background image

 

1

 

 

 

Heather Graham 

 

 

BARWY NOCY 

background image

 

2

PROLOG 

Noc nie miała przed nim tajemnic. 

Kiedy stąpał po wilgotnej ziemi, przemykając niczym cień pośród starannie przystrzyżonych 

krzewów, jego kroki były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru. 

Tę bezcenną umiejętność przekazali mu w genach przodkowie. To dzięki nim poruszał się z 

wdziękiem leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale 

jak dumny orzeł. 

Wspomniane  dziedzictwo  nie  miało  jednak  nic  wspólnego  z  nocnymi  manewrami,  w  które 

bawił się dziś - ubrany w czarne dżinsy i czarny golf. Nawet czarne adidasy. 

Barwy  nocy,  by  łatwiej  stać  się  niewidzialnym.  Przygarbiony  i  czujny,  przez  pól  godziny 

cierpliwie  obserwował  dom.  Potem  zaczął  go  powoli  okrążać,  kryjąc  się  między  palmami  i 

krzewami  hibiskusa.  Budynek  tonął  w  ciemności  i  ciszy.  Nawet  nisko  wiszące  gałęzie  sosen  nie 

wydawały najmniejszego szmeru. 

Zrobił  sobie  krótki  odpoczynek,  by  zaraz  zacząć  kolejne  okrążenie.  Po  pewnym  czasie 

zatrzymał się na tyłach  domu. Nadal nic nie mąciło ciszy,  ale wyczul nieznaczny  ruch powietrza. 

Dopiero po chwili wyłapał jakiś dźwięk. Kroki. Lekkie, ostrożne, stawiane z rozmysłem. 

W bladym świetle księżyca zamajaczyła sylwetka. Podobnie jak on, w czerni od stóp do głów. 

Czarne  dżinsy.  Luźny  sweter.  I  czarna  kominiarka.  Intruz  postarał  się,  by  nikt  nie  rozpoznał  jego 

twarzy ani płci. 

I najwyraźniej postawił sobie jeden cel: dostać się do środka. 

Nie  spuszczał  oka  ze  smukłej  postaci,  która  zastygła  w  bezruchu  niczym  młoda  łania,  gdy 

zwietrzy  niebezpieczeństwo.  Widocznie  uznała,  że  nic  jej  nie  grozi,  gdyż  poruszyła  się  i 

porzuciwszy  bezpieczne  schronienie  w  gęstym  cieniu  pod  koronami  drzew,  szybko  podbiegła  do 

dwuskrzydłowego okna. 

Czekał  w  napięciu,  obserwując,  jak  przez  kilka  sekund  zmaga  się,  by  je  otworzyć.  Naraz 

tarcza  księżyca  skryła  się  za  chmurami.  Gdy  zabrakło  bladej  poświaty,  w  ciemności  czarnej  jak 

atrament utonęły nawet cienie. 

Tajemnicza postać nadal zmagała się z oknem. Gdy wreszcie się poddało, zwinnie wskoczyła 

na  parapet,  by  po  chwili  zniknąć  w  mrocznym  wnętrzu  domu.  Dopiero  wtedy  ruszył  z  miejsca. 

Bezszelestnie  jak  nocna  zjawa.  Pod  jego  stopami  nie  trzasnęła  nawet  jedna  gałązka.  Chyłkiem 

podkradł  się  do  okna  i  ostrożnie  zajrzał  do  środka.  Wąski  strumień  światła  z  malej  latarki  skakał 

nerwowo po ciemnym pokoju, odbił się od białej framugi i zniknął za drzwiami. 

Sprężyście  wskoczył  na  parapet  i  po  chwili  był  już  po  drugiej  stronie.  Ruszył  w  ślad  za 

ś

wiatłem,  które  zaprowadziło  go  do  salonu.  Kryjąc  się  w  gęstym  mroku,  obserwował  chaotyczny 

taniec wiązki światła. Najpierw z ciemności wyłoniła się kanapa zarzucona kolorowymi afganami; 

background image

 

3

następnie fortepian stojący na niewysokim podeście. Wreszcie półki z książkami i obrazy,  a obok 

nich strzelby, luki, kołczany pełne strzał oraz dzidy. 

Po lewej stronie, na niewysokim podwyższeniu  oddzielonym od reszty salonu ozdobną kutą 

balustradą, stało masywne tekowe biurko. I właśnie ono zainteresowało intruza. 

Snop światła zatrzymał się na blacie wyłożonym skórą. Nerwowe dłonie zaczęły pośpiesznie 

wyciągać szuflady i przetrząsać ich zawartość. 

Zmrużył oczy i przez chwilę przyglądał się poczynaniom włamywacza. Potem zaczął skradać 

się w jego stronę. Jego ruchy miały w sobie sprężystość i gibkość drapieżnego kota. 

Trzasnęła  zbyt  mocno  pchnięta  szuflada.  Zamaskowany  osobnik  zamarł,  a  potem  zaczął 

ś

wiecić latarką we wszystkie strony. 

Przyczaił  się  za  kanapą  i  odczekał,  aż  znów  zaszeleszczą  papiery.  Teraz...  Przemknął  przez 

pokój  jak  wiatr.  Po  drodze  wprawnym  ruchem  wyciągnął  strzałę  z  kołczanu  i  trzymając  ją  w 

zębach, przeskoczył przez balustradę i zacisnął palce na gardle przeciwnika. 

- Coś ty za jeden, do jasnej cholery? - warknął, dźgnąwszy go w żebra stalowym grotem. - I 

czego tu chcesz? 

Wyczuł lodowaty dreszcz przerażenia, który odebrał intruzowi zdolność ruchu. 

- Ja... -  Drżący szept uwiąż! w  gardle zdławionym żelaznym uściskiem.  Przeciwnik był bez 

szans, rozluźnił więc chwyt i cofnął rękę, w której trzymał strzałę. 

- Rzućmy nieco światła na sytuację - wycedził. Puścił go i pewnie podszedł do biurka. 

Tu  jednak  popełnił  błąd,  zbyt  pochopnie  lekceważąc  przeciwnika.  Ten  bowiem  wykorzystał 

okazję. Obrócił się jak fryga, zwinnie przeskoczył balustradę i rzucił się do ucieczki. 

- Niech cię jasny szlag! - Jednym susem przesadził kratę i ruszył w pościg. Kiedy minąwszy 

hol wpadł do pokoju, uciekinier stał już na parapecie. 

- Stój! - wrzasnął. Tym razem nie zamierzał pozwolić mu się wymknąć. Z całych sił naprężył 

mięśnie i rzucił się do przodu, włamywacz zaś, zamiast czmychnąć do ogrodu, skoczył wprost na 

niego. Niewiele brakowało, by znów udało mu się uciec. 

Dosłownie w ostatniej chwili uchwycił wełniany sweter. Zacisnął palce z taką silą, że miękka 

dzianina  nie  wytrzymała  i  został  z  kawałkiem  przędzy  w  dłoni.  Osobnik  jakimś  cudem  zdołał  się 

wywinąć. Zorientował się, że nie umknie przez okno, więc rzucił się do drzwi. 

Znów go gonił. Miał tę przewagę, że był na swoim gruncie. Tylko on wiedział, że w domu nie 

ma drugiego wyjścia. 

W  szaleńczej  gonitwie  pobiegli  na  piętro.  Włamywacz  zaczynał  tracić  zimną  krew; 

zdesperowany,  biegł  na  oślep,  łudząc  się,  że  jakoś  zdoła  umknąć.  Ich  prędkie  kroki  zadudniły  na 

deskach drewnianej antresoli ponad pokojem. Zbieg kierował się ku drzwiom na końcu korytarza. 

Dopadł ich, lecz zamiast ukryć się w pokoju, obejrzał się za siebie. Prześladowca był tuż-tuż... 

background image

 

4

Dopiero  wtedy  wpadł  do  pokoju  i  próbował  zatrzasnąć  drzwi.  Ale  było  już  za  późno.  Ten, 

który  go  gonił,  z  całej  sil  naparł  ramieniem  na  masywne  drewno.  Rozległ  się  łomot  i  po  chwili 

siedział intruzowi na karku. 

Impet, z jakim się na niego rzucił, wepchnął ich obu do środka, wprost na wielkie, centralnie 

ustawione  łoże.  Zaczęła  się  bezładna  szamotanina.  Intruz  bronił  się,  wierzgając  i  tłukąc  na  oślep 

pięściami,  wijąc  się  jak  piskorz.  Mimo  to  był  bez  szans.  Atakujący  miał  nad  nim  olbrzymią 

przewagę. W milczeniu siłował się z nim, próbując go obezwładnić. W pewnej chwili trafił dłonią 

na jakąś krągłość. Jędrną, ale przyjemnie miękką. Pełną i ponętną. Zupełnie jak kobieca pierś. 

Tego się nie spodziewał. 

-  Nie!  Proszę!  -  Głos  intruza  z  pewnością  należał  do  kobiety.  Przestraszonej.  Nie,  raczej 

ś

miertelnie przerażonej. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, z trudem łapała oddech. Mimo to 

nie przestawała walczyć...Usiadł na niej i unieruchomił jej ręce. 

- Dobra - wysapał. - Gadaj, coś ty za jedna i po diabla tu przyszłaś? 

Księżyc  wyszedł  nagle  zza  chmur  i  przez  okno  wlało  się  srebrzyste  światło,  zalewając 

sypialnię bladą poświatą. 

Spojrzał  na  zamaskowaną  kobietę,  którą  teraz  widział  całkiem  wyraźnie.  Szybkim  ruchem 

ś

ciągnął jej kominiarkę. Najpierw zobaczył bujne, błyszczące włosy, których gęste pasma lśniły w 

ś

wietle księżyca jak wypolerowana miedziana moneta. Potem przyjrzał się jej twarzy... 

Szeroko  otwarte,  zielone  kocie  oczy  w  oprawie  gęstych  rzęs  przeszywały  go  czujnym 

spojrzeniem.  Kobieta  miała  delikatne,  ale  wyraźnie  zaznaczone  kości  policzkowe.  Rude  brwi. 

Prosty nos. Mocno zarysowane usta z pełną dolną wargą, zdradzającą zmysłowość. 

Nie ruszała się, ale odgadł, że się boi. Zradzało ją gwałtowne falowanie piersi. Uniósł się, lecz 

na wszelki wypadek trzymał ją zakleszczoną pomiędzy swoimi udami. Skrzyżował ręce na piersi i 

spojrzał na nią złowrogo. Na jego ustach pojawił się cyniczny uśmiech. Znal te błyszczące zielone 

oczy.  I  lśniące  rude  włosy.  Teraz  już  wiedział,  dlaczego  bez  trudu  przeskoczyła  balustradę  i 

poruszała się zwinnie jak tancerka. Bo nią była... 

Miał  okazję  poznać  to  miękkie  i  gibkie  ciało,  które  teraz  drżało  jak  w  febrze.  Wiele  razy 

trzymał ją w ramionach, gdy oboje brali udział w tworzeniu pewnej iluzji. Wnosił ją na rękach po 

wspaniałych,  biegnących  łukiem  schodach.  Wtedy  ten  wymuszony  kontakt  nie  sprawiał  jej 

przyjemności. Czuł to, bo sztywniała, ilekroć jej dotykał. Czasem rzucała mu wrogie spojrzenie. 

Znał ją. Widział, jak zachowuje się, stojąc przed i za obiektywem. I jak tańczy. 

-  Ach,  panna  Keller.  Jak  miło,  że  pani  przyszła,  choć  przyznam,  że  ta  wizyta  mnie 

zaskoczyła!  Nie  dała  się  pani  zaprosić  na  kieliszek  wina,  a  jednak  się  spotykamy  w  moim  łóżku. 

Powinno  mi  to  pochlebiać,  prawda?  Niestety,  nie  pochlebia.  -  Pochylił  się  nad  nią,  wsparty  na 

rękach, między którymi uwięził jej głowę. Jego twarz miała zacięty wyraz, w oczach płonął gniew. 

background image

 

5

- Gadaj, Bryn! Po co się tu włamałaś? Czego szukasz? Nie znalazłaś tego wczoraj... 

- Wczoraj? - powtórzyła nerwowym szeptem. 

-  Przestań  się  zgrywać!  -  warknął.  -  Tak,  wczoraj.  Uwierz  mi,  złotko,  potrafię  rozpoznać, 

kiedy ktoś plądrował w moich rzeczach. 

- Ale to nie ja... 

- Ciii! 

Uniósł się. Znieruchomiał. Po chwili ona też to usłyszała. Ktoś chodzi po salonie, skrada się... 

Sekundę później na dole skrzypnęły schody. 

Już miał wstać, ale zastygł przyczajony. Nagle skrzyżował ręce i chwyciwszy za brzegi golfa, 

szybko ściągnął go przez głowę. Blade światło księżyca przylgnęło do smagłej skóry na jego torsie i 

muskularnym brzuchu. 

- Ściągaj sweter! - syknął, zrywając narzutę po swojej stronie łóżka. 

- Nie!- Tak, i to zaraz! - rzucił. Brutalnie zepchnął ją na bok, wyszarpnął spod niej pościel i 

przykrył  ją  i  siebie.  -  Do  cholery!  -  cedził  ledwie  słyszalnym  szeptem.  -Nikt  nie  uwierzy,  że 

odsypiamy ostry seks, jeśli położysz się w ubraniu! To ty mnie wciągnęłaś w tę idiotyczną kabałę, 

nie ja ciebie, więc dostosujesz się do moich reguł! 

Wahała  się,  ale  on  nie  zamierzał  tracić  czasu.  Silnymi  dłońmi  zaczął  ściągać  z  niej  podarty 

sweter. 

- Przestań! - szepnęła i rozebrała się sama.  

Z bijącym sercem opadła na poduszkę i nakryła się po szyję. 

- Stanik też! - polecił szorstko. - Co z tobą? Nigdy się z nikim nie kochałaś? 

Trzęsła  się  z  wściekłości  i  upokorzenia,  lecz  czuła,  że  on  wie,  co  robi.  Chciała  rozpiąć 

biustonosz,  ale  ręce  drżały  jej  tak  bardzo,  że  nie  mogła  poradzić  sobie  z  zapięciem.  Wyręczył  ją. 

Wystarczyło, że musnął dłonią jej plecy, a natychmiast przeszły ją ciarki, najpierw zimne, po chwili 

palące  skórę  żywym  ogniem.  Koronkowy  biustonosz  zsunął  się  z  jej  ramion.  Złapała  go  i 

przycisnęła do siebie. Wolała nie ryzykować, że jej go zabierze. 

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Niemal krzyknęła, gdy bez uprzedzenia położył rękę 

na jej brzuchu, tuż pod biustem, i przyciągnął ją do siebie. Zmusił ją, by przytuliła się do niego, i 

uwięził jej nogi między swoimi. Jego gorący oddech łaskotał ją w kark... 

Dla  kogoś,  kto  patrzył  z  boku,  wyglądali  jak  kochankowie  zmęczeni  miłością.  Dla  nich,  a 

zwłaszcza  dla  niego,  sen  był  w  tej  chwili  abstrakcją.  Mężczyzna,  który  ją  przytulał,  emanował 

energią i siłą witalną. Domyślała się, że w skupieniu nadsłuchuje, rejestrując najmniejszy szmer; że 

jest  czujny  i  w  każdej  chwili  gotowy  do  skoku.  Jak  polujący  drapieżnik.  Nie  ruszał  się,  ale  z 

napięcia drżały mu mięśnie. A ona każdą komórką ciała odbierała bijącą od niego pierwotną męską 

siłę... 

background image

 

6

Dławił  ją  lęk.  Przerażało  ją  zagrożenie,  które  na  niego  sprowadziła;  przerażał  odgłos 

zbliżających się kroków, wolnych i ostrożnych, wspinających się na piętro. 

Prócz lęku dręczyło ją coś, co sięgało samego dna duszy. Była to świadomość, że on jest tuż 

obok.  Ze  przypadkowo  dotyka  jej  piersi.  Ogrzewa  ją  ciepłem  swojego  ciała.  Czuła  się  przy  nim 

bezbronna,  ale  bezpieczna.  Gdyby  pozwoliła  mu  pokonać  pewną  granicę,  musiałaby  uznać,  że 

pozwala mu sobą zawładnąć. Mężczyzna taki jak on bierze kobietę całą, z duszą i ciałem. Gdyby 

mu uległa, należałaby wyłącznie do niego. W zamian dałby jej coś, co jest wieczne jak czas i trwałe 

jak skała. Swoją siłę, która byłaby jej tarczą i mieczem w walce ze światem. Pod warunkiem, że by 

jej zapragnął... 

Obawiała  się  go.  Od  samego  początku.  Przeczuwała,  że  jeśli  pozwoli  sobie  na  chwilę 

słabości... 

Kroki.  Wyraźnie  się  przybliżały.  Jej  domniemany  kochanek  przygarnął  ją  do  siebie  jeszcze 

mocniej. Zmysłowy dreszcz zmieszał się z narastającą falą strachu. 

- Zamknij oczy! 

Jak odgadł, że bezradnie wpatruje się w mrok? On też patrzył, była tego pewna. Tyle że spod 

przymkniętych powiek, tak by nie można było dostrzec mrocznego blasku jego oczu. Ktoś stanął w 

drzwiach.  Wstrzymała  oddech,  sparaliżowana  świadomością,  że  jest  obserwowana.  Coś 

skrzypnęło...  To  stara  deska  podłogowa  zdradziła  intencje  nieproszonego  gościa.  Ten  zaś, 

najwyraźniej usatysfakcjonowany tym, co zobaczył, odwrócił się i zaczął schodzić na dół. 

Mężczyzna  leżący  obok  był  niewiarygodnie  szybki.  W  mgnieniu  oka  wyskoczył  z  łóżka  i 

znalazł się przy drzwiach. Chciał wykorzystać fakt, że włamywacz nie spodziewa się ataku. 

- Co, do jasnej cholery, robisz w moim domu? - krzyknął, goniąc go po schodach. 

Odpowiedział  mu  huk  wystrzału,  który  w  ciemności  wyglądał  jak  nagła  eksplozja  krwawej 

purpury i intensywnej żółci. Zdążył się uchylić. Pocisk świsnął mu koło ucha i utkwił w futrynie. 

Włamywacz rzucił się do ucieczki. 

Biegł za nim, kryjąc się za balustradą, gdy padały kolejne strzały. Bandyta miał jednak parę 

sekund  przewagi.  Pierwszy  dopadł  drzwi  i,  przestrzeliwszy  zamki,  zniknął  w  ciemnościach. 

Zawarczał silnik; spod buksujących kół strzelił żwir. Samochód z wyłączonymi światłami odjechał 

na pełnym gazie. 

Wrócił  do  domu  i  szybko  wbiegł  na  górę.  Siedziała  na  łóżku,  skromnie  okryta  kołdrą. 

Splątane włosy otaczały jej pobladłą twarz i spływały na ramiona. Jej oczy, których kolor i wyraz 

tak bardzo go oczarowały, były szeroko otwarte. I wciąż pełne lęku. 

Uśmiechnął się ponuro i zamknął za sobą drzwi. Drgnęła, słysząc, jak stuknęły. Dobrze, że się 

go  boi.  Niech  czuje  respekt.  Powinna.  W  końcu  włamała  się  do  jego  domu,  szperała  w  jego 

rzeczach i, co gorsza, ściągnęła tu jakiegoś bandytę, który poszatkował mu ściany kulami. 

background image

 

7

- No dalej,  Bryn, mów.  Co jest  grane? Nerwowo zwilżyła usta i spojrzała na podłogę  gdzie 

powinien  leżeć  zniszczony  sweter.  Owinęła  się  szczelniej  kołdrą  i  schyliła,  by  go  poszukać,  lecz 

powstrzymał  ją  szybki  ruch.  Usiadł  obok  niej.  Uśmiech  nie  schodził  z  jego  ust,  gdy  stopą  mocno 

przydepnął jej ubranie. 

-  Koniec  uników,  Bryn.  Znam  tylko  jeden  sposób,  żeby  do  ciebie  trafić.  Musisz  poczuć  się 

bezbronna. Nawet jeśli to oznacza półnaga, cóż... 

Wykonał  rękami  teatralny  gest  wyrażający  rezygnację.  Opadła  na  poduszkę.  Co  za  straszny 

pech, że na własne życzenie zrobiła sobie z niego wroga. 

Chciał, by poczuła się bezbronna. 

- Bryn! - Jej imię zabrzmiało w jego ustach jak groźba. 

- Ja... nie mogę ci nic powiedzieć! 

- Radzę spróbować. Albo dzwonię na policję. 

- Nie! Lee, błagam! Nie rób tego... 

-  Więc  słucham!  Mów,  kto  włamuje  się  do  mojego  domu.  I  dlaczego  jakiś  kretyn  do  mnie 

strzela. 

-  Dobrze,  już  dobrze!  Ale  musisz  przyrzec,  że  nie  zawiadomisz  policji!  -  Zielone  oczy, 

których  spojrzenie  bywało  promienne  i  niewinne,  kuszące  i  uwodzicielskie,  dumne  i  czasem 

krnąbrne,  ale  nigdy  przygaszone,  pokorne  czy  błagalne,  napełniły  się  łzami.  Powstrzymała  je 

wysiłkiem woli, nie umiała jednak zapanować nad drżeniem warg. - Posłuchaj,  Lee, wiem, że nie 

byłam wobec ciebie w porządku, ale zaręczam, że miałam powody. Zdaję sobie sprawę, że nie mam 

prawa  prosić  cię  o  pomoc,  a  jednak  jestem  zmuszona  to  zrobić.  Proszę  cię,  Lee!  Obiecaj,  że  nie 

będziesz włączał w to policji! Ci, którzy to zrobili... mają Adama! Zaskoczony uniósł brwi. 

- Niech ci będzie - zgodził się po chwili. - Nie zawiadomię policji, w każdym razie nie teraz. 

Obiecuję. 

- Chodzi o zdjęcia - oznajmiła. 

- Zdjęcia? - powtórzył, nic z tego nie rozumiejąc. - Te, które zrobiłaś w czwartek? 

- Tak. 

Włączył  nocną  lampkę,  a  potem  podszedł  do  szafy  i  zaczął  czegoś  szukać.  W  końcu 

wyciągnął koszulę w prążki. 

- Wkładaj - nakazał. - Twój sweter zakończył już swój żywot. Idę na dół zaparzyć kawę. Bądź 

w  kuchni  za  pięć  minut.  Chcę  usłyszeć  od  ciebie  całą  historię,  bez  skrótów  i  pomijania 

niewygodnych wątków. 

Wyszedł, a ona mocno zacisnęła powieki. Czemu mnie to spotyka? - myślała zdesperowana. 

Gdybym tamtego dnia skierowała obiektyw w inną stronę... 

Adam  byłby  dziś  w  domu.  A  ona  nie  musiałaby  błagać  o  pomoc  człowieka,  którego  od 

background image

 

8

początku traktowała jak wroga. I którego błędnie oceniła i zlekceważyła. 

Mężczyznę,  który  budził  w  niej  lęk  nawet  wtedy,  gdy  ją  do  siebie  tulił.  Który  potrafił 

rozbudzić  jej  zmysły,  szepcząc  coś  do  ucha,  a  przelotnym  dotykiem  przyprawiał  ją  o  dreszcz 

rozkoszy. I który mógł ją wykorzystać, a potem porzucić jak wysmagany wiatrem kawałek drewna 

na piaszczystym brzegu wśród kompletnej pustki. 

Teraz leży w jego łóżku. Kilka minut temu on był obok, dotykał jej tak, jak mógłby dotykać 

kochanek... 

Odrzuciła  przykrycie  i  usiadła.  Drżącymi  rękoma  włożyła  jego  koszulę  i  szybko  zapięła 

guziki. 

Zdążyła  poznać  go  na  tyle,  by  wiedzieć,  że  nie  rzuca  słów  na  wiatr.  Jeśli  czegoś  żąda,  z 

pewnością  to  wyegzekwuje.  Mogła  się  domyślić,  że  jeśli  za  pięć  minut  nie  stawi  się  na  dole,  on 

sprowadzi  ją  siłą.  Nie  chciała  z  nim  rozmawiać,  ale  wolała  nie  kusić  losu.  Zbyt  wiele  miała  do 

stracenia. 

Westchnęła z rezygnacją. W pewnym sensie czuła ulgę, że wreszcie to z siebie wyrzuci. I że 

powie to właśnie jemu. Gdyby od razu do niego z tym przyszła, być może sprawy nie zaszłyby tak 

daleko. 

Ten  przerażający  człowiek,  który  ją  śledził,  może  być  bardzo  niebezpieczny,  ale...  Nawet 

jeśli, to był najbardziej pechowym bandytą, o jakim słyszał świat. 

Zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Za moment zejdzie na dół i stanie twarzą 

w twarz z Lee. 

Opowie mu wszystko, od początku. Od początku. 

Czy ktoś mógł to przewidzieć? 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Auaaa! 

Słysząc głośny i przenikliwy krzyk, Bryn skoczyła na równe nogi. Rzuciła książkę, nad którą 

próbowała się skupić, i pobiegła do ogródka na tyłach domu. 

Minęło półtora roku od chwili, gdy los wyznaczył jej rolę opiekunki, a ona nadal nie potrafiła 

rozpoznać, które wrzaski oznaczają ból, a które dobrą zabawę. 

Tym razem była to zabawa. Mrożący krew w żyłach ryk wyrwał się z gardła siedmioletniego 

Briana, najstarszego z jej bratanków, który na widok jej przerażonej miny stwierdził ze spokojem: 

-  Ciociu,  my  się  tylko  bawimy.  Jestem  Gringold!  Bóg  wody  i  światła!  Walczę  z  armią 

Mrocznego  Psa  -  wyjaśnił,  prężąc  pierś  i  wymachując  plastikowym  mieczem.-  A  ja  jestem  Tor 

Wspaniały! - krzyknął Keith, sześciolatek grający drugie skrzypce pośród trojki braci. 

background image

 

9

-  O?  -  Bryn  uniosła  brwi.  Tłumiąc  uśmiech,  pomyślała,  że  nawet  nie  musi  pytać,  komu 

przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt bycia Mrocznym Psem. Jej spojrzenie powędrowało w stronę 

czteroletniego  Adama.  Jako  najmłodszy  zawsze  dostawał  rolę  czarnego  charakteru.  Ponieważ  nie 

starczyło  dla  niego  plastikowych  mieczy  ani  pokryw  od  kosza  na  śmieci  udających  tarcze,  jego 

bronią był mały kij bejsbolowy, a tarczą kawałek kartonu. 

Jeszcze  przed  chwilą  miała  ochotę  wytargać  ich  za  uszy  za  to,  że  tak  ją  nastraszyli,  ale 

chłopczyk rozbroił ją swoją słodką minką. Toteż roześmiała się i zabrała mu kij. 

-  Tor  Wspaniały,  tak?  -  huknęła,  patrząc  srogo  na  Keitha.  -  A  ja  jestem  Biała  Wiedźma  - 

oznajmiła groźnie. - Zaraz zapłacicie mi za to, że przez was przedwcześnie osiwiałam! 

Chłopcy  z  piskiem  rozbiegli  się  po  małym  ogródku,  a  ona  goniła  ich,  bijąc  lekko  kijem  po 

pupach. Wreszcie niedawni wrogowie zrozumieli, że w jedności siła. Na trzy cztery wskoczyli jej 

na plecy i przewrócili ją na trawę. 

- Błagaj o litość, Biała Wiedźmo! - nakazał Brian. 

- Nigdy! - zawołała, udając przerażenie.  

W tej samej chwili w kuchni zadzwonił telefon. 

- Błagaj o litość! - Keith jak zawsze naśladował starszego brata. 

- Złaźcie ze mnie, dzikusy! Obiecuję, że później będę błagała o litość. Teraz muszę odebrać 

telefon. 

- Nieee, ciociu Bryn! 

Chłopcy byli bardzo rozczarowani, ale pozwolili jej wstać. Posłała im buziaka i pobiegła do 

telefonu. 

- Bryn? 

- Barbara? 

-  We  własnej  osobie.  Co  ty  robisz?  Jesteś  strasznie  zasapana.  Mam  nadzieję,  że  nie 

przeszkadzam? Choć przyznam, że wreszcie chciałabym ci przeszkodzić... wiesz, w czym. 

Bryn  skrzywiła  się.  Barbara  nie  mogła  pojąć,  skąd  u  niej  tyle  niechęci  do  męskiego 

towarzystwa. Nie trafiało do niej tłumaczenie, że to skutek uboczny nieudanego związku. 

- Spokojnie, w niczym mi nie przeszkodziłaś - uspokoiła przyjaciółkę. - Oczywiście nie licząc 

ś

miertelnej walki dobra ze złem. Z czym dzwonisz? 

- Mam coś dla ciebie. 

- Jakieś zlecenie? Wspaniale! Niedługo uporam się ze zdjęciami przyrody do folderu. W rewii 

też mi się kończy zastępstwo, więc zaczynam się martwić o pieniądze. Co masz, chałturę czy sesję 

zdjęciową? 

Barbara roześmiała się. 

-  Oj,  Bryn,  z  ciebie  to  jest  niezły  numer.  Masz  szczęście,  że  trafiłaś  na  taką  agentkę  jak  ja. 

background image

 

10 

Sama powiedz, kto inny potrafiłby cię sprzedać jednocześnie jako fotografa i jako tancerkę? 

-  Pewnie  nikt  -  przyznała  rzeczowo.  -  Już  widzę  te  olbrzymie  billboardy:  „Bryn  Keller: 

kobieta pracująca - mistrzyni w łapaniu dziesięciu srok za ogon”. 

- No, jesteś dla siebie niesprawiedliwa. Przecież  wiesz, że w obu zawodach jesteś świetna - 

zapewniła Barbara. 

Bryn milczała. Była dobrą tancerką i dobrym fotografem, ale przekonała się, że bycie „dobrą” 

nie  gwarantuje  sukcesu.  Oznacza  tylko,  że  jeśli  dopisze  ci  szczęście,  będziesz  miała  pracę.  Po 

chwili roześmiała się. 

-  Cóż,  może  gdybym  parę  lat  temu  zdecydowała,  czy  chcę  tańczyć,  czy  fotografować, 

byłabym dziś kobietą sukcesu. 

-  Możliwe,  dziecino,  ale  wtedy  nie  dostałabyś  zlecenia,  które  mam  dla  ciebie  -  wtrąciła 

trzeźwo  Barbara.  -  A  mam  ofertę  nie  do  odrzucenia.  Dwa  w  jednym:  dziś  tańczysz,  jutro  robisz 

zdjęcia. Co ty na to? 

- Super! Kogo fotografuję i dla kogo tańczę? 

- Dla jednej i tej samej osoby. 

- Poważnie? - zdziwiła się. - A któż to taki? 

- Lee Condor. 

- Ten Indianin, co to jest gwiazdą rocka? 

-  Pół-Indianin.  I  nie  żaden  gwiazdor,  tylko  poważny  muzyk  -  sprostowała  Barbara.  -  Nie 

zapominaj o tym, kwiatuszku. 

- O czym? Że pół-Indianin czy że muzyk? 

- Jedno i drugie - zaśmiała się Barbara. - Lee nie wypiera się indiańskich korzeni, ale też nie 

robi  z  tego  wielkiej  sprawy.  Zaliczył  dwa  lata  w  sławnej  szkole  muzycznej  Julliard,  gdzie  uczyła 

jego matka, i dwa lata w Królewskim Konserwatorium. Ma prawo nazywać się muzykiem. 

- Sama nie wiem, Barb. Jakoś nie przepadam za facetami, którzy farbują włosy na czerwono i 

miotają się po scenie, jakby uprawiali miłosne zapasy. Nie będę się czuła komfortowo, pracując dla 

kogoś takiego. 

- Laleczko, on wcale nie ma czerwonych włosów, tylko czarne jak skrzydło kruka! I wcale nie 

zachowuje  się  jak  seksualny  zapaśnik.  Przez  pięć  lat  był  żonaty  i  nawet  taki  brukowiec  jak 

„National  Enquirer”  nie  miał  czego  się  przyczepić.  Teraz  jest  wdowcem.  Zresztą  o  czym  my 

mówimy?  Przecież  nie  będzie  twoim  partnerem,  tylko  pracodawcą  -  zniecierpliwiła  się.  -  Co  cię 

nagle  ugryzło?  Pracowałaś  z  dziesiątkami  przeróżnych  facetów.  Każdy,  który  próbował  cię 

poderwać, kończył jak Titanic. Czemu ni z tego, ni z owego boisz się Condora? Przecież nawet go 

nie znasz? 

-  Nie  boję  się!  -  zaprotestowała,  ale  musiała  uczciwie  przyznać,  że  to  niezupełnie  prawda. 

background image

 

11 

Gdy padło jego nazwisko, poczuła przypływ  adrenaliny.  Znała  go, jak zna się  Beatlesów, Rolling 

Stonesów  czy  Duran  Duran,  i  nie  miała  powodu,  by  obawiać  się  go  albo  z  góry  zakładać,  że  jest 

ś

wirem. A jednak się bała... 

Chyba  zgłupiałam,  prychnęła.  Lęk  był  irracjonalny,  ale  nie  mogła  go  zignorować.  I  musiała 

uczciwie przyznać, że dobrze wie, gdzie szukać jego źródła. 

Wszystko  zaczęło  się  od  teledysku.  Chłopcy  oglądali  kiedyś  film  w  telewizji.  Po  jego 

zakończeniu stacja puściła wideoklip grupy Lee Condora. 

O dziwo, na klipie w ogóle nie było typowych rockowych scen. Żadnych dymiących gitar ani 

długowłosych  rockmanów  pastwiących  się  nad  instrumentami.  Nie  było  nawet  przebitek  na 

Condora grającego na perkusji. Ilustracją do piosenki o miłości była historia utrzymana w gatunku 

fantasy. Teledysk został zrealizowany tak profesjonalnie, że zdjęcia wyglądały jak fragmenty fabu-

larnego filmu: rycerze na rumakach pędzący we mgle w stronę zamku; wielka bitwa; bohaterka, dla 

której ratunek nadszedł zbyt późno i teraz umiera w ramionach ukochanego. 

Przez  całe  cztery  minuty  Bryn  wpatrywała  się  w  ekran  jak  urzeczona.  W  końcowej  scenie 

kamera  pokazała  zbliżenie  twarzy  rycerza  w  zbroi.  Przez  niewielkie  otwory  w  opuszczonej 

przyłbicy patrzyły groźne oczy. Miały niezwykły kolor ciemnego bursztynu. Nadal je pamiętała - aż 

zbyt dobrze. I nadal budziły w niej niepokój. 

-  Nie  boję  się,  Barbaro  -  powtórzyła.  -  Po  prostu  nie  rozumiem,  po  co  Lee  Condor  miałby 

kręcić teledysk w Tahoe? Źle mu w Hollywood? 

-  Co  ty,  niedzisiejsza  jesteś?  Przecież  on  wcale  nie  mieszka  w  Hollywood.  Ma  dwa  domy. 

Jeden w Fort Lauderdale, a drugi tutaj. 

- Poważnie? 

- Tak, kupił go już dawno. Mało kto o tym wie, bo Lee strzeże prywatności. W ogóle niewiele 

o nim wiadomo. 

- Tak? A ja mam wrażenie, że ty wiesz całkiem sporo - rzuciła uszczypliwie. 

- Mhm. Chętnie dowiedziałabym się więcej. 

- Lubisz takich hardrockowców, prawda? - zapytała Bryn. 

Ku jej zaskoczeniu Barbara zawahała się. 

-  Lee  to  dziwny  człowiek  -  stwierdziła  po  chwili.-  Serdeczny  i  spokojny.  Ale  kiedy  mu  się 

dobrze  przypatrzysz,  masz  wrażenie,  że  posiada  jakiś  szósty  zmysł.  Jest  wyjątkowo  przenikliwy  i 

spostrzegawczy. A jaki jest przystojny! Ma niesamowite oczy... Wprawdzie wygląda na chudego i 

ż

ylastego,  ale  jak  się  człowiek  dokładniej  przyjrzy  i  zobaczy  te  szerokie  bary...  -  Barbara  wes-

tchnęła.  -  Ja  w  każdym  razie  dostaję  na  jego  widok  gęsiej  skórki.  Nie  znam  bardziej  męskiego 

faceta. 

Bryn  sama  słyszała,  że  jej  śmiech  zabrzmiał  sztucznie.  Raz  już  miała  okazję  poznać  taki 

background image

 

12 

chodzący okaz męskości. I to poznać aż za dobrze. Czy właśnie z powodu tego podobieństwa Lee 

Condor  od  razu  wzbudził  w  niej  niechęć?  Czy  możliwe,  że  wystarczyło  jej  raz  spojrzeć  w  jego 

ogniste oczy, by w głowie natychmiast włączył się sygnał alarmowy? Instynkt samozachowawczy 

ostrzegł ją, by trzymała się z dala od tego mężczyzny. Podejrzewała, że dla niego zaspokajanie żądz 

i zachcianek jest równie naturalne jak oddychanie. Jej były narzeczony, Joe, był taki sam. 

Dla kogoś, kto umie odczytać znaki ostrzegawcze, były one aż nadto widoczne. Jak jaskrawy 

neon,  który  krzyczy:  Kobieto,  miej  się  na  baczności!  Ten  facet  najpierw  pokaże  ci  niebo,  by  za 

chwilę urządzić na ziemi piekło. 

Na szczęście mądra kobieta wpada w sidła tylko raz w życiu, nigdy dwa. 

- Rozumiem, że nasz idol szuka tancerzy do nowego teledysku - powiedziała, otrząsając się ze 

wspomnień. 

- A jak to się ma do robienia zdjęć? 

-  Lee  widział  zdjęcia  promocyjne,  które  robiłaś  dla  moich  klientów.  Najpierw  długo  się 

przyglądał, a potem zapytał, czy znam ich autora. No to mu o tobie powiedziałam. 

- Dzięki. 

-  Od  tego  są  agenci.  -  Barbara  nie  kryła  samozadowolenia.  -  Słuchaj,  muszę  jeszcze 

zorganizować dwudziestu tancerzy, więc nie mam czasu gadać. Chryste, jak ja kocham tego faceta! 

Tylko pomyśl o moim honorarium! Chyba sama zacznę tańczyć z radości. Ale mi się poszczęściło! 

Tym  razem  Bryn  roześmiała  się  całkiem  szczerze.  Ona  i  Barbara  miały  wiele  wspólnego. 

Barbara  za  dnia  była  agentką,  a  wieczorami  tańczyła  w  modnym  nocnym  klubie.  Uwielbiała 

załatwiać  kontrakty,  no  i  tańczyć.  Bryn  mogłaby  pracować  razem  z  nią,  ale  uznała,  że  to  zbyt 

ryzykowne zajęcie dla kobiety, która wychowuje małe dzieci. Poza tym  czuła, że nie odnalazłaby 

się w takim miejscu. 

- Rzeczywiście, Barb, dopisało ci szczęście. Cieszę się, że trafił ci się taki kontrakt. 

-  Złotko,  ty  się  lepiej  ciesz  na  własne  konto.  Zarobisz  taką  kasę,  że  wreszcie  kupisz  sobie 

dom. 

Bryn  zagryzła  wargi.  Rzeczywiście,  pieniądze  są  teraz  sprawą  kluczową.  Niby  nie  dają 

szczęścia,  ale  nie  sposób  bez  nich  funkcjonować.  Dopóki  żył  jej  brat,  Jeff,  wystarczało  jej  na  w 

miarę wygodne życie: Mogła pozwolić sobie na luksus przebierania w zleceniach. 

Gdyby  Jeff  żył!  Wcale  nie  chodziło  o  to,  że  ma  dość  opieki  nad  jego  synami  -  wręcz 

przeciwnie, kochała ich bezgranicznie i była gotowa poruszyć niebo i ziemię, by nadal byli razem. 

Tęskniła  za  bratem,  bo  bardzo  go  kochała.  Dopóki  go  miała,  życie  było  normalne,  proste  i 

bezproblemowe.  Było,  minęło.  Nie  wolno  jej  użalać  się  nad  sobą.  Musi  stawić  czoła  twardej 

rzeczywistości. Pogodzić się z tym, że Jeffa nie ma. 

Niestety, jej brat nie pomyślał o dobrej polisie ubezpieczeniowej, a chłopcy rośli. Trzeba było 

background image

 

13 

ich ubrać i wyżywić, zapłacić za lekarza, dentystę i opiekunkę, która zostawała z nimi, kiedy Bryn 

pracowała. Keith i Brian chodzili do szkoły, ale za przedszkole Adama musiała płacić. 

Kiedy  zamieszkali  we  czwórkę,  sprzedała  swoje  auto  i  kupiła  małego  vana.  Jej  niewielki 

domek w zabudowie szeregowej zrobił się za ciasny. Chłopcy zamieszkali w pokoju, który  do tej 

pory służył za ciemnię, ciemnia zaś została przeniesiona do pomieszczenia gospodarczego na tyłach 

domu. Z kolei rzeczy z tego pomieszczenia... zostały upchnięte w szafach, szafkach i gdzie się tylko 

dało. 

Skoro  nie  odpowiada  jej  praca  w  nocnym  klubie,  nie  może  być  wybredna.  Nie  może  sobie 

pozwolić na odrzucenie dobrego zlecenia tylko dlatego, że zdenerwowały ją oczy jakiegoś faceta. 

Na dodatek widzianego tylko w telewizji. 

- Bryn, jesteś tam? 

- Tak, Barb. 

-  Przyjedź  we  wtorek,  punktualnie  o  dziesiątej,  do  starego  domu  Fultona.  Tylko  się  nie 

spóźnij. 

- Do domu Fultona? - Wspomniany budynek znajdował się przy jednej z dróg wiodących na 

pustynię;  zbudowany  w  połowie  dziewiętnastego  wieku,  od  dawna  stał  opuszczony.  Miejscowe 

dzieciaki lubiły zakładać się o to, kto odważy się wejść do środka, bo podobno w nim straszyło. 

-  Zdziwisz  się,  gdy  zobaczysz,  jakie  zmiany  tam  zaszły  -  uprzedziła  Barbara.  -  Pamiętaj, 

punkt dziesiąta. Weź wszystko, co będzie ci potrzebne do całodziennych ćwiczeń. 

- Nie spóźnię się - obiecała. - Powiedz mi, jak długo to potrwa?  I kiedy  ma się odbyć sesja 

fotograficzna? 

-  Kręcenie  teledysku  zajmie  trzy  do  czterech  tygodni.  W  tym  czasie  będzie  dzień  albo  dwa 

przerwy, i właśnie wtedy będziesz mogła zrobić zdjęcia. 

- Serdecznie dzięki! 

- Auuua! - Z ogródka znów dobiegł rozdzierający krzyk. 

- Muszę kończyć. Te dzikusy za chwilę rozniosą dom! 

- Ucałuj ich ode mnie. 

- Jasne. 

Rzuciła słuchawkę i pełna najgorszych przeczuć wybiegła z domu. Adam płakał wniebogłosy. 

Kiedy ją zobaczył, podbiegł do niej i mocno się przytulił. 

- Co się stało? - zapytała surowo jego braci. 

- Jakiś robak go ugryzł. - Przestraszony Brian podszedł do braciszka i pogłaskał go po jasnej 

czuprynie. - Adam... 

Chłopiec znów zaniósł się płaczem, więc Bryn wzięła go na ręce i powiedziała łagodnie:- No 

już, malutki. Pokaż cioci, co się stało. Podniósł do góry czerwony, spuchnięty paluszek. 

background image

 

14 

-  Robak!  -  wykrztusił.  -  Wstrętny  robak!  Boli...  Zabrała  go  do  kuchni,  posadziła  na  blacie, 

wrzuciła do miseczki parę kostek lodu i załata zimną wodą. 

-  Włóż  tu  palec.  Zobaczysz,  zaraz  przestanie  boleć.  Adam  przestał  płakać  i  zrobił  to,  o  co 

prosiła. Bryn zerknęła na jego braci; przybiegli wystraszeni, a teraz stali z boku i wpatrywali się w 

nią jak w obraz. Uśmiechnęła się, by dodać im otuchy. 

- Spokojnie, chłopcy, nic strasznego się nie stało. Pewnie użądliła go pszczoła. 

Brian zacisnął usta i spuścił wzrok. 

- O co chodzi? - zapytała, przyglądając mu się uważnie. 

- On... On... 

- Co takiego? 

Brian stanął tak, by Adam go nie widział, i poruszył bezgłośnie wargami: 

- On od tego nie umrze, prawda? 

- Oczywiście, że nie! - Skonsternowana, zaczęła udawać, że szuka czegoś w lodówce. 

Nie  spodziewała  się  takiego  pytania.  Wydawało  jej  się,  że  przez  półtora  roku  chłopcy 

pogodzili się z nową sytuacją i zaakceptowali swoją opiekunkę. Cieszyła się, że okazują ją zaufanie 

i miłość. 

Właściwie mieli prawo bać się śmierci.  Ich mama, Sue, zmarła na ostre zapalenie płuc,  gdy 

Adam  miał  zaledwie  rok.  Nie  minęły  dwa  lata  i  w  bezsensownej  katastrofie  lotniczej  zginął  Jeff. 

Nic dziwnego, że chłopcy martwili się o brata. I że czasem trzymali się jej kurczowo, jakby bali się, 

ż

e ona też odejdzie... 

-  Hej,  co  to  za  smutasy?!  -  zawołała,  patrząc  na  ich  miny.  -  Adam,  miałeś  trzymać  palec  w 

wodzie - przypomniała. 

- Ale jest okropnie zimna! 

- Dobrze, możesz na  chwilę wyjąć, ale zaraz włóż z powrotem. Keith, Brian, do wanny. Po 

kąpieli zjemy kolację i włączę wam kasetę z Muppetami. A potem wszyscy grzecznie powędrują do 

łóżek, bo jutro trzeba iść do szkoły. -A ja, ciągnęła w myślach, zrobię wreszcie stykówki, a potem 

wyskoczę  do  sklepu  po  nowe  trykoty,  bo  te,  które  mam,  są  tak  dziurawe,  że  wstyd  się  w  nich 

pokazać. 

Trzy godziny później po hot dogach zostało tylko wspomnienie, a chłopcy kończyli oglądać 

film.  Bryn  siedziała  między  dwoma  starszymi,  trzymając  Adama  na  kolanach.  Nagle  z  pamięci 

wypłynęły  wspomnienia,  do  których  nie  lubiła  wracać.  Zagryzła  usta.  Nie  chciała,  by  chłopcy 

widzieli, że ma szkliste oczy. 

Kochała ich jak  własne  dzieci. Była im bezgranicznie oddana. Po  części  dlatego, że według 

niej  byli  bardzo  fajnymi  smykami,  a  po  części  dlatego,  że  byli  synami  Jeffa.  Dawno  już 

zdecydowała, że bez względu na to, co się wydarzy, nigdy, przenigdy ich nie zawiedzie. 

background image

 

15 

Tak  jak  Jeff  nigdy  nie  zawiódł  jej.  Miała  zaledwie  szesnaście  lat,  gdy  rodzice  zginęli  w 

wypadku  narciarskim.  Była  młodziutka,  zagubiona  i  odrętwiała  z  żalu.  W  tych  ciężkich  dniach 

obecność brata dodawała jej sił. Jeff był jej opoką i przewodnikiem. Walczył o nią jak lew, mając 

przeciwko sobie krewnych i sądy. 

Dzięki niemu z czasem pogodziła się ze stratą rodziców. Podziwiała go za to, że nie przerwał 

nauki  i  stworzył  dla  nich  obojga  prawdziwy  dom.  Opiekował  się  nią,  zawsze  stawiał  ją  na 

pierwszym miejscu, nigdy żadna praca, dziewczyna czy impreza nie były ważniejsze od niej. Nie 

zaniedbywał  jej  nawet  wtedy,  gdy  ożenił  się  z  Sue.  Kiedy  rodzili  się  chłopcy,  zawsze  czekała  w 

szpitalu, a potem pomagała bratowej w domu. 

Między  innymi  przez  pamięć  dla  niego  przysięgła  sobie,  że  nikt  i  nic  nie  zmusi  jej,  by 

przestała  kochać  chłopców  i  przekazała  opiekę  nad  nimi  komuś  innemu.  Nikt,  nawet  mężczyzna 

taki  jak  Joe.  Nigdy  nie  była  szarą  myszką  i  dobrze  znała  swoją  wartość,  lecz  kiedy  go  poznała, 

kompletnie  straciła  głowę.  Joe  grał  zawodowo  w  futbol  amerykański.  Do  Tahoe  przyjechał  na 

wakacje po zakończeniu sezonu rozgrywek. Odkąd się poznali, nie dawał jej spokoju. 

Początkowo była zaskoczona jego nagłym zainteresowaniem. Później podchodziła do niego z 

rezerwą. Nigdy nie uważała się za piękność, ale zdawała sobie sprawę, że ze swoją zgrabną figurą i 

lekko  skośnymi  „kocimi”  oczami  podoba  się  mężczyznom.  Nie  była  pewna,  czyją  to  cieszy. 

Przeszkadzało jej, że faceci, którzy się na nią gapią, mają gdzieś jej duszę, bo obchodzi ich tylko to, 

czy  jest  dobra  w  łóżku.  Dość  długo  śmiała  się  z  zalotów  Joego,  ten  jednak  był  nieustępliwy. 

Zasypywał ją komplementami i na wszelkie sposoby przekonywał, by zaczęła się z nim spotykać. 

W  którymś  momencie  zaczęła  traktować  go  poważnie.  Tłumaczyła  sobie,  że  nawet  bohaterowie 

stadionów mają prawo do miłości. Pragną kochać i być kochani. A Joe zachowywał się tak, jakby 

ś

wiata poza nią nie widział. 

W  ich  związku  coś  zaczęło  się  psuć  po  śmierci  Sue.  Joe  nie  był  zachwycony,  że  Bryn 

poświęca  sporo  czasu  owdowiałemu  bratu,  ale  początkowo  tolerował  tę  sytuację.  Rozpoczął  się 

kolejny sezon rozgrywek, więc spakował się i wrócił do siebie. Zadzwonił w grudniu. 

- Mam tylko jeden wolny dzień. Chcesz, to przyjadę - oznajmił i podał datę. 

-  Fatalnie.  Obiecałam  Jeffowi,  że  zostanę z  chłopcami  -  przyznała.  Jeff  był  pilotem  i  często 

wyjeżdżał. Joe wpadł we wściekłość. 

- Przecież możemy spotkać się u mojego brata - przekonywała. 

-  Nie  po  to  lecę  taki  kawał  drogi,  żeby  niańczyć  czyjeś  bachory  -  odparował.  -  Chcę  być  z 

tobą sam. 

-  Ja  wiem,  ale  spróbuj  mnie  zrozumieć...  Rzucił  słuchawkę.  Jednak  po  tygodniu  znów 

zadzwonił i rozmawiał z nią tak, jak gdyby nigdy nic. 

Znów  zaczęła  jeździć  z  nim  na  rozgrywki.  Podczas  jednego  z  wyjazdów  dostała  telegram  z 

background image

 

16 

Tahoe. Jeff zginął. Szybowiec, który pilotował, roztrzaskał się podczas ryzykownego manewru. 

- Współczuję - powiedział Joe, ale w jego ustach zabrzmiało to jak frazes. Nie pojechał z nią 

do  Tahoe,  by  pomóc  w  przygotowaniu  pogrzebu,  ani  nie  przejął  się  zbytnio  losem  trzech  małych 

chłopców, którzy nagle zostali zupełnie sami na świecie i nie wiedzieli, co z nimi dalej będzie. 

Bryn  nie  było  stać  na  spłacanie  kredytu  za  duży  dom,  w  którym  mieszkali  z  ojcem,  więc 

zabrała ich do siebie. 

Podczas pierwszej wizyty Joego wszystko potoczyło się gładko. Wynajęła opiekunkę i została 

z nim w hotelu do drugiej w nocy, a potem szybko wróciła do domu, by być przy chłopcach, gdyby 

obudzili się dręczeni przez złe sny. 

Pokłóciła  się  z  nim  na  dobre  dopiero  wtedy,  gdy  powiedziała,  że  nie  może  już  jeździć  na 

mecze. Był okropnie zły, ale po kilku dniach zadzwonił i znów zachowywał się tak, jakby wszystko 

było w porządku. 

A  jednak  nie  było.  Bryn  oglądała  kiedyś  jego  mecz  w  telewizji.  Na  koniec  pokazano 

zwycięskich  graczy  napawających  się  sukcesem.  Wśród  nich  dostrzegła  Joego  -  nie  był  sam. 

Towarzyszyła mu bardzo młoda, bardzo ładna i bardzo efektowna rudowłosa dziewczyna. 

Podczas  kolejnej  rozmowy  telefonicznej  Joe  wyczuł,  że  jest  obrażona,  ale  przyjechał  do 

Tahoe. Rozmawiali w obecności chłopców, mimo to nalegał, by powiedziała, o co chodzi. 

- Dowiem się wreszcie, co cię ugryzło? 

- Zdradzasz mnie!  

Joe wpadł w szał. 

-  Jestem  normalnym,  zdrowym  mężczyzną!  Wiesz,  jak  to  jest  z  chłopakami,  którzy  grają  w 

futbol. Zawsze kręcą się przy nich jakieś dziewczyny. 

Rozejrzała  się  nerwowo  po  kuchni,  a  widząc,  że  chłopcy  oglądają  telewizję,  powiedziała, 

zniżając głos: 

- Będziesz mi wmawiał, że z nią nie spałeś? 

-  A  nawet  jeśli,  to  co  wielkiego  się  stało?  Ona  nic  dla  mnie  nie  znaczy.  Po  prostu  była  na 

miejscu i miała ochotę. Odwrotnie niż ty. Ty wolałaś bawić się w domowe przedszkole. Ostrzegam 

cię, Bryn, na dłuższą metę żaden facet tego nie zdzierży. Nikt nie będzie czekał w nieskończoność 

na kurę domową, skoro może przespać się z księżniczką. 

Cudem powstrzymała się, by nie oblać go wrzątkiem. Spokojnie przełożyła zawartość garnka 

na półmisek i postawiła na stole. 

- Kolacja gotowa, Joe. - Do dziś pamiętała swój lodowaty ton. - Możesz mnie nazywać kurą 

domową,  skoro  sprawia  ci  to  przyjemność,  ale  nie  życzę  sobie  takich  rozmów  w  obecności 

chłopców. Dotarło? 

Skinął głową i usiadł przy stole, a ona zawołała chłopców. Brian musiał usłyszeć ich kłótnię, 

background image

 

17 

bo  kiedy  Joe  próbował  go  zagadnąć,  odpowiadał  wrogim  milczeniem.  A  gdy  ten  ze  złości  zaklął 

pod nosem, nabrał na widelec groszek i strzelił mu w twarz. 

- Mam tego powyżej uszu! - oznajmił Joe, gdy zostali sami. - Rozumiem, że musisz zająć się 

tymi  smarkaczami,  ale  dobrze  ci  radzę,  znajdź  jakąś  opiekunkę.  Jak  zaczniesz  znowu  jeździć  ze 

mną na mecze, nie będę musiał rozglądać się za panienkami. 

W ten oto sposób przyznał się do niewierności. Świadomość, że był z inną kobietą, najpierw 

sprawiła  jej  ogromny  ból,  a  potem  wprawiła  ją  w  otępienie.  Wiele  ją  kosztowało,  by  po  chwili 

milczenia powiedzieć: 

- Zapomnij o tym, Joe. Zapomnij o nas. 

- Co takiego?! 

- To, co słyszysz. Nie wyjdę za ciebie. Nasz związek to byłaby porażka. 

- Ty chyba zgłupiałaś! Wiesz chociaż, co tracisz? 

- Owszem, niedojrzałego faceta, który uważa, że ma prawo zdradzać swoją kobietę, jeśli nie 

jest gotowa wskakiwać mu do łóżka na każde skinienie. 

Były jeszcze inne powody. Całe mnóstwo powodów. Ostatecznie nie miało znaczenia, który z 

nich  przeważył.  Ważne,  że  zaręczyny  zostały  nieodwołalnie  zerwane.  A  dokładnie,  że  ona  je 

zerwała. 

- Ciociu, w telewizji jest jakaś duma sieczka. 

Rozżalony glos Briana wyrwał ją z zamyślenia. 

-  I  bardzo  dobrze.  Ty  też  będziesz  miał  jutro  w  głowie  sieczkę,  jeśli  zaraz  nie  położysz  się 

spać. Chłopcy, marsz do łóżka! 

Buntowali  się  i  jęczeli,  ale  ostatecznie  jej  posłuchali.  Gdy  wreszcie  zasnęli,  włożyła  stary 

trykot,  legginsy  i  getry  i  zbiegła  na  dół,  by  zrobić  krótką  rozgrzewkę  i  przy  okazji  obejrzeć 

wieczorne  wiadomości.  Z  ekranu  uśmiechała  się  budząca  zaufanie  twarz  prezentera  pogody,  a 

potem  jego  miejsce  zajął  prowadzący  wiadomości,  który  zaczął  mówić  o  młodym  miejscowym 

polityku, Dirku Hammarfieldzie, który właśnie rozpoczął, kampanię przed wyborami do senatu. 

Słuchała  jednym  uchem,  zerkając  na  ekran  pomiędzy  kolejnymi  powtórzeniami  ćwiczeń 

rozciągających mięśnie nóg. Kandydat na senatora miał ujmujący uśmiech młodego Kennedy’ego, 

jasne włosy i niebieskie oczy. 

Na  pewno  zdobędzie  mnóstwo  głosów,  zawyrokowała.  Może  nawet  mój.  Nagle  zamarła  w 

pozycji  na  brzuchu  z  mocno  naprężonymi  i  uniesionymi  nogami.  W  wiadomościach  zmienił  się 

temat. Tym razem mówiła ładna prezenterka; ponad jej głową w lewym górnym rogu pojawiło się 

zdjęcie mężczyzny. Lee Condor. 

Do Bryn nie docierał sens tego, o czym była mowa. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w 

zdjęcie.  A  zwłaszcza  oczy,  które  przykuwały  uwagę  nawet  wtedy,  gdy  patrzyły  z  fotosu.  Pewnie 

background image

 

18 

dlatego, że mają taki niespotykany kolor, pomyślała. Albo dlatego że zdobią interesującą twarz. Z 

uwagą analizowała jej rysy. Wysokie czoło. Czarne, mocno zarysowane łuki brwi. Idealnie prosty 

nos. Wydatne kości policzkowe. Zdecydowana linia szczęki. Ładne usta. Lee Condor wyglądał na 

kogoś, kto łatwo się śmieje, a w chwili gniewu zaciska wargi w surową linię. 

Włosy  miał  kruczoczarne,  półdługie,  ale  mimo  takiej  fryzury  i  tak  wyglądał  bardziej  na 

biznesmena niż gwiazdę rocka. Barbara miała rację, mówiąc, że jest wręcz obezwładniająco męski. 

Pewnie  o  tym  wiedział,  ale  chyba  nie  przywiązywał  do  tego  wagi.  Przez  co  wydawał  się  jeszcze 

bardziej pociągający... 

Wiadomości  dobiegły  końca,  a  w  ich  miejsce  pojawiła  się  reklama  torebek  śniadaniowych. 

Bryn raptownie rozluźniła mięśnie i z ulgą opuściła nogi. Chyba oszalałam. Przecież nawet go nie 

znam, tłumaczyła sobie. 

Mimo  to  nie  potrafiła  o  nim  zapomnieć.  Myślała  o  nim  nawet  wtedy,  gdy  po  skończeniu 

ć

wiczeń  i  kąpieli  kładła  się  do  łóżka.  Zastanawiała  się,  jaki  jest  w  bezpośrednim  kontakcie.  Jak 

będzie na niego reagowała, gdy go pozna. Miała nadzieję, że zapanuje nad irytującymi dreszczami, 

które biegały jej po plecach za każdym razem, gdy spojrzała w ciemnobursztynowe oczy. 

I po co ja to tak przeżywam, zniecierpliwiła się. Na planie teledysku będzie tyle ludzi, że Lee 

Condor nawet mnie nie zauważy w tłumie... 

Pokrzepiona tą myślą, zasnęła. 

O  tym,  jak  płonne  były  to  nadzieje,  przekonała  się  we  wtorkowy  ranek,  mniej  więcej 

kwadrans  po  swoim  przyjeździe  do  domu  Fultona.  Właśnie  robiły  z  Barbarą  rozgrzewkę,  gdy 

podszedł do nich główny choreograf. 

- Barbaro, można cię prosić na słowo? - zapytał. Odeszli na bok i chwilę rozmawiali, po czym 

oboje wrócili do Bryn. 

- Stwierdził, że jesteś idealna - oznajmiła Barbara zagadkowo. 

- Co rzecz jasna oznacza wyższe honorarium - wszedł jej w słowo choreograf. 

- I wcale nie tak dużo dodatkowej pracy. 

-  Zresztą  najlepiej,  żeby  sam  ci  wszystko  wyjaśnił.  I  nim  się  zorientowała,  o  co  chodzi, 

stanęła z nim twarzą w twarz. Nawet nie wiedziała, że jest już na planie. 

-  Bryn,  poznaj  Lee  Condora.  Lee,  to  moja  przyjaciółka,  Bryn  Keller.  -  Barbara  była 

wyjątkowo entuzjastyczna. 

Lee  uśmiechnął  się  półgębkiem.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  w  ogóle  jej  nie  słuchał.  Za  to 

otwarcie  wpatrywał  się  w  Bryn.  Bez  skrępowania  oglądał  ją  od  stóp  do  głów,  analizował  każdy 

szczegół. W końcu spojrzał jej prosto w oczy. 

- Bryn Keller? Więc jest pani też fotografem. Miło mi poznać. 

Podał jej rękę. Szorstką - z mnóstwem odcisków - i gorącą... 

background image

 

19 

Bryn  pomyślała,  że  płonie  w  nim  wewnętrzny  ogień  i  wyzwala  potężną  energię,  która 

upodabnia  go do wulkanu. Uśpionego,  emanującego złudnym spokojem.  I  potęgą. Jak zaśnieżony 

górski szczyt na tle błękitnego nieba... 

Poczuła na plecach gorący dreszcz. Cofnęła dłoń - właściwie wyszarpnęła ją - i odsunęła się 

od niego. 

- Chciałabym najpierw usłyszeć, czego pan ode mnie oczekuje. Dopiero wtedy powiem, czy 

się do tego nadaję. 

Lód... Tylko z tym dało się porównać jej ton. Nie chciała być aż tak nieprzystępna, ale... była. 

Do granic nieuprzejmości. Lekko zmrużył oczy. 

-  Och,  bez  obawy,  panno  Keller.  Jestem  pewny,  że  się  pani  nadaje.  -  Mówił  z  akcentem 

typowym  dla  południowych  stanów.  -  Tony  wprowadzi  panią  w  szczegóły  -  oznajmił,  po  czym 

odwrócił się i odszedł. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dziewczyna od razu go zaintrygowała. 

Kiedy  przyjechał,  drzwi  do  domu  Fultona  były  szeroko  otwarte,  a  wewnątrz  trwała 

gorączkowa krzątanina. Wszyscy byli tak zajęci, że nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi; 

tancerze  -  poubierani  w  kolorowe  stroje  do  ćwiczeń  -  rozgrzewali  się  i  ćwiczyli  układy 

choreograficzne.  Siwowłosy  stolarz  majstrował  przy  biegnących  lukiem  schodach,  na  których  stał 

Tony Asp, główny choreograf, i kłócił się o coś z szefem produkcji, Garym Wrightem. 

Lee  rozejrzał  się  po  eleganckim  holu  i  olbrzymiej  sali  balowej.  Nigdzie  nie  zauważył 

Perry’ego  ani  Andrew,  ani  nawet  Micka.  Pewnie  jeszcze  nie  przyjechali;  w  końcu  do  dziesiątej 

brakowało  paru  minut.  Wiedział,  że  jego  koledzy  spędzili  noc  w  kasynie.  Tak  ich  rozrzewnił 

powrót do Tahoe, że do bladego świtu topili melancholię w alkoholu. 

Na  pewno  się  nie  spóźnią.  Dawno  temu  zrozumieli,  że  muszą  liczyć  się  z  pozostałymi 

członkami grupy. I szanować ich czas, czyli nie nawalać i przychodzić na próby. 

Przyjrzał się pobieżnie tancerzom. Dziesięciu mężczyzn, dziesięć kobiet. W większość bardzo 

młodych. Pewnie dzieciaki z miejscowej szkoły średniej, może college’u, które myślą, że na planie 

rozerwą  się  i  odpoczną  sobie  od  codzienności.  Cóż,  jeśli  ktoś  tu  liczy  na  odpoczynek,  gorzko  się 

rozczaruje. Wolny czas to towar deficytowy. 

I  właśnie  gdy  tak  stał  i  lustrował  tancerzy,  zobaczył  ją  -  co  prawda  nie  całą,  ale  i  to 

background image

 

20 

wystarczyło. Jako pierwsze rzuciły mu się w oczy niesamowicie długie nogi. 

Dziewczyna  właśnie  wykonywała  głęboki  skłon;  najpierw  pochyliła  tułów  prostopadle  do 

podłogi,  by  po  chwili  niemal  dotknąć  do  niej  czubkiem  głowy.  Miała  na  sobie  różowe  legginsy, 

czarny trykot i getry. Lee nie widział jej twarzy, jedynie nogi, szczupłe, ale bardzo zgrabne i ładnie 

umięśnione.  Przy  okazji  obejrzał  sobie  też  kształtną  pupę,  którą  nieświadomie  wypięła  prosto  na 

niego... 

Wyprostowała  się.  Podniosła  do  góry  ręce,  jakby  chciała  sięgnąć  gwiazd,  po  czym  z  gracją 

zrobiła  pełny  szpagat.  W  jej  ruchach  było  coś,  co  go  urzekło.  Przyszło  mu  do  głowy,  że  zaraz  z 

wrażenia otworzy usta. Zaczął się z siebie śmiać. Ciekawe, jak by zareagowała, gdyby wiedziała, że 

najchętniej rozpędziłby wszystkich na cztery wiatry i rzucił się na nią jak wariat. Pewnie nie byłaby 

zachwycona. 

Ucieszył się, że wciąż budzą się w nim takie pragnienia. Po Victorii miał różne kobiety, ale 

nie przypominał sobie, by któraś w takim stopniu podziałała mu na wyobraźnię. Po śmierci Victorii 

bardzo się zmienił. Niestety, na gorsze. 

Ś

mieszne.  Gdyby  przyznał  się  Victorii,  że  od  samego  patrzenia  na  nią  robi  mu  się  gorąco, 

pewnie  powiedziałaby,  że  oszalał.  Nie,  raczej  nazwałaby  go  dzikusem.  To  było  jej  ulubione 

określenie... 

Odsunął  na  bok  wspomnienia.  Nawet  jeśli  popełnił  jakiś  błąd,  to  już  i  tak  przeszłość. 

Skończyło się. Nie powinien zadręczać się wspomnieniami, bo nie wychodzi mu to na dobre. Było, 

minęło. Życie toczy się dalej. 

- Lee! Już jesteś?! Nie widziałem, jak wszedłeś. 

Odwrócił się. Tony Asp uśmiechał się szeroko. 

- Cześć, Tony. - Wymienili uścisk dłoni. - Jestem tu od kilku minut. - Zamaszystym gestem 

wskazał hol, schody i salę balową. - Nieźle wyszło, prawda? 

- Nawet nie ma porównania. Niebo a ziemia. - Tony lekko się skrzywił. - Powiem szczerze, że 

jak mi powiedziałeś, że chcesz kupić i wyremontować ten dom, pomyślałem, że masz nierówno pod 

sufitem.  Teraz  widzę,  że  miałeś  rację.  Wynajem  kosztowałby  więcej,  a  tak  masz  wystrzałową 

rezydencję. Będziesz tu mieszkał? 

Pokręcił głową. 

- Lubię mój stary dom. Albo nowy, zależy jak na to spojrzeć.- W każdym razie to wymarzony 

plan zdjęciowy. Wątpię, żeby w samym sercu Georgii udało się znaleźć drugi budynek, który byłby 

kwintesencją stylu z czasów wojny secesyjnej. 

- Też tak myślę... - Urwał, gdyż nagle ktoś mocno klepnął go w ramię. Tuż za nim stał Gary 

Wright, chudy jak szczapa, kłębek nerwowej energii i genialny dyrektor kreatywny. 

- Cześć, Lee! Jak trasa koncertowa? Cieszę się, że znów będziemy razem pracować. 

background image

 

21 

- Ja też się cieszę, Gary. A trasa? Nieźle, ale powiem ci, że chyba to była już ostatnia. 

Lee  poznał  Tony’ego  i  Gary’ego  przed  rokiem,  podczas  wspólnej  realizacji  teledysku.  Od 

tego  czasu  byli  w  stałym  zawodowym  kontakcie,  choć  początki  współpracy  nie  były  łatwe. 

Zarówno  Tony,  uznany  twórca  choreografii  do  baletów  klasycznych,  jak  i  Gary,  jeden  w 

najlepszych  dyrektorów  telewizji  publicznej,  podchodzili  do  jego  pomysłów  sceptycznie.  Lee 

wielokrotnie się przekonał, że ludzie uprzedzają się do niego z dwóch powodów: po pierwsze, bo 

jest potomkiem Czarnych Stóp, po drugie, bo gra rocka. 

On jednak nauczył się być twardy, wzruszać ramionami i spokojnie robić swoje. Tony i Gary 

zaakceptowali go takim, jaki jest. Ale Victoria już nie... 

To się już skończyło, powtórzył. Skończyło się... 

- Tylko w jednym się z tobą nie zgadzam. - Gary od paru chwil mówił do niego, ale on go nie 

słyszał. - Podoba mi się pomysł na klip i aranżacja piosenki. Jednak uważam, że powinniśmy dać 

parę ujęć, na których widać, jak gracie na instrumentach. Wiem, zaraz mi powiesz, że to ballada o 

wojnie secesyjnej. Zgoda, ale spróbuj spojrzeć na to od strony... 

- Przepraszam - wtrącił Tony - ale chciałbym już zaczynać z tancerzami. 

- Jasne, Tony. Nie przeszkadzaj sobie - odparł Gary. - A wracając do tych ujęć, Lee, to mam 

na myśli sekwencje nie dłuższe niż sekunda, góra dwie... 

-  Przepraszam  cię...  -  Tym  razem  to  Lee  wszedł  mu  w  słowo.  Śledził  wzrokiem  Tony’ego, 

który zmierzał w stronę grupy ubranych tancerzy. - Zaraz wrócę. 

- Ale Lee, posłuchaj... - zirytował się Gary.

 

- Skoro tak ci na tym zależy, daj te ujęcia. Rób, co chcesz - rzucił na odczepnego. 

Gary  triumfował,  ale  on  nawet  tego  nie  zauważył.  Chciał  jak  najszybciej  porozmawiać  z 

Tonym. 

- Tony! 

Choreograf zatrzymał się. 

- Widzisz tę wysoką rudą dziewczynę? - zapytał Lee. 

- Rudą? Tu nie ma żadnej rudej. 

-  Dobrze,  niech  ci  będzie,  że  ma  kasztanowe  włosy.  Jakieś  metr  siedemdziesiąt  wzrostu, 

czarny trykot i różowe legginsy. Tony, co z tobą? Ślepy jesteś czy co? 

- Dobrze, już wiem, o którą ci chodzi! Rany, rzeczywiście jest na co popatrzeć. 

-  Przestań  się  gapić.  Powinieneś  być  uodporniony  na  takie  rzeczy.  Codziennie  widzisz 

dziesiątki pięknych ciał. 

- Widzę, ale przecież nie jestem z kamienia... 

-  Tony,  pogadaliśmy  sobie  jak  esteta  z  estetą,  tak?  A  teraz  skupmy  się  na  sprawach 

zawodowych. Co ty na to, żeby ta dziewczyna została naszą Loreną? 

background image

 

22 

Tony natychmiast uruchomił swój „estetyczny” zmysł. 

-  Ty  wiesz,  że  to  jest  myśl!  Ta  mała  jest  idealna!  Piękne  długie  włosy,  wysoka,  szczupła  - 

będzie  dobrze  wyglądała  w  kostiumie.  Ładne  pełne  piersi  -  te  to  się  dopiero  zaprezentują!  Jest 

naprawdę świetna. 

- Tylko żeby umiała tańczyć... 

- Na pewno umie. Barbara Vinton nie zatrudnia amatorów. Zapytam ją o tę dziewczynę. Jeśli 

Barbara powie, że jest dobra, przyprowadzę ją do ciebie. 

- Dobrze. Widzę, że przyszli Perry i Andrew. Pójdę z nimi pogadać, a potem obejrzę schody. 

Tony  skinął  głową  i  pobiegł  do  tancerzy,  a  Lee  poszedł  przywitać  się  z  kolegami,  Andrew 

McCabe’em, Perrym Littonem i Mickiem Skyhawkiem. 

- Jasna cholera, Lee, to miejsce wygląda odlotowo! - stwierdził Andrew. 

- Super! - zgodził się Mick. 

- Fajnie, że wam się podoba - roześmiał się Lee. 

- O ile można ufać waszej ocenie. Coś mi się zdaje, że jeszcze widzicie podwójnie. Zwłaszcza 

ty, przyjacielu. Nawet jak na czerwonoskórego masz strasznie czerwone oczy. 

Mick,  czystej  krwi  Indianin  z  plemienia  Czarnych  Stóp,  wyraźnie  się  speszył,  czym  bardzo 

rozbawił kolegów. 

- Bardzo zabawne! - Wzruszył ramionami. - Przecież ciągle od was słyszę, że powinienem się 

ustatkować. Chyba jasne, że aby to zrobić, muszę raz na jakiś czas spędzić noc z przedstawicielką 

płci odmiennej? 

-  Problem  w  tym,  że  spędziłeś  tych  nocy  całe  mnóstwo,  tyle  że  każdą  z  inną  dziewczyną  - 

westchnął Andrew, udając zniechęcenie. - Nie myślałeś o tym, żeby spędzać je z jedną? 

Z twarzy Lee w jednej chwili znikł beztroski uśmiech. Lepiej uważaj, Mick, ostrzegł kolegę w 

myślach. Czasem lepiej nie znać kobiety, obok której się budzisz. Najbezpieczniej być z taką, która, 

podobnie jak ty, przychodzi i odchodzi w noc. Bo może ci się zdawać, że poznałeś ją na wylot, ale 

nic bardziej mylnego. Nie masz pojęcia o mrocznych sekretach, które nosi w sercu... 

-  Pójdę  obejrzeć  schody  -  mruknął.  -  Mick,  kazałem  ustawić  twoje  klawisze  na  końcu  sali 

balowej. Sprawdź, czy dobrze to zrobili. 

- Jasne. 

Rozdzielili  się  i  każdy  zajął  się  swoimi  sprawami.  Lee  podszedł  do  schodów  i  przez  chwilę 

podziwiał ich zgrabny łuk. Uśmiechnął się, czując dumę i zadowolenie, że remont domu się udał. 

Kiedy był tu pierwszy raz, stare marmurowe podłogi pokrywała gruba warstwa brudu, schody były 

zarwane w kilku miejscach, a żyrandole zasnuła tak gęsta pajęczyna, że prawie nie było ich widać. 

Gdy  oznajmił,  że  zamierza  kupić  i  wyremontować  dom,  by  nakręcić  w  nim  teledysk  do  ballady 

„Lorena”, koledzy popukali się w czoło. Zrozumieli go dopiero teraz, gdy odświeżony dom ukazał 

background image

 

23 

cale swe piękno. 

- Dzień dobry, Lee. Chcę ci przedstawić Bryn Keller. Bryn, to jest Lee Condor. - Na dźwięk 

głosu Barbary natychmiast się odwrócił. Keller... skądś znał to nazwisko. 

Uśmiechnął się do kobiety, którą wybrał do roli Loreny. Podał jej rękę, mrucząc pod nosem 

banalne: „Bardzo mi miło”. Przez cały czas bacznie jej się przyglądał. 

Jeszcze zanim otworzyła usta, wyczuł falę niechęci. Tak silnej, że niemal widział, jak między 

nim a tą kobietą wyrasta niewidzialna lodowa tafla. Lód... i ogień. 

Dziewczyna z bliska wydała mu się jeszcze piękniejsza. Jej włosy miały niespotykany odcień 

-  ani  mahoń,  ani  typowy  rudy  -  o  wiele  głębszy  niż  każdy  z  tych  dwóch.  Podobny  do  koloru 

płomieni szalejących w  samym sercu pożogi.  Z  zachwytem przyglądał się kilku pasemkom, które 

wymknęły  się  z  ciasnego  węzła.  I  niesamowitym  oczom,  przejrzyście  zielonym  i  lekko  skośnym, 

jak  u  lśniącego,  tajemniczego  kota.  Te  oczy  pełne  wewnętrznego  ognia,  zdradzającego 

temperament, oraz rude włosy kontrastowały z chłodnym zachowaniem dziewczyny. Wprawdzie jej 

głos miał ciepłą barwę i był miły dla ucha, ale mówiąc zachowywała się tak, że Lee miał ochotę nią 

potrząsnąć. 

Uśmiechnął  się.  Powiedział  coś  cicho  i  spokojnie.  Sam  nie  bardzo  wiedział  co.  Ona 

odpowiedziała, ale nie dotarł do niego sens jej słów. Zresztą to nieważne. Dla niego ta dziewczyna 

była  idealną  Lorena.  Może  go  lubić  lub  nie.  Nie  miał  na  to  wpływu.  Istotne  było  tylko  to,  by  jej 

antypatia nie wpływała negatywnie na ich współpracę. 

Zostawił  ją  z  Barbarą  i  odszedł.  Musiał  jednak  przyznać,  że  poczuł  się  dotknięty  jej 

zachowaniem. Ciekawe, czym ją sprowokował? Może nie lubi muzyków rockowych? Albo ludzi o 

indiańskich  korzeniach?  Co,  do  cholery,  czyżby  jej  przodkowie  zamykali  czerwonoskórych  w 

rezerwatach? Ostatecznie uznał, że to jej problem. Po prostu zostawi ją w spokoju. Był w połowie 

schodów,  gdy  nagle  uśmiechnął  się  szeroko.  Za  plecami  słyszał  Tony’ego,  który  streszczał 

dziewczynie koncepcję wideoklipu. Było jasne, że przyjmie ich propozycję - oczywiście wyłącznie 

dla pieniędzy. Uśmiech przerodził się w złośliwy grymas. 

Tak bardzo zależy jej na forsie? W porządku. Już on da jej zarobić. 

W  drodze  powrotnej  utknęła  w  gigantycznym  korku.  Za  każdym  razem,  gdy  sznur 

samochodów  ślamazarnie  przesuwał  się  metr  do  przodu,  klęła  nieznośny  perfekcjonizm  Lee 

Condora, który kazał im powtarzać wszystko setki razy. 

Tony Asp streścił jej scenariusz wideoklipu. - „Lorena” to nastrojowa ballada, która była nie-

zwykle popularna w czasach wojny secesyjnej - mówił. 

- Nakręciliśmy już sceny plenerowe, natomiast tu, w domu Fultona, powstaną sekwencje balu. 

Z grubsza ma to wyglądać tak: Trwają tańce. Żołnierz wraca z frontu do domu i odkrywa, że jego 

ukochana, Lorena, poślubiła innego. 

background image

 

24 

W  następnej  scenie  żołnierz  błąka  się  po  pustym  polu  spowitym  mgłą  i  wyobraża  sobie,  że 

porywa Lorenę i silą zmusza, żeby dochowała przysięgi. W rzeczywistości jednak o nią nie walczy. 

Odchodzi, gdyż zdaje sobie sprawę, że wojna wszystko zmieniła i zabiła ich miłość. 

Najważniejsza scena z pani udziałem rozegra się na schodach- tłumaczył Tony. - Początkowo 

Lorena będzie próbowała wyrwać się byłemu kochankowi, on jednak jej  nie puści. Przyciągnie ją 

do siebie, weźmie na ręce i oboje znikną we mgle. Ujęcie potrwa maksymalnie półtorej minuty, ale 

każdy szczegół musi być dopracowany. Jeśli chodzi o choreografię, wiele będzie zależało od pani, 

gdyż Lee, jakkolwiek bardzo sprawny fizycznie, nie jest jednak zawodowym tancerzem. Za chwilę 

zaczynamy próby  tańca,  więc proszę dołączyć do grupy, natomiast indywidualnie popracujemy  w 

czasie przerwy. 

Próby trwały bite cztery godziny. 

- Wygląda pani na zmęczoną - zauważył Tony, gdy skończyli. - Niech pani zrobi sobie pięć 

minut przerwy. 

Pięć minut znaczyło pięć minut - ani sekundy dłużej. Po przerwie zgodnie z umową ćwiczyła 

z Tonym układ na schodach. Cztery stopnie, obrót, i hop, wpada w jego ramiona. Nie tak, proszę 

wybić się mocniej. Bez obaw, Lee na pewno panią złapie... 

A potem znów powrót do grupy na kolejne trzy godziny mordęgi... Wycisnęła z siebie siódme 

poty.  Padała  ze  zmęczenia.  Jednak  najgorsze  w  tym  wszystkim  było  to,  że  on  cały  czas  tam  był. 

Obserwował  ją.  Szeptał  Tony’emu  do  ucha  swe  uwagi.  Stał  ź  boku,  z  rękami  wciśniętymi  w 

kieszenie albo skrzyżowanymi na piersiach, ubrany w sprane dżinsy i błękitną koszulę. Brakuje mu 

tylko  przepaski  na  czole,  pomyślała  zgryźliwie.  Nawet  bez  tego  potrafiła  wyobrazić  sobie,  jak  z 

dzikim  okrzykiem  na  ustach  galopuje  na  zadziornym  łaciatym  koniu  i  wpada  do  miasta,  by  za 

chwilę puścić je z dymem... 

Przez korek spóźniła się do szkoły po Briana i Keitha. Na szczęście szkolny autobus podwiózł 

ich  do  przedszkola  Adama,  więc  miała  ich  wszystkich  w  jednym  miejscu.  Pech  chciał,  że  akurat 

tego dnia byli wyjątkowo nieznośni. 

- A Keith to specjalnie nadepnął mi na nogę - poskarżył się Adam. 

- Bo on mnie uderzył - bronił się winowajca. 

- Nieprawda. To było niechcący. 

- A właśnie że chcący. 

- Keith ma rację - wtrącił się Brian. - Wszystko widziałem. Zrobiłeś to specjalnie. 

- Przestańcie! - krzyknęła. - Spokój! Wsiadać do samochodu. I to już! 

Normalnie reprymenda na tym by się skończyła, ale upal, zmęczenie oraz niewytłumaczalna 

irytacja sprawiły, że była wyjątkowo podminowana i w samochodzie znów zbeształa Keitha. 

- Do jasnej cholery, czy ty w końcu usiądziesz na miejscu? I zapnij wreszcie ten pas! 

background image

 

25 

Chłopiec  posłusznie  usiadł,  ale  jego  spojrzenie  mówiło,  że  poczuł  się  urażony.  Jej 

bratankowie  toczyli  między  sobą  bezustanną  wojnę,  lecz  gdy  na  horyzoncie  pojawiał  się  wspólny 

wróg, natychmiast zwierali szyki. Tym razem ich słuszny gniew obrócił się przeciw niej. Trzy pary 

zielonych  oczu  przeszyły  ją  gniewnym  spojrzeniem;  troje  małych  ust  zacisnęło  się  we  wrogim 

milczeniu.  Miała  zamiar  ich  zignorować,  lecz  gdy  siadała  za  kierownicą,  odezwało  się  sumienie. 

Przekręciła kluczyk w stacyjce, ale zamiast ruszyć, odwróciła się do Keitha. 

-  Przepraszam,  miałam  ciężki  dzień.  -  To  kiepskie  usprawiedliwienie,  przyznała 

samokrytycznie. Zwłaszcza za: „Do jasnej cholery”. Wiadomo, że jeśli będzie używała takich słów, 

chłopcy zaraz je podchwycą. 

Keith uśmiechnął się półgębkiem. 

- Adam, jak dziś było na basenie? 

-  Nie  podobało  mi  się!  -  Chłopczyk  z  niesmakiem  zmarszczył  nos.  -  Pan  Beacon  próbował 

mnie utopić! 

- Nie utopić, tylko nauczyć pływać - sprostowała. - Keith, co dostałeś z dyktanda? 

Zaczął  opowiadać,  ale  po  chwili  przestała  go  słuchać.  Nagle  coś  ją  zaniepokoiło:  w 

samochodzie  zapadła  martwa  cisza.  Na  następnym  czerwonym  świetle  spojrzała  na  bratanków. 

Znów byli nadąsani. 

- Ciociu, co się z tobą dzieje? - Brian zawsze występował w roli rzecznika. 

- Nic, nic... - odparła szybko. Ktoś zaczął trąbić; nie zauważyła, że zmieniło się światło. - Do 

cholery! - zaklęła, ale tym razem uważała, by chłopcy nie usłyszeli. 

- Ciociu... - Brian nie zamierzał dać się łatwo zbyć. 

- Naprawdę nic się nie stało. Nic. Trochę mnie wkurzył taki jeden dumy czerwonoskóry tam-

tamiarz. 

- Czerwonoskóry tam-tamiarz? 

- Chryste Panie! - jęknęła. Co ja wygaduję, w dodatku przy dzieciach. - Nieważne. Umówmy 

się,  że  nic  takiego  nie  mówiłam.  -  Wlepiali  w  nią  oczy;  czuła  to  przez  skórę.  -  Słuchajcie, 

zapomnijcie  o  tam-tamiarzu.  Okropnie  się  zachowałam,  naprawdę  nie  chciałam  tak  powiedzieć. 

Jestem trochę zła i sfrustrowana, więc palnęłam coś, żeby odreagować. Rozumiecie? 

-  Jasne  -  odparł  Brian  z  powagą.  -  Tata  zawsze  powtarzał:  jak  nie  masz  nic  miłego  do 

powiedzenia, to już lepiej siedź cicho. O to chodzi? 

-  W  pewnym  sensie  -  mruknęła  zażenowana  -  ale  to  trochę  bardziej  skomplikowane. 

Zapamiętajcie  sobie,  że  nie  wolno...  -  Zawiesiła  głos,  żałując,  że  nie  pomyślała  dwa  razy,  zanim 

otworzyła usta. - Nie wolno nikogo obrażać tylko dlatego, że nas zdenerwował. 

-  Rozumiem  -  przytaknął  Brian.  -  Nie  powinnaś  mówić  o  tym  facecie,  że  jest  durnym 

czerwonoskórym tam-tamiarzem tylko dlatego, że cię wkurzył. 

background image

 

26 

- Właśnie - przyznała. 

- A co to jest czerwonoskóry tam-tamiarz? - zainteresował się Keith. 

-  Osadnicy  mówili  na  Indian  „czerwonoskórzy”  -  pouczył  go  brat.  -  Co  ty,  westernów  w 

telewizji na oglądasz? 

Bryn  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię.  Co  by  pomyślał  o  niej,  lub  o  sposobie,  w  jaki 

wychowuje jego dzieci, Jeff - który był tak bardzo wyczulony na wszelkie przejawy dyskryminacji i 

nietolerancji? 

-  Brian!  -  Skarciła  go  wzrokiem.  Wprawdzie  sama  miała  swoje  grzechy  na  sumieniu,  ale 

uznała, że krótkie kazanie nie zaszkodzi. - Za dużo czasu spędzasz przed telewizorem. Keith... 

- A to źle, jak ktoś jest  czerwonoskórym tam-tamiarzem? - zapytał  Keith niewinnie.-  Nie! - 

zawołała. - Proszę was, zmieńmy temat. Trzymajmy się zasady, której nauczył was tata: „Jeśli nie 

możesz powiedzieć nic miłego, siedź cicho”. Już wam mówiłam, że palnęłam to bez zastanowienia. 

Nie wolno tak mówić - ratowała się rozpaczliwie. - Biorę udział w nagraniu teledysku i... 

- No nie! Takiego jak w MTV? - upewnił się Keith. 

- Tak, takiego jak w MT... 

- No nie! - Brian wychylił się do przodu. 

- A czyj to teledysk, ciociu? 

- Lee Condora. 

- No nie! - Tym razem to Adam dał wyraz entuzjazmowi. 

- Pani  Lowe kazała nam obejrzeć jego ostatni teledysk, bo możemy się z niego dowiedzieć, 

jak było w średniowieczu. Podobno świetnie odtworzyli realia, czy coś takiego - powiedział Brian. 

- Realia - powtórzył Adam, który naśladował brata. 

- No to super - mruknęła. - Wszystko jest super! Dojechali do domu o siódmej; o dziewiątej 

najedzeni  i  umyci  chłopcy  leżeli  w  łóżkach.  A  ona  miała  w  perspektywie  co  najmniej  godzinę 

siedzenia w ciemni. 

Robiła  zdjęcia  okolic  Tahoe  do  folderu  promującego  miasto.  Zleceniodawcy  po  długim 

namyśle wybrali pięć odbitek, by w ostatniej chwili dojść do wniosku, że jednak wolą inne. Dla niej 

oznaczało to dodatkową robotę, ale praca nad folderem mogła zaowocować następnymi zleceniami, 

dlatego  nie  chciała  zadzierać  z  neurotycznym  dyrektorem  kreatywnym  z  agencji  reklamowej. 

Jedyny  plus ślęczenia nad nowymi stykówkami był taki, że kiedy  wreszcie położyła się do łóżka, 

była  zbyt  zmęczona,  żeby  myśleć.  Dzięki  temu  nie  prześladowało  jej  ani  jedno  wspomnienie 

bursztynowych oczu. Zasnęła, ledwie przyłożyła głowę do poduszki. 

Ś

roda była dużo gorsza od wtorku. Bryn stawiła się na planie punktualnie o dziewiątej rano, 

tak  jak  prosił  Tony  Asp.  Dom,  który  wydał  jej  się  dziwnie  pusty,  robił  niesamowite  wrażenie. 

Zupełnie  jakby  nagle  cofnął  się  czas.  Olbrzymie  żyrandole  w  sali  balowej  oświetlały  marmurową 

background image

 

27 

podłogę  i  misternie  rzeźbione  panele  i  gzymsy,  które  kontrastowały  z  subtelnym  wzorem  tapety. 

Imponujące schody wnosiły się ku górze i tonęły w zamglonym mroku. Gdy na nie patrzyła, przez 

moment zdawało jej się, że wehikuł czasu przeniósł ją do innej epoki. 

Nagle ciszę rozdarła eksplozja głośnej muzyki. 

Bryn,  przerażona  i  bliska  palpitacji  serca,  niemal  podskoczyła  do  sufitu.  Ochłonęła,  gdy 

dotarło do niej, że ktoś po prostu włączył taśmę. Z nagraniem „Loreny”. 

Utwór  zaczynał  się  dźwiękami  werbli,  które  nasuwały  nieodparte  skojarzenie  z  żołnierzami 

maszerującymi  na  wojnę.  Następnie  do  werbli  dołączały  skrzypce,  a  potem  bardzo  łagodnie 

wchodził keyboard. 

I wreszcie wokal Lee Condora. 

Jego glos miał niepowtarzalną barwę. Śpiewał tenorem, nieco ochryple, ale tak przejmująco, 

ż

e trafiał prosto do serca. Bryn nigdy w życiu nie czuła się bardziej spięta. Zupełnie jakby ten głos, 

podobnie jak oczy Lee, potrafiło odkryć jej najskrytsze tajemnice. Zupełnie jakby był narzędziem, 

za pomocą którego można człowieka obnażyć, odsłonić jego serce i duszę, by porzucić go nagim i 

bezbronnym. 

Ballada  była  piękna.  Gdy  w  refrenie  do  głosu  Lee  dołączał  chórek,  zapiekły  ją  łzy.  W  tej 

muzyce było wszystko: miłość odnaleziona i miłość stracona, mądrość i smutek rezygnacji. 

- Bryn, już jesteś! Doskonale! 

Z góry zbiegał po schodach Tony Asp, niosąc magnetofon. 

-  Wyobrażasz  sobie,  jak  będzie  wyglądał  ten  dom,  gdy  zostanie  urządzony?  -  zapytał 

pogodnie. - Będzie cudowny! 

Bryn odpowiedziała nikłym uśmiechem. 

- Masz rację - odparła. 

-  Połóż  gdzieś  torbę  z  rzeczami  i  zrób  sobie  króciutką  rozgrzewkę.  Będę  czekał  przy 

schodach. 

-  Powtórzmy  wszystko  od  początku,  powolutku  i  spokojnie  -  rzekł,  gdy  podeszła.  -  Dziś 

będziesz pracowała z Lee. 

- Z Lee? - Nie potrafiła ukryć konsternacji. 

- Tak, panno Keller. Ze mną. 

Nie widziała go wcześniej; nie miała pojęcia, że jest gdzieś w pobliżu. Teraz schodził na dół. 

Poruszał  się  bezszelestnie,  nic  zatem  dziwnego,  że  Wcześniej  go  nie  słyszała.  Miała  ochotę  na 

niego krzyczeć. 

Domyśliła się, że stał na schodach od dawna. Obserwował ją. I to wcale nie ukradkiem, lecz 

otwarcie.  A  ona  o  tym  nie  wiedziała...Nie  wyczuła  jego  obecności,  która  teraz  ją  przytłoczyła. 

Wpatrywała się w niego w osłupieniu, a on spokojnie pokonywał kolejne stopnie. 

background image

 

28 

Miał na sobie koszulkę polo z drogiego sklepu. 

Kanarkowy  kolor  podkreślał  bursztynowy  blask  jego  oczu,  krótki  rękaw  zaś  odsłania! 

muskularne  ramiona.  Dopasowana  koszulka  efektownie  podkreślała  mocny  tors,  płaski  brzuch  i 

szerokie barki. Barbara miała rację: Lee widziany z daleka sprawiał wrażenie szczupłego, lecz gdy 

się zbliżył, nie było wątpliwości, że jest mocny i dobrze zbudowany. 

Zszedł na sam dół, a ona i tak musiała zadzierać głowę. Był od niej dużo wyższy. 

Kiedy stanął naprzeciw, owionął ją jego zapach. 

Ulotny  aromat  wody  kolońskiej,  który  kojarzył  się  z  chłodną  wilgocią  lasu.  Zapach  był 

przyjemny,  wręcz  uwodzicielski.  A  jednak  nawet  on  budził  w  niej  lęk.  Obawiała  się  potężnej 

zmysłowej energii, którą instynktownie wyczuwała w Lee. 

- Dzień dobry, panno Keller. 

Miała wrażenie, że dźwięk jego głosu przenika wprost do jej krwiobiegu i pobudza krążenie. 

- Dzień dobry. 

-  Tony  pokazał  mi  układ,  więc  możemy  zacząć  próbę.  Chcę  się  zorientować,  nad  którymi 

fragmentami będziemy musieli popracować. Wolałbym, żeby skoczyła pani z pięciu stopni zamiast 

czterech, oczywiście jeśli da pani radę. Zapewniam, że panią złapię. 

- W porządku - odparła sucho. 

- Tony? 

- Jestem gotowy. Przećwiczcie to najpierw na „sucho”, a potem spróbujemy z muzyką. 

Poprzedniego  dnia  podczas  prób  z  Tonym  wszystko  było  bajecznie  proste.  A  dziś 

wystarczyło, by Lee wziął ją za ramię, i już nie miała szans na koncentrację. Zamiast skupić się na 

układzie, myślała tylko o tym, by natychmiast wyrwać się i uciec. 

Speszyła się, kiedy jej dotknął. Zerknęła ukradkiem na jego smukłe śniade dłonie i mimo woli 

pomyślała, że właśnie tak powinny wyglądać ręce prawdziwego mężczyzny... 

- Proszę powiedzieć, kiedy będzie pani gotowa... Spojrzała mu w oczy. Bawi się jej kosztem. 

Przecież widziała jego lekko ironiczny uśmiech. 

Obrót! Dzięki temu uwolnisz się od niego... Zrobiła piruet, zatrzymała się, rozejrzała w obie 

strony, po czym zaczęła wbiegać na schody. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... 

Chwycił  ją  za  ramię,  przytrzymał,  a  potem  pociągnął  ku  sobie,  zmuszając  do  obrotu.  Bez 

zastanowienia wybiła się do góry. Lecąc, modliła się, by zdążył ją złapać... 

Zdążył.  Prawym  ramieniem  objął  ją  w  talii  i  pociągnął  do  góry  z  taką  lekkością,  że  kiedy 

niósł ją po schodach, zdawało jej się, że frunie. Frunie i patrzy mu w oczy. Czuje, jak przenika ją 

ich żar. Czuje jego ciepło... 

- Doskonale! - pochwalił Tony. - Trochę niedopracowane, ale ogólnie zupełnie nieźle. Bryn, 

musisz  wybić  się  wyżej.  Lee,  twoja  mimika  musi  pokazywać,  że  jesteś  wzburzony.  Spróbuj  się 

background image

 

29 

rozluźnić. Nie ma obawy, na pewno nie upuścisz Bryn. Dobrze, spróbujmy teraz z muzyką. 

Jeśli  za  pierwszym  razem  wypadło  „doskonale”,  to  za  drugim  razem  była  kompletna  klapa. 

Podobnie jak za trzecim i czwartym. Bryn bez przerwy potykała się na drugim stopniu. Wszystko 

przez  niego,  zżymała  się  upokorzona.  Przez  ten  jego  kpiący  uśmieszek,  który  pojawiał  się  po 

każdym jej błędzie... 

- O co chodzi, panno Keller? - zapytał ją uprzejmie, ale i tak wiedziała, że z niej drwi. - Piła 

pani już kawę? Tony, dlaczego nie dopilnowałeś, żeby młoda dama napiła się przed pracą kawy? 

Chciała się sprzeciwić, powiedzieć mu, że w tej chwili pragnie jedynie tego, by ta próba jak 

najszybciej dobiegła końca. Jednak zanim zdążyła otworzyć usta, Lee wziął ją za rękę i zaprowadził 

do sali balowej. 

Zostali sami. Stanęła z boku i bez słowa patrzyła, jak nalewa kawę.  

- Z cukrem? 

- Bez, poproszę czarną. 

Podał  jej  kubek,  po  czym  nalał  drugi  dla  siebie.  Pijąc,  ostentacyjnie  jej  się  przyglądał,  co 

krępowało ją do tego stopnia, że miała ochotę schować się w mysią dziurę. 

- Czy my się już kiedyś spotkaliśmy, panno Keller? 

- Nie. 

-  Tak  też  myślałem.  Na  pewno  bym  panią  zapamiętał.  Skoro  więc  się  nie  widzieliśmy,  to 

naprawdę nie rozumiem, czym mogłem się pani narazić. Dlaczego pani mnie nie lubi?- Ależ nie... 

- Ależ tak. Dlaczego? 

Bezwiednie zwilżyła usta. Wykręty nie miały sensu. Przecież nie pytał, czy, tylko dlaczego go 

nie  lubi.  Nagle,  w  tym  pustym  salonie,  wydal  jej  się  groźny.  Był  zwinny,  sprawny  i  silny.  Umiał 

poruszać się jak drapieżny kot. Jeszcze raz przyjrzała się jego wyrazistej twarzy. Czarnym prostym 

włosom, krótszym i postrzępionym nad czołem, nieco dłuższym z tyłu. Znowu wyobraziła go sobie 

z  przepaską  na  czole.  Nagiego  do  pasa,  tylko  w  irchowych  spodniach.  Skradającego  się  w 

ciemnościach, atakującego z przeraźliwym okrzykiem, od którego ścina się w żyłach krew... 

Indiański strój wcale nie był potrzebny, bo dżinsy i koszulka polo wystarczająco podkreślały 

walory  jego  wysportowanej  sylwetki.  Kiedy  na  niego  patrzyła,  a  zwłaszcza  gdy  podchwyciła 

drwiący  uśmiech,  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  ma  do  czynienia  z  człowiekiem 

ponadprzeciętnie  jurnym  i  namiętnym.  Niebezpiecznym?  Tak,  bardzo.  Odnosił  się  do  niej  z 

sympatią, ale domyślała się, że ją sprawdza. Być może daje jej szansę. 

Gdy tak mierzył ją twardym wzrokiem, pomyślała, że lubi narzucać swoje zdanie. Ci, którzy 

dla  niego  pracują,  z  pewnością  nie  wiedzą,  co  to  demokracja.  Wyglądał  na  kogoś,  kto  nie  znosi 

sprzeciwu. Co dla niej oznaczało, że albo będzie tańczyła, jak on jej zagra - albo wcale. 

- Będę z panem szczera. Sama nie wiem, dlaczego pana nie lubię. Zapewniam jednak, że moje 

background image

 

30 

prywatne  sympatie  czy  antypatie  nie  wpłyną  na  jakość  mojej  pracy.  Ani  teraz,  ani  podczas  sesji 

zdjęciowej. 

Rozbawiła go tym oświadczeniem. Szczery śmiech złagodził surowość jego rysów. 

- W porządku, panno Keller, będę ufał w pani profesjonalizm. I w swój też. 

- Co to ma znaczyć? 

- To, że znam panią lepiej niż pani siebie samą. Jestem pewny, że za każdym razem, gdy na 

panią patrzę, czuje się pani tak, jakbym rozbierał panią wzrokiem. 

-  Być  może  -  odparła  chłodno,  modląc  się,  by  na  jej  policzki  nie  wypełzł  zdradziecki 

rumieniec. 

-  Mhm.  Być  może  martwi  się  pani,  że  wybrałem  panią  tylko  dlatego,  że  wpadła  mi  pani  w 

oko. I że będę próbował zaciągnąć panią do łóżka. 

- Nie sądzę... 

-  Niech  pani  sądzi,  co  pani  chce.  Wybrałem  panią  do  roli  Loreny,  bo  jest  pani  zdolna  i 

idealnie odpowiada pani mojemu wyobrażeniu o tej postaci. A co do innych powodów... Niestety, 

ma  pani  rację.  Rzeczywiście,  wpadła  mi  pani  w  oko  i  chętnie  zaciągnąłbym  panią  do  łóżka.  Ale 

proszę  się  nie  martwić.  Zapewniam,  że  moje  prywatne  fascynacje  nie  wpłyną  na  jakość  mojej 

pracy. Ani teraz, ani podczas sesji zdjęciowej. 

Miała  ochotę  dać  mu  w  twarz.  Czuła,  że  powinna  ostro  zareagować.  Niestety,  nie  była  w 

stanie. W osłupieniu patrzyła, jak odstawia kubek i wychodzi z salonu. Bezszelestnie. Sprężystym 

krokiem  pantery,  niebezpiecznym  i  zwodniczym.  I  zupełnie  nie  pasującym  do  wizerunku 

człowieka, za jakiego chciał uchodzić. 

Zaprezentował się jako kompetentny profesjonalista - lecz dla niej nie miało to znaczenia. Dla 

niej  problemem  było  już  samo  to,  że  on  w  ogóle  jest.  Odczucie  było  bezsensowne  i  mogła 

próbować z tym walczyć, ale nie zmieniało to faktu, że bała się Lee Condora jak diabeł święconej 

wody. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Chińska  restauracja  to  był  błąd.  Przekonała  się  o  tym,  ledwie  usadowili  się  w  wygodnym 

boksie. Chłopcy byli głodni, więc rzucili się na jedzenie tak łapczywie, że porozrzucali makaron po 

całym stole i przewrócili szklankę z wodą. Na dodatek Adam ześliznął się z ceratowego siedzenia, 

uderzył głową o blat i zaczął płakać. 

Dlaczego  nie  poszłam  z  nimi  do  McDonalda?  -  jęczała  w  duchu,  strofując  półgłosem 

starszych chłopców i jednocześnie uspokajając Adama. Tak, to był błąd. 

Gdy  po  wyczerpującym  i  nerwowym  tygodniu  nadszedł  wreszcie  upragniony  piątkowy 

wieczór, była w siódmym niebie. Obiecała sobie, że zapomni o kłopotach, wróci do domu, uspokoi 

background image

 

31 

się  i  odpocznie,  i  będzie  wyjątkowo  wyrozumiała  i  kochana  dla  chłopców.  Przez  pierwsze  pół 

godziny  nawet  jej  się  udawało.  Niestety,  tak  bardzo  wczuła  się  w  rolę  kury  domowej,  że  trochę 

przedobrzyła.  Właśnie  pomagała  Brianowi  w  lekturze  „Tarzana”,  gdy  Adam  uniósł  głowę  znad 

książeczki do kolorowania. 

- Coś śmierdzi! - oznajmił, marszcząc nos. 

- Mhm - poparł go Keith. - I chyba coś się pali. 

-  O  ku...  -  Nie  mów  tego!  Nie  mów!  -  O  kurka  wodna!  -  wrzasnęła,  zrywając  się  z  dolnej 

pryczy  piętrowego  łóżka.  Przy  okazji  uderzyła  się  w  głowę,  ale  zignorowała  ból  i  pognała  do 

kuchni. Tu jednak nic już nie dało się zrobić. Klopsy spaliły się na węgiel, a szpinak wyglądał jak 

zbrązowiały krowi placek. 

Chłopcy  uwielbiali  chińskie  jedzenie;  do  tego  stopnia,  że  zjadali  nawet  warzywa.  A  w 

restauracji Wanga nie dość, że dobrze karmili, to jeszcze nie dostawali nerwowej wysypki na widok 

dzieci.  Hamburgery,  frytki  i  pizza  nie  wchodziły  w  grę.  Chłopcy  mają  zjeść  pożywny,  zdrowy 

posiłek. Tak więc siedziała z nimi u Wanga, żałując, że nie zabrała ich gdzie indziej. 

- Chcę kurczaka w sosie słodko-kwaśnym - zaczął Keith. 

-  Zamówmy  kurczaka  z  nerkowcami,  dobrze?  Zawsze  musimy  jeść  to,  co  wybierze  Keith  - 

sprzeciwił się Brian. 

- Blee! Nie lubię kurczaka z orzechami! 

-  Przestańcie!  -  syknęła,  zniżając  głos,  jednak  tylko  na  tyle,  by  wciąż  brzmiał  groźnie. 

Pocałowała  Adama  w  czoło,  starła  rozlaną  wodę  i  zaczęła  zbierać  makaron.  Potem  spojrzała  na 

chłopców  tak  srogo,  że  posłusznie  spuścili  swoje  rude  głowy,  Keith  jasną,  a  Brian  nieco 

ciemniejszą.  -  Jesteśmy  w  restauracji,  więc  zachowujcie  się  przyzwoicie,  bo  jak  nie...  -  Zawiesiła 

ostrzegawczo głos, a potem usiadła wygodniej i oparła głowę o ściankę boksu. 

Nie powinna się na nich wściekać. Nie ich wina, że zrobiło się późno i że są głodni. I że miała 

koszmarny tydzień. Jeśli ktoś tu w ogóle zawinił, to tylko ona. 

I Lee Condor. Od rozmowy w przerwie na kawę prawie się do niej nie odzywał. Podczas prób 

był skupiony i rzeczowy aż do bólu. A w stosunku do niej uprzedzająco grzeczny. Zachowywał się 

tak, jakby zaproponował jej randkę, a ona dała mu kosza. Chwilami odnosiła wrażenie, że on na coś 

czeka, przygląda się jej, obserwuje... Jakby domyślał się, że ona od pewnego czasu wyczuwa jego 

obecność  nawet  wtedy,  gdy  go  nie  widzi.  Wystarczyło,  że  wszedł,  a  ona  już  wiedziała,  że  jest 

gdzieś  blisko.  Zdradzał  go  subtelny,  roślinny  zapach  wody  kolońskiej,  który  natychmiast 

wychwytywała. Lee zapewne wiedział, jak działa na nią jego dotyk. 

Kiedy  wnosił  ją  po  schodach,  zawsze  patrzył  jej  prosto  w  oczy.  A  ona  czuła,  jak  pod 

wpływem tego spojrzenia coś się  w niej budzi. Natychmiast odwracała  wzrok, a  Lee zaczynał się 

wtedy śmiać... 

background image

 

32 

Mimo  woli  często  o  nim  myślała.  Zauważyła,  że  przybyło  mu  fanów;  ludzie  pracujący  na 

planie teledysku przepadali za nim, bo znał się i na pracy, i na żartach. Wiedział, kiedy wymagać 

dyscypliny, a kiedy odpuścić. W jego oczach była głęboka mądrość. Taka, która przychodzi wraz z 

ż

yciowym doświadczeniem albo... cierpieniem? Jakoś trudno jej było uwierzyć, że Lee ma za sobą 

bolesne przeżycia. Choć z drugiej strony Barbara wspominała, że jest wdowcem. Czy możliwe, by 

tak atrakcyjny mężczyzna kochał tylko jedną kobietę? I to tak mocno, że po jej śmierci nie potrafił 

uwolnić się od bólu? 

- Ciociu? - odezwał się cicho Brian. - Możemy zamówić kurczaka z orzechami? 

Zwykle zamawiała dla nich jedno danie, gdyż w restauracji nie podawano dziecięcych porcji, 

a szkoda jej było płacić za coś, czego nie zjedzą. Jednak dziś... 

Zrezygnowana machnęła ręką. 

-  Zamów  sobie,  co  chcesz  -  westchnęła  i  znów  przymknęła  oczy.  Gdy  je  otworzyła,  obok 

stolika  stała  kelnerka  i  cierpliwie  czekała  na  zamówienie.  -  Na  początek  poproszę  duży  kieliszek 

wina.  A  potem  będzie  kurczak  z  nerkowcami  i  kurczak  w  sosie  słodko-kwaśnym.  Adam,  co  ci 

zamówić? 

- Hot doga. 

- Tu nie ma hot dogów. 

- No to... kurczaka. 

Bryn spojrzała na dziewczynę i wzruszyła ramionami. 

-  Wezmę  dla  niego  jakąś  przystawkę,  mogą  być  sajgonki  i  żeberka,  i  jeszcze  poproszę 

smażony ryż z krewetkami. 

Kelnerka  była  miła.  Szybko  przyniosła  wino  i  napoje  gazowane  ze  słomkami  ozdobionymi 

malutkimi  kolorowymi  parasolkami.  Dzięki,  będę  miała  ze  dwie  minuty  spokoju,  pomyślała  z 

wdzięcznością. 

Na  szczęście  jedzenie  pojawiło  się  na  stole,  zanim  chłopców  zdążyło  znudzić  rozkładanie  i 

składanie  parasolek.  Miała  więc  czas,  by  spokojnie  podzielić  ich  porcje  i  rozebrać  na  czynniki 

pierwsze sajgonkę Adama, który już na wstępie zaznaczył, że nie zje „tego zielonego”, bo nie lubi. 

Jedząc  swój  ryż,  myślała  o  tym,  że  Barbara  obiecała  zostać  z  chłopcami,  więc  któregoś  wieczoru 

pójdzie  na  drinka  z  kolegami  z  planu.  Będzie  cudownie.  Będzie  miała  cały  wieczór  dla  siebie. 

Odpręży się, zapomni o kłopotach... 

- Ciociu... - Brian szeptał, ale wyczuła, że jest przejęty. - Jakiś pan tu idzie. Chyba do ciebie. 

Natychmiast  otworzyła  oczy  i  nerwowo  rozejrzała,  się  po  sali.  Rzeczywiście,  do  ich  boksu 

zmierzał jakiś pan. 

Co on tu robi, pomyślała spłoszona, widząc Lee Condora. Restauracja cieszyła się uznaniem, 

ale  z  pewnością  nie  była  snobistycznym  miejscem,  w  którym  należy  bywać.  Taki  idol  jak  on 

background image

 

33 

powinien spędzać piątkowy wieczór w jakimś modnym klubie, gdzie po wykwintnej kolacji mógłby 

potańczyć i pozbyć się nadmiaru gotówki przy stoliku do gry w kości. 

- Dobry wieczór, panno Keller. - Obrzucił szybkim spojrzeniem stolik i siedzących przy nim 

chłopców. 

Brian  i  Keith  przyglądali  mu  się  z  otwartymi  buziami.  Za  to  Adam  od  razu  się  nastroszył  i 

wygiął usta w gniewną podkówkę. 

- Dobry wieczór - mruknęła niewyraźnie.  

Była  zdumiona,  że  odważył  się  do  niej  podejść,  mimo  że  była  z  dziećmi.  Większość 

mężczyzn  w  tej  sytuacji  ominęłaby  ją  wielkim  łukiem.  Tymczasem  on  sprawiał  wrażenie 

zaciekawionego i jednocześnie rozbawionego tym, co widzi. 

- To pani chłopcy? Głupie pytanie, od razu widać, że tak. Są do pani bardzo podobni. 

- To nie jest nasza mama - sprostował natychmiast Brian. - To ciocia. 

- Tak? - zdziwił się. - Naprawdę nie są pani? 

- Nie moi, ale... Tak, moi. 

-  Mama  i  tata  nie...  Oni  mieszkają  teraz  z  Panem  Jezusem.  A  my  z  ciocią  Bryn  -  wyjaśnił 

Keith, któremu z emocji drżał głos. 

- Cóż, to chyba nie najgorszy układ - odparł Lee. - A ty się nazywasz... 

- Keith Keller. A to mój brat, Adam. 

-  Słuchaj,  Keith,  czy  mógłbyś  się  trochę  posunąć?  Jeśli  można,  chciałbym  się  do  was  na 

chwilę przysiąść. 

Keith bez słowa zrobił mu miejsce i ku przerażeniu Bryn,  Lee usiadł obok i uśmiechnął się 

przyjaźnie. 

Próbowała odwzajemnić uśmiech, ale skutek był raczej mizerny. Przynajmniej przejdzie mu 

ochota,  by  ciągnąć  mnie  do  łóżka,  pomyślała,  przypomniawszy  sobie,  jak  wygląda.  Wprawdzie 

przed wyjściem z domu wzięła prysznic, ale na tym zakończyła zabiegi upiększające. Nie zawracała 

sobie głowy robieniem makijażu czy suszeniem włosów. Strój też miała mało wyszukany: włożyła 

spłowiałą  kretonową  spódnicę  i  stary  obcisły  top  bez  ramiączek.  A  makaron  poprzyklejany  do 

ubrania był  raczej wątpliwą ozdobą. Sięgnęła po  wino i wypiwszy od razu trzy czwarte kieliszka, 

jeszcze raz spróbowała się uśmiechnąć. 

- Co pan tu robi? - zagadnęła obojętnie. 

- Przyszedłem coś zjeść. 

- Jakaś randka? - zapytała i natychmiast pożałowała swojej ciekawości. 

Roześmiał się. 

-  Nie,  chyba  że  uzna  pani  za  randkę  kolację  z  Mickiem  i  Perrym.  Siedzą  tam.  -  Wskazał 

miejsce z tyłu sali. 

background image

 

34 

Podczas  prób  Bryn  zdążyła  poznać  obu  muzyków  i  była  mile  zaskoczona  ich  skromnością. 

Obaj  byli  sympatyczni  i  bezpośredni,  a  ona  spodziewała  się  po  nich  czegoś  zgoła  innego. 

Płowowłosy  Perry  uśmiechnął  się  i  pomachał  jej  na  powitanie,  a  Mick  uniósł  rękę  w  przyjaznym 

geście.  Ona  również  im  pomachała,  lecz  jej  oczy,  jakby  kierując  się  własną  wolą,  natychmiast 

zwróciły się w stronę Lee. 

- Może poczęstuje się pan kurczakiem z orzechami albo sajgonką... 

- Nie, dziękuję, już się najadłem.  

Ja też, pomyślała smętnie, zerkając na swój talerz. Wiedziała, że przy nim nie przełknie ani 

kęsa. 

- Nie spodziewałam się spotkać pana w takim miejscu. 

-  Dziesięć  lat  temu  kupiłem  dom  w  Tahoe.  Przez  ten  czas  zorientowałem  się,  gdzie  dobrze 

karmią i są mili. 

- U Wanga jedzenie jest rzeczywiście wspaniałe. I co ważniejsze, lubią tu dzieci... 

- Ciocia chce powiedzieć, że nie wstydzi się tu z nami przychodzić - wyjaśnił usłużnie Brian. 

- Brian! 

- Wiesz co, ja nie sądzę, żeby ciocia wstydziła się chodzić z wami do restauracji - odparł Lee. 

- Po prostu ludzie, którzy w nich pracują, są nastawieni na obsługę dorosłych i nie wiedzą, jak sobie 

radzić z małymi klientami. I wiesz, co ci jeszcze powiem? Ci, co lubią dzieci, są z reguły dobrymi 

ludźmi. A skoro ciocia mówi, że tu was lubią, to ja też ich lubię, jeszcze bardziej niż dotąd. 

- Ma pan dzieci? 

Bryn nie była pewna, czy to tylko złudzenie, czy w oczach Lee naprawdę pojawił się smutek? 

- Niestety, nie mam. Ale chciałbym. 

- Syna? 

- I córeczkę. 

- A pan naprawdę jest czerwonoskórym tam-tamiarzem? 

- Jezu! - Bryn zesztywniała z przerażenia.  

Była pewna, że za chwilę rozpęta się piekło. Nic takiego się nie stało. Zamiast się gniewać, 

Lee spojrzał na nią rozbawiony. 

- Czerwonoskórym tam-tamiarzem? - powtórzył. 

- Tak. To jest pan tym tam-tamiarzem, czy nie? 

- Brian! - syknęła. - Przysięgam, że za chwilę obedrę cię ze skóry... 

- Czerwonoskóry tam-tamiarz... - powtórzył Lee. - Chyba można mnie tak nazywać. 

- Pan się nazywa Lee Condor, prawda? - zapytał Keith z przejęciem. 

- Tak. - Lee spojrzał na Bryn i pokręcił głową, udając dezaprobatę. - Wasza ciocia trochę się 

zapomniała, ale to się czasem zdarza nawet najlepszym. 

background image

 

35 

- Pan jest prawdziwym Indianinem? - dociekał Brian. 

- Najprawdziwszym. - Roześmiał się. - Ale tylko w połowie. 

Brian wyglądał na zbitego z tropu. 

- To znaczy, w której połowie? - zapytał ostrożnie.  

Bryn miała ochotę schować się pod stolik, za to Lee doskonale się bawił. Roześmiany, skinął 

na kelnerkę. 

-  Zamówię  waszej  cioci  jeszcze  jeden  kieliszek  wina,  a  potem  wszystko  wam  wyjaśnię. 

Chablis, tak? 

Nie  była  w  stanie  zdobyć  się  na  nic  więcej  poza  słabym  kiwnięciem  głową.  Gdyby  ktoś 

postawił teraz przed nią pełną butelkę, bez zastanowienia wypiłaby ją do dna. 

Kiedy  kelnerka  przyniosła  drinki,  Lee  sięgnął  po  swoją  szkocką  i  pijąc  ją  małymi  łykami, 

wrócił do pytania Briana. 

-  Mój  ojciec  jest  czystej  krwi  Indianinem,  z  plemienia  Czarnych  Stóp.  A  moja  mama  jest 

Niemką. Więc ja jestem pół Niemcem, pół Indianinem. I stuprocentowym Amerykaninem. 

-  Ojej!  -  zachwycił  się  Keith.  -  Czy  pana  tata  mieszka  w  tipi?  Ma  konie,  łuki,  starzały  i 

wszystkie te odlotowe rzeczy? 

- Niestety, muszę cię rozczarować. Mój ojciec mieszka w normalnym mieszkaniu w Nowym 

Jorku. Jest prawnikiem. Moi rodzice przeprowadzili się do miasta, bo moja mama jest nauczycielką 

muzyki.- Aha... - Keith był wyraźnie rozczarowany. 

- Ale - ciągnął Lee - mój dziadek mieszka latem w tipi. Nosi ubranie z koźlej skóry, poluje na 

jelenie i żyje tak, jak w dawnych czasach żyli prawdziwi Indianie. 

- Chciałbym go kiedyś poznać - westchnął Keith z zazdrością. 

-  Niestety,  dziadek  miesza  w  Dakocie,  w  górach  Black  Hills.  To  bardzo  daleko  stąd.  Aleja 

mam  w  domu  dużą  kolekcję  łuków  i  strzał,  i  wiele  innych  ciekawych  przedmiotów.  Poproście 

ciocię, żeby przyszła z wami któregoś dnia, to wam je pokażę. 

- Super! Ciociu, pójdziemy...? 

- No... Yyy... 

- Aha, byłbym zapomniał. Mam też autentyczne tam-tamy. 

Bryn  zdążyła  już  wypić  ponad  połowę  drugiego  kieliszka,  ale  i  tak  była  strasznie  spięta. 

Podejrzewała, że jest czerwona jak homar, którego właśnie przyniesiono do sąsiedniego stolika. Co 

gorsza, nie przychodziła jej do głowy żadna sensowna wymówka. Nagle okazało się, że wcale nie 

musi jej szukać, bo pojawił się dużo gorszy problem. Adam, na którego nikt nie zwracał uwagi, a 

który żywił wrodzoną niechęć do każdego mężczyzny, któremu ciocia poświęciła bodaj pięć minut 

uwagi, postanowił zaatakować. Ponad stolikiem przeleciała duża porcja smażonego ryżu z mięsem. 

- Adam! Co ty wyprawiasz! - zawołała zdruzgotana.  

background image

 

36 

Nie  była  w  stanie  porządnie  na  niego  nakrzyczeć;  oniemiała  z  przerażenia  patrzyła,  jak  Lee 

strząsa  z  siebie  ziarenka  ryżu.  Ciekawe,  czy  mam  jeszcze  czego  szukać  na  planie  teledysku, 

pomyślała ze zgrozą.  

- Lee, przepraszam. Naprawdę! Strasznie mi przykro! 

Poderwała się z miejsca i zaczęła nerwowo czyścić rękaw jego granatowej koszuli. Lnianej! 

Cholernie drogiej i takiej, co to nie wiadomo, jak ją prać. Mimo woli pomyślała o ostatnim razie, 

gdy ponad stołem fruwało jedzenie; tamto niefortunne zdarzenie było przysłowiowym gwoździem 

do trumny jej nieudanego związku. Tym razem sytuacja była inna, ale... 

Nagle zebrało jej się na płacz. Nie radzę sobie, stwierdziła rozżalona. Nie potrafię utrzymać 

chłopców w ryzach ani dać im tego, czego potrzebują. Przepełniona goryczą, machinalnie tarmosiła 

rękaw, który od dawna był już czysty. 

- Adam to nie jest zły dzieciak. Naprawdę! - mówiła nerwowo. - Ma tylko cztery lata, a tyle 

już przeszedł... 

-  Bryn.  -  Lee  wymówił  jej  imię  cicho  i  łagodnie,  ale  kategorycznym  tonem.  Jego  ręce 

zacisnęły  się  wokół  jej  dłoni,  wstrzymując  ich  bezsensowne  ruchy.  W  jego  oczach  malowało  się 

współczucie. - Nic się nie stało - rzekł półgłosem. - Usiądź, dobrze? 

Posłuchała go. Zagryzła nerwowo usta i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się i skinął głową, 

jakby  dawał  jej  znak,  by  mówiła  dalej.  Tyle  że  ona  miała  pojęcia,  o  czym.  Potem  zwrócił  się  do 

małego winowajcy. 

- Posłuchaj, Adamie. Przepraszam, że nie zwracaliśmy na ciebie uwagi. To bardzo nieładnie z 

naszej  strony.  Ale  rzucanie  jedzeniem  to  też  nic  miłego.  Nie  wolno  ci  tego  robić.  Jeśli  to  się 

powtórzy,  twoja  ciocia  i  ja  wyprowadzimy  cię  z  restauracji  i  damy  ci  taką  burę,  że  aż  ci  uszy 

zwiędną. Jasne? 

Chłopczyk  przytulił  się  do  Bryn.  Nic  nie  powiedział,  ale  już  nie  próbował  strzelać  ryżem. 

Przemknęło jej przez myśl, że chyba powinna poczuć się urażona. W końcu Lee bez pytania wziął 

się  za  wychowywanie  jej  bratanków.  Jednak  nie  czuła  do  niego  urazy;  za  to  czuła,  że  za  chwilę 

rozboli ją głowa. 

- Chłopcy - odezwała się słabo - dokończcie swoje porcje. Wracamy do domu. 

Weź  się  w  garść,  Bryn,  nakazała  sobie.  Miło  było  zobaczyć  współczucie  w  oczach  Lee 

Condora, ale od współczucia niedaleka droga do litości. A ona nie chciała, by się nad nią litowano. 

Umiała panować nad sytuacją i naprawdę rzadko dawała się ponieść frustracji. 

- Napijesz się kawy? - zapytał Lee. 

Spuściła  oczy.  Pewnie  domyślił  się,  że  dwa  duszkiem  wypite  kieliszki  wina  to  dla  niej  za 

dużo.  Potrzebowała  kawy.  Stojąca  na  stoliku  jaśminowa  herbata  raczej  nie  byłaby  w  stanie 

orzeźwić jej na tyle, by mogła usiąść za kierownicą. 

background image

 

37 

- Tak, kawa dobrze mi zrobi - mruknęła.  

Po chwili kelnerka postawiła na stoliku dzbanek i filiżanki. 

- Skąd wiedziała, że chcesz zamówić kawę? - Bryn zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem 

Indianie i Chińczycy nie porozumiewają się za pomocą systemu tajemnych znaków. 

- Bezgłośnie wypowiedziałem słowo „kawa”. 

- Cześć, Bryn. - Do ich boksu podeszli Perry i Mick. 

-  Cześć  -  odparta  cicho.  Speszyła  się,  choć  z  reguły  nie  brakowało  jej  pewności  siebie.  Nie 

rozumiała, dlaczego nagle przejmuje się tym, co ci dwaj o niej pomyślą. 

Bo to koledzy Lee, podpowiedział wewnętrzny głos. Jego najbliżsi przyjaciele. 

- Fajna rodzinka - pochwalił Mick. 

-  Dzięki  -  odparła.  -  Chłopcy,  to  są  panowie  Skyhawk  i  Litton,  którzy  pracują  z  panem 

Condorem. 

- Rany, Bryn, tak nas przestawiłaś, jakbyśmy byli z mafii - roześmiał się Perry. - Chłopaki - 

zwrócił się bezpośrednio do jej bratanków - ja jestem Perry, a to mój kumpel Mick. A wy jak się 

nazywacie? 

Przedstawiła  im  chłopców  i  dopiero  wtedy  zorientowała  się,  że  zmęczony  Adam  zasnął  z 

kciukiem  w  buzi.  Drugą  rączką  trzymał  się  kurczowo  jej  spódnicy.  Jeszcze  zanim  Keith  i  Brian 

otworzyli  usta,  przeczuła,  że  szykują  się  nowe  kłopoty.  Katastrofa  wisiała  na  włosku,  a  ona  nie 

potrafiła  jej  zapobiec.  Chyba  że  w  desperacji  zerwałaby  ze  stołu  obrus  i  zarzuciła  chłopcom  na 

głowy. 

- Pan też jest Indianinem! - zawołali odkrywczo. 

-  Ja?  -  Perry  zrobił  zdziwioną  minę.  -  Nic  podobnego.  Jestem  prawdziwą  amerykańską 

mieszanką  wybuchową.  Mam  trochę  krwi  szkockiej,  trochę  irlandzkiej,  parę  kropel  angielskiej  i 

francuskiej. A, byłbym zapomniał, litewskiej też. 

- Stary, przecież oni nie mówią o tobie, tylko o mnie - włączył się Mick. - Teraz dzieciaki są 

strasznie mądre, nie dadzą się nabić w butelkę. Na kilometr rozpoznają prawdziwego Indianina. 

Brian  i  Keith  najpierw  spojrzeli  po  sobie,  wyraźnie  zdezorientowani,  a  potem  zaczęli 

chichotać. Bryn sama nie wiedziała, czy ma ochotę ich ucałować, czy schować się ze wstydu pod 

stół. 

- Zabawni ci Indianie! - stwierdził Keith z powagą. 

-  A  zielonookie  tancerki  ślicznie  się  czerwienią,  prawda?  -  rzucił  Lee,  zerkając 

porozumiewawczo na kolegów. 

- Rzeczywiście. - Mick uśmiechnął się do Bryn. 

- Słuchaj, Lee, będziemy się już zbierać. Jak chcesz, zaczekamy na ciebie na zewnątrz. 

- Jeśli panna Keller będzie miała ochotę na moje towarzystwo, pomogę jej zagnać stadko do 

background image

 

38 

domu - powiedział, patrząc na nią pytająco. 

- Nie, poradzę sobie. Nie chcę was zatrzymywać. 

-  Nie  pomagaj  mi,  dodała  w  myślach.  Łatwo  jest  przyjąć  pomoc  i  oprzeć  się  na  silnym 

ramieniu. I równie łatwo zostać potem na lodzie, gdy pomocnik się ulotni... 

- Lećcie, chłopaki - rzekł do nich Lee. - Mieliśmy popracować dzisiaj nad nowym materiałem, 

ale Andrew poszedł na randkę i pewnie nie wróci przed północą - dodał. - Wezmę na ręce Adama, 

ż

ebyś  nie  musiała  go  budzić.  Odprowadzę  cię,  a  potem  zadzwonię  do  chłopaków,  żeby  któryś  po 

mnie przyjechał. 

- Naprawdę nie trzeba... 

- Już to mówiłaś - przypomniał jej Mick. - Dla nas to żaden problem. Tylko przypilnuj Lee, 

ż

eby podał nam dobry adres - powiedział, i zanim zdążyła zaprotestować, obaj z Perrym pożegnali 

się i wyszli. 

- Możemy iść? - zapytał Lee. 

- Muszę zapłacić. 

- Już to zrobiłem. 

- Co takiego? Kiedy? - oburzyła się. 

-  Ależ  ty  się  od  razu  unosisz!  Kiedy  zauważyłem,  że  jesteś  w  restauracji,  poprosiłem,  żeby 

dopisali twoje zamówienie do mojego rachunku. 

- Nie miałeś prawa... 

- Bryn, daj spokój. Chyba nie będziemy się kłócili o taki drobiazg... 

- Panie Condor, zarabiam na siebie i sama płacę swoje rachunki. 

-  Aha,  za  karę  znów  zostałem  „panem  Condorem”.  Wolę,  żebyś  zwracała  się  do  mnie  po 

imieniu. Dobrze, wyjaśnijmy sobie parę spraw.  Zarabiasz na siebie. Szanuję to. Po prostu miałem 

ochotę  postawić  ci  kolację.  To  wszystko.  Nie  chcę  nic  w  zamian.  W  nagrodę  pogadałem  sobie  z 

twoimi chłopakami. Miałem z tego przyjemność, bo lubię dzieci. A teraz sama zdecyduj, czy chcesz 

stąd wyjść, zanim Adam obudzi się i zrobi dziką awanturę na środku restauracji? 

-  Dobrze,  już  dobrze  -  burknęła.  -  Chodźmy.  Sama  zaniosę  go  do  samochodu  -  wysapała, 

biorąc malca na ręce. 

Z nadmiaru wrażeń zapomniała o Keicie i Brianie. Na szczęście zajął się nimi Lee. Kątem oka 

widziała, że idą za nim potulnie jak jagnięta. 

W drodze powrotnej prawie się nie odzywała. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż Lee cały czas 

rozmawiał z chłopcami. Musiała przyznać, że błyskawicznie nawiązał z nimi kontakt, choć wcale 

nie  traktował  ich  jak  dorosłych.  On  traktował  ich  jak  ludzi.  Miał  tę  rzadką  umiejętność,  na  której 

zbywa większości dorosłych. Nie przysłuchiwała się, o czym z nimi rozmawia, ale w pewnej chwili 

doleciały do niej entuzjastyczne słowa Briana: 

background image

 

39 

- Moja pani od historii mówi, że pana wideo, to, którego akcja toczy się w średniowieczu, jest 

bardzo dobre. 

- Podziękuj jej ode mnie. Kiedyś sam chciałem zostać nauczycielem historii. 

- I dlaczego pan nie został? 

- Doszedłem do wniosku, że wolę grać na perkusji. 

- Ja myślałem, że pan gra na tam-tamach. 

- To prawie to samo. Te dwa instrumenty są bardzo podobne. 

Chwilę później zatrzymali się przed jej domem.  Bryn od razu pożałowała, że nie sprzątnęła 

prania. I że w ciągu minionego miesiąca nie znalazła czasu, by odkurzyć dom. 

- Zanieś go na górę - poprosiła, gdy weszli do środka.  

Siliła się na spokój, ale ze zdenerwowania drżał jej głos.  

- Chłopcy, nie przepychajcie się, bo przewrócicie pana Condora - zawołała, idąc za nimi na 

piętro. 

- Adam śpi na dole - szepnął Brian - ja na górze, a Keith na oddzielnym łóżku. 

- Dobrze! - odszepnął Lee, kładąc ostrożnie Adama na dolnym łóżku. 

- A ciocia śpi sama w swoim pokoju. 

Bryn  zacisnęła  zęby  i  posłała  Brianowi  mordercze  spojrzenie.  Gdybym  zrobiła  ci  to,  na  co 

mam ochotę, poszłabym do paki za znęcanie się nad dzieckiem. 

- Idźcie się myć i kładźcie spać - syknęła.- Pewnie chcesz rozebrać Adama. - Lee uśmiechnął 

się do niej. - Mogę zaczekać na dole? 

- Tak. 

Wyszedł,  a  ona  zajęła  się  Adamem.  Rozbierając  go,  z  rozczuleniem  patrzyła  na  jego  buzię. 

Wygląda tak słodko, kiedy śpi, pomyślała wzruszona. 

- Musisz przestać rzucać jedzeniem, mały łotrze! - szepnęła, całując go w czoło. - Szargasz mi 

opinię. Przez ciebie wyglądam na kogoś, kto sobie nie radzi.  

Otuliła  go  kołdrą  i  wyszła  na  palcach  z  pokoju.  Z  dołu  dobiegały  głosy  Keitha  i  Briana. 

Chłopcy umyli się w ekspresowym tempie i teraz rozmawiali z Lee, który rozsiadł się wygodnie na 

kanapie. 

- Brian, Keith, marsz do łóżek! 

- Uuuuu... 

- Nie chcę słyszeć żadnego „uuuuu”. Proszę iść na górę. 

Dzięki Bogu, że choć ten jeden raz jej posłuchali! 

Pocałowali ją na dobranoc i ruszyli w stronę schodów. 

-  Czy  czasem  nie  zapomnieliście  pożegnać  się  z  panem  Condorem  i  podziękować  mu  za 

kolację? 

background image

 

40 

- Dobranoc. Bardzo dziękujemy - zawołali i pobiegli do pokoju. 

Ledwie  znikli  jej  z  oczu,  Bryn  pożałowała,  że  nie  pozwoliła  im  posiedzieć  dłużej. 

Przynajmniej nie zostałaby sam na sam z Lee. 

- Napijesz się czegoś? - zapytała, rozglądając się dyskretnie po salonie. Na szczęście panował 

tu względny porządek, oczywiście nie licząc śladów dziecięcych rąk na szklanym blacie stolika. 

-  Nie,  dziękuję  -  odparł.  -  Dlaczego  nie  usiądziesz?  -  zapytał,  wskazując  wzrokiem  miejsce 

obok siebie. 

- Dlatego, że ci nie ufam - odparła szczerze.  

Roześmiał się. A ona po raz kolejny przekonała się, że uśmiech łagodzi jego surowe rysy. 

- Czym sobie na to zasłużyłem? Przecież powiedziałem ci prawdę. Niczego nie udawałem. 

- Fakt. 

- Nadal mnie nie lubisz? 

- Nie. Tak. Nie! Lee, tu nie chodzi o to, czy cię lubię, czy nie. Przyznałeś, że masz ochotę się 

ze mną przespać, a ja po prostu nie chcę być wykorzystywana w taki sposób. Doceniam, że byłeś 

miły dla moich chłopców, i w ogóle cieszę się, że dla ciebie pracuję. Ale... 

-  Chwileczkę!  -  Wstał  gwałtownie.  Złapał  ją  za  ramiona  i  spojrzał  prosto  w  oczy.  Z  jego 

twarzy  znikł  wyraz  rozbawienia.  W  twardym  spojrzeniu  pojawiło  się  napięcie.  -  Niepotrzebnie 

mieszasz ze sobą dwie sprawy. Nie po to byłem miły dla chłopców, żeby wkupić się w twoje łaski. 

Nie  kłamałem,  mówiąc,  że  lubię  dzieci.  A  rachunek  za  waszą  kolację  to  naprawdę  drobiazg.  Nie 

zaprzeczam,  chcę  pójść  z  tobą  do  łóżka.  To  normalne,  kiedy  facet  spotyka  piękną  kobietę.  Ale  to 

wcale  nie  znaczy,  że  chcę  cię  wykorzystać.  W  każdym  razie  nie  bardziej,  niż  ty  wykorzystałabyś 

mnie. Interesuje mnie wyłącznie taki układ, który sprawiłby jednakową przyjemność obu stronom. 

Dlaczego  tak  się  denerwuję,  pomyślała,  zwilżając  usta.  Czy  aby  nie  dlatego,  że  on  mówi 

prawdę? Zafascynował ją, zanim go poznała. A teraz... Teraz było coraz gorzej. Kiedy czulą ciepło 

jego  silnych  rąk,  myślała  tylko  o  tym  dotyku.  Mocnym  i  zdecydowanym,  ale  nie  sprawiającym 

bólu. Odchyliła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Pieszczotliwie pogładził kciukiem jej brodę. 

- Lee, możesz mieć tabuny kobiet...  

Syknął zniecierpliwiony. 

- Ulegasz stereotypom. Naprawdę myślisz, że mężczyźnie potrzeba do szczęścia tylko ładnej 

twarzy i zgrabnego ciała? Nie kolekcjonuję kobiet. Ty po prostu masz w sobie coś, co mnie urzekło, 

ledwie na ciebie spojrzałem. 

- Niezły tekst. 

- Tekst?! Do jasnej cholery... 

- Tak, tekst, do jasnej cholery! A co, ślubujesz mi dozgonną miłość?

 

- Tego pragniesz, dozgonnej miłość? Jakoś nie chce mi się wierzyć. Krótko się znamy. Staram 

background image

 

41 

się poznać cię lepiej, ale mi tego nie ułatwiasz. Kto wie, może to jest dozgonna miłość. Tylko jak 

mamy się dowiedzieć, dokąd zaprowadzi nas ścieżka, jeśli nie zrobimy pierwszego kroku? 

- Nie chcę się z nikim wiązać! Nie chcę... 

Znowu cierpieć. To właśnie chciała powiedzieć, ale nie odważyła się. Słowa wciąż ją raniły. 

- Nie chcę się wiązać - powtórzyła. Czuła, że zaczyna panikować. Im dłużej Lee był przy niej, 

tym goręcej pragnęła wtulić się w jego ramiona. Jaka to musi być rozkosz i radość leżeć obok tego 

mężczyzny, czuć jego siłę, budzić się przy nim... 

- Bryn... 

Objął ją mocno i przytulił. Ujął jej twarz w dłonie i zaczął ją całować. Poczuła się tak, jakby 

spłynął  na  nią  gorący  słoneczny  blask.  Miała  wrażenie,  że  ziemia  usuwa  jej  się  spod  nóg. 

Pocałunek, początkowo czuły i delikatny, stawał się coraz bardziej namiętny, coraz słodszy... Jego 

ciało mówiło, jak mocno jej pragnie... 

- Nie! 

Nie próbował jej zatrzymać. 

- Proszę cię! - jęknęła, widząc wyraz zawodu w jego oczach.  

Znów zaczęła się bać. Znał ją. Na wylot. I właśnie to było przerażające. Dobrze wiedział, że 

wcale nie czuje do niego antypatii. Wręcz przeciwnie, wściekle  go pragnie.  Instynkt podpowiadał 

jej, że zanim ulegnie i popełni błąd, musi powiedzieć coś, co go skutecznie zniechęci. 

- Niech cię wszyscy diabli! - syknęła. - Naprawdę nie mieści ci się w głowie, że ktoś może nie 

mieć ochoty na twoje... awanse? Posłuchaj! Nie... chcę... się... wiązać! - cedziła. - Nie znoszę idoli i 

w ogóle wszelkiej maści gwiazdorów. Nie jesteś w moim typie. Zrozum! Denerwujesz mnie. Chcę, 

ż

ebyś natychmiast wyszedł z mojego domu. 

Spodziewała  się  wybuchu  gniewu,  spodziewała  się  wszystkiego,  z  wyjątkiem  spojrzenia 

pełnego pogardy. 

-  Proszę  się  uspokoić,  panno  Keller.  Nie  wiem,  jaki  ze  mnie  „typ”  mężczyzny,  ale 

zapewniam, że nie gwałcę kobiet ani nie stosuję wobec nich siły. Szkoda, że jesteś taka zakłamana. 

I że wolisz chować się pod kloszem. Dobranoc. 

Z  całych  sił  zagryzła  wargi,  walcząc  ze  łzami.  Co  ja  wyprawiam?  -  przeraziła  się.  Lee  na 

pewno  wyrzuci  ją  z  pracy,  a  z  dwojga  złego  chyba  już  by  wołała,  żeby  ją  uderzył.  Boże,  co  ja 

najlepszego zrobiłam?! 

Patrząc na jego dumnie uniesioną głowę i wyprostowane plecy, poczuła piekący wstyd. Miał 

w sobie tyle wrodzonej godności... 

- Lee! - zawołała. - Miałeś zadzwonić po chłopaków... 

- Nieważne. Zrobię to po drodze. Mam ochotę się przejść. 

- Lee, ty nic nie rozumiesz. Ja...  

background image

 

42 

Zatrzymał się w drzwiach i, odwróciwszy się, uśmiechnął się smutno. 

- Powiem ci, Bryn, że bycie „tam-tamiarzem” ma mnóstwo zalet. Na przykład tę, że waląc w 

bębny,  można  się  wyżyć.  Instrument  pomaga  rozładować  napięcie  i  frustrację.  Nie  rób  takiej 

przerażonej  miny.  Nie  wyrzucę  cię  z  pracy.  Wręcz  przeciwnie.  Barbara  skontaktuje  się  z  tobą  w 

czasie  weekendu,  żeby  ustalić  szczegóły  sesji  zdjęciowej,  którą  zrobimy  w  poniedziałek.  Weź  ze 

sobą sprzęt, bo po próbie pojedziemy do Timberlane. 

Paliła  się  ze  wstydu.  Słowa!  Potęga  słów!  Nieopatrznie  powiedziała  przy  chłopcach  o  parę 

słów za dużo i wciąż musi za to płacić. 

Przepraszam... 

Proste zdanie uwięzło jej w gardle; chciała mu wytłumaczyć, że nie zamierzała być okrutna, 

wyjaśnić, że łatwo ją zranić, więc nie chce angażować się uczuciowo. 

I boi się zaufać mężczyźnie. 

Pięć minut temu dałaby wszystko, by się go natychmiast pozbyć. Teraz pragnęła, aby został i 

jej  wysłuchał.  Pokpiła  sprawę.  Niepotrzebnie  uniosła  się  i  powiedziała  słowa,  które  ranią.  Na 

tłumaczenia  było  już  za  późno.  Słowa  -  tak  bardzo  w  tej  chwili  potrzebne  -  nie  przychodziły  do 

głowy. 

Drzwi otworzyły się cicho. I równie cicho się zamknęły. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Już  dawno  nic  mu  się  nie  śniło.  Chwilami  się  budził  i  balansując  na  granicy  jawy  i  snu, 

pocieszał  się,  że  jego  wizje  nie  są  niczym  niezwykłym.  Przecież  w  snach  wszystko  jest  możliwe; 

nawet to, że Victoria mówi do niego słowami Bryn Keller. I że znów dławi go uczucie niemocy i 

bezradności. 

Czasem, gdy zamykał oczy, senne marzenia zabierały go w podróż do przeszłości. W Dakocie 

Południowej  wszystko  było  bajecznie  proste.  W  żyłach  połowy  mieszkańców  jego  miasteczkach 

płynęła indiańska krew. W tamtych dniach cieszył się, że jest potomkiem Czarnych Stóp. Uwielbiał 

spędzać  czas  z  dziadkiem.  Pod  jego  okiem  uczył  się  tropić  jelenie,  obserwować  lot  jastrzębia  i 

swobodnie poruszać się w ciemności. To były wspaniale, spokojne dni. 

A  potem  przyszła  przeprowadzka  do  Nowego  Jorku.  Drwiny  dzieciaków  z  sąsiedztwa. 

Pierwsze bójki. I łagodny głos matki. 

-  Naucz  się  śmiać  z  zaczepek,  synku.  Oni  cię  testują.  Czasem  o  odwadze  nie  świadczy 

brutalna  odpowiedź  na  obelgę,  lecz  godność,  z  jaką  ją  znosisz.  Nie  wolno  nikogo  obrażać.  Jesteś 

jeszcze młody, Lee, pamiętaj jednak o swoim dziedzictwie. I o tym, że nie ma wspanialszych ludzi 

niż twój ojciec i dziadek... 

background image

 

43 

Właśnie  wtedy  zaczął  grać  na  perkusji.  I  chodzić  do  siłowni.  Dzięki  tym  zajęciom  jego 

niespokojna dusza znalazła ukojenie, a on odzyskał wewnętrzną równowagę. 

Kiedy założył zespół, był atakowany z wielu stron. Profesorowie ze szkoły muzycznej, którzy 

nie rozumieli „nowej” muzyki, denerwowali się, że marnuje talent na bzdury. Potem było wojsko i 

wojna  na  Bliskim  Wschodzie.  Musiał  zapomnieć  o  graniu.  Za  to  gdy  wrócił,  znów  stanął  przed 

wyborem. Ojciec pomógł mu podjąć ostateczną decyzję. 

-  Każdy  kroczy  własną  ścieżką  -  powiedział.  -  Nazywaj  to  przeznaczeniem,  jeśli  chcesz.  I 

każdy  sam  odpowiada  za  swój  wybór.  Tylko  ty  wiesz,  do  czego  rwie  się  twoje  serce;  daj  mu 

skrzydła. 

Założył zespół. Jego członkowie z każdym rokiem byli bardziej zżyci. Pisali coraz dojrzalsze 

teksty. Wolno, ale konsekwentnie wspinali się na szczyt i zdobywali sławę. I właśnie wtedy w jego 

ż

yciu  pojawiła  się  Victoria...  Błękitnooka,  złotowłosa.  Piękna  i  wrażliwa.  Poznał  ją  podczas 

koncertów w Bostonie i zakochał się bez pamięci. 

- Jest bardzo delikatna, jak najcieńszy kryształ - ostrzegał go ojciec. 

Zignorował ostrzeżenie. Był zakochany do szaleństwa. Victoria tak się od niego różniła. Była 

tym wszystkim, czym on nie był. Delikatna, eteryczna, jasna... 

Zbyt delikatna; zbyt eteryczna. Pierwsze wspólne lata były szczęśliwe, w każdym razie takimi 

chciał je zapamiętać. Aż kiedyś zabrał ją do Black Hills i w środku nocy musiał wieźć do szpitala, 

bo wpadła w histerię na widok niedźwiedzia. 

Czy właśnie wtedy zaczęła się od niego oddalać? 

A może stało się to po włamaniu do ich domu w Fort Lauderdale? Rzucił się na włamywacza 

i powalił go na ziemię. Victoria strasznie krzyczała. Nie mogła się uspokoić. Co miałem zrobić? - 

pytał ją zdesperowany. Pozwolić, żeby nas okradł i może jeszcze pozabijał we śnie? Nie chciała go 

słuchać, nazwała go „dzikusem”. Starał się mówić do niej łagodnie, był czuły, a ona i tak zarzucała 

mu, że jest ordynarny i nieokrzesany. 

W  końcu  zostawił  ją  w spokoju;  usunął  się  na  bok,  skonsternowany  i  dotknięty  do  żywego. 

Woził ją od jednego lekarza do drugiego, szukając dla niej ratunku. 

Bo nigdy nie przestał jej kochać. 

Potem przyszedł największy szok. Dowiedział się, że Victoria jest w ciąży, choć nie sypiali ze 

sobą od miesięcy. O dziwo, nie czuł gniewu. Po prostu był jeszcze bardziej zagubiony.  I okrutnie 

zraniony.  Mimo  to  zaczął  z  nią  rozmawiać,  zapewniał,  że  wszystko  będzie  dobrze,  że  razem 

wychowają dziecko, odbudują wzajemne zaufanie... 

W którym momencie popełnił błąd? 

Przez  sen  ukrył  głowę  w  ramionach  i  zaczął  się  kołysać,  próbując  ukoić  ból,  który  wciąż 

rozdzierał  mu  duszę.  Nie  był  w  stanie  zapomnieć  chwili,  gdy  zadzwonili  do  niego  ze  szpitala. 

background image

 

44 

Victoria umarła. Próbowała na własną rękę usunąć ciążę... 

Do dziś nie pojmował, jakim cudem media o niczym się nie dowiedziały. Po tym wszystkim 

wrócił do Black Hills i zaczął leczyć rany. Pomagała mu mądrość życiowa dziadka. 

- Każdy z nas napotyka na swej drodze demony - tłumaczył mu. - Musimy stawić im czoło i 

walczyć z nimi, choćby były tak ulotne jak nocne mgły. Twoja żona nie potrafiła zwyciężyć swoich 

demonów, a ty nie mogłeś tego zrobić za nią, bo każdy nosi je we własnym sercu. Za to teraz, synu, 

musisz pokonać te złe moce, które szarpią twoją duszę. 

Raptownie  usiadł  na  łóżku,  od  razu  całkiem  przytomny,  jakby  w  ogóle  nie  spal.  Był  zlany 

potem,  choć  noc  była  chłodna.  Wstał  i  nagi  wyszedł  na  taras.  Rześkie  powietrze  przyjemnie 

chłodziło wilgotną skórę i pomagało otrząsnąć się z oparów snu. 

Wschodził księżyc  w pełni. Żeglujące po niebie  ciężkie chmury  co chwila przysłaniały jego 

tarczę. Będzie deszcz, pomyślał. W górach nawet śnieg. 

Cholerna Bryn. Próbował odgonić myśl o niej. Bez skutku. A niech ją wszyscy diabli! Tak nie 

można,  westchnął.  Przecież  to  nie  jej  wina,  że  jego  uczucia  wykroczyły  poza  zwykłą  fascynację. 

Ilekroć na nią patrzył, dostrzegał coś nowego. Odnajdywał piękno w każdym jej ruchu, w dumnej 

linii  wyprostowanych  pleców,  w  wyrazie  oczu,  gdy  usprawiedliwiała  Adama,  mówiąc,  że  nie  jest 

złym dzieckiem, tylko zagubionym, samotnym i na oślep szukającym miłości... 

- Każdy z nas jest takim poszukującym dzieckiem, Bryn - powiedział cicho w chłodną noc. - 

Gdybyś mimo wszystko pozwoliła się dotknąć... Zaciekle bronisz swojej dumy i niezależności. Nie 

chcę ci ich odbierać. Chcę tylko być przy tobie, żeby cię podtrzymać, gdy się potkniesz. 

Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i roześmiał się głośno. 

-  Rozmawiasz  z  nocą,  Condor?  Stoisz  goły  na  tarasie  i  gadasz  do  księżyca.  Nawet  twoi 

pobratymcy z Czarnych Stóp powiedzieliby, że ci odbiło. 

Wrócił  do  sypialni,  lecz  drzwi  zostawił  uchylone.  Bardzo  lubił  nocne  powietrze.  I  nocne 

odgłosy. Noc potrafi objąć mężczyznę czulej niż kobieta; choć między tymi dwiema istnieją pewne 

podobieństwa.  Pokochać  kobietę  to  jak  pokochać  noc.  Trzeba  zdawać  sobie  sprawę  z 

niebezpieczeństw i liczyć się z nimi; trzeba uzmysłowić sobie głęboko skrywane lęki oraz słabości i 

chronić je; trzeba poznać pragnienia, by móc je zaspokoić. 

Raz już poniósł porażkę. Przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pokocha. Jednak ta kobieta... 

Bryn była na swój sposób silna. Wiedział, że dzięki niemu mogłaby stać się jeszcze silniejsza. 

Spochmurniał. Dzikus, przemknęło mu przez myśl. Miał zamiar położyć się do łóżka i spróbować 

zasnąć,  ale  odruchowo  zerknął  na  zegarek.  Szósta.  Zaczyna  się  poniedziałkowy  ranek.  Uznał,  że 

może wstać. 

Gdy dojechał do domu Fultona, budził się brzask. Wchodząc po schodach, cieszył się, że za 

chwilę dotknie swojej perkusji, którą rozstawiono na górnym podeście. Gdy zbliżał się do niej, w 

background image

 

45 

całym ciele czul już pulsujący rytm. 

W chwili, gdy na niebie zajaśniały pierwsze promienie słońca, chwycił pałeczki i wściekłym 

bębnieniem  obwieścił  narodziny  dnia.  Kiedy  dwie  godziny  później  Bryn  przyszła  na  plan,  wciąż 

znęcał się nad instrumentem. 

Usłyszała  głośne  bębnienie,  jeszcze  zanim  weszła  do  środka.  W  czasie  weekendu  wszystko 

dokładnie przemyślała i poczuła się silniejsza. Doszła do wniosku, że dobrze zrobiła, mówiąc Lee, 

co jej leży na sercu. Wprawdzie niełatwo było odrzucić to, co chciał jej ofiarować, lecz gdyby dała 

się  skusić,  byłoby  jeszcze  gorzej.  Łatwiej  bowiem  znosić  samotność,  gdy  jest  się  do  niej  przy-

zwyczajonym. A ona, odkąd po rozstaniu z Joem o mało nie wypłakała oczu, zdecydowała się na 

samotność. 

Szła  na  próbę  odważniejsza  i  bardziej  pewna  siebie.  Ledwie  jednak  usłyszała  obłąkańcze 

bębnienie,  wiedziała,  że  będzie  miała  ciężki  dzień.  Cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi,  lecz  gdyby 

nawet nimi trzasnęła, i tak nikt by nie usłyszał. 

Mick,  Perry  i  Andrew  już  byli  na  miejscu  i  rozmawiali  o  czymś,  stojąc  przy  keyboardzie. 

Podobnie Tony Asp, który w sali balowej omawiał coś z Garym Wrightem. Pomachała do nich, lecz 

jej oczy natychmiast powędrowały w stronę podestu, skąd dobiegał łomot perkusji. 

Lee zrzucił koszulę i z całych sił młócił pałeczkami. Pot lśnił na jego smagłej skórze, twarz 

miał  skupioną,  jakby  nieobecną.  I  półprzymknięte  oczy.  Wyglądał  tak,  jakby  poza  nim  i  jego 

perkusją  nie  istniał  świat.  Jakby  liczył  się  tylko  rytm.  Ten  widok  zrobił  na  niej  niesamowite 

wrażenie. Było w nim pierwotne piękno, na które składał się obraz nieposkromionej męskiej siły i 

dziki, gwałtowny rytm trafiający prosto do serca. 

- Napijesz się kawy? 

Tak się zapatrzyła, iż niewiele brakowało, by cofając się, klapnęła Mickowi na kolana. 

- Tak, chętnie - mruknęła zmieszana. 

- Będziemy mieli ciężki dzień - westchnął Perry. 

- Bardzo ciężki - wtrącił Mick, gdy rozległa się istna kanonada dźwięków. 

- Oj, będzie się działo - pokiwał głową Andrew. 

Bębnienie osiągnęło wstrząsające crescendo, po czym zapadła obezwładniająca cisza. Chwilę 

później Lee zbiegł szybko ze schodów, wycierając twarz ręcznikiem. 

- A, dzień dobry, panno Keller! - zawołał, zarzucając sobie na ramiona ręcznik, którym przed 

chwilą wytarł twarz. - Zabierajmy się od razu do pracy, dobrze? 

- Tak. - W pośpiechu dopiła kawę i podawszy mu rękę, potulnie poszła za nim. 

Na  początku  drugiej  godziny  prób  zaczęła  podejrzewać,  że  ma  do  czynienia  z  groźnym 

sadystą. Albo że dzikie bębnienie na perkusji było rytualnym hołdem złożonym szatanowi, który w 

zamian obdarzył swego wyznawcę nadludzką wytrzymałością i niewyczerpaną energią. 

background image

 

46 

Przez godzinę powtarzali układ na schodach. Gdy na plan dotarli pozostali tancerze, ćwiczyli 

z nimi przez kolejną godzinę. W tym czasie Bryn miała niecałe dziesięć minut na złapanie oddechu. 

A  i  to  wyłącznie  dlatego,  że  Lee  musiał  włożyć  mundur  żołnierza  piechoty,  w  którym  grał  na 

perkusji, siedząc w oparach mgły unoszącej się z wielkich bloków suchego lodu. 

W pewnym momencie Tony Asp odciągnął ją na bok, bo właśnie przyszło mu do głowy, że 

dla większego efektu zamiast na piątym, powinni rozegrać główną scenę na szóstym stopniu. 

W  pierwszej  chwili  pomyślała,  że  Tony  przesadził.  Uznała,  że  to  zbyt  wiele  oczekiwać  od 

niej,  iż  zaufa  Lee  na  tyle,  by  rzucić  się  na  oślep  w  jego  ramiona.  Sześć  stopni  to jednak  wysoko. 

Zbyt  wysoko,  stwierdziła,  patrząc  na  schody  i  próbując  opanować  strach.  Czemu  nagle  dopadł  ją 

lęk wysokości? Przecież nie może skompromitować się w oczach Lee. Po prostu nie może i już! 

- Za wysoko? Zaręczam, że cię złapię, ale jeśli nie chcesz tego robić, powiedz. 

- Nie... - skłamała. 

- Bryn... - Położył dłonie na jej ramionach i spojrzał jej w oczy z sympatią. - Mnóstwo ludzi 

cierpi na lęk wysokości. Zostaniemy przy pięciu stopniach. 

Urzekło  ją  to  jego  bursztynowe  spojrzenie.  Do  tego  stopnia,  że  zrobiło  jej  się  wstyd.  Tak 

okropnie  się  wczoraj  zachowała,  nagadała  mu  tyle  niemiłych  rzeczy,  a  on  okazał  wyrozumiałość. 

Mogłabym go polubić, pomyślała. 

-  Nie,  spróbujmy  z  sześcioma  -  oznajmiła,  choć  widać  było,  że  mówi  to  bez  przekonania.  - 

Dam radę. Ale... dziękuję za zrozumienie. 

Po  tym,  co  na  jej  oczach  wyczyniał  z  perkusją,  mogła  mieć  cichą  nadzieję,  że  naprawdę  ją 

złapie. 

Niestety,  ciepłe  uczucia,  które  w  niej  obudził,  słabły  z  każdą  godziną.  Poranek  z  wolna 

przechodził  w  południe,  a  Lee  wciąż  był  niezmordowany.  Wprawdzie  sam  się  nie  oszczędzał,  ale 

narzucił takie tempo, że po kilku godzinach Bryn nie czuła rąk ani nóg - w ogóle nie czuła nic prócz 

bólu przetrenowanych mięśni. Coraz poważniej obawiała się, że to nigdy się nie skończy. 

-  Wiesz  co,  podejrzewam,  że  on  zaplanował  zbrodnię  doskonałą:  chce  doprowadzić  do 

samounicestwienia  dwadzieściorga  tancerzy  -  szepnęła  do  Barbary,  gdy  na  moment  znalazły  się 

obok siebie. 

Barbara  roześmiała  się,  ale  jej  łatwo  było  się  śmiać.  W  czasie  godzinnej  przerwy  mogła 

odpocząć, a nie ćwiczyć kolejny trudny układ. 

- Jest perfekcjonistą - odparła swobodnie. Też mi perfekcjonista, mknęła Bryn w myślach. A 

to było dopiero południe. Niemniej czas odwetu już się zbliżał. I to szybko. 

O  pierwszej  tancerze  i  operator  kamery  skończyli  pracę.  Ona  zaś  stanęła  na  trawniku  obok 

pola  golfowego  należącego  do  klubu  Timberlane  i  spojrzała  na  aksamitnie  zieloną,  łagodnie 

pofalowaną łąkę, ponad którą wznosiły się ośnieżone szczyty gór. Patrzyła przez obiektyw swojego 

background image

 

47 

canona,  sprawdzając  jeszcze  raz  kadr.  Sceneria  była  idealna.  Muzycy  wraz  ze  swoimi  instru-

mentami  rozlokują  się  na  trawie  i  na  zdjęciach  będą  widoczni  na  tle  soczystej  zieleni,  błękitnego 

nieba  i...  ostentacyjnie  jaskrawego  neonu  tandetnego  hotelu  Sweet  Dreams,  który  obrażał  swym 

istnieniem tak elegancki klub jak Timberlane. 

- A niech to jasna cholera! - zdenerwowała się. Spróbowała innego ustawienia, ale cokolwiek 

robiła, jakaś część hotelowych zabudowań zawsze wchodziła jej w kadr. Jak nie sam budynek, to 

parking. Na szczęście udało jej się wykadrować nieszczęsny neon. 

Muszę uprzedzić o tym Lee, westchnęła. 

- No i jak to wygląda, dziecino? - Barbara lekko klepnęła ją w ramię. 

- Tak sobie. Zresztą spójrz sama. Najpierw jest piękna zielona łąka, a potem co widzisz? 

- Rany! Hotel Sweet Dreams. Pokoje z łóżkami wodnymi, lustrami na suficie i erotycznymi 

kanałami na kablówce - roześmiała się Barbara. - Da się to jakoś wyciąć? 

- Chyba tak. Ale na wszelki wypadek uprzedzę Lee. Wprawdzie hotel będzie mało widoczny, 

ale powinien wiedzieć, co będzie miał za plecami. Może zdecyduje się zmienić scenerię... 

- O nie, błagam, nie rób tego. Tutejszy menedżer chyba by osiwiał. Za chwilę będzie tu miał 

jakiegoś  polityka,  który  startuje  w  wyborach  do  senatu  i  ma  zjeść  uroczysty  lunch  z  grubymi 

rybami.- Barb, przecież dopiero co mówiłaś, że Lee jest perfekcjonistą. 

- No bo jest! A ty mówiłaś, że hotel będzie mało widoczny. 

- Ale Barb... 

- Ciii! Bryn, proszę! - Barbara zniżyła głos. - Do tej pory wszystko idzie gładko. Lee ma to, o 

co  prosił.  Ten  kontrakt  jest  dla  mnie  bardzo  ważny:  przecież  sama  o  tym  wiesz.  Lee  zna 

najważniejszych ludzi w branży. Jeśli mnie im poleci, będę ustawiona do końca życia. Ty zresztą 

też - szeptała nerwowo, wpatrując się w coś, co znajdowało się za plecami Bryn. - Zapomnij o tym 

hotelu. To naprawdę nieważne. Lee już tu idzie... 

Barbara  uśmiechnęła  się  promiennie,  ale  Bryn  i  bez  tego  wiedziała,  że  Lee  jest  już  blisko. 

Odkąd go poznała, odkryła w sobie „wewnętrzny radar”, który bezbłędnie wykrywał jego obecność. 

- Wszystko gotowe! - zawołała Barbara z ożywieniem. 

- Bryn, czy odpowiada ci ta sceneria? - zapytał. Minę miał obojętną, a z jego oczu nie dało się 

nic wyczytać. Zachowywał się tak, jakby dopiero co się poznali. 

- Tak, może być - odparła, choć właśnie zorientowała się, że w kadr włazi jej kilku mężczyzn 

grających  w  golfa.  -  Zbliżenia  na  pewno  wyjdą  świetnie.  Gorzej,  jak  będę  musiała  objąć 

wszystkich.  Zdaje  się,  że  w  tle  będziecie  mieli  paru  facetów  rozgrywających  piętnasty  dołek  - 

uprzedziła. 

Lee machnął niecierpliwie ręką. 

-  Nie  szkodzi.  Nie  oczekuję,  że  zdjęcia  będą  wyglądały  tak,  jakbyśmy  byli  na  wymarłej 

background image

 

48 

planecie. Zaczynajmy, bo mam dziś masę spraw do załatwienia. 

Bryn  odebrała  jego  słowa  jak  policzek.  Mimo  to  uśmiechnęła  się  słodko.  Parę  spraw  do 

załatwienia? Ciekawe, cóż za pilne sprawy może mieć ktoś taki jak on. Co by powiedział, będąc na 

jej  miejscu?  Skoro  bez  skrupułów  zadręcza  tancerzy  swą  sadystyczną  dokładnością,  ona 

odwdzięczy mu się teraz pięknym za nadobne. W końcu ma prawo „popracować” nad modelem. 

- Jeśli jesteś gotowy, zaczynajmy. Najpierw zrobimy zdjęcia całej grupy - zarządziła. 

Perry,  Andrew  i  Mick  podeszli  do  Lee.  Przepraszam,  chłopaki,  pomyślała,  patrząc  na  ich 

uśmiechnięte twarze. Trochę was pomęczę. Podziękujcie za to swojemu przemądrzałemu liderowi. 

Słodka zemsta to jedno, ale naprawdę zależało jej na dobrych zdjęciach. 

-  Fajnie,  chłopaki!  -  zawołała,  patrząc  na  nich  przez  obiektyw.  -  Perry,  broda  na  dół,  Lee 

głowa wyżej. Andrew, przesuń się trochę w prawo. Zaraz, moment. Perry, zadarł ci się kołnierzyk. 

Z premedytacją kazała im czekać, aż mu go poprawi, a robiła to wyjątkowo długo i starannie. 

- Teraz super! - pochwaliła i zrobiła kilka zdjęć. - Dobrze, podejdźcie do instrumentów. Perry, 

przesuń  się  w  lewo,  a  ty  Andrew  w  prawo.  Mick,  opuść  swobodnie  rękę.  Masz  wyglądać  na 

rozluźnionego.  Uśmiechnijcie  się,  ale  bez  przesady.  Lee,  ja  proszę  o  uśmiech,  a  nie  jakiś  dziwny 

grymas... 

Ustawiała ich i przestawiała w nieskończoność. Potem kazała im zostać na miejscu, podczas 

gdy sama zmieniła film i przy okazji wypiła bez pośpiechu kawę. Zrobiła im kilka portretów i całą 

rolkę zdjęć na planie ogólnym, dla których tłem było pole golfowe, ulica i ośnieżone góry. 

-  Muszę  zrobić  jeszcze  jeden  film  -  oznajmiła  -  bo  poprzednio  miałam  w  kadrze  tabuny 

golfistów. 

Nie  kłamała.  Początkowo  był  tylko  jeden  mężczyzna,  który  kręcił  się  przy  odległym 

piaszczystym dołku. Na szczęście nie stwarzał problemu, bo częściowo zasłaniała go perkusja, więc 

mogła spokojnie fotografować. Nie minęły jednak dwie minuty, jak do samotnego gracza dołączyła 

spora  grupa  ludzi,  którzy  nagle  rozbiegli  się  po  polu  niczym  mongolska  horda.  Właśnie  miała 

zaczynać czwartą rolkę filmu, gdy Lee stracił cierpliwość. 

-  Radzę  ci,  żebyś  pospieszyła.  Zaraz  zacznie  padać.  Spojrzała  w  niebo.  Nie  zanosiło  się  na 

deszcz. 

- Muszę zrobić jeszcze jedną rolkę, panie Condor - odparła z niewinnym uśmiechem. - Chyba 

nie chce pan mieć za plecami neonu hotelu Sweet Dreams? A może się mylę? 

-  Wszystko  mi  jedno.  -  Zignorował  jej  zaczepkę.  -  Zakładam,  że  ceni  pani  swój  sprzęt  nie 

mniej niż my nasze instrumenty. Ja w każdym razie nie chcę, żeby zmokły. 

-  Po  co  te  nerwy,  panie  Condor.  Robię,  co  mogę,  żeby  miał  pan  porządne  zdjęcia.  A  z  tym 

deszczem to chyba pan przesadza. 

-  Deszcz  nie  deszcz,  ja  w  każdym  razie  muszę  zrobić  sobie  przerwę  na  papierosa  -  jęknął 

background image

 

49 

Andrew. 

- Bryn... - Barbara, której wcześniej kazała obserwować światłomierz, pociągnęła ją za rękaw. 

- Weź ten swój przyrząd i sama zobacz. Ta strzałka jakoś tak lata... 

Bryn  zerknęła  na  wskaźnik.  Rzeczywiście,  światła  było  mniej.  Cholera,  chyba  naprawdę 

będzie padać, pomyślała, i w tej samej chwili poczuła na twarzy pierwsze krople. 

-  Szybko,  zbierajmy  się!  -  zawołał  Lee  i  razem  z  kolegami  zaczął  znosić  instrumenty  na 

zadaszony taras. Barbara pomogła jej pozbierać sprzęt i obie umknęły pod dach. Lee, który musiał 

obrócić dwa razy, nim schował całą perkusję, miał minę jak chmura gradowa. 

-  I  co,  panno  Keller?  -  zapytał  takim  tonem,  że  instynktownie  cofnęła  się  pod  ścianę.  - 

Skończyliśmy na dziś? 

- Niezupełnie. Chciałabym jeszcze zrobić zdjęcia we wnętrzach - odparła jak gdyby nigdy nic. 

Zniecierpliwiony machnął rękami. 

- I zajmie nam to następne cztery godziny, tak? 

- Podobno słynie pan z dokładności... I tym razem nie dal się sprowokować. 

- Chłopcy, może coś zjemy? - zaproponował. - Wygląda na to, że czeka nas najdłuższa sesja 

zdjęciowa w historii. 

- Niezły pomysł z tym jedzeniem - podchwycił Mick. - Umieram z głodu. 

Bryn  poczuła,  że  ktoś  mocno  chwyta  ją  za  łokieć.  -  Idziemy,  panno  Keller  -  oznajmił  Lee  i 

lekko popchnął ją w stronę wejścia. Wewnątrz czekała ich przykra niespodzianka: okazało się, że w 

restauracji nie ma wolnych miejsc. 

-  Najmocniej  pana  przepraszam  -  kajał  się  menedżer.  -  Mamy  tu  okropne  zamieszanie.  Nie 

dość, że znany polityk spotyka się u nas ze swoimi zwolennikami, to jeszcze akurat dziś odbywa się 

turniej golfowy. Gdybym wiedział wcześniej, że życzy pan sobie jakiś posiłek... 

- Może nakryje pan dla nas na tarasie? - zaproponował. 

- Oczywiście. Każę podać państwu butelkę wybornego wina. Na koszt firmy, rzecz jasna. 

-  Bryn,  wyjdź  ze  mną  na  taras.  Chcę  zamienić  z  tobą  parę  słów,  dopóki  jesteśmy  sami  - 

powiedział Lee. 

- Może za chwilę, dobrze? Muszę iść do łazienki. 

- Bryn! 

- Przepraszam! 

Oddaliła się pospiesznie, nie czekając, aż ją zatrzyma.  Lepiej faktycznie poszukam łazienki, 

pomyślała, choć wcale nie musiała z niej skorzystać. Zaczęła przedzierać się przez tłum, ale ledwie 

się  wydostała,  wpadła  wprost  na  polityka,  który,  właśnie  skończywszy  rozmawiać  z 

dziennikarzami, odwrócił się, by odejść. 

Stało się to tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili straciła głowę i zamiast go przeprosić, 

background image

 

50 

po  prostu  stalą  i  na  niego  patrzyła.  Od  razu  go  rozpoznała;  Dirk  Hammarfield,  którego  niedawno 

oglądała  w  wiadomościach.  Widząc  jego  rozpromienioną  twarz,  doszła  do  wniosku,  że  ze  swym 

charyzmatycznym uśmiechem, oczami jak chabry  i blond włosami ma szansę stać się ukochanym 

kandydatem wszystkich Amerykanów. 

- Bardzo panią przepraszam! 

- O nie, to ja przepraszam, panie Hammarfield. 

- Rozpoznaje mnie pani! - ucieszył się.  

Nagle poczuła, że musi spojrzeć za siebie. Nawet w pomieszczeniu pełnym ludzi natychmiast 

go  wypatrzyła.  Lee.  Poszedł  za  nią.  A  teraz  ją  obserwuje.  Ze  spokojem,  nonszalancko  oparty  o 

ś

cianę, mierzy ją twardym wzrokiem. Bez namysłu posłała politykowi czarujący uśmiech. 

-  Oczywiście,  że  pana  rozpoznaję.  Z  uwagą  śledzę  pańską  kampanię.  Jestem  pewna,  że 

zdobędzie pan miejsce w senacie. 

Kątem  oka  spostrzegła,  że  Lee  gdzieś  zniknął.  Nagle  wszystko,  co  ją  otaczało,  stało  się 

nieważne. Dirk wciąż się uśmiechał i opowiadał o czymś z ożywieniem, a ona myślała tylko o tym, 

by jak najszybciej stąd wyjść. 

- Powiedz, Dirk, kim jest urocza młoda dama z aparatem? 

Drgnęła, słysząc za sobą obcy glos. 

- To jest pani... - Polityk zawiesił głos. 

- Bryn Keller - przedstawiła się. 

- A to szef mojej kampanii, Pete Lars. 

- Milo mi. - Podała mu rękę, ale poczuła się niepewnie.  

Szef kampanii? Mężczyzna był niski i krępy. Sprawiał wrażenie twardego jak skała. Ze swoją 

nijaką twarzą, w nijakim ciemnym garniturze, wyglądał jak płatny zabójca ze starych gangsterskich 

filmów, a nie jak prawa ręka znanego polityka. 

- Co pani fotografuje? - zagadnął uprzejmie.- Lee Condora i jego grupę - odparła, starając się, 

by jej glos zabrzmiał równie miło, choć cały czas myślała o tym, by jak najszybciej uwolnić się od 

ich niechcianego towarzystwa. - Cóż, milo mi było panów poznać, ale obowiązki wzywają. Życzę 

sukcesów w kampanii. 

Zostawiła za sobą schludnego polityka i jego zbirowatego szefa kampanii, i z ulgą schroniła 

się w toalecie. Nie rozumiała, dlaczego jest roztrzęsiona. Może obawiała się, że tym razem posunęła 

się  za  daleko  i  Lee  podziękuje  jej  za  współpracę.  Albo  instynktownie  wyczuwała,  że  niewiele 

brakuje, by ją zdominował. Jeszcze trochę, a złamie się i na kolanach będzie go błagała, by wziął ją 

w ramiona i pozwolił przez chwilę uwierzyć, że będą żyli długo i szczęśliwie... 

Uczesała się i postanowiła stawić czoło sytuacji. 

Wychodząc,  zobaczyła  Lee  otoczonego  przez  łowców  autografów.  Minęła  go  i  próbowała 

background image

 

51 

wyjść  na  taras,  ale  drogę  zagrodziła  jej  kolejna  grupa  wielbicieli  skupionych  wokół  młodego 

mężczyzny,  którego  wcześniej  nie  widziała.  Próbowała  zgrabnie  ominąć  zgromadzenie,  lecz  po 

chwili tłum popchnął ją w stronę sprawcy całego zamieszania. 

Wystarczyło jedno spojrzenie na jego strój i wysportowaną sylwetkę, a już wiedziała, że jest 

golfistą. Był po trzydziestce, miał krótkie ciemne włosy i wyglądał jak okaz zdrowia. 

-  Wspaniała  rozgrywka...  -  mruknęła  zakłopotana,  podchwyciwszy  przyjazne  spojrzenie 

piwnych oczu.- Dziękuję. Naprawdę nie sądziłem, że wygram turniej. 

- A jednak się udało! Gratuluję, panie... 

- Nazywam się Mike Winfeld. 

Winfeld. Gdzieś już słyszała to nazwisko. A tak, ktoś kiedyś mówił, że jest taki młody gracz, 

który świetnie rokuje na przyszłość. 

- Ślicznie się pani czerwieni, ale proszę się nie przejmować. Wiem, że nie przyszła tu pani, 

ż

eby oglądać zawody. Jest pani z Lee Condorem, prawda? 

Z Condorem? Na pewno nie w takim sensie... 

- Jestem fotografem. Zorganizowaliśmy tu dzisiaj sesję. 

- Robiła tu pani zdjęcia? Dzisiaj? 

- Tak, z drugiej strony tarasu. 

- Skoro zatrudnił panią Lee Condor, musi pani być świetna. Da mi pani swoją wizytówkę? 

- Tak, chwileczkę. - Zaczęła szperać w torebce. - Proszę. Niech pan kiedyś do mnie zadzwoni. 

A teraz uciekam, bo pana wielbiciele gotowi rozerwać mnie na strzępy. 

- Bryn Keller - przeczytał, a potem skinął na pożegnanie. - Wkrótce się odezwę - mruknął. 

Ona też do niego pomachała. Może z tego zamieszania wyniknie coś dobrego, pocieszała się, 

spiesząc na taras, gdzie już czekała reszta jej towarzystwa. 

- Długo cię nie było - zauważyła Barbara. - Zamówiłam ci sałatkę z krabów i szpinak. 

- Dzięki - odparła, siadając obok niej.  

Zostało jedno wolne krzesło. A więc musi siedzieć obok Lee. Westchnęła cicho i sięgnęła po 

kieliszek. Wino rzeczywiście było wyborne. Wytrawne, ale nie cierpkie. 

Przez duże okno widziała go, jak rozmawiał z politykiem. Po chwili dołączył do nich golfista. 

Cóż za spotkanie wspaniałych, bajecznie bogatych sław, pomyślała zgryźliwie. 

Po  kilku  minutach  Lee  wrócił  do  stolika.  Ze  sposobu,  w  jaki  odsunął  krzesło,  zorientowała 

się, że jest zły. Czuła, że otwarcie jej się przygląda, i korciło ją, by się do niego odwrócić. 

- O co chodzi? - szepnęła zirytowana, korzystając z tego, że pozostali byli zajęci rozmową. 

- O nic, panno Keller. Zupełnie o nic. 

- Więc przestań patrzeć na mnie tak, jakbym... 

- Jakbyś co? 

background image

 

52 

- Jakbym... 

- Jakbyś bawiła się w idiotyczne gierki? Dirk Hammarfield jest żonaty. A ja nie jestem głupi i 

wiem, że nawet „perfekcjonistka” nie potrzebuje aż tylu filmów, żeby mieć parę dobrych ujęć. 

- Po pierwsze - syknęła ze złością - nie obchodzi mnie, czy Hammarfield ma żonę, czy nie. Po 

drugie starałam się, żebyś był zadowolony... 

- Akurat! - przerwał jej drwiąco. 

- Ja... 

- Jesteś tchórzem! Najgorszym z możliwych. Boisz się mnie, ale zamiast zastanowić się nad 

przyczyną,  próbujesz  obrony  przez  atak.  Daj  sobie  spokój.  I  nie  rób  z  siebie  idiotki,  flirtując  z 

innymi facetami tylko po to, żeby mi pokazać, że masz mnie gdzieś. Nasze kontakty nie wyjdą poza 

sprawy zawodowe. Nie  musisz robić odbitek. Daj mi stykówki i negatywy,  resztę załatwię sam.  I 

nie martw się o swoje honorarium. Nie zmaleje. 

- Wcale się nie... 

- Nie martwisz się o honorarium? Owszem, martwisz. Ale w porządku. Rozumiem. 

- Guzik rozumiesz, beznadziejny dupku!  

Dlaczego dała się sprowokować? Wstał, nie patrząc nawet na jedzenie, które właśnie podano. 

-  Bryn  doszła  do  wniosku,  że  na  dziś  wystarczy  -  oznajmił.  -  Jeśli  będzie  trzeba,  zdjęcia 

portretowe  zrobi  nam  w  domu  Fultona.  Przepraszam,  ale  muszę  lecieć,  bo  mam  parę  spraw  do 

załatwienia. Spotkamy się wieczorem na próbie. 

- Trzymaj się, stary! - Barbara i chłopcy pomachali za nim.  

Bryn zerwała się z miejsca. 

- Lee! 

Odwrócił się do niej. 

- Przykro mi. 

- Mnie również. Tyle że to nie są przeprosiny, ale stwierdzenie. 

- Niech cię cholera, Lee! Nie masz pojęcia, co to znaczy być całkowicie odpowiedzialnym za 

innych. 

-  I  tu  się  mylisz,  Bryn  -  odparł  znużony.  -  Ja  już  swoje  przeżyłem,  zresztą  nie  ma  o  czym 

mówić. Między innymi dlatego zostawiam ci swobodę decyzji. Nie mogę zmusić cię, żebyś nie bała 

się życia. To musi wyjść od ciebie... 

Nagle urwał i w skupieniu zaczął się wpatrywać w jakiś punkt za jej plecami. 

- Lee? - Z niepokojem patrzyła, jak pręży się, jakby czekał na dogodny moment do ataku... - 

Lee? 

Ktoś  nas  obserwuje,  przemknęło  mu  przez  myśl.  W  pierwszej  chwili  zdziwił  się,  lecz  zaraz 

stał się czujny. Tak, z całą pewnością ktoś czai się pośród krzewów obok tarasu. 

background image

 

53 

Złudzenie,  próbował  się  uspokoić,  choć  dobrze  wiedział,  że  nic  mu  się  nie  przywidziało. 

Zawsze  potrafił  wyczuć,  że  jest  obserwowany.  Chciał  odsunąć  Bryn  i  osobiście  przekonać  się, 

dlaczego ktoś mu się przygląda. Nie zdążył jednak zrobić nawet kroku. 

Kimkolwiek  był  tajemniczy  obserwator,  natychmiast  się  wycofał,  znacząc  drogę  ucieczki 

nerwowym szelestem liści.  

- Wstąpisz do mnie na kieliszek wina? - zapytał ją szybko. 

- Nie, ja... 

- W porządku. Masz jutro wolne, ale chciałbym,  żebyś do południa miała gotowe stykówki. 

Podrzuć je Barbarze - rzucił na odchodnym. 

Zagryzła  usta  i  powlokła  się  do  stolika,  gdzie  bezskutecznie  próbowała  wykrzesać  z  siebie 

odrobinę  entuzjazmu  dla  koktajlu  z  krabów.  Bez  apetytu  przełknęła  parę  kęsków  i  pól  godziny 

później pożegnała się, tłumacząc, że musi odebrać wcześniej chłopców. 

Lee  nie  odjechał  sprzed  klubu.  Cierpliwie  czekał,  półleżąc  na  siedzeniu  swojego  beżowego 

pick-upa. Widział; jak Bryn wsiada do swojego vana i wyjeżdża z parkingu.  

Nagle  ściągnął  brwi  i  zmrużywszy  oczy,  odprowadził  wzrokiem  ciemnego  sedana,  który 

ruszył  za  nią.  Nie  tracąc  ani  chwili,  uruchomił  silnik  i  pojechał  za  nimi.  Właśnie  zaczynał  się 

wieczorny szczyt i na ulicach panował już spory ruch. Lee musiał co chwila zmieniać pas, by cały 

czas mieć na oku oba pojazdy. 

Kiedy Bryn dojechała do przedszkola, celowo zatrzymał się parę ulic wcześniej. Bał się, że ją 

zgubi, ale w porę zauważył, jak ponownie włącza się do ruchu. Po chwili jechał za nią w stronę jej 

domu. Podobnie jak ciemny sedan, który wciąż siedział jej na ogonie. 

Lee wprawdzie znał drogę, ale utknął w korku przed światłami i został daleko w tyle. Kiedy 

wreszcie dotarł pod dom Bryn, ona była już w środku. 

A ciemny sedan właśnie odjeżdżał z piskiem opon. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Z bliżej nieokreślonych powodów chłopcy postanowili, że akurat tego wieczoru będą grzeczni 

jak  aniołki.  Ich  zaskakujące  zachowanie  przywróciło  Bryn  wiarę  w  Boga  oraz  jego  miłosierdzie 

wobec tych, którzy błądzą. 

Kiedy  cała  trójka  leżała  już  w  łóżkach,  sięgnęła  po  telefon,  by  zadzwonić  do  Barbary. 

Niestety, po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa. Bryn zaklęła pod nosem i niemal w tej 

samej chwili usłyszała śmiech przyjaciółki. 

- Dziecino, wyluzuj! Co się stało? 

- Muszę oddać filmy do wywołania. Nie prosiłabym cię o pomoc, ale  chłopcy już śpią, a ja 

background image

 

54 

nie  chcę  zostawiać  ich  samych.  Mogłabyś  wpaść  na  chwilę?-  Wiesz,  że  zawsze  chętnie  z  nimi 

zostanę, ale akurat dziś mam występ. 

- O nie! - Bryn była załamana. 

- A co się stało, że nie wywołujesz ich sama? Przecież zawsze powtarzasz, że między innymi 

na tym polega prawdziwa sztuka. 

-  Po  prostu  nie  dam  rady.  Condor  chce  mieć  stykówki  i  negatywy  jutro  koło  południa  - 

powiedziała, nie wspominając ani słowem o tym, że sama chce jak najszybciej skończyć tę pracę i 

natychmiast zapomnieć o całej sprawie. 

- Nie układa wam się współpraca? - zapytała Barbara po chwili wahania. 

- Z Lee? Nie o to chodzi. Po prostu nie możemy znaleźć wspólnego języka. 

- Bzdury gadasz, Bryn. Facet jest tobą oczarowany. 

- Powiedział, że chce mieć jutro stykówki. Kropka. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  się  go  czepiasz.  To  naprawdę  fantastyczny  gość.  I  wartościowy 

człowiek. Zgadzam się, że czasami zachowuje się dziwnie, może nawet wzbudza lęk, ale to tylko 

dodaje mu atrakcyjności. Jest jeszcze bardziej seksowny i zmysłowy. 

- Barbaro! - jęknęła. Czuła, że jeśli usłyszy jeszcze jeden pean na cześć człowieka, któremu z 

chęcią rozbiłaby bęben na głowie, zacznie krzyczeć. - Przez cały dzień w pracy muszę znosić jego 

towarzystwo. Przynajmniej wieczorem chciałabym mieć go z głowy. Nie chcę o nim słuchać. 

W słuchawce zapadła cisza, którą po chwili przerwało ciężkie westchnienie. 

-  W  porządku.  Jak  sobie  chcesz.  W  końcu  jesteście  dorośli  -  stwierdziła  Barbara.  -  Wiesz, 

mam pomysł. Wpadnę do ciebie po drodze i zabiorę filmy. Co ty na to? 

- Naprawdę? Dzięki, uratowałaś mi życie. 

- Gdzie mam je zawieźć? 

- Do kodaka. Wiesz, tego, który prowadzi Kelly. 

- Będę u ciebie za dziesięć minut. Zatrąbię. 

- Wielkie dzięki! - zawołała, po czym rozłączyła się i zadzwoniła do Kelly’ego Crane’a, by 

ustalić z nim szczegóły.  

Dziesięć minut później podała Barbarze torebkę z filmami i zapewniwszy ją o swej dozgonnej 

wdzięczności, wróciła do domu przygotować chłopcom ubrania i kanapki na jutro. Poszło jej to tak 

sprawnie,  że  już  o  jedenastej  była  wykąpana  i  siedziała  przed  telewizorem  z  kieliszkiem  wina  w 

ręku.  Miała  nadzieję,  że  dzięki  mieszance  alkoholu  i  nudnych  wiadomości  szybciej  zachce  jej  się 

spać. 

Jak  na  złość  akurat  tego  wieczoru  newsy  były  wręcz  elektryzujące.  Zwłaszcza  te  lokalne, 

niemal w całości poświęcone wydarzeniom w klubie golfowym Timberlane. 

Pierwszy materiał poświęcono Dirkowi Hammarfieldowi, który prezentował na ekranie swój 

background image

 

55 

słynny uśmiech. Towarzyszyła mu żona, pulchna brunetka, reporter zaś wieścił wszem i wobec, że 

kandydat  na  senatora  jest  wspaniałym  ojcem  i  mężem.  Prawdziwym  bohaterem  Ameryki, 

spełnieniem „amerykańskiego snu”. Reporter wprawdzie nadmienił, że krążą pogłoski o związkach 

polityka  z  wielkimi  koncernami  czerpiącymi  zyski  z  hazardu,  lecz  zaraz  dodał,  że  te  kontakty  w 

ż

adnym wypadku nie naruszają prawa. W końcu hazard jest w Newadzie legalny. 

Przy  kolejnym  materiale  Bryn  zagryzła  nerwowo  usta.  Migawki  pokazywały  Lee  Condora 

podpisującego  autografy.  Na  jednym  z  ujęć  z  uśmiechem  zmierzwił  czuprynę  chłopca,  który 

podsunął  mu  do  podpisu  egzemplarz  najnowszego  albumu.  Reporter  wprost  rozpływał  się  w 

zachwytach, na  co  Bryn  zareagowała alergicznie. Miała ochotę cisnąć czymś w ekran,  ale w porę 

uświadomiła sobie, że tylko zniszczy telewizor i narazi się na niepotrzebne koszty. 

Mick  Jagger,  Michael  Jackson  i  The  Beach  Boys  razem  wzięci.  Godny  następca  Willie 

Nelsona i Paula Anki. Prawdziwy król list przebojów. 

Poderwała  się,  by  zmienić  kanał,  lecz  nagle  zastygła  z  pilotem  wycelowanym  w  ekran,  na 

którym pojawiła się postać Mike’a Winfelda. Z komentarza można się było dowiedzieć, że golfista 

właśnie wygrał ważny turniej i zainkasował okrągłe dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Niezły  powód,  by  uganiać  się  po  polu  za  małą  białą  piłeczką,  pomyślała  zgryźliwie.  Naraz 

zamarła.  Na  jednej  z  migawek  zobaczyła  siebie.  Zalotnie  uśmiechniętą,  zarumienioną.  I  podającą 

graczowi swoją wizytówkę. 

Z jękiem opadła na kanapę. Jeśli Lee to ogląda, da jej jutro popalić. Najpierw na jego oczach 

kokietowała żonatego polityka, a potem zwycięzcę turnieju. O Boże! 

- Co tam, wszystko mi jedno. - Wzruszyła ramionami.  

W  końcu  czy  nie  o  to  jej  chodziło?  Czy  nie  chciała  dać  mu  jasno  do  zrozumienia,  że  jej 

niechęć nie dotyczy mężczyzn w ogóle, tylko jego osobiście? 

Wyłączyła  telewizor,  sprawdziła,  czy  drzwi  są  zamknięte,  i  poszła  na  górę.  Była  pewna,  że 

natychmiast zaśnie. Przecież jest strasznie zmęczona... 

Tymczasem  nie  mogła  przestać  myśleć  o  Lee.  O  jego  oczach,  jego  dłoniach...  Szerokich, 

silnych barkach i muskularnych ramionach, którymi wystukiwał na perkusji czysty rytm... 

Mężczyzna podszedł do niej akurat wtedy, gdy próbowała zagonić chłopców do samochodu. 

Otworzyła szeroko oczy, ale szybko zreflektowała się i odwzajemniła uśmiech. 

- Dzień dobry! - powiedział uprzejmie nieznajomy. 

- Czy mam przyjemność rozmawiać z panią Keller? 

- Tak, to ja. Przepraszam, ale trochę się spieszę. Czy mogę panu w czymś pomóc? 

- Mam nadzieję. Powiem więcej, bardzo na to liczę. 

- Ciociu, a kto to jest ten pan? - zainteresował się Brian, próbując wysunąć się zza jej pleców. 

- Przepraszam, ale nie rozumiem, o czym pan mówi - rzekła do mężczyzny, przyglądając mu 

background image

 

56 

się uważnie. Był średniego wzrostu, średniej budowy ciała. Trudno było określić kolor jego włosów 

i oczu - nie były bowiem ani ciemne, ani jasne, tylko szarobure. Z wyglądu mógł mieć trzydzieści 

albo czterdzieści lat, może więcej. W brązowych spodniach i nieco jaśniejszej koszuli nie wyróżniał 

się z tłumu. 

- Chciałbym coś od pani kupić - oznajmił.- Kupić? Ale ja nie mam nic do sprzedania. W każ-

dym razie nic wartościowego. 

- Wartość, podobnie jak piękno, to pojęcia względne. - Uśmiechnął się. - Ponieważ pani się 

spieszy, od razu przejdę do rzeczy. Wiem, że wczoraj fotografowała pani Lee Condora. Jestem jego 

zagorzałym  fanem!  Gotów  jestem  zapłacić  pani  za  te  zdjęcia  pięć  tysięcy  dolarów,  ale  chcę  mieć 

wszystkie. Włączę je do mojej prywatnej kolekcji. 

- Pięć tysięcy... - powtórzyła z niedowierzaniem.  

Gdyby choć przez chwilę wierzyła, że ten idiota mówi poważnie, być może dałaby się skusić. 

Ale  on  na  pewno  żartował.  A  nawet  jeśli  nie,  i  tak  nie  odważyłaby  się  zrobić  czegoś  takiego  za 

plecami  Lee,  gdyż  zgodnie  z  umową  to  on  był  właścicielem  zdjęć  i  posiadał  do  nich  wyłączne 

prawa. Ponieważ instynkt podpowiadał jej, że Lee potrafi być groźny, nie miała zamiaru z nim za-

dzierać. 

- Przykro mi, ale nawet gdyby oferował mi pan połowę Tahoe, i tak nie mogłabym sprzedać 

panu tych zdjęć, bo po prostu nie są moje, tylko Lee Condora. 

Z twarzy mężczyzny znikł przyjemny uśmiech. 

- Niech pani nie będzie głupia - burknął, krzywiąc się z niesmakiem. - Wystarczy, że mu pani 

powie, że niechcący prześwietliła pani klisze, i od razu stanie się pani bogatsza. 

- Niezła myśl - odparła znużona - ale nie. Przykro mi. Na nas już czas... 

Chłopcy,  którzy  do  tej  pory  stali  z  tylu,  teraz  za  jej  zgodą  wysunęli  się  do  przodu, 

mimowolnie zmuszając nieznajomego, by wycofał się spod drzwi. Bryn szybko zapakowała ich do 

samochodu i pomachawszy mężczyźnie, usiadła za kierownicą. 

- Chyba zamknęłam drzwi... - mruknęła niepewnie. 

- Tak, ciociu. Sam widziałem - uspokoił ją Keith. 

- To dobrze. 

Parę minut później zapomniała o całym zdarzeniu. Jej myśli całkowicie pochłaniały zdjęcia. 

Poranny  korek  osiągnął  apogeum,  a  ona  chciała  jak  najszybciej  odebrać  negatywy  od  Kelly’ego  i 

podrzucić je Barbarze. Pozbędzie się ich i będzie miała jeden problem z głowy! 

Kelly był niezwykle solidnym człowiekiem. 

- Proszę - powiedział, podając jej kopertę. - Wprawdzie to tylko stykówki, ale nawet na nich 

widać,  że  niektóre  ujęcia  są  świetne.  Zazdroszczę  ci,  że  mogłaś  sfotografować  Lee  Condora.  Z  tą 

swoją wyrazistą twarzą jest doskonałym modelem. Niejeden malarz chętnie by go namalował. 

background image

 

57 

- Fajnie, że ci się spodobały. Ile płacę? 

-  Chcę  ci  jeszcze  powiedzieć,  że  parę  fotek  będziesz  musiała  odrzucić,  bo  ktoś  ci  wlazł  w 

kadr. 

-  Wiem.  Posłuchaj,  trochę  się  spieszę.  Powiesz  mi,  ile  płacę?  -  Okłamała  go,  bo  przecież 

miała wolny dzień. Po prostu nie miała ochoty rozmawiać o Lee. 

- Jasne. Ale obiecaj, że nie zapomnisz o mnie, jak już staniesz się sławna i bogata - rzekł ze 

ś

miechem. 

- Obiecuję. Tylko obawiam się, że oboje będziemy musieli trochę poczekać. 

W  drodze  do  Barbary  zatrzymała  się  na  kawę  i  śniadanie.  Przy  okazji  zakreśliła  na 

stykówkach  ujęcia,  które  uznała  za  najlepsze.  O  pierwszej  po  południu  pozbyła  się  wreszcie 

koperty,  a  o  drugiej  była  z  powrotem  w  domu.  Tu  jak  zwykle  czekało  na  nią  mnóstwo 

niewdzięcznych  zajęć,  ale  o  dziwo,  tym  razem  wcale  nie  narzekała.  Łudziła  się,  że  miotając  się 

między praniem a sprzątaniem, zapomni o  Lee.  Nie udało się. Kąpiel w  basenie na tyłach osiedla 

też nie pomogła. 

Pomogli dopiero chłopcy. Znów odebrała ich wcześniej i poświęciła im całe popołudnie. Po 

powrocie do domu upiekła z nimi furę ciasteczek i pozwoliła im wszystkie schrupać, podczas gdy 

czytała  im  książkę.  Aby  uciszyć  wyrzuty  sumienia,  że  ich  źle  odżywia,  na  kolację  dala  im  dużą 

porcję  warzywnej  sałatki  i  jabłko  na  deser.  Gdy  kładła  ich  spać,  miała  miłe  poczucie,  że  nie  jest 

najgorszą opiekunką. 

O dziewiątej wieczorem zadzwoniła Barbara. 

-  Przekazałam  negatywy  Condorowi  -  poinformowała.  -  Niewiele  mówił,  ale  chyba  jest 

zadowolony. Do jutra! - rzuciła i natychmiast się rozłączyła. 

Do  jutra,  westchnęła  Bryn.  Znów  mnie  czeka  kolejny  wyczerpujący  dzień  z  perkusistą 

sadystą. 

Położyła się wcześnie. Po wolnym dniu czuła się przyjemnie zmęczona i odprężona. Zasnęła 

niemal  od  razu,  ale  równie  szybko  się  obudziła.  W  pamięci  wciąż  miała  wyjątkowo  sugestywny 

sen. Przyśnił jej się Lee. 

Jednak tym razem nie tylko go widziała. Kochała się z nim. Leżała u jego boku, czując, jak ją 

pieści. 

Obudziła się roztrzęsiona, rozpalona i zlana potem. 

- Chryste, muszę iść do psychiatry - jęknęła zdruzgotana.  

Jednak dobrze wiedziała, że nie pomoże tu żaden lekarz. Musiała uczciwie przyznać, że czy 

jej się to podoba, czy nie, Lee Condor ją pociąga. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż jest niezwykle 

zmysłowym  mężczyzną,  co  w  połączeniu  z  jego  nietuzinkową  osobowością  oraz  siłą  sprawia,  że 

nikt, kto go zna, nie przechodzi obok niego obojętnie. 

background image

 

58 

Przytuliła  twarz  do  poduszki  i  po  raz  pierwszy  uzmysłowiła  sobie  smutną  prawdę:  jest 

samodzielna  i  niezależna,  lecz  brakuje  jej  uczucia,  ciepła  i  bliskości.  Kiedy  była  z  Joem, 

zaangażowała się w ten związek całym sercem. Zawsze była lojalna. Taką już miała naturę... 

Poruszyła  się  niespokojnie  i  ukryła  twarz  w  poduszce.  Pragnęła  Lee  o  wiele  bardziej  niż 

kiedyś  Joego.  Tyle  że  Joe  ją  kochał,  a  przynajmniej  tak  jej  się  zdawało.  Seks  zawsze  był  dla  niej 

nieco  problematyczny.  Wielu  jej  znajomych  uważało,  że  kobieta,  podobnie  jak  mężczyzna, 

powinna  mieć  wielu  partnerów,  zanim  zdecyduje  się  na  stały  związek.  Efekt  był  taki,  że  ludzie, 

którzy  ledwie  się  znali,  od  razu  szli  ze  sobą  do  łóżka.  Tymczasem  dla  niej  miłość  fizyczna  była 

zjawiskiem  oznaczającym,  że  między  kochankami  istnieje  szczególna  więź.  Lee  Condor  z 

pewnością nie chciał żadnych więzi, a ona nie chciała wiązać się z nim. Czemu więc pragnęła go 

tak mocno, że aż jej się śnił? 

-  Przejdzie  mi  -  pocieszyła  się.  -  Skończą  się  zdjęcia  do  teledysku  i  zapomnę  o  nim.  Może 

kiedyś  spotkam  mężczyznę,  którego  pokocham  i  który  mnie  pokocha.  I  któremu  nie  będzie 

przeszkadzało,  że  będzie  miał  na  głowie  troje  cudzych  dzieci...Długo  nie  spała,  rozmyślając 

posępnie o tym, jak kiepsko urządzony jest ten świat. 

Obudził  ją  dzwonek  telefonu.  Ktoś  musiał  być  mocno  zdeterminowany,  bo  nie  dawał  za 

wygraną, choć zanim rozespana doczłapała do kuchni, minęło parę minut. 

- Halo? - mruknęła niewyraźnie. 

- Bryn Keller? 

- Przy telefonie - odparła, starając się oprzytomnieć. Glos rozmówcy wprawił ją w osłupienie, 

gdyż  brzmiał  tak,  jakby  pochodził  ze  ścieżki  dźwiękowej  jakiegoś  horroru.  Był  to  nieprzyjemny, 

ochrypły szept, ani męski, ani kobiecy. . 

- Chcę mieć zdjęcia. Słyszysz? 

- Tak. - Słyszała, ale nie wierzyła własnym uszom. To musi być jakiś głupi żart. 

- Zdjęcia, panno Keller. Wszystkie. Stykówki i negatywy też. Cały komplet. 

- Chwileczkę... 

- Co? Życie ci niemiłe? 

- Zaraz zadzwonię na policję... 

Urwała, słysząc upiorny, bezlitosny rechot. 

- Igrasz ze śmiercią, ślicznotko. Naprawdę szkoda będzie oszpecić taką ładną buzię. Zresztą 

nie zapominaj, że nie jesteś sama. Chyba nie chciałabyś, żeby coś złego spotkało któregoś z twoich 

słodkich podopiecznych? 

- Nie! - zawołała przerażona. 

- Więc daj mi zdjęcia... 

- Zaczekaj! Błagam, nie rozłączaj się. Nie mam tych zdjęć. Już je... 

background image

 

59 

- Co takiego? 

- Naprawdę ich nie mam. Już je oddalam. 

- Nie wierzę ci. 

- Przysięgam! 

- Zamknij się i słuchaj. Sprawdzę cię. Jeśli kłamiesz, twoje dni są policzone. A teraz uważaj. 

Nie dzwoń na policję. Piśnij komuś słówko, a gorzko pożałujesz. Nie mów o niczym Condorowi. 

Pamiętaj, że o wszystkim się dowiem, więc nie próbuj kręcić... 

- Przecież powiedziałam... 

- Niedługo się odezwę... 

- Czekaj! 

Wyraźne  kliknięcie  i  monotonny  sygnał  uzmysłowiły  jej,  że  połączenie  zostało  przerwane. 

Odrętwiała ze strachu z niedowierzaniem wpatrywała się w słuchawkę. 

- Ciociu? 

Głos Briana wyrwał ją z odrętwienia. 

- Ciociu, dlaczego nic nie mówisz? Stało się coś? 

- Nie - skłamała. Sięgnęła do szafki po miseczki i płatki śniadaniowe, ale sama czuła, że jej 

ruchy są nerwowe i kanciaste. - Obudź braci i pomóż Adamowi się ubrać, dobrze? A potem szybko 

schodźcie na śniadanie. 

Przerażenie zaczęło z wolna mijać. W miarę jak wracała do równowagi, tłumaczyła sobie, że 

to jednak był głupi żart. Zwariowany fan, który nachodził ją w sprawie zdjęć, próbuje ją nastraszyć. 

Tak naprawdę nic jej nie grozi. Poza tym naprawdę nie ma tych filmów. Są już u Lee. Tajemniczy 

rozmówca przekona się, że mówiła prawdę, i da jej spokój. Da mi spokój... da mi spokój... da mi 

spokój...  Starała  się  zachowywać  normalnie,  lecz  kiedy  przed  wyjściem  miała  otworzyć  drzwi, 

ogarnął  ją  lęk.  Keith  wykorzystał  jej  wahanie  i  pierwszy  nacisnął  klamkę.  Na  progu  stał  jakiś 

mężczyzna. Gdy go spostrzegła, krzyk przerażenia uwiązł jej w gardle. Na szczęście okazało się, że 

nieproszonym gościem jest Andrew. 

- Andrew! Co ty tu robisz? 

Spojrzał na nią z ukosa i uśmiechnął się łobuzersko. 

-  Miałem  randkę  i  trochę...  zabalowałem.  Szczerze  mówiąc,  nie  zdążyłem  jeszcze 

wytrzeźwieć.  Zorientowałem  się,  że  mieszkasz  blisko,  i  pomyślałem  sobie...  Bryn,  podwieziesz 

autostopowicza? 

W  innych  okolicznościach  pewnie  parsknęłaby  śmiechem,  ale  nie  dziś.  Nie  potrafiła 

powiedzieć, jak bardzo się cieszy, że przyszedł i że nie będzie sama. 

- Pewnie, że cię podwiozę. Wskakuj. 

- Chcesz, żebym prowadził? 

background image

 

60 

Czyżby dostrzegł nerwowe drżenie jej rąk? 

- Dzięki, poradzę sobie. 

Po drodze żartował z chłopcami i opowiadał im o muzyce. Słuchając go, zaczęła się odprężać. 

Jednak było coś, co nie dawało jej spokoju. Andrew usiadł z tyłu, obok Keitha. Spojrzała na jego 

odbicie we wstecznym lusterku. 

Nie  wyglądał  na  kogoś,  kto  przez  całą  noc  imprezował.  Sprawiał  wrażenie  wypoczętego.  I 

wyjątkowo schludnego. Jego ubranie w ogóle nie było wymięte... 

Westchnęła po cichu. Andrew zawsze wyglądał nienagannie. Pewnie nawet kiedy jest pijany, 

porządnie składa rzeczy. A potem bierze prysznic i goli się, choćby miał skrobać zarost kawałkiem 

zaostrzonego  kamienia.  Zresztą,  co  ją  to  obchodzi?  Ma  poważniejsze  zmartwienia  niż  jego 

wygląd... 

Nie! Nie będzie myślała o tym telefonie. To był głupi żart; koniec z tym. 

- Powiedz, gdzie i z kim tak zaszalałeś? - zagadnęła. 

- Masz szczęście, że mieszkam blisko. 

- Jakoś bym sobie poradził - odparł Andrew. - Jestem jak kot; zawsze spadam na cztery łapy. - 

Roześmiał się, ale jego oczy zostały poważne. 

Jeszcze  nie  minęła  pierwsza  godzina  prób,  a  Bryn  gotowa  była  pójść  o  zakład,  że  Lee  jest 

potomkiem markiza de Sade’a. Jeszcze raz, uwaga, powtarzamy... 

I tak w kółko. 

Bolały ją wszystkie mięśnie. Nawet te, o których istnieniu nie miała pojęcia. 

Lee był tego dnia wyjątkowo nerwowy i spięty. Patrzył na nią tak, jakby chciał przejrzeć ją na 

wylot. A  gdy powtarzali swój układ, obchodził się z nią trochę szorstko. W dodatku uparł się, by 

wybiła  się  w  powietrze  na  szóstym  stopniu.  Zgodziła  się,  bo  po  prostu  nie  miała  siły  się  z  nim 

kłócić.  Ale  bała  się.  Wysokość  zawsze  wzbudzała  w  niej  lęk.  Nie  była  to  prawdziwa  fobia,  tylko 

uczucie dyskomfortu, które pojawiało się, gdy znajdowała się ponad ziemią. 

-  Jeśli  nie  jesteś  w  stanie  tego  zrobić...  -  zniecierpliwił  się  Lee,  kładąc  nerwowo  ręce  na 

biodrach. 

- Jestem - rzuciła sucho.  

I rzeczywiście, zrobiła to. Mało brakowało, a serce wyskoczyłoby jej z piersi, gdy wybiwszy 

się, pofrunęła w górę. Lot trwał sekundy, lecz dla niej to była wieczność. Lee ją złapał. Jego mocne 

ramiona uniosły ją wysoko. Niby wszystko odbyło się jak zawsze, a jednak wyczuła w nim większą 

niż zwykle... Nerwowość. 

- Możemy spróbować jeszcze raz? 

Potem był jeszcze jeden raz, i jeszcze następny. Jakoś to przeżyła, choć łatwo nie było. 

Lee zarządził przerwę na lunch, ale Bryn straciła apetyt. Dłubała łyżeczką w jogurcie i przez 

background image

 

61 

cały  czas  rozglądała  się  na  boki,  trwożliwie  wypatrując  Lee.  Jak  zagonione  zwierzę,  pomyślała  z 

niechęcią. Podszedł do niej, gdy wyrzucała kubeczek z niedojedzonym jogurtem. 

- Nic więcej nie zjesz? Nic dziwnego, że wyglądasz dziś jak zastrachany zając. 

- Cóż, przykro mi, że przypominam ci zająca. 

- Co się z tobą dzieje? 

- Nic! 

- Wiesz co, Bryn? Gdy kłamstwa zawodzą, lepiej powiedzieć prawdę - rzucił sentencjonalnie. 

- Po prostu jestem trochę zmęczona. 

- Może za krótko śpisz. 

- Niewykluczone. Ale nie martw się, nie zawalę roboty. 

- Nie martwię się. 

Spojrzała na niego ostro i przekonała się, że faktycznie nie wygląda na zmartwionego. Zresztą 

nawet  na  nią  nie  patrzył.  Bacznie  obserwował  salę,  kawałek  po  kawałku.  Nagle  przyszło  jej  do 

głowy,  że  jeśli  ona  wygląda  jak  ścigane  zwierzę,  to  on  zdecydowanie  przypomina  polującego 

drapieżnika. To dlatego jest dziś taki spięty. Obserwuje, czeka... wypatruje... Czego? 

Stwierdziła, że zaczyna robić się śmieszna. Jest spięty i nerwowy, bo taką ma naturę. Zawsze 

był  wymagający.  Prawdziwy  tyran.  A  kojarzył  jej  się  z  olbrzymim  drapieżnym  kotem 

podchodzącym swoją ofiarę, bo jest... 

Bo  jest  Lee  Condorem.  A  ona  jest  wykończona  nerwowo  i  dlatego  stała  się  podejrzliwa. 

Wszędzie doszukuje się ukrytych znaczeń. Tak było rano z Andrew, a teraz z Lee. Żeby ten dzień 

jak najszybciej się skończył! 

Wszyscy już poszli - tancerze, operatorzy, technicy. W domu Fultona został tylko Lee i jego 

koledzy z zespołu. 

- Moim zdaniem powinieneś zawiadomić policję - stwierdził Mick. 

-  I  co  mam  powiedzieć?  -  Lee  uniósł  ręce  w  bezradnym  geście,  a  potem  skrzyżował  je  na 

piersiach.  -  Że  intuicja  mi  mówi,  że  ktoś  włamuje  mi  się  do  domu?  Ten,  kto  to  robi,  zna  się  na 

rzeczy. Nie zostawia śladów. 

- No tak, ale jeśli to zgłosisz... - zaczął Andrew. 

- Jeśli zgłoszę, nigdy się nie dowiem, jaki ma to związek z Bryn. Jeśli w ogóle ma. Ten ktoś, 

kto ją wtedy śledził, to mógł być jakiś cichy wielbiciel. 

- Ale wydaje ci się to mało prawdopodobne. 

- Rzeczywiście. Perry, dziś w nocy ty będziesz obserwował dom Bryn.- Nie ma sprawy. 

- Tylko nie proś jej rano, żeby cię podwiozła na próbę. Chyba zorientowała się, że coś jest nie 

tak - przyznał Andrew. 

- To po co się tak wystroiłeś? Trzeba było chociaż pognieść koszulę - roześmiał się Perry. 

background image

 

62 

- Najlepiej schowaj się w krzakach i siedź tam, dopóki po ciebie nie przyjadę - poradził Lee. 

- A co z twoim domem? - zapytał Andrew. - Nie uważasz, że któryś z nas powinien u ciebie 

nocować? 

-  Nie,  ale  dzięki  za  dobre  chęci.  Jeśli  mam  złapać  sprytnego  włamywacza,  muszę  być  od 

niego sprytniejszy. A to oznacza, że muszę działać sam. 

- Jak chcesz, ale uważaj na siebie - poprosił Andrew. 

-  Gdyby  coś  ci  się  stało,  musielibyśmy  zaczynać  od  zera.  A  już  się  przyzwyczaiłem  do 

wysokich zarobków. 

- Nie bój się - roześmiał się Lee. - Wiem, co robię. 

- Przecież wiem, że nie jesteś idiotą i że nie dasz sobie zrobić krzywdy. Ale mimo to proszę, 

ż

ebyś był ostrożny. 

- Będę. Masz moje słowo. 

- Jak by co, to jestem pod telefonem - mruknął Andrew, zbierając się do wyjścia. Uznał, że po 

całonocnym dyżurze należy mu się chwila relaksu, więc postanowił się zabawić. 

- Na mnie też możesz liczyć - zaznaczył Mick. 

- Wielkie dzięki, chłopaki - powiedział Lee. - Może okaże się, że jestem szurnięty. 

Wzruszyli ramionami. Żaden z nich tak nie uważał. Właśnie otwierała drzwi, kiedy zadzwonił 

telefon. Ręce zaczęły jej drżeć, po plecach przebiegł zimny dreszcz. Nie miała zamiaru odbierać. 

- Pospiesz się, ciociu - ponaglił ją Adam. - Nie słyszysz, że dzwoni telefon? 

- Słyszę - mruknęła. 

Gdy weszli do środka, starsi chłopcy od razu pobiegli w stronę aparatu. 

- Nie odbierajcie! - zawołała, ale było już za późno. 

Brian zdążył już powiedzieć: 

- Halo? 

Wpatrywała się w niego w napięciu, czując, że za chwilę zemdleje... 

- Ciociu, dzwoni Barbara. Chodzi o zdjęcia. Ulga obezwładniła ją bardziej niż strach. Kiedy 

odezwała się do słuchawki, z emocji łamał jej się glos. 

- Cześć, Barb. Co jest? 

-  Nic  wielkiego.  Potrzebuję  jeszcze  jedną  odbitkę  z  iguaną  przy  kaktusie.  Format  osiem  na 

dziesięć. Dasz radę zrobić na jutro? 

- Jasne. 

- Dobrze się czujesz? 

- Tak. Jestem trochę zmęczona. 

-  Muszę  przyznać,  że  Condor  przeszedł  dziś  samego  siebie.  -  Barbara  roześmiała  się.  -Nie 

będę zawracała ci głowy. Bierz się do pracy. 

background image

 

63 

- Barb, czekaj. Czy mogłabyś oddać mi zdjęcia, które zrobiłam Condorowi? 

-  Niby  jak?  -  Nie  kryła  zdziwienia.  -  Przecież  już  ci  mówiłam,  że  mu  je  oddałam.  Po  co 

chcesz je z powrotem? 

- A... po prostu chciałam je jeszcze raz obejrzeć. 

- Przykro mi, ale nic już się nie da zrobić. 

- Jasne. Nie ma sprawy. 

- Trzymaj się. Do jutra. 

Odłożyła  słuchawkę,  zadowolona,  że  ma  co  robić.  Przynajmniej  nie  będzie  myślała  o 

porannym  telefonie.  Zrobiła  chłopcom  kolację,  a  potem  włączyła  im  telewizor,  dała  kredki  i  blok 

rysunkowy i poprosiła, by pilnowali Adama. 

-  Idę  do  ciemni  zrobić  odbitki.  Jeśli  będziecie  czegoś  potrzebowali,  pamiętajcie,  żeby 

najpierw zapukać. 

Pokiwali głowami i natychmiast zaczęli kłócić się o kredki. Poszła do bocznych drzwi, które 

ze względu na chłopców zawsze zamykała na klucz. Aby się do nich dostać, musiała przecisnąć się 

obok  regału,  którym  były  częściowo  zastawione.  Pewnie  byłoby  szybciej,  gdyby  dostała  się  do 

ciemni przez ogródek, ale lubiła poruszać się w półmroku. Nie bała się ciemności. 

Wreszcie  zapomniała  o  strachu.  Nie  miała  żadnych  złych  przeczuć.  Tym  większy  przeżyła 

szok,  gdy  po  omacku  znalazła  włącznik  i  zapaliła  niedużą  żarówkę.  W  pierwszej  chwili  była  tak 

zszokowana,  że  nie  rozumiała,  co  się  stało.  Naraz  przeniknął  ją  chłód.  Lodowata  fala  strachu  w 

mgnieniu oka poraziła jej kończyny, odbierając im zdolność ruchu. 

Chciała  krzyczeć,  lecz  niczym  w  koszmarnym  śnie  nie  była  w  stanie  wydać  z  siebie  głosu. 

Ani  oddychać.  Oniemiała,  ze  zgrozą  patrzyła  na  zagładę  swojej  malej  ciemni.  Zdjęcia...  stare  i  te 

całkiem nowe mieszały się ze sobą, tworząc przerażającą mozaikę. Zaścielały całą podłogę, walały 

się na szafkach, zaśmiecały biurko. Niektóre były podarte lub pocięte na strzępy. 

Biurko! Wszystkie szuflady zastały wybebeszone, a ich zawartość poniewierała się po kątach. 

Wielkie butle po wywoływaczu i innych chemikaliach, opróżnione, leżały na podłodze. Destrukcja 

była kompletna. 

Bryn, nie do końca wiedząc, co robi, podeszła do biurka. Jej uwagę przykuł fragment zdjęcia. 

Pozostałe  kawałki  leżały  obok,  odcięte  brutalnie  i  niedbale.  Doskonale  znała  to  zdjęcie,  mimo  że 

nie ona je zrobiła. Lubiła je, choć było nieostre i kiepskie technicznie. Przedstawiało ją i chłopców, 

a zrobiła je Barbara podczas niedzielnego pikniku zaraz po Bożym Narodzeniu... 

Teraz ta pogodna fotka spełniła rolę przerażającej pogróżki. Fragment, na którym widać było 

Adama,  został  odcięty  od  reszty  i  odłożony  na  bok.  Ten  sam  los  spotkał  podobizny  jego  braci. 

Pośrodku leżał skrawek przedstawiający jej pogodną twarz. Przemknęło jej przez myśl, że teraz ten 

radosny  uśmiech  wygląda  groteskowo.  W  skrawek  wbity  był  pilniczek  do  paznokci.  Tkwił 

background image

 

64 

pomiędzy jej ustami a gardłem. 

- Boże! 

Nareszcie wydobyła z siebie jakiś dźwięk. Ale nie krzyk, tylko szept. Przytrzymała się biurka, 

czując, że za chwilę upadnie. Pociemniało jej w oczach. 

To nie był żart. To jednak nie był żaden żart! 

Nagle  obudziło  się  w  niej  nowe  uczucie,  które  uratowało  ją  przed  mroczną  otchłanią. 

Wściekłość. Ktoś chciał ją zastraszyć; splądrował jej rzeczy. Pogwałcił jej prywatność! 

- Ty skur... - syknęła przez zęby.  

Nie będzie krzyczała. Nie zrobi nic, co mogłoby przestraszyć chłopców. Najpierw wszystko 

dokładnie  przemyśli,  na  spokojnie.  A  potem  zdecyduje,  co  robić.  W  chwili,  gdy  podjęła  to 

postanowienie, zaczął dzwonić telefon. I długo nie przestawał... 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Potykając się o rozrzucone rzeczy, dopadła drzwi. 

- Żeby mi się żaden nie ważył! - krzyczała zadyszana. - Słyszycie? Nie ważcie się odbierać! 

Jej  okrzyki  musiały  zrobić  wrażenie  na  chłopcach,  bo  gdy  wbiegła  do  kuchni,  stali  obok 

telefonu, ale nie podnieśli słuchawki. Bryn chwyciła ją i wykrzyknęła: 

- Halo! 

Przez chwilę panowała cisza, a potem cichy, męski głos zapytał niepewnie: 

- Pani Keller? 

- Słucham?! - rzuciła niecierpliwie. 

- Mówi Mike Winfeld. Poznaliśmy się w Timberlane. 

- A tak, pamiętam. Co słychać, panie Winfeld? W gruncie rzeczy miała gdzieś, co odpowie. 

Chciała,  by  facet  dał  jej  teraz  spokój!  Nie  histeryzuj,  Bryn,  nakazała  sobie.  I  nie  bądź  głupia. 

Zachowuj  się  kulturalnie  i  uprzejmie.  Może  Winfeld  będzie  chciał  zrobić  sobie  profesjonalne 

zdjęcia. Poza tym to miły gość. 

- U mnie wszystko w porządku. Myślałem o pani. 

- Naprawdę? 

-  Tak.  Wiem,  że  prawie  się  nie  znamy,  ale  może  zgodzi  się  pani  zjeść  ze  mną  kolację? 

Chciałbym, żeby mnie pani sfotografowała, więc moglibyśmy omówić szczegóły. 

Czemu  nie?  W  normalnej  sytuacji  nie  wahałaby  się  ani  chwili.  Oczywiście  nie  mogła 

wykluczyć,  że  zdjęcia  to  tylko  pretekst,  ale  nawet  gdyby  w  czasie  spotkania  padła  niestosowna 

propozycja, umiałaby sobie poradzić. Poza tym Mike Winfeld może okazać się mężczyzną godnym 

uwagi... 

W  normalnej  sytuacji...  Czy  po  tym,  co  się  wydarzyło,  może  jeszcze  liczyć  na  normalność? 

background image

 

65 

Jak tu normalnie żyć, skoro wpada w panikę za każdym razem, gdy zadzwoni telefon? 

- Dobrze, panie Winfeld... 

-  Proszę  mówić  mi  po  imieniu.  „Pan”  brzmi  zbyt  oficjalnie.  Od  razu  staro  się  czuję,  a  nie 

chciałbym, zwłaszcza przy pani... 

-  Dobrze,  Mike.  Chętnie  się  z  tobą  spotkam,  ale  na  razie  jestem  bardzo  zajęta.  Możesz 

zadzwonić za jakiś czas? 

- Cóż, chyba nie mam  wyboru. Nie masz litości dla biednego  golfisty,  prawda? Ale ja i tak 

zadzwonię. Za dwa tygodnie? 

- Będę czekać. 

Po  rozmowie  poczuła  się  nieco  spokojniejsza.  Jeszcze  trzymała  rękę  na  słuchawce,  gdy 

telefon zadzwonił ponownie. 

- Halo? 

- Jak tam, była pani już w ciemni? 

- Byłam. Popełniłeś przestępstwo. Jak śmiesz włamywać się do mojego domu? Nie ujdzie ci 

to na sucho. Zgnijesz w więzieniu... 

- Panno Keller, ciemnia to dopiero początek. 

-  Nie  dotarło  do  ciebie?  -  Podniosła  głos.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  niepotrzebnie  straszy 

chłopców, ale nie była w stanie powściągnąć emocji. - Już ci mówiłam, że nie mam tych cholernych 

zdjęć! 

- Proszę się uspokoić, panno Keller. Wierzę, że pani ich nie ma. Ale wierzę też, że może je 

pani odzyskać. 

- Zdjęcia są u Condora. Sam do niego idź i je sobie weź! 

Na moment zapadła cisza. Szantażysta chyba się wahał. 

- Ty je odbierzesz! - powiedział wreszcie. 

- Condor... 

- Szantażowanie Condora nie byłoby tak przyjemne... 

- Bo od razu by cię posłał do wszystkich diabłów. 

-  Niewykluczone.  To  twardy  gracz,  chociaż  tobie  też  niczego  nie  brakuje.  Mogę  sobie 

wyobrazić, jak mówisz mi, żebym spadał. Ale ty tego nie zrobisz, prawda? Przecież musisz myśleć 

o trzech małych chłopcach. Chcę mieć te zdjęcia. Kobieta taka jak ty bez trudu omota faceta. Jeśli 

się trochę postarasz, Condor zrobi dla ciebie wszystko. Daję ci parę dni. Pamiętaj, że mam cię na 

oku. I niech ci czasem nie przyjdzie do głowy dzwonić na policję. Mam tam dobre kontakty, więc 

od  razu  dowiem  się,  że  ich  zawiadomiłaś.  Condora  też  nie  radzę  wtajemniczać  w  nasze  sprawy. 

Myśl  o  dwóch  rzeczach:  chłopcach  i  zdjęciach.  Proponuję  ci  uczciwą  wymianę.  Coś  za  coś. 

Rozumiesz, co mam na myśli? 

background image

 

66 

Zacisnęła palce na słuchawce i wpatrywała się w nią bezsensownie, choć połączenie dawno 

zostało przerwane. 

W  tym  czasie  w  jej  głowie  trwała  szalona  gonitwa  myśli.  Szantażysta  na  pewno  nie  jest 

szalonym  „fanem”  Condora.  Raczej  mało  prawdopodobne,  by  nawet  najbardziej  zagorzały 

wielbiciel posunął się do tego, aby włamać się po zdjęcia do prywatnego domu. Ten ktoś musi być 

zdesperowany. Tylko dlaczego? Boże, co to za różnica?  

Co  ją  mogą  obchodzić  motywy  jakiegoś  świra?  Przecież  nie  jest  detektywem,  żeby  się  nad 

tym  zastanawiać.  Ledwo  odróżnia  kolbę  od  lufy,  a  w  dodatku  musi  zapewnić  bezpieczeństwo 

chłopcom.  Niewątpliwie  te  zdjęcia  to  poważna  sprawa,  ale  ona  przecież  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego.  Jest  zdaną  na  siebie,  zastraszoną  kobietą  i  nie  ma  ochoty  rozwiązywać  zagadek 

kryminalnych. Zależy jej tylko na tym, żeby nic się nie stało dzieciom. Ani jej. 

- Ciociu! 

Drgnęła nerwowo i odwróciła się do Keitha i Briana. 

- Gdzie Adam? - zapytała niespokojnie.- Rysuje. 

- Ciociu, co się dzieje? - zapytał Brian. 

-  Nic.  W  tej  chwili  nie  mogę  wam  tego  wyjaśnić.  Posłuchajcie,  mam...  trochę  kłopotów  w 

pracy. Chciałabym, żebyście mi dziś pomogli. Umyjcie się i przypilnujcie Adama, dobrze? Tylko 

błagam, żadnej wojny w łazience. Nie chcę słyszeć awantur i dzikich wrzasków. Zgoda? 

Pokiwali  poważnie  głowami  i  zawoławszy  Adama,  poszli  na  górę.  Kiedy  usłyszała,  że  leją 

wodę do  wanny, popłakała się. Przez kilka minut stała nieruchomo i płakała. Potem wytarła oczy 

wierzchem dłoni, zrobiła herbatę i usiadła przy kuchennym stole. 

Powinna zawiadomić policję, ale nie może tego zrobić. A jeśli szantażysta blefował? Dzwoń 

na  policję,  nakazał  rozsądek.  To  jedyne  sensowne  wyjście.  Nie!  A  jeśli  on  naprawdę  ma  tam 

informatora? Dziś w ciemni udowodnił, że potrafi być groźny i nieobliczalny. 

Boże, co ja mam teraz robić? Zaczęła dygotać. Czuła, że jeszcze chwila i wpadnie w histerię. 

Najważniejsze,  by  chłopcom  nic  się  nie  stało.  Tylko  jak  ma  im  zapewnić  bezpieczeństwo,  skoro 

musi pracować na ich utrzymanie? A nawet gdyby nie musiała, przecież i tak nie byłaby w stanie 

ich upilnować. 

Jest tylko jeden ratunek. Musi odzyskać zdjęcia. 

Odetchnęła  głęboko.  A  więc  klamka  zapadła.  Dziwne,  ale  poczuła  się  spokojniejsza. 

Najważniejsze to nie popaść we frustrację. Przecież nie może siedzieć w domu, zalewając się łzami. 

Musi  myśleć  o  chłopcach;  bez  nich  jej  życie  straciłoby  sens.  Dopiła  herbatę  i  poszła  na  górę. 

Chłopcy akurat wkładali piżamy. Mały Adam nie bardzo radził sobie z guzikami. 

-  Prawie  ci  się  udało!  -  pochwaliła  i  usiadła  obok,  żeby  mu  pomóc.  Nagle  poczuła,  że  za 

chwilę znów się rozpłacze. Aby temu zapobiec, mocno przytuliła Adama do siebie. 

background image

 

67 

- Au, ciociu! Bo mnie udusisz! - pisnął. 

- Przepraszam, kochanie. - Pocałowała go w czoło i okryła kołderką. - Dziękuję, że byliście 

dzisiaj  tacy  grzeczni  -  powiedziała  do  starszych  chłopców,  całując  ich  na  dobranoc.  -  Bardzo 

potrzebowałam waszej pomocy. 

- Ciociu... 

- Nie martwcie się, bo nie ma powodu. Ciotki klotki czasem miewają gorsze dni. Już więcej 

nie będę smutasem. 

Wychodząc,  zostawiła  uchylone  drzwi,  by  do  pokoju  wpadało  trochę  światła  z  korytarza. 

Naraz uświadomiła sobie, że jednak jest powód, by się martwić. A dokładnie, by się bać. Skoro ten 

człowiek dostał się do ciemni, co go powstrzyma przed wejściem do mieszkania? 

Poruszona tym odkryciem, pobiegła do kuchni i wyciągnęła z szuflady największy nóż. Zaraz 

jednak odłożyła go na miejsce. Uznała bowiem, że nie jest to najlepsza broń. Jeśli napastnik będzie 

od niej silniejszy, i tak go nie pokona. A w trakcie szamotaniny może sama się poranić. 

Ostatecznie wybrała szczotkę na długim kiju i obeszła z nią cały dom, zaglądając do każdej 

szafy i każdego zakamarka. Umierała przy tym ze strachu, lecz nagle coś sobie uświadomiła. Skoro 

ten  ktoś  chce,  by  odzyskała  zdjęcia,  to  przecież  nie  zamorduje  jej,  dopóki  ich  nie  zdobędzie. 

Poczuła  się  spokojniejsza,  nie  na  tyle  jednak,  by  móc  zasnąć.  Przeczuwając,  że  czekają  bezsenna 

noc, nawet nie próbowała kłaść się do łóżka. Spędziła ją na kanapie przed telewizorem, który był 

namiastką tak bardzo pożądanej obecności drugiego człowieka. 

Telewizor był cały czas włączony, lecz ona nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co miga na 

ekranie. Leżała wpatrzona w sufit i próbowała obmyślić plan. 

Będzie  musiała  wkupić  się  w  łaski  Lee.  Czyli  być  słodka,  czarująca,  uwodzicielska. 

Oczywiście  nie  może  z  tym  przesadzić.  Wystarczy,  że  przekona  go  do  siebie  i  zdobędzie  jego 

zaufanie.  A  wtedy  poprosi,  by  oddal  jej  negatywy.  Zaproponuje  powtórzenie  sesji.  Powie  mu,  że 

teraz,  gdy  go  lepiej  poznała,  widzi  go  zupełnie  inaczej  i  ma  nowy,  o  niebo  lepszy  pomysł  na 

zdjęcia. 

Poruszyła  się  niespokojnie.  Rozsądek  podpowiadał,  że  wiele  ryzykuje,  wchodząc  w  układ  z 

Lee.  Problem  w  tym,  że  nie  miała  wyjścia.  Dlatego  musi  się  przełamać.  Musi...  wiarygodnie 

odegrać swoją rolę, zachowując przy tym bezpieczny dystans. Tylko co z nią będzie, jeśli naprawdę 

się zaangażuje? 

Nieważne!  Liczy  się  tylko  bezpieczeństwo  chłopców.  Lee  będzie  współpracował.  Odda  jej 

zdjęcia i koszmar wreszcie się skończy. A jeśli... nie zechce oddać? 

Poczuła  w  głowie  pustkę.  Cóż,  wtedy  będzie  zmuszona  sięgnąć  po  środki  ostateczne.  W 

piątek spotkało ją gorzkie rozczarowanie; Lee nie przyszedł na próbę. 

- Poleciał do Los Angeles. Wróci w poniedziałek - wyjaśnił Andrew. 

background image

 

68 

W czasie weekendu przeżyła prawdziwe piekło. Truchlała ze strachu za każdym razem, gdy 

zadzwonił telefon. Na szczęście szantażysta się nie odezwał. 

Pierwszy raz w życiu cieszyła się, że wreszcie nadszedł poniedziałek. Podczas prób Lee był 

wyjątkowo  podminowany,  roztargniony  i  chłodny.  Niełatwo  było  go  zagadnąć,  ale  wiedziała,  że 

musi spróbować. 

Niecierpliwie wyczekiwała okazji, ta jednak długo nie nadchodziła. Lee w ogóle nie zwracał 

na nią uwagi. Wreszcie podczas ostatniej przerwy zebrała się na odwagę i podeszła do fortepianu, 

na którym brzdąkał. 

- Pomyślałam, że masz ochotę napić się kawy - powiedziała, podając mu kubek. 

Starała  się  mówić  swobodnie,  ale  Lee  nie  dał  się  łatwo  podejść.  Uniósł  sceptycznie  brwi  i 

spojrzał na nią z ukosa. Zaczerwieniła się. Poczuła się jak oszust przyłapany na gorącym uczynku. 

- Dzięki. - Odstawił kubek i brzdąkał dalej. 

- Nie wiedziałam, że grasz na fortepianie. 

- To już wiesz. 

Nie ułatwiał jej zadania. Z drugiej strony, dlaczego miałby to robić? Zwłaszcza po tym, jak go 

traktowała. 

No dalej, skacz na głęboką wodę! Po chwili wahania przełamała wewnętrzny opór i położyła 

mu rękę na ramieniu. Przestał grać i długo przyglądał się jej dłoni. Wreszcie pytająco spojrzał jej w 

oczy. 

-  Lee,  chcę  cię przeprosić - powiedziała cicho.  -  Za  wszystko. Od początku byłam okropna. 

Dalej tak być nie może. Chcę się zmienić. 

- Doprawdy? - Popatrzył na nią z powątpiewaniem. Miała ochotę dać mu w zęby!  Zagryzła 

wargi. Gra toczy się o wielką stawkę. Nie wolno jej o tym zapomnieć. 

- Ja... - Głos jej się załamał. Dzięki temu zyskała parę cennych sekund i wpadła na pomysł, by 

zmienić taktykę. - Zresztą nieważne! - oświadczyła patetycznie i szybko odwróciła się, by odejść. 

Podziałało. Nim zdążyła zrobić krok, chwycił ją za rękę. 

- W porządku. Co chciałaś powiedzieć? 

- Że chcę cię lepiej poznać. - Łgała jak z nut. 

- Poważnie? 

- Tak. - Ciekawe, ile dodatkowych dni w czyśćcu będzie kosztowało ją to kłamstwo? Choć z 

drugiej strony w tym, co mówiła, była odrobina prawdy. Rzeczywiście wyrobiła sobie o nim błędne 

zdanie.  On  jest  przyzwoity.  Silny,  twardy,  ale  z  pewnością  przyzwoity  i  prawy.  I  niezwykle 

atrakcyjny.  Chryste,  ale  się  zapętliłam,  jęknęła  w  duchu.  Gdyby  była  z  nim  szczera,  musiałaby 

przyznać, że nie jest jej obojętny. Tylko że ona nie mogła pozwolić sobie na luksus szczerości. Nie 

mogła wypaść z roli. Adam! Dla niego nie cofnie się przed niczym. 

background image

 

69 

- Skoro mamy się poznać, zabiorę was w niedzielę na piknik - zaproponował Lee. 

W  niedzielę?  Przecież  to  dopiero  za  tydzień!  Chrząknęła.  Kiedy  się  odezwała,  w  jej  głosie 

pojawiła się seksowna chrypka. Tyleż zmysłowa, co sztuczna. Zupełnie jak u zawodowej dziwki. 

- Pamiętam, że kiedyś zapraszałeś mnie na kieliszek wina. Jeśli to wciąż aktualne, może dziś 

do ciebie wpadnę? 

Znów uniósł sceptycznie brwi i wzruszył ramionami. 

- Wpadnij. Cały wieczór będę w domu. 

-  Zapytam  Barbarę,  czy  może  zostać  z  chłopcami.  Jeśli  się  zgodzi,  przyjadę  około  wpół  do 

dziewiątej. 

- Przyjedź, o której ci pasuje. Puścił ją, a potem wyjął z kieszeni ołówek i na kawałku papieru 

napisał adres. 

- Do wieczora - powiedział i poszedł porozmawiać z Andrew, który go zawołał. 

- Do wieczora - szepnęła. Dopiero teraz poczuła, że dygocze z nerwów. 

O  ósmej  wieczorem  Lee  usiadł  na  kanapie  i  oparłszy  nogi  o  brzeg  stolika,  zapatrzył  się  w 

swoją  whisky.  Mimo  zamyślenia  co  chwila  podnosił  wzrok  i  omiatał  czujnym  spojrzeniem 

gustownie urządzony pokój. 

Kiedy  był  w  Los  Angeles,  znów  kręcił  się  tu  ktoś  obcy.  Czuł  to.  Przed  wyjazdem  mógł 

poprosić  chłopaków,  by  na  czas  jego  nieobecności  któryś  u  niego  zamieszkał,  ale  nie  zrobił  tego. 

Wolał,  żeby  cały  czas  pilnowali  Bryn.  Zresztą,  może  nikogo  tu  nie  było,  tytko  on  po  prostu 

dziwaczeje. 

Spojrzał na zegarek. Kwadrans po ósmej. Bryn zaraz będzie. To przypomniało mu o kolejnej 

zagadce. Dlaczego tak nagle zmieniła postępowanie? Powinien się cieszyć, bo przecież od początku 

bardzo mu się podobała. Z czasem fascynacja przerodziła się w poważniejsze uczucie. Czemu więc 

nie skacze z radości, że ona lada chwila tu będzie? 

Nie ufał jej. Wietrzył jakiś podstęp. Coś mu się w tym wszystkim nie zgadzało... 

Tak, Bryn z pewnością coś knuje. Tylko tak można wytłumaczyć tę nagłą zmianę frontu. W 

porządku, niech próbuje... Uśmiechnął się kątem ust. Nie będzie jej przeszkadzał. Z przyjemnością 

wejdzie w rolę dzikiego, napalonego samca i spokojnie zaczeka, aż sama odkryje karty. 

Nie  dzikiego,  tylko  durnego!  -  pomyślał  drwiąco,  unosząc  szklankę  w  stronę  kolekcji 

indiańskich strzał. Skończonego starego durnia, który zakochał się jak szczeniak. 

Zadźwięczał  gong.  Lee  roześmiał  się  szyderczo  i  wstał,  by  otworzyć.  Więc  przyjechała. 

Nawet nieco wcześniej. Widocznie bardzo jej się spieszy. Teraz był już pewien, że czegoś od niego 

chce. Obiecał sobie, że nie będzie psuł jej szyków. Da jej szansę. Niech się dziewczyna wykaże... 

Otworzył  drzwi  i  natychmiast  przekonał  się,  że  jednak  nie  jest  przygotowany  na  to,  co  go 

czeka. Ledwie na nią spojrzał, musiał pogodzić się faktem, że nie jest aż tak odporny na jej wdzięki, 

background image

 

70 

jak by chciał. 

Bo  też  trzeba  przyznać,  że  przygotowała  się  do  występu  wyjątkowo  starannie.  Rozpuściła 

włosy  i  włożyła  seksowną  sukienkę  z  odkrytymi  plecami  i  spódnicą  do  kolan.  Strój  nie  był 

przesadnie  elegancki,  ale  szalenie  kobiecy.  I  co  ważniejsze,  wspaniale  podkreślał  jej  nienaganną 

figurę. 

- Cześć. Chyba... udało mi się nie spóźnić. - Powitała go promiennym uśmiechem i zalotnym 

błyskiem w oczach. 

Odpowiedział głębokim ukłonem. 

- Witam w jaskini lwa, panno Keller - powiedział, a widząc, że się zmieszała, szybko dodał: - 

Ż

artuję, Bryn. Wejdź, proszę. 

Odebrał do niej cienki szal i zaprosił ją dalej. 

- Piękne miejsce - pochwaliła. 

- Dzięki. Ja to miejsce nazywam domem.  

Roześmiała się nerwowo. 

- Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona - przyznała po chwili. - Spodziewałam się zasieków i 

zastępu służących. 

- Nie lubię, jak obcy ludzie kręcą mi się po domu. Chcesz zobaczyć resztę? 

- Chętnie. 

- Czego się napijesz? 

- Dżinu z tonikiem i cytryną. 

Przygotował  jej  drinka,  a  potem  oprowadził  ją  po  parterze.  Następnie  weszli  na  górę.  Ilość 

pokoi była naprawdę imponująca. Jak się okazało, Lee miał na miejscu nawet profesjonalne studio 

nagraniowe. 

-  Realizujemy  tu  niektóre  nasze  kawałki  -  wyjaśnił.  -  A  to  -  zastukał  mocno  w  szybę  -  jest 

całkowicie dźwiękoszczelne. Możemy się drzeć w niebogłosy, nie zakłócając spokoju roślinom. 

Stał  obok  na  tyle  blisko,  że  każdym  nerwem  wyczuwała  jego  obecność.  Jego  energię,  jego 

ciepło,  fascynującą  aurę  męskości.  Ciągnęło  ją  do  niego  jak  opiłek  metalu  ciągnie  do  magnesu,  a 

jednak co chwila łapała się na tym, że ma ochotę uciec jak najdalej. Zanim doszczętnie spłonie w 

jego  ogniu.  Niestety,  ucieczka  nie  wchodzi  w  grę.  Musi  zostać  i  oczarować  go.  Z  roli  zwierzyny 

wejść w rolę myśliwego... 

Przełknęła nerwowo ślinę. Bała się, że jeszcze chwila i rozpłacze się jak dziecko. Najchętniej 

powiedziałaby mu prawdę, zdała się całkowicie na niego i błagała, by jej pomógł. Nie! Nie wolno 

jej  pisnąć  słówka.  Ani  policji,  ani  Condorowi.  Od  tego,  czy  potrafi  milczeć,  -  zależy  życie 

chłopców. Nie może ryzykować! 

Zresztą  gdyby  wyznała  prawdę,  Lee  pewnie  poczułby  się  dotknięty,  że  chciała  go  oszukać. 

background image

 

71 

Wściekłby się i zażądał, by natychmiast zawiadomiła policję. 

Jest tylko jedno wyjście. Musi go uwieść. 

- A co jest za tymi drzwiami? - zapytała znienacka, i nie czekając na odpowiedź, otworzyła je. 

I natychmiast przekonała się, jak zgubna bywa ciekawość. 

Stała  w  progu  jego  sypialni.  Schludnej,  skąpo  umeblowanej  i  męskiej  w  charakterze. 

Centralne miejsce zajmowało w niej olbrzymie łóżko przykryte brązowo-pomarańczową indiańską 

narzutą. Te same barwy powtarzały się na ręcznie tkanych kilimach. Wystrój kojarzył się z prostotą 

i energią Matki Ziemi, z jej surowością i prymitywną, pierwotną siłą. 

Dopiero  tu  widać  było,  że  Lee,  mimo  całego  zgiełku,  który  go  otacza,  nie  jest 

zmanierowanym  bożyszczem  nastolatek,  lecz  mężczyzną,  który  dobrze  wie,  czego  chce,  i  który 

dobrze czuje się w swojej skórze, więc nie musi niczego udawać ani udowadniać. 

Odwróciła  się,  czując,  że  ją  obserwuje.  Wyglądał  na  rozbawionego.  Jego  lekko  drwiący 

uśmieszek zdawał się mówić: „A widzisz, sama przyszłaś do mojej sypialni. Wcale nie musiałem 

cię namawiać”. 

- Piękne drzwi - rzuciła, byle coś powiedzieć. 

- Prowadzą na taras. - Przeszedł przez pokój i otworzywszy je, wyciągnął do niej rękę. 

Zauroczyło ją piękno letniej nocy. Ponad głową widziała tysiące gwiazd. W dole przepiękny 

ogród  z  dużym  basenem  i  jacuzzi.  Wśród  bujnej  zieleni  paliły  się  kolorowe  latarenki;  w  ich 

niebieskim i zielonym świetle ogród wyglądał jak egzotyczna laguna. 

Bryn oniemiała z zachwytu. Gdyby mogła, zapomniałaby o bożym świecie i rozkoszowała się 

pięknem otoczenia. 

- Sam to zaprojektowałeś? 

- Tak. 

- Naprawdę... 

Umilkła spłoszona, czując na ramionach jego dłonie. Delikatne i jednocześnie szorstkie, jak u 

prawdziwego  mężczyzny.  Chwilę  gładził  pieszczotliwie  jej  skórę,  a  potem  obrócił  ją  ku  sobie  i 

zmusił, by spojrzała mu w oczy. 

Wtedy ją pocałował. Łagodnie, ale tak namiętnie, że nie mogła pozostać obojętna. Przytuliła 

się do niego i odwzajemniła pocałunek. W jego ramionach czuła się cudownie bezpieczna, choć ta 

intymna  bliskość  ją  przerażała.  I  zarazem  fascynowała,  podobnie  jak  zapach  Lee,  smak  jego 

pocałunków, ciepły oddech...Dla niego z łatwością straciłaby głowę. Zapomniałaby o tym, co było i 

będzie, o ostrożności, o tym, że nie wolno jej go pokochać. Zapomniałaby o... zdjęciach! 

Położyła  dłonie  na  jego  piersi  i  oparła  czoło  o  jego  ramię.  Po  chwili  spojrzała  mu  w  oczy. 

Jeszcze  chwila  i  zapomni,  po  co  tu  przyszła.  Przecież  to  ona  ma  uwieść  jego,  a  nie  zostać 

uwiedzioną.  Jeśli  już  teraz  pozwoli  mu  na  więcej,  będzie  mógł  ją  kontrolować.  Musi  przerwać  tę 

background image

 

72 

grę, dopóki jeszcze może. Z Lee nie ma żartów... 

- Czy możemy trochę zwolnić tempo? - szepnęła drżącym głosem.  

Tym razem jej wzburzenie było autentyczne. 

Uśmiechnął się i wypuścił ją z objęć.  Zaniepokoiło ją, że nie przeżywał  tego pocałunku tak 

mocno jak ona. 

- Jak sobie życzysz - zgodził się. - Zejdźmy na dół.  

Poszli najpierw do kuchni, gdzie przygotował jej kolejnego drinka, a potem usiedli razem na 

kanapie. 

- Opowiedz mi o sobie - poprosiła, wypijając duży łyk dżinu. - Gdzie się urodziłeś? 

- W Black Hills. 

- Tam się wychowałeś? 

- Niezupełnie. Rodzice przeprowadzili się do Nowego Jorku. A ty? 

-  Jestem  stąd,  z  Tahoe.  -  Zawahała  się.  -  Barbara  wspominała,  że  byłeś  żonaty.  I  że 

owdowiałeś. 

- Zgadza się. 

Po  prostu  „zgadza  się”.  I  ani  słowa  więcej.  Szła  tu  z  myślą,  że  szybko  zdobędzie  jego 

zaufanie.  Zdaje  się,  że  przeceniła  własne  możliwości.  Pora  sięgnąć  po  bardziej  skuteczne  środki. 

Lee nie spodziewał się, że odważy się go dotknąć. A jednak. Pogłaskała go po twarzy, rozchylając 

przy  tym  uwodzicielsko  usta.  Jak  na  kobietę,  która  chce  zwolnić  tempo,  poczynała  sobie  całkiem 

ś

miało. 

Nazbyt  śmiało.  Nie  mógł  zaręczyć,  że  jego  silna  wola  nie  osłabnie  w  obliczu  takich 

manewrów. W końcu tuli się do niego niezwykle piękna kobieta. Musiałby chyba być z kamienia, 

by  długo  pozostać  niewzruszonym.  Pocałowała  go.  Bardzo  delikatnie.  Chciała  natychmiast  się 

wycofać, ale ją przytrzymał i zaczął całować. Pieścił jej szyję i piersi, bawił się włosami, całował 

policzki i czoło... 

- Lee... 

- Hm? 

- Mieliśmy rozmawiać.... 

- Więc mów! - zachęcił ją.  

Ufny wyraz jej oczu świadczył o tym, że nie wyczuła w jego słowach podstępu. 

- Ja... - zająknęła się.  

Udał,  że  tego  nie  spostrzegł.  Głaskał  jej  nogi,  przesuwając  dłoń  coraz  wyżej.  Czuł,  że  ją  to 

krępuje, że jest coraz bardziej spięta. 

- Wiesz, Lee... - Odchrząknęła nerwowo. - Błędnie cię oceniłam. Pokazałam cię w fałszywym 

ś

wietle... 

background image

 

73 

- Tak? - Leniwie kreślił kręgi na jej udzie. 

- Chodzi o... zdjęcia, które ci zrobiłam. 

- Zdjęcia? 

- Tak. Chciałabym, żebyś mi je oddał. Nie jestem z nich zadowolona. Uważam, że stać mnie 

na więcej. Zróbmy nową sesję... 

- Chcesz, żebym oddał ci zdjęcia, tak? - Zostawił w spokoju jej uda i zaczął pieścić szyję. 

- Tak. Zachowywałam się wtedy beznadziejnie i... - Przez niego nie mogła się skoncentrować. 

- Nie byłam w formie i miało to wpływ na jakość mojej pracy. Wiem, że mogę zrobić to lepiej... dla 

ciebie... 

- Miło, że tak się starasz... 

Znów zaczął ją całować. Nie opierała się, choć musiała się powstrzymać, by nie złapać go za 

rękę, która zawędrowała zdecydowanie za daleko. 

- Oddasz zdjęcia? - szepnęła, patrząc mu zalotnie w oczy.  

Z czułością odgarnął jej włosy z twarzy. 

- Jak bardzo ci na nich zależy? - zapytał. 

- Co takiego? - szepnęła zdezorientowana. 

Roześmiał się. 

-  Słyszałaś,  co  powiedziałem.  -  Wyraźnie  się  z  nią  droczył,  co  mogło  być  elementem 

erotycznej, śmiertelnie poważnej gry.  

Bryn  łudziła  się,  że  pójdzie  jej  łatwiej.  Że  kupi  go  paroma  pocałunkami  i  uwodzicielskim 

uśmiechem.  Tymczasem  sprawy  zaszły  dużo  dalej,  niż  zakładała,  a  ona  wciąż  daleka  była  od 

upragnionego celu. 

Co teraz? 

Spuściła wzrok. Nie ma wyjścia, musi zdobyć te zdjęcia. Dla nich była gotowa na wszystko. 

Ale czy tylko dla nich? Czy nie powinna przyznać się sama przed sobą, że jeśli pójdzie z nim do 

łóżka,  nie  będzie  to  z  jej  strony  żadne  poświęcenie  ani  heroiczny  akt?  Gdyby  uległa  pokusie, 

wreszcie  zdarzyłoby  się  to,  o  czym  skrycie  marzy.  Poznałaby  ciało  tego  mężczyzny,  zaspokoiła 

pożądanie, otarłaby się o tajemnicę spełnienia. I miałaby wygodne alibi: mogłaby sobie wmawiać, 

ż

e uległa, bo nie miała wyjścia. 

- Bryn? 

Spróbowała  roześmiać  się  ze  swobodą,  ale  odgłos,  który  z  siebie  wydała,  przypominał 

zduszone, przesiąknięte zmysłowością westchnienie. 

-  Czy  to  ważne,  jak  bardzo  mi  zależy?  -  Przesunęła  paznokciem  po  jego  brodzie.  -  I  tak 

będzie,  co  ma  być.  Ale  rzeczywiście  zależy  mi  na  tych  zdjęciach.  Bardzo.  Oddasz  mi  je?  W 

zamian... - Przestraszyła się, że nie da rady.  

background image

 

74 

Odczuwała  zbyt  wielkie  podniecenie.  Lee  był  blisko,  wciąż  jej  dotykał,  przez  co  nie  mogła 

zebrać myśli. Z każdą chwilą rosła w niej obawa, że ta zabawa źle się dla niej skończy, że wyjdzie z 

tej  potyczki  z  kolejną  raną  w  sercu.  A  swoją  drogą,  czy  zasługiwała  na  lepszy  los?  W  końcu 

przyszła do niego, by się sprzedać. 

I  co  z  tego?  Liczą  się  tylko  zdjęcia.  Najważniejsze  jest  dobro  chłopców.  Dopiero  potem  jej 

spokój i zdrowie... 

- Zrobię wszystko... w zamian za te zdjęcia - wyznała.  

Starała się, by zabrzmiało to słodko i zalotnie. 

Pocałował ją w obie ręce, potem spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się. 

- Lee? 

- Nie - powiedział bez ogródek. 

- Co? - wykrztusiła. 

Puścił  ją,  zwinnie  wstał  z  kanapy  i  skrzyżowawszy  ręce  na  piersi,  zmierzył  ją  ostrym 

wzrokiem. 

- Słyszałaś. Powiedziałem: nie! Ani przez moment nie wierzyłem, że naprawdę chodzi ci „o 

jakość” twojej pracy. Zabawa się skończyła. Nie wiem, co knujesz, i pewnie się nie dowiem, ale nie 

pozwolę,  żebyś  kupczyła  swoim  ciałem  i  mieszała  seks  do  interesów.  -  W  jego  oczach  błysnęła 

pogarda. - Nie przeczę, propozycja jest kusząca. Tylko że ja, kochanie, nie jestem zainteresowany 

wymianą towarową. 

Wpatrywała  się  w  niego,  niezdolna  wydobyć  z  siebie  głosu.  W  tym  czasie  przetoczyła  się 

przez nią nawałnica skrajnych emocji. Zwyciężyła wściekłość. Dotarło do niej, że zrobiła z siebie 

idiotkę - nadaremnie! 

- Ty draniu! Ty pieprzony, egoistyczny draniu! - zawołała, podrywając się na równe nogi. 

Domyślił się, że będzie chciała go spoliczkować. Złapał ją za rękę, zanim zdążyła dosięgnąć 

jego twarzy. 

- Wróć tu, kiedy będzie zależało ci na mnie - powiedział twardo. 

- Prędzej piekło zamarznie! - syknęła, wyrywając dłoń. 

- Może faktycznie piekło skuje lód - zadrwił. 

-  Niedoczekanie  twoje!  Obyś  zgnił.  Obyś  zdechł  jak  pies.  Niech  cię  twoi  cholerni  fani 

rozerwą na strzępy! 

- Jasne, Bryn. Podążam za twoim tokiem myślenia. 

Stał  obok  swojej  kolekcji  indiańskich  strzał.  Ze  zmrużonymi  oczami  i  rękami  opartymi  na 

biodrach wyglądał jak uosobienie siły i potęgi. Takim go zapamiętała, gdy klnąc na czym świat stoi, 

trzasnęła drzwiami. 

Rozpłakała  się  dopiero  w  samochodzie.  Nie  zważając  na  Izy,  wcisnęła  gaz  do  dechy  i 

background image

 

75 

odjechała z piskiem opon. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Powrót  do  domu  zajął  jej  kwadrans.  W  tym  czasie  miotała  się  między  rozpaczą  a 

wściekłością. Co teraz będzie? Co powie szantażyście, gdy zadzwoni? Będzie musiała przyznać się, 

ż

e choć robiła, co w jej mocy, nie odzyskała zdjęć. Skoro są dla niego takie ważne, niech sam idzie 

do Condora i wyrwie mu je choćby z gardła. Proste. 

Ź

le zrobiła, że nie zawiadomiła policji. Od razu po pierwszym telefonie. Oszczędziłaby sobie 

strachu, nerwów i... wstydu, którego się dziś najadła. 

Lee przejrzał ją na wylot. Od początku wiedział, że czegoś od niego chce, a mimo to bawił się 

z  nią  w  kotka  i  myszkę.  Z  premedytacją  podpuszczał  ją,  choć  nie  zamierzał  dać  jej  tego,  po  co 

przyszła. Niech go jasny szlag! Skompromitowała się, zrobiła z siebie idiotkę. Nawet gorzej. Bo jak 

nazwać kobietę, która proponuje wymianę: zdjęcia za seks? Zęby  chociaż wyciągnęła od niego te 

cholerne negatywy! 

Zahamowała ostro, a potem długo nie wysiadała z samochodu. Zdziwiła się, że jest już przed 

domem. Zupełnie nie pamiętała, jak się tu znalazła. Co za szczęście, że zna Lake Tahoe jak własną 

kieszeń. Przyjechała tu jak koń z klapkami na oczach, na pamięć. 

- Policz do dziesięciu - szepnęła, - Uspokój się. Idź do domu i porozmawiaj z Barbarą. 

Wybiegając  w  pośpiechu  od  Lee,  jakimś  cudem  pamiętała,  by  zabrać  torebkę.  Ale  szala  już 

nie. Trudno, mała strata. I tak najchętniej spaliłaby go razem z sukienką, którą miała dziś na sobie. 

Nie  trzaskaj  drzwiami!  Opanuj  się,  bo  pobudzisz  dzieci!  Uśmiechnij  się  do  Barbary  i 

powiedz, że było fajnie, powtarzała sobie, idąc do drzwi. 

Tknęło  ją  dopiero,  gdy  stanęła  w  progu.  Zaniepokojona,  ściągnęła  mocno  brwi.  Przed 

wejściem  nie  paliło  się  światło.  Dziwne,  zważywszy,  że  Barbara  miała  na  tym  punkcie  obsesję. 

Zawsze  powtarzała,  że  wieczorem  trzeba  zapalać  światło  nad  wejściem,  bo  to  odstrasza  włamy-

waczy. 

Bryn  natychmiast  zapomniała  o  Lee.  Próbując  opanować  drżenie  rąk,  włożyła  klucz  do 

zamka.  Jednak  drzwi  wcale  nie  były  zamknięte.  Uchyliły  się,  ledwie  ich  dotknęła.  Zaskoczona, 

zamarła. Stojąc w progu, ostrożnie zajrzała do środka. Telewizor był włączony. W pokoju i kuchni 

paliło  się  światło.  Wszystko  wyglądało  jak  zawsze.  Ze  swego  miejsca  widziała  stopy  Barbary 

oparte o bok kanapy. 

- Barb! - zawołała, zniżając głos. 

Ż

adnej  reakcji.  Ostrożnie  wsunęła  się  do  środka  i  na  palcach  podeszła  do  kanapy.  Barbara 

wyciągnęła  się  jak  długa.  Wyglądała  normalnie,  tylko  była  trochę  blada.  Musiała  twardo  spać, 

background image

 

76 

skoro nie usłyszała wołania. 

- Barb! - Delikatnie potrząsnęła ją za ramię. Jęknęła, ale nie otworzyła oczu. Coraz bardziej 

zdenerwowana Bryn potrząsnęła nią ponownie. - Barb! To ja, Bryn! Słyszysz mnie? Co się z tobą 

dzieje? 

Barbara  z  trudem  otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  nią  nieprzytomnie.  Dopiero  po  chwili 

rozpoznała przyjaciółkę. 

- Bryn... - Chciała usiąść, ale nagle z jękiem chwyciła się za głowę. 

- Co ci się stało? - Bryn dostała gęsiej skórki. 

-  Nie  wiem...  Chyba  usnęłam...  Boże,  jak  mnie  boli  głowa!  Jakbym  oberwała  cegłą. 

Pamiętam, że oglądałam telewizję, a potem... Nie mam pojęcia, co było potem! 

Bryn  usiadła  obok  i  delikatnie  rozgarnęła  włosy  przyjaciółki.  Gdy  na  potylicy  wymacała 

spory guz, oblał ją zimny pot. 

- Chryste, Barb! Ty chyba naprawdę oberwałaś cegłą. Nie ruszaj się. Zaraz zrobię ci okład. - 

Pobiegła do kuchni, ale ze zdenerwowania wysypała kostki lodu na podłogę. Zebrała je szybko i z 

gotowym  kompresem  wróciła  do  Barbary.  -  Spróbuj  sobie  przypomnieć,  co  się  stało  -  poprosiła, 

przykładając go jej ostrożnie. 

- Przecież już ci mówiłam - zniecierpliwiła się Barbara. - Pytasz mnie, jakbym miała amnezję, 

a  ja  mam  tylko  guza.  Oglądałam  telewizję.  Nie  potknęłam  się  ani  nie  przewróciłam.  -  Nagle 

otworzyła szeroko oczy i rozejrzała się z trwogą po pokoju. - Bryn! Ktoś tu musiał być - oznajmiła 

konspiracyjnym szeptem. - Zaszedł mnie od tylu i czymś ogłuszył. 

Bryn  przełknęła  nerwowo  ślinę.  Barbara  ma  rację.  Pozostawało  tylko  jedno  pytanie:  czy 

napastnik już uciekł, czy gdzieś się zaczaił? 

- Musimy zadzwonić na policję! - zarządziła Barbara. 

-  Nie!  -  Niemal  krzyknęła,  zapominając  o  ostrożności.  Barbara  spojrzała  na  nią  tak,  jakby 

podejrzewała, że ma do czynienia z wariatką. - Czekaj, na razie nigdzie nie dzwońmy - szepnęła jej 

Bryn do ucha. - Najpierw przeszukajmy dom. 

- Nie ma na co czekać - obruszyła się Barbara. - Dzwońmy natychmiast! 

- Nie, Barb. Proszę. Zaraz ci wszystko wytłumaczę - powiedziała zgnębiona i patrząc na nią 

błagalnie, zaczęła cofać się w stronę schodów. - Dla dobra chłopców nie mogę mieszać w to policji. 

Wiem, to brzmi absurdalnie. Ktoś cię zaatakował, więc powinnyśmy to zgłosić, ale... 

- Zaczekaj! Dokąd idziesz? 

-  Zajrzeć  do  chłopców!  -  Bryn  była  bliska  płaczu.  Pocieszała  się,  że  szantażysta  ogłuszył 

Barbarę, a potem przeszukał sypialnię i pewnie za chwilę zadzwoni, by sprawdzić, jakie zrobiło to 

na  niej  wrażenie.  W  najgorszym  przypadku...-  Bryn,  masz  na  mnie  zaczekać!  -  nakazała  Barbara 

stanowczo. - Nie puszczę cię tam samej! 

background image

 

77 

- Weź szczotkę! 

- Szczotkę? 

- To moja najlepsza broń. 

- Nie lepiej wziąć nóż? 

- Żebyśmy się pozabijały?! 

Argument musiał trafić Barbarze do przekonania, bo przyniosła z kuchni szczotkę i mop - tak 

by  każda  miała  swój  oręż.  Potem  spojrzały  w  stronę  ciemnych  schodów;  na  górze  nie  paliło  się 

ż

adne światło. Bryn jeszcze nigdy w życiu tak się nie bala; perspektywa przeszukiwania mrocznych 

zakamarków przyprawiała ją o zimny dreszcz. 

- No idź! - Barbara pchnęła ją lekko. 

Z  ociąganiem  weszła  na  pierwszy  stopień.  Barbara  za  nią.  Potem  na  drugi.  Barbara  cicho 

zakasłała, czym tak ją wystraszyła, że prawie zaczęła krzyczeć. 

Walcząc z lękiem, pokonywała kolejne stopnie, a Barbara szła tuż za nią. Jak wierny cień. 

- Widzisz coś? - zapytała w pewnej chwili. 

- Nic - odparła Bryn. 

- To idź dalej. 

Były już prawie na górze, gdy nagle zamajaczyła przed nimi jakaś sylwetka. Zaczęły krzyczeć 

i  w  popłochu  szturchać  się  kijami.  Odpowiedzią  na  ich  krzyk  był  przeraźliwy  wrzask.  A  potem 

płacz przestraszonego dziecka. 

- Adam? - Bryn zamarła. 

- Nie, to ja, ciociu. Keith. Okropnie mnie przestraszyłaś - chlipnął. - Chce mi się siusiu, ale 

nie mogę trafić do łazienki, bo zgasiłaś światło. 

Bryn  odetchnęła.  Po  omacku  znalazła  włącznik  i  zapaliła  światło.  Wszystkie  strachy 

natychmiast znikły. Spojrzała na Keitha i poczuła, że kamień spada jej z serca. 

-  Chodź,  kochanie  -  odezwała  się  łagodnie.  -  Obiecuję,  że  ciocia  Barb  i  ja  już  nigdy  nie 

zapomnimy zostawić zapalonego światła. 

Barbara,  blada  jak  ściana  i  roztrzęsiona,  starała  się  trzymać  fason.  Odczekała,  aż  Keith 

zamknie drzwi łazienki i dopiero wtedy pociągnęła Bryn za rękaw. 

- Zostawiłam to cholerne światło zapalone - syknęła. 

- Przecież wiem, że zawsze tak robisz. 

-  Wiem,  wiem  -  jęknęła  Bryn.  -  Przeszukajmy  do  końca  dom.  Potem  wszystko  ci  wyjaśnię. 

Obiecuję. 

-  Nie  masz  wyjścia  -  mruknęła  Barbara.  -  To  przez  ciebie  mam  śliwę  na  głowie.  Chodź, 

sprawdzimy twoją sypialnię. 

Okazało  się,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Dla  pewności  zajrzały  nawet  do  szafy,  ale  nie 

background image

 

78 

znalazły w niej nic poza ubraniami Bryn. 

- To jedyny pokój, gdzie ktoś mógłby się schować - zauważyła przytomnie Barbara. 

- Jest jeszcze ciemnia - przypomniała jej Bryn. 

- No to trzeba tam zajrzeć - odparła Barbara bez entuzjazmu. 

- Zaraz. Najpierw położę Keitha spać - rzekła Bryn, łapiąc za rękę zaspanego chłopca, który 

wyszedł z łazienki i zamiast pójść do pokoju, poczłapał w stronę schodów. 

Pomogła mu położyć się do łóżka i już miała wyjść, gdy nagle przyszło jej do głowy, że dla 

pewności powinna zajrzeć do garderoby. Po chwili z ulgą stwierdziła, że między ubraniami nikt się 

nie chowa. 

Napastnik na szczęście sobie poszedł. 

Odetchnęła.  Przykryła  starannie  Keitha,  po  czym  podeszła  do  piętrowego  łóżka,  by 

sprawdzić,  czy  jego  bracia  nie  rozkopali  się.  Najpierw  okryła  Briana,  a  potem  pochyliła  się,  by 

poprawić okrycie Adama. 

Jego posłanie było puste. W pierwszej chwili nie dotarło do niej, że chłopca nie ma. Pewnie 

zwinął się w kłębek albo ułożył w nogach, pomyślała, macając nerwowo pościel. Dopiero po jakimś 

czasie przyjęła do wiadomości straszną prawdę - Adam zniknął. 

Zerwała  się  z  kolan  i  zapaliła  światło.  Zaczęła  rozglądać  się  na  wszystkiego  strony.  Potem 

jeszcze raz podbiegła do wbudowanej w ścianę szafy i jak w transie zaczęła wyrzucać z niej ubrania 

i  zabawki.  Wreszcie  położyła  się  na  podłodze  i  zajrzała  pod  łóżka.  Nigdzie  ani  śladu  Adama. 

Nigdzie! 

- Ciociu, światło mnie razi! - mruknął Brian. 

- Kochanie, proszę, powiedz mi, czy widziałeś albo słyszałeś coś niepokojącego? - Starała się 

mówić spokojnie. - Może wiesz, gdzie jest twój... 

Urwała, bo na dole zadzwonił telefon. 

- Śpij, skarbie - szepnęła. - Już gaszę światło.  

Po chwili biegła na dół, przeskakując po kilka stopni. 

- Nie odbieraj! - zawołała, widząc, że Barbara zamierza podnieść słuchawkę. - Barb, rób, co 

ci mówię. Oni mają Adama! - wydusiła przez łzy.  

Odebrała  telefon,  ale  ze  zdenerwowania  nie  była  w  stanie  się  odezwać.  Rozmówca  nie 

zamierzał tracić czasu. 

- Panna Keller? Niech się pani odezwie! Szybko! 

- Tak, to ja! - zawołała. - Oddaj mi go! Słyszysz? Adam ma natychmiast wrócić do domu, bo 

jak nie, to Bóg mi świadkiem, że zaraz zadzwonię na policję. Albo cię zabiję! 

- Zamknij się i przestań histeryzować! Zgadłaś, mamy Adama. Dostał pyszną kolację, a teraz 

zwinął się w kłębek i słodko śpi. Będzie mu u nas dobrze. I nie oddamy ci go, dopóki nie odzyskasz 

background image

 

79 

zdjęć.  Dzisiaj  wieczorem  pokpiłaś  sprawę.  Wiedziałem,  że  tak  będzie.  Myślałaś,  że  sobie  żartuję. 

No to już wiesz, że ze mną nie ma żartów. Daję ci jeszcze jedną szansę. 

-  Człowieku,  czy  ty  nic  nie  rozumiesz?!  Nie  odzyskam  tych  cholernych  zdjęć.  Condor  nie 

chce ich oddać... 

- To je od niego wyciągnij! 

- Starałam się... 

- Widocznie za słabo. Uciekłaś. Wiesz co, mała? Znam takie jak ty.  I  cały  czas mam cię na 

oku,  więc  nie  próbuj  mnie  przechytrzyć.  Buzia  na  kłódkę,  jasne?  Chyba  zależy  ci  na  tym,  żeby 

Adam wrócił do ciebie cały i zdrowy? 

- Naprawdę się starałam - jęknęła błagalnie. - Byłam gotowa na wszystko... 

- Wymyśl coś. Ludzie mówią, że wpadłaś Condorowi w oko. Nie trać wiary. Kobiecie z twoją 

urodą  mężczyzna  będzie  jadł  z  ręki.  Zdobądź  dla  mnie  te  zdjęcia.  I  to  szybko.  Połączenie  zostało 

przerwane i w słuchawce zapadła martwa cisza. Martwa... Chryste, co za słowo. Co robić? 

Poczuła,  że  ktoś  kładzie  jej  rękę  na  ramieniu  i  aż  podskoczyła  za  strachu.  A  to  była  tylko 

Barbara. Bryn nagle się rozkleiła. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. 

- Gdzie masz brandy? - Barbara posadziła ją przy stole. 

- Pod zlewem. 

Po chwili przyjaciółka postawiła przed nią kieliszek. 

- Wypij. Do dna - poleciła. 

Bryn zakrztusiła się, zakasłała, ale przynajmniej przestała płakać. 

- Dobrze. A teraz słucham - rzekła Barbara. Matowym, monotonnym głosem opowiedziała jej 

całą historię. Zakończyła na tym, jak tego wieczoru bezskutecznie próbowała odzyskać negatywy. 

- Nie wiesz, co masz robić? - obruszyła się Barbara. - Musisz powiedzieć o wszystkim Lee. 

- Nie mogę. Szantażysta ciągle powtarza, że Condor nie może się o niczym dowiedzieć. 

- Pewnie się go boi. Jest sprytny. Wie, że teraz ma cię w garści. Dobrze ci radzę, porozmawiaj 

z Lee. Na pewno odda ci zdjęcia. Nie będzie narażał dziecka. 

- Skąd ta pewność? A jeśli będzie chciał zapolować na tych ludzi? Och, Barbaro, to zbyt duże 

ryzyko. 

- Lee nie jest głupcem. Nie zrobi niczego, co mogłoby zaszkodzić Adamowi - przekonywała 

Barbara. 

- Nie mogę ryzykować - powtórzyła Bryn. - Barb, błagam! Pomóż mi. Pozwól mi realizować 

mój plan. Barbara spojrzała jej w oczy. 

- Wiesz, że obojętne, co zrobisz, i tak ryzykujesz? 

- O co ci chodzi? - Bryn domyślała się odpowiedzi. 

- Jeśli ci ludzie są naprawdę bezwzględni, w każdej chwili mogą skrzywdzić Adama.  

background image

 

80 

Bryn energicznie pokręciła głową. 

- Zależy im na zdjęciach. Nawet nie chcę myśleć, że mogliby coś mu zrobić. 

- Co powiesz chłopcom? 

- Że... że zawiozłaś Adama do swojej siostry. 

- Przecież ja nie mam siostry! 

- Od dzisiaj masz. 

Barbara westchnęła ciężko. 

- W porządku, Bryn. Będzie, jak chcesz. A swoją drogą, co zamierzasz zrobić? 

- Włamać się do domu Lee. 

- Co takiego?! 

- Jutro w nocy włamię się do jego domu. 

- Ty chyba oszalałaś! A jeśli ma system alarmowy? 

- Wydaje mi się, że nie ma. Zresztą wszystko mi jedno. Nie mam nic do stracenia. 

- Jesteś pewna? Pomyślałaś, co będzie, jak cię złapią i wsadzą do więzienia? 

- Nie martw się, nie wsadzą - odparła z przekonaniem, choć wcale nie była tego taka pewna. 

-  Nalej  mi  brandy  -  westchnęła  Barbara.  -  To  będzie  ciężka  noc,  a  jutro  rano  trzeba  iść  do 

pracy. 

Bryn  napełniła  kieliszki,  a  potem  wypiła,  dziękując  Bogu,  że  zesłał  jej  przyjaciółkę,  która 

wspierają w chwili najcięższej próby.- Jak myślisz, ile musimy wypić, żeby od razu zasnąć? 

- Butelkę - odparła Bryn. 

Niebawem przekonała się, że nie pomogłoby jej nawet dziesięć butelek. W czasie bezsennej 

nocy ani na chwilę nie przestawała myśleć o Adamie. Gdyby znów tu był, obiecałaby mu, że będzie 

mógł strzelać jedzeniem na prawo i lewo, a ona nie powie mu słowa... 

Proszę cię, wróć do nas, zaklinała go w myślach. Dobry Boże, ocal go. Spraw, żebyśmy znów 

byli razem... 

Andrew  już  z  daleka  usłyszał  ogłuszające  bębnienie.  Aha,  Lee  jest  wściekły  albo  wpadł  w 

melancholię. Kiedy wszedł do domu Fultona, perkusja natychmiast umilkła. Po chwili zabrzęczały 

talerze; Lee wstał od instrumentu. 

- Cześć. Co tak wcześnie? - zawołał, podchodząc do balustrady na piętrze. 

- Wydzwaniam do ciebie od bladego świtu - powiedział Andrew. 

- Stało się coś? 

- Sam nie wiem... 

Lee zbiegł na dół. 

- Chodź, opowiesz mi wszystko przy kawie. 

-  Wczoraj  wypadła  moja  kolej  pilnowania  domu  Bryn  -  mówił  Andrew,  gdy  usiedli.  - 

background image

 

81 

Wiedziałem,  że  umówiła  się  z  tobą,  więc  specjalnie  się  nie  spieszyłem.  Przyjechałem  wpół  do 

dziesiątej i trochę się zdziwiłem, że już wróciła. 

- Wyszła wcześnie - rzucił Lee od niechcenia. - Ale mów, co było dalej. 

- Właściwie nic niezwykłego. Po prostu wydało  mi się dziwne, że Barbara została u niej na 

noc, nie wyłączyły światła ani telewizora. 

- Może długo gadały, a potem po prostu zasnęły. 

- Możliwe - zgodził się Andrew z ociąganiem. - Czuję przez skórę, że coś się tam wydarzyło, 

zanim przyjechałem. Jestem na siebie zły, że nie przyszedłem wcześniej. 

- Daj spokój, stary. Nie twoja wina, że Bryn nie została u mnie dłużej. Zresztą na pewno nic 

złego się nie stało. 

- A co u ciebie? Miałeś spokojną noc? 

- Noc tak. Za to rano ktoś wszedł do domu zaraz po moim wyjściu. 

- Skąd wiesz? 

-  Dzwoniła  Maria.  Pytała,  gdzie  schować  papiery,  które  zostawiłem  na  biurku.  Była 

zdziwiona, że tam leżą, bo wie, że wszystko trzymam w szafkach. 

- Posłuchaj, mam wrażenie, że sami sobie z tym nie poradzimy - stwierdził Andrew. - Może 

powinieneś zatrudnić ochronę. 

-  Wykluczone.  -  Lee  pokręcił  głową.  -  Włamywacz  nie  zostawia  śladów,  więc  jeśli 

zawiadomię policję, pomyślą, że cierpię na paranoję. Najlepiej wynająć prywatnego detektywa, ale 

trzeba z tym jeszcze poczekać. Nie zależy mi na tym, żeby złapać jakiegoś drobnego złodziejaszka, 

który kręci się koło mojego domu. Ja chcę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i kto za 

tym stoi. 

- To się dowiedz, tylko szybko. - Andrew ziewnął szeroko. - Chciałbym się wreszcie wyspać. 

A tak swoją drogą, jak się udała randka? 

- Nie udała się. 

- Cóż, szkoda. 

- Ja też żałuję. Zwłaszcza tego, że nie skorzystałem z oferty. 

- Z jakiej znowu oferty? - zdziwił się Andrew. 

- Nieważne. Dzięki za pomoc, bracie. 

- Nie ma sprawy... - Andrew urwał i obrócił się w stronę wejściowych drzwi. Stal w nich jakiś 

wysoki mężczyzna. 

- Panie Condor? - odezwał się, rozglądając się po pustym holu. 

Lee był zaskoczony, nie spodziewał się bowiem żadnych wizyt. Przyjrzał się nieproszonemu 

gościowi i zorientowawszy się, kim jest, skrzywił się z niesmakiem. 

- A ten co tu robi? - Spojrzał pytająco na Andrew. 

background image

 

82 

- Ten, to znaczy kto? 

- Taki jeden beznadziejny polityk, którego poznałem w klubie golfowym. Mówił, że chciałby 

wpaść i zobaczyć, jak wygląda dom po remoncie. A ja, jak ten idiota, powiedziałem, że będzie mile 

widziany. 

- Public relations - zauważył Andrew z przekąsem. 

- Właśnie. Public relations. - Lee wstał od stołu. - Dzień dobry, panie Hammarfield. Śmiało. 

Prosimy dalej. Możemy panu w czymś pomóc? - zapytał, przywitawszy się z nim i jego nieodłączną 

ś

witą. 

- O nie. Proszę nie robić sobie kłopotu. - Z twarzy Hammarfielda nigdy nie znikał uśmiech. - 

Jak  mówiłem,  jestem  ciekaw,  jak  wygląda  dom  Fultona  po  generalnym  remoncie.  Przy  okazji 

chciałem podejrzeć, jak powstaje teledysk, ale chyba przyjechałem trochę za wcześnie? 

- Rzeczywiście, jeszcze nie zaczęliśmy pracy. 

-  W  takim  razie  nie  będę  zabierał  panom  czasu.  W  przyszłym  tygodniu  organizuję  kolację 

połączoną ze zbiórką pieniędzy na cele charytatywne. Serdecznie zapraszam. 

- Dziękujemy. Skontaktujemy się z panem - odrzekł 

Lee wymijająco. 

- Ciekawe, dlaczego mu nie ufam? - zastanowił się Andrew po wyjściu Hammarfielda. 

- Bo za często się uśmiecha - mruknął Lee. Wyjrzał przez szybę w drzwiach i mocno ściągnął 

brwi. Właśnie przyjechały  Bryn i Barbara. Razem. Hammarfield podszedł do nich i przywitał się. 

Bardzo  wylewnie.  Zwłaszcza  z  Bryn.  Pocałował  ją  w  policzek,  i  to  wcale  nie  po  bratersku. 

Hammarfield  wprawdzie  uśmiechał  się  z  chłopięcą  niewinnością,  ale  w  oczach  miał  czyste 

pożądanie. 

- Co on knuje? - mruknął Lee. 

-  Trudno  zgadnąć  -  zauważył  Andrew  przytomnie  -  ale  jedno  jest  pewne:  jeśli  nie  chcesz, 

ż

eby dziewczyny posądziły cię o szpiegowanie, lepiej odsuń się od drzwi. 

Pierwsza weszła Barbara. Lee bardzo zdziwił się na jej widok. Zawsze zadbana i promienna, 

dziś  była  zdecydowanie  nie  w  formie.  Bryn  wyglądała  jeszcze  gorzej.  Udawała,  że  go  nie  widzi, 

choć  idąc  po  kawę,  musiała  przejść  obok  niego.  Niewiele  myśląc,  poszedł  za  nią.  Drgnęła,  gdy 

stanął obok, i klnąc, zaczęła wycierać rozlaną kawę. 

- Czego chcesz? - burknęła. 

- Zapytać o twoje samopoczucie. 

- Będzie o wiele lepsze, jeśli będziesz dalej. 

Niedbale oparł się o drzwi. 

-  Patrzcie,  patrzcie  -  rzucił  nonszalancko  -  wczoraj  mruczała  jak  kotka,  a  dzisiaj  wyciąga 

pazury. Nie mogę trzymać się z dala od ciebie, bo pracujemy razem. Chyba że postanowiłaś złożyć 

background image

 

83 

wymówienie? 

Zauważył, że z całej siły zacisnęła zęby. 

- Nie. - Spojrzało mu twardo w oczy. - Wyrzucasz mnie? 

- Nie. 

Korciło  go,  by  nią  potrząsnąć,  więc  po  prostu  odszedł.  Zaintrygował  go  wyraz  jej  oczu. 

Wydawało  mu  się,  że  jest  zastraszona.  W  ciągu  dnia  wiele  razy  miał  ochotę  zmusić  ją,  by 

powiedziała,  co  ją  trapi.  Wystarczyło  jednak,  że  na  nią  spojrzał,  a  w  jej  pochmurnych  oczach 

zapalał się gniew. Wyglądało to na prawdziwy początek zimnej wojny. 

- Bryn, ty naprawdę oszalałaś! Uprzedzam cię, że jak cię wsadzą do paki, nie wpłacę za ciebie 

kaucji. Przysięgnę, że nic nie wiedziałam o twoich planach - oznajmiła Barbara bezceremonialnie. - 

Gdybyś  powiedziała  o  wszystkim  Lee,  nie  stałoby  się  to  nieszczęście.  Ale  ty  jesteś  zawzięta! 

Zobaczysz, jak Lee cię złapie... 

-  Nie  złapie.  -  Bryn  spokojnie  wciągnęła  przez  głowę  czarny  sweter.  -  Słyszałam,  jak  Mick 

mówił do niego, że dziś jego kolej,  a  Lee prosił, żeby  był najpóźniej o dziewiątej wieczorem.  To 

znaczy,  że  gdzieś  wychodzą  albo  będą  mieli  próbę.  A  jak  się  zamkną  w  tym  dźwiękoszczelnym 

studiu, to mogłaby bomba wybuchnąć, a oni nie usłyszą. 

- Nie podoba mi się to wszystko! - stwierdziła Barbara. - Słuchaj, czy ja zamknęłam okno w 

pokoju chłopców? 

- Tak. Razem sprawdzałyśmy, czy wszystkie okna są pozamykane. Nie bój się, dziś w nocy 

nikt  tu  nie  przyjdzie  -  zapewniła  ją  Bryn.  -  Już  nie  ma  po  co.  Jestem  gotowa.  Chodź  na  dół, 

zamkniesz za mną drzwi na zasuwę. 

Barbara  kiwnęła  smętnie  głową.  Były  w  połowie  schodów,  gdy  ktoś  zadzwonił  do  drzwi. 

Zamarły. 

- Spokojnie! - szepnęła Bryn. - Szantażyści nie składają wizyt swoim ofiarom. 

Podeszła na palcach do drzwi i wyjrzała przez wizjer. 

- Co za diabeł przyniósł tu tego cholernego golfistę? - jęknęła, opierając się o drzwi. 

- Golfistę? 

- Tak. Mike’a Winfelda. Poznałam go w klubie. 

-  Przyszedł  do  ciebie?  Ty  to  masz  szczęście  do  fajnych  facetów!  -  westchnęła  Barbara  z 

zazdrością, przykładając oko do wizjera. - Fajny jest, zupełnie jak „Buntownik bez powodu”, tyle 

ż

e on akurat miał powody. 

- O czym ty mówisz? 

-  Nie  znasz  jego  historii?  Miał  trudne  dzieciństwo.  Wychowywał  się  na  ulicy,  aż  trafił  do 

rodziny zastępczej, w której był zapalony golfista. Resztę znasz.- Bardzo wzruszające - zirytowała 

się Bryn - ale lepiej powiedz mi, co mam zrobić. Przecież muszę wyjść! 

background image

 

84 

- Otwórz i powiedz mu, że jesteś umówiona. 

- A co zrobię, jeśli on... 

- Wejdzie do środka? Spokojna głowa, ja się nim zajmę - powiedziała Barbara. 

Bryn rzuciła jej gniewne spojrzenie, a potem uśmiechnęła się promiennie i otworzyła drzwi. 

- Mike! Co za niespodzianka. Czemu ją zawdzięczam? 

- Pomyślałem, że znajdziesz dla mnie parę minut. 

-  Och,  co  za  pech!  -  Bardzo  się  starała,  żeby  nuta  zawodu  w  jej  głosie  nie  zabrzmiała 

fałszywie. - Jestem umówiona i właśnie wychodzę. Tak mi przykro... 

Przez  sekundę  naprawdę  żałowała  -  na  przystojnej  twarzy  Mike’a  odmalowało  się 

rozczarowanie. Taki miły z niego facet, pomyślała. Jednak zaraz przywołała się do porządku. Musi 

natychmiast wyjść, a on jej tylko przeszkadza. 

-  Cóż,  skoro jesteś  zajęta,  trudno  -  odparł  ze  smutnym  uśmiechem.  -  Ale  pamiętaj,  ja  nigdy 

nie rezygnuję. Mogę odprowadzić cię do samochodu? 

- Oczywiście. 

- Dobranoc, Barbaro. Miło było cię poznać. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. Bryn, tylko wracaj szybko! 

- Postaram się - obiecała. 

Gdy stanęli obok jej samochodu, podała Mike’owi rękę. 

- Dzięki, że wpadłeś. Miły z ciebie facet.- Nie miły... tylko uparty. Zrobiła zawiedzioną minę. 

- Przez kilka tygodni będę bardzo zajęta - uprzedziła. 

- Wierzę. Życzę miłego wieczoru. 

- Dziękuję, nawzajem. 

Skinął ręką i odsunął się, by mogła wsiąść. We wstecznym lusterku widziała, jak rusza za nią 

swoim porsche. Jechał za nią do wjazdu na autostradę. Tam straciła go z oczu i pochłonięta swoimi 

problemami, natychmiast o nim zapomniała. 

Barbara  miała  rację.  Naprawdę  oszalała.  Ma  zamiar  włamać  się  do  domu  Lee  jak  zwykły 

złodziej.  Przeraziła  się.  Za  chwilę  wkradnie  się  przez  okno  i  będzie  grzebała  w  prywatnych 

rzeczach obcego człowieka. Szaleństwo... 

Czyste szaleństwo! 

Nim  zdążyła  jeszcze  raz  się  nad  tym  zastanowić,  skręciła  w  boczną  drogę  prowadzącą  do 

posiadłości Lee. Po chwili zatrzymała się w cieniu wysokich sosen. Zgasiła silnik i światła, ale nie 

wysiadła  z  samochodu.  Siedziała,  wsłuchując  się  w  noc.  Wiedziała,  że  nie  ma  odwrotu,  więc 

pogodzona z losem wzięła latarkę i otworzywszy drzwi, wysiadła prosto w jej objęcia. 

Otoczyła  ją  ciemność  tak  gęsta,  że  aż  namacalna.  Zaczekała,  aż  oczy  przyzwyczają  się  do 

skrajnych warunków. Pomiędzy drzewami zamajaczyła sylwetka domu. Wtedy wciągnęła na głowę 

background image

 

85 

kominiarkę i ostrożnie zaczęła posuwać się naprzód. 

Klamka zapadła. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Udało jej się otworzyć okno i wejść do 

ś

rodka.  Nie  tracąc  ani  chwili,  po  cichu  zakradła  się  do  biurka.  Starała  się  nie  patrzeć  na  łuki  i 

strzały, ale z tylu głowy kołatała się niepokojąca myśl, że Lee potrafi się nimi posłużyć. 

Obawiała  się,  że  szuflady  będą  zamknięte  na  klucz.  Na  szczęście  nie  były.  Nerwowo 

wyciągała jedną po drugiej, ale nie znalazła w nich negatywów ani stykówek. 

Niezrażona  niepowodzeniem  zamierzała  otworzyć  ostatnie  trzy  szuflady,  gdy  stało  się 

najgorsze. 

- Coś ty za jeden, do jasnej cholery? 

Więc  jednak  się  nie  udało.  Została  przyłapana  na  gorącym  uczynku.  Mało  tego,  niewiele 

brakowało, a ona i Lee zginęliby od kuł tajemniczego włamywacza, który niepostrzeżenie zakradł 

się do domu. 

Lee próbował go zatrzymać, pobiegł za nim na dół. Nagle padł pojedynczy strzał. Za chwilę 

drugi.  Bryn  struchlała.  Leżąc  w  ciemnej  sypialni,  sama  w  ogromnym  łóżku,  wciąż  przyjemnie 

ciepłym w miejscu, z którego przed chwilą zerwał się Lee, umierała z niepokoju. 

Nie został nawet draśnięty. Dzięki Bogu! Wrócił do sypialni i znów zadręczał ją pytaniami. 

Próbowała powiedzieć tyle, ile mogła. Jemu to nie wystarczyło. 

- Bądź w kuchni za pięć minut - nakazał. - Chcę usłyszeć od ciebie całą historię, bez skrótów i 

pomijania niewygodnych wątków. 

Czas minął. Nic już jej nie uratuje. Musi zejść na dół i stanąć twarzą w twarz z rozgniewanym 

Lee. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Lee zapalił światło w holu; siedzenie po ciemku przestało mieć sens. Potem obejrzał ślady po 

kulach. Futryna była ledwie draśnięta, za to drzwi wejściowe z przestrzelonym zamkiem nadawały 

się tylko do wymiany. 

Zdjęcia! Z powodu paru idiotycznych fotek ktoś doprowadził Bryn do ostateczności, a jego o 

mało  co  nie  zastrzelił!  Sytuacja  była  naprawdę  poważna.  Lee  czuł,  że  powinien  natychmiast 

zawiadomić policję, ale postanowił nie robić tego ze względu na Bryn. Rozumiał jej paniczny lęk o 

Adama. W ogóle wreszcie zaczynał ją rozumieć. 

Odkąd  poznał  jej  motywy,  przestał  być  na  nią  zły  za  ubiegły  wieczór.  Nie  pojmował  tylko, 

dlaczego nie zdobyła się na szczerą rozmowę. Zabolał go ten całkowity brak zaufania z jej strony. I 

jej niechęć. O wiele głębsza, niż przypuszczał. 

Musimy wszystko sobie wyjaśnić, od podstaw, postanowił. Gotów był jej wysłuchać. Liczył, 

background image

 

86 

ż

e zdoła przekonać ją, by działali wspólnie, i co ważniejsze, według jego planu. I że ona zgodzi się 

przyjąć jego pomoc. Potrzebowała jej, lecz niestety, nie chciała się do tego przyznać. 

Zamyślony  poszedł  do  kuchni  i  zabrał  się  do  parzenia  kawy.  Jedno  pytanie  nie  dawało  mu 

spokoju: dlaczego komuś aż tak zależy na zdjęciach zespołu, że posunął się do tak desperackiego 

czynu, jak porwanie dziecka? 

Coś  musiało  zostać  utrwalone  na  tych  zdjęciach...  Tylko  co?  Z  pewnością  coś,  co  stanowi 

zagrożenie. Albo jest dla kogoś kompromitujące. 

- Lee? 

Bryn  zatrzymała  się  niepewnie  w  progu.  W  obszernej  męskiej  koszuli  wyglądała  trochę 

bezradnie. I wyjątkowo kobieco, stwierdził Lee. 

Zerknął dyskretnie na zegarek. Minęło dokładnie pięć minut. Gdyby nie fakt, że sytuacja nie 

nastrajała do żartów, pewnie poczułby się rozbawiony. 

- Siadaj. - Wskazał miejsce przy kuchennym stole. Zrobiła to bez słowa. Widział, jak bardzo 

jest spięta. Było mu jej żal. Miał ochotę podejść do niej i ją przytulić, zapewnić, że wszystko dobrze 

się  skończy.  Powstrzymał  w  sobie  ten  odruch,  uznając,  że  nie  pora  na  takie  gesty.  Nie  będzie  się 

narzucał. Żadnej presji, żadnych targów. Bryn musi przyjść do niego sama. Musi zapragnąć go na 

tyle mocno, by przełamać swoje lęki. 

- Mów - polecił, sięgając po kubki. 

- Ja... 

- Tylko nie kręć! Mów prawdę! 

Mógłby przysiąc, że usłyszał, jak zgrzyta zębami. 

- Wszystko zaczęło się następnego dnia po naszej sesji. - Opowiedziała mu, co się wydarzyło, 

od dziwnej wizyty nieznajomego począwszy, a na porwaniu Adama skończywszy. 

- Do jasnej cholery! - zdenerwował się Lee. - Wiesz co, Bryn? Po prostu nie mieści mi się w 

głowie,  że  nie  powiedziałaś  wprost,  o  co  chodzi, tylko  próbowałaś  jakichś  idiotycznych  sztuczek. 

Można wiedzieć, dlaczego tak postąpiłaś? 

 

- On powtarzał, żebym nikomu nic nie mówiła. 

- Ale Barbarze powiedziałaś?! 

- No... tak. 

- I co ona na to? 

- Upierała się, żebyśmy zadzwoniły na policję. 

- Miała rację. 

Bryn spojrzała na niego. W jej oczach było cierpienie. 

- Bałam się, Lee. Nie chciałam narażać chłopców. 

- Jak mogłaś pomyśleć, że nie będę chciał ci pomóc! 

background image

 

87 

- Nie o to chodzi! Obawiałam się, że będziesz chciał zawiadomić policję. I że sam będziesz 

chciał złapać szantażystę. A ja naprawdę nie mogę ryzykować. 

Chwilę milczał, a potem pochylił się w jej stronę. 

- Znasz kogoś, kto jeździ ciemnym sedanem? 

- Nie. Dlaczego pytasz? 

- Bo właśnie taki samochód jechał za tobą, gdy wracałaś do domu po sesji. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

- Do mnie też się włamali. Dwa razy - oznajmił. - Postanowiłem zapolować na tego ptaszka, 

ale zamiast niego w sidła wpadłaś ty. 

- Więc wiedziałeś, że dzieje się coś dziwnego? - Sięgnęła po kubek z kawą, by zyskać kilka 

sekund na zebranie myśli. Wiedziała, że musi starannie dobrać słowa, bo wiele zależy od tego, co 

za chwilę zostanie powiedziane. Lee ceni sobie szczerość, postanowiła więc zagrać z nim w otwarte 

karty. 

-  Czy  zgodzisz  się  oddać  mi  stykówki  i  negatywy,  a  potem  zapomnisz  o  tym,  co  ci 

powiedziałam? Proszę cię... 

- Nie zastanawiałaś się, co takiego jest na tych zdjęciach? 

- Nie. To znaczy tak. Nie! Lee, nie obchodzi mnie, co na nich jest! Nie chcę tego wiedzieć! - 

oznajmiła stanowczo. - Jedyne, na czym mi zależy, to żeby oddali mi Adama! 

-  Doskonale  cię  rozumiem  -  rzekł  łagodnie.  -  I  obiecuję,  że  go  odnajdziemy.  Powiedz,  nie 

boisz  się,  że  szantażysta  nie  zostawi  cię  w  spokoju,  nawet  jeśli  spełnisz jego  żądanie?  Te  zdjęcia 

muszą być dla kogoś zagrożeniem. Pewnie będzie się zastanawiał, czy znasz jego mroczny sekret. 

- Przecież nie znam! 

- Tylko że on o tym nie wie.- Ale dlaczego ten ktoś miałby się mnie obawiać? Lee, oddamy 

mu te zdjęcia... 

- Bryn, to nie jest takie proste. -Niecierpliwie wstał od stołu. - Kto został u ciebie w domu? 

Barbara? 

- Tak. 

- Zadzwoń do niej i poproś, żeby zanocowała. 

- Dlaczego? - Bryn nie była zachwycona tym pomysłem. 

- Dlatego że musimy omówić parę spraw. 

- Lee, ja naprawdę nie będę... 

-  Narażała  Adama.  Wiem.  Ja  też  nie  zamierzam  tego  robić.  Ale  też  nie  pozwolę,  żebyś 

narażała siebie i chłopców. Zresztą podaj mi swój numer. Sam zadzwonię do Barbary. 

Bryn patrzyła bezradnie, jak sięga po telefon. Przemknęło jej przez myśl, żeby paść przed nim 

na  kolana  i  błagać,  by  oddał  jej  zdjęcia  i  pozwolił  odejść. Jednak  rozsądek  podpowiadał,  że  takie 

background image

 

88 

poniżenie nie miałoby sensu. Lee postanowił wejść do gry i żadna siła nie była w stanie odwieść go 

od  tego  pomysłu.  Bryn  nie  czulą  się  na  siłach,  by  z  nim  walczyć.  Bez  dyskusji  podała  mu  swój 

numer. 

Barbara musiała czatować przy telefonie, bo niemal . natychmiast podniosła słuchawkę. Gdy 

usłyszała Lee, nie dała mu dojść do głosu. Bryn domyśliła się, że przyjaciółka postanowiła wystąpić 

w roli jej adwokata. 

- Barbaro, poczekaj, daj mi coś powiedzieć - roześmiał się Lee. - Bryn jest ze mną; nic jej się 

nie  stało,  ale  wolę,  żeby  nie  wracała  teraz  do  domu.  Nie  martw  się,  nie zostaniesz  sama.  Andrew 

jest w pobliżu, obserwuje dom. Zawołaj go, wszystko ci wytłumaczy. Jeśli ktoś zadzwoni, odbierz. 

Jednak wątpię, żeby szantażysta dziś się odezwał. A teraz posłuchaj mnie, Bryn - dodał zamyślony, 

gdy  skończywszy  rozmowę,  wrócił  do  stołu.  -  O  świcie  pojedziemy  do  ciebie  i  zaczekamy,  aż 

szantażysta  się  odezwie.  Umówisz  się  z  nim  na  wymianę  zdjęć  za  Adama.  To  musi  się  odbyć  w 

miejscu  publicznym,  z  dostępem  do  telefonu.  Jak  wypuszczą  Adama,  zostawisz  zdjęcia  w 

umówionym  miejscu.  Ten  ktoś  na  pewno  się  spodziewa,  że  będę  z  tobą.  Po  pierwsze  wierzy,  że 

zostaliśmy kochankami, po drugie wie, że zostałem zamieszany w tę sprawę. Nie mam wyjścia po 

tym, jak do mnie strzelał, prawda? 

- Chyba tak... I to już będzie koniec? - zapytała z nadzieją w głosie. 

- O nie! To nie będzie koniec. Skontaktuj się z tym znajomym, który wywołuje twoje filmy. 

- Teraz? 

- Teraz. 

- Ale... 

- Powiedz mu, że chcesz zrobić odbitki z negatywów. Dzięki temu oddamy szantażyście to, 

na czym tak bardzo mu zależy, ale nie zostaniemy z niczym. Ty sama nie możesz zrobić odbitek, bo 

skoro ten drań cię obserwuje, mógłby nabrać podejrzeń. 

Bryn potarła skronie. Wiedziała, że Lee ma rację. 

- Co będzie, jeśli ten ktoś jednak się dowie, że zamówiłam odbitki? 

- Nie dowie się! Bryn, przecież musimy rozwiązać tę zagadkę!- Jeśli zaniesiemy te filmy do 

fotolabu... 

-  Nie  denerwuj  się.  Filmy  są  teraz  u  Micka  i  on  je  tam  dostarczy.  Ten,  kto  cię  szantażuje, 

może i ma doskonale zorganizowaną siatkę szpiegowską, ale przecież nie jest Wielkim Bratem. Nie 

może obserwować jednocześnie mnie, ciebie i reszty świata. 

Długo milczała. Wiedziała, że  Lee ma rację. Nie potrafiła jednak poradzić sobie z własnym 

strachem. 

- Dobrze, zrobimy, jak chcesz - zgodziła się wreszcie. 

Kelly,  do  którego  zadzwoniła,  trochę  marudził,  ale  w  końcu  obiecał  zrobić  odbitki.  W  tym 

background image

 

89 

czasie Lee wytłumaczył Mickowi, gdzie ma zawieźć filmy. 

- Musimy sobie przypomnieć, co wydarzyło się tamtego dnia w klubie - powiedział Lee, gdy 

znów usiedli przy stole. 

- Chyba żartujesz! - prychnęła. - Tego dnia było tam straszne zamieszanie. Hammarfield miał 

spotkanie  ze  swoimi  zwolennikami,  rozgrywano  również  turniej  golfowy.  A  swoją  drogą,  ja 

naprawdę  nic  z  tego  nie  rozumiem.  Cóż  takiego  może  być  na  tych  zdjęciach?  Trawa  i  parę 

pagórków? 

- Nie podoba mi się ten złotousty polityk, 

- Hammarfield? 

- Mhm. Któregoś dnia przyszedł węszyć w domu Fultona. 

- Dlaczego myślisz, że węszył? - obruszyła się. 

- Mówił mi, że jest twoim fanem. Moim zdaniem zabiega o twoje poparcie. 

- Możliwe, ale i tak wydaje mi się podejrzany.- A ja uważam, że jest uprzejmy. 

- I czarujący? - zadrwił. 

-  Zdecydowanie.  Czego  nie  można  powiedzieć  o  innych  znanych  mi  osobach  -  odpaliła  bez 

zastanowienia. 

- Jasne. Domyślam się, że golfiści są o wiele bardziej czarujący niż perkusiści, tak? - rzucił od 

niechcenia. Bryn postanowiła podjąć rękawicę. 

- Owszem. Ci, których znam, tacy właśnie są. 

Lee wstał od stołu i mocno się przeciągnął. 

-  Zabezpieczę  drzwi,  a  potem...  -  zawiesił  głos  -  kładę  się  spać.  Na  górze  są  trzy  pokoje 

gościnne. Wybierz sobie któryś - zaproponował obojętnie. 

- I tak nie zmrużę oka. 

- To przynajmniej połóż się i pomyśl - poradził. - O zdjęciach. Spróbuj sobie przypomnieć, co 

miałaś w tle - powiedział, po czym wyjął z szafki narzędzia i wyszedł. 

Bryn, siedząc przy stole, myślała o Adamie. O tym, gdzie teraz jest, czy nic mu się nie stało. 

Powtarzała sobie, że musi być dobrej myśli. I wierzyć, że najdalej jutro bratanek wróci do niej cały 

i zdrowy. Niebawem odzyska zdjęcia i odda je temu człowiekowi... 

Nie  zrobiłaby  tego  bez  pomocy  Lee.  Powinna  być  mu  wdzięczna.  Wstała  i  poszła  za  nim. 

Właśnie  zabijał  deską  drzwi.  Kiedy  stanęła  obok,  przestał  stukać  młotkiem  i  spojrzał  na 

zaciekawiony. 

- Dziękuję ci... - Żadne bardziej wyszukane słowa nie przychodziły jej do głowy. 

- Połóż się spać - mruknął niewyraźnie, bo przeszkadzał mu gwóźdź, który trzymał w ustach.- 

Wszystko jedno, w którym pokoju? - upewniła się. 

- Tak. Wszystkie są przygotowane dla gości - odparł, nie przerywając swojego zajęcia. 

background image

 

90 

Bryn przez chwilę patrzyła na jego muskularne ramiona i naprężone plecy, a potem bez słowa 

poszła na górę. 

Otworzyła  pierwsze  z  brzegu  drzwi  i  rozgościła  się  w  przytulnie  umeblowanym  pokoju. 

Zdjęła  ubranie  i  z  ulgą  położyła  się  do  łóżka  pachnącego  świeżą  pościelą.  Jednak  zamiast  spać, 

bezustannie myślała o Lee. Przypominała sobie, jak siłował się z nią w swojej sypialni. 

Skup się na zdjęciach! - powtarzała sobie, lecz mimo usilnych starań Lee wciąż okupował jej 

myśli.  Od  dawna  wiedziała,  że  niesprawiedliwie  go  oceniła.  Pielęgnowała  w  sobie  uprzedzenia, 

mimo że on od początku odnosił się do niej przyjaźnie. Nie ukrywał, że pociąga go jako kobieta, ale 

nigdy  nie  był  natarczywy.  Za  to  nie  wstydził  się  pokazać,  że  mu  na  niej  zależy.  I  że  nie  jest  mu 

obojętne,  co  się  z  nią  dzieje.  Zachowywała  się  wobec  niego  skandalicznie,  mimo  to  ani  razu  nie 

zagroził  zerwaniem  współpracy.  Nie  próbował  jej  szantażować,  choć  doskonale  wiedział,  jak 

bardzo potrzebuje pieniędzy. A kiedy w restauracji Adam rzucił w niego jedzeniem... 

- Och, mój malutki! Gdzie jesteś? - szepnęła przez łzy. Już na samą myśl o tym, jak bardzo 

Adam musi być przerażony, odczuwała niemal fizyczny ból. - Tak bardzo cię kocham, mój maleńki 

-  westchnęła.  -  Przysięgam,  że  cię  odnajdę  i  zrobię  wszystko,  żebyś  zapomniał  o  tym,  co  cię 

spotkało.  

Miłość. Dziwne i złożone uczucie. Miłość do dziecka. Miłość do mężczyzny. Nie, nie kocha 

Lee. Lubi go, ale nie wolno jej go pokochać. To zbyt ryzykowane i niebezpieczne. Wprawdzie Lee 

lubi dzieci, ale to wcale nie znaczy, że chciałby mieć własne. Ona też nie jest mu obojętna, ale kto 

może wiedzieć, jak długo potrawa ta fascynacja? 

Westchnęła. Lęk o Adama był nieznośną udręką. Zwłaszcza gdy w pobliżu nie było nikogo, 

komu mogłaby się wyżalić. Czuła, że Lee jest jej dziś bardzo potrzebny. Nawet jeśli nie ma szans 

na prawdziwą miłość, chciałaby choć przez chwilę żyć złudzeniem. 

Rozsądek  podpowiadał,  że  nie  wolno  jej  tak  myśleć.  Że  musi  być  twarda,  niezależna, 

samowystarczalna, bo tylko siebie może być stuprocentowo pewna... 

Na  tym  świecie  nie  ma  nic  pewnego.  Jęknęła  cicho,  zmęczona  wewnętrzną  walką,  i  ukryła 

twarz  w  dłoniach.  Kogo  próbuje  oszukać?  Siebie?  Przecież  to  bez  sensu.  Lee  od  początku  ją 

pociąga. Wiedziała, że nie sposób dłużej udawać, iż nic do niego nie czuje. Może nawet jest w nim 

zakochana. Może przeczuwała, że tak będzie, i właśnie to napawało ją lękiem. Obawiała się nie tyle 

samego Lee, co uczucia, które w niej obudził. 

Jakiś czas leżała bez ruchu, wsłuchując się w noc. A potem wstała i po cichu uchyliła drzwi. 

Na korytarzu paliło się światło. Parter tonął w mroku i ciszy. 

Natychmiast wracaj do łóżka, nakazała sobie surowo. Zignorowała głos rozsądku i ostrożnie 

wysunęła się na korytarz. Idź do niego! Przecież od dawna tego chcesz. 

A  on?  Czy  nadal  mnie  pragnie?  To  może  skończyć  się  kolejnym  dramatem,  ostrzegał 

background image

 

91 

wewnętrzny glos. Lee może odprawić cię z kwitkiem. Ma prawo czuć się urażony albo zły. Serce 

bilo jej jak oszalałe, ale nie cofnęła się. Podeszła pod drzwi sypialni Lee. Były uchylone. Niepewnie 

stanęła w progu, czując, jak kipi w niej rozgrzana krew. 

- Wejdź, Bryn... 

Wiedział,  że  do  niego  idzie;  czekał  na  nią.  Potrafił  wychwycić  każdy  odgłos  mącący  ciszę 

nocy. 

Uciekaj!  -  podpowiadał  instynkt.  Jesteś  w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie.  Jeśli  tam 

wejdziesz, zgubisz własną duszę. 

Była głucha na wszelkie ostrzeżenia. Nieśmiało zrobiła krok naprzód. Do niego. Od początku 

miała na to ochotę. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Po jakimś czasie delikatnie pogładził jej włosy. 

- Co cię ugryzło? - zapytał cicho. 

- Nie wiem, o czym mówisz... - mruknęła wymijająco.  

Powoli zaczynała żałować tego, co się między nimi wydarzyło. 

- Wiesz - odparł ze śmiechem. - Jeszcze nie zdążyłem się przedstawić, a już ustawiłaś mnie na 

straconej pozycji. Miałem wrażenie, że się mnie boisz. 

- Chyba wiesz, jak działasz na kobiety. - Wzruszyła ramionami. - Emanujesz nieposkromioną 

energią i... erotyzmem. 

- Erotyzm nie powinien wzbudzać lęku. 

Czuła,  że  dla  własnego  dobra  powinna  powiedzieć  mu  prawdę,  w  przeciwnym  razie  będzie 

zadręczał ją pytaniami. 

- Byłam zaręczona - przyznała. 

- Aha, i w związku z tym każdy mężczyzna to śmiertelny wróg. 

- Nie każdy i nie wróg. Po prostu uznałam, że muszę być ostrożniejsza i pewien typ facetów 

omijać wielkim łukiem. 

-  A  co  to  za  typ,  jeśli  można  wiedzieć?  Tylko  mi  nie  mów,  że  twój  narzeczony  był 

rockmanem... 

Zawahała się. Ostatecznie co za różnica, czy powie mu, o kogo chodzi, czy nie? Odsunęła się 

od niego i mocno objęła poduszkę, do której przytuliła policzek. 

- Byłam zaręczona z Joe Lenskym. Gra zawodowo w futbol. 

Lee gwizdnął cicho przez zęby. 

-  Naprawdę?  Poznałem  go  na  jakiejś  imprezie  w  Los  Angeles.  Pamiętam,  że  wyglądał  na 

background image

 

92 

przyzwoitego gościa. 

- Och, bo to jest przyzwoity gość. Problem w tym, że nie lubi dzieci. Zwłaszcza cudzych. 

- To w niego Adam rzucał ryżem? - zapytał domyślnie. 

- Zielonym groszkiem - uściśliła.  

Lee roześmiał się i nie zważając na jej mało zdecydowane protesty, przygarnął ją do siebie i 

pocałował w nos. 

- Cieszę się, że już z nim nie jesteś - przyznał - ale przykro mi, że mnie z nim porównujesz. 

Dlaczego? 

- Obaj jesteście sławni i nawykli do ciągłej adoracji. 

- Uważasz, że idę do łóżka z kim popadnie? 

- Niezupełnie... 

- Więc w czym problem? 

-  Sama  nie  wiem.  Może  w  tym,  że  codziennie  zmagam  się  z  prozą  życia,  a  idole  żyją  w 

bajkowym świecie... 

-  Bzdura!  -  zdenerwował  się.  -  Nie  możesz  mierzyć  wszystkich  jedną  miarką.  To,  że  Joe  z 

tobą zerwał... 

- To ja zerwałam z nim - odparła znużona. - Oczekiwał, że rzucę wszystko i będę na każde 

jego  skinienie.  A  ja  ani  nie  chciałam,  ani  nie  mogłam  tego  zrobić.  Większość  zwykłych  facetów 

miałaby  problem  z  zaakceptowaniem  mojej  sytuacji  rodzinnej,  a  co  dopiero  mówić  o 

egocentrycznych „gwiazdorach”. 

- Ci tak zwani „gwiazdorzy” to ludzie tacy sami jak ty - zaoponował. - Mają swoje problemy, 

cierpią,  zakochują  się.  Chyba  lepiej,  że  zerwałaś  z  Lenskym,  skoro  nie  mogliście  dogadać  się  w 

podstawowych sprawach. 

- Wiem... - szepnęła. 

-  Masz  najpiękniejsze  ciało,  jakie  widziałem  -  zauważył,  zmieniając  znienacka  temat.  - 

Ledwie na ciebie spojrzałem, poczułem najczystsze pożądanie - przyznał. 

Uśmiechnęła się, rozbrojona jego szczerością. Lecz jej uśmiech zgasł równie szybko, jak się 

pojawił. 

- Co się stało? - zaniepokoił się. 

- Pomyślałam o Adamie... Boże, Lee! Jestem tu z tobą, kochamy się, a w tym czasie to małe 

biedactwo... 

-  Ciii,  nie  martw  się!  -  powiedział,  obejmując  ją  ramieniem.  -  Obiecuję  ci,  że  jutro  go 

odzyskamy. 

-  Skąd  ta  pewność?  Sam  mówisz,  że  ludzie,  którzy  go  porwali,  są  bardzo  niebezpieczni.  A 

jeśli będą się bali, że Adam ich rozpozna... 

background image

 

93 

- Jak myślisz, dlaczego wybrali właśnie Adama, a nie Briana czy Keitha? Bo jest mały. Nie 

będzie potrafił powiedzieć, gdzie go trzymali. Poza tym jest ich kartą przetargową. Wiedzą, że jeśli 

coś mu się stanie, nie dostaną zdjęć. 

- Ja to wszystko rozumiem, ale... 

- Jutro, Bryn! Pomyśl, że to tylko parę godzin. I spróbuj zasnąć. - Pocałował ją w czoło. - A 

może nie dość cię zmęczyłem? 

- Jeszcze jak! Jestem okropnie śpiąca, ale wcześniej nie mogłam zasnąć. Czuję, że czeka mnie 

bezsenna noc. 

- Skoro tak, to pomyśl o tych zdjęciach. Pamiętasz coś niezwykłego? 

- Tak. Hotel „Sweet Dreams” - odparła automatycznie. 

- I nic więcej? 

-  Jeszcze  golfistów.  Było  ich  cale  stado  i  snuli  się  po  pagórkach  akurat  wtedy,  gdy  robiłam 

zdjęcia. 

-  Musimy  dokładnie  obejrzeć  te  odbitki.  Będziemy  je  powiększali,  aż  w  końcu  na  coś 

natrafimy. 

-  Niby  na  co  chciałbyś  natrafić!  -  zawołała  sfrustrowana.  -  Oglądałam  te  filmy,  zanim 

oddałam  je  Barbarze.  Nie  zauważyłam  nic  niezwykłego.  Może  to  naprawdę  jakiś  stuknięty  fan 

twojego zespołu, który zrobi wszystko, żeby zdobyć wasze zdjęcia... 

- Bryn, wiesz, że to, co mówisz, nie ma sensu. 

- Jeszcze raz ci powtarzam, że oglądałam filmy i... 

- Właśnie, filmy! Maleńkie, niewyraźne obrazki, na których niewiele widać. Ten, kto porwał 

Adama, wie, że na zdjęciach zostało uwiecznione coś, co mu zagraża. 

Westchnęła cicho. 

- Prześpij się. - Uśmiechnął się ciepło. 

- Nie mogę przestać o tym myśleć... 

-  Chyba  wiem,  jak  ci  pomóc  -  mruknął  i  pocałował  ją  w  ramię.  Poczuła  miły  dreszcz. 

Zamknęła oczy i pozwoliła, by Lee obrócił ją na plecy. 

Nie  kłamał.  Jego  czułe  dłonie  i  gorące  pocałunki  rzeczywiście  sprawiły,  że  zapomniała  o 

bożym świecie... 

Usłyszała  muzykę,  jeszcze  zanim  na  dobre  się  obudziła.  Otrząsnąwszy  się  z  oparów  snu, 

rozpoznała  dobiegające  z  dołu  łagodne  dźwięki  fortepianu.  I  głos  Lee.  Dźwięczny  i  czysty  jak 

kryształ. 

Pogrążona  w  przyjemnym  letargu,  słuchała  go,  wpatrując  się  w  różowiejące  za  oknem 

poranne niebo. Myślała o tym, że go podziwia. Za jego talent i nietuzinkową osobowość. I że jest 

nim zafascynowana. A to, co czuje, to może być... miłość... 

background image

 

94 

Porażona  tą  myślą  otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  bądź  głupia!  Skoro  brak  ci  charakteru  i  nie 

potrafisz odmówić sobie przyjemności, to sobie z nim bądź i ciesz się chwilą, ale nie zapominaj, że 

wasza przygoda skazana jest na krótki żywot. To zaledwie przerywnik... 

Od  którego  zależy  bezpieczeństwo  Adama!  Wspomnienie  bratanka  wystarczyło,  by  błogi 

nastrój prysł. Pospiesznie wstała z łóżka i narzuciwszy na siebie koszulę Lee, zeszła na dół. 

Nie  przejmowała  się  swym  niekompletnym  strojem,  gdyż  była  pewna,  że  są  w  domu  sami. 

Okazało  się  jednak,  że w  kuchni  przy  stole  siedzi  Mick.  Co  ciekawe,  wcale  się  nie  zdziwił  na jej 

widok. Może tylko rozbawił go jej rumieniec. 

- Cześć, Bryn. Napijesz się kawy? - zapytał swobodnie. 

-  Chętnie.  -  Wiedziała,  że  jeśli  zawróci  i  pobiegnie  na  górę,  zrobi  z  siebie  idiotkę.  Nie 

pozostawało jej nic innego, jak robić dobrą minę do zlej gry. 

- Masz tu komplet negatywów i odbitek - oznajmił, podsuwając jej kubek i grubą kopertę z 

logo fotolabu. 

Bryn  spojrzała  niepewnie  w  stronę  Lee,  który  dawno  już  przestał  grać  i  rozmawiał  z  kimś 

przez telefon. 

- W porządku. Zobaczymy się wieczorem - rzekł do słuchawki, po czym ją odłożył i wrócił 

do  stołu.  Usiadł  naprzeciwko  Bryn,  ale  nie  wyjaśnił,  z  kim  rozmawiał.  Za  to  delikatnie  pogładził 

stopą jej łydkę. - Odpoczęłaś - powiedział miękko. 

- Tak myślisz? - Zawstydzona spuściła wzrok. 

- Mhm. Pięknie wyglądasz. Jakbyś dopiero co wstała z łóżka, ale na mnie taki wygląd bardzo 

działa. 

-  No,  nie  zapominajcie,  że  tu  jestem!  -  obruszył  się  Mick.  -  Wy  tu  sobie  gruchacie  jak  dwa 

gołąbki, a moje życie erotyczne praktycznie nie istnieje. Miejcie odrobinę wyczucia! 

Spojrzeli na niego zaskoczeni, a potem oboje zaczęli się śmiać. Gdy po chwili popatrzyli na 

siebie,  ich  roześmiane  oczy  lśniły  radością.  Dobrze  z  nim  być,  pomyślała.  Szybko  można  się  do 

tego przyzwyczaić. Zbyt szybko. Otrzeźwiona tą myślą, postanowiła skupić się na konkretach. 

-  Co  robimy,  Lee?  - zapytała.-  Jedziemy  do  ciebie.  Jeśli  przeczucie  mnie  nie  myli,  ten  drań 

niedługo zadzwoni. 

Mick wstał, przeciągnął się i pocałował Bryn w policzek. 

-  Nie  martw  się,  będzie  dobrze  -  pocieszył  ją.  -  Jadę  do  roboty.  Powiem  ludziom,  że  was 

dzisiaj nie będzie. Trzymam za was kciuki. Jak by co, dzwońcie. 

- Dzięki, Mick - powiedziała cicho. Lee odprowadził go do drzwi i chwilę z nim rozmawiał. 

- Leć się ubrać - zawołał do niej. 

Odniosła wrażenie, że chce zostać z Mickiem sam, by móc powiedzieć mu coś w cztery oczy. 

Nie  miała  czasu  zastanawiać  się  nad  jego  motywami.  Pobiegła  na  górę,  by  przed  wyjściem 

background image

 

95 

przynajmniej trochę się odświeżyć. Ponieważ w małej łazience obok sypialni, w której miała spać, 

nie  było  mydła,  ręcznika  ani  pasty,  postanowiła  skorzystać  z  olbrzymiego  pokoju  kąpielowego 

przylegającego do sypialni Lee. 

Zaczęła  szukać  przyborów  toaletowych  i  w  jednej  z  szafek  natrafiła  przypadkiem  na  papier 

nutowy z zapisanymi słowami piosenki. Utwór musiał powstać jakiś czas temu, gdyż brzegi kartki 

zdążyły lekko zżółknąć. Nie znała nut, za to z ciekawością przebiegła oczami linijki tekstu: 

„Mijają  dni,  moja  kochana.  Liście  opadły,  wiruje  śnieg.  A  ja  wciąż  myślę,  moja  kochana, 

dlaczego miłość zniszczyła nas. Och, Victorio... Śmierć rozdziela. Dzikie serce. Co było w twoich 

fiołkowych  oczach,  że  nie  umiałem  dostrzec  w  nich  kłamstw?  A  przecież  mogłem,  kochanie, 

pokazać ci, jak sięgnąć gwiazd. Och, Victorio, nicość i pył. I serca ból”. 

- Co ty tu robisz, do cholery?! 

Zaskoczona podniosła oczy. Lee stał w drzwiach. Był wściekły, ale Bryn tak poruszyły słowa 

piosenki, że w pierwszej chwili nie zwróciła na to uwagi. 

-  Nie  znam  tego  utworu  -  powiedziała.  -  Piękny  tekst,  tylko  strasznie  smutny...  -  Umilkła, 

gdyż Lee podszedł do niej i bez słowa wyrwał jej kartkę. 

- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! - warknął i wyszedł, trzaskając drzwiami. 

Miała  ochotę  się  rozpłakać;  poczuła  się  jak  dziecko  skarcone  przez  dorosłego.  Przecież  nie 

miała złych intencji, nie chciała być wścibska... Miejsce rozżalenia szybko zajął gniew. I poczucie 

upokorzenia. 

- Skończony drań! - syknęła.  

Dopiero  co  się  z  nią  kochał,  a  teraz  traktuje  ją  jak  obcą.  Jak  jedną  z  wielu  przygodnych 

panienek, które dostarczają mu łatwej rozrywki. Pokazał, gdzie jej miejsce. To, że poszła z nim do 

łóżka, nie znaczy, że ma prawo zaglądać w głąb jego duszy. 

- Pospiesz się! Musimy jechać! - zawołał z dołu.  

Wolałaby raczej wyskoczyć przez okno, niż słuchać jego rozkazów, ale wiedziała, że nie czas 

na demonstracyjne gesty. Chodzi o Adama, więc musi zapomnieć o urażonej dumie. 

Lee czekał na nią przy drzwiach wejściowych. Minęła go bez słowa i poszła do samochodu. 

- Daj mi kluczyki - poprosił. Zrobiła to bez protestu, ale w czasie jazdy nie odezwała się do 

niego ani razu. 

- Przepraszam cię - powiedział, gdy zbliżali się do jej domu. 

- Nie ma sprawy. 

- Naprawdę żałuję tego, co zrobiłem. Nie miałem prawa tak na ciebie naskoczyć. To było bez 

sensu. 

- Powiedziałam, nie ma sprawy - burknęła, obrzuciwszy go spojrzeniem.  

Mimo przeprosin wciąż czuła się dotknięta. 

background image

 

96 

Wysiadła  z  samochodu,  nie  czekając,  aż  skończy  parkować.  Zignorowała  jego  mało 

pochlebny komentarz i pobiegła do Barbary, która, zwabiona hałasem, wyjrzała z domu. Bryn nie 

zdążyła jeszcze wejść do środka, gdy zadzwonił telefon. Zastygła w bezruchu, patrząc bezradnie w 

przerażone oczy przyjaciółki. Nim minęła sekunda, oprzytomniała i pobiegła odebrać. 

- Halo? - zawołała bez tchu. 

Odpowiedział jej przeraźliwy, makabryczny rechot. 

- Panna Keller? 

- Tak... 

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem; dobre dzieci będą w niebie! 

-  Nie!  Nie!  -  krzyknęła  histerycznie,  nie  panując  nad  głosem  ani  nad  łzami.  Czuła,  że  za 

chwilę upadnie, znokautowana przez paniczny lęk... 

A jednak nie upadła. Podtrzymało ją silne ramię. Ktoś litościwie wyjął słuchawkę z jej ręki. 

- Słuchaj no, cholerny dowcipnisiu! Koniec zabawy! Mówi Lee Condor. Co, nie spodziewałeś 

się mnie usłyszeć? Błąd! Myślałeś, że po tym, jak włamałeś mi się do domu i poszatkowałeś kulami 

drzwi,  będę  stał  z  boku  i  spokojnie  się  przyglądał,  co  wyprawiasz?  Niedoczekanie!  Jeśli  chcesz 

uwolnić się od swoich kłopotów, chłopcu włos nie może spaść z głowy. Ty nam dajesz małego, my 

dajemy ci zdjęcia. Jasne? I żadnych numerów! - mówił Lee, nie dopuszczając szantażysty do głosu. 

Dopiero  potem  zaczął  słuchać.  Po  chwili  roześmiał  się  sucho.  -  Nie  bój  się,  nie  będziesz  miał  ze 

mną do czynienia. Niestety... - rzekł, spoglądając na Bryn. 

- Zdjęcia przekaże ci Bryn. Daję ją do telefonu. 

Pewnym ruchem wcisnął jej słuchawkę do ręki. Miała wrażenie, że udziela jej się jego spokój, 

przenika ją jego siła. Kiedy się odezwała, jej głos brzmiał twardo: 

- Dostaniesz swoje zdjęcia, ale najpierw chcę porozmawiać z Adamem! Teraz! 

Zagryzła wargi i czekała w napięciu. 

- Ciocia Blyn? 

Kiedy usłyszała niepewny, drżący głosik, w oczach zakręciły jej się łzy. 

- Adam! Mój maleńki! Powiedz, nic ci nie jest? Nikt ci nie zrobił krzywdy? 

W słuchawce rozległ się rozdzierający szloch. 

- Ciociu, zabierz mnie stąd! Ja chcę do domu! 

- Nie płacz, kochanie! Już niedługo wrócisz do domku, obiecuję ci to! Bądź dzielny, dobrze? 

Wytrzymaj jeszcze trochę! Adam? Adam?!! 

-  No,  jak  tam,  panno  Keller?  -  zapytał  ochrypły  głos.  -  Dzieciak  jest  cały  i  zdrowy.  I  taki 

pozostanie, dopóki będziecie grzeczni. Przypilnuj swojego chłopaka, żeby nie narobił głupstw. 

- Będziemy współpracowali! Przecież słyszałeś... 

- Słyszałem, ale nie ufam Condorowi, złotko. Trzymaj go na krótkiej smyczy. 

background image

 

97 

Spojrzała nerwowo na Lee, który wszystko słyszał. 

- Lee nie będzie robił nic na własną rękę. Mam jego słowo. 

- No widzisz! Mówiłem, że jak się trochę postarasz, każdy facet będzie jadł ci z ręki. Tylko 

bądź grzeczna! 

- Oddaj mi Adama! - zawołała porywczo. - Mów, gdzie i kiedy mi go przekażesz? 

- Przyznaj się, majstrowałaś przy negatywach? - zapytał znienacka. 

- Niby kiedy miałabym to zrobić? - zniecierpliwiła się, patrząc niepewnie na Lee. 

- Już dobrze, złotko. Nie unoś się. Ale pamiętaj, że mam cię na oku. Przyjedź ze zdjęciami, 

sama, do przełęczy Cutter Pass. 

Bryn chciała krzyknąć z oburzenia, ale Lee wyrwał jej słuchawkę. 

- Zapomnij o tym! - rzucił gniewnie. - I nie bądź taki cwany! Chciałbyś mieć zdjęcia, Bryn i 

dzieciaka, co? Nic z tego! Chcesz te fotki, to wymyśl jakieś inne miejsce. Dla ułatwienia dodam, że 

musi to być miejsce publiczne. 

- Lee! - jęknęła Bryn zdruzgotana.  

Dla dobra Adama gotowa była pójść choćby do piekła. 

- Masz jakieś sensowne propozycje, Condor? - zapytał szyderczo głos. 

-  Wyobraź  sobie,  że  mam.  Bryn  będzie  czekała  w  holu  hotelu  Mountain  View.  Będzie 

siedziała na czerwonej sofie, obok automatu telefonicznego. Jak tylko zobaczę Adama, zadzwonię 

do niej. Wtedy zostawi zdjęcia i odejdzie. 

- Nie podoba mi się to miejsce. Za mało dyskretne. 

-  No  to  masz  problem,  stary.  Bryn  nie  spotka  się  z  tobą  na  żadnym  odludziu.  -  Lee  był 

nieugięty. 

-  A  jaką  mam  gwarancję,  że  będzie  sama?  Nie  zamierzam  dać  się  oskalpować  takiemu 

punkowi jak ty - zarechotał. 

Lee nie dał się sprowokować. 

- Zostanę u Bryn. Będę stał na tarasie, tak żebyście mogli mnie widzieć. 

- Skąd pewność, że nie działam w pojedynkę? 

- Po prostu wiem, że nie jesteś sam. 

- W porządku - zgodził się wreszcie szantażysta. 

- Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. Pamiętaj, że mogę zastrzelić dzieciaka. Jasne? 

- Jasne. 

- Dobra. Wymiana nastąpi za godzinę. O dziesiątej. 

Nie zapomnij, co ci powiedziałem. 

-  Możesz  być  spokojny.  Ale  ja  też  mam  ci  coś  do  powiedzenia:  jeśli  temu  małemu  włos 

spadnie z głowy, dopadnę cię. I wcale nie zdejmę ci skalpu. Strzała z mojego luku rozerwie twoje 

background image

 

98 

parszywe serce. Rozumiemy się? 

-  Owszem,  i  to  nad  wyraz  dobrze.  Wiem,  że  gdybyś  tylko  mógł,  narobiłbyś  bałaganu.  Na 

szczęście twoja pani nie pozwoli na to. Ale żeby trochę potrzymać ją w niepewności, a tobie, mamy 

grajku, przypomnieć, żebyś nie wyskakiwał przed orkiestrę, przytrzymam dzieciaka trochę dłużej. 

- Co takiego? - zawołał Lee ochryple.  

Zdenerwowana Bryn zaczęła ciągnąć go za rękaw. 

-  To,  co  słyszałeś.  Nici  z  wymiany.  Poczekacie  na  małego  do  niedzieli.  Zadzwonię  z  rana, 

ż

eby  ustalić  godzinę.  Póki  co  będę  was  obserwował.  Atelier  twojej  pani  też.  I  wiesz,  co  chcę 

zobaczyć, Condor? Dwoje ludzi chodzących do pracy i z powrotem. I nikogo więcej. Kapujesz? 

Bryn  słyszała  całą  rozmowę.  Nie  panując  dłużej  nad  emocjami,  wyrwała  Lee  słuchawkę  i 

zawołała z płaczem: 

-  Nie!  Chcę,  żebyś  oddał  mi  Adama  dzisiaj!  Mam  gdzieś  twoje  zdjęcia!  Oddaj  mi  Adama! 

Błagam... 

- Dostaniesz go w niedzielę. I to pod warunkiem, że ty i ten twój gwiazdor będziecie grzeczni. 

Nie ruszaj się z domu; zadzwonię koło dziewiątej. 

Połączenie zostało przerwane. 

- Nie! - krzyknęła, ciskając słuchawką o podłogę. - Nie! Nie! Nie! 

-  Bryn...  -  odezwał  się  Lee  łagodnie,  ale  do  niej  nie  docierały  jego  słowa.  Nie  wyobrażała 

sobie, jak przeżyje cztery niewyobrażalnie długie dni bez Adama. Na przemian płacząc i śmiejąc się 

histerycznie, rzuciła się z pięściami na Lee, w którym dostrzegła kozła ofiarnego. 

- Wszystko przez ciebie! - krzyczała. - Ten drań domyślił się, że coś kombinujesz. Niech cię 

jasny szlag! 

- Bryn, uspokój się! Proszę... - Próbował ją przytrzymać, ale wyrywała mu się z zadziwiającą 

siłą, zrodzoną z lęku i przerażenia. Niech się wykrzyczy, pomyślał Lee, ale szybko zorientował się, 

ż

e  to  nie  pomaga;  atak  histerii  narastał.  Niewiele  myśląc,  złapał  Bryn  i  powalił  na  podłogę.  Tam 

chwycił ją za nadgarstki i unieruchomił jej ręce. Mimo to nie przestawała z nim walczyć. - Bryn... - 

W końcu przestała się rzucać i spojrzała na niego przez łzy. 

- Ja tego nie przeżyję. Nie wytrzymam tego czekania - jęknęła udręczona. 

- Bryn... - To Barbara przyklękła obok na podłodze. 

-  Skarbie,  jeśli  nie  przestaniesz  wrzeszczeć,  obudzisz  Keitha  i  Briana,  o  ile  już  tego  nie 

zrobiłaś. Musisz być silna, właśnie dla nich. Przecież nie chcesz napędzić im strachu, prawda? 

Bryn  trochę  oprzytomniała.  Zupełnie  zapomniała  o  Barbarze.  Za  plecami  przyjaciółki 

widziała  zatroskaną  twarz  Andrew.  A  tuż  nad  sobą...  Lee.  Trzymał  ją,  ale  ostrożnie,  tak  by  nie 

sprawie  jej  bólu.  Zaczęła  cicho  płakać.  Wtedy  ją  puścił  i  przytuliwszy  do  siebie,  zaczął  głaskać  i 

uspokajać, jakby była dzieckiem. 

background image

 

99 

-  Adamowi  nie  stała  się  krzywda.  Wiesz,  bo  przecież  rozmawiałaś  z  nim.  Czekanie  jest 

straszne. Rozumiem, jak ci ciężko, ale musimy jakoś przetrwać. Po prostu musimy. 

- Ja nie dam rady, Lee. Czuję się tak, jakby ktoś wbił mi w serce nóż... 

- Dasz radę. Jesteś silna. 

Czy sprawiła to jego niezachwiana wiara? Czy też fakt, że Brian i Keith zeszli na dół? Wzięła 

się w garść. Przez łzy patrzyła na swoich chłopców. Dużych i mądrych na swój dziecięcy sposób. 

Nie mogła pozwolić, by udzielił się im jej paniczny strach. Nie chciała, by cierpieli. 

- Ciociu, dlaczego tak strasznie krzyczysz? - zainteresował się Brian. 

- Co ty, nie znasz ciotki? Ona ma charakterek! - odparł gładko  Lee. - Okropnie się na mnie 

zdenerwowała,  ale  już  jej  przeszło.  Postanowiła  mi  wybaczyć.  Hej,  panowie,  czy  wy  nie 

powinniście być już w szkole? Lepiej się pospieszmy! 

- Odwiezie pan nas do szkoły? - Keith otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. 

- Ojej! - Brian popatrzył na brata. - Dzieciaki zzielenieją z zazdrości. Szkoda, że Adam tego 

nie zobaczy. 

Bryn ostrożnie wysunęła się z opiekuńczych ramion Lee. 

- Lećcie się ubrać, a potem migiem na śniadanie. Strasznie dziś zaspaliśmy. 

Nie  pojmowała,  jakim  cudem  udało  jej  się  dotrwać  do  końca  dnia.  Zachowywała  się  jak 

maszyna, nie człowiek. Po tym, jak Lee odwiózł chłopców do szkoły, wzięła prysznic i pojechała z 

Barbarą na plan teledysku. Po próbie Lee przywiózł ją do domu i został na kolacji. 

Bryn  była  tak  wycieńczona  psychicznie  i  fizycznie,  że  zasnęła  na  kanapie  z  głową  na  jego 

ramieniu. Tak oto udało jej się przetrwać pierwszy dzień oczekiwania. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Gdy  obudziła  się  następnego  ranka,  wciąż  czuła  w  sercu  ból.  I  paraliżujący  strach.  Na 

szczęście była w stanie nad nim zapanować. Leżała we własnym łóżku. Lee musiał przynieść ją do 

sypialni.  Rozejrzała  się  półprzytomnie  i  w  końcu  go  dostrzegła.  Stał  obok  toaletki  i  wkładał 

zegarek. 

- Dzień dobry - powiedział, podchwyciwszy w lustrze jej spojrzenie. 

Próbowała odpowiedzieć uśmiechem na jego uśmiech, ale wypadło to raczej blado. 

- Jak się czujesz? - zapytał, siadając na łóżku. 

- Nieźle. 

Wziął ją za rękę i zaczął delikatnie gładzić. 

- Muszę wstać i wyszykować chłopców do szkoły... 

- Już ich odwiozłem. 

background image

 

100 

- Odwiozłeś ich? Ale... 

-  O  nic  się  nie  martw.  Dałem  im  śniadanie  i  przypilnowałem,  żeby  się  umyli  i  porządnie 

ubrali. 

Kiwnęła głową, ale po chwili powiedziała głucho: 

- Sąsiedzi niedługo się zorientują, że z tobą sypiam. 

- I co z tego? 

- Nic. Nie obchodzi mnie, co sobie o mnie pomyślą. Chodzi mi tylko o dzieci. 

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie naraziłbym na szwank twojej opinii, ale teraz nie mogę 

zostawić cię samej. 

- Wiem. Lee? 

- Tak? 

- Dziękuję. 

Uśmiechnął się i czule pogładził jej policzek. 

-  Nie  spiesz  się  z  podziękowaniami.  Przed  nami  jeszcze  długa  droga  -  stwierdził.  -  Zaparzę 

kawę, a ty się ubierz. Pamiętasz, że przed nami dzień pracy? 

Gdy  wyszedł,  odrzuciła  przykrycie  i  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Była  naga,  więc  od  razu 

przeniknął ją poranny chłód. Zaskoczyło ją, że nie czuje się skrępowana tym, że Lee rozebrał ją i 

położył  spać.  Wydało  jej  się  to  zupełnie  naturalne  i  pozbawione  erotycznego  podtekstu.  Zupełnie 

jakby znali się i przyjaźnili od wielu lat. Będzie cię to drogo kosztowało, przypomniała sobie. Nie 

szkodzi. W tej chwili nie ma znaczenia, co z nią będzie. Liczy się tylko to, żeby Adam wrócił do 

domu. Pod koniec dnia Bryn poczuła się na tyle spokojna, że wreszcie odważyła się porozmawiać z 

Lee o zagadkowym zachowaniu szantażysty. 

- Wiesz, im dłużej o tym wszystkim myślę, tym mniej z tego rozumiem - przyznała, podając 

mu kubek herbaty. - Facetowi powinno zależeć, żeby odzyskać te zdjęcia jak najszybciej, prawda? 

Przecież możemy je dokładnie obejrzeć. 

- Ja też się nad tym zastanawiałem - odparł, otaczając ją ramieniem. - Jestem pewny, że drań 

wszystko dokładnie przemyślał. Po pierwsze wie, że dopóki ma Adama, jest bezpieczny. Po drugie 

jest pewny, że na filmach, czy nawet zwykłych odbitkach, niczego nie zauważymy. To, co zostało 

przypadkowo  uwiecznione  na  tych  zdjęciach,  na  pewno  nie  rzuca  się  w  oczy.  Można  to  dostrzec 

dopiero  w  dużym  powiększeniu.  Musiałabyś  ślęczeć  godzinami  w  ciemni,  żeby  wielokrotnie 

powiększyć każde zdjęcie. 

- Czemu więc tak desperacko chce je odzyskać? 

- Bo jest na nich coś, co mu zagraża. A skoro to coś tam jest, może kiedyś zostać wykryte i 

posłużyć za dowód rzeczowy. - Lee upił łyk herbaty, a potem spojrzał na nią i powiedział: - Bryn, 

powinniśmy przenieść się do mnie. 

background image

 

101 

- Przecież to niemożliwe! Co będzie, jak zadzwoni? 

-  Powiedział,  kiedy  się  z  tobą  skontaktuje,  więc  przyjedziemy  tu  i  będziemy  czekali  na 

telefon. Zaufaj mi! Kazałem założyć w domu alarm. Będziemy o wiele bezpieczniejsi. 

- Sama nie wiem. Chłopcy...- Będą zachwyceni. Nie zapominaj, że mam duży basen! 

- Ale... 

- Bryn, wiesz, że mam rację. Nie bądź uparta. Milczała, więc mówił dalej: 

-  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  którą  powinniśmy  zrobić.  Dirk  Hammarfield  poprosił,  żebyśmy 

zagrali  w  sobotę  na  przyjęciu.  Miałem  zamiar  odrzucić  zaproszenie,  ale  zmieniłem  zdanie. 

Chciałbym, żebyś przyszła tam razem z Barbarą. Może uda nam się coś wywęszyć. 

-  Czyś  ty  oszalał?  Chcesz  narazić  Adama  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo!  -  zawołała 

poruszona. 

- Wcale nie oszalałem! - zaprotestował. - Nie ruszymy tych cholernych zdjęć, dopóki Adam 

nie  wróci.  Będziemy  postępowali  tak,  jak  chce  szantażysta.  Ale  w  końcu  będziemy  musieli 

dowiedzieć  się,  kim  on  jest  i  co  takiego  zrobił.  Chyba  nie  chcesz  bać  się  do  końca  życia,  że 

któregoś dnia znów cię dopadnie? A jeśli to sprawka Hammarfielda? Dopuścisz do tego, żeby taki 

łajdak został senatorem? Poza tym chyba lepiej, żebyś poszła między ludzi, niż siedziała w domu i 

zadręczała się na śmierć. 

- A co z chłopcami? Przecież nie zostawię ich samych! 

- Zostaną u mnie, pod opieką Marie, mojej gospodyni. To przemiła osoba. Chłopcy na pewno 

ją polubią. 

Bryn  milczała.  Długo  nie  mogła  podjąć  decyzji.  Obawiała  się,  że  nie  podoła  zadaniu,  które 

wyznaczył jej Lee. Miałaby stanąć twarzą w twarz z Hammarfieldem i zachowywać się tak, jakby 

nic  się  nie  stało?  I  w  dodatku  mieć  oczy  i  uszy  otwarte,  bo  a  nuż  uda  jej  się  wypatrzyć  coś 

podejrzanego? To chyba ponad moje siły, uznała. 

Po chwili zmieniła zdanie. Poradzę sobie, postanowiła twardo. Początkowo wydawało jej się, 

ż

e nie przetrwa tych paru dni oczekiwania, a jednak przetrwała. Powoli uczyła się, że jeśli sytuacja 

tego wymaga, nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. 

Spojrzała  na  Lee,  na  jego  ostry  profil  i  szczupłe  dłonie,  w  których  trzymał  kubek. 

Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  się  na  nią  zdenerwował,  gdy  przypadkiem  przeczytała  tekst 

piosenki. Nie chciała o tym myśleć. Wołała skupić się na tym, jak wiele mu zawdzięcza. Był przy 

niej, ilekroć go potrzebowała. Wspierał ją, pomagał, podtrzymywał na duchu. 

- Idę do łóżka - oznajmiła, dopiwszy herbatę. Wahała się chwilę, a potem zapytała: - Ty też 

idziesz? 

Długo patrzył jej w oczy, po czym skinął głową. Wstał, objął ją i razem weszli na górę. Tym 

razem kochała się z nim tak namiętnie, jakby tej nocy miał się skończyć świat. 

background image

 

102 

Więc  tak  bawią  się  politycy,  pomyślała,  rozglądając  się  po  wielkiej  sali  balowej  hotelu 

Mountain  View.  Eleganckie  wnętrze,  które  obserwowała  ze  swego  miejsca  przy  stoliku,  robiło 

imponujące wrażenie: w świetle kryształowych żyrandoli lśniła srebrna zastawa stołowa i migotały 

klejnoty  wytwornych  kobiet,  które,  wystrojone  w  futra  i  wieczorowe  suknie,  dumnie  kroczyły  po 

miękkich dywanach u boku przystojnych mężczyzn w smokingach.  

W innej sytuacji Bryn pewnie cieszyłaby się, że tu jest. Dziś jednak była zbyt zdenerwowana i 

zmartwiona,  by  delektować  się  niezwykłą  atmosferą  wieczoru.  Ani  na  chwilę  nie  przestawała 

myśleć o Adamie. Jeszcze tylko jedna noc, i znów będą razem. Musi być cierpliwa. Niebawem coś 

się wydarzy; tryby niewidzialnej maszyny pójdą w ruch, zdarzenia nabiorą tempa. 

Zaczęła  się  rozglądać,  nagle  bardzo  spięta.  Czy  to  możliwe,  by  Dirk  Hammarfield  -  ten 

wiecznie  uśmiechnięty  i  zadowolony  z  siebie  przyszły  senator  -  był  kidnaperem?  W  ciągu  dnia 

wiele  razy  oglądała  stykówki,  ale  zdjęcia  były  zbyt  małe,  by  dojrzeć  szczegóły.  Będzie  musiała 

zaczekać, aż odzyskają Adama, i dopiero wtedy zacznie robić powiększenia... 

Jej  myśli  ułożyły  się  w  natarczywie  powracający  ciąg:  Hammarfield,  hotel  Sweet  Dreams, 

zdjęcia, polityka, Adam! 

-  Bryn!  Przestań  się  tak  gapić.  -  Barbara  kopnęła  ją  pod  stołem  w  kostkę.  -  Wzbudzimy 

podejrzenia! 

Bryn otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na przyjaciółkę. Gdy po południu przyjechała do 

domu, by się przebrać, znalazła w swojej sypialni rzeczy Barbary pomieszane z rzeczami Andrew, 

który zaofiarował się, że będzie pilnował dobytku. 

Nie  miała  pojęcia,  że  tych  dwoje  coś  łączy.  Od  zniknięcia  Adama  ledwie  cokolwiek 

dostrzegała. Dlatego odkrycie, iż Barbara i Andrew mają romans, nie tyle ją zszokowało, co raczej 

zdziwiło. Nie pytała jednak o nic, uznała bowiem, że nie ma prawa wtrącać się w prywatne sprawy 

przyjaciółki. Obie będziemy leczyły złamane serca, pomyślała. 

- I co o tym myślisz? - zagadnęła ją nagle Barbara. Lee i Andrew poszli przygotować się do 

występu, więc zostały same przy stoliku. 

- Myślę, że za pieniądze, które poszły na tę galę, można by załatać dziurę w budżecie państwa 

- szepnęła. 

Barbara roześmiała się nerwowo. 

- Nie o to pytam - odszepnęła. - Chodzi mi o naszego przyszłego kongresmana. Myślisz, że 

jest szantażystą? 

Bryn  poczuła  na  plecach  nieprzyjemny  dreszcz.  Czy  to  możliwe,  by  ten  sympatyczny 

mężczyzna,  który  właśnie  skończył  przemawiać,  okazał  się  zimnym  draniem,  zdolnym  porwać  i 

uwięzić małego chłopca? 

Nie wyglądał na złoczyńcę. 

background image

 

103 

- Sama nie wiem, Barb - przyznała szczerze. - Ale raczej nie chce mi się wierzyć, że mógłby 

zrobić coś takiego. Ma zbyt wiele do stracenia. 

- Tacy są najgorsi. Cicha woda! - Barbara uśmiechnęła się cierpko. 

- Nie chcę o tym rozmawiać. I bez tego okropnie się denerwuję. - Bryn nie próbowała udawać 

odważnej. 

- Jeśli nie o tym, to o czym? 

- O tobie i Andrew - wypaliła bez zastanowienia. 

Barbara uśmiechnęła się szeroko. 

- Andrew jest cudowny! - rozpromieniła się, wcale nie speszona pytaniem. - Czuły, wrażliwy, 

seksowny - wyliczała z entuzjazmem. - I co najważniejsze, woda sodowa w ogóle nie uderzyła mu 

do głowy. 

Bryn słuchała jej, bawiąc się pałeczką do mieszania drinków, którą miała w swoim dżinie z 

tonikiem.- A między wami... to coś poważnego? - zapytała. 

- A skąd ja mam wiedzieć? - Barbara uśmiechnęła się beztrosko. - Przecież ledwo się znamy! 

- Wiem, ale myślałam, że skoro dwoje ludzi lubi się na tyle, żeby... 

- To zaczynają iść razem pewną drogą i patrzą, dokąd ich zaprowadzi. 

- Nigdy nie masz żadnych obaw? - zapytała Bryn. 

- Zależy ci na Lee, prawda? 

-  Czy  ja  wiem...  Nie,  to  bez  sensu.  Nie  będę  cię  okłamywała.  Tak,  zależy  mi  -  przyznała 

cicho.  -  Tak  krótko  go  znam,  niewiele  o  nim  wiem.  Zwłaszcza  jego  przeszłość  jest  dla  mnie 

zagadką. Dlatego czuję się niepewnie. 

Barbara zamierzała coś powiedzieć, ale umilkła, widząc, że pod sceną zaczął się ruch. W tej 

samej  chwili  Dirk  Hammarfield  pochylił  się  nad  mikrofonem  i  zapowiedział  występ  grupy  Lee 

Condora;  kurtyna  rozsunęła  się  i  rozległo  się  mocne  uderzenie  perkusji,  rozpoczynające  rockową 

balladę z pierwszej płyty zespołu. 

Ponieważ  na  przyjęciu  wymagane  były  stroje  wieczorowe,  chłopcy  włożyli  smokingi.  Bryn 

po  raz  pierwszy  widziała  Lee  ubranego  tak  elegancko.  Prezentował  się  znakomicie;  biała, 

marszczona na piersi koszula podkreślała jego ciemną karnację i wyraziste rysy twarzy. Patrząc na 

niego, Bryn czuła przyjemny dreszcz, który ogarniał jej ciało. 

Zawsze będę miała do niego słabość, przyznała uczciwie. Zakochałam się jak ta idiotka i nie 

będę umiała o nim zapomnieć...- Nie lubię filozofować - szepnęła jej Barbara do ucha - ale jak tu 

nie  wierzyć  w  głęboką  mądrość  niektórych  powiedzonek.  Na  przykład  tego,  że  nic,  co  w  życiu 

najlepsze, nie przychodzi łatwo. 

- Zostało jeszcze parę dni zdjęciowych i wideoklip będzie gotowy - zauważyła Bryn trzeźwo. 

- A ty już się martwisz, że Lee zniknie równie niespodziewanie, jak się pojawił? Nikt ci nie 

background image

 

104 

zagwarantuje, że tak się nie stanie. - Barbara była realistką. - Aleja mam oczy i widzę, że Lee jest 

tobą zainteresowany. 

Bryn skrzywiła się lekko. 

- Może czuje się odpowiedzialny za to, co się stało... 

Barbara prychnęła. 

-  No  wiesz!  Ty  chyba  w  ogóle  nie  znasz  faceta,  z  którym  śpisz!  Odpowiedzialność 

odpowiedzialnością, ale gdyby nie chciał z tobą być, tyle byś go widziała! Poza tym nawet ślepy by 

zauważył, że nie możecie oderwać od siebie oczu. 

- Mhm - burknęła Bryn. Właśnie miała wygłosić stosowną ripostę, gdy nagle poczuła, że ktoś 

lekko klepie ją w ramię. Za jej plecami stał Dirk Hammarfield. 

- Jak się panie bawią? 

Bryn niemal krzyknęła. Gdzie jest Adam! Co z nim zrobiłeś?! Jeśli mi go jutro nie oddasz... 

Co  ja  tu  robię?  Czego  tu  szukam?  -  pytała  bezradnie  samą  siebie,  wpatrując  się  jak 

zahipnotyzowana w plastikowy uśmiech, który nie znikał z twarzy polityka. 

-  Cudowny  wieczór  -  wydukała  po  chwili,  po  czym  ze  zdenerwowania  zaczęła  paplać  jak 

nakręcona: - K-acz-ka była przepyszna. Sosy do sałatek są niezrównane...- Tak, tak. A karczochy? 

W  życiu  nie  jadłam  lepszych  -  wtórowała  Barbara,  której  udzieliło  się  jej  zdenerwowanie.  W 

efekcie trajkotały jedna przez drugą, niezdolne sklecić dwóch sensownych zdań. 

-  Cieszę  się,  że  smakowała  paniom  kolacja.  -  Dirk  Hammarfield  nie  wychodził  z  roli 

uprzejmego  gospodarza.  -  Muszę  powiedzieć,  że  Lee  Condor  wybrał  dla  mnie  piękną  balladę  - 

zauważył, czyniąc gest w stronę sceny. - Mogę prosić panią do tańca, panno Keller? 

- Oczywiście - odparła z równie sztucznym uśmiechem, choć wszystko w niej aż krzyczało: 

nie! 

Ledwie stanęli na parkiecie, pożałowała, że mu nie odmówiła. Jej partner okazał się bowiem 

zwolennikiem  bliskiego  kontaktu  ciał  w  tańcu.  Bryn  usiłowała  dyskretnie  odsunąć  się  na 

bezpieczną  odległość,  ale  szybko  zorientowała  się,  że  niewiele  wskóra,  nie  robiąc  przy  okazji 

skandalu. Co podkusiło Lee, żeby grać takie ckliwe kawałki, zżymała się, wykręcając nienaturalnie 

szyję. 

-  Jak  pańska  kampania?  -  zapytała,  gdy  na  moment  udało  jej  się  oderwać  policzek  od  jego 

ramienia. 

- Wspaniale! - odparł bez chwili wahania.  

Jego dłoń wędrowała po jej plecach, by w czasie nagłego obrotu bezceremonialnie spocząć na 

jej  pośladkach.  Stało  się  to  akurat  w  chwili,  gdy  znaleźli  się  tuż  pod  sceną.  Bryn  nie  miała 

wątpliwości,  że  Lee  wszystko  widzi.  I  że  jest  wściekły.  Ona  też  była  wściekła.  Co  on  sobie 

wyobraża? Że lubi być obmacywana przez obcych facetów? Sam jest wszystkiemu winny. Przyszła 

background image

 

105 

tu za jego namową. 

- Jak się udały zdjęcia? - zagadnął ją Hammarfield. 

- Niestety, nie wiem - skłamała gładko, ignorując nagle przyspieszenie akcji serca. - Zaraz po 

wywołaniu  filmów  oddałam  je  Lee  -  dodała,  mężnie  patrząc  mu  w  oczy.  Ciekawiło  ją,  jak 

zareaguje. 

- Szkoda. - Nie drgnęła mu nawet powieka. - Chętnie bym je obejrzał - stwierdził, patrząc jej 

w oczy. W tym czasie jego ręka zsuwała się coraz niżej. 

Bryn  przeraziła  się,  że  jeszcze  chwila  i  zacznie  się  do  niej  dobierać.  Uśmiechnęła  się  i 

powstrzymała jego dłoń. 

-  A  gdzie  pańska  małżonka?  -  zapytała  niewinnie.  Miała  dość  i  chciała  jak  najszybciej 

skończyć tę farsę. - Jeszcze nie miałam okazji jej poznać. 

Hammarfield  zbladł.  Właśnie  otwierał  usta,  by  coś  powiedzieć,  lecz  nagle  obejrzał  się  za 

siebie. 

-  Odbijany!  -  zawołał  Mike  Winfeld,  stukając  go  w  ramię.  -  Pozwoli  mi  pan  zatańczyć  ze 

swoją partnerką? 

- Oczywiście. Bardzo proszę. - Hammarfield bez protestu odsunął się na bok. 

- Można panią prosić? 

-  Tak.  -  Bryn  z  ulgą  przeniosła  się  w  objęcia  przystojnego  golfisty,  który  nieświadomie 

uchronił ją przed seksualnym molestowaniem na parkiecie. 

- Nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy - zauważył. 

- Ostatnio mam mnóstwo pracy - usprawiedliwiła się. 

- Przy sesjach zdjęciowych z udziałem gwiazd? 

- Nie, na planie nowego teledysku Lee Condora. Jestem tancerką. 

- To widać! - stwierdził z uznaniem.- Jak idzie gra? 

-  Dziękuję,  nie  narzekam.  Od  czasu  do  czasu  trafia  się  na  bunkier,  ale  zawsze  udaje  się  z 

niego jakoś wyjść. Kiedy znajdzie pani czas, żeby mnie sfotografować? 

- Jeszcze nie wiem. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - Najpierw muszę skończyć pracę dla 

Lee. 

- Szkoda... - Westchnął, robiąc gwałtowny zwrot.  

Bryn zorientowała się, że wpadła z deszczu pod rynnę; 

Mike Winfeld kleił się do niej tak samo jak Hammarfield i miał tak samo „wędrujące” dłonie. 

Tyle że w odróżnieniu od polityka był niezwykle szybki; ledwie nadążała z robieniem uników... 

Co za szczęście, że granie jest dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie, pocieszał się 

Lee.  Dzięki  temu  w  czasie  koncertu  mógł  błądzić  myślami,  gdzie  tylko  chciał.  Cholera!  Tak 

naprawdę nigdzie nie błądził, tylko bez przerwy obserwował Bryn! 

background image

 

106 

Skręcał  się  z  zazdrości,  widząc,  jak  tańczy  z  Hammarfieldem,  a  potem  z  golfistą.  Miała  na 

sobie  czarną  jedwabną  sukienkę,  która  wspaniale  podkreślała  jej  figurę.  W  jej  płynnych  ruchach 

była niezwykła lekkość i gracja. W tańcu była oszałamiająco piękna. 

I czego tak się na nią gapisz, idioto! Skup się na tym, co robisz, napominał samego siebie. A 

jednak nie mógł oderwać od niej oczu. I nie był w stanie opanować zazdrości. Ona nie jest twoją 

własnością,  tłumaczył  sobie.  Mimo  to  czul  się  tak,  jakby  należała  wyłącznie  do  niego.  Był  nią 

urzeczony.  Odkąd  poznał  jej  wspaniałe  ciało,  nie  mógł  znieść,  że  inni  mężczyźni  dotykają  jej...w 

taki  sposób.  Gdy  na  to  patrzył,  budziła  się  ciemna  strona  jego  natury.  Ta  nieokrzesana  i  dzika.  I 

bardzo  dobrze!  -  pomyślał  mściwie.  Z  całych  sił  uderzył  w  talerze  i  wyśpiewał  ostatnie  słowa 

piosenki. 

Prawie  nie  słyszał  ogłuszających  braw.  Żałował,  że  przyjął  zaproszenie  Hammarfielda.  Jak 

dotąd nie wydarzyło się nic godnego uwagi. A czego się właściwie spodziewał? Ze wydarzy się coś 

istotnego.  Tymczasem  nie  stało  się  nic.  Oczywiście  nie  licząc  faktu,  że  był  tak  wściekły  i 

podminowany, iż w każdej chwili mógł wybuchnąć. 

- Hammarfield zainteresował się zdjęciami - powiedziała Bryn, gdy jechali do domu.  

Lee nie zareagował. 

- Czy ty mnie słuchasz? Powiedziałam, że Hammarfield pytał mnie o zdjęcia. 

- Słyszałem. O co jeszcze cię pytał? 

- Proszę? - Zdumiał ją jego nieprzyjazny ton. 

- Pytałem, co jeszcze mówił. 

- Nie pamiętam - odparła, nie pojmując, skąd w nim ta nagła wrogość. 

- Nic dziwnego. Trudno skupić się na słowach, jak się obściskuje z facetem. 

- Obściskuje! Nie moja wina, że ten kretyn tak się zachowywał! - oburzyła się. 

- Jasne. Ale jakoś nie przyszło ci do głowy, żeby go odepchnąć. 

- Wyobraź sobie, że przyszło! 

- Zabawne. Odczułem na własnej skórze, jaka potrafisz być skuteczna, gdy nie masz ochoty 

na czyjeś amory. A co z mistrzem golfa? 

- Z Mikiem Winfeldem? 

- Tak się nazywa? 

-  Posłuchaj,  Lee!  Nie  wiem,  co  cię  dzisiaj  ugryzło,  ale  nie  zamierzam  słuchać  twoich 

impertynencji!  To  ty  mnie  zaciągnąłeś  na  tę  imprezę  i  kazałeś  szpiegować  Hammarfielda.  Ty...  - 

Ugryzła  się  w  język,  bo  nie  chciała  zniżyć  się  do  rzucania  wyzwiskami.  Jednak  wściekłość  i 

zmęczenie wzięły górę nad rozsądkiem. - Ty draniu! Zastanawiałeś się, jak się czułam?! Ten łobuz 

może przetrzymywać Adama! Jest ostatnią osobą, z którą chciałabym mieć cokolwiek wspólnego! 

- A co z Winfeldem? 

background image

 

107 

- Odczep się! 

- Mówiłaś, że lubisz golfistów. 

Ogarnęło ją znużenie. Nie czuła się na siłach ciągnąć tej bezsensownej rozmowy. Przełknęła 

łzy i z premedytacją postanowiła zranić go tak boleśnie, jak on ją. 

-  Owszem,  mam  słabość  do  golfistów!  A  tobie  nic  do  tego!  Już  ci  mówiłam,  żebyś  się  ode 

mnie odczepił! 

- Bryn! - zaczął, po czym burknął: - Niech to szlag! 

Zapanowała  pełna  napięcia  cisza.  Bryn  nie  chciała  już  spać  z  nim  pod  jednym  dachem. 

Widziała, co się z nim dzieje, i obawiała się, że prędzej czy później nastąpi wybuch. 

- Twierdzisz, że wszystko przeze mnie - odezwał się po chwili. - Ale to chyba nie moja wina, 

ż

e musiałem patrzeć, jak jakiś frajer obmacuje kobietę, z którą sypiam! 

- Obmacuje! Idź do wszystkich diabłów! 

Ostro wszedł w zakręt i gwałtownie zahamował na podjeździe przed drzwiami. 

- Tak, obmacuje! - powtórzył z wściekłością.  

Najchętniej rzuciłaby się na niego z pięściami. Był wobec niej wyjątkowo niesprawiedliwy. 

- Nie poszłam na to przyjęcie z własnej ochoty! 

- Ale z ochotą szczerzyłaś zęby do golfisty. Zdawało mi się, że świetnie się bawisz. 

Wyskoczyła  z  samochodu  i,  trzasnąwszy  drzwiami,  ruszyła  do  zaparkowanego  nieopodal 

vana. Jej obcasy wystukiwały szybki, nerwowy rytm. 

- Można wiedzieć, dokąd się wybierasz? - zawołał. 

-  Do  domu!  -  odkrzyknęła,  przetrząsając  torebkę  w  poszukiwaniu  kluczyków.  -  Przygotuję 

wszystko na powrót Adama. Jutro z samego rana przyjadę po chłopców. 

- Wybij to sobie z głowy! Nigdzie nie pojedziesz! 

- Doprawdy? A to dlaczego? Dlatego, że jestem „kobietą, z którą sypiasz”? Nie jestem twoją 

własnością. Nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Poza tym już raz byłam dziś „obmacywana” 

i wystarczy! Chcę spać we własnym łóżku! 

Znalazła kluczki, ale wiedziała, że i tak nie zdąży otworzyć samochodu. Za plecami słyszała 

chrzęst żwiru i zbliżające się szybko kroki. Lee zaraz ją dopadnie. Przestraszyła się jego złości. W 

tej  samej  chwili  poczuła  na  ramieniu  jego  żelazny  uścisk.  Siłą  obrócił  ją  w  swoją  stronę  i  zaczął 

mówić, akcentując każde słowo: 

- Bryn, nawet gdybym cię nienawidził i tobą pogardzał, i tak nie pozwoliłbym ci odjechać. Po 

prostu  nie  wolno  ci  tego  robić.  A  teraz  bądź  rozsądna,  przestań  się  awanturować  i  natychmiast 

wejdź do domu! 

- Patrzcie go! Odezwał się rozsądny! 

-  Sama  tego  chciałaś!  -  syknął  i  bezceremonialnie  zarzucił  ją  sobie  na  ramię.  Zaczęła  mu 

background image

 

108 

wymyślać i okładać go pięściami, ale nic sobie z tego nie robił. Wniósł ją do środka i dopiero tam 

postawił na ziemi. 

- Nie będziesz mi rozkazywał! -  Zacisnęła pięści i ruchem głowy odrzuciła do tylu włosy. - 

Wyjdę stąd, kiedy sama zechcę! 

- Zostaniesz tu, dopóki nie rozwikłamy zagadki. 

- Mam gdzieś twoje zagadki! Jutro odzyskam Adama i koniec z tym! Nie obchodzi mnie, kto 

za tym stoi. 

- Ale mnie obchodzi. Nie zapominaj, że jestem stroną w tej sprawie. I bardzo nie lubię, kiedy 

ktoś próbuje mnie zastraszyć. Dlatego jeszcze raz ci mówię, że cię stąd nie wypuszczę - oznajmił. - 

Nie  przyłożę  ręki  do  czyjejś  zbrodni  ani  twojego  samobójstwa.  Nie  chcę,  żeby  dotarła  do  mnie 

wiadomość o twoim tragicznym końcu. Nie mam zamiaru do końca życia zadręczać się pytaniem, 

czy mogłem temu jakoś zapobiec! Więc nie zachowuj się jak małe dziecko, chyba że chcesz, żebym 

potraktował cię jak rozkapryszoną smarkulę. 

Wiedziała, że z nim nie wygra. 

- W porządku, Lee. Doceniam twoją pomoc - rzekła pojednawczo, ale podświadomie dążyła 

do  konfrontacji.  -  Odzyskamy  Adama,  potem  obejrzymy  te  zdjęcia,  ale  na  tym  koniec.  Wiem,  że 

powinnam mdleć ze szczęścia, że taka gwiazda jak ty zaszczyciła mnie swoją uwagą, aleja już raz 

przerabiałam ten scenariusz. I wiem, że to nie dla mnie. A teraz idę spać. Sama. 

Wysłuchał  jej  przemowy  w  milczeniu.  I  tylko  jej  się  przyglądał.  Gdyby  nie  gwałtowne 

pulsowanie tętnicy na jego szyi, w ogóle nie byłoby  widać, że jest wzburzony.  Bryn uśmiechnęła 

się cierpko i odwróciła się, żeby pójść na górę. Pokonała zaledwie kilka stopni, kiedy chwycił ją za 

rękę. Tym razem w ogóle nie słyszała, jak się zbliża. Przestraszona krzyknęła. To, co wydarzyło się 

potem,  wyglądało  jak  scena  z  teledysku,  którą  powtarzali  setki  razy.  Bryn  obróciła  się  i  wpadła 

prosto w jego ramiona. 

- Lee! Ja nie żartuję! - Szarpnęła się, ale wobec jego siły nie miała żadnych szans. - Nie chcę 

z tobą spać! 

- Nie krzycz! Obudzisz Marie i chłopców. I nie udawaj niedotykalskiej tylko dlatego, że boisz 

się ostrej wymiany zdań! - mówił, ciągnąc ją za sobą na górę. 

- Jakiej znowu wymiany zdań?! To ty wygłaszałeś obraźliwe uwagi i nawet nie pozwoliłeś mi 

się bronić. Bronić się! Co ja wygaduję! To jakaś farsa! Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Byłam 

głupia, że w ogóle... 

Nie  dokończyła.  Zamknął  jej  usta  pocałunkiem,  w  którym  złość  mieszała  się  z  czułością. 

Bryn  nie  miała  dość  sił,  by  się  wyrwać.  Zresztą  nie  była  już  pewna,  czy  chce.  Pożądanie 

przepłynęło przez nią jak wezbrana rzeka, która znosi wszystkie przeszkody, jakie napotka na swej 

drodze. 

background image

 

109 

Lee bezceremonialnie popchnął ją na łóżko. 

-  Chyba  nie  słyszałeś,  co  powiedziałam.  -  Urażona,  walcząc  z  przeciwstawnymi  uczuciami, 

spróbowała pozbierać się i usiąść. 

Lee  nadal  nie  słuchał.  Zdjął  marynarkę  i  cisnął  ją  w  kąt,  po  czym  rozpiął  spinki  od 

mankietów. Po chwili koszula pofrunęła za nią i w świetle księżyca błysnęła naga skóra. 

- Co ty wyprawiasz? - zapytała zdumiona. 

- Rozbieram się. 

- Po co? 

- Po to, żeby pójść do łóżka z kobietą, z którą je dzielę - oznajmił, po czym spokojnie zdjął 

resztę ubrania. 

Nie  pierwszy  raz  widziała  go  nagim,  a  jednak  widok  jego  pięknego  ciała  nieodmiennie 

wprawiał  ją  w  zachwyt.  Kiedy  powoli  ruszył  w  jej  stronę,  zapomniała  o  przykrościach,  które  jej 

sprawił. A potem zupełnie straciła głowę. 

- Lee... - Jego delikatny dotyk błyskawicznie obudził w niej pożądanie, mimo to postanowiła 

nie  poddawać  się  bez  walki.  Syknęła  zniecierpliwiona  i  poderwała  się  z  łóżka,  by  natychmiast 

wylądować tam z powrotem. 

-  Ty  mała  idiotko!  -  Pełen  pasji  szept  palił  jej  skórę.  -  Czy  naprawdę  nie  pojmujesz,  jak 

bardzo mi na tobie zależy? Kiedy mężczyzna kocha kobietę, łatwo daje się ponieść emocjom. Traci 

głowę.  Staje  się  wściekły.  Dziki.  Szalony.  Wystarczy,  że  zobaczy  ją  z  innym.  Nie  jesteś  moją 

własnością, ale jesteś moja. Gdy jesteśmy ze sobą, tak jak teraz, tylko my i księżyc... - Wyrzucał z 

siebie  urywane  słowa,  ale  dla  niej  ich  sens  był  jasny  jak  słońce.  Lee  ją  kocha.  Przed  sekundą  to 

powiedział... 

Tylko  czy  na  pewno  wiedział,  co  mówi?  Takie  wyznania  zdarzają  się  mężczyznom,  którzy 

pod wpływem podniecenia gotowi są na wszystko. Krzyknęła, gdy gwałtownym ruchem podciągnął 

jej  sukienkę  i  wcisnął  się  między  jej  nogi.  Wszedł  w  nią  mocno  i  głęboko,  przyprawiając  ją  o 

porażający  dreszcz.  Oszołomiona  wbiła  paznokcie  w  jego  ramiona.  Po  chwili  cala  była 

pragnieniem, w którym złość i ból mieszały się z najczystszym pożądaniem. 

Spełnienie  spłynęło  na  nią  jak  wysoka  fala,  po  której  przyszły  następne,  mniejsze  i 

łagodniejsze.  Kołysana  nimi  wolno  opadła  w  dół.  Wtedy  usłyszała  ochrypły  szept  Lee,  który 

nieprzytomnie  powtarzał  jej  imię.  Nagle  naprężył  się  jak  do  skoku,  a  po  chwili  jego  ciałem 

wstrząsnął  dreszcz.  Objęła  go  mocno,  i  tuląc  do  siebie,  próbowała  odgadnąć,  co  było  prawdą: 

miłość czy złość? Sama nie wiedziała, dlaczego  nagle zaczęła płakać.  Lee natychmiast uwolnił ją 

od ciężaru swojego ciała, objął ją i szepnął z niepokojem: 

-  Boże,  Bryn,  coś  cię  zabolało.  Wybacz,  jeśli  byłem  zbyt  brutalny!  Nie  chciałem,  żeby  cię 

bolało. Przepraszam... Nie bój się mnie. Błagam... 

background image

 

110 

Nie od razu pojęła sens jego słów. Początkowo jedynie wyczuwała jego udrękę, choć zupełnie 

nie  rozumiała  przyczyny.  Zdezorientowana  wysunęła  się  z  jego  objęć  i  spojrzała  mu  pytająco  w 

oczy. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że się ciebie boję? 

Chwilę milczał, ale dla niej to była wieczność. Potem ostrożnie dotknął jej twarzy; palce mu 

drżały, gdy nieporadnie ocierał jej łzy. 

- Dlaczego płaczesz? - wykrztusił. 

- Płaczę, bo... - Zawahała się.  

Chciała powiedzieć mu prawdę; upewnić się, czy naprawdę ją kocha, ale zabrakło jej odwagi. 

I zaufania. Wciąż była ostrożna, nawet wobec niego. A miłość... Przekonała się, że każdy rozumieją 

po swojemu.  

Jeśli  ma  zaufać  Lee,  musi  mieć  niezachwianą  pewność,  że  traktuje  to  uczucie  tak  samo 

poważnie jak ona. I że podziela jej wiarę w miłość, która nigdy się nie wypali. A co najważniejsze, 

musi wiedzieć, że jego uczucia wystarczy również dla trzech małych chłopców. 

Wiedziała, że Lee niecierpliwie czeka, co mu powie. Nawet nie próbował ukryć, jak bardzo 

jest zdenerwowany. Nigdy dotąd nie widziała go w podobnym stanie. 

-  Lee,  przysięgam,  że  wcale  się  ciebie  nie  boję.  Nie  sprawiłeś  mi  bólu.  Ani  dziś,  ani 

wcześniej. Wszystko przez to, że czuję się zmęczona. Przeżyłam jeden z najgorszych wieczorów w 

ż

yciu, a ty na domiar złego zacząłeś się czepiać... 

- Bryn, jeszcze raz cię przepraszam. Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wybaczysz mi? 

-  Oczywiście,  że  wybaczę.  Tylko  czy  możesz  mi  powiedzieć,  dlaczego  tak  się 

zdenerwowałeś? 

Pogłaskał ją po policzku, a potem z ciężkim westchnieniem opadł na poduszkę i wbił wzrok 

w sufit. 

- Kiedyś wszystko ci wyjaśnię, ale nie dziś. - Po chwili zapytał niepewnie: - Czy uważasz, że 

jestem... brutalny? 

Przytuliła twarz do jego ramienia. Nie rozumiała, skąd to dziwne pytanie, ale chciała skrócić 

jego udrękę. 

- Brutalny? Nie... Porywczy, namiętny, silny... owszem, ale na pewno nie brutalny. Łączysz w 

sobie wszystkie żywioły. A ja właśnie tego szukam... 

Przygarnął  ją  mocniej  i  oparłszy  brodę  o  jej  głowę,  w  milczeniu  gładził  jej  włosy.  Po  raz 

pierwszy czuła, że to on szuka w niej oparcia. 

- Opowiedz mi o swojej żonie - poprosiła. 

- Umarła - oznajmił beznamiętnie. 

- Wiem. Chciałabym zrozumieć, co cię boli. 

background image

 

111 

- Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię. Już niedługo.  

Wiedziała, że nie powinna nalegać; sama nie była gotowa otworzyć się przed nim do końca. 

Może z nim jest podobnie. Musi uszanować jego wolę. Być może jego lęki są równie silne jak jej 

własne. Choć mieli sobie tak wiele do powiedzenia, z ich ust nie padło już ani jedno słowo. Długo 

leżeli, patrząc w mrok, aż wreszcie zasnęli. 

Gdy  po  pewnym  czasie  Bryn  obudziła  się,  miejsce  obok  niej  było  puste.  Zaniepokojona 

uniosła  się  na  łokciu  i  rozejrzała  dokoła.  Lee  stał  na  balkonie  i  wpatrywał  się  w  noc.  Księżyc 

oświetlał jego dumny profil i bezlitośnie obnażał smutek malujący się na jego twarzy. 

- Lee! 

- Obudziłem cię. Przepraszam - powiedział, wróciwszy do łóżka. 

- Nieważne. Chciałabym ci jakoś pomóc. Tak wiele od ciebie dostałam... 

- Nie, to ty dałaś mi wszystko. 

Objął ją i spojrzał jej w oczy. Z każdym dniem coraz bardziej jej potrzebuję, a tak niewiele 

brakowało, żebym wszystko zepsuł, pomyślał strapiony. 

- Kochałem się z tobą jak dzikus. Wstydzę się tego. Pozwól mi to naprawić - poprosił. - Chcę 

ci pokazać, że potrafię być delikatny... Pora iść spać - szepnął jej do ucha później, gdy odpoczywali 

utrudzeni miłością. 

Uśmiechnęła się do siebie. Była mu wdzięczna, i to podwójnie. Za to, że nie dał jej czasu na 

myślenie o tym, co ich wkrótce czeka, i za to, że był z nią w chwili najciężej próby. 

Naprawdę ma za co mu dziękować. 

 

 
 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Była  niezdrowo  pobudzona;  mimo  nieprzespanej  nocy  w  ogóle  nie  czuła  zmęczenia.  Odkąd 

otworzyła  oczy,  myślała  tylko  o  jednym:  dziś  niedziela,  za  kilka  godzin  wreszcie  odzyskam 

Adama! Choć wiedziała, że to absurd, niecierpliwie czekała na telefon od porywacza. Podejrzewała, 

ż

e gdy znów usłyszy jego glos, z wdzięczności chyba padnie na kolana. Musiała przyznać, że ten 

ktoś doskonale ją rozpracował. Od początku budował napięcie, które niemal ją zniszczyło. Gdyby 

nie Lee, chyba nie przetrwałaby tych kilku ciężkich dni. 

Była  siódma  rano,  kiedy  energicznie  poderwała  się  z  łóżka  i,  ubrawszy  się,  zbiegła  na  dół. 

Wcześniej  ustalili,  że  Marie  zajmie  się  chłopcami  jeszcze  przez  kilka  godzin,  a  o  jedenastej 

zawiezie ich do domu Bryn. 

Marie  przygotowała  śniadanie,  ale  Bryn  nie  była  w  stanie  przełknąć  ani  kęsa.  Niecierpliwie 

background image

 

112 

czekała na Lee, a kiedy wreszcie wszedł do kuchni, nawet nie pozwoliła mu wypić spokojnie kawy. 

Niemal od razu wyszli i pojechali prosto do niej. Po drodze prawie ze sobą nie rozmawiali - zżerały 

ich nerwy, więc woleli nie ryzykować awantury. 

Gdy  dotarli  na  miejsce,  Bryn  w  pierwszym  odruchu  chciała  biec  prosto  do  mieszkania.  Na 

szczęście w porę przypomniała sobie, że w środku są Barbara i Andrew. Postanowiła uszanować ich 

prywatność i zamiast od razu wejść, zaczęła nerwowo dzwonić do drzwi. 

- Bryn, opanuj się! - Lee położył dłoń na jej ramieniu. - Ten drań powiedział, że zadzwoni o 

dziewiątej, a jest dopiero ósma. Mamy jeszcze dużo czasu. 

- Nie mogę się nie denerwować. Nie masz pojęcia, co czuję! - odparowała. 

- Wyobraź sobie, że mam. I nadal uważam, że źle zrobiliśmy, nie zawiadamiając policji. 

- Nieprawda! Ci barbarzyńcy mogli zrobić krzywdę Adamowi! 

- A ty mogłaś go odzyskać już cztery dni temu! 

-  Wiem,  że  nic  mu  się  nie  stało!  Wszystko  będzie  dobrze!  Musi  być  dobrze!  -  zawołała 

histerycznie. 

W  tym  momencie  w  uchylonych  drzwiach  pojawiła  się  Barbara.  Widząc,  co  się  dzieje,  bez 

słowa  wpuściła  ich  do  środka.-  Zrobię  kawy  -  powiedziała,  zerkając  na  zegarek.  -  To  będzie 

wyjątkowo długa godzina. 

Nie myliła się. W miarę upływu czasu napięcie rosło, a nerwowość Bryn szybko udzieliła się 

wszystkim.  Próbowali  nie  wchodzić  sobie  w  drogę,  bo  w  tak  ekstremalnych  warunkach  łatwo 

mogły komuś puścić nerwy. 

Punktualnie o dziewiątej zadzwonił telefon. Bryn chwyciła słuchawkę, zanim rozległ się drugi 

dzwonek. 

-  Brawo,  panno  Keller.  Widzę,  że  nie  lekceważysz  moich  słów.  Masz  dla  mnie  to,  o  co 

prosiłem? 

-  Tak,  tak!  Mam  wszystko.  Filmy  i  stykówki.  Niczego  nie  ruszałam.  Kiedy  oddasz  mi 

Adama? - zapytała błagalnie. 

Odpowiedział jej ochrypły śmiech. 

- Daj mi Condora - rozkazał glos. 

- Nie! Umawialiśmy się, że załatwisz tę sprawę ze mną. Oddaj mi Adama! Proszę cię... 

- Daj mi Condora! - Szantażysta był nieugięty. 

-  Oddaj  nam  dzieciaka!  -  Lee  sam  przejął  od  niej  słuchawkę.  -  I  to  zaraz,  bo  jak  nie,  to 

przyjrzymy się uważnie twoim zdjęciom! 

-  Spokojnie,  Condor!  Dostaniecie  go.  Wszystko  w  swoim  czasie.  Jak  go  wypuszczę, 

zadzwonisz do automatu, który jest w holu i powiesz pannie Keller, żeby zostawiła zdjęcia i wyszła. 

I radzę, żeby nie kręcił się przy niej żaden tajniak! Żadnych sztuczek, Condor. Chyba jesteś na tyle 

background image

 

113 

inteligentny, że nie muszę tego dwa razy powtarzać. 

-  Żadnych  sztuczek  -  zgodził  się  Lee.  -  Ale  nie  chcę  być  w  twojej  skórze,  jeśli  coś  nie 

wyjdzie...-  Z  mojej  strony  na  pewno  nie  będzie  wpadki.  A  teraz  powiedz  swojej  pani,  żeby  się 

zbierała - polecił szantażysta i natychmiast się rozłączył. 

- I co?! - zapytała Bryn. - Co ci powiedział? 

- Że masz już jechać do hotelu - odparł posępnie. 

-  Dzięki  Bogu!  -  zawołała  z  ulgą,  po  czym  zmierzyła  go  podejrzliwym  spojrzeniem.  -  Lee, 

tylko nie próbuj działać na własną rękę. Masz tu zostać. 

-  Wiem.  Nigdzie  się  stąd  nie  ruszę  -  przyrzekł  niechętnie.  -  Andrew,  zadzwoń  do  biura 

numerów i dowiedz się o numer automatu w holu hotelu - poprosił. - A ty, Bryn, jak dojedziesz do 

Mountain View, daj kluczyki portierowi. Niech zaparkuje twój samochód, a ty idź prosto do lobby i 

czekaj  na  telefon.  Potem  zostaw  zdjęcia  i  od  razu  wracaj.  Niech  portier  przyprowadzi  twój 

samochód. Mówię poważnie, Bryn. Nie kuś losu. Staraj się cały czas być wśród ludzi. Obiecujesz, 

ż

e będziesz ostrożna? 

Z roztargnieniem pokiwała głową. 

- Jadę - szepnęła. 

Lee i Andrew wymienili nerwowe spojrzenia. 

- O niczym nie zapomniałaś? - zapytał Lee. 

- Chyba nie... 

- A zdjęcia? - powiedział cicho, podając jej kopertę. 

- Dziękuję... - Przełknęła nerwowo ślinę. 

- Bryn, ja nie żartuję. Musisz się opanować, albo ta historia skończy się jakimś nieszczęściem. 

Jak chcesz w takim stanie usiąść za kierownicą? 

- Wezmę się w garść - obiecała skruszona. Pocałował ją lekko w usta, i poczuła się pewniej. 

Zupełnie  jakby  tym  pocałunkiem  przekazał  jej  część  swojego  zdecydowania  i  mocy.  Pokrzepiona 

uwierzyła, że podoła zadaniu. 

- Do zobaczenia - powiedziała i pchnęła drzwi. Dojazd do celu nie zajął wiele czasu, ale dla 

niej te dwadzieścia minut to była wieczność. Zamiast zgodnie z obietnicą daną Lee trzymać nerwy 

na wodzy, coraz bardziej się nakręcała. W głowie kołatała jej jedna uparta myśl: co będzie, jeśli coś 

im nie wyjdzie? 

Doprowadziła  się  do  takiego  rozstroju  nerwowego,  że  gdy  zatrzymała  się  przed  eleganckim 

wejściem  do  hotelu,  była  roztrzęsiona.  Dzwoniły  jej  zęby  i  drżały  kolana.  Gdyby  nie  pomoc 

uprzejmego  portiera,  który  z  wprawą  otworzył  drzwi  i  pomógł  jej  wysiąść,  chyba  by  upadla. 

Podziękowała mu nieskładnie i odeszła, nie czekając na bilet parkingowy. 

- Halo, proszę pani! A kwit? - zawołał za nią. 

background image

 

114 

- Przepraszam, zapomniałam - jęknęła. 

-  Nic  nie  szkodzi.  -  Uśmiechnął  się,  ale  wyraz  jego  poczciwych  oczu  powiedział  jej,  że 

uważają za stukniętą turystkę, która chodzi z głową w chmurach. 

Hotel przeżywał istny najazd gości. W obszernym holu kłębił się spory tłum. Lawirując wśród 

ludzi,  Bryn  poszła  prosto  do  dużej  czerwonej  sofy  ustawionej  naprzeciw  ogromnego 

panoramicznego  okna,  za  którym  widać  było  bujną,  starannie  utrzymaną  zieleń.  Obok  sofy 

dostrzegła stylową budkę telefoniczną z nowoczesnym automatem. 

Siadając, spojrzała na wielki zegar wiszący nad recepcją. Za dziesięć dziesiąta. Musi uzbroić 

się w cierpliwość. Ze zdenerwowania zaczęła się pocić, więc drżącymi rękami sięgnęła do torby po 

chusteczkę. Osuszyła czoło i dłonie, po czym znów zerknęła na zegar. Minęły dwie minuty. 

Dla zabicia czasu zaczęła obserwować ludzi. Biznesmeni ze swymi nieodłącznymi neseserami 

kręcili się pojedynczo lub w grupach. Nieco dalej trzy poważne matrony rozprawiały z przejęciem o 

wyczynach  swoich  mężów  na  polu  golfowym.  Obok  nich  stał  samotny  mężczyzna  w  prochowcu. 

Przyjrzała  mu  się  uważnie,  gdyż  miał  zdumiewająco  sterczące  czarne  włosy  i  groteskowo 

podkręcone wąsy. 

W  pewnej  chwili  usłyszała  za  sobą  ciężkie  kroki.  Poczuła,  jak  z  przerażenia  jeżą  jej  się 

delikatne  włoski  karku.  Dyskretnie  obejrzała  się  za  siebie.  Tuż  za  sofą  przechadzał  się  w  tę  i  z 

powrotem wyjątkowo postawny mężczyzna, sporo wyższy od Lee. 

Nagle  usłyszała  ciche  skrzypnięcie  drzwi.  Natychmiast  spojrzała  w  stronę  wykładanej 

drewnem  kabiny,  w  której  wisiał  telefon.  Ku  jej  przerażeniu  jedna  z  matron  rozsiadła  się  tam 

wygodnie i zaczęła dzwonić. Nie! Dobry Boże, tylko nie to! Do dziesiątej brakuje sześciu minut. A 

kobieta okupująca budkę nie miała zamiaru kończyć rozmowy. 

Bryn  poczuła,  że  ogarnia  ją  rozpacz.  Zacisnęła  palce  na  kopercie  ze  zdjęciami  i  wstała. 

Podeszła  do  kabiny  i  oparłszy  się  o  przeszklone  drzwi,  zaczęła  natarczywie  wpatrywać  się  w 

kobietę. Ta na szczęście zorientowała się, o co chodzi, i szybko zakończyła rozmowę. 

-  Jak  można  być  tak  niewychowanym  -  obruszyła  się,  wychodząc.  -  Przecież  mogła  pani 

skorzystać z innego telefonu. 

Bryn miała tak zaciśnięte gardło, że w odpowiedzi wydala z siebie niezrozumiały pomruk, po 

czym zamknęła się w budce. Od razu spojrzała na zegar: za trzy dziesiąta. 

Do  budki  podszedł  wysoki  mężczyzna,  który  niedawno  tak  bardzo  ją  przestraszył.  Czy  to 

jeden z porywaczy? A może biznesmen, który  za chwilę poprosi, by wyszła, skoro nie korzysta z 

telefonu. Uśmiechnęła się do niego i podniosła słuchawkę. Kiedy odszedł, odwróciła się plecami do 

drzwi i wolną ręką nacisnęła widełki. Udawaj, że rozmawiasz z... Lee, nakazała sobie. 

- Możesz mi powiedzieć, cię ugryzło dziś rano? I co to za idiotyczny pomysł, żeby trzymać 

swoje  kompozycje  w  bieliźniarce  między  ręcznikami!  A  potem  skaczesz  mi  do  gardła,  że 

background image

 

115 

przypadkowo  przeczytałam  jakiś  tekst.  Jesteś  wspaniałym  człowiekiem,  ale  jest  w  tobie  jakaś 

mroczna strona, której się boję. Odchodzę od zmysłów ze strachu, że mnie zostawisz, że odejdziesz 

bez pożegnania... 

Zrobiła pauzę i nerwowo zerknęła na zegar. Dwie po dziesiątej. Boże, gdzie Adam? Dziesięć 

po dziesiątej. Wysoki mężczyzna znów szedł w stronę budki. 

- Lee, ty żałosny sukinsynu! Nie miałeś prawa tak się na mnie wściec. Zwykłe „przepraszam” 

nie  załatwia  sprawy.  Chcę  poznać  twoją  przeszłość.  Chcę  dowiedzieć  się,  jakie  lody  lubisz.  I 

patrzeć,  jak  się  golisz.  Wysłuchiwać  narzekań,  że  znowu  ogoliłam  sobie  nogi  twoją  najlepszą 

maszynką.  Chcę  wiedzieć,  jakie  filmy  ci  się  podobają.  I  przede  wszystkim  chcę  zrozumieć, 

dlaczego czasami jesteś najcudowniejszym facetem pod słońcem, a czasem zamykasz się w swojej 

skorupie i jesteś najeżony i nieprzystępny. Wtedy się ciebie boję, ale i tak nie jestem w stanie ci się 

oprzeć.  Najbardziej  na  świecie  pragnę,  żeby  Adam  już  z  tobą  był...  Chcę  go  wreszcie  przytulić. 

Chcę... 

Telefon wreszcie zadzwonił. Bryn spostrzegła kątem oka, że biznesmen patrzy na nią jak na 

wariatkę. Od dobrych dziesięciu minut gada do słuchawki, a tu nagle rozlega się dzwonek... A niech 

sobie myśli, co chce. 

- Halo! - krzyknęła nienaturalnie wysokim głosem. Tym razem naprawdę odezwał się Lee. 

-  Adam  jest  już  w  domu.  Zostaw  zdjęcia.  Tylko  spokojnie.  Wracaj  na  sofę  i  zostaw  tam 

kopertę,  a potem natychmiast wyjdź z hotelu. Słyszysz,  co mówię? Nie rozglądaj się na boki, nie 

odwracaj się. Idź prosto do wyjścia. 

- Adam naprawdę z tobą jest? Chcę z nim porozmawiać! 

- Bryn! Zostaw zdjęcia i wracaj prosto do domu!  

Jak  we  śnie  wyszła  z  budki  i  dyskretnie  położyła  na  sofie  kopertę.  Potem  skierowała  się  w 

stronę obrotowych drzwi. Wręczyła portierowi kwit parkingowy i o wiele za wysoki napiwek. Po 

chwili siedziała w swoim vanie, zaciskając na kierownicy spocone dłonie. Odjeżdżając, odruchowo 

spojrzała  w  lusterko  wsteczne.  Przed  wejściem  stał  mężczyzna,  którego  widziała  w  holu.  Ten  w 

prochowcu,  z  dziwnie  sterczącymi  włosami  i  idiotycznym  wąsikiem.  Zaczęła  dygotać,  ale 

opanowała się na tyle, by móc prowadzić samochód. 

Do  domu!  Jak  najszybciej  do  domu.  Za  chwilę  wreszcie  zobaczy  Adama!  Szybciej!  No, 

szybciej! 

Jak na niedzielne przedpołudnie na autostradzie panował duży ruch. Bryn przymierzała się do 

zmiany pasa, więc spojrzała w lusterko. Tuż za nią jechał ciemny sedan. Włączyła kierunkowskaz i 

sedan został nieco w tyle. Zjechała na prawo, ale nie wyłączyła kierunkowskazu, gdyż zbliżała się 

do zjazdu z autostrady. 

Adam.  Zaraz  go  zobaczę,  cieszyła  się,  przypominając  sobie  pucołowatą  buzię  i  wielkie 

background image

 

116 

zielone oczy bratanka. Uściska go i wycałuje, a on pewnie będzie wierzgał i uciekał. 

Przyhamowała  i  wjechała  w  schodzący  łagodnym  łukiem  zjazd.  Nagle  poczuła  szarpnięcie, 

usłyszała  dźwięk  tłukącego  się  szkła  i  zgrzyt  trących  o  siebie  blach.  W  ostatnim  przebłysku 

ś

wiadomości  zorientowała  się,  że  w  jej  vana  uderzył  inny  samochód  i  zepchnął  ją  z  jezdni. 

Uderzyła głową o kierownicę. Van zaczął obracać się wokół własnej osi. A może to jej zakręciło się 

w głowie? Nie dowiedziała się, jak było naprawdę. Świat wokół niej utonął w gęstym mroku. 

 

 

Powrót  Adama  wywołał  istny  szal  radości.  Niewiele  brakowało,  a  przestraszony  chłopczyk 

zostałby  uduszony  przez  swoich  stęsknionych  braci,  wzruszoną  Barbarę  i  zdenerwowanego  Lee, 

który starał się zapanować nad chaosem. Zapłakany Adam zapytał o Bryn. 

-  Ciocia  zaraz  tu  będzie  -  uspokajał  go  Lee,  jednocześnie  uciszając  starszych  chłopców, 

którzy koniecznie chcieli się dowiedzieć, o co chodzi w całym zamieszaniu. 

- Powiedz mi, czy wiesz, gdzie byłeś? - zapytał Adama. 

- W domu. 

- A co był za dom? 

- No, dom. Taki normalny. 

- A kto się tobą zajmował? - pytał dalej.  

Adam chwilę się zastanawiał. 

- Mary. Była dla mnie dobra, ale ciągle kłóciła się z takim panem. 

- Z jakim panem? 

- Tym, który nosił czarną maskę. 

- Rozumiem. Potrafisz powiedzieć, jak wygląda Mary? 

- To taka dziewczyna. 

-  Dziewczyna?  Młoda  czy  trochę  starsza?  Z  jasnymi  czy  ciemnymi  włosami?  Chuda  czy 

gruba? 

- Chudziutka. - Adam głośno pociągnął nosem. - I ma czarne włosy. Nie pytaj mnie więcej. 

Chcę do Bryn. 

Lee westchnął. Chyba nikt bardziej niż on nie pragnął, aby Bryn już tu była. Przysiągł sobie, 

ż

e ledwie przekroczy próg, zmusi ją, by zawiadomiła policję. 

- Masz ochotę na lody? - zapytał Adama, głaszcząc go po głowie. 

-  Mamy  czekoladowe,  mówię  ci,  pycha!  -  zachęcał  Brian.-  Chodźcie,  chłopcy!  -  zawołała 

Barbara i spojrzała na Lee, wskazując ruchem głowy ścienny zegar. 

Bryn  powinna  już  tu  być.  Lee  zerknął  na  swój  zegarek.  Od  ich  rozmowy  minęło  ponad 

trzydzieści minut. Zaniepokojony wyjrzał przed dom. Ani śladu vana. 

background image

 

117 

Gdzie  ona  jest,  do  cholery?  Drgnął,  słysząc  donośny  dzwonek  telefonu.  Zdenerwowany, 

biegiem wrócił do kuchni. 

- Słucham? - zawołał, ściskając mocno słuchawkę. 

- Twoja dziewczyna miała mały wypadek. Tylko nie wpadaj w panikę, Condor. Nic wielkiego 

się nie stało. Pomyślałem sobie, że przyjdzie ci do głowy zawiadomić policję. Nie radzę. Ani ona 

nie upilnuje dzieciaków, ani ty nie upilnujesz jej. Słyszysz, co do ciebie mówię? 

Wypadek... wypadek... O czym ten sukinsyn gada? 

- Zapamiętaj sobie, śmieciu! Jeśli coś jej się stało, już nie żyjesz. Możesz zacząć kopać sobie 

grób - prawie krzyczał. 

- Nie będę z tobą dłużej gadał, czerwonoskóry dzikusie. Znaj łaskę pana: odblokuję ci linię, 

bo pewnie zaraz będziesz miał ważny telefon. 

- Lee, co się stało? - zapytała Barbara szeptem. 

- Ten cholerny żartowniś bredził o jakimś wypadku... 

- O wypadku?! Chryste! 

-  Nie  krzycz!  Przestraszysz  chłopców!  Pojadę  do  hotelu  i  spróbuję  się  czegoś  dowiedzieć. 

Odezwę się, jak tylko... 

Urwał w pól zdania, bo znów zadzwonił telefon. Chwycił słuchawkę z taką siłą, że niewiele 

brakowało, a oderwałby aparat od ściany. 

- Słucham? 

- Pan Lee Condor? 

- Przy telefonie. 

-  Mówi  sierżant  McCloskey  z  wydziału  ruchu  drogowego.  Jestem  zmuszony  poinformować 

pana, że na autostradzie miał miejsce wypadek... 

 

Kiedy  otworzyła  oczy,  świat  wciąż  miał  rozmyte  kontury.  Mrugnęła  kilka  razy,  próbując 

odzyskać  ostrość  widzenia.  Najpierw  wyczuła  ruch.  Ktoś  ją  niósł.  Spojrzała  na  ramię,  które 

podtrzymywało jej plecy, i dostrzegła beżowy rękaw. Prochowiec! Serce zamarło jej z przerażenia. 

To on! Mężczyzna z nastroszonymi wąsami, którego widziała w hotelu... 

Zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna chyba nie spodziewał się takiej reakcji. 

-  Uspokój  się  -  powiedział  przestraszony.  -  To  ja,  Andrew.  Musiałem  wyciągnąć  cię  z 

samochodu, bo z baku leje się benzyna. Nie krzycz! Nie poznajesz mnie? Mam na głowie perukę. 

Szarpnij mnie za włosy, to zaraz spadnie. 

Bez namysłu pociągnęła za czarny kosmyk, a potem po jej twarzy zaczął błąkać się uśmiech. 

A więc Lee tak to sobie wymyślił... Pociągnęła za wąsy, które nie bardzo chciały się odkleić. 

- Au! To boli! - wrzasnął Andrew. 

background image

 

118 

Roześmiała  się,  ale  własny  śmiech  słyszała  jakby  z  oddalenia.  Podobnie  jak  odgłos 

samochodów jadących na sygnale. Kolory nagle zblakły, kontury zaczęły się rozmywać, a powieki 

stały się tak ciężkie, że same jej opadły. 

Jestem  w  szpitalu,  stwierdziła,  ocknąwszy  się  po  raz  drugi.  Adam!  Najważniejsze,  że  go 

odzyskali.  Bryn  odetchnęła  z  ulgą.  Najmniejszy  ruch  głową,  nawet  patrzenie,  sprawiały  jej  ból, 

mimo to zaczęła rozglądać się po sterylnie czystej szpitalnej sali. Nagle ze zdziwieniem spostrzegła 

obok swojego łóżka młodą ładną blondynkę pochyloną nad kolorowym pismem. 

Zmarszczyła  brwi.  Nieznajoma  na  pewno  nie  jest  pielęgniarką;  zamiast  fartucha  miała  na 

sobie  różowy  sweterek  i  kolorową  spódnicę.  Musiała  ściągnąć  ją  wzrokiem,  gdyż  blondynka 

uniosła głowę i uśmiechnęła się przyjaźnie. 

- Odzyskała pani przytomność! Doskonale! - ucieszyła się, wstając. - Już biegnę po doktora. 

- Proszę zaczekać! - Bryn poczuła w głowie bolesne pulsowanie. - Kim pani jest? - zapytała, 

zniżając głos. 

- Przepraszam, powinnam była się przedstawić. Nazywam się Gayle Spencer. 

- Gayle Spencer? - To nazwisko nic jej nie mówiło. 

- Lee prosił, żebym przy pani posiedziała - wyjaśniła nieznajoma. 

Doskonale,  stwierdziła  z  irytacją.  Głowa  mi  pęka,  wyglądam  jak  siódme  nieszczęście,  a  ten 

mi przysyła do towarzystwa atrakcyjną blondynkę. 

-  Jestem  siostrą  Lee  -  wyjaśniła  kobieta.  Bryn  ze  zdumienia  otworzyła  szeroko  oczy.  Za  to 

Gayle  musiała  być  przyzwyczajona  do  takich  reakcji.-  Nie,  żadne  z  nas  nie  było  adoptowane  - 

oznajmiła  wesoło.  -  Wyjaśnienie  jest  o  wiele  prostsze.  Lee  jest  bardzo  podobny  do  ojca,  a  ja  do 

matki. 

Bryn próbowała się roześmiać, ale pulsujący ból pod czaszką sprawił, że szybko spoważniała. 

- Gdzie jest Lee? 

- Czaruje pielęgniarki, ale w jak najlepszej wierze - zaznaczyła Gayle. - Nie chcą wpuścić na 

oddział pani małego bratanka, a Lee uparł się, że musi go pani zobaczyć. 

- Adam! - zawołała, zapominając o bolącej głowie. 

- Chcę, żeby do mnie przyszedł! 

-  Przyjdzie  na  pewno!  -  uspokoiła  ją  Gayle.  -  Lee  zawsze  umie  postawić  na  swoim.  Jednak 

pobiegnę po doktora... 

Bryn z ulgą przymknęła oczy. Zaczęła przypominać sobie, co się stało. Zjeżdżała z autostrady 

i wtedy wjechał w nią inny samochód. To chyba był ciemny sedan... 

Tok jej myśli przerwało wejście doktora. 

- Witam panią. Jak samopoczucie? - zapytał, mierząc jej puls. - Jestem doktor Kelten, i jeśli 

pani  pozwoli,  chciałbym  spojrzeć  pani  głęboko  w  oczy.  -  Uśmiechnął  się,  wyjmując  z  kieszeni 

background image

 

119 

cienką latarenkę. - Nie wygląda to najgorzej - stwierdził po chwili. - Miała pani mnóstwo szczęścia. 

Doznała pani lekkiego wstrząśnienia mózgu, więc zatrzymam panią na obserwacji. Mam nadzieję, 

ż

e jutro będziemy mogli puścić panią do domu. 

- Czy nie mogłabym wrócić do domu już dziś...? 

- Raczej nie - odparł. - To się po prostu nie mieści w głowie - syknął zirytowany, przeglądając 

dokumentację.  -  Jak  można  spowodować  wypadek  i  nawet  się  nie  zatrzymać?!  Miała  pani  pecha 

trafić  na  pirata  drogowego.  Policja  chce  panią  przesłuchać,  ale  na  razie  ich  przepędziłem.  Proszę 

leżeć spokojnie i odpoczywać. 

- Dziękuję, doktorze. Mam do pana prośbę. - Spojrzała na niego błagalnie. - Personel nie chce 

do  mnie  wpuścić  moich  bratanków.  Chłopcy  stracili  rodziców.  Naprawdę  bardzo  mi  zależy,  żeby 

mogli tu przyjść i zobaczyć, że nie stało mi się nic złego. 

Doktor Kelten zatrzymał się w drzwiach. 

-  Zaraz  pani  ich  zobaczy  -  oznajmił.  -  Pan  Condor  ma  niezwykłą  silę  sugestii.  Wszystkie 

siostry  z  oddziału  dosłownie  jedzą  mu  z  ręki.  Proszę  jednak,  żeby  wizyta  nie  trwała  za  długo. 

Zgadzam się tylko na kilka minut. No, chyba że nie chce pani wyjść jutro do domu... 

-  Tylko  parę  minut,  doktorze.  Obiecuję!  Lekarz  wyszedł,  zamykając  za  sobą  drzwi,  a  po 

chwili rozległo się ciche pukanie. Do sali wszedł  Lee. Uśmiechnął się do niej, nim jednak zdążył 

coś powiedzieć, Adam wcisnął się do środka. Jej słodki cherubinek z jasnymi lokami! 

- Ciocia Blyn! 

Usiadł na łóżku, więc mogła chwycić go w ramiona. 

- Cześć, skarbie! Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłam! Kocham cię, moje małe słoneczko! 

Bardzo kocham... 

- Ciociu, ale ty wyzdrowiejesz? Obiecujesz? 

-  Obiecuję!  Nie  martw  się,  nic  mi  się  nie  stało.  Twoja  ciocia  jest  taką  straszną  gapą,  że 

pozwoliła, żeby inny samochód jechał za blisko. Nie chciała się rozpłakać, ale nie mogła opanować 

wzruszenia. Tuliła Adama i całowała jego jasną główkę, dziękując Bogu, że wysłuchał jej próśb. Po 

chwili spojrzała na Lee, który w milczeniu przyglądał się ich powitaniu. 

- Dziękuję ci... - szepnęła. 

A  mogła  szepnąć:  kocham  cię.  Bo  to  była  prawda.  Która  właśnie  teraz  spłynęła  na  nią  jak 

objawienie. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

- To nie był wypadek, prawda? 

Lee  nie  odpowiedział.  Stał  przy  oknie,  za  którym  widać  było  dachy  i  linie  wysokiego 

background image

 

120 

napięcia, i wpatrywał się w przestrzeń. Zapadał zmrok, a on nie wychodził. Bryn podejrzewała, że 

postanowił zostać z nią przez całą noc. 

- Lee? 

Podszedł do niej i usiadł na brzegu łóżka. Wziął ją za rękę i z roztargnieniem wodził palcami 

po błękitnych liniach żył. Dopiero po chwili spojrzał jej w oczy. 

- Zanim zadzwonili z drogówki, odezwał się nasz tajemniczy nieznajomy. Twój wypadek to 

było ostrzeżenie, żebyśmy nie zawiadamiali policji. 

Bryn roześmiała się cierpko. 

- Przecież po tym, jak we mnie wjechał, policja sama się nim zainteresuje! 

Lee  wzruszył  ramionami.  Bryn  była  zaskoczona,  gdyż  sprawiał  wrażenie,  jakby  sam  nie 

wiedział, co o tym myśleć. On, który zawsze umiał dopiąć swego! 

-  Miałem  zamiar  cię  namawiać,  żebyśmy  zawiadomili  policję,  ale  teraz  nie  wiem,  czy  to 

dobry pomysł... 

- Sugerujesz, że powinniśmy zapomnieć o całej sprawie? - zapytała z niedowierzaniem. 

-  Oczywiście,  że  nie!  Czy  ty  rozumiesz,  że  jeśli  ten  bandyta  nie  zostanie  złapany,  będziesz 

ż

yła w ciągłym strachu? 

- Wiem. I tym bardziej nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zawiadomić policji! 

- Chcę, ale jeszcze nie teraz - przyznał. -Na razie nic nie wiemy o naszym przeciwniku. Nie 

sądzę, żeby policja była o wiele mądrzejsza. Najpierw sami musimy się dowiedzieć, co jest na tych 

zdjęciach. 

- Zacznę je powiększać, jak tylko mnie stąd wypuszczą - powiedziała zamyślona. 

- Chyba wiem, który film powinien pójść na pierwszy ogień. 

- Ten z hotelem Sweet Dreams w tle? 

- Właśnie! 

- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Hammarfield jest zdolny do czegoś takiego... 

- W życiu zdarzają się rzeczy, które nie mieszczą nam się w głowie - przerwał jej z ciężkim 

westchnieniem. - O wielu brudnych sprawach wolelibyśmy w ogóle nie wiedzieć. Nie mówię, że to 

na pewno Hammarfield, bo nie mam dowodów, ale i tak uważam, że to główny podejrzany. 

Bryn najchętniej zmieniłaby temat, więc uśmiechnęła się ciepło i powiedziała: 

- Nigdy nie wspominałeś, że masz siostrę. 

- Nawet dwie. Sally, najstarsza z nas, skończyła prawo i wróciła w rodzinne strony, do Black 

Hills. Teraz łączy pracę w sądzie z wychowywaniem gromady dzieci. 

- Duża ta gromada? 

- Pięć sztuk. 

-  Sporo.  -  Bryn  zawahała  się.  Chciała  zapytać  o  ładną  blondynkę,  gdyż  jej  nagła  obecność 

background image

 

121 

wydała jej się dziwnie podejrzana. - Gayle mieszka w Tahoe? 

- Nie. - W głosie Lee nie było zwykłej swobody. Bryn od razu domyśliła się, że przeczucie jej 

nie myli. Siostra Lee nie zjawiła się tu bez powodu. 

- Gayle mieszka w Nowym Jorku. - Lee zagryzł usta, po czym wziął ją za rękę i spojrzał jej w 

oczy.  -  Zadzwoniłem  do  niej  w  zeszłym  tygodniu,  zaraz  po  tym,  jak  się  do  mnie  włamałaś. 

Poprosiłem, żeby razem z mężem przyjechała najpierw do Tahoe, a potem wybrała się do naszego 

dziadka. 

- Nic z tego nie rozumiem... 

- Chciałbym, żebyś spokojnie posłuchała, co chcę ci powiedzieć. Gayle i Phil przyjechali tu 

po  to,  żebyś  mogła  ich  lepiej  poznać.  Pomyślałem,  że  byłoby  dobrze,  gdyby  na  jakiś  czas  zabrali 

chłopców w góry, do mojego dziadka. 

- Ty chyba postradałeś zmysły!- Ciszej! Długo musiałem prosić, żeby pozwolili mi tu z tobą 

zostać. Jak będziesz tak wrzeszczeć, zaraz ktoś tu przyjdzie i każe mi iść do wszystkich diabłów. 

-  Lee, przecież wiesz, że nie mogę odesłać chłopców - powiedziała, zniżając glos. -  Ledwie 

zdążyli się do mnie przyzwyczaić. Adam na pewno nie będzie chciał jechać. Będzie się bał, że ktoś 

znowu chce go porwać! 

- Wiem. Musisz go przekonać, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. 

- Wykluczone! Nigdzie go nie puszczę! 

-  Bryn,  uwierz  mi,  wiele  o  tym  myślałem.  Chłopcy  nigdzie  nie  będą  tak  bezpieczni  jak  u 

mojego dziadka. W górach wszyscy się znają. Nikt obcy nie wśliźnie się na naszą ziemię. Poza tym 

chłopcy spędzą tam niezapomniane wakacje. 

- No wiesz! - obruszyła się. 

-  Mówię  poważnie.  Wspaniale  wywiązujesz  się  ze  swoich  obowiązków,  ale  cóż,  jesteś 

dziewczyną - zauważył żartobliwie. - A z moim dziadkiem będą mogli łowić ryby, jeździć konno, 

pływać w jeziorze - wyliczał z entuzjazmem. - A my w tym czasie w spokoju przejrzymy zdjęcia, 

nie martwiąc się, że spotka ich coś złego. Obiecuję ci, że jak tylko skończymy teledysk, pojedziemy 

do nich. I to bez względu na to, czy znajdziemy coś na zdjęciach, czy nie. 

Słuchała go w milczeniu, coraz bardziej przerażona i podniecona. Konsekwentnie mówił: my, 

nas. Jakby byli jednym. Jakby chciał, żeby z nim została. 

-  Bryn...  -  Wziął  ją  za  brodę  i  zmusił,  by  na  niego  spojrzała.  -  Naprawdę  nie  proszę,  żebyś 

odesłała  chłopców,  bo  mi  przeszkadzają.  Wiesz,  że  lubię  dzieci.  Nawet  te,  które  w  restauracji 

rzucają jedzeniem! Chodzi mi wyłącznie o ich bezpieczeństwo. 

- Wierzę ci - powiedziała po chwili. Pocałował ją w czoło. 

-  Cieszę  się.  Nie  musisz  decydować  się  teraz.  Najpierw  powinnaś  spędzić  trochę  czasu  z 

Gayle. 

background image

 

122 

Bez przekonania skinęła głową, wiedząc, że rozstanie z chłopcami będzie wyjątkowo bolesne. 

Jednak w głębi serca czuła, że Lee ma rację. Gdyby chłopcy wrócili z nią teraz do domu, bałaby się 

wystawić  nogę  za  próg,  a  przecież  nie  mogła  zrezygnować  z  pracy,  więc  musiałaby  ich  wozić  do 

przedszkola i szkoły. 

Spojrzała na Lee. Kusiło ją, by zacząć poważną rozmowę. Zapytać o jego przeszłość, o to, co 

stało  się  z  jego  żoną.  Poprosić,  żeby  wytłumaczył,  dlaczego  tak  bardzo  się  zdenerwował,  gdy 

przypadkiem przeczytała jego piosenkę. 

Czyżby ta piękna, nastrojowa ballada miała coś wspólnego z jego zmarłą żoną? Ciekawe, że 

nigdy o niej nie wspominał... W ogóle nie poruszał tematu swego małżeństwa. 

Przymknęła  oczy.  Pomyślała,  że  o  wiele  ważniejsze  od  tego,  co  było,  jest  to,  co  będzie. Co 

dotyczy ich wspólnej przyszłości. O ile istnieje dla nich jakaś przyszłość. Powinna liczyć się z tym, 

ż

e ich związek prędzej czy później się skończy. Wprawdzie Lee powiedział, że ją kocha, ale czasem 

sama miłość to za mało. W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, jednak nie odważyła się ich zadać. 

Lee sięgnął po pilota i zaczął przerzucać kanały, aż trafił na jakiś stary horror i zaczął go oglądać. 

Spędzili miły, spokojny wieczór przed telewizorem. Bryn poczuła się w końcu senna, lecz chciała 

mu jeszcze coś powiedzieć. 

- Lee? 

-Tak? 

- Nie wiem, jak mam wam dziękować... Tobie i chłopcom z zespołu. Zwłaszcza Andrew... 

- Śpij, Bryn. 

Doktor Kelten dotrzymał słowa i następnego dnia wypisał ją do domu. Zanim wyszła, musiała 

jeszcze  porozmawiać  z młodym  policjantem,  który  przyjechał  specjalnie  po  to,  by  ją  przesłuchać. 

Odpowiadając  na  jego  pytania,  zastanawiała  się  nerwowo,  czy  w  świetle  prawa  „przemilczenie” 

pewnych  faktów  jest  traktowane  równie  surowo  jak  składanie  fałszywych  zeznań.  Właściwie 

mówiła prawdę: rzeczywiście nie widziała samochodu, który w nią uderzył, i nie miała pojęcia, kim 

był pirat siedzący za kierownicą... 

Na  szczęście  przesłuchanie  nie  trwało  długo  i  wreszcie  ona  i  Lee  mogli  opuścić  szpital. 

Pojechali do jego domu, gdzie czekali na nich chłopcy, koledzy Lee z zespołu, jego siostra z mężem 

i Barbara. 

Ledwie podjechali pod drzwi, z domu wypadli jej bratankowie i wszyscy na raz zawiśli jej na 

szyi. 

-  Hej,  małe  dzikusy!  Pozwólcie  cioci  wejść  do  środka!  -  mitygował  ich  Lee.  -  Tam 

wskoczycie jej choćby na głowę. 

Kiedy  chłopcy  już  się  nią  nacieszyli,  mogła  spokojnie  przywitać  się  z  dorosłymi.  Poznała 

męża  Gayle,  wysokiego,  dobrodusznego  rudzielca,  jednak  nie  miała  czasu  na  dłuższą  rozmowę, 

background image

 

123 

gdyż chłopcy zażyczyli sobie, by poszła z nimi do studia i posłuchała, jak grają. W rezultacie poszli 

tam  wszyscy  i  zaimprowizowali  sesję  muzyczną,  w  czasie  której  każdy  grał,  na  czym  chciał  i 

potrafił. 

Po kolacji przyszedł czas, by powiedzieć chłopcom, iż jutro wyjeżdżają. Bryn nie wiedziała, 

jak  się  do  tego  zabrać.  Poszła  z  nimi  na  górę,  by  ich  położyć  spać.  Byli  już  w  piżamach,  kiedy 

uznała, że nadeszła pora. 

- Posłuchajcie, mam dla was propozycję - zaczęła ze sztucznym entuzjazmem. - Chcielibyście 

pobawić się w prawdziwych Indian? 

Chłopcy mieli ostatnio aż nazbyt wiele atrakcji. Trzy pary oczu spojrzały na nią podejrzliwie. 

Bryn uśmiechnęła się, ale sama czuła, że nie wypadło to naturalnie. 

-  Gayle  i  jej  mąż  jadą  jutro  w  góry  odwiedzić  dziadka  Lee.  To  prawdziwy  Indianin  - 

podkreśliła. 

- To Lee nie jest prawdziwy? - zapytał Keith.  

Niewłaściwy dobór słów. Błąd, przyznała ze skruchą. 

-  Oczywiście,  że  jest.  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  jego  dziadek  mieszka  w  górach  i  żyje 

tak, jak żyli jego przodkowie setki lat temu. - Chłopcy słuchali bez zainteresowania. - Mieszka w 

wigwamie. Prawdziwym. 

Adamowi  zaczęły  drżeć  usta.  Po  jego  pulchnych  policzkach  popłynęły  łzy.  Jednak  to  Brian 

powiedział głośno to, czego obawiał się jego młodszy brat. 

- Chcesz się nas pozbyć, tak? 

- Ależ skąd! - zawołała. - Pomyślałam, że będziecie mieli ochotę na krótkie wakacje. Adam! 

A ty dokąd! 

Malec zacisnął rączki w pięść i minąwszy ją, pobiegł do holu. Bryn chciała biec z nim, ale w 

drzwiach stanął Lee z wierzgającym chłopcem w ramionach. 

- O co chodzi? - zapytał, przekrzykując Adama. 

- O to, że chcecie nas gdzieś wywieźć! - powiedział Brian oskarżycielsko. 

Bryn  spojrzała  wymownie  na  Lee.  „Zobaczysz,  chłopcy  na  pewno  będę  zachwyceni”, 

zapewniał ją. Optymista! 

-  Chce  pan  się  ożenić  z  naszą  ciocią,  tak?  A  my  panu  przeszkadzamy,  więc  trzeba  się  nas 

pozbyć! - rzucił Brian. 

-  Co  takiego?!  -  zdumiał  się  Lee.  A  potem  postawił  Adama  na  ziemi  i  zaczął  się  śmiać.  - 

Chodź ze mną, Brian - rzekł, wyciągając do niego rękę. - Musimy porozmawiać. 

Bryn miała ochotę zapaść się pod ziemię. Bezradnie patrzyła, jak Brian spogląda nieufnie na 

wyciągniętą dłoń Lee. Jednak po długim wahaniu pozwolił wziąć się za rękę. 

- Jesteś już duży, więc na pewno zorientowałeś się, że ostatnio wydarzyło się kilka dziwnych 

background image

 

124 

rzeczy - zaczął Lee ostrożnie. 

- Tak, proszę pana. 

- Przysięgam, że chodzi mi tylko o to, żebyście byli bezpieczni. Rozumiesz, o czym mówię? 

Brian wpatrywał się w swoje stopy. Naraz podszedł do nich Keith i stanął obok brata. 

- Ja rozumiem - oznajmił z powagą, biorąc Lee za drugą rękę. 

- Jak długo będziemy musieli tam zostać? - Brian wciąż się dąsał.- Niedługo! - zapewnił go 

Lee. - Góra dwa tygodnie. 

- A pana dziadek naprawdę mieszka w wigwamie? 

- Naprawdę!  I pokaże wam mnóstwo fajnych rzeczy. A jak  go ładnie poprosicie, uszyje dla 

was prawdziwe irchowe kurtki. 

- Super! - zawołał Keith. 

Bryn już miała odetchnąć z ulgą, gdy Adam znów zaczął płakać. 

- Skarbie, proszę cię... - powiedziała łagodnie, biorąc go na ręce. - Dwa tygodnie miną bardzo 

szybko i zanim się obejrzysz, znów będziemy razem. I już nigdy się nie rozstaniemy. Daję ci słowo. 

Nie  zrobię  tego,  pomyślała  zgnębiona.  Nie  wyślę  go  samego  z  obcymi  ludźmi.  Z  drugiej 

strony, czy ma wyjście? Ryzyko jest ogromne. Przecież raz już ktoś go zabrał. 

- Chodź, kochanie. Położymy cię do łóżeczka. - Ułożyła się obok niego i długo szeptała mu 

do ucha, że bardzo go kocha i już nigdy go nie zostawi. 

- Obiecujes? - chlipnął.  

Zawsze, gdy był wzburzony, zaczynał seplenić. 

- Obiecuję! 

- Obiecujes? - powtórzył, patrząc na Lee. 

-  Tak  -  odrzekł,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  Kiedy  starsi  chłopcy  położyli  się  do  łóżek,  Lee 

wstał  i  zamierzał  wyjść  z  pokoju.  Zatrzymał  się  jednak  w  progu  i  spojrzał  na  Bryn,  która  leżała 

obok Adama. 

- Zostanę tu jeszcze chwilę - powiedziała. Oboje jednak wiedzieli, że nie ruszy się stąd przez 

całą noc. Zrozum mnie, błagała go w myślach. Nie mogę ich teraz zostawić. Nie miej do mnie żalu, 

ż

e  na  tę  jedną  noc  wybieram  ich  zamiast  ciebie.  Nie  potrafiła  odgadnąć,  o  czym  myślał.  Z  jego 

ciemnych oczu nie dało się nic wyczytać. 

-  Dobranoc  -  rzekł  półgłosem  i  wyszedł,  zgasiwszy  przedtem  światło.  Bryn  nie  mogła  nie 

zauważyć, że światło w łazience zostawił zapalone. Tak samo, jak ona robiła w domu. Przytuliła się 

do Adama, a wolną ręką objęła Keitha, który spal z nim w jednym łóżku. W nocy przyszedł do nich 

Brian,  i  tak  spali  we  czwórkę  do  rana.  Było  im  ciasno,  ale  wszyscy  bardzo  potrzebowali  tej 

bliskości. 

Bryn  nie  pojechała  z  chłopcami  na  lotnisko.  Lee  uznał,  że  będzie  lepiej,  jeśli  zostanie  w 

background image

 

125 

domu.  Jego  zespól  posiadał  prywatny  samolot,  którym  mieli  lecieć  do  Dakoty  Południowej.  Tuż 

przed wyjściem Gayle podeszła do niej i objęła ją serdecznie. 

-  Przysięgam,  że  będę  ich  strzegła  jak  oka  w  głowie  -  obiecała.  -  Mam  jednak  do  ciebie 

ogromną prośbę. 

- Prośbę? - zdziwiła się Bryn. 

- Bądź dobra dla mojego brata. Opiekuj się nim - poprosiła Gayle. - Jesteś pierwszą kobietą 

po Victorii, na której mu zależy.  I to bardzo. Przeżył taką straszną tragedię! Wiem, że niełatwo z 

nim żyć, ale przynajmniej spróbuj, dobrze? 

-  Oczywiście  -  mruknęła,  choć  niewiele  rozumiała.  Nie  zdążyła  jednak  o  nic  zapytać,  gdyż 

Phil podszedł się pożegnać. Bardzo się bała, że Adam w ostatniej chwili się rozpłacze, ale Gayle i 

jej  mąż  mieli  świetne  podejście  do  dzieci  i  umieli  zająć  myśli  chłopca  czymś  innym.  Sprawnie 

zapakowali całą trójkę do wynajętego samochodu i odjechali, machając na pożegnanie. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał Lee, gdy zostali sami. 

-  Znośnie.  Co  teraz,  Sherlocku?  -  zapytała.  Najchętniej  zaniósłbym  cię  prosto  do  sypialni, 

pomyślał, ale dobrze wiedział, że nie pora odgrywać Clarka Gable’a w słynnej scenie na schodach z 

„Przeminęło  z  wiatrem”.  Bryn  jeszcze  nie  doszła  do  siebie  po  rozstaniu  z  chłopcami  i  w  każdej 

chwili mogła się rozpłakać. 

-  Najpierw  pojedziemy  na  plan,  bo  uważam,  że  powinniśmy  wreszcie  się  tam  pokazać.  Od 

razu  zaznaczam,  że  nie  ma  mowy,  żebyś  cokolwiek  robiła.  Będziesz  tylko  oglądała  próbę.  Potem 

zjemy lunch i pojedziemy do ciebie. Co ty na to, mój Watsonie? 

- Będzie, jak pan sobie życzy, szefie. 

- Dlaczego wyczuwam w tym drwinę? 

- Jeśli mamy zabrać się do powiększania zdjęć, muszę kupić papier i odczynniki. Właściwie 

wszystko, bo przecież moje atelier zostało zdewastowane. Tylko jak mam to zrobić, skoro ten drań 

może nas cały czas obserwować? Przecież nie mogę tak po prostu jechać do sklepu fotograficznego. 

- Słuszna uwaga, mój Watsonie - pochwalił ją Lee. - Przygotuj listę potrzebnych rzeczy i daj 

mi klucze do swojego mieszkania. Któryś z chłopaków zrobi zakupy i przywiezie ci je zapakowane 

w torby ze sklepu spożywczego. 

- Drogi Sherlocku, chyba jesteś geniuszem! 

- Chyba? To nie na pewno? 

Spojrzała mu w oczy. 

- Tego jeszcze nie wiem - odparła. 

Tak  jak  ustalili,  po  próbie,  która  tego  dnia  skończyła  się  nieco  wcześniej,  zjedli  lunch  i 

pojechali do niej. 

- Może powinniśmy dać sobie z tym spokój? - powiedziała w pewnej chwili. 

background image

 

126 

- Naprawdę tak myślisz? 

Przypomniała  sobie  o  wszystkich  złych  rzeczach,  które  ją  spotkały.  O  porwaniu  Adama, 

zniszczeniu  ciemni,  wypadku  na  autostradzie.  Bała  się,  ale  gdzieś  w  głębi  serca  czuła  narastającą 

wściekłość.  I  chęć  odwetu.  Nieznany  napastnik  przyparł  ją  do  muru,  a  w  takiej  sytuacji  jedyną 

obroną może być tylko atak. 

- Nie. Musimy przejrzeć te zdjęcia - stwierdziła. 

- A wiesz, co mówi stare indiańskie przysłowie? 

- No? 

- Kiedy kuguar rusza nocą na żer, ofiara musi stać się myśliwym. 

- Mądrze powiedziane. 

- Mamy setki takich powiedzonek. Jak poznasz mojego ojca, na pewno je usłyszysz. 

W  domu  czekali  już  na  nich  Mick  i  Perry.  Bryn  niemal  wybuchła  śmiechem  na  widok 

papierowych  toreb,  z  których  wystawały  bagietki  i  zielenina.  Za  to  na  dnie  znajdowało  się 

wszystko, czego potrzebowała. 

- Biorę się do roboty - oznajmiła. 

- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał Lee. 

- Potrafisz wieszać mokre odbitki? 

- Pewnie! 

- No to się do czegoś przydasz. 

Siedzieli w ciemni do pierwszej w nocy. Do tego czasu zdołali powiększyć sto osiemdziesiąt 

zdjęć. 

-  Wciąż  są  za  małe,  żebyśmy  mogli  zobaczyć  wszystkie  szczegóły,  ale  przynajmniej 

będziemy mogli zrobić pierwszą selekcję - pocieszała się Bryn, gdy wychodzili z ciemni. 

Czuła się tak zmęczona, że położyła się na kanapie. 

- Wstawaj. - Lee pociągnął ją za rękę. - Nie będziemy tu nocowali. 

- Dlaczego? 

-  Dlatego  że  dopiero  co  kazałem  zainstalować  u  siebie  supernowoczesny  system 

antywłamaniowy. 

- Dobrze - mruknęła. - Jak zawsze masz rację... 

W  samochodzie  co  chwila  ziewała,  aż  wreszcie  powieki  jej  opadły  i  usnęła  z  głową  na 

ramieniu Lee. 

Ocknęła się, gdy wnosił ją na górę. 

- Czy już ci mówiłam, że uwielbiam czerwonoskórych tam-tamiarzy? - mruknęła sennie. 

- Nie, ale miło mi to słyszeć. 

Kiedy  kładł  ją  do  łóżka,  prawie  spała.  Jednak  nie  było  jej  dane  zaznać  upragnionego 

background image

 

127 

odpoczynku. Lee wiedział, jak ją przekonać, że tak naprawdę wcale nie jest zmęczona... 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

Bryn  balansowała  na  granicy  jawy  i  snu;  z  rozkosznego  letargu  wyrwał  ją  ostry  dzwonek 

telefonu.  Zamarła.  Wprawdzie  w  ciągu  minionego  tygodnia  nie  wydarzyło  się  nic  niepokojącego, 

jednak po niedawnych przeżyciach wciąż truchlała, słysząc dzwonek telefonu. 

Zaszeleściła  pościel.  To  Lee  obrócił  się  na  bok,  by  sięgnąć  po  słuchawkę.  Tym  razem  lęk 

Bryn był bezpodstawny; dzwoniła Gayle, która chciała zdać relację z tego, co porabiają chłopcy. 

-  Przyjedziemy  pod  koniec  tygodnia  -  obiecał  siostrze.  -  Jutro  kręcimy  ostatnie  ujęcia  i 

oddajemy materiał do zmontowania. Dobrze, już ją daję. - Z uśmiechem podał Bryn słuchawkę. - 

Twoje urwisy koniecznie chcą z tobą pogadać. 

Chłopcy  nie  dali  jej  dojść  do  słowa.  Gadali  jeden  przez  drugiego,  wyrywając  sobie 

słuchawkę.  Wszyscy  byli  zachwyceni  nowym  miejscem.  Brian  z  przejęciem  opowiadał  o  nowym 

łuku. Keith bardzo przeżywał, że będą spali w wigwamie. 

-  Jest  uszyty  z  prawdziwej  skóry.  No  wiesz,  ciociu,  takiej  ze  zwierzęcia,  ale  nie  pamiętam, 

jakiego. 

Mały Adam też miał mnóstwo wrażeń, ale niewiele zrozumiała z jego dziecięcej paplaniny. 

-  Czujesz  się  spokojniejsza?  -  zapytała  ze  śmiechem  Gayle,  kiedy  wreszcie  zdołała  wyrwać 

chłopcom słuchawkę. 

- O wiele! - westchnęła Bryn. 

-  Czekamy  na  was.  Powiedz  Lee,  że  na  przyszły  weekend  przyjadą  rodzice.  Oboje  bardzo 

chcą cię poznać. 

- Świetnie - odparła mocno stremowana. 

- Muszę kończyć, bo te małe dzikusy za chwilę rozniosą dom. U was wszystko w porządku? 

Wiesz, o co pytam? 

- Tak. Odpukać, ale na razie mamy spokój. 

- Więc do zobaczenia - powiedziała Gayle. 

-  Obejrzysz  dziś  odbitki,  które  wczoraj  powiększyliśmy?  -  zapytał  Lee,  odłożywszy 

słuchawkę. Skinęła głową. 

- Przyjrzę im się, choć zaczynam wątpić, czy nasza praca ma sens. Po każdym powiększeniu 

stają się coraz mniej wyraźne. Ziarno jest tak duże, że bez retuszu niewiele będzie widać. Być może 

nigdy nie dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Na jednym ze zdjęć widać parę wychodzącą 

z hotelu, ale... 

-  Odłóż  je,  dobrze?  Potem  razem  je  obejrzymy.  Ten  Hammarfield  cały  czas  wydaje  mi  się 

background image

 

128 

podejrzany. 

- Czepiasz się go! 

- Sam nie wiem... Z drugiej strony, każdy polityk ma w sobie coś z oszusta. To specyfika tego 

zawodu. Tak czy owak, musimy szukać dalej. Ostatnio nic się nie dzieje, ale czuję, że to cisza przed 

burzą. 

Dalszą rozmowę przerwał im dzwonek do drzwi. 

-  Chryste,  już  jedenasta!  -jęknął  Lee,  łapiąc  się  za  głowę.  -  To  pewnie  któryś  z  chłopaków. 

Umówiliśmy się, że zaczniemy dziś nagrywać kolędy. 

- W wersji rockowej? - zdziwiła się. 

-  A  czemu  nie?  Zawsze  marzyłem,  żeby  nagrać  płytę  z  kolędami.  Mam  ambicje  stać  się 

Bingiem Crosby rocka. 

-  Powodzenia!  -  Bryn,  która  w  tym  czasie  zdążyła  się  ubrać,  posłała  mu całusa  i  zbiegła  na 

dół. 

Zanim  otworzyła  drzwi,  przezornie  zerknęła  przez  wizjer.  Rozbawił  ją  widok  nienaturalnie 

odkształconych twarzy chłopaków i Barbary. 

- Widzicie, mówiłam wam, że wyciągniemy ich z łóżka - triumfowała jej przyjaciółka, ledwie 

uchyliła drzwi. 

- A cóż wy takiego zrobiliście dziś rano? - zapytała Bryn z ironią, wpuszczając ich do środka. 

- Nic zdrożnego ani niezgodnego z prawem. Niestety, ciekawego też nie - westchnął Andrew. 

-  Graliśmy  w  golfa.-  Co?  -  Bryn  spojrzała  pytająco  na  Barbarę.  Przecież  ona  nigdy  w  życiu  nie 

miała w ręku kija golfowego. 

-  Nie  było  tak  źle!  -  mruknęła  Barbara.  -  Pomijając  fakt,  że  piłeczka  wpadła  mi  w  taki 

piaszczysty dół, który oni nazywają bunkrem. No i wlepili mi za to punkt. 

- Takie są reguły gry - przypomniał jej Mick. 

-  Reguły  są  po  to,  żeby  je  łamać  -  odpaliła.  -  Powinniście  mi  pozwolić  podnieść  piłeczkę, 

przenieść w inne miejsce i dopiero potem ją wybić. 

- Przecież pozwoliliśmy! - zawołali zgodnym chórem. 

- Ale dostałam za to punkt! - dąsała się. 

- Ciekawe, na jaki wynik liczyłaś? - zapytał żartobliwie Andrew. 

-  Dostałam  sto  dwadzieścia  punktów.  Uważam,  że  jak  na  początkującego  gracza  to  całkiem 

nieźle  -  skwitowała.  -  Ale  też  nie  grałam  z  Mikiem  Winfeldem.  Wiesz,  Bryn,  a  oni  mieli  po 

dziewięćdziesiąt punktów. 

- Jesteśmy muzykami, a nie golfistami! - obruszył się Andrew. 

- Gdzie Lee?- zapytał Perry. 

- Zaraz przyjdzie. Napijecie się kawy? 

background image

 

129 

- Pewnie! 

Bryn poszła do kuchni, a chwilę potem dołączyła do niej Barbara. 

- Zapomniałam ci powiedzieć, że w klubie spotkałam Winfelda. Pytał o ciebie. 

- Miło z jego strony. 

- Ciekawe, co on tu jeszcze robi? Przecież powinien kosić forsę na jakimś turnieju. Zresztą, 

nie moja sprawa. Muszę lecieć do pracy. Pa! - Barbara posłała jej całusa i wybiegła z kuchni. 

Bryn  zaparzyła  kawę  i  zaniosła  do  salonu.  Okazało  się  jednak,  że  chłopcy  są  już  w  studiu. 

Poszła więc na górę i przez szklaną ścianę zajrzała do środka; siedzieli przy stole i rozmawiali. Nie 

słyszała  ich,  ale  sądząc  po  żywej  gestykulacji  domyśliła  się,  że  poruszyli  jakiś  gorący  temat. 

Zawołała, żeby któryś otworzył jej drzwi, ale żaden się nie ruszył. 

- Kawa! 

-  Wielkie  dzięki!  -  Lee  wstał  i  podszedł  do  niej.  -  Przerwij  nam,  jak  będziesz  czegoś 

potrzebowała - powiedział, całując ją w czoło. 

-  Nie  martw  się,  mam  co  robić.  Najpierw  przejrzę  odbitki,  a  potem  zrobię  sobie  małą 

rozgrzewkę. 

Zaczęła od dokładnego obejrzenia odbitek. Najpierw przyjrzała się każdej z osobna, a potem 

ułożyła  z  nich  plik  i  przetasowała  niczym  animator  sekwencję  rysunków,  chcąc  osiągnąć  efekt 

ruchu. Mężczyzna i kobieta wychodzą z hotelu. Potem on ją całuje, otwiera drzwi ciemnego sedana, 

pomaga jej wsiąść... 

I co z tego wynika? Nic! Zdjęcie było tak niewyraźne, że nawet nie dało się rozpoznać twarzy 

mężczyzny. Zniechęcona odłożyła zdjęcia i wróciła na górę. Przechodząc obok studia, zauważyła, 

ż

e chłopcy na dobre się rozkręcili. Lee walił z całej siły w talerze. Uśmiechnęła się; jakie to dziwne 

widzieć go, ale w ogóle nie słyszeć, pomyślała. 

Przebrała się w strój do ćwiczeń i włączyła płytę z muzyką Bacha. Poruszając się w jej rytm, 

pozwoliła  myślom  swobodnie  płynąć.  Hammarfield...  Jeśli  to  on  jest  porywaczem,  trzeba  go 

powstrzymać. Nie można dopuścić, żeby taki ktoś wystartował w wyborach do senatu. 

Bunkier.  Co  też  mi  przychodzi  do  głowy?  -  zirytowała  się,  bo  przez  tę  niedorzeczną  myśl 

pomyliła kroki. Bunkier? Dlaczego ja o tym myślę? 

Nagle oblał ją zimny pot. Od rozmowy z Barbarą coś nie dawało jej spokoju. Co ona takiego 

powiedziała? Coś o piłeczce. Ze powinni jej pozwolić wyjąć ją z piasku i nie dawać za to punktu. 

Golf, golf, golf... W tej grze wygrywa ten, kto ma najmniej punktów. 

Mike Winfeld wygrał turniej. A ona musiała wy-pstrykać dodatkowy film, bo jakiś samotny 

gracz wałęsał się przy piaszczystym dole i ciągle właził jej w kadr. 

Samotny?  Nie!  Wcale  nie  był  sam!  Tuż  za  nim  biegli  ludzie,  którzy  obserwowali  zmagania 

zawodników. Mężczyzna był sam zaledwie przez kilka sekund. I ona utrwaliła właśnie te sekundy 

background image

 

130 

na  filmie.  Bezcenne  sekundy,  które  wystarczyły  sprytnemu  i  odpowiednio  zdeterminowanemu 

człowiekowi na podjęcie decyzji... Żeby co? 

Bez  chwili  wahania  pobiegła  do  biurka  Lee  i  wyciągnęła  plik  oryginalnych  odbitek.  By 

zobaczyć, kim jest widoczny w tle mężczyzna, musiała je powiększyć. 

Nie  chciała  przerywać  chłopcom  nagrania,  więc  szybko  napisała  na  karteczce:  „Znalazłam 

coś. Jadę zrobić odbitki”, i przykleiwszy ją do drzwi, pobiegła do samochodu. W połowie drogi do 

swojego domu uświadomiła sobie, że zapomniała włączyć system alarmowy. 

- Trudno. Szantażysta nie jest przecież samobójcą, nie zaatakuje czterech zdrowych facetów - 

uznała. Poza tym była strasznie ciekawa, czy jej podejrzenia się potwierdzą. 

Pracowała  w  ciemni  jak  szalona.  Dłużyła  jej  się  każda  minuta  oczekiwania,  aż  wyschną 

odbitki. Gdy były wreszcie gotowe, chwyciła je i pognała do mieszkania. 

-  Wszystko  jasne  -  szepnęła,  oglądając  je  przy  stole.  Poszczególne  ujęcia  układały  się  w 

klarowną całość. 

Winfeld...  Skonsternowany  wpatruje  się  w  piaszczysty  dół.  Zerka  za  siebie  i  sprawdza,  czy 

ktoś  go  widzi.  Grupa  widzów  jest  blisko,  ale  on  podejmuje  szybką  decyzję.  Wszystko  zostaje 

utrwalone  na  jej  filmie,  klatka  po  klatce.  Winfeld  zagrzebuje  nogą  piłeczkę  w  piasku.  Wyjmuje  z 

kieszeni następną... Piłeczka leci, leci L... spada na trawę. 

Gra! Wszystko przez idiotyczną grę! Adam został porwany z powodu gry polegającej na tym, 

ż

e paru facetów ugania się po trawie za małą białą piłeczką. 

Poderwała się od stołu i wróciła do samochodu. Chciała jak najszybciej pokazać zdjęcia Lee. 

Przejęta  i  zatopiona  w  myślach,  dopiero  po  jakimś  czasie  zorientowała  się,  że  jest  śledzona.  Gdy 

dostrzegła w lusterku ciemnego sedana, była już na bocznej drodze prowadzącej do domu Lee. 

Przerażona dodała gazu, ale było już za późno. Spocona ze strachu zahamowała przed domem 

i pobiegła do drzwi. Zdołała je otworzyć i wejść do środka, ale już nie dała rady ich zamknąć. Mike 

Winfeld naparł na nie z całej siły. 

Zaczęła krzyczeć, ale wcale się tym nie przejął. 

- Nie uciekniesz! - syknął, próbując złapać ją za rękę. Jakimś cudem zdołała mu się wyrwać. 

Pognała na górę. 

-  Lee!  Lee!  -  krzyczała  na  całe  gardło.  Nie  słyszał  jej.  Uśmiechnięty  walił  w  swoje  bębny, 

patrząc  na  Andrew.  Pobiegła  wzdłuż  szklanej  ściany  studia,  w  kierunku  drzwi.  Nagle  stanęła, 

czując bolesne szarpnięcie. Winfeld złapał ją za włosy i próbował przewrócić na podłogę. Chciała 

chwycić się ściany, waliła w nią pięściami, ale grube szkło tłumiło wszystkie dźwięki. W dodatku 

Winfeld  zdołał  podciąć  jej  nogi.  Tracąc  równowagę,  rozpaczliwie  chwytała  się  gładkiej  szklanej 

tafli. 

- Lee! Lee! Ratuj! Błagam cię! Pomocy!!! Z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pałeczki migały, 

background image

 

131 

wprawione w ruch siłą muskularnych ramion. 

- Starczy tego dobrego! - warknął Winfeld, siadając na niej. W tym czasie jego pomocnik, w 

którym  Bryn  rozpoznała  mężczyznę  udającego  wielbiciela  grupy,  kneblował  ją  i  wiązał  jej  nogi  i 

ręce. 

Potem  Winfeld  zarzucił  ją  sobie  na  ramię  i  obaj  zbiegli  na  dół.  Po  drodze  zerwali  z  drzwi 

karteczkę  z  wiadomością,  którą  zostawiła  dla  Lee.  Wrzucili  ją  na  tylne  siedzenie  jej  własnego 

samochodu. 

-  Jedziemy  do  domu  Fultona  -  oznajmił  Winfeld.  -  Za  chwilę  wydarzy  się  tam  straszna 

tragedia. Będziesz miała wypadek podczas samotnej próby. Ci, którzy znajdą cię martwą u podnóża 

schodów, stwierdzą ze smutkiem, że nawet najlepszej tancerce może omsknąć się noga. Trochę mi 

ciebie  szkoda,  jesteś  taka  piękna...  Ale  cóż,  trzeba  pogodzić  się  ze  stratą.  Nie  chodzi  wyłącznie  o 

pieniądze za tamten turniej, ale o całą moją karierę. Wolę nie myśleć, co  by się stało, gdyby ktoś 

dowiedział  się,  że  oszukiwałem  -  westchnął.  -  A  tak  w  ciągu  kilku  najbliższych  lat  zarobię  parę 

ładnych milionów. 

Bryn słuchała go i próbowała rozluźnić więzy krępujące dłonie. Dom Fultona był już bardzo 

blisko. 

Lee spojrzał na zegarek i zdziwił się, że grali tak długo, nie robiąc przerwy. 

- Jak tam, szefie? Starczy na dziś? - zapytał Mick. 

- Starczy! - Lee przeciągnął się mocno. - Marzy mi się gorąca kąpiel w jacuzzi, zimne piwo 

i... 

- Co jest? - Andrew spojrzał na niego pytająco. 

- Nie wiem. Miałem takie dziwne uczucie... 

- Instynkt Indianina? - zażartował Andrew, ale szybko spoważniał. 

- Bryn? - Lee otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. 

- Bryn! - zawołał głośniej, wychylając się z antresoli. 

- Bryn! 

Andrew, Mick i Perry też wyszli ze studia. 

- Poszukam jej na górze - powiedział Andrew. 

- A ja w ogrodzie - rzucił Mick. 

Lee i Perry zaczęli przeczesywać cały parter. 

- Nie ma jej samochodu! - Zdyszany Mick biegł ku nim przez hol. - Chyba coś się stało, bo 

ż

wir na podjeździe jest zorany w paru miejscach. 

Lee spojrzał na niego, jakby widział go pierwszy raz w życiu, a potem bez słowa rzucił się do 

telefonu. Zadzwonił gdzieś i zapisywał coś na kartce. 

-  Andrew,  jedź  do  domu  Bryn  -  polecił.  -  Nie  odebrała  telefonu,  ale  może  jest  w  ciemni... 

background image

 

132 

Mick i Perry, zostańcie tutaj, dobrze? 

- Jasne. A ty? - zapytał Mick. 

- Jadę do Hammarfielda. 

Wrócił do salonu po kluczyki. Nagle spojrzał na swą kolekcję broni. Niewiele myśląc, zdjął 

ze ściany łuk i kołczan. 

Pani Hammarfield ostrożnie uchyliła drzwi. 

- Lee Condor? - zdziwiła się uprzejmie. - Mąż jest zajęty. Obawiam się, że nie będzie mógł 

pana przyjąć... 

Lee minął ją bez słowa. Przeszedł przez hol i skierował się w stronę biblioteki, zaglądając po 

drodze  do  innych  pomieszczeń.  Hammarfield  siedział  przy  biurku.  Na  widok  gościa  zbladł.  Lee 

podszedł do niego i oparł się o blat. 

- Gdzie ona jest? 

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi... - zaczął Hammarfield, ale Lee mu przerwał. 

- Pytam cię, gdzie ona jest? - powtórzył, chwytając go za koszulę na piersi. 

- Przysięgam, że nie wiem, o czym pan mówi... 

- Jesteś na zdjęciach, które zrobiła Bryn. 

- Nie zaprzeczam... - Twarz polityka poszarzała. -Ale ja naprawdę nic jej nie zrobiłem. Daję 

panu  słowo  honoru.  Raz  zapytałem  ją  o  te  zdjęcia,  ale  to  wszystko...Zadzwonił  telefon.  Lee  w 

pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, jednak po chwili puścił Hammarfielda. 

- Odbierz! - warknął. 

Polityk drżącą rękę podniósł słuchawkę. 

- To do pana... - wykrztusił po chwili. 

- Lee? 

- Kto mówi? 

- To ja, Andrew! Dzwonił Tony Asp. Pytał, dlaczego nie powiedziałeś, że mamy dziś próbę. 

Widział samochód Bryn zaparkowany blisko domu Fultona. 

Lee rzucił słuchawkę na biurko. 

- Dzwoń na policję! - nakazał Hammarfieldowi. -Powiedz, żeby natychmiast jechali do starej 

rezydencji Fultona. 

Bryn  zdołała  oswobodzić  ręce.  Zaczekała,  aż  Winfeld  wysiądzie,  a  potem  wypluła  knebel  i 

rozwiązała  sznur  na  nogach.  Instynkt  samozachowawczy  wyzwolił  w  niej  siły,  których  istnienia 

nawet nie podejrzewała. 

Kiedy po nią przyszedł, była gotowa. Kopnęła go z całej siły w twarz. Zatoczył się, a ona w 

tym czasie wyskoczyła z samochodu i zaczęła uciekać. Potrafiła szybko biegać. Silne nogi tancerki 

niosły ją lekko, gdy gnała co tchu piaszczystą drogą. Oddychała z coraz większym trudem, ale nie 

background image

 

133 

przystawała. 

Słyszała, że Winfeld jest tuż za nią. Krzyczał coś do swego pomocnika, ale nie rozumiała jego 

słów. Dopiero po chwili zorientowała się, że mężczyzna wrócił do samochodu i zajechał jej drogę. 

Wpadła w pułapkę. Skręciła w bok i pobiegła w stronę grupy rosłych dębów. Pędziła prosto przed 

siebie,  ale  szybko  straciła  orientację.  Przystanęła.  Nic,  cisza.  Dopiero  po  chwili  usłyszała 

monotonnym szum samochodów. Po lewej stronie jest autostrada. 

Postanowiła  biec  w  tę  stronę.  Ledwie  pokonała  parę  metrów,  upadla  na  ziemię.  Winfeld 

wyskoczył  z  dębowego  zagajnika  i  podciął  jej  nogi.  Tym  razem  nie  zamierzał  się  z  nią 

patyczkować. Z całej siły uderzył ją pięścią w twarz. Nawet nie poczuła bólu. Straciła przytomność. 

Kiedy  Lee  wpadł  do  domu  Fultona,  Winfeld  był  już  w  połowie  schodów.  Na  rękach  niósł 

bezwładne ciało Bryn. 

- Zajmij się nim! - wrzasnął do swojego wspólnika. Lee nie zauważył mężczyzny kryjącego 

się  w  mrocznym  holu.  Na  szczęście  w  porę  dostrzegł  błysk  i  zdołał  wytrącić  napastnikowi 

sprężynowy nóż. Potem jednym ciosem powalił go na ziemię. Spojrzał w górę. Winfeld zbliżał się 

już do podestu. Lee nie miał złudzeń: nie zdąży go dogonić i odebrać Bryn. Błyskawicznie podniósł 

z podłogi łuk, założył strzałę i naciągnął cięciwę. 

- Winfeld! 

- Odłóż to, Condor! Bo ją zrzucę! 

Lee nie tracił zimnej krwi. 

-  Puść  ją,  Winfeld.  Strzała  leci  szybko.  Jeśli  Bryn  coś  się  stanie,  umrzesz!  Ale  przedtem 

będziesz cierpiał. 

Winfeld zatrzymał się niezdecydowany. Lee tylko na to czekał. Strzała poszybowała do góry, 

przeszyła marynarkę Winfelda i przygwoździła ją do wykładanej drewnem ściany. Ostrze nawet go 

nie drasnęło, ale i tak się przestraszył. Krzyknął i upuścił Bryn na podłogę. 

- Wstawaj, Bryn! - zawołał Lee. 

Nie zdążyła otrząsnąć się z zamroczenia, ale jakby przeczuwając, że gra toczy się o jej życie, 

poderwała  się  na  nogi.  Winfeld  nie  zamierzał  poddać  się  bez  walki.  Ochłonął  na  tyle,  by  móc 

analizować sytuację. Ponieważ nie mógł wyrwać strzały ze ściany, wyciągnął z kieszeni nóż. 

- Bryn, skacz! Musisz skoczyć! - wołał Lee. 

Spojrzała na dół. Potem obejrzała się za siebie. Z drewnianej boazerii sypały się już drzazgi. 

Jeszcze  chwila  i  Winfeld  się  oswobodzi.  Podeszła  do  bariery.  Lee  stał  na  dole.  Rozłożył  szeroko 

ramiona i czekał. Patrzył jej prosto w oczy. W jego oczach była niema prośba. 

Jest  silny,  pomyślała.  Niejeden  raz  miała  okazję  sprawdzić,  jak  mocne  są  jego  ramiona. 

Przecież go kocha, ufa mu, wierzy... Przełożyła nogi przez barierę. 

Ugiął się pod jej ciężarem, ale ją utrzymał. Przytulił ją do siebie i wyniósł z mrocznego domu, 

background image

 

134 

pod który właśnie zajeżdżały policyjne samochody. 

To był wyjątkowo długi i męczący wieczór. Winfeld i jego wspólnik trafili za kratki, a Bryn, 

Lee i członkowie zespołu zostali przesłuchani przez policję. Była noc, kiedy wreszcie mogli wrócić 

do domu. Razem zjedli kolację, a potem Barbara i chłopcy pożegnali się i wyszli. 

Bryn  i  Lee  zostali  sami.  I  dopiero  wtedy  zaczęli  ze  sobą  rozmawiać  o  wszystkim,  co  się 

wydarzyło.  Także  o  Victorii,  o  jej  chorobie  i  przyczynie  śmierci.  Wreszcie  padły  słowa,  na  które 

Bryn tak długo czekała. Jeśli jeszcze dręczyły ją jakieś wątpliwości, Lee je rozwiał, zapewniając ją 

o  swojej  miłości.  Wierzyła  mu.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  miała  pewność,  że  los  postawił  na  jej 

drodze mężczyznę, który nigdy jej nie zawiedzie. 

Pięć dni później polecieli do Black Hills. Właśnie tam postanowili szybko wziąć ślub... 

 

EPILOG 

 

Noc nie miała przed nim tajemnic. 

Kiedy stąpał po wilgotnej ziemi, przemykając niczym cień pomiędzy pniami wysokich sosen, 

jego kroki były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru. 

Tę bezcenną umiejętność przekazali mu w genach przodkowie. To dzięki nim poruszał się z 

wdziękiem leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale 

jak dumny orzeł. 

Wspominał  ich  tej  nocy,  podążając  ścieżką,  którą  kroczyli  od  wieków.  Zawsze  w  jednym  i 

tym samym celu. Zatrzymał się nieopodal strumienia, w miejscu, z którego mógł ją zobaczyć. Jej 

zgrabna  sylwetka  rysowała  się  wyraźnie  na  tle  księżycowej  tarczy.  Wyciągnęła  ręce  do  nieba,  a 

potem  obróciła  się  w  jego  stronę,  otwierając  szeroko  ramiona.  Uśmiechnął  się,  gdyż  odgadł,  że 

wyczula  jego  obecność.  Nie  musiała  go  widzieć  ani  słyszeć,  jak  nadchodzi;  czuła  go  duszą  i 

sercem; wiedziała, że do niej przyjdzie. 

Szedł ku niej powoli, rozkoszując się widokiem jej nagości. Kochali się ze sobą tysiące razy, 

w najróżniejszych miejscach i o wszystkich porach dnia i nocy, ale księżycowa noc zawsze była dla 

nich  czasem  magicznym  i  wyjątkowym.  Zatrzymał  się  o  krok  od  niej.  Owiał  ich  przyjemnie 

chłodny wiatr, przynosząc pierwszą zapowiedź czekającej ich rozkoszy. 

Spojrzał  w  zielone  oczy  w  oprawie  gęstych  rzęs.  Mógł  patrzeć  na  nią  w  nieskończoność; 

nigdy nie miał dość widoku jej pięknej twarzy. Wyraźnych kości policzkowych. Brązowych brwi. 

Idealnie  prostego  nosa.  Bujnych  włosów  i  pełnych  ust,  których  kształt  zdradzał  wrodzoną 

zmysłowość. 

Była  jego  żoną.  Codziennie  obdarowywała  go  swoją  miłością.  Uratowała  jego  zbłąkaną 

duszę.  Trafiła  prosto  do  serca;  dotknęła  niezabliźnionych  ran  i  zdołała  je  wyleczyć.  Dzięki  jej 

background image

 

135 

kojącemu dotykowi odkrył w sobie ogromną moc. 

Dotknął jej włosów, położył dłoń na jej piersi i wyczul równy rytm serca. Potem wziął ją w 

ramiona  i  pociągnął  za  sobą  na  miękką  trawę  porastającą  brzeg  strumienia.  Za  chwilę  mieli 

odprawić rytuał tak świeży jak budząca się wiosna i tak pradawny jak otaczające ich szczyty gór. 

Wybiła północ, na niebie jaśniał księżyc w pełni. Nadchodzi czas... jedności z nocą.