background image

1

Heather Graham 

BARWY NOCY

PROLOG

Noc nie miała przed nim tajemnic.

Kiedy  stąpał  po  wilgotnej  ziemi,  przemykając  niczym  cień  pośród  starannie  przystrzyżonych 

krzewów, jego kroki były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru.

Tę  bezcenną  umiejętność  przekazali  mu  w  genach  przodkowie.  To  dzięki  nim  poruszał  się  z 

wdziękiem leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale 

jak dumny orzeł.

Wspomniane dziedzictwo nie miało jednak nic wspólnego z nocnymi manewrami, w które bawił 

się dziś - ubrany w czarne dżinsy i czarny golf. Nawet czarne adidasy.

Barwy  nocy,  by  łatwiej  stać  się  niewidzialnym.  Przygarbiony  i  czujny,  przez  pól  godziny 

cierpliwie  obserwował  dom.  Potem  zaczął  go  powoli  okrążać,  kryjąc  się  między  palmami  i 

krzewami  hibiskusa.  Budynek  tonął  w  ciemności  i  ciszy.  Nawet  nisko  wiszące  gałęzie  sosen  nie 

wydawały najmniejszego szmeru.

Zrobił sobie krótki odpoczynek, by zaraz zacząć kolejne okrążenie. Po pewnym czasie zatrzymał 

się na tyłach domu. Nadal nic nie mąciło ciszy, ale wyczul nieznaczny ruch powietrza. Dopiero po 

chwili wyłapał jakiś dźwięk. Kroki. Lekkie, ostrożne, stawiane z rozmysłem.

W bladym świetle księżyca zamajaczyła sylwetka. Podobnie jak on, w czerni od stóp do głów. 

Czarne dżinsy. Luźny sweter.  I czarna kominiarka.  Intruz postarał się, by nikt nie rozpoznał jego 

twarzy ani płci.

I najwyraźniej postawił sobie jeden cel: dostać się do środka.

Nie  spuszczał  oka  ze  smukłej  postaci,  która  zastygła  w  bezruchu  niczym  młoda  łania,  gdy 

zwietrzy  niebezpieczeństwo.  Widocznie  uznała,  że  nic  jej  nie  grozi,  gdyż  poruszyła  się  i 

porzuciwszy  bezpieczne  schronienie  w  gęstym  cieniu  pod  koronami  drzew,  szybko  podbiegła  do 

dwuskrzydłowego okna.

Czekał w napięciu, obserwując, jak przez kilka sekund zmaga się, by je otworzyć. Naraz tarcza 

księżyca skryła się za chmurami. Gdy zabrakło bladej poświaty, w ciemności czarnej jak atrament 

utonęły nawet cienie.

Tajemnicza postać nadal zmagała się z oknem. Gdy wreszcie się poddało, zwinnie wskoczyła na 

parapet,  by  po  chwili  zniknąć  w  mrocznym  wnętrzu  domu.  Dopiero  wtedy  ruszył  z  miejsca. 

Bezszelestnie  jak  nocna  zjawa.  Pod  jego  stopami  nie  trzasnęła  nawet  jedna  gałązka.  Chyłkiem 

podkradł się do okna i  ostrożnie  zajrzał  do środka. Wąski  strumień światła z  malej latarki skakał 

nerwowo po ciemnym pokoju, odbił się od białej framugi i zniknął za drzwiami.

background image

2

Sprężyście wskoczył na parapet i po chwili był już po drugiej stronie. Ruszył w ślad za światłem, 

które  zaprowadziło  go  do  salonu.  Kryjąc  się  w  gęstym  mroku,  obserwował  chaotyczny  taniec 

wiązki  światła.  Najpierw  z  ciemności  wyłoniła  się  kanapa  zarzucona  kolorowymi  afganami; 

następnie fortepian stojący na niewysokim podeście. Wreszcie półki z książkami i obrazy, a obok 

nich strzelby, luki, kołczany pełne strzał oraz dzidy.

Po  lewej  stronie,  na  niewysokim  podwyższeniu  oddzielonym  od  reszty  salonu  ozdobną  kutą 

balustradą, stało masywne tekowe biurko. I właśnie ono zainteresowało intruza.

Snop  światła  zatrzymał  się  na  blacie  wyłożonym  skórą.  Nerwowe  dłonie  zaczęły  pośpiesznie 

wyciągać szuflady i przetrząsać ich zawartość.

Zmrużył oczy i przez chwilę przyglądał się poczynaniom włamywacza. Potem zaczął skradać się 

w jego stronę. Jego ruchy miały w sobie sprężystość i gibkość drapieżnego kota.

Trzasnęła zbyt mocno pchnięta szuflada. Zamaskowany osobnik zamarł, a potem zaczął świecić 

latarką we wszystkie strony.

Przyczaił się za kanapą i odczekał, aż znów zaszeleszczą papiery. Teraz... Przemknął przez pokój 

jak  wiatr.  Po  drodze  wprawnym  ruchem  wyciągnął  strzałę  z  kołczanu  i  trzymając  ją  w  zębach, 

przeskoczył przez balustradę i zacisnął palce na gardle przeciwnika.

-  Coś  ty  za  jeden,  do  jasnej  cholery?  -  warknął,  dźgnąwszy  go  w  żebra  stalowym  grotem.  -  I 

czego tu chcesz?

Wyczuł lodowaty dreszcz przerażenia, który odebrał intruzowi zdolność ruchu.

-  Ja...  -  Drżący  szept  uwiąż!  w  gardle  zdławionym  żelaznym  uściskiem.  Przeciwnik  był  bez 

szans, rozluźnił więc chwyt i cofnął rękę, w której trzymał strzałę.

- Rzućmy nieco światła na sytuację - wycedził. Puścił go i pewnie podszedł do biurka.

Tu  jednak  popełnił  błąd,  zbyt  pochopnie  lekceważąc  przeciwnika.  Ten  bowiem  wykorzystał 

okazję. Obrócił się jak fryga, zwinnie przeskoczył balustradę i rzucił się do ucieczki.

- Niech cię jasny szlag! - Jednym susem przesadził kratę i ruszył w pościg. Kiedy minąwszy hol 

wpadł do pokoju, uciekinier stał już na parapecie.

- Stój!  - wrzasnął. Tym razem nie zamierzał  pozwolić mu  się wymknąć.  Z całych sił  naprężył 

mięśnie i rzucił się do przodu, włamywacz zaś, zamiast czmychnąć do ogrodu, skoczył wprost na 

niego. Niewiele brakowało, by znów udało mu się uciec.

Dosłownie  w  ostatniej  chwili  uchwycił wełniany  sweter. Zacisnął  palce  z  taką  silą, że  miękka 

dzianina nie wytrzymała i został z kawałkiem przędzy w dłoni. Osobnik jakimś cudem zdołał się 

wywinąć. Zorientował się, że nie umknie przez okno, więc rzucił się do drzwi.

Znów go gonił. Miał tę przewagę, że był na swoim gruncie. Tylko on wiedział, że w domu nie 

ma drugiego

wyjścia.

background image

3

W  szaleńczej  gonitwie  pobiegli  na  piętro.  Włamywacz  zaczynał  tracić  zimną  krew; 

zdesperowany, biegł na  oślep, łudząc się, że  jakoś  zdoła  umknąć.  Ich prędkie  kroki zadudniły  na 

deskach drewnianej antresoli ponad pokojem. Zbieg kierował się ku drzwiom na końcu korytarza. 

Dopadł ich, lecz zamiast ukryć się w pokoju, obejrzał się za siebie. Prześladowca był tuż-tuż...

Dopiero wtedy wpadł do pokoju i próbował zatrzasnąć drzwi. Ale było już za późno. Ten, który 

go gonił, z całej sil naparł ramieniem na masywne drewno. Rozległ się łomot i po chwili siedział 

intruzowi na karku.

Impet,  z  jakim  się  na  niego  rzucił,  wepchnął  ich  obu  do  środka,  wprost  na  wielkie,  centralnie 

ustawione  łoże.  Zaczęła  się  bezładna  szamotanina.  Intruz  bronił  się,  wierzgając  i  tłukąc  na  oślep 

pięściami,  wijąc  się  jak  piskorz.  Mimo  to  był  bez  szans.  Atakujący  miał  nad  nim  olbrzymią 

przewagę. W milczeniu siłował się z nim, próbując go obezwładnić. W pewnej chwili trafił dłonią 

na jakąś krągłość. Jędrną, ale przyjemnie miękką. Pełną i ponętną. Zupełnie jak kobieca pierś.

Tego się nie spodziewał.

-  Nie!  Proszę!  -  Głos  intruza  z  pewnością  należał  do  kobiety.  Przestraszonej.  Nie,  raczej 

śmiertelnie przerażonej. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, z trudem łapała oddech. Mimo to 

nie przestawała walczyć...Usiadł na niej i unieruchomił jej ręce.

- Dobra - wysapał. - Gadaj, coś ty za jedna i po diabla tu przyszłaś?

Księżyc wyszedł nagle zza chmur i przez okno wlało się srebrzyste światło, zalewając sypialnię 

bladą poświatą.

Spojrzał  na  zamaskowaną  kobietę,  którą  teraz  widział  całkiem  wyraźnie.  Szybkim  ruchem 

ściągnął jej kominiarkę. Najpierw zobaczył bujne, błyszczące włosy, których gęste pasma lśniły w 

świetle księżyca jak wypolerowana miedziana moneta. Potem przyjrzał się jej twarzy...

Szeroko  otwarte,  zielone  kocie  oczy  w  oprawie  gęstych  rzęs  przeszywały  go  czujnym 

spojrzeniem.  Kobieta  miała  delikatne,  ale  wyraźnie  zaznaczone  kości  policzkowe.  Rude  brwi. 

Prosty nos. Mocno zarysowane usta z pełną dolną wargą, zdradzającą zmysłowość.

Nie ruszała się, ale odgadł, że się boi. Zradzało ją gwałtowne falowanie piersi. Uniósł się, lecz na 

wszelki  wypadek  trzymał  ją  zakleszczoną  pomiędzy  swoimi  udami.  Skrzyżował  ręce  na  piersi  i 

spojrzał na nią złowrogo. Na jego ustach pojawił się cyniczny uśmiech. Znal te błyszczące zielone 

oczy.  I  lśniące  rude  włosy.  Teraz  już  wiedział,  dlaczego  bez  trudu  przeskoczyła  balustradę  i 

poruszała się zwinnie jak tancerka. Bo nią była...

Miał okazję poznać to miękkie i gibkie ciało, które teraz drżało jak w febrze. Wiele razy trzymał 

ją  w  ramionach,  gdy  oboje  brali  udział  w  tworzeniu  pewnej  iluzji.  Wnosił  ją  na  rękach  po 

wspaniałych,  biegnących  łukiem  schodach.  Wtedy  ten  wymuszony  kontakt  nie  sprawiał  jej 

przyjemności. Czuł to, bo sztywniała, ilekroć jej dotykał. Czasem rzucała mu wrogie spojrzenie.

Znał ją. Widział, jak zachowuje się, stojąc przed i za obiektywem. I jak tańczy.

background image

4

- Ach, panna Keller. Jak miło, że pani przyszła, choć przyznam, że ta wizyta mnie zaskoczyła! 

Nie dała się pani zaprosić na kieliszek wina, a jednak się spotykamy w moim łóżku. Powinno mi to 

pochlebiać,  prawda?  Niestety,  nie  pochlebia.  -  Pochylił  się  nad  nią,  wsparty  na  rękach,  między 

którymi uwięził jej głowę. Jego twarz miała zacięty wyraz, w oczach płonął gniew. - Gadaj, Bryn! 

Po co się tu włamałaś? Czego szukasz? Nie znalazłaś tego wczoraj...

- Wczoraj? - powtórzyła nerwowym szeptem.

- Przestań się zgrywać! - warknął. - Tak, wczoraj. Uwierz mi, złotko, potrafię rozpoznać, kiedy 

ktoś plądrował w moich rzeczach.

- Ale to nie ja...

- Ciii!

Uniósł się. Znieruchomiał. Po chwili ona też to usłyszała. Ktoś chodzi po salonie, skrada się... 

Sekundę później na dole skrzypnęły schody.

Już  miał  wstać, ale zastygł przyczajony. Nagle  skrzyżował  ręce i  chwyciwszy za  brzegi  golfa, 

szybko ściągnął go przez głowę. Blade światło księżyca przylgnęło do smagłej skóry na jego torsie i 

muskularnym brzuchu.

- Ściągaj sweter! - syknął, zrywając narzutę po swojej stronie łóżka.

-  Nie!-  Tak,  i  to  zaraz!  -  rzucił.  Brutalnie  zepchnął  ją  na  bok,  wyszarpnął  spod  niej  pościel  i 

przykrył  ją  i  siebie.  -  Do  cholery!  -  cedził  ledwie  słyszalnym  szeptem.  -Nikt  nie  uwierzy,  że 

odsypiamy ostry seks, jeśli położysz się w ubraniu! To ty mnie wciągnęłaś w tę idiotyczną kabałę, 

nie ja ciebie, więc dostosujesz się do moich reguł!

Wahała  się,  ale  on  nie  zamierzał  tracić  czasu.  Silnymi  dłońmi  zaczął  ściągać  z  niej  podarty 

sweter.

- Przestań! - szepnęła i rozebrała się sama. Z bijącym sercem opadła na poduszkę i nakryła się po 

szyję.

- Stanik też! - polecił szorstko. - Co z tobą? Nigdy się z nikim nie kochałaś?

Trzęsła  się  z  wściekłości  i  upokorzenia,  lecz  czuła,  że  on  wie,  co  robi.  Chciała  rozpiąć 

biustonosz,  ale ręce drżały jej  tak bardzo, że  nie mogła poradzić sobie z zapięciem. Wyręczył ją. 

Wystarczyło, że musnął dłonią jej plecy, a natychmiast przeszły ją ciarki, najpierw zimne, po chwili 

palące  skórę  żywym  ogniem.  Koronkowy  biustonosz  zsunął  się  z  jej  ramion.  Złapała  go  i 

przycisnęła do siebie. Wolała nie ryzykować, że jej go zabierze.

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Niemal krzyknęła, gdy bez uprzedzenia położył rękę na 

jej  brzuchu,  tuż  pod  biustem,  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  Zmusił  ją,  by  przytuliła  się  do  niego,  i 

uwięził jej nogi między swoimi. Jego gorący oddech łaskotał ją w kark...

Dla  kogoś,  kto  patrzył  z  boku,  wyglądali  jak  kochankowie  zmęczeni  miłością.  Dla  nich,  a 

zwłaszcza  dla  niego,  sen  był  w  tej  chwili  abstrakcją.  Mężczyzna,  który  ją  przytulał,  emanował 

background image

5

energią i siłą witalną. Domyślała się, że w skupieniu nadsłuchuje, rejestrując najmniejszy szmer; że 

jest  czujny  i  w  każdej  chwili  gotowy  do  skoku.  Jak  polujący  drapieżnik.  Nie  ruszał  się,  ale  z 

napięcia drżały mu mięśnie. A ona każdą komórką ciała odbierała bijącą od niego pierwotną męską 

siłę...

Dławił  ją  lęk.  Przerażało  ją  zagrożenie,  które  na  niego  sprowadziła;  przerażał  odgłos 

zbliżających się kroków, wolnych i ostrożnych, wspinających się na piętro.

Prócz  lęku  dręczyło  ją  coś,  co  sięgało  samego  dna  duszy.  Była  to  świadomość,  że  on  jest  tuż 

obok.  Ze  przypadkowo  dotyka  jej  piersi.  Ogrzewa  ją  ciepłem  swojego  ciała.  Czuła  się  przy  nim 

bezbronna,  ale  bezpieczna.  Gdyby  pozwoliła  mu  pokonać  pewną  granicę,  musiałaby  uznać,  że 

pozwala mu sobą zawładnąć. Mężczyzna taki jak on bierze kobietę całą, z duszą i ciałem. Gdyby 

mu uległa, należałaby wyłącznie do niego. W zamian dałby jej coś, co jest wieczne jak czas i trwałe 

jak skała. Swoją siłę, która byłaby jej tarczą i mieczem w walce ze światem. Pod warunkiem, że by 

jej zapragnął...

Obawiała się go. Od samego początku. Przeczuwała, że jeśli pozwoli sobie na chwilę słabości...

Kroki.  Wyraźnie  się  przybliżały.  Jej  domniemany  kochanek  przygarnął  ją  do  siebie  jeszcze 

mocniej. Zmysłowy dreszcz zmieszał się z narastającą falą strachu.

- Zamknij oczy!

Jak  odgadł, że  bezradnie wpatruje się w mrok? On też  patrzył, była tego  pewna. Tyle że  spod 

przymkniętych powiek, tak by nie można było dostrzec mrocznego blasku jego oczu. Ktoś stanął w 

drzwiach.  Wstrzymała  oddech,  sparaliżowana  świadomością,  że  jest  obserwowana.  Coś 

skrzypnęło...  To  stara  deska  podłogowa  zdradziła  intencje  nieproszonego  gościa.  Ten  zaś, 

najwyraźniej usatysfakcjonowany tym, co zobaczył, odwrócił się i zaczął schodzić na dół.

Mężczyzna leżący obok był niewiarygodnie szybki. W mgnieniu oka wyskoczył z łóżka i znalazł 

się przy drzwiach. Chciał wykorzystać fakt, że włamywacz nie spodziewa się ataku.

- Co, do jasnej cholery, robisz w moim domu? - krzyknął, goniąc go po schodach.

Odpowiedział  mu  huk  wystrzału,  który  w  ciemności  wyglądał  jak  nagła  eksplozja  krwawej 

purpury i intensywnej żółci, i

Zdążył się uchylić. Pocisk świsnął mu koło ucha i utkwił w futrynie. Włamywacz rzucił się do 

ucieczki.

Biegł  za  nim,  kryjąc  się  za  balustradą,  gdy  padały  kolejne  strzały.  Bandyta  miał  jednak  parę 

sekund  przewagi.  Pierwszy  dopadł  drzwi  i,  przestrzeliwszy  zamki,  zniknął  w  ciemnościach. 

Zawarczał silnik; spod buksujących kół strzelił żwir. Samochód z wyłączonymi światłami odjechał 

na pełnym gazie.

Wrócił do domu i szybko wbiegł na górę. Siedziała na łóżku, skromnie okryta kołdrą. Splątane 

włosy otaczały jej pobladłą twarz i spływały na ramiona. Jej oczy, których kolor i wyraz tak bardzo 

background image

6

go oczarowały, były szeroko otwarte. I wciąż pełne lęku.

Uśmiechnął się ponuro i zamknął za sobą drzwi. Drgnęła, słysząc, jak stuknęły. Dobrze, że się 

go  boi.  Niech  czuje  respekt.  Powinna.  W  końcu  włamała  się  do  jego  domu,  szperała  w  jego 

rzeczach i, co gorsza, ściągnęła tu jakiegoś bandytę, który poszatkował mu ściany kulami.

-  No  dalej,  Bryn,  mów.  Co  jest  grane?  Nerwowo  zwilżyła  usta  i  spojrzała  na  podłogę  gdzie 

powinien  leżeć  zniszczony sweter.  Owinęła  się  szczelniej  kołdrą  i  schyliła,  by  go  poszukać,  lecz 

powstrzymał ją szybki ruch. Usiadł obok niej. Uśmiech nie schodził z jego ust,  gdy stopą mocno 

przydepnął jej ubranie.

-  Koniec  uników,  Bryn.  Znam  tylko  jeden  sposób,  żeby  do  ciebie  trafić.  Musisz  poczuć  się 

bezbronna. Nawet jeśli to oznacza półnaga, cóż...

Wykonał  rękami  teatralny  gest  wyrażający  rezygnację.  Opadła  na  poduszkę.  Co  za  straszny 

pech, że na własne życzenie zrobiła sobie z niego wroga.

Chciał, by poczuła się bezbronna.

- Bryn! - Jej imię zabrzmiało w jego ustach jak groźba.

- Ja... nie mogę ci nic powiedzieć!

- Radzę spróbować. Albo dzwonię na policję.

- Nie! Lee, błagam! Nie rób tego...

-  Więc  słucham!  Mów,  kto  włamuje  się  do  mojego  domu.  I  dlaczego  jakiś  kretyn  do  mnie 

strzela.

- Dobrze, już dobrze! Ale musisz przyrzec, że nie zawiadomisz policji! - Zielone oczy, których 

spojrzenie bywało promienne i niewinne, kuszące i uwodzicielskie, dumne i czasem krnąbrne, ale 

nigdy przygaszone, pokorne czy błagalne, napełniły się łzami. Powstrzymała je wysiłkiem woli, nie 

umiała jednak zapanować nad drżeniem warg. - Posłuchaj, Lee, wiem, że nie byłam wobec ciebie w 

porządku,  ale  zaręczam,  że  miałam  powody.  Zdaję  sobie  sprawę, że  nie  mam  prawa prosić  cię  o 

pomoc, a jednak jestem zmuszona to zrobić. Proszę cię, Lee! Obiecaj, że nie będziesz włączał w to 

policji! Ci, którzy to zrobili... mają Adama! Zaskoczony uniósł brwi.

- Niech  ci będzie  - zgodził  się po chwili.  - Nie zawiadomię policji,  w każdym razie nie teraz. 

Obiecuję.

- Chodzi o zdjęcia - oznajmiła.

- Zdjęcia? - powtórzył, nic z tego nie rozumiejąc. - Te, które zrobiłaś w czwartek?

- Tak.

Włączył nocną lampkę, a potem podszedł do szafy i zaczął czegoś szukać. W końcu wyciągnął 

koszulę w prążki.

- Wkładaj - nakazał. - Twój sweter zakończył już swój żywot. Idę na dół zaparzyć kawę. Bądź w 

kuchni za pięć minut. Chcę usłyszeć od ciebie całą historię, bez skrótów i pomijania niewygodnych 

background image

7

wątków.

Wyszedł,  a  ona  mocno  zacisnęła  powieki.  Czemu  mnie  to  spotyka?  -  myślała  zdesperowana. 

Gdybym tamtego dnia skierowała obiektyw w inną stronę...

Adam byłby dziś w domu. A ona nie musiałaby błagać o pomoc człowieka, którego od początku 

traktowała jak wroga. I którego błędnie oceniła i zlekceważyła.

Mężczyznę, który budził w niej lęk nawet wtedy, gdy ją do siebie tulił. Który potrafił rozbudzić 

jej zmysły, szepcząc coś do ucha, a przelotnym dotykiem przyprawiał ją o dreszcz rozkoszy. I który 

mógł ją wykorzystać, a potem porzucić jak wysmagany wiatrem kawałek drewna na piaszczystym 

brzegu wśród kompletnej pustki.

Teraz  leży  w  jego  łóżku.  Kilka  minut  temu  on  był  obok,  dotykał  jej  tak,  jak  mógłby  dotykać 

kochanek...

Odrzuciła przykrycie i usiadła. Drżącymi rękoma włożyła jego koszulę i szybko zapięła guziki.

Zdążyła  poznać  go  na  tyle,  by  wiedzieć,  że  nie  rzuca  słów  na  wiatr.  Jeśli  czegoś  żąda,  z 

pewnością to  wyegzekwuje.  Mogła  się  domyślić, że  jeśli  za  pięć  minut  nie  stawi  się  na  dole,  on 

sprowadzi  ją  siłą.  Nie  chciała  z  nim  rozmawiać,  ale  wolała  nie  kusić  losu.  Zbyt  wiele  miała  do 

stracenia.

Westchnęła  z  rezygnacją.  W  pewnym  sensie  czuła  ulgę,  że  wreszcie  to  z  siebie  wyrzuci.  I  że 

powie to właśnie jemu. Gdyby od razu do niego z tym przyszła, być może sprawy nie zaszłyby tak 

daleko.

Ten przerażający człowiek, który ją śledził, może być bardzo niebezpieczny, ale... Nawet jeśli, to 

był najbardziej pechowym bandytą, o jakim słyszał świat.

Zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Za moment zejdzie na dół i stanie twarzą w 

twarz z Lee.

Opowie mu wszystko, od początku. Od początku.

Czy ktoś mógł to przewidzieć?

background image

8

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Auaaa!

Słysząc  głośny  i  przenikliwy  krzyk,  Bryn  skoczyła  na  równe  nogi.  Rzuciła  książkę,  nad  którą 

próbowała się skupić, i pobiegła do ogródka na tyłach domu.

Minęło półtora roku od chwili, gdy los wyznaczył jej rolę opiekunki, a ona nadal nie potrafiła 

rozpoznać, które wrzaski oznaczają ból, a które dobrą zabawę.

Tym  razem  była  to  zabawa.  Mrożący  krew  w  żyłach  ryk  wyrwał  się  z  gardła  siedmioletniego 

Briana, najstarszego z jej bratanków, który na widok jej przerażonej miny stwierdził ze spokojem:

-  Ciociu,  my  się  tylko  bawimy.  Jestem  Gringold!  Bóg  wody  i  światła!  Walczę  z  armią 

Mrocznego  Psa  -  wyjaśnił,  prężąc  pierś  i  wymachując  plastikowym  mieczem.-  A  ja  jestem  Tor 

Wspaniały! - krzyknął Keith, sześciolatek grający drugie skrzypce pośród trojki braci.

- O? - Bryn uniosła brwi. Tłumiąc uśmiech, pomyślała, że nawet nie musi pytać, komu przypadł 

w  udziale  wątpliwy  zaszczyt  bycia  Mrocznym  Psem.  Jej  spojrzenie  powędrowało  w  stronę 

czteroletniego  Adama.  Jako  najmłodszy  zawsze  dostawał  rolę  czarnego  charakteru. Ponieważ  nie 

starczyło  dla  niego  plastikowych  mieczy  ani  pokryw  od  kosza  na  śmieci  udających  tarcze,  jego 

bronią był mały kij bejsbolowy, a tarczą kawałek kartonu.

Jeszcze przed chwilą miała ochotę wytargać ich za uszy za to, że tak ją nastraszyli, ale chłopczyk 

rozbroił ją swoją słodką minką. Toteż roześmiała się i zabrała mu kij.

-  Tor  Wspaniały,  tak?  -  huknęła,  patrząc  srogo  na  Keitha.  -  A  ja  jestem  Biała  Wiedźma  -

oznajmiła groźnie. - Zaraz zapłacicie mi za to, że przez was przedwcześnie osiwiałam!

Chłopcy  z  piskiem  rozbiegli  się  po  małym  ogródku,  a  ona  goniła  ich,  bijąc  lekko  kijem  po 

pupach. Wreszcie niedawni wrogowie zrozumieli, że w jedności siła. Na trzy cztery wskoczyli jej 

na plecy i przewrócili ją na trawę.

- Błagaj o litość, Biała Wiedźmo! - nakazał Brian.

- Nigdy! -zawołała, udając przerażenie. W tej samej chwili w kuchni zadzwonił telefon.

- Błagaj o litość! - Keith jak zawsze naśladował starszego brata.

-  Złaźcie  ze  mnie,  dzikusy!  Obiecuję,  że  później  będę  błagała  o  litość.  Teraz  muszę  odebrać 

telefon.- Nieee, ciociu Bryn!

Chłopcy  byli  bardzo  rozczarowani,  ale  pozwolili  jej  wstać.  Posłała  im  buziaka  i  pobiegła  do 

telefonu.

- Bryn?

- Barbara?

-  We  własnej  osobie.  Co  ty  robisz?  Jesteś  strasznie  zasapana.  Mam  nadzieję,  że  nie 

przeszkadzam? Choć przyznam, że wreszcie chciałabym ci przeszkodzić... wiesz, w czym.

Bryn skrzywiła się. Barbara nie mogła pojąć, skąd u niej tyle niechęci do męskiego towarzystwa. 

background image

9

Nie trafiało do niej tłumaczenie, że to skutek uboczny nieudanego związku.

- Spokojnie, w niczym mi nie przeszkodziłaś - uspokoiła przyjaciółkę. - Oczywiście nie licząc 

śmiertelnej walki dobra ze złem. Z czym dzwonisz?

- Mam coś dla ciebie.

- Jakieś zlecenie? Wspaniale! Niedługo uporam się ze zdjęciami przyrody do folderu. W rewii 

też mi się kończy zastępstwo, więc zaczynam się martwić o pieniądze. Co masz, chałturę czy sesję 

zdjęciową?

Barbara roześmiała się.

- Oj, Bryn, z ciebie to jest niezły numer. Masz szczęście, że trafiłaś na taką agentkę jak ja. Sama 

powiedz, kto inny potrafiłby cię sprzedać jednocześnie jako fotografa i jako tancerkę?

- Pewnie nikt - przyznała rzeczowo. - Już widzę te olbrzymie billboardy: „Bryn Keller: kobieta 

pracująca - mistrzyni w łapaniu dziesięciu srok za ogon”.

-  No,  jesteś  dla  siebie  niesprawiedliwa.  Przecież  wiesz,  że  w  obu  zawodach  jesteś  świetna  -

zapewniła Barbara.

Bryn milczała.  Była dobrą tancerką i dobrym fotografem, ale przekonała  się, że bycie „dobrą” 

nie  gwarantuje  sukcesu.  Oznacza  tylko,  że  jeśli  dopisze  ci  szczęście,  będziesz  miała  pracę.  Po 

chwili roześmiała się.

- Cóż, może gdybym parę lat temu zdecydowała, czy chcę tańczyć, czy fotografować, byłabym 

dziś kobietą sukcesu.

- Możliwe, dziecino, ale wtedy nie dostałabyś zlecenia, które mam dla ciebie - wtrąciła trzeźwo 

Barbara. - A mam ofertę nie do odrzucenia. Dwa w jednym: dziś tańczysz, jutro robisz zdjęcia. Co 

ty na to?

- Super! Kogo fotografuję i dla kogo tańczę?

- Dla jednej i tej samej osoby.

- Poważnie? - zdziwiła się. - A któż to taki?

- Lee Condor.

- Ten Indianin, co to jest gwiazdą rocka?

-  Pół-Indianin.  I  nie  żaden  gwiazdor,  tylko  poważny  muzyk  -  sprostowała  Barbara.  -  Nie 

zapominaj o tym, kwiatuszku.

- O czym? Że pół-Indianin czy że muzyk?

- Jedno i drugie - zaśmiała się Barbara. - Lee nie wypiera się indiańskich korzeni, ale też nie robi 

z tego wielkiej sprawy. Zaliczył dwa lata w sławnej szkole muzycznej Julliard, gdzie uczyła jego 

matka, i dwa lata w Królewskim Konserwatorium. Ma prawo nazywać się muzykiem.

- Sama nie wiem, Barb. Jakoś nie przepadam za facetami, którzy farbują włosy na czerwono i 

miotają się po scenie, jakby uprawiali miłosne zapasy. Nie będę się czuła komfortowo, pracując dla 

background image

10

kogoś takiego.

- Laleczko, on wcale nie ma czerwonych włosów, tylko czarne jak skrzydło kruka! I wcale nie 

zachowuje  się  jak  seksualny  zapaśnik.  Przez  pięć  lat  był  żonaty  i  nawet  taki  brukowiec  jak 

„National  Enquirer”  nie  miał  czego  się  przyczepić.  Teraz  jest  wdowcem.  Zresztą  o  czym  my 

mówimy?  Przecież  nie  będzie  twoim  partnerem,  tylko  pracodawcą  -  zniecierpliwiła  się.  -  Co  cię 

nagle  ugryzło?  Pracowałaś  z  dziesiątkami  przeróżnych  facetów.  Każdy,  który  próbował  cię 

poderwać, kończył jak Titanic. Czemu ni z tego, ni z owego boisz się Condora? Przecież nawet go 

nie znasz?

- Nie boję się! - zaprotestowała, ale musiała uczciwie przyznać, że to niezupełnie prawda. Gdy 

padło  jego  nazwisko,  poczuła  przypływ  adrenaliny.  Znała  go,  jak  zna  się  Beatlesów,  Rolling 

Stonesów czy Duran Duran, i nie miała powodu, by obawiać się go albo z góry zakładać, że jest 

świrem. A jednak się bała...

Chyba  zgłupiałam,  prychnęła.  Lęk  był  irracjonalny,  ale  nie  mogła  go  zignorować.  I  musiała 

uczciwie przyznać, że dobrze wie, gdzie szukać jego źródła.

Wszystko  zaczęło  się  od  teledysku.  Chłopcy  oglądali  kiedyś  film  w  telewizji.  Po  jego 

zakończeniu stacja puściła wideoklip grupy Lee Condora.

O dziwo,  na klipie  w ogóle nie było typowych  rockowych scen.  Żadnych  dymiących  gitar ani 

długowłosych  rockmanów  pastwiących  się  nad  instrumentami.  Nie  było  nawet  przebitek  na 

Condora grającego na perkusji. Ilustracją do piosenki o miłości była historia utrzymana w gatunku 

fantasy. Teledysk został zrealizowany tak profesjonalnie, że zdjęcia wyglądały jak fragmenty fabu-

larnego filmu: rycerze na rumakach pędzący we mgle w stronę zamku; wielka bitwa; bohaterka, dla 

której ratunek nadszedł zbyt późno i teraz umiera w ramionach ukochanego.

Przez  całe  cztery  minuty  Bryn  wpatrywała  się  w  ekran  jak  urzeczona.  W  końcowej  scenie 

kamera  pokazała  zbliżenie  twarzy  rycerza  w  zbroi.  Przez  niewielkie  otwory  w  opuszczonej 

przyłbicy patrzyły groźne oczy. Miały niezwykły kolor ciemnego bursztynu. Nadal je pamiętała - aż 

zbyt dobrze. I nadal budziły w niej niepokój.

- Nie boję się, Barbaro - powtórzyła. - Po prostu nie rozumiem, po co Lee Condor miałby kręcić 

teledysk w Tahoe? Źle mu w Hollywood?

- Co ty, niedzisiejsza jesteś? Przecież on wcale nie mieszka w Hollywood. Ma dwa domy. Jeden 

w Fort Lauderdale, a drugi tutaj.

- Poważnie?

- Tak, kupił go już dawno. Mało kto o tym wie, bo Lee strzeże prywatności. W ogóle niewiele o 

nim wiadomo.

- Tak? A ja mam wrażenie, że ty wiesz całkiem sporo - rzuciła uszczypliwie.

- Mhm. Chętnie dowiedziałabym się więcej.

background image

11

- Lubisz takich hardrockowców, prawda? - zapytała Bryn.

Ku jej zaskoczeniu Barbara zawahała się.

-  Lee  to  dziwny  człowiek  -  stwierdziła  po  chwili.-  Serdeczny  i  spokojny.  Ale  kiedy  mu  się 

dobrze przypatrzysz, masz wrażenie, że posiada jakiś szósty zmysł. Jest wyjątkowo przenikliwy i 

spostrzegawczy. A jaki jest przystojny! Ma niesamowite oczy... Wprawdzie wygląda na chudego i 

żylastego,  ale  jak  się  człowiek  dokładniej  przyjrzy  i  zobaczy  te  szerokie  bary...  -  Barbara  wes-

tchnęła.  -  Ja  w  każdym  razie  dostaję  na  jego  widok  gęsiej  skórki.  Nie  znam  bardziej  męskiego 

faceta.

Bryn  sama  słyszała,  że  jej  śmiech  zabrzmiał  sztucznie.  Raz  już  miała  okazję  poznać  taki 

chodzący okaz męskości. I to poznać aż za dobrze. Czy właśnie z powodu tego podobieństwa Lee 

Condor  od  razu  wzbudził  w  niej  niechęć?  Czy  możliwe,  że  wystarczyło  jej  raz  spojrzeć  w  jego 

ogniste oczy, by w głowie natychmiast włączył się sygnał alarmowy? Instynkt samozachowawczy 

ostrzegł ją, by trzymała się z dala od tego mężczyzny. Podejrzewała, że dla niego zaspokajanie żądz 

i zachcianek jest równie naturalne jak oddychanie. Jej były narzeczony, Joe, był taki sam.

Dla  kogoś,  kto  umie  odczytać  znaki  ostrzegawcze,  były  one  aż  nadto  widoczne.  Jak  jaskrawy 

neon,  który  krzyczy:  Kobieto,  miej  się  na  baczności!  Ten  facet  najpierw  pokaże  ci  niebo,  by  za 

chwilę urządzić na ziemi piekło.

Na szczęście mądra kobieta wpada w sidła tylko raz w życiu, nigdy dwa.

- Rozumiem, że nasz idol szuka tancerzy do nowego teledysku - powiedziała, otrząsając się ze 

wspomnień.

- A jak to się ma do robienia zdjęć?

-  Lee  widział  zdjęcia  promocyjne,  które  robiłaś  dla  moich  klientów.  Najpierw  długo  się 

przyglądał, a potem zapytał, czy znam ich autora. No to mu o tobie powiedziałam.

- Dzięki.

-  Od  tego  są  agenci.  -  Barbara  nie  kryła  samozadowolenia.  -  Słuchaj,  muszę  jeszcze 

zorganizować dwudziestu tancerzy, więc nie mam czasu gadać. Chryste, jak ja kocham tego faceta! 

Tylko pomyśl o moim honorarium! Chyba sama zacznę tańczyć z radości. Ale mi się poszczęściło!

Tym  razem  Bryn  roześmiała  się  całkiem  szczerze.  Ona  i  Barbara  miały  wiele  wspólnego. 

Barbara  za  dnia  była  agentką,  a  wieczorami  tańczyła  w  modnym  nocnym  klubie.  Uwielbiała 

załatwiać  kontrakty,  no  i  tańczyć.  Bryn  mogłaby  pracować  razem  z  nią,  ale  uznała,  że  to  zbyt 

ryzykowne zajęcie dla kobiety, która wychowuje małe dzieci. Poza tym czuła, że nie odnalazłaby 

się w takim miejscu.

- Rzeczywiście, Barb, dopisało ci szczęście. Cieszę się, że trafił ci się taki kontrakt.

- Złotko, ty się lepiej ciesz na własne konto. Zarobisz taką kasę, że wreszcie kupisz sobie dom.

Bryn  zagryzła  wargi.  Rzeczywiście,  pieniądze  są  teraz  sprawą  kluczową.  Niby  nie  dają 

background image

12

szczęścia,  ale  nie  sposób  bez  nich  funkcjonować.  Dopóki  żył  jej  brat,  Jeff,  wystarczało  jej  na  w 

miarę wygodne życie: Mogła pozwolić sobie na luksus przebierania w zleceniach.

Gdyby Jeff żył! Wcale nie chodziło o to, że ma dość opieki nad jego synami - wręcz przeciwnie, 

kochała ich bezgranicznie i była gotowa poruszyć niebo i ziemię, by nadal byli razem. Tęskniła za 

bratem,  bo  bardzo  go  kochała.  Dopóki  go  miała,  życie  było  normalne,  proste  i  bezproblemowe. 

Było,  minęło.  Nie  wolno  jej  użalać  się  nad  sobą.  Musi  stawić  czoła  twardej  rzeczywistości. 

Pogodzić się z tym, że Jeffa nie ma.

Niestety, jej brat nie pomyślał o dobrej polisie ubezpieczeniowej, a chłopcy rośli.  Trzeba było 

ich ubrać i wyżywić, zapłacić za lekarza, dentystę i opiekunkę, która zostawała z nimi, kiedy Bryn 

pracowała. Keith i Brian chodzili do szkoły, ale za przedszkole Adama musiała płacić.

Kiedy zamieszkali we czwórkę, sprzedała swoje auto i kupiła małego vana. Jej niewielki domek 

w  zabudowie  szeregowej  zrobił  się  za  ciasny.  Chłopcy  zamieszkali  w  pokoju,  który  do  tej  pory 

służył  za  ciemnię,  ciemnia  zaś  została  przeniesiona  do  pomieszczenia  gospodarczego  na  tyłach 

domu. Z kolei rzeczy z tego pomieszczenia... zostały upchnięte w szafach, szafkach i gdzie się tylko 

dało.

Skoro  nie  odpowiada  jej  praca  w  nocnym  klubie,  nie  może  być  wybredna.  Nie  może  sobie 

pozwolić na odrzucenie dobrego zlecenia tylko dlatego, że zdenerwowały ją oczy jakiegoś faceta. 

Na dodatek widzianego tylko w telewizji.

- Bryn, jesteś tam?

- Tak, Barb.

- Przyjedź we wtorek, punktualnie o dziesiątej, do starego domu Fultona. Tylko się nie spóźnij.

-  Do  domu  Fultona?  -  Wspomniany  budynek  znajdował  się  przy  jednej  z  dróg  wiodących  na 

pustynię;  zbudowany  w  połowie  dziewiętnastego  wieku,  od  dawna  stał  opuszczony.  Miejscowe 

dzieciaki lubiły zakładać się o to, kto odważy się wejść do środka, bo podobno w nim straszyło.

- Zdziwisz się, gdy zobaczysz, jakie zmiany tam zaszły - uprzedziła Barbara. - Pamiętaj, punkt 

dziesiąta. Weź wszystko, co będzie ci potrzebne do całodziennych ćwiczeń.

- Nie spóźnię się - obiecała. - Powiedz mi, jak długo to potrwa? I kiedy ma się odbyć sesja foto-

graficzna?

-  Kręcenie  teledysku  zajmie  trzy  do  czterech  tygodni.  W  tym  czasie  będzie  dzień  albo  dwa 

przerwy, i właśnie wtedy będziesz mogła zrobić zdjęcia.

- Serdecznie dzięki!

- Auuua! - Z ogródka znów dobiegł rozdzierający krzyk.

- Muszę kończyć. Te dzikusy za chwilę rozniosą dom!

- Ucałuj ich ode mnie.

- Jasne.

background image

13

Rzuciła  słuchawkę i  pełna  najgorszych przeczuć  wybiegła z  domu.  Adam  płakał wniebogłosy. 

Kiedy ją zobaczył, podbiegł do niej i mocno się przytulił.

- Co się stało? - zapytała surowo jego braci.

-  Jakiś  robak  go  ugryzł.  -  Przestraszony  Brian  podszedł  do  braciszka  i  pogłaskał  go  po  jasnej 

czuprynie. - Adam...

Chłopiec  znów  zaniósł  się płaczem,  więc  Bryn  wzięła  go na  ręce  i  powiedziała  łagodnie:-  No 

już, malutki. Pokaż cioci, co się stało. Podniósł do góry czerwony, spuchnięty paluszek.

-  Robak!  -  wykrztusił.  -  Wstrętny  robak!  Boli...  Zabrała  go  do  kuchni,  posadziła  na  blacie, 

wrzuciła do miseczki parę kostek lodu i załata zimną wodą.

- Włóż tu palec. Zobaczysz, zaraz przestanie boleć. Adam przestał płakać i zrobił to, o co prosiła. 

Bryn zerknęła na jego braci; przybiegli wystraszeni, a teraz stali z boku i wpatrywali się w nią jak w 

obraz. Uśmiechnęła się, by dodać im otuchy.

- Spokojnie, chłopcy, nic strasznego się nie stało. Pewnie użądliła go pszczoła.

Brian zacisnął usta i spuścił wzrok.

- O co chodzi? - zapytała, przyglądając mu się uważnie.

- On... On...

- Co takiego?

Brian stanął tak, by Adam go nie widział, i poruszył bezgłośnie wargami:

- On od tego nie umrze, prawda?

- Oczywiście, że nie! - Skonsternowana, zaczęła udawać, że szuka czegoś w lodówce.

Nie spodziewała się takiego pytania. Wydawało jej się, że przez półtora roku chłopcy pogodzili 

się z nową sytuacją i zaakceptowali swoją opiekunkę. Cieszyła się, że okazują ją zaufanie i miłość.

Właściwie  mieli  prawo  bać  się  śmierci.  Ich  mama,  Sue,  zmarła  na  ostre  zapalenie  płuc,  gdy 

Adam miał  zaledwie rok.  Nie minęły dwa  lata i  w bezsensownej katastrofie  lotniczej  zginął Jeff. 

Nic dziwnego, że chłopcy martwili się o brata. I że czasem trzymali się jej kurczowo, jakby bali się, 

że ona też odejdzie...

-  Hej,  co  to  za  smutasy?!  -  zawołała,  patrząc  na  ich  miny.  -  Adam,  miałeś  trzymać  palec  w 

wodzie - przypomniała.

- Ale jest okropnie zimna!

-  Dobrze,  możesz  na  chwilę  wyjąć,  ale  zaraz  włóż  z  powrotem.  Keith,  Brian,  do  wanny.  Po 

kąpieli zjemy kolację i włączę wam kasetę z Muppetami. A potem wszyscy grzecznie powędrują do 

łóżek, bo jutro trzeba iść do szkoły. -A ja, ciągnęła w myślach, zrobię wreszcie stykówki, a potem 

wyskoczę  do  sklepu  po  nowe  trykoty,  bo  te,  które  mam,  są  tak  dziurawe,  że  wstyd  się  w  nich 

pokazać.

Trzy  godziny  później  po  hot  dogach  zostało  tylko  wspomnienie,  a  chłopcy  kończyli  oglądać 

background image

14

film.  Bryn  siedziała  między  dwoma  starszymi,  trzymając  Adama  na  kolanach.  Nagle  z  pamięci 

wypłynęły  wspomnienia,  do  których  nie  lubiła  wracać.  Zagryzła  usta.  Nie  chciała,  by  chłopcy 

widzieli, że ma szkliste oczy.

Kochała ich jak własne dzieci. Była im bezgranicznie oddana. Po części dlatego, że według niej 

byli bardzo fajnymi smykami, a po części dlatego, że byli synami Jeffa. Dawno już zdecydowała, że 

bez względu na to, co się wydarzy, nigdy, przenigdy ich nie zawiedzie.

Tak jak Jeff nigdy nie zawiódł jej. Miała zaledwie szesnaście lat, gdy rodzice zginęli w wypadku 

narciarskim.  Była  młodziutka,  zagubiona  i  odrętwiała  z  żalu.  W  tych  ciężkich  dniach  obecność 

brata dodawała jej sił. Jeff był jej opoką i przewodnikiem. Walczył o nią jak lew, mając przeciwko 

sobie krewnych i sądy.

Dzięki  niemu z  czasem pogodziła się ze  stratą rodziców.  Podziwiała go za  to,  że  nie przerwał 

nauki  i  stworzył  dla  nich  obojga  prawdziwy  dom.  Opiekował  się  nią,  zawsze  stawiał  ją  na 

pierwszym miejscu, nigdy żadna praca, dziewczyna czy impreza nie były ważniejsze od niej. Nie 

zaniedbywał  jej  nawet  wtedy,  gdy ożenił  się  z  Sue.  Kiedy  rodzili  się  chłopcy,  zawsze  czekała  w 

szpitalu, a potem pomagała bratowej w domu.

Między innymi przez pamięć dla niego przysięgła sobie, że nikt i nic nie zmusi jej, by przestała 

kochać chłopców i przekazała opiekę nad nimi komuś innemu. Nikt, nawet mężczyzna taki jak Joe. 

Nigdy  nie  była  szarą  myszką  i  dobrze  znała  swoją  wartość,  lecz  kiedy  go  poznała,  kompletnie 

straciła  głowę.  Joe  grał  zawodowo  w  futbol  amerykański.  Do  Tahoe  przyjechał  na  wakacje  po 

zakończeniu sezonu rozgrywek. Odkąd się poznali, nie dawał jej spokoju.

Początkowo  była  zaskoczona  jego  nagłym  zainteresowaniem.  Później  podchodziła  do  niego  z 

rezerwą. Nigdy nie uważała się za piękność, ale zdawała sobie sprawę, że ze swoją zgrabną figurą i 

lekko  skośnymi  „kocimi”  oczami  podoba  się  mężczyznom.  Nie  była  pewna,  czyją  to  cieszy. 

Przeszkadzało jej, że faceci, którzy się na nią gapią, mają gdzieś jej duszę, bo obchodzi ich tylko to, 

czy  jest  dobra  w  łóżku.  Dość  długo  śmiała  się  z  zalotów  Joego,  ten  jednak  był  nieustępliwy. 

Zasypywał ją komplementami i na wszelkie sposoby przekonywał, by zaczęła się z nim spotykać. 

W  którymś  momencie  zaczęła  traktować  go  poważnie.  Tłumaczyła  sobie,  że  nawet  bohaterowie 

stadionów mają prawo do miłości. Pragną kochać i być kochani. A Joe zachowywał się tak, jakby 

świata poza nią nie widział.

W ich związku coś zaczęło się psuć po śmierci Sue. Joe nie był zachwycony, że Bryn poświęca 

sporo czasu owdowiałemu bratu, ale początkowo tolerował tę sytuację. Rozpoczął się kolejny sezon 

rozgrywek, więc spakował się i wrócił do siebie. Zadzwonił w grudniu.

- Mam tylko jeden wolny dzień. Chcesz, to przyjadę

- oznajmił i podał datę.

-  Fatalnie.  Obiecałam  Jeffowi,  że  zostanę  z  chłopcami  -  przyznała.  Jeff  był  pilotem  i  często 

background image

15

wyjeżdżał. Joe wpadł we wściekłość.

- Przecież możemy spotkać się u mojego brata

- przekonywała.

- Nie po to lecę taki kawał drogi, żeby niańczyć czyjeś bachory - odparował. - Chcę być z tobą 

sam.

- Ja wiem, ale spróbuj mnie zrozumieć... Rzucił słuchawkę. Jednak po tygodniu znów zadzwonił 

i rozmawiał z nią tak, jak gdyby nigdy nic.

Znów  zaczęła  jeździć  z  nim  na  rozgrywki.  Podczas  jednego  z  wyjazdów  dostała  telegram  z 

Tahoe. Jeff zginął. Szybowiec, który pilotował, roztrzaskał się podczas ryzykownego manewru.

- Współczuję - powiedział Joe, ale w jego ustach zabrzmiało to jak frazes. Nie pojechał z nią do 

Tahoe,  by  pomóc  w  przygotowaniu  pogrzebu,  ani  nie  przejął  się  zbytnio  losem  trzech  małych 

chłopców, którzy nagle zostali zupełnie sami na świecie i nie wiedzieli, co z nimi dalej będzie.

Bryn nie było stać na spłacanie kredytu za duży dom, w którym mieszkali z ojcem, więc zabrała 

ich do siebie.

Podczas pierwszej wizyty Joego wszystko potoczyło się gładko. Wynajęła opiekunkę i została z 

nim w hotelu do drugiej w nocy, a potem szybko wróciła do domu, by być przy chłopcach, gdyby 

obudzili się dręczeni przez złe sny.

Pokłóciła się z nim na dobre dopiero wtedy, gdy powiedziała, że nie może już jeździć na mecze. 

Był okropnie zły, ale po kilku dniach zadzwonił i znów zachowywał się tak, jakby wszystko było w 

porządku.

A  jednak  nie  było.  Bryn  oglądała  kiedyś  jego  mecz  w  telewizji.  Na  koniec  pokazano 

zwycięskich  graczy  napawających  się  sukcesem.  Wśród  nich  dostrzegła  Joego  -  nie  był  sam. 

Towarzyszyła mu bardzo młoda, bardzo ładna i bardzo efektowna rudowłosa dziewczyna.

Podczas kolejnej rozmowy telefonicznej Joe wyczuł, że jest obrażona, ale przyjechał do Tahoe. 

Rozmawiali w obecności chłopców, mimo to nalegał, by powiedziała, o co chodzi.

- Dowiem się wreszcie, co cię ugryzło?

- Zdradzasz mnie! Joe wpadł w szał.

-  Jestem  normalnym,  zdrowym  mężczyzną!  Wiesz,  jak  to  jest  z  chłopakami,  którzy  grają  w 

futbol. Zawsze kręcą się przy nich jakieś dziewczyny.

Rozejrzała  się  nerwowo  po  kuchni,  a  widząc,  że  chłopcy  oglądają  telewizję,  powiedziała, 

zniżając głos:

- Będziesz mi wmawiał, że z nią nie spałeś?

- A nawet jeśli, to co wielkiego się stało? Ona nic dla mnie nie znaczy. Po prostu była na miejscu 

i  miała  ochotę.  Odwrotnie  niż  ty.  Ty  wolałaś  bawić  się  w  domowe  przedszkole.  Ostrzegam  cię, 

Bryn, na dłuższą metę żaden facet tego nie zdzierży. Nikt nie będzie czekał w nieskończoność na 

background image

16

kurę domową, skoro może przespać się z księżniczką.

Cudem powstrzymała się, by nie oblać go wrzątkiem. Spokojnie przełożyła zawartość garnka na 

półmisek i postawiła na stole.

-  Kolacja  gotowa,  Joe.  -  Do  dziś  pamiętała  swój  lodowaty  ton.  -  Możesz  mnie  nazywać  kurą 

domową,  skoro  sprawia  ci  to  przyjemność,  ale  nie  życzę  sobie  takich  rozmów  w  obecności 

chłopców. Dotarło?

Skinął głową i usiadł przy stole, a ona zawołała chłopców. Brian musiał usłyszeć ich kłótnię, bo 

kiedy Joe próbował go zagadnąć, odpowiadał wrogim milczeniem. A gdy ten ze złości zaklął pod 

nosem, nabrał na widelec groszek i strzelił mu w twarz.

- Mam tego powyżej  uszu!  - oznajmił  Joe,  gdy zostali  sami.  - Rozumiem, że  musisz  zająć się 

tymi  smarkaczami,  ale  dobrze  ci  radzę,  znajdź  jakąś  opiekunkę.  Jak  zaczniesz  znowu  jeździć  ze 

mną na mecze, nie będę musiał rozglądać się za panienkami.

W  ten  oto  sposób  przyznał  się  do  niewierności.  Świadomość,  że  był  z  inną  kobietą,  najpierw 

sprawiła  jej  ogromny  ból,  a  potem  wprawiła  ją  w  otępienie.  Wiele  ją  kosztowało,  by  po  chwili 

milczenia powiedzieć:

- Zapomnij o tym, Joe. Zapomnij o nas.

- Co takiego?!

- To, co słyszysz. Nie wyjdę za ciebie. Nasz związek to byłaby porażka.

- Ty chyba zgłupiałaś! Wiesz chociaż, co tracisz?

- Owszem, niedojrzałego faceta, który uważa, że ma prawo zdradzać swoją kobietę, jeśli nie jest 

gotowa wskakiwać mu do łóżka na każde skinienie.

Były jeszcze  inne powody. Całe  mnóstwo  powodów.  Ostatecznie nie  miało  znaczenia, który z 

nich  przeważył.  Ważne,  że  zaręczyny  zostały  nieodwołalnie  zerwane.  A  dokładnie,  że  ona  je 

zerwała.

- Ciociu, w telewizji jest jakaś duma sieczka.

Rozżalony glos Briana wyrwał ją z zamyślenia.

- I bardzo dobrze. Ty też będziesz miał jutro w głowie sieczkę, jeśli zaraz nie położysz się spać. 

Chłopcy, marsz do łóżka!

Buntowali się i jęczeli, ale ostatecznie jej posłuchali. Gdy wreszcie zasnęli, włożyła stary trykot, 

legginsy  i  getry  i  zbiegła  na  dół,  by  zrobić  krótką  rozgrzewkę  i  przy  okazji  obejrzeć  wieczorne 

wiadomości.  Z  ekranu  uśmiechała  się  budząca  zaufanie  twarz  prezentera  pogody,  a  potem  jego 

miejsce zajął prowadzący wiadomości, który zaczął mówić o młodym miejscowym polityku, Dirku 

Hammarfieldzie, który właśnie rozpoczął, kampanię przed wyborami do senatu.

Słuchała  jednym  uchem,  zerkając  na  ekran  pomiędzy  kolejnymi  powtórzeniami  ćwiczeń 

rozciągających mięśnie nóg. Kandydat na senatora miał ujmujący uśmiech młodego Kennedy’ego, 

background image

17

jasne włosy i niebieskie oczy.

Na  pewno  zdobędzie  mnóstwo  głosów,  zawyrokowała.  Może  nawet  mój.  Nagle  zamarła  w 

pozycji na brzuchu z mocno naprężonymi i uniesionymi nogami.

W wiadomościach zmienił się temat. Tym razem mówiła ładna prezenterka; ponad jej głową w 

lewym górnym rogu pojawiło się zdjęcie mężczyzny. Lee Condor.

Do  Bryn  nie  docierał  sens  tego,  o  czym  była  mowa.  Jak  zahipnotyzowana  wpatrywała  się  w 

zdjęcie.  A  zwłaszcza  oczy, które  przykuwały  uwagę  nawet  wtedy,  gdy  patrzyły z  fotosu.  Pewnie 

dlatego, że mają taki niespotykany kolor, pomyślała. Albo dlatego że zdobią interesującą twarz. Z 

uwagą analizowała jej rysy. Wysokie czoło. Czarne, mocno zarysowane łuki brwi. Idealnie prosty 

nos. Wydatne kości policzkowe. Zdecydowana linia szczęki. Ładne usta. Lee Condor wyglądał na 

kogoś, kto łatwo się śmieje, a w chwili gniewu zaciska wargi w surową linię.

Włosy  miał  kruczoczarne,  półdługie,  ale  mimo  takiej  fryzury  i  tak  wyglądał  bardziej  na 

biznesmena niż gwiazdę rocka. Barbara miała rację, mówiąc, że jest wręcz obezwładniająco męski. 

Pewnie o tym wiedział,  ale chyba  nie  przywiązywał do tego  wagi. Przez  co wydawał  się jeszcze 

bardziej pociągający...

Wiadomości dobiegły końca, a w ich miejsce pojawiła się reklama torebek śniadaniowych. Bryn 

raptownie rozluźniła mięśnie i z ulgą opuściła nogi. Chyba oszalałam. Przecież nawet go nie znam, 

tłumaczyła sobie.

Mimo to nie potrafiła o nim zapomnieć. Myślała o nim nawet wtedy, gdy po skończeniu ćwiczeń 

i kąpieli kładła się do łóżka. Zastanawiała się, jaki jest w bezpośrednim  kontakcie. Jak będzie na 

niego  reagowała,  gdy  go  pozna.  Miała  nadzieję,  że  zapanuje  nad  irytującymi  dreszczami,  które 

biegały jej po plecach za każdym razem, gdy spojrzała w ciemnobursztynowe oczy.

I po co ja to tak przeżywam, zniecierpliwiła się. Na planie teledysku będzie tyle ludzi, że  Lee 

Condor nawet mnie nie zauważy w tłumie...

Pokrzepiona tą myślą, zasnęła.

O tym, jak płonne były to nadzieje, przekonała się we wtorkowy ranek, mniej więcej kwadrans 

po  swoim  przyjeździe  do  domu  Fultona.  Właśnie  robiły  z  Barbarą  rozgrzewkę,  gdy  podszedł  do 

nich główny choreograf.

- Barbaro, można cię prosić na słowo? - zapytał. Odeszli na bok i chwilę rozmawiali, po czym 

oboje wrócili do Bryn.

- Stwierdził, że jesteś idealna - oznajmiła Barbara zagadkowo.

- Co rzecz jasna oznacza wyższe honorarium - wszedł jej w słowo choreograf.

- I wcale nie tak dużo dodatkowej pracy.

- Zresztą najlepiej, żeby sam ci wszystko wyjaśnił. I nim się zorientowała, o co chodzi, stanęła z 

nim

background image

18

twarzą w twarz. Nawet nie wiedziała, że jest już na planie.

- Bryn, poznaj Lee Condora. Lee, to moja przyjaciółka, Bryn Keller. - Barbara była wyjątkowo 

entuzjastyczna.

Lee uśmiechnął się półgębkiem. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle jej nie słuchał. Za to otwarcie 

wpatrywał się w Bryn. Bez skrępowania oglądał ją od stóp do głów, analizował każdy szczegół. W 

końcu spojrzał jej prosto w oczy.

- Bryn Keller? Więc jest pani też fotografem. Miło mi poznać.

Podał jej rękę. Szorstką - z mnóstwem odcisków -i gorącą...

Bryn pomyślała, że płonie w nim wewnętrzny ogień i wyzwala potężną energię, która upodabnia 

go  do  wulkanu.  Uśpionego,  emanującego  złudnym  spokojem.  I  potęgą.  Jak  zaśnieżony  górski 

szczyt na tle błękitnego nieba...

Poczuła na plecach gorący dreszcz. Cofnęła dłoń - właściwie wyszarpnęła ją - i odsunęła się od 

niego.

- Chciałabym najpierw usłyszeć, czego pan ode mnie oczekuje. Dopiero wtedy powiem, czy się 

do tego nadaję.

Lód... Tylko z tym dało się porównać jej ton. Nie chciała być aż tak nieprzystępna, ale... była. 

Do granic nieuprzejmości. Lekko zmrużył oczy.

-  Och,  bez  obawy,  panno  Keller.  Jestem  pewny,  że  się  pani  nadaje.  -  Mówił  z  akcentem 

typowym  dla  południowych  stanów.  -  Tony  wprowadzi  panią  w  szczegóły  -  oznajmił,  po  czym 

odwrócił się i odszedł.

background image

19

ROZDZIAŁ DRUGI

Dziewczyna od razu go zaintrygowała.

Kiedy przyjechał, drzwi do domu Fultona były szeroko otwarte, a wewnątrz trwała gorączkowa 

krzątanina.  Wszyscy  byli  tak  zajęci,  że  nikt  nie  zwrócił  na  niego  najmniejszej  uwagi;  tancerze  -

poubierani  w  kolorowe  stroje  do  ćwiczeń  -  rozgrzewali  się  i  ćwiczyli  układy  choreograficzne. 

Siwowłosy stolarz majstrował przy biegnących lukiem schodach, na których stał Tony Asp, główny 

choreograf, i kłócił się o coś z szefem produkcji, Garym Wrightem.

Lee rozejrzał się po eleganckim holu i olbrzymiej sali balowej. Nigdzie nie zauważył Perry’ego 

ani  Andrew,  ani  nawet  Micka.  Pewnie  jeszcze  nie  przyjechali;  w  końcu  do  dziesiątej  brakowało 

paru minut. Wiedział, że jego koledzy spędzili noc w kasynie. Tak ich rozrzewnił powrót do Tahoe, 

że do bladego świtu topili melancholię w alkoholu.

Na pewno się nie spóźnią. Dawno temu zrozumieli, że muszą liczyć się z pozostałymi członkami 

grupy. I szanować ich czas, czyli nie nawalać i przychodzić na próby.

Przyjrzał się  pobieżnie  tancerzom.  Dziesięciu  mężczyzn,  dziesięć  kobiet.  W  większość  bardzo 

młodych. Pewnie dzieciaki z miejscowej szkoły średniej, może college’u, które myślą, że na planie 

rozerwą się i odpoczną  sobie od codzienności. Cóż, jeśli ktoś tu liczy na odpoczynek, gorzko się 

rozczaruje. Wolny czas to towar deficytowy.

I właśnie gdy tak stał i lustrował tancerzy, zobaczył ją - co prawda nie całą, ale i to wystarczyło. 

Jako pierwsze rzuciły mu się w oczy niesamowicie długie nogi.

Dziewczyna  właśnie  wykonywała  głęboki  skłon;  najpierw  pochyliła  tułów  prostopadle  do 

podłogi,  by  po  chwili  niemal  dotknąć  do  niej  czubkiem  głowy.  Miała  na  sobie  różowe  legginsy, 

czarny trykot i getry. Lee nie widział jej twarzy, jedynie nogi, szczupłe, ale bardzo zgrabne i ładnie 

umięśnione.  Przy  okazji  obejrzał  sobie  też  kształtną  pupę,  którą  nieświadomie  wypięła  prosto  na 

niego...

Wyprostowała  się.  Podniosła  do  góry  ręce,  jakby  chciała  sięgnąć  gwiazd,  po  czym  z  gracją 

zrobiła  pełny szpagat.  W  jej  ruchach  było  coś,  co  go urzekło.  Przyszło  mu  do  głowy, że  zaraz  z 

wrażenia otworzy usta. Zaczął się z siebie śmiać. Ciekawe, jak by zareagowała, gdyby wiedziała, że 

najchętniej rozpędziłby wszystkich na cztery wiatry i rzucił się na nią jak wariat. Pewnie nie byłaby 

zachwycona.

Ucieszył się, że wciąż budzą się w nim takie pragnienia. Po Victorii miał różne kobiety, ale nie 

przypominał  sobie,  by  któraś  w  takim  stopniu  podziałała  mu  na  wyobraźnię.  Po  śmierci  Victorii 

bardzo się zmienił. Niestety, na gorsze.

Śmieszne.  Gdyby  przyznał  się  Victorii,  że  od  samego  patrzenia  na  nią  robi  mu  się  gorąco, 

pewnie  powiedziałaby,  że  oszalał.  Nie,  raczej  nazwałaby  go  dzikusem.  To  było  jej  ulubione 

określenie...

background image

20

Odsunął na bok wspomnienia. Nawet jeśli popełnił jakiś błąd, to już i tak przeszłość. Skończyło 

się. Nie powinien  zadręczać  się wspomnieniami,  bo nie wychodzi  mu  to  na dobre.  Było, minęło. 

Życie toczy się dalej.

- Lee! Już jesteś?! Nie widziałem, jak wszedłeś.

Odwrócił się. Tony Asp uśmiechał się szeroko.

-  Cześć,  Tony.  -  Wymienili  uścisk  dłoni.  -  Jestem  tu  od  kilku  minut.  -  Zamaszystym  gestem 

wskazał hol, schody i salę balową. - Nieźle wyszło, prawda?

- Nawet nie ma porównania. Niebo a ziemia. - Tony lekko się skrzywił. - Powiem szczerze, że 

jak mi powiedziałeś, że chcesz kupić i wyremontować ten dom, pomyślałem, że masz nierówno pod 

sufitem.  Teraz  widzę,  że  miałeś  rację.  Wynajem  kosztowałby  więcej,  a  tak  masz  wystrzałową 

rezydencję. Będziesz tu mieszkał?

Pokręcił głową.

- Lubię mój stary dom. Albo nowy, zależy jak na to spojrzeć.- W każdym razie to wymarzony 

plan zdjęciowy. Wątpię, żeby w samym sercu Georgii udało się znaleźć drugi budynek, który byłby 

kwintesencją stylu z czasów wojny secesyjnej.

-  Też  tak  myślę...  -  Urwał,  gdyż nagle  ktoś  mocno  klepnął  go w  ramię.  Tuż  za  nim  stał  Gary 

Wright, chudy jak szczapa, kłębek nerwowej energii i genialny dyrektor kreatywny.

- Cześć, Lee! Jak trasa koncertowa? Cieszę się, że znów będziemy razem pracować.

- Ja też się cieszę, Gary. A trasa? Nieźle, ale powiem ci, że chyba to była już ostatnia.

Lee poznał Tony’ego i Gary’ego przed rokiem, podczas wspólnej realizacji teledysku. Od tego 

czasu  byli  w  stałym  zawodowym  kontakcie,  choć  początki  współpracy  nie  były  łatwe.  Zarówno 

Tony,  uznany  twórca  choreografii  do  baletów  klasycznych,  jak  i  Gary,  jeden  w  najlepszych 

dyrektorów telewizji  publicznej, podchodzili  do jego pomysłów sceptycznie.  Lee wielokrotnie się 

przekonał, że ludzie uprzedzają się do niego z dwóch powodów: po pierwsze, bo jest potomkiem 

Czarnych Stóp, po drugie, bo gra rocka.

On  jednak  nauczył się  być  twardy, wzruszać  ramionami  i  spokojnie  robić swoje.  Tony i  Gary 

zaakceptowali go takim, jaki jest. Ale Victoria już nie...

To się już skończyło, powtórzył. Skończyło się...

- Tylko w jednym się z tobą nie zgadzam. - Gary od paru chwil mówił do niego, ale on go nie 

słyszał. - Podoba mi się pomysł na klip i aranżacja piosenki. Jednak uważam, że powinniśmy dać 

parę ujęć, na których widać, jak gracie na instrumentach. Wiem, zaraz mi powiesz, że to ballada o 

wojnie secesyjnej. Zgoda, ale spróbuj spojrzeć na to od strony...

- Przepraszam - wtrącił Tony - ale chciałbym już zaczynać z tancerzami.

- Jasne, Tony. Nie przeszkadzaj sobie - odparł Gary. - A wracając do tych ujęć, Lee, to mam na 

myśli sekwencje nie dłuższe niż sekunda, góra dwie...

background image

21

- Przepraszam cię... - Tym razem to Lee wszedł mu w słowo. Śledził wzrokiem Tony’ego, który 

zmierzał w stronę grupy ubranych tancerzy. - Zaraz wrócę.

- Ale Lee, posłuchaj... - zirytował się Gary.

- Skoro tak ci na tym zależy, daj te ujęcia. Rób, co chcesz - rzucił na odczepnego.

Gary triumfował, ale on nawet tego nie zauważył. Chciał jak najszybciej porozmawiać z Tonym.

- Tony!

Choreograf zatrzymał się.

- Widzisz tę wysoką rudą dziewczynę? - zapytał Lee.

- Rudą? Tu nie ma żadnej rudej.

- Dobrze, niech ci będzie, że ma kasztanowe włosy. Jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu, czarny 

trykot i różowe legginsy. Tony, co z tobą? Ślepy jesteś czy co?

- Dobrze, już wiem, o którą ci chodzi! Rany, rzeczywiście jest na co popatrzeć.

- Przestań się gapić. Powinieneś być uodporniony na takie rzeczy. Codziennie widzisz dziesiątki 

pięknych ciał.

- Widzę, ale przecież nie jestem z kamienia...

-  Tony,  pogadaliśmy  sobie  jak  esteta  z  estetą,  tak?  A  teraz  skupmy  się  na  sprawach 

zawodowych. Co ty na to, żeby ta dziewczyna została naszą Loreną?

Tony natychmiast uruchomił swój „estetyczny” zmysł.

- Ty wiesz, że to jest myśl! Ta mała jest idealna! Piękne długie włosy, wysoka, szczupła - będzie 

dobrze wyglądała w kostiumie. Ładne pełne piersi - te to się dopiero zaprezentują! Jest naprawdę 

świetna.

- Tylko żeby umiała tańczyć...

-  Na  pewno  umie.  Barbara  Vinton  nie  zatrudnia  amatorów.  Zapytam  ją  o  tę  dziewczynę. Jeśli 

Barbara powie, że jest dobra, przyprowadzę ją do ciebie.

- Dobrze. Widzę, że przyszli Perry i Andrew. Pójdę z nimi pogadać, a potem obejrzę schody.

Tony  skinął  głową  i  pobiegł  do  tancerzy,  a  Lee  poszedł  przywitać  się  z  kolegami,  Andrew 

McCabe’em, Perrym Littonem i Mickiem Skyhawkiem.

- Jasna cholera, Lee, to miejsce wygląda odlotowo! - stwierdził Andrew.

- Super! - zgodził się Mick.

- Fajnie, że wam się podoba - roześmiał się Lee.

- O ile można ufać waszej ocenie. Coś mi się zdaje, że jeszcze widzicie podwójnie. Zwłaszcza 

ty, przyjacielu. Nawet jak na czerwonoskórego masz strasznie czerwone oczy.

Mick,  czystej  krwi  Indianin  z  plemienia  Czarnych  Stóp,  wyraźnie  się  speszył,  czym  bardzo 

rozbawił kolegów.

- Bardzo zabawne! - Wzruszył  ramionami. - Przecież ciągle od was słyszę, że powinienem się 

background image

22

ustatkować. Chyba jasne, że aby to zrobić, muszę raz na jakiś czas spędzić noc z przedstawicielką 

płci odmiennej?

-  Problem  w  tym,  że  spędziłeś  tych  nocy  całe  mnóstwo,  tyle  że  każdą  z  inną  dziewczyną  -

westchnął Andrew, udając zniechęcenie. - Nie myślałeś o tym, żeby spędzać je z jedną?

Z twarzy Lee w jednej chwili znikł beztroski uśmiech. Lepiej uważaj, Mick, ostrzegł kolegę w 

myślach. Czasem lepiej nie znać kobiety, obok której się budzisz. Najbezpieczniej być z taką, która, 

podobnie jak ty, przychodzi i odchodzi w noc. Bo może ci się zdawać, że poznałeś ją na wylot, ale 

nic bardziej mylnego. Nie masz pojęcia o mrocznych sekretach, które nosi w sercu...

-  Pójdę  obejrzeć  schody  -  mruknął.  -  Mick,  kazałem  ustawić  twoje  klawisze  na  końcu  sali 

balowej. Sprawdź, czy dobrze to zrobili.

- Jasne.

Rozdzielili  się  i  każdy  zajął  się  swoimi  sprawami.  Lee  podszedł  do  schodów  i  przez  chwilę 

podziwiał ich zgrabny łuk. Uśmiechnął się, czując dumę i zadowolenie, że remont domu się udał. 

Kiedy był tu pierwszy raz, stare marmurowe podłogi pokrywała gruba warstwa brudu, schody były 

zarwane w kilku miejscach, a żyrandole zasnuła tak gęsta pajęczyna, że prawie nie było ich widać. 

Gdy  oznajmił,  że  zamierza  kupić  i  wyremontować  dom,  by  nakręcić  w  nim  teledysk  do  ballady 

„Lorena”, koledzy popukali się w czoło. Zrozumieli go dopiero teraz, gdy odświeżony dom ukazał 

cale swe piękno.

-  Dzień  dobry,  Lee.  Chcę  ci  przedstawić  Bryn  Keller.  Bryn,  to  jest  Lee  Condor.  -  Na  dźwięk 

głosu Barbary natychmiast się odwrócił. Keller... skądś znał to nazwisko.

Uśmiechnął  się  do  kobiety,  którą  wybrał  do  roli  Loreny.  Podał  jej  rękę,  mrucząc  pod  nosem 

banalne:

„Bardzo mi miło”. Przez cały czas bacznie jej się przyglądał.

Jeszcze  zanim  otworzyła  usta,  wyczul  falę niechęci.  Tak  silnej,  że  niemal  widział,  jak  między 

nim a tą kobietą wyrasta niewidzialna lodowa tafla. Lód... i ogień.

Dziewczyna z bliska wydała mu się jeszcze piękniejsza. Jej włosy miały niespotykany odcień -

ani mahoń, ani typowy rudy - o wiele głębszy niż każdy z tych dwóch. Podobny do koloru płomieni 

szalejących w samym sercu pożogi. Z zachwytem przyglądał się kilku pasemkom, które wymknęły 

się  z  ciasnego  węzła.  I  niesamowitym  oczom,  przejrzyście  zielonym  i  lekko  skośnym,  jak  u 

lśniącego, tajemniczego kota. Te oczy pełne wewnętrznego ognia, zdradzającego temperament, oraz 

rude włosy kontrastowały z  chłodnym zachowaniem  dziewczyny. Wprawdzie  jej głos miał  ciepłą 

barwę i był miły dla ucha, ale mówiąc zachowywała się tak, że Lee miał ochotę nią potrząsnąć.

Uśmiechnął  się.  Powiedział  coś  cicho  i  spokojnie.  Sam  nie  bardzo  wiedział  co.  Ona 

odpowiedziała, ale nie dotarł do niego sens jej słów. Zresztą to nieważne. Dla niego ta dziewczyna 

była idealną  Lorena. Może  go lubić lub  nie. Nie miał  na to  wpływu. Istotne było tylko  to,  by jej 

background image

23

antypatia nie wpływała negatywnie na ich współpracę.

Zostawił  ją  z  Barbarą  i  odszedł.  Musiał  jednak  przyznać,  że  poczuł  się  dotknięty  jej 

zachowaniem. Ciekawe, czym ją sprowokował? Może nie lubi muzyków rockowych? Albo ludzi o 

indiańskich  korzeniach?  Co,  do  cholery,  czyżby  jej  przodkowie  zamykali  czerwonoskórych  w 

rezerwatach? Ostatecznie uznał, że to jej problem. Po prostu zostawi ją w spokoju. Był w połowie 

schodów,  gdy  nagle  uśmiechnął  się  szeroko.  Za  plecami  słyszał  Tony’ego,  który  streszczał 

dziewczynie koncepcję wideoklipu. Było jasne, że przyjmie ich propozycję - oczywiście wyłącznie 

dla pieniędzy. Uśmiech przerodził się w złośliwy grymas.

Tak bardzo zależy jej na forsie? W porządku. Już on da jej zarobić.

W drodze powrotnej utknęła w gigantycznym korku. Za każdym razem, gdy sznur samochodów 

ślamazarnie przesuwał się metr do przodu, klęła nieznośny perfekcjonizm Lee Condora, który kazał 

im powtarzać wszystko setki razy.

Tony Asp  streścił  jej  scenariusz  wideoklipu.  -  „Lorena”  to  nastrojowa  ballada,  która  była  nie-

zwykle popularna w czasach wojny secesyjnej - mówił.

- Nakręciliśmy już sceny plenerowe, natomiast tu, w domu Fultona, powstaną sekwencje balu. Z 

grubsza ma  to  wyglądać  tak:  Trwają  tańce.  Żołnierz  wraca  z  frontu  do  domu  i  odkrywa,  że  jego 

ukochana, Lorena, poślubiła innego.

W  następnej  scenie  żołnierz  błąka  się  po  pustym  polu  spowitym  mgłą  i  wyobraża  sobie,  że 

porywa Lorenę i silą zmusza, żeby dochowała przysięgi. W rzeczywistości jednak o nią nie walczy. 

Odchodzi, gdyż zdaje sobie sprawę, że wojna wszystko zmieniła i zabiła ich miłość.

Najważniejsza  scena  z  pani  udziałem  rozegra  się  na  schodach-  tłumaczył  Tony.  -  Początkowo 

Lorena będzie próbowała wyrwać się byłemu kochankowi, on jednak jej nie puści. Przyciągnie ją 

do siebie, weźmie na ręce i oboje znikną we mgle. Ujęcie potrwa maksymalnie półtorej minuty, ale 

każdy szczegół musi być dopracowany. Jeśli chodzi o choreografię, wiele będzie zależało od pani, 

gdyż Lee, jakkolwiek bardzo sprawny fizycznie, nie jest jednak zawodowym tancerzem. Za chwilę 

zaczynamy próby tańca, więc proszę dołączyć do grupy, natomiast indywidualnie popracujemy w 

czasie przerwy.

Próby trwały bite cztery godziny.

-  Wygląda  pani  na  zmęczoną  -  zauważył  Tony,  gdy  skończyli.  -  Niech  pani  zrobi  sobie  pięć 

minut przerwy.

Pięć minut znaczyło pięć minut - ani sekundy dłużej. Po przerwie zgodnie z umową ćwiczyła z 

Tonym  układ  na  schodach.  Cztery  stopnie,  obrót,  i  hop,  wpada  w  jego  ramiona.  Nie  tak,  proszę 

wybić się mocniej. Bez obaw, Lee na pewno panią złapie...

A potem znów powrót do grupy na kolejne trzy godziny mordęgi... Wycisnęła z siebie siódme 

poty.  Padała  ze  zmęczenia. Jednak  najgorsze w  tym  wszystkim  było to,  że  on  cały  czas  tam  był. 

background image

24

Obserwował  ją.  Szeptał  Tony’emu  do  ucha  swe  uwagi.  Stał  ź  boku,  z  rękami  wciśniętymi  w 

kieszenie albo skrzyżowanymi na piersiach, ubrany w sprane dżinsy i błękitną koszulę. Brakuje mu 

tylko  przepaski  na  czole,  pomyślała  zgryźliwie.  Nawet  bez  tego  potrafiła  wyobrazić  sobie,  jak  z 

dzikim  okrzykiem  na  ustach  galopuje  na  zadziornym  łaciatym  koniu  i  wpada  do  miasta,  by  za 

chwilę puścić je z dymem...

Przez korek spóźniła się do szkoły po Briana i Keitha. Na szczęście szkolny autobus podwiózł 

ich  do  przedszkola  Adama,  więc  miała  ich  wszystkich  w  jednym  miejscu.  Pech  chciał,  że  akurat 

tego dnia byli wyjątkowo nieznośni.

- A Keith to specjalnie nadepnął mi na nogę - poskarżył się Adam.

- Bo on mnie uderzył - bronił się winowajca.

- Nieprawda. To było niechcący.

- A właśnie że chcący.

- Keith ma rację - wtrącił się Brian. - Wszystko widziałem. Zrobiłeś to specjalnie.

- Przestańcie! - krzyknęła. - Spokój! Wsiadać do samochodu. I to już!

Normalnie  reprymenda  na  tym  by  się  skończyła,  ale  upal,  zmęczenie  oraz  niewytłumaczalna 

irytacja sprawiły, że była wyjątkowo podminowana i w samochodzie znów zbeształa Keitha.

- Do jasnej cholery, czy ty w końcu usiądziesz na miejscu? I zapnij wreszcie ten pas!

Chłopiec posłusznie usiadł, ale jego spojrzenie mówiło, że poczuł się urażony. Jej bratankowie 

toczyli  między  sobą  bezustanną  wojnę,  lecz  gdy  na  horyzoncie  pojawiał  się  wspólny  wróg, 

natychmiast  zwierali  szyki.  Tym  razem  ich  słuszny  gniew  obrócił  się  przeciw  niej.  Trzy  pary 

zielonych  oczu  przeszyły  ją  gniewnym  spojrzeniem;  troje  małych  ust  zacisnęło  się  we  wrogim 

milczeniu.  Miała  zamiar  ich  zignorować,  lecz  gdy  siadała  za  kierownicą,  odezwało  się  sumienie. 

Przekręciła kluczyk w stacyjce, ale zamiast ruszyć, odwróciła się do Keitha.

- Przepraszam, miałam ciężki dzień. - To kiepskie usprawiedliwienie, przyznała samokrytycznie. 

Zwłaszcza za: „Do jasnej cholery”. Wiadomo, że jeśli będzie używała takich słów, chłopcy zaraz je 

podchwycą.

Keith uśmiechnął się półgębkiem.

- Adam, jak dziś było na basenie?

- Nie podobało mi się! - Chłopczyk z niesmakiem zmarszczył nos. - Pan Beacon próbował mnie 

utopić!

- Nie utopić, tylko nauczyć pływać - sprostowała. - Keith, co dostałeś z dyktanda?

Zaczął opowiadać, ale po chwili przestała go słuchać. Nagle coś ją zaniepokoiło: w samochodzie 

zapadła  martwa  cisza.  Na  następnym  czerwonym  świetle  spojrzała  na  bratanków.  Znów  byli 

nadąsani.

- Ciociu, co się z tobą dzieje? - Brian zawsze występował w roli rzecznika.

background image

25

- Nic, nic... - odparła  szybko. Ktoś zaczął  trąbić;  nie zauważyła, że  zmieniło się światło.  - Do 

cholery! - zaklęła, ale tym razem uważała, by chłopcy nie usłyszeli.

- Ciociu... - Brian nie zamierzał dać się łatwo zbyć.

-  Naprawdę nic  się  nie  stało.  Nic.  Trochę mnie  wkurzył  taki  jeden  dumy  czerwonoskóry  tam-

tamiarz.

- Czerwonoskóry tam-tamiarz?

- Chryste Panie! - jęknęła. Co ja wygaduję, w dodatku przy dzieciach. - Nieważne. Umówmy się, 

że nic takiego nie mówiłam. - Wlepiali w nią oczy; czuła to przez skórę. - Słuchajcie, zapomnijcie o 

tam-tamiarzu. Okropnie się zachowałam, naprawdę nie chciałam tak powiedzieć. Jestem trochę zła i 

sfrustrowana, więc palnęłam coś, żeby odreagować. Rozumiecie?

-  Jasne  -  odparł  Brian  z  powagą.  -  Tata  zawsze  powtarzał:  jak  nie  masz  nic  miłego  do 

powiedzenia, to już lepiej siedź cicho. O to chodzi?

-  W  pewnym  sensie  -  mruknęła  zażenowana  -  ale  to  trochę  bardziej  skomplikowane. 

Zapamiętajcie  sobie,  że  nie  wolno...  - Zawiesiła  głos,  żałując,  że  nie  pomyślała dwa  razy,  zanim 

otworzyła usta. - Nie wolno nikogo obrażać tylko dlatego, że nas zdenerwował.

-  Rozumiem  -  przytaknął  Brian.  -  Nie  powinnaś  mówić  o  tym  facecie,  że  jest  durnym 

czerwonoskórym tam-tamiarzem tylko dlatego, że cię wkurzył.

- Właśnie - przyznała.

- A co to jest czerwonoskóry tam-tamiarz? - zainteresował się Keith.

- Osadnicy mówili na Indian „czerwonoskórzy” - pouczył go brat. - Co ty, westernów w telewizji 

na oglądasz?

Bryn  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię.  Co  by  pomyślał  o  niej,  lub  o  sposobie,  w  jaki 

wychowuje jego dzieci, Jeff - który był tak bardzo wyczulony na wszelkie przejawy dyskryminacji i 

nietolerancji?

- Brian! - Skarciła go wzrokiem. Wprawdzie sama miała swoje grzechy na sumieniu, ale uznała, 

że krótkie kazanie nie zaszkodzi. - Za dużo czasu spędzasz przed telewizorem. Keith...

-  A  to  źle,  jak  ktoś  jest  czerwonoskórym  tam-tamiarzem?  -  zapytał  Keith  niewinnie.-  Nie!  -

zawołała. - Proszę was, zmieńmy temat. Trzymajmy się zasady, której nauczył was tata: „Jeśli nie 

możesz powiedzieć nic miłego, siedź cicho”. Już wam mówiłam, że palnęłam to bez zastanowienia. 

Nie wolno tak mówić - ratowała się rozpaczliwie. - Biorę udział w nagraniu teledysku i...

- No nie! Takiego jak w MTV? - upewnił się Keith.

- Tak, takiego jak w MT...

- No nie! - Brian wychylił się do przodu.

- A czyj to teledysk, ciociu?

- Lee Condora.

background image

26

- No nie! - Tym razem to Adam dał wyraz entuzjazmowi.

- Pani Lowe kazała nam obejrzeć jego ostatni teledysk, bo możemy się z niego dowiedzieć, jak 

było w średniowieczu. Podobno świetnie odtworzyli realia, czy coś takiego - powiedział Brian.

- Realia - powtórzył Adam, który naśladował brata.

-  No  to  super  -  mruknęła.  -  Wszystko  jest  super!  Dojechali  do  domu  o  siódmej;  o  dziewiątej 

najedzeni  i  umyci  chłopcy  leżeli  w  łóżkach.  A  ona  miała  w  perspektywie  co  najmniej  godzinę 

siedzenia w ciemni.

Robiła zdjęcia okolic Tahoe do folderu promującego miasto. Zleceniodawcy po długim namyśle 

wybrali  pięć  odbitek,  by  w  ostatniej  chwili  dojść  do  wniosku,  że  jednak  wolą  inne.  Dla  niej 

oznaczało to dodatkową robotę, ale praca nad folderem mogła zaowocować następnymi zleceniami, 

dlatego  nie  chciała  zadzierać  z  neurotycznym  dyrektorem  kreatywnym  z  agencji  reklamowej. 

Jedyny plus ślęczenia nad nowymi stykówkami był taki, że kiedy wreszcie położyła się do łóżka, 

była  zbyt  zmęczona,  żeby  myśleć.  Dzięki  temu  nie  prześladowało  jej  ani  jedno  wspomnienie 

bursztynowych oczu. Zasnęła, ledwie przyłożyła głowę do poduszki.

Środa była dużo gorsza od wtorku. Bryn stawiła się na planie punktualnie o dziewiątej rano, tak 

jak prosił Tony Asp. Dom, który wydał jej się dziwnie pusty, robił niesamowite wrażenie. Zupełnie 

jakby nagle cofnął się czas. Olbrzymie żyrandole w sali balowej oświetlały marmurową podłogę i 

misternie rzeźbione panele i gzymsy, które kontrastowały z subtelnym wzorem tapety. Imponujące 

schody  wnosiły  się  ku  górze  i  tonęły  w  zamglonym  mroku.  Gdy  na  nie  patrzyła,  przez  moment 

zdawało jej się, że wehikuł czasu przeniósł ją do innej epoki.

Nagle ciszę rozdarła eksplozja głośnej muzyki.

Bryn, przerażona i bliska palpitacji serca, niemal podskoczyła do sufitu. Ochłonęła, gdy dotarło 

do niej, że ktoś po prostu włączył taśmę. Z nagraniem „Loreny”.

Utwór  zaczynał  się  dźwiękami  werbli,  które  nasuwały  nieodparte  skojarzenie  z  żołnierzami 

maszerującymi  na  wojnę.  Następnie  do  werbli  dołączały  skrzypce,  a  potem  bardzo  łagodnie 

wchodził keyboard.

I wreszcie wokal Lee Condora.

Jego glos miał niepowtarzalną barwę. Śpiewał tenorem, nieco ochryple, ale tak przejmująco, że 

trafiał prosto do serca. Bryn nigdy w życiu nie czuła się bardziej spięta. Zupełnie jakby ten  głos, 

podobnie jak oczy Lee, potrafiło odkryć jej najskrytsze tajemnice. Zupełnie jakby był narzędziem, 

za pomocą którego można człowieka obnażyć, odsłonić jego serce i duszę, by porzucić go nagim i 

bezbronnym.

Ballada była piękna. Gdy w refrenie do głosu Lee dołączał chórek, zapiekły ją łzy. W tej muzyce 

było wszystko: miłość odnaleziona i miłość stracona, mądrość i smutek rezygnacji.

- Bryn, już jesteś! Doskonale!

background image

27

Z góry zbiegał po schodach Tony Asp, niosąc magnetofon.

- Wyobrażasz sobie, jak będzie wyglądał ten dom, gdy zostanie urządzony? - zapytał pogodnie. -

Będzie cudowny!

Bryn odpowiedziała nikłym uśmiechem.

- Masz rację - odparła.

- Połóż gdzieś torbę z rzeczami i zrób sobie króciutką rozgrzewkę. Będę czekał przy schodach.

- Powtórzmy wszystko od początku, powolutku i spokojnie - rzekł, gdy podeszła. - Dziś będziesz 

pracowała z Lee.

- Z Lee? - Nie potrafiła ukryć konsternacji.

- Tak, panno Keller. Ze mną.

Nie widziała  go wcześniej;  nie miała  pojęcia,  że  jest  gdzieś w pobliżu.  Teraz schodził  na  dół. 

Poruszał  się  bezszelestnie,  nic  zatem  dziwnego,  że  Wcześniej  go  nie  słyszała.  Miała  ochotę  na 

niego krzyczeć.

Domyśliła  się,  że  stał  na  schodach  od  dawna.  Obserwował  ją.  I  to  wcale  nie  ukradkiem,  lecz 

otwarcie.  A  ona  o  tym  nie  wiedziała...Nie  wyczuła  jego  obecności,  która  teraz  ją  przytłoczyła. 

Wpatrywała się w niego w osłupieniu, a on spokojnie pokonywał kolejne stopnie.

Miał na sobie koszulkę polo z drogiego sklepu.

Kanarkowy  kolor  podkreślał  bursztynowy  blask  jego  oczu,  krótki  rękaw  zaś  odsłania! 

muskularne  ramiona.  Dopasowana  koszulka  efektownie  podkreślała  mocny  tors,  płaski  brzuch  i 

szerokie barki. Barbara miała rację:

Lee widziany z daleka sprawiał wrażenie szczupłego, lecz gdy się zbliżył, nie było wątpliwości, 

że jest mocny i dobrze zbudowany.

Zszedł na sam dół, a ona i tak musiała zadzierać głowę. Był od niej dużo wyższy.

Kiedy stanął naprzeciw, owionął ją jego zapach.

Ulotny  aromat  wody  kolońskiej,  który  kojarzył  się  z  chłodną  wilgocią  lasu.  Zapach  był 

przyjemny,  wręcz  uwodzicielski.  A  jednak  nawet  on  budził  w  niej  lęk.  Obawiała  się  potężnej 

zmysłowej energii, którą instynktownie wyczuwała w Lee.

- Dzień dobry, panno Keller.

Miała wrażenie, że dźwięk jego głosu przenika wprost do jej krwiobiegu i pobudza krążenie.

- Dzień dobry.

-  Tony  pokazał  mi  układ,  więc  możemy  zacząć  próbę.  Chcę  się  zorientować,  nad  którymi 

fragmentami będziemy musieli popracować. Wolałbym, żeby skoczyła pani z pięciu stopni zamiast 

czterech, oczywiście jeśli da pani radę. Zapewniam, że panią złapię.

- W porządku - odparła sucho.

- Tony?- Jestem gotowy. Przećwiczcie to najpierw na „sucho”, a potem spróbujemy z muzyką.

background image

28

Poprzedniego dnia podczas prób z Tonym wszystko było bajecznie proste. A dziś wystarczyło, 

by  Lee  wziął  ją  za  ramię,  i  już  nie  miała  szans  na  koncentrację.  Zamiast  skupić  się  na  układzie, 

myślała tylko o tym, by natychmiast wyrwać się i uciec.

Speszyła się, kiedy jej dotknął. Zerknęła ukradkiem na jego smukłe śniade dłonie i mimo woli 

pomyślała, że właśnie tak powinny wyglądać ręce prawdziwego mężczyzny...

-  Proszę  powiedzieć,  kiedy  będzie  pani  gotowa...  Spojrzała  mu  w  oczy.  Bawi się  jej  kosztem. 

Przecież widziała jego lekko ironiczny uśmiech.

Obrót!  Dzięki  temu  uwolnisz  się  od  niego...  Zrobiła  piruet,  zatrzymała  się,  rozejrzała  w  obie 

strony, po czym zaczęła wbiegać na schody. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć...

Chwycił  ją  za  ramię,  przytrzymał,  a  potem  pociągnął  ku  sobie,  zmuszając  do  obrotu.  Bez 

zastanowienia wybiła się do góry. Lecąc, modliła się, by zdążył ją złapać...

Zdążył. Prawym ramieniem objął ją w talii i pociągnął do góry z taką lekkością, że kiedy niósł ją 

po schodach, zdawało jej się, że frunie. Frunie i patrzy mu w oczy. Czuje, jak przenika ją ich żar.

Czuje jego ciepło...

-  Doskonale!  -  pochwalił  Tony.  -  Trochę  niedopracowane,  ale  ogólnie  zupełnie  nieźle.  Bryn, 

musisz  wybić  się  wyżej.  Lee,  twoja  mimika  musi  pokazywać,  że  jesteś  wzburzony.  Spróbuj  się 

rozluźnić. Nie ma obawy, na pewno nie upuścisz Bryn. Dobrze, spróbujmy teraz z muzyką.

Jeśli  za  pierwszym  razem  wypadło  „doskonale”,  to  za  drugim  razem  była  kompletna  klapa. 

Podobnie jak za trzecim i czwartym. Bryn bez przerwy potykała się na drugim stopniu. Wszystko 

przez  niego,  zżymała  się  upokorzona.  Przez  ten  jego  kpiący  uśmieszek,  który  pojawiał  się  po 

każdym jej błędzie...

- O co chodzi, panno Keller? - zapytał ją uprzejmie, ale i tak wiedziała, że z niej drwi. - Piła pani 

już kawę? Tony, dlaczego nie dopilnowałeś, żeby młoda dama napiła się przed pracą kawy?

Chciała  się  sprzeciwić,  powiedzieć  mu,  że  w  tej  chwili  pragnie  jedynie  tego,  by  ta  próba  jak 

najszybciej dobiegła końca. Jednak zanim zdążyła otworzyć usta, Lee wziął ją za rękę i zaprowadził 

do sali balowej.

Zostali sami. Stanęła z boku i bez słowa patrzyła, jak

nalewa kawę. ;

- Z cukrem?

- Bez, poproszę czarną.

Podał  jej  kubek,  po  czym  nalał  drugi  dla  siebie.  Pijąc,  ostentacyjnie  jej  się  przyglądał,  co 

krępowało ją do tego stopnia, że miała ochotę schować się w mysią dziurę.

- Czy my się już kiedyś spotkaliśmy, panno Keller?

- Nie.

-  Tak  też  myślałem.  Na  pewno  bym  panią  zapamiętał.  Skoro  więc  się  nie  widzieliśmy,  to 

background image

29

naprawdę nie rozumiem, czym mogłem się pani narazić. Dlaczego pani mnie nie lubi?- Ależ nie...

- Ależ tak. Dlaczego?

Bezwiednie zwilżyła usta. Wykręty nie miały sensu. Przecież nie pytał, czy, tylko dlaczego go 

nie lubi. Nagle, w tym pustym salonie, wydal jej się groźny. Był zwinny, sprawny i silny. Umiał 

poruszać się jak drapieżny kot. Jeszcze raz przyjrzała się jego wyrazistej twarzy. Czarnym prostym 

włosom, krótszym i postrzępionym nad czołem, nieco dłuższym z tyłu. Znowu wyobraziła go sobie 

z  przepaską  na  czole.  Nagiego  do  pasa,  tylko  w  irchowych  spodniach.  Skradającego  się  w 

ciemnościach, atakującego z przeraźliwym okrzykiem, od którego ścina się w żyłach krew...

Indiański  strój  wcale  nie  był  potrzebny,  bo  dżinsy  i  koszulka  polo  wystarczająco  podkreślały 

walory  jego  wysportowanej  sylwetki.  Kiedy  na  niego  patrzyła,  a  zwłaszcza  gdy  podchwyciła 

drwiący  uśmiech,  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  ma  do  czynienia  z  człowiekiem 

ponadprzeciętnie  jurnym  i  namiętnym.  Niebezpiecznym?  Tak,  bardzo.  Odnosił  się  do  niej  z 

sympatią, ale domyślała się, że ją sprawdza. Być może daje jej szansę.

Gdy tak mierzył ją twardym wzrokiem, pomyślała, że lubi narzucać swoje zdanie. Ci, którzy dla 

niego  pracują,  z  pewnością  nie  wiedzą,  co  to  demokracja.  Wyglądał  na  kogoś,  kto  nie  znosi 

sprzeciwu. Co dla niej oznaczało, że albo będzie tańczyła, jak on jej zagra - albo wcale.

- Będę z panem szczera. Sama nie wiem, dlaczego pana nie lubię. Zapewniam jednak, że moje 

prywatne  sympatie  czy  antypatie  nie  wpłyną  na  jakość  mojej  pracy.  Ani  teraz,  ani  podczas  sesji 

zdjęciowej.

Rozbawiła go tym oświadczeniem. Szczery śmiech

złagodził surowość jego rysów.

- W porządku, panno Keller, będę ufał w pani profesjonalizm. I w swój też.

- Co to ma znaczyć?

-  To,  że  znam  panią  lepiej  niż  pani  siebie  samą.  Jestem  pewny,  że  za  każdym  razem,  gdy  na 

panią patrzę, czuje się pani tak, jakbym rozbierał panią wzrokiem.

- Być może - odparła chłodno, modląc się, by na jej policzki nie wypełzł zdradziecki rumieniec.

- Mhm. Być może martwi się pani, że wybrałem panią tylko dlatego, że wpadła mi pani w oko. I 

że będę próbował zaciągnąć panią do łóżka.

- Nie sądzę...

- Niech pani sądzi, co pani chce. Wybrałem panią do roli Loreny, bo jest pani zdolna i idealnie 

odpowiada pani mojemu wyobrażeniu o tej postaci. A co do innych powodów... Niestety, ma pani 

rację. Rzeczywiście, wpadła mi pani w oko i chętnie zaciągnąłbym panią do łóżka. Ale proszę się 

nie martwić. Zapewniam, że moje prywatne fascynacje nie wpłyną na jakość mojej pracy. Ani teraz, 

ani podczas sesji zdjęciowej.

Miała ochotę dać mu w twarz. Czuła, że powinna ostro zareagować. Niestety, nie była w stanie. 

background image

30

W osłupieniu patrzyła, jak odstawia kubek i wychodzi z salonu. Bezszelestnie. Sprężystym krokiem 

pantery,  niebezpiecznym  i  zwodniczym.  I  zupełnie  niepasującym  do  wizerunku  człowieka,  za 

jakiego chciał uchodzić.

Zaprezentował się jako kompetentny profesjonalista  - lecz dla niej nie miało to znaczenia. Dla 

niej  problemem  było  już  samo  to,  że  on  w  ogóle  jest.  Odczucie  było  bezsensowne  i  mogła 

próbować z tym walczyć, ale nie zmieniało to faktu, że bała się Lee Condora jak diabeł święconej 

wody.

background image

31

ROZDZIAŁ TRZECI

Chińska restauracja to był błąd. Przekonała się o tym, ledwie usadowili się w wygodnym boksie. 

Chłopcy byli głodni, więc rzucili się na jedzenie tak łapczywie, że porozrzucali makaron po całym 

stole i przewrócili szklankę z wodą. Na dodatek Adam ześliznął się z ceratowego siedzenia, uderzył 

głową o blat i zaczął płakać.

Dlaczego nie poszłam  z nimi  do McDonalda? -jęczała w duchu, strofując  półgłosem starszych 

chłopców i jednocześnie uspokajając Adama. Tak, to był błąd.

Gdy po wyczerpującym i nerwowym tygodniu nadszedł wreszcie upragniony piątkowy wieczór, 

była  w  siódmym  niebie.  Obiecała  sobie,  że  zapomni  o  kłopotach,  wróci  do  domu,  uspokoi  się  i 

odpocznie, i będzie wyjątkowo wyrozumiała i kochana dla chłopców. Przez pierwsze pół godziny 

nawet  jej  się  udawało.  Niestety,  tak  bardzo  wczuła  się  w  rolę  kury  domowej,  że  trochę 

przedobrzyła.  Właśnie  pomagała  Brianowi  w  lekturze  „Tarzana”,  gdy  Adam  uniósł  głowę  znad 

książeczki do kolorowania.

- Coś śmierdzi! - oznajmił, marszcząc nos.

- Mhm - poparł go Keith. - I chyba coś się pali.

- O ku... - Nie mów tego! Nie mów! - O kurka wodna! - wrzasnęła, zrywając się z dolnej pryczy 

piętrowego łóżka. Przy okazji uderzyła się w głowę, ale zignorowała ból i pognała do kuchni. Tu 

jednak nic już nie dało się zrobić. Klopsy spaliły się na węgiel, a szpinak wyglądał jak zbrązowiały 

krowi placek.

Chłopcy uwielbiali chińskie jedzenie; do tego stopnia, że zjadali nawet warzywa. A w restauracji 

Wanga nie  dość,  że  dobrze  karmili,  to  jeszcze  nie dostawali  nerwowej  wysypki na  widok  dzieci. 

Hamburgery, frytki i pizza nie wchodziły w grę. Chłopcy mają zjeść pożywny, zdrowy posiłek. Tak 

więc siedziała z nimi u Wanga, żałując, że nie zabrała ich gdzie indziej.

- Chcę kurczaka w sosie słodko-kwaśnym - zaczął Keith.

-  Zamówmy  kurczaka  z  nerkowcami,  dobrze?  Zawsze  musimy  jeść  to,  co  wybierze  Keith  -

sprzeciwił się Brian.

- Blee! Nie lubię kurczaka z orzechami!

-  Przestańcie!  -  syknęła,  zniżając  głos,  jednak  tylko  na  tyle,  by  wciąż  brzmiał  groźnie. 

Pocałowała  Adama  w  czoło,  starła  rozlaną  wodę  i  zaczęła  zbierać  makaron.  Potem  spojrzała  na 

chłopców  tak  srogo,  że  posłusznie  spuścili  swoje  rude  głowy,  Keith  jasną,  a  Brian  nieco 

ciemniejszą. - Jesteśmy w restauracji, więc zachowujcie się przyzwoicie,  bo jak nie... - Zawiesiła 

ostrzegawczo głos, a potem usiadła wygodniej i oparła głowę o ściankę boksu.

Nie powinna się na nich wściekać. Nie ich wina, że zrobiło się późno i że są głodni. I że miała 

koszmarny tydzień. Jeśli ktoś tu w ogóle zawinił, to tylko ona.

I Lee Condor. Od rozmowy w przerwie na kawę prawie się do niej nie odzywał. Podczas prób 

background image

32

był skupiony i rzeczowy aż do bólu. A w stosunku do niej uprzedzająco grzeczny. Zachowywał się 

tak, jakby zaproponował jej randkę, a ona dała mu kosza. Chwilami odnosiła wrażenie, że on na coś 

czeka, przygląda się jej, obserwuje... Jakby domyślał się, że ona od pewnego czasu wyczuwa jego 

obecność  nawet  wtedy,  gdy  go  nie  widzi.  Wystarczyło,  że  wszedł,  a  ona  już  wiedziała,  że  jest 

gdzieś  blisko.  Zdradzał  go  subtelny,  roślinny  zapach  wody  kolońskiej,  który  natychmiast 

wychwytywała. Lee zapewne wiedział, jak działa na nią jego dotyk.

Kiedy wnosił ją po schodach, zawsze patrzył jej prosto w oczy. A ona czuła, jak pod wpływem 

tego  spojrzenia  coś  się  w  niej  budzi.  Natychmiast  odwracała  wzrok,  a  Lee  zaczynał  się  wtedy 

śmiać...

Mimo woli często o nim myślała. Zauważyła, że przybyło mu fanów; ludzie pracujący na planie 

teledysku  przepadali  za  nim,  bo  znał  się  i  na  pracy,  i  na  żartach.  Wiedział,  kiedy  wymagać 

dyscypliny, a kiedy odpuścić. W jego oczach była głęboka mądrość. Taka, która przychodzi wraz z 

życiowym doświadczeniem albo... cierpieniem? Jakoś trudno jej było uwierzyć, że Lee ma za sobą 

bolesne przeżycia. Choć z drugiej strony Barbara wspominała, że jest wdowcem. Czy możliwe, by 

tak atrakcyjny mężczyzna kochał tylko jedną kobietę? I to tak mocno, że po jej śmierci nie potrafił 

uwolnić się od bólu?

- Ciociu? - odezwał się cicho Brian. - Możemy zamówić kurczaka z orzechami?

Zwykle zamawiała dla nich jedno danie, gdyż w restauracji nie podawano dziecięcych porcji, a 

szkoda jej było płacić za coś, czego nie zjedzą. Jednak dziś...

Zrezygnowana machnęła ręką.

- Zamów sobie, co chcesz - westchnęła i znów przymknęła oczy. Gdy je otworzyła, obok stolika 

stała kelnerka i cierpliwie czekała na zamówienie. - Na początek poproszę duży kieliszek wina. A 

potem będzie kurczak z nerkowcami i kurczak w sosie słodko-kwaśnym. Adam, co ci zamówić?

- Hot doga.

- Tu nie ma hot dogów.

- No to... kurczaka.

Bryn spojrzała na dziewczynę i wzruszyła ramionami.

- Wezmę dla niego jakąś przystawkę, mogą być sajgonki i żeberka, i jeszcze poproszę smażony 

ryż z krewetkami.

Kelnerka  była  miła.  Szybko  przyniosła  wino  i  napoje  gazowane  ze  słomkami  ozdobionymi 

malutkimi  kolorowymi  parasolkami.  Dzięki,  będę  miała  ze  dwie  minuty  spokoju,  pomyślała  z 

wdzięcznością.

Na  szczęście  jedzenie  pojawiło  się  na  stole,  zanim  chłopców  zdążyło  znudzić  rozkładanie  i 

składanie  parasolek.  Miała  więc  czas,  by  spokojnie  podzielić  ich  porcje  i  rozebrać  na  czynniki 

pierwsze sajgonkę Adama, który już na wstępie zaznaczył, że nie zje „tego zielonego”, bo nie lubi. 

background image

33

Jedząc swój ryż, myślała o tym,  że Barbara obiecała zostać z chłopcami, więc któregoś wieczoru 

pójdzie  na  drinka  z  kolegami  z  planu.  Będzie  cudownie.  Będzie  miała  cały  wieczór  dla  siebie. 

Odpręży się, zapomni o kłopotach...

- Ciociu... - Brian szeptał, ale wyczuła, że jest przejęty. - Jakiś pan tu idzie. Chyba do ciebie.

Natychmiast  otworzyła  oczy  i  nerwowo  rozejrzała,  się  po  sali.  Rzeczywiście,  do  ich  boksu 

zmierzał jakiś pan.

Co on tu robi, pomyślała spłoszona, widząc Lee Condora. Restauracja cieszyła się uznaniem, ale 

z pewnością nie była snobistycznym miejscem, w którym należy bywać. Taki idol jak on powinien 

spędzać  piątkowy  wieczór  w  jakimś  modnym  klubie,  gdzie  po  wykwintnej  kolacji  mógłby 

potańczyć i pozbyć się nadmiaru gotówki przy stoliku do gry w kości.

-  Dobry  wieczór,  panno  Keller.  -  Obrzucił  szybkim  spojrzeniem  stolik  i  siedzących  przy  nim 

chłopców;

Brian  i  Keith  przyglądali  mu  się  z  otwartymi  buziami.  Za  to  Adam  od  razu  się  nastroszył  i 

wygiął usta w gniewną podkówkę.

- Dobry wieczór - mruknęła niewyraźnie. Była zdumiona, że odważył się do niej podejść, mimo 

że była z dziećmi. Większość mężczyzn w tej sytuacji ominęłaby ją wielkim łukiem. Tymczasem 

on sprawiał wrażenie zaciekawionego i jednocześnie rozbawionego tym, co widzi.

- To pani chłopcy? Głupie pytanie, od razu widać, że tak. Są do pani bardzo podobni.

- To nie jest nasza mama - sprostował natychmiast Brian. - To ciocia.

- Tak? - zdziwił się. - Naprawdę nie są pani?

- Nie moi, ale... Tak, moi.

- Mama i tata nie... Oni mieszkają teraz z Panem Jezusem. A my z ciocią Bryn - wyjaśnił Keith, 

któremu z emocji drżał głos.

- Cóż, to chyba nie najgorszy układ - odparł Lee. - A ty się nazywasz...

- Keith Keller. A to mój brat, Adam.

- Słuchaj, Keith, czy mógłbyś się trochę posunąć? Jeśli można, chciałbym się do was na chwilę 

przysiąść.

Keith  bez  słowa  zrobił  mu  miejsce  i  ku  przerażeniu  Bryn,  Lee  usiadł  obok  i  uśmiechnął  się 

przyjaźnie.

Próbowała  odwzajemnić  uśmiech,  ale  skutek  był  raczej  mizerny.  Przynajmniej  przejdzie  mu 

ochota,  by  ciągnąć  mnie  do  łóżka,  pomyślała,  przypomniawszy  sobie,  jak  wygląda.  Wprawdzie 

przed wyjściem z domu wzięła prysznic, ale na tym zakończyła zabiegi upiększające. Nie zawracała 

sobie głowy robieniem makijażu czy suszeniem włosów. Strój też miała mało wyszukany: włożyła 

spłowiałą  kretonową  spódnicę  i  stary  obcisły  top  bez  ramiączek.  A  makaron  poprzyklejany  do 

ubrania był raczej wątpliwą ozdobą. Sięgnęła po wino i wypiwszy od razu trzy czwarte kieliszka, 

background image

34

jeszcze raz spróbowała się uśmiechnąć.

- Co pan tu robi? - zagadnęła obojętnie.

- Przyszedłem coś zjeść.

- Jakaś randka? - zapytała i natychmiast pożałowała swojej ciekawości.

Roześmiał się.

- Nie, chyba że uzna pani za randkę kolację z Mickiem i Perrym. Siedzą tam. - Wskazał miejsce 

z tyłu sali.

Podczas prób Bryn zdążyła poznać obu muzyków i była mile zaskoczona ich skromnością. Obaj 

byli sympatyczni  i  bezpośredni,  a  ona spodziewała  się po  nich  czegoś zgoła  innego. Płowowłosy 

Perry uśmiechnął  się i  pomachał  jej na  powitanie,  a Mick  uniósł  rękę w  przyjaznym  geście. Ona 

również im pomachała, lecz jej oczy, jakby kierując się własną wolą, natychmiast zwróciły się w 

stronę Lee.

- Może poczęstuje się pan kurczakiem z orzechami albo sajgonką...

- Nie, dziękuję, już się najadłem. Ja też, pomyślała smętnie, zerkając na swój talerz. Wiedziała, 

że przy nim nie przełknie ani kęsa.

- Nie spodziewałam się spotkać pana w takim miejscu.

-  Dziesięć  lat  temu  kupiłem  dom  w  Tahoe.  Przez  ten  czas  zorientowałem  się,  gdzie  dobrze 

karmią i są mili.

- U Wanga jedzenie jest rzeczywiście wspaniałe. I co ważniejsze, lubią tu dzieci...

- Ciocia chce powiedzieć, że nie wstydzi się tu z nami przychodzić - wyjaśnił usłużnie Brian.

- Brian!

- Wiesz co, ja nie sądzę, żeby ciocia wstydziła się chodzić z wami do restauracji - odparł Lee. -

Po prostu ludzie, którzy w nich pracują, są nastawieni na obsługę dorosłych i nie wiedzą, jak sobie 

radzić z małymi klientami. I wiesz, co ci jeszcze powiem? Ci, co lubią dzieci, są z reguły dobrymi 

ludźmi. A skoro ciocia mówi, że tu was lubią, to ja też ich lubię, jeszcze bardziej niż dotąd.

- Ma pan dzieci?

Bryn nie była pewna, czy to tylko złudzenie, czy w oczach Lee naprawdę pojawił się smutek?

- Niestety, nie mam. Ale chciałbym.

- Syna?

- I córeczkę.

- A pan naprawdę jest czerwonoskórym tam-tamiarzem?

- Jezu! - Bryn zesztywniała z przerażenia. Była pewna, że za chwilę rozpęta się piekło.

Nic takiego się nie stało. Zamiast się gniewać, Lee spojrzał na nią rozbawiony.

- Czerwonoskórym tam-tamiarzem? - powtórzył.

- Tak. To jest pan tym tam-tamiarzem, czy nie?

background image

35

- Brian! - syknęła. - Przysięgam, że za chwilę obedrę cię ze skóry...

- Czerwonoskóry tam-tamiarz... - powtórzył Lee. - Chyba można mnie tak nazywać.

- Pan się nazywa Lee Condor, prawda? - zapytał Keith z przejęciem.

-  Tak.  -  Lee spojrzał  na  Bryn  i  pokręcił  głową,  udając dezaprobatę.  -  Wasza  ciocia  trochę  się 

zapomniała, ale to się czasem zdarza nawet najlepszym.

- Pan jest prawdziwym Indianinem? - dociekał Brian.

- Najprawdziwszym. - Roześmiał się. - Ale tylko w połowie.

Brian wyglądał na zbitego z tropu.

- To znaczy, w której połowie? - zapytał ostrożnie. Bryn miała ochotę schować się pod stolik, za 

to Lee doskonale się bawił. Roześmiany, skinął na kelnerkę.

- Zamówię waszej cioci jeszcze jeden kieliszek wina, a potem wszystko wam wyjaśnię. Chablis, 

tak?

Nie była w stanie zdobyć się na nic więcej poza słabym kiwnięciem głową. Gdyby ktoś postawił 

teraz przed nią pełną butelkę, bez zastanowienia wypiłaby ją do dna.

Kiedy kelnerka przyniosła drinki, Lee sięgnął po swoją szkocką i pijąc ją małymi łykami, wrócił 

do pytania Briana.

-  Mój  ojciec  jest  czystej  krwi  Indianinem,  z  plemienia  Czarnych  Stóp.  A  moja  mama  jest 

Niemką. Więc ja jestem pół Niemcem, pół Indianinem. I stuprocentowym Amerykaninem.

- Ojej! - zachwycił się Keith. - Czy pana tata mieszka w tipi? Ma konie, łuki, starzały i wszystkie 

te odlotowe rzeczy?

-  Niestety,  muszę  cię  rozczarować.  Mój  ojciec  mieszka  w  normalnym  mieszkaniu  w  Nowym 

Jorku. Jest prawnikiem. Moi rodzice przeprowadzili się do miasta, bo moja mama jest nauczycielką 

muzyki.- Aha... - Keith był wyraźnie rozczarowany.

- Ale - ciągnął Lee - mój dziadek mieszka latem w tipi. Nosi ubranie z koźlej skóry, poluje na 

jelenie i żyje tak, jak w dawnych czasach żyli prawdziwi Indianie.

- Chciałbym go kiedyś poznać - westchnął Keith z zazdrością.

- Niestety, dziadek miesza w Dakocie, w górach Black Hills. To bardzo daleko stąd. Aleja mam 

w  domu  dużą  kolekcję  łuków  i  strzał,  i  wiele  innych  ciekawych  przedmiotów.  Poproście  ciocię, 

żeby przyszła z wami któregoś dnia, to wam je pokażę.

- Super! Ciociu, pójdziemy...?

- No... Yyy...

- Aha, byłbym zapomniał. Mam też autentyczne tam-tamy.

Bryn  zdążyła  już  wypić  ponad  połowę  drugiego  kieliszka,  ale  i  tak  była  strasznie  spięta. 

Podejrzewała, że jest czerwona jak homar, którego właśnie przyniesiono do sąsiedniego stolika. Co 

gorsza, nie przychodziła jej do głowy żadna sensowna wymówka. Nagle okazało się, że wcale nie 

background image

36

musi jej szukać, bo pojawił się dużo gorszy problem. Adam, na którego nikt nie zwracał uwagi, a 

który żywił wrodzoną niechęć do każdego mężczyzny, któremu ciocia poświęciła bodaj pięć minut 

uwagi, postanowił zaatakować. Ponad stolikiem przeleciała duża porcja smażonego ryżu z mięsem.

-  Adam!  Co  ty  wyprawiasz!  -  zawołała  zdruzgotana.  Nie  była  w  stanie  porządnie  na  niego 

nakrzyczeć; oniemiała z przerażenia patrzyła, jak Lee strząsa z siebie ziarenka ryżu. Ciekawe, czy 

mam  jeszcze  czego  szukać  na  planie  teledysku,  pomyślała  ze  zgrozą.  -  Lee,  przepraszam. 

Naprawdę! Strasznie mi przykro!

Poderwała  się  z  miejsca  i  zaczęła  nerwowo  czyścić  rękaw  jego  granatowej  koszuli.  Lnianej! 

Cholernie drogiej i takiej, co to nie wiadomo, jak ją prać. Mimo woli pomyślała o ostatnim razie, 

gdy ponad stołem fruwało jedzenie; tamto niefortunne zdarzenie było przysłowiowym gwoździem 

do trumny jej nieudanego związku. Tym razem sytuacja była inna, ale...

Nagle  zebrało  jej  się  na  płacz.  Nie  radzę  sobie,  stwierdziła  rozżalona.  Nie  potrafię  utrzymać 

chłopców w ryzach ani dać im tego, czego potrzebują. Przepełniona goryczą, machinalnie tarmosiła 

rękaw, który od dawna był już czysty.

- Adam to nie jest zły dzieciak. Naprawdę! - mówiła nerwowo. - Ma tylko cztery lata, a tyle już 

przeszedł...

- Bryn. - Lee wymówił jej imię cicho i łagodnie, ale kategorycznym tonem. Jego ręce zacisnęły 

się wokół jej dłoni, wstrzymując ich bezsensowne ruchy. W jego oczach malowało się współczucie. 

- Nic się nie stało - rzekł półgłosem. - Usiądź, dobrze?

Posłuchała  go.  Zagryzła  nerwowo  usta  i  spojrzała  mu  w  oczy. Uśmiechnął  się  i  skinął  głową, 

jakby dawał  jej znak,  by  mówiła dalej. Tyle że  ona miała pojęcia, o  czym.  Potem  zwrócił  się do 

małego winowajcy.

- Posłuchaj, Adamie. Przepraszam, że nie zwracaliśmy na ciebie uwagi.  To bardzo nieładnie z 

naszej  strony.  Ale  rzucanie  jedzeniem  to  też  nic  miłego.  Nie  wolno  ci  tego  robić.  Jeśli  to  się 

powtórzy,  twoja  ciocia  i  ja  wyprowadzimy  cię  z  restauracji  i  damy  ci  taką  burę,  że  aż  ci  uszy 

zwiędną. Jasne?

Chłopczyk  przytulił  się  do  Bryn.  Nic  nie  powiedział,  ale  już  nie  próbował  strzelać  ryżem. 

Przemknęło jej przez myśl, że chyba powinna poczuć się urażona. W końcu Lee bez pytania wziął 

się  za  wychowywanie  jej  bratanków.  Jednak  nie  czuła  do  niego  urazy;  za  to  czuła,  że  za  chwilę 

rozboli ją głowa.

- Chłopcy - odezwała się słabo - dokończcie swoje porcje. Wracamy do domu.

Weź się w garść, Bryn, nakazała sobie. Miło było zobaczyć współczucie w oczach Lee Condora, 

ale od współczucia niedaleka droga do litości. A ona nie chciała, by się nad nią litowano. Umiała 

panować nad sytuacją i naprawdę-rzadko dawała się ponieść frustracji.

- Napijesz się kawy? - zapytał Lee.

background image

37

Spuściła oczy. Pewnie domyślił się, że dwa duszkiem wypite kieliszki wina to dla niej za dużo. 

Potrzebowała kawy. Stojąca na stoliku jaśminowa herbata raczej nie byłaby w stanie orzeźwić jej 

na tyle, by mogła usiąść za kierownicą.

-  Tak,  kawa  dobrze  mi  zrobi  -  mruknęła.  Po  chwili  kelnerka  postawiła  na  stoliku  dzbanek  i 

filiżanki.

-  Skąd  wiedziała,  że  chcesz  zamówić  kawę?  -  Bryn zaczęła  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem 

Indianie i Chińczycy nie porozumiewają się za pomocą systemu tajemnych znaków.

- Bezgłośnie wypowiedziałem słowo „kawa”.

- Cześć, Bryn. - Do ich boksu podeszli Perry i Mick.

-  Cześć  -  odparta  cicho.  Speszyła  się,  choć  z  reguły  nie  brakowało  jej  pewności  siebie.  Nie 

rozumiała, dlaczego nagle przejmuje się tym, co ci dwaj o niej pomyślą.

Bo to koledzy Lee, podpowiedział wewnętrzny głos.

Jego najbliżsi przyjaciele.

- Fajna rodzinka - pochwalił Mick.

-  Dzięki  -  odparła.  -  Chłopcy,  to  są  panowie  Skyhawk  i  Litton,  którzy  pracują  z  panem 

Condorem.

-  Rany,  Bryn,  tak  nas  przestawiłaś,  jakbyśmy  byli  z  mafii  -  roześmiał  się  Perry.  -  Chłopaki  -

zwrócił się bezpośrednio do jej bratanków  -ja jestem Perry, a to mój kumpel Mick. A wy jak się 

nazywacie?

Przedstawiła  im  chłopców  i  dopiero  wtedy  zorientowała  się,  że  zmęczony  Adam  zasnął  z 

kciukiem  w  buzi.  Drugą  rączką  trzymał  się  kurczowo  jej  spódnicy.  Jeszcze  zanim  Keith  i  Brian 

otworzyli  usta,  przeczuła,  że  szykują  się  nowe  kłopoty.  Katastrofa  wisiała  na  włosku,  a  ona  nie 

potrafiła  jej  zapobiec.  Chyba  że  w  desperacji  zerwałaby  ze  stołu  obrus  i  zarzuciła  chłopcom  na 

głowy.

- Pan też jest Indianinem! - zawołali odkrywczo.

-  Ja?  -  Perry  zrobił  zdziwioną  minę.  -  Nic  podobnego.  Jestem  prawdziwą  amerykańską 

mieszanką  wybuchową.  Mam  trochę  krwi  szkockiej,  trochę  irlandzkiej,  parę  kropel  angielskiej  i 

francuskiej. A, byłbym zapomniał, litewskiej też.

- Stary, przecież  oni  nie mówią o tobie, tylko o  mnie  - włączył się Mick.  - Teraz dzieciaki są 

strasznie mądre, nie dadzą się nabić w butelkę. Na kilometr rozpoznają prawdziwego Indianina.

Brian i Keith najpierw spojrzeli po sobie, wyraźnie zdezorientowani, a potem zaczęli chichotać. 

Bryn sama nie wiedziała, czy ma ochotę ich ucałować, czy schować się ze wstydu pod stół.

- Zabawni ci Indianie! - stwierdził Keith z powagą.

-  A  zielonookie  tancerki  ślicznie  się  czerwienią,  prawda?  -  rzucił  Lee,  zerkając 

porozumiewawczo na kolegów.

background image

38

- Rzeczywiście. - Mick uśmiechnął się do Bryn.

- Słuchaj, Lee, będziemy się już zbierać. Jak chcesz, zaczekamy na ciebie na zewnątrz.

-  Jeśli  panna  Keller  będzie  miała  ochotę  na  moje  towarzystwo,  pomogę  jej  zagnać  stadko  do 

domu - powiedział, patrząc na nią pytająco.

- Nie, poradzę sobie. Nie chcę was zatrzymywać.

- Nie pomagaj mi, dodała w myślach. Łatwo jest przyjąć pomoc i oprzeć się na silnym ramieniu. 

I równie łatwo zostać potem na lodzie, gdy pomocnik się ulotni...

- Lećcie, chłopaki - rzekł do nich Lee. - Mieliśmy popracować dzisiaj nad nowym materiałem, 

ale Andrew poszedł na randkę i pewnie nie wróci przed północą - dodał. - Wezmę na ręce Adama, 

żebyś nie musiała go budzić.  Odprowadzę cię, a potem zadzwonię do chłopaków, żeby któryś po 

mnie przyjechał.

- Naprawdę nie trzeba...

- Już to mówiłaś - przypomniał jej Mick. - Dla nas to żaden problem. Tylko przypilnuj Lee, żeby 

podał nam dobry adres -powiedział, i zanim zdążyła zaprotestować, obaj z Perrym pożegnali się i 

wyszli.

- Możemy iść? - zapytał Lee.

- Muszę zapłacić.- Już to zrobiłem.

- Co takiego? Kiedy? - oburzyła się.

-  Ależ  ty  się  od  razu  unosisz!  Kiedy  zauważyłem,  że  jesteś  w  restauracji,  poprosiłem,  żeby 

dopisali twoje zamówienie do mojego rachunku.

- Nie miałeś prawa...

- Bryn, daj spokój. Chyba nie będziemy się kłócili o taki drobiazg...

- Panie Condor, zarabiam na siebie i sama płacę swoje rachunki.

-  Aha,  za  karę  znów  zostałem  „panem  Condorem”.  Wolę,  żebyś  zwracała  się  do  mnie  po 

imieniu. Dobrze, wyjaśnijmy sobie parę spraw. Zarabiasz na siebie. Szanuję to. Po prostu miałem 

ochotę  postawić  ci  kolację.  To  wszystko.  Nie  chcę  nic  w  zamian.  W  nagrodę pogadałem  sobie  z 

twoimi chłopakami. Miałem z tego przyjemność, bo lubię dzieci. A teraz sama zdecyduj, czy chcesz 

stąd wyjść, zanim Adam obudzi się i zrobi dziką awanturę na środku restauracji?

- Dobrze, już dobrze - burknęła. - Chodźmy. Sama zaniosę go do samochodu - wysapała, biorąc 

malca na ręce.

Z nadmiaru wrażeń zapomniała o Keicie i Brianie. Na szczęście zajął się nimi Lee. Kątem oka 

widziała, że idą za nim potulnie jak jagnięta.

W drodze powrotnej prawie się nie odzywała. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż Lee cały czas 

rozmawiał z chłopcami. Musiała przyznać, że błyskawicznie nawiązał z nimi kontakt, choć wcale 

nie traktował ich jak dorosłych. On traktował ich jak ludzi. Miał tę rzadką umiejętność, na której 

background image

39

zbywa większości dorosłych. Nie przysłuchiwała się, o czym z nimi rozmawia, ale w pewnej chwili 

doleciały do niej entuzjastyczne słowa Briana:

- Moja pani od historii mówi, że pana wideo, to, którego akcja toczy się w średniowieczu, jest 

bardzo dobre.

- Podziękuj jej ode mnie. Kiedyś sam chciałem zostać nauczycielem historii.

- I dlaczego pan nie został?

- Doszedłem do wniosku, że wolę grać na perkusji.

- Ja myślałem, że pan gra na tam-tamach.

- To prawie to samo. Te dwa instrumenty są bardzo podobne.

Chwilę  później  zatrzymali  się  przed  jej  domem.  Bryn  od  razu  pożałowała,  że  nie  sprzątnęła 

prania. I że w ciągu minionego miesiąca nie znalazła czasu, by odkurzyć dom.

- Zanieś go na górę -poprosiła, gdy weszli do środka. Siliła się na spokój, ale ze zdenerwowania 

drżał jej głos. - Chłopcy, nie przepychajcie się, bo przewrócicie pana Condora - zawołała, idąc za 

nimi na piętro.

- Adam śpi na dole - szepnął Brian - ja na górze, a Keith na oddzielnym łóżku.

- Dobrze! - odszepnął Lee, kładąc ostrożnie Adama na dolnym łóżku.

- A ciocia śpi sama w swoim pokoju.

Bryn zacisnęła zęby i posłała Brianowi mordercze spojrzenie. Gdybym zrobiła ci to, na co mam 

ochotę, poszłabym do paki za znęcanie się nad dzieckiem.

- Idźcie się myć i kładźcie spać - syknęła.- Pewnie chcesz rozebrać Adama. - Lee uśmiechnął się 

do niej. - Mogę zaczekać na dole?

- Tak.

Wyszedł,  a  ona  zajęła  się  Adamem.  Rozbierając  go,  z  rozczuleniem  patrzyła  na  jego  buzię. 

Wygląda tak słodko, kiedy śpi, pomyślała wzruszona.

- Musisz przestać rzucać jedzeniem, mały łotrze! - szepnęła, całując go w czoło. - Szargasz mi 

opinię. Przez ciebie wyglądam na kogoś, kto sobie nie radzi. Otuliła go kołdrą i wyszła na palcach z 

pokoju. Z dołu dobiegały głosy Keitha i Briana. Chłopcy umyli się w ekspresowym tempie i teraz 

rozmawiali z Lee, który rozsiadł się wygodnie na kanapie.

- Brian, Keith, marsz do łóżek!

- Uuuuu...

- Nie chcę słyszeć żadnego „uuuuu”. Proszę iść na górę.

Dzięki Bogu, że choć ten jeden raz jej posłuchali!

Pocałowali ją na dobranoc i ruszyli w stronę schodów.

- Czy czasem nie zapomnieliście pożegnać się z panem Condorem i podziękować mu za kolację?

- Dobranoc. Bardzo dziękujemy - zawołali i pobiegli do pokoju.

background image

40

Ledwie znikli jej z oczu, Bryn pożałowała, że nie pozwoliła im posiedzieć dłużej. Przynajmniej 

nie zostałaby sam na sam z Lee.

- Napijesz się czegoś? - zapytała, rozglądając się dyskretnie po salonie. Na szczęście panował tu 

względny porządek, oczywiście nie licząc śladów dziecięcych rąk na szklanym blacie stolika.- Nie, 

dziękuję - odparł. - Dlaczego nie usiądziesz? - zapytał, wskazując wzrokiem miejsce obok siebie.

- Dlatego, że ci nie ufam - odparła szczerzeRoześmiał się. A ona po raz kolejny przekonała się, 

że uśmiech łagodzi jego surowe rysy.

- Czym sobie na to zasłużyłem? Przecież powiedziałem ci prawdę. Niczego nie udawałem.

- Fakt.

- Nadal mnie nie lubisz?

- Nie. Tak. Nie! Lee, tu nie chodzi o to, czy cię lubię, czy nie. Przyznałeś, że masz ochotę się ze 

mną przespać, a ja po prostu nie chcę być wykorzystywana w taki sposób. Doceniam, że byłeś miły 

dla moich chłopców, i w ogóle cieszę się, że dla ciebie pracuję. Ale...

- Chwileczkę! - Wstał gwałtownie. Złapał ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Z jego twarzy 

znikł wyraz rozbawienia. W twardym spojrzeniu pojawiło się napięcie. -Niepotrzebnie mieszasz ze 

sobą  dwie  sprawy.  Nie  po  to  byłem  miły  dla  chłopców,  żeby  wkupić  się  w  twoje  łaski.  Nie 

kłamałem,  mówiąc,  że  lubię  dzieci.  A  rachunek  za  waszą  kolację  to  naprawdę  drobiazg.  Nie 

zaprzeczam, chcę pójść z tobą do łóżka. To normalne, kiedy facet spotyka piękną kobietę. Ale to 

wcale nie znaczy, że chcę cię wykorzystać. W każdym razie nie bardziej, niż ty wykorzystałabyś 

mnie. Interesuje mnie wyłącznie taki układ, który sprawiłby jednakową przyjemność obu stronom.

Dlaczego  tak  się  denerwuję,  pomyślała,  zwilżając  usta.  Czy  aby  nie  dlatego,  że  on  mówi 

prawdę? Zafascynował ją, zanim go poznała. A teraz... Teraz było coraz gorzej. Kiedy czulą ciepło 

jego  silnych  rąk,  myślała  tylko  o  tym  dotyku.  Mocnym  i  zdecydowanym,  ale  nie  sprawiającym 

bólu. Odchyliła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Pieszczotliwie pogładził kciukiem jej brodę.

- Lee, możesz mieć tabuny kobiet... Syknął zniecierpliwiony.

-  Ulegasz  stereotypom.  Naprawdę  myślisz,  że  mężczyźnie  potrzeba  do  szczęścia  tylko  ładnej 

twarzy i zgrabnego ciała? Nie kolekcjonuję kobiet. Ty po prostu masz w sobie coś, co mnie urzekło, 

ledwie na ciebie spojrzałem.

- Niezły tekst.

- Tekst?! Do jasnej cholery...

- Tak, tekst, do jasnej cholery! A co, ślubujesz mi dozgonną miłość?

- Tego pragniesz, dozgonnej miłość? Jakoś nie chce mi się wierzyć. Krótko się znamy. Staram 

się poznać cię lepiej, ale mi tego nie ułatwiasz. Kto wie, może to jest dozgonna miłość. Tylko jak 

mamy się dowiedzieć, dokąd zaprowadzi nas ścieżka, jeśli nie zrobimy pierwszego kroku?

- Nie chcę się z nikim wiązać! Nie chcę...

background image

41

Znowu cierpieć. To właśnie chciała powiedzieć, ale nie odważyła się. Słowa wciąż ją raniły.

- Nie chcę się wiązać - powtórzyła. Czuła, że zaczyna panikować. Im dłużej Lee był przy niej, 

tym goręcej pragnęła wtulić się w jego ramiona. Jaka to musi być rozkosz i radość leżeć obok tego 

mężczyzny, czuć jego siłę, budzić się przy nim...

- Bryn...

Objął  ją  mocno  i  przytulił.  Ujął  jej twarz  w  dłonie i  zaczął  ją  całować. Poczuła  się  tak,  jakby 

spłynął  na  nią  gorący  słoneczny  blask.  Miała  wrażenie,  że  ziemia  usuwa  jej  się  spod  nóg. 

Pocałunek, początkowo czuły i delikatny, stawał się coraz bardziej namiętny, coraz słodszy... Jego 

ciało mówiło, jak mocno jej pragnie...

- Nie!

Nie próbował jej zatrzymać.

- Proszę cię! -jęknęła, widząc wyraz zawodu w jego oczach. Znów zaczęła się bać. Znał ją. Na 

wylot.  I  właśnie  to  było  przerażające.  Dobrze  wiedział,  że  wcale  nie  czuje  do  niego  antypatii. 

Wręcz przeciwnie, wściekle go pragnie. Instynkt podpowiadał jej, że zanim ulegnie i popełni błąd, 

musi powiedzieć coś, co go skutecznie zniechęci.

- Niech cię wszyscy diabli! - syknęła. - Naprawdę nie mieści ci się w głowie, że ktoś może nie 

mieć ochoty na twoje... awanse? Posłuchaj! Nie... chcę... się... wiązać! - cedziła. - Nie znoszę idoli i 

w ogóle wszelkiej maści gwiazdorów. Nie jesteś w moim typie. Zrozum! Denerwujesz mnie. Chcę, 

żebyś natychmiast wyszedł z mojego domu.

Spodziewała się wybuchu gniewu, spodziewała się wszystkiego, z wyjątkiem spojrzenia pełnego 

pogardy.

- Proszę się uspokoić, panno Keller. Nie wiem, jaki ze mnie „typ” mężczyzny, ale zapewniam, 

że nie gwałcę kobiet ani nie stosuję wobec nich siły. Szkoda, że jesteś taka zakłamana. I że wolisz 

chować się pod kloszem. Dobranoc.

Z całych sił zagryzła wargi, walcząc ze łzami. Co ja wyprawiam? - przeraziła się. Lee na pewno 

wyrzuci ją z pracy, a z dwojga złego chyba już by wołała, żeby ją uderzył. Boże, co ja najlepszego 

zrobiłam?!

Patrząc na jego dumnie uniesioną głowę i wyprostowane plecy, poczuła piekący wstyd. Miał w 

sobie tyle wrodzonej godności...

- Lee! - zawołała. - Miałeś zadzwonić po chłopaków...

- Nieważne. Zrobię to po drodze. Mam ochotę się przejść.

- Lee, ty nic nie rozumiesz. Ja... Zatrzymał się w drzwiach i, odwróciwszy się, uśmiechnął się 

smutno.

-  Powiem  ci,  Bryn, że  bycie  „tam-tamiarzem”  ma  mnóstwo  zalet.  Na  przykład tę,  że  waląc  w 

bębny,  można  się  wyżyć.  Instrument  pomaga  rozładować  napięcie  i  frustrację.  Nie  rób  takiej 

background image

42

przerażonej  miny.  Nie  wyrzucę  cię  z  pracy.  Wręcz  przeciwnie.  Barbara  skontaktuje  się  z  tobą  w 

czasie  weekendu,  żeby  ustalić  szczegóły sesji  zdjęciowej,  którą  zrobimy  w  poniedziałek.  Weź  ze 

sobą sprzęt, bo po próbie pojedziemy do Timberlane.

Paliła się ze wstydu. Słowa! Potęga słów! Nieopatrznie powiedziała przy chłopcach o parę słów 

za dużo i wciąż musi za to płacić.

Przepraszam...

Proste  zdanie  uwięzło  jej  w  gardle;  chciała  mu  wytłumaczyć,  że  nie  zamierzała  być  okrutna, 

wyjaśnić, że łatwo ją zranić, więc nie chce angażować się uczuciowo.

I boi się zaufać mężczyźnie.

Pięć minut temu dałaby wszystko, by się go natychmiast pozbyć. Teraz pragnęła, aby został i jej 

wysłuchał.  Pokpiła  sprawę.  Niepotrzebnie  uniosła  się  i  powiedziała  słowa,  które  ranią.  Na 

tłumaczenia  było  już  za  późno.  Słowa  -  tak  bardzo  w  tej  chwili  potrzebne  -  nie  przychodziły  do 

głowy.

Drzwi otworzyły się cicho.

I równie cicho się zamknęły.

background image

43

ROZDZIAŁ CZWARTY

Już dawno nic mu się nie śniło. Chwilami się budził i balansując na granicy jawy i snu, pocieszał 

się, że jego wizje nie są niczym niezwykłym. Przecież w snach wszystko jest możliwe; nawet to, że 

Victoria mówi do niego słowami Bryn Keller. I że znów dławi go uczucie niemocy i bezradności.

Czasem, gdy zamykał oczy, senne marzenia zabierały

go w podróż do przeszłości. W Dakocie Południowej wszystko było bajecznie proste. W żyłach 

połowy mieszkańców jego miasteczkach płynęła indiańska krew. W tamtych dniach cieszył się, że 

jest  potomkiem  Czarnych  Stóp.  Uwielbiał  spędzać  czas  z  dziadkiem.  Pod  jego  okiem  uczył  się 

tropić jelenie, obserwować lot jastrzębia i swobodnie poruszać się w ciemności. To były wspaniale, 

spokojne dni.

A potem przyszła przeprowadzka do Nowego Jorku. Drwiny dzieciaków z sąsiedztwa. Pierwsze 

bójki.

I łagodny głos matki.

- Naucz się śmiać z zaczepek, synku. Oni cię testują. Czasem o odwadze nie świadczy brutalna 

odpowiedź  na  obelgę,  lecz  godność,  z  jaką  ją  znosisz.  Nie  wolno  nikogo  obrażać.  Jesteś  jeszcze 

młody, Lee, pamiętaj jednak o swoim dziedzictwie. I o tym, że nie ma wspanialszych ludzi niż twój 

ojciec i dziadek...

Właśnie  wtedy  zaczął  grać  na  perkusji.  I  chodzić  do  siłowni.  Dzięki  tym  zajęciom  jego 

niespokojna dusza znalazła ukojenie, a on odzyskał wewnętrzną równowagę.

Kiedy założył  zespół,  był  atakowany z  wielu  stron.  Profesorowie ze  szkoły muzycznej,  którzy 

nie rozumieli „nowej” muzyki, denerwowali się, że marnuje talent na bzdury. Potem było wojsko i 

wojna  na  Bliskim  Wschodzie.  Musiał  zapomnieć  o  graniu.  Za  to  gdy  wrócił,  znów  stanął  przed 

wyborem. Ojciec pomógł mu podjąć ostateczną decyzję.

- Każdy kroczy własną ścieżką - powiedział. -Nazywaj to przeznaczeniem, jeśli chcesz. I każdy 

sam odpowiada za swój wybór. Tylko ty wiesz, do czego rwie się twoje serce; daj mu skrzydła.

Założył  zespół.  Jego  członkowie  z  każdym  rokiem  byli  bardziej  zżyci.  Pisali  coraz  dojrzalsze 

teksty. Wolno, ale konsekwentnie wspinali się na szczyt i zdobywali sławę. I właśnie wtedy w jego 

życiu  pojawiła  się  Victoria...  Błękitaooka,  złotowłosa.  Piękna  i  wrażliwa.  Poznał  ją  podczas 

koncertów w Bostonie i zakochał się bez pamięci.

- Jest bardzo delikatna, jak najcieńszy kryształ - ostrzegał go ojciec.

Zignorował  ostrzeżenie.  Był  zakochany  do  szaleństwa.  Victoria  tak  się  od  niego  różniła.  Była 

tym wszystkim, czym on nie był. Delikatna, eteryczna, jasna...

Zbyt delikatna; zbyt eteryczna. Pierwsze wspólne lata były szczęśliwe,  w każdym razie  takimi 

chciał je zapamiętać. Aż kiedyś zabrał ją do Black Hills i w środku nocy musiał wieźć do szpitala, 

bo wpadła w histerię na widok niedźwiedzia.

background image

44

Czy właśnie wtedy zaczęła się od niego oddalać?

A może stało się to po włamaniu do ich domu w Fort Lauderdale? Rzucił się na włamywacza i 

powalił go na  ziemię.  Victoria  strasznie krzyczała.  Nie  mogła się uspokoić.  Co  miałem zrobić?  -

pytał ją zdesperowany. Pozwolić, żeby nas okradł i może jeszcze pozabijał we śnie? Nie chciała go 

słuchać, nazwała go „dzikusem”. Starał się mówić do niej łagodnie, był czuły, a ona i tak zarzucała 

mu, że jest ordynarny i nieokrzesany.

W  końcu  zostawił  ją  w  spokoju;  usunął  się  na  bok,  skonsternowany  i  dotknięty  do  żywego. 

Woził ją od jednego lekarza do drugiego, szukając dla niej ratunku.

Bo nigdy nie przestał jej kochać.

Potem przyszedł największy szok. Dowiedział się, że Victoria jest w ciąży, choć nie sypiali ze 

sobą od miesięcy. O dziwo, nie czuł gniewu. Po prostu był jeszcze bardziej zagubiony. I okrutnie 

zraniony.  Mimo  to  zaczął  z  nią  rozmawiać,  zapewniał,  że  wszystko  będzie  dobrze,  że  razem 

wychowają dziecko, odbudują wzajemne zaufanie...

W którym momencie popełnił błąd?

Przez  sen  ukrył  głowę  w  ramionach  i  zaczął  się  kołysać,  próbując  ukoić  ból,  który  wciąż 

rozdzierał  mu  duszę.  Nie  był  w  stanie  zapomnieć  chwili,  gdy  zadzwonili  do  niego  ze  szpitala. 

Victoria umarła. Próbowała na własną rękę usunąć ciążę...

Do  dziś  nie  pojmował,  jakim  cudem  media  o  niczym  się  nie  dowiedziały.  Po  tym  wszystkim 

wrócił do Black Hills i zaczął leczyć rany. Pomagała mu mądrość życiowa dziadka.

-  Każdy  z  nas  napotyka na  swej  drodze  demony  -  tłumaczył  mu.  -  Musimy stawić  im  czoło  i 

walczyć z nimi, choćby były tak ulotne jak nocne mgły. Twoja żona nie potrafiła zwyciężyć swoich 

demonów, a ty nie mogłeś tego zrobić za nią, bo każdy nosi je we własnym sercu. Za to teraz, synu, 

musisz pokonać te złe moce, które szarpią twoją duszę.

Raptownie usiadł na łóżku, od razu całkiem przytomny, jakby w ogóle nie spal. Był zlany potem, 

choć  noc  była  chłodna.  Wstał  i  nagi  wyszedł  na  taras.  Rześkie  powietrze  przyjemnie  chłodziło 

wilgotną skórę i pomagało otrząsnąć się z oparów snu.

Wschodził  księżyc  w  pełni.  Żeglujące  po  niebie  ciężkie  chmury  co  chwila  przysłaniały  jego 

tarczę. Będzie deszcz, pomyślał. W górach nawet śnieg.

Cholerna Bryn. Próbował odgonić myśl o niej. Bez skutku. A niech ją wszyscy diabli! Tak nie 

można,  westchnął. Przecież  to  nie  jej  wina,  że  jego  uczucia  wykroczyły  poza  zwykłą  fascynację. 

Ilekroć na nią patrzył, dostrzegał coś nowego. Odnajdywał piękno w każdym jej ruchu, w dumnej 

linii wyprostowanych pleców, w wyrazie oczu, gdy usprawiedliwiała Adama, mówiąc, że nie jest 

złym dzieckiem, tylko zagubionym, samotnym i na oślep szukającym miłości...

-  Każdy  z  nas  jest  takim  poszukującym  dzieckiem,  Bryn  -  powiedział  cicho  w  chłodną  noc.  -

Gdybyś mimo wszystko pozwoliła się dotknąć... Zaciekle bronisz swojej dumy i niezależności. Nie 

background image

45

chcę ci ich odbierać. Chcę tylko być przy tobie, żeby cię podtrzymać, gdy się potkniesz.

Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i roześmiał się głośno.

-  Rozmawiasz  z  nocą,  Condor?  Stoisz  goły  na  tarasie  i  gadasz  do  księżyca.  Nawet  twoi 

pobratymcy z Czarnych Stóp powiedzieliby, że ci odbiło.

Wrócił  do  sypialni,  lecz  drzwi  zostawił  uchylone.  Bardzo  lubił  nocne  powietrze.  I  nocne 

odgłosy. Noc potrafi objąć mężczyznę czulej niż kobieta; choć między tymi dwiema istnieją pewne 

podobieństwa.  Pokochać  kobietę  to  jak  pokochać  noc.  Trzeba  zdawać  sobie  sprawę  z 

niebezpieczeństw i liczyć się z nimi; trzeba uzmysłowić sobie głęboko skrywane lęki oraz słabości i 

chronić je; trzeba poznać pragnienia, by móc je zaspokoić.

Raz już poniósł porażkę. Przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pokocha. Jednak ta kobieta...

Bryn była na swój sposób silna. Wiedział, że dzięki niemu mogłaby stać się jeszcze silniejsza. 

Spochmurniał. Dzikus, przemknęło mu przez myśl.

Miał zamiar położyć się do łóżka i spróbować zasnąć, ale odruchowo zerknął na zegarek. Szósta. 

Zaczyna się poniedziałkowy ranek. Uznał, że może wstać.

Gdy  dojechał  do  domu  Fultona,  budził  się  brzask.  Wchodząc  po  schodach,  cieszył  się,  że  za 

chwilę dotknie swojej perkusji, którą rozstawiono na górnym podeście. Gdy zbliżał się do niej, w 

całym ciele czul już pulsujący rytm.

W  chwili,  gdy  na  niebie  zajaśniały  pierwsze  promienie  słońca,  chwycił  pałeczki  i  wściekłym 

bębnieniem  obwieścił  narodziny dnia.  Kiedy  dwie  godziny  później  Bryn  przyszła  na  plan,  wciąż 

znęcał się nad instrumentem.

Usłyszała  głośne  bębnienie,  jeszcze  zanim  weszła  do  środka.  W  czasie  weekendu  wszystko 

dokładnie przemyślała i poczuła się silniejsza. Doszła do wniosku, że dobrze zrobiła, mówiąc Lee, 

co jej leży na sercu. Wprawdzie niełatwo było odrzucić to, co chciał jej ofiarować, lecz gdyby dała 

się  skusić,  byłoby  jeszcze  gorzej.  Łatwiej  bowiem  znosić  samotność,  gdy  jest  się  do  niej  przy-

zwyczajonym. A ona, odkąd po rozstaniu z Joem o mało nie wypłakała oczu, zdecydowała się na 

samotność.

Szła  na  próbę  odważniejsza  i  bardziej  pewna  siebie.  Ledwie  jednak  usłyszała  obłąkańcze 

bębnienie, wiedziała, że będzie miała ciężki dzień.

Cicho zamknęła za sobą drzwi, lecz gdyby nawet nimi trzasnęła, i tak nikt by nie usłyszał.

Mick,  Perry  i  Andrew  już  byli  na  miejscu  i  rozmawiali  o  czymś,  stojąc  przy  keyboardzie. 

Podobnie Tony Asp, który w sali balowej omawiał coś z Garym Wrightem.

Pomachała  do  nich,  lecz  jej  oczy  natychmiast  powędrowały  w  stronę  podestu,  skąd  dobiegał 

łomot perkusji.

Lee zrzucił koszulę i z całych sił młócił pałeczkami. Pot lśnił na jego smagłej skórze, twarz miał 

skupioną, jakby nieobecną.  I półprzymknięte oczy. Wyglądał  tak, jakby poza  nim i  jego perkusją 

background image

46

nie istniał świat. Jakby liczył się tylko rytm. Ten widok zrobił na niej niesamowite wrażenie. Było 

w nim pierwotne piękno, na które składał się obraz nieposkromionej męskiej siły i dziki, gwałtowny 

rytm trafiający prosto do serca.

- Napijesz się kawy?

Tak się zapatrzyła, iż niewiele brakowało, by cofając się, klapnęła Mickowi na kolana.

- Tak, chętnie - mruknęła zmieszana.

- Będziemy mieli ciężki dzień - westchnął Perry.

- Bardzo ciężki - wtrącił Mick, gdy rozległa się istna kanonada dźwięków.

- Oj, będzie się działo - pokiwał głową Andrew.

Bębnienie  osiągnęło  wstrząsające  crescendo,  po  czym  zapadła  obezwładniająca  cisza.  Chwilę 

później Lee zbiegł szybko ze schodów, wycierając twarz ręcznikiem.

- A, dzień  dobry, panno  Keller!  - zawołał, zarzucając  sobie na  ramiona  ręcznik,  którym przed 

chwilą wytarł twarz. - Zabierajmy się od razu do pracy, dobrze?

- Tak. - W pośpiechu dopiła kawę i podawszy mu rękę, potulnie poszła za nim.

Na początku drugiej godziny prób zaczęła podejrzewać, że ma do czynienia z groźnym sadystą. 

Albo że dzikie bębnienie na perkusji było rytualnym hołdem złożonym szatanowi, który w zamian 

obdarzył swego wyznawcę nadludzką wytrzymałością i niewyczerpaną energią.

Przez godzinę powtarzali układ na schodach. Gdy na plan dotarli pozostali tancerze, ćwiczyli z 

nimi przez kolejną godzinę. W tym czasie Bryn miała niecałe dziesięć minut na złapanie oddechu. 

A  i  to  wyłącznie  dlatego,  że  Lee  musiał  włożyć  mundur  żołnierza  piechoty,  w  którym  grał  na 

perkusji, siedząc w oparach mgły unoszącej się z wielkich bloków suchego lodu.

W pewnym momencie Tony Asp odciągnął ją na bok, bo właśnie przyszło mu do głowy, że dla 

większego efektu zamiast na piątym, powinni rozegrać główną scenę na szóstym stopniu.

W pierwszej chwili pomyślała, że Tony przesadził. Uznała, że to zbyt wiele oczekiwać od niej, 

iż zaufa Lee na tyle, by rzucić się na oślep w jego ramiona. Sześć stopni to jednak wysoko. Zbyt 

wysoko,  stwierdziła,  patrząc  na  schody  i  próbując  opanować  strach.  Czemu  nagle  dopadł  ją  lęk 

wysokości? Przecież nie może skompromitować się w oczach Lee. Po prostu nie może i już!

- Za wysoko? Zaręczam, że cię złapię, ale jeśli nie chcesz tego robić, powiedz.

- Nie... - skłamała.

-  Bryn...  -  Położył  dłonie  na  jej  ramionach  i  spojrzał  jej  w  oczy  z  sympatią.  -  Mnóstwo  ludzi 

cierpi na lęk wysokości. Zostaniemy przy pięciu stopniach.

Urzekło  ją  to  jego  bursztynowe  spojrzenie.  Do  tego  stopnia,  że  zrobiło  jej  się  wstyd.  Tak 

okropnie się wczoraj zachowała, nagadała mu  tyle niemiłych rzeczy, a on  okazał wyrozumiałość. 

Mogłabym go polubić, pomyślała.

- Nie, spróbujmy z sześcioma - oznajmiła, choć widać było, że mówi to bez przekonania. - Dam 

background image

47

radę. Ale... dziękuję za zrozumienie.

Po  tym,  co  na  jej  oczach  wyczyniał  z  perkusją,  mogła  mieć  cichą  nadzieję,  że  naprawdę  ją 

złapie.

Niestety,  ciepłe  uczucia,  które  w  niej  obudził,  słabły  z  każdą  godziną.  Poranek  z  wolna 

przechodził w południe, a Lee wciąż był niezmordowany. Wprawdzie sam się nie oszczędzał, ale 

narzucił takie tempo, że po kilku godzinach Bryn nie czuła rąk ani nóg - w ogóle nie czuła nic prócz 

bólu przetrenowanych mięśni. Coraz poważniej obawiała się, że to nigdy się nie skończy.

-  Wiesz  co,  podejrzewam,  że  on  zaplanował  zbrodnię  doskonałą:  chce  doprowadzić  do 

samounicestwienia  dwadzieściorga  tancerzy  -  szepnęła  do  Barbary,  gdy  na  moment  znalazły  się 

obok siebie.

Barbara  roześmiała  się,  ale  jej  łatwo  było  się  śmiać.  W  czasie  godzinnej  przerwy  mogła 

odpocząć, a nie ćwiczyć kolejny trudny układ.

- Jest perfekcjonistą - odparła swobodnie. Też mi perfekcjonista, mknęła Bryn w myślach. A to 

było dopiero południe. Niemniej czas odwetu już się zbliżał. I to szybko.

O pierwszej tancerze i operator kamery skończyli pracę. Ona zaś stanęła na trawniku obok pola 

golfowego należącego do klubu Timberlane i spojrzała na aksamitnie zieloną, łagodnie pofalowaną 

łąkę,  ponad  którą  wznosiły  się  ośnieżone  szczyty  gór.  Patrzyła  przez  obiektyw  swojego  canona, 

sprawdzając  jeszcze  raz  kadr.  Sceneria  była  idealna.  Muzycy  wraz  ze  swoimi  instrumentami 

rozlokują  się na trawie i na zdjęciach będą widoczni  na tle soczystej zieleni, błękitnego nieba i... 

ostentacyjnie jaskrawego  neonu tandetnego hotelu  Sweet Dreams, który obrażał swym istnieniem 

tak elegancki klub jak Timberlane.

-  A  niech  to  jasna  cholera!  -  zdenerwowała  się.  Spróbowała  innego  ustawienia,  ale  cokolwiek 

robiła, jakaś część hotelowych zabudowań zawsze wchodziła jej w kadr. Jak nie sam budynek, to 

parking. Na szczęście udało jej się wykadrować nieszczęsny neon.

Muszę uprzedzić o tym Lee, westchnęła.

- No i jak to wygląda, dziecino? - Barbara lekko klepnęła ją w ramię.

- Tak sobie. Zresztą spójrz sama. Najpierw jest piękna zielona łąka, a potem co widzisz?

-  Rany!  Hotel  Sweet  Dreams.  Pokoje  z  łóżkami  wodnymi,  lustrami  na  suficie  i  erotycznymi 

kanałami na kablówce - roześmiała się Barbara. - Da się to jakoś wyciąć?

- Chyba tak. Ale na wszelki wypadek uprzedzę Lee. Wprawdzie hotel będzie mało widoczny, ale 

powinien wiedzieć, co będzie miał za plecami. Może zdecyduje się zmienić scenerię...

-  O  nie,  błagam,  nie  rób  tego.  Tutejszy  menedżer  chyba  by  osiwiał.  Za  chwilę  będzie  tu  miał 

jakiegoś  polityka,  który  startuje  w  wyborach  do  senatu  i  ma  zjeść  uroczysty  lunch  z  grubymi 

rybami.- Barb, przecież dopiero co mówiłaś, że Lee jest perfekcjonistą.

- No bo jest! A ty mówiłaś, że hotel będzie mało widoczny.

background image

48

- Ale Barb...

- Ciii! Bryn, proszę! - Barbara zniżyła głos. - Do tej pory wszystko idzie gładko. Lee ma to, o co 

prosił.  Ten  kontrakt  jest  dla  mnie  bardzo  ważny:  przecież  sama  o  tym  wiesz.  Lee  zna 

najważniejszych ludzi w branży. Jeśli mnie im poleci, będę ustawiona do końca życia. Ty zresztą 

też - szeptała nerwowo, wpatrując się w coś, co znajdowało się za plecami Bryn. - Zapomnij o tym 

hotelu. To naprawdę nieważne. Lee już tu idzie...

Barbara uśmiechnęła się promiennie, ale Bryn i bez tego wiedziała, że Lee jest już blisko. Odkąd 

go poznała, odkryła w sobie „wewnętrzny radar”, który bezbłędnie wykrywał jego obecność.

- Wszystko gotowe! - zawołała Barbara z ożywieniem.

- Bryn, czy odpowiada ci ta sceneria? - zapytał. Minę miał obojętną, a z jego oczu nie dało się 

nic wyczytać. Zachowywał się tak, jakby dopiero co się poznali.

- Tak, może być - odparła, choć właśnie zorientowała się, że w kadr włazi  jej kilku mężczyzn 

grających  w  golfa.  -  Zbliżenia  na  pewno  wyjdą  świetnie.  Gorzej,  jak  będę  musiała  objąć 

wszystkich.  Zdaje  się,  że  w  tle  będziecie  mieli  paru  facetów  rozgrywających  piętnasty  dołek  -

uprzedziła.

Lee machnął niecierpliwie ręką.

- Nie szkodzi. Nie oczekuję, że zdjęcia będą wyglądały tak, jakbyśmy byli na wymarłej planecie. 

Zaczynajmy, bo mam dziś masę spraw do załatwienia.

Bryn  odebrała  jego  słowa  jak  policzek.  Mimo  to  uśmiechnęła  się  słodko.  Parę  spraw  do 

załatwienia? Ciekawe, cóż za pilne sprawy może mieć ktoś taki jak on. Co by powiedział, będąc na 

jej  miejscu?  Skoro  bez  skrupułów  zadręcza  tancerzy  swą  sadystyczną  dokładnością,  ona 

odwdzięczy mu się teraz pięknym za nadobne. W końcu ma prawo „popracować” nad modelem.

- Jeśli jesteś gotowy, zaczynajmy. Najpierw zrobimy zdjęcia całej grupy - zarządziła.

Perry,  Andrew  i  Mick  podeszli  do  Lee.  Przepraszam,  chłopaki,  pomyślała,  patrząc  na  ich 

uśmiechnięte twarze. Trochę was pomęczę. Podziękujcie za to swojemu przemądrzałemu liderowi. 

Słodka zemsta to jedno, ale naprawdę zależało jej na dobrych zdjęciach.

- Fajnie, chłopaki! - zawołała, patrząc na nich przez obiektyw. - Perry, broda na dół, Lee głowa 

wyżej. Andrew, przesuń się trochę w prawo. Zaraz, moment. Perry, zadarł ci się kołnierzyk.

Z premedytacją kazała im czekać, aż mu go poprawi, a robiła to wyjątkowo długo i starannie.

- Teraz super! - pochwaliła i zrobiła kilka zdjęć. - Dobrze, podejdźcie do instrumentów. Perry, 

przesuń  się  w  lewo,  a  ty  Andrew  w  prawo.  Mick,  opuść  swobodnie  rękę.  Masz  wyglądać  na 

rozluźnionego. Uśmiechnijcie  się, ale bez  przesady.  Lee, ja proszę o uśmiech,  a nie jakiś dziwny 

grymas...

Ustawiała ich i przestawiała w nieskończoność. Potem kazała im zostać na miejscu, podczas gdy 

sama zmieniła film i przy okazji wypiła bez pośpiechu kawę. Zrobiła im kilka portretów i całą rolkę 

background image

49

zdjęć na planie ogólnym, dla których tłem było pole golfowe, ulica i ośnieżone góry.

-  Muszę  zrobić  jeszcze  jeden  film  -  oznajmiła  -  bo  poprzednio  miałam  w  kadrze  tabuny 

golfistów.

Nie  kłamała.  Początkowo  był  tylko  jeden  mężczyzna,  który  kręcił  się  przy  odległym 

piaszczystym dołku. Na szczęście nie stwarzał problemu, bo częściowo zasłaniała go perkusja, więc 

mogła spokojnie fotografować. Nie minęły jednak dwie minuty, jak do samotnego gracza dołączyła 

spora  grupa  ludzi,  którzy  nagle  rozbiegli  się  po  polu  niczym  mongolska  horda.  Właśnie  miała 

zaczynać czwartą rolkę filmu, gdy Lee stracił cierpliwość.

-  Radzę  ci,  żebyś  pospieszyła.  Zaraz  zacznie  padać.  Spojrzała  w  niebo.  Nie  zanosiło  się  na 

deszcz.

- Muszę zrobić jeszcze jedną rolkę, panie Condor - odparła z niewinnym uśmiechem. - Chyba 

nie chce pan mieć za plecami neonu hotelu Sweet Dreams? A może się mylę?

- Wszystko mi jedno. - Zignorował jej zaczepkę. -

Zakładam, że ceni pani swój sprzęt nie mniej niż my nasze instrumenty. Ja w każdym razie nie 

chcę, żeby zmokły.

-  Po  co  te  nerwy,  panie  Condor.  Robię,  co  mogę,  żeby  miał  pan  porządne  zdjęcia.  A  z  tym 

deszczem to chyba pan przesadza.

-  Deszcz  nie  deszcz,  jaw  każdym  razie  muszę  zrobić  sobie  przerwę  na  papierosa  -  jęknął 

Andrew.

- Bryn... - Barbara, której wcześniej kazała obserwować światłomierz, pociągnęła ją za rękaw. -

Weź ten swój przyrząd i sama zobacz. Ta strzałka jakoś tak lata...

Bryn zerknęła na wskaźnik. Rzeczywiście, światła było mniej. Cholera, chyba naprawdę będzie 

padać, pomyślała, i w tej samej chwili poczuła na twarzy pierwsze krople.

-  Szybko,  zbierajmy  się!  -  zawołał  Lee  i  razem  z  kolegami  zaczął  znosić  instrumenty  na 

zadaszony taras. Barbara pomogła jej pozbierać sprzęt i obie umknęły pod dach. Lee, który musiał 

obrócić dwa razy, nim schował całą perkusję, miał minę jak chmura gradowa.

-  I  co,  panno  Keller?  -  zapytał  takim  tonem,  że  instynktownie  cofnęła  się  pod  ścianę. -

Skończyliśmy na dziś?

- Niezupełnie. Chciałabym jeszcze zrobić zdjęcia we wnętrzach - odparła jak gdyby nigdy nic. 

Zniecierpliwiony machnął rękami.

- I zajmie nam to następne cztery godziny, tak?

- Podobno słynie pan z dokładności... I tym razem nie dal się sprowokować.

-  Chłopcy,  może  coś  zjemy?  -  zaproponował.  -  Wygląda  na  to,  że  czeka  nas  najdłuższa  sesja 

zdjęciowa w historii.

- Niezły pomysł z tym jedzeniem - podchwycił Mick. - Umieram z głodu.

background image

50

Bryn poczuła, że ktoś mocno chwyta ją za łokieć. - Idziemy, panno Keller - oznajmił Lee i lekko 

popchnął  ją  w  stronę  wejścia.  Wewnątrz  czekała  ich  przykra  niespodzianka:  okazało  się,  że  w 

restauracji nie ma wolnych miejsc.

- Najmocniej pana przepraszam - kajał się menedżer. - Mamy tu okropne zamieszanie. Nie dość, 

że  znany  polityk  spotyka  się  u  nas  ze  swoimi  zwolennikami,  to  jeszcze  akurat  dziś  odbywa  się 

turniej golfowy. Gdybym wiedział wcześniej, że życzy pan sobie jakiś posiłek...

- Może nakryje pan dla nas na tarasie? - zaproponował.

- Oczywiście. Każę podać państwu butelkę wybornego wina. Na koszt firmy, rzecz jasna.

-  Bryn,  wyjdź  ze  mną  na  taras.  Chcę  zamienić  z  tobą  parę  słów,  dopóki  jesteśmy  sami  -

powiedział Lee.

- Może za chwilę, dobrze? Muszę iść do łazienki.

- Bryn!

- Przepraszam!

Oddaliła  się  pospiesznie,  nie  czekając,  aż  ją  zatrzyma.  Lepiej  faktycznie  poszukam  łazienki, 

pomyślała, choć wcale nie musiała z niej skorzystać. Zaczęła przedzierać się przez tłum, ale ledwie 

się  wydostała,  wpadła  wprost  na  polityka,  który,  właśnie  skończywszy  rozmawiać  z 

dziennikarzami, odwrócił się, by odejść.

Stało się to tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili straciła głowę i zamiast go przeprosić, po 

prostu  stalą  i  na  niego  patrzyła.  Od  razu  go  rozpoznała;  Dirk  Hammarfield,  którego  niedawno 

oglądała  w  wiadomościach.  Widząc  jego  rozpromienioną  twarz,  doszła  do  wniosku,  że  ze  swym 

charyzmatycznym uśmiechem, oczami jak chabry i blond włosami ma szansę stać się ukochanym 

kandydatem wszystkich Amerykanów.- Bardzo panią przepraszam!

- O nie, to ja przepraszam, panie Hammarfield.

-  Rozpoznaje  mnie  pani!  -  ucieszył  się.  Nagle  poczuła,  że  musi  spojrzeć  za  siebie.  Nawet  w 

pomieszczeniu pełnym ludzi natychmiast go wypatrzyła.

Lee. Poszedł za nią. A teraz ją obserwuje. Ze spokojem, nonszalancko oparty o ścianę, mierzy ją 

twardym wzrokiem. Bez namysłu posłała politykowi czarujący uśmiech.

-  Oczywiście,  że  pana  rozpoznaję.  Z  uwagą  śledzę  pańską  kampanię.  Jestem  pewna,  że 

zdobędzie pan miejsce w senacie.

Kątem  oka  spostrzegła,  że  Lee  gdzieś  zniknął.  Nagle  wszystko,  co  ją  otaczało,  stało  się 

nieważne. Dirk wciąż się uśmiechał i opowiadał o czymś z ożywieniem, a ona myślała tylko o tym, 

by jak najszybciej stąd wyjść.

- Powiedz, Dirk, kim jest urocza młoda dama z aparatem?

Drgnęła, słysząc za sobą obcy glos.

- To jest pani... - Polityk zawiesił głos.

background image

51

- Bryn Keller - przedstawiła się.

- A to szef mojej kampanii, Pete Lars.

- Milo mi. - Podała mu rękę, ale poczuła się niepewnie. Szef kampanii? Mężczyzna był niski i 

krępy.  Sprawiał  wrażenie  twardego  jak  skała.  Ze  swoją  nijaką  twarzą,  w  nijakim  ciemnym 

garniturze,  wyglądał  jak  płatny  zabójca  ze  starych  gangsterskich  filmów,  a  nie  jak  prawa  ręka 

znanego polityka.

- Co pani fotografuje? - zagadnął uprzejmie.- Lee Condora i jego grupę - odparła, starając się, by 

jej glos zabrzmiał równie miło, choć cały czas myślała o tym, by jak najszybciej uwolnić się od ich 

niechcianego  towarzystwa.  -  Cóż,  milo  mi  było  panów  poznać,  ale  obowiązki  wzywają.  Życzę 

sukcesów w kampanii.

Zostawiła za sobą schludnego polityka i jego zbirowatego szefa kampanii, i z ulgą schroniła się 

w toalecie.

Nie  rozumiała,  dlaczego  jest  roztrzęsiona.  Może obawiała  się,  że  tym  razem  posunęła  się  za 

daleko i Lee podziękuje jej za współpracę. Albo instynktownie wyczuwała, że niewiele brakuje, by 

ją zdominował. Jeszcze trochę, a złamie się i na kolanach będzie go błagała, by wziął ją w ramiona i 

pozwolił przez chwilę uwierzyć, że będą żyli długo i szczęśliwie...

Uczesała się i postanowiła stawić czoło sytuacji.

Wychodząc, zobaczyła Lee otoczonego przez łowców autografów. Minęła go i próbowała wyjść 

na taras, ale drogę zagrodziła jej kolejna grupa wielbicieli skupionych wokół młodego mężczyzny, 

którego  wcześniej  nie  widziała.  Próbowała  zgrabnie  ominąć  zgromadzenie,  lecz  po  chwili  tłum 

popchnął ją w stronę sprawcy całego zamieszania.

Wystarczyło  jedno  spojrzenie  na  jego  strój  i  wysportowaną  sylwetkę,  a  już  wiedziała,  że  jest 

golfistą. Był po trzydziestce, miał krótkie ciemne włosy i wyglądał jak okaz zdrowia.

- Wspaniała rozgrywka... - mruknęła zakłopotana, podchwyciwszy przyjazne spojrzenie piwnych 

oczu.- Dziękuję. Naprawdę nie sądziłem, że wygram turniej.

- A jednak się udało! Gratuluję, panie...

- Nazywam się Mike Winfeld.

Winfeld.  Gdzieś  już  słyszała to  nazwisko.  A tak,  ktoś  kiedyś mówił,  że  jest  taki młody  gracz, 

który świetnie rokuje na przyszłość.

- Ślicznie się pani czerwieni, ale proszę się nie przejmować. Wiem, że nie przyszła tu pani, żeby 

oglądać zawody. Jest pani z Lee Condorem, prawda?

Z Condorem? Na pewno nie w takim sensie...

- Jestem fotografem. Zorganizowaliśmy tu dzisiaj sesję.

- Robiła tu pani zdjęcia? Dzisiaj?

- Tak, z drugiej strony tarasu.

background image

52

- Skoro zatrudnił panią Lee Condor, musi pani być świetna. Da mi pani swoją wizytówkę?

- Tak, chwileczkę. - Zaczęła szperać w torebce. - Proszę. Niech pan kiedyś do mnie zadzwoni. A 

teraz uciekam, bo pana wielbiciele gotowi rozerwać mnie na strzępy.

- Bryn Keller - przeczytał, a potem skinął na pożegnanie. - Wkrótce się odezwę - mruknął.

Ona  też  do  niego  pomachała.  Może  z  tego  zamieszania  wyniknie  coś  dobrego,  pocieszała  się, 

spiesząc na taras, gdzie już czekała reszta jej towarzystwa.

- Długo cię nie było - zauważyła Barbara. - Zamówiłam ci sałatkę z krabów i szpinak.

- Dzięki - odparła, siadając obok niej. Zostało jedno wolne krzesło. A więc musi siedzieć obok 

Lee. Westchnęła cicho i sięgnęła po kieliszek. Wino rzeczywiście było wyborne. Wytrawne, ale nie 

cierpkie.

Przez duże okno widziała go, jak rozmawiał z politykiem. Po chwili dołączył do nich golfista. 

Cóż za spotkanie wspaniałych, bajecznie bogatych sław, pomyślała zgryźliwie.

Po kilku minutach Lee wrócił do stolika. Ze sposobu, w jaki odsunął krzesło, zorientowała się, 

że jest zły. Czuła, że otwarcie jej się przygląda, i korciło ją, by się do niego odwrócić.

- O co chodzi? - szepnęła zirytowana, korzystając z tego, że pozostali byli zajęci rozmową.

- O nic, panno Keller. Zupełnie o nic.

- Więc przestań patrzeć na mnie tak, jakbym...

- Jakbyś co?

- Jakbym...

- Jakbyś bawiła się w idiotyczne gierki? Dirk Hammarfield jest żonaty. A ja nie jestem głupi i 

wiem, że nawet „perfekcjonistka” nie potrzebuje aż tylu filmów, żeby mieć parę dobrych ujęć.

- Po pierwsze - syknęła ze złością - nie obchodzi mnie, czy Hammarfield ma żonę, czy nie. Po 

drugie starałam się, żebyś był zadowolony...

- Akurat! - przerwał jej drwiąco.

- Ja...

-  Jesteś  tchórzem!  Najgorszym  z  możliwych.  Boisz  się  mnie,  ale  zamiast  zastanowić  się  nad 

przyczyną,  próbujesz  obrony  przez  atak.  Daj  sobie  spokój.  I  nie  rób  z  siebie  idiotki,  flirtując  z 

innymi facetami tylko po to, żeby mi pokazać, że masz mnie gdzieś. Nasze kontakty nie wyjdą poza 

sprawy zawodowe. Nie musisz robić odbitek. Daj mi stykówki i negatywy, resztę załatwię sam. I 

nie martw się o swoje honorarium. Nie zmaleje.

- Wcale się nie...

- Nie martwisz się o honorarium? Owszem, martwisz. Ale w porządku. Rozumiem.

-  Guzik  rozumiesz,  beznadziejny  dupku!  Dlaczego  dała  się  sprowokować?  Wstał,  nie  patrząc 

nawet na jedzenie, które właśnie podano.

-  Bryn  doszła  do  wniosku,  że  na  dziś  wystarczy  -  oznajmił.  -  Jeśli  będzie  trzeba,  zdjęcia 

background image

53

portretowe  zrobi  nam  w  domu  Fultona.  Przepraszam,  ale  muszę  lecieć,  bo  mam  parę  spraw  do 

załatwienia. Spotkamy się wieczorem na próbie.

- Trzymaj się, stary! - Barbara i chłopcy pomachali za nim. Bryn zerwała się z miejsca.

- Lee!

Odwrócił się do niej.

- Przykro mi.

- Mnie również. Tyle że to nie są przeprosiny, ale stwierdzenie.

- Niech  cię  cholera,  Lee! Nie  masz  pojęcia,  co  to  znaczy  być  całkowicie  odpowiedzialnym  za 

innych.

- I tu się mylisz, Bryn - odparł znużony. - Ja już swoje przeżyłem, zresztą nie ma o czym mówić. 

Między  innymi  dlatego  zostawiam  ci  swobodę  decyzji.  Nie  mogę  zmusić  cię,  żebyś  nie  bala  się 

życia. To musi wyjść od ciebie...

Nagle  urwał  i  w  skupieniu  zaczął  się  wpatrywać  w  jakiś  punkt  za  jej  plecami.-  Lee?  -  Z 

niepokojem patrzyła, jak pręży się, jakby czekał na dogodny moment do ataku... - Lee?

Ktoś nas obserwuje, przemknęło mu przez myśl. W pierwszej chwili zdziwił się, lecz zaraz stal 

się czujny. Tak, z całą pewnością ktoś czai się pośród krzewów obok tarasu.

Złudzenie, próbował się uspokoić, choć dobrze wiedział, że nic mu się nie przywidziało. Zawsze 

potrafił wyczuć, że jest obserwowany. Chciał odsunąć Bryn i osobiście przekonać się, dlaczego ktoś 

mu się przygląda. Nie zdążył jednak zrobić nawet kroku.

Kimkolwiek  był  tajemniczy  obserwator,  natychmiast  się  wycofał,  znacząc  drogę  ucieczki 

nerwowym szelestem liści. . i

- Wstąpisz do mnie na kieliszek wina? - zapytał ją szybko.

- Nie, ja...

-  W  porządku.  Masz  jutro  wolne,  ale  chciałbym,  żebyś  do  południa  miała  gotowe  stykówki. 

Podrzuć je Barbarze - rzucił na odchodnym.

Zagryzła  usta  i  powlokła  się  do  stolika,  gdzie  bezskutecznie  próbowała  wykrzesać  z  siebie 

odrobinę  entuzjazmu  dla  koktajlu  z  krabów.  Bez  apetytu  przełknęła  parę  kęsków  i  pól  godziny 

później pożegnała się, tłumacząc, że musi odebrać wcześniej chłopców.

Lee nie odjechał sprzed klubu. Cierpliwie czekał, półleżąc na siedzeniu swojego beżowego pick-

upa.

Widział;  jak  Bryn  wsiada  do  swojego  vana  i  wyjeżdża  z  parkingu.  Nagle  ściągnął  brwi  i 

zmrużywszy oczy, odprowadził wzrokiem ciemnego sedana, który ruszył za nią.

Nie tracąc ani chwili, uruchomił silnik i pojechał za nimi. Właśnie zaczynał się wieczorny szczyt 

i na ulicach panował już spory ruch. Lee musiał co chwila zmieniać pas, by cały czas mieć na oku 

oba pojazdy.

background image

54

Kiedy Bryn dojechała do przedszkola, celowo zatrzymał się parę ulic wcześniej. Bał się, że  ją 

zgubi, ale w porę zauważył, jak ponownie włącza się do ruchu. Po chwili jechał za nią w stronę jej 

domu. Podobnie jak ciemny sedan, który wciąż siedział jej na ogonie.

Lee  wprawdzie  znał  drogę,  ale  utknął  w  korku  przed  światłami  i  został  daleko  w  tyle.  Kiedy 

wreszcie dotarł pod dom Bryn, ona była już w środku.

A ciemny sedan właśnie odjeżdżał z piskiem opon.

background image

55

ROZDZIAŁ PIĄTY

Z bliżej  nieokreślonych powodów chłopcy postanowili,  że  akurat tego wieczoru  będą  grzeczni 

jak  aniołki.  Ich  zaskakujące  zachowanie  przywróciło  Bryn  wiarę  w  Boga  oraz  jego  miłosierdzie 

wobec tych, którzy błądzą.

Kiedy cała trójka leżała już w łóżkach, sięgnęła po telefon, by zadzwonić do Barbary. Niestety, 

po  kilku  sygnałach  włączyła  się  poczta  głosowa.  Bryn  zaklęła  pod  nosem  i  niemal  w  tej  samej 

chwili usłyszała śmiech przyjaciółki.

- Dziecino, wyluzuj! Co się stało?

- Muszę oddać filmy do wywołania. Nie prosiłabym cię o pomoc, ale chłopcy już śpią, a ja nie 

chcę zostawiać ich samych. Mogłabyś wpaść na chwilę?- Wiesz, że zawsze chętnie z nimi zostanę, 

ale akurat dziś mam występ.

- O nie! - Bryn była załamana.

- A co się stało, że nie wywołujesz ich sama? Przecież zawsze powtarzasz, że między innymi na 

tym polega prawdziwa sztuka.

-  Po  prostu  nie  dam  rady.  Condor  chce  mieć  stykówki  i  negatywy  jutro  koło  południa  -

powiedziała, nie wspominając ani słowem o tym, że sama chce jak najszybciej skończyć tę pracę i 

natychmiast zapomnieć o całej sprawie.

- Nie układa wam się współpraca? - zapytała Barbara po chwili wahania.

- Z Lee? Nie o to chodzi. Po prostu nie możemy znaleźć wspólnego języka.

- Bzdury gadasz, Bryn. Facet jest tobą oczarowany.

- Powiedział, że chce mieć jutro stykówki. Kropka.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  się  go  czepiasz.  To  naprawdę  fantastyczny  gość.  I  wartościowy 

człowiek. Zgadzam się, że czasami zachowuje się dziwnie, może nawet wzbudza lęk, ale to tylko 

dodaje mu atrakcyjności. Jest jeszcze bardziej seksowny i zmysłowy.

-  Barbaro!  -jęknęła.  Czuła,  że  jeśli  usłyszy  jeszcze  jeden  pean  na  cześć  człowieka,  któremu  z 

chęcią rozbiłaby bęben na głowie, zacznie krzyczeć. - Przez cały dzień w pracy muszę znosić jego 

towarzystwo. Przynajmniej wieczorem chciałabym mieć go z głowy. Nie chcę o nim słuchać.

W słuchawce zapadła cisza, którą po chwili przerwało ciężkie westchnienie.- W porządku. Jak 

sobie chcesz. W końcu jesteście dorośli - stwierdziła Barbara. - Wiesz, mam pomysł. Wpadnę do 

ciebie po drodze i zabiorę filmy. Co ty na to?

- Naprawdę? Dzięki, uratowałaś mi życie.

- Gdzie mam je zawieźć?

- Do kodaka. Wiesz, tego, który prowadzi Kelly.

- Będę u ciebie za dziesięć minut. Zatrąbię.

-  Wielkie  dzięki!  -  zawołała,  po  czym  rozłączyła  się  i  zadzwoniła  do  Kelly’ego  Crane’a,  by 

background image

56

ustalić z nim szczegóły. Dziesięć minut później podała Barbarze torebkę z filmami i zapewniwszy 

ją o swej dozgonnej wdzięczności,  wróciła do domu przygotować chłopcom ubrania i kanapki na 

jutro. Poszło jej to tak sprawnie, że już o jedenastej była wykąpana i siedziała przed telewizorem z 

kieliszkiem  wina  w  ręku.  Miała  nadzieję,  że  dzięki  mieszance  alkoholu  i  nudnych  wiadomości 

szybciej zachce jej się spać.

Jak na złość akurat tego wieczoru newsy były wręcz elektryzujące. Zwłaszcza te lokalne, niemal 

w całości poświęcone wydarzeniom w klubie golfowym Timberlane.

Pierwszy  materiał  poświęcono  Dirkowi  Hammarfieldowi,  który  prezentował  na  ekranie  swój 

słynny uśmiech. Towarzyszyła mu żona, pulchna brunetka, reporter zaś wieścił wszem i wobec, że 

kandydat  na  senatora  jest  wspaniałym  ojcem  i  mężem.  Prawdziwym  bohaterem  Ameryki, 

spełnieniem „amerykańskiego snu”. Reporter wprawdzie nadmienił, że krążą pogłoski o związkach 

polityka  z  wielkimi  koncernami  czerpiącymi  zyski  z  hazardu,  lecz  zaraz  dodał,  że  te  kontakty w 

żadnym wypadku nie naruszają prawa. W końcu hazard jest w Newadzie legalny.

Przy  kolejnym  materiale  Bryn  zagryzła  nerwowo  usta.  Migawki  pokazywały  Lee  Condora 

podpisującego  autografy.  Na  jednym  z  ujęć  z  uśmiechem  zmierzwił  czuprynę  chłopca,  który 

podsunął  mu  do  podpisu  egzemplarz  najnowszego  albumu.  Reporter  wprost  rozpływał  się  w 

zachwytach, na co Bryn zareagowała alergicznie. Miała ochotę cisnąć czymś w ekran, ale w porę 

uświadomiła sobie, że tylko zniszczy telewizor i narazi się na niepotrzebne koszty.

Mick Jagger, Michael Jackson i The Beach Boys razem wzięci. Godny następca Willie Nelsona i 

Paula Anki. Prawdziwy król list przebojów.

Poderwała  się,  by  zmienić  kanał,  lecz  nagle  zastygła  z  pilotem  wycelowanym  w  ekran,  na 

którym pojawiła się postać Mike’a Winfelda. Z komentarza można się było dowiedzieć, że golfista 

właśnie wygrał ważny turniej i zainkasował okrągłe dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Niezły  powód,  by  uganiać  się  po  polu  za  małą  białą  piłeczką,  pomyślała  zgryźliwie.  Naraz 

zamarła. Na  jednej  z  migawek  zobaczyła  siebie.  Zalotnie uśmiechniętą,  zarumienioną.  I podającą 

graczowi swoją wizytówkę.

Z jękiem  opadła  na kanapę.  Jeśli  Lee to  ogląda,  da jej jutro popalić.  Najpierw na jego  oczach 

kokietowała żonatego polityka, a potem zwycięzcę turnieju. O Boże!

- Co tam, wszystko mi jedno. - Wzruszyła ramionami. W końcu czy nie o to jej chodziło? Czy 

nie chciała dać mu jasno do zrozumienia, że jej niechęć nie dotyczy mężczyzn w ogóle, tylko jego 

osobiście?

Wyłączyła  telewizor,  sprawdziła,  czy  drzwi  są  zamknięte,  i  poszła  na  górę.  Była  pewna,  że 

natychmiast zaśnie. Przecież jest strasznie zmęczona...

Tymczasem nie mogła przestać myśleć o Lee. O jego oczach, jego dłoniach... Szerokich, silnych 

barkach i muskularnych ramionach, którymi wystukiwał na perkusji czysty rytm...

background image

57

Mężczyzna  podszedł  do  niej  akurat  wtedy,  gdy  próbowała  zagonić  chłopców  do  samochodu. 

Otworzyła szeroko oczy, ale szybko zreflektowała się i odwzajemniła uśmiech.

- Dzień dobry! - powiedział uprzejmie nieznajomy.

- Czy mam przyjemność rozmawiać z panią Keller?

- Tak, to ja. Przepraszam, ale trochę się spieszę. Czy mogę panu w czymś pomóc?

- Mam nadzieję. Powiem więcej, bardzo na to liczę.

- Ciociu, a kto to jest ten pan? - zainteresował się Brian, próbując wysunąć się zza jej pleców.

- Przepraszam, ale nie rozumiem, o czym pan mówi - rzekła do mężczyzny, przyglądając mu się 

uważnie. Był średniego wzrostu, średniej budowy ciała. Trudno było określić kolor jego włosów i 

oczu - nie były bowiem  ani ciemne, ani jasne, tylko szarobure. Z wyglądu mógł mieć trzydzieści 

albo czterdzieści lat, może więcej. W brązowych spodniach i nieco jaśniejszej koszuli nie wyróżniał 

się z tłumu.

- Chciałbym coś od pani kupić - oznajmił.- Kupić? Ale ja nie mam nic do sprzedania. W każdym 

razie nic wartościowego.

-  Wartość,  podobnie  jak  piękno,  to  pojęcia  względne.  -  Uśmiechnął  się.  -  Ponieważ  pani  się 

spieszy, od razu przejdę do rzeczy. Wiem, że wczoraj fotografowała pani Lee Condora. Jestem jego 

zagorzałym fanem! Gotów jestem zapłacić pani za te zdjęcia pięć tysięcy dolarów, ale chcę mieć 

wszystkie. Włączę je do mojej prywatnej kolekcji.

-  Pięć  tysięcy...  -  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  Gdyby  choć  przez  chwilę  wierzyła,  że  ten 

idiota mówi poważnie, być może dałaby się skusić. Ale on na pewno żartował. A nawet jeśli nie, i 

tak  nie  odważyłaby  się  zrobić  czegoś  takiego  za  plecami  Lee,  gdyż  zgodnie  z  umową  to  on  był 

właścicielem zdjęć i posiadał do nich wyłączne prawa. Ponieważ instynkt podpowiadał jej, że Lee 

potrafi być groźny, nie miała zamiaru z nim zadzierać.

-  Przykro  mi,  ale  nawet  gdyby  oferował  mi  pan  połowę  Tahoe,  i  tak  nie  mogłabym  sprzedać 

panu tych zdjęć, bo po prostu nie są moje, tylko Lee Condora.

Z twarzy mężczyzny znikł przyjemny uśmiech.

- Niech pani nie będzie głupia - burknął, krzywiąc się z niesmakiem. - Wystarczy, że mu pani 

powie, że niechcący prześwietliła pani klisze, i od razu stanie się pani bogatsza.

- Niezła myśl - odparła znużona - ale nie. Przykro mi. Na nas już czas...

Chłopcy, którzy do tej pory stali z tylu, teraz za jej zgodą wysunęli się do przodu, mimowolnie 

zmuszając nieznajomego, by wycofał się spod drzwi. Bryn szybko zapakowała ich do samochodu i 

pomachawszy mężczyźnie, usiadła za kierownicą.

- Chyba zamknęłam drzwi... - mruknęła niepewnie.

- Tak, ciociu. Sam widziałem - uspokoił ją Keith.

- To dobrze.

background image

58

Parę  minut  później  zapomniała  o  całym  zdarzeniu.  Jej  myśli  całkowicie  pochłaniały  zdjęcia. 

Poranny korek osiągnął apogeum, a ona chciała jak najszybciej odebrać negatywy od Kelly’ego i 

podrzucić je Barbarze. Pozbędzie się ich i będzie miała jeden problem z głowy!

Kelly był niezwykle solidnym człowiekiem.

-  Proszę  -  powiedział,  podając  jej  kopertę.  -  Wprawdzie  to  tylko  stykówki,  ale  nawet  na  nich 

widać, że niektóre ujęcia są świetne. Zazdroszczę ci, że mogłaś sfotografować Lee Condora. Z tą 

swoją wyrazistą twarzą jest doskonałym modelem. Niejeden malarz chętnie by go namalował.

- Fajnie, że ci się spodobały. Ile płacę?

- Chcę ci jeszcze powiedzieć, że parę fotek będziesz musiała odrzucić, bo ktoś ci wlazł w kadr.

- Wiem. Posłuchaj, trochę się spieszę. Powiesz mi, ile płacę? - Okłamała go, bo przecież miała 

wolny dzień. Po prostu nie miała ochoty rozmawiać o Lee.

-  Jasne.  Ale  obiecaj,  że  nie  zapomnisz  o  mnie,  jak  już  staniesz  się  sławna  i  bogata  -  rzekł  ze 

śmiechem.

- Obiecuję. Tylko obawiam się, że oboje będziemy musieli trochę poczekać.

W drodze do Barbary zatrzymała się na kawę i śniadanie. Przy okazji zakreśliła na stykówkach 

ujęcia, które uznała za najlepsze. O pierwszej po południu pozbyła się wreszcie koperty, a o drugiej 

była  z  powrotem  w  domu.  Tu  jak  zwykle  czekało  na  nią  mnóstwo  niewdzięcznych  zajęć,  ale  o 

dziwo, tym razem wcale nie narzekała. Łudziła się, że miotając się między praniem a sprzątaniem, 

zapomni o Lee. Nie udało się. Kąpiel w basenie na tyłach osiedla też nie pomogła.

Pomogli  dopiero  chłopcy.  Znów  odebrała  ich  wcześniej  i  poświęciła  im  całe  popołudnie.  Po 

powrocie do domu upiekła z nimi furę ciasteczek i pozwoliła im wszystkie schrupać, podczas gdy 

czytała  im  książkę.  Aby  uciszyć  wyrzuty  sumienia,  że  ich  źle  odżywia,  na  kolację  dala  im  dużą 

porcję warzywnej  sałatki  i  jabłko  na  deser. Gdy  kładła  ich  spać,  miała  miłe  poczucie,  że  nie  jest 

najgorszą opiekunką.

O dziewiątej wieczorem zadzwoniła Barbara.

-  Przekazałam  negatywy  Condorowi  -  poinformowała.  -  Niewiele  mówił,  ale  chyba  jest 

zadowolony. Do jutra! - rzuciła i natychmiast się rozłączyła.

Do jutra, westchnęła Bryn. Znów mnie czeka kolejny wyczerpujący dzień z perkusistą sadystą.

Położyła  się  wcześnie.  Po  wolnym  dniu  czuła  się  przyjemnie  zmęczona  i  odprężona.  Zasnęła 

niemal  od  razu,  ale  równie  szybko  się  obudziła.  W  pamięci  wciąż  miała  wyjątkowo  sugestywny 

sen. Przyśnił jej się Lee.

Jednak tym razem nie tylko go widziała. Kochała się z nim. Leżała u jego boku, czując, jak ją 

pieści.

Obudziła się roztrzęsiona, rozpalona i zlana potem.

-  Chryste,  muszę  iść  do  psychiatry  -  jęknęła  zdruzgotana.  Jednak  dobrze  wiedziała,  że  nie 

background image

59

pomoże tu żaden lekarz. Musiała uczciwie przyznać, że czy jej się to podoba, czy nie, Lee Condor 

ją  pociąga.  I  nie  ma  w  tym  nic  dziwnego,  gdyż  jest  niezwykle  zmysłowym  mężczyzną,  co  w 

połączeniu z jego nietuzinkową osobowością oraz siłą sprawia, że nikt, kto go zna, nie przechodzi 

obok niego obojętnie.

Przytuliła  twarz  do  poduszki  i  po  raz  pierwszy  uzmysłowiła  sobie  smutną  prawdę:  jest 

samodzielna  i  niezależna,  lecz  brakuje  jej  uczucia,  ciepła  i  bliskości.  Kiedy  była  z  Joem, 

zaangażowała się w ten związek całym sercem. Zawsze była lojalna. Taką już miała naturę...

Poruszyła się niespokojnie i ukryła twarz w poduszce. Pragnęła Lee o wiele bardziej niż kiedyś 

Joego.  Tyle  że  Joe  ją  kochał,  a  przynajmniej  tak  jej  się  zdawało.  Seks  zawsze  był  dla  niej  nieco 

problematyczny. Wielu jej znajomych uważało, że kobieta, podobnie jak mężczyzna, powinna mieć 

wielu partnerów, zanim zdecyduje się na stały związek. Efekt był taki, że ludzie, którzy ledwie się 

znali,  od  razu  szli  ze  sobą  do  łóżka.  Tymczasem  dla  niej  miłość  fizyczna  była  zjawiskiem 

oznaczającym, że między kochankami istnieje szczególna więź. Lee Condor z pewnością nie chciał 

żadnych więzi, a ona nie chciała wiązać się z nim. Czemu więc pragnęła go tak mocno, że aż jej się 

śnił?

- Przejdzie mi - pocieszyła się. - Skończą się zdjęcia do teledysku i zapomnę o nim. Może kiedyś 

spotkam mężczyznę, którego pokocham i który mnie pokocha. I któremu nie będzie przeszkadzało, 

że  będzie miał na głowie troje cudzych dzieci...Długo nie spała, rozmyślając posępnie o tym, jak 

kiepsko urządzony jest ten świat.

Obudził  ją  dzwonek  telefonu.  Ktoś  musiał  być  mocno  zdeterminowany,  bo  nie  dawał  za 

wygraną, choć zanim rozespana doczłapała do kuchni, minęło parę minut.

- Halo? - mruknęła niewyraźnie.

- Bryn Keller?

- Przy telefonie - odparła,  starając się oprzytomnieć.  Glos rozmówcy  wprawił  ją w osłupienie, 

gdyż  brzmiał  tak,  jakby  pochodził  ze  ścieżki  dźwiękowej jakiegoś  horroru.  Był  to  nieprzyjemny, 

ochrypły szept, ani męski, ani kobiecy. .

- Chcę mieć zdjęcia. Słyszysz?

- Tak. - Słyszała, ale nie wierzyła własnym uszom. To musi być jakiś głupi żart.

- Zdjęcia, panno Keller. Wszystkie. Stykówki i negatywy też. Cały komplet.

- Chwileczkę...

- Co? Życie ci niemiłe?

- Zaraz zadzwonię na policję...

Urwała, słysząc upiorny, bezlitosny rechot.

- Igrasz ze śmiercią, ślicznotko. Naprawdę szkoda będzie oszpecić taką ładną buzię. Zresztą nie 

zapominaj,  że  nie  jesteś  sama.  Chyba  nie  chciałabyś,  żeby  coś  złego  spotkało  któregoś  z  twoich 

background image

60

słodkich podopiecznych?

- Nie! - zawołała przerażona.

- Więc daj mi zdjęcia...

- Zaczekaj! Błagam, nie rozłączaj się. Nie mam tych zdjęć. Już je...

- Co takiego?

- Naprawdę ich nie mam. Już je oddalam.

- Nie wierzę ci.

- Przysięgam!

- Zamknij się i słuchaj. Sprawdzę cię. Jeśli kłamiesz, twoje dni są policzone. A teraz uważaj. Nie 

dzwoń  na  policję.  Piśnij  komuś  słówko,  a  gorzko  pożałujesz.  Nie  mów  o  niczym  Condorowi. 

Pamiętaj, że o wszystkim się dowiem, więc nie próbuj kręcić...

- Przecież powiedziałam...

- Niedługo się odezwę...

- Czekaj!

Wyraźne  kliknięcie  i  monotonny  sygnał  uzmysłowiły  jej,  że  połączenie  zostało  przerwane. 

Odrętwiała ze strachu z niedowierzaniem wpatrywała się w słuchawkę.

- Ciociu?

Głos Briana wyrwał ją z odrętwienia.

- Ciociu, dlaczego nic nie mówisz? Stało się coś?

-  Nie  -  skłamała.  Sięgnęła  do  szafki  po  miseczki  i  płatki  śniadaniowe,  ale  sama  czuła,  że  jej 

ruchy są nerwowe i kanciaste. - Obudź braci i pomóż Adamowi się ubrać, dobrze? A potem szybko 

schodźcie na śniadanie.

Przerażenie zaczęło z wolna mijać. W miarę jak wracała do równowagi, tłumaczyła sobie, że to 

jednak był głupi żart. Zwariowany fan, który nachodził ją w sprawie zdjęć, próbuje ją nastraszyć. 

Tak naprawdę nic jej nie grozi. Poza tym naprawdę nie ma tych filmów. Są już u Lee. Tajemniczy 

rozmówca przekona się, że mówiła prawdę, i da jej spokój. Da mi spokój... da mi spokój... da mi 

spokój...  Starała  się  zachowywać  normalnie,  lecz  kiedy  przed  wyjściem  miała  otworzyć  drzwi, 

ogarnął  ją  lęk.  Keith  wykorzystał  jej  wahanie  i  pierwszy  nacisnął  klamkę.  Na  progu  stał  jakiś 

mężczyzna. Gdy go spostrzegła, krzyk przerażenia uwiąż! jej w gardle. Na szczęście okazało się, że 

nieproszonym gościem jest Andrew.

- Andrew! Co ty tu robisz?

Spojrzał na nią z ukosa i uśmiechnął się łobuzersko.

- Miałem randkę i trochę... zabalowałem. Szczerze mówiąc, nie zdążyłem jeszcze wytrzeźwieć. 

Zorientowałem się, że mieszkasz blisko, i pomyślałem sobie... Bryn, podwieziesz autostopowicza?

W innych okolicznościach pewnie parsknęłaby śmiechem, ale nie dziś. Nie potrafiła powiedzieć, 

background image

61

jak bardzo się cieszy, że przyszedł i że nie będzie sama.

- Pewnie, że cię podwiozę. Wskakuj.

- Chcesz, żebym prowadził?

Czyżby dostrzegł nerwowe drżenie jej rąk?

- Dzięki, poradzę sobie.

Po drodze żartował z chłopcami i opowiadał im o muzyce. Słuchając go, zaczęła się odprężać. 

Jednak było coś, co nie dawało jej spokoju. Andrew usiadł z tyłu, obok Keitha. Spojrzała na jego 

odbicie we wstecznym lusterku.

Nie  wyglądał  na  kogoś,  kto  przez  całą  noc  imprezo-wał.  Sprawiał  wrażenie  wypoczętego.  I 

wyjątkowo schludnego. Jego ubranie w ogóle nie było wymięte...

Westchnęła  po  cichu.  Andrew  zawsze  wyglądał  nienagannie.  Pewnie  nawet  kiedy  jest  pijany, 

porządnie składa rzeczy. A potem bierze prysznic i goli się, choćby miał skrobać zarost kawałkiem 

zaostrzonego  kamienia.  Zresztą,  co  ją  to  obchodzi?  Ma  poważniejsze  zmartwienia  niż  jego 

wygląd...

Nie! Nie będzie myślała o tym telefonie. To był głupi żart; koniec z tym.

- Powiedz, gdzie i z kim tak zaszalałeś? - zagadnęła.

- Masz szczęście, że mieszkam blisko.

- Jakoś bym sobie poradził - odparł Andrew. - Jestem jak kot; zawsze spadam na cztery łapy. -

Roześmiał się, ale jego oczy zostały poważne.

Jeszcze  nie  minęła  pierwsza  godzina  prób,  a  Bryn  gotowa  była  pójść  o  zakład,  że  Lee  jest 

potomkiem markiza de Sade’a. Jeszcze raz, uwaga, powtarzamy...

I tak w kółko.

Bolały ją wszystkie mięśnie. Nawet te, o których istnieniu nie miała pojęcia.

Lee był tego dnia wyjątkowo nerwowy i spięty. Patrzył na nią tak, jakby chciał przejrzeć ją na

wylot. A gdy powtarzali swój układ, obchodził się z nią trochę szorstko. W dodatku uparł się, by 

wybiła  się  w  powietrze  na  szóstym  stopniu.  Zgodziła  się,  bo  po  prostu  nie  miała  siły  się  z  nim 

kłócić. Ale bała się. Wysokość zawsze wzbudzała w niej lęk. Nie była to  prawdziwa fobia, tylko 

uczucie dyskomfortu, które pojawiało się, gdy znajdowała się ponad ziemią.

- Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić... - zniecierpliwił się Lee, kładąc nerwowo ręce na biodrach.

- Jestem - rzuciła sucho. I rzeczywiście, zrobiła to. Mało brakowało, a serce wyskoczyłoby jej z 

piersi, gdy wybiwszy się, pofrunęła w górę. Lot trwał sekundy, lecz dla niej to była wieczność. Lee 

ją złapał. Jego mocne ramiona uniosły ją wysoko. Niby wszystko odbyło się jak zawsze, a jednak 

wyczuła w nim większą niż zwykle...

Nerwowość.

- Możemy spróbować jeszcze raz?

background image

62

Potem był jeszcze jeden raz, i jeszcze następny. Jakoś to przeżyła, choć łatwo nie było.

Lee  zarządził  przerwę  na  lunch,  ale  Bryn  straciła  apetyt.  Dłubała  łyżeczką  w  jogurcie  i  przez 

cały czas rozglądała  się  na boki,  trwożliwie  wypatrując  Lee. Jak  zagonione zwierzę, pomyślała z 

niechęcią. Podszedł do niej, gdy wyrzucała kubeczek z niedojedzonym jogurtem.

- Nic więcej nie zjesz? Nic dziwnego, że wyglądasz dziś jak zastrachany zając.

- Cóż, przykro mi, że przypominam ci zająca.

- Co się z tobą dzieje?

- Nic!

- Wiesz co, Bryn? Gdy kłamstwa zawodzą, lepiej powiedzieć prawdę - rzucił sentencjonalnie.

- Po prostu jestem trochę zmęczona.

- Może za krótko śpisz.

- Niewykluczone. Ale nie martw się, nie zawalę roboty.

- Nie martwię się.

Spojrzała na niego ostro i przekonała się, że faktycznie nie wygląda na zmartwionego. Zresztą 

nawet  na  nią  nie  patrzył.  Bacznie  obserwował  salę,  kawałek  po  kawałku.  Nagle  przyszło  jej  do 

głowy,  że  jeśli  ona  wygląda  jak  ścigane  zwierzę,  to  on  zdecydowanie  przypomina  polującego 

drapieżnika. To dlatego jest dziś taki spięty. Obserwuje, czeka... wypatruje... Czego?

Stwierdziła, że zaczyna robić się śmieszna. Jest spięty i nerwowy, bo taką ma naturę. Zawsze był 

wymagający. Prawdziwy tyran. A kojarzył jej się z olbrzymim drapieżnym kotem podchodzącym 

swoją ofiarę, bo jest...

Bo  jest  Lee  Condorem.  A  ona  jest  wykończona  nerwowo  i  dlatego  stała  się  podejrzliwa. 

Wszędzie doszukuje się ukrytych znaczeń. Tak było rano z Andrew, a teraz z Lee. Żeby ten dzień 

jak najszybciej się skończył!

Wszyscy  już  poszli  -  tancerze,  operatorzy,  technicy.  W  domu  Fultona  został  tylko  Lee  i  jego 

koledzy z zespołu.

- Moim zdaniem powinieneś zawiadomić policję - stwierdził Mick.

-  I  co  mam  powiedzieć?  -  Lee  uniósł  ręce  w  bezradnym  geście,  a  potem  skrzyżował  je  na 

piersiach.  -  Że  intuicja  mi  mówi,  że  ktoś  włamuje  mi  się  do  domu?  Ten,  kto  to  robi,  zna  się  na 

rzeczy. Nie zostawia śladów.

- No tak, ale jeśli to zgłosisz... - zaczął Andrew.

- Jeśli zgłoszę, nigdy się nie dowiem, jaki ma to związek z Bryn. Jeśli w ogóle ma. Ten ktoś, kto 

ją wtedy śledził, to mógł być jakiś cichy wielbiciel.

- Ale wydaje ci się to mało prawdopodobne.

- Rzeczywiście. Perry, dziś w nocy ty będziesz obserwował dom Bryn.- Nie ma sprawy.

- Tylko nie proś jej rano, żeby cię podwiozła na próbę. Chyba zorientowała się, że coś jest nie 

background image

63

tak - przyznał Andrew.

- To po co się tak wystroiłeś? Trzeba było chociaż pognieść koszulę - roześmiał się Perry.

- Najlepiej schowaj się w krzakach i siedź tam, dopóki po ciebie nie przyjadę - poradził Lee.

-  A  co  z  twoim  domem?  -  zapytał  Andrew.  -  Nie  uważasz,  że  któryś z  nas  powinien  u  ciebie 

nocować?

- Nie, ale dzięki za dobre chęci. Jeśli mam złapać sprytnego włamywacza, muszę być od niego 

sprytniejszy. A to oznacza, że muszę działać sam.

- Jak chcesz, ale uważaj na siebie - poprosił Andrew.

- Gdyby coś ci się stało, musielibyśmy zaczynać od zera. A już się przyzwyczaiłem do wysokich 

zarobków.

- Nie bój się - roześmiał się Lee. - Wiem, co robię.

-  Przecież  wiem,  że  nie jesteś  idiotą  i  że  nie  dasz  sobie zrobić  krzywdy.  Ale  mimo  to  proszę, 

żebyś był ostrożny.

- Będę. Masz moje słowo.

- Jak by co, to jestem pod telefonem - mruknął Andrew, zbierając się do wyjścia. Uznał, że po 

całonocnym dyżurze należy mu się chwila relaksu, więc postanowił się zabawić.

- Na mnie też możesz liczyć - zaznaczył Mick.

- Wielkie dzięki, chłopaki - powiedział Lee. - Może okaże się, że jestem szurnięty.

Wzruszyli ramionami. Żaden z nich tak nie uważał. Właśnie otwierała drzwi,  kiedy zadzwonił 

telefon. Ręce zaczęły jej drżeć, po plecach przebiegł zimny dreszcz. Nie miała zamiaru odbierać.

- Pospiesz się, ciociu - ponaglił ją Adam. - Nie słyszysz, że dzwoni telefon?

- Słyszę - mruknęła.

Gdy weszli do środka, starsi chłopcy od razu pobiegli w stronę aparatu.

- Nie odbierajcie! - zawołała, ale było już za późno.

Brian zdążył już powiedzieć:

- Halo?

Wpatrywała się w niego w napięciu, czując, że za chwilę zemdleje...

- Ciociu, dzwoni Barbara. Chodzi o zdjęcia. Ulga obezwładniła ją bardziej niż strach. Kiedy ode-

zwała się do słuchawki, z emocji łamał jej się glos.

- Cześć, Barb. Co jest?

-  Nic  wielkiego.  Potrzebuję  jeszcze  jedną  odbitkę  z  iguaną  przy  kaktusie.  Format  osiem  na 

dziesięć. Dasz radę zrobić na jutro?

- Jasne.

- Dobrze się czujesz?

- Tak. Jestem trochę zmęczona.

background image

64

- Muszę przyznać, że Condor przeszedł dziś samego siebie. - Barbara roześmiała się. -Nie będę 

zawracała ci głowy. Bierz się do pracy.

- Barb, czekaj. Czy mogłabyś oddać mi zdjęcia, które zrobiłam Condorowi?

- Niby jak? - Nie kryła zdziwienia. - Przecież już ci mówiłam, że mu je oddałam. Po co chcesz je 

z powrotem?

- A... po prostu chciałam je jeszcze raz obejrzeć.

- Przykro mi, ale nic już się nie da zrobić.

- Jasne. Nie ma sprawy.

- Trzymaj się. Do jutra.

Odłożyła słuchawkę, zadowolona, że ma co robić. Przynajmniej nie będzie myślała o porannym 

telefonie.

Zrobiła  chłopcom  kolację,  a  potem  włączyła  im  telewizor,  dała  kredki  i  blok  rysunkowy  i 

poprosiła, by pilnowali Adama.

- Idę do ciemni zrobić odbitki. Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, pamiętajcie, żeby najpierw 

zapukać.

Pokiwali głowami i natychmiast zaczęli kłócić się o kredki. Poszła do bocznych drzwi, które ze 

względu na  chłopców  zawsze  zamykała na  klucz.  Aby się do nich dostać,  musiała przecisnąć się 

obok  regału,  którym  były  częściowo  zastawione.  Pewnie  byłoby  szybciej,  gdyby  dostała  się  do 

ciemni przez ogródek, ale lubiła poruszać się w półmroku. Nie bała się ciemności.

Wreszcie zapomniała o strachu. Nie miała żadnych złych przeczuć. Tym większy przeżyła szok, 

gdy  po  omacku  znalazła  włącznik  i  zapaliła  niedużą  żarówkę.  W  pierwszej  chwili  była  tak 

zszokowana,  że  nie  rozumiała,  co  się  stało.  Naraz  przeniknął  ją  chłód.  Lodowata  fala  strachu  w 

mgnieniu oka poraziła jej kończyny, odbierając im zdolność ruchu.

Chciała krzyczeć, lecz niczym w koszmarnym śnie nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ani 

oddychać. Oniemiała, ze zgrozą patrzyła na zagładę swojej malej ciemni.

Zdjęcia... stare i te całkiem nowe mieszały się ze sobą, tworząc przerażającą mozaikę. Zaścielały 

całą  podłogę,  walały  się  na  szafkach,  zaśmiecały  biurko.  Niektóre  były  podarte  lub  pocięte  na 

strzępy.

Biurko! Wszystkie szuflady zastały wybebeszone,  a  ich  zawartość  poniewierała  się  po  kątach. 

Wielkie butle po wywoływaczu i innych chemikaliach, opróżnione, leżały na podłodze. Destrukcja 

była kompletna.

Bryn, nie do końca  wiedząc,  co robi, podeszła do biurka. Jej  uwagę przykuł  fragment zdjęcia. 

Pozostałe kawałki leżały obok, odcięte brutalnie i niedbale.

Doskonale znała to zdjęcie, mimo że nie ona je zrobiła. Lubiła je, choć było nieostre i kiepskie 

technicznie. Przedstawiało ją i chłopców, a zrobiła je Barbara podczas niedzielnego pikniku zaraz 

background image

65

po Bożym Narodzeniu...

Teraz  ta  pogodna  fotka  spełniła  rolę  przerażającej  pogróżki.  Fragment,  na  którym  widać  było 

Adama,  został  odcięty  od  reszty  i  odłożony  na  bok.  Ten  sam  los  spotkał  podobizny  jego  braci. 

Pośrodku leżał skrawek przedstawiający jej pogodną twarz. Przemknęło jej przez myśl, że teraz ten 

radosny  uśmiech  wygląda  groteskowo.  W  skrawek  wbity  był  pilniczek  do  paznokci.  Tkwił 

pomiędzy jej ustami a gardłem.

- Boże!

Nareszcie wydobyła z siebie jakiś dźwięk. Ale nie krzyk, tylko szept. Przytrzymała się biurka, 

czując, że za chwilę upadnie. Pociemniało jej w oczach.

To nie był żart. To jednak nie był żaden żart!

Nagle  obudziło  się  w  niej  nowe  uczucie,  które  uratowało  ją  przed  mroczną  otchłanią. 

Wściekłość. Ktoś chciał ją zastraszyć; splądrował jej rzeczy. Pogwałcił jej prywatność!

- Ty skur... - syknęła przez zęby. Nie będzie krzyczała. Nie zrobi nic, co mogłoby przestraszyć 

chłopców. Najpierw wszystko dokładnie przemyśli, na spokojnie. A potem zdecyduje, co robić.

W chwili, gdy podjęła to postanowienie, zaczął dzwonić telefon. I długo nie przestawał...

background image

66

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Potykając się o rozrzucone rzeczy, dopadła drzwi.

- Żeby mi się żaden nie ważył! - krzyczała zadyszana. - Słyszycie? Nie ważcie się odbierać!

Jej  okrzyki  musiały  zrobić  wrażenie  na  chłopcach,  bo  gdy  wbiegła  do  kuchni,  stali  obok 

telefonu, ale nie podnieśli słuchawki. Bryn chwyciła ją i wykrzyknęła:

- Halo!

Przez chwilę panowała cisza, a potem cichy, męski głos zapytał niepewnie:

- Pani Keller?

- Słucham?! - rzuciła niecierpliwie.

- Mówi Mike Winfeld. Poznaliśmy się w Timberlane.

-  A  tak,  pamiętam.  Co  słychać,  panie  Winfeld?  W  gruncie  rzeczy  miała  gdzieś,  co  odpowie. 

Chciała,  by  facet  dał  jej  teraz  spokój!  Nie  histeryzuj,  Bryn,  nakazała  sobie.  I  nie  bądź  głupia. 

Zachowuj  się  kulturalnie  i  uprzejmie.  Może  Winfeld  będzie  chciał  zrobić  sobie  profesjonalne 

zdjęcia. Poza tym to miły gość.

- U mnie wszystko w porządku. Myślałem o pani.

- Naprawdę?

-  Tak.  Wiem,  że  prawie  się  nie  znamy,  ale  może  zgodzi  się  pani  zjeść  ze  mną  kolację? 

Chciałbym, żeby mnie pani sfotografowała, więc moglibyśmy omówić szczegóły.

Czemu nie? W normalnej sytuacji nie wahałaby się ani chwili. Oczywiście nie mogła wykluczyć, 

że  zdjęcia  to  tylko  pretekst,  ale  nawet  gdyby  w  czasie  spotkania  padła  niestosowna  propozycja, 

umiałaby sobie poradzić. Poza tym Mike Winfeld może okazać się mężczyzną godnym uwagi...

W normalnej sytuacji... Czy po tym, co się wydarzyło, może jeszcze liczyć na normalność? Jak 

tu normalnie żyć, skoro wpada w panikę za każdym razem, gdy zadzwoni telefon?

- Dobrze, panie Winfeld...

-  Proszę  mówić  mi  po  imieniu.  „Pan”  brzmi  zbyt  oficjalnie.  Od  razu  staro  się  czuję,  a  nie 

chciałbym, zwłaszcza przy pani...

-  Dobrze,  Mike.  Chętnie  się  z  tobą  spotkam,  ale  na  razie  jestem  bardzo  zajęta.  Możesz 

zadzwonić za jakiś czas?

-  Cóż,  chyba  nie  mam  wyboru.  Nie  masz  litości  dla  biednego  golfisty,  prawda?  Ale  ja  i  tak 

zadzwonię. Za dwa tygodnie?

- Będę czekać.

Po rozmowie poczuła się nieco spokojniejsza. Jeszcze trzymała rękę na słuchawce, gdy telefon 

zadzwonił ponownie.

- Halo?

- Jak tam, była pani już w ciemni?

background image

67

- Byłam. Popełniłeś przestępstwo. Jak śmiesz włamywać się do mojego domu? Nie ujdzie ci to 

na sucho. Zgnijesz w więzieniu...

- Panno Keller, ciemnia to dopiero początek.

-  Nie  dotarło  do  ciebie?  -  Podniosła  głos.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  niepotrzebnie  straszy 

chłopców, ale nie była w stanie powściągnąć emocji. - Już ci mówiłam, że nie mam tych cholernych 

zdjęć!

- Proszę się uspokoić, panno Keller. Wierzę, że pani ich nie ma. Ale wierzę też, że może je pani 

odzyskać.

- Zdjęcia są u Condora. Sam do niego idź i je sobie weź!

Na moment zapadła cisza. Szantażysta chyba się wahał.

- Ty je odbierzesz! - powiedział wreszcie.

- Condor...

- Szantażowanie Condora nie byłoby tak przyjemne...

- Bo od razu by cię posłał do wszystkich diabłów.

-  Niewykluczone.  To  twardy  gracz,  chociaż  tobie  też  niczego  nie  brakuje.  Mogę  sobie 

wyobrazić, jak mówisz mi, żebym spadał. Ale ty tego nie zrobisz, prawda? Przecież musisz myśleć 

o trzech małych chłopcach. Chcę mieć te zdjęcia. Kobieta taka jak ty bez trudu omota faceta. Jeśli 

się trochę postarasz, Condor zrobi dla ciebie wszystko. Daję ci parę dni. Pamiętaj, że mam cię na 

oku. I niech ci czasem nie przyjdzie do głowy dzwonić na policję. Mam tam dobre kontakty, więc 

od  razu  dowiem  się,  że  ich  zawiadomiłaś.  Condora  też  nie  radzę  wtajemniczać  w  nasze  sprawy. 

Myśl  o  dwóch  rzeczach:  chłopcach  i  zdjęciach.  Proponuję  ci  uczciwą  wymianę.  Coś  za  coś. 

Rozumiesz, co mam na myśli?

Zacisnęła  palce  na  słuchawce  i  wpatrywała  się  w  nią  bezsensownie,  choć  połączenie  dawno 

zostało przerwane.

W  tym  czasie  w  jej  głowie  trwała  szalona  gonitwa  myśli.  Szantażysta  na  pewno  nie  jest 

szalonym  „fanem”  Condora.  Raczej  mało  prawdopodobne,  by  nawet  najbardziej  zagorzały 

wielbiciel posunął się do tego, aby włamać się po zdjęcia do prywatnego domu. Ten ktoś musi być 

zdesperowany. Tylko dlaczego? Boże, co to  za różnica?  Co  ją mogą obchodzić  motywy jakiegoś 

świra? Przecież nie jest detektywem, żeby się nad tym zastanawiać. Ledwo odróżnia kolbę od lufy, 

a w dodatku musi zapewnić bezpieczeństwo chłopcom. Niewątpliwie te zdjęcia to poważna sprawa, 

ale  ona  przecież  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Jest  zdaną  na  siebie,  zastraszoną  kobietą  i  nie  ma 

ochoty  rozwiązywać  zagadek  kryminalnych.  Zależy  jej  tylko  na  tym,  żeby  nic  się  nie  stało 

dzieciom. Ani jej.

- Ciociu!

Drgnęła nerwowo i odwróciła się do Keitha i Briana.

background image

68

- Gdzie Adam? - zapytała niespokojnie.- Rysuje.

- Ciociu, co się dzieje? - zapytał Brian.

- Nic. W tej chwili nie mogę wam tego wyjaśnić. Posłuchajcie, mam... trochę kłopotów w pracy. 

Chciałabym, żebyście mi dziś pomogli. Umyjcie się i przypilnujcie Adama, dobrze? Tylko błagam, 

żadnej wojny w łazience. Nie chcę słyszeć awantur i dzikich wrzasków. Zgoda?

Pokiwali poważnie głowami i zawoławszy Adama, poszli na górę. Kiedy usłyszała, że leją wodę 

do  wanny,  popłakała  się.  Przez  kilka  minut  stała  nieruchomo  i  płakała.  Potem  wytarła  oczy 

wierzchem dłoni, zrobiła herbatę i usiadła przy kuchennym stole.

Powinna zawiadomić policję, ale nie może tego zrobić. A jeśli szantażysta blefował? Dzwoń na 

policję,  nakazał  rozsądek.  To  jedyne  sensowne  wyjście.  Nie!  A  jeśli  on  naprawdę  ma  tam 

informatora? Dziś w ciemni udowodnił, że potrafi być groźny i nieobliczalny.

Boże, co ja  mam teraz  robić?  Zaczęła dygotać.  Czuła,  że  jeszcze  chwila i  wpadnie  w histerię. 

Najważniejsze,  by  chłopcom  nic  się  nie  stało.  Tylko  jak  ma  im  zapewnić  bezpieczeństwo,  skoro 

musi pracować na ich utrzymanie? A nawet gdyby nie musiała, przecież i tak nie byłaby w stanie 

ich upilnować.

Jest tylko jeden ratunek. Musi odzyskać zdjęcia.

Odetchnęła  głęboko.  A  więc  klamka  zapadła.  Dziwne,  ale  poczuła  się  spokojniejsza. 

Najważniejsze to nie popaść we frustrację. Przecież nie może siedzieć w domu, zalewając się łzami. 

Musi  myśleć  o  chłopcach;  bez  nich  jej  życie  straciłoby  sens.  Dopiła  herbatę  i  poszła  na  górę. 

Chłopcy akurat wkładali piżamy. Mały Adam nie bardzo radził sobie z guzikami.

- Prawie ci się udało! - pochwaliła i usiadła obok, żeby mu pomóc. Nagle poczuła, że za chwilę 

znów się rozpłacze. Aby temu zapobiec, mocno przytuliła Adama do siebie.

- Au, ciociu! Bo mnie udusisz! - pisnął.

-  Przepraszam,  kochanie.  -  Pocałowała  go  w  czoło  i  okryła  kołderką.  -  Dziękuję,  że  byliście 

dzisiaj  tacy  grzeczni  - powiedziała  do  starszych  chłopców,  całując  ich  na  dobranoc.  -  Bardzo 

potrzebowałam waszej pomocy.

- Ciociu...

- Nie martwcie się, bo nie ma powodu. Ciotki klotki czasem miewają gorsze dni. Już więcej nie 

będę smutasem.

Wychodząc, zostawiła uchylone drzwi, by do pokoju wpadało trochę światła z korytarza. Naraz 

uświadomiła  sobie,  że  jednak  jest  powód,  by  się  martwić.  A  dokładnie,  by  się  bać.  Skoro  ten 

człowiek dostał się do ciemni, co go powstrzyma przed wejściem do mieszkania?

Poruszona  tym odkryciem,  pobiegła do  kuchni  i  wyciągnęła z  szuflady  największy nóż.  Zaraz 

jednak odłożyła go na miejsce. Uznała bowiem, że nie jest to najlepsza broń. Jeśli napastnik będzie 

od niej silniejszy, i tak go nie pokona. A w trakcie szamotaniny może sama się poranić.

background image

69

Ostatecznie  wybrała  szczotkę  na  długim  kiju  i  obeszła  z  nią  cały  dom,  zaglądając  do  każdej 

szafy i każdego zakamarka. Umierała przy tym ze strachu, lecz nagle coś sobie uświadomiła. Skoro 

ten  ktoś  chce,  by  odzyskała  zdjęcia,  to  przecież  nie  zamorduje  jej,  dopóki  ich  nie  zdobędzie. 

Poczuła  się spokojniejsza, nie na tyle jednak,  by  móc zasnąć. Przeczuwając,  że  czekają bezsenna 

noc, nawet nie próbowała kłaść się do łóżka. Spędziła ją na kanapie przed telewizorem, który był 

namiastką tak bardzo pożądanej obecności drugiego człowieka.

Telewizor był cały czas włączony, lecz ona nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co miga na 

ekranie. Leżała wpatrzona w sufit i próbowała obmyślić plan.

Będzie musiała wkupić się w łaski Lee. Czyli być słodka, czarująca, uwodzicielska. Oczywiście 

nie może z tym przesadzić. Wystarczy, że przekona go do siebie i zdobędzie jego zaufanie. A wtedy 

poprosi, by oddal jej negatywy. Zaproponuje powtórzenie sesji. Powie mu, że teraz, gdy go lepiej 

poznała, widzi go zupełnie inaczej i ma nowy, o niebo lepszy pomysł na zdjęcia.

Poruszyła się niespokojnie. Rozsądek podpowiadał, że wiele ryzykuje, wchodząc w układ z Lee. 

Problem  w  tym,  że  nie  miała  wyjścia.  Dlatego  musi  się  przełamać.  Musi...  wiarygodnie  odegrać 

swoją  rolę,  zachowując  przy  tym  bezpieczny  dystans.  Tylko  co  z  nią  będzie,  jeśli naprawdę  się 

zaangażuje?

Nieważne!  Liczy  się  tylko  bezpieczeństwo  chłopców.  Lee  będzie  współpracował.  Odda  jej 

zdjęcia i koszmar wreszcie się skończy. A jeśli... nie zechce oddać?

Poczuła w głowie pustkę. Cóż, wtedy będzie zmuszona sięgnąć po środki ostateczne. W piątek 

spotkało ją gorzkie rozczarowanie; Lee nie przyszedł na próbę.

- Poleciał do Los Angeles. Wróci w poniedziałek - wyjaśnił Andrew.

W  czasie  weekendu  przeżyła  prawdziwe  piekło.  Truchlała  ze  strachu  za  każdym  razem,  gdy 

zadzwonił telefon. Na szczęście szantażysta się nie odezwał.

Pierwszy  raz  w  życiu  cieszyła  się,  że  wreszcie  nadszedł  poniedziałek.  Podczas  prób  Lee  był 

wyjątkowo  podminowany,  roztargniony  i  chłodny.  Niełatwo  było  go  zagadnąć,  ale  wiedziała,  że 

musi spróbować.

Niecierpliwie wyczekiwała okazji, ta jednak długo nie nadchodziła. Lee w ogóle nie zwracał na 

nią uwagi. Wreszcie podczas ostatniej przerwy zebrała się na odwagę i podeszła do fortepianu, na 

którym brzdąkał.

- Pomyślałam, że masz ochotę napić się kawy - powiedziała, podając mu kubek.

Starała  się  mówić  swobodnie,  ale  Lee  nie  dał  się  łatwo  podejść.  Uniósł  sceptycznie  brwi  i 

spojrzał na nią z ukosa. Zaczerwieniła się. Poczuła się jak oszust przyłapany na gorącym uczynku.

- Dzięki. - Odstawił kubek i brzdąkał dalej.

- Nie wiedziałam, że grasz na fortepianie.

- To już wiesz.

background image

70

Nie ułatwiał jej zadania. Z drugiej strony, dlaczego miałby to robić? Zwłaszcza po tym, jak go 

traktowała.

No dalej, skacz na głęboką wodę! Po chwili wahania przełamała wewnętrzny opór i położyła mu 

rękę  na  ramieniu.  Przestał  grać i  długo  przyglądał  się  jej  dłoni.  Wreszcie  pytająco  spojrzał  jej  w 

oczy.

- Lee, chcę cię przeprosić - powiedziała cicho. - Za wszystko. Od początku byłam okropna. Dalej 

tak być nie może. Chcę się zmienić.

-  Doprawdy?  -  Popatrzył  na  nią  z  powątpiewaniem.  Miała  ochotę  dać  mu  w  zęby!  Zagryzła 

wargi. Gra toczy się o wielką stawkę. Nie wolno jej o tym zapomnieć.

- Ja... - Głos jej się załamał. Dzięki temu zyskała parę cennych sekund i wpadła na pomysł, by 

zmienić taktykę. - Zresztą nieważne! - oświadczyła patetycznie i szybko odwróciła się, by odejść.

Podziałało. Nim zdążyła zrobić krok, chwycił ją za rękę.

- W porządku. Co chciałaś powiedzieć?

- Że chcę cię lepiej poznać. - Łgała jak z nut.

- Poważnie?

-  Tak.  -  Ciekawe,  ile  dodatkowych  dni  w  czyśćcu  będzie  kosztowało  ją  to  kłamstwo?  Choć  z 

drugiej strony w tym, co mówiła, była odrobina prawdy. Rzeczywiście wyrobiła sobie o nim błędne 

zdanie.  On  jest  przyzwoity.  Silny,  twardy,  ale  z  pewnością  przyzwoity  i  prawy.  I  niezwykle 

atrakcyjny.  Chryste,  ale  się  zapętliłam,  jęknęła  w  duchu.  Gdyby  była  z  nim  szczera,  musiałaby 

przyznać, że nie jest jej obojętny. Tylko że ona nie mogła pozwolić sobie na luksus szczerości. Nie 

mogła wypaść z roli. Adam! Dla niego nie cofnie się przed niczym.

- Skoro mamy się poznać, zabiorę was w niedzielę na piknik - zaproponował Lee.

W  niedzielę?  Przecież  to  dopiero  za  tydzień!  Chrząknęła.  Kiedy  się  odezwała,  w  jej  głosie 

pojawiła się seksowna chrypka. Tyleż zmysłowa, co sztuczna. Zupełnie jak u zawodowej dziwki.

- Pamiętam, że kiedyś zapraszałeś mnie na kieliszek wina. Jeśli to wciąż aktualne, może dziś do 

ciebie wpadnę?

Znów uniósł sceptycznie brwi i wzruszył ramionami.

- Wpadnij. Cały wieczór będę w domu.

-  Zapytam  Barbarę,  czy  może  zostać  z  chłopcami.  Jeśli  się  zgodzi,  przyjadę  około  wpół  do 

dziewiątej.

- Przyjedź, o której ci pasuje. Puścił ją, a potem wyjął z kieszeni ołówek i na kawałku papieru 

napisał adres.

- Do wieczora - powiedział i poszedł porozmawiać z Andrew, który go zawołał.

- Do wieczora - szepnęła. Dopiero teraz poczuła, że dygocze z nerwów.

O ósmej wieczorem Lee usiadł na kanapie i oparłszy nogi o brzeg stolika, zapatrzył się w swoją 

background image

71

whisky.

Mimo  zamyślenia  co  chwila  podnosił  wzrok  i  omiatał  czujnym  spojrzeniem  gustownie 

urządzony pokój.

Kiedy był w Los Angeles, znów kręcił się tu ktoś obcy. Czuł to. Przed wyjazdem mógł poprosić 

chłopaków,  by  na  czas  jego  nieobecności  któryś  u  niego  zamieszkał,  ale  nie  zrobił  tego.  Wolał, 

żeby cały czas pilnowali Bryn. Zresztą, może nikogo tu nie było, tytko on po prostu dziwaczeje.

Spojrzał  na  zegarek.  Kwadrans  po  ósmej.  Bryn  zaraz  będzie.  To  przypomniało  mu  o  kolejnej 

zagadce. Dlaczego tak nagle zmieniła postępowanie? Powinien się cieszyć, bo przecież od początku 

bardzo mu się podobała. Z czasem fascynacja przerodziła się w poważniejsze uczucie. Czemu więc 

nie skacze z radości, że ona lada chwila tu będzie?

Nie ufał jej. Wietrzył jakiś podstęp. Coś mu się w tym wszystkim nie zgadzało...

Tak,  Bryn  z  pewnością  coś  knuje.  Tylko  tak  można  wytłumaczyć  tę  nagłą  zmianę  frontu.  W 

porządku, niech próbuje... Uśmiechnął się kątem ust. Nie będzie jej przeszkadzał. Z przyjemnością 

wejdzie w rolę dzikiego, napalonego samca i spokojnie zaczeka, aż sama odkryje karty.

Nie  dzikiego,  tylko  durnego!  -  pomyślał  drwiąco,  unosząc  szklankę  w  stronę  kolekcji 

indiańskich strzał. Skończonego starego durnia, który zakochał się jak szczeniak.

Zadźwięczał gong. Lee roześmiał się szyderczo i wstał, by otworzyć. Więc przyjechała. Nawet 

nieco wcześniej. Widocznie bardzo jej się spieszy. Teraz był już pewien, że czegoś od niego chce. 

Obiecał sobie, że nie będzie psuł jej szyków. Da jej szansę. Niech się dziewczyna wykaże...

Otworzył drzwi i natychmiast przekonał się, że jednak nie jest przygotowany na to, co go czeka. 

Ledwie na nią spojrzał, musiał pogodzić się faktem, że nie jest aż tak odporny na jej wdzięki, jak by 

chciał.

Bo też trzeba przyznać, że przygotowała się do występu wyjątkowo starannie. Rozpuściła włosy 

i  włożyła  seksowną  sukienkę  z  odkrytymi  plecami  i  spódnicą  do  kolan.  Strój  nie  był  przesadnie 

elegancki, ale szalenie kobiecy. I co ważniejsze, wspaniale podkreślał jej nienaganną figurę.

-  Cześć.  Chyba...  udało  mi  się  nie  spóźnić.  -  Powitała  go promiennym  uśmiechem  i  zalotnym 

błyskiem w oczach.

Odpowiedział głębokim ukłonem.

- Witam w jaskini lwa, panno Keller - powiedział, a widząc, że się zmieszała, szybko dodał: -

Żartuję, Bryn. Wejdź, proszę.

Odebrał do niej cienki szal i zaprosił ją dalej.

- Piękne miejsce - pochwaliła.

- Dzięki. Ja to miejsce nazywam domem. Roześmiała się nerwowo.

-  Szczerze  mówiąc,  jestem  zaskoczona  -  przyznała  po  chwili.  -  Spodziewałam  się  zasieków  i 

zastępu służących.

background image

72

- Nie lubię, jak obcy ludzie kręcą mi się po domu. Chcesz zobaczyć resztę?

- Chętnie.

- Czego się napijesz?

- Dżinu z tonikiem i cytryną.

Przygotował jej drinka, a potem oprowadził ją po parterze. Następnie weszli na górę. Ilość pokoi 

była  naprawdę  imponująca.  Jak  się  okazało,  Lee  miał  na  miejscu  nawet  profesjonalne  studio 

nagraniowe.

-  Realizujemy  tu  niektóre  nasze  kawałki  -  wyjaśnił.  -  A  to  -  zastukał  mocno  w  szybę  -  jest 

całkowicie dźwiękoszczelne. Możemy się drzeć w niebogłosy, nie zakłócając spokoju roślinom.

Stał  obok  na  tyle  blisko,  że  każdym  nerwem  wyczuwała  jego  obecność.  Jego  energię,  jego 

ciepło, fascynującą aurę męskości. Ciągnęło ją do niego jak opiłek metalu ciągnie do magnesu, a 

jednak co chwila łapała się na tym, że ma ochotę uciec jak najdalej. Zanim doszczętnie spłonie w 

jego ogniu.  Niestety, ucieczka  nie  wchodzi  w  grę.  Musi  zostać  i  oczarować  go.  Z roli zwierzyny 

wejść w rolę myśliwego...

Przełknęła  nerwowo  ślinę.  Bala  się,  że  jeszcze  chwila  i  rozpłacze  się  jak  dziecko.  Najchętniej 

powiedziałaby mu prawdę, zdała się całkowicie na niego i błagała, by jej pomógł. Nie! Nie wolno 

jej pisnąć słówka. Ani policji, ani Condorowi. Od tego, czy potrafi milczeć, -zależy życie chłopców. 

Nie może ryzykować!

Zresztą  gdyby  wyznała  prawdę,  Lee  pewnie  poczułby  się  dotknięty,  że  chciała  go  oszukać. 

Wściekłby się i zażądał, by natychmiast zawiadomiła policję.

Jest tylko jedno wyjście. Musi go uwieść.

- A co jest za tymi drzwiami? - zapytała znienacka, i nie czekając na odpowiedź, otworzyła je. I 

natychmiast przekonała się, jak zgubna bywa ciekawość.

Stała w progu jego sypialni. Schludnej, skąpo umeblowanej i męskiej w charakterze. Centralne 

miejsce  zajmowało  w  niej  olbrzymie  łóżko  przykryte  brązowo-pomarańczową  indiańską  narzutą. 

Te same barwy powtarzały się na ręcznie tkanych kilimach. Wystrój kojarzył się z prostotą i energią 

Matki Ziemi, z jej surowością i prymitywną, pierwotną siłą.

Dopiero tu widać było, że Lee, mimo całego zgiełku, który go otacza, nie jest zmanierowanym 

bożyszczem nastolatek, lecz mężczyzną, który dobrze wie, czego chce, i który dobrze czuje się w 

swojej skórze, więc nie musi niczego udawać ani udowadniać.

Odwróciła  się,  czując,  że  ją  obserwuje.  Wyglądał  na  rozbawionego.  Jego  lekko  drwiący 

uśmieszek zdawał się mówić: „A widzisz, sama przyszłaś do mojej sypialni. Wcale nie musiałem 

cię namawiać”.

- Piękne drzwi - rzuciła, byle coś powiedzieć.

- Prowadzą na taras. - Przeszedł przez pokój i otworzywszy je, wyciągnął do niej rękę.

background image

73

Zauroczyło  ją  piękno  letniej  nocy.  Ponad  głową  widziała  tysiące  gwiazd.  W  dole  przepiękny 

ogród  z  dużym  basenem  i  jacuzzi.  Wśród  bujnej  zieleni  paliły  się  kolorowe  latarenki;  w  ich 

niebieskim i zielonym świetle ogród wyglądał jak egzotyczna laguna.

Bryn oniemiała z  zachwytu. Gdyby mogła, zapomniałaby o bożym  świecie  i  rozkoszowała  się 

pięknem otoczenia.

- Sam to zaprojektowałeś?

- Tak.

- Naprawdę...

Umilkła  spłoszona,  czując na  ramionach  jego  dłonie.  Delikatne  i  jednocześnie  szorstkie,  jak  u 

prawdziwego  mężczyzny.  Chwilę  gładził  pieszczotliwie  jej  skórę,  a  potem  obrócił  ją  ku  sobie  i 

zmusił, by spojrzała mu w oczy.

Wtedy ją pocałował. Łagodnie, ale tak namiętnie, że nie mogła pozostać obojętna. Przytuliła się 

do  niego  i  odwzajemniła  pocałunek.  W  jego  ramionach  czuła  się  cudownie  bezpieczna,  choć  ta 

intymna  bliskość  ją  przerażała.  I  zarazem  fascynowała,  podobnie  jak  zapach  Lee,  smak  jego 

pocałunków, ciepły oddech...Dla niego z łatwością straciłaby głowę. Zapomniałaby o tym, co było i 

będzie, o ostrożności, o tym, że nie wolno jej go pokochać. Zapomniałaby o... zdjęciach!

Położyła  dłonie  na  jego  piersi  i  oparła  czoło  o  jego  ramię.  Po  chwili  spojrzała  mu  w  oczy. 

Jeszcze  chwila  i  zapomni,  po  co  tu  przyszła.  Przecież  to  ona  ma  uwieść  jego,  a  nie  zostać 

uwiedzioną. Jeśli  już teraz pozwoli mu  na więcej, będzie mógł ją kontrolować. Musi  przerwać tę 

grę, dopóki jeszcze może. Z Lee nie ma żartów...

- Czy możemy trochę zwolnić  tempo?  - szepnęła drżącym  głosem. Tym  razem jej wzburzenie 

było autentyczne.

Uśmiechnął  się  i  wypuścił  ją  z  objęć.  Zaniepokoiło  ją,  że  nie  przeżywał  tego  pocałunku  tak 

mocno jak ona.

- Jak sobie życzysz - zgodził się. - Zejdźmy na dół. Poszli najpierw do kuchni, gdzie przygotował 

jej kolejnego drinka, a potem usiedli razem na kanapie.

- Opowiedz mi o sobie - poprosiła, wypijając duży łyk dżinu. - Gdzie się urodziłeś?

- W Black Hills.

- Tam się wychowałeś?

- Niezupełnie. Rodzice przeprowadzili się do Nowego Jorku. A ty?

- Jestem stąd, z Tahoe. - Zawahała się. - Barbara wspominała, że byłeś żonaty. I że owdowiałeś.

- Zgadza się.

Po prostu „zgadza się”. I ani słowa więcej. Szła tu z myślą, że szybko zdobędzie jego zaufanie. 

Zdaje  się,  że  przeceniła  własne  możliwości.  Pora  sięgnąć  po  bardziej  skuteczne  środki.  Lee  nie 

spodziewał się, że odważy się go dotknąć. A jednak. Pogłaskała go po twarzy, rozchylając przy tym 

background image

74

uwodzicielsko usta. Jak na kobietę, która chce zwolnić tempo, poczynała sobie całkiem śmiało.

Nazbyt śmiało. Nie mógł zaręczyć, że jego silna wola nie osłabnie w obliczu takich manewrów. 

W  końcu  tuli  się  do  niego  niezwykle  piękna  kobieta.  Musiałby  chyba  być  z  kamienia,  by  długo 

pozostać niewzruszonym. Pocałowała go. Bardzo delikatnie. Chciała natychmiast się wycofać, aleją 

przytrzymał i zaczął całować. Pieścił jej szyję i piersi, bawił się włosami, całował policzki i czoło...

- Lee...

- Hm?

- Mieliśmy rozmawiać....

- Więc mów! - zachęcił ją. Ufny wyraz jej oczu świadczył o tym, że nie wyczuła w jego słowach 

podstępu.

-  Ja...  -  zająknęła  się.  Udał,  że  tego  nie  spostrzegł.  Głaskał  jej  nogi,  przesuwając  dłoń  coraz 

wyżej. Czuł, że ją to krępuje, że jest coraz bardziej spięta.

- Wiesz,  Lee... - Odchrząknęła nerwowo. - Błędnie cię oceniłam. Pokazałam cię w fałszywym 

świetle...

- Tak? - Leniwie kreślił kręgi na jej udzie.

- Chodzi o... zdjęcia, które ci zrobiłam.

- Zdjęcia?

- Tak. Chciałabym, żebyś mi je oddał. Nie jestem z nich zadowolona. Uważam, że stać mnie na 

więcej. Zróbmy nową sesję...

- Chcesz, żebym oddal ci zdjęcia, tak? - Zostawił w spokoju jej uda i zaczął pieścić szyję.- Tak. 

Zachowywałam się wtedy beznadziejnie i... - Przez niego nie mogła się skoncentrować. -Nie byłam 

w formie i miało to wpływ na jakość mojej pracy. Wiem, że mogę zrobić to lepiej... dla ciebie...

- Miło, że tak się starasz...

Znów zaczął  ją  całować.  Nie  opierała się,  choć  musiała  się  powstrzymać,  by nie  złapać  go za 

rękę, która zawędrowała zdecydowanie za daleko.

-  Oddasz  zdjęcia?  -  szepnęła,  patrząc  mu  zalotnie  w  oczy.  Z  czułością  odgarnął  jej  włosy  z 

twarzy.

- Jak bardzo ci na nich zależy? - zapytał.

- Co takiego? - szepnęła zdezorientowana.

Roześmiał się.

- Słyszałaś, co powiedziałem. - Wyraźnie się z nią droczył, co mogło być elementem erotycznej, 

śmiertelnie poważnej gry. Bryn łudziła się, że pójdzie jej łatwiej. Że kupi go paroma pocałunkami i 

uwodzicielskim  uśmiechem.  Tymczasem  sprawy  zaszły  dużo  dalej,  niż  zakładała,  a  ona  wciąż 

daleka była od upragnionego celu.

Co teraz?

background image

75

Spuściła wzrok. Nie ma wyjścia, musi zdobyć te zdjęcia. Dla nich była gotowa na wszystko. Ale 

czy tylko dla nich? Czy nie powinna przyznać się sama przed sobą, że jeśli pójdzie z nim do łóżka, 

nie  będzie  to  z  jej  strony  żadne  poświęcenie  ani  heroiczny  akt?  Gdyby  uległa  pokusie,  wreszcie 

zdarzyłoby się to, o czym skrycie marzy. Poznałaby ciało tego mężczyzny, zaspokoiła pożądanie, 

otarłaby się o tajemnicę spełnienia. I miałaby wygodne alibi: mogłaby sobie wmawiać, że uległa, bo 

nie miała wyjścia.- Bryn?

Spróbowała roześmiać się ze swobodą, ale odgłos, który z siebie wydała, przypominał zduszone, 

przesiąknięte zmysłowością westchnienie.

- Czy to ważne, jak bardzo mi zależy? - Przesunęła paznokciem po jego brodzie. - I tak będzie, 

co  ma  być.  Ale  rzeczywiście  zależy  mi  na  tych  zdjęciach.  Bardzo.  Oddasz  mi  je?  W  zamian...  -

Przestraszyła  się,  że  nie  da  rady.  Odczuwała  zbyt  wielkie  podniecenie.  Lee  był  blisko,  wciąż  jej 

dotykał, przez co nie mogła zebrać myśli. Z każdą chwilą rosła w niej obawa, że ta zabawa źle się 

dla niej skończy, że wyjdzie z tej potyczki z kolejną raną w sercu. A swoją drogą, czy zasługiwała 

na lepszy los? W końcu przyszła do niego, by się sprzedać.

I  co  z  tego?  Liczą  się  tylko  zdjęcia.  Najważniejsze  jest  dobro  chłopców.  Dopiero  potem  jej 

spokój i zdrowie...

-  Zrobię  wszystko...  w  zamian  za  te  zdjęcia  -  wyznała.  Starała  się,  by  zabrzmiało  to  słodko  i 

zalotnie.

Pocałował ją w obie ręce, potem spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się.

- Lee?

- Nie - powiedział bez ogródek.

- Co? - wykrztusiła.

Puścił ją, zwinnie wstał z kanapy i skrzyżowawszy ręce na piersi, zmierzył ją ostrym wzrokiem.

-  Słyszałaś.  Powiedziałem:  nie!  Ani  przez  moment  nie  wierzyłem,  że  naprawdę  chodzi  ci  „o 

jakość” twojej pracy. Zabawa się skończyła. Nie wiem, co knujesz, i pewnie się nie dowiem, ale nie 

pozwolę,  żebyś  kupczyła  swoim  ciałem  i  mieszała  seks  do  interesów.  -  W  jego  oczach  błysnęła 

pogarda. - Nie przeczę, propozycja jest kusząca. Tylko że ja, kochanie, nie jestem zainteresowany 

wymianą towarową.

Wpatrywała się w niego, niezdolna wydobyć z siebie głosu. W tym czasie przetoczyła się przez 

nią nawałnica skrajnych emocji. Zwyciężyła wściekłość. Dotarło do niej, że zrobiła z siebie idiotkę 

- nadaremnie!

- Ty draniu! Ty pieprzony, egoistyczny draniu! - zawołała, podrywając się na równe nogi.

Domyślił się, że będzie chciała go spoliczkować. Złapał ją za rękę, zanim zdążyła dosięgnąć jego 

twarzy.

- Wróć tu, kiedy będzie zależało ci na mnie - powiedział twardo.

background image

76

- Prędzej piekło zamarznie! - syknęła, wyrywając dłoń.

- Może faktycznie piekło skuje lód - zadrwił.

- Niedoczekanie twoje! Obyś zgnił. Obyś zdechł jak pies. Niech cię twoi cholerni fani rozerwą 

na strzępy!

- Jasne, Bryn. Podążam za twoim tokiem myślenia.

Stał  obok  swojej  kolekcji  indiańskich  strzał.  Ze  zmrużonymi  oczami  i  rękami  opartymi  na 

biodrach wyglądał jak uosobienie siły i potęgi. Takim go zapamiętała, gdy klnąc na czym świat stoi, 

trzasnęła drzwiami.

Rozpłakała się dopiero w samochodzie. Nie zważając na Izy, wcisnęła gaz do dechy i odjechała 

z piskiem opon.

background image

77

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Powrót do domu zajął jej kwadrans. W tym czasie miotała się między rozpaczą a wściekłością. 

Co  teraz  będzie?  Co  powie  szantażyście,  gdy  zadzwoni?  Będzie  musiała  przyznać  się,  że  choć 

robiła,  co  w  jej  mocy,  nie  odzyskała  zdjęć.  Skoro  są  dla  niego  takie  ważne,  niech  sam  idzie  do 

Condora i wyrwie mu je choćby z gardła. Proste.

Źle  zrobiła,  że  nie  zawiadomiła  policji.  Od  razu  po  pierwszym  telefonie.  Oszczędziłaby  sobie 

strachu, nerwów i... wstydu, którego się dziś najadła.

Lee przejrzał ją na wylot. Od początku wiedział, że czegoś od niego chce, a mimo to bawił się z 

nią  w  kotka  i  myszkę.  Z  premedytacją  podpuszczał  ją,  choć  nie  zamierzał  dać  jej  tego,  po  co 

przyszła. Niech go jasny szlag! Skompromitowała się, zrobiła z siebie idiotkę. Nawet gorzej. Bo jak 

nazwać kobietę, która proponuje wymianę: zdjęcia za seks? Zęby chociaż wyciągnęła od niego te 

cholerne negatywy!

Zahamowała  ostro,  a  potem  długo  nie  wysiadała  z  samochodu.  Zdziwiła  się,  że  jest  już  przed 

domem. Zupełnie nie pamiętała, jak się tu znalazła. Co za szczęście, że zna Lake Tahoe jak własną 

kieszeń. Przyjechała tu jak koń z klapkami na oczach, na pamięć.

- Policz do dziesięciu - szepnęła, - Uspokój się. Idź do domu i porozmawiaj z Barbarą.

Wybiegając w pośpiechu od Lee, jakimś cudem pamiętała, by zabrać torebkę. Ale szala już nie. 

Trudno, mała strata. I tak najchętniej spaliłaby go razem z sukienką, którą miała dziś na sobie.

Nie trzaskaj drzwiami! Opanuj się, bo pobudzisz dzieci! Uśmiechnij się do Barbary i powiedz, 

że było fajnie, powtarzała sobie, idąc do drzwi.

Tknęło ją dopiero, gdy stanęła w progu. Zaniepokojona, ściągnęła mocno brwi. Przed wejściem 

nie  paliło  się  światło.  Dziwne,  zważywszy,  że  Barbara  miała  na  tym  punkcie  obsesję.  Zawsze 

powtarzała, że wieczorem trzeba zapalać światło nad wejściem, bo to odstrasza włamywaczy.

Bryn natychmiast zapomniała o Lee. Próbując opanować drżenie rąk, włożyła klucz do zamka. 

Jednak  drzwi  wcale  nie  były  zamknięte.  Uchyliły  się,  ledwie  ich  dotknęła.  Zaskoczona,  zamarła. 

Stojąc w progu, ostrożnie zajrzała do środka. Telewizor był włączony. W pokoju i kuchni paliło się 

światło.  Wszystko wyglądało jak zawsze.  Ze swego miejsca widziała  stopy Barbary oparte o bok 

kanapy.

- Barb! - zawołała, zniżając głos.

Żadnej  reakcji.  Ostrożnie  wsunęła  się  do  środka  i  na  palcach  podeszła  do  kanapy.  Barbara 

wyciągnęła  się  jak  długa.  Wyglądała  normalnie,  tylko  była  trochę  blada.  Musiała  twardo  spać, 

skoro nie usłyszała wołania.

-  Barb!  -  Delikatnie  potrząsnęła  ją  za  ramię.  Jęknęła,  ale  nie  otworzyła  oczu.  Coraz  bardziej 

zdenerwowana Bryn potrząsnęła nią ponownie. - Barb! To ja, Bryn! Słyszysz mnie? Co się z tobą 

dzieje?

background image

78

Barbara z trudem otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnie. Dopiero po chwili rozpoznała 

przyjaciółkę.

- Bryn... - Chciała usiąść, ale nagle z jękiem chwyciła się za głowę.

- Co ci się stało? - Bryn dostała gęsiej skórki.

- Nie wiem... Chyba usnęłam... Boże, jak mnie boli głowa! Jakbym oberwała cegłą. Pamiętam, 

że oglądałam telewizję, a potem... Nie mam pojęcia, co było potem!

Bryn usiadła obok i delikatnie rozgarnęła włosy przyjaciółki. Gdy na potylicy wymacała spory 

guz, oblał ją zimny pot.

-  Chryste,  Barb!  Ty  chyba  naprawdę  oberwałaś  cegłą.  Nie  ruszaj  się.  Zaraz  zrobię  ci  okład.  -

Pobiegła do kuchni, ale ze zdenerwowania wysypała kostki lodu na podłogę. Zebrała je szybko i z 

gotowym  kompresem  wróciła  do  Barbary.  -  Spróbuj  sobie  przypomnieć,  co  się  stało  -  poprosiła, 

przykładając go jej ostrożnie.

- Przecież już ci mówiłam - zniecierpliwiła się Barbara. - Pytasz mnie, jakbym miała amnezję, a 

ja  mam  tylko  guza.  Oglądałam  telewizję.  Nie  potknęłam  się  ani  nie  przewróciłam.  -  Nagle 

otworzyła szeroko oczy i rozejrzała się z trwogą po pokoju. - Bryn! Ktoś tu musiał być - oznajmiła 

konspiracyjnym szeptem. - Zaszedł mnie od tylu i czymś ogłuszył.

Bryn  przełknęła  nerwowo  ślinę.  Barbara  ma  rację.  Pozostawało  tylko  jedno  pytanie:  czy 

napastnik już uciekł, czy gdzieś się zaczaił?

- Musimy zadzwonić na policję! - zarządziła Barbara.

-  Nie!  -  Niemal  krzyknęła,  zapominając  o  ostrożności.  Barbara  spojrzała  na  nią  tak,  jakby 

podejrzewała, że ma do czynienia z wariatką. - Czekaj, na razie nigdzie nie dzwońmy - szepnęła jej 

Bryn do ucha. - Najpierw przeszukajmy dom.

- Nie ma na co czekać - obruszyła się Barbara. - Dzwońmy natychmiast!

-  Nie,  Barb.  Proszę.  Zaraz  ci  wszystko  wytłumaczę  -  powiedziała  zgnębiona  i  patrząc  na  nią 

błagalnie, zaczęła cofać się w stronę schodów. - Dla dobra chłopców nie mogę mieszać w to policji. 

Wiem, to brzmi absurdalnie. Ktoś cię zaatakował, więc powinnyśmy to zgłosić, ale...

- Zaczekaj! Dokąd idziesz?

-  Zajrzeć  do  chłopców!  -  Bryn  była  bliska  płaczu.  Pocieszała  się,  że  szantażysta  ogłuszył 

Barbarę, a potem przeszukał sypialnię i pewnie za chwilę zadzwoni, by sprawdzić, jakie zrobiło to 

na  niej  wrażenie. W  najgorszym przypadku...-  Bryn, masz  na  mnie  zaczekać!  -  nakazała  Barbara 

stanowczo. - Nie puszczę cię tam samej!

- Weź szczotkę!

- Szczotkę?

- To moja najlepsza broń.

- Nie lepiej wziąć nóż?

background image

79

- Żebyśmy się pozabijały?!

Argument musiał trafić Barbarze do przekonania, bo przyniosła z kuchni szczotkę i mop - tak by 

każda miała swój oręż. Potem spojrzały w stronę ciemnych schodów; na górze nie paliło się żadne 

światło.  Bryn  jeszcze  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  bala;  perspektywa  przeszukiwania  mrocznych 

zakamarków przyprawiała ją o zimny dreszcz.

- No idź! - Barbara pchnęła ją lekko.

Z  ociąganiem  weszła  na  pierwszy  stopień.  Barbara  za  nią.  Potem  na  drugi.  Barbara  cicho 

zakasłała, czym tak ją wystraszyła, że prawie zaczęła krzyczeć.

Walcząc z lękiem, pokonywała kolejne stopnie, a Barbara szła tuż za nią. Jak wierny cień.

- Widzisz coś? - zapytała w pewnej chwili.

- Nic - odparła Bryn.

- To idź dalej.

Były już prawie na górze, gdy nagle zamajaczyła przed nimi jakaś sylwetka. Zaczęły krzyczeć i 

w popłochu szturchać się kijami. Odpowiedzią na ich krzyk był przeraźliwy wrzask. A potem płacz 

przestraszonego dziecka.

- Adam? - Bryn zamarła.

- Nie, to ja, ciociu. Keith. Okropnie mnie przestraszyłaś - chlipnął. - Chce mi się siusiu, ale nie 

mogę trafić do łazienki, bo zgasiłaś światło.

Bryn odetchnęła. Po omacku znalazła włącznik i zapaliła światło. Wszystkie strachy natychmiast 

znikły. Spojrzała na Keitha i poczuła, że kamień spada jej z serca.

-  Chodź,  kochanie  -  odezwała  się  łagodnie.  -  Obiecuję,  że  ciocia  Barb  i  ja  już  nigdy  nie 

zapomnimy zostawić zapalonego światła.

Barbara, blada jak ściana i roztrzęsiona, starała się trzymać fason. Odczekała, aż Keith zamknie 

drzwi łazienki i dopiero wtedy pociągnęła Bryn za rękaw.

- Zostawiłam to cholerne światło zapalone - syknęła.

- Przecież wiem, że zawsze tak robisz.

-  Wiem,  wiem  -  jęknęła  Bryn.  -  Przeszukajmy  do  końca  dom.  Potem  wszystko  ci  wyjaśnię. 

Obiecuję.

-  Nie  masz  wyjścia  -  mruknęła  Barbara.  -  To  przez  ciebie  mam  śliwę  na  głowie.  Chodź, 

sprawdzimy twoją sypialnię.

Okazało  się,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Dla  pewności  zajrzały  nawet  do  szafy,  ale  nie 

znalazły w niej nic poza ubraniami Bryn.

- To jedyny pokój, gdzie ktoś mógłby się schować - zauważyła przytomnie Barbara.

- Jest jeszcze ciemnia - przypomniała jej Bryn.

- No to trzeba tam zajrzeć - odparła Barbara bez entuzjazmu.

background image

80

-  Zaraz.  Najpierw  położę  Keitha  spać  -  rzekła  Bryn,  łapiąc  za  rękę  zaspanego  chłopca,  który 

wyszedł z łazienki i zamiast pójść do pokoju, poczłapał w stronę schodów.

Pomogła  mu  położyć  się  do  łóżka  i  już  miała  wyjść,  gdy  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  dla 

pewności powinna zajrzeć do garderoby. Po chwili z ulgą stwierdziła, że między ubraniami nikt się 

nie chowa.

Napastnik na szczęście sobie poszedł.

Odetchnęła. Przykryła starannie Keitha, po czym podeszła do piętrowego  łóżka, by sprawdzić, 

czy  jego  bracia  nie  rozkopali  się.  Najpierw  okryła  Briana,  a  potem  pochyliła  się,  by  poprawić 

okrycie Adama.

Jego  posianie  było  puste.  W  pierwszej  chwili  nie  dotarło  do  niej,  że  chłopca  nie  ma.  Pewnie 

zwinął się w kłębek albo ułożył w nogach, pomyślała, macając nerwowo pościel. Dopiero po jakimś 

czasie przyjęła do wiadomości straszną prawdę - Adam zniknął.

Zerwała  się  z  kolan  i  zapaliła  światło.  Zaczęła  rozglądać  się  na  wszystkiego  strony.  Potem 

jeszcze raz podbiegła do wbudowanej w ścianę szafy i jak w transie zaczęła wyrzucać z niej ubrania 

i  zabawki.  Wreszcie  położyła  się  na  podłodze  i  zajrzała  pod  łóżka.  Nigdzie  ani  śladu  Adama. 

Nigdzie!

- Ciociu, światło mnie razi! - mruknął Brian.

- Kochanie, proszę,  powiedz  mi,  czy  widziałeś  albo  słyszałeś  coś niepokojącego?  - Starała  się 

mówić spokojnie. - Może wiesz, gdzie jest twój...

Urwała, bo na dole zadzwonił telefon.

-  Śpij,  skarbie  -  szepnęła.  -  Już  gaszę  światło.  Po  chwili  biegła  na  dół,  przeskakując  po  kilka 

stopni.

- Nie odbieraj! - zawołała, widząc, że Barbara zamierza podnieść słuchawkę. - Barb, rób, co ci 

mówię. Oni mają Adama! - wydusiła przez łzy. Odebrała telefon, ale ze zdenerwowania nie była w 

stanie się odezwać. Rozmówca nie zamierzał tracić czasu.

- Panna Keller? Niech się pani odezwie! Szybko!

- Tak, to ja! - zawołała. - Oddaj mi go! Słyszysz? Adam ma natychmiast wrócić do domu, bo jak 

nie, to Bóg mi świadkiem, że zaraz zadzwonię na policję. Albo cię zabiję!

-  Zamknij  się  i  przestań  histeryzować!  Zgadłaś,  mamy  Adama.  Dostał  pyszną  kolację,  a  teraz 

zwinął się w kłębek i słodko śpi. Będzie mu u nas dobrze. I nie oddamy ci go, dopóki nie odzyskasz 

zdjęć. Dzisiaj wieczorem pokpiłaś sprawę. Wiedziałem, że tak będzie. Myślałaś, że sobie żartuję. 

No to już wiesz, że ze mną nie ma żartów. Daję ci jeszcze jedną szansę.

- Człowieku, czy ty nic nie rozumiesz?! Nie odzyskam tych cholernych zdjęć. Condor nie chce 

ich oddać...

- To je od niego wyciągnij!

background image

81

- Starałam się...

- Widocznie za słabo. Uciekłaś. Wiesz co, mała? Znam takie jak ty. I cały czas mam cię na oku, 

więc nie próbuj mnie przechytrzyć. Buzia na kłódkę, jasne?  Chyba zależy ci na tym,  żeby Adam 

wrócił do ciebie cały i zdrowy?

- Naprawdę się starałam - jęknęła błagalnie. - Byłam gotowa na wszystko...

- Wymyśl coś. Ludzie mówią, że wpadłaś Condorowi w oko. Nie trać wiary. Kobiecie z twoją 

urodą mężczyzna będzie jadł z ręki. Zdobądź dla mnie te zdjęcia. I to szybko. Połączenie zostało 

przerwane i w słuchawce zapadła martwa cisza. Martwa... Chryste, co za słowo. Co robić?

Poczuła,  że  ktoś  kładzie  jej  rękę  na  ramieniu  i  aż  podskoczyła  za  strachu.  A  to  była  tylko 

Barbara. Bryn nagle się rozkleiła. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.

- Gdzie masz brandy? - Barbara posadziła ją przy stole.

- Pod zlewem.

Po chwili przyjaciółka postawiła przed nią kieliszek.

- Wypij. Do dna - poleciła.

Bryn zakrztusiła się, zakasłała, ale przynajmniej przestała płakać.

- Dobrze. A  teraz  słucham  - rzekła  Barbara. Matowym, monotonnym głosem opowiedziała jej 

całą historię. Zakończyła na tym, jak tego wieczoru bezskutecznie próbowała odzyskać negatywy.

- Nie wiesz, co masz robić? - obruszyła się Barbara. - Musisz powiedzieć o wszystkim Lee.

- Nie mogę. Szantażysta ciągle powtarza, że Condor nie może się o niczym dowiedzieć.

- Pewnie się go boi. Jest sprytny. Wie, że teraz ma cię w garści. Dobrze ci radzę, porozmawiaj z 

Lee. Na pewno odda ci zdjęcia. Nie będzie narażał dziecka.

- Skąd ta pewność? A jeśli będzie chciał zapolować na tych ludzi? Och, Barbaro, to zbyt duże 

ryzyko.

-  Lee  nie  jest  głupcem.  Nie  zrobi  niczego,  co  mogłoby  zaszkodzić  Adamowi  -  przekonywała 

Barbara.

-  Nie  mogę  ryzykować  -  powtórzyła  Bryn.  -  Barb,  błagam!  Pomóż  mi.  Pozwól  mi  realizować 

mój plan. Barbara spojrzała jej w oczy.

- Wiesz, że obojętne, co zrobisz, i tak ryzykujesz?

- O co ci chodzi? - Bryn domyślała się odpowiedzi.

-  Jeśli  ci  ludzie  są  naprawdę  bezwzględni,  w  każdej  chwili  mogą  skrzywdzić  Adama.  Bryn 

energicznie pokręciła głową.

- Zależy im na zdjęciach. Nawet nie chcę myśleć, że mogliby coś mu zrobić.

- Co powiesz chłopcom?

- Że... że zawiozłaś Adama do swojej siostry.

- Przecież ja nie mam siostry!

background image

82

- Od dzisiaj masz.

Barbara westchnęła ciężko.

- W porządku, Bryn. Będzie, jak chcesz. A swoją drogą, co zamierzasz zrobić?

- Włamać się do domu Lee.

- Co takiego?!

- Jutro w nocy włamię się do jego domu.

- Ty chyba oszalałaś! A jeśli ma system alarmowy?

- Wydaje mi się, że nie ma. Zresztą wszystko mi jedno. Nie mam nic do stracenia.

- Jesteś pewna? Pomyślałaś, co będzie, jak cię złapią i wsadzą do więzienia?

- Nie martw się, nie wsadzą - odparła z przekonaniem, choć wcale nie była tego taka pewna.

- Nalej mi brandy - westchnęła Barbara. - To będzie ciężka noc, a jutro rano trzeba iść do pracy.

Bryn  napełniła  kieliszki,  a  potem  wypiła,  dziękując  Bogu,  że  zesłał  jej  przyjaciółkę,  która 

wspierają w chwili najcięższej próby.- Jak myślisz, ile musimy wypić, żeby od razu zasnąć?

- Butelkę - odparła Bryn.

Niebawem  przekonała  się,  że  nie  pomogłoby  jej  nawet  dziesięć  butelek.  W  czasie  bezsennej 

nocy ani na chwilę nie przestawała myśleć o Adamie. Gdyby znów tu był, obiecałaby mu, że będzie 

mógł strzelać jedzeniem na prawo i lewo, a ona nie powie mu słowa...

Proszę cię, wróć do nas, zaklinała go w myślach. Dobry Boże, ocal go. Spraw, żebyśmy znów 

byli razem...

Andrew  już  z  daleka  usłyszał  ogłuszające  bębnienie.  Aha,  Lee  jest  wściekły  albo  wpadł  w

melancholię. Kiedy wszedł do domu Fultona, perkusja natychmiast umilkła. Po chwili zabrzęczały 

talerze; Lee wstał od instrumentu.

- Cześć. Co tak wcześnie? - zawołał, podchodząc do balustrady na piętrze.

- Wydzwaniam do ciebie od bladego świtu - powiedział Andrew.

- Stało się coś?

- Sam nie wiem...

Lee zbiegł na dół.

- Chodź, opowiesz mi wszystko przy kawie.

-  Wczoraj  wypadła  moja  kolej  pilnowania  domu  Bryn  -  mówił  Andrew,  gdy  usiedli.  -

Wiedziałem,  że  umówiła  się  z  tobą,  więc  specjalnie  się  nie  spieszyłem.  Przyjechałem  wpół  do 

dziesiątej i trochę się zdziwiłem, że już wróciła.

- Wyszła wcześnie - rzucił Lee od niechcenia. - Ale mów, co było dalej.

- Właściwie nic niezwykłego. Po prostu wydało mi się dziwne, że Barbara została u niej na noc, 

nie wyłączyły światła ani telewizora.

- Może długo gadały, a potem po prostu zasnęły.

background image

83

- Możliwe - zgodził się Andrew z ociąganiem. - Czuję przez skórę, że coś się tam wydarzyło, 

zanim przyjechałem. Jestem na siebie zły, że nie przyszedłem wcześniej.

-  Daj  spokój,  stary.  Nie  twoja  wina,  że  Bryn nie  została  u  mnie  dłużej.  Zresztą  na  pewno  nic 

złego się nie stało.

- A co u ciebie? Miałeś spokojną noc?

- Noc tak. Za to rano ktoś wszedł do domu zaraz po moim wyjściu.

- Skąd wiesz?

- Dzwoniła Maria. Pytała, gdzie schować papiery, które zostawiłem na biurku. Była zdziwiona, 

że tam leżą, bo wie, że wszystko trzymam w szafkach.

-  Posłuchaj,  mam  wrażenie,  że  sami  sobie  z  tym  nie  poradzimy  -  stwierdził  Andrew.  -  Może 

powinieneś zatrudnić ochronę.

- Wykluczone. - Lee pokręcił głową. - Włamywacz nie zostawia śladów, więc jeśli zawiadomię 

policję, pomyślą, że cierpię na paranoję. Najlepiej wynająć prywatnego detektywa, ale trzeba z tym 

jeszcze poczekać. Nie zależy mi na tym, żeby złapać jakiegoś drobnego złodziejaszka, który kręci 

się koło mojego domu. Ja chcę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i kto za tym stoi.

- To się dowiedz, tylko szybko. - Andrew ziewnął szeroko. - Chciałbym się wreszcie wyspać. A 

tak swoją drogą, jak się udała randka?

- Nie udała się.

- Cóż, szkoda.

- Ja też żałuję. Zwłaszcza tego, że nie skorzystałem z oferty.

- Z jakiej znowu oferty? - zdziwił się Andrew.

- Nieważne. Dzięki za pomoc, bracie.

- Nie ma sprawy... - Andrew urwał i obrócił się w stronę wejściowych drzwi. Stal w nich jakiś 

wysoki mężczyzna.

- Panie Condor? - odezwał się, rozglądając się po pustym holu.

Lee  był  zaskoczony,  nie  spodziewał  się  bowiem  żadnych  wizyt.  Przyjrzał  się  nieproszonemu 

gościowi i zorientowawszy się, kim jest, skrzywił się z niesmakiem.

- A ten co tu robi? - Spojrzał pytająco na Andrew.

- Ten, to znaczy kto?

-  Taki  jeden  beznadziejny polityk,  którego  poznałem  w  klubie  golfowym.  Mówił,  że  chciałby 

wpaść i zobaczyć, jak wygląda dom po remoncie. A ja, jak ten idiota, powiedziałem, że będzie mile 

widziany.

- Public relations - zauważył Andrew z przekąsem.

-  Właśnie.  Public  relations.  -  Lee  wstał  od  stołu.  -  Dzień  dobry,  panie  Hammarfield.  Śmiało. 

Prosimy dalej. Możemy panu w czymś pomóc? - zapytał, przywitawszy się z nim i jego nieodłączną 

background image

84

świtą.

- O nie. Proszę nie robić sobie kłopotu. - Z twarzy Hammarfielda nigdy nie znikał uśmiech. - Jak 

mówiłem, jestem ciekaw, jak wygląda dom Fultona po generalnym remoncie. Przy okazji chciałem 

podejrzeć, jak powstaje teledysk, ale chyba przyjechałem trochę za wcześnie?

- Rzeczywiście, jeszcze nie zaczęliśmy pracy.

-  W  takim  razie  nie  będę  zabierał  panom  czasu.  W  przyszłym  tygodniu  organizuję  kolację 

połączoną ze zbiórką pieniędzy na cele charytatywne. Serdecznie zapraszam.

- Dziękujemy. Skontaktujemy się z panem - odrzekł

Lee wymijająco.

- Ciekawe, dlaczego mu nie ufam? - zastanowił się Andrew po wyjściu Hammarfielda.

- Bo za często się uśmiecha - mruknął Lee. Wyjrzał przez szybę w drzwiach i mocno ściągnął 

brwi. Właśnie przyjechały Bryn i Barbara. Razem. Hammarfield podszedł do nich i przywitał się. 

Bardzo  wylewnie.  Zwłaszcza  z  Bryn.  Pocałował  ją  w  policzek,  i  to  wcale  nie  po  bratersku. 

Hammarfield  wprawdzie  uśmiechał  się  z  chłopięcą  niewinnością,  ale  w  oczach  miał  czyste 

pożądanie.

- Co on knuje? - mruknął Lee.

- Trudno zgadnąć - zauważył Andrew przytomnie - ale jedno jest pewne: jeśli nie chcesz, żeby 

dziewczyny posądziły cię o szpiegowanie, lepiej odsuń się od drzwi.

Pierwsza weszła Barbara. Lee bardzo zdziwił się na jej widok. Zawsze zadbana i promienna, dziś 

była zdecydowanie nie w formie. Bryn wyglądała jeszcze gorzej. Udawała, że go nie widzi, choć 

idąc  po  kawę,  musiała  przejść  obok  niego.  Niewiele  myśląc,  poszedł  za  nią.  Drgnęła,  gdy  stanął 

obok, i klnąc, zaczęła wycierać rozlaną kawę.

- Czego chcesz? - burknęła.

- Zapytać o twoje samopoczucie.

- Będzie o wiele lepsze, jeśli będziesz dalej.

Niedbale oparł się o drzwi.

- Patrzcie, patrzcie - rzucił nonszalancko - wczoraj mruczała jak kotka, a dzisiaj wyciąga pazury. 

Nie  mogę  trzymać  się  z  dala  od  ciebie,  bo  pracujemy  razem.  Chyba  że  postanowiłaś  złożyć 

wymówienie?

Zauważył, że z całej siły zacisnęła zęby.

- Nie. - Spojrzało mu twardo w oczy. - Wyrzucasz mnie?

- Nie.

Korciło  go,  by  nią  potrząsnąć,  więc  po  prostu  odszedł.  Zaintrygował  go  wyraz  jej  oczu. 

Wydawało  mu  się,  że  jest  zastraszona.  W  ciągu  dnia  wiele  razy  miał  ochotę  zmusić  ją,  by 

powiedziała,  co  ją  trapi.  Wystarczyło  jednak,  że  na  nią  spojrzał,  a  w  jej  pochmurnych  oczach 

background image

85

zapalał się gniew. Wyglądało to na prawdziwy początek zimnej wojny.

- Bryn, ty naprawdę oszalałaś! Uprzedzam cię, że jak cię wsadzą do paki, nie wpłacę za ciebie 

kaucji. Przysięgnę, że nic nie wiedziałam o twoich planach - oznajmiła Barbara bezceremonialnie. -

Gdybyś  powiedziała  o  wszystkim  Lee,  nie  stałoby  się  to  nieszczęście.  Ale  ty  jesteś  zawzięta! 

Zobaczysz, jak Lee cię złapie...

-  Nie  złapie.  -  Bryn  spokojnie  wciągnęła  przez  głowę  czarny  sweter.  -  Słyszałam,  jak  Mick 

mówił do niego, że dziś jego kolej, a Lee prosił, żeby był najpóźniej o dziewiątej wieczorem. To 

znaczy,  że  gdzieś  wychodzą  albo  będą  mieli  próbę.  A  jak  się  zamkną  w  tym  dźwiękoszczelnym 

studiu, to mogłaby bomba wybuchnąć, a oni nie usłyszą.

-  Nie  podoba  mi  się  to  wszystko!  -  stwierdziła  Barbara.  -  Słuchaj,  czy  ja  zamknęłam  okno  w 

pokoju chłopców?

- Tak. Razem sprawdzałyśmy, czy wszystkie okna są pozamykane. Nie bój się, dziś w nocy nikt 

tu nie przyjdzie - zapewniła ją Bryn. - Już nie ma po co. Jestem gotowa. Chodź na dół, zamkniesz 

za mną drzwi na zasuwę.

Barbara  kiwnęła  smętnie  głową.  Były  w  połowie  schodów,  gdy  ktoś  zadzwonił  do  drzwi. 

Zamarły.

- Spokojnie! - szepnęła Bryn. - Szantażyści nie składają wizyt swoim ofiarom.

Podeszła na palcach do drzwi i wyjrzała przez wizjer.

- Co za diabeł przyniósł tu tego cholernego golfistę? - jęknęła, opierając się o drzwi.

- Golfistę?

- Tak. Mike’a Winfelda. Poznałam go w klubie.

-  Przyszedł  do  ciebie?  Ty  to  masz  szczęście  do  fajnych  facetów!  -  westchnęła  Barbara  z 

zazdrością, przykładając oko do wizjera. - Fajny jest, zupełnie jak „Buntownik bez powodu”, tyle 

że on akurat miał powody.

- O czym ty mówisz?

- Nie znasz jego historii? Miał trudne dzieciństwo. Wychowywał się na ulicy, aż trafił do rodziny 

zastępczej, w której był zapalony golfista. Resztę znasz.- Bardzo wzruszające - zirytowała się Bryn 

- ale lepiej powiedz mi, co mam zrobić. Przecież muszę wyjść!

- Otwórz i powiedz mu, że jesteś umówiona.

- A co zrobię, jeśli on...

- Wejdzie do środka? Spokojna głowa, ja się nim zajmę - powiedziała Barbara.

Bryn rzuciła jej gniewne spojrzenie, a potem uśmiechnęła się promiennie i otworzyła drzwi.

- Mike! Co za niespodzianka. Czemu ją zawdzięczam?

- Pomyślałem, że znajdziesz dla mnie parę minut.

- Och, co za pech! - Bardzo się starała, żeby nuta zawodu w jej głosie nie zabrzmiała fałszywie. -

background image

86

Jestem umówiona i właśnie wychodzę. Tak mi przykro...

Przez  sekundę  naprawdę  żałowała  -  na  przystojnej  twarzy  Mike’a  odmalowało  się 

rozczarowanie. Taki miły z niego facet, pomyślała. Jednak zaraz przywołała się do porządku. Musi 

natychmiast wyjść, a on jej tylko przeszkadza.

- Cóż, skoro jesteś zajęta, trudno - odparł ze smutnym uśmiechem. - Ale pamiętaj, ja nigdy nie 

rezygnuję. Mogę odprowadzić cię do samochodu?

- Oczywiście.

- Dobranoc, Barbaro. Miło było cię poznać.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Bryn, tylko wracaj szybko!

- Postaram się - obiecała.

Gdy stanęli obok jej samochodu, podała Mike’owi rękę.

- Dzięki, że wpadłeś. Miły z ciebie facet.- Nie miły... tylko uparty. Zrobiła zawiedzioną minę.

- Przez kilka tygodni będę bardzo zajęta - uprzedziła.

- Wierzę. Życzę miłego wieczoru.

- Dziękuję, nawzajem.

Skinął  ręką i  odsunął się, by mogła wsiąść.  We  wstecznym lusterku widziała,  jak rusza za  nią 

swoim porsche. Jechał za nią do wjazdu na autostradę. Tam straciła go z oczu i pochłonięta swoimi 

problemami, natychmiast o nim zapomniała.

Barbara  miała  rację.  Naprawdę  oszalała.  Ma  zamiar  włamać  się  do  domu  Lee  jak  zwykły 

złodziej.  Przeraziła  się.  Za  chwilę  wkradnie  się  przez  okno  i  będzie  grzebała  w  prywatnych 

rzeczach obcego człowieka. Szaleństwo...

Czyste szaleństwo!

Nim  zdążyła  jeszcze  raz  się  nad  tym  zastanowić,  skręciła  w  boczną  drogę  prowadzącą  do 

posiadłości Lee. Po chwili zatrzymała się w cieniu wysokich sosen. Zgasiła silnik i światła, ale nie 

wysiadła  z  samochodu.  Siedziała,  wsłuchując  się  w  noc.  Wiedziała,  że  nie  ma  odwrotu,  więc 

pogodzona z losem wzięła latarkę i otworzywszy drzwi, wysiadła prosto w jej objęcia.

Otoczyła  ją  ciemność  tak  gęsta,  że  aż  namacalna.  Zaczekała,  aż  oczy  przyzwyczają  się  do 

skrajnych warunków. Pomiędzy drzewami zamajaczyła sylwetka domu. Wtedy wciągnęła na głowę 

kominiarkę i ostrożnie zaczęła posuwać się naprzód.

Klamka zapadła. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Udało jej się otworzyć okno i wejść do 

środka.  Nie  tracąc  ani  chwili,  po  cichu  zakradła  się  do  biurka.  Starała  się  nie  patrzeć  na  łuki  i 

strzały, ale z tylu głowy kołatała się niepokojąca myśl, że Lee potrafi się nimi posłużyć.

Obawiała się, że szuflady będą zamknięte na klucz. Na szczęście nie były. Nerwowo wyciągała 

jedną po drugiej, ale nie znalazła w nich negatywów ani stykówek.

Niezrażona niepowodzeniem zamierzała otworzyć ostatnie trzy szuflady, gdy stało się najgorsze.

background image

87

- Coś ty za jeden, do jasnej cholery?

Więc  jednak  się  nie  udało.  Została  przyłapana  na  gorącym  uczynku.  Mało  tego,  niewiele 

brakowało, a ona i Lee zginęliby od kuł tajemniczego włamywacza, który niepostrzeżenie zakradł 

się do domu.

Lee  próbował  go  zatrzymać,  pobiegł  za  nim  na  dół.  Nagle  padł  pojedynczy  strzał.  Za  chwilę 

drugi.  Bryn  struchlała.  Leżąc  w  ciemnej  sypialni,  sama  w  ogromnym  łóżku,  wciąż  przyjemnie 

ciepłym w miejscu, z którego przed chwilą zerwał się Lee, umierała z niepokoju.

Nie  został  nawet  draśnięty.  Dzięki  Bogu!  Wrócił  do  sypialni  i  znów  zadręczał  ją  pytaniami. 

Próbowała powiedzieć tyle, ile mogła. Jemu to nie wystarczyło.

- Bądź w kuchni za pięć minut - nakazał. - Chcę usłyszeć od ciebie całą historię, bez skrótów i 

pomijania niewygodnych wątków.

Czas minął. Nic już jej nie uratuje. Musi zejść na dół i stanąć twarzą w twarz z rozgniewanym 

Lee.

background image

88

ROZDZIAŁ ÓSMY

Lee zapalił  światło w holu;  siedzenie po ciemku  przestało mieć sens. Potem  obejrzał ślady po 

kulach. Futryna była ledwie draśnięta, za to drzwi wejściowe z przestrzelonym zamkiem nadawały 

się tylko do wymiany.

Zdjęcia!  Z  powodu  paru  idiotycznych  fotek  ktoś  doprowadził  Bryn do  ostateczności,  a  jego  o 

mało  co  nie  zastrzelił!  Sytuacja  była  naprawdę  poważna.  Lee  czuł,  że  powinien  natychmiast 

zawiadomić policję, ale postanowił nie robić tego ze względu na Bryn. Rozumiał jej paniczny lęk o 

Adama. W ogóle wreszcie zaczynał ją rozumieć.

Odkąd  poznał  jej  motywy,  przestał  być  na  nią  zły  za  ubiegły  wieczór.  Nie  pojmował  tylko, 

dlaczego nie zdobyła się na szczerą rozmowę. Zabolał go ten całkowity brak zaufania z jej strony. I 

jej niechęć. O wiele głębsza, niż przypuszczał.

Musimy wszystko sobie wyjaśnić, od podstaw, postanowił. Gotów był jej wysłuchać. Liczył, że 

zdoła przekonać ją, by działali  wspólnie, i co ważniejsze,  według jego planu.  I że  ona zgodzi się 

przyjąć jego pomoc. Potrzebowała jej, lecz niestety, nie chciała się do tego przyznać.

Zamyślony  poszedł  do  kuchni  i  zabrał  się  do  parzenia  kawy.  Jedno  pytanie  nie  dawało  mu 

spokoju: dlaczego komuś aż tak zależy na zdjęciach zespołu, że posunął się do tak desperackiego 

czynu, jak porwanie dziecka?

Coś  musiało  zostać  utrwalone  na  tych  zdjęciach...  Tylko  co?  Z  pewnością  coś,  co  stanowi 

zagrożenie. Albo jest dla kogoś kompromitujące.

- Lee?

Bryn  zatrzymała  się  niepewnie  w  progu.  W  obszernej  męskiej  koszuli  wyglądała  trochę 

bezradnie. I wyjątkowo kobieco, stwierdził Lee.

Zerknął  dyskretnie  na  zegarek.  Minęło  dokładnie  pięć  minut.  Gdyby  nie  fakt,  że  sytuacja  nie 

nastrajała do żartów, pewnie poczułby się rozbawiony.

- Siadaj. - Wskazał miejsce przy kuchennym stole. Zrobiła to bez słowa. Widział, jak bardzo jest 

spięta. Było mu jej żal. Miał ochotę podejść do niej i ją przytulić, zapewnić, że wszystko dobrze się 

skończy.  Powstrzymał  w  sobie  ten  odruch,  uznając,  że  nie  pora  na  takie  gesty.  Nie  będzie  się 

narzucał. Żadnej presji, żadnych targów. Bryn musi przyjść do niego sama. Musi zapragnąć go na 

tyle mocno, by przełamać swoje lęki.

- Mów - polecił, sięgając po kubki.

- Ja...

- Tylko nie kręć! Mów prawdę!

Mógłby przysiąc, że usłyszał, jak zgrzyta zębami.

- Wszystko zaczęło się następnego dnia po naszej sesji. - Opowiedziała mu, co się wydarzyło, od 

dziwnej wizyty nieznajomego począwszy, a na porwaniu Adama skończywszy.

background image

89

- Do jasnej cholery!  - zdenerwował się  Lee. -  Wiesz  co, Bryn? Po  prostu nie mieści mi  się w 

głowie, że nie powiedziałaś wprost, o co chodzi, tylko próbowałaś jakichś idiotycznych sztuczek. 

Można wiedzieć, dlaczego tak postąpiłaś? 

;

- On powtarzał, żebym nikomu nic nie mówiła.

- Ale Barbarze powiedziałaś?!

- No... tak.

- I co ona na to?

- Upierała się, żebyśmy zadzwoniły na policję.

- Miała rację.

Bryn spojrzała na niego. W jej oczach było cierpienie.

- Bałam się, Lee. Nie chciałam narażać chłopców.

- Jak mogłaś pomyśleć, że nie będę chciał ci pomóc!

-  Nie  o  to  chodzi!  Obawiałam  się,  że  będziesz  chciał  zawiadomić  policję.  I  że  sam  będziesz 

chciał złapać szantażystę. A ja naprawdę nie mogę ryzykować.

Chwilę milczał, a potem pochylił się w jej stronę.

- Znasz kogoś, kto jeździ ciemnym sedanem?

- Nie. Dlaczego pytasz?

- Bo właśnie taki samochód jechał za tobą, gdy wracałaś do domu po sesji.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Do mnie też się włamali. Dwa razy - oznajmił. - Postanowiłem zapolować na tego ptaszka, ale 

zamiast niego w sidła wpadłaś ty.

-  Więc  wiedziałeś,  że  dzieje  się  coś  dziwnego?  -  Sięgnęła  po  kubek  z  kawą,  by  zyskać  kilka 

sekund na zebranie myśli. Wiedziała, że musi starannie dobrać słowa, bo wiele zależy od tego, co 

za chwilę zostanie powiedziane. Lee ceni sobie szczerość, postanowiła więc zagrać z nim w otwarte 

karty.

-  Czy  zgodzisz  się  oddać  mi  stykówki  i  negatywy,  a  potem  zapomnisz  o  tym,  co  ci 

powiedziałam? Proszę cię...

- Nie zastanawiałaś się, co takiego jest na tych zdjęciach?

- Nie. To znaczy tak. Nie!  Lee, nie obchodzi  mnie, co na nich jest! Nie  chcę tego wiedzieć!  -

oznajmiła stanowczo. - Jedyne, na czym mi zależy, to żeby oddali mi Adama!

- Doskonale cię rozumiem - rzekł łagodnie. -1 obiecuję, że go odnajdziemy. Powiedz, nie boisz 

się, że szantażysta nie zostawi cię w spokoju, nawet jeśli spełnisz jego żądanie? Te zdjęcia muszą 

być dla kogoś zagrożeniem. Pewnie będzie się zastanawiał, czy znasz jego mroczny sekret.

- Przecież nie znam!

- Tylko że on o tym nie wie.- Ale dlaczego ten ktoś miałby się mnie obawiać? Lee, oddamy mu 

background image

90

te zdjęcia...

-  Bryn,  to  nie  jest  takie  proste.  -Niecierpliwie  wstał  od  stołu.  -  Kto  został  u  ciebie  w  domu? 

Barbara?

- Tak.

- Zadzwoń do niej i poproś, żeby zanocowała.

- Dlaczego? - Bryn nie była zachwycona tym pomysłem.

- Dlatego że musimy omówić parę spraw.

- Lee, ja naprawdę nie będę...

- Narażała Adama. Wiem. Ja też nie zamierzam tego robić. Ale też nie pozwolę, żebyś narażała 

siebie i chłopców. Zresztą podaj mi swój numer. Sam zadzwonię do Barbary.

Bryn patrzyła bezradnie, jak sięga po telefon. Przemknęło jej przez myśl, żeby paść przed nim na 

kolana  i  błagać,  by  oddał  jej  zdjęcia  i  pozwolił  odejść.  Jednak  rozsądek  podpowiadał,  że  takie 

poniżenie nie miałoby sensu. Lee postanowił wejść do gry i żadna siła nie była w stanie odwieść go 

od  tego  pomysłu.  Bryn  nie  czulą  się  na  siłach,  by  z  nim  walczyć.  Bez  dyskusji  podała  mu  swój 

numer.

Barbara  musiała  czatować  przy  telefonie,  bo  niemal  .  natychmiast  podniosła  słuchawkę.  Gdy 

usłyszała Lee, nie dała mu dojść do głosu. Bryn domyśliła się, że przyjaciółka postanowiła wystąpić 

w roli jej adwokata.

- Barbaro, poczekaj, daj mi coś powiedzieć - roześmiał się Lee. - Bryn jest ze mną; nic jej się nie 

stało, ale wolę, żeby nie wracała teraz do domu. Nie martw się, nie zostaniesz sama. Andrew jest w 

pobliżu, obserwuje dom. Zawołaj go, wszystko ci wytłumaczy. Jeśli ktoś zadzwoni, odbierz. Jednak 

wątpię,  żeby szantażysta dziś  się  odezwał.  A teraz  posłuchaj  mnie,  Bryn  -  dodał  zamyślony,  gdy 

skończywszy  rozmowę,  wrócił  do  stołu.  -  O  świcie  pojedziemy  do  ciebie  i  zaczekamy,  aż 

szantażysta się  odezwie.  Umówisz  się z  nim  na wymianę  zdjęć  za  Adama.  To  musi  się  odbyć w 

miejscu  publicznym,  z  dostępem  do  telefonu.  Jak  wypuszczą  Adama,  zostawisz  zdjęcia  w 

umówionym  miejscu.  Ten  ktoś  na  pewno  się  spodziewa,  że  będę  z  tobą.  Po  pierwsze  wierzy,  że 

zostaliśmy kochankami, po drugie wie, że zostałem zamieszany w tę sprawę. Nie mam wyjścia po 

tym, jak do mnie strzelał, prawda?

- Chyba tak... I to już będzie koniec? - zapytała z nadzieją w głosie.

- O nie! To nie będzie koniec. Skontaktuj się z tym znajomym, który wywołuje twoje filmy.

- Teraz?

- Teraz.

- Ale...

- Powiedz mu, że chcesz zrobić odbitki z negatywów. Dzięki temu oddamy szantażyście to, na 

czym tak bardzo mu zależy, ale nie zostaniemy z niczym. Ty sama nie możesz zrobić odbitek, bo 

background image

91

skoro ten drań cię obserwuje, mógłby nabrać podejrzeń.

Bryn potarła skronie. Wiedziała, że Lee ma rację.

- Co będzie, jeśli ten ktoś jednak się dowie, że zamówiłam odbitki?

-  Nie  dowie  się!  Bryn,  przecież  musimy  rozwiązać  tę  zagadkę!-  Jeśli  zaniesiemy  te  filmy  do 

fotolabu...

- Nie denerwuj się. Filmy są teraz u Micka i on je tam dostarczy. Ten, kto cię szantażuje, może i 

ma doskonale zorganizowaną siatkę szpiegowską, ale przecież nie jest Wielkim Bratem. Nie może 

obserwować jednocześnie mnie, ciebie i reszty świata.

Długo  milczała.  Wiedziała,  że  Lee  ma  rację.  Nie  potrafiła  jednak  poradzić  sobie  z  własnym 

strachem.

- Dobrze, zrobimy, jak chcesz - zgodziła się wreszcie.

Kelly, do którego zadzwoniła, trochę marudził, ale w końcu obiecał zrobić odbitki. W tym czasie 

Lee wytłumaczył Mickowi, gdzie ma zawieźć filmy.

-  Musimy  sobie  przypomnieć,  co  wydarzyło  się  tamtego  dnia  w  klubie  -  powiedział  Lee,  gdy 

znów usiedli przy stole.

-  Chyba żartujesz!  -  prychnęła.  -  Tego  dnia  było  tam  straszne  zamieszanie.  Hammarfield miał 

spotkanie  ze  swoimi  zwolennikami,  rozgrywano  również  turniej  golfowy.  A  swoją  drogą,  ja 

naprawdę  nic  z  tego  nie  rozumiem.  Cóż  takiego  może  być  na  tych  zdjęciach?  Trawa  i  parę 

pagórków?

- Nie podoba mi się ten złotousty polityk,

- Hammarfield?

- Mhm. Któregoś dnia przyszedł węszyć w domu Fultona.

- Dlaczego myślisz, że węszył? - obruszyła się.

- Mówił mi, że jest twoim fanem. Moim zdaniem zabiega o twoje poparcie.

- Możliwe, ale i tak wydaje mi się podejrzany.- A ja uważam, że jest uprzejmy.

- I czarujący? - zadrwił.

-  Zdecydowanie.  Czego  nie  można  powiedzieć  o  innych  znanych  mi  osobach  -  odpaliła  bez 

zastanowienia.

- Jasne. Domyślam się, że golfiści są o wiele bardziej czarujący niż perkusiści, tak? - rzucił od 

niechcenia. Bryn postanowiła podjąć rękawicę.

- Owszem. Ci, których znam, tacy właśnie są.

Lee wstał od stołu i mocno się przeciągnął.

-  Zabezpieczę  drzwi,  a  potem...  -  zawiesił  głos  -  kładę  się  spać.  Na  górze  są  trzy  pokoje 

gościnne. Wybierz sobie któryś - zaproponował obojętnie.

- I tak nie zmrużę oka.

background image

92

- To przynajmniej połóż się i pomyśl - poradził. - O zdjęciach. Spróbuj sobie przypomnieć, co 

miałaś w tle - powiedział, po czym wyjął z szafki narzędzia i wyszedł.

Bryn,  siedząc  przy  stole,  myślała o  Adamie.  O  tym,  gdzie  teraz  jest,  czy  nic  mu  się nie  stało. 

Powtarzała sobie, że musi być dobrej myśli. I wierzyć, że najdalej jutro bratanek wróci do niej cały 

i zdrowy. Niebawem odzyska zdjęcia i odda je temu człowiekowi...

Nie  zrobiłaby  tego  bez  pomocy  Lee.  Powinna  być  mu  wdzięczna.  Wstała  i  poszła  za  nim. 

Właśnie  zabijał  deską  drzwi.  Kiedy  stanęła  obok,  przestał  stukać  młotkiem  i  spojrzał  na 

zaciekawiony.

- Dziękuję ci... - Żadne bardziej wyszukane słowa nie przychodziły jej do głowy.

- Połóż się spać - mruknął niewyraźnie, bo przeszkadzał mu gwóźdź, który trzymał w ustach.-

Wszystko jedno, w którym pokoju? - upewniła się.

- Tak. Wszystkie są przygotowane dla gości - odparł, nie przerywając swojego zajęcia.

Bryn przez chwilę patrzyła na jego muskularne ramiona i naprężone plecy, a potem bez słowa 

poszła na górę.

Otworzyła pierwsze z brzegu drzwi i rozgościła się w przytulnie umeblowanym pokoju. Zdjęła 

ubranie  i  z  ulgą  położyła  się  do  łóżka  pachnącego  świeżą  pościelą.  Jednak  zamiast  spać, 

bezustannie myślała o Lee. Przypominała sobie, jak siłował się z nią w swojej sypialni.

Skup  się  na  zdjęciach!  -  powtarzała  sobie,  lecz  mimo  usilnych starań  Lee  wciąż  okupował  jej 

myśli.  Od  dawna  wiedziała,  że  niesprawiedliwie  go  oceniła.  Pielęgnowała  w  sobie  uprzedzenia, 

mimo że on od początku odnosił się do niej przyjaźnie. Nie ukrywał, że pociąga go jako kobieta, ale 

nigdy nie  był  natarczywy.  Za to  nie  wstydził się  pokazać, że  mu  na  niej  zależy.  I że  nie  jest mu 

obojętne,  co  się  z  nią  dzieje.  Zachowywała  się  wobec niego  skandalicznie,  mimo  to  ani  razu  nie 

zagroził  zerwaniem  współpracy.  Nie  próbował  jej  szantażować,  choć  doskonale  wiedział,  jak 

bardzo potrzebuje pieniędzy. A kiedy w restauracji Adam rzucił w niego jedzeniem...

-  Och,  mój  malutki!  Gdzie  jesteś?  -  szepnęła  przez  łzy.  Już  na  samą  myśl  o  tym,  jak  bardzo 

Adam musi być przerażony, odczuwała niemal fizyczny ból. - Tak bardzo cię kocham, mój maleńki 

-  westchnęła.  -  Przysięgam,  że  cię  odnajdę  i  zrobię  wszystko,  żebyś  zapomniał  o  tym,  co  cię 

spotkało.  Miłość.  Dziwne  i  złożone  uczucie.  Miłość  do  dziecka.  Miłość  do  mężczyzny.  Nie,  nie 

kocha  Lee.  Lubi  go,  ale  nie  wolno  jej  go  pokochać.  To  zbyt  ryzykowane  i  niebezpieczne. 

Wprawdzie Lee lubi dzieci, ale to wcale nie znaczy, że chciałby mieć własne. Ona też nie jest mu 

obojętna, ale kto może wiedzieć, jak długo potrawa ta fascynacja?

Westchnęła.  Lęk  o  Adama  był  nieznośną  udręką.  Zwłaszcza  gdy  w  pobliżu  nie  było  nikogo, 

komu mogłaby się wyżalić. Czuła, że Lee jest jej dziś bardzo potrzebny. Nawet jeśli nie ma szans 

na prawdziwą miłość, chciałaby choć przez chwilę żyć złudzeniem.

Rozsądek  podpowiadał,  że  nie  wolno  jej  tak  myśleć.  Że  musi  być  twarda,  niezależna, 

background image

93

samowystarczalna, bo tylko siebie może być stuprocentowo pewna...

Na tym świecie nie ma nic pewnego. Jęknęła cicho, zmęczona wewnętrzną walką, i ukryła twarz 

w  dłoniach.  Kogo  próbuje  oszukać?  Siebie?  Przecież  to  bez  sensu.  Lee  od  początku  ją  pociąga. 

Wiedziała,  że  nie  sposób  dłużej  udawać,  iż  nic  do  niego  nie  czuje.  Może  nawet  jest  w  nim 

zakochana. Może przeczuwała, że tak będzie, i właśnie to napawało ją lękiem. Obawiała się nie tyle 

samego Lee, co uczucia, które w niej obudził.

Jakiś czas leżała bez ruchu, wsłuchując się w noc. A potem wstała i po cichu uchyliła drzwi. Na 

korytarzu paliło się światło. Parter tonął w mroku i ciszy.

Natychmiast  wracaj  do  łóżka,  nakazała  sobie  surowo.  Zignorowała  głos  rozsądku  i  ostrożnie 

wysunęła się na korytarz. Idź do niego! Przecież od dawna tego chcesz.

A  on?  Czy  nadal  mnie  pragnie?  To  może  skończyć  się  kolejnym  dramatem,  ostrzegał 

wewnętrzny glos. Lee może odprawić cię z kwitkiem. Ma prawo czuć się urażony albo zły. Serce 

bilo jej jak oszalałe, ale nie cofnęła się. Podeszła pod drzwi sypialni Lee. Były uchylone. Niepewnie 

stanęła w progu, czując, jak kipi w niej rozgrzana krew.

- Wejdź, Bryn...

Wiedział, że do niego idzie; czekał na nią. Potrafił wychwycić każdy odgłos mącący ciszę nocy.

Uciekaj! - podpowiadał instynkt. Jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeśli tam wejdziesz, 

zgubisz własną duszę.

Była  głucha  na  wszelkie  ostrzeżenia.  Nieśmiało  zrobiła  krok  naprzód.  Do  niego.  Od  początku 

miała na to ochotę.

background image

94

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Po jakimś czasie delikatnie pogładził jej włosy.

- Co cię ugryzło? - zapytał cicho.

- Nie  wiem, o  czym  mówisz...  - mruknęła wymijająco. Powoli  zaczynała  żałować tego,  co  się 

między nimi wydarzyło.

- Wiesz - odparł ze śmiechem. - Jeszcze nie zdążyłem się przedstawić, a już ustawiłaś mnie na 

straconej pozycji. Miałem wrażenie, że się mnie boisz.

-  Chyba  wiesz,  jak  działasz  na  kobiety. -  Wzruszyła  ramionami.  -  Emanujesz  nieposkromioną 

energią i... erotyzmem.

- Erotyzm nie powinien wzbudzać lęku.

Czuła,  że  dla  własnego  dobra  powinna  powiedzieć  mu  prawdę,  w  przeciwnym  razie  będzie 

zadręczał ją pytaniami.

- Byłam zaręczona - przyznała.

- Aha, i w związku z tym każdy mężczyzna to śmiertelny wróg.

-  Nie  każdy i  nie  wróg.  Po  prostu  uznałam,  że  muszę  być  ostrożniejsza  i  pewien  typ facetów 

omijać wielkim łukiem.

- A co to za typ, jeśli można wiedzieć? Tylko mi nie mów, że twój narzeczony był rockmanem...

Zawahała się. Ostatecznie co za różnica, czy powie mu, o kogo chodzi, czy nie? Odsunęła się od 

niego i mocno objęła poduszkę, do której przytuliła policzek.

- Byłam zaręczona z Joe Lenskym. Gra zawodowo w futbol.

Lee gwizdnął cicho przez zęby.

-  Naprawdę?  Poznałem  go  na  jakiejś  imprezie  w  Los  Angeles.  Pamiętam,  że  wyglądał  na 

przyzwoitego gościa.

- Och, bo to jest przyzwoity gość. Problem w tym, że nie lubi dzieci. Zwłaszcza cudzych.

- To w niego Adam rzucał ryżem? - zapytał domyślnie.

-  Zielonym  groszkiem  -  uściśliła.  Lee  roześmiał  się  i  nie  zważając  na  jej  mało  zdecydowane 

protesty, przygarnął ją do siebie i pocałował w nos.

-  Cieszę  się,  że  już  z  nim  nie  jesteś  -  przyznał  -  ale  przykro  mi,  że  mnie  z  nim  porównujesz. 

Dlaczego?

- Obaj jesteście sławni i nawykli do ciągłej adoracji.

- Uważasz, że idę do łóżka z kim popadnie?

- Niezupełnie...- Więc w czym problem?

-  Sama  nie  wiem.  Może  w  tym,  że  codziennie  zmagam  się  z  prozą  życia,  a  idole  żyją  w 

bajkowym świecie...

- Bzdura! - zdenerwował się. - Nie możesz mierzyć wszystkich jedną miarką. To, że Joe z tobą 

background image

95

zerwał...

- To ja zerwałam z nim - odparła znużona. - Oczekiwał, że rzucę wszystko i będę na każde jego 

skinienie. A ja ani nie chciałam, ani nie mogłam tego zrobić. Większość zwykłych facetów miałaby 

problem  z  zaakceptowaniem  mojej  sytuacji  rodzinnej,  a  co  dopiero  mówić  o  egocentrycznych 

„gwiazdorach”.

- Ci tak zwani „gwiazdorzy” to ludzie tacy sami jak ty - zaoponował. - Mają swoje problemy, 

cierpią,  zakochują  się.  Chyba  lepiej,  że  zerwałaś  z  Lenskym,  skoro  nie  mogliście  dogadać  się  w 

podstawowych sprawach.

- Wiem... - szepnęła.

- Masz najpiękniejsze ciało, jakie widziałem - zauważył, zmieniając znienacka temat. - Ledwie 

na ciebie spojrzałem, poczułem najczystsze pożądanie - przyznał.

Uśmiechnęła  się,  rozbrojona  jego  szczerością.  Lecz  jej  uśmiech  zgasł  równie  szybko,  jak  się 

pojawił.

- Co się stało? - zaniepokoił się.

-  Pomyślałam  o  Adamie...  Boże,  Lee! Jestem  tu  z  tobą,  kochamy  się,  a  w  tym  czasie  to  małe 

biedactwo...

-  Ciii,  nie  martw  się!  -  powiedział,  obejmując  ją  ramieniem.  -  Obiecuję  ci,  że  jutro  go 

odzyskamy.

- Skąd ta pewność? Sam mówisz, że ludzie, którzy go porwali, są bardzo niebezpieczni. A jeśli 

będą się bali, że Adam ich rozpozna...

-  Jak  myślisz,  dlaczego  wybrali  właśnie  Adama,  a  nie  Briana  czy  Keitha?  Bo  jest  mały.  Nie 

będzie potrafił powiedzieć, gdzie go trzymali. Poza tym jest ich kartą przetargową. Wiedzą, że jeśli 

coś mu się stanie, nie dostaną zdjęć.

- Ja to wszystko rozumiem, ale...

-  Jutro,  Bryn!  Pomyśl,  że  to  tylko parę  godzin.  I  spróbuj  zasnąć.  -  Pocałował  ją  w  czoło.  -  A 

może nie dość cię zmęczyłem?

- Jeszcze jak! Jestem okropnie śpiąca, ale wcześniej nie mogłam zasnąć. Czuję, że czeka mnie 

bezsenna noc.

- Skoro tak, to pomyśl o tych zdjęciach. Pamiętasz coś niezwykłego?

- Tak. Hotel „Sweet Dreams” - odparła automatycznie.

- I nic więcej?

-  Jeszcze  golfistów.  Było  ich  cale  stado  i  snuli  się  po  pagórkach  akurat  wtedy,  gdy  robiłam 

zdjęcia.

- Musimy dokładnie obejrzeć te odbitki. Będziemy je powiększali, aż w końcu na coś natrafimy.

- Niby na co chciałbyś natrafić! - zawołała sfrustrowana. - Oglądałam te filmy, zanim oddałam je 

background image

96

Barbarze.  Nie  zauważyłam  nic  niezwykłego.  Może  to  naprawdę  jakiś  stuknięty  fan  twojego 

zespołu, który zrobi wszystko, żeby zdobyć wasze zdjęcia...

- Bryn, wiesz, że to, co mówisz, nie ma sensu.

- Jeszcze raz ci powtarzam, że oglądałam filmy i...

-  Właśnie,  filmy!  Maleńkie,  niewyraźne  obrazki,  na  których  niewiele  widać.  Ten,  kto  porwał 

Adama, wie, że na zdjęciach zostało uwiecznione coś, co mu zagraża.

Westchnęła cicho.

- Prześpij się. - Uśmiechnął się ciepło.

- Nie mogę przestać o tym myśleć...

- Chyba wiem, jak ci pomóc - mruknął i pocałował ją w ramię. Poczuła miły dreszcz. Zamknęła 

oczy i pozwoliła, by Lee obrócił ją na plecy.

Nie kłamał. Jego czułe dłonie i gorące pocałunki rzeczywiście sprawiły, że zapomniała o bożym 

świecie...

Usłyszała  muzykę,  jeszcze  zanim  na  dobre  się  obudziła.  Otrząsnąwszy  się  z  oparów  snu, 

rozpoznała  dobiegające  z  dołu  łagodne  dźwięki  fortepianu.  I  głos  Lee.  Dźwięczny  i  czysty  jak 

kryształ.

Pogrążona w przyjemnym letargu, słuchała go, wpatrując się w różowiejące za oknem poranne 

niebo.  Myślała  o  tym,  że  go  podziwia.  Za  jego  talent  i  nietuzinkową  osobowość.  I  że  jest  nim 

zafascynowana. A to, co czuje, to może być... miłość...

Porażona  tą  myślą  otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  bądź  głupia!  Skoro  brak  ci  charakteru  i  nie 

potrafisz odmówić sobie przyjemności, to sobie z nim bądź i ciesz się chwilą, ale nie zapominaj, że 

wasza przygoda skazana jest na krótki żywot. To zaledwie przerywnik...

Od którego zależy bezpieczeństwo Adama! Wspomnienie bratanka wystarczyło, by błogi nastrój 

prysł. Pospiesznie wstała z łóżka i narzuciwszy na siebie koszulę Lee, zeszła na dół.

Nie  przejmowała  się  swym  niekompletnym  strojem,  gdyż  była  pewna,  że  są  w  domu  sami. 

Okazało się jednak, że w kuchni przy stole siedzi Mick. Co ciekawe, wcale się nie zdziwił na jej 

widok. Może tylko rozbawił go jej rumieniec.

- Cześć, Bryn. Napijesz się kawy? - zapytał swobodnie.

-  Chętnie.  -  Wiedziała,  że  jeśli  zawróci  i  pobiegnie  na  górę,  zrobi  z  siebie  idiotkę.  Nie 

pozostawało jej nic innego, jak robić dobrą minę do zlej gry.

- Masz tu komplet negatywów i odbitek - oznajmił, podsuwając jej kubek i grubą kopertę z logo 

fotolabu.

Bryn spojrzała niepewnie w stronę Lee, który dawno już przestał grać i rozmawiał z kimś przez 

telefon.

- W porządku. Zobaczymy się wieczorem - rzekł do słuchawki, po czym ją odłożył i wrócił do 

background image

97

stołu. Usiadł naprzeciwko Bryn, ale nie wyjaśnił, z kim rozmawiał. Za to delikatnie pogładził stopą 

jej łydkę. - Odpoczęłaś - powiedział miękko.

- Tak myślisz? - Zawstydzona spuściła wzrok.

- Mhm.  Pięknie wyglądasz.  Jakbyś dopiero co wstała  z  łóżka, ale na mnie taki wygląd bardzo 

działa.

-  No,  nie  zapominajcie,  że  tu  jestem!  -  obruszył  się  Mick.  -  Wy  tu  sobie  gruchacie  jak  dwa 

gołąbki, a moje życie erotyczne praktycznie nie istnieje. Miejcie odrobinę wyczucia!

Spojrzeli  na  niego  zaskoczeni,  a  potem  oboje  zaczęli  się  śmiać.  Gdy  po  chwili  popatrzyli  na 

siebie,  ich  roześmiane  oczy lśniły  radością.  Dobrze  z  nim  być,  pomyślała.  Szybko  można  się  do 

tego przyzwyczaić. Zbyt szybko. Otrzeźwiona tą myślą, postanowiła skupić się na konkretach.

-  Co  robimy,  Lee?  -  zapytała.-  Jedziemy  do  ciebie.  Jeśli  przeczucie  mnie  nie  myli,  ten  drań 

niedługo zadzwoni.

Mick wstał, przeciągnął się i pocałował Bryn w policzek.

- Nie martw się, będzie dobrze - pocieszył ją. - Jadę do roboty. Powiem ludziom, że was dzisiaj 

nie będzie. Trzymam za was kciuki. Jak by co, dzwońcie.

- Dzięki, Mick - powiedziała cicho. Lee odprowadził go do drzwi i chwilę z nim rozmawiał.

- Leć się ubrać - zawołał do niej.

Odniosła wrażenie, że chce zostać z Mickiem sam, by móc powiedzieć mu coś w cztery oczy. 

Nie  miała  czasu  zastanawiać  się  nad  jego  motywami.  Pobiegła  na  górę,  by  przed  wyjściem 

przynajmniej trochę się odświeżyć. Ponieważ w małej łazience obok sypialni, w której miała spać, 

nie  było  mydła,  ręcznika  ani  pasty,  postanowiła  skorzystać  z  olbrzymiego  pokoju  kąpielowego 

przylegającego do sypialni Lee.

Zaczęła  szukać  przyborów  toaletowych  i  w  jednej  z  szafek  natrafiła  przypadkiem  na  papier 

nutowy z zapisanymi słowami piosenki. Utwór musiał powstać jakiś czas temu, gdyż brzegi kartki 

zdążyły lekko zżółknąć. Nie znała nut, za to z ciekawością przebiegła oczami linijki tekstu:

„Mijają  dni,  moja  kochana.  Liście  opadły,  wiruje  śnieg.  A  ja  wciąż  myślę,  moja  kochana, 

dlaczego miłość zniszczyła nas. Och, Victorio... Śmierć rozdziela. Dzikie serce. Co było w twoich 

fiołkowych  oczach,  że  nie  umiałem  dostrzec  w  nich  kłamstw?  A  przecież  mogłem,  kochanie, 

pokazać ci, jak sięgnąć gwiazd. Och, Victorio, nicość i pył. I serca ból”.

- Co ty tu robisz, do cholery?!

Zaskoczona podniosła oczy. Lee  stał w  drzwiach.  Był  wściekły,  ale  Bryn tak poruszyły słowa 

piosenki, że w pierwszej chwili nie zwróciła na to uwagi.

- Nie znam tego utworu - powiedziała. - Piękny tekst, tylko strasznie smutny... - Umilkła, gdyż 

Lee podszedł do niej i bez słowa wyrwał jej kartkę.

- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! - warknął , i wyszedł, trzaskając drzwiami.

background image

98

Miała ochotę się rozpłakać; poczuła się jak dziecko skarcone przez dorosłego. Przecież nie miała 

złych  intencji,  nie  chciała  być  wścibska...  Miejsce  rozżalenia  szybko  zajął  gniew.  I  poczucie 

upokorzenia.

- Skończony drań! - syknęła. Dopiero co się z nią kochał, a teraz traktuje ją jak obcą. Jak jedną z 

wielu przygodnych panienek, które dostarczają mu łatwej rozrywki. Pokazał, gdzie jej miejsce. To, 

że poszła z nim do łóżka, nie znaczy, że ma prawo zaglądać w głąb jego duszy.

-  Pospiesz  się!  Musimy  jechać!  -  zawołał  z  dołu.  Wolałaby  raczej  wyskoczyć  przez  okno,  niż 

słuchać jego rozkazów, ale wiedziała, że nie czas na demonstracyjne gesty. Chodzi o Adama, więc 

musi zapomnieć o urażonej dumie.

Lee czekał na nią przy drzwiach wejściowych. Minęła go bez słowa i poszła do samochodu.- Daj 

mi  kluczyki - poprosił.  Zrobiła to  bez  protestu,  ale w  czasie jazdy nie odezwała  się do  niego  ani 

razu.

- Przepraszam cię - powiedział, gdy zbliżali się do jej domu.

- Nie ma sprawy.

- Naprawdę żałuję tego,  co zrobiłem. Nie miałem prawa tak na ciebie naskoczyć. To było bez 

sensu.

- Powiedziałam, nie ma sprawy - burknęła, obrzuciwszy go spojrzeniem. Mimo przeprosin wciąż 

czuła się dotknięta.

Wysiadła z samochodu, nie czekając, aż skończy parkować. Zignorowała jego mało pochlebny 

komentarz  i  pobiegła  do  Barbary,  która,  zwabiona  hałasem,  wyjrzała  z  domu.  Bryn  nie  zdążyła 

jeszcze  wejść  do  środka,  gdy  zadzwonił  telefon.  Zastygła  w  bezruchu,  patrząc  bezradnie  w 

przerażone oczy przyjaciółki. Nim minęła sekunda, oprzytomniała i pobiegła odebrać.

- Halo? - zawołała bez tchu.

Odpowiedział jej przeraźliwy, makabryczny rechot.

- Panna Keller?

- Tak...

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem; dobre dzieci będą w niebie!

- Nie! Nie! - krzyknęła histerycznie, nie panując nad głosem ani nad łzami. Czuła, że za’ chwilę 

upadnie, znokautowana przez paniczny lęk...

A jednak nie upadła. Podtrzymało ją silne ramię. Ktoś litościwie wyjął słuchawkę z jej ręki.

- Słuchaj no, cholerny dowcipnisiu!  Koniec zabawy! Mówi  Lee Condor.  Co,  nie spodziewałeś 

się mnie usłyszeć? Błąd! Myślałeś, że po tym, jak włamałeś mi się do domu i poszatkowałeś kulami 

drzwi,  będę  stał  z  boku  i  spokojnie  się  przyglądał,  co  wyprawiasz?  Niedoczekanie!  Jeśli  chcesz 

uwolnić się od swoich kłopotów, chłopcu włos nie może spaść z głowy. Ty nam dajesz małego, my 

dajemy ci zdjęcia. Jasne? I żadnych numerów! - mówił Lee, nie dopuszczając szantażysty do głosu. 

background image

99

Dopiero potem zaczął  słuchać. Po  chwili roześmiał  się sucho.  - Nie bój  się, nie będziesz  miał  ze 

mną do czynienia. Niestety... - rzekł, spoglądając na Bryn.

- Zdjęcia przekaże ci Bryn. Daję ją do telefonu.

Pewnym ruchem wcisnął jej słuchawkę do ręki. Miała wrażenie, że udziela jej się jego spokój, 

przenika ją jego siła. Kiedy się odezwała, jej głos brzmiał twardo:

- Dostaniesz swoje zdjęcia, ale najpierw chcę porozmawiać z Adamem! Teraz!

Zagryzła wargi i czekała w napięciu.

- Ciocia Blyn?

Kiedy usłyszała niepewny, drżący głosik, w oczach zakręciły jej się łzy.

- Adam! Mój maleńki! Powiedz, nic ci nie jest? Nikt ci nie zrobił krzywdy?

W słuchawce rozległ się rozdzierający szloch.

- Ciociu, zabierz mnie stąd! Ja chcę do domu!

-  Nie  płacz,  kochanie!  Już  niedługo  wrócisz  do  domku,  obiecuję  ci  to!  Bądź  dzielny,  dobrze? 

Wytrzymaj jeszcze trochę! Adam? Adam?!!

-  No,  jak  tam,  panno  Keller?  -  zapytał  ochrypły  głos.  -  Dzieciak  jest  cały  i  zdrowy.  I  taki 

pozostanie, dopóki będziecie grzeczni. Przypilnuj swojego chłopaka, żeby nie narobił głupstw.

- Będziemy współpracowali! Przecież słyszałeś...

- Słyszałem, ale nie ufam Condorowi, złotko. Trzymaj go na krótkiej smyczy.

Spojrzała nerwowo na Lee, który wszystko słyszał.

- Lee nie będzie robił nic na własną rękę. Mam jego słowo.

- No widzisz! Mówiłem, że jak się trochę postarasz, każdy facet będzie jadł ci z ręki. Tylko bądź 

grzeczna!

- Oddaj mi Adama! - zawołała porywczo. - Mów, gdzie i kiedy mi go przekażesz?

- Przyznaj się, majstrowałaś przy negatywach? - zapytał znienacka.

- Niby kiedy miałabym to zrobić? - zniecierpliwiła się, patrząc niepewnie na Lee.

-  Już  dobrze,  złotko.  Nie  unoś  się.  Ale  pamiętaj,  że  mam  cię  na  oku.  Przyjedź  ze  zdjęciami, 

sama, do przełęczy Cutter Pass.

Bryn chciała krzyknąć z oburzenia, ale Lee wyrwał jej słuchawkę.

-  Zapomnij  o  tym!  -  rzucił  gniewnie.  -1  nie  bądź  taki  cwany!  Chciałbyś  mieć  zdjęcia,  Bryn  i 

dzieciaka, co? Nic z tego! Chcesz te fotki, to wymyśl jakieś inne miejsce. Dla ułatwienia dodam, że 

musi to być miejsce publiczne.

- Lee! - jęknęła Bryn zdruzgotana. Dla dobra Adama gotowa była pójść choćby do piekła.

- Masz jakieś sensowne propozycje, Condor? - zapytał szyderczo głos.

- Wyobraź sobie, że mam. Bryn będzie czekała w holu hotelu Mountain View. Będzie siedziała 

na czerwonej sofie, obok  automatu telefonicznego. Jak  tylko zobaczę Adama, zadzwonię  do niej. 

background image

100

Wtedy zostawi zdjęcia i odejdzie.

- Nie podoba mi się to miejsce. Za mało dyskretne.

- No to masz problem, stary. Bryn nie spotka się z tobą na żadnym odludziu. - Lee był nieugięty.

- A jaką mam gwarancję, że będzie sama? Nie zamierzam dać się oskalpować takiemu punkowi 

jak ty - zarechotał.

Lee nie dał się sprowokować.

- Zostanę u Bryn. Będę stał na tarasie, tak żebyście mogli mnie widzieć.

- Skąd pewność, że nie działam w pojedynkę?

- Po prostu wiem, że nie jesteś sam.

- W porządku - zgodził się wreszcie szantażysta.

- Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. Pamiętaj, że mogę zastrzelić dzieciaka. Jasne?

- Jasne.

- Dobra. Wymiana nastąpi za godzinę. O dziesiątej.

Nie zapomnij, co ci powiedziałem.

- Możesz być spokojny. Ale ja też mam ci coś do powiedzenia: jeśli temu małemu włos spadnie 

z głowy, dopadnę cię. I wcale nie zdejmę ci skalpu. Strzała z mojego luku rozerwie twoje parszywe 

serce. Rozumiemy się?

-  Owszem,  i  to  nad  wyraz  dobrze.  Wiem,  że  gdybyś  tylko  mógł,  narobiłbyś  bałaganu.  Na 

szczęście twoja pani nie pozwoli na to. Ale żeby trochę potrzymać ją w niepewności, a tobie, mamy 

grajku, przypomnieć, żebyś nie wyskakiwał przed orkiestrę, przytrzymam dzieciaka trochę dłużej.

- Co takiego? - zawołał Lee ochryple. Zdenerwowana Bryn zaczęła ciągnąć go za rękaw.

- To, co słyszałeś. Nici z wymiany. Poczekacie na małego do niedzieli. Zadzwonię z rana, żeby 

ustalić godzinę. Póki co będę was obserwował. Atelier twojej pani też. I wiesz, co chcę zobaczyć, 

Condor? Dwoje ludzi chodzących do pracy i z powrotem. I nikogo więcej. Kapujesz?

Bryn  słyszała  całą  rozmowę.  Nie  panując  dłużej  nad  emocjami,  wyrwała  Lee  słuchawkę  i 

zawołała z płaczem:

-  Nie!  Chcę,  żebyś  oddał  mi  Adama  dzisiaj!  Mam  gdzieś  twoje  zdjęcia!  Oddaj  mi  Adama! 

Błagam...

- Dostaniesz go w niedzielę. I to pod warunkiem, że ty i ten twój gwiazdor będziecie grzeczni. 

Nie ruszaj się z domu; zadzwonię koło dziewiątej.

Połączenie zostało przerwane.

- Nie! - krzyknęła, ciskając słuchawką o podłogę. - Nie! Nie! Nie!

- Bryn... - odezwał się Lee łagodnie, ale do niej nie docierały jego słowa. Nie wyobrażała sobie, 

jak  przeżyje  cztery  niewyobrażalnie  długie  dni  bez  Adama.  Na  przemian  płacząc  i  śmiejąc  się 

histerycznie, rzuciła się z pięściami na Lee, w którym dostrzegła kozła ofiarnego.

background image

101

-  Wszystko  przez  ciebie!  -  krzyczała.  -  Ten  drań  domyślił  się,  że  coś  kombinujesz.  Niech  cię 

jasny szlag!

-  Bryn, uspokój  się!  Proszę...  -  Próbował  ją  przytrzymać,  ale  wyrywała  mu  się  z  zadziwiającą 

siłą, zrodzoną z lęku i przerażenia. Niech się wykrzyczy ,pomyślał Lee, ale szybko zorientował się, 

że  to  nie pomaga; atak  histerii  narastał. Niewiele  myśląc, złapał  Bryn i  powalił na podłogę. Tam 

chwycił ją za nadgarstki i unieruchomił jej ręce. Mimo to nie przestawała z nim walczyć. - Bryn... -

W końcu przestała się rzucać i spojrzała na niego przez łzy.

- Ja tego nie przeżyję. Nie wytrzymam tego czekania - jęknęła udręczona.

- Bryn... - To Barbara przyklękła obok na podłodze.

- Skarbie, jeśli nie przestaniesz wrzeszczeć, obudzisz Keitha i Briana, o ile już tego nie zrobiłaś. 

Musisz być silna, właśnie dla nich. Przecież nie chcesz napędzić im strachu, prawda?

Bryn trochę oprzytomniała.  Zupełnie zapomniała o Barbarze.  Za plecami  przyjaciółki widziała 

zatroskaną twarz Andrew. A tuż nad sobą... Lee. Trzymał ją, ale ostrożnie, tak by nie sprawie jej 

bólu.  Zaczęła cicho  płakać.  Wtedy  ją  puścił  i  przytuliwszy do  siebie,  zaczął  głaskać  i  uspokajać, 

jakby była dzieckiem.

- Adamowi nie stała się krzywda. Wiesz, bo przecież rozmawiałaś z nim. Czekanie jest straszne. 

Rozumiem, jak ci ciężko, ale musimy jakoś przetrwać. Po prostu musimy.

- Ja nie dam rady, Lee. Czuję się tak, jakby ktoś wbił mi w serce nóż...

- Dasz radę. Jesteś silna.

Czy sprawiła to jego niezachwiana wiara? Czy też fakt, że Brian i Keith zeszli na dół? Wzięła się 

w garść. Przez łzy patrzyła na swoich chłopców. Dużych i mądrych na swój dziecięcy sposób. Nie 

mogła pozwolić, by udzielił się im jej paniczny strach. Nie chciała, by cierpieli.

- Ciociu, dlaczego tak strasznie krzyczysz? - zainteresował się Brian.

-  Co  ty,  nie  znasz  ciotki?  Ona  ma  charakterek!  -  odparł  gładko  Lee.  -  Okropnie  się  na  mnie 

zdenerwowała,  ale  już  jej  przeszło.  Postanowiła  mi  wybaczyć.  Hej,  panowie,  czy  wy  nie 

powinniście być już w szkole? Lepiej się pospieszmy!

- Odwiezie pan nas do szkoły? - Keith otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

- Ojej! - Brian popatrzył na brata. - Dzieciaki zzielenieją z zazdrości. Szkoda, że Adam tego nie 

zobaczy.

Bryn ostrożnie wysunęła się z opiekuńczych ramion Lee.

- Lećcie się ubrać, a potem migiem na śniadanie. Strasznie dziś zaspaliśmy.

Nie  pojmowała,  jakim  cudem  udało  jej  się  dotrwać  do  końca  dnia.  Zachowywała  się  jak 

maszyna, nie człowiek. Po tym, jak Lee odwiózł chłopców do szkoły, wzięła prysznic i pojechała z 

Barbarą na plan teledysku. Po próbie Lee przywiózł ją do domu i został na kolacji.

Bryn  była  tak  wycieńczona  psychicznie  i  fizycznie,  że  zasnęła  na  kanapie  z  głową  na  jego 

background image

102

ramieniu. Tak oto udało jej się przetrwać pierwszy dzień oczekiwania.

background image

103

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Gdy obudziła się następnego ranka, wciąż czuła w sercu ból. I paraliżujący strach. Na szczęście 

była w stanie nad nim zapanować. Leżała we własnym łóżku. Lee musiał przynieść ją do sypialni. 

Rozejrzała się półprzytomnie i w końcu go dostrzegła. Stał obok toaletki i wkładał zegarek.

- Dzień dobry - powiedział, podchwyciwszy w lustrze jej spojrzenie.

Próbowała odpowiedzieć uśmiechem na jego uśmiech, ale wypadło to raczej blado.

- Jak się czujesz? - zapytał, siadając na łóżku.

- Nieźle.

Wziął ją za rękę i zaczął delikatnie gładzić.

- Muszę wstać i wyszykować chłopców do szkoły...

- Już ich odwiozłem.

- Odwiozłeś ich? Ale...

- O nic się nie martw. Dałem im śniadanie i przypilnowałem, żeby się umyli i porządnie ubrali.

Kiwnęła głową, ale po chwili powiedziała głucho:

- Sąsiedzi niedługo się zorientują, że z tobą sypiam.

- I co z tego?

- Nic. Nie obchodzi mnie, co sobie o mnie pomyślą. Chodzi mi tylko o dzieci.

-  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  że  nie  naraziłbym  na  szwank  twojej  opinii,  ale  teraz  nie  mogę 

zostawić cię samej.

- Wiem. Lee?

- Tak?

- Dziękuję.

Uśmiechnął się i czule pogładził jej policzek.

-  Nie  spiesz  się  z  podziękowaniami.  Przed  nami  jeszcze  długa  droga  -  stwierdził.  -  Zaparzę 

kawę, a ty się ubierz. Pamiętasz, że przed nami dzień pracy?

Gdy wyszedł, odrzuciła przykrycie i usiadła na brzegu łóżka. Była naga, więc od razu przeniknął 

ją poranny chłód. Zaskoczyło ją, że nie czuje się skrępowana tym, że Lee rozebrał ją i położył spać. 

Wydało jej się to zupełnie naturalne i pozbawione erotycznego podtekstu. Zupełnie jakby znali się i 

przyjaźnili  od wielu lat. Będzie cię to  drogo kosztowało,  przypomniała sobie.  Nie szkodzi.  W tej 

chwili  nie  ma  znaczenia,  co  z  nią  będzie.  Liczy  się  tylko  to,  żeby  Adam  wrócił  do  domu.  Pod 

koniec  dnia  Bryn  poczuła  się  na  tyle  spokojna,  że  wreszcie  odważyła  się  porozmawiać  z  Lee  o 

zagadkowym zachowaniu szantażysty.

- Wiesz, im dłużej o tym wszystkim myślę, tym mniej z tego rozumiem - przyznała, podając mu 

kubek  herbaty.  -  Facetowi  powinno  zależeć,  żeby  odzyskać  te  zdjęcia  jak  najszybciej,  prawda? 

Przecież możemy je dokładnie obejrzeć.

background image

104

-  Ja  też  się  nad  tym zastanawiałem  -  odparł,  otaczając  ją  ramieniem.  -  Jestem  pewny,  że  drań 

wszystko dokładnie przemyślał. Po pierwsze wie, że dopóki ma Adama, jest bezpieczny. Po drugie 

jest pewny, że na filmach, czy nawet zwykłych odbitkach, niczego nie zauważymy. To, co zostało 

przypadkowo uwiecznione  na  tych zdjęciach,  na  pewno  nie  rzuca  się  w oczy.  Można  to  dostrzec 

dopiero  w  dużym  powiększeniu.  Musiałabyś  ślęczeć  godzinami  w  ciemni,  żeby  wielokrotnie 

powiększyć każde zdjęcie.

- Czemu więc tak desperacko chce je odzyskać?

-  Bo  jest  na  nich  coś,  co  mu  zagraża.  A  skoro  to  coś  tam  jest,  może  kiedyś  zostać  wykryte  i 

posłużyć za dowód rzeczowy. - Lee upił łyk herbaty, a potem spojrzał na nią i powiedział: - Bryn, 

powinniśmy przenieść się do mnie.

- Przecież to niemożliwe! Co będzie, jak zadzwoni?

- Powiedział, kiedy się z tobą skontaktuje, więc przyjedziemy tu i będziemy czekali na telefon. 

Zaufaj mi! Kazałem założyć w domu alarm. Będziemy o wiele bezpieczniejsi.

- Sama nie wiem. Chłopcy...- Będą zachwyceni. Nie zapominaj, że mam duży basen!

- Ale...

- Bryn, wiesz, że mam rację. Nie bądź uparta. Milczała, więc mówił dalej:

- Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniśmy zrobić. Dirk Hammarfield poprosił, żebyśmy zagrali 

w  sobotę  na  przyjęciu.  Miałem  zamiar  odrzucić  zaproszenie,  ale  zmieniłem  zdanie.  Chciałbym, 

żebyś przyszła tam razem z Barbarą. Może uda nam się coś wywęszyć.

-  Czyś  ty  oszalał?  Chcesz  narazić  Adama  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo!  -  zawołała 

poruszona.

- Wcale nie oszalałem! - zaprotestował. - Nie ruszymy tych cholernych zdjęć, dopóki Adam nie 

wróci. Będziemy postępowali tak, jak chce szantażysta. Ale w końcu będziemy musieli dowiedzieć 

się, kim on jest i co takiego zrobił. Chyba nie chcesz bać się do końca życia, że któregoś dnia znów 

cię  dopadnie?  A  jeśli  to  sprawka  Hammarfielda?  Dopuścisz  do  tego,  żeby  taki  łajdak  został 

senatorem? Poza tym chyba lepiej, żebyś poszła między ludzi, niż siedziała w domu i zadręczała się 

na śmierć.

- A co z chłopcami? Przecież nie zostawię ich samych!

- Zostaną u mnie, pod opieką Marie, mojej gospodyni. To przemiła osoba. Chłopcy na pewno ją 

polubią.

Bryn  milczała.  Długo  nie  mogła  podjąć  decyzji.  Obawiała  się,  że  nie  podoła  zadaniu,  które 

wyznaczył jej Lee. Miałaby stanąć twarzą w twarz z Hammarfieldem i zachowywać się tak, jakby 

nic  się  nie  stało?  I  w  dodatku  mieć  oczy  i  uszy  otwarte,  bo  a  nuż  uda  jej  się  wypatrzyć  coś 

podejrzanego? To chyba ponad moje siły, uznała.

Po chwili zmieniła zdanie. Poradzę sobie, postanowiła twardo. Początkowo wydawało jej się, że 

background image

105

nie  przetrwa  tych paru  dni  oczekiwania,  a  jednak  przetrwała. Powoli  uczyła  się,  że  jeśli  sytuacja 

tego wymaga, nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

Spojrzała na Lee, na jego ostry profil i szczupłe dłonie, w których trzymał kubek. Przypomniała 

sobie, jak bardzo się na nią zdenerwował, gdy przypadkiem przeczytała tekst piosenki. Nie chciała 

o  tym  myśleć.  Wołała  skupić  się  na  tym,  jak  wiele  mu  zawdzięcza.  Był  przy  niej,  ilekroć  go 

potrzebowała. Wspierał ją, pomagał, podtrzymywał na duchu.

-  Idę  do  łóżka  -  oznajmiła,  dopiwszy  herbatę.  Wahała  się  chwilę,  a  potem  zapytała:  -  Ty  też 

idziesz?

Długo patrzył jej  w oczy,  po  czym skinął  głową.  Wstał,  objął ją i  razem  weszli  na  górę. Tym 

razem kochała się z nim tak namiętnie, jakby tej nocy miał się skończyć świat.

Więc tak bawią się politycy, pomyślała, rozglądając się po wielkiej sali balowej hotelu Mountain 

View.  Eleganckie  wnętrze,  które  obserwowała  ze  swego  miejsca  przy  stoliku,  robiło  imponujące 

wrażenie:  w  świetle  kryształowych  żyrandoli  lśniła  srebrna  zastawa  stołowa  i  migotały  klejnoty 

wytwornych kobiet, które, wystrojone w futra i wieczorowe suknie, dumnie kroczyły po miękkich 

dywanach u boku przystojnych mężczyzn w smokingach. W innej sytuacji Bryn pewnie cieszyłaby 

się,  że  tu  jest.  Dziś  jednak  była  zbyt  zdenerwowana  i  zmartwiona,  by  delektować  się  niezwykłą 

atmosferą  wieczoru.  Ani  na  chwilę  nie  przestawała  myśleć  o  Adamie.  Jeszcze  tylko  jedna  noc,  i 

znów  będą  razem.  Musi  być cierpliwa.  Niebawem  coś  się  wydarzy;  tryby  niewidzialnej  maszyny 

pójdą w ruch, zdarzenia nabiorą tempa.

Zaczęła się rozglądać, nagle bardzo spięta. Czy to możliwe, by Dirk Hammarfield - ten wiecznie 

uśmiechnięty i  zadowolony  z  siebie  przyszły senator  -  był  kidnaperem?  W  ciągu dnia  wiele  razy 

oglądała stykówki, ale zdjęcia były zbyt małe, by dojrzeć szczegóły. Będzie musiała zaczekać, aż 

odzyskają Adama, i dopiero wtedy zacznie robić powiększenia...

Jej  myśli  ułożyły  się  w  natarczywie  powracający  ciąg:  Hammarfield,  hotel  Sweet  Dreams, 

zdjęcia, polityka, Adam!

-  Bryn!  Przestań  się  tak  gapić.  -  Barbara  kopnęła  ją  pod  stołem  w  kostkę.  -  Wzbudzimy 

podejrzenia!

Bryn  otrząsnęła  się  z  zamyślenia  i  spojrzała  na  przyjaciółkę.  Gdy  po  południu  przyjechała  do 

domu, by się przebrać, znalazła w swojej sypialni rzeczy Barbary pomieszane z rzeczami Andrew, 

który zaofiarował się, że będzie pilnował dobytku.

Nie miała pojęcia, że tych dwoje coś łączy. Od zniknięcia Adama ledwie cokolwiek dostrzegała. 

Dlatego odkrycie, iż Barbara i Andrew mają romans, nie tyle ją zszokowało, co raczej zdziwiło. Nie 

pytała jednak o nic, uznała bowiem, że nie ma prawa wtrącać się w prywatne sprawy przyjaciółki. 

Obie będziemy leczyły złamane serca, pomyślała.

-  I  co  o  tym  myślisz?  -  zagadnęła  ją  nagle  Barbara.  Lee  i  Andrew  poszli  przygotować  się  do 

background image

106

występu, więc zostały same przy stoliku.

- Myślę, że za pieniądze, które poszły na tę galę, można by załatać dziurę w budżecie państwa -

szepnęła.

Barbara roześmiała się nerwowo.

- Nie o to pytam - odszepnęła. - Chodzi mi o naszego przyszłego kongresmana. Myślisz, że jest 

szantażystą?

Bryn  poczuła  na  plecach  nieprzyjemny  dreszcz.  Czy  to  możliwe,  by  ten  sympatyczny 

mężczyzna,  który  właśnie  skończył  przemawiać,  okazał  się  zimnym  draniem,  zdolnym  porwać  i 

uwięzić małego chłopca?

Nie wyglądał na złoczyńcę.

- Sama nie  wiem,  Barb  - przyznała  szczerze.  -  Ale raczej  nie  chce mi  się  wierzyć,  że  mógłby 

zrobić coś takiego. Ma zbyt wiele do stracenia.

- Tacy są najgorsi. Cicha woda! - Barbara uśmiechnęła się cierpko.

- Nie chcę o tym rozmawiać. I bez tego okropnie się denerwuję. - Bryn nie próbowała udawać 

odważnej.

- Jeśli nie o tym, to o czym?

- O tobie i Andrew - wypaliła bez zastanowienia.

Barbara uśmiechnęła się szeroko.

- Andrew jest cudowny!  - rozpromieniła się, wcale nie speszona pytaniem.  - Czuły, wrażliwy, 

seksowny - wyliczała z entuzjazmem. - I co najważniejsze, woda sodowa w ogóle nie uderzyła mu 

do głowy.

Bryn  słuchała  jej,  bawiąc  się  pałeczką  do  mieszania  drinków,  którą  miała  w  swoim  dżinie  z 

tonikiem.- A między wami... to coś poważnego? - zapytała.

- A skąd ja mam wiedzieć? - Barbara uśmiechnęła się beztrosko. - Przecież ledwo się znamy!

- Wiem, ale myślałam, że skoro dwoje ludzi lubi się na tyle, żeby...

- To zaczynają iść razem pewną drogą i patrzą, dokąd ich zaprowadzi.

- Nigdy nie masz żadnych obaw? - zapytała Bryn.

- Zależy ci na Lee, prawda?

- Czy ja wiem... Nie, to bez sensu. Nie będę cię okłamywała. Tak, zależy mi - przyznała cicho. -

Tak  krótko  go  znam,  niewiele  o  nim  wiem.  Zwłaszcza  jego  przeszłość  jest  dla  mnie  zagadką. 

Dlatego czuję się niepewnie.

Barbara  zamierzała  coś  powiedzieć,  ale  umilkła,  widząc,  że  pod  sceną  zaczął  się  ruch.  W  tej 

samej  chwili  Dirk  Hammarfield  pochylił  się  nad  mikrofonem  i  zapowiedział  występ  grupy  Lee 

Condora;  kurtyna  rozsunęła  się  i  rozległo  się  mocne  uderzenie  perkusji,  rozpoczynające  rockową 

balladę z pierwszej płyty zespołu.

background image

107

Ponieważ na przyjęciu wymagane były stroje wieczorowe, chłopcy włożyli smokingi. Bryn po 

raz pierwszy widziała Lee ubranego tak elegancko. Prezentował się znakomicie; biała, marszczona 

na piersi koszula podkreślała jego ciemną karnację i wyraziste rysy twarzy. Patrząc na niego, Bryn 

czuła przyjemny dreszcz, który ogarniał jej ciało.

Zawsze  będę  miała  do  niego  słabość,  przyznała  uczciwie.  Zakochałam  się  jak  ta  idiotka  i  nie 

będę umiała o nim zapomnieć...- Nie lubię filozofować - szepnęła jej Barbara do ucha - ale jak tu 

nie  wierzyć  w  głęboką  mądrość  niektórych  powiedzonek.  Na  przykład  tego,  że  nic,  co  w  życiu 

najlepsze, nie przychodzi łatwo.

- Zostało jeszcze parę dni zdjęciowych i wideoklip będzie gotowy - zauważyła Bryn trzeźwo.

-  A  ty  już  się  martwisz,  że  Lee  zniknie  równie  niespodziewanie,  jak  się  pojawił?  Nikt  ci  nie 

zagwarantuje, że tak się nie stanie. - Barbara była realistką. - Aleja mam oczy i widzę, że Lee jest 

tobą zainteresowany.

Bryn skrzywiła się lekko.

- Może czuje się odpowiedzialny za to, co się stało...

Barbara prychnęła.

-  No  wiesz!  Ty  chyba  w  ogóle  nie  znasz  faceta,  z  którym  śpisz!  Odpowiedzialność 

odpowiedzialnością, ale gdyby nie chciał z tobą być, tyle byś go widziała! Poza tym nawet ślepy by 

zauważył, że nie możecie oderwać od siebie oczu.

- Mhm  - burknęła Bryn.  Właśnie  miała wygłosić  stosowną ripostę, gdy nagle  poczuła, że  ktoś 

lekko klepie ją w ramię. Za jej plecami stał Dirk Hammarfield.

- Jak się panie bawią?

Bryn niemal krzyknęła. Gdzie jest Adam! Co z nim zrobiłeś?! Jeśli mi go jutro nie oddasz...

Co  ja  tu  robię?  Czego  tu  szukam?  -  pytała  bezradnie  samą  siebie,  wpatrując  się  jak 

zahipnotyzowana w plastikowy uśmiech, który nie znikał z twarzy polityka.

-  Cudowny  wieczór  -  wydukała  po  chwili,  po  czym  ze  zdenerwowania  zaczęła  paplać  jak 

nakręcona: - K-acz-ka była przepyszna. Sosy do sałatek są niezrównane...- Tak, tak. A karczochy? 

W  życiu  nie  jadłam  lepszych  -  wtórowała  Barbara,  której  udzieliło  się  jej  zdenerwowanie.  W 

efekcie trajkotały jedna przez drugą, niezdolne sklecić dwóch sensownych zdań.

- Cieszę się, że smakowała paniom kolacja. - Dirk Hammarfield nie wychodził z roli uprzejmego 

gospodarza.  -  Muszę  powiedzieć,  że  Lee  Condor  wybrał  dla  mnie  piękną  balladę  -  zauważył, 

czyniąc gest w stronę sceny. - Mogę prosić panią do tańca, panno Keller?

- Oczywiście - odparła z równie sztucznym uśmiechem, choć wszystko w niej aż krzyczało: nie!

Ledwie  stanęli  na  parkiecie,  pożałowała,  że  mu  nie  odmówiła.  Jej  partner  okazał  się  bowiem 

zwolennikiem  bliskiego  kontaktu  ciał  w  tańcu.  Bryn  usiłowała  dyskretnie  odsunąć  się  na 

bezpieczną  odległość,  ale  szybko  zorientowała  się,  że  niewiele  wskóra,  nie  robiąc  przy  okazji 

background image

108

skandalu. Co podkusiło Lee, żeby grać takie ckliwe kawałki, zżymała się, wykręcając nienaturalnie 

szyję.

-  Jak  pańska  kampania?  -  zapytała,  gdy  na  moment  udało  jej  się  oderwać  policzek  od  jego 

ramienia.

-  Wspaniale!  -  odparł  bez  chwili  wahania.  Jego  dłoń  wędrowała  po  jej  plecach,  by  w  czasie 

nagłego  obrotu  bezceremonialnie  spocząć  na  jej  pośladkach.  Stało  się  to  akurat  w  chwili,  gdy 

znaleźli się tuż pod sceną. Bryn nie miała wątpliwości, że Lee wszystko widzi. I że jest wściekły. 

Ona  też  była  wściekła.  Co  on  sobie  wyobraża?  Że  lubi  być  obmacywana  przez  obcych  facetów? 

Sam jest wszystkiemu winny. Przyszła tu za jego namową.

-  Jak  się  udały  zdjęcia?  -  zagadnął  ją  Hammarfield.-  Niestety,  nie  wiem  -  skłamała  gładko, 

ignorując nagle przyspieszenie akcji serca. - Zaraz po wywołaniu filmów oddałam je Lee - dodała, 

mężnie patrząc mu w oczy. Ciekawiło ją, jak zareaguje.

- Szkoda. - Nie drgnęła mu nawet powieka. - Chętnie bym je obejrzał - stwierdził, patrząc jej w 

oczy. W tym czasie jego ręka zsuwała się coraz niżej.

Bryn  przeraziła  się,  że  jeszcze  chwila  i  zacznie  się  do  niej  dobierać.  Uśmiechnęła  się  i 

powstrzymała jego dłoń.

- A gdzie pańska małżonka? - zapytała niewinnie. Miała dość i chciała jak najszybciej skończyć 

tę farsę. - Jeszcze nie miałam okazji jej poznać.

Hammarfield zbladł. Właśnie otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz nagle obejrzał się za siebie.

- Odbijany! - zawołał Mike Winfeld, stukając go w ramię. - Pozwoli mi pan zatańczyć ze swoją 

partnerką?

- Oczywiście. Bardzo proszę. - Hammarfield bez protestu odsunął się na bok.

- Można panią prosić?

- Tak. - Bryn z ulgą przeniosła się w objęcia przystojnego golfisty, który nieświadomie uchronił 

ją przed seksualnym molestowaniem na parkiecie.

- Nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy - zauważył.

- Ostatnio mam mnóstwo pracy - usprawiedliwiła się.

- Przy sesjach zdjęciowych z udziałem gwiazd?

- Nie, na planie nowego teledysku Lee Condora. 

Jestem tancerką.

- To widać! - stwierdził z uznaniem.- Jak idzie gra?

- Dziękuję, nie narzekam. Od czasu do czasu trafia się na bunkier, ale zawsze udaje się z niego 

jakoś wyjść. Kiedy znajdzie pani czas, żeby mnie sfotografować?

- Jeszcze nie wiem. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - Najpierw muszę skończyć pracę dla Lee.

-  Szkoda...  -  Westchnął, robiąc  gwałtowny zwrot.  Bryn zorientowała  się,  że  wpadła  z  deszczu 

background image

109

pod rynnę;

Mike Winfeld kleił się do niej tak samo jak Hammarfield i miał tak samo „wędrujące” dłonie. 

Tyle że w odróżnieniu od polityka był niezwykle szybki; ledwie nadążała z robieniem uników...

Co za szczęście, że granie jest dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie, pocieszał się Lee. 

Dzięki temu w czasie koncertu mógł błądzić myślami, gdzie tylko chciał. Cholera! Tak naprawdę 

nigdzie nie błądził, tylko bez przerwy obserwował Bryn!

Skręcał się z zazdrości, widząc, jak tańczy z Hammarfieldem, a potem z golfistą. Miała na sobie 

czarną  jedwabną  sukienkę,  która  wspaniale  podkreślała  jej  figurę.  W  jej  płynnych  ruchach  była 

niezwykła lekkość i gracja. W tańcu była oszałamiająco piękna.

I czego  tak  się  na  nią  gapisz,  idioto!  Skup  się  na tym,  co  robisz,  napominał samego siebie.  A 

jednak nie mógł oderwać od niej oczu. I nie był w stanie opanować zazdrości. Ona nie jest twoją 

własnością,  tłumaczył  sobie.  Mimo  to  czul  się  tak,  jakby  należała  wyłącznie  do  niego.  Był  nią 

urzeczony. Odkąd poznał  jej wspaniałe ciało, nie mógł znieść, że inni mężczyźni  dotykają jej...w 

taki  sposób.  Gdy  na  to  patrzył,  budziła  się  ciemna  strona  jego  natury.  Ta  nieokrzesana  i  dzika.  I 

bardzo  dobrze!  -  pomyślał  mściwie.  Z  całych  sil  uderzył  w  talerze  i  wyśpiewał  ostatnie  słowa 

piosenki.

Prawie nie słyszał ogłuszających braw. Żałował, że przyjął zaproszenie Hammarfielda. Jak dotąd 

nie  wydarzyło  się  nic  godnego  uwagi.  A  czego  się  właściwie  spodziewał?  Ze  wydarzy  się  coś 

istotnego.  Tymczasem  nie  stało  się  nic.  Oczywiście  nie  licząc  faktu,  że  był  tak  wściekły  i 

podminowany, iż w każdej chwili mógł wybuchnąć.

-  Hammarfield  zainteresował  się  zdjęciami  -  powiedziała  Bryn,  gdy  jechali  do  domu.  Lee  nie 

zareagował.

- Czy ty mnie słuchasz? Powiedziałam, że Hammarfield pytał mnie o zdjęcia.

- Słyszałem. O co jeszcze cię pytał?

- Proszę? - Zdumiał ją jego nieprzyjazny ton.

- Pytałem, co jeszcze mówił.

- Nie pamiętam - odparła, nie pojmując, skąd w nim ta nagła wrogość.

- Nic dziwnego. Trudno skupić się na słowach, jak się obściskuje z facetem.

- Obściskuje! Nie moja wina, że ten kretyn tak się zachowywał! - oburzyła się.

- Jasne. Ale jakoś nie przyszło ci do głowy, żeby go odepchnąć.

- Wyobraź sobie, że przyszło!

- Zabawne. Odczułem na własnej skórze, jaka potrafisz być skuteczna, gdy nie masz ochoty na 

czyjeś amory. A co z mistrzem golfa?

- Z Mikiem Winfeldem?

- Tak się nazywa?

background image

110

-  Posłuchaj,  Lee!  Nie  wiem,  co  cię  dzisiaj  ugryzło,  ale  nie  zamierzam  słuchać  twoich 

impertynencji!  To  ty  mnie  zaciągnąłeś na  tę  imprezę  i  kazałeś  szpiegować  Hammarfielda.  Ty...  -

Ugryzła  się  w  język,  bo  nie  chciała  zniżyć  się  do  rzucania  wyzwiskami.  Jednak  wściekłość  i 

zmęczenie wzięły górę nad rozsądkiem. - Ty draniu! Zastanawiałeś się, jak się czułam?! Ten łobuz 

może przetrzymywać Adama! Jest ostatnią osobą, z którą chciałabym mieć cokolwiek wspólnego!

- A co z Winfeldem?

- Odczep się!

- Mówiłaś, że lubisz golfistów.

Ogarnęło ją znużenie. Nie czuła się na siłach ciągnąć tej bezsensownej rozmowy. Przełknęła łzy 

i z premedytacją postanowiła zranić go tak boleśnie, jak on ją.

- Owszem, mam słabość do golfistów! A tobie nic do tego! Już ci mówiłam, żebyś się ode mnie 

odczepił!

- Bryn! - zaczął, po czym burknął: - Niech to szlag!

Zapanowała pełna napięcia cisza. Bryn nie chciała już spać z nim pod jednym dachem. Widziała, 

co się z nim dzieje, i obawiała się, że prędzej czy później nastąpi wybuch.

- Twierdzisz, że wszystko przeze mnie - odezwał się po chwili. - Ale to chyba nie moja wina, że 

musiałem patrzeć, jak jakiś frajer obmacuje kobietę, z którą sypiam!

- Obmacuje! Idź do wszystkich diabłów!

Ostro wszedł w zakręt i gwałtownie zahamował na podjeździe przed drzwiami.

- Tak, obmacuje! - powtórzył z wściekłością. Najchętniej rzuciłaby się na niego z pięściami. Był 

wobec niej wyjątkowo niesprawiedliwy.

- Nie poszłam na to przyjęcie z własnej ochoty!

- Ale z ochotą szczerzyłaś zęby do golfisty. Zdawało mi się, że świetnie się bawisz.

Wyskoczyła z samochodu i, trzasnąwszy drzwiami, ruszyła do zaparkowanego nieopodal vana. 

Jej obcasy wystukiwały szybki, nerwowy rytm.

- Można wiedzieć, dokąd się wybierasz? - zawołał.

-  Do  domu!  -  odkrzyknęła,  przetrząsając  torebkę  w  poszukiwaniu  kluczyków.  -  Przygotuję 

wszystko na powrót Adama. Jutro z samego rana przyjadę po chłopców.

- Wybij to sobie z głowy! Nigdzie nie pojedziesz!

-  Doprawdy?  A  to  dlaczego?  Dlatego,  że  jestem  „kobietą,  z  którą  sypiasz”?  Nie  jestem  twoją 

własnością. Nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Poza tym już raz byłam dziś „obmacywana” 

i wystarczy! Chcę spać we własnym łóżku!

Znalazła  kluczki,  ale  wiedziała,  że  i  tak  nie  zdąży  otworzyć  samochodu.  Za  plecami  słyszała 

chrzęst żwiru i zbliżające się szybko kroki. Lee zaraz ją dopadnie. Przestraszyła się jego złości. W 

tej samej chwili  poczuła na ramieniu  jego żelazny  uścisk.  Siłą  obrócił ją  w swoją stronę  i  zaczął 

background image

111

mówić, akcentując każde słowo:

- Bryn, nawet gdybym cię nienawidził i tobą pogardzał, i tak nie pozwoliłbym ci odjechać. Po 

prostu  nie  wolno  ci  tego  robić.  A  teraz  bądź  rozsądna,  przestań  się  awanturować  i  natychmiast 

wejdź do domu!

- Patrzcie go! Odezwał się rozsądny!

-  Sama  tego  chciałaś!  -  syknął  i  bezceremonialnie  zarzucił  ją  sobie  na  ramię.  Zaczęła  mu 

wymyślać i okładać go pięściami, ale nic sobie z tego nie robił. Wniósł ją do środka i dopiero tam 

postawił na ziemi.

-  Nie  będziesz  mi  rozkazywał!  -  Zacisnęła  pięści  i  ruchem  głowy  odrzuciła  do  tylu  włosy.  -

Wyjdę stąd, kiedy sama zechcę!

- Zostaniesz tu, dopóki nie rozwikłamy zagadki.

- Mam gdzieś twoje zagadki! Jutro odzyskam Adama i koniec z tym! Nie obchodzi mnie, kto za 

tym stoi.

- Ale mnie obchodzi. Nie zapominaj, że jestem stroną w tej sprawie. I bardzo nie lubię, kiedy 

ktoś próbuje mnie zastraszyć. Dlatego jeszcze raz ci mówię, że cię stąd nie wypuszczę - oznajmił. -

Nie  przyłożę  ręki  do  czyjejś  zbrodni  ani  twojego  samobójstwa.  Nie  chcę,  żeby  dotarła  do  mnie 

wiadomość o twoim tragicznym końcu. Nie mam zamiaru do końca życia zadręczać się pytaniem, 

czy mogłem temu jakoś zapobiec! Więc nie zachowuj się jak małe dziecko, chyba że chcesz, żebym 

potraktował cię jak rozkapryszoną smarkulę.

Wiedziała, że z nim nie wygra.

- W porządku, Lee. Doceniam twoją pomoc - rzekła pojednawczo, ale podświadomie dążyła do 

konfrontacji.  -  Odzyskamy  Adama,  potem  obejrzymy  te  zdjęcia,  ale  na  tym  koniec.  Wiem,  że 

powinnam mdleć ze szczęścia, że taka gwiazda jak ty zaszczyciła mnie swoją uwagą, aleja już raz 

przerabiałam ten scenariusz. I wiem, że to nie dla mnie. A teraz idę spać. Sama.

Wysłuchał  jej  przemowy  w  milczeniu.  I  tylko  jej  się  przyglądał.  Gdyby  nie  gwałtowne 

pulsowanie tętnicy na jego szyi, w ogóle nie byłoby widać, że jest wzburzony. Bryn uśmiechnęła 

się cierpko i odwróciła się, żeby pójść na górę. Pokonała zaledwie kilka stopni, kiedy chwycił ją za 

rękę. Tym razem w ogóle nie słyszała, jak się zbliża. Przestraszona krzyknęła. To, co wydarzyło się 

potem,  wyglądało  jak  scena  z  teledysku,  którą  powtarzali  setki  razy.  Bryn  obróciła  się  i  wpadła 

prosto w jego ramiona.

- Lee! Ja nie żartuję! - Szarpnęła się, ale wobec jego siły nie miała żadnych szans. - Nie chcę z 

tobą spać!

- Nie krzycz! Obudzisz Marie i chłopców. I nie udawaj niedotykalskiej tylko dlatego, że boisz 

się ostrej wymiany zdań! - mówił, ciągnąc ją za sobą na górę.

- Jakiej znowu wymiany zdań?! To ty wygłaszałeś obraźliwe uwagi i nawet nie pozwoliłeś mi się 

background image

112

bronić.  Bronić  się!  Co  ja  wygaduję!  To  jakaś  farsa!  Nie  muszę  się  przed  tobą  tłumaczyć.  Byłam 

głupia, że w ogóle...

Nie dokończyła. Zamknął jej usta pocałunkiem, w którym złość mieszała się z czułością. Bryn 

nie  miała  dość  sił,  by  się  wyrwać.  Zresztą  nie  była  już  pewna,  czy  chce.  Pożądanie  przepłynęło 

przez nią jak wezbrana rzeka, która znosi wszystkie przeszkody, jakie napotka na swej drodze.

Lee bezceremonialnie popchnął ją na łóżko.

-  Chyba  nie  słyszałeś,  co  powiedziałam.  -  Urażona,  walcząc  z  przeciwstawnymi  uczuciami, 

spróbowała pozbierać się i usiąść.

Lee nadal nie słuchał. Zdjął marynarkę i cisnął ją w kąt, po czym rozpiął spinki od mankietów. 

Po chwili koszula pofrunęła za nią i w świetle księżyca błysnęła naga skóra.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała zdumiona.

- Rozbieram się.

- Po co?

-  Po  to,  żeby  pójść  do  łóżka  z  kobietą,  z  którą  je  dzielę  -  oznajmił,  po  czym  spokojnie  zdjął 

resztę ubrania.

Nie pierwszy raz widziała go nagim, a jednak widok jego pięknego ciała nieodmiennie wprawiał 

ją w zachwyt. Kiedy powoli ruszył w jej stronę, zapomniała o przykrościach, które jej sprawił. A 

potem zupełnie straciła głowę.

- Lee... - Jego delikatny dotyk błyskawicznie obudził w niej pożądanie, mimo to postanowiła nie 

poddawać  się  bez  walki.  Syknęła  zniecierpliwiona  i  poderwała  się  z  łóżka,  by  natychmiast 

wylądować tam z powrotem.

- Ty mała idiotko! - Pełen pasji szept palił jej skórę. - Czy naprawdę nie pojmujesz, jak bardzo 

mi na tobie zależy? Kiedy mężczyzna kocha kobietę, łatwo daje się ponieść emocjom. Traci głowę. 

Staje się wściekły. Dziki. Szalony. Wystarczy, że zobaczy ją z innym. Nie jesteś moją własnością, 

ale  jesteś  moja.  Gdy  jesteśmy  ze  sobą,  tak  jak  teraz,  tylko  my  i  księżyc...  -  Wyrzucał  z  siebie 

urywane  słowa,  ale  dla  niej  ich  sens  był  jasny  jak  słońce.  Lee  ją  kocha.  Przed  sekundą  to 

powiedział...

Tylko czy na pewno wiedział, co mówi? Takie wyznania zdarzają się mężczyznom, którzy pod 

wpływem podniecenia gotowi są na wszystko. Krzyknęła, gdy gwałtownym ruchem podciągnął jej 

sukienkę  i  wcisnął  się  między  jej  nogi.  Wszedł  w  nią  mocno  i  głęboko,  przyprawiając  ją  o 

porażający  dreszcz.  Oszołomiona  wbiła  paznokcie  w  jego  ramiona.  Po  chwili  cala  była 

pragnieniem, w którym złość i ból mieszały się z najczystszym pożądaniem.

Spełnienie spłynęło na nią jak wysoka fala, po której przyszły następne, mniejsze i łagodniejsze. 

Kołysana  nimi  wolno  opadła  w  dół.  Wtedy  usłyszała  ochrypły  szept  Lee,  który  nieprzytomnie 

powtarzał  jej  imię.  Nagle  naprężył  się  jak  do  skoku,  a  po  chwili  jego  ciałem  wstrząsnął  dreszcz. 

background image

113

Objęła go mocno, i tuląc do siebie, próbowała odgadnąć, co było prawdą: miłość czy złość? Sama 

nie wiedziała, dlaczego nagle zaczęła płakać. Lee natychmiast uwolnił ją od ciężaru swojego ciała, 

objął ją i szepnął z niepokojem:

- Boże, Bryn, coś cię zabolało. Wybacz, jeśli byłem zbyt brutalny! Nie chciałem, żeby cię bolało. 

Przepraszam... Nie bój się mnie. Błagam...

Nie od razu pojęła sens jego słów. Początkowo jedynie wyczuwała jego udrękę, choć zupełnie 

nie  rozumiała  przyczyny.  Zdezorientowana  wysunęła  się  z  jego  objęć  i  spojrzała  mu  pytająco  w 

oczy.

- Skąd ci przyszło do głowy, że się ciebie boję?

Chwilę  milczał,  ale  dla  niej  to  była  wieczność.  Potem  ostrożnie  dotknął  jej  twarzy;  palce  mu 

drżały, gdy nieporadnie ocierał jej łzy.

- Dlaczego płaczesz? - wykrztusił.- Płaczę, bo... - Zawahała się. Chciała powiedzieć mu prawdę; 

upewnić  się,  czy  naprawdę  ją  kocha,  ale  zabrakło  jej  odwagi.  I  zaufania.  Wciąż  była  ostrożna, 

nawet wobec niego. A miłość...  Przekonała się, że  każdy rozumieją  po swojemu. Jeśli  ma zaufać 

Lee,  musi  mieć  niezachwianą  pewność,  że  traktuje  to  uczucie  tak  samo  poważnie  jak  ona.  I  że 

podziela jej wiarę w miłość, która nigdy się nie wypali. A co najważniejsze, musi wiedzieć, że jego 

uczucia wystarczy również dla trzech małych chłopców.

Wiedziała, że Lee niecierpliwie czeka, co mu powie. Nawet nie próbował ukryć, jak bardzo jest 

zdenerwowany. Nigdy dotąd nie widziała go w podobnym stanie.

- Lee, przysięgam, że wcale się ciebie nie boję. Nie sprawiłeś mi bólu. Ani dziś, ani wcześniej. 

Wszystko przez to, że czuję się zmęczona. Przeżyłam jeden z najgorszych wieczorów w życiu, a ty 

na domiar złego zacząłeś się czepiać...

- Bryn, jeszcze raz cię przepraszam. Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wybaczysz mi?

- Oczywiście, że wybaczę. Tylko czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zdenerwowałeś?

Pogłaskał ją po policzku, a potem z ciężkim westchnieniem opadł na poduszkę i wbił wzrok w 

sufit.

- Kiedyś wszystko ci wyjaśnię,  ale nie dziś.  - Po chwili zapytał niepewnie:  - Czy uważasz,  że 

jestem... brutalny?

Przytuliła  twarz  do  jego  ramienia.  Nie  rozumiała,  skąd  to  dziwne  pytanie,  ale  chciała  skrócić 

jego udrękę.

- Brutalny? Nie... Porywczy, namiętny, silny... owszem, ale na pewno nie brutalny. Łączysz w 

sobie wszystkie żywioły. A ja właśnie tego szukam...

Przygarnął  ją  mocniej  i  oparłszy  brodę  o  jej  głowę,  w  milczeniu  gładził  jej  włosy.  Po  raz 

pierwszy czuła, że to on szuka w niej oparcia.

- Opowiedz mi o swojej żonie - poprosiła.

background image

114

- Umarła - oznajmił beznamiętnie.

- Wiem. Chciałabym zrozumieć, co cię boli.

- Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię. Już niedługo. Wiedziała, że nie powinna nalegać; sama nie 

była  gotowa otworzyć się przed nim  do końca.  Może  z  nim  jest podobnie. Musi  uszanować  jego 

wolę. Być może jego lęki są równie silne jak jej własne. Choć mieli sobie tak wiele do powiedzenia, 

z ich ust nie padło już ani jedno słowo. Długo leżeli, patrząc w mrok, aż wreszcie zasnęli.

Gdy po pewnym czasie Bryn obudziła się, miejsce obok niej było puste. Zaniepokojona uniosła 

się na łokciu i rozejrzała dokoła. Lee stał na balkonie i wpatrywał się w noc. Księżyc oświetlał jego 

dumny profil i bezlitośnie obnażał smutek malujący się na jego twarzy.

- Lee!

- Obudziłem cię. Przepraszam - powiedział, wróciwszy do łóżka.

- Nieważne. Chciałabym ci jakoś pomóc. Tak wiele od ciebie dostałam...

- Nie, to ty dałaś mi wszystko.

Objął  ją  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Z  każdym  dniem  coraz  bardziej  jej  potrzebuję,  a  tak  niewiele 

brakowało, żebym wszystko zepsuł, pomyślał strapiony.

- Kochałem się z tobą jak dzikus. Wstydzę się tego. Pozwól mi to naprawić - poprosił. - Chcę ci 

pokazać, że potrafię być delikatny... Pora iść spać - szepnął jej do ucha później, gdy odpoczywali 

utrudzeni miłością.

Uśmiechnęła się  do  siebie.  Była mu  wdzięczna,  i  to  podwójnie.  Za  to,  że  nie  dał  jej  czasu  na 

myślenie o tym, co ich wkrótce czeka, i za to, że był z nią w chwili najciężej próby.

Naprawdę ma za co mu dziękować.

background image

115

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Była  niezdrowo  pobudzona;  mimo  nieprzespanej  nocy  w  ogóle  nie  czuła  zmęczenia.  Odkąd 

otworzyła  oczy,  myślała  tylko  o  jednym:  dziś  niedziela,  za  kilka  godzin  wreszcie  odzyskam 

Adama! Choć wiedziała, że to absurd, niecierpliwie czekała na telefon od porywacza. Podejrzewała, 

że gdy znów usłyszy jego glos, z wdzięczności chyba padnie na kolana. Musiała przyznać, że ten 

ktoś doskonale ją rozpracował. Od początku budował napięcie, które niemal ją zniszczyło. Gdyby 

nie Lee, chyba nie przetrwałaby tych kilku ciężkich dni.

Była  siódma  rano,  kiedy  energicznie  poderwała  się  z  łóżka  i,  ubrawszy  się,  zbiegła  na  dół. 

Wcześniej  ustalili,  że  Marie  zajmie  się  chłopcami  jeszcze  przez  kilka  godzin,  a  o  jedenastej 

zawiezie ich do domu Bryn.

Marie  przygotowała  śniadanie,  ale  Bryn  nie  była  w  stanie  przełknąć  ani  kęsa.  Niecierpliwie 

czekała na Lee, a kiedy wreszcie wszedł do kuchni, nawet nie pozwoliła mu wypić spokojnie kawy. 

Niemal od razu wyszli i pojechali prosto do niej. Po drodze prawie ze sobą nie rozmawiali - zżerały 

ich nerwy, więc woleli nie ryzykować awantury.

Gdy  dotarli  na  miejsce,  Bryn  w  pierwszym  odruchu  chciała  biec  prosto  do  mieszkania.  Na 

szczęście w porę przypomniała sobie, że w środku są Barbara i Andrew. Postanowiła uszanować ich 

prywatność i zamiast od razu wejść, zaczęła nerwowo dzwonić do drzwi.

-  Bryn,  opanuj  się!  -  Lee  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  -  Ten  drań  powiedział,  że  zadzwoni  o 

dziewiątej, a jest dopiero ósma. Mamy jeszcze dużo czasu.

- Nie mogę się nie denerwować. Nie masz pojęcia, co czuję! - odparowała.

- Wyobraź sobie, że mam. I nadal uważam, że źle zrobiliśmy, nie zawiadamiając policji.

- Nieprawda! Ci barbarzyńcy mogli zrobić krzywdę Adamowi!

- A ty mogłaś go odzyskać już cztery dni temu!

-  Wiem,  że  nic  mu  się  nie  stało!  Wszystko  będzie  dobrze!  Musi  być  dobrze!  -  zawołała 

histerycznie.

W tym momencie w uchylonych drzwiach pojawiła się Barbara. Widząc, co się dzieje, bez słowa 

wpuściła ich do środka.- Zrobię kawy - powiedziała, zerkając na zegarek. - To będzie wyjątkowo 

długa godzina.

Nie  myliła  się.  W  miarę  upływu  czasu  napięcie  rosło,  a  nerwowość  Bryn  szybko  udzieliła  się 

wszystkim.  Próbowali  nie  wchodzić  sobie  w  drogę,  bo  w  tak  ekstremalnych  warunkach  łatwo 

mogły komuś puścić nerwy.

Punktualnie  o dziewiątej zadzwonił telefon. Bryn chwyciła słuchawkę, zanim  rozległ się drugi 

dzwonek.

- Brawo, panno Keller. Widzę, że nie lekceważysz moich słów. Masz dla mnie to, o co prosiłem?

- Tak, tak! Mam wszystko. Filmy i stykówki. Niczego nie ruszałam. Kiedy oddasz mi Adama? -

background image

116

zapytała błagalnie.

Odpowiedział jej ochrypły śmiech.

- Daj mi Condora - rozkazał glos.

- Nie! Umawialiśmy się, że załatwisz tę sprawę ze mną. Oddaj mi Adama! Proszę cię...

- Daj mi Condora! - Szantażysta był nieugięty.

-  Oddaj  nam  dzieciaka!  -  Lee  sam  przejął  od  niej  słuchawkę.  -  I  to  zaraz,  bo  jak  nie,  to 

przyjrzymy się uważnie twoim zdjęciom!

- Spokojnie, Condor! Dostaniecie go. Wszystko w swoim czasie. Jak go wypuszczę, zadzwonisz 

do automatu, który jest  w holu i powiesz  pannie Keller, żeby zostawiła  zdjęcia i wyszła.  I radzę, 

żeby  nie  kręcił  się  przy  niej  żaden  tajniak!  Żadnych  sztuczek,  Condor.  Chyba  jesteś  na  tyle 

inteligentny, że nie muszę tego dwa razy powtarzać.

- Żadnych sztuczek - zgodził się Lee. - Ale nie chcę być w twojej skórze, jeśli coś nie wyjdzie...-

Z mojej strony na pewno nie będzie wpadki. A teraz powiedz swojej pani, żeby się zbierała - polecił 

szantażysta i natychmiast się rozłączył.

- I co?! - zapytała Bryn. - Co ci powiedział?

- Że masz już jechać do hotelu - odparł posępnie.

- Dzięki Bogu! - zawołała z ulgą, po czym zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem. - Lee, tylko 

nie próbuj działać na własną rękę. Masz tu zostać.

- Wiem. Nigdzie się stąd nie ruszę - przyrzekł niechętnie. - Andrew, zadzwoń do biura numerów 

i dowiedz się o numer automatu w holu hotelu - poprosił. - A ty, Bryn, jak dojedziesz do Mountain 

View, daj kluczyki portierowi. Niech zaparkuje twój samochód, a ty idź prosto do lobby i czekaj na 

telefon. Potem zostaw zdjęcia i od razu wracaj. Niech portier przyprowadzi twój samochód. Mówię 

poważnie,  Bryn.  Nie  kuś  losu.  Staraj  się  cały  czas  być  wśród  ludzi.  Obiecujesz,  że  będziesz 

ostrożna?

Z roztargnieniem pokiwała głową.

- Jadę - szepnęła.

Lee i Andrew wymienili nerwowe spojrzenia.

- O niczym nie zapomniałaś? - zapytał Lee.

- Chyba nie...

- A zdjęcia? - powiedział cicho, podając jej kopertę.

- Dziękuję... - Przełknęła nerwowo ślinę.

- Bryn, ja nie żartuję. Musisz się opanować, albo ta historia skończy się jakimś nieszczęściem. 

Jak chcesz w takim stanie usiąść za kierownicą?

-  Wezmę  się  w  garść  -  obiecała  skruszona.  Pocałował  ją  lekko  w  usta,  i  poczuła  się  pewniej. 

Zupełnie jakby tym pocałunkiem przekazał jej część swojego zdecydowania i mocy. Pokrzepiona 

background image

117

uwierzyła, że podoła zadaniu.

- Do zobaczenia - powiedziała i pchnęła drzwi. Dojazd do celu nie zajął wiele czasu, ale dla niej 

te dwadzieścia minut to była wieczność. Zamiast zgodnie z obietnicą daną Lee trzymać nerwy na 

wodzy, coraz bardziej się nakręcała. W głowie kołatała jej jedna uparta myśl: co będzie, jeśli coś im 

nie wyjdzie?

Doprowadziła  się  do  takiego  rozstroju  nerwowego,  że  gdy  zatrzymała  się  przed  eleganckim 

wejściem  do  hotelu,  była  roztrzęsiona.  Dzwoniły  jej  zęby  i  drżały  kolana.  Gdyby  nie  pomoc 

uprzejmego  portiera,  który  z  wprawą  otworzył  drzwi  i  pomógł  jej  wysiąść,  chyba  by  upadla. 

Podziękowała mu nieskładnie i odeszła, nie czekając na bilet parkingowy.

- Halo, proszę pani! A kwit? - zawołał za nią.

- Przepraszam, zapomniałam -jęknęła.

- Nic nie szkodzi. - Uśmiechnął się, ale wyraz jego poczciwych oczu powiedział jej, że uważają 

za stukniętą turystkę, która chodzi z głową w chmurach.

Hotel przeżywał istny najazd gości. W obszernym holu kłębił się spory tłum.  Lawirując wśród 

ludzi,  Bryn  poszła  prosto  do  dużej  czerwonej  sofy  ustawionej  naprzeciw  ogromnego 

panoramicznego  okna,  za  którym  widać  było  bujną,  starannie  utrzymaną  zieleń.  Obok  sofy 

dostrzegła stylową budkę telefoniczną z nowoczesnym automatem.

Siadając, spojrzała na wielki zegar wiszący nad recepcją. Za dziesięć dziesiąta. Musi uzbroić się 

w  cierpliwość.  Ze  zdenerwowania  zaczęła  się  pocić,  więc  drżącymi  rękami  sięgnęła  do  torby  po 

chusteczkę. Osuszyła czoło i dłonie, po czym znów zerknęła na zegar. Minęły dwie minuty.

Dla  zabicia  czasu  zaczęła  obserwować  ludzi.  Biznesmeni  ze  swymi  nieodłącznymi  neseserami 

kręcili się pojedynczo lub w grupach. Nieco dalej trzy poważne matrony rozprawiały z przejęciem o 

wyczynach swoich mężów  na polu  golfowym. Obok  nich stał samotny mężczyzna  w prochowcu. 

Przyjrzała  mu  się  uważnie,  gdyż  miał  zdumiewająco  sterczące  czarne  włosy  i  groteskowo 

podkręcone wąsy.

W pewnej chwili usłyszała za sobą ciężkie kroki. Poczuła, jak z przerażenia jeżą jej się delikatne 

włoski  karku.  Dyskretnie  obejrzała  się  za  siebie.  Tuż  za  sofą  przechadzał  się  w  tę  i  z  powrotem 

wyjątkowo postawny mężczyzna, sporo wyższy od Lee.

Nagle usłyszała ciche skrzypnięcie drzwi. Natychmiast spojrzała w stronę wykładanej drewnem 

kabiny,  w  której  wisiał  telefon.  Ku  jej  przerażeniu  jedna  z  matron  rozsiadła  się  tam  wygodnie  i 

zaczęła  dzwonić.  Nie!  Dobry  Boże,  tylko  nie  to!  Do  dziesiątej  brakuje  sześciu  minut.  A  kobieta 

okupująca budkę nie miała zamiaru kończyć rozmowy.

Bryn poczuła, że ogarnia ją rozpacz. Zacisnęła palce na kopercie ze zdjęciami i wstała. Podeszła 

do kabiny i oparłszy się o przeszklone drzwi, zaczęła natarczywie wpatrywać się w kobietę. Ta na 

szczęście zorientowała się, o co chodzi, i szybko zakończyła rozmowę.

background image

118

-  Jak  można  być  tak  niewychowanym  -  obruszyła  się,  wychodząc.  -  Przecież  mogła  pani 

skorzystać z innego telefonu.

Bryn miała  tak  zaciśnięte  gardło,  że  w  odpowiedzi  wydala  z  siebie  niezrozumiały  pomruk,  po 

czym zamknęła się w budce. Od razu spojrzała na zegar: za trzy dziesiąta.

Do budki podszedł wysoki mężczyzna, który niedawno tak bardzo ją przestraszył. Czy to jeden z 

porywaczy? A może biznesmen, który za chwilę poprosi, by wyszła, skoro nie korzysta z telefonu. 

Uśmiechnęła się do niego i podniosła słuchawkę. Kiedy odszedł, odwróciła się plecami do drzwi i 

wolną ręką nacisnęła widełki. Udawaj, że rozmawiasz z... Lee, nakazała sobie.

-  Możesz  mi  powiedzieć,  cię  ugryzło  dziś  rano?  I  co  to  za  idiotyczny  pomysł,  żeby  trzymać 

swoje  kompozycje  w  bieliźniarce  między  ręcznikami!  A  potem  skaczesz  mi  do  gardła,  że 

przypadkowo  przeczytałam  jakiś  tekst.  Jesteś  wspaniałym  człowiekiem,  ale  jest  w  tobie  jakaś 

mroczna strona, której się boję. Odchodzę od zmysłów ze strachu, że mnie zostawisz, że odejdziesz 

bez pożegnania...

Zrobiła pauzę i nerwowo zerknęła na zegar. Dwie po dziesiątej. Boże, gdzie Adam? Dziesięć po 

dziesiątej. Wysoki mężczyzna znów szedł w stronę budki.

- Lee, ty żałosny sukinsynu! Nie miałeś prawa tak się na mnie wściec. Zwykłe „przepraszam” 

nie  załatwia  sprawy.  Chcę  poznać  twoją  przeszłość.  Chcę  dowiedzieć  się,  jakie  lody  lubisz.  I 

patrzeć,  jak  się  golisz.  Wysłuchiwać  narzekań,  że  znowu  ogoliłam  sobie  nogi  twoją  najlepszą 

maszynką.  Chcę  wiedzieć,  jakie  filmy  ci  się  podobają.  I  przede  wszystkim  chcę  zrozumieć, 

dlaczego czasami jesteś najcudowniejszym facetem pod słońcem, a czasem zamykasz się w swojej 

skorupie i jesteś najeżony i nieprzystępny. Wtedy się ciebie boję, ale i tak nie jestem w stanie ci się 

oprzeć.  Najbardziej  na  świecie  pragnę,  żeby  Adam  już  z  tobą  był...  Chcę  go  wreszcie  przytulić. 

Chcę...

Telefon  wreszcie  zadzwonił.  Bryn  spostrzegła  kątem  oka,  że  biznesmen  patrzy  na  nią  jak  na 

wariatkę. Od dobrych dziesięciu minut gada do słuchawki, a tu nagle rozlega się dzwonek... A niech 

sobie myśli, co chce.

- Halo! - krzyknęła nienaturalnie wysokim głosem. Tym razem naprawdę odezwał się Lee.

- Adam jest już w domu. Zostaw zdjęcia. Tylko spokojnie. Wracaj na sofę i zostaw tam kopertę, 

a potem natychmiast wyjdź z hotelu. Słyszysz, co mówię? Nie rozglądaj się na boki, nie odwracaj 

się. Idź prosto do wyjścia.

- Adam naprawdę z tobą jest? Chcę z nim porozmawiać!

-  Bryn!  Zostaw  zdjęcia  i  wracaj  prosto  do  domu!  Jak  we  śnie  wyszła  z  budki  i  dyskretnie 

położyła na sofie kopertę. Potem skierowała się w stronę obrotowych drzwi. Wręczyła portierowi 

kwit  parkingowy i  o wiele za  wysoki  napiwek. Po  chwili siedziała w swoim  vanie, zaciskając na 

kierownicy  spocone  dłonie.  Odjeżdżając,  odruchowo  spojrzała  w  lusterko  wsteczne.  Przed  wejś-

background image

119

ciem stał mężczyzna, którego widziała w holu. Ten w prochowcu, z dziwnie sterczącymi włosami i 

idiotycznym wąsikiem. Zaczęła dygotać, ale opanowała się na tyle, by móc prowadzić samochód.

Do  domu!  Jak  najszybciej  do  domu.  Za  chwilę  wreszcie  zobaczy  Adama!  Szybciej!  No, 

szybciej!

Jak  na  niedzielne  przedpołudnie na  autostradzie  panował  duży  ruch.  Bryn  przymierzała się  do 

zmiany pasa, więc spojrzała w lusterko. Tuż za nią jechał ciemny sedan. Włączyła kierunkowskaz i 

sedan został nieco w tyle. Zjechała na prawo, ale nie wyłączyła kierunkowskazu, gdyż zbliżała się 

do zjazdu z autostrady.

Adam. Zaraz go zobaczę, cieszyła się, przypominając sobie pucołowatą buzię i wielkie zielone 

oczy bratanka. Uściska go i wycałuje, a on pewnie będzie wierzgał i uciekał.

Przyhamowała  i  wjechała  w  schodzący  łagodnym  łukiem  zjazd.  Nagle  poczuła  szarpnięcie, 

usłyszała  dźwięk  tłukącego  się  szkła  i  zgrzyt  trących  o  siebie  blach.  W  ostatnim  przebłysku 

świadomości  zorientowała  się,  że  w  jej  vana  uderzył  inny  samochód  i  zepchnął  ją  z  jezdni. 

Uderzyła głową o kierownicę. Van zaczął obracać się wokół własnej osi. A może to jej zakręciło się 

w głowie? Nie dowiedziała się, jak było naprawdę. Świat wokół niej utonął w gęstym mroku.

Powrót  Adama  wywołał  istny  szal  radości.  Niewiele  brakowało,  a  przestraszony  chłopczyk 

zostałby  uduszony  przez  swoich  stęsknionych  braci,  wzruszoną  Barbarę  i  zdenerwowanego  Lee, 

który starał się zapanować nad chaosem. Zapłakany Adam zapytał o Bryn.

- Ciocia zaraz tu będzie - uspokajał go Lee, jednocześnie uciszając starszych chłopców, którzy 

koniecznie chcieli się dowiedzieć, o co chodzi w całym zamieszaniu.

- Powiedz mi, czy wiesz, gdzie byłeś? - zapytał Adama.

- W domu.

- A co był za dom?

- No, dom. Taki normalny.

- A kto się tobą zajmował? - pytał dalej. Adam chwilę się zastanawiał.

- Mary. Była dla mnie dobra, ale ciągle kłóciła się z takim panem.

- Z jakim panem?

- Tym, który nosił czarną maskę.

- Rozumiem. Potrafisz powiedzieć, jak wygląda Mary?

- To taka dziewczyna.

- Dziewczyna? Młoda czy trochę starsza? Z jasnymi czy ciemnymi włosami? Chuda czy gruba?

- Chudziutka. - Adam głośno pociągnął nosem. - I ma czarne włosy. Nie pytaj mnie więcej. Chcę 

do Bryn.

Lee westchnął. Chyba nikt bardziej niż on nie pragnął, aby Bryn już tu była. Przysiągł sobie, że 

ledwie przekroczy próg, zmusi ją, by zawiadomiła policję.

background image

120

- Masz ochotę na lody? - zapytał Adama, głaszcząc go po głowie.

-  Mamy  czekoladowe,  mówię  ci,  pycha!  -  zachęcał  Brian.-  Chodźcie,  chłopcy!  -  zawołała 

Barbara i spojrzała na Lee, wskazując ruchem głowy ścienny zegar.

Bryn  powinna  już  tu  być.  Lee  zerknął  na  swój  zegarek.  Od  ich  rozmowy  minęło  ponad 

trzydzieści minut. Zaniepokojony wyjrzał przed dom. Ani śladu vana.

Gdzie ona jest, do cholery? Drgnął, słysząc donośny dzwonek telefonu. Zdenerwowany, biegiem 

wrócił do kuchni.

- Słucham? - zawołał, ściskając mocno słuchawkę.

- Twoja dziewczyna miała mały wypadek. Tylko nie wpadaj w panikę, Condor. Nic wielkiego 

się nie stało. Pomyślałem sobie, że przyjdzie ci do głowy zawiadomić policję. Nie radzę. Ani ona 

nie upilnuje dzieciaków, ani ty nie upilnujesz jej. Słyszysz, co do ciebie mówię?

Wypadek... wypadek... O czym ten sukinsyn gada?

-  Zapamiętaj  sobie,  śmieciu!  Jeśli  coś  jej  się stało,  już  nie żyjesz.  Możesz  zacząć  kopać  sobie 

grób - prawie krzyczał.

- Nie będę z tobą dłużej gadał, czerwonoskóry dzikusie. Znaj łaskę pana: odblokuję ci linię, bo 

pewnie zaraz będziesz miał ważny telefon.

- Lee, co się stało? - zapytała Barbara szeptem.

- Ten cholerny żartowniś bredził o jakimś wypadku...

- O wypadku?! Chryste!

-  Nie  krzycz!  Przestraszysz  chłopców!  Pojadę  do  hotelu  i  spróbuję  się  czegoś  dowiedzieć. 

Odezwę się, jak tylko...

Urwał  w  pól  zdania,  bo  znów  zadzwonił  telefon.  Chwycił  słuchawkę  z  taką  siłą,  że  niewiele 

brakowało, a oderwałby aparat od ściany.

- Słucham?

- Pan Lee Condor?

- Przy telefonie.

-  Mówi  sierżant  McCloskey  z  wydziału  ruchu  drogowego.  Jestem  zmuszony  poinformować 

pana, że na autostradzie miał miejsce wypadek...

Kiedy  otworzyła  oczy,  świat  wciąż  miał  rozmyte  kontury.  Mrugnęła  kilka  razy,  próbując 

odzyskać ostrość widzenia.

Najpierw  wyczuła  ruch.  Ktoś  ją  niósł.  Spojrzała  na  ramię,  które  podtrzymywało  jej  plecy,  i 

dostrzegła beżowy rękaw. Prochowiec! Serce zamarło jej z przerażenia.

To on! Mężczyzna z nastroszonymi wąsami, którego widziała w hotelu...

Zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna chyba nie spodziewał się takiej reakcji.

-  Uspokój  się  -  powiedział  przestraszony.  -  To  ja,  Andrew.  Musiałem  wyciągnąć  cię  z 

background image

121

samochodu, bo z baku leje się benzyna. Nie krzycz! Nie poznajesz mnie? Mam na głowie perukę. 

Szarpnij mnie za włosy, to zaraz spadnie.

Bez namysłu pociągnęła za czarny kosmyk, a potem po jej twarzy zaczął błąkać się uśmiech. A 

więc Lee tak to sobie wymyślił... Pociągnęła za wąsy, które nie bardzo chciały się odkleić.

- Au! To boli! - wrzasnął Andrew.

Roześmiała się, ale własny śmiech słyszała jakby z oddalenia. Podobnie jak odgłos samochodów 

jadących na sygnale. Kolory nagle zblakły, kontury zaczęły się rozmywać, a powieki stały się tak 

ciężkie, że same jej opadły.

Jestem  w  szpitalu,  stwierdziła,  ocknąwszy  się  po  raz  drugi.  Adam!  Najważniejsze,  że  go 

odzyskali.  Bryn  odetchnęła  z  ulgą.  Najmniejszy  ruch  głową,  nawet  patrzenie,  sprawiały  jej  ból, 

mimo to zaczęła rozglądać się po sterylnie czystej szpitalnej sali. Nagle ze zdziwieniem spostrzegła 

obok swojego łóżka młodą ładną blondynkę pochyloną nad kolorowym pismem.

Zmarszczyła brwi. Nieznajoma na pewno nie jest pielęgniarką; zamiast fartucha miała na sobie 

różowy  sweterek  i  kolorową  spódnicę.  Musiała  ściągnąć  ją  wzrokiem,  gdyż  blondynka  uniosła 

głowę i uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Odzyskała pani przytomność! Doskonale! - ucieszyła się, wstając. - Już biegnę po doktora.

-  Proszę  zaczekać!  -  Bryn  poczuła  w  głowie  bolesne  pulsowanie.  -  Kim  pani  jest?  -  zapytała, 

zniżając głos.

- Przepraszam, powinnam była się przedstawić. Nazywam się Gayle Spencer.

- Gayle Spencer? - To nazwisko nic jej nie mówiło.

- Lee prosił, żebym przy pani posiedziała - wyjaśniła nieznajoma.

Doskonale, stwierdziła z irytacją. Głowa mi pęka, wyglądam jak siódme nieszczęście, a ten mi

przysyła do towarzystwa atrakcyjną blondynkę.

- Jestem siostrą Lee - wyjaśniła kobieta. Bryn ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Za to Gayle 

musiała być przyzwyczajona do takich reakcji.- Nie, żadne z nas nie było adoptowane - oznajmiła 

wesoło. - Wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Lee jest bardzo podobny do ojca, a ja do matki.

Bryn próbowała się roześmiać, ale pulsujący ból pod czaszką sprawił, że szybko spoważniała.

- Gdzie jest Lee?

-  Czaruje  pielęgniarki,  ale  w  jak  najlepszej  wierze  -  zaznaczyła  Gayle.  -  Nie  chcą  wpuścić  na 

oddział pani małego bratanka, a Lee uparł się, że musi go pani zobaczyć.

- Adam! - zawołała, zapominając o bolącej głowie.

- Chcę, żeby do mnie przyszedł!

-  Przyjdzie  na  pewno!  -  uspokoiła  ją  Gayle.  -  Lee  zawsze  umie  postawić  na  swoim.  Jednak 

pobiegnę po doktora...

Bryn z ulgą przymknęła oczy. Zaczęła przypominać sobie, co się stało. Zjeżdżała z autostrady i 

background image

122

wtedy wjechał w nią inny samochód. To chyba był ciemny sedan...

Tok jej myśli przerwało wejście doktora.

- Witam panią. Jak samopoczucie? - zapytał, mierząc jej puls. - Jestem doktor Kelten, i jeśli pani 

pozwoli,  chciałbym  spojrzeć  pani głęboko w oczy.  - Uśmiechnął  się, wyjmując z  kieszeni  cienką 

latarenkę.  -  Nie  wygląda  to  najgorzej  -  stwierdził  po  chwili.  -  Miała  pani  mnóstwo  szczęścia. 

Doznała pani lekkiego wstrząśnienia mózgu, więc zatrzymam panią na obserwacji. Mam nadzieję, 

że jutro będziemy mogli puścić panią do domu.

- Czy nie mogłabym wrócić do domu już dziś...?

- Raczej nie - odparł. - To się po prostu nie mieści w głowie - syknął zirytowany, przeglądając 

dokumentację.  -  Jak  można  spowodować  wypadek  i  nawet  się  nie  zatrzymać?!  Miała  pani  pecha 

trafić na  pirata  drogowego.  Policja  chce panią  przesłuchać,  ale  na  razie  ich  przepędziłem.  Proszę 

leżeć spokojnie i odpoczywać.

- Dziękuję, doktorze. Mam do pana prośbę. - Spojrzała na niego błagalnie. - Personel nie chce do 

mnie  wpuścić  moich  bratanków.  Chłopcy  stracili  rodziców.  Naprawdę  bardzo  mi  zależy,  żeby 

mogli tu przyjść i zobaczyć, że nie stało mi się nic złego.

Doktor Kelten zatrzymał się w drzwiach.

- Zaraz pani ich zobaczy - oznajmił. - Pan Condor ma niezwykłą silę sugestii. Wszystkie siostry 

z oddziału dosłownie jedzą mu z ręki. Proszę jednak, żeby wizyta nie trwała za długo. Zgadzam się 

tylko na kilka minut. No, chyba że nie chce pani wyjść jutro do domu...

- Tylko parę minut, doktorze. Obiecuję! Lekarz wyszedł, zamykając za sobą drzwi, a po chwili 

rozległo  się  ciche  pukanie.  Do  sali  wszedł  Lee.  Uśmiechnął  się  do  niej,  nim  jednak  zdążył  coś 

powiedzieć, Adam wcisnął się do środka. Jej słodki cherubinek z jasnymi lokami!

- Ciocia Blyn!

Usiadł na łóżku, więc mogła chwycić go w ramiona.

-  Cześć,  skarbie!  Nawet  nie  wiesz,  jak  za  tobą  tęskniłam!  Kocham  cię,  moje  małe  słoneczko! 

Bardzo kocham...

- Ciociu, ale ty wyzdrowiejesz? Obiecujesz?

-  Obiecuję!  Nie  martw  się,  nic  mi  się  nie  stało.  Twoja  ciocia  jest  taką  straszną  gapą,  że 

pozwoliła, żeby inny samochód jechał za blisko. Nie chciała się rozpłakać, ale nie mogła opanować 

wzruszenia. Tuliła Adama i całowała jego jasną główkę, dziękując Bogu, że wysłuchał jej próśb. Po 

chwili spojrzała na Lee, który w milczeniu przyglądał się ich powitaniu.

- Dziękuję ci... - szepnęła.

A  mogła  szepnąć:  kocham  cię.  Bo  to  była  prawda.  Która  właśnie  teraz  spłynęła  na  nią  jak 

objawienie.

background image

123

ROZDZIAŁ DWUNASTY

- To nie był wypadek, prawda?

Lee nie odpowiedział. Stał przy oknie, za którym widać było dachy i linie wysokiego napięcia, i 

wpatrywał się w przestrzeń. Zapadał zmrok, a on nie wychodził. Bryn podejrzewała, że postanowił 

zostać z nią przez całą noc.

- Lee?

Podszedł do niej i usiadł na brzegu łóżka. Wziął ją za rękę i z roztargnieniem wodził palcami po 

błękitnych liniach żył. Dopiero po chwili spojrzał jej w oczy.

- Zanim zadzwonili z drogówki, odezwał się nasz tajemniczy nieznajomy. Twój wypadek to było 

ostrzeżenie, żebyśmy nie zawiadamiali policji.

Bryn roześmiała się cierpko.

- Przecież po tym, jak we mnie wjechał, policja sama się nim zainteresuje!

Lee  wzruszył  ramionami.  Bryn  była  zaskoczona,  gdyż  sprawiał  wrażenie,  jakby  sam  nie 

wiedział, co o tym myśleć. On, który zawsze umiał dopiąć swego!

- Miałem zamiar cię namawiać, żebyśmy zawiadomili policję, ale teraz nie wiem, czy to dobry 

pomysł...

- Sugerujesz, że powinniśmy zapomnieć o całej sprawie? - zapytała z niedowierzaniem.

- Oczywiście, że nie! Czy ty rozumiesz, że jeśli ten bandyta nie zostanie złapany, będziesz żyła 

w ciągłym strachu?

- Wiem. I tym bardziej nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zawiadomić policji!

-  Chcę,  ale  jeszcze  nie  teraz  -  przyznał.  -Na  razie  nic  nie  wiemy  o  naszym  przeciwniku.  Nie 

sądzę, żeby policja była o wiele mądrzejsza. Najpierw sami musimy się dowiedzieć, co jest na tych 

zdjęciach.

- Zacznę je powiększać, jak tylko mnie stąd wypuszczą - powiedziała zamyślona.

- Chyba wiem, który film powinien pójść na pierwszy ogień.

- Ten z hotelem Sweet Dreams w tle?

- Właśnie!

- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Hammarfield jest zdolny do czegoś takiego...

-  W  życiu  zdarzają  się  rzeczy,  które  nie  mieszczą  nam  się  w  głowie  -  przerwał  jej  z  ciężkim 

westchnieniem. - O wielu brudnych sprawach wolelibyśmy w ogóle nie wiedzieć. Nie mówię, że to 

na pewno Hammarfield, bo nie mam dowodów, ale i tak uważam, że to główny podejrzany.

Bryn najchętniej zmieniłaby temat, więc uśmiechnęła się ciepło i powiedziała:

- Nigdy nie wspominałeś, że masz siostrę.

-  Nawet dwie.  Sally,  najstarsza  z  nas,  skończyła  prawo  i  wróciła  w  rodzinne  strony, do  Black 

Hills. Teraz łączy pracę w sądzie z wychowywaniem gromady dzieci.

background image

124

- Duża ta gromada?

- Pięć sztuk.

-  Sporo.  -  Bryn  zawahała  się.  Chciała  zapytać  o  ładną  blondynkę,  gdyż  jej  nagła  obecność 

wydała jej się dziwnie podejrzana. - Gayle mieszka w Tahoe?

- Nie. - W głosie Lee nie było zwykłej swobody. Bryn od razu domyśliła się, że przeczucie jej 

nie myli. Siostra Lee nie zjawiła się tu bez powodu.

- Gayle mieszka w Nowym Jorku. - Lee zagryzł usta, po czym wziął ją za rękę i spojrzał jej w 

oczy.  -  Zadzwoniłem  do  niej  w  zeszłym  tygodniu,  zaraz  po  tym,  jak  się  do  mnie  włamałaś. 

Poprosiłem, żeby razem z mężem przyjechała najpierw do Tahoe, a potem wybrała się do naszego 

dziadka.

- Nic z tego nie rozumiem...

- Chciałbym, żebyś spokojnie posłuchała, co chcę ci powiedzieć. Gayle i Phil przyjechali tu po 

to,  żebyś  mogła  ich  lepiej  poznać.  Pomyślałem,  że  byłoby  dobrze,  gdyby  na  jakiś  czas  zabrali 

chłopców w góry, do mojego dziadka.

-  Ty  chyba  postradałeś  zmysły!-  Ciszej!  Długo  musiałem  prosić,  żeby  pozwolili  mi  tu  z  tobą 

zostać. Jak będziesz tak wrzeszczeć, zaraz ktoś tu przyjdzie i każe mi iść do wszystkich diabłów.

-  Lee,  przecież  wiesz,  że  nie  mogę  odesłać  chłopców  -  powiedziała,  zniżając  glos.  -  Ledwie 

zdążyli się do mnie przyzwyczaić. Adam na pewno nie będzie chciał jechać. Będzie się bał, że ktoś 

znowu chce go porwać!

- Wiem. Musisz go przekonać, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

- Wykluczone! Nigdzie go nie puszczę!

- Bryn, uwierz mi, wiele o tym myślałem. Chłopcy nigdzie nie będą tak bezpieczni jak u mojego 

dziadka. W górach wszyscy się znają. Nikt obcy nie wśliźnie się na naszą ziemię. Poza tym chłopcy 

spędzą tam niezapomniane wakacje.

- No wiesz! - obruszyła się.

-  Mówię  poważnie.  Wspaniale  wywiązujesz  się  ze  swoich  obowiązków,  ale  cóż,  jesteś 

dziewczyną - zauważył żartobliwie. - A z moim dziadkiem będą mogli łowić ryby, jeździć konno, 

pływać w jeziorze - wyliczał z entuzjazmem. - A my w tym czasie w spokoju przejrzymy zdjęcia, 

nie martwiąc się, że spotka ich coś złego. Obiecuję ci, że jak tylko skończymy teledysk, pojedziemy 

do nich. I to bez względu na to, czy znajdziemy coś na zdjęciach, czy nie.

Słuchała  go  w  milczeniu,  coraz  bardziej  przerażona  i  podniecona.  Konsekwentnie  mówił:  my, 

nas. Jakby byli jednym. Jakby chciał, żeby z nim została.

-  Bryn...  -  Wziął  ją  za  brodę  i  zmusił,  by  na  niego  spojrzała.  -  Naprawdę  nie  proszę,  żebyś 

odesłała  chłopców,  bo  mi  przeszkadzają.  Wiesz,  że  lubię  dzieci.  Nawet  te,  które  w  restauracji 

rzucają jedzeniem! Chodzi mi wyłącznie o ich bezpieczeństwo.

background image

125

- Wierzę ci - powiedziała po chwili. Pocałował ją w czoło.

- Cieszę się. Nie musisz decydować się teraz. Najpierw powinnaś spędzić trochę czasu z Gayle.

Bez  przekonania  skinęła  głową, wiedząc,  że  rozstanie  z  chłopcami  będzie wyjątkowo bolesne. 

Jednak w głębi serca czuła, że Lee ma rację. Gdyby chłopcy wrócili z nią teraz do domu, bałaby się 

wystawić nogę za próg, a przecież nie mogła zrezygnować z pracy, więc musiałaby ich wozić do 

przedszkola i szkoły.

Spojrzała  na  Lee. Kusiło  ją, by zacząć  poważną rozmowę. Zapytać o jego przeszłość,  o to,  co 

stało  się  z  jego  żoną.  Poprosić,  żeby  wytłumaczył,  dlaczego  tak  bardzo  się  zdenerwował,  gdy 

przypadkiem przeczytała jego piosenkę.

Czyżby  ta  piękna,  nastrojowa  ballada  miała  coś  wspólnego  z  jego  zmarłą  żoną?  Ciekawe,  że 

nigdy o niej nie wspominał... W ogóle nie poruszał tematu swego małżeństwa.

Przymknęła  oczy.  Pomyślała,  że  o  wiele  ważniejsze  od  tego,  co  było,  jest  to,  co  będzie.  Co 

dotyczy ich wspólnej przyszłości. O ile istnieje dla nich jakaś przyszłość. Powinna liczyć się z tym, 

że ich związek prędzej czy później się skończy. Wprawdzie Lee powiedział, że ją kocha, ale czasem 

sama miłość to za mało. W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, jednak nie odważyła się ich zadać. 

Lee sięgnął po pilota i zaczął przerzucać kanały, aż trafił na jakiś stary horror i zaczął go oglądać. 

Spędzili miły, spokojny wieczór przed telewizorem. Bryn poczuła się w końcu senna, lecz chciała 

mu jeszcze coś powiedzieć.

- Lee?

-Tak?

- Nie wiem, jak mam wam dziękować... Tobie i chłopcom z zespołu. Zwłaszcza Andrew...

- Śpij, Bryn.

Doktor Kelten dotrzymał słowa i następnego dnia wypisał ją do domu. Zanim wyszła, musiała 

jeszcze porozmawiać z młodym policjantem, który przyjechał  specjalnie po to, by ją przesłuchać. 

Odpowiadając  na  jego  pytania,  zastanawiała  się  nerwowo,  czy  w  świetle  prawa  „przemilczenie” 

pewnych  faktów  jest  traktowane  równie  surowo  jak  składanie  fałszywych  zeznań.  Właściwie 

mówiła prawdę: rzeczywiście nie widziała samochodu, który w nią uderzył, i nie miała pojęcia, kim 

był pirat siedzący za kierownicą...

Na szczęście przesłuchanie nie trwało długo i wreszcie ona i Lee mogli opuścić szpital. Pojechali 

do  jego  domu,  gdzie  czekali  na  nich  chłopcy,  koledzy  Lee  z  zespołu,  jego  siostra  z  mężem  i 

Barbara.

Ledwie podjechali pod drzwi,  z domu wypadli jej  bratankowie i wszyscy na raz zawiśli jej na 

szyi.

- Hej, małe dzikusy! Pozwólcie cioci wejść do środka! - mitygował ich Lee. - Tam wskoczycie 

jej choćby na głowę.

background image

126

Kiedy chłopcy już się nią nacieszyli, mogła spokojnie przywitać się z dorosłymi. Poznała męża 

Gayle,  wysokiego,  dobrodusznego  rudzielca,  jednak  nie  miała  czasu  na  dłuższą  rozmowę,  gdyż 

chłopcy zażyczyli sobie, by poszła z nimi do studia i posłuchała, jak grają. W rezultacie poszli tam 

wszyscy i zaimprowizowali sesję muzyczną, w czasie której każdy grał, na czym chciał i potrafił.

Po kolacji przyszedł czas, by powiedzieć chłopcom, iż jutro wyjeżdżają. Bryn nie wiedziała, jak 

się do tego zabrać. Poszła z nimi na górę, by ich położyć spać. Byli już w piżamach, kiedy uznała, 

że nadeszła pora.

- Posłuchajcie, mam dla  was propozycję - zaczęła  ze  sztucznym entuzjazmem.  - Chcielibyście 

pobawić się w prawdziwych Indian?

Chłopcy mieli  ostatnio  aż  nazbyt wiele  atrakcji.  Trzy pary oczu  spojrzały  na  nią  podejrzliwie. 

Bryn uśmiechnęła się, ale sama czuła, że nie wypadło to naturalnie.

- Gayle i jej mąż jadą jutro w góry odwiedzić dziadka Lee. To prawdziwy Indianin - podkreśliła.

-  To  Lee  nie  jest  prawdziwy?  -  zapytał  Keith.  Niewłaściwy  dobór  słów.  Błąd,  przyznała  ze 

skruchą.

- Oczywiście, że jest. Chciałam tylko powiedzieć, że jego dziadek mieszka w górach i żyje tak, 

jak  żyli  jego  przodkowie  setki  lat  temu.  -  Chłopcy  słuchali  bez  zainteresowania.  -  Mieszka  w 

wigwamie. Prawdziwym.

Adamowi  zaczęły  drżeć  usta.  Po  jego  pulchnych  policzkach  popłynęły  łzy.  Jednak  to  Brian 

powiedział głośno to, czego obawiał się jego młodszy brat.

- Chcesz się nas pozbyć, tak?

- Ależ skąd! - zawołała. - Pomyślałam, że będziecie mieli ochotę na krótkie wakacje. Adam! A 

ty dokąd!

Malec zacisnął rączki w  pięść i  minąwszy ją, pobiegł do holu.  Bryn chciała biec z  nim,  ale w 

drzwiach stanął Lee z wierzgającym chłopcem w ramionach.

- O co chodzi? - zapytał, przekrzykując Adama.

- O to, że chcecie nas gdzieś wywieźć! - powiedział Brian oskarżycielsko.

Bryn spojrzała wymownie na Lee. „Zobaczysz, chłopcy na pewno będę zachwyceni”, zapewniał 

ją. Optymista!

-  Chce  pan  się  ożenić  z  naszą  ciocią,  tak?  A  my  panu  przeszkadzamy,  więc  trzeba  się  nas 

pozbyć! - rzucił Brian.

- Co takiego?! - zdumiał się Lee. A potem postawił Adama na ziemi i zaczął się śmiać. - Chodź 

ze mną, Brian - rzekł, wyciągając do niego rękę. - Musimy porozmawiać.

Bryn  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię.  Bezradnie  patrzyła,  jak  Brian  spogląda  nieufnie  na 

wyciągniętą dłoń Lee. Jednak po długim wahaniu pozwolił wziąć się za rękę.

-  Jesteś  już  duży, więc  na  pewno  zorientowałeś  się,  że  ostatnio  wydarzyło  się  kilka  dziwnych 

background image

127

rzeczy - zaczął Lee ostrożnie.

- Tak, proszę pana.

- Przysięgam, że chodzi mi tylko o to, żebyście byli bezpieczni. Rozumiesz, o czym mówię?

Brian wpatrywał się w swoje stopy. Naraz podszedł do nich Keith i stanął obok brata.

- Ja rozumiem - oznajmił z powagą, biorąc Lee za drugą rękę.

- Jak długo będziemy musieli tam zostać? - Brian wciąż się dąsał.- Niedługo! - zapewnił go Lee. 

- Góra dwa tygodnie.

- A pana dziadek naprawdę mieszka w wigwamie?

- Naprawdę! I pokaże wam mnóstwo fajnych rzeczy. A jak go ładnie poprosicie, uszyje dla was 

prawdziwe irchowe kurtki.

- Super! - zawołał Keith.

Bryn już miała odetchnąć z ulgą, gdy Adam znów zaczął płakać.

- Skarbie, proszę cię... - powiedziała łagodnie, biorąc go na ręce. - Dwa tygodnie miną bardzo 

szybko i zanim się obejrzysz, znów będziemy razem. I już nigdy się nie rozstaniemy. Daję ci słowo.

Nie zrobię tego, pomyślała zgnębiona. Nie wyślę go samego z obcymi ludźmi. Z drugiej strony, 

czy ma wyjście? Ryzyko jest ogromne. Przecież raz już ktoś go zabrał.

- Chodź, kochanie. Położymy cię do łóżeczka. - Ułożyła się obok niego i długo szeptała mu do 

ucha, że bardzo go kocha i już nigdy go nie zostawi.

- Obiecujes? - chlipnął. Zawsze, gdy był wzburzony, zaczynał seplenić.

- Obiecuję!

- Obiecujes? - powtórzył, patrząc na Lee.

- Tak - odrzekł, patrząc mu prosto w oczy. Kiedy starsi chłopcy położyli się do łóżek, Lee wstał i 

zamierzał  wyjść  z  pokoju.  Zatrzymał  się  jednak  w  progu  i  spojrzał  na  Bryn,  która  leżała  obok 

Adama.

-  Zostanę  tu  jeszcze  chwilę  -  powiedziała.  Oboje  jednak  wiedzieli,  że  nie  ruszy  się  stąd  przez 

całą noc. Zrozum mnie, błagała go w myślach. Nie mogę ich teraz zostawić. Nie miej do mnie żalu, 

że  na  tę  jedną  noc  wybieram  ich  zamiast  ciebie.  Nie  potrafiła  odgadnąć,  o  czym  myślał.  Z  jego 

ciemnych oczu nie dało się nic wyczytać.

-  Dobranoc  -  rzekł  półgłosem  i  wyszedł,  zgasiwszy  przedtem  światło.  Bryn  nie  mogła  nie 

zauważyć, że światło w łazience zostawił zapalone. Tak samo, jak ona robiła w domu. Przytuliła się 

do Adama, a wolną ręką objęła Keitha, który spal z nim w jednym łóżku. W nocy przyszedł do nich 

Brian,  i  tak  spali  we  czwórkę  do  rana.  Było  im  ciasno,  ale  wszyscy  bardzo  potrzebowali  tej 

bliskości.

Bryn nie pojechała z chłopcami na lotnisko. Lee uznał, że będzie lepiej, jeśli zostanie w domu. 

Jego  zespól  posiadał  prywatny  samolot,  którym  mieli  lecieć  do  Dakoty  Południowej.  Tuż  przed 

background image

128

wyjściem Gayle podeszła do niej i objęła ją serdecznie.

- Przysięgam, że będę ich strzegła jak oka w głowie - obiecała. - Mam jednak do ciebie ogromną 

prośbę.

- Prośbę? - zdziwiła się Bryn.

- Bądź dobra dla mojego brata. Opiekuj się nim - poprosiła Gayle. - Jesteś pierwszą kobietą po 

Victorii, na której mu zależy. I to bardzo. Przeżył taką straszną tragedię! Wiem, że niełatwo z nim 

żyć, ale przynajmniej spróbuj, dobrze?

- Oczywiście - mruknęła, choć niewiele rozumiała. Nie zdążyła jednak o nic zapytać, gdyż Phil 

podszedł się pożegnać. Bardzo się bała, że Adam  w ostatniej chwili się rozpłacze, ale Gayle i jej 

mąż  mieli  świetne  podejście  do  dzieci  i  umieli  zająć  myśli  chłopca  czymś  innym.  Sprawnie 

zapakowali całą trójkę do wynajętego samochodu i odjechali, machając na pożegnanie.

- Dobrze się czujesz? - zapytał Lee, gdy zostali sami.

-  Znośnie.  Co  teraz,  Sherlocku?  -  zapytała.  Najchętniej  zaniósłbym  cię  prosto  do  sypialni, 

pomyślał, ale dobrze wiedział, że nie pora odgrywać Clarka Gable’a w słynnej scenie na schodach z 

„Przeminęło  z  wiatrem”.  Bryn  jeszcze  nie  doszła  do  siebie  po  rozstaniu  z  chłopcami  i  w  każdej 

chwili mogła się rozpłakać.

- Najpierw pojedziemy na plan, bo uważam, że powinniśmy wreszcie się tam pokazać. Od razu 

zaznaczam, że nie ma mowy, żebyś cokolwiek robiła. Będziesz tylko oglądała próbę. Potem zjemy 

lunch i pojedziemy do ciebie. Co ty na to, mój Watsonie?

- Będzie, jak pan sobie życzy, szefie.

- Dlaczego wyczuwam w tym drwinę?

-  Jeśli  mamy  zabrać  się  do  powiększania  zdjęć,  muszę  kupić  papier  i  odczynniki.  Właściwie 

wszystko, bo przecież moje atelier zostało zdewastowane. Tylko jak mam to zrobić, skoro ten drań 

może nas cały czas obserwować? Przecież nie mogę tak po prostu jechać do sklepu fotograficznego.

- Słuszna uwaga, mój Watsonie - pochwalił ją Lee. - Przygotuj listę potrzebnych rzeczy i daj mi 

klucze do swojego mieszkania. Któryś z chłopaków zrobi zakupy i przywiezie ci je zapakowane w 

torby ze sklepu spożywczego.

- Drogi Sherlocku, chyba jesteś geniuszem!

- Chyba? To nie na pewno?

Spojrzała mu w oczy.

- Tego jeszcze nie wiem - odparła.

Tak jak ustalili, po próbie, która tego dnia skończyła się nieco wcześniej, zjedli lunch i pojechali 

do niej.

- Może powinniśmy dać sobie z tym spokój? - powiedziała w pewnej chwili.

- Naprawdę tak myślisz?

background image

129

Przypomniała  sobie  o  wszystkich  złych  rzeczach,  które  ją  spotkały.  O  porwaniu  Adama, 

zniszczeniu ciemni, wypadku na autostradzie. Bała się, ale  gdzieś w głębi serca czuła narastającą 

wściekłość.  I  chęć  odwetu.  Nieznany  napastnik  przyparł  ją  do  muru,  a  w  takiej  sytuacji  jedyną 

obroną może być tylko atak.

- Nie. Musimy przejrzeć te zdjęcia - stwierdziła.

- A wiesz, co mówi stare indiańskie przysłowie?

- No?

- Kiedy kuguar rusza nocą na żer, ofiara musi stać się myśliwym.

- Mądrze powiedziane.

- Mamy setki takich powiedzonek. Jak poznasz mojego ojca, na pewno je usłyszysz.

W  domu  czekali  już  na  nich  Mick  i  Perry.  Bryn  niemal  wybuchła  śmiechem  na  widok 

papierowych  toreb,  z  których  wystawały  bagietki  i  zielenina.  Za  to  na  dnie  znajdowało  się 

wszystko, czego potrzebowała.

- Biorę się do roboty - oznajmiła.

- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał Lee.

- Potrafisz wieszać mokre odbitki?

- Pewnie!

- No to się do czegoś przydasz.

Siedzieli  w  ciemni  do  pierwszej  w  nocy.  Do  tego  czasu  zdołali  powiększyć  sto  osiemdziesiąt 

zdjęć.

- Wciąż są za małe, żebyśmy mogli zobaczyć wszystkie szczegóły, ale przynajmniej będziemy 

mogli zrobić pierwszą selekcję - pocieszała się Bryn, gdy wychodzili z ciemni.

Czuła się tak zmęczona, że położyła się na kanapie.

- Wstawaj. - Lee pociągnął ją za rękę. - Nie będziemy tu nocowali.

- Dlaczego?

-  Dlatego  że  dopiero  co  kazałem  zainstalować  u  siebie  supernowoczesny  system 

antywłamaniowy.

- Dobrze - mruknęła. - Jak zawsze masz rację...

W samochodzie co chwila ziewała, aż wreszcie powieki jej opadły i usnęła z głową na ramieniu 

Lee.

Ocknęła się, gdy wnosił ją na górę.

- Czy już ci mówiłam, że uwielbiam czerwonoskórych tam-tamiarzy? - mruknęła sennie.

- Nie, ale miło mi to słyszeć.

Kiedy  kładł  ją  do  łóżka,  prawie  spała.  Jednak  nie  było  jej  dane  zaznać  upragnionego 

odpoczynku. Lee wiedział, jak ją przekonać, że tak naprawdę wcale nie jest zmęczona...

background image

130

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Bryn  balansowała  na  granicy  jawy  i  snu;  z  rozkosznego  letargu  wyrwał  ją  ostry  dzwonek 

telefonu. Zamarła. Wprawdzie  w ciągu minionego  tygodnia nie wydarzyło się nic niepokojącego, 

jednak po niedawnych przeżyciach wciąż truchlała, słysząc dzwonek telefonu.

Zaszeleściła pościel. To Lee obrócił się na bok, by sięgnąć po słuchawkę. Tym razem lęk Bryn 

był bezpodstawny; dzwoniła Gayle, która chciała zdać relację z tego, co porabiają chłopcy.

- Przyjedziemy pod koniec tygodnia - obiecał siostrze. - Jutro kręcimy ostatnie ujęcia i oddajemy 

materiał  do  zmontowania.  Dobrze,  już  ją  daję.  -  Z  uśmiechem  podał  Bryn  słuchawkę.  -  Twoje 

urwisy koniecznie chcą z tobą pogadać.

Chłopcy nie dali jej dojść do słowa. Gadali jeden przez drugiego, wyrywając sobie słuchawkę. 

Wszyscy byli zachwyceni nowym miejscem. Brian z przejęciem opowiadał  o nowym łuku. Keith 

bardzo przeżywał, że będą spali w wigwamie.

-  Jest  uszyty  z  prawdziwej  skóry.  No  wiesz,  ciociu,  takiej  ze  zwierzęcia,  ale  nie  pamiętam, 

jakiego.

Mały Adam też miał mnóstwo wrażeń, ale niewiele zrozumiała z jego dziecięcej paplaniny.

-  Czujesz  się  spokojniejsza?  -  zapytała  ze  śmiechem  Gayle,  kiedy  wreszcie  zdołała  wyrwać 

chłopcom słuchawkę.

- O wiele! - westchnęła Bryn.

- Czekamy na was. Powiedz Lee, że na przyszły weekend przyjadą rodzice. Oboje bardzo chcą 

cię poznać.

- Świetnie - odparła mocno stremowana.

-  Muszę  kończyć,  bo  te  małe  dzikusy  za  chwilę  rozniosą  dom.  U  was  wszystko  w  porządku? 

Wiesz, o co pytam?

- Tak. Odpukać, ale na razie mamy spokój.

- Więc do zobaczenia - powiedziała Gayle.

- Obejrzysz dziś odbitki, które wczoraj powiększyliśmy? - zapytał Lee, odłożywszy słuchawkę. 

Skinęła głową.

-  Przyjrzę  im  się,  choć  zaczynam  wątpić,  czy  nasza  praca  ma  sens.  Po  każdym  powiększeniu 

stają się coraz mniej wyraźne. Ziarno jest tak duże, że bez retuszu niewiele będzie widać. Być może 

nigdy nie dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Na jednym ze zdjęć widać parę wychodzącą 

z hotelu, ale...

-  Odłóż  je,  dobrze?  Potem  razem  je  obejrzymy.  Ten  Hammarfield  cały  czas  wydaje  mi  się 

podejrzany.

- Czepiasz się go!

- Sam nie wiem... Z drugiej strony, każdy polityk ma w sobie coś z oszusta. To specyfika tego 

background image

131

zawodu. Tak czy owak, musimy szukać dalej. Ostatnio nic się nie dzieje, ale czuję, że to cisza przed 

burzą.

Dalszą rozmowę przerwał im dzwonek do drzwi.

-  Chryste,  już  jedenasta!  -jęknął  Lee,  łapiąc  się  za  głowę.  -  To  pewnie  któryś  z  chłopaków. 

Umówiliśmy się, że zaczniemy dziś nagrywać kolędy.

- W wersji rockowej? - zdziwiła się.

- A czemu nie? Zawsze marzyłem, żeby nagrać płytę z kolędami. Mam ambicje stać się Bingiem 

Crosby rocka.

- Powodzenia! - Bryn, która w tym czasie zdążyła się ubrać, posłała mu całusa i zbiegła na dół.

Zanim  otworzyła  drzwi,  przezornie  zerknęła  przez  wizjer.  Rozbawił  ją  widok  nienaturalnie 

odkształconych twarzy chłopaków i Barbary.

- Widzicie, mówiłam  wam, że  wyciągniemy ich  z  łóżka - triumfowała jej przyjaciółka, ledwie 

uchyliła drzwi.

- A cóż wy takiego zrobiliście dziś rano? - zapytała Bryn z ironią, wpuszczając ich do środka.

- Nic zdrożnego ani niezgodnego z prawem. Niestety, ciekawego też nie - westchnął Andrew. -

Graliśmy w golfa.- Co? - Bryn spojrzała pytająco na Barbarę. Przecież ona nigdy w życiu nie miała 

w ręku kija golfowego.

-  Nie  było  tak  źle!  -  mruknęła  Barbara.  -  Pomijając  fakt,  że  piłeczka  wpadła  mi  w  taki 

piaszczysty dół, który oni nazywają bunkrem. No i wlepili mi za to punkt.

- Takie są reguły gry - przypomniał jej Mick.

-  Reguły  są  po  to,  żeby  je  łamać  -  odpaliła.  -  Powinniście  mi  pozwolić  podnieść  piłeczkę, 

przenieść w inne miejsce i dopiero potem ją wybić.

- Przecież pozwoliliśmy! - zawołali zgodnym chórem.

- Ale dostałam za to punkt! - dąsała się.

- Ciekawe, na jaki wynik liczyłaś? - zapytał żartobliwie Andrew.

-  Dostałam  sto  dwadzieścia  punktów.  Uważam,  że  jak  na  początkującego  gracza  to  całkiem 

nieźle  -  skwitowała.  -  Ale  też  nie  grałam  z  Mikiem  Winfeldem.  Wiesz,  Bryn,  a  oni  mieli  po 

dziewięćdziesiąt punktów.

- Jesteśmy muzykami, a nie golfistami! - obruszył się Andrew.

- Gdzie Lee?- zapytał Perry.

- Zaraz przyjdzie. Napijecie się kawy?

- Pewnie!

Bryn poszła do kuchni, a chwilę potem dołączyła do niej Barbara.

- Zapomniałam ci powiedzieć, że w klubie spotkałam Winfelda. Pytał o ciebie.

- Miło z jego strony.

background image

132

- Ciekawe, co on tu jeszcze robi? Przecież powinien kosić forsę na jakimś turnieju. Zresztą, nie 

moja sprawa. Muszę lecieć do pracy. Pa! - Barbara posłała jej całusa i wybiegła z kuchni.

Bryn zaparzyła kawę i zaniosła do salonu. Okazało się jednak, że chłopcy są już w studiu. Poszła 

więc  na  górę  i  przez  szklaną  ścianę  zajrzała  do  środka;  siedzieli  przy  stole  i  rozmawiali.  Nie 

słyszała  ich,  ale  sądząc  po  żywej  gestykulacji  domyśliła  się,  że  poruszyli  jakiś  gorący  temat. 

Zawołała, żeby któryś otworzył jej drzwi, ale żaden się nie ruszył.

- Kawa!

-  Wielkie  dzięki!  -  Lee  wstał  i  podszedł  do  niej.  -  Przerwij  nam,  jak  będziesz  czegoś 

potrzebowała - powiedział, całując ją w czoło.

-  Nie  martw  się,  mam  co  robić.  Najpierw  przejrzę  odbitki,  a  potem  zrobię  sobie  małą 

rozgrzewkę.

Zaczęła  od  dokładnego  obejrzenia  odbitek.  Najpierw  przyjrzała  się  każdej  z  osobna,  a  potem 

ułożyła  z  nich  plik  i  przetasowała  niczym  animator  sekwencję  rysunków,  chcąc  osiągnąć  efekt 

ruchu. Mężczyzna i kobieta wychodzą z hotelu. Potem on ją całuje, otwiera drzwi ciemnego sedana, 

pomaga jej wsiąść...

I co z tego wynika? Nic! Zdjęcie było tak niewyraźne, że nawet nie dało się rozpoznać twarzy 

mężczyzny. Zniechęcona odłożyła zdjęcia i wróciła na górę. Przechodząc obok studia, zauważyła, 

że chłopcy na dobre się rozkręcili. Lee walił z całej siły w talerze. Uśmiechnęła się; jakie to dziwne 

widzieć go, ale w ogóle nie słyszeć, pomyślała.

Przebrała się  w strój  do  ćwiczeń i  włączyła  płytę z  muzyką  Bacha.  Poruszając się w  jej  rytm, 

pozwoliła  myślom  swobodnie  płynąć.  Hammarfield...  Jeśli  to  on  jest  porywaczem,  trzeba  go 

powstrzymać. Nie można dopuścić, żeby taki ktoś wystartował w wyborach do senatu.

Bunkier.  Co  też  mi  przychodzi  do  głowy?  -  zirytowała  się,  bo  przez  tę  niedorzeczną  myśl 

pomyliła kroki. Bunkier? Dlaczego ja o tym myślę?

Nagle oblał  ją zimny pot.  Od rozmowy z  Barbarą  coś nie  dawało  jej  spokoju.  Co  ona takiego 

powiedziała? Coś o piłeczce. Ze powinni jej pozwolić wyjąć ją z piasku i nie dawać za to punktu.

Golf, golf, golf... W tej grze wygrywa ten, kto ma najmniej punktów.

Mike  Winfeld  wygrał  turniej.  A  ona  musiała  wy-pstrykać  dodatkowy  film,  bo  jakiś  samotny 

gracz wałęsał się przy piaszczystym dole i ciągle właził jej w kadr.

Samotny?  Nie!  Wcale  nie  był  sam!  Tuż  za  nim  biegli  ludzie,  którzy  obserwowali  zmagania 

zawodników. Mężczyzna był sam zaledwie przez kilka sekund. I ona utrwaliła właśnie te sekundy 

na  filmie.  Bezcenne  sekundy,  które  wystarczyły  sprytnemu  i  odpowiednio  zdeterminowanemu 

człowiekowi na podjęcie decyzji... Żeby co?

Bez  chwili  wahania  pobiegła  do  biurka  Lee  i  wyciągnęła  plik  oryginalnych  odbitek.  By 

zobaczyć, kim jest widoczny w tle mężczyzna, musiała je powiększyć.

background image

133

Nie chciała przerywać chłopcom nagrania, więc szybko napisała na karteczce: „Znalazłam coś. 

Jadę  zrobić  odbitki”,  i  przykleiwszy  ją  do  drzwi,  pobiegła  do  samochodu.  W  połowie  drogi  do 

swojego domu uświadomiła sobie, że zapomniała włączyć system alarmowy.

-  Trudno.  Szantażysta  nie  jest  przecież  samobójcą,  nie  zaatakuje  czterech  zdrowych  facetów  -

uznała. Poza tym była strasznie ciekawa, czy jej podejrzenia się potwierdzą.

Pracowała w ciemni jak szalona. Dłużyła jej się każda minuta oczekiwania, aż wyschną odbitki. 

Gdy były wreszcie gotowe, chwyciła je i pognała do mieszkania.

-  Wszystko  jasne  -  szepnęła,  oglądając  je  przy  stole.  Poszczególne  ujęcia  układały  się  w 

klarowną całość.

Winfeld... Skonsternowany wpatruje się w piaszczysty dół. Zerka za siebie i sprawdza, czy ktoś 

go widzi. Grupa widzów jest blisko, ale on podejmuje szybką decyzję. Wszystko zostaje utrwalone 

na  jej  filmie,  klatka  po  klatce.  Winfeld  zagrzebuje  nogą  piłeczkę  w  piasku.  Wyjmuje  z  kieszeni 

następną... Piłeczka leci, leci L... spada na trawę.

Gra! Wszystko przez idiotyczną grę! Adam został porwany z powodu gry polegającej na tym, że 

paru facetów ugania się po trawie za małą białą piłeczką.

Poderwała  się  od  stołu  i  wróciła  do  samochodu.  Chciała  jak  najszybciej  pokazać  zdjęcia  Lee. 

Przejęta i  zatopiona  w myślach, dopiero  po jakimś  czasie zorientowała się, że  jest śledzona. Gdy 

dostrzegła w lusterku ciemnego sedana, była już na bocznej drodze prowadzącej do domu Lee.

Przerażona dodała gazu, ale było już za późno. Spocona ze strachu zahamowała przed domem i 

pobiegła do drzwi. Zdołała je otworzyć i wejść do środka, ale już nie dała rady ich zamknąć. Mike 

Winfeld naparł na nie z całej siły.

Zaczęła krzyczeć, ale wcale się tym nie przejął.

-  Nie  uciekniesz!  -  syknął,  próbując  złapać  ją  za  rękę.  Jakimś  cudem  zdołała  mu  się  wyrwać. 

Pognała na górę.

-  Lee!  Lee!  -  krzyczała  na  całe  gardło.  Nie  słyszał  jej.  Uśmiechnięty  walił  w  swoje  bębny, 

patrząc  na  Andrew.  Pobiegła  wzdłuż  szklanej  ściany  studia,  w  kierunku  drzwi.  Nagle  stanęła, 

czując bolesne szarpnięcie. Winfeld złapał ją za włosy i próbował przewrócić na podłogę. Chciała 

chwycić się ściany, waliła w nią pięściami, ale grube szkło tłumiło wszystkie dźwięki. W dodatku 

Winfeld  zdołał  podciąć  jej  nogi.  Tracąc  równowagę,  rozpaczliwie  chwytała  się  gładkiej  szklanej 

tafli.

- Lee! Lee! Ratuj! Błagam cię! Pomocy!!! Z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pałeczki migały, 

wprawione w ruch siłą muskularnych ramion.

-  Starczy  tego  dobrego!  -  warknął  Winfeld,  siadając  na  niej.  W  tym  czasie  jego  pomocnik,  w 

którym Bryn rozpoznała mężczyznę udającego  wielbiciela grupy, kneblował ją i  wiązał jej nogi  i 

ręce.

background image

134

Potem  Winfeld  zarzucił  ją  sobie  na  ramię  i  obaj  zbiegli  na  dół.  Po  drodze  zerwali  z  drzwi 

karteczkę  z  wiadomością,  którą  zostawiła  dla  Lee.  Wrzucili  ją  na  tylne  siedzenie  jej  własnego 

samochodu.

- Jedziemy do domu Fultona - oznajmił Winfeld. - Za chwilę wydarzy się tam straszna tragedia. 

Będziesz  miała  wypadek  podczas  samotnej  próby.  Ci,  którzy  znajdą  cię  martwą  u  podnóża 

schodów, stwierdzą ze smutkiem, że nawet najlepszej tancerce może omsknąć się noga. Trochę mi 

ciebie szkoda, jesteś taka piękna... Ale cóż, trzeba pogodzić się ze stratą. Nie chodzi wyłącznie o 

pieniądze za tamten turniej, ale o całą moją karierę. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś 

dowiedział  się,  że  oszukiwałem -  westchnął.  -  A  tak  w  ciągu  kilku  najbliższych  lat  zarobię  parę 

ładnych milionów.

Bryn  słuchała  go  i  próbowała  rozluźnić  więzy  krępujące  dłonie.  Dom  Fultona  był  już  bardzo 

blisko.

Lee spojrzał na zegarek i zdziwił się, że grali tak długo, nie robiąc przerwy.

- Jak tam, szefie? Starczy na dziś? - zapytał Mick.

- Starczy! - Lee przeciągnął się mocno. - Marzy mi się gorąca kąpiel w jacuzzi, zimne piwo i...

- Co jest? - Andrew spojrzał na niego pytająco.

- Nie wiem. Miałem takie dziwne uczucie...

- Instynkt Indianina? - zażartował Andrew, ale szybko spoważniał.

- Bryn? - Lee otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz.

- Bryn! - zawołał głośniej, wychylając się z antresoli.

- Bryn!

Andrew, Mick i Perry też wyszli ze studia.

- Poszukam jej na górze - powiedział Andrew.

- A ja w ogrodzie - rzucił Mick’

Lee i Perry zaczęli przeczesywać cały parter.

- Nie ma jej samochodu! - Zdyszany Mick biegł ku nim przez hol. - Chyba coś się stało, bo żwir 

na podjeździe jest zorany w paru miejscach.

Lee spojrzał na niego, jakby widział go pierwszy raz w życiu, a potem bez słowa rzucił się do 

telefonu. Zadzwonił gdzieś i zapisywał coś na kartce.

- Andrew, jedź do domu Bryn - polecił. - Nie odebrała telefonu, ale może jest w ciemni... Mick i 

Perry, zostańcie tutaj, dobrze?

- Jasne. A ty? - zapytał Mick.

- Jadę do Hammarfielda.

Wrócił do salonu po kluczyki. Nagle spojrzał na swą kolekcję broni. Niewiele myśląc, zdjął ze 

ściany łuk i kołczan.

background image

135

Pani Hammarfield ostrożnie uchyliła drzwi.

- Lee Condor? - zdziwiła się uprzejmie. - Mąż jest zajęty. Obawiam się, że nie będzie mógł pana 

przyjąć...

Lee minął  ją  bez  słowa. Przeszedł  przez  hol  i  skierował się  w  stronę  biblioteki,  zaglądając po 

drodze  do  innych  pomieszczeń.  Hammarfield  siedział  przy  biurku.  Na  widok  gościa  zbladł.  Lee 

podszedł do niego i oparł się o blat.

- Gdzie ona jest?

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi... - zaczął Hammarfield, ale Lee mu przerwał.

- Pytam cię, gdzie ona jest? - powtórzył, chwytając go za koszulę na piersi.

- Przysięgam, że nie wiem, o czym pan mówi...

- Jesteś na zdjęciach, które zrobiła Bryn.

-  Nie  zaprzeczam...  -  Twarz  polityka  poszarzała.  -Ale  ja  naprawdę  nic  jej  nie  zrobiłem.  Daję 

panu  słowo  honoru.  Raz  zapytałem  ją  o  te  zdjęcia,  ale  to  wszystko...Zadzwonił  telefon.  Lee  w 

pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, jednak po chwili puścił Hammarfielda.

- Odbierz! - warknął.

Polityk drżącą rękę podniósł słuchawkę.

- To do pana... - wykrztusił po chwili.

- Lee?

- Kto mówi?

-  To  ja,  Andrew!  Dzwonił  Tony  Asp.  Pytał,  dlaczego  nie  powiedziałeś,  że  mamy  dziś  próbę. 

Widział samochód Bryn zaparkowany blisko domu Fultona.

Lee rzucił słuchawkę na biurko.

-  Dzwoń  na  policję!  -  nakazał  Hammarfieldowi.  -Powiedz,  żeby  natychmiast  jechali  do  starej 

rezydencji Fultona.

Bryn  zdołała  oswobodzić  ręce.  Zaczekała,  aż  Winfeld  wysiądzie,  a  potem  wypluła  knebel  i 

rozwiązała  sznur  na  nogach.  Instynkt  samozachowawczy  wyzwolił  w  niej  siły,  których  istnienia 

nawet nie podejrzewała.

Kiedy po nią przyszedł, była gotowa. Kopnęła go z całej siły w twarz. Zatoczył się, a ona w tym 

czasie  wyskoczyła  z  samochodu  i  zaczęła  uciekać.  Potrafiła  szybko  biegać.  Silne  nogi  tancerki 

niosły ją lekko, gdy gnała co tchu piaszczystą drogą. Oddychała z coraz większym trudem, ale nie 

przystawała.

Słyszała, że Winfeld jest tuż za nią. Krzyczał coś do swego pomocnika, ale nie rozumiała jego 

słów. Dopiero po chwili zorientowała się, że mężczyzna wrócił do samochodu i zajechał jej drogę. 

Wpadła w pułapkę. Skręciła w bok i pobiegła w stronę grupy rosłych dębów. Pędziła prosto przed 

siebie,  ale  szybko  straciła  orientację.  Przystanęła.  Nic,  cisza.  Dopiero  po  chwili  usłyszała 

background image

136

monotonnym szum samochodów. Po lewej stronie jest autostrada.

Postanowiła  biec  w  tę  stronę.  Ledwie  pokonała  parę  metrów,  upadla  na  ziemię.  Winfeld 

wyskoczył  z  dębowego  zagajnika  i  podciął  jej  nogi.  Tym  razem  nie  zamierzał  się  z  nią 

patyczkować. Z całej siły uderzył ją pięścią w twarz. Nawet nie poczuła bólu. Straciła przytomność.

Kiedy  Lee  wpadł  do  domu  Fultona,  Winfeld  był  już  w  połowie  schodów.  Na  rękach  niósł 

bezwładne ciało Bryn.

- Zajmij się nim! - wrzasnął do swojego wspólnika. Lee nie zauważył mężczyzny kryjącego się 

w mrocznym holu. Na szczęście w porę dostrzegł błysk i zdołał wytrącić napastnikowi sprężynowy 

nóż.  Potem  jednym  ciosem  powalił  go  na  ziemię.  Spojrzał  w  górę.  Winfeld  zbliżał  się  już  do 

podestu.  Lee  nie  miał  złudzeń:  nie  zdąży  go  dogonić  i  odebrać  Bryn.  Błyskawicznie  podniósł  z 

podłogi łuk, założył strzałę i naciągnął cięciwę.

- Winfeld!

- Odłóż to, Condor! Bo ją zrzucę!

Lee nie tracił zimnej krwi.

- Puść ją, Winfeld. Strzała leci szybko. Jeśli Bryn coś się stanie, umrzesz! Ale przedtem będziesz 

cierpiał.

Winfeld  zatrzymał  się  niezdecydowany.  Lee  tylko  na  to  czekał.  Strzała  poszybowała  do  góry, 

przeszyła marynarkę Winfelda i przygwoździła ją do wykładanej drewnem ściany. Ostrze nawet go 

nie drasnęło, ale i tak się przestraszył. Krzyknął i upuścił Bryn na podłogę.

- Wstawaj, Bryn! - zawołał Lee.

Nie  zdążyła  otrząsnąć  się  z  zamroczenia,  ale  jakby  przeczuwając,  że  gra  toczy  się  ojej  życie, 

poderwała  się  na  nogi.  Winfeld  nie  zamierzał  poddać  się  bez  walki.  Ochłonął  na  tyle,  by  móc 

analizować sytuację. Ponieważ nie mógł wyrwać strzały ze ściany, wyciągnął z kieszeni nóż.

- Bryn, skacz! Musisz skoczyć! - wołał Lee.

Spojrzała  na  dół.  Potem  obejrzała  się  za  siebie.  Z  drewnianej  boazerii  sypały  się  już  drzazgi. 

Jeszcze  chwila i  Winfeld  się oswobodzi.  Podeszła  do bariery.  Lee stał na  dole. Rozłożył  szeroko 

ramiona i czekał. Patrzył jej prosto w oczy. W jego oczach była niema prośba.

Jest silny, pomyślała. Niejeden raz miała okazję sprawdzić, jak mocne są jego ramiona. Przecież 

go kocha, ufa mu, wierzy... Przełożyła nogi przez barierę.

Ugiął się pod jej ciężarem, ale ją utrzymał. Przytulił ją do siebie i wyniósł z mrocznego domu, 

pod który właśnie zajeżdżały policyjne samochody.

To był wyjątkowo długi i męczący wieczór. Winfeld i jego wspólnik trafili za kratki, a Bryn, Lee 

i członkowie zespołu zostali przesłuchani przez policję. Była noc, kiedy wreszcie mogli wrócić do 

domu. Razem zjedli kolację, a potem Barbara i chłopcy pożegnali się i wyszli.

Bryn  i  Lee  zostali  sami.  I  dopiero  wtedy  zaczęli  ze  sobą  rozmawiać  o  wszystkim,  co  się 

background image

137

wydarzyło. Także o Victorii,  o jej chorobie i  przyczynie śmierci. Wreszcie  padły słowa, na które 

Bryn tak długo czekała. Jeśli jeszcze dręczyły ją jakieś wątpliwości, Lee je rozwiał, zapewniając ją 

o  swojej  miłości.  Wierzyła  mu.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  miała  pewność,  że  los  postawił  na  jej 

drodze mężczyznę, który nigdy jej nie zawiedzie.

Pięć dni później polecieli do Black Hills. Właśnie tam postanowili szybko wziąć ślub...

background image

138

EPILOG

Noc nie miała przed nim tajemnic.

Kiedy  stąpał  po  wilgotnej  ziemi,  przemykając  niczym  cień  pomiędzy  pniami  wysokich  sosen, 

jego kroki były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru.

Tę  bezcenną  umiejętność  przekazali  mu  w  genach  przodkowie.  To  dzięki  nim  poruszał  się  z 

wdziękiem leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale 

jak dumny orzeł.

Wspominał ich tej nocy, podążając ścieżką, którą kroczyli od wieków. Zawsze w jednym i tym 

samym  celu.  Zatrzymał  się  nieopodal  strumienia,  w  miejscu,  z  którego  mógł  ją  zobaczyć.  Jej 

zgrabna  sylwetka  rysowała  się  wyraźnie  na  tle  księżycowej  tarczy.  Wyciągnęła  ręce  do  nieba,  a 

potem  obróciła  się  w  jego  stronę,  otwierając  szeroko  ramiona.  Uśmiechnął  się,  gdyż  odgadł,  że

wyczula  jego  obecność.  Nie  musiała  go  widzieć  ani  słyszeć,  jak  nadchodzi;  czuła  go  duszą  i 

sercem; wiedziała, że do niej przyjdzie.

Szedł ku niej powoli, rozkoszując się widokiem jej nagości. Kochali się ze sobą tysiące razy, w 

najróżniejszych miejscach i o wszystkich porach dnia i nocy, ale księżycowa noc zawsze była dla 

nich  czasem  magicznym  i  wyjątkowym.  Zatrzymał  się  o  krok  od  niej.  Owiał  ich  przyjemnie 

chłodny wiatr, przynosząc pierwszą zapowiedź czekającej ich rozkoszy.

Spojrzał w zielone oczy w oprawie gęstych rzęs. Mógł patrzeć na nią w nieskończoność; nigdy 

nie  miał  dość  widoku  jej  pięknej  twarzy.  Wyraźnych  kości  policzkowych.  Brązowych  brwi. 

Idealnie  prostego  nosa.  Bujnych  włosów  i  pełnych  ust,  których  kształt  zdradzał  wrodzoną 

zmysłowość.

Była jego żoną. Codziennie obdarowywała go swoją miłością. Uratowała jego zbłąkaną duszę. 

Trafiła prosto do serca;  dotknęła niezabliźnionych ran i  zdołała je wyleczyć. Dzięki jej kojącemu 

dotykowi odkrył w sobie ogromną moc.

Dotknął  jej  włosów,  położył  dłoń  na  jej  piersi  i  wyczul  równy  rytm  serca.  Potem  wziął  ją  w 

ramiona  i  pociągnął  za  sobą  na  miękką  trawę  porastającą  brzeg  strumienia.  Za  chwilę  mieli 

odprawić rytuał tak świeży jak budząca się wiosna i tak pradawny jak otaczające ich szczyty gór.

Wybiła północ, na niebie jaśniał księżyc w pełni. Nadchodzi czas... jedności z nocą.