Pójdę się zdrzemnąć – ciągnął John. – A co do was.
to może wzięlibyście tych malców na spacer? Lauren, wyglądasz, jakbyś 

potrzebowała świeżego powietrza.

Zgoda, ale wolałabym uniknąć towarzystwa Daniela...
Nie powiedziała tego głośno, lecz tylko skinęła głową. Tata wyglądał na 

zmęczonego. Ta cała sprawa bardziej go martwiła, niż chciał to okazać.

– Ubiorę się i możemy iść – zwróciła się do Daniela.
– Zostawiłem kombinezony chłopców w samochodzie.
–  Zajmę   się   dziećmi   podczas   spaceru,   pobiegam   z  nimi,   żebyś  mógł 

spokojnie pomyśleć nad sprawą. Tata ma rację, przyda mi się łyk świeżego 
powietrza.

–   Nie   uważam,   że   mogłabyś   dogonić   coś   szybszego   od   gąsienicy   – 

powiedział Daniel do Lauren, kiedy jej ojciec wyszedł z pokoju.

– Miał nadzieję, że zasłuży na jej śmiech, ale Lauren tylko uniosła brwi. 

Była rozgniewana czy tylko czujna? Miała prawo do obu reakcji po tym, jak 
ją wczoraj potraktował. Wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju, jednak 
nie wiedział, jak rozegrać te sprawę. Przeprosić Lauren? Nie, musiałby wdać 
się w bardzo nieprzyjemną rozmowę. A może ją pocałować?

O, tak, to wspaniały pomysł, szepnął jego wewnętrzny głos.
Nie.
Ile razy próbował określić swój stosunek do Lauren? Nie chciał znowu 

tego powtarzać, bo zawsze ponosił klęskę. Na pewno w jakimś momencie 
ich wzajemne stosunki po prostu muszą się poprawić. Statki na wzburzonym 
morzu w końcu zawijają do portu. Świt nadchodzi nawet po najciemniejszej 
nocy. W pewnym momencie przestanie pragnąć Lauren, może nawet zacznie 
jej ufać, może nawet zostaną przyjaciółmi.

Rozwiąż   ten   problem,   wtedy   będziesz   mógł   zniknąć   z   życia   Lauren. 

Znajdź tego faceta, nakazał sobie i mimo woli uśmiechnął się.

Tak jak Lauren intuicyjnie wyczuwał, że to jest mężczyzna. Ale kto to 

taki?

background image

Na   dworze   policzki   chłopców   wkrótce   zaczerwieniły   się   z   zimna. 

Dreptali  wolniej  niż  zwykle,  gdyż  puchowe  kombinezony  krępowały  ich 
ruchy.   Tydzień   temu   w   tej   okolicy   spadło   dużo   śniegu   i   wszędzie   były 
zaspy.

Śnieg zachwycił malców. Piszczeli i śmiali się z radości. Lauren dzielnie 

się   z   nimi   bawiła.   Ulepili   kilka   śnieżek   i   bardzo   małego,   niezgrabnego 
bałwana.   Ojciec   Lauren   przyniósł   stare   sanki   z   czerwonego   plastiku,   na 
których zmieścili się obaj chłopcy.

Daniel zdał sobie sprawę, że obserwuje te harce na śniegu z szerokim 

uśmiechem.

Dlaczego   musi   na   nią   patrzeć?   Dlaczego   Lauren   zawsze   tak   szybko 

odwracała oczy, gdy zobaczyła, że on ją obserwuje? W pewnym momencie 
potknęła się i omal nie runęła w śnieg. Daniel rzucił się ku niej, ale ona 
potrząsnęła głową.

– Nic mi nie jest. Ostatnio mam kłopoty z zachowaniem równowagi.
– Jesteś pewna? Chcesz wejść do domu?
–   Nic   mi   nie   jest   –   powtórzyła,   podnosząc   głowę   i   posyłając   mu 

buńczuczny uśmiech.

Chcę dopaść tego drania dla niej, uświadomił sobie nagle. To nie ma nic 

wspólnego   z   chęcią   wyniesienia   się   z   jej   życia.   Ta   kobieta   już   dość 
wycierpiała, również przeze mnie. Jednak nie zgorzkniała, nie załamała się. 
Tak, chcę zrobić to dla niej.

– Rękawiczki chłopców są zupełnie mokre. Chyba pora wracać do domu 

– powiedziała.

– To jakiś smarkacz. To musi być jakiś dzieciak. Tylko wtedy można 

dopatrzyć się w tej sprawie odrobinę sensu.

Przez chwilę Lauren nie zrozumiała, o co mu chodzi, ale potem spojrzała 

uważnie na Daniela.

Jego ciemne  oczy  błyszczały, a na twarzy malował  się nie znany jej 

wyraz   triumfu.   Dosłownie   tryskał   energią.   Wydawał   się   jakiś   większy   i 
silniejszy. Stał nieruchomo, po chwili uderzył pięścią w rozwartą dłoń.

– Chodzi ci o tego faceta – domyśliła się.
– Tak. – Nachylił się i zdjął Jesse'emu rękawiczki. – Tak, masz rację, 

chłopcom prawie zamarzły palce. Pora zakończyć spacer.

Podniósł obu malców, którzy jak zwykle ulokowali się na jego biodrach. 

Corey zaczął popłakiwać i Daniel zapytał:

background image

– Czy możesz szybko odwrócić ich uwagę?
– Obiecać im gorącą czekoladę z pianką?
– Słyszeliście to, chłopcy?
– Przepraszam, powinnam była wcześniej spojrzeć na ich rękawiczki.
– Nic im nie będzie. Chcę jeszcze pomyśleć o sprawie. Na głos, jeśli 

pozwolisz.

–   W   porządku,   jestem   tym   głęboko   zainteresowana,   co   chyba 

zrozumiałe.

A jeszcze bardziej tobą, Danielu, dodała w duchu. Fascynowały ją jego 

ruchy, urzekała mimika. Na przykład mrużył oczy i wysuwał lekko język, 
gdy nad czymś rozmyślał. Sposób, w jaki zajmował się synkami i w tym 
samym czasie zastanawiał się nad sprawą. Podobno mężczyźni nie umieją 
opiekować się dziećmi tak jak kobiety, ani robić kilku rzeczy jednocześnie. 
Przypuszczała, że Daniel musiał się tego nauczyć.

–  Prawdopodobnie   studiuje  w  college'u   –  powiedział.  –  Nie  jest   taki 

bystry i obyty, za jakiego chciałby uchodzić w naszych oczach. Być może 
rzeczywiście  próbował  się  włamać  do  waszych  kont  bankowych, ale  nie 
udało mu się.

– Na szczęście.
– W takim razie to przeciętniak. A to oznacza, że nie jest niebezpieczny.
–   A   jego   motywy?   Podaj   mi   jednego   z   twoich   malców.   Będzie   ci 

wygodniej.

– Poradzę sobie. – Prawie dotarli do domu. – Posadzę ich przy kominku, 

a ty tymczasem przygotujesz dla nich gorącą czekoladę.

– Ty też się napijesz?
– Tak, poproszę. Wiesz, dlaczego myślę, że to dzieciak z college'u?
– Dlaczego?
–   Na   ślad   naprowadziły   mnie   twoje   słowa,   że   on   chce.   abyś  dobrze 

zapamiętała dni świąteczne. Pewnie mieszka w Filadelfii, ale uczy się gdzie 
indziej. Prawdopodobnie w Bostonie. Osobiście pojawia się w twoim życiu 
tylko podczas wolnych dni. Dla niego to zabawa, nie zajmuje się tym przez 
cały czas. W każdym razie taka jest moja teoria. Oczywiście mogę się mylić.

Weszli przez boczne drzwi i Lauren zaprowadziła wszystkich do salonu. 

Daniel   postawił   synków   przed   kominkiem,   a   oni   wyciągnęli   zziębnięte 
rączki w stronę ognia.

– To dzielni malcy – oświadczyła Lauren. – Myślałam, że będą płakać.

background image

– Tak, to fajne dzieciaki – rzucił od niechcenia, a potem uśmiechnął się 

od ucha do ucha.

Lauren odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem i mruknęła:
– Uważaj, bo uwierzę, że ich nie uwielbiasz!
– W porządku, nie naciskaj. Oni są wyjątkowo fajni.
– Czuję się tak, jakbym rozwiązał sprawę – dodał. – A nie powinienem.
– Jeśli o mnie chodzi, jestem pod wrażeniem.
– Nadal właściwie nic nie wiemy – upierał się, rozbierając chłopców.
– . Gorąca czekolada? – zapytał Jesse z nadzieją.
– Prawie trafiłeś w dziesiątkę, kolego. Po prostu musimy zdecydować, 

którym tropem ruszymy – powiedział Daniel.

– A jest ich dużo, prawda? – Lauren przyzwyczaiła się do dość nagłych 

zwrotów   konwersacji   i   była   bardzo   dumna   z   tej   nowej   umiejętności.   – 
Znacznie więcej niż mieliśmy  parę godzin temu. Za minutę  włożę je do 
suszarki – dodała, biorąc wilgotne kombinezony.

–   Musimy   przekonać   policjantów,   żeby   tak   na   to   spojrzeli   i   zaczęli 

działać.

Malcy wypili czekoladę i natychmiast zrobili się senni. Lauren trzymała 

Jesse'ego na kolanach, powoli sączyła czekoladę i obserwowała płomień w 
kominku.

Chłopiec   miał   delikatną   cerę   i   jedwabiste   włosy.   Nie   zauważył,   że 

Lauren mu się przygląda. Impulsywnie pocałowała go w policzek. Miała 
wrażenie, że dotknęła ustami ciepłego atłasu. Czy jej własne dziecko będzie 
takie doskonałe, takie inteligentne, takie szczęśliwe?

Wyglądało   na   to,   że   Daniel   nie   śpieszy   się   do   domu.   Wyciągnął   się 

wygodnie na kanapie. Lauren siedziała na fotelu. Po jakimś czasie malcy 
położyli   się   na   dywaniku   przed   kominkiem   i   niebawem   zasnęli, 
zahipnotyzowani przez tańczące płomienie.

– Jak długo będą spali? – zapytała.
– Dwie godziny, jeśli im pozwolę. Ale potem nie zasną aż do północy, 

więc   może   dam   im   tylko   godzinę.   Posłuchaj,   pozwoliłem   na   to   tylko 
dlatego, ponieważ chciałem z tobą spokojnie porozmawiać.

– O tym facecie? Ja raczej...
– Nie, nie o nim.
– Najchętniej bym o nim zapomniała – dodała.
–   Wiem.   Chciałem   porozmawiać   o   naszym   wczorajszym   spotkaniu. 

background image

Oświadczyłem, że powinnaś już wyjść, bo Bill przez ciebie spóźni się na 
świąteczną   kolację.   To   było...   bardzo   nieuprzejme   i   za   to   chciałem   cię 
przeprosić. Wybaczysz mi?

Miała dwie możliwości. Przyjąć przeprosiny lub je odrzucić.
– Właściwie nie rozumiem, co cię wtedy ugryzło?
Po pełnej napięcia chwili odpowiedział w końcu:
– Nie wiem. – Miał obojętną minę, zniechęcającą do zadawania dalszych 

pytań, a szczególnie tych najbardziej kłopotliwych.

Lauren   doznała   tak   wielkiego   zawodu,   że   na   chwilę   zaniemówiła. 

Kłamał, i to ją zabolało. Lecz dobrze ukryła te uczucia.

– Daj mi znać, kiedy będziesz wiedział. Wpatrzył się w ogień.
– Tak, zrobię to.
Kolejna   wymówka...   Rozgniewać   się?   Zignorować   jego   zachowanie, 

przejść nad tym do porządku dziennego? A może okazać wściekłość?

Poruszył się na kanapie i mruknął:
– Dam ci znać, Lauren, kiedy zrozumiem, dlaczego uczucia, jakie żywię 

do ciebie, tak mnie przerażają. Na razie „nie wiem" musi ci wystarczyć.

– Dobrze – odparła lekkim tonem, jakby to nie miało żadnego znaczenia.
Rzecz w tym, że obchodziło ją wszystko, co miało choćby najmniejszy 

związek   z   Danielem   Lachlanem.   Walczyła   z   tym,   lecz   była   skazana   na 
przegraną.

– Ta teoria się nie potwierdziła. – Daniel podniósł glos, żeby zagłuszyć 

krzyki chłopców. Ścisnął mocniej słuchawkę telefonu.

– Przepraszam, nie zrozumiałam – odpowiedziała Lauren.
– Nie, to ja przepraszam za moich chłopców. – Zamknął nogą drzwi 

kuchni i od razu zrobiło się ciszej.

–   Nigdy   nie   przepraszaj   za   swoich   synków,   Danielu   –   powiedziała 

ciepło, lekko zachrypniętym głosem. – Są wspaniali i kocham ich.

To nie była rzucona od niechcenia uwaga. Daniel zrozumiał, że Lauren 

mówi prawdę. Na myśl o tym ogarnęło go dziwne uczucie, ale nie miał 
czasu, żeby je przeanalizować. Z trudem wrócił do tematu rozmowy.

– Chciałem ci powiedzieć, że przed chwilą zadzwonili do mnie z policji.
– Tak? Mów!
– Nie mam  dobrych wieści, Lauren. Policjanci sprawdzili wszystkich 

inwestorów Bena na terenie Filadelfii i w jej pobliżu. Moja teoria zawaliła 
się jak domek z kart. Nikt z nich nie miał dzieciaka w college'u w Bostonie. 

background image

Najbardziej pasował student z Waszyngtonu. Przesłuchali – go i od razu 
wypuścili. To nie mógł być on. Przepraszam cię, chyba się wygłupiłem.

Westchnął i zaklął pod nosem.
–   To   okropne!   W   zeszłym   tygodniu   naprawdę   byłem   pewien,   że 

wpadłem na właściwy trop.

– To nie twoja wina. Może to tylko zbieg okoliczności, że wszystkie 

incydenty miały miejsce tuż przed świętami.

– Nie sądzę, że chodzi o zwykły zbieg okoliczności. Gdybym wiedział, 

co się za tym kryje...

– Przestali się zadręczać.
– Przyjadę po ciebie trochę później. Moja matka będzie mogła zjawić się 

u mnie dopiero o siódmej.

–   Odwołaj   to.   jeśli   chcesz   –   zaproponowała   natychmiast,   bez   chwili 

wahania.

–   Nie   chcę.   Twój   tata   życzył   sobie,   żebym   cię   zawiózł   na   bal 

sylwestrowy   korporacji Van  Shuylerów i  zamierzam  to  zrobić.  Będę  tak 
uważnie   badał   teren,   pilnował   twoich   pleców   i   obserwował   każdego,   do 
kogo   się   odezwiesz,   że   uznasz   to   za   najgorszy   wieczór   w   życiu.   Ale 
przynajmniej będę robić to, co do mnie należy. I odwiozę cię całą do domu.

Roześmiała się i Daniel poczuł się dziwnie usatysfakcjonowany.
Dlaczego tak reaguje na tę kobietę? Tyle razy ją zawiódł, a teraz puszył 

się. ponieważ zdołał ją rozweselić? Przypuszczał, że Lauren nie dotrwa do 
końca zabawy. Prawdopodobnie wyjdą z balu jeszcze przed dziesiątą.

Gdy ją zobaczył, od razu zrozumiał, że poczynił błędne założenie.
Wyglądała fantastycznie w czarnej sukni na ramiączkach. Powitała go 

olśniewającym uśmiechem, a niebieskie oczy błyszczały jak dwie gwiazdy.

– Dostałaś z opóźnieniem jakiś prezent gwiazdkowy czy wygrałaś los na 

loterii – zapytał, unosząc brwi.

– Przekonałam samą siebie do zmiany nastawienia – odparła, podnosząc 

małą,   elegancką   torebkę   i   zarzucając   czarny   szal   na   ramiona.   Jej   głos 
brzmiał   stanowczo,   ruchy   sprawiały   wrażenie   zdecydowanych.   –   W   tym 
roku urodzi się moje dziecko. Zamierzam zapewnić mu dobry start. Nie dam 
się zastraszyć.

– Niewiele rzeczy przyjmujesz potulnie, prawda?
– Jestem uparta i nie poddaję się łatwo – zgodziła się z nim, zamykając 

drzwi mieszkania.

background image

Zeszli   po   schodkach   do   zaparkowanego   na   rogu   ulicy   samochodu 

Daniela.

– Chyba znasz opowieść o dębie i o trzcinach? – ciągnęła. – Trzciny gną 

się podczas burzy i dzięki temu są w stanie przetrwać każdą nawałnicę. Dąb 
stoi   prosto,   lecz   bardzo   silny   wiatr   może   go   wyrwać   z   korzeniami   i 
zniszczyć.

– Spodziewasz się, że zostaniesz wyrwana z korzeniami? – zapytał.
Noc   była   zimna   i   strumyki   wody   w   rynsztokach   zamarzły.   Daniel 

otworzył przed Lauren drzwi samochodu, a potem przytrzymał jej łokieć, 
ponieważ   było   ślisko.   Poczuł   zapach   jej   perfum   –   mieszanki   jaśminu   i 
kwiatów pomarańczy. Do tej pory powinien już się uodpornić na ten aromat, 
lecz tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, ta woń coraz silniej działała na jego 
zmysły.

– Po prostu chciałabym nauczyć się trochę bardziej płynąć z prądem – 

powiedziała. – Skoro inni potrafią, ja też powinnam spróbować. – Wsunęła 
się na miejsce pasażera z zaskakującym wdziękiem i gracją, pomimo ciąży i 
długiej, fałdzistej sukni.

–   Czy   właśnie   to   robiłaś   na   parafialnej   zabawie   w   dzień   Bożego 

Narodzenia?   –   zapytał,   przypominając   sobie   nagle   wyraz   jej   twarzy. 
Zmarszczone   brwi,   pochmurne,   niepokojące   spojrzenie.   Wtedy   go 
przeraziła. Ale być może źle zinterpretował jej zachowanie.

– Tak przypuszczam – potwierdziła. – Prawdopodobnie. Tylko to czyste 

szaleństwo,  gdyż równie  dobrze  mogłabym uczyć się  gry na fortepianie, 
oglądając koncert wirtuoza. Ejże, jak zeszliśmy na ten temat?

Utkwiła   w   nim   oskarżycielskie   spojrzenie,   kiedy   uruchamiał   silnik. 

Daniel roześmiał się i podniósł ręce z kierownicy, czując, jak z serca spada 
mu   olbrzymi,   ciężki   głaz.   Próbowała   uczyć   się   opieki   nad   dziećmi, 
obserwując go? To naprawdę było... dziwne. Co mógł na to odpowiedzieć?

– To nie moja wina – oznajmił. – Zadałem tylko jedno proste pytanie o 

sposób, w jaki reagujesz na to, co przynosi ci życie.

–   To   pytanie   wcale   nie   było   proste   –   zaprzeczyła   –   ale   osobiste   i 

przenikliwe.   Po   takim   pytaniu   przyszła   matka   ma   zamęt   w   głowie. 
Dzisiejszej nocy chcę się dobrze bawić, nie zapominaj o tym!

– Czy to część moich zawodowych obowiązków? Mam sprawić, żebyś 

się dobrze bawiła?

– Właśnie tak, panie Lachlan!

background image

–   Obrzucił   ją   szybkim   spojrzeniem   i   zobaczył,   że   podniosła   wysoko 

głowę i że ma zaróżowione policzki.

– Ojej, pani Van Shuyler, zastanawiam się, czy podołam tak trudnemu 

zadaniu! – powiedział cicho.

– W razie potrzeby udzielę panu kilku lekcji.
– A właściwie to jak zamierza pani to zrobić?
– A jak pan sądzi, panie Lachlan?
– No cóż... przypuszczam, że mogę podsunąć pani parę pomysłów?
Więc   może   ona   też   lubiła   flirtować?   Oto   poznał   kolejną   cechę 

osobowości Lauren Van Shuyler. Zaczynał zbyt wiele oczekiwać od tego 
balu.

Bal   sylwestrowy   był   największym   wydarzeniem   towarzyskim   w 

Korporacji   Van   Shuylerów.   Ojciec   Lauren   pojawił   się   tylko   na   krótko, 
wyszedł   przed   dziewiątą   trzydzieści.   Dlatego   to   Lauren   musiała   pełnić 
obowiązki   gospodyni.   Robiła   to   ze   stylem   i   gracją.   Częściowo   była   to 
nabyta   umiejętność,   ale   przede   wszystkim   wrodzona   intuicja,   a   tego   nie 
można się nauczyć.

Idąc tuż za nią, Daniel obserwował, jak Lauren taktownie rozmawia z 

gośćmi, jak stara się zapamiętać wszystkie nazwiska. Prawie nie zwracała na 
niego uwagi, co początkowo bardzo mu odpowiadało.

Jednak w miarę upływu czasu to zadowolenie przeradzało się w inne, 

znacznie mniej przyjemne uczucie.

W porządku, Lauren musiała pogawędzić z żoną głównego księgowego. 

Dopilnować, żeby jeden dyrektor porozmawiał z drugim dyrektorem.

Ale czy rzeczywiście musiała go skąpo obdzielać zdaniami typu: „Zjedz 

coś,   jeśli   masz   ochotę,   Danielu",   „Możesz   znaleźć   sobie   partnerkę   i 
potańczyć. Nie musisz chodzić za mną krok w krok. Poradzę sobie".

Jedzenie i taniec nie należały do jego obowiązków. Musiał towarzyszyć 

Lauren.

– Twój tata polecił mi dopilnować, żebyś nie przesadziła! – warknął jak 

rozjuszony niedźwiedź. Było teraz około wpół do jedenastej.

– Przecież nie przesadzam – odparła.
– Nie usiadłaś nawet na chwilę i prawie nic nie jadłaś.
– Zjem później, kiedy porozmawiam ze wszystkimi.
– Jeżeli jeszcze zostanie coś do jedzenia i jeśli będziesz miała dość sił, 

żeby podnieść widelec. Jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży.

background image

– Czuję się świetnie. – Odeszła, i zmieniła ton. – Phil? Jak się czujesz? 

Czy Cindy przyszła z tobą?

Daniel oparł się o ścianę i patrzył, jak Lauren idzie dalej. Ciekawe, czy 

zauważy,   że   przestał   jej   towarzyszyć?   Najwidoczniej   spostrzegła   to   w 
końcu, ponieważ odnalazła go po dwudziestu minutach i powiedziała:

– Teraz mogę coś zjeść. Przyłączysz się do mnie?
– Tylko po to, żeby dopilnować, abyś wreszcie usiadła.
– Hej, ukradłeś mi moją kwestię! Zamierzałam powiedzieć dokładnie to 

samo!

– No dobrze...
Zapomniał języka w gębie i nic innego nie przyszło mu do głowy. Co się 

z nim dzieje? Zwykle nie brakowało mu słów. Zazwyczaj nie zachowywał 
się   jak   zawodowy   ochroniarz   i   nie   obserwował   klientów   w   ponurym 
milczeniu i z zaciętą miną.

Jeśli Lauren poczuła się urażona, nie dała nic po sobie poznać. Jadła z 

apetytem, uśmiechając się pogodnie.

– Nie dostaniesz mdłości od smażonych warzyw?
–   Ejże,   Lock,   stary   kumplu!   Tak   może   zabawiać   dziewczynę 

szesnastolatek.

Ponownie spróbował wszcząć rozmowę, tym razem o muzyce. Z wysiłku 

aż rozbolała go głowa, zdołał jednak wykrztusić:

– Nie chciałabyś zatańczyć?
– Bałam się, że już nigdy o to nie zapytasz – odparła.
– 

background image

Rozdział 8

Dlaczego to powiedziałam? Co też wpadło mi do głowy, rozpaczała w 

duchu Lauren.

Dopóki nie zasiedli z Danielem do kolacji, Lauren wykonała większą 

część obowiązków przypadających na ten wieczór. Zwykle robił to jej ojciec 
jako szef korporacji. Teraz scedował obowiązki na Lauren.

–   Baw   się   dobrze,   ale   pamiętaj,   żeby   najpierw   porozmawiać   ze 

wszystkimi, z którymi powinnaś – powiedział córce.

W końcu uznała, że tę część uroczystości ma już za sobą. Potem nagle 

zauważyła, że nie ma przy niej Daniela. Jeszcze niedawno szedł za nią w 
odległości   kilku   kroków,   czujny   jak   zawsze.   Zatęskniła   za   nim.   Odkąd 
przywiózł ją tu samochodem, nie żartował z nią ani nie flirtował, ale to jej 
zupełnie nie przeszkadzało. Wszyscy inni dzielili się nowinami, żartowali, 
zadawali pytania. Milczenie Daniela uspokajało, dodawało otuchy. Podobnie 
było przy kolacji. Nie przeszkadzało jej, że mówił tak mało.

Lecz później, kiedy opróżnili talerze, Daniel nadal nic nie powiedział, 

poza paroma banałami, które, sądząc po jego ponurej minie, były tylko stratą 
czasu.   Uznała   więc,   że   jej   ochroniarz   wróci   do   rogu   sali.   żeby   ją 
obserwować. Nie chciała tego. Na tę myśl serce w niej zadrżało.

Zamiast tego Daniel poprosił ją do tańca i wypaliła wtedy całą prawdę. 

Tak, rzeczywiście bała się, iż nigdy jej nie zaprosi.

Chciała, żeby to zrobił.
To chyba prawdziwy cud, że tak się stało.
Oboje przeszli niezdarnie na środek parkietu. Ona była w dziewiątym 

miesiącu ciąży, więc nic dziwnego, ale Daniel? Chyba że wcale nie miał 
ochoty na taniec. Po prostu starał się być uprzejmy i...

Ramię Daniela, ciężkie i ciepłe, objęło nagie ramiona Lauren. Drugie 

zatrzymało się na wysokości jej talii. Instynktownie przytuliła się do niego, 
słysząc jego miarowy oddech, czując ciepło jego ciała.

– Lauren...
– Nic nie mów. Już przegadałam pół nocy.
– Dobrze. – Oparł podbródek o jej włosy.
Nie mogła uwierzyć, że północ nadeszła tak szybko. Piosenkarz skończył 

background image

tęskną pieśń o miłości i oświadczył:

–   Teraz   odliczamy.   Nie   mam   czasu   na   długą   przemowę.   Dziesięć, 

dziewięć, osiem...

Lauren podniosła głowę i zamrugała powiekami.
–   Nie   pocałuję   cię   –   powiedział   Daniel   nieoczekiwanie   dla   siebie 

samego.

– Nie?
Nie widziała oczu Daniela, bo przesłonił je rzęsami. Nie wiedziała, o 

czym myślał. Postanowił, że jej nie pocałuje... Dziwne, bo jego usta ułożyły 
się właśnie do pocałunku.

– Cztery, trzy, dwa...
– Zrobię to – oświadczył. – Zrobię to.
– Tak. – To znacznie lepszy pomysł!
– Szczęśliwego Nowego Roku!
– Przepraszam – wymamrotał. – Ja...
– Proszę! Och, proszę!
Dotknął ustami warg Lauren, rozchylając je. Potem cofnął się, a Lauren 

zaprotestowała cichym jękiem.

– Zawiozę cię do domu – powiedział.
– Nie rób tego.
– Jestem doradcą do spraw bezpieczeństwa w korporacji Van Shuylerów. 

–   Zacisnął   zęby.   –   Nie   mogę   tego   zrobić   na   oczach   wszystkich 
pracowników. Zabieram cię do domu.

– Gdzie nikt nie będzie widział, jak mnie całujesz? – Objęła go mocniej.
– Nie to miałem na myśli.
– Wiem, ale byłoby miło, gdybyś to zrobił – Nie będę uprawiał z tobą 

miłości,   Lauren.   Pragnę   tego.   Pragnąłem   tego,   odkąd   po   raz   pierwszy 
trzymałem   cię   w   ramionach   siedem   miesięcy   temu,   ale   mam   tak   wiele 
powodów, żeby tego nie robić...

– Chcę je usłyszeć.
– Znasz je.
– Przypomnij mi. Dzisiejszej nocy nie pamiętam żadnego z nich.
– Jesteśmy na środku sali balowej, a to nie jest odpowiednie miejsce na 

takie rozmowy.

–   Może   stąd   pójdziemy.   Chcę   stąd   odejść.   Dość   mam   tego   miejsca, 

muszę   się   odprężyć,   zrobić   coś   łatwego   –   i   przyjemnego.   Chcę,   żebyś 

background image

uprawiał ze mną miłość, Danielu.

– Uprawianie miłości nie jest łatwe.
– To najłatwiejsza rzecz na świecie. Zamykasz oczy, zaczynasz pieścić 

partnerkę i to się dzieje. Pragnę tego. – Rozmyślnie położyła rękę na jego 
pośladkach, powoli musnęła ustami jego wargi.

Daniel jęknął.
– Możesz to dostać – mruknął. – Jeszcze chwila, a dostaniesz wszystko, 

czego pragniesz.

– Tak...
– Lauren, zastanów się nad tym, dobrze się zastanów, jeszcze minutę, a 

potem powiedz mi, że się rozmyśliłaś.

– Nie zrobię tego.
–   Potrzebujesz   mężczyzny,   który   będzie   się   o   ciebie   troszczył,   który 

będzie cię kochał najbardziej na świecie, a ja nim nie jestem. Nie jestem do 
tego gotowy. Nie teraz. Jeszcze nie. W twoim obecnym życiu nie ma dla 
mnie miejsca.

Nie wspomniał dziecka Bena, ale nie musiał tego robić. Wiedziała, że o 

to mu chodzi.

– Może nawet nigdy nie będę do tego gotowy. Jeśli chcesz znać prawdę, 

to prawdopodobnie jest to najważniejszy powód, dla którego nigdy się z 
tobą   nie   skontaktowałem,   choć   przeżyliśmy   wspólnie   chwile   grozy.   Jak 
bardzo znienawidziłabyś samą siebie, jak bardzo zaszkodziłabyś przyszłości 
twojego dziecka, gdybyś wpuściła mnie dzisiejszej nocy do twojego łóżka?

Mimo to Lauren musiała wpuścić go do swojego domu.
W teorii to nie powinno być problemem. Bywał w jej domu dość często, 

sprawdzając zamki i okna, odsłuchując wszystkie nagrane na automatycznej 
sekretarce wiadomości.

Ale tej nocy było jakoś inaczej. Powietrze we wszystkich pokojach jak 

gdyby   zgęstniało.   Daniel   przeszukał   dokładnie   pomieszczenia,   a   Lauren 
poszła za nim i przyglądała się, jak on to robi. Odsuwa zasłony, otwiera 
szafy, omiata wzrokiem każdy mebel.

Nie mogła tego znieść.
– To chyba nie jest konieczne, Danielu. Przecież wymieniłeś wszystkie 

zamki. Wszystkie listy wysyłane są pod adresem firmy.

– Sprawdzę twój pokój.
Ruszyła za  nim,   rozgniewana  jego  uporem.  Zderzyli  się  dokładnie  w 

background image

drzwiach jej sypialni, kiedy Daniel odwrócił się, żeby zadać Lauren jakieś 
pytanie.

Jego usta...
Uderzyła   go   brzuchem   w   biodro.   Odruchowo   zamknęła   oczy,   kiedy 

wyciągnął ramiona, żeby ją podtrzymać. Na oślep szukała jego ust i znalazła 
je, podnosząc ku niemu twarz w tej samej chwili, gdy położył ręce na jej 
ramionach.

– Do diabła, dlaczego tak trudno jest z tym walczyć? – szepnął.
– Ponieważ to jest takie przyjemne.
– To nie wystarczy.
–   Wiem.   Przestań   mi   to   powtarzać.   Przeżyjmy   choć   kilka   chwil 

zapomnienia, oboje tego potrzebujemy.

– Ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go prosto w usta. Obudziło się 

w niej bardzo kobiece  uczucie triumfu,  kiedy wyczuła reakcję Daniela i 
zrozumiała, jak wielką ma nad nim władzę.

Daniel miał otwarte usta, gorące i spragnione. Rozczesał palcami włosy 

Lauren, wysuwał gorączkowo spinki. Oderwał usta od jej warg i wtulił w 
jedwabiste   loki.   Kosmyki   połaskotały   ją   w   policzek.   Daniel   pogładził 
rękoma ramiona Lauren, a potem ujął w dłonie jej piersi. Sutki natychmiast 
stwardniały. Lauren zadrżała, zakołysała biodrami niczym jakaś egzotyczna 
tancerka, przywarła do Daniela jeszcze mocniej.

– Och tak, tak, Danielu! – Oddychała płytko, nierówno i drżała na całym 

ciele.

– Chcesz, żebym wziął cię do łóżka? Chcesz tego, Lauren? Oderwał usta 

od jej warg i wskazał na wielkie łóżko, królujące w sypialni. – Jest tam. Tak 
blisko. I cokolwiek słyszałaś, seks jest możliwy nawet w tak zaawansowanej 
ciąży. Powiedziano mi też, że to może być naprawdę przyjemne. Jeśli tego 
nie chcesz, powiedz mi o tym teraz, zanim nie jest za późno.

Wielkie łóżko było przykryte starą narzutą, którą matka Lauren kupiła na 

wyprzedaży. Oddała ją do renowacji, ale narzuta była delikatna i Lauren 
bardzo o nią dbała. Starała się nigdy na niej nie siadać.

Jednak ktoś inny okazał się mniej ostrożny.
Zamarła, gdy to zauważyła.
–   Rozumiem,   że   nie   chcesz   –   powiedział   Daniel.   Nadal   mocno   ją 

obejmował   i   wyczuwała,   że   jest   tak   samo   podniecony   jak   ona.   – 
Powinienem się z tego cieszyć, prawda? – Nie wyglądał na zadowolonego. 

background image

W jego zachrypniętym głosie wyczuła nutę żalu.

– Ktoś tu był – powiedziała, zaciskając usta, by nie drżały.
Przeniósł wzrok na jej twarz.
– Skąd wiesz?
– Poznałam po wyglądzie narzuty na łóżku. Nigdy na niej nie siadam, ale 

zrobił to ktoś inny. Tam, koło szarki nocnej. Widzisz, jest pomarszczona i 
pęknięta wzdłuż szwu.

– Lauren, nie ma żadnych śladów włamania.
– Ja nie żartuję ani nie mam urojeń.
– A ja nie twierdzę, że się mylisz. To był ktoś, kto miał dostęp do kluczy 

po wymianie zamków, ktoś, kto zna kod alarmu i kto bardzo się starał, żebyś 
nie zauważyła żadnych oznak jego obecności.

– Masz rację. To niesamowite, prawda? Dlaczego jakiś facet zakrada się 

tutaj na palcach... – urwała nagle i chwyciła Daniela za ramię. – Żałuję, że to 
powiedziałam. O skradaniu się na palcach. To zbyt okropne. – Wzdrygnęła 
się, puściła go, przycisnęła ręce do piersi. – Jak do licha on się tu dostał?

Daniel   objął   ją   ramieniem.   Znowu   wstrząsnął   nią   dreszcz,   a   potem 

zapanowała nad emocjami, stłamsiła je siłą woli.

– To okropne – powtórzyła. – I, co gorsza, zupełnie pozbawione sensu!
– Popełniliśmy błąd – odparł Daniel. – To nie jest „ten facet", Lauren. 

Mamy do czynienia z dwiema różnymi osobami. – Zaklął. – Ale myliłem się 
w przypadku – dzieciaka z college'u. Teraz jestem przekonany, iż mamy do 
czynienia z dwiema różnymi osobami.

– Czy dzięki temu mam poczuć się lepiej? – zapytała z irytacją. – Że 

dwie osoby dybią na moje życie? Albo na moją bieliznę? Dwie osoby, które 
mnie   prześladują,   przeszukują   moje   rzeczy!   Och,   na   litość   boską,   moje 
rzeczy!

Ciarki przeszły jej po grzbiecie i odepchnęła ramię Daniela.
– Moje szuflady? Moje szafy?
Większość ubrań trzymała w sąsiadującej z sypialnią garderobie. Lecz w 

tym   pokoju   stała   stara,   wysoka   komoda,   gdzie   Lauren   przechowywała 
bieliznę. To była jej słabostka. Uwielbiała kupować bieliznę.

Teraz po prostu wysuwała po kolei każdą szufladę i za każdym razem 

odnajdywała   dowody,   że   ktoś  grzebał   w   jej  rzeczach,   ktoś  ostrożny,   ale 
niezbyt uważny.

Nie powiedziała ani słowa, ale Daniel bez przeszkód czytał w jej twarzy.

background image

– Przypuszczam, że są takie okazje, kiedy opłaca się być pedantyczną 

zrzędą   –   powiedział   do   Lauren.   –   W   stercie   moich   bokserek   mogłyby 
zagnieździć się ptaki, a ja i tak niczego bym nie zauważył. Kimkolwiek byli 
ci ludzie, najwidoczniej zdali sobie sprawę, że muszą postępować bardzo 
ostrożnie.

– Dlatego to jest znacznie gorsze – odparła piskliwie. Potem głos jej się 

załamał. – Wolałabym raczej, żeby wszystko leżało na podłodze, a szuflady 
nadal były wysunięte. A tak, to ma w sobie coś osobistego.

Wyciągnęła   rękę   na   oślep   i   znowu   zacisnęła   ją   na   przedramieniu 

Daniela, potrzebowała jego siły i spokoju.

On również ją objął. Palce Daniela musnęły delikatną skórę w zgięciu 

ramienia Lauren.

– Co chcesz zrobić? Oczywiście znowu zmienimy zamki i kody alarmu, 

a   ty   będziesz   musiała   strzec   swoich   kluczy   jak   angielskich   klejnotów 
koronnych.   Nie   zostawiaj   torebki   na   widoku,   nawet   we   własnym   domu. 
Zmień godziny pracy Bridget. Niech sprząta tylko wtedy, kiedy jesteś w 
domu   i   wcale   nie   dawaj   jej   kluczy.   Nie   zapraszaj   przyjaciół.   Mogę 
przydzielić ochroniarzy, którzy będą pilnowali twojego domu wewnątrz i na 
zewnątrz  przez  całą  dobę. Mogę  także  pomóc   ci w  przeprowadzce,  jeśli 
chcesz zmienić mieszkanie.

– Nie.
– Do czego odnosi się to „nie"?
– Do wszystkiego, z wyjątkiem zamków i alarmu. Nie pozwolę nikomu 

się zastraszyć. – Wzięła głęboki oddech. – Chcę, żebyś mi pomógł tylko w 
jeszcze jednej nowej sprawie.

– Powiedz, o co chodzi. Zrobię to.
–   Chcę,   abyś   pomógł   mojej   siostrze,   Stephanie,   urządzić   przyjęcie   z 

okazji urodzin mojego dziecka.

– Co takiego?
– Nie może tego zrobić z Paryża, to chyba zrozumiałe. Zostało mało 

czasu, tylko dwa tygodnie. Miała kilka wspaniałych pomysłów, ale ja muszę 
wprowadzić   pewne   zmiany.   Nie   chcę,   żeby   tam   były   wyłącznie   moje 
przyjaciółki.   Chcę,   żeby   przyszli   też   ich   mężowie   i   chłopcy.   –   Kiedy 
mówiła, wyczytała z twarzy Daniela, że zrozumiał jej zamiary. – Postawimy 
telewizor w piwnicy, żeby mogli obejrzeć mecz piłki nożnej, pić piwo, grać 
w pokera lub coś podobnego. – Zamierzam poprosić Bridget, żeby pomogła 

background image

w   podawaniu   do   stołu   i   zaproponować,   by   wzięła   do   pomocy   kilku 
członków swojej rodziny.

– Jesteś pewna? – zapytał ochrypłym, pełnym napięcia głosem. – To ma 

być pułapka?

–  Raczej   szansa  dla  ciebie,   żebyś  mógł  ich  obserwować,  zbytnio  nie 

rzucając się w oczy. Tak, jestem pewna.

– Wiesz, co mówisz?
– Wiem. I ty myślisz o tym samym. To ktoś, kto mnie zna. Ktoś, kogo 

uważam za przyjaciela lub przyjaciółkę.

Daniel nie wiedział, kto bardziej hałasuje. Mężczyźni w piwnicy, gdzie 

oglądali   mecz   piłki   nożnej,   czy   kobiety   w   salonie,   które   piszczały   z 
podniecenia i śmiały się, rozpakowując prezenty dla dziecka.

–   Weźcie   sobie   więcej   piwa   –   powiedział   do   ośmiu   odwróconych 

plecami mężczyzn, których sylwetki rysowały się na tle rozjarzonego ekranu 
telewizyjnego.

Kilku   mężczyzn   chrząknęło   lub   odmówiło,   ale   większość   go 

zignorowała.

Mężowie   lub   chłopcy   koleżanek   Lauren   ze   szkoły   rodzenia   i   innych 

przyjaciółek nie wyglądali tak, jak gdyby mieli jakieś złe zamiary.

Daniel polecił zmienić zamki w domu Lauren na Nowy Rok, prawie dwa 

tygodnie temu. Od tej pory Lauren nigdy nie spuszczała oczu ze swojego 
jedynego kompletu kluczy. Nie było żadnych śladów świadczących, że ktoś 
włamał się do domu. Przyszły jeszcze dwa listy z pogróżkami. Ich zawartość 
i specyficzne sformułowania nadal przywodziły Danielowi na myśl jakiegoś 
rozgniewanego, rozpuszczonego smarkacza z college'u, który wcale nie był 
taki   wyrafinowany   i   obyty   w   świecie,   za   jakiego   się   uważał.   Policja 
rozszerzyła krąg podejrzanych, przesłuchała  kilka osób i nadal nie miała 
podejrzanego.

Daniel powoli wrócił na górę, udając, że jest czymś bardzo zaaferowany. 

W   kuchni   Bridget   zręcznie   nakładała   na   talerze   zimne   i   gorące   dania. 
Pomagała jej dwudziestotrzyletnia córka, Trish. Obie uśmiechnęły się do 
Daniela i zaprosiły, by spróbował ich potraw. Sprawiały wrażenie bardzo 
zajętych, zadowolonych i zupełnie niegroźnych.

Chwycił kilka parujących kąsków  i ponownie wymknął  się z kuchni, 

mówiąc:

background image

– Diabelnie smaczne!
Idąc   opustoszałym   holem   w   stronę   sypialni,   usłyszał   głos   Lauren, 

dochodzący   z   samego   środka   gromady   gości.   I   jak   zwykle   zareagował 
przyśpieszonym biciem serca.

– Och, Catrina, to zachwycające! Dziękuję ci!
Lauren z zapałem rozwijała podarunki, które Stephanie układała w stos 

na bocznym stoliku. Wraz z pojawianiem się kolejnych gości przybywało 
też prezentów. W salonie razem z Lauren było czternaście kobiet.

Daniel wyruszył na dalszy zwiad. W pokoju dziecinnym panowała cisza, 

tak samo  w gabinecie Lauren. Sypialnia była pusta. Daniel właśnie miał 
zawrócić, kiedy z przylegającej do sypialni łazienki dobiegł go jakiś dźwięk. 
Drzwi były zamknięte, prawdopodobnie na klucz.

Usłyszał głośny szum spuszczanej wody i mruknął:
– Tak, po to właśnie są łazienki.
Po chwili zawrócił, mijając po drodze łazienkę dla gości. Drzwi toalety 

były otwarte. Można było zobaczyć wazon ze świeżymi, czerwonymi różami 
stojący   na   marmurowej   toaletce,   nieskazitelnie   czysty   ręcznik   dla   gości 
położony na podgrzewanym wieszaku i koszyczek z mydełkami w kształcie 
muszli.

Dlaczego w takim razie ktoś używa prywatnej łazienki Lauren? – zaczął 

się zastanawiać gorączkowo Daniel.

Ukradł kilka smakołyków Bridget i oparł się o kuchenną futrynę, skąd 

widział dużą część salonu poprzez podwójne drzwi prowadzące do jadalni. 
Zapamiętał   listę   gości   i   teraz   widział   wszystkich,   z   wyjątkiem   Catriny 
Callahan, Anny Hazelwood i Corinne Alexander. Dwie z nich po prostu 
mogły siedzieć w jakimś kącie, poza jego polem widzenia.

Dzisiaj Lauren wyglądała fantastycznie. Rozpuściła włosy, które spadały 

jej kaskadą na plecy, oczy jej błyszczały z radości. Ubrana była na różowo, 
choć zazwyczaj unikała tego koloru, uważając, że nie licuje on z jej pozycją 
zawodową. Teraz miała w sobie coś łagodnego, delikatnego, chwytającego 
za serce. Czy dlatego, że myślała tylko o swoim dziecku, zapominając na 
krótką chwilę o grożącym jej niebezpieczeństwie?

Ten rozmarzony, senny wyraz twarzy tylko podkreślał jej urodę. Daniel 

spróbował   sobie   wyobrazić,   jak   będzie   wyglądała,   gdy   po   raz   pierwszy 
weźmie   swoje   dziecko   w   ramiona.   Nagle   zdał   sobie   sprawę,   że   chce   to 
zobaczyć i przestraszył się. Opadły go podobne wspomnienia z jego własnej, 

background image

tak   niedawnej   przeszłości.   Przypomniał   sobie   zobowiązania,   małżeńskie 
kajdany, nieszczęście, naciski i narastające urazy.

Wróciwszy wolnym krokiem do holu, rozejrzał się, oczekując, iż jeden z 

zaproszonych mężczyzn może wejść po schodach na górę. Usłyszał jednak 
zgodny   chór   basów   i   barytonów.   A   zatem   towarzystwo   jest   całkowicie 
pochłonięte końcówką meczu. Tak, on sam też chętnie obejrzałby ten mecz, 
ale   ostatnio   Lauren   miała   pierwszeństwo   przed   innymi   sprawami.   Jej 
bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Sąsiadująca z sypialnią Lauren łazienka nadal była zajęta. Nie dobiegał 

już   z   niej   szum   wody.   Zamiast   tego   Daniel   usłyszał   cichy   szczęk 
otwieranych drzwi szafki, zgrzyt wysuwanej szuflady, brzęk pojemników z 
kosmetykami lub lekami.

Czekał.
Dźwięki te docierały zza drzwi jeszcze przez parę minut. Później rozległ 

się szczęk zamka. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Corinne. Na chwilę 
zamarła, ale potem skrzywiła usta w parodii promiennego uśmiechu.

– Cześć, Daniel – powiedziała, próbując go wyminąć. Ponieważ stał w 

drzwiach, po prostu oparł rękę o framugę, żeby zagrodzić Corinne drogę. 
Podziałało.

– Musimy porozmawiać – powiedział.
– Danielu, proszę! – Zaśmiała się cicho. – Chcę zobaczyć, jak Lauren 

rozwija mój podarunek.

W milczeniu wszedł do łazienki i nie odwracając się, zamknął za sobą 

drzwi. Następnie oparł ręce na biodrach, jak bramkarz z nocnego klubu. 
Uznał,   że  ten  gest   wystarczy,  by  dać   Corinne   do  zrozumienia,   iż  to  nie 
przelewki i on w razie potrzeby bez wahania użyje przemocy. Da jej minutę 
lub dwie, a potem, był tego pewny, Corinne sama zacznie mówić.

Nie musiał czekać nawet tak długo.
–   To   nie   jest   to,   o   czym  myślisz   –   wypaliła   Corinne   po   dwudziestu 

sekundach pełnego napięcia milczenia.

– Powiedz mi, o czym myślę – zachęcił ją spokojnie.
– Że ją okradam.
– Nie wyglądasz na kogoś, kto musi to robić.
– Właśnie! – Na jej twarzy odmalowała się ulga. – Jesteś profesjonalistą 

w   tej   dziedzinie,   Danielu   –   powiedziała,   zniżając   uwodzicielsko   głos.   – 
Przyznaję, że ja sama uważam się za amatorkę, jednak moja obecność tutaj 

background image

jest   całkowicie   uzasadniona.   Po   prostu   szukam   dowodów   na   poparcie 
wniosku o wyłączną opiekę nad dzieckiem, jeśli Ben Deveson zwróci się z 
tym do sądu. Zastanawia się nad tym od miesięcy  i chce poznać więcej 
faktów.

– Jakiego rodzaju faktów?
– Och, wiesz, o co chodzi. Szukam dowodów na używanie narkotyków, 

problemy emocjonalne, rozwiązłość, niezdrowy tryb życia i tak dalej. Na 
pewno masz z tym do czynienia w swoim zawodzie. Danielu. Ponieważ nie 
odstępowałeś   Lauren   na   krok   i   podjąłeś   wszelkie   możliwe   środki 
ostrożności,  okazało się  to znacznie trudniejsze, niż powinno. Jednak jej 
prawnicy będą chcieli nakłonić ludzi, żeby obrzucili Bena błotem, to nie 
ulega wątpliwości.

–   Ludzi,   którzy   udają,   że   są   jej   bliskimi   przyjaciółmi?   To   chciałaś 

powiedzieć?

– Do diabła, nigdy w życiu nie był taki rozgniewany, a Corinne nawet 

nie mrugnęła okiem.

– Lauren go rzuciła – powiedziała, zaciskając usta.
– Ja pierwsza go poznałam! Na Boga, to ja ich sobie przedstawiłam! 

Jakim cudem mogłabym w tym sporze wziąć jej stronę?

– Przecież udajesz, że właśnie tak jest. A co z przeciętymi oponami i 

anonimami pełnymi pogróżek?

– To nie moja sprawka.
Daniel z trudem panował nad nerwami. Miał ochotę potrząsnąć tą chudą 

jędzą i zmusić ją do szybszego artykułowania zdań.

– Nie wiem, kto to był – mówiła dalej Corinne. Początkowo było mi to 

na rękę, chociaż wciągnęło cię do gry, a ty jesteś trudnym przeciwnikiem. 
To zabawne, ale Lauren długo uważała, że nęka ją jedna i ta sama osoba. 
Czasami było mi jej żal. Jednak ja nigdy nie posunęłabym się do tego typu 
ekscesów, to nie w moim stylu. – Spojrzała na niego z nadąsaną minką, jak 
gdyby mówiła: „Spójrz na mnie, jestem miła!", a potem zepsuła ten niezbyt 
przekonujący występ, dodając: – Lauren nie musi się niczym martwić w 
sprawie opieki nad dzieckiem. Jest taka czysta, że można ją stawiać innym 
za   przykład.   Ben   prawdopodobnie   zrezygnuje   z   dochodzenia   praw   do 
dziecka na drodze sądowej, co mi odpowiada.

– Uśmiechnęła   się.  – Nie  chcę,  żeby  dziecko  Lauren  plątało się  pod 

nogami, kiedy zamieszkam z Benem.

background image

– Właśnie – wycedził Daniel przez zęby. – Dziękuję za udzielenie mi 

tych informacji.  A teraz  możesz  już  odejść. – Nie  powiedział ani słowa 
więcej,   tylko   wykręcił   Corinne   rękę   do   tyłu,   chwycił   za   nadgarstek   i 
wyprowadził kobietę z łazienki.

– Sprawiasz mi ból – jęknęła.
– Nie. – Nie ściskał jej ręki tak mocno, jak na to zasługiwała. – Dowiesz 

się, kiedy naprawdę zacznę to robić.

Kusiło  go to.  Tak  bardzo kusiło!  Chciał  wykręcić  jej  przedramię   tak 

bardzo,   żeby   znalazło   się   równolegle   do   kręgosłupa.   Widzieć,   jak   się 
pochyla, skręca z bólu i błaga o litość. Ta kobieta zdradziła swoją starą 
przyjaciółkę.   Oszukała   ją   właśnie   wtedy,   gdy   Lauren   była   najbardziej 
bezbronna   i   zagubiona.   Gdy   toczyła   najcięższą   walkę   w   życiu   i   bardzo 
potrzebowała psychicznego wsparcia.

– Dokąd mnie prowadzisz?
– Do drzwi – odparł. – Sama wyniesiesz się stąd do wszystkich diabłów. 

I jeśli choćby cień twojego małego palca znowu się pojawi w życiu Lauren, 
każę cię aresztować. Wylądujesz za kratkami, zanim zdążysz policzyć do 
trzech, wierz mi.

– Na  jakiej  podstawie?  –  wyjąkała. –  Jakie  masz  dowody  przeciwko 

mnie?

– Tydzień temu kazałem zainstalować w całym domu ukryte kamery.
To   nie   była   prawda.   Chętnie   posunąłby   się   do   tego   typu   środków 

ostrożności, ale Lauren nigdy nie pozwoliłaby na to. Wiedział jednak, że 
Corinne mu uwierzy. Jednak jeżeli okaże się na tyle głupia, by kiedykolwiek 
tu wrócić, on zamieni jej życie w piekło.

Kiedy zamknął drzwi za Corinne, musiał zacisnąć ręce w pięści, żeby 

przestały mu drżeć. Przez kilka minut nie mógł się poruszyć. Tylko stał tak z 
pochyloną głową i zamkniętymi oczami, starając się opanować.

Tak bardzo pragnął chronić Lauren, że aż go to przerażało. Był zły na 

siebie za to, że nie sprawdził Corinne dokładniej. Zadowolił się ustaleniem, 
czy miała udziały w kampanii Bena, czy była kiedykolwiek karana, i na tym 
koniec. Nie wziął pod uwagę pobudek osobistych, nawet mu to nie przyszło 
do głowy. Zajrzał też do dokumentacji Bena, na tyle głęboko, na ile mógł, 
ale to nie była jego dziedzina. Zresztą tym obiecała zająć się policja. Teraz 
Daniel miał ochotę wsiąść do najbliższego samolotu lecącego do Szwajcarii, 
żeby   osobiście   wytoczyć   krew   Bena   Devesona.   Chciał   sam   przejrzeć 

background image

wszystkie dowody zgromadzone przez policję, zbadać wszystkie dokumenty 
firmy  Devesona,  przekształcić  całe   Lachlan   Security  Systems   w  brygadę 
śledczą   i   dopaść   wreszcie   tego   drania,   który   zamienił   życie   Lauren   w 
koszmar.

A   najbardziej   pragnął   trzymać   w   ramionach   Lauren   i   osłaniać   ją 

własnym ciałem przed każdym niebezpieczeństwem.

Nic ci nie grozi. Jestem tu. Nie opuszczę cię... To właśnie powiedziałem 

Becky. Że jej nie opuszczę.

I w ten oto sposób unieszczęśliwiłem nas oboje. Nie jestem nic winien 

Lauren. Absolutnie nic. Nie wolno mi ingerować w jej życie. Nie jestem też 
ojcem   jej   dziecka.   Muszę   się   trzymać   daleko   od   tego   wszystkiego   i 
oszczędzić nam obojgu cierpienia i żalu.

Niespokojny,   nadal   rozgniewany,   z   trudem   panował   nad   emocjami. 

Przenikał go ból, którego nie umiał wytłumaczyć. Powoli wrócił do kuchni i 
ukradł jeszcze kilka smakołyków Bridget. Zjadł je, nie czując ich smaku. 
Wsłuchiwał się w głos Lauren, która co i rusz głośno wyrażała zachwyt, 
oglądając resztę prezentów.

– Nie miałeś prawa!
– Dobry Boże, Lauren, a co miałem zrobić? Pogłaskać ją po głowie i 

odesłać z powrotem do grona gości?

Przekazać   ją   tobie,   żebyś   zmieszała   ją   z   błotem   na   środku   salonu 

usłanego papierem do pakowania?

Papier do pakowania został oczywiście dawno wyrzucony. Była szósta 

wieczór,   na   dworze   panował   mrok   i   chłód.   Dom   wysprzątano,   a   goście 
odjechali.   Lauren   i   Daniel   siedzieli   naprzeciw   siebie   na   środku   salonu, 
pełnego   ślicznych   prezentów   dla   jej   dziecka.   Te   podarunki   nie   były 
najlepszym tłem dla kłótni, jaką ze sobą toczyli.

– To była moja sprawa! – oświadczyła Lauren z gniewem. – Corinne 

zdradziła mnie, a nie ciebie! Nie miałeś prawa tak postąpić. Chciałabym 
spojrzeć jej prosto w oczy, usłyszeć o wszystkim z jej ust i powiedzieć, co 
myślę o jej udawanej przyjaźni. A ty odebrałeś mi tę szansę! Zamiast tego 
sam ją zdemaskowałeś, groziłeś jej i wyrzuciłeś ją z mego domu bez mojej 
wiedzy!

Potrząsnęła głową, jakby zabrakło jej słów.
– Ty naprawdę masz bzika na punkcie kontrolowania wszystkiego, co się 

wokół ciebie dzieje. Niezła z ciebie despotka i pedantka. – Z najwyższym 

background image

trudem zmuszał się do mówienia względnie spokojnym tonem, choć miał 
ochotę krzyczeć. – Ja tylko próbowałem cię chronić! Robię, co do mnie 
należy, nie rozumiesz tego?

– To nie ma nic wspólnego z kontrolą!
– Nie? Pewnie nie ma z tym nic wspólnego również sterylnie czysty i 

kompletnie   urządzony   pokój   dziecinny,   ani   te   wszystkie   poradniki   dla 
przyszłych rodziców?

– No tak, staram się zapanować nad swoim życiem, nie pozostawiam 

niczego   przypadkowi   –   przytaknęła   natychmiast.   –   Wiem   o   tym. 
Dostrzegam to, śmieję się z tego i... nadal to robię. W ten sposób odnajduję 
wewnętrzny spokój, jakiś ład w życiu. Ciekaw jesteś, o co mam do ciebie 
pretensje, Danielu, a raczej Locku – prychnęła z gryzącą ironią. – Zaczynasz 
odmawiać   mi   prawa   do  uczestniczenia   w  sprawach,   które  mnie  dotyczą. 
Jeśli uważasz, że mi pomagasz, to bardzo się mylisz. Może i mam bzika na 
punkcie   samokontroli,   ale   ty   zachowujesz   się   jak   nadopiekuńcza   kwoka. 
Pewnie nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, mnie to natomiast szalenie 
irytuje.

–   Chronię   cię,   ponieważ   mi   za   to   płacą!   Sama   się   na   to   zgodziłaś, 

czyżbyś zapomniała? A może zaprzeczysz, że potrzebujesz ochrony?

– Posuwasz się znacznie dalej poza to, za co ci płacą, Danielu. – Oczy 

Lauren zabłysły, a głos zadrżał. Mimo to wydawała się bardzo pewna swych 
racji.   –   Ale   kiedy   pozwalam   ci   na   to,   jak   wtedy,   gdy   pytałam   o 
wychowywanie   dzieci   czy   zostałam   na   zabawie   w   twoim   kościele,   ty 
zareagowałeś agresją. Zupełnie jakbym próbowała cię zmusić do czegoś, na 
co nie masz ochoty. To ty wysyłasz sprzeczne sygnały.

Och, jaka jesteś piękna, kiedy się gniewasz! Tak, tylko wyobraź sobie, 

co ona by zrobiła, gdybyś naprawdę jej to powiedział, pomyślał Daniel.

Poczuł gorycz w ustach. Wypił jedno piwo, kiedy kręcił się na dole, 

oglądając mecz i czekając na koniec przyjęcia. Potem wypił drugie. Teraz 
żałował, że dał się skusić. Alkohol ciążył mu w żołądku, przytępiał ostrość 
umysłu, której teraz tak bardzo potrzebował. Miał przecież wiele spraw do 
przemyślenia.

Po chwili jednak musiał przyznać szczerze, że to nie piwo mu w tym 

przeszkadzało.   To   Lauren.   Była   taka   pociągająca   i   piękna,   kiedy   się 
gniewała.

–   A   oto   jeszcze   jeden   sprzeczny   sygnał,   specjalnie   dla   ciebie   – 

background image

powiedział i podszedł, żeby ją pocałować.

Czy kiedykolwiek przedtem całował tak namiętnie rozgniewaną kobietę? 

No tak, oczywiście, kilka razy Becky. Częściej to on był całowany przez 
kobiety, po starannie zaplanowanej kampanii,  jak później zrozumiał.  Nie 
lubił tej uprawianej z premedytacją męsko-damskiej gry, tych następujących 
po sobie, niemal rytualnych zachowań. Teraz było inaczej, bo... znacznie 
lepiej, bez cienia fałszu.

Oczy Lauren błyszczały, policzki zarumieniły się. Rozpuszczone włosy 

były   trochę   potargane,   gdyż   rozczesała   je   palcami   i   odrzuciła   do   tyłu, 
unosząc dumnie głowę. Patrzyła, jak Daniel idzie ku niej, musiała odgadnąć 
jego   zamiary.   Nie   odezwała   się,   po   prostu   piorunowała   go   spojrzeniem, 
jakby ostrzegając przed konsekwencjami.

Podjął to wyzwanie bez namysłu.
– Jeżeli uważasz, że to coś zmieni, to grubo się mylisz – syknęła jak 

rozzłoszczona kotka. Odwróciła gwałtownie głowę i wargi Daniela dotknęły 
kącika jej ust. Poczuł słodki smak truskawek, biszkoptu i śmietany.

Ujął podbródek  Lauren  i  ostrożnie  znów zwrócił  jej głowę  ku sobie. 

Kiedy wykrztusiła „Nie", Daniel zamknął jej usta pocałunkiem.

– Powtórz to tak, jakbyś naprawdę tego nie chciała, a wtedy przestanę – 

warknął.

– Ja naprawdę tego nie chcę. Poza tym nadal gniewam się na ciebie.
– Ale nie pozostajesz obojętna na moje pocałunki.
Nie odpowiedziała, lecz oparła lekko dłonie na jego biodrach. Podniosła 

ku niemu twarz, już się nie odwracała. Rozchyliła usta. No i rzeczywiście 
nie pozostała bierna wobec jego pieszczot.

–   Odpowiadam   na   twoje   pocałunki   –   przyznała   potulnie.   Objęła   go 

rękoma za szyję> ugryzła lekko w dolną wargę, a potem musnęła językiem 
wyimaginowaną ranę. – Ale to i tak niczego nie zmienia. Gniewam się na 
ciebie.

– Co zamierzasz zrobić w tej sprawie?
– Całować cię tak długo, aż mnie przeprosisz.
– To dość ryzykowne i chyba nazbyt ambitne założenie. Wytrzymam 

dłużej niż ty.

– Doskonale! Wcale mi się nie śpieszy.
Oboje pletli androny i oboje doskonale o tym wiedzieli.
– A co potem?

background image

– Potem zadzwonię do Corinne i umówię się na spotkanie z nią.
– Nie!
–   Nie   przeszkodzisz   mi   w   tym,   Danielu.   Nie   w   tym,   co   muszę   i 

powinnam zrobić. Całuj mnie, ile tylko dusza zapragnie.

– Tak. To właśnie zamierzam... – mruknął.
– Ale nie oszukuj się, że to cokolwiek zmieni w naszych wzajemnych 

stosunkach.

Zimny prysznic nie podziałałby tak szybko, jak ostatnie słowa Lauren. 

Daniel cofnął się o krok.

– Nie dzwoń do Corinne! – poprosił. – Na litość boską, nie rób tego!
– Czemu nie?
– Bo za osiem dni masz urodzić dziecko.
–   To   wystarczający   dowód,   że   jestem   dorosła.   Nie   zostałam 

ubezwłasnowolniona. Przestań mnie pouczać.

– Pewne zachowania są poniżej twojego poziomu, Lauren. Co właściwie 

zamierzasz zrobić? Dostarczyć Corinne satysfakcji, przyznając, jak bardzo 
dała ci się we znaki? A może urządzisz pyskówkę?

– Sądzisz, że to w moim stylu?
– Nie! Do diabła, nie! Ale kto wie, jaki ona ma styl? Jesteś od niej tysiąc 

razy lepsza. Nie zawracaj sobie nią głowy, nie warto.

Popatrzyła na niego uważnie, przechylając lekko głowę na bok. Była 

dziwnie spokojna, wręcz nienaturalnie opanowana.

–   Zastanawiam   się,   czy   to   nie   jest   najprzyjemniejsza   rzecz,   jaką 

kiedykolwiek mi powiedziałeś. – Uśmiechnęła się leciutko. – Myślę, że tak.

–   Czy   pamiętasz,   że   jesteś   jutro   po   południu   umówiona   na   oddziale 

położniczym miejskiego szpitala? – spytał Daniel – I że twój tata chciał, 
abym sprawdził ich system alarmowy?

– Tak, pamiętam. Tuż przedtem mam badania prenatalne i proszę, żebyś 

mi towarzyszył. W poczekalni – dodała z naciskiem. – Ja chcę, abyś mnie 
chronił. Danielu. Ale nie przed zdradzieckimi przyjaciółkami.

Wzruszył ramionami, na pozór lekceważąco, w istocie jednak był trochę 

zaniepokojony.   Do   diabła,   pomyślał,   ona   naprawdę   potrzebuje   mojej 
pomocy.

A   może   to   Lauren   miała   rację?   Może   to   raczej   on   odczuwał   wielką 

potrzebę, by chronić ją przed całym złem tego świata?

background image

Rozdział 9

– Jak ci poszło? – Daniel krążył po poczekalni oddziału położniczego. W 

tym miejscu czuł się w roli ochroniarza szczególnie niezręcznie.

– Doktor Feldman mówi, że wszystko jest w porządku – odparła Lauren. 

Znowu   ubrała   się   jak   kobieta   interesu   –   w   elegancką,   lecz   skromną 
granatową sukienkę. – Puls jest świetnie wyczuwalny i dziecko miewa się 
dobrze. Jest ułożone główką do dołu. Właściwie to...

– Wiem, trzeba szykować się do porodu.
– No tak, ale to jeszcze może potrwać.
– Nie wszystkie dzieci są punktualne. Przyjmą cię na oddział i spokojnie 

poczekasz na swój czas.

– Albo kogoś zamorduję.
– A skoro już o tym mowa, nie zapytałem cię jeszcze, czy...
– Tak, widziałam się  z  Corinne  dziś  rano.  Tak, nadal  jest  cała  i ma 

wszystkie włosy.

– To dobrze – powiedział ostrożnie.
–   Ja   nie   przegrałam,   Danielu.   –   Musnęła   palcami   rękaw   jego   szarej 

koszuli, jakby pragnęła go uspokoić. Czy wyczuwała, że coś go dręczy? 
Czasami miał ochotę poprosić, żeby Lauren pomogła mu zrozumieć, co to 
takie– go. – Siedziałam za wielkim biurkiem w moim ogromnym biurze, w 
towarzystwie   prawnika.   W   pełni   kontrolowałam   sytuację,   zmusiłam 
Corinne, aby spojrzała mi w oczy, co ją zaniepokoiło, i dostałam to, czego 
chciałam.

– A co to właściwie było? Wczoraj mi tego nie powiedziałaś.
– Nie miałeś ochoty słuchać, prawda? Chciałam wydobyć z niej więcej, 

niż była skłonna mi powiedzieć, o planach Bena. Udało mi się. – Podniosła 
głowę. – Wiem, na czym stoję w sprawie mojego dziecka. Ben nie wróci do 
USA, bo musiałby stanąć przed sądem. Powiedział podobno, że jeśli chcę 
pokazać mu dziecko, będę musiała odwiedzić go w Europie. Czyli zakopał 
topór wojenny. Corinne go kocha, chyba wkrótce razem zamieszkają. Nie 
miałam pojęcia, że jej ostatnia podróż do Europy miała takie romantyczne 
podłoże. Ben wyraził ubolewanie z powodu tych anonimów i incydentów. 
Zamierza zaproponować jakąś ugodę, ale ja się na to nie zgodzę. Nie zabiorę 

background image

dziecka   do   Europy.   Jestem   niezależna   i   świetnie   sobie   poradzę   w   mli 
samotnej matki.

Daniel poczuł się trochę nieswojo. Jednak i tym razem nie potrafiłby 

powiedzieć, co go zaniepokoiło. Decyzja Lauren, a może jej determinacja i 
pewność  siebie?  O ile oczywiście  Lauren nie działa teraz pod wpływem 
ślepej   złości.   Cóż,   ona   nie   przemyślała   jeszcze   wszystkiego,   jej   dziecko 
jeszcze nie przyszło na świat. Nie wiedziała, w co się pakuje. Dlaczego tak 
bardzo go to niepokoiło? Czym się martwił?

– Jak się czujesz? – zapytał lekko zachrypniętym głosem. – Wszystko w 

porządku?

– Czuję  się   dobrze,  biorąc  pod  uwagę  okoliczności.  – Skrzywiła  się, 

przecząc   w   ten   sposób   swym  słowom,   a   potem  potarła  plecy   w   okolicy 
krzyża. Daniel znał ten gest. Omal nie zaproponował jej masażu. Dzisiaj 
jednak   był   ostrożny.   Patrzył   całkiem   inaczej   na   wiele   spraw,   jedne 
przemyślał, a nad innymi ciągle się zastanawiał.

Gdyby Lauren go posłuchała, nie zobaczyłaby się z Corinne dziś rano, 

ale   stało   się   inaczej.   Wczoraj   powiedziała,   że   chodzi   jej   o   zakończenie 
sprawy. Czy dlatego dzisiaj inaczej wygląda?

Jest spokojna, trochę zamyślona, szczęśliwa.
Tak,  wygląda  na szczęśliwą.   Gdzieś znikł  dawny  upór, to  nieznośne, 

graniczące z arogancją stawianie na swoim.

– Co się zmieniło, Lauren? – zapytał nagle, gdy ruszyli korytarzem do 

wyjścia.

Zatrzymała się i popatrzyła na Daniela.
– Czy to widać?
– Tak, widać. To wygląda wspaniale. Ty wyglądasz wspaniale. Jesteś 

taka spokojna, rozluźniona.

– Hormony?
– Coś więcej.
– No tak, masz rację. Czuję się inaczej, ponieważ nareszcie wiem, na 

czym stoję i na kogo mogę liczyć. Eileen, Bridget, Stephanie, Catrina – oto 
moi prawdziwi przyjaciele. I ty. – Powtórzyła to słowo po kilku sekundach, 
tym razem pytającym tonem: – Ty?

– Tak, oczywiście, jestem twoim przyjacielem burknął.
Ja nigdy bym cię nie zdradził, pomyślał, ale na szczęście ugryzł się w 

język. Czy pojmował zdradę tak samo jak Lauren?

background image

– Nadal nie wiemy, kto jest twoim prześladowcą – przypomniał jej.
– On nie napawa  mnie  lękiem.  Szczerze mówiąc,  bardziej przerażała 

mnie   myśl,   że   ktoś   grzebie   w   moich   rzeczach.   To   tym   się   martwiłam, 
znacznie bardziej niż przeciętymi oponami czy listami z pogróżkami.

Stali przy oknach, z których roztaczał się widok na centrum Filadelfii.
– Spójrz – powiedziała. – Widać dach budynku, w którym mieściły się 

biura   firmy   Bena.   Zauważyłam   to   kilka   tygodni   temu.   Zajmowali   sześć 
pięter, które chyba nie zostały ponownie wynajęte. Ktoś na tym dużo stracił.

– Tak, tak przypuszczam – zgodził się, jednak myślami  błądził gdzie 

indziej, nie poświęcając wiele uwagi słowom Lauren.

A przynajmniej wtedy tak było.
– Za kilka minut muszę być na oddziale położniczym – przypomniała 

mu. – Lepiej już chodźmy.

– Pomyślą, że to ja jestem ojcem dziecka.
–   Pewnie   tak.   Jeśli   ci   na   tym  zależy,   możemy   im  wyjaśnić,   jak   jest 

naprawdę.

– To nieważne. Niech myślą, co chcą. Lauren skinęła głową.
– W porządku.
–   Zaczynała   żałować,   że   zdecydowała   się   na   wyprawę   do   szpitala 

właśnie   dzisiaj.   Była   już   zmęczona   i   najchętniej   posiedziałaby   gdzieś 
spokojnie. W dodatku nadal odczuwała ból w dole brzucha i plecach.

Dobrze, że był przy niej Daniel. Za bardzo się do niego przyzwyczaiła, w 

tym sęk. Przyzwyczaiła się, że Daniel otwiera jej drzwi, pyta, czy nie jest jej 
zimno i czy nie chce jej się pić. Przywykła, że w jego obecności czuje się 
bezpieczna.  Przyzwyczaiła się, że chociaż  Daniel często  milczy, czasami 
bawi ją do łez opowieściami o wyczynach swoich synków.

– Au!
Nagle ostry ból w dole brzucha przeszył ją niby sztylet. To było takie 

przenikliwe, niepodobne do niczego znanego...

To nie poród.
To nie może być poród.
Dziecko miało przyjść na świat za tydzień. Przecież nie może urodzić się 

wcześniej, to tylko jakaś niestrawność lub kolka.

Nie bardzo potrafiła się skupić na oględzinach oddziału położniczego. 

Na twarzy Daniela malowało się uprzejme zainteresowanie, które wyglądało 
na prawdziwe, choć Lauren wiedziała, że tak nie jest.

background image

– Dobrze się czujesz? – spytał trochę później, kiedy grupa przyszłych 

matek   i   zdenerwowanych   ojców   poszła   dalej,   aby   obejrzeć   jedną   z   sal 
operacyjnych.

Tak! – odparła z udaną wesołością. – Cieszę się, że można rodzić w 

swoim pokoju, o ile wszystko przebiega prawidłowo.

–   Tak,   to   przyjemny   szpital.   Pozwolisz,   że   zadzwonię?   Mam   pilną 

sprawę.

– Jasne.
– Tutaj nie wolno używać komórek, muszę poszukać automatu. Zaraz 

was dogonię, nie martw się.

– Czuję się świetnie – powtórzyła. Po kilku sekundach, gdy zajrzała do 

cichej, wyposażonej w najnowszą aparaturę sali porodowej, znowu chwyciły 
ją bóle. Tak samo ostre i przenikliwe.

To nie poród. To nie może być poród. Ale na pewno nie czuła się dobrze. 

Zawieszony wysoko na ścianie porodówki zegar wskazywał za kwadrans 
szóstą. Od pierwszego ataku bólu minęło piętnaście minut.

Daniel wkrótce wrócił. Zmrużył oczy tak bardzo, że wyglądały jak dwie 

szparki.

– Coś nie tak? – zapytała.
– Na razie nie. Będę cię informował na bieżąco.
Powinna była zapytać, o czym mówi, ale właśnie dotarli do oddziału 

noworodków.

– Ojej! Niemowlęta! – powiedział z szerokim uśmiechem,  zaglądając 

przez szybę. – Dawno nie widziałem takich maleństw jak te.

Większość   noworodków   spała,   ale   kilka   płakało.   Jedno   całkiem 

czerwone niemowlę z gęstymi, czarnymi włoskami właśnie brało pierwszą 
w życiu kąpiel i wcale nie było tym zachwycone. Pozostałe zwiedzające 
szpital pary trzymały się za ręce i uśmiechały do siebie.

– Jak prezentuje się ten oddział z twojego punktu widzenia, Danielu? 

Jest bezpieczny? – spytała Lauren.

– Tak, dobry – odrzekł. – Nie dostrzegam żadnych problemów.
Mówił   jeszcze   o   sprawnych   ochroniarzach   i   dokładnym   systemie 

kontroli, ale Lauren go nie słuchała. Bóle wróciły, tym razem na dłużej. W 
każdym razie tak jej się wydawało. A może dlatego, że przybrały na sile. 
Zegar na oddziale noworodków wskazywał za siedem szóstą.

Daniel dostrzegł dziwny wyraz jej twarzy.

background image

Przypuszczalnie śmiertelne przerażenie.
Powiedział coś do Lauren, lecz ona nie usłyszała ani słowa, tylko mocno 

chwyciła go za ramię. I już nie puściła.

–   Nie,   nie   czujesz   się   dobrze!   Co   ci   jest?   Zaraz   mi   oderwiesz   rękę. 

Wyglądasz, jakbyś miała...

– To nie poród – powiedziała Lauren zmienionym głosem.
– Nie?
– Zwykły ból. Przechodzi i wraca, mija i znowu wraca. I tak w kółko.
– Ale to nie jest poród?
– Nie. – Zauważyła, że pielęgniarka oprowadzająca grupę spojrzała na 

nią z ciekawością. Zmusiła się, by odpowiedzieć jej szerokim uśmiechem.

Po   czterech   minutach   rozpoczął   się   kolejny   skurcz,   a   następne 

powtarzały   się   dokładnie   co   cztery   minuty.   Za   trzy   szósta.   Minuta   po 
szóstej. Pięć. Dziewięć po szóstej. Wycieczka się skończyła.

– Możesz wrócić do domu? – zapytał Daniel.
Chyba   pogodził   się   z   tym,   że   Lauren   całkowicie   zawładnęła   jego 

ramieniem, a to dobry znak. Ramię Daniela było najlepsze na świecie. Po 
każdych czterech minutach Lauren dochodziła do wniosku, że umarłaby bez 
niego.

– Nie, nie mogę – orzekła.
– To rzeczywiście jest poród, prawda?
– Tak sądzę.
– I chcesz zostać tu na noc?
– Tak. – I chcę, żebyś ty został, dodała w myślach. Lecz nie musiała o 

nic prosić, bo Daniel powiedział:

– Ulokujemy cię w pokoju, a potem będę musiał zadzwonić do mamy, 

dobrze?

– W porządku.
– Zostaję, Lauren. Nie opuszczę cię.
– Wiem. Dziękuję ci.

Spacerowali po korytarzu oddziału położniczego tak długo, aż Lauren 

zapamiętała każdy szczegół tej drogi. Ssała cukierki. Oparła czoło o ścianę 
pokoju, który jej przydzielono, podczas gdy Daniel masował jej plecy.

Przy każdym nowym skurczu zastanawiała się, czy nie wziąć epiduralu. 

Jednak pielęgniarka ostrzegła ją, że ten lek może opóźnić poród, zwłaszcza 

background image

przy pierwszym dziecku. A i tak wszystko trwało nieznośnie długo.

Daniel   próbował   odwrócić   uwagę   Lauren   od   bólu,   komentując   na 

bieżąco   transmisję   z   zapasów,   którą   oglądał   na   ekranie   telewizora   w   jej 
pokoju, ale nic do niej nie docierało. Wskazówki zegara nadal pełzły, choć 
to już nie miało  znaczenia. Skurcze powtarzały się mniej  więcej co trzy 
minuty.

– To jeszcze trochę potrwa – uprzedziła ją pielęgniarka i uśmiechnęła się 

pokrzepiająco.

– Myślę, że teraz wezmę epidural – zdecydowała Lauren.
– Dobrze, kotku, ale anestezjolog jest teraz w sekcji C, asystuje przy 

porodzie. Przyślę go tutaj, gdy wróci.

Gdy kobieta wyszła z pokoju, Lauren powiedziała spokojnie do Daniela:
– Nienawidzę jej.
– Przejdźmy się jeszcze raz.
– Nie!
Odmierzający   w   żółwim  tempie   czas   zegar   doczołgał   się   do   siódmej 

rano.   Matka   Daniela   musiała   zostać   z   wnukami   na   całą   noc.   Lauren 
próbowała się tym przejmować, ale nie mogła. Nie wierzyła, że reszta świata 
jeszcze istnieje. Przyszły pielęgniarki z porannej zmiany. Skądś do nozdrzy 
Lauren   dotarł   zapach   śniadania.   Nowa   pielęgniarka   powiedziała   jej,   że 
anestezjolog już wkrótce przyjdzie. Lauren nie uwierzyła jej. Uznała, że w 
tym szpitalu nie ma anestezjologa.

Daniel przekonał ją, aby poszła na spacer numer dziewięć po szpitalnych 

korytarzach. Zgodziła się, ale znienawidziła go za to.

– To nie pomaga?
– Nie! Wciąż mnie boli! Chodziłam do szkoły rodzenia. Oddycham, tak 

jak mnie uczono. To nie powinno tak bardzo boleć.

Suchy szloch  wstrząsnął jej ciałem.  Nie mogła  płakać. Przylgnęła do 

Daniela, który ją objął, pocałował i powiedział łagodnie:

– Wszystko w porządku, Lauren. Kocham cię. Naprawdę wszystko w 

porządku.

Nie uwierzyła mu. Nie uwierzyła pielęgniarkom, więc dlaczego miałaby 

wierzyć Danielowi? Koniec świata był już bliski, tylko wszyscy to przed nią 
ukrywali.   Chciała,   żeby   świat   przestał   istnieć,   gdyż   wtedy   wreszcie 
przestałaby cierpieć. Chciała wrócić do swojego pokoju, tylko że skurcze 
następowały tak szybko po sobie, że z trudem stawiała kroki.

background image

Kiedy   w   końcu   wpełzła   do   łóżka,   Daniel   przeprosił   ją   i   wyszedł   z 

pokoju. Do łazienki. Znienawidziła go za to, że musiał pójść do łazienki. Nie 
było go podczas trzech skurczów i miała wrażenie, że sprawiały jej znacznie 
większy ból niż poprzednie. Jak to możliwe?

– Wszystko w porządku – powiedział po powrocie.
– Nic nie jest w porządku. Chcę, żebyś tu był. Cały czas. Nie zamierzam 

zachowywać   się   jak   dobrze   wychowana   panienka.   Czuję   się   lepiej,   gdy 
mogę sobie ulżyć. Jestem nieszczęśliwa i nienawidzę cię!

– W porządku.
– Powiedziałam, że cię nienawidzę.
–   A   ja   cię   kocham.   Jestem   tu   z   tobą.   I   zostanę   na   zawsze,   jeśli   mi 

pozwolisz.

– Odejdź! Nie. Nie odchodź! Trzymaj mnie. Och, Boże, kiedy to się 

skończy?

Skurcze nasilały się. W pokoju pojawiła się pielęgniarka.
– Lauren, świetnie sobie radzisz – powiedziała. Rozwarcie na dziewięć 

centymetrów. To już nie potrwa długo. Dziecko wkrótce się urodzi.

– Mój epidural...
– Już na to za późno.
– Nienawidzę jej! – jęknęła Lauren, kiedy pielęgniarka wyszła z pokoju.
– Już o tym mówiłaś – przypomniał jej Daniel. – Tylko to była inna 

pielęgniarka.

Chwyciła go za ramiona.
–   Chcę,   żebyś   mnie   uratował   –   krzyknęła.   –   Pamiętasz   noc,   kiedy 

spotkaliśmy   się   po   raz   pierwszy?   Czy   to   nie   było   wspaniałe,   kiedy   nas 
wydobyli spod ziemi?

– Ale tym razem najpierw sama musisz trochę popracować, kochanie – 

wychrypiał.

– Pomóż mi!
– Jestem tutaj, kotku. I będę zawsze. Kocham cię, Lauren.
Kiedy puściła go na chwilę, przycisnął pałce do powiek. Oczy piekły go 

z   niewyspania.   Bolały   go   plecy   i   głowa.   Wszystkie   stawy   zesztywniały. 
Podobnie jak w dniu, gdy po raz pierwszy się spotkali...

No nie, tym razem Lauren była w innej sytuacji. Nie mógł wiedzieć, jak 

się czuła. Została uwięziona w pułapce bólu, nie potrafiła logicznie myśleć, 
mówiła zupełnie od rzeczy.

background image

A   przynajmniej   taką   miał   nadzieję,   ponieważ   już   kilkakrotnie 

oświadczyła, że go nienawidzi.

Natomiast on wyznał jej miłość... Czyżby zaczynał wierzyć, że mogą 

wspólnie spędzić resztę życia?

Cały świat zniknął mu z oczu. Pozostała tylko twarz Lauren, jej odwaga i 

cierpienie, które sprawiło, że się załamała. Chciał razem z nią dźwigać to 
brzemię.

Dlatego wciąż powtarzał, że jest tutaj, że nigdy nie odejdzie, nigdy jej 

nie opuści.

I że ją kocha.
Czy to było największe kłamstwo, jakie kiedykolwiek padło z jego ust, 

czy szczera prawda?

Kiedy rodziła Becky, nie mówiłem, że ją kocham, przypomniał sobie 

nagle ze smutkiem. Wtedy milczał jak zaklęty, żeby nie wyrwały mu się 
jakieś kłamliwe słowa pociechy. Nigdy jej nie kochał i nie chciał oszukiwać 
ani   jej,   ani   siebie.   Nie   mógłby   tego   zrobić,   nawet   gdyby   próbował.   To 
właśnie wtedy zrozumiał, że ich małżeństwo to prawdziwa katastrofa.

Czy teraz okłamuję Lauren?
Nie.
To   były.   najprawdziwsze,   najpiękniejsze   słowa,   jakie   kiedykolwiek 

wypowiedział. Nareszcie poczuł się wolny. Zakręciło mu się w głowie ze 
szczęścia, z nadziei, z ulgi. Nie posiadał się z radości, upajał się poczuciem 
siły, pewnością siebie. Kochał Lauren. Kochał w niej wszystko. Już darzył 
miłością   dziecko,   które   wkrótce   miało   się   narodzić.   Nie   był   ojcem   tego 
maleństwa, ale to nieważne.

Pogładził ręką wewnętrzną stronę ramienia Lauren i odsunął jej z czoła 

mokre od potu włosy.

Była   taka   piękna!   Pomimo   zmęczonej,   wykrzywionej   z   bólu   twarzy, 

włosów spadających w nieładzie na ramiona, zroszonej potem górnej wargi, 
zachwycała go swoją urodą.

Zaczęła drżeć i Daniel znowu powiedział:
– Kocham cię, Lauren!
Nawet go nie usłyszała.
– Pomóż mi! Muszę przeć! Zaczyna się!
Jednak   główka   dziecka   ukazała   się   dopiero   godzinę   później.   Daniel 

zobaczył na monitorze, że z każdym nowym skurczem tętno dziecka słabnie 

background image

coraz   bardziej  i   strach   ścisnął   go   za   gardło.   W  pewnej   chwili   przyszedł 
doktor Feldman,  ale Daniel tego nie zauważył. Teraz  druga pielęgniarka 
usunęła z pokoju zwykły wózek szpitalny dla dzieci i wepchnęła nowy, ze 
specjalną aparaturą do intensywnej terapii.

Lauren zbyt cierpiała, żeby wyczuć, że coś jest nie w porządku.
– Co się dzieje? – zapytał Daniel, gdy tylko powrócił doktor Feldman.
– Nic takiego. Ramię utknęło i to wszystko.
– Wszystko?
Daniel zobaczył na monitorze, że tętno dziecka bardzo osłabło. Teraz 

cenna była każda sekunda.

– Uwolnijcie je! – syknął przez zęby.
– Robimy, co w naszej mocy. Oddychaj podczas tego skurczu, Lauren – 

polecił lekarz.

– Nie mogę! – wyjęczała, a potem i tak to zrobiła. Oczy miała szeroko 

otwarte i nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w jakiś punkt na suficie.

– W porządku, przyj teraz, Lauren. Przyj z całej siły! – rozkazał doktor 

Feldman.

Lauren jęknęła i zaczęła dyszeć tak ciężko, jak biegacz po maratonie. 

Drżała na całym ciele.

–   To   dziewczynka!   –   obwieścił   doktor.   Zapadła   cisza,   którą   rozdarł 

głośny krzyk dziecka. – No właśnie! To śliczna dziewczynka!

– Czy nic jej nie jest? – wykrztusił Daniel, czując, że strach chwyta go za 

gardło.

– Czuje się świetnie. Jest piękna. Tylko zaaplikujemy jej troszkę tlenu... 

Czy ona ma już imię?

– Callie Jean, po mojej matce – szepnęła Lauren, a potem zaczęła płakać. 

– Och! Mam małą córeczkę! Mam śliczną córeczkę! – szlochała.

– Callie to ładne imię – wtrąciła pielęgniarka.
– Mama  naprawdę miała  na imię  Caroline, ale nikt nigdy tak jej nie 

nazywał – powiedziała Lauren przez łzy. – Ja zawsze bardzo lubiłam to 
zdrobnienie.

–   A   oto   i   ona.   Jest   piękna.   –   Pielęgniarka   położyła   dziewczynkę   na 

brzuchu Lauren. Callie była duża, miała wilgotne, czarne włoski i zanosiła 
się od płaczu. Lauren spojrzała czule na córkę.

Daniel   wiedział,   że   jest   szczęśliwa,   ale   nie   mógł   dzielić   z   nią   tego 

uczucia. Nie poprosiła go o to. Nawet na mnie nie spojrzała, uświadomił 

background image

sobie. Nawet mi nie powiedziała, że już dawno wybrała imię dla dziecka. 
Zresztą,   to   nie   moje   dziecko,   nawet   nie   mam   prawa   go   kochać.   Co   ja 
właściwie robię? Już nie jestem nikomu potrzebny.

–   Muszę   stąd   wyjść   –   mruknął   gdzieś   w   przestrzeń,   ze   wzrokiem 

utkwionym w podłogę.

Opuścił pokój najszybciej, jak mógł. Początkowo nie wiedział, dokąd 

idzie.  Po prostu  uciekł. Chodził  tam  i z  powrotem przez  kilka minut.  Z 
trudem   chwytał   oddech,   uginały   się   pod   nim   nogi,   a   oczy   bolały   ze 
zmęczenia. Nie jadł od ponad dwudziestu godzin. Miał pusty żołądek, ale 
wcale nie czuł głodu.

W   końcu   pogodził   się   z   porażką.   Rozjaśniło   mu   się   w   głowie   i   był 

gotowy do działania. Musi zrobić tylko jedną rzecz. To, co powinien był 
robić przez cały czas. Z pasją oddać się pracy.

Lauren nie wiedziała, kiedy Daniel wyszedł. Wydawało się  jej, że w 

jednej   chwili   ściskała   go   za   ramię,   a   w   następnej,   kiedy,   zauroczona 
córeczką, wolna od bólu, podniosła oczy, już go nie było w pokoju.

– Dokąd poszedł Daniel? – zapytała pielęgniarkę.
– Powiedział, że musi wyjść – odparła pielęgniarka. Sprawiała wrażenie 

lekko zaskoczonej.

Ale   przecież   nie   wiedziała,   że   Daniel   nie   jest   ojcem   tego   dziecka. 

Prawdopodobnie   telefonował   do   swojego   biura   lub   do   matki   i   synków. 
Wracał do swojego prawdziwego życia.

Skończyłem, powie z ciężkim westchnieniem. To była koszmarna noc, 

lecz teraz jestem wolny i wrócę do was jak najszybciej.

Lub coś w tym stylu.
Wyznał   mi   miłość.   Nie   pamiętam   kiedy,   ale   wiem,   że   mi   się   to   nie 

przyśniło. Nie przesłyszałam się. Powtórzył to kilka razy...

No tak, a jak ona zareagowała? W kółko krzyczała, że go nienawidzi. 

Chyba nie potraktował jej serio? Zapewne Daniel też nie mówił poważnie.

Wolna   od   bólu,   wyczerpana,   zachwycona   dzieckiem...   a   potem 

odtrącona.

Odtrącona. Zrezygnowana. Nie wiedziała, że nastrój może tak szybko się 

zmieniać. Jej uczucia były jak olbrzymie fale, które niszczą wszystko, co 
napotkają na swej drodze.

Kiedy   później   umościła   się   wygodnie   w   łóżku,   z   małą   Callie   w 

background image

ramionach, Daniela nadal nie było. Może wcale nie wróci. Właśnie patrzyła 
na Callie, kiedy w końcu stanął w drzwiach.

–   Posłuchaj,   mam   kilka   dobrych   wiadomości.   –   Nie   powitał   jej,   nie 

uśmiechnął się.

– Tak? – Serce biło jej jak oszalałe. Zakręciło jej się w głowie. Pragnęła 

go.

I kochała.
Kiedy   to   się   stało?   Nie   umiała   wskazać   tej   chwili,   dnia   lub   nawet 

tygodnia. Po prostu wiedziała, że Daniel na stałe zagościł w jej sercu i duszy 
i że oddałaby za niego życie, tak jak, za Callie.

Podszedł do jej łóżka, a potem zatrzymał się, wyraźnie zakłopotany.
– Znalazłem tego drania. To twoje słowa o biurze Bena naprowadziły 

innie na trop. Nie tylko udziałowcy Bena ponieśli straty po jego ucieczce z 
kraju. Miał również innych wierzycieli. Na przykład kogoś, kto wynajął mu 
pomieszczenia biurowe. Poprosiłem policję, by sprawdzili ten trop. Przed 
chwilą potwierdzili moje podejrzenia.

Prześladował   cię   chłopak   z   pewnego   bostońskiego   college'^   którego 

ojciec   jest   właścicielem   budynku,   w   którym   urzędował   Ben.   Już   go 
aresztowali.

Lauren  spojrzała  na niego  uważnie.  Miał  obojętny  wyraz  twarzy, jak 

przystało na profesjonalistę, i mocno zaciśnięte usta. Zastanawiała się przez 
chwilę, czy powinna mu właśnie teraz powiedzieć, co do niego czuje.

Uznała, że tak, i dlatego wypaliła:
– Myślisz, że mnie to obchodzi? – zapytała, z każdym słowem coraz 

bardziej podnosząc głos. – Po raz pierwszy spojrzałam na moją córeczkę, a 
kiedy podniosłam oczy, ciebie już przy nas nie było. Nie wiedziałam, czy w 
ogóle wrócisz. A kiedy wreszcie się zjawiasz, obwieszczasz mi, że policja 
kogoś   aresztowała.   To   wszystko,   co   masz   mi   do   powiedzenia?!   To 
wspaniale! Wykonałeś swoje zadanie i możesz być z siebie dumny.

A teraz  wynoś  się  z  mojego  życia!  – Wybuchnęła  niepohamowanym 

płaczem.

Odczuwała   ogromny  ból,  a  zarazem potężną   ulgę.  Burza  hormonów? 

Niech i tak będzie. To hormony, a nie zdrowy rozsądek popychały ją do 
działania. Nie ma się czemu dziwić, zważywszy okoliczności.

Daniel   podszedł   bliżej.  Usiadł   na   łóżku.   Pogładził   palcem  grzbiet  jej 

dłoni.

background image

– Kocham cię.
–   A   ja   cię   nienawidzę.   Rozmawialiśmy   o   tym   podczas   porodu, 

pamiętasz?   –   Pociągnęła   nosem,   cofnęła   rękę,   wytarła   twarz   chusteczką, 
znowu pociągnęła nosem i spojrzała na Daniela. – Czy musimy powtarzać tę 
rozmowę?

– Ty mnie nie nienawidzisz – odparł.
– A ty mnie nie kochasz. Widocznie mężczyźni i kobiety okłamują się w 

takich sytuacjach. Prawda wychodzi na jaw dopiero po urodzeniu dziecka.

– Ja cię naprawdę kocham. Nie wiem, jak to się stało, ale dzięki tobie 

wyzbyłem się pewnych paskudnych cech, stałem się innym człowiekiem. 
Zaufałem ci, jak nigdy – żadnej kobiecie. Moje małżeństwo było katastrofą, 
Lauren. Nie lubię do tego wracać.

– Powiedziałeś mi o tym pierwszej nocy, gdy się spotkaliśmy.
– I żałowałem tego przez następne sześć miesięcy. Przekreśliłem szansę 

na   ponowne   spotkanie   z   tobą,   ponieważ   powiedziałem   ci   za   dużo   i   nie 
mogłem tego cofnąć. Przeraziła mnie silna więź, która nas wtedy połączyła. 
Kocham cię, Lauren. I zabolało mnie,  kiedy przestałaś na mnie  zwracać 
uwagę po porodzie. Poczułem się jak kompletne zero, jakbym nic dla ciebie 
nie znaczył. I to w chwili, kiedy wyznałem ci miłość.

– Jeśli zrozumiałeś, że mnie kochasz, to dlaczego odszedłeś?
– Nie chciałem ci się dłużej narzucać. Uznałem, że już nie jestem ci 

potrzebny. Pewnie nawet nie przyszło ci do głowy, jak droga jest mi Callie.

Próbowała zaprzeczyć, ale Daniel nie pozwolił jej dojść do słowa.
– Wydawało mi się, że mogę zrobić tylko jedno wykonać moje zadanie. I 

tak   też   postąpiłem.   Usunąłem   tego   typa   z   twojego   życia,   a   teraz   muszę 
powtórzyć, że cię kocham. Jeśli nie pragniesz mojej miłości, no cóż, chyba 
jakoś się z tym w końcu uporam. Nie dziw się, że na chwilę odszedłem. Ja 
cię nie opuściłem, rozumiesz?

  – Mówił szybko, z gniewem.  – Byłem tam.  Dla ciebie i dla Callie. 

Jestem tutaj, pragnę cię poślubić i spędzić z tobą resztę życia.

Lauren poczuła na policzku gorące łzy.
– Co ja wyprawiam? – szepnęła drżącym głosem. – Szczęście wypełnia 

mi serce, a ja szlocham, jakby ktoś mi je złamał.

– Tak, to dość dziwne – zgodził się z nią Daniel, scałowując jej łzy. – Po 

prostu jesteś wyczerpana. Fizycznie i emocjonalnie.

– Wiesz, ten ból wcale nie był taki straszny.

background image

Wybuchnął  tak  gromkim   śmiechem,  że   chyba  go  usłyszano  w  całym 

szpitalu.

–   I   kto   to   mówi!   Nadal   się   zastanawiam,   kiedy   odzyskam   czucie   w 

ramieniu.

Lauren ostrożnie przełożyła śpiącą córeczkę do małego łóżeczka. Potem 

pogładziła Daniela po twarzy i nadstawiła usta. Daniel nie dał się długo 
prosić. Wypuścił Lauren z objęć, dopiero gdy w pokoju rozległ się donośny 
płacz Callie.

Weszła pielęgniarka i powiedziała wesoło:
– Myślę, że mała jest głodna. Czy chce pani karmić piersią?
– Spróbuję – odparła Lauren, nieco nerwowo. – Czy pani powie mi, co 

robić?

– Właśnie po to tu jestem. Wszystko będzie dobrze. – Zwróciła się do 

Daniela: – Czy tata zechce potrzymać swoją małą córeczkę? My z mamą 
musimy poczynić pewne przygotowania.

Swoją małą córeczkę... Te słowa zabrzmiały wspaniale. Jak zachowa się 

Daniel?   W   milczeniu,   wstrzymując   oddech,   patrzyła   na   jego   twarz. 
Uśmiechnął się i wyciągnął ramiona, kiedy pielęgniarka podniosła maleńką 
Callie.

Jej córka. Ich córka.
– Tatuś bardzo chciałby potrzymać swoją małą córeczkę – odparł cicho 

Daniel.

Lauren z ulgą przymknęła powieki. Tak wiele ostatnio zdarzyło się w jej 

życiu. Aż trudno uwierzyć, że dramatyczny, groźny wypadek wskazał jej 
drogę ku szczęściu. Życie bywa wspaniałe...