background image

ROZDZIAŁ  14

   W DUCHOCIE BUNKRA UBRANIE PRZYLGNĘŁO MU DO SKÓRY, jego ręce 

i przedramiona pokrywała skorupa zaschniętej krewi. Nawet słaby, nieświeży, 

miedziany zapach martwych erytrocytów, sprawiał, że głowa Kellana pulsowała 

bólem, a mięśnie drgały agresją, kiedy skradał się głównym korytarzem twierdzy.

 

   Pragnął zabijać, nie tylko dlatego, że mieszkający w nim drapieżnik został 

sprowokowany zapachem ogromnej ilości przelanej krwi, ale ponieważ ludzi, o 

których się troszczył... dobrych ludzi... spotkała dziś niezasłużona krzywda.

   Przez niego.

   Gdyż zaufali mu jako swojemu przywódcy, a on ich zawiódł.

   Nie ścigał Vince'a tego poranka, tak jak miał zamiar. Wciąż kipiał pragnieniem, 

żeby zburzyć cały Boston i znaleźć łajdaka, ale jego drużyna potrzebowała go tu 

bardziej. I racjonalna część jego mózgu przypomniała mu, że Mira miała rację: 

pościg w biały dzień mógł być samobójstwem. I tak zgodnie z jej wizją nie pożyje 

zbyt długo. I nie mógł oprzeć się przypuszczeniu, iż fakt, że nie wybiegł dziś na 

słońce, tylko umocnił jego przekonanie, że wciąż był na bezpośrednim kursie 

kolizyjnym z przeznaczeniem dostrzeżonym w oczach Miry.

   Buty Kellana wydawały głuchy odgłos na korytarzu, kiedy zmierzał w kierunku 

swoich kwater, żeby umyć się i zmienić ubrania. Głucha cisza, jaka panowała w 

bunkrze, była przytłaczająca. Nie podobało mu się to. Nie podobała mu się również 

background image

świadomość, że to on sprowadził problemy do swojej bazy.

   Pomimo życia na samych obrzeżach prawa, Kellanowi i jego niewielkiej grupie 

buntowników, aż do tego ataku od wewnątrz udawało się unikać aktów przemocy. 

Nigdy nie stracili żadnego ze swoich, nawet podczas akcji w terenie. Mieli szczęście, 

starając się nie zwracać na siebie uwagi, przeprowadzając dobrze zorganizowane 

operacje i trzymając się z dala od innych ugrupowań. Unikając tego rodzaju 

niechcianej uwagi i złej sławy, w jakiej wydawały się świetnie rozwijać inne frakcje 

buntowników. Teraz, kiedy dopadł ich ten cios, byli wstrząśnięci i pogrążeni w 

głębokiej żałobie.

   Kellanowi te uczucia nie były obce.

   Cały ten rozlew krwi, cofnął go do przeszłości, kiedy był młodzieńcem żyjącym 

pod ochroną Mrocznej Przystani, a zło okradło go z rodziny. W ciągu jednej nocy, 

przemoc szaleńca zniszczyła główną siedzibę Archerów w Bostonie, pozbawiając 

Kellana wszystkich których kochał, za wyjątkiem dziadka, Lazaro.  Na szczęście dla 

nich obu, do akcji wkroczył Zakon, by zaproponować im ochronę i schronienie. 

Wzięli Archerów pod swoje skrzydła, okazując życzliwość, za którą Kellan nigdy nie 

będzie się w stanie odpłacić.

   Zwłaszcza teraz.

   A Mira...

   Ciągle przy nim była, odkąd przekroczył progi Zakonu. Mały wrzód na tyłku, już 

wtedy niepozwalający pogrążać się mu w żalu nad samym sobą. W tamtym czasie po 

utracie tak wielu osób, których kochał, obawiał się kogokolwiek do siebie dopuścić.

I pomimo, że był głupim chłopcem, nie potrafiącym dostrzec, że u podstaw jego 

posępności i bólu leży przenikający go do szpiku kości strach. Mira była znacznie 

background image

mądrzejsza, nawet jako dziecko. Przejrzała go na wskroś. Uparcie zagarniała go pod 

swoje maleńkie skrzydła, czyniąc swoim przyjacielem i nie chciała go wypuścić 

nawet, gdy ją odpychał.

   Nie, ilekroć próbował to robić zapierała się piętami i trwała przy nim z 

niesłabnącym uporem... dokładnie tak samo jak dziś. Zaangażowała się, oferując 

pomoc, jakby należała do jego drużyny, okazując przy tym prawdziwą troskę i 

wsparcie, na przekór temu, w jakim stanie pozostawił sprawy pomiędzy nimi.

Chciałby być wściekły na nią z tego powodu, reagując  na taki wyzywający akt 

wielkoduszności tak samo jak wtedy, gdy był złośliwym, wycofanym nastolatkiem, 

którego dobrze znała.  Ale mężczyzna, którym stał się od tamtego czasu, nie mógł 

wykrzesać z siebie nawet odrobiny gniewu. To, co czuł wewnątrz klatki piersiowej, 

było uciskiem, ale przyjemnym, mającym swoje źródło we wdzięczności i dumie, że 

należała do niego.

   Powinna do niego należeć, poprawił się surowo.

   Jednak ta jej przeklęta wizja gwarantowała, że zbyt długo nie będzie mogła być 

jego. Przekleństwo, jakie rzucił pod swoim adresem w odpowiedzi na tą myśl było 

niezwykle soczyste. Ominął zakręt korytarza i przeszedł obok zamkniętych drzwi do 

łaźni.

   Po ich drugiej stronie szumiała woda.

  To nie był Doktorek, ani Nina, Kellan widział ich zaledwie kilka minut temu, gdy 

zostawiał oboje przy ciele Chaza w przeciwległym końcu twierdzy. A Candice przez 

kilka kolejnych dni nie będzie w stanie nigdzie pójść. Odpoczywała w swoim łóżku, 

gdy zaglądał do niej po drodze.

   Idź dalej.

background image

   Powinien był to zrobić.  A jednak zatrzymał się pod drzwiami i przekręcił zasuwę.

Pod dyszą prysznica stała naga Mira. Odchyliła głowę do tyłu, a woda spływała po 

jej jasnych blond włosach i kremowej skórze. Kellan niemal zachłysnął się 

oddechem. Jednak zamiast odejść, cicho zamykając za sobą drzwi, otworzył je 

szerzej i wszedł do wypełnionego parą pomieszczenia.

   Lekkie stuknięcie zamykanych drzwi sprawiło, że Mira zasłoniła się rękami i 

spojrzała w jego stronę. W jej lawendowych oczach pojawiła się niepewność. 

Rozchyliła wargi, ale nie powiedziała ani słowa.

  Kellan stał tam, pożerając ją wzrokiem. - Zostałaś - szepnął.

 

   Przełknęła, woda spływała z jej brody i posklejała długie rzęsy. - Zostałam.

   Kiwnął głową ale poczuł, jak grymas niezadowolenia marszczył jego czoło.

- Właśnie zaglądałem do Candice. Powiedziała mi, że byłaś ją odwiedzić, mówiła, że 

rozmawiałyście... o mnie?

  - Owszem - łagodnie potwierdziła Mira, wciąż zasłaniając się przed nim, nie 

całkiem gotowa, by opuścić gardę. 

   Nie żeby mógł ją o to obwiniać.

   - Nie wyjawiłaś jej tego jak się nazywam, ani mojej przeszłości w Zakonie. - 

Opuścił głowę i wbijając w nią swoje spojrzenie, zrobił krok do przodu. Po czym 

kolejny. - Nie zdradziłaś żadnej z moich tajemnic.

   - Oczywiście, że nie  - odpowiedziała.

background image

   - Chroniłaś mnie - stwierdził. W tym momencie stał już bezpośrednio przed nią, 

przy samej krawędzi otwartego prysznica. - Zrobiłaś to, chociaż nie dałem ci żadnego 

powodu, żebyś o mnie dbała.

   Niepewnie skinęła głową, wciąż chroniąc się za skrzyżowanymi ramionami, jak za 

tarczą. - Tak - jej wdech zamienił się w ciche sapnięcie, kiedy, tak jak stał wszedł do 

niej pod płynącą wodę. 

   We wszystkim, w ubraniu i butach. Stanął przed nią, moknąc od stóp do głów, ale 

miał to gdzieś. - Mogłaś dziś zerwać ze mną raz na zawsze. Cholera, chciałem żebyś 

to zrobiła.

   - Ja... - zaczęła.

   Ale przerwał jej sycząc przekleństwo. - Mogłaś zostawić to wszystko. Zamiast tego 

pomagałaś uprzątać bałagan, który należał do mnie, a potem wykazałaś się jeszcze 

delikatnością i współczuciem odwiedzając ranną.

   Potrząsnął głową i łagodnie ujął ją za ręce, odciągając je od jej nagiego ciała. 

Ucałował obie zaciśnięte piąstki. - Zostałaś, po tym wszystkim, co powiedziałem ci 

dziś rano.

   Wpatrywała się w niego, jej wargi lekko się rozchyliły, a piersi wznosiły się i 

opadały za każdym szybkim oddechem, jaki wciągnęła do swoich płuc.

  Kellan wciąż trzymał ją za ręce. Powoli je opuścił, trzymając z dala od piękna jej 

nagiego ciała. -  Po wszystkim, co zrobiłem - wyszeptał schrypniętym głosem. - Nie 

tylko dziś, ani osiem lat temu, gdy odszedłem, pozwalając ci wierzyć, że nie żyję, ale 

od pierwszego dnia, kiedy się spotkaliśmy, Myszko. Od tamtej pory, od samego 

początku, zawsze byłaś przy mnie, chroniąc moje plecy.

background image

   I zawsze będę - odpowiedziała. Jej głos był cichy, ale spojrzenie zdecydowane.

 - Właśnie to robisz, kiedy kogoś kochasz.

   Kellan znieruchomiał. Nie mógł się poruszać, prawie nie mógł rozkazać swoim 

płucom, żeby zaczerpnęły oddechu. - Nie mów mi tego, Miro. To jest najgorsza 

rzecz, jaką możesz mi teraz powiedzieć.

   - Dlaczego? - wpatrywała się w niego, stojąc pod dyszą prysznica, jej skóra kąpała 

się w ciepłym świetle jego oczu, ponieważ ich orzechowy kolor rozświetlił się 

iskrami bursztynu. -  Dlaczego nie powinnam mówić, co do ciebie czuję?

   Chciał odpowiedzieć, ale zdołał wydusić z siebie tylko nieludzki ryk. - Ponieważ 

gdy to mówisz, jeszcze mocniej pragnę cię zatrzymać, podczas gdy powinienem 

pozwolić ci odejść. Muszę pozwolić ci odejść... zanim sytuacja jeszcze bardziej się 

pogorszy.

  - Więc to zrób, Kellan. Każ mi cię opuścić.

   Jej słowa go zaskoczyły. To było polecenie, wymówione stanowczo, bez 

najmniejszego śladu wahania. Wpatrywał się w jej piękną twarz, w nieustraszone 

oczy, szelmowski nosek przyprószony odrobiną złocistych piegów. W uparte usta, 

które nigdy nie okazały mu za grosz litości, nawet jeśli szło o rozkosz. Usta, które 

były teraz zaciśnięte w wąską linię, w oczekiwaniu na jego odpowiedź. - Jeśli mnie 

nie kochasz - powiedziała. - Jeśli naprawdę pragniesz, żebym odeszła... każ mi to 

zrobić.

    Nie zrobił tego. Jego palce pozostały wokół jej rąk, zaciskając się jeszcze mocniej, 

pomimo, że każda rozsądna i logiczna komórka w jego ciele mówiła mu... nie, wręcz 

żądała od niego... żeby natychmiast ją uwolnił i kazał jej odejść.

background image

   - Niech to szlag, Myszko - wysyczał, nisko i z pasją. Po czym, bez sekundy 

ostrzeżenia, pochylił głowę i wziął jej usta. Pocałunek był twardy, głęboki i zaborczy. 

Nie mógł być delikatniejszy, nie w tym momencie. A ona przyjęła od niego wszystko, 

odpłacają mu tym samym. Wsunął język za jej wargi, jęcząc ze zwierzęcej żądzy, gdy 

wessała go do swoich ust, otwierając się na niego z urwanym westchnieniem.

 

   Jego żyły płonęły, wystrzeliwując rozżarzoną lawę do kończyn, głowy, serca i 

krocza. Splótł razem ich palce i sprawił, że obrócili się tak, że jej plecy wcisnęły się 

w mokrą ścianę prysznica. Jej sutki były twarde jak koraliki, mógł poczuć je przez 

przemoczony materiał swojego T-shirtu. Miękkie i bujne krągłości, doskonale 

pasowały do jego twardych, umięśnionych płaszczyzn.

   Kellan podniósł ręce, unosząc wraz z nimi i jej ramiona, przesuwając je do góry po 

ścianie, dopóki nie znalazły się wysoko nad jej głową. Obezwładnił ją tam, trzymając 

mocnym chwytem i przyciskając masą swojego ciała. Wciąż ją całował, pożerając 

usta, sztywna erekcja wciskała się w jej brzuch. Czuła się tak dobrze, jego biodra 

poruszały się, jakby kierowane własną wolą, a penis gwałtownie pulsował za 

napiętym przodem dżinsów.

   Opuścił głowę na jej szyję i pocałował ją tam, jego wargi sprawiły, że zadrżała i 

cicho jęknęła. - Cholera, Mira - warknął w jej delikatne, obmywane wodą gardło.

  - Cholera.

   Kołysał się przy niej, jego ubranie było całkiem mokre, głowa zaćmiona  świeżym, 

wilgotnym zapachem jej nagiej skóry i słodkim, miodopłynnym aromatem 

pobudzenia. Jego kły drżały, rosnąc w ustach.

 

   Smak jej słodyczy.

background image

   Potrzebował go teraz.

   Jej krew wołała do niego, ale był też inny nektar, który sprawił, że z chrapliwym 

warknięciem oderwał się od jej szyi. Dopiero wtedy uwolnił jej ręce, osuwając się 

przed nią niżej, wycałowując ścieżkę przez jej piersi i żebra, po czym zszedł w dół po 

sprężystej miękkości jej brzucha. Jęknęła niecierpliwie z głębi gardła, gdy tak powoli 

zmierzał do swojego celu, badając ustami, językiem i wargami każdy cal wrażliwej 

skóry. Z jedną ręką na piersi, drugą przebiegł po jej boku, wywołując gęsią skórkę i 

powodując delikatne, spazmatyczne dreszcze. Podczas gdy znaczył pocałunkami jej 

ciało, wszędobylska ręka zsunęła się w dół po udzie, po czym przesunęła się na jego 

wewnętrzną stronę i rozpoczęła leniwą wędrówkę do góry wzdłuż jej wrażliwego 

ciała. Delikatne szturchnięcie jego palców sprawiło, że rozchyliła dla niego uda. 

Uśmiechnął się z ustami przy jej brzuchu z powodu tej gorliwości, po czym wsunął 

koniuszek języka do jej pępka podczas, gdy jego dłoń pogładziła jedwabiste płatki 

płci. Rozdzielił ją czubkami palców i wsunął je do gorącego wnętrza. Zadrżała na 

jego dłoni, spazmatycznie chwytając powietrze, kiedy pogłaskał kciukiem małą 

napiętą perełkę, znajdującą się na szczycie jej szparki. Kły Kellana jeszcze się 

wydłużyły, wypełniając mu usta, kiedy przeszyło go ostrze surowej żądzy.

   Teraz już klęczał przed nią na kolanach, pochylając głowę pomiędzy jej uda, 

podczas gdy ciepły tusz prysznica spływał na niego z góry. Z głębokim pomrukiem 

przycisnął twarz do wnętrza jej uda i wessał do ust delikatną skórę. Jęczała i sapała, 

orgazm już się w niej budował, chociaż on nawet nie dotknął ustami miejsca, w 

którym ich pragnęła.

   Kellan uniósł jej nogę i oparł ją o swoje ramię, składając na niej jeszcze więcej 

pocałunków i czerpiąc grzeszną satysfakcję z faktu, że była taka gotowa, tak chętna i 

żywo reagująca. Dla niego, pomyślał łakomie. Powiedziała mu to tamtego poranka  w 

jego łóżku. Że przez ten czas nie było nikogo innego. Nigdy. Tylko on.

 

background image

   Porwała go fala zaborczości. Nieproszona. Niezasłużona.

 

   Jednak niezaprzeczalna, zwłaszcza, kiedy Mira tak słodko roztapiała się dla niego.

Obrócił swoją głowę z powrotem, by podziwiać zaróżowioną pokusę jej kobiecości. 

Krótki pocałunek wywołał w niej drżenie. Jego wargi i kły drażniące soczyste płatki 

sprawiły, że zassała nagły oddech, wplatając dłonie w jego włosy, przytrzymując go, 

kiedy rozdzielał jej ciało swoim językiem, chłonąc ustami odurzający smak.

    - O, mój Boże - wychrypiała łamiącym się głosem. - Dochodzę.

   - Jeszcze nie - wymruczał. Po czym chwycił ją oburącz za sprężysty tyłeczek i 

przyciągnął bliżej do swoich głodnych ust.

 

   Zanurzył w niej swoją twarz, wchłaniając ją, zatracając się w niej. W następnej 

chwili targnął nią orgazm, doszła na jego ustach, szarpiąc biodrami, skurcze 

przechodziły przez nią słodkimi falami. Chłeptał jej wilgoć, wciąż pragnąc więcej.

Gdy jej spełnienie zaczęło łagodnieć, zsunęła nogę z jego ramienia i przywarła do 

niego. Jej palce wpiły się w jego mokrą koszulkę w jawnym żądaniu, próbując 

przyciągnąć go do siebie.

    - Chcę cię w sobie - wydyszała. - Teraz, Kellan.

   Wstał bez słowa. Ściągnął koszulkę i rzucił ją na mokrą podłogę kabiny, po czym 

zrzucił buty, podczas gdy Mira mocowała się z guzikami jego przemoczonych 

dżinsów. Nie dawała sobie rady, więc jej pomógł. Ledwie odpiął ostatni guzik, Mira 

ściągnęła mu spodnie z bioder, uwalniając jego wygłodzonego fiuta dla swoich 

wilgotnych, oczekujących dłoni.

   Pogłaskała go kilka razy, i niech mu Bóg dopomoże, to było wszystko, co zdołał 

znieść.

background image

   Unosząc ją w ramionach oplótł jej nogi wokół swojego pasa i jednym głębokim 

pchnięciem znalazł się w domu. Oboje jęknęli z powodu mocy tego połączenia, oboje 

zadrżeli, kiedy wbił się w nią aż po rękojeść, wypełniając ją, rozciągając jak 

jedwabną rękawiczkę wokół swojego obwodu. Kilka razy poruszył biodrami, ale 

zaszedł już tak daleko, że to nie mogło trwać zbyt długo. Wpadł w szybki, naglący 

rytm, wciskając się w Mirę, obserwując jej twarz, kiedy  narastała w niej fala 

kolejnego orgazmu. Chwyciła się go, wbijając pięty w jego pośladki, a paznokcie w 

ramiona. Jego własny orgazm narastał przy podstawie  kręgosłupa, strzelając falami 

żaru przez żyły.

   Mira chwytała się go kurczowo, jej rozkoszne westchnienia zamieniły się w 

gwałtowne dyszenie, kiedy pierwsze dreszcze jej uwolnienia zafalowały wzdłuż 

męskości Kellana. Zanurzał się głębiej, gwałtowniej, popychając ją w jego stronę. 

Powstrzymując własną potrzebę, aż poczuł, jak zaczyna gwałtownie się na nim 

zaciskać. Kiedy doszła, wydała z siebie gardłowy krzyk, gorącym oddechem 

owiewając jego ucho.

   Kellan patrzył na nią rozpalonym wzrokiem, chłonąc każdy niuans jej spełnienia. 

Była taka piękna. Tak cholernie podniecająca. Tak gorąca, mokra i zachłanna, jej 

drobne mięśnie doiły go, gdy zanurzał się w niej w szalonym tempie, jego penis 

wsuwał się do i wysuwał z wnętrza jej śliskiej pochwy.

   Orgazm dopadł go jak burza, gwałtowny i niepohamowany. Doszedł z rykiem, jego 

biodra wciąż falowały, nie mogąc się zatrzymać nawet po tym, gdy wylała się z niego 

ostatnia kropla nasienia. Pusty, ale daleki od zaspokojenia, przytulił swoją głowę do 

jej ramienia i po prostu kołysał się wraz z nią, delektując się dotykiem jej wnętrza, 

zaciskającego się na nim.  Gorącym i wilgotnym schronieniem jej płci, która wciąż 

go otulała.

background image

   - Zostałaś -  wymruczał, przesuwające usta na bok jej szyi, gdzie mocno biło tętno, 

w tym samym rytmie co jego własne.

   Cicho wyszeptała odpowiedź w jego włosy, w miejscu, gdzie jej wargi opierały się 

o czubek jego głowy. - Nie pozwoliłeś mi odejść.

PRZEKŁAD - 

wykidajlo

KOREKTA – 

VIOLA