background image

1

Helen Brooks

Wiosna w Paryżu

background image

2

ROZDZIAŁ PIERWSZY

-    Jak  się  dzisiejszego  ranka  miewa  nasza  urocza  Holly?  Pewnie  dobrze  się  bawiłaś 

podczas weekendu, co, kotku? Bo na mój gust wyglądasz tak, jakbyś go nie zmarnowała.

Holly  uniosła  wzrok  znad  klawiatury.  W  drzwiach  stał  tłusty,  niski  Jeff  Roberts  i 

lubieżnie się jej przyglądał.

-    Dzień  dobry,  panie  Roberts  -  powiedziała  grzecznie,  tłumiąc  w  sobie  niechęć  i 

obrzydzenie. Ale zaraz cała zesztywniała, bo Jeff leniwym krokiem podszedł do biurka.

Był teraz wystarczająco blisko, by owionął ją ostry, wyciskający łzy z oczu zapach jego 

wody po goleniu. Holly z powrotem zabrała się do przepisywania w nadziei, że Jeff zostawi ją 

w spokoju.

Kilka  tygodni  temu,  kiedy  rozpoczęła  pracę  w  Querruel  International,  ustaliła  trzy 

sposoby radzenia sobie z biurowymi obmacywaczami.

Pierwszy:  ignorować  typa,  dając  mu  jednocześnie  do  zrozumienia  lodowatym 

traktowaniem, że jego zaloty nie są mile widziane.

Drugi: głośno krzyczeć, że jest molestowana.

Trzeci: pójść na całość i dać typowi prawym sierpowym w pysk.

Holly najpierw zastosowała ten pierwszy sposób, ale jej taktyka przez osiem tygodni nie 

dała najmniejszego rezultatu. Gdyby uciekła się do drugiego sposobu i złożyła skargę na Jeffa, 

mogłaby  stracić  pracę.  Jeff  Roberts  był  synem  dyrektora  zarządzającego  i  źrenicą  w  oku 

rozczulającego się nad nim ojca.

Natomiast  trzeci  sposób  z  całą  pewnością  doprowadziłby do  zwolnienia  jej,  co  gorsza, 

bez dobrych referencji. A praca, którą teraz miała, obiecywała świetlane perspektywy. Ale - i 

ta  myśl  stawała  się  w  ciągu  ostatnich  tygodni  coraz  bardziej  pociągająca  -  obrzydliwiec 

dostałby wreszcie nauczkę, której by tak szybko nie zapomniał.

Jeff pochylił się, by przeczytać tekst na ekranie, i niskim głosem powiedział:

- Już cię prosiłem, żebyś mi mówiła po imieniu, kiedy jesteśmy sami.

Typ zawsze wydzielał ohydny odór, zupełnie jakby się nigdy nie mył. Holly z trudem się 

opanowała,  by  się  nie  cofnąć  z  obrzydzenia.  Było  tym  gorzej,  że  siedziała  w  malutkim 

pokoiku,  wydzielonym  z  sekretariatu  ojca  Jeffa,  z  jednym  tylko  niewielkim  oknem  i  z 

jednymi dostępnymi drzwiami, prowadzącymi do głównego sekretariatu, bo drzwi na korytarz 

zostały zastawione regałami. Jeff szybko się zorientował, jakie korzyści może mu przynieść 

taki układ pomieszczenia.

-   Pewnie pan szuka Margaret. Poszła do bufetu, ale zaraz wróci - powiedziała ostro.

background image

3

- Aha - mruknął i pochylił się nad nią jeszcze bardziej, muskając przy okazji ręką jej pierś. 

- Mogę na chwilę to wziąć?

Holly przestała pisać, zmuszając się, by spojrzeć na jego ciastowatą, spoconą twarz.

-    Panie Roberts, już panu mówiłam, że nie życzę sobie takiego zachowania.

-    Jakiego?  -  spytał,  nawet  nie  udając,  że  jest  oburzony  niesłusznym  podejrzeniem. 

Powędrował  wzrokiem  od  jej  piersi  w  dół,  na  nogi,  a  potem  wrócił  spojrzeniem  na  twarz, 

oblizując przy tym wargi.

-    Nie życzę sobie, by pan mnie dotykał - wyjaśniła dobitnie.

-    Czy  ja  ciebie  dotykałem?  -  Uśmiechnął  się,  pochylił  jeszcze  niżej  i  szepnął:  -

Pójdziemy po pracy na drinka? Podobałoby ci się to, prawda?

Prędzej piekło zamarznie, pomyślała wściekła.

-    Niestety, mam inne plany.

-    Więc  jutro?  -  Spojrzenie  jego  oczu  w  kolorze  błota  chciwie  się  po  niej  ślizgało.  -

Jeżeli okażesz się miła, mogę ci też postawić kolację. To chyba uczciwa propozycja?

Do czego ta  glista zmierza?  To, że jest synem dyrektora, nie daje mu jeszcze prawa, by 

tak się zachowywać!

Z zasłyszanych w bufecie rozmów Holly wiedziała, że Jeff Roberts obmacuje kogo tylko 

może, ale dziewczęta na  ogół były bezpieczne, bo większość z nich nie pracowała w pokoju 

sama.

Spojrzała mu prosto w oczy.

-    Przykro  mi,  panie  Roberts,  ale  nie  pójdę z panem na drinka ani jutro, ani w żadnym 

innym terminie -oświadczyła zimno.

-    Mogę  tu  dla  ciebie  wiele  zrobić,  Holly,  jeżeli  dobrze  rozegrasz  karty  -  powiedział 

miękko. - Ale mogę ci też bardzo zaszkodzić. Rozumiesz, co mówię?

-    Bardzo dobrze rozumiem - odparła Holly lodowatym tonem.

-    Więc?       

-    Więc moja odpowiedź pozostaje taka sama. A teraz muszę skończyć ten tekst.

Przez chwilę patrzył na nią, wreszcie się wyprostował i Holly miała już nadzieję, że sobie 

pójdzie. A wtedy on pochylił się, od tyłu chwycił ją za piersi i przez trwającą całą wieczność 

sekundę boleśnie je ściskał. Dopiero wtedy wyprostował się i ruszył do drzwi.

Nawet  nie  zastanowiła  się,  co  robi.  Natychmiast  zerwała  się  z  krzesła  i  z  całej  siły,  z 

głośnym plaskiem, uderzyła go w twarz.

Tego  Jeff  na  pewno  się nie spodziewał. Odstąpił w tył kilka kroków, wpadł na regał, a 

potem  z  jego  ust  popłynęła  wiązanka  wulgarnych  przekleństw.  Gdy  się  prostował,  Holly 

background image

4

wiedziała,  że  jej  odda,  więc  się  przygotowała.  Jej  niebieskie  oczy  rzucały  błyskawice,  a 

szczupłe ciało napięło się w oczekiwaniu.

-    Co tu się dzieje?!

Na  dźwięk głosu dobiegającego od drzwi Jeff aż się okręcił wokół własnej osi, a Holly 

wpatrzyła się w oszołomieniu w wysokiego mężczyznę, który stał w progu. Natychmiast się 

zorientowała, kto to jest. Nigdy go jeszcze nie widziała, ale tyle już słyszała od koleżanek o 

jedynym  i  wyłącznym  właścicielu  Querruel  International,  że  mogłaby  podać  jego  bardzo 

szczegółowy rysopis.

Jacques Querruel. Trzydzieści dwa lata, wolny, ale ciągnący za sobą łańcuszek kochanek 

i  nawiązujący  tyle  romansów,  że  stał  się  ulubionym  tematem  zarówno  poważnych 

magazynów,  jak  i  brukowców.  Typowy  playboy,  chociaż  od  większości  różnił  się  tym,  że 

pracował równie  zażarcie,  jak się  bawił. Milioner,  który z  paryskich  slumsów  własną pracą 

przebił się do kasty bogaczy. Teraz jego pierwotna paryska firma miała oddziały we Francji, 

w Stanach Zjednoczonych i w Anglii. A  w  życiu kierował się własnymi zasadami. Chociaż 

miał  kilka  świetnych  samochodów,  jak  należało  się  spodziewać  po  młodym  francuskim 

milionerze, jego ulubionym pojazdem był motor marki Harley.

-    Zapiera  dech  w  piersiach  -  powiedział  Holly  w  rozmarzeniu  jeden  z  młodszych 

urzędników. - Prawdziwy Król Szos! Cały czarny, a od blasku aż oczy bolą. I wprost pożera 

kilometry.

-    Powinnaś  zobaczyć  pana  Querruela  w  czarnej  skórzanej  bluzie  -  zachwycała  się 

kiedyś  przy  lunchu  jedna  z  sekretarek.  Kobiety  nie  traciły  czasu  na  omawianie  powabów 

motocykla,  wolały  omawiać  urok  jeźdźca.  -  Nie  ma  kobiety,  której  na  jego  widok  nie 

zmiękłyby kolana. Holly, mówię ci, to czysty dynamit!

A teraz widzi ten czysty dynamit na własne oczy, pomyślała, czując, jak ogarnia ją lekka 

histeria.  Rzeczywiście,  niebezpieczny.  Ale  jej  uwagę  natychmiast  przyciągnął  Jeff,  który 

właśnie mówił:

-    Panie  Querruel,  przepraszam,  że  musiał  się  pan  w  to  wmieszać.  Wiem,  to 

niewybaczalne.  Właśnie  udzielałem  pannie  Stanton  reprymendy,  bo  bardzo  niestarannie 

wykonała pracę, którą jej  zleciłem,  a ona to  bardzo źle  przyjęła. Obawiam  się, że  straciłem 

opanowanie, gdy mnie uderzyła.

-    Ty kłamco! - krzyknęła Holly. - Jak śmiesz...

-    Wystarczy.  -  Słysząc  jej  podniesiony  głos,  Jaąues  Querruel  ostro  uciął  protest.  -

Porozmawiamy o tym w gabinecie pana Robertsa. Oboje pójdziecie tam ze mną.

-    Chwileczkę! - Holly była tak wściekła, że już na nic nie zważała. Wiedziała, że gdy 

background image

5

pan Roberts senior zostanie powiadomiony o sprawie, natychmiast wyrzuci ją z pracy. - On 

kłamie. Nie chodziło o pracę...

-    Chyba wyraziłem się jasno. Przedyskutujemy całą sprawę bez świadków. Pan Roberts 

wraca dopiero za godzinę, więc nikt nam nie przeszkodzi.

Czy zrozumiał, co tu zaszło? Holly spojrzała w bursztynowe oczy i zatonęła w ich głębi. 

Były niepokojące. Magnetyczne, lecz zimne jak oczy drapieżnika, wilka czy wielkiego kota 

czyhającego na ofiarę.

Ale  zaraz  się  otrząsnęła,  zła  na  siebie  za  te  dziwaczne  myśli.  Co  się  z  nią  dzieje?  -

zastanawiała  się,  idąc  za  mężczyznami  do  luksusowo  urządzonego  biura  pana  Robertsa 

seniora.

Przechodząc  przez  sekretariat,  zauważyła,  że  Margaret  patrzy  na  nią  z  przerażeniem. 

Widocznie musiała coś usłyszeć. Zaraz jednak znalazła się w zamkniętym gabinecie, sama z 

Jacquesem Querruelem i gotującym się ze złości Jeffem Robertsem.

-    Doprawdy,  panie  Querruel,  nie  ma  potrzeby,  żeby  pan  zaprzątał  sobie  uwagę  tym 

nieszczęsnym  incydentem  -  mówił  lizusowatym  tonem.  -  Na  pewno  ma  pan  ważniejsze 

rzeczy...

-    Wprost  przeciwnie,  Jeff  -  odparł zimno Querruel, wskazując jednocześnie władczym 

gestem krzesła. Jeff już się więcej nie odzywał.

Holly  spodziewała  się,  że  Querruel  usiądzie  za  masywnym  dębowym  biurkiem,  ale  on 

przysiadł na brzegu blatu, a jego przenikliwe oczy patrzyły na nią krytycznie.

Zmusiła  się  do  spokoju,  by  nie  bawić  się  kolczykami  ani  nie  robić  żadnych  innych 

nerwowych  ruchów.  Ale  było  to  trudne  w  tych  okolicznościach  i  na  dodatek  z  Jeffem 

oddalonym tylko o pół metra. Jednak nie da się stłamsić. Brawurowo uniosła brodę, a jej oczy 

ciskały błyskawice.

-    A  więc... - przenikliwe spojrzenie Jacquesa przesunęło się z jej zarumienionej twarzy na 

ponurą twarz Jeffa. Zauważył wymowny czerwony placek na jego policzku. - Mamy problem, 

prawda?

-    Nic takiego, czego nie mógłbym sam załatwić, panie Querruel...

-    Tak,  do  licha.  Mamy  problem!  -  wybuchnęła  Holly.  -  Tyle  razy  prosiłam  pana 

Robertsa, by trzymał ręce przy sobie. Dziś posunął się za daleko. To zboczeniec. Nie zniosę, 

jeśli jeszcze raz mnie dotknie.

Ciemne brwi Querruela uniosły się, a pięknie rzeźbione usta lekko uśmiechnęły.

- Proszę mówić, panno Stanton. Proszę powiedzieć, co pani czuje - zachęcił ją.

A  więc on myśli, że to  zabawne! Holly ogarnęła taka furia, że zrobiło jej się czerwono 

background image

6

przed oczami. Zerwała się na równe nogi. W tej chwili nie myślała o zachowaniu pracy ani o 

tym, z kim rozmawia.

-    Dziękuję,  panie  Querruel  -  wysyczała  drżącym  z  pasji  głosem.  -  Właśnie  to 

zamierzałam  zrobić.  Syn  dyrektora  zarządzającego  jest  kłamcą  i  rozpustnikiem.  W  mojej 

pracy na pewno nie ma żadnych błędów, a on wcale nie wytykał mi niechlujstwa. Od dawna 

mnie molestuje, ale dziś przekroczył wszelkie granice. Dlatego uderzyłam go w twarz i niech 

się cieszy, że nie oberwał mocniej.

-    Jak  śmiesz!  -  wykrzyknął  Jeff.  Uznał,  że  za  długo  był  wykluczony  z  rozmowy. 

Spiorunował  Holly  wzrokiem  i  kontynuował  ze  złością:  -  Fakty  wyglądają  tak,  że  panna 

Stanton  nie nadaje się do tej pracy, ale było mi  jej  żal.  Dawałem jej bez  końca szansę i  za 

późno  zrozumiałem,  że  bierze  moją  uprzejmość  za  osobiste  zainteresowanie.  Gdy 

uświadomiłem  jej,  że  nie  życzę  sobie,  by  ze  mną  flirtowała,  nagle  się  uniosła  gniewem. 

Pewnie poczuła się jak kobieta odrzucona.

Jacques Querruel  przyglądał  się  przez  chwilę  temu  grubemu  osobnikowi  o 

przetłuszczonych włosach,  a potem przeniósł spojrzenie na uroczą młodą kobietę. Jej włosy 

koloru czekolady sięgały ramion, oczy miała niebieskie jak bławatki,  cudownie zarysowane 

kości policzkowe. I była oszalała ze złości. Och, jaka była wściekła! Uśmiechnął się.

-    Zgadza się pani z tym, co powiedział pan Roberts?

-    Do diabła, nie!

-    Czyli mamy pata. - Przenikliwe bursztynowe oczy patrzyły to na Holly, to na Jeffa. -

Czy któreś z was może poprzeć dowodami swoje twierdzenia?  To znaczy, na przykład, czy 

pan może udowodnić, że panna Stanton źle wykonuje swoją pracę? - zwrócił się do Jeffa.

-    Ona...  to  znaczy...  chciałem  powiedzieć,  że  często  muszę  jej  oddawać  przepisane 

teksty, żeby je poprawiła - wybrnął w końcu Jeff.

-    A pani, panno Stanton? Ma pani świadków zbytniego spoufalania się pana Robersta?

-    To już nawet nie jest zwykłe spoufalanie się! - wypaliła. - To obrzydliwe obmacywanie, a 

on uważa, że może sobie na to pozwolić, bo jest synem dyrektora zarządzającego. Wszystkie 

dziewczyny go unikają. I nie, nie mam świadków, już pan Roberts o to zadbał. Z tej dziupli, 

w której pracuję, nie ma żadnej drogi ucieczki ani kamery, która by wszystko filmowała! A 

jeżeli pan mnie spyta, czy któraś z koleżanek zechce potwierdzić moje słowa, powiem, że nie 

wiem. Ale najprawdopodobniej nie, jeżeli chcą zachować pracę.

-    Czy pani trochę nie przesadza?

-    Wcale nie! Mówię prawdę! - krzyknęła.

Nie ugnie się przed tym aroganckim Jacquesem Querruelem. Nie zamierza też dać mu się 

background image

7

onieśmielić. Pan Roberts senior z pewnością znajdzie co najmniej pół tuzina pracownic, które 

przysięgną, że  Jeff jest święty, ale  nic na to  nie  poradzi. Tak czy owak,  jej dni  w Querruel 

International  są  policzone.  Szkoda,  bo  przecież  tak  ciężko  pracowała,  by  zdobyć  dobre 

stanowisko.

-    Tak  więc  nie  wierzy  pani,  że  firma  potrafi  we  właściwy  sposób  załatwiać  takie 

sprawy? - spytał miękko Jacques.

Holly ze zdenerwowania musiała przełknąć ślinę, bo czuła, jak zaciska jej się gardło. Ale 

gdy się odezwała, jej głos był równy i zdecydowany.

-    Pracuję  tu  dopiero  od  dwóch  miesięcy,  więc  nie  mogę  wiele  na  ten  temat  wiedzieć. 

Ale biorąc pod uwagę osobę, która jest zamieszana w ten incydent - tu spojrzała na Jeffa ze 

wstrętem  -  byłabym  bardzo  naiwna,  gdybym  liczyła  na  to,  że  sprawiedliwości  stanie  się 

zadość.

-    Rozumiem. - W ciągu ostatnich minut Jeff Roberts dwa razy usiłował coś powiedzieć 

i  dwa  razy  Jacques władczym  gestem  zmusił  go  do  milczenia.  Teraz  zwrócił  spojrzenie  na 

niego i powiedział aksamitnym głosem: - A ty, Jeff, czy sądzisz, że sprawiedliwości stanie się 

zadość?

-    Mam  pełne  zaufanie  do  procedur  stosowanych  w  firmie  -  powiedział  Jeff 

pompatycznie.

Jak  mężczyzna  taki  jak  Michael  Roberts,  człowiek,  którego  zawsze  szanował  i  który 

znakomicie wywiązywał się ze swoich obowiązków, może mieć takiego syna? - zastanawiał 

się  Jacques.  Wstał,  nie  pokazując  po  sobie  irytacji.  Już  od  jakiegoś  czasu  wiedział,  że  nie 

życzy  sobie,  by  Jeff  u  niego  pracował,  mimo  że  on  również  z  obowiązków  służbowych 

wywiązywał się znakomicie.

Podszedł  do  wielkiego  okna  i  wyjrzał  na  ulicę.  Szkoda,  że  nie  urzeczywistnił  swojego 

zamiaru  i  nie  wysłał  Jeffa  na  kilka  miesięcy  do  centrali  firmy  we  Francji.  Przekonałby  się 

wtedy, jak  sobie daje  radę z  dala od chroniącego  go ojca.  Jednak  nie wiedział  o tej drugiej 

stronie jego osobowości. Uśmiechnął się ironicznie. Teraz płacił za to zwlekanie. Po chwili 

podjął decyzję.

-    Jeff, dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona, zostajesz zawieszony w obowiązkach, 

ale otrzymujesz nadal pełną pensję.

-    Ale...

-    Żadnych ale - przerwał mu spokojnie Jacques. - Wiesz, że taka jest procedura.

-    Myślałem...  -  Jeff  rozsądnie  zamilkł,  nie  wy  trzymał  jednak  i  zaraz  popełnił  błąd, 

kontynuując: - Chyba nie sądzisz, że ta dziewczyna mówi prawdę! To zwykła maszynistka, a 

background image

8

ja  jestem...  -  przerwał  gwałtownie.  Jacques  Querrueł  patrzył  na  niego,  a  jego  bursztynowe 

oczy ciskały błyskawice. - To znaczy... mój ojciec...

-    Twój ojciec też będzie sobie życzył absolutnej jasności w tej sprawie - dokończył za 

niego Jacques.

Holly  przez  chwilę  wpatrywała  się  w  Jacquesa  z  otwartą  buzią.  Jacques  lekko  się 

uśmiechnął, widząc jej zdumienie.

-    Czy chciałaby pani jeszcze coś dodać, panno Stanton?

O tak, chciałaby, ale w tej chwili miała zupełnie pusto w głowie, więc tylko pokręciła nią 

w milczeniu.

-    No to proszę iść i spisać pełne oświadczenie. Niech pani dokładnie opisze dzisiejsze 

wydarzenia, a także wszystkie inne, które według pani mają znaczenie dla sprawy. W miarę 

możliwości  proszę  podać  daty  i  godziny.  Pan  Roberts  zrobi  to  samo  tutaj,  przy  mnie.  -

Nacisnął  dzwonek  na  biurku  i  natychmiast,  jak  dżin  z  butelki,  pojawiła  się  płonąca  z 

ciekawości Margaret.

-    Margaret,  poproszę  o  kawę  -  powiedział  Jacques  uprzejmie,  gdy  Holly  szła  już  do 

drzwi. - I filiżankę dla panny Stanton, jeżeli byłaby pani tak uprzejma.

Holly wróciła do swego biurka. Serce waliło jej jak młotem, ze zdenerwowania zbierało 

jej się na płacz. Wzięła kilka głębokich oddechów, by się uspokoić.

Chwilę  później  przyszła  Margaret.  Na  jej  poczciwej twarzy  malowało  się  najwyższe 

zdumienie i oszołomienie.

-    Więc  co  się  właściwie  stało?  -  spytała,  trawiona  ciekawością  i  dodała:  -  Kawę  już 

zamówiłam.

Holly szybko streściła jej wydarzenia. Gdy skończyła, Margaret objęła ją pocieszająco za 

ramiona.

-    To wstrętna gnida, i od dawna potrzebował nauczki. Ja oczywiście nigdy nie miałam z 

nim kłopotów. - Margaret od trzydziestu lat była szczęśliwą mężatką i miała dwoje dorosłych 

dzieci.  -  Ale  wiem  co  najmniej  o  jednej  dziewczynie,  która  odeszła  z  pracy,  bo  bała  się 

poskarżyć, gdy Jeff ją napastował. Próbowałam  porozmawiać z jego ojcem, ale moje słowa 

odbijały się  jak  groch  od  ściany. Państwo  Robertsowie  stracili w  wypadku  samochodowym 

dwoje  dzieci.  Rok  później  urodził  się  Jeff.  Sama  rozumiesz,  że  w  ich  oczach  nigdy  nie 

mógłby zrobić nic złego.

-    A więc nie mam żadnych szans, prawda? - spytała ze smutkiem Holly.

-    Och,  nie  martw  się,  wszystko  się  ułoży  -  pocieszała  ją  Margaret.  W  tym  momencie 

kelner z bufetu przyniósł kawę. Margaret jeszcze raz uścisnęła Holly i wróciła do sekretariatu.

background image

9

Zostawszy  sama,  Holly  zaczęła  się  zastanawiać  nad  swoją  przyszłością.  Powinna  zaraz 

zacząć szukać innej pracy. To oczywiste. Że też musi mieć takiego pecha! Zatrudniła się w 

firmie, w której największy lubieżnik jest synem samego dyrektora zarządzającego!

Ale teraz musi się skoncentrować na spisaniu oświadczenia.

Dwa  razy  wszystko  sprawdziła,  a  potem  wydrukowała  swój  tekst.  Po  wydrukowaniu 

przeczytała  go  jeszcze  raz  i  doszła  do  wniosku,  że  napisała  czystą  prawdę,  w  niczym  nie 

przesadziła.  Nie  musiała.  Ale  teraz,  widząc  to  czarno  na  białym,  zaczęła  się  dziwić,  że  tak 

długo czekała z wymierzeniem Jeffowi zasłużonej kary.

-    Jest aż tak źle?

Poderwała  głowę  do  góry.  W  drzwiach  stał  Jacques  Querruel.  Jedna  czarna  brew  była 

ironicznie  uniesiona,  a  bursztynowe  oczy  niepokojąco  błyszczały.  Zdjął  motocyklową 

skórzaną kurtkę, czarny podkoszulek opinał mu umięśniony tors. Chyba codziennie ćwiczy na 

siłowni, uznała.

Serce  ruszyło  jej  do  galopu,  co  ją  zdenerwowało.  Denerwowała  ją  też  aura  pewności 

siebie i władzy, jaką roztaczał Jacques. Jest całkowicie świadomy wrażenia, jakie wywiera na 

kobietach, pomyślała ze złością. Przez chwilę miała tak sucho w ustach, że trudno byłoby jej 

wydobyć z siebie głos, ale jego arogancja szybko przyprawiła ją o napływ adrenaliny. Może i 

jest szefem firmy, którego wszyscy się boją, a także wyjątkowo pociągającym mężczyzną, ale 

jej nie zastraszy, obiecała sobie. Na dodatek przecież nie ma się czego obawiać, bo i tak długo 

tu nie zostanie.

-    Proszę,  może  pan  sam  ocenić  -  powiedziała  tylko,  wiedząc  doskonale,  że  nie  jest  to 

odpowiedni sposób zwracania się do najwyższej władzy.

Z satysfakcją zobaczyła, jak z jego twarzy znika uśmiech.

Miała nadzieję, że zabierze jej oświadczenie do swojego gabinetu i tam je przeczyta, ale 

on  beztrosko  odsunął  papiery  z  biurka  i  przysiadł  na  jego  skraju.  Był  tak  blisko,  że  czuła 

subtelny  zapach  jego  wykwintnego  płynu  po  goleniu.  Na  widok  skórzanych  spodni 

przylegających ściśle do ud zaczerwieniła się. Zmusiła się do spojrzenia wyżej, na jego ręce. 

Ręce  artysty,  pomyślała.  Długie,  szczupłe  palce,  czyste  paznokcie.  Rzeźbiony  profil,  włosy 

czarne jak skrzydło kruka. Nawet gdy siedział całkiem nieruchomo, emanował żywotnością.

Do licha, o czym ja myślę! - skarciła się. Przecież to bezlitosny, twardy biznesmen, który 

sam nie udziela łask, ale i nikogo o nie nie prosi dla siebie. Lubi szybkie motocykle i równie 

szybkie kobiety - tak przynajmniej o nim mówiono - no i jest bogaty jak Krezus.

Tymczasem  Jacques  dotarł  do  ostatniej  strony  i  z  jego  ust  wyrwało  się  kilka  słów  po 

francusku.  Holly  nie  znała  tego  języka,  ale  nie  miała  wątpliwości,  że  to  przekleństwa. 

background image

10

Spojrzał na nią.

-  Do  diabła,  czemu  pani  wcześniej  czegoś  z  tym  nie  zrobiła?  -  W  jego  tonie  wyczuła 

oskarżenie.  -  Chyba  nie  należy  pani  do  tych  kobiet,  które  ze  strachu  zapominają  języka  na 

ustach?

Ta drobna skaza w jego skądinąd perfekcyjnym angielskim sprawiła Holly niesamowitą 

satysfakcję.

-    Chciałam sama sobie z  tym poradzić i  nie przysparzać  nikomu  więcej kłopotów,  niż 

byłoby to niezbędne - wyjaśniła chłodno.

-    Ale jak widzę, nie udało się.

-    Jednak to nie moja wina, prawda? - parsknęła ze złością. Obrzydliwy typ! Jak może o 

wszystko obwiniać właśnie ją! - Chciałam zachować tę pracę. To chyba nie zbrodnia?

-    Rzeczywiście, to nie zbrodnia, panno Stanton -zgodził się. - Jak mi wiadomo, pracuje 

pani w firmie dopiero od kilku tygodni?

-    Ośmiu  -  sprecyzowała  wojowniczo.  -  A  jeżeli  powie  pan,  że  Jeff  Roberts  pracuje  w 

firmie już od bardzo dawna i do tej pory żadna kobieta nie złożyła na niego skargi, na pewno 

nie stało się tak dlatego, że nie było do tego powodów.

-    Rozumiem. - Popatrzył na nią taksująco, ale się nie ugięła i nie opuściła wzroku. - Nic 

takiego  nie  zamierzałem  powiedzieć.  Mogę  to  zatrzymać?  -  spytał,  pokazując  jej 

oświadczenie.

-    Tak. Już skończyłam. - I jej praca w Querruel International też dobiegła końca. Może 

potrwa to jeszcze tydzień albo miesiąc, ale w końcu ojciec Jeffa znajdzie jakiś pretekst, by ją 

wyrzucić. Zresztą ona sama też nie życzy sobie dalej pracować jako jego sekretarka.

Jacques Querruel wstał z biurka.

-    Natomiast mogę pani powiedzieć, że gardzę mężczyznami, którzy tak traktują kobiety 

- powiedział spokojnie. - I zapewniam panią, że bez względu na pozycję Jeffa w firmie bardzo 

wnikliwie przestudiuję ten przypadek.

Och, coś podobnego! Kogo on chce oszukać? Sam ciągle jeździ po świecie, a może sobie 

na to pozwolić, bo starszy pan Roberts dobrze zarządza firmą. Żadna zatrudniona tu kobieta 

nie odważy się złożyć skargi na jego synalka.

Widocznie te myśli musiały odbić się na jej twarzy, bo Jacques spytał:

-    Nie wierzy mi pani?

-    Wierzę, że będzie pan się starał dociec prawdy. Niestety, nic z tego nie wyjdzie. Widzi 

pan,  wszyscy  lubią  pana  Robertsa  seniora,  tak  jak  nie  cierpią  jego  syna,  ale  wiedzą,  ile  on 

znaczy dla niego i jego żony. Więc... -przerwała, niepewna, czy może kontynuować.

background image

11

-    Tak, panno Stanton?

-    Przez większość czasu pana tu nie ma.

-    Ach, rozumiem.  Czyli muszę prowadzić moje śledztwo  w tajemnicy, nie  wyjawiając 

nazwisk, oczywiście oprócz pani nazwiska.

Och, wspaniale! Przypadła jej rola kozła ofiarnego. Zresztą właśnie tego się spodziewała.

-    W  porządku.  -  Naprawdę  nie  chciała,  by  zabrzmiało  to  sarkastycznie,  ale  była  tak 

rozjuszona, że mogłaby gryźć.

Znowu doskonale odczytał jej myśli.

-    Panno Stanton, nie budzę w pani pobożnego lęku, prawda? - Pochylił się, opierając o 

blat.  Był  tak  blisko,  że  czuła  zapach  i  ciepło  jego  ciała.  Mgła  przesłoniła  jej  oczy  i  była 

wściekła na siebie za tę reakcję.

-    A to  jest doprawdy niezwykłe  - kontynuował w zamyśleniu, niemal jakby mówił  do 

siebie. - Przywykłem do tego, że otaczają mnie sami pochlebcy, panno Stanton. Na palcach 

jednej ręki mógłbym policzyć ludzi, którzy mówią mi to, co naprawdę myślą.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc milczała.

-    I ze wstydem muszę przyznać, że z początku takie pochlebianie, które było dla mnie 

czymś zupełnie nowym, sprawiało mi przyjemność.

Przyglądała  mu  się.  Był  taki  przystojny  i  pewny  siebie.  W  swoim  życiu  zdążyła  już 

poznać  mężczyzn  takich  jak  on,  uważających  się  za  półbogów,  którzy  mają  prawo  rządzić 

innymi i decydować o ich życiu.

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  Jacques  czeka  na  jej  odpowiedź.  Otrząsnęła  się  z 

zamyślenia.

-    A teraz nie sprawia to już panu satysfakcji? Przez chwilę jej się przyglądał. Bała się, 

że posunęła się za daleko. A potem się uśmiechnął.

-    Czasami tak - przyznał. - Tak. Są takie sytuacje, w którym sprzyja to moim celom.

No, proszę! Koleżanki mówiły, że Jacques to czysty dynamit, ale co tam dynamit! Teraz 

działał  na  nią  jak  nuklearna  rakieta.  Gdyby  wiedziała,  co  ją  dziś  czeka,  włożyłaby  nową 

sukienkę  i  poświęciłaby  więcej  uwagi  makijażowi.  I  nagle  uświadomiła  sobie,  w  jakim 

kierunku idą  jej  myśli.  Przecież  nawet  gdyby od  stóp  do  głów okrywały  ją  wyroby  Diora  i 

brylanty,  nie  zrobiłoby  to  żadnej  różnicy.  Jacques  Querruel  jest  dla  niej  absolutnie 

niedostępny. Równie dobrze mógłby żyć na Księżycu.

-    Margaret  mówiła  mi,  że  pani  bardzo  dobrze  pracuje  -  kontynuował  po  chwili.  -  A 

właściwie nawet użyła słowa „doskonale".

Kochana Margaret!

background image

12

-    Panno Stanton, ile pani ma lat?

-    Dwadzieścia pięć. - Zmarszczyła brwi. - Dlaczego pan pyta?

Intrygowała go, a od bardzo dawna nic takiego mu się nie zdarzyło.

-    Dlaczego? - powtórzył. Zamiast odpowiedzieć, sam zapytał: - Myślała pani kiedyś o 

tym,  by  pracować  za  granicą?  A  może  wiążą  panią  z  Anglią  obowiązki  rodzinne  albo 

chłopak?

Holly zamrugała. Do czego on zmierza?

-    No? - ponaglił ją.

-    Ja...  ja  nie  miałabym  nic  przeciwko  wyjazdowi,  kiedyś,  w  przyszłości  -  odparła 

ostrożnie.

-    A  co  z  obowiązkami  rodzinnymi?  Z  ukochanym?  Przez  ten  jego  francuski  akcent 

ostatnie słowa nabrały wyjątkowego, seksownego wydźwięku. Holly miała nadzieję, że nagły 

przypływ gorąca nie wywołał na jej twarzy zdradzieckiego rumieńca.

-    Mieszkam sama - wyjaśniła. - I mam przyjaciół, ale nikogo specjalnego, jeśli o to panu 

chodzi.

Przez chwilę jeszcze patrzył na nią, a potem się wyprostował.

-    Pan Roberts już wyszedł z biura, więc może się pani uspokoić. Mam teraz parę spraw 

do załatwienia, ale chciałbym z panią porozmawiać przed końcem pracy. Nie zapomni pani?

Ciekawe, o  co  mu  chodzi.  Przecież  ma  jej  oświadczenie, do  którego  nic  już  nie  mogła 

dodać ani nic z niego wykreślić.

-    Oczywiście, że nie. W gabinecie pana Robertsa?

-    Tak. - To powiedziawszy, wyszedł.

background image

13

ROZDZIAŁ DRUGI

Późnym popołudniem skończyła przepisywać raport, wydrukowała trzy kopie i umieściła 

je w teczkach. Zmęczona, na chwilę zamknęła oczy i z głębokim westchnieniem wyciągnęła 

ręce nad głowę. Przez cały dzień starała się nie myśleć o tym, że przed końcem pracy zobaczy 

się  z  Jacquesem  Querruelem,  ale  teraz  już  wkrótce  musi  do  niego  iść.  A  nie  chciała  go 

widzieć. Już nigdy w życiu nie chciała go widzieć.

-    Zmęczona?

Otworzyła gwałtownie oczy. Stał w drzwiach, ubrany w lekki szary garnitur, który musiał 

kosztować  fortunę.  Od  stóp  -  w  robionych  na  miarę  pantoflach  -  do  czubka  czarnowłosej 

głowy stanowił uosobienie odnoszącego sukcesy człowieka biznesu. W służbowym garniturze 

wyglądał nawet jeszcze seksowniej niż w czarnych motocyklowych skórach.

Holly  przeraziła  się  kierunkiem,  jaki  przybrały  jej  myśli.  Szybko  wyprostowała  się  w 

krześle.

-    Dochodzi  wpół  do  szóstej  -  kontynuował,  nie  czekając  na  odpowiedź.  -  I  sądzę,  że 

wygodniej nam będzie porozmawiać przy kolacji, prawda? Ma pani dziś wolny wieczór?

-    Słucham? - Chyba ma halucynacje.

-    Zapraszam panią na kolację - powtórzył z nieskończoną cierpliwością.

Rumieniec Holly pogłębił się. Albo on oszalał, albo ona.

-    Mam  dla  pani  propozycję  pracy -  mówił  spokojnie  dalej.  -  Ale  oczywiście  trzeba  ją 

przedyskutować.  Jestem  głodny,  chce  mi  się  pić,  marzę  o  cabernet  sauvignon  z  dobrego 

rocznika. Jeżeli nie jest pani z nikim umówiona, odwiozę panią do domu, żeby mogła się pani 

przebrać. Zarezerwowałem stolik na siódmą.

Popatrzyła na niego w oszołomieniu. A potem oprzytomniała. Ciekawe, kogo by zaprosił, 

gdyby  ona  odmówiła.  Stolik  był  już  zarezerwowany,  a  Jacques  Querruel  nie  wyglądał  na 

takiego, który lubi jadać samotnie. Na pewno w notesie ma mnóstwo odpowiednich numerów 

telefonów.

-    Nie rozumiem. Powiedział pan: propozycja pracy? - Zmusiła się, by mówić spokojnie.

-    Tylko proszę mi nie mówić, że nie myślała pani już o szukaniu innej pracy.

-    Dlaczego pan tak uważa?

-    Przecież  to  oczywiste,  panno  Stanton  -  odparł  poważnie.  Co  za  niemożliwy  typ! 

Spiorunowała go wzrokiem, a on cynicznie wykrzywił te pięknie rzeźbione usta. - Tak więc 

dam pani jeszcze dziesięć minut na wyłączenie komputera, a potem odwiozę panią do domu. 

Zgoda? - Był wyraźnie rozbawiony tym, że jest taka zmieszana.

background image

14

Przecież  nie  może  przyjąć  tego  zaproszenia.  Ten  człowiek  jest  niebezpieczny. 

Śmiertelnie  niebezpieczny!  Bogaty,  ma  władzę,  jest  niesamowicie  przystojny,  no  i 

przyzwyczajony  do  tego,  że  strzeli  palcami  i  już  zbiegają  się  do  niego  kobiety.  Nagle  ją 

olśniło, że nawet nie miałaby w co się ubrać na kolację z multimilionerem, ale natychmiast 

ostro się zganiła za tak płytkie myśli.

Biorąc to wszystko pod uwagę, ze zdumieniem usłyszała swój głos:

-    Dziękuję, panie Querruel. Bardzo chętnie wysłucham, co ma mi pan do powiedzenia 

podczas kolacji.

-    Doskonale. - Jeszcze raz przesunął wzrokiem po jej figurze i już bez słowa wyszedł.

Gdy tylko zniknął za drzwiami, do dziupli Holly wpadła Margaret.

-    Nie mogę w to uwierzyć! - wykrzyknęła. - Pan Querruel jest znany z tego, że starannie 

oddziela pracę od zabawy.

-    Tu  chodzi  wyłącznie  o  pracę  -  wyjaśniła  Holly.  Była  zakłopotana.  -  Chce  mi 

zaproponować  jakieś  stanowisko.  Chyba  rozumie,  że  po  tym,  co  się  stało  dziś  rano,  nie 

mogłabym tu zostać.

-    Holly, bądź bardzo ostrożna, dobrze? Pan Querruel ma opinię mężczyzny, który ciągle 

zmienia  kochanki.  Ale  przeważnie  chodzi  o  kobiety  piękne  i  wykwintne,  które same  mają 

bardzo wysokie stanowiska i tak samo jak on nie życzą sobie stałych związków.

-    Margaret, on tylko chce mi zaproponować nową pracę. Chyba mi uwierzył w sprawie 

Jeffa Robertsa i uważa, że jest winien jakieś zadośćuczynienie. Na pewno nie miał nic innego 

na myśli. Przecież ja nie jestem taka jak te kobiety, które mu się podobają. Jacques Querruel i 

maszynistka? Śmieszne.

-    Jednak uważaj na siebie, bardzo cię proszę.

-    Dobrze - obiecała Holly. - Chociaż nie musisz się o mnie bać. Już dawno nauczyłam 

się dbać o siebie. Musiałam, gdy w dzieciństwie przerzucano mnie z jednej rodziny zastępczej 

do drugiej. Zanim skończyłam osiemnaście lat, byłam w sześciu.

Na szczęście w tej chwili w sekretariacie zadźwięczał interkom, Margaret pospieszyła do 

siebie i na tym rozmowa musiała się skończyć. Holly sprzątnęła na biurku i w tej samej chwili 

w drzwiach pojawił się Jacques.

.        - Gotowa? - spytał, a gdy Holly skinęła głową, wziął ją pod rękę i poprowadził do 

windy.

-    Czeka  na  nas  taksówka  -  oznajmił,  gdy  znaleźli  się  w  recepcji.  -  Mieszka  pani  w 

Battersea, prawda?

-    Tak. - Skąd on to wie? Spytał Margaret czy przejrzał jej akta?

background image

15

-    A restaurację mamy w Chelsea, bardzo wygodnie, nie sądzi pani?

Tego Holly nie wiedziała, natomiast czuła, że nie chce, by Jacques czekał w jej maleńkim 

mieszkanku, aż ona się przebierze. Wzięła głęboki oddech.

-    Może lepiej byłoby,  gdyby pan od razu pojechał do restauracji po podrzuceniu mnie 

do domu? Dołączę do pana, kiedy tylko się przebiorę.

-    To  bardzo  uprzejmy  angielski  sposób  na  wyjaśnienie  mi,  czego  pani  sobie  życzy  -

odezwał się zimnym tonem.  - Ale dobrze. Od pani  pojadę do restauracji  i odeślę taksówkę, 

żeby panią przywiozła. Czy na to może się pani zgodzić? I proszę się nie śpieszyć. Zaczekam.

W  taksówce  Holly  gorączkowo  zastanawiała  się,  w  co  się  ubrać.  Słyszała  o  restauracji 

Lemaires,  jednej  z  najmodniejszych  w  Londynie.  Jej  goście  nie  należeli  do  ludzi,  którzy 

muszą  się  zastanawiać,  ile  kosztuje  ubranie  albo  potrawy  wymienione  w  menu.  Nawet  w 

najdzikszych  snach  nie  wyobrażała  sobie,  że  sama  mogłaby  tam  pójść  i  to  od  razu, 

natychmiast, nie mając nawet paru godzin, by kupić odpowiednią sukienkę.

-    ...przemyśleć?

-    Słucham? - Zatopiona w myślach w ogóle nie słyszała, że Jacques coś mówi.

Szybko się do niego odwróciła i zobaczyła, że marszczy brwi.

-    Przepraszam, że przerwałem pani rozmyślania, panno Stanton - powiedział lodowatym 

tonem  -  ale  mówiłem  o  planach,  jakie  mam  na  wieczór.  Proponowałem,  żebyśmy  przed 

obiadem wypili jeden czy dwa koktajle i w tym czasie opowiem pani, jaką mam propozycję, 

żeby w trakcie jedzenia mogła pani ją przemyśleć.

Ach,  jaki  drażliwy.  Chyba  rzadko  się  zdarzało,  by  kobieta  nie  poświęcała  mu  pełnej 

uwagi.

-    Tak, oczywiście - powiedziała szybko.

Siedzieli blisko siebie. Nie dotykał jej, ale jeszcze nigdy nie była tak świadoma fizycznej 

obecności innej osoby. Odwróciła się do okna.

-    Piękny wieczór - powiedziała, chcąc przerwać kłopotliwe milczenie.

-    Rzeczywiście. Zbyt piękny, by marnować go w mieście. To wieczór wprost stworzony 

do  tego,  by  wdychać  aromat  tysięcy  kwiatów  i  patrzeć,  jak  niebo  powoli  przybiera  kolor 

srebra.  A  potem  obserwować  światło  księżyca  nadające  wodom  jeziora  odcień  perłowej 

macicy, i słuchać śpiewu dzikich łabędzi, gdy usypiają swoje ledwo wyklute młode.

Zdumiał ją tak romantycznymi słowami. Spojrzała na niego, a on się uśmiechnął.

-    Myślę o moim chateau - odpowiedział na jej nie wypowiedziane na głos pytanie. - W 

taką noc jak dziś jest tam pięknie.

-    Ma pan szczęście.

background image

16

-    Była pani kiedyś we Francji?

Pokręciła  głową.  Nigdy  jeszcze  nie  wyjeżdżała  za  granicę,  ale  wstydziła  mu  się  to 

powiedzieć, bo on na pewno był stałym bywalcem Szwajcarii, Monako czy Karaibów.

-    Bardzo się różni od Anglii - powiedział. – Mam apartament w Paryżu, blisko biura, ale 

moim prawdziwym domem jest chateau, pięćdziesiąt kilometrów na południe od miasta. To 

miejsce pełne spokoju, miejsce, gdzie mogę odpocząć.

Zabawne.  Holly  nie  potrafiłaby  sobie  wyobrazić,  że  Jacques  Querruel  lubi  spokojne 

miejsca.

-    Spędza pan tam dużo czasu?

-    Nie tyle, ile bym chciał  - odparł z żalem.  - Ale to  częściowo moja wina. Niechętnie 

polegam na innych.

No, tak. W to mogła bez trudu uwierzyć.

Ulica, przy której mieszkała, zabudowana trzypiętrowymi szeregowymi kamienicami, nie 

należała do specjalnie eleganckich.

Gdy dojechali, Holly zobaczyła przed domem ekscentryczną sąsiadkę, panią Gibson.

Holly ją lubiła. Pani Gibson mieszkała w suterenie, mimo osiemdziesiątki na karku nosiła 

jaskrawe  pomarańczowe  suknie  i  miała  trzy  źle  wychowane  koty.  Oczywiście  właśnie  dziś 

musiała być z nimi przed domem. Jak pech, to pech.

-    Panie Querruel, naprawdę nie musi pan przysyłać po mnie taksówki. Jak będę gotowa, 

wezwę sobie inną.

-    Nawet  nie  chcę  o  tym  słyszeć  -  warknął.  -  Tam  stoi  jakaś  starsza  kobieta  i  ma  na 

głowie kapturek od czajnika - zauważył ze zdumieniem. - Macha do pani.

-    Ach, to  pani Gibson. Bardzo się przyjaźnimy - wyjaśniła Holly lekko  wyzywającym 

tonem. - A więc do zobaczenia.

- Nie mogę się już doczekać. - Odpowiedź była uprzejma, ale roztargniona.

Właśnie  jeden  z  kotów  beztrosko  sobie  wymiotował,  a  pani  Gibson  próbowała  nogą 

uniemożliwić pozostałym wejście do domu. Jacques przyglądał się temu z fascynacją. Minęła 

dość długa chwila, zanim kazał kierowcy odjechać.

Holly pobiegła na swoje pierwsze piętro. Wzięła szybki, dwuminutowy zimny prysznic -

bo  piecyk  znów  kaprysił  -  wyszorowała  zęby  i  wróciła  do  pokoju.  Stanęła  przed  szafą  i 

zrobiła uważny przegląd swojej garderoby.

Miała jedną czy dwie naprawdę ładne rzeczy, ale czy są odpowiednie do takiej restauracji 

jak  Lemaires?  Chyba  nie,  jednak  czarno-niebieska  sukienka  z  falbankami  i  pantofle  na 

zawrotnie  wysokich  obcasach,  które  sobie  kupiła,  by  uczcić  otrzymanie  pracy  w  Querruel 

background image

17

International,  muszą  wystarczyć.  Obcasy  dodadzą  jej  kilka  centymetrów  wzrostu,  dzięki 

czemu Jacques nie będzie aż tak jej przytłaczał. Do tego czarna narzutka od Versacego, którą 

kupiła rok temu na wyprzedaży za ułamek prawdziwej ceny.

Zanim  zabrała  się  do  makijażu,  wyjrzała  przez  okno.  Taksówka  już  na  nią  czekała.  A 

więc  nie  ma  czasu  na  jakąś  bardziej  wymyślną  fryzurę.  Użyła  cieni  do  powiek,  tuszu  i 

starannie umalowała usta, skropiła nadgarstki perfumami i była gotowa. Stanęła przed lustrem 

i przez chwilę starała się głęboko oddychać. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak wystraszona.

Spójrz na to w ten sposób, powiedziała do swojego odbicia. Nie masz nic do stracenia, a 

wszystko do wygrania. Już  postanowiłaś, że  nie  możesz  zostać w Querruel  International. A 

może on przedstawi ci propozycję, której nie będziesz chciała odrzucić?

Chwyciła torebkę i narzutkę, wyprostowała ramiona, jakby wyruszała na bitwę, a nie na 

kolację. Ale tak właśnie się czuła.

Jacques zobaczył ją od razu, gdy przeszła przez drzwi restauracji. Zresztą wpatrywał się 

w drzwi od chwili, gdy usiadł przy stojącym na uboczu stoliku. Wstał i pomachał ręką.

-    Dziękuję,  Claude  -  zwrócił  się  do  kelnera,  który  podprowadził  Holly  do  stolika. -

Poprosimy o któryś z waszych doskonałych koktajli dla panny Stanton.

-    Mam nadzieję, że nie kazałam panu za długo czekać - powiedziała Holly.

-    Wcale nie - odparł Jacques uprzejmie. Rozsiadł się wygodnie w krześle, wydawał się 

całkowicie zrelaksowany.

Holly mu tego bardzo pozazdrościła. Sama czuła się napięta jak struna fortepianu. Chyba 

to wyczuł, bo pochylił się ku niej.

-    Mając na względzie otoczenie, sądzę, że moglibyśmy zachowywać się mniej formalnie, 

prawda? Mam na imię Jacques, a ty, jak mi wiadomo, Holly. Niezwykłe imię, nawet jak na 

kogoś urodzonego pod koniec grudnia.

A więc przeglądał jej akta. Holly zdenerwowała się na myśl, że Jacques wszystko o niej 

wie.  Ale  też  był  właśnie  takim  człowiekiem.  Chciał  być  poinformowany  o  wszystkim,  do 

najdrobniejszego szczegółu, zanim zaproponuje komuś pracę.

I natychmiast się zorientowała, że dobrze oceniła sytuację, bo Jacques spytał:

-    Kto wybrał to imię? Pani ojciec czy matka?

-    Żadne  z  nich.  -  Celowo  nie  wchodziła  w  szczegóły  w  nadziei,  że  Jacques  zrozumie 

aluzję i zmieni temat rozmowy. - To bardzo uprzejmie z pana strony, że zaprosił mnie pan na 

kolację, ale naprawdę nie trzeba było.

Spojrzenie bursztynowych oczu powoli przesunęło się po jej twarzy.

-    Ależ trzeba było. I mam na imię Jacques. A więc, kto wybrał dla pani imię, skoro nie 

background image

18

byli to rodzice?

-    Pielęgniarka  na  oddziale  położniczym,  gdzie  zostałam  porzucona.  -  Nie  starała  się 

złagodzić swoich słów. - Kiedy mnie tam przyniesiono, w radiu właśnie grali kolędę.

-    Trudny początek życia - powiedział tylko.

-    Tak. - Skinęła głową. - Rzeczywiście, trudny.

-    Czy  odnaleziono  kobietę,  która  panią  urodziła?  Ucieszyła  się,  że  nie  nazwał  Angeli 

Stanton jej matką,

bo  już  dawno  temu  zrozumiała,  że  sama  zdolność  do  rodzenia  dzieci  nie  czyni  jeszcze 

kobiety matką.

-    Kiedy ja się urodziłam, miała już troje starszych dzieci, a każde miało innego ojca. Nie 

chciała czwartego - powiedziała obojętnie. - Po tym, jak ją odnaleziono, odwiedziła mnie ze 

dwa razy. Skontaktowałam się z nią, kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat. Odpowiedziała 

na wszystkie moje pytania. Mój ojciec był żonaty, gdy nawiązali krótki romans. Nie podała 

mi jego nazwiska, a ja nie pytałam. Jej pozostałe dzieci też zostały umieszczone w rodzinach 

zastępczych w różnych rejonach kraju. Po mnie urodziło się jeszcze dwoje.

Holly mówiła to wszystko spokojnie, tylko zacisnęła usta w twardą linię, gdy skończyła. 

Jacques  nagle  zapragnął  pocałunkiem  przywrócić  im  wcześniejszą  słodycz.  To  pragnienie 

zaszokowało go.

-    Naprawdę ci współczuję - powiedział tylko. Wzruszyła ramionami.

-    Zdarza się. Mnóstwo ludzi codziennie bardziej cierpi.

Podszedł  kelner  z  wysmukłymi  kieliszkami  wypełnionymi  mieniącym  się  szampanem. 

Jacques  widział,  jak  twarz  Holly  się  zmienia,  gdy  w  podziękowaniu  uśmiechnęła  się  do 

kelnera. A więc nie lubi mówić o sobie. Puls mu przyspieszył. Nie wiedział, czy to pożądanie, 

ekscytacja, ciekawość, czy może wszystko naraz.

Koktajl był doskonały, ale szybko szedł do głowy. Holly za późno pomyślała, że powinna 

była przedtem coś zjeść. Zdecydowanym ruchem odstawiła kieliszek na stół.

-    Wspominał pan o propozycji pracy. - Nie mogła się zdobyć na to, by mówić szefowi 

po imieniu.

-    Potem. Najpierw musisz się odprężyć. Wolałaby mieć tę rozmowę już za sobą, ale to 

szef tu rządził. Margaret miała rację. Ona nie jest tu na swoim miejscu.

-    I  nie  patrz  na  mnie  tak,  jakbyś  była  Czerwonym  Kapturkiem,  a  ja  wielkim  złym 

wilkiem - powiedział miękko. - Opowiedz mi o pani Gibson i jej kotach.

Holly czuła, że robi jej się gorąco. Zsunęła z ramion narzutkę i wdała się w opowieść o 

swojej ekscentrycznej sąsiadce i zabawnych wyczynach jej ulubieńców. Tymczasem Jacques

background image

19

przyglądał się jej, a jego wzrok przesuwał się od twarzy niżej, ku wypukłości piersi.

-    Holly, jesteś piękna - szepnął.

Może to z powodu jego francuskiego akcentu, a może przez ten luksus, który ją otaczał, 

albo  też  dlatego,  że  próbowała  ukryć,  jak  bardzo  jest  tym  wszystkim  przytłoczona,  Holly 

mimowolnie  zachichotała.  To  wszystko  tak  bardzo,  tak  nieprawdopodobnie  przypominało 

scenę z marnego filmu!

-    Rozbawiłem  cię?  -  spytał  lodowatym  tonem.  Och,  ratunku.  Holly  wzięła  głęboki 

oddech.

-      Oczywiście, że nie.

-    Ale coś cię jednak rozbawiło.

Popatrzyła na niego przez stół, przykryty grubym lnianym obrusem, z jedną białą różą w 

srebrnym  wazonie,  roztaczającą  upojny  zapach.  I  nagle,  bez  powodu,  który  mogłaby 

dokładnie określić, rozzłościła się.

-    To  wszystko  -  powiedziała,  zanim  zdążyła  pomyśleć  -  to  nie  jest  rzeczywiste  życie, 

prawda? Jasne, jest tu bardzo ładnie... - głos jej zamarł.

-    Dziękuję uprzejmie - parsknął.

-    Nie,  naprawdę.  To  bardzo  przyjemne,  gdy  człowiek  zostaje  zaproszony  w  takie 

miejsce. - No, coraz gorzej, pomyślała. Już lepiej nic nie mówić.

-    A więc nie należysz do kobiet, które spodziewają się, że ktoś je zaprosi  na kolację i 

będzie rozpieszczał? - spytał bardzo, ale to bardzo miękko. - Mimo że jesteś taka piękna. Źle 

to świadczy o waszych mężczyznach, o Anglikach, ma cherie.

Flirtuje z  nią! Jacques Querruel z  nią flirtuje! A  żadne doświadczenie z  przeszłości  nie 

przygotowało  jej  na  taką  sytuację.  Jedną  z  jej  głównych  życiowych  zasad  było  trzymać  na 

dystans  -  w  dosłownym  tego  słowa  znaczeniu -    wszystkich  mężczyzn.  Unikać  dotyku, 

inwazji w jej prywatną przestrzeń.

Chwyciła kieliszek i wypiła resztkę koktajlu, co ją trochę uspokoiło.

-    O ile mi wiadomo, angielscy mężczyźni są w porządku - odparła równym głosem.

-    Ale ty nie masz chłopca?

-    To samo można powiedzieć o setkach tysięcy innych kobiet, prawda?

Mówiąc  odgarnęła  włosy.  Zobaczył  w  jej  oczach  wyzwanie  i  coś  jeszcze,  czego  nie 

potrafił określić.

-    Zapewne. Ale  żadna  z  nich  nie  ma  oczu  jak  chabry i  włosów  jak  gorąca  jedwabista 

czekolada. Opowiesz mi o swoim ostatnim romansie?

Wcisnęła się plecami mocniej w oparcie krzesła. Gest instynktowny, lecz wiele mówiący. 

background image

20

Jacques czekał, ale Holly się nie odezwała.

Przyszedł kelner, podał im  eleganckie menu i  Jacques wybrał potrawy dla  obojga. Gdy 

kelner odszedł, Jacques wrócił do tematu.

-    No, Holly, kim był twój ostatni ukochany? - spytał. - Twoją największą miłością, czy 

po prostu nadzieją na miłość?

Zniweczył całe jej opanowanie i przez chwilę milczała. Było to milczenie pełne napięcia. 

Wiedziała, że to wyczuł.             

-    Nie  miałam  czasu  na  romanse  -  powiedziała  w  końcu  zimno,  patrząc  mu  prosto  w 

oczy.

-    Nie?

-    Nie. Prędzej go diabli porwą, niż pozwoli jej na tym poprzestać.

-    Dlaczego? - spytał spokojnie.

Wiedziała, że nie da jej spokoju, póki całkowicie się przed nim nie wywnętrzy. Chciałaby 

natychmiast  stąd  wyjść,  ale  nie  mogła.  Przecież  ani  jej  nie  obraził,  ani  nie  zachował  się 

niestosownie.  Większość  ludzi  potraktowałaby  jego  pytanie  jak  normalną  towarzyską 

rozmowę.

Na twarz wystąpiły jej jaskrawe rumieńce, gdy wyjaśniała:

-    Do  osiemnastego  roku  życia  byłam  w  szkole,  a  potem  znalazłam  pierwszą  pracę  i 

mieszkanie.  Przez  dwa  lata  oszczędzałam  na  studia,  żeby  się  za  bardzo  nie  zadłużyć. 

Pracowałam od rana do późnego wieczora. Dlatego nie miałam czasu na życie towarzyskie.

-    A dlaczego odeszłaś z domu i ze szkoły?

-    Nie  miałam  domu!  -  wykrzyknęła,  ale  zaraz  się  opanowała.  -  Mieszkałam  u  rodzin 

zastępczych i nie zgadzałam się z nimi zbyt dobrze. Poza tym byłam już za dorosła, by nadal 

u nich zostać. Skończyłam uniwersytet, gdy miałam dwadzieścia trzy lata, i znalazłam sobie 

pracę. Postanowiłam  robić  karierę zawodową, więc  koncentrowałam się raczej  na pracy niż 

na miłości.

Nie  uwierzył  jej. -    Bardzo  rozsądnie  -  stwierdził.  -  Ale  na  uniwersytecie  chyba  ci  się 

podobało?

Udawała, że nie rozumie ukrytego sensu jego słów.

-    Tak, było mi tam bardzo dobrze. Przyniesiono im właśnie zamówione dania i Jacques

przeistoczył się w miłego, dowcipnego rozmówcę.

Gdy  potem  pili  wino,  Holly  uświadomiła  sobie,  że  dobre  potrawy,  takie,  jakich  nigdy 

sama nie jadała, i miła rozmowa, uśpiły jej podejrzenia. Nadal nie wiedziała, po co właściwie 

Jacques ją zaprosił, a siedzieli tu już od dwóch godzin. Musi jakoś doprowadzić do tego, by 

background image

21

jej to wyjaśnił. Wytarła usta serwetką i już miała coś powiedzieć, ale o sekundę się spóźniła.

-    A więc, Holly. - Postawa uroczego towarzysza od stołu opadła z Jacquesa jak peleryna 

i  nagle  znów  był  milionerem  i  rekinem  finansów.  -  Wracajmy  do  interesów.  Jesteś 

technologiem  włókiennictwa,  prawda?  Więc dlaczego  siedzisz  za  biurkiem  i  przepisujesz 

teksty na komputerze?

Holly jeszcze raz pomyślała, że ma do czynienia z niebezpiecznym człowiekiem.

-    Kiedy szukałam pracy, akurat nie było nic w moim zawodzie - wyjaśniła. - Poza tym 

skończyłam również wydział zarządzania. Pomyślałam więc, że będzie dla mnie z korzyścią, 

jeżeli nabiorę doświadczenia w Querruel International.

-    Potrzebuję technologa włókiennictwa, który by dla mnie projektował. I entuzjazm jest 

dla  mnie  więcej  wart  niż  doświadczenie  -  przerwał  jej  Jacques  niecierpliwie.  -  Będziesz 

pracowała  z  moimi  projektantami  i  resztą  zespołu,  tworząc  wykwintne  produkty  wysokiej 

jakości,  sprzedawane  potem  w  Zjednoczonym  Królestwie  i  za  oceanem.  Querruel 

International jest firmą skuteczną i konkurencyjną, ale potrzebuje więcej elastyczności, więcej 

innowacji. Rozumiesz, co mówię?

Oszołomiona, skinęła tylko głową.

-    Na początek proponuję umowę na trzy miesiące, żeby sprawdzić, jak się porozumiesz 

z  zespołem.  Większość  tych  ludzi  pracuje  ze  mną  od  początku  i  bardzo  mi  zależy,  by 

utrzymać  dobrą  atmosferę  -  kontynuował  Jacques  spokojnie.  -  To  ludzie  o  wysokich 

kwalifikacjach i bardzo lojalni wobec Querruel International. Zresztą tylko takich zatrudniam. 

A  pensje  są  odpowiednio  wysokie.  -  Wymienił  kwotę,  od  której  Holly  aż  zakręciło  się  w 

głowie. Cieszyła się, że siedzi. Było to cztery razy więcej, niż zarabiała teraz. - I dlatego w 

razie  potrzeby  żądam  pracy  na  okrągło,  chociaż  nie  zdarza  się  to  często -    dodał  z  lekkim 

uśmiechem. - Nie oczekuję, że będziesz ideałem, ale liczę na stuprocentowe zaangażowanie.

Holly  nie  wierzyła  własnym  uszom.  To  szansa,  jaka  zdarza  się  jeden  raz  w  życiu, 

samorodek złota na końcu tęczy. Drugi raz na pewno się nie powtórzy.

-    A więc, Holly, chcesz dowiedzieć się czegoś więcej?

-    spytał spokojnie, przypatrując się jej zarumienionej twarzy. - I co ty na to?

-    Kiedy mogę zacząć? - spytała bez tchu.

-    Kiedy tylko załatwisz swoje sprawy w Anglii i otrzymasz paszport.

On chyba nie mówi... - pomyślała przerażona. 

-    Musisz  się  przeprowadzić  do  Paryża  -  potwierdził  jej  domysł.  -  Myślałem,  że  to 

oczywiste.

background image

22

ROZDZIAŁ TRZECI

Następnego dnia, jadąc do pracy zatłoczonym metrem, Holly myślała, jak w ciągu jednej 

godziny życie  potrafi  stanąć  na  głowie. Jeszcze  wczoraj  czuła  się  bezpiecznie.  Miała  dobrą 

pracę i mieszkanie, małe, ale własne. Odkąd po studiach się tu wprowadziła, po raz pierwszy 

w  życiu  sama  decydowała,  kto  przekroczy  jej  próg.  Ceniła  sobie  bardzo  tę  z  takim  trudem 

zdobytą niezależność.

A  teraz...  miała  przed  sobą  perspektywę  przeprowadzki  do  Paryża  i  wszystkich 

niewiadomych,  jakie  się  z  tym  wiązały.  Oczywiście  nie  musiała  przyjmować  propozycji. 

Jacques  Querruel  zachował  się  bardzo  przyzwoicie.  Gdyby  jednak  nie  zdecydowała  się  na 

wyjazd,  obiecał  jej  doskonale  referencje,  a  poza  tym  twierdził,  że  jeśli  nie  chce,  wcale  nie 

musi odchodzić z Querruel International, bo dopilnuje, by nie spotkały jej żadne szykany za 

to, że złożyła skargę na Jeffa Robertsa. W teorii brzmiało to nawet całkiem dobrze.

Pociąg  stanął  na  stacji  i  ludzie  trochę  się  przesunęli.  Holly  nienawidziła  metra,  a  już 

zwłaszcza  w  godzinach  szczytu.  Te  wszystkie  napierające  na  nią  spocone  ciała,  w  dni 

deszczowe odór mokrej wełny...

Zdecydowanie  nakazała  sobie  nie  myśleć  o  tym  i  zająć  się  ważniejszymi  sprawami. 

Jacques obiecał również, że przez pierwsze trzy miesiące, póki się nie okaże, czy wszystkie 

strony są zadowolone, będzie płacił za jej kawalerkę w Londynie, nie potrącając tego z pensji. 

Bardzo  hojnie  i  wspaniałomyślnie  i...  Westchnęła  z  irytacją.  Gdyby  ktoś  z  jej  przyjaciół 

wiedział,  że  ciągle  jeszcze  się  waha,  uznałby  ją  za  wariatkę.  A  ona  tak  bardzo  chciałaby 

pojechać, gdyby tylko nie oznaczało to ciągłego kontaktu z nim.

Nie.  Nie  może  jechać.  Jacques  za  bardzo  ją  niepokoił,  jego  stała  obecność  w  pobliżu 

stanowiłaby dla niej zagrożenie. Na samą myśl o aurze agresywnej seksualności, jaką wokół 

siebie roztaczał, oblała się potem. Co, u licha, się dzieje? - skarciła się ostro.

Po  wejściu  do  windy  w  budynku  firmy  zrobiła  to,  co  robiła  całe  życie.  Wyprostowała 

ramiona,  uniosła  brodę  i  zmrużyła  oczy,  oblekając  się  w  niewidzialną  zbroję  zimnej 

obojętności. Jacques Querruel nie zaszedł ani nie zajdzie jej za skórę. Nie pozwoli na to!

Zeszłego  wieczoru  lekko  ją...  oszołomił.  Ale  dziś  odzyskała  już  grunt  pod  nogami. 

Grzecznie mu podziękuje za propozycję pracy we Francji. I odejdzie z Querruel International, 

gdy  tylko  znajdzie  sobie  coś  innego,  nawet  gdyby  miało  to  oznaczać  niższą  pensję.  Może 

nawet przez jakiś czas pracować dla agencji wynajmujących pracowników na krótkie okresy. 

Już  to  robiła  na  studiach,  w  czasie  ferii,  i  agencje,  z  którymi  współpracowała,  na  pewno

chętnie znów ją zatrudnią. Pójdzie tam podczas weekendu albo nawet jeszcze dziś wieczorem.

background image

23

Wysiadając z windy, była tak zatopiona w myślach, że nie zauważała ludzi na korytarzu. 

I nagle z całym impetem wpadła w ramiona Jacquesa Querruela. Zachwiał się, rozsypując po 

całej  podłodze  stos  niesionych  dokumentów.  Jednak  nie  dał  jej  upaść.  Podtrzymały  ją  jego 

silne ręce, była niepokojąco świadoma cytrynowego zapachu jego wody po goleniu.

-    Dzień  dobry  -  wymruczał  gardłowo,  z  rozbawieniem.  Ten  ton  sprawił,  że 

zaczerwieniła się jeszcze mocniej.

-        Och, panie Querruel, bardzo pana przepraszam.

-    Przecież wczoraj postanowiliśmy mówić sobie po imieniu - napomniał ją.

Nadal ją trzymał, a ona była jak zahipnotyzowana. Nawet nie próbowała się uwolnić.

-    Wtedy nie byliśmy w pracy - odrzekła słabym głosem.

-    Ale teraz jesteśmy i nadal życzę obie, byś mi mówiła po imieniu.

Uśmiechnął się, a wtedy ogarnęła ją fala paniki zmieszanej z zauroczeniem. Ale tylko na 

parę sekund, bo zaraz panika zwyciężyła. Holly wyrwała się z jego objęć i zapanowała nad 

tłukącym się sercem.

-    Nie  sądzę,  żeby  to  było  rozsądne  -  powiedziała  szybko.  -  Ludzie  mogą  to  mylnie 

odebrać.

-    Dlaczego? - Uklęknął i zaczął zbierać papiery, nie spuszczając jednak z niej wzroku. -

A poza tym, co mnie obchodzą ludzie? Przecież jestem ich szefem. I mogę robić, co chcę.

Był tak uroczo chłopięcy, że patrzyła na niego z fascynacją. Dopiero po chwili zdobyła 

się na odpowiedź.

-    Chyba nie mówi pan poważnie?

Wstał z klęczek. Teraz już nie zachowywał się jak chłopiec.

-    Bardzo poważnie, Holly. Nie pozwalam, by ktokolwiek mi dyktował, co mam robić. 

Nigdy na to nie pozwalałem. Ojciec zawsze mi mówił, że zanim skończę dwadzieścia jeden 

lat, albo mnie zamkną w więzieniu, albo będę już miał pierwszy milion. Na szczęście prawdą 

okazało się to drugie.

-    Pewnie pana ojciec odczuł prawdziwą ulgę.

-    O  tak.  A  mama  jeszcze  większą.  Mam  dwie  młodsze  siostry,  które  nadal  mieszkają 

przy rodzicach.  Tak  więc  jest uradowana,  że  przynajmniej  jedno  z  jej kaczątek  dobrze daje 

sobie radę.

Holly uśmiechnęła się grzecznie.

-    Chyba pójdę już do pracy.

-    Oczywiście. - Bursztynowe oczy przytrzymały na chwilę jej wzrok, a potem Jacques

skinął jej głową i odszedł w swoją stronę.

background image

24

Holly popatrzyła za nim. Jego głos, jego nieposkromiona seksualność, jego sposób bycia 

- to wszystko budziło w niej lęk o siebie. Była w nim jakaś ciemna moc, dzięki której wzniósł 

się w ciągu zaledwie dziesięciu lat z niebytu na niezmierzone wyżyny. Holly otrząsnęła się. 

Co za dziwaczne myśli!

Gdy weszła do sekretariatu, Margaret poderwała głowę znad pracy.

-    No i? Jak było wczoraj wieczorem?

-    Zaczekaj chwilę. Tylko zdejmę płaszcz - roześmiała się Holly z niecierpliwości swojej 

przełożonej.

-    Pan Querruel zostawił ci na biurku jakieś papiery.

-    Margaret  trawiona  ciekawością  poszła  za  nią  do  jej  dziupli.  -  Powiedział,  że  to  w 

związku z waszą wczorajszą rozmową.

-    Zaproponował mi  pracę w swoim  zespole  we Francji. Obiecałam, że  się  zastanowię. 

Chodziło mu o pracę w moim zawodzie, technologa włókiennictwa. Zawsze miałam nadzieję, 

że w końcu pojawi się przede mną taka szansa, ale...

-    Widzisz tu jakieś ale? Holly, chyba jesteś szalona!

-    Margaret  pochyliła  się  nad  biurkiem  i  szeptała:  - Zgódź  się  natychmiast,  zanim  się 

rozmyśli. Ludzie daliby wszystko za to, żeby pracować we Francji z jego elitarnym zespołem.

Jak możesz w ogóle się wahać?

Holly spojrzała w poczciwą twarz szefowej.

-    Margaret, przecież sama mnie wczoraj ostrzegałaś.

-    Chodziło  mi  o...  no,  wiesz  -  odparła  szybko  Margaret.  -  Ale  to,  co  ci  proponuje,  to 

zupełnie  co  innego.  Jeżeli  proponuje  ci  pracę,  to  znaczy,  że  niczym  innym  nie  jest 

zainteresowany. Znany jest z tego, że nigdy nie miesza pracy z przyjemnościami.

Holly skinęła głową. To dobra wiadomość. Więc dlaczego czuje w dołku jakiś niepokój?

Nagle w gabinecie Margaret rozległ się dzwonek in-terkomu. Margaret skrzywiła się.

-    To pan Roberts. Jest  dziś w parszywym humorze,  więc lepiej pójdę.  A ty go unikaj. 

Potem wychodzi na całe popołudnie, to sobie porozmawiamy.

Gdy Holly została sama w pokoju, wzięła głęboki oddech i otworzyła grubą szarą kopertę. 

W końcu nic się nie stanie, jeżeli przeczyta jej zawartość. To jeszcze nie znaczy, że zmieni 

decyzję.

Kwadrans później nie była już taka tego pewna. Praca wydawała się interesująca, wprost 

podniecająca, pensja fenomenalna, były też dodatkowe korzyści. Jacques zamierzał wynająć 

dla niej mieszkanie na trzy próbne miesiące, a także opłacić całą przeprowadzkę. Nie miała 

nic do stracenia, a wszystko do wygrania. No i nie jest nią zainteresowany. Tak powiedziała 

background image

25

Margaret. Oczywiście sama też ani przez chwilę nie myślała, że mu się podoba.

Poprzedniego  wieczoru  Jacques  nie  wspomniał,  że  dziś  wyjeżdża  z  Anglii,  więc  kiedy 

krótko  po  jedenastej  pojawił  się  w  jej  drzwiach  ubrany  jak  do  podróży  na  motorze,  Holly 

spojrzała na niego ze zdziwieniem.

-    Zmiana  planów  -  odpowiedział  na  nie  zadane  pytanie.  -  Okazało  się,  że  muszę 

wyjechać wcześniej, niż planowałem.

-    Och.  -  Skinęła  głową.  -  Ja...  ja  przeczytałam  informacje,  które  pan  mi  zostawił,  i 

chciałabym przyjąć propozycję.

-    Doskonale. - Bursztynowe oczy rozjaśniły się. -Ale w Paryżu wszyscy mówimy sobie 

po imieniu. Czy dzięki temu będziesz się czuła bezpieczniej, mówiąc do mnie: Jacques?

-    Nie  rozumiem,  o  co  panu  chodzi  -  powiedziała,  chociaż  aluzja  była  wystarczająco 

przejrzysta.

-    Nie?  -  Wszedł  energicznie  do  pokoju.  Coś  w  jego  postawie  wzbudziło  w  niej  lęk. 

Pochylił się nad biurkiem, wpił w nią wzrok. - To nieprawda. Cieszy cię perspektywa nowej 

pracy, ale wcale nie podoba ci się myśl, że będziesz w tak bliskim kontakcie ze mną. A może 

nawet nie chodzi tu konkretnie o mnie. Może miałabyś takie same odczucia wobec każdego 

mężczyzny? Jednak nie. Chodzi ci konkretnie o mnie n 'est-ce pas?

-    To po prostu śmieszne - parsknęła Holly.

-    Może.  -  Uśmiechnął  się,  musnął  palcami  jej  policzek.  -  A  może  nie.  Ale  to  nie  ma 

znaczenia.  Potrzebuję  nowego  technologa  włókiennictwa  i  moim  zdaniem  jesteś  jak 

najbardziej  odpowiednia  na  to  stanowisko.  Powiem  Chantal,  mojej  sekretarce, by  zajęła  się 

twoją  przeprowadzką.  Bądź  gotowa  do  wyjazdu  za  dwa  tygodnie.  Chantal  jutro  się  z  tobą 

skontaktuje. Au revoir, Holly.

-    Ale  gdzie  ja  będę  mieszkała  we  Francji?  I  co  z  przesłuchaniem  w  sprawie  pana 

Robertsa?

-    Chantal zajmie się tym wszystkim - zapewnił ją z trochę nieobecną miną. Już myślał o 

podróży i sprawach, które czekają go w Paryżu.

-    Dziękuję - powiedziała grzecznie. - I życzę panu miłej podróży.

-    Och, na pewno będzie miła! Popatrz. Właśnie się przejaśnia.

Gdy  wyszedł,  Holly  nie  zabrała  się  do  pracy.  Jeszcze  raz  zaczęła  się  zastanawiać  nad 

swoją decyzją. Musiała być szalona, gdy przyjmowała propozycję. Wiedziała o tym, a mimo 

to się zdecydowała.

Oskarżył ją, że chce tej pracy, ale nie jest zadowolona, że będzie tak blisko niego. I do 

pewnego stopnia miał rację. Holly zagryzła usta. Tak, miał rację. Jacques jest za bardzo męski,

background image

26

żywotny, roztacza wokół siebie aurę mocy. Było w nim coś, co budziło w niej lęk.

Zamknęła  oczy,  ogarnęła  ją  fala  wspomnień,  które  zwykle  starała  się  w  sobie  dusić. 

Nagle  miała  znów  osiem  lat,  była  nieszczęśliwa  i  przerażona,  bo  właśnie  zabrano  ją  od 

rodziny zastępczej, która się nią opiekowała od niemowlęctwa.

Kochała Kate i Angusa Westów, a dwoje przysposobionych i dwoje ich własnych dzieci 

uważała za rodzeństwo. Ale pewnego dnia okazało się, że Angus cierpi na raka kości, a jego 

żona, Kate, gdy się o tym dowiedziała, doznała wylewu. I w ten sposób rozpadła się rodzina, 

którą Holly uważała za własną.

David i Cassie Kirby bardzo się różnili od serdecznych, zwyczajnych Westów. Wszyscy, 

a zwłaszcza pracownicy opieki społecznej, uważali, że Holly wygrała los na loterii. David i 

Cassie  mieli  wielki  dom  z  sześcioma  sypialniami,  czterema  łazienkami  i  basenem.  Holly 

dostała własny pokój, pełną szafę nowych ubrań, opłacano jej lekcje konnej jazdy. Na pewno 

się zaadaptuje i pokocha nową rodzinę, mówiono jej. Które dziecko nie byłoby zachwycone 

taką odmianą? Zresztą przecież dwoje przybranych dzieci, które tu zastała, uwielbiało swoich 

zastępczych rodziców.

Holly słyszała te zapewnienia przez kilka następnych miesięcy, ale coś jednak budziło w 

niej  lęk.  Jej  obawy  sprawdziły  się  na  krótko  przed  dziewiątymi  urodzinami.  Zrozumiała, 

czemu  czuje  się  nieswojo w  obecności charyzmatycznego, przystojnego  i  bogatego Davida. 

Zrozumiała,  czemu  nie  lubi  jego  pieszczot  i  uścisków,  chwil,  kiedy  sadza  ją  sobie  na 

kolanach.

Zrozumiała to, gdy któregoś wieczoru wszedł do jej pokoju. Już wcześniej tu przychodził, 

pod pretekstem sprawdzenia lekcji czy - jak to nazywał - na pogaduszki z tatusiem, ale wtedy 

ograniczał się tylko do lękliwych dotyków.

Tamtego wieczoru broniła się tak zażarcie, że mimo przewagi siły i wzrostu nie osiągnął 

tego, czego pragnął.

Następnego dnia próbowała powiedzieć Cassie, co się zdarzyło, ale ona tylko straszliwie 

się rozzłościła.  Zwymyślała Holly za  opowiadanie  takich  „podłych  kłamstw".  Zaciągnęła ją 

do jej pokoju i zamknęła tam na cały dzień. Wtedy też  Holly zorientowała się, jaką władzę 

posiada David.  Zmusił  dwójkę  pozostałych  przybranych  dzieci,  chłopca  i  dziewczynkę,  by 

mówiły, że Holly ciągle na nie napada, niszczy ich prace domowe, zabawki, i tak dalej.  Że 

kradnie  z  domu  cenne  drobiazgi,  a  także,  jak  się  wydaje,  dopuszcza  się  kradzieży  w 

okolicznych  sklepach.  Wszystko  to  opowiadał  pracownikom  opieki  społecznej.  Mówił,  że 

chociaż starał się jak mógł, musi z żalem uznać swoją przegraną.

Została napiętnowana jako dziecko sprawiające kłopoty wychowawcze, a była za bardzo 

background image

27

przerażona, by nadal oskarżać Davida. Przeniesiono ją do innej rodziny, ale ją już paraliżował 

strach, nie potrafiła  nawiązać  z  nikim  przyjaźni, a mężczyzn  - zwłaszcza  tych, którzy mieli 

nad nią władzę - bała się najbardziej. Odtąd przez całe lata przenoszono ją od jednej rodziny 

do drugiej i zawsze była wyrzutkiem, dzieckiem samotnym i opuszczonym przez wszystkich.

Patrząc teraz wstecz, już jako dorosła kobieta, rozumiała, że wiele osób chciało jej pomóc, 

ale po przeżyciach w domu Kirbych nikomu nie potrafiła zaufać. Do wszystkich odnosiła się 

wrogo i podejrzliwie, jednak mimo wszystko udało jej się przetrwać.

Holly otworzyła oczy i  zaczęła głęboko oddychać, żeby powstrzymać walenie serca. W 

końcu, nie prosząc nikogo o pomoc, urządziła  sobie życie według własnych upodobań, a w 

ciągu tej długiej drogi znalazła również kilku prawdziwych przyjaciół, w większości kobiet, 

ale  także  kilku  mężczyzn.  Jednym  z  nich  był  jej  profesor  na uniwersytecie,  James  Holden, 

który natknął  się  na  nią,  gdy  w  kąciku  uniwersyteckiej  biblioteki  rozpaczliwie  zalewała  się 

łzami.

Zabrał  ją  do  siebie,  do  domu,  gdzie  jego  żona,  Lucy,  zdiagnozowała  całkowite 

wyczerpanie  spowodowane  przepracowaniem  i  stresem.  Lucy  była  pielęgniarką  w

miejscowym  szpitalu.  Zatrzymali  ją  u  siebie  przez  trzy  tygodnie,  usprawiedliwiając  jej 

nieobecność  na  wykładach  ciężką  grypą.  Miała  tu  całkowity  spokój,  niczego  od  niej  nie 

wymagano, zmuszano jedynie do jedzenia ciepłych posiłków. Lucy przynosiła jej czasopisma 

i lekkie powieści, James po przyjacielsku  dotrzymywał jej towarzystwa,  czasami opowiadał 

głupawe dowcipy, a czasami razem oglądali telewizję.

Wtedy  po  raz  pierwszy  doświadczyła  prawdziwej  przyjaźni  ze  strony  mężczyzny. 

Wiedziała,  że  dzięki  temu uratowała zdrowie  psychiczne,  a  może  nawet  życie. Stała  już  na 

krawędzi,  i  chociaż  nie  zwierzyła  się  Holdenom  z  tego,  co  ją  spotkało  ze  strony  Davida  i 

Cassie  Kirbych,  uświadomiła  sobie,  że  lata  frustracji  i  rozpaczy,  o  jakie  ją  przyprawili,  w 

końcu zaowocowały obecną ciężką chorobą.

W  ciszy  i  spokoju  domu  Holdenów  powiedziała  sobie,  że  musi  przestać  myśleć  o 

przeszłości i rozpocząć nowe życie.

Po  trzech  tygodniach  wróciła  do  nauki  i  w  odpowiednim  terminie  uzyskała  dyplom. 

Skończyła uniwersytet, ale przyjaźń z Holdenami przetrwała. Spotykali się we troje regularnie, 

przynajmniej raz w miesiącu. Ostatnio widzieli się przy okazji  chrztu ich córeczki, Melanie 

Annę. Holly była matką chrzestną.

Dlaczego właśnie teraz myśli o tym wszystkim, zastanawiała się zirytowana. Przecież ma 

mnóstwo  pracy,  do  której  nawet  jeszcze  się  nie  zabrała.  Wiedziała,  że  David  Kirby  umarł 

kilka  miesięcy  po  jej  pobycie  u  Holdenów.  Po  jego  śmierci  łatwiej  jej  było  uporać  się  z 

background image

28

przeżyciami z przeszłości.

Christina, przybrana córka Kirby eh, napisała do niej, informując ją o śmierci Davida, a 

przy  okazji  wspomniała  również,  że  David  próbował  swoich  sztuczek  z  młodymi 

dziewczętami  w  miejscowym  klubie  młodzieżowym,  gdzie  pracował  jako  wolontariusz.  A 

gdy zajęła się tym policja, Christina w końcu zdecydowała się mówić i zeznała, że ją też w 

dzieciństwie  wykorzystywał.  Policja  potraktowała  poważnie  wszystkie  skargi.  Ale  zanim 

doszło do procesu, David przedawkował tabletki nasenne.

David  Kirby  teraz  już  nie  mógł  nikogo  skrzywdzić.  Jego  władza  nad  słabszymi  i 

zależnymi od  niego skończyła  się.  A  Holly była  teraz  całkowicie niezależna.  Mogła śmiało 

patrzeć sobie w oczy w lustrze. Nigdy nie zrezygnuje z tej ciężko zapracowanej niezależności.

A  jeśli  praca  w  Paryżu  okaże  się  nieodpowiednia  dla  niej  z  tego  czy  innego  względu? 

Wtedy powie sobie: „trudno", i poszuka czegoś innego.

background image

29

ROZDZIAŁ CZWARTY

Holly stała przy taśmociągu lotniska w Paryżu i czekała na swoje bagaże.

Cała  podróż  przebiegła  idealnie,  i  nic  w  tym  dziwnego,  skoro  sekretarka  Jacquesa 

Querruela  wszystko  załatwiła,  łącznie  z  zamówieniem  taksówki  w  Londynie  i  opłaceniem 

kierowcy.  Nawet  o  napiwek  Holly  nie  musiała  się  martwić.  Gdy  nalegała,  miły  kierowca 

powiedział, że w jego wynagrodzeniu napiwek również się mieści.

Ostatnie  dwa  tygodnie  upłynęły  jej  na  gorączkowym  biciu  się  z  myślami.  W  jednej 

sekundzie była pewna swojej decyzji, a już w następnej wydawało się, że popełnia największy 

życiowy błąd.

Ale teraz już tu była.

A biorąc pod uwagę, że Michael Roberts zachowywał się tak, jakby w ogóle nie istniała, 

a jego syn szykował się do procesu, nawet nie żałowała wyjazdu z Anglii.

Margaret powiedziała jej, że Jacques uprzedził Michaela Robertsa, że kilka innych kobiet 

również zamierza złożyć na Jeffa doniesienie o seksualnym molestowaniu,

a  także  zeznawać  przeciw  niemu  w  sądzie  i  w  związku  z  tym  wątpi,  by  Jeff  jednak 

zdecydował się na proces. „Będzie siedział cicho i czekał, aż ojciec znajdzie mu inną pracę" -

prorokowała Margaret.

Holly  starała  się  o  tym  nie  myśleć.  Cała  sprawa  zostawiła  jej  przykre  wspomnienie. 

Chciała  jak  najszybciej  zapomnieć  o  Jeffie  Robertsie  i  skoncentrować  się  na  nowej  pracy. 

Czuła wielką tremę. Nie znała francuskiego, zespół, do którego miała wejść, pracował razem 

od  lat,  nie  wiedziała,  czy  ma  odpowiednie  kwalifikacje.  No  i  był  Jacques  Querruel. 

Największy powód do obaw.

I wtedy go zobaczyła. Zupełnie jakby zmaterializował się, bo o nim pomyślała. Wysoki, 

długonogi, o głowę przewyższał cały tłum.

Stała  absolutnie  nieruchomo,  gdy  torował  sobie  do  niej  drogę.  Spostrzegła  jednak,  że 

niejedna kobieta za nim patrzy.

-    Bonjour,  mademoiselle  -  powitał  ją  kpiąco,  gdy  zauważył  jej  sztywność.  -  Jak 

przebiegła podróż?

-    Dziękuję, bardzo dobrze - odparła z trudem. - Myślałam. 

-    Tak?

-    Że ma tu na mnie czekać kierowca.

- Samochód  czeka,  a  ja  umiem  prowadzić.  -  Machnął  władczo  ręką  i  natychmiast 

pojawił się bagażowy. 

background image

30

- Chodźmy stąd. Terminale lotnisk nie są odpowiednim miejscem do rozmów. - Wziął ją 

pod rękę i pociągnął do wyjścia.

-    Nie byłem pewny, czy przyjedziesz - powiedział, gdy już pędzili do miasta.

-    Przecież  powiedziałam,  że  przyjadę  -  udało  jej  się  wydusić  przez  zaciśnięte  gardło. 

Jacques był za blisko. Jej ciało reagowało na niego w sposób, którego nie potrafiła opanować.

-    Oczywiście.  -  Skinął  głową.  -  I  mamy  piękny  dzień  na  pierwszą  wizytę  w  mieście 

miłości, prawda?

-    Miasto to miasto. Skupisko domów, i tyle - odparła Holly.

-    Mon  Dieul  To  prawdziwe  bluźnierstwo!  Paryż  jest  magicznym  miastem!  Ma  swój 

esprit, który fascynuje każdego, kto tu przyjedzie. Paryż żyje i oddycha. Nie czujesz tego?

Holly spojrzała na Jacquesa, niepewna, czy mówi poważnie, czy też z niej kpi.

-    Jeżeli tak to odczuwasz, dlaczego mieszkasz w cha-teaul - spytała.

-    Ach, to  nie jest aż  tak  daleko. Poza  tym tu  też  mam mieszkanie. No i  moi  rodzice i 

siostry mieszkają na południe od Dzielnicy Łacińskiej, więc nazwisko Querruel jest w Paryżu 

godnie reprezentowane.

-    Tam  się  urodziłeś?  -  spytała,  przypominając  sobie  plotki  o  jego  bardzo  skromnym 

pochodzeniu.

-    Niezupełnie. Urodziłem się o kilka kilometrów od obecnego domu rodziców, ale to był 

całkiem inny świat. Gdy już miałem pieniądze, chciałem i dla nich kupić chateau, ale się nie 

zgodzili.  Woleli  zostać  tu,  gdzie  wszystkich znają,  gdzie  czują  się  jak  u  siebie.  Ojciec 

uwielbia grać każdego popołudnia w boules ze starymi kumplami, jadać z nimi śniadania w 

kawiarenkach na chodnikach. Ale pozwolili, żebym im kupił domek na spokojnej ulicy. Mają 

ogródek, w którym mama hoduje kwiaty. Kiedy byłem mały, musiały jej wystarczyć skrzynki 

w oknach. Są zadowoleni, i to dla mnie jest najważniejsze.

Jak bardzo Jacques musi kochać swoją rodzinę, pomyślała. Ona nie miała takiej szansy. 

Poczuła w sercu szarpnięcie bólu i szybko zmieniła temat.

-    Nie muszę teraz jechać do mieszkania, jeżeli wolisz wrócić do biura. Chętnie od razu 

rozpoczęłabym pracę.

Rzucił jej spojrzenie z ukosa.

-    Zrobimy wszystko tak, jak planowaliśmy. Zawieziemy twoje rzeczy do domu, a potem 

pójdziemy na lunch. Wbrew twoim przekonaniom, nie jestem poganiaczem niewolników.

No tak, obraziła go. Wspaniały początek nowej pracy, obrażać szefa.

-    Lunch z całym zespołem? - spytała niewinnie. Długo milczał.

-    Nie, nie to miałem na myśli - powiedział w końcu.

background image

31

-    Gdzie jest moje mieszkanie? - spytała szybko, by zmienić temat.

-    Dziesięć minut na piechotę od biura. - Uśmiechnął się miło. - A restauracja de 1'Etoile 

jest na następnej ulicy, więc po lunchu szybko znajdziesz się w pracy, moja ty entuzjastko.

Kpił sobie z niej. A przecież przyjechała tu właśnie do pracy. Zmarszczyła czoło i już się 

nie  odezwała,  dopóki  nie  zajechali  przed  dom.  Z  każdą  chwilą  była  bardziej  świadoma 

bliskości  tego  mężczyzny  obok  siebie.  Emanował  męskością,  której  nie  sposób  było 

zignorować.

Żałowała,  że  nie  włożyła  dłuższej  spódniczki.  Ciągle  ją  obciągała,  a  spódniczka  nadal 

podjeżdżała  do  połowy  ud.  Pokręciła  się  w  fotelu  w  nadziei,  że  jakimś  cudem  trochę  się 

osłoni.

-    Kobieto, uspokoisz się wreszcie? Holly zarumieniła się po szyję.

-    Słucham?

-    Kręcisz się jak kotka na gorącym blaszanym dachu - warknął. - Mon Dieul Myślisz, że 

cię zgwałcę tu, na samym środku ulicy? Co ci o mnie naopowiadano, że tak się mnie boisz?

-    Nie  mam  pojęcia,  o  co  ci  chodzi  -  powiedziała  sztywno,  odgarniając  włosy  z 

czerwonej twarzy. Co za okropny człowiek!

-    Tylko mi nie mów, że nie myślałaś, że zaraz chwycę cię za kolano - warknął z irytacją.

-    Oczywiście, że nie. - Była naprawdę zaszokowana.

-    Ach, oczywiście. Ale jesteś zdenerwowana, prawda?

-    Pewnie, że tak! - wykrzyknęła. - Na moim miejscu każdy byłby zdenerwowany. Przed 

chwilą  przyjechałam  do  obcego  kraju,  mam  się  spotkać  z  nieznajomymi  ludźmi,  z  którymi 

będę pracowała, zobaczyć nowe biuro.

- A mój szef, który nie wiadomo dlaczego wyszedł po mnie na lotnisko, jest najbardziej 

seksownym mężczyzną na świecie, dodała w duchu.

Nastąpiła chwila ciszy, gdy umysł Jacquesa przetrawiał jej słowa.

-    No tak. Potrafię to zrozumieć, ale ty jesteś nieulęklym duchem, n'est-ce pas!

-    Jestem też normalną istotą ludzką - zripostowała.

- A może zatrudniasz wyłącznie ludzi w typie Rambo, którzy nie wiedzą, co to strach?

Przez chwilę obawiała się, że posunęła się za daleko. W końcu Jacques naprawdę jest jej 

szefem, a ona zachowuje się jak ostatnia jędza.

Ale Jacques uśmiechnął się.

-    Holly,  nie  lubię  ludzi  w  typie  Rambo  -  powiedział  wesoło.  -  Tego  możesz  być 

całkowicie  pewna.  -  Odwrócił  się  i  przez  moment  jego  bursztynowe  oczy  patrzyły  na  nią 

ciepło. Potem spojrzał znów na jezdnię.

background image

32

I całe szczęście, bo Holly z trudem oddychała.

Jacques  skręcił  w  szeroką  boczną  ulicę,  przejechał  jeszcze  kilka  metrów  i  zatrzymał 

samochód  przed  dużym  nowoczesnym  budynkiem,  stojącym  przy  niewielkim  skwerku 

ozdobionym śliczną fontanną.

-    Chodźmy - powiedział i poprowadził ją do drzwi.

Gdy  weszli  do  holu,  zza  kontuaru  wyszedł  szybko  stary  concierge  i  stanął  przed 

Jacquesem na baczność. Zamienili kilka słów. Holly zauważyła, że muszą się znać, ale nic z 

ich rozmowy nie zrozumiała.

-    A  to  mademoiselle  Stanton,  Pierre  -  powiedział  Jacques,  pociągając  ją  do  przodu.  -

Pierre  mówi  bardzo  dobrze  po  angielsku,  i  będzie  zachwycony  mogąc  ci  pomóc  we 

wszystkim, czego będziesz potrzebowała - dodał, zwracając się do Holly.

-    Bonjour,  monsieur  -  przywitała  się  Holly,  wyczerpując  na  tym  cały  swój  zasób 

francuskich słówek.

-    Bonjour, mademoiselle. Miło mi poznać przyjaciółkę pana Querruela. Mam nadzieję, 

że będzie się pani tu dobrze mieszkało. I jestem do pani usług.

-    Dziękuję.

Z  windy,  którą  pojechali  na  trzecie  piętro,  wysiedli  na  wyściełany  dywanem  korytarz. 

Jacques poszedł do ostatnich drzwi i wyłowił z kieszeni klucze.

-    Witaj w domu, mademoiselle. - Z uśmiechem podał jej klucze. - Ten jest do wejścia do 

budynku, a ten do mieszkania.

Weszli  do  apartamentu.  Z  niewielkiego  holu  otwiera!  się  widok  na  najbardziej  uroczą 

bawialnię,  jaką  Holly  w  życiu  widziała.  Pokój  nie  był  duży,  ale  bardzo  proporcjonalny,  a 

meble utrzymano w kolorach kremowym i cytrynowym. Miał dwa okna sięgające od podłogi 

do sufitu, w obszernej wnęce z łatwością mieściło się biurko i regały. Na niewielkim balkonie 

stał  stół  i  dwa  foteliki,  a  także  mnóstwo  doniczek  z  niecierpkami  i  kameliami,  a  od 

miniaturowej fontanny dochodził  szmer wody. Zachwyconej Holly wydawało  się, że  z  tego 

balkonu można zobaczyć pół Paryża.

                                                         

Jacques  stał  w  bawialni,  oparty  o  ścianę,  gdy  Holly  zwiedzała  swój  mały,  lecz 

przepięknie urządzony nowy dom.

-    No i co? Podoba ci się?

-    Jak  mogłoby  mi  się  nie  podobać!  -  wykrzyknęła.  -  Ale  gdy  mówiłeś,  że  firma 

wynajmie  mi  coś  na  pierwsze  trzy  miesiące,  nie  spodziewałam  się  czegoś  takiego.  To 

mieszkanie musi was kosztować majątek!

background image

33

Jacques przez chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć. Chciał, by Holly pracowała z nim 

w  Paryżu,  i  dlatego  zaoferował  jej  warunki,  którym  nie  potrafiłaby  się  oprzeć.  Zresztą 

wiedząc,  że  nie  mówi  po  francusku  i  że  nie  zna  tu  nikogo,  pragnął  również,  by  czuła  się 

bezpiecznie i dobrze.

-    Majątek? - powtórzył w zamyśleniu. - Pieniądze to sprawa względna. Tani dom może 

przyczyniać najrozmaitszych kłopotów i w końcu człowiek wydaje więcej, niż to jest warte. 

Na  przykład  tutaj  mamy  bardzo  skuteczny  system  bezpieczeństwa.  A  niestety  w  naszych 

czasach jest to konieczne.

Może dla polityków czy kogoś takiego, pomyślała. Ona tego na pewno nie potrzebuje.

-    Ale ty wszedłeś do budynku bez żadnych kłopotów.

-    Pierre  widział,  jak  podjeżdżamy,  i  otworzył  mi  drzwi  -  wyjaśnił  gładko  Jacques.  -

Dlatego nie musiałem używać kluczy.

Holly  przez  chwilę  nie  zrozumiała,  jakie  implikacje niesie  to  stwierdzenie,  ale  zaraz  ją 

olśniło. Jednak Jacques uprzedził jej protesty.

-    Ja  mam  apartament  na  najwyższym  piętrze.  Dlatego  właśnie  wiedziałem,  że  to 

mieszkanie będzie wolne i wynająłem je dla ciebie.

-    Ale czy zastanowiłeś się, co ludzie na to powiedzą? - Głos Holly stał się jakoś dziwnie 

piskliwy.

-    Jacy ludzie? - Mina Jacquesa wyrażała całkowite niezrozumienie jej obiekcji.

-    Wszyscy, którzy to zobaczą - wyjaśniła ostro. Niech go szlag! Doskonale wiedział, o 

co jej chodzi. -Przywiozłeś mnie tu z Anglii i ulokowałeś w domu, w którym sam mieszkasz. 

Ludzie mogą na tej podstawie odnieść mylne wrażenie.

Bursztynowe oczy wpatrywały się w nią bez mrugnięcia.

-    Każde  z  nas  ma  własne  klucze  -  powiedział  spokojnie.  -  Jak  ktoś  mógłby  to  źle 

zrozumieć?

Jakim cudem dożył trzydziestu dwóch lat, nie rozumiejąc takich spraw?

-    Ludzie plotkują - powiedziała twardo. - Nic nie sprawia im większej przyjemności niż 

soczysta plotka.

-    Nie o mnie, jeżeli chcą zachować swój standard życia. - W jednej chwili przestał być 

uroczym towarzyszem i przybrał lodowatą postawę wymagającego szefa.

-    Może nie w twojej obecności - upierała się. - Ale zapewniam cię, że będą gadać.

-    I to ci przeszkadza? Że ci bezimienni, nic niewarci ludzie będą tracić czas na nieważne 

plotki?

Celowo udawał, że nie wie, o co chodzi. Spiorunowała go wzrokiem.

background image

34

-    Problem nie na tym polega.

-    Właśnie  na  tym  -  powiedział  zimnym  tonem.  -I  szczerze  mówiąc,  kobieta,  która 

potrafiła  stawić  czoło  Jeffowi  Robertsowi  i  była  gotowa  do  konfrontacji  ze  mną,  potrafi 

również rozprawić się z każdym głupim plotkarzem jednym lodowatym spojrzeniem swoich 

pięknych  niebieskich  oczu.  -  Uśmiechnął  się.  -  Spójrz  tylko na  siebie  -  wycedził  miękko.  -

Potrafisz wzbudzić lęk.

Ale Holly nie dała się oczarować ani ugłaskać.

-    Po prostu nie myślę...

-    I  bardzo  dobrze.  Myślenie  zostaw  mnie.  -  A  gdy  słysząc  te  bezczelne  słowa  już 

szykowała  się  do  riposty,  nie  dał  jej  na  to  najmniejszej  szansy.  -  Idziemy  na  lunch  -

zapowiedział, biorąc ją pod rękę. - Chcesz się trochę odświeżyć przed wyjściem?

Ten człowiek to  prawdziwy buldożer! Arogancki,  przyzwyczajony do tego,  że  wszyscy 

mu się podporządkowują ze strachu, by go nie obrazić. No, to teraz zobaczy, że nie zawsze 

dzieje się tak, jak on chce.

A wtedy odebrał wiatr z jej żagli.

-    Holly, proszę.

No  i  co  ma  zrobić  teraz,  gdy  odezwał  się  tak  miło,  tym  miękkim  głosem?  Wzruszyła 

ramionami. Nie pokaże mu, jak to ją poruszyło.

-    Potrzebuję  trochę  czasu  -  powiedziała  chłodno.  -I  podczas  lunchu  ostatecznie 

omówimy szczegóły mojego zatrudnienia.

-    Oczywiście.  -  W  jego  głosie  wyczuła  ledwo  opanowany  śmiech.  -  Dobry  posiłek 

potrafi przywrócić rozsądek, prawda?

Holly,  zbierając  całe  poczucie  godności,  na  jakie  było  ją  w  tej  chwili  stać,  uciekła  do 

łazienki.

Lunch zjedli w uroczej małej restauracyjce. Jacques prowadził lekką rozmowę, żartował i 

w  ogóle  był  bardzo  miły.  Niebezpiecznie  miły.  Nie  chciała  ulegać  jego  urokowi,  czy  też  -

mówiąc dokładniej - urokowi  jakiegokolwiek mężczyzny. I udawało jej się to aż do chwili, 

gdy na scenie pojawił się Jacques Querruel.

-    Będzie bardzo dobrze. 

- Słucham?

Byli już przy kawie. Holly tak się zagłębiła w swoje rozważania, że nie usłyszała, jak po 

chwili milczenia Jacques znów się odezwał.

- Jesteś zdenerwowana - zauważył spokojnie. - Doskonale to rozumiem. Ale zobaczysz, 

że ludzie, z którymi będziesz pracować, są bardzo mili.

background image

35

-    Tak, na pewno.

-    Na  pewno  -  powtórzył  jej  słowa  kpiąco.  -  Holly,  powiedz  mi,  co  trzeba  zrobić,  by 

przełamać tę barierę, jaką wokół siebie zbudowałaś?

Wstał,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Nie  pozostało  jej  nic  innego,  jak  iść  za  nim  do 

samochodu.

background image

36

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ku  własnemu  zdziwieniu,  mimo  wszelkich  wątpliwości  i  obaw,  Holly  w  nowej  pracy 

wkrótce poczuła się jak u siebie. Nowi koledzy byli wspaniali, a jedyną rzeczą, jaka jej się nie 

podobała,  był  kult,  jakim  otaczali  Jacquesa.  Ale  w  końcu  nawet  to  było  zrozumiałe. 

Inspirował  wszystkich,  nigdy  nie  żądał  więcej,  niż  sam  z  siebie  dawał.  Pierwszy  rano 

przychodził do biura, wieczorem wychodził ostatni. Fascynujący, inteligentny, a na dodatek 

niesamowicie  atrakcyjny.  Był  jedyny  w  swoim  rodzaju.  Nie  pasowała  do  niego  żadna 

zwyczajna etykietka.

I przez to czuła się jeszcze bardziej upokorzona. Bo jak mogła sobie wyobrażać - choćby 

przez jedną sekundę - że interesował się nią jako kobietą! Najwyraźniej był absolutnie szczery, 

mówiąc o przyczynach, dla jakich wynajął dla niej mieszkanie w swoim domu: po prostu dla 

wygody i bezpieczeństwa.

Przez  ten  cały  czas,  odkąd  tu  pracowała,  nawet  jej  nie  dotknął.  W  zamian  musiała  od 

koleżanek wysłuchiwać niekończących się opowieści o jego miłosnym życiu, o jego bogatych, 

pięknych, wyrafinowanych kochankach.

No i dobrze. Sam był tak wyjątkowy, że zasługiwał na takie właśnie kobiety.

Holly rozmyślała o tym wszystkim, wracając któregoś dnia z pracy do domu. Jacques od 

kilku dni był w Stanach i czuła się trochę spokojniej. Zatrzymała się na chwilę na skwerku, 

obserwując  kilku  starszych  mężczyzn  grających  w  boules.  Przypomniała  sobie,  jak  Jacques

mówił,  że  jego ojciec też  z pasją oddaje się tej grze. Wszyscy ci mężczyźni byli  dobrze po 

osiemdziesiątce,  ale  wprost  emanowała  z  nich  radość  życia.  Holly  bezwiednie  się 

uśmiechnęła. Po  drugiej  stronie ulicy grupka  studentów  grała na  różnych  instrumentach, ku 

własnej  radości  i  radości  przechodniów.  Holly  uśmiechała  się  coraz  serdeczniej.  Słońce 

pieściło jej skórę jakimś tęsknym ciepłem. Zamknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła, stał 

przed nią Jacques. Patrzył na nią z przyjemnością, uśmiechał się.

-    No widzisz - powiedział miękko. - Esprit Paryża już na ciebie działa.

-    Jacques! - Wiedziała, że się głupio zaczerwieniła.

-    Myślałam, że jesteś w Stanach.

-    Więc może to tylko mój duch jest tu teraz z tobą?

-    Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Holly szybko się opanowała.

-    Przepraszam, to było głupie - powiedziała. - Chodziło mi o to...

-    Wiem, o co ci chodziło - uspokoił ją, przesuwając spojrzenie z jej twarzy na ciemne 

background image

37

jedwabiste włosy. -I nigdy nie zachowujesz się głupio.

Popatrzyła  na  niego,  straszliwie  zmieszana.  Wydawał  się  jakiś  inny,  porzucił  tę  swoją 

pozę rekina biznesu.

-    Ja...  ja właśnie wracałam  do domu  - powiedziała drżącym  głosem. -  A ty idziesz  do 

biura?

Jacques zmarszczył brwi. A więc tego sobie życzyła. Do diabła, jego spojrzenie za dużo 

jej wyjawiło. Ale, z drugiej strony, co za komiczna sytuacja. Przez ostatnie tygodnie chodził 

wokół  tej  kobiety  na  paluszkach  i  nie  zamierzał  tego  kontynuować.  Miał  nadzieję,  że  z 

czasem trochę się oswoi ze swoim nowym życiem, i oswoiła się ze wszystkim i ze wszystkimi, 

prócz niego. Słyszał, jak w biurze rozmawia i śmieje się z kolegami, ale gdy tylko on pojawiał 

się  w  pokoju,  natychmiast  milkła.  Niech  to  szlag!  Przełamie  tę  jej  rezerwę,  nawet  gdyby 

miało to go wiele kosztować!

-    Nie, nie idę do biura. Właśnie wróciłem ze Stanów i muszę trochę rozprostować nogi, 

odpocząć.

Jacques Querruel przyznaje, że musi odpocząć?

-    Ale przecież ty nie jesteś taki - powiedziała, zanim zdążyła pomyśleć.

-    Jaki?

-    Nie należysz do tych, którzy potrzebują relaksu. Dla ciebie praca jest wszystkim.

-    A  więc  twoim  zdaniem  jestem  robotem?  -  spytał  z  podejrzaną  łagodnością.  -

Maszyną? No to się mylisz. Skalecz mnie, a będę krwawił jak każdy inny człowiek.

Ten łagodny ton jej nie zmylił. Rozzłościła go, i właściwie nie bez powodu.

-    Nie to chciałam powiedzieć - tłumaczyła się nerwowo.

-    Jak na kobietę, kłamiesz bardzo nieumiejętnie. Być może, ale nie traktowała tego jak 

wady. W wieku ośmiu lat boleśnie się przekonała, jaką krzywdę może wyrządzić kłamstwo.

-    A więc nie będę ci przeszkadzała w spacerze - powiedziała tylko.

-    Specjalnie  tu  przyszedłem,  bo  wiedziałem,  że  cię  spotkam.  Chciałem  ci  przekazać 

zaproszenie.

-    Od kogo? - spytała ostrożnie. Opanował nagły przypływ gniewu.

-    Od  mojej  mamy.  Opowiedziałem  jej  o  małej  myszce  z  Anglii,  która  przyjechała  do 

tego wielkiego, złego miasta, by dla mnie pracować, i mama ulitowała się nad tobą. Chce cię 

zaprosić na kolację.

Mała myszka, tak? Holly już otwierała usta, żeby mu nawymyślać, ale powstrzymała się, 

widząc w jego oczach iskierki śmiechu.

-    Żartujesz - powiedziała słabo.

background image

38

-    Tylko częściowo. - Ciepła, silna ręka chwyciła ją za brodę. Była za bardzo zdziwiona, 

by się wyszarpnąć. - Jednak zaproszenie na kolację jest prawdziwe. Moja kochana mama jest 

bardzo  gościnna  i  wzburzyła  ją  myśl,  że  młoda  cudzoziemka  musi  jadać  w  samotności 

swojego mieszkania.

-    Mam nadzieję, że powiedziałeś jej, że to z mojego własnego wyboru - mruknęła Holly 

z  uporem. – Ludzie z  firmy zapraszali  mnie do siebie, jednak ja na razie  muszę  się jeszcze 

bardzo  dużo  nauczyć.  Poświęcam  na  to  całe  wieczory,  ale  kładę  się  wcześnie  spać,  żebym 

rano ze świeżym umysłem przystępowała do pracy.

-    Bardzo słusznie - pochwalił ją, chociaż wcale tak nie myślał.

Pewnie, że tak, pomyślała Holly zawzięcie. I to twoja cholerna firma najbardziej na tym 

korzysta.

-    Proszę, podziękuj mamie ode mnie i powiedz jej.

-    Sama jej wszystko powiesz dziś wieczorem, kiedy zawiozę cię do niej na kolację.

Czy on w ogóle słucha, gdy się do niego mówi?

-    Twoja mama na pewno nie oczekuje mnie już dziś. - Uznała, że tylko spokojem coś z 

nim osiągnie. - Dopiero co wróciłeś ze Stanów...

-    Zadzwoniłem do niej z drogi i powiedziałem, żeby się nas spodziewała koło ósmej -

oznajmił. - Bardzo się ucieszyła.

-    Przecież mogłam już mieć plany na wieczór.

-    A masz?

Chciała  skłamać,  ale  niestety  Jacques  miał  całkowitą  rację  twierdząc,  że  kłamstwa 

wychodzą  jej  fatalnie.  Jednak  spodziewać  się,  że  pokornie  przyjmie  tak  nagłe  zaproszenie, 

było z jego strony oburzającą arogancją.

-    Nie o to w tym chodzi.

-    Masz  oczywiście rację.  -  Znów  w  jednej  chwili  diametralnie  zmienił mu  się  nastrój. 

Holly już zdążyła doświadczyć tego kilka razy. - Proszę o wybaczenie, mademoiselle.

Popatrzyła na niego podejrzliwie.

-    Nie mogę iść z pustymi rękami.

-    Oczywiście,  że  możesz,  ale  jeżeli  chcesz  coś  jej  zawieźć,  mama  uwielbia  ręcznie 

robione trufle czekoladowe z małego sklepiku w Dzielnicy Łacińskiej. Po drodze moglibyśmy 

tam wstąpić.

Chciała go spytać, czy ma w zwyczaju zapraszać kolegów z pracy na rodzinną kolację do 

swojej  matki,  ale  zmilczała.  Jasno  powiedział,  że  jego  matka  ulitowała  się  nad  samotną 

cudzoziemką, i chociaż nie podobała jej się rola biednej sierotki, musi to zaproszenie przyjąć 

background image

39

za  dobrą  monetę.  Nie  da  Jacquesowi  do  zrozumienia,  że  bierze  je  za  coś  więcej  niż  jest  w 

rzeczywistości.  Przecież  wie,  że  to  nie  randka.  W  ogóle niepotrzebnie  robi  wokół  tego tyle 

zamieszania.

Jacques śledził grę uczuć na jej twarzy z ukrytym zainteresowaniem, i jak mistrz strategii 

wiedział, kiedy zaatakować.

-    Więc mogę potwierdzić, że przyjdziemy o ósmej? - spytał pokornie.

Holly poczuła się jak ostatnia jędza. Zaczerwieniła się i szybko skinęła głową.

-    To bardzo miło z jej strony i jestem wdzięczna za tak uprzejmy gest.

Teraz, gdy uzyskał wszystko, co chciał, mógł okazać szlachetność.

-    Wiem, Holly. Po prostu cię zaskoczyłem, prawda? Ale moja mama będzie szczęśliwa, 

mając jeszcze jedno kaczątko pod swoimi skrzydłami. Nie może się już doczekać wnuków, a 

siostry nie spieszą się ze zrobieniem jej tej przyjemności.

A on najwyraźniej nawet nie myśli, że i sam mógłby w ten sposób matkę uszczęśliwić. 

Za dobrze się bawi. Ta myśl ją zasmuciła, chociaż wiedziała, że nie powinna.

-    No to idziemy się przebrać. - Ku zaskoczeniu Holly wsadził sobie jej rękę pod ramię i 

poprowadził ją do domu.

Wpadła  w  panikę,  ale  już  chwilę  później  zrobiło  jej  się  jakoś  przyjemnie.  Jacques  nie 

starał  się  jej  przyciągnąć  bliżej,  nie  wykonał  żadnego  intymnego  gestu.  Ciekawe,  co  by 

powiedział,  dowiadując  się,  że  ona  po  raz  pierwszy  w  życiu  idzie  z  mężczyzną  pod  rękę? 

Pewnie  po  prostu  spojrzałby  na  nią  z  pogardą.  Już  nieraz  widziała  w  biurze,  jak  jednym 

spojrzeniem rozgniatał przeciwnika na miazgę. Nie musiał nawet przy tym nic mówić.

David Kirby też to potrafił. Specjalizował się w zimnym milczeniu, gdy któreś z nich go 

rozzłościło,  a  raczył  od  nowa  rozmawiać  z  winowajcą  dopiero  wtedy,  gdy  ten  się  szczerze 

ukorzył.

-    Holly?

Gdy  uniosła  na  niego  wzrok,  uświadomiła  sobie,  że  Jacques  patrzy  na  nią  z  dziwnym 

skupieniem. Widocznie coś mówił, a ona nie usłyszała.

- Co się stało?  - Zatrzymał się, odwrócił ją do siebie i położył jej ręce  na ramionach. -

Masz tremę przed kolacją u mamy?

-    Nie, oczywiście, że nie.

-    Więc  o  co  chodzi?  Wyglądałaś,  jakbyś...  -  zająknął  się,  szukając  odpowiedniego 

słowa.

Holly była wściekła na siebie. Że też pozwoliła, by myśl o Davidzie Kirbym wprawiła ją 

w taki nastrój!

background image

40

-    Ja... ja właśnie kogoś sobie przypomniałam. Kogoś z przeszłości. - Chciała się wyrwać, 

ale ją przytrzymał.

-    Mężczyznę?

Poczuła się jak w pułapce. Popchnął ją na ścianę jakiegoś domu, a ona bała się, że zaraz 

wpadnie w panikę, jak zawsze, gdy znalazła się za blisko mężczyzny. Jednak nic takiego się 

nie  stało.  Tym  razem  jej  podniecenie  spowodowane  było  raczej  jego  bliskością,  zapachem. 

Do tej pory jeszcze nigdy nie poczuła potęgi pożądania, ale teraz już wiedziała, jak to jest. ,.     

Nie mogła zebrać myśli, więc powiedziała prawdę:

-    Tak, mężczyznę.

-    Skrzywdził cię.

-    Tak.

-    Ale to już skończone?

-    Co? - Za późno zdała sobie sprawę, w jakim kierunku prowadzi ta rozmowa. Sądził, że 

Holly mówi o romansie, o kochanku.

-    Spytałem, czy to już skończone - powtórzył spokojnie. - Czy już się z tym uporałaś.

-    Tak,  skończone.  -  Czuła  nerwowy  skurcz  żołądka, ale  uniosła  głowę  w  geście 

wyznania, jaki Jacques już nieraz u niej widział. - I nie chcę o tym rozmawiać.

Jacques stłumił westchnienie. Co za tajemnicza kobieta. Raz wydaje się łagodna i miękka 

jak jedwab, a innym znów razem jest zimna i twarda jak stal.

-    Bardzo dobrze, Holly, ale pamiętaj, że zawsze możesz się wypłakać na moim ramieniu. 

Czasami  pomaga, gdy człowiek  może  się  wygadać. -  I  na  tym  skończył.  Przez  resztę  drogi 

prowadził  niezobowiązującą  pogawędkę.  Holly  uznała  w  końcu,  że  zareagowała  przesadnie 

na  zwykłe  przyjacielskie  pytanie.  Przecież  Jacquesa  nie  obchodzi  jej  przeszłość.  Po  prostu 

prowadził zwykłą rozmową w ciepły letni wieczór, i to wszystko.

Po  powrocie  do  domu  szybko  wzięła  prysznic,  a  potem  zaczęła  się  zastanawiać,  co  na 

siebie włożyć. Jacques wspomniał, że muszą się przebrać. Zdecydowała się więc na ładny top 

w  kwiatki  i  kremową  wąską  spódniczkę,  do  tego  również  kremowe  sandałki  i  kaszmirowy 

kardi-gan z krótkimi rękawami. Była z powrotem w holu na parterze zaledwie po dwudziestu 

minutach, ale Jacques już na nią czekał.

Popatrzył na nią za zadowoleniem.

-    Szybka i urocza. Jesteś niezwykła, mademoiselle Stanton.

Z ulgą stwierdziła, że nie ubrała się za strojnie. Jacques miał na sobie rozpiętą pod szyją 

jasnoniebieską jedwabną koszulę i czarne spodnie.

Rodziców  Jacquesa  polubiła  od  pierwszej  chwili.  Marc Querruel  był  wysoki  jak  syn, a 

background image

41

Jacques  po  nim  odziedziczył  przystojną  twarz,  władcze  rysy  i  gęste  czarne  włosy,  chociaż 

ojciec był już siwy.

Camille,  matka  Jacquesa,  była  drobniutka,  miała  ciemne  oczy  i  srebrzyste  włosy.  Obie 

córki, Josephine i Barbe, z budowy przypominały matkę. Były atrakcyjne ale nie piękne, ich 

orle  nosy  wydawały  się  za  duże,  ale  obie,  tak  samo  jak  matka,  były  bardzo  eleganckie  i 

zachowywały  się  naturalnie.  Holly,  w  miarę,  jak  upływał  czas  wizyty,  coraz  bardziej 

zazdrościła im tej spokojnej pewności siebie.

Do kolacji zasiedli w otoczonym murem ogródku. Jacques był rozmowny, zrelaksowany. 

Przekomarzali  się  wspólnie  z  siostrami,  wytykając  sobie  nawzajem  ostatnie  miłostki.  Gdy 

Jacques skomentował wyczyny Barbe, ta wykrzyknęła:

-    Och, Jacques! Przytaczasz argumenty typowego męskiego szowinisty. Według ciebie 

mężczyzna  może  fruwać  z  kwiatka  na  kwiatek,  podczas  gdy  kobietę,  która  miała  kilku 

partnerów, należy traktować jak ladacznicę!

-    Barbe!  -  Camille  spojrzała  przepraszająco na  Holly.  -  Szkoda,  że  już  są  za  duże,  by 

odsyłać je od stołu za złe zachowanie.

-    Nic się nie stało - uśmiechnęła się Holly. - I zgadzam się z Barbe, że kobiety nadal w 

pewnych dziedzinach nie mają pełnych praw.

-    No widzisz? Holly mnie popiera! – wykrzyknęła Barbe do brata. - Mężczyźni tacy jak 

ty  to  najgorszego  rodzaju  hipokryci.  Wobec  siebie  stosują  zupełnie  inne  zasady  niż  wobec 

kobiet. Nigdy nie przyszło ci do głowy, że ojcowie i bracia tych wszystkich twoich kobiet tak 

samo  nie  życzą  sobie,  by  zadawały  się  z  mężczyznami,  jak  ty  nie  życzysz  sobie  tego  w 

stosunku do mnie i Josephine?

Jacques wyglądał tak, jakby zaraz miał wybuchnąć,  ale właśnie w tej chwili do ogrodu 

weszła  para  małżeńska  zaprzyjaźniona  z  jego  rodzicami.  Dostawiono  krzesła,  zaczęła  się 

ogólna rozmowa i sprawa poszła w zapomnienie.

W pewnej chwili Barbe pochyliła się do Holly i szepnęła jej na ucho:

-    Nie przejmuj się tym, co powiedziałam. Chciałam tylko podrażnić się z Jacquesem. Ty 

na pewno jesteś inna. Jeszcze nigdy do tej pory nie przyprowadził nikogo do domu.

-    Och,  to  nie  jest  tak,  jak  myślisz  -  tłumaczyła  się  Holly.  -  Po  prostu  pracuję  w  jego 

firmie, a twoja mama słyszała, że jestem obca w Paryżu, więc zaprosiła mnie na kolację.

Barbe tylko uniosła wymownie brwi.

-    Czyli  pomyliłam  się.  Ale  wobec  tego  Josephine  i  ja  musimy  cię  oprowadzić  po 

mieście i zapoznać z naszymi przyjaciółmi.

Holly uprzejmie się uśmiechnęła. Obie były bardzo miłe, ale nie zamierzała skorzystać z 

background image

42

tego zaproszenia.

Zanim  jednak  zdążyła  coś  powiedzieć,  Barbe  zalała  brata  potokiem  francuskich  słów. 

Holly nie wiedziała, o czym mówiła, ale Jacques się zachmurzył i odpowiedział siostrze tak 

ostro, że więcej już się nie odezwała. A Jacques gwałtownym ruchem wstał od stołu.

-    Holly i ja musimy już iść - oświadczył. Uśmiechał się, ale Holly widziała, że coś go 

wzburzyło. Ciekawa była, co Barbe mu powiedziała.

Wyszli  po  serdecznych  pożegnaniach  i  zapewnieniach  rodziców  Jacquesa,  że  wkrótce 

znów się zobaczą. Jacques odjechał kawałek od domu i zatrzymał samochód przy niewielkim 

skwerku, pustym i oświetlonym tylko światłem księżyca.

-    Przejdźmy się.

-    Mamy się przejść? - pisnęła nerwowo Holly. - Nie wydaje mi się...

-    Holly, uspokój się. - Jacques chwycił ją za drżącą rękę i spojrzał jej głęboko w oczy. 

Poczuła  się  nagle  tak,  jakby  płynęła  w  powietrzu,  a  jedyną  realną  rzeczą  na  świecie  było 

lśnienie jego oczu. - Muszę z tobą porozmawiać, żeby raz na zawsze wyjaśnić kilka spraw.

-    Dobrze - szepnęła, bo głos nie chciał jej się przedostać przez gardło.

Usiedli  na  ławce.  Jacques  położył  jedną  rękę  na  oparciu  za  Holly,  a  drugą  wziął  ją  za 

brodę tak, by mu patrzyła prosto w oczy. Nie mogła uwierzyć, że siedzi tu z nim, że pozwoliła 

mu się do tego zmusić. Ale, pomyślała, bądźmy uczciwi. Nie musiał zbyt  długo jej do tego 

przekonywać.

Ma  dwadzieścia  pięć  lat  i  nigdy  jeszcze  się  nie  całowała.  A  od  pierwszej  chwili,  gdy 

zobaczyła  Jacquesa,  próbowała  zgadnąć,  jak  by  to  było,  gdyby  poczuła  na  wargach  te  jego 

pięknie rzeźbione, seksowne usta.

I mimo całego lęku i niepokoju, jaki wprowadził w jej życie, sprawił jej ulgę fakt, że ona 

też może się podobać mężczyźnie. Bo wiedziała, że podoba się Jacquesowi Querruelowi.

Patrzył na nią w milczeniu przez długą chwilę.

-    To,  co  powiem,  może  cię  zdenerwować  -  oświadczył  w  końcu  cicho,  całkowicie  ją 

zaskakując.

-    Och... - Cała wewnątrz drżała i miała tylko nadzieję, że Jacques tego nie zauważy.

-    Mówiłem Barbe, że nie zgodzę się, by one wprowadziły cię do towarzystwa młodych 

ludzi. Powiedziałem jej, że cię lubię. Że bardzo cię lubię.

Wydawało jej  się,  że  tonie  w  jego bursztynowych  oczach.  Gdy wziął  jej  twarz  w  ręce, 

zadrżała.

-    Holly, rozumiesz, co mówię? Pragnę cię, a nigdy nie dzielę się moją własnością.

Działo się za dużo, za szybko. Zawsze wiedziała, że to się kiedyś zdarzy, a teraz, gdy już 

background image

43

się  zdarzyło,  jedynie  się  dziwiła,  że  Jacques  tak  długo  czekał.  Tylko  że  ona  jest  taka 

wewnętrznie niezborna. Nie miał pojęcia...

-    Holly, lubisz mnie? - spytał, obserwując grę uczuć na jej twarzy, a wielkie niebieskie 

oczy, piękne jak wody jeziora przy jego chateau i równie niezgłębione, wzniesione były ku 

niemu w niemym pytaniu.

-    To nie jest kwestia tego, czy cię lubię. - Holly w końcu odzyskała głos.

-    Oczywiście, że tak. Czekałem cierpliwie, ale nie jest to postawa, na którą łatwo mi się 

zdobyć - przyznał z lekkim  uśmiechem. - Mama zawsze mi powtarzała, że ptaszek krok po 

kroku buduje swoje gniazdko, ale ja nie widzę w tym żadnych korzyści.

Holly spróbowała się od niego odsunąć, jednak jej nie puścił.

-    Widzisz,  pożądasz  i  sobie  bierzesz?  -  spytała  ostro.  Musiała  przerwać  tę  intymną 

chwilę, bo ją przerażała.

Spodziewała się zaprzeczenia, ale on tylko przybliżył się i dotknął ustami jej ust. Nie był 

to pocałunek na próbę ani na przeproszenie. Całował tak, jakby miał do tego pełne prawo.

Serce  Holly  waliło  jak  młotem,  ale  nie  odczuła  obrzydzenia,  którego  się  tak  bała. 

Przeciwnie,  przeszył  ją  słodki  dreszcz  podniecenia,  a  jej  usta  rozchyliły  się  jak  pąk  kwiatu 

otwierający się na łagodny letni deszczyk.

Jacques  objął  ją  mocniej  i  przez  kilka  hipnotyzujących  sekund  Holly  czuła  się 

mieszkanką dziwnego świata zmysłowej rozkoszy, świata dla niej całkowicie obcego, pełnego 

obietnic i magii. W tej właśnie chwili przekonała się, że nie jest jakimś dziwadłem, kobietą 

zimną, czego do tej pory tak się obawiała. Całowano ją, i było to cudowne i tak naturalne...

Gdy w końcu Jacques podniósł głowę, brakowało jej tchu.                         

-    Wiedziałem,  jak  będziesz  smakować  -  szepnął.  -  Zawsze  to  wiedziałem.  Jak  gorący 

miód.  Cherie,  jesteś  piękna  i  słodko  jest  cię  całować.  Możesz  doprowadzić  mężczyznę  do 

szaleństwa.

Znów ją pocałował.

-    Mm - westchnął. - Pachniesz tak pięknie i tak wspaniale smakujesz.

Musiała położyć temu kres. Nie bardzo wiedziała dlaczego, ale rozum podpowiadał jej, 

że trzeba zachować ostrożność. To do niczego dobrego nie doprowadzi. Jacques jest wilkiem, 

który nawet nie dba o to, by narzucić na siebie owczą skórę.

-    Pragnąłem tego od chwili, kiedy cię zobaczyłem – szeptał. - Chciałem trzymać cię w 

ramionach,  całować,  rozebrać,  pieścić.  Zobaczysz,  zabiorę  cię  na  szczyty  rozkoszy,  tam, 

gdzie nie zabrał cię jeszcze żaden z twoich kochanków.

Te  słowa  zaszokowały  ją.  Wyrwała  się  z  jego  objęć  z  taką  siłą,  że  spadłaby  z  ławki, 

background image

44

gdyby Jacques w ostatniej chwili jej nie przytrzymał.

Strząsnęła jego rękę.

-    Chcę już iść. Chcę wrócić do domu.

-    Co się stało? - Wstał, gdy ona wstała, i patrzył na nią z niepokojem.

Holly  nie  mogła  się  poruszyć,  nawet  po  to,  by  odwrócić  od  niego  wzrok.  Głos  nie 

przechodził jej przez gardło.

-    Chodzi  o  tego  mężczyznę,  którego  przedtem  znałaś?  Tego,  który  cię  tak  bardzo 

skrzywdził? Co on ci zrobił?

-    Słucham? - Spojrzała na niego nieprzytomnie.

-    Mówiłaś,  że  już  ci  na  nim  nie  zależy,  ale  chyba  tak  nie  jest  -  powiedział  miękko.  -

Nadal go kochasz, prawda?

Szok i obrzydzenie na jej twarzy powiedziały mu, że się myli.

-    A więc, Holly, co się dzieje?

Jak  może  mu  o  tym  opowiedzieć?  Jak  może  komukolwiek  o  tym  opowiadać?  Raz 

spróbowała  i  było  to  straszne.  Gdyby  mu  powiedziała,  Jacques  zacząłby  nią  gardzić.  Na 

pewno pomyślałby, że to ona zachęcała Da-vida. Ona sama tak myślała przez całe lata, więc 

on pewnie też będzie o tym przekonany.

-    Chcę iść do domu.

-    Zgwałcił cię? Przymuszał do czegoś? - Jacques nie odpuszczał, chociaż ton jego głosu 

był miły i spokojny.

Holly ciężko przełknęła ślinę, próbując utrzymać emocje na wodzy. Zastanawiała się, co 

odpowiedzieć, ale w głowie miała pustkę.

-    To się zdarzyło dawno temu - odezwała się w końcu. - I nie chcę o tym rozmawiać.

-    Popełniasz błąd.

- A co ty możesz o tym wiedzieć? - wyrwało jej się. Oczy mu się rozszerzyły. Ale stał i 

nic nie mówił, tylko na nią patrzył.

-    To nie jest tak, jak myślisz - szepnęła.

-    Skąd możesz wiedzieć, co ja myślę? - spytał bardzo cicho. 

Nie wiedziała. To prawda. Nagle ogarnęła ją złość. Kim ona właściwie dla niego była? 

Należał  do  mężczyzn,  którzy  mają  kobietę,  gdy  tylko  strzelą  palcami.  Dziesiątki  kobiet 

walczą o to, by znaleźć się w jego łóżku. Ale ona jest inna. Zdał sobie z tego sprawę i obudził 

się nim myśliwski instynkt. Mentalność jaskiniowca.

-    Chcę  już  wrócić  do  domu.  Odwieziesz  mnie,  czy  mam  iść  na  piechotę?  -  spytała 

lodowato.

background image

45

Jacques przez długą chwilę się nie odzywał. Milczenie było tak ciężkie, że aż dzwoniło 

jej w uszach. Potem odstąpił o krok.

-    Oczywiście,  że  cię  odwiozę  -  powiedział  spokojnie.  Lekko  się  uśmiechnął.  -

Niezależnie od tego, co o mnie myślisz, jestem cywilizowanym człowiekiem.

-    Wiem  -  odpowiedziała  cicho.  I  rzeczywiście,  w  głębi  serca  o  tym  wiedziała. 

Problemem była ona. W końcu przecież nic jej nie zrobił. Tylko ją pocałował. Nie próbował 

tego na niej wymusić, nie zachował się agresywnie. A ona zareagowała tak, jakby... jakby co 

najmniej chciał ją zgwałcić.

Nagle powróciła cała przeszłość. Czuła na sobie silne, okrutne ręce Davida, jego wilgotne, 

gorące usta. Ogarnęły ją mdłości.

-    Ja...  przepraszam.  -  Zmusiła  się  do  spokoju,  chociaż  chciało  jej  się  krzyczeć,  łkać  i 

jęczeć. - Ja po prostu... nie jestem gotowa na...

Sama nie wiedziała, co właściwie chce powiedzieć, więc zdumiała się, gdy odpowiedział 

łagodnie:

-    Zapomnijmy o tym, dobrze? - Patrzył jej serdecznie w oczy. - Jesteśmy przyjaciółmi, 

kolegami  z  pracy.  Nie  ma  między  nami  nic  skomplikowanego,  nic,  co  trudno  byłoby 

zaakceptować. To ci odpowiada?

Tak,  odpowiadałoby  jej,  gdyby  nie  to,  że  od  samej  bliskości  jego  emanującego 

zmysłowością ciała kręciło jej się w głowie. Popatrzyła na niego, serce jej się ścisnęło. Nie 

powinna  była  przyjeżdżać  do  Paryża.  Nie  powinna  była  się  zgadzać  na  to,  by  u  niego 

pracować. Nie powinna była przyjmować zaproszenia do domu jego rodziców...

-    Tak, odpowiada mi - powiedziała cicho. - Bardzo mi odpowiada.

background image

46

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Minął gorący lipiec, ale w sierpniu upał doskwierał jeszcze bardziej. Holly miała jednak 

w mieszkaniu klimatyzację i skwar jej za bardzo nie przeszkadzał.

Pierwszego  dnia  po  wizycie  u  rodziców  Jacquesa  czuła  się  bardzo  nieswojo,  ale  on 

zachowywał  się  przyjacielsko,  nie  robił  żadnej  aluzji  do  tych  wydarzeń,  koncentrował  się 

wyłącznie  na  pracy,  więc  szybko  się  uspokoiła.  Bardzo  jej  też  pomogło  to,  że  jeszcze  tego 

samego popołudnia wrócił do Stanów.

Od  tamtego  wieczoru  minęły  już  dwa  tygodnie.  Holly  starała  się  bliżej  zapoznać  z 

nowymi  kolegami,  przyjęła  kilka  zaproszeń  do  ich  domów  na  kolację,  dwa  razy  była  na 

lunchu z Chantal, sekretarką Jacquesa.

Jednak  prowadząc  tak  ożywione  jak  na  nią  życie  towarzyskie,  bez  przerwy  myślała  o 

Jacquesie. Tęskniła do niego, w nocy nawiedzał ją w snach, a w dzień zajmował jej myśli w 

sposób  wprost  natrętny.  A  nie  chciała  o  nim  myśleć.  Nie  chciała  myśleć  zwłaszcza  o  jego 

pocałunkach.

Któregoś dnia wieczorem jak zwykle siedziała na swoim uroczym balkonie. Spędzała tu 

więcej czasu niż w mieszkaniu.  Jej myśli znów  pobiegły do tamtych wydarzeń. Dopiero po 

jakimś czasie, gdy zastanowiła się nad tym wszystkim, uświadomiła sobie, jakie opanowanie 

wykazał Jacques. Nie zmuszał jej do niczego, nie prosił o więcej, niż była skłonna dać. A gdy 

odrzuciła jego awanse, nie wydawał się rozczarowany. Tyle że mając inne rybki do złowienia, 

na niej pewnie niespecjalnie mu zależało.

Zmarszczyła czoło. Nie mogła go zrozumieć. Przecież mówił, że chce się z nią kochać. A 

jednak  zachowywał  się  tak,  jakby  potrafił  w  jednej  chwili  poskromić  swoje  uczucia. 

Pracowała z nim już od tylu tygodni, była na kolacji u jego rodziców, całował ją i pieścił, a 

mimo to go nie rozumiała. Ale ją fascynował. To było niepodważalną prawdą. Holly, uczciwa 

wobec  siebie,  nie  mogła  temu  zaprzeczyć.  A  jeżeli  jego  pocałunki  wywarły  na  niej  takie 

wrażenie, jak by się czuła, gdyby rzeczywiście się z nią kochał?

Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Natychmiast wiedziała, kto to. Gdyby przyszedł kto 

inny, a nie Jacques, Pierre by ją uprzedził.

Dzwonek  odezwał  się  jeszcze  raz,  władczo,  nagląco.  Z  bijącym  mocno  sercem  Holly 

poszła otworzyć. 

- Bonjour,  cherie.  - Jacques  w  nonszalanckiej  pozie  opierał  się  o  ścianę  naprzeciwko 

drzwi, ręce skrzyżował na piersi. Wyglądał wspaniale, a jego bursztynowe oczy przyciągały 

jej spojrzenie jak magnes. Nie uśmiechał się.

background image

47

- Witaj, Jacques. - Ucieszyła się, że głos jej nie drży.

- Nie wiedziałam, że już jesteś w Paryżu. - Traktuj go lekko, nie pokazuj, że cały czas o 

nim myślałaś, nakazała sobie.

-    Wróciłem dosłownie przed chwilą.

-    Załatwiłeś wszystko tak, jak chciałeś?

-    Tak. - Odepchnął się od ściany. Zauważyła wtedy, jaki jest zmęczony. - Oczywiście aż 

do następnego kryzysu.

Uśmiechnął  się,  uśmiech  rozjaśnił  jego  twarz  i  oczy.  Holly  musiała  przełknąć  ślinę, 

zanim mu go odwzajemniła.

-    Pójdziemy na kolację?

-    Dziś? - Wzdrygnęła się, bo przypomniały jej się wydarzenia po poprzedniej kolacji, na 

którą ją zaprosił.

- To chyba nie jest dobry pomysł. Przecież  ustaliliśmy, że  jesteśmy tylko przyjaciółmi. 

Pracuję w twojej firmie...

-    Głos  jej  zamarł.  Jacques  hipnotyzował  ją  wzrokiem  i  nie  pamiętała  już,  co  chciała 

powiedzieć.

-    A przyjaciele nie jadają razem? - spytał poważnie.

-    Oczywiście, że tak - odparła ostro, czując rozdrażnienie, jakiego na ogół doznawała w 

jego obecności. -Nie to miałam na myśli. Ja po prostu...

-    O ile mi wiadomo, jadałaś kolację z wieloma osobami. Więc dlaczego nie chcesz zjeść 

także ze mną?

-    Przez ten cały czas pobytu w Stanach sprawdzałeś, co robię?

-    Czy to zbrodnia troszczyć się, by moja nowa pracownica dobrze się czuła w nowym 

miejscu? - spytał jedwabistym głosem.

Holly spróbowała innej taktyki. ;      - Z tobą też byłam na kolacji.

-    Właśnie.  -  Podszedł  tak  blisko,  że  czuła  jego  ciepło  i  zapach.  -  Co  więc  stoi  na 

przeszkodzie,  żebyś  to  zrobiła  jeszcze  raz?  Sprawiłabyś  mi  wielką  przyjemność.  -  Czarne 

brwi uniosły się w rozbawieniu.

Że  też  ten  człowiek  zawsze  musi  sprawić,  że  ona  zachowuje  się  jak  dziecko!  Jeszcze 

chwilę się wahała, ale w końcu uległa.

-    Dziękuję - powiedziała grzecznie. - Będzie mi bardzo miło iść z tobą na kolację.

-    Tak już jest lepiej - pochwalił ją. Oczy miał roześmiane.

-    Tylko się przebiorę. - Wskazała ręką swoją koszulkę bez rękawów i dżinsy.

-    Nie  trzeba.  -  Uśmiechnął  się  z  triumfem.  -  Pojedziemy  do  chateau.  Już  od  jakiegoś 

background image

48

czasu chciałem ci pokazać mój prawdziwy dom.

Rzuciła mu poważne spojrzenie.

-    Jak przyjaciele, tak?

Chwilę patrzył na nią z rozbawieniem, a potem nagle pochylił się i gorąco ucałował jej 

usta.

-    Etykietki mnie nudzą, petite. A teraz skończmy już z tymi nonsensami. Zamknij drzwi 

i jedziemy.

Księżyc  jak  wielka,  opalizująca  perła  łagodnie  oświetlał  piaszczystą  drogę.  Holly  i 

Jacques szli nad jezioro.

Kolacja  podana  przez  Monique,  gosposię  Jacquesa,  była  wyborna,  a  sam  chateau,  ze 

swoimi  wieżyczkami,  bluszczem  oplatającym  ściany  i  balkonami  ustrojonymi  mnóstwem 

doniczek z kwiatami, wyglądał jak wzięty z jakiejś bajki. Holly była zachwycona. Wokół niej 

roztaczał  się  rajski  krajobraz.  W  powietrzu  rozchodził  się  zapach  lilii,  ważki  muskały 

powierzchnię  perłowej  wody,  po  której  pływały  łabędzie  i  kaczki.  Na  brzegu  rosły  kępy 

niezapominajek  i  innych  dzikich  kwiatów,  a  za  jeziorem,  ale  jeszcze  na  terenie  posiadłości 

Jacquesa, rozciągał się gęsty las.

-    Tu jest pięknie - szepnęła. Pociągnął ją na ławkę pod drzewem.

-    Ty też  jesteś piękna  - wymruczał. Powiódł  palcem  po jej ustach,  a  potem  ustami  po 

policzku, schodząc powoli coraz niżej, aż do wypukłości piersi.

Serce Holly waliło jak młotem, patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, świadoma, 

że nie potrafi mu się oprzeć. Ogarnęło ją dziwne uczucie, mieszanina strachu i podniecenia, i 

chociaż nie trzymał jej ani nie zmuszał do niczego, była niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.

-    Holly, moja słodka Holly... - ni to westchnął, ni to wyszeptał, przyciągając ją bliżej, a 

jego usta spadły łakomie na jej wargi. Powinna wpaść w panikę, ale nic takiego się nie stało.

Przeciwnie.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  odpowiedziała  namiętnie  na  jego  pocałunek. 

Teraz, gdy już z nim była, uświadomiła sobie, jak bardzo go jej brakowało.

Ostatnie dni, dni bez niego, gdy czekała na jego powrót, spędziła jak w jakiejś otchłani. I 

chociaż  nie  chciała  tego  przyznać  nawet  sama  przed  sobą,  prawda  była  oczywista:  lubiła 

Jacquesa. Bardzo go lubiła. Na razie jej umysł nie przyjąłby czegoś więcej.

Najpierw  pieścił  ją  delikatnie,  wzbudzając  w  niej  nieznane  do  tej  pory  pragnienia. 

Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, Holly ogarniała powoli zmysłowa rozkosz, do 

tej pory jej obca, ale tak cudowna, że cała jej rezerwa poszła w zapomnienie. Czuła bliskość 

jego  gorącego  ciała,  ale,  co  dziwne,  nie  budziło  to  w  niej  strachu,  lecz  jedynie  radość  i 

cudowną świadomość własnej kobiecości. Krew w jej żyłach płynęła szybszym nurtem.

background image

49

-    Holly?  -  Jego  głos,  nasuwający  na  myśl  gorący  aksamit,  był  tak  uwodzicielski,  że 

zadrżała. - Czy nie przeszkadza ci, że cię obejmuję i dotykam?

Sama nie wiedziała. Uniósł głowę, oczy mu gorzały, gdy na nią patrzył. Po długiej chwili, 

kiedy szukała słów, by mu odpowiedzieć, i nie znalazła ich, tylko potrząsnęła głową.                                     

-    Pragnę  cię,  ale  ty  o  tym  wiesz  -  szepnął.  Mimo  całej  rozkoszy  zesztywniała,  a  on 

natychmiast to wyczuł.

-    Nie będę przepraszał za to, że cię pragnę. Chcę cię trzymać w ramionach, być z tobą w 

łóżku, ale tylko jeżeli i ty tego chcesz. Sercem i umysłem, a nie tylko ciałem. Rozumiesz, co 

mówię?

Oderwała się od niego... na maleńką odległość.

-    Pełna współpraca w grze uwodzenia? - spytała lekko, chociaż serce tak mocno jej się 

tłukło.

-    Jeżeli  chcesz tak to ująć. - Nadal ją obejmował. Miała wrażenie, że nie dałby jej się 

odsunąć, nawet gdyby bardzo tego próbowała. A więc spróbowała. Miała rację. Nie puścił jej.

-    Na pewno masz tyle kobiet, że nie musisz fatygować się ze mną.

-    Ach, rozumiem.

Jednym  szorstkim  ruchem  posadził  ją  sobie  na  kolanach.  Pisnęła  w  proteście  i 

zesztywniała.  Patrzył  na  nią  tak,  jak  jeszcze  nigdy  przedtem,  i  gdzieś  w  jej  wnętrzu  zaczął 

narastać  strach.  David  Kirby  też  sadzał  ją  sobie  na  kolanach.  I  nawet  przed  tamtą  okropną 

nocą wiedziała, że tego nie chce.

A teraz?  Nie była  całkiem  pewna, ale  się nie  bała.  A  gdy to  sobie  uświadomiła,  strach 

uleciał.

-    Holly, nie zależy mi na tłumach kobiet. Pragnę tylko ciebie.

Nie pragnąłby jej, gdyby wiedział, kim ona jest naprawdę. Zbudziły się w niej wszystkie 

stare  lęki,  które  tak  głęboko  w  sobie  ukrywała.  Przez  chwilę  nie  mogła  wydobyć  z  siebie 

głosu.

-    Jacques, nie znasz  mnie - powiedziała w końcu  cicho. -  Widzisz  tylko to,  co chcesz 

widzieć. Tylko to, co widać na zewnątrz.

Jacques przełknął złość i starał się mówić bardzo spokojnie.

-    Ten  zewnętrzny  widok  jest  uroczy,  petite,  ale  mylisz  się.  Znam  cię  od  miesięcy,  a 

jestem  dobrym  badaczem  ludzkich  charakterów.  Muszę  być,  jeżeli  chcę  przeżyć  w  świecie 

biznesu.

-    Być  może.  -  Odsunęła  się,  by  nie  ulec  impulsowi  i  nie  pozwolić  mu,  by  znów  ją 

pocałował.  Do  licha,  co  ona  robi?  Nie  może  mieć  romansu  z  Jacquesem  Querruelem. 

background image

50

Flirtował  z  nią  i  cokolwiek  mówił,  była  to  tylko  gra.  Stałaby  się  jedną  z  jego  tak  licznych 

chwilowych  zdobyczy,  spodziewałby  się,  że  dostosuje  się  do  jego  reguł,  ale  w 

przeciwieństwie do jego innych kobiet, ona nawet tych reguł nie znała!

-    Nie, nie  być  może.  To  fakt.  -  Bursztynowe  oczy patrzyły na  nią  poważnie.  - Wiesz, 

wcześniej  czy  później  będziesz  musiała  zaryzykować  i  znów  komuś  zaufać,  niezależnie  od 

tego, jak podle tamten z tobą postąpił.

-    Dlaczego?

-    Bo jeśli nie, tamten w końcu wygra.

-    Nie rozumiesz - szepnęła bezdźwięcznie.

-    Wypróbuj mnie.

Odwróciła od niego wzrok i wpatrzyła się w spokojne wody jeziora.

-    Nie.

Nigdy  się  tak  nie  upokorzy.  Raz  próbowała  wyjaśnić,  co  się  wydarzyło,  i  pamiętała 

obrzydzenie  na  twarzy  Cas-sie  tak,  jakby  to  było  wczoraj.  A  gdy  zaczęła  rozmawiać  z 

pracownicą  opieki  społecznej,  która  szukała  dla  niej  nowej  rodziny  zastępczej,  ta  kobieta 

nakrzyczała  na  nią za  to,  że  wymyśla  sobie  jakieś  nierzeczywiste  historyjki.  Nawet  teraz, 

myśląc o tym, cała się zjeżyła.

-    Myślisz o nim teraz, prawda? - zarzucił jej szorstko. - To ty z nim zerwałaś, czy on?

Przez  jedną  okropną  chwilę  bała  się,  że  roześmieje  się  histerycznie  i  nie  będzie  mogła 

przestać, ale się opanowała. On nie miał pojęcia o niczym. Zresztą, skąd miałby wiedzieć?

-    Mówiłam, że nic nie rozumiesz - udało jej się wypowiedzieć dość spokojnie.

Przez chwilę panowała cisza, tylko od jeziora dolatywało kwakanie dwóch kaczek, które 

pokłóciły się o miejsce do spania. W końcu jedna odleciała i znów zapanował spokój.

-    Chodź do mnie - powiedział.

Wiedziała,  że  powinna  uciec  do  oświetlonego  chateau,  do  Monique,  ale  zamiast  tego 

pochyliła się do Jacquesa. Wziął ją w ramiona i chciwie wpił się w jej usta. Tym razem się nie 

hamował.  A  ona  oddała  mu  pocałunek  równie  namiętnie.  Aż  sama  się  tego  wystraszyła. 

Działo  się  z  nią  coś,  czego  nie  rozumiała.  Wystarczyło,  że  jej  dotknął,  a  zapominała  o 

wszystkich  powodach,  dla  których  związek  między  nimi  nie  mógł  się  udać.  Gdy  ten 

mężczyzna był przy niej, stawała się zupełnie inną kobietą. Sama siebie nie poznawała.

Gdy w końcu oderwał się od niej, ciężko oddychał, a głos miał zachrypnięty.

-    Jeszcze chwila, a - jak by to powiedzieć - popsułbym sobie w twoich oczach opinię. 

Nie jestem przyzwyczajony, by się tak hamować, gdy kocham się z kobietą.

-    Nie wątpię, że kobiety cię psuły. Dziesiątki adorujących kobiet, które marzyły tylko, 

background image

51

żebyś  wziął  je  w  niewolę,  prawda?  Ale  nie  zawsze  uzyskanie  tego,  czego  się  pragnie,  jest 

właściwe.

-    Ty  jesteś  dla  mnie  bardzo  właściwa  -  powiedział  miękko,  a  w  jego  głosie  wyczuła 

rozbawienie.

Gdyby  tylko  nie  był  taki  doświadczony,  tak  przystojny,  tak  bogaty,  tak  pociągający! 

Dlaczego nie może być zwyczajnym mężczyzną? Miał tyle kobiet, które dokładnie wiedziały, 

jak mu sprawić przyjemność w łóżku. Jak ona może z nimi współzawodniczyć?

Seksualnie  była  tak  samo  niewinna  jak  ta  ośmioletnia  dziewczynka, którą  David  Kirby 

usiłował  zgwałcić.  Nic  nie  wiedziała  o  miłości,  życiu  i  mężczyznach.  Nic.  Zabroniła  sobie 

wszelkich  romantycznych  uczuć.  Ominęły  ją  doświadczenia,  jakie  są  udziałem  wszystkich 

dorastających dziewcząt i chłopców: pocałunki w garażu albo na tylnych fotelach samochodu, 

pieszczoty przy telewizji, gdy rodziców nie ma w domu.

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  wszystkie  te  pogmatwane  myśli  można  wyczytać  z  jej 

twarzy, więc  gdy  Jacques  gwałtownie  ją  przyciągnął  i  zaborczo  pocałował  w  usta,  a  potem 

zaproponował, by chwilę pospacerowali, była zdumiona tą nagłą zmianą nastroju.

-    Pokażę ci gniazdo łabędzi i ich młode, chociaż teraz są już prawie tak duże jak rodzice. 

I  dom  sowy,  która też  do  niedawna  miała  pisklę  do  wykarmienia,  póki  nie  uznała,  że  jest 

dorosłe i  nie musi  się trzymać jej fartuszka.  Holly spojrzała na niego  ze  zdziwieniem.  Taki 

twardy,  bezwzględny  człowiek  interesów,  którego  nawet  najlepsi  przyjaciele  uważali  za 

cynika... Nigdy by się nie spodziewała, że może się rozczulać nad pisklętami.

-    Co się stało? - spytał, widząc jej minę.

-    Nic.

Zatrzymał się i lekko ją popchnął na pień" drzewa.

-    No, co się stało? - powtórzył miękko.

-    Naprawdę  nic  -  powiedziała  zażenowana.  -  Po  prostu  nie  sądziłam,  że  jesteś  takim 

entuzjastą natury.

-    Nie? - Uśmiechnął się i skorzystał z okazji, by ją pocałować, zanim ruszyli dalej. - A 

za kogo mnie uważałaś? - spytał spokojnie po chwili. - Albo może nie mów mi prawdy, bo 

jeszcze zranisz moje ego.

Spojrzała  na  niego  ostrożnie.  Nie  wiedziała,  czy  żartuje,  czy  też  mówi  poważnie. 

Zauważył to jej niepewne spojrzenie i roześmiał się z całego serca.

-    Jesteś  nadzwyczajna.  Wiesz  o  tym?  -  szepnął.  -Tak  jak  ojciec  często  mówi  mamie, 

Bóg musiał cię zesłać na ziemię, żebym pamiętał o pokorze.

-    Pokorze?  -  Porównanie  z  jego  rodzicami  sprawiło  jej  prawdziwą  przyjemność.  -

background image

52

Pokora to nie jest właściwe słowo, by cię określić.

Przygarnął ją do siebie i  całował, aż zabrakło jej tchu, ale  gdy od nowa  podjęli spacer, 

Jacques zaczął opowiadać o tym, jak stał się takim człowiekiem, jakim jest teraz.

Gorzkie  wspomnienia  przeplatały  się  z  radosnymi,  dzieciństwo  przeżyte  w  nędzy, 

okrucieństwo  bogatego  społeczeństwa,  poważny  wypadek  ojca,  gdy  Jacques  był  malutkim 

dzieckiem, siła i cicha odwaga matki...

-    Ojciec pracował w fabryce mebli. Któregoś dnia spadł na niego ciężki dębowy kredens. 

Miał połamane obie nogi. Wierzył właścicielom, gdy mówili, że mu to zrekompensują, ale oni 

zapłacili  innym  robotnikom,  by  zeznali,  że  wypadek  zdarzył  się  z  winy  ojca,  i  nigdy  nie 

wypłacili  mu  nawet  jednego  centyma.  A  ojca  nie  było  stać  na  wytoczenie  im  procesu. 

Musieliśmy wyprowadzić  się z domu  i zamieszkaliśmy w nędznej ruderze.  Mama harowała 

jako sprzątaczka, kelnerka, brała każdą pracę, jaką tylko mogła dostać.

-    Ale teraz twój ojciec nie ma kłopotów z chodzeniem? Jacques wzruszył ramionami.

-    Cierpi na bardzo silne bóle, ale ukrywa to. Ma też słabe serce. Matka traktuje każdy 

dzień, który przeżyje, jako dar od Boga.

-    Jacques, tak mi przykro.

-    Kiedy tylko zarobiłem pieniądze, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było doprowadzenie 

do bankructwa tamtej firmy - powiedział Jacques głosem bez wyrazu. - To była stara rodzinna 

firma,  założona  sto  lat  temu,  i  właściciele  byli  z  niej  bardzo  dumni.  Wygnali  mojego  ojca 

przez chciwość i egoizm, więc stracili środki utrzymania, wszystko co im było drogie, łącznie 

z reputacją. I ani przez chwilę nie żałowałem, że do tego doprowadziłem.

Holly bez trudu mu uwierzyła.

-    Bardzo  wcześnie  nauczyłem  się,  że  społeczeństwo  gardzi  słabymi  i  bezbronnymi,  a 

szanuje jedynie władzę i wpływy. - Jacques spojrzał na nią badawczo. - Zaszokowałem cię?

-    Nie. - Zebrała myśli. - Ale też nie sądzę, by można tak to sobie ustalić raz i na zawsze. 

- A gdy to powiedziała, uzmysłowiła sobie, że nagle opuściła ją wielka  kula goryczy, która 

obciążała  jej  duszę  od  tylu  już  lat.  -  We  wszystkich  warstwach  społeczeństwa  są  dobrzy 

ludzie,  którzy  starają  się  naprawić  zło  i  stać  po  stronie  prawdy,  ale  zgadzam  się  z  tobą,  że 

życie to walka, w której niewinni mogą doznać krzywdy. Manipulatorzy, ludzie bez sumienia, 

mają  narzędzia,  których  nie  mają  ludzie  moralni.  Ale  przecież  nie  można  zniżać  się  do  ich 

poziomu.

-    To prawda. - Uśmiechnął się zimno.  - Walczyłem z nimi, nie łamiąc  prawa, chociaż 

czasami,  muszę  to  przyznać,  kusiło  mnie.  Ale  widzisz,  po  mojej  stronie  było  też  poczucie 

dumy.  Ich  dumy.  Jak  syn  najemnego  robotnika,  którego  wyrzucili  jak  psa,  mógłby  z  nimi 

background image

53

zwyciężyć? Niemożliwe. Tak właśnie myśleli.

-    Nienawidzisz ich.

-    Kiedyś ich nienawidziłem głęboko i namiętnie. -Zamyślił się. - Ale teraz już nie. Gdy 

utracili  władzę  i  bogactwo,  które  ich  łączyło,  rodzina  się  rozpadła,  walczyli  między sobą  o 

każdy okruch tego, co jeszcze zostało. A moja rodzina nadal jest razem. - Jacques uśmiechnął

się,  ale  bez  wesołości.  -  Nienawidzić  tego,  nad  czym  już  odniosło  się  zwycięstwo,  to 

marnowanie  czasu  i  energii,  n'est-ce  pas!  Jest  to  prawie  tak  samo  bezowocne  jak  walka 

przeciwko potędze miłości.

Holly przez chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Jak mogła do tej pory być taka 

ślepa? Kocha go. I on ma rację. Walka z potęgą miłości jest bezowocna. Dlaczego los tak nią 

pokierował? Nie chciała, by to się stało. Mężczyzna taki jak Jacques Querruel nie jest dla niej. 

Tak bardzo się różniła od kobiet, z którymi się zadawał.

- Ona  po  prostu  stanowi  dla  niego  nowość.  Idąc  ukwieconą  łąką,  Holly  starała  się 

spojrzeć faktom w oczy. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ale zachowywała się 

z rezerwą, i to pobudziło jego myśliwski instynkt.

-    Zostaniesz  u  mnie  na  noc?  -  wyszeptał.  -  Nie  zdarzy  się  nic,  czego  byś  sobie  nie 

życzyła. Obiecuję.

Wzięła głęboki oddech.

-    Czy  właśnie  na  taką  wędkę  łowisz  każdą  kobietę,  którą  tu  przywozisz?  -  spytała  z 

nadzieją, że w jej głosie słychać rozbawienie.

Jacques nie odpowiedział, a gdy milczenie stało się niezręczne, Holly zmusiła się, by na 

niego spojrzeć. Był naprawdę zły.

-    To nie jest godne ciebie - powiedział ponuro. -Dlaczego udajesz kogoś, kim nie jesteś? 

Myślałem, że dzisiejszego wieczoru skończyliśmy już z etapem gier.

Od tygodni ukrywasz się za gładkimi słówkami, i mam tego dość.

-    Skoro tak cię denerwuję, lepiej odwieź mnie do domu - odpowiedziała ostro.

-    Taką masz odpowiedź na wszystko? Ucieczkę?

-    Jak  śmiesz!  - Była tak  wściekła, że  mogłaby go uderzyć. Jej  niebieskie oczy ciskały 

błyskawice. - Wiedz, że nigdy w życiu przed niczym nie uciekałam, chociaż nieraz miałam do 

tego bardzo uzasadniony powód.

-    Udowodnij  to  i  zostań  tu  na  noc  -  powiedział  natychmiast.  -  Jeśli  ci  na  tym  zależy, 

będziesz miała pokój dla siebie.

-    Nie. - Spiorunowała go wzrokiem, na policzki wystąpiły jej czerwone plamy.

-    Dlaczego? - spytał cicho, już bez złości. - Holly, dlaczego nie chcesz zostać?

background image

54

-    Nie chcę. - Wyprostowała stanowczo plecy.

-    Kłamczucha.  -  Miał  czelność  uśmiechnąć  się,  zanim  się  odwrócił  i  wskazał  ręką 

wysokie drzewo oświetlone promieniami księżyca. - To sowa. Słyszysz?

Powiedziała coś bardzo nieprzyjemnego na temat sów. Te słowa zaszokowały ich oboje, 

a Holly znów się zaczerwieniła, nie tylko ze złości, ale i z zażenowania.

-    Ułatwię ci to, dobrze? - odezwał się spokojnie. - Zostajesz na noc. I na tym kończymy 

sprzeczkę. Do miasta masz sześćdziesiąt kilometrów. Nie radziłbym ci iść taki kawał drogi w 

ciemnościach.

-    Własnym uszom nie wierzę!

-    Sam  nie  mogę  uwierzyć,  że  to  powiedziałem  -  odparł  ponuro.  -  Jeszcze  nigdy  nie 

musiałem uciekać się do takich sposobów, by zapewnić sobie kobiece towarzystwo. - Czarne 

brwi uniosły się w cynicznej kpinie z samego siebie.

-    W  to  akurat  wierzę  bez  trudu!  -  parsknęła  sarkastycznie.  -  Pewnie  na  ogół  kobiety 

ustawiają się do ciebie w kolejce.

-    Tak, całe tłumy. - Skinął z zadowoleniem głową.

-    Istnieje specjalne słowo na określenie mężczyzn takich jak ty.

-    Owszem,  i  to  niejedno  -  przyznał  radośnie.  -  Uroczy,  miły  towarzysz,  mężczyzna, 

któremu nie sposób się oprzeć... Mam kontynuować?

Uśmiechnął się, patrząc  na jej rozgorączkowaną twarz, a ciepło, jakie ją ogarnęło, było 

spowodowane nie tylko złością.

-    Nie lubię prawić banalnych komplementów, ale wyglądasz pięknie, gdy się złościsz -

powiedział z oburzającym zadowoleniem.

-    Masz rację, to bardzo banalne - odparła cierpko. Nie życzyła sobie, by ją ugłaskał. Był 

niemożliwy. Absolutnie niemożliwy. - I nie mogę tu zostać na noc. Nie wzięłam ubrania na 

zmianę, a nie pójdę do pracy w tym, w czym jestem teraz.

-    Mnie by to nie przeszkadzało, a to ja jestem szefem. - A potem głos mu się zmienił, 

rozbawienie się ulotniło, i spytał miękko: - Holly, nie mogłabyś mi powiedzieć o tym? Sam 

dużo przeżyłem. Nie jestem chłopczykiem, którego byś mogła zaszokować. A pytam dlatego, 

że zależy mi na tobie.

Jeszcze  przed  chwilą  trzęsła  nią  taka  furia,  że  mogłaby  go  udusić,  a  teraz  musiała 

walczyć  ze  łzami.  Jacques  był  taki  twardy  i  dumny,  a  jednocześnie  tak  bardzo  czuły  i 

troskliwy.  Nie  mogła  poradzić  sobie  z  własnymi  uczuciami.  Przełknęła  ślinę.  Nie  może 

jednak się złamać i o wszystkim mu opowiedzieć, chociaż po raz pierwszy w życiu zatęskniła 

za męskimi ramionami, za tym, by mężczyzna się o nią troszczył, przyjął ją taką, jaka jest.

background image

55

-   Powiedziałabym  ci,  gdybym  mogła  -  odezwała  się  drżącym  głosem.  Utraciłaby  cały 

tak  ciężko  zapracowany  szacunek  dla  siebie,  gdyby  mu  powiedziała.  Byłby  zdegustowany, 

zacząłby  źle  o  niej  myśleć.  W  najlepszym  wypadku  myślałby  o  niej  jak  o  ofierze,  a  w 

najgorszym uważałby, że to ona sprowokowała Davida. Już tego nieraz doświadczyła.

-    Holly? - Jacques chwycił ją za brodę i uniósł głowę tak, by patrzyła mu w oczy. - Nie 

możesz zawsze się przede mną zamykać. Nie pozwolę ci na to. Z początku wydawało mi się, 

że  mnie  nie  lubisz,  że  nie  ma  żadnej  nadziei,  byśmy  byli  dla  siebie  kimś  więcej  niż  tylko 

kolegami z pracy, ale teraz wiem, że to nieprawda. Trzymałem cię w ramionach, całowałem 

cię, czułem, jak przy ranie drżysz. Twoje ciało mówi mi to, do czego ty na glos nie chcesz się 

przyznać.

- Ja... Wcale nie jest tak, że cię nie lubię, oczywiście, że nie - szepnęła - ale... - Głos jej 

zadrżał, nie mogła mówić dalej.

-    Zawsze jest jakieś „ale" i ta wewnętrzna walka, która się w tobie toczy - powiedział 

bardzo miękko. Przyciągnął ją do siebie  i  mogła  ukryć twarz  na jego piersi.  Stali  tak przez 

długą chwilę, Jacques głaskał Holly po włosach. Nie zostało już nic więcej do powiedzenia.

-    Jacques, proszę, odwieź mnie do domu - poprosiła w końcu.

-    Nie. - Nie powiedział tego nieuprzejmie, po prostu stwierdził fakt. A gdy spojrzała na 

niego ze zdziwieniem, kontynuował: - Zostajesz. Będziesz miała osobny pokój, ale zostaniesz. 

W porządku? Rano zjemy razem śniadanie, a potem odwiozę cię do domu, żebyś mogła się 

przebrać przed pracą.

-    Nie jesteśmy teraz w biurze, więc nie masz prawa mi rozkazywać. Za to ja mam prawo 

robić to, co chcę, i teraz właśnie chcę wrócić do domu.

Uśmiechnął się, ale nie był zadowolony.

-    Ładny argument, tylko że ja też nie lubię przyjmować rozkazów. Czy nie mogłabyś po 

prostu  uprzejmie  udawać,  że  spędzenie  tej  nocy  tutaj  nie  jest  jednak  gorszym  losem  niż 

śmierć?

Tylko spiorunowała go wzrokiem.

-    A skoro już przy tym jesteśmy, powiem ci, że nie zamierzam pozwolić, by dzisiejsza 

noc była ostatnią, jaką zaszczycisz mój dom. Tak więc teraz już wiesz, petite.

-    Jacques...

-    Ani  słowa  więcej.  -  Głos  miał  szorstki  i  Holly  wiedziała,  że  nie  może  posunąć  się 

dalej.

- Okres  próbny  dobiegł  końca,  mademoiselle.  Przyszedł  czas  na  decyzje.  Chciałbym, 

żebyś została w Paryżu i pracowała w mojej firmie. Jaki jest twój werdykt?

background image

56

-    Werdykt? - Spróbowała się uśmiechnąć. Zabrzmiało to tak, jakby to była sprawa życia 

albo śmierci. Ze złością wyczuła, że głos jej drży. Miała nadzieję, że tego nie zauważył.

Jacques patrzył na nią w milczeniu.

-    Ja... Bardzo mi się podoba ta praca i chciałabym zostać, jeżeli naprawdę proponujesz 

mi stałą umowę.

-    Tak, Holly. Proponuję ci stałą umowę - powiedział miękko.

background image

57

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Holly całą noc przewracała się z boku na bok. W końcu o piątej rano poddała się i poszła 

pod prysznic.

Ten Jacques Querruel! Działał jak buldożer, zmiatając przed sobą wszystkie przeszkody. 

Nie  chciał  słuchać,  co  ona  ma  mu  do  powiedzenia,  ani  brać  pod  uwagę  niczyich  pragnień 

prócz swoich własnych.

Pragnienia...  To  słowo  tak  ją  niepokoiło,  że  wreszcie  puściła  lodowatą  wodę,  by  się 

ochłodzić.

Chciała być na niego zła. Musiała być na niego zła, by utrzymać na wodzy swoją miłość. 

Chyba była  szalona,  zakochując  się  w  mężczyźnie  takim  jak  Jacques  Querruel.  Przecież  on 

zrobi z nią, co będzie chciał, a potem radośnie ruszy dalej swoją drogą.

Wychodząc  spod  zimnego  prysznica,  drżała.  Włożyła  gruby  szlafrok  i  położyła  się  z 

powrotem, bo było jeszcze za wcześnie, by się ubierać.

Wszystko będzie dobrze, wmawiała sobie. Musi. Wcześniej czy później  Jacques znudzi 

się nią i wróci do kobiet, do jakich jest przyzwyczajony.

Przypomniała sobie zdjęcia jego dawnych kochanek, jakie widziała w czasopismach, i aż 

skręciła się na łóżku z zazdrości. Nie. Nie może o tym myśleć. To niszczące i głupie, a ona 

nigdy tak się nie zachowywała, póki nie spotkała Jacquesa Querruela.

Nawet nie wiedziała, kiedy zapadła w sen. Śniło jej się, że w jej wargi wpijają się gorące, 

pożądliwe  usta.  Oprzytomniała  i  spojrzała  prosto  w  oczy  Jacquesa.  Były  rozbudzone,  w 

kolorze słonecznego światła,  a ich wyraz spowodował,  że  serce zatrzymało  jej się na dobrą 

sekundę, zanim ruszyło znów z prędkością ekspresowego pociągu.

-    Dzień dobry, petite. - Nie zostawił jej czasu na

I odpowiedź,  lecz pocałował ją jeszcze raz. To był długi, głęboki pocałunek. W którejś 

chwili, nie odrywając ust, Jacques usiadł na łóżku i wziął ją w ramiona.

-    Lubię tak zaczynać dzień - powiedział w końcu z wielkim zadowoleniem.

-    Ty...  ty  wykorzystujesz  sytuację.  -  To  był  słaby  protest,  ale  tylko  na  tyle  mogła  się 

zdobyć.

Był  świeżo  ogolony,  włosy  miał  jeszcze  wilgotne  po  prysznicu,  i  nagle  pomyślała,  że 

sama musi wyglądać fatalnie. Bez makijażu, włosy nie ułożone...

-    Przy tobie jest to konieczne, bo i ty nie grasz fair. - Mówił miękko i spokojnie. Gdy 

wszedł do pokoju, wydala mu się taka młoda, piękna, niewinna. I pragnął jej tak bardzo, że aż 

w środku coś mu się rozdzierało.

background image

58

Znów ją pocałował, wsuwając ręce pod jej szlafrok. Na chwilę zesztywniała, ale go nie 

odepchnęła.  Zapragnęła  zapomnieć  o  wszystkim,  o  przeszłości,  o  przyszłości.  Istniało  tylko 

teraz,  ta  minuta,  ta  sekunda.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  całowali  się  do  utraty  tchu,  a  on 

błądził  rękami  po  jej  nagiej  skórze.  Po  chwili  jednak  nagle  wstał,  podszedł  do  okna  i 

odciągnął zasłony. Patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem.

-    Monique zaraz ci przyniesie herbatę. - Głos miał gruby, chrapliwy. - Chyba nie chcesz, 

by  nas  przyłapała  na  gorącym  uczynku?  Przyszedłem  do  ciebie,  bo  nie  mogłem  się 

powstrzymać...

Zapukano do drzwi. Holly panicznym ruchem wsunęła się pod kołdrę. Monique weszła z 

tacą,  na  której  stała  filiżanka  herbaty  i  talerzyk  z  biskwitami  w  kształcie  gwiazdek. 

Zachowywała się tak, jakby sytuacja była jak najbardziej normalna.

Czy ona  zachowuje  się tak  dyskretnie  za  każdym  razem,  gdy Jacques zatrzymuje jakąś 

kobietę na noc? -zastanawiała się Holly, odpowiadając grzecznie na pozdrowienie Monique. 

Albo może nic jej to nie obchodzi?

Monique  powiedziała  im  jeszcze,  że  śniadanie  będzie  za  dwadzieścia  minut,  i  wyszła. 

Jacques powoli podszedł do drzwi, na ustach miał słaby uśmiech.

-    No i widzisz, Holly? Mówiłem ci, że musisz się zgodzić również umysłem i sercem, a 

nie tylko ciałem. A jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Ani też nasz pierwszy raz nie będzie 

szybką kopulacją w strachu, że ktoś nas zaskoczy.

Na twarzy wystąpiły jej mocne rumieńce.

-    Wydajesz się bardzo pewny, że będzie ten pierwszy raz - powiedziała najzimniejszym 

tonem, na jaki mogła się zdobyć.

-    A ty w to wątpisz?

Skinęła  tylko  głową,  bo  się  bała,  że  głos  zdradzi  jej  rozczarowanie  tym,  że  Jacques

wychodzi. A to byłoby upokarzające.

-    Ja nie mam żadnych wątpliwości - oświadczył, przyglądając jej się badawczo. - Pewne 

sprawy zdarzają się w sposób nieunikniony, jak przypływ morza, petite. Raz w życiu, jeżeli 

człowiek ma szczęście, widzi się swoje przeznaczenie. I twój konflikt z Jeffem Robertsem był 

właśnie taką chwilą. Wtedy cię zauważyłem, a ty mnie, bo inaczej jeszcze długo moglibyśmy 

marnować nasz wspólny czas.

Jacques mówił to bardzo poważnie i Holly poczuła się nieswojo. Widocznie to wyczuł, 

bo uśmiechnął się.

-    Nie denerwuj się. Mamy mnóstwo czasu.

-    Na co? - spytała ostrożnie.

background image

59

-    Na to, by się lepiej poznać, zanim zostaniemy kochankami.

W ciągu tygodni, które  nadeszły, Holly była bardzo  zajęta w pracy, gdzie przydzielano 

jej coraz więcej poważnych zadań, likwidowaniem mieszkania w Anglii, a także spotkaniami 

z Jacquesem.

Spędzali  razem  wieczory  i  weekendy,  czasami  szli  do  kina  albo  do  teatru,  czy  też  do 

fascynujących nocnych klubów.    Innym razem znów    spokojnie jedli kolację w chateau albo 

wybierali się na przejażdżkę jego motorem, zatrzymując się na drinka w uroczych gospodach.

Holly odkryła, że mówi mu o sprawach, o których nigdy z nikim jeszcze nie rozmawiała. 

Ale nigdy nie wspomniała Davida Kirby, a gdy Jacques starał się zmusić ją do opowiedzenia 

o minionym romansie, napotykał na nieprzekraczalny mur.

I  tak  ich  znajomość  się  pogłębiała.  Gdy  późno  wychodzili  z  przyjęcia  albo  z  nocnego 

klubu,  Jacques  spał  w  swoim  apartamencie  w  Paryżu,  ale  nigdy  nie  namawiał  Holly,  by 

spędziła  z nim resztę nocy. Natomiast  rano schodził do niej na śniadanie i  to jej się bardzo 

podobało.

Lato  przeszło  w  pogodną  jesień,  a  Jacques  nie  ustawał  w  delikatnych  zalotach.  Był 

wytrwały  jak  przypływ,  o  którym  kiedyś  wspomniał.  Holly  radowała  się  swoim  nowym 

życiem.  Odkąd  poznała  Jacquesa,  wiele  razy  czuła  się  jak  w  pełni  dorosła,  pewna  siebie 

kobieta, ucząca się żyć w zgodzie ze sobą i otaczającym ją światem. Jednak zdarzało się też, 

że  przeszłość  stawała  jej  jak  żywa  przed  oczami  i  wtedy  czuła  się  jak  ośmioletnia 

spanikowana dziewczynka.

Oczywiście,  nie  ona  była  winna  temu,  że  David  Kirby  chciał  ją  zgwałcić,  ale  musiało 

upłynąć  bardzo  wiele  lat,  zanim  to  sobie  uświadomiła.  Minęło  też  dużo  czasu,  zanim 

zrozumiała,  że  Kate  i  Angus  Westowie  nie  mieli  innego  wyjścia  i  musieli  ją  oddać.  Nie 

opuścili  jej  ani  nie  mieli  jej  dość,  chociaż  to  właśnie  myślała  w  tamtym  czasie.  O  wiele 

później, już jako nastolatka, dowiedziała się, że oboje zmarli w ciągu trzech miesięcy po tym, 

jak  musiała  od  nich  odejść,  i  to  był  właśnie  powód,  dla  którego  nigdy  się  z  nią  nie 

skontaktowali. Ale czasami całe to rozumowanie nie pomagało i wracało straszliwe poczucie 

samotności.  I,  co  dziwne,  zdarzało  się  to  najczęściej,  gdy  Jacques  trzymał  ją  w  ramionach, 

gdy całował ją i pieścił, posuwając się za każdym razem odrobinę dalej.

Oczywiście,  takie  życie  w  zawieszeniu  nie  mogło  trwać  wiecznie.  Ale  gdy  nadeszła 

chwila ostatecznej konfrontacji, nie była przygotowana.

-    Mogłabyś włożyć coś wystrzałowego? - spytał. Siedzieli oboje w gabinecie Jacquesa. 

Był chłodny październikowy wieczór i wszyscy już poszli do domu. Przed chwilą całował ją, 

aż  zabrakło  jej  tchu,  nogi  jej  drżały,  serce  się  tłukło.  Teraz  przyglądał  się  jej  z  wielkim 

background image

60

zadowoleniem.

-    Dlaczego?

-    Moi znajomi wydają przyjęcie i jesteśmy zaproszeni. Alain i Marguerite słyszeli o tym 

angielskim chucherku o włosach jak czysty jedwab i oczach jak bławatki i chcą cię poznać.

Zrobiło jej się gorąco.

-    Mówiłeś im o mnie?

-    Oczywiście, że tak - odparł miękko. - Z powodu pracy Alaina kilka miesięcy mieszkali 

za granicą, ale teraz wrócili i nie mogą się doczekać, by poznać syrenę, która złowiła moje 

serce.

Oczy  miał  roześmiane.  Holly  powiedziała  sobie,  że  jego  słowa  nie  mają  znaczenia.  Po 

prostu, jak zwykle, flirtuje. Musi wziąć się w garść.

-    Przyjęcie byłoby znakomitym początkiem weekendu - powiedziała raźnie. - O której 

mam być gotowa?

-    Ósma ci odpowiada? Ale zaczekaj na mnie chwilę, pojedziemy do domu razem.

-    Muszę  jeszcze  pójść  na  zakupy -  wyjaśniła  spokojnie.  -  Spotkamy  się  później.  -  Od 

początku  postanowiła,  że  nie  będzie  mieszać  prywatnego  życia  i  pracy.  Dlatego  też  nigdy 

razem nie przychodzili do pracy ani nie wychodzili z firmy. Jacquesowi się to nie podobało, 

ale się podporządkował.

-    Jak chcesz - zgodził się i natychmiast wyczuł, że Holly się uspokoiła.

To  go  rozzłościło.  Walczyła  z  nim  na  każdym  kroku,  wprawiając  go  w  taki  stan,  że 

czasami był bliski zapomnienia o swoich zasadach i wykorzystywał jej pożądanie przeciwko 

niej. A pragnęła go. Przynajmniej fizycznie. Reszty nie był całkiem pewien.

Od  miesięcy  okazywał  cierpliwość  i  dokąd  go  to  doprowadziło?  Donikąd.  Słowa 

zawiodły, być może akcja pomoże. Nie pozwoli, by ta śmieszna sytuacja nadal trwała.

Alain  i  Marguerite  mieszkali  w  pamiętającym  średniowiecze  miasteczku  Montfort 

1'Amaury.

Jacques zatrzymał samochód przed domem przyjaciół i pochylił się nad Holly.

- Wyglądasz pięknie, cherie. Będą tobą zachwyceni.

Wysiadł, obszedł samochód i otworzył dla niej drzwi. Przez te wszystkie miesiące Holly 

przyzwyczaiła się do takich uprzejmości. Z początku czuła się nieswojo, gdy otwierał drzwi, 

by  mogła  swobodnie  przejść,  czekał,  aż  usiądzie,  zanim  sam  usiadł.  Po  jakimś  czasie 

zorientowała  się  jednak,  że  Jacques  ma  to  już  w  swojej  naturze,  że  jest  to  dla  niego  tak 

naturalne jak oddychanie. A jej było z tym miło, niebezpiecznie miło.

Stremowana przed poznaniem  przyjaciół Jacquesa wysiadła z samochodu. Z trudem się 

background image

61

opanowywała, by nie bawić się nerwowo kolczykami czy nie poprawiać co chwilę włosów. 

Ubrała  się  dziś  bardzo  starannie.  Miała  jasnoniebieski  żakiet  o  kroju  smokingu,  a  pod  tym 

srebrzysty,  ozdobiony  cekinami  top  z  równie  srebrzystą  spódniczką  mini.  Wiedziała,  że  te 

kolory dodadzą blasku jej oczom. Mimo wszystko była zdenerwowana, chociaż przecież już 

nie raz widywała się ze znajomymi Jacquesa, a ten wieczór powinien być taki sam, jak inne.

Jednak  tak  się  nie  stało.  Przywitali  się  z  gospodarzami,  którzy  przyjęli  Holly  bardzo 

serdecznie, a potem zmieszali  się z tłumem gości. W pewnej chwili Holly poczuła na sobie 

czyjś wzrok. Zwróciła spojrzenie w tamtą stronę i z przerażeniem rozpoznała tę kobietę. Była 

to Christina, przybrana córka Kirbych.

Minęło  już  siedemnaście  lat,  odkąd  widziała  ją  ostatnio,  ale  Christina,  pisząc  do  niej  z 

zawiadomieniem o śmierci Davida, załączyła również swoje zdjęcie. Holly odpisała kilkoma 

uprzejmymi  słowami,  ale  odmówiła  prośbie  o  spotkanie  ani  nie  przesłała  swojego  zdjęcia. 

Jednak teraz widać było, że i bez tego Christina ją rozpoznała.

Holly ogarnęła panika. Niemożliwe! Christina tutaj? We Francji? I właśnie w tym domu? 

I co ona ma teraz zrobić? Co ma zrobić?!

-    Co się stało? - Musiała wyglądać okropnie, bo w głosie Jacquesa usłyszała troskę, gdy 

brał ją pod ramię. - Źle się czujesz?

-    Tak...

-      Chcesz wrócić do domu?

Tak, chciała natychmiast stąd wyjść. Ale już było za późno.

Stała nieruchomo, gdy Christina do nich podchodziła. Po prostu porozmawiaj tak, jakby 

była dla ciebie jeszcze jedną obcą osobą w tym tłumie gości, mówiła sobie. Potraktuj ją jak 

znajomą  z  dzieciństwa,  której  nie  widziałaś  od  lat.  Jacques  wie,  że  wychowywałaś  się  w 

rodzinach  zastępczych.  Nie  pomyśli  sobie  nic  złego,  po  prostu  będzie  zdziwiony  tym 

przypadkowym spotkaniem.

-    Holly, to ty? - Christina wydawała się szczerze ucieszona spotkaniem i Holly poczuła 

się  winna,  że  tego  nie  odwzajemnia.  Przebaczyła  Christinie  i  innym  dzieciom,  że  wtedy 

skłamały. W końcu były tylko przerażonymi dziećmi, którymi manipulował zły człowiek. Ale 

teraz widok tej kobiety nasuwał jej zbyt wiele okropnych wspomnień. - To cudowne! Wprost 

nie wierzę własnym oczom!

-    Witaj, Christino. - Holly wiedziała, że na widok

Christiny zbladła jak płótno, za to teraz była mocno zaczerwieniona. - Jak... jak się masz?

-    Bardzo  dobrze.  -  Christina  objęła  ją  i  Holly  miała  wrażenie,  że  topi  się  w  kałuży 

gęstego kleju. Jednak Christina zaraz odstąpiła o krok i, nadal rozradowana, kontynuowała: -

background image

62

Jak  ja  się  cieszę,  że  cię  widzę!  Po  tych  wszystkich  latach!  -  Spojrzała  na  Jacquesa  w  taki 

sposób, że Holly musiała ich ze sobą zapoznać.

Holly przełknęła ślinę.

-    Christino, to Jacques. Jacques, to moja dawna przyjaciółka z Anglii. My... poznałyśmy 

się jeszcze w dzieciństwie.

-    Naprawdę? - Jacques uśmiechał się uprzejmie, ale spojrzał badawczo na Holly, zanim 

zwrócił się do Christiny. - Cieszę się, mogąc poznać przyjaciółkę Holly -kontynuował gładko. 

- Czy była tak samo pięknym dzieckiem jak teraz kobietą?

-    O, tak. - Christina obdarzyła ich oboje serdecznym uśmiechem.

Przecież nie może być aż tak tępa, pomyślała Holly ze złością. Musi widzieć, że ona nie 

ma ochoty odnawiać znajomości.

Ale tamta chyba jednak tego nie widziała.

-    Tak się cieszę, że się spotkałyśmy - paplała Christina radośnie. - Napisałam do ciebie 

jeszcze raz, ale uniwersytet odesłał mi list z adnotacją „adresat nieznany".

Holly skinęła głową. To ona sama naniosła tę adnotację.

-    No ale teraz się spotkałyśmy - powiedziała, odzyskując trochę zimnej krwi. - Przyszłaś 

z kimś?

-    Z  mężem.  -  Christina  znów  uśmiechnęła  się  radośnie.  -  O,  to  właśnie  on.  Louis,  to 

Holly. Pamiętasz, jak ci o niej opowiadałam? To mój mąż, Louis.

Ten  wysoki,  szczupły  mężczyzna,  chyba  dobre  dwadzieścia  lat  starszy  od  swojej 

ładniutkiej żony, okazał się bardzo miły. Holly już miała nadzieję, że nic złego się nie stanie, 

gdy Christina wzięła ją za ramię i odciągnęła na bok.

-    Holly, od tak dawna chciałam się z tobą spotkać - powiedziała, zniżając głos. - Żeby... 

żeby ci powiedzieć, jak bardzo mi przykro. My oboje, John i ja, wiedzieliśmy, że powinniśmy 

byli wtedy powiedzieć prawdę, zamiast poświadczać kłamstwa Davida.

-    W porządku - przerwała jej szybko Holly. - Zapomnij o tym.

-    Nie.  -  Christina  chwyciła  ją  za  rękę.  Holly  nie  mogła  ani  jej  odsunąć,  ani  uciec.  A 

Jacques  stał  w  pobliżu  i  chociaż  wydawało  się,  że  całą uwagę  poświęca  mężowi  Christiny, 

Holly nie była pewna, czy ich nie słucha.

-    Chodzi  o  to,  że  David  potrafił  manipulować  i  kontrolować  dzieci  -  kontynuowała 

cicho  Christina.  -  To  samo  co  tobie  robił  też  nam  obojgu,  ale  nigdy o  tym  nie  mówiliśmy, 

nawet  między  sobą.  Odważyłam  się  powiedzieć  prawdę  dopiero  wtedy,  gdy  byłam  dużo 

starsza, po tym, jak to wszystko wydarzyło się w młodzieżowym klubie.

-    Christino, nie chcę o tym rozmawiać.

background image

63

Tym  razem  nawet  Christina  nie  mogła  nie  zrozumieć,  co  oznacza  ton  głosu  Holly.  Na 

moment zesztywniała, ale zaraz pokiwała głową.

-    Ja też tak się zachowywałam. A potem, gdy wyniknęła sprawa w sądzie, znalazła się 

moja  matka.  Nie  widziałam  jej  przez  wszystkie  tamte  lata.  Okazało  się,  że  mój  ojciec  był 

Francuzem, i przez niego poznałam Louisa.

-    Ja  też  spotkałam się z matką, ale nie polubiłam jej - powiedziała Holly  drewnianym 

głosem. - A z moim ojcem spędziła tylko jedną noc. On miał już żonę i kilkoro dzieci. Nie 

tęsknię ani za nią, ani za nim.

-    Holly, to naprawdę pomaga, gdy powie się o wszystkim głośno.

-    Cieszę się, że tobie to pomogło, ale przeszłości nie da się zmienić...

-    Próbowałaś  terapii?  -  przerwała  jej  Christina  z  entuzjazmem  neofitki.  -  Bo  to 

naprawdę  przynosi  rezultaty.  Byłam  zablokowana,  zamknięta  w  sobie,  ale  poddałam  się 

terapii  po  śmierci  Davida  i  nadal  chodzę  raz  na  miesiąc.  Mam  cudowną  terapeutkę  tu,  w 

Paryżu. Mogę ci podać jej adres, jeśli chcesz.

Holly nie wiedziała, czy cieszyć się, czy żałować, gdy podeszła do nich Marguerite.

- Chciałam was ze sobą skontaktować - powiedziała z miłym uśmiechem - ale widzę, że 

już się spotkałyście. - To miło spotkać rodaczkę, gdy człowiek się przyzwyczają do nowego 

kraju, n'est-ce pas? - Spojrzała na Holly.

Tak, przerażające.

-    Bardzo miło - zgodziła się w napięciu, świadoma, że mężczyźni skończyli rozmawiać i 

patrzą w ich stronę.

-   Marguerite,  uwierzyłabyś,  że  znamy  się  od  dziecka?!  -  wykrzyknęła  radośnie 

Christina.

-    Naprawdę? - Oczy Marguerite jaśniały ciekawością

-    Jeżeli mogę się wtrącić - odezwał się Jacques, stając obok nich i biorąc Holly pod rękę. 

- Jest jeszcze kilka osób, z którymi chciałbym Holly zaznajomić, więc jeżeli mi wybaczycie...

Czy on coś usłyszał? Holly spojrzała Jacquesowi w twarz, gdy odchodzili, ale nie mogła 

z niej nic wyczytać. Jednak nie zaciągnął jej w jakiś cichy kąt, jak się spodziewała. Zrobił to, 

co zapowiedział, i przedstawiał ją swoim znajomym.

A więc nie słyszał, co  mówiła Christina.  Mdłości powoli  ustępowały, chociaż  niepokój 

pozostał. Teraz, przez resztę wieczoru, musi tylko tamtej unikać i wszystko będzie dobrze.

I tak też się stało. W końcu nadeszła chwila pożegnań, i już jechali pod rozgwieżdżonym 

niebem.  Koszmar  się  skończył.  Albo  przynajmniej  tak  jej  się  wydawało.  Przez  jakieś  dwie 

minuty.

background image

64

Jacques  zatrzymał  samochód  przy  trawniku  w  przerwie  między  dwoma  domami, 

przełożył rękę na oparcie fotela Holly i spojrzał na nią zmrużonymi oczami.

-    Ciemnoniebieskie.

-    Co takiego?

-    Twoje  oczy.  Są  takie,  gdy  coś  cię  niepokoi.  Niebieski  kolor  staje  się  bardzo 

intensywny. Już nieraz to zauważyłem.

Usiłowała wymyślić jakąś odpowiedź, ale nic nie przyszło jej do głowy.

-    Holly,  kim  jest  David?  -  Mówił  spokojnie,  nawet  grzecznie,  ale  wiedziała,  że  tym 

razem Jacques nie pozwoli się zbyć. - I co cię łączy z Christiną?

-    Słuchałeś - oskarżyła go.

-    Ale  nie  usłyszałem  tyle,  ile  bym  chciał  -  stwierdził  ponuro. -  Jej  cholerny  mąż  nie 

przestawał gadać o golfie i handicapach. W końcu zacząłem się rozglądać za maczugą, by go 

uciszyć. Ale mimo to usłyszałem kilka dziwnych rzeczy i nie spodobały mi się.

-    Tak? - Rzuciła na niego okiem, ale z jego twarzy nadal nic nie można było wyczytać. -

Na przykład co?

-    Usłyszałem takie słowa jak „terapia" i „proces sądowy" - wyjaśnił Jacques głosem bez 

wyrazu, co tylko świadczyło, jak bardzo jest zaniepokojony. - Kim jest dla ciebie ta kobieta? 

Obie byłyście z nim? O to chodzi? I obie was źle traktował? To znaczy, był agresywny?

-    Jacques, proszę...

Nie mogła mu powiedzieć. Po prostu nie mogła. Tak bardzo go kochała, ale nie była taką 

kobietą,  za  jaką  ją  uważał.  Była  wewnętrznie  tak  niezborna,  tak  niepewna  siebie.  Nie  miał 

pojęcia, jak się lękała, że  kochając go, może  się stać bezbronna.  I że  to,  co dla niej byłoby 

kwestią  życia  lub  śmierci,  nie  byłoby  tym  samym  dla  niego.  Wcześniej  czy  później  ich 

znajomość się skończy i co ona wtedy zrobi? Już okropne było samo wyobrażanie sobie życia 

bez niego, ale gdyby mu się oddała, ciałem i duszą...

-    Przestań! Mam już  dość! - powiedział  ostro.  - Jest  tyle spraw, które  nie mają sensu, 

tyle  pól  minowych,  jeżeli  o  ciebie  chodzi.  Nie  rozumiem,  czego  ode  mnie  chcesz.  Gdyby 

chodziło o inną kobietę, miałbym pewność, że to gra, by mnie zainteresować: w jednej chwili 

gorąca,  w  drugiej  zimna.  Tak  podnieca  się  apetyt,  prawda?  Ale  ty  nie  jesteś  taka.  Tyle 

przynajmniej wiem.

-    Jacques, nic o mnie nie wiesz - powiedziała Holly z bólem, świadoma, że miał pełne 

prawo obwiniać o to tylko ją. Sam dużo jej opowiedział o swoim dzieciństwie i młodości, o 

nadziejach i lękach. Mówił jej o swoich ambicjach, pragnieniach i uczuciach. A ona w zamian 

nie dała mu prawie nic.

background image

65

-    Ale nie oskarżał jej. A gdy znów się odezwał, okazało się, że jednak nie wszystko już 

jej wyjawił.

-    Wiem  o  tobie  wystarczająco  dużo,  by  być  pewnym,  że  chcę  się  z  tobą  ożenić!  -

wyrzucił  z  siebie.  -  Jestem  tego  pewny  niezależnie  od  tego,  kim  był  dla  ciebie  tamten 

mężczyzna i co was łączyło. Chcę się tobą opiekować, bo on na pewno nie opiekował się tobą, 

kochać cię, adorować. Jak myślisz, dlaczego do tej pory nie wziąłem cię do łóżka? Bo chcę 

się z tobą ożenić. Holly, ja cię kocham. Czy jeszcze tego nie zrozumiałaś? Czekałem na ciebie. 

Czekałem, żebyś zaczęła mi ufać, żebyś mnie pokochała, a nie tylko pragnęła...!

Ten wybuch na chwilę pozbawił go tchu. Oddychał ciężko, ale szybko się opanował.

Patrzyła na niego, niezdolna do najmniejszego ruchu.

-    Często  się zastanawiałem,  czy kiedykolwiek  wypowiem  takie  słowa  -  powiedział  po 

długiej chwili. - A jeśli nawet tak, nie sądziłem, by kobieta, słysząc je, wyglądała tak jak teraz 

ty.

-    Ja... Przykro mi. - Co jeszcze mogła powiedzieć? Jak mogła sprawić, by ją zrozumiał? 

Wiedziała,  że  należał  do  mężczyzn,  którzy,  gdy  już  raz  się  zobowiążą,  będą  oczekiwali  w 

zamian  pełnego oddania.  A ona nie mogła mu  tego dać. Nie  mogła być taką  kobietą, jakiej 

pragnął, jaką sądził, że jest. Nigdy nie spełniłaby jego oczekiwań. Nie wiedziałaby jak. A w 

chwili gdyby to odkrył... -Przykro mi - powtórzyła drżącym głosem.

-    Nie odwzajemniasz moich uczuć.

Nie  odwzajemnia  ich?  Ona  go  uwielbia!  Kocha  go  każdą  cząstką  swojej  istoty!  Ale 

gdyby  mu  się  oddała,  jak  potem  przeżyłaby  jego  odejście?  Wiedziała  z  gorzkiego 

doświadczenia, co to jest odrzucenie i ostracyzm, ale tu chodziło o coś innego. Gdy Jacques ją 

porzuci, nie będzie mogła dalej żyć.

Nie uświadomiła sobie, że w oczach wezbrały jej łzy rozpaczy, więc gdy Jacques wziął 

jej twarz w chłodne ręce, była zdziwiona. Spodziewała się, że na nią nakrzy, że powie jej, że 

jest... Och, tym, czego się bała, że o niej myśli.

-    Co on ci takiego zrobił? - szepnął. - Nadal go kochasz?

-    Nie, nie.

-    Holly, łamiesz mi serce. Nie mogę znieść twojego cierpienia.

Ona mu łamie serce? Te słowa zrujnowały resztki jej opanowania.

-    Jacques, to nie jest tak, jak myślisz.

-    Nie? A więc powiedz mi, petite.

-    Ja... ja nie mogę ci tego wytłumaczyć.

-    Nie możesz czy nie chcesz?

background image

66

-    Nie mogę - powiedziała przez zaciśnięte gardło. - Nie mogę. Proszę, uwierz mi.

-    A  więc  na  czym  teraz  stoimy?  Kim  jestem  dla  ciebie?  Przyjacielem?  Dobroczyńcą, 

szefem?  Widzisz  mnie jako swojego kochanka?  Jako  okręt,  który  przepływa  obok  ciebie  w 

nocy? Bo, do diabła, nie wydaje się, byś widziała we mnie coś więcej.

Jak  ma  na  to  odpowiedzieć?  Nastała  chwila  niepokojącej,  drżącej  ciszy,  ale  chociaż 

wiedziała, że go straci, nie zdołała się odezwać. A on żądał, by mu powiedziała wszystko. By 

opowiedziała  mu  o  koszmarach z  przeszłości  i  teraźniejszości,  a  potem z  zaufaniem  oddała

mu swoją przyszłość. Ale nie mogła. Nie mogła. I na tym koniec. Koniec wspaniałej pracy, 

ślicznego mieszkania, Paryża, nowego życia. Koniec z Jacquesem.

W tym chaosie myśli zrozumiała nagle jedną rzecz.

Musi  z  tym  skończyć  teraz.  Natychmiast.  Tyle  mu  była  winna.  Musi  zrobić  to,  co 

powinna była zrobić już całe miesiące temu. Zniknąć.

-    Ja... ja wymawiam.

-    Co? - Teraz był już zły.

-    Odchodzę z pracy. Tak będzie łatwiej, prawda?

-    O,  tak!  O  wiele,  wiele  łatwiej  -  powiedział  z  jadowitym  sarkazmem.  -  Tracę

technologa tekstylnego i moją dziewczynę.

-    Chcesz, bym wymówiła na piśmie? - spytała z bólem.

-    To, czego chcę... - Zamilkł gwałtownie, jego twarz pokryła się rumieńcem gniewu. - O, 

do diabła z tym!

Co oznaczało: Do diabła ze mną, pomyślała Holly z rozpaczą.

Uniosła głowę, na pomoc przyszły jej resztki dumy. Jacques wymruczał coś paskudnego 

w ojczystym języku. A potem przyciągnął ją do siebie i wpił się ustami w jej usta.

To nie był czuły, przyjemny pocałunek. Jacques zawarł w nim złość, rozgoryczenie i ból. 

Był to pocałunek mężczyzny, który wie, że stracił coś bardzo cennego.

Nagle Jacques znieruchomiał. Już jej nie całował.

-    Jacques? - wyszeptała. - Co się stało?

-    To nie tak powinno być. Nie między nami. - Jęknął w rozpaczy. - Nie chcę mieć z tobą 

przelotnego romansu. Do diabła! Chcę się z tobą ożenić. Chcę się budzić przy tobie i każdego 

ranka ciebie pierwszą widzieć. A gdy wieczorem wracam do domu, chcę wiedzieć, żety też 

tam  będziesz.  Rozumiesz?  Chcę,  byśmy  mieli  wspólne  życie.  Czy  to  jest  takie  złe?  Jeżeli 

teraz będziemy się kochać, będę nadal miał tylko twoje ciało, a nie twoje serce, i to mi nie 

wystarczy, Holly. To mi nie wystarczy!

-    Na początku chciałeś, byśmy zostali kochankami - przypomniała mu, walcząc ze łzami. 

background image

67

- Więc co się zmieniło?

-    Ja  -  wyszeptał.  -  Czy  to  nie  zakrawa  na  ironię  losu?  To  ja  się  zmieniłem,  petite. 

Kocham cię i niech mnie diabli, jeżeli wezmę cię do łóżka, ot, tak. Tak bardzo cię pragnę, że 

dostaję szału, ale chcę więcej niż tylko to.

-    Chcesz za dużo - powiedziała cichym głosem.

-    Może.  -  Spojrzał  na  nią,  a  bursztynowe  światło  w  jego  oczach  nie  płonęło  tak,  jak 

zwykle. - Ale to jestem ja, Jacques Querruel, cherie. Nie mogę być inny. Nigdy nie godziłem 

się na mniej, niż mogłem dostać.

-    Wszystko albo nic? - szepnęła z bólem. Zamknęła oczy, by nie widzieć jego twarzy.

-    Tak.

-    A jeśli się okaże, że nie będzie nic?

-    Nigdy  nie  brałem  pod  uwagę  takiej  możliwości  i  nie  zamierzam  zaczynać  właśnie 

teraz. - Przekręcił kluczyk w stacyjce i samochód ruszył.

Holly odwróciła się do okna, żeby nie zobaczył jej tez.

background image

68

ROZDZIAŁ ÓSMY

-    Chyba nie chcesz powiedzieć, że cichaczem uciekłaś od tej wymarzonej pracy, by już 

nie wspominać o nim, i bez słowa wróciłaś do domu? Nie poznaję cię.

Rzeczywiście, nigdy tak nie postępowała, ale też już nie była pewna, kim właściwie jest, 

pomyślała Holly. Siedziała z Lucy i razem piły w kuchni kawę.

-    Napisałam list wyjaśniający, że nie mogę zostać - powiedziała. - I dołączyłam klucze 

od mieszkania.

-    I wydaje ci się, że to wystarczy? A co z referencjami, żeby szukać innej pracy?

Lucy  wzięła  na  ręce  swoją  wyglądającą  jak  aniołek  córeczkę,  Melanie  Annę,  by 

uniemożliwić jej ciągnięcie kota za ogon. Kot, czując, że został ocalony, wskoczył na kolana 

Holly i zaczął dumnie mruczeć, spoglądając z góry na wyrywające się matce dziecko.

-    Nie poproszę o nie Jacquesa - oznajmiła Holly stanowczo. - W ogóle nie zamierzam 

się z nim kontaktować. To najlepsze, co mogę zrobić. Mniej bolesne i dla niego, i dla mnie.

-    Holly,  jestem  twoją  przyjaciółką.  -  Lucy  spojrzała na  nią  z  namysłem.  -  I  chcę 

zauważyć,  że  wyglądasz  najgorzej,  odkąd  cię  znam.  Nawet  gorzej  niż  w  ciągu  tych  trzech 

tygodni, które spędziłaś kiedyś u nas, a wtedy wyglądałaś tak, jakbyś była już jedną nogą w 

grobie.

-    Dziękuję.

-    Mówię poważnie. Twierdzisz, że ten facet proponuje ci małżeństwo, a nie zapominaj, 

że  chodzi  o  małżeństwo  z  milionerem.  Twierdzisz  też,  że  ci  na  nim  zależy,  więc...  -  Lucy 

przerwała, żeby podać córeczce ciasteczko czekoladowe - .. .nie rozumiem, na czym polega 

cały problem.

Holly spodziewała się tej rozmowy od chwili, gdy weszła do tego domu. Po rozstaniu z 

Jacquesem zarezerwowała telefonicznie bilet lotniczy do Anglii na wczesny ranek, a następne 

kilka godzin spędziła na pakowaniu się i sprzątaniu mieszkania. Potem napisała do Jacquesa 

list,  zadzwoniła  po  taksówkę  i  gdy  niebo  dopiero  różowiało  na  wschodzie,  pojechała  na 

lotnisko.

Ponieważ  już  wcześniej  powiadomiła  administratora  mieszkania  w  Londynie,  że 

wymawia  najem,  teraz  była  bezdomna,  ale  wiedziała,  że  James  i  Lucy  chętnie  ją  do  siebie 

przyjmą. Wiedziała też niestety, że jeżeli chce poszukać u nich schronienia, będą żądali, by 

im  wszystko  wyjaśniła.  A  to  nie  będzie  łatwe.  Nigdy  nie  powiedziała  im  o  zachowaniu 

Davida ani o tym, jak okropnie traktowali ją pracownicy opieki społecznej.

Na jej twarzy musiały się odbić te wszystkie silne emocje, bo Lucy spytała:

background image

69

-    Holly, co się dzieje? Poczekaj chwilę, położę spać Melanie Annę i wtedy mi wszystko 

opowiesz, dobrze?

-    Dobrze.  -  Holly  nie  miała  ochoty  wracać  do  przeszłości,  ale  też  nic  innego  jej  nie 

pozostało.

Godzinę później obie kobiety siedziały wyczerpane. Było mnóstwo płaczu i uścisków, co 

okazało się dla Holly doskonałą terapią.

-    Zawsze  wiedzieliśmy,  że  nie  wszystko  nam  powiedziałaś  -  stwierdziła  Lucy.  -  Och, 

Holly, przeżyłaś straszne rzeczy. Zabiłabym mężczyznę, który zrobiłby coś takiego Melanie 

Annę.

Holly słabo się uśmiechnęła.

-    A ja bym dokończyła, gdyby tobie się nie udało.

-    Chyba  nie  uwierzysz  mi,  jeśli  ci  powiem,  że  jesteś  wspaniałą,  fantastyczną,  uroczą 

kobietą,  i  że  wszystkie  twoje  lęki  w  związku  z  uczuciem  do  Jacquesa  nie  mają  żadnych 

podstaw?  -  spytała  Lucy  miękko.  -  I  że  istnieją  wszelkie  szanse,  by to  była  miłość  na  całe 

życie?

Holly pokręciła głową.

-    Nie mogę być taką kobietą, jakiej on pragnie - powiedziała powoli. - Wiem to tutaj... -

Wskazała  swoje  serce.  -  Zniszczyłabym  nas  oboje  swoją  niepewnością  i  brakiem  zaufania, 

nawet  jeżeli  starałby  się  być  wobec  mnie  bardzo  cierpliwy.  A  gdyby  potem  został  ze  mną 

tylko z litości... - Rozpaczliwie pokręciła głową.

-    Dlaczego  od  razu  przewidujesz  najgorsze?  Przecież  może  się  zdarzyć  i  tak,  że 

wyjdziesz za niego i okaże się, że jesteście dla siebie stworzeni. Wiesz, że takie rzeczy też się 

zdarzają. Popatrz na mnie i na Jamesa. Holly znów pokręciła głową.

-    Posłuchaj mnie, Holly. Jesteś  odważna i  silna, o wiele silniejsza,  niż ci się wydaje -

wybuchnęła Lucy. - I mówisz, że kochasz go całym sercem. Proszę, błagam cię, nie odrzucaj 

tej  szansy.  Nie  możesz  wytaczać  przeciw  niemu  wszystkich  dział  tylko  dlatego,  że

nieszczęsny  facet  jest  bogaty  i  przystojny.  I  nie  zapominaj,  że  biedny  i  brzydki,  zwykły 

mężczyzna jest tak samo zdolny do niewierności.

-    Czy od takich myśli mam się czuć lepiej?  - spytała Holly ze  łzawym uśmiechem. A 

potem, gdy Lucy już otwierała usta, żeby dalej ją przekonywać, uniosła rękę.

-  Lucy,  jestem  wdzięczna  tobie  i  Jamesowi  bardziej,  niż  potrafię  wyrazić,  ale  proszę, 

zostawmy to. Ja już podjęłam decyzję. Czy... czy możemy porozmawiać o czymś innym?

-    Och, Holly...

background image

70

-    Proszę.  I  czy  możesz  mi  obiecać,  że  ani  ty,  ani  James  nie  będziecie  próbowali 

skontaktować się z Jacąue-sem i nie poinformujecie go, gdzie jestem?

-    Przecież nie zrobilibyśmy ci tego. - Lucy wydawała się wstrząśnięta. - Moim zdaniem 

zachowujesz się jak wariatka i chciałabym, żebyś zmieniła zdanie, ale ani ja, ani James nigdy 

byśmy nie zdradzili twojego zaufania.

-    Dziękuję ci. - Holly serdecznie uściskała rękę Lucy.

-    I czy nie mielibyście nic przeciwko temu, żebym tu pomieszkała, zanim znajdę sobie 

pracę  i  jakieś  lokum?  Oczywiście  będę  płaciła  za  pokój.  Na  szczęście  po  tych  ostatnich 

miesiącach moje konto bankowe jest bardzo zasobne. Ale wolałabym zostać z tobą i Jamesem 

zamiast wynajmować sobie coś w hotelu.

- Nawet o tym nie myśl! - Lucy dopiła kawę. Była to już trzecia filiżanka, odkąd Holly 

zapukała do jej drzwi dwie godziny temu. - Zostań tak długo, jak chcesz. Wiesz, że zawsze 

się cieszymy, gdy u nas jesteś. A pokój gościnny już na ciebie czeka.

James  wyraził  dokładnie  takie  same  uczucia,  gdy  wieczorem  wrócił  z  pracy.  Lucy 

wyczekała,  aż  znajdzie  się  z  nim  sama  w  sypialni,  i  dopiero  wtedy  opowiedziała  mu  o 

Davidzie  Kirbym.  Następnego  ranka  na  swój  sposób  dał  Holly  do  zrozumienia,  że  wie  o 

wszystkim, mocno ją obejmując i stwierdzając ponuro, że niektórych mężczyzn powinno się 

jak najwcześniej wykastrować.

Holly zrobiło się ciepło na sercu. Kochała ich oboje, a także małą Melanie Annę, i gdyby 

nie była tak zdruzgotana, szczerze by się cieszyła pobytem u nich.

Postanowiła,  że  poszuka  sobie  zajęcia  zupełnie  innego,  niż  wykonywała  do  tej  pory, 

może jako kelnerka czy sprzedawczyni. Chwilowo nie zniosłaby przesiadywania za biurkiem. 

Poza tym gdyby zatrudniła się w jakimś biurze, Jacques mógłby łatwiej trafić na jej ślad.

James  i  Lucy  mieszkali  w  niewielkim  domku  w Wimbledonie.  Chociaż  James  zarabiał 

całkiem  nieźle,  a  Lucy  dwa  razy  w  tygodniu  oddawała  córeczkę  do  żłobka  i  w  tym  czasie 

pracowała w miejscowym prywatnym szpitalu, z pieniędzmi było krucho, a zbliżało się Boże 

Narodzenie.  Lucy  zaproponowała  więc,  by  Holly  została  u  nich  przynajmniej  do  Nowego 

Roku.  Jej  czynsz  bardzo  wspomógłby  domowe  finanse,  Melanie  Annę  lepiej  by  poznała 

ciocię, a Holly nie spędziłaby sama świąt w wynajętej kawalerce.

Holly  podejrzewała,  że  Lucy  chodzi  raczej  o  ten  ostatni  powód,  ale  rzeczywiście 

obawiała się być sama tak świeżo po rozstaniu z Jacquesem. Wypełniał wszystkie jej myśli, 

nawiedzał  sny,  zeszłej  nocy  płakała  całe  godziny.  Cieszyła  się,  że  powiedziała  Lucy  o 

Davidzie - odczuła wielką ulgę - ale z drugiej strony było to jak sypanie soli na ranę. Kilka 

tygodni z Lucy i Jamesem podziałają jak balsam na jej zbolałą duszę i krwawiące serce. Tak 

background image

71

więc z wdzięcznością przyjęła propozycję.

Dwa  dni  później  zatrudniła  się  w  miejscowej  kawiarni,  w  której  również  prowadzono 

piekarnię i sklep. Godziny były długie, praca wyczerpująca, ale płacono nieźle. Właściciele -

małżeństwo  w  średnim  wieku  -swoich  podwładnych  traktowali  dobrze.  A  dwie  pozostałe 

sprzedawczynie, młode dziewczyny, były bardzo miłe.

Holly wiedziała, że  miała  szczęście, znajdując tak  szybko dobrą pracę,  w  domu  Lucy i 

James okazywali jej, jak bardzo ją kochają, mimo to żyła jak w czarnej otchłani. Spodziewała 

się, że w miarę upływu czasu przyzwyczai się do nowych warunków i poczuje lepiej, jednak 

tak się nie stało. Z każdym dniem coraz bardziej tęskniła za Jacquesem. Ale nigdy, ani przez 

chwilę,  nie  zwątpiła  w  słuszność  swojej  decyzji.  Tyle  że  ta  świadomość  nie  niosła  żadnej 

pociechy.

Na tydzień przed świętami, obładowana prezentami, pojechała odwiedzić panią Gibson i 

jej koty. Spędziła tam miłe niedzielne popołudnie i przy herbacie i kokosowych ciasteczkach 

opowiedziała o wiele więcej, niż zamierzała.

Następnego  dnia  o  jedenastej  przed  południem  na  chwilę  uniosła  wzrok  znad  pudełka 

kremowych ciastek,  które pakowała dla klienta.  Z drugiej strony lady stał Jacques. Pudełko 

spadło na podłogę, gdy kurczowo przycisnęła ręce do piersi. Jedna ze sprzedawczyń, Alice, 

myśląc, że zrobiło jej się słabo, chwyciła ją za ramię i zawołała o pomoc.

-    Nic... nic mi nie jest - szepnęła Holly.

Jej spojrzenie jak na uwięzi trzymały bursztynowe oczy, które tak dobrze pamiętała, oczy, 

które  widywała  od  tylu  tygodni  w  swoich  snach.  Stał  dwa  metry  od  niej,  nieruchomy, 

milczący, i tylko na nią patrzył. Holly zamrugała, potem potarła oczy, ale on wciąż tu był. Jak 

ją znalazł?

Nie uświadomiła sobie, że wypowiedziała to pytanie na glos.

-  Pani  Gibson  do  mnie  zadzwoniła.  Poznałem  się  z  nią  bardzo  dobrze  od  czasu,  gdy 

wyjechałaś.

Holly drżała, ale nawet gdyby od tego zależało jej życie, nie byłaby w stanie się poruszyć 

ani odezwać.

Wyglądał  cudownie.  Wspaniale.  Ale  był  szczuplejszy,  o  wiele  szczuplejszy,  i  wydawał 

się  postarzały.  Ogarnęła  ją  fala miłości.  Och,  mój  ukochany,  dlaczego  musiałeś  tu  do  mnie 

przyjechać? Dlaczego nie mogłeś zostawić spraw swojemu biegowi?

-    Jacques, proszę, odejdź - powiedziała w końcu z trudem.

-    Nie - odparł stanowczo. - Weź płaszcz, mamy sporo do omówienia.

-    Ja... ja nie mogę teraz wyjść. Pracuję tu.

background image

72

-    Holly, weź płaszcz - powtórzył, ignorując jej słowa.

-    Mam zawołać pana Bishopa? - spytała płonąca z ciekawości Alice.

-    Zawołaj, kogo tylko chcesz - odparł uprzejmie Jacques, nadal nie odrywając oczu od 

Holly.

-    Nie. - To zaczynało już przeradzać się w farsę. - Powiedz mu, że wychodzę wcześniej 

na lunch - poprosiła.

-    I powiedz im też, że potrzebują nowej sprzedawczyni.

-    Jacques!

-    Tak, kotku?

Holly  uznała,  że  trzeba  z  tym  skończyć.  Poszła  po  płaszcz,  a  Jacques  czekał  przy 

drzwiach.  Ręce  skrzyżował  na  piersi,  stał  w  zrelaksowanej  postawie.  Tyle  że  nie  był 

zrelaksowany.  Znała  go  wystarczająco  dobrze,  by  wiedzieć,  że  udaje.  A  pani  Bishop  stała 

obok niego. Widocznie zdążył już z nią porozmawiać, bo pani Bishop, wyglądająca na lekko 

oszołomioną, zwróciła się do Holly:

WIOSNA W PARYŻU                                                              289

-    Nie musisz tu już dziś wracać - a potem obdarzyła Jacquesa serdecznym uśmiechem.

Jak  on  to  robi?  W  ciągu  chwili,  której  potrzebowała  na  wzięcie  płaszcza  z  zaplecza, 

oczarował  tę  sprytną,  przyziemną  kobietę.  Poniedziałkowe  ranki  były  zwykle  wypełnione 

gorączkową  pracą,  a  pani  Bishop  nie  należała  do  miłosiernych  kobiet,  które  chętnie  dają 

pracownikom wolne.

Holly spodziewała się, że Jacques zasypie ją pytaniami, gdy tylko wyjdą na ulicę, ale on 

tylko wziął ją pod rękę i ruszył przed siebie.

-    Dokąd idziemy? - spytała. Kręciło jej się w głowie, była oszołomiona.

Nie spojrzał na nią, głos miał zimny i stanowczy.

-    Gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać.

-    Nie powinieneś był tu przyjeżdżać.

-    Musiałem - odparł ponuro.

Doszli do długiego, wysmukłego ferrari, zaparkowanego na poboczu.

-    Wsiadaj. - Jacques otworzył drzwi od strony pasażera.

Nie miała wyboru i wśliznęła się na pokryty skórą fotel. Serce biło jej z całych sił. Nie 

wiedziała, co Jacques jej powie. Miał wszelkie prawo, by się na nią gniewać, jednak dobrze 

się kontrolował. Ale on zawsze umiał się kontrolować, przypomniała sobie.

-    Jesteś za szczupła - powiedział, gdy już jechali od kilku minut. - Piękniejsza nawet niż 

byłaś, ale za szczupła. Dobrze się odżywiałaś?

background image

73

-    A ty?

-    Nie, ale to nie ja wyjechałem.

-    To nie znaczy... - gwałtownie zamilkła.

-    Tak?

-    To,  że  ja  wyjechałam,  nie  znaczy  jeszcze,  że  mi  na  tobie  nie  zależy  -  dokończyła 

słabym głosem.

-    Ale  zależy  nie  dość?  -  To  było  jak  nóż  w  serce.  Jacques  nie  stracił  umiejętności 

ranienia jej.

Co  ona  może  na  to  odpowiedzieć?  Spojrzała  na  niego,  ale  patrzył  prosto  przed  siebie, 

prowadząc samochód.

-    To... to nie tak, jak myślisz.

-    Może, ale zamierzam się dowiedzieć, i to już, teraz, jak to było naprawdę - powiedział 

ponuro. - Więc po prostu pogódź się z tym, bo tak będzie o wiele łatwiej dla nas obojga.

Holly wzięła głęboki oddech. Co ma mu powiedzieć? Żadne olśnienie na nią nie spłynęło, 

a  tym  razem  Jacques  nie  da  się  zbyć  byle  czym.  Tak  jej  mówiła  jego  mina.  Postanowił 

uzyskać wyjaśnienie, dlaczego  jej  zdaniem  małżeństwo  jest niemożliwe.  Dlaczego ona  wie, 

że go zawiedzie. Dlaczego nie może mu ufać. Bo o to w gruncie rzeczy chodziło przez cały 

czas.

-    Najpierw zjemy, czy porozmawiamy?

-    Słucham?

Powie mu o wszystkim, a wtedy on się przekona, że nie ma dla nich wspólnej przyszłości. 

Może nawet nie będzie jej już chciał, gdy się dowie, jaka jest naprawdę

Mógł mieć każdą kobietę, jakiej tylko zapragnął. Po co miałby się męczyć z nią?

Więcej już się nie odezwał. Dojechali do parku i Ja-cques zatrzymał samochód.

-    To nie był dobry pomysł, Jacques. Lepiej byś zrobił, pozostawiając sprawy tak, jak są.

-    Naprawdę?  -  spytał,  przygważdżając  ją  spojrzeniem,  które  przeniknęło  prosto  do  jej 

duszy. - Ja tak nie uważam. Może istnieją mężczyźni, którzy z radością choć bezskutecznie 

tygodniami  szukaliby  kobiety,  która  bez  słowa  ich  opuściła.  Może  sprawiałoby  im 

przyjemność  wypytywanie  ludzi,  którzy  mogą  coś  wiedzieć,  zatrudnianie  prywatnych 

detektywów, odwiedzanie ekscentrycznych staruszek w nadziei, że przedmiot ich poszukiwań 

mógł się z  nimi  skontaktować.  Bo tak to  właśnie  było, Holly. Tak  właśnie  spędzałem czas, 

odkąd zniknęłaś.

-    Nie  spodziewałam  się  tego  -  powiedziała  w  napięciu.  Wynajął  prywatnych 

detektywów? Trudno w to uwierzyć!

background image

74

-    Najwyraźniej nie - odparł sucho.

-    A  co  obiecałeś  pani  Gibson  za  to,  że  na  mnie  doniesie?  -  spytała,  czując  się  trochę 

pewniej dzięki temu, że jego głos wydawał się taki obojętny.

-    Doniesie?  - Odwrócił  się do  niej.  -  Holly, nie  jestem  gangsterem, a pani  Gibson nie 

jest... policyjnym kapusiem. - Wziął ją pod brodę i uniósł tak, by patrzyła mu w oczy. - Holly, 

spójrz  na  mnie  i  słuchaj.  Chcę  poznać  prawdę.  Nie  obchodzi  mnie,  jak  długo  będziemy

siedzieli w tym samochodzie, ale ją poznam. Nigdy jeszcze nie biegałem za kobietą tak, jak 

za tobą, nigdy jeszcze nie chodziłem przy kobiecie jak po rozżarzonych węglach, i na pewno 

nigdy nie czekałem na żadną tak, jak na ciebie. Ale zamierzam z tym skończyć. Rozumiesz?

Wziął w ręce jej bladą twarz. - Kocham cię - powiedział spokojnie - i teraz pocałuję. A 

potem zadam ci kilka pytań, a ty na nie odpowiesz.

Pocałunek był długi. W końcu Jacques niechętnie się od niej oderwał.

-    Holly,  kim  jest  David  Kirby  i  jakie  miejsce  zajmuje  w  twoim  życiu  i  w  życiu 

Christiny? I wiedz, że spotkałem się z Christiną.

Popatrzyła na niego z przerażeniem. Twarz miała białą jak płótno.

-    Ale ona nie chciała ze mną rozmawiać - kontynuował. - Nic mi nie powiedziała. Jej 

mąż też nie. Ale wiem, że ten mężczyzna skrzywdził was obie i chcę poznać prawdę. Bo on 

staje między nami jak widmo, a ja sobie tego nie życzę.

Holly zamknęła oczy.

-    David Kirby nie był ani moim chłopcem, ani kochankiem - powiedziała sztywno. - Ja... 

nigdy nie miałam nikogo... przed tobą.

Przez  chwilę  Jacques  nie  odezwał  się  ani  nie  poruszył.  W  końcu  powiedział  bardzo 

łagodnie:

-    Nadal mi nic nie wyjaśniłaś, petite.

-    Mówiłam ci, że wychowywałam się w rodzinach zastępczych od niemowlęctwa aż do 

chwili, gdy byłam dość dorosła, by żyć na własny rachunek. I pierwsze osiem lat spędziłam u 

małżeństwa, które było dla mnie jak prawdziwi rodzice. Potem oboje zachorowali i wysłano 

mnie do innego domu. Do domu Davida i Cassie Kirbych. Byli bogaci. Christina też była u 

nich, a także mały chłopiec John.

Odwróciła się do okna.

-    Tak więc było nas troje. Obdarowywano nas zabawkami, ubraniami. Wszyscy myśleli, 

że będę szczęśliwa w ich domu. Aleja prawie od pierwszego dnia wyczułam, że dzieje się tam 

coś złego...

Przełknęła z trudem ślinę, łzy popłynęły jej po policzkach.

background image

75

-    Często przychodził do mojego pokoju.  Z początku po prostu chciał, bym usiadła mu 

na  kolanach.  Czytał  mi,  całował  na  dobranoc  ale...  nie  tak,  jak  całuje  się  dziecko.  Potem 

któregoś dnia, gdy już byłam u nich od kilku miesięcy, uznał, że jestem w jego władzy, tak 

jak Christina i John, on... - Holly głęboko zaczerpnęła tchu - chciał mnie zgwałcić.

Poczuła, jak Jacques drgnął. Objął ją, a ona się nie opierała, ale też nie spojrzała na niego, 

a tylko ukryła twarz na jego piersi.

-    Walczyłam i w końcu zrezygnował, ale zaczął opowiadać o mnie kłamstwa. Kazał też 

kłamać Christinie. Przeniesiono mnie do innej rodziny, ale byłam przerażona, nie wiedziałam, 

co myśleć. Od tamtej pory wszystko szło źle.

Holly czuła, jak mocno Jacquesowi bije serce. Nie ośmielała się na niego spojrzeć. Bała 

się tego, co mógłby wyczytać z jej twarzy. Bo ona nie może stracić odwagi. Musi zrobić to, 

co zamierzyła.

-    Ten mężczyzna... Gdzie on teraz jest?

-    Nie żyje - szepnęła. Wytarła oczy ręką, ale nie uniosła głowy. - Miał się odbyć proces, 

sprawa związana z dziećmi w klubie młodzieżowym, w którym pracował. Christina nabrała 

wtedy odwagi i on... popełnił samobójstwo.

-    Szkoda - mruknął ponuro Jacques. - Ile miałaś wtedy lat? - spytał po chwili. - Kiedy 

się zabił?

-    Byłam na uniwersytecie.

-    Tak  więc  przez  ten  cały  czas  sama  się  z  tym  zmagałaś?  Czy  właśnie  dlatego 

przenoszono cię z jednego domu do drugiego?

-    Byłam trudnym dzieckiem - powiedziała cichutko. Pogłaskał ją po splątanych włosach 

i mokrym policzku.

-    Cherie, spójrz na mnie - poprosił miękko. A gdy pokręciła głową, dodał czule: - Nigdy 

nie  byłaś  trudną  osobą.  Byłaś  odważna  i  dzielna,  i  silna,  a  to  może  być  traktowane  jako 

wyzwanie i bunt przez ignorantów i ludzi niewrażliwych.

-    Przestań - jęknęła.

-    Co mam przestać?

-    Ja nie mogę... - Uniosła głowę, gardło miała ściśnięte, walczyła o panowanie nad sobą. 

-  Jacques,  ja  nigdy  nie  będę  taka,  jaką  chciałbyś  mnie  widzieć.  Nie  będę  taką  żoną,  jakiej 

potrzebujesz. Chyba teraz już to widzisz?

-    Widzę piękną, dobrą kobietę.

-    Jacques,  nie  potrafię  spełnić  twoich  oczekiwań.  Tego,  czego  masz  prawo  oczekiwać 

od żony. Mówiłam ci już, że nigdy nie miałam chłopca, nie mówiąc już o kochanku.

background image

76

-    Bo czekałaś na mnie - powiedział miękko. - A ja już ci mówiłem, cherie, że połączyło 

nas przeznaczenie. Trzymałem cię w ramionach, dotykałem. Uwierz mi.

-    Właśnie o to chodzi. - Oderwała się od Jacquesa. - Tego nie potrafię.

Nadal nie rozumiał.

-    Holly,  ja  nie  oczekuję  z  twojej  strony  nadzwyczajnych  wyczynów  w  łóżku  -

powiedział  cierpliwie.  -  To  chyba  rozumiesz?  Myślisz,  że  nie  zauważyłem,  że  nie  masz 

dużego doświadczenia?

-    Nie  chodzi  mi  o  stronę  fizyczną...  -  wyjaśniła  z  rozpaczą.  -  No,  nie  tylko  o  to.  Nie 

wiem, jak ci to wytłumaczyć.

-    Spróbuj, zanim zwariuję.

-    Nie byłoby tak źle, gdybym cię nie kochała. Ale kocham i... i jeśli byśmy się pobrali, 

cały czas bym się tylko zastanawiała, kiedy się mną znudzisz. Widziałam, jak kobiety się za 

tobą uganiają, i  wcześniej czy później którejś by się udało.  I nawet bym  nie mogła mieć ci 

tego za złe.

-    Och,  dziękuję  -  powiedział  ironicznie.  -  Według  ciebie  jestem  nie  tylko  jakimś 

donżuanem, który nie potrafi trzymać rąk z dala od kobiet i który popełniłby zdradę z lekkim 

sercem, ale jestem też słabym człowiekiem bez kręgosłupa, tak?

-    Tego nie powiedziałam. - Wszystko poszło źle.

-    Właśnie  o  to  mnie  oskarżyłaś.  A  czego  się  po  mnie  spodziewasz?  Zdobyłem  wielki 

majątek, przyznaję, ale stało się to dzięki bardzo ciężkiej pracy. I nie będę za to przepraszał. 

Nie mogę też nic poradzić na swój wygląd. Za to odpowiedzialni są moi rodzice. Ale zasady, 

którymi  kieruję  się  w  życiu,  są  moje  własne,  a  tak  się  składa,  że  wierzę  w  małżeńską 

wierność.

-    Ale nawet jeżeli teraz tak myślisz, to się może zmienić - powiedziała z rozpaczą. - Ja 

nie jestem dla ciebie odpowiednia. Nie widzisz tego? Twój świat jest tak inny od mojego...

-    Holly!  -  krzyknął.  A  potem  kontynuował  już  spokojniej.  -  Cherie,  rozumiem,  że  po 

tym, co przeżyłaś, jesteś niepewna siebie...

-    Nie o to chodzi - przerwała mu. - Jacques, ty nie jesteś zwyczajnym mężczyzną, a ja 

jestem  bardzo  zwyczajna.  To  po  prostu  by  się  nie  udało.  Może  krótki  romans,  ale  nie 

małżeństwo.

-    Mylisz się - powiedział spokojnie. - Bardzo się mylisz. To ty jesteś niezwykłą kobietą. 

I nie chcę romansu, krótkiego czy innego. Chcę się z tobą ożenić. Żyć z tobą jak mąż z żoną.

-    Nie mogę - szepnęła.

Przez  chwilę  tylko  na  nią  patrzył.  Holly  wiedziała,  że  stara  się  opanować.  Nigdy  nie 

background image

77

widziała go jeszcze w takiej złości.

-    A ja tu nic nie mam do powiedzenia?! - wykrzyknął. - Ty masz prawo zniszczyć życie 

sobie  i  mnie,  a  ja  mam  się  na  to  zgodzić?  A  więc  nie!  Nie  zgadzam  się.  Nie  zgadzam, 

słyszysz?  Nie będę przepraszał za to, kim jestem i - do cholery! - nie ode mnie zależy, czy 

kobiety uważają mnie za atrakcyjnego mężczyznę. Ale od chwili, gdy poznałem ciebie, nawet 

nie  zauważam  innych  kobiet.  I  taka  jest  właśnie  prawda.  Pragnę  tylko  ciebie,  teraz  i  na 

zawsze.  Kocham  cię,  Holly,  i  chcę  się  z  tobą  ożenić.  I  zawsze  cię  będę  kochał.  Co  mogę 

jeszcze powiedzieć?

-    Nic. - Jej usta drżały. - To nie ty stanowisz problem, lecz ja.

-    Jak  to  ładnie z twojej strony, że  tak sama się obwiniasz  - powiedział z  goryczą. - A 

gdybym był brzydki i biedny? Czy wtedy byś za mnie wyszła?

-    Och, Jacques, nie bądź taki.

-    Okoliczności mnie do tego zmuszają, nie sądzisz? - Był wściekły. - Holly, dam ci tyle 

czasu,  ile  potrzebujesz,  do  ostatniego  tchu  codziennie  będę  ci  na  nowo  powtarzał,  że  cię 

kocham, ale nie możesz mnie wyrzucić ze swojego serca ani z życia. Jestem tu i zamierzam 

zostać. Twoje problemy są teraz moimi problemami. Razem sobie z nimi poradzimy. To, co 

dotyczy ciebie, dotyczy również mnie. Ty patrzysz na nas jak na dwoje osobnych ludzi, ale ja 

tego tak nie widzę. Nie mówimy o tobie albo o mnie. Małżeństwo oznacza „my". Stajemy się 

jednością. Ja ci pomagam ujarzmić twoje demony, a ty pomagasz w tym mnie.

W teorii brzmiało to bardzo ładnie.

-    Ciebie nie nawiedzają demony - powiedziała spokojnie. - Pokonałeś je całe lata temu.

-    Każdy  człowiek  ma  swoje  demony  i  potrzebuje  pomocy  w  walce  z  nimi.  A  ja  nie 

jestem  samotną  wyspą, tak  samo  jak  i  ty. A  właśnie  tak  próbowałaś żyć,  odkąd  skończyłaś 

osiem  lat,  prawda?  Ale  nie  możesz  żyć  tak  nadal.  Kirby  to  przeszłość  i  powinien  być 

pogrzebany w twojej pamięci jak w grobie. Jeżeli  tego nie zrobisz,  będzie ci nadal zadawał 

ból. Sama mu na to pozwolisz.

Ta myśl ją zaszokowała. Narastał w niej żal do niego, i wściekłość.

-    Jak śmiesz mówić coś takiego?! - wykrzyknęła z furią. - On nie ma na mnie żadnego 

wpływu. Żadnego!

-    Udowodnij to. Powiedz, że jesteś gotowa podjąć ryzyko i zostać moją żoną. Powiedz, 

że mi ufasz, jeżeli nawet nie potrafisz zaufać sobie. Kocham cię całą duszą, całą moją istotą. 

Holly, trzymasz w rękach moje serce.

Minęła długa chwila, zanim Holly zdołała się odezwać. Nawet nie uświadamiała sobie, że 

bezgłośnie płacze, łzy płynęły jej strumieniem po  policzkach, ale Jacques nie wyciągnął do 

background image

78

niej  rąk,  nie  przytulił  jej.  Wiedziała  dlaczego.  To  był  czas  decyzji.  Mężczyzna  taki  jak 

Jacques nie będzie długo prosił. Był na to za dumny. Obnażył swoją duszę i dał jej wszystko, 

co mógł. Ale jej to nie wystarczyło.

- Nie.

Nastała jeszcze jedna długa chwila ciszy, a potem Jacques przekręcił kluczyk w stacyjce i 

silnik zbudził się do życia.

background image

79

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

-    Masz jakieś miłe plany na sylwestra? - spytała Alice.

-    Nie.  -  Holly  zmusiła  się  do  uśmiechu.  -  Chyba  że  potraktować  jako  miły  plan 

pilnowanie  chrzestnej  córki.  Lucy  i  James  idą  na  przyjęcie  do  sąsiadów,  a  ja  zostanę  z 

Melanie Annę. Protestowali, ale i tak nigdzie się nie wybierałam.

-    My idziemy  całą grupą  na Trafalgar Sąuare.  - Alice zachichotała.  -  Może  zobaczysz 

nas jutro w wiadomościach. No wiesz, będziemy pić, bawić się, słuchać jazzu.

-    No to życzę dobrej zabawy - odparła Holly i zwróciła się do kolejnego klienta, który 

przed zamknięciem piekarni chciał jeszcze kupić ciastka.

Idąc  potem  do  domu,  znów  zaczęła  myśleć  o  Jacąuesie.  Minęły  dwa  tygodnie  od  ich 

spotkania  i  każdą  sekundę  tych  dwóch  tygodni  wypełniała  jej  bolesna  tęsknota.  Głęboka 

otchłań  samotności,  w  jakiej  zawsze  żyła  od  chwili,  gdy  zabrano  ją  od  pierwszej  rodziny 

zastępczej,  jeszcze  się  pogłębiła.  Miała  nadzieję,  że  z  upływem  czasu  będzie  coraz  mniej 

cierpieć, ale było jeszcze gorzej.

Boże  Narodzenie  przeżyła  jak  w  koszmarze,  a  najgorsze  było  to,  że  musiała  udawać 

przed Lucy i Jamesem dobry humor. A przez cały ten czas analizowała w głowie rozmowę z 

Jacquesem, aż w końcu bała się, że mózg jej eksploduje.

Zawiózł  ją  z  powrotem  przed  piekarnię,  nie  mówiąc  ani  słowa.  Wysiadł  razem  z  nią, 

wziął ją za rękę i z ponurą miną powiedział:

- Holly, nie możesz wyrzucić mnie ze swojego serca i umysłu. Czy tego nie widzisz? Już 

jest na to za późno. O wiele za późno.

A potem odwrócił się, wsiadł do samochodu i bez jednego spojrzenia odjechał. I od tego 

czasu się nie odezwał.

Przez  całe  święta  czekała  na  jego  telefon,  nawet  na  wizytę,  ale  się  nie  doczekała.  I 

właściwie  tego  właśnie  chciała...  Ale,  z  drugiej  strony,  sama  myśl  o  małżeństwie  z  nim 

budziła  w  niej przerażenie.  Jak  mogłaby kochać  Jacquesa  tak  bezgranicznie,  jak  oczekiwał, 

jak zasługiwał, kiedy pętały ją łańcuchy strachu i wątpliwości? Nie mogła, odpowiadała sobie. 

Ale też jak żyć bez niego teraz, gdy go poznała? Też nie mogła.

Po  świętach  codziennie  spodziewała  się,  że  go zobaczy.  Gdy  w  piekarni  nad  drzwiami 

rozlegał się dzwonek, unosiła wzrok, ale zawsze wchodził ktoś inny. A więc Jacques już nie 

przyjdzie. Wziął ją za słowo i przestał sobie nią zawracać głowę, a ona nie wiedziała, jak to 

przeżyje.

Zamrugała,  bo  łzy  zamgliły  jej  wzrok.  Tylko  bez  użalania  się  nad  sobą  -  miała  swoją 

background image

80

szansę i odepchnęła ją.

Jednak teraz nie była już pewna, czy jeszcze raz podjęłaby taką samą decyzję. Tyle że on 

już nie wróci. Mężczyzna tak dumny jak Jacques nie będzie w nieskończoność walił głową w 

mur.

Opanuj się, nakazała sobie, dochodząc do domu Lucy i Jamesa. Wytarła łzy.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

-    Holly, to ty?! - krzyknęła Lucy.

-    Tak. Co się stało?

-    Och, Holly, wchodź, szybko!

W głosie Lucy była nutka, od której Holly dreszcz przebiegł po plecach. Wbiegła do holu 

i stanęła jak wryta. W drzwiach bawialni stała pani Gibson. Holly nie widziała  się z nią od 

czasu nieszczęsnej wizyty Jacquesa. Nie miała do niej żalu. Pani Gibson uważała, że podając 

Jacquesowi jej adres, robi to, co dla niej najlepsze.

-    Pani  Gibson,  co  się  stało?  -  Było  wyraźnie  widać,  że  staruszka  jest  zdenerwowana. 

Zresztą bez poważnego powodu na pewno nie ruszyłaby się z domu.

-    To ten miły młody człowiek, Jacques... Przyszłam z jego powodu.

No, tak. Pani Gibson uznała, że w przeddzień Nowego Roku musi wystąpić w roli dobrej 

wróżki i odegrać rolę swatki - pomyślała Holly ponuro.

-    Wolałabym  o  nim  nie  rozmawiać  -  powiedziała  spokojnie.  -  Przez  jakiś  czas 

widywaliśmy się, ale to się już skończyło.

-    Czyżby?

Lucy już zamierzała się wtrącić, ale pani Gibson machnęła ręką, żeby ją uciszyć.

-    Bardzo mnie to dziwi, bo on wciąż o tobie myśli. „Milly", powiedział, czy wiesz, że 

mówił do mnie „Milly"? - spytała.

-    Eee, nie. Nie wiedziałam.

-    Och, właśnie tak do mnie mówi. Tego pierwszego popołudnia, gdy przyszedł do mnie 

na  podwieczorek,  kiedy  wciąż  tak  ciebie  szukał  dniami  i  nocami  -  postanowiliśmy  mówić 

sobie po imieniu. Milly to oczywiście zdrobnienie od Millicent.

-    Tak. - Holly z trudem zdobywała się na cierpliwość.

Pani  Gibson  wyraźnie  dała  do  zrozumienia,  że  zastanowiła  się  nad  sytuacją  i 

zdecydowała, po której jest stronie, a nie była to strona Holly. O ile Holly było wiadomo, nikt 

by  się  nie  odważył  zwracać  do  tej  srogiej  staruszki  po  imieniu,  pewnie  nawet  zmarły  pan 

Gibson tego nie robił. Ale  Jacques oczywiście w  ciągu jednej  chwili tak ją oczarował, że  z 

radością mu na to pozwoliła.

background image

81

-    No  więc,  na  czym to  ja  skończyłam?  - Pani  Gibson  spiorunowała  wzrokiem  Holly i 

Lucy, jakby to one były winne temu, że się zagubiła.  - Och, już wiem. Mówiłam ci, co ten 

kochany chłopiec mi powiedział...

-    Pani Gibson!

-    Milly, powiedział - pani Gibson całkowicie zignorowała próbę Holly, by jej przerwać -

odnajdę tę kobietę, jakkolwiek długo miałbym jej szukać, bo chcę z nią spędzić resztę życia. I 

co ty na to? - spytała wojowniczo.

-    Jak mówiłam, nic nas już nie łączy - odparła Holly stanowczo.

-    Lucy twierdziła, że to właśnie powiesz.

-    I miała rację.

-    Więc  nie  chcesz  się  dowiedzieć  o  strasznym  wypadku,  jakiemu  uległ  ten  kochany 

chłopiec? Co z oczu to i z serca, tak? - Pani Gibson wpatrywała się ostro w Holly.

-    Co... co pani powiedziała?

-    Stało  się  to  w  wigilijny  poranek  -  kontynuowała  niestrudzenie  pani  Gibson.  -

Zderzenie  z  samochodem.  Zjechał na  przeciwny  pas  szosy,  by  nie  wpaść  na  dziecko,  które 

wybiegło  prosto  pod  koła.  I  oczywiście  motocykl  nie  miał  żadnych  szans,  prawda?  Pan 

Gibson  w  młodych  latach  też  jeździł  na  motorze,  ale  gdy  go  poznałam,  szybko  położyłam 

temu kres.

-    Mówi pani, że Jacques jest ranny? Chyba nie...

-    Umarł? Och, nie. Czyżbyś właśnie tak mnie zrozumiała? - spytała pani Gibson tonem, 

który  nie  sugerował  żadnych  przeprosin.  Krótka,  ostra  terapia  szokowa.  Po  rozmowie  z 

gospodynią Jacquesa uznała, że tego właśnie Holly potrzebuje. Ta głupia sprawa zaszła już za 

daleko  i  trzeba  przywrócić  Holly  rozum.  -  O  ile  mi  wiadomo,  przez  kilka  dni  był 

nieprzytomny.  No,  ale  nie  będę  ci  dłużej  zajmować  czasu.  Na  pewno  chcesz  już  napić  się 

herbaty. Tylko wezmę płaszcz i...

-    Pani Gibson, proszę...

Pani Gibson w końcu ulitowała się nad tą młodą kobietą, z której twarzy odpłynęła cała 

krew.

-    Nie  wiem  wiele  więcej,  niż  ci  opowiedziałam,  ale,  jak  zrozumiałam,  bezpośrednie 

niebezpieczeństwo  już  mu  nie  grozi.  Ja  tylko  zadzwoniłam  pod  numer,  który  mi  dał.  Nie 

odzywał się i to mi się wydało dziwne, skoro obiecał zadzwonić koło Bożego Narodzenia.

-    Obiecał?

-    Och,  tak.  Zamierzał  spędzić  święta  w  Anglii.  -  Pani  Gibson  spojrzała  na  Holly 

porozumiewawczo.  -  Tam,  gdzie  jest  jego  ukochana.  Jego  gosposia  powiedziała,  że  zdążył 

background image

82

dopiero odjechać na niewielką odległość od chateau, gdy zdarzył się wypadek. Wydaje mi się, 

że  jego  rodzina  chciała  cię  powiadomić,  ale  nie  wiedzieli,  jak  się  z  tobą  skontaktować,  a 

Jacques był w śpiączce.

Śpiączka.  Boże!  Proszę  Cię,  Boże,  nie  pozwól  mu  umrzeć.  „Bezpośrednie 

niebezpieczeństwo już  mu  nie  grozi". Co  to  właściwie  znaczy?  Może  zostać  kaleką na  całe 

życie. Mógł umrzeć! Mógł umrzeć, a ona nigdy by się o tym nie dowiedziała. Boże, proszę, 

pomóż mi szybko do niego dojechać. Niech on nie ma nawrotu albo czegoś takiego...

O dziewiątej wieczorem tego samego dnia Holly leciała do Francji.

Przed  wyjazdem  zadzwoniła  do  Monique.  Gospodyni,  słysząc  jej  głos,  wybuchnęła 

płaczem,  co  przeraziło  Holly  niemal  na  śmierć.  Przeżyła  najgorsze  sekundy  swojego  życia, 

ale  gdy  Monique  wreszcie  się  trochę  opanowała,  okazało  się,  że  Jacques  nie  czuje  się  ani 

gorzej, ani lepiej niż rano, gdy telefonowała pani Gibson.

-    Poważnie  poturbowany  i  obie  nogi  złamane  -  poinformowała  Monique  przez  łzy.  -

Były  też  obrażenia  wewnętrzne,  jednak  lekarze  wydają  się  zadowoleni  z  procesu  leczenia. 

Oczywiście  jest  jeszcze  bardzo  chory,  a  na  tym  etapie  każdy  dzień  może  przynieść  jakąś 

różnicę. Nie ma żadnej gwarancji co do powrotu do zdrowia.

Lot,  a  potem  jazda  taksówką  do  szpitala  nie  pozostawiły  Holly  żadnych  wyraźnych 

wspomnień. Mogła myśleć tylko o Jacquesie.

Od pierwszej chwili robiła wszystko, by go od siebie odepchnąć. Nie chciała mu ufać, tak 

bardzo  go zawiodła,  że  nie  miałaby mu  za  złe,  gdyby nie  chciał  jej  więcej  widzieć  po  tym 

gorzkim  spotkaniu  w  Anglii.  Ale  jechał  do  niej.  Monique  to  potwierdziła.  Wyjechał 

wczesnym rankiem w Wigilię, by spędzić z nią święta. By z nią być.

Jak mogła być taka głupia? Jak mogła sobie wyobrażać, choćby przez krótką chwilę, że 

może żyć bez niego? Jeżeli coś mu się stanie, ona też umrze. Nie będzie chciała żyć dalej. To 

wszystko wydarzyło się z jej winy. Gdyby tamtego dnia nie kazała mu odejść, nie musiałby 

wybierać  się  w  drogę,  w  której  omal  nie  zginął.  I  jeszcze  może  umrzeć.  A  jeżeli  lekarze 

czegoś  nie  dopatrzyli?  Gazety  codziennie  donoszą  o  takich  przypadkach.  Nikt  nie  jest 

doskonały, a nawet najlepszy lekarz też jest tylko człowiekiem.

A  jeżeli  przyjdzie do  szpitala,  a  on  zmienił  zdanie po  tym  wszystkim,  co  się  stało?  Po 

wypadku? Może wreszcie jej uwierzył, że nie potrafi mu zaufać. Sama przecież w to wierzyła. 

I nadal do pewnego stopnia wierzy. I nawet gdyby miała rację, że Jacques nie zdoła pokochać 

jej na zawsze, wszystko było lepsze, niż gdyby zabrała go teraz śmierć.

Po przyjeździe do szpitala Holly ze zdziwieniem dowiedziała się, że jej tu oczekiwano. 

Młoda pielęgniarka natychmiast poprowadziła ją do pokoju Jacquesa. Widocznie nieoceniona 

background image

83

Monique uprzedziła szpital.

Barbe czekała na nią na korytarzu przez separatką. Na widok Holly zerwała się z krzesła i 

szeroko otworzyła ramiona.

-    Tak się cieszę, że już jesteś - szepnęła, ściskając ją z całej siły. - Wszyscy się cieszymy. 

Reszta  rodziny  wróciła  do  domu,  żeby  się  przespać,  jesteśmy  naprawdę  wykończeni,  ale  ja 

postanowiłam zostać i zaczekać na ciebie.

-    Dziękuję. Jak on się czuje?

-    Odzyskał  przytomność,  a  to  jest  najważniejsze  - powiedziała  Barbe  ze  słabym 

uśmiechem.  -  Okropnie  nas  wystraszył.  Przez  te  wszystkie  dni  leżał  bez  życia,  a  przecież 

zawsze rozsadzała go energia, był taki żywotny, prawda?

Holly skinęła głową.

-    Ciągle  jeszcze  przez  większość  czasu  śpi,  ale  gdy się  budzi,  rozpoznaje  nas.  A  jeśli 

chodzi o jego nogi... potrzeba czasu, jak mówią lekarze, ale wyzdrowieje. Może już do końca 

życia kuleć.

-    Och,  Barbe...  -  Holly  z  trudem  oddychała,  żołądek  miała  ściśnięty.  Chciała  tylko 

zobaczyć  Jacquesa,  usiąść koło  niego,  pocałować  go.  -  Czy  wie,  że  miałam  przyjechać?  -

szepnęła.

Barbe popatrzyła jej w oczy.

-    Uważaliśmy, że lepiej zaczekać.

Na wypadek gdyby jednak zmieniła zdanie. Rodzina Jacquesa nie wiedziała, jak bardzo 

ona go kocha. Była więc tym bardziej im wdzięczna za sposób, w jaki ją teraz przyjęli.

-    Mogę tam wejść?

-    Oczywiście. Ja już jadę do domu, więc ucałuj go ode mnie. Gdy stąd wyjdziesz, czeka 

na ciebie pokój w chateau.

Holly była przygotowana na widok aparatury i rozmaitych rurek podłączonych do ciała 

Jacquesa,  ale  nic  takiego  nie  zobaczyła.  Tylko  pod  kołdrą  odznaczała  się  duża  konstrukcja 

chroniąca ranne nogi. Holly spokojnie podeszła do łóżka, chociaż serce jej biło pospiesznie. 

Spojrzała na śpiącego.

To  był  Jacques,  a  jednocześnie  nie  on.  Leżał  całkowicie  nieruchomo.  Chyba  nigdy 

jeszcze  nie  widziała  go  w  takim  bezruchu.  Twarz  miał  bladą,  prawie  szarą.  Czarne  włosy 

opadły  mu  na  czoło  w  sposób,  do  jakiego  normalnie  nigdy  by  nie  dopuścił,  długie  ciemne 

rzęsy przydawały jeszcze bladości policzkom. Holly czuła się tak, jakby wyrwano jej serce z 

korzeniami.

background image

84

Och,  Jacques...  Przełknęła  łzy,  które  gromadziły  jej  się  pod  powiekami  od  czasu 

rozmowy z panią Gibson. Ale teraz nie mogła płakać. Nie tutaj. Jacques może się w każdej 

chwili obudzić, a nie chciała, by pierwszym widokiem, jaki napotka, była jej zapłakana twarz. 

Ale  kochała  go.  Tak  bardzo  go kochała.  I  rozpaczliwie  pragnęła  wierzyć,  że  zdołają  razem 

żyć.

Na chwilę zamknęła oczy, mówiąc sobie, że musi być silna, a gdy je otworzyła, Jacques

na nią patrzył.

-    Witaj, kochanie. - Po raz pierwszy tak się do niego zwróciła. Usta zaczęły jej drżeć, 

gdy nie odpowiedział,  a jedynie patrzył  na  nią.  Pochyliła się, musnęła jego  wargi ustami,  a 

wtedy poczuła, jak obejmuje ją, przyciąga do siebie i całuje z namiętnością, która zadaje kłam 

opinii lekarzy.

-    Ja... urażę cię. - Gdy usiłowała się podnieść, tylko jeszcze mocniej zacisnął ramiona.

-    Nie wierzę, że jesteś rzeczywista. - Był to cichy szept, ale głęboki, zmysłowy głos bez 

wątpienia należał do Jacquesa. - Gdy zobaczyłem cię stojącą tutaj, pomyślałem, że śnię. Tyle 

o tobie śniłem...

Jeszcze  raz ją pocałował, chciwie i  długo,  nie tak,  jak ciężko chory  człowiek powinien 

całować.

-    Jacques, jestem za ciężka.

-    Nie.

-    Twoje nogi...

-    Do diabła z moimi nogami!

Holly poddała się i znów zaczęła go całować. Dopiero później pozwolił jej się podnieść. 

Usiadła na brzegu łóżka, trzymając go za ręce. Oczy lśniły jej od łez.

-    Tak mi przykro, tak bardzo przykro... - szeptała.

-    Nigdy nie powinnam była kazać ci odejść. Wtedy to by się nie stało.

-    Nie kazałaś mi odejść, cherie - szepnął. - To ja tak postanowiłem, żeby dać ci trochę 

czasu  na  odzyskanie  rozumu.  Nie  zamierzałem  się  poddawać,  ani  wtedy,  ani  nigdy.  I  to  ja 

postanowiłem  jechać  do  ciebie  motorem  na  Boże  Narodzenie,  nie  ty.  Wypadek  mógł  się 

zdarzyć w każdej chwili i w każdym miejscu.

-    Ale zdarzył się właśnie teraz - szepnęła, a na rzęsach wisiały jej łzy.

-    I przywiódł cię do mnie, prawda? Więc dobrze, że się tak stało.

-    Jak możesz tak mówić! - wyszeptała drżącym głosem. - Mogłeś zginąć, a twoje biedne 

nogi...

-    Moje  biedne  nogi  się  wygoją  -  powiedział  głosem,  który  tak  przypominał  dawnego 

background image

85

Jacauesa, że poczuła przypływ ulgi. - A już na pewno na czas naszego ślubu. I jeszcze bardzo 

długo nie zamierzam umierać. Nie zostawię cię, rozumiesz? Razem się zestarzejemy.

-   Och,  Jacques.  -  Nie  uświadomiła  sobie,  że  płacze    -    łzy  spływały  jej  powoli  po 

policzkach.  Wszyscy,  na  których  jej  zależało,  w  przeszłości  zostali  jej  odebrani.  Dlaczego 

więc w przyszłości miałoby być inaczej?

-    Zestarzejemy się razem - powtórzył miękko, uśmiechając się do niej. - Bo wyjdziesz 

za  mnie,  prawda,  ma  cherie.  Nie  wiem,  jak  się  dowiedziałaś,  że  tu  jestem,  ale  teraz  i  ty  tu 

jesteś. Nie obchodzi mnie, jak to się stało. Gdy tylko mogłem znów myśleć, mówiłem sobie, 

że okażę się silny. Chciałem zaczekać, aż nogi mi się wygoją, i wtedy iść do ciebie i sprawić, 

żebyś  za  mnie  wyszła.  A  teraz  jesteś  tu  i  widzę,  że  to  było  szaleństwo.  W  chwili  gdy  cię 

zobaczyłem, opuściła mnie cała moja duma.

-    Trudno mi w to uwierzyć...

-    A więc musisz się jeszcze sporo o mnie dowiedzieć - zripostował z uśmiechem. A jego 

uśmiech był potęgą. Zawsze wywracał jej świat do góry nogami. -1 ja o tobie też - dodał. -

Ale będziemy mieli mnóstwo czasu na naukę. Holly, pocałuj mnie.

Delikatnie  dotknęła  ustami  jego  ust,  ale  on  objął  ją  z  całej  siły  i  całował  łakomie, 

zaborczo. Głaskał ją, wsunął ręce pod jej bluzkę i dotykał zmysłowo.

Nagle na korytarzu rozległy się kroki.

-    Jacques, ktoś tu idzie - szepnęła. Wyprostowała się, przygładziła ubranie i odgarnęła 

włosy z  płonącej  twarzy.  -  Co  by powiedzieli,  gdyby zastali  nas  tak  w  szpitalnym  łóżku?  -

dodała ze śmiechem.

-    Że mogę  się  wydostać  z  tego przeklętego  miejsca  wcześniej,  niż  im  się  wydawało  -

parsknął. A potem oczy  mu pociemniały. - Teraz  mi wierzysz? Wystarczająco, by wziąć ze 

mną  ślub,  gdy tylko  będę  mógł  stąd  wyjść  o  własnych  siłach?  Tyle  na  razie  mi  wystarczy, 

petite.  Reszta  przyjdzie  z  czasem.  Przekonasz  się,  że  cię  kocham,  pragnę  i  potrzebuję.  Czy 

przestaniesz już ode mnie uciekać? Przyjechałaś, żeby już ze mną zostać?

Bez słowa skinęła głową, niezdolna wydać z siebie głosu, ale jej oczy mówiły o miłości, 

jaką do niego czuje.

-    Stworzymy sobie własny świat, cherie. W to też musisz mi uwierzyć. Świat, w którym 

nasze  dzieci  będą  wiedziały,  że  są  chciane  i  kochane,  i  w  którym  nigdy  nie  będą  musiały 

przejść przez to, przez co ty przeszłaś. Nasz świat będzie bezpieczny i solidny.

Nagle z dworu dobiegły głośne wystrzały.

-    Sztuczne ognie - szepnęła Holly drżącym głosem. - Jacques, to Nowy Rok!

-    I  nowy  początek  -  powiedział  miękko.  Powieki  zaczęły  mu  się  zamykać.  Holly 

background image

86

zrozumiała,  że  mimo  brawury,  jaką  okazywał,  jest  już  wyczerpany.  -  I  to  my  zrobimy  go 

takim, jakim chcemy, żeby był, petite. Merveilleux!    Zgadzasz się ze mną?

-    Musisz nauczyć mnie francuskiego. Nie zgodzę się, by nasze dzieci mówiły językiem 

swojego ojca lepiej niż ja.

-    Dobrze. - Pogłaskał ją po policzku. - Ale czy to po francusku, czy po angielsku, będę 

do  ciebie  mówił  w  każdej  chwili,  gdy  będziesz  tego  potrzebowała,  bo  ogarnie  cię  lęk.  I  w 

końcu  przestaniesz  się  bać.  Uwierz  mi.  Ile  razy  w  ciągu  dnia  będziesz  mnie  potrzebowała, 

będę przy tobie. Przysięgam. I kocham cię.

-    A ja kocham ciebie - szepnęła.

-    I to jest wszystko, czego nam potrzeba.

background image

87

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Był  piękny,  mroźny lutowy  dzień,  gdy  Jacques  i  Holly  brali  ślub  w  ogrodach  chateau. 

Lekarze  poinformowali  Jacquesa,  że  będzie  mógł  chodzić  dopiero  pod  koniec  wiosny.  On 

jednak  skrócił  ten  termin  o  połowę,  ale,  jak  szepnęła  Lucy  do  Jamesa  podczas  krótkiej 

ceremonii, miał wszelkie powody, by wyzdrowieć.

Holly  wyglądała  olśniewająco  w  stylowej  sukni  koloru  kości  słoniowej,  z  tiulowym 

welonem i trenem i narzutką obramowaną chmurami miękkich, poruszających się na wietrze 

piór.

Miesiąc miodowy spędzili na Karaibach, a potem na dwa miesiące pojechali jeszcze na 

Wielką  Rafę.  Gdy  wrócili  do  domu,  Jacques  chodził  już  tak  dobrze,  jakby  nigdy  nie  miał 

wypadku, a Holly otaczała aura prawdziwie kochanej i szczęśliwej kobiety.

Mijał czas, Holly otwierała się jak kwiat w słońcu mężowskiej adoracji, a gdy urodziła

im się córka i niedługo potem syn, czuli nad sobą błogosławieństwo niebios.

A  potem,  rankiem  w  dniu  dziesiątej  rocznicy  ślubu,  gdy  leżeli  w  wielkim  łożu,  Holly 

leniwie się przeciągnęła.

-    Jacques, jesteśmy tacy szczęśliwi...

-    Wiem.

-    A mogło tak nie być.

-    Nie  masz  racji  -  zaprzeczył.  Uniosła  się  na  łokciu,  by  spojrzeć  w  jego  piękne 

bursztynowe  oczy.  -  Nie  dopuściłbym  do  tego  -  powiedział  miękko.  -  Nigdy  bym  się  nie 

poddał, petite. I ty o tym wiesz.

-    Jacques,  chciałabym  mieć  więcej  dzieci.  -  A  gdy  spojrzał  na  nią  z  radosnym 

uśmiechem, szybko powiedziała: - Posłuchaj. Chcę stworzyć rodzinę zastępczą dla malutkich 

dzieci, które potrzebują miłości i troski. Dla dzieci skrzywdzonych przez życie, takich jak ja. 

Teraz jestem już na to gotowa. Chcę dać im szansę. Tylu dzieciom, ile pozwolą nam przyjąć, 

bo...

-    Bo co? - Musnął palcem jej policzek.

-    Bo nie każde z nich napotka na swojej drodze takiego człowieka jak ty. Potrzebują nas 

już teraz. Miałeś rację. Miłość jest wszystkim, czego człowiek potrzebuje, by wydobyć się z 

mroków nocy i wyjść na światło.

-    A w twoim życiu nie ma już cieni, cherie!

-    Ani jednego.

-    A więc dobrze, zajmiemy się tym. I tak zrobili.