background image

Heather

 Graham 

O zachodzie 

słońca 

background image

PROLOG 

30 maja 1865 

Kentucky 
Droga do domu 

-

 Bill, popatrz, popatrz! To on! Kapitan Malachi 

Slater! 

Malachi ściągnął wodze i nieco zaskoczony wpat­

rywał się w drogę, mającą zaprowadzić go do miejsca, 

które, chwilowo przynajmniej, mógł nazwać swoim 

domem. A tymczasem dalej jechać nie sposób. W po­

przek drogi ustawiono wóz, na którym siedziało 

dwóch młokosów w mundurach Unii, jeden z nich 

czymś bardzo przejęty. 

Widok żołnierzy nie powinien go dziwić, w końcu 

tę wojnę wygrali Jankesi i wszędzie ich teraz pełno. 

Ale jeden powód do niepokoju był. Bo niby skąd ten 

chłopak zna jego nazwisko? Stopień - to co innego. 

Mógł dojrzeć, choć złoto na pagonach szarego płasz­

cza prawie jest wytarte. Ale nazwisko? 

background image

A

 chłopak dalej coś krzyczy. 

- Stać! Nie ruszać się! Kapitanie Slater! Jest pan 

aresztowany! 

Oszalał. 

- Aresztowany?! - huknął Malachi głosem raso­

wego dowódcy. - Co, u diabła, tu się dzieje? To wy 

nie wiecie, że wojna się skończyła? 

- Tak, ale... 

- Co „ale"?! 

- Pana ścigają za morderstwo. 

- Za jakie morderstwo? Rozumiem, że nie darzy­

cie Rebów

1

 zbyt wielkim zaufaniem, ale ja jestem 

kapitanem kawalerii, walczyłem w regularnym woj­

sku, według wszelkich zasad sztuki wojennej. 

- Na tych listach gończych, co porozklejali wszę­

dzie, nie ma ani słówka o kawalerii. Napisali, że pan 

i pańscy bracia, razem ze swoją bandą, najeżdżaliście 

na Kansas. Mordowaliście niewinnych ludzi! Jest pan 

aresztowany, kapitanie Slater! 

Kansas? 

Do diabła! 

Był w Kansas, owszem, ale tak dawno, że prawie 

nie pamiętał. A Cole... Tak. Cole był tam, pod koniec 

wojny. Stoczył samotną walkę z łotrem, który zabił 

mu żonę, jego pierwszą żonę. Malachi był wtedy 

daleko, nie zbliżył się nawet do granicy Kansas. Czyli 

to absurd... Ale nie największy. Bo jakże można, na 

Boga, oskarżać Cole'a o morderstwo?! 

1

 Reb, Johnny Reb - popularna nazwa żołnierza kon­

federata. 

background image

"7 

Wygląda na to, że ktoś zagiął parol na braci 

Slaterów. Zawadzają tak bardzo, że ten ktoś nie 

wahał się nawet nazwać ich bandą Slaterów. I chce 

mieć ich wszystkich, wszystkich trzech, nawet naj­

młodszego, Jamie'ego. 

A te żółtodzioby nie popuszczą... Psiakrew! Oni 

będą strzelać! Bo teraz obaj, jak na komendę, sięgnęli 

do ładownic. 

Jakie to szczęście, że ma przy sobie broń. Szablę 

u boku i kolta w olstrach, przykrytych połą długiego 

płaszcza. 

- Przykro mi, chłopcy, ale nic z tego nie będzie. 

Niech ich szlag! Mają pietra, widać to po oczach. 

Ręce im się trzęsą, połowę prochu rozsypali, ale 

pchają te ładunki do luf, pchają... 

- Do cholery! Co wy sobie wyobrażacie, smar­

kacze? Mleko jeszcze pod nosem... 

Nic. Rzucili tylko spłoszone spojrzenia i dalej 

dłubią przy karabinach, mamrocząc do siebie. 

- Hunk? Bierzesz go? 

- Nie, nie, jeszcze nie załadowałem. Psiakrew, 

myślałem, że ty już jesteś gotowy. 

Malachi westchnął. 

- Chłopcy! Ja naprawdę nie chcę mieć was na 

sumieniu. 

- Na pana głowę wyznaczono wysoką nagrodę! 

- krzyknął Bill. - Hayden Fitz z Kansas rozpowiada 

dookoła, że wszystkich braci Slaterów osobiście za­

prowadzi na szubienicę. Chyba, że ktoś ich wcześniej 

powystrzela! 

Malachi zaklął. 

background image

- Czy do was nie dociera, że wojna się skończyła? 

Mam dość zabijania. Najpierw uganiałem się za 

jayhawkerami

2

 z Kansas, potem przez całą tę wojnę 

byłem żołnierzem. Jestem już tym wszystkim choler­
nie zmęczony. Naprawdę nie chcę was zabijać. Nie 
rozumiecie tego? 

Spojrzeli na niego, owszem, ale karabiny mieli już 

załadowane. I Bill celował do niego. 

Nie było na co czekać. Zeskoczył z konia. Srebrzys­

ta klinga błysnęła w słońcu. Jednym susem był na 

wozie. Posiekać smarkaczy na kawałki! Ale po coś 
Naprawdę - po co? Niech dorosną do wieku, kiedy 

człowiek ma więcej rozsądku. 

Rąbnął Billa w rękę, karabin poleciał na ziemię. 

- Uciekaj, Bill! - krzyknął Hunk. Teraz on złożył 

się do strzału. 

Malachi znów zaklął i zeskoczył z wozu. W sekun­

dę był w siodle. Gniada klacz wiedziała już, o co 
chodzi. Ruszyła z miejsca galopem, prosto na wóz. 
Odbiła się potężnymi nogami, pofrunęła. Gdy była 

w górze, idealnie tuż nad przeszkodą, Malachi poczuł 
w nodze przeszywający ból. 

Ten dureń, Hunk, jednak strzelił. 
Klacz pokonała przeszkodę, teraz rwała przed 

siebie. Ściągnął lekko jedną wodzę, żeby zmieniła 
kierunek i biegła w stronę drzew. Noga bolała coraz 
bardziej, czuł, że zaczyna słabnąć. Pochylił się, przy­

warł do ciepłej końskiej szyi. 

2

 Jayhawkerzy, zwani też czerwononogimi-

 bandy rabu­

siów z Kansas, grasujące na pograniczu Kansas i Missouri, 

występujące rzekomo w obronie interesów Północy. 

background image

- Biegnij, Heleno, biegnij. Dobra kobyłka... W iluż 

to bitwach niosłaś mnie na swoim grzbiecie... 

Zatrzymała się nad strumieniem. Malachi, już 

na wpół przytomny, z wielkim wysiłkiem przeło­

żył nogę przez siodło. Upadł ciężko na ziemię, 

przeturlał się i tuż przed sobą zobaczył połyskującą 

taflę. 

Woda... Pił i pił, wciąż było mało. Pojękując cicho, 

przewrócił się na plecy. Nie. On nie ma już nogi, tylko 

kawał rozpalonego żelaza. Kula weszła głęboko. A je­

chać trzeba, i to zaraz, żeby jak najszybciej ostrzec 

Cole'a. 

Na nic zdała się siła woli. Powieki same opadły. 

Jakby zasnął, ale dalej widział przed sobą strumień, 

teraz otulony gęstą białą mgłą. Ból znikł, bez wysiłku 

podniósł się z ziemi i zrzucił z siebie brudny znoszony 

mundur. Kilka ostrożnych kroków po przybrzeżnych 

kamieniach, już mógł zanurzyć się w cudownie 

chłodnej wodzie. Mgła znikła, dzień był piękny. 

Słońce z góry zsyłało złociste promienie. Nie czuł 

zapachu prochu, nie słyszał jęków konających. Ptaki 

śpiewały, a on płynął, płynął, rozkoszując się mok­

rym chłodem. 

Nagle zobaczył na brzegu...anioła. 

Wiotka postać kobiety, okrytej tylko peleryną ze 

złocistych loków. Afrodyta, zrodzona z iskrzącej się 

słońcem wody. Smukła, strzelista. Twarz rzeźbiona 

w kości słoniowej, oczy jak skrawki nieba, uwięzione 

wśród gęstych ciemnych rzęs. Usta przypominające 

pąk róży, takie właśnie różowe. 

Skinęła białą dłonią. Szedł ku niej, rozbryzgując 

background image

1 0 

wodę. Pragnął dotknąć jej, tego boskiego ciała, pieścić 

pocałunkiem i wyznać szeptem, że jest jego Kirke, 

czarodziejką, a on jej Odysem. Kusiła obietnicą roz­

koszy nieziemskich... 

I była dziwnie znajoma. 

Nagle zakrztusił się. 

Otworzył oczy. Jedyną Kirke, jaką ujrzał, była 

wierna klacz. Rżała cichutko, aksamitne chrapy do­

tknęły jego mokrego policzka. 

Podniósł się z trudem. Ubranie było dziwnie 

ciężkie. Mokre, a więc stracił przytomność i wpadł do 

wody. Gdyby nie sen, gdyby nie złotowłosa bogini, 

byłby się utopił. 

Dotknął policzka. Chłodny. Woda wyciągnęła 

gorączkę. Można ruszać w dalszą drogę. Wiedział, 

że nie przysłuży się to rannej nodze, ale nie mógł 

czekać. 

Wsiadł na konia, zebrał wodze. 

- W drogę, Heleno! 

Koń ruszył w noc. 

- Jedziemy na zachód, do domu, Heleno. Tylko... 

Czy my mamy jeszcze jakiś dom? Takie miejsce, 

gdzie możemy czuć się bezpiecznie? Tyle lat... Tyle 

lat tej przeklętej wojny i nadal nie jest spokojnie. Ten 

dzieciak mnie postrzelił. Dzieciak, któremu matka 

powinna jeszcze przypominać, żeby porządnie wy­

szorował uszy. Ta noga boli mnie, Heleno, oj, boli. 

A wiesz, co mi się jeszcze przydarzyło? Miałem sen, 

śniła mi się złotowłosa bogini, przepiękna! Kusiła 

mnie, Heleno! Kto by pomyślał... 

Potrząsnął głową. Helena parsknęła, jakby zanie-

background image

11 

pokojona, czy jej pan, słaby na ciele, nie osłabł także 

na umyśle. 

- A może i tak - przyznał zgodnie Malachi. 

- Chyba mi się w tej głowie trochę pomieszało... 

Helena szła równym stępem, a on rozmyślał. 

Naturalnie, że o tej bogini, która narodziła się w jego 

nieprzytomnej głowie. Marzenie senne... Nie, on ją 

gdzieś widział. Te włosy złociste, kędzierzawe... 

Przypominała mu Kristin, żonę Cole'a. Ale to nie była 

Kristin, to była... 

Zdumiony swym odkryciem, bezwiednie zbyt 

mocno szarpnął wodzami. Zdezorientowana klacz 

zakręciła się w kółko. 

- Ho, ho, Heleno, już dobrze, przepraszam - po­

wiedział czule, klepiąc ją po szyi. - Idź, kochana, idź 

sobie spokojniutko do przodu. 

Złotowłosa czarodziejka, Kirke kusząca to... Shan-

non! Młodsza siostra Kristin. Nieznośna, rozhukana, 

krnąbrna i pyskata. Od pierwszej chwili, gdy ją 

poznał, ręka go świerzbiła, żeby tej dzikusce porząd­

nie przyłożyć. 

Ale to była Shannon. Jej włosy, jak złociste runo, 

okrywały zwiewną postać, jej oczy, leciutko przy­

mglone, przyzywały do siebie, a usta, różowe, składa­

ły się do szeptu pełnego słodkich obietnic. 

Paradne! Był pewien, że po przebudzeniu utracił 

swą kusicielkę na zawsze. A tymczasem jedzie właś­

nie do niej, małej złośnicy, tego diabła w spódnicy, 

który wcale go nie przyjmie z otwartymi ramionami. 

O, nie! Raczej przywita go z koltem w ręku, wycelo­

wanym prosto w jego serce. 

background image

1 2 

- Nie ma się czym przejmować - szepnął do swej 

wiernej towarzyszki. - Najważniejsze, Heleno, żeby 

ta przeklęta wojna wreszcie się skończyła. Daj Boże, 

żeby skończyła się naprawdę. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

3 czerwca 1865 
Pogranicze stanu Missouri 
Ranczo McCahych 

Tam ktoś jest. Ktoś, kto na pewno nie powinien 

tam być. 

Shannon McCahy poczuła to każdym nerwern. 

Wyszła pod wieczór na werandę i oparta o biały 

filar zapatrzyła się na nieprawdopodobnie piękny 

zachód słońca. Niebo słało na ziemię całą gamę 

czerwonych odcieni, było cicho, cichusieńko, tylko 

łagodny, przesycony wilgocią wietrzyk muskał 

twarz. Cały świat, syty wiosną, zdawał się szeptać to 

samo, co ludzie. 

Wojna się skończyła. Nadszedł czas pokoju. 

Ona czuła się częścią tego świata. Też była pach­

nąca i ładna. Z włosami upiętymi w kok tuż nad 

karkiem i w sukni aksamitnej, z dużym koronkowym 

kołnierzem zasłaniającym dekolt. Bo one, Kristin 

background image

1 4 

i Shannon, nadal przebierały się do kolacji, choć 

w tych czasach wydawało się to dziwactwem. Ale 

przebierały się, jakby świat się nie zmienił i papa 

nadal tu był. Do stołu zasiadały w wytwornych 

sukniach, popijały wino małymi łyczkami - jeśli 

tylko miały wino - i niespiesznie spożywały wieczor­

ny posiłek. Potem przechodziły do salonu. Kristin 

grała na szpinecie, a Shannon śpiewała. 

Z uporem pielęgnowały drobne przyjemności. 

Było ich przecież tak niewiele! Shannon McCahy 

rosła w cieniu wojny. Pierwsze strzały, wymierzone 

w Fort Sumter, zwiastujące początek wielkiej wojny 

między Południem a Północą, padły w kwietniu 1861 

roku. Ale tu, na pograniczu Missouri i Kansas, walki 

rozgorzały o wiele wcześniej. Jayhawkerzy z Kansas 

najeżdżali na Missouri, nękając i mordując właścicieli 

niewolników, każdego zresztą, kto opowiadał się za 

Południem. Południe w odwecie zrodziło bushwha-

ckerów

 - niesubordynowane oddziały żołnierzy, sieją­

ce śmierć i zniszczenie w Kansas. Shannon McCahy 

była jeszcze dzieckiem, gdy w Missouri po raz pierw­

szy pojawił się John Brown. Fanatyk, który w imię 

religii gotów był mordować. Nie minęło wiele czasu 

i John Brown, za swój sławetny napad na arsenał 

w Harper's Ferry, powędrował na szubienicę. 

Shannon McCahy nie pamiętała już, jak to jest, 

kiedy nie ma wojny. 

A teraz? Czy to naprawdę koniec? Jedno już się 

stało. Ziemia nie drży od huku dział, karabiny i pis­

tolety zamilkły, żadna szabla nie ma prawa ciąć ze 

straszliwą siłą. Żołnierze powracają do domów. A ko-

background image

1 5 

biety w całym kraju czekają. Matki i siostry, żony 

i kochanki. Wychodzą przed dom, wypatrują oczy 

i modlą się. Boże, daj, żeby on z tej wojny powrócił... 

Shannon nie wypatrywała nikogo. Była w sytuacji 

luksusowej, wiedziała bowiem, że jej narzeczony nie 

żyje. Nie wiedziała jednak, gdzie go pochowano. 

Jedynie wyobrażała sobie, jak grudki ziemi spadają na 

trumnę. Jedna, druga... Głuchy dźwięk i każda z tych 

grudek zamrażała kawałek jej serca. 

Ta wojna była taka chciwa krwi. Papa też odszedł, 

zamordowali go buskwhackerzy z bandy Zeke'a Mo­

reau, który odłączył się od Quantrilla i jeździł ze 

swoimi ludźmi. Zeke wrócił na ranczo latem 1861 

roku. Przyjechał po Kristin, siostrę Shannon. Ale tego 

samego dnia przejeżdżał tamtędy Cole Slater. Cole 

ocalił Kristin, ocalił wszystkich. Nawet ożenił się 

z Kristin, dał jej swoje nazwisko, żeby chroniło ją 

przed bushwhackerami. Wojna toczyła się dalej i obie 

siostry, jak na ironię losu, zostały uwięzione przez 

Jankesów. Za udzielenie schronienia Cole'owi Slate-

rowi, który jeździł kiedyś z Quantrillem. Zabrano 

wtedy wiele kobiet. Przetrzymywano je w starym, 

rozwalającym się domu. Rudera zawaliła się, Shan­

non uratował młody jankeski oficer, Robert Ells-

worth, bardzo przystojny i pełen zalet. Shannon 

zakochała się po raz pierwszy w życiu i na krótki czas 

uwierzyła w swoje szczęście. Na krótki czas, bo 

niebawem buskwhackerzy zamordowali kapitana Ro­

berta Ellswortha. 

Banda Zeke'a Moreau jeszcze raz najechała na 

ranczo McCahych. Po raz ostatni, bo wkrótce zjawiły 

background image

1 6 

się tam również dwa oddziały kawalerii. Bracia 

Slaterowie przywiedli chłopców w szarych mun­

durach, a Matthew McCahy - chłopców w mun­

durach niebieskich. Przez jedną słodką chwilę nie było 

Północy i Południa, tylko wspólna walka, ramię 

w ramię, przeciwko bandytom i okrutnemu bez­

prawiu. 

Wojna się skończyła. Ziemia nie drży już od huku 

dział. Skończyła się, ale nie w sercu Shannon, nie w jej 

pamięci. Ona nigdy nie zapomni... 

Nagle drgnęła. Koło stajni znów coś się poruszyło, 

jakby ktoś przemknął. Tam ktoś jest. 

Wsunęła się za filar. 

- Cole! Kristin! 

Zabrzmiało jak szept. Odchrząknęła, zawołała 

trochę głośniej. Cisza. Dlaczego? Powinni być w do­

mu, i siostra, i jej mąż. Co robić ? 

W sieni, tuż za drzwiami, nad szafką, wiszą dwa 

sześciostrzałowe kolty. Cole powiesił je tam, kiedy 

dotarła do nich wieść o zawieszeniu broni. Shannon 

asystowała przy tym wieszaniu. 

Po rozgromieniu bushwhackerów Zeke'a, Malachi 

i Jamie Slaterowie odjechali jeszcze tego samego dnia 

wieczorem. Wrócili na wojnę, nie wiedząc, że pod­

pisano już zawieszenie broni. Matthew został, musiał 

wylizać się z ran. Radosną nowinę przyjął bez 

wybuchu radości. Mówił, że zawieszenie broni to nie 

wszystko, a ta wojna wygasać będzie długo, bardzo 

długo. Potem wrócił do swego oddziału. Cole został, 

choć dobrze wiedział, że ktoś, kto kiedyś nawet tylko 

przez krótki czas jeździł z Quantrillem, nie może czuć 

background image

się teraz bezpiecznie w Missouri. Ale Cole bał się 

zostawić siostry McCahy same. Chciał zaczekać 

z wyjazdem do powrotu Matthew, a jego starzy 

przyjaciele obiecali, że gdyby działo się coś niedo­

brego, zawiadomią go natychmiast. 

Kiedy Cole wieszał te swoje kolty, próbował 

przekonać Shannon, że teraz należy już inaczej 

myśleć niż dotychczas. 

- Większość mężczyzn, którzy wracają z wojny, 

to przyzwoici ludzie - prawił Cole, wbijając gwóźdź 

w ścianę. - I ci w szarych mundurach, i ci w niebies­

kich. Walczyli w obronie swoich ideałów, teraz marzą 

tylko o jednym - wrócić do domu i znów zbierać 

plony ze swoich pól, otworzyć sklepy, prowadzić 

interesy. Chcą znów obejmować żonę i brać swoje 

dzieci na ręce. Jednym słowem... wylizać się z ran 

i zbudować jakąś przyszłość. Teraz wielu takich 

mężczyzn będzie przechodziło przez nasze ranczo, 

Shannon. Spragnionych, zgłodniałych. A my będzie­

my pomagać im wszystkim, zarówno tym szarym, 

jak i tym niebieskim. 

- To po co wieszasz te kolty? - spytała Shannon, 

której trudno było nawet pomyśleć, że mogłaby 

podać wodę jakiemuś konfederatowi. Przecież to 

konfederaci utworzyli bandy bushwhackerów, opraw­

ców, którzy zamordowali Roberta Ellswortha. 

- Dlatego, że niektórym ludziom wojna okaleczy­

ła duszę. Tacy ludzie są nadal bardzo niebezpieczni, 

a nie brakuje ich i wśród Rebów, i wśród Jankesów. 

Musisz być bardzo czujna. Ale tylko wtedy, gdy 

zauważysz, że robi się groźnie, strzelaj bez wahania. 

background image

1 8 

- Naturalnie, Cole. Przecież umiem strzelać. 

- Wiem. Ale zależy mi też, żebyś używała broni 

z umiarem i nie strzelała do Bogu ducha winnego 

farmera tylko dlatego, że nosi szary mundur. 

- Nie przesadzaj! Na ranczu byli już konfederaci 

i jakoś darowałam im życie, a nawet ich karmiłam. 

- Ale nie sprawiło ci to przyjemności, prawda? 

- Cole! Chyba nie uważasz mnie za osobę po­

zbawioną ludzkich uczuć! 

- Naturalnie, że nie, Shannon. Ale ta wojna nie 

oszczędziła nikogo z nas. 

Spojrzał na nią, z jakąś taką wielką zadumą 

i w milczeniu pokręcił głową. A więc jednak jej nie 

dowierzał. Bał się, że zapiekła w swoim żalu gotowa 

jest popełnić głupstwo. Południe zostało rzucone na 

kolana, ale Cole wiedział doskonale, że Shannon tej 

wojny nie zapomni nigdy. Będzie nosić w sercu 

wspomnienie o Robercie, odważnym, szlachetnym, 

o jego miłości, czystej i łagodnej. I przenigdy nie 

wybaczy, że zadano mu tak okrutną śmierć. Nie była 

na jego pogrzebie, ale dowiedziała się, dlaczego nie 

wystawiono otwartej trumny. W trumnie nie było 

całego ciała Roberta Ellswortha. Nie zdołano odnaleźć 

wszystkich jego szczątków. Na ten pogrzeb Shannon 

nie pojechała, bo była nieprzytomna z rozpaczy. 

A potem stała się twarda, jakby skamieniała. 

Ale Cole się mylił. To nieprawda, że wszystkie 

uczucia w niej wygasły. Jej serce, choć zlodowaciało 

z bólu, biło nadal. Żal nie odebrał jej rozumu. Nie 

zamierzała zabijać każdego, kto nosił szary mundur. 

Ale wiedziała, że będzie strzelać bez wahania do tych 

background image

1 9 

bestii, które Robertowi i jego ludziom zadały tyle 

cierpienia. 

Cole po tej ich pamiętnej rozmowie odszedł smut­

ny. Patrzyła, jak znikał w głębi domu, mogła jeszcze 

zawołać za nim, podbiec, spróbować go przekonać. 

Był jej tak drogi, jak rodzony brat, Matthew. Nie 

zawołała jednak, bo pewne rzeczy jest niezmiernie 

trudno wytłumaczyć nawet Cole'owi, który przecież 

też przeżył wielką osobistą tragedię. 

Ranczo McCahych leżało tuż przy granicy Mis­

souri z Kansas. Większość mieszkańców Missouri 

utożsamiała się z Południem, Shannon także, jak 

zresztą cała jej rodzina. Ale kiedy na ranczo najechali 
bushwhackerzy

 i zamordowali papę, Matthew wstąpił 

do wojska Unii. Potem Shannon poznała Roberta. 

I wszystko potoczyło się tak, że Shannon stała się 

zagorzałą zwolenniczką Unii. Prawdziwą Jankeską. 

Teraz... Teraz nie ma to już żadnego znaczenia. 

Będzie litościwa wobec każdego żołnierza powracają­

cego do domu. Przecież Matthew też jest jeszcze 

gdzieś daleko, w drodze do domu i być może teraz 

jakaś konfederatka podaje mu kubek z wodą. Bracia 

Cole'a, Malachi i Jamie, także przemierzają spus­

toszony przez wojnę kraj. Niech Bóg ma ich w swej 

opiece, a dobrzy ludzie nie odmówią pomocy. 

Jamie'emu - tak. Ale Malachiemu niech podadzą 

kubek wody z solą! 

Obaj bracia Cole'a byli konfederatami. U Ja-

mie'ego jakoś to Shannon nie przeszkadzało, on był 

taki pogodny, serdeczny. Ale Malachi... O, tego 

człowieka nie cierpiała od pierwszej chwili. I choć 

background image

2 0 

bardzo starała się trzymać nerwy na wodzy - wy­

chowano ją przecież na damę - wystarczyło, żeby 

Malachi powiedział słówko, a w nią od razu wstępo­

wał jakiś diabeł. Walczyli ze sobą ząb za ząb. Malachi 

był wniebowzięty, kiedy udawało mu się rozdrażnić 

ją łub dopiec jej do żywego. Po prostu cieszył się, że 

jeszcze raz udowodnił, że ona jest głupią smarkulą. 

Teraz jednak będzie już zupełnie inaczej. Po śmier­

ci Roberta Ellswortha zmieniła się i wytrącić ją 

z równowagi wcale nie było łatwo. A zresztą, nie ma 

co zawracać sobie głowy Malachim, on nieprędko tu 

się zjawi. Podobno walczył w oddziałach Kir-

by'ego-Smitha, a generał Kirby-Smith już się poddał 

i Malachi prawdopodobnie jest w drodze do Mek­

syku. Może pojedzie do Ameryki Centralnej albo 

może do Środkowej? Bóg z nim, niech jedzie jak 

najdalej, a najlepiej, żeby Jankesi wsadzili go do 

więzienia, gdzie będzie miał dużo czasu na gorzkie 

rozmyślania. Jego ukochanych konfederatów rozbito 

w puch, więc koniec marzeń, koniec szczytnych 

ideałów. 

Koniec wojny. 

Nie, jeszcze nie koniec. Bo tam, koło stajni, 

naprawdę ktoś się czai. 

Ostrożnie cofnęła się do sieni, chwyciła ze ściany 

jeden z koltów. Z górnej szuflady szafki wyjęła 

naboje. 

- Kristin! Cole! - wołała, pośpiesznie ładując 

broń. - Samson! Delilah! Odezwijcie się! 

Cisza, jakby w całym domu nie było żywej duszy. 

A więc zdana jest tylko na siebie. 

background image

2 1 

Powolutku wysunęła się na werandę. Zmierzch 

zapadał szybko. Ziemia zrobiła się sinoniebieska, 
w dali widoczna była bryła stajni, teraz złowroga, 
tajemnicza. Pod dachem stajni - okienka stryszku, 
dwa czarne kwadraty, nieruchome, jak oczy samego 
diabła. 

Zadrżała. Usłyszała swoje serce, bijące w piersi 

głośniej niż kopyta końskie o twardą ziemię. A prze­
cież nie powinna się bać, już nieraz w życiu miała 
okazję nauczyć się odwagi. Teraz też nie będzie stać 
nieruchomo jak zranione jagnię. Ma przecież broń, 
a w strzelaniu jest dobra, naprawdę dobra. Cole 
mawiał, że Shannon z odległości stu stóp trafi muchę 
w oko. Cole mówił coś jeszcze. Nie wolno się ociągać. 
Decyzję należy podejmować szybko. 

I pamiętaj, Shannon. Jeśli zdecydujesz się strzelać, 

to strzelaj. I strzelaj tak, żeby zabić. 

Zabić. Nie będzie to takie trudne. Przecież ona 

wyrosła w świecie, w którym rządzi bardzo nieskom­

plikowane prawo. Zabij sam, bo inaczej zabiją ciebie. 

A przynajmniej będą torturować. 

Wzięła głęboki oddech i szybko przemknęła przez 

padok, pod stajnię. Przywarła do ściany tuż koło 
otwartych drzwi, zionących złowrogą pustką. Czar­
ną, jak te dwa okienka na górze. Zacisnęła zęby, znów 

głęboki oddech i jednym szybkim ruchem wsunęła się 
do środka. 

Przez kilka chwil stała nieruchomo, własny od­

dech wydał jej się dziwnie chrapliwy, szybki, jak 
kołowrotek. Patrząc w mrok, przypominała sobie, jak 
stajnia wygląda za dnia. Piętnaście boksów, teraz stoi 

background image

2 2 

tu tylko dziewięć koni, resztę zabrali ludzie, którzy 

pojechali za bydłem. Z prawej strony komórka, 

z lewej worki z owsem i sterta siana. Nad głową też 

siano, cały stryszek jest nim zawalony... 

Wstrzymała oddech. 

Ktoś tam jest. Na stryszku. 

Przykucnęła i trzymając kolta wycelowanego 

w górę, zaczęła ostrożnie przesuwać się w lewo, 

w stronę sterty siana. Na górze coś skrzypnęło. 

Znieruchomiała. Znów cisza, cisza wlokąca się w nie­

skończoność. 

Nagle, w jednej chwili, olśniło ją. Drabina. Tak. 

Trzeba odsunąć drabinę, po której wchodzi się na 

stryszek. 

Zaczęła biec, dziwnie pewnie w tym mroku. 

- Stój! 

Nie stanęła. Podbiegła do drabiny, szarpnęła z całej 

siły. Drabina gruchnęła o ziemię. Świetnie! Posiedzisz 

sobie, ty draniu, na tym stryszku... 

Kula świsnęła jej tuż koło ucha. 

Ostrzegał? A może chciał zabić? 

Też strzeliła, natychmiast. Tam, skąd dobiegł ten 

głos. Słyszała, jak zaklął, a więc trafiła. Bardzo dobrze, 

o to przecież chodzi, draniu! Parę kulek jeszcze 

dostaniesz, przecież strzela się po to, żeby zabić. 

A teraz coś przycichłeś, kanalio. Ciekawe, co ty tam 

sobie umyśliłeś... 

Nie pozwolił jej długo trwać w niepewności. 

Skoczył. 

Jak upiorne czarne widmo sfrunął ze stryszku. 

Huknął o ziemię, przeturlał się i zniknął za stertą siana. 

background image

2 3 

Strzeliła właściwie na oślep. Wydawało jej się, że 

w stajni zagrzmiało. I znów zapadła cisza. Cisza 
grobowa. Żadnych szelestów, jęku, okrzyków peł­
nych gniewu albo strachu. Czyżby... zabiła? 

Powoli, jak najciszej, zaczęła posuwać się do 

przodu. Jeden ostrożny krok po twardej, ubitej ziemi, 
drugi... Przystanęła, nasłuchując. Tak. Na pewno go 
zabiła. Wszędzie panuje cisza. Tylko od strony bok­
sów dobiegają jakieś szmery, coś stuknęło. To konie 
przestraszyły się strzałów. Ale tam, w rogu stajni, coś 
się poruszyło. Mysz. Bo ten drań nie żyje, leży gdzieś 

w sianie. 

Znów głośniejszy szmer. Szarpnęła się w tył, 

uniosła kolta... Poczuła ból w ręku. Kolt pofrunął 

w ciemność. Ktoś ją pchnął, ktoś przydusił ją do ziemi 
całym swoim ciałem. Czyjaś ciężka dłoń zakryła jej 
usta. 

- Cicho... 

Zwinęła się jak sprężyna i odepchnęła, z absurdal­

nie ogromną siłą. Udało jej się wyślizgnąć, nawet 
stanąć na nogi. Rzuciła się ku drzwiom, nabierając 
w płuca powietrze. 

- Nie! Nie krzycz! - Złapał ją za rękę, wykręcił tak 

boleśnie, że krzyk uwiązł w gardle. 

Gruchnęła o ziemię, on znów ją przygniótł, tym 

razem siadając na niej okrakiem. Zaczęła walić pięś­
ciami, bić, gdzie popadnie. 

Jęknął. 

- Shannon! Na Boga, przestań! 
Do jej świadomości nie dotarło, że zwrócił się do 

niej po imieniu. Nadal biła na oślep, ogarnięta paniką. 

background image

2 4 

To ścierwo zgwałci ją i zabije w jej własnej stajni! 

Krzyknęła i znów ciężka dłoń opadła na jej twarz. 

Wpiła się w nią zębami. Zaklął, ale dłoń przywarła 

jeszcze mocniej. 

- Psiakrew! Tylko się nie wydzieraj, smarkulo! 

Smarkulo! Znieruchomiała. Boże wielki! Jakże 

mogła nie rozpoznać wcześniej tego głosu! Przecież to 

Malachi! 

Malachi Slater powrócił do domu. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Światło księżyca, wpadające przez otwarte 

drzwi, rozjaśniło mroczne wnętrze stajni. Shannon 

leżała nieruchomo, sztywna jak kołek i z natęże­

niem wpatrywała się w twarz mężczyzny. Nie 

miała żadnych wątpliwości. To Malachi, Malachi 

Slater, brat Cole'a, męża Kristin. Nigdy nie darzyła 

go sympatią. Dlatego kolejna myśl, która zaświtała 

jej w głowie, wydała się nadzwyczaj osobliwa: 

musiała przyznać, że Malachi Slater jest bardzo 

przystojnym mężczyzną. Ma pociągłą twarz, o re­

gularnych rysach, wysokie czoło, duże oczy. Pamię­

tała, że niebieskie, choć teraz, w tym mroku, 

prawie czarne. Pełne usta, pięknie wykrojone. Moc­

no zarysowana szczęka pokryta ciemnym zaros­

tem. Jednym słowem, twarz piękna i szlachetna, 

ale cała postać, mimo że wysoka i rozrośnięta, 

zdawała się bardzo mizerna. Jakby ta wojna zabrała 

Malachiemu ostatnią uncję tłuszczu. Pod oczami 

sińce, rękawy wojskowego płaszcza wystrzępione, 

background image

2 6 

złociste dystynkcje na pagonach wytarte, prawie 

niewidoczne. 

Głos Malachiego był chrapliwy, pełen złości. 

- Ani słowa, zrozumiano?! 

Zacisnęła zęby. Bez obaw, wcale nie miała ochoty 

krzyczeć ani gawędzić z Malachim Slaterem. Drań! 

Od samego początku wiedział, że to ona, a mimo to 

powalił ją na ziemię. Dwa razy. I wcale nie zamierzał 

prosić o wybaczenie. 

- Masz być cicho - powtórzył, odejmując dłoń od 

jej ust. 

- Niedoczekanie - warknęła. - Pchły ci rozum 

zeżarły! Masz mnie puścić, ty parszywy psie! 

- Nie puszczę. Najpierw obiecaj, że nie będziesz 

się drzeć. 

- Ty draniu, ty... Złaź ze mnie! 

- Cicho, Shannon, cii... 

Pochylił się, twarda broda musnęła jej twarz. Do 

diabła, czemu on nie puszcza? Bo pominąwszy wszyst­

ko, ta jego bliskość stawała się dziwnie niepokojąca. 

Bliskość mężczyzny. Bo Malachi Slater, wróg za­

przysiężony, to przecież również mężczyzna. Jego 

ciało, choć wychudzone, jest silne, sprężyste i takie 

gorące. Jego uda parzą, parzą jego dłonie, którymi 

przyciska jej ręce do ziemi. 

- Malachi, proszę, ja... 

- Daj tylko słowo, że będziesz cicho. 

Skinęła szybko głową. 

- Słowo. 

Puścił jej ręce. Wyprostował się, ale nie wstawał. 

Dalej sobie siedział wygodnie. Skrzyżował ramiona 

background image

2 7 

na piersiach i spoglądał z góry, spod przymkniętych 

powiek. Żeby to wszystko wytrzymać, potrzebna 

była anielska cierpliwość. 

- Złaź ze mnie! - powiedziała w miarę łagodnie. 

Potem głos jej, niestety, zaczął przybierać na sile. 

- Ogłuchłeś?! Nie słyszysz, że nie krzyczę? Jestem 

cicho! Więc złaź ze mnie, i to natychmiast, złaź 

w końcu, do diabła, ty... 

Ciężka dłoń ponownie wylądowała na jej ustach, 

a twarz Malchiego znów znalazła się niebezpiecznie 

blisko. Gorący oddech owiewał jej policzek, to ciepło 

dziwnie jakoś przenikało do jej wnętrza i rozlewało 

się po całym ciele. 

- Posłuchaj, Shannon - zaszeptał. - Bardzo długo 

walczyłem z Jankesami, żaden z nich nie był anioł­

kiem. Ale ty jesteś jeszcze gorsza, bo ty ostatnie flaki 

z człowieka wyprujesz. Powtarzam ci po raz ostatni: 

Nie drzyj się, bo nie mam zamiaru zgnić przez ciebie 

w więzieniu ani dyndać na stryczku. Masz się zamk­

nąć, do jasnej cholery! 

- Grozisz mi? 

- Nie. Ja działam od razu. 

Bardzo mocno szarpnął ją za włosy. Nawet nie 

pisnęła, choć zabolało porządnie. Przeraziła się. Takie 

zachowanie nie pasowało nawet do Malachiego. Ale 

ta wojna była straszliwa i Malachiemu na pewno 

odebrało rozum. 

- Malachi, ja nie będę krzyczała. Obiecuję. 

- Dobrze. I tak ma być. 

Od razu ją puścił. Może nagle uświadomił sobie, że 

naprawdę sprawia jej duży ból. 

background image

2 8 

- Żadnych gwałtownych ruchów i żadnych 

wrzasków. 

- Żadnych gwałtownych ruchów - powtórzyła 

głośno i wyraźnie. - Żadnych wrzasków. 

Chyba nareszcie poczuł się usatysfakcjonowany. 

Wstał i odszukał w sianie swój kawaleryjski kapelusz. 

Otrzepał go, spojrzał na Shannon... i nagle skłonił się 
pięknie, niemal zamiatając tym kapeluszem ziemię. 

Shannon dziwnie jakoś zabrakło powietrza. Boże 

święty, jakiż to piękny, rasowy mężczyzna! Jakaż 
sylwetka... ruchy nadzwyczaj zręczne... Tym nie­
mniej ten mężczyzna przed chwilą zachowywał się 
jak szaleniec. A od szaleńca należy uciekać jak naj­
prędzej, mimo że nadal zachowuje się według najlep­
szych wzorców: 

- Panno McCahy, pozwoli pani, że pomogę - po­

wiedział uprzejmie, wyciągając rękę. - Proszę wyba­
czyć, że zachowałem się nieco gwałtownie. 

Jakżeby inaczej. Dwa razy grzmotnął nią o ziemię, 

sterroryzował, wrzeszczał, szarpał za włosy. A teraz 
nagle taki szarmancki się zrobił... Stanowczo trzeba 
salwować się ucieczką. 

Nie spuszczając oczu z tej pomocnej dłoni, pod­

niosła się z ziemi. Samodzielnie i bardzo powoli. 
I natychmiast pomknęła ku drzwiom. 

Tym razem nie rzucił jej na ziemię. Złapał za 

ramiona i przyciągnął do siebie tak blisko, że jej plecy 
wgniotły się w jego pierś. Znów miała zatkane usta, 
a w uchu pełen złości szept: 

- Psiakrew, Shannon! Zawsze uważałem, że po­

winni cię przywiązać do płotu i porządnie wysmagać 

background image

2 9 

rózgą. Ty smarkulo jedna... Masz tu zostać i nie 

wrzeszczeć, bo pogadamy sobie jeszcze ostrzej! 

Smarkulo! Bardziej upokorzyć jej nie mógł. 

- Nie, Malachi! Już nigdy więcej nie będziesz się 

tak do mnie odzywał! Słyszysz! Nigdy więcej! -I kop­

nęła go w goleń, wkładając w to całą swoją złość. 

Niestety, długie kawaleryjskie buty zapewne sku­

tecznie złagodziły ból. Coś niecoś jednak poczuł, bo 

powstrzymał się od komentarzy, tylko szarpnął nią, 

odwrócił ku sobie i oplótł ramionami, jak w jakimś 

koszmarnym walcu. Spojrzał jej w twarz i w jego 

oczach pojawił się błysk, ni to zdumienie, ni to 

rozbawienie. 

- Niepojęte... Strzelałaś do mnie. Naprawdę 

chciałaś mnie zabić! 

Teraz też miała na to ochotę. Bo znów był 

bliziutko, a ona, zamiast walczyć, poczuła nagle 

dziwną niemoc. Nawet lekko się zachwiała. 

- Chciałaś mnie zabić - powtórzył, patrząc na nią 

z zadumą. - Ciekawe, czy wiedziałaś, że to byłem ja? 

- Nie - burknęła. - Ale zastrzeliłabym cię z roz­

koszą. Najpierw podziurawiłabym kolana, potem 

dostałbyś kulkę między oczy. Niestety, jesteś bratem 

Cole'a. Tylko z tego powodu nie skróciłam twego 

nędznego żywota. Tym bardziej że... 

Zrobiła efektowną pauzę, po czym dokończyła 

powoli, wyraźnie delektując się każdym słowem: 

- ... to ja wygrałam tę wojnę. Zwyciężyłam, panie 

Slater. Pan poniósł sromotną klęskę. 

Jego oczy znów zabłysły, teraz pełne gniewu. 

- Ty mnie nigdy nie pokonasz, Shannon. 

background image

3 0 

- Przegrałeś wojnę, Rebie. 

- My dwoje dalej walczymy ze sobą. 

- Ale teraz puść mnie, to boli. 

- Dobrze, że boli. Przecież chciałaś mnie zabić. 

- Chciałam zabić, ale nie ciebie! Ostatnio kręci się 

tu tyle różnych pijanych łobuzów i zwykłych zło­

dziejaszków. A ty właściwie dlaczego ukryłeś się 

w stajni? Dlaczego nie wszedłeś do domu? I dlaczego 

nie pozwalasz mi iść do domu? 

- Bo tam może być patrol federalnych, a ty 

z radością wydasz mnie w ich łapy. 

- Co ty wygadujesz? Jaki patrol? A niby dlaczego 

na ranczo miałby być jakiś patrol? 

Poczuła, że zesztywniał. Ale uścisk jego palców 

jakby zelżał. 

- Shannon, ty jeszcze nie wiesz? 

- O czym, Malachi, o czym? 

- Shannon! Przysięgnij, że w domu nie ma żad­

nego patrolu. 

- Po co przysięgać? Nie ma żadnego patrolu i już! 

Nic ci nie grozi, Malachi! A Cole... 

Zaraz... zaraz... Cole... Do Cole'a dziś rano przyje­

chał jeden z jego bliskich znajomych. Zamknęli się 

w gabinecie, rozmawiali długo, potem Cole, jakby od 

niechcenia, rzucił Shannon, że będzie musiał wyje­

chać. Na krótko, dzień lub dwa. Nie zaszkodzi znaleźć 

jakieś bezpieczne miejsce, dokąd w razie potrzeby 

będzie można wywieźć Kristin i małego Gabe'a. Licho 

nie śpi, lepiej zawczasu się rozejrzeć... Wielki Boże! 

Przecież to jasne. Kłopoty już się zaczęły, tamten 

mężczyzna na pewno przywiózł złe wieści. 

background image

3 1 

- Shannon? Co z tobą? 

- W domu nie ma żadnego patrolu, Malachi, na 

pewno. Ale ja sobie coś przypomniałam. Dziś Cole'a 

odwiedził jego przyjaciel. Potem Cole powiedział mi, 

że będzie musiał wyjechać na krótko... 

Jej głos zamierał. No, tak... Cole'a na pewno już nie 

ma w domu. Wymknął się po cichu. Zawsze mówił, 

że chce przenieść się do Teksasu. Ale teraz tam nie 

pojechał, to za daleko. Cole bałby się na tak długo 

zostawić rodzinę samą. Na pewno pojechał w głąb 

Missouri i wróci za kilka dni. 

Malachi chyba uwierzył, że w domu nie ma 

patrolu. Puścił ją i podszedł do lampy wiszącej obok 

drzwi. Zapalił ją i teraz Shannon mogła dojrzeć, że 

Malachi Slater wygląda o wiele gorzej, niż myślała. 

Był wychudzony, wymizerowany, a długi płaszcz 

z peleryną brudny, wymiętoszony, mankiety w strzę­

pach. Na prawej nogawce wielka plama krwi. 

- Boże - szepnęła przerażona. - Czy to ja? 

- Nie, nie! 

Machnął ręką i przysiadł na beli siana, ostrożnie 

wyciągając przed siebie chorą nogę. 

- Trafili mnie wcześniej, w Kentucky. Dwóch 

jankeskich szczeniaków pilnowało drogi. Nie chcieli 

mnie przepuścić. Mogłem ich zabić, ale po co? 

Wydawało mi się to bez sensu. 

Tak. Ale nie tylko w tym trudno było znaleźć jakiś 

sens. Ta noga musiała go boleć straszliwie, mimo to 

nie zatrzymał się nigdzie, żeby odpocząć, wydobrzeć. 

Coś go gnało na ranczo, coś bardzo ważnego. 

- Malachi, powiedz mi, ale dlaczego oni nie chcieli 

background image

3 2 

cię przepuścić? Przecież wszyscy już wiedzą, że 

podpisano zawieszenie broni. 

- Naprawdę nic nie rozumiesz? 

- Co mam rozumieć? 

- A to, że wojna dla niektórych wcale się nie 

skończyła. Cole był kiedyś w Kansas. Słyszałaś o tym, 

prawda? I zastrzelił tego drania, Fitza, który zabił 

jego pierwszą żonę. 

- Wiem. Dlatego teraz Cole na jakiś czas powi­

nien wyjechać z Missouri. 

- Powinien to zrobić zaraz. Ci Jankesi przy drodze 

powiedzieli mi, że za Cole'em rozesłano listy gończe. 

Kazał je porozwieszać brat tego Fitza, podobno wielki 

bogacz, i to on rozgłasza, że Cole Slater jest mordercą. 

Chce go pojmać, żywego lub martwego. 

Pod Shannon nogi się ugięły. Boże drogi... Ileż ten 

Cole już przecierpiał, ile musiał walczyć, ze światem 

i z samym sobą, żeby uwierzyć, że czeka go lepszy, 

nowy los. Wydawało się, że wreszcie znalazł spokój. 

Miał Kristin i małego synka. A teraz okazuje się, że 

Cole Slater jest przestępcą. Jest mordercą. 

- Cole musi uciekać natychmiast i gdzieś się ukryć 

- mówił dalej Malachi. - Oni na pewno przyjadą po 

niego na ranczo. 

Shannon w milczeniu skinęła głową. Ten przyja­

ciel Cole'a na pewno mówił to samo. Trzeba teraz 

biec do domu, sprawdzić, czy Cole rzeczywiście 

odjechał. I ostrzec Kristin, że czas pokoju, wytęsk-

niony, upragniony, okazał się ułudą. 

- Malachi? A dlaczego ten chłopak strzelał do 

ciebie? Przecież ty nie byłeś z Cole'em w Kansas. 

background image

3 3 

- Ale też nazywam się Slater, a więc na pewno 

jeździłem z Quantrillem i wyrżnąłem połowę Kansas. 

- Przecież służyłeś w regularnym wojsku. 

- Zgadza się. Dzięki, że ty przynajmniej w to 

wierzysz. Shannon, proszę, idź teraz do domu i spro­

wadź Cole'a. Wyjedziemy jeszcze tej nocy. A nie 

wiesz przypadkiem, co dzieje się z Jamie'em? 

- Bardzo mi przykro, Malachi, nic nie wiem. Ale 

wy przecież byliście w jednym oddziale. Dlaczego 

Jamie nie przyjechał razem z tobą? 

- Rozstaliśmy się kilka dni temu. Jamie chciał 

koniecznie odwiedzić starego przyjaciela, który na 

wojnie stracił syna. No i pojechał do niego. Psiakrew! 

Przecież Jamie też musi uciekać! 

- Ale jak ty pojedziesz, Malachi, w takim stanie ? 

Niepojęte... Przez tyle lat żyła w głębokim przeko­

naniu, że nawet plemię Komanczów nie jest w stanie 

obmyśleć dla Malachiego śmierci wystarczająco okrut­

nej, takiej, która sprawiłaby jej satysfakcję, a teraz 

bez przerwy zerka z niepokojem na tę okropną plamę 

na spodniach i zamartwia się jego stanem! Co się z nią 

dzieje? 

Malachi lekceważąco machnął ręką. 

- Jakoś tam się pojedzie. A jak będziemy już 

daleko, na południu, poszukam jakiegoś doktorka, 

żeby wyciągnął kulę. 

- Co?Co ty mówisz?! To kula tam jeszcze jest? 

Shannon szybkim krokiem ruszyła w stronę ko­

mórki. 

- Shannon? A ty dokąd? 

- Zaraz wracam! - odkrzyknęła, znikając 

background image

3 4 

w drzwiach. Bez trudu odnalazła skrzynkę z narzę­
dziami chirurgicznymi, bez których żaden hodowca 
bydła nie mógł się obejść. Problem był już tylko jeden. 
Potrzebna była morfina albo jakiś inny środek uśmie­
rzający ból. Ale to rzecz drogocenna, której w Mis­
souri, a może i na całym Południu, nikt nie ma. 

Wszyscy stosują tylko ten jeden jedyny środek... 
Wysunęła następną szufladę i wyciągnęła butelkę 
whisky z Kentucky. To zadziała na pewno. 

Ruszyła szybko z powrotem, sama zdumiona 

swoją gorliwością. A cóż to ona tak skwapliwie 
spieszy z pomocą Malachiemu Slaterowi? Czyżby 
przestała go nienawidzieć? Bzdura. Tu chodzi głów­
nie o Cole'a. Malachi nie może być dla niego ciężarem, 
dlatego chorą nogę należy doprowadzić do porządku. 

Postawiła na ziemi skrzynkę i przyklękła. 

- Shannon? Co ty masz zamiar zrobić? - spytał 

Malachi niepewnym głosem, wpatrując się w nożycz­
ki, które nagle pojawiły się w jej ręku. 

- Rozciąć nogawkę. 
- O, nie! Jeśli sądzisz, że pozwolę ci zbliżyć się do 

mnie... 

- Dobrze wiesz, że kulę trzeba wyjąć i to jak 

najprędzej. Masz, napij się! 

Oba argumenty były przekonywujące. Malachi 

skwapliwie chwycił za butelkę, pociągnął solidnie i aż 

westchnął. 

- Oj, jakie to dobre! I kto by się spodziewał, że 

Jankeskę stać na taki gest wobec nędznego rebe­
lianta! 

- Dobrze, dobrze, Malachi, teraz się nie ruszaj. 

background image

3 5 

Sprawnie rozcięła nogawkę, odłożyła nożyczki 

i uśmiechnęła się bardzo słodko. 

- A teraz proszę, niech pan oprze się wygodnie, 

kapitanie Slater! 

- Shannon... 

- Zaufaj mi. 

- To tak, jakbym miał zaufać czarnej wdowie

3

Nic nie powiedziała. Uśmiechnęła się jeszcze raz, 

słodko jak poprzednio, i ostrożnie rozsunęła brzegi 

rozciętego materiału. Niestety, kula utkwiła głęboko. 

Ale wszystko jest do zrobienia. Małe nacięcie skal­

pelem, potem kulę się podważy i wyciągnie szczyp­

cami. Ranę przemyje się alkoholem, zabandażuje 

i będzie po wszystkim. 

Biedny Malachi. 

- Napij się jeszcze - powiedziała bardzo łagodnie, 

unikając jego spojrzenia. - I nie bój się. Zrobię to raz 

dwa. Wezmę skalpel... 

Jego palce błyskawicznie oplotły się wokół jej 

nadgarstka. 

- Skalpel? Ty ze skalpelem w ręku? Nie, Shannon, 

ja ci nie dowierzam! 

Kolejny, posypany cukrem uśmiech. 

- Nie masz wyboru, Malachi. I oddaj butelkę! 

- Dlaczego ? 

- Muszę zdezynfekować skalpel. 

Polała skalpel alkoholem. Malachi śledził każdy jej 

ruch, po czym natychmiast odebrał jej butelkę i pociąg­

nął kilka potężnych łyków. 

3

 Czarna wdowa - jadowity pająk. 

background image

3 6 

-

 A więc jednak zamierzasz rzucić się na mnie 

z nożem. 

- Zgadza się. 

- Mam nadzieję, że kiedyś będę miał okazję do 

rewanżu. 

Mówił już trochę niewyraźnie, a więc wszystko 

w porządku. Whisky okazała się zbawienna. Bo 

Malachi nawet się uśmiechał. Jak to Malachi, trochę 

krzywo, trochę tak na ukos. Ten uśmiech, kiedyś 

działający na Shannon jak płachta na byka, teraz 

wydał jej się uroczy. Śmiały się też oczy Malachiego, 

niby niebieskie, a jednocześnie szarawe jak kobalt. Jak 

on patrzy... Zadrżała i zaklęła w duchu. Niepojęte, 

żeby Shannon McCahy drżała na widok Malachiego 

Slatera, i to jeszcze w chwili, kiedy powinna wykazać 

się możliwie największym opanowaniem! 

Zaklęła w duchu jeszcze raz i przystąpiła do dzieła. 

Ostrze skalpela zanurzyło się w żywym ciele. Mala­

chi nie poruszył się, nie jęknął, tylko jego mięśnie 

zrobiły się nagłe twarde jak stał. Kiedy zaczęła 

przesuwać skalpel w bok, Malachi zamknął oczy. 

Była prawie pewna, że stracił przytomność. I tak 

byłoby chyba najlepiej. 

Wykonała cięcie i jednym zręcznym ruchem wyję­

ła szczypcami kulę. Ranę polała obficie alkoholem 

i przystąpiła do bandażowania. Biały bawełniany 

bandaż okazał się za krótki. Ale trzeba umieć sobie 

radzić. Spojrzała na Malachiego. Nadal miał oczy 

zamknięte. Szybko podwinęła spódnicę i urwała cały 

rąbek halki. 

Powieki Malachiego natychmiast się uniosły. 

background image

3 7 

- Dzięki, kochanie, że tak się dla mnie poświę­

casz. Nigdy bym nie przypuszczał... 

A więc przez cały czas był przytomny. 

- Drobiazg. Zależy mi przede wszystkim na tym, 

żeby przez ciebie nie zabito Cole'a. 

Ostrożnie owijała jego udo białym płótnem, klnąc 

w duchu, że ma na sobie właśnie tę suknię. Głęboko 

wyciętą, a koronkowy kołnierz rozchyla się na boki. 

W rezultacie Malachi nie odrywa oczu od jej dekoltu. 

- Malachi, przestań się gapić. Podobno jesteś 

dżentelmenem z Południa. 

Próbował się uśmiechnąć, nic jednak z tego nie 

wyszło. 

- Południe umarło, panno McCahy. Dżentelmeni 

wyginęli. I błagam panią, proszę być ostrożną, zbliża 

się pani do bardzo delikatnych rejonów mego ciała. 

Natychmiast cofnęła ręce i końce prowizorycz­

nego bandaża Malachi poutykał już sam. 

- Świetnie się pani sprawiła, panno McCahy 

- pochwalił ją słabym głosem. - Jestem pani dozgon­

nie wdzięczny. 

Chciała wstać, ale on nagle złapał ją za rękę 

i przyciągnął do siebie. Nie, nie protestowała. Bo 

zrobił to zdecydowanie, ale jednocześnie tak jakoś 

ostrożnie. Odsunął jej z czoła pasmo złocistych 

włosów, otulających śliczną drobną twarz i ogarnął 

wzrokiem całą wdzięczną postać, klęczącą teraz 

przed nim. Spojrzał na falujące piersi, wychylające się 

z koronkowego kołnierza, na kibić, nieprawdopodob­

nie cienką nad sutą spódnicą aksamitnej sukni. 

- Wojna trwała długo. Wydoroślałaś, Shannon. 

background image

3 8 

-

 Nie miałam wyboru, kapitanie Slater. 

Jej głos zadrżał. Jakże miała nie wydorośleć... 

- Słyszałem, jak zginął kapitan Ellsworth. Bar­

dzo ci współczuję, Shannon. Ale bądź rozsądna, 

pozwól, żeby ta rana się zabliźniła, bo inaczej 

będziesz miała chorą duszę. Tak było z Cole'em, 

sama wiesz. I ty... 

- Malachi, proszę, ja nie chcę... 

- ... mówić o tym? W porządku, panno McCahy, 

nie będę więcej wkraczał w sferę uczuć dla mnie 

niedostępną. 

Pomyślał chwilę, nagle uśmiechnął się wesoło, po 

łobuzersku, jakby pragnąc całkowicie odsunąć od niej 

smutne wspomnienia. 

- Wyrosła pani na śliczne stworzenie, panno 

McCahy! Naprawdę śliczne! I ścielę się do nóżek, 

jeszcze raz za to, że pani białe rączki dotykały mnie 

tak delikatnie... 

- Malachi! Mówiłam ci już. Starałam się, ale tylko 

ze względu na Cole'a. 

Chyba nie słuchał. Był zajęty. Jego palce leciutko 

muskały jej policzek. 

- Dorosła, hm... - mruknął. 

Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Zwykle 

prawili sobie różne złośliwości, a teraz, rzecz osob­

liwa, wcale nie miała ochoty na ostre słowa. Wręcz 

przeciwnie. Nagle zapragnęła znaleźć się w jego 

ramionach, przytulić twarz do szerokiej piersi i po­

płakać sobie. A on głaskałby ją po głowie i mówił 

cichutko, że już dobrze, że wszystko, co złe, minęło... 

Nagle drgnęła. W ciszę nocy, wypełniającą stajnię, 

background image

3 9 

wdarł się znajomy odgłos. Stukot kopyt. Szybki, 

gniewny, zwiastujący nieszczęście. 

- Malachi! Jeźdźcy! Podjeżdżają pod dom! 

Jakby w odpowiedzi na jej pełen trwogi krzyk 

gdzieś z daleka rozległ się inny kobiecy krzyk, krzyk 

rozdzierający. 

Kristin! 

W ułamku sekundy była przy drzwiach. 

- Shannon, zaczekaj! Do diabła! Stój! Stój! 

Nie słuchała. Wybiegła ze stajni jak oszalała i popę­

dziła przed siebie, nie odrywając oczu od oświet­

lonego domu. Przed werandą kłębiły się konie, ze 

dwadzieścia koni. Drzwi frontowe były otwarte. 

W tych drzwiach ukazała się rosła postać mężczyzny, 

niosącego na ramieniu szamoczącą się kobietę. 

Shannon stanęła. 

Kristin. Kristin w niebieskiej sukni, widocznie 

przebrała się w nią do kolacji. Wybrała tę suknię, bo 

wiedziała, że tak pięknie podkreśla kolor jej oczu. 

Złocistobrązowe włosy Kristin spływały po plecach 

tego bandziora... 

- Mam ją! - krzyknął mężczyzna, schodząc po 

schodkach werandy. - A teraz szybko zabieramy się 

stąd! 

- A co ze Slateremi - zawołał jeden z jeźdźców. 

Shannon nie dosłyszała odpowiedzi. Stała zmart­

wiała, niezdolna uczynić ani kroku. Zabierają Kristin. 

Jeśli Cole nie wyjechał... przecież on nigdy nie 

pozwoliłby odebrać sobie żony. Chyba że oni go 

zabili... 

Kristin walczyła. Krzyczała, szarpała się, ugryzła 

background image

4 0 

bandziora w rękę. Mężczyzna uderzył ją w twarz 

i przerzucił przez grzbiet swego konia. 

- Jazda! - ryknął, wskakując na siodło. 

- Nie! - krzyknęła Shannon, jednym skokiem 

przesadzając ogrodzenie padoku. Nie! Ona nie po­

zwoli, nie pozwoli im zabrać Kristin! Jej stopy 

prawie nie dotykały ziemi. Musi ich powstrzymać, 

musi... 

Nagle ktoś pchnął ją, powalił i całym ciężarem 

ciała przycisnął do czerwonej ziemi Missouri. 

- Shannon, zaklinam cię! Nie ruszaj się! 

Znów Malachi, przeklęty Malachi! Przygniata ją 

do ziemi, kiedy te dranie uwożą Kristin! 

- Puszczaj mnie! Słyszysz?! Puszczaj! 

- Cicho! 

Nie mogła nawet unieść głowy, bo jej głowę też 

wciskał w ziemię. I szeptał: 

- Ty głupia! Co ty robisz?Przecież... 

- Oni zabierają moją siostrę! 

- Shannon, ich jest dwudziestu! Wszyscy mają 

broń, a ty lecisz do nich z pustymi rękami! 

Uniósł jedną rękę, przestał przyciskać jej głowę, ale 

zatkał usta. Leżeli płasko na ziemi, tuż za długim 

korytem. Do Shannon dotarło, że dzięki temu nikt 

ich nie może zobaczyć, a oni mogą obserwować dom, 

znajdujący się w odległości kilkunastu metrów. 

- Przecież widzę, że zabierają Kristin - szeptał 

Malachi. - Jeśli zbliżysz się do nich, zabiorą i ciebie. 

Moglibyśmy do nich postrzelać, starając się nie zabić 

twojej siostry. Ale do tego potrzebna jest broń, 

a nasze kolty leżą gdzieś w sianie. Dlatego jedyne, co 

background image

4 1 

możemy teraz zrobić, to być cicho, potem wziąć broń 

i jechać za nimi. Pojmujesz? 

Naturalnie, że tak. Przestała się szamotać. Malachi 

zabrał dłoń z jej twarzy, dalej jednak leżał na niej, nie 

pozwalając na żaden ruch. 

Nienawidziła go. Ale miał rację. Nie mogła niczego 

zrobić dla Kristin. Mogła teraz tylko leżeć, patrzeć 

i słuchać. 

Konie ruszają spod domu, jeden za drugim, i rwą 

do przodu z taką samą prędkością, z jaką tu przybyły. 

Znikają w ciemnościach. Kopyta bębnią o ziemię 

Missouri, coraz ciszej i ciszej... 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tętent koni umilkł. Malachi wstał i wyciągnął 

rękę do Shannon. Nie miała ochoty korzystać z jego 

pomocy, sam więc podjął decyzję. Szarpnął mocno, 

a kiedy stanęła na nogi, odwrócił się i jednym susem 

przesadził ogrodzenie. Shannon, naturalnie, pośpie­

szyła jego śladem. 

- Malachi, ty dokąd? 

Nie odwracał się, tylko sadził do przodu długimi 

krokami. 

- Malachi! Stój! 

Zatrzymał się. 

- Co ty robisz, Malachi? Chodź do stajni, weź­

miemy konie i broń. I ruszajmy za nimi! Słyszysz? 

Nie traćmy czasu! 

- Muszę najpierw wejść do domu. 

- Do domu? 

Podskoczyła jak wściekła kotka i szarpnęła go za 

łokieć, zmuszając, aby spojrzał jej w twarz. 

- Do domu, tak? Masz zamiar sobie odpocząć? 

background image

4 3 

Poleżeć, zjeść dobrą kolację? Straciłeś rozum? Oni 

porwali moją siostrę, trzeba jechać za nimi, gonić ich 

co sił... 

- Spokojnie - warknął. - Rozumiem pani zdener­

wowanie, panno McCahy. Ale tak się składa, że pani 

ma siostrę, a ja mam brata. I cholernie chce mi się 

zobaczyć, czy jego nie ma w domu. Bo jeśli przedtem 

nie wyjechał, a oni zabrali tylko pani siostrę, to 

znaczy, że... 

Odepchnął ją i znów ruszył przed siebie. Boże 

święty, przecież wiedziała. To znaczy, że Cole nie 

żyje. Niepokój o Kristin przesłonił jej wszystko. 

Dogoniła go po kilku sekundach. 

- Pojadę za Kristin, dobrze wiesz - rzucił przez 

ramię, nie zwalniając kroku. -Wezmę broń i pojadę. 

Ale przedtem... 

- Tak, tak, Malachi, wybacz. Trzeba się upewnić, 

co z Cole'em. Potem weźmiemy broń i... 

- Tylko ja wezmę, Shannon. Ty zostajesz. 

- Jadę z tobą. 

- Nie, jadę sam. 

Wcale nie zamierzała ustąpić, ale nie było już czasu 

na dalsze pertraktacje. W drzwiach frontowych uka­

zała się kobieta o nieprawdopodobnie długich nogach, 

cudownie wysmukła. Czarnoskóra Delilah, piękna 

jak afrykańska księżniczka. Dla McCahych bar­

dziej przyjaciel i członek rodziny niż służąca. Czło­

wiek wolny, nie za sprawą oficjalnych proklamacji, 

a dzięki jej ojcu, Gabrielowi McCahy, który Delilah 

i jej mężowi dał wolność na wiele lat przed wybu­

chem wojny. 

background image

4 4 

Teraz ciemna twarz Delilah pełna była niepokoju 

i smutku. 

- Panienka Shannon! Chwała Bogu! - zawołała, 

zbiegając po schodkach. - Tak się bałam, czy panience 
nie stało się coś złego! 

- Delilah! 
Padły sobie w ramiona. 
- Oni zabrali panią Kristin! Takie nieszczęście! 
- Delilah! - przerwał niecierpliwie Malachi. - Co 

z Cole'em? Przecież on by na to nie pozwolił! 

- Naturalnie, że nie! Ale on... 
Twarz Malachiego zrobiła się szara jak popiół. 
- Nie żyje - powiedział głuchym głosem. 
- Co pan mówi, panie kapitanie! Co też pan 

mówi! Pan Cole wyjechał! 

- Bogu dzięki - szepnęła Shannon i czując, że jej 

kolana są zupełnie miękkie, przysiadła na schodku 
werandy. - Delilah, a kiedy Cole wyjechało Ja niczego 
nie zauważyłam. 

- Wymknął się po cichu, na długo zanim te zbiry 

przyjechały. Panienko, może wejdźmy wszyscy do 
domu, lepiej rozmawiać w środku. Ale co to się stało, 
że włosy ma panienka w nieładzie i suknię wymiętą... 

- Nie będę wchodzić do domu, Delilah. Musimy 

zaraz ruszać za Kristin. 

- Nigdzie nie jedziesz - zaprotestował natych­

miast Malachi. - Jadę tylko ja. Zaraz ruszam w drogę. 

- Ja też jadę. A ty nie będziesz mi mówił, co mam 

robić. 

Podszedł do niej bliżej, jego złość była tak samo 

widoczna i oczywista, jak kuśtykająca noga. 

background image

4 5 

- Shannon McCahy, jesteś upartą idiotką i koniecz­

nie chcesz, żeby zabili nas oboje, nie wspominając 

o twojej siostrze. Dlatego jednak powiem ci, co masz 

robić. Masz zostać w domu! Jeśli będziesz się opierać, 

zaraz zamknę cię w twoim pokoju i przywiążę do 

łóżka. Tak. Tak będzie najlepiej. 

Shannon nie odezwała się ani słowem. Po pierw­

sze, wcale nie miała ochoty po raz drugi tego wieczo­

ru przekonać się, ile jeszcze siły pozostało w wynisz­

czonym przez wojnę ciele Malachiego. A po drugie, 

po co się spierać, skoro Malachi jest nieprzejednany. 

Lepiej pozornie złożyć broń... Wstała ze schodka 

i dostojnym krokiem weszła na werandę. Odwróciła 

się, lekko skłoniła głowę, jak dama. 

- Bardzo proszę, a więc wejdźmy do środka 

- powiedziała, uśmiechając się wdzięcznie. - Wszyst­

kim nam przyda się po szklaneczce czegoś mocniej­

szego. A Delilah opowie dokładniej, co się stało. 

Proszę, pospieszmy się. Panu kapitanowi pilno ruszać 

w drogę. 

Weszła pierwsza. Dostojnym krokiem przemie­

rzyła wiktoriański salonik, wkroczyła do gabinetu 

i z głębokiej szuflady biurka wyjęła butelkę burbona 

z Kentucky. Szklaneczki, ustawione rządkiem, czeka­

ły na półce z książkami. Nalała do trzech szklaneczek 

podwójne porcje. Podała szklanki Malachiemu i Deli­

lah, a sama zasiadła w fotelu za biurkiem. 

- Delilah, proszę, mów, co się stało. 

Malachi przysiadł na brzegu biurka, Delilah 

nie usiadła. Jednym haustem wychyliła swego 

burbona i przemierzając pokój wzdłuż i wszerz, 

background image

4 6 

roztrzęsionym głosem opowiadała o tragicznych 

wydarzeniach. 

- Pan Cole wyjechał jakąś godzinę temu. Przed 

wyjazdem rozmawiał ze mną i Samsonem. Powie­

dział nam, że robi się niebezpiecznie i to o wiele 

wcześniej, niż się spodziewał. Jakiś człowiek o na­

zwisku Fitz szuka zemsty i chce pojmać wszystkich 

braci Slaterów. Pan Cole powiedział, że nie sądzi, aby 

ten Fitz chciał mścić się na wszystkich McCahych. 

Ale ostrożność nie zawadzi i pan Cole chce na jakiś 

czas wywieźć stąd panią Kristin i małego Gabe'a. 

A teraz jedzie poszukać jakiegoś bezpiecznego miej­

sca. Pani Kristin o niczym nie powiedział, panienka 

wie, dlaczego. Ona by go za nic nie puściła. 

Delilah, wzdychając smutno, otarła oczy rąbkiem 

fartucha. 

- Przygotowałam panu Cole'owi prowiant na 

drogę - opowiadała dalej - a on pocałował mnie 

w policzek i powiedział, że wróci niebawem i wszyst­

ko będzie dobrze. Potem napisał list do pani Kristin 

i zostawił na biurku. Kiedy odjechał, wzięłam ten list 

i zaniosłam jej do pokoju. Rozłożyła kartkę, prze­

czytała, a potem siedziała nieruchomo i patrzyła 

w okno. 

Delilah znów westchnęła i opadła ciężko na skó­

rzaną kanapę. 

- Biedactwo... Zaczęła płakać. Mówiła, że mieli 

jechać razem i wziąć ze sobą małego Gabe'a. A Cole 

pojechał sam, po kryjomu, bo bał się, że ona go nie 

puści. Płakała, cały czas płakała, aż serce się ściskało. 

A potem... Potem przyjechali oni. 

background image

4 7 

W pokoju na chwilę zapadła cisza. 

- Delilah? Czy to byli czerwononodzy? - spytała 

nieswoim głosem Shannon. 

- Tak. I szczęście w nieszczęściu, panienko, bo 

pani Kristin mogła im rzucić w twarz, że się spóźnili. 

Jej mąż wyjechał. Ten olbrzym się wściekł i przyłożył 

pani Kristin nóż do gardła, tak blisko, że ją zadrasnął 

i krew pociekła. To cud, że te zbiry nie wiedziały nic 

o dziecku. 

- Gabe! 

Shannon i Malachi krzyknęli jednocześnie i w tym 

samym momencie zerwali się na równe nogi. Delilah, 

mimo powagi sytuacji, nie mogła powstrzymać 

uśmiechu. Panienka Shannon i kapitan Malachi, 

wiecznie wojujący ze sobą, tylko w sprawie Gabe'a 

byli całkowicie zgodni. Oboje bardzo kochali chłop­

czyka. 

- Nic mu nie jest, panienko. Śpi jak aniołek. 

Baraszkowali sobie z moim synkiem i obaj przysnęli 

na moim łóżku. To już ich tam zostawiłam. I chwała 

Bogu, że te dranie nie wiedzą o dziecku. Ale oni... 

Czarne oczy Murzynki spojrzały na Shannon 

z niepokojem. 

- Oni wiedzą o panience. Chcieli szukać panienki, 

ale ten olbrzym, oni zresztą wołali na niego Bear

4

powiedział, że muszą się śpieszyć i wystarczy, że 

mają Kristin. 

Shannon westchnęła cicho i opuściła głowę. Czy 

można to nazwać szczęściem? Gdyby była w domu, 

4

 Bear - (j.ang.) niedźwiedź. 

background image

4 8 

zabraliby ją na pewno. I pewnie już by nie żyła, bo 

Shannon McCahy rzuciłaby się do walki, jak to ona, 

bez rozumu, na oślep. A ich było wielu, tych czer-

wononogich, tych zwyrodnialców... 

- Malachi, słyszałeś, co mówiła Delilah? - spyta­

ła, podnosząc głowę. - To byli czerwononodzy. 

- Tak. I trochę mnie to dziwi. Słyszałem, że Lane 

i Jennison pozbawieni zostali dowództwa, a ich 

oddziały wcielono do regularnego wojska. 

- Trzeba jak najszybciej odbić Kristin. 

Malachi wstał. 

- Zaraz wyruszam w drogę. 

- Jadę z tobą. 

- Shannon, do diabła! Ty zostajesz. 

- Ale dlaczego? Umiem dobrze strzelać... 

- To nie wystarczy, Shannon. Trzeba jeszcze 

wiedzieć, kiedy strzelać. Ty, niestety, zapominasz 

się zupełnie. Tak jak dziś, kiedy w pojedynkę, 

z gołymi rękami, chciałaś rzucić się na dwudziestu 

czerwononogich. A tu potrzebna jest rozwaga. 

Trzeba jechać za nimi bardzo ostrożnie i kiedy 

rozłożą się obozem, wyczekać odpowiedniej chwili, 

podkraść się i uwolnić Kristin. Nie wolno robić 

rabanu, nie wolno napadać na nich, bo oni wtedy ją 

zabiją. 

- Malachi, ja to wiem. I na pewno będę rozważna. 

- Zostaniesz tutaj. 

Uparty, jak stary muł zmęczony życiem. Czyli 

jedyne, co można zrobić, to uciec się do fortelu. 

Poczekać, aż kapitan Slater zniknie w mroku, wsko­

czyć na konia i podążyć za nim. 

background image

4 9 

Shannon westchnęła głęboko, niemal teatralnie, 

i powoli podniosła się z fotela. 

- No, trudno, skoro tak się uparłeś... To ja teraz 

pójdę i przyniosę ci jakieś bryczesy CoIe'a. 

- Dziękuję, nie trzeba - odparł, ruszając ku 

drzwiom. - Wiem dobrze, gdzie jest jego pokój. 

- Panie kapitanie! - zawołała za nim Delilah. 

- Pan musi koniecznie coś zjeść przed wyjazdem. 

Niech pan się umyje i przebierze, a ja szybciutko 

podam kolację i przyszykuję prowiant na drogę. 

- Masz rację, Delilah. Przed daleką drogą powinno 

się coś wrzucić na ruszt. 

Zasalutował elegancko i wyszedł. A kiedy znikł za 

drzwiami, Delilah jak oparzona zerwała się z kanapy. 

- Panienko Shannon! Ja wiem, że panienka coś 

knuje. 

- Ja? Ależ, Delilah, co ty mówisz - obruszyła się 

Shannon z miną niewiniątka. - Ja tak tylko za­

stanawiam się nad tym wszystkim... 

- O, nie, panienko, ja panienkę dobrze znam. 

Panienka... 

- Daj spokój, Delilah, i chodźmy lepiej do kuchni. 

Pomogę ci przy tej kolacji. A mamy w ogóle coś do 

jedzenia ? 

- A jakże! I mięso, i ziemniaki, tylko wszystko 

zimne. Rozpalę pod kuchnią, a panienka wzięłaby się 

za przygotowanie suchego prowiantu na drogę dla 

pana kapitana. 

W kuchni Delilah zabrała się za krajanie rostbefu. 

Shannon wyjęła z szafki dwie czyste ściereczki 

i ruszyła do spiżarni. Wybrała najładniejsze płaty 

background image

5 0 

podwędzonego mięsa, wołowiny i wieprzowiny, i po-

zawijała w białe płótno. Jak to dobrze, że Delilah 

piekła dziś chleb, będzie można zapakować po jed­

nym świeżym bochenku... 

Nagle usłyszała ostry głos. 

- A co panienka robi najlepszego? 

Murzynka stała w drzwiach, oparta o framugę. 

- Pakuję prowiant. 

- Panienka zrobiła dwa zawiniątka. 

- Malachi lubi sobie podjeść. 

- Aha. I te oba zawiniątka są dla niego?Panienko, 

ja wiem... 

- Delilah, moja złota! 

- Niech panienka tylko się do mnie nie przymila! 

Jak panienka była mała, to przychodziła do mnie na 

kolana, obejmowała za szyję i chciała, żebym po­

zwalała jej na wszystko. Teraz panienka nie musi 

mnie o nic prosić, bo panienka jest dorosła. Ale ja i tak 

wiem, co panience chodzi po głowie. 

- Delilah! Ja muszę jechać za Kristin. 

- Za Kristin pojedzie kapitan Malachi. 

- A jeśli jemu nie uda się jej uwolnić? 

- A panienka uważa, że przysłuży się siostrze, 

jeśli panienka wpadnie w ich łapy? 

- Delilah! 

Murzynka podniosła obie ręce do góry. 

- Ja nic nie mówię! Ja nic nie mówię! I zresztą, nie 

muszę... 

Po jej twarzy przemknął chytry uśmieszek. 

- Bo ktoś inny i tak nie pozwoli panience stąd 

wyjechać. 

background image

5 1 

- Zobaczymy! A ty, pamiętaj, Delilah, masz nic 

mu nie mówić o tym drugim zawiniątku. 

- Nie powiem, nie powiem. Ale to i tak niczego 

nie zmieni. 

Delilah machnęła ręką i mrucząc coś gniewnie pod 

nosem, wróciła do szykowania półmiska. A Shannon 
nie mogła sobie darować. Wykrzywiła się szpetnie do 
jej pleców. Niestety, Delilah jakby to widziała, bo jej 
uwaga była bardzo chłodna. 

- A panienka to ma w głowie pełno siana, za 

dekoltem też. Wypadałoby przed kolacją doprowa­
dzić się do porządku. Zdaje się, że panienka, jak 
zwykle, nie była zbyt miła dla pana kapitana. 

- Natknęłam się na niego przypadkiem w stajni. 

Trochę poróżniliśmy się, to wszystko - wyjaśniła 

Shannon, ze złością wydłubując źdźbła siana zza 
dekoltu. - Teraz idę na górę. 

Z dumnie uniesioną głową wymaszerowała z kuch­

ni, ale po schodach już biegła, uciekając przed złoś­
liwym chichotem Murzynki. A niech tam sobie myśli, 
co chce, ona ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. 
Jak wicher wpadła do swego pokoju, uklękła i spod 
łóżka wyciągnęła dwie skórzane sakwy. Do jednej 
wrzuciła kilka sztuk bielizny, koszulę i bryczesy, 
drugą sakwę, na razie pustą, postanowiła zapełnić 
później prowiantem i amunicją. A amunicji trzeba 

wziąć jak najwięcej. 

Wsunęła sakwy z powrotem pod łóżko i podeszła 

do umywalki. Nalała do miednicy zimnej wody, 
umyła ręce, ochlapała twarz. Wytarła się szybko 
i pospieszyła do lustra, żeby doprowadzić do 

background image

5 2 

porządku uczesanie. Zaklęła cicho. Złocisty gąszcz 

bardzo malowniczo poprzetykany był sianem. 

Chwyciła za grzebień, wyczesała starannie niepożą­

daną ozdobę i upięła włosy w schludny kok. 

Cofnęła się i ogarnęła wzrokiem całą swoją postać. 

Jak teraz wygląda? Czy nareszcie jak dama, wytwor­

na i dostojna? Niestety, policzki, jak na damę, były 

stanowczo zbyt zarumienione. A oczy z podniecenia 

błyszczały niezdrowym blaskiem. 

Shannon poczuła coś na kształt winy. Przecież 

wiedziała, że nie jest to uczciwe, kiedy oszukuje się 

innych, ale... Ale oni porwali Kristin. Oczy Shan­

non natychmiast zwilgotniały, drobne dłonie zacis­

nęły się w pięści. Shannon McCahy nie będzie 

czekać z założonymi rękami. Zrobi wszystko, żeby 

uwolnić swoją siostrę. 

Wyprostowała się, splotła dłonie przed sobą 

i znów spojrzała w lustro. Dystyngowana młoda 

kobieta patrzyła na nią teraz wzrokiem zdecydowa­

nym i poważnym. I ani jednego źdźbła siana za 

staniczkiem eleganckiej sukni. A więc nie jest ile, jest 

po prostu dobrze. 

Szybkim krokiem wyszła z pokoju. W połowie 

schodów jednak zwolniła, na dole bowiem czekał 

Malachi, z tym swoim głupim, przemądrzałym 

uśmieszkiem. 

- Panno McCahy! Pozwoliłem sobie poczekać tu 

na panią, aby upewnić się, że pani rzeczywiście tak 

łaskawa i raczy dotrzymać mi towarzystwa przy 

kolacji. 

Shannon bardzo dostojnie pokonała resztę stopni 

background image

5 3 

i przechodząc koło Malachiego, wyszeptała mu pros­

to w twarz: 

- Naturalnie, że dotrzymam, panie kapitanie. 

W pokoju jadalnym czekał już pięknie zastawiony 

stół. Malachi elegancko odsunął krzesło, Shannon 

usiadła. Malachi nalał do dwóch kieliszków czer­

wonego burgunda i rozsiadł się naprzeciwko Shan­

non. Wypił spory łyk, pozachwycał się głośno wspa­

niałym bukietem i odkroił sobie wielki kawał rost­

befu. Pochłonął go w sekundę, po czym znów odkroił 

sobie następną porcję. 

- Shannon? Ty nic nie jesz? 
- Ty natomiast wcale się nie śpieszysz -mruknęła 

zjadliwie. 

Spojrzał, zaskoczony, i uśmiechnął się. 

- Shannon, obiecuję, na pewno ich dopadnę. Ale 

to trochę potrwa, może nawet kilka dni. Dlatego nie 

żałuj mi jednego gorącego posiłku. Ja od wieków nie 

miałem w ustach nic ciepłego. 

Shannon poczuła się bardzo zawstydzona. Prze­

cież słyszała, że pod koniec wojny konfederaci 

otrzymywali głodowe racje. Jedli spleśniałe sucha­

ry i wszystko, co mogli znaleźć po drodze. 

Uśmiechnęła się więc i podniosła kieliszek. 

- Twoje zdrowie, Malachi! - powiedziała miłym, 

łagodnym głosem. 

Malachi przerwał pracowite przeżuwanie, uniósł 

głowę i nagle zapatrzył się na dziewczynę siedzącą 

vis-a-vis. 

Dziewczynę? Nie. Kobietę. Wojna trwała długo 

i w tych okrutnych czasach Shannon McCahy 

background image

5 4 

wyrosła na bardzo piękną kobietę. Piękną, a w tym 
blasku świec łudząco podobną do zjawy z jego snu. 
To przecież ona. Te same pełne usta, jak pąk róży, 
i kryształowo czysty błękit oczu podkreślony długimi 
ciemnymi rzęsami. Złociste pasma wijących się wło­
sów wymykają się z koka i spływają miękko wzdłuż 
gładkich porcelanowych policzków i smukłej szyi. 
Z głębokiego dekoltu wytwornej sukni wychylają się 
krągłe piersi. 

Piękne stworzenie. Siedzi prościutko, uśmiecha się 

uprzejmie i tak niewinnie. Mała oszustka, naturalnie, 
że coś knuje. Wiadomo zresztą, co. Ma zamiar jechać 
za nim. 

Teraz on uniósł kieliszek. 
- Twoje zdrowie, Shannon! 
- Dziękuję, bardzo pan łaskaw. 
A więc dama, prawdziwa dama z Południa. Czarują­

ca, a to w jakiś sposób komplikowało sprawę. 

- To pani aż nadto łaskawa - wymruczał. Jego 

oczy złagodniały, a dłoń, nie wiadomo kiedy, przy­
kryła małą rączkę panny McCahy, która natychmiast 
odsunęła się na sporą odległość. 

- Jestem ci ogromnie wdzięczny, Shannon, za 

uratowanie mojej nieszczęsnej nogi. 

- Zrobiłam to z wielką przyjemnością. 
- Nie wątpię, nie wątpię... 

Króciutki komentarz można było zrozumieć dwo­

jako, ale Shannon podjęła już decyzję. Żadnych 
sporów, żadnych dyskusji. 

Nagle pomyślała, że tak właśnie jest chyba o wiele 

przyjemniej. 

background image

5 5 

Przed kolacją Malachi zatroszczył się o swój wygląd. 

Umył się i ogolił, a jego włosy były jeszcze wilgotne. 
Nałożył szare spodnie Cole'a i świeżą płócienną koszulę. 
Kołnierzyk miał rozpięty i w tym malutkim dekolcie 

widać było skrawek śniadego ciała. Cała postać Mala-
chiego emanowała męskością. 

Nie, nie spodziewała się, że jakikolwiek mężczyz­

na będzie ją jeszcze pociągał w taki właśnie sposób. 
Że będzie rozpalał jej zmysły... 

Ciepła dłoń Malachiego na jej dłoni, niepokojący 

błysk w jego kobaltowych oczach, nagła świadomość 
męskich kolan, ocierających się o jej spódnicę... siedzi 
przecież tak niebezpiecznie blisko... 

Policzki Shannon oblały się szkarłatnym rumień­

cem. Gwałtownie cofnęła dłoń, omal nie wywracając 

kieliszka. 

- Coś się stało, panno McCahy? 
- Nie, nic się nie stało - powiedziała szybko. - Po 

prostu jestem zmęczona, ten dzień był taki długi 

i ciężki. Nic się nie stało. Boże święty, co ja mówię! 
Przecież się stało, i to coś strasznego... 

Jej głos zadrżał. 
- Znajdę ją, Shannon. A oni na pewno nie zrobią 

jej krzywdy. 

- To są czerwononodzy. 
- Ale Fitz chce mieć ją żywą. Domyślasz się 

przecież, dlaczego ją uprowadzili. 

- Żeby zwabić Cole'a. 
- Tak. I dlatego nic jej nie zrobią, bo inaczej 

stałaby się dla nich bezużyteczna. Wszystko będzie 
dobrze, Shannon. 

background image

5 6 

Skinęła głową, Malachi cofnął rękę. Ale jego 

wzrok, pełen zadumy, nadal był utkwiony w Shan-

non. Wydawało się, że nie ma już ochoty na jedzenie. 

A ona... ona próbowała się zmusić, żeby zapomnieć 

o dotyku jego gorących palców. 

- Smakowało ci? - spytała, kiedy talerz był pusty. 

- Bardzo. 

- Cieszę się. Może jeszcze wina? 

- Z przyjemnością, panno McCahy. 

Napełniła jego kieliszek. Malachi wypił łyk, wes­

tchnął i wypił do dna, po czym wstał od stołu. 

Shannon natychmiast zerwała się z krzesła. 

- Już jedziesz? 

- Tak, już jadę. 

- Przyniosę ci prowiant. Proszę, to twój płaszcz 

i kurtka od munduru. Malachi, nie powinieneś jechać 

w tej kurtce do Kansas. Może dam ci inną? 

- A dlaczego?Panno McCahy, czy nie słyszała 

pani, że wojna się skończyła? Tak przynajmniej 

mówią ludzie. 

- Tak przynajmniej mówią ludzie - powtórzyła 

jak echo Shannon. 

Uśmiechnął się i leciutko dotknął jej policzka. 

Odwróciła się szybko. 

- Przyniosę prowiant. 

- Dziękuję. 

Zrobiła krok, nagle Malachi złapał ją za rękę 

i przyciągnął do siebie. 

Na głowie miał już swój kapelusz z piórami, na 

ramionach płaszcz konfederacki. W przymrużonych 

oczach wesołe iskierki. 

background image

5 7 

- Dziękuję, panno McCahy, to była bardzo miła 

kolacja, dzięki pani uroczej osobie. I niezależnie od 

tego, co się dalej wydarzy, chciałbym, żeby pani 

wiedziała, że sprawiła mi wielką przyjemność. 

Słowa były naprawdę niezwykłe, ponieważ wy­

szły z ust Malachiego Slatera. Shannon nerwowo 

skinęła głową i cofnęła się o krok. 

- To ja... ja przyniosę prowiant. 

- W takim razie spotkamy się przed domem. Ja 

pójdę jeszcze spojrzeć na Gabe'a i pożegnać się 

z Delilah. 

Wpadła do kuchni i chwyciła tobołek z prowian­

tem. Wychodząc, wyjęła z kredensu butelkę starej 

irlandzkiej whisky ojca. 

Malachi zjawił się niebawem. 

- Idę po klacz. 

- Dobrze. Ja tu czekam. 

Patrzyła za nim, póki nie wchłonęła go ciemność. 

Wrócił po chwili. Podjechał galopem na swej gniadej 

klaczy, ściągnął wodze i czekał, aż Shannon zejdzie 

po schodkach i poda mu tobołek z jedzeniem i butelkę 

whisky. 

- A jak twoja noga, Malachi? 

- Dziękuję, moja noga ma się dobrze. 

Zapakował jedzenie i whisky do sakwy. Gniada 

klacz parskała niecierpliwie. 

Shannon odstąpiła od konia. Malachi skinął głową, 

zebrał wodze. 

- Pilnujcie Gabe'a. Wrócę z Kristin możliwie jak 

najszybciej. Mam nadzieję, że Cole dowie się o wszyst­

kim i niebawem tu się zjawi, choć to nic pewnego. Ty, 

background image

5 8 

w każdym razie, bądź w pogotowiu. Kiedy wrócę 

z Kristin, trzeba będzie natychmiast ją stąd gdzieś 

wywieźć i ukryć. Oni na pewno przyjadą tu P° nią 

jeszcze raz. 

- Tak, Malachi. Będę w pogotowiu. 

- A więc bywaj, Shannon! 

Zasalutował, Shannon uśmiechnęła się i pomacha-

ła ręką. Kopyta Heleny zastukały cicho, klacz ruszyła 

w ciemność. 

Kiedy Malachi znikł w mroku, odczekała jeszcze 

chwilę, odwróciła się i jak strzała pomknęła z po­

wrotem do domu. Na przebranie się nie było czasu. 

Wpadła tylko do swego pokoju, wyciągnęła spod 

łóżka sakwy i już zbiegała schodami w dół. 

Delilah kręciła się po kuchni. Shannon, wrzuciw­

szy do sakwy prowiant, podbiegła do Murzynki 

i objęła ją z całej siły. 

- Uważaj na Gabe'a, Delilah! 

- Och, Shannon, Shannon! Panienka nie powinna 

jechać! Myślałam, że on panienkę powstrzyma... 

- Nikt mnie nie powstrzyma, Delilah, sama naj­

lepiej o tym wiesz. Proszę, obiecaj, że dopilnujesz 

Gabe'a. 

- Przecież panienka wie, że nie spuszczę go z oka. 

- Wiem, wiem. Och, Delilah, niebiosa Was ze-

słały, ciebie i Samsona! Nie wiem, co byśmy zrobiły 

bez was! 

- Panienka na pewno nie mogłaby teraz wyjechać. 

- Delilah, ja muszę jechać. Muszę ratować siostrę. 

Cmoknęła Delilah w policzek, chwyciła sakwy 

i wybiegła z kuchni. W sieni zatrzymała się na chwilę, 

background image

5 9 

szybko zdjęła ze ściany kolta i dopełniła drugą sakwę 

amunicją. 

Delilah stała nad nią. 

- Shannon, dziecko drogie, niech panienka będzie 

ostrożna i nie właduje się od razu w jakieś kłopoty. 

Panienka słyszy? 

Shannon skinęła głową, otworzyła drzwi i wybieg­

ła na werandę. Prosto w szeroko otwarte męskie 

ramiona. Te ramiona wbiły ją w podłogę, a krzywy, 

ironiczny uśmiech skutecznie tarasował drogę. 

- Panno McCahy? Czyżby zamierzała pani dzi­

siejszy wieczór spędzić poza domem? - spytał, wyj­

mując jej sakwy z rąk. 

- A tak! 

Chwyciła za sakwy, szarpnęła mocno. Uśmiech 

znikł, Malachi szarpnął jeszcze mocniej i z pasją 

cisnął sakwami o podłogę. 

- Malachi... 

- Nigdzie nie jedziesz, Shannon. 

- Właśnie, że jadę. Nie masz prawa... 

- Mam prawo nie dopuścić, żeby pani dała się 

zabić, panno McCahy! 

Znów się uśmiechnął ironicznie i jednym ruchem 

zgarnął ją z ziemi. 

- Puszczaj! - wrzasnęła, jak oszalała bębniąc 

pięściami po jego plecach. - Ty przeklęty Rebie! 

- Zamknij się. 

- Ty łajdaku! Kanalio! 

Męska dłoń ciężko wylądowała na jej pośladkach. 

- Bardzo dogodne ułożenie ciała - stwierdził z za­

dowoleniem, wkraczając na schody, a każdy krok 

background image

6 0 

Malachiego okraszony był soczystym przekleństwem 
z ust Shannon i solidnym uderzeniem pięścią w jego 
plecy. 

Niestety, mimo zaciekłego oporu Shannon, bardzo 

szybko znaleźli się na piętrze. Długie, posuwiste kroki 
Malachiego niosły ją nieuchronnie w stronę jej poko­
ju. Malachi pchnął drzwi i Shannon dość gwałtownie 

wylądowała na łóżku. Spódnica i halki siłą rzeczy 
uniosły się w górę, dlatego w pierwszym odruchu 
zajęła się przede wszystkim szczelnym otuleniem' 
nóg spódnicą, aby zachować resztki godności. 

- Spokojnie, Shannon, nie tak nerwowo. 
- Dobrze. Spokojnie... - Natychmiast zerwała się 

na kolana, zbliżając twarz do jego twarzy. 

Malachi uniósł znacząco brwi, nie cofnął się jed­

nak, wyraźnie czekając, jaki będzie jej następny ruch. 

A Shannon uśmiechnęła się słodko, opadła na 

poduszki i skrzyżowała ramiona na piersiach. 

- W porządku. Możesz mnie tu zamknąć. 
- Tak. To właśnie zamierzam zrobić. 
- Zapominasz tylko o jednym. Kiedy odjedziesz, 

ja bez żadnych problemów wyjdę stąd przez okno. 

Dlatego mógłbyś wykazać więcej rozsądku i... Ej! 
A co ty tam robisz? 

Malachi najspokojniej w świecie buszował w jej 

komodzie. 

- Malachi? 

Szybko zsunęła się z łóżka, podbiegła i złapała go 

za rękę. A z tej ręki zwisały dwie ciepłe pończochy 
zrobione na drutach. 

- Pozwalasz mi jechać? - spytała z nadzieją 

background image

6 1 

w głosie. Kiedy jednak spojrzała na jego pełną deter­

minacji twarz, nadzieja znikła. Nadal jednak nie 

wiedziała, po co mu te pończochy. Dopóki nie 

chwycił jej wpół i nie rzucił na łóżko. 

- Nie! Malachi! Nie! 

- Niestety, kochanie! Bardzo mi przykro. 

Z ust Shannon natychmiast wylał się potok bar­

dzo niewybrednych przekleństw. Walczyła zaciekle, 

była jednak, jak zwykle, bez szans. Malachi złapał ją 

za ręce i już po minucie obie ręce zostały starannie 

i skutecznie przymocowane pończochami do naroż­

nych słupków łóżka. 

- Malachi Slaterze! Zapłacisz mi za to! A twoja 

noga zgnije i odpadnie! Mam nadzieję, że cały zgni­

jesz i cały się rozpadniesz! 

- Shannon, takie komentarze naprawdę nie przy­

stają damie. 

Skończył swoje dzieło i wyraźnie usatysfakcjono­

wany, przysiadł na brzegu łóżka. A Shannon aż 

trzęsło z bezsilnej wściekłości. Próbowała go kopnąć, 

ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Przysunął się 

jeszcze kawałeczek bliżej, nachylił i delikatnie do­

tknął jej policzka. Prawie z czułością. 

- Nie waż się mnie dotykać! I rozwiąż mnie 

natychmiast! 

- Ślicznie wyglądasz na tym łóżku. 

- A ciebie nikt nie prosił, żebyś na moim łóżku się 

rozsiadał! Wynoś się stąd! 

- Ileż w tobie namiętności, Shannon! Jesteś pory­

wająca. Mam nadzieję, że byłabyś równie ognista, 

gdybyś kiedyś znalazła się w moim łóżku. 

background image

6 2 

- W twoim? Niedoczekanie! Musiałbyś mnie 

przedtem ogłuszyć i związać! 

Szarpnęła wściekle ręką, a Malachi pochylił się 

i jego wargi musnęły jej czoło. 

Co to miało być? Pocałunek? 

- Panno McCahy, gdyby taka rozkoszna sytuacja 

miała kiedyś się zdarzyć, żadne więzy nie będą 

potrzebne... 

I wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Malachi! Nie możesz mnie tak zostawić! - darła 

się Shannon do zamkniętych drzwi. - Ja tu umrę, 

słyszysz? Umrę! 

W odpowiedzi usłyszała drwiący śmiech i odgłos 

klucza, przekręcanego w zamku. 

- Umarłabyś na pewno, gdybyś pojechała za mną 

- dobiegł ją przytłumiony głos - a teraz nic ci się nie 

stanie, jak grzecznie poleżysz parę godzin, dopóki 

Delilah się nie obudzi. 

- Malachi! 

Niestety, szybkie kroki zdecydowanie oddalały się 

już od drzwi. Shannon, wydawszy z siebie jeszcze 

jeden okrzyk największej rozpaczy, zaczęła szarpać 

wściekle rękoma i walić głową o poduszkę. Jej oczy 

napełniły się łzami. Jak ona mogła być tak niepraw­

dopodobnie głupia? 

Nic to. Najważniejsze to nie poddawać się. Tylko 

się nie poddawać! Z każdej sytuacji, nawet naj­

trudniejszej, zwykle jest jakieś wyjście. Przez kilka 

background image

6 4 

długich minut wpatrywała się tępo w sufit. Niestety, 
do głowy nie przychodziło jej nic innego oprócz 
pewnego durnego fortelu. Durnego bardzo, tym nie­
mniej trzeba będzie się do niego uciec. 

Czekała. Tym razem o wiele dłużej, wystawiając 

swoją cierpliwość na ciężką próbę. Musiała być naj­
zupełniej pewna, że Malachi odjechał. Potem nabra­
ła w płuca możliwie jak najwięcej powietrza i wrzas­
nęła. Przeraźliwie głośno i przeraźliwie rozdzie­
rająco. 

Delilah była przy niej już po kilku sekundach. 

Czarna twarz afrykańskiej księżniczki poszarzała. 

- Panienko! Na Boga, co się stałoś-
- Tam, za oknem coś słyszałam! Tam na pewno 

ktoś jest! 

Powieki Shannon szczelnie przesłaniały oczy. 

- Na dworze? Teraz? - szeptała przerażona Delilah. 
- Tak! Tak! Rozwiąż mnie prędko, zanim ktoś 

wejdzie do domu. 

- Już, już, panienko! 
Delilah rzuciła się do łóżka i drżącymi rękami 

zaczęła rozplątywać więzy. 

- Ależ ten pan kapitan mocno zawiązał! 
- Weź lepiej nóż, Delilah! W górnej szufladzie 

w komodzie leży nożyk do rozcinania papieru. 

Delilah pospieszyła do komody, wróciła z noży­

kiem i ponownie przystąpiła do dzieła. 

- Trzeba przyznać, że pan kapitan w tym jest 

dobry - mruczała. 

- Wiem - odparła Shannon ponurym głosem. 

Spojrzała nieopatrznie w górę i jej wzrok napotkał 

background image

6 5 

wzrok Delilah. Murzynka podskoczyła jak oparzona, 
upuszczając nóż. 

- Ach, ty mała diablico! - krzyknęła, grożąc 

Shannon palcem. - Panienka mnie zwodzi! Tam 
nikogo nie ma i nie było! 

Zdążyła rozciąć prawie całą pończochę. Shannon 

szarpnęła ręką z całej siły, przerywając resztki przę­

dzy. Chwyciła szybko nóż i błyskawicznie rozprawi­
ła się z więzami krępującymi drugą dłoń. Była wolna. 
Zerwała się z łóżka, objęła Murzynkę i wycisnęła na 
ciemnym policzku serdecznego całusa. 

- Kocham cię, Delilah. Pilnuj Gabe'a. 
- Shannon! Panienka sama pcha się śmierci w rę­

ce! I to ja będę miała panienkę na sumieniu! Och, mój 
Boże, biedny ojciec panienki przewraca się teraz 

w grobie! 

- Wcale nie! Papa wszystko rozumie! - krzyknęła 

Shannon, stojąc już w progu. 

Boże, ileż to czasu poszło na marne! Malachi 

zdążył odjechać daleko, wcale nie będzie łatwo go 
dogonić. Tej nocy Shannon, naturalnie, wcale nie 
zamierzała stawać z nim twarzą w twarz. Chciała 
tylko go wytropić i niepostrzeżenie podążać jego 
śladem. 

Zbiegła pędem po schodach, chwyciła w biegu 

sakwy leżące na werandzie i pognała do stajni. 

- Nie gniewaj się, Arabesko, musisz zostać - szep­

nęła do swej siwej jabłkowitej klaczy, poklepując ją 
po ciepłej szyi. - Ty lśnisz tak cudnie w blasku 
księżyca... 

Każdy dojrzy z daleka piękną klacz. Dlatego do 

background image

6 6 

takiej wyprawy nadaje się tylko Chapperel, w które­

go żyłach płynie krew szlachetnych arabów i najlep­

szych koni wyścigowych. Przepiękny wałach, vvysóki 

w kłębie na siedemnaście dłoni, szybki jak wiatr. 

I kary. Czarny jak gagat, czarny jak noc. 

Osiodłała konia w mig, nałożyła uzdę i wyprowa­

dziła go ze stajni. Spojrzała w niebo, było bardzo 

rozgwieżdżone. Księżyca prawie nie widać, trudno 

będzie odnaleźć ślady konia Malachiego. Ale ślady 

' dwudziestu koni, które jechały przed nim, trudno 

będzie przeoczyć. Ci jeźdźcy popędzili na zachód, to 

bardziej niż pewne. 

Ile czasu minęło od wyjazdu Malachiego? Chyba 

ponad godzinę. Ścisnęła łydkami boki konia. Ruszył 

z miejsca galopem, zrazu niespiesznym, potem biegł 

coraz szybciej. Nocny wiatr przyjemnie chłodził 

twarz Shannon, niosąc świeży zapach ziemi. Szybko 

przejechała przez ranczo i wjechała na otwarta rów­

ninę, spowitą w mrok. 

Teraz trzeba było wybrać szlak. Naturalnie, nie 

główną drogę, którą często podążały na zachód wozy 

osadników, a w ostatnich latach przeciągało wojsko 

ze swymi armatami i wozami z amunicją. Wjechała 

w boczny szlak, mało uczęszczany, pełen dołów 

i wykrotów, prawie niewidoczny wśród drzew. 

Ściągnęła wodze, zsunęła się z siodła i przykuc­

nąwszy, zaczęła delikatnie macać ziemię. Wyczuła 

grudki poruszonej ziemi i wszędzie dookoła dołki. 

A więc znalazła ślady kopyt. Kiedy wstawała, coś 

leciutko zadrapało ją w rękę. Gałązka, którą ktoś 

niedawno ułamał. 

background image

6 7 

To był szlak, którym powinna jechać. 

Malachi znał Missouri jak własną kieszeń. Znał 

miasta i terytoria zamieszkałe przez Indian, wiedział, 

gdzie są farmy, gdzie ciągną się rozległe rancza. Tak 

samo przez Kentucky i Arkansas, a nawet przez 

część Teksasu mógłby przejechać z zawiązanymi 

oczami. Ale ci, którzy porwali Kristin, pojechali na 

zachód, do Kansas. Za godzinę mogą przekraczać już 

granicę. 

A on w kawalerii konfederatów dosłużył się stop­

nia kapitana i nadal miał na sobie kurtkę od munduru. 

Powinien był się przebrać, jak radziła Shannon. 

Nałożyć zwykłą cywilną marynarkę. Ale myśl o roz­

staniu się z mundurem była bolesna. Ten mundur 

nosił od tak dawna. Taki sam mundur nosiło zbyt 

wielu przyzwoitych, wartościowych ludzi, jego to­

warzyszy broni, których tak wielu w kwiecie wieku 

musiało pożegnać się z życiem. Zbyt wielu, aby o tej 

wojnie zapomnieć. Tej wojnie, która ponoć się skoń­

czyła. Tak przynajmniej mówią ludzie. Abraham 

Lincoln powiedział, że nadszedł czas gojenia ran. 

Nikomu nie wolno okazywać złej woli, wobec każ­

dego należy być sprawiedliwym. 

Ale starego Abego zastrzelono i Południe bardzo 

szybko przekonało się, jak to teraz wszystko będzie 

wyglądać. Południe zostało złamane i wydane na 

pastwę Północy. Najrozmaitsi oportuniści i oszuści 

ciągnęli tu tłumnie i zajmowali piękne posiadłości, 

sprzedawcy alkoholu podburzali dawnych niewol­

ników do nowej wojny przeciwko ich dawnym 

background image

6 8 

panom. Odbierano bogatym domy i plantacje, a bied­

niejszym farmy. Prawie na całym spustoszonym 

Południu wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci umie­

rały z głodu. 

Bez sensu. Nie powinien wjeżdżać w kurtce kon­

federata do Kansas. Ale tak piekielnie trudno z nią się 

rozstać. Bo tak niewiele zostało do oddania. Już chyba 

tylko duma. 

Walczył w regularnym wojsku, w kawalerii. Wal­

czyli mężnie, często porywając się na rzeczy zdawa­

łoby się niemożliwe. Mieli prawo być z siebie dumni, 

nawet jeśli zostali pobici. 

Może więc i przez Kansas udałoby się przejechać 

w mundurze kawalerii Południa ? Gdyby nie był tym, 

kim był. Malachim Slaterem, za którym rozesłano 

listy gończe. Dlatego jutro, za dnia, postara się 

o jakieś cywilne ubranie. Najbezpieczniej udawać 

ranczera wyrzuconego ze swej ziemi. Tak, koniecznie 

musi się przebrać, wszystko w końcu da się przeżyć, 

a zresztą w Kansas nie będzie długo. Po uwolnieniu 

Kristin natychmiast trzeba stamtąd uciekać. W głąb 

Missouri, gdzie jest mnóstwo bezpiecznych miejsc, 

nadających się na kryjówkę. Przeczekać tam, dopóki 

nie dobiją do nich Cole i Jamie. I wszyscy razem 

muszą uciekać z kraju. Do Meksyku, a może nawet 

dalej, do Europy. 

Ta myśl rozwścieczyła go. Jakaż to niesprawied­

liwość! Braciom Slaterom nie dano żadnej możliwoś­

ci, aby wyjaśnili cokolwiek. Ściga ich się jak najwięk­

szych przestępców. Ten bogaty sukinsyn już ich 

napiętnował, a ponieważ byli rebeliantami z Połu-

background image

6 9 

dnia, piętno przylgnęło bardzo łatwo i prawdopodob­

nie nie sposób go zmazać. 

Była już prawie północ, kiedy w dali, między 

drzewami, błysnęło coś złociście. Ognisko. Czerwo-

nonodzy rozłożyli się obozem. 

Podjechał jeszcze kawałek, wstrzymał konia 

i szepnąwszy klaczy coś do ucha, ruszył dalej 

na piechotę. Jak najostrożniej, klucząc między 

drzewami. Udało mu się podkraść bardzo blisko, 

a nawet znaleźć miejsce dogodne, za sporym 

głazem, skąd mógł wszystko dokładnie dojrzeć. 

Czerwononodzy rozłożyli się na polanie w za­

gajniku tuż nad brzegiem wąskiego strumienia. 

Było ich co najmniej dwudziestu. Kilku mężczyzn 

było zajętych gotowaniem, z jednego kociołka 

unosił się zapach fasoli, z drugiego zajęczego 

mięsa. Paru mężczyzn leżało przy ognisku, oparł­

szy się wygodnie na swoich siodłach. Trzech 

mężczyzn pilnowało koni, uwiązanych niedaleko 

strumienia. 

W prześwicie między drzewami dojrzał jeszcze 

dwóch mężczyzn, uzbrojonych w spencery. Nowe, 

samopowtarzalne, a więc niełatwo będzie na nich 

zapolować. Ci mężczyźni kręcili się w pobliżu jed­

nego z drzew, rosnących prawie nad samym strumie-

neim. Malachi wytężył wzrok, pod drzewem dojrzał 

skuloną postać. 

Kristin. 

Przywiązali ją do tego drzewa. Siedziała na ziemi, 

z zamkniętymi oczami, piękne złocistobrązowe wło­

sy opadały na przeraźliwie bladą twarz. Tych dwóch 

background image

7 0 

ją pilnowało. Teraz do Kristin zbliżył się trzeci 

mężczyzna, ten osiłek, który wyniósł ją z domu. 

Pochylił się nad nią. Natychmiast otworzyła oczy 

i nawet z tej odległości Malachi widział, ile w nich 

było nienawiści. Mężczyzna zupełnie tym się nie 

przejął, tylko zaśmiał się rubasznie. 

- Spokojnie, ślicznotko! Pomyślałem sobie tylko, 

że może zgłodniałaś. 

- Masz nadzieję, że kobitka ma apetyt na takiego 

jak ty, Bear? - krzyknął wysoki chudzielec z wyjąt­

kowo sumiastym, chyba nigdy nie strzyżonym wą­

sem. Podniósł się z ziemi i wolnym krokiem podszedł 

do Kristin. - A może szanowna pani ze mną zje 

kolację? Roger Holstein, do usług! 

Plunęła mu prosto w twarz. Kilku mężczyzn 

parsknęło śmiechem, Holstein szarpnął się, ale mocar­

ne ramię Beara osadziło go w miejscu. 

- Łapy przy sobie, Holstein! 

- Niby dlaczeg? Mieliśmy rozkaz odszukać Co­

le? Slatera, o tej kobiecie nikt nie wspominał. Co 

szkodzi, jak się trochę z nią zabawię! 

- A my? - krzyknął jakiś mężczyzna koło ogniska. 

- My też... 

- Nikt nie będzie jej miał! - ryknął Bear, wyma­

chując pięścią. - Zrozumiano? Ta kobieta należy do 

mnie! A w tym oddziale ja wydaję rozkazy! 

- Niedoczekanie - mruknął Holstein. - Wojna się 

skończyła, nie jesteśmy już oddziałem. 

- Jesteśmy! I teraz służymy pod Fitzem. Zawie­

ziemy mu żonkę Slatera, a teraz włos jej z głowy nie 

spadnie. Ja wiem, czym pachnie ten Slater, byłem 

background image

7 1 

tam, kiedy zastrzelił Harry'ego i wystrzelał połowę 

oddziału. Wolę nie mieć go na karku. Dlatego wara od 

tej kobiety! 

Roger Holstein odstąpił. 

- Dobra, Bear, niech będzie, jak chcesz. Kiedy 

wrócimy do Fitza, zobaczymy, co dalej. 

Malachi spojrzał na Kristin. Oczy miała zamknię­

te. Na pewno modliła się w duchu. Chwała Bogu, że 

to Kristin, a nie Shannon. Shannon nie potrafiłaby 

zachować milczenia. Shannon niezmordowanie sta­

wiałaby opór. Kopałaby i gryzła, wymyślając wszyst­

kim kwieciście, sprowadzając na siebie jeszcze więk­

sze nieszczęście. 

Malachi osunął się za swoim głazem, przysiadł 

i zamknął oczy. Co mu, u licha, strzeliło do głowy, 

żeby teraz rozmyślać o Shannon? O tej jędzy, złoś­

nicy, wariatce... ale tak pięknej, że... Może nawet 

piękniejszej niż Kristin. Shannon była jak roztań­

czony płomień, pełna życia, wręcz wibrująca. Zdawa­

ło się, że jej złociste loki też utkane są z ognia. Jej oczy 

pełne blasku, nierzadko sypiące iskry, a głos tak 

dźwięczny i czysty jak u skowronka. Nawet kiedy 

wrzeszczała. Tak. Jest piękna. I jest już dorosła. 

Oparł się plecami o głaz i nasunął kapelusz 

głębiej na czoło. Wydoroślała czy nie, nadal jest to 

Shannon McCahy, smarkula, która sekowała go od 

zawsze. 

A kiedyś ją pocałował. Siedzieli sobie na weran­

dzie, gdy przez ranczo przejeżdżał jankeski patrol. 

Shannon, niech Bóg ma w opiece jej słodki tyłek, 

miała wielką ochotę wydać Malachiego w ich ręce. 

background image

7 2 

Dlatego ją pocałował, żeby nie mogła do tych 
Jankesów wrzasnąć. Ten pocałunek okazał się nad­
spodziewanie słodki. Shannon była cała rozpłomie­
niona, naturalnie ze złości, tym niemniej rozpłomie­
niona i to bardzo na niego podziałało. Oprzytomniał 
dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie, z kim się 
całuje. Tak, ten pocałunek był nadspodziewanie 
słodki. 

Otworzył oczy. Zacisnął zęby i po chwili aż 

sapnął. Bo właśnie zdał sobie sprawę z rzeczy wielce 
nieoczekiwanej. Ta smarkula podoba mu się. Więcej. 
On jej pożąda, pragnie, jak głodny chleba, jak sprag­
niony wody. Sam fakt, że czuje pożądanie, wcale go 
nie zdumiewał. W jego dorosłym życiu zdarzyło mu 
się to nieraz. A w latach wojny, kiedy tak łatwo było 
zdobyć kochankę czy kochanka - i równie łatwo 
stracić - wiele młodych kobiet, także mężczyzn, 
skwapliwie korzystało z każdej sposobności. Malachi 
też. Miał i wdowę w Arkansas, i samotną kobietę na 
opuszczonej farmie w Kentucky, i dziewczynę z tanc-
budy w Missisipi. 

A kiedyś, dawno temu, kochał. Był naprawdę 

zakochany w Ariel Denison. Oboje byli jeszcze bar­
dzo młodzi. Ona na jego widok rumieniła się prze­
ślicznie, a jemu wystarczyło jedno spojrzenie wiel­

kich ciemnych oczu, by krew uderzała mu do głowy. 

Ślub miał się odbyć w czerwcu, czekali cały maj. Te 
dni słoneczne, pachnące, spędzali razem. Trzymając 
się za ręce, zbiegali do strumienia i zanurzali w krysz­
tałowej wodzie. Potem kryli swe nagie ciała w wyso­

kiej, bujnej trawie. Kochali się. Nigdy potem Malachi 

background image

7 3 

nie przeżywał czegoś równie głębokiego, równie 

cudownego... 

Zanim nadszedł czerwiec, Ariel umarła. W okolicy 

szalała epidemia cholery. Ariel uśmiechała się do 

końca, wsłuchana w słodkie słowa miłości, które 

szeptał jej, szeptał, póki nie wydała ostatniego tchnie­

nia. Nie dbał o to, że sam może się zarazić. Choroba go 

oszczędziła. Potem już nigdy więcej nie pokochał 

żadnej kobiety. Cały kapitał uczuć oddał rodzinie, 

a kiedy wybuchła wojna - konfederatom. Zapomniał, 

co to miłość do kobiety. 

Pożądanie to co innego, taka już jest męska natura. 

Tym niemniej zdumiało go, że zapragnął właśnie 

Shannon McCahy. Tej zmory, która prześladowała 

go za każdym razem, gdy zjawił się na ranczo 

McCahych. I do tego fanatycznej zwolenniczki 

Unii... 

- Ej! Chłopaki! - krzyknął któryś z czerwono-

nogich. - Słyszeliście ? 

Malachi ostrożnie wyjrzał zza skały. Wartownicy 

przy koniach kręcili się niespokojnie. Wszyszcy męż­

czyźni wokół ogniska, porozkładani już do snu, 

unieśli głowy. 

Bear długimi krokami sadził do wartowników. 

- Co tam? - wołał. - Niczego nie słyszałem. 

- Tam ktoś jest! W tamtych krzakach! 

Małacbi zamarł. A więc zobaczyli go... Niemoż­

liwe. Usłyszeli go? Bzdura. Przecież oni wszyscy 

patrzą w drugą stronę. 

- Przestraszyłeś się rysia? - warknął Bear. - Albo 

jakiejś głupiej łasicy? 

background image

74 

- To nie była łasica - upierał się wartownik. 

- No, dobra, sprawdzimy. Wills! Hartman! Ro­

zejrzyjcie się trochę! A reszta niech będzie w pogo­

towiu. 

Jeśli zaczną węszyć, prawdopodobnie natkną się 

na gniadą klacz! Malachi zaklął w duchu i znów 

usiadł za swoją skałką. Tu przynajmniej nie będą 

węszyć, przecież nikt nie szuka pod własnym nosem. 

Czyli chyba nie jest źle. Musi tylko siedzieć tu murem 

i czekać, a kiedy czerwononodzy zasną, zakradnie się 

do Kristin. Najlepiej od strony strumienia. No i będzie 

musiał zabić tych dwóch przy koniach. Trudno, ale to 

chyba będzie nieuniknione. 

Nagle jego myśli skupiły się na czymś innym. Tak, 

to nie było złudzenie. Ziemia pod jego dłońmi za­

drżała, ziemia wysyła wiadomość. 

Konie. 

Przypadł do ziemi całym ciałem, przyłożył ucho. 

Tak. Konie. Ktoś jedzie nocą. Kilku jeźdźców. Są 

niedaleko, jadą w tym kierunku. Patrol Unii? A mo­

że jacyś południowcy wracają z wojny do domu... 

Nagle poderwał się. W ciszę nocy wdarł się krzyk, 

ostry, przeraźliwy, pełen wściekłości. Krzyk kobie­

ty. Wyjrzał zza głazu i z jego ust wyrwało się jedno 

z najgorszych przekleństw, jakie znał, uzupełnione 

obietnicą: 

- Jeśli z tej wariatki choć jeden kawałek zostanie 

przy życiu, ja i tak obedrę ją żywcem ze skóry! 

Hartman i Wills wkraczali właśnie na środek 

polany, dźwigając wrzeszczącą i szamoczącą się 

Shannon. Wills wyraźnie utykał. 

background image

7 5 

- Suka! - klął głośno. - Chyba odstrzeliła mi palec 

u nogi. 

- Ciesz się, że tylko to - rechotał Roger. - Po­

dziękuj Bogu, że ona nie umie celować. 

- Nie umie? - wrzasnęła Shannon. - Ty durniu, 

celowałam właśnie w nogę! Niech się cieszy, że nie 

w serce! 

Wills nie odezwał się, nikt zresztą nie oponował. 

Jakby wszyscy byli przekonani, że słów Shannon nie 

można zakwestionować. 

- Idź ty, jędzo - warknął Wills i razem z Rogerem 

cisnęli Shannon na ziemię. 

Wylądowała na kolanach. A Malachi znów zaklął 

w duchu. Psiakrew! Ona się przebrała. Na nogach 

miała solidne brązowe buty, poza tym czarne spod­

nie, cholernie obcisłe, i męską kraciastą koszulę. Jej 

kapelusz poniewierał się w trawie, parę metrów dalej, 

gdzieś w pobliżu zapewne leżały szpilki, które przed­

tem może i utrzymywały w porządku uczesanie 

Shannon. Teraz jednak bogaty słoneczny gąszcz 

opływał drobną twarz dziewczyny i wił się po jej 

ramionach. 

Shannon nie mogła wyglądać bardziej prowokują­

co. Niestety, nie on jeden to zauważył. Wszyscy 

czerwononodzy, jak jeden mąż, zaczęli powstawać 

ze swoich miejsc i otaczać Shannon kołem. Roger 

Holstein, cmoknąwszy głośno parę razy na znak 

największej aprobaty, podszedł do Shannon bardzo 

blisko. 

- No, no... A kogóż my tu mamy? 

Shannon natychmiast zerwała się na równe nogi. 

background image

7 6 

Jej oczy miotały błyskawice. A usta Malachiego 
bezgłośnie przekazały błagalne przesłanie: 

- Shannon, bądź grzeczną dziewczynką, daj się 

związać, nie szalej. Ja na pewno cię z tego wydobędę, 
przysięgam, tylko nie bądź głupia. 

Ona jednak zamierzała być ze wszech miar nie­

rozsądna. Kiedy Roger wyciągnął do niej rękę, za­
topiła w niej zęby. Roger zawył z bólu i uderzył 
Shannon na odlew. Tak mocno, że z powrotem 
upadła na ziemię. 

- Suka! - ryknął. Reszta mężczyzn zaśmiała się 

obrzydliwie, jak hieny. 

- Ciesz się przynajmniej, że do ciebie nie strzeliła 

- zawołał Wills. 

Roger, ssąc obolałą dłoń, znów podchodził do 

Shannon. 

- Nie zbliżaj się do niej - krzyknął nagle Bear, 

wysuwając się na środek koła. 

- Niedoczekanie! - warknął Roger. - Tamta jest 

dla Fitza, ale ta może być dla mnie! 

- Prędzej umrę - zasyczała Shannon. - A przed­

tem zabiję cię, draniu... 

Chyba rozumiała, że jedynym jej ratunkiem jest 

Bear. Pozbierała się z ziemi i trzymając się za obolały 

policzek, wsunęła się za szerokie plecy osiłka. 

- Zejdź mi z drogi, Bear! - ryknął Roger. - Ona 

jest moja! 

- Nie! 
- Masz już żonę Slatera! 
- A to jest jego szwagierka, durniu! 

Roger z głupią miną przez dobrą chwilę przyglądał 

background image

77 

się uważnie twarzom obu kobiet. Podobieństwo było 

aż nadto widoczne. 

- A więc to są siostry... 

- Tak! - krzyknęła nagle Kristin. - To moja 

siostra! I jeśli któryś ją tknie, to ja się zabiję! 

Zobaczycie, wy dranie! 

- Kristin! 

Shannon, jak oszalała, rzuciła się w stronę Kristin. 

- Poczekaj no, mała! - krzyknął Bear ze śmie­

chem, łapiąc ją wpół. - A dokąd to? Nie lepiej 

przytulić się do wujaszka niedźwiadka ? 

Szarpnął za koszulę Shannon. Z przodu, na pier­

siach. Cichy odgłos pękającego materiału zagłuszył, 

potężny ryk. Shannon kopnęła. Wiedziała dokładnie, 

gdzie kopnąć. Bear puścił ją i zgiął się wpół. A ręka 

Shannon wykonała błyskawiczny ruch do olstra. 

- Nie ruszać się - warknęła i z koltem, wycelowa­

nym w mężczyzn, zaczęła cofać się powoli w kierun­

ku Kristin. - Umiem dobrze obchodzić się z tą 

zabawką! 

- I tak nie dasz rady zabić nas wszystkich - mruk­

nął Roger, nie odważył się jednak ruszyć z miejsca. 

- Ale co najmniej sześciu wykastruję. 

Co najmniej sześciu czerwononogich cofnęło się 

o krok. 

- Chcę tylko moją siostrę i... 

Mówiła coś dalej, ale Malachi już nie słuchał. Za 

plecami Shannon ktoś się poruszał i Malachi widział 

już, kto. To był jeden z wartowników, tych od koni. 

Podkradał się, w uniesionej ręce trzymał nóż. Psia­

krew! Malachi nie mógł strzelić do niego, bo Shannon 

background image

7 8 

stała dokładnie na linii strzału! Gdyby poruszyła się, 
choć minimalnie, choć o włos... Niestety, nie poru­
szyła się. Wartownik dopadł do Shannon, nóż błysnął 
przy jej gardle. 

- Wykastrować nas - prychnął Roger, kiedy kolt 

Shannon upadł na trawę. - I po co, ślicznotko? My 

wszyscy, po kolei, możemy dać ci tyle rozkoszy, że 

sobie nawet tego nie wyobrażasz. 

Shannon stała bez ruchu, ale poruszył się mężczyz­

na z nożem. Nareszcie. Nieznacznie, tyle jednak, ile 
trzeba. Malachi wycelował. Wartownik dostał dokład­
nie między oczy. Shannon natychmiast schyliła się po 
swego kolta, a wśród mężczyzn zakotłowało się. Kilku 
rzuciło się do Shannon, reszta kręciła się niespokojnie, 
starając się zapewne dojść, z której strony padł strzał. 

A Malachi strzelał dalej. Nie miał wyboru. Starał się 

celować jak najlepiej, jednocześnie ani na chwilę nie 
tracąc z oczu Shannon. Czerwononodzy padali na 
ziemię, wzbijając kłęby kurzu, krzyczeli. Ale było ich 
za dużo, za dużo... Nagle wśród tego zamętu dojrzał, 
jak Bear, podniósłszy się ciężko z ziemi, skrada się 
z tyłu do Shannon, wymierza jej potężny cios i Shan­
non osuwa się na ziemię. A Bear ryczy: 

- Łapcie go! Tego robala, co chowa się tam za 

drzewami! 

- Robala ? 
Wysoka postać Malachiego wynurzyła się zza 

skały. 

- Licz się ze słowami, ty szakalu! Jestem kapitan 

Malachi Slater, ostatnio walczyłem w najlepszej 
kawalerii Hunta! 

background image

7 9 

- Przeklęty Reb! - krzyknął jeden z wartow­

ników. 

- Więcej! - zagrzmiał Bear. - To przeklęty Reb 

Slater! Zabić go! 

Strzelał dalej. Bez przerwy. Stał i strzelał do 

nadbiegających czerwononogich, którzy również 

strzelali. Kilka pocisków przeleciało nad skałą. Byli 

już tak blisko, bardzo blisko, ale miał jeszcze swoją 

szablę. Siekł dwóch, którzy byli najbliżej. Za nimi 

nadciągali inni. Natarł z szablą na pierwszego z nich. 

Nagle, kątem oka, dostrzegł lufę karabinu. A więc 

koniec, nie ma nawet czasu, żeby prosić Boga o od­

puszczenie grzechów, nie ma czasu na najkrótszą 

modlitwę... 

Huk wystrzału. Jankes, celujący do niego z ka­

rabinu, osuwa się na ziemię. Malachi, oszoło­

miony, spojrzał w górę. Konie. Jeźdźcy. Są na 

zboczu. 

- Banda czerwononogich! - krzyknął jeden 

z nich, siedzący na siwym jabłkowitym ogierze. 

- Czerwononodzy, krwawi oprawcy! Śmierdziele, 

mordercy! 

Z kilku gardeł wydobył się okrzyk. Zawołanie 

rebeliantów z Południa. Zew do boju. Dziki, za­

grzewający do walki, dla uszu Malachiego najsłodszy. 

Niestety, wiedział już, kim są ci jeźdźcy. To chłopcy 

od Quantrilla. Dwóch z nich już rozpoznał. Frank 

i Jesse Jamesowie. Jesse był jeszcze dzieciakiem, kiedy 

po raz pierwszy posmakował krwi. Ale wojna bardzo 

szybko robi z chłopców mężczyzn. 

Niezbyt sobie cenił bushwhackerów, to oczywiste. 

background image

8 0 

Ci chłopcy jednak zjawili się w samą porę. Wytężył 

wzrok. Już natarli. Wokół ogniska rozgorzała regular­
na bitwa. Ale wśród tego kłębowiska koni i wal­
czących ze sobą mężczyzn znikła gdzieś jasnowłosa 
postać Shannon. Nagle, od strony strumienia, rozległ 
się rozdzierający krzyk. W prześwicie między dwoma 
końmi dojrzał Beara koło Kristin. Rozciął jej więzy, 
pochwycił dziewczynę i przerzucił ją sobie przez 
ramię. Do Beara biegł Roger Holstein, za nim kuśtykał 
Wills, z nogą broczącą krwią. Do diabła! Tylko nie to! 
Bear przerzucił Kristin przez grzbiet konia i wskoczył 
na siodło. Holstein i Wills dosiedli już koni, już 
kierowali się w stronę szlaku wiodącego na zachód... 

Do diabła! Nie! Rzucił się przed siebie, wbiegł 

między walczących mężczyzn, ale Bear i jego kom­

pani ginęli już w ciemnościach. 

Znów rozdzierający krzyk. 

- Malachi! 

Odwrócił się i w tym samym momencie jeden 

z braci Jamesów przegalopował obok Shannon, wciąga­
jąc ją na konia. 

- Ale ci się trafiła dziewczyna, Frank! - krzyknął 

któryś z bushwhackerów. 

-

 To nie jakaś tam dziewczyna, Jessie! To kocha­

nka Jankesa! Smarkula od McCahych, spiknęła się 
z takim jednym, zanim daliśmy mu łupnia... aua!... 
Ty, ona gryzie! 

- Ty wredny bushwhackerzel 

Krzyk Shannon był bardzo głośny, jak zwykle. Ale 

tym razem był inny. Tym razem był pełen bólu. 
Shannon właśnie w tym momencie dowiedziała się, 

background image

8 1 

że uwożą ją bushwhackerzy, oprawcy kapitana Ells-

wortha. 

- Shannon! - krzyknął Malachi na całe gardło. 

Jego głos zginął wśród huku wystrzałów i szczęku 

szabli. 

- Chłopaki! Zabieramy się stąd! - krzyknął Frank 

i parę razy wystrzelił w powietrze. 

Konie przemknęły, jeden po drugim. I nagle na 

polanie zapadła cisza. Malachi był sam. Sam wśród 

trupów. Zginęli prawie wszyscy czerwononodzy. Ich 

ciała były porozrzucane po ziemi, nieruchome twarze 

przytulone do siodeł, derek, sztywne palce zaciśnięte 

na broni. Część zginęła od kul, resztę rozsiekły szable. 

Poległ tylko jeden bushwhacker. Młody chłopak z wiel­

ką krwawą plamą na koszuli. Dostał kulę w samo 

serce. 

Malachi wolnym krokiem wyszedł z polany i sta­

nął u wylotu drogi. Spojrzał w ciemną noc. Z daleka, 

gdzieś z bardzo daleka, dochodził coraz bardziej 

milknący odgłos kopyt. Psiakrew! Czerwononodzy 

uwieźli Kristin na zachód, a bushwhackerzy porwali 

Shannon i odjechali na wschód. W którą stronę ma 

teraz jechać Malachi SIater? 

Nie zastanawiał się długo. Najpierw trzeba odbić 

Shannon. Z chłopakami Jamesa może uda mu się 

jakoś dogadać, a Shannon będzie musiała to prze­

łknąć. Tak, najpierw trzeba jechać za Shannon. 

Chociaż tak do końca sam nie wiedział, dlaczego tak 

zdecydował. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Shannon nie przypominała sobie, żeby kiedykol­

wiek dane jej było przeżyć noc równie koszmarną. 

Już na samym początku upiornej jazdy powiedziała 

jeźdźcom coś, co wyjątkowo im się nie spodobało. 

Zatrzymali się wtedy na chwilę, związali jej ręce 

i nogi, wepchnęli knebel do ust i potem już tak 

naprawdę ruszyli w drogę. Widać było, że teren znają 

bardzo dobrze, każdy skrót. Pędzili równiną, zwal­

niali, wpadali w las czy jakieś zarośla i znów wyjeż­

dżali na otwartą przestrzeń. A podczas jazdy pogady-

wali ze sobą. 

- Willie dostał w samo serce, niczego już nie 

można było zrobić. 

- Może ktoś odnajdzie jego ciało i odwiezie matce. 

- Tak, ktoś powinien go odnaleźć. 

- Niech Bóg ma go w swojej opiece. 

- Nas wszystkich, nas wszystkich. 

Shannon trudno było pojąć, jak ci ludzie mogą 

background image

8 3 

prosić Boga o cokolwiek. Przecież oni jeździli 

z Quantrillem, jeździli z krwawym Billem Ander­

sonem i z małym Archiem Clementem. Może to 

oni tego straszliwego dnia byli koło Centralii 

i wraz z innymi bushwhackerami zmasakrowali 

niewielki oddział jankeskich rekrutów, których 

wysłano za nimi w pościg. Odrąbywali ręce i nogi, 

skalpowali konających, wpychali im do gardeł ob­

cięte uszy, nosy i genitalia. Tak umarł kapitan 

Ellsworth... 

Jej Robert... 

Shannon, związana, zakneblowana, przerzucona 

przez grzbiet konia jak worek z owsem, nie mogła 

teraz myśleć o niczym innym. W jej półprzytomnej 

głowie kołatała się tylko jedna myśl, o tej śmierci 

najstraszliwszej, myśl rozdzierająca jej serce na ka­

wałki. 

Ta noc wlokła się w nieskończoność. Potem Shan­

non uświadomiła sobie nagle, że noc minęła. Nad­

szedł dzień. Skowronki witały go cudnym śpiewem, 

promienie słońca grzały umęczone plecy. Gdzieś 

w pobliżu cicho szemrał strumień. Musieli odjechać 

od tamtej polany bardzo daleko. Kristin... Gdzie jest 

teraz Kristin? 

Uwięziono ją w jedną stronę, a Shannon w drugą. 

Na tamtej polanie na pewno był jeszcze Malachi. 

Widziała go przecież, strzelał, walczył szablą. Nagle 

zniknął jej z oczu, potem ukazał się jeszcze raz, 

dokładnie w chwili, gdy jeden z bushwhackerów wcią­

gał ją na konia. Malachi prawdopodobnie pojechał za 

Kristin, za swoją bratową. To dobrze, to bardzo 

background image

8 4 

dobrze. Przecież te czerwononogie bandziory mogą ją 
skrzywdzić. 

A ci tutaj... Co oni z nią zrobią ? Wiedzą dobrze, 

kim ona jest. Wiedzą, że jest córką starego Gabriela 
McCahy'ego i szwagierką Cole'a Slatera, ale to chyba 
nie jest dla nich tak istotne. Najważniejsze to fakt, że 
zaręczona była z jankeskim oficerem, jej brat walczył 
w szeregach Unii, a ona sama nienawidzi bushwhac-
kerów

 z całego serca. Co z nią zrobią? Nic nie może 

być gorsze od tych tortur, które teraz znosi. Jak długo 
jeszcze wytrzyma tę koszmarną jazdę, z głową zwie­
szoną w dół, nieustannie obijającą się o spocony bok 
konia ? Bolało ją wszystko, całe ciało, każdy jego 
kawałeczek. I zdawało się, że tym męczarniom nigdy 
nie będzie końca. 

Nagle konie stanęły. Czyjeś ręce chwyciły ją wpół 

i mocno pociągnęły w dół. Zabolało strasznie, jakby 
ktoś złamał jej obie ręce. Ale nie krzyknęła. Nie miała 
siły nawet jęknąć. 

Jeden z bushwackerów pchnął ją pod drzewo. 
- Siadaj tu, ty Jankesko - burknął. 
Reszta mężczyzn również pozsiadała z koni i oto­

czyła Shannon półkolem. 

- Frank? Co z nią zrobimy? 
Ten, który spytał, nazywał się Jesse i był bratem 

Franka. To ich rozmowy Shannon słuchała podczas 
jazdy. 

- Ciekawe, czego chcieli od niej czerwononodzy 

- mruknął Frank. 

- Tego, czego mężczyzna zwykle chce od kobiety 

- odezwał się gdzieś z tyłu któryś z mężczyzn. 

background image

8 5 

Wysoki, ciemnowłosy, z bardzo krótko przystrzyżo­

nymi wąsami. Uśmiechał się obleśnie i patrzył tak, 
jakby rozbierał ją oczami. 

- Trzeba wyjąć knebel - powiedział Jesse. - Jej 

niewiele już brakuje. 

Frank jednym ruchem wyciągnął Shannon knebel 

z ust i rozciął więzy, krępujące nogi i ręce. Krew 
w żyłach Shannon zaczęła krążyć szybciej, nadal 
jednak każdy ruch sprawiał jej niewysłowiony ból. 
Oparła się o drzewo i rozcierając sobie nadgarstki, 
spoglądała na mężczyzn. Było ich aż pięciu. Jesse 
i Frank, Jesse z okrągłą, chłopięcą twarzą, Frank 
zdecydowanie starszy od brata, wyższy i szczuplej­
szy. Obok nich ten ciemnowłosy mężczyzna, który 
rzucił złośliwą uwagę i jeszcze dwóch mężczyzn, 
niższych, jasnowłosych, chyba też braci. 

- Jak się nazywasz?- - spytał Jesse. 
- To Shannon, Shannon McCahy - odezwał się 

ciemnowłosy mężczyzna. - Kiedy federalni uwięzili 
nasze rodziny, ją też zabrali razem z siostrą.Trzymali 
je w tym domu, co się zawalił. 

- Czyli ona jest konfederatką. 
- Żadną konfederatką - przerwał Frank i splunął 

na ziemię. - Słyszałeś, co mówiła. Ona jest Jankeską, 
przeklętą Jankeską. Tak jak jej szanowny ojczulek, 
ten stary... 

W jednej sekundzie siły wróciły, znikł ból. Shan­

non jak sęp rzuciła się na Franka, powalając go na 
ziemię. 

- Mordercy - syczała, okładając go pięściami. 

- Podstępne szakale, łotry.... 

background image

8 6 

Kolt. Frank miał wsunięty za pas kolt. Chwyciła za 

broń, wycelowała mu prosto w nos. Pozostali męż­

czyźni rzucili się do niej, ale błyskawicznie odwróciła 

się i wymierzyła w Jesse'a. Podniósł obie ręce i cofnął 

się o krok. 

- To nie my zabiliśmy twojego ojca - powiedział 

dziwnie łagodnie. - Nas tam nie było. Zeke Moreau 

miał swoich ludzi, działał na własną rękę, przecież 

wiesz. A ty patrzysz na wszystko z jednej strony, tak, 

tylko z jednej. To niesprawiedliwe. Bo oni, ci jay-

hawkerzy,

 czerwononodzy, przyszli pierwsi. Spalili 

nasze farmy, pozabijali nasze rodziny. 

- Ale nikt nigdy nie zrobił czegoś tak strasz­

liwego, jak w Centralii! - krzyknęła załamującym się 

głosem. - Tego nie mogli zrobić ludzie, tylko bestie, 

najbardziej prymitywne bestie... 

- Prawdopodobnie nie masz pojęcia o wyczynach 

swoich przyjaciół, czerwononogich - rzucił zjadliwie 

ciemnowłosy mężczyzna i niespiesznym krokiem 

zaczął podchodzić do Shannon, nie spuszczając oczu 

z kolta. - Panno McCahy, pani pozwoli, że się 

przedstawię. Justin Waller, do usług. Ja byłem w Cen­

tralii. 

- Ty łajdaku! 

Wycelowała prosto między oczy. Pociągnęła za 

cyngiel. Usłyszała tylko cichutkie kliknięcie. Kolt był 

pusty. 

- Suka! - warknął Justin. Rzucił się na Shannon, 

powalił ją na ziemię i brutalnie wykręcił jej rękę do 

tyłu. 

- Justin! -krzyknął Jesse. 

background image

8 7 

- Chciała mnie zabić! 

- Ale uważaj. Nie ustaliliśmy jeszcze, co z nią 

zrobić. 

- A ja już wiem - mruknął Justin. Jego dłoń 

przesunęła się po szyi Shannon i piersiach, prawie 

obnażonych. - Jesse, daj no tu kawałek sznura. 

. Zabawię się z tą ślicznotką, ale później. Teraz jestem 

piekielnie zmęczony. 

Jesse wyciągnął zwój sznura spod przedniego łęku 

swego siodła. 

- Masz, Justin. Ale nie zapominaj, że nie podjęliś­

my jeszcze decyzji. 

- Jakiej tam znowu decyzji - mruknął Justin 

i wykręciwszy rękę Shannon jeszcze mocniej, zmusił, 

żeby uklękła. Chwycił jej drugą rękę i zapierając się 

kolanem o plecy dziewczyny, zaczął mocno związy­

wać jej nadgarstki. 

- Ona należy do najbliższej rodziny Cole'a Slatera 

- mówił dalej Jesse. - A wiesz dobrze, że ja zawsze 

byłem przeciwny gwałtom i morderstwom. 

- W porządku, Jesse, w porządku. Nie zamierzam 

jej zabijać. 

- O to właśnie chodzi. I pamiętaj, że ja tu wydaję 

rozkazy. 

- Wojna się skończyła. 

- Ale ja nadal tu rozkazuję. 

Justin jeszcze raz szarpnął linką i pchnął Shannon. 

Upadła na twarz, poczuła w ustach ziemię. Justin 

obwiązał jej nogi w kostkach i z całej siły zaciągnął 

linkę. 

- Może lepiej puścić ją wolno - odezwał się jeden 

background image

8 8 

z jasnowłosych mężczyzn. - Do diabła, Justin! Nie 
będziesz chyba gwałcił dziewczyny z Południa. 

- A gdzie ona tam z Południa! A zresztą... Widzie­

liście sami, że chciała mnie zabić. I gadajcie, co 
chcecie, ale ona musi mi za to zapłacić. 

Zaciągnął mocno ostatni węzeł i chwyciwszy 

Shannon za ramiona, pchnął ją pod drzewo. 

- Suka! Jak się wyśpię, to się zabawimy. A wy 

będziecie mogli się pogapić. Możecie się dołączyć albo 
potem zrobić po swojemu, mnie jest wszystko jedno. 

Shannon spojrzała na Jesse'a. Mienił się na twarzy. 

- Nie zapominaj, Justin, że ja tu dowodzę - po­

wiedział. - A ty tak się palisz do tej dziewczyny, że aż 

przykro patrzeć. Dobra, bierz ją sobie, ale nie wolno ci 
jej zabijać. Ja nie uznaję zabijania kobiet i dzieci. 

Ułożył się na ziemi pod drzewem i oparł głowę 

o siodło. Frank poszukał sobie drugiego drzewa. 
Dwóch jasnowłosych też wyszukało sobie zacienio­
nego miejsca. Justin, uśmiechając się obleśnie, wyciąg­
nął się obok Shannon i wsunąwszy rękę pod jej plecy, 
przyciągnął dziewczynę do siebie. Zaczęła się szar­
pać, krztusząc się łzami, które szerokim strumieniem 
płynęły po jej bladych, pobrudzonych ziemią 
policzkach. 

- Ty draniu! Nie ciesz się, ja i tak cię zabiję, 

przysięgam! 

Przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej, pogłaskał jej 

piersi i już nie cofnął ręki. 

- Pośpij, pośpij sobie parę godzin - szepnął jej do 

ucha. - Wybacz, ale teraz jestem wykończony, a nie 
chcę cię rozczarować. 

background image

8 9 

Znów się szarpnęła, próbowała się odsunąć. 

- Już mi nie uciekniesz, nie uciekniesz, wredna 

Jankesko... - wymamrotał. Podniósł się, wyciągnął 

z sakwy kawałek sznurka i mocno związał swój 

nadgarstek z jej nadgarstkiem. 

- Tak będzie lepiej, prawda? 

Znów obleśny uśmiech, a wstrętne palce musnęły 

jej policzek. 

- Jesteś piękna, kochanko Jankesa. Tak, bardzo 

piękna... 

Oparł głowę o siodło, przymknął oczy. 

Shannon długo leżała z otwartymi oczami, poły­

kając łzy rozpaczy i nienawiści. W końcu jednak 

ogromne zmęczenie wzięło górę i mimo głodu, prag­

nienia i sznurków wrzynających się w ciało - zapadła 

w sen. 

Malachi nie miał żadnych wątpliwości. Nikt nie 

ścigał bushwhackerów, ale oni i tak jechali na złamanie 

karku. Chcieli jak najszybciej oddalić się od granicy, 

jak najszybciej znaleźć się w głębi Missouri. I wy­

tropić ich nie było łatwo. Zanim Malachi odnalazł 

swoją klacz, natykając się przy okazji na karego 

wałacha Shannon, bushwhackerzy zdążyli odjechać 

już daleko. Chwała Bogu, na południe, a te rejony 

Missouri Malachi znał bardzo dobrze. Gdyby było 

inaczej, nie dałby rady ich wyśledzić. Bushwhackerzy 

bowiem jechali bardzo chytrze. Wiedzieli bezbłędnie, 

w którym miejscu wjechać w las i klucząc między 

drzewami, skrócić sobie drogę. 

Kiedy nastał już jasny dzień, Malachi zorientował 

background image

9 0 

się, że oni wcale nie są tacy sprytni, po prostu jadą 

wzdłuż strumienia. Odnalazł ten strumień i już dalej 

pojechał jego brzegiem. Był wykończony. Zraniona 

noga bolała jak diabli, bał się, że znów zacznie 

gorączkować. Godzinka snu postawiłaby go na nogi. 

Niestety, nie mógł sobie na to pozwolić. Franka 

i Jesse'a spotkał już kiedyś, chyba raz, w tym czasie, 

gdy Cole jeździł z Quantrillem. Wtedy pomyślał, że 

to jeszcze lekkomyślne dzieciaki, dziwnie jednak 

bezwzględne i bezlitosne. A teraz z młodymi Jamesa­

mi jadą chyba synowie Youngera. Następna para 

bezmyślnych chłopaków. Bezmyślnych, okrutnych, 

brutalnych, ale ta czwórka pozostała chyba jeszcze 

przy zdrowych zmysłach. Był z nimi jednak Justin 

Waller, a Malachi wiedział, kto to jest. Cole, jeszcze 

na samym początku wojny, widział poczynania Wal-

lera. Widział jego okrucieństwo, rozkosz, jaką od­

czuwał podczas zabijania. Wtedy to Cole ostatecznie 

postanowił odejść z bandy Quantrilla. 

Ten Waller jest bardzo niebezpieczny, niebez­

pieczna jest też Shannon. Dla samej siebie. Ona nie 

potrafi utrzymać języka za zębami, będzie wymyślać, 

drapać, gryźć. Doprowadzi do ostateczności najbar­

dziej spokojnego, przyzwoitego bushwhackera. O ile 

takowi w ogóle istnieją. Dlatego Malachi nie może 

sobie pozwolić nawet na dziesięć minut odpoczynku. 

Zatrzymał się tylko na chwilę, żeby napoić konie, 

sam też napił się, przeżuł kawałek suszonego mięsa 

z zapasów, które przygotowała mu Shannon, i pocią­

gnął spory łyk irlandzkiej whisky. A to pomagało 

wytrzymać ból w tej przeklętej nodze. 

background image

9 1 

Pod koniec dnia zobaczył między drzewami konie. 

Podjechał jeszcze kawałek, zeskoczył z konia, prze­

prowadził klacz i wałacha przez strumień i uwiązał 

oba konie wśród drzew. Potem wrócił na drugi brzeg 

i bezszelestnie podkradł się do bushwhackerów. Cała 

piątka pogrążona była w głębokim śnie. Albo i też 

wcale nie takim głębokim. Ludzie tego pokroju szyb­

ko uczą się spać inaczej niż zwykli śmiertelnicy. 

Jakby jedno oko mieli zawsze otwarte. I jeśli teraz 

w pobliżu przelatuje jakaś mucha, wszyscy bush-
whackerzy

 świadomi są jej obecności. Dlatego żadne 

skradanie się, żeby uwolnić Shannon, nie miało 

najmniejszego sensu. Tym bardziej że było tak, jak 

przypuszczał. Shannon zdołała już wpędzić się w do­

datkowe kłopoty. Miała skrępowane ręce i nogi, 

a ponadto jej nadgarstki były związane z ręką Justina 

Wallera. 

Malachi zaklął w duchu. Na pewno walczyła do 

upadłego, dlatego Jesse nie mógł już jej chronić. A na 

pewno chciał to zrobić, tego Malachi był pewien. Bo 

Jesse, jak wielu innych bushwhackerów, mimo swej 

brutalności, nadal wynosił na piedestał istoty płci 

żeńskiej, zrodzone na Południu. Tak po prostu go 

wychowano. I gdyby Shannon była łaskawa trzymać 

buzię na kłódkę i zachowywać się jak dama z Połu­

dnia... Ale Shannon zapewne zachowywała się ina­

czej. I dlatego była przywiązana sznurkiem do Jus­

tina. Jej ubranie, chwała Bogu, było w porządku. 

Czyli jeszcze jej nie tknął. 

Malachi wziął kilka głębokich oddechów. Mógłby 

spróbować zastrzelić ich wszystkich. Spróbować, bo 

background image

9 2 

nie wiadomo, jak to by się skończyło. Bushwhackerzy 

są świetni w strzelaniu. A poza tym, jeśli dojdzie do 

strzelaniny, Justin Waller przede wszystkim zabije 

Shannon. Dla zwykłej przyjemności. 

Tu potrzebna jest dyplomacja. Wysunął się zza 

drzewa, ustawił się tak, aby każdy mógł go sobie 

dokładnie obejrzeć. Pistolety w olstrach, szabla u bo­

ku, ale ręce puste, swobodnie opuszczone. 

- Jesse! Jesse James! - zawołał głośno. 

W ułamku sekundy wszyscy bushwhackerzy 

oprzytomnieli. Na szary mundur Malachiego spoj­

rzało pięć par czujnych oczu, błyszczących nad 

lufami koltów. 

Usłyszał rozdzierający krzyk Shannon: 

- Malachi! Ma... 

Justin zatkał dłonią jej usta. Wzrok Malachiego na 

chwilę spoczął na Shannon. Z niemym przesłaniem: 

Uspokój się, do cholery, uspokój się, dziewczyno! 

- Ej, chłopaki! - zawołał jeden z braci Youngerów. 

- Toż to ten głupi Reb, co chciał sam pokonać bandę 

czerwononogich. 

- Malachi Slater? - spytał Jesse, podchodząc bli­

żej. Szedł czujny, spięty, ale na jego twarzy widniał 

uśmiech. - Brat Cole'a Slatera? Pan wie, że was 

szukając Wszędzie porozwieszane są listy gończe. 

- Wiem. Dzięki za ostrzeżenie. 

- A co pan tutaj robi, kapitanie? Dlaczego nie 

jedzie pan na południe?Pan i pańscy bracia powinniś­

cie uciekać. 

- Racja, ale z tym trzeba trochę poczekać. Naj­

pierw muszę odnaleźć braci. A poza tym czerwono-

background image

9 3 

nodzy mają żonę Cole'a. Widzieliście zresztą sami, co 

się działo na tamtej polanie. Ci czerwononodzy to 

ludzie Haydena Fitza, a ten Fitz chce głowy mojego 

brata. Przy okazji chce wykończyć także mnie i Ja-

mie'ego. 

Jeden z braci Youngerów poderwał się z ziemi. 

- Kapitanie! - zawołał. - Ja widziałem się z Ja-

mie'em jakieś dwa tygodnie temu. On słyszał już 

o tych listach gończych i podąża teraz na południe. 

Pan nie wiedział o tym? 

- Nie. I dzięki za wiadomość. 

Malachi uśmiechnął się serdecznie do obu braci 

Youngerów i teraz wzrok jego spoczął na innym 

mężczyźnie. Na Justinie Wallerze. Powoli przeszedł 

między drzewami i przykucnął koło nóg Justina. 

- Przyjechałem po nią. 

- Rozumiem, kapitanie. I bardzo mi przykro. Ona 

jest moja. 

Shannon ugryzła go w rękę. Justin zawył i pod­

niósł dłoń do ust, odsłaniając usta Shannon. 

- Malachi... 

- Zamknij się, Shannon. 

- Malachi... 

- Powiedziałem. Zamknij się - powtórzył przez 

zaciśnięte zęby i uśmiechnąwszy się, wymierzył jej 

policzek. Lekki. Ale wystarczyło, żeby Shannon osłu­

piała, potem krzyknęła, a w jej pięknych błękitnych 

oczach zalśniły łzy. 

- Justin, jechałem tu bardzo długo. A nie jechałbym 

taki szmat drogi za jakąś tam dziewczyną. Ta dziew­

czyna to moja narzeczona, wkrótce bierzemy ślub. 

background image

9 4 

Z ust Shannon wydobył się dźwięk nieartykuło­

wany, coś w rodzaju sapnięcia. Malachi spojrzał na 

nią nieruchomym wzrokiem. 

- Coś tu nie pasuje, kapitanie - powiedział Justin, 

uśmiechając się szyderczo. - Przecież ona nienawidzi 

Rebów. Wszystkich. Myślę, że ona w ogóle nie widzi 

różnicy między bushwhackerami a żołnierzami z regu­

larnej armii. A ja chcę, żeby przekonała się, jak 

smakuje prawdziwy Reb. 

W jego głosie nie było ani cienia szacunku. Tylko 

z trudem hamowana wściekłość. 

- Bez obaw, ona pozna, jak smakuje Reb - odparł 

spokojnie Malachi. - Jest przecież moją narzeczoną. 

Przechylił się ponad Justinem, w jego ręku błysnął 

nóż. Przeciął więzy, Shannon natychmiast zerwała 

się na równe nogi i rozcierając obolałe nadgarstki, 

skryła się za jego plecami. Justin również wstał. Obaj 

mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ma­

lachi wyciągnął rękę do tyłu, chwycił dłoń Shannon 

i pociągnął dziewczynę do przodu. 

- No, chodź tu, kochanie, ruszże się. Stań tu 

ładnie i powiedz. 

- Ale co? - szepnęła zdezorientowana. 

- Powiedz im, że to nieprawda. Ty wcale nie 

nienawidzisz Rebów. 

Milczała. A on czuł, jak wielki ma teraz ona zamęt 

w głowie. I wyczuwał coś jeszcze. Delikatny zapach 

perfum, który jakimś cudem zachował się na brud­

nym, umęczonym ciele dziewczyny. Ale to umęczo­

ne ciało miał ochotę sprać teraz własnymi rękami. 

- Powiedz im, Shannon. 

background image

9 5 

- Ja... ja nie... 

Krztusiła się własnymi słowami. Przeżywała mę­

kę, prawdziwą mękę, ale dopowiedziała do końca. 

- Ja... nie nienawidzę... Rebów... 

- Bzdura! - krzyknął Frank. - Ona wcale nie jest 

pańską narzeczoną, kapitanie! 

- Nie jest? - powtórzył przeciągle Malachi. Czuł, 

że jeszcze chwila i szlag go trafi. Szarpnął Shannon, 

przyciągnął do siebie. 

- Kochanie? Czyżbyś nie była moją narzeczoną? 

Objął ją mocno, spojrzał w błękitne oczy. A jego, 

kobaltowe, płonęły. 

- No jak, kochanie? 

Nareszcie. W jej oczach pojawił się błysk zro­

zumienia. Pojęła, że jej wolność zależy od tego, czy 

zdecyduje się wykonać pewien ruch. Zdecydowała 

się. Jej ramiona owinęły się wokół jego szyi. 

- Kochany, jakżeby miało być inaczej ? 

Różowe, pełne usta, kusząco rozchylone, skwap­

liwie przywarły do jego warg. Oboje zdawali sobie 

sprawę, jak krytyczną i nieprzyjazną mają widownię. 

I że życie ich obojga wisi na włosku. 

Nagle wszystko to jakby przestało się liczyć. 

Ramię Malachiego jeszcze mocniej przygarnęło Shan­

non, tak mocno, że jej szczupłe ciało wtopiło się 

niemal w jego szary mundur. Ich pocałunek był 

namiętny, żarliwy, nieskończenie słodki i nic tu 

już nie było na pokaz. Całował ją coraz bardziej 

namiętnie, coraz bardziej zapamiętale, dopóki nie 

oparła dłoni o jego pierś i nie odepchnęła go lekko. 

Żeby przestał. Zdumiony błękit jej oczu był dziwnie 

background image

9 6 

iskrzący. Wściekła? Trudno. Najważniejsze, żeby 
zachowała rozsądek. I jeśli ma rozpuścić język, niech 
zrobi to później, kiedy już stąd odjadą. O ile w ogóle 
stąd odjadą... 

- A niech mnie kule biją! - zawołał ze śmiechem 

jeden z braci Youngerów. - Ja mu wierzę. Dawno nie 
widziałem gorętszego pocałunku. Aż i mnie zachciało 
się jakiejś ładnej spódniczki. 

Malachi spojrzał na Jesse'a. 

- Ona jest moja. Zabieram ją. 
Jesse skinął głową. 
- Dobra. Frank, co ty na to? 
Frank wzruszył ramionami. 
- Bo ja wiem... W końcu on dalej nosi szary 

mundur i mówi, że dziewczyna jest jego. To niech 
tak będzie. 

Justin Waller był jednak innego zdania. 
- Wcale tak nie będzie! - ryknął. - Niedoczekanie! 

Ta dziewczyna chciała mnie zabić. I musi mi za to 
zapłacić. 

- Próbowała cię zabić? - powtórzył Malachi, 

powolutku, chcąc zyskać na czasie. Do diabła! Nowy 
kłopot... Znając Shannon, nie ma żadnych podstaw, 
aby wątpić w prawdziwość słów Wallera. 

Jesse westchnął. 
- To prawda. Gdyby kolt Franka był nabity, 

Justin już by nie żył. 

Malachi uśmiechnął się. 

- No, no... czyli Shannon bawiła się koltem 

Franka ? 

Twarze wszystkich bushwackerów pokryły nagle 

background image

9 7 

ciemne rumieńce. Tylko twarz Justina była blada 

z gniewu, a oczy, wbite w Malachiego, pełne niena­

wiści. 

- Rozwiązałem ją - mruknął Frank. - Było mi jej 

szkoda. A ona skoczyła na mnie. 

- Skoczyła? 

- Kapitanie! Pan przecież zna ją bardzo dobrze, 

pan sam wie, że takiej złośnicy ze świecą szukać. Do 

diabła! Ona jest chyba bardziej niebezpieczna niż my 

tu wszyscy razem! 

Malachi opuścił głowę, z nadzieją, że rondo kape­

lusza przesłoni złośliwy uśmieszek, od którego nie 

mógł się powstrzymać. Kiedy podniósł głowę, wyraz 

jego twarzy był poważny. 

- Ale nie wyrządziła jakiejś większej szkody, 

prawdai - spytał. - Broń nie była naładowana. Justin 

żyje. 

- Ale ty i tak nie zabierzesz jej ze sobą, Slater! 

- powiedział Justin. 

- Wezmę ją ze sobą, Waller. 

- A może ona przeprosi Justina? - zaproponował 

Jesse. - Dzięki temu załagodzimy jakoś sytuację. 

- A dobrze! - zgodził się Justin, nadspodziewanie 

zadowolony. - Niech ona mnie przeprosi, kapitanie. 

- Shannon, przeproś. 

Przez kilka minut Shannon nie odzywała się ani 

słowem. To bardzo długo, jak na Shannon. Stała za 

Malachim, cichutka i potulna. Chwycił ją mocno za 

rękę, wypchnął przed siebie i syknął do ucha: 

- Przepraszaj, ale już! 

Wtedy Shannon wybuchła: 

background image

9 8 

- Ja? Ja mam go przepraszać?! Tego mordercę, 

sadystę, tego drania zepsutego do szpiku kości... 

Dłoń Malachiego ciężko opadła na jej usta. Justin 

stał nieruchomo, pełen milczącej wściekłości. Jesse 
nie poruszył się, nie powiedział ani słowa. Tylko 

Frank się zaśmiał. 

- Pańska kobieta nie bardzo pana słucha, kapita­

nie Slater! 

Ramię Malachiego owinęło się wokół żeber Shan­

non jak obręcz, żelazna i bardzo ciasna. 

- Słucha się, słucha - zapewnił oschłym głosem. 

A do ucha Shannon szepnął cichusieńko: - Przeproś, 
bo inaczej odjadę sam. A Justinowi powiem, żeby 
nacieszył się tobą do woli. 

- To morderca, najgorszy drań! - szepnęła równie 

cicho. 

W jej głosie słychać było łzy, ale Malachi nie mógł 

sobie teraz pozwolić na jakikolwiek odruch współ­
czucia. 

- Przeproś! 

Shannon z trudem łapała powietrze. Dławiła się 

nienawiścią. Dopiero po dłuższej chwili wyrzuciła 
z siebie te trudne słowa. Jednym tchem. 

- Przepraszam, że próbowałam cię zabić. 
Opuściła głowę, Malachi usłyszał jeszcze cichutki 

szept. 

- I żałuję, że mi się to nie udało. 

Spojrzał szybko dookoła. Na szczęście wszystko 

wskazywało na to, że cichy komentarz Shannon 
doleciał tylko do jego uszu. Uśmiechnął się szeroko. 

- W porządku? 

background image

9 9 

Nie chciał im dawać więcej czasu do namysłu. 

- Dzięki, chłopaki, za pomoc. Nie sądzę, żebym 

bez was dał radę sprawić się z tymi czerwononogimi. 

Bywajcie! 

Poprawił kapelusz na głowie, odwrócił się i chwy­

ciwszy Shannon za rękę, ruszył przed siebie. Był teraz 

plecami do nich. Odważył się na to. Przecież nie 

strzelą w plecy konfederatowi. Nawet bushwhackerzy 

mają coś w rodzaju kodeksu etycznego. 

Zrobił kilkanaście kroków. 

- Slater! 

Zatrzymał się, pchnął Shannon, żeby dalej szła do 

przodu. A sam się odwrócił. 

- Kapitanie! - zawołał Justin Waller, zbliżając się 

niespiesznym krokiem. - Oni pozwalają panu zabrać 

tę kobietę. Ale ja nie. 

To wyzwanie do walki. I tej walki nie sposób 

uniknąć. 

- Malachi! Nie! - krzyknęła Shannon, podbiega­

jąc do niego. Odepchnął ją, nie odwracając wzroku od 

Justina. 

- Rozumiem, że to rzecz tylko między nami. 

Szable czy pistolety? 

Justin uśmiechnął się łaskawie. 

- Co pan wyciągnie szybciej, kapi... - Nie do­

kończył. Słowa u więzły mu w gardle, oczy jakby 

nagle zapragnęły spojrzeć w głąb głowy. Justin 

Waller wolno osunął się na ziemię. Dziwnie cicho, 

dziwnie zręcznie. 

Jesse. To on poczęstował głowę Wallera kolbą 

swego spencera. 

background image

1 0 0 

- Nie mam pojęcia, jak to by się skończyło, 

kapitanie - powiedział z uśmiechem. - Ale wiem, że 
pan cieszy się sławą znakomitego strzelca. Justin też 
jest niezły. Któryś z was musiałby zginąć, a ja myślę, 
że Jankesi dość już na tłukli naszych i nie ma potrze­
by, żebyśmy teraz zabijali się nawzajem. Każdy z nas 
chce jak najprędzej wrócić do domu. Niech pan 
zabiera ze sobą tę małą jędzę i wyjedzie stąd, jak 
najdalej i jak najszybciej. Najlepiej do Meksyku. 
Życzę panu powodzenia, kapitanie! 

Malachi powoli skinął głową, chwycił Shannon 

za łokieć i zdecydowanym ruchem pociągnął ze 
sobą. 

- Idziemy - syknął. 

Zeszli po trawiastym zboczu i poszli dalej brze­

giem strumienia. Kiedy tylko bushwhackerzy zniknęli 
z pola widzenia, Shannon odtrąciła jego ramię i za­
częła biec. Złociste włosy rozsypały się na ramiona, 

słyszał jej ciężki oddech, słyszał powstrzymywany 
szloch. Zaczął biec za nią. Biegła jak szalona, pragnąc 
zapewne jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od 
swoich prześladowców. Prawdopodobnie była też 

wściekła za to, że kazał jej przeprosić Justina, jak i za 
to, że ten pocałunek był zbyt żarliwy. 

- Shannon! 
W końcu dopadł jej, szarpnął za ramię. Zachwiała 

się i upadła. Potoczyła się po zielonym zboczu, prawie 
nad samą wodę. Zszedł do niej. Leżała nieruchomo, 

wpatrzona w szarzejące niebo. Oczy, wielkie i świet­
liste, mokre były od łez. 

- Shannon, do cholery, pewnie, że mi przykro 

background image

1 0 1 

- powiedział, przyklękając obok. - Ale nie bądź 

idiotką! Musiałem cię stamtąd wydobyć za wszelką 

cenę. Ten Waller to sadysta, to bestia, z takimi ludźmi 

lepiej w ogóle nie zaczynać. 

Milczała. 

- No dobrze, ty mała złośnico. Możesz być na 

mnie wściekła, możesz przy pierwszej sposobności 

rozszarpać mnie na strzępy. Ale wstrzymaj się z tym 

trochę. Teraz musimy jak najszybciej dotrzeć do 

drogi. Musimy jechać. 

- Malachi... 

Rzuciła mu się w ramiona. Wtuliła twarz w jego 

pierś, czuł, że jej serce bije jak oszalałe, a całe ciało 

drży niemal konwulsyjnie. Czuł też, jak miękkie 

piersi, wynurzające się z białego gorsetu, ocierają się 

o szorstką wełnę jego żołnierskiego płaszcza. A dło­

nie, które opadły na jego ramiona, były takie małe 

i delikatne. 

- Och, Malachi! 

Dzielna Shannon, która zawsze starała się nie 

uronić ani jednej łzy, wybuchnęła niepohamowanym 

płaczem. Mógł zrobić tylko jedno. Objąć ją mocno 

i pocałować w czubek złocistej głowy. Złośnica. Niby 

do niej pasuje, ale teraz ta mała, dzielna złośnica 

załamała się. Znikł hart ducha, znikła zadziorność, 

było tylko prześliczne, rozszlochane stworzenie, wo­

bec którego Malachi poczuł się dziwnie bezbronny. 

- Już dobrze, Shannon - mruczał. - Już po wszyst­

kim, teraz... 

Uniosła zalaną łzami twarz. 

- Malachi! Ja... ja ci tak dziękuję! Boże wielki! 

background image

1 0 2 

Gdybyś nie przyjechał, gdybyś nie wyrwał mnie z łap 

tego drania... 

Delikatnie starł palcami łzy z aksamitnych policz­

ków. Podniósł się z trawy. 

- Musimy jechać, Shannon. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Jechali brzegiem strumienia. Żadne z nich nie 

odzywało się ani słowem. Malachi, za każdym razem, 

gdy oglądał się za siebie, widział drobną, skuloną 

postać na wielkim karym koniu. Jechała dzielnie, ani 

razu nie poskarżyła się, ani razu nie prosiła, żeby się 

zatrzymać. Dał jej swój płaszcz. Kraciasta koszula 

była prawie w strzępach, a szkoda było czasu na 

grzebanie w sakwach i szukanie jakiegoś ubrania na 

zmianę. 

- Shannon, jak z tobą? 

- Wszystko w porządku. 

- Będziemy jeszcze jechać z godzinkę... 

- Dobrze. 

O brzasku Malachi wstrzymał konia. Zobaczył 

mały zagajnik, tuż nad wodą. Kilka mocarnych dębów, 

w środku mała polanka, czyli idealne miejsce na popas. 

Koryto strumienia, w tym miejscu znacznie głębsze 

i szersze, tworzyło coś w rodzaju małego jeziorka. 

background image

1 0 4 

- Tu się zatrzymamy, Shannon. 

Skinęła głową. Natychmiast zsunęła się z konia 

i poślizgnąwszy się na kamieniu, z głośnym pluskiem 
wpadła w wodę. Upadła na plecy, z rękami szeroko 
rozrzuconymi. Poły szarego płaszcza rozchyliły się na 
boki, ukazując w całej okazałości koronki gorsetu. 
Malachi zsunął się z konia, wyciągnął rękę, żeby 
pomóc jej wstać. Jego palce niechcący musnęły coś 
ciepłego, przedziwnie aksamitnego, widocznego po­

nad koronkami gorsetu. Skóra Shannon... Nagle po­
czuł ciepły prąd, przepływający przez wszystkie jego 
członki. 

Siła doznania była wielka, ale i irytująca. 

- Shannon! Do diabła, ruszże się! - burknął, 

chwytając ją mocno za obie ręce. Nie opierała się, 
musiała wyczuć w nim nagły gniew. Po wyjściu na 
brzeg zrzuciła mokry płaszcz i przysiadła na trawie, 
aby ściągnąć buty. Jej włosy w bladym świetle 

wstającego dnia zdawały się wręcz gorejące i tym 
swoim płomieniem pieściły jej ramiona i piersi. 
Malachiego znów przeszył ten ciepły prąd, serce 
zabiło pośpiesznie. Znużone ciało jakby nagle ożyło. 

Zaklął. Shannon znieruchomiała. 

- Malachi? Coś się stało? 

Ciekawe, gdzie ona nauczyła się robić takie słodkie 

oczy, słodkie, niewinne, a jednocześnie jakieś takie 
namiętne. 

- Co się stało? - huknął. - Naturalnie, że nic. 

Oprócz tego, że zamiast jechać za czerwononogimi 
i starać się wydrzeć im z łap Kristin, musiałem 
przejechać pół Missouri, żeby odbić jej siostrunię 

background image

105 

buhwhackerom.

 A ta siostrunia, igrając ze śmiercią, nie 

chciała wykazać ani odrobiny zdrowego rozsądku! 

Prowokowałaś ich i o mały włos oboje nie poszliśmy 
do piachu! 

Shannon zerwała się na równe nogi. 

- Nie mów tak! - krzyknęła rozżalonym głosem. 

-Ty niczego nie rozumiesz. Ciebie tam nie było, tego 

dnia, kiedy zamordowano mojego papę. To nie ty 

nasłuchiwałeś, jak zaczynają krążyć pogłoski o tym, 

co zrobiono z jankeskimi żołnierzami koło Centralii, 

to nie ty dowiedziałeś się w końcu, że to żadne 

pogłoski, tylko prawda, to nie ty... 

- Shannon! Przecież ja wiem, co to śmierć. Wal­

czyłem przez całą wojnę! 

- Ale tu nie chodzi tylko o śmierć! Chodzi też o to, 

jak oni umarli! Ten drań sam się przyznał, że tam był. 

I może to on jest jednym z tych, którzy... Och, 

Malachi! Potem... potem zbierano jego szczątki! 

Szczątki Roberta! A ja... ja go kochałam, kochałam 

tak bardzo... Ale ty nie potrafisz mnie zrozumieć. 

Ty... ty chyba w ogóle nie pojmujesz, co to miłość. 

- W takim razie myślisz głupio. I daj już spokój, 

Shannon, jestem zmęczony, nieludzko zmęczony. 

Nie chciał z nią dyskutować, nie chciał już w ogóle 

na nią patrzeć. Nie chciał widzieć tego błysku 

w oczach, tej pasji. I tej urody. Nie chciał przeżywać 

razem z nią tego jej bólu. 

Nie chciał jej pożądać. Ale pożądał. 

Odwrócił się i ruszył do koni. Shannon stała 

nieruchomo przez kilka długich minut, odprowadza­

jąc go wzrokiem, potem powoli zeszła w dół, do 

background image

1 0 6 

strumienia. Malachi rozsiodłał konie i pod najwięk­

szym dębem rozłożył swoją derkę i koc. Po chwili 

wahania odpiął również derkę Shannon, przytroczoną 

do jej siodła. Rozłożył ją tuż obok swojej. Lepiej mieć 

dziewczynę w zasięgu ręki. Wiedział, że obudzi się 

natychmiast, gdy tylko usłyszy w pobliżu czyjeś kroki. 

A co do Wallera, nie można mieć żadnych złudzeń. Ten 

człowiek za wszelką cenę będzie chciał się zemścić. 

Słyszał, jak Shannon łapczywie pije wodę, potem 

spryskuje twarz. I trze ją mocno, aby usunąć ślady tej 

strasznej nocy. 

Ułożył się na derce, głowę oparł na siodle i przekręcił 

się trochę na bok, aby kątem oka obserwować dziew­

czynę. 

- Shannon, co ty tam robisz? 

- Zeskrobuję ślady po bushwhackerzel 

- Potem to zrobisz! Możesz nawet oskrobać się do 

kości! - zawołał podirytowany. -Ale teraz już chodź 

tu! Trzeba się trochę przespać. 

Stanęła nad nim. Mokre pasma włosów wiły się 

wokół jej twarzy, ślicznej i delikatnej. Na piersiach, 

wynurzających się z gorsetu, lśniły krople wody. Jak 

perełki. Malachi poczuł, jak jego ciało zaczyna sztyw­

nieć i drżeć. 

- Dobranoc, Shannon - rzucił stanowczym gło­

sem, nasuwając kapelusz na twarz. 

- Może ja odsunę trochę swoją derkę. Nigdy 

jeszcze nie spałam tak blisko Reba. 

- Wczoraj prawie leżałaś na Justinie. 

- Ale ja nigdy z własnej woli nie leżałam tak 

blisko Reba. 

background image

1 0 7 

- Z własnej czy nie z własnej, kładź się teraz, 

smarkulo! 

Shannon spochmurniała i mocno zacisnęła usta. 

Ale jemu było już wszystko jedno, powieki opadały 

mu same. Chociaż... gdyby teraz dotknął tej mokrej 

boginki, kto wie, czym by to się skończyło... 

- Na litość boską, Shannon! Kładź się! 

Bez słowa ułożyła się posłusznie na swojej derce. 

Ale już po krótkiej chwili milczenia do uszu Mala-

chiego doszedł jej cichutki szept: 

- Malachi... 

- Co? - burknął. 

- I co my teraz zrobimy? 

- Teraz przede wszystkim powinienem sprać ci 

tyłek, smarkulo. I odesłać cię do domu. 

- Nie możesz tego zrobić, sam wiesz. 

- Boisz się, że ten Waller gdzieś tu czatuje? 

A może cię jemu oddać? Moglibyście wyżywać się na 

sobie do sądnego dnia. 

- Malachi! 

- Shannon, przecież wiesz, że tego nie zrobię. 

Teraz jedziemy razem za Kristin. 

- Ale tyle czasu już minęło, nie znajdziemy żad­

nych śladów... 

- Nie będziemy szukać żadnych śladów. Prze­

cież wiadomo, dokąd pojechali. Do tego Fitza. A ja 

wiem, jak dojechać do miasta. Trochę znam tę 

okolicę, tak samo jak Cole i Jamie. Wiesz przecież, 

że my już wcześniej mieliśmy do czynienia z czer-

wononogimi. 

Zamilkł, powracając na chwilę myślami do 

background image

1 0 8 

strasznych wydarzeń z przeszłości. Kiedy to czer-

wononodzy spalili ranczo Cole'a i zabili jego młodą, 

piękną żonę. 

W sercu bardzo mocno zakłuło. 

- Dopadniemy ich, Shannon, dopadniemy. 

- Ale jak myślisz... Czy oni nie zrobią Kristin 

krzywdy? 

Odsunął kapelusz z czoła i oparłszy się na łokciu, 

spojrzał bacznie na Shannon. Jej oczy były pełne 

powagi i smutku, zbyt dojrzałe w tej młodziutkiej 

twarzy. 

- Nie, nie zrobią, Shannon. Chcą mieć ją całą 

i zdrową, bo ona jest dla nich jedynym drogocennym 

haczykiem na Cole'a. A teraz, błagam, zaśnij. 

- Malachi... 

- Co? - warknął. 

- Ja ci jeszcze raz dziękuję, dziękuję za wszystko. 

Jej głos był poważny, wzruszony, a tak delikatny, 

jakby musnęła go piórkiem w policzek. I jemu znów 

zaczęło się robić nadmiernie gorąco. 

- Shannon, psiakrew, śpij! 

Ucichła, chyba nareszcie na dłużej. Może on 

w końcu zaśnie. Kiedy się obudzi, nie będzie już tak 

cholernie zmęczony. Zamknął oczy. Jak błogo... Stru­

myk cicho szemrze, ptaszki śpiewają... Nagle w roz­

koszne odgłosy poranka wdarły się dźwięki inne, 

niepokojące. Błyskawicznie zerwał się na równe nogi. 

Kapelusz poleciał na ziemię. A Shannon... Shannon 

spojrzała na niego ze zdumieniem. Siedziała sobie, jak 

Indianka, ze skrzyżowanymi nogami, i pracowicie 

przeżuwała kawałek suszonego mięsa. Przed nią 

background image

1 0 9 

leżały, ładnie ułożone obok siebie, chleb i kawałek 

sera. Jak na jakimś cholernym pikniku. 

- Co ty wyrabiasz?! - huknął. 

- Jem! 

- Teraz? 

- Malachi, ja prawie od dwóch dni nie miałam nic 

w ustach! 

Poczuł się głupio. Faktycznie. On w ogóle o tym 

nie pomyślał, a Shannon wcale się nie skarżyła. 

- No, dobrze, jedz - burknął. - Ale pośpiesz się, bo 

przecież musisz chociaż trochę się przespać. 

Spojrzała na niego z wyrzutem, a on zaklął cicho 

i opadł na swoją derkę. 

Zasnąć, wreszcie zasnąć... 

Wcale nie zasypiał. Słuchał, jak Shannon kończy 

jeść, resztę prowiantu starannie zawija w płótno 

i pakuje do sakwy. Jak układa się na swojej derce 

i otula kocem. Wsłuchiwał się w jej oddech i mógłby 

przysiąc, że słyszy również rytmiczne bicie jej serca. 

A kiedy zamknął oczy, zobaczył ją dokładnie. Nawet 

atłasowe różyczki, przyszyte do koronek jej gorsetu. 

I gładką, jedwabistą skórę, smukłość jej ciała, i oczy 

sypiące błękitne iskry... 

W którymś momencie zasnął. Spał mocnym, głębo­

kim snem, jakby wsunięty między dwie różne płasz­

czyzny. Pod plecami czuł chłodną twardą ziemię, ale 

z wierzchu było rozkosznie, jakby na jego piersi leżało 

coś mięciutkiego, ciepłego... Czyjeś ciało... 

Obudził się natychmiast. Nie wiadomo, kto na 

kogo się sturlał. W każdym razie obejmował Shan­

non, która leżała przytulona do jego boku, z głową 

background image

1 1 0 

złożoną na jego piersi. Jego broda schowana była 

w złotym gąszczu jej włosów, część tych włosów 

służyła mu zresztą za poduszkę. Podniósł głowę 
i spojrzał w dół na śliczną twarz Shannon. Piękny 
owal, wysokie kości policzkowe, nosek mały, zgrab­

ny, pełne różowe usta, teraz leciutko rozchylone. Na 
policzkach prowokujący cień długich gęstych rzęs. 

Pod dłonią poczuł gorącą miękkość. Pierś Shannon. 

Natychmiast cofnął rękę i ostrożnie odsunął się od 
dziewczyny. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, 
nawet się nie poruszyła. Spała głębokim snem. 

Usiadł, ściągnął buty i skarpety. Na bosaka poma­

szerował do strumienia. Woda była zimna, a więc 
taka, jakiej potrzebował. Ściągnął koszulę, ochlapał 
ramiona i plecy. Półnagi i mokry wrócił na swoją 
derkę. Znów się położył. Spojrzał w niebo, na słońce. 
Chyba było koło dziesiątej. O zmierzchu będą musieli 
ruszyć w dalszą drogę. 

Zamknął oczy. I prawie natychmiast je otwo-

rzył.Teraz już wiedział, kto na kogo się sturlał. To 
ona staczała się na niego. Westchnął i w końcu się 
poddał. Objął ją ramieniem, przygarnął do piersi. 

Trzymał blisko, ogrzewając ją ciepłem swego ciała. 
Nie słyszał jej serca, ale czuł, jak bije. Miarowo, 
pracowicie. Tym razem sytuacja była o wiele gorsza. 
Czuć bowiem kobietę przez nagą skórę było do­
znaniem stanowczo zbyt przyjemnym. Ale nie pusz­
czał jej, obejmował mocno, starając się odpędzić od 
siebie głupie myśli, coraz bardziej nieczyste. Do 
głowy przyszła mu również myśl ironiczna. Znając 
Shannon, był pewien, że ona nigdy by nie uwierzyła, 

background image

1 1 1 

które z nich doprowadziło do takiej intymności. 

Oskarżałaby go o wszystko, co najgorsze. A on 

przecież zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen 

z Południa. To ona, szukając ciepła i ochrony, sama 

wsuwa się w jego ramiona. 

Jedwabiste włosy musnęły jego twarz. Zadrżał. 

Do diabła, przecież on z tego wszystkiego w ogóle nie 

zaśnie! 

Jednak zasnął. Pewnie to miarowy oddech Shan-

non i bicie jej serca ukołysały go do snu. A może 

ogromne zmęczenie w końcu wzięło górę. Zasnął. 

I znów przyśnił mu się ten sam sen. 

Sen jak wspomnienie. O tamtym dniu, w którym 

postrzelił go jankeski żółtodziób. O tym dniu, kiedy 

ranny, półprzytomny wpadł do strumienia. Znów 

zobaczył promienie słońca, pieszczące sytą, wygrza­

ną ziemię. I kobietę. Stała na samym środku strumie­

nia jak rusałka, za sprawą czarów zrodzona z krysz­

tałowo czystej wody. Najpierw wynurzyły się z wo­

dy długie smukłe ręce, potem głowa w złocistym 

hełmie, nagie ramiona i piersi, oklejone mokrymi 

splotami złotej przędzy. Wynurzała się dalej, dopóki 

nie ukazała mu krągłości swych bioder i smukłości 

swoich nóg... 

Wenus. Wenus w kąpieli... 

To oczywiście była zjawa, ale zjawa przecudna, 

wytwór umysłu znużonego bezsennymi nocami. 

A może to nie umysł, a sprawcą jest to słońce, chylące 

się już ku zachodowi, słońce, które dało Wenus 

wszystkie swoje barwy. Złoto, purpurę i karmazyn. 

Zanurzyła się znów, nabrała wody w dłonie, uniosła 

background image

1 1 2 

je w górę i prysnęła sobie na twarz. Malutkie kropelki 

spływały po policzkach, brodzie, iskrząc się w słońcu 

jak diamenty... 

Nie, on przecież wcale nie śnił... Wstał i jak 

zahipnotyzowany zaczął schodzić po zboczu. 

Shannon znieruchomiała, jakby ktoś rzucił na nią 

zaklęcie. Nie zanurzyła się w wodzie, nie zakryła się 

rękoma. Po prostu patrzyła na niego, usta miała lekko 

rozchylone, może jakieś słowa uwięzły jej w gardle... 

Nie zawahał się, nie przystanął. Szedł ku niej przez 

wodę, wzbijając srebrzyste fontanny. Objął ją, jego 

palce delikatnie przesunęły się po wilgotnym aksa­

micie jej twarzy. Usta poszukały jej ust. Shannon nie 

poruszyła się. Objął ją jeszcze mocniej, musnął pal­

cami policzek i szyję dziewczyny, i znów poszukał jej 

warg. Jego usta straciły delikatność. Pożądanie wybu­

chło z ogromną siłą, pożądanie palące jak te promie­

nie słońca, ślizgające się po powierzchni wody. Nie 

ma już odwrotu! 

- Malachi, my nie powinniśmy... 

- Na litość boską, milcz! 

Znów ją całował, a Shannon nie protestowała. 

Objęła go za szyję, a on całował ją, dopóki nie poczuł, 

że Shannon drży. Z tej samej tęsknoty co on. Chwycił 

ją na ręce i ruszył przez wodę na brzeg. Oczy 

Shannon były zamknięte. Pomyślał, że może powi­

nien wiedzieć, czy Shannon aby nie marzy teraz 

o całkiem innym mężczyźnie... O tym swoim Rober­

cie... Może powinien też się zastanowić, czy dziew­

czyna ma jakieś doświadczenie. Ale on nie dbał o to 

teraz. Trzymał ją na rękach i niósł na brzeg. Te 

background image

1 1 3 

czynności wydawały się teraz najbardziej niezbędne, 

najbardziej naturalne. Nie odstąpiłby od nich, nawet 

gdyby tuż obok uderzył w ziemię grom z jasnego 

nieba. 

Złożył Shannon na brzegu porośniętym miękką 

trawą. Nie otworzyła oczu, kiedy ostatnie promienie 

słońca znów zaczęły igrać z jej ciałem, znacząc je 

purpurą i złotem. Liście dębu, delikatnie poruszane 

wiatrem, rzucały cień i rysowały na ciele Shannon 

magiczne wzory. Malachi całował ciemne ścieżki na 

kremowym ciele, całował dołek między piersiami, 

całował usta, a jego dłoń niestrudzenie błądziła po jej 

ramionach i szyi. 

Potem wstał, na sekundę, zrzucił ubranie i nagi 

opadł znów na trawę. Shannon leżała nieruchomo, jej 

oczy nadal były zamknięte. Pocałował ją w skroń, 

szepnął coś do ucha, potem jego usta przesunęły się 

w dół śnieżnobiałej szyi. Jego palce pieściły piersi, 

rysowały kółka na miękkim brzuchu i na smukłych 

udach. I nagle Shannon ożyła. Z jej ust wydobył się 

cichy krzyk, ciało wygięło się w łuk. Otworzyła oczy 

i zobaczył w nich pełen oszołomienia błękit. 

- Shannon, powiedz... 

- Co? 

- Moje imię. 

- Nie... 

Znów zamknęła oczy. A on przykrył ją swoim 

nagim ciałem i całował, pieścił i szeptał: 

- Powiedz, powiedz moje imię. 

- Malachi... 

- I powiedz, czego chcesz. 

background image

1 1 4 

Jakżeż on jej pragnął... Ale między nimi zawsze 

była wojna. I tym razem on nie chciał przegrać. Więc 

dalej pieścił, póki Shannon nie rozgorzała od namięt­

ności. Szeptała coś cicho, niezrozumiale, jej palce 

wpiły się w jego ramiona, a ciało poruszało się 

miękko, jakby już zaczynając pląs miłości. 

- Powiedz, Shannon. 

- Chcę... ciebie. 

- Powiedz, że chcesz mnie, Malachiego. 

- Chcę ciebie... Malachi. 

Jej głos był cichutki, prawie niesłyszalny, ale 

powiedziała wszystko, wszystko, co chciał usłyszeć. 

Więc już... Był jej, a ona jego... 

Dlaczego krzyknęła? Dlaczego to gorące, uległe ciało 

nagle zesztywniało ? Przerażony uświadomił sobie, że 

uwierzył w jej doświadczenie, ponieważ chciał w to 

uwierzyć. Bo tak było mu wygodniej. Zwiódł siebie 

samego, bo nie chciało mu się pomyśleć, zapytać. 

Wiedział, że był to krzyk bólu, czuł, że Shannon drży. 

Szarpnął się, jakby chciał od niej uciec, ale jej ręce 

mocno oplotły jego szyję. Oczy były otwarte, pełne łez, 

ale spoglądały odważnie, z osobliwą uczciwością. 

- Nie, Malachi. Powiedziałam, że chcę ciebie. 

- Ale nie powiedziałaś, że... 

- Nie pytałeś. Malachi, proszę... 

Jej głos zamierał. Pomyślał, że za późno już, aby 

cokolwiek naprawiać. Ale można jeszcze ocalić magię 

tej chwili. Więc podjął to, co już przecież rozpoczął. 

Delikatnie, ostrożnie, powoli... Cały czas całując, cały 

czas coś szepcząc. Potem ona znów krzyczała, całym 

swoim gorącym ciałem lgnąc do jego wilgotnego 

background image

1 1 5 

ciała. I on też krzyczał, ochryple, głośno. Znikła 

ostrożność, była już tylko namiętność, gwałtowność, 

pragnienie i paląca porzeba spełnienia i wyzwolenia. 

- Shannon? 

Błękitne oczy były zamknięte, usta lekko roz­

chylone, oddech przyspieszony. Czuł, że jej ciało 

jeszcze drży. A twarz była przeraźliwie blada. Pogłas­

kał jej wilgotne włosy, odgarnął z twarzy mokre 

sploty. Nagle Shannon poruszyła się, dziwnie ener­

gicznie, niecierpliwie, jakby pragnąc jak najszybciej 

zrzucić z siebie brzemię jego ciała. Uniósł się, opadł na 

bok. Shannon natychmiast zwinęła się w kłębek. 

- Shannon... 

- Nie dotykaj mnie - szepnęła. - Proszę, teraz nie. 

Przez chwilę leżeli w milczeniu, potem Malachi 

ostrożnie objął Shannon ramieniem. Nie broniła się. 

Leżeli długo w zapadającym zmierzchu, popatrując 

na ciemne plamki liści, widoczne na tle nieba. Nie 

zamieniając ze sobą ani jednego słowa. Kiedy było już 

prawie ciemno, Shannon zerwała się nagle i od­

rzuciwszy włosy z czoła, szybkim krokiem ruszyła do 

strumienia. Nie zatrzymała się na brzegu, szybko 

doszła do najgłębszego miejsca i zanurzyła się w wo­

dzie. A Malachi pomyślał gorzko, że Shannon spłuku­

je z siebie jego ślady tak samo skwapliwie, jak 

zmywała zapach i wspomnienie po Justinie Wallerze. 

Wstał i ruszył w dół po zielonym zboczu. 
- Shannon! 

Wszedł w wodę, podszedł do dziewczyny i szarp­

nął mocno, zmuszając, żeby wstała i spojrzała na 

niego. 

background image

1 1 6 

- Co ty wyrabiasz, Shannon? 

- Nic. 

- To dlaczego się do mnie nie odzywasz? 

- Bo nie chce mi się gadać. 

- Shannon! To, co się stało... 

- Nie powinno się było zdarzyć. Nie powinno! 

- wyrzuciła z siebie gwałtownie. 

Usiadła w wodzie z ponurą, zaciętą miną. Demon-

stracyjnie przesunęła się kawałek dalej, gdzie było 

jeszcze głębiej i mogła skryć się w wodzie po samą 

szyję. Jednym słowem, zachowywała się jak cnotliwa 

zakonnica, a to irytowało Malachiego jeszcze bardziej 

niż jej otwarcie manifestowana niechęć do tego, co 

stało się między nimi. 

- Shannon... 

- Idź do diabła! Czy ty naprawdę nie możesz choć 

na chwilę zostawić mnie samej ? Jeśli, mimo wszyst­

ko, zachowałeś chociaż jakiś cień przyzwoitości... 

Chwycił ją mocno za łokieć i zmusił, żeby wstała. 

Był wściekły, a Shannon naburmuszona. W sumie 

sytuacja dla nich raczej typowa, przecież oni zawsze 

kłócili się ze sobą. Ale jakżeż te relacje między nimi się 

zmieniły i to nieodwołalnie. Bo dla niego fakt, że 

szarpie teraz Shannon kompletnie nagą, wydawał się 

zupełnie naturalny. A poza tym, co się stało, to już się 

nie odstanie. 

- Cień przyzwoitości? - powtórzył jadowitym 

głosem. - Czyli coś- Uważasz mnie za potwora? I to 

wszystko, co się stało między nami, to tylko moja 

wina? 

- Przede wszystkim uważam, że z ciebie dżentel-

background image

1 1 7 

men od siedmiu boleści. A Kristin zawsze rozpływa 
się z zachwytu nad tobą. Ach, ten Malachi! Książę, po 
prostu książę z Południa, bohater, kawaler ratujący 
damy z opresji! Jednym słowem, siódmy cud świata, 
a ty nawet nie potrafisz się odwrócić, kiedy dama się 
kąpie! 

- Dama? Wielka mi dama! Latasz goła po trawie, 

puszysz się jak zwykła dziewucha z tancbudy... 

- Przestań! Naprawdę powinieneś był się od­

wrócić! Bo ja jednak myślałam, że zachowasz się jak 
dżentelmen. 

- Ty lepiej w ogóle nie myśl, Shannon. Bo jak 

sobie coś umyślisz, to zaraz są kłopoty. I nie wbijaj 
sobie do głowy przypadkiem, że to, co stało się 

między nami, to moja wina. 

- A niby czyja? To przez ciebie! 
- Przecież nie wrzeszczałaś, kiedy wynosiłem cię 

na brzeg! A wiesz, dlaczego? 

Uśmiechnął się drwiąco. 

- Bo chciałaś się przekonać, smarkulo, jak to 

właściwie jest. Nie zdążyłaś kochać się z Jankesem, to 
wzięłaś sobie Reba, też kapitana... 

Policzek był naprawdę siarczysty, Shannon zamach­

nęła się porządnie. Potem skuliła się, jakby czekała na 
bolesną odpowiedź. Przecież zawsze, kiedy atakowa­
ła, on odpłacał pięknym za nadobne. Tym razem było 
jednak inaczej. Dotknął tylko swego poczerwieniałe­
go policzka. 

- Masz rację, Shannon. To nie powinno się było -

zdarzyć. 

Odwrócił się i ruszył przez wodę z powrotem na 

background image

1 1 8 

brzeg. Ubrał się bez pośpiechu, nie spoglądając ani 
razu w stronę Shannon. Ale słyszał ją. I uzmysłowił 

sobie nagle, że tak właśnie jest zawsze. Nawet kiedy 
nie widzi Shannon, słyszy ją i natychmiast jej obraz 
pojawia się w jego wyobraźni. Jakby widział ją bez 
przerwy. Te oczy jak niebo, tak często gorejące 

z gniewu, tę wdzięczną, smukłą postać. A teraz mógł 
sobie wyobrażać ją i ubraną, i rozebraną... 

Słyszał, jak wychodzi na brzeg, potem usłyszał 

szelest ubrań. Nakłada te swoje długie pantalony 
i gorset, ozdobiony koronkami i różyczkami. Nie 
wytrzymał. Spojrzał kątem oka. Zdążyła nałożyć już 
i spodnie, teraz siedziała na swojej derce i naciągała 

wysokie buty z cholewami. 

Pogrzebał w sakwach, wyciągnął czystą koszulę 

i rzucił ją Shannon. 

- Masz! 
- Dziękuję, ale... 
- Nałóż. Nie będziesz chyba jechać w samym 

gorsecie. Każdy mężczyzna, na którego się natknie­
my, pomyśli, że jesteś bardzo chętna. 

Shannon szybko wsunęła ręce w rękawy i zaczęła 

starannie zapinać guziki. 

- Wcale nie miałam zamiaru odmawiać przyjęcia 

tej koszuli, kapitanie! Chciałam tylko zauważyć, że 
pan powinien ubrać się podobnie. Płaszcz konfedera­
tów tak samo rzuca się w oczy jak mój gorset. 

Malachi nie odpowiedział. Bo i po co, doskonale 

przecież zdawał sobie z tego sprawę. A jego płaszcz 
i kurtka od munduru, zrolowane razem z kocem, 
wsunięte były już do derki. Reszta stroju ujdzie. Szare 

background image

1 1 9 

spodnie Cole'a i koszula jasnoniebieska, nie wzbudza­

jąca podejrzeń. Kapelusz... Nie, z kapeluszem nie 

będzie się jeszcze rozstawał. 

Osiodłał konie. 

- Możemy jechać, panno McCahy? 

Skinęła głową. Dosiedli koni i ruszyli w drogę. 

Malachi jechał pierwszy, milczący jak głaz, Shannon 

również wytrwale nie odzywała się ani słowem. 

Dopiero kiedy ujechali już spory kawał drogi, Malachi 

usłyszał, że Shannon stara się z nim zrównać. 

- Malachi, chciałabym ci coś wyjaśnić. 

- Co? 

- No... że ja wcale tak nie myślę... z tą winą... 

- I bardzo dobrze. Trudno przecież zaprzeczać 

prawdzie. 

- Ale jeszcze coś chcę wyjaśnić. 

Nadal jechała za nim. I tak było lepiej. Kiedy nie 

widział jej twarzy, łatwiej mu było być cynicznym 

i chłodnym. 

- Nie musisz mi niczego więcej wyjaśniać, Shan­

non. Naprawdę nic nie musisz... 

- Ale ty nie rozumiesz... 

- Jasne. Ja nigdy niczego nie rozumiem. 

- Malachi, posłuchaj! Zanim wybuchła ta wojna, 

ja byłam damą... 

- Nie, Shannon. Przed wojną, czy po wojnie, ty 

byłaś i jesteś awanturnicą. 

- Przestań, Malachi! Chcę ci powiedzieć, że przed 

wojną ja nigdy... nigdy bym czegoś takiego nie 

zrobiła. Tego, co zrobiłam... 

Wahała się, ważąc każde słowo. Jej głos drżał, 

background image

1 2 0 

jakby tłumiła łzy. Było mu żal dziewczyny, ale 

jednocześnie czuł wielką gorycz. Owszem, udało mu 

się pieszczotą wymusić na Shannon słodkie oświad­

czenie: Chcę cię, Malachi... Ale ten narzeczony, ten 

Jankes, istniał kiedyś naprawdę i ta myśl dopro­

wadzała go do wściekłości. Przypomniał sobie jed­

nak, że ten duch nie miał tego, co jemu, Malachie-

mu, przypadło w udziale. Poczuł się lepiej. I trochę 

złagodniał. 

- Wojna zmieniła wielu ludzi - powiedział już 

spokojnie. - Nie martw się, Shannon, dalej jesteś 

damą. A poza tym... To ja chciałem cię przeprosić za 

ostre słowa. 

- Nie przepraszaj, Malachi. A ja po prostu uwa­

żam, że to nie powinno się było zdarzyć. Nie teraz. 

I nie między nami. 

- Jankeska i Reb? Masz rację. Nigdy! - powiedział 

z goryczą. 

Nagle podjechała do niego galopem, napierając na 

jego konia. Jej twarz była nadspodziewanie łagodna, 

pełna słodyczy. 

- Malachi, przecież wiesz, że to nie o to chodzi! 

- Mam nadzieję - odezwał się tonem bardzo 

poważnym. - I mam jeszcze nadzieję, że zdajesz 

sobie sprawę z tego, co stało się dziś naprawdę. 

Zmieniłaś się, Shannon, zmieniłaś na zawsze. Straci­

łaś coś, co wielu ludzi uważa za bardzo cenne. 

Dlatego nie wolno udawać, że nic się nie stało. 

Nawet w słabym świetle księżyca dojrzał, jak 

twarz Shannon oblewa się rumieńcem. 

- Ja wiem - szepnęła. - Ale chodzi o to, że... 

background image

1 2 1 

- Shannon, przecież ja ciebie do niczego nie 

zmuszałem. Owszem, może trochę cię... uwodziłem, 
ale ty wcale się nie opierałaś. 

- Tak, Malachi. I dlatego... dlatego czuję się win­

na. Przecież ja kochałam, kochałam Roberta, od jego 
śmierci nie minął nawet rok. A zapragnęłam ciebie, 
Malachi. Cały czas wiedziałam, że to ty... 

Popędziła konia i pojechała przodem. A Malachi 

nagle poczuł się zmęczony i rozbity. Po prostu do 
niczego. 

Nigdy sobie nie wyobrażał, że Shannon McCahy 

może wywołać w nim taką burzę. Gniew - tak. Ona 
zawsze wzbudzała w nim gniew. Ale może nie 
tylko... Może zawsze wzbudzała w nim ten płomień, 
a on dopiero teraz zaczął to dostrzegać. Ten płomień 
ogarniał nie tylko ciało. Zdawał się przenikać i do 
serca, i to w tempie zawrotnym... Może zostaną 
przyjaciółmi? Może każda wojna zasługuje na zawie­
szenie broni... 

Jechali dalej wzdłuż strumienia. Godzinę, dwie, 

w całkowitym milczeniu. 

- Zrobimy tu popas - oznajmił nagle Malachi, 

wstrzymując konia. - Wykorzystajmy, że jesteśmy 
jeszcze koło strumienia. Jutro odbijemy na zachód 
i po drodze nie będzie już wody, 

Shannon skinęła głową, zeskoczyła z konia. Roz-

siodłała swego wałacha, Malachi rozsiodłał gniadą 
klacz. Przez chwilę rozglądał się bacznie. Tak, tu na 
pewno jest bezpiecznie. Podszedł prawie nad samą 

wodę, zebrawszy po drodze kilka gałązek i po chwili 
rozpalił małe ognisko. 

background image

1 2 2 

- Nazbieraj trochę kamieni, Shannon. Mam kawę 

i kociołek na wodę. 

Niech idzie, żeby on choć przez chwilę nie musiał 

na nią patrzeć. Bo on już chyba nie potrafi spoglądać 
na nią i nie wyobrażać jej sobie w swoich ramionach. 
Może byłoby inaczej, gdyby ta dziewczyna nie była 
tak nadzwyczajną kochanką. Jak ona poruszała się, 
wiedziona instynktem, jak wyginała, jak wiedziała, 
co robić, aby dać mężczyźnie rozkosz... 

Shannon wróciła z kamieniami, Malachi ułożył 

z nich krąg wokół ogniska i postawił nad ogniem 
kociołek z wodą. Pilnował wody, Shannon w tym 
czasie rozłożyła derki. Kawa wkrótce była gotowa. 
Shannon wyjęła z sakw chleb, ser i suszone mięso. 

Jedli szybko, w milczeniu. Potem siedzieli przez 
chwilę, nadal w kompletnej ciszy. 

- Może się już położysz? - spytał Malachi. 
- Dobrze. 
Wstała i ruszyła w stronę rozłożonych derek. 

Nagle przystanęła i spojrzała na Malachiego. Wy­
glądała jak anioł. Taka śliczna, smukła. I smutna. 

- Malachi? A czy dla ciebie ma to jakieś znaczenie, 

że ja... - urwała. 

- Że co ty? 
- Ze kobieta... jest... 
- Dziewicą? - podpowiedział litościwie. 
Zarumieniła się i pokręciła nerwowo głową. 
- Nie, to już nieważne. 
- Shannon... 
- Nieważne. Zapomnij o tym. Czasami tylko 

człowiek zapomina o konsekwencjach. 

background image

1 2 3 

Malachi wypił duży łyk kawy, spoglądając na nią 

znad brzegu kubka. 

- Owszem - stwierdził oschle. - Przede wszyst­

kim o tych najważniejszych konsekwencjach. 

- Co masz na myśli? 

Wstał od ogniska i podszedł do niej. Sam zirytowa­

ny na siebie, że zdecydował się zasiać w jej sercu 

ziarno niepokoju. Ale diabeł już go podkusił. 

- O dzieciach. Małych, słodkich istotkach, które 

rosną w brzuchu kobiety. 

Oczy Shannon zrobiły się jeszcze większe, jeszcze 

bardziej okrągłe. Oczywiście z przerażenia. Bo ona, 

naturalnie, o tym zupełnie nie pomyślała. I będzie się 

teraz tym zadręczać. 

- Śpij dobrze, Shannon. 

Pocałował ją w czoło i wolnym krokiem wrócił do 

ogniska. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- To Haywood, czyli już Kansas - stwierdził 

pewnym głosem Malachi. 

Późnym popołudniem wstrzymał konia na brzegu 

urwiska. W dole widać było rozległą równinę, w dali 

zabudowania farm, pola i rancza. A tuż przed nimi 

miasteczko. Jedna ulica, kilka domów po obu stro­

nach. Stajnie, zakład balwierski i saloon. Na szczycie 

najbardziej okazałego budynku wielki szyld głosił 

dumnie, że tu właśnie mieści się sklep pana Haywo-

oda. Obok szyld mniejszy, zapraszający do hotelu 

pani Haywood, gdzie można wynająć pokój na jedną 

noc, na miesiąc, a także na rok. 

- Zjeżdżamy na dół. Musimy uzupełnić pro­

wiant. I mam wielką ochotę zajrzeć do gazety, ciekaw 

jestem, co dzieje się na świecie. 

- Może ja pojadę... - zaczęła Shannon. 

- Bzdura - przerwał niecierpliwie. - Nie puszczę 

cię samej. 

- Mnie się nic nie stanie. Będę bezpieczna, a ty nie. 

background image

12S 

- Dziś nikt nie jest bezpieczny. Przed wojną było 

zresztą tak samo. 

- Ale ja jestem Jankeską. Zapomniałeś ? 

- Nie. Ale dla wielu ludzi stąd każdy przybysz 

z Missouri uważany jest za bushwhackera. Każdy. 

- W takim razie co proponujesz? 

- Proponuję udawanie. Wjeżdżamy do Kansas 

jako stateczne małżeństwo. Nasz dom został spalony 

i zamierzamy przenieść się dalej, na zachód. I ty tej 

wersji masz się trzymać, zrozumiałaś ? 

- Tak, zrozumiałam - odparła słodziutko. - Łącz­

nie z tym, że pan wjeżdża do Kansas z dowodem 

prawdy na swojej głowie, kapitanie! 

Malachi szybko zdjął z głowy zdradziecki kape­

lusz i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego 

w milczeniu. Jakżeż on do tego kapelusza był przy­

wiązany... Zaklął cicho, zeskoczył z konia i pomasze­

rował w stronę najbliżej rosnących krzewów. Wszedł 

głęboko w zielony gąszcz i starannie wyszukał od­

powiednie miejsce, gdzie jego kapelusz mógłby bez­

piecznie czekać na powrót swojego właściciela. 

- Czy to był pogrzeb ukochanego kapelusza? 

- spytała Shannon z drwiącym uśmiechem, kiedy 

wynurzył się spośród krzewów. - Przydałby się dobry 

kaznodzieja, żeby wygłosił jakieś podniosłe kazanie. 

Natychmiast pożałowała swoich głupich słów. 

Malachi spojrzał gniewnie i dosiadłszy klaczy, chwy­

cił gwałtownie za wodze czarnego wałacha, zmusza­

jąc go, aby zwrócił się w jego stronę. 

- Ostrzegam, Shannon. Tylko bez głupich żar­

tów. Robisz to, co ci każę. Nie mam zamiaru umierać 

background image

1 2 6 

ani za Kristin, ani za ciebie. Chyba że nie będzie 
innego wyjścia. Ale szlag mnie trafi, jeśli nie uda mi 
się wyjść z tego cało tylko dlatego, że ty nie potrafiłaś 
utrzymać języka za zębami. 

Shannon nie odezwała się, tylko wpatrywała się 

w milczeniu w jego gniewne oczy, a serce w niej 
zamierało. Po tym wszystkim, co wydarzyło się 
między nimi, ona nadal tylko go drażni. Głupia 
uwaga o pogrzebie kapelusza rozjątrzyła go do ży­

wego. I właściwie nie wiadomo, jak go za to prze­

prosić. 

- A co z twoim siodłem? - spytała chłodno- - Nie 

ma na nim żadnych oznaczeń wojska konfederatów? 
Co z uprzężą? 

- Bez obaw - odparł równie chłodno. - Siodło 

ściągnąłem z grzbietu padłego konia pociągowego 

w Ohio. A uzda jest z waszego rancza. 

- Aha. No to co?- Jedziemy? 

Skinął głową, puścił wodze wałacha. Oba konie 

zaczęły ostrożnie schodzić po stromym zboczu. 

- Wejdziemy do sklepu, przy okazji zasięgniemy 

języka - powiedział Malachi. - A ty łaskawie uważaj, 
żebyś czegoś nie palnęła. 

- A ty powinieneś być zadowolony, że jadę z to­

bą! Nikt nie przyjmie twoich konfederackich pienię­
dzy. A ja mam przy sobie jankeskie dolary. 

- Mam coś lepszego, panno McCahy. Złoto. Sły­

szałem, że coś takiego przyjmują wszędzie. 

Zjechali na równinę, konie ruszyły galopem 

i wkrótce wjeżdżali do miasteczka jedyną tu ulicą. 

Zatrzymali się przed wejściem do sklepu. Zsiedli 

background image

1 2 7 

z koni i uwiązawszy je do drewnianej barierki, weszli 

po dwóch zakurzonych schodkach prosto w otwarte 

drzwi. 

Sklep był obszerny, lada ciągnęła się wzdłuż całej 

przeciwległej ściany. Wszystkie ściany dookoła zabu­

dowane były półkami zapełnionymi towarami, 

a wszystkiego było w bród. Wielkie bele materiału, 

głównie bawełny i płótna, ale także brokat, jedwab 

i atłas, obok małe zwoje eleganckiej koronki. Worki 

z mąką, kawą, herbatą i cukrem, przybory do szycia 

i narzędzia do pracy na farmie, wyroby ze skóry, koce, 

prześcieradła, menażki. Shannon dojrzała również 

słoiki z konfiturami i marynatami oraz płaty suszone­

go i wędzonego mięsa. Jednym słowem, niezależnie 

od mało imponującej wielkości miasteczka, sklep 

musiał prosperować znakomicie. 

- Witam państwa - odezwał się korpulentny, 

łysiejący jegomość za ladą. - Czym mogę służyć

1

?-

Malachi uśmiechnął się szeroko i podszedł do lady. 

- Razem z żoną jedziemy na zachód i potrzebuje­

my paru rzeczy. 

- Zaraz coś na to zaradzimy, panie... 

- A... Sloan - powiedział Malachi, zagłuszony 

dźwięcznym głosem Shannon. 

- Gabriel. 

Jegomość spojrzał na nich, wyraźnie zdezorien­

towany. Malachi chwycił rękę Shannon, jego dłoń 

omal nie zmiażdżyła jej palców. 

- Sloan Gabriel - wyjaśnił z uśmiechem Malachi. 

- A to moja żona, Sara. 

- Miło mi panią poznać, pani Gabriel! 

background image

1 2 8 

- Mnie również - mruknęła Shannon, zajęta 

uwalnianiem swej ręki z dłoni Malachiego. Udało się 

i pani Gabriel ruszyła na przechadzkę po sklepie. 

- Panie Gabriel - odezwał się jegomość, nachyla­

jąc się nad ladą ku Malachiemu. - Moja żona prowa­

dzi tuż obok bardzo przytulną herbaciarnię. Może 

małżonka ma ochotę na filiżankę herbaty? A pan... 

Jegomość pochylił się jeszcze bardziej i mrugnąw­

szy wesoło, dodał ciszej: 

- A pan mógłby skoczyć naprzeciwko do saloonu 

i strzelić sobie jednego. 

- Hm... To brzmi zachęcająco. 

Naturalnie. Gdzie jak gdzie, ale w saloonie można 

dowiedzieć się wszystkiego, co dzieje się w okolicy. 

- Kochanie! 

Shannon, zajęta oglądaniem beli barwnego per-

kalu, nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Podszedł 

więc bliżej, chwycił ją za ramiona i zdecydowanym 

ruchem odwrócił ku sobie. 

- Kochanie! Ten miły pan, pan... 

- Haywood - dobiegło zza lady. 

- ...pan Haywood mówi, że tuż obok jest bardzo 

przyjemna herbaciarnia, którą prowadzi jego małżon­

ka. Może masz ochotę na filiżankę gorącej herbaty, 

z mleczkiem i cukrem? Na pewno jesteś zmęczona. 

Mamy przecież za sobą długą, ciężką drogę. 

Kochanie... Shannon poczuła, że dobrze znany jej 

diabeł całą mocą przypomina o sobie. Hm... a więc 

zabawimy się w kochające małżeństwo. Uśmiechnęła 

się słodziutko, wspięła na palce i objęła ramionami 

Malachiego za szyję. 

background image

1 2 9 

- Ale ty, najdroższy, pójdziesz tam ze mną? 
- Ja? Ja pomyślałem sobie, że skoczę naprzeciwko 

na szklaneczkę piwa. - Jego twarz stężała. 

I bardzo dobrze! Shannon jeszcze mocniej naparła 

na niego kuszącymi krągłościami swego ciała. 

- Może ja pójdę razem z tobą do saloonu? - za-

szczebiotała, zabawnie marszcząc nosek. - Nie prze­
padam, co prawda, za piwem, bo tak brzydko pach­
nie, ale 

Malachi zdecydowanym ruchem zdjął ze swej szyi 

smukłe ramiona Shannon. 

- Nie, kochanie - oznajmił stanowczym głosem. 

- W saloonie często padają mocne słowa, nie przezna­

czone dla uszu dam. Poza tym... bywa tam różnie... 

- Ale z tobą będę przecież bezpieczna. 
- Bardziej bezpieczna będziesz nad filiżanką her­

baty. 

- Najdroższy... 
- Nie. 

Czuł, że traci panowanie nad sobą. Słyszał, jak pan 

Haywood dyskretnie chrząka, prawdopodobnie tłu­
miąc śmiech. Najwyższy czas na zastosowanie rady­
kalnego środka. Zresztą Shannon, tuląc się przed 
chwilą do niego bezwstydnie, sama się o to prosiła. 
Objął ją i pocałował, krótko, ostro, wcale nie dla 
przyjemności. A trzymał tak mocno, że na pewno nie 
mogła oddychać. 

- Teraz idziesz na herbatkę. 
- Ale ja... 
- Idziesz. Panie Haywood ? Mówił pan, że to 

następne drzwi? 

background image

1 3 0 

- Tak. Ale można tam wejść ze sklepu. Bardzo 

proszę. 

Pan Haywood elegancko otworzył przed Shannon 

prawie niewidoczne drzwi, jako że też były zabudo­
wane półkami. 

Malachi ucałował Shannon w czoło. 

- Idź, kochanie. Zobaczymy się niebawem. 

Syknęła i znów zarzuciła mu ręce na szyję. Pocało­

wała go króciutko, ale tak namiętnie, że omal się nie 
zachwiał. Potem posłała panu Haywoodowi bardzo 

słodki uśmiech. 

- Proszę wybaczyć, zapomniałam się troszkę, ale 

my niedawno wzięliśmy ślub - wyjaśniła, trzepocząc 
ślicznie rzęsami. - Przeżywam męki, kiedy on chociaż 
na kilka sekund znika mi z oczu. 

Rzęsy przestały trzepotać. 

- Ta straszna wojna zabrała nam wszystko. Roz­

pędzono nasze bydło, zadeptano pola, a potem spalo­
no nam dom, do gołej ziemi. Ale najważniejsze, że 
jesteśmy z mężem razem. I ja tak nie lubię, kiedy on 
idzie gdzieś sam, tak się o niego boję... 

Przemowa była dramatyczna. Obaj mężczyźni 

milczeli. Malachi stał sztywny jak kołek, ale jego oczy 
były przymrużone, a spod powiek coś błyskało nie­
bezpiecznie, dlatego Shannon zdecydowała się zrej-
terować, i to natychmiast. 

Szybko przestąpiła próg herbaciarni i aż przy­

stanęła ze zdumienia. Jakżeż ten pokój przypominał 

wiktoriański salon na ranczo McCahych! Taka sama 
lśniąca, starannie wyfroterowana posadzka, na pięk­
nym dywanie ciemna sylwetka szpinetu. Krzesełka 

background image

1 3 1 

wyściełane, zgrupowane po dwa, po trzy, koło szpi-

netu i przed kominkiem. Tych krzesełek w salonie 

pani Haywood było sporo i poustawiane były rów­

nież wokół ślicznych stoliczków z marmurowym 

blatem. 

- Witam panią! 

W drzwiach vis-a-vis ukazała się niska, krzepka 

siwowłosa kobieta o rumianych policzkach, wyciera­

jąca pospiesznie ręce w ściereczkę. Małe brązowe 

oczka z ciekawością spoglądały na strój Shannon. 

Shannon natychmiast uzmysłowiła sobie, że jej 

zakurzone spodnie i męska koszula zupełnie nie 

pasują do tego eleganckiego wnętrza. Ale kobieta 

w drzwiach zapewne tak bardzo nie była zdumiona, 

przecież tu wszędzie dookoła są rancza, farmy i strój 

Shannon nie powinien się jej wydawać czymś tak 

bardzo niezwykłym. 

- Dzień dobry, panno... 

- Pani Gabriel. Sara Gabriel - powiedziała szybko 

Shannon. - Pani małżonek wskazał mi tu drogę. 

- Miło mi panią poznać. Bardzo proszę, niech pani 

siada. Jak pani widzi, dziś nie ma tu zbyt wielu gości. 

Ja zaraz wracam. 

Shannon skinęła głową, zastanawiając się w du­

chu, czy ten śliczny salon kiedykolwiek jest pełen 

ludzi. Przecież to miasto jest takie małe, śmiesznie 

małe. 

Usiadła na krześle przed kominkiem. Nie zdążyła 

jeszcze raz rozejrzeć się dookoła, a pani Haywood 

była już z powrotem, niosąc piękną srebrną tacę. 

- Jaką herbatę pani pije? Z cukrem i mleczkiem? 

background image

1 3 2 

- Tak, bardzo proszę. 

Kiedy pani Haywood zajęła się nalewaniem her­

baty, wzrok Shannon mimo woli powędrował ku 
oknu. Widok był nader interesujący, jako że zobaczy­
ła, ni mniej ni więcej, tylko Malachiego, który właśnie 
energicznie pchnął drzwi saloonu. 

- To pani mąż? - spytała pani Haywood, której 

ciekawskie oczka spojrzały naturalnie w tę samą 
stronę. 

- Tak - odparła Shannon głosem raczej ponurym. 
- Państwo zapewne pobrali się niedawno, no 

tak... A o swego małżonka niech pani będzie spokoj­
na. Jest pani zbyt urodziwym stworzeniem, żeby 
zapomniał o pani choć na minutę. Pani mąż walczył 
na wojnie? 

- O, tak. 
Na szczęście, pani Haywood nie była zbyt dociek­

liwa i zadowoliła się tą krótką odpowiedzią, po czym 
zmieniła temat. 

- Bardzo proszę, pani Gabriel, niech pani się posili 

- zapraszała, stawiając na stoliku półmisek pełen 
różnych pyszności. - Przyniosłam pani i paszteciki 
z mięsem, i słodkie ciastka z cynamonem, i bułeczki 
z rodzynkami. A muszę pochwalić się nieskromnie, że 
po tej stronie Missisipi nie ma lepszej gospodyni ode 
mnie. 

Shannon z lubością wciągnęła nosem smakowite 

zapachy i sięgnęła po pasztecik. Nawet nie zdawała 
sobie sprawy, jak bardzo jest głodna, dopóki nie 
przełknęła pierwszego kęsa. Pasztecik był cieplutki, 
ciasto puszyste, a nadzienie rozpływało się w ustach. 

background image

1 3 3 

Po tylu godzinach, spędzonych w siodle, jakże przy­

jemnie było posiedzieć w saloniku na ślicznym krze­

sełku, zajadać się specjałami i popijać znakomitą 

herbatą. Tak, było uroczo, nawet jeśli przed chwilą 

Malachi, jak zwykle, zachował się jak tyran, za­

braniając jej iść do saloonu. 

Pani Haywood usta się nie zamykały. Zdradziła, 

między innymi, tajemnicę powodzenia rodzinnego 

biznesu. Prosperuje znakomicie dzięki podróżnym, 

w tym miejscu bowiem przebiega wiele ważnych 

dróg, na północ i na południe, do Teksasu i na 

wschód, do Missouri. Ale najważniejsza, najbardziej 

uczęszczana jest droga na zachód. 

- Najwięcej ludzi jedzie do Kalifornii - ciągnęła 

niezmordowana pani Haywood. - Prawie tyle, co 

w czterdziestym dziewiątym. Teraz jadą tam ludzie, 

którym wojna zabrała domy. A kto nie ma domu, ten 

może osiąść wszędzie. 

Shannon skinęła głową, uzmysławiając sobie, że 

przez cały czas zerka w okno na te nieszczęsne drzwi 

do saloonu po drugiej stronie ulicy. Nagle przypom­

niała sobie, co ona wyczyniała niedawno w sklepie 

pana Haywooda. Pocałowała Malachiego tak, że na 

samo wspomnienie zrobiło jej się gorąco. Naturalnie, 

że chciała go tylko rozdrażnić, ale ta właśnie metoda 

wydała jej się dziwnie niebezpieczna i ryzykowna. 

Dla niej samej... 

Równie dziwny wydawał jej się niepokój o Mala­

chiego. Przecież ma on prawo siedzieć sobie w tym 

saloonie tak długo, jak tylko zechce i pić sobie, ile 

tylko dusza zapragnie. Ale co on tam właściwie robi?! 

background image

1 3 4 

Na pewno popija i na pewno nie sam. Kręcą się koło 

niego te okropne dziewczyny z saloonu, czyli po 

prostu ladacznice. Co tam... Nie powinno jej to 

obchodzić. 

A niby dlaczego ma ją nie obchodzić? Malachi, 

jeszcze wczoraj taki czuły, dziś bez żenady zamienia 

jej towarzystwo na towarzystwo ladacznic. Hm... 

Czyżby Shannon McCahy nie była kobietą pociągają­

cą? Ta myśl pojawiła się raptownie. Shannon, oszoło­

miona tym niemiłym przypuszczeniem, omal nie 

ugryzła filiżanki. Natychmiast jednak wlała w swoją 

duszę ukojenie. Nie ma się czym przejmować! Prze­

cież ona nie czuje ani odrobiny sympatii do Malachie-

go Slatera, ich wspólna podróż jest dla niej katorgą. 

Wolałaby podróżować samotnie, a nie z tym in­

dywiduum, wolałaby w ogóle z Malachim Slaterem 

nie mieć nic do czynienia. Niestety, skazana jest teraz 

na niego, bo taki po prostu jest wymóg chwili. 

Dlaczego on nie wracać A jeśli wcale nie zaba­

wia się z tymi dziewczynami, tylko ma jakieś kło­

poty? Nie, on na pewno się zabawia... Czuła, że jej 

gniew sięga zenitu. Gdyby Malachi teraz tu się 

pojawił, otrzymałby zapewne mocny cios prosto 

w żołądek. 

- Zatrzymacie się państwo u nas na noc? - spyta­

ła pani Haywood. 

- Nie sądzę - odparła Shannon lekko nieprzytom­

nym głosem. - Mój mąż... Sloan chce jak najszybciej 

ruszać w dalszą drogę. 

- Mały odpoczynek w czasie podróży każdemu 

wyjdzie na dobre. A ja mam bardzo przytulny pokój 

background image

1 3 5 

na górze, z kominkiem. W oknie śliczne koronkowe 

firanki, na łóżku duża wełniana kołdra i... 

Pani Haywood mrugnęła wesoło do Shannon. 

- ... i mam jeszcze, pani Gabriel, taką wannę, 

jakiej pani w życiu nie widziała. Piękna, drewniana 

i ogromna, dwie osoby mieszczą się jak nic! Ale co 

tam gadać. Proszę, niech pani idzie ze mną i obejrzy to 

cudo na własne oczy. 

Był to typowy saloon, podobny do setek saloonów, 

które powstawały jak grzyby po deszczu wszędzie 

tam, gdzie w Kansas stanęła stopa białego człowieka. 

Dwóch mężczyzn urzędowało za barem. Ciemno­

włosa piękność w kapeluszu z piórami i w bardzo 

szykownej sukni, przede wszystkim starannie od­

słaniającej ramiona, brzdąkała cicho na pianinie. 

Gości nie było zbyt dużo. Dwóch samotnych pijacz­

ków, a przy stoliku na tyłach sali siedziało kilku 

mężczyzn zajętych pokerem. Trzej z nich to niewątp­

liwie ranczerzy. Wskazywał na to jakże charakterys­

tyczny strój. Na głowie brudnawy kapelusz, szyja 

obwiązana chustą, na nogach buty z ostrogami. 

Każdy z nich rozparty w krześle, w ręku butelka 

whisky, z której co chwila należało pociągnąć potęż­

ny łyk. Czwarty gracz, w schludnym garniturze 

w prążki i białej koszuli, wyglądał na urzędnika. A od 

dwóch pozostałych aż pachniało profesjonalizmem. 

Obaj w surdutach, kamizelkach i cylindrach, jeden 

z nich szczupły, z podkręconym wąsikiem, drugi 

niski, tęgi, o chytrych czarnych oczkach. 

Malachi wolnym krokiem podszedł do baru. 

background image

1 3 6 

- Jedno piwo - zawołał do barmana, rzucając na 

kontuar monetę. 

Barman uśmiechnął się, odkręcił kurek i szybko 

napełnił szklankę pienistym płynem. 

- Przejazdem? - spytał. 
Malachi skinął głową, wpatrując się jednocześnie 

w hożą rudowłosą dziewczynę, która obsługiwała 

pokerzystów. W jej wyglądzie było coś dziwnie 
znajomego, tak znajomego, że prawie zapomniał 
o obecności mężczyzny za barem. 

- Tak, przejazdem - odezwał się po dłuższej 

chwili. - Razem z żoną jedziemy do Kalifornii. To 
chyba jedyna rozsądna rzecz, jaką mogę dzisiaj zrobić. 

Przypomniał sobie przemowę Shannon w sklepie 

pana Haywooda i uzupełnił swoją wypowiedź: 

- Spalili nam wszystko, kiedy wojna miała się już 

ku końcowi. Teraz będziemy zaczynać od nowa. 

- Zatrzymacie się dłużej w naszym mieście? 
- Tylko na chwilę. Chciałem przepłukać sobie 

gardło. 

Barman uśmiechnął się porozumiewawczo. 
- A małżonka pije herbatkę u pani Haywood? 
- Tak. A skąd... 
- Bo tak zwykle właśnie jest. A tu, w tym 

miasteczku, właściwie wszystko należy do Hay­
wooda, ten saloon też. I Haywood całkiem nieźle na 
tym wychodzi, panie.... 

- Gabriel. Sloan Gabriel. 
- A ja jestem Matey MacGregor. I, między Bogiem 

a prawdą, to nie ma na co narzekać, bo Haywoodowie 
to przyzwoici ludzie. 

background image

1 3 7 

- Możliwe — mruknął Malachi, wpatrzony w ru­

dowłosą piękność. Nagle zaklął cichutko. Przecież to 

Iris. Iris Andre ze Springfield. Czyli najbezpieczniej 

będzie opuścić saloon jak najrychlej. Niestety, Iris już 

go dostrzegła i z rozpromienioną twarzą rzuciła się ku 

niemu. Wszystko wskazywało na to, że zaraz wy­

krzyknie na cały saloon jego imię i, nie daj Boże, 

nazwisko. 

- Iris! A niech mnie kule! - ryknął szybko na całe 

gardło i doskoczywszy do dziewczyny, zgniótł ją 

w uścisku, jednocześnie szepcząc jej do ucha: - Jes­

tem Sloan Gabriel. Iris, proszę... 

- Ma... Sloan! - pisnęła radośnie Iris. 

- Znacie się? - zawołał barman. 

- A jakżeby inaczej! Mój stary przyjaciel! - od­

krzyknęła Iris. - Sloan, jak się cieszę! Bierz swoje 

piwo, siądziemy na chwilę i pogadamy. 

Zawsze lubił Iris. Może i była ladacznicą, ale miała 

klasę. Bardzo wysoka, Wzrostem dorównywała niejed­

nemu mężczyźnie. I choć nie była piękna, była 

niezwykle pociągającą kobietą. Twarz o wyrazistych 

rysach, płomiennorude włosy, zielone oczy i królew­

ska postawa. Taka była Iris. 

- Chodźże, chodź - popędzała go niecierpliwie, 

prowadząc jak najdalej od ciekawskich oczu i uszu. 

- Malachi... - szepnęła gniewnie, kiedy tylko 

usiedli przy stoliku. - Co ty, u diabła, robisz w Kan-

sas? Czekaj, jeszcze nic nie mów. Najpierw trzeba coś 

zamówić, niech to wygląda tak, jakbyś miał na mnie 

ochotę. Matey! - krzyknęła na całą salę. - Dawaj no 

tu butelkę whisky! Najprzedniejszej! 

background image

1 3 8 

Kiedy barman podchodził do ich stolika, palce Iris 

delikatnie pieściły dłoń Malachiego. Po jego odejściu 

Iris natychmiast cofnęła dłoń i zaszeptała gorącz­

kowo: 

- Malachi, na litość boską! Po całej okolicy poroz­

wieszano listy gończe, napisali, że wy wszyscy trzej 

byliście bushwhackerami. Najeżdżaliście na Kansas 

i zabiliście Henry'ego Fitza. A ja słyszałam, co Fitz 

zrobił twojemu bratu i wcale się nie dziwię, że Cole... 

- Tak, Iris. Cole był wtedy wywiadowcą i wy­

słano go do Kansas. Spotkał tam tego Fitza. Mnie nie 

było z Cole'em, nie mogłem. Służyłem w regularnej 

armii i wykonywałem rokazy. Ale gdybym mógł, na 

pewno byłbym z bratem. 

- Malachi... 

Iris przysunęła się jeszcze kawałeczek bliżej. 

- Malachi, ja dobrze wiem, że żaden z was nie 

zrobił nic złego. Ale ty nie znasz Haydena Fitza. 

- A ty znasz? 

- Tak. I przysięgam, że w całym moim życiu nie 

spotkałam większego sukinsyna. To diabeł wcielony. 

Lubi patrzeć, jak leje się krew, jak człowiek umiera. 

I ma dużo pieniędzy, mnóstwo pieniędzy. Podczas 

wojny zainwestował w produkcję broni i bardzo się 

na tym wzbogacił. Całe Sparks należy do niego. 

- Sparks ? 

- To jego miasto. Rozumiesz, tak jak Haywood 

należy do Haywoodów. Ale Haywood to dziura, tyle, 

że leży przy szlaku i ludzie zatrzymują się tu w dro­

dze. A Sparks to prawdziwe miasto, tamtędy przejeż­

dża dyliżans. I pełno tam zawsze wozów osadników. 

background image

1 3 9 

W Sparks jest sąd i więzienie. Malachi, jeśli Fitz ciebie 

złapie, na pewno cię powieszą. Musisz uciekać stąd 

jak najszybciej! 

- Nie mogę, Iris. Hayden Fitz wysłał swoich ludzi 

na ranczo mojej bratowej. Cole'a nie było wtedy 

w domu. Wyjechał. A oni uprowadzili Kristin. Muszę 

ją odnaleźć. 

Iris odsunęła się trochę z krzesłem, usiadła wygod­

niej i głęboko westchnęła. 

- Dobrze przynajmniej, że nie zjawiłeś się tu 

w szarym mundurze. Nie wyglądasz tak, jak na tym 

liście gończym. 

- Nie rozstałem się z mundurem - mruknął Mala­

chi, rozlewając do szklanek whisky. - Schowałem go 

do derki. A kapelusz ukryłem w krzakach. Ciężko 

było z nim się rozstać. 

Iris ze zrozumieniem pokiwała głową. Nagle w jej 

zielonych oczach pojawił się błysk. 

- Malachi! Wiesz, co ludzie gadają? Że Fitz więzi 

u siebie jakąś kobietę, podobno brała udział w spisku 

przeciwko żołnierzom Unii. 

Malachi drgnął. Nie ma wątpliwości, że to Kristin. 

Czerwononodzy zawieźli ją prosto do Fitza. 

- Iris? Jak myślisz, nie zrobi jej krzywdy ? 

- Nie, Malachi. Gdyby chciał ją zabić, już by to 

zrobił. A on na pewno chce jej użyć jako przynęty. 

- Żeby zwabić tu Cole'a, to jasne. Iris, a ty nie 

słyszałaś czegoś o moich braciach ? 

- Przykro mi, Malachi, ale nic o nich nie wiem. 

Iris zamilkła nagle, jakby nad czymś się zastana­

wiała. 

background image

1 4 0 

-

 Malachi, ja mogę ci pomóc - zaszeptata po 

chwili. - Znam dobrze Haydena Fitza, tak samo jego 

szeryfa, Toma Parkinsa. A Sparks jest niedaleko stąd, 

jakieś dwadzieścia mil, nie więcej. Mogę tam się 

wybrać, ot tak, na przejażdżkę, i przy okazji pod-

pytam, kogo trzeba. 

- Dzięki, Iris, to świetny pomysł, ale ja nie mogę 

tu zostać. 

- W Haywood możesz. Tutejsi ludzie, choć Jan­

kesi, to naprawdę dobrzy ludzie. Poczekasz tu, a ja 

jutro z samego rana ruszam w drogę. Nie będzie mnie 

dzień, dwa. 

- Nie wolno mi ciebie narażać. 

- Ja i tak to zrobię, Malachi. 

Malachi wahał się. Wiedział, że jeśli coś stanie się 

Iris, on sobie nigdy tego nie wybaczy. Z drugiej 

jednak strony, nie wybaczy sobie również, że nie 

pozwolił jej pomóc Kristin. 

- Zgoda - powiedział po chwili. - Sam się dziwię, 

że na to przystaję. Ale zgoda. I twierdzisz, że 

w Haywood będę bezpieczny? 

- Jestem pewna. 

- No, dobrze. Jestem ci ogromnie wdzięczny. 

I cieszę się bardzo, że cię widzę. Powiedz, Iris, czy ty 

masz zamiar zostać tu na stałe? 

- A skąd! Chcę jechać dalej, do Kalifornii. Tu wojna 

trwa nadal, a ja chcę być od tego jak najdalej. Mój ojciec 

był za Unią, a brat był konfederatem. Jeden walczył pod 

rozkazami generała Granta, drugi - generała Kir-

by'ego-Smitha. Dziś obaj nie żyją. I mój ojciec, i mój 

brat. Dlatego chcę stąd uciec, od śmierci, od nienawiści... 

background image

1 4 1 

Malachi westchnął, położył dłoń na dłoni Iris 

i delikatnie ją uścisnął. Jakże byli sobie teraz bliscy. 

Dwoje przyjaciół, gorzko doświadczonych przez los. 

I w tym właśnie momencie ktoś pchnął drzwi salo-

onu. Wyjątkowo energicznie. 

Shannon! 

Weszła ostrożnie, rozglądając się dookoła, jakby 

z góry wietrząc niebezpieczeństwo. Za pasem kolt. 

Ułożenie ręki świadczyło dobitnie, że Shannon 

gotowa jest w ułamku sekundy zrobić z niego 

użytek. 

Jej wzrok spoczął na Malachim. 

- Sloan! 

Zobaczyła dwie szklaneczki, butelkę whisky i dłoń 

Malachiego spoczywającą na dłoni rudowłosej kobie­

ty. Potem wzrok jej omiótł całą tę kobietę, od denka 

kapelusza po rąbek czarnej halki, wystający spod 

szkarłatnej sukni. Na koniec bystre oczy przemknęły 

po sali, po samotnych pijaczkach, pokerzystach i Ma-

teyu, spoglądającym wyczekująco na nowego gościa. 

Przymrużyła oczy. Ciemne gęste rzęsy przesłoniły 

wspaniały błękit. Była wściekła. Malachi tak napraw­

dę nie wiedział, dlaczego. Czy dlatego, że tak długo 

zostawił ją samą? Że nie zabrał jej ze sobą do tak 

interesującego miejsca jak saloon? A może... może był 

jeszcze inny powód? Ta złotowłosa furia sunie ku 

niemu długimi gniewnymi krokami. Ani chybi, już 

wysunęła pazurki. Do kroćset! Przecież tak właśnie 

zachowuje się kobieta zazdrosna! 

- Kochanie, wybacz, że przeszkadzam... 

Głosik po prostu ociekał miodem, uśmiech, 

background image

1 4 2 

rzucony Iris, był bardzo milutki. Do Malachiego 
uśmiechnęła się wręcz uwodzicielsko. Przykucnęła 
tuż koło jego kolan i zawarczała: 

- Ty draniu jeden! Zostawiasz mnie samą, a ja 

umieram ze strachu. Byłam pewna, że coś ci się stało... 

Ale pal sześć, to nieważne. Jedno chcę ci powiedzieć. 
Wynajęłam pokój u pani Haywood. Ja zajmuję ten 

pokój. Ja! Bo ty, zdaje się, umyśliłeś już sobie coś innego! 

Wstała, wyprostowała ramiona. Jej spojrzenie by­

ło lodowate. 

- Miło było panią poznać, panno... 
- To Iris, kochanie - pośpieszył z wyjaśnieniem 

Malachi. - Iris Andre. Iris, a to jest... 

- Pani Gabriel - wycedziła Shannon, szczerząc 

zęby w uśmiechu. - Żona Sloana Gabriela. Ty... 

Jeden szybki ruch, szklaneczka whisky była już 

w ręku Shannon. Cała złocista zawartość spłynęła po 
twarzy Iris. Malachi poczuł, że za chwilę się udusi. 
W całym saloonie wszyscy bez wyjątku zamarli. Na 
sekundę. Bo Iris zerwała się na równe nogi, tak samo 
Malachi. Wiedział doskonale, że Iris takiej zniewagi 
nikomu nie wybaczy. Ale przynajmniej trzeba spróbo­

wać załagodzić sytuację. Chwycił mocno Shannon za 

rękę, zmuszając ją, aby grzecznie stanęła u jego boku. 

- Iris, ogromnie cię przepraszam za maniery mojej 

żony. 

- Co? - krzyknęła Shannon. - Ty przepraszasz?-

Tę... 

Ciężka dłoń Malachiego zatkała jej usta. 

- Iris, proszę, gorąco proszę o wybaczenie. Shan­

non, kochanie... 

background image

1 4 3 

Jednym ruchem wykręcił jej ramię. Szarpnęła się, 

czując straszliwy ból, i znieruchomiała. A Malachi 
syknął wprost do jej ucha: 

- Iris to moja stara znajoma, słyszysz? Gadaliśmy 

właśnie o rzeczach istotnych. Dlatego, jeśli nie uspo­
koisz się, to zaraz ściągnę z ciebie spodnie i dostaniesz 
na goły tyłek! Żeby ci udowodnić, kto tu rządzi, 

smarkulo! A Iris... 

Zawahał się na moment, po czym szepnął prawie 

niedosłyszalnie: 

- Ona wie coś o Kristin. I może nam pomóc. 

Powoli zwolnił uścisk, czujnie ją obserwując, czy 

mimo wszystko znów nie strzeli jej coś głupiego do 
głowy. Na szczęście, wszystko wskazywało, że nie. 
Na pewno przeważył lęk o Kristin, dlatego Shannon 
zdecydowała się na metamorfozę. Przechyliła wdzięcz­
nie złocistą główkę i uśmiechnęła się do Iris. Uśmiech 
uprzejmy i wdzięczny, uśmiech prawdziwej damy, 
choć ta dama była w męskiej koszuli i spodniach. 

- Było mi niezmiernie miło poznać panią, panno 

Andre. - I wypłynęła z saloonu dostojnie, powoli, 

iście po królewsku. 

- A niech mnie! - krzyknął któryś z ranczerów. 

- Ładna bestyjka, ale co za charakterek! A pan 
trzymasz ją w garści, jak prawdziwy mężczyzna! 

- Matey! Drinka dla pana! - zawołał jeden z za­

wodowych graczy. - Gdybym ja umiał tak postępo­
wać z moją kobietą, na pewno byłbym już dawno 
bogaty! 

Malachi usiadł na krześle i pomachał do graczy 

ręką. 

background image

1 4 4 

- Ej, panowie! Nie ma czego zazdrościć! - zawołał 

wesoło. - Im starsza, tym będzie gorsza. 

Iris też usiadła. Podał jej chustkę. Dziewczyna 

otarła sobie twarz. Wydawało się, że jest bardziej 

zdumiona niż zagniewana. 

- Malachi? To naprawdę twoja żona? - spytała 

cichutko. 

Potrząsnął głową. 

- To siostra Kristin. Uparła się, żeby jechać ze 

mną. Nie mogłem jej powstrzymać. Ale to dłuższa 

historia. 

Iris rozsiadła się wygodniej na krześle i uśmiech­

nęła, dziwnie jakoś znacząco. Malachi nalał whisky 

do szklanek. Iris chwyciła swoją szklankę i jednym 

haustem wypiła do dna. 

- Iris, dziękuję, że nie wyrwałaś jej włosów. 

- Nie żartuj, Malachi. Widziałam u niej kolta. 

I założę się, że ta mała umie nieźle strzelać. 

- Jak rewolwerowiec. Choć jak na profesjonalist­

kę, zbyt szybko chwyta za broń. 

- Aha... A wiesz co, Malachi? 

- Co? 

Iris znów uśmiechnęła się pod nosem. 

- Ta mała wcale nie byłaby złą żoną dla ciebie. Ma 

charakter i jest odważna. Trochę niezrównoważona, 

ale to dlatego, że nosi w sercu jakieś blizny. Jak 

zresztą my wszyscy. Ale ona jakoś mi pasuje. Nie 

wyobrażam sobie, żebyś mógł się ożenić z jakąś 

mizdrzącą się damulką. Ta mała jest zupełnie inna. 

- O, tak. Ona potrafi doprowadzić do białej 

gorączki. 

background image

1 4 5 

- Nie przeczę. Ale kiedy mówisz o niej, coś ci się 

dziwnie oczy błyszczą! Zdaje się, że ta panienka nie 
będzie sama nocować w pokoju u pani Haywood? 

Malachi uśmiechnął się, potrząsnął szklanką i z za­

dumą spojrzał na rozkołysany bursztynowy płyn. 

- Może - mruknął. - Ale na razie niech posiedzi 

tam sobie trochę sama i pewne rzeczy przemyśli. 

A my tu jeszcze pogadamy. 

Iris w milczeniu skinęła głową. Z wielką chęcią 

zabrałaby Malachiego do swego pokoju, ale on wybie­
ra się do innej. Do złotowłosej awanturnicy, która 
prawdopodobnie zdążyła już owinąć go sobie wokół 
palca. Trudno. Ale za swoje maniery panienka za­
płaci. Poczeka sobie na niego i to wcale nie tak krótko. 

- Co powiesz na pokera? - powiedziała, wstając 

z krzesła. - Mała partyjka ci nie zaszkodzi. Chodź, 
przedstawię cię chłopakom... 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Doskonale wiedział, że te drzwi będą zamknięte 

przed nim. Ale on te drzwi i tak sforsuje. Shannon 
sama jest sobie winna. Nie trzeba było tak namiętnie 
całować go w sklepie pana Haywooda ani oblewać 

whisky Bogu ducha winną Iris. Zszedł na dół i grzecz­
nie poprosił panią Haywood o zapasowy klucz. 

Siwowłosa dama przede wszystkim obdarzyła go 
spojrzeniem bardzo nieprzychylnym, a więc tak, jak 
podejrzewał, Shannon zdążyła uraczyć panią Hay­

wood łzawą historią o swym cierpieniu, i to cier­

pieniu nieludzkim, jako że niedawno poślubiony 
małżonek ugania się za inną kobietą. 

- Panie Gabriel! - odezwała się karcącym tonem 

pani Haywood. - Ja doskonale rozumiem, że mężczyź­
ni potrzebują męskich rozrywek. Saloon jest miej­
scem odpowiednim, mogą tam napić się whisky 

i zapalić cygaro, zamiast zadymiać własny salon. Ale 
rzecz ma się zupełnie inaczej, kiedy do saloonu idzie 
mężczyzna, który ma śliczną młodą żonę, niedawno 

background image

1 4 7 

poślubioną. Zostawia ją samą na wiele godzin i do 
tego jeszcze... Nie, to się w głowie nie mieści! 

- Pani Haywood! Iris jest moją dawną znajomą, 

znam ją od lat. 

Przez otwarte drzwi kuchni widać było pana 

Haywooda, zajadającego z apetytem kolację. Dalszą 

więc kwestię Malachi z rozmysłem wypowiedział 

o wiele głośniej, aby jego wyjaśnienie dotarło do uszu 
obojga starszych państwa. 

- Nie wiem, co moja żona naopowiadała pań­

stwu. Ale ja po prostu pogawędziłem z Iris, trochę się 
napiłem, a w pokera przegrałem naprawdę niewiele. 
To wszystko. I nie widzę powodu, żeby moja żona 
robiła teraz jakieś demonstracje. 

- Racja - odezwał się tubalnym głosem pan 

Haywood. Wyciągnął serwetkę spod brody, cisnął na 
stół i podszedł do drzwi. - Martha, daj panu ten klucz. 

W końcu to jego żona. 

- No, dobrze, już dobrze, tatuśku. Proszę, panie 

Gabriel, proszę. 

Z kluczem w ręku wrócił na piętro i przystanął 

przed pokojem numer pięć. Wsunął klucz do zamka. 
Napotkał opór z drugiej strony, a więc Shannon 
swego klucza nie wyjęła. Wsunął mocniej i usłyszał 
cichy brzęk. Klucz Shannon upadł na podłogę. Teraz 
jego klucz wsunął się do samego końca i wystarczyło 
tylko przekręcić. 

Przed kominkiem stała wanna imponujących roz­

miarów. Tak ogromnej wanny Malachi jeszcze nigdy 
nie widział. Długa, drewniana, ozdobiona ornamen­
tami z mosiądzu i malowanymi deseczkami, na obu 

background image

1 4 8 

końcach rzeźbione podgłówki. Teraz ta gigantyczna 
wanna wypełniona była wodą z bąbelkami, a wśród 
tych bąbelków siedziała Shannon. 

Jasne włosy były zebrane na czubku głowy, a smu­

kła porcelanowa kolumna szyi odsłonięta. Nad po­
wierzchnią wody unosiły się piękne ramiona i górna 
połowa kremowego biustu. Błękitne oczy Shannon 
były pełne zdumienia. Na widok Malachiego poru­
szyła się niespokojnie, jakby zamierzała wstać. Ponie­
chała jednak tego zamiaru, bo to tylko pogorszyłoby 
sytuację. 

- Malachi? Wynoś się! 
- Dlaczego, kochanie? - spytał z wielkim żalem. 

- Dlaczego? 

Wszedł do pokoju, zamknął drzwi za sobą i oparł 

się o nie plecami. Jego oczy były utkwione w Shan­
non, jednocześnie prawa dłoń, trzymająca klucz, 
bezbłędnie odszukała z tyłu zamek. Wsunął klucz 
i przekręcił. Shannon zanurzyła się w wodzie aż po 
samą brodę. Jej oczy miotały błyskawice. 

- Chyba nie masz zamiaru tu się rozgościć - wark­

nęła. A niech go wszyscy diabli! Jak on śmiał wleźć 
tutaj, kiedy jeszcze niedawno gruchał sobie z tą rudą 
wywloką! 

- A właśnie, że mam - odparł miękko. 

Położył klucz na stoliku i rzucił się na łóżko. 

Wyciągnął się wygodnie na pięknej kapie, którą pani 

Haywood prawdopodobnie własnoręcznie wydzier-

gała szydełkiem. Podłożył sobie ręce pod głowę i łas­
kawie przyzwolił: 

- Nie przeszkadzaj sobie. 

background image

1 4 9 

- To ty mi przeszkadzasz - burknęła. - Nie miałeś 

prawa tu wchodzić. Haywoodowie... 

- Haywoodowie doskonale zdają sobie sprawę, że 

miejsce męża jest przy żonie. 

- Haywoodowie doskonale wiedzą, że ten mąż jest 

kanalią i łajdakiem, który nie przepuści żadnej kobie­
cie. Żadnej! Od Missisipi aż po Pacyfik. Hay­
woodowie zgadzają się ze mną, że jedynym dla ciebie 
odpowiednim miejscem do spania jest stajnia. 

Syknął. I nagle błyskawicznie zmienił pozycję. 

Teraz leżał na brzuchu, z głową w nogach łóżka. Od 

Shannon dzieliła go odległość zaledwie jednego met­
ra. Widziała napięcie na jego twarzy, pulsujące żyły 
na skroni, a w oczach niebezpieczne błyski. No cóż... 
Najprawdopodobniej wścieka się z powodu jej za­
chowania w saloonie. Ale dziś jej nie tknie, o nie! 
Zanurzyła się w wodzie jeszcze głębiej, prawie po 

dziurki w nosie. Jeśli jej dotknie, ona zacznie krzy­
czeć. Niestety, wcale nie ze strachu... Czuła przecież, 
jak jej ciało już drży na samą myśl, że Malachi może je 
dotknąć. Czuła w środku żar, w środku i na zewnątrz, 
poza tym drżała, drżała jak osika... No i co z tego! 
Przecież on właśnie wrócił z saloonu, gdzie zabawiał 
się z ladacznicą... 

- Malachi, to mój pokój! Wynocha stąd! 
- Wybacz, najdroższa, ale ani mi się śni zostawiać 

słodką żoneczkę samą na całą noc. 

Usiadł na łóżku, zrzucił buty, ściągnął skarpety 

i spokojnie zaczął rozpinać guziki koszuli. 

- Malachi? A co ty właściwie robisz? 
- Będę się kapać. 

background image

1 5 0 

- Nie. Nie wykąpiesz się. Teraz ja się kąpię, to 

moja woda. 

- Ale my musimy ze sobą poważnie porozma­

wiać. A ta wanna wydaje się być cudownym miej­

scem na małżeńską pogawędkę. 

- Spróbuj tylko wejść do wanny! Będę krzyczeć! 
- Jesteś moją żoną, Shannon. Haywoodowie mo­

że i będą nieco skonfundowani twoim wrzaskiem, ale 
na pewno nie podejmą żadnej interwencji. 

- Nie jestem twoją żoną! 
Pochyliła głowę, żeby na niego nie patrzeć, ale 

niestety cały czas go słyszała. 

Słyszała, jak spodnie opadają na podłogę, potem 

kroki Malachiego, kiedy na bosaka podchodził do 
wanny. Ukląkł i nagle coś gorącego przywarło do jej 
nagiego ramienia. Dopiero po chwili zrozumiała, że to 
jego usta. A jej zdawało się, jakby ktoś chciał roz­
palonym żelazem wypalić jej piętno na ramieniu. 
Odsunęła się błyskawicznie, choć w głębi duszy 
wcale nie miała na to ochoty. I zerknęła spod przy­
mrużonych powiek. Zobaczyła oczy, wpatrzone ła­
komie w jej piersi, które nieopatrznie wynurzyły się 
z wody. Natychmiast znów zanurzyła się po szyję, 
bardzo pragnąc okazać złość, a co najmniej oburzenie. 

Ale z jej gardła wydobył się tylko zduszony szept: 

- Malachi! Ja naprawdę nie jestem twoją żoną 
Wstał, wyprostował się, nie zasłaniając żadnego 

szczegółu swego pięknego męskiego ciała i wszedł do 

wanny. Usiadł tuż za Shannon, jego stopy ocierały się 
o jej pośladki. Słyszała, jak opiera się o brzeg wanny, 
wzdycha i mruczy: 

background image

1 5 1 

- Och, jak cudownie. 

Shannon, pełna gniewu na niego i na siebie, 

zawarczała cichutko: 

- Cudownie czy nie, i tak nie jestem twoją żoną. 
- A kiedy chlusnęłaś whisky w twarz panny 

Andre, mówiłaś coś innego. 

- Wtedy... wtedy byłam zdenerwowana. 

.. - A teraz? Teraz już nie jesteś zdenerwowana ? 

Pochylił się do przodu, poczuła jego dłonie na 

swoich plecach. Odsunęła się natychmiast, modląc się 

w duchu o odrobinę odwagi, która pozwoli jej, nagiej 
kompletnie, powstać z tej wanny i uciec. 

- W porządku, Malachi. Chcesz się kąpać, to się 

kąp. Ja wychodzę. 

Zaczęła wynurzać się z wody, ale Malachi był 

szybszy. Wynurzył się błyskawicznie, silne dłonie 
z całej siły naparły na jej ramiona. Shannon z głoś­
nym pluskiem znów wylądowała w wannie. 

- Siedź. Nigdzie nie pójdziesz. 
- Ty... - sapnęła gniewnie. - Jak śmiesz tak mną 

poniewierać! 

Znów próbowała wstać, znów nadaremnie. Tym 

razem złapał ją za nogę. 

- Ty łajdaku! 
- Siadaj. O nic więcej nie proszę. 
Nogi już nie puścił. Czuła, jak wolną ręką szuka 

czegoś w wodzie. Mydełka. Lawendowego. I nucąc 
cichutko jakąś melodię, chyba refren „Dixie", zaczął 
namydlać jej stopę. 

Oparła się o brzeg wanny i oświadczyła przez 

zaciśnięte zęby: 

background image

1 5 2 

- Malachi! Chcę, żebyś natychmiast wyszedł z tej 

wanny. Natychmiast! Zostawiłeś mnie samą i po­

szedłeś do saloonu. Siedziałeś tam tyle godzin razem 
z tą rudą ladacznicą. Doprowadziłeś do tego, że 
zachowałam się tak, jak jeszcze nigdy. Że byłam... 

- Zazdrosna? 

Powiedział to głosem dziwnie zachrypniętym. 

Nagle poczuła, że stopę ma znów wolną, a Maiachi 
jest nieprawdopodobnie blisko, ich nogi są dziwnie ze 
sobą splątane, a jego usta tuż koło jej ust. 

- Nie! - krzyknęła, ogarnięta paniką. - Tylko 

mnie nie dotykaj! Nie zniosę tego! 

- A w sklepie Haywooda jakoś ci mój dotyk nie 

przeszkadzał. Tam sama mnie dotykałaś... 

- To było co innego. To było konieczne.To była 

taka gra na pokaz. 

- Bez przesady! I powiem ci jedno. Jeszcze nigdy 

żadna kobieta nie całowała mnie tak prowokująco. 
Żadna, nawet najbardziej doświadczona ladacznica... 

Nie, tego naprawdę było już za wiele! Shannon 

nagle poderwała się, jej policzki płonęły, piersi były 
ciężkie, nabrzmiałe. Cała ociekała wodą i pianą. 

Malachi, jak zahipnotyzowany, wpatrywał się 

w nią gorejącym wzrokiem. 

Wyskoczyła z wanny i chwyciła ręcznik. Zdążyła 

tylko wytrzeć twarz, a już Malachi wziął ją na ręce. 
I rzucił, po prostu rzucił ją na szydełkową kapę pani 
Haywood. Próbowała mu umknąć, ale on, naturalnie, 
nie pozwolił. Rzucił się na łóżko obok niej. Zaczęła 
szamotać się, jak dzikie zwierzę, co było zupełnie bez 
sensu, ponieważ z tego powodu ich ciała stykały się 

background image

1 5 3 

jeszcze bardziej, jej piersi ocierały się o jego pierś, jego 
nogi coraz mocniej napierały na jej nogi. 

Przestała się szamotać. W jej oczach zalśniły łzy. 

- Ale z ciebie dżentelmen! Myślałby kto! Kawaler 

z Południa! Rycerz! A ty co? I to z taką...? Fuj! 
Obrzydliwość! 

- Shannon, ja jej nie tknąłem. Przysięgam! Po 

prostu znam ją dobrze od lat. To wszystko. A ona 
obiecała mi, że pojedzie do Fitza, postara się czegoś 

wywiedzieć o Kristin. 

- Do Fitza? 
- Fitz jest niedaleko stąd, bardzo niedaleko. I wię­

zi Kristin. Ale z Kristin podobno wszystko w porząd­
ku. Iris będzie próbowała się z nią zobaczyć. 

- Żeby się tobie przypodobać! 

- Shannon, zrozumże w końcu! Iris jest po prostu 

moją dobrą znajomą. 

Opadł obok niej, głowę przysunął bliziutko jej 

. głowy. 

- Panno McCahy, pani jest chyba zazdrosna! A ja 

pani powtarzam. Nie tknąłem jej. 

- Nie dbam o to - szepnęła Shannon. Jej usta były 

prawie koło jego ust. - Ja wcale nie jestem zazdro... 

Nie skończyła, bo raptem wszelkie ponure sprawy 

odsunięte zostały na bok. Usta Malachiego spadły na 
jej wargi z niebywałą siłą. Wszystko znikło, nie czuła 
pod sobą szydełkowej kapy, nie widziała blasku 
migotliwych świec. Jej zmysły były w stanie odbierać 
tylko jedno doznanie. Smak pocałunku Malachiego 
Slatera. Palce Shannon i Malachiego splotły się, jego 
usta oderwały się od jej ust i ruszyły w słodką 

background image

1 5 4 

wędrówkę wzdłuż smukłej szyi. Łaskotały leciutko, 
nieprawdopodobnie ekscytująco. Serce Shannon biło 
jak szalone, krew zdawała się wrzeć w jej żyłach, 
ciało rozpływało się z rozkoszy, jaką dawało każde 
dotknięcie, muśnięcie, wszystko, co teraz robił Mala-
chi Slater. 

Gdzieś w środku jakiś głos ostrzegał, że to wcale 

nie jest dobrze. To tylko namiętność, grzeszna i gwał­
towna, która zrodziła się z nienawiści... Ale teraz 
wcale go nie nienawidziła. O, nie. Pragnęła, żeby jej 
dotykał. Jednocześnie ogarniało ją podniecenie, dziw­
nie radosne. Wiedziała, że tym razem nic nie będzie 
bolało, tym razem będzie tylko rozkosz. Głaskała 
pierś Malachiego, jego ramiona, a jego usta, łakome, 
zawędrowały już na jej brzuch... Nagle przykrył ją 
swoim ciałem. Shannon zadrżała i cichutko szepnęła 
jego imię. Całował jej usta z namiętną łapczywością. 
Shannon odpowiedziała z równą gwałtownością. 
Smukłe nogi oplotły się wokół jego bioder, nabrzmia­

łe wargi obsypały pocałunkami jego szyję, a jej małe 

silne dłonie objęły jego pośladki. A kiedy oboje 
przeszył najsłodszy dreszcz rozkoszy, z piersi Shan­
non wydobył się króciutki przytłumiony szloch. 

Potem leżeli w ciszy, patrząc na dopalające się 

świece. Kiedy zapadł mrok, wsunęli się pod jedną 
kołdrę. Ramiona Malachiego ogarnęły Shannon. Po­
myślała, że ona te ramiona, ciepłe i silne, zaczyna już 
kochać. I ten krzywy, drwiący uśmieszek. I to, że 
Malachi jest człowiekiem honoru. On nigdy nikogo 
nie zawiedzie, ani mężczyzny, ani kobiety. I jak 
cudownie być tak bliziutko koło niego, w tej najroz-

background image

1 5 5 

koszniejszej, najbardziej intymnej sytuacji, a jedno­
cześnie w tak bardzo niemoralnej... Przecież nie była 
jego żoną... Była tylko jego kochanką. Ale zdaje się, że 
zaczyna jej na tym zależeć... bardzo zależeć... 

- Martha, mówiłem ci przecież, że to on! 

Oczy Malachiego zabłysły w ciemnościach. 
Lufa dubeltówki wycelowana była dokładnie pros­

to w jego nos. Szarpnął się, Shannon, przytulona do 
jego piersi, zaprotestowała cichym jękiem. Instynk­
townie naciągnął prześcieradło na jej nagie ciało 
i spojrzał w twarz człowiekowi stojącemu za lufą 
dubeltówki. 

- Ty jesteś Malachi Slater - oznajmił twardo pan 

Haywood. Zza jego pleców wyzierała bardzo przejęta 

twarz pani Haywood w nocnym czepku na głowie. 

- Przyjrzyj no mu się, Martha, to na pewno on. 
- A państwo zawsze tak nocą nachodzą swoich 

gości? - spytał Malachi lodowatym głosem. 

Shannon poruszyła się niespokojnie i otworzyła 

oczy. Zobaczyła strzelbę. 

Krzyknęła, ostro, krótko i złapawszy kurczowo 

róg prześcieradła, ogarnęła szybko wzrokiem całą 
scenę. Dookoła same znajome twarze. Malachi, pan 
Haywood, obok jego okrąglutka małżonka w noc­
nej koszuli. 

- Wybaczcie, państwo, ale o co tu właściwie 

chodzi? 

- Po całej okolicy rozlepiono listy gończe - oświad­

czył pan Haywood podniesionym głosem. - Pan jest 
przestępcą, kapitanie Slater! Kapitan! Do diabła! 

background image

1 5 6 

Jakby nędzny bushwhacker miał prawo do jakichś 

stopni! 

Shannon prychnęła i zerwała się z łóżka, ciągnąc 

za sobą prześcieradło. Fakt, że nagie ciało Malachiego 
pozbawione zostało jakiejkolwiek osłony, był teraz 
absolutnie nieistotny. 

- To nieprawda! - krzyknęła. - On nie jest 

bushwhackereml

 To wszystko kłamstwo! A jeśli chce 

pan kogoś zastrzelić, to niech pan weźmie na muszkę 
tego drania Fitza! 

Malachi przede wszystkim chwycił poduszkę 

i skwapliwie osłoniwszy sobie podołek, przystąpił do 
dalszych wyjaśnień. 

- Panie Haywood, ja nigdy nie byłem bush-

whackerem.

 Jestem kapitanem, walczytem pod roz­

kazami Johna Hooda Morgana aż do jego śmierci. 
Poddałem się razem z moimi ludźmi, pozwolono nam 
wszystkim zatrzymać nasze konie, ja mogłem nawet 
zatrzymać broń. Nie wiedziałem o żadnych listach 

gończych, dopóki dwóch jankeskich wartowników 

przy drodze nie zaczęło do mnie strzelać. 

Wskazał na swoją nogę. Bandaż już dawno gdzieś 

się zapodział i efekt szybkiego zabiegu chirurgicznego 

w wykonaniu Shannon był aż nadto widoczny. 

Pan Haywood rzucił okiem na ranę. 

- No cóż, młody człowieku... Niezależnie od 

wszystkiego, wyznaczono za ciebie niezłą nagrodę. 

I jeśli to prawda, co mówisz, to może sam opowiesz 
to panu Fitzowi. 

- A Fitz powiesi go od razu - odezwała się Shannon 

ponurym głosem. - Zapyta ewentualnie później. 

background image

1 5 7 

Państwo Haywoodowie spoglądali na Malachiego. 

A on w ogóle nie zauważył, że Shannon poruszyła się, 

ale musiała się poruszyć, bo teraz stała za krzesłem, 
a w jej ręku był kolt. 

- Rzuć broń, Haywood! 
- Ostrożnie! - zawołał nieco skonfundowany pan 

Haywood. - Lepiej niech pani odłoży tę zabawkę. 
Kolt potrafi być cholernie niebezpieczny. 

- Ona strzela lepiej niż sam generał Grant! - krzyk­

nął Malachi, błyskawicznie zeskakując z łóżka. 

Shannon patrzyła z zachwytem, gdy nagi jak 

nowo narodzone dziecię podskoczył do pana Hay-
wooda i zarekwirował mu broń. Pani Haywood 
wydała z siebie zduszony pisk. 

- Proszę wybaczyć, łaskawa pani! 

Swoje przeprosiny Malachi poparł zgrabnym ukło­

nem i rzuciwszy strzelbę Shannon, chwycił za spod­
nie. Ubrał się błyskawicznie, ale musiał to być dla 
pani Haywood szok już nie do zniesienia, bo siwo­
włosa dama wydała z siebie jeszcze jeden pisk i osunę­
ła się na podłogę. 

- O Boże! - jęknęła przerażona Shannon i owinąw­

szy się prześcieradłem jeszcze szczelniej, podbiegła do 
nieprzytomnej kobiety. 

Podbiegł również Malachi i wyjął kolta z ręki 

Shannon. 

- Wody! - krzyknęła Shannon. - Panie Haywood, 

niechże pan poda wodę! 

- Wodę... tak, tak... już -mamrotał przestraszony 

pan Haywood, rozglądając się dookoła. Dojrzał dzba­
nek na umywalce. Chwycił go i chlusnął wodą prosto 

background image

1 5 8 

w twarz nieprzytomnej małżonce. Ocknęła się na­
tychmiast i krztusząc się, prychając, sapnęła z wy­
rzutem: 

- Pa...panie Haywood! 
- Jak pani się czuje? - zapytała zaniepokojona 

Shannon, przyklękając przy starszej pani. 

- Shannon, daj spokój! - zawołał Malachi. - Mu­

simy jak najprędzej stąd znikać! 

Shannon nie zwracała na niego uwagi. 

- Przysięgam, że mówiłam prawdę - klarowała 

leżącej na podłodze pani Haywood. - A ten Fitz miał 
brata, który dowodził bandą jayhawkerów... 

- Jayhawkerów?? Zawsze ich nienawidziłam. Takie 

same opryszki jak bushwhackerzy. 

- Ma pani rację, pani Haywood. Jayhawkerzy 

zabili pierwszą żonę Cole'a Slatera. Ona spodziewała 
się dziecka, pani Haywood, swego pierwszego dziec­
ka. Nigdy nikomu nie zrobiła nic złego. A oni 
najechali na ranczo, zabili ją i wszystko puścili 
z dymem. Dowodził nimi brat Haydena Fitza, Henry 
Fitz. Cole odnalazł go dopiero pod koniec wojny 
i stanął z nim do walki. To była uczciwa walka, tak 
uważają nawet Jankesi, którzy wtedy tam byli. Cole 
zwyciężył i pomścił śmierć swojej żony, zabił czło­

wieka, który zabił jego żonę... 

- I dlatego teraz Hayden Fitz chce pojmać wszyst­

kich Slaterów? - spytał pan Haywood, spoglądając na 
Malachiego. 

- Zgadza się - przytaknął Malachi. - Ale stało się 

jeszcze coś. Ludzie Fitza uprowadzili Kristin, żonę 
Cole'a. Fitz więzi ją u siebie, chce w ten sposób zwabić 

background image

1 5 9 

tu Cole'a i go pojmać. Hayden Fitz jest rzadką kanalią 
i mam nadzieję, że państwo zrozumieli, dlaczego nie 
mam zamiaru dać mu się zabić. Ale nie chcemy 
przysparzać państwu żadnych kłopotów, dlatego 
lepiej będzie, jeśli Shannon i ja zaraz się stąd wyniesie­
my. Gwoli wyjaśnienia, Shannon to siostra Kristin. 

- A więc Sara to Shannon? - powtórzył przeciągle 

pan Haywood i usiadł ciężko na brzegu łóżka. - Ma-
muśku? Co o tym myślisz? 

Pani Haywood sapnęła gniewnie i uniosła głowę 

z podłogi. 

- Mówiłam już, tatuśku, że dla mnie ci jay-

hawkerzy

 to łajdaki. Zabijają kobiety i niewinne 

dzieci. A teraz porwali i uwięzili to biedne stworze­
nie! Serce mi się kraje. Jak można coś takiego zrobić? 
To po prostu... nieprzyzwoite! 

- Tak, mamuśku, tak. To po prostu nieprzy­

zwoite. 

Malachi z niepokojem spoglądał na Shannon, 

klęczącą spokojnie koło pani Haywood, i na pana 
Haywooda, spokojnie siedzącego na brzegu łóżka. 

- A więc... - zaczął ostrożnie. Pan Haywood nie 

dał mu jednak dokończyć. 

- Kapitanie Slater! Wcale nie muszą państwo stąd 

wyjeżdżać. 

- Ale... 
- Żadne ale. Niech państwo tu zostaną. Ja i moja 

żona gotowi jesteśmy państwu pomóc. 

- Ale dlaczego? 
- Dlaczego? - powtórzyła pani Haywood, nie­

spodziewanie szybko i zręcznie powstając z podłogi. 

background image

1 6 0 

I choć była osobą niewielkiego wzrostu, w mokrym, 
przekrzywionym czepku wyglądała nader dostojnie. 

- Dlaczego, kapitanie Slater? A dlatego, że kiedyś 
w końcu rany muszą się wygoić. Kiedyś musi zniknąć 

podział na Północ i Południe i razem powinniśmy 

walczyć z ludźmi, który sprzeciwiają się przykaza­
niom boskim! 

- Zgódź się, Malachi - odezwała się cicho Shan-

non. - Jeśli państwo Haywoodowie chcą nam pomóc, 
możemy być im tylko wdzięczni. Powinniśmy tu 
przecież zostać, sam mówiłeś, że czekamy na jakieś 

wieści. 

Malachi gorączkowo się zastanawiał. Iris mówiła, 

że Haywoodowie to dobrzy i uczciwi ludzie. I obieca­
ła, że pojedzie do Sparks zasięgnąć języka, a Iris może 

zdobyć wiadomości, których Malachi nigdy w życiu 
by nie zdobył. 

Powoli opuścił kolta i rzucił go na łóżko. 

- Mam nadzieję, Shannon, że przez ciebie nie 

zginiemy oboje. 

- Hm... 

Pan Haywood powoli wstał z łóżka i podniósłszy 

swoją strzelbę z dywanu, stanął u boku małżonki. 
Nagle groźny i dostojny jak ona. 

- Hm... - powtórzył. - A więc nie jest pan 

bushwhackerem,

 ale... - Podniósł dubeltówkę, potrząs­

nął nią groźnie i zagrzmiał: - Ale mężem tej dziew­
czyny też pan nie jest! Uwiódł ją pan, kapitanie 

Slater, uwiódł pan niewinną dziewczynę i za to 
powinien pan wisieć! 

Ku swemu największemu zdumieniu Shannon 

background image

1 6 1 

zobaczyła, jak policzki Malachiego Slatera zalewa 
szkarłatny rumieniec. 

- Panie Haywood, to naprawdę nie pańska sprawa. 
- O nie, kapitanie Slater, to jest nasza sprawa 

- odezwała się Martha Haywood. - Bo pan żyje 

w grzechu z tą dziewczyną pod naszym dachem! 

- I za to powinien pan wisieć! - zagrzmiał znów 

pan Haywood. 

- Co?! - krzyknął Malachi i jak żbik rzucił się do 

kolta. Niestety, nie docenił zwinności siwowłosej 
pani Haywood. Chwyciła za broń pierwsza i wycelo­

wała dokładnie w niego. 

- No i co, kapitanie? Cóż pan teraz powie-

A zdawałoby się, że taki szlachetny, świetnie ułożony 
dżentelmen z Południa! Powinien pan spalić się ze 
wstydu. 

- Tak! Spalić się ze wstydu - zawtórował mał­

żonek. - Zapomniał pan o tym, co najcenniejsze. 
Gdzież pana honor i duma? Zapomniał pan o etyce 
chrześcijańskiej ? 

Malachi poruszył się, a kula świsnęła tuż koło jego 

ucha. Wyglądało na to, że pani Haywood doskonale 
radzi sobie z koltem. 

- Shannon - syknął Malachi, nie spuszczając oczu 

z pani Haywood. - Chyba skręcę ci kark. 

- Nie, młodzieńcze, zrobi pan coś innego - oświad­

czyła pani Haywood. - Ożeni się pan z tą biedną 
dziewczyną. 

- Ja? Ja wcale nie mam zamiaru się żenić. 
- No to wybieraj, synu - zagrzmiał po raz kolejny 

pan Haywood. - Albo ślub, albo stryczek! Martho, 

background image

1 6 2 

myślę, że można by już posłać po wielebnego. Sobot­
ni poranek to bardzo dobra pora na ślub. 

- Nie! - krzyknęła przeraźliwie Shannon. Jej 

błękitne oczy płonęły z gniewu. - Nie chcę! Pani 
Haywood, panie Haywood! Ja wcale nie chcę być 
żoną tego człowieka! 

- Przykro mi, moje dziecko - oznajmiła Martha 

Haywood. - Będziesz musiała wyjść za niego. Albo 
ślub, albo poślemy go na szubienicę. 

background image

R O Z D Z I A Ł DZIEWIĄTY 

Dwie godziny później Shannon McCahy potulnie 

stała na stołku, ustawionym na samym środku sklepu 
pana Haywooda. U jej stóp, na klęczkach, pani 
Haywood zajęta była skracaniem swojej własnej 
sukni ślubnej, nieco staromodnej, ale bardzo pięknej. 
Staniczek koronkowy, ramiona i dekolt przykryte 

kołnierzem z cieniutkiej koronki, także koronka po­
krywała atłasową spódnicę. I w całej tej obfitości 
koronek iskrzyły się malusieńkie perełki. Jak drobne 
gwiazdeczki. 

- Pani Haywood, prószę, niech pani postara się 

mnie zrozumieć - prosiła Shannon. - Państwo nie­
potrzebnie postraszyli Malachiego. Ja wcale nie mam 
ochoty wychodzić za niego za mąż. Chyba nie poślą go 
państwo na szubienicę, jeśli odmówię mu swej ręki? 

- Poślą - mruknęła pani Haywood. 
- Ale ja naprawdę nie chcę być jego żoną. 

Starsza pani podniosła głowę i spojrzała w górę 

swymi bystrymi ciemnymi oczami. 

background image

1 6 4 

- A dlaczegóż to panna nie chce wyjść za niego? 

Wygląda na to, że jest z nim z własnej nieprzymuszo­
nej woli! 

- Bo tak niby jest... Chociaż... Nie. To prawda, 

jestem z nim z własnej nieprzymuszonej woli, ale 
wiążą się z tym jeszcze inne dodatkowe okoliczności. 

- To wcale nie tłumaczy, dlaczego pani nie chce 

wyjść za niego za mąż, panno McCahy! 

- Nie chcę, bo on... bo on wcale mnie nie kocha. 

I ja też, naturalnie, go nie kocham. A to, co jest 
między nami, to tylko... 

- A, o to chodzi! 

Pani Haywood pochyliła znów głowę nad robotą, 

mrucząc pod nosem: 

- Miłość przyjdzie z czasem. Choć wygląda mi na 

to, że wy już się kochacie. Przyjechaliście tu razem, 
a w nocy zastaliśmy was pod jedną kołdrą. Ciekawe, 
czy to z powodu tych innych dodatkowych okolicz­
ności. 

Policzki Shannon oblały się purpurę. Była speszo­

na, zawstydzona, jakby tłumaczyła się przed kocha­
jącą, lecz bardzo srogą ciotką. 

- Na pewno pani coś do niego czuje - perorowała 

dalej pani Haywood. - Bo najpierw pani powiedziała, 
że on pani nie kocha. A więc to panią boli najbardziej. 

A skoro boli, to znaczy, że pani prawdopodobnie już 
go kocha. 

- Nie, nie, to niemożliwie - zaprzeczyła gorąco 

Shannon. - Ja byłam już kiedyś zakochana, byłam 
zaręczona z jankeskim kapitanem, ale jego zabili koło 
Centralii. 

background image

1 6 5 

Pani Haywood skończyła obrębianie, wstała 

z kolan i wyciągnęła rękę. Shannon, opierając się 
na jej dłoni, ostrożnie zeskoczyła ze stołka na 
podłogę. 

- I pani, drogie dziecko, uważa za niemożliwe, 

że mogłaby zakochać się po raz drugi. A niby 
dlaczego nie miałoby się tak stać? Czy tamten 
młody człowiek, który kochał panią, ale przyszło 
mu zginąć na wojnie, życzyłby sobie, żeby pani do 
końca życia karmiła się tylko smutkiem? Ach, mój 
Boże! Ileż to ran jest na tym świecie, które muszą 
się zagoić! Ale pani, moje dziecko, niech się nie boi 
znów otworzyć przed kimś swoje serduszko. Kapi­
tan Slater uwiódł panią, i to pod naszym dachem, 
ale pani... pani była przytulona do niego jak panna 
młoda. 

- Pani Haywood! 
- Mój mąż już posłał po wielebnego. On jest 

również sędzią, przedstawicielem prawa. Ale niech 
się pani nie martwi, panno McCahy, ani ja, ani mój 
mąż, nikomu nie piśniemy ani słowa, kim naprawdę 
jest pan Slater. Wielebny tak samo dochowa tajem­
nicy, o ile, naturalnie, wy dwoje zachowacie się 
przyzwoicie i weźmiecie ślub. 

- Ale przecież państwo nie mogą posłać Malachie-

go na szubienicę, jeśli my nie weźmiemy ślubu! 

Pani Haywood roześmiała się serdecznie. 

- No... może nie, złotko, ale nie zapominaj o lis­

tach gończych. A prawo nie zakazuje wieszać krymi­
nalistów. Kapitan Slater rozumie to jasno, tatusiek 
już mu wszystko wytłumaczył. 

background image

1 6 6 

- Pani Haywood... 
- Bóg jest miłością, drogie dziecko. 

Pani Haywood cofnęła się o krok i aż plasnęła 

w ręce. 

- Ależ pani przepięknie wygląda! 
Jej pogodna twarz raptem posmutniała, brązowe 

oczy straciły blask. 

- Mój ty Boże - szepnęła przez łzy. - Jakżebym 

chciała, żeby to moja Lorna szła dziś do ślubu! Mia­
ła też takie bujne jasne włosy jak pani i oczy nie­
bieskie... 

- Pani... miała córkę, tak? 
- Miałam - powiedziała cicho pani Haywood, 

wycierając oczy chusteczką. - Ale ospa mi ją zabrała. 

Nigdy nie spodziewałam się, że jakaś młoda dama 
pójdzie w mojej sukni do ślubu. Kochanie, wiesz, jaką 
mi to sprawia radości 

Shannon westchnęła. Rozumiała wzruszenie pani 

Haywood, tym niemniej jedynym jej pragnieniem 
była natychmiastowa ucieczka. Jednak jakże uciekać, 
skoro starsi państwo zarekwirowali ich broń, a Mala-

chiego trzymają pod kluczem? 

- Pani Haywood, a może jednak spróbuje pani 

mnie zrozumieć... 

I tak nie zrozumie. Co tu tłumaczyć... Przecież 

Shannon McCahy sama do końca jeszcze nie poj­
muje, cóż to za uczucie, gwałtowne i skomplikowa­
ne, nakazuje jej całą mocą opierać się małżeństwu 
z Malachim Slaterem. Miłość? Nienawiść? Raczej 
splot tych uczuć, nakładających się na siebie na­

wzajem. Malachi nadal zbyt łatwo i często wzbu-

background image

1 6 7 

dzał w niej gniew, a jednocześnie myśl, że mógłby 
tknąć inną kobietę, była nie do zniesienia. Może 
on od samego początku nie był jej obojętny, a te­
raz te niezwykłe okoliczności, ta sytuacja nader 
niebezpieczna wyzwoliła w niej burzę emocji i do­
piero teraz pewne rzeczy zaczyna sobie uzmysła­

wiać z całą ostrością. 

Ale za mąż za niego wyjść nie może. Przecież 

on jej nie kocha. Jeśli będzie musiał się z nią 
ożenić, nigdy jej tego nie wybaczy. Skorzysta 
z pierwszej sposobności, żeby od Shannon odejść. 
Jego można mieć tylko w jeden sposób. On sam 
musi tego zapragnąć. 

- Pani Haywood, to niemożliwe, żebym ja... 
- Chodźmy już, moje dziecko. Słyszę głosy w sa­

lonie, to tatusiek i wielebny. A tatusiek nie jest 
człowiekiem cierpliwym. Dlatego najwyższy czas 
rozpocząć ceremonię. Tatusiek zapewne ma w ręku 
dubeltówkę, wycelowaną prosto w serce kapitana. 
Niech się pani nie ociąga. Wystarczy, że biedny 
chłopak nie wytrzyma, zrobi jakiś nieopatrzny ruch 
i tatusiek będzie zmuszony przestrzelić mu kolano. 
Proszę za mną, panno McCahy! 

Uśmiechnęła się miło i otworzyła szeroko drzwi, 

zabudowane półkami, prowadzące do salonu. Shan­
non, pełna największego niepokoju, już bez żadnego 
oporu pośpieszyła za nią. Boże wielki, to nie może 
być, żeby pan Haywood posunął się tak daleko! 

Tuż za progiem przystanęła. Malachi już tam 

był, stał dokładnie na samym środku salonu. I tak 
jak pani Haywood zajęła się Shannon, tak samo jej 

background image

1 6 8 

małżonek włożył wiele starania w strój pana mło­
dego. Malachi miał na sobie koszulę z żabotem, 
spodnie w prążki, czerwoną atłasową kamizelkę 

i czarny frak z jedwabnymi klapami. Nigdy jeszcze 

Shannon nie widziała Malachiego ubranego tak 
elegancko. A stopień tej elegancji odpowiadał sile 

wściekłości, widocznej w jego oczach. Shannon 
nieraz widziała go w gniewie, jego oczy jednak 
nigdy dotąd nie spoglądały na nią z tak przeogrom­
ną nienawiścią. Nigdy nie było w nich tak jedno­
znacznej zapowiedzi zemsty. 

- Proszę, proszę wejść, panno MacCahy! - zawo­

łał pan Haywood. 

Za Malachim stał wysoki, chudy mężczyzna w cy­

lindrze i ciemnym surducie. Kaznodzieja. Skinął 
głową. Prawie w tym samym momencie coś szczęk­

nęło cichutko, gdzieś niżej, wyraźnie w okolicy rąk 
Malachiego. Spojrzała tam i zmartwiała. Pan młody 
skuty był kajdankami. 

- Boże - jęknęła. - Co państwo 
- Kapitanie Slater! - przerwał niecierpliwym gło­

sem pan Haywood. - Niech no pan podpowie pannie 
młodej, co ma teraz zrobić! 

Pan Haywood również wystroił się odświętnie, 

w jedwabną koszulę i brązowe spodnie. Wyglądał 
bardziej dystyngowanie niż poprzednio. Jedną ręką 
obejmował małżonkę wpół, w drugiej ściskał dubel­
tówkę. 

- Chodź tu - warknął Malachi. 
Ton jego głosu natychmiast pobudził Shannon do 

życia. Ale z miejsca nie poruszył. 

background image

1 6 9 

- Malachi, do diabła! Przecież ja cały czas próbuję 

im... 

On sam pokonał odległość dzielącą go od progu 

i choć był skuty, zdołał złapać Shannon za nadgarstek 
i pociągnąć w swoją stronę. 

- Chodź - syknął. - Musimy wziąć ten przeklęty 

ślub. 

- Ale dlaczego? Wcale nie wierzę, że oni ciebie 

powieszą. 

- Chcesz przekonać się na własne oczy? 
- Ja myślę, że... 
- Lepiej nic nie myśl! Bo, zdaje się, rzeczywiście 

chcesz zobaczyć, jak będę dyndał na sznurku! 

- Moglibyśmy... 
- Daj spokój, Shannon, weźmy ten przeklęty 

ślub. 

- Ale ja nie chcę. 
- Nieprawda! Chcesz! 
- Nie chcę! Nie chcę! To nie jest właściwe! 
- Właściwe!? Jakby cokolwiek teraz... 
- Ja cię nie kocham, Malachi. 
- Ani ja ciebie. Czyli wszystko jest w najlepszym 

porządku. - Zmrużył oczy, jego spojrzenie było 
ostrzejsze od najostrzejszej brzytwy. - Czy ty nicze­
go nie rozumiesz, idiotko? Oni mnie powieszą!. 
Ruszaj się już i powiedz to cholerne „tak"! 

- Rzeczywiście, prosisz bardzo miło. 
- Wcale nie proszę, tylko mówię, co masz robić. 
Jego palce zacisnęły się boleśnie. Shannon krzyk­

nęła, Martha Haywood natychmiast pośpieszyła z in­
terwencją. 

background image

1 7 0 

- Kapitanie Slater! - krzyknęła karcąco ze środka 

salonu. 

Malachi, nie zwolniwszy wcale uścisku, dodat­

kowo przycisnął Shannon do framugi drzwi. 

- Shannon, później jakoś się z tego wypłaczemy. 

Zawsze będziesz mogła powiedzieć, że zostałaś zmu­
szona. A teraz, na litość boską, już się nie opieraj. 

A w nią jakby wstąpił jakiś diabeł, nad którym 

nijak nie mogła zapanować. Ten demon nakazywał 
jej gotować się ze złości i nie ruszać się z miejsca. Bo 
dzięki temu Malachi Slater po raz pierwszy w życiu 
był wobec Shannon McCahy całkowicie bezradny. 

Malachi Slater był jednak silniejszy niż wszystkie 

diabły razem wzięte. Szarpnął ją tak, że omal nie 
upadła na podłogę, i pociągnął za sobą na środek 
salonu. Omal nie zemdlała, kiedy zobaczyła, że 
Malachi Slater ukląkł przed nią na jedno kolano. 
I wbijając w nią płonący wzrok, wyrzucił z siebie 
słowa tonem, który już bardziej lodowaty być nie 
mógł. 

- Panno McCahy! Ukochana! Czy zechce pani 

uczynić mi ten zaszczyt i zostać moją żoną? 

Demon wręcz się rozszalał. 
- Niestety, panie kapitanie, nie spodziewałam się, 

że będzie pan mnie prosił o rękę takim właśnie 
tonem! 

- Ukochana, najdroższa panno McCahy - zawar­

czał Malachi, zrywając się z podłogi. - Błagam 
panią! 

- Jeszcze raz proszę powtórzyć! 
- Błagam panią, zaklinam na wszystkie świętości! 

background image

1 7 1 

Nigdy w życiu jeszcze nie słyszała prośby, która 

w mniejszym stopniu przypominałaby prośbę. 

W oczach Malachiego widać było niemal obłęd. 
Wyglądał jak barbarzyńca, który zanim ją przeżuje, 

powolutku, żywcem będzie obdzierać ze skóry. 

- Zaczynaj pan - warknął do kaznodziei. 
- Nie! - krzyknęła Shannon. 
Pan Haywood cichutko szczęknął dubeltówką, 

wielebny rozpoczął ceremonię. Shannon, półprzytom­
na, słyszała jego słowa jak przez mgłę. Nadal pełna 
wewnętrznego sprzeciwu, najchętniej uciekłaby, jed­
nak nie sposób było uciec, ponieważ uścisk palców 
Malachiego wcale nie zelżał. Poza tym ucieczka chyba 

nie byłaby dobrym rozwiązaniem, przecież nie wia­
domo do końca, co strzeli do głowy państwu Hay-

woodom. 

Wielebny był wyraźnie zdenerwowany, każdy 

byłby zdenerwowany, gdyby teraz mu przyszło spo­
glądać w oczy Malachiemu. Tylko Haywoodowie 
wydawali się zadowoleni. 

Słowa przysięgi Malachi wypluwał z siebie ze 

złością i z obrzydzeniem. 

Tak, tak, będzie kochał, szanował i opiekował się, 

póki śmierć nie rozłączy. 

Potem przyszła kolej na Shannon. A ona, zamiast 

powtarzać za wielebnym słowa przysięgi, jeszcze raz 
spojrzała na Malachiego z błaganiem w oczach. A on 
tak mocno ścisnął jej palce, że miała wrażenie, iż tym 
razem chyba je zmiażdżył ostatecznie. 

- Mów! Ale już! - warknął. 
Drżąc na całym ciele, skierowała wzrok na 

background image

1 7 2 

wielebnego. Wyjąkała wszystko, co należało powie­
dzieć. Słowo po słowie. 

- Obrączka - mruknął wielebny. 
- Obrączka ? - powtórzył Malachi dziwnie bez­

radnie. 

- Obrączka? Jest, jest, wielebny Fullerze - odez­

wał się pan Haywood, wysuwając się do przodu 
i kładąc na dłoni Malachiego wąską obrączkę. 

Malachi zdecydowanym ruchem wsunął złote 

kółko na drżący palec Shannon. 

- No i znów jestem panu coś dłużny - mruknął. 
- Proszę się nie martwić, dopiszę do rachunku 

- oznajmił pogodnie pan Haywood. 

- Ciii, tatuśku - syknęła pani Haywood. - To taka 

wzruszająca ceremonia. 

Obrączka pasowała jak ulał. Shannon czuła na 

swym palcu kawałek szlachetnego metalu, gładkiego 
i chłodnego zapewne jak stal kajdanek Malachiego. 
Spojrzała na niego, ale jego wzrok nadal przekazywał 
tylko kobaltową nienawiść i Shannon natychmiast 
zatęskniła do chwili, kiedy tę obrączkę będzie mogła 
zsunąć z palca. 

Wreszcie wielebny ogłosił wszem i wobec, że na 

mocy prawa stanu Kansas i na mocy prawa udzielo­
nego mu przez Boga, czyli najwyższy autorytet, są 
mężem i żoną. Pani Haywood wydała z siebie cichut­
ki, płaczliwy jęk. Oczy wszystkich zwróciły się na 
nią. Wytarła dyskretnie nos i wyjaśniła: 

- Nie przejmujcie się mną, moi drodzy. Ja zawsze 

płaczę na ślubach. Tatuśku, zdejmijże już kapitanowi 
te kajdanki, na pewno chce teraz ucałować żonę. 

background image

1 7 3 

Wielebny Fullerze, zapraszam na maderę. Niestety, 
obawiam się, że szampana nie mamy. 

Wielebny z przyjemnością przyjął zaproszenie, 

pan Haywood wyciągnął z kieszeni malutki kluczyk 
i zdjął kajdanki z rąk Malachego. 

- Kapitanie Slater, może kieliszek madery? 

Malachi nie słuchał, przystępując teraz do speł­

nienia mężowskiej powinności. Objął małżonkę, 
chwycił ręką za jej jasne włosy i szarpnął, zmuszając, 
aby głowa odchyliła się do tyłu. Wpił się ustami w jej 
wargi. Pocałunek był krótki i brutalny. 

Wyszarpnęła się z jego ramion i prychnęła jak 

dzika kotka: 

- Jednak szkoda, że cię nie powiesili! 
- Choć tak bardzo się o to starałaś - warknął 

i odwrócił się do pani Haywood. - Jestem głęboko 
zobowiązany, ale za maderę dziękuję - wycedził. 
- Potrzebuję teraz czegoś mocniejszego. 

Szybkim, gniewnym krokiem ruszył ku drzwiom. 

W progu zawahał się i przystanął. 

- Mam nadzieję, że zrobiłem wszystko, aby unik­

nąć stryczka? 

- Jeszcze tylko pański podpis - odezwał się pan 

Haywood. - I może pan iść, dokąd pan chce. 

Akt ślubu leżał na jednym ze stoliczków z mar­

murowym blatem. Malachi złożył zamaszysty pod­
pis. Pan Haywood skinął głową i Malachi, rzuciwszy 
mroczne spojrzenie na Shannon, opuścił salon. Huk­
nęły drzwi, a Shannon miała uczucie, jakby czyjeś 
lodowate palce z całej siły ścisnęły jej serce. 

- Może łyczek madery? - spytała pani Haywood 

background image

1 7 4 

z uśmiechem pełnym satysfakcji. Shannon machinal­
nie odebrała od niej kieliszek i wychyliła do dna. 

- Dziękuję - powiedziała oschłym tonem. - Zaraz 

zwrócę pani suknię, pani Haywood. 

Skinęła głową wielebnemu i panu Haywoodowi, 

po czym biegiem dopadła do drzwi, szarpnęła za 
klamkę i nie dbając o zamknięcie ich za sobą, pognała 
schodami na górę do swego pokoju. 

Na stoliczku przy łóżku leżały oba klucze. Wzięła 

je do ręki, popatrzyła, zagryzła wargi niemal do krwi. 

Może Malachi teraz naprawdę jest jej mężem? 

Przecież włożył jej obrączkę na palec, powtórzył 
słowa przysięgi... No i co z tego? A teraz poszedł, 
poszedł znów do saloonu, znów do tej rudowłosej 

ladacznicy. 

Dlatego do tego pokoju nie wejdzie. Już nigdy! 

Iris powitała Malachiego radosnym okrzykiem. 

- O, Ma... Sloan! 

Niestety, wyglądało na to, że rudowłosa przyjaciół­

ka nigdy nie przyzwyczai się do jego nowego imienia. 
Skinął jej głową i natychmiast podszedł do baru. 

- Whisky, Matey. Dużo, dużo whisky. 

Iris, śliczna jak obrazek w popielatej sukni i błękit­

nym szalu, natychmiast znalazła się u jego boku. 

- A ja już jestem gotowa do drogi - oznajmiła, 

wsuwając mu pieszczotliwie rękę pod ramię. - Do 

Sparks, oczywiście. Biorę powoziki jadę. Zobaczę, co 
da się zrobić w sprawie twojej bratowej. Ma... Sloan? 
Powiedz, czy coś się stało? Może nie chcesz, żebym 
jechała? 

background image

1 7 5 

Przyjrzała mu się bardzo uważnie. Malachi czuł 

zapach perfum, a damskie ramię grzało tak przyjem­
nie... Nagle jego gniew zaczął znikać. 

- Jesteś słodka, Iris - powiedział miękko i pocało­

wał ją w policzek. - To nieważne, czym się zaj­
mujesz. Ale jesteś słodka, zupełnie inna niż... 

- Niż kto? Niż twoja towarzyszka podróży? 
- Tak. Moja towarzyszka podróży, niech ci bę­

dzie. - Skrzywił się, spojrzał w sufit, potem uśmiech­
nął się gorzko. - Shannon to zakała mego życia! To 
jędza i awanturnica! 

- A co zrobiła tym razem? 
- Szkoda gadać! Bardzo żałuję, żeś jej wczoraj nie 

znokautowała. 

Przytknął butelkę do ust i sporo pociągnął. Raz

drugi, upajając się wspaniałym doznaniem, kiedy to 
alkohol, spływając do żołądka, wywoływał miłe 
uczucie gorąca. 

- Nie - powiedział, odstawiając butelkę. - To ja 

powinienem był ją znokautować. 

- Przestań, Malachi! 

Malachi... Iris spłoszonym wzrokiem rozejrzała 

się dookoła. Na szczęście saloon był prawie pusty, 
a Matey sprawiał wrażenie bardzo zajętego swoją 

robotą. 

- Panie Gabriel - powiedziała demonstracyjnie 

głośno. - Może skryjemy się w zaciszu mojego 
pokoju? 

- Jasne, Iris. Idziemy do ciebie. 

Pokój Iris - kobiety samodzielnie zarabiającej 

na swoje utrzymanie - okazał się nadzwyczaj 

background image

1 7 6 

przytulny. Na naczelnym miejscu stało ogromne 

łóżko z pięknie rzeźbionymi słupkami. Na łóżku 
leżała pikowana kołdra, a na podłodze pleciony 
dywanik. Obok ładna szafa na ubranie i wielkie, 
wolno stojące lustro. 

- Przyjemnie tu - mruknął Malachi i pociągnąw­

szy jeszcze trochę whisky, rzucił się na łóżko. 
- Chodź do mnie! 

Iris uśmiechnęła się i ostrożnie przysiadła na 

brzegu łóżka. Ręka mężczyzny delikatnie przesunęła 
się po jej ramieniu. Zadrżała... Kiedyż to Malachi 
dotykał ją po raz ostatni? Dawno, dawno temu, już 
zapomniała. I zapomniała już, jak to jest, kiedy 
zapragnie się tak bardzo, żeby jakiś mężczyzna tylko 
dotykał. Jak teraz... 

Odsunęła się kawałeczek, ale Malachi nie zaprotes­

tował. Znów pociągnął z butelki, na dnie zostało już 
bardzo niewiele, po czym zastygł. 

- Mam ochotę ją zabić - oznajmił po dłuższej 

chwili, wpatrując się tępym wzrokiem w sufit. - Za­
cisnąć palce na smukłej szyjce i zaciskać, zaciskać, 
dopóki panienka nie zacznie charczeć. Albo tak 
przywalić jej ręką po pupie, że... - Uniósł dłoń 
i przyjrzał się jej bacznie, jakby oceniając szerokość 
i długość palców. - I tak przetrzepać jej ten zgrabny 
tyłeczek, aż cały spłynie krwią. A potem chwycić za 
ramiona i trząść nią, i słuchać, jak jej zęby dzwonią 
o siebie. Dzwonią, łamią się i zaczynają wypadać. 

Jeden ząb za drugim... 

- Malachi, uspokój się! Upiłeś się, czy co?! Co ty 

wygadujesz! Powiedz lepiej, co się stało. 

background image

7 7 

Spojrzał na nią, a jego usta wykrzywił zły 

uśmiech. 

- Jak to co?! Ożenili mnie z nią! Właśnie z nią! I to 

wbrew mojej woli! 

Iris przymknęła oczy, jej pierś podejrzanie zafalo­

wała. 

- Ale dlaczego, Malachi? 

- Powiedzieli, że mnie powieszą, jeśli tego nie 

zrobię. Bo ją uwiodłem, tę słodką, niewinną istotkę. 

- A czy przypadkiem tak właśnie nie było? 

- No... może, w pewnym sensie. Ale, do diabła! 

Ona ma prawie dwadzieścia lat! Słodka jest jak ocet, 

a co do jej niewinności... 

- To co? 
- To... ona też mnie uwodziła. Nikt niewinny nie 

wygląda tak jak ona, kiedy jest naga. 

W innej sytuacji Iris na pewno by się roześmiała. 

Ale nie teraz, teraz poczuła bolesne ukłucie w sercu. 

Nie dlatego, że Malachi ożenił się z tą dziewczyną. 

Ale z powodu tej szczególnej nutki w jego głosie, 

kiedy o niej mówił. 

- A powiedz mi, Malachi, któż to taki odgadł, że 

ty i Shannon nie jesteście małżeństwem? 

- Kto? Ci cholerni Haywoodowie! Z listów goń­

czych dowiedzieli się, kim naprawdę jestem, ale 

wyobraź sobie, że ta kwestia była dla nich do 

przełknięcia, ale obstawali tylko przy jednym. Powie­

dzieli mi, że nie zdradzą mnie, jeśli poślubię Shannon. 

Bo podobno naruszyłem święte prawa boskie, uwo­

dząc niewinną dziewczynę... I to jeszcze pod ich 

dachem! 

background image

1 7 8 

Iris wzięła głęboki oddech. Jej samej trudno było 

uwierzyć, że będzie bronić innej kobiety, i do tego 
kobiety młodej, pięknej, o oczach koloru nieba i wło­
sach naznaczonych słońcem. 

Ale broniła. 
- Malachi! Jeśli to Haywoodowie zmusili cię do 

małżeństwa, to dlaczego winą za to obarczasz Shan-
non? Czy żądała od ciebie, żebyś się z nią ożenił? Nie. 

A ona przecież jest... zupełnie kimś innym niż ja. Jeśli 

ją wykorzystałeś, miała pełne prawo żądać, żebyś się 
z nią ożenił. 

- Nie, nie zmuszała mnie. Zrobiła coś gorszego! 

- wybuchnął. - Oni tam zaklinają się, że na pewno 
mnie powieszą, jeśli natychmiast się z nią nie ożenię, 
a ona na to, że wcale nie chce wyjść za mnie, 

pojmujesz? Oni grożą mi dubeltówką, a ona nie chce 
złożyć przysięgi ślubnej, pojmujesz? Ja po prostu siłą 

wydusiłem z niej tę przysięgę! A więc ta diablica 
byłaby w stanie osobiście posłać mnie na szubienicę! 
Wolała widzieć mnie na stryczku niż wyjść za mnie, 
pojmujesz ? 

Przytknął butelkę do ust i wypił ostatni łyk. 

- Jednego zupełnie nie rozumiem, Iris. Gdy ją 

widzę, od razu mnie ponosi. Chcę jej dogryźć, chcę ją 

zranić, a czuję się przy tym tak, jakbym ranił samego 
siebie. Jakbym samemu sobie robił na złość. Wiesz, że 
ona mi się śniła?Miałem takie piękne marzenie senne 

i to, co było w tym śnie, potem zdarzyło się napraw­
dę. Ona mnie dotknęła i ja jej dotknąłem... Była 
miękka jak jedwab. A w jej oczach zobaczyłem 
pożądanie. Ona taka jest, wiesz ? Drażni, ubliża, 

background image

1 7 9 

a potem kocha. Jak dzika kotka, jak jakaś poganka, 

zapamięta się, potem znów wysuwa pazurki i za-

drapie aż do krwi, aż do krwi... Ona nigdy nie 

będzie już inna, mówię ci... Wiesz, gotowa była 

zaprowadzić mnie na szubienicę. Ale teraz... teraz 

jest moją żoną i jeszcze mnie popamięta, oj, popa­

mięta... 

Zamknął oczy. Zasnął. Iris patrzyła na niego przez 

chwilę. 

- Biedaku - szepnęła. - Może ona i jest awantur­

nicą, ale ty jesteś w niej bardzo zakochany, tylko że 

jeszcze o tym nie wiesz. 

Pustą butelkę po whisky postawiła na toaletce. Nie 

budziła Malachiego. Niech zostanie tam, gdzie jest, 

powinien się przespać po tej ilości whisky, którą 

wytrąbił w ciągu kwadransa. Wróci potem do swojej 

młodej żony w lepszym stanie ducha. 

A ona powinna teraz jak najszybciej ruszać w dro­

gę do Sparks, tam, gdzie można zebrać najwięcej 

wiadomości. Do domu pełnego ponętnych kobiet, 

które znają wszystkich mężczyzn z okolicy. Do 

domu Cindy. 

Nałożyła kapelusz, wzięła aksamitny woreczek 

i już od drzwi białą dłonią posłała Malachiemu 

smętnego całusa. 

- Jutro wracam, kapitanie Slater. Wiem, że ko­

chasz tę swoją śliczną awartunicę, ale ja i tak ci 

pomogę, bo lubię cię, bo zawsze byłeś wobec mnie 

przyzwoity... 

Shannon zdjęła suknię ślubną, zwróciła ją pani 

background image

1 8 0 

Haywood, a ponieważ nie miała ochoty nadal pa­

radować w koszuli Malachiego, zeszła na dół, do 

sklepu, aby uzupełnić swoją garderobę. Starsza pa­

ni nie odstępowała jej na krok, wyraźnie zachwy­

cona jej towarzystwem. Trajkotała bez przerwy, 

zwracając się do Shannon już bezceremonialnie po 

imieniu. I rozwodziła się głównie nad sprawami 

małżeńskimi. 

- Och, moje dziecko, ja i tatusiek na początku 

zachowywaliśmy się jak dwa koguty. Wiecznie ska­

kaliśmy sobie do oczu, o byle co. Każde chciało, żeby 

jego było na wierzchu. Kłóciliśmy się jak najęci, 

potem to już nawet nie było wiadomo, o co nam 

poszło. 

Shannon słuchała jednym uchem, pilnie przeglą­

dając bluzki. Wybrała w końcu niebieską, z ładnym 

haftem w morskim kolorze. Położyła bluzkę na 

ladzie, obok pudełko z amunicją i oznajmiła swojej 

towarzyszce: 

- Pani Haywood! Po pierwsze, Malachi i ja kłóci­

my się od lat i przede wszystkim o sprawy związane 

z wojną... 

- Wojna już się skończyła, moje dziecko! 

- ...a po drugie, ja przedtem znałam mężczyznę 

bardzo opanowanego, który nigdy nie wpadał 

w złość. 

- Tak? No to założę się, że po roku byłabyś bardzo 

nieszczęśliwa. 

- Nie rozumiem?- Ja go kochałam, i to bardzo. To 

była prawdziwa, głęboka miłość. 

- Ależ ja ci wierzę, moje dziecko. Po roku miała-

background image

1 8 1 

byś jednak dość tego układnego dżentelmena. A z ka­

pitanem Slaterem na pewno się nie będziesz nudzić 

i w końcu jakoś się dogadacie. Wy macie ze sobą 

więcej wspólnego, niż wam się wydaje. 

Shannon aż zarumieniła się z oburzenia. 

- Dogadamy się? Pani Haywood! On cały dzień 

siedzi w saloonie! 

- To idź po niego. 

Shannon stanowczo potrząsnęła głową, zagryzła 

wargi i ponownie zajęła się kontemplacją nowej 

bluzki. 

- Bardzo ładny haft... Pani Haywood, ja nie pójdę 

po niego, bo wcale nie marzę o tym, żeby był ze mną. 

Jeśli on woli siedzieć w saloonie, bardzo proszę, niech 

sobie tam siedzi! I mam wielką prośbę do pani. Czy 

mogłabym dostać kolację do pokoju? Chciałabym 

dziś wcześniej się położyć. 

- Naturalnie, moje dziecko, naturalnie. Ale pro­

szę, ty się jeszcze trochę nad tym wszystkim za­

stanów. Kapitanowi niełatwo było przełknąć to, co 

dziś się stało. Dla mnie on i tak był zdumiewająco 

uległy. A na dodatek ty jeszcze się opierałaś... 

- Przecież on wcale nie chciał się ze mną żenić. 

- Ale uległ, a ty mu uparcie odmawiałaś, choć 

wiedziałaś, że mógłby skończyć na szubienicy. 

- Nie wierzę, pani Haywood, nie wierzę, że 

państwo posunęliby się tak daleko. A teraz proszę mi 

wybaczyć, ale już pójdę na górę. 

- Jest jeszcze bardzo wcześnie. 

- Wiem, ale chcę się już położyć. Proszę te 

rzeczy dopisać do rachunku i być spokojną. Ja 

background image

1 8 2 

mam pieniądze, mojej rodzinie udało się przetrwać tę 

wojnę lepiej niż wielu innym ludziom. 

Nie poszła na górę. Przechodząc przez salon, 

wiedziona impulsem, nagle pchnęła frontowe drzwi. 

Na ulicy było prawie pusto, tylko koło zakładu 

balwierza gawędziło dwóch mężczyzn, a przed we­

randą na słoneczku wylegiwał się stary wyliniały 

wyżeł. 

Zeszła po schodkach, przekroczyła ulicę i pchnęła 

wahadłowe drzwi saloonu.W środku panował pół­

mrok i było niemal tak samo pusto jak na ulicy. Na 

końcu sali, rozparty w krześle, siedział samotny 

ranczer, z kapeluszem nasuniętym głęboko na czoło, 

jakby chciał ukryć twarz. Barman wycierał szklanki, 

a na stołku przy barze jakaś dziewczyna z nudów 

nawijała na palce końce swoich jasnych włosów. 

Dziewczyna w szkarłatnej, jedwabnej sukni. Wiado­

mo kto! 

Shannon zdecydowanym krokiem podeszła do 

baru. 

- Brandy. I proszę dopisać do rachunku męża. 

Barman napełnił szklaneczkę. Shannon podzięko­

wała skinieniem głowy, wypiła jednym haustem 

i jeszcze raz omiotła spojrzeniem całą salę. Malachie-

go tu nie było. 

Pomyślała o Kristin. O, ona byłaby przerażona 

tym, co wyczynia jej młodsza siostra. Kristin zawsze 

bardzo zważała na konwenanse i potrafiła powściąg­

nąć swój temperament. Chociaż... Ta sama Kristin 

stoczyła z Cole'em niejedną bitwę. Ale Cole, w porów­

naniu z Malachim, był łagodny jak baranek. Kristin 

background image

1 8 3 

byłaby jednak przeciwna wizycie Shannon w sa-
loonie. To nie miejsce dla dam. Nawet jeśli ta dama 
przybyła tu w poszukiwaniu swego męża, którego 
nie widziała od co najmniej pięciu godzin. 

- Proszę wybaczyć - zagadnęła grzecznie blon­

dynkę. - Nie widziała pani może pana Gabriela? 

Blondynka, zmierzywszy Shannon spojrzeniem 

od stóp do głów, uśmiechnęła się słodko. 

- Śpi w pokoju Iris. 

Na ułamek sekundy saloon wydał się Shannon 

spowity w nieprzeniknione ciemności, po czym ta 
ciemność, również na moment, przybrała jaskrawo-
czerwoną barwę. 

- Dziękuję - powiedziała głosem wysokim 

i dźwięcznym. -I mam maleńką prośbę. Gdyby pani 

się z nim widziała, proszę łaskawie przekazać, że 
najlepiej będzie, jeśli zostanie już sobie tam, gdzie 
przebywa obecnie. Bo w innym miejscu jego obec­
ność jest jak najmniej pożądana. Żegnam! 

Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku wahadłowym 

drzwiom. 

- Ej, ty, poczekaj! - zawołała za nią blondynka. 
Ale Shannon była już na ulicy. Zrobiła kilka 

kroków, zatrzymała się idealnie na środku i z jej 
gardła wydobył się krzyk. A właściwie krótki i nie­
zwykle donośny wrzask. 

W drzwiach hotelu natychmiast ukazała się kor­

pulentna postać pani Haywood. 

- Na litość boską, Shannon! Co się stało?! 
- Nic! Nic! Wszystko w najlepszym porządku! 
- Wydawało mi się, że jest zupełnie inaczej. 

background image

1 8 4 

- Ale kiedy sobie wreszcie zdrowo wrzasnęłam, 

wszystko natychmiast ułożyło się jak najlepiej, pani 

Haywood. Naprawdę, przysięgam. 

Naturalnie, że nic nie było w porządku. Czuła się 

tak, jakby jakiś potwór ostrymi pazurami rozszar­

pywał jej wnętrzności. Czuła tylko jedno pragnienie. 

Zabić Malachiego albo związać, wywlec na prerię 

i zostawić na pożarcie sępom i krukom. Ale przedtem, 

zanim skona w męczarniach, wykrzyczeć mu 

w twarz, że zranił ją, zranił ją bardzo boleśnie! 

- Naprawdę, wszystko w porządku, pani Hay­

wood - powtórzyła z uśmiechem. - I chciałam panią 

o coś prosić. Czy mogłaby pani się zatroszczyć, aby 

nikt, ale to absolutnie nikt nie zakłócał mi spokoju do 

samego rana ? 

Pani Haywood otworzyła usta, zapewne po to, 

aby bardziej szczegółowo omówić jej prośbę, ale 

Shannon już nie było w jej polu widzenia. 

Jak wicher pomknęła po schodach, wpadła do 

pokoju i natychmiast zamknęła drzwi na klucz. Drugi 

klucz leżał na stoliczku, a więc wszystko w porządku. 

Nikt nie zdoła się wedrzeć do jej sypialni. 

Pani Haywood dołożyła wszelkich starań, aby 

pierwsza wspólna noc, już legalnie poślubionych 

małżonków, miała niecodzienną oprawę. Parująca, 

pachnąca woda w gigantycznej wannie zaprasza­

ła do wspólnej kąpieli, na stoliczku obok łóżka 

pyszniły się w wazonie piękne kwiaty. Na srebr­

nej tacy leżało zimne mięso, a obok na porcelano­

wym talerzu pyszniły się ciastka. Na łóżku leżała 

starannie rozłożona koszula nocna ze śnieżniobia-

background image

1 8 5 

łego atłasu. Piękniejszej koszuli Shannon nigdy nie 

widziała. Do koszuli przypięta była maleńka kartecz­

ka następującej treści: 

„Każdej pannie młodej należy się podarek, coś 

nowego i pięknego. Przyjmij od nas, drogie dziecko, tę 

skromną rzecz i niech ci się szczęści na nowej drodze 

życia. Martha i Hank Haywoodowie". 

Nie wypuszczając z ręki karteczki, Shannon po­

woli przysiadła na brzegu łóżka. Każda dziewczyna 

nosi w sobie marzenie o takiej właśnie pięknej koszu­

li na tę noc szczególną, niezapomnianą, na noc 

poślubną. Marzenie o wspaniałym mężczyźnie, naj­

wspanialszym, dla którego ona będzie tą jedną jedy­

ną... No cóż, Shannon miała i piękną koszulę, i bardzo 

przystojnego męża. Marzenie jednak nie spełniło 

się, ale rozpłynęło się w obliczu jakże smutnej rzeczy­

wistości. 

Malachi spędza ich poślubną noc z jakąś ladacznicą 

w saloonie. No cóż, widocznie nie kocha swojej 

dopiero co poślubionej małżonki. 

Shannon leżała na łóżku i zalewała się rzewnymi 

łzami. 

Kiedy łzy przestały płynąć, nadal leżała nierucho­

mo, wpatrując się w biały sufit i zastanawiając się, od 

jak dawna zakochana jest w Malachim. 

Miłość do Malachiego?Jakież to osobliwe! Prze­

cież miedzy nimi nigdy nie było nawet cienia zwykłej 

sympatii. Zawsze toczyli ze sobą wojnę, ale teraz... 

Nieważne! Bo tego, co się teraz stało, Shannon nigdy 

mu nie wybaczy. Niech się dzieje, co chce, ale Malachi 

Slater już nigdy jej nie dotknie. O, nie! Ożenił się 

background image

1 8 6 

z nią, co prawda, pod groźbą utraty życia, tym 

niemniej... przysięgał przed Bogiem. Chociaż próbo­

wała go powstrzymać, perswadowała i prosiła. On 

jednak przysiągł. I tę jego przysięgę odebrał praw­

dziwy duchowny. A więc Malachi jest jej praw­

dziwym mężem, najprawdziwszym! I ten jej naj­

prawdziwszy mąż miał czelność właśnie dziś, zaraz 

po ich ślubie, iść do burdelu, do tej rudej nierządnicy! 

Do tej wywłoki z saloonu! 

Zmierzchało. Woda w wannie przestała parować, 

zapewne wystygła, ale Shannon i tak postanowiła się 

wykąpać. Przedtem jednak chytrze podstawiła pod 

drzwi krzesło, oparciem pod klamkę. Lepiej nie ryzy­

kować. Na stole obok tacy stała butelka wina. Świet­

nie. Z butelką w ręku Shannon powoli zanurzyła się 

w chłodnej wodzie. Popiła raz, drugi, przymknęła 

oczy, znów pociągnęła łyk... i znów... 

Potem ubrała się w śnieżnobiałą atłasową koszulę 

i położyła się na łóżku. Przypomniała sobie poprzedni 

wieczór. Drzwi też były zamknięte, ale Malachi i tak 

wdarł się do środka. Domagał się swoich praw, jakby 

takowe posiadał. 

A teraz już je posiadał. Teraz Shannon naprawdę 

była jego żoną. 

Zamknęła oczy. Na stoliczku, w zasięgu ręki, leżał 

naładowany kolt. Jeśli Malachi zjawi się tutaj, ona 

zażąda, żeby się wyniósł. Jeśli jej nie posłucha, swoje 

słowa poprze czynem. Po prostu go zastrzeli i już! 

Ale tej nocy, tej ich najprawdziwszej nocy poślub­

nej, Malachi się nie zjawił. Ani o północy, ani nad 

ranem. 

background image

1 8 7 

O brzasku Shannon znów zaczęła płakać. Przecież 

jest jej mężem. Ma obowiązek tu być, a ona ma prawo 

tego oczekiwać od niego! 

Ale nie przyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Około drugiej nad ranem Malachi zaczął się nie­

spokojnie wiercić na łóżku. W głowie mu łupało, 

w ustach ciągle czuł smak alkoholu, a język sztywny 

był jak kołek. Uszy, osobliwie teraz wrażliwe, wyła­

pały nieprzyjemny dźwięk. Miarowe tykanie zegara 

w drewnianej obudowie, dziwnie teraz głośne. Ze­

gar... Malachi zwlókł się z łóżka. Spojrzał na cyferblat 

i jęknął. Czujnym wzrokiem rozejrzał się dookoła. 

Iris nie było. Poczciwa dziewczyna. Zgodnie z obiet­

nicą pojechała do Sparks. A on pospał sobie w jej 

pokoju. A Shannon... 

Daj, Panie Boże, żeby spała. Bo jeśli czuwa, to na 

pewno szykuje mu piekielną awanturę. 

Z powrotem rzucił się na łóżko. Do diabła z Shan­

non! Na pewno znów by się pożarli i nic dobrego by 

z tego nie wynikło. A tych awantur już wystarczy, 

najwyższy czas podejść do wszystkiego na chłodno, 

z największym opanowaniem. Przypomnieć sobie 

wreszcie, że jest się dżentelmenem, dżentelmenem 

background image

1 8 9 

z Południa. - Honor nade wszystko i nienaganne 

maniery. Poza tym wszelkie emocje wyciszyć, fakty 

analizować możliwie na chłodno. 

Oni wzięli ślub ? 

Niestety, serce od razu zabiło żywiej. Ożenił się, 

ożenił się z Shannon. Naprawdę. I gdyby teraz 

przyszła mu ochota, mógłby przejść na drugą stronę 

ulicy i wziąć Shannon w ramiona. Robić z nią 

wszystko, czego domagała się jego wzburzona krew. 

Wywołać ten niebieski płomień w jej oczach, zanu­

rzyć dłonie w złocistym gąszczu jej włosów. Ukryć 

twarz w ciepłej miękkości kremowych piersi. Pieścić 

skórę gładszą niż atłas. Mógłby... zgwałcić swoją 

własną żonę. Przecież ona na pewno nie przyjęłaby go 

z otwartymi rękami. 

Chciała przecież, żeby go powiesili! Jędza... On ma 

teraz pełne prawo być wściekły i rozgoryczony. Nie 

dość, że ugania się za Kristin po obcym, niebezpiecz­

nym terytorium, to ma jeszcze na karku jej siostrunię. 

Przecież on, między Bogiem a prawdą, powinien być 

teraz w Meksyku albo w Londynie czy w Paryżu. Nie 

było sensu tu zostawać, Południe już nie istniało. Nie 

było czego bronić. 

Wszystko skończone. 

A do niej nie pójdzie. Na pewno pozamykała się 

tam na cztery spusty. Jest noc, w całym domu cisza, 

wszyscy usłyszeliby ich wrzaski... Wrzasków by nie 

było, postanowił przecież być opanowany. A Shan­

non zapewne wolałaby załatwić sprawę krótko. 

Strzelić i koniec. 

Nie będzie strzelać. W końcu jest jej mężem. A ona 

background image

1 9 0 

jego żoną, która aż pali się do rozwodu. Albo do 

wdowieństwa. 

W głowie znów łupnęło. Nie powinien był tyle pić. 

Zwlókł się z łóżka i podszedł do umywalki. Ochlapał 

twarz zimną wodą, różaną wodą Iris przepłukał sobie 

usta. Poczuł się o wiele lepiej. Niestety, tylko na 

krótką chwilę. Ciągle czuł się okropnie... A gdyby tak 

jednak przelecieć przez tę ulicę, wyważyć drzwi 

i rzucić jej w twarz, że teraz ona należy tylko do niego 

i nie ma prawa zamykać drzwi przed rodzonym 

mężem! 

Jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Przecież oni oboje 

są zaprzysięgłymi wrogami, połączył ich durny splot 

wydarzeń, najbardziej absurdalny, jaki można sobie 

wyobrazić. Ona nadal kocha zmarłego Jankesa, a on 

nie kocha nikogo. 

Chociaż... troszeczkę jest jednak zakochany, w pew­

nych... rzeczach, które posiada tylko Shannon. Tak. 

Chyba jest zakochany. Może rzeczywiście granica 

między miłością a nienawiścią jest bardzo krucha, 

może oni oboje tę granicę zaczynają przekraczać. 

Podszedł do okna i spojrzał w noc. Na niebie był 

księżyc w nowiu, a pusta ulica rozjaśniona była 

srebrzystą poświatą. 

Doszło do tego, że on i Shannon zapominają, po co 

właściwie przybyli do Kansas, po co przebyli taki 

szmat drogi i narażają się oboje na śmiertelne niebez­

pieczeństwo! Niepojęte... 

Podszedł znów do łóżka i położył się wygodnie na 

plecach. Ręce podłożył pod głowę. Spokojnie, teraz 

trzeba czekać na powrót Iris. Wtedy będzie wiadomo, 

background image

1 9 1 

co dalej. Do Cole'a na pewno dotarła już wieść 

o porwaniu Kristin, a i Jamie też chyba już wie. 

Zapewne obaj są już w drodze. 

A Malachi i Shannon powinni teraz ogłosić zawie­

szenie broni i swoje osobiste problemy odłożyć na 

później. Tak. To jedyne rozsądne rozwiązanie w obec­

nej sytuacji. 

Oj, oj... Znów łupnęło, tak dotkliwie, że aż za­

zgrzytał zębami. Musi się jakoś oprzeć temu nie­

ustannemu pragnieniu myślenia o Shannon.Temu 

palącemu pragnieniu, żeby znów zobaczyć jej oczy, 

ten przymglony od namiętności błękit, namiętności 

równie wielkiej jak jego. Poczuć przy sobie to ciało 

gorące, poruszające się razem z nim w rozkosznym 

rytmie, usłyszeć jej cichutkie jęki i wypłakiwanie 

nadmiaru emocji. Zobaczyć i usłyszeć to wszystko, co 

rozpalało w nim jeszcze większy płomień, kazało 

jeszcze bardziej pragnąć. 

Pragnął, i to było nielogiczne, irracjonalne, jednym 

słowem - szalone. Jednak zanim nadejdzie ranek, on 

musi zwalczyć w sobie te wszystkie gorące prag­

nienia. Shannon nawet sobie nie wyobraża, do jakie­

go stopnia on jest dżentelmenem, opanowanym, 

chłodnym, rozsądnym. Chyba że ona go dotknie... 

Shannon w pierwszej chwili nie bardzo wiedziała, 

co ją obudziło. Coś jednak wyrwało ją ze snu, 

drogocennego snu, na który musiała czekać bardzo 

długo. 

Podniosła głowę i zaczęła nasłuchiwać. To klamka. 

Ktoś nią poruszał, powolutku, w górę i w dół, w górę 

background image

1 9 2 

i w dół. I ten ktoś starał się robić to jak najciszej. 

A któż to taki może być? Wiadomo... Malachi. 

Zerwała się z łóżka i podbiegła do komódki, na 

której stał niemiecki zegar z porcelany. Spojrzała 

z bliska, mimo mroku wskazówki były widoczne. 

Prawie trzecia. Odwróciła się. Klamka znów się 

poruszyła. 

A niech go wszyscy diabli! Skończył z tą sprzedaj-

ną dziwką i teraz łaskawie przychodzi tu sobie 

odpocząć?! Zaiste, piękna noc poślubna! Tym nie­

mniej... 

Ależ ona go nienawidzi! Nienawidzi go całą sobą! 

Bo jak on mógł! Najpierw sam przymusza, aby 

uczestniczyła w tej parodii ślubu, a potem ucieka do 

nierządnicy. A poprzedniej nocy... Była idiotką, że mu 

uległa. Przecież wcale nie miała zamiaru mu ulegać. 

Nigdy. 

Uległa, bo go kocha. Nieistotne. Ona teraz i tak go 

nie wpuści. Nigdy więcej nie pozwoli mu się dotknąć. 

Nie powinien prosto od tej ladacznicy przychodzić 

tutaj. O, nie. 

Zmrużyła oczy, gotowa do walki. 

Klamka znów się poruszyła, ale okazało się, że po 

raz ostatni. Usłyszała ciche kroki, ciche, niemal 

skradające się, i oddalające się od drzwi. Przeszedł 

korytarzem, teraz schodził po schodach. Coraz dalej 

od niej. Już wyszedł, już odszedł w noc... 

- Malachi...-Jej szept zabrzmiał bardzo smutno. 

O trzeciej nad ranem ostatni z miejscowych rzucili 

karty na stół, dopili whisky i ruszyli do swoich 

background image

1 9 3 

domów. Jasnowłosa Reba, która grywała na pianinie 

w saloonie Haywoodów, zaczęła znosić brudne 

szklanki do kuchni. Matey zabrał się za zmywanie. 

Joemu, swemu pomocnikowi, kazał już wracać do 

domu, do żony i maleńkiego dziecka. 

Reba postawiła tacę na kontuarze i zwijając w wę­

zeł swoje jasne bujne włosy, jeszcze raz ogarnęła 

wzrokiem salę. Jak to się stało, że i ona, i Matey, 

zapomnieli o tym obcym ? Była pewna, że on już 

dawno wyszedł. A on dalej tu siedział. Odsunął 

kapelusz z czoła, uniósł twarz i teraz przyglądał jej się 

bacznie. Pomyślała, że to chyba jakiś przyzwoity 

człowiek. I wygląda nieźle.Wysoki, szczupły, oczy 

przy ciemnych włosach dziwnie jasne. A patrzył tak, 

że zadrżała. W spojrzeniu był chłód, ale ten chłód 

dziwnie rozpalał. Od dawna żadne męskie spojrzenie 

nie podziałało na Rebę tak mocno. 

- Hej, proszę pana! - krzyknęła. - Zaraz zamyka­

my! Coś jeszcze podać? 

Uśmiechnął się. Ten uśmiech był tak samo zimny 

jak spojrzenie. 

- A tak, kwiatuszku! Jedną whisky i piwo. I jesz­

cze coś. Pokój i ty. 

- Matey! - krzyknęła Reba. - Słyszałeś? 

- Tak. Robi się - odparł Matey, wzruszając ramio­

nami. On podawał tylko drinki, a jeśli Reba chce 

wziąć tego faceta do siebie, to już jej sprawa. 

Kiedy podeszła do stolika, nieznajomy nagle złapał 

ją za rękę tak mocno, że omal nie krzyknęła. Zmusił 

ją, żeby usiadła. No cóż, wielu mężczyzn lubi udawać 

twardzieli. Specjalnie jej to nie przeszkadzało, dopóki 

background image

1 9 4 

oczywiście nie zaczynała odczuwać tego na własnej 

skórze. 

- Masz pokój ? - spytał. 

- To zależy. 

- Od czego? 

A więc jednak tępak. Obdarzyła go jednak pro­

miennym uśmiechem i założywszy nogę na nogę, 

zaprezentowała całą długość smukłego uda, obciąg­

niętego czarną pończochą. Delikatnie przesunęła pal­

cami po twarzy nieznajomego i nagle znów poczuła, 

że w środku drży. Te jego jasne oczy były dziwne. 

Zimne, jakby ten człowiek był już martwy. I było 

w nich jeszcze coś. Okrucieństwo? A gdzie tam... 

Wielu mężczyzn spogląda tak na kobiety, żeby zrobić 

na nich wrażenie. Jednak odsunęła się od niego, 

prawie zapominając, że jest ladacznicą, że sama 

wybrała sobie to zajęcie. Zarabia o wiele więcej niż 

wtedy, gdy pracowała jako nauczycielka w małej 

szkółce na obrzeżach Springfield. 

Chyba jednak nie warto iść z tym mężczyzną... 

Jest zmęczona i wcale nie potrzebuje na gwałt 

pieniędzy. Nie warto... 

- Mam złoto - powiedział. - Czy to zależy od 

tego? 

Złoto. Hm... Czyli on nie próbuje wymachiwać jej 

przed oczami bezwartościowym papierkiem z Połu­

dnia ani nawet banknotem Unii. On po prostu ma 

złoto. 

- Dobrze - powiedziała, nieświadoma, że w tym 

momencie właśnie przypieczętowała swój los. 

Pogłaskał ją po policzku i spojrzał na schody. 

background image

1 9 5 

Uśmiechnął się i Reba pomyślała, że na pewno się 

pomyliła. To nie żaden brutal, tylko zwykły twar­

dziel. I choć nie tak przystojny jak Sloan, znajomy 

Iris, tym niemniej mężczyzna kompletny. Miał 

wszystkie zęby, bujne włosy, obie ręce i obie nogi. 

A w tych czasach wcale nie było to powszechne. 

A dziewczynie, która sama zarabia na życie, trud­

no wzgardzić taką błyszczącą, złotą zapłatą. 

- Gdzie twoja przyjaciółka?- spytał nagle nie­

znajomy. 

- Jaka przyjaciółka ? 

- Ta rudowłosa. 

Dziwne, że mu nagle przyszło do głowy pytać 

o Iris. 

- Iris jest dziś zajęta - odparła z uśmiechem, 

głaszcząc nieznajomego po ramieniu. 

- Tym młodym żonkosiem, co? 

Reba zachichotała. 

- Słyszałeś już o tym, co? Dziewczyna, co pracuje 

u Haywoodów, mówiła już o tym Curly'emu. Curly 

to balwierz. W każdym razie ta dziewczyna mówiła, 

że pani Gabriel zaryglowała się na dzisiejszą noc tak 

porządnie, że ten jej mąż będzie potrzebował czte­

rech koni, żeby te drzwi wyważyć. 

- Myślisz, że będzie próbował? 

- Oczywiście! Iris mówiła, że on, jak dojdzie do 

siebie, to rozwali te drzwi w mgnieniu oka. To 

mężczyzna pełen determinacji. 

- Tak powiadasz? 

- Aha. Ten Sloan Gabriel właśnie taki jest. 

Obcy nagle się skrzywił. 

background image

1 9 6 

- Sloan Gabriel? 

- No! On przecież tak się nazywa. Dlaczego 

pytasz? 

- Nieważne. A tę jego żoneczkę już kiedyś wi­

działem. Niezłe ziółko... 

Urwał na chwilę, popił whisky. 

- A więc sądzisz, że ten Gabriel wyważy drzwi, 

żeby się do niej dostać? 

- A tak. Będzie chciał dać jej nauczkę. 

Dopił swoją whisky i zapił piwem. 

- Ale co mnie to obchodzi - powiedział. - Niech 

się zabawiają, jak chcą. My mamy co innego do 

roboty. Idziemy do ciebie. 

Reba skwapliwie skinęła głowa, zerwała się 

z krzesła i chwyciwszy obcego za rękę, pociągnęła 

go za sobą na piętro. Mijając drzwi pokoju Iris, 

uśmiechnęła się pod nosem. Za tymi drzwiami spał 

sobie słodko Sloan Gabriel po wlaniu w siebie całej 

butelki whisky. Iris prosiła, żeby od czasu do czasu 

do niego zajrzeć, co Reba, z wielką ochotą, uczyni­

ła już kilkakrotnie. Sloan spał jak aniołek, a jego 

złotowłosa żona zapewne była przekonana, że mąż 

zajmuje się czymś zupełnie innym. Ale o tym 

Reba obcemu nie powie, bo Iris zachowywała się 

tak, jakby jej zależało, żeby jak najmniej osób 

wiedziało o mężczyźnie śpiącym teraz na jej łóżku 

i o tym, że jej tutaj nie ma, ponieważ musiała 

wyjechać w sprawie nader pilnej. 

Do swego pokoju weszła pierwsza, obcy za nią 

i bardzo starannie zamknął drzwi. 

- Kochanie? Rozepniesz mi parę guziczków? 

background image

1 9 7 

- spytała Reba z uśmiechem. Rozsiadła się na łóżku, 

bardzo swobodnie, jak kobieta naprawdę znająca 

swoją profesję. Zsunęła pantofle z nóg, potem, nie­

spiesznie, podwiązki i przystąpiła do efektownego 

zdejmowania czarnych pończoch. 

Mężczyzna stał oparty o drzwi i nie spuszczał 

z niej oka. 

Reba uśmiechnęła się z zadowoleniem. No, zdaje 

się, że tego galanta ma już w garści. 

- Jak się nazywasz, skarbie? - spytała słodko. 

- Justin. 

- A dalej ? 

- Dalej to nie ma znaczenia. 

- Dobrze, niech tak będzie. 

Znów się uśmiechnęła i kończąc zdejmowanie 

drugiej pończochy, kusząco zwilżyła językiem wargi. 

Justin oderwał się od drzwi. 

- Odwróć się. 

- O nie, skarbie, żadnego cudowania! - zaprotes­

towała nerwowo. - Zresztą każda perwersja, nawet 

najmniejsza dewiacja, kosztuje fortunę! 

Poczuła zimny dreszcz na plecach, ale nadal od­

ważnie się uśmiechała. Uśmiech znikł, kiedy Justin 

podszedł do łóżka. W ułamku sekundy leżała na 

brzuchu, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Jego niecier­

pliwa ręka zdzierała z niej koszulę i halkę, rwała 

cienki materiał na strzępy. 

Dusząc się i krztusząc, próbowała zaprotestować. 

- Zamknij się! - warknął. 

- Proszę, nie, nie... ja tak nie lubię! 

Próbowała przekręcić się na plecy. Wtedy uderzył 

background image

1 9 8 

ją, tak mocno ją uderzył, że jej głowa gwałtownie 
odleciała w bok, zatrzymując się na słupku łóżka. 

Robił z nią, co chciał. Najbardziej sadystycznie, 

najbardziej brutalnie. Krzyczała, strasznie i rozpacz­
liwie, ale jej twarz cały czas wciśnięta była w podusz­
kę, a więc jej krzyku nie było słychać. 

Kiedy się obudziła, był już ranek. Czuła na sobie 

ciepłe promienie słońca, zaglądające przez okno. 
Próbowała się poruszyć, ale nie mogła. Policzek i oko 
miała opuchnięte, to były te miejsca, w które ją 
uderzył. A w środku, w całym ciele, czuła ogień. 
Koniecznie, koniecznie musi iść dziś do doktora. 
I modlić się, żeby to nie było coś naprawdę niedobrego. 

Boże wielki, przecież ona chyba nie umiera... 
Bała się otworzyć oczy. On przecież może tu 

jeszcze być, choć czuła, że nie leżał przy niej. Nie­
znacznie uniosła oporne powieki, a po chwili nawet 
ośmieliła się przekręcić na bok. 

Wstał z łóżka, był ubrany i wyglądał przez okno. 

Patrzył na drugą stronę ulicy, na hotel i sklep Hay-
woodów. Nagle jakby coś dojrzał, bo wyprostował się 
i warknął: 

- Idzie, sukinsyn! - Odwrócił się i spojrzał na nią, 

jakby wyczuwając, że Reba już nie śpi. 

Szybko zamknęła oczy, jednak za późno. 
Podszedł do łóżka, szarpnął nią. 

- A ty masz być cicho, ścierwo! 
- Przecież ja... 

Uderzył ją. Krzyknęła. Rozdzierająco. Matey jest 

na dole. Matey powinien usłyszeć. Ktoś powinien ją 
usłyszeć... 

background image

1 9 9 

Wyrwał poduszkę spod jej głowy i przycisnął do 

jej twarzy. Reba wiła się, szarpała, jej płuca zaczynały 
boleć z braku powietrza. Jak przez mgłę dolatywały 
do niej pojedyncze słowa. Bo on mówił, mówił 
nieprzerwanie. 

- Co mi po głupiej dziwce, kiedy po drugiej 

stronie ulicy czeka tamta złotowłosa dziewczyna ? 
Próbowałem wejść do niej w nocy, ale te cholerne 
drzwi były zamknięte. Nie chciałem robić rabanu, 
miałbym na karku całe miasto. Więc wróciłem do 
saloonu po ciebie, złotko. Ale ja i tak tam wejdę. 

A tego Slatera zabiję. I wtedy jego żonka sama będzie 

mnie błagać o śmierć. Ty miałaś już okazję się 
przekonać, jaki jestem dobry! 

Przyciskał poduszkę coraz mocniej, dopóki Reba 

nie znieruchomiała. Wtedy odrzucił poduszkę na bok. 
Reba, z trudem łapiąc powietrze, nie ruszyła się, nie 
pisnęła ani słowa. Udawała martwą. 

- Nie zabiję cię, jeśli będziesz trzymała gębę na 

kłódkę - warknął. Uchylił kapelusza. - Między nami 
skończone, złotko. Bardzo mi przykro, ale nie masz co 
się równać z tamtą. Muszę ją mieć... A tego jej 
mężulka po prostu zabiję. 

- Shannon! 

Obudziła się natychmiast, słysząc poirytowany 

głos Malachiego. I łomot. Walił pięściami w drzwi 
i darł się tak głośno, że obudziłby nawet mart­
wego. 

- Otwórz te drzwi! Natychmiast! 
- Nie! 

background image

2 0 0 

- Shannon McCahy, nie pogarszaj sytuacji! Ja 

muszę tam wejść! 

- A mnie się wydaje, że ktoś tu już nie nazywa się 

McCahy! - krzyknęła, wcale nie kryjąc goryczy. - Ale 
ty i tak wynoś się stąd! 

Na chwilę zapadła cisza. Potem znów łomot 

i krzyk: 

- Shannon! Otwórz te przeklęte drzwi! 
- Jesteś po prostu arogancki, ty rebeliancki sukin­

synu! Nigdy nie otworzę, nigdy! 

Nawet przez drzwi usłyszała jego głębokie wes­

tchnienie. 

- Shannon, ja wcale nie chcę z tobą walczyć. Chcę 

dogadać się z tobą. 

- Dobre sobie! Dogadać! Wynoś się! 
- Shannon, ja naprawdę chcę się dogadać. Otwórz 

tylko drzwi. Daję ci dziesięć sekund, Shannon! Raz... 

- Wynoś się! Trzeba było pukać w nocy, kiedy tu 

byłeś, a nie skradać się jak złodziej. 

- Nie było mnie tu w nocy! Coś ci się przyśniło! 
- Czyżby? Jeśli to nie byłeś ty, to musiał to być 

twój duch. 

Odczekała chwilę i dodała z wielkim niesmakiem: 

- Kłamca! 
- Mnie naprawdę nie było tu w nocy! Ale teraz 

zaraz tam będę! 

Była to groźba, ostateczna groźba. I to po tym 

wszystkim, co zrobił! 

Znów walnął w drzwi, jeszcze mocniej niż po­

przednio. Shannon czuła, że wpada w panikę i rozej­
rzała się za koltem. A tymczasem z drzwi zaczęły 

background image

2 0 1 

sypać się drzazgi, a wokół zamka powstawała coraz 

większa dziura... 

Nagle już nie było drzwi, a na progu stał Malachi. 

Jego twarz wyglądała jeszcze gorzej niż ubranie. 
Oczy przekrwione, włosy rozczochrane jak u stracha 
na wróble. 

Shannon podniosła kolta i wycelowała prosto 

w jego pierś. 

- A co ty sobie właściwie wyobrażasz? - rzuciła 

zachrypniętym ze zdenerwowania głosem. -Ty... 

Oczy Malachiego utkwione były w kolcie. Ale nie 

znieruchomiał. Wszedł do pokoju i jednym kop­
nięciem zamknął za sobą drzwi. 

- Shannon, chcę spokojnie z tobą pogadać. Roz­

sądnie. 

- Do diabła, Malachi! Czy do ciebie nic nie 

dociera? Masz się stąd wynieść, bo inaczej strzelę. Nie 
bój się, nie zabiję cię. Będę celować w... 

- Nawet nie waż się tego powiedzieć! 
- Czego? 
- Dobrze wiesz! 
- Tak, wiem. A więc strzelę w... 
- Shannon! 
- Malachi, ja nie żartuję! Naprawdę chcę, żebyś 

sobie stąd poszedł. Wyszłam za ciebie tylko po to, 
abyś uratował swoją przeklętą skórę. 

- Długo musiałem cię o to prosić. 
- Ale w końcu zmusiłeś mnie. 
- Rzeczywiście. Zapomniałaś, kto przed kim 

upadł na kolana i błagał. 

- Błagał! A to paradne! Wynoś się stąd natychmiast 

background image

2 0 2 

albo dostaniesz kulkę w miejsce, o które boisz się 
najbardziej! 

- Nie wyjdę. Jesteś moją żoną. Mam prawo być 

z tobą, gdzie chcę i kiedy chcę. 

- Nie, kapitanie Slater. Pan już znalazł sobie 

łóżko, w którym wypoczywa pan najchętniej. I niech 
pan sobie do tego łóżka wraca. 

- Shannon, zachowujesz się jak smarkata. Odłóż 

broń. 

- Wynoś się! 
- Nie mogę, nie teraz... 
- Malachi, mówię, wyjdź! 
- Odłóż broń, Shannon, odłóż ją natychmiast! 

Ostrzegam cię, najłagodniej jak potrafię. 

Wyglądało na to, że się z niej naśmiewa. Shannon 

zacisnęła zęby, po czym uśmiechnęła się milutko. 

- Malachi, ponieważ w tym towarzystwie tylko 

ja posiadam broń, a więc to ja ciebie ostrzegam. 

- Odbiorę ci tę broń i dostaniesz za swoje. 
- Tylko mnie nie strasz. 
- Przysięgałaś, że będziesz mi posłuszna. 
- Ty też przysięgałeś, że będziesz mi wierny. I co 

z tego? Wracaj sobie do tej swojej zdziry! A mnie już 
nigdy nawet nie dotkniesz! 

- Dotknę. Jesteś jedyną Jankeską na świecie, któ­

rej pragnę dotknąć. Odłóż broń. 

Zrobił krok do przodu, a ona w tym momencie 

wystrzeliła. Z diabelską dokładnością. Kula musnęła 

jego brodę i wryła się w grube drewno drzwi. 

Twarz Malachiego stężała. Na pewno był zdumio­

ny, ale przerażony nie był. 

background image

2 0 3 

- Strzeliłaś do mnie? - powiedział nieswoim 

zachrypniętym głosem. I zrobił następny krok do 
przodu. 

- Ty... durniu - zasyczała Shannon, cofając się 

o krok. Znów wystrzeliła. Kula drasnęła go w ucho. 

Trysnęła krew, ale Malachi już dopadł Shannon. 

Wyrwał kolta, odrzucił, a jego palce z zatrważającą 

siłą wpiły się w ramiona Shannon. Rzucił ją na łóżko, 
tak jak rzuca się worek z pszenicą. Usiadł na niej 
okrakiem, złapał za obie ręce. 

- Ty awanturnico! Naprawdę chciałaś mnie zabić! 

Shannon szarpała się gwałtownie i walcząc zapa­

miętale, krzyczała: 

- Ty draniu! Gdybym chciała cię zabić, już byś nie 

żył. Dobrze o tym wiesz! 

Odruchowo podniósł rękę do krwawiącego ucha. 

Wykorzystała okazję. Cios w szczękę był celny i moc­

ny. Malachi zaklął i chwyciwszy znów obie jej ręce, 
przygwoździł je do poduszki. 

W ferworze walki piękna atłasowa koszula pękła, 

ukazując smukłe udo w całej okazałości. 

- Malachi, proszę, puść mnie. 
- O, nie, Shannon. Zaczęłaś ze mną ostro, bardzo 

ostro. Więc teraz też tak będzie. Ostro, bardzo ostro. 

Puścił jej ręce i zaczął rozpinać spodnie. Shannon 

pisnęła przeraźliwie i próbowała wstać, ale Malachi 
mocno chwycił ją za ramiona i rzucił na łóżko. 

- Strzelałaś do mnie - wycedził. 
- A ty... ty spałeś z tą rudą zdzirą! I masz 

czelność... - Jej pięści jak grad kamieni zabębniły 
o jego pierś. 

background image

2 0 4 

Wtedy opadł na nią, jedną ręką chwycił za włosy 

i szarpnął, bardzo boleśnie. 

- Wcale z nią nie spałem. 
- Nie rób ze mnie idiotki, Malachi. 
- Naprawdę nie spałem z Iris. Mówiłem ci już, że 

to moja dawna znajoma. Oczywiście, że mógłbym się 
z nią przespać... jest taka miła i życzliwa. Ale jej tam 

wcale nie było. Ja tylko spałem w jej łóżku. 

- Kłamiesz! 
- Nie! 

Oczy Shannon lśniły od łez. 

- Ja nigdy nie kłamię, Shannon! 

Pochylił głowę. Jego usta opadły na jej wargi 

i brutalnie wgryzły się w nie. Bolało, ale jej usta wcale 
nie protestowały, odpowiedziały z taką samą pasją. 

- Ja nie kłamię, Shannon. Ja nigdy nie kłamię. 

Ręce Shannon owinęły się wokół jego szyi. Zaczął 

pieścić ją, najpierw dziwnie powoli, delikatnie, jakby 
od niechcenia, jakby jego namiętność wygasła. To ona 
tuliła się, wyginała w łuk, prosiła bez słów. Nagle 

ożył. Znów stał się rozgorączkowany, brutalny, jakby 
pełen nienawiści. I zachłanny, o, jakże zachłanny... 

Potem odsunął się od niej. Ułożył się na plecach, 

wbił oczy w sufit. 

- I co my robimy sobie nawzajem... - powiedział 

cicho. 

Zerwał się z łóżka i zaczął pośpiesznie zrzucać 

z siebie swój pożyczony ślubny strój. Nałożył z po­
wrotem popielate spodnie i niebieską koszulę. 

- Wstawaj, Shannon. Ubieraj się. Jedziemy do 

Kristin. Idę po konie. 

background image

2 0 5 

Odszedł. Jego kroki powoli cichły na schodach. 

Shannon apatycznie przewróciła się na drugi bok 

i zwinęła w kłębek. Tak. Trzeba wstać i ubrać się, 

przecież jadą za Kristin. Przecież tylko dlatego są 

razem. Podniosła się z łóżka. Znów usłyszała kroki. 

Malachi wraca. A więc będzie mogła mu powiedzieć, 

jak bardzo jej przykro, i że ona mu wierzy. 

- Malachi! - Podbiegła do drzwi i otworzyła je na 

oścież. 

Mężczyzna był już prawie na szczycie schodów. 

Na głowie miał kapelusz z piórami, nasunięty głęboko 

na czoło. Ale to nie był Malachi. 

Doszedł na szczyt schodów i odsunął z czoła 

kapelusz. 

Diabeł, sam diabeł! Bushwacker. To był Justin 

Waller! 

- Witaj, Shannon! O, pardon, witam panią, pani 

Gabriel. Ależ pani pięknie dziś wygląda! 

- To ty! 

Rzuciła się do swego kolta. 

- Tak, to ja. Justin Waller, do usług, pani Gabriel. 

Znów do usług, i bardzo, bardzo chętny... 

Kolt leżał gdzieś na podłodze. Szukała go rozpacz­

liwie, otwierając usta do krzyku. Ale strach był zbyt 

wielki. Z jej gardła wydobył się tylko zduszony jęk. 

Złapał ją wpół, ciężka dłoń zatkała usta. 

- Cicho, cicho, mała. 

Jego twarz była tuż przy jej twarzy. 

- Nie wolno ci krzyczeć, kochanie! Kapitan po­

szedł po konie, Haywoodowie są na dole, a ja chcę 

w spokoju opuścić to miejsce. Z Malachim Slaterem 

background image

2 0 6 

jeszcze się porachuję, ale później. A teraz my sobie 

wyjdziemy stąd cichutko, bardzo cichutko... 

Desperacko próbowała nabrać powietrza. A on, nie 

przestając uśmiechać się szyderczo, wyciągnął z kie­

szeni mokrą, cuchnącą szmatę. Odsłonił jej usta, 

i w tym samym momencie, kiedy nabierała powiet­

rza, przyłożył jej szmatę do ust. Potężna porcja 

narkotyku sprawiła, że pokój zawirował, wszystko 

stało się mętne, jakby za mgłą, coraz bardziej, aż 

znikło zupełnie. 

Justin Waller czekał. Czekał, aż powieki Shannon 

opadną, a jej ciało zawiśnie mu na rękach. Wepchnął 

szmatę z powrotem do kieszeni i zarzucił bezwładną 

Shannon na ramię. Na szczycie schodów nagle się 

zatrzymał. Z dołu, z kuchni dobiegał głos Malachiego. 

Szybko, prawie bezszelestnie zszedł po schodach 

i wysunął się przez frontowe drzwi. Na ulicy ani 

żywej duszy. Wolnym krokiem podszedł do swojego 

konia i przerzucił Shannon przez jego grzbiet. Wsko­

czył na siodło i spokojnie wyjechał z miasta. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Kiedy Malachi wrócił z końmi, Iris czekała już na 

niego, usadowiona w małym powoziku. Bardzo ele­

gancka, na głowie miała kapelusik z piórkiem, suknia 

brokatowa, zielona, pięknie podkreślająca kolor jej 

płomienistych włosów. 

Malachi nie mógł powstrzymać się od komplementu. 

- Jesteś bardzo piękna, Iris. 

Uśmiechnęła się i wcale się nie zarumieniła. 

- A ty bardzo miły, Malachi 

- Nie musisz jechać z nami, Iris. 

- Muszę. Ty nie znasz miasta, nie wiesz, gdzie 

jest dom Cindy. I wcale nie przysłużysz się swemu 

bratu, jeśli zaraz pierwszego dnia zostaniesz uwięzio­

ny razem z jego żoną. 

- Iris, ja po prostu nie chcę narażać cię na niebez­

pieczeństwo. 

- Na nic się nie narażam. Przyjaźnię się z Cindy, 

bardzo często jeżdżę do Sparks i wszyscy mnie tam 

znają. 

background image

2 0 8 

Malachi nie był tak do końca przekonany. Nie miał 

jednak prawa narzucać Iris cokolwiek. A poza tym jej 

poprzednia wyprawa do Sparks okazała się nad­

zwyczaj owocna. Iris spotkała Cole'a. W miejsco­

wym saloonie. W pierwszej chwili nie poznała go, 

w niczym nie przypominał Cole'a Slatera. Miał na 

sobie znoszone ubranie ranczera i meksykańskie 

ponczo, twarz pokrytą ciemnym zarostem. Ale kiedy 

spod ronda kapelusza spojrzały na Iris srebrzyste 

oczy, poznała go od razu. 

Odegrali małą scenkę. Ona uśmiechnęła się uwo­

dzicielsko, on postawił jej whisky i cichutko szepnął, 

że teraz nazywa się Jake Egan. Potem wyszli razem, 

naturalnie prosto do domu Cindy. Do obszernego 

domu ze spadzistym dachem na obrzeżach miasta, 

domu, w którym oczywiście był burdel. To był ten 

dom, którym tak bardzo gardziła Shannon... 

- Twoja żona nie będzie zachwycona, że jedzie­

my do domu Cindy? - spytała Malachiego, jakby 

odgadując jego myśli. 

- To nieistotne, Iris. 

- A powiedziałeś jej, że między nami nic nie było? 

Wolałabym, żeby nie poczęstowała mnie kulą. 

- Ona nie będzie do ciebie strzelać. Nie ma 

żadnego problemu... 

- Chyba jest. Bo może nie zauważyłeś, ale moim 

zdaniem twoja żona wyjątkowo długo szykuje się do 

drogi. 

Malachi zaklął. Uwiązał szybko konie i ruszył do 

drzwi hotelu pani Haywood. 

- Malachi! - krzyknęła za nim Iris. - Ja wejdę 

background image

209 

jeszcze na chwilę na górę, do Reby. Chcę jej po­

dziękować, że wczoraj cię doglądała! 

Malachi skinął głową i niecierpliwie pchnął drzwi 

wiodące bezpośrednio do salonu. Z kuchni wychodzi­

ła właśnie pani Haywood, z zawiniątkiem w ręku. 

- Pani Haywood? Moja żona nie schodziła na dół? 

- Nie, kapitanie. Coś długo szykuje się do drogi. 

Lepiej niech pan idzie na górę i ją ponagli. 

- Chyba tak zrobię. 

- Kapitanie, jeszcze słówko... Pan chyba nie uwie­

rzył, że my naprawdę posłalibyśmy pana na szubieni­

cę... Nigdy byśmy tego nie zrobili... 

- Miło to słyszeć, droga pani. 

- A co do małżeństwa... Ja i Hank byliśmy przeko­

nani, że pan sam tego chce. 

- Pani Haywood... 

- Bo tak jest, tylko pan nie chce się przyznać, 

nawet przed samym sobą. Ale teraz nie pora to 

roztrząsać. Niech pan idzie na górę, a ja zaniosę 

prowiant do powozu. 

- Dziękuję, bardzo pani łaskawa. 

Pognał na górę, przeskakując po dwa stopnie. Idąc 

korytarzem, popatrywał z daleka z wielkim nie­

smakiem na zdemolowane drzwi. Zdążył już zapłacić 

pani Haywood za szkodę, tym niemniej czuł się 

głupio. Ktoś przecież wczoraj przysięgał sobie, że 

powściągnie swój temperament i będzie postępował 

rozsądnie. 

Pokój był pusty. Do diabła! Gdzież ona się po-

dziewa? Wyszedł stąd zaledwie pół godziny temu, 

a ona już zaczyna bawić się z nim w ciuciubabkę. 

background image

2 1 0 

Jakby nie zdawała sobie sprawy, że ruszają na ratu­

nek Kristin i liczy się każda minuta! Przysiadł na 

brzegu łóżka, jego wzrok machinalnie przebiegł po 

ścianie. Na wieszaku wisiała bluzka i spodnie. Zaraz... 

zaraz... Poderwał się i podbiegł do sakwy Shannon. 

Suknia była w środku. A więc, jak to...? Przecież 

dokądś poszła... Ale w czym? W cieniutkiej koszuli 

z atłasu ? 

Zbiegł po schodach na dół. Kiedy był już w salonie, 

do jego uszu doleciał przeraźliwy krzyk. Wypadł na 

dwór. Na środku ulicy klęczała Iris, pochylona nad 

jakąś kobietą. Poznał od razu, że to ta druga dziew­

czyna z saloonu, ta jasnowłosa. Leżała nieruchomo, 

owinięta w koc, oczy miała zamknięte. A koc przesiąk­

nięty był krwią. 

Byli tam również oboje Haywoodowie, pochyleni 

nad dziewczyną. 

- Co się stało? - zawołał Malachi, zbliżając się 

szybkim krokiem. 

- Ona zeszła! - krzyknęła histerycznie Iris. - O, 

Boże! Powinna była się nie ruszać, a ona zwlokła się 

po schodach. Chciała koniecznie ciebie odnaleźć. 

Mówiła, że masz go zabić! 

- Ale kogo? - pytał Malachi, ostrożnie podnosząc 

dziewczynę z ziemi. - Kogo?Reba? 

- Do salonu, szybko, niech pan ją wniesie do 

salonu - mówiła zdenerwowanym głosem pani Hay­

wood, popychając go w stronę domu. - Tatusiek już 

posłał po doktora. 

Jasnowłosa dziewczyna została ostrożnie ułożona 

na sofie,w salonie pani Haywood. Malachi przykląkł 

background image

2 1 1 

przy sofie, obok przykucnęła Iris i drżącą ręką odgar­
niała jasne włosy z nieruchomej twarzy, opuchniętej, 
podeszłej krwią od czyichś straszliwych uderzeń. 
Nagle powieki drgnęły i Reba z wielkim trudem 
otworzyła jedno z potwornie zapuchniętych oczu. 
Potem drugie oko otwarło się odrobinę. 

- Pa... panie Gabriel... On chce pańskiej żony... 

On... 

- Ale kto? Reba, kto? Proszę... 

Ostrożnie wziął ją za rękę. 
- Ja wiem, że ciebie wszystko boli. - Spojrzał na 

koc. Ile tej krwi... Ta dziewczyna nie tylko cierpi. Ona 
prawdopodobnie umiera. 

- Reba? 

Opuchnięte, posiniaczone wargi znów poruszyły 

się z największym wysiłkiem. 

- Pan... pan musi go zabić. On patrzył przez okno, 

czekał, aż pan wyjdzie, wtedy po nią poszedł, po 
panią Gabriel. Mówił mi, że próbował już przedtem, 

w nocy, ale drzwi były zamknięte. Wrócił do saloonu 
i ja go wzięłam do siebie. I on... - Po posiniaczonych 

policzkach spłynęły łzy. - On myśli, że ja nie żyję. 
Myśli, że zdąży z nią uciec. Niech pan jedzie za nim. 
Niech pan go zabije. On ma na imię Justin... 

Cholera jasna! Justin Waller. 
Malachi zerwał się na równe nogi i rzucił do drzwi. 

Nie docenił go, tej kanalii... Trzeba jechać, jechać 
natychmiast! Biegł do swojej klaczy, sprawdzając po 
drodze, czy kolty są w olstrach. Wskoczył na siodło, 
zebrał wodze. Dokąd jechać? W którą stronę? Na 

wschód. Tam, skąd przyjechali. Justin Waller nie 

background image

2 1 2 

odważy się jechać dalej, w głąb Kansas. Bałby się, że 

ktoś go rozpozna. A on wielu ludzi z Kansas ma na 

sumieniu, wielu zabił, okaleczył, poranił. 

Na wschód. 

Zawrócił konia i z miejsca ruszył galopem. Byle 

szybciej... W pewnej chwili zorientował się, że ktoś 

pędzi za nim. Obejrzał się. Wielki kary wałach 

Shannon gnał cwałem. Nad bokami konia, jak skrzyd­

ła, powiewająca suknia i halki. Suknia zielono-czer-

wona, poplamiona krwią. 

- Iris! Wracaj! Natychmiast... 

- Nie. Ona nie żyje, słyszysz? Reba umarła. 

- Ale ty wracaj, Iris. Proszę. Waller to bestia. 

Lepiej, jeśli pojadę sam. 

- Nie, Malachi. Jadę z tobą. Właśnie dlatego. 

Twoja żona może mnie potrzebować. 

Malachi z całej siły zacisnął szczęki. Bo dziwnie 

mu drżały. Iris ma rację. Ten potwór może skrzyw­

dzić Shannon tak bardzo, że tylko druga kobieta 

będzie wiedziała, jak jej pomóc. 

- Dobrze, Iris. Dzięki. Jedź ze mną, jedź. 

Shannon ocknęła się. Było jej niedobrze, potwor­

nie niedobrze. Nie miała pojęcia, czym ją odurzył ten 

drań, nadal jednak czuła obrzydliwy zapach i smak. 

Najlepiej zaraz zwymiotować. Ale jak, skoro usta są 

zatkane kneblem... Ostrożnie otworzyła oczy, poru­

szyła się i poczuła straszliwy ból. A więc ją przywią­

zał, przywiązał do drzewa. Usadził koło pnia, owinął 

pień jej rękoma i mocno związał nadgarstki, tak 

mocno, że gruby sznurek wrzynał się w ciało. Spoj-

background image

2 1 3 

rzała w górę. Złocista, oślepiająca kula jaśniała mię­

dzy gałęziami, tuż nad jej głową. A dookoła drzewa 

i krzaki. Mały, zielony zagajnik ukryty wśród skał. 

A w tych krzakach coś zaszeleściło. To Justin Waller 

szedł przez zielony gąszcz. 

- Witaj, kwiatuszku! 

Położył na trawie swój karabin i uśmiechając się 

obleśnie, przykucnął obok Shannon. Jego dłoń wolno 

przesunęła się po udzie dziewczyny, a biały atłas 

koszuli podsunął się prawie do bioder. Próbowała go 

kopnąć, ale gwałtowny ruch sprawił, że znów po­

czuła mdłości. 

A Waller zaśmiał się głośno i rubasznie. 

- Nie wyjmę ci jeszcze tego knebla, choć sam nie 

mogę się już doczekać, kiedy wreszcie opowiesz mi 

kilka wspaniałych historyjek. Masz przecież tyle do 

powiedzenia staremu Justinowi! Chciałaś mnie zabić, 

pamiętasz? No to przeprosisz mnie jeszcze raz, ale 

o wiele ładniej. I obiecasz, że nigdy mnie nie opuścisz. 

Potem powiesz, że bardzo mnie pragniesz i poprosisz, 

żebym był dla ciebie miły. Powiesz to, powiesz, 

kwiatuszku, już ja zadbam o to... 

Podniósł rękę, jego dłoń delikatnie przesunęła się 

wzdłuż jej szyi. 

- Ten twój Slater przyjedzie tu, na pewno przy­

jedzie. Zaczaję się na niego przy drodze i zabiję 

go. A ty poczekasz na mnie pod tym drzewkiem. 

Jeśli ja umrę, ty też umrzesz. Nikt ciebie tu nie 

znajdzie, tylko żmije i myszołowy albo jakiś grze-

chotnik. Będziesz smażyć się na słońcu, będziesz 

wyła, pragnąc kropli wody. Będziesz szczęśliwa, 

background image

2 1 4 

że konasz. Potem przylecą ptaszki. Wiesz, co zrobią 
najpierw? Wydłubią ci te twoje niebieskie oczęta... 

- Westchnął i opuścił rękę. - Szczerze mówiąc, 
wołałbym zostać tu z tobą, ale... 

Nagle drgnął. Gdzieś daleko słychać było stukot 

końskich kopyt. 

- Psiakrew, on już wie - mruknął. - Trzeba było 

lepiej sprawić się z tą dziwką! 

Wstał, podniósł karabin i ruszył z powrotem przez 

krzaki ku drodze. A stukot kopyt słychać było coraz 
wyraźniej, coraz bliżej... 

Shannon zamknęła oczy. 
Malachi. 

Justin zaczai się na niego przy drodze. Ukryje za 

jakimś krzakiem i strzeli Malachiemu w plecy. Z zim­
ną krwią zabije go w ten piękny letni dzień... 

A Malachi był coraz bliżej. Shannon zdawało się, 

że ziemia aż huczy od stukotu tych kopyt. I to nie jest 
jeden koń. Malachi nie jest sam. Tego zapewne Justin 
się nie spodziewał. 

Szarpnęła rękoma z całej siły, ale Justin umiał 

dobrze wiązać. Im bardziej się szarpała, tym bardziej 
bolało. Gdyby mogła chociaż krzyknąć, ostrzec... Ale 
ten knebel... Nie, nie wolno się poddawać. Zaczęła 
desperacko kręcić głową, w jedną stronę i drugą. 
Najpierw nie działo się nic, ale po pewnej chwili 

kawałek szmaty, owinięty wokół jej głowy, wyraźnie 
zaczął się rozluźniać. 

Kopyta uderzały teraz trochę wolniej, jeźdźcy 

zapewne wjechali w las, w wąską drogę i nieco 
zwolnili. 

background image

2 1 5 

Zaczęła gryźć kawałek szmaty, zbitej w kłębek 

i wepchniętej do jej ust. Gryzła zapamiętale, wy­

pluwała strzępki, w końcu była w stanie zaczerpnąć 

głęboki łyk powietrza i krzyknąć. Krzyknąć ze wszyst­

kich sił. 

- Malachi! Malachi! To zasadzka! Nie podjeżdżaj, 

Malachi! Uważaj! Na litość boską, uważaj! 

- Ty suko! 

Waller wyrósł obok niej jak spod ziemi. Tuż koło 

siebie zobaczyła twarz wykrzywioną straszliwą złoś­

cią. Zamachnął się i nagle poczuła straszny ból, 

a w ustach smak krwi. Wepchnął jej z powrotem 

szmatę do ust, zacieśnił opaskę wokół głowy tak 

mocno, że prawie nie mogła oddychać. 

- Tak będzie dobrze - mruknął. - Nie martw się, 

skarbie. Wyślę go do piachu, a potem ty i ja zabawimy 

się, jak należy... 

Nagle poderwał się z ziemi, palce miał kurczowo 

zaciśnięte na karabinie, aż zbielałe na kostkach. Bo 

stukot kopyt zamilkł. 

- Slater! - ryknął. 

W umyśle półprzytomnej Shannon pojawiło się 

coś na kształt zadowolenia. Udało się. Krzyknęła. 

I teraz to nie Waller się czai. Ktoś inny podkrada się do 

niego. 

- Slater! Ja ją zabiję! Wpakuję jej kulę w łeb! 

Zaczęła dygotać, dygotać na całym ciele. On to 

zrobi. On zabija ludzi z taką łatwością, jak zabija się 

muchy. Nie rzucał słów na wiatr. Podniósł karabin 

i wycelował w głowę Shannon. A ona przestała 

oddychać, jej serce też jakby zamierzało przestać bić. 

background image

2 1 6 

Chciała się pomodlić, ale nie mogła, nie była w stanie 
cokolwiek pomyśleć. Po prostu zamknęła oczy. 

Pod powiekami ujrzała Malachiego. Jego niedbały, 

trochę cyniczny uśmieszek, łuki brwi w kolorze 
miodu i oczy bardziej niebieskie niż bezchmurne 
niebo. Malachi... W jej umęczonej głowie nagle za­
częły składać się słowa modlitwy: Boże miłosierny, 
nie daj zginąć Malachiemu... Ocal go, nie pozwól, aby 

zło zwyciężyło dobro... 

Karabin wystrzelił. Huk omal nie rozsadził głowy 

Shannon. Ale jej nie zabił. Justin celował w ziemię, 
tuż koło jej stóp. Znów strzał, tym razem w drzewo. 
Czuła, jak drzazgi sypią się na jej głowę. Jeszcze jeden 
strzał, i jeszcze jeden, wszystkie w drzewo, wszystkie 

tuż koło niej. 

Modliła się, ale już o coś innego. Żeby wreszcie 

któraś z tych kul jej dosięgła. 

- Wyłaź, Slater! - ryczał Waller. - Bo w końcu 

kula trafi w twoją słodką żonkę! A może już trafiła! 
Może ona krzyczy, ale cicho, biedaczka, bo głośno nie 
może! Nie usłyszysz jej! Ale mnie na pewno słyszysz! 

Więc wyłaź, Slater, ty śmierdzący tchórzu! 

Z tyłu za nim coś się poruszyło. Odwrócił się 

błyskawicznie i zaczął strzelać w krzaki. Kule siekły 

liście, gałązki, wzbijały kłęby ziemi. Po chwili karabin 
zamilkł. I zapadła cisza, wlokąca się w nieskoń­
czoność. 

- Zabiłem go - powiedział Waller. - Gdzieś tam 

był, w tych krzakach, ale na pewno go podziurawiłem. 

Odwrócił się, podszedł do Shannon i wyciągnął 

nóż. 

background image

2 1 7 

Nie, nie miała już żadnych pragnień, oprócz tego 

jednego. Żeby on nie zauważył, jak w niej wszystko 

kurczy się od straszliwego przerażenia. 

Nie zabił jej, nawet nie zranił. Wsunął ostrze noża 

pod opaskę przytrzymującą knebel. Knebel wypadł 

z ust. Natychmiast zaczęła oddychać głęboko, łap­

czywie. Teraz już mogła krzyknąć. Ale po co krzy­

czeć, skoro nikt nie usłyszy. Malachi nie żyje. Justin 

ściął kulami prawie połowę zarośli rosnących wokół 

ich kryjówki, poodrywał korę z drzew, porysował 

skały. Teraz Malachi leży tam gdzieś... martwy albo 

właśnie umiera... 

Waller położył się na trawie, tuż koło jej stóp. 

A ona mogła tylko trwać tak, nieruchomo, z głową 

przytuloną do pnia i patrzeć na tego szaleńca. Bo on 

jest szalony. Niektórych mężczyzn po powrocie 

z wojny dręczą koszmarne sny, wspomnienia strasz­

nych chwil i bolesne wyrzuty sumienia, że innym 

zadawali śmierć. Justina Wallera nic takiego nie trapi. 

On kochał wojnę, on delektował się wojną. Mógł 

wtedy mordować do woli. 

Nagle wśród krzaków znów coś zaszeleściło i Jus­

tin gwałtownie się poderwał. 

- Sukinsyn - warknął. - Zaraz go dopadnę! 

- Skulił się, przygiął do ziemi i zniknął wśród 

krzewów. 

Shannon z całej siły naprężyła ręce i szarpnęła. 

Boże wielki! A może Malachi jednak żyje, może jest 

tylko ranny. Teraz czołga się wśród tych krzaków 

i potrzebuje pomocy. A Justin go dobije, bo Justin, nie 

dość, że sadysta i furiat, to walcząc z bushwhackerami, 

background image

2 1 8 

nauczył się walki partyzanckiej. Umie podkraść się 

bezszelestnie i strzelić znienacka prosto między oczy. 

- Malachi! - krzyknęła ze wszystkich sił. - Mala-

chi! Uważaj! 

Nagle zza drzewa wysunęła się czyjaś dłoń i za­

tkała jej usta. Nie, nie umarła ze strachu. Poczuła 

tylko, że słabnie z niewysłowionej ulgi. Bo to był... bo 

to był Malachi. W swoim ukochanym kapeluszu 

z piórami. Odnalazł go, ten kapelusz znów siedział na 

jego głowie. Troszkę krzywo, zawadiacko, a spod 

ronda spoglądały kobaltowe oczy. Cudowne niebies­

kie oczy Malachiego... 

- Jak z tobą? - spytał cichutko. - Nic ci nie zrobił? 

- Nie zdążył, ale on tu krąży, czai się na ciebie 

- wyszeptała gorączkowo. - To szaleniec, on jest 

obłąkany, on... 

- Ciii... 

Nasłuchiwał. Nasłuchiwał czegoś, czego ona wcale 

nie słyszała. 

- Malachi... -Ale jego już nie było. Błyskawicznie, 

prawie bezszelestnie przetoczył się po trawie i znikł 

w zaroślach. Jednocześnie usłyszała trzask gałązek, 

szelest liści i kroki. 

- Nikogo nie znalazłem - oznajmił Justin, wynu­

rzając się z zarośli. - To musiał być jakiś zając albo 

wiewiórka. Ale nastrój mi się zepsuł, kwiatuszku, 

musisz więc trochę mnie pocieszyć. 

Rzucił karabin na trawę, rozsiadł się obok Shan-

non i pogłaskał ją po łydce. Próbowała go kopnąć, ale 

on, nie przestając się uśmiechać, przywarł nagle do 

niej całym ciałem. 

background image

2 1 9 

- Nareszcie, kwiatuszku, nareszcie nadeszła ta 

chwila... 

Broń szczęknęła cichusieńko, tuż koło jego ucha, 

i usłyszała zachrypły głos Malachiego: 

- Tak, nadeszła. Won od mojej żony, draniu! 

Justin Waller, sztywny jakby kij połknął, zaczął 

powoli wstawać z ziemi. Lufa kolta unosiła się 

dokładnie razem z nim. 

- Bredzisz - warknął. - Ona wcale nie jest twoją 

żoną. 

- Jest moją żoną, prawdziwą żoną. I nie daruję ci, 

że jej dotknąłeś! 

Znów jakiś szelest w krzakach. Malachi nawet nie 

drgnął. Spośród drzew wynurzyła się wysoka postać 

w zielonej sukni. W ręku trzymała mały nóż z ręko­

jeścią wysadzaną perełkami. Iris Andre szybkim kro­

kiem podeszła do Shannon, przyklękła i pośpiesznie 

zaczęła rozcinać jej więzy. 

- Możesz wstać, złotko? - spytała cicho. 

- Myślę... myślę, że tak. 

Ale nie mogła. Była zupełnie bez sił. Umęczona, od 

wielu godzin bez kropli wody, nadal czuła w ustach 

obrzydliwy smak narkotyku. Dopiero przy pomocy 

Iris udało jej się stanąć na chwiejnych nogach. 

- Nie do wiary - syczał Waller. - Ale z pana łebski 

gość, kapitanie. Pańska żona i pańska dziwka... obie 

w czułych objęciach. Niech pani uważa, panno 

McCahy.... 

- Pani Slater! - poprawiła podniesionym głosem 

Shannon. 

- Ty idiotko, nie widzisz, jaki z niego... 

background image

2 2 0 

- Iris! - uciął Malachi. - Zwiąż mu ręce. 

Iris skinęła głową, pomogła Shannon oprzeć się 

o drzewo i ruszyła w kierunku Justina. Malachi rzucił 

jej kawałek linki. Złapała w locie, zrobiła jeszcze 

jeden krok... I nagle Justin był już przy niej, a dokład­

niej... za nią. W ręku trzymał nóż, i ten nóż natych­

miast przyłożył do gardła Iris. 

- Malachi! - krzyknęła rozpaczliwie. - Strzelaj! 

Nie ośmielił się strzelić. Nie. Ostrze noża w ułam­

ku sekundy mogło przesunąć się po białej szyi Iris. 

Podrzynanie gardeł dla niektórych ludzi to chleb 

powszedni. 

Rzucił broń. I rzucił się na Justina. Justin błys­

kawicznie odepchnął Iris. Sczepił się z Malachim. 

Upadli na trawę i przetoczyli się kawałek. Pierwszy 

zerwał się Malachi. Justin też się poderwał, uniósł 

rękę z nożem, ale nie trafił. Nóż przeciął powietrze. 

Teraz uniosła się ręka Malachiego, wymierzając potęż­

ny cios prosto w szczękę. Justin zachwiał się, ale 

znów nacierał. 

To była prawdziwa walka, na śmierć i życie, ale 

niestety walka nierówna. Malachi był bardzo dobry, 

zwinny, szybki, ale bez broni. A Waller miał nóż. I tej 

broni trzeba go było pozbawić. 

Kolt leżał gdzieś w trawie. 

- Podaj mi kolta, szybko! - krzyknęła Shannon do 

Iris. 

- Trafisz w Malachiego! 

- Nie! Zaklinam cię, pospiesz się! 

Iris błyskawicznie codszukała broń i wcisnęła 

kolta do ręki Shannon. 

background image

2 2 1 

Mężczyźni nadal toczyli ze sobą śmiertelny po­

jedynek. Znów upadli, Malachi leżał na plecach, 

a Justin był tuż nad nim. Ręka Malachiego zaciś­

nięta na ręce Justina. Zaciśnięta z całej siły, aby 

srebrne ostrze noża nie opadło, ale pozostało w po­

wietrzu. 

Oczy Shannon były teraz zimne i całkiem nieru­

chome, wpatrzone w szarość zmierzchu. Widziała 

dwie ręce, dwie dłonie. Jedna zaciśnięta, a w drugiej 

był nóż. Trzeba celować w tę drugą. 

Na szczęście Shannon McCahy była wyborowym 

strzelcem. Udowodniła to w chwili, gdy padł strzał. 

Nóż pofrunął, Justin Waller zawył, łapiąc się za 

rozedrganą, broczącą krwią rękę. Malachi odepchnął 

go, chwycił nóż i zerwał się z ziemi. Przez moment 

był oszołomiony, ale już po sekundzie wszystko do 

niego dotarło. 

- Dzięki, kochanie! - krzyknął. 

- Suka! - ryknął Waller. - Zabiję cię, zabiję! 

- Nikogo już nie zabijesz, Waller - oznajmił 

chłodno Malachi, otrzepując spodnie. - Zawieziemy 

cię do Haywood i tam zadyndasz na sznurku. 

- To za tobą rozesłano listy gończe, Slater! 

- Ale to ty będziesz wisiał za morderstwo, Waller. 

Reba nie żyje. - Malachi odwrócił się i zaczął iść 

w stronę Shannon. 

I w tym momencie rozległ się głośny ryk Justina. 

- Ale przedtem zabiję cię, ty sukinsynu! - Wpy­

chając zakrwawioną rękę pod zdrowe ramię, pode­

rwał się z ziemi. Zatoczył się, ale już był koło drzewa, 

pod którym leżał jego karabin. 

background image

2 2 2 

Malachi zebrał się do skoku, ale nie skoczył, bo 

znów padł strzał i Justin Waller osunął się na ziemię. 

Nad małym pistoletem z kolbą z kości słoniowej 

unosiła się wąziutka smużka dymu. 

- Nie zdążyłbyś, Malachi - powiedziała Iris, opu­

szczając broń. - To było niemożliwe. 

Skinął posępnie głową i ruszył po swój kapelusz, 

który leżał w trawie. Otrzepał go starannie i nasadził 

na głowę. 

- Shannon? Dasz radę jechać? Wezmę cię na siodło. 

- Tak. 

- A co z Wallerem?- spytała Iris. 

- Zawieziemy go do Haywood, niech zrobią 

z nim, co chcą. Jak się dowiedzą, że był w Centralii, 

rozerwą go na strzępy. 

Nachylił się nad Shannon, ucałował ją w czoło 

i skinął na Iris. Rudowłosa dziewczyna objęła wpół 

jasnowłosą, a Malachi podniósł zwłoki Wallera i prze­

rzucił go sobie przez ramię. 

- Iris? - spytała słabym głosem Shannon. - On... 

on zabił kobietę ? 

- Tak. Jedną z moich przyjaciółek. 

- Dziewczynę z jasnymi włosami ? 

- Tak, Rebę. A teraz chodź, złotko, musimy 

wydostać się z tego przeklętego miejsca. Wszyscy 

mamy za sobą ciężki dzień, a ta noc też nie będzie 

łatwa. 

Malachi szedł przodem przez zarośla, za nim, 

powoli, krok po kroku, posuwały się obie kobiety. 

Przy drodze, osrebrzonej poświatą księżyca, czekały 

konie, gniada klacz i kary wałach. 

background image

2 2 3 

Malachi zsunął zwłoki na ziemię. 

- Pójdę się rozejrzeć, jego koń powinien być tu 

gdzieś w pobliżu. Zostaniecie tu same? Iris, Shannon, 
jak się czujecie? 

- Dobrze, idź, idź, kochany... Idź... Malachi - po­

wiedziała Iris, a Shannon natychmiast ją poparła. 

- Tak, tak, idź, idź, koch... Czuję się świetnie. 
Wcale nie czuła się świetnie. Mdliło ją bez przerwy 

i dygotała z zimna. Ale nic to. Najważniejsze, że 
Justin Waller nie żył. 

Malachi znikł wśród drzew. 

- A my sobie siądźmy - zaproponowała Iris. - Na 

pewno usłyszymy, jak będzie się skradał jakiś grze-
chotnik. 

Rozsiadły się obok siebie, ramię w ramię. 
- Iris... 
- Co? Nie martw się już, Shannon, wszystko 

będzie dobrze. 

- Ale ja chciałam przeprosić cię za... za tę whisky. 

Naprawdę bardzo mi przykro. 

Iris dziwnie gwałtownie nabrała powietrza. Jej 

wzrok spoczął na Shannon. 

- Wszystko w porządku - powiedziała cicho 

i smutno się uśmiechnęła. - Większość dam tak 

właśnie traktuje dziewczyny z saloonu. 

- Większość dam, powiadasz? Myślisz, że to na 

pewno są damy? - Shannon wybuchnęła głośnym 
śmiechem. Może trochę zbyt głośnym, niemal his­
terycznym. Ale jak dobrze było znów się śmiać... 

- Och, Iris! Szkoda, że nie znałaś mojego papy. On 

bardzo dosadnie by ci wytłumaczył, jakich rzeczy 

background image

2 2 4 

prawdziwa dama nie robi. A już na pewno nie oblewa 

nikogo whisky! Iris... - Spojrzała prosto w zielone 

oczy. - Iris, papa na pewno by powiedział, że to ty 

zachowałaś się jak prawdziwa dama. I jeszcze chcia­

łam ci podziękować, z całego serca, że przyjechałaś tu 

z Malachim. Nie musiałaś przecież. Jestem ci bardzo 

wdzięczna, mówię szczerze, nawet jeśli wy przed­

tem... jeśli ty byłaś z moim mężem... 

- Shannon! 

Iris chwyciła ją za rękę i mocno ścisnęła. 

- Wybij to sobie z głowy! Z twoim mężem łączy 

mnie tylko długoletnia przyjaźń. Kiedyś, wiele lat 

temu, jeszcze w Springfield, między nami coś się 

wydarzyło. Ale to było przed wojną, Shannon, i na­

prawdę dziś już nie ma żadnego znaczenia. To tylko 

wspomnienie wspaniałej, ale niestety krótkiej przy­

gody miłosnej... 

- Iris, ale ty wiesz, że on nie jest moim praw­

dziwym mężem... 

- On jest twoim prawdziwym mężem, Shannon. 

Wzięliście ślub. 

- Musiał się ze mną ożenić. Inaczej na pewno by 

go powiesili. 

Iris bardzo energicznie potrząsnęła głową. 

- Nie, Shannon, to nie tak. Nie znasz jeszcze 

dobrze Malachiego. Nikt i nic go nie zmusi, żeby 

zrobił coś, czego on sam w głębi duszy nie pragnie. Ale 

teraz cicho, sza... Malachi wraca, a mężczyźni nie 

lubią, kiedy my, kobiety, rozmawiamy na ich temat. 

Z zarośli wynurzał się już Malachi, prowadząc za 

sobą kasztanka Justina Wallera. 

background image

2 2 5 

- Shannon! Jedziesz ze mną! 
- Tak. 
- Iris, ty bierzesz karego? 
- Tak. 

Malachi uśmiechnął się pod nosem. Ależ złagod­

niały te dwa kobieciątka z piekła rodem! Potulne jak 
jagnięta. 

Pomógł wstać Shannon. Spojrzał na piękną at­

łasową koszulę, teraz porwaną i brudną. 

- Jak tylko przyjedziemy do Haywood, każemy 

zaraz przygotować ci kąpiel. 

Uśmiechnęła się, jakoś tak drżąco i żałośnie. Ale 

błękit jej oczu jaśniał, ten błękit przykuwał wzrok. Bo 
nigdy jeszcze nie patrzyła na niego tak słodko, tak 
łagodnie. 

Wziął żonę na ręce, dalej w nią wpatrzony, 

i usadowił na swojej gniadej klaczy. Wskoczył na 
siodło, plecy Shannon natychmiast ufnie przywarły 
do jego piersi. Koń ruszył. W noc, z powrotem do 
Haywood. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Po powrocie do Haywood Shannon nabrała głębo­

kiego przekonania, że jeszcze nikt nigdy nie opieko­

wał się nią tak troskliwie. 

Przed hotelem czekali nie tylko państwo Haywoo-

dowie. Wyglądało na to, że na powitanie zbiegło się 

co najmniej pół miasteczka. Wszyscy już z daleka 

machali gorliwie i wznosili radosne okrzyki. Malachi 

wstrzymał klacz i pomógł Shannon zeskoczyć, po 

czym podał ją wprost w ramiona Mateya. Jakaś 

kobieta natychmiast okryła ją kocem, a Martha 

Haywood przytknęła do jej ust szklankę z wodą. 

Malachiego, gdy tylko zsiadł z konia, otoczyła gro­

mada mężczyzn i poprowadziła ze sobą na drugą 

stronę ulicy, do saloonu. Iris też gdzieś zniknęła 

i Shannon dostała się w niepodzielne władanie pani 

Haywood. Trudno było sobie wyobrazić przyjem­

niejszą sytuację. 

Shannon została przede wszystkim nakarmiona. 

Zjadła rostbef, polany pysznym sosem, ziemniaki 

background image

2 2 7 

i marchewkę, popijając herbatą wzmocnioną brandy. 
W tym czasie pokojówka napełniała wannę gorącą 
wodą. Do wody dodano, naturalnie, francuskiego 
proszku, dzięki któremu powstają rozkoszne bąbelki. 
Kiedy Shannon wsadzono do wanny, natychmiast 
zaczęła się szorować, szorować zawzięcie. Bo ileż ona 
musiała z siebie zmyć! Tyle brudu i krew z nadgarst­

ków. Martha czuwała nad nią bez przerwy. Pomogła 
wypłukać włosy i kiedy nadeszła pora, stanowczo 
zażądała, aby wreszcie wyszła z tej wanny. Kiedy 

Shannon, z wielkim żalem, wynurzyła się z bąbel­

ków, Martha otuliła ją olbrzymim miękkim ręcz­
nikiem, pomogła się wytrzeć i ubrać w nowiutką 
nocną koszulę. Kolejny prezent od Haywoodów. 
Tym razem jednak nie było to żadne atłasowe cudo, 
tylko koszula z miękkiej jasnej flaneli w słodkie 
różyczki, zapinana pod samą szyję. I takiej właśnie 
przytulnej koszuli potrzebowała teraz Shannon. 

- Jestem taka wdzięczna - dziękowała wzruszo­

nym głosem, cierpliwie rozczesując złociste sploty. 
- Państwo są dla nas nadzwyczajni! 

- Co ty mówisz, moje dziecko - protestowała 

Martha, zajęta słaniem łóżka. - Ludzie powinni być 
dla siebie życzliwi. 

- Ale państwo robią coś więcej niż okazanie 

zwykłej życzliwości. Przyjęli państwo pod swój 
dach mężczyznę, którego twarz widnieje na tuzi­
nach listów gończych, rozklejonych po całej okoli­
cy. A mnie traktują państwo niemal jak własną 
córkę. 

Martha Haywood westchnęła ciężko. 

background image

2 2 8 

- Och, kochanie, nie dziw się. Gdyby moja 

Lorna żyła, myślę, że byłaby bardzo do ciebie 

podobna. 

Shannon, wzruszona, podeszła do starszej pani 

i serdecznie ucałowała ją w policzek. 

- Pani jest kochana, naprawdę. Pani jest nad­

zwyczajna. 

- Dobrze już, dobrze - mruczała Martha, zaru­

mieniona z zadowolenia. - Wskakuj, kochanie, do 

łóżka. Ale jeszcze nie wypoczniesz, bo ktoś koniecz­

nie chce się z tobą zobaczyć. 

Serce Shannon zabiło szybciej. Malachi, zaraz 

przyjdzie Malachi. A ona ma mu tyle do powiedzenia. 

Wsunęła się do łóżka, Martha Haywood jeszcze 

raz uśmiechnęła się do niej serdecznie i wyszła 

z pokoju, zamykając za sobą drzwi. 

A Shannon wcale nie wyskoczyła z łóżka, nie 

rzuciła się do tych drzwi, żeby zamknąć je na klucz. 

O, nie. Oparła się o poduszki i czekała, nerwowo 

wygładzając prześcieradło. Wreszcie usłyszała ciche 

kroki, ktoś zapukał. 

Na progu ukazała się Iris Andre. Hm... Shannon 

dołożyła wszelkich starań, aby ukryć rozczarowanie. 

Uśmiechała się naprawdę bardzo miło, kiedy Iris 

przysuwała sobie do jej łóżka jedno z krzeseł stoją­

cych obok kominka. Ale nie byłaby kobietą, gdyby nie 

poczuła lekkiego ukłucia zazdrości. Iris miała przepięk­

ne, płomieniste włosy i jasnozielone oczy. A w błękit­

nej sukni, skromnej, bez dekoltu, ozdobionej rzędami 

białych koronek wyglądała bardzo wytwornie, świa-

background image

2 2 9 

towo i jednocześnie tak jakoś delikatnie, niemal jak 
anioł. Między tą kobietą i Malachim coś się kiedyś 
wydarzyło. Coś? Wiadomo, że romans. Kiedyś Mala-
chi trzymał tę wspaniałą kobietę w ramionach. 

- Jak się czujesz? - spytała Iris, w jej głosie słychać 

było prawdziwy niepokój. 

- Dziękuję, już wszystko w porządku. Kiedy się 

najadłam, zawroty głowy minęły jak ręką odjął. 

- Czyli, chwała Bogu, wyszłaś z tego wszystkiego 

bez szwanku. 

- Nie całkiem. 

Shannon podsunęła rękawy, ukazując poranione 

nadgarstki. Nagle jej twarz sposępniała. 

- Przepraszam, Iris. Co tam głupie nadgarstki. 

Przecież ten drań zabił twoją przyjaciółkę. Bardzo 
nad tym boleję. 

- To była straszna śmierć - powiedziała przy­

gnębionym głosem Iris, dodając z goryczą: - I co 
z tego, że była to tylko dziewczyna z saloonu. 

- Och, Iris! - Shannon, wiedziona impulsem, 

chwyciła Iris za rękę i uścisnęła ją serdecznie. 

Iris uśmiechnęła się smutno. 

- Jesteś słodka, Shannon. 
- Ja? Och, Iris! We mnie nie ma ani odrobiny 

słodyczy. Zapytaj Malachiego. 

- Malachiego ? 

Iris wybuchnęła głośnym śmiechem. 

- Rozbawiłaś mnie, złotko. A Malachi... Malachi 

po prostu mówi, że masz temperament. I z kolta 
strzelasz jak mało kto. Zresztą sama widziałam. Bogu 
dziękuję, że nigdy nie celowałaś do mnie. 

background image

2 3 0 

- Szczerze mówiąc, miałam ochotę. Kiedy spot­

kałyśmy się po raz pierwszy... 

- Ale nie zrobiłaś tego, na szczęście - mówiła ze 

śmiechem Iris, podnosząc się z krzesła. - Pójdę już, 
Malachi się niecierpliwi. 

- Iris? 
- Co, Shannon? 
- Ja jednego nie rozumiem. 

Shannon zmusiła się, żeby spojrzeć Iris prosto 

w oczy. 

- Bo jednak... tamtej nocy Malachi do mnie nie 

przyszedł. 

- Ale mnie tamtej nocy w Haywood nie było, 

złotko. Byłam w Sparks. 

- Och... 
Tym razem jakoś łatwiej było spojrzeć na Iris. 
- Naprawdę, Shannon, przysięgam. Ale to dłuż­

sza historia. Malachi sam ci wszystko wyjaśni. Zoba­
czymy się jutro, Shannon. A Malachiemu się śpieszy, 
jeszcze dziś wieczorem chce ruszyć w drogę. 

- Wyjeżdża?! Zostawia mnie samą? 
- Nie, nie całkiem. Ale proszę, pozwól mu same­

mu wszystko wytłumaczyć. 

Nie dała już Shannon sposobności do zadania 

kolejnych pytań. Uśmiechnęła się i wyszła z poko­
ju. A Shannon jednym szybkim ruchem odrzuciła 
kołdrę i spuściła nogi na podłogę. O, nie! Jeśli Ma­
lachi wyjeżdża dziś wieczorem, to ona wyjeżdża 
także. 

Znów ktoś zapukał do drzwi i prawie jednocześnie 

nacisnął na klamkę. Malachi? Przypomniała sobie, jak 

background image

2 3 1 

poprzednio wdzierał się do tego pokoju. A teraz 
nawet zapukał. Ho, ho... 

Już stał w progu. Przyszedł zapewne prosto z salo-

onu, ale jeśli tam pił, to chyba bardzo niewiele. Nadal 
miał na głowie swój kawaleryjski kapelusz. Ryzyko­

wało Może i nie, może tu, w Haywood, nie miało to 
większego znaczenia. Może w Haywood wojna skoń­
czyła się naprawdę. 

Kochała go w tym kapeluszu. Rondo ocieniało 

twarz, przydawało jej tajemniczości, a pęk piór 
powiewał tak zawadiacko, jak u prawdziwego rebe­
lianta. 

Kochała Malachiego. 
Koszula była porwana, ubrudzona ziemią po śmier­

telnej walce z Justinem Wallerem, walce w jej obro­
nie. Przez dziury prześwitywała skóra, gładka i brązo­
wa, pod skórą rysowały się twarde mięśnie. Całe ciało 
Malachiego było sprężyste, umięśnione, było ciałem 
prawdziwego mężczyzny. 

Kochała go. Patrzyła na niego, patrzyła, zdawało­

by się całe wieki, a to było zaledwie kilka sekund. 

Malachi popatrzył na jej stopy, ustawione już na 

podłodze. 

- A dokąd to? - zapytał. 
- Mam zamiar się ubrać. Skoro wyjeżdżamy... 
- Ja wyjeżdżam. 
- Ale... 
- Shannon, spokojnie. Ja jadę dziś wieczorem. Ty 

też jedziesz, tylko trochę później. -W jego głosie nie 
słychać było gniewu, raczej rozbawienie. 

Podszedł do Shannon, delikatnie położył ręce na jej 

background image

2 3 2 

ramionach i zmusił, żeby z powrotem się położyła, 
a sam przysiadł na brzegu łóżka. A ona wcale nie 
czuła się na siłach, żeby się z nim spierać, dys­
kutować. Ona w ogóle już nie chciała z nim walczyć. 

Delikatnie pogłaskała ogorzały policzek, palce 

przesunęły się po jego brodzie. 

Chwycił jej dłoń, ucałował każdy jej palec z osob­

na, po czym wyrzucił z siebie: 

- Psiakrew! Dziś to się bałem, naprawdę porząd­

nie się bałem. 

Shannon uśmiechnęła się. 

- Ja też. 
- Shannon? On naprawdę niczego ci nie zrobił? 
- Nie, Malachi. Przybyłeś w samą porę. 
Uścisnął leciutko jej dłoń, ułożył na kołdrze, wstał 

i wolnym krokiem podszedł do okna. 

- Czy Iris ci mówiła, że spotkała się z Cole'em? 
- Co? 

Shannon usiadła na łóżku prosto jak świeca. Jej 

oczy pełne były radosnego blasku. 

- Och, Malachi, jak się cieszę! Gdzie go spotkała

1

?-

- Cole jest w Sparks. 
- Och, nie! 
- Wszystko w porządku, Shannon. Iris ma 

w Sparks przyjaciółkę, Cindy. Ta Cindy ma... hm... 
dom na obrzeżach miasta. Cole jest tam całkowicie 
bezpieczny. A Jamie podobno jest już w drodze do 

Sparks. Dlatego ja też tam jadę, jeszcze dzisiejszej 

nocy. 

Shannon znów zaczęła spuszczać nogi z łóżka. 

- Ejże! 

background image

2 3 3 

Podszedł do niej i delikatnie wsunął palce pod jej 

brodę. Napotkał spojrzenie, teraz bardziej szafirowe 
niż błękitne. 

- Shannon, ja wcale cię nie zostawiam. Nawet 

bym nie próbował, bo zaraz byłyby kłopoty! Ale 
proszę, nie opieraj się. Zależy mi na tym, żebyś 

wypoczęła porządnie. Jutro rano pojedziesz do Sparks 

razem z Iris, powozem. 

- Ale, Malachi... 
- Shannon, zrozum. Ja muszę jak najszybciej 

spotkać się z moimi braćmi, chcemy wspólnie się 
zastanowić, jak uwolnić Kristin. Ty i tak na razie nie 
będziesz mogła nic dla niej zrobić. Dlatego zostań, 
prześpij spokojnie tę noc. Odpocznij. Zrób to dla 

mnie. 

Ostatnie słowa powiedział tak miękko, łagodnie, 

jakbyjągłaskał. I cóżmiała począć? Kiedy krzyczał na 
nią albo rozkazywał, problemu nie było, można było 
stanąć do walki. Ale teraz... 

Skinęła głową. Malachi pogłaskał ją po policzku, 

wstał i rzucił ukochany kapelusz na krzesło. 

- Zaopiekujesz się nim? Zapakuj go dobrze i przy­

wieź mi jutro. Wolę się nim nie afiszować, w Sparks na 
pewno na taki kapelusz nikt nie spojrzy przychylnie. 

- Nie martw się, Malachi. Schowam go dobrze. 
- Dzięki. 

Zaczął rozpinać koszulę, nagle szarpnął mocno 

i guziki poleciały na ziemię. 

- Ta koszula jest już do wyrzucenia. 

Skinęła głową. Koszula obchodziła ją tyle co nic, 

teraz Shannon skupiona była na czymś innym. Na 

background image

2 3 4 

jego ramionach. Szerokich i brązowych, połyskują­
cych w blasku świecy. I nagle zobaczyła na nich 
zaschniętą krew. Zerwała się z łóżka, a widząc bardzo 
niezadowolone spojrzenie Malachiego, wyjaśniła 
szybko: 

- Twoje ramię. 
Na brzegu wanny wisiały czyste ręczniki. Wzięła 

jeden z nich, zamoczyła w czystej wodzie, podeszła 
do Malachiego i zaczęła delikatnie przecierać ranę 
ręcznikiem. Nie była głęboka. Zmyła krew, potem 

wspięła się na palce i pocałowała te gładkie szerokie 

plecy, ten lśniący brąz. 

Złapał ją za łokieć i przyciągnął bliziutko do siebie. 

Spojrzeli sobie w oczy. 

- Shannon, na pewno jesteś zmęczona. Powinnaś 

iść do łóżka. 

- Właśnie... próbuję iść do łóżka. 
Więcej zapraszać nie musiała. Chwycił ją na ręce, 

położył na łóżku i zaczął rozpinać tuzin małych 

guziczków przy koszuli, broniących dostępu do ciała 

Shannon. Kiedy rozpiął pierwsze guziczki, flanelowy 

kołnierz rozsunął się na boki, ukazując smukłą szyję. 
Pocałował i rozpinał dalej, aż ukazały się pełne 
kremowe piersi. 

Shannon była pewna, że już nigdy w życiu nie 

będzie jej dane przeżyć tak cudownych chwil. Cały 
pokój skąpany był w srebrnej poświacie księżyca. 
Przez otwarte okno wpadał zimny wiatr, chłodził, 
a Malachi przywracał jej ciału ciepło. Kochali się 
powoli, tak cudownie niespiesznie. Ona go dotykała, 
on chwytał ją za rękę i całował każdy paluszek 

background image

2 3 5 

z osobna. Całował jej ramiona, całował jej kolana. 

Pieścił jej stopy i uda, pieścił każdy kawałek ciała. 

Potem ona robiła to samo, pieściła go całego, słuchając 

jego cichutkich pojękiwań, cichutkich ponagleń, póki 

nie porwał ich ostateczny wicher namiętności. 

Potem on znów całował każdy jej paluszek 

z osobna... 

W którymś momencie przysnęła na krótką chwilę. 

Kiedy znów otworzyła oczy, Malachi wysuwał się 

z łóżka. Patrzyła, jak ubiera się w świetle księżyca, na 

jego ramiona, brzuch, na męskie biodra i smukłe nogi. 

I nagle uzmysłowiła sobie, że on przecież wyjeżdża. 

Poczuła lęk, okropny lęk. 

- Malachi! 

Spojrzał na nią zaskoczony i podszedł do łóżka. 

- To dobrze, że się obudziłaś - powiedział i poca­

łował ją w usta. - Nie masz nic przeciwko temu, że 

jedziesz z Iris? 

- Ależ skąd! Jedno mi się tylko nie podoba. Że nie 

jadę z tobą. 

- Z Iris będziesz bardziej bezpieczna. 

Wstał i sięgnął po czystą koszulę. Zapiął ją szybko, 

wetknął do spodni. 

- Mnie ścigają listem gończym. Dlatego lepiej, że 

jedziesz z Iris. Bo gdyby zaczęły się jakieś kłopoty... 

- Malachi! 

- Wszystko może się zdarzyć. Wiesz, że jadę 

spotkać się z moimi braćmi w domu Cindy... a teraz 

burdel to najbezpieczniejsze miejsce dla nas. 

Nie odezwała się. Patrzyła, jak kończy się ubierać 

i naciąga długie buty. I podchodzi do niej z koltem. 

background image

2 3 6 

- Weź go ze sobą. Jeśli w drodze ktoś zacznie 

wam się naprzykrzać, strzelaj. Nie wahaj się, nie 

zadawaj żadnych pytań, po prostu strzelaj, rozu-
miesz? 

Skinęła głową, ciemne rzęsy skryły oczy. Chwycił 

ją za ręce, przyciągnął do siebie, jeszcze przez chwilę 
tulił i całował, po czym powoli uwolnił ją ze swych 
objęć. 

Shannon objęła poduszkę, przytuliła do siebie 

i patrzyła, jak Malachi podchodzi do drzwi. 

- Malachi? Ale tam, no, w tym domu, to ty... 
- Bez obaw, pani Slater. Jestem człowiekiem 

żonatym. Zamierzam być wiernym mężem, po pros­
tu aniołem. 

Uśmiechnęła się, pragnąc, aby on ten uśmiech 

zabrał ze sobą na drogę. Ale niełatwo było się 
uśmiechnąć. Jakże trudno było z nim się rozstać. 
I skąd ten strach, okropny strach... 

- Uważaj na siebie, Shannon. 
- Ty też uważaj na siebie. 
- Malachi! 
Wyskoczyła z łóżka i nagusieńka podbiegła do 

niego. Tak bardzo chciała, żeby nie jechał, o tylu 
sprawach przecież powinni jeszcze porozmawiać. 

A nie było już czasu na żadne słowa. Mogła tylko 

rzucić mu się w ramiona i szepnąć: 

- Bardzo się boję. 
- Nie do wiary! Największa awanturnica na Za­

chodzie boi się? Kochanie, gdybyś ty walczyła za 
Południe, na pewno wygralibyśmy tę wojnę. 

- Ja naprawdę się boję, Malachi. 

background image

2 3 7 

- Nie bój się. Uwolnimy Kristin i potem wszyscy 

będziemy bezpieczni. 

Jeszcze tylko króciutki pocałunek i Malachi od­

szedł. 

Shannon zamknęła drzwi, podeszła do łóżka i ma­

chinalnie podniosła z podłogi flanelową koszulę w ró­

życzki. Ubrała się, chwilę posiedziała na brzegu łóżka, 

potem wyciągnęła się na kołdrze, nieustannie po­

wtarzając sobie w duchu słowa, które miały jej dać 

ukojenie. Wszystko będzie dobrze, wkrótce ona i Ma­

lachi znów będą razem. Uwolnią Kristin i potem już 

wszyscy będą bezpieczni. Zamknęła oczy, obiecała 

przecież, że wypocznie. Ale sen nie przychodził, bo 

nie mogła pozbyć się smutnych myśli i żalu. Bo nie 

zdążyła szepnąć mu do ucha słodkiej prawdy: Ko­

cham i wierzę w ciebie. 

Może i lepiej, że nie zdążyła. Po co mówić o miłości 

komuś, kto nie kocha... 

Pani Haywood wcale nie była zachwycona, wi­

dząc rano, jak Shannon zbiera się do wyjazdu. 

- Kochanie, po co tam jedziecie? - pytała, nie 

odstępując Shannon na krok. - Zostańcie, niech 

mężczyźni wezmą sprawy w swoje ręce. 

Shannon spieszyła się bardzo. Na dole czekała już 

Iris, gotowa do drogi. Z tyłu do powozu przywiązany 

był kary Chapperel, a sam powozik załadowany po 

brzegi. Był tam wielki kosz z prowiantem, zapas 

wody, a nawet olbrzymi dzban z winem. 

- Proszę się nie niepokoić, pani Haywood. Iris i ja 

będziemy bardzo ostrożne. 

background image

2 3 8 

- Mam nadzieję, mam nadzieję. Shannon, kocha­

nie, a jak sprawy już doprowadzicie do końca, to 
zajrzycie, państwo, do nas. 

- Jakżeby inaczej! - zapewniła gorąco Shannon, 

obejmując serdecznie starszą panią. - Na pewno tu 
zajrzymy. 

Szybko zbiegła po schodach i wypadła na ulicę. 

Kiedy zajmowała miejsce obok Iris, na werandzie 
pojawili się oboje starsi państwo. 

- Pani Slater! - wołał pan Haywood. - Gdybyście 

nas potrzebowali, zawiadomcie, a natychmiast przy­
jedziemy! 

- Dziękuję! Bardzo, bardzo dziękuję! 
Jacyż oni poczciwi... Ale Malachiemu i jego bra­

ciom pomóc nie mogą. Ludzi ściganych przez prawo 
tylko sąd może oczyścić z zarzutów. 

- Gotowa? - spytała Iris. 
- Gotowa! - odparła raźnym głosem Shannon. 

Iris zebrała lejce, cmoknęła i konie ruszyły. Shannon 
machała gorliwie, dopóki małe miasteczko ż jedną 
tylko ulicą nie znikło jej z oczu. Potem odwróciła się, 
oparła wygodnie i przymknęła oczy. Zbliżało się 
południe, słońce grzało przyjemnie. 

- Shannon? Jak się czujesz? - spytała nieco zanie­

pokojonym głosem Iris. 

- Ja?- Dziękuję, bardzo dobrze. A nawet... po 

prostu wspaniale. 

- Pytam, bo mamy przed sobą długą drogę. 
- Och, Iris, ja nigdy, kiedy dokądś jadę, nie mam 

przed sobą krótkiej drogi - stwierdziła melancholijnie 
Shannon. 

background image

2 3 9 

Przez chwilę jechały w milczeniu i znów pierwsza 

odezwała się Iris. Zaczęła podpytywać Shannon o jej 

rodzinę, ciekawa była też, co spowodowało, że miesz­

kanka Południa stała się zagorzałą zwolenniczką 

Unii. 

Potem do zadawania pytań przystąpiła Shannon. 

- Iris ? Wspominałaś, że znasz Malachiego od 

dawna. Cole'a też, prawda? 

- Znam ich wszystkich, Jamie'ego również. 

Wszyscy trzej zaglądali często do... miejsca, w któ­

rym pracowałam w Springfield. 

- Rozumiem. 

- Nie, Shannon, nie rozumiesz - powiedziała Iris 

nagle ostrym tonem. - Ciebie wychował dobry, 

szlachetny człowiek. Kochałaś swego ojca, słychać to 

było w twoim głosie, kiedy opowiadałaś o nim. Ja nie 

miałam ojca, tylko ojczyma, który przegrał mnie 

w pokera w moje trzynaste urodziny. Teraz rozu­

miesz? 

- Och, Boże! Iris! To straszne... Ale ja i tak do 

końca nie rozumiem. Przecież ty mówisz pięknie, 

ubierasz się wytwornie, ty wcale... 

- ... nie wyglądasz jak ladacznica, tak? - dokoń­

czyła z goryczą w głosie Iris. 

Shannon zaczerwieniła się, ale nie przepraszała. O, 

nie. Zamiast tego powiedziała otwarcie: 

- Nie gniewaj się, Iris. Ja po prostu myślę, że jesteś 

wspaniałą kobietą i nie zasługujesz na taki koniec, 

jaki... jaki miała Reba. 

- Chcesz mnie nawrócić ? 

- Naprawdę mogłabyś żyć inaczej. 

background image

2 4 0 

- Na przykład? 
- A chociażby... otworzyć hotel. 
- Pensjonat panny Andre dla młodych dam? 
- Czemu nie? 
- Zastanowię się nad tym. Shannon, a ty? Co 

zamierzasz zrobić, kiedy to wszystko się skończy? 

- Po prostu wrócę do domu. 
- Sama? 

Shannon pochyliła głowę i mruknęła: 

- Przecież wiesz, że on wcale nie chciał mnie 

poślubić. 

- Ale go kochasz. 
- Cóż z tego, skoro on mnie nie kocha. 
- Jesteś pewna ? 
- Tak. Nigdy mi tego nie powiedział. A poza 

tym... my zawsze byliśmy do siebie nastawieni 
wrogo. Zawsze kłóciliśmy się, o wojnę też. A wiado­
mo, że Południe i Północ jeszcze bardzo długo nie 
dojdą do prawdziwego porozumienia. Malachi do 
dziś przezywa mnie, mówi do mnie „smarkulo", 

i w ogóle... 

Iris śmiała się, zachwycona. 

- Oj, Shannon, Shannon, nie przesadzaj. Gdybym 

ja miała taką szansę jak ty, nigdy bym nie ustąpiła, za 
nic! Walczyłabym jak tygrysica, żeby on był mój. I ty, 
jeśli go kochasz, powinnaś to właśnie zrobić. 

- Przecież nie zmuszę go, żeby został ze mną. 
- Nie? Bo do życia wystarczy ci twoja duma, tak? 

Samotne noce w zimnej pościeli i poczucie, jaka to 

jesteś wspaniała i ambitna? Wolisz to, zamiast grzać 
się w ramionach mężczyzny, którego kochasz! 

background image

2 4 1 

Shannon nie odezwała się. Znów jechały w mil­

czeniu, każda pogrążona we własnych myślach. Po 

drodze nie spotkały żywej duszy. Zrobiły krótki 

postój nad strumieniem i kiedy słońce chyliło się ku 

zachodowi, zbliżały się do doliny, w której położone 

było miasto Sparks. 

Prawdziwe miasto. Shannon zobaczyła z daleka 

wiele ulic, wiele domów, tory kolejowe i duży budy­

nek stacji, pomalowany na czerwono. A Iris jeszcze 

dodała, że przez Sparks przejeżdżają również dyli­

żanse. 

- Iris, Sparks to rzeczywiście duże miasto. I mó­

wisz, ze Hayden Fitz jest tu właścicielem wszyst­

kiego? 

Twarz Iris sposępniała. 

- Niestety, tak. Większość gruntów należy do 

niego. Jest także właścicielem dwóch linii dyliżan­

sów, saloonu i zakładu balwierskiego. Szeryf jest jego 

człowiekiem, zresztą każdy, kto tu cokolwiek się 

liczy, pracuje dla Fitza. 

Nie minęło pół godziny i powozik Iris podjeżdżał 

już pod dom Cindy, stojący w pewnej odległości od 

zwartej zabudowy miasta. Był to dom bardzo okaza­

ły, ze spadzistym dachem, małymi kopułami i wit­

rażowymi oknami, na werandzie nawet zawieszono 

huśtawkę. Jakby w tym domu mieszkała liczna 

zamożna rodzina. W drzwiach jednak ukazał się ktoś, 

kto całkowicie rozwiewał wizję rodzinnego gniazda. 

Owa kobieta, zbiegająca szybciutko po schodkach 

z werandy, oprócz pantofli na bardzo wysokich 

obcasach, czarnych pończoch i podwiązek, miała na 

background image

2 4 2 

sobie tylko krótką różową halkę. Jej włosy były 
czarne jak skrzydło kruka, twarz roześmianej młodej 
dziewczyny, kiedy jednak zbliżyła się do powozu, 
Shannon zauważyła ze zdumieniem, że to dama nie 
pierwszej młodości, na pewno już pod pięćdziesiątkę. 

Nadal była jednak piękna i w swym kusym przy­
odziewku nadzwyczaj ponętna. 

- Iris, jak się cieszę, że udało ci się tu przyjechać! 

- wołała, śmiejąc się nisko, gardłowo. - A ta mała to 
na pewno słodka żonka Malachiego. 

- Wcale nie jestem mała - oświadczyła Shannon, 

wyskakując z powoziku. Wyciągnęła uprzejmie rękę, 
obie damy uścisnęły sobie dłonie. Rzeczywiście, oka­

zało się, że Shannon, choć drobna i o wiele szczuplej­
sza, była od Cindy wyższa. Na pewno o kilka 
centymetrów. 

- Dobrze, dobrze, przepraszam - śmiała się Cin­

dy. - A teraz, proszę, wchodźcie prędko, zanim ktoś 
zauważy, że przyjechała pani Slater. 

Wprowadziła je przez frontowe drzwi do bardzo 

eleganckiego holu. Był pusty, jednak wyraźnie sły­
chać było wesołe głosy, śmiech i brzęk szkła, zapewne 
kieliszków. 

- Goście są w pokoju do gry w karty, to tam, na 

prawo - wyjaśniła Cindy. - Mam nadzieję, że pani 
nigdy tam nie zajrzy, pani Slater! Takie śliczne 
stworzenie powitano by na pewno z radością, ale ja 
musiałabym się gęsto tłumaczyć przed Malachim. 

A tam, na lewo, jest bar, tam też bardzo proszę się nie 
pokazywać. Natomiast całkiem bezpiecznym miej­
scem jest kuchnia, to niepodzielne królestwo Jeremia-

background image

2 4 3 

sza i żaden obcy mężczyzna nie ośmieli się tam nawet 

wetknąć nosa. Kuchnię pokażę później, a teraz, 
bardzo proszę, zaprowadzę panią do jej pokoju. 

- A Malachi? Przepraszam, a gdzie jest Malachi? 
- On jest... to znaczy, teraz go tu nie ma. Proszę, 

chodźmy na górę. Iris, ty też chodź. 

Weszła pierwsza na schody. Jednak zdołała poko­

nać tylko jeden stopień, ponieważ mała silna dłoń 
osadziła ją w miejscu. 

- Pani wybaczy, ale dokąd on poszedł? I czy Cole 

jest razem z nim? Czy Jamie przyjechał już do 
Sparks? 

- Są tu obaj i obaj mają się wyśmienicie. Proszę, 

proszę na górę. 

Weszły na piętro, Cindy szybkim krokiem prze­

mierzyła korytarz. 

- Oto pani pokój, pani Slater - powiedziała, 

otwierając szeroko drzwi. - Jeden z najładniejszych 
w tym domu. Widzi pani tę sofkę pod oknem? Ładna, 
prawda? Mam nadzieję, że będzie tu pani wygodnie 
i przyjemnie. 

Shannon przystanęła na środku pokoju. Rzeczy­

wiście bardzo pięknego, z wielkim łożem, marmuro­
wym kominkiem, ślicznymi krzesełkami i z tą sofką, 

tuż pod parapetem okiennym. W tym pokoju niczego 
nie brakowało. Oprócz Malachiego. 

- Jestem pani bardzo wdzięczna za gościnę i po­

moc okazaną mnie, memu mężowi i jego braciom. 
I proszę wybaczyć, jeśli jestem nieco natarczywa, ale 
pozwolę sobie jeszcze raz zapytać: gdzie jest teraz 

mój mąż?! 

background image

2 4 4 

Cindy spojrzała niepewnym wzrokiem na Iris, 

potem na Shannon. 

- On jest... - zaczęła z ociąganiem. 

- Lepiej powiedz - poradziła Iris. - Ona nie 

przestanie się dopytywać. 

- Nie przestanę - potwierdziła Shannon i Cindy 

w końcu wydusiła: 

- A więc on właśnie... zatrzymuje pociąg. 

Shannon aż sapnęła ze zdumienia. 

- Co?! 

- Zaraz, zaraz. Chyba trochę nie tak - sumitowała 

się Cindy. - Nie wiem, czy dobrze się wyraziłam. 

- Oczywiście, że dobrze - oświadczyła Iris. - Po 

prostu mówisz żonie, że jej mąż właśnie zatrzymuje 

pociąg. 

- No tak, ale to nie jest takie zwykłe zatrzymanie 

pociągu... 

- Chwileczkę! -krzyknęła Shannon histerycznie. 

- O co tu właściwie chodzi? 

Cindy, westchnąwszy głęboko, podeszła do okrąg­

łego stoliczka z wiśniowego drzewa. Na stoliczku 

stała butelka brandy i szklaneczki, dwie, jako że pokój 

był dwuosobowy. 

- Iris? Napijemy się z jednej - zarządziła Cindy. 

Szybko napełniła jedną ze szklaneczek, wychyliła do 

dna, po czym napełniwszy obie szklanki, podała je 

pozostałym damom. 

- A więc jest tak, pani Slater. Pani siostra jest 

uwięziona w domu Haydena Fitza. Tam są kraty 

w oknach, poza tym domu pilnuje chyba ze dwu­

dziestu ludzi. Kręcą się i w środku, i na zewnątrz. 

background image

2 4 5 

Trzech mężczyzn nie da rady wedrzeć się do środka 

i wyprowadzić stamtąd Kristin. Ale Jamie, w drodze 

do Sparks, podsłuchał gdzieś przypadkiem rozmowę 

kilku podpitych bushwhackerów. Mówili, że zamierza­

ją zrobić napad na pociąg jadący na południe. I powie­

dzieli coś bardzo ważnego. Tym pociągiem ma jechać 

sędzia federalny. Dlatego Malachi i jego bracia uradzi­

li, że zrobią dwie rzeczy naraz. Nie dopuszczą, żeby 
bushwhackerzy

 opanowali pociąg, a jednocześnie wy­

korzystają okazję. Porozmawiają z tym sędzią i wszyst­

ko mu wyjaśnią... 

- Boże wielki! - krzyknęła przerażona Shannon. 

- Oni poszaleli! Przecież pozabijają ich wszystkich! 

Iris objęła ją ramieniem. 

- Nie denerwuj się, złotko! Slaterowie mają swój 

rozum. Oni wiedzą, co robią. 

- Nie! Jeśli nie zabiją ich ci bushwhackerzy, to na 

pewno zastrzeli ich ten sędzia! 

- No cóż, jednego może pani być pewna - powie­

działa posępnym głosem Cindy. - Jeśli zabiją Cole'a 

Slatera, pani siostra nie będzie już Fitzowi potrzebna 

i Fitz ją uwolni. 

- Nie byłabym tego taka pewna - oświadczyła 

półgłosem Iris. - Znając jego upodobania do róż­

nych perwersji... 

- Iris! - krzyknęła Cindy. 

Iris spojrzała na przerażoną twarz Shannon i za­

czerwieniła się. 

- O, przepraszam, Shannon, ja... 

- Nie szkodzi, Iris. Dobrze, że nie ukrywasz 

przede mną prawdy - powiedziała słabym głosem, 

background image

2 4 6 

przysiadając na brzegu łóżka. - O, Boże! A on mówił, 
że dziś wieczorem się spotkamy... 

Nagłe zerwała się na równe nogi. 

- Iris, proszę, jedźmy do miasta. 
- Co? 

- Może mogłabyś dostać się jakoś do tamtego 

domu i zobaczyć się z Kristin? Czułabym się o wiele 
lepiej, gdybym wiedziała, że się z nią widziałaś. 

- Sama nie wiem, Shannon... 
- Ale zrozum! Ja muszę coś zrobić. Oszaleję, jeśli 

będę siedziała tu z założonymi rękami i czekała, czy 
oni zatrzymają ten głupi pociąg, czy nie! Co będzie, 
jeśli im się nie uda? 

- Malachi mnie zabije, jeśli się dowie... 
- Iris, z tobą czy bez ciebie, ja i tak pojadę do 

miasta. 

Cindy, zajęta nalewaniem sobie kolejnej porcji 

brandy, wzruszyła ramionami. 

- Bo ja wiem... Może jedźcie, w końcu obie 

wyglądacie jak szacowne damy, nic nie powinno 
wam się stać. A poza tym, jeśli Hayden będzie 
w domu, może rzeczywiście wpuści Iris do Kristin. 

Iris westchnęła głęboko. 

- Dobrze! - powiedziała w końcu. - Jedźmy. 

Mam nadzieję, że Bóg nas nie opuści i pozwoli nam 

wyjść z tego cało. Zawsze trzeba mieć nadzieję. 

Shannon na pewno nie szalałaby tak z niepokoju, 

gdyby wiedziała, gdzie przebywa teraz jej małżonek. 

A on siedział sobie w salonce pociągu, który w drodze 

na południe nieoczekiwanie zatrzymał się na dłuższą 

background image

2 4 7 

chwilę. Trzech braci Slaterów siedziało na wyścieła­

nych pluszem krzesłach, ustawionych wokół drew­

nianego stoliczka i popijało z kryształowych szklane­

czek whisky, którą poczęstował ich sam pan sędzia 

federalny. 

Cole, wyraźnie zdenerwowany, siedział na krześle 

okrakiem, z rękoma na oparciu i nie spuszczając 

srebrzystych oczu z sędziego, wykładał mu całą sprawę. 

Malachi oparł się wygodnie i wsłuchiwał w słowa brata. 

Jamie, w meksykańskim kapeluszu z szerokim rondem 

i skórzanych ochraniaczach, sprawiał wrażenie całkowi­

cie rozluźnionego i zajętego tylko whisky, jednak jego 

przymrużone oczy świadczyły o tym, że jest tak samo 

czujny jak jego starsi bracia. 

Kumple Jamie'ego - dwóch chłopaków z Teksasu 

- mieli baczenie, aby nic nie zakłóciło tej jakże ważnej 

rozmowy. A sędzia Sherman Woods słuchał bardzo 

uważnie, kiedy Cole opowiadał o tym, co zdarzyło się 

na początku wojny. Jak jayhawkerzy spalili mu ranczo 

i zadali cios największy. Zabili mu żonę i Cole, chory 

z rozpaczy, przyłączył się do bushwhackerów. 

- Ale zawsze walczyłem uczciwie, panie sędzio. 

Nigdy nikogo nie zabiłem z zimną krwią. Z Quantril-

lem jeździłem tylko przez kilka miesięcy. Potem 

wstąpiłem do regularnej kawalerii i wysłano mnie, 

jako wywiadowcę, do Kansas. Wykonywałem roz­

kazy generała Lee. W Kansas spotkałem Henry'ego 

Fitza. Zabiłem go, ale to była uczciwa walka. Są 

ludzie, którzy mogą to poświadczyć. 

Sędzia zapalił cygaro i wygodniej rozsiadł się 

w swoim krześle. Ten szczupły szpakowaty mężczyzna 

background image

2 4 8 

o starannie przystrzyżonych wąsach bardzo się 

Malachiemu spodobał. Nie wpadł wcale w panikę, 

kiedy zamaskowani bushwhackerzy wtargnęli do po­

ciągu i nie mrugnął nawet okiem, kiedy kolty braci 

Slaterów odesłały ich z powrotem w noc, tam, skąd 

przyszli. 

Kiedy Cole skończył mówić, wzrok sędziego spo­

czął na Jamie'em. 

- No, a jak tam z panem, młody człowieku ? 

A Jamie, jak to Jamie. Na jego twarzy natychmiast 

pojawił się szeroki, dobroduszny uśmiech. 

- Ja, panie sędzio, jestem teraz w Kansas po raz 

pierwszy od 1856 roku. I była to dla mnie wielka 

niespodzianka, kiedy dowiedziałem się, że poszukują 

mnie listem gończym. A jeszcze większym zaskocze­

niem było to, że w ogóle komuś przyszło do głowy 

obwiniać mego brata o morderstwo. 

- A co z panem, kapitanie?- - spytał sędzia Mala-

chiego. 

- Mnie też nie było wtedy w Kansas, panie sędzio. 

Pod koniec wojny walczyłem głównie w Kentucky. 

Ale gdybym mógł, na pewno byłbym z bratem. Fitz 

był zwykłym bandziorem, mordercą, zabił moją bra­

tową, zabił mnóstwo niewinnych ludzi. I wydaje mi 

się, panie sędzio, że jeśli naprawdę mamy zamiar 

ogłosić zawieszenie broni i zakończyć tę wojnę, to 

należy osądzić wszystkich morderców, także jankes-

kich. A teraz, panie sędzio, Hayden Fitz więzi niewin­

ną kobietę. I Bóg jeden wie, co ten Fitz może jej 

zrobić. Ja zupełnie nie pojmuję, z jakich praw on 

korzysta, bo ponoć wszystko, co robi, czyni legalnie. 

background image

2 4 9 

Sędzia uniósł obie ręce. 

- Ale wy, panowie, zdajecie sobie sprawę, że 

zatrzymując niespodzianie pociąg, też naruszacie 
prawo ? 

- Oczywiście - powiedział Cole. 
- Ale zatrzymaliśmy między innymi po to, żeby 

wyrzucić stąd złodziei, którzy chcieli pana okraść 

- dodał spokojnym głosem Malachi. 

- No, tak, naturalnie, zdaję sobie z tego sprawę 

- przyznał skwapliwie sędzia. - Panowie, a więc rzecz 
ma się następująco. Wysłuchałem was uważnie 
i wszystko zachowam w pamięci. Bóg mi świadkiem, 
że należę do ludzi, którzy z utęsknieniem wyglądają 
dnia, kiedy nastąpi kres wszelkich niegodziwości. 
Niestety, obawiam się, że nie nastąpi to szybko. Ale 
jako ojciec czwórki pociech modlę się, żeby przyszłe 
pokolenia nigdy już tego nie doświadczyły. A teraz, 
panowie, moja rada jest taka. Wymknijcie się z pocią­
gu tak samo niepostrzeżenie, jak się tu dostaliście. 

A ja daję panom słowo honoru, że zastanowię się, jak 

to wszystko rozwikłać. Panie Slater, proszę uzbroić 
się w cierpliwość, postaram się jak najszybciej uwol­
nić pańską żonę. Ale was wszystkich, panowie, 
proszę, abyście w najbliższym czasie nikomu nie 
rzucali się w oczy. Rozumiecie, o co chodzi, prawda? 
Ukryjcie się, nie wolno dopuścić, żeby Fitz teraz was 
dopadł. 

Trzej bracia wymienili porozumiewawcze spoj­

rzenia, każdy z nich leciutko wzruszył ramionami. 
Oni przecież już się ukrywają. Tyle tylko, że tuż pod 
nosem Fitza... 

background image

2 5 0 

Po kolei uścisnęli sędziemu prawicę i wyskoczyli 

z wagonu. Jamie dał znak ręką i prawie jednocześnie 
z pociągu wyskoczyło jeszcze dwóch mężczyzn. To byli 
jego kumple z Teksasu, jeden z nich pilnował lokomoty­
wy, a drugi warował w wagonie pocztowym. Cała 
piątka pomknęła do miejsc, gdzie uwiązane były konie. 

Jeszcze chwila i pięciu jeźdźców znikło w mroku. 

Jakieś pół mili od pociągu jeźdźcy zatrzymali się. 

Kumple Jamie'ego, jego dawni towarzysze broni, 
podążali w inną stronę. Żegnając się z nimi, bracia 
Slaterowie gorąco dziękowali im za okazaną pomoc. 

- Zawsze pomogę Slaterom - powiedział starszy 

z dwójki mężczyzn. - Jamie wyciągnął mnie już spod 
ziemi, kiedy w sześćdziesiątym czwartym federalni 
podkopali się pod nasze okopy i wysadzili nas w po­
wietrze. Uratował mi życie. Jestem jego dłużnikiem. 

- A my waszymi. Dzięki, chłopaki! - powiedział 

Jamie. Cała piątka uchyliła kapeluszy. Dwóch jeźdź­
ców pogalopowało w jedną stronę, trzech w drugą. 

- A niech mnie kule... - odezwał się Malachi. 

- Pomysł był szalony, ale, trzeba przyznać, poszło 

nam nieźle. 

- Niczego konkretnego nie uzyskaliśmy - mruk­

nął Jamie. 

- Ale przynajmniej w niczym nie zaszkodziliśmy 

sobie - odezwał się Cole. W świetle księżyca widać 
było dokładnie jego strapioną, ściągniętą twarz. - Jed­
nak to bardzo niewiele... Do diabła! Jesteśmy tak 
blisko Kristin! Jeśli ten drań będzie jej groził... 

- Wtedy wydziemy z ukrycia, Cole! - krzyknął 

Malachi i popędził swoją klacz. 

background image

2 5 1 

- Ejże! Co ci tak spieszno? - zawołał za nim 

Jamie. - Nikt nas nie goni! 

Malachi wstrzymał konia. 
- Dziś miała przyjechać Shannon. Chyba już jest 

w Sparks, w domu Cindy... 

- Shannon ? No nie... Ta mała awanturnica w bur­

delu? O, to rzeczywiście trzeba gnać na złamanie 
karku! - roześmiał się Jamie. 

- Miło będzie ją zobaczyć - powiedział Cole. 

- Brakowało mi tej małej McCahy. 

Malachi odczekał chwilę, po czym mruknął: 
- Już nie McCahy, ale pani Slater. 

- Co? - wykrzyknęli jednocześnie Cole i Jamie. 
- Pani Slater! Zmusili mnie - wyjaśnił z ociąga­

niem Malachi. - Gdybym się z nią nie ożenił, po­

wiesiliby mnie. Naprawdę! Co się tak na mnie 
gapicie? 

A oni dalej się gapili, ze zdumienia kręcąc głowami. 
- Niepojęte - dziwował się Jamie. - Ona wyszła 

za Reba? Kto by się spodziewał? 

- I wyszła za ciebie? - wtórował Cole. - Tak, to 

rzeczywiście niepojęte. 

- Mówiłem, że chcieli mnie powiesić! - krzyknął 

ze złością Malachi i zaklął. - Dajcie mi spokój. To 
dłuższa historia, ale teraz nie będę jej opowiadał, nie 
jestem w nastroju. 

- Dobra! No, to chłopaki, jedziemy, ale żywo! 

- krzyczał zachwycony Jamie. - Nie mogę się do­
czekać, kiedy ujrzę nową panią Slater! Niech skonam! 
Ta mała złośnica wyszła za Malachiego! Panienka 
śliczna, ale postrach całej okolicy! I ona nazywa się 

background image

2 5 2 

teraz Slater i czeka na nas w burdelu! Ale się porobiło! 
Trudno sobie wyobrazić lepszy galimatias! Jedziemy! 

Malachi pierwszy wyrwał do przodu. Co tam 

głupie docinki brata. On naprawdę chce być w Sparks 
jak najszybciej, by jak najprędzej ujrzeć Shannon. 
Jego serce waliło jak młot, a ciało zaczynało już 
pragnąć i tęsknić... Ale już niedługo, niedługo ją 
zobaczy. Ona na pewno najpierw rzuci się Cole'owi 
na szyję, potem wyściska Jamie'ego... Ale potem... 
potem już będą sami, tylko on i Shannon. 

Nagle uzmysłowił sobie, że od niedawna zaczyna 

coraz częściej żyć tymi chwilami, kiedy był z Shan­
non sam na sam, kiedy byli tylko we dwoje. 

To dobrze, że ona jest jego żoną. 
Mąż i żona. Ułożą się obok siebie i będą się kochać 

długo, mocno, zapamiętale. 

Niestety, kiedy wjeżdżał na pogrążone w ciemnoś­

ciach podwórze za domem Cindy, nie wiedział jesz­
cze, że los odmówił mu tej cudownej małżeńskiej 
przyjemności. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

W drodze do miasta nikomu nie przyszło do 

głowy zaczepić dwie eleganckie damy w powoziku, 
mimo to Shannon odetchnęła z ulgą, kiedy Iris 
zatrzymała konie przed okazałym domem Haydena 
Fitza. Domem bardzo solidnym, z kratami w ok­
nach, strzeżonym przez uzbrojonych mężczyzn. 
Jeden z nich, pilnujący drzwi wejściowych, na 
widok Iris uśmiechnął się szeroko i uniósł rękę 
w powitalnym geście. 

- Witam, panno Andre! Jakże miło panią widzieć! 
- O, nie! Herb Tanner... - mruknęła z niezadowo­

leniem Iris i chwyciwszy kosz z jedzeniem, wysiadła 
z powozu. 

- A kogóż to pani ze sobą przywiozła, panno 

Andres? - zawołał mężczyzna. 

- A co ciebie to obchodzi? - rzuciła Iris prawie 

bezgłośnie. - Shannon, ty w ogóle się nie odzywaj, ja 
będę z nim rozmawiać. 

- Będę cicho, jak mysz pod miotłą - obiecała 

background image

2 5 4 

Shannon. Wyskoczyła z powozu i podążyła za Iris ku 

werandzie. 

- Witaj, Herbie, witaj! - szczebiotała słodko Iris, 

lekko i wytwornie wspinając się po schodkach. 

- Witaj, Iris! Jeśli chcesz widzieć się z Fitzem, to 

niestety nic z tego. Nie ma go. 

- Ja nie do Fitza. Przyszłam tu po prostu z czystej 

ciekawości. 

- Ach tak? 

Uśmiech Tannera stał się jeszcze szerszy, nagle 

odsłaniając jego czarne spróchniałe zęby. 

- A może ja mógłbym jakoś zaspokoić twoją 

ciekawość? 

Iris roześmiała się perliście i przysunąwszy się do 

Tannera jeszcze bliżej, pogłaskała go czule po szero­
kiej piersi. 

- O, Herbie, ja wiem, że ty z każdej kobiety 

zrobisz nienasyconą kotkę! Ale tym razem nie chodzi 
o ciebie, chłopcze. Chcę zobaczyć tę damulkę, którą 
stary Fitz zamknął w swoim domu. Ludzie mówią, że 
to żona bardzo groźnego bandyty, Cole'a Slatera. 
Założyłam się z Sarą, że uda mi się ją obejrzeć. A że 
serce mam poczciwe, niosę jej kurczaka i szarlotkę 
z domu Cindy. No i jak, Herbie, pomożesz mi? Nie 
chcesz chyba, żebym przegrała zakład! 

- Sam nie wiem, Iris... 
- Och, nie bądź taki! Nie widzisz, jakie to zabaw­

ne ? Dziewczęta z domu Cindy chcą podkarmić żonkę 
bushwhackera!

 Fitz sam by się uśmiał! 

- Fitza nie ma, poszedł na spotkanie ze swoimi 

ludźmi. 

background image

2 5 5 

- Tym lepiej, Herbie, tym lepiej. A jak mi pomo­

żesz... 

Palce Iris nieustannie przesuwały się pieszczot­

liwie po szerokiej piersi mężczyzny, jej głos był teraz 
niski, bardzo uwodzicielski. 

- ... jak mi pomożesz, mój słodki, wynagrodzę ci 

to sowicie. 

Drżący osiłek przypominał psa, któremu ślina leci 

z pyska na widok smakowitej kości. A Shannon 
poczuła, jak zaczyna się w niej gotować. Chwyciła 
Iris za łokieć i niemal siłą zmusiła ją, aby razem z nią 
zeszła z werandy. 

- Iris - zaszeptała gorączkowo. - Ja sobie nie 

życzę, żebyś ty jemu obiecywała jakieś tam... rzeczy! 

- Ale to jedyny sposób, żeby tam się dostać! 

- Iris, ja proszę! 
- Shannon, zrozum, dla mnie to żadne poświęce­

nie. Ja przecież z tego żyję. 

- A niedawno rozmawiałyśmy o tym, że znaj­

dziesz sobie nowe zajęcie. 

- Złotko... 
- Iris, zaklinam cię, nie obiecuj mu niczego. 
- Dobrze, złotko, a więc ty mu coś obiecaj. 
- Ja?! 
- Na litość boską, czy ty nie pojmujesz, że to 

jedyny sposób? Ale dobrze, skoro ci tak zależy... 
Umówię się z nim na później, no i nigdy to spotkanie 
nie dojdzie do skutku. Zgoda? 

- Zgoda. 
Weszły znów po schodkach na werandę. 
- To takie drobne finansowe negocjacje -wyjaśniła 

background image

2 5 6 

z rozbrajającym uśmiechem Iris. - Herbie, proponuję 

spotkanie w przyszły piątek, cała noc należy do 

ciebie. Zadowolony? 

Jabłko Adama na szyi Herbiego poruszyło się 

niespokojnie, a sam Herbie odetchnął bardzo głęboko, 

jakby nie wierząc własnemu szczęściu. 

- Do licha! Naprawdę? Nigdy bym się nie spodzie­

wał, że dostanie mi się taka szykowna lalka. Ale ty 

wiesz, Iris, że ja ryzykuję, i to bardzo. Gotów jestem 

jednak zaryzykować, jeśli... jeśli będę miał was obie. 

Shannon najpierw zaparło dech, potem wydała 

z siebie dźwięk oznaczający głębokie niezadowolenie. 

Na tym jednak jej protest się skończył. 

- Ależ naturalnie, Herbie - zagruchała Iris, częs­

tując Shannon sójką w bok. - Będzie tak, jak chcesz, 

moja w tym głowa. No to co, wpuszczasz nas? 

- Pokażcie no jeszcze, co tam macie ze sobą. 

Iris pokazała kosz i Herb przeprowadził bardzo 

dokładną rewizję. Po czym w pełni usatysfakcjono­

wany, otworzył drzwi i krzyknął do drugiego męż­

czyzny, trzymającego straż w sieni. 

- Joshua! Przepuść je! One niosą jedzenie dla tej 

kobiety! 

- Dobra, Herb! Niech idą! 

Iris, mijając Joshuę, nie omieszkała posłać mu 

słodkiego uśmiechu, a Shannon liczyła sekundy, 

dzielące je od schodów. Weszły szybko na górę, 

prosto na trzeciego, uzbrojonego osiłka, rozpartego 

na krześle i zagłębionego w lekturze gazety. 

- Fulton! - zawołał z dołu Joshua. - Te hm... 

damy chcą widzieć się z więźniarką! 

background image

2 5 7 

Fulton niespiesznie złożył gazetę i wypluł tytoń 

do mosiężnej spluwaczki. 

- A Herb pozwolił? 
- Tak, mówi, że wszystko w porządku! - poinfor­

mował głośno Joshua, a Iris dodała słodziutko: 

- Oczywiście, kochanie. Herbie pozwolił nam 

wejść do środka. 

Fulton powoli podniósł się z krzesła. 
- Naprawdę? - wycedził, ukazując w uśmiechu 

żółte zęby. - No to może cię wpuszczę, ale jak mi coś 
obiecasz, ślicznotko! 

- Obiecam, kochanie, na pewno obiecam - szcze­

biotała Iris. - A teraz pokaż nam tę piękną żonę 
bushwhackera

Fulton wyciągnął zza pasa pęk kluczy i ruszył 

korytarzem. 

- Pięknie wyglądasz, Iris - mówił po drodze, 

uśmiechając się przymilnie. - Twoja przyjaciółka też 
niczego sobie. 

Zatrzymał się przed drzwiami, włożył klucz do 

zamka. 

- Jesteś tu nowa? - spytał, popatrując łakomym 

wzrokiem na Shannon. 

- Tak, tak - wyjaśniła pośpiesznie Iris. - Sara 

stawia pierwsze kroki w naszym... biznesie. 

- Milutka - stwierdził z pełnym uznaniem Ful­

ton. - Będę zbierał na ciebie centy, panienko! 

- Ty na pewno dostaniesz duży upust - obiecała 

słodziutkim głosem Iris. 

Fulton uśmiechnął się z zadowoleniem, pchnął 

drzwi i zawołał: 

background image

2 5 8 

- Ej, paniusiu, goście do pani! 

Weszły do środka, Iris starannie zamknęła drzwi. 

Przy łóżku stała Kristin, wyprostowana, z dumnie 

uniesioną głową. Dama w każdym calu. Na widok 

Shannon duma zniknęła z jej twarzy, a na jej miejsce 

pojawił się wyraz zdumienia i radości. 

- Shannon! 

- Kristin! 

Siostry padły sobie w ramiona. 

- Ciiicho, sza... - poprosiła przestraszona Iris. 

- Jeszcze ktoś usłyszy. 

Siostry przycichły, ale nadal ściskały się jak szalo­

ne, potem odsunęły się od siebie troszkę i spojrzały na 

siebie stroskanym, uważnym wzrokiem. Shannon 

poczuła coś na kształt ulgi. Kristin, choć blada i mizer­

na, nie sprawiała wrażenia osoby maltretowanej. 

Ktoś nawet zadbał o jej czyste ubranie. Miała na sobie 

schludną bawełnianą suknię w kolorze burgunda 

z pięknym koronkowym kołnierzem. 

Przysiadły na brzegu łóżka, cały czas trzymając się 

za ręce. 

- Wielki Boże! - szeptała oszołomiona Kristin. 

- Skąd wyście tu się wzięły? Shannon, ja umierałam 

ze strachu o ciebie! Widziałam przecież, jak ten 
bushwhacker

 uwoził cię ze sobą. 

- Malachi mnie uratował - powiedziała prędko 

Shannon, nie zamierzając opowiadać siostrze o dra­

matycznych przeżyciach z Justinem Wallerem. 

- A widzisz, on ma takie dobre serce. Zawsze to 

mówiłam! 

- Tak, masz rację. 

background image

2 5 9 

- Shannon, nie powinnaś była tu przychodzić. 
- Kristin! Gdyby nie ja, Malachiemu na pewno 

udałoby się uwolnić cię z rąk tych czerwononogich 
bandytów! Nie mogę sobie tego wybaczyć! A teraz 
musiałam się z tobą zobaczyć, koniecznie! Dlatego 

wykorzystałam Iris... 

Kristin z wdzięcznością spojrzała na Iris, wstała 

i wyciągnęła do niej rękę. 

- Dziękuję, dziękuję z całego serca. Jestem Kristin 

Slater, bardzo mi miło panią poznać. 

- Mnie również. Jestem Iris Andre. 
- A jakim sposobem udało wam się tu wejść? 

Shannon i Iris spojrzały po sobie. 

- A... udało nam się dogadać ze strażnikami 

- wyjaśniła spokojnie Shannon. 

- Ale jak? 

Poważny, błękitny wzrok Kristin spoczął na Iris. 

- Bardzo mi przykro, pani Slater, ale pani powin­

na wiedzieć, że jestem zwykłą dziewczyną z saloonu. 
Pani mąż i mąż Shannon zatrzymali się w domu 
Cindy. Może to obu paniom nie odpowiada, bo 
jesteście prawdziwymi damami, a my... No, ale 
wszystkie chcemy wam pomóc, mimo że... 

- Panno Andre! Proszę przestać, to naprawdę 

nieważne, czym pani się zajmuje, ja jestem pani 
ogromnie wdzięczna za pomoc. Czy pani widziała 
mojego męża? Cole jest tutaj ? Boże! On nie powinien 
tu być! Ani Malachi! Jak oni mogli pozwolić, żeby 
Shannon tak się narażała... 

Po ustach Iris przemknął nikły uśmiech. 

- Pani Slater! O ile się orientuję, to i pani mąż, 

background image

2 6 0 

i Malachi, doskonale wiedzą, że jeśli siostra pani coś 

sobie umyśli, nic nie jest w stanie jej powstrzymać. 

A pani mąż jest tutaj, w mieście, tak samo mąż 

Shannon, no i trzeci Slater, Jamie, ponieważ... 

- Zaraz, chwileczkę... - Kristin wpatrywała się 

z natężeniem w Iris. - Jak pani powiedziała? Mąż 

Shannon? 

- Tak. Malachi Slater. 

- Malachi?! 

- Ciiiszej - syknęła Shannon, zrywając się z łóżka. 

A Kristin opadła na łóżko. 

- Nie do wiary - szepnęła. - Shannon, jak to 

możliwe? Przecież wy oboje nie byliście w stanie 

przebywać ze sobą w jednym pokoju dłużej niż 

dziesięć minut. Zawsze rozpętywało się piekło. A te­

raz... Ty i Malachi? 

Shannon uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 

- No... tak. Ale to było konieczne. 

- Oni grozili, że go powieszą - wtrąciła szybko 

Iris. 

- Kristin, ja ci potem wszystko dokładnie opo­

wiem. Teraz ty mów, co z tobą - poprosiła Shannon. 

- Jak oni cię tu traktują? 

- Nie najgorzej. 

- I nikt... 

- Nie, nie, nikt mnie nie dotknął. Ale Shannon, 

Boże, ja tak się boję o Cole'a! Błagam, nie pozwól mu, 

żeby zrobił jakieś głupstwo! Powiedz, że ma wracać 

do domu, zabrać Gabe'a i uciekać z kraju! Powiedz 

mu... 

Głos Kristin drżał. 

background image

2 6 1 

- Kristin, ty sama dobrze wiesz, że on tego nigdy 

nie zrobi! 

- A ja mam wyborny pomysł - odezwała się 

niespodzianie Iris. - Nietrudno będzie się dowiedzieć, 
czy jutrzejszego wieczoru Fitz również dokądś nie 
pojedzie. Jeśli nie, to my już wymyślimy coś, żeby go 

w domu nie było. A ja przyjdę tu z innymi dziew­
czynami, wystroimy się, nałożymy szale, kapelusze, 

panią też owiniemy w jakiś szal i jak będziemy 

wychodzić, zabierzemy panią ze sobą. Zrobimy taki 
rejwach, że strażnicy w niczym się nie połapią. 

Na twarzy Kristin pojawił się nikły uśmiech. 

- Och, panno Andre, wymyśliła to pani bardzo 

chytrze, ale ja nie mogę pań narażać. Fitz będzie 
chciał się zemścić. 

- Na kim, pani Slater? Na dziewczynach z domu 

Cindy? Pani myśli, że mężczyźni z miasta pozwolą 
na toi Nie sądzę. A pani nieobecność odkryją następ­
nego dnia rano, kiedy pani będzie już w połowie drogi 
do Teksasu. 

- Ani Cole, ani Malachi nie przystaną na to. 
- Nic im nie powiemy - wtrąciła Shannon. 
- Ale... 
- Dobrze, dobrze, jeszcze się nad tym zastanowi­

m y - zadecydowała Iris. - Shannon, proszę, chodźmy 
już, bo zaczną coś podejrzewać i więcej nas tu nie 
wpuszczą. 

Siostry rzuciły się sobie w objęcia. 

- Och, Kristin - szeptała Shannon. - Uważaj na 

siebie. I czekaj, my wrócimy po ciebie. Na pewno 

wrócimy! 

background image

2 6 2 

- Chodź już, chodź - ponaglała Iris, szarpiąc ją za 

rękaw. - Shannon! 

Na korytarzu nie było nikogo. Zeszły szybko po 

schodach, na podeście czekał Fulton. Na twarzy Iris 
natychmiast pojawił się przymilny uśmiech. 

- Dzięki, Fulton. I tak jak obiecałam, zobaczymy 

się niebawem. 

- Nie wydaje mi się. 
- A dlaczego, kochanie? Coś się stało? 

Fulton usunął się na bok, a jakiś wyjątkowo rosły 

mężczyzna, stojący za nim, wysunął się do przodu. 
Shannon aż jęknęła. Tak, to był Bear. Jayhawker, 

który wyniósł szamoczącą się Kristin z domu na 
ranczo, a potem, po potyczce z bushwhackerami, 
uwiózł ją do Sparks. A błysk w jego oku świadczył, że 
rozpoznał Shannon. 

- To ona, na pewno ona - powiedział zdecydowa­

nym głosem. - Widziałem, jak szłaś ulicą, ślicznotko. 
I rozpoznałem cię. 

Skrzywił się, nagle zdarł kapelusz z głowy i zaczął 

okładać nim Fultona. 

- Ty durniu! Ślepy jesteś? Niczego nie zauważy­

łeś? Przecież one są prawie jednakowe! 

- No i co się mnie czepiasz! Przecież to Herbie 

powiedział, że one są w porządku! 

- W takim razie Herbie będzie się tłumaczył przed 

Fitzem. A panieneczki... - Bear z zimnym uśmiechem 
spojrzał na obie kobiety. - Panieneczki już do niego 
idą! - Wyciągnął wielką łapę. Iris zdążyła umknąć 
pod ścianę, łapa opadła więc na ramię Shannon, a ona 
ugryzła, bardzo mocno, co najmniej dwa palce. Bear 

background image

2 6 3 

wrzasnął i w tym samym momencie w ręku Iris 

pojawił się mały pistolet z kolbą z kości słoniowej. 

- Puść ją, Bear! 

Puścił i podniósł obie ręce do góry. Shannon 

natychmiast wyciągnęła swego kolta, ukrytego w kie­

szeni spódnicy i wycelowała w Fultona. 

- Iris! Idę po Kristin i wychodzimy! 

- Niestety - rozległ się nagle gdzieś z góry niski 

męski głos. - Obawiam się, że szanowne panie nie 

wyjdą. 

Na szczycie schodów stała śmiertelnie blada Kris­

tin, za nią wysoki chudy mężczyzna. Jego siwe włosy 

były białe jak mleko, szare oczy miały w sobie chłód 

stali. W ręku trzymał mały srebrny pistolet, przy­

stawiony do szyi Kristin. 

- Rzuć broń! - warknął. 

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie Kristin. - Shan­

non, nie rób tego! Uciekaj, błagam, u... 

Mężczyzna zamachnął się i Kristin osunęła się na 

ziemię, a on natychmiast wycelował pistolet w jej 

plecy. 

- Rzuć broń! - powtórzył. 

- Shannon, zrób to - odezwała się Iris drżącym 

głosem. - To Fitz, on zastrzeli Kristin bez wahania. 

- Dzięki, Iris, za rekomendację - wycedził Fitz. 

- A ty, dziewczyno, rzucaj tę broń! 

Jeszcze przez chwilę Shannon oddychała dziwnie 

głośno. Potem pochyliła się powoli i położyła kolta na 

podłodze. 

- To mi się podoba - oświadczył Fitz. - Bear, 

zabierz ją do mego gabinetu. 

background image

2 6 4 

Obie potężne łapy opadły na ramiona Shannon. 

- Nie dotykaj mnie! - sapnęła gniewnie. - Sama 

pójdę! 

- Fitz, nie możesz jej zatrzymać - zaczęła Iris. 

- Ona... 

- Mogę. A ty, Iris, bardzo mnie rozczarowałaś, 

bardzo... 

Przestąpił przez nieruchome ciało Kristin i ruszył 

schodami w dół. 

- Fulton, odprowadź naszą przyjaciółkę Iris do 

mojej sypialni. Nie wiem, Iris, co naobiecywałaś 
chłopakom, żeby tu się dostać, ale o tym pogadamy 
później. I zapłacisz mi za to. 

Fulton wyrwał pistolet z ręki Iris i złapał dziew­

czynę wpół. 

- Chodź, Iris. Słyszałaś, co pan Fitz powiedział. 
- Fitz! - krzyknęła, szarpiąc się rozpaczliwie. 

- Nie możesz jej zatrzymać! 

- Mogę i chcę. A ty, Iris, lepiej zacznij martwić 

się o siebie. Wiesz, co grozi za pomaganie przestęp­
com

1

?- Nie wybroniłabyś się przed żadnym sądem. 

Mógłbym zastrzelić cię od razu... Fulton, zabieraj 
ją! 

Fulton szarpnął Iris, wykręcił jej rękę. Krzyknęła 

z bólu. I Shannon tego już nie mogła znieść. 

- Ty kanalio! 

Rzuciła się na Fitza, jej paznokcie wryły się w jego 

ciało. Nie doceniła go jednak. Ten chudy mężczyzna 
miał siłę mocarza. Złapał jej młócące pięści, przycis­
nął ją do poręczy schodów. Dostała w twarz tak 
mocno, że kolana się pod nią ugięły, potem poderwał 

background image

265 

ją i popychając przed sobą, zmusił, aby posuwała się 
do przodu. Do drzwi jego gabinetu. 

Wepchnął ją przez te drzwi. Upadła na podłogę, 

a on, depcząc po jej sukni, zamknął drzwi i podszedł 
do biurka. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i przez 
kilka minut po prostu patrzył. A ona bała się poru­
szyć. 

- No tak - mruknął po chwili. - Wszystkie rybki 

powoli wpadają do mojej sieci. 

- Nie rozumiem. 
- Naprawdę? Myślę, że rozumiesz bardzo dobrze. 

Sama jesteś jedną z tych rybek. A ja, moja droga, 

wiem o wszystkim. W tych stronach niewiele się 
zdarzy, o czym ja bym nie wiedział. Byłaś w Hay-
wood i był z tobą kapitan Malachi Slater. Ten, który 

razem ze swoimi przyjaciółmi bushwhackerami powy­
strzelał w lasku połowę moich ludzi. A następnego 
dnia, o dziwo, zastrzelił swego kumpla, Reba. 

- On nikogo nie zastrzelił. A do Sparks przyjecha­

łam sama. 

- Nie wierzę. Jestem pewien, że ten Slater gdzieś 

tu się przyczaił. A ty, ślicznotko, nazywasz się 
Shannon i nosisz już jego nazwisko. 

Shannon wzruszyła ramionami. 

- I co z tego? O niczym to jeszcze nie świadczy. 

Jeśli pan, panie Fitz, rzeczywiście tak wszystko wie, 
to może doszło do pana, że Malachi i ja zawsze 
byliśmy wrogami. Podczas wojny opowiadaliśmy się 
po dwóch różnych stronach. Ja jestem Jankeską, a mój 
brat jest szanowanym i bardzo cenionym oficerem 
Unii. I jak pana dopadnie, to marny pański los. 

background image

2 6 6 

Fitz roześmiał się. Był wyraźnie zachwycony. 

- Nie strasz, mała. Twój brat i tak nie zdąży ci 

pomóc. O, młoda damo! Jestem niezmiernie szczęś­
liwy, że mam ciebie, tak szczęśliwy, że nawet nie 
potrafię wyrazić tego słowami. 

Wstał z fotela, obszedł biurko i przystanął przy 

Shannon. 

- Jesteś jeszcze piękniejsza niż twoja siostra, a ja 

sądziłem, że to niemożliwe. Moi ludzie będą mieli 
z tobą wiele uciechy. Ale najpierw ja zabawię się tobą. 

Przedtem jednak, o tak, przedtem wyłapię wszyst­
kich Slaterów. 

- Nie uda się to panu, panie Fitz! Nigdy! Bo 

przedtem to oni pana zabiją! I pan o tym wie. Pan tak 
ich się boi, że nie potrafi z tym strachem żyć. 

- Bzdura! A ci Slaterowie to mordercy! 
- Mordercy? Pan ma czelność to mówić? To 

pański brat napadał na ludzi i z zimną krwią mor­
dował niewinne kobiety! 

- Wszyscy bushwhackerzy zasługują na śmierć! 
- Kiedy zamordowano pierwszą żonę Cole'a, 

bushwhackerów

 w ogóle jeszcze nie było! Ale istniały 

już takie łotry, jak pański brat i jego ludzie! Och! 

Kopnął ją ciężkim butem. Krzyknęła. Natychmiast 

otworzyły się drzwi i do gabinetu wpadli Bear 
i Fulton. 

- Jakieś kłopoty, panie Fitz? - spytał Bear. 

Fulton milczał, z zasępioną twarzą wpatrując się 

w Shannon. 

- Panie Fitz - odezwał się po chwili. - Pan nie 

może więzić drugiej kobiety. Ludzie zaczną gadać... 

background image

2 6 7 

- Zamknij się, Fulton! Przypomnę ci, że Mary 

Surratt powieszono za współudział w zamachu na 

Lincolna. A te obie piękne damy to suki bushwha-
ckerów.

 Wystarczy? 

- A co z Iris? 
- Fulton, czy ty masz jakieś zastrzeżenia do 

moich decyzji? 

- Nie, ale... 
- Bear, idź no sprawdzić, czy chłopaki dobrze 

pilnują i znów nie wpuszczają jakichś nieproszonych 

gości! 

- Już się robi. 
Bear wybiegł, Fulton, nieco zdezorientowany, spoj­

rzał na Fitza. 

- A ja ? Mam iść razem z nim? 

W szarych oczach Fitza Shannon zauważyła jakiś 

upiorny, zimny błysk. 

- Nie, Fulton. Zostań tutaj. Potrzebuję cię... -

W jego ręku błysnął srebrzysty pistolet. 

- Nie! - krzyknął Fulton, jego oczy były nie­

przytomne z przerażenia. 

Fitz strzelił. Fulton upadł na podłogę, a Hayden 

Fitz błyskawicznie rzucił się na Shannon. 

Drzwi znów się otwarły, do pokoju wpadł zanie­

pokojony strzałem Bear. 

- Suka! Zastrzeliła go! - krzyczał Hayden, szar­

piąc Shannon. - Rzuciła się na mnie, wyrwała mi 
pistolet i zastrzeliła tego biednego chłopaka! 

- Łżesz! - krzyknęła Shannon, próbując się uwol­

nić. Ale Fitz nie puszczał, a kiedy napotkała jego 
wzrok, uśmiechnął się lodowato. 

background image

2 6 8 

-

 Morderczyni - syknął. - Przeklęta suka bush-

whackerów.

 Będziesz za to wisieć! 

Poderwał ją z podłogi i pchnął w ramiona Beara. 

- Zamknij ją razem z siostrą! Jedna będzie 

wisieć za morderstwo, a druga za sprzyjanie mor­

dercom! 

- Poczekaj, ty łajdaku! - krzyczała Shannon jak 

oszalała. - Nie wywiniesz się z tego! 

- Niech się pani nie martwi, pani Slater. Na 

pewno dam sobie radę. A pani to powinna już czuć 

stryczek na szyi! 

Wyrwała się Bearowi i z dziką furią rzuciła się na 

Fitza. Przejechała paznokciami po jego policzkach. 

Fitz syknął, ale Bear zachodził już Shannon od tyłu. 

Podniósł karabin i z całej siły uderzył Shannon 

w głowę. Zamrugała oczami, świat wydał jej się 

dziwnie zamglony. A potem zapadła w ciemność. 

- Zamknij je razem - powiedział Fitz. - A bied­

nego Fultona trzeba zawieźć do Darby'ego, niech 

wyprawi mu godny pochówek. Wstrętna suka, mor­

derczyni... 

- O, tak, szefie, tak - mamrotał Bear, podnosząc 

nieprzytomną Shannon z podłogi. 

Hayden Fitz przestąpił przez ciało Fultona, wy­

szedł do holu i spojrzał na schody. Uśmiechnął się. Iris 

zapłaci za to, co zdarzyło się tu dziś wieczorem. Oj, 

zapłaci, i to sowicie. Znów się uśmiechnął. Położył 

rękę na poręczy i wolnym krokiem ruszył na górę. 

- I nic więcej nie wiem - mówiła Cindy, patrząc 

zmartwionym wzrokiem na trzech braci Slaterów. 

background image

2 6 9 

- Tyle opowiedział mi ten kumpel Beara, który był tu 

przed północą. Dlatego proszę, nie gniewajcie się, ale 
zmuszona jestem prosić, żebyście opuścili mój dom. 
Oni na pewno będą was tu szukać. Ale ja mogę... 

- Nie, Cindy - przerwał Malachi, zrywając się 

z krzesła. - Ty nic nie będziesz robić, dość już się 
narażałaś. A ja tam idę, jeszcze tej nocy. 

- Malachi, nie! Przecież Fitz tylko na to czeka. 
- On ma moją żonę! 

Cole wstał i położył rękę na ramieniu brata. 

- Moją też, nie zapominaj o tym - powiedział 

cicho. - Ja też w pierwszej chwili pomyślałem jak ty, 
Malachi. Chciałem jeszcze tej nocy wedrzeć się do 
domu Fitza i powybijać ich co do nogi! Ale wiem, że 
oni zdążą przedtem zabić nasze żony. 

Malachi opadł na krzesło. Twarz miał poszarzałą, 

a oczy nieruchomo wpatrzone przed siebie. 

- Musimy uzbroić się w cierpliwość - mruknął 

Jamie. 

- Oni na pewno zrobią coś w rodzaju rozprawy 

sądowej - odezwała się Cindy, patrząc z niepokojem 
na Malachiego. - Ale Hayden Fitz rozpowiada, że 
Shannon McCahy Slater z zimną krwią zastrzeliła 
jednego z jego ludzi. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie 

wyrok. I zanim uwolnicie Shannon, oni ją powieszą! 
Powieszą je obie! 

Malachi znów zerwał się z krzesła, przemierzył 

pokój wzdłuż i wszerz i zatrzymał się przed Cole'em. 

- Cole? Będą wieszać. A więc tłum ludzi, zamie­

szanie... Pojmujesz? 

Posępna twarz Cole'a jakby nieco się odprężyła. 

background image

2 7 0 

- A kilku dobrych strzelców może nieźle namie-

szać w takim tłumie. 

Uśmiechnął się, Malachi też. Potem Cole zaczął 

śmiać się głośno, bardzo głośno, jakby kamień spadł 
mu z serca. Zaśmiał się też Jamie. 

- Chyba postradaliście zmysły - powiedziała za­

niepokojona Cindy. 

- Nie, skarbie - odparł miękko Malachi. - My po 

prostu już wiemy, co mamy robić. 

Nagle ktoś zapukał głośno do okna, zza szyby 

słychać było dziewczęcy głos. 

- Cindy! To ja, Gretchen. Muszę się z tobą 

zobaczyć! 

Trzej bracia znikli natychmiast. Malachi skrył się 

za barem, Cole i Malachi za filarami. 

Drzwi otwarły się, na progu stanęła ładniutka 

piegowata dziewczyna, za nią widać było sylwetkę 

wysokiego mężczyzny w granatowym mundurze 
kawalerii Unii. 

- Cindy! Ten oficer koniecznie chce się z tobą 

widzieć! On mówi, że Slaterowie są tu gdzieś w okoli­
cy, a on koniecznie musi przekazać Cole'owi, że jego 
syn ma się dobrze... 

Zza baru i zza filarów wysuwali się już wszyscy 

trzej bracia Slaterowie. 

- Matthew! Matthew McCahy! 
- Witajcie! I na litość boską, mówcie, co się dzieje! 

Ludzie dookoła opowiadają jakieś niestworzone his­
torie, bushwhackerzy, jayhawkerzy, stosy trupów. Ten 
Fitz to łotr, powiadomiłem, kogo trzeba, będą prowa­
dzić przeciwko niemu śledztwo. Ale póki co, nie 

background image

2 7 1 

wiem, czy dopuszczą mnie do sióstr. I jak to się stało, 
że uwięzili też Shannon? Za morderstwo?! 

- Niestety, tak - przyznał z westchnieniem Mala-

chi. - Ale my mamy pewien plan. Posłuchaj... 

- Myślę, że przedtem każdemu przyda się łyk 

whisky - powiedziała Cindy. 

- Dzięki, chętnie się napijemy - przystał Cole. 

- Ale potem zaraz odjeżdżamy, nie możemy ciebie 

dłużej narażać, Cindy. 

Rozsiedli się przy okrągłym stole. 

- A więc co umyśliliście? - spytał niecierpliwie 

Matthew. 

- Nie będzie to bezpieczne - powiedział Malachi. 

- Mogą nas wszystkich powystrzelać. 

- To są moje siostry, Malachi. Moja krew. Jeśli 

trzeba, bez wahania nadstawię za nie głowę. Kristin 
jest żoną Cole'a. A więc Cole i ja mamy najwięcej do 
stracenia. 

- Nie tylko wy - cicho powiedział Malachi, stwier­

dzając w duchu, że, o dziwo, dzielenie się tą nowiną 
przychodzi mu coraz łatwiej. - Ja też. Shannon jest 
moją żoną. 

- Co? - spytał z niedowierzaniem Matthew. 
- Malachi ożenił się z Shannon - pospieszył 

z wyjaśnieniem Jamie, nie ukrywając uśmiechu peł­
nego zachwytu. 

- Tak. Ożeniłem się z Shannon - oświadczył 

Malachi sucho. - A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko 
temu, może zajmiemy się tym, co najpilniejsze. 

Cztery głowy nachyliły się ku sobie. 

- A więc zrobimy tak... 

background image

2 7 2 

Malachi wyłożył pokrótce, o co chodzi i jaki mają 

plan. 

- Robicie to sami? - spytał Matthew. - Czy 

liczycie na czyjąś pomoc? 

- Liczymy. Jamie ma tu w pobliżu kilku kumpli 

z Teksasu. 

- Ja też spotkałem trochę znajomych w okolicy 

- dodał Cole. - Myślę, że oni dotychczas bali się 
występować przeciwko Fitzowi, bo było ich za mało. 
Ale teraz to co innego, na pewno się do nas przyłączą. 

- Pomogą czy nie, i tak musimy to zrobić - stwier­

dził porywczo Malachi. - W końcu to przede wszyst­
kim nasza sprawa. I najlepsze, co możemy zrobić. 
Zgadzacie się? 

Wszyscy pozostali mężczyźni siedzący przy stole 

jak jeden mąż skinęli głowami. Jamie podniósł swoją 
szklaneczkę z bursztynowym płynem. 

- A co tam, chłopaki! Raz kozie śmierć! 
Dopili whisky, Malachi pierwszy zerwał się od 

stołu. 

- A teraz w drogę! Cindy? Miej baczenie na 

wszystko, co tu się dzieje. 

- Naturalnie, Malachi. I będę przekazywać wam 

wieści. 

Godzinę później czterech jeźdźców było już dale­

ko od domu Cindy. I kiedy do domu na obrzeżach 
Sparks przybyli ludzie Fitza, po braciach Slaterach 
i Matthew nie było już ani śladu. 

Przez pierwszy dzień Shannon prawie bez przer­

wy nerwowo przemierzała pokój, choć jednocześnie 

background image

2 7 3 

czuła coś na kształt ulgi, że jest razem z siostrą. Nie 
miała zamiaru opowiadać jej teraz dokładnie o swoim 
burzliwym związku z Malachim, ale czas wlókł się 
w nieskończoność i w pewnym momencie Shannon 
zorientowała się, że opowiedziała Kristin prawie 
wszystko. 

Prawie... Nie pisnęła ani słowem, z jaką łatwością 

wpadła w ramiona swego zaprzysięgłego wroga i jak 

pragnęła, żeby jej dotykał, dotykał bez końca... Nie 
opowiedziała, że nawet teraz, kiedy jest uwięziona, 
myśli o nim przez cały czas, tęskni za nim, pragnie 
być z nim, tęskni za jego krzywym, drwiącym 
uśmieszkiem i za wesołymi iskierkami, które tak 

często zapalają się w jego oczach. 

O tych tęsknotach nie opowiedziała siostrze. Ale 

spoglądając na wzruszoną twarz Kristin, czuła, że 
ona i tak wie wszystko, wyczytała to z wyrazu oczu 
Shannon, z jej drżącego głosu. I na koniec oświad­

czyła: 

- Z czasem możecie stać się wręcz idealnym 

małżeństwem. 

- Och, Kristin, ja sama nie wiem, jak to dalej 

będzie. Myślę, że powinnam mu pozwolić wyplątać 
się z tego małżeństwa, ale Iris powiedziała, że będę 
nieskończenie głupia, jeśli nie spróbuję zatrzymać go 
przy sobie. 

- Iris ma rację - stwierdziła stanowczym głosem 

Kristin, ujmując obie dłonie siostry. - Mnie też na 
początku było trudno, Shannon. Bardzo trudno, 

nigdy tego nie zapomnę. Kochałam Cole'a, a jedno­
cześnie często było we mnie tyle do niego niechęci, 

background image

2 7 4 

czasem nawet nienawiści. Ale czas wszystko wy­

gładził. Teraz wiem, że on nigdy nie zapomni swojej 

pierwszej żony. Jednocześnie czuję, że on mnie 

głęboko kocha. Kocha... Och, Shannon! Nie wierzy­

łam, że to się stanie, nawet po urodzeniu Gabe'a! Ale 

w życiu niekiedy trzeba walczyć o to, co nam 

najdroższe. Ja i Cole mamy za sobą naprawdę trudne 

chwile, a zobacz, jak wszystko się ułożyło... 

Ułożyło? Boże wielki... Oczy Kristin zalśniły od 

łez. A cóż się ułożyło? Przecież ona i Shannon 

znalazły się w sytuacji najgorszej z najgorszych. 

- Shannon, boję się, boję się straszliwie... 

Objęły się, przytuliły do siebie jak najmocniej. 

- Wszystko... wszystko będzie dobrze - szeptała 

Shannon. Te słowa z największym trudem wydoby­

wały się z jej ust. Drżała na całym ciele. Bo co dalej, co 

dalej ? 

Następnego dnia w gmachu miejscowego sądu 

odbyła się rozprawa. Żałosna farsa. Na miejscu sędzie­

go zasiadł bowiem sam Hayden Fitz, jego ludzie zajęli 

ławę przysięgłych. Shannon oskarżono o morder­

stwo. Stała na miejscu świadka, spokojnie wysłuchała 

słów oskarżenia, a kiedy udzielono jej głosu, spojrzała 

Fitzowi prosto w oczy i oświadczyła z pogardą: 

- Nikogo nie zabiłam, panie Fitz, i pan wie to 

najlepiej. Pan sam zastrzelił jednego ze swoich ludzi, 

dlatego że ośmielił się zaprotestować przeciwko pana 

okrucieństwu. I nawet jeśli jest pan właścicielem tego 

miasta, nie wierzę, że należą do pana również dusze 

ludzi, którzy tu mieszkają. Pewnego dnia dosięgnie 

background image

175 

pana ręka sprawiedliwości. Nikomu nie wolno mor­
dować ludzi, panu też nikt na to nie zezwolił. 

Po sali przeszedł pomruk. Fitz wstał i wskazując 

na Shannon młotkiem sędziego, wygłosił: 

- To ty zabiłaś Fultona, widziałem na własne 

oczy. Zamordowałaś go, żeby uwolnić swoją siostrę, 
też zbrodniarkę. I jesteś taka sama jak twój mąż. 
Należeliście do bandy Cole'a Slatera, byliście bush-
whackerami

 i mordowaliście ludzi z Unii, bezbronne 

kobiety i dzieci! 

- Nie, panie Fitz. To kłamstwo. 

Fitz uderzył młotkiem o stół. 

- Może pani wrócić na miejsce, pani Slater. 
Wrócić? Siłą ściągnięto ją na dół, a na miejsce 

świadka wepchnięto Kristin. Zaprzeczyła wszyst­

kiemu, rzuciła Fitzowi w twarz, że to jego rodzony 
brat był jayhawkerem. I przejmująco opowiedziała, jak 
zginęła pierwsza żona Cole'a. 

Po sali znów przeszedł szmer, ale Fitz w ogóle 

nie zwrócił na to uwagi. Kristin nałożono z po­
wrotem kajdanki i ustawiono obok Shannon. Po­
tem obie wróciły do domu Haydena Fitza, do 
pokoju z zakratowanym oknem. A starannie do­
brana ława przysięgłych debatowała nad wyrokiem. 

W nocy przekazano im treść wyroku. Obie zostały 

uznane winnymi morderstwa i spiskowania przeciw­
ko Unii. Obie zawisną na szubienicy za tydzień, 
licząc od tej nocy. Zawisną o świcie. 

- Za tydzień. Jacy łaskawi - powiedziała Kristin 

z goryczą. - Dają naszym mężom jeszcze siedem dni. 
Liczą na to, że Cole i Malachi tu się zjawią. 

background image

2 7 6 

Shannon, blada, sztywna, machinalnie skinęła 

głową. Boże drogi... One siedzą razem z Kristin 

w tym zamknięciu już trzeci dzień. 

- Kristin? Jak myślisz? Gdzie oni mogą teraz być? 

Och, Kristin, ja tak się boję! Przecież oni byli już tutaj, 

w Sparks. Może ich złapali i my już nigdy... 

Broda Shannon zaczęła się trząść. 

- Nie, Shannon! Na pewno ich nie złapali - po­

wiedziała stanowczym głosem Kristin. - Gdyby ich 

złapali i zabili, Fitz kazałby nadziać ich głowy na 

kołki i obnosić po całym mieście! 

I to była prawda... 

Ale dni mijały, a bracia Slaterowie nadal nie dawali 

znaku życia. Całe miasto jakby przycichło, jakby 

zastygło w oczekiwaniu. A te dni były długie, bardzo 

długie i w końcu nadszedł ostatni wieczór. Kristin 

siedziała na jedynym krześle, jakie było w tym 

pokoju. Shannon stała przy oknie. 

Szubienicę zbudowano na środku ulicy, pod tym 

właśnie oknem. Fitz życzył sobie, żeby widziały ją 

dokładnie. Shannon patrzyła i czuła, że nie ma już 

w niej nic oprócz straszliwego strachu. 

Po długiej nocy, bardzo długiej, nadszedł świt. 

- Ja nie wiem, nie wiem, dlaczego oni nie przybyli 

nam na ratunek - szeptała Shannon zbielałymi war­

gami. 

Kristin leżała na łóżku, nieruchoma, wpatrzona 

w sufit. 

- Pomyliłam się, Shannon - powiedziała dziw­

nym, drewnianym głosem. - Oni na pewno już nie 
żyją. 

background image

277 

Shannon poczuła, że jej ciało drętwieje, że 

zamarło jej serce. Jakby ktoś oblał ją lodowatą 
wodą. Nie była człowiekiem słabym, zdążyła już 
tyle przecierpieć. Ale zaciskała zęby i podnosiła się. 
Zawsze. Ale teraz - teraz już nie. Jeśli Malachi nie 
żyje, to ona chce pójść za nim, jak najdalej od tej 
ziemi, gdzie jest tylko ból i cierpienie. I gdzie już 
nie ma Malachiego. 

Przyszedł po nie Bear. Związał im ręce z tyłu, na 

plecach. Wyprowadził je na ulicę. Razem wyszły 

w perłowoszary świt. Zapowiadał się piękny, letni 
dzień. Absurdalnie piękny. 

Kristin popatrzyła na Shannon i uśmiechnęła się. 

- Nie będzie trudno umrzeć. Rodzice na nas 

czekają. A na ciebie czeka twój Robert Ellsworth. 
Och, Shannon! Co się stanie z moim synkiem? 

- Delilah zawsze będzie go kochać. Matthew 

wróci z wojny i wychowa go jak własnego syna. 

- Tak. Na pewno tak będzie. Kocham cię, Shan­

non, bardzo cię kocham. 

- Ja ciebie też bardzo kocham. Odwagi, Kristin 

- szeptała Shannon, z trudem powstrzymując łzy. 

O odwagę łatwo, gdy nie grozi śmierć. Ale jak 

znaleźć w sobie odwagę, kiedy wstępuje się na 
szafot, nie odrywając oczu od dwóch straszliwych 
pętli? 

Przed szafotem na roztańczonym koniu siedział 

Hayden Fitz. Z uśmiechem zadał pytanie: 

- Może panie chcą powiedzieć ostatnie słowo? 

Shannon spojrzała na zgromadzony tłum. Jakoś 

nikt się nie cieszył, nie wznosił radosnych okrzyków, 

background image

2 7 8 

nie przeklinał dwóch zbrodniarek z Południa. Ludzie 
stali cisi i przygnębieni. 

- Tak! - zawołała. - Chcę coś powiedzieć! Jesteś­

my niewinne! Haydenie Fitz! To twoja nienawiść 
i żądza zemsty odbiera nam życie! Sprawujesz tu 
niesprawiedliwe sądy! Ale zapłacisz za to, jeśli nie 
w tym życiu, to w tym wiecznym. I piekło pochłonie 
cię na zawsze! Na wieki będziesz potępiony! 

Fitz zmrużył lodowate oczy i wrzasnął: 

- Wieszać! 

Shannon łykała łzy, czując, jak pętla miękko opada 

wokół jej szyi. Za kilka sekund pętla się zaciśnie. Ona 

się zakrztusi, a jej ciało zakołysze się... Jeśli Bóg zechce 
być miłosierny, jej kręgi szyjne pękną od razu i umrze 

natychmiast. Jeśli jednak Bóg nie okaże jej swej 
łaskawości, prawdopodobnie długo będzie się dusić, 

aż opuchnięty język wysunie się z ust... a jej twarz 

będzie wyglądać ohydnie... 

Hayden Fitz podniósł rękę. I opuścił. Kat urucho­

mił dźwignię. Deski pod stopami Shannon zaczęły 
powoli się usuwać... 

I nagle upiorną ciszę rozdzierają strzały, jeden 

drugi, trzeci... dziesiątki strzałów. 

Shannon leci w dół, ale sznur wcale nie zaciska się 

wokół jej szyi. A Shannon jest coraz niżej, niżej i nagle 
całym ciężarem ciała uderza o ziemię. A tam, na tej 
ziemi, stoi Cindy z nożem w ręku, w ułamku sekundy 
przecina więzy krępujące ręce Shannon i krzyczy: 

- Uciekaj! 
- Kristin... 
- Już, już rozcięłam. Kristin, wstawaj! Uciekajcie! 

background image

2 7 9 

Żadna z sióstr o nic już nie pyta. Chwytają się za 

ręce, ostrożnie wynurzają się spod szafotu. Dookoła 
zamęt. Ulica oszalała, ludzie krzyczą przeraźliwie, 
miotają się na wszystkie strony. A ktoś strzela 
i strzela nieustannie. 

Jacyś jeźdźcy... 

Shannon szybko podnosi rękę, osłania oczy przed 

słońcem. 

To on. Malachi. Pędzi ku niej, niesie go gniada 

klacz. Kawaleryjska szabla błyszczy w słońcu, na 
ustach okrzyk rebeliantów, na głowie kapelusz z pió­
rami. Pędzi ku niej, siecze szablą każdego, kto stanie 
mu na drodze. Oczy, niebieskie jak błękit nieba, teraz 
płoną ogniem walki. 

Malachi. Szaro-złoty żołnierz z Południa. Przyby­

wa, aby ją ocalić. Jej bohaterski konfederat... 

- Shannon! 

Gniada klacz jest tuż, tuż. Silna ręka jednym 

ruchem wciąga Shannon na siodło. Już gnają przed 
siebie, a raczej fruną... 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Shannon, wtulona w Malachiego, świadoma 

była, że nie jadą sami. Słyszała stukot wielu 

kopyt, ale wiatr rozwiewał jej włosy, przesłaniając 

oczy. W końcu dojrzała. Z lewej strony jechał 

Cole, przed nim w siodle siedziała jakaś kobieta... 

Przecież to Kristin! Boże, dzięki Ci... A z prawej 

strony Matthew, za nim wielu nie znanych Shannon 

mężczyzn. Niektórzy w podniszczonych mundu­

rach, szarych albo niebieskich, inni ubrani jak 

ranczerzy. 

Wszyscy gnali co sił. Dopiero kilkanaście kilomet­

rów za miastem Malachi ściągnął wodze. 

- Cole! Zatrzymajmy się, bo konie padną! 

Cole skrzywił się, ale też wstrzymał konia. 

- O, jest Jamie! - zawołał. - Chwała Bogu! 

Jamie gnał do nich na siwym jabłkowitym ogie­

rze i wymachując kapeluszem, darł się na całe 

gardło: 

- Ej, ludzie! Dobre wieści! Hayden Fitz nie żyje! 

background image

2 8 1 

Podjechał bliżej i zdyszanym głosem rzucił do 

braci: 

- Nie wygląda na to, żeby ktoś nas ścigał. Może­

my zwolnić. Szkoda koni. 

- Nie, nie, jeszcze nie zwalniajmy! - krzyknął 

jakiś wysoki kobiecy głos. 

Głos był znajomy. Shannon szybko spojrzała 

w tamtą stronę i aż westchnęła z ogromnej ulgi. Tuż 
za Jamie'em nadjeżdżał rosły deresz, a na jego grzbie­
cie siedziała Iris. 

- Może i nie wszyscy kochali Fitza - zawołała 

- komuś jednak może strzelić do głowy głupi pomysł 
i będzie chciał się zemścić! 

- Iris! - krzyknęła rozradowana Shannon. 

Rudowłosa piękność, jak zwykle, ubrana była bez 

zarzutu, a jej fryzura też była w należytym porządku. 

Wyglądało na to, że Iris wyszła z opresji cało. 
Jedynym śladem po niebezpiecznej przygodzie był 
niewielki siniak pod prawym okiem. 

- Wszystko w porządku, złotko! - krzyknęła 

wesoło do Shannon. - Dzięki Jamie'emu, bo to on 
wyciągnął mnie od Fitza! 

- Jamie! 

Shannon zsunęła się z siodła i szybko podbiegła do 

szwagra. 

- Jamie! Niech cię Bóg błogosławi! 
- Zawsze do usług pięknych dam! - odparł eleganc­

ko i zeskoczywszy z konia, chwycił w objęcia swoją 
nową bratową. 

- Hej, mała, jak dobrze widzieć cię znów całą 

i zdrową! 

background image

2 8 2 

Kristin i Matthew również zeskoczyli z koni 

i zaczęło się gremialne ściskanie i wymienianie słów 

wielkiej radości. 

W tym miłym rozgardiaszu Shannon usłyszała 

nagle rozkaz, wydany głosem bardzo stanow­

czym: 

- Shannon! Wracaj! 

Naburmuszony? O, nie, więcej. Po prostu zły. 

Groźny, zimny, jak burza śnieżna. A jeszcze przed 

chwilą w uścisku jego ramion czuła się tak bezpiecz­

na. Serce Shannon zakłuło. Czyżby ich prywatna 

wojna wcale się nie skończyła i Malachi nadal czuje 

do niej nienawiść ? 

- Musimy jechać dalej - oświadczył oschłym 

tonem. 

Kristin pospieszyła do Cole'a, Jamie i Matthew 

dosiedli swoich rumaków, tylko Shannon zignorowa­

ła polecenie i podeszła do gromady nieznanych jej 

jeźdźców, którzy teraz otaczali ich kołem. 

- Nie wiem, kim jesteście - powiedziała wyso­

kim, dźwięcznym głosem, w którym wyczuwało się 

wielkie wzruszenie. - Ale chciałam wam podzięko­

wać, podziękować z całego serca, że pośpieszyliście 

nam na ratunek. 

- Nigdy o tym nie zapomnimy - dodała równie 

wzruszonym głosem Kristin. 

- Shannon ma rację - włączył się Malachi. - Zro­

biliście wielką rzecz, przyjaciele! Bez was nie poszło­

by tak gładko. I pozwólcie, że was przedstawię. 

Kristin, Shannon, te chłopaki tam, z prawej strony, to 

Sam Greenhow, Frank Bujold, Lennie Petersen i Ron-

background image

2 8 3 

nie Cordon, koledzy Jamie'ego, razem walczyli pod 
rozkazami generała Kirby'ego-Smitha w Teksasie. 
A te zuchy po lewej stronie to chłopaki z Haywood. 
I jeszcze raz dzięki wam wszystkim, jesteśmy waszy­
mi dłużnikami. 

Do podziękowań dołączył się Cole i Matthew, 

mężczyźni jeszcze chwilę rozmawiali ze sobą, a do 
uszu Shannon w pewnym momencie znów dotarł 
ten nieprzyjemny, suchy rozkaz: 

- Shannon, chodź tutaj! 
Ten ton wcale się Shannon nie podobał, ale 

Malachi niewątpliwie miał rację. Trzeba było jechać, 
byle dalej od miasta Sparks. Nie pozostawało jej więc 
nic innego, jak tylko podejść do gniadej klaczy 
i pozwolić sobie pomóc wskoczyć na siodło. 

Jeszcze raz ostatnie słowa pożegnania, jeszcze raz 

ktoś krzyknął „dzięki" i mała grupka jeźdźców, 
odłączywszy się od gromady, ruszyła na południe. 
Pierwszy spiął konia Jamie, za nim podążyli Cole 
i Malachi, każdy z nich mocnymi ramionami obej­
mował odzyskaną żonę. Z tyłu jechał Matthew, 
a obok niego na pięknym dereszu rudowłosa Iris. 

Malachi milczał, Shannon też, choć tyle słów 

cisnęło jej się na usta. Wpatrywała się w dłoń 
Malachiego, spoczywającą na jej kolanie, i zastana­
wiała się w duchu, jak to się stało, że ona pokochała 
wszystko, co należy do Malachiego, także tę silną, 
opaloną dłoń o długich smukłych palcach. Jak to się 
stało, że ta dłoń jest teraz dla niej droższa ponad 
wszystko... Ileż to razy ona i Malachi razem stawiali 
czoło niebezpieczeństwu, ileż było tych chwil strasz-

background image

2 8 4 

nych, pełnych lęku i cierpienia. Tych chwil nie da się 
zapomnieć, wypłakać z siebie... Ale żyją, oboje żyją. 
Nie zabrano im życia, bezcennego życia, które tak 

łatwo komuś odebrać. Żyją, a wokół nich są ludzie 
kochani, bliscy sercu. Tego ranka Bóg nie mógł być już 
bardziej łaskawy, bardziej miłosierny. Dlaczego więc 
Malachi jest taki oschły, nieprzyjemny? Niestety, 
było to jasne jak to słońce nad ich głowami na 
bezkresnym niebie. Nadal złościła go Shannon, a te­
raz podwójnie, bo jest jego prawowitą małżonką. Był 
wściekły i zapewne pochłonięty jedną jedyną myślą: 
Jak się od tej małżonki uwolnić. 

Iris mówiła, żeby dumę schować do kieszeni i nie 

pozwolić mu odejść. Walczyć. Ale jak? Palce Shannon 

delikatnie przesunęły się po dłoni Malachiego. Słowa 

zostały wypowiedziane cichutko, nieskończenie ła­
godnie: 

- Dziękuję ci, Malachi, bardzo, bardzo ci dziękuję. 

Chrząknął. Pomyślała, że teraz zapewne niczego 

od niego nie usłyszy. On jednak się odezwał, gniewne 
słowa usłyszała tuż koło swego ucha. 

- Powinienem teraz panią sprać bezlitośnie, mło­

da damo! 

- Ale dlaczego? - spytała nieszczęśliwym głosem. 
- Miałaś siedzieć cicho w domu Cindy i czekać na 

mnie. Niestety, to było ponad twoje siły. Koniecznie 
musiałaś sobie coś umyślić i wystawić swoje życie na 
niebezpieczeństwo. Narażać nie tylko siebie, ale i Iris. 

- Chwileczkę! 

Głos Shannon był już o ton wyższy. 

- A kto napadł na pociąg? 

background image

2 8 5 

- Napadł? Przecież my właśnie udaremniliśmy 

ten napad. 

- Mogliście wszyscy zginąć! A ktoś musiał pomóc 

Kristin. Miałam siedzieć z założonymi rękami? Mu­
siałam coś dla niej zrobić! 

- I rzeczywiście, przyszła ci do głowy myśl nad­

zwyczajna - mruknął zjadliwie. 

Shannon zamrugała szybko powiekami, żeby łzy 

nie spłynęły jednak po policzkach. Znów spojrzała na 
jego dłoń. Drżała. No cóż... Pewno z gniewu. 

- A ja uważam, że tak właśnie należało postąpić 

- oświadczyła. - Zresztą zapytaj Iris. I wszystko 

poszłoby jak z płatka, gdyby nie zjawił się ten Bear. 

- Mogli was zabić, wszystkie trzy. 
- A was mogli zabić w tym pociągu. Wszystkich 

trzech! 

- Ja zawsze wiem, co robię. Ty nie! 
- A ty tak na mnie nie krzycz. Wszyscy słyszą. 
- A co? Nie wolno mi na ciebie pokrzyczeć? 
- Czy ty nie rozumiesz, że w ten sposób mnie 

poniżasz? 

Prychnął, po prostu prychnął pogardliwie. 

- Poniżam! Ciesz się, że tylko na ciebie krzyczę. 

Gdybym miał bat w ręku... 

- Co? To pana powinno się oćwiczyć batem, 

kapitanie Slater! Zatrzymaj konia, natychmiast. Ja 
zsiadam. 

- Idziesz do Teksasu na piechotę ? 
- Pojadę razem z moim bratem. 
- Nie, pani Slater. Pani będzie jechać ze swoim 

mężem. Tu jest pani miejsce. 

background image

2 8 6 

Hm... To stanowcze stwierdzenie dziwnie jakoś 

nie rozdrażniło Shannon, przeciwnie, sprawiło jej 

osobliwą przyjemność, choć nieco zatrwożyło. Mala-

chi jako jej właściciel... 

Spojrzała na swoje ręce. Naturalnie też drżały. 

Jamie, jadący na czele, wstrzymał konia i podniósł 

rękę. 

- Za tymi zaroślami płynie rzeka! - krzyknął. 

- I jest mała zatoczka. Możemy zrobić tu popas, 

a wieczorem, kiedy będzie chłodniej, ruszymy dalej. 

- O, tak, proszę - poparła go Kristin. - Jedziemy 

już tyle godzin. Cole, jestem ledwo żywa... 

- Zgoda! - krzyknął Cole. - Matt? Malachi? Co 

wy na to? 

Nikt nie zgłaszał sprzeciwu, wszyscy z ulgą po-

zsiadali z koni. 

- Pokręcę się po lesie, może uda mi się coś 

upolować - oświadczył Jamie. - A wy rozpalcie 

ognisko. 

- Idę z tobą - zawołał Matthew. Wyjął przytro­

czony do siodła karabin i nagle jego wzrok padł na Iris. 

Spoczął na niej przez zdecydowanie dłuższą chwilę, 

oceniając i figurę, i wspaniałe płomieniste włosy. 

- Ty rozpalisz ognisko. 

- Ja ? A dlaczego ja? - broniła się spłoszona Iris. 

- Ja nie umiem. 

- To się naucz - powiedział krótko i ruszył za 

Jamie'em w stronę drzew. 

Iris aż tupnęła ze złości. 

- Naucz się - mruczała gniewnie. - Jankes! Głupi 

Jankes! 

background image

2 8 7 

Shannon,, gotowa do pomocy, ruszyła w stronę 

Iris, ale silna ręka Malachiego osadziła ją w miejscu. 

- My idziemy się przejść, Shannon. 
- Nie mam ochoty na żadne przechadzki - oświad­

czyła, próbując uwolnić swoje ramię, ale on ścisnął 
tak mocno, że aż pisnęła. 

Potem nagle chwycił ją na ręce. 

- Idziemy. Nie chcesz iść, to cię zaniosę! 

Kristin, stojąca parę kroków dalej, zaśmiała się 

cicho. Proszę, proszę, siostrunia zachwycona, że 
Shannon i Malachi dalej skaczą sobie do oczu! Shan­
non, choć wściekła, nie stawiała już oporu. A on 
doszedł do rzeki, przeszedł brzegiem spory kawałek 
i zatrzymał się w cieniu starych rozłożystych dębów. 
Słonce w górze jaśniało, woda szemrała cichutko, 

wśród liści szeptał wiatr. 

Ale Shannon wcale nie czuła się miło i bezpiecznie. 
- Malachi, puść mnie wreszcie. I wracajmy, ode­

szliśmy za daleko. Tu takie bezludzie... 

- I dobrze - mruknął, kładąc ją na bujnej, 

soczystej trawie. Wstać nie pozwolił. Ułożył się 
szybko obok, przygniatając jej nogi swoją długą, 
umięśnioną nogą. Dopiero teraz zauważyła, że 
miał na sobie niebieskie spodnie. Zwykle nosił 
szare. Nowe spodnie? Kto mu je dał? Zresztą, 
nieważne... 

- A jednak powinienem cię sprać - powiedział 

cicho. Jego palce delikatnie przesuwały się po ak­
samitnej skórze policzków Shannon, po jej szyi. 
Najpierw ucałował jasne czoło, potem czubek noska 
i płatki uszu, i tę szyję, smukłą, ciepłą... 

background image

2 8 8 

- Malachi, puść mnie - poprosiła jeszcze raz, 

dziwnie cicho i nieprzekonująco, oplatając jego szyję 

ramionami. 

On też powtórzył swoją śpiewkę. 

- Powinienem cię sprać. 

Wsunęła palce w jego gęste włosy, jej wzrok 

powoli przesuwał się po jego twarzy, twarzy już tak 

bardzo ukochanej. Oczy, nos, usta... Przysunęła jego 

głowę nieco bliżej, pocałowała leciutko, potem drugi 

raz, odważnie i namiętnie. Jego usta rozchyliły się, 

dały żarliwą odpowiedź. A jego palce niecierpliwie 

rozpinały guziczki jej sukienki. 

Złapała go za rękę, ale nie spojrzała w oczy, ich 

błękit ukryty był za firanką ciemnych rzęs. 

- Malachi, ty wiesz, jak wiele dla mnie znaczysz. 

Ale dlaczego ty ciągle na mnie krzyczysz? 

- Wcale na ciebie... nie krzyczę - mruknął, 

zajęty obsypywaniem pocałunkami kremowych 

piersi, wynurzających się spośród koronek koszulki. 

Shannon na chwilkę oddała się słodkim dozna­

niom, potem jednak zdecydowanym ruchem poder­

wała jego głowę, zmuszając, aby spojrzał jej w oczy. 

I głosem nieco już zdyszanym, powtórzyła swój 

zarzut: 

- A właśnie, że tak. Krzyczysz. 

- Bo ty ciągle robisz jakieś głupstwa. Muszę 

wtedy na ciebie krzyknąć, muszę, bo... 

- Bo co? 

- Chcesz, żebym ci się wyspowiadał? 

- Tak, chcę! 

- Naprawdę tego chcesz? 

background image

2 8 9 

Wstrzymała oddech i tylko kiwnęła głową. 

- Krzyczę... bo kocham. Kocham cię, Shannon. 

- Malachi! 

Omal go nie udusiła. Spletli się mocno i śmiejąc 

się, śmiejąc się ze szczęścia, potoczyli po zielonej 

trawie. 

- Malachi, błagam, powiedz jeszcze raz! 

- Nie powiem. Bo ty nie chciałaś wyjść za mnie, 

wolałaś, żeby mnie powiesili! 

- Nie chciałam, żebyś żenił się ze mną pod przy­

musem. 

- Nie. Ty naprawdę nie chciałaś wyjść za mnie. 

- Chciałam, Malachi, bardzo chciałam. 

- Ale przecież ty byłaś zakochana we... wspo­

mnieniu. Czy dalej tak jest? 

- Nie, Malachi. I wtedy, choć z tym naszym 

ślubem wyszło tak okropnie, ja bardzo chciałam 

zostać twoją żoną. 

- Ale dlaczego? Dlaczego? 

Jego ręce cały czas niezmordowanie pieściły jej 

ciało. 

- Dlaczego, Shannon? 

- Bo kocham pana, panie kapitanie! Kocham 

i wydaje mi się, że kocham pana od bardzo dawna. 

- Od tego dnia, kiedy chciałaś mnie zastrzelić 

w szopie? 

- Może... Och, Malachi... 

- Co? 

- Jeśli mnie kochasz... 

- Kocham. I będę kochał zawsze. 

- ... to kochaj mnie... teraz... 

background image

2 9 0 

Więc kochał. Rzeka cichutko szemrała swoją naj­

piękniejszą melodię, a trawa, bujna i soczysta, była 
bardzo miękkim łożem. Na tym łożu Malachi rozpo­
starł swój płaszcz, na tym płaszczu dwa nagie ciała 
połączyły się w jedno, dwa nagie ciała syciły się 
nawzajem miłością... 

Potem leżeli przez chwilę w milczeniu, a Shannon, 

jak zwykle z rozczuleniem, spoglądała na spoczywa­
jący w trawie kapelusz z piórami, kapelusz kapitana 
kawalerii konfederatów. Konfederatów... Czy ma to 
jakieś znaczenie? Jak mogłaby w ogóle dopuścić, żeby 
przyczyny tej wojny stanęły między nimi? Przecież 
ona kocha w nim wszystko, mężczyznę, Reba i księ­
cia w srebrnej zbroi, który tyle razy śpieszył jej na 
ratunek. 

Bohatera. 
Dotknęła leciutko ogorzałego policzka. 
- Kocham cię, Malachi Slaterze. 
- Kapitanie Slaterze. 
Uśmiechnęła się. 

- Niczego nie da się już zmienić. I nigdy bym tego 

nie chciał, Shannon. Zawsze walczyłem o to, w co 
wierzyłem. 

- Wiem. 
- Shannon... - Przyciągnął ją do siebie bliziutko, 

ułożył jej głowę na swej piersi. - Ta wojna jeszcze 
się nie skończyła. Fitz nie żyje, ale puścił machinę 
w ruch. Jego ludzie nadal będą nas ścigać. Dlatego 
ty jutro wrócisz do domu, pojedziesz razem z Mat-
thew. I to bez dyskusji. 

- Nie! Malachi! Błagam! Nie! 

background image

2 9 1 

- Tak. A ja, Cole i Jamie musimy wyjechać 

z kraju. Nie wiem, dokąd pojedziemy, ale... 

- Kristin też będzie chciała jechać z Cole'em. 
- Kristin wraca do domu, do dziecka. I ty też 

wracasz do domu, Shannon. Chcę, żebyś była bez­

pieczna. 

Usiadł i zaczął się ubierać. Znalazł w trawie 

pończochy Shannon, rzucił jej i ponaglił: 

- Ubieraj się. Musimy wracać, będą się o nas 

niepokoić. 

- Ale powiedz, Malachi, to jak to teraz będzie ? 

- spytała z goryczą. - Mam wrócić do domu i czekać 

przez całe lata, póki ty się nie zjawisz? 

- Będziemy się starali wrócić jak najprędzej. 
- Ale kiedy? - pytała, jak zwykle niestrudzenie, 

wciągając przez głowę sukienkę. - Malachi, ja... 

Chwycił ją i zaczął całować, gorąco, z małą przer­

wą, aby wymruczeć: 

- Jak zawsze, to jedyny sposób, żebyś zamilkła... 
- Malachi, ja... 

Znów ją pocałował, jeszcze goręcej, i złapawszy za 

rękę, pociągnął za sobą. 

- Poczekaj! - krzyknęła i z całej siły szarpnęła ręką. 

Puścił, a ona, zarumieniona, zaczęła szybko zapinać 
guziczki przy sukience. Wcale nie miała zamiaru 
zaprzestać dyskusji. Zapięła guziczki do końca, nabra­
ła powietrza, żeby zadać kolejne pytanie... 

Nagle Malachi znieruchomiał. Przyłożył palec do 

ust, nakazując ciszę, drugą ręką wyciągał już broń. 
Pchnął Shannon za siebie i oboje szybko wsunęli się 
między drzewa. 

background image

2 9 2 

Po kilku minutach Shannon usłyszała również 

dźwięki, które zaniepokoiły Malachiego. Męskie gło­
sy, parskanie koni. Jacyś jeźdźcy kryli się w lesie. 

Malachi przykucnął, obok przykucnęła Shannon, 

i ostrożnie, prawie bezszelestnie zaczęli posuwać się 

do przodu, dopóki nie dojrzeli ludzi wśród drzew. 

Nie było ich wielu, chyba z piętnastu, wszyscy 

w schludnych, ciemnoniebieskich mundurach. Kawa­
leria, i same młodzieniaszki. Dwóch żołnierzy czyś­
ciło karabiny, jeden, oparty o drzewo, czytał coś, 
a reszta kończyła posiłek i wesoło się przekomarzała. 

- Psiakrew! - zaklął cicho Malachi. - Musimy jak 

najszybciej stąd uciekać. 

Zaczęli się wycofywać, w pewnej chwili Shannon 

zatrzymała się i odwróciła, aby sprawdzić, czy nikt 
ich nie zauważył. Wyglądało na to, że wszystko 

w porządku. Odwróciła się więc ponownie, żeby dalej 

podążać za Malachim, znikającym już w zaroślach. 
Odwróciła się i wrzasnęła. Nagle zza drzewa, tuż 
przed nią, wysunął się żołnierz w niebieskim mun­
durze. Najprawdopodobniej właśnie skończył czyn­
ność jak najbardziej intymną. 

- Proszę wybaczyć - powiedziała odruchowo 

Shannon. 

- To ja panią przepraszam najmocniej - odparł 

również odruchowo żołnierz, zmitygował się jednak 
natychmiast. - Ej, chwileczkę! - krzyknął, chwytając 

Shannon za ramię. 

Prawie w tym samym momencie rozległ się głos 

Malachiego. 

- Puść ją! 

background image

2 9 3 

Wyrósł przed nim jak spod ziemi, w ręku kolt, 

wycelowany w żołnierza. Niestety, słychać było 
również poruszenie w obozowisku. Żołnierze chwy­
tali za broń, ci najszybsi, z bronią gotową do strzału, 
przemykali się już między drzewami. 

- Puść ją - powtórzył Malachi. 

Nagle ktoś krzyknął: 

- Slater! 
Jakiś oficer zbliżał się szybkim krokiem. Obie ręce 

miał uniesione nad głową, na znak, że nie ma przy 
sobie żadnej broni. 

- Kapitanie Slater! Ja wiem, kim pan jest. 
- A ja pana nie znam. 
- Znam dobrze pańskiego brata, Cole'a. Jestem 

Kurt Taylor, major. Przed wybuchem wojny razem 
z Cole'em służyliśmy na Zachodzie... 

Zawahał się na sekundę, ale mówił dalej: 

- Potem widziałem się z nim w Kansas, tuż przed 

jego... spotkaniem z Fitzem. 

- Rozumiem, panie majorze. Ale teraz przede 

wszystkim niech pan powie temu żołnierzowi, żeby 
puścił moją żonę. Ja naprawdę nie mam ochoty 
dziurawić żadnego z pańskich ludzi. 

- Kapitanie, ja wiem, że pan w ciągu kilku 

sekund jest w stanie zastrzelić połowę moich chło­
paków. 

- Zgadza się. A więc niech on w końcu puści moją 

żonę. 

- Kapitanie Slater, ja dostałem rozkaz odszukania 

pana. 

- Co? A dlaczego? 

background image

2 9 4 

- Wysłał mnie sędzia Sherman Woods. I nie mogę 

panu niczego obiecać... 

- Nie ma potrzeby. Ja i tak nie uwierzę w żadne 

jankeskie obietnice. 

- Panie kapitanie, pan ma bardzo piękną młodą 

żonę i chyba nie chce pan ukrywać się przez resztę 
swego życia ? Może więc łaskawie zgodzi się pan 
mnie wysłuchać. 

- Dobrze. Niech pan mówi, majorze. 
- Rozkaz muszę wykonać, pan doskonale to rozu­

mie. Jeśli pan będzie chciał stąd odejść, nie obejdzie się 
bez walki i na pewno zabije pan kilku moich ludzi. 
A jeśli pan i pańscy bracia dobrowolnie zgodzicie się 
pojechać ze mną, odbędzie się proces, prawdziwy 

i uczciwy. Niech pan wybiera, kapitanie. 

- A niby dlaczego miałbym panu wierzyć, majo­

rze Taylor? 

- Nie mnie, kapitanie. Przede wszystkim sędzie­

mu Woodsowi. Przecież sami prosiliście go o pomoc, 
mówił mi o tym. Sędzia Woods chce wam pomóc. 

- Przykro mi, ale... 

Przerwał mu błagalny krzyk Shannon. 

- Malachi, zaklinam cię! Zgódź się! Na litość 

boską, to jest jakaś szansa dla nas! 

Malachi nie odezwał się. Stał wysoki, dumny, 

nieruchomy, jak postać wykuta w marmurze. Stary 
konfederacki płaszcz z peleryną spływał mu z ra­
mion, wiatr bawił się piórami przy kapeluszu. A on 
milczał, milczał przez bardzo długą chwilę. Nagle po 
jego nieruchomej twarzy przemknął cień. Ręka 
drgnęła. Broń upadła na trawę. 

background image

2 9 5 

- I tak bym nie zastrzelił ani jednego z pańskich 

chłopaków - powiedział cicho. - Mam dość zabijania 

smarkaczy. No cóż, majorze. Ludzie powiadają, że 

wojna się skończyła. A więc przekonajmy się, czy to 

prawda. 

Major skinął skwapliwie głową, po czym wystąpił 

z dodatkową prośbą. 

- Zrobi pan coś dla mnie, kapitanie? 

- Ja? 

- Proszę, niech pan sam powie swoim braciom, 

jak się rzeczy mają. Wolałbym, żeby żaden ze Slate-

rów nie trzymał mnie na muszce. 

Malachi uśmiechnął się i chwyciwszy Shannon za 

rękę, ruszył przodem, major Taylor tuż za nimi. 

Kiedy dochodzili do obozowiska, Jamie na ich 

widok natychmiast wyciągnął broń, Cole i Matthew 

niezwłocznie poszli za jego przykładem. 

- Przecież to Kurt! - krzyknął Cole, opuszczając 

swego kolta. - Malachi, o co tu chodzi? 

- Znasz go? 

- Bardzo dobrze. 

- Cole, posłuchaj - odezwał się major. - Sędzia 

Woods kazał mi was odszukać. Chce, żeby w Mis­

souri odbył się prawdziwy, uczciwy proces. Tak, jak 

trzeba, przysięgam na mój honor. 

Wzrok Cole'a przemknął po twarzach braci. 

- Jestem już zmęczony tym uciekaniem - po­

wiedział Malachi. - A honor to rzecz święta. 

I dla niebieskich, i dla szarych. Wierzę temu czło­

wiekowi. Zresztą oddałem się już do jego dys­

pozycji. 

background image

2 9 6 

Jamie wzruszył ramionami. 

- Ja tam nie bardzo wierzę w honor Jankesa, ale 

zrobię to, co wy. 

Cole rzucił broń. Jamie też rzucił broń, mruknąw­

szy jednak cicho pod nosem: 

- Oby nie skończyło się to na szubienicy. 

- Nie! Nigdy! - rozległ się krzyk Shannon. Jej 

ręka kurczowo zacisnęła się wokół dłoni Malachie-

go. Ona nie pozwoli mu zrobić żadnej krzywdy. 

Żadnej. 

Malchi powoli zdjął swój kapelusz z piórami, 

pochylił się nad Shannon i pocałował ją, długo, 

namiętnie i na oczach wszystkich. Potem włożył 

kapelusz z powrotem, podszedł do swej gniadej 

klaczy i wskoczył na siodło. Zasalutował. 

- Jestem pańskim więźniem, majorze Taylor! 

Major również zasalutował. Cole pocałował Kris-

tin i dosiadł swego wierzchowca, Jamie również 

wskoczył na konia. I odjechali. Wszyscy trzej bracia 

Slaterowie odjechali, nie oglądając się za siebie. 

Kristin zaczęła płakać. 

Matthew podszedł i objął ją ramieniem. Pod drugie 

jego ramię wsunęła się Shannon. 

- Wszystko będzie dobrze, mówię wam - pocie­

szał zbolałe siostry. - Ale tak należało zrobić. 

Z tyłu ktoś chrząknął dyskretnie, usłyszeli nie­

śmiały głos Iris: 

- Chciałam tylko powiedzieć, że udało mi się 

w końcu rozpalić to ognisko, a Jamie'mu udało się 

ustrzelić kilka zajęcy. Siądźmy teraz i posilmy się, 

a potem zastanowimy się, co dalej. 

background image

297 

- Rozpaliłaś w końcu ? - uśmiechnął się Matthew. 

- Proszę, proszę, jakie pojętne dziewczę! 

Jedli szybko, w milczeniu, potem Matthew wziął 

na swoje siodło Kristin, Shannon usiadła za Iris 

i ruszyli w drogę. Do Missouri, do domu. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Rozprawa sądowa odbyła się w Springfield. Sala 

wypełniona była po brzegi, przybyli nawet rysow­
nicy z „Harpersa", a także z innych czołowych gazet 
i magazynów. 

Shannon odwiedziła Malachiego w więzieniu. 

Było to dla niej przeżyciem nadzwyczaj przykrym. 

Malachi wydał jej się obcy, daleki. Wiedziała, że ją 

kocha i jest w więzieniu dla jej dobra. Ale zdawała 
sobie również sprawę, że Malachi nigdy, nawet dla 
niej, nie wyprze się swych braci. Trzej Slaterowie 
trzymali się razem. Jak zwykle. I Jamie, i Malachi 
wcale nie zabiegali, aby oskarżenie przeciwko nim nie 
było tak ciężkie, jak wobec Cole'a. 

Malachi patrzył na Shannon zza żelaznych krat 

i uśmiechał się krzywo. 

- My wszyscy jesteśmy niewinni. 
- Cole wcale sobie nie życzy, żebyś wisiał dlatego, 

że on jeździł z Quantrillem. 

- A powiedz, Shannon, czy potrafiłabyś znieść 

background image

2 9 9 

myśl, że Cole został powieszony tylko dlatego, że 
chciał pomścić śmierć żony, która nosiła jego dziec­
ko- Ona była moją bratową. Powinienem był dołą­
czyć do Cole'a, ale ja służyłem już wtedy w kawalerii 
konfederatów. 

- Malachi... 
- Jeśli kochasz mnie, Shannon, to kochaj mnie 

takim, jaki jestem. Ja zawsze będę trzymał z moimi 
braćmi. 

Shannon odwróciła głowę, kryjąc oczy pełne łez. 

Cole próbował już przekonać braci, żeby ratowali 

własną skórę. Ale wszyscy Slaterowie byli tak samo 
uparci. 

Nie przeżyłaby, gdyby powieszono Cole'a. Oni 

wszyscy tej wojnie złożyli już wystarczająco wielką 

ofiarę. I ta wojna ponoć już się skończyła. Shannon 
nie wyobrażała sobie, żeby mogło jeszcze zdarzyć się 
coś tak strasznego. Nie. Oni muszą zostać uniewin­
nieni, prawda musi zwyciężyć. 

Pierwszego dnia rozprawa nie przebiegała pomyśl­

nie, choć prawnik Slaterów, pan Abernathy, był 
bardzo zręcznym obrońcą i szczerze wierzył w ich 
niewinność. Shannon bardzo go sobie ceniła, mimo że 

wcale nie naciskał na braci, aby każdy z nich od­

powiadał za siebie. Jednak Taylor Green, oskarżyciel, 
przeraził ją. Wydawało się bowiem, że jest on osobiś­
cie zainteresowany wysłaniem wszystkich braci Sla­
terów na szubienicę. 

Zaraz na początku rozprawy Green poruszył spra­

wę powiązań Cole'a Slatera z Williamem Quantril-
lem i przedstawił tuzin świadków. Ci świadkowie 

background image

3 0 0 

wcale nie byli potrzebni. Kiedy spytano samego 

Cole'a, on niczemu nie zaprzeczył. Spokojnie opo­

wiedział, co wydarzyło się przed laty. Jak jay-
hawkerzy

 najechali na jego ranczo i zabili jego żonę. 

Shannon słuchała i cierpiała razem z nim. Głos Cole'a 

nie łamał się, nie drżał, ale ona w jego srebrzystych 

oczach zobaczyła wszystko. Zobaczyła młodą, ślicz­

ną kobietę, która biegnie, krzycząc przeraźliwie. 

Biegnie co sił do swego męża, a on jeszcze nie wie, że 

po raz ostatni obejmie ją ramionami. Shannon zoba­

czyła ręce Cole'a, na których pełno było krwi jego 

konającej żony. 

Kiedy mówił, nikt nie poruszył się, nie wydał 

z siebie najcichszego nawet dźwięku. Kiedy skończył, 

milczał nawet Taylor Green, ale milczał tylko przez 

kilka sekund, po czym ogłoszono przerwę do następ­

nego dnia. 

Następnego dnia Kristin w krótkich, ale jakże 

przejmujących słowach opowiedziała, co wydarzyło 

się na innym ranczu, na ranczu McCahych. O tym, 

jak Zeke Moreau zamordował jej ojca i o tym, jak 

Cole Slater ocalił jej życie. 

- Przecież on był bushwahackerem! - odezwał się 

ostrym głosem oskarżyciel. - I pani chce, abyśmy 

uwierzyli, że pani mąż wystąpił przeciwko swoim 

dawnym towarzyszom broni? Może oni po prostu 

dogadali się między sobą. 

- Wcale się nie dogadali. Cole zjawił się na na­

szym ranczu niespodzianie, ocalił mnie od śmierci, 

mnie i moich bliskich - oświadczyła twardo Kristin. 

- A potem, kiedy Zeke Moreau powrócił, Cole ocalił 

background image

3 0 1 

życie nie tylko moje, ale i połowy kompanii unioni-
stów, którzy stacjonowali na naszym ranczu. 

Kristin wyglądała pięknie i odpowiadała śmiało, 

może dlatego Taylor Green szybko zrezygnował z jej 
wyjaśnień. 

Wezwano Malchiego. 
Zjawił się w pełnym umundurowaniu, piękny 

i dystyngowany. 

- Panie... kapitanie, no cóż, ja rozumiem, że pan 

jest już w cywilu? - spytał Taylor Green. 

- Podobno wojna się skończyła - powiedział 

sucho Malachi. 

- Ale pan nałożył mundur. 
- Walczyliśmy z honorem. Nie wstydzę się tego 

munduru. 

- Pan nadal nie popiera Unii? 
- Wojna się skończyła. 
- Tym niemniej, panie... kapitanie, może powie 

pan nam jednak, czy pan wierzy, że Południe znowu 
powstanie? 

- Ja wierzę, że wojna się skończyła i mam na­

dzieję, że z pożytkiem dla nas wszystkich. 

Po sali przeszedł szmer aprobaty. Shannon uśmie­

chnęła się. Malachi zjednał sobie ludzi, a więc zapalił 
się pierwszy promyk nadziei. 

- Pan służył w regularnym wojsku? 
- W kawalerii Południa. Pod rozkazami Johna 

Huntera Morgana. 

- Z Quantrillem pan nie jeździł? 
- Nie. 
- Nigdy? 

background image

3 0 2 

- Nigdy. Ale gdybym nie był w regularnym wojs­

ku, dołączyłbym do brata. Pan też by tak zrobił, 
gdyby pańska bratowa, niewinna istota, skonała 

w kałuży własnej krwi! 

- Pan, zdaje się, jest człowiekiem porywczym. 
- Przede wszystkim prawdomównym. Mówię 

prawdę, bo to jest sąd, a ja przysięgałem, że będę 
mówił tylko prawdę. I jeśli jest jeszcze w moim kraju 
sprawiedliwość, to mój brat, Cole, jest niewinny, tak 
samo jak Jamie. Znam niewielu tak porządnych ludzi 
jak mój brat i jeśli Cole ma być winny, bo zabił 
człowieka, który zabił mu żonę, to ja też jestem 
winny. Bo gdybym mógł, byłym wtedy razem z mo­
im bratem. 

- A więc pan się przyznaje - wykrzyknął trium­

falnie Taylor Green. - Panowie przysięgli, oskarżony 
się przyznał. Panie kapitanie, może pan odejść! 

- On się przyznało! - rozległ się głośny krzyk 

Shannon. Zerwała się z miejsca, nieświadoma, że 
krzyczy, że oczy wszystkich są teraz w nią wlepione. 

- Przyznał się? Ach ty, draniu jankeski, ty! 

Na sali podniósł się gwar. Część ludzi śmiała się, 

zwolennicy Unii byli oburzeni. Sędzia głośno uderzył 
młotkiem. 

- Pani Slater! Jeszcze jedno takie wystąpienie 

i uznam to za obrazę sądu! Rozumiemy się? 

Shannon opadła na krzesło i dopiero wtedy do niej 

dotarło, że Malachi przygląda jej się, a po jego ustach 
błąka się uśmiech. Bezcenny, bo jakże dodający 
otuchy... 

Potem przesłuchiwano Jamie'ego. Jamie był 

background image

3 0 3 

uprzejmy i gładki, nawet Taylor Green nie zdołał 

wyprowadzić go z równowagi. I Jamie był tak samo 

dumny i uparty jak jego bracia. 

Obok Shannon siedziała Kristin, dalej Matthew 

i Iris. Kiedy zarządzono przerwę, Shannon pozwolo­

no na widzenie z Malachim. Dano im kilka minut. 

- Drań jankeski? - drażnił się z nią Malachi, 

a w jego oczach błysnęły wesołe iskierki. - I to pani, 

pani McCahy Slater, wyzywa kogoś od jankeskich 

drani? Dzięki, Shannon. Umrę szczęśliwy! 

- Nie waż się mówić o umieraniu. 

- Wybacz. 

- I przestań być taki dumny! - krzyknęła przez 

łzy. - Niczego nie masz na sumieniu! A zachowujesz 

się tak, jakbyś koniecznie chciał, żeby uznali cię 

winnym! 

- Nie, Shannon. 

Uśmiechnął się, objął dłońmi jej twarz i pocałował 

szybciutko. 

- Ja mówię im tylko prawdę. 

Chciała jeszcze coś powiedzieć, spierać się z nim, 

przekonać, żeby zachowywał się rozsądnie, ale wi­

dzenie dobiegło końca. Malachiego wyprowadzono. 

Dni mijały, a sytuacja wydawała się coraz bardziej 

beznadziejna. 

Nie, nie chodziło o to, że sąd był nieuczciwy. Ale 

wydawało się, że Taylor Green każde zwykłe stwier­

dzenie faktu traktuje jako udowodnienie winy. Fak­

tem było, że Cole jeździł z Quantrillem. I nieważne, 

że trwało to bardzo krótko, a Cole miał naprawdę 

background image

3 0 4 

istotny powód, żeby tak postąpić. Nie. Taylor Green 
ten fakt podkreślał tyle razy i z taką mocą, póki 
w sercach wielu ludzi nie obudził wielkiej niechęci 
i odrazy do Cole'a Slatera. Tym niemniej Shannon 
wiedziała, że Cole, kiedy zeznawał pierwszy raz, 
wielu ludzi sobie zjednał. Mord na niewinnej kobiecie 

był czynem ohydnym, zarówno dla Jankesa, jak 
i Południowca. 

Czwartego dnia pod wieczór Shannon poszła 

zobaczyć się z panem Abernathym. Jadł właśnie 
kolację i jego gospodyni za nic nie chciała jej wpuścić. 

Shannon energicznie odepchnęła ją i sama odnalazła 
drogę do pokoju jadalnego, gdzie pan Abernathy 
przystępował właśnie do spożywania zielonego grosz­
ku, pieczonych ziemniaków i przede wszystkim 
kotleta z jagnięciny. 

- Co pan robi?! - spytała podniesionym głosem 

i jakby tego było jeszcze mało, zabrała mu sprzed nosa 
talerz ze specjałami i cisnęła w kąt. - Pan sobie tu 

spokojnie je, a oni tam czekają na wyrok śmierci! 

Pan Ałbernathy z niezadowoleniem zmarszczył 

swoje białe jak mleko brwi. Wytarł starannie palce 

w serwetkę, uśmiechnął się do Shannon, po czym 

z wielkim żalem spojrzał na kotlet, walający się po 
dywanie. 

- Pani Slater! Mógłbym zdefiniować pani zacho­

wanie jako napaść na mój kotlet, skądinąd bardzo 

smaczny ... 

- Proszę wybaczyć - bąknęła skruszona Shannon, 

opadając na krzesło. - Ja po prostu jestem już na dnie 
rozpaczy. 

background image

3 0 5 

Pan Abernathy ponownie się uśmiechnął, nachylił 

się i poklepał ją po dłoni. 

- Proszę mi zaufać, pani Slater, proszę mi zaufać. 

- Ale mogą go powiesić! Wszystkich trzech mogą 

powiesić! 

- Ja nie pozwolę ich powiesić, pani Slater. Przeko­

na się pani. 

- Kiedy? 

- A już jutro. Przesłuchanie właściwie dobiegło 

końca. Jutro ja zabieram głos. I założę się o dwa 

piękne kotlety ze świeżutkiej jagnięciny, że w ciągu 

jednego dnia rzecz całą doprowadzę do końca, do 

szczęśliwego końca, pani Slater. 

Shannon trudno było uwierzyć, że w ciągu jed­

nego dnia uda się cofnąć całe zło, jakie wyrządził 

Taylor Green przez cztery dni. Ale pan Abernathy był 

dobrej myśli, właściwie jak najlepszej. Poczęstował 

Shannon kieliszkiem sherry i poradził jej, aby niczym 

się nie martwiła i spokojnie wróciła do hotelu. 

W pokoju hotelowym siedziała Kristin, zapuch-

nięta od płaczu. Shannon objęła siostrę i ze ściś­

niętym sercem wyszeptała jej do ucha wiele słodkich 

obietnic, w które sama nie wierzyła. 

- Będzie dobrze, Kristin, na pewno. Rozmawia­

łam dziś z panem Abernathym, on trzyma rękę na 

pulsie. I solennie obiecał, że jutro wszyscy trzej 

Slaterowie będą wolni. 

Rzeczywiście następnego dnia głos zabrał pan 

Abernathy. 

- Moja linia obrony jest bardzo prosta. Zamierzam 

background image

3 0 6 

udowodnić, że oskarżanie tych trzech mężczyzn 
o morderstwo jest całkowicie bezpodstawne i wnoszę, 

wysoki sądzie, o oddalenie pozwu. 

Sędzia polecił panu Abernathy'emu, aby wezwał 

swoich świadków. Taylor Green podniósł się z krzes­

ła, jakby chciał zaprotestować albo po prostu coś 
powiedzieć. A pan Abernathy skłonił mu się uprzej­
mie, odwrócił ku sali i szeroko rozłożył ręce. 

W tym momencie Shannon uzmysłowiła sobie, że 

tego dnia ta sala wygląda jakoś inaczej. Było w niej 
zadziwiająco wielu mężczyzn, w mundurach szarych 

i niebieskich. Ci mężczyźni zaczęli teraz wstawać po 
kolei. Każdy z nich składał oświadczenie. 

- Wysoki sądzie! Melduje się kapral Rad Higgins, 

kawaleria Stanów Zjednoczonych. Przybyłem tu, aby 
oświadczyć, że w kwietniu tego roku razem z Mala-
chim Slaterem brałem udział w wyprawie na bandę 
bushwhackerów.

 W walce brali również udział Cole 

i Jamie Slaterowie. I przysięgam, że nigdy nie wal­
czyłem ramię w ramię z lepszymi żołnierzami niż 
bracia Slaterowie. 

- Wysoki sądzie! Melduje się starszy sierżant 

Samuel Smith, brygada Dantona, armia Stanów Zjed­
noczonych. Zostawiono mnie na pewną śmierć, a ci 

chłopcy mnie uratowali. Oni pokonali bandę marude­
rów od Quantrilla, a mną zaopiekował się ich doktor, 
dzięki niemu mam nadal obie ręce, a rana naprawdę 
była ciężka. 

Sierżant z artylerii zaświadczył, że znał Cole'a 

Slatera jeszcze przed wojną, kiedy Cole służył w Kan­
sas, i nigdy nie znał lepszego oficera niż Cole Slater. 

background image

3 0 7 

Kiedy skończyli wstawać i zeznawać, ci wszyscy 

mężczyźni w mundurach zarówno szarych, jak 
i niebieskich, z krzesła podniosła się wielce dystyn­
gowana dama. Siwowłosa i dość korpulentna. 

- Nazywam się Martha Haywood, proszę wyso­

kiego sądu, a tu obok siedzi mój mąż. Przybyłam tu, 
aby. powiedzieć, że nigdy przedtem nie spotkałam 
wspanialszych i dzielniejszych ludzi niż kapitan 
Slater i jego żona. I to fakt, a mój mąż wszystko 
potwierdzi. Prawda, tatuśku? 

Pan Haywood zerwał się z krzesła i skwapliwie 

skinął głową. 

Shannon słuchała, patrzyła, nie wierząc własnym 

oczom i własnym uszom. Boże wielki, ileż łaski 
okazałeś nam dzisiaj, modliła się w duchu, jak wielkie 
jest Twoje miłosierdzie nad nami... To Ty sprawiłeś, 
że oni wszyscy tu przyjechali. Są tu kumple Jamie'ego 
z Teksasu, ludzie z Haywood, a nawet tamci zawodo­
wi gracze z saloonu. I każdy z tych świadków 
zaświadczał to samo. Odwagę, uczciwość i poczucie 
honoru braci Slaterów. 

Sędzia Woods wszystkich wysłuchał z wielką 

uwagą. A kiedy ostatni świadek skończył mówić, 
sędzia uderzył młotkiem o stół i wstał. 

- Oddalam pozew. Brak dowodów. 

I wyszedł. 

Jeszcze sekundę trwała cisza, potem sala się za­

trzęsła. Dziesiątki kapeluszy pofrunęło w górę, z dzie­
siątków gardeł wyleciało radosne zawołanie rebelian­
tów z Południa. Tłum otoczył braci Slaterów, każdy 
chciał uścisnąć im dłoń i wyrazić swoją radość. 

background image

3 0 8 

Shannon z trudem przepchała się do Malachiego 

i rzuciła mu się w ramiona. 

- Nareszcie koniec, Shannon - mówił wzruszo­

nym głosem. - Nareszcie prawdziwy koniec tej 
przeklętej wojny. 

Uśmiechnęła się przez łzy. 

- Wszystkie nasze wojny się skończyły, Malachi! 

Wszystkie! 

Chwyciła go za rękę i rozejrzawszy się dookoła, 

pociągnęła go za sobą. Do pana Abernathy'ego. 

- Niech Bóg pana błogosławi, a ja obiecuję, że co 

roku będę przysyłać panu góry kotletów z jagnięciny. 
Będę przysyłać do końca życia! 

Pan Abernathy śmiał się i dziękował: 

- Bardzo pani łaskawa, łaskawa nadzwyczajnie. 

- A o co chodzi z tymi kotletami? - spytał 

półgębkiem Malachi, ściskając dłoń prawnika. 

- A... to nasza wspólna tajemnica, pańskiej mał­

żonki i moja, pan się chyba nie gniewa. A trzeba 
przyznać, drogi panie, że ma pan małżonkę z tem­
peramentem, i to wielkim. 

Malachi wcale nie oponował. 
- O, tak, jej temperament nie da się okiełznać... 
- Malachi, co ty - cicho zaprotestowała Shannon. 
- ... ale ja za to ją kocham... no, między innymi. 
Potem przepchali się przez tłum i dopadli do 

swoich. Malachi ucałował Kristin, Shannon wyścis-
kała Jamie'ego i Cole'a, a na koniec trzej bracia objęli 
się serdecznie i stali tak przez moment, pokrywając 

wzruszenie głośnym śmiechem. 

Jeszcze długo ściskali dłonie i dziękowali każdemu, 

background image

3 0 9 

kto pośpieszył im z pomocą. A pani Haywood omal 
nie została przez Shannon uduszona. Nie broniła się 
jednak, tylko ocierając łzy, wciąż powtarzała: 

- Bądź szczęśliwa, córeńko, bądź szczęśliwa. I jedź­

cie już do domu, do domu jak najprędzej. 

Wyszli na ulicę. Słońce grzało cudownie. Wspania­

łe, życiodajne słońce. 

- Jedźmy, jedźmy jak najszybciej - gorączkowała 

się Shannon. Była coraz bardziej niecierpliwa, prze­

cież już mogli, naprawdę mogli wracać do domu. 

Dane było im życie, dana była miłość. I to dopiero 

był początek. 

Przeklęta wojna skończyła się, skończyła ostatecz­

nie. Nastał prawdziwy czas pokoju... 

background image

EPILOG 

8 czerwca 1866 

Haywood, Kansas 

Martha Haywood pozamykała drzwi na noc. 

Hotel był pusty, żadnych gości, a więc śmiało 

można było pozamykać wcześniej. Pani Haywood 

bardzo by sobie życzyła, żeby ktoś przyjechał. Lato 

było piękne, miło by też było czymś się zająć i mieć 

towarzystwo. 

A w zeszłym roku o tej porze na nudę nie można 

było narzekać, o nie. Ileż to się działo wtedy w Hay­

wood, gdy zawitał tu kapitan Slater z panną 

McCahy! Tak, działo się wiele, dobrego i złego... Pani 

Haywood sposępniała. Może nie miała racji, może nie 

trzeba było tych dwoje popychać do małżeństwa. 

Ludzie mają prawo sami o sobie decydować. A może 

nie jest tak źle? Kapitan Slater i panna McCahy 

stanowili tak dobraną parę. On przystojny, porywa­

jący, prawdziwy bohater, ona śliczna panna, dama 

background image

3 1 1 

w każdym calu i w wielkich tarapatach. Niestety, nie 
wiadomo, jak to teraz z nimi jest naprawdę. Od 

czasu, kiedy odjechali po tym procesie, to słuch o nich 
zaginął. Nie odezwali się ani razu, nie przysłali nawet 
życzeń na święta... 

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Nie, wcale nie pukał, 

tylko łomotał. Jak to ludziom brakuje jednak wy­
chowania. Może nie otwierać? Któż to może zjawić 
się o tak późnej porze? Lepiej niech wraca tam, skąd 
przyszedł. 

Otworzyła jednak. I zamarła. 

- Pani Haywood? Możemy wejść? - pytała Shan-

non Slater, w pięknej sukni podróżnej, błękitnej, 
z ogromnym kołnierzem z koronki. Wyglądała jak 
anioł, który sfrunął z nieba na werandę. Na ręku 
trzymała spore zawiniątko, obok stał kapitan, pory­
wający, jak zawsze. Szarość konfederacka znikła, 
zastąpił ją znakomicie skrojony ciemny surdut i cylin­
der. W jednym ręku kapitan trzymał wielką walizę, 
drugą ręką tulił do piersi dziwnie poruszający się 
tobołek, kropka w kropkę jak ten, który trzymała na 
ręku jego żona. 

Shannon, nie czekając na odpowiedź, wkroczyła 

do środka i złożyła w ramionach Marthy swoje 
zawiniątko. 

- Proszę wybaczyć, że zjawiamy się o tak późnej 

porze. Podróż z dziećmi trwa jednak nieco dłużej. 

Martha Haywood wreszcie zdołała wykrztusić 

pierwsze słowa: 

- Z dziećmi? 
- Tak. To jest Beau. A to... - Shannon uśmiechnęła 

background image

3 1 2 

się i odchyliła róg kocyka, którym owinięte było to 
coś na ręku jej męża. - To jest Nadine. 

- O Boże! Bliźniaki. 
- Tak, bliźniaki - potwierdził Malachi i złożył 

swój tobołek na drugim ręku pani Haywood. 

- Bliźniaki! - powtórzyła oszołomiona Martha, 

jakby nic innego nie była w stanie powiedzieć. 

Malachi, nieco rozbawiony, mrugnął wesoło do 

Shannon. 

- Pani Haywood? Dziś jest rocznica naszego 

ślubu... 

- Tak, pierwsza rocznica - uzupełniła Shannon, 

zajęta ściąganiem rękawiczek. - I przyjechaliśmy 
tutaj, bo nam ogromnie tęskno do tego cudnego 
pokoju na piętrze. 

- A, ten dla nowożeńców? Jest wolny, bardzo 

proszę. 

Beau zaczął się wiercić, popiskiwać. Martha popat­

rywała na malca rozanielonym wzrokiem. 

- Rozkoszny! 
- Czy pani wie, że Iris wyszła za mąż? - spytał 

Malachi. 

- Nie może być! 
- Za Matthew, brata Shannon. Pobrali się w ze­

szłym tygodniu. To była wielka radość dla nas 

wszystkich. Teraz oni będą razem gospodarować na 
ranczo. A Cole... 

- ... z Kristin i Gabe'em przenoszą się do Teksasu 

- wpadła mu w słowo Shannon. - Cole kupił tam 

ranczo. I zabiera też Samsona i jego rodzinę. 

- My ruszamy za nimi - ciągnął Malachi. - Za-

background image

3 1 3 

proponowano mi pracę szeryfa w małym mieście koło 

Houston. Jamie służy w kawalerii. Też będzie w Tek­

sasie, jest wywiadowcą. 

- Cudownie, że tak wszystko się układa - cieszyła 

się Martha, nie odrywając zachwyconych oczu od 

maleństw. - A one są takie śliczne! 

- Cieszę się, że pani je polubiła. 

- Polubiła? Kapitanie, ja już je pokochałam! 

- To cudownie! - ucieszyła się Shannon, całując 

panią Haywood serdecznie w policzek. - Bo my... my 

chcielibyśmy pójść już sobie do tego pokoju... 

- A idźcie sobie, idźcie! Drogę przecież znacie! 

Jakby tylko na to czekali. Malachi porwał Shannon 

na ręce i pędził już ku schodom. 

- Pani Haywood! - rzucił jeszcze przez ramię. 

- Jutro chcemy je ochrzcić. Chcielibyśmy bardzo 

prosić państwa na chrzestnych. O ile państwo się 

zgodzą... 

Gdyby nie dwa tobołki, Martha Haywood na 

pewno zaklaskałaby w ręce z wielkiej radości. Spoj­

rzała z rozczuleniem na dwie główki obsypane złoty­

mi loczkami. 

- Czy się zgadzamy? Och, Boże, naturalnie! 

Nie była pewna, czy Malachi i Shannon ją słyszą. 

Byli już w połowie schodów i nie odrywali od siebie 

oczu. Złociste loki spływały po ramionach Shannon, 

a kapitan Slater wyglądał nadzwyczajnie w tym 

eleganckim surducie. I jakie to romantyczne, że on 

tak niesie ją na rękach. 

- Naturalnie, że się zgadzamy! - powtórzyła 

Martha. 

background image

3 1 4 

Shannon usłyszała, uśmiechnęła się nad ramie­

niem Malachiego i pomachała ręką. 

Martha też się uśmiechnęła, ale nie pomachała. No 

bo jak? Obie ręce zajęte. 

Przytuliła mocniej do piersi dwa cieplutkie tobołki 

i kiedy na górze drzwi stuknęły - naprawione, 
oczywiście - prawie biegiem ruszyła do swej małżeń­
skiej sypialni. 

- Tatuśku, obudź się! Panie Haywood! Mamy 

dziś pracowitą noc! 

Przysiadła z tobołkami na brzegu łóżka i uśmiech­

nęła się z wielką satysfakcją. A jednak miała rację! 

Tych dwoje stworzonych jest dla siebie. Para idealna, 

jak z jakiejś bajki. 

Taka parą, co żyje długo i szczęśliwie... 

ukaże sie trzeci tom trylogii Heather Graham 

p.t. „Z nadzieją w sercu". Autorka opowiada 

w nim niezwykłą historię o romantycznych przygodach 

najmłodszego z braci Slaterów -Jamie'ego, 

zakochanego w pięknej i odważnej Tess... 

koniec

jan+an