background image

 

Heather Graham BARWY NOCY 
 

PROLOG 

Noc nie miała przed nim tajemnic. 
Kiedy stąpał po wilgotnej ziemi, przemykając niczym cień pośród starannie przystrzyżonych krzewów, 

jego kroki były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru. 

Tę bezcenną umiejętność przekazali mu w genach przodkowie. To dzięki nim poruszał się z wdziękiem 

leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale jak dumny orzeł. 

Wspomniane dziedzictwo nie miało jednak nic wspólnego z nocnymi manewrami, w które bawił się dziś 

- ubrany w czarne dżinsy i czarny golf. Nawet czarne adidasy. 

Barwy  nocy,  by  łatwiej  stać  się  niewidzialnym.  Przygarbiony  i  czujny,  przez  pól  godziny  cierpliwie 

obserwował dom. Potem zaczął go powoli okrążać, kryjąc się między palmami i krzewami hibiskusa. Budy-
nek tonął w ciemności i ciszy. Nawet nisko wiszące gałęzie sosen nie wydawały najmniejszego szmeru. 

Zrobił sobie krótki odpoczynek, by zaraz zacząć kolejne okrążenie. Po pewnym czasie zatrzymał się na 

tyłach domu. Nadal nic nie mąciło ciszy, ale wyczul nieznaczny ruch powietrza. Dopiero po chwili wyłapał 

jakiś dźwięk. Kroki. Lekkie, ostrożne, stawiane z rozmysłem. 
W bladym świetle księżyca zamajaczyła sylwetka. Podobnie jak on, w czerni od stóp do głów. Czarne 

dżinsy. Luźny sweter. I czarna kominiarka. Intruz postarał się, by nikt nie rozpoznał jego twarzy ani płci. 

I najwyraźniej postawił sobie jeden cel: dostać się do środka. 
Nie  spuszczał  oka  ze  smukłej  postaci,  która  zastygła  w  bezruchu  niczym  młoda  łania,  gdy  zwietrzy 

niebezpieczeństwo.  Widocznie  uznała,  że  nic  jej  nie  grozi,  gdyż  poruszyła  się  i  porzuciwszy  bezpieczne 
schronienie w gęstym cieniu pod koronami drzew, szybko podbiegła do dwuskrzydłowego okna. 

Czekał w napięciu, obserwując, jak przez kilka sekund zmaga się, by je otworzyć. Naraz tarcza księżyca 

skryła  się  za  chmurami.  Gdy  zabrakło  bladej  poświaty,  w  ciemności  czarnej  jak  atrament  utonęły  nawet 
cienie. 

Tajemnicza postać nadal zmagała się z oknem. Gdy wreszcie się poddało, zwinnie wskoczyła na parapet, 

by po chwili zniknąć w mrocznym wnętrzu domu. Dopiero wtedy ruszył z miejsca. Bezszelestnie jak nocna 
zjawa.  Pod  jego  stopami  nie  trzasnęła  nawet  jedna  gałązka.  Chyłkiem  podkradł  się  do  okna  i  ostrożnie 
zajrzał do środka. Wąski strumień światła z malej latarki skakał nerwowo po ciemnym pokoju, odbił się od 
białej framugi i zniknął za drzwiami. 

Sprężyście wskoczył na parapet i po chwili był już po drugiej stronie. Ruszył w ślad za światłem, które 

zaprowadziło  go  do  salonu.  Kryjąc  się  w  gęstym  mroku,  obserwował  chaotyczny  taniec  wiązki  światła. 
Najpierw z ciemności wyłoniła się kanapa zarzucona kolorowymi afganami; następnie fortepian stojący na 
niewysokim podeście. Wreszcie półki z książkami i obrazy, a obok nich strzelby, luki, kołczany pełne strzał 
oraz dzidy. 

Po lewej stronie, na niewysokim podwyższeniu oddzielonym od reszty salonu ozdobną kutą balustradą, 

stało masywne tekowe biurko. I właśnie ono zainteresowało intruza. 

Snop światła zatrzymał się na blacie wyłożonym skórą. Nerwowe dłonie zaczęły pośpiesznie wyciągać 

szuflady i przetrząsać ich zawartość. 

Zmrużył oczy i przez chwilę przyglądał się poczynaniom włamywacza. Potem zaczął skradać się w jego 

stronę. Jego ruchy miały w sobie sprężystość i gibkość drapieżnego kota. 

Trzasnęła zbyt mocno pchnięta szuflada. Zamaskowany osobnik zamarł, a potem zaczął świecić latarką 

we wszystkie strony. 

Przyczaił  się  za  kanapą  i  odczekał,  aż  znów  zaszeleszczą  papiery.  Teraz...  Przemknął  przez  pokój  jak 

wiatr. Po drodze wprawnym ruchem wyciągnął strzałę z kołczanu i trzymając ją w zębach, przeskoczył przez 
balustradę i zacisnął palce na gardle przeciwnika. 

-  Coś  ty  za  jeden,  do  jasnej  cholery?  -  warknął,  dźgnąwszy  go  w  żebra  stalowym  grotem.  -  I  czego  tu 

chcesz? 

Wyczuł lodowaty dreszcz przerażenia, który odebrał intruzowi zdolność ruchu. 
-  Ja...  -  Drżący  szept  uwiąż!  w  gardle  zdławionym  żelaznym  uściskiem.  Przeciwnik  był  bez  szans, roz-

luźnił więc chwyt i cofnął rękę, w której trzymał strzałę. 

- Rzućmy nieco światła na sytuację - wycedził. Puścił go i pewnie podszedł do biurka. 
Tu  jednak  popełnił  błąd,  zbyt  pochopnie  lekceważąc  przeciwnika.  Ten  bowiem  wykorzystał  okazję. 

Obrócił się jak fryga, zwinnie przeskoczył balustradę i rzucił się do ucieczki. 

- Niech cię jasny szlag! - Jednym susem przesadził kratę i ruszył w pościg. Kiedy minąwszy hol wpadł do 

pokoju, uciekinier stał już na parapecie. 

- Stój! - wrzasnął. Tym razem nie zamierzał pozwolić mu się wymknąć. Z całych sił naprężył mięśnie i 

background image

 

rzucił  się  do  przodu,  włamywacz  zaś,  zamiast  czmychnąć  do  ogrodu,  skoczył  wprost  na  niego.  Niewiele 
brakowało, by znów udało mu się uciec. 

Dosłownie w ostatniej chwili uchwycił wełniany sweter. Zacisnął palce z taką silą, że miękka dzianina 

nie wytrzymała i został z kawałkiem przędzy w dłoni. Osobnik jakimś cudem zdołał się wywinąć. Zoriento-
wał się, że nie umknie przez okno, więc rzucił się do 

drzwi. 
Znów  go  gonił.  Miał  tę  przewagę,  że  był  na  swoim  gruncie.  Tylko  on  wiedział,  że  w  domu  nie  ma 

drugiego 

wyjścia. 
W szaleńczej gonitwie pobiegli na piętro. Włamywacz zaczynał tracić zimną krew; zdesperowany, biegł 

na  oślep,  łudząc  się,  że jakoś  zdoła  umknąć.  Ich  prędkie  kroki  zadudniły  na  deskach  drewnianej  antresoli 
ponad pokojem. Zbieg kierował się ku drzwiom na końcu korytarza. Dopadł ich, lecz zamiast ukryć się w 
pokoju, obejrzał się za siebie. Prześladowca był tuż-tuż... 

Dopiero wtedy wpadł do pokoju i próbował zatrzasnąć drzwi. Ale było już za późno. Ten, który go gonił, 

z całej sil naparł ramieniem na masywne drewno. Rozległ się łomot i po chwili siedział intruzowi na karku. 

Impet, z jakim się na niego rzucił, wepchnął ich obu do środka, wprost na wielkie, centralnie ustawione 

łoże. Zaczęła się bezładna szamotanina. Intruz bronił się, wierzgając i tłukąc na oślep pięściami, wijąc się jak 
piskorz.  Mimo  to  był  bez  szans.  Atakujący  miał  nad  nim  olbrzymią  przewagę.  W  milczeniu  siłował  się  z 
nim,  próbując  go  obezwładnić.  W  pewnej  chwili  trafił  dłonią  na  jakąś  krągłość.  Jędrną,  ale  przyjemnie 
miękką. Pełną i ponętną. Zupełnie jak kobieca pierś. 

Tego się nie spodziewał. 
-  Nie!  Proszę!  -  Głos  intruza  z  pewnością  należał  do  kobiety.  Przestraszonej.  Nie,  raczej  śmiertelnie 

przerażonej.  Serce  omal  nie  wyskoczyło  jej  z  piersi,  z  trudem  łapała  oddech.  Mimo  to  nie  przestawała 
walczyć...Usiadł na niej i unieruchomił jej ręce. 

- Dobra - wysapał. - Gadaj, coś ty za jedna i po diabla tu przyszłaś? 
Księżyc wyszedł nagle zza chmur i przez okno wlało się srebrzyste światło, zalewając sypialnię bladą po-

światą. 

Spojrzał  na  zamaskowaną  kobietę,  którą  teraz  widział  całkiem  wyraźnie.  Szybkim  ruchem  ściągnął  jej 

kominiarkę. Najpierw zobaczył bujne, błyszczące włosy, których gęste pasma lśniły w świetle księżyca jak 
wypolerowana miedziana moneta. Potem przyjrzał się jej twarzy... 

Szeroko  otwarte,  zielone  kocie  oczy  w  oprawie  gęstych  rzęs  przeszywały  go  czujnym  spojrzeniem. 

Kobieta  miała  delikatne,  ale  wyraźnie  zaznaczone  kości  policzkowe.  Rude  brwi.  Prosty  nos.  Mocno 
zarysowane usta z pełną dolną wargą, zdradzającą zmysłowość. 

Nie ruszała się, ale odgadł, że się boi. Zradzało ją gwałtowne falowanie piersi. Uniósł się, lecz na wszelki 

wypadek  trzymał  ją  zakleszczoną  pomiędzy  swoimi  udami.  Skrzyżował  ręce  na  piersi  i  spojrzał  na  nią 
złowrogo.  Na  jego  ustach  pojawił  się  cyniczny  uśmiech.  Znal  te  błyszczące  zielone  oczy.  I  lśniące  rude 
włosy. Teraz już wiedział, dlaczego bez trudu przeskoczyła balustradę i poruszała się zwinnie jak tancerka. 
Bo nią była... 

Miał okazję poznać to miękkie i gibkie ciało, które teraz drżało jak w febrze. Wiele razy trzymał ją w 

ramionach,  gdy  oboje  brali  udział  w  tworzeniu  pewnej  iluzji.  Wnosił  ją  na  rękach  po  wspaniałych, 
biegnących  łukiem  schodach.  Wtedy  ten  wymuszony  kontakt  nie  sprawiał  jej  przyjemności.  Czuł  to,  bo 
sztywniała, ilekroć jej dotykał. Czasem rzucała mu wrogie spojrzenie. 

Znał ją. Widział, jak zachowuje się, stojąc przed i za obiektywem. I jak tańczy. 
- Ach, panna Keller. Jak miło, że pani przyszła, choć przyznam, że ta wizyta mnie zaskoczyła! Nie dała 

się  pani  zaprosić  na  kieliszek  wina,  a  jednak  się  spotykamy  w  moim  łóżku.  Powinno  mi  to  pochlebiać, 
prawda? Niestety, nie pochlebia. - Pochylił się nad nią, wsparty na rękach, między którymi uwięził jej głowę. 
Jego  twarz  miała  zacięty  wyraz,  w  oczach  płonął  gniew.  -  Gadaj,  Bryn!  Po  co  się  tu  włamałaś?  Czego 
szukasz? Nie znalazłaś tego wczoraj... 

- Wczoraj? - powtórzyła nerwowym szeptem. 
- Przestań się zgrywać! - warknął. - Tak, wczoraj. Uwierz mi, złotko, potrafię rozpoznać, kiedy ktoś pląd-

rował w moich rzeczach. 

- Ale to nie ja... 
- Ciii! 
Uniósł się. Znieruchomiał. Po chwili ona też to usłyszała. Ktoś chodzi po salonie, skrada się... Sekundę 

później na dole skrzypnęły schody. 

Już  miał  wstać,  ale  zastygł  przyczajony.  Nagle  skrzyżował  ręce  i  chwyciwszy  za  brzegi  golfa,  szybko 

ściągnął go przez głowę. Blade światło księżyca przylgnęło do smagłej skóry na jego torsie i muskularnym 

background image

 

brzuchu. 

- Ściągaj sweter! - syknął, zrywając narzutę po swojej stronie łóżka. 
- Nie!- Tak, i to zaraz! - rzucił. Brutalnie zepchnął ją na bok, wyszarpnął spod niej pościel i przykrył ją i 

siebie. - Do cholery! - cedził ledwie słyszalnym szeptem.  -Nikt nie uwierzy, że odsypiamy ostry seks, jeśli 
położysz się w ubraniu! To ty mnie wciągnęłaś w tę idiotyczną kabałę, nie ja ciebie, więc dostosujesz się do 
moich reguł! 

Wahała się, ale on nie zamierzał tracić czasu. Silnymi dłońmi zaczął ściągać z niej podarty sweter. 
- Przestań! - szepnęła i rozebrała się sama. Z bijącym sercem opadła na poduszkę i nakryła się po szyję. 
- Stanik też! - polecił szorstko. - Co z tobą? Nigdy się z nikim nie kochałaś? 
Trzęsła się z wściekłości i upokorzenia, lecz czuła, że on wie, co robi. Chciała rozpiąć biustonosz, ale 

ręce drżały jej tak bardzo, że nie mogła poradzić sobie z zapięciem. Wyręczył ją. Wystarczyło, że musnął 
dłonią jej plecy, a natychmiast przeszły ją ciarki, najpierw zimne, po chwili palące skórę żywym ogniem. 
Koronkowy biustonosz zsunął się z jej ramion. Złapała go i przycisnęła do siebie. Wolała nie ryzykować, że 
jej go zabierze. 

Jednak  najgorsze  miało  dopiero  nadejść.  Niemal  krzyknęła,  gdy  bez  uprzedzenia  położył  rękę  na  jej 

brzuchu, tuż pod biustem, i przyciągnął ją do siebie. Zmusił ją, by przytuliła się do niego, i uwięził jej nogi 
między swoimi. Jego gorący oddech łaskotał ją w kark... 

Dla kogoś, kto patrzył z boku, wyglądali jak kochankowie zmęczeni miłością. Dla nich, a zwłaszcza dla 

niego,  sen  był  w  tej  chwili  abstrakcją.  Mężczyzna,  który  ją  przytulał,  emanował  energią  i  siłą  witalną. 
Domyślała się, że w skupieniu nadsłuchuje, rejestrując najmniejszy szmer; że jest czujny i w każdej chwili 
gotowy do skoku. Jak polujący drapieżnik. Nie ruszał się, ale z napięcia drżały  mu  mięśnie. A ona każdą 
komórką ciała odbierała bijącą od niego pierwotną męską siłę... 

Dławił  ją  lęk.  Przerażało  ją  zagrożenie,  które  na  niego  sprowadziła;  przerażał  odgłos  zbliżających  się 

kroków, wolnych i ostrożnych, wspinających się na piętro. 

Prócz  lęku  dręczyło ją coś,  co  sięgało samego  dna  duszy.  Była  to  świadomość, że  on jest tuż  obok.  Ze 

przypadkowo dotyka jej piersi. Ogrzewa ją ciepłem swojego ciała. Czuła się przy nim bezbronna, ale bez-
pieczna.  Gdyby  pozwoliła mu  pokonać  pewną  granicę,  musiałaby  uznać,  że  pozwala  mu  sobą  zawładnąć. 
Mężczyzna  taki  jak  on  bierze  kobietę  całą,  z  duszą  i  ciałem.  Gdyby  mu  uległa,  należałaby  wyłącznie  do 
niego. W zamian dałby jej coś, co jest wieczne jak czas i trwałe jak skała. Swoją siłę, która byłaby jej tarczą i 
mieczem w walce ze światem. Pod warunkiem, że by jej zapragnął... 

Obawiała się go. Od samego początku. Przeczuwała, że jeśli pozwoli sobie na chwilę słabości... 
Kroki.  Wyraźnie  się  przybliżały.  Jej  domniemany  kochanek  przygarnął  ją  do  siebie  jeszcze  mocniej. 

Zmysłowy dreszcz zmieszał się z narastającą falą strachu. 

- Zamknij oczy! 
Jak  odgadł,  że  bezradnie  wpatruje  się  w  mrok?  On  też  patrzył,  była  tego  pewna.  Tyle  że  spod 

przymkniętych  powiek,  tak  by  nie  można  było  dostrzec  mrocznego  blasku  jego  oczu.  Ktoś  stanął  w 
drzwiach.  Wstrzymała  oddech,  sparaliżowana  świadomością,  że  jest  obserwowana.  Coś  skrzypnęło...  To 
stara deska podłogowa zdradziła intencje nieproszonego gościa. Ten zaś, najwyraźniej usatysfakcjonowany 
tym, co zobaczył, odwrócił się i zaczął schodzić na dół. 

Mężczyzna leżący obok był niewiarygodnie szybki. W mgnieniu oka wyskoczył z łóżka i znalazł się przy 

drzwiach. Chciał wykorzystać fakt, że włamywacz nie spodziewa się ataku. 

- Co, do jasnej cholery, robisz w moim domu? - krzyknął, goniąc go po schodach. 
Odpowiedział  mu  huk  wystrzału,  który  w  ciemności  wyglądał  jak  nagła  eksplozja  krwawej  purpury  i 

intensywnej żółci, i 

Zdążył się uchylić. Pocisk świsnął mu koło ucha i utkwił w futrynie. Włamywacz rzucił się do ucieczki. 
Biegł za nim, kryjąc się za balustradą, gdy padały kolejne strzały. Bandyta miał jednak parę sekund prze-

wagi. Pierwszy dopadł drzwi i, przestrzeliwszy zamki, zniknął w ciemnościach. Zawarczał silnik; spod buk-
sujących kół strzelił żwir. Samochód z wyłączonymi światłami odjechał na pełnym gazie. 

Wrócił  do  domu  i  szybko  wbiegł  na  górę.  Siedziała  na  łóżku,  skromnie  okryta  kołdrą.  Splątane  włosy 

otaczały jej pobladłą twarz i spływały na ramiona. Jej oczy, których kolor i wyraz tak bardzo go oczarowały, 
były szeroko otwarte. I wciąż pełne lęku. 

Uśmiechnął się ponuro i zamknął za sobą drzwi. Drgnęła, słysząc, jak stuknęły. Dobrze, że się go boi. 

Niech czuje respekt. Powinna. W końcu włamała się do jego domu, szperała w jego rzeczach i, co gorsza, 
ściągnęła tu jakiegoś bandytę, który poszatkował mu ściany kulami. 

-  No  dalej,  Bryn,  mów.  Co  jest  grane?  Nerwowo  zwilżyła  usta  i  spojrzała  na  podłogę  gdzie  powinien 

leżeć  zniszczony  sweter.  Owinęła  się  szczelniej  kołdrą  i  schyliła,  by  go  poszukać,  lecz  powstrzymał  ją 
szybki ruch. Usiadł obok niej. Uśmiech nie schodził z jego ust, gdy stopą mocno przydepnął jej ubranie. 

background image

 

-  Koniec  uników,  Bryn.  Znam  tylko  jeden  sposób,  żeby  do  ciebie  trafić.  Musisz  poczuć  się  bezbronna. 

Nawet jeśli to oznacza półnaga, cóż... 

Wykonał rękami teatralny gest wyrażający rezygnację. Opadła na poduszkę. Co za straszny pech, że na 

własne życzenie zrobiła sobie z niego wroga. 

Chciał, by poczuła się bezbronna. 
- Bryn! - Jej imię zabrzmiało w jego ustach jak groźba. 
- Ja... nie mogę ci nic powiedzieć! 
- Radzę spróbować. Albo dzwonię na policję. 
- Nie! Lee, błagam! Nie rób tego... 
- Więc słucham! Mów, kto włamuje się do mojego domu. I dlaczego jakiś kretyn do mnie strzela. 
- Dobrze, już dobrze! Ale musisz przyrzec, że nie zawiadomisz policji! - Zielone oczy, których spojrzenie 

bywało promienne i niewinne, kuszące i uwodzicielskie, dumne i czasem krnąbrne, ale nigdy przygaszone, 
pokorne  czy  błagalne,  napełniły  się  łzami.  Powstrzymała  je  wysiłkiem  woli,  nie  umiała jednak  zapanować 
nad drżeniem warg. - Posłuchaj, Lee, wiem, że nie byłam wobec ciebie w porządku, ale zaręczam, że miałam 
powody. Zdaję sobie sprawę, że nie mam prawa prosić cię o pomoc, a jednak jestem zmuszona to zrobić. 
Proszę  cię,  Lee!  Obiecaj,  że  nie  będziesz  włączał  w  to  policji!  Ci,  którzy  to  zrobili...  mają  Adama! 
Zaskoczony uniósł brwi. 

- Niech ci będzie - zgodził się po chwili. - Nie zawiadomię policji, w każdym razie nie teraz. Obiecuję. 
- Chodzi o zdjęcia - oznajmiła. 
- Zdjęcia? - powtórzył, nic z tego nie rozumiejąc. - Te, które zrobiłaś w czwartek? 
- Tak. 
Włączył nocną lampkę, a potem podszedł do szafy i zaczął czegoś szukać. W końcu wyciągnął koszulę w 

prążki. 

- Wkładaj - nakazał. - Twój sweter zakończył już swój żywot. Idę na dół zaparzyć kawę. Bądź w kuchni 

za pięć minut. Chcę usłyszeć od ciebie całą historię, bez skrótów i pomijania niewygodnych wątków. 

Wyszedł,  a  ona  mocno  zacisnęła  powieki.  Czemu  mnie  to  spotyka?  -  myślała  zdesperowana.  Gdybym 

tamtego dnia skierowała obiektyw w inną stronę... 

Adam  byłby  dziś  w  domu.  A  ona  nie  musiałaby  błagać  o  pomoc  człowieka,  którego  od  początku 

traktowała jak wroga. I którego błędnie oceniła i zlekceważyła. 

Mężczyznę,  który  budził  w  niej  lęk  nawet  wtedy,  gdy  ją  do  siebie  tulił.  Który  potrafił  rozbudzić  jej 

zmysły, szepcząc coś do ucha, a przelotnym dotykiem przyprawiał ją o dreszcz rozkoszy.  I  który  mógł ją 
wykorzystać,  a  potem  porzucić  jak  wysmagany  wiatrem  kawałek  drewna  na  piaszczystym  brzegu  wśród 
kompletnej pustki. 

Teraz leży w jego łóżku. Kilka minut temu on był obok, dotykał jej tak, jak mógłby dotykać kochanek... 
Odrzuciła przykrycie i usiadła. Drżącymi rękoma włożyła jego koszulę i szybko zapięła guziki. 
Zdążyła poznać go na tyle, by wiedzieć, że nie rzuca słów na wiatr. Jeśli czegoś żąda, z pewnością to 

wyegzekwuje.  Mogła  się  domyślić,  że  jeśli  za  pięć  minut  nie  stawi  się  na  dole,  on  sprowadzi  ją  siłą.  Nie 
chciała z nim rozmawiać, ale wolała nie kusić losu. Zbyt wiele miała do stracenia. 

Westchnęła z rezygnacją. W pewnym sensie czuła ulgę, że wreszcie to z siebie wyrzuci. I  że powie to 

właśnie jemu. Gdyby od razu do niego z tym przyszła, być może sprawy nie zaszłyby tak daleko. 

Ten  przerażający  człowiek,  który  ją  śledził,  może  być  bardzo  niebezpieczny,  ale...  Nawet  jeśli,  to  był 

najbardziej pechowym bandytą, o jakim słyszał świat. 

Zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Za moment zejdzie na dół i stanie twarzą w twarz z 

Lee. 

Opowie mu wszystko, od początku. Od początku. 
Czy ktoś mógł to przewidzieć? 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Auaaa! 
Słysząc głośny i przenikliwy krzyk, Bryn skoczyła na równe nogi. Rzuciła książkę, nad którą próbowała 

się skupić, i pobiegła do ogródka na tyłach domu. 

Minęło półtora roku od chwili, gdy los wyznaczył jej rolę opiekunki, a ona nadal nie potrafiła rozpoznać, 

które wrzaski oznaczają ból, a które dobrą zabawę. 

Tym  razem  była  to  zabawa.  Mrożący  krew  w  żyłach  ryk  wyrwał  się  z  gardła  siedmioletniego  Briana, 

najstarszego z jej bratanków, który na widok jej przerażonej miny stwierdził ze spokojem: 

- Ciociu, my się tylko bawimy. Jestem Gringold! Bóg wody i światła! Walczę z armią  Mrocznego Psa - 

wyjaśnił, prężąc pierś i wymachując plastikowym mieczem.- A ja jestem Tor Wspaniały! - krzyknął Keith, 
sześciolatek grający drugie skrzypce pośród trojki braci. 

background image

 

-  O?  -  Bryn  uniosła  brwi.  Tłumiąc  uśmiech,  pomyślała,  że  nawet  nie  musi  pytać,  komu  przypadł  w 

udziale  wątpliwy  zaszczyt  bycia  Mrocznym  Psem.  Jej  spojrzenie  powędrowało  w  stronę  czteroletniego 
Adama.  Jako  najmłodszy  zawsze  dostawał  rolę  czarnego  charakteru.  Ponieważ  nie  starczyło  dla  niego 
plastikowych mieczy ani pokryw od kosza na śmieci udających tarcze, jego bronią był mały kij bejsbolowy, 
a tarczą kawałek kartonu. 

Jeszcze przed chwilą miała ochotę wytargać ich za uszy za to, że tak ją nastraszyli, ale chłopczyk rozbroił 

ją swoją słodką minką. Toteż roześmiała się i zabrała mu kij. 

-  Tor  Wspaniały,  tak?  -  huknęła,  patrząc  srogo  na  Keitha.  -  A  ja  jestem  Biała  Wiedźma  -  oznajmiła 

groźnie. - Zaraz zapłacicie mi za to, że przez was przedwcześnie osiwiałam! 

Chłopcy  z  piskiem  rozbiegli  się  po  małym  ogródku,  a  ona  goniła  ich,  bijąc  lekko  kijem  po  pupach. 

Wreszcie  niedawni  wrogowie  zrozumieli,  że  w  jedności  siła.  Na  trzy  cztery  wskoczyli  jej  na  plecy  i 
przewrócili ją na trawę. 

- Błagaj o litość, Biała Wiedźmo! - nakazał Brian. 
- Nigdy! -zawołała, udając przerażenie. W tej samej chwili w kuchni zadzwonił telefon. 
- Błagaj o litość! - Keith jak zawsze naśladował starszego brata. 
-  Złaźcie  ze  mnie,  dzikusy!  Obiecuję,  że  później  będę  błagała  o  litość.  Teraz  muszę  odebrać  telefon.- 

Nieee, ciociu Bryn! 

Chłopcy byli bardzo rozczarowani, ale pozwolili jej wstać. Posłała im buziaka i pobiegła do telefonu. 
- Bryn? 
- Barbara? 
- We własnej osobie. Co ty robisz? Jesteś strasznie zasapana. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Choć 

przyznam, że wreszcie chciałabym ci przeszkodzić... wiesz, w czym. 

Bryn skrzywiła się. Barbara nie mogła pojąć, skąd u niej tyle niechęci do męskiego towarzystwa. Nie tra-

fiało do niej tłumaczenie, że to skutek uboczny nieudanego związku. 

- Spokojnie, w niczym mi nie przeszkodziłaś - uspokoiła przyjaciółkę. - Oczywiście nie licząc śmiertelnej 

walki dobra ze złem. Z czym dzwonisz? 

- Mam coś dla ciebie. 
- Jakieś zlecenie? Wspaniale! Niedługo uporam się ze zdjęciami przyrody do folderu. W rewii też mi się 

kończy zastępstwo, więc zaczynam się martwić o pieniądze. Co masz, chałturę czy sesję zdjęciową? 

Barbara roześmiała się. 
- Oj, Bryn, z ciebie to jest niezły numer. Masz szczęście, że trafiłaś na taką agentkę jak ja. Sama powiedz, 

kto inny potrafiłby cię sprzedać jednocześnie jako fotografa i jako tancerkę? 

- Pewnie nikt - przyznała rzeczowo. - Już widzę te olbrzymie billboardy: „Bryn Keller: kobieta pracująca 

- mistrzyni w łapaniu dziesięciu srok za ogon”. 

-  No,  jesteś  dla  siebie  niesprawiedliwa.  Przecież  wiesz,  że  w  obu  zawodach  jesteś  świetna  -  zapewniła 

Barbara. 

Bryn  milczała.  Była  dobrą  tancerką  i  dobrym  fotografem,  ale  przekonała  się,  że  bycie  „dobrą”  nie 

gwarantuje sukcesu. Oznacza tylko, że jeśli dopisze ci szczęście, będziesz miała pracę. Po chwili roześmiała 
się. 

-  Cóż,  może  gdybym  parę  lat  temu  zdecydowała,  czy  chcę  tańczyć,  czy  fotografować,  byłabym  dziś 

kobietą sukcesu. 

- Możliwe, dziecino, ale wtedy nie dostałabyś zlecenia, które mam dla ciebie - wtrąciła trzeźwo Barbara. - 

A mam ofertę nie do odrzucenia. Dwa w jednym: 

dziś tańczysz, jutro robisz zdjęcia. Co ty na to? 
- Super! Kogo fotografuję i dla kogo tańczę? 
- Dla jednej i tej samej osoby. 
- Poważnie? - zdziwiła się. - A któż to taki? 
- Lee Condor. 
- Ten Indianin, co to jest gwiazdą rocka? 
-  Pół-Indianin.  I  nie  żaden  gwiazdor,  tylko  poważny  muzyk  -  sprostowała  Barbara.  -  Nie  zapominaj  o 

tym, kwiatuszku. 

- O czym? Że pół-Indianin czy że muzyk? 
- Jedno i drugie - zaśmiała się Barbara. - Lee nie wypiera się indiańskich korzeni, ale też nie robi z tego 

wielkiej sprawy. Zaliczył dwa lata w sławnej szkole muzycznej Julliard, gdzie uczyła jego matka, i dwa lata 
w Królewskim Konserwatorium. Ma prawo nazywać się muzykiem. 

- Sama nie wiem, Barb. Jakoś nie przepadam za facetami, którzy farbują włosy na czerwono i miotają się 

po scenie, jakby uprawiali miłosne zapasy. Nie będę się czuła komfortowo, pracując dla kogoś takiego. 

background image

 

- Laleczko, on wcale nie ma czerwonych włosów, tylko czarne jak skrzydło kruka! I wcale nie zachowuje 

się jak seksualny zapaśnik. Przez pięć lat był żonaty i nawet taki brukowiec jak „National Enquirer” nie miał 
czego się przyczepić. Teraz jest wdowcem. Zresztą o czym my mówimy? Przecież nie będzie twoim part-
nerem,  tylko  pracodawcą  -  zniecierpliwiła  się.  -  Co  cię  nagle  ugryzło?  Pracowałaś  z  dziesiątkami 
przeróżnych facetów. Każdy, który próbował cię poderwać, kończył jak Titanic. Czemu ni z tego, ni z owego 
boisz się Condora? Przecież nawet go nie znasz? 

- Nie boję się! - zaprotestowała, ale musiała uczciwie przyznać, że to niezupełnie prawda. Gdy padło jego 

nazwisko,  poczuła  przypływ  adrenaliny.  Znała  go,  jak  zna  się  Beatlesów,  Rolling  Stonesów  czy  Duran 
Duran, i nie miała powodu, by obawiać się go albo z góry zakładać, że jest świrem. A jednak się bała... 

Chyba  zgłupiałam,  prychnęła.  Lęk  był  irracjonalny,  ale  nie  mogła  go  zignorować.  I  musiała  uczciwie 

przyznać, że dobrze wie, gdzie szukać jego źródła. 

Wszystko zaczęło się od teledysku. Chłopcy oglądali kiedyś film w telewizji. Po jego zakończeniu stacja 

puściła wideoklip grupy Lee Condora. 

O dziwo, na klipie w ogóle nie było typowych rockowych scen. Żadnych dymiących gitar ani długowło-

sych  rockmanów  pastwiących  się  nad  instrumentami.  Nie  było  nawet  przebitek  na  Condora  grającego  na 
perkusji.  Ilustracją  do  piosenki  o  miłości  była  historia  utrzymana  w  gatunku  fantasy.  Teledysk  został 
zrealizowany tak profesjonalnie, że zdjęcia wyglądały jak fragmenty fabularnego filmu: rycerze na rumakach 
pędzący we mgle w stronę zamku; wielka bitwa; bohaterka, dla której ratunek nadszedł zbyt późno i teraz 
umiera w ramionach ukochanego. 

Przez  całe  cztery  minuty  Bryn  wpatrywała  się  w  ekran  jak  urzeczona.  W  końcowej  scenie  kamera 

pokazała zbliżenie twarzy rycerza w zbroi. Przez niewielkie otwory w opuszczonej przyłbicy patrzyły groźne 
oczy. Miały niezwykły kolor ciemnego bursztynu. Nadal je pamiętała - aż zbyt dobrze. I nadal budziły w niej 
niepokój. 

- Nie boję się, Barbaro - powtórzyła. - Po prostu nie rozumiem, po co Lee Condor miałby kręcić teledysk 

w Tahoe? Źle mu w Hollywood? 

- Co ty, niedzisiejsza jesteś? Przecież on wcale nie mieszka w Hollywood. Ma dwa domy. Jeden w Fort 

Lauderdale, a drugi tutaj. 

- Poważnie? 
-  Tak,  kupił  go  już  dawno.  Mało  kto  o  tym  wie,  bo  Lee  strzeże  prywatności.  W  ogóle  niewiele  o  nim 

wiadomo. 

- Tak? A ja mam wrażenie, że ty wiesz całkiem sporo - rzuciła uszczypliwie. 
- Mhm. Chętnie dowiedziałabym się więcej. 
- Lubisz takich hardrockowców, prawda? - zapytała Bryn. 
Ku jej zaskoczeniu Barbara zawahała się. 
-  Lee  to  dziwny  człowiek  -  stwierdziła  po  chwili.-  Serdeczny  i  spokojny.  Ale  kiedy  mu  się  dobrze 

przypatrzysz, masz wrażenie, że posiada jakiś szósty zmysł. Jest wyjątkowo przenikliwy i spostrzegawczy. A 
jaki  jest  przystojny!  Ma  niesamowite  oczy...  Wprawdzie  wygląda  na  chudego  i  żylastego,  ale  jak  się 
człowiek dokładniej przyjrzy i zobaczy te szerokie bary... - Barbara westchnęła. - Ja w każdym razie dostaję 
na jego widok gęsiej skórki. Nie znam bardziej męskiego faceta. 

Bryn sama słyszała, że jej śmiech zabrzmiał sztucznie. Raz już miała okazję poznać taki chodzący okaz 

męskości. I to poznać aż za dobrze. Czy właśnie z powodu tego podobieństwa Lee Condor od razu wzbudził 
w niej niechęć? Czy możliwe, że wystarczyło jej raz spojrzeć w jego ogniste oczy, by w głowie natychmiast 
włączył  się  sygnał  alarmowy?  Instynkt  samozachowawczy  ostrzegł  ją,  by  trzymała  się  z  dala  od  tego 
mężczyzny. Podejrzewała, że dla niego zaspokajanie żądz i zachcianek jest równie naturalne jak oddychanie. 
Jej były narzeczony, Joe, był taki sam. 

Dla kogoś, kto umie odczytać znaki ostrzegawcze, były one aż nadto widoczne. Jak jaskrawy neon, który 

krzyczy: Kobieto, miej się na baczności! Ten facet najpierw pokaże ci niebo, by za chwilę urządzić na ziemi 
piekło. 

Na szczęście mądra kobieta wpada w sidła tylko raz w życiu, nigdy dwa. 
-  Rozumiem,  że  nasz  idol  szuka  tancerzy  do  nowego  teledysku  -  powiedziała,  otrząsając  się  ze 

wspomnień. 

- A jak to się ma do robienia zdjęć? 
-  Lee  widział  zdjęcia  promocyjne,  które  robiłaś  dla  moich  klientów.  Najpierw  długo  się  przyglądał,  a 

potem zapytał, czy znam ich autora. No to mu o tobie powiedziałam. 

- Dzięki. 
- Od tego są agenci. - Barbara nie kryła samozadowolenia. - Słuchaj, muszę jeszcze zorganizować dwu-

dziestu  tancerzy,  więc  nie  mam  czasu  gadać.  Chryste,  jak  ja  kocham  tego  faceta!  Tylko  pomyśl  o  moim 

background image

 

honorarium! Chyba sama zacznę tańczyć z radości. Ale mi się poszczęściło! 

Tym razem Bryn roześmiała się całkiem szczerze. Ona i Barbara miały wiele wspólnego. Barbara za dnia 

była  agentką,  a  wieczorami  tańczyła  w  modnym  nocnym  klubie.  Uwielbiała  załatwiać  kontrakty,  no  i 
tańczyć. Bryn mogłaby pracować razem z nią, ale uznała, że to zbyt ryzykowne zajęcie dla kobiety, która 
wychowuje małe dzieci. Poza tym czuła, że nie odnalazłaby się w takim miejscu. 

- Rzeczywiście, Barb, dopisało ci szczęście. Cieszę się, że trafił ci się taki kontrakt. 
- Złotko, ty się lepiej ciesz na własne konto. Zarobisz taką kasę, że wreszcie kupisz sobie dom. 
Bryn zagryzła wargi. Rzeczywiście, pieniądze są teraz sprawą kluczową. Niby nie dają szczęścia, ale nie 

sposób bez nich funkcjonować. Dopóki żył jej brat, Jeff, wystarczało jej na w miarę wygodne życie: Mogła 
pozwolić sobie na luksus przebierania w zleceniach. 

Gdyby Jeff żył! Wcale nie chodziło o to, że ma dość opieki nad jego synami - wręcz przeciwnie, kochała 

ich bezgranicznie i była gotowa poruszyć niebo i ziemię, by nadal byli razem. Tęskniła za bratem, bo bardzo 
go  kochała.  Dopóki  go  miała,  życie  było  normalne,  proste  i  bezproblemowe.  Było,  minęło.  Nie  wolno  jej 
użalać się nad sobą. Musi stawić czoła twardej rzeczywistości. Pogodzić się z tym, że Jeffa nie ma. 

Niestety, jej brat nie pomyślał o dobrej polisie ubezpieczeniowej, a chłopcy rośli. Trzeba było ich ubrać i 

wyżywić, zapłacić za lekarza, dentystę i opiekunkę, która zostawała z nimi, kiedy Bryn pracowała. Keith i 
Brian chodzili do szkoły, ale za przedszkole Adama musiała płacić. 

Kiedy  zamieszkali  we  czwórkę,  sprzedała  swoje  auto  i  kupiła  małego  vana.  Jej  niewielki  domek  w 

zabudowie  szeregowej  zrobił  się  za  ciasny.  Chłopcy  zamieszkali  w  pokoju,  który  do  tej  pory  służył  za 
ciemnię, ciemnia zaś została przeniesiona do pomieszczenia gospodarczego na tyłach domu. Z kolei rzeczy z 
tego pomieszczenia... zostały upchnięte w szafach, szafkach i gdzie się tylko dało. 

Skoro nie odpowiada jej praca w nocnym klubie, nie może być wybredna. Nie może sobie pozwolić na 

odrzucenie dobrego zlecenia tylko dlatego, że zdenerwowały ją oczy jakiegoś faceta. Na dodatek widzianego 
tylko w telewizji. 

- Bryn, jesteś tam? 
- Tak, Barb. 
- Przyjedź we wtorek, punktualnie o dziesiątej, do starego domu Fultona. Tylko się nie spóźnij. 
-  Do  domu  Fultona?  -  Wspomniany  budynek  znajdował  się  przy  jednej  z  dróg  wiodących  na  pustynię; 

zbudowany  w  połowie  dziewiętnastego  wieku,  od  dawna  stał  opuszczony.  Miejscowe  dzieciaki  lubiły 
zakładać się o to, kto odważy się wejść do środka, bo podobno w nim straszyło. 

- Zdziwisz się, gdy zobaczysz, jakie zmiany tam zaszły - uprzedziła Barbara. - Pamiętaj, punkt dziesiąta. 

Weź wszystko, co będzie ci potrzebne do całodziennych ćwiczeń. 

- Nie spóźnię się - obiecała. - Powiedz mi, jak długo to potrwa? I kiedy ma się odbyć sesja fotograficzna? 
-  Kręcenie  teledysku  zajmie  trzy  do  czterech  tygodni.  W  tym  czasie  będzie  dzień  albo  dwa  przerwy,  i 

właśnie wtedy będziesz mogła zrobić zdjęcia. 

- Serdecznie dzięki! 
- Auuua! - Z ogródka znów dobiegł rozdzierający krzyk. 
- Muszę kończyć. Te dzikusy za chwilę rozniosą dom! 
- Ucałuj ich ode mnie. 
- Jasne. 
Rzuciła słuchawkę i pełna najgorszych przeczuć wybiegła z domu. Adam płakał wniebogłosy. Kiedy ją 

zobaczył, podbiegł do niej i mocno się przytulił. 

- Co się stało? - zapytała surowo jego braci. 
- Jakiś robak go ugryzł. - Przestraszony Brian podszedł do braciszka i pogłaskał go po jasnej czuprynie. - 

Adam... 

Chłopiec  znów  zaniósł  się  płaczem,  więc  Bryn  wzięła  go  na  ręce  i  powiedziała  łagodnie:-  No  już, 

malutki. Pokaż cioci, co się stało. Podniósł do góry czerwony, spuchnięty paluszek. 

-  Robak!  -  wykrztusił.  -  Wstrętny  robak!  Boli...  Zabrała  go  do  kuchni,  posadziła  na blacie,  wrzuciła  do 

miseczki parę kostek lodu i załata zimną wodą. 

- Włóż tu palec. Zobaczysz, zaraz przestanie boleć. Adam przestał płakać i zrobił to, o co prosiła. Bryn 

zerknęła  na  jego  braci;  przybiegli  wystraszeni,  a  teraz  stali  z  boku  i  wpatrywali  się  w  nią  jak  w  obraz. 
Uśmiechnęła się, by dodać im otuchy. 

- Spokojnie, chłopcy, nic strasznego się nie stało. Pewnie użądliła go pszczoła. 
Brian zacisnął usta i spuścił wzrok. 
- O co chodzi? - zapytała, przyglądając mu się uważnie. 
- On... On... 
- Co takiego? 

background image

 

Brian stanął tak, by Adam go nie widział, i poruszył bezgłośnie wargami: 
- On od tego nie umrze, prawda? 
- Oczywiście, że nie! - Skonsternowana, zaczęła udawać, że szuka czegoś w lodówce. 
Nie  spodziewała  się  takiego  pytania.  Wydawało  jej  się,  że  przez  półtora  roku  chłopcy  pogodzili  się  z 

nową sytuacją i zaakceptowali swoją opiekunkę. Cieszyła się, że okazują ją zaufanie i miłość. 

Właściwie mieli prawo bać się śmierci. Ich mama, Sue, zmarła na ostre zapalenie płuc, gdy Adam miał 

zaledwie  rok.  Nie  minęły  dwa  lata  i  w  bezsensownej  katastrofie  lotniczej  zginął  Jeff.  Nic  dziwnego,  że 
chłopcy martwili się o brata. I że czasem trzymali się jej kurczowo, jakby bali się, że ona też odejdzie... 

-  Hej,  co  to  za  smutasy?!  -  zawołała,  patrząc  na  ich  miny.  -  Adam,  miałeś  trzymać  palec  w  wodzie  - 

przypomniała. 

- Ale jest okropnie zimna! 
- Dobrze, możesz na chwilę wyjąć, ale zaraz włóż z powrotem. Keith, Brian, do wanny. Po kąpieli zjemy 

kolację i włączę wam kasetę z Muppetami. A potem wszyscy grzecznie powędrują do łóżek, bo jutro trzeba 
iść do szkoły. -A ja, ciągnęła w myślach, zrobię wreszcie stykówki, a potem wyskoczę do sklepu po nowe 
trykoty, bo te, które mam, są tak dziurawe, że wstyd się w nich pokazać. 

Trzy godziny później po hot dogach zostało tylko wspomnienie, a chłopcy kończyli oglądać film. Bryn 

siedziała  między  dwoma  starszymi,  trzymając  Adama  na  kolanach.  Nagle  z  pamięci  wypłynęły 
wspomnienia, do których nie lubiła wracać. Zagryzła usta. Nie chciała, by chłopcy widzieli, że ma szkliste 
oczy. 

Kochała ich jak własne dzieci. Była im bezgranicznie oddana. Po części dlatego, że według niej byli bar-

dzo fajnymi smykami, a po części dlatego, że byli synami Jeffa. Dawno już zdecydowała, że bez względu na 
to, co się wydarzy, nigdy, przenigdy ich nie zawiedzie. 

Tak jak Jeff nigdy nie zawiódł jej. Miała zaledwie szesnaście lat, gdy rodzice zginęli w wypadku narciar-

skim. Była młodziutka, zagubiona i odrętwiała z żalu. W tych ciężkich dniach obecność brata dodawała jej 
sił. Jeff był jej opoką i przewodnikiem. Walczył o nią jak lew, mając przeciwko sobie krewnych i sądy. 

Dzięki  niemu  z  czasem  pogodziła  się  ze  stratą  rodziców.  Podziwiała  go  za  to,  że  nie  przerwał  nauki  i 

stworzył dla nich obojga prawdziwy dom. Opiekował się nią, zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, nigdy 
żadna  praca, dziewczyna  czy  impreza  nie  były  ważniejsze  od  niej.  Nie  zaniedbywał jej  nawet  wtedy,  gdy 
ożenił się z Sue. Kiedy rodzili się chłopcy, zawsze czekała w szpitalu, a potem pomagała bratowej w domu. 

Między innymi przez pamięć dla niego przysięgła sobie, że nikt i nic nie zmusi jej, by przestała kochać 

chłopców i przekazała opiekę nad nimi komuś innemu. Nikt, nawet mężczyzna taki jak Joe. Nigdy nie była 
szarą  myszką  i  dobrze  znała  swoją  wartość,  lecz  kiedy  go  poznała,  kompletnie  straciła  głowę.  Joe  grał 
zawodowo  w  futbol  amerykański.  Do  Tahoe  przyjechał  na  wakacje  po  zakończeniu  sezonu  rozgrywek. 
Odkąd się poznali, nie dawał jej spokoju. 

Początkowo  była  zaskoczona  jego  nagłym  zainteresowaniem.  Później  podchodziła  do  niego  z  rezerwą. 

Nigdy nie uważała się za piękność, ale zdawała sobie sprawę, że ze swoją zgrabną figurą i lekko skośnymi 
„kocimi”  oczami  podoba  się  mężczyznom.  Nie  była  pewna,  czyją  to  cieszy.  Przeszkadzało  jej,  że  faceci, 
którzy się na nią gapią, mają gdzieś jej duszę, bo obchodzi ich tylko to, czy jest dobra w łóżku. Dość długo 
śmiała się z zalotów Joego, ten jednak był nieustępliwy. Zasypywał ją komplementami i na wszelkie sposoby 
przekonywał,  by  zaczęła  się  z  nim  spotykać.  W  którymś  momencie  zaczęła  traktować  go  poważnie. 
Tłumaczyła sobie, że nawet bohaterowie stadionów mają prawo do miłości. Pragną kochać i być kochani. A 
Joe zachowywał się tak, jakby świata poza nią nie widział. 

W  ich  związku  coś  zaczęło  się  psuć  po  śmierci  Sue.  Joe  nie  był  zachwycony,  że  Bryn  poświęca  sporo 

czasu  owdowiałemu  bratu,  ale  początkowo  tolerował  tę  sytuację.  Rozpoczął  się  kolejny  sezon  rozgrywek, 
więc spakował się i wrócił do siebie. Zadzwonił w grudniu. 

- Mam tylko jeden wolny dzień. Chcesz, to przyjadę 
- oznajmił i podał datę. 
-  Fatalnie.  Obiecałam  Jeffowi,  że  zostanę  z  chłopcami  -  przyznała.  Jeff  był  pilotem  i  często  wyjeżdżał. 

Joe wpadł we wściekłość. 

- Przecież możemy spotkać się u mojego brata 
- przekonywała. 
- Nie po to lecę taki kawał drogi, żeby niańczyć czyjeś bachory - odparował. - Chcę być z tobą sam. 
-  Ja  wiem,  ale  spróbuj  mnie  zrozumieć...  Rzucił  słuchawkę.  Jednak  po  tygodniu  znów  zadzwonił  i 

rozmawiał z nią tak, jak gdyby nigdy nic. 

Znów  zaczęła jeździć z nim na rozgrywki. Podczas jednego z wyjazdów dostała telegram z Tahoe. Jeff 

zginął. Szybowiec, który pilotował, roztrzaskał się podczas ryzykownego manewru. 

- Współczuję - powiedział Joe, ale w jego ustach zabrzmiało to jak frazes. Nie pojechał z nią do Tahoe, 

background image

 

by  pomóc  w  przygotowaniu  pogrzebu,  ani  nie  przejął  się  zbytnio  losem  trzech  małych  chłopców,  którzy 
nagle zostali zupełnie sami na świecie i nie wiedzieli, co z nimi 

dalej będzie. 
Bryn nie było stać na spłacanie kredytu za duży dom, w którym mieszkali z ojcem, więc zabrała ich do 

siebie. 

Podczas pierwszej wizyty Joego wszystko potoczyło się gładko. Wynajęła opiekunkę i została z nim w 

hotelu  do  drugiej  w  nocy,  a  potem  szybko  wróciła  do  domu,  by  być  przy  chłopcach,  gdyby  obudzili  się 
dręczeni przez złe 

sny. 
Pokłóciła  się  z  nim  na  dobre  dopiero  wtedy,  gdy  powiedziała,  że  nie  może  już  jeździć  na  mecze.  Był 

okropnie zły, ale po kilku dniach zadzwonił i znów zachowywał się tak, jakby wszystko było w porządku. 

A jednak nie było. Bryn oglądała kiedyś jego mecz w telewizji. Na koniec pokazano zwycięskich graczy 

napawających się sukcesem. Wśród nich dostrzegła Joego  - nie był sam. Towarzyszyła  mu bardzo młoda, 
bardzo ładna i bardzo efektowna rudowłosa dziewczyna. 

Podczas  kolejnej  rozmowy  telefonicznej  Joe  wyczuł,  że  jest  obrażona,  ale  przyjechał  do  Tahoe. 

Rozmawiali w obecności chłopców, mimo to nalegał, by powiedziała, 

o co chodzi. 
- Dowiem się wreszcie, co cię ugryzło? 
- Zdradzasz mnie! Joe wpadł w szał. 
-  Jestem  normalnym,  zdrowym  mężczyzną!  Wiesz,  jak  to  jest  z  chłopakami,  którzy  grają  w  futbol. 

Zawsze kręcą się przy nich jakieś dziewczyny. 

Rozejrzała się nerwowo po kuchni, a widząc, że chłopcy oglądają telewizję, powiedziała, zniżając głos:- 

Będziesz mi wmawiał, że z nią nie spałeś? 

- A nawet jeśli, to co wielkiego się stało? Ona nic dla mnie nie znaczy. Po prostu była na miejscu i miała 

ochotę.  Odwrotnie  niż  ty.  Ty  wolałaś  bawić  się  w  domowe  przedszkole.  Ostrzegam  cię,  Bryn,  na  dłuższą 
metę żaden facet tego nie zdzierży. Nikt nie będzie czekał w nieskończoność na kurę domową, skoro może 
przespać się z księżniczką. 

Cudem powstrzymała się, by nie oblać go wrzątkiem. Spokojnie przełożyła zawartość garnka na półmisek 

i postawiła na stole. 

-  Kolacja  gotowa,  Joe.  -  Do  dziś  pamiętała  swój  lodowaty  ton.  -  Możesz  mnie  nazywać  kurą  domową, 

skoro sprawia ci to przyjemność, ale nie życzę sobie takich rozmów w obecności chłopców. Dotarło? 

Skinął głową i usiadł przy stole, a ona zawołała chłopców. Brian musiał usłyszeć ich kłótnię, bo kiedy Joe 

próbował  go  zagadnąć,  odpowiadał  wrogim  milczeniem.  A  gdy  ten  ze  złości  zaklął  pod  nosem,  nabrał  na 
widelec groszek i strzelił mu w twarz. 

-  Mam  tego  powyżej  uszu!  -  oznajmił  Joe,  gdy  zostali  sami.  -  Rozumiem,  że  musisz  zająć  się  tymi 

smarkaczami, ale dobrze ci radzę, znajdź jakąś opiekunkę. Jak zaczniesz znowu jeździć ze mną na mecze, 
nie będę musiał rozglądać się za panienkami. 

W ten oto sposób przyznał się do niewierności. Świadomość, że był z inną kobietą, najpierw sprawiła jej 

ogromny ból, a potem wprawiła ją w otępienie. Wiele ją kosztowało, by po chwili milczenia powiedzieć: 

- Zapomnij o tym, Joe. Zapomnij o nas. 
- Co takiego?! 
- To, co słyszysz. Nie wyjdę za ciebie. Nasz związek to byłaby porażka. 
- Ty chyba zgłupiałaś! Wiesz chociaż, co tracisz? 
- Owszem, niedojrzałego faceta, który uważa, że ma prawo zdradzać swoją kobietę, jeśli nie jest gotowa 

wskakiwać mu do łóżka na każde skinienie. 

Były  jeszcze  inne  powody.  Całe  mnóstwo  powodów.  Ostatecznie  nie  miało  znaczenia,  który  z  nich 

przeważył. Ważne, że zaręczyny zostały nieodwołalnie zerwane. A dokładnie, że ona je zerwała. 

- Ciociu, w telewizji jest jakaś duma sieczka. 
Rozżalony glos Briana wyrwał ją z zamyślenia. 
- I bardzo dobrze. Ty też będziesz miał jutro w głowie sieczkę, jeśli zaraz nie położysz się spać. Chłopcy, 

marsz do łóżka! 

Buntowali się i jęczeli, ale ostatecznie jej posłuchali. Gdy wreszcie zasnęli, włożyła stary trykot, legginsy 

i getry i zbiegła na dół, by zrobić krótką rozgrzewkę i przy okazji obejrzeć wieczorne wiadomości. Z ekranu 
uśmiechała  się  budząca  zaufanie  twarz  prezentera  pogody,  a  potem  jego  miejsce  zajął  prowadzący 
wiadomości,  który  zaczął  mówić  o  młodym  miejscowym  polityku,  Dirku  Hammarfieldzie,  który  właśnie 
rozpoczął, kampanię przed wyborami do senatu. 

Słuchała jednym uchem, zerkając na ekran pomiędzy kolejnymi powtórzeniami ćwiczeń rozciągających 

background image

 

10 

mięśnie nóg. Kandydat na senatora miał ujmujący uśmiech młodego Kennedy’ego, jasne włosy i niebieskie 
oczy. 

Na  pewno  zdobędzie  mnóstwo  głosów,  zawyrokowała.  Może  nawet  mój.  Nagle  zamarła  w  pozycji  na 

brzuchu z mocno naprężonymi i uniesionymi nogami. 

W wiadomościach zmienił się temat. Tym razem  mówiła ładna prezenterka; ponad jej głową w lewym 

górnym rogu pojawiło się zdjęcie mężczyzny. Lee Condor. 

Do Bryn nie docierał sens tego, o czym była mowa. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w zdjęcie. A 

zwłaszcza oczy, które przykuwały uwagę nawet wtedy, gdy patrzyły z fotosu. Pewnie dlatego, że mają taki 
niespotykany  kolor,  pomyślała.  Albo  dlatego  że  zdobią  interesującą  twarz.  Z  uwagą  analizowała  jej  rysy. 
Wysokie  czoło.  Czarne,  mocno  zarysowane  łuki  brwi.  Idealnie  prosty  nos.  Wydatne  kości  policzkowe. 
Zdecydowana  linia  szczęki.  Ładne  usta.  Lee  Condor  wyglądał  na  kogoś,  kto  łatwo  się  śmieje,  a  w  chwili 
gniewu zaciska wargi w surową linię. 

Włosy miał kruczoczarne, półdługie, ale mimo takiej fryzury i tak wyglądał bardziej na biznesmena niż 

gwiazdę rocka. Barbara miała rację, mówiąc, że jest wręcz obezwładniająco męski. Pewnie o tym wiedział, 
ale chyba nie przywiązywał do tego wagi. Przez co wydawał się jeszcze bardziej pociągający... 

Wiadomości  dobiegły  końca,  a  w  ich  miejsce  pojawiła  się  reklama  torebek  śniadaniowych.  Bryn 

raptownie  rozluźniła  mięśnie  i  z  ulgą  opuściła  nogi.  Chyba  oszalałam.  Przecież  nawet  go  nie  znam, 
tłumaczyła sobie. 

Mimo to nie potrafiła o nim zapomnieć. Myślała o nim nawet wtedy, gdy po skończeniu ćwiczeń i kąpieli 

kładła się do łóżka. Zastanawiała się, jaki jest w bezpośrednim kontakcie. Jak będzie na niego reagowała, 
gdy  go  pozna.  Miała  nadzieję,  że  zapanuje  nad  irytującymi  dreszczami,  które  biegały  jej  po  plecach  za 
każdym razem, gdy spojrzała w ciemnobursztynowe oczy. 

I po co ja to tak przeżywam, zniecierpliwiła się. Na planie teledysku będzie tyle ludzi, że Lee Condor 

nawet mnie nie zauważy w tłumie... 

Pokrzepiona tą myślą, zasnęła. 
O tym, jak płonne były to nadzieje, przekonała się we wtorkowy ranek, mniej więcej kwadrans po swoim 

przyjeździe  do  domu  Fultona.  Właśnie  robiły  z  Barbarą  rozgrzewkę,  gdy  podszedł  do  nich  główny 
choreograf. 

-  Barbaro,  można  cię  prosić  na  słowo?  -  zapytał.  Odeszli  na  bok  i  chwilę  rozmawiali,  po  czym  oboje 

wrócili do Bryn. 

- Stwierdził, że jesteś idealna - oznajmiła Barbara zagadkowo. 
- Co rzecz jasna oznacza wyższe honorarium - wszedł jej w słowo choreograf. 
- I wcale nie tak dużo dodatkowej pracy. 
- Zresztą najlepiej, żeby sam ci wszystko wyjaśnił. I nim się zorientowała, o co chodzi, stanęła z nim 
twarzą w twarz. Nawet nie wiedziała, że jest już na 
planie. 
-  Bryn,  poznaj  Lee  Condora.  Lee,  to  moja  przyjaciółka,  Bryn  Keller.  -  Barbara  była  wyjątkowo  en-

tuzjastyczna. 

Lee  uśmiechnął  się  półgębkiem.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  w  ogóle  jej  nie  słuchał.  Za  to  otwarcie 

wpatrywał się w Bryn. Bez skrępowania oglądał ją od stóp do głów, analizował każdy szczegół. W końcu 
spojrzał jej prosto w oczy. 

- Bryn Keller? Więc jest pani też fotografem. Miło mi poznać. 
Podał jej rękę. Szorstką - z mnóstwem odcisków -i gorącą... 
Bryn pomyślała, że płonie w nim wewnętrzny ogień i wyzwala potężną energię, która upodabnia go do 

wulkanu.  Uśpionego,  emanującego  złudnym  spokojem.  I  potęgą.  Jak  zaśnieżony  górski  szczyt  na  tle 
błękitnego nieba... 

Poczuła na plecach gorący dreszcz. Cofnęła dłoń - właściwie wyszarpnęła ją - i odsunęła się od niego. 
- Chciałabym najpierw usłyszeć, czego pan ode mnie oczekuje. Dopiero wtedy powiem,  czy się do tego 

nadaję. 

Lód... Tylko z tym dało się porównać jej ton. Nie chciała być aż tak nieprzystępna, ale... była. Do granic 

nieuprzejmości. Lekko zmrużył oczy. 

-  Och,  bez  obawy,  panno  Keller.  Jestem  pewny,  że  się  pani  nadaje.  -  Mówił  z  akcentem  typowym  dla 

południowych stanów. - Tony wprowadzi panią w szczegóły - oznajmił, po czym odwrócił się i odszedł. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dziewczyna od razu go zaintrygowała. 
Kiedy  przyjechał,  drzwi  do  domu  Fultona  były  szeroko  otwarte,  a  wewnątrz  trwała  gorączkowa 

background image

 

11 

krzątanina. Wszyscy byli tak zajęci, że nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi; tancerze - poubierani w 
kolorowe  stroje  do  ćwiczeń  -  rozgrzewali  się  i  ćwiczyli  układy  choreograficzne.  Siwowłosy  stolarz 
majstrował przy biegnących lukiem schodach, na których stał Tony Asp, główny choreograf, i kłócił się o 
coś z szefem produkcji, Garym Wrightem. 

Lee  rozejrzał  się  po  eleganckim  holu  i  olbrzymiej  sali  balowej.  Nigdzie  nie  zauważył  Perry’ego  ani 

Andrew,  ani  nawet  Micka.  Pewnie  jeszcze  nie  przyjechali;  w  końcu  do  dziesiątej  brakowało  paru  minut. 
Wiedział, że jego koledzy spędzili noc w kasynie. Tak ich rozrzewnił powrót do Tahoe, że do bladego świtu 
topili melancholię w alkoholu. 

Na pewno się nie spóźnią. Dawno temu zrozumieli, że muszą liczyć się z pozostałymi członkami grupy. I 

szanować ich czas, czyli nie nawalać i przychodzić na próby. 

Przyjrzał się pobieżnie tancerzom. Dziesięciu mężczyzn, dziesięć kobiet. W większość bardzo młodych. 

Pewnie  dzieciaki  z  miejscowej  szkoły  średniej,  może  college’u,  które  myślą,  że  na  planie  rozerwą  się  i 
odpoczną sobie od codzienności. Cóż, jeśli ktoś tu liczy na odpoczynek, gorzko się rozczaruje. Wolny czas 
to towar deficytowy. 

I właśnie gdy tak stał i lustrował tancerzy, zobaczył ją  - co prawda nie całą, ale i to wystarczyło. Jako 

pierwsze rzuciły mu się w oczy niesamowicie długie nogi. 

Dziewczyna właśnie wykonywała głęboki skłon; najpierw pochyliła tułów prostopadle do podłogi, by po 

chwili niemal dotknąć do niej czubkiem głowy. Miała na sobie różowe legginsy, czarny trykot i getry. Lee 
nie widział jej twarzy, jedynie nogi, szczupłe, ale bardzo zgrabne i ładnie umięśnione. Przy okazji obejrzał 
sobie też kształtną pupę, którą nieświadomie wypięła prosto na niego... 

Wyprostowała się. Podniosła do góry ręce, jakby chciała sięgnąć gwiazd, po czym z gracją zrobiła pełny 

szpagat. W jej ruchach było coś, co go urzekło. Przyszło mu do głowy, że zaraz z wrażenia otworzy usta. 
Zaczął  się  z  siebie  śmiać.  Ciekawe,  jak  by  zareagowała,  gdyby  wiedziała,  że  najchętniej  rozpędziłby 
wszystkich na cztery wiatry i rzucił się na nią jak wariat. Pewnie nie byłaby zachwycona. 

Ucieszył się, że wciąż budzą się w nim takie pragnienia. Po Victorii miał różne kobiety, ale nie przypomi-

nał sobie, by któraś w takim stopniu podziałała mu na wyobraźnię. Po śmierci Victorii bardzo się zmienił. 
Niestety, na gorsze. 

Śmieszne.  Gdyby  przyznał  się  Victorii,  że  od  samego  patrzenia  na  nią  robi  mu  się  gorąco,  pewnie 

powiedziałaby, że oszalał. Nie, raczej nazwałaby go dzikusem. To było jej ulubione określenie... 

Odsunął na bok wspomnienia. Nawet jeśli popełnił jakiś błąd, to już i tak przeszłość. Skończyło się. Nie 

powinien  zadręczać  się  wspomnieniami,  bo  nie  wychodzi  mu  to  na  dobre.  Było,  minęło.  Życie  toczy  się 
dalej. 

- Lee! Już jesteś?! Nie widziałem, jak wszedłeś. 
Odwrócił się. Tony Asp uśmiechał się szeroko. 
- Cześć, Tony. - Wymienili uścisk dłoni. - Jestem tu od kilku minut. - Zamaszystym gestem wskazał hol, 

schody i salę balową. - Nieźle wyszło, prawda? 

-  Nawet  nie  ma  porównania.  Niebo  a  ziemia.  -  Tony  lekko  się  skrzywił.  -  Powiem  szczerze,  że  jak  mi 

powiedziałeś, że chcesz kupić i wyremontować ten dom, pomyślałem, że masz nierówno pod sufitem. Teraz 
widzę,  że  miałeś  rację.  Wynajem  kosztowałby  więcej,  a  tak  masz  wystrzałową  rezydencję.  Będziesz  tu 
mieszkał? 

Pokręcił głową. 
-  Lubię  mój  stary  dom.  Albo  nowy,  zależy  jak  na  to  spojrzeć.-  W  każdym  razie  to  wymarzony  plan 

zdjęciowy. Wątpię, żeby w samym sercu Georgii udało się znaleźć drugi budynek, który byłby kwintesencją 
stylu z czasów wojny secesyjnej. 

-  Też  tak  myślę...  -  Urwał,  gdyż  nagle  ktoś  mocno  klepnął  go  w  ramię.  Tuż  za  nim  stał  Gary  Wright, 

chudy jak szczapa, kłębek nerwowej energii i genialny dyrektor kreatywny. 

- Cześć, Lee! Jak trasa koncertowa? Cieszę się, że znów będziemy razem pracować. 
- Ja też się cieszę, Gary. A trasa? Nieźle, ale powiem ci, że chyba to była już ostatnia. 
Lee poznał Tony’ego i Gary’ego przed rokiem, podczas wspólnej realizacji teledysku. Od tego czasu byli 

w stałym zawodowym kontakcie, choć początki współpracy nie były łatwe. Zarówno Tony, uznany twórca 
choreografii  do  baletów  klasycznych,  jak  i  Gary,  jeden  w  najlepszych  dyrektorów  telewizji  publicznej, 
podchodzili  do  jego  pomysłów  sceptycznie.  Lee  wielokrotnie  się  przekonał,  że  ludzie  uprzedzają  się  do 
niego z dwóch powodów: po pierwsze, bo jest potomkiem Czarnych Stóp, po drugie, bo gra rocka. 

On  jednak  nauczył  się  być  twardy,  wzruszać  ramionami  i  spokojnie  robić  swoje.  Tony  i  Gary 

zaakceptowali go takim, jaki jest. Ale Victoria już nie... 

To się już skończyło, powtórzył. Skończyło się... 
- Tylko w jednym się z tobą nie zgadzam. - Gary od paru chwil mówił do niego, ale on go nie słyszał. - 

background image

 

12 

Podoba mi się pomysł na klip i aranżacja piosenki. Jednak uważam, że powinniśmy dać parę ujęć, na których 
widać, jak gracie na instrumentach. Wiem, zaraz mi powiesz, że to ballada o wojnie secesyjnej. Zgoda, ale 
spróbuj spojrzeć na to od strony... 

- Przepraszam - wtrącił Tony - ale chciałbym już zaczynać z tancerzami. 
-  Jasne, Tony.  Nie przeszkadzaj  sobie  -  odparł  Gary.  -  A  wracając  do tych  ujęć,  Lee,  to  mam  na  myśli 

sekwencje nie dłuższe niż sekunda, góra dwie... 

- Przepraszam cię... - Tym razem to Lee wszedł mu w słowo. Śledził wzrokiem Tony’ego, który zmierzał 

w stronę grupy ubranych tancerzy. - Zaraz wrócę. 

- Ale Lee, posłuchaj... - zirytował się Gary.

 

- Skoro tak ci na tym zależy, daj te ujęcia. Rób, co chcesz - rzucił na odczepnego. 
Gary triumfował, ale on nawet tego nie zauważył. Chciał jak najszybciej porozmawiać z Tonym. 
- Tony! 
Choreograf zatrzymał się. 
- Widzisz tę wysoką rudą dziewczynę? - zapytał Lee. 
- Rudą? Tu nie ma żadnej rudej. 
- Dobrze, niech ci będzie, że ma kasztanowe włosy. Jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu, czarny trykot i 

różowe legginsy. Tony, co z tobą? Ślepy jesteś czy co? 

- Dobrze, już wiem, o którą ci chodzi! Rany, rzeczywiście jest na co popatrzeć. 
- Przestań się gapić. Powinieneś być uodporniony na takie rzeczy. Codziennie widzisz dziesiątki pięknych 
ciał. 
- Widzę, ale przecież nie jestem z kamienia... 
- Tony, pogadaliśmy sobie jak esteta z estetą, tak? A teraz skupmy się na sprawach zawodowych. Co ty 

na to, żeby ta dziewczyna została naszą Loreną? 

Tony natychmiast uruchomił swój „estetyczny” zmysł. 
- Ty wiesz, że to jest myśl! Ta mała jest idealna! Piękne długie włosy, wysoka, szczupła  - będzie dobrze 

wyglądała w kostiumie. Ładne pełne piersi - te to się dopiero zaprezentują! Jest naprawdę świetna. 

- Tylko żeby umiała tańczyć... 
-  Na  pewno  umie.  Barbara  Vinton  nie  zatrudnia  amatorów.  Zapytam  ją  o  tę  dziewczynę.  Jeśli  Barbara 

powie, że jest dobra, przyprowadzę ją do ciebie. 

- Dobrze. Widzę, że przyszli Perry i Andrew. Pójdę z nimi pogadać, a potem obejrzę schody. 
Tony skinął głową i pobiegł do tancerzy, a Lee poszedł przywitać się z kolegami, Andrew McCabe’em, 

Perrym Littonem i Mickiem Skyhawkiem. 

- Jasna cholera, Lee, to miejsce wygląda odlotowo! - stwierdził Andrew. 
- Super! - zgodził się Mick. 
- Fajnie, że wam się podoba - roześmiał się Lee. 
-  O  ile  można  ufać  waszej  ocenie.  Coś  mi  się  zdaje,  że  jeszcze  widzicie  podwójnie.  Zwłaszcza  ty, 

przyjacielu. Nawet jak na czerwonoskórego masz strasznie czerwone oczy. 

Mick, czystej krwi Indianin z plemienia Czarnych Stóp, wyraźnie się speszył, czym bardzo rozbawił kole-

gów. 

-  Bardzo  zabawne!  -  Wzruszył  ramionami.  -  Przecież  ciągle  od  was  słyszę,  że  powinienem  się 

ustatkować.  Chyba  jasne,  że  aby  to  zrobić,  muszę  raz  na  jakiś  czas  spędzić  noc  z  przedstawicielką  płci 
odmiennej? 

-  Problem  w  tym,  że  spędziłeś  tych  nocy  całe  mnóstwo,  tyle  że  każdą  z  inną  dziewczyną  -  westchnął 

Andrew, udając zniechęcenie. - Nie myślałeś o tym, żeby spędzać je z jedną? 

Z twarzy Lee w jednej chwili znikł beztroski uśmiech. Lepiej uważaj, Mick, ostrzegł kolegę w myślach. 

Czasem lepiej nie znać kobiety, obok której się budzisz. Najbezpieczniej być z taką, która, podobnie jak ty, 
przychodzi i odchodzi w noc. Bo może ci się zdawać, że poznałeś ją na wylot, ale nic bardziej mylnego. Nie 
masz pojęcia o mrocznych sekretach, które nosi w sercu... 

-  Pójdę  obejrzeć  schody  -  mruknął.  -  Mick,  kazałem  ustawić  twoje  klawisze  na  końcu  sali  balowej. 

Sprawdź, czy dobrze to zrobili. 

- Jasne. 
Rozdzielili się i każdy zajął się swoimi sprawami. Lee podszedł do schodów i przez chwilę podziwiał ich 

zgrabny łuk. Uśmiechnął się, czując dumę i zadowolenie, że remont domu się udał. Kiedy był tu pierwszy 
raz, stare marmurowe podłogi pokrywała gruba warstwa brudu, schody były zarwane w kilku  miejscach, a 
żyrandole  zasnuła  tak  gęsta  pajęczyna,  że  prawie  nie  było  ich  widać.  Gdy  oznajmił,  że  zamierza  kupić  i 
wyremontować  dom,  by  nakręcić  w  nim  teledysk  do  ballady  „Lorena”,  koledzy  popukali  się  w  czoło. 
Zrozumieli go dopiero teraz, gdy odświeżony dom ukazał cale swe piękno. 

background image

 

13 

-  Dzień  dobry,  Lee.  Chcę  ci  przedstawić  Bryn  Keller.  Bryn,  to  jest  Lee  Condor.  -  Na  dźwięk  głosu 

Barbary natychmiast się odwrócił. Keller... skądś znał to nazwisko. 

Uśmiechnął się do kobiety, którą wybrał do roli Loreny. Podał jej rękę, mrucząc pod nosem banalne: 
„Bardzo mi miło”. Przez cały czas bacznie jej się przyglądał. 
Jeszcze zanim otworzyła usta, wyczul falę niechęci. Tak silnej, że niemal widział, jak między nim a tą 

kobietą wyrasta niewidzialna lodowa tafla. Lód... i ogień. 

Dziewczyna  z  bliska  wydała  mu  się  jeszcze  piękniejsza.  Jej  włosy  miały  niespotykany  odcień  -  ani 

mahoń, ani typowy rudy - o wiele głębszy niż każdy z tych dwóch. Podobny do koloru płomieni szalejących 
w samym sercu pożogi. Z zachwytem przyglądał się kilku pasemkom, które wymknęły się z ciasnego węzła. 
I niesamowitym oczom, przejrzyście zielonym i lekko skośnym, jak u lśniącego, tajemniczego kota. Te oczy 
pełne  wewnętrznego  ognia,  zdradzającego  temperament,  oraz  rude  włosy  kontrastowały  z  chłodnym 
zachowaniem  dziewczyny.  Wprawdzie  jej  głos  miał  ciepłą  barwę  i  był  miły  dla  ucha,  ale  mówiąc 
zachowywała się tak, że Lee miał ochotę nią potrząsnąć. 

Uśmiechnął się. Powiedział coś cicho i spokojnie. Sam nie bardzo wiedział co. Ona odpowiedziała, ale 

nie dotarł do niego sens jej słów. Zresztą to nieważne. Dla niego ta dziewczyna była idealną Lorena. Może 
go lubić lub nie. Nie miał na to wpływu. Istotne było tylko to, by jej antypatia nie wpływała negatywnie na 
ich współpracę. 

Zostawił  ją  z  Barbarą  i  odszedł.  Musiał  jednak  przyznać,  że  poczuł  się  dotknięty  jej  zachowaniem. 

Ciekawe, czym ją sprowokował? Może nie lubi muzyków rockowych? Albo ludzi o indiańskich korzeniach? 
Co, do cholery, czyżby jej przodkowie zamykali czerwonoskórych w rezerwatach? Ostatecznie uznał, że to 
jej problem. Po prostu zostawi ją w spokoju. Był w połowie schodów, gdy nagle uśmiechnął się szeroko. Za 
plecami słyszał Tony’ego, który streszczał dziewczynie koncepcję wideoklipu. Było jasne, że przyjmie ich 
propozycję - oczywiście wyłącznie dla pieniędzy. Uśmiech przerodził się w złośliwy grymas. 

Tak bardzo zależy jej na forsie? W porządku. Już on da jej zarobić. 
W  drodze  powrotnej  utknęła  w  gigantycznym  korku.  Za  każdym  razem,  gdy  sznur  samochodów 

ślamazarnie  przesuwał  się  metr  do  przodu,  klęła  nieznośny  perfekcjonizm  Lee  Condora,  który  kazał  im 
powtarzać wszystko setki razy. 

Tony  Asp  streścił  jej  scenariusz  wideoklipu.  -  „Lorena”  to  nastrojowa  ballada,  która  była  niezwykle 

popularna w czasach wojny secesyjnej - mówił. 

- Nakręciliśmy już sceny plenerowe, natomiast tu, w domu Fultona, powstaną sekwencje balu. Z grubsza 

ma to wyglądać tak: Trwają tańce. Żołnierz wraca z frontu do domu i odkrywa, że jego ukochana, Lorena, 
poślubiła innego. 

W  następnej  scenie  żołnierz  błąka  się  po  pustym  polu  spowitym  mgłą  i  wyobraża  sobie,  że  porywa 

Lorenę i silą zmusza, żeby dochowała przysięgi. W rzeczywistości jednak o nią nie walczy. Odchodzi, gdyż 
zdaje sobie sprawę, że wojna wszystko zmieniła i zabiła ich miłość. 

Najważniejsza  scena  z  pani  udziałem  rozegra  się  na  schodach-  tłumaczył  Tony.  -  Początkowo  Lorena 

będzie próbowała wyrwać się byłemu kochankowi, on jednak jej nie puści. Przyciągnie ją do siebie, weźmie 
na ręce i oboje znikną we mgle. Ujęcie potrwa maksymalnie półtorej minuty, ale każdy szczegół musi być 
dopracowany.  Jeśli  chodzi  o  choreografię,  wiele  będzie  zależało  od  pani,  gdyż  Lee,  jakkolwiek  bardzo 
sprawny fizycznie, nie jest jednak zawodowym tancerzem. Za chwilę zaczynamy próby tańca, więc proszę 
dołączyć do grupy, natomiast indywidualnie popracujemy w czasie przerwy. 

Próby trwały bite cztery godziny. 
-  Wygląda  pani  na  zmęczoną  -  zauważył  Tony,  gdy  skończyli.  -  Niech  pani  zrobi  sobie  pięć  minut 

przerwy. 

Pięć minut znaczyło pięć minut - ani sekundy dłużej. Po przerwie zgodnie z umową ćwiczyła z Tonym 

układ na schodach. Cztery stopnie, obrót, i hop, wpada w jego ramiona. Nie tak, proszę wybić się mocniej. 
Bez obaw, Lee na pewno panią złapie... 

A  potem  znów  powrót  do  grupy  na  kolejne  trzy  godziny  mordęgi...  Wycisnęła  z  siebie  siódme  poty. 

Padała ze zmęczenia. Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że on cały czas tam był. Obserwował ją. 
Szeptał Tony’emu do ucha swe uwagi. Stał ź boku, z rękami wciśniętymi w kieszenie albo skrzyżowanymi 
na  piersiach,  ubrany  w  sprane  dżinsy  i  błękitną  koszulę.  Brakuje  mu  tylko  przepaski  na  czole,  pomyślała 
zgryźliwie.  Nawet  bez  tego  potrafiła  wyobrazić  sobie,  jak  z  dzikim  okrzykiem  na  ustach  galopuje  na 
zadziornym łaciatym koniu i wpada do miasta, by za chwilę puścić je z dymem... 

Przez  korek  spóźniła  się  do  szkoły  po  Briana  i  Keitha.  Na  szczęście  szkolny  autobus  podwiózł  ich  do 

przedszkola  Adama,  więc  miała  ich  wszystkich  w  jednym  miejscu.  Pech  chciał,  że  akurat  tego  dnia  byli 
wyjątkowo nieznośni. 

- A Keith to specjalnie nadepnął mi na nogę - poskarżył się Adam. 

background image

 

14 

- Bo on mnie uderzył - bronił się winowajca. 
- Nieprawda. To było niechcący. 
- A właśnie że chcący. 
- Keith ma rację - wtrącił się Brian. - Wszystko widziałem. Zrobiłeś to specjalnie. 
- Przestańcie! - krzyknęła. - Spokój! Wsiadać do samochodu. I to już! 
Normalnie  reprymenda  na  tym  by  się  skończyła,  ale  upal,  zmęczenie  oraz  niewytłumaczalna  irytacja 

sprawiły, że była wyjątkowo podminowana i w samochodzie znów zbeształa Keitha. 

- Do jasnej cholery, czy ty w końcu usiądziesz na miejscu? I zapnij wreszcie ten pas! 
Chłopiec  posłusznie  usiadł,  ale jego  spojrzenie  mówiło,  że  poczuł  się  urażony.  Jej  bratankowie  toczyli 

między  sobą  bezustanną  wojnę,  lecz  gdy  na  horyzoncie  pojawiał  się  wspólny  wróg,  natychmiast  zwierali 
szyki.  Tym  razem  ich  słuszny  gniew  obrócił  się  przeciw  niej.  Trzy  pary  zielonych  oczu  przeszyły  ją 
gniewnym spojrzeniem; troje małych ust zacisnęło się we wrogim milczeniu. Miała zamiar ich zignorować, 
lecz gdy siadała za kierownicą, odezwało się sumienie. Przekręciła kluczyk w stacyjce, ale zamiast ruszyć, 
odwróciła się do Keitha. 

- Przepraszam, miałam ciężki dzień. - To kiepskie usprawiedliwienie, przyznała samokrytycznie. Zwłasz-

cza za: „Do jasnej cholery”. Wiadomo, że jeśli będzie używała takich słów, chłopcy zaraz je podchwycą. 

Keith uśmiechnął się półgębkiem. 
- Adam, jak dziś było na basenie? 
- Nie podobało mi się! - Chłopczyk z niesmakiem zmarszczył nos. - Pan Beacon próbował mnie utopić! 
- Nie utopić, tylko nauczyć pływać - sprostowała. - Keith, co dostałeś z dyktanda? 
Zaczął opowiadać, ale po chwili przestała go słuchać. Nagle coś ją zaniepokoiło: w samochodzie zapadła 

martwa cisza. Na następnym czerwonym świetle spojrzała na bratanków. Znów byli nadąsani. 

- Ciociu, co się z tobą dzieje? - Brian zawsze występował w roli rzecznika. 
- Nic, nic... - odparła szybko. Ktoś zaczął trąbić; nie zauważyła, że zmieniło się światło.  - Do cholery! - 

zaklęła, ale tym razem uważała, by chłopcy nie usłyszeli. 

- Ciociu... - Brian nie zamierzał dać się łatwo zbyć. 
- Naprawdę nic się nie stało. Nic. Trochę mnie wkurzył taki jeden dumy czerwonoskóry tam-tamiarz. 
- Czerwonoskóry tam-tamiarz? 
- Chryste Panie! - jęknęła. Co ja wygaduję, w dodatku przy dzieciach. - Nieważne. Umówmy się, że nic 

takiego nie mówiłam. - Wlepiali w nią oczy; czuła to przez skórę. - Słuchajcie, zapomnijcie o tam-tamiarzu. 
Okropnie  się  zachowałam,  naprawdę  nie  chciałam  tak  powiedzieć.  Jestem  trochę  zła  i  sfrustrowana,  więc 
palnęłam coś, żeby odreagować. Rozumiecie? 

- Jasne - odparł Brian z powagą. - Tata zawsze powtarzał: jak nie masz nic miłego do powiedzenia, to już 

lepiej siedź cicho. O to chodzi? 

- W pewnym sensie - mruknęła zażenowana - ale to trochę bardziej skomplikowane. Zapamiętajcie sobie, 

że  nie  wolno...  -  Zawiesiła  głos,  żałując,  że  nie  pomyślała  dwa  razy,  zanim  otworzyła  usta.  -  Nie  wolno 
nikogo obrażać tylko dlatego, że nas zdenerwował. 

- Rozumiem  - przytaknął Brian.  - Nie powinnaś mówić o tym facecie, że jest durnym czerwonoskórym 

tam-tamiarzem tylko dlatego, że cię wkurzył. 

- Właśnie - przyznała. 
- A co to jest czerwonoskóry tam-tamiarz? - zainteresował się Keith. 
-  Osadnicy  mówili  na  Indian  „czerwonoskórzy”  -  pouczył  go  brat.  -  Co  ty,  westernów  w  telewizji  na 

oglądasz? 

Bryn miała ochotę zapaść się pod ziemię. Co by pomyślał o niej, lub o sposobie, w jaki wychowuje jego 

dzieci, Jeff - który był tak bardzo wyczulony na wszelkie przejawy dyskryminacji i nietolerancji? 

-  Brian!  -  Skarciła  go  wzrokiem.  Wprawdzie  sama  miała  swoje  grzechy  na  sumieniu,  ale  uznała,  że 

krótkie kazanie nie zaszkodzi. - Za dużo czasu spędzasz przed telewizorem. Keith... 

-  A to źle, jak ktoś jest czerwonoskórym tam-tamiarzem?  - zapytał Keith niewinnie.- Nie!  - zawołała.  - 

Proszę was, zmieńmy temat. Trzymajmy się zasady, której nauczył  was tata: „Jeśli nie możesz powiedzieć 
nic  miłego,  siedź  cicho”.  Już  wam  mówiłam,  że  palnęłam  to  bez  zastanowienia.  Nie  wolno  tak  mówić  - 
ratowała się rozpaczliwie. - Biorę udział w nagraniu teledysku i... 

- No nie! Takiego jak w MTV? - upewnił się Keith. 
- Tak, takiego jak w MT... 
- No nie! - Brian wychylił się do przodu. 
- A czyj to teledysk, ciociu? 
- Lee Condora. 
- No nie! - Tym razem to Adam dał wyraz entuzjazmowi. 

background image

 

15 

- Pani Lowe kazała nam obejrzeć jego ostatni teledysk, bo  możemy się z niego  dowiedzieć, jak było w 

średniowieczu. Podobno świetnie odtworzyli realia, czy coś takiego - powiedział Brian. 

- Realia - powtórzył Adam, który naśladował brata. 
- No to super - mruknęła. - Wszystko jest super! Dojechali do domu o siódmej; o dziewiątej najedzeni i 

umyci chłopcy leżeli w łóżkach. A ona miała w perspektywie co najmniej godzinę siedzenia w ciemni. 

Robiła zdjęcia okolic Tahoe do folderu promującego miasto. Zleceniodawcy po długim namyśle wybrali 

pięć odbitek, by w ostatniej chwili dojść do wniosku, że jednak wolą inne. Dla niej oznaczało to dodatkową 
robotę, ale praca nad folderem mogła zaowocować następnymi zleceniami, dlatego nie chciała zadzierać z 
neurotycznym  dyrektorem  kreatywnym  z  agencji  reklamowej.  Jedyny  plus  ślęczenia  nad  nowymi 
stykówkami  był  taki,  że  kiedy  wreszcie  położyła  się  do  łóżka,  była  zbyt  zmęczona,  żeby  myśleć.  Dzięki 
temu nie prześladowało jej ani jedno wspomnienie bursztynowych oczu. Zasnęła, ledwie przyłożyła głowę 
do poduszki. 

Środa była dużo gorsza od wtorku. Bryn stawiła się na planie punktualnie o dziewiątej rano, tak jak prosił 

Tony Asp. Dom, który wydał jej się dziwnie pusty, robił niesamowite wrażenie. Zupełnie jakby nagle cofnął 
się czas. Olbrzymie żyrandole w sali balowej oświetlały marmurową podłogę i misternie rzeźbione panele i 
gzymsy, które kontrastowały z subtelnym wzorem tapety. Imponujące schody wnosiły się ku górze i tonęły 
w zamglonym mroku. Gdy na nie patrzyła, przez moment zdawało jej się, że wehikuł czasu przeniósł ją do 
innej epoki. 

Nagle ciszę rozdarła eksplozja głośnej muzyki. 
Bryn, przerażona i bliska palpitacji serca, niemal podskoczyła do sufitu. Ochłonęła, gdy dotarło do niej, 

że ktoś po prostu włączył taśmę. Z nagraniem „Loreny”. 

Utwór  zaczynał  się  dźwiękami  werbli,  które  nasuwały  nieodparte  skojarzenie  z  żołnierzami 

maszerującymi  na  wojnę.  Następnie  do  werbli  dołączały  skrzypce,  a  potem  bardzo  łagodnie  wchodził 
keyboard. 

I wreszcie wokal Lee Condora. 
Jego  glos  miał  niepowtarzalną  barwę.  Śpiewał  tenorem,  nieco  ochryple,  ale  tak  przejmująco,  że  trafiał 

prosto do serca. Bryn nigdy w życiu nie czuła się bardziej spięta. Zupełnie jakby ten głos, podobnie jak oczy 
Lee, potrafiło odkryć jej najskrytsze tajemnice. Zupełnie jakby był narzędziem, za pomocą którego można 
człowieka obnażyć, odsłonić jego serce i duszę, by porzucić go nagim i bezbronnym. 

Ballada była piękna. Gdy w refrenie do głosu Lee dołączał chórek, zapiekły ją łzy. W tej muzyce było 

wszystko: miłość odnaleziona i miłość stracona, mądrość i smutek rezygnacji. 

- Bryn, już jesteś! Doskonale! 
Z góry zbiegał po schodach Tony Asp, niosąc magnetofon. 
- Wyobrażasz sobie, jak będzie wyglądał ten dom, gdy zostanie urządzony? - zapytał pogodnie. - Będzie 

cudowny! 

Bryn odpowiedziała nikłym uśmiechem. 
- Masz rację - odparła. 
- Połóż gdzieś torbę z rzeczami i zrób sobie króciutką rozgrzewkę. Będę czekał przy schodach. 
-  Powtórzmy  wszystko  od  początku,  powolutku  i  spokojnie  -  rzekł,  gdy  podeszła.  -  Dziś  będziesz 

pracowała z Lee. 

- Z Lee? - Nie potrafiła ukryć konsternacji. 
- Tak, panno Keller. Ze mną. 
Nie widziała go wcześniej; nie miała pojęcia, że jest gdzieś w pobliżu. Teraz schodził na dół. Poruszał się 

bezszelestnie, nic zatem dziwnego, że Wcześniej go nie słyszała. Miała ochotę na niego krzyczeć. 

Domyśliła się, że stał na schodach od dawna. Obserwował ją. I to wcale nie ukradkiem, lecz otwarcie. A 

ona o tym nie wiedziała...Nie wyczuła jego obecności, która teraz ją przytłoczyła. Wpatrywała się w niego w 
osłupieniu, a on spokojnie pokonywał kolejne stopnie. 

Miał na sobie koszulkę polo z drogiego sklepu. 
Kanarkowy  kolor  podkreślał  bursztynowy  blask  jego  oczu,  krótki  rękaw  zaś  odsłania!  muskularne 

ramiona. Dopasowana koszulka efektownie podkreślała mocny tors, płaski brzuch i szerokie barki. Barbara 
miała rację: 

Lee widziany z daleka sprawiał wrażenie szczupłego, lecz gdy się zbliżył, nie było wątpliwości, że jest 

mocny i dobrze zbudowany. 

Zszedł na sam dół, a ona i tak musiała zadzierać głowę. Był od niej dużo wyższy. 
Kiedy stanął naprzeciw, owionął ją jego zapach. 
Ulotny aromat wody kolońskiej, który kojarzył się z chłodną wilgocią lasu. Zapach był przyjemny, wręcz 

uwodzicielski.  A  jednak  nawet  on  budził  w  niej  lęk.  Obawiała  się  potężnej  zmysłowej  energii,  którą 

background image

 

16 

instynktownie wyczuwała w Lee. 

- Dzień dobry, panno Keller. 
Miała wrażenie, że dźwięk jego głosu przenika wprost do jej krwiobiegu i pobudza krążenie. 
- Dzień dobry. 
-  Tony  pokazał  mi  układ,  więc  możemy  zacząć  próbę.  Chcę  się  zorientować,  nad  którymi  fragmentami 

będziemy musieli popracować. Wolałbym, żeby skoczyła pani z pięciu stopni zamiast czterech, oczywiście 
jeśli da pani radę. Zapewniam, że panią złapię. 

- W porządku - odparła sucho. 
- Tony?- Jestem gotowy. Przećwiczcie to najpierw na „sucho”, a potem spróbujemy z muzyką. 
Poprzedniego dnia podczas prób z Tonym  wszystko  było bajecznie proste. A dziś wystarczyło, by Lee 

wziął ją za ramię, i już nie miała szans na koncentrację. Zamiast skupić się na układzie, myślała tylko o tym, 
by natychmiast wyrwać się i uciec. 

Speszyła się, kiedy jej dotknął. Zerknęła ukradkiem na jego smukłe śniade dłonie i mimo woli pomyślała, 

że właśnie tak powinny wyglądać ręce prawdziwego mężczyzny... 

-  Proszę  powiedzieć,  kiedy  będzie  pani  gotowa...  Spojrzała  mu  w  oczy.  Bawi  się  jej  kosztem.  Przecież 

widziała jego lekko ironiczny uśmiech. 

Obrót! Dzięki temu uwolnisz się od niego... Zrobiła piruet, zatrzymała się, rozejrzała w obie strony, po 

czym zaczęła wbiegać na schody. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... 

Chwycił ją za ramię, przytrzymał, a potem pociągnął ku sobie, zmuszając do obrotu. Bez zastanowienia 

wybiła się do góry. Lecąc, modliła się, by zdążył ją złapać... 

Zdążył.  Prawym  ramieniem  objął  ją  w  talii  i  pociągnął  do  góry  z  taką  lekkością,  że  kiedy  niósł  ją  po 

schodach, zdawało jej się, że frunie. Frunie i patrzy mu w oczy. Czuje, jak przenika ją ich żar. Czuje jego 
ciepło... 

-  Doskonale!  -  pochwalił  Tony.  -  Trochę  niedopracowane,  ale  ogólnie  zupełnie  nieźle.  Bryn,  musisz 

wybić się wyżej. Lee, twoja mimika musi pokazywać, że jesteś wzburzony. Spróbuj się rozluźnić. Nie ma 
obawy, na pewno nie upuścisz Bryn. Dobrze, spróbujmy teraz z muzyką. 

Jeśli za pierwszym razem wypadło „doskonale”, to za drugim razem była kompletna klapa. Podobnie jak 

za trzecim i czwartym. Bryn bez przerwy potykała się na drugim stopniu. Wszystko przez niego, zżymała się 
upokorzona. Przez ten jego kpiący uśmieszek, który pojawiał się po każdym jej błędzie... 

-  O  co  chodzi,  panno  Keller?  -  zapytał  ją  uprzejmie,  ale  i  tak  wiedziała,  że  z  niej  drwi.  -  Piła  pani  już 

kawę? Tony, dlaczego nie dopilnowałeś, żeby młoda dama napiła się przed pracą kawy? 

Chciała się sprzeciwić, powiedzieć mu, że w tej chwili pragnie jedynie tego, by ta próba jak najszybciej 

dobiegła końca. Jednak zanim zdążyła otworzyć usta, Lee wziął ją za rękę i zaprowadził do sali balowej. 

Zostali sami. Stanęła z boku i bez słowa patrzyła, jak 
nalewa kawę. ; 
- Z cukrem? 
- Bez, poproszę czarną. 
Podał jej kubek, po czym nalał drugi dla siebie. Pijąc, ostentacyjnie jej się przyglądał, co krępowało ją do 

tego stopnia, że miała ochotę schować się w mysią dziurę. 

- Czy my się już kiedyś spotkaliśmy, panno Keller? 
- Nie. 
- Tak też myślałem. Na pewno bym panią zapamiętał. Skoro więc się nie widzieliśmy, to naprawdę nie 

rozumiem, czym mogłem się pani narazić. Dlaczego pani mnie nie lubi?- Ależ nie... 

- Ależ tak. Dlaczego? 
Bezwiednie zwilżyła usta. Wykręty nie miały sensu. Przecież nie pytał, czy, tylko dlaczego go nie lubi. 

Nagle,  w  tym  pustym  salonie,  wydal  jej  się  groźny.  Był  zwinny,  sprawny  i  silny.  Umiał  poruszać  się  jak 
drapieżny  kot.  Jeszcze  raz  przyjrzała  się  jego  wyrazistej  twarzy.  Czarnym  prostym  włosom,  krótszym  i 
postrzępionym  nad  czołem,  nieco  dłuższym  z  tyłu.  Znowu  wyobraziła  go  sobie  z  przepaską  na  czole. 
Nagiego  do  pasa,  tylko  w  irchowych  spodniach.  Skradającego  się  w  ciemnościach,  atakującego  z 
przeraźliwym okrzykiem, od którego ścina się w żyłach krew... 

Indiański strój wcale nie był potrzebny, bo dżinsy i koszulka polo wystarczająco podkreślały walory jego 

wysportowanej sylwetki. Kiedy na niego patrzyła, a zwłaszcza gdy podchwyciła drwiący uśmiech, utwier-
dziła się w przekonaniu, że ma do czynienia z człowiekiem ponadprzeciętnie jurnym i namiętnym. Niebez-
piecznym? Tak, bardzo. Odnosił się do niej z sympatią, ale domyślała się, że ją sprawdza. Być może daje jej 
szansę. 

Gdy tak mierzył ją twardym wzrokiem, pomyślała, że lubi  narzucać swoje zdanie. Ci, którzy dla niego 

pracują, z pewnością nie wiedzą, co to demokracja. Wyglądał na kogoś, kto nie znosi sprzeciwu. Co dla niej 

background image

 

17 

oznaczało, że albo będzie tańczyła, jak on jej zagra - albo wcale. 

- Będę z panem szczera. Sama nie wiem, dlaczego pana nie lubię. Zapewniam jednak, że moje prywatne 

sympatie czy antypatie nie wpłyną na jakość mojej pracy. Ani teraz, ani podczas sesji zdjęciowej. 

Rozbawiła go tym oświadczeniem. Szczery śmiech 
złagodził surowość jego rysów. 
- W porządku, panno Keller, będę ufał w pani profesjonalizm. I w swój też. 
- Co to ma znaczyć? 
- To, że znam panią lepiej niż pani siebie samą. Jestem pewny, że za każdym razem, gdy na panią patrzę, 

czuje się pani tak, jakbym rozbierał panią wzrokiem. 

- Być może - odparła chłodno, modląc się, by na jej policzki nie wypełzł zdradziecki rumieniec. 
- Mhm. Być może martwi się pani, że wybrałem panią tylko dlatego, że wpadła mi pani w oko. I że będę 

próbował zaciągnąć panią do łóżka. 

- Nie sądzę... 
- Niech pani sądzi, co pani chce. Wybrałem panią do roli Loreny, bo jest pani zdolna i idealnie odpowiada 

pani mojemu wyobrażeniu o tej postaci. A co do innych powodów... Niestety, ma pani rację. Rzeczywiście, 
wpadła mi pani w oko i chętnie zaciągnąłbym panią do łóżka. Ale proszę się nie martwić. Zapewniam, że 
moje prywatne fascynacje nie wpłyną na jakość mojej pracy. Ani teraz, ani podczas sesji zdjęciowej. 

Miała ochotę dać mu w twarz. Czuła, że powinna ostro 
zareagować. Niestety, nie była w stanie. W osłupieniu patrzyła, jak odstawia kubek i wychodzi z salonu. 

Bezszelestnie.  Sprężystym  krokiem  pantery,  niebezpiecznym  i  zwodniczym.  I  zupełnie  niepasującym  do 
wizerunku człowieka, za jakiego chciał uchodzić. 

Zaprezentował  się  jako  kompetentny  profesjonalista  -  lecz  dla  niej  nie  miało  to  znaczenia.  Dla  niej 

problemem  było  już  samo  to,  że  on  w  ogóle  jest.  Odczucie  było  bezsensowne  i  mogła  próbować  z  tym 
walczyć, ale nie zmieniało to faktu, że bała się Lee Condora jak diabeł święconej wody. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Chińska restauracja to był błąd. Przekonała się o tym, ledwie usadowili się w wygodnym boksie. Chłopcy 

byli głodni, więc rzucili się na jedzenie tak łapczywie, że porozrzucali makaron po całym stole i przewrócili 
szklankę  z  wodą.  Na  dodatek  Adam  ześliznął  się  z  ceratowego  siedzenia,  uderzył  głową  o  blat  i  zaczął 
płakać. 

Dlaczego nie poszłam z nimi do McDonalda? -jęczała w duchu, strofując półgłosem starszych chłopców i 

jednocześnie uspokajając Adama. Tak, to był błąd. 

Gdy po wyczerpującym i nerwowym tygodniu nadszedł wreszcie upragniony piątkowy wieczór, była w 

siódmym niebie. Obiecała sobie, że zapomni o kłopotach, wróci do domu, uspokoi się i odpocznie, i będzie 
wyjątkowo  wyrozumiała  i  kochana  dla  chłopców.  Przez  pierwsze  pół  godziny  nawet  jej  się  udawało. 
Niestety, tak bardzo wczuła się w rolę kury domowej, że trochę przedobrzyła. Właśnie pomagała Brianowi w 
lekturze „Tarzana”, gdy Adam uniósł głowę znad książeczki do kolorowania. 

- Coś śmierdzi! - oznajmił, marszcząc nos. 
- Mhm - poparł go Keith. - I chyba coś się pali. 
-  O  ku...  -  Nie  mów  tego!  Nie  mów!  -  O  kurka  wodna!  -  wrzasnęła,  zrywając  się  z  dolnej pryczy  pięt-

rowego łóżka. Przy okazji uderzyła się w głowę, ale zignorowała ból i pognała do kuchni. Tu jednak nic już 
nie dało się zrobić. Klopsy spaliły się na węgiel, a szpinak wyglądał jak zbrązowiały krowi placek. 

Chłopcy uwielbiali chińskie jedzenie; do tego stopnia, że zjadali nawet warzywa. A w restauracji Wanga 

nie dość, że dobrze karmili, to jeszcze nie dostawali nerwowej wysypki na widok dzieci. Hamburgery, frytki 
i  pizza  nie  wchodziły  w  grę.  Chłopcy  mają  zjeść  pożywny,  zdrowy  posiłek.  Tak  więc  siedziała  z  nimi  u 
Wanga, żałując, że nie zabrała ich gdzie indziej. 

- Chcę kurczaka w sosie słodko-kwaśnym - zaczął Keith. 
- Zamówmy kurczaka z nerkowcami, dobrze? Zawsze musimy jeść to, co wybierze Keith - sprzeciwił się 

Brian. 

- Blee! Nie lubię kurczaka z orzechami! 
- Przestańcie! - syknęła, zniżając głos, jednak tylko na tyle, by wciąż brzmiał groźnie. Pocałowała Adama 

w  czoło,  starła  rozlaną  wodę  i  zaczęła  zbierać  makaron.  Potem  spojrzała  na  chłopców  tak  srogo,  że 
posłusznie spuścili swoje rude głowy, Keith jasną, a Brian nieco ciemniejszą. - Jesteśmy w restauracji, więc 
zachowujcie się przyzwoicie, bo jak nie... - Zawiesiła ostrzegawczo głos, a potem usiadła wygodniej i oparła 
głowę o ściankę boksu. 

Nie powinna się na nich wściekać. Nie ich wina, że zrobiło się późno i że są głodni. I że miała koszmarny 

tydzień. Jeśli ktoś tu w ogóle zawinił, to tylko ona. 

background image

 

18 

I  Lee  Condor.  Od  rozmowy  w  przerwie  na  kawę  prawie  się  do  niej  nie  odzywał.  Podczas  prób  był 

skupiony i rzeczowy aż do bólu. A w stosunku do niej uprzedzająco grzeczny. Zachowywał się tak, jakby 
zaproponował jej randkę, a ona dała mu kosza. Chwilami odnosiła wrażenie, że on na coś czeka, przygląda 
się jej, obserwuje... Jakby domyślał się, że ona od pewnego czasu wyczuwa jego obecność nawet wtedy, gdy 
go  nie  widzi.  Wystarczyło,  że  wszedł,  a  ona  już  wiedziała,  że  jest  gdzieś  blisko.  Zdradzał  go  subtelny, 
roślinny zapach wody kolońskiej, który natychmiast wychwytywała. Lee zapewne wiedział, jak działa na nią 
jego dotyk. 

Kiedy  wnosił  ją  po  schodach,  zawsze  patrzył  jej  prosto  w  oczy.  A  ona  czuła,  jak  pod  wpływem  tego 

spojrzenia coś się w niej budzi. Natychmiast odwracała wzrok, a Lee zaczynał się wtedy śmiać... 

Mimo  woli  często  o  nim  myślała.  Zauważyła,  że  przybyło  mu  fanów;  ludzie  pracujący  na  planie 

teledysku  przepadali  za  nim,  bo  znał  się  i  na  pracy,  i  na  żartach.  Wiedział,  kiedy  wymagać  dyscypliny,  a 
kiedy  odpuścić.  W  jego  oczach  była  głęboka  mądrość.  Taka,  która  przychodzi  wraz  z  życiowym 
doświadczeniem albo... cierpieniem? Jakoś trudno jej było uwierzyć, że Lee ma za sobą bolesne przeżycia. 
Choć z drugiej strony Barbara wspominała, że jest wdowcem. Czy możliwe, by tak atrakcyjny mężczyzna 
kochał tylko jedną kobietę? I to tak mocno, że po jej śmierci nie potrafił uwolnić się od bólu? 

- Ciociu? - odezwał się cicho Brian. - Możemy zamówić kurczaka z orzechami? 
Zwykle zamawiała dla nich jedno danie, gdyż w restauracji nie podawano dziecięcych porcji, a szkoda jej 

było płacić za coś, czego nie zjedzą. Jednak dziś... 

Zrezygnowana machnęła ręką. 
-  Zamów  sobie,  co  chcesz  -  westchnęła  i  znów  przymknęła  oczy.  Gdy  je  otworzyła,  obok  stolika  stała 

kelnerka i cierpliwie czekała na zamówienie. - Na początek poproszę duży kieliszek wina. A potem będzie 
kurczak z nerkowcami i kurczak w sosie słodko-kwaśnym. Adam, co ci zamówić? 

- Hot doga. 
- Tu nie ma hot dogów. 
- No to... kurczaka. 
Bryn spojrzała na dziewczynę i wzruszyła ramionami. 
-  Wezmę  dla  niego  jakąś  przystawkę,  mogą  być  sajgonki  i  żeberka,  i  jeszcze  poproszę  smażony  ryż  z 

krewetkami. 

Kelnerka  była  miła.  Szybko  przyniosła  wino  i  napoje  gazowane  ze  słomkami  ozdobionymi  malutkimi 

kolorowymi parasolkami. Dzięki, będę miała ze dwie minuty spokoju, pomyślała z wdzięcznością. 

Na  szczęście  jedzenie  pojawiło  się  na  stole,  zanim  chłopców  zdążyło  znudzić  rozkładanie  i  składanie 

parasolek.  Miała  więc  czas,  by  spokojnie  podzielić  ich  porcje  i  rozebrać  na  czynniki  pierwsze  sajgonkę 
Adama, który już na wstępie zaznaczył, że nie zje „tego zielonego”, bo nie lubi. Jedząc swój ryż, myślała o 
tym, że Barbara obiecała zostać z chłopcami, więc któregoś wieczoru pójdzie na drinka z kolegami z planu. 
Będzie cudownie. Będzie miała cały wieczór dla siebie. Odpręży się, zapomni o kłopotach... 

- Ciociu... - Brian szeptał, ale wyczuła, że jest przejęty. - Jakiś pan tu idzie. Chyba do ciebie. 
Natychmiast otworzyła oczy i nerwowo rozejrzała, się po sali. Rzeczywiście, do ich boksu zmierzał jakiś 

pan. 

Co on tu robi, pomyślała spłoszona, widząc Lee Condora. Restauracja cieszyła się uznaniem, ale z pew-

nością nie była snobistycznym miejscem, w którym należy bywać. Taki idol jak on powinien spędzać piąt-
kowy wieczór w jakimś modnym klubie, gdzie po wykwintnej kolacji mógłby potańczyć i pozbyć się nad-
miaru gotówki przy stoliku do gry w kości. 

- Dobry wieczór, panno Keller. - Obrzucił szybkim spojrzeniem stolik i siedzących przy nim chłopców; 
Brian i Keith przyglądali mu się z otwartymi buziami. Za to Adam od razu się nastroszył i wygiął usta w 

gniewną podkówkę. 

- Dobry wieczór - mruknęła niewyraźnie. Była zdumiona, że odważył się do niej podejść, mimo że była z 

dziećmi.  Większość  mężczyzn  w  tej  sytuacji  ominęłaby  ją  wielkim  łukiem.  Tymczasem  on  sprawiał 
wrażenie zaciekawionego i jednocześnie rozbawionego tym, co widzi. 

- To pani chłopcy? Głupie pytanie, od razu widać, że tak. Są do pani bardzo podobni. 
- To nie jest nasza mama - sprostował natychmiast Brian. - To ciocia. 
- Tak? - zdziwił się. - Naprawdę nie są pani? 
- Nie moi, ale... Tak, moi. 
- Mama i tata nie... Oni mieszkają teraz z Panem Jezusem. A my z ciocią Bryn - wyjaśnił Keith, któremu 

z emocji drżał głos. 

- Cóż, to chyba nie najgorszy układ - odparł Lee. - A ty się nazywasz... 
- Keith Keller. A to mój brat, Adam. 
- Słuchaj, Keith, czy mógłbyś się trochę posunąć? Jeśli można, chciałbym się do was na chwilę przysiąść. 

background image

 

19 

Keith bez słowa zrobił mu miejsce i ku przerażeniu Bryn, Lee usiadł obok i uśmiechnął się przyjaźnie. 
Próbowała odwzajemnić uśmiech, ale skutek był raczej mizerny. Przynajmniej przejdzie mu ochota, by 

ciągnąć mnie do łóżka, pomyślała, przypomniawszy sobie, jak wygląda. Wprawdzie przed wyjściem z domu 
wzięła prysznic, ale na tym zakończyła zabiegi upiększające. Nie zawracała sobie głowy robieniem makijażu 
czy suszeniem włosów. Strój też miała mało wyszukany: 

włożyła spłowiałą kretonową spódnicę i stary obcisły top bez ramiączek. A  makaron poprzyklejany do 

ubrania był raczej wątpliwą ozdobą. Sięgnęła po wino i wypiwszy od razu trzy czwarte kieliszka, jeszcze raz 
spróbowała się uśmiechnąć. 

- Co pan tu robi? - zagadnęła obojętnie. 
- Przyszedłem coś zjeść. 
- Jakaś randka? - zapytała i natychmiast pożałowała swojej ciekawości. 
Roześmiał się. 
- Nie, chyba że uzna pani za randkę kolację z Mickiem i Perrym. Siedzą tam.  -  Wskazał miejsce z tyłu 

sali. 

Podczas  prób  Bryn  zdążyła  poznać  obu  muzyków  i  była  mile  zaskoczona  ich  skromnością.  Obaj  byli 

sympatyczni  i  bezpośredni,  a  ona  spodziewała  się  po  nich  czegoś  zgoła  innego.  Płowowłosy  Perry 
uśmiechnął  się  i  pomachał  jej  na  powitanie,  a  Mick  uniósł  rękę  w  przyjaznym  geście.  Ona  również  im 
pomachała, lecz jej oczy, jakby kierując się własną wolą, natychmiast zwróciły się w stronę Lee. 

- Może poczęstuje się pan kurczakiem z orzechami albo sajgonką... 
- Nie, dziękuję, już się najadłem. Ja też, pomyślała smętnie, zerkając na swój talerz. Wiedziała, że przy 

nim nie przełknie ani kęsa. 

- Nie spodziewałam się spotkać pana w takim miejscu. 
-  Dziesięć  lat  temu  kupiłem  dom  w  Tahoe.  Przez  ten  czas  zorientowałem  się, gdzie  dobrze  karmią  i  są 

mili. 

- U Wanga jedzenie jest rzeczywiście wspaniałe. I co ważniejsze, lubią tu dzieci... 
- Ciocia chce powiedzieć, że nie wstydzi się tu z nami przychodzić - wyjaśnił usłużnie Brian. 
- Brian! 
- Wiesz co, ja nie sądzę, żeby ciocia wstydziła się chodzić z wami do restauracji - odparł Lee. - Po prostu 

ludzie, którzy w nich pracują, są nastawieni na obsługę dorosłych i nie wiedzą, jak sobie radzić z małymi 
klientami. I wiesz, co ci jeszcze powiem? Ci, co lubią dzieci, są z reguły dobrymi ludźmi. A skoro ciocia 
mówi, że tu was lubią, to ja też ich lubię, jeszcze bardziej niż dotąd. 

- Ma pan dzieci? 
Bryn nie była pewna, czy to tylko złudzenie, czy w oczach Lee naprawdę pojawił się smutek? 
- Niestety, nie mam. Ale chciałbym. 
- Syna? 
- I córeczkę. 
- A pan naprawdę jest czerwonoskórym tam-tamiarzem? 
- Jezu! - Bryn zesztywniała z przerażenia. Była pewna, że za chwilę rozpęta się piekło. 
Nic takiego się nie stało. Zamiast się gniewać, Lee spojrzał na nią rozbawiony. 
- Czerwonoskórym tam-tamiarzem? - powtórzył. 
- Tak. To jest pan tym tam-tamiarzem, czy nie? 
- Brian! - syknęła. - Przysięgam, że za chwilę obedrę cię ze skóry... 
- Czerwonoskóry tam-tamiarz... - powtórzył Lee. - Chyba można mnie tak nazywać. 
- Pan się nazywa Lee Condor, prawda? - zapytał Keith z przejęciem. 
- Tak. - Lee spojrzał na Bryn i pokręcił głową, udając dezaprobatę. - Wasza ciocia trochę się zapomniała, 

ale to się czasem zdarza nawet najlepszym. 

- Pan jest prawdziwym Indianinem? - dociekał Brian. 
- Najprawdziwszym. - Roześmiał się. - Ale tylko w połowie. 
Brian wyglądał na zbitego z tropu. 
- To znaczy, w której połowie? - zapytał ostrożnie. Bryn miała ochotę schować się pod stolik, za to Lee 

doskonale się bawił. Roześmiany, skinął na kelnerkę. 

- Zamówię waszej cioci jeszcze jeden kieliszek wina, a potem wszystko wam wyjaśnię. Chablis, tak? 
Nie była w stanie zdobyć się na nic więcej poza słabym kiwnięciem głową. Gdyby ktoś postawił teraz 

przed nią pełną butelkę, bez zastanowienia wypiłaby ją do dna. 

Kiedy  kelnerka  przyniosła  drinki,  Lee  sięgnął  po  swoją  szkocką  i  pijąc  ją  małymi  łykami,  wrócił  do 

pytania Briana. 

- Mój ojciec jest czystej krwi Indianinem, z plemienia Czarnych Stóp. A moja mama jest Niemką. Więc 

background image

 

20 

ja jestem pół Niemcem, pół Indianinem. I stuprocentowym Amerykaninem. 

-  Ojej!  -  zachwycił  się  Keith.  -  Czy  pana  tata  mieszka  w  tipi?  Ma  konie,  łuki,  starzały  i  wszystkie  te 

odlotowe rzeczy? 

- Niestety, muszę cię rozczarować. Mój ojciec mieszka w normalnym mieszkaniu w Nowym Jorku. Jest 

prawnikiem. Moi rodzice przeprowadzili się do miasta, bo moja mama jest nauczycielką muzyki.- Aha... - 
Keith był wyraźnie rozczarowany. 

- Ale - ciągnął Lee - mój dziadek mieszka latem w tipi. Nosi ubranie z koźlej skóry, poluje na jelenie i 

żyje tak, jak w dawnych czasach żyli prawdziwi Indianie. 

- Chciałbym go kiedyś poznać - westchnął Keith z zazdrością. 
- Niestety, dziadek miesza w Dakocie, w górach Black Hills. To bardzo daleko stąd. Aleja mam w domu 

dużą kolekcję łuków i strzał, i wiele innych ciekawych przedmiotów. Poproście ciocię, żeby przyszła z wami 
któregoś dnia, to wam je pokażę. 

- Super! Ciociu, pójdziemy...? 
- No... Yyy... 
- Aha, byłbym zapomniał. Mam też autentyczne tam-tamy. 
Bryn zdążyła już wypić ponad połowę drugiego kieliszka, ale i tak była strasznie spięta. Podejrzewała, że 

jest czerwona jak homar, którego właśnie przyniesiono do sąsiedniego stolika. Co gorsza, nie przychodziła 
jej  do  głowy  żadna  sensowna  wymówka.  Nagle  okazało  się,  że  wcale  nie  musi jej szukać,  bo  pojawił  się 
dużo gorszy problem. Adam, na którego nikt nie zwracał uwagi, a który żywił wrodzoną niechęć do każdego 
mężczyzny,  któremu  ciocia  poświęciła  bodaj  pięć  minut  uwagi,  postanowił  zaatakować.  Ponad  stolikiem 
przeleciała duża porcja smażonego ryżu z mięsem. 

-  Adam!  Co  ty  wyprawiasz!  -  zawołała  zdruzgotana.  Nie  była  w  stanie  porządnie  na niego  nakrzyczeć; 

oniemiała  z  przerażenia  patrzyła,  jak  Lee  strząsa  z  siebie  ziarenka  ryżu.  Ciekawe,  czy  mam  jeszcze  czego 
szukać na planie teledysku, pomyślała ze zgrozą. - Lee, przepraszam. Naprawdę! Strasznie mi przykro! 

Poderwała się z  miejsca i zaczęła nerwowo czyścić rękaw jego granatowej koszuli. Lnianej! Cholernie 

drogiej i  takiej,  co to  nie wiadomo,  jak  ją  prać. Mimo  woli  pomyślała  o  ostatnim  razie,  gdy  ponad  stołem 
fruwało jedzenie;  tamto  niefortunne  zdarzenie  było przysłowiowym  gwoździem  do  trumny  jej  nieudanego 
związku. Tym razem sytuacja była inna, ale... 

Nagle zebrało jej się na płacz. Nie radzę sobie, stwierdziła rozżalona. Nie potrafię utrzymać chłopców w 

ryzach  ani  dać  im  tego,  czego  potrzebują.  Przepełniona  goryczą,  machinalnie  tarmosiła  rękaw,  który  od 
dawna był już czysty. 

-  Adam  to  nie jest  zły  dzieciak.  Naprawdę!  -  mówiła  nerwowo.  -  Ma  tylko  cztery  lata,  a  tyle już  prze-

szedł... 

- Bryn. - Lee wymówił jej imię cicho i łagodnie, ale kategorycznym tonem. Jego ręce zacisnęły się wokół 

jej dłoni, wstrzymując ich bezsensowne ruchy. W jego oczach malowało się współczucie. - Nic się nie stało - 
rzekł półgłosem. - Usiądź, dobrze? 

Posłuchała go. Zagryzła nerwowo usta i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się i skinął głową, jakby dawał 

jej znak, by mówiła dalej. Tyle że ona miała pojęcia, o czym. Potem zwrócił się do małego winowajcy. 

-  Posłuchaj,  Adamie.  Przepraszam,  że  nie  zwracaliśmy  na  ciebie  uwagi.  To  bardzo  nieładnie  z  naszej 

strony. Ale rzucanie jedzeniem to też nic miłego. Nie wolno ci tego robić. Jeśli to się powtórzy, twoja ciocia 
i ja wyprowadzimy cię z restauracji i damy ci taką burę, że aż ci uszy zwiędną. Jasne? 

Chłopczyk przytulił się do Bryn. Nic nie powiedział, ale już nie próbował strzelać ryżem. Przemknęło jej 

przez myśl, że chyba powinna poczuć się urażona. W końcu Lee bez pytania wziął się za wychowywanie jej 
bratanków. Jednak nie czuła do niego urazy; za to czuła, że za chwilę rozboli ją głowa. 

- Chłopcy - odezwała się słabo - dokończcie swoje porcje. Wracamy do domu. 
Weź się w garść, Bryn, nakazała sobie. Miło było zobaczyć współczucie w oczach Lee Condora, ale od 

współczucia  niedaleka  droga  do  litości.  A  ona  nie  chciała,  by  się  nad  nią  litowano.  Umiała  panować  nad 
sytuacją i naprawdę-rzadko dawała się ponieść frustracji. 

- Napijesz się kawy? - zapytał Lee. 
Spuściła  oczy.  Pewnie  domyślił  się,  że  dwa  duszkiem  wypite  kieliszki  wina  to  dla  niej  za  dużo. 

Potrzebowała kawy. Stojąca na stoliku jaśminowa herbata raczej nie byłaby w stanie orzeźwić jej na tyle, by 
mogła usiąść za kierownicą. 

- Tak, kawa dobrze mi zrobi - mruknęła. Po chwili kelnerka postawiła na stoliku dzbanek i filiżanki. 
- Skąd wiedziała, że chcesz zamówić kawę? - Bryn zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem Indianie i 

Chińczycy nie porozumiewają się za pomocą systemu tajemnych znaków. 

- Bezgłośnie wypowiedziałem słowo „kawa”. 
- Cześć, Bryn. - Do ich boksu podeszli Perry i Mick. 

background image

 

21 

-  Cześć  -  odparta  cicho.  Speszyła  się,  choć  z  reguły  nie  brakowało  jej  pewności  siebie.  Nie  rozumiała, 

dlaczego nagle przejmuje się tym, co ci dwaj o niej pomyślą. 

Bo to koledzy Lee, podpowiedział wewnętrzny głos. 
Jego najbliżsi przyjaciele. 
- Fajna rodzinka - pochwalił Mick. 
- Dzięki - odparła. - Chłopcy, to są panowie Skyhawk i Litton, którzy pracują z panem Condorem. 
- Rany, Bryn, tak nas przestawiłaś, jakbyśmy byli z mafii - roześmiał się Perry. - Chłopaki - zwrócił się 

bezpośrednio do jej bratanków -ja jestem Perry, a to mój kumpel Mick. A wy jak się nazywacie? 

Przedstawiła  im  chłopców  i  dopiero  wtedy  zorientowała  się,  że  zmęczony  Adam  zasnął  z  kciukiem  w 

buzi. Drugą rączką trzymał się kurczowo jej spódnicy. Jeszcze zanim Keith i Brian otworzyli usta, przeczuła, 
że  szykują  się  nowe  kłopoty.  Katastrofa  wisiała  na  włosku,  a  ona  nie  potrafiła  jej  zapobiec.  Chyba  że  w 
desperacji zerwałaby ze stołu obrus i zarzuciła chłopcom na głowy. 

- Pan też jest Indianinem! - zawołali odkrywczo. 
- Ja? - Perry zrobił zdziwioną minę. - Nic podobnego. Jestem prawdziwą amerykańską mieszanką wybu-

chową.  Mam  trochę  krwi  szkockiej,  trochę  irlandzkiej,  parę  kropel  angielskiej  i  francuskiej.  A,  byłbym 
zapomniał, litewskiej też. 

- Stary, przecież oni nie mówią o tobie, tylko o  mnie  -  włączył się Mick.  - Teraz dzieciaki są strasznie 

mądre, nie dadzą się nabić w butelkę. Na kilometr rozpoznają prawdziwego Indianina. 

Brian  i  Keith  najpierw  spojrzeli  po  sobie,  wyraźnie  zdezorientowani,  a  potem  zaczęli  chichotać.  Bryn 

sama nie wiedziała, czy ma ochotę ich ucałować, czy schować się ze wstydu pod stół. 

- Zabawni ci Indianie! - stwierdził Keith z powagą. 
-  A  zielonookie  tancerki  ślicznie  się  czerwienią,  prawda?  -  rzucił  Lee,  zerkając  porozumiewawczo  na 

kolegów. 

- Rzeczywiście. - Mick uśmiechnął się do Bryn. 
- Słuchaj, Lee, będziemy się już zbierać. Jak chcesz, zaczekamy na ciebie na zewnątrz. 
- Jeśli panna Keller będzie miała ochotę na moje towarzystwo, pomogę jej zagnać stadko do domu - po-

wiedział, patrząc na nią pytająco. 

- Nie, poradzę sobie. Nie chcę was zatrzymywać. 
- Nie pomagaj mi, dodała w myślach. Łatwo jest przyjąć pomoc i oprzeć się na silnym ramieniu. I równie 

łatwo zostać potem na lodzie, gdy pomocnik się ulotni... 

-  Lećcie,  chłopaki  -  rzekł  do  nich  Lee.  -  Mieliśmy  popracować  dzisiaj  nad  nowym  materiałem,  ale 

Andrew poszedł na randkę i pewnie nie wróci przed północą 

- dodał. - Wezmę na ręce Adama, żebyś nie musiała go budzić. Odprowadzę cię, a potem zadzwonię do 

chłopaków, żeby któryś po mnie przyjechał. 

- Naprawdę nie trzeba... 
- Już to mówiłaś - przypomniał jej Mick. - Dla nas to żaden problem. Tylko przypilnuj Lee, żeby podał 

nam dobry adres -powiedział, i zanim zdążyła zaprotestować, obaj z Perrym pożegnali się i wyszli. 

- Możemy iść? - zapytał Lee. 
- Muszę zapłacić.- Już to zrobiłem. 
- Co takiego? Kiedy? - oburzyła się. 
- Ależ ty się od razu unosisz! Kiedy zauważyłem, że jesteś w restauracji, poprosiłem, żeby dopisali twoje 

zamówienie do mojego rachunku. 

- Nie miałeś prawa... 
- Bryn, daj spokój. Chyba nie będziemy się kłócili o taki drobiazg... 
- Panie Condor, zarabiam na siebie i sama płacę swoje rachunki. 
- Aha, za karę znów zostałem „panem Condorem”. Wolę, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Dobrze, 

wyjaśnijmy sobie parę spraw. Zarabiasz na siebie. Szanuję to. Po prostu miałem ochotę postawić ci kolację. 
To  wszystko.  Nie  chcę  nic  w  zamian.  W  nagrodę  pogadałem  sobie  z  twoimi  chłopakami.  Miałem  z  tego 
przyjemność, bo lubię dzieci. A teraz sama zdecyduj, czy chcesz stąd wyjść, zanim Adam obudzi się i zrobi 
dziką awanturę na środku restauracji? 

- Dobrze, już dobrze - burknęła. - Chodźmy. Sama zaniosę go do samochodu - wysapała, biorąc malca na 

ręce. 

Z nadmiaru wrażeń zapomniała o Keicie i Brianie. Na szczęście zajął się nimi Lee. Kątem oka widziała, 

że idą za nim potulnie jak jagnięta. 

W drodze powrotnej prawie się nie odzywała. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż Lee cały czas rozmawiał 

z chłopcami. Musiała przyznać, że błyskawicznie nawiązał z nimi kontakt, choć wcale nie traktował ich jak 
dorosłych. On traktował ich jak ludzi. Miał tę rzadką umiejętność, na której zbywa większości dorosłych. 

background image

 

22 

Nie przysłuchiwała się, o czym z nimi rozmawia, ale w pewnej chwili doleciały do niej entuzjastyczne słowa 
Briana: 

-  Moja  pani  od  historii  mówi,  że  pana  wideo,  to,  którego  akcja  toczy  się  w  średniowieczu,  jest  bardzo 

dobre. 

- Podziękuj jej ode mnie. Kiedyś sam chciałem zostać nauczycielem historii. 
- I dlaczego pan nie został? 
- Doszedłem do wniosku, że wolę grać na perkusji. 
- Ja myślałem, że pan gra na tam-tamach. 
- To prawie to samo. Te dwa instrumenty są bardzo podobne. 
Chwilę później zatrzymali się przed jej domem. Bryn od razu pożałowała, że nie sprzątnęła prania. I że w 

ciągu minionego miesiąca nie znalazła czasu, by odkurzyć dom. 

- Zanieś go na górę -poprosiła, gdy weszli do środka. Siliła się na spokój, ale ze zdenerwowania drżał jej 

głos. - Chłopcy, nie przepychajcie się, bo przewrócicie pana Condora - zawołała, idąc za nimi na piętro. 

- Adam śpi na dole - szepnął Brian - ja na górze, a Keith na oddzielnym łóżku. 
- Dobrze! - odszepnął Lee, kładąc ostrożnie Adama na dolnym łóżku. 
- A ciocia śpi sama w swoim pokoju. 
Bryn zacisnęła zęby i posłała Brianowi mordercze spojrzenie. Gdybym zrobiła ci to, na co mam ochotę, 

poszłabym do paki za znęcanie się nad dzieckiem. 

- Idźcie się myć i kładźcie spać - syknęła.- Pewnie chcesz rozebrać Adama. - Lee uśmiechnął się do niej. - 

Mogę zaczekać na dole? 

- Tak. 
Wyszedł, a ona zajęła się Adamem. Rozbierając go, z rozczuleniem patrzyła na jego buzię. Wygląda tak 

słodko, kiedy śpi, pomyślała wzruszona. 

-  Musisz  przestać  rzucać  jedzeniem,  mały  łotrze!  -  szepnęła,  całując  go  w  czoło.  -  Szargasz  mi  opinię. 

Przez ciebie wyglądam na kogoś, kto sobie nie radzi. Otuliła go kołdrą i wyszła na palcach z pokoju. Z dołu 
dobiegały głosy Keitha i Briana. Chłopcy umyli się w ekspresowym tempie i teraz rozmawiali z Lee, który 
rozsiadł się wygodnie na kanapie. 

- Brian, Keith, marsz do łóżek! 
- Uuuuu... 
- Nie chcę słyszeć żadnego „uuuuu”. Proszę iść na górę. 
Dzięki Bogu, że choć ten jeden raz jej posłuchali! 
Pocałowali ją na dobranoc i ruszyli w stronę schodów. 
- Czy czasem nie zapomnieliście pożegnać się z panem Condorem i podziękować mu za kolację? 
- Dobranoc. Bardzo dziękujemy - zawołali i pobiegli do pokoju. 
Ledwie znikli jej z oczu, Bryn pożałowała, że nie pozwoliła im posiedzieć dłużej. Przynajmniej nie zo-

stałaby sam na sam z Lee. 

-  Napijesz  się  czegoś?  -  zapytała,  rozglądając  się  dyskretnie  po  salonie.  Na  szczęście  panował  tu 

względny porządek, oczywiście nie licząc śladów dziecięcych rąk na szklanym blacie stolika.- Nie, dziękuję 
- odparł. - Dlaczego nie usiądziesz? - zapytał, wskazując wzrokiem miejsce obok siebie. 

-  Dlatego,  że  ci  nie  ufam  -  odparła  szczerze.  Roześmiał  się.  A  ona  po  raz  kolejny  przekonała  się,  że 

uśmiech łagodzi jego surowe rysy. 

- Czym sobie na to zasłużyłem? Przecież powiedziałem ci prawdę. Niczego nie udawałem. 
- Fakt. 
- Nadal mnie nie lubisz? 
-  Nie.  Tak.  Nie!  Lee,  tu  nie  chodzi  o  to,  czy  cię  lubię,  czy  nie.  Przyznałeś,  że  masz  ochotę  się  ze  mną 

przespać, a ja po prostu nie chcę być wykorzystywana w taki sposób. Doceniam, że byłeś miły dla moich 
chłopców, i w ogóle cieszę się, że dla ciebie pracuję. Ale... 

-  Chwileczkę!  -  Wstał  gwałtownie.  Złapał  ją  za  ramiona  i  spojrzał  prosto  w  oczy.  Z  jego  twarzy  znikł 

wyraz  rozbawienia.  W  twardym  spojrzeniu  pojawiło  się  napięcie.  -Niepotrzebnie  mieszasz  ze  sobą  dwie 
sprawy. Nie po to byłem miły dla chłopców, żeby wkupić się w twoje łaski. Nie kłamałem, mówiąc, że lubię 
dzieci. A rachunek za waszą kolację to naprawdę drobiazg. Nie zaprzeczam, chcę pójść z tobą do łóżka. To 
normalne, kiedy facet spotyka piękną kobietę. Ale to wcale nie znaczy, że chcę cię wykorzystać. W każdym 
razie  nie  bardziej,  niż  ty  wykorzystałabyś  mnie.  Interesuje  mnie  wyłącznie  taki  układ,  który  sprawiłby 
jednakową przyjemność obu stronom. 

Dlaczego tak się denerwuję, pomyślała, zwilżając usta. Czy aby nie dlatego, że on mówi prawdę? Zafas-

cynował  ją,  zanim  go  poznała.  A  teraz...  Teraz  było  coraz  gorzej.  Kiedy  czulą  ciepło  jego  silnych  rąk, 
myślała  tylko  o  tym  dotyku.  Mocnym  i  zdecydowanym,  ale  nie  sprawiającym  bólu.  Odchyliła  głowę,  by 

background image

 

23 

spojrzeć mu w oczy. Pieszczotliwie pogładził kciukiem jej brodę. 

- Lee, możesz mieć tabuny kobiet... Syknął zniecierpliwiony. 
-  Ulegasz  stereotypom.  Naprawdę  myślisz,  że  mężczyźnie  potrzeba  do  szczęścia  tylko  ładnej  twarzy  i 

zgrabnego ciała? Nie kolekcjonuję kobiet. Ty po prostu masz w sobie coś, co mnie urzekło, ledwie na ciebie 
spojrzałem. 

- Niezły tekst. 
- Tekst?! Do jasnej cholery... 
- Tak, tekst, do jasnej cholery! A co, ślubujesz mi dozgonną miłość?

 

- Tego pragniesz, dozgonnej miłość? Jakoś nie chce mi się wierzyć. Krótko się znamy. Staram się poznać 

cię lepiej, ale mi tego nie ułatwiasz. Kto wie, może to jest dozgonna miłość. Tylko jak mamy się dowiedzieć, 
dokąd zaprowadzi nas ścieżka, jeśli nie zrobimy pierwszego kroku? 

- Nie chcę się z nikim wiązać! Nie chcę... 
Znowu cierpieć. To właśnie chciała powiedzieć, ale nie odważyła się. Słowa wciąż ją raniły. 
-  Nie  chcę  się  wiązać  -  powtórzyła.  Czuła,  że  zaczyna  panikować.  Im  dłużej  Lee  był  przy  niej,  tym 

goręcej pragnęła wtulić się w jego ramiona. Jaka to musi być rozkosz i radość leżeć obok tego mężczyzny, 
czuć jego siłę, budzić się przy nim... 

- Bryn... 
Objął ją mocno i przytulił. Ujął jej twarz w dłonie i zaczął ją całować. Poczuła się tak, jakby spłynął na 

nią gorący słoneczny blask. Miała wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Pocałunek, początkowo czuły 
i delikatny, stawał się coraz bardziej namiętny, coraz słodszy... Jego ciało mówiło, jak mocno jej pragnie... 

- Nie! 
Nie próbował jej zatrzymać. 
- Proszę cię! -jęknęła, widząc wyraz zawodu w jego oczach. Znów zaczęła się bać. Znał ją. Na wylot. I 

właśnie  to  było  przerażające.  Dobrze  wiedział,  że  wcale  nie  czuje  do  niego  antypatii.  Wręcz  przeciwnie, 
wściekle go pragnie. Instynkt podpowiadał jej, że zanim ulegnie i popełni błąd, musi powiedzieć coś, co go 
skutecznie zniechęci. 

-  Niech  cię  wszyscy  diabli!  -  syknęła.  -  Naprawdę  nie  mieści  ci  się  w  głowie,  że  ktoś  może  nie  mieć 

ochoty  na  twoje...  awanse?  Posłuchaj!  Nie...  chcę...  się...  wiązać!  -  cedziła.  -  Nie  znoszę  idoli  i  w  ogóle 
wszelkiej  maści  gwiazdorów.  Nie  jesteś  w  moim  typie.  Zrozum!  Denerwujesz  mnie.  Chcę,  żebyś 
natychmiast wyszedł z mojego domu. 

Spodziewała  się  wybuchu  gniewu,  spodziewała  się  wszystkiego,  z  wyjątkiem  spojrzenia  pełnego 

pogardy. 

-  Proszę  się  uspokoić,  panno  Keller.  Nie  wiem,  jaki  ze  mnie  „typ”  mężczyzny,  ale  zapewniam,  że  nie 

gwałcę kobiet ani nie stosuję wobec nich siły. Szkoda, że jesteś taka zakłamana. I że wolisz chować się pod 
kloszem. Dobranoc. 

Z całych sił zagryzła wargi, walcząc ze łzami. Co ja wyprawiam? - przeraziła się. Lee na pewno wyrzuci 

ją z pracy, a z dwojga złego chyba już by wołała, żeby ją uderzył. Boże, co ja najlepszego zrobiłam?! 

Patrząc na jego dumnie uniesioną głowę i wyprostowane plecy, poczuła piekący wstyd. Miał w sobie tyle 

wrodzonej godności... 

- Lee! - zawołała. - Miałeś zadzwonić po chłopaków... 
- Nieważne. Zrobię to po drodze. Mam ochotę się przejść. 
- Lee, ty nic nie rozumiesz. Ja... Zatrzymał się w drzwiach i, odwróciwszy się, uśmiechnął się smutno. 
-  Powiem  ci,  Bryn,  że  bycie  „tam-tamiarzem”  ma  mnóstwo  zalet.  Na  przykład  tę,  że  waląc  w  bębny, 

można się wyżyć. Instrument pomaga rozładować napięcie i frustrację. Nie rób takiej przerażonej miny. Nie 
wyrzucę  cię  z  pracy.  Wręcz  przeciwnie.  Barbara  skontaktuje  się  z  tobą  w  czasie  weekendu,  żeby  ustalić 
szczegóły sesji zdjęciowej, którą zrobimy w poniedziałek. Weź ze sobą sprzęt, bo po próbie pojedziemy do 
Timberlane. 

Paliła się ze wstydu. Słowa! Potęga słów! Nieopatrznie powiedziała przy chłopcach o parę słów za dużo i 

wciąż musi za to płacić. 

Przepraszam... 
Proste zdanie uwięzło jej w gardle; chciała mu wytłumaczyć, że nie zamierzała być okrutna, wyjaśnić, że 

łatwo ją zranić, więc nie chce angażować się uczuciowo. 

I boi się zaufać mężczyźnie. 
Pięć  minut  temu  dałaby  wszystko,  by  się  go  natychmiast  pozbyć.  Teraz  pragnęła,  aby  został  i  jej 

wysłuchał. Pokpiła sprawę. Niepotrzebnie uniosła się i powiedziała słowa, które ranią. Na tłumaczenia było 
już za późno. Słowa - tak bardzo w tej chwili potrzebne - nie przychodziły do głowy. 

Drzwi otworzyły się cicho. 

background image

 

24 

I równie cicho się zamknęły. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Już dawno nic mu się nie śniło. Chwilami się budził i balansując na granicy jawy i snu, pocieszał się, że 

jego wizje nie są niczym niezwykłym. Przecież w snach wszystko jest możliwe; nawet to, że Victoria mówi 
do niego słowami Bryn Keller. I że znów dławi go uczucie 

niemocy i bezradności. 
Czasem, gdy zamykał oczy, senne marzenia zabierały 
go w podróż do przeszłości. W Dakocie Południowej wszystko było bajecznie proste. W żyłach połowy 

mieszkańców jego  miasteczkach płynęła indiańska krew. W tamtych dniach cieszył się, że jest potomkiem 
Czarnych Stóp. Uwielbiał spędzać czas z dziadkiem. Pod jego okiem uczył się tropić jelenie, obserwować lot 
jastrzębia i swobodnie poruszać się w ciemności. To były wspaniale, spokojne dni. 

A potem przyszła przeprowadzka do Nowego Jorku. Drwiny dzieciaków z sąsiedztwa. Pierwsze bójki. 
I łagodny głos matki. 
-  Naucz  się  śmiać  z  zaczepek,  synku.  Oni  cię  testują.  Czasem  o  odwadze  nie  świadczy  brutalna 

odpowiedź na obelgę, lecz godność, z jaką ją znosisz. Nie wolno nikogo obrażać. Jesteś jeszcze młody, Lee, 
pamiętaj jednak o swoim dziedzictwie. I o tym, że nie ma wspanialszych ludzi niż twój ojciec i dziadek... 

Właśnie wtedy zaczął grać na perkusji. I chodzić do siłowni. Dzięki tym zajęciom jego niespokojna dusza 

znalazła ukojenie, a on odzyskał wewnętrzną równowagę. 

Kiedy  założył  zespół,  był  atakowany  z  wielu  stron.  Profesorowie  ze  szkoły  muzycznej,  którzy  nie 

rozumieli  „nowej”  muzyki,  denerwowali  się,  że  marnuje  talent  na  bzdury.  Potem  było  wojsko  i  wojna  na 
Bliskim  Wschodzie.  Musiał  zapomnieć  o  graniu.  Za  to  gdy  wrócił,  znów  stanął  przed  wyborem.  Ojciec 
pomógł mu podjąć ostateczną decyzję. 

- Każdy kroczy własną ścieżką - powiedział. -Nazywaj to przeznaczeniem, jeśli chcesz. I każdy sam od-

powiada za swój wybór. Tylko ty wiesz, do czego rwie się twoje serce; daj mu skrzydła. 

Założył  zespół.  Jego  członkowie  z  każdym  rokiem  byli  bardziej  zżyci.  Pisali  coraz  dojrzalsze  teksty. 

Wolno, ale konsekwentnie wspinali się na szczyt i zdobywali sławę. I właśnie wtedy w jego życiu pojawiła 
się  Victoria...  Błękitaooka,  złotowłosa.  Piękna  i  wrażliwa.  Poznał  ją  podczas  koncertów  w  Bostonie  i 
zakochał się bez pamięci. 

- Jest bardzo delikatna, jak najcieńszy kryształ - ostrzegał go ojciec. 
Zignorował  ostrzeżenie.  Był  zakochany  do  szaleństwa.  Victoria  tak  się  od  niego  różniła.  Była  tym 

wszystkim, czym on nie był. Delikatna, eteryczna, jasna... 

Zbyt delikatna; zbyt eteryczna. Pierwsze wspólne lata były szczęśliwe, w każdym razie takimi chciał je 

zapamiętać.  Aż  kiedyś  zabrał  ją  do  Black  Hills  i  w  środku  nocy  musiał  wieźć  do  szpitala,  bo  wpadła  w 
histerię na widok niedźwiedzia. 

Czy właśnie wtedy zaczęła się od niego oddalać? 
A może stało się to po włamaniu do ich domu w Fort Lauderdale? Rzucił się na włamywacza i powalił go 

na ziemię. Victoria strasznie krzyczała. Nie mogła się uspokoić. Co miałem zrobić? - pytał ją zdesperowany. 
Pozwolić, żeby nas okradł i może jeszcze pozabijał we śnie? Nie chciała go słuchać, nazwała go „dzikusem”. 
Starał się mówić do niej łagodnie, był czuły, a ona i tak zarzucała mu, że jest ordynarny i nieokrzesany. 

W końcu zostawił ją w spokoju; usunął się na bok, skonsternowany i dotknięty do żywego. Woził ją od 

jednego lekarza do drugiego, szukając dla niej ratunku. 

Bo nigdy nie przestał jej kochać. 
Potem przyszedł największy szok. Dowiedział się, że Victoria jest w ciąży, choć nie sypiali ze sobą od 

miesięcy. O dziwo, nie czuł gniewu. Po prostu był jeszcze bardziej zagubiony. I okrutnie zraniony. Mimo to 
zaczął  z  nią  rozmawiać,  zapewniał,  że  wszystko  będzie  dobrze,  że  razem  wychowają  dziecko,  odbudują 
wzajemne zaufanie... 

W którym momencie popełnił błąd? 
Przez sen ukrył głowę w ramionach i zaczął się kołysać, próbując ukoić ból, który wciąż rozdzierał mu 

duszę. Nie był w stanie zapomnieć chwili, gdy zadzwonili do niego ze szpitala. Victoria umarła. Próbowała 
na własną rękę usunąć ciążę... 

Do dziś nie pojmował, jakim cudem media o niczym się nie dowiedziały. Po tym wszystkim wrócił do 

Black Hills i zaczął leczyć rany. Pomagała mu mądrość życiowa dziadka. 

- Każdy z nas napotyka na swej drodze demony  - tłumaczył mu.  - Musimy stawić im czoło i walczyć z 

nimi, choćby były tak ulotne jak nocne mgły. Twoja żona nie potrafiła zwyciężyć swoich demonów, a ty nie 
mogłeś  tego  zrobić  za  nią,  bo  każdy  nosi  je  we  własnym  sercu.  Za  to  teraz,  synu,  musisz  pokonać  te  złe 
moce, które szarpią twoją duszę. 

Raptownie usiadł na łóżku, od razu całkiem przytomny, jakby w ogóle nie spal. Był zlany potem, choć 

background image

 

25 

noc była chłodna. Wstał i nagi wyszedł na taras. Rześkie powietrze przyjemnie chłodziło wilgotną skórę i 
pomagało otrząsnąć się z oparów snu. 

Wschodził  księżyc  w  pełni.  Żeglujące  po  niebie  ciężkie  chmury  co  chwila  przysłaniały  jego  tarczę. 

Będzie deszcz, pomyślał. W górach nawet śnieg. 

Cholerna Bryn. Próbował odgonić myśl o niej. Bez skutku. A niech ją wszyscy diabli! Tak nie można, 

westchnął.  Przecież  to  nie  jej  wina,  że  jego  uczucia  wykroczyły  poza  zwykłą  fascynację.  Ilekroć  na  nią 
patrzył, dostrzegał coś nowego. Odnajdywał piękno w każdym jej ruchu, w dumnej linii wyprostowanych 
pleców,  w  wyrazie  oczu,  gdy  usprawiedliwiała  Adama,  mówiąc,  że  nie  jest  złym  dzieckiem,  tylko 
zagubionym, samotnym i na oślep szukającym miłości... 

-  Każdy  z  nas  jest  takim  poszukującym  dzieckiem,  Bryn  -  powiedział  cicho  w  chłodną  noc.  -  Gdybyś 

mimo  wszystko  pozwoliła  się  dotknąć...  Zaciekle  bronisz  swojej  dumy  i  niezależności.  Nie  chcę  ci  ich 
odbierać. Chcę tylko być przy tobie, żeby cię podtrzymać, gdy się 

potkniesz. 
Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i roześmiał się głośno. 
-  Rozmawiasz  z  nocą,  Condor?  Stoisz  goły  na  tarasie  i  gadasz  do  księżyca.  Nawet  twoi  pobratymcy  z 

Czarnych Stóp powiedzieliby, że ci odbiło. 

Wrócił do sypialni, lecz drzwi zostawił uchylone. Bardzo lubił nocne powietrze.  I nocne odgłosy. Noc 

potrafi  objąć  mężczyznę  czulej  niż  kobieta;  choć  między  tymi  dwiema  istnieją  pewne  podobieństwa. 
Pokochać kobietę to jak pokochać noc. Trzeba zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw i liczyć się z nimi; 
trzeba uzmysłowić sobie głęboko skrywane lęki oraz słabości i chronić je; trzeba poznać pragnienia, by móc 
je zaspokoić. 

Raz już poniósł porażkę. Przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pokocha. Jednak ta kobieta... 
Bryn  była  na  swój  sposób  silna.  Wiedział,  że  dzięki  niemu  mogłaby  stać  się  jeszcze  silniejsza. 

Spochmurniał. Dzikus, przemknęło mu przez myśl. 

Miał zamiar położyć się do łóżka i spróbować zasnąć, ale odruchowo zerknął na zegarek. Szósta. Zaczyna 

się poniedziałkowy ranek. Uznał, że może wstać. 

Gdy  dojechał  do  domu  Fultona,  budził  się  brzask.  Wchodząc  po  schodach,  cieszył  się,  że  za  chwilę 

dotknie swojej perkusji, którą rozstawiono na górnym podeście. Gdy zbliżał się do niej, w całym ciele czul 
już pulsujący rytm. 

W chwili, gdy na niebie zajaśniały pierwsze promienie słońca, chwycił pałeczki i wściekłym bębnieniem 

obwieścił  narodziny  dnia.  Kiedy  dwie  godziny  później  Bryn  przyszła  na  plan,  wciąż  znęcał  się  nad 
instrumentem. 

Usłyszała  głośne  bębnienie,  jeszcze  zanim  weszła  do  środka.  W  czasie  weekendu  wszystko  dokładnie 

przemyślała i poczuła się silniejsza. Doszła do wniosku, że dobrze zrobiła, mówiąc Lee, co jej leży na sercu. 
Wprawdzie  niełatwo  było  odrzucić  to,  co  chciał  jej  ofiarować,  lecz  gdyby  dała  się  skusić,  byłoby  jeszcze 
gorzej. Łatwiej bowiem znosić samotność, gdy jest się do niej przyzwyczajonym. A ona, odkąd po rozstaniu 
z Joem o mało nie wypłakała oczu, zdecydowała się na samotność. 

Szła  na  próbę  odważniejsza  i  bardziej  pewna  siebie.  Ledwie  jednak  usłyszała  obłąkańcze  bębnienie, 

wiedziała, że będzie miała ciężki dzień. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi, lecz gdyby nawet nimi trzasnęła, i tak nikt by nie usłyszał. 
Mick, Perry i Andrew już byli na miejscu i rozmawiali o czymś, stojąc przy keyboardzie. Podobnie Tony 

Asp, który w sali balowej omawiał coś z Garym Wrightem. 

Pomachała  do  nich,  lecz  jej  oczy  natychmiast  powędrowały  w  stronę  podestu,  skąd  dobiegał  łomot 

perkusji. 

Lee  zrzucił  koszulę  i  z  całych  sił  młócił  pałeczkami.  Pot  lśnił  na  jego  smagłej  skórze,  twarz  miał 

skupioną, jakby nieobecną. I półprzymknięte oczy. Wyglądał tak, jakby poza nim i jego perkusją nie istniał 
świat. Jakby liczył się tylko rytm. Ten widok zrobił na niej niesamowite wrażenie. Było w nim pierwotne 
piękno, na które składał się obraz nieposkromionej męskiej siły i dziki, gwałtowny rytm trafiający prosto do 
serca. 

- Napijesz się kawy? 
Tak się zapatrzyła, iż niewiele brakowało, by cofając się, klapnęła Mickowi na kolana. 
- Tak, chętnie - mruknęła zmieszana. 
- Będziemy mieli ciężki dzień - westchnął Perry. 
- Bardzo ciężki - wtrącił Mick, gdy rozległa się istna kanonada dźwięków. 
- Oj, będzie się działo - pokiwał głową Andrew. 
Bębnienie osiągnęło wstrząsające crescendo, po czym zapadła obezwładniająca cisza. Chwilę później Lee 

zbiegł szybko ze schodów, wycierając twarz ręcznikiem. 

background image

 

26 

-  A,  dzień  dobry,  panno  Keller!  -  zawołał,  zarzucając  sobie  na  ramiona  ręcznik,  którym  przed  chwilą 

wytarł twarz. - Zabierajmy się od razu do pracy, dobrze? 

- Tak. - W pośpiechu dopiła kawę i podawszy mu rękę, potulnie poszła za nim. 
Na początku drugiej godziny prób zaczęła podejrzewać, że ma do czynienia z groźnym sadystą. Albo że 

dzikie bębnienie na perkusji było rytualnym hołdem złożonym szatanowi, który  w zamian obdarzył swego 
wyznawcę nadludzką wytrzymałością i niewyczerpaną energią. 

Przez godzinę powtarzali układ na schodach. Gdy na plan dotarli pozostali tancerze, ćwiczyli z nimi przez 

kolejną  godzinę.  W  tym  czasie  Bryn  miała  niecałe  dziesięć  minut  na  złapanie  oddechu.  A  i  to  wyłącznie 
dlatego,  że  Lee  musiał  włożyć  mundur  żołnierza  piechoty,  w  którym  grał  na  perkusji,  siedząc  w  oparach 
mgły unoszącej się z wielkich bloków suchego lodu. 

W  pewnym  momencie  Tony  Asp  odciągnął  ją  na  bok,  bo  właśnie  przyszło  mu  do  głowy,  że  dla 

większego efektu zamiast na piątym, powinni rozegrać główną scenę na szóstym stopniu. 

W pierwszej chwili pomyślała, że Tony przesadził. Uznała, że to zbyt wiele oczekiwać od niej, iż zaufa 

Lee na tyle, by rzucić się na oślep w jego ramiona. Sześć stopni to jednak wysoko. Zbyt wysoko, stwierdziła, 
patrząc  na  schody  i  próbując  opanować  strach.  Czemu  nagle  dopadł ją  lęk  wysokości?  Przecież  nie  może 
skompromitować się w oczach Lee. Po prostu nie może i już! 

- Za wysoko? Zaręczam, że cię złapię, ale jeśli nie chcesz tego robić, powiedz. 
- Nie... - skłamała. 
- Bryn... - Położył dłonie na jej ramionach i spojrzał jej w oczy z sympatią. - Mnóstwo ludzi cierpi na lęk 

wysokości. Zostaniemy przy pięciu stopniach. 

Urzekło ją to jego bursztynowe spojrzenie. Do tego stopnia, że zrobiło jej się wstyd. Tak okropnie się 

wczoraj zachowała, nagadała mu tyle niemiłych rzeczy, a on okazał wyrozumiałość. Mogłabym go polubić, 
pomyślała. 

-  Nie,  spróbujmy  z  sześcioma  -  oznajmiła,  choć  widać  było,  że  mówi  to  bez  przekonania.  -  Dam  radę. 

Ale... dziękuję za zrozumienie. 

Po tym, co na jej oczach wyczyniał z perkusją, mogła mieć cichą nadzieję, że naprawdę ją złapie. 
Niestety,  ciepłe  uczucia,  które  w  niej  obudził,  słabły  z  każdą  godziną.  Poranek  z  wolna  przechodził  w 

południe, a Lee wciąż był niezmordowany. Wprawdzie sam się nie oszczędzał, ale narzucił takie tempo, że 
po kilku godzinach Bryn nie czuła rąk ani nóg - w ogóle nie czuła nic prócz bólu przetrenowanych mięśni. 
Coraz poważniej obawiała się, że to nigdy się nie skończy. 

-  Wiesz  co,  podejrzewam,  że  on  zaplanował  zbrodnię  doskonałą:  chce  doprowadzić  do 

samounicestwienia dwadzieściorga tancerzy - szepnęła do Barbary, gdy na moment znalazły się obok siebie. 

Barbara roześmiała się, ale jej łatwo było się śmiać. W czasie godzinnej przerwy mogła odpocząć, a nie 

ćwiczyć kolejny trudny układ. 

-  Jest  perfekcjonistą  -  odparła  swobodnie.  Też  mi  perfekcjonista,  mknęła  Bryn  w  myślach.  A  to  było 

dopiero południe. Niemniej czas odwetu już 

się zbliżał. I to szybko. 
O  pierwszej  tancerze  i  operator  kamery  skończyli  pracę.  Ona  zaś  stanęła  na  trawniku  obok  pola 

golfowego  należącego  do  klubu  Timberlane  i  spojrzała  na  aksamitnie  zieloną,  łagodnie  pofalowaną  łąkę, 
ponad  którą  wznosiły  się  ośnieżone  szczyty  gór.  Patrzyła  przez  obiektyw  swojego  canona,  sprawdzając 
jeszcze raz kadr. Sceneria była idealna. Muzycy wraz ze swoimi instrumentami rozlokują się na trawie i na 
zdjęciach  będą  widoczni  na  tle  soczystej  zieleni,  błękitnego  nieba  i...  ostentacyjnie  jaskrawego  neonu 
tandetnego hotelu Sweet Dreams, który obrażał swym istnieniem tak elegancki klub jak Timberlane. 

-  A  niech  to  jasna  cholera!  -  zdenerwowała  się.  Spróbowała  innego  ustawienia,  ale  cokolwiek  robiła, 

jakaś  część  hotelowych  zabudowań  zawsze  wchodziła  jej  w  kadr.  Jak  nie  sam  budynek,  to  parking.  Na 
szczęście udało jej się wykadrować nieszczęsny neon. 

Muszę uprzedzić o tym Lee, westchnęła. 
- No i jak to wygląda, dziecino? - Barbara lekko klepnęła ją w ramię. 
- Tak sobie. Zresztą spójrz sama. Najpierw jest piękna zielona łąka, a potem co widzisz? 
- Rany! Hotel Sweet Dreams. Pokoje z łóżkami wodnymi, lustrami na suficie i erotycznymi kanałami na 

kablówce - roześmiała się Barbara. - Da się to jakoś wyciąć? 

-  Chyba  tak.  Ale  na  wszelki  wypadek  uprzedzę  Lee.  Wprawdzie  hotel  będzie  mało  widoczny,  ale 

powinien wiedzieć, co będzie miał za plecami. Może zdecyduje się zmienić scenerię... 

-  O  nie,  błagam,  nie  rób  tego.  Tutejszy  menedżer  chyba  by  osiwiał.  Za  chwilę  będzie  tu  miał  jakiegoś 

polityka, który startuje w wyborach do senatu i ma zjeść uroczysty lunch z grubymi rybami.- Barb, przecież 
dopiero co mówiłaś, że Lee jest perfekcjonistą. 

- No bo jest! A ty mówiłaś, że hotel będzie mało widoczny. 

background image

 

27 

- Ale Barb... 
- Ciii! Bryn, proszę! - Barbara zniżyła głos. - Do tej pory wszystko idzie gładko. Lee ma to, o co prosił. 

Ten  kontrakt  jest  dla  mnie  bardzo  ważny:  przecież  sama  o  tym  wiesz.  Lee  zna  najważniejszych  ludzi  w 
branży. Jeśli mnie im poleci, będę ustawiona do końca życia. Ty zresztą też - szeptała nerwowo, wpatrując 
się w coś, co znajdowało się za plecami Bryn. - Zapomnij o tym hotelu. To naprawdę nieważne. Lee już tu 
idzie... 

Barbara  uśmiechnęła  się  promiennie,  ale  Bryn  i  bez  tego  wiedziała,  że  Lee  jest  już  blisko.  Odkąd  go 

poznała, odkryła w sobie „wewnętrzny radar”, który bezbłędnie wykrywał jego obecność. 

- Wszystko gotowe! - zawołała Barbara z ożywieniem. 
-  Bryn,  czy  odpowiada  ci  ta  sceneria?  -  zapytał.  Minę  miał  obojętną,  a  z  jego  oczu  nie  dało  się  nic 

wyczytać. Zachowywał się tak, jakby dopiero co się poznali. 

- Tak, może być - odparła, choć właśnie zorientowała się, że w kadr włazi jej kilku mężczyzn grających w 

golfa. - Zbliżenia na pewno wyjdą świetnie. Gorzej, jak będę musiała objąć wszystkich. Zdaje się, że w tle 
będziecie mieli paru facetów rozgrywających piętnasty dołek - uprzedziła. 

Lee machnął niecierpliwie ręką. 
-  Nie  szkodzi.  Nie  oczekuję,  że  zdjęcia  będą  wyglądały  tak,  jakbyśmy  byli  na  wymarłej  planecie.  Za-

czynajmy, bo mam dziś masę spraw do załatwienia. 

Bryn  odebrała  jego  słowa  jak  policzek.  Mimo  to  uśmiechnęła  się  słodko.  Parę  spraw  do  załatwienia? 

Ciekawe, cóż za pilne sprawy może mieć ktoś taki jak on. Co by powiedział, będąc na jej miejscu? Skoro 
bez skrupułów zadręcza tancerzy swą sadystyczną dokładnością, ona odwdzięczy mu się teraz pięknym za 
nadobne. W końcu ma prawo „popracować” nad modelem. 

- Jeśli jesteś gotowy, zaczynajmy. Najpierw zrobimy zdjęcia całej grupy - zarządziła. 
Perry, Andrew i Mick podeszli do Lee. Przepraszam, chłopaki, pomyślała, patrząc na ich uśmiechnięte 

twarze.  Trochę  was  pomęczę.  Podziękujcie  za  to  swojemu  przemądrzałemu  liderowi.  Słodka  zemsta  to 
jedno, ale naprawdę zależało jej na dobrych zdjęciach. 

- Fajnie, chłopaki!  - zawołała, patrząc na nich przez  obiektyw.  - Perry, broda na dół, Lee głowa wyżej. 

Andrew, przesuń się trochę w prawo. Zaraz, moment. Perry, zadarł ci się kołnierzyk. 

Z premedytacją kazała im czekać, aż mu go poprawi, a robiła to wyjątkowo długo i starannie. 
- Teraz super! - pochwaliła i zrobiła kilka zdjęć. - Dobrze, podejdźcie do instrumentów. Perry, przesuń się 

w lewo, a ty Andrew w prawo. Mick, opuść swobodnie rękę. Masz wyglądać na rozluźnionego. Uśmiechnij-
cie się, ale bez przesady. Lee, ja proszę o uśmiech, a nie jakiś dziwny grymas... 

Ustawiała ich i przestawiała w nieskończoność. Potem  kazała im zostać na miejscu, podczas gdy sama 

zmieniła  film  i  przy  okazji  wypiła  bez  pośpiechu  kawę.  Zrobiła  im  kilka  portretów  i  całą  rolkę  zdjęć  na 
planie ogólnym, dla których tłem było pole golfowe, ulica i ośnieżone góry. 

- Muszę zrobić jeszcze jeden film - oznajmiła - bo poprzednio miałam w kadrze tabuny golfistów. 
Nie kłamała. Początkowo był tylko jeden mężczyzna, który kręcił się przy odległym piaszczystym dołku. 

Na  szczęście  nie  stwarzał  problemu,  bo  częściowo  zasłaniała  go  perkusja,  więc  mogła  spokojnie  foto-
grafować.  Nie  minęły  jednak  dwie  minuty,  jak  do  samotnego  gracza  dołączyła  spora  grupa  ludzi,  którzy 
nagle rozbiegli się po polu niczym mongolska horda. Właśnie miała zaczynać czwartą rolkę filmu, gdy Lee 
stracił cierpliwość. 

- Radzę ci, żebyś pospieszyła. Zaraz zacznie padać. Spojrzała w niebo. Nie zanosiło się na deszcz. 
- Muszę zrobić jeszcze jedną rolkę, panie Condor  - odparła z niewinnym uśmiechem.  - Chyba nie chce 

pan mieć za plecami neonu hotelu Sweet Dreams? A może się mylę? 

- Wszystko mi jedno. - Zignorował jej zaczepkę. - 
Zakładam, że ceni pani swój sprzęt nie mniej niż my nasze instrumenty. Ja w każdym razie nie chcę, żeby 

zmokły. 

- Po co te nerwy, panie Condor. Robię, co mogę, żeby miał pan porządne zdjęcia. A z tym deszczem to 

chyba pan przesadza. 

- Deszcz nie deszcz, jaw każdym razie muszę zrobić sobie przerwę na papierosa - jęknął Andrew. 
- Bryn... - Barbara, której wcześniej kazała obserwować światłomierz, pociągnęła ją za rękaw. - Weź ten 

swój przyrząd i sama zobacz. Ta strzałka jakoś tak lata... 

Bryn  zerknęła  na  wskaźnik.  Rzeczywiście,  światła  było  mniej.  Cholera,  chyba  naprawdę  będzie  padać, 

pomyślała, i w tej samej chwili poczuła na twarzy pierwsze krople. 

- Szybko, zbierajmy się! - zawołał Lee i razem z kolegami zaczął znosić instrumenty na zadaszony taras. 

Barbara  pomogła  jej  pozbierać  sprzęt  i  obie  umknęły  pod  dach.  Lee,  który  musiał  obrócić  dwa  razy,  nim 
schował całą perkusję, miał minę jak chmura gradowa. 

- I co, panno Keller? - zapytał takim tonem, że instynktownie cofnęła się pod ścianę. - Skończyliśmy na 

background image

 

28 

dziś? 

-  Niezupełnie.  Chciałabym  jeszcze  zrobić  zdjęcia  we  wnętrzach  -  odparła  jak  gdyby  nigdy  nic. 

Zniecierpliwiony machnął rękami. 

- I zajmie nam to następne cztery godziny, tak? 
- Podobno słynie pan z dokładności... I tym razem nie dal się sprowokować. 
- Chłopcy, może coś zjemy? - zaproponował. - Wygląda na to, że czeka nas najdłuższa sesja zdjęciowa w 

historii. 

- Niezły pomysł z tym jedzeniem - podchwycił Mick. - Umieram z głodu. 
Bryn  poczuła,  że  ktoś  mocno  chwyta  ją  za  łokieć.  -  Idziemy,  panno  Keller  -  oznajmił  Lee  i  lekko 

popchnął ją w stronę wejścia. Wewnątrz czekała ich przykra niespodzianka: okazało się, że w restauracji nie 
ma wolnych miejsc. 

- Najmocniej pana przepraszam - kajał się menedżer. - Mamy tu okropne zamieszanie. Nie dość, że znany 

polityk  spotyka  się  u  nas  ze  swoimi  zwolennikami,  to  jeszcze  akurat  dziś  odbywa  się  turniej  golfowy. 
Gdybym wiedział wcześniej, że życzy pan sobie jakiś posiłek... 

- Może nakryje pan dla nas na tarasie? - zaproponował. 
- Oczywiście. Każę podać państwu butelkę wybornego wina. Na koszt firmy, rzecz jasna. 
- Bryn, wyjdź ze mną na taras. Chcę zamienić z tobą parę słów, dopóki jesteśmy sami - powiedział Lee. 
- Może za chwilę, dobrze? Muszę iść do łazienki. 
- Bryn! 
- Przepraszam! 
Oddaliła się pospiesznie, nie czekając, aż ją zatrzyma. Lepiej faktycznie poszukam łazienki, pomyślała, 

choć  wcale  nie  musiała  z  niej  skorzystać.  Zaczęła  przedzierać  się  przez  tłum,  ale  ledwie  się  wydostała, 
wpadła  wprost  na  polityka,  który,  właśnie  skończywszy  rozmawiać  z  dziennikarzami,  odwrócił  się,  by 
odejść. 

Stało się to tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili straciła głowę i zamiast go przeprosić, po prostu 

stalą  i  na  niego  patrzyła.  Od  razu  go  rozpoznała;  Dirk  Hammarfield,  którego  niedawno  oglądała  w 
wiadomościach.  Widząc  jego  rozpromienioną  twarz,  doszła  do  wniosku,  że  ze  swym  charyzmatycznym 
uśmiechem,  oczami  jak  chabry  i  blond  włosami  ma  szansę  stać  się  ukochanym  kandydatem  wszystkich 
Amerykanów.- Bardzo panią przepraszam! 

- O nie, to ja przepraszam, panie Hammarfield. 
-  Rozpoznaje  mnie  pani!  -  ucieszył  się.  Nagle  poczuła,  że  musi  spojrzeć  za  siebie.  Nawet  w 

pomieszczeniu pełnym ludzi natychmiast go wypatrzyła. 

Lee. Poszedł za nią. A teraz ją obserwuje. Ze spokojem, nonszalancko oparty o ścianę, mierzy ją twardym 

wzrokiem. Bez namysłu posłała politykowi czarujący uśmiech. 

-  Oczywiście,  że  pana  rozpoznaję.  Z  uwagą  śledzę  pańską  kampanię.  Jestem  pewna,  że  zdobędzie  pan 

miejsce w senacie. 

Kątem oka spostrzegła, że Lee gdzieś zniknął. Nagle wszystko, co ją otaczało, stało się nieważne. Dirk 

wciąż się uśmiechał i opowiadał o czymś z ożywieniem, a ona myślała tylko o tym, by jak najszybciej stąd 
wyjść. 

- Powiedz, Dirk, kim jest urocza młoda dama z aparatem? 
Drgnęła, słysząc za sobą obcy glos. 
- To jest pani... - Polityk zawiesił głos. 
- Bryn Keller - przedstawiła się. 
- A to szef mojej kampanii, Pete Lars. 
-  Milo  mi.  -  Podała  mu  rękę,  ale  poczuła  się  niepewnie.  Szef  kampanii?  Mężczyzna  był  niski  i  krępy. 

Sprawiał wrażenie twardego jak skała. Ze swoją nijaką twarzą, w nijakim ciemnym garniturze, wyglądał jak 
płatny zabójca ze starych gangsterskich filmów, a nie jak prawa ręka znanego polityka. 

- Co pani fotografuje? - zagadnął uprzejmie.- Lee Condora i jego grupę - odparła, starając się, by jej glos 

zabrzmiał równie miło, choć cały czas myślała o tym, by jak najszybciej uwolnić się od ich niechcianego 
towarzystwa. - Cóż, milo mi było panów poznać, ale obowiązki wzywają. Życzę sukcesów w kampanii. 

Zostawiła za sobą schludnego polityka i jego zbirowatego szefa kampanii, i z ulgą schroniła się w toa-

lecie. 

Nie rozumiała, dlaczego jest roztrzęsiona. Może 
obawiała się, że tym razem posunęła się za daleko i Lee podziękuje jej za współpracę. Albo instynkto-

wnie wyczuwała, że niewiele brakuje, by ją zdominował. Jeszcze trochę, a złamie się i na kolanach będzie go 
błagała, by wziął ją w ramiona i pozwolił przez chwilę uwierzyć, że będą żyli długo i szczęśliwie... 

Uczesała się i postanowiła stawić czoło sytuacji. 

background image

 

29 

Wychodząc, zobaczyła Lee otoczonego przez łowców autografów. Minęła go i próbowała wyjść na taras, 

ale drogę zagrodziła jej kolejna grupa wielbicieli skupionych wokół młodego mężczyzny, którego wcześniej 
nie widziała. Próbowała zgrabnie ominąć zgromadzenie, lecz po chwili tłum popchnął ją w stronę sprawcy 
całego zamieszania. 

Wystarczyło jedno spojrzenie na jego strój i wysportowaną sylwetkę, a już wiedziała, że jest golfistą. Był 

po trzydziestce, miał krótkie ciemne włosy i wyglądał jak okaz zdrowia. 

- Wspaniała rozgrywka...  - mruknęła zakłopotana, podchwyciwszy przyjazne  spojrzenie piwnych oczu.- 

Dziękuję. Naprawdę nie sądziłem, że wygram turniej. 

- A jednak się udało! Gratuluję, panie... 
- Nazywam się Mike Winfeld. 
Winfeld.  Gdzieś  już  słyszała  to  nazwisko.  A  tak,  ktoś  kiedyś  mówił,  że  jest  taki  młody  gracz,  który 

świetnie rokuje na przyszłość. 

- Ślicznie się pani czerwieni, ale proszę się nie przejmować. Wiem, że nie przyszła tu pani, żeby oglądać 

zawody. Jest pani z Lee Condorem, prawda? 

Z Condorem? Na pewno nie w takim sensie... 
- Jestem fotografem. Zorganizowaliśmy tu dzisiaj sesję. 
- Robiła tu pani zdjęcia? Dzisiaj? 
- Tak, z drugiej strony tarasu. 
- Skoro zatrudnił panią Lee Condor, musi pani być świetna. Da mi pani swoją wizytówkę? 
-  Tak,  chwileczkę.  -  Zaczęła szperać  w torebce.  -  Proszę.  Niech  pan  kiedyś  do mnie  zadzwoni.  A  teraz 

uciekam, bo pana wielbiciele gotowi rozerwać mnie na strzępy. 

- Bryn Keller - przeczytał, a potem skinął na pożegnanie. - Wkrótce się odezwę - mruknął. 
Ona też do niego pomachała. Może z tego zamieszania wyniknie coś dobrego, pocieszała się, spiesząc na 

taras, gdzie już czekała reszta jej towarzystwa. 

- Długo cię nie było - zauważyła Barbara. - Zamówiłam ci sałatkę z krabów i szpinak. 
-  Dzięki  -  odparła,  siadając  obok  niej.  Zostało  jedno  wolne  krzesło.  A  więc  musi  siedzieć  obok  Lee. 

Westchnęła cicho i sięgnęła po kieliszek. Wino rzeczywiście było wyborne. Wytrawne, ale nie cierpkie. 

Przez  duże  okno  widziała go,  jak  rozmawiał  z  politykiem.  Po  chwili dołączył  do  nich  golfista.  Cóż  za 

spotkanie wspaniałych, bajecznie bogatych sław, pomyślała zgryźliwie. 

Po kilku minutach Lee wrócił do stolika. Ze sposobu, w jaki odsunął krzesło, zorientowała się, że jest zły. 

Czuła, że otwarcie jej się przygląda, i korciło ją, by się do niego odwrócić. 

- O co chodzi? - szepnęła zirytowana, korzystając z tego, że pozostali byli zajęci rozmową. 
- O nic, panno Keller. Zupełnie o nic. 
- Więc przestań patrzeć na mnie tak, jakbym... 
- Jakbyś co? 
- Jakbym... 
- Jakbyś bawiła się w idiotyczne gierki? Dirk Hammarfield jest żonaty. A ja nie jestem głupi i wiem, że 

nawet „perfekcjonistka” nie potrzebuje aż tylu filmów, żeby mieć parę dobrych ujęć. 

-  Po  pierwsze  -  syknęła  ze  złością  -  nie  obchodzi  mnie,  czy  Hammarfield  ma  żonę,  czy  nie.  Po  drugie 

starałam się, żebyś był zadowolony... 

- Akurat! - przerwał jej drwiąco. 
- Ja... 
- Jesteś tchórzem! Najgorszym z możliwych. Boisz się mnie, ale zamiast zastanowić się nad przyczyną, 

próbujesz obrony przez atak. Daj sobie spokój. I nie rób z siebie idiotki, flirtując z innymi facetami tylko po 
to, żeby mi pokazać, że masz mnie gdzieś. Nasze kontakty nie wyjdą poza sprawy zawodowe. Nie musisz 
robić odbitek. Daj mi stykówki i negatywy, resztę załatwię sam. I nie martw się o swoje honorarium. Nie 
zmaleje. 

- Wcale się nie... 
- Nie martwisz się o honorarium? Owszem, martwisz. Ale w porządku. Rozumiem. 
-  Guzik  rozumiesz,  beznadziejny  dupku!  Dlaczego  dała  się  sprowokować?  Wstał,  nie  patrząc  nawet  na 

jedzenie, które właśnie podano. 

- Bryn doszła do wniosku, że na dziś wystarczy - oznajmił. - Jeśli będzie trzeba, zdjęcia portretowe zrobi 

nam  w  domu  Fultona.  Przepraszam,  ale  muszę  lecieć,  bo  mam  parę  spraw  do  załatwienia.  Spotkamy  się 
wieczorem na próbie. 

- Trzymaj się, stary! - Barbara i chłopcy pomachali za nim. Bryn zerwała się z miejsca. 
- Lee! 
Odwrócił się do niej. 

background image

 

30 

- Przykro mi. 
- Mnie również. Tyle że to nie są przeprosiny, ale stwierdzenie. 
- Niech cię cholera, Lee! Nie masz pojęcia, co to znaczy być całkowicie odpowiedzialnym za innych. 
- I tu się mylisz, Bryn - odparł znużony. - Ja już swoje przeżyłem, zresztą nie ma o czym mówić. Między 

innymi dlatego zostawiam ci swobodę decyzji. Nie mogę zmusić cię, żebyś nie bala się życia. To musi wyjść 
od ciebie... 

Nagle  urwał  i  w  skupieniu  zaczął  się  wpatrywać  w  jakiś  punkt  za  jej  plecami.-  Lee?  -  Z  niepokojem 

patrzyła, jak pręży się, jakby czekał na dogodny moment do ataku... - Lee? 

Ktoś nas obserwuje, przemknęło mu przez myśl. W pierwszej chwili zdziwił się, lecz zaraz stal się czuj-

ny. Tak, z całą pewnością ktoś czai się pośród krzewów obok tarasu. 

Złudzenie, próbował się uspokoić, choć dobrze wiedział, że nic mu się nie przywidziało. Zawsze potrafił 

wyczuć, że jest obserwowany. Chciał odsunąć Bryn i osobiście przekonać się, dlaczego ktoś mu się przy-
gląda. Nie zdążył jednak zrobić nawet kroku. 

Kimkolwiek  był  tajemniczy  obserwator,  natychmiast  się  wycofał,  znacząc  drogę  ucieczki  nerwowym 

szelestem liści. . i 

- Wstąpisz do mnie na kieliszek wina? - zapytał ją szybko. 
- Nie, ja... 
- W porządku. Masz jutro wolne, ale chciałbym,  żebyś do południa miała gotowe stykówki. Podrzuć je 

Barbarze - rzucił na odchodnym. 

Zagryzła  usta  i  powlokła  się  do  stolika,  gdzie  bezskutecznie  próbowała  wykrzesać  z  siebie  odrobinę 

entuzjazmu dla koktajlu z krabów. Bez apetytu przełknęła parę kęsków i pól godziny później pożegnała się, 
tłumacząc, że musi odebrać wcześniej chłopców. 

Lee nie odjechał sprzed klubu. Cierpliwie czekał, półleżąc na siedzeniu swojego beżowego pick-upa. 
Widział;  jak  Bryn  wsiada  do  swojego  vana  i  wyjeżdża  z  parkingu.  Nagle  ściągnął  brwi  i  zmrużywszy 

oczy, odprowadził wzrokiem ciemnego sedana, który ruszył za nią. 

Nie  tracąc  ani  chwili,  uruchomił  silnik  i  pojechał  za nimi.  Właśnie  zaczynał  się  wieczorny  szczyt  i  na 

ulicach panował już spory ruch. Lee musiał co chwila zmieniać pas, by cały czas mieć na oku oba pojazdy. 

Kiedy Bryn dojechała do przedszkola, celowo zatrzymał się parę ulic wcześniej. Bał się, że ją zgubi, ale 

w porę zauważył, jak ponownie włącza się do ruchu. Po chwili jechał za nią w stronę jej domu. Podobnie jak 
ciemny sedan, który wciąż siedział jej na ogonie. 

Lee  wprawdzie  znał  drogę,  ale  utknął  w  korku  przed  światłami  i  został daleko  w  tyle.  Kiedy  wreszcie 

dotarł pod dom Bryn, ona była już w środku. 

A ciemny sedan właśnie odjeżdżał z piskiem opon. 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Z bliżej nieokreślonych powodów chłopcy postanowili, że akurat tego wieczoru będą grzeczni jak aniołki. 

Ich  zaskakujące  zachowanie  przywróciło  Bryn  wiarę  w  Boga  oraz  jego  miłosierdzie  wobec  tych,  którzy 
błądzą. 

Kiedy cała trójka leżała już w łóżkach, sięgnęła po telefon, by zadzwonić do Barbary. Niestety, po kilku 

sygnałach  włączyła  się  poczta  głosowa.  Bryn  zaklęła  pod  nosem  i  niemal  w  tej  samej  chwili  usłyszała 
śmiech przyjaciółki. 

- Dziecino, wyluzuj! Co się stało? 
-  Muszę  oddać  filmy  do  wywołania.  Nie  prosiłabym  cię  o  pomoc,  ale  chłopcy  już  śpią,  a  ja  nie  chcę 

zostawiać ich samych. Mogłabyś wpaść na chwilę?- Wiesz, że zawsze chętnie z nimi zostanę, ale akurat dziś 
mam występ. 

- O nie! - Bryn była załamana. 
-  A  co  się  stało,  że  nie  wywołujesz  ich  sama?  Przecież  zawsze  powtarzasz,  że  między  innymi  na  tym 

polega prawdziwa sztuka. 

- Po prostu nie dam rady. Condor chce mieć stykówki i negatywy jutro koło południa  - powiedziała, nie 

wspominając ani słowem o tym, że sama chce jak najszybciej skończyć tę pracę i natychmiast zapomnieć o 
całej sprawie. 

- Nie układa wam się współpraca? - zapytała Barbara po chwili wahania. 
- Z Lee? Nie o to chodzi. Po prostu nie możemy znaleźć wspólnego języka. 
- Bzdury gadasz, Bryn. Facet jest tobą oczarowany. 
- Powiedział, że chce mieć jutro stykówki. Kropka. 
- Nie rozumiem, dlaczego się go czepiasz. To naprawdę fantastyczny gość. I wartościowy człowiek. Zga-

dzam się, że czasami zachowuje się dziwnie, może nawet wzbudza lęk, ale to tylko dodaje mu atrakcyjności. 

background image

 

31 

Jest jeszcze bardziej seksowny i zmysłowy. 

-  Barbaro!  -jęknęła.  Czuła,  że  jeśli  usłyszy  jeszcze  jeden  pean  na  cześć  człowieka,  któremu  z  chęcią 

rozbiłaby bęben na głowie, zacznie krzyczeć.  - Przez  cały dzień w pracy  muszę  znosić jego towarzystwo. 
Przynajmniej wieczorem chciałabym mieć go z głowy. Nie chcę o nim słuchać. 

W  słuchawce  zapadła  cisza,  którą  po  chwili  przerwało  ciężkie  westchnienie.-  W  porządku.  Jak  sobie 

chcesz. W końcu jesteście dorośli - stwierdziła Barbara. - Wiesz, mam pomysł. Wpadnę do ciebie po drodze 
i zabiorę filmy. Co ty na to? 

- Naprawdę? Dzięki, uratowałaś mi życie. 
- Gdzie mam je zawieźć? 
- Do kodaka. Wiesz, tego, który prowadzi Kelly. 
- Będę u ciebie za dziesięć minut. Zatrąbię. 
- Wielkie dzięki! - zawołała, po czym rozłączyła się i zadzwoniła do Kelly’ego Crane’a, by ustalić z nim 

szczegóły.  Dziesięć  minut później  podała  Barbarze torebkę  z  filmami  i  zapewniwszy  ją  o  swej  dozgonnej 
wdzięczności,  wróciła  do  domu  przygotować  chłopcom  ubrania  i  kanapki  na  jutro.  Poszło  jej  to  tak 
sprawnie, że już o jedenastej była wykąpana i siedziała przed telewizorem z kieliszkiem wina w ręku. Miała 
nadzieję, że dzięki mieszance alkoholu i nudnych wiadomości szybciej zachce jej się spać. 

Jak  na  złość  akurat  tego  wieczoru  newsy  były  wręcz  elektryzujące.  Zwłaszcza  te  lokalne,  niemal  w 

całości poświęcone wydarzeniom w klubie golfowym Timberlane. 

Pierwszy  materiał  poświęcono  Dirkowi  Hammarfieldowi,  który  prezentował  na  ekranie  swój  słynny 

uśmiech.  Towarzyszyła  mu  żona,  pulchna  brunetka,  reporter  zaś  wieścił  wszem  i  wobec,  że  kandydat  na 
senatora jest wspaniałym ojcem i mężem. Prawdziwym bohaterem Ameryki, spełnieniem „amerykańskiego 
snu”.  Reporter  wprawdzie  nadmienił,  że  krążą  pogłoski  o  związkach  polityka  z  wielkimi  koncernami 
czerpiącymi zyski z hazardu, lecz zaraz dodał, że te kontakty w żadnym wypadku nie naruszają prawa. W 
końcu hazard jest w Newadzie legalny. 

Przy kolejnym materiale Bryn zagryzła nerwowo usta. Migawki pokazywały Lee Condora podpisującego 

autografy.  Na  jednym  z  ujęć  z  uśmiechem  zmierzwił  czuprynę  chłopca,  który  podsunął  mu  do  podpisu 
egzemplarz  najnowszego  albumu.  Reporter  wprost  rozpływał  się  w  zachwytach,  na  co  Bryn  zareagowała 
alergicznie. Miała ochotę cisnąć czymś w ekran, ale w porę uświadomiła sobie, że tylko zniszczy telewizor i 
narazi się na niepotrzebne koszty. 

Mick Jagger, Michael Jackson i The Beach Boys razem wzięci. Godny następca Willie Nelsona i Paula 

Anki. Prawdziwy król list przebojów. 

Poderwała  się,  by  zmienić  kanał,  lecz  nagle  zastygła  z  pilotem  wycelowanym  w  ekran,  na  którym 

pojawiła się postać Mike’a Winfelda. Z komentarza można się było dowiedzieć, że golfista właśnie wygrał 
ważny turniej i zainkasował okrągłe dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Niezły powód, by uganiać się po polu za małą białą piłeczką, pomyślała zgryźliwie. Naraz zamarła. Na 

jednej z migawek zobaczyła siebie. Zalotnie uśmiechniętą, zarumienioną. I podającą graczowi swoją wizy-
tówkę. 

Z jękiem opadła na kanapę. Jeśli Lee to ogląda, da jej jutro popalić. Najpierw na jego oczach kokietowała 

żonatego polityka, a potem zwycięzcę turnieju. O Boże! 

- Co tam, wszystko mi jedno. - Wzruszyła ramionami. W końcu czy nie o to jej chodziło? Czy nie chciała 

dać mu jasno do zrozumienia, że jej niechęć nie dotyczy mężczyzn w ogóle, tylko jego osobiście? 

Wyłączyła telewizor, sprawdziła, czy drzwi są zamknięte, i poszła na górę. Była pewna, że natychmiast 

zaśnie. Przecież jest strasznie zmęczona... 

Tymczasem nie mogła przestać myśleć o Lee. O jego oczach, jego dłoniach... Szerokich, silnych barkach 

i muskularnych ramionach, którymi wystukiwał na perkusji czysty rytm... 

Mężczyzna podszedł do niej akurat wtedy, gdy próbowała zagonić chłopców do samochodu. Otworzyła 

szeroko oczy, ale szybko zreflektowała się i odwzajemniła uśmiech. 

- Dzień dobry! - powiedział uprzejmie nieznajomy. 
- Czy mam przyjemność rozmawiać z panią Keller? 
- Tak, to ja. Przepraszam, ale trochę się spieszę. Czy mogę panu w czymś pomóc? 
- Mam nadzieję. Powiem więcej, bardzo na to liczę. 
- Ciociu, a kto to jest ten pan? - zainteresował się Brian, próbując wysunąć się zza jej pleców. 
- Przepraszam, ale nie rozumiem, o czym pan mówi - rzekła do mężczyzny, przyglądając mu się uważnie. 

Był  średniego  wzrostu,  średniej  budowy  ciała.  Trudno  było  określić  kolor  jego  włosów  i  oczu  -  nie  były 
bowiem ani ciemne, ani jasne, tylko szarobure. Z wyglądu mógł mieć trzydzieści albo czterdzieści lat, może 
więcej. W brązowych spodniach i nieco jaśniejszej koszuli nie wyróżniał się z tłumu. 

- Chciałbym coś od pani kupić - oznajmił.- Kupić? Ale ja nie mam nic do sprzedania. W każdym razie nic 

background image

 

32 

wartościowego. 

- Wartość, podobnie jak piękno, to pojęcia względne. - Uśmiechnął się. - Ponieważ pani się spieszy, od 

razu przejdę do rzeczy. Wiem, że wczoraj fotografowała pani Lee Condora. Jestem jego zagorzałym fanem! 
Gotów jestem zapłacić pani za te zdjęcia pięć tysięcy dolarów, ale chcę mieć wszystkie. Włączę je do mojej 
prywatnej kolekcji. 

- Pięć tysięcy... - powtórzyła z niedowierzaniem. Gdyby choć przez chwilę wierzyła, że ten idiota mówi 

poważnie, być może dałaby się skusić. Ale on na pewno żartował. A nawet jeśli nie, i tak nie odważyłaby się 
zrobić czegoś takiego za plecami Lee, gdyż zgodnie z umową to on był właścicielem zdjęć i posiadał do nich 
wyłączne prawa. Ponieważ instynkt podpowiadał jej, że Lee potrafi być groźny, nie miała zamiaru z nim za-
dzierać. 

- Przykro  mi, ale nawet gdyby oferował mi pan połowę Tahoe, i tak nie mogłabym sprzedać panu tych 

zdjęć, bo po prostu nie są moje, tylko Lee Condora. 

Z twarzy mężczyzny znikł przyjemny uśmiech. 
- Niech pani nie będzie głupia - burknął, krzywiąc się z niesmakiem. - Wystarczy, że mu pani powie, że 

niechcący prześwietliła pani klisze, i od razu stanie się pani bogatsza. 

- Niezła myśl - odparła znużona - ale nie. Przykro mi. Na nas już czas... 
Chłopcy, którzy do tej pory stali z tylu, teraz za jej zgodą wysunęli się do przodu, mimowolnie zmuszając 

nieznajomego,  by  wycofał  się  spod  drzwi.  Bryn  szybko  zapakowała  ich  do  samochodu  i  pomachawszy 
mężczyźnie, usiadła za kierownicą. 

- Chyba zamknęłam drzwi... - mruknęła niepewnie. 
- Tak, ciociu. Sam widziałem - uspokoił ją Keith. 
- To dobrze. 
Parę  minut  później  zapomniała  o  całym  zdarzeniu.  Jej  myśli  całkowicie  pochłaniały  zdjęcia.  Poranny 

korek  osiągnął  apogeum,  a  ona  chciała  jak  najszybciej  odebrać  negatywy  od  Kelly’ego  i  podrzucić  je 
Barbarze. Pozbędzie się ich i będzie miała jeden problem z głowy! 

Kelly był niezwykle solidnym człowiekiem. 
- Proszę  - powiedział, podając jej kopertę.  - Wprawdzie to tylko stykówki, ale nawet na nich widać, że 

niektóre  ujęcia  są  świetne.  Zazdroszczę  ci,  że  mogłaś  sfotografować  Lee  Condora.  Z  tą  swoją  wyrazistą 
twarzą jest doskonałym modelem. Niejeden malarz chętnie by go namalował. 

- Fajnie, że ci się spodobały. Ile płacę? 
- Chcę ci jeszcze powiedzieć, że parę fotek będziesz musiała odrzucić, bo ktoś ci wlazł w kadr. 
-  Wiem.  Posłuchaj,  trochę  się  spieszę.  Powiesz  mi,  ile  płacę?  -  Okłamała  go,  bo  przecież  miała  wolny 

dzień. Po prostu nie miała ochoty rozmawiać o Lee. 

- Jasne. Ale obiecaj, że nie zapomnisz o mnie, jak już staniesz się sławna i bogata - rzekł ze śmiechem. 
- Obiecuję. Tylko obawiam się, że oboje będziemy musieli trochę poczekać. 
W drodze do Barbary zatrzymała się na kawę i śniadanie. Przy okazji zakreśliła na stykówkach ujęcia, 

które  uznała  za  najlepsze.  O  pierwszej  po  południu  pozbyła  się  wreszcie  koperty,  a  o  drugiej  była  z 
powrotem w domu. Tu jak zwykle czekało na nią mnóstwo niewdzięcznych zajęć, ale o dziwo, tym razem 
wcale nie narzekała. Łudziła się, że miotając się między praniem a sprzątaniem, zapomni o Lee. Nie udało 
się. Kąpiel w basenie na tyłach osiedla też nie pomogła. 

Pomogli dopiero chłopcy. Znów odebrała ich wcześniej i poświęciła im całe popołudnie. Po powrocie do 

domu  upiekła  z  nimi  furę  ciasteczek  i  pozwoliła  im  wszystkie  schrupać,  podczas  gdy  czytała  im  książkę. 
Aby uciszyć wyrzuty sumienia, że ich źle odżywia, na kolację dala im dużą porcję warzywnej sałatki i jabłko 
na deser. Gdy kładła ich spać, miała miłe poczucie, że nie jest najgorszą opiekunką. 

O dziewiątej wieczorem zadzwoniła Barbara. 
- Przekazałam negatywy Condorowi - poinformowała. - Niewiele mówił, ale chyba jest zadowolony. Do 

jutra! - rzuciła i natychmiast się rozłączyła. 

Do jutra, westchnęła Bryn. Znów mnie czeka kolejny wyczerpujący dzień z perkusistą sadystą. 
Położyła się wcześnie. Po wolnym dniu czuła się przyjemnie zmęczona i odprężona. Zasnęła niemal od 

razu, ale równie szybko się obudziła. W pamięci wciąż  miała wyjątkowo sugestywny sen. Przyśnił jej się 
Lee. 

Jednak tym razem nie tylko go widziała. Kochała się z nim. Leżała u jego boku, czując, jak ją pieści. 
Obudziła się roztrzęsiona, rozpalona i zlana potem. 
-  Chryste,  muszę  iść  do  psychiatry  -  jęknęła  zdruzgotana.  Jednak  dobrze  wiedziała,  że  nie  pomoże  tu 

żaden lekarz. Musiała uczciwie przyznać, że czy jej się to podoba, czy nie, Lee Condor ją pociąga. I nie ma 
w  tym  nic  dziwnego,  gdyż  jest  niezwykle  zmysłowym  mężczyzną,  co  w  połączeniu  z  jego  nietuzinkową 
osobowością oraz siłą sprawia, że nikt, kto go zna, nie przechodzi obok niego obojętnie. 

background image

 

33 

Przytuliła  twarz  do  poduszki  i  po  raz  pierwszy  uzmysłowiła  sobie  smutną  prawdę:  jest  samodzielna  i 

niezależna, lecz brakuje jej uczucia, ciepła i bliskości. Kiedy była z Joem, zaangażowała się w ten związek 
całym sercem. Zawsze była lojalna. Taką już miała naturę... 

Poruszyła się niespokojnie i ukryła twarz w poduszce. Pragnęła Lee o wiele bardziej niż kiedyś Joego. 

Tyle że Joe ją kochał, a przynajmniej tak jej się zdawało. Seks zawsze był dla niej nieco problematyczny. 
Wielu jej znajomych uważało, że kobieta, podobnie jak mężczyzna, powinna mieć wielu partnerów, zanim 
zdecyduje  się  na  stały  związek.  Efekt  był  taki,  że  ludzie,  którzy  ledwie  się  znali,  od  razu  szli  ze  sobą  do 
łóżka. Tymczasem dla niej miłość fizyczna była zjawiskiem oznaczającym, że między kochankami istnieje 
szczególna  więź.  Lee  Condor  z  pewnością  nie  chciał  żadnych  więzi,  a  ona  nie  chciała  wiązać  się  z  nim. 
Czemu więc pragnęła go tak mocno, że aż jej się śnił? 

- Przejdzie mi - pocieszyła się. - Skończą się zdjęcia do teledysku i zapomnę o nim. Może kiedyś spotkam 

mężczyznę, którego pokocham i który mnie pokocha. I któremu nie będzie przeszkadzało, że będzie miał na 
głowie troje cudzych dzieci...Długo nie spała, rozmyślając posępnie o tym, jak kiepsko urządzony jest ten 
świat. 

Obudził ją dzwonek telefonu. Ktoś musiał być mocno zdeterminowany, bo nie dawał za wygraną, choć 

zanim rozespana doczłapała do kuchni, minęło parę minut. 

- Halo? - mruknęła niewyraźnie. 
- Bryn Keller? 
-  Przy  telefonie  -  odparła,  starając  się  oprzytomnieć.  Glos  rozmówcy  wprawił  ją  w  osłupienie,  gdyż 

brzmiał tak, jakby pochodził ze ścieżki dźwiękowej jakiegoś horroru. Był to nieprzyjemny, ochrypły szept, 
ani męski, ani kobiecy. . 

- Chcę mieć zdjęcia. Słyszysz? 
- Tak. - Słyszała, ale nie wierzyła własnym uszom. To musi być jakiś głupi żart. 
- Zdjęcia, panno Keller. Wszystkie. Stykówki i negatywy też. Cały komplet. 
- Chwileczkę... 
- Co? Życie ci niemiłe? 
- Zaraz zadzwonię na policję... 
Urwała, słysząc upiorny, bezlitosny rechot. 
-  Igrasz  ze  śmiercią,  ślicznotko.  Naprawdę  szkoda  będzie  oszpecić  taką  ładną  buzię.  Zresztą  nie 

zapominaj,  że  nie  jesteś  sama.  Chyba  nie  chciałabyś,  żeby  coś  złego  spotkało  któregoś  z  twoich  słodkich 
podopiecznych? 

- Nie! - zawołała przerażona. 
- Więc daj mi zdjęcia... 
- Zaczekaj! Błagam, nie rozłączaj się. Nie mam tych zdjęć. Już je... 
- Co takiego? 
- Naprawdę ich nie mam. Już je oddalam. 
- Nie wierzę ci. 
- Przysięgam! 
- Zamknij się i słuchaj. Sprawdzę cię. Jeśli kłamiesz, twoje dni są policzone. A teraz uważaj. Nie dzwoń 

na  policję.  Piśnij  komuś  słówko,  a  gorzko  pożałujesz.  Nie  mów  o  niczym  Condorowi.  Pamiętaj,  że  o 
wszystkim się dowiem, więc nie próbuj kręcić... 

- Przecież powiedziałam... 
- Niedługo się odezwę... 
- Czekaj! 
Wyraźne kliknięcie i monotonny sygnał uzmysłowiły jej, że połączenie zostało przerwane. Odrętwiała ze 

strachu z niedowierzaniem wpatrywała się w słuchawkę. 

- Ciociu? 
Głos Briana wyrwał ją z odrętwienia. 
- Ciociu, dlaczego nic nie mówisz? Stało się coś? 
-  Nie  -  skłamała.  Sięgnęła  do  szafki  po  miseczki  i  płatki  śniadaniowe,  ale  sama  czuła,  że  jej  ruchy  są 

nerwowe  i  kanciaste.  -  Obudź  braci  i  pomóż  Adamowi  się  ubrać,  dobrze?  A  potem  szybko  schodźcie  na 
śniadanie. 

Przerażenie zaczęło z wolna mijać. W miarę jak wracała do równowagi, tłumaczyła sobie, że to jednak 

był głupi żart. Zwariowany fan, który nachodził ją w sprawie zdjęć, próbuje ją nastraszyć. Tak naprawdę nic 
jej nie grozi. Poza tym naprawdę nie ma tych filmów. Są już u Lee. Tajemniczy rozmówca przekona się, że 
mówiła  prawdę,  i  da  jej  spokój.  Da  mi  spokój...  da  mi  spokój...  da  mi  spokój...  Starała  się  zachowywać 
normalnie, lecz kiedy przed wyjściem miała otworzyć drzwi, ogarnął ją lęk. Keith wykorzystał jej wahanie i 

background image

 

34 

pierwszy nacisnął klamkę. Na progu stał jakiś mężczyzna. Gdy go spostrzegła, krzyk przerażenia uwiąż! jej 
w gardle. Na szczęście okazało się, że nieproszonym gościem jest Andrew. 

- Andrew! Co ty tu robisz? 
Spojrzał na nią z ukosa i uśmiechnął się łobuzersko. 
-  Miałem  randkę  i  trochę...  zabalowałem.  Szczerze  mówiąc,  nie  zdążyłem  jeszcze  wytrzeźwieć. 

Zorientowałem się, że mieszkasz blisko, i pomyślałem sobie... Bryn, podwieziesz autostopowicza? 

W  innych  okolicznościach  pewnie  parsknęłaby  śmiechem,  ale  nie  dziś.  Nie  potrafiła  powiedzieć,  jak 

bardzo się cieszy, że przyszedł i że nie będzie sama. 

- Pewnie, że cię podwiozę. Wskakuj. 
- Chcesz, żebym prowadził? 
Czyżby dostrzegł nerwowe drżenie jej rąk? 
- Dzięki, poradzę sobie. 
Po  drodze  żartował  z  chłopcami  i  opowiadał  im  o  muzyce.  Słuchając  go,  zaczęła  się  odprężać. Jednak 

było  coś,  co  nie  dawało  jej  spokoju.  Andrew  usiadł  z  tyłu,  obok  Keitha.  Spojrzała  na  jego  odbicie  we 
wstecznym lusterku. 

Nie wyglądał na kogoś, kto przez całą noc imprezo-wał. Sprawiał wrażenie wypoczętego. I wyjątkowo 

schludnego. Jego ubranie w ogóle nie było wymięte... 

Westchnęła po cichu. Andrew zawsze wyglądał nienagannie. Pewnie nawet kiedy jest pijany, porządnie 

składa  rzeczy.  A  potem  bierze  prysznic  i  goli  się,  choćby  miał  skrobać  zarost  kawałkiem  zaostrzonego 
kamienia. Zresztą, co ją to obchodzi? Ma poważniejsze zmartwienia niż jego wygląd... 

Nie! Nie będzie myślała o tym telefonie. To był głupi żart; koniec z tym. 
- Powiedz, gdzie i z kim tak zaszalałeś? - zagadnęła. 
- Masz szczęście, że mieszkam blisko. 
- Jakoś bym sobie poradził - odparł Andrew. - Jestem jak kot; zawsze spadam na cztery łapy. - Roześmiał 

się, ale jego oczy zostały poważne. 

Jeszcze  nie  minęła  pierwsza  godzina  prób, a  Bryn  gotowa  była  pójść  o  zakład, że  Lee jest  potomkiem 

markiza de Sade’a. Jeszcze raz, uwaga, powtarzamy... 

I tak w kółko. 
Bolały ją wszystkie mięśnie. Nawet te, o których istnieniu nie miała pojęcia. 
Lee był tego dnia wyjątkowo nerwowy i spięty. Patrzył na nią tak, jakby chciał przejrzeć ją na wylot. A 

gdy  powtarzali  swój  układ,  obchodził  się  z  nią  trochę  szorstko.  W  dodatku  uparł  się,  by  wybiła  się  w 
powietrze  na  szóstym  stopniu.  Zgodziła  się,  bo  po  prostu  nie  miała  siły  się  z  nim  kłócić.  Ale  bała  się. 
Wysokość  zawsze  wzbudzała  w  niej  lęk.  Nie  była  to  prawdziwa  fobia,  tylko  uczucie  dyskomfortu,  które 
pojawiało się, gdy znajdowała się ponad ziemią. 

- Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić... - zniecierpliwił się Lee, kładąc nerwowo ręce na biodrach. 
-  Jestem  -  rzuciła  sucho.  I  rzeczywiście,  zrobiła to. Mało brakowało,  a  serce  wyskoczyłoby  jej  z  piersi, 

gdy wybiwszy się, pofrunęła w górę. Lot trwał sekundy, lecz dla niej to była wieczność. Lee ją złapał. Jego 
mocne ramiona uniosły ją wysoko. Niby wszystko odbyło się jak zawsze, a jednak wyczuła w nim większą 
niż zwykle... 

Nerwowość. 
- Możemy spróbować jeszcze raz? 
Potem był jeszcze jeden raz, i jeszcze następny. Jakoś to przeżyła, choć łatwo nie było. 
Lee zarządził przerwę na lunch, ale Bryn straciła apetyt. Dłubała łyżeczką w jogurcie i przez cały czas 

rozglądała się na boki, trwożliwie wypatrując Lee. Jak zagonione zwierzę, pomyślała z niechęcią. Podszedł 
do niej, gdy wyrzucała kubeczek z niedojedzonym jogurtem. 

- Nic więcej nie zjesz? Nic dziwnego, że wyglądasz dziś jak zastrachany zając. 
- Cóż, przykro mi, że przypominam ci zająca. 
- Co się z tobą dzieje? 
- Nic! 
- Wiesz co, Bryn? Gdy kłamstwa zawodzą, lepiej powiedzieć prawdę - rzucił sentencjonalnie. 
- Po prostu jestem trochę zmęczona. 
- Może za krótko śpisz. 
- Niewykluczone. Ale nie martw się, nie zawalę roboty. 
- Nie martwię się. 
Spojrzała na niego ostro i przekonała się, że faktycznie nie wygląda na zmartwionego. Zresztą nawet na 

nią  nie  patrzył.  Bacznie  obserwował  salę,  kawałek  po  kawałku.  Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  jeśli  ona 
wygląda jak ścigane zwierzę, to on zdecydowanie przypomina polującego drapieżnika. To dlatego jest dziś 

background image

 

35 

taki spięty. Obserwuje, czeka... wypatruje... Czego? 

Stwierdziła,  że  zaczyna  robić  się  śmieszna.  Jest  spięty  i  nerwowy,  bo  taką  ma  naturę.  Zawsze  był 

wymagający.  Prawdziwy  tyran.  A  kojarzył  jej  się  z  olbrzymim  drapieżnym  kotem  podchodzącym  swoją 
ofiarę, bo jest... 

Bo jest Lee Condorem. A ona jest wykończona nerwowo i dlatego stała się podejrzliwa. Wszędzie do-

szukuje  się  ukrytych  znaczeń.  Tak  było  rano  z  Andrew,  a  teraz  z  Lee.  Żeby  ten  dzień  jak  najszybciej  się 
skończył! 

Wszyscy już poszli - tancerze, operatorzy, technicy. W domu Fultona został tylko Lee i jego koledzy z 

zespołu. 

- Moim zdaniem powinieneś zawiadomić policję - stwierdził Mick. 
- I co mam powiedzieć? - Lee uniósł ręce w bezradnym geście, a potem skrzyżował je na piersiach. - Że 

intuicja mi mówi, że ktoś włamuje mi się do domu? Ten, kto to robi, zna się na rzeczy. Nie zostawia śladów. 

- No tak, ale jeśli to zgłosisz... - zaczął Andrew. 
- Jeśli zgłoszę, nigdy się nie dowiem, jaki ma to związek z Bryn. Jeśli w ogóle ma. Ten ktoś, kto ją wtedy 

śledził, to mógł być jakiś cichy wielbiciel. 

- Ale wydaje ci się to mało prawdopodobne. 
- Rzeczywiście. Perry, dziś w nocy ty będziesz obserwował dom Bryn.- Nie ma sprawy. 
-  Tylko  nie  proś  jej  rano,  żeby  cię  podwiozła  na  próbę.  Chyba  zorientowała  się,  że  coś  jest  nie  tak  - 

przyznał Andrew. 

- To po co się tak wystroiłeś? Trzeba było chociaż pognieść koszulę - roześmiał się Perry. 
- Najlepiej schowaj się w krzakach i siedź tam, dopóki po ciebie nie przyjadę - poradził Lee. 
- A co z twoim domem? - zapytał Andrew. - Nie uważasz, że któryś z nas powinien u ciebie nocować? 
- Nie, ale dzięki za dobre chęci. Jeśli mam złapać sprytnego włamywacza, muszę być od niego sprytniej-

szy. A to oznacza, że muszę działać sam. 

- Jak chcesz, ale uważaj na siebie - poprosił Andrew. 
-  Gdyby  coś  ci  się  stało,  musielibyśmy  zaczynać  od  zera.  A  już  się  przyzwyczaiłem  do  wysokich 

zarobków. 

- Nie bój się - roześmiał się Lee. - Wiem, co robię. 
- Przecież wiem, że nie jesteś idiotą i że nie dasz sobie zrobić krzywdy. Ale mimo to proszę, żebyś był 

ostrożny. 

- Będę. Masz moje słowo. 
- Jak by co, to jestem pod telefonem - mruknął Andrew, zbierając się do wyjścia. Uznał, że po całonoc-

nym dyżurze należy mu się chwila relaksu, więc postanowił się zabawić. 

- Na mnie też możesz liczyć - zaznaczył Mick. 
- Wielkie dzięki, chłopaki - powiedział Lee. - Może okaże się, że jestem szurnięty. 
Wzruszyli  ramionami.  Żaden  z  nich tak  nie  uważał. Właśnie  otwierała drzwi,  kiedy  zadzwonił telefon. 

Ręce zaczęły jej drżeć, po plecach przebiegł zimny dreszcz. Nie miała zamiaru odbierać. 

- Pospiesz się, ciociu - ponaglił ją Adam. - Nie słyszysz, że dzwoni telefon? 
- Słyszę - mruknęła. 
Gdy weszli do środka, starsi chłopcy od razu pobiegli w stronę aparatu. 
- Nie odbierajcie! - zawołała, ale było już za późno. 
Brian zdążył już powiedzieć: 
- Halo? 
Wpatrywała się w niego w napięciu, czując, że za chwilę zemdleje... 
- Ciociu, dzwoni Barbara. Chodzi o zdjęcia. Ulga obezwładniła ją bardziej niż strach. Kiedy odezwała się 

do słuchawki, z emocji łamał jej się glos. 

- Cześć, Barb. Co jest? 
- Nic wielkiego. Potrzebuję jeszcze jedną odbitkę z iguaną przy kaktusie. Format osiem na dziesięć. Dasz 

radę zrobić na jutro? 

- Jasne. 
- Dobrze się czujesz? 
- Tak. Jestem trochę zmęczona. 
- Muszę przyznać, że Condor przeszedł dziś samego siebie. - Barbara roześmiała się. -Nie będę zawracała 

ci głowy. Bierz się do pracy. 

- Barb, czekaj. Czy mogłabyś oddać mi zdjęcia, które zrobiłam Condorowi? 
-  Niby  jak?  -  Nie  kryła  zdziwienia.  -  Przecież  już  ci  mówiłam,  że  mu  je  oddałam.  Po  co  chcesz  je  z 

powrotem? 

background image

 

36 

- A... po prostu chciałam je jeszcze raz obejrzeć. 
- Przykro mi, ale nic już się nie da zrobić. 
- Jasne. Nie ma sprawy. 
- Trzymaj się. Do jutra. 
Odłożyła słuchawkę, zadowolona, że ma co robić. Przynajmniej nie będzie myślała o porannym telefonie. 
Zrobiła chłopcom kolację, a potem włączyła im telewizor, dała kredki i blok rysunkowy i poprosiła, by 

pilnowali Adama. 

- Idę do ciemni zrobić odbitki. Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, pamiętajcie, żeby najpierw zapukać. 
Pokiwali głowami i natychmiast zaczęli kłócić się o kredki. Poszła do bocznych drzwi, które ze względu 

na chłopców zawsze zamykała na klucz. Aby się do nich dostać, musiała przecisnąć się obok regału, którym 
były częściowo zastawione. Pewnie byłoby szybciej, gdyby dostała się do ciemni przez ogródek, ale lubiła 
poruszać się w półmroku. Nie bała się ciemności. 

Wreszcie zapomniała o strachu. Nie miała żadnych złych przeczuć. Tym większy przeżyła szok, gdy po 

omacku  znalazła  włącznik  i  zapaliła  niedużą  żarówkę.  W  pierwszej  chwili  była  tak  zszokowana,  że  nie 
rozumiała,  co  się  stało.  Naraz  przeniknął  ją  chłód.  Lodowata  fala  strachu  w  mgnieniu  oka  poraziła  jej 
kończyny, odbierając im zdolność ruchu. 

Chciała krzyczeć, lecz niczym w koszmarnym śnie nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ani oddychać. 

Oniemiała, ze zgrozą patrzyła na zagładę swojej malej ciemni. 

Zdjęcia...  stare  i  te  całkiem  nowe  mieszały  się  ze  sobą,  tworząc  przerażającą  mozaikę.  Zaścielały  całą 

podłogę, walały się na szafkach, zaśmiecały biurko. Niektóre były podarte lub pocięte na strzępy. 

Biurko!  Wszystkie  szuflady  zastały  wybebeszone,  a  ich  zawartość  poniewierała  się  po  kątach.  Wielkie 

butle po wywoływaczu i innych chemikaliach, opróżnione, leżały na podłodze. Destrukcja była kompletna. 

Bryn, nie do końca wiedząc, co robi, podeszła do biurka. Jej uwagę przykuł fragment zdjęcia. Pozostałe 

kawałki leżały obok, odcięte brutalnie i niedbale. 

Doskonale znała to zdjęcie, mimo że nie ona je zrobiła. Lubiła je, choć było nieostre i kiepskie technicz-

nie.  Przedstawiało  ją  i  chłopców,  a  zrobiła  je  Barbara  podczas  niedzielnego  pikniku  zaraz  po  Bożym 
Narodzeniu... 

Teraz  ta  pogodna  fotka  spełniła  rolę  przerażającej  pogróżki.  Fragment,  na  którym  widać  było  Adama, 

został  odcięty  od  reszty  i  odłożony  na  bok.  Ten  sam  los  spotkał  podobizny  jego  braci.  Pośrodku  leżał 
skrawek  przedstawiający  jej  pogodną  twarz.  Przemknęło  jej  przez  myśl,  że  teraz  ten  radosny  uśmiech 
wygląda groteskowo. W skrawek wbity był pilniczek do paznokci. Tkwił pomiędzy jej ustami a gardłem. 

- Boże! 
Nareszcie wydobyła z siebie jakiś dźwięk. Ale nie krzyk, tylko szept. Przytrzymała się biurka, czując, że 

za chwilę upadnie. Pociemniało jej w oczach. 

To nie był żart. To jednak nie był żaden żart! 
Nagle obudziło się w niej nowe uczucie, które uratowało ją przed mroczną otchłanią. Wściekłość. Ktoś 

chciał ją zastraszyć; splądrował jej rzeczy. Pogwałcił jej prywatność! 

- Ty skur... - syknęła przez zęby. Nie będzie krzyczała. Nie zrobi nic, co mogłoby przestraszyć chłopców. 

Najpierw wszystko dokładnie przemyśli, na spokojnie. A potem zdecyduje, co robić. 

W chwili, gdy podjęła to postanowienie, zaczął dzwonić telefon. I długo nie przestawał... 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Potykając się o rozrzucone rzeczy, dopadła drzwi. 
- Żeby mi się żaden nie ważył! - krzyczała zadyszana. - Słyszycie? Nie ważcie się odbierać! 
Jej okrzyki musiały zrobić wrażenie na chłopcach, bo gdy wbiegła do kuchni, stali obok telefonu, ale nie 

podnieśli słuchawki. Bryn chwyciła ją i wykrzyknęła: 

- Halo! 
Przez chwilę panowała cisza, a potem cichy, męski 
głos zapytał niepewnie: 
- Pani Keller? 
- Słucham?! - rzuciła niecierpliwie. 
- Mówi Mike Winfeld. Poznaliśmy się w Timberlane. 
- A tak, pamiętam. Co słychać, panie Winfeld? W gruncie rzeczy miała gdzieś, co odpowie. Chciała, by 

facet dał jej teraz spokój! Nie histeryzuj, Bryn, nakazała sobie. I nie bądź głupia. Zachowuj się kulturalnie i 
uprzejmie. Może Winfeld będzie chciał zrobić sobie profesjonalne zdjęcia. Poza tym to miły gość. 

- U mnie wszystko w porządku. Myślałem o pani. 
- Naprawdę? 

background image

 

37 

- Tak. Wiem, że prawie się nie znamy, ale może zgodzi się pani zjeść ze mną kolację? Chciałbym, żeby 

mnie pani sfotografowała, więc moglibyśmy omówić szczegóły. 

Czemu  nie?  W  normalnej  sytuacji  nie  wahałaby  się  ani  chwili.  Oczywiście  nie  mogła  wykluczyć,  że 

zdjęcia to tylko pretekst, ale nawet gdyby w czasie spotkania padła niestosowna propozycja, umiałaby sobie 
poradzić. Poza tym Mike Winfeld może okazać się mężczyzną godnym uwagi... 

W  normalnej  sytuacji...  Czy  po  tym,  co  się  wydarzyło,  może  jeszcze  liczyć  na  normalność?  Jak  tu 

normalnie żyć, skoro wpada w panikę za każdym razem, gdy zadzwoni telefon? 

- Dobrze, panie Winfeld... 
-  Proszę  mówić  mi  po  imieniu.  „Pan”  brzmi  zbyt  oficjalnie.  Od  razu  staro  się  czuję,  a  nie  chciałbym, 

zwłaszcza przy pani... 

- Dobrze, Mike. Chętnie się z tobą spotkam, ale na razie jestem bardzo zajęta. Możesz zadzwonić za jakiś 

czas? 

- Cóż, chyba nie mam wyboru. Nie masz litości dla biednego golfisty, prawda? Ale ja i tak zadzwonię. Za 

dwa tygodnie? 

- Będę czekać. 
Po rozmowie poczuła się nieco spokojniejsza. Jeszcze trzymała rękę na słuchawce, gdy telefon zadzwonił 

ponownie. 

- Halo? 
- Jak tam, była pani już w ciemni? 
- Byłam. Popełniłeś przestępstwo. Jak śmiesz włamywać się do mojego domu? Nie ujdzie ci to na sucho. 

Zgnijesz w więzieniu... 

- Panno Keller, ciemnia to dopiero początek. 
- Nie dotarło do ciebie? - Podniosła głos. Zdawała sobie sprawę, że niepotrzebnie straszy chłopców, ale 

nie była w stanie powściągnąć emocji. - Już ci mówiłam, że nie mam tych cholernych zdjęć! 

-  Proszę  się  uspokoić,  panno  Keller.  Wierzę,  że  pani  ich  nie  ma.  Ale  wierzę  też,  że  może  je  pani 

odzyskać. 

- Zdjęcia są u Condora. Sam do niego idź i je sobie weź! 
Na moment zapadła cisza. Szantażysta chyba się wahał. 
- Ty je odbierzesz! - powiedział wreszcie. 
- Condor... 
- Szantażowanie Condora nie byłoby tak przyjemne... 
- Bo od razu by cię posłał do wszystkich diabłów. 
-  Niewykluczone.  To  twardy  gracz,  chociaż  tobie  też  niczego  nie  brakuje.  Mogę  sobie  wyobrazić,  jak 

mówisz  mi,  żebym  spadał.  Ale  ty  tego  nie  zrobisz,  prawda?  Przecież  musisz  myśleć  o  trzech  małych 
chłopcach.  Chcę  mieć  te  zdjęcia.  Kobieta  taka  jak  ty  bez  trudu  omota  faceta.  Jeśli  się  trochę  postarasz, 
Condor  zrobi  dla  ciebie  wszystko.  Daję  ci  parę  dni.  Pamiętaj,  że  mam  cię  na  oku.  I  niech  ci  czasem  nie 
przyjdzie  do  głowy  dzwonić  na  policję.  Mam  tam  dobre  kontakty,  więc  od  razu  dowiem  się,  że  ich 
zawiadomiłaś.  Condora  też  nie radzę  wtajemniczać  w  nasze  sprawy.  Myśl  o  dwóch  rzeczach:  chłopcach i 
zdjęciach. Proponuję ci uczciwą wymianę. Coś za coś. Rozumiesz, co mam na myśli? 

Zacisnęła palce na słuchawce i wpatrywała się w nią bezsensownie, choć połączenie dawno zostało przer-

wane. 

W  tym  czasie  w  jej  głowie  trwała  szalona  gonitwa  myśli.  Szantażysta  na  pewno  nie  jest  szalonym 

„fanem”  Condora.  Raczej mało  prawdopodobne,  by nawet  najbardziej  zagorzały  wielbiciel  posunął  się  do 
tego, aby włamać się po zdjęcia do prywatnego domu. Ten ktoś musi być zdesperowany. Tylko dlaczego? 
Boże, co to za różnica? Co ją mogą obchodzić motywy jakiegoś świra? Przecież nie jest detektywem, żeby 
się  nad  tym  zastanawiać.  Ledwo  odróżnia  kolbę  od  lufy,  a  w  dodatku  musi  zapewnić  bezpieczeństwo 
chłopcom. Niewątpliwie te zdjęcia to poważna sprawa, ale ona przecież nie ma z tym nic wspólnego. Jest 
zdaną na siebie, zastraszoną kobietą i nie ma ochoty rozwiązywać zagadek kryminalnych. Zależy jej tylko na 
tym, żeby nic się nie stało dzieciom. Ani jej. 

- Ciociu! 
Drgnęła nerwowo i odwróciła się do Keitha i Briana. 
- Gdzie Adam? - zapytała niespokojnie.- Rysuje. 
- Ciociu, co się dzieje? - zapytał Brian. 
- Nic. W tej chwili nie mogę wam tego wyjaśnić. Posłuchajcie, mam... trochę kłopotów w pracy. Chciała-

bym, żebyście mi dziś pomogli. Umyjcie się i przypilnujcie Adama, dobrze? Tylko błagam, żadnej wojny w 
łazience. Nie chcę słyszeć awantur i dzikich wrzasków. Zgoda? 

Pokiwali  poważnie  głowami  i  zawoławszy  Adama,  poszli  na  górę.  Kiedy  usłyszała,  że  leją  wodę  do 

background image

 

38 

wanny, popłakała się. Przez kilka minut stała nieruchomo i płakała. Potem wytarła oczy wierzchem dłoni, 
zrobiła herbatę i usiadła przy kuchennym stole. 

Powinna zawiadomić policję, ale nie może tego zrobić. A jeśli szantażysta blefował? Dzwoń na policję, 

nakazał  rozsądek.  To  jedyne  sensowne  wyjście.  Nie!  A  jeśli  on  naprawdę  ma  tam  informatora?  Dziś  w 
ciemni udowodnił, że potrafi być groźny i nieobliczalny. 

Boże,  co  ja  mam  teraz  robić?  Zaczęła  dygotać.  Czuła,  że  jeszcze  chwila  i  wpadnie  w  histerię. 

Najważniejsze,  by  chłopcom  nic  się  nie  stało.  Tylko  jak  ma  im  zapewnić  bezpieczeństwo,  skoro  musi 
pracować na ich utrzymanie? A nawet gdyby nie musiała, przecież i tak nie byłaby w stanie ich upilnować. 

Jest tylko jeden ratunek. Musi odzyskać zdjęcia. 
Odetchnęła głęboko. A więc klamka zapadła. Dziwne, ale poczuła się spokojniejsza. Najważniejsze to nie 

popaść we frustrację. Przecież nie może siedzieć w domu, zalewając się łzami. Musi myśleć o chłopcach; 
bez nich jej życie straciłoby sens. Dopiła herbatę i poszła na górę. Chłopcy akurat wkładali piżamy. Mały 
Adam nie bardzo radził sobie z guzikami. 

- Prawie ci się udało! - pochwaliła i usiadła obok, żeby mu pomóc. Nagle poczuła, że za chwilę znów się 

rozpłacze. Aby temu zapobiec, mocno przytuliła Adama do siebie. 

- Au, ciociu! Bo mnie udusisz! - pisnął. 
- Przepraszam, kochanie. - Pocałowała go w czoło i okryła kołderką. - Dziękuję, że byliście dzisiaj tacy 

grzeczni - powiedziała do starszych chłopców, całując ich na dobranoc. - Bardzo potrzebowałam waszej po-
mocy. 

- Ciociu... 
-  Nie  martwcie  się,  bo  nie  ma  powodu.  Ciotki  klotki  czasem  miewają  gorsze  dni.  Już  więcej  nie  będę 

smutasem. 

Wychodząc,  zostawiła  uchylone  drzwi,  by  do  pokoju  wpadało  trochę  światła  z  korytarza.  Naraz 

uświadomiła sobie, że jednak jest powód, by się martwić. A dokładnie, by się bać. Skoro ten człowiek dostał 
się do ciemni, co go powstrzyma przed wejściem do mieszkania? 

Poruszona tym odkryciem, pobiegła do kuchni i wyciągnęła z szuflady największy nóż. Zaraz jednak od-

łożyła go na miejsce. Uznała bowiem, że nie jest to najlepsza broń. Jeśli napastnik będzie od niej silniejszy, i 
tak go nie pokona. A w trakcie szamotaniny może sama się poranić. 

Ostatecznie  wybrała  szczotkę  na  długim  kiju  i  obeszła  z  nią  cały  dom,  zaglądając  do  każdej  szafy  i 

każdego zakamarka. Umierała przy tym ze strachu, lecz nagle coś sobie uświadomiła. Skoro ten ktoś chce, 
by odzyskała zdjęcia, to przecież nie zamorduje jej, dopóki ich nie zdobędzie. Poczuła się spokojniejsza, nie 
na tyle jednak, by  móc  zasnąć. Przeczuwając, że czekają bezsenna noc, nawet nie próbowała kłaść się do 
łóżka.  Spędziła  ją  na  kanapie  przed  telewizorem,  który  był  namiastką  tak  bardzo  pożądanej  obecności 
drugiego człowieka. 

Telewizor był cały czas włączony, lecz ona nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co miga na ekranie. 

Leżała wpatrzona w sufit i próbowała obmyślić plan. 

Będzie musiała wkupić się w łaski Lee. Czyli być słodka, czarująca, uwodzicielska. Oczywiście nie może 

z tym przesadzić. Wystarczy, że przekona go do siebie i zdobędzie jego zaufanie. A wtedy poprosi, by oddal 
jej negatywy. Zaproponuje powtórzenie sesji. Powie mu, że teraz, gdy go lepiej poznała, widzi go zupełnie 
inaczej i ma nowy, o niebo lepszy pomysł na zdjęcia. 

Poruszyła się niespokojnie. Rozsądek podpowiadał, że wiele ryzykuje, wchodząc w układ z Lee. Problem 

w  tym,  że  nie  miała  wyjścia.  Dlatego  musi  się  przełamać.  Musi...  wiarygodnie  odegrać  swoją  rolę, 
zachowując przy tym bezpieczny dystans. Tylko co z nią będzie, jeśli 

naprawdę się zaangażuje? 
Nieważne!  Liczy  się  tylko  bezpieczeństwo  chłopców.  Lee  będzie  współpracował.  Odda  jej  zdjęcia  i 

koszmar wreszcie się skończy. A jeśli... nie zechce oddać? 

Poczuła w głowie pustkę. Cóż, wtedy będzie zmuszona sięgnąć po środki ostateczne. W piątek spotkało 

ją gorzkie rozczarowanie; Lee nie przyszedł na próbę. 

- Poleciał do Los Angeles. Wróci w poniedziałek - wyjaśnił Andrew. 
W czasie weekendu przeżyła prawdziwe piekło. Truchlała ze strachu za każdym razem, gdy zadzwonił 

telefon. Na szczęście szantażysta się nie odezwał. 

Pierwszy raz w życiu cieszyła się, że wreszcie nadszedł poniedziałek. Podczas prób Lee był wyjątkowo 

podminowany, roztargniony i chłodny. Niełatwo było go zagadnąć, ale wiedziała, że musi spróbować. 

Niecierpliwie  wyczekiwała  okazji,  ta  jednak  długo  nie  nadchodziła.  Lee  w  ogóle  nie  zwracał  na  nią 

uwagi.  Wreszcie  podczas  ostatniej  przerwy  zebrała  się  na  odwagę  i  podeszła  do  fortepianu,  na  którym 
brzdąkał. 

- Pomyślałam, że masz ochotę napić się kawy - powiedziała, podając mu kubek. 

background image

 

39 

Starała się mówić swobodnie, ale Lee nie dał się łatwo podejść. Uniósł sceptycznie brwi i spojrzał na nią 

z ukosa. Zaczerwieniła się. Poczuła się jak oszust przyłapany na gorącym uczynku. 

- Dzięki. - Odstawił kubek i brzdąkał dalej. 
- Nie wiedziałam, że grasz na fortepianie. 
- To już wiesz. 
Nie ułatwiał jej zadania. Z drugiej strony, dlaczego miałby to robić? Zwłaszcza po tym, jak go traktowała. 
No dalej, skacz na głęboką wodę! Po chwili wahania przełamała wewnętrzny opór i położyła mu rękę na 

ramieniu. Przestał grać i długo przyglądał się jej dłoni. Wreszcie pytająco spojrzał jej w oczy. 

- Lee, chcę cię przeprosić - powiedziała cicho. - Za wszystko. Od początku byłam okropna. Dalej tak być 

nie może. Chcę się zmienić. 

- Doprawdy?  - Popatrzył na nią z powątpiewaniem. Miała ochotę dać mu w  zęby!  Zagryzła wargi. Gra 

toczy się o wielką stawkę. Nie wolno jej o tym zapomnieć. 

- Ja... - Głos jej się załamał. Dzięki temu zyskała parę cennych sekund i wpadła na pomysł, by zmienić 

taktykę. - Zresztą nieważne! - oświadczyła patetycznie i szybko odwróciła się, by odejść. 

Podziałało. Nim zdążyła zrobić krok, chwycił ją za rękę. 
- W porządku. Co chciałaś powiedzieć? 
- Że chcę cię lepiej poznać. - Łgała jak z nut. 
- Poważnie? 
-  Tak.  -  Ciekawe,  ile  dodatkowych  dni  w  czyśćcu  będzie  kosztowało  ją  to  kłamstwo?  Choć  z  drugiej 

strony w tym, co mówiła, była odrobina prawdy. Rzeczywiście wyrobiła sobie o nim błędne zdanie. On jest 
przyzwoity.  Silny,  twardy,  ale  z  pewnością  przyzwoity  i  prawy.  I  niezwykle  atrakcyjny.  Chryste,  ale  się 
zapętliłam, jęknęła w duchu. Gdyby była z nim szczera, musiałaby przyznać, że nie jest jej obojętny. Tylko 
że ona nie mogła pozwolić sobie na luksus szczerości. Nie mogła wypaść z roli. Adam! Dla niego nie cofnie 
się przed niczym. 

- Skoro mamy się poznać, zabiorę was w niedzielę na piknik - zaproponował Lee. 
W niedzielę? Przecież to dopiero za tydzień! Chrząknęła. Kiedy się odezwała, w jej głosie pojawiła się 

seksowna chrypka. Tyleż zmysłowa, co sztuczna. Zupełnie jak u zawodowej dziwki. 

-  Pamiętam,  że  kiedyś  zapraszałeś  mnie na  kieliszek  wina. Jeśli  to  wciąż  aktualne,  może  dziś  do ciebie 

wpadnę? 

Znów uniósł sceptycznie brwi i wzruszył ramionami. 
- Wpadnij. Cały wieczór będę w domu. 
- Zapytam Barbarę, czy może zostać z chłopcami. Jeśli się zgodzi, przyjadę około wpół do dziewiątej. 
-  Przyjedź,  o  której  ci  pasuje.  Puścił  ją,  a  potem  wyjął  z  kieszeni  ołówek  i  na  kawałku  papieru  napisał 

adres. 

- Do wieczora - powiedział i poszedł porozmawiać z Andrew, który go zawołał. 
- Do wieczora - szepnęła. Dopiero teraz poczuła, że dygocze z nerwów. 
O ósmej wieczorem Lee usiadł na kanapie i oparłszy nogi o brzeg stolika, zapatrzył się w swoją whisky. 
Mimo zamyślenia co chwila podnosił wzrok i omiatał czujnym spojrzeniem gustownie urządzony pokój. 
Kiedy  był  w  Los  Angeles,  znów  kręcił  się  tu  ktoś  obcy.  Czuł  to.  Przed  wyjazdem  mógł  poprosić 

chłopaków, by na czas jego nieobecności któryś u niego zamieszkał, ale nie zrobił tego. Wolał, żeby cały 
czas pilnowali Bryn. Zresztą, może nikogo tu nie było, tytko on po prostu dziwaczeje. 

Spojrzał na zegarek. Kwadrans po ósmej. Bryn zaraz będzie. To przypomniało mu o  kolejnej zagadce. 

Dlaczego  tak  nagle  zmieniła  postępowanie?  Powinien  się  cieszyć,  bo  przecież  od  początku  bardzo  mu  się 
podobała. Z czasem fascynacja przerodziła się w poważniejsze uczucie. Czemu więc nie skacze z radości, że 
ona lada chwila tu będzie? 

Nie ufał jej. Wietrzył jakiś podstęp. Coś mu się w tym wszystkim nie zgadzało... 
Tak, Bryn z pewnością coś knuje. Tylko tak można wytłumaczyć tę nagłą zmianę frontu. W porządku, 

niech  próbuje...  Uśmiechnął  się  kątem  ust.  Nie  będzie  jej  przeszkadzał.  Z  przyjemnością  wejdzie  w  rolę 
dzikiego, napalonego samca i spokojnie zaczeka, aż sama odkryje karty. 

Nie dzikiego, tylko durnego! - pomyślał drwiąco, unosząc szklankę w stronę kolekcji indiańskich strzał. 

Skończonego starego durnia, który zakochał się jak szczeniak. 

Zadźwięczał  gong.  Lee  roześmiał  się  szyderczo  i  wstał,  by  otworzyć.  Więc  przyjechała.  Nawet  nieco 

wcześniej. Widocznie bardzo jej się spieszy. Teraz był już pewien, że czegoś od niego chce. Obiecał sobie, 
że nie będzie psuł jej szyków. Da jej szansę. Niech się dziewczyna wykaże... 

Otworzył drzwi i natychmiast przekonał się, że jednak nie jest przygotowany na to, co go czeka. Ledwie 

na nią spojrzał, musiał pogodzić się faktem, że nie jest aż tak odporny na jej wdzięki, jak by chciał. 

Bo też trzeba przyznać, że przygotowała się do występu wyjątkowo starannie. Rozpuściła włosy i włożyła 

background image

 

40 

seksowną sukienkę z odkrytymi plecami i spódnicą do kolan. Strój nie był przesadnie elegancki, ale szalenie 
kobiecy. I co ważniejsze, wspaniale podkreślał jej nienaganną figurę. 

- Cześć. Chyba... udało mi się nie spóźnić. - Powitała go promiennym uśmiechem i zalotnym błyskiem w 

oczach. 

Odpowiedział głębokim ukłonem. 
-  Witam  w  jaskini  lwa,  panno  Keller  -  powiedział, a widząc,  że  się  zmieszała,  szybko  dodał:  -  Żartuję, 

Bryn. Wejdź, proszę. 

Odebrał do niej cienki szal i zaprosił ją dalej. 
- Piękne miejsce - pochwaliła. 
- Dzięki. Ja to miejsce nazywam domem. Roześmiała się nerwowo. 
-  Szczerze  mówiąc,  jestem  zaskoczona  -  przyznała  po  chwili.  -  Spodziewałam  się  zasieków  i  zastępu 

służących. 

- Nie lubię, jak obcy ludzie kręcą mi się po domu. Chcesz zobaczyć resztę? 
- Chętnie. 
- Czego się napijesz? 
- Dżinu z tonikiem i cytryną. 
Przygotował jej  drinka,  a potem  oprowadził ją  po  parterze.  Następnie  weszli  na  górę.  Ilość  pokoi  była 

naprawdę imponująca. Jak się okazało, Lee miał na miejscu nawet profesjonalne studio nagraniowe. 

-  Realizujemy  tu  niektóre  nasze  kawałki  -  wyjaśnił.  -  A  to  -  zastukał  mocno  w  szybę  -  jest  całkowicie 

dźwiękoszczelne. Możemy się drzeć w niebogłosy, nie zakłócając spokoju roślinom. 

Stał  obok  na  tyle  blisko,  że  każdym  nerwem  wyczuwała  jego  obecność.  Jego  energię,  jego  ciepło, 

fascynującą aurę męskości. Ciągnęło ją do niego jak opiłek metalu ciągnie do magnesu, a jednak co chwila 
łapała  się  na  tym,  że  ma  ochotę  uciec  jak  najdalej.  Zanim  doszczętnie  spłonie  w  jego  ogniu.  Niestety, 
ucieczka nie wchodzi w grę. Musi zostać i oczarować go. Z roli zwierzyny wejść w rolę myśliwego... 

Przełknęła  nerwowo  ślinę.  Bala  się,  że  jeszcze  chwila  i  rozpłacze  się  jak  dziecko.  Najchętniej 

powiedziałaby mu prawdę, zdała się całkowicie na niego i błagała, by jej pomógł. Nie! Nie wolno jej pisnąć 
słówka.  Ani  policji,  ani  Condorowi.  Od  tego,  czy  potrafi  milczeć,  -zależy  życie  chłopców.  Nie  może 
ryzykować! 

Zresztą gdyby wyznała prawdę, Lee pewnie poczułby się dotknięty, że chciała go oszukać. Wściekłby się 

i zażądał, by natychmiast zawiadomiła policję. 

Jest tylko jedno wyjście. Musi go uwieść. 
-  A  co  jest  za  tymi  drzwiami?  -  zapytała  znienacka,  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  otworzyła  je.  I 

natychmiast przekonała się, jak zgubna bywa ciekawość. 

Stała w progu jego sypialni. Schludnej, skąpo umeblowanej i męskiej w charakterze. Centralne miejsce 

zajmowało  w  niej  olbrzymie  łóżko  przykryte  brązowo-pomarańczową  indiańską  narzutą.  Te  same  barwy 
powtarzały  się  na  ręcznie  tkanych  kilimach.  Wystrój  kojarzył  się  z  prostotą  i  energią  Matki  Ziemi,  z  jej 
surowością i prymitywną, pierwotną siłą. 

Dopiero  tu  widać  było,  że  Lee,  mimo  całego  zgiełku,  który  go  otacza,  nie  jest  zmanierowanym 

bożyszczem  nastolatek,  lecz  mężczyzną,  który  dobrze  wie,  czego  chce,  i  który  dobrze  czuje  się  w  swojej 
skórze, więc nie musi niczego udawać ani udowadniać. 

Odwróciła  się,  czując,  że  ją  obserwuje.  Wyglądał  na  rozbawionego.  Jego  lekko  drwiący  uśmieszek 

zdawał się mówić: „A widzisz, sama przyszłaś do mojej sypialni. Wcale nie musiałem cię namawiać”. 

- Piękne drzwi - rzuciła, byle coś powiedzieć. 
- Prowadzą na taras. - Przeszedł przez pokój i otworzywszy je, wyciągnął do niej rękę. 
Zauroczyło  ją  piękno  letniej  nocy.  Ponad  głową  widziała  tysiące  gwiazd.  W  dole  przepiękny  ogród  z 

dużym basenem i jacuzzi. Wśród bujnej zieleni paliły się kolorowe latarenki; w ich niebieskim i zielonym 
świetle ogród wyglądał jak egzotyczna laguna. 

Bryn oniemiała z zachwytu. Gdyby mogła, zapomniałaby o bożym świecie i rozkoszowała się pięknem 

otoczenia. 

- Sam to zaprojektowałeś? 
- Tak. 
- Naprawdę... 
Umilkła  spłoszona,  czując  na  ramionach  jego  dłonie.  Delikatne  i  jednocześnie  szorstkie,  jak  u 

prawdziwego mężczyzny. Chwilę gładził pieszczotliwie jej skórę, a potem obrócił ją ku sobie i zmusił, by 
spojrzała mu w oczy. 

Wtedy ją pocałował. Łagodnie, ale tak namiętnie, że nie mogła pozostać obojętna. Przytuliła się do niego 

i odwzajemniła pocałunek. W jego ramionach czuła się cudownie bezpieczna, choć ta intymna bliskość ją 

background image

 

41 

przerażała.  I  zarazem  fascynowała,  podobnie  jak  zapach  Lee,  smak  jego  pocałunków,  ciepły  oddech...Dla 
niego z łatwością straciłaby głowę. Zapomniałaby o tym, co było i będzie, o ostrożności, o tym, że nie wolno 
jej go pokochać. Zapomniałaby o... zdjęciach! 

Położyła dłonie na jego piersi i oparła czoło o jego ramię. Po chwili spojrzała mu w oczy. Jeszcze chwila 

i zapomni, po co tu przyszła. Przecież to ona ma uwieść jego, a nie zostać uwiedzioną. Jeśli już teraz pozwoli 
mu  na  więcej,  będzie  mógł  ją  kontrolować.  Musi  przerwać  tę  grę,  dopóki  jeszcze  może.  Z  Lee  nie  ma 
żartów... 

- Czy możemy trochę zwolnić tempo? - szepnęła drżącym głosem. Tym razem jej wzburzenie było auten-

tyczne. 

Uśmiechnął się i wypuścił ją z objęć. Zaniepokoiło ją, że nie przeżywał tego pocałunku tak mocno jak 

ona. 

-  Jak  sobie  życzysz  -  zgodził  się.  -  Zejdźmy  na  dół.  Poszli  najpierw  do  kuchni,  gdzie  przygotował  jej 

kolejnego drinka, a potem usiedli razem na kanapie. 

- Opowiedz mi o sobie - poprosiła, wypijając duży łyk dżinu. - Gdzie się urodziłeś? 
- W Black Hills. 
- Tam się wychowałeś? 
- Niezupełnie. Rodzice przeprowadzili się do Nowego Jorku. A ty? 
- Jestem stąd, z Tahoe. - Zawahała się. - Barbara wspominała, że byłeś żonaty. I że owdowiałeś. 
- Zgadza się. 
Po prostu „zgadza się”. I ani słowa więcej. Szła tu z myślą, że szybko zdobędzie jego zaufanie. Zdaje się, 

że  przeceniła  własne  możliwości.  Pora  sięgnąć  po  bardziej  skuteczne  środki.  Lee  nie  spodziewał  się,  że 
odważy się go dotknąć. A jednak. Pogłaskała go po twarzy, rozchylając przy tym uwodzicielsko usta. Jak na 
kobietę, która chce zwolnić tempo, poczynała sobie całkiem śmiało. 

Nazbyt śmiało. Nie mógł zaręczyć, że jego silna wola nie osłabnie w obliczu takich manewrów. W końcu 

tuli  się  do  niego  niezwykle  piękna  kobieta.  Musiałby  chyba  być  z  kamienia,  by  długo  pozostać 
niewzruszonym.  Pocałowała  go.  Bardzo  delikatnie.  Chciała  natychmiast  się  wycofać,  aleją  przytrzymał  i 
zaczął całować. Pieścił jej szyję i piersi, bawił się włosami, całował policzki i czoło... 

- Lee... 
- Hm? 
- Mieliśmy rozmawiać.... 
- Więc mów!  -  zachęcił ją. Ufny wyraz jej oczu świadczył o tym, że nie wyczuła w jego słowach pod-

stępu. 

- Ja... - zająknęła się. Udał, że tego nie spostrzegł. Głaskał jej nogi, przesuwając dłoń coraz wyżej. Czuł, 

że ją to krępuje, że jest coraz bardziej spięta. 

- Wiesz, Lee... - Odchrząknęła nerwowo. - Błędnie cię oceniłam. Pokazałam cię w fałszywym świetle... 
- Tak? - Leniwie kreślił kręgi na jej udzie. 
- Chodzi o... zdjęcia, które ci zrobiłam. 
- Zdjęcia? 
- Tak. Chciałabym, żebyś mi je oddał. Nie jestem z nich zadowolona. Uważam, że stać mnie na więcej. 

Zróbmy nową sesję... 

-  Chcesz,  żebym  oddal  ci  zdjęcia,  tak?  -  Zostawił  w  spokoju  jej  uda  i  zaczął  pieścić  szyję.-  Tak. 

Zachowywałam się wtedy beznadziejnie i... - Przez niego nie mogła się skoncentrować. -Nie byłam w formie 
i miało to wpływ na jakość mojej pracy. Wiem, że mogę zrobić to lepiej... dla ciebie... 

- Miło, że tak się starasz... 
Znów zaczął ją całować. Nie opierała się, choć musiała się powstrzymać, by nie złapać go za rękę, która 

zawędrowała zdecydowanie za daleko. 

- Oddasz zdjęcia? - szepnęła, patrząc mu zalotnie w oczy. Z czułością odgarnął jej włosy z twarzy. 
- Jak bardzo ci na nich zależy? - zapytał. 
- Co takiego? - szepnęła zdezorientowana. 
Roześmiał się. 
-  Słyszałaś,  co  powiedziałem.  -  Wyraźnie  się  z  nią  droczył,  co  mogło  być  elementem  erotycznej, 

śmiertelnie  poważnej  gry.  Bryn  łudziła  się,  że  pójdzie  jej  łatwiej.  Że  kupi  go  paroma  pocałunkami  i 
uwodzicielskim uśmiechem. Tymczasem sprawy zaszły dużo dalej, niż zakładała, a ona wciąż daleka była od 
upragnionego celu. 

Co teraz? 
Spuściła  wzrok.  Nie  ma  wyjścia,  musi  zdobyć  te  zdjęcia.  Dla  nich  była  gotowa  na  wszystko.  Ale  czy 

tylko dla nich? Czy nie powinna przyznać się sama przed sobą, że jeśli pójdzie z nim do łóżka, nie będzie to 

background image

 

42 

z jej strony żadne poświęcenie ani heroiczny akt? Gdyby uległa pokusie, wreszcie zdarzyłoby się to, o czym 
skrycie marzy. Poznałaby ciało tego mężczyzny, zaspokoiła pożądanie, otarłaby się o tajemnicę spełnienia. I 
miałaby wygodne alibi: mogłaby sobie wmawiać, że uległa, bo nie miała wyjścia.- Bryn? 

Spróbowała  roześmiać  się  ze  swobodą,  ale  odgłos,  który  z  siebie  wydała,  przypominał  zduszone, 

przesiąknięte zmysłowością westchnienie. 

-  Czy  to  ważne,  jak  bardzo  mi  zależy?  -  Przesunęła paznokciem  po  jego  brodzie.  -  I  tak  będzie,  co  ma 

być. Ale rzeczywiście zależy mi na tych zdjęciach. Bardzo. Oddasz mi je? W zamian... - Przestraszyła się, że 
nie  da  rady.  Odczuwała  zbyt  wielkie  podniecenie.  Lee  był  blisko,  wciąż  jej  dotykał,  przez  co  nie  mogła 
zebrać  myśli.  Z  każdą  chwilą  rosła  w  niej  obawa,  że  ta  zabawa  źle  się  dla  niej skończy,  że  wyjdzie  z  tej 
potyczki z kolejną raną w sercu. A swoją drogą, czy zasługiwała na lepszy los? W końcu przyszła do niego, 
by się sprzedać. 

I  co  z  tego?  Liczą  się  tylko  zdjęcia.  Najważniejsze  jest  dobro  chłopców.  Dopiero  potem  jej  spokój  i 

zdrowie... 

- Zrobię wszystko... w zamian za te zdjęcia - wyznała. Starała się, by zabrzmiało to słodko i zalotnie. 
Pocałował ją w obie ręce, potem spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się. 
- Lee? 
- Nie - powiedział bez ogródek. 
- Co? - wykrztusiła. 
Puścił ją, zwinnie wstał z kanapy i skrzyżowawszy ręce na piersi, zmierzył ją ostrym wzrokiem. 
-  Słyszałaś.  Powiedziałem:  nie!  Ani  przez  moment  nie  wierzyłem,  że  naprawdę  chodzi  ci  „o  jakość” 

twojej pracy. Zabawa się skończyła. Nie wiem, co knujesz, i pewnie się nie dowiem, ale nie pozwolę, żebyś 
kupczyła  swoim  ciałem  i  mieszała  seks  do  interesów.  -  W  jego  oczach  błysnęła  pogarda.  -  Nie  przeczę, 
propozycja jest kusząca. Tylko że ja, kochanie, nie jestem zainteresowany wymianą towarową. 

Wpatrywała  się  w  niego,  niezdolna  wydobyć  z  siebie  głosu.  W  tym  czasie  przetoczyła  się  przez  nią 

nawałnica  skrajnych  emocji.  Zwyciężyła  wściekłość.  Dotarło  do  niej,  że  zrobiła  z  siebie  idiotkę  - 
nadaremnie! 

- Ty draniu! Ty pieprzony, egoistyczny draniu! - zawołała, podrywając się na równe nogi. 
Domyślił się, że będzie chciała go spoliczkować. Złapał ją za rękę, zanim zdążyła dosięgnąć jego twarzy. 
- Wróć tu, kiedy będzie zależało ci na mnie - powiedział twardo. 
- Prędzej piekło zamarznie! - syknęła, wyrywając dłoń. 
- Może faktycznie piekło skuje lód - zadrwił. 
-  Niedoczekanie  twoje!  Obyś  zgnił.  Obyś  zdechł  jak  pies.  Niech  cię  twoi  cholerni  fani  rozerwą  na 

strzępy! 

- Jasne, Bryn. Podążam za twoim tokiem myślenia. 
Stał  obok  swojej  kolekcji  indiańskich  strzał.  Ze  zmrużonymi  oczami  i  rękami  opartymi  na  biodrach 

wyglądał  jak  uosobienie  siły  i  potęgi.  Takim  go  zapamiętała,  gdy  klnąc  na  czym  świat  stoi,  trzasnęła 
drzwiami. 

Rozpłakała się dopiero w samochodzie. Nie zważając na Izy, wcisnęła gaz do dechy i odjechała z piskiem 

opon. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Powrót do domu zajął jej kwadrans. W tym czasie miotała się między rozpaczą a wściekłością. Co teraz 

będzie? Co powie szantażyście, gdy zadzwoni? Będzie musiała przyznać się, że choć robiła, co w jej mocy, 
nie odzyskała zdjęć. Skoro są dla niego takie ważne, niech sam idzie do Condora i wyrwie mu je choćby z 
gardła. Proste. 

Źle  zrobiła,  że  nie  zawiadomiła  policji.  Od  razu  po  pierwszym  telefonie.  Oszczędziłaby  sobie  strachu, 

nerwów i... wstydu, którego się dziś najadła. 

Lee przejrzał ją na wylot. Od początku wiedział, że czegoś od niego chce, a mimo to bawił się z nią w 

kotka i myszkę. Z premedytacją podpuszczał ją, choć nie zamierzał dać jej tego, po co przyszła. Niech go 
jasny  szlag!  Skompromitowała  się,  zrobiła  z  siebie  idiotkę.  Nawet  gorzej.  Bo  jak  nazwać  kobietę,  która 
proponuje wymianę: zdjęcia za seks? Zęby chociaż wyciągnęła od niego te cholerne negatywy! 

Zahamowała  ostro,  a  potem  długo  nie  wysiadała  z  samochodu.  Zdziwiła  się,  że jest już  przed  domem. 

Zupełnie  nie  pamiętała,  jak  się  tu  znalazła.  Co  za  szczęście,  że  zna  Lake  Tahoe  jak  własną  kieszeń. 
Przyjechała tu jak koń z klapkami na oczach, na pamięć. 

- Policz do dziesięciu - szepnęła, - Uspokój się. Idź do domu i porozmawiaj z Barbarą. 
Wybiegając w pośpiechu od Lee, jakimś cudem pamiętała, by zabrać torebkę. Ale szala już nie. Trudno, 

mała strata. I tak najchętniej spaliłaby go razem z sukienką, którą miała dziś na sobie. 

Nie trzaskaj drzwiami! Opanuj się, bo pobudzisz dzieci! Uśmiechnij się do Barbary i powiedz, że było 

background image

 

43 

fajnie, powtarzała sobie, idąc do drzwi. 

Tknęło ją dopiero, gdy stanęła w progu. Zaniepokojona, ściągnęła mocno brwi. Przed wejściem nie paliło 

się  światło.  Dziwne,  zważywszy,  że  Barbara  miała  na  tym  punkcie  obsesję.  Zawsze  powtarzała,  że 
wieczorem trzeba zapalać światło nad wejściem, bo to odstrasza włamywaczy. 

Bryn  natychmiast  zapomniała o  Lee.  Próbując  opanować  drżenie rąk,  włożyła  klucz  do  zamka.  Jednak 

drzwi  wcale  nie  były  zamknięte.  Uchyliły  się, ledwie  ich  dotknęła.  Zaskoczona,  zamarła.  Stojąc  w  progu, 
ostrożnie  zajrzała  do  środka.  Telewizor  był  włączony.  W  pokoju  i  kuchni  paliło  się  światło.  Wszystko 
wyglądało jak zawsze. Ze swego miejsca widziała stopy Barbary oparte o bok kanapy. 

- Barb! - zawołała, zniżając głos. 
Żadnej reakcji. Ostrożnie wsunęła się do środka i na palcach podeszła do kanapy. Barbara wyciągnęła się 

jak długa. Wyglądała normalnie, tylko była trochę blada. Musiała twardo spać, skoro nie usłyszała wołania. 

-  Barb!  -  Delikatnie  potrząsnęła  ją  za  ramię.  Jęknęła,  ale  nie  otworzyła  oczu.  Coraz  bardziej 

zdenerwowana Bryn potrząsnęła nią ponownie. - Barb! To ja, Bryn! Słyszysz mnie? Co się z tobą dzieje? 

Barbara z trudem otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnie. Dopiero po chwili rozpoznała przy-

jaciółkę. 

- Bryn... - Chciała usiąść, ale nagle z jękiem chwyciła się za głowę. 
- Co ci się stało? - Bryn dostała gęsiej skórki. 
-  Nie  wiem...  Chyba  usnęłam...  Boże,  jak  mnie  boli  głowa!  Jakbym  oberwała  cegłą.  Pamiętam,  że 

oglądałam telewizję, a potem... Nie mam pojęcia, co było potem! 

Bryn usiadła obok i delikatnie rozgarnęła włosy przyjaciółki. Gdy na potylicy wymacała spory guz, oblał 

ją zimny pot. 

- Chryste, Barb! Ty chyba naprawdę oberwałaś cegłą. Nie ruszaj się. Zaraz zrobię ci okład. - Pobiegła do 

kuchni, ale ze zdenerwowania wysypała kostki lodu na podłogę. Zebrała je szybko i z gotowym kompresem 
wróciła do Barbary. - Spróbuj sobie przypomnieć, co się stało - poprosiła, przykładając go jej ostrożnie. 

- Przecież już ci mówiłam - zniecierpliwiła się Barbara. - Pytasz mnie, jakbym miała amnezję, a ja mam 

tylko guza. Oglądałam telewizję. Nie potknęłam się ani nie przewróciłam. - Nagle otworzyła szeroko oczy i 
rozejrzała się z trwogą po pokoju. - Bryn! Ktoś tu musiał być - oznajmiła konspiracyjnym szeptem. - Zaszedł 
mnie od tylu i czymś ogłuszył. 

Bryn  przełknęła  nerwowo  ślinę.  Barbara  ma  rację.  Pozostawało  tylko  jedno  pytanie:  czy  napastnik  już 

uciekł, czy gdzieś się zaczaił? 

- Musimy zadzwonić na policję! - zarządziła Barbara. 
- Nie! - Niemal krzyknęła, zapominając o ostrożności. Barbara spojrzała na nią tak, jakby podejrzewała, 

że  ma  do  czynienia  z  wariatką.  -  Czekaj,  na  razie  nigdzie  nie  dzwońmy  -  szepnęła  jej  Bryn  do  ucha.  - 
Najpierw przeszukajmy dom. 

- Nie ma na co czekać - obruszyła się Barbara. - Dzwońmy natychmiast! 
-  Nie,  Barb.  Proszę.  Zaraz  ci  wszystko  wytłumaczę  -  powiedziała  zgnębiona  i  patrząc  na  nią  błagalnie, 

zaczęła cofać się w stronę schodów. - Dla dobra chłopców nie mogę mieszać w to policji. Wiem, to brzmi 
absurdalnie. Ktoś cię zaatakował, więc powinnyśmy to zgłosić, ale... 

- Zaczekaj! Dokąd idziesz? 
-  Zajrzeć  do  chłopców!  -  Bryn  była  bliska  płaczu.  Pocieszała  się,  że  szantażysta  ogłuszył  Barbarę,  a 

potem przeszukał sypialnię i pewnie za chwilę zadzwoni, by sprawdzić, jakie zrobiło to na niej wrażenie. W 
najgorszym  przypadku...-  Bryn,  masz  na  mnie  zaczekać!  -  nakazała  Barbara  stanowczo.  -  Nie  puszczę  cię 
tam samej! 

- Weź szczotkę! 
- Szczotkę? 
- To moja najlepsza broń. 
- Nie lepiej wziąć nóż? 
- Żebyśmy się pozabijały?! 
Argument musiał trafić Barbarze do przekonania, bo przyniosła z kuchni szczotkę i mop - tak by każda 

miała swój oręż. Potem spojrzały w stronę ciemnych schodów; na górze nie paliło się żadne światło. Bryn 
jeszcze nigdy w życiu tak się nie bala; perspektywa przeszukiwania mrocznych zakamarków przyprawiała ją 
o zimny dreszcz. 

- No idź! - Barbara pchnęła ją lekko. 
Z ociąganiem weszła na pierwszy stopień. Barbara za nią. Potem na drugi. Barbara cicho zakasłała, czym 

tak ją wystraszyła, że prawie zaczęła krzyczeć. 

Walcząc z lękiem, pokonywała kolejne stopnie, a Barbara szła tuż za nią. Jak wierny cień. 
- Widzisz coś? - zapytała w pewnej chwili. 

background image

 

44 

- Nic - odparła Bryn. 
- To idź dalej. 
Były już prawie na górze, gdy nagle zamajaczyła przed nimi jakaś sylwetka. Zaczęły krzyczeć i w po-

płochu  szturchać  się  kijami.  Odpowiedzią  na  ich  krzyk  był  przeraźliwy  wrzask.  A  potem  płacz 
przestraszonego dziecka. 

- Adam? - Bryn zamarła. 
-  Nie,  to  ja,  ciociu.  Keith.  Okropnie  mnie  przestraszyłaś  -  chlipnął.  -  Chce  mi  się  siusiu,  ale  nie  mogę 

trafić do łazienki, bo zgasiłaś światło. 

Bryn odetchnęła. Po omacku znalazła włącznik i zapaliła światło. Wszystkie strachy natychmiast znikły. 

Spojrzała na Keitha i poczuła, że kamień spada jej z serca. 

-  Chodź,  kochanie  -  odezwała  się  łagodnie.  -  Obiecuję,  że  ciocia  Barb  i  ja  już  nigdy  nie  zapomnimy 

zostawić zapalonego światła. 

Barbara, blada jak ściana i roztrzęsiona, starała się trzymać fason. Odczekała, aż Keith zamknie drzwi ła-

zienki i dopiero wtedy pociągnęła Bryn za rękaw. 

- Zostawiłam to cholerne światło zapalone - syknęła. 
- Przecież wiem, że zawsze tak robisz. 
- Wiem, wiem - jęknęła Bryn. - Przeszukajmy do końca dom. Potem wszystko ci wyjaśnię. Obiecuję. 
-  Nie  masz  wyjścia  -  mruknęła  Barbara.  -  To  przez  ciebie  mam  śliwę  na  głowie.  Chodź,  sprawdzimy 

twoją sypialnię. 

Okazało się, że wszystko jest w porządku. Dla pewności zajrzały nawet do szafy, ale nie znalazły w niej 

nic poza ubraniami Bryn. 

- To jedyny pokój, gdzie ktoś mógłby się schować - zauważyła przytomnie Barbara. 
- Jest jeszcze ciemnia - przypomniała jej Bryn. 
- No to trzeba tam zajrzeć - odparła Barbara bez entuzjazmu. 
- Zaraz. Najpierw położę Keitha spać - rzekła Bryn, łapiąc za rękę zaspanego chłopca, który wyszedł z ła-

zienki i zamiast pójść do pokoju, poczłapał w stronę 

schodów. 
Pomogła mu położyć się do łóżka i już miała wyjść, gdy nagle przyszło jej do głowy, że dla pewności 

powinna zajrzeć do garderoby. Po chwili z ulgą stwierdziła, że między ubraniami nikt się nie chowa. 

Napastnik na szczęście sobie poszedł. 
Odetchnęła. Przykryła starannie Keitha, po czym podeszła do piętrowego łóżka, by sprawdzić, czy jego 

bracia nie rozkopali się. Najpierw okryła Briana, a potem pochyliła się, by poprawić okrycie Adama. 

Jego posianie było puste. W pierwszej chwili nie dotarło do niej, że chłopca nie ma. Pewnie zwinął się w 

kłębek albo ułożył w nogach, pomyślała, macając nerwowo pościel. Dopiero po jakimś czasie przyjęła do 
wiadomości straszną prawdę - Adam zniknął. 

Zerwała  się  z  kolan i  zapaliła  światło.  Zaczęła  rozglądać  się  na  wszystkiego  strony.  Potem  jeszcze  raz 

podbiegła do wbudowanej w ścianę szafy i jak w transie zaczęła wyrzucać z niej ubrania i zabawki. Wreszcie 
położyła się na podłodze i zajrzała pod łóżka. Nigdzie ani śladu Adama. Nigdzie! 

- Ciociu, światło mnie razi! - mruknął Brian. 
-  Kochanie,  proszę,  powiedz  mi,  czy  widziałeś  albo  słyszałeś  coś  niepokojącego?  -  Starała  się  mówić 

spokojnie. - Może wiesz, gdzie jest twój... 

Urwała, bo na dole zadzwonił telefon. 
- Śpij, skarbie - szepnęła. - Już gaszę światło. Po chwili biegła na dół, przeskakując po kilka stopni. 
- Nie odbieraj!  -  zawołała, widząc, że Barbara zamierza podnieść słuchawkę.  -  Barb, rób, co ci mówię. 

Oni  mają  Adama!  -  wydusiła  przez  łzy.  Odebrała  telefon,  ale  ze  zdenerwowania  nie  była  w  stanie  się 
odezwać. Rozmówca nie zamierzał tracić czasu. 

- Panna Keller? Niech się pani odezwie! Szybko! 
- Tak, to ja! - zawołała. - Oddaj mi go! Słyszysz? Adam ma natychmiast wrócić do domu, bo jak nie, to 

Bóg mi świadkiem, że zaraz zadzwonię na policję. Albo cię zabiję! 

- Zamknij się i przestań histeryzować! Zgadłaś, mamy Adama. Dostał pyszną kolację, a teraz zwinął się w 

kłębek  i  słodko  śpi.  Będzie  mu  u  nas  dobrze.  I  nie  oddamy  ci  go,  dopóki  nie  odzyskasz  zdjęć.  Dzisiaj 
wieczorem pokpiłaś sprawę. Wiedziałem, że tak będzie. Myślałaś, że sobie żartuję. No to już wiesz, że ze 
mną nie ma żartów. Daję ci jeszcze jedną szansę. 

-  Człowieku,  czy  ty  nic  nie  rozumiesz?!  Nie  odzyskam  tych  cholernych  zdjęć.  Condor  nie  chce  ich 

oddać... 

- To je od niego wyciągnij! 
- Starałam się... 

background image

 

45 

- Widocznie za słabo. Uciekłaś. Wiesz co, mała? Znam takie jak ty. I cały czas mam cię na oku, więc nie 

próbuj mnie przechytrzyć. Buzia na kłódkę, jasne? Chyba zależy ci na tym, żeby Adam wrócił do ciebie cały 
i zdrowy? 

- Naprawdę się starałam - jęknęła błagalnie. - Byłam gotowa na wszystko... 
-  Wymyśl  coś.  Ludzie  mówią,  że  wpadłaś  Condorowi  w  oko.  Nie  trać  wiary.  Kobiecie  z  twoją  urodą 

mężczyzna będzie jadł z ręki. Zdobądź dla mnie te zdjęcia. I to szybko. Połączenie zostało przerwane i w 
słuchawce zapadła martwa cisza. Martwa... Chryste, co za słowo. Co robić? 

Poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu i aż podskoczyła za strachu. A to była tylko Barbara. Bryn 

nagle się rozkleiła. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. 

- Gdzie masz brandy? - Barbara posadziła ją przy stole. 
- Pod zlewem. 
Po chwili przyjaciółka postawiła przed nią kieliszek. 
- Wypij. Do dna - poleciła. 
Bryn zakrztusiła się, zakasłała, ale przynajmniej przestała płakać. 
-  Dobrze.  A  teraz  słucham  -  rzekła  Barbara.  Matowym,  monotonnym  głosem  opowiedziała  jej  całą 

historię. Zakończyła na tym, jak tego wieczoru bezskutecznie próbowała odzyskać negatywy. 

- Nie wiesz, co masz robić? - obruszyła się Barbara. - Musisz powiedzieć o wszystkim Lee. 
- Nie mogę. Szantażysta ciągle powtarza, że Condor nie może się o niczym dowiedzieć. 
- Pewnie się go boi. Jest sprytny. Wie, że teraz ma cię w garści. Dobrze ci radzę, porozmawiaj z Lee. Na 

pewno odda ci zdjęcia. Nie będzie narażał dziecka. 

- Skąd ta pewność? A jeśli będzie chciał zapolować na tych ludzi? Och, Barbaro, to zbyt duże ryzyko. 
- Lee nie jest głupcem. Nie zrobi niczego, co mogłoby zaszkodzić Adamowi - przekonywała Barbara. 
- Nie mogę ryzykować  - powtórzyła Bryn.  - Barb, błagam! Pomóż mi. Pozwól mi realizować mój plan. 

Barbara spojrzała jej w oczy. 

- Wiesz, że obojętne, co zrobisz, i tak ryzykujesz? 
- O co ci chodzi? - Bryn domyślała się odpowiedzi. 
-  Jeśli  ci  ludzie  są naprawdę  bezwzględni,  w  każdej chwili  mogą  skrzywdzić  Adama.  Bryn  energicznie 

pokręciła głową. 

- Zależy im na zdjęciach. Nawet nie chcę myśleć, że mogliby coś mu zrobić. 
- Co powiesz chłopcom? 
- Że... że zawiozłaś Adama do swojej siostry. 
- Przecież ja nie mam siostry! 
- Od dzisiaj masz. 
Barbara westchnęła ciężko. 
- W porządku, Bryn. Będzie, jak chcesz. A swoją drogą, co zamierzasz zrobić? 
- Włamać się do domu Lee. 
- Co takiego?! 
- Jutro w nocy włamię się do jego domu. 
- Ty chyba oszalałaś! A jeśli ma system alarmowy? 
- Wydaje mi się, że nie ma. Zresztą wszystko mi jedno. Nie mam nic do stracenia. 
- Jesteś pewna? Pomyślałaś, co będzie, jak cię złapią i wsadzą do więzienia? 
- Nie martw się, nie wsadzą - odparła z przekonaniem, choć wcale nie była tego taka pewna. 
- Nalej mi brandy - westchnęła Barbara. - To będzie ciężka noc, a jutro rano trzeba iść do pracy. 
Bryn napełniła kieliszki, a potem wypiła, dziękując Bogu,  że zesłał jej przyjaciółkę, która wspierają w 

chwili najcięższej próby.- Jak myślisz, ile musimy wypić, żeby od razu zasnąć? 

- Butelkę - odparła Bryn. 
Niebawem przekonała się, że nie pomogłoby jej nawet dziesięć butelek. W czasie bezsennej nocy ani na 

chwilę  nie  przestawała  myśleć  o  Adamie.  Gdyby  znów  tu  był,  obiecałaby  mu,  że  będzie  mógł  strzelać 
jedzeniem na prawo i lewo, a ona nie powie mu słowa... 

Proszę  cię,  wróć  do  nas,  zaklinała  go  w  myślach.  Dobry  Boże,  ocal  go.  Spraw,  żebyśmy  znów  byli 

razem... 

Andrew już z daleka usłyszał ogłuszające bębnienie. Aha, Lee jest wściekły albo wpadł w melancholię. 

Kiedy wszedł do domu Fultona, perkusja natychmiast umilkła. Po chwili zabrzęczały talerze; Lee wstał od 
instrumentu. 

- Cześć. Co tak wcześnie? - zawołał, podchodząc do balustrady na piętrze. 
- Wydzwaniam do ciebie od bladego świtu - powiedział Andrew. 
- Stało się coś? 

background image

 

46 

- Sam nie wiem... 
Lee zbiegł na dół. 
- Chodź, opowiesz mi wszystko przy kawie. 
-  Wczoraj  wypadła  moja  kolej  pilnowania  domu  Bryn  -  mówił  Andrew,  gdy  usiedli.  -  Wiedziałem,  że 

umówiła  się  z  tobą,  więc  specjalnie  się  nie  spieszyłem.  Przyjechałem  wpół  do  dziesiątej  i  trochę  się 
zdziwiłem, że już wróciła. 

- Wyszła wcześnie - rzucił Lee od niechcenia. - Ale mów, co było dalej. 
-  Właściwie  nic  niezwykłego.  Po  prostu  wydało  mi  się  dziwne,  że  Barbara  została  u  niej  na  noc,  nie 

wyłączyły światła ani telewizora. 

- Może długo gadały, a potem po prostu zasnęły. 
-  Możliwe  -  zgodził  się  Andrew  z  ociąganiem.  -  Czuję  przez  skórę,  że  coś  się  tam  wydarzyło,  zanim 

przyjechałem. Jestem na siebie zły, że nie przyszedłem wcześniej. 

- Daj spokój, stary. Nie twoja wina, że Bryn nie została u mnie dłużej. Zresztą na pewno nic złego się nie 

stało. 

- A co u ciebie? Miałeś spokojną noc? 
- Noc tak. Za to rano ktoś wszedł do domu zaraz po moim wyjściu. 
- Skąd wiesz? 
-  Dzwoniła  Maria.  Pytała,  gdzie  schować  papiery,  które  zostawiłem  na  biurku.  Była  zdziwiona,  że  tam 

leżą, bo wie, że wszystko trzymam w szafkach. 

- Posłuchaj, mam wrażenie, że sami sobie z tym nie poradzimy - stwierdził Andrew. - Może powinieneś 

zatrudnić ochronę. 

- Wykluczone. - Lee pokręcił głową. - Włamywacz nie zostawia śladów, więc jeśli zawiadomię policję, 

pomyślą,  że  cierpię  na  paranoję.  Najlepiej  wynająć  prywatnego  detektywa,  ale  trzeba  z  tym  jeszcze 
poczekać. Nie zależy mi na tym, żeby złapać jakiegoś drobnego złodziejaszka, który kręci się koło mojego 
domu. Ja chcę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i kto za tym stoi. 

- To się dowiedz, tylko szybko. - Andrew ziewnął szeroko. - Chciałbym się wreszcie wyspać. A tak swoją 

drogą, jak się udała randka? 

- Nie udała się. 
- Cóż, szkoda. 
- Ja też żałuję. Zwłaszcza tego, że nie skorzystałem z oferty. 
- Z jakiej znowu oferty? - zdziwił się Andrew. 
- Nieważne. Dzięki za pomoc, bracie. 
- Nie  ma sprawy...  -  Andrew urwał i  obrócił się w stronę wejściowych drzwi. Stal w nich jakiś wysoki 

mężczyzna. 

- Panie Condor? - odezwał się, rozglądając się po pustym holu. 
Lee był zaskoczony, nie spodziewał się bowiem żadnych wizyt. Przyjrzał się nieproszonemu gościowi i 

zorientowawszy się, kim jest, skrzywił się z niesmakiem. 

- A ten co tu robi? - Spojrzał pytająco na Andrew. 
- Ten, to znaczy kto? 
-  Taki  jeden  beznadziejny  polityk,  którego  poznałem  w  klubie  golfowym.  Mówił,  że  chciałby  wpaść  i 

zobaczyć, jak wygląda dom po remoncie. A ja, jak ten idiota, powiedziałem, że będzie mile widziany. 

- Public relations - zauważył Andrew z przekąsem. 
-  Właśnie.  Public  relations.  -  Lee  wstał  od  stołu.  -  Dzień  dobry,  panie  Hammarfield.  Śmiało.  Prosimy 

dalej. Możemy panu w czymś pomóc? - zapytał, przywitawszy się z nim i jego nieodłączną świtą. 

-  O  nie.  Proszę  nie  robić  sobie  kłopotu.  -  Z  twarzy  Hammarfielda  nigdy  nie  znikał  uśmiech.  -  Jak 

mówiłem,  jestem  ciekaw,  jak  wygląda  dom  Fultona  po  generalnym  remoncie.  Przy  okazji  chciałem 
podejrzeć, jak powstaje teledysk, ale chyba przyjechałem trochę za wcześnie? 

- Rzeczywiście, jeszcze nie zaczęliśmy pracy. 
- W takim razie nie będę zabierał panom czasu. W przyszłym tygodniu organizuję kolację połączoną ze 

zbiórką pieniędzy na cele charytatywne. Serdecznie zapraszam. 

- Dziękujemy. Skontaktujemy się z panem - odrzekł 
Lee wymijająco. 
- Ciekawe, dlaczego mu nie ufam? - zastanowił się Andrew po wyjściu Hammarfielda. 
-  Bo  za  często  się  uśmiecha  -  mruknął  Lee.  Wyjrzał  przez  szybę  w  drzwiach  i  mocno  ściągnął  brwi. 

Właśnie przyjechały Bryn i Barbara. Razem. Hammarfield podszedł do nich i przywitał się. Bardzo wylew-
nie. Zwłaszcza z Bryn. Pocałował ją w policzek, i to wcale nie po bratersku. Hammarfield wprawdzie uśmie-
chał się z chłopięcą niewinnością, ale w oczach miał czyste pożądanie. 

background image

 

47 

- Co on knuje? - mruknął Lee. 
-  Trudno  zgadnąć  -  zauważył  Andrew  przytomnie  -  ale  jedno  jest  pewne:  jeśli  nie  chcesz,  żeby  dziew-

czyny posądziły cię o szpiegowanie, lepiej odsuń się od drzwi. 

Pierwsza weszła Barbara. Lee bardzo zdziwił się na jej widok. Zawsze zadbana i promienna, dziś była 

zdecydowanie nie w formie. Bryn wyglądała jeszcze gorzej. Udawała, że go nie widzi, choć idąc po kawę, 
musiała  przejść  obok  niego.  Niewiele  myśląc,  poszedł  za  nią.  Drgnęła,  gdy  stanął  obok,  i  klnąc,  zaczęła 
wycierać rozlaną kawę. 

- Czego chcesz? - burknęła. 
- Zapytać o twoje samopoczucie. 
- Będzie o wiele lepsze, jeśli będziesz dalej. 
Niedbale oparł się o drzwi. 
-  Patrzcie,  patrzcie  -  rzucił  nonszalancko  -  wczoraj  mruczała  jak  kotka,  a  dzisiaj  wyciąga  pazury.  Nie 

mogę trzymać się z dala od ciebie, bo pracujemy razem. Chyba że postanowiłaś złożyć wymówienie? 

Zauważył, że z całej siły zacisnęła zęby. 
- Nie. - Spojrzało mu twardo w oczy. - Wyrzucasz mnie? 
- Nie. 
Korciło go, by nią potrząsnąć, więc po prostu odszedł. Zaintrygował go wyraz jej oczu. Wydawało mu 

się,  że jest  zastraszona.  W  ciągu  dnia  wiele  razy  miał  ochotę  zmusić ją,  by  powiedziała,  co ją trapi.  Wy-
starczyło  jednak,  że  na  nią  spojrzał,  a  w  jej  pochmurnych  oczach  zapalał  się  gniew.  Wyglądało  to  na 
prawdziwy początek zimnej wojny. 

-  Bryn,  ty  naprawdę  oszalałaś!  Uprzedzam  cię,  że  jak  cię  wsadzą  do  paki,  nie  wpłacę  za  ciebie  kaucji. 

Przysięgnę,  że  nic  nie  wiedziałam  o  twoich  planach  -  oznajmiła  Barbara  bezceremonialnie.  -  Gdybyś 
powiedziała o wszystkim Lee, nie stałoby się to nieszczęście. Ale ty jesteś zawzięta! Zobaczysz, jak Lee cię 
złapie... 

-  Nie  złapie.  -  Bryn  spokojnie  wciągnęła  przez  głowę  czarny  sweter.  -  Słyszałam,  jak  Mick  mówił  do 

niego,  że  dziś jego  kolej, a  Lee  prosił,  żeby  był  najpóźniej o  dziewiątej  wieczorem.  To  znaczy,  że  gdzieś 
wychodzą  albo  będą  mieli  próbę.  A  jak  się  zamkną  w  tym  dźwiękoszczelnym  studiu,  to  mogłaby  bomba 
wybuchnąć, a oni nie usłyszą. 

-  Nie  podoba  mi  się  to  wszystko!  -  stwierdziła  Barbara.  -  Słuchaj,  czy  ja  zamknęłam  okno  w  pokoju 

chłopców? 

- Tak. Razem sprawdzałyśmy, czy wszystkie okna są pozamykane. Nie bój się, dziś w nocy nikt tu nie 

przyjdzie - zapewniła ją Bryn. - Już nie ma po co. Jestem gotowa. Chodź na dół, zamkniesz za mną drzwi na 
zasuwę. 

Barbara kiwnęła smętnie głową. Były w połowie schodów, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Zamarły. 
- Spokojnie! - szepnęła Bryn. - Szantażyści nie składają wizyt swoim ofiarom. 
Podeszła na palcach do drzwi i wyjrzała przez wizjer. 
- Co za diabeł przyniósł tu tego cholernego golfistę? - jęknęła, opierając się o drzwi. 
- Golfistę? 
- Tak. Mike’a Winfelda. Poznałam go w klubie. 
-  Przyszedł  do  ciebie?  Ty  to  masz  szczęście  do  fajnych  facetów!  -  westchnęła  Barbara  z  zazdrością, 

przykładając  oko  do  wizjera.  -  Fajny  jest,  zupełnie  jak  „Buntownik  bez  powodu”,  tyle  że  on  akurat  miał 
powody. 

- O czym ty mówisz? 
-  Nie  znasz  jego  historii?  Miał  trudne  dzieciństwo.  Wychowywał  się  na  ulicy,  aż  trafił  do  rodziny 

zastępczej,  w  której  był  zapalony  golfista.  Resztę  znasz.-  Bardzo  wzruszające  -  zirytowała  się  Bryn  -  ale 
lepiej powiedz mi, co mam zrobić. Przecież muszę wyjść! 

- Otwórz i powiedz mu, że jesteś umówiona. 
- A co zrobię, jeśli on... 
- Wejdzie do środka? Spokojna głowa, ja się nim zajmę - powiedziała Barbara. 
Bryn rzuciła jej gniewne spojrzenie, a potem uśmiechnęła się promiennie i otworzyła drzwi. 
- Mike! Co za niespodzianka. Czemu ją zawdzięczam? 
- Pomyślałem, że znajdziesz dla mnie parę minut. 
- Och, co za pech! - Bardzo się starała, żeby nuta zawodu w jej głosie nie zabrzmiała fałszywie. - Jestem 

umówiona i właśnie wychodzę. Tak mi przykro... 

Przez sekundę naprawdę żałowała  - na przystojnej twarzy Mike’a odmalowało się rozczarowanie. Taki 

miły z niego facet, pomyślała. Jednak zaraz przywołała się do porządku. Musi natychmiast wyjść, a on jej 
tylko przeszkadza. 

background image

 

48 

- Cóż, skoro jesteś zajęta, trudno - odparł ze smutnym uśmiechem. - Ale pamiętaj, ja nigdy nie rezygnuję. 

Mogę odprowadzić cię do samochodu? 

- Oczywiście. 
- Dobranoc, Barbaro. Miło było cię poznać. 
- Cała przyjemność po mojej stronie. Bryn, tylko wracaj szybko! 
- Postaram się - obiecała. 
Gdy stanęli obok jej samochodu, podała Mike’owi rękę. 
- Dzięki, że wpadłeś. Miły z ciebie facet.- Nie miły... tylko uparty. Zrobiła zawiedzioną minę. 
- Przez kilka tygodni będę bardzo zajęta - uprzedziła. 
- Wierzę. Życzę miłego wieczoru. 
- Dziękuję, nawzajem. 
Skinął  ręką  i  odsunął  się,  by  mogła  wsiąść.  We  wstecznym  lusterku  widziała,  jak  rusza  za  nią  swoim 

porsche. Jechał za nią do wjazdu na autostradę. Tam straciła go z oczu i pochłonięta swoimi problemami, 
natychmiast o nim zapomniała. 

Barbara  miała  rację.  Naprawdę  oszalała.  Ma  zamiar  włamać  się  do  domu  Lee  jak  zwykły  złodziej. 

Przeraziła  się.  Za  chwilę  wkradnie  się  przez  okno  i  będzie  grzebała  w  prywatnych  rzeczach  obcego 
człowieka. Szaleństwo... 

Czyste szaleństwo! 
Nim zdążyła jeszcze raz się nad tym zastanowić, skręciła w boczną drogę prowadzącą do posiadłości Lee. 

Po chwili zatrzymała się w cieniu wysokich sosen. Zgasiła silnik i światła, ale nie wysiadła z samochodu. 
Siedziała, wsłuchując się w noc. Wiedziała, że nie ma odwrotu, więc pogodzona z losem wzięła latarkę i ot-
worzywszy drzwi, wysiadła prosto w jej objęcia. 

Otoczyła ją ciemność tak gęsta, że aż namacalna. Zaczekała, aż oczy przyzwyczają się do skrajnych wa-

runków.  Pomiędzy  drzewami  zamajaczyła  sylwetka  domu.  Wtedy  wciągnęła  na  głowę  kominiarkę  i 
ostrożnie zaczęła posuwać się naprzód. 

Klamka zapadła. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Udało jej się otworzyć okno i wejść do środka. Nie 

tracąc ani chwili, po cichu zakradła się do biurka. Starała się nie patrzeć na łuki i strzały, ale z tylu głowy 
kołatała się niepokojąca myśl, że Lee potrafi się nimi posłużyć. 

Obawiała się, że szuflady będą zamknięte na klucz. Na szczęście nie były. Nerwowo wyciągała jedną po 

drugiej, ale nie znalazła w nich negatywów ani stykówek. 

Niezrażona niepowodzeniem zamierzała otworzyć ostatnie trzy szuflady, gdy stało się najgorsze. 
- Coś ty za jeden, do jasnej cholery? 
Więc jednak  się  nie  udało.  Została  przyłapana  na  gorącym  uczynku.  Mało tego,  niewiele  brakowało, a 

ona i Lee zginęliby od kuł tajemniczego włamywacza, który niepostrzeżenie zakradł się do domu. 

Lee próbował go zatrzymać, pobiegł za nim na dół. Nagle padł pojedynczy strzał. Za chwilę drugi. Bryn 

struchlała.  Leżąc  w  ciemnej  sypialni,  sama  w  ogromnym  łóżku,  wciąż  przyjemnie  ciepłym  w  miejscu,  z 
którego przed chwilą zerwał się Lee, umierała z niepokoju. 

Nie został nawet draśnięty. Dzięki Bogu! Wrócił do sypialni i znów zadręczał ją pytaniami. Próbowała 

powiedzieć tyle, ile mogła. Jemu to nie wystarczyło. 

- Bądź w kuchni za pięć minut - nakazał. - Chcę usłyszeć od ciebie całą historię, bez skrótów i pomijania 

niewygodnych wątków. 

Czas minął. Nic już jej nie uratuje. Musi zejść na dół i stanąć twarzą w twarz z rozgniewanym Lee. 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Lee  zapalił  światło  w  holu;  siedzenie  po  ciemku  przestało  mieć  sens.  Potem  obejrzał  ślady  po  kulach. 

Futryna była ledwie draśnięta, za to drzwi wejściowe z przestrzelonym zamkiem nadawały się tylko do wy-
miany. 

Zdjęcia! Z powodu paru idiotycznych fotek ktoś doprowadził Bryn do ostateczności, a jego o mało co nie 

zastrzelił!  Sytuacja  była  naprawdę  poważna.  Lee  czuł,  że  powinien  natychmiast  zawiadomić  policję,  ale 
postanowił  nie  robić  tego  ze  względu  na  Bryn.  Rozumiał  jej  paniczny  lęk  o  Adama.  W  ogóle  wreszcie 
zaczynał ją rozumieć. 

Odkąd poznał jej motywy, przestał być na nią zły za ubiegły wieczór. Nie pojmował tylko, dlaczego nie 

zdobyła się na szczerą rozmowę. Zabolał go ten całkowity brak zaufania z jej strony. I jej niechęć. O wiele 
głębsza, niż przypuszczał. 

Musimy  wszystko  sobie  wyjaśnić,  od  podstaw,  postanowił.  Gotów  był  jej  wysłuchać.  Liczył,  że  zdoła 

przekonać  ją,  by  działali  wspólnie,  i  co  ważniejsze,  według  jego  planu.  I  że  ona  zgodzi  się  przyjąć  jego 
pomoc. Potrzebowała jej, lecz niestety, nie chciała się do tego przyznać. 

background image

 

49 

Zamyślony  poszedł  do  kuchni  i  zabrał  się  do  parzenia  kawy.  Jedno  pytanie  nie  dawało  mu  spokoju: 

dlaczego komuś aż tak zależy na zdjęciach zespołu, że posunął się do tak desperackiego czynu, jak porwanie 
dziecka? 

Coś  musiało  zostać  utrwalone  na  tych  zdjęciach...  Tylko  co?  Z  pewnością  coś,  co  stanowi  zagrożenie. 

Albo jest dla kogoś kompromitujące. 

- Lee? 
Bryn  zatrzymała  się  niepewnie  w  progu.  W  obszernej  męskiej  koszuli  wyglądała  trochę  bezradnie.  I 

wyjątkowo kobieco, stwierdził Lee. 

Zerknął dyskretnie na zegarek. Minęło dokładnie pięć minut. Gdyby nie fakt, że sytuacja nie nastrajała do 

żartów, pewnie poczułby się rozbawiony. 

- Siadaj. - Wskazał miejsce przy kuchennym stole. Zrobiła to bez słowa. Widział, jak bardzo jest spięta. 

Było  mu  jej  żal.  Miał  ochotę  podejść  do  niej  i  ją  przytulić,  zapewnić,  że  wszystko  dobrze  się  skończy. 
Powstrzymał w sobie ten odruch, uznając, że nie pora na takie gesty. Nie będzie się narzucał. Żadnej presji, 
żadnych targów. Bryn musi przyjść do niego sama. Musi zapragnąć go na tyle mocno, by przełamać swoje 
lęki. 

- Mów - polecił, sięgając po kubki. 
- Ja... 
- Tylko nie kręć! Mów prawdę! 
Mógłby przysiąc, że usłyszał, jak zgrzyta zębami. 
- Wszystko zaczęło się następnego dnia po naszej sesji. - Opowiedziała mu, co się wydarzyło, od dziwnej 

wizyty nieznajomego począwszy, a na porwaniu Adama skończywszy. 

- Do jasnej cholery! - zdenerwował się Lee. - Wiesz co, Bryn? Po prostu nie mieści mi się w głowie, że 

nie  powiedziałaś  wprost,  o  co  chodzi,  tylko  próbowałaś  jakichś  idiotycznych  sztuczek.  Można  wiedzieć, 
dlaczego tak postąpiłaś? 

- On powtarzał, żebym nikomu nic nie mówiła. 
- Ale Barbarze powiedziałaś?! 
- No... tak. 
- I co ona na to? 
- Upierała się, żebyśmy zadzwoniły na policję. 
- Miała rację. 
Bryn spojrzała na niego. W jej oczach było cierpienie. 
- Bałam się, Lee. Nie chciałam narażać chłopców. 
- Jak mogłaś pomyśleć, że nie będę chciał ci pomóc! 
- Nie o to chodzi! Obawiałam się, że będziesz chciał zawiadomić policję. I że sam będziesz chciał złapać 

szantażystę. A ja naprawdę nie mogę ryzykować. 

Chwilę milczał, a potem pochylił się w jej stronę. 
- Znasz kogoś, kto jeździ ciemnym sedanem? 
- Nie. Dlaczego pytasz? 
- Bo właśnie taki samochód jechał za tobą, gdy wracałaś do domu po sesji. 
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 
- Do mnie też się włamali. Dwa razy - oznajmił. - Postanowiłem zapolować na tego ptaszka, ale zamiast 

niego w sidła wpadłaś ty. 

- Więc wiedziałeś, że dzieje się coś dziwnego?  - Sięgnęła po kubek z kawą, by  zyskać kilka sekund na 

zebranie myśli. Wiedziała, że musi starannie dobrać słowa, bo wiele zależy od tego, co za chwilę zostanie 
powiedziane. Lee ceni sobie szczerość, postanowiła więc zagrać z nim w otwarte karty. 

- Czy zgodzisz się oddać mi stykówki i negatywy, a potem zapomnisz o tym, co ci powiedziałam? Proszę 

cię... 

- Nie zastanawiałaś się, co takiego jest na tych zdjęciach? 
- Nie. To znaczy tak. Nie! Lee, nie obchodzi mnie, co na nich jest! Nie chcę tego wiedzieć!  - oznajmiła 

stanowczo. - Jedyne, na czym mi zależy, to żeby oddali mi Adama! 

-  Doskonale  cię  rozumiem  -  rzekł  łagodnie.  -1  obiecuję,  że  go  odnajdziemy.  Powiedz,  nie  boisz  się,  że 

szantażysta nie zostawi cię w spokoju, nawet jeśli spełnisz jego żądanie? Te zdjęcia muszą być dla kogoś za-
grożeniem. Pewnie będzie się zastanawiał, czy znasz jego mroczny sekret. 

- Przecież nie znam! 
-  Tylko  że  on  o  tym  nie  wie.-  Ale  dlaczego  ten  ktoś  miałby  się  mnie  obawiać?  Lee,  oddamy  mu  te 

zdjęcia... 

- Bryn, to nie jest takie proste. -Niecierpliwie wstał od stołu. - Kto został u ciebie w domu? Barbara? 

background image

 

50 

- Tak. 
- Zadzwoń do niej i poproś, żeby zanocowała. 
- Dlaczego? - Bryn nie była zachwycona tym pomysłem. 
- Dlatego że musimy omówić parę spraw. 
- Lee, ja naprawdę nie będę... 
- Narażała Adama. Wiem. Ja też nie zamierzam tego robić. Ale też nie pozwolę,  żebyś narażała siebie i 

chłopców. Zresztą podaj mi swój numer. Sam zadzwonię do Barbary. 

Bryn patrzyła bezradnie, jak sięga po telefon. Przemknęło jej przez myśl, żeby paść przed nim na kolana i 

błagać, by oddał jej zdjęcia i pozwolił odejść. Jednak rozsądek podpowiadał, że takie poniżenie nie miałoby 
sensu. Lee postanowił wejść do gry i żadna siła nie była w stanie odwieść go od tego pomysłu. Bryn nie 
czulą się na siłach, by z nim walczyć. Bez dyskusji podała mu swój numer. 

Barbara  musiała  czatować przy  telefonie, bo  niemal  .  natychmiast  podniosła słuchawkę.  Gdy  usłyszała 

Lee,  nie  dała  mu  dojść  do  głosu.  Bryn  domyśliła  się,  że  przyjaciółka  postanowiła  wystąpić  w  roli  jej 
adwokata. 

- Barbaro, poczekaj, daj mi coś powiedzieć - roześmiał się Lee. - Bryn jest ze mną; nic jej się nie stało, 

ale  wolę,  żeby  nie  wracała  teraz  do  domu.  Nie  martw  się,  nie  zostaniesz  sama.  Andrew  jest  w  pobliżu, 
obserwuje  dom.  Zawołaj  go,  wszystko  ci  wytłumaczy.  Jeśli  ktoś  zadzwoni,  odbierz.  Jednak  wątpię,  żeby 
szantażysta dziś się odezwał. A teraz posłuchaj mnie, Bryn - dodał zamyślony, gdy skończywszy rozmowę, 
wrócił do stołu. - O świcie pojedziemy do ciebie i zaczekamy, aż szantażysta się odezwie. Umówisz się z 
nim na wymianę zdjęć za Adama. To musi się odbyć w miejscu publicznym, z dostępem do telefonu. Jak 
wypuszczą Adama, zostawisz zdjęcia w umówionym miejscu. Ten ktoś na pewno się spodziewa, że będę z 
tobą. Po pierwsze wierzy, że zostaliśmy kochankami, po drugie wie, że zostałem zamieszany w tę sprawę. 
Nie mam wyjścia po tym, jak do mnie strzelał, prawda? 

- Chyba tak... I to już będzie koniec? - zapytała z nadzieją w głosie. 
- O nie! To nie będzie koniec. Skontaktuj się z tym znajomym, który wywołuje twoje filmy. 
- Teraz? 
- Teraz. 
- Ale... 
- Powiedz mu, że chcesz zrobić odbitki z negatywów. Dzięki temu oddamy szantażyście to, na czym tak 

bardzo mu zależy, ale nie zostaniemy z niczym. Ty sama nie możesz zrobić odbitek, bo skoro ten drań cię 
obserwuje, mógłby nabrać podejrzeń. 

Bryn potarła skronie. Wiedziała, że Lee ma rację. 
- Co będzie, jeśli ten ktoś jednak się dowie, że zamówiłam odbitki? 
- Nie dowie się! Bryn, przecież musimy rozwiązać tę zagadkę!- Jeśli zaniesiemy te filmy do fotolabu... 
-  Nie  denerwuj  się.  Filmy  są  teraz  u  Micka  i  on  je  tam  dostarczy.  Ten,  kto  cię  szantażuje,  może  i  ma 

doskonale zorganizowaną siatkę szpiegowską, ale przecież nie jest Wielkim Bratem. Nie może obserwować 
jednocześnie mnie, ciebie i reszty świata. 

Długo milczała. Wiedziała, że Lee ma rację. Nie potrafiła jednak poradzić sobie z własnym strachem. 
- Dobrze, zrobimy, jak chcesz - zgodziła się wreszcie. 
Kelly,  do  którego  zadzwoniła,  trochę  marudził,  ale  w  końcu  obiecał  zrobić  odbitki.  W  tym  czasie  Lee 

wytłumaczył Mickowi, gdzie ma zawieźć filmy. 

- Musimy sobie przypomnieć, co wydarzyło się tamtego dnia w klubie - powiedział Lee, gdy znów usiedli 

przy stole. 

- Chyba żartujesz! - prychnęła. - Tego dnia było tam straszne zamieszanie. Hammarfield miał spotkanie 

ze swoimi zwolennikami, rozgrywano również turniej golfowy. A swoją drogą, ja naprawdę nic z tego nie 
rozumiem. Cóż takiego może być na tych zdjęciach? Trawa i parę pagórków? 

- Nie podoba mi się ten złotousty polityk, 
- Hammarfield? 
- Mhm. Któregoś dnia przyszedł węszyć w domu Fultona. 
- Dlaczego myślisz, że węszył? - obruszyła się. 
- Mówił mi, że jest twoim fanem. Moim zdaniem zabiega o twoje poparcie. 
- Możliwe, ale i tak wydaje mi się podejrzany.- A ja uważam, że jest uprzejmy. 
- I czarujący? - zadrwił. 
-  Zdecydowanie.  Czego  nie  można  powiedzieć  o  innych  znanych  mi  osobach  -  odpaliła  bez 

zastanowienia. 

- Jasne. Domyślam się, że golfiści są o wiele bardziej czarujący niż perkusiści, tak? - rzucił od niechcenia. 

Bryn postanowiła podjąć rękawicę. 

background image

 

51 

- Owszem. Ci, których znam, tacy właśnie są. 
Lee wstał od stołu i mocno się przeciągnął. 
-  Zabezpieczę  drzwi,  a  potem...  -  zawiesił  głos  -  kładę  się  spać.  Na  górze  są  trzy  pokoje  gościnne. 

Wybierz sobie któryś - zaproponował obojętnie. 

- I tak nie zmrużę oka. 
- To przynajmniej połóż się i pomyśl - poradził. - O zdjęciach. Spróbuj sobie przypomnieć, co miałaś w 

tle - powiedział, po czym wyjął z szafki narzędzia i wyszedł. 

Bryn, siedząc przy stole, myślała o Adamie. O tym, gdzie teraz jest, czy nic mu się nie stało. Powtarzała 

sobie, że musi być dobrej myśli. I wierzyć, że najdalej jutro bratanek wróci do niej cały i zdrowy. Niebawem 
odzyska zdjęcia i odda je temu człowiekowi... 

Nie zrobiłaby tego bez pomocy Lee. Powinna być mu wdzięczna. Wstała i poszła za nim. Właśnie zabijał 

deską drzwi. Kiedy stanęła obok, przestał stukać młotkiem i spojrzał na zaciekawiony. 

- Dziękuję ci... - Żadne bardziej wyszukane słowa nie przychodziły jej do głowy. 
- Połóż się spać - mruknął niewyraźnie, bo przeszkadzał mu gwóźdź, który trzymał w ustach.- Wszystko 

jedno, w którym pokoju? - upewniła się. 

- Tak. Wszystkie są przygotowane dla gości - odparł, nie przerywając swojego zajęcia. 
Bryn przez chwilę patrzyła na jego muskularne ramiona i naprężone plecy, a potem bez słowa poszła na 

górę. 

Otworzyła pierwsze z brzegu drzwi i rozgościła się w przytulnie umeblowanym pokoju. Zdjęła ubranie i z 

ulgą  położyła  się  do  łóżka  pachnącego  świeżą  pościelą.  Jednak  zamiast  spać,  bezustannie  myślała  o  Lee. 
Przypominała sobie, jak siłował się z nią w swojej sypialni. 

Skup się na zdjęciach! - powtarzała sobie, lecz mimo usilnych starań Lee wciąż okupował jej myśli. Od 

dawna  wiedziała,  że  niesprawiedliwie  go  oceniła.  Pielęgnowała  w  sobie  uprzedzenia,  mimo  że  on  od 
początku  odnosił  się  do  niej  przyjaźnie.  Nie  ukrywał,  że  pociąga  go  jako  kobieta,  ale  nigdy  nie  był 
natarczywy.  Za  to  nie  wstydził  się  pokazać,  że  mu  na  niej  zależy.  I  że  nie  jest  mu  obojętne,  co  się  z  nią 
dzieje. Zachowywała się wobec niego skandalicznie, mimo to ani razu nie zagroził zerwaniem współpracy. 
Nie  próbował  jej  szantażować,  choć  doskonale  wiedział,  jak  bardzo  potrzebuje  pieniędzy.  A  kiedy  w 
restauracji Adam rzucił w niego jedzeniem... 

- Och, mój malutki! Gdzie jesteś? - szepnęła przez łzy. Już na samą myśl o tym, jak bardzo Adam musi 

być  przerażony,  odczuwała  niemal  fizyczny  ból.  -  Tak  bardzo  cię  kocham,  mój  maleńki  -  westchnęła.  - 
Przysięgam,  że  cię  odnajdę  i  zrobię  wszystko,  żebyś  zapomniał  o  tym,  co  cię  spotkało.  Miłość.  Dziwne i 
złożone uczucie. Miłość do dziecka. Miłość do mężczyzny. Nie, nie kocha Lee. Lubi go, ale nie wolno jej go 
pokochać.  To  zbyt  ryzykowane  i  niebezpieczne.  Wprawdzie  Lee  lubi  dzieci,  ale  to  wcale  nie  znaczy,  że 
chciałby mieć własne. Ona też nie jest mu obojętna, ale kto może wiedzieć, jak długo potrawa ta fascynacja? 

Westchnęła. Lęk o Adama był nieznośną udręką. Zwłaszcza gdy w pobliżu nie było nikogo, komu mogła-

by się wyżalić. Czuła, że Lee jest jej dziś bardzo potrzebny. Nawet jeśli nie ma szans na prawdziwą miłość, 
chciałaby choć przez chwilę żyć złudzeniem. 

Rozsądek podpowiadał, że nie wolno jej tak myśleć. Że musi być twarda, niezależna, samowystarczalna, 

bo tylko siebie może być stuprocentowo pewna... 

Na  tym  świecie  nie  ma  nic  pewnego.  Jęknęła  cicho,  zmęczona  wewnętrzną  walką,  i  ukryła  twarz  w 

dłoniach. Kogo próbuje oszukać? Siebie? Przecież to bez sensu. Lee od początku ją pociąga. Wiedziała, że 
nie sposób dłużej udawać, iż nic do niego nie czuje. Może nawet jest w nim zakochana. Może przeczuwała, 
że tak będzie, i właśnie to napawało ją lękiem. Obawiała się nie tyle samego Lee, co uczucia, które w niej 
obudził. 

Jakiś czas leżała bez ruchu, wsłuchując się w noc. A potem wstała i po cichu uchyliła drzwi. Na korytarzu 

paliło się światło. Parter tonął w mroku i ciszy. 

Natychmiast wracaj do łóżka, nakazała sobie surowo. Zignorowała głos rozsądku i ostrożnie wysunęła się 

na korytarz. Idź do niego! Przecież od dawna tego chcesz. 

A on? Czy nadal mnie pragnie? To może skończyć się kolejnym dramatem, ostrzegał wewnętrzny glos. 

Lee może odprawić cię z kwitkiem. Ma prawo czuć się urażony albo zły. Serce bilo jej jak oszalałe, ale nie 
cofnęła się. Podeszła pod drzwi sypialni Lee. Były uchylone. Niepewnie stanęła w progu, czując, jak kipi w 
niej rozgrzana krew. 

- Wejdź, Bryn... 
Wiedział, że do niego idzie; czekał na nią. Potrafił wychwycić każdy odgłos mącący ciszę nocy. 
Uciekaj! - podpowiadał instynkt. Jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeśli tam wejdziesz, zgubisz 

własną duszę. 

Była głucha na wszelkie ostrzeżenia. Nieśmiało zrobiła krok naprzód. Do niego. Od początku miała na to 

background image

 

52 

ochotę. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Po jakimś czasie delikatnie pogładził jej włosy. 
- Co cię ugryzło? - zapytał cicho. 
-  Nie  wiem,  o  czym  mówisz...  -  mruknęła  wymijająco.  Powoli  zaczynała  żałować  tego,  co  się  między 

nimi wydarzyło. 

- Wiesz - odparł ze śmiechem. - Jeszcze nie zdążyłem się przedstawić, a już ustawiłaś mnie na straconej 

pozycji. Miałem wrażenie, że się mnie boisz. 

- Chyba wiesz, jak działasz na kobiety. - Wzruszyła ramionami. - Emanujesz nieposkromioną energią i... 

erotyzmem. 

- Erotyzm nie powinien wzbudzać lęku. 
Czuła, że dla własnego dobra powinna powiedzieć mu prawdę, w przeciwnym razie będzie zadręczał ją 

pytaniami. 

- Byłam zaręczona - przyznała. 
- Aha, i w związku z tym każdy mężczyzna to śmiertelny wróg. 
-  Nie  każdy  i  nie  wróg.  Po  prostu  uznałam,  że  muszę  być  ostrożniejsza  i  pewien  typ  facetów  omijać 

wielkim łukiem. 

- A co to za typ, jeśli można wiedzieć? Tylko mi nie mów, że twój narzeczony był rockmanem... 
Zawahała się. Ostatecznie co za różnica, czy powie mu, o kogo chodzi, czy nie? Odsunęła się od niego i 

mocno objęła poduszkę, do której przytuliła policzek. 

- Byłam zaręczona z Joe Lenskym. Gra zawodowo w futbol. 
Lee gwizdnął cicho przez zęby. 
-  Naprawdę? Poznałem go na jakiejś imprezie w Los Angeles. Pamiętam, że wyglądał na przyzwoitego 

gościa. 

- Och, bo to jest przyzwoity gość. Problem w tym, że nie lubi dzieci. Zwłaszcza cudzych. 
- To w niego Adam rzucał ryżem? - zapytał domyślnie. 
-  Zielonym  groszkiem  -  uściśliła.  Lee  roześmiał  się  i  nie  zważając  na  jej  mało  zdecydowane  protesty, 

przygarnął ją do siebie i pocałował w nos. 

- Cieszę się, że już z nim nie jesteś - przyznał - ale przykro mi, że mnie z nim porównujesz. Dlaczego? 
- Obaj jesteście sławni i nawykli do ciągłej adoracji. 
- Uważasz, że idę do łóżka z kim popadnie? 
- Niezupełnie...- Więc w czym problem? 
-  Sama  nie  wiem.  Może  w  tym,  że  codziennie  zmagam  się  z  prozą  życia,  a  idole  żyją  w  bajkowym 

świecie... 

- Bzdura! - zdenerwował się. - Nie możesz mierzyć wszystkich jedną miarką. To, że Joe z tobą zerwał... 
- To ja zerwałam z nim - odparła znużona. - Oczekiwał, że rzucę wszystko i będę na każde jego skinienie. 

A  ja  ani  nie  chciałam,  ani  nie  mogłam  tego  zrobić.  Większość  zwykłych  facetów  miałaby  problem  z  za-
akceptowaniem mojej sytuacji rodzinnej, a co dopiero mówić o egocentrycznych „gwiazdorach”. 

-  Ci  tak  zwani  „gwiazdorzy”  to  ludzie  tacy  sami  jak  ty  -  zaoponował.  -  Mają  swoje  problemy,  cierpią, 

zakochują  się.  Chyba  lepiej,  że  zerwałaś  z  Lenskym,  skoro  nie  mogliście  dogadać  się  w  podstawowych 
sprawach. 

- Wiem... - szepnęła. 
- Masz najpiękniejsze ciało, jakie widziałem - zauważył, zmieniając znienacka temat. - Ledwie na ciebie 

spojrzałem, poczułem najczystsze pożądanie - przyznał. 

Uśmiechnęła się, rozbrojona jego szczerością. Lecz jej uśmiech zgasł równie szybko, jak się pojawił. 
- Co się stało? - zaniepokoił się. 
- Pomyślałam o Adamie... Boże, Lee! Jestem tu z tobą, kochamy się, a w tym czasie to małe biedactwo... 
- Ciii, nie martw się! - powiedział, obejmując ją ramieniem. - Obiecuję ci, że jutro go odzyskamy. 
- Skąd ta pewność? Sam mówisz, że ludzie, którzy go porwali, są bardzo niebezpieczni. A jeśli będą się 

bali, że Adam ich rozpozna... 

-  Jak  myślisz,  dlaczego  wybrali  właśnie  Adama,  a  nie  Briana  czy  Keitha?  Bo  jest  mały.  Nie  będzie 

potrafił  powiedzieć,  gdzie  go  trzymali.  Poza  tym  jest  ich  kartą  przetargową.  Wiedzą,  że  jeśli  coś  mu  się 
stanie, nie dostaną zdjęć. 

- Ja to wszystko rozumiem, ale... 
-  Jutro,  Bryn!  Pomyśl,  że  to  tylko  parę  godzin.  I  spróbuj  zasnąć.  -  Pocałował ją w  czoło.  -  A  może  nie 

dość cię zmęczyłem? 

- Jeszcze jak! Jestem okropnie śpiąca, ale wcześniej nie mogłam zasnąć. Czuję, że czeka mnie bezsenna 

background image

 

53 

noc. 

- Skoro tak, to pomyśl o tych zdjęciach. Pamiętasz coś niezwykłego? 
- Tak. Hotel „Sweet Dreams” - odparła automatycznie. 
- I nic więcej? 
- Jeszcze golfistów. Było ich cale stado i snuli się po pagórkach akurat wtedy, gdy robiłam zdjęcia. 
- Musimy dokładnie obejrzeć te odbitki. Będziemy je powiększali, aż w końcu na coś natrafimy. 
-  Niby  na  co  chciałbyś  natrafić!  -  zawołała  sfrustrowana.  -  Oglądałam  te  filmy,  zanim  oddałam  je  Bar-

barze. Nie zauważyłam nic niezwykłego. Może to naprawdę jakiś stuknięty fan twojego zespołu, który zrobi 
wszystko, żeby zdobyć wasze zdjęcia... 

- Bryn, wiesz, że to, co mówisz, nie ma sensu. 
- Jeszcze raz ci powtarzam, że oglądałam filmy i... 
- Właśnie, filmy! Maleńkie, niewyraźne obrazki, na których niewiele widać. Ten, kto porwał Adama, wie, 

że na zdjęciach zostało uwiecznione coś, co mu zagraża. 

Westchnęła cicho. 
- Prześpij się. - Uśmiechnął się ciepło. 
- Nie mogę przestać o tym myśleć... 
- Chyba wiem, jak ci pomóc  -  mruknął i pocałował ją w ramię. Poczuła miły dreszcz. Zamknęła oczy i 

pozwoliła, by Lee obrócił ją na plecy. 

Nie  kłamał.  Jego  czułe  dłonie  i  gorące  pocałunki  rzeczywiście  sprawiły,  że  zapomniała  o  bożym 

świecie... 

Usłyszała  muzykę,  jeszcze  zanim  na  dobre  się  obudziła.  Otrząsnąwszy  się  z  oparów  snu,  rozpoznała 

dobiegające z dołu łagodne dźwięki fortepianu. I głos Lee. Dźwięczny i czysty jak kryształ. 

Pogrążona  w  przyjemnym  letargu,  słuchała  go,  wpatrując  się  w  różowiejące  za  oknem  poranne  niebo. 

Myślała o tym, że go podziwia. Za jego talent i nietuzinkową osobowość. I że jest nim zafascynowana. A to, 
co czuje, to może być... miłość... 

Porażona  tą  myślą  otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  bądź  głupia!  Skoro  brak  ci  charakteru  i  nie  potrafisz 

odmówić sobie przyjemności, to sobie z nim bądź i ciesz się chwilą, ale nie zapominaj, że wasza przygoda 
skazana jest na krótki żywot. To zaledwie przerywnik... 

Od  którego  zależy  bezpieczeństwo  Adama!  Wspomnienie  bratanka  wystarczyło,  by  błogi  nastrój  prysł. 

Pospiesznie wstała z łóżka i narzuciwszy na siebie koszulę Lee, zeszła na dół. 

Nie przejmowała się swym niekompletnym strojem, gdyż była pewna, że są w domu sami. Okazało się 

jednak,  że  w  kuchni  przy  stole  siedzi  Mick.  Co  ciekawe,  wcale  się  nie  zdziwił  na  jej  widok.  Może  tylko 
rozbawił go jej rumieniec. 

- Cześć, Bryn. Napijesz się kawy? - zapytał swobodnie. 
- Chętnie. - Wiedziała, że jeśli zawróci i pobiegnie na górę, zrobi z siebie idiotkę. Nie pozostawało jej nic 

innego, jak robić dobrą minę do zlej gry. 

- Masz tu komplet negatywów i odbitek - oznajmił, podsuwając jej kubek i grubą kopertę z logo fotolabu. 
Bryn spojrzała niepewnie w stronę Lee, który dawno już przestał grać i rozmawiał z kimś przez telefon. 
-  W  porządku.  Zobaczymy  się  wieczorem  -  rzekł  do  słuchawki,  po  czym  ją  odłożył  i  wrócił  do  stołu. 

Usiadł naprzeciwko Bryn, ale nie wyjaśnił, z kim rozmawiał. Za to delikatnie pogładził stopą jej łydkę. - Od-
poczęłaś - powiedział miękko. 

- Tak myślisz? - Zawstydzona spuściła wzrok. 
- Mhm. Pięknie wyglądasz. Jakbyś dopiero co wstała z łóżka, ale na mnie taki wygląd bardzo działa. 
-  No,  nie  zapominajcie,  że  tu  jestem!  -  obruszył  się  Mick.  -  Wy  tu  sobie  gruchacie  jak  dwa  gołąbki,  a 

moje życie erotyczne praktycznie nie istnieje. Miejcie odrobinę wyczucia! 

Spojrzeli na niego zaskoczeni, a potem oboje zaczęli się śmiać. Gdy po chwili popatrzyli na siebie, ich 

roześmiane  oczy  lśniły  radością.  Dobrze  z  nim  być,  pomyślała.  Szybko  można  się  do  tego  przyzwyczaić. 
Zbyt szybko. Otrzeźwiona tą myślą, postanowiła skupić się na konkretach. 

-  Co  robimy,  Lee?  -  zapytała.-  Jedziemy  do  ciebie.  Jeśli  przeczucie  mnie  nie  myli,  ten  drań  niedługo 

zadzwoni. 

Mick wstał, przeciągnął się i pocałował Bryn w policzek. 
-  Nie  martw  się,  będzie  dobrze  -  pocieszył  ją.  -  Jadę  do  roboty.  Powiem  ludziom,  że  was  dzisiaj  nie 

będzie. Trzymam za was kciuki. Jak by co, dzwońcie. 

- Dzięki, Mick - powiedziała cicho. Lee odprowadził go do drzwi i chwilę z nim rozmawiał. 
- Leć się ubrać - zawołał do niej. 
Odniosła wrażenie, że chce zostać z Mickiem sam, by móc powiedzieć mu coś w cztery oczy. Nie miała 

czasu  zastanawiać  się  nad  jego  motywami.  Pobiegła  na  górę,  by  przed  wyjściem  przynajmniej  trochę  się 

background image

 

54 

odświeżyć.  Ponieważ  w  małej  łazience  obok  sypialni,  w  której  miała  spać,  nie  było  mydła,  ręcznika  ani 
pasty, postanowiła skorzystać z olbrzymiego pokoju kąpielowego przylegającego do sypialni Lee. 

Zaczęła  szukać  przyborów  toaletowych  i  w  jednej  z  szafek  natrafiła  przypadkiem  na  papier  nutowy  z 

zapisanymi  słowami  piosenki.  Utwór  musiał  powstać  jakiś  czas  temu,  gdyż  brzegi  kartki  zdążyły  lekko 
zżółknąć. Nie znała nut, za to z ciekawością przebiegła oczami linijki tekstu: 

„Mijają dni, moja kochana. Liście opadły, wiruje śnieg. A ja wciąż myślę, moja kochana, dlaczego miłość 

zniszczyła nas. Och, Victorio... Śmierć rozdziela. Dzikie serce. Co było w twoich fiołkowych oczach, że nie 
umiałem  dostrzec  w  nich  kłamstw?  A  przecież  mogłem,  kochanie,  pokazać  ci,  jak  sięgnąć  gwiazd.  Och, 
Victorio, nicość i pył. I serca ból”. 

- Co ty tu robisz, do cholery?! 
Zaskoczona podniosła oczy. Lee stał w drzwiach. Był wściekły, ale Bryn tak poruszyły słowa piosenki, że 

w pierwszej chwili nie zwróciła na to uwagi. 

-  Nie  znam  tego  utworu  -  powiedziała.  -  Piękny  tekst,  tylko  strasznie  smutny...  -  Umilkła,  gdyż  Lee 

podszedł do niej i bez słowa wyrwał jej kartkę. 

- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! - warknął , i wyszedł, trzaskając drzwiami. 
Miała ochotę się rozpłakać; poczuła się jak dziecko skarcone przez dorosłego. Przecież nie miała złych 

intencji, nie chciała być wścibska... Miejsce rozżalenia szybko zajął gniew. I poczucie upokorzenia. 

- Skończony drań! - syknęła. Dopiero co się z nią kochał, a teraz traktuje ją jak obcą. Jak jedną z wielu 

przygodnych panienek, które dostarczają mu łatwej rozrywki. Pokazał, gdzie jej miejsce. To, że poszła z nim 
do łóżka, nie znaczy, że ma prawo zaglądać w głąb jego duszy. 

- Pospiesz się! Musimy jechać! - zawołał z dołu. Wolałaby raczej wyskoczyć przez okno, niż słuchać jego 

rozkazów,  ale  wiedziała,  że  nie  czas  na  demonstracyjne  gesty.  Chodzi  o  Adama,  więc  musi  zapomnieć  o 
urażonej dumie. 

Lee  czekał  na  nią  przy  drzwiach  wejściowych.  Minęła  go  bez  słowa  i  poszła  do  samochodu.-  Daj  mi 

kluczyki - poprosił. Zrobiła to bez protestu, ale w czasie jazdy nie odezwała się do niego ani razu. 

- Przepraszam cię - powiedział, gdy zbliżali się do jej domu. 
- Nie ma sprawy. 
- Naprawdę żałuję tego, co zrobiłem. Nie miałem prawa tak na ciebie naskoczyć. To było bez sensu. 
-  Powiedziałam,  nie  ma  sprawy  -  burknęła,  obrzuciwszy  go  spojrzeniem.  Mimo  przeprosin  wciąż  czuła 

się dotknięta. 

Wysiadła z samochodu, nie czekając, aż skończy parkować. Zignorowała jego mało pochlebny komentarz 

i pobiegła do Barbary, która, zwabiona hałasem, wyjrzała z domu. Bryn nie zdążyła jeszcze wejść do środka, 
gdy zadzwonił telefon. Zastygła w bezruchu, patrząc bezradnie w przerażone oczy przyjaciółki. Nim minęła 
sekunda, oprzytomniała i pobiegła odebrać. 

- Halo? - zawołała bez tchu. 
Odpowiedział jej przeraźliwy, makabryczny rechot. 
- Panna Keller? 
- Tak... 
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem; dobre dzieci będą w niebie! 
- Nie! Nie! - krzyknęła histerycznie, nie panując nad głosem ani nad łzami. Czuła, że za’ chwilę upadnie, 

znokautowana przez paniczny lęk... 

A jednak nie upadła. Podtrzymało ją silne ramię. Ktoś litościwie wyjął słuchawkę z jej ręki. 
- Słuchaj no, cholerny dowcipnisiu! Koniec zabawy!  Mówi Lee Condor. Co, nie spodziewałeś się mnie 

usłyszeć? Błąd! Myślałeś, że po tym, jak włamałeś mi się do domu i poszatkowałeś kulami drzwi, będę stał z 
boku  i  spokojnie  się  przyglądał,  co  wyprawiasz?  Niedoczekanie!  Jeśli  chcesz  uwolnić  się  od  swoich 
kłopotów,  chłopcu  włos  nie  może  spaść  z  głowy.  Ty  nam  dajesz  małego,  my  dajemy  ci  zdjęcia.  Jasne?  I 
żadnych numerów! - mówił Lee, nie dopuszczając szantażysty do głosu. Dopiero potem zaczął słuchać. Po 
chwili  roześmiał  się  sucho.  -  Nie  bój  się,  nie  będziesz  miał  ze  mną  do  czynienia.  Niestety...  -  rzekł, 
spoglądając na Bryn. 

- Zdjęcia przekaże ci Bryn. Daję ją do telefonu. 
Pewnym ruchem wcisnął jej słuchawkę do ręki. Miała wrażenie, że udziela jej się jego spokój, przenika ją 

jego siła. Kiedy się odezwała, jej głos brzmiał twardo: 

- Dostaniesz swoje zdjęcia, ale najpierw chcę porozmawiać z Adamem! Teraz! 
Zagryzła wargi i czekała w napięciu. 
- Ciocia Blyn? 
Kiedy usłyszała niepewny, drżący głosik, w oczach zakręciły jej się łzy. 
- Adam! Mój maleńki! Powiedz, nic ci nie jest? Nikt ci nie zrobił krzywdy? 

background image

 

55 

W słuchawce rozległ się rozdzierający szloch. 
- Ciociu, zabierz mnie stąd! Ja chcę do domu! 
- Nie płacz, kochanie! Już niedługo wrócisz do domku, obiecuję ci to! Bądź dzielny, dobrze? Wytrzymaj 

jeszcze trochę! Adam? Adam?!! 

-  No,  jak  tam,  panno  Keller?  -  zapytał  ochrypły  głos.  -  Dzieciak  jest  cały  i  zdrowy.  I  taki  pozostanie, 

dopóki będziecie grzeczni. Przypilnuj swojego chłopaka, żeby nie narobił głupstw. 

- Będziemy współpracowali! Przecież słyszałeś... 
- Słyszałem, ale nie ufam Condorowi, złotko. Trzymaj go na krótkiej smyczy. 
Spojrzała nerwowo na Lee, który wszystko słyszał. 
- Lee nie będzie robił nic na własną rękę. Mam jego słowo. 
-  No  widzisz!  Mówiłem,  że  jak  się  trochę  postarasz,  każdy  facet  będzie  jadł  ci  z  ręki.  Tylko  bądź 

grzeczna! 

- Oddaj mi Adama! - zawołała porywczo. - Mów, gdzie i kiedy mi go przekażesz? 
- Przyznaj się, majstrowałaś przy negatywach? - zapytał znienacka. 
- Niby kiedy miałabym to zrobić? - zniecierpliwiła się, patrząc niepewnie na Lee. 
-  Już  dobrze,  złotko.  Nie  unoś  się.  Ale  pamiętaj,  że  mam  cię  na  oku.  Przyjedź  ze  zdjęciami,  sama,  do 

przełęczy Cutter Pass. 

Bryn chciała krzyknąć z oburzenia, ale Lee wyrwał jej słuchawkę. 
-  Zapomnij o tym!  - rzucił gniewnie.  -1 nie bądź taki cwany! Chciałbyś mieć zdjęcia, Bryn i dzieciaka, 

co?  Nic  z  tego!  Chcesz  te  fotki,  to  wymyśl  jakieś  inne  miejsce.  Dla  ułatwienia  dodam,  że  musi  to  być 
miejsce publiczne. 

- Lee! - jęknęła Bryn zdruzgotana. Dla dobra Adama gotowa była pójść choćby do piekła. 
- Masz jakieś sensowne propozycje, Condor? - zapytał szyderczo głos. 
-  Wyobraź  sobie,  że  mam.  Bryn  będzie  czekała  w  holu  hotelu  Mountain  View.  Będzie  siedziała  na 

czerwonej  sofie,  obok  automatu  telefonicznego.  Jak  tylko  zobaczę  Adama,  zadzwonię  do  niej.  Wtedy 
zostawi zdjęcia i odejdzie. 

- Nie podoba mi się to miejsce. Za mało dyskretne. 
- No to masz problem, stary. Bryn nie spotka się z tobą na żadnym odludziu. - Lee był nieugięty. 
- A jaką mam gwarancję, że będzie sama? Nie zamierzam dać się oskalpować takiemu punkowi jak ty - 

zarechotał. 

Lee nie dał się sprowokować. 
- Zostanę u Bryn. Będę stał na tarasie, tak żebyście mogli mnie widzieć. 
- Skąd pewność, że nie działam w pojedynkę? 
- Po prostu wiem, że nie jesteś sam. 
- W porządku - zgodził się wreszcie szantażysta. 
- Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. Pamiętaj, że mogę zastrzelić dzieciaka. Jasne? 
- Jasne. 
- Dobra. Wymiana nastąpi za godzinę. O dziesiątej. 
Nie zapomnij, co ci powiedziałem. 
- Możesz być spokojny. Ale ja też mam ci coś do powiedzenia: jeśli temu małemu włos spadnie z głowy, 

dopadnę cię. I wcale nie zdejmę ci skalpu. Strzała z mojego luku rozerwie twoje parszywe serce. Rozumie-
my się? 

- Owszem, i to nad wyraz dobrze. Wiem, że gdybyś tylko mógł, narobiłbyś bałaganu. Na szczęście twoja 

pani nie pozwoli na to. Ale żeby trochę potrzymać ją w niepewności, a tobie, mamy  grajku, przypomnieć, 
żebyś nie wyskakiwał przed orkiestrę, przytrzymam dzieciaka trochę dłużej. 

- Co takiego? - zawołał Lee ochryple. Zdenerwowana Bryn zaczęła ciągnąć go za rękaw. 
-  To,  co słyszałeś.  Nici  z  wymiany.  Poczekacie  na małego  do  niedzieli.  Zadzwonię  z rana,  żeby  ustalić 

godzinę. Póki co będę was obserwował. Atelier twojej pani też. I wiesz, co chcę zobaczyć, Condor? Dwoje 
ludzi chodzących do pracy i z powrotem. I nikogo więcej. Kapujesz? 

Bryn  słyszała  całą  rozmowę.  Nie  panując  dłużej  nad  emocjami,  wyrwała  Lee  słuchawkę  i  zawołała  z 

płaczem: 

- Nie! Chcę, żebyś oddał mi Adama dzisiaj! Mam gdzieś twoje zdjęcia! Oddaj mi Adama! Błagam... 
- Dostaniesz go w niedzielę. I to pod warunkiem, że ty i ten twój gwiazdor będziecie grzeczni. Nie ruszaj 

się z domu; zadzwonię koło dziewiątej. 

Połączenie zostało przerwane. 
- Nie! - krzyknęła, ciskając słuchawką o podłogę. - Nie! Nie! Nie! 
-  Bryn...  -  odezwał  się  Lee  łagodnie,  ale  do  niej  nie  docierały  jego  słowa.  Nie  wyobrażała  sobie,  jak 

background image

 

56 

przeżyje  cztery  niewyobrażalnie  długie  dni  bez  Adama.  Na  przemian  płacząc  i  śmiejąc  się  histerycznie, 
rzuciła się z pięściami na Lee, w którym dostrzegła kozła ofiarnego. 

- Wszystko przez ciebie! - krzyczała. - Ten drań domyślił się, że coś kombinujesz. Niech cię jasny szlag! 
-  Bryn,  uspokój  się!  Proszę...  -  Próbował  ją  przytrzymać,  ale  wyrywała  mu  się  z  zadziwiającą  siłą, 

zrodzoną  z  lęku  i  przerażenia.  Niech  się  wykrzyczy  ,pomyślał  Lee,  ale  szybko  zorientował  się,  że  to  nie 
pomaga;  atak  histerii  narastał.  Niewiele  myśląc,  złapał  Bryn  i  powalił  na  podłogę.  Tam  chwycił  ją  za 
nadgarstki i unieruchomił jej ręce. Mimo to nie przestawała z nim walczyć. - Bryn... - W końcu przestała się 
rzucać i spojrzała na niego przez łzy. 

- Ja tego nie przeżyję. Nie wytrzymam tego czekania - jęknęła udręczona. 
- Bryn... - To Barbara przyklękła obok na podłodze. 
- Skarbie, jeśli nie przestaniesz wrzeszczeć, obudzisz Keitha i Briana, o ile już tego nie zrobiłaś. Musisz 

być silna, właśnie dla nich. Przecież nie chcesz napędzić im strachu, prawda? 

Bryn trochę oprzytomniała. Zupełnie zapomniała o Barbarze. Za plecami przyjaciółki widziała zatroskaną 

twarz Andrew. A tuż nad sobą... Lee. Trzymał ją, ale ostrożnie, tak by nie sprawie jej bólu. Zaczęła cicho 
płakać. Wtedy ją puścił i przytuliwszy do siebie, zaczął głaskać i uspokajać, jakby była dzieckiem. 

-  Adamowi  nie  stała  się  krzywda.  Wiesz,  bo  przecież  rozmawiałaś  z  nim.  Czekanie  jest  straszne. 

Rozumiem, jak ci ciężko, ale musimy jakoś przetrwać. Po prostu musimy. 

- Ja nie dam rady, Lee. Czuję się tak, jakby ktoś wbił mi w serce nóż... 
- Dasz radę. Jesteś silna. 
Czy sprawiła to jego niezachwiana wiara? Czy też fakt, że Brian i Keith zeszli na dół? Wzięła się w garść. 

Przez łzy patrzyła na swoich chłopców. Dużych i mądrych na swój dziecięcy sposób. Nie mogła pozwolić, 
by udzielił się im jej paniczny strach. Nie chciała, by cierpieli. 

- Ciociu, dlaczego tak strasznie krzyczysz? - zainteresował się Brian. 
-  Co  ty,  nie  znasz  ciotki?  Ona  ma  charakterek!  -  odparł  gładko  Lee.  -  Okropnie  się  na  mnie  zdener-

wowała,  ale już jej  przeszło.  Postanowiła  mi  wybaczyć.  Hej,  panowie, czy  wy  nie  powinniście  być już  w 
szkole? Lepiej się pospieszmy! 

- Odwiezie pan nas do szkoły? - Keith otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. 
- Ojej! - Brian popatrzył na brata. - Dzieciaki zzielenieją z zazdrości. Szkoda, że Adam tego nie zobaczy. 
Bryn ostrożnie wysunęła się z opiekuńczych ramion Lee. 
- Lećcie się ubrać, a potem migiem na śniadanie. Strasznie dziś zaspaliśmy. 
Nie  pojmowała, jakim  cudem  udało  jej  się  dotrwać  do  końca  dnia.  Zachowywała  się jak  maszyna,  nie 

człowiek.  Po  tym,  jak  Lee  odwiózł  chłopców  do  szkoły,  wzięła  prysznic  i  pojechała  z  Barbarą  na  plan 
teledysku. Po próbie Lee przywiózł ją do domu i został na kolacji. 

Bryn była tak wycieńczona psychicznie i fizycznie, że zasnęła na kanapie z głową na jego ramieniu. Tak 

oto udało jej się przetrwać pierwszy dzień oczekiwania. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Gdy obudziła się następnego ranka, wciąż czuła w sercu ból. I paraliżujący strach. Na szczęście była w 

stanie nad nim zapanować. Leżała we własnym łóżku. Lee musiał przynieść ją do sypialni. Rozejrzała się 
półprzytomnie i w końcu go dostrzegła. Stał obok toaletki i wkładał zegarek. 

- Dzień dobry - powiedział, podchwyciwszy w lustrze jej spojrzenie. 
Próbowała odpowiedzieć uśmiechem na jego uśmiech, ale wypadło to raczej blado. 
- Jak się czujesz? - zapytał, siadając na łóżku. 
- Nieźle. 
Wziął ją za rękę i zaczął delikatnie gładzić. 
- Muszę wstać i wyszykować chłopców do szkoły... 
- Już ich odwiozłem. 
- Odwiozłeś ich? Ale... 
- O nic się nie martw. Dałem im śniadanie i przypilnowałem, żeby się umyli i porządnie ubrali. 
Kiwnęła głową, ale po chwili powiedziała głucho: 
- Sąsiedzi niedługo się zorientują, że z tobą sypiam. 
- I co z tego? 
- Nic. Nie obchodzi mnie, co sobie o mnie pomyślą. Chodzi mi tylko o dzieci. 
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie naraziłbym na szwank twojej opinii, ale teraz nie mogę zostawić cię 

samej. 

- Wiem. Lee? 
- Tak? 

background image

 

57 

- Dziękuję. 
Uśmiechnął się i czule pogładził jej policzek. 
- Nie spiesz się z podziękowaniami. Przed nami jeszcze długa droga - stwierdził. - Zaparzę kawę, a ty się 

ubierz. Pamiętasz, że przed nami dzień pracy? 

Gdy  wyszedł,  odrzuciła  przykrycie  i  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Była  naga,  więc  od  razu  przeniknął  ją 

poranny chłód. Zaskoczyło ją, że nie czuje się skrępowana tym, że Lee rozebrał ją i położył spać. Wydało jej 
się to zupełnie naturalne i pozbawione erotycznego podtekstu. Zupełnie jakby znali się i przyjaźnili od wielu 
lat. Będzie cię to drogo kosztowało, przypomniała sobie. Nie szkodzi. W tej chwili nie ma znaczenia, co z 
nią  będzie.  Liczy  się  tylko  to,  żeby  Adam  wrócił  do  domu.  Pod  koniec  dnia  Bryn  poczuła  się  na  tyle 
spokojna, że wreszcie odważyła się porozmawiać z Lee o zagadkowym zachowaniu szantażysty. 

- Wiesz, im dłużej o tym wszystkim myślę, tym mniej z tego rozumiem  - przyznała, podając mu kubek 

herbaty. - Facetowi powinno zależeć, żeby odzyskać te zdjęcia jak najszybciej, prawda? Przecież możemy je 
dokładnie obejrzeć. 

- Ja też się nad tym  zastanawiałem  - odparł, otaczając ją ramieniem.  - Jestem pewny, że drań wszystko 

dokładnie przemyślał. Po pierwsze wie, że dopóki ma Adama, jest bezpieczny. Po drugie jest pewny, że na 
filmach, czy nawet zwykłych odbitkach, niczego nie zauważymy. To, co zostało przypadkowo uwiecznione 
na  tych  zdjęciach,  na  pewno  nie  rzuca  się  w  oczy.  Można  to  dostrzec  dopiero  w  dużym  powiększeniu. 
Musiałabyś ślęczeć godzinami w ciemni, żeby wielokrotnie powiększyć każde zdjęcie. 

- Czemu więc tak desperacko chce je odzyskać? 
- Bo jest na nich coś, co mu zagraża. A skoro to coś tam jest, może kiedyś zostać wykryte i posłużyć za 

dowód rzeczowy. - Lee upił łyk herbaty, a potem spojrzał na nią i powiedział: - Bryn, powinniśmy przenieść 
się do mnie. 

- Przecież to niemożliwe! Co będzie, jak zadzwoni? 
- Powiedział, kiedy się z tobą skontaktuje, więc przyjedziemy tu i będziemy czekali na telefon. Zaufaj mi! 

Kazałem założyć w domu alarm. Będziemy o wiele bezpieczniejsi. 

- Sama nie wiem. Chłopcy...- Będą zachwyceni. Nie zapominaj, że mam duży basen! 
- Ale... 
- Bryn, wiesz, że mam rację. Nie bądź uparta. Milczała, więc mówił dalej: 
-  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  którą  powinniśmy  zrobić.  Dirk  Hammarfield  poprosił,  żebyśmy  zagrali  w 

sobotę na przyjęciu. Miałem zamiar odrzucić zaproszenie, ale zmieniłem zdanie. Chciałbym, żebyś przyszła 
tam razem z Barbarą. Może uda nam się coś wywęszyć. 

- Czyś ty oszalał? Chcesz narazić Adama na śmiertelne niebezpieczeństwo! - zawołała poruszona. 
-  Wcale nie oszalałem!  -  zaprotestował.  -  Nie  ruszymy  tych  cholernych  zdjęć,  dopóki  Adam  nie  wróci. 

Będziemy postępowali tak, jak chce szantażysta. Ale w końcu będziemy musieli dowiedzieć się, kim on jest i 
co takiego zrobił. Chyba nie chcesz bać się do końca życia, że któregoś dnia znów cię dopadnie? A jeśli to 
sprawka Hammarfielda? Dopuścisz do tego, żeby taki łajdak został senatorem? Poza tym chyba lepiej, żebyś 
poszła między ludzi, niż siedziała w domu i zadręczała się na śmierć. 

- A co z chłopcami? Przecież nie zostawię ich samych! 
- Zostaną u mnie, pod opieką Marie, mojej gospodyni. To przemiła osoba. Chłopcy na pewno ją polubią. 
Bryn milczała. Długo nie mogła podjąć decyzji. Obawiała się, że nie podoła zadaniu, które wyznaczył jej 

Lee. Miałaby stanąć twarzą w twarz z Hammarfieldem i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało? I w 
dodatku mieć oczy i uszy otwarte, bo a nuż uda jej się wypatrzyć coś podejrzanego? To chyba ponad moje 
siły, uznała. 

Po  chwili  zmieniła  zdanie.  Poradzę  sobie,  postanowiła  twardo.  Początkowo  wydawało  jej  się,  że  nie 

przetrwa tych paru dni oczekiwania, a jednak przetrwała. Powoli uczyła się, że jeśli sytuacja tego wymaga, 
nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. 

Spojrzała na Lee, na jego ostry profil i szczupłe dłonie, w których trzymał kubek. Przypomniała sobie, jak 

bardzo  się  na  nią  zdenerwował,  gdy  przypadkiem  przeczytała  tekst  piosenki.  Nie  chciała  o  tym  myśleć. 
Wołała  skupić  się  na  tym,  jak  wiele  mu  zawdzięcza.  Był  przy  niej,  ilekroć  go  potrzebowała. Wspierał ją, 
pomagał, podtrzymywał na duchu. 

- Idę do łóżka - oznajmiła, dopiwszy herbatę. Wahała się chwilę, a potem zapytała: - Ty też idziesz? 
Długo  patrzył  jej  w  oczy,  po  czym  skinął  głową.  Wstał,  objął  ją  i  razem  weszli  na  górę.  Tym  razem 

kochała się z nim tak namiętnie, jakby tej nocy miał się skończyć świat. 

Więc tak bawią się politycy, pomyślała, rozglądając się po wielkiej sali balowej hotelu Mountain View. 

Eleganckie  wnętrze,  które  obserwowała  ze  swego  miejsca  przy  stoliku,  robiło  imponujące  wrażenie:  w 
świetle  kryształowych  żyrandoli  lśniła  srebrna  zastawa  stołowa  i  migotały  klejnoty  wytwornych  kobiet, 
które, wystrojone w futra i wieczorowe suknie, dumnie kroczyły po miękkich dywanach u boku przystojnych 

background image

 

58 

mężczyzn  w  smokingach.  W  innej  sytuacji  Bryn  pewnie  cieszyłaby  się,  że  tu  jest.  Dziś  jednak  była  zbyt 
zdenerwowana  i  zmartwiona,  by  delektować  się  niezwykłą  atmosferą  wieczoru.  Ani  na  chwilę  nie 
przestawała myśleć o Adamie. Jeszcze tylko jedna noc, i znów będą razem. Musi być cierpliwa. Niebawem 
coś się wydarzy; tryby niewidzialnej maszyny pójdą w ruch, zdarzenia nabiorą tempa. 

Zaczęła  się  rozglądać,  nagle  bardzo  spięta.  Czy  to  możliwe,  by  Dirk  Hammarfield  -  ten  wiecznie 

uśmiechnięty i zadowolony z siebie przyszły senator  - był kidnaperem? W ciągu dnia wiele razy oglądała 
stykówki, ale zdjęcia były zbyt małe, by dojrzeć szczegóły. Będzie musiała zaczekać, aż odzyskają Adama, i 
dopiero wtedy zacznie robić powiększenia... 

Jej  myśli  ułożyły  się  w  natarczywie  powracający  ciąg:  Hammarfield,  hotel  Sweet  Dreams,  zdjęcia, 

polityka, Adam! 

- Bryn! Przestań się tak gapić. - Barbara kopnęła ją pod stołem w kostkę. - Wzbudzimy podejrzenia! 
Bryn otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na przyjaciółkę. Gdy po południu przyjechała do domu, by 

się przebrać, znalazła w swojej sypialni rzeczy Barbary pomieszane z rzeczami Andrew, który zaofiarował 
się, że będzie pilnował dobytku. 

Nie miała pojęcia, że tych dwoje coś łączy. Od zniknięcia Adama ledwie cokolwiek dostrzegała. Dlatego 

odkrycie, iż Barbara i Andrew mają romans, nie tyle ją zszokowało, co raczej zdziwiło. Nie pytała jednak o 
nic, uznała bowiem, że nie ma prawa wtrącać się w prywatne sprawy przyjaciółki. Obie będziemy leczyły 
złamane serca, pomyślała. 

-  I  co  o  tym  myślisz?  -  zagadnęła  ją  nagle  Barbara.  Lee  i  Andrew  poszli  przygotować  się  do  występu, 

więc zostały same przy stoliku. 

- Myślę, że za pieniądze, które poszły na tę galę, można by załatać dziurę w budżecie państwa - szepnęła. 
Barbara roześmiała się nerwowo. 
-  Nie  o  to  pytam  -  odszepnęła.  -  Chodzi  mi  o  naszego  przyszłego  kongresmana.  Myślisz,  że  jest 

szantażystą? 

Bryn poczuła na plecach nieprzyjemny dreszcz. Czy to możliwe, by ten sympatyczny mężczyzna, który 

właśnie skończył przemawiać, okazał się zimnym draniem, zdolnym porwać i uwięzić małego chłopca? 

Nie wyglądał na złoczyńcę. 
- Sama nie wiem, Barb - przyznała szczerze. - Ale raczej nie chce mi się wierzyć, że mógłby zrobić coś 

takiego. Ma zbyt wiele do stracenia. 

- Tacy są najgorsi. Cicha woda! - Barbara uśmiechnęła się cierpko. 
- Nie chcę o tym rozmawiać. I bez tego okropnie się denerwuję. - Bryn nie próbowała udawać odważnej. 
- Jeśli nie o tym, to o czym? 
- O tobie i Andrew - wypaliła bez zastanowienia. 
Barbara uśmiechnęła się szeroko. 
- Andrew jest cudowny! - rozpromieniła się, wcale nie speszona pytaniem. - Czuły, wrażliwy, seksowny - 

wyliczała z entuzjazmem. - I co najważniejsze, woda sodowa w ogóle nie uderzyła mu do głowy. 

Bryn słuchała jej, bawiąc się pałeczką do mieszania drinków, którą miała w swoim dżinie z tonikiem.- A 

między wami... to coś poważnego? - zapytała. 

- A skąd ja mam wiedzieć? - Barbara uśmiechnęła się beztrosko. - Przecież ledwo się znamy! 
- Wiem, ale myślałam, że skoro dwoje ludzi lubi się na tyle, żeby... 
- To zaczynają iść razem pewną drogą i patrzą, dokąd ich zaprowadzi. 
- Nigdy nie masz żadnych obaw? - zapytała Bryn. 
- Zależy ci na Lee, prawda? 
-  Czy  ja  wiem...  Nie,  to  bez  sensu.  Nie  będę  cię  okłamywała.  Tak,  zależy  mi  -  przyznała  cicho.  -  Tak 

krótko go znam, niewiele o nim wiem. Zwłaszcza jego przeszłość jest dla mnie zagadką. Dlatego czuję się 
niepewnie. 

Barbara zamierzała coś powiedzieć, ale umilkła, widząc, że pod sceną zaczął się ruch. W tej samej chwili 

Dirk  Hammarfield  pochylił  się  nad  mikrofonem  i  zapowiedział  występ  grupy  Lee  Condora;  kurtyna 
rozsunęła  się  i  rozległo  się  mocne  uderzenie  perkusji,  rozpoczynające  rockową  balladę  z  pierwszej  płyty 
zespołu. 

Ponieważ  na  przyjęciu  wymagane  były  stroje  wieczorowe,  chłopcy  włożyli  smokingi.  Bryn  po  raz 

pierwszy  widziała  Lee  ubranego  tak  elegancko.  Prezentował  się  znakomicie;  biała,  marszczona  na  piersi 
koszula podkreślała jego ciemną karnację i wyraziste rysy twarzy. Patrząc na niego, Bryn czuła przyjemny 
dreszcz, który ogarniał jej ciało. 

Zawsze będę miała do niego słabość, przyznała uczciwie. Zakochałam się jak ta idiotka i nie będę umiała 

o nim zapomnieć...- Nie lubię filozofować - szepnęła jej Barbara do ucha - ale jak tu nie wierzyć w głęboką 
mądrość niektórych powiedzonek. Na przykład tego, że nic, co w życiu najlepsze, nie przychodzi łatwo. 

background image

 

59 

- Zostało jeszcze parę dni zdjęciowych i wideoklip będzie gotowy - zauważyła Bryn trzeźwo. 
- A ty już się martwisz, że Lee zniknie równie niespodziewanie, jak się pojawił? Nikt ci nie zagwarantuje, 

że tak się nie stanie. - Barbara była realistką. - Aleja mam oczy i widzę, że Lee jest tobą zainteresowany. 

Bryn skrzywiła się lekko. 
- Może czuje się odpowiedzialny za to, co się stało... 
Barbara prychnęła. 
- No wiesz! Ty chyba w ogóle nie znasz faceta, z którym śpisz! Odpowiedzialność odpowiedzialnością, 

ale gdyby nie chciał z tobą być, tyle byś go widziała! Poza tym nawet ślepy by zauważył, że nie możecie 
oderwać od siebie oczu. 

-  Mhm  -  burknęła  Bryn.  Właśnie  miała  wygłosić  stosowną  ripostę,  gdy  nagle  poczuła,  że  ktoś  lekko 

klepie ją w ramię. Za jej plecami stał Dirk Hammarfield. 

- Jak się panie bawią? 
Bryn niemal krzyknęła. Gdzie jest Adam! Co z nim zrobiłeś?! Jeśli mi go jutro nie oddasz... 
Co ja tu robię? Czego tu szukam? - pytała bezradnie samą siebie, wpatrując się jak zahipnotyzowana w 

plastikowy uśmiech, który nie znikał z twarzy polityka. 

- Cudowny wieczór - wydukała po chwili, po czym ze zdenerwowania zaczęła paplać jak nakręcona: - K-

acz-ka była przepyszna. Sosy do sałatek są niezrównane...- Tak, tak. A karczochy? W życiu nie jadłam lep-
szych  - wtórowała Barbara, której udzieliło się jej zdenerwowanie. W efekcie trajkotały jedna przez drugą, 
niezdolne sklecić dwóch sensownych zdań. 

-  Cieszę  się,  że  smakowała  paniom  kolacja.  -  Dirk  Hammarfield  nie  wychodził  z  roli  uprzejmego 

gospodarza. - Muszę powiedzieć, że Lee Condor wybrał dla mnie piękną balladę - zauważył, czyniąc gest w 
stronę sceny. - Mogę prosić panią do tańca, panno Keller? 

- Oczywiście - odparła z równie sztucznym uśmiechem, choć wszystko w niej aż krzyczało: nie! 
Ledwie  stanęli  na  parkiecie,  pożałowała,  że  mu  nie  odmówiła.  Jej  partner  okazał  się  bowiem 

zwolennikiem  bliskiego  kontaktu  ciał  w  tańcu.  Bryn  usiłowała  dyskretnie  odsunąć  się  na  bezpieczną 
odległość, ale szybko zorientowała się, że niewiele wskóra, nie robiąc przy okazji skandalu. Co podkusiło 
Lee, żeby grać takie ckliwe kawałki, zżymała się, wykręcając nienaturalnie szyję. 

- Jak pańska kampania? - zapytała, gdy na moment udało jej się oderwać policzek od jego ramienia. 
-  Wspaniale!  -  odparł  bez  chwili  wahania.  Jego  dłoń  wędrowała  po  jej  plecach,  by  w  czasie  nagłego 

obrotu  bezceremonialnie spocząć  na jej  pośladkach.  Stało  się  to akurat  w  chwili,  gdy  znaleźli  się  tuż  pod 
sceną. Bryn nie miała wątpliwości, że Lee wszystko widzi. I że jest wściekły. Ona też była wściekła. Co on 
sobie wyobraża? Że lubi być obmacywana przez obcych facetów? Sam jest wszystkiemu winny. Przyszła tu 
za jego namową. 

-  Jak  się  udały  zdjęcia?  -  zagadnął  ją  Hammarfield.-  Niestety,  nie  wiem  -  skłamała  gładko,  ignorując 

nagle przyspieszenie akcji serca. - Zaraz po wywołaniu filmów oddałam je Lee - dodała, mężnie patrząc mu 
w oczy. Ciekawiło ją, jak zareaguje. 

- Szkoda. - Nie drgnęła mu nawet powieka. - Chętnie bym je obejrzał - stwierdził, patrząc jej w oczy. W 

tym czasie jego ręka zsuwała się coraz niżej. 

Bryn przeraziła się, że jeszcze chwila i zacznie się do niej dobierać. Uśmiechnęła się i powstrzymała jego 

dłoń. 

- A gdzie pańska małżonka? - zapytała niewinnie. Miała dość i chciała jak najszybciej skończyć tę farsę. - 

Jeszcze nie miałam okazji jej poznać. 

Hammarfield zbladł. Właśnie otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz nagle obejrzał się za siebie. 
-  Odbijany!  -  zawołał  Mike  Winfeld,  stukając  go  w  ramię.  -  Pozwoli  mi  pan  zatańczyć  ze  swoją 

partnerką? 

- Oczywiście. Bardzo proszę. - Hammarfield bez protestu odsunął się na bok. 
- Można panią prosić? 
- Tak. - Bryn z ulgą przeniosła się w objęcia przystojnego golfisty, który nieświadomie uchronił ją przed 

seksualnym molestowaniem na parkiecie. 

- Nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy - zauważył. 
- Ostatnio mam mnóstwo pracy - usprawiedliwiła się. 
- Przy sesjach zdjęciowych z udziałem gwiazd? 
- Nie, na planie nowego teledysku Lee Condora.  
Jestem tancerką. 
- To widać! - stwierdził z uznaniem.- Jak idzie gra? 
-  Dziękuję,  nie  narzekam.  Od  czasu  do  czasu  trafia  się  na  bunkier,  ale  zawsze  udaje  się  z  niego  jakoś 

wyjść. Kiedy znajdzie pani czas, żeby mnie sfotografować? 

background image

 

60 

- Jeszcze nie wiem. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - Najpierw muszę skończyć pracę dla Lee. 
- Szkoda... - Westchnął, robiąc gwałtowny zwrot. Bryn zorientowała się, że wpadła z deszczu pod rynnę; 
Mike Winfeld kleił się do niej tak samo jak Hammarfield i miał tak samo „wędrujące” dłonie. Tyle że w 

odróżnieniu od polityka był niezwykle szybki; ledwie nadążała z robieniem uników... 

Co za szczęście, że granie jest dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie, pocieszał się Lee. Dzięki 

temu  w  czasie  koncertu  mógł  błądzić  myślami,  gdzie  tylko  chciał.  Cholera!  Tak  naprawdę  nigdzie  nie 
błądził, tylko bez przerwy obserwował Bryn! 

Skręcał się z zazdrości, widząc, jak tańczy z Hammarfieldem, a potem z golfistą. Miała na sobie czarną 

jedwabną sukienkę, która wspaniale podkreślała jej figurę. W jej płynnych ruchach była niezwykła lekkość i 
gracja. W tańcu była oszałamiająco piękna. 

I czego tak się na nią gapisz, idioto! Skup się na tym, co robisz, napominał samego siebie. A jednak nie 

mógł oderwać od niej oczu. I nie był w stanie opanować zazdrości. Ona nie jest twoją własnością, tłumaczył 
sobie.  Mimo  to  czul  się  tak,  jakby  należała  wyłącznie  do  niego.  Był  nią  urzeczony.  Odkąd  poznał  jej 
wspaniałe ciało, nie mógł znieść, że inni mężczyźni dotykają jej...w taki sposób. Gdy na to patrzył, budziła 
się ciemna strona jego natury. Ta nieokrzesana i dzika. I bardzo dobrze!  - pomyślał mściwie. Z całych sil 
uderzył w talerze i wyśpiewał ostatnie słowa piosenki. 

Prawie  nie  słyszał  ogłuszających  braw.  Żałował,  że  przyjął  zaproszenie  Hammarfielda.  Jak  dotąd  nie 

wydarzyło  się  nic  godnego  uwagi.  A  czego  się  właściwie  spodziewał?  Ze  wydarzy  się  coś  istotnego. 
Tymczasem nie stało się nic. Oczywiście nie licząc faktu, że był tak wściekły i podminowany, iż w każdej 
chwili mógł wybuchnąć. 

- Hammarfield zainteresował się zdjęciami - powiedziała Bryn, gdy jechali do domu. Lee nie zareagował. 
- Czy ty mnie słuchasz? Powiedziałam, że Hammarfield pytał mnie o zdjęcia. 
- Słyszałem. O co jeszcze cię pytał? 
- Proszę? - Zdumiał ją jego nieprzyjazny ton. 
- Pytałem, co jeszcze mówił. 
- Nie pamiętam - odparła, nie pojmując, skąd w nim ta nagła wrogość. 
- Nic dziwnego. Trudno skupić się na słowach, jak się obściskuje z facetem. 
- Obściskuje! Nie moja wina, że ten kretyn tak się zachowywał! - oburzyła się. 
- Jasne. Ale jakoś nie przyszło ci do głowy, żeby go odepchnąć. 
- Wyobraź sobie, że przyszło! 
-  Zabawne.  Odczułem  na  własnej  skórze,  jaka  potrafisz  być  skuteczna,  gdy  nie  masz  ochoty  na  czyjeś 

amory. A co z mistrzem golfa? 

- Z Mikiem Winfeldem? 
- Tak się nazywa? 
- Posłuchaj, Lee! Nie wiem, co cię dzisiaj ugryzło, ale nie zamierzam słuchać twoich impertynencji! To ty 

mnie  zaciągnąłeś  na  tę  imprezę  i  kazałeś  szpiegować  Hammarfielda.  Ty...  -  Ugryzła  się  w  język,  bo  nie 
chciała zniżyć się do rzucania wyzwiskami. Jednak wściekłość i zmęczenie wzięły górę nad rozsądkiem.  - 
Ty draniu! Zastanawiałeś się, jak się czułam?! Ten łobuz może przetrzymywać Adama! Jest ostatnią osobą, z 
którą chciałabym mieć cokolwiek wspólnego! 

- A co z Winfeldem? 
- Odczep się! 
- Mówiłaś, że lubisz golfistów. 
Ogarnęło  ją  znużenie.  Nie  czuła  się  na  siłach  ciągnąć  tej  bezsensownej  rozmowy.  Przełknęła  łzy  i  z 

premedytacją postanowiła zranić go tak boleśnie, jak on ją. 

- Owszem, mam słabość do golfistów! A tobie nic do tego! Już ci mówiłam, żebyś się ode mnie odczepił! 
- Bryn! - zaczął, po czym burknął: - Niech to szlag! 
Zapanowała pełna napięcia cisza. Bryn nie chciała już spać z nim pod jednym dachem. Widziała, co się z 

nim dzieje, i obawiała się, że prędzej czy później nastąpi wybuch. 

-  Twierdzisz,  że  wszystko  przeze  mnie  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Ale  to  chyba  nie  moja  wina,  że 

musiałem patrzeć, jak jakiś frajer obmacuje kobietę, z którą sypiam! 

- Obmacuje! Idź do wszystkich diabłów! 
Ostro wszedł w zakręt i gwałtownie zahamował na podjeździe przed drzwiami. 
- Tak, obmacuje! - powtórzył z wściekłością. Najchętniej rzuciłaby się na niego z pięściami. Był wobec 

niej wyjątkowo niesprawiedliwy. 

- Nie poszłam na to przyjęcie z własnej ochoty! 
- Ale z ochotą szczerzyłaś zęby do golfisty. Zdawało mi się, że świetnie się bawisz. 
Wyskoczyła z samochodu i, trzasnąwszy drzwiami, ruszyła do zaparkowanego nieopodal vana. Jej obcasy 

background image

 

61 

wystukiwały szybki, nerwowy rytm. 

- Można wiedzieć, dokąd się wybierasz? - zawołał. 
-  Do domu!  - odkrzyknęła, przetrząsając torebkę w poszukiwaniu kluczyków.  -  Przygotuję wszystko na 

powrót Adama. Jutro z samego rana przyjadę po chłopców. 

- Wybij to sobie z głowy! Nigdzie nie pojedziesz! 
- Doprawdy? A to dlaczego? Dlatego, że jestem „kobietą, z którą sypiasz”? Nie jestem twoją własnością. 

Nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Poza tym już raz byłam dziś „obmacywana” i wystarczy! Chcę 
spać we własnym łóżku! 

Znalazła  kluczki,  ale  wiedziała,  że  i  tak  nie  zdąży  otworzyć  samochodu.  Za  plecami  słyszała  chrzęst 

żwiru i zbliżające się szybko kroki. Lee zaraz ją dopadnie. Przestraszyła się jego złości. W tej samej chwili 
poczuła na ramieniu jego żelazny uścisk. Siłą obrócił ją w swoją stronę i zaczął mówić, akcentując każde 
słowo: 

- Bryn, nawet gdybym cię nienawidził i tobą pogardzał, i tak nie pozwoliłbym ci odjechać. Po prostu nie 

wolno ci tego robić. A teraz bądź rozsądna, przestań się awanturować i natychmiast wejdź do domu! 

- Patrzcie go! Odezwał się rozsądny! 
-  Sama  tego  chciałaś!  -  syknął  i  bezceremonialnie  zarzucił  ją  sobie  na  ramię.  Zaczęła  mu  wymyślać  i 

okładać go pięściami, ale nic sobie z tego nie robił. Wniósł ją do środka i dopiero tam postawił na ziemi. 

- Nie będziesz mi rozkazywał! - Zacisnęła pięści i ruchem głowy odrzuciła do tylu włosy.  - Wyjdę stąd, 

kiedy sama zechcę! 

- Zostaniesz tu, dopóki nie rozwikłamy zagadki. 
- Mam gdzieś twoje zagadki! Jutro odzyskam Adama i koniec z tym! Nie obchodzi mnie, kto za tym stoi. 
-  Ale  mnie  obchodzi.  Nie  zapominaj,  że  jestem  stroną  w  tej  sprawie.  I  bardzo  nie  lubię,  kiedy  ktoś 

próbuje mnie zastraszyć. Dlatego jeszcze raz ci mówię, że cię stąd nie wypuszczę - oznajmił. - Nie przyłożę 
ręki  do  czyjejś  zbrodni  ani  twojego  samobójstwa.  Nie  chcę,  żeby  dotarła  do  mnie  wiadomość  o  twoim 
tragicznym  końcu.  Nie  mam  zamiaru  do  końca  życia  zadręczać  się  pytaniem,  czy  mogłem  temu  jakoś 
zapobiec!  Więc  nie  zachowuj  się  jak  małe  dziecko,  chyba  że  chcesz,  żebym  potraktował  cię  jak 
rozkapryszoną smarkulę. 

Wiedziała, że z nim nie wygra. 
-  W  porządku,  Lee.  Doceniam  twoją  pomoc  -  rzekła  pojednawczo,  ale  podświadomie  dążyła  do 

konfrontacji.  -  Odzyskamy  Adama,  potem  obejrzymy  te  zdjęcia,  ale  na  tym  koniec.  Wiem,  że  powinnam 
mdleć  ze  szczęścia,  że  taka  gwiazda  jak  ty  zaszczyciła  mnie  swoją  uwagą,  aleja  już  raz  przerabiałam  ten 
scenariusz. I wiem, że to nie dla mnie. A teraz idę spać. Sama. 

Wysłuchał jej przemowy w milczeniu. I tylko jej się przyglądał. Gdyby nie gwałtowne pulsowanie tętnicy 

na jego szyi, w ogóle nie byłoby widać, że jest wzburzony. Bryn uśmiechnęła się cierpko i odwróciła się, 
żeby  pójść  na  górę.  Pokonała  zaledwie  kilka  stopni,  kiedy  chwycił  ją  za  rękę.  Tym  razem  w  ogóle  nie 
słyszała,  jak  się  zbliża.  Przestraszona  krzyknęła.  To,  co  wydarzyło  się  potem,  wyglądało  jak  scena  z 
teledysku, którą powtarzali setki razy. Bryn obróciła się i wpadła prosto w jego ramiona. 

- Lee! Ja nie żartuję! - Szarpnęła się, ale wobec jego siły nie miała żadnych szans. - Nie chcę z tobą spać! 
- Nie krzycz! Obudzisz Marie i chłopców. I nie udawaj niedotykalskiej tylko dlatego, że boisz się ostrej 

wymiany zdań! - mówił, ciągnąc ją za sobą na górę. 

- Jakiej znowu wymiany zdań?! To ty wygłaszałeś obraźliwe uwagi i nawet nie pozwoliłeś mi się bronić. 

Bronić się! Co ja wygaduję! To jakaś farsa! Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Byłam głupia, że w ogóle... 

Nie dokończyła. Zamknął jej usta pocałunkiem, w którym złość mieszała się z czułością. Bryn nie miała 

dość sił, by się wyrwać. Zresztą nie była już pewna, czy chce. Pożądanie przepłynęło przez nią jak wezbrana 
rzeka, która znosi wszystkie przeszkody, jakie napotka na swej drodze. 

Lee bezceremonialnie popchnął ją na łóżko. 
- Chyba nie słyszałeś, co powiedziałam.  -  Urażona, walcząc z przeciwstawnymi  uczuciami, spróbowała 

pozbierać się i usiąść. 

Lee nadal nie słuchał. Zdjął marynarkę i cisnął ją w kąt, po czym rozpiął spinki od mankietów. Po chwili 

koszula pofrunęła za nią i w świetle księżyca błysnęła naga skóra. 

- Co ty wyprawiasz? - zapytała zdumiona. 
- Rozbieram się. 
- Po co? 
- Po to, żeby pójść do łóżka z kobietą, z którą je dzielę - oznajmił, po czym spokojnie zdjął resztę ubrania. 
Nie pierwszy raz widziała go nagim, a jednak widok jego pięknego ciała nieodmiennie wprawiał ją w za-

chwyt. Kiedy powoli ruszył w jej stronę, zapomniała o przykrościach, które jej sprawił. A potem zupełnie 
straciła głowę. 

background image

 

62 

-  Lee...  -  Jego  delikatny  dotyk  błyskawicznie  obudził  w  niej  pożądanie,  mimo  to  postanowiła  nie 

poddawać się bez walki. Syknęła zniecierpliwiona i poderwała się z łóżka, by natychmiast wylądować tam z 
powrotem. 

-  Ty  mała  idiotko!  -  Pełen  pasji  szept  palił  jej  skórę.  -  Czy  naprawdę  nie  pojmujesz,  jak  bardzo  mi  na 

tobie  zależy?  Kiedy  mężczyzna  kocha  kobietę,  łatwo  daje  się  ponieść  emocjom.  Traci  głowę.  Staje  się 
wściekły. Dziki. Szalony.  Wystarczy,  że  zobaczy ją z innym. Nie jesteś moją własnością, ale jesteś moja. 
Gdy jesteśmy ze sobą, tak jak teraz, tylko my i księżyc... - Wyrzucał z siebie urywane słowa, ale dla niej ich 
sens był jasny jak słońce. Lee ją kocha. Przed sekundą to powiedział... 

Tylko czy na pewno wiedział, co mówi? Takie wyznania zdarzają się mężczyznom, którzy pod wpływem 

podniecenia gotowi są na wszystko. Krzyknęła, gdy gwałtownym ruchem podciągnął jej sukienkę i wcisnął 
się  między  jej nogi.  Wszedł  w  nią  mocno  i  głęboko,  przyprawiając ją o  porażający  dreszcz.  Oszołomiona 
wbiła  paznokcie  w  jego  ramiona.  Po  chwili  cala  była  pragnieniem,  w  którym  złość  i  ból  mieszały  się  z 
najczystszym pożądaniem. 

Spełnienie  spłynęło  na  nią  jak  wysoka  fala,  po  której  przyszły  następne,  mniejsze  i  łagodniejsze. 

Kołysana nimi wolno opadła w dół. Wtedy usłyszała ochrypły szept Lee, który nieprzytomnie powtarzał jej 
imię. Nagle naprężył się jak do skoku, a po chwili jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Objęła go mocno, i tuląc 
do  siebie,  próbowała  odgadnąć,  co  było  prawdą:  miłość  czy  złość?  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  nagle 
zaczęła płakać. Lee natychmiast uwolnił ją od ciężaru swojego ciała, objął ją i szepnął z niepokojem: 

-  Boże,  Bryn,  coś  cię  zabolało.  Wybacz,  jeśli  byłem  zbyt  brutalny!  Nie  chciałem,  żeby  cię  bolało. 

Przepraszam... Nie bój się mnie. Błagam... 

Nie  od  razu  pojęła  sens  jego  słów.  Początkowo  jedynie  wyczuwała  jego  udrękę,  choć  zupełnie  nie 

rozumiała przyczyny. Zdezorientowana wysunęła się z jego objęć i spojrzała mu pytająco w oczy. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że się ciebie boję? 
Chwilę milczał, ale dla niej to była wieczność. Potem ostrożnie dotknął jej twarzy; palce mu drżały, gdy 

nieporadnie ocierał jej łzy. 

- Dlaczego płaczesz? - wykrztusił.- Płaczę, bo... - Zawahała się. Chciała powiedzieć mu prawdę; upewnić 

się, czy naprawdę ją kocha, ale zabrakło jej odwagi. I zaufania. Wciąż była ostrożna, nawet wobec niego. A 
miłość...  Przekonała  się,  że  każdy  rozumieją  po  swojemu.  Jeśli  ma  zaufać  Lee,  musi  mieć  niezachwianą 
pewność, że traktuje to uczucie tak samo poważnie jak ona. I że podziela jej wiarę w miłość, która nigdy się 
nie  wypali.  A  co  najważniejsze,  musi  wiedzieć,  że  jego  uczucia  wystarczy  również  dla  trzech  małych 
chłopców. 

Wiedziała,  że  Lee  niecierpliwie  czeka,  co  mu  powie.  Nawet  nie  próbował  ukryć,  jak  bardzo  jest 

zdenerwowany. Nigdy dotąd nie widziała go w podobnym stanie. 

- Lee, przysięgam, że wcale się ciebie nie boję. Nie sprawiłeś mi bólu. Ani dziś, ani wcześniej. Wszystko 

przez to, że czuję się zmęczona. Przeżyłam jeden z najgorszych wieczorów w życiu, a ty na domiar złego 
zacząłeś się czepiać... 

- Bryn, jeszcze raz cię przepraszam. Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wybaczysz mi? 
- Oczywiście, że wybaczę. Tylko czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zdenerwowałeś? 
Pogłaskał ją po policzku, a potem z ciężkim westchnieniem opadł na poduszkę i wbił wzrok w sufit. 
-  Kiedyś  wszystko  ci  wyjaśnię,  ale  nie  dziś.  -  Po  chwili  zapytał niepewnie:  -  Czy  uważasz,  że  jestem... 

brutalny? 

Przytuliła twarz do jego ramienia. Nie rozumiała, skąd to dziwne pytanie, ale chciała skrócić jego udrękę. 
-  Brutalny?  Nie...  Porywczy,  namiętny,  silny...  owszem,  ale  na  pewno  nie  brutalny.  Łączysz  w  sobie 

wszystkie żywioły. A ja właśnie tego szukam... 

Przygarnął ją mocniej i oparłszy brodę o jej głowę, w milczeniu gładził jej włosy. Po raz pierwszy czuła, 

że to on szuka w niej oparcia. 

- Opowiedz mi o swojej żonie - poprosiła. 
- Umarła - oznajmił beznamiętnie. 
- Wiem. Chciałabym zrozumieć, co cię boli. 
-  Obiecuję,  że  wszystko  ci  wyjaśnię.  Już  niedługo.  Wiedziała,  że  nie  powinna  nalegać;  sama  nie  była 

gotowa otworzyć się przed nim do końca. Może z nim jest podobnie. Musi uszanować jego wolę. Być może 
jego lęki są równie silne jak jej własne. Choć mieli sobie tak wiele do powiedzenia, z ich ust nie padło już 
ani jedno słowo. Długo leżeli, patrząc w mrok, aż wreszcie zasnęli. 

Gdy po pewnym czasie Bryn obudziła się, miejsce obok niej było puste. Zaniepokojona uniosła się na 

łokciu i rozejrzała dokoła. Lee stał na balkonie i wpatrywał się w noc. Księżyc oświetlał jego dumny profil i 
bezlitośnie obnażał smutek malujący się na jego twarzy. 

- Lee! 

background image

 

63 

- Obudziłem cię. Przepraszam - powiedział, wróciwszy do łóżka. 
- Nieważne. Chciałabym ci jakoś pomóc. Tak wiele od ciebie dostałam... 
- Nie, to ty dałaś mi wszystko. 
Objął ją i spojrzał jej w oczy. Z każdym dniem coraz bardziej jej potrzebuję, a tak niewiele brakowało, 

żebym wszystko zepsuł, pomyślał strapiony. 

- Kochałem się z tobą jak dzikus. Wstydzę się tego. Pozwól mi to naprawić - poprosił. - Chcę ci pokazać, 

że potrafię być delikatny... Pora iść spać - szepnął jej do ucha później, gdy odpoczywali utrudzeni miłością. 

Uśmiechnęła się do siebie. Była mu wdzięczna, i to podwójnie. Za to, że nie dał jej czasu na myślenie o 

tym, co ich wkrótce czeka, i za to, że był z nią w chwili najciężej próby. 

Naprawdę ma za co mu dziękować. 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Była  niezdrowo  pobudzona;  mimo  nieprzespanej  nocy  w  ogóle  nie  czuła  zmęczenia.  Odkąd  otworzyła 

oczy, myślała tylko o jednym: dziś niedziela, za kilka godzin wreszcie odzyskam Adama! Choć wiedziała, że 
to absurd, niecierpliwie czekała na telefon od porywacza. Podejrzewała, że gdy znów usłyszy jego glos, z 
wdzięczności chyba padnie na kolana. Musiała przyznać, że ten ktoś doskonale ją rozpracował. Od początku 
budował  napięcie,  które  niemal  ją  zniszczyło.  Gdyby  nie  Lee,  chyba  nie  przetrwałaby  tych  kilku  ciężkich 
dni. 

Była  siódma  rano,  kiedy  energicznie  poderwała  się  z  łóżka  i,  ubrawszy  się,  zbiegła  na  dół.  Wcześniej 

ustalili, że Marie zajmie się chłopcami jeszcze przez kilka godzin, a o jedenastej zawiezie ich do domu Bryn. 

Marie przygotowała śniadanie, ale Bryn nie była w stanie przełknąć ani kęsa. Niecierpliwie czekała na 

Lee,  a  kiedy  wreszcie  wszedł  do  kuchni,  nawet  nie  pozwoliła  mu  wypić  spokojnie  kawy.  Niemal  od  razu 
wyszli i pojechali prosto do niej. Po drodze prawie ze sobą nie rozmawiali - zżerały ich nerwy, więc woleli 
nie ryzykować awantury. 

Gdy dotarli na miejsce, Bryn w pierwszym odruchu chciała biec prosto do mieszkania. Na szczęście w 

porę  przypomniała  sobie,  że  w  środku  są  Barbara  i  Andrew.  Postanowiła  uszanować  ich  prywatność  i  za-
miast od razu wejść, zaczęła nerwowo dzwonić do drzwi. 

- Bryn, opanuj się! - Lee położył dłoń na jej ramieniu. - Ten drań powiedział, że zadzwoni o dziewiątej, a 

jest dopiero ósma. Mamy jeszcze dużo czasu. 

- Nie mogę się nie denerwować. Nie masz pojęcia, co czuję! - odparowała. 
- Wyobraź sobie, że mam. I nadal uważam, że źle zrobiliśmy, nie zawiadamiając policji. 
- Nieprawda! Ci barbarzyńcy mogli zrobić krzywdę Adamowi! 
- A ty mogłaś go odzyskać już cztery dni temu! 
- Wiem, że nic mu się nie stało! Wszystko będzie dobrze! Musi być dobrze! - zawołała histerycznie. 
W  tym  momencie  w  uchylonych  drzwiach  pojawiła  się  Barbara.  Widząc,  co  się  dzieje,  bez  słowa 

wpuściła  ich  do  środka.-  Zrobię  kawy  -  powiedziała,  zerkając  na  zegarek.  -  To  będzie  wyjątkowo  długa 
godzina. 

Nie myliła się. W miarę upływu czasu napięcie rosło, a nerwowość Bryn szybko udzieliła się wszystkim. 

Próbowali  nie  wchodzić  sobie  w  drogę,  bo  w  tak  ekstremalnych  warunkach  łatwo  mogły  komuś  puścić 
nerwy. 

Punktualnie o dziewiątej zadzwonił telefon. Bryn chwyciła słuchawkę, zanim rozległ się drugi dzwonek. 
- Brawo, panno Keller. Widzę, że nie lekceważysz moich słów. Masz dla mnie to, o co prosiłem? 
- Tak, tak! Mam wszystko. Filmy i stykówki. Niczego nie ruszałam. Kiedy oddasz mi Adama? - zapytała 

błagalnie. 

Odpowiedział jej ochrypły śmiech. 
- Daj mi Condora - rozkazał glos. 
- Nie! Umawialiśmy się, że załatwisz tę sprawę ze mną. Oddaj mi Adama! Proszę cię... 
- Daj mi Condora! - Szantażysta był nieugięty. 
- Oddaj nam dzieciaka!  -  Lee sam przejął od niej słuchawkę.  -  I to zaraz, bo jak nie, to przyjrzymy się 

uważnie twoim zdjęciom! 

-  Spokojnie,  Condor!  Dostaniecie  go.  Wszystko  w  swoim  czasie.  Jak  go  wypuszczę,  zadzwonisz  do 

automatu, który jest w holu i powiesz pannie Keller, żeby zostawiła zdjęcia i wyszła. I radzę, żeby nie kręcił 
się przy niej żaden tajniak! Żadnych sztuczek, Condor. Chyba jesteś na tyle inteligentny, że nie muszę tego 
dwa razy powtarzać. 

- Żadnych sztuczek - zgodził się Lee. - Ale nie chcę być w twojej skórze, jeśli coś nie wyjdzie...- Z mojej 

strony na pewno nie będzie wpadki. A teraz powiedz swojej pani, żeby się zbierała  - polecił szantażysta i 
natychmiast się rozłączył. 

- I co?! - zapytała Bryn. - Co ci powiedział? 

background image

 

64 

- Że masz już jechać do hotelu - odparł posępnie. 
-  Dzięki  Bogu!  -  zawołała  z  ulgą,  po  czym  zmierzyła  go  podejrzliwym  spojrzeniem.  -  Lee,  tylko  nie 

próbuj działać na własną rękę. Masz tu zostać. 

-  Wiem.  Nigdzie  się  stąd nie  ruszę  -  przyrzekł  niechętnie.  -  Andrew,  zadzwoń  do  biura  numerów  i  do-

wiedz się o numer automatu w holu hotelu - poprosił. - A ty, Bryn, jak dojedziesz do Mountain View, daj 
kluczyki  portierowi.  Niech  zaparkuje  twój samochód,  a  ty  idź  prosto  do  lobby  i  czekaj  na  telefon.  Potem 
zostaw zdjęcia i od razu wracaj. Niech portier przyprowadzi twój samochód. Mówię poważnie, Bryn. Nie 
kuś losu. Staraj się cały czas być wśród ludzi. Obiecujesz, że będziesz ostrożna? 

Z roztargnieniem pokiwała głową. 
- Jadę - szepnęła. 
Lee i Andrew wymienili nerwowe spojrzenia. 
- O niczym nie zapomniałaś? - zapytał Lee. 
- Chyba nie... 
- A zdjęcia? - powiedział cicho, podając jej kopertę. 
- Dziękuję... - Przełknęła nerwowo ślinę. 
- Bryn, ja nie żartuję. Musisz się opanować, albo ta historia skończy się jakimś nieszczęściem. Jak chcesz 

w takim stanie usiąść za kierownicą? 

-  Wezmę  się  w  garść  -  obiecała  skruszona.  Pocałował  ją  lekko  w  usta,  i  poczuła  się  pewniej.  Zupełnie 

jakby tym pocałunkiem przekazał jej część swojego zdecydowania i mocy. Pokrzepiona uwierzyła, że podoła 
zadaniu. 

-  Do  zobaczenia  -  powiedziała  i  pchnęła  drzwi.  Dojazd  do  celu  nie  zajął  wiele  czasu,  ale  dla  niej  te 

dwadzieścia minut to była wieczność. Zamiast zgodnie z obietnicą daną Lee trzymać nerwy na wodzy, coraz 
bardziej się nakręcała. W głowie kołatała jej jedna uparta myśl: co będzie, jeśli coś im nie wyjdzie? 

Doprowadziła się do takiego rozstroju nerwowego, że gdy zatrzymała się przed eleganckim wejściem do 

hotelu, była roztrzęsiona. Dzwoniły jej zęby i drżały kolana. Gdyby nie pomoc uprzejmego portiera, który z 
wprawą otworzył drzwi i pomógł jej wysiąść, chyba by upadla. Podziękowała mu nieskładnie i odeszła, nie 
czekając na bilet parkingowy. 

- Halo, proszę pani! A kwit? - zawołał za nią. 
- Przepraszam, zapomniałam -jęknęła. 
-  Nic  nie  szkodzi.  -  Uśmiechnął  się,  ale  wyraz  jego  poczciwych  oczu  powiedział  jej,  że  uważają  za 

stukniętą turystkę, która chodzi z głową w chmurach. 

Hotel  przeżywał  istny  najazd  gości.  W  obszernym  holu  kłębił  się  spory  tłum.  Lawirując  wśród  ludzi, 

Bryn  poszła  prosto  do  dużej  czerwonej  sofy  ustawionej  naprzeciw  ogromnego  panoramicznego  okna,  za 
którym  widać  było  bujną, starannie  utrzymaną  zieleń.  Obok  sofy  dostrzegła  stylową  budkę  telefoniczną  z 
nowoczesnym 

automatem. 
Siadając, spojrzała na wielki zegar wiszący nad recepcją. Za dziesięć dziesiąta. Musi uzbroić się w cierp-

liwość.  Ze  zdenerwowania  zaczęła  się  pocić,  więc  drżącymi  rękami  sięgnęła  do  torby  po  chusteczkę. 
Osuszyła czoło i dłonie, po czym znów zerknęła na zegar. Minęły dwie minuty. 

Dla zabicia czasu zaczęła obserwować ludzi. Biznesmeni ze swymi nieodłącznymi neseserami kręcili się 

pojedynczo lub w grupach. Nieco dalej trzy poważne matrony rozprawiały z przejęciem o wyczynach swoich 
mężów  na  polu  golfowym.  Obok  nich  stał  samotny  mężczyzna  w  prochowcu.  Przyjrzała  mu  się  uważnie, 
gdyż miał zdumiewająco sterczące czarne włosy i groteskowo podkręcone wąsy. 

W pewnej chwili usłyszała za sobą ciężkie kroki. Poczuła, jak z przerażenia jeżą jej się delikatne włoski 

karku.  Dyskretnie  obejrzała  się  za  siebie.  Tuż  za  sofą  przechadzał  się  w  tę  i  z  powrotem  wyjątkowo 
postawny mężczyzna, sporo wyższy od Lee. 

Nagle usłyszała ciche skrzypnięcie drzwi. Natychmiast spojrzała w stronę wykładanej drewnem kabiny, 

w  której  wisiał  telefon. Ku  jej  przerażeniu jedna  z  matron  rozsiadła  się  tam  wygodnie  i  zaczęła  dzwonić. 
Nie! Dobry Boże, tylko nie to! Do dziesiątej brakuje sześciu minut. A kobieta okupująca budkę nie miała 
zamiaru kończyć rozmowy. 

Bryn  poczuła,  że  ogarnia  ją  rozpacz.  Zacisnęła  palce  na  kopercie  ze  zdjęciami  i  wstała.  Podeszła  do 

kabiny  i  oparłszy  się  o  przeszklone  drzwi,  zaczęła  natarczywie  wpatrywać  się w  kobietę.  Ta  na  szczęście 
zorientowała się, o co chodzi, i szybko zakończyła rozmowę. 

- Jak można być tak niewychowanym - obruszyła się, wychodząc. - Przecież mogła pani skorzystać z in-

nego telefonu. 

Bryn miała tak zaciśnięte gardło, że w odpowiedzi wydala z siebie niezrozumiały pomruk, po czym za-

mknęła się w budce. Od razu spojrzała na zegar: za trzy dziesiąta. 

background image

 

65 

Do  budki  podszedł  wysoki  mężczyzna,  który  niedawno  tak  bardzo  ją  przestraszył.  Czy  to  jeden  z 

porywaczy?  A  może  biznesmen,  który  za  chwilę  poprosi,  by  wyszła,  skoro  nie  korzysta  z  telefonu. 
Uśmiechnęła się  do  niego  i  podniosła  słuchawkę.  Kiedy  odszedł,  odwróciła  się  plecami  do  drzwi  i  wolną 
ręką nacisnęła widełki. Udawaj, że rozmawiasz z... Lee, nakazała sobie. 

-  Możesz  mi  powiedzieć,  cię  ugryzło  dziś  rano?  I  co  to  za  idiotyczny  pomysł,  żeby  trzymać  swoje 

kompozycje  w  bieliźniarce  między  ręcznikami!  A  potem  skaczesz  mi  do  gardła,  że  przypadkowo 
przeczytałam jakiś tekst. Jesteś wspaniałym człowiekiem, ale jest w tobie jakaś mroczna strona, której się 
boję. Odchodzę od zmysłów ze strachu, że mnie zostawisz, że odejdziesz bez pożegnania... 

Zrobiła  pauzę  i  nerwowo  zerknęła  na  zegar.  Dwie  po  dziesiątej.  Boże,  gdzie  Adam?  Dziesięć  po 

dziesiątej. Wysoki mężczyzna znów szedł w stronę budki. 

-  Lee,  ty  żałosny  sukinsynu!  Nie  miałeś  prawa  tak  się  na  mnie  wściec.  Zwykłe  „przepraszam”  nie 

załatwia  sprawy.  Chcę  poznać  twoją  przeszłość.  Chcę  dowiedzieć  się,  jakie  lody  lubisz.  I  patrzeć,  jak  się 
golisz.  Wysłuchiwać  narzekań,  że  znowu  ogoliłam  sobie  nogi  twoją  najlepszą  maszynką.  Chcę  wiedzieć, 
jakie filmy ci się podobają. I przede wszystkim chcę zrozumieć, dlaczego czasami jesteś najcudowniejszym 
facetem pod słońcem, a czasem zamykasz się w swojej skorupie i jesteś najeżony i nieprzystępny. Wtedy się 
ciebie boję, ale i tak nie jestem w stanie ci się oprzeć. Najbardziej na świecie pragnę, żeby Adam już z tobą 
był... Chcę go wreszcie przytulić. Chcę... 

Telefon wreszcie zadzwonił. Bryn spostrzegła kątem oka, że biznesmen patrzy na nią jak na wariatkę. Od 

dobrych dziesięciu minut gada do słuchawki, a tu nagle rozlega się dzwonek... A niech sobie myśli, co chce. 

- Halo! - krzyknęła nienaturalnie wysokim głosem. Tym razem naprawdę odezwał się Lee. 
- Adam jest już w domu. Zostaw zdjęcia. Tylko spokojnie. Wracaj na sofę i zostaw tam kopertę, a potem 

natychmiast wyjdź z hotelu. Słyszysz, co mówię? Nie rozglądaj się na boki, nie odwracaj się. Idź prosto do 
wyjścia. 

- Adam naprawdę z tobą jest? Chcę z nim porozmawiać! 
-  Bryn!  Zostaw  zdjęcia  i  wracaj  prosto  do  domu!  Jak  we  śnie  wyszła  z  budki  i  dyskretnie  położyła  na 

sofie kopertę. Potem skierowała się w stronę obrotowych drzwi. Wręczyła portierowi kwit parkingowy i o 
wiele  za  wysoki  napiwek.  Po  chwili  siedziała  w  swoim  vanie,  zaciskając  na  kierownicy  spocone  dłonie. 
Odjeżdżając, odruchowo spojrzała w lusterko wsteczne. Przed wejściem stał mężczyzna, którego widziała w 
holu.  Ten  w  prochowcu,  z  dziwnie  sterczącymi  włosami  i  idiotycznym  wąsikiem.  Zaczęła  dygotać,  ale 
opanowała się na tyle, by móc prowadzić samochód. 

Do domu! Jak najszybciej do domu. Za chwilę wreszcie zobaczy Adama! Szybciej! No, szybciej! 
Jak  na  niedzielne  przedpołudnie  na  autostradzie  panował  duży  ruch.  Bryn  przymierzała  się  do  zmiany 

pasa,  więc  spojrzała  w  lusterko.  Tuż  za  nią  jechał  ciemny  sedan.  Włączyła  kierunkowskaz  i  sedan  został 
nieco w tyle. Zjechała na prawo, ale nie wyłączyła kierunkowskazu, gdyż zbliżała się do zjazdu z autostrady. 

Adam.  Zaraz  go  zobaczę,  cieszyła  się,  przypominając  sobie  pucołowatą  buzię  i  wielkie  zielone  oczy 

bratanka. Uściska go i wycałuje, a on pewnie będzie wierzgał i uciekał. 

Przyhamowała  i  wjechała  w  schodzący  łagodnym  łukiem  zjazd.  Nagle  poczuła  szarpnięcie,  usłyszała 

dźwięk tłukącego się szkła i zgrzyt trących o siebie blach. W ostatnim przebłysku świadomości zorientowała 
się, że w jej vana uderzył inny samochód i zepchnął ją z jezdni. Uderzyła głową o kierownicę. Van zaczął 
obracać się wokół własnej osi. A może to jej zakręciło się w głowie? Nie dowiedziała się, jak było naprawdę. 
Świat wokół niej utonął w gęstym mroku. 

Powrót  Adama  wywołał  istny  szal  radości.  Niewiele  brakowało,  a  przestraszony  chłopczyk  zostałby 

uduszony  przez  swoich  stęsknionych  braci,  wzruszoną  Barbarę  i  zdenerwowanego  Lee,  który  starał  się 
zapanować nad chaosem. Zapłakany Adam zapytał o Bryn. 

- Ciocia zaraz tu będzie - uspokajał go Lee, jednocześnie uciszając starszych chłopców, którzy koniecznie 

chcieli się dowiedzieć, o co chodzi w całym zamieszaniu. 

- Powiedz mi, czy wiesz, gdzie byłeś? - zapytał Adama. 
- W domu. 
- A co był za dom? 
- No, dom. Taki normalny. 
- A kto się tobą zajmował? - pytał dalej. Adam chwilę się zastanawiał. 
- Mary. Była dla mnie dobra, ale ciągle kłóciła się z takim panem. 
- Z jakim panem? 
- Tym, który nosił czarną maskę. 
- Rozumiem. Potrafisz powiedzieć, jak wygląda Mary? 
- To taka dziewczyna. 
- Dziewczyna? Młoda czy trochę starsza? Z jasnymi czy ciemnymi włosami? Chuda czy gruba? 

background image

 

66 

-  Chudziutka.  -  Adam  głośno  pociągnął  nosem.  -  I  ma  czarne  włosy.  Nie  pytaj  mnie  więcej.  Chcę  do 

Bryn. 

Lee westchnął. Chyba nikt bardziej niż on nie pragnął, aby Bryn już tu była. Przysiągł sobie, że ledwie 

przekroczy próg, zmusi ją, by zawiadomiła policję. 

- Masz ochotę na lody? - zapytał Adama, głaszcząc go po głowie. 
-  Mamy  czekoladowe,  mówię  ci,  pycha!  -  zachęcał  Brian.-  Chodźcie,  chłopcy!  -  zawołała  Barbara  i 

spojrzała na Lee, wskazując ruchem głowy ścienny zegar. 

Bryn powinna już tu być. Lee zerknął na swój zegarek. Od ich rozmowy minęło ponad trzydzieści minut. 

Zaniepokojony wyjrzał przed dom. Ani śladu vana. 

Gdzie ona jest, do cholery? Drgnął, słysząc donośny dzwonek telefonu. Zdenerwowany, biegiem wrócił 

do kuchni. 

- Słucham? - zawołał, ściskając mocno słuchawkę. 
-  Twoja  dziewczyna  miała  mały  wypadek.  Tylko  nie  wpadaj  w  panikę,  Condor.  Nic  wielkiego  się  nie 

stało.  Pomyślałem  sobie,  że  przyjdzie  ci  do  głowy  zawiadomić  policję.  Nie  radzę.  Ani  ona  nie  upilnuje 
dzieciaków, ani ty nie upilnujesz jej. Słyszysz, co do ciebie mówię? 

Wypadek... wypadek... O czym ten sukinsyn gada? 
-  Zapamiętaj  sobie,  śmieciu!  Jeśli  coś  jej  się  stało,  już  nie  żyjesz.  Możesz  zacząć  kopać  sobie  grób  - 

prawie krzyczał. 

- Nie będę z tobą dłużej gadał, czerwonoskóry dzikusie. Znaj łaskę pana: odblokuję ci linię, bo pewnie 

zaraz będziesz miał ważny telefon. 

- Lee, co się stało? - zapytała Barbara szeptem. 
- Ten cholerny żartowniś bredził o jakimś wypadku... 
- O wypadku?! Chryste! 
-  Nie  krzycz!  Przestraszysz  chłopców!  Pojadę  do  hotelu  i  spróbuję  się  czegoś  dowiedzieć.  Odezwę  się, 

jak tylko... 

Urwał w pól zdania, bo znów zadzwonił telefon. Chwycił słuchawkę z taką siłą, że niewiele brakowało, a 

oderwałby aparat od ściany. 

- Słucham? 
- Pan Lee Condor? 
- Przy telefonie. 
- Mówi sierżant McCloskey z wydziału ruchu drogowego. Jestem zmuszony poinformować pana, że na 

autostradzie miał miejsce wypadek... 

Kiedy  otworzyła  oczy,  świat  wciąż  miał  rozmyte  kontury.  Mrugnęła  kilka  razy,  próbując  odzyskać 

ostrość widzenia. 

Najpierw  wyczuła  ruch.  Ktoś ją  niósł.  Spojrzała  na  ramię,  które  podtrzymywało  jej  plecy,  i  dostrzegła 

beżowy rękaw. Prochowiec! Serce zamarło jej z przerażenia. 

To on! Mężczyzna z nastroszonymi wąsami, którego widziała w hotelu... 
Zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna chyba nie spodziewał się takiej reakcji. 
- Uspokój się - powiedział przestraszony. - To ja, Andrew. Musiałem wyciągnąć cię z samochodu, bo z 

baku leje się benzyna. Nie krzycz! Nie poznajesz mnie? Mam na głowie perukę. Szarpnij mnie za włosy, to 
zaraz spadnie. 

Bez namysłu pociągnęła za czarny kosmyk, a potem po jej twarzy zaczął błąkać się uśmiech. A więc Lee 

tak to sobie wymyślił... Pociągnęła za wąsy, które nie bardzo chciały się odkleić. 

- Au! To boli! - wrzasnął Andrew. 
Roześmiała  się,  ale  własny  śmiech  słyszała  jakby  z  oddalenia.  Podobnie  jak  odgłos  samochodów 

jadących na sygnale. Kolory nagle zblakły, kontury zaczęły się rozmywać, a powieki stały się tak ciężkie, że 
same jej opadły. 

Jestem w szpitalu, stwierdziła, ocknąwszy się po raz drugi. Adam! Najważniejsze, że go odzyskali. Bryn 

odetchnęła z ulgą. Najmniejszy ruch głową, nawet patrzenie, sprawiały jej ból, mimo to zaczęła rozglądać się 
po  sterylnie  czystej  szpitalnej  sali.  Nagle  ze  zdziwieniem  spostrzegła  obok  swojego  łóżka  młodą  ładną 
blondynkę pochyloną nad kolorowym pismem. 

Zmarszczyła brwi. Nieznajoma na pewno nie jest pielęgniarką; zamiast fartucha miała na sobie różowy 

sweterek i kolorową spódnicę. Musiała ściągnąć ją wzrokiem, gdyż blondynka uniosła głowę i uśmiechnęła 
się przyjaźnie. 

- Odzyskała pani przytomność! Doskonale! - ucieszyła się, wstając. - Już biegnę po doktora. 
-  Proszę  zaczekać!  -  Bryn  poczuła  w  głowie  bolesne  pulsowanie.  -  Kim  pani  jest?  -  zapytała,  zniżając 

głos. 

background image

 

67 

- Przepraszam, powinnam była się przedstawić. Nazywam się Gayle Spencer. 
- Gayle Spencer? - To nazwisko nic jej nie mówiło. 
- Lee prosił, żebym przy pani posiedziała - wyjaśniła nieznajoma. 
Doskonale, stwierdziła z irytacją. Głowa mi pęka, wyglądam jak siódme nieszczęście, a ten mi przysyła 

do towarzystwa atrakcyjną blondynkę. 

- Jestem siostrą Lee - wyjaśniła kobieta. Bryn ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Za to Gayle musiała 

być  przyzwyczajona  do  takich  reakcji.-  Nie,  żadne  z  nas  nie  było  adoptowane  -  oznajmiła  wesoło.  - 
Wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Lee jest bardzo podobny do ojca, a ja do matki. 

Bryn próbowała się roześmiać, ale pulsujący ból pod czaszką sprawił, że szybko spoważniała. 
- Gdzie jest Lee? 
- Czaruje pielęgniarki, ale w jak najlepszej wierze - zaznaczyła Gayle. - Nie chcą wpuścić na oddział pani 

małego bratanka, a Lee uparł się, że musi go pani zobaczyć. 

- Adam! - zawołała, zapominając o bolącej głowie. 
- Chcę, żeby do mnie przyszedł! 
- Przyjdzie na pewno! - uspokoiła ją Gayle. - Lee zawsze umie postawić na swoim. Jednak pobiegnę po 

doktora... 

Bryn z ulgą przymknęła oczy.  Zaczęła przypominać sobie, co się stało. Zjeżdżała z autostrady i wtedy 

wjechał w nią inny samochód. To chyba był ciemny sedan... 

Tok jej myśli przerwało wejście doktora. 
- Witam panią. Jak samopoczucie? - zapytał, mierząc jej puls. - Jestem doktor Kelten, i jeśli pani pozwoli, 

chciałbym  spojrzeć  pani  głęboko  w  oczy.  -  Uśmiechnął  się,  wyjmując  z  kieszeni  cienką  latarenkę.  -  Nie 
wygląda  to  najgorzej  -  stwierdził  po  chwili.  -  Miała  pani  mnóstwo  szczęścia.  Doznała  pani  lekkiego 
wstrząśnienia mózgu, więc zatrzymam panią na obserwacji. Mam nadzieję, że jutro będziemy mogli puścić 
panią do domu. 

- Czy nie mogłabym wrócić do domu już dziś...? 
-  Raczej  nie  -  odparł.  -  To  się  po  prostu  nie  mieści  w  głowie  -  syknął  zirytowany,  przeglądając 

dokumentację.  - Jak można spowodować wypadek i nawet się nie zatrzymać?!  Miała pani pecha trafić na 
pirata  drogowego.  Policja  chce  panią  przesłuchać,  ale  na  razie  ich  przepędziłem.  Proszę  leżeć  spokojnie  i 
odpoczywać. 

- Dziękuję, doktorze. Mam do pana prośbę.  - Spojrzała na niego błagalnie. - Personel nie chce do mnie 

wpuścić moich bratanków. Chłopcy stracili rodziców. Naprawdę bardzo mi zależy, żeby mogli tu przyjść i 
zobaczyć, że nie stało mi się nic złego. 

Doktor Kelten zatrzymał się w drzwiach. 
-  Zaraz  pani  ich  zobaczy  -  oznajmił.  -  Pan  Condor  ma  niezwykłą  silę  sugestii.  Wszystkie  siostry  z 

oddziału dosłownie jedzą mu z ręki. Proszę jednak, żeby wizyta nie trwała za długo. Zgadzam się tylko na 
kilka minut. No, chyba że nie chce pani wyjść jutro do domu... 

- Tylko parę minut, doktorze. Obiecuję! Lekarz wyszedł, zamykając za sobą drzwi, a po chwili rozległo 

się  ciche  pukanie.  Do  sali wszedł  Lee.  Uśmiechnął  się  do  niej,  nim  jednak  zdążył  coś  powiedzieć,  Adam 
wcisnął się do środka. Jej słodki cherubinek z jasnymi lokami! 

- Ciocia Blyn! 
Usiadł na łóżku, więc mogła chwycić go w ramiona. 
- Cześć, skarbie! Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłam! Kocham cię, moje małe słoneczko! Bardzo ko-

cham... 

- Ciociu, ale ty wyzdrowiejesz? Obiecujesz? 
- Obiecuję! Nie martw się, nic mi się nie stało. Twoja ciocia jest taką straszną gapą, że pozwoliła, żeby 

inny  samochód  jechał  za  blisko.  Nie  chciała  się  rozpłakać,  ale  nie  mogła  opanować  wzruszenia.  Tuliła 
Adama i całowała jego jasną główkę, dziękując Bogu, że wysłuchał jej próśb. Po chwili spojrzała na Lee, 
który w milczeniu przyglądał się ich powitaniu. 

- Dziękuję ci... - szepnęła. 
A mogła szepnąć: kocham cię. Bo to była prawda. Która właśnie teraz spłynęła na nią jak objawienie. 
 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- To nie był wypadek, prawda? 
Lee  nie  odpowiedział.  Stał  przy  oknie,  za  którym  widać  było  dachy  i  linie  wysokiego  napięcia,  i 

wpatrywał się w przestrzeń. Zapadał zmrok, a on nie wychodził. Bryn podejrzewała, że postanowił zostać z 
nią przez całą noc. 

- Lee? 

background image

 

68 

Podszedł  do  niej  i  usiadł  na  brzegu  łóżka.  Wziął  ją  za  rękę  i  z  roztargnieniem  wodził  palcami  po 

błękitnych liniach żył. Dopiero po chwili spojrzał jej w oczy. 

-  Zanim  zadzwonili  z  drogówki,  odezwał  się  nasz  tajemniczy  nieznajomy.  Twój  wypadek  to  było 

ostrzeżenie, żebyśmy nie zawiadamiali policji. 

Bryn roześmiała się cierpko. 
- Przecież po tym, jak we mnie wjechał, policja sama się nim zainteresuje! 
Lee wzruszył ramionami.  Bryn była zaskoczona, gdyż sprawiał wrażenie, jakby sam nie wiedział, co o 

tym myśleć. On, który zawsze umiał dopiąć swego! 

- Miałem zamiar cię namawiać, żebyśmy zawiadomili policję, ale teraz nie wiem, czy to dobry pomysł... 
- Sugerujesz, że powinniśmy zapomnieć o całej sprawie? - zapytała z niedowierzaniem. 
-  Oczywiście,  że  nie!  Czy  ty  rozumiesz,  że  jeśli  ten  bandyta  nie  zostanie  złapany,  będziesz  żyła  w 

ciągłym strachu? 

- Wiem. I tym bardziej nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zawiadomić policji! 
- Chcę, ale jeszcze nie teraz - przyznał. -Na razie nic nie wiemy o naszym przeciwniku. Nie sądzę, żeby 

policja była o wiele mądrzejsza. Najpierw sami musimy się dowiedzieć, co jest na tych zdjęciach. 

- Zacznę je powiększać, jak tylko mnie stąd wypuszczą - powiedziała zamyślona. 
- Chyba wiem, który film powinien pójść na pierwszy ogień. 
- Ten z hotelem Sweet Dreams w tle? 
- Właśnie! 
- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Hammarfield jest zdolny do czegoś takiego... 
- W życiu zdarzają się rzeczy, które nie mieszczą nam się w głowie  - przerwał jej z ciężkim westchnie-

niem.  -  O  wielu  brudnych  sprawach  wolelibyśmy  w  ogóle  nie  wiedzieć.  Nie  mówię,  że  to  na  pewno 
Hammarfield, bo nie mam dowodów, ale i tak uważam, że to główny podejrzany. 

Bryn najchętniej zmieniłaby temat, więc uśmiechnęła się ciepło i powiedziała: 
- Nigdy nie wspominałeś, że masz siostrę. 
- Nawet dwie. Sally, najstarsza z nas, skończyła prawo i wróciła w rodzinne strony, do Black Hills. Teraz 

łączy pracę w sądzie z wychowywaniem gromady dzieci. 

- Duża ta gromada? 
- Pięć sztuk. 
- Sporo. - Bryn zawahała się. Chciała zapytać o ładną blondynkę, gdyż jej nagła obecność wydała jej się 

dziwnie podejrzana. - Gayle mieszka w Tahoe? 

- Nie. - W głosie Lee nie było zwykłej swobody. Bryn od razu domyśliła się, że przeczucie jej nie myli. 

Siostra Lee nie zjawiła się tu bez powodu. 

- Gayle mieszka w Nowym Jorku. - Lee zagryzł usta, po czym wziął ją za rękę i spojrzał jej w oczy. - Za-

dzwoniłem do niej w zeszłym tygodniu, zaraz po tym, jak się do mnie włamałaś. Poprosiłem, żeby razem z 
mężem przyjechała najpierw do Tahoe, a potem wybrała się do naszego dziadka. 

- Nic z tego nie rozumiem... 
- Chciałbym, żebyś spokojnie posłuchała, co chcę ci powiedzieć. Gayle i Phil przyjechali tu po to, żebyś 

mogła ich lepiej poznać. Pomyślałem, że byłoby dobrze, gdyby na jakiś czas zabrali chłopców w góry, do 
mojego dziadka. 

- Ty chyba postradałeś zmysły!- Ciszej! Długo musiałem prosić, żeby pozwolili mi tu z tobą zostać. Jak 

będziesz tak wrzeszczeć, zaraz ktoś tu przyjdzie i każe mi iść do wszystkich diabłów. 

- Lee, przecież wiesz, że nie mogę odesłać chłopców - powiedziała, zniżając glos. - Ledwie zdążyli się do 

mnie przyzwyczaić. Adam na pewno nie będzie chciał jechać. Będzie się bał, że ktoś znowu chce go porwać! 

- Wiem. Musisz go przekonać, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. 
- Wykluczone! Nigdzie go nie puszczę! 
- Bryn, uwierz mi, wiele o tym myślałem. Chłopcy nigdzie nie będą tak bezpieczni jak u mojego dziadka. 

W  górach  wszyscy  się  znają.  Nikt  obcy  nie  wśliźnie  się  na  naszą  ziemię.  Poza  tym  chłopcy  spędzą  tam 
niezapomniane wakacje. 

- No wiesz! - obruszyła się. 
-  Mówię  poważnie.  Wspaniale  wywiązujesz  się  ze  swoich  obowiązków,  ale  cóż,  jesteś  dziewczyną  - 

zauważył  żartobliwie.  -  A  z  moim  dziadkiem  będą  mogli  łowić  ryby,  jeździć  konno,  pływać  w  jeziorze  - 
wyliczał z entuzjazmem. - A my w tym czasie w spokoju przejrzymy zdjęcia, nie martwiąc się, że spotka ich 
coś złego. Obiecuję ci, że jak tylko skończymy teledysk, pojedziemy do nich. I to bez względu na to, czy 
znajdziemy coś na zdjęciach, czy nie. 

Słuchała go w milczeniu, coraz bardziej przerażona i podniecona. Konsekwentnie mówił: my, nas. Jakby 

byli jednym. Jakby chciał, żeby z nim została. 

background image

 

69 

-  Bryn...  -  Wziął  ją  za  brodę  i  zmusił,  by  na  niego  spojrzała.  -  Naprawdę  nie  proszę,  żebyś  odesłała 

chłopców,  bo  mi  przeszkadzają.  Wiesz,  że  lubię  dzieci.  Nawet  te,  które  w  restauracji  rzucają  jedzeniem! 
Chodzi mi wyłącznie o ich bezpieczeństwo. 

- Wierzę ci - powiedziała po chwili. Pocałował ją w czoło. 
- Cieszę się. Nie musisz decydować się teraz. Najpierw powinnaś spędzić trochę czasu z Gayle. 
Bez przekonania skinęła głową, wiedząc, że rozstanie z chłopcami będzie wyjątkowo bolesne. Jednak w 

głębi serca czuła, że Lee ma rację. Gdyby chłopcy wrócili z nią teraz do domu, bałaby się wystawić nogę za 
próg, a przecież nie mogła zrezygnować z pracy, więc musiałaby ich wozić do przedszkola i szkoły. 

Spojrzała na Lee. Kusiło ją, by zacząć poważną rozmowę. Zapytać o jego przeszłość, o to, co stało się z 

jego żoną. Poprosić, żeby wytłumaczył, dlaczego tak bardzo się zdenerwował, gdy przypadkiem przeczytała 
jego piosenkę. 

Czyżby ta piękna, nastrojowa ballada miała coś wspólnego z jego zmarłą żoną? Ciekawe, że nigdy o niej 

nie wspominał... W ogóle nie poruszał tematu swego małżeństwa. 

Przymknęła oczy. Pomyślała, że o wiele ważniejsze od tego, co było, jest to, co będzie. Co dotyczy ich 

wspólnej  przyszłości.  O  ile  istnieje  dla  nich  jakaś  przyszłość.  Powinna  liczyć  się  z  tym,  że  ich  związek 
prędzej  czy  później  się  skończy.  Wprawdzie  Lee  powiedział,  że  ją  kocha,  ale  czasem  sama  miłość  to  za 
mało. W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, jednak nie odważyła się ich zadać. Lee sięgnął po pilota i 
zaczął przerzucać kanały, aż trafił na jakiś stary horror i zaczął go oglądać. Spędzili miły, spokojny wieczór 
przed telewizorem. Bryn poczuła się w końcu senna, lecz chciała mu jeszcze coś powiedzieć. 

- Lee? 
-Tak? 
- Nie wiem, jak mam wam dziękować... Tobie i chłopcom z zespołu. Zwłaszcza Andrew... 
- Śpij, Bryn. 
Doktor  Kelten  dotrzymał  słowa i  następnego  dnia  wypisał ją  do  domu.  Zanim  wyszła,  musiała jeszcze 

porozmawiać z młodym policjantem, który przyjechał specjalnie po to, by ją przesłuchać. Odpowiadając na 
jego  pytania,  zastanawiała  się  nerwowo,  czy  w  świetle  prawa  „przemilczenie”  pewnych  faktów  jest 
traktowane  równie  surowo  jak  składanie  fałszywych  zeznań.  Właściwie  mówiła  prawdę:  rzeczywiście  nie 
widziała samochodu, który w nią uderzył, i nie miała pojęcia, kim był pirat siedzący za kierownicą... 

Na szczęście przesłuchanie nie trwało długo i wreszcie ona i Lee mogli opuścić szpital. Pojechali do jego 

domu, gdzie czekali na nich chłopcy, koledzy Lee z zespołu, jego siostra z mężem i Barbara. 

Ledwie podjechali pod drzwi, z domu wypadli jej bratankowie i wszyscy na raz zawiśli jej na szyi. 
- Hej, małe dzikusy! Pozwólcie cioci wejść do środka! - mitygował ich Lee. - Tam wskoczycie jej choćby 

na głowę. 

Kiedy chłopcy już się nią nacieszyli, mogła spokojnie przywitać się z dorosłymi. Poznała męża Gayle, 

wysokiego, dobrodusznego rudzielca, jednak nie miała czasu na dłuższą rozmowę, gdyż chłopcy zażyczyli 
sobie, by poszła z nimi do studia i posłuchała, jak grają. W rezultacie poszli tam wszyscy i zaimprowizowali 
sesję muzyczną, w czasie której każdy grał, na czym chciał i potrafił. 

Po kolacji przyszedł czas, by powiedzieć chłopcom, iż jutro wyjeżdżają. Bryn nie wiedziała, jak się do 

tego zabrać. Poszła z nimi na górę, by ich położyć spać. Byli już w piżamach, kiedy uznała, że nadeszła pora. 

-  Posłuchajcie,  mam  dla  was  propozycję  -  zaczęła  ze sztucznym  entuzjazmem.  -  Chcielibyście  pobawić 

się w prawdziwych Indian? 

Chłopcy  mieli  ostatnio  aż  nazbyt  wiele  atrakcji.  Trzy  pary  oczu  spojrzały  na  nią  podejrzliwie.  Bryn 

uśmiechnęła się, ale sama czuła, że nie wypadło to naturalnie. 

- Gayle i jej mąż jadą jutro w góry odwiedzić dziadka Lee. To prawdziwy Indianin - podkreśliła. 
- To Lee nie jest prawdziwy? - zapytał Keith. Niewłaściwy dobór słów. Błąd, przyznała ze skruchą. 
- Oczywiście, że jest. Chciałam tylko powiedzieć, że jego dziadek mieszka w górach i żyje tak, jak żyli 

jego  przodkowie  setki  lat  temu.  -  Chłopcy  słuchali  bez  zainteresowania.  -  Mieszka  w  wigwamie. 
Prawdziwym. 

Adamowi zaczęły drżeć usta. Po jego pulchnych policzkach popłynęły łzy. Jednak to Brian powiedział 

głośno to, czego obawiał się jego młodszy brat. 

- Chcesz się nas pozbyć, tak? 
- Ależ skąd! - zawołała. - Pomyślałam, że będziecie mieli ochotę na krótkie wakacje. Adam! A ty dokąd! 
Malec zacisnął rączki w pięść i minąwszy ją, pobiegł do holu. Bryn chciała biec z nim, ale w drzwiach 

stanął Lee z wierzgającym chłopcem w ramionach. 

- O co chodzi? - zapytał, przekrzykując Adama. 
- O to, że chcecie nas gdzieś wywieźć! - powiedział Brian oskarżycielsko. 
Bryn  spojrzała  wymownie  na  Lee.  „Zobaczysz,  chłopcy  na  pewno  będę  zachwyceni”,  zapewniał  ją. 

background image

 

70 

Optymista! 

- Chce pan się ożenić z naszą ciocią, tak? A my panu przeszkadzamy, więc trzeba się nas pozbyć! - rzucił 

Brian. 

- Co takiego?! - zdumiał się Lee. A potem postawił Adama na ziemi i zaczął się śmiać. - Chodź ze mną, 

Brian - rzekł, wyciągając do niego rękę. - Musimy porozmawiać. 

Bryn miała ochotę zapaść się pod ziemię. Bezradnie patrzyła, jak Brian spogląda nieufnie na wyciągniętą 

dłoń Lee. Jednak po długim wahaniu pozwolił wziąć się za rękę. 

-  Jesteś  już  duży,  więc  na  pewno  zorientowałeś  się,  że  ostatnio  wydarzyło  się  kilka  dziwnych  rzeczy  - 

zaczął Lee ostrożnie. 

- Tak, proszę pana. 
- Przysięgam, że chodzi mi tylko o to, żebyście byli bezpieczni. Rozumiesz, o czym mówię? 
Brian wpatrywał się w swoje stopy. Naraz podszedł do nich Keith i stanął obok brata. 
- Ja rozumiem - oznajmił z powagą, biorąc Lee za drugą rękę. 
- Jak długo będziemy musieli tam zostać? - Brian wciąż się dąsał.- Niedługo! - zapewnił go Lee. - Góra 

dwa tygodnie. 

- A pana dziadek naprawdę mieszka w wigwamie? 
-  Naprawdę!  I  pokaże  wam  mnóstwo  fajnych  rzeczy.  A  jak  go  ładnie  poprosicie,  uszyje  dla  was 

prawdziwe irchowe kurtki. 

- Super! - zawołał Keith. 
Bryn już miała odetchnąć z ulgą, gdy Adam znów zaczął płakać. 
- Skarbie, proszę cię... - powiedziała łagodnie, biorąc go na ręce. - Dwa tygodnie miną bardzo szybko i 

zanim się obejrzysz, znów będziemy razem. I już nigdy się nie rozstaniemy. Daję ci słowo. 

Nie zrobię tego, pomyślała zgnębiona. Nie wyślę go samego z obcymi ludźmi. Z drugiej strony, czy ma 

wyjście? Ryzyko jest ogromne. Przecież raz już ktoś go zabrał. 

- Chodź, kochanie. Położymy cię do łóżeczka. - Ułożyła się obok niego i długo szeptała mu do ucha, że 

bardzo go kocha i już nigdy go nie zostawi. 

- Obiecujes? - chlipnął. Zawsze, gdy był wzburzony, zaczynał seplenić. 
- Obiecuję! 
- Obiecujes? - powtórzył, patrząc na Lee. 
-  Tak  -  odrzekł,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  Kiedy  starsi  chłopcy  położyli  się  do  łóżek,  Lee  wstał  i 

zamierzał wyjść z pokoju. Zatrzymał się jednak w progu i spojrzał na Bryn, która leżała obok Adama. 

-  Zostanę tu jeszcze chwilę  - powiedziała. Oboje jednak wiedzieli, że nie ruszy się stąd przez całą noc. 

Zrozum mnie, błagała go w myślach. Nie mogę ich teraz zostawić. Nie miej do mnie żalu, że na tę jedną noc 
wybieram ich zamiast ciebie. Nie potrafiła odgadnąć, o czym myślał. Z jego ciemnych oczu nie dało się nic 
wyczytać. 

- Dobranoc - rzekł półgłosem i wyszedł, zgasiwszy przedtem światło. Bryn nie mogła nie zauważyć, że 

światło w łazience zostawił zapalone. Tak samo, jak ona robiła w domu. Przytuliła się do Adama, a wolną 
ręką  objęła  Keitha,  który  spal  z  nim  w  jednym  łóżku.  W  nocy  przyszedł  do  nich  Brian,  i  tak  spali  we 
czwórkę do rana. Było im ciasno, ale wszyscy bardzo potrzebowali tej bliskości. 

Bryn  nie  pojechała  z  chłopcami  na  lotnisko.  Lee  uznał,  że  będzie  lepiej,  jeśli  zostanie  w  domu.  Jego 

zespól posiadał prywatny samolot, którym mieli lecieć do Dakoty Południowej. Tuż przed wyjściem Gayle 
podeszła do niej i objęła ją serdecznie. 

- Przysięgam, że będę ich strzegła jak oka w głowie - obiecała. - Mam jednak do ciebie ogromną prośbę. 
- Prośbę? - zdziwiła się Bryn. 
- Bądź dobra dla mojego brata. Opiekuj się nim - poprosiła Gayle. - Jesteś pierwszą kobietą po Victorii, 

na  której  mu  zależy.  I  to  bardzo.  Przeżył  taką  straszną  tragedię!  Wiem,  że  niełatwo  z  nim  żyć,  ale 
przynajmniej spróbuj, dobrze? 

- Oczywiście - mruknęła, choć niewiele rozumiała. Nie zdążyła jednak o nic zapytać, gdyż Phil podszedł 

się pożegnać. Bardzo się bała, że Adam w ostatniej chwili się rozpłacze, ale Gayle i jej mąż mieli świetne 
podejście  do  dzieci  i  umieli  zająć  myśli  chłopca  czymś  innym.  Sprawnie  zapakowali  całą  trójkę  do 
wynajętego samochodu i odjechali, machając na pożegnanie. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał Lee, gdy zostali sami. 
- Znośnie. Co teraz, Sherlocku? - zapytała. Najchętniej zaniósłbym cię prosto do sypialni, pomyślał, ale 

dobrze  wiedział,  że  nie  pora  odgrywać  Clarka  Gable’a  w  słynnej  scenie  na  schodach  z  „Przeminęło  z 
wiatrem”. Bryn jeszcze nie doszła do siebie po rozstaniu z chłopcami i w każdej chwili mogła się rozpłakać. 

-  Najpierw  pojedziemy  na  plan,  bo  uważam,  że  powinniśmy  wreszcie  się  tam  pokazać.  Od  razu  za-

znaczam,  że  nie  ma  mowy,  żebyś  cokolwiek  robiła.  Będziesz  tylko  oglądała  próbę.  Potem  zjemy  lunch  i 

background image

 

71 

pojedziemy do ciebie. Co ty na to, mój Watsonie? 

- Będzie, jak pan sobie życzy, szefie. 
- Dlaczego wyczuwam w tym drwinę? 
- Jeśli mamy zabrać się do powiększania zdjęć, muszę kupić papier i odczynniki. Właściwie wszystko, bo 

przecież moje atelier zostało zdewastowane. Tylko jak  mam to zrobić, skoro ten drań może nas cały czas 
obserwować? Przecież nie mogę tak po prostu jechać do sklepu fotograficznego. 

- Słuszna uwaga, mój Watsonie - pochwalił ją Lee. - Przygotuj listę potrzebnych rzeczy i daj mi klucze do 

swojego  mieszkania.  Któryś  z  chłopaków  zrobi  zakupy  i  przywiezie  ci  je  zapakowane  w  torby  ze  sklepu 
spożywczego. 

- Drogi Sherlocku, chyba jesteś geniuszem! 
- Chyba? To nie na pewno? 
Spojrzała mu w oczy. 
- Tego jeszcze nie wiem - odparła. 
Tak jak ustalili, po próbie, która tego dnia skończyła się nieco wcześniej, zjedli lunch i pojechali do niej. 
- Może powinniśmy dać sobie z tym spokój? - powiedziała w pewnej chwili. 
- Naprawdę tak myślisz? 
Przypomniała sobie o wszystkich złych rzeczach, które ją spotkały. O porwaniu Adama, zniszczeniu cie-

mni, wypadku na autostradzie. Bała się, ale gdzieś w głębi serca czuła narastającą wściekłość. I chęć odwetu. 
Nieznany napastnik przyparł ją do muru, a w takiej sytuacji jedyną obroną może być tylko atak. 

- Nie. Musimy przejrzeć te zdjęcia - stwierdziła. 
- A wiesz, co mówi stare indiańskie przysłowie? 
- No? 
- Kiedy kuguar rusza nocą na żer, ofiara musi stać się myśliwym. 
- Mądrze powiedziane. 
- Mamy setki takich powiedzonek. Jak poznasz mojego ojca, na pewno je usłyszysz. 
W domu czekali już na nich Mick i Perry. Bryn niemal wybuchła śmiechem na widok papierowych toreb, 

z których wystawały bagietki i zielenina. Za to na dnie znajdowało się wszystko, czego potrzebowała. 

- Biorę się do roboty - oznajmiła. 
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał Lee. 
- Potrafisz wieszać mokre odbitki? 
- Pewnie! 
- No to się do czegoś przydasz. 
Siedzieli w ciemni do pierwszej w nocy. Do tego czasu zdołali powiększyć sto osiemdziesiąt zdjęć. 
-  Wciąż  są  za  małe,  żebyśmy  mogli  zobaczyć  wszystkie  szczegóły,  ale  przynajmniej  będziemy  mogli 

zrobić pierwszą selekcję - pocieszała się Bryn, gdy wychodzili z ciemni. 

Czuła się tak zmęczona, że położyła się na kanapie. 
- Wstawaj. - Lee pociągnął ją za rękę. - Nie będziemy tu nocowali. 
- Dlaczego? 
- Dlatego że dopiero co kazałem zainstalować u siebie supernowoczesny system antywłamaniowy. 
- Dobrze - mruknęła. - Jak zawsze masz rację... 
W samochodzie co chwila ziewała, aż wreszcie powieki jej opadły i usnęła z głową na ramieniu Lee. 
Ocknęła się, gdy wnosił ją na górę. 
- Czy już ci mówiłam, że uwielbiam czerwonoskórych tam-tamiarzy? - mruknęła sennie. 
- Nie, ale miło mi to słyszeć. 
Kiedy kładł ją do łóżka, prawie spała. Jednak nie było jej dane zaznać upragnionego odpoczynku. Lee 

wiedział, jak ją przekonać, że tak naprawdę wcale nie jest zmęczona... 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Bryn  balansowała  na  granicy  jawy  i  snu;  z  rozkosznego  letargu  wyrwał  ją  ostry  dzwonek  telefonu. 

Zamarła. Wprawdzie w ciągu minionego tygodnia nie wydarzyło się nic niepokojącego, jednak po niedaw-
nych przeżyciach wciąż truchlała, słysząc dzwonek telefonu. 

Zaszeleściła  pościel.  To  Lee  obrócił  się  na  bok,  by  sięgnąć  po  słuchawkę.  Tym  razem  lęk  Bryn  był 

bezpodstawny; dzwoniła Gayle, która chciała zdać relację z tego, co porabiają chłopcy. 

- Przyjedziemy pod koniec tygodnia - obiecał siostrze. - Jutro kręcimy ostatnie ujęcia i oddajemy materiał 

do zmontowania. Dobrze, już ją daję. - Z uśmiechem podał Bryn słuchawkę. - Twoje urwisy koniecznie chcą 
z tobą pogadać. 

Chłopcy nie dali jej dojść do słowa. Gadali jeden przez drugiego, wyrywając sobie słuchawkę. Wszyscy 

background image

 

72 

byli zachwyceni nowym miejscem. Brian z przejęciem opowiadał o nowym łuku. Keith bardzo przeżywał, że 
będą spali w wigwamie. 

- Jest uszyty z prawdziwej skóry. No wiesz, ciociu, takiej ze zwierzęcia, ale nie pamiętam, jakiego. 
Mały Adam też miał mnóstwo wrażeń, ale niewiele zrozumiała z jego dziecięcej paplaniny. 
- Czujesz się spokojniejsza? - zapytała ze śmiechem Gayle, kiedy wreszcie zdołała wyrwać chłopcom słu-

chawkę. 

- O wiele! - westchnęła Bryn. 
-  Czekamy  na  was.  Powiedz  Lee,  że  na  przyszły  weekend  przyjadą  rodzice.  Oboje  bardzo  chcą  cię po-

znać. 

- Świetnie - odparła mocno stremowana. 
- Muszę kończyć, bo te małe dzikusy za chwilę rozniosą dom. U was wszystko w porządku? Wiesz, o co 

pytam? 

- Tak. Odpukać, ale na razie mamy spokój. 
- Więc do zobaczenia - powiedziała Gayle. 
- Obejrzysz dziś odbitki, które wczoraj powiększyliśmy?  -  zapytał Lee, odłożywszy słuchawkę. Skinęła 

głową. 

-  Przyjrzę  im  się,  choć  zaczynam  wątpić,  czy  nasza  praca  ma  sens.  Po  każdym  powiększeniu  stają  się 

coraz  mniej  wyraźne.  Ziarno  jest  tak  duże,  że  bez  retuszu  niewiele  będzie  widać.  Być  może  nigdy  nie 
dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Na jednym ze zdjęć widać parę wychodzącą z hotelu, ale... 

- Odłóż je, dobrze? Potem razem je obejrzymy. Ten Hammarfield cały czas wydaje mi się podejrzany. 
- Czepiasz się go! 
- Sam nie wiem... Z drugiej strony, każdy polityk ma w sobie coś z oszusta. To specyfika tego zawodu. 

Tak czy owak, musimy szukać dalej. Ostatnio nic się nie dzieje, ale czuję, że to cisza przed burzą. 

Dalszą rozmowę przerwał im dzwonek do drzwi. 
- Chryste, już jedenasta! -jęknął Lee, łapiąc się za głowę. - To pewnie któryś z chłopaków. Umówiliśmy 

się, że zaczniemy dziś nagrywać kolędy. 

- W wersji rockowej? - zdziwiła się. 
- A czemu nie? Zawsze marzyłem, żeby nagrać płytę z kolędami. Mam ambicje stać się Bingiem Crosby 

rocka. 

- Powodzenia! - Bryn, która w tym czasie zdążyła się ubrać, posłała mu całusa i zbiegła na dół. 
Zanim  otworzyła  drzwi,  przezornie  zerknęła  przez  wizjer.  Rozbawił  ją  widok  nienaturalnie 

odkształconych twarzy chłopaków i Barbary. 

-  Widzicie,  mówiłam  wam,  że  wyciągniemy  ich  z  łóżka  -  triumfowała jej  przyjaciółka,  ledwie  uchyliła 

drzwi. 

- A cóż wy takiego zrobiliście dziś rano? - zapytała Bryn z ironią, wpuszczając ich do środka. 
- Nic zdrożnego ani niezgodnego z prawem. Niestety, ciekawego też nie - westchnął Andrew. - Graliśmy 

w  golfa.-  Co?  -  Bryn  spojrzała  pytająco  na  Barbarę.  Przecież  ona  nigdy  w  życiu  nie  miała  w  ręku  kija 
golfowego. 

-  Nie było tak źle!  -  mruknęła Barbara.  - Pomijając fakt, że piłeczka wpadła mi w taki piaszczysty dół, 

który oni nazywają bunkrem. No i wlepili mi za to punkt. 

- Takie są reguły gry - przypomniał jej Mick. 
-  Reguły  są  po  to,  żeby  je  łamać  -  odpaliła.  -  Powinniście  mi  pozwolić  podnieść  piłeczkę,  przenieść  w 

inne miejsce i dopiero potem ją wybić. 

- Przecież pozwoliliśmy! - zawołali zgodnym chórem. 
- Ale dostałam za to punkt! - dąsała się. 
- Ciekawe, na jaki wynik liczyłaś? - zapytał żartobliwie Andrew. 
-  Dostałam  sto  dwadzieścia  punktów.  Uważam,  że  jak  na  początkującego  gracza  to  całkiem  nieźle  - 

skwitowała.  -  Ale  też  nie  grałam  z  Mikiem  Winfeldem.  Wiesz,  Bryn,  a  oni  mieli  po  dziewięćdziesiąt 
punktów. 

- Jesteśmy muzykami, a nie golfistami! - obruszył się Andrew. 
- Gdzie Lee?- zapytał Perry. 
- Zaraz przyjdzie. Napijecie się kawy? 
- Pewnie! 
Bryn poszła do kuchni, a chwilę potem dołączyła do niej Barbara. 
- Zapomniałam ci powiedzieć, że w klubie spotkałam Winfelda. Pytał o ciebie. 
- Miło z jego strony. 
-  Ciekawe,  co  on  tu  jeszcze  robi?  Przecież  powinien  kosić  forsę  na  jakimś  turnieju.  Zresztą,  nie  moja 

background image

 

73 

sprawa. Muszę lecieć do pracy. Pa! - Barbara posłała jej całusa i wybiegła z kuchni. 

Bryn zaparzyła kawę i zaniosła do salonu. Okazało się jednak, że chłopcy są już w studiu. Poszła więc na 

górę i przez szklaną ścianę zajrzała do środka; siedzieli przy stole i rozmawiali. Nie słyszała ich, ale sądząc 
po  żywej  gestykulacji  domyśliła  się,  że  poruszyli  jakiś  gorący  temat.  Zawołała,  żeby  któryś  otworzył  jej 
drzwi, ale żaden się nie ruszył. 

- Kawa! 
- Wielkie dzięki! - Lee wstał i podszedł do niej. - Przerwij nam, jak będziesz czegoś potrzebowała - po-

wiedział, całując ją w czoło. 

- Nie martw się, mam co robić. Najpierw przejrzę odbitki, a potem zrobię sobie małą rozgrzewkę. 
Zaczęła od dokładnego obejrzenia odbitek. Najpierw przyjrzała się każdej z osobna, a potem ułożyła z 

nich  plik  i  przetasowała  niczym  animator  sekwencję  rysunków,  chcąc  osiągnąć  efekt  ruchu.  Mężczyzna  i 
kobieta wychodzą z hotelu. Potem on ją całuje, otwiera drzwi ciemnego sedana, pomaga jej wsiąść... 

I  co  z  tego  wynika?  Nic!  Zdjęcie  było  tak  niewyraźne,  że  nawet  nie  dało  się  rozpoznać  twarzy 

mężczyzny.  Zniechęcona  odłożyła  zdjęcia  i  wróciła  na  górę.  Przechodząc  obok  studia,  zauważyła,  że 
chłopcy na dobre się rozkręcili. Lee walił z całej siły w talerze. Uśmiechnęła się; jakie to dziwne widzieć go, 
ale w ogóle nie słyszeć, pomyślała. 

Przebrała się w strój do ćwiczeń i włączyła płytę z muzyką Bacha. Poruszając się w jej rytm, pozwoliła 

myślom swobodnie płynąć. Hammarfield... Jeśli to on jest porywaczem, trzeba go powstrzymać. Nie można 
dopuścić, żeby taki ktoś wystartował w wyborach do senatu. 

Bunkier. Co też mi przychodzi do głowy? - zirytowała się, bo przez tę niedorzeczną myśl pomyliła kroki. 

Bunkier? Dlaczego ja o tym myślę? 

Nagle  oblał  ją  zimny  pot.  Od  rozmowy  z  Barbarą  coś  nie  dawało  jej  spokoju.  Co  ona  takiego 

powiedziała? Coś o piłeczce. Ze powinni jej pozwolić wyjąć ją z piasku i nie dawać za to punktu. 

Golf, golf, golf... W tej grze wygrywa ten, kto ma najmniej punktów. 
Mike  Winfeld  wygrał  turniej.  A  ona  musiała  wy-pstrykać  dodatkowy  film,  bo  jakiś  samotny  gracz 

wałęsał się przy piaszczystym dole i ciągle właził jej w kadr. 

Samotny? Nie! Wcale nie był sam! Tuż za nim biegli ludzie, którzy obserwowali zmagania zawodników. 

Mężczyzna  był  sam  zaledwie  przez  kilka  sekund.  I  ona  utrwaliła  właśnie  te  sekundy  na  filmie.  Bezcenne 
sekundy, które wystarczyły sprytnemu i odpowiednio zdeterminowanemu człowiekowi na podjęcie decyzji... 
Żeby co? 

Bez chwili wahania pobiegła do biurka Lee i wyciągnęła plik oryginalnych odbitek. By  zobaczyć,  kim 

jest widoczny w tle mężczyzna, musiała je powiększyć. 

Nie  chciała  przerywać  chłopcom  nagrania,  więc  szybko  napisała  na  karteczce:  „Znalazłam  coś.  Jadę 

zrobić  odbitki”,  i  przykleiwszy  ją  do  drzwi,  pobiegła  do  samochodu.  W  połowie  drogi  do  swojego  domu 
uświadomiła sobie, że zapomniała włączyć system alarmowy. 

-  Trudno.  Szantażysta  nie  jest  przecież  samobójcą,  nie  zaatakuje  czterech  zdrowych  facetów  -  uznała. 

Poza tym była strasznie ciekawa, czy jej podejrzenia się potwierdzą. 

Pracowała w ciemni jak szalona. Dłużyła jej się każda minuta oczekiwania, aż wyschną odbitki. Gdy były 

wreszcie gotowe, chwyciła je i pognała do mieszkania. 

- Wszystko jasne - szepnęła, oglądając je przy stole. Poszczególne ujęcia układały się w klarowną całość. 
Winfeld... Skonsternowany wpatruje się w piaszczysty dół. Zerka za siebie i sprawdza, czy ktoś go widzi. 

Grupa widzów jest blisko, ale on podejmuje szybką decyzję. Wszystko zostaje utrwalone na jej filmie, klatka 
po klatce. Winfeld zagrzebuje nogą piłeczkę w piasku. Wyjmuje z kieszeni następną... Piłeczka leci, leci L... 
spada na trawę. 

Gra!  Wszystko  przez  idiotyczną  grę!  Adam  został  porwany  z  powodu  gry  polegającej  na tym,  że  paru 

facetów ugania się po trawie za małą białą piłeczką. 

Poderwała się od stołu i wróciła do samochodu. Chciała jak najszybciej pokazać zdjęcia Lee. Przejęta i 

zatopiona w myślach, dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że jest śledzona. Gdy dostrzegła w lusterku 
ciemnego sedana, była już na bocznej drodze prowadzącej do domu Lee. 

Przerażona dodała gazu, ale było już za późno. Spocona ze strachu zahamowała przed domem i pobiegła 

do drzwi. Zdołała je otworzyć i wejść do środka, ale już nie dała rady ich zamknąć. Mike Winfeld naparł na 
nie z całej siły. 

Zaczęła krzyczeć, ale wcale się tym nie przejął. 
- Nie uciekniesz! - syknął, próbując złapać ją za rękę. Jakimś cudem zdołała mu się wyrwać. Pognała na 

górę. 

-  Lee!  Lee!  -  krzyczała  na  całe  gardło.  Nie  słyszał  jej.  Uśmiechnięty  walił  w  swoje  bębny,  patrząc  na 

Andrew.  Pobiegła  wzdłuż  szklanej  ściany  studia,  w  kierunku  drzwi.  Nagle  stanęła,  czując  bolesne 

background image

 

74 

szarpnięcie.  Winfeld  złapał  ją  za  włosy  i  próbował  przewrócić  na  podłogę.  Chciała  chwycić  się  ściany, 
waliła  w  nią  pięściami,  ale  grube  szkło  tłumiło  wszystkie  dźwięki.  W dodatku  Winfeld  zdołał  podciąć jej 
nogi. Tracąc równowagę, rozpaczliwie chwytała się gładkiej szklanej tafli. 

- Lee! Lee! Ratuj! Błagam cię! Pomocy!!! Z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pałeczki migały, wprawione 

w ruch siłą muskularnych ramion. 

- Starczy tego dobrego! - warknął Winfeld, siadając na niej. W tym czasie jego pomocnik, w którym Bryn 

rozpoznała mężczyznę udającego wielbiciela grupy, kneblował ją i wiązał jej nogi i ręce. 

Potem Winfeld zarzucił ją sobie na ramię i obaj zbiegli na dół. Po drodze zerwali z drzwi karteczkę  z 

wiadomością, którą zostawiła dla Lee. Wrzucili ją na tylne siedzenie jej własnego samochodu. 

- Jedziemy do domu Fultona - oznajmił Winfeld. - Za chwilę wydarzy się tam straszna tragedia. Będziesz 

miała  wypadek  podczas  samotnej  próby.  Ci,  którzy  znajdą  cię  martwą  u  podnóża  schodów,  stwierdzą  ze 
smutkiem,  że  nawet  najlepszej  tancerce  może  omsknąć  się  noga.  Trochę  mi  ciebie  szkoda,  jesteś  taka 
piękna... Ale cóż, trzeba pogodzić się ze stratą. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze za tamten turniej, ale o całą 
moją karierę. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś dowiedział się, że oszukiwałem - westchnął. - A 
tak w ciągu kilku najbliższych lat zarobię parę ładnych milionów. 

Bryn słuchała go i próbowała rozluźnić więzy krępujące dłonie. Dom Fultona był już bardzo blisko. 
Lee spojrzał na zegarek i zdziwił się, że grali tak długo, nie robiąc przerwy. 
- Jak tam, szefie? Starczy na dziś? - zapytał Mick. 
- Starczy! - Lee przeciągnął się mocno. - Marzy mi się gorąca kąpiel w jacuzzi, zimne piwo i... 
- Co jest? - Andrew spojrzał na niego pytająco. 
- Nie wiem. Miałem takie dziwne uczucie... 
- Instynkt Indianina? - zażartował Andrew, ale szybko spoważniał. 
- Bryn? - Lee otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. 
- Bryn! - zawołał głośniej, wychylając się z antresoli. 
- Bryn! 
Andrew, Mick i Perry też wyszli ze studia. 
- Poszukam jej na górze - powiedział Andrew. 
- A ja w ogrodzie - rzucił Mick’ 
Lee i Perry zaczęli przeczesywać cały parter. 
-  Nie  ma  jej  samochodu!  -  Zdyszany  Mick  biegł  ku  nim  przez  hol.  -  Chyba  coś  się  stało,  bo  żwir  na 

podjeździe jest zorany w paru miejscach. 

Lee spojrzał na niego, jakby widział go pierwszy raz w życiu, a potem bez słowa rzucił się do telefonu. 

Zadzwonił gdzieś i zapisywał coś na kartce. 

- Andrew, jedź do domu Bryn - polecił. - Nie odebrała telefonu, ale może jest w ciemni... Mick i Perry, 

zostańcie tutaj, dobrze? 

- Jasne. A ty? - zapytał Mick. 
- Jadę do Hammarfielda. 
Wrócił do salonu po kluczyki. Nagle spojrzał na swą kolekcję broni. Niewiele myśląc, zdjął ze ściany łuk 

i kołczan. 

Pani Hammarfield ostrożnie uchyliła drzwi. 
-  Lee  Condor?  -  zdziwiła  się  uprzejmie.  -  Mąż  jest  zajęty.  Obawiam  się,  że  nie  będzie  mógł  pana 

przyjąć... 

Lee minął ją bez słowa. Przeszedł przez hol i skierował się w stronę biblioteki, zaglądając po drodze do 

innych  pomieszczeń.  Hammarfield  siedział  przy  biurku.  Na  widok  gościa  zbladł.  Lee  podszedł do  niego  i 
oparł się o blat. 

- Gdzie ona jest? 
- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi... - zaczął Hammarfield, ale Lee mu przerwał. 
- Pytam cię, gdzie ona jest? - powtórzył, chwytając go za koszulę na piersi. 
- Przysięgam, że nie wiem, o czym pan mówi... 
- Jesteś na zdjęciach, które zrobiła Bryn. 
- Nie zaprzeczam... - Twarz polityka poszarzała. -Ale ja naprawdę nic jej nie zrobiłem. Daję panu słowo 

honoru.  Raz  zapytałem  ją  o  te  zdjęcia,  ale  to  wszystko...Zadzwonił  telefon.  Lee  w  pierwszej  chwili  nie 
zwrócił na to uwagi, jednak po chwili puścił Hammarfielda. 

- Odbierz! - warknął. 
Polityk drżącą rękę podniósł słuchawkę. 
- To do pana... - wykrztusił po chwili. 
- Lee? 

background image

 

75 

- Kto mówi? 
-  To  ja,  Andrew!  Dzwonił  Tony  Asp.  Pytał,  dlaczego  nie  powiedziałeś,  że  mamy  dziś  próbę.  Widział 

samochód Bryn zaparkowany blisko domu Fultona. 

Lee rzucił słuchawkę na biurko. 
- Dzwoń na policję! - nakazał Hammarfieldowi. -Powiedz, żeby natychmiast jechali do starej rezydencji 

Fultona. 

Bryn  zdołała oswobodzić  ręce.  Zaczekała,  aż  Winfeld  wysiądzie,  a potem  wypluła  knebel i  rozwiązała 

sznur na nogach. Instynkt samozachowawczy wyzwolił w niej siły, których istnienia nawet nie podejrzewała. 

Kiedy po nią przyszedł, była gotowa. Kopnęła go z całej siły w twarz. Zatoczył się, a ona w tym czasie 

wyskoczyła z samochodu i zaczęła uciekać. Potrafiła szybko biegać. Silne nogi tancerki niosły ją lekko, gdy 
gnała co tchu piaszczystą drogą. Oddychała z coraz większym trudem, ale nie przystawała. 

Słyszała,  że  Winfeld  jest  tuż  za  nią.  Krzyczał  coś  do  swego  pomocnika,  ale  nie  rozumiała  jego  słów. 

Dopiero  po  chwili  zorientowała  się,  że  mężczyzna  wrócił  do  samochodu  i  zajechał  jej  drogę.  Wpadła  w 
pułapkę. Skręciła w bok i pobiegła w stronę grupy rosłych dębów. Pędziła prosto przed siebie, ale szybko 
straciła orientację. Przystanęła. Nic, cisza. Dopiero po chwili usłyszała monotonnym szum samochodów. Po 
lewej stronie jest autostrada. 

Postanowiła  biec  w  tę  stronę.  Ledwie  pokonała  parę  metrów,  upadla  na  ziemię.  Winfeld  wyskoczył  z 

dębowego zagajnika i podciął jej nogi. Tym razem nie zamierzał się z nią patyczkować. Z całej siły uderzył 
ją pięścią w twarz. Nawet nie poczuła bólu. Straciła przytomność. 

Kiedy Lee wpadł do domu Fultona, Winfeld był już w połowie schodów. Na rękach niósł bezwładne ciało 

Bryn. 

- Zajmij się nim! - wrzasnął do swojego wspólnika. Lee nie zauważył mężczyzny kryjącego się w mrocz-

nym  holu.  Na  szczęście  w  porę  dostrzegł  błysk  i  zdołał  wytrącić  napastnikowi  sprężynowy  nóż.  Potem 
jednym  ciosem  powalił  go  na  ziemię.  Spojrzał  w  górę.  Winfeld  zbliżał  się  już  do  podestu.  Lee  nie  miał 
złudzeń:  nie  zdąży  go  dogonić  i  odebrać  Bryn.  Błyskawicznie  podniósł  z  podłogi  łuk,  założył  strzałę  i 
naciągnął cięciwę. 

- Winfeld! 
- Odłóż to, Condor! Bo ją zrzucę! 
Lee nie tracił zimnej krwi. 
- Puść ją, Winfeld. Strzała leci szybko. Jeśli Bryn coś się stanie, umrzesz! Ale przedtem będziesz cierpiał. 
Winfeld zatrzymał się niezdecydowany. Lee tylko na to czekał. Strzała poszybowała do góry, przeszyła 

marynarkę Winfelda i przygwoździła ją do wykładanej drewnem ściany. Ostrze nawet go nie drasnęło, ale i 
tak się przestraszył. Krzyknął i upuścił Bryn na podłogę. 

- Wstawaj, Bryn! - zawołał Lee. 
Nie zdążyła otrząsnąć się z zamroczenia, ale jakby przeczuwając, że gra toczy się ojej życie, poderwała 

się  na  nogi.  Winfeld  nie  zamierzał  poddać  się  bez  walki.  Ochłonął  na  tyle,  by  móc  analizować  sytuację. 
Ponieważ nie mógł wyrwać strzały ze ściany, wyciągnął z kieszeni nóż. 

- Bryn, skacz! Musisz skoczyć! - wołał Lee. 
Spojrzała  na  dół.  Potem  obejrzała  się  za  siebie.  Z  drewnianej  boazerii  sypały  się  już  drzazgi.  Jeszcze 

chwila i Winfeld się oswobodzi. Podeszła do bariery. Lee stał na dole. Rozłożył szeroko ramiona i czekał. 
Patrzył jej prosto w oczy. W jego oczach była niema prośba. 

Jest silny, pomyślała. Niejeden raz miała okazję sprawdzić, jak mocne są jego ramiona. Przecież go ko-

cha, ufa mu, wierzy... Przełożyła nogi przez barierę. 

Ugiął się pod jej ciężarem, ale ją utrzymał. Przytulił ją do siebie i wyniósł z mrocznego domu, pod który 

właśnie zajeżdżały policyjne samochody. 

To  był  wyjątkowo  długi  i  męczący  wieczór.  Winfeld  i  jego  wspólnik  trafili  za  kratki,  a  Bryn,  Lee  i 

członkowie  zespołu  zostali  przesłuchani  przez  policję.  Była  noc,  kiedy  wreszcie  mogli  wrócić  do  domu. 
Razem zjedli kolację, a potem Barbara i chłopcy pożegnali się i wyszli. 

Bryn i Lee zostali sami. I dopiero wtedy zaczęli ze sobą rozmawiać o wszystkim, co się wydarzyło. Także 

o Victorii, o jej chorobie i przyczynie śmierci. Wreszcie padły słowa, na które Bryn tak długo czekała. Jeśli 
jeszcze dręczyły ją jakieś wątpliwości, Lee je rozwiał, zapewniając ją o swojej miłości. Wierzyła mu. Po raz 
pierwszy w życiu miała pewność, że los postawił na jej drodze mężczyznę, który nigdy jej nie zawiedzie. 

Pięć dni później polecieli do Black Hills. Właśnie tam postanowili szybko wziąć ślub... 
 

EPILOG 

Noc nie miała przed nim tajemnic. 
Kiedy stąpał po wilgotnej ziemi, przemykając niczym cień pomiędzy pniami wysokich sosen, jego kroki 

background image

 

76 

były lekkie i bezszelestne jak podmuch wiatru. 

Tę bezcenną umiejętność przekazali mu w genach przodkowie. To dzięki nim poruszał się z wdziękiem 

leśnego zwierzęcia, polował z zaciekłością i sprytem pantery i dążył do celu wytrwale jak dumny orzeł. 

Wspominał ich tej nocy, podążając ścieżką, którą kroczyli od wieków. Zawsze w jednym i tym samym 

celu. Zatrzymał się nieopodal strumienia, w miejscu, z którego mógł ją zobaczyć. Jej zgrabna sylwetka ryso-
wała się wyraźnie na tle księżycowej tarczy. Wyciągnęła ręce do nieba, a potem obróciła się w jego stronę, 
otwierając  szeroko  ramiona.  Uśmiechnął  się,  gdyż  odgadł,  że  wyczula  jego  obecność.  Nie  musiała  go 
widzieć ani słyszeć, jak nadchodzi; czuła go duszą i sercem; wiedziała, że do niej przyjdzie. 

Szedł  ku  niej  powoli,  rozkoszując  się  widokiem  jej  nagości.  Kochali  się  ze  sobą  tysiące  razy,  w 

najróżniejszych  miejscach  i  o  wszystkich  porach  dnia  i  nocy,  ale  księżycowa  noc  zawsze  była  dla  nich 
czasem  magicznym  i  wyjątkowym.  Zatrzymał  się  o  krok  od  niej.  Owiał  ich  przyjemnie  chłodny  wiatr, 
przynosząc pierwszą zapowiedź czekającej ich rozkoszy. 

Spojrzał w zielone oczy w oprawie gęstych rzęs. Mógł patrzeć na nią w nieskończoność; nigdy nie miał 

dość widoku jej pięknej twarzy. Wyraźnych kości policzkowych. Brązowych brwi. Idealnie prostego nosa. 
Bujnych włosów i pełnych ust, których kształt zdradzał wrodzoną zmysłowość. 

Była  jego  żoną.  Codziennie  obdarowywała  go  swoją  miłością.  Uratowała  jego  zbłąkaną  duszę.  Trafiła 

prosto do serca; dotknęła niezabliźnionych ran i zdołała je wyleczyć. Dzięki jej kojącemu dotykowi odkrył w 
sobie ogromną moc. 

Dotknął jej włosów, położył dłoń na jej piersi i wyczul równy rytm serca. Potem wziął ją w ramiona i 

pociągnął za sobą na miękką trawę porastającą brzeg strumienia. Za chwilę mieli odprawić rytuał tak świeży 
jak budząca się wiosna i tak pradawny jak otaczające ich szczyty gór. 

Wybiła północ, na niebie jaśniał księżyc w pełni. Nadchodzi czas... jedności z nocą.