background image
background image

Noce nad Florydą 

Wendy mieszka samotnie na florydzkich 
bagnach, z dala od ludzi i cywilizacji. Pewnego 
wieczoru znajduje na moczarach 
nieprzytomnego mężczyznę i zabiera go do 

domu. Po odzyskaniu przytomności 

nieznajomy wyznaje, że jest agentem ściganym 
przez gang narkotykowy. O tym gangu głośno 

jest we wszystkich mediach. Wendy zaczyna 

zdawać sobie sprawę z ogromu 
niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, 
zatrzymując Brada pod swym dachem. 
Tymczasem gangsterzy wpadają na jego trop... 

background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Tyłem chevroleta gwałtownie zarzuciło. Brad, 

zaciskając mocno zęby, odbił kierownicą. Gdyby 

wypadł z tej wąskiej szosy na obojętnie którą stronę, 

wylądowałby w żywym bagnie, w bezkresnej rzece 

traw, w gorącym, wilgotnym, zapomnianym przez 

Boga i ludzi piekle na ziemi. 

Pędził na zachód Alligator Alley - drogą przez 

niekończące się błota i moczary, gdzie znużonego 

monotonią krajobrazu podróżnego z letargu wyry­

wał od czasu do czasu krzyk ptaka albo zimne, 

nieruchome spojrzenie gada, których było tutaj za­

trzęsienie. 

Nie było za to budek telefonicznych. Nie było 

straganów z fast-foodami, nie było stacji benzyno-

background image

NOCE NAD FLORYDĄ 

wych. Tylko kilometr za kilometrem odludzia Ever-

glades - bagien na Florydzie. 

Brad nie cierpiał bagien. Tylko że teraz nie miało 

to większego znaczenia. 

Wyprowadził wóz z poślizgu i zerknął we wstecz­

ne lusterko. Michaelson siedział mu wciąż na ogonie. 
Przeniósł wzrok z powrotem na drogę i zauważył 
smużki pary wydobywające się spod maski chev-
roleta. Jasna cholera, nawet porządnego samochodu 
ukraść mu się nie udało. No i ucieka teraz przed 
zaciekłym pościgiem w starym rzęchu, który zaraz 

pod nim zdechnie. 

Pot zrosił mu czoło. Co pocznie bez samochodu? 

Od wielu mil nie widział budki telefonicznej. Nic, 
tylko ta wąska szosa i bezmiar bagien. Na piechotę 
nie miałby najmniejszych szans. W parę sekund 

ustrzeliliby go jak kaczkę. 

W silniku coś stuknęło, zaświszczało i spod maski 

buchnął kłąb pary, przesłaniając mu widok. Przymru­
żył oczy; tam, z przodu, majaczył chyba jakiś bity trakt 
odchodzący od szosy w lewo, na południe. Jeszcze 

jeden rzut oka we wsteczne lusterko i już wiedział, że 

Michaelson zaraz go dopadnie. Ryzyk fizyk. 

Gwałtowny skręt kierownicą, pisk opon, wóz 

przechylił się i wszedł w ostry wiraż. Tak, to jest coś 
w rodzaju gruntowej drogi. Wybujała trawa siekła 
karoserię i okna. Brad słyszał odwieczne brzęczenie 
owadów, którego nie zagłuszało nawet wycie prze­
grzanego silnika. 

background image

Heather Graham 

Nagle wóz ugrzązł z błocie. Brad ścisnął mocniej 

kierownicę i zrozpaczony wdusił do dechy pedał 
gazu. Koła zabuksowały i chevrolet utknął w szuwa­
rach na dobre. 

Wyskoczył z samochodu. Czarne błocko oblało 

mu skórkowe buty, sięgnęło bawełnianych skarpe­
tek, wspięło się po nogawkach spodni; zapadł się 
w nim do pół łydki. 

Znieruchomiał i wytężył słuch. 
Usłyszał silnik zbliżającego się auta - auta Micha-

elsona. A więc nie dali za wygraną. 

Powietrze rozdarł suchy trzask. Strzał? Pocisk 

świsnął mu koło ucha. I znowu ten suchy trzask. 
Kolejny pocisk. Bliżej. Ziiiu. Prawie otarł mu się 
o drugie ucho i z obrzydliwym plaśnięciem zarył 
w bagno. 

Odwrócił się i puścił biegiem. Jego pistolet zo­

stał w motelu, razem z trupem Taggarta. Kurwa, 
nawet nie ma czym się bronić. Ich trzech z mag­

num i obrzynami, a on nawet bez pilniczka do paz­
nokci. 

Gorzej już chyba nie można skończyć. Bez broni, 

w trakcie ucieczki przez zarośnięte, zarobaczone, 
rojące się od owadów, posępne, śmierdzące moczary. 

Nogi grzęzły mu w błocie. Nie ubiegł jeszcze 

dwudziestu kroków, a już zostawił w nim oba buty. 
Bieg w tych warunkach był mordęgą. Tym większą, 
że nie było dokąd uciekać. Nic, tylko trawa i grze-
chotniki, węże koralowe i aligatory, węże wodne 

background image

NOCE NAD FLORYDĄ 

i moskity... no i to cholerne błoto. Co sus, to kolejna 
niepewność, na co się tym razem nadepnie. 

Trzeci pocisk śmignął mu z wizgiem tuż przed 

nosem. Na brodzie poczuł prąd powietrza. Cząstką 
umysłu rejestrował symptomy nadciągającej nocy. 
Pieśń owadów przybierała na sile, a horyzont barwę 
krwistej czerwieni. Zerkając za siebie, widział tylko 
trawę, wysoką ścianę trawy, która jak nóż cięła ręce 
i policzki. 

Everglades, rzeka traw... Tak te okolice nazywali 

Indianie. I faktycznie była to rozciągająca się jak 
okiem sięgnąć rzeka trawy. 

Jeszcze jeden pocisk przeciął z wizgiem powiet­

rze. Brad odetchnął głęboko i poczuł dźgnięcie bólu 
w piersiach. Rozrywało mu płuca, pocięte dłonie 
krwawiły, ale nie ustawał w biegu. I ni z tego, ni 
z owego znalazł się pod wodą. 

Wierzgając rozpaczliwie nogami, młócąc rękami, 

wypłynął na powierzchnię i wygramolił się z kanałku 
na brzeg. Zasapany, kaszląc i plując wodą, odwrócił 
się, wsparł dłońmi o kolana. Widział tylko trawę. Czy 
nadal go ścigają? 

- Myślicie, że dostał? 
To był chyba Suarez - najgorszy zakapior. 
- A co za różnica? - zakpił ktoś inny. - Jak nie 

my, to poczciwy Tom Gator go załatwi. 

Parsknęli śmiechem, a wtedy odezwał się Micha-

elson, który nigdy się nie śmiał, któremu usta nigdy 
nie ułożyły się nawet w namiastkę uśmiechu. 

background image

Heather Graham 

- Cisza. Słuchajcie. Trzeba mu wpakować kulkę 

w łeb. Na Toma Gatora wolę się nie zdawać. 

Brad jęknął w duchu, wyprostował się i odetchnął 

głęboko, przygotowując się do kolejnego wysiłku. 

Krajobraz poczerwieniał, zachodzące słońce rzu­

cało szkarłatny blask na bagienne rozlewiska i kilka 

drzew w oddali. Czerwień... ten kolor zdawał się 

zalewać mu płuca, kiedy wciągał w nie z trudem 

wilgotne powietrze. Ten kolor przybrały trawa i sa­

motna czapla balansująca na jednej nodze na konarze 

drzewa. 

Rata-ta-ta-ta. Znowu otworzyli ogień. 

Ostry przeszywający ból, użądlenie w skroń. In­

stynktownie poderwał rękę do głowy, potem spojrzał 

na palce. 

Czerwone. Kolor nocy. Kolor krwi - jego krwi. 

Uciekać. Kiedy ruszał dalej na chwiejnych no­

gach, brzęczenie owadów przybrało jakby na sile. 

Nie słyszał za sobą żadnych szeptów, żadnych śmie­

chów, żadnych głosów. 

Spojrzał w niebo i zobaczył spadające słońce. Na 

bagna opuszczał się wieczorny chłód. Zerwał się 

lekki wietrzyk. 

Miał dreszcze. Czerwień nie będzie kolorem nocy. 

Noc będzie tu czarna - smolistoczarna. Zakłady ener­

getyczne na Florydzie nie przyświecają nocami wę­

żom, aligatorom, ptakom ani dzikim orchideom. Za­

padnie noc, a wraz z nią nastanie nieprzenikniona 

ciemność. 

background image

10 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Horyzont barwiły jeszcze co prawda smugi różu, 

złota i płomiennej czerwieni, ale Brad już ich nie 

widział. Jego umysł taplał się w czerni, tak jak jego 
ciało w oblepiającym błocie. Odgłosy świata zewnęt­
rznego cichły, przechodząc w przytłumione, mono­
tonne buczenie. 

Tracił przytomność, a przecież nie mógł sobie na 

ten luksus pozwolić. Jeśli tu teraz padnie, nie doczeka 

świtu. Utonie w bagnie, stanie się łatwym łupem dla 

bagiennych drapieżców, skończy w żołądkach tych 

skubańców. 

Nie wolno mu upaść, ale nie miał już sił brnąć 

dalej. Zresztą nie było dokąd. Zatrzymał się. Kola­
na miał jak z waty, widział wszystko jak przez 
mgłę. 

Usłyszał brzęczenie. Cholerne moskity. W życiu 

nie widział ani nie słyszał tylu tych krwiopijców 
naraz. Jeszcze chwila i opadną go całą chmarą. 

Są już blisko. Brzęczenie urwało się jak nożem 

uciął. Brad rzucił się przed siebie, pewien, że szar­
żuje na rój owadów... i zderzył się z czymś twardym. 
Poczuł jeszcze dotknięcie czegoś miękkiego, a potem 
czerwony krajobraz pochłonęła czerń. 

Na jego widok Wendy krzyknęła. Potem wyłączy­

ła silnik śmigłowej łodzi, przymrużyła oczy i przez 
kilka sekund przyglądała się mężczyźnie jak zahip­
notyzowana. 

Przypominał potwora z Czarnej Laguny. Był jak 

background image

Heather Graham 

11 

zjawa, wyrósł przed nią niczym olbrzymia nabrzmie­
wająca góra błota. 

Węże, aligatory i inne obrzydlistwa nie robiły 

już na niej wrażenia, ale wielkich błotnych stwo­

rów nie spotykało się na terenach Everglades na co 
dzień. 

Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to indywi­

duum jest człowiekiem. Mężczyzną. Wysokim, dob­
rze zbudowanym. Potężnie zbudowanym, stwierdzi­
ła, kiedy postękując z wysiłku, wciągała go na łódź. 
Uporawszy się z tym, zrobiła sobie małą przerwę na 
odsapnięcie, a potem sprawdziła mężczyźnie puls. 

Na szczęście żyje. 
Umoczoną w wodzie dłonią obmyła mu z grubsza 

twarz. Zauważyła małe, krwawiące otarcie na skroni. 

Skąd się wzięło? Przewrócił się i uderzył? Pokręciła 
głową i uśmiechnęła się pogardliwie. Mieszczuch. 

To nie ulega wątpliwości. 

Pod warstwą błota widziała elegancki trzyczęś­

ciowy garnitur, jedwabny krawat, bawełnianą koszu­
lę. Butów nie miał - pewnie zostawił je gdzieś 
w błocie. Westchnęła i znowu pokręciła głową. 
Kiedy ci ludzie zmądrzeją! Do bagien trzeba pod­
chodzić z respektem. To nie miejsce dla takich 
fircyków. No i co z nim teraz robić? 

Przykucnęła, by się zastanowić. Miała teraz dyle­

mat. Poważnie ranny nie jest, a więc szpital można 
sobie darować. Na bagnach durnia też nie zostawi. 
Miałaby go na sumieniu. 

background image

12 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Westchnęła. Może jednak odstawić go do szpitala, 

ale tak czy siak, musi go najpierw zabrać do domu, 
żeby zadzwonić stamtąd do Fort Lauderdale po 
karetkę. Sama go nie odwiezie, bo jej samochód stoi 
w warsztacie. 

- No to jak, panie ładny, wpadnie pan do mnie na 

kolację? -mruknęła, zwracając się do swojego znale­
ziska, i roześmiała się z goryczą. Pierwszy raz 
w życiu zaprasza do siebie mężczyznę. Z wyjątkiem 
Leifa, ale z nim było inaczej. Nigdy o nic nawzajem 
nie musieli prosić, rozumieli się bez słów. 

Odpędzając od siebie wspomnienia o Leifie, 

ułożyła błotnego stwora wygodnie na dnie łodzi, 
zapuściła silnik i ruszyła. Zapaliła światła; ście­
mniało się, a noc nad bagnami zapada bardzo 

szybko. 

Trzy kilometry dalej dobiła do wzniesienia i zgasi­

ła silnik. Przycumowała łódź i znów spojrzała na 
nieznajomego. Nie bardzo wiedziała, co począć. 

Niepokoiło ją trochę, że wciąż nie odzyskuje przyto­

mności. Czyżby wstrząs mózgu? Być może. Przede 
wszystkim trzeba go umyć; potem określi bardziej 
profesjonalnie jego stan. 

Po chwili namysłu postanowiła przynieść z domu 

nosze. Bez nich nie da rady przetransportować tego 
olbrzyma. 

Dom był mały, ale samowystarczalny i dobrze jej 

się w nim mieszkało. Prądu dostarczał generator, 
a chociaż wodę do picia w zasadzie kupowała w skle-

background image

Heather Graham 

13 

pie, to system oczyszczania też miała zainstalowany. 

Były tu dwie sypialnie, salon i duża kuchnia. Wszyst­

ko to umeblowane we wczesnoamerykanskim stylu, 

z brązowymi zasłonkami w oknach. Można było 

siedzieć w tym domu i wyobrażać sobie, że do 

najbliższego sąsiada ma się nie trzydzieści kilomet­

rów, a trzydzieści kroków. 

Wendy wbiegła do drugiej sypialni i wyciągnęła 

spod łóżka brezentowe nosze. Z doniesieniem ich do 

łodzi nie miała problemu, gorzej było z ułożeniem na 

nich mężczyzny. Był nie tylko wysoki i dobrze 

zbudowany, ale również nieprzytomny, toteż lał się 

przez ręce. Sapiąc i postękując, ocierając co chwila 

zalewający oczy pot, zdołała wreszcie wciągnąć go 

na brezent. 

Zanim wtaszczy faceta do środka, musi zdjąć 

z niego ubranie. Nie całe, slipki zostawi. Mieszkała 

na bagnach, ale starała się nie wnosić do domu błota. 

A jeśli on w trakcie tego rozbierania odzyska przyto­

mność? Wzruszyła ramionami. Jak się ocknie, to sam 

dokończy, a niech tylko spróbuje stroić fochy. Gdyby 

nie ona, już by nie żył. 

Skarpetki zeszły łatwo. Problem pojawił się przy 

marynarce. Nie była w stanie unieść mu ramion na 

tyle wysoko, by ją z niego ściągnąć. Po kilku próbach 

dała za wygraną i usiadła zdyszana, by się zastano­

wić. W końcu doszła do wniosku, że to ubranie i tak 

jest już do wyrzucenia, a więc nie ma się co z nim 

ceregielić. 

background image

14 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Wstała i pobiegła po nożyczki. W kuchni przyszło 

jej do głowy, żeby wziąć też wiadro wody z mydłem 

i myjkę. Mając już gotowy plan, działała z energią 
i zdecydowaniem. 

Wróciła do łodzi i z zapamiętaniem zaatakowała 

nożyczkami ubranie nieznajomego. Pozbawiła go 
marynarki, kamizelki, krawata, koszuli i delikatnie 
zmyła mu z twarzy i ramion błoto. Uporawszy się 
z tym, usiadła i przyjrzała krytycznie swemu dziełu. 

Myślała, że ma ciemniejszą karnację; zmylił ją 

bagienny muł oblepiający skórę barwy piasku. Włosy 
miał płowe, takie, co to rozjaśniają się w słońcu 
i ciemnieją w zimie, twarz sympatyczną, przystojną, 
męską - długi prosty nos, wysokie czoło, wydatne 
kości policzkowe, wydatną szczękę. Wiek oceniała 
na jakieś trzydzieści do czterdziestu lat. 

Był ciężki, bo składał się z samych twardych, 

wyrobionych mięśni, co świadczyło, że pracował nad 

swym ciałem. Tak, ładne to było ciało. Wendy naszła 
ochota, by go dotknąć. Opamiętała się w ostatniej 
chwili i otrząsnęła gwałtownie. Nie mogła uwierzyć, 
że myśli w ten sposób o ciele kogoś zupełnie sobie 
nieznanego. 

Przetrząsnęła kieszenie marynarki, szukając port­

fela, ale znalazła w nich tylko listek miętowej gumy 
do żucia. Kieszenie spodni sklejało zaschnięte błoto. 

Zdeterminowana wstała, rozpięła mu je, chwyciła za 
nogawki i pociągnęła. Z początku ani drgnęły, potem 
przestały nagle stawiać opór. Zatoczyła się do tyłu 

background image

Heather Graham 

15 

i klapnęła na siedzenie. W ręku zostały jej nie tylko 
spodnie. 

Slipki zsunęły się wraz z nimi. Mężczyzna leżał 

teraz na brezentowych noszach nagusieńki jak go Pan 
Bóg stworzył. 

Wendy zaczerwieniła się i zamarła, bo nieznajo­

my poruszył się i jęknął cicho. Nie robiła niczego 
złego, próbowała mu tylko pomóc. Obmyła go, ro­
zebrała, ale nie zamierzała posunąć się tak daleko. 
A jeśli się teraz ocknie? Co sobie o niej pomyśli? Jak 
mu się z tego wytłumaczy? 

- Cholera! - zaklęła pod nosem. Podniosła się 

szybko, rozcierając stłuczony mięsień. Musi go 
czymś okryć, zanim oprzytomnieje. Odwracała się 

już, by pobiec do domu po prześcieradło, ale coś ją 

podkusiło, by jeszcze raz na niego zerknąć. Napraw­

dę niczego sobie okaz samca. 

Muskularny, zadbany, szczupły. Pierś porośnięta 

gęstwiną płoworudawych włosów, która na wysoko­
ści pasa zwężała się w cienką linię, by rozszerzyć się 
w drugą gęstwinę w dole brzucha. Serce zabiło jej jak 
młotem. Natura rzeczywiście niczego mu nie po­

skąpiła. A ona już tak długo jest sama... 

Zgorszona trochę własnymi myślami, odpędziła je 

od siebie. To wcale nie tak długo, a patrzenie pod ta­
kim kątem na zupełnie obcego faceta przyzwoitej 
kobiecie nie przystoi. Dziwne, od tak dawna nie po­
myślała nawet o seksie, a tu nagle, na sam widok 
męskiego ciała wyobraźnia płata jej takie figle. 

background image

16 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Do oczu napłynęły jej gorące łzy, a wraz z nimi 

refleksja, że nie pamięta już, kiedy sobie tak od 

serca popłakała. Ale teraz na to ani czas, ani miejsce. 

Musi wziąć się w garść i lecieć do domu po to 

prześcieradło. 

- Co u diabła... 

Za późno. Ocknął się. Mężczyzna zamrugał po­

wiekami, dźwignął się z wysiłkiem na łokciach, 

przesunął błędnym wzrokiem po swym ciele i spoj­

rzał na nią. Oczy, podobnie jak włosy, miał płowe. 

Ani orzechowe, ani zielone, ani brązowe, wszyst­

kiego po trochu, co dawało kolor płowozłoty. 

1 w tych płowych oczach pojawiła się teraz kon­

sternacja, gniew i czujność - czujność tak prze­

szywająca, że Wendy się wystraszyła. Cofnęła się 

o krok. Nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. 

Żałowała teraz, że nie zostawiła go tam na mocza­

rach. 

- Coś ty za jedna? 

Głos miał schrypnięty, głęboki, wcale nie przy­

jazny. 

- Wendy Hawk. Powiedz lepiej, coś ty za jeden. 

- Co? - W jego oczach znowu zapłonęła czuj­

ność. 

- Coś, u diabła, za jeden? -powtórzyła z irytacją. 

Nie spuszczał z niej wzroku, podjęła więc zdener­

wowana: - Mieszkam tutaj. Wyskoczyłeś mi przed 

łódź. Próbuję ci pomóc. 

Przez twarz przemknął mu wyraz rozbawienia, 

background image

Heather Graham 

17 

pozostawiając po sobie uśmiech. A z tym uśmiechem 
był bardzo pociągający. 

- Pomóc, powiadasz? Rozbierając mnie do ro­

sołu? 

Zaczerwieniła się i odetchnęła głęboko. 

- Nie chciałam... 
- A co, ubranie samo ze mnie spadło? - spytał 

kpiąco. 

- Nie, oczywiście, że nie. Ale miałeś na sobie 

pół Everglades. Nie moja wina, że wszystko było 
takie posklejane, że zeszło za jednym zamachem. 
Oj, nieważne. Miałam właśnie iść po prześcieradło 
i wciągnąć cię do środka, ale widzę, że możesz... 
- Urwała, bo nieznajomy zerwał się na równe 
nogi. Czym innym było patrzeć na niego, kiedy 
leżał nieprzytomny na ziemi, a czym innym teraz, 
kiedy stał przed nią nagi, nie okazując cienia skrę­
powania. - Ale widzę, że możesz chodzić - do­
kończyła. - Tylko się do mnie nie zbliżaj - ostrze­
gła. - Wstydu nie masz? Przyniosę ci prześcierad­
ło... 

- Przepraszam - mruknął. Wciąż się uśmiechał 

i Wendy uświadomiła sobie nagle, że ten uśmiech ma 
dwa ostrza. - Szczerze mówiąc, to podejrzewam, że 
zdążyłaś mi się już dobrze przyjrzeć. 

- Zaczekaj tu! - rozkazała, pobiegła do domu 

i wróciła z czystym prześcieradłem. 

Owinął się nim w pasie. 

- Nie co dzień człowiek budzi się golusieńki na 

background image

18 

NOCE NAD FLORYDĄ 

moczarach - zauważył. Głos miał bardzo głęboki, 
z tych, co to potrafią poruszyć w kobiecie czułą 
strunę. Wendy przeszedł lekki dreszcz. Ale może to 
tylko ta chłodna wieczorna bryza? 

- Przepraszam. Starałam się ci pomóc. 
- Zauważyłem. ~ Roześmiał się i owinął ciaśniej 

prześcieradłem. - Ciekaw jestem tylko, co byś sobie 
pomyślała, gdyby było na odwrót. 

- Znaczy jak? 
- No, gdybym to ja starał się pomagać tobie, i to 

ty obudziłabyś się bez niczego. 

- Też mi coś! - prychnęła, znowu żałując, że nie 

zostawiła go na pastwę losu. - To nie wchodzi w grę. 
Przede wszystkim ja nie znalazłabym się nigdy 
w takiej idiotycznej sytuacji. To moczary. Szwen-
dałeś się w pobliżu grząskich bajor! Powinieneś mi 
być dozgonnie wdzięczny. 

- No i jestem. Nawet bardzo - powiedział cicho 

i wskazał ruchem głowy drzwi. - Dobrze zrozumia­
łem, że chcesz mnie zaprosić? 

Zawahała się, nie była już tego taka pewna. Ten 

człowiek nie zna może bagien, ale sroce spod ogona 
też nie wypadł. Sprawiał wrażenie takiego, co z nieje­
dnego pieca jadł chleb. I emanowało z niego jakieś 
napięcie, tak jakby, nawet się uśmiechając, pozo­
stawał czujny i miał oczy za plecami. 

- Hej - ponaglił ją, jakby czytał w jej myślach. 

- Ja cię nie tknąłem. To ty mnie rozebrałaś. 

Wymacała za sobą gałkę u drzwi, pchnęła je, 

background image

Heather Graham 19 

weszła i obejrzała się. Mężczyzna oglądał swoje 
ubranie. 

- Gdybym wiedział, że taka jesteś napalona - po­

wiedział, pokazując jej strzępy koszuli - sam bym ją 
zdjął. 

- Bałam się o twoje życie! - warknęła. 

Kiwnął głową, poprawił prześcieradło i wszedł do 

domu. 

- Dzięki. 
Rozejrzał się, przenosząc wzrok z zawieszonego na 

ścianie kobierca na bujany fotel, wygodną sofę, stoli­

czek z wiśniowego drewna. Niewiele uszło jego uwagi. 
Kiedy w końcu spojrzał znowu na nią, Wendy z zado­
woleniem zobaczyła w jego oczach konsternację. 

- Gdzie my jesteśmy? - spytał. 
- Na Everglades - odparła słodko. 
- Tak, ale... gdzie? 
- Na wschód od Naples, na północny wschód od 

Miami, prawie dokładnie na zachód od Fort Lauder-
dale. 

Płowe brwi powędrowały w górę. 
- Czyli pośrodku bagien. I ty tu mieszkasz? 
- Owszem. - Wendy uśmiechnęła się rozkosznie, 

rada, że znowu ma nad nim jakąś przewagę. 

Weszła do kuchni. Czuła, że musi się napić, a poza 

tym widok butelki dobrego wina jeszcze bardziej 
zbije go z pantałyku. Wyjęła z lodówki rieslinga 
rocznik 72, a z szuflady szafki korkociąg. 

- Pozwól, że ja to zrobię - usłyszała. 

background image

20 NOCE NAD FLORYDĄ 

Zaskoczona nie oponowała; oddała mu butelkę 

i korkociąg, a sama oparła się o kuchenną szafkę. Był 

nadal nagi do pasa i pachniał mydłem, którym go 

umyła. 

- Nie przedstawiłeś mi się jeszcze. 

- Bill. Bill Smith. 

Kłamał. Ciekawe dlaczego. Tylko przestępca za­

taja swoje prawdziwe nazwisko. A on przecież nie 

jest przestępcą. 

Skąd ta pewność? Ten człowiek jak najbardziej 

może być na bakier z prawem. Znalazła go pływają­

cego twarzą do dołu w bagnie. 

- Co robiłeś na moczarach? 

Korek z soczystym pyknięciem wyskoczył z szyj­

ki. Rzekomy Bill Smith pokazał jej znacząco otwartą 

butelkę. Odwróciła się i zaczęła nerwowo szukać 

kieliszków. Dzwoniły o siebie, kiedy mu je podawa­

ła. W jego dłoni ucichły. Napełnił oba winem i uniósł 

swój w toaście. 

- Zdrówko. Zabłądziłem, jak ktoś głupi. Zupełnie 

nie znam tej okolicy. 

Wendy zaparła się, że musi z niego wyciągnąć 

choć ziarenko prawdy. Nie spuszczając go z oczu, 

uniosła kieliszek do ust. 

- Na bagnach łatwo się zgubić. 

- Samochód mi się zepsuł. - Podniósł butelkę do 

oczu i udawał, że studiuje pilnie etykietę. Po chwili 

spojrzał na nią znowu. - Jestem ci wdzięczny za 

pomoc - powiedział cicho. - Dziękuję. 

background image

21 

Wendy kiwnęła głową. Nadal nie wiedziała, co ma 

o tym wszystkim myśleć. 

- Trzeba opatrzyć to rozcięcie na skroni - powie­

działa. 

- Jakie rozcięcie? - Ściągnął brwi i dotknął czoła. 

- A, rzeczywiście. 

- Przydałoby się parę szwów. 
- E, do wesela się zagoi. 
- Może przynajmniej ci je przemyję. 
- Byłbym wdzięczny. - Dotknął znowu rany, 

potem przesunął dłonią po włosach. - Wciąż jestem 
cały w błocku. 

- Weź prysznic. 
- To masz tu bieżącą wodę? Mogę skorzystać? 
- Proszę się nie krępować, panie Smith. Koryta­

rzem, drugie drzwi na lewo. 

- Dzięki. - Oddał jej kieliszek z niedopitym 

winem i wyszedł z kuchni. Po chwili trzasnęły drzwi 
łazienki. 

Stała jeszcze parę sekund, przygryzając wargi, 

potem ruszyła do swojej sypialni. Uklękła przed 
komodą, wysunęła dolną szufladę, pogrzebała w niej 
i wyjęła T-shirt, dżinsy i parę slipek. Ten mężczyzna 
był tylko troszkę wyższy od Leifa, a zbudowani byli 
podobnie. 

W korytarzu słychać było szum prysznica. Pode­

szła do drzwi łazienki i zapukała. 

- Zostawiam tu ubranie. Powinno pasować. 

Wróciła do kuchni i sącząc wino, oddała się 

background image

22 NOCE NAD FLORYDĄ 

rozmyślaniom. Na mózg jej padło, że mu pomaga? 
Zaraz tam padło. Nie mogła go przecież zostawić na 
pewną śmierć. 

Trzeba jednak zachować ostrożność. Niepokojące 

jest, że wywarł na niej takie wrażenie. Odpędziła te 

myśli, otworzyła lodówkę, wyjęła warzywa i zaczęła 

je machinalnie kroić. 

Kiedy czysty, ubrany, z mokrymi, zaczesanymi 

do tyłu włosami Bill wrócił spod prysznica, do­
rzuciła do warzyw duszących się na ogromnej 
patelni pokrojonego w cząstki kurczaka i zamie­
szała. 

- Smakowicie pachnie - zauważył. 
- Dziękuję. 
- Mam przez to rozumieć, że zostałem zaproszo­

ny na kolację? 

- Nie masz wyboru. Dzisiaj cię stąd nie wywiozę. 
- A to dlaczego? 
- Mam samochód w naprawie, a warsztat zamy­

kają o piątej. Została mi tylko śmigłowa łódź. Co 
najwyżej mogę cię podrzucić do szosy, może tam 

złapiesz jakąś okazję... 

- To już wolę to zaproszenie na kolację - odparł 

szybko. 

W odpowiedzi Wendy zgarnęła warzywa i mięso 

z patelni na półmisek i mu go wręczyła. 

- Niech pan to, z łaski swojej, postawi na stole, 

panie Smith... 

- Oczywiście. 

background image

Heather Graham 23 

Wyjęła z piekarnika brązowy ryż, przesypała 

go do miski i też podeszła do kuchennego stołu, 
który nakryła wcześniej na dwie osoby. Mężczy­
zna odsunął jej krzesło, wrócił po pozostawioną 
na blacie napoczętą butelkę i kieliszki, po czym 
usiadł naprzeciwko niej. Kiedy się uśmiechnął, 
serce znowu żywiej jej zabiło - podobał jej się 
ten uśmiech. 

- Dzięki. Za wszystko. 

Wendy kiwnęła głową, wolała się nie odzywać. 

- Czyje to ubranie? 
- Mojego męża. 
- Aha. - Przymrużył oczy. Po chwili milczenia 

wskazał wymownie na stół. - Zaczynamy bez niego? 

- On nie żyje. 
- Och, przykro mi. 
Wendy znowu kiwnęła głową. Obcy tylko tak 

mówią. W rzeczywistości nic ich to nie obchodzi. 
Zwłaszcza tego tutaj. Była przekonana, że w duchu 
odetchnął z ulgą. 

- I mieszkasz sama? 

Obawiała się tego pytania. Była łatwym celem, 

a im dłużej przebywała w towarzystwie tego człowie­
ka, tym bardziej stawało się dla niej jasne, że on nie 

jest wcale takim niewiniątkiem. I chociaż instynkt 

podpowiadał Wendy, że z jego strony nic jej raczej 
nie grozi, to niepokój pozostawał. 

- Tak, mieszkam tu sama. 
- Wendy - mruknął. - Wendy Hawk. - Pochylił 

background image

24 NOCE NAD FLORYDĄ 

się nad stołem i wyciągnął rękę. Nim zdążyła zarea­

gować, owinął sobie wokół palca pasemko jej wło­

sów. - Metr sześćdziesiąt wzrostu, niebieskooka 

blondynka, która wygląda jak anioł i mieszka w tym 

dusznym piekle. Czy ja śnię, czy umarłem i poszed­

łem do nieba? 

- Mam metr sześćdziesiąt pięć, oczy szare, a tego 

miejsca nawet najzagorzalszy miłośnik przyrody nie 

nazwałby niebem. 

Delikatnie uwolniła włosy spomiędzy jego pal­

ców, wstała od stołu, zabrała kieliszek z winem 

i wycofała się pod szafki. Czuła, że wzbiera w niej 

huragan. 

~ Trzeba coś zrobić z tą raną na skroni - mruk­

nęła. 

- Nic nie zjadłaś. 

- Dotrzymuję ci tylko towarzystwa. Kiedy cię 

znalazłam, wracałam z kolacji u przyjaciela. - Było 

w tym trochę prawdy. Wracała od Erica, z którym 

wcześniej jadła lunch. - Jedz, a mną się nie kłopocz. 

Uśmiechnęła się niewyraźnie, odwróciła i prze­

szła z kieliszkiem wina do salonu, gdzie włączyła 

telewizor i usadowiła się na sofie. Leciały właśnie 

wiadomości, ale ona myślami była gdzie indziej. 

Wyrzucała sobie, że zostawiła gościa samego przy 

stole. 

Jaki tam z niego gość. Nic o nim nie wie. Jak 

tylko facet się naje, to opatrzy mu ranę i odstawi na 

szosę. 

background image

Heather Graham 25 

Z tych rozważań wyrwało ją nagle słowo „Ever-

glades". Spojrzała uważniej w telewizor i ściągając 

brwi, spróbowała skupić się na tym, co od jakiegoś 

czasu mówił komentator. 

Połączone siły FBI, agencji do spraw walki z nar­

kotykami DEA i lokalnej policji przechwyciły trans­

port narkotyków. Doszło do strzelaniny. Zginął 

agent, przemytników nie ujęto. Na ekranie pojawiła 

się fotografia jakiegoś mężczyzny, ale Wendy nie 

zdążyła się jej przyjrzeć, bo w tym momencie Bill 

Smith wmaszerował do pokoju i bezceremonialnie 

wyłączył odbiornik. 

Wyprostowała się i obrzuciła go gniewnym spoj­

rzeniem. 

- Oglądałam to! 

Przypatrywał się jej z takim napięciem, że dreszcz 

ją przeszedł i po raz kolejny przemknęło jej przez 

myśl, czy nie popełniła aby głupstwa, sprowadzając 

go do domu. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że drży nie 

ze strachu, lecz z powodu ogarniającego ją dziwnego 

ciepła. On ma na sobie rzeczy Leifa. Zbudowany jest 

podobnie, a w ciemnościach, w ogniu namiętności, 

mógłby może mu dorównać. 

Nie, w niczym nie przypomina jej męża. Jest 

atrakcyjny i pociągający na swój sposób, i budzi 

w niej od dawna uśpione żądze i emocje, uczucia, 

których się obawiała. 

I jest w jej domu. Zapowiada się długa noc. 

background image

26 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Telewizor - przypomniała mu. - Oglądałam 

wiadomości. 

- Przepraszam. Chciałem, żebyś mi pomogła. 

- W czym? 

- W opatrzeniu tej rany. Mogłabyś? Masz wodę 

utlenioną, czy coś w tym rodzaju? 

- Pewnie, że tak. - Wychodząc z pokoju, Wendy 

włączyła w przelocie telewizor. Wiadomości już się 

skończyły, zaczął jakiś teleturniej. 

Wodę utlenioną i materiały opatrunkowe trzymała 

w łazience. Otwierając apteczkę, zobaczyła w lustrze 

jego twarz. Stał tuż za nią i obserwował ją z napię­

ciem. 

- Gdzie przeprowadzimy ten zabieg? - spytał. 

Wzruszyła ramionami. 

- Wszystko jedno, choćby tutaj. 

Przysiadł na krawędzi wanny. Wendy nasączyła 

wodą utlenioną bawełniany gazik i wycisnęła mu go 

na skroń. Nawet nie drgnął, za to ona skrzywiła się na 

widok rany. Była głęboka. Musiała sprawiać mu ból. 

Sięgając do apteczki po spirytus salicylowy, zawaha­

ła się. 

- Co jest? - zapytał. 

- Teraz naprawdę będzie bolało. 

Kiwnął głową. 

- Trudno. Czyń swoją powinność. 

Przygryzając z przejęcia wargi, zaczęła powoli 

odkażać ranę, a on znosił to ze stoickim spo­

kojem. 

background image

Heather Graham 

27 

- Nie rozumiem, w co się mogłeś walnąć - mruk­

nęła. - Zupełnie jakby ktoś wygarnął ci kawał ciała 
łyżeczką... 

- Dziwne, prawda? - Odebrał od niej drugi gazik, 

wrzucił go do kosza na śmieci i uśmiechnął się. - No, 
od razu lepiej. 

- Cieszę się. 
- Zrobić ci kawy? 
Pokręciła głową. 
- Nie. Ale herbaty się napiję. 
Przeszli do kuchni. On napełnił wodą ekspres do 

kawy, ona czajnik. W tym. człowieku jest coś ujmują­

cego. Gładkie policzki... czyli golił się rano. Pach­
nący, piżmo zmieszane z wonią mydła. I te oczy... 
płowe i czujne. 

Tak przywykła już do samotności, że sama obec­

ność innego człowieka działała na nią pobudzająco. 
A może ten Bill to zwyczajny człowiek? Zabłąkany 
mieszczuch? 

Nie, to ktoś specjalny. 
- Czym się trudnisz? - spytała, kiedy czekali na 

zagotowanie się wody. 

- Trudnię? - spytał. 
- No, z czego żyjesz. 
- Pracuję w... w branży farmaceutycznej. 
- Akwizytor? 
- Eee... tak. 
- Jechałeś do Naples? 
- Tak, tam. 

background image

28 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Mieszkasz w Fort Lauderdale? 
- No, prawdą mówiąc, to jestem z Nowego Jorku. 

Niedawno mnie tu przenieśli. 

Woda się zagotowała. Wendy zgasiła palnik 

i nalała wrzątku do imbryczka. Poczuła na sobie 
wzrok mężczyzny, i krew szybciej popłynęła jej 
w żyłach. A więc jednak, pomyślała. Znała to u-
czucie: zauroczenie. Czyli jest akwizytorem jakiejś 
firmy farmaceutycznej z Nowego Jorku i nazywa się 

Bill Smith. Dosłownie wdepnął w jej życie, a ona 
po raz pierwszy od lat czuje, że żyje. Odwróciła się 
do niego. 

Przyglądał się jej z dziwną czułością. 

- Jak tu trafiłaś? - spytał z uśmiechem, kręcąc 

głową, - Naprawdę mieszkasz tu na stałe? Z czego 
żyjesz? 

- Swego czasu byłam pielęgniarką. Potem po­

znałam Leifa. Był naukowcem, zajmował się ochro­
ną środowiska naturalnego. To był jego dom. Zamie­
szkałam tu z nim. 

- I zostałaś? 
- Podoba mi się tutaj. 
- Jak, u licha, może ci się podobać na bagnach? 
- To nie są zwyczajne bagna, panie Smith. 

Odchrząknął. 

- Ktoś, kto widział mnie bez slipek, nadal zwraca 

się do mnie per panie Smith? 

Zaczerwieniła się, ale nie straciła rezonu. 
- Tu jest pięknie, Bill. Nie zdążyłeś się tylko 

background image

Heather Graham 

29 

rozejrzeć. Gdybyś pobył tu jakiś czas, zobaczyłbyś tę 
magię i zrozumiał. 

Ani przez chwilę jej nie wierzył. Odrzucało go to 

miejsce: grząskie bajora, gady, natrętne, tnące owa­
dy. Przyznać jednak musiał, że jakaś magia tu działa­
ła. Sam fakt, że jeszcze żyje, graniczy z cudem. 
Ocknąwszy się, zobaczył nad sobą tę blond piękność, 
anioła miłosierdzia, który ochronił go przed nad­

ciągającymi ciemnościami. 

Teraz pora na następny cud: skontaktować się ze 

swoim człowiekiem i wydostać stąd. Spoważniał 
szybko. Miał nadzieję, że Michaelson ze swoimi 
ludźmi naprawdę odpuścił. Musi obejrzeć wiadomo­
ści, ale sam, bez Wendy. 

Wendy. Podobało mu się to imię. Pasowało do 

niej. Kojarzyło mu się ze świeżym powiewem chłod­
nej bryzy, podniecającą gwałtownością burzy. Imię 
w sam raz dla tego pełnego temperamentu anioła. 

Hola! Pora się skupić. Musi się dowiedzieć, co 

jeszcze się dzisiaj wydarzyło. Nie sądził, by Michael­

son tu za nim trafił. Orientowanie się na bagnach nie 

należało do jego najmocniejszych stron. Ale ostroż­
ności nigdy za wiele. 

Jeśli tylko zdoła odciągnąć swoją piękną gos­

podynię od oglądania wiadomości, będzie w domu. 

Uniósł rękę i dotknął jej policzka. Był jedwabiście 

miękki, złociście brązowy na tle aureoli jasnych 
włosów. 

- Pozwolisz mi zostać? ~ zapytał cicho. 

background image

30 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Skoro już cię tu przywiozłam, to chyba nie mam 

wyboru - mruknęła, a potem odchrząknęła. - Obok 

łazienki jest druga sypialnia. 

- Może pokażesz mi rano, co cię tu trzyma 

- powiedział. - Dobranoc. 

Wycofał się do ciemnej sypialni i zamknął za sobą 

drzwi. Echo jego stów długo jeszcze rozbrzmiewało 

Wendy w uszach. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Śniła mu się. 

I chyba nic dziwnego. Myślał o niej zasypiając, 

widział wciąż te piękne srebrnobłękitne oczy rozis­

krzone determinacją, kiedy odsyłała go do gościnnej 

sypialni. Była odważną kobietą i podziwiał ją za to. 

Żyła tu samotnie, zdana tylko na siebie. Ale było to 

wykalkulowane ryzyko. Gdyby uznała, że nie można 

mu zaufać, już by go tu nie było. Zaprosiłaby go 

grzecznie z powrotem do swojej łodzi i sterczałby 

teraz na poboczu szosy z obandażowaną głową 

i uniesionym kciukiem. 

No i nie myliła się. Z jego strony nic jej nie 

zagraża. A że o niej śnił, to już zupełnie inna sprawa. 

Słodkie to były sny. Była jak okruszek nieba na 

background image

32 

NOCE NAD FLORYDĄ 

tych zakazanych błotach, jak diament pośród kamie­
ni, jak sztuka jedwabiu pośród bel zgrzebnego płótna. 
Nie miał pojęcia, co takiego jest w tej kobiecie, że tak 

szybko i tak zdecydowanie zawładnęła jego myś­
lami. 

Nawet jej głos był jak muzyka - łagodna, liryczna 

melodia podszyta wrażliwością, zabarwiona śmie­
chem. Szła ku niemu we śnie, a on patrzył zafas­
cynowany jej rozkołysanymi włosami, zahipnotyzo­
wany pięknem jej roziskrzonych oczu. Uśmiechnął 
się i wyciągnął do niej ręce. Szła ku niemu przez 
nocną mgiełkę, wieczorną mgłę, która przypominała 

mu, że to sen. 

I na razie sen musiał mu wystarczyć. Zbudowana 

była idealnie - szczupła talia, krągłe biodra, jędrne 
piersi. Pragnął jej. Gdy była już blisko, wstrzymał 
oddech i wyciągnął rękę, by jej dotknąć. Poczuł, jak 
łóżko ugina się pod jej ciężarem, gdy podwijając pod 
siebie nogi, siada obok niego. Twarz owiał mu jej 
ciepły oddech. 

Nagle podświadome królestwo snów ustąpiło miejs­

ca rzeczywistości. Tego ciężaru w nogach łóżka wca­
le sobie nie wyobrażał. 

Powoli, niezupełnie jeszcze przytomny, otworzył 

oczy. Długi czas leżał bez ruchu, rozbudzony, ale 
nieruchomy i zdębiały. W nogach łóżka coś siedzia­
ło. Nie była to Wendy; nie była to nawet kobieta. 
I z pewnością nie był to sen. 

Na wprost niego siedział kot. Olbrzymi dziki kocur. 

background image

Heather Graham 

33 

W pierwszej chwili przemknęło mu przez myśl, że 

to tygrys, ale przecież tygrysy na bagnach nie wy­

stępują. Stworzenie miało płowozłote futro i zło­
wrogie żółte ślepia. Patrzyło na niego przez chwilę, 

potem podwinęło górną wargę i wydało mrożący 
krew w żyłach odgłos. 

Serce podeszło mu do gardła, ale leżał dalej nie­

ruchomo, nie odrywając oczu od tego pięćdziesię-
ciokilogramowego potwora. No, wspaniale! Uszedł 
Michaelsonowi i uniknął paszczy krwiożerczych ba­
giennych gadów tylko po to, by jakieś przerośnięte 
kocisko schrupało go na śniadanie. 

- Bill? 

Światło zalało pokój, w progu stała Wendy. Z tą 

aureolą jasnych włosów wokół drobnej twarzy na­
prawdę wyglądała jak anioł. W jej oczach tlił się 
niepokój. 

- Wendy, nie! - ostrzegł ją. - Wyjdź i zamknij 

drzwi! 

Nie dopuści, żeby skończyła jako karma dla kota, 

po jego trupie. Zerwał się na klęczki, gotów stawić 

czoło kłom zwierzaka, gotów ucapić go za gardło. 

Nie przerabiali tego na szkoleniu, ale do diabła z tym, 

człowiek musi kiedyś umrzeć. Gdyby udało mu się 
dopaść kocura, zanim ten dopadnie jego... 

- Dzidzia! - fuknęła Wendy, wkraczając do po­

koju. 

- Wendy! Mówiłem ci... 
- Przepraszam, panie Smith. - Szła prosto na 

background image

34 

NOCE NAD FLORYDĄ 

siedzącego na łóżku zwierza. - Dzidzia ma swoją 
klapę w drzwiach kuchennych. Wchodzi i wychodzi, 
kiedy chce. Zapomniałam ci o niej powiedzieć. 

Brad, klęcząc na łóżku w samych i do tego 

pożyczonych slipkach, uniósł brwi. Wendy usiadła 

obok kocicy i podrapała ją za uchem. 

- Przepraszam. Przestraszyła cię? 
- Co? Nie, skądże znowu - skłamał. - Dzidzia, 

tak? 

- To florydzka puma. Gatunek zagrożony. 
No i prawidłowo! - pomyślał Brad, ale wolał 

zachować tę opinię dla siebie. Powoli wsunął nogi 
z powrotem pod koc i naciągnął go do pasa. 

- Dzidzia, tak? 
- Była mała, kiedy ją znalazłam. Jakiś kłusownik 

zastrzelił jej matkę i została sierotą. Wołaliśmy na nią 

„dzidzia", i tak już zostało. Jest do nas przywiązana 
i bardzo, ale to bardzo słodka. 

- Nie wątpię - mruknął Brad. 

Dzidzia wydała kolejny odgłos, coś pośredniego 

między rykiem a pomrukiem, a Wendy uśmiechnęła 
się do Brada. 

- Naprawdę. Jest łagodna, przysięgam. 
Brad wyciągnął ostrożnie rękę i pogłaskał kocicę 

po łbie. 

- Dobry kotek. 
Dzidzia oblizała się. Kły miała jak tygrys sza-

blozęby. 

Ale nie dziabnęła go. Przewróciła się tylko na 

background image

Heather Graham 

35 

grzbiet, wystawiając w powietrze wszystkie cztery 
łapy. 

Wendy roześmiała się. 
- Lubi drapanie po brzuchu. 
Brad, obserwując jej długie palce przebierające 

w jedwabistej sierści, miał ochotę powiedzieć, że on 
też to lubi. Wendy jakby usłyszała jego myśli, bo 
zaczerwieniła się i spędziła kocicę z łóżka. 

- Jeszcze raz przepraszam - mruknęła. - Chodź, 

Dzidzia. Dajmy pospać naszemu gościowi. 

Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Brad odetchnął 

głęboko i dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak jest 
spięty i podniecony. Koc nie w pełni to ukrywał. 
Mogła zauważyć. 

Z cichym jękiem wstał. Strumień przytłumionego 

różowego blasku przesączał się do sypialni przez 
kremowe zasłony. Podszedł do okna i rozsunął je. 

Wschód słońca zdawał się barwić powietrze na 

odcienie połyskliwego złota i bajkowego różu. Dom 
stał na wzgórku i od tej strony otaczały go drzewa 

i kwiaty; był tu też ogródek. Słońce odbijało się 
w małym rozlewisku za drzewami, i Brad podejrze­
wał, że wzgórek ma najwyżej pół hektara powierzch­
ni, a wokół rozciągają się bagna, kanały i szuwary. 

Ale widok z okna był sympatyczny. Za kępą drzew 

rosło mnóstwo dzikich orchidei - liliowych, żółtych 
i różowych. Bliżej domu znajdował się ogród z ró­
żami i tropikalnymi pnączami. Panowała tu cisza 
i spokój. 

background image

36 NOCE NAD FLORYDĄ 

Wzdrygnął się w duchu. W jego sytuacji o spokoju 

nie ma mowy. Musi się ubrać i zadecydować, co 
dalej. 

Z tą myślą wciągnął na siebie pożyczone ubranie 

i wyszedł z sypialni. Wendy krzątała się już w ku­
chni, widział ją z korytarza. Napełniała właśnie wodą 
ekspres. Miała na sobie dżinsowe szorty, bluzkę bez 
rękawów, a na nogach skarpetki i tenisówki. Włosy 
ściągnęła w koński ogon. 

Brad, skręcając do łazienki, uśmiechnął się do 

niej. 

- Mogłeś jeszcze pospać! — zawołała. 
Wystawił głowę przez drzwi. 
- Nie, już się rozbudziłem. 

Obmył starannie twarz i skorzystał ze szczoteczki 

do zębów, którą Wendy mu podała. Potem przejrzał 
się w lustrze. Rozcięcie na skroni wyglądało paskud­
nie, ale da się je zakryć włosami. Przydałoby się parę 
szwów, ale i bez nich nie umrze. Wzruszył ramiona­
mi i jeszcze raz ochlapał twarz wodą. Musi się 
zorientować w sytuacji. Powinien coś robić, ale co? 
Trzeba skontaktować się jakoś z szefem. Może Wen­

dy odstawi go na łono cywilizacji, skąd będzie mógł 
zadzwonić i dowiedzieć się, co i jak. Serce mu się 

ścisnęło. 

No właśnie. Jego anioł miłosierdzia wysadzi go 

gdzieś tam i tyle będzie ją widział. Pozostaną tylko 
wspomnienia. 

- Diabli nadali! -- mruknął głośno, potrząsnął 

background image

Heather Graham 

37 

głową i znowu opłukał wodą twarz. Musi się wy­
zwolić spod tego uroku, uciekać od tej kobiety. Ale 
nadal potrzebuje jej pomocy. 

Zakręcił wodę, przeczesał palcami włosy i ogarnął 

kosmyk na skroń, żeby zakryć ranę. 

Z kuchni dolatywał aromat smażonego bekonu. 

Ślina napłynęła mu do ust. Dzidzi nie było, telewizor 

w salonie był włączony, a Wendy oparta o kuchenny 
blat oglądała w nim ogólnokrajowe wiadomości. 

Odwróciła się do niego, kiedy wszedł do kuchni. 

- Cześć. Przepraszam, że cię obudziłam. 

Pokręcił głową. 

-

 Ja wcześnie wstaję. 

- Chcesz kawy? - spytała. 
- O niczym innym nie marzę. Sam się obsłużę. 

Sięgnął po dzbanek, a ona podeszła do kuchenki. 

Kiedy go mijała, poczuł zachwycający zapach cze­
goś czystego, świeżego i jasnego i zapragnął porwać 

ją w ramiona, zanurzyć twarz w tych pachnących 

włosach. 

Powstrzymał się jednak, nalał sobie kawy i oparł­

szy się o blat, zadowolił syceniem oczu jej widokiem. 
Podziwiał złote włosy, które dziś odsłoniły opalone 

ramiona, naturalny ruch bioder, niewymuszoną gra­
cję każdego jej ruchu. 

Musiała wyczuć, że ją obserwuje, bo odwróciła 

się. 

- Jakie chcesz jajka? - spytała. 
- Takie, jakie robisz sobie - odparł z uśmiechem. 

background image

38 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Czyli jajecznica, lekko ścięta. - Wbiła kilka 

jajek na rozgrzaną patelnię. - Po śniadaniu podrzucę 

cię do warsztatu, mają tam telefon. Ale nie śpiesz się. 

Telefon jest w kantorku, a otwierają dopiero o dzie­

wiątej . 

- Nigdzie mi się nie śpieszy - mruknął. 

Mieszając jajka drewnianą łopatką, Wendy za­

stanawiała się, dlaczego ten człowiek tak na nią 

działa. Nie mogła zapomnieć, że przedstawił się jej 

fałszywym nazwiskiem. Mężczyźni tak nie robią bez 

wyraźnego powodu. 

Ale instynkt jej jednak nie mylił. Zaufała mu, 

przenocowała pod swoim dachem i okazało się, że 

nie zawiódł jej zaufania. 

Spójrz prawdzie w oczy, Wendy! - zgromiła się 

w duchu. Nic o nim nie wiesz. Prawda jest taka, że on 

cię pociąga. Seks ci co prawda nie w głowie, ale nie 

miałabyś nic przeciwko temu, żeby był tu z tobą, bo 

mogłabyś sobie wyobrażać... 

Jajecznica była gotowa. Zgarnęła ją łopatką z pa­

telni na talerze. Gość stał tuż za nią, gotów je odebrać 

i przenieść na stół. Zerknęła na niego kątem oka 

i znowu zachwyciła się rysami jego twarzy. Był 

przystojny, mimo że urodą raczej nie grzeszył. Męs­

kie ciało, żylasty i muskularny, z odciskami na 

silnych dłoniach. Teraz, gdyby jakimś trafem znowu 

stracił przytomność, obejrzałaby go sobie dokładniej, 

od stóp do głów. Z dotykaniem włącznie. 

Trochę za głośno postawił talerze na stole. Wendy 

background image

Heather Graham 

39 

ściągnęła brwi, domyślając się, że to telewizor przy­
kuł jego uwagę. I teraz sama usłyszała. 

Ze słów prezentera wiadomości wynikało, że jej 

mały światek skupia teraz na sobie uwagę całego 
kraju. Wendy zapomniała na chwilę o gościu i nad­
stawiła ucha. 

Oboje równocześnie rzucili się do odbiornika. 

- Stój! - krzyknęła. 

Zatrzymał się i przewiercił ją wzrokiem. Było to 

groźne, zdesperowane spojrzenie, które osadziło 
Wendy w miejscu i odebrało jej głos. 

Wczoraj doszło do strzelaniny. Do „gwałtownej 

wymiany ognia", jak to określała fachowo policja 
z Fort Lauderdale. Zginął agent federalny, organom 
ścigania nie udało się jednak ująć członków gangu 
trudniącego się przemytem narkotyków, handlem 
bronią i mającego na swym koncie liczne mor­
derstwa. 

- Nie słuchaj tego. 

Brad oderwał oczy od Wendy i ruszył zdecydowa­

nym krokiem w kierunku telewizora. Otwierała już 
usta, by zaprotestować, ale wydobył się z nich tylko 
zduszony okrzyk, bo na zdjęciu, które w tym momen­
cie pojawiło się na ekranie, rozpoznała swojego 
gościa. 

Fotografia przedstawiała pięciu mężczyzn - wy­

soki blondyn, trzech średniego wzrostu, jeden o cie­
mniejszej karnacji, i... rzekomy Bill Smith. 

- Kurwa mać! - zaklął Brad. 

background image

40 

NOCE NAD FLORYDA 

Wyłączył telewizor, ale było już za późno. Wendy 

patrzyła na niego oskarżająco szeroko otwartymi 

oczami. 

- Wendy... - Podrapał się po głowie. Wyrzucał 

sobie, że ją okłamał. Teraz już tak łatwo mu nie 

uwierzy. A co gorsza, ciężko będzie wymazać z jej 

oczu nienawiść i urazę. 

I strach. 

Przeczesał ręką włosy, szukał słów. 

- Wendy... 

Odwróciła się na pięcie, jeszcze chwila i rzuci się 

do ucieczki. Nie może do tego dopuścić. Po pierwsze, 

nie wydostanie się stąd bez jej pomocy, po drugie 

w tym stanie wzburzenia mogłaby zdrowo naroz­

rabiać. Licho wie, na kogo by trafiła tam, w cywilizo­

wanym świecie. 

- Wendy, proszę cię, zaczekaj! 

Ale Wendy była już przy drzwiach. 

Uciec stąd. Jeszcze sekunda i będzie wolna. Byle 

tylko dopaść łodzi. Wtedy już jej nie dogoni. Nie zna 

przecież bagien, będzie bezpieczna. 

Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi na oścież. 

Zatrzasnęły się z powrotem, zanim zdążyła prze­

kroczyć próg. Odwróciła się odruchowo i znalazła 

oko w oko z Billem Smithem - czy jak mu tam! Jego 

przystojna twarz wydała jej się teraz złowroga. 

Wzbudzała w niej lęk. Był oszustem, kłamcą. Szyb­

kość, z jaką zareagował, i siła, z jaką zatrzasnął jej 

drzwi przed nosem, świadczyły, że jest groźny. 

background image

Heather Graham 

41 

- Wendy... 

Przemknęła pod jego ramieniem i pobiegła koryta­

rzem do swojej sypialni. Może przez okno... 

Czuła na plecach jego oddech, gonił ją. Wpadła 

jak burza do pokoju, zatrzasnęła za sobą drzwi, 

przekręciła klucz w zamku i oparła się o nie zdy­

szana. 

Serce podeszło jej do gardła, kiedy szarpnął od 

tamtej strony za gałkę. 

- Wendy! Musisz mnie wysłuchać... 
- Zakłamany sukinsyn! Krętacz! - krzyknęła, 

wodząc wzrokiem po pokoju. Jeśli ma szczęście, 
śrubokręt leży nadal na dywanie przy komódce. 

- Wendy, przyznaję, że cię oszukałem, ale po­

zwól mi się wytłumaczyć. 

Śrubokręt był tam, gdzie go zostawiła. Gdyby 

zdołała wymontować z okna nad łóżkiem ramę z mo-

skitierą, droga ucieczki stanęłaby przed nią otworem. 
Niech się tłumaczy, niech gada jak najdłużej, czas 
pracuje na jej korzyść. 

- No, słucham! Tłumacz się! - warknęła. Ode­

rwała się ostrożnie od drzwi, podeszła na palcach do 
komódki, podniosła z dywanu śrubokręt i skierowała 
się z nim w stronę okna. - Już zacząłeś? Nic nie 
słyszę! -krzyknęła przez ramię, wskakując na łóżko 
i zabierając się do pracy. 

- Wendy, nie jestem przestępcą. Uwierz mi - do­

biegło zza drzwi. 

Jasne. Oczywiście. 

background image

42 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Już raz ją oszukał. Pewnie ma ją za najbardziej 

naiwną istotę w tej części Ameryki. 

Pierwsza śruba wypadła jej na dłoń. Wstrzymując 

oddech, zaczęła wykręcać następną. Palce jej drżały. 
Boże jedyny. Ścigają go FBI i DEA. Zginął agent. To 

poważna sprawa; jej gość członkiem narkotykowej 
mafii. 

- Powinienem był od razu powiedzieć ci całą 

prawdę. Ale nie chciałem cię straszyć, no i z początku 
nie byłem pewien, czy mogę ci zaufać. Zataiłem 

swoje nazwisko, żeby oszczędzić ci niepotrzebnych 
stresów. Nie wiedziałem, co o tej aferze będą trąbiły 
media. Zrozum. Szef nie wyjawi prawdy, bo zakłada, 
że jestem wciąż z Michaelsonem i jego bandą. Ale 
oni mnie rozszyfrowali, kiedy nakryli Jima. Jim to 

ten, który zginął. 

Co on, u diabła, bredzi? - przemknęło przez myśl 

Wendy. Trzecia śruba została jej w ręku, a rama 
z siatką, trzymająca się już tylko na czwartej, opadła 
wahadłowym ruchem. Zdążyła ją chwycić, zanim 
walnęła

 w ścianę. Teraz było już trudniej. Odkręcając 

ostatnią śrubę, musiała jednocześnie przytrzymywać 
ekran. Skoncentruj się! - nakazała sobie. 

Sama jest sobie winna. Gdyby nie strach i łzy 

napływające do oczu, wyśmiałaby samą siebie. Może 
nie powinna była zostawać tutaj, na Everglades, 
samiutka jak palec. Może za długo opłakiwała to, co 

już nie wróci, i lizała rany. Bo kto przy zdrowych 

zmysłach wpuszcza na takim odludziu obcego do 

background image

Heather Graham 43 

domu, podziwia jego twarz i sylwetkę - pożąda go, 
nie oszukuj się Wendy - obdarza go zaufaniem i robi 
z siebie kompletną idiotkę. Gdyby utrzymywała 

bliższy kontakt z cywilizacją, od razu wyczułaby 
pismo nosem. 

Czwarta śruba wreszcie wyszła. Tamten za 

drzwiami dalej gadał, ale ona już dawno go nie 
słuchała. Odstawiła ostrożnie siatkę na podłogę 
i pchnęła okno. Otworzyło się z cichym skrzyp­
nięciem. Usiadła na parapecie, przerzuciła nogi na 
drugą stronę i ześliznęła się w miękką trawę. 

- Teraz rozumiesz, Wendy? - zakończył błagal­

nym tonem Brad. Nie było odpowiedzi. 

I nagle, dopiero teraz, poniewczasie, intuicja pod­

powiedziała mu, że nikt go nie słucha. 

Naparł ramieniem na drzwi. Tandetny zamek nie 

stawiał żadnego oporu. W pokoju nikogo nie było. 
Pod ścianą stał siatkowy ekran, a w podmuchach 
lekkiej bryzy falowały zasłonki w otwartym oknie. 
Brad w dwóch susach był przy łóżku, wskoczył na nie 

i rzucił się szczupakiem przez okno. Wylądował 
z przewrotką na trawie i rozejrzał się. 

Wendy zbiegała jak rącza łania opadającą w dół 

ścieżką; od przycumowanej do pomostu łodzi dzieli­
ło ją już tylko kilkanaście kroków. 

- Wendy! 

Dopadł ją nad samą wodą. Młóciła rękami i wierz­

gała jak schwytane w potrzask zwierzę. Oberwał 
małą zaciśniętą piąstką w ramię, potem w prawe oko; 

background image

44 

NOCE NAD FLORYDĄ 

zabolało jak diabli. Teraz, oprócz rozharatanej skro­
ni, będzie miał jeszcze pobite limo. 

Omal nie zbiła go z nóg kopniakiem w goleń, ale 

i tak miał szczęście, bo mierzyła w coś innego. 

- Wendy... 
Nie słuchała. On prosił, ona klęła na czym świat 

stoi. Pochylił się w końcu nisko i przerzucił ją sobie 

przez ramię. Łomotała go piąstkami po plecach 
i drapała przez pożyczoną koszulę, ale nie zwracał na 
to uwagi. Szybkim krokiem wszedł do domu fron­
towymi drzwiami. Musi uspokoić tę kobietę. 

Nie zatrzymując się w salonie, maszerował prosto 

do jej sypialni na końcu korytarza. Wyważone drzwi 
stały otworem. Wparował tam z nią i młócącą wciąż 
piąstkami, wierzgającą rzucił bezceremonialnie na 
łóżko. Włosy rozsypały się jej złotą chmurą po 
ramionach. 

- Spokój, do cholery! - krzyknął. - Nic ci nie 

zrobię! 

- A skąd mam wiedzieć, czy to nie kolejne 

kłamstwo? 

- Wendy! 
Nie było innej rady. Usiadł na niej okrakiem, 

chwycił za nadgarstki i przydusił wyciągnięte nad 
głowę ręce do materaca. Włosy zasłoniły jej twarz; 
uspokoiła się w końcu i próbowała je zdmuchnąć, ale 
wciąż piorunowała go wzrokiem. 

- Oszust! - krzyknęła. 
- Przyznaję, nie podałem ci swojego prawdziwe-

background image

Heather Graham 45 

go nazwiska. Przepraszam. Jestem Brad. Brad 
McKenna. 

Przez chwilę leżała spokojnie. Rozluźniła się tro­

chę, ale podejrzliwość nie znikła z jej oczu. Patrzyła 
na niego z nietajonym sceptycyzmem. Jej piersi 
wznosiły się i opadały miarowo, czuł między udami 
ciepło jej ciała. 

- Naprawdę. Pozwól, że zacznę od początku. Pani 

Hawk, przedstawiam pani Brada McKennę. Och, 
panie McKenna, jakże mi miło pana poznać. Cała 
przyjemność po mojej stronie, pani Haawk! Hej! 

Ani trochę jej to nie

 rozbroiło. Rzuciła się pod 

nim, niemal go z siebie strącając. 

- Wendy! - roześmiał się. - Zlituj się, proszę! 
- Już raz się nad tobą zlitowałam! Wyciągnęłam 

z błota, przywiozłam tutaj, nakarmiłam... 

- I wykąpałaś - dorzucił. 
Przymrużyła oczy, ale nie dała się wybić z rytmu. 
- Nakarmiłam, ubrałam i przenocowałam! A po­

winnam była zostawić cię aligatorom na pożarcie! 

Raniły go te słowa. Odetchnął głęboko. Czym ty 

się, stary, tak przejmujesz? - ofuknął się w duchu. No 
dobrze, nienawidzi cię. I co z tego? Podrzuci cię do 
telefonu i tam wasze drogi się rozejdą. 

Nie, musi jej najpierw wszystko wyjaśnić. Nie 

chciał rozstawać się z nią w nienawiści. 

- Wendy, błagam. - Jego uścisk trochę zelżał. 

- Wiem, że nie zasługuję na twoje zaufanie, ale jest 
mi ono potrzebne. Bardzo potrzebne. 

background image

46 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Nie odpowiedziała, ale też się już nie szamotała. 

Patrzyła tylko na niego wyzywająco. I nagle coś jej 
się przypomniało. Ten znajomy koc na łóżku, ta 
orzechowa zabytkowa komoda, którą wspólnie Lei-
fem odrestaurowali. To dzienne światło przesączają­
ce się przez kremowe zasłonki i siedzący na niej 
okrakiem mężczyzna. 

Leżała tak kiedyś, zaśmiewając się, a ze strony 

siedzącego w ten sposób mężczyzny nic jej nie 
groziło. Był jej mężem i kochała go. A teraz tak samo 

przyciska ją do materaca obcy facet i prosi, by mu 
zaufała. To zakrawa na świętokradztwo. 

Ale mimo wszystko czuła, że serce nie bije jej już 

tak mocno. Wbrew sobie, pomimo tego, czego do­
wiedziała się z wiadomości, chciała mu wierzyć. 
Tutaj nie mógłby jej okłamywać. 

I nie może być takim bezwzględnym przestępcą. 

Gdyby chciał, dawno już by ją wykończył. Mógł ją 

bez trudu udusić, w kuchni miał do dyspozycji 
mnóstwo ostrych noży. Na ścianie wisiała nawet 
dwururka. 

Odwróciła głowę; nie chciała patrzeć w te płowo-

złote oczy, które tak wymownie ją błagały. I nie 
słowa, nie tembr głosu, ale właśnie te oczy wreszcie 

ją przekonały. 

Nie chciała jednak, by jej dotykał. Nie chciała 

czuć na sobie siły ud, którymi ją ściskał, ani ciepła 

jego oddechu na twarzy. Przełknęła i odezwała się 

cicho: 

background image

Heather Graham 47 

- Jeśli naprawdę nie chcesz zrobić mi krzywdy, to 

mnie puść. 

Zawahał się, potem uwolnił jej nadgarstki i pod­

niósł się. Wendy odsunęła się szybko na drugą stro­
nę łóżka i nie spuszczając z niego wzroku, zaczęła 
rozcierać sobie przeguby. Usiadł na skraju łóżka 

i spojrzał na nią. 

- Brad McKenna, powiadasz? - spytała z powąt­

piewaniem. 

Kiwnął ponuro głową. 

- Jestem agentem DEA, wiesz, tej agencji do 

spraw walki z narkotykami, przysięgam. Pracowa­

łem pod przykrywką z moim partnerem, tym, którego 

zabili. Inwigilowaliśmy środowisko. Udało nam się 
przeniknąć do jednego z najbezwzględniejszych gan­
gów parających się przemytem kokainy, marihuany 
i haszyszu z Ameryki Południowej. Ten rejon znaj­
duje się pod naszą ścisłą obserwacją, zwłaszcza 
od kiedy nasilił się tu przerzut narkotyków przez 
granicę. Trudno go powstrzymać. Linia brzegowa 
jest długa, a pilotów gotowych ryzykować życie 
dla pieniędzy za jedną dużą dostawę są rzesze. 

Tak czy owak, Michaelson, herszt tej małej grupki, 

przejrzał nas. Miał w planie szybką egzekucję, ale 
my przekazaliśmy wcześniej centrali namiary na 
siebie, bo myśleliśmy, że szykuje się spotkanie 
7,

 klientami. Wszystko potoczyło się za szybko. 

- Zawiesił głos, zacisnął zęby, przełknął ślinę. - Jim 

zginął. Ja byłem następny do odstrzału, ale udało 

background image

48 

NOCE NAD FLORYDĄ 

mi się rąbnąć chevroleta i uciekłem. Silnik nawalił, 
a Michaelson i jego chłopak o mało mnie nie wykoń­
czyli. Na szczęście trafiłaś się ty. 

Przyglądała mu się bacznie. 

- A lekarstwa? 
- Słucham? 
- Powiedziałeś mi, że jesteś akwizytorem. 

W branży farmaceutycznej. 

Wzruszył ramionami. 

- Przysięgam, że teraz mówię prawdę. - Spojrzał 

na nią; tracił już nadzieję, że ta pogarda zniknie z jej 
oczu. - Wendy, na litość boską, mówię teraz prawdę. 
Błagam, uwierz mi. - Wyciągnął rękę, żeby pogłas­
kać ją po policzku, ale cofnęła gwałtownie głowę. 

- Jeśli mówisz prawdę - powiedziała - to co 

robisz na tym zdjęciu z przemytnikami? 

Westchnął. 
- Już mówiłem, że pracowałem pod przykrywką. 

Centrala nie wyjawi mojej tożsamości do czasu, 
kiedy nabiorą tam pewności, że zostałem zdekon-
spirowany. - Urwał. - Michaelson jest już ścigany za 
zabójstwo pierwszego stopnia i przemyt narkotyków. 

Nie ma nic do stracenia. Jeśli tylko nadarzy mu się 
okazja, zabije mnie. 

Obserwowała go spod przymrużonych powiek. 

- Wendy! Musisz mi uwierzyć! 
- A dlaczego? 
- Bo nadal potrzebuję twojej pomocy - powie­

dział. - Musisz mi pomóc. 

background image

Heather Graham 49 

Milczała. Wstrzymał na chwilę oddech, potem ci­

cho zapytał: 

- No więc? 
- Chyba nie mam wyboru, prawda? 

Spuścił głowę i uśmiechnął się. 

- Dziękuję - mruknął. Wyciągnął znowu rękę 

i pogładził kłykciami jej policzek. 

- Ale nie życzę sobie... nie życzę sobie, żebyś 

mnie dotykał! -warknęła. Odtrąciła jego rękę

s

 wstała 

z łóżka i z uniesioną wysoko głową opuściła pokój. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- No idziesz? - spytała chłodno Wendy, czekając 

na Brada przed domem. 

Zamknął za sobą drzwi i obrzucił ją podejrzliwym 

wzrokiem. Gdzie ta cholerna kocica? Zapomniał 
o niej, kiedy wcześniej ścigał Wendy. Dzidzia byłaby 

chyba skuteczniejsza w przypadku nieproszonych 
gości niż dwa dobrze wyszkolone psy obronne. 

- Nie wiem, czy mogę pani zaufać, pani Hawk. 
- Nie wiesz, czy możesz mi zaufać? - żachnęła 

się Wendy. Milczał. - Masz tupet! 

- Gdzie ta puma? 
- Dzidzia? 
- Ta twoja krwiożercza kicia. 
- A skąd, u licha, miałabym wiedzieć? - odparła 

background image

Heather Graham 

51 

słodko. - Każdy kot chodzi własnymi drogami, a jak 
sam widzisz, Dzidzia podwórko ma duże! 

Brad dosyć miał tego sarkazmu. Zapominając, że 

obiecał jej nie dotykać, chwycił Wendy za przegub 

i przyciągnął do siebie. Ciało miała ciepłe i miękkie. 

Poczuł na torsie wyzywającą jędrność jej piersi, 
gładki jedwab opalonej na złoto skóry. Wciągnął 
w nozdrza jej czysty, słodki zapach. 

Zacisnął zęby. 
- Chcę wiedzieć, pani Hawk, czy ta pani kocica 

nie czai się tu gdzieś i nie gotuje do skoku. 

Wendy zawahała się. 

- Nie. 
- Na pewno? 
- Co, nie dowierzasz mi? Może mam podnieść 

dwa pałce i przysiąc? 

- Tak! 
- Cholera, to kto tu w końcu jest oszustem? 
- Prosiłem, żebyś mi zaufała. 
- Ale ty mi nie ufasz! 
Zapragnął ją pocałować, przekonać się, czy ten 

płomień szalejący w jej oczach rozgrzał również 
wargi. Pokusa była nieludzka. Z rozkoszą zanurzyłby 
palce w jej włosach, rozsadzało go pożądanie. Może 
tak działa na niego to dzikie, pierwotne otoczenie, 
może śmiałe wyzwanie w jej przepięknych oczach. 
Nigdy jeszcze nie pragnął kobiety aż tak. Zamknął 
oczy, prosząc Boga, by wyprowadził go z tych bagien 

i przywrócił rozsądek. 

background image

52 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Przepraszam, pani Hawk. - Puścił ją. - Ma pani 

rację. Przesadzam. Proszę mi wybaczyć. Pójdziemy? 

Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, po­

tem odwróciła się i ruszyła do śmigłowej łodzi. 

Brad wskoczył za nią i odwiązał linę, którą łódź 

była przycumowana do drzewa. Gdy Wendy zapusz­

czała silnik, on oddał się kontemplacji panoramy 

i odgłosów bagien. Słońce stało już wysoko, robiło 

się coraz goręcej. Znowu brzęczały owady. Trawy 

w oddali poddawały się powiewom lekkiej bryzy, 

przywodziły na myśl zielone falujące morze. 

Usłyszał trzepot i obejrzał się: długonogi niezdar­

ny żuraw nabrał gracji i elegancji, wzbijając się 

w błękitne niebo. 

Wendy siedziała zamyślona. Uśmiechnął się; taka 

drobna i krucha wydawała się w tej łodzi - istny 

aniołek prowadzący dwutonową półciężarówkę. 

Co ją trzyma tutaj, na tych wyludnionych mocza­

rach, zupełnie samą? Czy człowiek - obojętne, męż­

czyzna czy kobieta - może być do tego stopnia 

samowystarczalny, że do przeżycia nie potrzeba mu 

nic prócz ziemi i nieba? 

Ziemi, nieba - i wspomnień? 

Zorientował się szybko, że ona bardzo dobrze zna 

te tereny. Kiedy wiozła go w nocy, był nieprzytomny, 

i nie mógł tego docenić. Teraz orientował się po 

słońcu, w jakim mniej więcej kierunku zmierzają, ale 

za cholerę nie mógł pojąć, jak można nawigować na 

bagnach, gdzie nie ma żadnych punktów orientacyj-

background image

Heather Graham 

53 

nych. A może są, tyle że subtelne, naturalne, widocz­
ne jedynie dla tego, kto wie, gdzie ich wypatrywać? 

Na przykład tamto skupisko pochylonych starych 

drzew, które niejedną już burzę przetrwały. Albo ta 
rozległa połać traw po prawej, a po lewej feeria barw 
na wzgórku sterczącym z bagna, porośniętym dziki­
mi orchideami, wśród których przechadzają się maje­
statycznie długonogie błękitnawe czaple. 

Z zarośli przed nimi zerwało się stado ptaków 

spłoszonych głośnym warkotem silnika rozpędzonej 
łodzi. Brad, przymknąwszy oczy, rozkoszował się 

omywającym mu twarz prądem powietrza i słońcem 
grzejącym w plecy. Zapach bagien, który tak go 
wczoraj mierził, dziś upajał i zachwycał. 

Wendy zwolniła. Myślał, że chce ominąć kolejną 

wyrastającą z bagna kępę, ale kiedy podpłynęli 
bliżej, dostrzegł za zasłoną wysokich traw deski 
kilku małych, rozchwierutanych pomostów. Wendy 
rzuciła mu bez słowa linę; przywiązał łódź do pala. 
Z końskiego ogona Wendy wymknęło się kilka 
pasemek włosów. Muskały teraz jej policzki, kiedy 
mrużąc oczy, patrzyła w stronę małego budynku. 

- Dziękuję - powiedział cicho. 
Wzięła się pod boki i zmierzyła go wzrokiem. 
- Telefon jest w kantorku - burknęła. 

Gdy przecięli starannie przystrzyżony trawnik, 

Brad zobaczył przed sobą pobielony wapnem prosto­
kątny budyneczek z kilkoma dystrybutorami paliwa 
od frontu. 

background image

54 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Na spotkanie wyszedł im starszy mężczyzna 

w wyszmelcowanym kombinezonie. Popatrzył cie­
kawie na Brada, ocierając ze smaru ogorzałe, spraco­
wane dłonie; jego przymrużone oczy otaczała sia­
teczka kurzych łapek. 

- Witaj, Mac - powiedziała Wendy, a Brad ode­

tchnął z ulgą. - Mac, to mój znajomy, Brad McKen-
na. Brad, to Mac Gleason. 

Mac wyciągnął rękę. 

- Miło mi cię poznać, Mac. - Brad uścisnął dłoń 

mężczyzny. 

Stary kiwnął głową, ale wciąż przyglądał się 

Bradowi. 

- To pański ten stary chevy, co się rozkraczył 

w kałuży przy szosie? 

- Eee... - zająknął się Brad. - Nie, nie mój. 
Nie kłamał. Jakiś zdenerwowany właściciel czy 

właścicielka prawdopodobnie zgłasza teraz agentowi 
ubezpieczeniowemu kradzież swojego wypieszczo­
nego autka. 

- Brad chciał zadzwonić - wyjaśniła Wendy. 

- Co z moim wozem, Mac? 

- Gotowy, Wendy, tylko wsiadać i jechać. Miejs­

cowa rozmowa, synu? 

- No... jakby tu... nie wiem. Z Fort Lauderdale. 

-Brad, grzebiąc nerwowo po kieszeniach, dopiero po 

chwili przypomniał sobie, że to nie jego kieszenie, 
a zresztą i w swoich nie miał złamanego centa. 

- Nie żądam pieniędzy, chłopcze - rzekł z god-

background image

Heather Graham 

55 

nością Mac. - Pytałem tylko, gdzie dzwoni. Jak do 
Lauderdale, to niech kręci najpierw jedynkę, słyszał? 

Brad kiwnął głową. 
- Dzięki. Bardzo pan uprzejmy. 
- Tam, w kantorku. Niech się nie śpieszy. 
Brad odwrócił się i poszedł w stronę biura. Korciło 

go, by się obejrzeć, ale tego nie zrobił. Oczyma 
wyobraźni widział, jak Wendy szepce teraz staremu 

na ucho, że przypuszczalnie jest mordercą i prze­
mytnikiem narkotyków. I pyta, czy stary nie ma 
gdzieś na podorędziu strzelby. Niewykluczone też, 
żo otworzywszy drzwi kantorku, stanie oko w oko 

z parą pitbulli. Tutaj, na bagnach, ludzie żyją w izo­
lacji, rozproszeni, i każdy po swojemu dba o bez­
pieczeństwo. 

Nie rób mi tego, Wendy, proszę cię, nie rób. Nie 

wydaj mnie, powtarzał w duchu. 

W kantorku była klimatyzacja i panował miły 

chłodek. Na prawo od drzwi stało biurko z suszką 
i wysłużone obrotowe krzesło, a pod ścianą automat 
z pepsi i drugi z czipsami oraz batonikami, a obok 
wielki szklany balon z mrożoną wodą. Brad nalał 

sobie do papierowego kubka zimnej wody, wypił ją 
duszkiem i wyjrzał przez okno. 

Wendy śmiała się serdecznie z czegoś, co przed 

chwilą powiedział stary. Trzymała się pod boki, 
głowę odrzuciła w tył. W pewnej chwili zerknęła na 
kantorek, zobaczyła go w oknie i natychmiast spo­
ważniała. 

background image

56 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Brad podszedł do biurka i wykręcił numer linii 

alarmowej. Odebrał Gary Henshaw. Brad uśmiech­

nął się, słysząc triumfalny okrzyk uradowanego Ga-

ry'ego. 

- Stary, gdzie cię, do cholery, wcięło? Zaraz, nie, 

nic mi nie mów, daję Szefa. 

Dwie sekundy później rozmawiał już z L. Davi-

sem Purdym, człowiekiem, który dowodził operacją 

na południowej Florydzie - z Szefem, jak z szacun­

kiem i sympatią nazywali go podwładni. Purdy nie 

zaliczał się do tych, co wydają rozkazy zza biurka. 

Od lat pracował w terenie i stopniowo awansował 

w hierarchii agencji. Znał się na tej robocie jak nikt. 

Michaelson stanowił najtwardszy jak dotąd orzech 

do zgryzienia, jaki trafił się Purdy'emu. 

- Żyjesz - mruknął Purdy. Zabrzmiało to jak 

stwierdzenie faktu, trochę nawet chłodno. 

- Ano żyję. - Brad odchylił się na oparcie krzesła. 

- Bogu niech będą dzięki. - W ustach Purdy'ego 

nie był to pusty frazes. - Jim zginął. 

Brad przymknął oczy. 

- Wiem. Michaelson dostał cynk, że obaj jeste­

śmy z DEA. 

- Domyśliliśmy się. - Purdy zawiesił na chwilę 

głos. - Pod twój dom podłożono bombę. Spłonął. 

- Co?! - Brad usiadł prosto. 

Nie ma już domu? Nie ma kolekcji rzadkich 

winylowych płyt na czterdzieści pięć obrotów, nie 

ma sprzętu stereo, leciwego, wyświechtanego fotela 

background image

Heather Graham 

57 

na biegunach, kurtki akademickiej drużyny futbolo­

wej... drobiazgów, które znaczyły jego drogę przez 

życie. Wszystko to poszło z dymem. 

Ale żyję, pomyślał trzeźwo. Jim nie miał tyle 

szczęścia. 

- Zamierzamy objąć cię ochroną, Brad. Tylko ty 

jeden możesz nam teraz wystawić Michaelsona. On 

chce cię widzieć martwym, a zwykle dopina swego. 

- Nie brzmi to najlepiej - mruknął Brad. 

- Znasz zasady. Masz szczęście, że chodzisz 

jeszcze po tym świecie. Gdzieś ty się zaszył, że do tej 

pory nie dostał na ciebie namiarów? Staram się go 

dopaść, ale znasz tego typa i znasz system. Facet jest 

śliski jak wąż, a ze swoimi pieniędzmi może sobie 

kupić wszelkie względy. 

- Jestem na bagnach. 

- Na bagnach? Na Glades? 

- Tak. Nie potrafię ci powiedzieć, gdzie dokład­

nie, bo sam nie wiem. Pewnie dlatego mnie jeszcze 

nie znalazł. - Brad zawahał się. - Nawet mi się tu 

podoba... 

Do kantorku weszła Wendy, przysiadła na brzegu 

biurka i spojrzała na niego wyczekująco. 

- Purdy, porozmawiasz z kimś w moim imieniu? 

- rzucił do słuchawki Brad. - To zdjęcie, które 

pokazali w dzisiejszych porannych wiadomościach, 

narobiło mi obciachu. 

- Z kim? 

- Z taką jedną zaniepokojoną obywatelką, dzięki 

background image

58 

NOCE NAD FLORYDĄ 

której żyję - odparł Brad, patrząc na Wendy. - Oba­
wia się teraz, że pomogła zatwardziałemu kryminali­

ście. Powiedz jej coś, dobrze? 

- Jej? - mruknął Purdy. 
Brad zazgrzytał zębami. Słyszał w tle, jak Gary 

powtarza: „Jej? A to numer z tego Brada. Nawet na 
bagnach przygadał se kobitkę". 

- Powiedz Gary'emu, żeby się zamknął - warknął 

Brad. - Daję panią Hawk. 

Wcisnął Wendy słuchawkę. Uniosła ją do ucha. 
- Halo? 

- Dzień dobry pani. Moje nazwisko Purdy, jestem 

z DEA. Jak przed chwilą słyszałem, pomogła pani 
wczoraj wieczorem jednemu z moich ludzi i jestem 
pani za to ogromnie wdzięczny. Brad mówi, że 
oglądała pani wiadomości. Bardzo mi przykro, jeśli 
panią wzburzyły, ale musieliśmy przedsięwziąć pew­
ne środki ostrożności. 

Wendy milczała. Podsłuchujący Brad zdał sobie 

sprawę, że to żaden dowód jego niewinności. Mógł 

przecież zadzwonić do kogokolwiek i ten ktoś może 
teraz kłamać jak z nut, tak jak wcześniej on. Jęknął 

cicho i opadł na oparcie krzesła. No nic, uwierzy, 

kiedy przyślą po niego samochód. 

Nie. Wyprostował się gwałtownie. Nie, agencja 

nie może tu nikogo przysyłać. Taka wizyta byłaby 
dla Wendy groźna. Jest bezpieczna, dopóki nikt od 
nich tu do niej, na bagna, nie przyjedzie. 

Chyba że w ślad za kimś, kto by jechał go załatwić. 

background image

Heather Graham 59 

Wyrwał jej z ręki słuchawkę. 
- Szefie... 
- Wyślemy tam dwa samochody z naszymi naj­

lepszymi... 

- Nie! Posłuchaj. Wydostanę się stąd o własnych 

siłach. 

- Brad... - Niemal widział, jak Purdy ściąga 

brwi, marszczy czoło i mruży przenikliwe niebieskie 

oczy. 

- Uwierz mi, Purdy, tak będzie bezpieczniej. 

Dzwonię ze stacji benzynowej prowadzonej przez 
starszego mężczyznę, a gościny udzieliła mi pani 
Hawk. I jeszcze jedno, Szefie, to naprawdę sam 
środek bagien i nie ma mowy, żeby Michaelson mnie 
tu wytropił. To zwyczajnie niemożliwe. To wodna 
dżungla. Trzeba mapy, żeby trafić od drzewa do 
drzewa. Jeśli sam się stąd wydostanę, Michaelsonowi 
nie przyjdzie do głowy, żeby tutaj właśnie szukać 
tego, kto mi pomógł. Ruszam dziś rano. 

Wendy patrzyła na niego szeroko otwartymi ocza­

mi. Nie wiedziała, dlaczego wierzy temu człowieko­
wi, ale po prostu mu wierzyła. Miała świadomość, że 
równie dobrze mógł się połączyć z zakładem karnym 

stanu Floryda, a facet po tamtej stronie linii, z którym 

przed chwilą rozmawiała, nie był żadnym agentem 
DEA, lecz pensjonariuszem tego przybytku. 

Ufała mu jednak. Znowu zdawała się na swój 

instynkt. 

Serce biło jej odrobinę za szybko; trochę za 

background image

60 NOCE NAD FLORYDĄ 

szybko oddychała. Może powinna umyć ręce i zo­
stawić tego człowieka własnemu losowi? Nie jest mu 
nic dłużna. 

I zanim dotarło do niej, co robi, trzymała go już za 

rękę. 

- Może powinieneś jednak zostać. 
- Co? ~ Drgnął i spojrzał na nią zaskoczony. 

Zawahała się, oblizała wargi i podjęła: 

- Jak zrozumiałam, szuka cię jakiś facet, tak? Ten 

Michaelson. Może tu cię nie znajdzie. 

- Wendy - powiedział cicho Brad. - Ten facet 

chce mnie zabić. Jestem jedynym człowiekiem, który 
może przeciwko niemu zeznawać. 

Kiwnęła głową. 

- Wiem. Ale sam przed chwilą powiedziałeś, że 

nie ma mowy, żeby cię tu znalazł. 

Co ze mną jest? - pomyślała z rozpaczą. Nie chce 

go tutaj! Przy tym człowieku traci głowę i zachowuje 
się irracjonalnie. 

Ale nie bała się go. Nawet kiedy ją trzymał, 

kiedy przygniatał ją do łóżka. Ten mężczyzna rzu­
cał na nią urok i cieszyła się, że odchodzi, a te­
raz... 

A teraz ni z tego, ni z owego namawia go do 

pozostania. 

Dlaczego? 

Serce zgubiło rytm, zabiło jak młotem. To głupie, 

ale w tym momencie przypomniała sobie widok 
krwi, całej tej krwi, która wyciekła kiedyś z piersi 

background image

Heather Graham 61 

Leifa. Usłyszała własny krzyk niosący się echem 
w jej sercu. 

Rządziły nią teraz wspomnienia. Nie dopuści, by 

to samo spotkało Brada. Bagna stanowiły jej azyl; 
znała je jak własną kieszeń, można się tu było ukryć 

jak nigdzie indziej. Przed laty spenetrowali je In­

dianie, ale od tamtego czasu mało kto próbował 
sporządzić ich mapę. Moczary są bezwzględne i nie­
przystępne, ale kiedy pozna się i szanuje ich tajem­
nice, potrafią chronić człowieka, mało tego - całe 
społeczności. 

Spojrzała na Brada. Widać było, że targają nim 

sprzeczne emocje. Zacisnął zęby. 

- Wendy, nie mogę się u ciebie ukrywać. Uciecz­

ka to moja specjalność, moja praca. 

- Nie ma takiej pracy, która kazałaby człowieko­

wi dać się głupio zabić! - wyrzuciła z siebie. - Myś­

lisz, że uda ci się wydostać z tej dziczy w jednym 

kawałku? Zastanów się. Prawo nie wymaga od ciebie 
heroicznych czynów. Prawo potrzebuje cię żywego... 

- Ale ja potrafię dawać sobie radę w... 
- W dużym mieście być może - wpadła mu 

w słowo - ale czy w zakres szkolenia, które przeszed­
łeś, wchodziło wymykanie się bandzie morderców na 
Everglades? 

- Brad! Brad! - Ze słuchawki wydobył się pode­

nerwowany głos Purdy'ego. 

Brad, patrząc Wendy w oczy, uniósł słuchawkę do 

ucha. 

background image

62 NOCE NAD FLORYDĄ 

- Jestem... 

Tak czy owak, czeka go okres nieznośnej bez­

czynności. Załóżmy, że uda mu się wydostać z ba­

gien. Będzie się musiał zaszyć w bezpiecznym domu. 

Zamkną go tam z grupą agentów czuwających nad 

nim dzień i noc. I nie wypuszczą, dopóki Michaelson 

nie zostanie ujęty. 

Jęknął i odsunął od siebie słuchawkę. 

Wendy wyrwała mu ją z ręki. 

- Panie Purdy, może mi pan udowodnić, że Brad 

nie jest przestępcą? 

- Mogę to ogłosić za pośrednictwem środków 

masowego przekazu - warknął Purdy i odchrząknął 

niecierpliwie. -Niech pani przypomni panu McKen-

nie, że pracuje dla mnie, i da go z powrotem do 

telefonu. Powędruje na przymusowy urlop na dłużej, 

niż myśli, jeśli tym razem do końca mnie nie wy­

słucha. 

Wendy uśmiechnęła się. Brad zauważył teraz, 

że ma maleńki dołek w brodzie. Odebrał od niej 

słuchawkę. 

- Mam pomysł, Szefie. Zagwarantuje to bezpie­

czeństwo zarówno mnie, jak i jej. Zamelinuję się 

tutaj. 

- Co takiego?! - wrzasnął Purdy. 

Brad odsunął słuchawkę od ucha, a Purdy pieklił 

się, zarzucając mu brak subordynacji, przypomina­

jąc, że całe mile dzielą go od cywilizacji; że w razie 

czego znikąd nie może oczekiwać pomocy. 

background image

Heather Graham 

63 

- I w tym właśnie rzecz - odrzekł Brad, gdy Purdy 

skończył. - To straszne zadupie. Nikt nie wie, gdzie 
to jest, w związku z czym nikt nie będzie mógł mnie 
wystawić. Dobrze mówię, Szefie? 

Purdy zmienił taktykę. 
- I chcesz się tam taplać błocie przez tydzień, 

a kto wie, czy nie dłużej? 

Brad roześmiał się. 
- A czy mogliście sobie, chłopaki, wymarzyć 

lepszą sytuację? Spokojna głowa, dostarczę dowody 
i będę zeznawał. A wy możecie rzucić wszystkie siły 

do obławy na Michaelsona! 

Purdy zaklął, ale potem w słuchawce zaległa cisza. 

Brad znał Purdy'ego. Nie trzymał się kurczowo 
„standardowych procedur", gotów był wyrzucić je 
wszystkie przez okno, jeśli jakieś niestandardowe 
rozwiązanie wydawało mu się lepsze. 

- Dobrze, McKenna. Posłuchaj mnie, i to uważ­

nie. Może i masz rację, ale Michaelson to chytra 
sztuka. Najlepiej nie wychylaj nosa stamtąd, gdzie 
siedzisz. Pamiętaj, że on rozstawi swoich ludzi po 
obu końcach Alligator Alley. I założę się, że będzie 
też prowadził obserwacje bagien z powietrza. Jeśli 
coś zauważysz, natychmiast melduj i niech cię ręka 
boska broni podejmować jakiekolwiek działania bez 
mojej zgody. Zrozumiano? 

Brad zastgł. Nie cierpiał bagien. Co mu, cholera, 

odbiło? Odetchnął głęboko. Po prostu chce przeżyć 
sen na jawie. Chce wrócić do domku na kępie, 

background image

64 

NOCE NAD FLORYDĄ 

położyć się do łóżka i kochać z tą kobietą. Chce 

widzieć nad sobą te oczy pałające namiętnością. 

Chce ją całować, zatracić się w niej... 

Purdy coś jeszcze mówił, ale Brad już go nie 

słyszał. Patrzył na Wendy i zastanawiał się, czy twarz 

ma tak samo ściągniętą i poszarzałą jak ona. Co 

Wendy teraz myśli? Czy żałuje swojej pochopnej 

propozycji? To był błąd. Nie potrafił siedzieć bez­

czynnie; nienawidził tego. Co on, u diabła, będzie 

robił przez tyle czasu na moczarach? 

Chyba tylko pożądał swojego srebrnookiego anio­

ła miłosierdzia. 

Zaklął w duchu i potarł skroń. 

- Hej, Szefie... 

- Żadnych akcji bez konsultacji ze mną, Brad. 

Chłopcy namierzyli już numer telefonu, mamy więc 

twoje współrzędne. Wysyłam ludzi, żeby zdjęli Mi-

chaelsona. A ty siedź tam jak mysz pod miotłą i staraj 

się utrzymać przy życiu, słyszysz? 

W słuchawce stuknęło i rozległo się głuche bucze­

nie. Purdy się rozłączył. 

Brad został ze słuchawką przy uchu. Spojrzał na 

Wendy - nadal była blada. Westchnął i odłożył 

słuchawkę. 

- Wyglądasz, jakbyś właśnie zaprosiła Indian, 

żeby cię oskalpowali. Widzę, że nadal mi nie dowie­

rzasz. Może nie trzeba ci się było wyrywać z tą 

propozycją? 

Zsunęła się z biurka i wzięła pod boki. 

background image

Heather Graham 

65 

- Niewdzięcznik! 
Do kantorka zajrzał stary Mac. 
- Natelefonowałeś się już, synu? - spytał. 

Brad pokiwał głową i uśmiechnął się. Mac paso­

wał do tego miejsca idealnie. Włosy i brodę miał 
czyste, ale zmierzwione, maniery szorstkie, ale nie 
grubiańskie. Nie ulegało wątpliwości, że przyjacie­

lem Brada był dopóty, dopóki Wendy za niego 
ręczyła. I nie ulegało też wątpliwości, że broniłby jej 
do upadłego. 

- Tak, już skończyłem - powiedział. 

Mac kiwnął pogodnie głową. 
- Zabierasz swój samochód, Wendy, czy przy­

płynęłaś tylko do telefonu? Może on by wrócił do 
domu wozem, a ty łodzią? 

- Nie, przypłynęliśmy tylko skorzystać z tele­

fonu. 

Mac znowu kiwnął głową. 

- To niech ktoś wpadnie po niego W wolnej 

chwili. - Nie odrywając oczu od Brada, podszedł do 
starego ekspresu. - Kawy? 

- Chętnie. Dziękuję. 
Mac napełnił kubek i podał mu go. Kawa była 

gorąca i mocna. Brad, parząc sobie wargi, pociągnął 
łyczek. 

- Ma coś wspólnego z tymi typkami, co się tu 

kręcą w czarnym sedanie? - zwrócił się do niego Mac. 

Brad zakrztusił się, parsknął kawą na podłogę. 

Spojrzał na Wendy, potem na Maca. 

background image

66 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Mac uśmiechnął się, ubawiony jego reakcją. 
- A tak, byli tu wczoraj wieczorem, tankowali. 

Nie powiem, żeby mi się podobali. Pytali o chevrole-
ta, a ja nie wiem czemu powiedziałem im, że nie, nic 
nie wiem, nic nie widziałem. Tak naprawdę to szukali 

jakiegoś gościa, swojego kumpla, który zawieruszył 

się im na bagnach. Tak powiedzieli. Ja im na to, że 

jak na bagnach coś się zawieruszy, to już przeważnie 

na amen. Ale tak sobie myślę, że jak by tu wrócili, 
to im powiem, że jak wciąż szukają tego swojego 
kolesia, to lepiej niech położą na nim krzyżyk. 

Z Glades nie ma żartów, dobrze mówię? 

Brad potrząsnął dłonią Maca. 
- Dzięki - rzekł zduszonym głosem. - Stokrotne 

dzięki. Wyświadczył mi pan wielką przysługę. Nie 
wiem, jak to panu udowodnić, ale ja naprawdę jestem 
porządnym człowiekiem. A ci faceci szukają tylko 
zaczepki. 

- Mężczyźnie nie trzeba niczego dowodzić - ża­

chnął się Mac.  - N a świecie są i porządni, i nieporzą-
dni. Instynkt, chłopcze, to najważniejsze. 

Kiwnął im głową i wyszedł z kantorka. Wendy 

zerknęła na Brada i wybiegła za staruszkiem. Brad 
widział przez zakurzone okno, jak rzuca się Macowi 
na szyję i całuje go w pomarszczony policzek. 

Są starymi, dobrymi przyjaciółmi. Brad poczuł 

ukłucie zazdrości. Ten stary dobrze zna Wendy. Są 
zżyci. Mają wspólne wspomnienia, ona opowiada mu 
o swoich planach na przyszłość. A on, Brad, właś-

background image

Heather Graham 

67 

ciwie wcale jej nie zna. Wie tylko, że pragnie Wendy, 
że ona go intryguje, że go omotała. 

Może to jej, nie Michaelsona, powinien się strzec. 

Michaelson dyba na jego życie. Wendy kradnie mu 
serce i duszę. 

Wyszedł za nią. Wendy pomachała Macowi na 

pożegnanie i wskoczyła do łodzi. Przez chwilę mie­
rzyli się w milczeniu wzrokiem. Potem Wendy prze­
szła obok Brada i odwiązała łódź. 

Silnik ożył z rykiem, z szuwarów przed nimi 

zerwało się stado spłoszonego ptactwa. Ruszyli. 

Brad westchnął i usiadł. Wracają do domu, do jej 

domu. Kości zostały rzucone. Patrzył, jak słońce 
oświetla jej złote włosy. Spuściwszy wzrok na opalo­
ne ramiona, przypomniał sobie, jak ją trzymał. Jak 
długo jest im sądzone być razem? 

Może czas się nie liczy; połączył ich los. I nagle 

Brad nabrał przekonania, że będzie ją miał, będzie ją 

pieścił, kochał się z nią, że to nieuniknione. 

Obejrzała się, by mu pokazać jakiś charakterys­

tyczny punkt orientacyjny, ale kiedy spotkały się ich 
spojrzenia, słowa uwięzły jej w krtani. 

Patrzyli sobie w oczy, a srebro stapiało się ze 

złotem jak w retorcie jakiegoś średniowiecznego 
alchemika. Słowa nie były tu potrzebne. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dom wydał mu się jakiś mniejszy. Nie wiedział, 

jak to możliwe, ale wyraźnie się skurczył. 

Wendy wyrzuciła śniadanie, którego nie zjedli, 

i zabrała się za sprzątanie. Pomógłby jej, czuł jednak, 

że ona sobie tego nie życzy. Kuchnia też się zmniej­

szyła, za ciasno było w niej teraz dla nich dwojga. 

Wycofał się do salonu i włączył telewizor. Było 

wczesne popołudnie. Skacząc po kanałach, znalazł 

jedną ze stacji ogólnokrajowych. Wzruszającą, wyci­

skającą łzy sceną kończył się właśnie któryś tam 

odcinek mydlanej opery. 

Brad przykucnął i czekał. W pewnej chwili prze­

łknął z trudem, uświadamiając sobie, że serial ten 

oglądał namiętnie jego partner Jim. Jim nie potrafił 

background image

Heather Graham 69 

powiedzieć, jak i kiedy go to filmisko wciągnęło. 
I przy każdej sposobności, na przykład kiedy godzi­
nami siedzieli na obserwacji, popijając kawę i czeka­

jąc, aż coś się wydarzy, opowiadał z przejęciem treść 

ostatnich odcinków. Rzecz jasna, większości nie 
mógł oglądać na bieżąco, ale nagrywał je sobie 
sumiennie na wideo. 

Jim nie obejrzy już żadnej mydlanej opery. 
Niedługo razem popracowali. Niecały miesiąc. 

Poprzedni partner Brada, Denis Holmes, odszedł 
z DEA, poślubiwszy sympatię z college'u, która 
czekała na niego dziesięć długich lat. Był teraz 
nauczycielem w Bostonie. Ciekawe, pomyślał Brad, 
i on, i Denis, i Jim, wszyscy trzej co do jednego byli 
zgodni - w ich zawodzie małżeństwo nie wchodzi 
w grę. 

Tylko że Jim nie zdążył się nawet ożenić. Zginął 

od kuli w kwiecie wieku. Cholerny Michaelson! Za­
płaci za życie Jima. Brad oddałby wszystko, by jak 
rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu stanąć do poje­
dynku z tym człowiekiem i jednym strzałem położyć 

go trupem. Ale to nie Dziki Zachód. Nie ma szans, by 
rozprawić się w ten sposób z Michaelsonem. O jego 
losie zadecyduje sąd. Takie są reguły. 

Pieprzyć reguły - gdyby nadarzyła się okazja, bez 

wahania sam wymierzyłby sprawiedliwość. 

Serial się skończył, zaczęły wiadomości. Ładna 

blondynka z przejęciem relacjonowała przemytni­
czy proceder Michaelsona. Na ekranie pojawiło się 

background image

70 

NOCE NAD FLORYDĄ 

zdjęcie Jima. Brad je pamiętał. Zrobione zostało na 
pikniku w Święto Pracy. Jim był w starej futbolowej 
kurtce, miał rozwichrzone włosy i uśmiechał się 
promiennie do obiektywu. 

Prezenterka oznajmiła, że ciało zostanie przewie­

zione do jego rodzinnego miasteczka w Delaware 
i tam pochowane. 

Teraz na ekranie pojawiło się zdjęcie Brada. 

Zrobiono je tego samego dnia. On też był na nim 
w kurtce drużyny futbolowej i trzymał pod pachą 
futbolówkę. Drugą ręką obejmował hożą rudowło­
są dziewczynę. 

Skąd, u licha, Purdy wytrzasnął te zdjęcia? Nie 

mógł udostępnić telewizji zwyczajnej fotografii pa­
szportowej Brada w granatowym garniturze, pod 
krawatem, poważnego i uczesanego? Na tym zdjęciu 
wyglądał jak podchmielony chłystek. Brakowało 
tylko walających się w trawie puszek po piwie. 
Włosy w nieładzie, poza niedbała, dziewczyna pod 
pachą. Ciekawa rzecz, nie pamiętał nawet imienia tej 
rudej. 

Prezenterka wyjaśniała, że Brad i Jim pracowali 

pod przykrywką, inwigilując środowisko handlarzy 
narkotyków, i że do tej pory Brada McKennę przed­

stawiano jako przestępcę dla jego bezpieczeństwa. 
Teraz nie było to już konieczne. Brad został zdekon-
spirowany. Jego los był nieznany, jednak wszystko 
wskazuje na to, że nie żyje. A więc Purdy dotrzymał 
słowa i oczyścił go w oczach opinii publicznej 

background image

Heather Graham 71 

- przynajmniej jest teraz przypuszczalnie martwym 
agentem, a nie przypuszczalnie martwym przemyt­
nikiem. 

Zdjęcie znikło z ekranu, a prezenterka oznajmiła, 

że policja i inne agencje rządowe są już na tropie 
Michaelsona. 

Brad uświadomił sobie, że za nim stoi Wendy. 

Słyszał, jak odetchnęła z ulgą. Zdawał sobie sprawę, 

że do tej pory wierzyła mu tylko instynktownie. 

Siedząc dalej w kucki przed telewizorem, obejrzał się 

na nią. W końcu dostała dowód, że instynkt jej nie 
zawiódł. 

- Widzisz, jestem uczciwym obywatelem - mru­

knął. 

Przeniosła wzrok z ekranu na niego. 

- Nie wiem, co teraz myśleć - przyznała. 

- W wiadomościach mówią, co chcą, i każą nam w to 
wierzyć. - Uśmiechnęła się słodko i wróciła do 
kuchni. 

Brad podniósł się i wyłączył telewizor. Czuł się 

teraz bardzo nieswojo. Co, u licha, będzie tutaj robił 
- nie licząc wodzenia pożądliwym wzrokiem za 

swoją gospodynią? 

- Głodny? - doleciało z kuchni. 

Tak, głodny ciebie, miał na końcu języka. 

- Pewnie! - zawołał. - Przecież nie jedliśmy 

śniadania. 

Wendy najwyraźniej dobrze się czuła w kuchni. 

Posłała mu uśmiech i otworzyła drzwi lodówki. 

background image

72 NOCE NAD FLORYDĄ 

Myślał, że wyciągnie z niej przygotowane wcześniej 

kanapki czy coś w tym rodzaju. Ona tymczasem 

wyjęła matowy plastikowy pojemniczek i podała mu 

go. Zdjął wieczko... 

- Co to... - Patrzyło na niego martwymi oczkami 

małe stadko pokruszonych krewetek. 

Wendy uśmiechnęła się i odwróciła. 

- Nasza przynęta. - Otworzyła przylegającą do 

lodówki szafę i wyjęła z niej dwie wędki. - Płyniemy 

złowić sobie lunch. 

Brad popatrywał zbaraniałym wzrokiem to na 

sprzęt wędkarski, to na nią. Potem jego wargi roz­

ciągnęły się powoli w uśmiechu. Dzięki Bogu opusz­

czają ten niewiarygodnie skurczony dom. Na ryby. 

I bardzo dobrze. 

- Tym śmigłowym ślizgaczem? 

Pokręciła głową. 

- Za domem mam canoe. Spróbujemy złapać 

zębacza. Mam na niego wspaniały cajuński przepis. 

Lubisz ostro przyprawione potrawy? 

Znowu na siebie popatrzyli. Wendy zaczerwieniła 

się, obeszła go i zajrzała pod kuchenny blat. 

- Mam tu gdzieś turystyczną chłodziarkę - mruk­

nęła. 

- Nakruszę lodu - zaoferował się szybko Brad. 

Po dziesięciu minutach wychodzili już z domu 

z wędkami i chłodziarką napełnioną piwem, lodem, 

żółtym serem i laseczką pepperoni. Wendy uznała, że 

zanim posiłek da się złowić, mogą zgłodnieć. 

background image

Heather Graham 73 

Kiedy schodzili do przywiązanego za domem 

canoe, Brad za szuwarami po drugiej stronie kanału 
wypatrzył ledwo widoczną drogę. 

- Jak dostajesz się do samochodu? 
- Łódką. 
- Płyniesz do auta łódką? 

Wendy roześmiała się. 

- To nie takie trudne. Zresztą rzadko z niego 

korzystam. Do większości miejsc tutaj łatwiej do­
płynąć łodzią. 

- Co za życie - mruknął Brad. 
Wendy spojrzała na niego, przekrzywiając głowę 

i uśmiechając się. 

- Nie takie znowu złe, mieszczuchu. Do wszy­

stkiego, czego chcę albo potrzebuję, mam bliziutko. 

Zbiegła z wędkami do canoe. Brad patrzył ponad 

wodą na szuwary i drogę po drugiej stronie, starając 
się zapamiętać teren i wyrobić sobie poczucie kie­
runku. 

Nagle Wendy krzyknęła. Brad odwrócił się na 

pięcie i odruchowo sięgnął do paska po magnum. 
Zapomniał, że go tam nie znajdzie, że zgubił broń. 
Czuł się bez niej jak nagi. A Wendy krzyczy... 

Rzucił się na odsiecz, gotów bronić jej gołymi 

rękami. 

- Wendy, co się stało? - Siedziała w łódce, 

zaśmiewając się do łez. - Co ci...? 

- Dzidzia! - wykrztusiła. 
Wielka puma podniosła się z dna canoe, przeciąg-

background image

74 NOCE NAD FLORYDĄ 

nęła, ziewnęła i otarła o nogi Wendy, jak zwykli to 
czynić jej mniejsi bracia i siostry, dopominając się 
pieszczoty. 

- Wynoś się stąd, Dzidzia! Śmiertelnie mnie 

wystraszyłaś. 

Kocica opuściła canoe. Kiedy mijała Brada, ten 

poklepał ją po gładkim grzbiecie. Serce wciąż mu 
waliło. 

Wendy patrzyła na niego rozbawiona, a jemu 

wcale nie było do śmiechu. Wprost przeciwnie, był 
blady, twarz miał ściągniętą. 

- Ta strzelba, którą widziałem, to jedyna broń, 

jaką tu masz? - spytał opryskliwie. 

Zawahała się. 

- Jedyna? 

Wendy pokręciła głową. 

- Mam jeszcze gdzieś w szufladzie policyjnego 

smith & wessona. 

- Dasz mi go, jak wrócimy - powiedział. 

Usiadł obok niej i odepchnął łódkę od brzegu. 

Przez parę chwil dryfowali w milczeniu. Wendy 
popatrywała na Brada spod długich rzęs. Żałowała, 
że mu powiedziała o tym pistolecie. Nie cierpiała 
broni palnej, nienawidziła jej. Czy on nie rozumie, że 
tutaj nikt go nie znajdzie, że nic mu tu nie grozi i broń 
nie będzie mu potrzebna? 

Słońce prażyło, ciszę mącił tylko plusk wody 

rozgarnianej przez Brada wiosłem. Wendy zauwa­
żyła, że potrafi radzić sobie z canoe. Ruchy miał 

background image

Heather Graham 

75 

nieśpieszne, miarowe, twarz poważną i skupioną. 
Zupełnie inną, niż kiedy się śmiał. 

Na tym zdjęciu, które pokazywali w wiadomoś­

ciach, wyglądał tak młodo, tak beztrosko. Był szczęś­
liwy i wyluzowany. Ciekawe, kim była dla niego ta 
rudowłosa dziewczyna? 

- Brad? 
- Tak? - Przyzwyczaił się już do otoczenia, do tej 

rzeki traw, do ciszy mąconej od czasu do czasu 
krzykiem żurawia, czapli albo nura. Do bezruchu 
bagien. 

- Już dość daleko odpłynęliśmy - powiedziała. 

Odłożył wiosło na dno łódki. Dryfowali teraz siłą 

rozpędu. Wendy wzięła wędkę i nadziała na haczyk 

przynętę z plastikowego pojemnika. Czuła na sobie 

jego wzrok. 

- Na żywe krewetki ryba bierze lepiej - mruknęła 

- ale te też się nadadzą. - Wprawnym ruchem 
zarzuciła żyłkę. 

Brad sięgnął po swoją wędkę. Kiedy spławik 

zakołysał się na wodzie, wyjął z chłodziarki piwo. 

- Chcesz jedno? - spytał. 
Wendy wzruszyła ramionami. 
- Owszem. 

Otworzył i podał jej puszkę. Dopiero po pierw­

szym łyku lodowato zimnego napoju uświadomiła 
sobie, jak jest upalnie. Zaburczało jej w brzuchu. Nic 

jeszcze dziś nie jedli. 

Zerknęła na Brada. Siedział z wędką w jednej 

background image

76 

NOCE NAD FLORYDĄ 

i puszką piwa w drugiej ręce, zapatrzony w wodę. Ma 
na sobie dżinsy Leifa i jego koszulę, pomyślała. Nigdy 
nie zapomni, jak znalazła go wczoraj na bagnach. Nie 

minął jeszcze dzień, a tyle już między nimi zaszło. 

Nie zapomni też, jak ją dzisiaj rano chwycił. Miała 

świadomość, że jej emocje są rozhuśtane od irytacji, 
że zburzył jej spokój, do uniesienia, bo tak ją pod­

niecał. Dzięki niemu odżyła. Dzięki niemu krew 

szybciej zaczęła jej krążyć w żyłach. Może to źle, bo 

to przecież obcy, ale nie wiedziała, czy naprawdę 
chce z tym walczyć. Czuła, że z jego strony nic jej nie 
zagraża. Brad McKenna nigdy nie weźmie od kobie­
ty nic, czego ta nie będzie mu skłonna dać. 

Ale kiedy napotkała jego wzrok, obudziła się 

w niej czujność. Myślał o niej, i to napełniało ją 
lękiem. Wyczytała z jego oczu, że jej pragnie. 

- Brad - zaczęła i urwała, zaskoczona brzmie­

niem własnego głosu. - Czy ty... - Nie, to śmieszne. 
Oblizała wargi, potrząsnęła głową i uśmiechnęła się, 
bo patrzył teraz na nią pytająco. - Czy jesteś żonaty? 

- Nie. 
- A kim była ta ruda ze zdjęcia? 
Nie odpowiedział od razu. Przez twarz przemknął 

mu ironiczny uśmieszek, skrzywił się. 

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Na imię miała 

chyba Chrissy. 

- Aha. 

Odstawił puszkę na ławeczkę, zatknął sobie węd­

kę pod udo, pochylił się i ujął w dłonie jej twarz. 

background image

Heather Graham 77 

Nie cofnęła głowy, zamurowało ją. Czuła na 

policzkach dotyk jego stwardniałych dłoni, który ją 
rozgrzewał. 

- Nie jestem żonaty, Wendy. I nigdy nie będę. 

Rozumiesz? 

Obruszona, zawstydzona, chciała się cofnąć, ale 

nie mogła. Po prostu nie mogła. Jedyne, na co 
potrafiła się zdobyć, to ironiczny uśmiech. 

- Hola, panie McKenna, o ile pamiętam, pytałam, 

czy jest pan żonaty. Nie pamiętam jednak, żebym 
pytała, czy zamierza pan pozostać w kawalerskim 
stanie. 

Z satysfakcją zauważyła, że lekko się zaczerwienił. 
- Powiedziałem tak, bo ty byłaś mężatką - wybą-

kał ni w pięć, ni w dziewięć. 

- Zgadza się - wycedziła. - Ale to było dawno 

i nieprawda. I bez obawy, panie McKenna, nie 
szukam kandydata na męża. 

Atmosfera między nimi nagle stężała, groziła 

wybuchem. Nie odrywał dłoni od jej twarzy. Ścierały 
się ich kolana, mieszały oddechy. 

- Czemu jesteś taka, Wendy? 
- Jaka, taka? 
- Nie pamiętasz? 
- Coś tam pamiętam. Ale nie wiem, czy warto. 
- Mówisz poważnie? - Nachylił się do jej ust. 

- Lepiej uważaj. Bardzo uważaj. Bo nie chciałbym, 
żebyś robiła sobie jakieś nadzieje. - Przesunął pal­

cem po jej wargach. 

background image

78 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Może to pan powinien uważać, panie McKenna, 

i nie robić sobie wielkich nadziei. Bo przykro by 

było, gdyby się pan sparzył. 

- Z sercem nie ma żartów, Wendy. -I pocałował 

Efekt był piorunujący. Dla Wendy przestało się 

liczyć, o czym przed chwilą rozmawiali, czym się 
zajmował, nawet to, że znała go od niespełna dwu­
dziestu czterech godzin. 

Liczył się tylko ten pocałunek. Czuła tylko sło­

dki, subtelny, zmysłowy napór warg, koniuszek ję­

zyka wnikający w jej usta. Rozkoszowała się war­
gami Brada, gładkością zębów, każdym najdrob­
niejszym niuansem tej chwili namiętności. 

Coś się w niej obudziło. Poczuła ciepło rozlewa­

jące się po całym ciele. Pożar zmysłów ogarniał 

wszystkie członki, rozprzestrzeniał się na piersi, bio­
dra, uda. To była płynna, słodka żądza. Zapragnęła 
zarzucić Bradowi ręce na szyję, przywrzeć do nie­

go całym ciałem. W samą porę przypomniała sobie 

jego ostrzeżenie. I przypomniała sobie, że kiedy 

kocha, kocha całą sobą. Teraz nie jest na to ani czas, 
ani miejsce. 

A zresztą ten zadufany w sobie mieszczuch nie jest 

chyba wart takiego uczucia. 

Oderwał się od jej ust. Otworzyła oczy i spojrzała 

na niego. 

Uniósł brwi, a ona zdobyła się na słodki uśmiech. 
- No, panie McKenna - wymruczała uwodziciel-! 

background image

Heather Graham 79 

sko. - Wydaje mi się, że mojemu sercu nic nie grozi. 
Jest zupełnie bezpieczne. 

Oderwał ręce od jej policzków i usiadł prosto. 

- Czyżby? - zapytał, patrząc jej prosto w oczy. 
- Tak. 

Roześmiał się, a ona mu zawtórowała. 
- To musiałem się omylić - zażartował. 

- Każdemu może się zdarzyć - przyznała. 

Nie odrywając od niej oczu, uniósł puszkę do ust 

i pociągnął łyk piwa. Wendy nie odwracała wzroku, 
po jej wargach błąkał się nikły uśmieszek. 

Znowu się do niej nachylił. 
- Następnym razem bardziej się przyłożę. 
- Niech pan lepiej uważa z tym przykładaniem, 

panie McKenna - poradziła mu Wendy - bo się pan 

jeszcze przeforsuje i będzie kłopot. 

- Jestem dużym chłopcem, pani Hawk. Znam 

swoje możliwości. 

Wendy uśmiechnęła się niewinnie. 

- A ja jestem dużą dziewczynką i swoje też znam. 
- To się jeszcze okaże, Wendy - uprzedził z prze­

wrotnym uśmieszkiem. 

Splótł palce, żeby opanować ich drżenie. 

- Następnym razem? - ni to spytała, ni stwier­

dziła. 

Uśmiechała się wciąż, a ten uśmiech rozjaśniał jej 

oczy do tak powabnej srebrnobłękitnej barwy, że 
Brada znowu przeszedł dreszcz pożądania. 

- Zgadłaś - przytaknął. 

background image

80 NOCE NAD FLORYDĄ 

W tym momencie spławik poszedł pod wodę 

i koniec wędki, na której siedział, wbił mu się 

w pośladek. 

- Masz branie! - krzyknęła z zachwytem Wendy. 

Musiała to być jakaś spora sztuka. 

Brad był niezłym wędkarzem. Wychował się nad 

jeziorem Erie i często chadzał na ryby, tylko że tam 

wędki były trochę inne. Dał walczącej rybie nieco 

luzu, potem zakręcił kołowrotkiem. Jeszcze raz po­

puścił i ściągnął żyłkę. Tymczasem Wendy sięgnęła 

po podbierak. 

- A to na co? - spytał. 

- Ugryzienie zębacza boli jak diabli - ostrzeg­

ła go. - Moglibyśmy się obyć bez podbieraka, ale 

po co głupio ryzykować. - Uśmiechnęła się do nie­

go. - Wiem, co mówię. Musieli mi kiedyś za­

łożyć dziesięć szwów. 

- No to szykuj lepiej tę siatkę - zgodził się 

skwapliwie. - Macho będę odstawiał przy innej 

okazji. 

- Mhm, następnym razem? - mruknęła Wendy 

i szybko spuściła głowę. Sama nie wiedziała, jakie 

licho ją podkusiło, żeby to powiedzieć. 

Brad doholował wreszcie swoją zdobycz do burty 

łodzi, a Wendy, złowiwszy szamocącą się rybę pod-

bierakiem, wydała okrzyk triumfu. Był to nie lada 

okaz, najadłoby się nim do syta kilka osób. 

- A to ci rybka! - Brad z podziwem pokręcił 

głową. 

background image

Heather Graham 

81 

- Tak - przyznała Wendy. Ale nie mogła oprzeć 

się pokusie i dorzuciła: - Dla mieszczucha. 

Brad nie oponował. Siedział i patrzył, jak Wendy 

zakłada rękawicę i ostrożnie wyjmuje haczyk z rybiej 
paszczy. Lubił się jej przyglądać. Z tymi zamglony­
mi, srebrnobłękitnymi oczami, złocistymi włosami 

i smukłą figurą wciąż przywodziła mu na myśl 

anioła. Ruchy miała zręczne, płynne, pewne. 

Wrzuciła rybę do wiadra stojącego na rufie canoe. 

Brad sięgnął do chłodziarki i podał jej następne piwo. 

- Zasłużyłaś sobie - stwierdził z powagą. 
- Co ty powiesz. 

- A powiem. Mało tego, przez całą drogę powrot­

ną ja wiosłuję, tak jak zresztą wiosłowałem w tę 

stronę. I pamiętaj, moja pani, że to ja złowiłem rybę. 

- Pierwszą rybę - uściśliła Wendy. 

Ale jej nie udało się nic złapać. Kiedy drugie piwo 

zaszumiało jej w głowie, odkroiła sobie plaster sera. 

Ku jej konsternacji Brad złowił drugą rybę, też 

zębacza, jeszcze większego niż pierwszy. Na pocie­

szenie powiedział jej, że nie wędkuje pierwszy raz. 

Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy ruszali 

w drogę powrotną. Canoe sunęło bezszelestnie po 
wodzie, a Brada znowu oczarowało otoczenie. Złote 
i różowe odblaski padały na białe żurawie, barwiąc je 
tęczowo. Woda odbijała kolory gasnącego dnia, tra­
wy falowały leniwie w lekkich podmuchach wie­
czornej bryzy. 

Wendy siedziała na dziobie, tyłem do kierunku, 

background image

82 NOCE NAD FLORYDĄ 

w którym płynęli, nie widziała więc wylegującego 

się na brzegu aligatora, którego w pewnym momen­
cie Brad zauważył. Stwór pozostawał w takim bez­

ruchu, że Brad wziął go zrazu za kłodę. 

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to gigan­

tyczny gad. Olbrzymi, groteskowy potwór. Dobre 
cztery metry długości, z czego jedna trzecia to łeb 
z pyskiem najeżonym ostrymi zębiskami. Szkarada, 
istna szkarada, pomyślał Brad. Stężał, wlepiając 
wzrok w to prehistoryczne stworzenie. 

Nie zamierzał jednak podsuwać Wendy kolejnego 

pretekstu do nazwania go mieszczuchem. Musi przy­
wyknąć do widoku pieniących się tu zwierząt. Puma, 
z którą chciał już walczyć gołymi rękami, okazała 
się jej ulubionym kociakiem, Dzidzią. 

Ciekawe, jak ochrzciła tego aligatora? - pomyś­

lał z przekąsem. Może Junior? Kropka? Włóczy-
kij? 

Przełknął z trudem i spróbował się odprężyć; 

Postanowił sobie, że kiedy będą przepływali obok 
aligatora, nawet nie mrugnie - choćby miało go to 
kosztować życie. 

Skierował canoe w kierunku brzegu i kiedy dziób 

poszorował po dnie, wbił wiosło w muł, by przesunąć 
łódkę wyżej. Wstawał już, kiedy Wendy chwyciła go 
za rękę. 

- Zaczekaj! - powiedziała z napięciem w głosie 
- Na co? - mruknął lakonicznie. - A, ten aligato-

rek? Widziałem go. 

background image

Heather Graham 

83 

- Widziałeś?! - Zrobiła wielkie oczy. - Siadaj, 

idioto, i siedź nieruchomo, dopóki nie odpłynie! 

- Co? 

Wendy sięgnęła ostrożnie po leżącą nieopodal 

odłamaną gałąź i cisnęła nią w aligatora. Potwór ani 
drgnął, patrzył na nią tylko przerażającymi żółtymi 
ślepiami. Rzuciła w niego drugą gałęzią i trafiła 
w łeb. Zwierzę ześliznęło się do wody i odpłynęło 
w zapadający zmrok. 

Brad rzucił Wendy pytające spojrzenie. 

- Mam przez to rozumieć, że to nie jest twój 

pupilek? 

Pokręciła głową i spojrzała na niego jak na wa­

riata. 

- Kto, na Boga, chciałby za pupilka takiego 

potwora? Ten stwór miał ze cztery metry. Mógłby 
pożreć nas oboje za jednym zamachem. Są niebez­
pieczne. Lepiej ich unikać. Z takim się nie zaprzyjaź­
nisz. Są groźne w wodzie, kiedy głód je przyciśnie, 
i zapamiętaj sobie, że po lądzie też potrafią się 
poruszać z szybkością pięćdziesięciu kilometrów na 
godzinę. 

Uśmiechnęła się, wstała i wysiadła z łódki, zabie­

rając wiadro ze świeżym połowem. Brad został 

w canoe i patrzył na nią, jak idzie w stronę domu, 
kołysząc płynnie biodrami. 

Uśmiechnął się do siebie. No dobra, wychodzi na 

to, że ten gliniarz z telewizyjnego serialu, który 
trzymał na łodzi oswojonego aligatora, należał do 

background image

84 

NOCE NAD FLORYDĄ 

wyjątków. Pumy cieszą się widać większą popular­
nością. Dobrze wiedzieć. 

Wstał, wziął wędki, opłukał je pod ogrodowym 

wężem i wniósł do domu. 

Wendy nie traciła czasu. Pozbawione głów zęba-

cze znajdowały się w trakcie przerabiania na filety. 
Wendy uśmiechnęła się do wchodzącego Brada, bez 
słowa dokończyła dzieła i zatopiła gotowe filety 
w misce z marynatą. 

- Idę wziąć prysznic. Włącz sobie telewizor, nalej 

wina, czuj się jak u siebie. Zaraz wracam. 

Oparł się o lodówkę i otworzył kolejne piwo. 
- Nie potrzebujesz towarzystwa? 
- Nie, dziękuję. 

Pokręcił z rozczarowaniem głową, pociągnął łyk 

piwa i posłał jej przeciągłe spojrzenie spod przy­
mkniętych powiek. W ten sam sposób Dzidzia pat­
rzyła na ptaki. 

Rozgrzało ją to spojrzenie, rumieniec zabarwił 

policzki. Wzięła się w garść. Nie chciała skończyć 

jak ta ruda z fotografii; pamiętał kolor jej włosów, 

a zapomniał imienia. 

Odwróciła się na pięcie. 
- To nie potrwa długo - mruknęła. 
Brad odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, 

co ją tak wzburzyło. 

Wendy stała pod ciepłymi strugami wody i drżała. 

Może nie zależy jej wcale, żeby zapamiętał jej imię? 
Może chce tylko, by ją pieścił, bo czuje się taka 

background image

Heather Graham 85 

samotna i tak tęskni za pieszczotą? Zastanawiała się, 

co by sobie pomyślał, gdyby poznał prawdę. 

Tak, pragnie go. 1 to bardzo. 

Drgnęła. Drzwi łazienki otworzyły się cicho i za­

mknęły. 

- Brad? - szepnęła. - Brad! 

Nie było odpowiedzi. Słyszała tylko szum wody 

siekącej jej nagie ciało i kafelki. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Brad! - Do jej głosu wkradła się panika. 

- Ciii! 

Dał się wreszcie słyszeć jego podniecony syk. Nie 

tracąc czasu na rozpamiętywanie faktu, że do ła­

zienki, w której brała prysznic, wszedł mężczyzna, 

Wendy owinęła się zasłonką i wyjrzała. Brad nawet 

nie zerknął w jej stronę; stał przy małym okienku 

i wyglądał na podwórko. 

- Co się stało? - szepnęła. Nie obejrzał się, nie 

odpowiedział. - Brad, co jest? 

Wreszcie drgnął, spojrzał na nią błędnym wzro­

kiem i podszedł do kabiny. Patrzyli na siebie poprzez 

kłęby pary. 

- Ktoś jest na zewnątrz. 

background image

Heather Graham 

87 

- Słyszałeś coś? - Wendy uśmiechnęła się z ulgą. 

- To na pewno Dzidzia. 

- Nie, to nie ona. 
- Słuchaj, Brad, rozumiem twoje nastawienie, ale 

jesteśmy w samym środku bagien. Na pewno ci się 

wydawało... 

- Nic mi się nie wydawało - przerwał jej bez 

ceregieli. 

Wendy owinęła się ciaśniej zasłonką i przełknęła 

z trudem ślinę. Mimo wszystko to obcy. Wszedł do 
łazienki, nie zadawszy sobie nawet trudu, by zapu­
kać. A w tej chwili jest tak głuchy na wszelkie 
argumenty, że równie dobrze mogłaby gadać do 
ściany. Zaszła w nim zmiana. Był spięty. Czytała to 
z jego oczu, z jego postawy, z naprężonych mięśni. 

I napełniało ją to lękiem. 

- Umiesz strzelać? - spytał. 
- Daj spokój, Brad... 
- Pytałem, czy umiesz strzelać! 
- Tak. 
- Zostań w środku, ale załaduj tę swoją strzelbę 

i przygotuj się do obrony. Słyszysz? Zostań tutaj 
i w razie czego strzelaj. 

Odwrócił się i wyszedł z łazienki, zamykając za 

sobą cicho drzwi. Wendy zakręciła wodę i sięgnęła 

po ręcznik. Co mu się ubzdurało? Musi go dogonić 

i przekonać, że nic im tu nie grozi - że to niemożliwe. 

Ale przecież nie pobiegnie za nim goła. Wytarła 

się szybko i ubrała. Wypadła z łazienki i zawahała 

background image

88 

NOCE NAD FLORYDĄ 

się. Nic się tam na dworze nie dzieje, ale na wszelki 
wypadek lepiej załadować strzelbę. 

Pobiegła zdjąć ją ze ściany, po czym z paniką 

stwierdziła, że w stojącym w szafce pudełku nie ma 
ani jednego naboju. Rozrzucając w pośpiechu zawar­
tość szafki, znalazła drugie pudełko, załadowała obie 
lufy i ruszyła korytarzem. 

Brad był już na dworze. Tylko gdzie? Wokół 

zalegała niesamowita cisza. 

I tę ciszę rozdarł nagle zduszony męski okrzyk: 

- Ożeż ty w mordę! 
- Mam cię, skurczybyku! - ryknął drugi męż­

czyzna. 

- O nie! - jęknęła Wendy. Znała oba te głosy 

i domyśliła się, co zaszło. Wybiegła z domu fron­
towymi drzwiami. -Przestańcie! -krzyknęła. -Prze­
stańcie! 

Nie posłuchali jej, uniosła więc strzelbę i nacis­

nęła spust. Huknął strzał, odrzut broni zwalił ją z nóg 
- i zapadła kompletna, martwa cisza. 

Brad nie miał pojęcia, skąd wiedział, że ktoś jest 

na dworze, po prostu wiedział, i już. Nie słyszał 
niczego podejrzanego, tylko poszum bryzy, szelest 
liści, same naturalne odgłosy. A jednak coś wyczuł. 

Są obserwowani. Ktoś ich podgląda z ukrycia. 
Bradowi wydało się to dziwne. Michaelson nie 

należał do takich, co bawią się w podchody. On 
wkraczał do akcji z marszu. Gdyby udało mu się tu 

background image

Heather Graham 

89 

jakoś trafić ze swoimi ludźmi, z miejsca zorientował­

by się, że ma przewagę, wyważył kopniakiem drzwi 
i byłoby już dawno po herbacie. 

Nie, to nie może być Michaelson. 

Kiedy wymykał się z domu, było już zupełnie 

ciemno. Zamknął za sobą starannie drzwi, by Wendy 
miała trochę czasu na przygotowania, gdyby sprawa 
okazała się poważna. 

Otoczyły go cienie, a światło lejące się z okien 

jeszcze je pogłębiało. Przywarł do ściany i wytężył 

wzrok. Słyszał odgłosy nocy, granie świerszczy, 
skrzek żab, wiatr szeleszczący w liściach, w wyso­
kich trawach. Niby wszystko jest w porządku. 

Ale on wiedział, że ktoś się tu gdzieś czai. 
Postanowił obejść dom dokoła. Trzeba było zabrać 

ze sobą strzelbę, ale nie wiedział, gdzie Wendy trzyma 
amunicję, a chodziło mu o element zaskoczenia. 

Mimo pewności, że nie są na kępie sami, nie miał 

pojęcia, gdzie szukać intruza. Śmigłowa łódź kołysa­
ła się wciąż na wodzie tam, gdzie ją przed południem 

przycumowali, canoe też stało na swoim miejscu. Na 
lądzie czy na wodzie nie było widać żadnych innych 
łodzi. 

Usłyszał coś i zamarł. Nie wiedział, co to był za 

dźwięk ani skąd dobiegł, ale na pewno coś słyszał. 

Mrużąc oczy, wyjrzał zza węgła gotów do natychmia­

stowego działania. Ruszył dalej ostrożnie, pewien, że 
ofiarę ma tuż przed sobą. I tak okrążył cały dom 
i znalazł się ponownie przy drzwiach frontowych. 

background image

90 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Naraz wyczuł nad sobą jakieś poruszenie. Spojrzał 

w górę i w tym momencie coś ciężkiego zwaliło się 
na niego z dachu. Zaklął, padając pod ciężarem 
napastnika. 

- Mam cię, skurczybyku! - ryknął w odpowiedzi 

tamten. 

Nie przesadza, pomyślał Brad. Mężczyzna sie­

dział na nim okrakiem, a był zwinny i silny. Przy­
gniatał go bezlitośnie do ziemi. Brad sprężył się 

w sobie i gwałtownym wyrzutem ciała strącił z piersi 
napastnika. 

Ale mężczyzna był szybki, cholernie szybki. Po­

zbierał się momentalnie, okręcił w ciemnościach 
wokół własnej osi i lewym sierpowym trafił Brada 
w szczękę. 

Brad odpowiedział prawym prostym w żołądek. 

Odniósł wrażenie, że wali pięścią w kamień. 

Oberwał w bark, pochylił głowę i natarł na faceta 

bykiem. Zatoczyli się obaj, przewrócili i zaczęli 
tarzać po ziemi w zaciętej walce. 

Znalazłszy się na krótką chwilę na górze, Brad 

spojrzał na napastnika i na moment zatkało go ze 

zdumienia. 

Facet miał jasne oczy, ale włosy kruczoczarne 

i długie, sięgające ramion, przewiązane opaską, że­

by nie spadały na twarz. Był w dżinsach i podobnej 
koszuli, rysy miał jak wykute z kamienia. 

Po kolejnym ciosie w podbródek Brad zaklął i dal 

za wygraną. To nie jest Michaelson. To z pewnością 

background image

Heather Graham 

91 

nie ten straszny typ. Został zaatakowany przez In­
dianina. 

- Sukinsynu... -zaczął, nie dokończył jednak, bo 

znowu znalazł się na spodzie i z twarzą wciśniętą 
w trawę musiał walczyć o oddech. 

- Przestańcie! - dobiegł z oddali stłumiony 

okrzyk Wendy. - Przestańcie! 

Brad nie kojarzył, o co jej chodzi, podobnie jak ten 

siedzący na nim gość o zaciśniętych w wąską linię 
wargach. Pochłaniała ich bez reszty wymiana cio­
sów. 

To już nie były żarty. Trafił swój na swego i żaden 

ani myślał skapitulować. 

I wtedy w bagienną ciszę wdarł się ogłuszający 

grzmot. Jak na komendę oderwali się od siebie 
i przypadli plackiem do ziemi. 

Brad uniósł głowę i obejrzał się. Wendy siedziała 

na ziemi, na jej kolanach spoczywała strzelba. 

- Przestańcie! - wysapała. - Natychmiast prze­

stańcie, słyszycie? 

Łapiąc z trudem oddech, Brad spojrzał na leżące­

go obok mężczyznę, z którym przed chwilą tak 
zażarcie walczył. 

Indianin uniósł się na łokciu - też dyszał ciężko. 
Brad przeniósł wzrok z powrotem na Wendy. 

- Co to, u diabła, za jeden? 
- Co ja za jeden?! - warknął mężczyzna głosem, 

który zdawał się wydobywać z samego dna krtani. 

- Co to za facet? - Spojrzał na Wendy. 

background image

92 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Brad, też na nią patrząc, podźwignął się na nogi 

Indianin zrobił czym prędzej to samo i wziął się pod 

boki. Mierzyli się teraz wzrokiem, nadal gotowi 
rzucić się na siebie. 

- Wendy! Kto to jest?! - powtórzył Indianin. 
Wendy, podpierając się strzelbą, wstała i szybkim 

krokiem weszła między dwóch mężczyzn. Nie zwró-
cili na nią uwagi. Mierzyli się wciąż pełnym nienawi-
ści spojrzeniem, a ona czuła, że ich agresja powoli 
i jej się udziela. 

Co w nich wstąpiło? Uff, mężczyźni! 

- Brad, to Erie Hawk. Ericu, przedstawiam ci 

Brada McKennę. 

- A Brad McKenna to kto? - nie dawał za 

wygraną Eric, patrząc czujnie na Brada. 

- Eric! To mój znajomy. 
Brad spojrzał zdumiony na Wendy. 

- Hawk? Mówiłaś chyba, że twój mąż nie żyje. 

Wendy zauważyła, że Eric jeszcze mocniej zacis­

ka szczęki. 

- Leif nie żyje. Eric jest moim szwagrem. 
Brad patrzył na mężczyznę i nie mógł zrozumieć, 

dlaczego tak mu trudno przyswoić tę informację. 

- Przecież to Indianin. Byłaś żoną Indianina? 
- No, Wendy, nie ma co, bystrzak z tego twojego 

gościa - wycedził sarkastycznie Eric. 

- Ty, mało ci jeszcze? - zaperzył się Brad. 

Pięści zaraz znowu pójdą w ruch, pomyślała 

z przerażeniem Wendy. Rozłożyła ręce i oparła 

background image

Heather Graham 93 

dłonie na torsach obu mężczyzn, jak sędzia bokserski 

rozdzielający zawodników po zwarciu. 

- Przestańcie! Albo wynocha z mojej posesji! 

Spojrzeli na nią urażeni. 
Odetchnęła, ale czekała jeszcze chwilę, obser­

wując obu czujnie. Patrzyli wciąż na siebie z nie­
skrywaną wrogością, lecz przynajmniej zamilkli. 

- Możemy już wejść do środka? Będziecie się 

zachowywali przyzwoicie? 

Brad wzruszył ramionami i oskarżycielskim ru­

chem głowy wskazał na Erica. 

- To on czaił się pod domem, jakby chciał tu 

kogoś oskalpować. 

- Brad! - warknęła Wendy. 
- A co miałem sobie pomyśleć? - spytał Eric. 
-

 Mogłeś zapukać - podsunęła Wendy. 

Eric, podobnie jak Brad, nie zamierzał brać na 

siebie winy za całe zajście. 

- Zobaczyłem jakiegoś mięśniaka skradającego 

się pod oknami. Bałem się o ciebie, Wendy. 

- Dobrze już, dobrze! - Odwróciła się i ruszyła 

w stronę domu. - Chcecie się dalej bić? W porządku, 
nie żałujcie sobie. Poobtłukujcie sobie gęby. Tylko 
jak już skończycie, to nie przychodźcie do mnie po 
lód na okłady! 

Schyliła się i podniosła z ziemi strzelbę, mrucząc 

pod nosem: 

- Boże drogi, jeden wart drugiego! 

Gdy zniknęła w głębi domu, Brad spojrzał na 

background image

94 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Indianina. Był tego samego co on wzrostu i podobnej 

budowy. Równorzędny przeciwnik. Czuł, że puchnie 

mu lewe oko; tamtemu z rozciętej wargi spływał na 

brodę strumyczek krwi. 

- Leif i Eric? - wymamrotał. 

Mężczyzna milczał jeszcze chwilę, potem odrzu­

cił w tył głowę i parsknął śmiechem. Brad też się 

uśmiechnął. 

- Dotąd nie wiem, kim jesteś, a cholernie mnie to 

ciekawi. Wendy cię broni, a więc chyba wszystko 

w porządku, ale widzę, że nie za wiele ci o sobie 

powiedziała. 

Brad wzruszył ramionami. 

- Ano, nie za wiele - przyznał. - Jesteś In­

dianinem, tak? 

Eric uśmiechnął się. 

- Seminolem z krwi i kości. 

- A te imiona, Leif i Eric? 

- Mama jest Norweżką. 

- A, rozumiem. - Brad pokiwał głową. -Norwes-

cy Seminole. Czemu by nie. -I cała wrogość między 

nimi w jednej chwili wyparowała, uleciała w wieczo­

rne niebo. Podobał mu się ten mężczyzna o ostrych 

rysach twarzy, dziwnie zielonych oczach i smutnym 

uśmiechu. Wyczuwał, że ta sympatia jest odwzajem­

niona. - Wejdziemy? 

- Tak, chyba pora. 

Eric ruszył pierwszy. Brad zauważył, że czuje się 

bardzo swobodnie w domu szwagierki, i przeszedł go 

background image

Heather Graham 95 

lekki dreszczyk. Eric usadowił się na kuchennym 
blacie i uśmiechnął do Wendy, która obtaczała filety 
z zębacza w rzadkim cieście przed wrzuceniem ich 
do rondla. 

Wendy jeszcze się nie otrząsnęła. 
- Zostajesz na kolacji? - zapytała. 
Eric zerknął na Brada. 
- A nie będę przeszkadzał? 
- Ryby mamy pod dostatkiem - odparła. 
Brad milczał. Obawiał się zostać dzisiaj sam na 

sam z Wendy, ale teraz, gdy odebrano im prywat­
ność, wolałby, żeby wróciła. 

Uśmiech obserwującego go Erica pogłębił się. 

- Wiesz, Wendy, że przepadam za twoim zęba-

czem po cajuńsku. 

Wendy, nie podnosząc na niego wzroku, kiwnęła 

głową. 

- Przyrządź sobie i Bradowi drinka. 
- Już się robi. - Zsunął się z blatu i zwrócił do 

Brada: - Co dla ciebie? 

- Jack Black z lodem, jeśli można. 
- Załatwione. A ty, Wendy? Wino? 

Wendy wrzuciła filet do skwierczącego oleju 

i obejrzała się na szwagra. 

- Dzisiaj? Nieee... dzisiaj ja też wypiję bourbona. 
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Wen­

dy. Przecież wiesz. - Spojrzał na nią niewinnie. 

Na tym etapie życia Eric był chyba jej najbliższym 

przyjacielem. Rozpaczał wraz z nią po śmierci Leifa. 

background image

96 NOCE NAD FLORYDĄ 

Nikt bardziej niż on nie rozumiał jej bólu, bo sam 

podobnie cierpiał. Długo wzajemnie się wspierali. 

Od tamtego czasu upłynęły już dwa lata, Wendy 

wiedziała jednak, że kiedy Eric widzi ją teraz w towa­

rzystwie innego mężczyzny, jest mu przykro. Ale to 

przecież Eric namawiał ją, by wróciła do świata. 

Tylko że to było, zanim zastał w jej domu obcego. 

Eric wręczył jej whisky z lodem. Pociągnęła 

szybko łyczek, delektując się paląco słodkim sma­

kiem. 

Brad, patrząc na nią, uniósł szklankę. 

~ Zdrowie. 

Skinęła głową i upiła kolejny łyczek. 

Tam, do diabła! -pomyślała. Przechyliła szklankę 

i jednym haustem opróżniła resztę jej zawartości. 

Zanosiło się na długą i szarpiącą nerwy kolację. 

Okazało się, że nie było tak źle. Brad z początku 

milczał, toteż zaniepokojona Wendy nie wiedziała, 

co o tym myśleć. Eric opowiadał o rodzinie i była mu 

wdzięczna, że porusza takie neutralne tematy. Po 

paru minutach udało mu się nawet wciągnąć do 

rozmowy Brada. Ona z kolei przyznała się Ericowi, 

że to Brad złowił obie ryby, a ona tym razem wróciła 

z łowów z pustymi rękami. Potem obaj mężczyźni 

wdali się w ożywioną dyskusję na temat wędkowa­

nia. 

Po posiłku Wendy opłukała talerze i zaczęła 

ładować zmywarkę, zaś Eric z Bradem rzucili się do 

background image

Heather Graham 

97 

parzenia kawy. Tym razem Eric ustąpił Bradowi, ale 

obaj obserwowali się podejrzliwie. Wyczuwając na­
rastające napięcie, Wendy postanowiła podać do 
kawy brandy i tia marię. Kiedy wyjmowała z szafki 
butelkę, Eric zapytał Brada, czym się zajmuje. 

Butelka wysunęła jej się z ręki, upadła na podłogę 

i stłukła. Lepki płyn prysnął na wszystkie strony. 

Mężczyźni spojrzeli na nią zdziwieni. Wendy 

uśmiechnęła się blado. 

- Palce miałam mokre - wybąkała i uklękła, żeby 

wytrzeć podłogę. 

- Pomogę ci - zaoferował się Brad, przykucając 

przy niej. Skaleczyła sobie palec odłamkiem szkła 
i ssąc machinalnie ranę, patrzyła na niego z rosnącą 
paniką. 

- Pokaż... - Ściągając brwi, Brad obejrzał krwa­

wiący palec. 

- Co, skaleczyłaś się? - spytał z troską Eric. 
- Nie, to tylko... 
- Tak, skaleczyła - oznajmił Brad. 

Pomógł Wendy się podnieść, odkręcił kran nad 

zlewem i podstawił jej rękę pod strumień bieżącej 
wody. Rana nie była poważna, ale mruknął do Erica, 
że przydałoby się ją opatrzyć, toteż Eric pobiegł do 
łazienki po wodę utlenioną i plaster z opatrunkiem. 

- Brad - odezwała się Wendy. 

Otaczając ją ramieniem, Brad trzymał jej rękę pod 

kranem. Czuła jego ciepło, jego subtelny męski 
zapach, który nagle zaczął ją bezlitośnie drażnić. 

background image

98 

- Hm? - Całą uwagę poświęcał jej skaleczonemu 

palcowi. 

- Co mam powiedzieć Ericowi? 

Spojrzał jej w oczy. Wiedział, o co pyta. 

- Ufasz mu? 
- Oczywiście. Życie bym mu zawierzyła. 
- To najważniejsze - odrzekł cicho Brad, a potem 

wzruszył ramionami. - Powiedz mu. Powiedz pra­
wdę. 

Z łazienki wrócił Eric. 

- To tylko woda utleniona, nie będzie bolało 

- uspokoił Wendy, biorąc ją za rękę. 

Brad cofnął się, a Eric przemył i opatrzył ranę 

z przejęciem, którego sytuacja raczej nie uzasad­
niała. Brad schylił się tymczasem, pozbierał resztę 
odłamków po butelce i wytarł kałużę papierowymi 

ręcznikami. 

Kiedy kończył myć ręce, Eric zwrócił się do niego 

zaczepnym tonem: 

- No? Powiecie mi wreszcie, o czym tu szeptali­

ście, kiedy wyszedłem? Wendy, mam nadzieję, że 
nie rozcięłaś sobie tego palca z mojego powodu. 

- Coś ty! - żachnęła się Wendy. 
- DEA - powiedział Brad. 
Eric popatrzył na Brada i kiwnął głową. Przez 

chwilę stali wszyscy troje w milczeniu. 

- Podejrzewałem, że masz coś wspólnego z or­

ganami ścigania - mruknął w końcu Eric. 

- Naprawdę? 

background image

Heather Graham 

99 

- Nie dałeś się podejść, a ja jestem w tym dobry. 

Mam to, bądź co bądź, we krwi. 

Brad roześmiał się i poklepał Erica po plecach. 
Wendy uznała, że obaj są stuknięci. Odwróciła się, 

żeby nalać kawę. 

- Brałeś udział w tej nieudanej obławie na Micha-

elsona? 

- Tak. 
- I teraz się tu ukrywasz? 
Wendy, dolewającej właśnie do kaw odrobinę tia 

marii, zadrżały palce. Odstawiła butelkę; poprzednią 
stłukła przed chwilą w podobnych okolicznościach. 

- Tak - przyznał w końcu Brad. 

Eric, widząc wahanie Wendy, chwycił butelkę tia 

marii i dolał do filiżanek po sporej porcji alkoholu. 
Upił łyczek kawy i mruknął: 

- To niebezpieczne dla Wendy. Nie należy jej 

mieszać w takie ciemne awantury. 

- Eric... - przerwała mu Wendy. 
- Gdzie się spotkaliście? - drążył temat Eric. 

- W jakich okolicznościach? 

- Eric! - zaprotestowała znowu Wendy. 

Kochała szwagra i miło jej było, że się o nią 

troszczy, że stara się ją chronić. Dobrze było wie­
dzieć, że zawsze może liczyć na jego pomoc, że 
gotów jest dla niej ryzykować nawet życie. Ale teraz 
wstępował na niebezpieczne terytorium. 

- W porządku, Wendy - powiedział Brad i zwró­

cił się do Erica: - Michaelson ścigał mnie po 

background image

100 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Alligator Alley. Skręciłem w jakąś boczną dróżkę 

i poszła mi uszczelka w samochodzie. Strzelali do 

mnie, jeden pocisk otarł mi się o skroń. Wendy 

znalazła mnie leżącego twarzą w błocie. 

Eric pokiwał powoli głową. 

- Może przeszlibyśmy z tą kawą do salonu? 

-mruknęła Wendy. A kiedy obaj puścili jej propozy­

cję mimo uszu, postanowiła też ich zignorować. 

Wzięła swoją filiżankę i wyniosła się z nią na 

kanapę sama. Chciała już włączyć telewizor, ale 

doszła do wniosku, że dzisiaj lepsza będzie jakaś 

spokojna muzyka. Włączyła aparaturę stereo, którą 

z takim mozołem kompletował Leif, i wsunęła do 

odtwarzacza płytę Beatlesów. Z głośników popłynęła 

muzyka. Wendy usiadła na kanapie, przymknęła oczy 

i zasłuchała się, grzejąc sobie dłonie ciepłą filiżanką. 

Nadal jednak słyszała rozmowę w kuchni, coraz 

bardziej podniesione głosy mężczyzn. 

- Bardzo panów przepraszam! - zawołała - ale to 

mój dom. Ja tu jestem gospodynią, a wy gośćmi. 

Przyjdźcie tu więc i zachowujcie się, jak na gości 

przystało. 

Pojawili się po chwili jak skarceni chłopcy. Brad 

przeszedł w drugi koniec pokoju i zaczął czytać 

tytuły na grzbietach stojących na półce książek. Eric, 

krzywiąc się, usiadł obok niej na kanapie. 

- Wendy, to niebezpieczne... - zaczął. 

- Ma rację - wpadł mu w słowo Brad. - Chyba 

powinienem stąd odejść. 

background image

Heather Graham 

101 

- Jasna cholera! - Wendy nie wytrzymała, rąb­

nęła filiżanką o stolik, zerwała się na nogi, spojrzała 
ma Erica, potem na Brada, i znów na Erica. - Eric, 

jeśli naprawdę mnie kochasz, to mi zaufaj. Nie jestem 

głupia. Wiesz najlepiej, że tutaj nikt nas nie znajdzie. 

- Przeniosła wzrok na Brada. - Gdybym nie była 
przekonana, że mogę ci pomóc, nigdy bym cię tu nie 
zaprosiła. Jestem dorosła, potrafię podejmować de­
cyzje. Nie próbujcie robić tego za mnie, za moimi 
plecami. 

Brad, przerzucający bezmyślnie stronice gazety 

telewizyjnej, odchrząknął. 

- Wendy... 
- Nie robiliśmy nic za twoimi plecami - zaprotes­

tował Eric. 

Popatrzyła na obu rozpłomienionym wzrokiem. 

- Jasna cholera! -jęknęła, padając na kanapę. 
- Coś takiego - zmienił temat Brad. - Masz tu 

kablówkę? 

Wendy uśmiechnęła się. 

- Mam. 

- O dziesiątej dają „Bez wyjścia". Dawno chcia­

łem obejrzeć ten film. 

Wendy wstała i wyłączyła płytę. 
- Nie krępuj się, włącz sobie telewizor. 
- Masz prażoną kukurydzę? - spytał Eric, też 

wstając. 

- W szafce nad kuchenką. 

Brad włączył telewizor, Eric przyniósł z kuchni 

background image

102 NOCE NAD FLORYDĄ 

kukurydzę. O dziesiątej piętnaście, stłoczeni w trójkę 

na kanapie, oglądali już film. 

Dziwne, pomyślała Wendy. Bardzo dziwne. 

Ale potem jej też się spodobało. Można było 

odnieść wrażenie, że znają się wszyscy troje od 

wieków. 

Gdy film się skończył, Wendy ziewnęła. Brad 

wstał, przeciągnął się i wziął pustą miskę po kuku­

rydzy. 

Eric spojrzał na niego trochę podejrzliwie. 

Wendy spuściła głowę. Wyczuwała, że Eric zwle­

ka z odejściem ze względu na Brada. 

- Pracujesz jutro? - spytała. 

- Tak. 

- Będę ci potrzebna? 

Pokręcił głową. 

- Nie. Lepiej się przez jakiś czas nie pokazuj 

ludziom. Wpadnę tu za parę dni. 

- Jak się tu dostałeś? - zainteresował się Brad. 

Eric roześmiał się i mrugnął do Wendy. 

- Musisz mu pokazać kamienie. 

- Jakie kamienie? 

Wendy uśmiechnęła się. 

- Leif usypał kiedyś groblę z kamieni przez 

kanałek. Płytko tutaj, w czasie suszy je widać. Eric tu 

przyjechał. Jego samochód stoi za szuwarami. 

- A, teraz wszystko jasne. - Brad z uśmiechem 

podał rękę Erikowi. - To ja się już chyba położę, 

Wendy. Do zobaczenia, Eric. 

background image

Heather Graham 

103 

- Uważaj na siebie - powiedział Eric. 

Brad kiwnął tylko głową, wszedł do gościnnej 

sypialni i zamknął za sobą drzwi. 

- Odprowadzić cię? - zwróciła się Wendy do 

Erica. 

Otoczył ją ramieniem i poczochrał po włosach. 

- Będzie mi bardzo przyjemnie. 
Wyszli w ciemną noc. 
- Podoba mi się ten facet, Wendy - oznajmił Eric. 

- Wiem, że nic mi do tego; jesteś dorosła i masz 
prawo o sobie decydować. Ale przyznaję, że czło­
wiek mi się podoba. 

Wendy uśmiechnęła się. 
- Eric, nic między nami nie... 
- Przede mną nie musisz się tłumaczyć. Już dawno 

ci radziłem, żebyś zrobiła coś ze swoim życiem. 

Oboje długo nie mogli dojść do siebie po tamtej 

strasznej nocy, kiedy zginęli jej mąż i jego żona. Ona 
zamknęła się w sobie, on szalał z rozpaczy. 

Ale żyli. 
- Dobranoc, Wendy. Powiem staruszkom... 
- Wpadnę do was. - Urwała. - Mogę zabrać ze 

sobą Brada? 

- Tak, myślę, że możesz. 

Uśmiechnęła się do Erica. Wiatr porwał i uniósł 

w ciemność jego proste czarne włosy, a jej serce 
podeszło do gardła, bo przez chwilę bardzo przypo­
minał jej Leifa. Pocałował ją w czoło i rozpłynął się 
w mrokach nocy. 

background image

104 NOCE NAD FLORYDĄ 

Wendy wróciła do domu i zaryglowała za sobą 

drzwi. Mijając gościnną sypialnię, zatrzymała się 
i zapukała. 

- Tak - usłyszała głos Brada. 

Pchnęła drzwi. Brad był jeszcze w dżinsach, ale 

koszulę już zdjął. W pokoju panowały ciemności 
rozpraszane jedynie światłem wpadającym z koryta­
rza. Widziała jego opalone na brąz ramiona, twarz 
pozostawała w mroku. 

- Chciałam ci podziękować - powiedziała. 
- Za co? - zdziwił się. 
- Eric to dobry przyjaciel. 
- Zauważyłem. Jesteście sobie bardzo bliscy. 
- Owszem, ale nie w tym sensie. On jest dla mnie 

jak brat, i nic z tych rzeczy... - Stała w otwartych 

drzwiach i czuła się jak ostatnia idiotka. 

- Nic z tych rzeczy? - podchwycił. 
- Nie rozumiem. 
- Chodź tu - powiedział cicho. 

Podeszła powoli i zatrzymała się przed nim, kła­

dąc dłoń na jego porośniętej płowymi włosami piersi. 

Wsunął palce w jej włosy, pochylił głowę i jego 

oddech musnął jej wargi. Spojrzała mu niepewnie 
w te złote, zafascynowane jej widokiem oczy. Ze­
tknęły się ich usta. Ogarnęła ją rozkoszna niemoc, 

kolana zrobiły się jak z waty. 

Oderwał się powoli od jej ust. 

- Wendy... 

Otworzyła oczy i odgarnęła kosmyk płowych 

background image

Heather Graham 105 

włosów, który opadł mu na czoło. Odetchnął głęboko 

i odsunął się od niej. 

- Idź spać, Wendy - rzekł drżącym z emocji 

głosem. 

Spuściła wzrok, kiwnęła głową. Nie byli jeszcze 

gotowi. 

- Dobranoc. 

Ruszyła powoli w kierunku drzwi. 

- Wendy! 

Dopadł do niej jednym susem i porwał ją w ramio­

na. Tym razem jego pocałunek był pełen namiętnoś­

ci i żaru. Potem wziął ją na ręce i ruszył w stronę 

majaczącego w ciemnościach łóżka. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Położył ją ostrożnie na łóżku. Jego ręce były 

wszędzie, dotykały jej twarzy, gładziły ramiona, 

pieściły plecy. W Wendy budziły się wrażenia, o któ­

rych istnieniu dawno zapomniała, odczucia, przeży­

wania których po śmierci Leifa sobie odmawiała. 

Wydawało jej się, że tonie w pocałunkach i piesz­

czotach Brada. Mijały minuty... a może wieki. Zapa­

dała się w zakazane królestwo, raj rozkoszy, gdzie 

zaspokajane są wszelkie pragnienia. 

I nagle się to skończyło, Brad odsunął się od niej 

bez słowa. Dyszał ciężko. Oczy świeciły mu w ciem­

nościach jak u kota, roziskrzone, złociste. Uniósł się 

na łokciu i patrzył, pożerając ją tymi oczami. Oszoło­

miona Wendy przygryzła wargi. 

background image

Heather Graham 

107 

- Co się stało? - wyszeptała. 
Nie odrywając od niej wzroku, przesunął opusz­

kiem palca po jej policzku i pokręcił głową. 

- No... Nie powinienem tego robić. 
- Przecież sama do ciebie przyszłam. 

Jego oczy nie zdradzały żadnych emocji. Nie 

potrafiła z nich odczytać, co Brad myśli ani co czuje. 

Nagle poczuła się odtrącona, wzgardzona. Zaofe­

rowała mu siebie - a on ją odrzucił. Upokorzył. 

- Boże drogi! - mruknęła i z całych sił ode­

pchnęła go od siebie. 

Nie spodziewał się tego i stoczył z łóżka, uderza­

jąc boleśnie kolanem o podłogę. 

- Wendy! Cholera, zaczekaj, posłuchaj... 

Czuł się jak ostatni kretyn. Przeczuwał, że pożąda­

jąc jej, narobi sobie kłopotów. Nie spodziewał się 
jednak, że rozzłości ją, starając się rozpaczliwie 

zapanować nad tym pożądaniem. 

- Wendy! - Krzywiąc się z bólu, podniósł się 

z podłogi. 

Wendy, bliska płaczu, wybiegła na korytarz, wpa­

dła do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami; nie 
mogła się przed nim zamknąć, bo poprzedniego dnia 
wyłamał zamek. 

- Wendy! - zawołał Brad, pukając. 
Nie odpowiedziała. Otworzył drzwi i stanął w pro­

gu. Siedziała w nogach łóżka, plecami do niego, 
kurczowo przyciskając do piersi poduszkę. Jej włosy 
złociły się we wpadającym z korytarza świetle. 

background image

108 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Wendy! Muszę z tobą porozmawiać. 
- Nie mamy o czym. 
- Wendy, proszę, wysłuchaj mnie. - Podszedł 

i położył dłonie na jej drżących ramionach. 

Próbowała je strącić, ale bezskutecznie. 

- Byłabym ci naprawdę wdzięczna, gdybyś prze­

stał mnie dotykać - powiedziała sztywno. 

Zdjął dłonie z jej ramion, ale usiadł przy niej. 
- Musimy porozmawiać - powtórzył schrypnię­

tym głosem. - Odwróć się, Wendy, nie potrafię 
mówić do twoich pleców... 

Odwróciła się jak fryga, jednocześnie się od 

niego odsuwając. Zerwała z włosów opaskę i złote 
pukle spłynęły jej na ramiona. Potrząsnęła nimi 
gniewnie i spojrzała na niego płonącymi srebrnymi 
oczami, które odbijały światło jak diamenty. 

- No? Rozmawiaj. Mów, co masz do powiedze­

nia, i wynoś się stąd. 

Westchnął. 
- Ty niczego nie ułatwiasz, Wendy. 
- Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe. 

Mnie też nie jest łatwo. Trzeba zacząć od tego, że nie 

jestem w tym dobra. Już jakiś czas temu wyszłam 

z wprawy. 

- I w tym. właśnie rzecz, Wendy. 
Wciągnęła spazmatycznie haust powietrza, tłu­

miąc wzbierający w krtani szloch. Brad dotknął 

znowu jej policzka i poczuł pod palcami wilgoć łez. 

- Wendy... 

background image

Heather Graham 

109 

- Przestań! Przestaniesz, na miłość boską? 

Objął ją. Opierała się, wiła, wyrywała, ale on nie 

puszczał. W końcu dała za wygraną i wsparła się 
o jego pierś. 

- Proszę cię, Brad - wymruczała i poczuła na 

wargach smak jego ciała. 

Pogłaskał ją po włosach - włosach anioła. Takie 

były miękkie, takie jedwabiste, tak przepięknie złote. 

- Pragnę cię, Wendy, nie rozumiesz tego? 
Znowu zesztywniała. 
- Jeśli mam być szczera, to nie. 

Uśmiechnął się w ciemnościach. 
- To za wcześnie, Wendy. Pragnę cię, ale wszyst­

ko w swoim czasie. Nie chcę, żebyś rano żałowała. 
Nie chcę być substytutem twojego męża i nie chcę, 
żebyś jutro wyrzucała sobie to, co zrobiłaś pod osłoną 
ciemności. Chcę, żebyś i ty mnie pragnęła. 

Milczała przez chwilę i śmiać jej się chciało, że 

czuje się w jego objęciach tak bezpiecznie, bo wie­
działa przecież, że bezpieczna przy nim nie jest. 
Wprost przeciwnie, ściągał na nią zagrożenia pod 
najrozmaitszymi postaciami. 

- Pragnęłam cię - wyznała w końcu. 
- Naprawdę? - Pocałował ją w czoło, potem 

bardzo delikatnie w usta, i uśmiechnął się. - Bardzo 

szczególna z ciebie dama, Wendy. I będziemy się 

kochali, obiecuję ci to. Cały dzień łamałem sobie 
głowę, jak by tu zaciągnąć cię do łóżka, a ty wcho­
dzisz do mojego pokoju, w którym zamknąłem się na 

background image

110 

NOCE NAD FLORYDĄ 

noc jak święty. Zależy mi na tobie, Wendy. Zależy do 
tego stopnia, że wolałbym się nie śpieszyć. Tego 
właśnie chcę, oboje na to zasługujemy. Na namiętną 
noc bez porannych wyrzutów sumienia. - Przypie­
czętował swoje słowa nieśpiesznym, gorącym poca­
łunkiem. 

Serce waliło jej jak młotem, krew rozsadzała żyły. 

Oderwała się od niego z cichym jękiem i odwróciła 
głowę. 

- Brad, jeśli naprawdę coś do mnie czujesz, to 

błagam cię, zostaw mnie teraz samą! 

- Nie. 

Spróbowała wyzwolić się z jego objęć. Chwycił ją 

za ramiona i jednym pewnym ruchem pociągnął za 
sobą na łóżko. Jego głowa spoczęła na poduszce, jej 
głowa na jego piersi. Otoczył ją ramieniem. 

- Wendy - mruknął - chcesz poznać moje drugie 

imię? 

Ściągnęła brwi i spojrzała na niego zdziwiona. 

- Michael. Brad Michael McKenna. Jestem spod 

znaku skorpiona. 

Roześmiała się i usiadła. 

- To moja sypialnia, Brad, a nie bar dla samot­

nych. 

- Nie zaszkodzi lepiej się poznać. A jakie jest 

twoje panieńskie nazwisko? 

Zmarszczyła czoło i uśmiech rozciągnął powoli 

jej wargi. 

- Harper. Wendy Anne Harper. 

background image

Heather Graham 

111 

- Ile masz lat, Wendy Anne? 
- Nie za dużo chcesz wiedzieć? 
Wzruszył ramionami. 
- Taka stara chyba nie jesteś. 
- Trzydzieści jeden - oznajmiła. - A ty? 
- Trzydzieści pięć skończę w listopadzie. Kiedy 

masz urodziny? 

- Czternastego lutego. 
- Walentynkowa dziewczyna, co? Lubisz sushi? 
- Nie cierpię. 
- A ja przepadam, ale to chyba mniej istotny 

szczegół. A swoją drogą, mieszkasz na Everglades 
i nie lubisz sushi? 

Roześmiała się. 
- A co ma jedno do drugiego? 
- Żyjesz w otoczeniu ryb. 
- To jeszcze nie znaczy, że muszę je jeść na 

surowo. 

Położyła znowu głowę na jego piersi. Wciągnął 

w nozdrza zapach jej perfum, jej szamponu i słodką 

woń kobiecego ciała. Uniosła rękę do ust, tłumiąc 
ziewnięcie. Pogłaskał ją po włosach. 

- Jak się nazywam, Wendy? 
- Słucham? 
- Pytałem, jak się nazywam. 
- Co to za gra? Brad. Brad McKenna. Tak mi się 

przynajmniej przedstawiłeś. Mam nadzieję, że to 
twoje prawdziwe nazwisko. 

Podniosła na niego srebrne, roziskrzone oczy. 

background image

112 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Tak, to moje prawdziwe nazwisko. Ale nie całe. 

Poruszyła szczęką i powiedziała z półuśmiesz-

kiem: 

- Brad Michael McKenna. 
Zadowolony kiwnął głową. 
- O właśnie, pani Wendy Anne Harper Hawk, 

która nie cierpi sushi, jest za pan brat z aligatorami 
i innymi dzikimi bestiami, i czternastego lutego 
skończyła trzydzieści jeden lat. Aha, i która lubi 
Beatlesów oraz prowadzi bardzo schludny, gościnny 
dom. - Ujął ją pod brodę i zmusił, by na niego 
spojrzała. - Miło mi cię poznać, Wendy. 

Uśmiechnęła się i znowu położyła głowę na jego 

piersi. 

Nie pamiętał, czy mówił coś jeszcze, ale podej­

rzewał, że nie. Zasnęli przytuleni, by nazajutrz obu­
dzić się obok siebie w jej łóżku, ale kompletnie 
ubrani. 

Bradowi, kiedy mrużył oczy przed porannym 

słońcem, przemknęło przez myśl, że w tak niezwykły 
sposób nie zaczynał chyba jeszcze dnia. 

Ale przecież Wendy sama w sobie jest niezwykła. 

Nietypowa. Jedyna w swoim rodzaju. Niepowtarzal­
na... 

Pochylił się i pocałował ją w czoło. Z tą śliczną 

twarzą i rozsypanymi po poduszce złotymi włosami 
znowu skojarzyła mu się z aniołem. Pocałował ją 

jeszcze raz i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. 

Godzinę później Wendy obudził smakowity za-

background image

Heather Graham 

113 

pach smażonego bekonu. Nie wstała od razu. Leżała 

chwilę, rozpamiętując wypadki minionej nocy. 

Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Ten 

Brad coraz bardziej się jej podobał. Nie dało się 

ukryć, że ma w sobie coś szlachetnego, a ona to 

doceniła. Ale do diabła ze szlachetnością. Po co 

komplikować sprawę - dwoje dorosłych bezprude-

ryjnych ludzi, szybki romans bez zobowiązań, za­

inspirowany okolicznościami. 

A tu nic z tych rzeczy. Mężczyzna, którego nie 

interesuje małżeństwo, chce ją najpierw lepiej po­

znać. Dobre sobie. 

Nie do wiary... pod tym względem jest zupełnie 

jak Leif. Leif zawsze kierował się etyką i nic nie było 

w stanie sprowadzić go z tej drogi. Równie inteligen­

tny i przystojny jak Eric, mógł podróżować wszędzie, 

zajmować się czymkolwiek, ale sercem pozostawał 

zawsze przy swej rodzimej ziemi i swoim plemieniu. 

Miewał niezliczone okazje ułożenia sobie życia 

gdzie indziej, ale tu był jego dom. 

Leif też zaczynał z nią bez pośpiechu. Nigdy jej do 

niczego nie przymuszał. Czekał cierpliwie, aż roz­

kocha się najpierw w nim, a potem w tym osobliwym, 

subtelnym pięknie bagien. 

Tak, może to i dziwne, ale jej ciemnoskóry mąż 

Leif i ten płowowłosy, nie cierpiący błota i mocza­

rów agent od narkotyków są do siebie bardzo podo­

bni. 

Z tych refleksji wyrwało ją pukanie do drzwi. 

background image

114 

NOCE NAD FLORYDĄ 

W progu stanął Brad. Świeżo ogolony, wykąpany, 
wyglądał jak student college'u. 

- Śniadanie prawie gotowe. Jeśli chcesz wziąć 

prysznic, to jeszcze zdążysz. 

Wendy kiwnęła głową. 

- Dzięki. 

Wrócił do kuchni, a ona pobiegła do łazienki. 
Unosił się tam jeszcze zapach kremu po goleniu. 

Nie wiedzieć czemu Wendy zebrało się na płacz. 
Weszła pod gorący natrysk. Cholerny Brad McKen-
na! Jak mogła dać mu się tak zauroczyć? Nie daruje 
mu tego. 

Spod prysznica wychodziła już zła jak osa. 

W kuchni, pośród aromatu kawy, smażonego be­

konu i omletów na pomidorach z pieprzem czekał na 
nią Brad. Nakrył do stołu na dwie osoby. Dobrze się 
spisał - nie zapomniał o matach pod talerzyki, 
serwetkach, na stole leżała nawet dzika orchidea 
w charakterze fajki pokoju. 

Ale Wendy nie była tego ranka nastawiona poko­

jowo. Brad ją drażnił, wydawał jej się zbyt rozkosz­

ny, za bardzo pewny siebie. 

- Pani Hawk? - Odsunął jej wiklinowe krzesełko, 

a kiedy usiadła, rozłożył przed nią serwetkę i usiadł 
obok. 

- Widzę, że czujesz się jak u siebie - zauważyła 

słodko, zerkając na niego sponad szklanki soku. 

Speszył się. 

- Chyba tak. Przepraszam. Ale to z twojego 

background image

Heather Graham 115 

zachowania wyciągnąłem wniosek, że mogę się tak 
czuć. 

Wendy nie wiedziała, skąd u niej to rozdrażnienie. 

Było zupełnie niewytłumaczalne. Brad zachowuje 

się wobec niej dwornie, przyrządził smaczne śniada­

nie. Powinna mu podziękować, ale jakoś nie potrafiła 
się przemóc. 

- Przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie. 

Obserwował ją, zaciskając zęby. 

- O co ci chodzi, Wendy? 

Odstawiła powoli szklankę z sokiem. Zamiast na 

niego, patrzyła na talerzyk. Siląc się na spokój, 
wyjaśniła: 

- Jesteś tutaj gościem, nikim więcej. 
- Jestem tu gościem, bo mnie zaprosiłaś. Mogę 

odejść. Bez problemu. 

- Kawał sukinsyna z ciebie, wiesz? Powinnam 

była zostawić cię na bagnach. 

- Ach, tak! A więc zaczynamy od nowa. - Zerwał 

się z krzesła i stanął nad nią. 

Wendy przełknęła z trudem. Na szyi pulsowała 

mu nabrzmiała żyła, wyczuwała bicie serca pod 

starym T-shirtem Leifa z napisem Miami Dolphins 
z przodu. Zamknęła oczy i spróbowała przypomnieć 
sobie męża w tej koszulce. Nie zdołała. 

Kiedy otworzyła oczy, Brad stał wciąż nad nią 

gniewny i wrogi. Jego złote jak u kota oczy pło­
nęły. Pochylił się nad nią. Poczuła na skórze jego 
oddech. 

background image

116 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Żałujesz, że nie zostawiłaś mnie na bagnach, 

Wendy? Jeśli chcesz, możemy wrócić w tamto miejs­

ce. Nie prosiłem cię o pomoc, pamiętasz? Udzieliłaś 

mi jej z własnej woli. Tak bardzo brakowało ci 

mężczyzny w domu? 

- Uff! - Odwróciła się na krześle, by wymierzyć 

mu policzek, ale był szybszy. 

Chwycił ją za nadgarstek i przewiercił wzrokiem. 

Wyrwała mu rękę, wstała i pobiegła do sypialni. 

Zabrała stamtąd torebkę i pomaszerowała koryta­

rzem do drzwi frontowych. 

- A ty dokąd? - zawołał Brad, a kiedy nie 

odpowiedziała, dogonił ją, chwycił za ramię i od­

wrócił twarzą do siebie. 

- Wychodzę. 

- Gdzie, do cholery? 

Wyrwała mu znowu rękę i cofnęła się. 

- Idę do pracy. 
- Do  p r a c y ? 

- Tak, do pracy! Ten świat tak już jest urządzony, 

że trzeba pracować. 

- Gdzie pracujesz? 

Nie chciała odpowiadać na to pytanie z rozmai­

tych powodów - może z czystej perwersji, może dla 

zasady - jednak się przemogła. 

- U Erica - wyjaśniła. 

- Pracujesz u Erica? - spytał podejrzliwie. - I co 

tam robisz? Gdzie to jest? 

Wendy zawahała się. Znowu wezbrała w niej 

background image

Heather Graham 

117 

złość. Było to paskudne uczucie. Zachowała się 
nierozsądnie, ale teraz, wychodząc, próbowała rato­
wać resztki godności, z której Brad ją odarł. 

- Nie muszę się przed tobą spowiadać, panie 

szpiegu - wyrzuciła z siebie, ale znowu chwycił ją za 
ramiona. 

- Nie jestem szpiegiem. Mów, co tam robisz 

i gdzie to jest. 

- Boże, co cię naszło? - Chciała mu się wyrwać, 

ale nie puszczał. Siły mu nie brakowało, a kiedy 
zechciał, potrafił być bezwzględny. 

- Zadałem ci pytanie - wysyczał. - Dlaczego mi 

nie powiedziałaś, że pracujesz? Dlaczego wczoraj 
nie poszłaś do pracy? 

Wendy westchnęła z ostentacyjnym zniecierpli­

wieniem. 

- Pracuję dla Erica, jeden albo dwa dni w tygod­

niu. On działa w radzie plemiennej, a w zeszłym roku 
wydał książkę o kampanii Andrew Jacksona prze­
ciwko Seminolom. Teraz pisze następną o stosun­
kach panujących między Seminolami a Indianami 
Miccosukee. Pomagam mu zbierać materiały. 

- Co takiego? 
- Oprócz Seminoli żyje tutaj jeszcze jedno ple­

mię, Indianie Miccosukee. Mają swoje terytorium na 
południe stąd, przy Szlaku. Ale ty na pewno o tym nie 
wiesz, i mało cię to obchodzi. Te okolice to dla ciebie 
tylko wielka kałuża błota, prawda? Błota zamiesz­
kanego przez dzikusów, tak? 

background image

118 NOCE NAD FLORYDĄ 

Zacisnął usta i przyciągnął ją jeszcze bliżej. 

- To moja sprawa. Dlaczego mi nie powiedziałaś, 

że byłaś żoną Indianina? 

- Co? - żachnęła się i coś w niej eksplodowało. 

- Bo nie muszę ci się z niczego spowiadać! Że był 

Norwegiem, też ci nie mówiłam. 1 co z tego? Czy 

w ogóle to ma jakieś znaczenie? 

- Owszem, ma! Gdybym znał takie szczegóły, 

nie wdałbym się w bójkę z twoim szwagrem. Nie 

umierałbym ze strachu, że ściągnąłem ci do domu 

przestępcę. 

- Bigot! - warknęła Wendy. 

Zazgrzytał zębami. 

- Nie, Wendy, nie jestem bigotem, i bardzo dob­

rze o tym wiesz. Może jestem ignorantem w paru 

sprawach, które ty masz w małym palcu, ale to 

jeszcze nie znaczy, że nie szanuję ludzi. A teraz może 

mi łaskawie powiesz, co w ciebie dziś wstąpiło. 

- Muszę już iść. Zabieraj łapy. 

- Nie puszczę cię, dopóki mi nie wyjaśnisz. 

Widzę przecież, że jesteś na mnie wściekła. A trudno 

mi jakoś uwierzyć, że w ten zły nastrój wprawił cię 

fakt przyrządzenia przeze mnie śniadania! O cóż 

więc może chodzić? Ach, już wiem. Zawiodłem cię 

w nocy. Myślałaś, że sprowadzasz sobie do domu 

jakiegoś ogiera, i rozczarowałaś się. 

- Niech cię cholera, Brad! Puszczaj! -krzyknęła 

Wendy, odrzucając w tył głowę i mrużąc oczy. 

- Chcę wyjść, słyszysz? Jesteś gościem. Sama cię 

background image

Heather Graham 119 

zaprosiłam. Może głupio postąpiłam, ale żal mi się 
ciebie zrobiło. A teraz puszczaj! 

Zamiast puścić, pocałował ją z pasją. Zaskoczona, 

poddała mu się. Pociemniało jej w oczach. Podstawił 

jej nogę i pchnął lekko; osunęli się na podłogę. 

Gorące łzy zapiekły ją pod powiekami. Pragnęła 

go, ale nie chciała się wiązać. Bała się lepiej go 
poznać, bała się swojej reakcji na zapach kremu do 
golenia w łazience i na widok dzikiej orchidei obok 
talerza. Bała się śmiertelnie, że go pokocha... 

Odwróciła głowę, przerywając pocałunek. 

- Brad! Brad, do cholery, tak nie można. To nie... 
Znieruchomiał. Przez chwilę czuła tylko jego 

oddech na szyi. Potem odsunął się od niej i wstał. 
Wyciągnął w jej stronę rękę, a kiedy nie zareago­
wała, pochylił się i podniósł ją z podłogi. 

Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Stała ze spusz­

czoną głową. 

Założył ręce na piersi. 
- Co nie? - zapytał. 
Potrząsnęła głową. 
- Nie tego chciałaś, prawda? 
- Brad, proszę! Przestań się nade mną pastwić. 

Dosyć już mnie upokorzyłeś! 

Patrzył na nią, powoli kręcąc głową. 

- Nie, nie mów tak, Wendy. Chodź do mnie. 

- Wziął ją w ramiona i przytulił, a potem z czułością 
pocałował w nos i w usta. - Czy ja ci już po­

dziękowałem? 

background image

120 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Słucham? 
- Pytam, czy ci podziękowałem? Uratowałaś mi 

życie. 

- Głupstwo - mruknęła łamiącym się głosem 

i podniosła na niego wzrok. - Ale ja już naprawdę 
muszę iść do pracy. Czuj się tu jak w domu. Niedługo 

wrócę. 

Popatrzył jej w oczy i kiwnął głową. 

- Rozumiem - powiedział cicho i uśmiechnął się. 

- Mam nadzieję, że śniadanie nadaje się jeszcze do 

spożycia. 

- Obawiam się, że to drugie śniadanie, które 

będziemy musieli wyrzucić - zauważyła. - Zresztą 
mnie i tak nie chce się jeść. 

Kiwnął głową. 

- Wyrzucanie śniadań to nasza specjalność. 
- Na to wygląda. 
- Ale teraz poważnie, Wendy, gdzie jest ta twoja 

praca? 

- Niedaleko stąd. Eric ma dom na swojej działce. 
- Przy głównej szosie? 

Ściągnęła brwi. 

- Tak, działka przylega do szosy. Ale sam dom 

stoi od niej daleko. 

Westchnął. 

- Powinienem pójść z tobą. 
- Nie dzisiaj! - szepnęła. 
- Wendy, Wendy! - Wziął ją za ramiona i spoj­

rzał w oczy. - Naprawdę nie powinno mnie tu być. 

background image

Heather Graham 121 

Boję się o ciebie, Wendy. I będę się bał, dopóki to się 
nie skończy. 

Uśmiechnęła się, ujęta troską w jego głosie. 
- Brad, nikt nie wie, kim dla ciebie jestem. Jeśli 

ten twój Michaelson dalej cię szuka, to mnie przecież 
nie zna. Nigdy go nie widziałam, on mnie też. Nie 
będę mijała po drodze żadnych publicznych miejsc, 
nie licząc małej rodzinnej wioski, w której mieszkają 
dziadkowie Leifa i Erika. Nic mi się nie stanie. 

Odetchnął głęboko i kiwnął głową. 

.- No dobrze. 

- A teraz odsuń się od drzwi - powiedziała. 
Znowu kiwnął głową, ale posłuchał dopiero po 

chwili, znowu biorąc ją w ramiona. 

- Wendy - mruknął z powagą. 
- Co? 

Odgarnął jej z czoła niesforne pasemko włosów. 

- Będziemy się kochali. 
- Naprawdę? - Uniosła brwi. 
- Naprawdę. - Otworzył przed nią drzwi i uśmie­

chnął się. - I bez obawy. Dam ci znać, kiedy. 

- Zarozumiały dupek! - mruknęła i pobiegła do 

lodzi. 

Dogonił ją w połowie drogi i zatrzymał. Od­

wróciła się ze śmiechem. 

- Słyszałem, jak mnie nazwałaś. 

Wzruszyła ramionami. 

- No to teraz wiesz, co o tobie myślę. Jesteś 

zdecydowanie zbyt pewny siebie. 

background image

122 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- A nie powinienem? - spytał niewinnie. 
- Da mi znać, kiedy - przedrzeźniała go. - A skąd 

wiesz, czy wtedy ja będę jeszcze miała na to ochotę? 

- Będziesz - odrzekł z powagą. 
Wzięła się pod boki i przekrzywiła głowę. 
- Ach, tak! Myślisz, że do wieczora zmięknę 

i w nocy znowu rzucę ci się na szyję. 

- Nie. Dojdzie do tego w biały dzień, albo wcale. 
- Doprawdy? 
- Tak. - Odwrócił się i ruszył w stronę domu. 

Przed drzwiami zatrzymał się i zawołał: - Bez 
obawy. Jak już powiedziałem, dam ci zawczasu znać, 
kiedy to nastąpi. - Pomachał jej z uśmiechem i za­
mknął drzwi. 

Wendy, kręcąc z niedowierzaniem głową, zbiegła 

do łodzi. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Patrzyła na stronicę leżącej przed nią książki 

historycznej i zirytowana kręciła głową. Informa­

cja nie była rzetelna. Wróciła na początek i spraw­

dziła datę wydania. No tak, książka została napisa­

na przed drugą wojną światową. Autor miał prawo 

nie wiedzieć, że bagna Everglades zamieszkiwane 

są przez dwa zupełnie różne plemiona - wówczas 

nie wiedział tego nawet rząd Stanów Zjednoczo­

nych. 

Odłożyła książkę i napisała notatkę dla Erica. 

Cyprysowy zegar na wyłożonej stylową boazerią 

ścianie gabinetu szwagra wskazywał szóstą z minuta­

mi. Pora wracać. 

Na samą myśl o domu spociły jej się dłonie 

background image

124 NOCE NAD FLORYDĄ 

i ścisnął żołądek. No nie, przecież to jej dom! Ma 

prawo tam wracać. 

Uporządkowała notatki na biurku, wyłączyła 

komputer, nakryła go i obgryzając bezwiednie paz­

nokieć kciuka, odchyliła się na oparcie fotela. Tak, to 

jej dom. Tak, ma do niego wszelkie prawa. Nie ma 

jednak prawa postępować tak, jak do tej pory po­

stępowała. Sama zaprosiła tam Brada. 

I gdyby tylko na samym udzieleniu gościny się 

skończyło. Co do jednego miał rację: musiała zdecy­

dować, co właściwie jest mu skłonna zaoferować. 

Drzwi frontowe otworzyły się i zamknęły. Wendy 

na chwilę ogarnęła panika. Jak mogła być taką 

idiotką i nie zaryglować ich? Wystawiła ostrożnie 

głowę na korytarz i odetchnęła z ulgą. 

To był Eric. 

- Wendy! - zawołał, dostrzegając ją z końca 

korytarza. 

Pomachała mu z uśmiechem. Był w dżinsach 

i barwnej koszuli Seminolów tkanej w rozmaite 

odcienie czerwieni, kontrastujące z jego opaloną na 

ciepły brąz twarzą i kolorem oczu. 

Tobie też kogoś potrzeba, szwagrze, przemknęło 

Wendy przez myśl. Eric był niezwykłym mężczyzną, 

przystojnym, dumnym i prawym, wyjątkowo ciep­

łym i wspaniałomyślnym dla tych, którym ufał. 

Jak Jennifer, jego żona. 

- Zaraz u ciebie będę! - zawołał znowu. - Wezmę 

tylko po drodze coś zimnego do picia. 

background image

Heather Graham 

125 

Usłyszała, jak otwierają się drzwi lodówki i parę 

sekund później Eric wszedł do pokoju z puszką piwa 
dla siebie i lampką schłodzonego wina dla niej. 
Podziękowała mu uśmiechem. Eric dobrze znał jej 
nawyki. Piwo na ryby, wino do kolacji w towarzy­
stwie, mrożona herbata albo woda na zaspokojenie 
pragnienia. Dietetyczna woda sodowa, kiedy była na 
diecie, ale jej diety rzadko trwały długo, bo uwiel­
biała smak prawdziwego cukru. Przez te dziesięć lat, 
odkąd się poznali, naprawdę się ze sobą zaprzyjaźnili 

i mocno zżyli. 

A Brad, który wkrótce stąd odejdzie, nie wiedział 

nawet, kiedy wypadają jej urodziny i jak ma na 
drugie imię. Był jak sen. Jak wyimaginowany kocha­
nek, opalony, płowowłosy, wysportowany i pięknie 
zbudowany. 

Jak nocny gość, który o świcie znika. 
- Co ty tu robisz? Myślałem, że dopóki masz 

u siebie tego gościa z DEA, nie będziesz przy­
chodziła. - Eric przyglądał się jej z autentycznym 
zainteresowaniem. 

Wendy wzruszyła ramionami, ale uciekła spoj-

rzeniem w bok. 

- Eee... sama nie wiem, dlaczego przyszłam. 

Chyba trochę się odprężyć. 

Pociągnął łyk piwa, usiadł i zarzucił nogi na 

biurko. Przyglądał się jej przez chwilę spod przy­
mkniętych powiek, potem zamknął oczy. 

- Za bardzo między wami iskrzyło, co? 

background image

126 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Wendy patrzyła na niego, dopóki znowu nie ot­

worzył oczu. Chciała mu powiedzieć, że to nie jego 
interes, ale zamiast tego wzruszyła tylko ramionami. 

- Nie. Po prostu mi się nudziło. 
- Zmysły trzeba czasami ostudzić, bo inaczej 

pożar gotów - mruknął Eric. 

- No wiesz! 
Zdjął nogi z biurka, usiadł prosto i ujął ją pod 

brodę. 

- Coś tu się święci, Wendy - powiedział. - Czuję 

to, widzę. - Wstał i przeciągnął się z kocią gracją. 
Odwrócony do niej plecami zapytał: - A więc uciek­
łaś tutaj dlatego, że poszłaś z nim do łóżka, czy 
dlatego, że nie poszłaś? 

- Eric... 
- No? 

Odwrócił się i spojrzał na nią. Uśmiechnęła się. 

- Dlatego, że nie poszłam. Sama nie wiem, co 

mam myśleć. Nie wiem, co czuję. Bo on stąd za parę 

dni wyjedzie, prawda? Kiedy złapią tego Michael-
sona albo zajdą jakieś nowe okoliczności. Pociąga 
mnie, nie przeczę... 

- A więc na co czekasz? 
- Nie podoba mi się jego zawód. I dał mi do 

zrozumienia, że nie zamierza się żenić... 

- Nie przespałaś się z nim jeszcze, a już myślisz 

o małżeństwie? 

- Wcale nie myślę! Nie chcę drugi raz wychodzić 

za mąż. 

background image

Heather Graham 

127 

- A więc o co chodzi? 
Potrząsnęła głową i wyrzuciła z siebie: 
- O to, że nie daje mi spokoju, dlaczego do tego 

nie doszło. Czy tobie zawsze trzeba wykładać kawę 
na ławę? 

Eric patrzył na nią przez dłuższą chwilę. W końcu 

powiedział cicho: 

- Bo mu na tobie zależy, Wendy. Bo nie traktuje 

cię jak pierwszą lepszą poznaną w barze dziewczynę, 
bo ma o tobie wysokie mniemanie. 

- Przecież powiedział... 
- Wierz mi, Wendy. - Westchnął i oczy zaszły 

mu dziwną mgiełką. - Wierz mi - powtórzył. - Kiedy 
mężczyzna chce sobie tylko ulżyć, to się na nic nie 
ogląda. Ani na dzień, ani na datę, ani na godzinę, ani 
na kolor włosów czy oczu kobiety. Nie obchodzi go 
nawet jej imię. 

Nie patrzył na Wendy, wspominał, co zrozpaczo­

ny sam wyprawiał zaraz po śmierci Jennifer. Dopiero 
po jakimś czasie trochę się opamiętał. 

- Jemu zależy na tobie, Wendy, i się z tego cieszę. 

Wiem, że to, co mówię, trąci seksizmem, ale jestem 
Indianinem, a my zawsze mamy kłopoty z nadążaniem 
za duchem czasu. Gdybym nie wyczuł w nim porząd­
nego człowieka, już dawno bym go przepędził z twoje­

go domu. Może już się nigdy nie zakochasz, ale... 

- Nie rozumiesz, Eric. Nie chcę ponownie wy­

chodzić za mąż. I nie chcę się ponownie zakochać, 
a już na pewno nie w agencie DEA! 

background image

128 

Puścił jej słowa mimo uszu i kontynuował, tak 

jakby w ogóle się nie odezwała: 

- Ale będzie ci z nim dobrze, Wendy, będziesz 

miała kogoś, na kim można polegać. 

- Skoro jesteś taki mądry, to dlaczego sam nie 

spróbujesz znaleźć sobie kogoś takiego? - wytknęła 

mu. 

Odchylił się na oparcie krzesła i pociągnął łyk 

piwa. 

- Wendy, nie chcę... 

Urwał, zdając sobie sprawę, że zaczyna się po­

wtarzać. Roześmiał się, wzruszył ramionami i zmie­

nił temat. 

- A jak tam praca? Zrobiłaś coś? 

- Tak. Znalazłam dwie książki, którym możesz 

zarzucić całkowitą dezinformację. 

- Mnóstwo jest takich, ale dziękuję. Dobrze znać 

wszystkie. A wiesz, byłem dzisiaj u Miccosukee. Nie 

zasypiają gruszek w popiele. Mają mnóstwo planów 

wykorzystania terenu swojego rezerwatu. Billy mó­

wił mi, że nie chcą pozostać w tyle za Seminolami, 

którzy ciągną zyski z gry w bingo, i zamierzają 

ściągnąć do siebie Hyatta. 

Wendy uśmiechnęła się. Ona też słyszała o pla­

nach młodego przywódcy Miccosukee i podobały jej 

się tak, jak on sam. To prawda, Seminole mądrze 

rządzą się swoimi pieniędzmi. Plemię dobrze zarabia 

na organizowaniu turniejów bingo i handlu papiero­

sami. Miccosukee też próbowali swych sił w tych 

background image

Heather Graham 

129 

przedsięwzięciach, ale zamierzali dodatkowo zrobić 

interes na nowym, przebiegającym przez ich teryto­

rium dojeździe do autostrady 175. 

- Czyli przebimbałeś cały dzień? - spytała. 

- I tak, i nie. - Odchylił głowę i spojrzał w sufit. 

- Rozmowa zeszła na te co zawsze tory. Pieniądze, 

edukacja, kwestie mieszkaniowe. Zawsze byłem roz­

darty. Lubię swój dom, swoją ziemię. Ale lubiłem też 

chodzić do szkoły. Lata spędzone w wojsku były dla 

mnie traumatyczne - krwawe, a przy tym dały mi do 

myślenia. Teraz stoję na rozdrożu. Z jednej strony nie 

chcę odchodzić od naszych obyczajów i tradycji, 

z drugiej nie chcę patrzeć, jak dzieci naszego plemie­

nia dorastają, nie czerpiąc żadnych korzyści z cywili­

zacyjnego dorobku białej Ameryki. Co robić, Wen-

dy? Jaką drogę obrać? 

Wstała i uścisnęła go. 

- Bardzo cię kocham, Eric, wiesz? 

Roześmiał się. 

- Ja ciebie też, Wendy. -- Spojrzał jej w oczy. 

- I jeszcze jedno. Ludzie powiadają, że wzdłuż 

Alligator Alley i Szlaku panuje ożywiony ruch. 

- Jaki ożywiony ruch? 

- No, z tego, co mi teraz wiadomo, wynikałoby, 

że część z tych, co kręcą się tu po wioskach samo­

chodami i łodziami, pracuje dla rządu. Mundurowej 

policji też podobno zatrzęsienie, a przecież wiedzą, 

że my wolimy rozwiązywać swoje problemy we 

własnym zakresie. 

background image

130 NOCE NAD FLORYDĄ 

Seminole mieli własną policję plemienną, Mic-

cosukee również. Eric powtarzał zawsze, że Floryda 
to przyzwoity stan, jeśli chodzi o respektowanie 

plemiennych praw tutejszych Indian. Miejskie i okrę­
gowe siły policyjne z Miami, Fort Lauderdale i in­
nych miejscowości rzadko tutaj interweniowały. 

- No cóż - mruknęła Wendy - to chyba zro­

zumiałe, że władze przysłały tu swoich ludzi, żeby 
mieć na oku Brada... i Michaelsona. 

Eric kiwnął głową, ale nie spuszczał z niej wzroku. 

- I jeszcze jedno, Wendy. 
- Tak? 
- Nasi podejrzewają, że kroi się coś na większą 

skalę. Podobno widziano hydroplan wodujący na 

bagnach, niedaleko Szlaku. 

Wendy wzruszyła niecierpliwie ramionami. 

- No i co z tego? Przecież to trzydzieści kilomet­

rów na południe stąd! 

- Fakt. Ale nie wiadomo, czy to jakieś drobne 

cwaniaczki szmuglujące kilogram trawki, czy wyna­

jęci mordercy, którzy polują na Brada. 

- Ja się nie boję. 
- A powinnaś. Powtórz to przynajmniej Bradowi. 

Zresztą mnie też nie chce się wierzyć, że trafią tam 

jak po sznurku. Tylko my dwoje wiemy, że on się 

u ciebie ukrywa. 

- Wie jeszcze stary Mac ze stacji benzynowej. 

Eric wzruszył ramionami. 

- Mac z obcymi nigdy nie zamieni słowa. Możesz 

background image

Heather Graham 

131 

być spokojna, on cię nie wyda. Ale boję się, że mogą 
trafić do ciebie przypadkiem. 

- Mam to w nosie. 
- Wendy, to przestępcy. - Eric westchnął z rezyg­

nacją. - A kto jak kto, ale ty powinnaś najlepiej 
wiedzieć, do czego ludzie tego pokroju są zdolni. 

Zawstydzona zwiesiła głowę. 

- Powiem Bradowi - obiecała. 
- Lepiej, żeby wiedział, co się dzieje, i w razie 

czego nie dał się zaskoczyć. Tak będzie bezpieczniej 
dla was obojga. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. - Ro­
ześmiał się ni z tego, ni z owego. - Ale spokojnie. 
Jestem pewien, że póki co, nie musisz jeszcze kłaść 
na nim krzyżyka. 

- Bardzo śmieszne! - prychnęła, ale też się 

uśmiechnęła. - Odprowadzisz mnie do łodzi? 

- Ależ naturalnie. - Ruszyli przez trawnik ramię 

w ramię w stronę kanału. - Choćby do samego domu. 

Oj tak, przydałoby się! - pomyślała Wendy, ale 

sama przecież musi staczać swoje bitwy. 

- Nie trzeba, dam sobie radę. 
- Nie wątpię, prawdę mówiąc. Sroce spod ogona 

nie wypadłaś. 

Cmoknęła go w policzek. 

- Pochlebstw nigdy za wiele. To na razie. 
Pomachała mu, zapuściła silnik i ruszyła w drogę 

powrotną. Pęd powietrza chłodził jej twarz, roz­

wiewał włosy, uspokajał. 

Może Brad ma rację. Dobrze wiedział, czego 

background image

132 

NOCE NAD FLORYDĄ 

od niego chce, ale nie dawał jej tego, bo uważał, że 
zasługuje na coś lepszego. I może któregoś dnia, 
leżąc na kozetce u psychoanalityka i opowiadając mu 
historię swojego życia, będzie mu za to wdzięczna. 

Bardzo przeżyła śmierć męża. Przez dwa lata nie 

potrafiła niczym się zająć. Potem poznała jednak 
kogoś, i chociaż ten ktoś przemknął przez jej życie 

jak meteor, to jednak było to coś cennego, coś bardzo 

szczególnego. 

Zbliżając się do domu, podjęła kilka postanowień. 

Przestanie zachowywać się tak dziecinnie jak dziś 
rano. Mimo wszystko lubiła Brada. 

Nie będzie mu się już narzucała. Jeśli naprawdę jej 

pragnie, to niech sam ją zdobywa. 

Dobiła do brzegu, zgasiła silnik i pewnym kro­

kiem ruszyła przez trawę w kierunku domu. 

Dopiero przy samych drzwiach wyczuła, że coś 

jest nie tak. Dom wypełniały cisza i pustka. Ot­

worzyła powoli drzwi. 

W środku panował porządek. Brad posłał nawet 

łóżka, Ale jego samego nie było. 

Zaniepokojona zawróciła i wybiegła z domu. 

Z duszą na ramieniu przeszukała podwórko, modląc 
się, by nie znaleźć jego zakrwawionego ciała. Nie, to 
niemożliwe. Nie mogli go tu znaleźć. Przecież to 

środek bagien. 

Wróciła do domu i zdjęła ze ściany strzelbę. 
Nienawidziła broni, ale trudno. Brad gdzieś tam 

jest - może w rękach morderców. Odbezpieczyła 

background image

Heather Graham 

133 

strzelbę i przewiesiła ją sobie przez ramię. Walcząc 

z napływającymi do oczu łzami, wyruszyła na jego 

poszukiwanie. 

Nic, absolutnie nic nie powinno już zaskoczyć 

Brada w domu Wendy po tym, jak w łóżku od­

wiedziła go dzika puma, a z dachu zeskoczył na niego 

zielonooki Seminol. 

Kiedy jednak wszedł do salonu i zastał tam bardzo 

wysokiego, ogorzałego starca stojącego pośrodku 

pokoju, nie wiedział, co o tym myśleć. Nie było 

najmniejszych wątpliwości, że to Indianin. Połowę 

długich, prostych włosów miał siwą, drugą połowę 

czarną jak noc, twarz ciemnobrązową i pomarsz­

czoną od słońca, rysy ostre i zdecydowane, oczy 

onyksowo czarne. 

Bradowi w jednej chwili przypomniało się wszyst­

ko, czego uczył się w szkole. Mężczyzna ten emano­

wał dumą i godnością wodza Josepha, spojrzenie zaś 

miał pewne jak, nie przymierzając, Cochise albo 

Siedzący Byk. 

Ewentualnie Osceola. Był z pewnością Seminolem. 

Zdecydowanie mam omamy wzrokowe, pomyślał 

Brad. Nie słyszał najmniejszego szmeru. 

- Dzień dobry - powiedział. 

Indianin kiwnął głową i zmierzył go wzrokiem od 

stóp do głów. Może gość nie zna angielskiego? Brad 

uniósł rękę w geście przyjaźni. 

- Dzień dobry - powtórzył. 

background image

134 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Jestem stary, ale nie głuchy - odezwał się 

Indianin. 

Bradowi zrobiło się głupio. 
- Przepraszam. Nie odpowiadał pan. 

- Nie pamiętam, żebyś o coś pytał. 
Brad odchrząknął zmieszany. 
- No tak... eee... mogę wiedzieć, kim pan jest? 
Uśmiech pobruździł twarz mężczyzny milionem 

zmarszczek. 

- Hawk. Willie Hawk. - Ubrany był w spłowiałe 

drelichowe spodnie i seminolską koszulę. Postąpił 
krok do przodu i wyciągnął rękę. 

- Bardzo mi miło, panie Hawk - wybąkał Brad. 

- Ja nazywam się... 

- Wiem. McKenna. Słyszałem. 

Brad ściągnął brwi. Słyszał? Przecież prosił Wen-

dy, żeby nikomu o nim nie mówiła. A może to Eric... 

Nie. Eric jest za inteligentny, żeby nie zrozumieć 

sytuacji. 

Willie Hawk jakby czytał w jego myślach. Twarz 

starego Indianina jeszcze bardziej pomarszczyła się 

w uśmiechu. 

- Oni cię nie wydali. Ani Wendy, ani Eric. 
- Nie wątpię... 
Willie Hawk machnął lekceważąco gruzłowatą 

ręką. 

- Dobrze ich oceniłeś. Oni cię nie wydali. Znam 

te bagna, synu. Wiem, co się tu dzieje. Potrafię 
słuchać ziemi. Nawet aligator do mnie mówi. 

background image

Heather Graham 

135 

Tego mi tylko było trzeba, pomyślał Brad. Sklero­

tycznego Indianina. 

Willie Hawk spuścił oczy, a Brad uświadomił 

sobie, że znowu odczytał jego myśli. 

- Znaczy Wendy poszła do pracy, a ty jesteś tu 

sam? 

Brad kiwnął głową. 

- Tak, proszę pana. Mogę w czymś pomóc? To 

dom pańskiego wnuka. Czuje się pan tu pewnie jak 

u siebie. 

- Mój wnuk nie żyje. To dom Wendy - odparł 

Willie głosem na pozór pozbawionym emocji. 

- A zatem... 

- Jesteś tu sam. Pewnie nie wiesz, czym się zająć. 

A bezczynność trudno znieść człowiekowi nawy­

kłemu do działania. 

Brad roześmiał się. 

- O tak. Zaczynam się nudzić. 

W twarzy starego było coś intrygującego, coś 

sugerującego pradawną, enigmatyczną mądrość. 

Odwrócił się nagle. 

- Chodź ze mną. 

- Słucham? 

Willie obejrzał się. 

- Głuchy jesteś, młodzieńcze? 

- Nie, tylko że... 

- Indiańskie wojny skończyły się wiele, wiele 

księżyców temu. 

Brad uznał, że stary lubi trochę podramatyzować. 

background image

136 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Zobaczył iskierki wesołości w onyksowych oczach 
Williego i tym razem Indianin roześmiał się razem 
z nim. 

- A co mi tam - ustąpił Brad. - Pójdę. Ale jedną 

chwileczkę. Zostawię Wendy wiadomość. Nie chcę, 
żeby się martwiła. 

Willie kiwnął głową, 

- Tak, napisz jej wiadomość. Zaznacz, że jesteś 

ze mną, to ją uspokoi. 

Brad skreślił na kartce kilka słów. Chciał przy-

kleić kartkę do lodówki, ale po namyśle uznał, że 
lepiej będzie ją przyczepić do skrzynki na listy, toteż 
wyszedł za Williem przed dom. Ale skrzynki na listy 
przed domem nie było. 

- Ciekawe, jak jej dostarczają korespondencję? 

- zastanowił się głośno. 

- Do skrzynki na poczcie - wyjaśnił Willie. 
- No jasne - mruknął Brad i wsunął karteczkę pod 

drzwi. 

Willie przypłynął canoe własnej roboty. Pokazał 

je Bradowi palcem i zeszli na brzeg. Brad chciał 

wiosłować, ale Willie nie miał drugiego wiosła. 

- Siedź - poradził mu. - W życiu nieczęsto się 

zdarza podróżować bez wysiłku, z otwartymi ocza­
mi, uszami i sercem. 

- To prawda - przyznał Brad. - Dziękuję panu. 

- Ale wciąż dręczyła go myśl, że to jednak on 
powinien wiosłować. 

Kiedy zawrócili i ruszyli kanałem na zachód, Brad 

background image

Heather Graham 

137 

zauważył pod domem ciemną sylwetkę. Przyjrzał się 

uważniej i odprężył. To była Dzidzia. 

- Może powinienem ją nakarmić? - mruknął. 

- Była dziś rano w wiosce. Moja żona dała jej 

kurczaka. Jest najedzona. 

Brad kiwnął głową, stwierdzając jednak, że Dzi­

dzia wyraźnie czegoś chce. Usiadła przed drzwiami 

i miauknęła dziko. Domagała się wpuszczenia do 

środka. 

Canoe popłynęło przez bagna, i Brad stracił Dzi­

dzię z oczu. Nie widział, jak puma nadziewa sobie na 

długi pazur jego karteczkę z wiadomością i drze ją na 

strzępy, odchodząc spod drzwi. 

Trzy godziny później siedział już uśmiechnięty 

pod wysoką sosną z luźno związanymi na plecach 

rękami, a grupka dzikich Indian tańczyła wokół 

niego, wydając bojowe okrzyki. 

W dzieciństwie bawił się w Indian i kowbojów. 

Raz był Indianinem, kiedy indziej kowbojem. 

Z tego, co wiedział, na bagnach kowbojów nie 

było, ale mniejsza z tym. Poznał już Marnę Hawk 

Panther i Anthony'ego Panthera oraz wszystkich 

małych Pantherów. Poznał Mary Hawk, którą Willie 

nazywał swoją kruczowłosą kobietą, bo chociaż 

skończyła w tym roku osiemdziesiąt lat, warkocze 

miała nadal czarne jak noc. 

Mike, Dorinda, David i Jennifer -czwórka małych 

Pantherów - przerwali nagle swój wojenny taniec 

i podbiegli do ojca, który przytulił i poklepał po 

background image

138 NOCE NAD FLORYDĄ 

plecach każde z osobna. Szepnął coś do dzieci i te 

wróciły biegiem do Brada, by mu podziękować za 

zabawę. Dorinda zarumieniła się, podeszła blisko 

i cmoknęła go w policzek. 

- Jest pan bardzo, ale to bardzo miły, panie 

McKenna. Powiem to cioci Wendy, 

Uśmiechnął się. Była bardzo ładną dziewczynką 

o onyksowych oczach dziadka, kruczoczarnych wło­

sach Mary Hawk i pięknej złotej skórze matki. Brad 

kiwnął poważnie głową. 

- Dziękuję - powiedział. 

Dorinda zarumieniła się znowu i pobiegła za 

rodzeństwem. 

Tony Panther usiadł na ziemi obok Brada, opiera­

jąc się plecami o pień sosny. Trochę cudacznie 

wyglądał w swoim urzędniczym garniturze na polan­

ce zastawionej chatami o krytych trzciną dachach. 

Sama polanka kojarzyła się Bradowi z chwilą wy­

rwaną z czasu. 

Oczywiście, nieopodal parkowały samochody. 

Tuż za drzewem stał dodge Tony'ego. Tony był 

księgowym plemienia. Dojeżdżał codziennie do Fort 

Lauderdale. 

- Miło z twojej strony, że pobawiłeś się w jeńca 

z dzieciakami - zwrócił się do Brada. - W realnym 

życiu nieczęsto wygrywamy. 

Brad roześmiał się, wyplątując dłonie z luźnych 

pęt. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Prze-

background image

Heather Graham 

139 

czesał palcami włosy. - Pamiętam, jak w dzieciń­

stwie bawiłem się w Indian i kowbojów. Wtedy była 

to zupełna fantazja: narady przy ognisku, fajki poko­

ju, skalpowanie. 

- Jestem dumny, że nadal tu żyję. Nasi przod­

kowie walczyli o pozostanie na bagnach, nie dali się 

zesłać na zachód. Ale mogę cię uspokoić: od wieków 

nikogo nie oskalpowaliśmy. - Tony przyglądał mu 

się dłuższą chwilę. - Naprawdę miło spędziłeś u nas 

czas? 

Brad zastanowił się nad odpowiedzią. Tak, to było 

udane popołudnie. Mary opowiadała mu, jak plemię 

uprawiało kiedyś dynie, żeby przeżyć. Dała mu 

skosztować tradycyjnego pieczywa ich ludu - chleba 

koontie. Pomagał naprawiać jedną z chat i - ponie­

waż był to sezon na aligatory - próbował również 

wędzonego mięsa tych gadów. Od Tony'ego, który 

należał do plemienia Miccosukee, dowiedział się 

sporo o obu plemionach koegzystujących w przyja­

źni na florydzkich bagnach, wykonujących razem 

taniec zielonej kukurydzy i obchodzących wspólnie 

inne święta. 

Siedząc teraz pod drzewem, Brad odczuwał dziw­

ny spokój. Słońce pięknie zachodziło, z wody pode­

rwała się wielka błękitna czapla, cały widnokrąg 

przybrał barwę złota. 

Brad spojrzał na Tony'ego i kiwnął głową. 

- Tak. Bardzo mi się tu u was podobało. 

- Zastanawiam się dlaczego Wendv jeszcze nie 

background image

140 NOCE NAD FLORYDĄ 

ma - mruknął Tony, a widząc niepokój w oczach 
Brada, dorzucił szybko: - Może się domyśliła, o co 
chodzi dziadkowi. Bo nie bez powodu cię porwał. 
Chciał jej zrobić na złość. 

Brad roześmiał się. 
- Naprawdę? 
Tony kiwnął głową. 

- Mam nadzieję, że nie wyda ci się to dziwne, ale 

jesteśmy rodziną Wendy. Wendy i Leif poznali się 
jeszcze w college'u. Pobrali się przed jego ukoń­

czeniem. Ją matka osierociła w dzieciństwie, a ojciec 
zmarł wkrótce po ślubie. Była z nami długo. Kocha­
my ją tak, jakby w jej żyłach płynęła nasza krew. 

- To się wam chwali - mruknął Brad. 

Chociaż zdawał sobie sprawę, że nie powinien 

grzebać w jej życiorysie, to postanowił wykorzystać 
rozmowność Tony'ego Panthera i zadać jeszcze kilka 
pytań. 

- Co się stało z Leifem Hawkiem? 

Tony spojrzał na niego zdziwiony. 

- Jak to, nie mówiła ci? 

Brad pokręcił głową. 
Tony zapatrzył się w dal. 

- Został zamordowany. Z zimną krwią. A wraz 

z nim żona Erica. 

- Jak to się stało? - zapytał Brad. 
Nie doczekał się odpowiedzi, bo na wodzie po­

wstało nagle zamieszanie. Spojrzał w tamtym kierun­
ku i zobaczył nadpływającą wreszcie Wendy. 

background image

Heather Graham 141 

Jej łódź zdawała się frunąć, a ona nie widzieć 

niczego ani nikogo - dopóki jej wzrok nie zatrzymał 
się na Bradzie. Jej wielkie, roziskrzone, srebrne oczy 
zapłonęły w jednej chwili furią. 

Przybiła do brzegu, wyskoczyła z łodzi i pognała 

w jego stronę ze zwinnością tygrysicy. Brad na 
wszelki wypadek podniósł się z ziemi. Zaraz potem 
rzuciła się na niego, krzycząc i niemal łkając z wście­

kłości. 

- Ty sukinsynu! Ty śmierdzący... gliniarzu! -Za­

machnęła się na niego. 

- Wendy! - Brad uchylił się przed spadającym 

ciosem. 

Wendy straciła równowagę i byłaby się prze­

wróciła, gdyby jej w porę nie podtrzymał. 

- Witaj, Wendy - rzekł spokojnie Tony. 
Nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem, przewier­

cała wciąż rozognionym wzrokiem Brada. 

- Ty nieodpowiedzialny, bezmyślny kretynie! 

Przestraszyłeś mnie na śmierć! 

- Wendy! Wendy Hawk! - Znieruchomiała 

i przełknęła z trudem ślinę, słysząc za sobą głos 
zbliżającego się dziadka. - Uspokój się, Wendy. 

Wyrwała się Bradowi i odwróciła. 

- Dziadku, ty złośliwy lisie! Jak mogłeś mi to 

zrobić?! Napędzić mi takiego strachu. 

- Wendy! - Brad chwycił ją znowu za ramiona 

i odwrócił do siebie. - Zostawiłem ci wiadomość... 

- Kłamiesz! 

background image

142 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Wendy! - warknął ostro dziadek. 

Uspokoiła się natychmiast, a Brad w jednej chwili 

zdał sobie sprawę, jak ona kocha i szanuje tego czło­

wieka. Patrząc wciąż na Brada spojrzeniem, które 

gdyby mogło, toby zabijało, Wendy wypuściła po­

woli powietrze z płuc. 

- On naprawdę zostawił ci wiadomość, Wendy. 

Nie zarzucaj mężczyźnie kłamstwa, dopóki nie masz 

pewności, czy na to zasłużył. Temu człowiekowi 

można wierzyć na słowo. Musiałaś to wiedzieć od 

początku, bo inaczej nie wpuściłabyś go pod swój 

dach. 

- Wendy, napisałem kartkę - powtórzył Brad. 

- Śmiertelnie się bałam - wyszeptała, spuszcza­

jąc głowę, a on zapragnął przyciągnąć ją do siebie 

i scałować z jej twarzy cały niepokój. 

- Przepraszam, Wendy. 

- Już dobrze, Brad. Wendy, kładziemy właśnie 

dzieci do łóżek, a byłyby bardzo rozczarowane, gdyby 

się dowiedziały, że tu byłaś, a do nich nie zajrzałaś. 

Wendy oderwała wreszcie oczy od Brada i spoj­

rzała z uśmiechem na Tony'ego. 

- Oczywiście, Tony. Muszę je wyściskać. 

Brad został trochę z tyłu, rozpamiętując to, co 

usłyszał od Tony'ego. Musi poznać do końca tę 

historię. A więc Leif Hawk i żona Erica zostali 

zamordowani - z zimną krwią. 

Do jakiej tragedii tu doszło? Młody mężczyzna 

i młoda kobieta w okrutny sposób pozbawieni życia. 

background image

Heather Graham 

143 

Co tu się mogło wydarzyć, kogo o to zapytać? 

- Brad, idziesz? 

Czekali na niego. 

- Tak, tak, idę. 

Kiedy ich doganiał, złote resztki, zmierzchu spły­

nęły z nieba i definitywnie zapadł wieczór. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Kiedy wrócili z Wendy do domu, była już głucha 

noc. Cały wieczór spędzili przy ognisku. W jego 

niesamowitym blasku stary Willie Hawk snuł opo­

wieści o dawnych czasach, o ludziach, którzy musieli 

uciekać przed władzą białych, która zdradzała ich na 

każdym kroku. Słowo Seminol znaczyło w ich języku 

„uciekinier", a Bradowi przemknęło przez myśl, że 

takie określenie pasowałoby do niego jak ulał. On też 

przez większą część swojej pracy zawodowej uciekał 

przed handlarzami narkotyków i gangsterami. 

W głowie mu szumiało od tego folkloru i napoju, 

którym go częstowano. Nie bardzo wiedział, co 

właściwie pije. Tony nazywał ten wynalazek „czar­

nym" drinkiem i zapewniał, że skutki spożywania 

background image

Heather Graham 145 

nie różnią się w zasadzie od tych, które wywołuje 

Jack Black. Ale mocne toto było - oj, mocne. 

W zalegających nad polanką ciemnościach, roz­

praszanych jedynie przez blask rozsiewany przez 

ognisko, widział niemal mgiełkę otaczającą starego 

Williego, a w tej mgiełce przeszłość: lśniących 

od oliwy wojowników z piórami we włosach, wy­

machujących karabinami i nożami, odzianych 

w kolorowe ubrania, które zapożyczyli od Hisz­

panów i zaadaptowali do swojego użytku. Widział 

miliony ognisk. Słyszał wycie wichru. Był ocza­

rowany. 

Wracali do Wendy ciemną nocą, wiatr chłodził mu 

twarz. Kiedy ucichł silnik, zachwycił się ciszą ba­

gien. Mąciły ją tylko odgłosy natury, które zaczynał 

już rozpoznawać i rozumieć. 

W domu poczuł się tak swojsko, jakby mieszkał 

tu od lat. Wendy skręciła do kuchni, on podszedł do 

aparatury stereo i zaczął przeglądać kolekcje kaset, 

kompaktów i płyt. 

- Mogę coś puścić? 

- Wybierz sobie, co tylko chcesz! - odkrzyknęła. 

Co tylko chcesz. 

Wybrał stary album grupy Temptations. Opuścił 

ostrożnie igłę na winylową płytę i wyciągnął się na 

kanapie. Wendy miała wspaniały sprzęt, z głośnika­

mi jak dynamit. Przymknął powieki. Muzyka wypeł­

niła pokój, działała kojąco na zmysły. 

Kiedy otworzył oczy, Wendy zaglądała do pokoju 

background image

146 

NOCE NAD FLORYDĄ 

i uśmiechała się do niego. Odwzajemnił ten uśmiech 
i wstał powoli. 

Co tylko chcesz. Tak powiedziała. A on chciał ją 

wziąć w ramiona. 

Była uosobieniem powabu i wdzięku. Włosy opa­

dały jej swobodnie na twarz, srebrne oczy skrzyły się. 
Miała na sobie dżinsy i dopasowaną bluzkę. Jej 

kołnierzyk okalał gładką szyję. 

I ten iście zabójczy uśmiech. Uśmiech odsłaniający 

jej wnętrze, kuszący, podniecający, zniewalający. 

Wyciągnął do niej rękę. W głowie mu szumiało 

albo od indiańskiego napitku, albo od działania jej 
urody. 

- Zatańczymy? 
- Słucham? 
- No, podrepczemy w kółko po podłodze. W takt 

muzyki. Nazywają to tańcem. 

Wziął ją za ręce. Oczy jej się śmiały, kiedy 

przyciągał ją do siebie i obejmował. Zespół śpiewał 
o „promyku słońca w pochmurny dzień". 

- Widzisz? To jest właśnie taniec. 
- W salonie? - spytała ze śmiechem. 
- Wszystko jedno gdzie. 

Odsunął ją trochę od siebie, obrócił i znowu 

przyciągnął. Śmiała się wciąż, nucąc pod nosem 
melodię. 

- To klasyczna płyta - mruknął. - Masz dobry, 

gust. 

- Dzięki. 

background image

Heather Graham 

147 

Dobiegł końca jeden kawałek, zaczął się następny. 

Przytuleni do siebie kołysali się powoli w jego rytm. 
Pod dłonią spoczywającą na jej plecach wyczuwał 
przez koszulę jej ciało. Lekki nacisk piersi na tors 
wzniecał w nim burzę zmysłów. 

Muzyka... zdawała się stanowić cząstkę ich oboj­

ga. Tak dobrze było poruszać się z Wendy w ramio­
nach. I nagle uświadomił sobie, że wcale się nie 
porusza. Stał i patrzył jej w oczy, w te piękne srebrne 
oczy ocienione czarnymi, długimi rzęsami. Wiedzia­
ła, co mu w duszy gra, co chodzi po głowie. 

Jej wargi rozciągnął powoli uśmiech. A to prze­

chera, pomyślał Brad. 

Czyżby wiedziała, jak szybko wali mu serce? Na 

pewno wyczuwała, jak jest podniecony i napięty. 
Była tak blisko, czuł jej miękkość. Czuł przez ubranie 

jej pełne piersi, wyczuwał przebiegające ją dreszcze, 
jędrność ud, miękki, niemal niewyczuwalny wzgórek 
jej kobiecości. 

Ona na pewno też wyczuwała jego podniecenie... 

Zwilżyła koniuszkiem języka wargi, dzięki czemu 
stały się jeszcze bardziej pociągające. Brad pochylił 
głowę i pocałował ją. Ich usta stopiły się w namiętną 

jedność, rozpaloną, elektryzującą. Oderwali się od 

siebie na moment, potem Brad ujął jej twarz w dłonie, 
spojrzał w oczy i znowu pocałował. Zarzuciła mu 
ręce na szyję. 

- Brad - szepnęła. 
Przerwał pocałunek i spojrzał na nią. 

background image

148 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Brad, czy to już? Obiecałeś, że dasz mi znać, 

kiedy, jeśli to więc jeszcze nie teraz... -Zabrakło jej 

tchu i urwała. 

- Tak - mruknął - to już. To znaczy, jeśli chcesz. 

Powiedziałaś, że mogę sobie wybrać, co tylko chcę. 

A ja chcę ciebie, Wendy. Boże, jak ja ciebie pragnę. 

Teraz. Tutaj. Jeśli... jesteś gotowa. 

W jego oczach pojawiła się czułość. Wiedział, że 

Wendy jest gotowa. Nie czekając na odpowiedź, 

wziął ją w ramiona i przyciągnął do siebie. 

- Boże, tak, to już! - powtórzył. 

Obsypał pocałunkami jej szyję, musnął wargami 

płatek ucha. Opadła na podłogę rozpięta nie wia­

domo kiedy bluzka, za nią wprawnie ściągnięty 

stanik. Brad pieścił przez chwilę twardymi dłońmi 

jej obnażone piersi, a potem zaczął je całować. 

Wendy wydała cichy okrzyk i wygięła się w łuk. 

Coś na kształt błyskawicy przeszyło jej ciało, kola­

na odmówiły posłuszeństwa. Osunęli się na pod­

łogę. Brad w gorączkowym pośpiechu, nie tracąc 

czasu na rozpinanie guzików, zerwał z siebie ko­

szulę. 

Zamknęła oczy. Rozbiera się z rzeczy jej męża. Jej 

kochanego Leifa... 

- Wendy! 

Otworzyła oczy. Przyglądał się jej bacznie. Czyż­

by czytał w jej myślach? Jeśli wie, o czym ona teraz 

myśli, odejdzie. 

Nie odszedł. 

background image

Heather Graham 149 

- Wendy! - Pochylił się nad nią. - Obejmij mnie 

nogami, patrz mi w oczy. Patrz na mnie, Wendy. 

Oblizała usta. Nie mogła go teraz nie posłuchać. 

- O, właśnie tak, Wendy. Patrz, jak się kochamy. 

Krzyknęła z rozkoszy, kiedy się z nią połączył. 

Płyta się skończyła i igła adaptera szorowała 

z szumem po pustym winylu. Leżeli obok siebie 
zdyszani, spełnieni, w pełnym świetle palących się 
lamp. 

- Wendy, spójrz na mnie jeszcze raz - poprosił 

Brad. 

Odwróciła głowę, uśmiechnęła się leniwie i do­

tknęła jego policzka. Chwycił ją za przegub dłoni. 

Z zaskoczeniem dostrzegła w jego oczach jakiś 

dystans. Dziwne; zaczął ją ogarniać strach. 

- Brad? - powiedziała drżącym głosem. 
Ale wtedy się uśmiechnął. 
- Czegoś tu nie rozumiem... - zaczęła znowu. 
- Nic, nic, chciałem tylko usłyszeć z twoich ust 

swoje imię. 

Westchnęła głęboko i zamknęła oczy. 
- Baliśmy się trochę oboje, prawda? - spytała. 
Nie spuszczając z niej wzroku, uniósł się na 

łokciu. 

- Tak. Baliśmy się, że wejdzie tu zaraz Leif 

Hawk. 

Nie potrafiła wytrzymać jego spojrzenia. A kiedy 

odwróciła głowę, on zerwał się błyskawicznie, usiadł 

background image

150 

NOCE NAD FLORYDĄ 

na niej okrakiem i ujął jej twarz w dłonie. Zerknęła na 

niego i znowu odwróciła wzrok. 

- Bardzo go kochałaś - zauważył. 

- Tak. - Otworzyła oczy i spojrzała na niego 

Ogarniała ją złość. -Ale kochałam się z tobą i dobrze 

o tym wiesz. A teraz złaź ze mnie, kretynie. 

- Dlatego właśnie kazałem ci na siebie patrzeć 

Patrzeć na nas. Chciałem mieć pewność, że kochasz 

się ze mną, nie z duchem innego mężczyzny. - Poca-

łował ją bez pośpiechu, ale z całym zaangażowa-

niem. 

Potem wstał, zupełnie nie krępując się swoją 

nagością. Podszedł do gramofonu i przestawił ramię 

z powrotem na początek płyty. Pokój znowu wypeł­

niła muzyka. 

Wendy obserwowała go przez chwilę, potem pod­

niosła się na klęczki i zaczęła zbierać z podłogi swoje 

ubranie. 

Zauważył to. 

- Nie, nie ubieraj się jeszcze - powiedział 

z uśmiechem. - Proszę, nie rób tego. 

Zawahała się. Ukląkł za nią i otoczył ramionami. 

- Tak miło cię obejmować - wyszeptał, opierając 

brodę na jej barku. 

Odchyliła się, składając głowę na jego ramieniu. 

- Tak miło być obejmowaną-powiedziała cicho. 

Muskając wargami jej szyję, dodał: 

- I musimy to zrobić jeszcze raz. Dzisiaj. Może 

nawet kilka razy, albo jeszcze więcej. 

background image

Heather Graham 

151 

Zaskakujesz powoli, ale jak już zaczniesz, to nie 

możesz skończyć. 

Powoli zaskakuję? 

Ja już dawno byłam w pełni gotowa. 
Wtedy mało się jeszcze znaliśmy, Wendy. 
Ale ja już wiedziałam, że cię pragnę. 

Odpowiedział dopiero po minucie: 

Wczoraj w nocy pragnęłaś mojego ciała. Dzi­

siaj pragnęłaś mnie. A to wielka różnica. 

Milczała. Może nawet Brad ma rację? Nucił teraz 

melodię śpiewanej przez Temptations piosenki. 

- Za mojej młodości chodziło się na prywatki. 

Takie właśnie kawałki wtedy puszczaliśmy. Do mu­
zyki disco nie potrafię się jakoś przekonać. A ty? 

Wendy pokręciła głową. 

- Ja też nie. 
- Napijesz się wina? 
- A wiesz, że chętnie. Przyniosę. - Nie była 

pewna, czy potrafi z taką swobodą jak Brad spacero­
wać nago po domu przy zapalonym świetle. Odwykła 
już od tego. 

Ale nie było tak źle. Chociaż przez cały czas czuła 

na sobie spojrzenie Brada, stwierdziła, że to przyjem­
ne uczucie. Nalała białe wino do dwóch kieliszków, 
postawiła też na tacy talerzyk z żółtym serem, wę­
dzonym łososiem i krakersami. 

Brad czekał na nią, siedząc na podłodze i opierając 

się o kanapę. Usiadła obok i postawiła między nimi 
tacę. 

background image

152 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Łosoś. Wspaniale. Konam z głodu. 

Wziął w dwa palce różowy filet i wsunął go do ust. 

Wendy zaczęła kroić w plasterki ser na krakersy, ale 

przerwała, kiedy Brad pomachał jej przed nosem 

płatem łososia. Wzięła rybę do ust, a on uśmiechnął 

się szelmowsko. Zarumieniła się i powróciła do 

krojenia sera. 

- Och, Wendy - westchnął Brad. 

Przyglądał się jej z czułością. Nigdy by nie po­

myślała, że spojrzenie mężczyzny może tak roz­

grzewać. Palce jej drżały, kiedy wręczała mu kraker­

sa z serem. 

Jedli i sączyli wino, gawędząc beztrosko. W pew­

nej chwili Wendy spoważniała i spojrzała na niego. 

- Brad, wiem, że nie jesteś żonaty. Ale to, co 

mówiłeś o Leifie... to była prawda. Postąpiłabym nie 

fair, gdybym próbowała znaleźć sobie jego namiastkę. 

A na początku chyba do tego dążyłam. Ty jednak nie 

chciałeś mnie na takich warunkach. - Zawiesiła na 

chwilę głos. - Wiem, że nie masz żony, ale mnie też 

nie uśmiecha się być towarem zastępczym. No wiesz, 

twoją kochanką, bo okoliczności akurat sprzyjają. 

Ujął ją pod brodę i pocałował delikatnie. 

- W moim życiu nie ma nikogo szczególnego, 

Wendy. Naprawdę. Jesteś tylko ty. - Patrzył jej 

w oczy. - Wendy, jak to było? Z twoim mężem i żoną 

Erica? 

Wendy zamurowało. Najchętniej by się mu wy­

rwała i odpełzła w jakiś ciemny kąt. Jego pytanie 

background image

Heather Graham 

153 

sprawiło, że przeszłość powróciła sztormową falą 

i pomimo leczniczego działania czasu, stare rany 

znowu się otworzyły. 

- Zostali zamordowani. 

- Tyle już wiem. Ale jak to się stało? 

Wzruszyła ramionami. 

- Byliśmy na przyjęciu u Erica i Jennifer. Na ich 

trzeciej rocznicy ślubu. Jennifer przepadała za pew­

nym gatunkiem burgunda, zamówiliśmy go więc 

z Erikicm w ramach niespodzianki u znajomego, 

który prowadzi sklep z alkoholami. 

Zawiesiła na moment glos i przełknęła z trudem. 

Nie cierpiała wspominania tamtej nocy. Nienawidzi­

ła jej. Wtedy ostatni raz widziała swojego męża 

i szwagierkę. I to oboje roześmianych. Ależ oni 

czworo byli z sobą zżyci! Ona i Jennifer, Leif i Eric. 

Opowiedziała Bradowi, jak oszałamiająco wyglą­

dała Jennifer w swojej białej sukience. Pięknie kont­

rastowały z tą bielą jej miodowa skóra i kruczoczar­

ne, długie do pasa włosy. Taka była szczęśliwa, taka 

zakochana. Leif też miał na sobie białą koktajlową 

marynarkę, a pod nią koszulę w kolorze oczu. 

Znajomy ze sklepu w Fort Lauderdale zadzwonił 

w ostatniej chwili z wiadomością, że zamówiony 

burgund już jest, ale nie może go osobiście dostar­

czyć, bo wypadło mu coś pilnego. Wendy przy­

rządzała przekąski, bo już wcześniej zobowiązała się, 

że nie pozwoli Jennifer kiwnąć palcem w jej rocznicę 

ślubu. Eric zaoferował się do pomocy i zajął grillem. 

background image

154 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Tak więc po odbiór prezentu pojechali Leif z Jen-

nifer. Jen tak się z niego cieszyła. Wyszli z domu 

ramię w ramię. 

- Na sklep dokonano tymczasem napadu z bronią 

w ręku - ciągnęła Wendy. - Kiedy tam weszli, 

właściciel już nie żył. Jeden ze złodziei przewrócił 

Jennifer na podłogę i wycelował do niej z pistoletu, 

a wtedy Leif rzucił się na niego z gołymi rękami. 

Złapał go za gardło, żeby dać Jennifer czas na 

ucieczkę. Ale napastników było czterech, a Leif nie 

miał broni. Złapali Jennifer, kiedy rzuciła się do 

ucieczki. 

Wendy dowiedziała się później od policji, że Leif 

zginął od pierwszego strzału - prosto w serce. Do 

Jennifer strzelali trzy razy. Umierała powoli, wy­

krwawiła się na śmierć. 

Nie powinienem był pytać, pomyślał Brad. Tak, 

nie powinien jej tego robić. Wendy ciągnęła swą o-

powieść jednak dziwnie bezbarwnym tonem. 

Musieli z Erikiem zidentyfikować w kostnicy 

ciała - puste doczesne powłoki Leifa i Jennifer. 

- I z tej wizyty pamiętam tylko krew. Tyle krwi 

plamiącej piękną niewinnosć ich białych ubrań-jego 

marynarki i jej sukienki. Tyle, tyle krwi. - Wendy 

jednym haustem dopiła wino. 

Oczy miała szeroko otwarte, niewidzące. Brad 

rozumiał już, dlaczego od tak dawna ukrywa się tu, 

na bagnach. Wyjaśniało to też bliskie stosunki łączą­

ce ją i Erica. 

background image

Heather Graham 

155 

Ale wyrwała się z odrętwienia, zostawiła prze­

szłość za sobą. Zapragnęła jego. 

Nastrój prysł; odstawiła kieliszek i sięgnęła po 

ubranie. 

- Wezmę prysznic - powiedziała, wstając. 

Brad wyciągnął rękę. 

- Wendy, zaczekaj... 

- Idź do diabła, Brad! Daj mi spokój! - Wybiegła 

na korytarz. 

Pozbierał pozostałości po posiłku i wyniósł je do 

kuchni. Nie może dopuścić, by Wendy znowu wyco­

fała się do swojej skorupy i zaczęła żyć przeszłością. 

Pogrążony w myślach, patrzył w głąb długiego kory­

tarza. Zaprzeczała temu, ale on wiedział, że nie 

pogodziła się ze stratą męża. Musi jej jakoś pomóc 

otrząsnąć się z tej traumy. 

Prysznic szumiał jeszcze głośno, kiedy Brad wszedł 

do łazienki i odsunął zasłonkę. Wendy odwróciła się; 

w ręku trzymała kostkę mydła, mokre włosy oble­

piały jej twarz. 

- Zostaw mnie, do cholery, w spokoju, Brad! Nic 

nie rozumiesz... 

Urwała zaskoczona, kiedy bez słowa wkroczył 

pod natrysk. Strumienie wody siekły mu głowę 

i plecy, ale on, nie zwracając na to uwagi, patrzył 

na nią. 

- Wynoś się stąd, Brad! 

- Nie, zostaję, Wendy. '- Skórę miała mokrą, 

śliską, pachnącą świeżo mydłem. Objął ją w talii. 

background image

156 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Wywinęła mu się. Łzy napłynęły jej do oczu. 
- Przez ciebie wszystko sobie przypomniałam! 

Nie rozumiesz, że... 

- Przepraszam. Tak, przeze mnie przypomniałaś 

sobie przeszłość. Ale teraz pomogę ci o niej zapom­

nieć. - Pocałował ją w szyję. - Chodź, Wendy. 
Wymażmy ją do czysta. 

Zmrużyła oczy i spojrzała na niego z niedowierza­

niem oraz furią. 

- No, dalej, McKenna - wyrzuciła z siebie - ale 

zapewniam cię, że będę myślała o nim. 

~ O nie, Wendy - zaprotestował Brad. - Zapew­

niam cię, że nie będziesz. 

Trzymając ją mocno w objęciach, zaczął ją cało­

wać. Wczepiła się palcami w jego włosy i jęknęła 
ekstatycznie. Ale to był dopiero wstęp. 

Brad zakręcił kran, wziął Wendy na ręce i ocieka­

jącą wodą zaniósł do sypialni. Tam już się nie hamo­

wał. Miotała się na łóżku i wykrzykiwała jego imię. 

Zasnęła potem wyczerpana w jego ramionach. 

Brad długo jeszcze leżał z szeroko otwartymi oczami 
i gładząc ją po włosach, wsłuchiwał się w aksamitne 
odgłosy nocy, wczuwał w otaczający go spokój 
bagien. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Wendy obudził zapach pieczonej kiełbasy. Kiedy 

otworzyła oczy, słońce stało już wysoko na niebie, 

a do sypialni zaglądał Brad z tacą w ręku. 

Po śniadaniu włączyli wiadomości, ale o interesu­

jącej ich sprawie nic nie mówiono. Potem leciał stary 

film kryminalny. Obejrzeli go przytuleni do siebie. 

Po filmie znowu kochali się pod prysznicem. Potem 

usiedli w saloniku, by przejrzeć jej kolekcje nagrań. 

Brad powiedział jej, że jego dom spłonął, a wraz nim 

płyty, które sam też zbierał. 

Na kolację Wendy przyrządziła faszerowaną kurę. 

Udało jej się to, chociaż Brad ciągnął ją co chwila do 

salonu, by z nim zatańczyła przy jakiejś starej mu­

zycznej perełce, którą wynalazł. A potem zwabiona 

background image

158 

NOCE NAD FLORYDĄ 

zapachem,w drzwiach stanęła Dzidzia. Skonsumo­

wała pokaźny połeć surowej wołowiny i ułożyła się 

wygodnie w kącie kanapy. 

Ale nie dane jej było zostać. Brad wyprowadził ją 

z domu. Nie chciał tej nocy jej towarzystwa. 

Zaczekał w ciemnym korytarzu, aż Wendy zaryg­

luje drzwi, następnie wziął ją na ręce, zaniósł do 

łóżka i znowu się kochali, by nad ranem, wyczerpani, 

zasnąć snem sprawiedliwych. 

Kiedy nazajutrz Wendy się obudziła, Brada nie 

było już w łóżku. Zaniepokojona wstała, owinęła się 

prześcieradłem i pobiegła korytarzem. Otworzyła 

drzwi frontowe i odetchnęła z ulgą. Siedział na 

brzegu i głaszcząc po łbie Dzidzię, obserwował wsta­

jący nad bagnami dzień. 

Jasne słońce odbijało się oślepiającymi zającz­

kami od wody. Brzmienie ciszy zachwycało; prze­

rwał je dopiero pomruk aligatora - zawsze kojarzą­

cy się Wendy z chrząkaniem świni - a zaraz potem 

krzyk ptaka przedrzeźniacza. 

Brad był w spłowiałych dżinsach Leifa i baweł­

nianej, granatowo-karmazynowej seminolskiej ko­

szuli. Mary Hawk uszyła ją kiedyś dla wnuka i poda­

rowała mu na Gwiazdkę. Wendy przygryzła wargi 

wspominając, jak czule dziękował Leif babce za ten 

prezent. Leif zawsze okazywał Williemu i Mary 

wielkie przywiązanie i szacunek. Wielopokoleniową 

rodzinę Leifa łączyła silna więź, troszczyli się o swo­

ich członków. 

background image

Heather Graham 

159 

Nie miała wątpliwości, że ten stary chytry lis, 

Willie, przypłynął tu wczoraj specjalnie po to, by na 
swój własny sposób przedstawić się Bradowi i sa­
memu go ocenić. 

I wszystko wskazywało na to, że ta ocena wy­

padła dla Brada korzystnie. Zachowywał się bar­

dzo naturalnie w małej wiosce Williego. Willie 
należał do tych, którzy chcą żyć po staremu, zresz­

tą wielu młodszych od niego starało się teraz 
pielęgnować tradycje plemienia. Brad nie wybrzy­
dzał, nie krytykował. Z miejsca się zaaklimatyzo­
wał. 

Zdała sobie teraz sprawę, że naprawdę podziwia 

Brada. Aż nie chciało się wierzyć, że poznali się 
niespełna tydzień temu. Brad jednak za jakiś czas 
wyjedzie. Ostrzegł ją, by zbytnio się nie angażowała; 
zapowiedział, że nie ma zamiaru się żenić. A ona 
zapewniła go, i wmówiła sobie, że to nie ma dla niej 
znaczenia. 

Ale teraz miało. I to spore. 

Szybko przywykła do jego obecności w domu, do 

drugiego mokrego ręcznika w łazience, do jego 

kubka po kawie w zlewie. Szybko przywykła do 
wspólnych posiłków, przekomarzania się, poważ­
nych rozmów - a przede wszystkim do sypiania obok 
niego, w jego objęciach. 

Byle się tylko nie zakochać... 
Nie jestem zakochana, zapewniła siebie. Była nie­

zależna i taką chciała pozostać. Kiedy Brad będzie 

background image

160 

NOCE NAD FLORYDĄ 

odchodził, przyjmie to z wysoko podniesionym czo­
łem. 

Naraz dech jej zaparło. Przypomniała sobie okoli­

czności, w jakich została wdową, i oczami wyobraźni 

ujrzała straszne wizje. Leif przypadkowo padł ofiarą 
przemocy. Brad, z racji tego, czym się zawodowo 
zajmuje, ma z nią do czynienia na co dzień. 

Gdyby pokochali się z Bradem, żyłaby w ciągłym 

strachu o niego. Każdego ranka po jego wyjściu do 

pracy pociłyby jej się dłonie, potem zaczynałaby 
dygotać... 

Brad obejrzał się nagle, tak jakby usłyszał jej 

myśli. Chciała mu wesoło pomachać, chciała się do 
niego uśmiechnąć, lecz nie mogła. Coś w jego 
poważnym spojrzeniu, w jego ściągniętej twarzy 
powiedziało jej, że rozmyśla mniej więcej o tym 
samym. Owinęła się tylko ciaśniej prześcieradłem 
i wycofała w głąb domu. 

Wzięła prysznic, ubrała się, a gdy weszła do kuchni, 

Brad już tam był. Zaparzył kawę, usmażył jajecznicę, 
zrobił grzanki. Teraz z poważną miną pił powoli kawę. 

- Dziękuję, smakowicie to wygląda - powiedzia­

ła Wendy. 

Usiadła i przysunęła sobie talerz z jajecznicą. Źle 

przełknęła i zakrztusiła się. Odłożyła widelec i popiła 
sokiem pomarańczowym. 

- Muszę się dostać na stację benzynową, żeby 

zadzwonić - odezwał się Brad. 

Znowu odłożyła widelec. 

background image

Heather Graham 161 

- Podrzucę cię. Zresztą sama muszę odebrać 

wreszcie samochód, bo najwyższy czas wybrać się do 
miasta po zakupy. 

Wstała, by odnieść talerz do zlewu. Nie mogła 

nawet udawać, że je. Brad nachylił się nad stołem 
i chwycił ją za rękę. Zatrzymała się i spojrzała na 
niego zdziwiona. 

- Wendy, myślę, że nie powinienem nadużywać 

twojej gościnności. 

Zdobyła się na wzruszenie ramionami i uwolniła 

rękę z jego uścisku. 

. . — Jak uważasz. 

- Wendy... 
- Rób, co uważasz za stosowne, Brad. 
Wstał zirytowany, odebrał jej talerz i postawił go 

z powrotem na stole. Oczy mu płonęły, twarz miał 
ściągniętą. 

- Nie. Nie rób tego sobie ani mnie. 
- Niby czego mam nie robić? - zapytała, siląc się 

na obojętność. 

- Nie udawaj, że ci wszystko jedno! - rzekł 

podniesionym głosem. 

Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, ale zdołała 

nadać swemu głosowi zniecierpliwiony ton: 

- Ja coś udaję, McKenna? To ty zrobiłeś z tego 

wielkie halo. „Musimy się lepiej poznać", myślałby 
kto! To ty... 

- Wendy, idiotko, zależy mi na tobie. Nie chcę, 

żebyś była dla mnie dziewczyną na jedną noc... 

background image

162 NOCE NAD FLORYDĄ 

- A dlaczego, skoro ja się na to godzę? Podjęłam 

decyzję. - Obojgu puszczały już nerwy. 

Wendy usiłowała ukryć swe emocje, ale te mimo 

wszystko się z niej wylewały. Złość wydawała się 

jedynym sposobem na ich zamaskowanie. 

- Podjęłam decyzję, Brad! - powtórzyła. - Tam­

tego pierwszego wieczoru. Jeden rzut oka, i uznałam 
cię za atrakcyjnego faceta. Tego mi właśnie trzeba, 

pomyślałam, trochę seksu bez zobowiązań. Kiedy 
mnie uprzedziłeś, żebym się za bardzo nie angażowa­
ła, wzięłam to za dobrą monetę. Uczciwy układ 
między dwojgiem dojrzałych dorosłych ludzi... mię­
dzy chętnym mężczyzną a chętną kobietą... 

- Przestań, Wendy! Oboje wiemy... 
- Niczego nie wiemy! Co z tobą? Jeśli chcesz 

odejść, to idź! Nic cię tu nie trzyma! Jesteś ostatnią 
osobą, z którą byłabym skłonna związać się na stałe. 
Boże, przecież ty żyjesz z zabijania ludzi... 

- Nieprawda! 
- Na miłość boską, dopiero co zginął twój part­

ner! 

- Tak! Samoloty się rozbijają, a ciężarówki po­

trącają ludzi przechodzących przez jezdnię. 

- Ale ty się o to prosisz! 
- Wendy, nie licząc ćwiczeń na strzelnicy, przez 

dziesięć lat pracy w zawodzie chyba tylko trzy razy 
użyłem służbowego pistoletu. 

Postąpiła krok do tylu i wzięła się pod boki. 

- Próbujesz mi wmówić... 

background image

Heather Graham 163 

- Słuchając ciebie, można by pomyśleć, że jestem 

kimś w rodzaju płatnego zabójcy! - Podszedł do niej, 

chwycił za ramiona i spojrzał z furią w oczy. - A mo­

ja praca polega na walce z handlem narkotykami na 

ulicach, Wendy, tym się zajmuję. Na walce z hand­

lem narkotykami w szkołach średnich, a tym bardziej 

w podstawówkach. Widziałaś kiedyś dwudziestolat­

ka, który umarł po przedawkowaniu kokainy? Albo 

nastolatka ze śladami po igle na rękach? Takiego nie 

ma sensu aresztować, można się tylko modlić, żeby 

wyszedł z nałogu. Trzeba dopadać takich drani jak 

Michaelson. Łotrów, którzy organizują wielkie prze­

rzuty - i zarabiają na narkotykach wielkie pieniądze. 

- Dobrze, Brad. Pędź w świat za Michaelsonem, 

a mną przestań się zajmować! - wyrzuciła z siebie. 

- Dostałam już od ciebie to, co chciałam... 

- Co? 

Powiedział to tak ostrym tonem, że na chwilę 

straciła rezon. Dygotała, rozsadzana wściekłością 

i strachem. Prawda, która teraz do niej dotarła, była 

niczym cios. Zakochiwała się; już się zakochała. Ale 

nigdy nie wykorzysta tego do zatrzymania Brada. 

- Powiedziałam, że dostałam już, co chciałam... 

- Masz na myśli seks? 

- Właśnie. 

Patrzył na nią z niedowierzaniem. 

- Chodziło ci tylko o seks? - Kipiał z gniewu, ale 

nie zmieniało to w niczym jego stosunku do niej. 

Nadal jej pragnął. Pożądał jej, kiedy się śmiała 

background image

164 

NOCE NAD FLORYDĄ 

i kiedy patrzyła na niego z powagą i czułością. I teraz, 
kiedy mierzyła go wyzywającym, pełnym lekcewa­
żenia spojrzeniem, nadal jej pożądał. 

Ten jej chłód był maską. Gotów był się o to 

założyć. Zmienił taktykę i chociaż gotował się ze 
złości, zdobył się na uśmiech. 

- Tylko seks, powiadasz? Tak, Wendy? Raz na 

mnie spojrzałaś i już wiedziałaś, że dobry ze mnie 
ogier? 

Coś w jego tonie kazało jej uważać. 

- Brad... 

Porwał ją w ramiona i pocałował zachłannie. 

W pierwszym odruchu chciała mu się wyrwać, ale 
szybko przeszła jej cała ochota do walki. Osunęli się 
razem na podłogę, pofrunęły na wszystkie strony 
części garderoby, a po chwili kochali się już, zapo­
minając o całym świecie. 

Oderwali się od siebie na odgłos pukania do drzwi. 

- O cholera! - zaklął Brad i rzucając Wendy 

szybkie spojrzenie, zbliżył się do okna. 

- Wendy? Brad? Jest tam które? 

Brad odprężył się, rozpoznając głos Erica, za to 

Wendy wpadła w panikę. Wiedziała, że Eric lubi 
Brada, ale mimo wszystko ogarnęło ją straszne, 
mroczne i dojmujące poczucie winy. Jak nastolatka 
przyłapana na obmacywankach w samochodzie, rzu­
ciła się do zbierania z podłogi swoich rzeczy. 

Brad patrzył, jak Wendy w gorączkowym po­

śpiechu się ubiera. Ten pełen temperamentu, srebrno-

background image

Heather Graham 

165 

oki anioł nadał stanowił dla niego zagadkę. Utrzymu­

je, że chodziło jej tylko o seks. Zraniła go tymi 

słowami. Ale cóż innego mogła mu powiedzieć? 

Rozumiem, odejdź, za bardzo się angażujemy. Tak, 

masz rację, odejdź z mojego życia, zanim się w tobie 

beznadziejnie i nieodwołalnie zakocham. 

- Ubrałbyś się, z łaski swojej! - syknęła nerwowo 

Wendy. 

Patrzył na nią przez chwilę, tak jakby ważył jej 

słowa, potem pokręcił głową i wciągnął dżinsy. 

Wendy wkładała dopiero bluzkę, a on z sarkas­

tycznym uśmieszkiem, w rozpiętej koszuli szedł już 

na bosaka do drzwi, by otworzyć. 

- Cześć, Eric - powitał gościa. 

Eric zawahał się w progu i przeniósł wzrok z Bra­

da na Wendy. Z jego twarzy trudno było coś wy­

czytać. Wendy odruchowo poprawiła włosy. Eric 

zerknął na Brada. 

- Widzę, że nie w porę przyszedłem. Przepraszam. 

- Nie wygłupiaj się... - zaczęła Wendy. 

- Wręcz przeciwnie, w samą porę - wpadł jej 

w słowo Brad. - Dobrze, że jesteś. Wybieramy się 

właśnie do warsztatu odebrać samochód i zadzwonić. 

Wchodź. 

Eric, wyczuwając napięcie, rzucił Wendy dziwne 

spojrzenie. Uśmiechnęła się do niego najniewinniej, 

jak potrafiła. 

- Napijesz się kawy, Eric? A może mrożonej 

herbaty albo piwa? 

background image

166 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Może być kawa, dzięki. 
Eric zauważył talerze z prawie nietkniętym śnia­

daniem. Wendy była mu wdzięczna za to, że nie 
wygłaszając żadnego komentarza, odebrał od niej 
kubek i zwrócił się do Brada: 

- Spodobałeś się Williemu, wiesz. Trochę mu 

przykro, że tak nastraszył Wendy, ale ponieważ 
bardzo przypadłeś mu do gustu, uważa, że było 
warto. 

Brad zapewnił Erica, że bardzo mu było miło 

poznać jego rodzinę. Kiedy przeszli obaj do salonu, 
Wendy odetchnęła z ulgą. Uprzątając talerze ze stołu 
doszła do wniosku, że mają poważny problem ze 

śniadaniami. Obojętne, które z nich je przygotowuje, 
śniadania notorycznie lądują w śmieciach. 

Co z nami będzie? - pomyślała z paniką. Wszyst­

ko wskazuje na to, że ona nie ma wyboru. Ich 
przyszłość spoczywa w rękach Brada. 

Zajrzała do salonu. Brad i Eric siedzieli pogrążeni 

w rozmowie. Poszła do łazienki, wyszczotkowała 
włosy i obmyła twarz zimną wodą. Spojrzała na 

swoje odbicie w lustrze. 

Nie było wątpliwości, że jej szeroko otwarte oczy 

zasnute są wiele mówiącą mgiełką właściwą zako­
chanym kobietom. 

- Wendy! - Tego ryku nawet Dzidzia mogłaby 

Bradowi pozazdrościć. 

Zirytował ją tak, że zazgrzytała zębami. Wkroczy­

wszy do salonu z wysoko uniesioną głową i dłońmi 

background image

Heather Graham 167 

na biodrach, stwierdziła, że Eric patrzy na nią tak 

samo jak Brad - jak na dziecko. 

- O co chodzi? - warknęła. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia. 

- Eric mówi, że przesłał mi przez ciebie wiado­

mość. O jakichś obcych, którzy kręcą się po bagnach 
- bardzo możliwe, że to na mnie polują. 

Zawahała się, przerażona, że mogła zapomnieć 

o czymś tak ważnym. Ale przecież po powrocie 
z pracy w domu go nie zastała. Potem spędzili cały 
wieczór w wiosce z Williem, Mary i rodziną, a kiedy 
wrócili... 

Pokręciła głową. 
- Na śmierć zapomniałam. 
- Co takiego? - Brad zmrużył oczy. 

- Wendy, to było bardzo ważne - wtrącił Eric. 
- Przepraszam. 
- Ona przeprasza! - Brad wziął się pod boki, 

opuścił głowę i okręcił się na pięcie, tak jakby 
zamierzał wzbić się w powietrze i przewiercić sufit. 

Ale nie sądziła, by to jej niedopatrzenie roz­

wścieczyło go aż tak. W jego obecnym stanie ducha 
nawet pomniejszy problem doprowadzał go na skraj 
wybuchu. Przecież nic między nimi nie zostało 

jeszcze ustalone, zupełnie nic. 

Wykręcił jeszcze jednego pirueta i spojrzał na 

Erica. 

- Czyli twierdzisz, że dostają się tu hydroplana-

mi? Gdzieś niedaleko stąd? 

background image

168 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Eric kiwnął głową. 
Brad przeczesał palcami włosy. 
- W tej sprawie nas tu przysłano. Mieliśmy pod­

jąć próbę przeniknięcia do ich organizacji. Wiedzie­

liśmy, że magazynują gdzieś towar szmuglowany 
z Kolumbii, ale nie udało nam się namierzyć tych 

miejsc. Wiedziałem, że on tu coś kombinuje. Próbo­
waliśmy zastawić na niego pułapkę... no i wylądowa­
łem tutaj. - Zerknął pociemniałymi oczami na Wen-
dy i przeniósł wzrok z powrotem na Erica. - Ale nie 
rozumiem, jak nasi agenci mogli go nie ująć, skoro 
nadal tu działa. 

Eric roześmiał się cicho. 
- Brad, ty nie zdajesz sobie sprawy z rozległości 

tych bagien. Trawy ciągną się w nieskończoność. Są 
tu olbrzymie grzęzawiska, głębokie kanały i wyspy 
porośnięte sosnami. Są też jeziora, wielkie jeziora, na 
których bez trudu może osiąść mały wodnopłatowiec 
z milionami dolarów w białym złocie na pokładzie. 

- Czyli Michaelson ma tu gdzieś w okolicy miejs­

ce zrzutu - orzekł Brad. - Muszę je znaleźć. - Spoj­
rzał wymownie na Erica. 

- O nie! - krzyknęła Wendy. - McKenna, ty 

zakuty łbie! Jeśli taka twoja wola, to leź w łapy 
człowiekowi, którego jedynym celem w życiu, poza 
pogonią za pieniędzmi, jest ujrzenie cię martwym! 
Ale jeżeli ci się zdaje, że pociągniesz za sobą moje­
go szwagra, to... 

- Wendy! - przerwał jej Eric. 

background image

Heather Graham 

169 

- Nie! - Piekące łzy napłynęły jej do oczu. - Wy 

idioci! Eric, gdyby coś ci się stało, twój dziadek by 

tego nie przeżył! A co do ciebie, Brad, to twój szef nie 

zatrudnił cię po to, żebyś go kompromitował nie­

przemyślanymi akcjami! Żebyś dał się głupio zabić... 

- Dosyć, Wendy! - przerwał jej Eric. Chciał ją 

objąć, ale mu się wywinęła. - Wendy, mam doświad­

czenie, znam te bagna, patrolowałem azjatyckie 

dżungle. Gdyby mnie zabili, dziadek by zrozumiał. 

- Nigdzie nie idziemy i nic nie zamierzamy robić 

- mruknął Brad. Zawiesił na chwilę głos. - Ale 

powiedziałem ci dziś rano, Wendy. Mieszanie się 

w to nie jest już dla ciebie bezpieczne. 

Nie uwierzyła im. Była przekonana, że Eric podjął 

się wprowadzić Brada głęboko na bagna, poznać ze 

swoimi znajomymi zamieszkującymi tamtejsze wio­

ski - Seminolami, Miccosukee i białymi, którzy się 

wśród nich osiedlili. Wyczuwała, że Brad jest zmę­

czony ukrywaniem się przed Michaelsonem. Że za­

mierza odwrócić role i sam na niego zapolować. 

- Cóż, może opuszczenie tego domu rzeczywiś­

cie będzie dla ciebie najlepszym wyjściem - powie­

działa cicho. 

Potem wróciła do sypialni, zabrała torebkę i leżące 

na komódce kluczyki do śmigłowej łodzi. Brad 

czekał na nią w korytarzu. Był wciąż zły, ale już nie 

tak, jak teraz ona. 

- Zejdź mi z drogi - warknęła. 

- Wendy, zrozum. Musimy porozmawiać. 

background image

170 NOCE NAD FLORYDĄ 

- Porozmawiać? Nie mam ochoty. Nie chcę z to­

bą rozmawiać. Chcę stąd wyjść. Chcę pogawędzić ze 

sprzedawczyniami w sklepie, z urzędnikami na pocz­

cie, może z jakimś barmanem. Z kimś, kto nie ma na 

co dzień do czynienia z przemocą! A wy róbcie, co 

chcecie! 

- Wendy, przecież ci powiedziałem... 

- Wiem, wiem, wiem, nigdy nie wyciągnąłeś pis­

toletu. Znalazłam cię z dziurą po kuli w głowie. Zga­

dza się, Brad? To była dziura po kuli. I chcesz stąd 

odejść, tak? 

Gorące łzy ciążyły jej pod powiekami jak rozto­

piony ołów. Obawiała się, że jeszcze chwila, a wpad­

nie w histerię, obejmie go za kolana i wyszlocha, że 

ona tego nie zniesie, że nie puści go na pewną śmierć. 

Że go kocha. 

- Wendy... 

- Nie! - Przepchnęła się obok niego. - Eric 

zabierze cię na stację benzynową. Dopilnują już tam 

z Macem, żebyś odbył tę swoją rozmowę telefonicz­

ną- a potem wyprawią tam, gdzie chcesz się znaleźć. 

Łzy zaraz wypłyną jej spod powiek. Odwróciła się 

do niego plecami. 

- Do widzenia, Brad. 

Wypadła z domu i zbiegła do łodzi. Nie chciała się 

przed nim rozkleić. Eric zrozumie, myślała. Eric 

zadba o to, żeby Brad dostał się tam, gdzie chce. 

Zgięta wpół słuchała buczenia silnika, ledwie wi­

dząc rozstępujące się przed nią i kłaniające jej tra-

background image

Heather Graham 

171 

wy, ledwie czując na twarzy pęd powietrza, który 

osuszał łzy. 

Był u niej bezpieczny. W jej domu nic mu nie 

groziło - na pewno nikt by go tam nie znalazł. Ale nie 

wytrzymał, nie miał cierpliwości siedzieć bezczyn­

nie w kryjówce. 

Odszedł. Nie było go już w jej życiu. Powiedziała 

mu, że dostała od niego wszystko, co chciała, więc 

odszedł. 

Nie, nie odszedł -przecież zamykając oczy, czuła 

go nadal przy sobie. Skórę miała przesiąkniętą jego 

zapachem. W każdym powiewie bryzy wyczuwała 

jego dotyk. Pamiętała jego śmiech, jego czułość, jego 

porywy namiętności. Nigdy nie zapomni tych złotych 

oczu i płowych włosów. Tyle między nimi zaszło... 

Ale żadna namiętność nie mogła zatrzeć tego, co 

ich dzieliło. Wiedziała, że nie był zabójcą. Rozumia­

ła sens jego pracy. I rozumiała, że w życiu, jakie 

wybrał, nie ma dla niej miejsca, ona zaś nie zniosłaby 

życia z człowiekiem jego profesji. 

Próbowała sobie wmówić, że właściwie go dobrze 

nie poznała. Ale to nie miało znaczenia. Dalsze życie 

bez niego wydawało jej się teraz zimne i surowe jak 

arktyczne pole lodu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Cisza po tamtej stronie linii trwała tak długo, że 

Brad zaczął już podejrzewać, że coś ich rozłączyło. 

Ale L. Davis Purdy odezwał się w końcu. 

- Mów, co wiesz - burknął. 

- Co wiem na pewno, tak? Szczerze mówiąc, 

bardzo niewiele. Ale... ale mam tu przyjaciela... 

Urwał i wyjrzał przez okno. Eric Hawk czekał na 

niego oparty o ścianę budyneczku, słuchając tłuma­

czącego mu coś starego Maca. Oczy ocieniało mu 

obwisłe rondo kapelusza, był w dżinsach i kowbojs­

kich butach, na kołnierz denimowej koszuli opadały 

kruczoczarne włosy; ten człowiek emanował pew­

nością siebie. Tak, zadecydował Brad. Jeśli Eric 

Hawk powiedział, że coś jest na rzeczy, to trzeba mu 

background image

Heather Graham 173 

uwierzyć. Hawk może się okazać dobrym partnerem. 
O wiele lepszym od niejednego, z którym Brad już 
pracował. Co Indianin, to Indianin. Odchrząknął 

i podjął: 

- Mam tu przyjaciela, który zna te tereny jak 

własną kieszeń. Twierdzi, że kanał przerzutowy pro­
wadzi przez bagna, i ja mu wierzę. Michaelson się tu 
kręci. Czeka na kolejną dostawę, a dojdzie do niej 
właśnie tutaj. Jestem też przekonany, że nadal szuka 
mnie, ale pieniądze znaczą dla niego więcej niż 
zemsta. 

Brad słuchał jednym uchem, jak Purdy uprzedza 

go, by prowadził rozpoznanie, ale nie robił nic na 
własną rękę, bez konsultacji z centralą; jak przypo­
minając mu okoliczności, w jakich zginął jego przy­

jaciel, doradza jak najdalej posuniętą ostrożność. 

Brad, przeżywając na nowo ten moment, zacisnął aż 
do bólu zęby. Kiedy jednak Purdy przeszedł do 
omawiania procedur, przestał go zupełnie słuchać. 

Zamierzał dziś wyjechać, wrócić do miasta, zasto­

sować się do instrukcji, żyć pod ciągłym nadzorem, 
dopóki nie zrobią porządku z Michaelsonem. Zamie­
rzał odejść od Wendy, wynieść się z jej życia. Zostawić 

ją w spokoju, bezpieczną. Odejść od niej, zanim... 

Zanim się jeszcze w sobie nie zakochali. 
Powiedziała mu, żeby robił, co chce. Wybiegłszy 

z domu, nawet się nie obejrzała. Tak jakby już o nim 
zapomniała. 

Nie wyjeżdżał jednak. Purdy przyznał, że może 

background image

174 

NOCE NAD FLORYDĄ 

lepiej będzie dla niego, jeśli zostanie na moczarach 

- zwłaszcza że agenci depczą już Michaelsonowi po 

piętach. 

Musi porozmawiać z Wendy; musi się z nią 

spotkać. Nie mogą rozstać się w sposób, w jaki się 

rozstali. 

Dotarło do niego, że Purdy skończył swój instruk­

taż i zaraz odłoży słuchawkę. W samą porę, bo 

jeszcze chwila, a wydałoby się, że go nie słuchał. 

Obiecał pozostawać w kontakcie i rozłączył się. 

Opuścił kantorek i podszedł do rozmawiających 

wciąż Maca i Erica. 

- Nikt mi nie powie, że wszyscy ci faceci są tu 

z powodu sezonu na aligatory - perorował Mac, 

spluwając pod nogi. - O nie, prawdziwych myśli­

wych to ja od razu poznam. A ta horda urzędasów, 

co się tu teraz zwaliła i poprzebierana w khaki węszy 

nie wiadomo za czym, zupełnie mi tu nie pasuje. 

Mogą się poprzebierać za nie wiem jakich myś­

liwych, a dalej wyglądają tak, jakby nosili garnitury. 

Brad skrzywił się. Był przekonany, że połowa tych 

facetów wyglądających tak komicznie w mundurach 

khaki albo w dżinsowych kurtkach to albo agenci FBI, 

albo jego koledzy z DEA. Nie dało się tego ukryć. 

Na bagnach roiło się od ludzi - dobrych i złych. Miał 

tylko nadzieję, że w razie czego odróżni jednych od 

drugich. 

- Pamiętaj, gdyby ktoś pytał, to nigdy nie widzia­

łeś tego człowieka - pouczył Maca Eric. 

background image

Heather Graham 

175 

Stary uśmiechnął się do Brada. 

- Spokojna głowa, Eric, oglądam wiadomości. 

Wiem, kiedy trzymać gębę na kłódkę. 

- Dzięki, Mac. 

- Nie ma za co. - Spojrzał znowu na Erica. 

- Ruszacie dziś na bagna? 

- Tak, pomyślałem sobie, że przydałoby się prze­

czesać parę kanałów. 

- Napełnić wam chłodziarkę? 

Eric roześmiał się. 

- Ma się rozumieć. Zimnym browarkiem i czymś 

na ząb. Może być ser, chipsy, co tam masz. 

Mac załadował łódź śmigłową prowiantem. Gdy 

wsiedli do niej z powrotem, Eric zaproponował 

Bradowi, by usiadł za sterem. Po paru minutach Brad 

opanował mniej więcej zasady pilotowania i z rados­

nym okrzykiem pomknął po wodzie na złamanie 

karku. 

Kiedy zbliżali się do węższego kanału, zwolnił 

jednak i przekazał ster Ericowi. 

Przez cały poranek pływali od wysepki do wysep­

ki. Odwiedzili kilka izolowanych indiańskich wio­

sek i kilka opuszczonych chat wzniesionych nielegal­

nie na stanowym terenie przez weekendowych myś­

liwych. Chociaż żadnego myśliwego nie spotkali, to 

odkryli chatę, w której mieszkał niedawno ktoś pa­

lący drogie cygara i pijący dobrą brandy. 

- Czyżby Michaelson? - mruknął Eric, odstawia­

jąc pustą butelkę na stół. 

background image

176 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Brad pokiwał powoli głową. 

- Być może. Chociaż nie chce mi się jakoś 

wierzyć, żeby Michaelson zapuszczał się osobiście 
tak głęboko na moczary. To mieszczuch w każdym 
calu. Lubi wygody: myje zęby wodą mineralną. Ale 
niewykluczone, że gościli tu jego ludzie naśladujący 
nawyki szefa. 

- Zaczekamy jakiś czas w pobliżu, może wrócą 

- zadecydował Eric. 

Czekali w łodzi ukrytej w szuwarach kilka metrów 

od chaty. Eric otworzył piwo i paczkę ziemniacza­
nych chipsów. Zarzucili wędki i usiedli wygodnie. 

Brad popatrzył przeciągle na Erica. 

- Dzięki. Wiem, że zabieram ci mnóstwo czasu. 
Eric wzruszył ramionami. 
- Nie pracuję na etacie. I nie żałuję swojego 

czasu, kiedy uznam, że sprawa jest ważna. 

Było upalnie i wilgotno jak w letni dzień w Hade­

sie. Brad wypił duszkiem pół puszki piwa, potem 
pokręcił głową. 

- Mimo wszystko, jestem ci wdzięczny. 
- Daj spokój. 
Dopiero teraz Brad uświadomił sobie, że ota­

czająca ich osobliwa bagienna cisza nie jest wcale 
ciszą. Słyszał brzęczenie owadów, ćwierkanie pta­
ków i szelest wiatru. W pochrząkiwaniu, które do­
biegło z oddali, rozpoznał odgłos wydawany przez 
aligatora. 

- Ona ma jednak rację - powiedział. 

background image

Heather Graham 177 

- Kto? Wendy? - Eric uśmiechnął się. 

- Tak. Nie mam prawa cię w to wciągać. 

Eric zaklął. 

- Słuchaj, jestem tu z własnej woli, rozumiesz? 

To moją ziemię bezczeszczą te dranie. Moje teryto­

rium. Wytłumaczę to Wendy. 

Brad kiwnął głową, zachwycony widokiem długo­

nogiego żurawia stąpającego ostrożnie po trzęsawis­

ku. Dopił piwo, a Eric rzucił mu następną puszkę. 

- Wendy powiedziała mi, co spotkało jej męża 

i twoją żonę - podjął Brad. - Przykro mi. 

Eric zacisnął zęby. 

- Dziękuję. To było dawno temu. Myślę, że teraz 

inaczej byśmy to z Wendy przyjęli. Ja długie miesią­

ce spędziłem w samotności, potem coś we mnie 

wstąpiło. Z czasem się opamiętałem, znalazłem na tej 

ziemi spokój, rodzina mi pomogła. Wendy zaszyła 

się w swoim domu, sama. - Zawahał się. - Chciałem 

odszukać tych facetów. Chciałem ich tu przywlec 

i zabić po swojemu. - Przeniósł wzrok na wodę. 

- Jednego w końcu znalazłem, ale zamiast samemu 

wymierzyć sprawiedliwość, przekazałem go glinom. 

To było dla mnie znakiem, że doszedłem do siebie. 

Co do Wendy, to nie miała takiej satysfakcji, ale 

jakoś pogodziła się z losem. Wydaje mi się, że 

pasowalibyście do siebie. Bardzo byście pasowali. 

- Wzruszył ramionami i rzewnie się uśmiechnął. 

Brad spojrzał na Erica. 

- Nie wiem, czy powinienem do niej wracać. 

background image

178 NOCE NAD FLORYDĄ 

~ Ona nie gryzie. A może gryzie? Stop, nie mój 

interes. 

- Jesteś tego pewien? - Brad uśmiechnął się. 

- Czego? 

- Że to nie twój interes. 

- No dobrze. Mój .Ale tylko w tym sensie, że chcę 

dla niej jak najlepiej. 

- Więc jak, twoim zdaniem, powinienem postą­

pić? 

Eric wzruszył ramionami. 

- A jak byś chciał? 

- Słyszałeś, co powiedziała rano - mruknął Brad, 

spuszczając oczy. - Odnoszę wrażenie, że ona nie 

chce mnie już tam widzieć. 

- Założę się, że jeśli do niej wrócisz, przyjmie cię 

z otwartymi ramionami. 

- Uważa mnie za zabójcę. 

- Dobrze wie, że nim nie jesteś. Jest wystraszona 

i broni się, rzucając oskarżenia. A wystraszona ma 

prawo być. Już raz przeżyła tragedię, która złamała 

jej serce i duszę. Bądź dla niej tolerancyjny. 

Brad roześmiał się gorzko. Tu chodzi o coś więcej 

niż samo tolerowanie urazu psychicznego! 

- Sam nie wiem, nie mam jej nic do zaofiaro­

wania. 

- W dzisiejszych czasach każdy może tak o sobie 

powiedzieć. Uważam, że jesteście sobie winni jesz­

cze jedną próbę. 

- Może... 

background image

Heather Graham 179 

Eric rozpogodził się nagle, 

- Dziadek ma na każdy dylemat wspaniałe po­

wiedzonko. Mówi, że życie jest jak rzeka, a my 

żeglujemy po tej rzece, kierując się sercem, rozumem 

i duszą. W najtrudniejszych momentach, mówi, serce 

powinno być przewodnikiem. Umysł kieruje się 

logiką, dusza dumą. Serce nie zna logiki, ale tylko 

ono potrafi przezwyciężyć dumę. Wieczorem wróci­

my do mnie. Albo odwiozę cię do Wendy. Wybieraj. 

Daj mi znać, jak zdecydujesz. 

- Zastanowię się - mruknął Brad, chociaż decy­

zję już podjął. Obaj wiedzieli, gdzie dzisiaj przeno­

cuje. 

- Hej! - krzyknął nagle Eric. 

- Co jest? - Brad odstawił piwo. 

- Coś podskubuje moją przynętę. Zaraz będę miał 

branie! 

- Uff! - odetchnął z ulgą Brad, a potem się 

roześmiał. - Uff. 

Eric spojrzał na niego zdziwiony. Brad najwyraź­

niej myślał, że ktoś jest blisko, że ich podchodzi. 

Skrzywił się. 

- Przepraszam. 

Spławik zniknął pod wodą, a Eric wstał, żeby 

podjąć walkę z rybą. Niestety, było już za późno. 

Ryba sprytnie uwolniła się z haczyka. 

- Przez ciebie ją straciłem - poskarżył się Eric. 

- Skąd wiesz, że to była ona? - podchwycił Brad. 

Parsknęli śmiechem, Brad wyjął z chłodziarki 

background image

180 

NOCE NAD FLORYDĄ 

dwie następne puszki piwa i usiedli z nimi, by dalej 
cierpliwie czekać. 

Zapadał zmierzch, barwiąc kanały na odcienie 

złota, czerwieni i fioletu. Białe żurawie na wodzie 
poróżowiały. Potem zapadły niemal kompletne cie­
mności. 

- Nie sądzę, żeby dzisiaj ktoś tu wrócił - stwier­

dził Eric. 

Brad pokręcił głową. Ledwie widział w mroku 

Erica, ale oczy zaczynały mu się już przyzwycza­

jać. 

- Ale jestem pewien, że oni tu bywają. Na przy­

kład co trzeci dzień. A w ogóle to jak, u diabła, tu 
trafili? 

- Śmigłową łodzią. Na Everglades takich chat 

jest mnóstwo. Ktoś uznał, że to miejsce będzie 

najlepsze do jego celów. Może wybrali się po pro­
wiant i wrócą. Sprawdzimy jutro. 

Brad kiwnął głową. 
- Dzięki. 

- Skończysz ty z tym dziękowaniem! - fuknął 

Eric. - Powiedziałem ci już, że to moje terytorium, 
i nie chcę tu tego twojego Michaelsona. 

Eric zapuścił silnik, zapalił reflektor i ruszyli 

kanałami w drogę powrotną. Niebo było rozgwież­
dżone, ale księżyc tej nocy się na nim nie po­

jawił. 

Brad zdawał sobie sprawę, że chociaż nie powie­

dział jeszcze nic Ericowi, płyną do domu Wendy. 

background image

Heather Graham 

181 

Kiedy byli już blisko, Eric nagle zgasił silnik. 

W domu Wendy było ciemno. 

- Podpłyniemy od strony moczarów, tam rośnie 

więcej trawy, która nas zasłoni - wyszeptał Eric. 

Gdy przybili do brzegu, Eric zakotwiczył łódź 

i wysiedli. Kilka kroków, które dzieliły ich od suche­

go lądu, przebyli, brnąc po kostki w błocie. 

- Nie ma jej! - mruknął z niepokojem Brad. 

- Może... 

- Zakupy nie mogły jej zająć tyle czasu! - Strach 

chwycił Brada za gardło. A jeśli dom Wendy nie był 

jednak dostatecznie głęboko ukryty na bagnach i ktoś 

tu trafił? 

- A ja jestem pewien, że po prostu jeszcze 

nie wróciła - rzekł Eric bardzo cicho. -- Mogła 

popłynąć do wioski. Mogła się wybrać w odwie­

dziny do znajomych z miasta. Możliwości jest 

wiele. 

- Sprawdźmy - szepnął Brad. 

Dali sobie znak głowami i ruszyli w przeciwnych 

kierunkach. Brad obchodził dom od lewej, Eric od 

prawej strony. 

Chociaż instynkt podpowiadał mu, że w środku 

nikogo nie ma, Bradowi serce waliło jak młotem ze 

strachu, że Michaelson mógł porwać Wendy. 

Dotarł wreszcie do tylnej ściany budynku. Wyczuł 

jakieś poruszenie i usłyszał krzyk ptaka. Uśmiechnął 

się mimo woli. To był Eric. Nieźle wyszedł mu ten 

krzyk; jeszcze tydzień temu Brad uznałby go za 

background image

182 

NOCE NAD FLORYDĄ 

prawdziwy. Tydzień na bagnach wyostrzył jego zmy­

sły. 

Wyszedł zza węgła i spotkał się z Erikiem przed 

frontowymi drzwiami. 

- Nic? - spytał. 

Eric pokręcił głową. 

- Nic. Nie sądzę, żeby ktoś tu był pod naszą 

nieobecność. Ale wejdźmy do środka. 

- Myślisz, że naprawdę powinniśmy się włamy­

wać? 

- Nie. - Eric uśmiechnął się. - Mam klucz. 

Brad, przekonawszy się, że w domu nic od rana nie 

zostało ruszone, odetchnął z ulgą i opadł na kanapę. 

- A jeśli Michaelson ją porwał? - spytał na głos. 

- Jeśli dowiedział się, że mnie ukrywa, i porwał ją na 

bagnach? 

- Daj spokój, Brad, Wendy to duża dziewczynka. 

Była zdenerwowana. Jak już powiedziałem, chciała 

pewnie porozmawiać z dziadkiem albo z kimś znajo­

mym - rzekł z uśmiechem. - W takich przypadkach 

rozmawiała zazwyczaj ze mną, ale widocznie na 

mnie też się obraziła. Nic się jej nie stało. Jestem 

o tym przekonany. 

Czy na pewno jest tego taki pewien? - myślał 

Brad. Jeśli tak, to dlaczego chodzi tam i z powrotem. 

I nagle obaj zamarli. 

Nie słyszeli szumu silnika, nie widzieli świateł. 

Ale na zewnątrz ktoś był, ktoś skradał się wokół 

domu. 

background image

Heather Graham 

183 

Spojrzeli na siebie i podeszli na palcach do drzwi 

frontowych. Brad uchylił je ostrożnie. Na trawnik 
przed domem padało światło z okien, ale dalej 
zalegały ciemności. Wysokie sosny po prawej wy­
glądały jak mroczna puszcza, w której może się czaić 
milion demonów - milion Michaelsonów. 

Eric dał znak Bradowi, a ten kiwnął głową. Zaczęli 

wracać po własnych śladach, okrążając budynek. 

Wyglądając zza węgła na tyły domu, Brad zauwa­

żył skuloną postać próbującą zajrzeć do środka przez 

jedno z okien. Ruszył ostrożnie w jej kierunku. Kiedy 

był już o krok, skoczył, przewrócił intruza na ziemię 

i usiadł na nim okrakiem. 

Jakież było jego zdziwienie, kiedy stwierdził, 

że to Wendy. Leżała pod nim przerażona i bezradna. 

- Wendy! 
- Brad! - Zrobiła wielkie oczy, a potem je przy­

mrużyła. - Brad! Ty sukinsynu... 

- Cóż za miłe spotkanie! - wpadł jej w słowo 

Eric. 

Stał nieopodal oparty ramieniem o ścianę. Wendy 

posłała mu nienawistne spojrzenie i przeniosła roz­
płomieniony wzrok z powrotem na Brada. 

- Co u diabła... 
- Gdzie byłaś? - wyrzucił z siebie. 
- A bo co? - fuknęła. 
- Gdzie byłaś? Gdzie cię nosiło? 
- Nie twój zakichany... 
- Tak mnie nastraszyłaś! - krzyknął Brad. 

background image

1 84 NOCE NAD FLORYDĄ 

- Ja ciebie? To ty mnie napadłeś! Ty na mnie 

siedzisz! Och... - Urwała. - Eric! Powiedz mu, żeby 
ze mnie zlazł. 

Eric uśmiechnął się i przykucnął obok niej, żując 

źdźbło trawy. 

- Jestem pewien, że jeśli go ładnie poprosisz, to 

cię posłucha. 

Zazgrzytała zębami. 

- Wendy, do cholery, gdzieś ty była? - ponowił 

pytanie Brad. I dopiero teraz w jej pałających gnie­
wem oczach zauważył łzy. 

Czyżby płakała przez niego? 
- Puszczaj... - Znowu zazgrzytała zębami, usiłu­

jąc mu się wyrwać. - Nie muszę ci się tłumaczyć! 

- wysyczała i odwróciła głowę, by spojrzeć na Erica. 
- Ani tobie! 

- Ja jestem tylko postronnym obserwatorem. 
- A nie mógłbyś poobserwować postronnie cze­

goś innego? 

Eric roześmiał się, ale dalej siedział przy niej 

w kucki. Wendy popatrywała to na jednego, to na 

drugiego - to na Erica, który zdawał się świetnie 
bawić, to na śmiertelnie bladego Brada. 

- Byłam w sklepie! - oznajmiła. 
- Cały dzień? - zdziwił się Eric. 
- Gdzie twoja łódź? - spytał Brad. 
- Pojechałam samochodem! Łódź została po tam­

tej stronie wody. Byłam w warsztacie, porozmawia­
łam z Macem. Odebrałam wóz. Pojechałam do Fort 

background image

Heather Graham 

185 

Lauderdale. Weszłam do sklepu spożywczego, po­

tem do warzywnego. Kupiłam puszkę pepsi z auto­

matu. I gazetę. 

- Na to nie potrzeba całego dnia! Nawet nie wiesz, 

jak mnie wystraszyłaś; jeszcze nie mogę dojść do 

siebie. 

- Ty mnie też, Brad! Co według ciebie mogłam 

sobie pomyśleć, kiedy stwierdziłam, że ktoś jest 

w moim domu? 

- Wiedziałaś, że Eric ma klucz. 

- Ale nie było tu nigdzie ani jego samochodu, ani 

łodzi. Czemu ja się, do cholery, przed tobą tłumaczę? 

- wybuchła Wendy. 

Sama już nie wiedziała, czy śmiać się, płakać, czy 

dalej krzyczeć. Drżała na całym ciele, bo Brad 

wrócił, bo wciąż z nią był. Dziadek uświadomił jej, 

że to tylko kwestia czasu. Uśmiechał się i radził 

uzbroić się w cierpliwość. Wrócić do domu i czekać 

z nadzieją w sercu. 

- Tłumaczysz się, bo strachu się przez ciebie 

najadłem! - wrzasnął Brad. 

- A w ogóle, to co ty tu jeszcze robisz? -zapytała. 

Eric odchrząknął. 

- Może dokończylibyśmy tej kłótni w środku. 

- Odchrząknął jeszcze raz. - Brad... hm... tego, może 

ją puść, bo odcinasz jej krążenie w nadgarstkach. 

Brad natychmiast puścił ręce Wendy i zaczął je 

rozcierać. 

- Boli? 

background image

186 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Nie - burknęła. - Ale zejdź ze mnie wreszcie, 

jeśli łaska. 

Zrobił to i pomógł jej wstać. 

- Zakupy zostawiłaś w samochodzie? - spytał 

Eric. 

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się słodko. 
- Tak, wzięłam z sobą tylko jedną torbę, ale upad­

ła mi w krzaki, kiedy ten antyterrorysta się na mnie 
rzucił. 

- Och, wszystko całe - orzekł Eric, podnosząc 

z ziemi podartą papierową torbę i zbierając z ziemi 
puszki i paczki płatków śniadaniowych, które z niej 
wypadły. 

Brad i Wendy wciąż patrzyli na siebie jak zauro­

czeni. Eric wepchnął torbę Bradowi w ręce. 

- Zanieś to do domu - polecił. - Ja pójdę po 

resztę. 

- O właśnie, z góry dziękuję - rzekła Wendy. 

Brad nadal nie odrywał od niej oczu. Minęła go, 

nie zaszczycając spojrzeniem, i pomaszerowała przo­
dem do drzwi frontowych. 

Wszedł do kuchni za nią i postawił torbę z zakupa­

mi na podłodze. Po chwili wrócił Eric z jeszcze 
dwiema torbami. 

- Na stół z tym, Wendy. 
- Tak, dziękuję ci. 

Brad stał jak słup soli pośrodku kuchni. 

- Wendy, gdzie byłaś? 
- A ten swoje - westchnęła. - Narkotyków w każ-

background image

Heather Graham 

187 

dym razie nie szmuglowałam, jeśli o to mnie podej­

rzewasz. 

- O Jezu! -jęknął Eric. 

Brad chwycił ją za ramię. 

- Grzecznie pytam, Wendy! Żądam grzecznej 

odpowiedzi! 

- Grzeczny się znalazł! 
- Wendy... 
- Już ci powiedziałam, pojechałam do tego śmier­

dzącego sklepu! Po powrocie postanowiłam odwie­
dzić rodzinę. Byłam w wiosce. Zjadłam kolację 
z Williem, Mary i dziećmi. I to wszystko, więcej 
grzechów nie pamiętam! A zresztą, co ci do tego! Jak 
cię ostatnio widziałam, mówiłeś, że odchodzisz! 

Brad odwrócił się na pięcie i opuścił kuchnię. 

Wendy spojrzała na Erica, który wzruszył tylko 
ramionami i wyszedł za Bradem. 

Brad stał na trawniku spięty jeszcze i zły - ale już 

nie tak. Spojrzał na Erica. 

- A gdzie jej samochód? - zapytał. 

Eric roześmiał się. 
- Chodź, pokażę ci. 

Zaprowadził Brada do miejsca, gdzie zatopione 

w płytkiej wodzie kamienie tworzyły bród przez 
kanał. Po drugiej stronie odchodziła od niego grun­
towa droga biegnąca przez wysokie trawy. I tam, na 
polance przylegającej do drogi, stał mały samochód 
kombi Wendy. 

Zabrali z niego resztę zakupów i wrócili do domu. 

background image

188 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Wendy chowała sprawunki na miejsce, trzaskając 
drzwiczkami szafek. 

Eric postawił na podłodze ostatnie torby z za­

kupami. 

- Pomóc ci w czymś, Wendy? 
- Nie - burknęła. 
- Jak chcesz. Napijesz się piwa, Brad? 
- Jasne. 
Eric obszedł Wendy i wyjął z lodówki dwie 

puszki. Jedną rzucił Bradowi. Wendy, która stała 
przy zlewie i przepakowywała steki z firmowego 
pudełka do osobnych foliowych woreczków, pociąg­
nęła nosem. 

- I tak już zalatuje od was jak z browaru. 
- Coś takiego? - mruknął Eric. - Chyba się pod 

ziemię zapadnę. 

Wendy przerwała przekładanie steków i odwróci­

ła się do niego. 

- No dobrze, a gdzie wy dwaj byliście przez cały 

dzień? 

- Na rybach. 
- Na rybach, powiadasz. Cały dzień? Calutki? 
- Łowiliśmy, opalaliśmy się, popijaliśmy piwko. 

No wiesz. Relaksowaliśmy się. 

Wendy powróciła do przekładania steków. 

- Prawda była... - mruknęła pod nosem. 
- Spytaj Brada. Miałem już na haczyku takiego 

zębacza, że oko by ci zbielało. I zerwał mi się przez 
tego twojego mieszczucha. 

background image

Heather Graham 189 

Wendy spojrzała na niego z politowaniem. Eric 

uśmiechnął się promiennie. 

- Pozwolisz mu tu zostać? - spytał bez ogródek. 

- Co takiego? - Zaczerwieniła się. 

- Wracam do domu. I nie wiem, czy mam go ze 

sobą zabrać, czy zostawić tobie na głowie. 

Zdumiony Brad wybałuszył oczy. 

- Erie, nie trzeba... 

- Dosyć! - wrzasnęła Wendy. - Brad może tu 

zostać. 

- Nie krzycz tak. Tylko pytałem - żachnął się 

Eric. 

Brad pociągnął łyk piwa. Wendy jest cała i zdrowa 

i są znowu razem. Ciepło zrobiło mu się na sercu na 

myśl, że między nimi jeszcze nie wszystko skoń­

czone. 

- No to dobrej nocy życzę. - Wychodząc z ku­

chni, Erie puścił oko do Brada. - Tylko uważaj! Z nią 

nie ma żartów, jest niebezpieczna. 

Wendy odwróciła się na pięcie. 

- Ja niebezpieczna? A kto kogo przed chwilą 

napadł i obezwładnił tam, za domem? 

- Myślę, że dam sobie z nią radę - oświadczył 

Brad. 

Wendy spiorunowała go wzrokiem. W jego 

oczach paliło się osobliwe złociste światło. Roz­

grzewało ją. Nie, rozpalało, tak jakby za chwilę miała 

się wtopić w ziemię. Przypomniała sobie poranek, 

przypomniała, z jaką namiętnością na nią patrzył... 

background image

190 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Tak - powtórzył cicho. - Myślę, że dam sobie 

z nią radę. 

- Może tak, a może nie - powiedział cicho Eric. 

- Bo widzisz, przyjacielu, ona może próbować cię 
usidlić. 

- Co? - zawołali równocześnie Wendy i Brad. 
- Usidlić cię, Brad. Zawsze chciała mieć dziecko. 

Wiedziałeś o tym? Mówiła ci? Próbowała zajść 
w ciążę jeszcze przed śmiercią Leifa. Może cię 
wykorzystuje. Może próbuje wrobić cię w małżeń­
stwo... Z drugiej strony, nie uważasz, że ją zwodzisz? 
Nie należysz do facetów skłonnych się ustatkować. 
Wykonujesz ważną pracę. Niebezpieczną. Każdy 
dzień twojego życia może być ostatnim. Nie wyko­
rzystujesz tego aby w charakterze przynęty na samo­
tne kobiety? 

- Eric! - krzyknęła Wendy z niedowierzaniem 

i przerażeniem. Nie, Eric jest jej przyjacielem, 
kocha ją. Dlaczego wygaduje takie rzeczy? 

- Wyjdź! Wynoś się z mojego domu. Jak mogłeś... 
wyjdź! 

Eric kiwnął głową. 

- Właśnie wychodziłem. 

Opuścił jej dom frontowymi drzwiami. Słyszała, 

jak je za sobą zamyka. Spojrzała wstrząśnięta na 

Brada. 

On też na nią patrzył. Ruszył w jej kierunku. 

- Wendy... 
- Nie! - Czując, że zaraz wybuchnie płaczem, 

background image

Heather Graham 

191 

odwróciła się i wybiegła na korytarz. Tego było już 

za wiele. 

Brad chwycił ją za ramiona, odwrócił twarzą do 

siebie i objął. 

- Nie! - Próbowała mu się wyrwać. 

- Wykorzystaj mnie, Wendy, jeśli chcesz - wy­

szeptał łagodnie i pocałował ją gorąco. 

Przestała się szamotać i wtuliła w niego. ' 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Jak dobrze było trzymać ją znów w ramionach, jak 

dobrze całować i pieścić. Mógłby to robić przez całą 

noc... 

Z początku nie zwrócił uwagi na odgłos, który 

dobiegł z ciemności nad rozciągającymi się wokół 

bagnami. 

Ale ten dźwięk się powtórzył i tym razem przenik­

nął do jego świadomości. Był to krzyk ptaka, cichy, 

ale wyraźny. Rozdzierał noc, przebijał się przez 

pożądanie Brada i sprawił, że po krzyżu przebiegł mu 

dreszcz niepokoju. 

Wypuścił Wendy z objęć i odsunął się. Spojrzeli 

na siebie. Ona też wyczuwała zagrożenie. 

- To Eric? - spytał. 

background image

Heather Graham 

- Tak. 
- Mówiłaś, że masz pistolet. A co z amunicją? 

Kiwnęła głową i wybiegła z kuchni. Wyszedł za 

nią na korytarz i zatrzymał się, nasłuchując. Skon­
centrowany, starał się odsiać wszystkie inne dźwięki. 
Po chwili usłyszał kroki na zewnątrz. 

Wiedział, że Eric gdzieś tam jest. Ale Eric ostrze­

gał go krzykiem ptaka, bo nie był sam. 

Wróciła Wendy z pistoletem. Wziął go od niej 

i odbezpieczył. 

- Zostań tutaj - szepnął. - Znajdź jakiś osłonięty 

kąt i siedź w nim jak mysz pod miotłą. Weź strzelbę. 
Zrozumiałaś? 

Kiwnęła w końcu głową, a on odwrócił się i po­

biegł korytarzem do drzwi frontowych. W kuchni 
i salonie paliło się światło. Zgasił je, podszedł do 
okna i wyjrzał na trawnik przed domem. Nikogo. 

Wyśliznął się na zewnątrz, przykucnął przy naroż­

niku budynku i po chwili wahania odwrócił się 
błyskawicznie, celując na wprost. Nikogo tam nie 
było. 

Ruszył bezszelestnie wzdłuż ściany. Noc była 

ciemna choć oko wykol. 

Znowu odezwał się ptak. Będzie musiał zapytać 

Erica, co to za ptak. Sowa? Ale teraz to nieważne. 
Teraz ważne jest to, że wie, że Eric sunie wzdłuż 
przeciwległej ściany budynku. 

Za kilka minut znajdą się obaj na tyłach domu 

i wezmą intruza w dwa ognie. 

193 

background image

194 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Intruza... 
Wiedział, że jest tu jeszcze ktoś. Czuł to przez skórę. 
Przy narożniku domu zatrzymał się. Serce waliło 

mu jak młotem. Ujął pistolet oburącz, policzył do 
trzech i wyskoczył zza węgła, gotów strzelać. 

Zobaczył mężczyznę. Facet nie usłyszał jeszcze 

ani nie wyczuł Brada ani Erica... 

Był zajęty wyważaniem okna sypialni Wendy. 

- Nie ruszać się! - krzyknął Brad. - Ręce do 

góry... wysoko nad głowę! 

Mężczyzna przypadł do ziemi. W bladej poświa­

cie gwiazd coś zalśniło matowo w jego dłoniach. On 
też

 miał pistolet, składał się do strzału. 

Ale Brad pierwszy pociągnął za spust. Huknął 

strzał, a mężczyzna krzyknął, chwytając się za rękę. 
Pistolet wypadł mu z dłoni. 

Zza przeciwległego węgła wyskoczył Eric. Schy­

lił się i podniósł z ziemi pistolet, po który sięgał już 
mężczyzna. Brad zbliżył się, trzymając intruza na 
muszce. 

- Magnum trzydzieści pięć-siedem - oznajmił 

Eric. - Nawet byś nie zipnął. 

- Tak - powiedział cicho Brad. - Ludzie Micha-

elsona nie lubią się certolić. 

- Dranie! Wykrwawię się tutaj na śmierć! Podob­

no jesteś gliną, McKenna. Lepiej odwieź mnie szyb­
ko do szpitala, bo poskarżę się na brutalność policji 
i narobię takiego rabanu, że będziecie mnie na 
kolanach przepraszać. 

background image

Heather Graham 

195 

Brad przykucnął przy mężczyźnie i spojrzał na 

jego śniadą, ospowatą twarz. Wydało mu się, że zna 

skądś ten głos. 

- Nie jestem gliną. Jestem kimś gorszym, Suarez, 

i ty o tym wiesz. Jestem z DEA. Agencji federalnej. 
I wiesz co? Uganiając się za taką jak ty szumowiną, 
straciliśmy ostatnio paru dobrych chłopaków. My nie 

musimy się z wami cackać tak jak biedna lokalna 
policja. Dla mnie może cię stoczyć gangrena. 

- Znasz go? - spytał Eric. 

Brad kiwnął głową, trzymając wciąż na muszce 

chuderlawego, ale niebezpiecznego mężczyznę leżą­
cego na ziemi. 

- Tommy Suarez. Zaszedł u Michaelsona tak 

wysoko, że ostatnio rzadko brudzi sobie ręce mokrą 
robotą. Ale podejrzewamy, że skoro osiągnął taką 
pozycję, musiał zabić wcześniej wielu ludzi. Wyda­
wał mi rozkazy: gdzie odebrać forsę, dokąd pojechać, 
tego rodzaju polecenia. - Zawahał się. - Sukinsyn 
zabił mojego partnera. 

I majstrował przy oknie sypialni, w której mogła 

teraz spać Wendy, dodał w duchu. Gdyby odszedł, 
tak jak zamierzał, Wendy byłaby tam teraz sama, 
niewinna, bezbronna. Bóg jeden wie, co mógłby 
zrobić jej Suarez, żeby wyciągnąć informacje o nim 

- albo żeby się zabawić. 

Skierował lufę pistoletu w skroń Suareza. 

- Ty! -pisnął Suarez. -Nie wolno ci tego robić! 

Jesteś... 

background image

196 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Kto jeszcze się tu kręci, Suarez? - warknął 

Brad. 

- Nikt. Ty, krew mi leci z ręki. Rozwaliłeś mi ją 

na amen, skur... 

- Chwileczkę! - Eric uśmiechnął się. W ciemno­

ściach błysnęły bielą jego zęby. - Teraz moja kolej, 
Brad. Ja nie jestem z rządu. Mnie nie obowiązują 
skrupuły w postępowaniu z takimi typami. Słyszysz, 
Suarez? Nie jestem gliną ani agentem federalnym. 

Jestem Indianinem. I wiesz co, koleś? Nie cierpię 
gnojków, którzy sprzedają narkotyki naszym nasto­

latkom. Wiesz, ile przedawkowań mieliśmy tutaj 
zeszłego roku? Od kiedy twój przyjaciel Michaelson 
zrobił sobie z naszych bagien magazyn? 

Suarez oblizał spierzchnięte wargi. Gdy Eric 

chwycił go za przód koszuli, bandyta spojrzał błagal­
nie na Brada. 

- Powiedz mu, żeby mnie puścił. Powiedz temu 

Tańczącemu Deszczowi, żeby zabrał ode mnie łapy! 

Eric roześmiał się z goryczą. 
- Tańczący Deszcz, Siedzący Byk, tak, wiesz już, 

co cię czeka! - Brad nie wiedział, że Eric ma przy 
sobie nóż, dopóki ten nie przystawił lśniącego ostrza 
do krtani Suareza. - Pan McKenna zadał ci pytanie. 

- Błagam! - zaskomlał Suarez. Bał się nawet 

przełknąć. - Błagam, powiedz mu, żeby zabrał ten 
nóż. On chce mnie zabić. 

Brad dał Ericowi znak głową. Eric wsunął nóż 

w cholewę buta. 

background image

Heather Graham 197 

- Cholera - mruknął. - A już myślałem, że 

sprawdzę, czy szczur może przeżyć po oskalpowa­

niu. 

- Kto wie, że tu jesteś? Jak tu trafiłeś? - spytał 

Brad. Suarez milczał. Brad zaklął pod nosem. - Po­

móż mi, Suarez, zacznij mówić, bo odwrócę się 

plecami i pozwolę Tańczącemu Deszczowi poeks-

perymentować. 

Bandyta nadal milczał. Rozmowny stał się dopie­

ro, kiedy Eric ponownie wyciągnął nóż z cholewy. 

Nikt nie wie, gdzie jest; przypłynął tu z własnej 

inicjatywy. Siedział w chacie na bagnach, ale kręcili 

się tam dzisiaj przez cały dzień jacyś dwaj w śliz-

gaczu, chlali piwo i próbowali łapać ryby. Bał się 

podpłynąć bliżej, postanowił więc wybrać się na 

mały rekonesans. 

- Nie zalewaj, Suarez, nie siedzisz tu sam. 

- Jest ze mną Charlie Jenkins, ale dzisiaj miał 

ważną sprawę do załatwienia i się ulotnił. Przysię­

gam. 

- Dobra, dobra. A więc siedzicie z Jenkinsem 

w chacie na Everglades. - To brzmiało nawet praw­

dopodobnie. 

Charlie Jenkins pochodził z południowej Georgii 

i wychował się na bagnach Okefenokee. Umie dawać 

sobie radę w takich miejscach. 

- W jakim celu was tu wydelegowano, chłopaki? 

- Mamy szukać ciebie - odparł Suarez. 

- I po co jeszcze? 

background image

198 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Michaelson wykorzystuje Everglades. Przecież 

o tym wiesz. Tam do diabła, wie połowa policji 
w tym stanie. - Wyszczerzył w uśmiechu pożółkłe od 
nikotyny zęby. - Wszyscy wiedzą. Tylko że Michael­
son to cwana sztuka. Jego nie można złapać. Jest jak 
ten wąż. 

- Kiedy przychodzi najbliższa dostawa? - spytał 

Brad. 

- Nie wiem... 
Eric dobył błyskawicznie noża i przystawił lśniące 

ostrze do gardła mężczyzny. 

- Przysięgam, że nie wiem! Przysięgam!-wrzas­

nął Suarez, patrząc z przerażeniem w oczach na 
ostrze przy tętnicy szyjnej. - Charlie Jenkins będzie 
wiedział, jak wróci. 

Brad dał Ericowi znak głową, że wierzy Suarezo-

wi. Eric wycofał się, cichy jak noc. 

- Muszę go aresztować i przekazać moim kole­

gom - powiedział Brad. 

- Jak to, nie zabijemy go? - spytał Eric z udawa­

nym zawodem. 

Suarez zadrżał, a Brad z trudem stłumił uśmiech. 

- Nie tym razem, Tonto. Przykro mi. 
Na widok złowieszczego uśmiechu Erica Suarez 

znowu zaczął bełkotać: 

- Przysięgam, wszystko wam powiedziałem. Nic 

więcej nie wiem, naprawdę. 

- Chodźmy do Wendy... - zaczął Eric, ale w tym 

momencie w ciemnościach nocy huknął wystrzał. 

background image

Heather Graham 

199 

- Ręce do góry. Jak najwyżej. 
Wendy nie wytrzymała. Podkradła się cicho na tyły 

domu, ale potknęła się o coś w ciemnościach i niechcą­

cy nacisnęła na spust strzelby, którą ze sobą zabrała. 
Odrzut broni powalił ją na ziemię, na szczęście nie 
wypuściła strzelby z rąk; nadal do nich celowała. 

- Wendy! - warknął Brad. - Mówiłem ci, cholera, 

żebyś siedziała w domu! I opuść tę lufę, jeszcze 
kogoś postrzelisz. 

- Uprzedzałem cię, że z nią trudno dojść do ładu 

- przypomniał mu Eric. 

- Martwiłam się, że tak długo nie wracacie. 
- Ale kazałem ci zostać w środku... 
- Mogliście mnie potrzebować. 
- Ale nie potrzebujemy! Wszystko jest pod kont­

rolą. 

A raczej było, przyznał w duchu Brad. Teraz 

znowu dygotał ze zdenerwowania. Może dobrze, że 
ukrył się właśnie tutaj. Suarez przeprowadzał po 
prostu nocne rozpoznanie. Natknąłby się przypad­

kowo na zupełnie nieprzygotowaną Wendy i skorzy­
stał z okazji; mogłaby sobie krzyczeć do końca 
świata, nikt by jej nie usłyszał... 

Suarez sapnął. Brad spojrzał na niego. Mężczyzna 

obserwował Wendy z pożądliwym błyskiem w oku. 

- Wendy, wracaj w tej chwili do domu! - krzyk­

nął Brad. 

- Rozkazywać to możesz swojemu lokajowi, jeśli 

go masz - odparowała. - Wypchaj się... 

background image

200 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Przestańcie - wtrącił Eric. - Trzeba się zająć 

tym tutaj. Ma paskudnie przestrzeloną rękę, Brad. 

- Postrzeliłeś go? - Wendy spojrzała na Brada 

oskarżycielsko. 

- Tak, zrób mi o to awanturę - warknął. - Po­

strzeliłem go, zanim zdążył strzelić do mnie. Miałem 

czekać, aż mnie położy trupem? 

Chciała podbiec do Suareza, ale Brad ją zatrzy­

mał. 

- To nie jest przyjemny widok. 

Odepchnęła jego ramię. 

- Mówiłam ci, że byłam pielęgniarką. Nie takich 

rzeczy się napatrzyłam. 

Ukucnęła i obejrzała rękę mężczyzny. Suarez 

dalej pożerał ją wzrokiem, a na koniec podziękował 

jej uprzejmie po hiszpańsku oraz angielsku i nazwał 

aniołem miłosierdzia. 

Wendy spojrzała z wyrzutem na Brada. 

- To poważna rana. Trzeba go odwieźć do szpita­

la. Nie powinieneś go tu tak długo trzymać. 

- Jak długo? 

- Dawno już słyszałam ten strzał. 

Miał ochotę chwycić ją za ramiona i potrząsnąć. 

Nie zdawała sobie sprawy, że ta gnida może mieć 

kompanów ani że próbowała wleźć do jej sypialni... 

- Nie odstawiaj mi tu dobrej samarytanki. Ten 

człowiek chciał wejść przez okno i cię zgwałcić. 

A kto wie, czy nie zamordować. 

- Dajcie spokój, zróbcie sobie krótką przerwę, 

background image

201 

dobrze? - zaproponował Eric. - Wendy, ten gość to 
nie pan Rogers wpadający z sąsiedzką wizytą. Prze­
każmy go... 

- Ja go odstawię, sam - oznajmił Brad. 
Nie chciał zabierać Wendy, a Eric powinien zostać 

i ją chronić. 

- Wszystko pięknie ładnie, ale wątpię, żebyś 

trafił gdziekolwiek po ciemku - zauważył Eric. 

Ma rację, przyznał w duchu Brad. 

- Może samochodem? 
Eric wzruszył ramionami. 
- To też nie jest wyjście. Może zadzwoń do 

swojego szefa. Ja oddam tego typa w ręce policji 

plemiennej, a oni przekażą go twoim. 

Brad kiwnął głową. Propozycja Erica ma ręce 

i nogi. 

- Idę po bandaże - oznajmiła Wendy i ruszyła 

w stronę domu. 

- Nie chcę zostawiać jej tu samej - powiedział 

Brad do Erica, kiedy znikła im z oczu. 

- To może ja go najpierw odstawię, a ty tu 

zaczekasz. 

Brad pokręcił głową. 
- Muszę najpierw spytać Purdy'ego, co chce 

z nim zrobić. 

- Ale chica. - Suarez oblizał się obleśnie. 

- Stul dziób. - Brad wymierzył mu kopniaka 

i odwrócił się do Erica. - Nie chcę zostawiać jej tu 
samej, stary. 

background image

202 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- To jedźmy wszyscy. Ja poprowadzę. Wendy 

usiądzie z przodu, a ty z naszym przyjacielem z tyłu. 

Brad zastanowił się. Propozycja Erica wydawała 

się najlepszym rozwiązaniem. 

- Dobrze - zadecydował. 
Wendy wróciła z buteleczką spirytusu salicylowe­

go i białymi bandażami. Uklękła przy Suarezie, 
oficjalnym tonem uprzedziła, że będzie piekło jak 
diabli, i wylała mu całą zawartość buteleczki na rękę. 
Bandyta zawył z bólu i chciał się wyrwać, ale Wendy 

nie dała się zaskoczyć. Wprawnie owinęła mu zra­
nioną rękę czystym bandażem. Potem podała mu 

jakąś tabletkę i kazała ją połknąć. 

- To percodan. Uśmierzy ból. 
- Wynajmijmy mu jeszcze apartament w Bal­

timore - mruknął sarkastycznie Brad. 

- To ty tak go urządziłeś. 
- Tak. A on chciał mnie wyprawić na tamten 

świat. 

- Odwozicie go do miasta we dwóch? - spytała 

Wendy, odgarniając z czoła niesforny kosmyk wło­
sów. 

- Nie, odwozimy go wszyscy troje - skorygował 

Brad. 

Zrobiła wielkie oczy. 
- Ja nie chcę jechać. 
- Pojedziesz. 
- Do diabła... 

- Pojedziesz. - Zacisnął mocno zęby. Wypadki 

background image

Heather Graham 

203 

tego wieczoru tak wyprowadziły go z równowagi, że 
gotów był przerzucić sobie Wendy przez ramię 

i zanieść ją do samochodu. Kto to widział, żeby baba 

była taka uparta! 

- Dobrze już, dobrze! - wtrącił Eric. - Wendy, 

zrozum człowieka. Martwi się o ciebie. Cieszę się, 
Brad, że służysz w siłach specjalnych, a nie w kor­
pusie dyplomatycznym. A teraz jedźmy wreszcie 
z tym koksem! 

- Jestem całym sercem za tym, Tańczący Desz­

czu - podchwycił Suarez. Oczy miał już maślane 
i wyglądał prawie do rzeczy. 

Szybko działa ten percodan, pomyślał Brad. 

- Jaki Tańczący Deszcz? - zdziwiła się Wendy, 

ale nikt nie raczył jej tego wyjaśnić. 

- W drogę - zarządził Brad. - No, Suarez, wsta­

waj. 

Brad trzymał pistolet, a więc Eric wyciągnął do 

Suareza rękę i ten podźwignął się z trudem z ziemi. 

- Zaraz wracam - rzekła nagle Wendy i wbiegła 

z powrotem do domu. Wróciła z brązową skórzaną 
torebką przewieszoną przez ramię. Brad domyślał 
się, że zapakowała do niej zapas naboi do strzelby. 

Suarez był przekonany, że chcą go utopić, kiedy 

kazali mu przejść po kamieniach przez kanał. Eric 
zademonstrował mu, jak to się robi, ale bandyta uznał 
go za indiańskiego boga i nadal się zapierał. 

- Coś ty mu, u licha, dala? - zwrócił się Brad do 

Wendy. 

background image

204 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Mówiłam, percodan! - Przeszła sama po kamie­

niach. - Widzisz? Przysięgam, że woda nie sięga 
nawet do kostek. 

Suarez dał się w końcu przekonać. Obejrzał się 

tęsknie na swoje wyciągnięte na brzeg canoe. 

- Niepotrzebnie tu przypłynąłem. Trzeba mi było 

zastrzelić tych dwóch w śmigłowej łodzi i wypić ich 
piwo. 

- Nie ma to jak być mądrym po szkodzie, co, 

Suarez? - Brad szturchnął więźnia lufą pistoletu. 

- Idziemy. 

Suarez, wysoko unosząc nogi, przeszedł po ka­

mieniach na drugi brzeg. W samochodzie Brad po­
mógł Wendy zająć miejsce z przodu, a potem we­
pchnął Suareza na tylną kanapę. Wendy podała Eri-
cowi kluczyki. 

Kiedy ruszyli, zapadła cisza. Eric włączył radio. 

Gdy z głośnika popłynęły latynoskie rytmy, Suarez 
zaczął śpiewać po hiszpańsku. 

Brada coraz bardziej bolała głowa. Usiłował wy­

patrzyć jakieś punkty orientacyjne, ale w światłach 
małego samochodu nic takiego się nie pojawiało. 

Droga samochodem trwała długo. Brad rozumiał 

teraz, dlaczego Wendy woli swój ślizgacz. Dopłynę­
liby nim do warsztatu Maca w niecałe czterdzieści 
pięć minut. Teraz czas wlókł się niemiłosiernie. 
Jechali tam ponad godzinę. 

- Trzeba obudzić Maca - oświadczyła Wendy 

i wyskoczyła z wozu. 

background image

Heather Graham 

205 

Eric zgasił radio. 
- Muszę na stronę - oznajmił Suarez. 
Eric i Brad wymienili rozdrażnione spojrzenia. 

Eric wysiadł zza kierownicy i otworzył drzwi. Brad 
wysiadł za Suarezem, trzymając go bez przerwy na 
muszce. Za dobrze znał tych ludzi, by im ufać. 

Wzięli Suareza między siebie i zaprowadzili go 

w krzaki. Brad spojrzał w kierunku stacji benzynowej 
i zobaczył otwierające się drzwi kantorka. To znaczy, 
że Wendy udało się wyciągnąć z łóżka śpiącego na 
zapleczu Maca. 

Oddał więc pistolet Ericowi, mówiąc: 

- Nie spuszczaj go z oka. 
- Jeśli kocha życie - powiedział Eric - nie wy­

kręci nam żadnego numeru. 

Biegnąc w kierunku kantorka, Brad uśmiechał się 

i kręcił głową. Suarez był najwyraźniej święcie 
przekonany, że Eric jest groźniejszy od wszystkich 

plemion indiańskich biorących udział w bitwie pod 
Little Bighorn razem wziętych. 

- Pan wchodzi, panie McKenna - powiedział 

Mac, otwierając szklane drzwi. - Pan dzwoni, ile pan 
chce. 

- Dzięki, Mac. 
- Napijesz się herbatki albo czegoś, Wendy? 
- Tak, chętnie herbaty - mruknęła Wendy. 
Brad zadzwonił do Purdy'ego, któremu spodobał 

się pomysł przekazania Suareza policji plemiennej. 
Jego ludzie odbiorą go przy wjeździe na bagna i za-

background image

206 NOCE NAD FLORYDĄ 

początkują procedurę ekstradycji. Sam zamierzał 

przesłuchać Suareza natychmiast po udzieleniu mu 

pomocy medycznej. 

Brad obejrzał się na Wendy. 

- Nie... nie mogę jeszcze wracać. 

Purdy był bystry, to Brad musiał mu przyznać. 

- Martwisz się o tę swoją przyjaciółkę? Tę dziew­

czynę, u której się zatrzymałeś? 

- Otóż to. 

- No dobrze. Przekaż Suareza policji plemiennej 

i wracaj do niej. Zadzwoń do mnie jutro w połu­

dnie. Może pora już podesłać ci tam jakieś wspar­

cie. 

- Owszem, przydałoby się. 

- Ale rozgrywaj to z głową, słyszysz? Siedząc 

tam, na miejscu, masz spory atut. Może uda nam się 

złowić coś jeszcze. 

Rozłączyli się. Purdy'emu pilno było skontak­

tować się z policją plemienną. 

- Załatwione? - spytał Mac. 

- Tak, dzięki. Wielkie dzięki. 

Mac uśmiechnął się. 

~ Może herbatki? 

- Nie, dziękuję. - Uścisnął dłoń Maca. Będzie 

musiał się jakoś odwdzięczyć staremu, mimo wszyst­

ko. Dzięki jego pomocy są z Wendy względnie 

bezpieczni. 

Ruszył do drzwi. Wendy też podniosła się z krze­

sełka. 

background image

Heather Graham  2 0 7 

- Zostań tu - rzucił przez ramię Brad. 

- Jak to... 

- Proszę cię! Zostań z nim. 

Spojrzała mu w oczy i choć wszystko się w niej 

buntowało, posłuchała. Została w kantorku. 

Co to był za dzień! Tak starała się udawać, że w jej 

życiu nic się nie zmieniło. A tymczasem zmieniło się, 

i to wiele. W jej świat wkroczył Brad i zakochała się 

w nim. 

Wkrótce przed warsztatem Maca zaparkował wóz 

policji plemiennej. Po krótkiej rozmowie z Bradem 

i Erikiem policjanci zabrali Suareza. 

Brad otworzył drzwi kantorka i wyciągnął rękę. 

- Wracamy do domu, Wendy. 

Tak, do domu - z nim. 

Eric znowu prowadził. Wendy siedziała obok nie­

go, milczący Brad z tyłu. Grało radio. 

Zaparkowali na polance, zamknęli samochód 

i przeszli po kamieniach do domu. 

- Musisz zorganizować Bradowi jakieś porządne 

buty - zauważył Eric. - W tych pantoflach ma bez 

przerwy mokre skarpetki. 

- To buty twojego brata - powiedział Brad. 

- Wiem, ale mój brat miał też buty z cholewami. 

Jemu teraz niepotrzebne, a na bagnach bez takich ani 

rusz. 

Idąca przodem Wendy przekręciła klucz w za­

mku. 

background image

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Buty Leifa stoją w ściennej szafie. Weź je sobie. 

Dochodziła trzecia nad ranem. Brad zerknął na 

Erica, ciekaw, kiedy ten powie Wendy, co postano­

wili, czekając na policję plemienną. 

Wendy weszła pierwsza i położyła torebkę na 

kuchennym blacie. Spojrzała na szwagra i kochanka, 

którego tak nie chciała stracić. 

- Zjecie coś? - Patrzyli na nią z takim wyczeki­

waniem, że przypominali jej dwa duże głodne psy. 

- Tak! - odparł z przekonaniem Brad, przypomi­

nając sobie, że przez cały dzień właściwie nic treś­

ciwego nie jadł. 

- Bardzo chętnie! - zawtórował mu Eric. 

Otworzyła lodówkę. 

- Na przykład co? 

Brad zażyczył sobie dwa z zapasu steków, które 

dzisiaj kupiła. Eric poprosił o to samo, ale z brokuła­

mi w sosie serowym. Brad zamówił jeszcze sałatkę, 

a Eric pieczone w mikrofali ziemniaki. 

I tak, punktualnie o trzeciej nad ranem, przystąpili 

do przyrządzania posiłku. 

Zjedli, pozmywali, a Eric wciąż nie zbierał się do 

wyjścia. Wendy popatrywała na niego z zaciekawie­

niem. 

Wreszcie Brad odchrząknął. 

- No to Eric bierze pierwszą wartę. 

- Jaką pierwszą wartę?! -żachnęła się Wendy. 

- No, ja nie śpię, a śpi Brad. Potem się zmienimy. 

Tak będzie bezpieczniej. 

background image

Heather Graham 

209 

- Rozumiem. - Wendy odłożyła na blat ścierkę 

do naczyń i odwróciła się do nich plecami. - W takim 
razie dobranoc. 

Wzięła prysznic, ubrała się w długą bawełnianą 

koszulę nocną i zniknęła w sypialni. 

Nie mogła zasnąć. Słyszała, jak ktoś wszedł pod 

prysznic - przypuszczalnie Brad. Woda szumiała 

jakiś czas, potem zapadła cisza. 

Po chwili rozległo się ciche pukanie. Do sypialni 

zajrzał Brad z mokrymi jeszcze włosami. 

- Dobranoc - powiedział cicho i zamknął drzwi. 
- Dobranoc! - zawołała za nim. 

Opadła z powrotem na poduszkę, leżała tak przez 

jakiś czas, potem odrzuciła koc, podbiegła do drzwi 

i otworzyła je na oścież. Za progiem stał Brad. 

Rzuciła mu się na szyję i oplotła nogami w pasie, 

on zaś objął ją i obsypał gorącymi pocałunkami. 
Trzymając ją tak, podszedł do łóżka. Runęli razem na 
pościel. 

- Drzwi - szepnęła Wendy. - Nie jesteśmy sami. 

Brad wstał i zamknął drzwi. Kiedy do niej wrócił, 

była już rozebrana. I czekała na niego. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Obudziła się nazajutrz późno. Obok kamiennym 

snem spał Brad. Przez całą pierwszą połowę nocy 

nie zmrużył oka, potem, zmieniwszy Erica, czuwał, 
a teraz obrabiał zaległości po zarwanej nocy. 

Wendy wzięła prysznic i ubrała się. Erica nie było 

w salonie, kiedy tam weszła. Wyjrzała przez okno 
i zobaczyła go na trawniku przed domem; siedział na 
gołej ziemi i pił kawę. Najwyraźniej nakarmił już 
Dzidzię; wielka kocica leżała obok niego zwinięta 
w kłębek jak słodki perski kotek. 

Wendy obserwowała przez chwilę Erica, wspomi­

nając, co wygadywał poprzedniego wieczoru, zanim 
zaczęło się całe zamieszanie. Podpadł jej na całej 
linii! 

background image

Heather Graham 211 

Nalała w kuchni pełną szklankę mrożonej wody 

i wyszła z nią przed dom. Wiedziała z góry, że kogo 

jak kogo, ale jego cicho nie podejdzie. 

I rzeczywiście - odwrócił się od razu i uśmiechnął 

na powitanie. Zbliżyła się do niego z podobnym 
uśmiechem i przykucnęła obok Dzidzi. 

- Dobrze spałaś? - spytał niewinnie. 
- Jak suseł - odparła słodko, a następnie wylała 

mu całą szklankę mrożonej wody na głowę. 

Parsknął, zaklął i zerwał się na równe nogi. 

- Za co, u licha, za co? - wrzasnął kompletnie 

zaskoczony. 

- Dobrze wiesz, za co! Za wczorajsze! 
Dzidzia wstała, przeciągnęła się i oddaliła, by po­

szukać spokoju i ciszy. Ociekający wodą Eric po­
patrzył na Wendy i parsknął śmiechem. 

- No i jak widać, nic złego się nie stało. 
- Eric! Jak mogłeś wygadywać o mnie takie 

rzeczy? Myślałam, że mam cię po swojej stronie. 

- Oj, Wendy, Wendy... - Wyciągnął ręce, by ją 

uścisnąć. 

- Eric! - Wendy zorientowała się, że chce ją tyl­

ko zmoczyć, odskoczyła więc i usiadła na trawie 
w bezpiecznej odległości. 

Eric usiadł obok. Słońce stało już wysoko na 

niebie; szybko go osuszy. 

- Bo ja jestem po twojej stronie - zapewnił ją. 
- Więc jaki miałeś w tym cel? Brad prędzej czy 

później odejdzie. Wiemy to wszyscy. 

background image

212 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Wszyscy? - Eric uniósł pytająco brwi, a Wendy 

się zaczerwieniła. - Ach tak, rzeczywiście. Ty nie 
chcesz mieć do czynienia z agentem federalnym, 
dobrze mówię? 

- Eric... 
- Cokolwiek powiedziałem, nie zrobiłem tego 

w złej intencji. Odniosłem wrażenie, że nieźle się 
między wami układa. 

- Eric... 
- Słuchaj, Wendy, jesteście oboje dorośli i nikt 

nie będzie za was podejmował ważnych decyzji. 

- No więc. 

-

 Chciałem się tylko upewnić, czy gracie oboje 

w otwarte karty, nic więcej. 

Wendy jęknęła. 
- Jesteś niemożliwy! 
Eric uśmiechnął się i obejrzał przez ramię. 
- O, nasz federalny już wstał. Przepraszam, idę 

dolać sobie kawy. 

W drzwiach frontowych pojawił się Brad. Był bez 

koszuli, boso, w samych tylko dżinsach. Włosy miał 
w nieładzie i chociaż się ogolił, nadal wyglądał na 
niewyspanego i zdezorientowanego. Niósł kubek 
z parującą kawą. 

Spotkał się z wracającym do domu Erikiem w po­

łowie drogi, zamienił z nim kilka słów i podszedł do 
Wendy. 

- Dzień dobry. 
- Cześć. 

background image

Heather Graham 

213 

Milczeli przez parę chwil. Brad upił łyk gorącej 

kawy zapatrzył się w przestrzeń. Dzidzia wróciła 
i położyła się przy swojej pani. 

Brad otoczył Wendy ramieniem, a ona położyła 

mu dłoń na kolanie. 

- Nic z tego nie było prawdą, jeśli chcesz wiedzieć. 

Spojrzał na nią, po jego wargach błąkał się enig­

matyczny uśmiech. 

- Z tego, co mówił Eric. 
- Nie chcesz mieć dzieci? 

Spuściła oczy. 

- Owszem, chcę. To akurat była prawda, ale cała 

reszta... absurd. Ani mi w głowie cię usidlać czy 
w cokolwiek wrabiać. 

Odstawił kubek i wsunąwszy palce w jej włosy, 

pocałował czule. 

- Naprawdę? - spytał cicho. 

Potrząsnęła głową. 

- Nikogo nie wolno do niczego zmuszać. Nie 

potrafiłabym, po prostu nie i już. Mam nadzieję, że 

mi wierzysz. 

Roześmiał się i mocniej przytulił ją do siebie. 

- Wiem, że ty nikogo do niczego byś nie zmusza­

ła. Czasami trudno nawet wydusić z ciebie opinię 
na jakiś temat. 

- Co przez to rozumiesz? 
- Na przykład nie chcesz ujawnić, co czujesz. 

Wendy drapała Dzidzię za uchem i patrzyła na 

rozlewisko. 

background image

214 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Powiem ci, co czuję - powiedziała cicho. 

- Wiesz, że mi na tobie zależy. - Odwróciła głowę 

i spojrzała mu w oczy. - Wiesz, że przeraża mnie 

twoja praca, i wiesz dlaczego. Sam uprzedzałeś mnie 

na początku, żebym się nie angażowała. Pod tym 

względem nic się nie zmieniło. To... - Zawahała się. 

- To się skończy. Ale chcę, żebyś był tu ze mną jak 

najdłużej. Nigdy nie będę żałowała tego okresu. Bo... 

Chciała być otwarta i szczera, ale nie mogła mu 

powiedzieć, że się w nim zakochała. Wiedziała, że 

nie jest mu obojętna, ale miłość to coś zupełnie 

innego. I właśnie dlatego, że go kocha, pozwoli mu 

odejść. To, co powiedziała, było prawdą. Bała się go 

utracić... ale on już dawno wyłuszczył, co jest dla 

niego najważniejsze. 

Wziął ją za rękę. 

- Nie dokończyłaś... 

Pokręciła głową i spojrzała na Dzidzię. Z tej 

niezręcznej sytuacji wybawił ją wracający Eric. 

- Hej, Brad, miałeś chyba dzwonić w południe. 

Mamy akurat tyle czasu, żeby zdążyć do warsz­

tatu. 

- Tak - westchnął Brad, nie odrywając oczu od 

Wendy. - Lepiej ruszajmy. 

Kiedy wstawał, by wrócić do domu po koszulę 

i buty, Wendy chwyciła go za rękę. 

- Brad? 

- Słucham? 

- O ile się nie mylę, tymi „dwoma" łowiącymi 

background image

Heather Graham 

215 

ryby, pijącymi piwo i obserwującymi chatę na wy­
spie, o których wieczorem wspominał Suarez, byli­

ście ty i Eric, tak? 

Brad zawahał się. 
- Tak. 
- A dzisiaj też macie to w planie? 

- Wendy, to moja praca. Do chaty wróci praw­

dopodobnie Charlie Jenkins. Może mnie zaprowa­
dzić do Michaelsona. - Podrapał się po głowie, 

potem wziął ją za ręce. - Chodź. 

Podniosła na niego oczy. 
- Dokąd? 
Odetchnął głęboko. 

- Nie mogę cię tu zostawić samej. 
- Mamy jasny dzień. Potrafię się posługiwać 

strzelbą. Jest ze mną Dzidzia. Ludzie wolą nie 
wchodzić jej w drogę. 

- Dzidzia to duży kot, ale Michaelson nie rusza 

się nigdzie bez dużych spluw. Znany jest z tego, że 
nie rozstaje się ze swoim M-16. Nalegam, żebyś 
zabrała się z nami. 

Otwierała już usta, by zaprotestować. 

- Proszę cię! 
- No dobrze. - Podniosła się z ociąganiem. Nie 

chciała się z nim handryczyć. 

Ruszyli ramię w ramię w stronę domu. Kiedy Brad 

ubierał się w łazience, Wendy zawołała do niego 
przez drzwi, żeby wziął sobie te buty z cholewami, 
o których mówili poprzedniego dnia. 

background image

216 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- A gdzie są? 
- W szafie. 

Minęło pięć minut, a on jeszcze nie znalazł butów. 

Wendy weszła do łazienki, by mu w tym pomóc. 
Brad stał przed szafą i przeglądał wiszącą tam wciąż 
kolekcję ubrań Leifa. 

- Naprawdę, Wendy, musisz się tego pozbyć -

powiedział, kręcąc głową. 

Przytaknęła, a po chwili znalazła pudełko z buta­

mi na samym dnie szafy. 

- Powinieneś być mi wdzięczny, że zatrzymałam 

te rzeczy - powiedziała, wręczając mu buty. - Moje 

dżinsy raczej by na ciebie nie pasowały. 

Uśmiechnął się, pochylił i musnął jej policzek 

palcami. 

- Chodziłbym bez. Ale teraz na poważnie, mam 

nadzieję, że nie zamierzasz rozbierać do rosołu 
każdego nieszczęśnika, który rozbije się przy lądo­
waniu u twojego progu. 

- A wiesz, że to jest nawet myśl - odparła słodko. 

Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Potem usiadł 

na brzegu wanny i wzuł buty. Były trochę za ciasne, 

ale lepsze na bagna od sandałów. Spojrzał wyczeku­

jąco na Wendy. 

- Koszulę też mi wybierzesz? 

Odwróciła się bez słowa i wyjęła z szafy czerwoną 

koszulę w kratę. Nawet nowa miłość nie potrafiła 
zatrzeć przeszłości. Wiedziała, że Brad ma rację, że 

już dawno powinna wyrzucić rzeczy Leifa albo od-

background image

Heather Graham  2 1 7 

dać je komuś potrzebującemu. Jednak nie mogła się 

jakoś na to zdobyć. 

- Dziękuję. - Brad wziął od niej koszulę, włożył 

ją, zapiął i upchnął w dżinsy. 

Spuściła wzrok. Miała wrażenie, że zaciska się 

wokół nich jakaś pętla. Coś wisiało w powietrzu. 

Straci Brada - czuła to. A wtedy jej życie znowu 

wypełni pustka i będzie tak, jakby nic nigdy między 

nimi nie zaszło. 

Nie, dziadek powiedział, że to ją wzbogaci. 

Włożyła buty, pocałowała go jeszcze raz, od­

wróciła się i ruszyła do drzwi. 

- Nie zapominaj, że masz zadzwonić do swojego 

szefa. 

- Tak, pamiętam. 

Pół godziny później byli już w warsztacie. Brad 

wszedł do kantorka, by zadzwonić do Purdy'ego. 

Eric gawędził z Macem przy dystrybutorach. Wendy 

została przy łodzi - nie miała dzisiaj ochoty z nikim 

rozmawiać. 

Dzień był gorący i parny. Wsłuchana w nieustają­

ce bzyczenie hordy moskitów, uniosła włosy znad 

karku. Widziała przez szybę Brada. Wydawał jej się 

poważny, prawie obcy. Przygryzła wargi. W odróż­

nieniu od mężczyzny, którego kochała, ten Brad ją 

przerażał. Był teraz w pracy. 

Odwróciła się i zaciskając bezwiednie pięści, 

ruszyła brzegiem kanału. Zatopiona w myślach, nie 

zdawała sobie nawet sprawy, jak daleko uszła. Nie 

background image

2 1 8 NOCE NAD FLORYDĄ 

zauważyła też samochodu jadącego powoli drogą, 

ani canoe, które sunęło za nią bezszelestnie. Niebez­

pieczeństwo wyczuła dopiero, kiedy było już za 

późno. 

Coś za jej plecami przesłoniło słońce i rzuciło 

przed nią długi cień. Zaintrygowana zatrzymała się 

i odwróciła. 

Stali przed nią dwaj mężczyźni. Jeden wysoki, 

szczupły, o wodnistych niebieskich oczach i stalo-

woszarych włosach, drugi młodszy, potężnie zbudo­

wany, muskularny, o brązowych zimnych tęczów­

kach, z których wyzierała bezwzględność. 

Wendy zamarła; każdym napiętym nerwem, każ­

dym stężałym mięśniem wyczuwała śmiertelne za­

grożenie. Utworzyła usta, ale krzyknąć już nie zdą­

żyła. 

Ten brązowooki chwycił ją jedną ręką za kark, 

a drugą wepchnął w usta jakąś szmatę tak głęboko, że 

zabrakło jej tchu. Dławiła się, nie mogła nawet 

odkaszlnąć. Szarpnęła się rozpaczliwie, ale mdląco-

słodki zapach szmaty odbierał jej siły. Zakręciło jej 

się w głowie. Słońce, mężczyzna, niebo, świat... 

wszystko wokół wirowało. 

W ostatnich przebłyskach gasnącej świadomości 

uzmysłowiła sobie, jakie głupstwo zrobiła. Skręciła, 

idąc brzegiem kanału. Eric nie był tak daleko, ale 

rozmawiał z Macem za porośniętym trawą wzgór­

kiem. Nie widział jej, a że nie była w stanie krzyknąć, 

usłyszeć jej też nie mógł. 

background image

Heather Graham 

219 

Kontury świata rozmywały się szybko. Próbowała 

się wyrwać, uwolnić od trzymającej ją dłoni, ale ta 

była jak ze stali. Palce mężczyzny wbijały jej się 

w ciało i zaciskały coraz mocniej. Mobilizując re­

sztkę sił, zdołała uwolnić prawą rękę i paznokciami 

zagiętych w szpony palców przeorała mu policzek. 

Zaklął cicho. Unieruchomił jej ponownie rękę 

i wysyczał do ucha ostrzeżenie, ale nie oderwał 

zwilżonej szmaty od jej ust. Zewsząd otaczała ją 

lepka słodycz. 

Nie poczuła już policzka, który jej wymierzył, 

bo traciła przytomność. Wirujący świat odpływał 

w mrok. 

Wziął ją na ręce, odwrócił się i ruszył za starszym 

mężczyzną przez wysokie trawy w kierunku śmig­

łowej łodzi. 

Brad odłożył powoli słuchawkę. I to w zasadzie 

był koniec - jeśli nie sprawy, to przynajmniej tej 

dziwnej idylli, jaką tu przeżył. Ten dzień zamierzał 

spędzić na przeczesywaniu bagien i rozglądaniu się 

za Jenkinsem i Michaelsonem. 

Do wieczora ściągną tu posiłki; wyznaczy kilku 

ludzi do obserwacji chaty, resztę rozproszy po okoli­

cy, by wypatrywali spodziewanej dostawy. Nie mieli 

jeszcze Michaelsona, ale teraz nie będzie go już 

szukał sam. 

Pętla się zaciska - pozostaje tylko mieć nadzieję, 

że nie wypłoszą stąd przestępcy. 

background image

220 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Purdy zaparł się, że wsadzi Michaelsona za kratki. 

Liczył, że zeznania Brada jako naocznego świadka 
pomogą w uzyskaniu wyroku skazującego. A jeśli 
dobrze to rozegrają, przyłapią ptaszka na gorącym 
uczynku, z narkotykami pochodzącymi z Ameryki 
Południowej. Wielka maszyneria została puszczona 
w ruch. Brad zdawał sobie sprawę, że jest w niej teraz 
tylko małym trybikiem, i sam nie wiedział, czy od­
czuwać z tego powodu ulgę, czy głęboki smutek. 

Nic już nie będzie tak, jak było. Nie będzie już 

miał okazji znaleźć się z Wendy sam na sam. Koniec 

z parą rozbitków w dziwnym, odizolowanym od 
świata raju. 

Dzisiaj będzie zmuszony skorzystać z pomocy 

Erica, a nie chciał, by Wendy z nimi płynęła. To zbyt 

niebezpieczne. Nie miał pojęcia, że Suarez widział 

ich wczoraj na łodzi. Nawet jeśli nie zdołał podejść 
na tyle blisko, by go rozpoznać, to jednak ich widział. 
Dla Brada był to zły znak. 

Postanowił, że Wendy spędzi ten dzień w wiosce 

z Williem i Mary. Z rodziną powinna być bezpieczna. 
Brad nie miał żadnych wątpliwości, że Willie wie, 

jak chronić swoich bliskich. 

To prawie koniec. Nie mógł znieść tej myśli. 

Cholera, wiedział przecież, że nie ma prawa tknąć 
takiej kobiety jak Wendy. Oboje powiedzieli, że nie 
zależy im na związku. Oboje utrzymywali, że są 
dojrzałymi, dorosłymi ludźmi i wiedzą, co robią, 
nawiązując krótkotrwały romans. 

background image

Heather Graham 221 

Uprzedziła go, by zbytnio się nie angażował, on 

odwzajemnił się jej tym samym. No i teraz nadchodzi 
ten moment, kiedy trzeba będzie się rozstać... 

A jego skręca z bólu, który trawi żołądek i... serce. 
Nie jest jej obojętny, wiedział o tym. Ale wiedział 

również, że ona nie chce wiązać się na całe życie 
z mężczyzną, któremu śmierć wciąż zagląda w oczy. 
Zdecydowanie nie chce się z nim wiązać. Trudno. 
Tam gdzieś jest realny świat i on musi do niego 
powrócić. Ma swoją pracę i od początku wiedział, że 

albo ta praca, albo... 

Małżeństwo... 
Nigdy jedno i drugie. Tak, chciał się ożenić 

z Wendy. Chciał mieć ją przy sobie, budząc się co 
rano. Była promiennym aniołem i ani przez moment 
nie wątpił, że i za pięćdziesiąt lat będzie dla niego tak 
samo piękna. Chciał mieć ją przez jakiś czas tylko dla 
siebie, a potem mieć z nią dziecko, którego kiedyś 
pragnęła i z pewnością pragnie nadal. 

Ale nie miał do tego prawa. Nie rzuci przecież 

swojej pracy - ktoś musi się tym zajmować, a on jest 
w tym dobry. Nie wolno mu też wymagać od Wendy, 
by przez niego cierpiała. 

Może powinien jej wyznać szczerze, co do niej 

czuje. Powiedziała rano, że w ich życiu nic się nie 
zmieniło, ale przecież rozwinęło się między nimi 
uczucie. Mogła temu w przyszłości zaprzeczać, ale 

jej pocałunki mówiły same za siebie. 

Zobaczył za szybą uśmiechającego się doń Erica 

background image

222 

NOCE NAD FLORYDĄ 

i uświadomił sobie, że już od kilku długich minut stoi 
w drzwiach. To idiotyzm. 

Idylla może się i skończyła, ale Michaelson jest 

wciąż na wolności. I trzeba go pojmać. 

Przełknął z trudem przez ściśniętą krtań i wyszedł 

z kantorka. Eric przeprosił Maca i podszedł do Brada, 
patrząc na niego wyczekująco. 

- Wieczorem dostanę wsparcie. Ale musimy dzia­

łać dyskretnie, bo chcemy przyskrzynić Michaelsona 
z towarem. Teraz zasadzę się na Charliego Jenkinsa, 
wieczorem mam się tu spotkać z grupą. Wyznaczę 
paru do obserwacji chaty i - zawiesił na chwilę głos 

-paru do obserwacji domu Wendy. Purdy przyznał, że 

naraziliśmy ją na niebezpieczeństwo. Potrzebuje soli­
dnej ochrony do czasu, kiedy będzie po wszystkim. 

Brad nie musiał dodawać, że jest zbyt zaangażo­

wany emocjonalnie, by wziąć to zadanie na siebie 
i efektywnie się z niego wywiązać. Stanowili z Eri-
kiem dobraną parę, ale lepiej będzie, jeśli ochroną 
Wendy zajmą się inni, obcy jej ludzie. 

- Nie miałbyś ochoty wrócić ze mną do tamtej 

chaty? 

- Też pytanie - obruszył się Eric. - Tylko co 

z Wendy? Wiem, że nie chcesz zostawiać jej samej 
w domu, ale z nami też chyba nie powinna płynąć. 

- Przyszło mi do głowy, żeby ją podrzucić do 

Williego. - Brad skrzywił się. - Nie będzie za­
chwycona, ale... - Zawiesił głos i wzruszył ramiona­
mi. - No, komu w drogę, temu czas. 

background image

Heather Graham 

223 

Eric kiwnął głową, odwrócił się w stronę kanału 

i poszukał wzrokiem Wendy. Nagle niepokój zorał 

mu twarz głębokimi zmarszczkami. 

- Nie widzę jej. 
Brad spojrzał między dystrybutorami paliwa na 

drogę i zmartwiał. Przemknął nią właśnie jakiś samo­
chód. Spojrzał w kierunku kanału. Niedawno, roz­
mawiając z Purdym, widział ją przez okno. Stała tam 
w słońcu, z rozpuszczonymi włosami, rękoma we­

pchniętymi w kieszenie dżinsów, przestępując z nogi 
na nogę, wyraźnie zniecierpliwiona czekaniem. Była 
tam dosłownie przed chwilą. 

Jak na komendę zerwali się do biegu. Dopadli ra­

zem do porośniętego wysoką trawą brzegu kanału 
i nie zwalniając, skoczyli do wody. Brad, któremu 
serce podchodziło do gardła, modlił się, by jej tu nie 
było. Leżałaby z kulą w sercu, gdyby natknęła się na 
Michaelsona. Leżałaby z twarzą w błocie, gdyby 
ukąsił ją któryś z jadowitych bagiennych węży... 

Nie, nie, Wendy nie spanikowałaby po ukąszeniu 

przez węża. Wezwałaby pomoc. Nie straciłaby gło­
wy. To musiał być Michaelson... 

Nie znaleźli jej w wodzie. Brada ściskało w pier­

siach, zatykało, z trudem chwytał powietrze. Eric 

patrzył na niego bez słowa tymi swoimi niesamowi­
tymi zielonymi oczami, ale Brad wiedział, że pod tą 
nieruchomą maską rzeźbionego w brązie wojownika 
toczy się walka z pierwotnym, paraliżującym stra­
chem. 

background image

224 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Spójrz na drogę. 

Brad zobaczył ślady jej butów odciśnięte w ziemi; 

trop ciągnął się brzegiem kanału, urywał nagle, 

ziemia była tam zdeptana. 

- Michaelson! -jęknął. 

- Nie sądzę, żeby ją zabił - powiedział bezbarw­

nym głosem Eric. 

Brad potrząsnął głową, by rozjaśnić myśli. 

- Nie, potrzebna mu do czegoś, bo inaczej zabiłby 

ją cicho i szybko tam na miejscu. 

Patrzył przez chwilę na Erica, potem w paru su­

sach przebył wąski pas piasku oraz błota i dopadł do 

łodzi. Rozejrzał się gorączkowo i zobaczył to, czego 

szukał. 

Na dnie łodzi, przy obudowie silnika, leżała przy­

ciśnięta kamieniem kartka. Bradowi słowa rozmazy­

wały się przed oczami. Zdenerwowany, wściekły, to 

zaciskał, to unosił powieki, ale w końcu pojął sens 

listu. Dał Ericowi znak głową. 

- Zabrał ją do chaty. 

- I chce, żebyś tam po nią przypłynął? 

Brad kiwnął głową. 

- Mamy się tam stawić obaj. Napisał: „Weź In­

dianina". Nikogo więcej, bo poderżnie jej gardło. 

- Dlaczego akurat ja? - mruknął Eric. 

Bradowi wydawało się, że wie. 

- Dostałem właśnie wiadomość, że ten jego sa­

molot z towarem przyleciał, ale rozbił się na bag­

nach. Purdy jest zdania, że leży gdzieś tam w błocie, 

background image

Heather Graham 

225 

a Charlie Jenkins, chociaż pochodzi z moczarów 
Okenefokee w Georgii, jest za cienki w uszach, żeby 
połapać się w tutejszym labiryncie. Założę się, że 
Michaelson potrzebuje cię na przewodnika. 

- A ciebie? 
- Mnie chce zabić. Prosta sprawa, zalazłem mu za 

skórę i jestem do odstrzału. 

Eric ściągnął brwi. 

- A co z Wendy? 
- Zachowa ją przy życiu, dopóki nie znajdziesz 

mu tej rozbitej maszyny. - Zawiesił głos i odetch­
nął głęboko. - A co potem? Cholera, diabli wiedzą. 
Może... może zażądać czegoś jeszcze. - Zaklął 
znowu. 

Eric zwiesił głowę i bezsilnie zacisnął pięści. 
Brad przyłapał się na tym, że modli się, zamiast 

myśleć - albo robić i jedno, i drugie. Wziął się w garść 
i zdusił emocje. 

- Dzwonię jeszcze raz do Purdy'ego. Powinien 

już wiedzieć, że Michaelson ma Wendy. Może po­

trafi jakoś pomóc. Potem ruszamy do chaty. Można 
do niej dopłynąć z jakiejś innej strony? 

- Idź dzwonić. Ja się zastanowię. 

Brad pobiegł dzwonić do Purdy'ego. Szef będzie 

musiał puścić swoją maszynerię w ruch wcześniej, 
niż zamierzał. 

Odłożywszy słuchawkę, zgrzytnął zębami i opo­

wiedział Macowi, co się stało. Potem wrócił do 
Erica. Plan niósł w sobie spore ryzyko, ale dawał 

background image

2 2 6 NOCE NAD FLORYDĄ 

jakąś szansę, a gdyby z niego zrezygnowali, to i tak 

czekałaby ich śmierć. Zresztą innego sposobu nie 
było. 

Wskoczył do łodzi. 

- Chyba da się tam podpłynąć od tyłu - powie­

dział Eric, zapuszczając silnik. - Kiedy będziemy już 
blisko, zgaszę silnik i opłyniemy wysepkę na wios­
łach. Będziemy musieli brodzić w błocie i uważać 

na grzęzawiska. Ale myślę, że zdołamy podejść do 
chaty od tyłu. 

Brad zamknął oczy i zmówił szeptem modlitwę 

dziękczynną. Ich szanse nieco wzrosły. 

- Wóz albo przewóz - mruknął. 
Eric kiwnął głową. Spięci i milczący ruszyli z po­

wrotem w dzikie głębie bagien. 

Wendy ocknęła się ze wstrętnym posmakiem 

w ustach, przywodzącym na myśl mdlący zapach, 
który pozbawił ją przytomności. Strasznie bolała ją 
głowa. 

Świat wirował wciąż w tak zawrotnym tempie, że 

nie wiedziała, czy siedzi, stoi, czy leży plackiem. 
Ręce też ją bolały, ale nie tak jak głowa, a wykręcone 
do tyłu ramiona zdrętwiały. Przez kilka długich 
minut żyła tylko tym bólem i drętwotą. 

Potem otworzyła oczy i szybko je zamknęła. 

Zapanowała nad falą nudności i przełknęła z trudem. 

Spróbowała jeszcze raz otworzyć oczy. 

Tym razem była już w stanie widzieć ostro. Nad 

background image

Heather Graham 

227 

sobą miała gołe deski przegniłego dachu. Leżała na 

wznak. Ręce ją bolały, bo miała je mocno związane 

w przegubach szorstkim postronkiem. 

- Kochaś jakoś się nie śpieszy. 

Na dźwięk tego głosu Wendy szybko zamknęła 

oczy, udając nieprzytomną. Kiedy dudnienie cięż­

kich kroków minęło jej głowę, uchyliła nieco po­

wieki. 

Obok przechodził mężczyzna, który tak brutalnie 

się z nią obszedł. Mężczyzna o brązowych oczach, 

który ją obezwładnił i odurzył chloroformem. 

- Przypłynie, Jenkins. Ja ci to mówię. Przypłynie 

- rozległ się inny głos, bardzo łagodny, a przez to 

bardziej złowieszczy. 

Wendy, aby przyjrzeć się temu człowiekowi, uda­

ła, że głowa przekrzywia się jej bezwładnie na bok. 

Był to tamten siwowłosy typ o lodowatych oczach. 

Domyśliła się, że to Michaelson we własnej osobie. 

Siedział przy zbitym z nieheblowanych desek stole 

pośrodku małej chaty i wyglądał tu jak z zupełnie 

innej bajki. 

Widziała jego eleganckie mokasyny z miękko 

wyprawionej skórki. Miał na sobie modny płócienny 

garnitur i był pod krawatem. Pośrodku bagien! Mó­

wił spokojnie, ale najwyraźniej nie czuł się tu dobrze. 

- Spokojna głowa, tylko go patrzeć. Ale nie 

rozumiem, na cholerę nam ten Indianin? 

Powiedział to z charakterystycznym akcentem 

trzeci mężczyzna. Wendy uniosła powieki i spróbo-

background image

228 

NOCE NAD FLORYDĄ 

wała się rozejrzeć po małej chacie. Bała się otworzyć 

oczy, a wykonanie najmniejszego ruchu sprawiało jej 

trudność i ból. 

Była to typowa chałupka weekendowego myś­

liwego, wzniesiona na łapu-capu przez jakiegoś cieś­

lę partacza. Miała dwa okna, w kącie stała prycza, 

a pośrodku stół. Na jednym z parapetów, machając 

w powietrzu nogami, siedział śniady mężczyzna 

z jakąś ogromną giwerą na kolanach. Ten brązowo-

oki, Jenkins, chodził tam i z powrotem nad głową 

Wendy. On był przynajmniej, jak na te okoliczności, 

stosowniej ubrany: w wojskowy mundur khaki. Przez 

ramię miał przewieszony karabin. 

Wendy zacisnęła zęby, bała się, że zaraz dostanie 

dreszczy. Ci mężczyźni chcą ją zabić, zabić ich 

wszystkich. Groza sytuacji sprawiła, że na moment 

ogarnął ją lodowaty, paraliżujący strach. Omal nie 

krzyknęła. 

Zdusiła ten krzyk w zarodku, jeszcze mocniej 

zaciskając zęby. Tak samo jak kiedyś Leif, wpadła 

w łapy zbirów. Ale Leif przynajmniej nie poddał się 

bez walki; jej zaś los nie dał takiej szansy. Próbowali 

wciągnąć Brada w pułapkę, ale była pewna, że on 

przejrzał ich zamiary. I napomykali coś o Ericu... 

- Bez tego Indianina nie damy sobie rady - za­

uważył Jenkins. 

Michaelson parsknął pogardliwie. 

- Tak, bo ty okazałeś się do niczego! 

Jenkins doskoczył do stołu i rąbnął pięścią w blat. 

background image

Heather Graham 

229 

- Co ty wiesz, baranie! Jestem dobrym tropicie­

lem, cholernie dobrym. Gdyby nie ja, nie dostalibyś­

cie tej dziewczyny. To ja trafiłem po śladach Suareza 

do jej domu. To ja wywiedziałem się, że McKenna 

z nią kręci. Namierzyłem nawet tego cholernego 

Indianina, na którym tak wam teraz zależy. Ale 

posłuchaj mnie, i to uważnie. Te bagna to piekło na 

ziemi, rozumiesz? Twój samolot rozbił się w rejonie, 

gdzie roi się od węży, gdzie pełno bajor ruchomego 

piasku. Może go znaleźć tylko ktoś, kto zna te bagna 

jak własną kieszeń. 

Michaelson wstał. 

- Nie waż się nigdy mówić do mnie tym tonem, 

Jenkins. Nigdy. - Podszedł do okna i wyjrzał. - Jeśli 

Indianin nie przyjedzie, będziemy się musieli zdać na 

dziewczynę. - Wendy wyczuła na sobie jego wzrok. 

- Mieszka tutaj. Zna się na rzeczy. 

Ciemnowłosy mężczyzna z akcentem zacmokał 

obleśnie. 

- Na pewno zna się na rzeczy; I to bardzo dobrze. 

- Zamknij się, Pedro - warknął Michaelson. 

- Najpierw praca, potem przyjemność. Jak znaj­

dziemy samolot, będziesz mógł ją sobie wziąć. Ale 

nie wcześniej, zrozumiano? 

- Si! - powiedział Pedro. 

Wendy ścisnęło w dołku. 

- Patrzcie! - zawołał nagle Jenkins. 

Podbiegł, chwycił ją za ramiona i poderwał do 

pozycji siedzącej. 

background image

230 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Obudziła się. Nie śpi, suka. Podsłuchiwała nas. 
Gdy nią potrząsnął, omal nie krzyknęła z bólu. 

Otworzyła oczy i spojrzała na niego z furią. 

Jenkins roześmiał się. 

- Pedro ma rację. Z nią nieźle można się zabawić. 
- Zostaw ją - warknął Michaelson. - Mamy 

robotę. 

- Cholera, siedzimy tu tak, czekamy... - mruknął 

z uśmiechem Jenkins. 

Nachylił się, a Wendy poczuła jego smrodliwy 

oddech. Splunęła mu w twarz. Zaklął i wymierzył jej 
policzek. 

- Zostaw ją, powiedziałem! - Michaelson pod­

niósł wreszcie głos i wskazał na okno. - Masz 

McKennę za durnia? Ja nie. Tylko tego brakuje, żeby 
nas zaatakował, kiedy będziesz tam leżał ze ściąg­
niętymi portkami, idioto! Zostaw ją. 

Jenkins pchnął Wendy z powrotem na podłogę 

i otarł ślinę z twarzy. 

- Będziesz musiała zaczekać, laluniu. Dobry 

w tym jestem. Zobaczysz. 

- Co to? - zapytał nagle Latynos. 

Michaelson i Jenkins podeszli do okna. Wendy 

usłyszała krzyk ptaka - odległy i cichy, ale wyraźny, 
piękny. 

- To McKenna! - mruknął zdziwiony Jenkins. 

- Lezie prosto na nas. 

Wendy serce zabiło żywiej. Zebrała się w sobie 

i usiadła. Sznur wrzynał się jej w nadgarstki. 

background image

Heather Graham 

231 

Co ten Brad wyprawia? Łzy napłynęły jej do 

oczu. Idzie po nią! No tak, ale to jego praca. Przy­
szedłby po nią, nawet gdyby jej nie znal. Czy nie 
wie... 

- Jest sam - zauważył Jenkins. - Wziął ten 

cholerny ślizgacz i przypłynął tu. On nam niepo­
trzebny! Nam chodziło o tego Indianina. 

Michaelson spojrzał na Wendy. 

- Mamy jeszcze dziewczynę. 
Wendy spojrzała mu w oczy. Musi zapanować nad 

paniką. Brad nie jest głupi. I nie jest sam. Trzeba 

zachować zimną krew. 

Michaelson odwrócił się z powrotem do okna. 

- Jak się zbliży, strzelaj - powiedział do Jenkinsa. 
- Nie! - krzyknęła Wendy. 
- Celuj w kolano. Niech go zaboli, niech pocierpi, 

zanim umrze. Niech się przekona, jaki los czeka 
szpiegów w moim obozie. 

- Nie! - Wendy podźwignęła się na nogi- - Nie!.. 

Przysięgam, że jak go tkniecie, nie pomogę wam 
niczego znaleźć. Niech wasz towar gnije sobie gdzieś 
tam razem z pilotem... 

- Mogę ją obłaskawić - zaoferował się Pedro. 

Zerknął jeszcze raz w okno, a potem podszedł 
i chwycił ją garścią za włosy. - Będzie pode mną 

jęczała i krzyczała, a potem zaprowadzi nas, gdzie 

tylko zechcemy, szefie. 

Wendy szarpnęła głową i spojrzała na niego wyzy­

wająco. 

background image

232 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Najpierw będziesz mnie musiał zabić, a martwa 

nigdzie was nie zaprowadzę. 

- Odczep się od dziewczyny! - warknął Michael-

son. -I nie zbliżaj się do niej, dopóki ci nie pozwolę! 
Ciebie też to dotyczy, Jenkins! 

Jenkins obrócił się plecami do okna i obserwował 

Latynosa. Michaelson popatrzył groźnie na jednego, 
potem na drugiego i spojrzał w okno. 

- Gdzie on przepadł? 
- Kto? - spytał Jenkins. 
- McKenna! Nie widzę go! - wrzasnął Michael­

son. - Był i go nie ma! Zniknął! 

- Musi tam być! - żachnął się Jenkins. 
- Wiem, że musi - wściekał się Michaelson. 

- Jest tam, to jakaś sztuczka! Jakiś fortel! 

Przez chwilę gapili się w okno w milczeniu. 

Potem Michaelson zaklął, z kieszeni na piersi wy­
ciągnął pistolet i zdecydowanym krokiem podszedł 
do Wendy. 

Zmusił ją, by stanęła przed nim, chwycił za 

kołnierz i przystawił lufę do policzka. 

- Idziemy, mała. Tych dwóch chce cię żywą, a ja 

McKennę martwego. Ten sam rodzaj przyjemności, 

prawda? Ten sam rodzaj spełnienia. 

Pchnął ją. Wendy jęknęła. Michaelson otworzył 

drzwi na oścież i prowadząc ją przed sobą, wyszedł 
na zewnątrz. 

- McKenna! Pokaż się. - Lufa pistoletu wbijała 

się Wendy w szczękę. - Pokaż się, bo twoja przyja-

background image

Heather Graham 233 

ciółeczka straci twarz. Masz dziesięć sekund. Liczę. 

Słyszysz, McKenna? Liczę. 

Wendy skrzywiła się, bała się nawet oddychać. 

Czuła na skórze zimną, twardą lufę. Zamknęła oczy. 

Wyobraźnia podsuwała jej widok rozpryskującego 

się ciała. 

- Liczę, McKenna, liczę! - powtórzył z furią 

Michaelson. - Do dziesięciu. Raz, McKenna. Dwa. 

Trzy, McKenna. Cztery. Pięć. Sześć... 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

- Stać! 

Na ten okrzyk napór pistoletu na policzek Wendy 

zelżał. Ale osobą, która się tym razem pojawiła, nie 

był Brad; to był Eric. 

Wyłonił się z zarośli na skraju wysepki i wyciąg­

niętym krokiem ruszył w ich stronę. 

- Chcę McKennę, chłopcze! - zawołał Michael­

son. - Ty i twoja przyjaciółeczka udzielicie nam 

tylko paru wskazówek i możecie odejść. 

Wendy przemknęło przez myśl, że zaraz zwariuje 

ze strachu. Michaelson nie odrywał pistoletu od jej 

twarzy, Erica mogą w każdej chwili zastrzelić, a Brad 

gdzieś przepadł. 

- McKenna mnie wyrolował. Śmierdzący tchórz. 

background image

Heather Graham  2 3 5 

- Eric zatrzymał się i splunął w trawę. - Chowa się tu 

gdzieś. Daj mi szansę, złapię go. 

Wendy skrzywiła się, kiedy Michaelson przesunął 

lufę pistoletu na jej skroń. 

- Jeśli blefujesz, chłopcze, to nie chciałbym być 

w twojej skórze. 

- On musi tu gdzieś być. Pomóż mi. Razem go 

dorwiemy. 

Wendy wyczuła, że Michaelson się waha. Trwało 

to jednak tylko moment. Potem odjął pistolet od jej 
głowy i przystawił do kręgosłupa. 

- Ruszaj, dziewczyno. Idź prosto na swojego 

indiańskiego przyjaciela. - Obejrzał się na dom. 

- Jenkins! Pedro! Chodźcie tutaj! 

Popchnął Wendy lufą. Ruszyła. Trawa z każdym 

krokiem stawała się coraz gęstsza, a grunt coraz 
bardziej się uginał. Chata stała na małym wzniesie­
niu. To były zdradliwe tereny. Buty tonęły w błocie. 

Zbliżając się do Erica, patrzyła mu w oczy. Zielo­

ne i nieruchome, nie zdradzały żadnych emocji. 

Gdzie, u licha, podział się Brad? 
Michaelsona też to dręczyło. 

- Jeśli to pułapka, to marny twój los, Indianinie. 

Jeden fałszywy ruch, a ona nie żyje. Będzie konała 
długo i w męczarniach. Przetrącę jej kręgosłup. 

Wendy zadrżała. Czuła zimną lufę pistoletu wbija­

jącą się jej w plecy na wysokości nasady kręgosłupa. 

- To nie pułapka, przysięgam - zapewnił bandytę 

Eric. - Ten mięczak po prostu wziął nogi za pas. 

background image

2 3 6 NOCE NAD FLORYDĄ 

Zostawił Wendy na pastwę losu. Jak go znajdę, 
będzie mój. Ja też potrafię zadawać powolną śmierć. 

Michaelson odchrząknął, a Wendy patrzyła na 

Erica, modląc się o odwagę. 

Błoto stawało się coraz głębsze. Leif uczył ją, by 

unikała takiego terenu, bo mogą na nim występować 
grzęzawisko. Nie powinni iść dalej. Każdy krok mógł 
się okazać tym fałszywym. Zatrzymała się. 

- Chodź, Wendy! - zawołał Eric. - Musimy 

znaleźć tego sukinsyna! Wciągnął nas w swoje ciem­
ne sprawki, a teraz zostawił na lodzie! 

- Eric... 

Patrzyła na niego, błagając wzrokiem o jakiś znak. 

Bezskutecznie. 

Michaelson pchnął ją znowu lufą pistoletu. 
- Głucha jesteś? Ruszaj. Ukatrupię tego szpiega, 

- No chodź, Wendy! - ponaglił ją Eric. 

Ruszyła. 
I nagle zdała sobie sprawę, że Jenkins i Pedro, 

choć Michaelson kazał im iść za sobą, chyba tego nie 

uczynili. 

Michaelson mruknął coś pod nosem. Wendy, wy­

czuwając już wyraźnie pod podeszwami zasysającą 
siłę trzęsawiska, przypomniała sobie, że Michaelson 

ma na nogach eleganckie skórkowe mokasyny. 

Z trudem wyciągnęła but z błota i zrobiła kolejny 

krok. Zachwiała się i omal nie runęła twarzą w dół. 
Próbowała znowu unieść nogę, ale nie była w stanie, 
ssanie było zbyt silne. Zapadła się głębiej. 

background image

Heather Graham  2 3 7 

Michaelson wpadł na nią od tyłu, pistolet wyleciał 

mu z ręki. Grunt pod nimi gulgotał. Wendy spojrzała 
pod nogi i dostrzegła, jak bagno połyka broń Micha-
elsona. 

Ten znowu zaczął kląć. Nie skończył jeszcze, 

a bagno wokół nich się uniosło. 

Nie, ono się nie podnosi, pomyślała bliska histerii 

Wendy. To my się zapadamy. 

- Sukinsynu! - wrzasnął Michaelson pod adre­

sem Erica, który stał spokojnie i patrzył na niego 
nieruchomym wzrokiem. 

Błoto oblepiało ich i wciągało. Wendy

 uświado­

miła sobie, że tkwi już w nim do połowy ud. W krtani 
wzbierał jej krzyk. 

Kiedy go wydała, od strony chaty doleciał straszny 

wrzask bólu. Michaelson obejrzał się i chwycił ją 
kurczowo wpół. 

- Ona idzie na dno ze mną! Sukinsyny! Idzie na 

dno ze mną! 

Wendy krzyknęła z bólu i panicznego strachu. 

Michaelson wciągał ją za sobą w topiel coraz głębiej. 
Nie miał już pistoletu, ale miał ją. I nie widziała już 
dla siebie ratunku. 

Odrzuciła w tył głowę i krzyknęła rozpaczliwie. 

Brad usłyszał w chacie rozdzierający krzyk Wendy. 
Dotąd wszystko szło jak w zegarku. Plan, który 

obmyślili z Erikiem, nie dawał stuprocentowej szan­
sy, ale lepszego nie mieli. I dotąd był skuteczny. 

background image

2 3 8 NOCE NAD FLORYDĄ 

Udało mu się dojść do samej chaty, a potem ukryć 

się za węgłem. Gdyby Michaelson, Jenkins albo 
Pedro tam zajrzeli, byłoby po nim, zanim zaczął. 

Ale nie zajrzeli. 
I tak jak zakładał Brad, Michaelsonowi puściły 

nerwy. Wyszedł z Wendy przed chatę. Potem nie 
potrafił się już skoncentrować. Brad zdawał sobie 
sprawę, że życie całej ich trójki zależy teraz od niego. 
Przywierając do ściany, powtarzał sobie, że jest 
dobrze wyszkolony do takich właśnie akcji i musi 
działać z zimną krwią i wyrachowaniem. 

Takiego trudnego zadania jeszcze nie wykonywał. 
Widząc, że Michaelson przystawił lufę do po­

liczka Wendy, wszedł do chaty tymi samymi drzwia­
mi, którymi przed chwilą wyszedł Michaelson 

z Wendy. 

Jenkins i Pedro wyglądali przez okno. Jenkins 

zauważył Brada dopiero, kiedy ten ogłuszył Pedra 
kolbą karabinu. 

Jenkins był dobrym przewodnikiem, ale ze wzglę­

du na swą masę kiepskim bokserem. Za wolno się 
poruszał. Brad powalił go jednym ciosem w żołądek, 
poprawiając jeszcze uderzeniem kolbą karabinu 
w podbródek. 

Pedro długo nie dojdzie do siebie. Jenkinsa, cho­

ciaż ten miał złamaną szczękę, wołał dla pewności 
związać paskiem. Jenkins był groźny, a ranny -jesz­

cze groźniejszy. Zupełnie jak zwierzę. Tam do diab­
ła, przecież oni są zwierzętami. 

background image

Heather Graham 

Brad kończył właśnie z Jenkinsem, gdy Wendy 

krzyknęła. 

Serce podeszło mu do gardła, wypadł z chaty 

i zobaczył Erica biegnącego co sił w nogach w kie­

runku trzęsawiska. 

Szybko zrozumiał dlaczego. 
Wendy rozegrała to jak prawdziwa aktorka. Eric 

obawiał się, że spanikuje, kiedy wyczuje pod nogami 
topiel, ale ona nie dała nic po sobie poznać i szła 
dalej. Do tego Michaelson zgubił pistolet. Miał 

jednak Wendy i trzymał ją kurczowo. Szamotał się 

przy tym rozpaczliwie, toteż oboje szybko zanurzali 

się coraz głębiej. 

- Puść ją! - Brad nie poznał własnego głosu. 

- Puść ją! - wrzasnął jeszcze raz. 

Musi działać logicznie, musi porozmawiać, po­

wiedzieć Michaelsonowi, żeby się uspokoił, żeby się 
tak nie miotał. 

- Puść ją! - wrzasnął po raz trzeci. 
Eric był już przy czarnym bajorze. Położył się na 

brzuchu i wyciągnął do Wendy rękę. 

Brad wbiegł w błoto; chwyciło go natychmiast za 

nogi, oblało, wciągnęło. Było jak diabelskie, żywe 

stworzenie. 

Zignorował je. Tam jest Wendy, a Michaelson 

obejmuje ją za szyję. Czarna maź sięga jej już do 
piersi. 

- Brad! - wyszeptała. 
Była szara jak popiół, upaćkana w błocie, roz-

background image

240 

NOCE NAD FLORYDĄ 

trzęsiona. Michaelson wciągał ją za sobą w grzęzawi­
sko. Odpływała z tego świata, a jej oczy były nadal 
przepięknie srebrne i mówiły Bradowi, że go kocha. 

Wydał z siebie ryk, którego nigdy u siebie nie 

słyszał. Było to właściwie dzikie wycie, szorstkie 
i bezwzględne jak sama przyroda. Chwycił Michael­
sona za ręce i oderwał je od szyi Wendy. 

- Ty sukinsynu! - syknął Michaelson. - Ty fede­

ralny sukinsynu, pójdziesz na dno ze mną. 

Brad wyprowadził prawy prosty. Michaelsonowi 

głowa odleciała w tył. Brad odwrócił się, by po­
pchnąć Wendy w kierunku Erika. Zanurzała się coraz 
głębiej, błoto sięgało już jej podbródka. 

- Daj mi rękę! - krzyknął, sięgając w bezdenną 

topiel. 

Znalazł jej dłoń. Klął i modlił się. Z odrażającym 

kląśnięciem błoto uwolniło rękę Wendy. 

Eric już po nią sięgał; Brad obawiał się, że 

sam jej nie utrzyma, że mu się wyśliźnie. Ale 

palce Erica mocno zacisnęły się na nadgarstkach 
Wendy. 

W samą porę. Brad zobaczył kątem oka, że Micha­

elson już doszedł do siebie i zaciska pięści, by 
zaatakować. Uchylił się, toteż pięść Michaelsona 
ledwie go musnęła. Brad uświadomił sobie, że się 
zapada. To błoto naprawdę żyje. Niczym czarny 
demon okleja, pieści jego ciało, wieszcząc śmierć. 

- Idziesz ze mną, glino - oświadczył Michaelson 

i wybuchnął śmiechem. 

background image

Heather Graham 

241 

Bradowi przemknęło przez myśl, że pewnie osza­

lał, ale z drugiej strony ktoś, kto tak jak Michaelson 
ma lód w żyłach, nie może być zupełnie normalny. 

- Nie jestem gliną - powiedział Brad. - Jestem 

z DEA. 

- Brad! - krzyknęła Wendy. 
Obejrzał się i stwierdził z niewypowiedzianą ulgą, 

że Eric już ją wyciągnął z grzęzawiska. Była ubab­
rana od stóp do głów w czarnej mazi, ale wolna. 

Za to on zapadł się już niemal po szyję. 
- Brad! Daj mi rękę! - krzyczała Wendy, wlepia­

jąc w niego te swoje piękne srebrne oczy. 

Włosy miała w błocie, ale oczy czyste. 
- Nie, Wendy, nie chcę cię tu z powrotem wciąg­

nąć... 

- Daj jej rękę! - wrzasnął Eric. 

Dopiero teraz Brad zauważył, że Eric leży za 

Wendy i trzyma ją za nogi. 

- Brad! - wrzasnęła piskliwie. 
- Do cholery, wiem, co robię! - krzyknął Eric. 
Brad stwierdził nagle, że opuściły go siły. Unie­

sienie rąk wydawało mu się nadludzkim wysiłkiem. 

- Brad! 
Jej krzyk dodał mu sił. Wyciągnął do niej rękę. 

Gdy chwyciła go za nadgarstek, Eric natężył się 
i pociągnął ją za nogi. Bradowi przemknęło przez 
myśl, że uczestniczy teraz w pojedynku na przeciąga­
nie liny. 

Bagno go wzywa... 

background image

242 

NOCE NAD FLORYDĄ 

I nagle dało za wygraną. Widząc ubłocone palce 

Wendy na przedramionach, uświadomił sobie, że 
pokonali ssącą siłę trzęsawiska, że jest ocalony. 

Dał się słyszeć przeciągły, żałobny odgłos. To 

zaszlochało błoto. Potem pokryło się bąbelkami po­
wietrza, zagulgotało, i był wolny. 

Wylądował na Wendy i Ericu. Wszyscy troje 

wybuchnęli głośnym śmiechem. 

- Sukinsyn! Ty zawszony su... 

Michaelson nie dokończył. Zniknął z obrzydli­

wym kląsnięciem pod powierzchnią, po czym błoto 
zamknęło się nad jego głową. 

Mało brakowało, a podzieliłbym jego los. Mało 

brakowało, żeby tak skończyła Wendy. 

- Boże! - szepnęła. 
Pocałował ją. Smakowała błotem. Puścił ją, a ona 

dalej się śmiała. I nagle wyczuł za plecami czyjąś 
obecność. Padł na nich dziwny cień. 

Wendy, widząc niepokój w jego oczach, podniosła 

wzrok i zobaczyła przyglądającego się im nieznajo­
mego. Był wysoki, szczupły, siwowłosy i patrzył na 
nich z rozbawieniem w niebieskich oczach. 

- Purdy! - wykrztusił ze zdumieniem Brad. 
- McKenna - warknął L. Davis Purdy, biorąc się 

pod boki -ja tu rwę włosy z głowy, ciągam po bagnach 
tego tutaj szacownego starszego dżentelmena... 
- urwał, pokazał kciukiem za siebie i Wendy dopiero 
teraz zauważyła stojącego tuż za nim Williego - a ty 
uprawiasz tu sobie zapasy w błocie z jego wnuczką? 

background image

Heather Graham 

243 

- A to zadanie ci przydzielili, McKenna. - Zza 

Purdy'ego wysunął się teraz niższy od niego, rudo­
włosy, piegowaty mężczyzna, uśmiechnął się do 
Brada, puścił oko do Wendy. 

- Ty też tutaj, Gary? - zdziwił się Brad. - Eric, 

Wendy, to pan L. Davis Purdy i Gary Hanshaw. 

- Miło mi panią poznać, pani Hawk, i pana 

również, Ericu. 

- Jak tu trafiliście? - spytał Brad. 
- Twój znajomy z warsztatu, Mac, zawiózł nas do 

domu pani Hawk, gdzie zastaliśmy starszego pana 
Hawka. On nas tu przyprowadził - odparł z uśmie­
chem Purdy, potem wskazał ruchem głowy na trzęsa­
wisko. - Michaelson? 

Brad kiwnął głową. 
- Może to i dobrze - mruknął Purdy i znowu się 

uśmiechnął. - Aleście się utytłali. 

- To tak? A gdzie byliście wy, kiedy myśmy się 

tytłali? 

Gary roześmiał się. 

- Zajrzeliśmy do chaty. Pedro jakby się już bu­

dził, ale nigdzie się nie ruszy. 

- Nie? - zapytał Brad. 
- Stoi nad nim piękny wielki kot. Chciałem 

go zastrzelić, ale pan Hawk zapewnił mnie, że 
ta puma to godny zaufania i wierny zwierzak do­
mowy. 

- Dzidzia! - wykrzyknął Brad. 
- No wiecie! - Purdy spojrzał na Gary'ego i po-

background image

2 4 4 NOCE NAD FLORYDĄ 

kręcił głową. - Zostawić chłopaka na tydzień w lesie 

samego i proszę. Uprawia zapasy w błocie. I myśli, że 

osiemdziesięciokilogramowa pantera to domowy ko­
ciak. Co się z nim porobiło? 

Brad zerknął na Erica i roześmiali się obaj. Purdy 

odwrócił się i ruszył z powrotem do chaty. 

- Musimy zabrać stamtąd parę drobiazgów, i wy­

nocha stąd. A tobie, McKenna, przydałaby się solid­
na kąpiel. 

Purdy kazał Gary'emu zostać z Hawkami i poma­

gać im, w czym tylko można. Brada zabierał ze sobą 
do chaty, zapewne po to, by w jego obecności 
wstępnie przesłuchać Jenkinsa i Pedra. 

Gdy się rozstawali, Brad zauważył, że Wendy 

patrzy na niego smutnymi oczami, w których kręcą 

się łzy. 

Jenkins i Pedro zeznawali chętnie, jeśli jednak 

chodzi o samolot, to niewiele potrafili powiedzieć. 
Michaelson wiedział tylko tyle, że maszyna z to­
warem rozbiła się przed dwoma dniami gdzieś na 
bagnach. Pilot nie nawiązał z nim łączności radio­
wej, a więc przypuszczalnie zginął. Jenkins nary­
sował na ziemi prowizoryczną mapkę i zaznaczył 
miejsce, w którym jego zdaniem leży wrak. Potem 
poprosił o lekarza, który nastawiłby mu złamaną 
szczękę. 

Jeden z ludzi Purdy'ego, dał mu proszek przeciw­

bólowy i udzielił pierwszej pomocy. 

background image

Heather Graham 245 

- Zaraz będzie tu helikopter i odstawi cię do 

Jackson - zapewnił Jenkinsa Purdy. 

Skompletowawszy ze swoich ludzi grupę, która 

miała szukać na bagnach wraku samolotu, Purdy 
zwrócił się do Brada: 

- No, stary, już po wszystkim. Wypełniłeś swoją 

misję. Teraz jesteś mi potrzebny w biurze. Napiszesz 
raport i złożysz zeznania. Wracamy. 

Ponieważ stary dom Brada spłonął, agencja wy­

najęła mu nowe mieszkanie i nawet je wyposażyła 

w sprzęty najbardziej potrzebne w gospodarstwie 
domowym. 

Ale było w nim pusto - cholernie pusto. 
Brad usiadł na sofie i zamknął oczy. Jak będzie 

teraz wyglądało jego życie? Wykąpał się, przebrał, 
i co dalej? 

Mógłby wrócić do biura, napisać raport, a potem 

uczcić z kolegami fakt wykonania trudnego zada­
nia. Pójść do nocnego klubu przy plaży na parę 
drinków. 

Mógłby poznać jakąś kobietę. Jakąś ładną, łatwą 

dziewczynę myślącą o swojej karierze, z którą spę­
dziłby miło czas bez żadnych zobowiązań. Rano 
zjedliby śniadanie. Może nawet zapamiętaliby swoje 
imiona. 

Ale nie, dzisiaj wieczorem nigdzie nie pójdzie, 

nawet na piwo z chłopakami. Nie chce mu się. 

To postanowienie wzięło jednak w łeb. W biurze 

background image

2 4 6 NOCE NAD FLORYDĄ 

dowiedział się, że Wendy jest przesłuchiwana przez 
prokuratora okręgowego. Pojechał do jego siedziby, 
ale Wendy już tam nie było. Przygnębiony wrócił do 
swojego pustego mieszkania. Wypił piwo, potem 
następne. 

Potem podniósł słuchawkę, ale przypomniał so­

bie, że przecież Wendy nie ma w domu telefonu. 

Nie zostawiła dla niego żadnej wiadomości. Na­

wet się nie pożegnała. 

Wypił jeszcze jedno piwo. I jeszcze jedno. Około 

trzeciej nad ranem zasnął wreszcie z jej imieniem na 
ustach. 

Wendy wróciła do pracy u Erica, ale nie mogła się 

skoncentrować. Któregoś dnia Eric wszedł do poko­

ju, wyjął jej z rąk książkę, którą czytała, i odwrócił 

właściwą stroną do góry. Potem usiadł naprzeciwko 
niej, zetknął palce czubkami i przyglądał się jej 

badawczo przez kilka chwil. 

- Może pojechałabyś go odwiedzić w Lauder-

dale? - zasugerował w końcu. 

Pokręciła głową. 
- Gdyby chciał się ze mną zobaczyć, przyjechał­

by tu. 

- Tobie wydaje się to logiczne. A jeśli on rozu­

muje tak samo? Że gdybyś chciała się z nim zoba­
czyć, przyjechałabyś do niego? 

- Byłam tam na przesłuchaniu, a jego nie było. 
- Miał pewnie milion spraw do załatwienia. Bądź 

background image

Heather Graham 

247 

rozsądna, Wendy. Coś ci powiem: w piątek jem 
kolację ze starymi znajomymi w Las Olas. Podwiozę 
cię do Brada. 

- Nie. 
- Dlaczego? 

- Bo to nie wypada. A zresztą po co? On nie 

zrezygnuje dla mnie ze swojej pracy i trybu życia. 

Eric uśmiechnął się i wziął ją za rękę. 

- Wendy, ludzie się zmieniają. Na przykład zako­

chują się i zmieniają priorytety. 

- A kto mówi, że on się zakochał? - wyszeptała. 

Eric wzruszył ramionami. 

- Ja ci to mówię. Życie jest jak rzeka, jak mawia 

Willie. Żeby je szczęśliwie przeżyć, trzeba iść za 
głosem serca. 

- Zastanowię się - mruknęła. 
W piątek rano zebrała się na odwagę. Wykąpała 

się, umyła włosy, zrobiła sobie manicure i pedicure 
i przygotowała jedwabną koktajlową suknię. 

O czwartej po południu odwaga zaczęła ją opusz­

czać. No bo co mu powie? Może wskoczymy jeszcze 
raz do łóżka, Brad, jak za starych dobrych czasów? 
Cześć, Brad, przechodziłam tędy, no i pomyślałam 
sobie, że wpadnę? 

A jeśli zastanie u niego jakąś kobietę? 
Z tych rozważań wyrwał ją szum silnika. Z za­

skoczeniem stwierdziła, że to Eric. Umawiali się, że 

podjedzie po nią dopiero o siódmej. Otworzyła mu 
drzwi. 

background image

2 4 8 NOCE NAD FLORYDĄ 

- To do ciebie - powiedział Eric, wręczając jej 

plik listów. - Odebrałem na poczcie. A przy okazji 
chciałem się dowiedzieć, czy wytrwałaś w postano­
wieniu. Nadal jesteśmy umówieni? 

- Sama nie wiem... - zaczęła Wendy. 
- Wrócę za dwie godziny. - Pomachał jej i wy­

szedł. 

Wróciła do kuchni i zaczęła przeglądać pocztę. 

Rachunki... reklamy... Serce zabiło jej żywiej na 

widok koperty z nadrukiem biura Brada. 

Rozerwała ją niecierpliwie, ale czekał ją zawód. 

Było to oficjalne pismo z podziękowaniami za udzie­
lenie gościny agentowi. 

- A to sukinsyn! - zaklęła, po czym wybiegła na 

korytarz, wpadła do sypialni, rzuciła się na łóżko 
i rąbnęła pięścią w poduszkę. 

I nagle uświadomiła sobie, że nie jest sama. 

Odwróciła głowę. 

Stał dokładnie tam, gdzie widziała go w snach. 

W progu. I patrzył na nią. Tylko że był w granato­
wym garniturze. 

Ależ jest przystojny. Dobrze mu w granacie. Biała 

koszula, gustowny krawat. Włosy zaczesane do tyłu. 
Oczy jakby trochę bardziej podkrążone, twarz jakby 
szczuplejsza. 

Ale jest tu, stoi przed nią. 
Automatycznie uniosła rękę do mokrych, nieucze­

sanych włosów, spojrzała na swój wystrzępiony 
szlafrok... 

background image

Heather Graham 

249 

Jak mógł przyjść tutaj bez uprzedzenia i zasko­

czyć ją nieprzygotowaną, w takim stanie?! Nie tak 
to widziała w snach. Ogarnął ją gniew, zerwała się 
z łóżka. 

- Ty draniu! - wysyczała. 
- Ja... eee... pukałem. Nie słyszałaś? 
- Nie słyszałam? - Ruszyła na niego. - Wpuś-

ciłam cię pod mój dach, przewróciłam do góry 
nogami swój dom, swoje życie. Porwali mnie dilerzy 
narkotyków. I jak mi się za to odwdzięczyłeś? 
Powiedziałeś chociaż: do widzenia, Wendy, dzięku­

ję, było miło? Nie! - Zabębniła pięściami w jego 

pierś. - Nie! Dostałam tylko z twojego wydziału list 
z podziękowaniami za udzielenie ci gościny! 

- Wendy... 
- Nienawidzę cię! Gardzę tobą. Jesteś bezwzglę­

dnym niewdzięcznikiem! - Uchylił się przed jej cio­
sem, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie. 

- Wendy... 
- Niech cię diabli porwą, McKenna! 
Wziął ją na ręce. Odruchowo objęła go za szyję 

i spojrzała mu w oczy. Ruszył w stronę łóżka. 

Serce jej płonęło, płonęło ciało. Dotykał jej, trzy­

mał ją znowu w ramionach. I szedł w stronę łóżka. 

Położył ją, pociągnął ostrożnie za pasek szlafroka 

i patrzył, jak się rozchyla. Na widok jej nagości 
wstrzymał oddech. Na szyi zaczęła mu pulsować 
żyła. Pochylił się i pocałował ją w brzuch. Zanurzył 
palce w jej włosy. 

background image

2 5 0 NOCE NAD FLORYDĄ 

- Wybierałam się dzisiaj do ciebie - powiedziała 

cicho. - Miałam wszystko zaplanowane. Chciałam 

włożyć jedwabną suknię. Być piękna. 

- Jesteś piękna - wyszeptał. - Przepiękna. 
- Och, ty straszny, nieczuły draniu! Nienawidzę 

cię - wyszeptała Wendy. 

Czuła, jak Brad muska wargami jej skórę. Potem 

wyprostował się i spojrzał jej w oczy. 

- Wyjdziesz za mnie, Wendy? 

Otworzyła szeroko oczy. 

- Słucham? 
Rozluźnił krawat. 
- Dużo o tym rozmyślałem. Wiem, jakie masz 

zdanie na ten temat, ale wydaje mi się, że mogliby­

śmy dojść do kompromisu. Teraz życie o wiele wię­

cej dla mnie znaczy. Nie zdawałem sobie sprawy, że 
aż tak je cenię, dopóki nie popróbowałem, jak to jest, 
kiedy się je z kimś dzieli. Kocham cię, Wendy. Nie 
zmienię siebie, swoich poglądów ani przekonań, ale 
kocham cię. I podejrzewam, że ty też mnie kochasz. 
Siedziałem przez te ostatnie tygodnie i gapiłem się na 
puste ściany. Tak bardzo cię pragnąłem. Miałem 
nadzieję, że może mi wybaczysz, że byłem, jaki 
byłem. Miałem nadzieję, że zadzwonisz... 

- Ty też nie zadzwoniłeś! - wytknęła mu. 
- Nie masz telefonu - przypomniał jej Brad. 

- Trzeba go będzie zainstalować. 

- Jak to? - spytała ostrożnie. - Będziemy miesz­

kali... tutaj? 

background image

Heather Graham 

251 

- Dojazd do pracy zabierze mi rano co najmniej 

godzinę, ale co tam. Kiedy pracowałem na Manhat­
tanie, też jechałem godzinę metrem. Zostanę w DEA, 
ale kończę z pracą operacyjną. Chcę co wieczór 
wracać do domu, do domu tutaj, i spędzać z tobą 
każdą noc. Zamieszkamy w tym domu. Z telefonem. 

- Z telefonem - powtórzyła Wendy. 
Krawat Brada opadł na podłogę, za nim pole­

ciały marynarka, kamizelka i koszula, ale Wendy pa­
trzyła wciąż na niego osłupiała. Kiedy zdjął spodnie 
i buty, zadrżała. Położył się przy niej i pocałował ją 

gorąco, wodząc powoli dłonią po wszystkich jej 
krągłościach. Potem uniósł głowę i spojrzał prosto 
w jej srebrzyste oczy. 

- A więc? 
- Co „a więc"? - Myślami była gdzie indziej. 

O co mu chodzi? 

- No, jaki jest werdykt? - Pocałował ją i znowu 

spojrzał w oczy. - Wyjdziesz za mnie? 

- Tak! Tak, wyjdę. 
- To się cieszę - rzekł z uśmiechem i wziął ją 

w ramiona. - Tak mi ciebie brakowało - wyszeptał. 
- Już nigdy cię nie opuszczę. Nigdy. 

Wendy oplotła mu ramionami szyję. 
- Kocham cię i już nigdy, przenigdy nie pozwolę 

ci odejść. 

Brad mruknął coś jeszcze, ale ona już nie słuchała, 

słowa przestały się liczyć... 

background image

252 

NOCE NAD FLORYDĄ 

Leżeli jeszcze w łóżku wyczerpani i senni, kiedy 

Wendy usłyszała warkot silnika. 

- O kurczę! - Wyskoczyła z łóżka i sięgnęła po 

szlafrok. - To Eric - rzuciła. 

Brad uniósł brwi i podkładając ręce pod głowę, 

wyciągnął się wygodnie. 

- Hej! - trąciła go w bok - ty też wstawaj! 
Roześmiał się, usiadł i wciągnął spodnie. 
- On się od razu domyśli, co robiliśmy. 
Brad parsknął śmiechem. 

- A myślisz, że po co chciałem cię zawieźć do 

miasta? 

- Na kolację w doborowym towarzystwie! - skła­

mała obrażona Wendy. 

Brad, wciąż się śmiejąc, przeszedł do salonu. 

Zawiązując szlafrok, Wendy usłyszała głosy roz­

mawiających mężczyzn. Poprawiła pośpiesznie wło­

sy i weszła do pokoju. Brad otoczył ją ramieniem. 

- On mówi, że to dla niego zaszczyt być mistrzem 

ceremonii na naszym ślubie. Jest przekonany, że 
Willie z radością zgodzi się poprowadzić cię do 
ołtarza, a jak już będziemy tu mieli telefon, to może 
się przełamie i też go sobie założy. 

Wendy parsknęła śmiechem. Eric ucałował ją, 

podobnie rozbawiony. 

- A nie mówiłem, Wendy? - szepnął jej do ucha. 

- Trzeba nam wszystkim iść za głosem serca. ~ Uści­

snął ją. - Zaraz, może masz szampana? 

Wendy miała szampana. Był ciepły, ale wrzucili 

background image

Heather Graham 

253 

sobie do kieliszków po parę kostek lodu, po czym 
Eric wzniósł toast. 

Dwa miesiące później w miejscowym kościele 

Willie oddał Bradowi rękę Wendy. Miała na sobie 

jasnoszarą suknię podkreślającą srebro jej oczu. 

Brad powiedział jej później, że była najpiękniej­

szą panną młodą, jaką w życiu widział. 

- Naprawdę? - zapytała. 

Opowiadał jej właśnie, jak bardzo podoba mu się 

jej suknia, co nie przeszkadzało mu dokładać wszel­

kich starań, by jak najszybciej ją z niej ściągnąć. 

- Naprawdę. 
- Tak się cieszę, że się pobraliśmy. 
- Mhm, ja też - mruknął Brad z roztargnieniem. 

Suknia zapinana była z tyłu na milion małych 

haftek, a Wendy nie kiwnęła palcem, by mu pomóc 
w ich odpinaniu. 

- Bo wydaje mi się, że będziemy mieli ślicznego, 

maleńkiego gościa - dokończyła z przesadną skrom­
nością. 

- No i dobrze - wycedził Brad przez zęby, do­

prowadzony już do szewskiej pasji labiryntem haftek 
tej przeklętej sukni. 

Nagle palce mu znieruchomiały. 
- Co? 
- Kto wie, czy nie będzie to mały płowowłosy 

gość ze złotymi oczkami. - Głos nagle jej zadrżał. 

- Masz coś przeciwko temu? 

background image

254 

NOCE NAD FLORYDĄ 

- Czy mam coś przeciwko temu? - zapytał szep­

tem. - Ja... ja... Ależ skąd! 

Zabrakło mu słów, by jej powiedzieć, jak ją kocha 

i w jaki zachwyt, w jaką euforię wprawiła go wiado­
mość, że w drodze jest dziecko - ich dziecko. 

Pochylił się więc tylko i pocałował ją najgoręcej, 

jak potrafił.