background image

Joan Smith 

Zimowy bal

1

background image

Rozdział 1

Zapatrzony w wirujące za oknem płatki śniegu, baron Costain siedział przy 

swoim biurku w skromnie urządzonym gabinecie rządowego budynku Horse 
Guards. Na zniszczonym dębowym blacie leżała przed nim broszura na temat 
procedury   postępowania   w   sprawach   tyczących   tajemnic   państwowych,   z 
którymi mógłby się zetknąć jako asystent lorda Cosgrave’a, szefa wywiadu jego 
królewskiej wysokości i angielskiego rządu.

Dotychczas, a był tu od tygodnia, jedynym dokumentem, jaki mu powierzono, 

była ta broszura. Lord Cosgrave najwyraźniej nie był zachwycony obecnością 
Costaina   i   nie   zamierzał   w   nic   go   wtajemniczać.   Młodemu   człowiekowi 
wydawało się to nie do zniesienia, tym bardziej że jego wiarygodność nie ulegała 
najmniejszej wątpliwości. Pochodził z jednego z najstarszych szlacheckich rodów 
Anglii, był młodszym synem księcia Halforda, znamienitego ministra w dwóch 
kolejnych gabinetach rządowych. Starszy brat Costaina zamierzał iść w ślady ojca, 
gdy tylko torysi zostaną rozgromieni. Halfordowie od wieków - pracowali dla 
króla i dla Anglii.

Osobista   kariera   lorda   Costaina   to   dwa   lata   walki   przeciw   Francuzom   w 

Hiszpanii. Niedawno odesłano go do domu, by odzyskał siły po postrzale w lewą 
nogę. Co właściwie przemawia na korzyść lorda Cosgrave’a prócz tego, że jest 
zagorzałym torysem oraz przyjacielem księcia Yorku i księcia regenta?

Książę Yorku i jego poplecznicy fatalnie rozegrali sytuację w Hiszpanii - wysłali 

Wellingtona przeciw Francuzom jedynie z garstką piechoty i niespełna czterystu 
kawalerzystami,   zapominając   zupełnie   o   służbach   transportowych.   Gdyby 
Wellington nie poradził sobie sprowadzając konie z Irlandii, wojsko zostałoby 
pozbawione dostaw żywności. Sztab niezmiennie domagał się wycofywania, gdy 
zwycięstwo było prawie pewne, i ataku, kiedy klęska wydawała się nieuchronna. 
No cóż, wszystko to zmieniło się teraz, lecz w służbach wywiadowczych Horse 
Guards nadal panował chaos.

Lord Castlereagh dał Costainowi do zrozumienia, że albo ktoś w biurze jest 

zupełnie   nieodpowiedzialny,   albo   to   zdrajca.   Zginęły   bez   śladu   ważne 
dokumenty, a z późniejszych wydarzeń wynikało, że prawdopodobnie dostały się 
w ręce Bonapartego.

- Potrzebuję bystrego obserwatora, który wykryje, co się dzieje - powiedział mu 

Castlereagh. - Niestety, służbowo będziesz podlegał Cosgrave’owi, gdyż w innym 
wypadku twoja misja stałaby się publiczną tajemnicą. Jestem pewien, że sobie 
poradzisz. Mam pełne zaufanie do twoich umiejętności i dyskrecji, Costain.

Lord Costain starał się jak najsumienniej wypełniać obowiązki służbowe, lecz 

jedynym efektem włamania do biurka Cosgrave’a i przeglądu jego papierów był 

2

background image

plik   wymiętoszonych   liścików   miłosnych.   Kobieta   nazywała   swego   kochanka 
„Mój najdroższy Cosgrave”, a podpisywała się: „Twoja wierna gołąbeczka”. A 
Cosgrave w swej głupocie trzymał te listy w biurze, gdzie każdy mógł je znaleźć i 
wykorzystać,   żeby   wyciągnąć   od   niego   tajemnice   państwowe.   Byłyby 
smakowitym kąskiem dla którejś z brukowych gazet. Jak człowiek, który nie 
potrafi zachować w tajemnicy swoich miłostek, może kierować wywiadem?

Rozległo się pukanie i do gabinetu wszedł starszy referent.
- To właśnie nadeszło - powiedział i wręczył Costainowi list opatrzony woskową 

pieczęcią. - Niech pan to odda lordowi Cosgrave’owi, jak tylko wróci. Jest na 
jednym ze swoich zebrań. Ciągną się godzinami. Sekretarza nie ma, a Burack 
poszedł na górę porozmawiać z Jenkinsem. Wolałbym, żeby ten list nie zginął.

W ciemnych oczach lorda Costaina pojawił się błysk ciekawości.
- Kto to przyniósł? - spytał.
Referent odpowiedział konfidencjonalnym tonem:
- Typ, który przedstawia się jako pan Jones. Niemiecki akcent. Jego listy zawsze 

traktowane są z wyjątkową atencją. Zwykle przynosi je posłaniec. Tym razem 
zaryzykował   przynieść   wiadomość   osobiście,   co   sugeruje,   że   jest   szczególnie 
ważna.

- Gdzie ten James?
- Kiedy powiedziałem, że Cosgrave jest zajęty, dał mi list i wyszedł. Zajmie się 

pan tym?

Pokój referenta znajdował się piętro niżej. Tajemniczy pan Jones miał aż nazbyt 

wiele czasu, by zniknąć.

- Oczywiście - odpowiedział Costain przyglądając się listowi.
Gdy referent wyszedł, lord Costain zamknął drzwi gabinetu, wyjął z kieszeni 

scyzoryk i rozgrzał cieniutkie jak papier ostrze nad płomieniem lampy. Ostrożnie 
podważył wosk na kopercie i nie naruszając całości odkleił pieczęć. Zamierzał ją 
później podgrzać i umieścić na swoim miejscu. Gdy rozłożył papier, twarz mu 
spochmurniała.

- Do diaska!... - mruknął.
List napisany był po niemiecku. Po karierze w służbie dyplomatycznej Cosgrave 

mówił   po   niemiecku.  Lord   Costain   nie.  Nie   mógł   też   zanieść   tego   do 
zatrudnionego w biurze tłumacza, gdyż pryncypał dowiedziałby się, że otworzył 
pismo.

Ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w niezrozumiałe słowa - zupełnie nic 

nie pojmował z tekstu. Kto zaufany mógłby przetłumaczyć mu tę wiadomość, i to 
szybko,   zanim   Cosgrave   wróci   do   biura?   Twarz   Costaina   nagle   pojaśniała. 
Uśmiechnął  się  triumfująco pod nosem.  W pobliżu biura zauważył niewielką 
tabliczkę na bocznych drzwiach jednego z domów przy King Charles Street. MR. 

3

background image

REYNOLDS,   DYSKRETNE   TŁUMACZENIA,   FRANCUSKI,   WŁOSKI, 
HISZPAŃSKI, NIEMIECKI, ROSYJSKI.

Przewidując, że może okazać się to przydatne w przyszłości, zasięgnął języka na 

temat pana Reynoldsa i dowiedział się, że jest to emerytowany pracownik służb 
dyplomatycznych, godny zaufania starszy człowiek, nie udzielający się zbytnio w 
towarzystwie. Cosgrave był teraz na zebraniu - jak to nazywano w Horse Guards 
-   które   mogło   przeciągnąć   się,   aż   uczestnicy   opróżnią   kilka   butelek.   Costain 
schował list i woskową pieczęć do wewnętrznej kieszeni i wyjrzał za drzwi. Musi 
wrócić z pismem zanim pojawi się Cosgrave, w razie gdyby referent wspomniał 
mu coś na ten temat.

Ciekawe,   czy   Cosgrave   powie   Castlereaghowi   to   samo,   co   przetłumaczy 

Reynolds. Castlereagh polecił Costainowi sprawdzać wszystkich, nie wykluczało 
to więc nawet szefa służb bezpieczeństwa. Costain nie sądził, by Cosgrave był 
zdrajcą,   lecz   dopuszczał   możliwość,   że   jego   znajomość   niemieckiego   nie   jest 
doskonała.   Przekłamane   tłumaczenia   pasowałyby   świetnie   do   nieudolnych 
posunięć ludzi z kręgu księcia Yorku.

Włożył płaszcz i rękawiczki, sięgnął po trzcinową laskę i wyszedł z pokoju. Nie 

zauważony przez nikogo, szybko przemierzył korytarz i znalazł się na ogarniętej 
śnieżycą ulicy. Noga trochę go bolała przy tej zimnej, wilgotnej pogodzie, ale z 
radością stwierdził, że nie musi opierać się na lasce. Niedługo będzie mógł wrócić 
do Hiszpanii. Przygarbiony w zawiei, ruszył w kierunku domu przy King Charles 
Street.

Płatki śniegu wirowały w zmierzchającym grudniowym świetle za oknem domu 

przy King Charles Street. Cathy Lyman podniosła wzrok znad książki i zapatrzyła 
się w śnieg.

Pomyślała, że już niedługo Boże Narodzenie i wielki zimowy bal - najważniejsze 

wydarzenie   sezonu.   Wiedziała,   że   święta   nie   będą   obchodzone   w   domu   tak 
uroczyście   jak   za   życia   papy,   a   i   balu   specjalnie   nie   wyczekiwała.   Mama 
oświadczyła dziś rano, że bilety są niebotycznie drogie, dwadzieścia pięć funtów 
od pary. Nawet jeśli suma zostałaby przeznaczona na cele dobroczynne, lady 
Lyman nie mogła wyłożyć pięćdziesięciu funtów, gdy dach wymagał wymiany 
dachówki.   Gordon   z   pewnością   również   pragnąłby   wziąć   udział   w   balu,   nie 
mogły też urazić Rodneya pomijając jego osobę.

Cathy westchnęła i wróciła do lektury. Smętna pogoda nie pasowała zupełnie do 

atmosfery   powieści   „Włoski   romans”   autorstwa   pani   Radcliffe.   Cathy   często 
czytała, kiedy nie miała żadnych tekstów do przetłumaczenia dla wuja Rodneya. 
Lubiła   powieści   pani   Radcliffe,   gdyż   wprowadzały   w   jej   monotonne   życie 
odrobinę rozrywki.

4

background image

Po śmierci papy mama oddała do użytku swemu bratu Rodneyowi Reynoldsowi 

zachodnie skrzydło domu. Znajdowała się tam biblioteka i gabinet, gdzie Rodney 
urządził swoje biuro. Mama cieszyła się, że ma u boku mężczyznę, a Rodney nie 
sprawiał jej żadnych kłopotów.  Cathy  z  początku  trochę  zmartwił  ten  układ, 
ponieważ   biblioteka   była   jej   ulubionym   miejscem,   ale   wuj   spędzał   właściwie 
większość czasu w pokoju obok.

Kariera   dyplomatyczna   Rodneya   nie   była   oczywiście   tak   błyskotliwa   jak 

dokonania   sir   Aubreya   Lymana.   Papa   otrzymał   tytuł   baroneta   za   wyjątkowe 
zasługi   w   służbie   zagranicznej   i   nawet   upływ   czasu   nie   zatarł   niezwykłego, 
graniczącego z uwielbieniem szacunku, z jakim domownicy wyrażali się o sir 
Aubreyu. Jego zasługi nie zapewniły jednak rodzinie dostatku.

Posiadali   dom,   posag   mamy   i   cudowne   wspomnienia   lat   spędzonych   w 

najświetniejszych stolicach Europy.

Cathy   żałowała,   że   była   wtedy   dzieckiem   i   nie   mogła   brać   udziału   we 

wspaniałych   balach   i   przyjęciach.   Miała   zaledwie   piętnaście   lat,   gdy   ojciec 
przestał pełnić służbę dyplomatyczną, zdążyła jednak zobaczyć na własne oczy 
pierwszą   żonę   Napoleona   Józefinę,   Metternicha   i   tego   przebiegłego   Francuza 
Talleyranda.

Możność zetknięcia się z takimi znakomitościami sprawiła, że nie oszołomiły ją 

zabiegi kilku skromnych dżentelmenów, którzy starali się o jej względy, odkąd 
zaczęła bywać w towarzystwie. Jednak z upływem lat wysokie aspiracje Cathy 
zbladły, ustępując miejsca pewnego rodzaju rezygnacji, jakby pogodziła się z lo-
sem. Jej wstrzemięźliwy sposób bycia i naturalna skromność, przy małym posagu 
nie sprzyjały złapaniu dobrej partii, nudną codzienność urozmaicały jej więc na 
razie przygody bohaterek z powieści pani Radcliffe.

Mama często użalała się, że wysoko urodzeni przyjaciele zapomnieli o nich po 

śmierci   ojca,   lecz   żal   ten   nie   był   na   tyle   dotkliwy,   by   zabiegała   o   dawnych 
znajomych. Czuła się szczęśliwa, że w końcu mieszka we własnym domu i nie 
pragnęła zamieniać go na żaden inny. Miała kilku bliskich przyjaciół, a wieści ze 
świata docierały do niej teraz za pośrednictwem gazet i krążących wśród ludzi 
plotek. Zresztą w gruncie rzeczy niewiele ją obchodziło, gdyż głównie żyła wspo-
mnieniami z przeszłości.

Cathy jednak, mimo swych dwudziestu pięciu lat, nadal była zbyt młoda, by żyć 

przeszłością i powieściami pani Radcliffe. Z niecierpliwością czekała, aż jej brat 
Gordon rozpocznie służbę w dyplomacji. Obiecał, że wszędzie ją będzie zabierał. 
Zdecydowali już, że na pierwszą placówkę Gordon uda się do Rzymu.

Niedawno wyrzucono go z Oksfordu za jakieś szczeniące wybryki - głównym 

bohaterem zajścia okazał się osioł wprowadzony do sali wykładowej. Ku uldze 
oksfordzkich   profesorów   Gordon   nie   zamierzał   tam   wracać.   Pilnie   studiował 

5

background image

natomiast   języki   obce   pod   kierunkiem   Rodneya   i   przygotowywał   się   do   ich 
wspólnego pobytu we Włoszech. Cathy natomiast pomagała wujowi w pracach 
tłumaczeniowych   i  marzyła,  że   przydarzy  się   jej   jakieś  romantyczne   zadanie. 
Prawdę mówiąc, nie mieli zbyt wielu zleceń. Głównym zajęciem wuja od czasu 
odejścia z dyplomacji był przekład pism niemieckiego filozofa Schillera, które 
Cathy napełniały śmiertelną nudą.

Tego popołudnia było tak zimno, że nie poszła nawet na swój codzienny spacer. 

Została w domu, żeby skończyć krótkie tłumaczenie dla wuja. Jakiś pan Steinem 
przyniósł bilecik napisany po niemiecku i należało zredagować go w poprawnej 
angielszczyźnie.  -  Był  to dość   mało gustowny  liścik,  wyznaczający   ukochanej 
spotkanie w południowo-zachodnim krańcu parku St. James o północy. Czy ta 
kobieta jest mężatką? Zwracał się do niej „najdroższa Angelino”, co nic Cathy nie 
wyjaśniało, lecz niezamężna dziewczyna z pewnością nie miałaby dość tupetu na 
taką eskapadę.

Pracę przerwało jej lekkie pukanie do drzwi. Zerknęła do gabinetu wuja, lecz 

Rodneya tam nie było. Często wymykał się na drzemkę późnym popołudniem. To 
pewnie pan Steinem przyszedł po swój list. Gdy otworzyła drzwi, z ulicy powiało 
zimne powietrze. Kilka płatków śniegu wpadło do domu.

Zobaczyła skuloną na wietrze, opatuloną w palto postać o szerokich ramionach.
- Przyszedł pan w samą porę, panie Steinem - powiedziała.
Mężczyzna   zdjął   kapelusz   i   ujrzała   twarz   w   niczym   nie   przypominającą 

germańskich rysów pana Steinema. Pierwsza rzecz, która przykuła jej uwagę, to 
oczy   -   ciemne,   błyszczące   oczy   pod   delikatnie   zarysowanymi   brwiami,   które 
nadawały twarzy tego mężczyzny wyraz lekkiego zdziwienia.

Gdy   wszedł   do  pokoju,   spostrzegła,   że   gość   ma   śniadą   cerę   i   kruczoczarne 

włosy,   przystrzyżone   na   modłę   południa   Europy.   Włoch?   Hiszpan?   Francuz? 
Miał regularne rysy, mocno zarysowany, ale zgrabny nos i wyrazistą szczękę.

- Straszna pogoda - powiedział z akcentem angielskiego dżentelmena. Nerwowy 

uśmiech zdradzał jego napięcie.

-   Tak.   Spodziewałam   się   kogoś   innego   -   wyjaśniła   Cathy   odwzajemniając 

uśmiech.

Białe gwiazdki śniegu pokrywały ramiona jego płaszcza.
- Może zdejmie pan okrycie i strząśnie śnieg - zaproponowała.
- Chyba nachlapałem na dywan... - odezwał się zdejmując okrycie.
Cathy stwierdziła, że młody człowiek jest bardzo elegancko ubrany - Gordon 

natychmiast rozpoznałby wytworny żakiet od Westona. Kamizelka była złota w 
cieniutkie   prążki,   fular   nienagannie   zawiązany,   a   wysokie   buty   lśniły   pod 
topniejącymi płatkami śniegu. Strząsnął płaszcz nad kamienną posadzką przed 
kominkiem i wdzięcznym ruchem odłożył go na krzesło.

6

background image

Ten dżentelmen był zupełnie inny niż zwykli klienci. Byłby z niego wspaniały 

bohater powieści pani Radcliffe! Cathy poczuła dreszczyk zainteresowania.

- Czym mogę służyć, panie?...
Wyciągnął rękę.
- Nazywam się Lo... Lovell. - Pomyślał, że lepiej zachować w tajemnicy, kim jest 

naprawdę. - Chciałbym rozmawiać z panem Reynoldsem.

Cathy   poczuła   mocny   uścisk   jego   dłoni.   Gdyby   potraktował   ją   jak   damę, 

skłoniłby się.

- Panna Lyman - powiedziała. - Może będę mogła panu pomóc. Robię czasem 

tłumaczenia dla wuja. Jeśli pański tekst jest po włosku lub hiszpańsku, muszę 
zawołać wuja. Ja zajmuję się jedynie francuskim i niemieckim.

- Czy wuj jest w domu?
- To pora jego drzemki. Jeśli się panu nie spieszy, pójdę po niego.
Costain bardzo się  spieszył.  Ta dama  jest  siostrzenicą   Reynoldsa;  na  pewno 

można jej zaufać. W ciągu sekundy podjął decyzję.

- List jest po niemiecku - powiedział wyjmując pismo z wewnętrznej kieszeni. - 

Napis na tabliczce zapewnia dyskrecję. Mogę na to liczyć, prawda? Ten list nie 
jest adresowany do mnie. Pewien przyjaciel otrzymał go z zagranicy. Nie zna 
niemieckiego, a ja zauważyłem tabliczkę na państwa domu.

- Mieszka pan w okolicy, panie Lovell? - spytała biorąc list.
-  Nie!  Nie,   mieszkam   na   Upper  Grosvenor   Square   -  zaprzeczył   skwapliwie, 

wybierając naprędce jak najdalszy adres od swego Berkeley Square.

- A może pracuje pan w Whitehall i dlatego zauważył pan tabliczkę wuja?
W jej inteligentnym spojrzeniu dostrzegł błysk ciekawości. Skrywając niepokój 

odpowiedział:

- Nie, przechodziłem po prostu pewnego dnia przez park St. James i po drodze 

zauważyłem dom państwa i tabliczkę. Mój znajomy, ten, który otrzymał list, nie 
ma pojęcia, kto może pisać do niego po niemiecku. Jestem przekonany, że to 
zwykłe nieporozumienie. Brown to przecież popularne nazwisko.

Po co to powiedział? Może w liście jest inne nazwisko?
„Wstydzi się przyznać, że to ckliwy liścik miłosny” - pomyślała Cathy. Czuła się 

rozczarowana tym młodym człowiekiem.

- Nie musi pan wyjaśniać historii tego listu, panie Lovell. Ja jedynie tłumaczę. 

Zaczeka pan? Widzę, że treść jest krótka.

- Tak, oczywiście.
- Proszę usiąść przy kominku, to nie zajmie mi wiele czasu.
- Dziękuję.
Usiadł   na   chwilę,   ale   zaraz   wstał   i   zaczął   niespokojnie   przechadzać   się   po 

pokoju.

7

background image

Cathy wyjęła czystą kartkę i przeczytała pismo. Zmarszczyła brwi orientując się, 

że   nie   jest   to   żaden   miłosny   liścik.   Mowa   była   o   klęsce   „dżentelmena”   pod 
Moskwą i niemieckich planach powstania przeciw „dżentelmenowi”, dopóki nie 
podniesie się z upadku. „Dżentelmenem” był z pewnością Napoleon Bonaparte, 
który najechał Rosję. Szczerze by ją zdziwiło, gdyby pan Lovell nie był szpiegiem.

Podniecenie   Cathy   rosło,   w   miarę   jak   docierała   do   niej   treść   listu.   Jedyną 

niewiadomą stanowiło to, jakiego rodzaju szpiegiem jest pan Lovell. Miał wygląd 
południowca, akcent jednak typowo angielski. Elegancki strój nie pasował do 
mieszkańca Upper Grosvenor Square, a fakt, iż wiedział o dorywczym zajęciu 
wuja, sugerował, że rzeczywiście pracuje w Whitehall.

Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że wpatruje się w nią skupiony. Opanowała 

podekscytowanie i przetłumaczyła list.

- Gotowe, panie Lovell - powiedziała spokojnym głosem, lecz dłoń jej drżała, gdy 

wyciągnęła ku niemu kartkę z tłumaczeniem.

Natychmiast znalazł się obok.
- Ile jestem winien?
Spojrzała mu uważnie w oczy.
- Miło mi było przetłumaczyć to dla pana. Proszę przekazać panu Brownowi, że 

nic nie jest winien.

Przez   chwilę   patrzyli   sobie   w   oczy.   Serce   mu   zamarło,   gdy   wyczytał   w   jej 

wzroku, że go przejrzała.

- Pani wie!... - powiedział bezbarwnym tonem.
- Tak, wiem - odparła spokojnie.
W niezdecydowaniu zacisnął usta i szybko przeczytał list. Co tej starej pannie 

może   przyjść   do   głowy?   Chciał   jak   najszybciej   pędzić   z   wiadomościami   do 
Castlereagha.   Przełożony   natychmiast   porozumie   się   z   Metternichem   i 
Prusakami,   by   nakłonić   ich   do   zerwania   sojuszu   z   Korsykaninem.   Costain 
wiedział   jednak,   że   musi   odnieść   przesyłkę,   zanim   Cosgrave   odkryje   jego 
nieobecność. A przede wszystkim musi przekonać tę dziewczynę do zachowania 
tajemnicy.

- Zdaje sobie pani sprawę, że to ściśle tajna sprawa, panno Lyman?
- Oczywiście.
- Dyskrecja jest tu wyjątkowo pożądana.
- Moja rodzina ma długą tradycję służby dyplomatycznej, panie Lovell. Umiemy 

dotrzymywać słowa.

- Proszę nikomu o tym nie wspominać, nawet najbliższym.
-   Rozumiem.   Tylko   jedno   mnie   niepokoi.   Dlaczego   nie   skorzystał   pan   z 

urzędowego tłumacza? Dlaczego tak ważny dokument przyniósł pan do mnie?

- Ponieważ nie do wszystkich można mieć zaufanie. Nie wiemy, kto za tym stoi, 

8

background image

ale pewne informacje wydostają się z Horse Guards.

Po chwili zastanowienia uznała ten argument za rozsądny.
-   Jeśli   potrzebowałby   pan   w   przyszłości   podobnej   pomocy,   proszę   na   mnie 

liczyć. Oczywiście bez wynagrodzenia.

- I niech pani nikomu nie mówi o mojej wizycie. Odrobinę naruszyłem zasady 

działania. Nie byłoby dla mnie korzystne, gdyby wyszło to na jaw.

- Rzeczywiście, postąpił pan trochę pochopnie, panie Lovell - stwierdziła bez 

nagany w glosie. - Może pan być zupełnie spokojny w kwestii mojej dyskrecji.

Boże! Oddał tajemnice państwowe w ręce jakiejś kobiety. Nawet Castlereagh nie 

puściłby płazem takiej nierozwagi. Przez moment jej się przyglądał. Podniecenie 
nadało blasku piwnym oczom obramowanym długimi rzęsami. Poza tym była 
dość   ładna,   o   urodzie   nie   wyróżniającej   się   niczym   specjalnym,   miała   ciem-
nobrązowe,   układające   się   w   loki   włosy   i   regularne   rysy.   To   ten   sztucznie 
wyszukany sposób bycia musiał nasunąć mu określenie „stara panna”, gdyż była 
przecież bardzo młoda. Wciąż jednak nic nie wiedział o jej charakterze.

Wspomniała o tradycji dyplomatycznej w rodzinie. Lyman... Czy słyszał coś o 

tym nazwisku? Był jakiś sir Aubrey Lyman.

- Czy jest pani córką sir Aubreya Lymana? - spytał.
- Tak - odpowiedziała z dumą.
- Ach, a jaką placówkę zajmuje obecnie?
- Zmarł pięć lat temu.
- Przykro mi - powiedział konwencjonalnie, zastanawiając się, jak wyciągnąć 

jakieś informacje o charakterze i reputacji rodziny. Nie miał jednak teraz na to 
czasu.   -   Moja   rodzina   miała   okazję   poznać   go   kilka   lat   temu   -   skłamał   bez 
zmrużenia oka. - Czy mógłbym któregoś dnia złożyć państwu wizytę?

- Będzie nam bardzo miło.
Nieśmiały   uśmiech   Cathy   powiedział   mu,   że   zrozumiała   tę   propozycję   jako 

osobisty komplement. Czy zawsze musi wplątać się w coś nieprzewidzianego?

- Będzie pani w domu dziś wieczorem? - spytał.
- Och tak, rzadko wychodzimy. To znaczy, w taką pogodę - dodała pospiesznie. 

Nie chciała, żeby pan Lovell pomyślał, że nie prowadzi żadnego życia towa-
rzyskiego.

- Zdaje się, że będziemy mieć w tym roku białe Boże Narodzenie. - Uśmiechnął 

się zakładając płaszcz. - Nie wiem, jak pani dziękować, panno Lyman. - Sięgnął 
po kapelusz i laskę.

- Proszę o mnie pamiętać, jeśli miałby pan inne dokumenty do tłumaczenia.
- Nie zapomnę.
Włożył   kapelusz,   otworzył   drzwi   i   pożegnawszy   się   francuskim  au   revoir

zniknął w mroku.

9

background image

Przeklinał się w duchu za lekkomyślność. Ta dziewczyna z pewnością miała 

ochotę zobaczyć więcej tajnych dokumentów! Lymanowie nie mogą sympatyzo-
wać z Francuzami. Wydawało mu się, że słyszał o pobycie sir Aubreya we Francji 
kilka lat temu. Dyplomaci jednak byli znani ze swej chwiejnej lojalności. Biuro 
tłumaczeń   usytuowane   w   pobliżu   Whitehall   też   wydawało   się   Costainowi 
podejrzane. Co prawda, nie odniósł wrażenia, by mieli tam zbyt wielki ruch. Musi 
zdobyć bliższe informacje na temat tych ludzi.

Cathy została sama w gabinecie. Czuła się tak podekscytowana, jakby znalazła 

się nagle w jednej z powieści pani Radcliffe. Brakowało tylko alei wysadzanej 
dębami i starego zamczyska, lecz bohater znakomicie rekompensował te braki. 
Zastanowiła się, jak uda jej się ukryć tę cudowną tajemnicę przed Gordonem. 
Jakżeby go to zaintrygowało!

Rozdział 2

Lord Costain zjawił się w Horse Guards na tyle wcześnie, by bez pośpiechu 

przywrócić listowi jego pierwotną formę. Na szczęście ani sekretarza Cosgrave’a, 
ani młodszego asystenta, pana Buracka nie było w pobliżu.

Znowu podgrzał scyzoryk i starannie przykleił woskową pieczęć idealnie w tym 

miejscu, gdzie była poprzednio. Z niechęcią myślał, że musi przekazać tak istotną 
wiadomość człowiekowi, który przez ostatnie dwie godziny żłopał wino. Kiedy o 
wpół do szóstej Cosgrave’a nadal nie było w biurze, Costain dłużej nie zwlekał i 
sam zaniósł list do lorda Castlereagha. Wyznał mu szczerze, co zrobił.

Lord Castlereagh, minister spraw zagranicznych, był inteligentnym, eleganckim, 

dość   przystojnym   mężczyzną.   Uważnie   wysłuchał   opowieści,   po   czym   po-
wiedział:

- Rodney Reynolds, mówisz? To absolutnie pewny człowiek, chłopcze. Nie ma 

się czego obawiać. Korzystałem z jego usług w pewnych prywatnych sprawach.

- Ale ja rozmawiałem z jego siostrzenicą, panną Lyman. To ona przetłumaczyła 

list.

- Panna Lyman? Och, mój drogi, to nie było najfortunniejsze posunięcie. Młode 

damy znane  są ze swej skłonności  do paplania. Ale panna Lyman właściwie 
przestała   bywać   w   towarzystwie.   Rzadko   widuje   się   ją   w   mieście.   I   ma 
doświadczenie w delikatnych sprawach. Wiele lat spędziła z ojcem za granicą. 
Musisz podkreślić, jak ważna w tej sytuacji jest dyskrecja.

- Oczywiście, powiedziałem jej o tym.
-   Przestrzegam   cię   tylko   przed   jednym:   panna   Lyman   ma   nieco   szalonego 

młodszego brata. Nie możemy dopuścić, by pokrzyżował nam szyki. Spotkaj się z 
nią i uprzedź, żeby nie wspominała o tym bratu. Nie muszę chyba uczyć cię, jak 
przekonać kobietę. - Mrugnął porozumiewawczo do Costaina. - A teraz pokażę 
ten   list   Liverpoolowi.   Ciarki   przechodzą   na   myśl,   że   gdyby   nie   ty, 

10

background image

dowiedzielibyśmy się o tym dopiero rano. Tak właśnie wygląda współpraca z 
ludźmi Yorka... - dorzucił ironicznie.

-   Czy   nie   można   by   polecić,   żeby   wszystkie   dokumenty   były   dostarczane 

bezpośrednio do pana, sir?

- Urzędnicy nie mogą swobodnie kręcić się po gmachu parlamentu. Zadaniem 

Horse Guards jest zajmowanie się takimi sprawami i przesiewaniem informacji 
naprawdę   istotnych.   Ludzie   uwielbiają   sensacje   i   często   wyobraźnia   tak   ich 
ponosi, że widzą francuski spisek za rogiem każdej ulicy. Cosgrave  niedługo 
odejdzie ze służby. Kiedy znajdziemy odpowiedniego człowieka na jego miejsce... 
Dobra robota, Costain. Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć. Bywaj.

- Schował list do wewnętrznej kieszeni i wyszedł w poszukiwaniu premiera.

Minęła piąta po południu. Cathy nie mogła doczekać się, kiedy zamknie biuro i 

w spokoju napije się herbaty. Postanowiła jeszcze chwilę poczekać, czy nie zjawi 
się   pan   Steinem.   Podekscytowanie   wielkim   zimowym   balem   przyćmiło 
pojawienie   się   tajemniczego   pana   Lovella.   Jak   wyjaśni   mamie   jego 
niespodziewaną wizytę wieczorem? Powiedział, że ich rodziny się znają, lecz 
jedyną osobą o nazwisku Lovell, jaką sobie przypominała, była pewna modystka. 
Mamie zresztą nie podobały się jej kapelusze.

W uchylonych drzwiach do hallu ukazała się lśniąca czupryna.
- Herbata gotowa - powiedział Gordon. - Kucharka przygotowała gorące placki i 

konfitury malinowe.

- Czekam na klienta, który ma odebrać tłumaczenie - odpowiedziała Cathy.
Smukła,   elegancka   sylwetka   wsunęła   się   za   głową   do   pokoju.   W   wieku 

dziewiętnastu lat sir Gordon osiągnął już słuszny wzrost, nie miał jednak jeszcze 
męskiej   budowy.   Był   podobny   do   Cathy,   z   takimi   samymi   kasztanowatymi 
włosami i piwnymi oczami, tylko nos i szczękę miał mocniej zarysowane. Jedyny 
syn i dziedzic znakomitego ojca, przystojny, nie całkiem pozbawiony rozumu i 
oczko w głowie matki, Gordon uważał, że sama jego obecność na tym świecie jest 
prawdziwym dobrodziejstwem dla ludzkości.

Wyjechał na uniwersytet jako nieokrzesany młokos, a opuścił go jako światowy 

młodzieniec, jego postawa życiowa nie była jednak zbyt jasno określona. Wrócił z 
Oksfordu z pstrokatą chustą na szyi i rozwianym i włosem poety, lecz kiedy 
zdecydował się na karierę dyplomatyczną, zmienił gust na korzyść klasycznych 
fularów, ostrzygł włosy i zaczął wyrażać się używając proroczego tonu, jaki w 
ostatnich   latach   życia   pobrzmiewał   w   wypowiedziach   ojca.   Jeśli   oczywiście 
chwilowo nie zapomniał o tej nowej pozie. Teraz był głodny i zachowywał się, 
zgodnie ze swoim wiekiem i charakterem.

- Do diaska, jest piąta. Jak długo masz zamiar czekać? Nie wypada, żeby ktoś z 

11

background image

rodziny Lymanów świadczył płatne usługi dla gminu.

-   To   miłosna   sprawa   -   odpowiedziała   z   pobłażliwym   uśmiechem.   Gordon 

cierpiał   ostatnio   z   powodu   nieodwzajemnionego   uczucia   do   panny   Elizabeth 
Stanfield i powinien zrozumieć ten argument.

- Kochanek powinien mieć więcej zapału i nie kazać na siebie czekać. Och, do 

diabła z nim, placki wystygną.

- Nie czekaj na mnie... - Przerwało jej pukanie do drzwi. - O, właśnie przyszedł.
Podskoczyła otworzyć drzwi i znieruchomiała wpatrzona w gościa. Postawiony 

kołnierz i naciągnięta na nos chustka zasłaniały prawie całkowicie twarz męż-
czyzny na progu. Widoczne były jedynie zmrużone oczy, ale Cathy wystarczył 
jeden   rzut   oka,   by   stwierdzić,   że   z   pewnością   nie   jest   to   pan   Steinem.   Ten 
człowiek był zupełnie innej postury.

Nieznajomy   zerknął   ponad   jej   ramieniem   na   Gordona   w   gabinecie   i   zanim 

zdążyła się odezwać, brutalnie odsunął ją na bok i wszedł do domu. Zamykając 
drzwi Cathy poczuta ciarki na plecach. Była w najwyższym stopniu zirytowana 
zachowaniem intruza. Dopiero kiedy odwróciła się i zobaczyła wycelowaną w 
siebie lufę pistoletu, ogarnął ją strach. Rzuciła przerażone spojrzenie bratu, który 
jak zahipnotyzowany wpatrywał się w broń.

- Oddaj list, który zostawił tu Costain - odezwał się ochryple mężczyzna. Cathy 

miała wrażenie, że specjalnie stara się zmienić głos, żeby ją przestraszyć.

- Nie rozumiem, o czym pan mówi... - odpowiedziała drżącym szeptem.
- Ten człowiek, który niedawno stąd wyszedł. Wiadomość z Austrii - ciągnął 

zniecierpliwiony. Poruszył dłonią z pistoletem.

Cathy pomyślała, że zaraz zemdleje. Owszem, wyczekiwała jakichś ciekawych 

wydarzeń, lecz niekoniecznie w tym stylu i nie w takim tempie. A już na pewno 
nie spodziewała się mężczyzny wymachującego pistoletem. Nagle przypomniała 
sobie   pana   Lovella.   To   może   być   szansa,   by   udowodnić   mu   -   dlaczego   ten 
człowiek   nazwał   go   Costainem?   -   że   jest   osobą   godną   zaufania.   Gdy   intruz 
zauważył list na biurku, Cathy przyszło do głowy pewne rozwiązanie.

Chwyciła liścik miłosny pana Steinema i swoje tłumaczenie. Mężczyzna wyrwał 

jej z ręki obie kartki, zerknął na oryginał, a potem na tłumaczenie.

- To list miłosny! - burknął wściekły.
- Costain to właśnie zostawił - powiedziała niewinnym tonem. - Widzi pan, że 

oryginał jest po niemiecku.

Gordon   milczał,   a   kiedy   minęło   pierwsze   przerażenie,   głowa   zaczęła   mu 

pracować.   Nawet   dla   najmniej   spostrzegawczego   umysłu   było   jasne,   że 
mężczyzna z pistoletem nie jest rozwścieczonym mężem, jak sądził w pierwszej 
chwili. Nie szukał też miłosnego liściku. Pozostawało jedno wytłumaczenie: to 
szpieg.

12

background image

- Musi być napisany szyfrem - odezwał się bez zastanowienia i natychmiast 

pożałował swych słów.

Napastnik   popatrzył   na   niego   z   zainteresowaniem,   jakby   ta   sugestia   go 

przekonała. Nie opuszczając pistoletu, drugą ręką wcisnął kartki do kieszeni.

- Na podłogę, obydwoje - rozkazał.
- Ależ, człowieku!... - żachnął się Gordon.
- Rób, co mówi, Gordie - powiedziała Cathy siadając na podłodze.
- Połóżcie się twarzą do ziemi, stopy blisko siebie. - Kiedy usłuchali, zwrócił się 

do Gordona: - A ty zdejmij fular i zwiąż razem wasze nogi.

Gordon   usiadł   wpatrując   się   w   pistolet,   rozwiązał   fular   i   spełnił   polecenie. 

Zostawił jednak dość luźny węzeł.

- A teraz na ziemię - powiedział mężczyzna i kiedy leżeli płasko na podłodze, 

odłożył na chwilę pistolet. - Nie próbujcie żadnych sztuczek - ostrzegł ponuro, 
zdjął rękawiczki i zawiązał mocniej węzeł.

Gordon nie miał czasu, a może odwagi, żeby cokolwiek zrobić. Intruz chwycił 

pistolet i wypadł z domu.

Oboje usiedli i zaczęli rozplątywać fular na kostkach.
-   Na   Jowisza,   to   szpieg!   -   zachrypiał   Gordon,   uszczęśliwiony   teraz,   że 

niebezpieczeństwo minęło. - Nie powinienem wspominać o szyfrze. Nieopatrznie 
podsunąłem mu dobrą myśl.

Kiedy węzeł okazał się nie do rozplatania, wyciągnął z kieszonki scyzoryk i 

poświęcił swój fular.

Uwolniwszy się w końcu, podbiegł do drzwi, ale mężczyzny oczywiście nie było 

już widać.

- Na śniegu zostały ślady. Pójdę za nim. - Wyskoczył w wieczorny mrok na ulicę.
Oszołomiona Cathy siedziała nadal na podłodze zastanawiając się, co ma teraz 

robić. Po chwili stwierdziła, że przede wszystkim musi zawiadomić o zajściu 
pana Lovella.

Gordon pojawił się po kilku minutach, ze śniegiem na włosach i ubraniu.
- Zgubiłem go za rogiem. Tam są tysiące śladów na śniegu. Jak po przemarszu 

całej armii. A on zniknął.

- Prawdopodobnie czekał na niego powóz - powiedziała Cathy.
- Boże! Nareszcie coś się zaczęło dziać, a ja nie dość, że pozwoliłem uciec temu 

pętakowi, to powiedziałem mu o zaszyfrowanej wiadomości.

Cathy biła się przez moment z myślami, lecz zdecydowała, że w tej sytuacji musi 

zdradzić bratu sekret, gdyż sama nie pójdzie szukać pana Lovella do Whitehall. 
Powie Gordonowi konieczne minimum, tylko tyle, żeby jej teraz pomógł.

- To nie był list, którego on szukał, Gordie - powiedziała.
- Co? O czym ty, do diabła, mówisz? Przecież to było po niemiecku.

13

background image

- Miłosny bilecik pana Steinema. Temu uzbrojonemu człowiekowi chodziło o 

inny list.

- Co ty wygadujesz?! Jaki list?
- Zabrał go ze sobą. Mężczyzna, który prosił o tłumaczenie. Ten intruz musiał 

śledzić pana Lovella. Lovell wyszedł pięć minut przed pojawieniem się tego typa.

- Kim, na miłość boską, jest pan Lovell?
Gordon w osłupieniu wysłuchał zwięzłej relacji siostry.
- A mnie przy tym nie było!... - powiedział, kiedy skończyła. - Traciłem czas na 

powtarzanie nieregularnych czasowników  w czasie wizyty szpiega! Dzięki ci. 
Boże, za ten miłosny bilecik. Nie muszę przynajmniej czuć się jak zdrajca. A ty 
siedzisz   tu   spokojnie   i   twierdzisz,   że   tłumaczyłaś   ściśle   tajne   dokumenty 
państwowe? Nie wierzę w ani jedno słowo z całej tej historii. Naczytałaś się za 
dużo powieści pani Radcliffe. - Popatrzył na sofę przy kominku, gdzie leżała 
rozłożona książka.

- Musisz  mi pomóc, Gordie - powiedziała z tak przejętą miną, że zaczął jej 

wierzyć. Zresztą nie wymyśliłaby sama takiej historii. - Muszę uprzedzić pana 
Lovella o wizycie tego człowieka. Lovell nie wie, że ktoś go śledzi. Grozi mu 
niebezpieczeństwo.

- Gdzie mogę znaleźć tego Lovella? - spytał Gordon.
- W Whitehall. Pracuje dla Horse Guards.
- A więc jednak szpieg! Whitehall jest dosłownie dwa kroki stąd.
- Tak, musimy tam iść. Szkoda, że lepiej nie przyjrzałam się temu człowiekowi. 

Mimo zgarbionych ramion wyglądał na wysokiego. Cała twarz oprócz oczu była 
zasłonięta. Oczy zmrużone, miał lekkiego zeza.

- Nic podobnego. Ten typ był niski. I nie miał zeza, tylko tak wyglądało, kiedy 

patrzył spode łba. Zwróciłem na to uwagę. Zerknąłem też na jego ręce, kiedy nas 
wiązał. Rozpoznałbym te ohydne łapy bez wahania.

- Nosił jakiś pierścień?
- Nie, ale ma takie krótkie, grube palce jak kuzynka Marion.
- Och... - Cathy pomyślała, że niewiele to wnosi do rysopisu. - Może pan Lovell 

będzie wiedział, kto to jest. Chodźmy szybko.

-   Chyba   nie   sądzisz,   że   pozwolę   kobiecie   mieszać   się   w   taką   sprawę!   - 

wykrzyknął naśladując sposób bycia ojca.

„Nie pozwoli” kobiecie! To przecież ona przetłumaczyła list. Cathy opanowała 

się i powiedziała spokojnie:

- Nie wiesz, jak wygląda pan Lovell.
- Skierują mnie do niego.
- Nie wiadomo, czy to jego prawdziwe nazwisko. Ten człowiek z pistoletem 

nazwał go Costain. Muszę iść z tobą, tylko ja go rozpoznam, a list był dokumen-

14

background image

tem wagi państwowej.

- Naprawdę?! - wykrzyknął Gordon. - Co tam było napisane?
- Przyrzekłam panu Lovellowi z nikim o tym nie rozmawiać.
- Do licha, mnie możesz powiedzieć. To tak, jakbyś z nikim nie rozmawiała... 

Przecież jestem twoim bratem.

-   Nawet   tobie   nie   mogę   zdradzić   treści,   ale   wiedz,   że   wiadomość   była   tak 

niezwykłej wagi, iż może mieć wpływ na przebieg wojny, Gordonie.

Gordon   zasępił   się,   mrucząc   znacząco   „hmmm...”,   wyraźnie   bardziej 

zainteresowany   okazją   do   ekscytującej   przygody   niż   przebiegiem   działań 
wojennych.

- Jeśli tak się upierasz... Chodźmy więc razem - powiedział.
- Tak, ale co powiemy mamie?
- Powiemy, że działamy dla króla i ojczyzny. To ją przekona.
- Mnie nie wypuści z domu - stwierdziła Cathy. - Poza tym obiecałam nikomu 

nie wspominać o liście. Zdradziłam się przed tobą tylko dlatego, że potrzebuję 
twojej pomocy. Powiesz mamie, że czekam na pana Steinema i że herbatę wypiję 
tutaj, w gabinecie. Będziesz musiał wykraść jakoś i znieść na dół mój kapelusz i 
płaszcz.

- Powiem, że idę dotrzymać ci towarzystwa. Zostanie z nią Rodney, więc nie 

będzie o nic pytać. Radzę ci zamknąć drzwi na klucz - dodał przed wyjściem.

Cathy   zamknęła   drzwi   i   zaciągnęła   niebieskie   aksamitne   kotary   w   oknach. 

Przeszedł ją dreszcz na myśl, że ktoś mógłby podglądać z ulicy. Miała nadzieję, że 
pan Steinem się nie zjawi, straciła przecież i jego bilecik, i swoją wersję. Napisała 
raz   jeszcze   tłumaczenie   z   pamięci   i  postanowiła   przyczepić   kartkę  do  drzwi, 
kiedy będą wychodzić. Pan Steinem odbierze swój liścik nie płacąc za przekład.

Po chwili służąca przyniosła tacę z herbatą, a niedługo potem wrócił Gordon z jej 

płaszczem i kapeluszem. Ubrała się i wyszli z domu, przyczepiwszy najpierw list 
pana Steinema pinezką do drzwi.

- Mogę za to dostać tytuł lordowski - powiedział Gordon, gdy przedzierali się w 

śnieżycy. Odległość była niewielka, nie czekali więc na powóz. - Panna Stanfield 
nie raczy pewnie nawet spojrzeć na zwykłego baroneta.

Gordon   miał   na   sobie   wysokie   buty   i   wilgoć   nie   dawała   mu   się   we   znaki, 

natomiast Cathy kompletnie przemoczyła pantofle i z zimna nie czuła prawie 
stóp. Wiatr zsunął jej kapelusz i targał włosy, ledwie przytrzymywała fruwające 
poły   płaszcza.   Nie   zwracała   jednak   na   to   uwagi.   Zaraz   spotka   się   z   panem 
Lovellem, a dla jego uznania gotowa jest przejść na piechotę przez Alpy.

W wieczornym zmroku żółte mury Whitehall wyglądały dość obskurnie. Światła 

w oknach dawały nadzieję, że zastaną jeszcze pana Lovella. Wkrótce wyłoniła się 
przed nimi wieża zegarowa Horse Guards. Weszli nie niepokojeni przez nikogo, 

15

background image

mimo że postać młodej kobiety w tym męskim przybytku przyciągnęła kilka 
zdziwionych spojrzeń.

-   Szukam   niejakiego   pana   Lovella   -   powiedział   Gordon   do   strażnika 

zdecydowanym tonem.

Mężczyzna przebiegł wzrokiem swoją listę.
-   Nie   ma   tu   żadnego   pana   Lovella,   sir.   Może   chodzi   panu   o   Admiralicję? 

Ministerstwo Marynarki Wojennej?

- A czy jest pan Costain? - spytała Cathy.
- Ma pani na myśli lorda Costaina, nowego pomocnika lorda Cosgrave’a? Tak, 

jest. Niedawno gdzieś wybiegł, ale już wrócił. Drugie piętro, trzecie drzwi na 
lewo.

- To o niego chodzi - powiedział Gordon. - Dziękuję, dobry człowieku. - Kiedy 

oddalili się trochę od strażnika, rzucił półgłosem do Cathy: - Wypadł z biura i 
zaraz wrócił. To musi być nasz człowiek.

Uwagę Cathy zwróciło coś innego:
- Powiedział o nim lord Costain!
- To bez znaczenia. Jestem pewien, że to on.
- Och tak, na pewno.
Weszli po schodach, skręcili w lewo i dotarli do trzecich drzwi. Były uchylone, a 

w pokoju paliło się światło. Mimo zdenerwowania Cathy poczuła miły dreszcz 
podniecenia. Gordon popatrzył na nią i spytał:

- A jeśli to nie on?
- Co masz na myśli?
- A jeśli ten typ, który przyniósł ci list, był zagranicznym agentem podającym się 

za   Costaina,   a   ty   przetłumaczyłaś   i   przekazałaś   mu   tak   ważne   informacje? 
Będziesz musiała się przyznać i wylądujesz w lochu twierdzy Tower.

- To musi być on - powiedziała raczej z nadzieją niż przekonaniem.
-  Ja  się  tym zajmę. Jeśli okaże  się,  że to  nie  on,  powiemy, że  to po prostu 

pomyłka,   że   szukamy   pana,   a   nie   lorda   Costaina.   Popędzimy   do   domu   i 
poprosimy o radę wuja Rodneya. Będzie wiedział, co robić. Zwróci się do kogoś 
ważnego, kto nie pozwoli wrzucić nas do lochów Tower, kiedy wyznamy, co 
zrobiłaś. Postąpiłaś odrobinę nierozważnie, moja droga. Powinnaś była wcześniej 
zwrócić się do mnie.

Cathy czuła serce w gardle, kiedy Gordon cicho zapukał w uchylone drzwi.

Rozdział 3

Proszę! - zabrzmiał autorytatywnie głos z wewnątrz. Jego głos.
Gordon zrozumiał z uśmiechu Cathy, że wszystko w porządku. Otworzył drzwi 

i wepchnął siostrę do środka.

16

background image

- Jestem sir Gordon Lyman. - Gordon postąpił do przodu i skłonił się ceremo-

nialnie. - Czy mam honor rozmawiać z lordem Costainem?

Costain spojrzał ponad jego ramieniem na Cathy. W oczach miał mieszaninę 

zdumienia,   złości   i   oskarżenia.   Zanim   cokolwiek   powiedział,   rzuciła   się   do 
przodu.

- Stało się najgorsze, panie Lovell! To znaczy, lordzie Costain.
- Skąd zna pani moje nazwisko?
- Strażnik na dole powiedział nam, że nie ma tu żadnego pana Lovella, jest 

natomiast lord Costain.

- Nie jest pani zbyt przekonująca, panno Lyman - powiedział zamykając drzwi i 

wpatrując się w nią dziwnie przeszywającym wzrokiem. - Mało prawdopodobne, 
żeby strażnik przeskoczył z pana Lovella na lorda Costaina bez żadnej doda-
tkowej sugestii.

- Ten uzbrojony mężczyzna nazwał pana Costain - powiedziała.
- Uzbrojony? Jaki mężczyzna? - spytał.
- Przyszedł do nas i zażądał listu, który przyniósł mi pan do tłumaczenia. Musiał 

sądzić, że pismo jest dłuższe i zajmie mi więcej czasu. To znaczy, że wciąż jest u 
mnie.

- Dobry Boże! Nic się pani nie stało? Nic pani nie zrobił?
- Nie. - Troska w jego głosie sprawiła Cathy przyjemność.
- Ogromnie mi przykro, że panią w to wplątałem, panno Lyman. Ten człowiek... 

Może go pani opisać?

-   Niezbyt   dokładnie.   Był   cały   zakutany   w   płaszcz   i   chustę,   ale   to   wysoki 

mężczyzna, o skośnych oczach.

- Niski, o zwykłych oczach, po prostu je zmrużył - wtrącił Gordon. - I miał 

grube, krótkie palce.

- Mnie wydał się wysoki - upierała się Cathy.
- To dlatego, że sama jesteś kurduplem - stwierdził brat.
Costain popatrzył na oboje, powstrzymując lekki uśmiech.
- Proszę, niech państwo usiądą - odezwał się.
Jego najgorsze podejrzenia stały się rzeczywistością. Postrzelony braciszek znal 

już tajemnicę.

Po kwadransie wszystko zostało nareszcie wyjaśnione.
-   I   dlatego   musiałam   powiedzieć   Gordonowi,   chciałam   od   razu   pana 

poinformować,   że   ktoś   pana   śledzi,   a   nie   mogłam   wyjść   sama   w   nocy   - 
podsumowała Cathy.

Costain z dłonią przy czole w skupieniu przemierzał pokój.
- Kim może być ten mężczyzna?
Ich   opis   wprowadzał   jedynie   zamieszanie   do   sprawy.   Wysoki   i   niski,   o 

17

background image

skośnych, zwykłych i zmrużonych oczach, z krótkimi palcami.

- Musiał iść za mną z tego budynku. Zastanawiam się, czy Cosgrave nie kazał 

mnie śledzić.

- Lord Cosgrave? - spytał Gordon. Jego twarz wyrażała święte oburzenie.
- Tak, to mój bezpośredni przełożony. 
Gordon natychmiast się podniósł.
- Rozumiem. Najlepiej będzie, jeśli już pójdziemy. Prawda, Cathy? - spojrzał na 

siostrę.

Costain   wiedział,   że   stracił   zaufanie   młodzieńca.   Zdrowy   rozsądek 

podpowiadał, że następnym  krokiem młokosa  będzie poinformowanie  o całej 
sprawie Cosgrave’a. Błyskawicznie postanowił zdobyć serca obojga swoich gości, 
a gdy lord Costain podjął postanowienie, że użyje swego uroku osobistego, nawet 
tygrysa zmieniłby pewnie w kotka.

- Proszę pozwolić mi wyjaśnić sytuację - powiedział. - Teraz, gdy pozyskałem 

tak inteligentnych i zaufanych wspólników dla naszej sprawy, widzę, iż muszę 
wyjawić wszystko. Oczywiście liczę na państwa całkowitą dyskrecję. Kieliszek 
sherry? Jego łaskawość przysłał mi kilka skrzynek z Northland Abbey. Może 
słyszeli państwo o księciu Halfordzie, mym ojcu?

Nie   przerywając   podszedł   do   szafki   i   wyjął   srebrną   tacę   z   kryształowymi 

kieliszkami i karafką sherry. Gordon zawahał się. Słowa „inteligentni i zaufani 
wspólnicy dla sprawy” brzmiały mu wciąż w uszach. Cathy udało się zachować 
obojętny wyraz twarzy, mimo wrażenia, jakie zrobiła na niej wzmianka o księciu i 
słynnym  Northland,  jednej   z  najwspanialszych  posiadłości   w hrabstwie  Kent. 
Nawet na mamie zrobi wrażenie fakt, że pan Lovell jest synem księcia.

- Może niewielki kieliszek - odpowiedział Gordon zajmując na powrót swoje 

miejsce. - Nie zdążyliśmy wypić dziś po południu herbaty. Nie uskarżam się, 
oczywiście! Straciliśmy jednak smakowity podwieczorek.

- Kiedyś lubiłem herbatę, lecz w Hiszpanii nabrałem upodobania do sherry - 

powiedział Costain. Wspominał o wszystkim, co mogłoby zaimponować temu 
młodemu człowiekowi.

- Był pan w Hiszpanii? - zapytał Gordon.
Cathy   poczuła   się   trochę   zawiedziona   swoim   bohaterem.   Coraz   bardziej 

przypominał zwykłego bufona, jakich pełno w londyńskich salonach.

- Trzeci syn Halfordów zgodnie z tradycją wstępuje w szeregi armii. Odesłano 

mnie do domu z kulą w nodze. Badajos... - dodał skromnie.

- Na Jowisza! Jak moglibyśmy panu pomóc, lordzie Costain?
Następny kwadrans zajęło Costainowi przekonanie swych młodych gości do 

absolutnego milczenia na ten temat, przy czym nie wspomniał słowem o podej-
rzeniach   wobec   Cosgrave’a.   Nie   sądził,   by   postępowałem   Gordona   zawsze 

18

background image

kierował zdrowy rozsądek. Podkreślił kilkakrotnie wagę dyskrecji wokół sprawy 
i zastrzegł, żeby nie robili niczego bez konsultacji z nim osobiście.

- Ściany mają uszy - powiedział, zerkając na zamknięte drzwi. - Spotykanie się 

tutaj nie byłoby bezpieczne. To ja pojawię się u państwa w domu, żeby omówić 
szczegóły naszej współpracy.

- Może pójdę z panem dziś w nocy - powiedział Gordon.
Zdezorientowany Costain zamrugał oczami.
- Dokąd mielibyśmy pójść?
- Na wyznaczone spotkanie. W liście, który Cathy oddala temu intruzowi, była 

mowa o spotkaniu w południowo-zachodnim krańcu parku St. James o północy. 
Ponieważ ten człowiek jest przekonany, że to szyfr czy coś w tym rodzaju, byłoby 
logiczne, gdyby się tam zjawił, prawda?

- Ale jeśli to zaszyfrowany tekst, to park St. James nie oznacza wcale parku, a 

północ nie oznacza północy.

- No cóż, pewnie wkrótce domyśli się, że to nie jest szyfr i pomyśli że chodzi o 

tajne spotkanie. Może pan być pewien, że tam pójdzie.

- Może ma pan rację - z uznaniem kiwając głową powiedział Costain. - Lecz dziś 

w nocy nie skorzystam z pana pomocy, sir Gordonie.

- Co mam robić dziś w nocy? - dopytywał się Gordon.
- Powinien pan jak najczęściej bywać w towarzystwie i przyglądać się ludziom. 

Może rozpoznałby pan napastnika. Nigdy nie wiadomo, może zdradziłyby go 
oczy, a może... palce.

- Ależ to mogę zrobić w każdej chwili.
- Im szybciej pan przystąpi do poszukiwań, tym lepiej.
- Tak, ale ta straszna pogoda nie sprzyja ożywionemu życiu towarzyskiemu.
- Zła pogoda nie powstrzyma Francuzów w ich knowaniach. Czy my, Anglicy, 

mamy pozwolić im się przechytrzyć?

- Na Boga, nigdy. Będę przebijać się przez zaspy, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Costain zauważył, że panna Lyman przypatruje mu się spod oka. Ją też musi 

sobie jakoś zjednać.

- Mam nadzieję, że nie zapomniała pani o mojej wizycie dziś wieczorem?
- Nie, nie zapomniałam.
- Czy godzina dziewiąta będzie pani odpowiadać? Obiecuję, że nie zajmę zbyt 

wiele czasu.

-   Proszę   zostać   tyle   czasu,   ile   ma   pan   ochotę,   lordzie   Costain   -   powiedział 

Gordon. - Ja udam się dziś na kolację do klubu, może rozpoznam tam napastnika.

Gordon   nie   miał   ochoty   opuszczać   biura,   lecz   musiał   jeszcze   załatwić   kilka 

spraw:   wytłumaczyć   mamie,   dlaczego   w   taką   okropną   pogodę   wychodzi 
wieczorem na miasto i zmusić swego lokaja do zawiązania mu fularu w taki 

19

background image

modny węzeł, jaki nosi lord Costain. Odstawił kieliszek i wstał.

- Cathy, czy możemy już iść?
- Tak. Oczekuję pana dziś wieczorem, milordzie.
Costain ujął jej dłoń i z uśmiechem spojrzał w oczy.
- Czas będzie mi się niepomiernie dłużył do naszego ponownego spotkania.
Wyszli, w drodze do domu niewiele rozmawiali. To nie szarpiący płaszcze i 

gwiżdżący w uszach wiatr zmuszał do milczenia - oboje pochłonięci byli swoimi 
myślami.

Costain   rzucił   się   na   fotel   i   zapatrzył   w   ich   puste   kieliszki.   Co  on   narobił? 

Wplątał w sprawę dwoje dzieciaków i jeśli nie weźmie ich mocno w garść, gotowi 
są rozpaplać całemu światu o swojej błyskotliwej karierze wywiadowczej.

Uczciwie musiał jednak przyznać, że to całkowicie jego wina. To on wciągnął ich 

w to wszystko i na nim spoczywa teraz odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i 
dyskrecję. Do tej pory okazali się pomocni. To miło ze strony panny Lyman, że 
uprzedziła go, iż jest śledzony. Kto to może być? Burack, ten spokojny człowiek, 
który zajmuje pokój obok i tak chełpi się swoją rzetelnością w pracy? Czy może 
prawa ręka Cosgrave’a, Harold Leonard? A może autentyczny francuski szpieg, 
jak podejrzewają Lymanowie? Francuz mógł śledzić Jonesa, zauważyć, że ten był 
w dziale tłumaczeń i obserwować, kto wychodzi zaraz potem. I o północy może 
kręcić się po parku St. James, żeby sprawdzić, czy ktoś się nie pojawi. Costain nie 
był jednak przekonany do tej wersji.

W  domu   przy   King   Charles   Street   lady   Lyman   czekała   na   powrót   swych 

latorośli, w najwyższym stopniu poruszona ich niespodziewanym zniknięciem. 
Gdy weszli, siedziała w wygodnym fotelu przy kominku, a koronkowy szary 
czepek na jej głowie drżał pod wpływem irytacji starszej pani. Na pełnej twarzy 
malowało się rozdrażnienie.

- Wykradać się z domu, nie powiedziawszy mi słowa, w taką zawieję!... Zupełnie 

zniszczyłaś nowe pantofle, Cathy, nie wspomnę już o wspaniałej herbacie, której 
nawet nie skosztowaliście. Jakaż to ważna sprawa nie mogła poczekać?

- Mówiłem już - odezwał się Gordon. - Zdarzył się wypadek na rogu ulic. Powóz 

przewrócił się do góry kołami. Jak mogłaś nie usłyszeć tego hurgotu,  mamo, 
chyba  zupełnie  ogłuchłaś.  W  zaprzęgu  musiał być  kulawy koń,   potknął się  i 
pociągnął wszystko za sobą.

-   Wiedziałam,   że   prędzej   czy   później   dojdzie   do   wypadku   -   stwierdziła   z 

satysfakcją   lady  Lyman.   -  Jak  można   zezwalać   na   ruch  po   ulicach   tak   wielu 
dyliżansom i wozom z towarami. A teraz oboje szybko przebierzcie się do kolacji.

- Ja wychodzę dziś wieczorem, mamo - powiedział Gordon. - Spotkałem kolegę 

ze szkolnej ławy, właśnie na rogu, przy wypadku. Co za straszny tłum tam się 

20

background image

zebrał...

- Spotkaliśmy również lorda Costaina - dodała Cathy. - Pytał, czy może nas 

odwiedzić wieczorem.

Słowo „lord” wyraźnie poprawiło nastrój lady Lyman.
-   Ach!   A   kim   właściwie   jest   lord   Costain?   Nie   przypominam   sobie   tego 

nazwiska. Hrabia czy markiz? - Spojrzała na syna, przekonana, że przez niego się 
poznali.

- Baron. Trzeci syn księcia Halforda. Był w Hiszpanii.
- Syn księcia Halforda? - Z zachwytu podskoczyła w fotelu. - Dlaczego od razu 

nie powiedziałeś? Kiedy ma przyjść? Cathy, biegnij na górę i każ Margold zrobić 
coś z twoją fryzurą. Wyglądasz jak ofiara sztormu. Gordonie, nie wiedziałam, że 
znasz lorda Costaina. Jak się poznaliście?

- Ależ jego można spotkać wszędzie.
- Tak, ale gdzie?
Cathy zręcznie wymknęła się na górę, pozostawiwszy wymyślenie odpowiedzi 

bratu.

Starannie   wybrała   toaletę:   najelegantszą   suknię   z   zielonej   tafty   z   mocno 

marszczoną   spódnicą.   Włożyła   też   niewielki   szmaragdowy   naszyjnik,   który 
zwykle nosiła tylko na bale. Doskonale wiedziała, że nie może liczyć na zaloty 
takiego   światowca   jak   lord   Costain.   Postanowiła   solennie,   że   się   w   nim   nie 
zakocha. Miał w sobie coś, co ją odpychało, był jednak przystojny i należał do 
najlepszego towarzystwa - chciała zrobić dobre wrażenie.

Margold, pokojówka jej i mamy, wysuszyła wilgotne loki i ułożyła je en corbeille

wplatając we fryzurę zieloną wstążkę dla podkreślenia kasztanowatego odcienia 
włosów. Cathy zarzuciła na ramiona obszyty frędzlami szal i zeszła na dół.

-   Bardzo   ładnie,   moja   droga   -   stwierdziła   lady   Lyman   uważnie   lustrując 

szczegóły stroju córki. - Czyż ona nie wygląda uroczo, Rodney?

Rodney podniósł siwą głowę znad gazety i mruknął pod nosem coś, co miało 

oznaczać   aprobatę.   Naprawdę   myślał   teraz   tylko   o   kolacji.   Zapach   pieczeni 
baraniej   wypełniał   dom,   a   jedzenie   i   picie   stanowiły   jedyne   przyjemności 
zmysłowe, jakie mu pozostały. Przecież nawet mól książkowy potrzebuje czasem 
jakiejś zmysłowej podniety.

- Czy Steinem odebrał list? - spytał Cathy.
-   Tak,   wuju.   -   Listu   nie   było   na   drzwiach   wejściowych,   kiedy   wrócili   z 

Gordonem,   a   na   progu   leżało   pół   korony.   Steinem   z   pewnością   zabrał   list   i 
zostawił zapłatę.

Podczas kolacji honorowe miejsce po prawicy lady Lyman zajmowało na stole 

dzieło „Debretfs Peerage” - wykaz parów Wielkiej Brytanii. Szukała wszelkich 
informacji   na   temat   Halfordów.   Pochlebiało   jej,   że   lord   Costain   słyszał   o   ich 

21

background image

rodzinie i doszła do wniosku, iż to matka musiała mu o nich napomknąć. Przed 
ślubem nazywała się lady Mary Spencer, a lady Lyman poznała kiedyś pewną 
lady Margaret Spencer, najprawdopodobniej jej siostrę.

Kiedy lord Costain pojawił się o wpół do dziesiątej, lady Lyman była całkowicie 

pochłonięta   snuciem   planów   zorganizowania   skromnego   przyjęcia   w   celu 
uczczenia zbliżających się świąt Bożego Narodzenia oraz w celu usidlenia lorda 
Costaina.

Panna Lyman siedziała natomiast jak na szpilkach. Zupełnie zesztywniała na 

odgłos kołatki u drzwi. A gdy wszedł do pokoju, w duchu przyznała uczciwie, że 
nigdy dotąd nie widziała tak przystojnego mężczyzny. Nie wyobrażała sobie, by 
mógł wyglądać lepiej niż dzisiejszego popołudnia w biurze, lecz teraz zdała sobie 
sprawę, że się myliła. Uroczy kontrast między śnieżnobiałą koszulą a jego śniadą 
cerą, lekki rumieniec wywołany wietrzną pogodą i nieskazitelnie skrojone czarne 
ubranie sprawiły, że wyglądał jeszcze bardziej pociągająco.

Podszedł bliżej, uśmiechnął się krótko do Cathy i złożył elegancki ukłon przed 

lady Lyman i jej bratem Rodneyem Reynoldsem.

-  Proszę   usiąść,   lordzie   Costain   -  powiedziała   matka.   -  Co   za   niewdzięczna 

pogoda do spacerów. Nie do takiego klimatu przyzwyczaił się pan w Hiszpanii.

- Taka zmiana ma też zalety. Hiszpanie nigdy nie widują śniegu. Mam wrażenie, 

że pogoda zaczęła się poprawiać. Wyjrzał księżyc, można więc mieć nadzieję, że 
śnieżyca ustała.

Myśli lady Lyman najdalsze były w tej chwili od kaprysów pogody.
- Jak miewa się pana szanowna matka? - spytała i sięgnęła po dzwoneczek. Gdy 

zjawił się lokaj, poprosiła natychmiast o herbatę, gdyż „lord Costain z pewnością 
jest skostniały z zimna”.

Trzaskające polana w kominku przyprawiały go raczej o parowanie z gorąca, ale 

cieszył   się,   że   udało   mu   się   uniknąć   krzyżowego   ognia   pytań.   Wiedział, 
oczywiście, dlaczego świetny kandydat na męża tak miło przyjmowany jest w 
domu, gdzie mieszka panna na wydaniu. Jeszcze jeden powód do zachowania 
ostrożności.

Zrozumiał od razu manewr lady Lyman, gdy stwierdziła, że odrobinę jej za 

ciepło przy kominku i że musi zamienić stówko z Rodneyem. Chciała zostawić go 
sam na sam z panną Lyman. Ponieważ i tak czekał na tę sposobność, wstał z 
uśmiechem i szarmancko pomógł gospodyni poprawić szal.

Kiedy   odeszła,   usiadł   w   fotelu   obok   Cathy.   Pochyliła   się   i   szepnęła 

konfidencjonalnie:

- Gordon wyszedł do miasta, tak jak pan sugerował. Czy dowiedział się pan 

czegoś o napastniku?

- Jeszcze nie, ale zamierzam udać się na spotkanie o północy. Nie wspominała 

22

background image

pani nikomu o tym wszystkim?

- Nie! Może pan liczyć na moją całkowitą dyskrecję.
- Byłem tego pewien - powiedział rzucając jej pełne uznania spojrzenie. Ani 

myślał omawiać spraw służbowych z postronnymi osobami i zręcznie zmienił 
temat:

- Czym zajmuje się pani w chwilach wolnych od zadań wywiadowczych, panno 

Lyman? - spytał z kpiącym uśmiechem.

- Pomagam wujowi w niektórych tłumaczeniach i przepisuję na czysto tekst 

książki, którą wuj przekłada. Studiuję też włoski, gdyż kiedy Gordon wyjedzie na 
placówkę do Włoch, po wstąpieniu do służby dyplomatycznej, oczywiście, będę 
mu towarzyszyła w podróży.

- Och, a więc sir Gordon planuje karierę dyplomatyczną? - „Boże, miej Anglię w 

swojej opiece” - pomyślał.

- Tak, podobnie jak nasz ojciec.
- Studia nad włoskim nie zajmują pani z pewnością całego czasu? Miałem na 

myśli rozrywki.

- Jak wszyscy... - odparła mgliście. - Przyjęcia, teatr, powieści, poezja. Rozumie 

pan...

Przypomniał   sobie   uwagę   Castlereagha,   że   dziewczyna   nie   udziela   się 

towarzysko i poczuł, że najlepiej będzie wrócić do tematu lektur.

- Z pewnością jest pani wielbicielką Byrona? - spytał.
- Nie, u Byrona jest zbyt wiele szalonych pomysłów i niesamowitych zdarzeń jak 

na mój gust. Wolę panią Radcliffe.

-   Wydawało   mi   się,   że   nie   ustępuje   nikomu   w   szalonych   pomysłach   i 

niesamowitych zdarzeniach! - stwierdził ze śmiechem.

- Tak, ale jej niewiarygodne historie są przynajmniej... - Zmarszczyła brwi.
- Prawdopodobne? - podpowiedział.
-   Niezupełnie,   lecz   mogę   postawić   się   na   miejscu   bohaterki,   ponieważ   jest 

dziewczyną.   Natomiast   postacie   Byrona   są   dla   mnie   zbyt   heroiczne.   Bardziej 
przypominają pana - powiedziała z błyskiem w oczach.

- Heroiczny! Pani raczy żartować sobie ze mnie! Daję słowo, nie ma pani dla 

mnie litości.

- Doprawdy, nie zamierzałam pana urazić, milordzie. - Cathy zarumieniła się 

wdzięcznie. - Pomyślałam o pańskim pobycie w Hiszpanii i o pańskim tytule.

Costain przyglądał jej się uważnie przez chwilę.
- To określenie nie oznacza chyba aprobaty. Sądzę raczej, że pomyślała pani o 

tym błazeńskim występie w moim biurze dziś po południu, panno Lyman. Nie 
najlepiej to wypadło, ale chodziło mi o pani brata. Chciałem jedynie przeciągnąć 
go na swoją stronę.

23

background image

Cathy odpowiedziała po krótkim namyśle:
-   Tak,   Gordon   jest   młody   i   na   tyle   niemądry,   by   zachłystywać   się   takimi 

rzeczami.

- Które nie są w stanie zaimponować tak wiekowej osobie jak pani... - Przyglądał 

jej się kpiąco. - Nie zauważyłem śladu siwizny w pani tycjanowskich puklach. W 
jakim wieku młoda dama wyrasta z takich dziecinnych niedorzeczności?

- Sądzę, że to zależy od młodej damy.
- I od jej wychowania. Podobno podróżowała pani za granicą?
- Byłam wtedy za młoda, żeby to docenić. A teraz, kiedy jestem starsza... - 

Umilkła, zastanawiając się, jak dała się wciągnąć w tak osobistą rozmowę. - Mó-
wiliśmy jednak o poważniejszych sprawach. Chcę pana zapewnić, że jestem do 
dyspozycji we wszelkich zadaniach, jakie miałby pan dla mnie. Rozmawiałam z 
Gordonem,   oczywiście   w   cztery   oczy.   Zgodziliśmy   się,   że   najbardziej 
prawdopodobnym   miejscem   spotkania   napastnika   są   okolice   budynku   Horse 
Guards, przejdziemy więc jutro tamtędy kilka razy. Nie wejdziemy do środka, 
jeśli   uważa   pan   to   za   ryzykowne,   lecz   ponieważ   mieszkamy   niedaleko,   nie 
wzbudzimy żadnych podejrzeń spacerując tam wcześnie rano, kiedy pracownicy 
przychodzą do biura, w południe, kiedy wychodzą na posiłek, i raz jeszcze pod 
koniec dnia.

Costain zrozumiał, że nie uniknie delikatnego tematu tak łatwo, jak myślał. Pojął 

również, że młodzi pomocnicy dadzą mu się we znaki.

- Może lepiej byłoby wziąć powóz. Napastnik na pewno rozpoznałby państwa, 

nawet   jeśli   wy   nie   dojrzelibyście   jego.   Państwa   obecność   obudziłaby   jego 
podejrzenia.   Krótka   przejażdżka   w   godzinach,   o   których   pani   wspomniała, 
zupełnie wystarczy.

Widział, że jest rozczarowana tą namiastką zadania. Na pocieszenie dodał:
- Będę państwa informował o wszelkich ważnych wydarzeniach, oczywiście. Nie 

chciałbym zabierać państwu całego dnia.

- Nic nie jest dla mnie ważniejsze niż pomoc panu, lordzie Costain. I mam 

nadzieję, że nie odbiera pan tego jako narzucania się.

- To bardzo miłe z pani strony.
Udało   mu   się   znów   sprowadzić   rozmowę   na   tory   literatury   i   teatru,   a   po 

półgodzinie wstał, by się pożegnać.

-   Pół   godziny.   Bardzo   taktowna   wizyta   -   stwierdziła   lady   Lyman   po   jego 

wyjściu. - Kiedy znów nas odwiedzi, Cathy?

- Wkrótce, mamo.
-   Czy   Boże   Narodzenie   spędzi   w   Londynie?   Pamiętasz   o   raucie,   który 

zaplanowaliśmy?

Ponieważ   pomysł   powstał   wyłącznie   ze   względu   na   Costaina,   lady   Lyman 

24

background image

chciała być pewna, że nie zabraknie go wśród gości.

- Nie spytałam go.
- Głuptasie! Zapytaj przy następnej okazji. Nie będę brać na siebie całego kłopotu 

urządzania tego przyjęcia, jeśli on pojedzie na święta do rodzinnego Northland 
Abbey.

- Nie myśl, że on się do mnie zaleca, mamo - powiedziała z powagą Cathy.
- Nie zaleca się do ciebie, a chodzi po mieście w taki wieczór i siedzi z głową tuż 

obok twojej, szepcząc coś przez pół godziny? Moje dziecko, trochę wiem o życiu. 
Ten młodzieniec ruszy do boju jeszcze przed końcem zimy. Muszę zajrzeć do 
Debretfs   Peerage   i   sprawdzić,   jaka   posiadłość   przypada   trzeciemu   synowi. 
Szkoda, że nie jest najstarszym synem - markizem, ale w końcu baron to też 
dobrze.

Mama usiadła z książką koło lampy, Rodney udał się do gabinetu, a Cathy przy 

kominku czekała na powrót Gordona.

Rozdział 4

Gordon wrócił o jedenastej, zmarznięty, zły i absolutnie przekonany, że lord 

Costain jest tak przebiegły, jak sądził na początku.

- Musimy porozmawiać - powiedział przechodząc obok Cathy w salonie, po 

czym zbliżył się do matki, by krótko zrelacjonować, jak spędził wieczór.

- Wszędzie pustki. Można by strzelać z działa na Bond Street i nie drasnąć żywej 

duszy. Przemarzłem do szpiku kości, natychmiast idę do łóżka. Dobranoc.

Jego   naglące   spojrzenie   sugerowało,   by   Cathy   również   jak   najszybciej   się 

pożegnała.

Po kilku minutach spotkali się na schodach na górze.
- Przyszedł? - spytał Gordon. Nie musiał tłumaczyć, o kogo chodzi.
- Tak, zgodnie ze swoją obietnicą.
- Co mówił?
- Chce, żebyśmy jutro śledzili okolice Whitehall ukryci w powozie. Napastnik 

mógłby nas rozpoznać.

Perspektywa   kolejnej   przygody   poprawiła   Gordonowi   humor   i   nieco   lepiej 

nastawiła go do Costaina.

- Dobra myśl. Dziś w nocy pójdę do parku, na wszelki wypadek - powiedział.
- Powiedział ci, że się tym zajmie.
- Jak byś się poczuła, gdyby znaleziono jego trupa w jakimś rowie? - spytał 

złowieszczo Gordon. - Muszę tam iść. Wydaje mi się, że Costain tego oczekuje, ale 
obawia się narażać kogoś z zewnątrz. Etyka zawodowa... - dorzucił z tajemniczą 
miną.

Cathy   wyobraziła   sobie   ścięte   rysy   pięknej   twarzy   lorda   Costaina   i   jego 

nieruchome ciało porzucone w rowie. Zdecydowała bez zastanowienia:

25

background image

- Idę z tobą.
Wciąż   nie   była   pewna,   czy   jest   zakochana   w   Costainie,   lecz   rozmowa 

dzisiejszego   wieczoru   przechyliła   szalę   na   korzyść   takiej   możliwości.   Gdy 
rozmawiali we dwoje nie robił wrażenia takiego bufona jak przy Gordonie. Poza 
tym rosyjska księżniczka Katarzyna Bagration poradziła jej, kiedy Cathy miała 
czternaście lat, by jak najszybciej pozwoliła sobie złamać serce - w przyszłości 
będzie   dzięki   temu  odporniejsza   na   strzały   Kupidyna.   Lord   Costain  świetnie 
pasował do roli pożeracza damskich serc.

- To zadanie dla mężczyzny - stwierdził protekcjonalnie Gordon.
- Wymkniemy się przez drzwi z gabinetu - brzmiała odpowiedź. - Rodney nie 

pracuje dziś w nocy. Weźmiesz pistolet?

Gordon skapitulował. Mimo iż czuł się mniej więcej mężczyzną, Cathy była od 

niego starsza o pięć lat i w pewnym sensie przywykł do podporządkowywania 
się jej woli.

- Nie mam pistoletu. Swoją broń trzymam w Manton’s Shooting Gallery. Muszę 

przynieść ją do domu, teraz może się przydać.

- W takim razie musimy uzbroić się w coś innego. Weź swoją laskę, a ja zabiorę 

laskę wuja.

- Lepiej zdejmij naszyjnik. Spotkamy się w gabinecie o wpół do dwunastej.
- Park jest pięć minut stąd.
- Strzeżonego pan Bóg strzeże. Pójdziemy wcześniej i ukryjemy się w zaroślach.
- Masz rację.
Cathy   pobiegła   do   swego   pokoju.   Zdjęła   naszyjnik   i   zmieniła   suknię   na 

cieplejszą, po tym jak wymarzła dziś po południu. Włożyła solidne buty, płaszcz i 
otuliła się wełnianym szalem, który mógł również posłużyć do zakrycia głowy, 
jeśli byłaby taka konieczność.

Spotkali   się   w   gabinecie   o   umówionej   porze.   Gordon   przyszedł   wcześniej   i 

zapalił lampę. Rzucił okiem na siostrę i stwierdził:

- Dzięki Bogu, na dworze jest ciemno. Wyglądasz jak żebraczka. Wstyd się z tobą 

pokazać. Trzymaj. - Podał jej laskę wuja, zgasili lampę i cicho wymknęli się z 
gabinetu.

- Masz klucz? - spytał Gordon, zanim zamknął drzwi.
- Nie.
- Musimy więc zostawić je zamknięte tylko na klamkę, żeby potem dostać się do 

domu. W gabinecie nie ma nic wartego kradzieży.

Ruszyli po świeżym śniegu. Zamieć przeszła, a na czarnym niebie połyskiwały 

gwiazdy.   Ostry,   zimny   wiatr   smagał   ich   twarze.   Nikogo   nie   było   w   zasięgu 
wzroku, lecz na śniegu zauważyli jakieś ślady. Słyszeli tylko wiatr poruszający 
gałęziami drzew i stłumiony śniegiem odgłos własnych kroków.

26

background image

Wkrótce   ukazał   się   czarny,   groźny   zarys   parku  St.   James  -   dziewięćdziesiąt 

akrów   mrocznej   przestrzeni.   Nagie   gałęzie   rysowały   się   ostro   na   tle   nieba. 
Nietknięta powierzchnia śniegu sugerowała, że przyszli pierwsi.

- Nie powinniśmy zostawiać śladów. Mogłyby spłoszyć szpiega - powiedział 

Gordon.

Poszli na zachód wzdłuż Birdcage Walk, weszli do parku od południowej strony 

i   między   drzewami   przedarli   się   z   powrotem   do   południowo-zachodniego 
krańca. Mgła unosząca się nad jeziorem wypełniała powietrze wilgocią. Według 
Gordona   spotkanie   miało   się   odbyć   nie   w   głębi   parku,   lecz   na   jego   skraju. 
Ustawili się więc za gęstymi krzewami niedaleko narożnika parku, przykucnęli i 
czekali.

Od czasu do czasu rozlegały się głosy nocnych zwierząt, co przyprawiało ich o 

dodatkowy dreszcz emocji. Gordon skarżył się, że palce odpadają mu z zimna, nie 
czuje nóg i z pewnością złapie śmiertelne zapalenie płuc. Nigdy dotąd jednak nie 
bawił   się   tak   wyśmienicie.   Jakiś   samotny   mężczyzna   przeszedł   w   polu   ich 
widzenia po Birdcage Walk.

- To chyba lord Eldon, prawda? - szepnął Gordon. - Rozpoznałbym go na pięć 

mil.

Mężczyzna nie zatrzymując się poszedł dalej.
Za   dziesięć   dwunasta   według   zegarka   Gordona   dostrzegli   człowieka,   który 

wślizgnął się ukradkiem do parku i stanął za drzewem. Podobnie jak oni wybrał 
okrężną drogę, żeby nie zostawić śladów na śniegu w okolicy miejsca spotkania.

- To Costain! - w podnieceniu stwierdziła Cathy. - Przyszedł wcześniej, tak jak 

my. Damy mu znak, że tu jesteśmy?

- Lepiej nie. Siedźmy cicho i obserwujmy, co się dzieje.
Po chwili na skraju parku zatrzymał się powóz i wysiadł z niego mężczyzna w 

wieczorowym stroju. Zatrzymał się, rozejrzał dookoła, a potem zniknął w mroku.

- Czy to nasz napastnik? - szepnęła Cathy.
- Nie mam pojęcia. Zaczekamy, kto jeszcze się pojawi.
Następną   postacią   okazała   się   dama,   która   podjechała   eleganckim   czarnym 

powozem. Towarzyszył jej jakiś służący. Kobieta była wysoka, szczelnie otulona 
czarnym płaszczem. Mężczyzna, który pojawił się po Costainie, podbiegł do niej i 
oboje wsiedli do powozu damy, który jednak nie ruszył od razu.

- A może szpiegiem jest kobieta? - powiedziała ze zmarszczonym czołem Cathy.
- Bardziej prawdopodobne, że ta dama jest mężczyzną - odparł Gordon. - Była 

wysoka   jak   drabina.   Do   kroćset,   to   mężczyzna   w   przebraniu.   Musimy   ich 
zaczepić, jakoś zatrzymać.

- A może lepiej ich śledzić?
- Nie mamy powozu. Dlaczego, do diabła, Costain nic nie robi?

27

background image

W tym momencie powóz ruszył. Gordon wychylił się z ukrycia i krzyknął:
- Lordzie Costain! Ma pan zamiar siedzieć spokojnie i patrzeć, jak uciekają? - 

Echo jego głosu przerwało nocną ciszę.

Costain odezwał się zaskoczony:
- Sir Gordon?
- Oczywiście, że to ja. Gońmy ich.
Gordon rzucił się w stronę, skąd dobiegł głos Costaina, a Cathy tuż za nim. Ta 

noc okazała się sromotnym rozczarowaniem. Spodziewała się po swym bohaterze 
heroicznych   czynów,   ataku,   strzałów   z   pistoletu   albo   chociaż   aresztowania 
złoczyńców.

- Costain? - zawołał znów Gordon.
Stał   wśród   drzew   i   nigdzie   go   nie   mógł   dojrzeć.   Dlaczego   nie   odpowiada? 

Usłyszał szarpaninę w krzakach nieopodal, a potem odgłos szybko oddalających 
się kroków.

- Na Jowisza, wziął nogi za pas i zniknął. Costain! - zawołał za uciekającym. - To 

już przechodzi ludzkie wyobrażenie! - Wściekły postąpił krok naprzód, zachwiał 
się i runął twarzą na ziemię. Powietrze przeszył jego nieludzki jęk.

- Co się stało, Gordie? - Cathy pochyliła się, żeby pomóc mu wstać.
- Ciało! Leżę na czyimś ciele!
Poderwał się, jakby ciało było zarażone dżumą. Po chwili przyjrzał się i zobaczył 

ciemną głowę postaci w czarnym płaszczu.

- Lepiej sprawdźmy, kto to jest - głucho stwierdził Gordon.
Właściwie już się domyślał. Ciemna głowa wydawała się znajoma. Ukucnął i 

delikatnie odwrócił ciało.

Cathy zobaczyła bladą twarz lorda Costaina. Ciemna strużka spływała mu po 

skroni we włosy. Nigdy w życiu nie zemdlała, teraz jednak zrobiło jej się ciemno 
przed oczami i musiała chwycić się brata, by nie upaść.

- Zabiłeś go! - wydusiła bez tchu.
- Ja? Ależ skądże! Nie mam nawet pistoletu.
Pochyliła się i dotknęła policzka Costaina.
- Jest zimny - powiedziała.
- Oczywiście, że zimny, leży przecież na śniegu. Sprawdź serce.
Drżącymi   dłońmi   odchyliła   połę   płaszcza   i   wsunęła   rękę   pod   żakiet.   Pod 

palcami poczuła ciepło emanujące z szerokiej piersi. Wyczuła też słabe bicie serca. 
Popatrzyła na jego nieruchomą twarz, jakby nie żyt, i serce przestało jej bić.

- Natychmiast sprowadź lekarza - powiedziała.
Costain zamrugał powiekami, otworzył oczy i spojrzał na nią półprzytomnie.
- Lewe skrzydło! - powiedział. - Na miłość boską, osłaniajcie lewe skrzydło! Są 

ich setki.

28

background image

Cathy odskoczyła do tyłu.
- On bredzi, Gordonie.
- Chyba wydaje mu się, że jest w Hiszpanii. W każdym razie żyje. Costain!...
Lord   Costain   spojrzał   w   niebo   i   zmarszczył   brwi.   Co   to   jest,   to   białe   na 

drzewach? Śnieg? Śnieg!

-   Boże...   -   wymamrotał   i   usiadł   potrząsając   głową.   -   Widzieliście   go? 

Przyjrzeliście mu się dobrze?

- Widzieliśmy tyle, co trzeba - powiedział Gordon. - Dlaczego pan za nim nie 

poszedł? Według mnie dama, z którą się spotkał, to przebrany mężczyzna.

- Nie, to była Angelina Mc... er, prawdziwa kobieta. Bilecik okazał się po prostu 

miłosnym liścikiem i niczym więcej. Wasz napastnik niesłusznie  uwierzył, że 
treść jest napisana jakimś szyfrem. Pytałem, czy przyjrzeliście się człowiekowi, 
który zdzielił mnie w głowę.

- Nie mieliśmy nawet pojęcia, że jest w parku - odpowiedział Gordon. - Musiał 

przyjść inną drogą i przemknąć się za panem.

- Lepiej się pan czuje, lordzie Costain? - spytała Cathy.
Niepewnie sięgnął ręką do głowy.
- Tak, niech tylko przestanę widzieć podwójnie...
Gordon   pomógł   mu   wstać   i   podtrzymał,   dopóki   Costain   nie   odzyskał 

równowagi.

- Lekarz musi obejrzeć tę ranę, lordzie Costain - powiedziała Cathy.
Wyjął chusteczkę i wytarł krew na skroni.
- Skąd wzięliście się tutaj? - spytał przytomniejszym tonem. - Powiedziałem 

przecież, że się tym zajmę. To nie jest miejsce dla damy, panno Lyman.

- Też jej to mówiłem, ale to jak rzucać grochem o ścianę - stwierdził Gordon. - Z 

drugiej strony dobrze, że przyszliśmy. Inaczej leżałby pan w śniegu całą noc i 
dostał zapalenia płuc. Idź do domu, Cathy. Zawiozę Costaina do lekarza. Czy 
przyjechał pan powozem, milordzie?

- Nie, wynająłem fiakra, lecz świetnie dam sobie radę - zapewnił. - Proszę zabrać 

siostrę do domu, sir Gordonie.

- Nie zostawimy pana w takim stanie na ulicy - powiedziała stanowczo Cathy. - 

Mieszkamy dwa kroki stąd. Musi pan najpierw pójść z nami. - Odwróciła się do 
Gordona. - Zaprowadzimy go do gabinetu. Nikt nie zauważy.

- Doskonały pomysł. Dobrze, że pomyślałem o zostawieniu otwartych drzwi.
-  Proszę  tylko pomóc  mi znaleźć  dorożkę  - protestował Costain.   -  Nie chcę 

sprawiać państwu więcej kłopotu.

Nigdzie nie widać było jednak żadnej dorożki, a gdy dotarli do King Charles 

Street, Costain poczuł się tak słaby, że zgodził się odrobinę odpocząć. Pomogli mu 
wejść  po schodkach  prowadzących do gabinetu i posadzili na kanapie  przed 

29

background image

zimnym   kominkiem.   Gordon   zajął   się   rozpalaniem   ognia,   a   Cathy   podała 
Costainowi kieliszek sherry.

- Poproś Simmonsa o dzbanek wody i plaster, Gordonie - poleciła bratu Cathy. - 

Powiedz mu, że skaleczyłeś się w palec.

Gordon obwiązał sobie rękę chusteczką do nosa wyszedł poszukać Simmonsa. 

Po chwili przyniósł do gabinetu wszystko, co potrzebne.

- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu - powtórzył dwa czy trzy razy Costain, 

kiedy Cathy opatrywała mu ranę. Był bardzo blady.

- Mam nadzieję, że nie bardzo boli - powiedziała, przecierając ostrożnie rozcięcie 

na skroni.

Uśmiechnął się słabo i powiedział:
- Nasze pielęgniarki w Hiszpanii nie miały tak delikatnego dotyku.
Kiedy pochylona nad nim Cathy kończyła opatrunek, zauważył cień ciemnych 

rzęs na jej policzku. Potem podniosła oczy i zobaczył w nich prawdziwą troskę. 
Jego   spojrzenie   wywołało   rumieniec   na   jej   twarzy.   Gdy   odsunęła   się,   żeby 
poprawić mu poduszkę, Costaina uderzyło, jaka jest drobna. Poczuł się dziwnie 
poruszony. Uroda panny Lyman nie należała do rodzaju, który zwala mężczyznę 
z nóg od pierwszego wejrzenia. To był raczej jakiś spokojny urok, który można 
docenić dopiero po pewnym czasie. Wydała mu się nieśmiała.

- Pewnie przeklina mnie pani w duchu - powiedział,
- Wprost przeciwnie, milordzie. To nasza wina. Gdyby nie krzyk Gordona, może 

ten człowiek nie zauważyłby pana.

- Nie ma o czym mówić. Uderzył zaraz po krzyku Gordona, ale musiał podkraść 

się  dużo  wcześniej.   Nędzny   ze   mnie   „guerrillero”.   Uczono  mnie   działania   w 
takich sytuacjach. Pretensje mogę mieć jedynie do śniegu. Zupełnie stłumił odgłos 
kroków tego zbira.

Skrzywił się, gdy dotknęła rany.
- Przepraszam. Nie widział pan, jak wyglądał?
-   Jedynie   w   przelocie.   Podszedł   z   tyłu   i   w   momencie   gdy   go   usłyszałem, 

wymierzył cios. Mam wrażenie, że chciał po prostu uciec nie zauważony.

- Więc pewnie obawiał się, że może go pan rozpoznać - wywnioskowała Cathy.
- Widziałem tylko rękę - powiedział Costain.
- Z grubymi palcami? - spytała przekornie.
Costain odwzajemnił jej porozumiewawczy uśmiech. Miło mu było, że Cathy 

krząta się wokół niego, mimo że w Hiszpanii nie znosił takich zabiegów. To 
oczywiście dlatego, że jest kobietą, pomyślał. Naprawdę dość atrakcyjną kobietą, 
szczególnie gdy się uśmiecha.

- Miał rękawiczkę. Może to zwykły złodziej? Chociaż nie. Złodziej nie uderzyłby 

wiedząc, że zaraz ktoś nadejdzie mi na pomoc.

30

background image

- Na pomoc czy wprost przeciwnie? - spytała nasączając plaster lekarstwem.
- Powiedzmy: w dobrej wierze, by nie nazywać rzeczy po imieniu.
- Może czasem lepiej nazywać rzeczy po imieniu. Czy nie zniknął pański portfel?
Costain sięgnął do kieszeni.
- Nie. Zegarek również jest na swoim miejscu. Sądzę, że człowiek, który państwa 

napadł w domu, poszedł do parku w nadziei, iż spotkanie kochanków okaże się 
czymś innym. Szkoda, że mnie tam zobaczył.

Cathy pochyliła się nad nim i delikatnie przyłożyła plaster.
- Mam nadzieję, że rana zbyt panu nie dokucza.
Podniósł rękę, żeby lepiej przykleić opatrunek i musnął palcami jej dłoń. Cathy 

natychmiast cofnęła rękę.

- Proszę, niech pani to zrobi - powiedział opuszczając ręce.
Delikatnie przycisnęła plaster.
- Boli?
-   To   zupełny   drobiazg   dla   weterana   spod   Badajos,   panno   Lyman.   Ta   mata 

fanfaronada to specjalnie dla pani. Proszę nie powtarzać tego Gordonowi. Lecz 
nie miałem na myśli guza na głowie żałując, że napastnik mnie widział. Fakt, iż 
wiedziałem o spotkaniu w parku, upewni go, że współpracujemy. Skąd inaczej 
wiedziałbym o tym? To może być niebezpieczne...

Przyglądał jej się przez chwilę. Cathy pomyślała, że większe niebezpieczeństwo 

dla niej kryje się w jego hipnotyzujących oczach.

- Nie spostrzegła pani, jak wyglądał mój napastnik? - spytał w końcu.
- Musiał już tam być, zanim ktokolwiek z nas się pojawił.
Costain skinął potakująco głową.
- Gordonowi się to nie spodoba, ale naprawdę muszę was poprosić o wycofanie 

się ze sprawy.

- Ma pan rację. Więcej przez nas kłopotu niż pożytku - zgodziła się niechętnie. - 

Żałuję, że ominie mnie taka przygoda.

- Zaczyna pani gustować w szalonych pomysłach i niesamowitych zdarzeniach, 

czyżbym się mylił? Niech pani będzie ostrożna, bo polubi pani Byrona.

- To będzie wyłącznie pana wina.
Gordon wrócił z herbatą na tacy.
- Coś niesłychanego przyszło mi właśnie do głowy - powiedział z uśmiechem od 

ucha do ucha. - Wspomniał pan, że byłoby podejrzane, gdybym kręcił się w 
pobliżu Horse Guards...

- W istocie, sądzę, że to nie najlepszy pomysł - przerwał mu Costain.
- Ma pan rację. Muszę po prostu postarać się tam o pracę na cały etat.
Cathy prawie usłyszała jęk duszy Costaina.
- Obecnie nie zatrudniają nikogo - odparł szybko.

31

background image

-   Nic   nie   szkodzi.   Mama   wszędzie   ma   znajomości.   Nigdy   by   pan   nie 

podejrzewał, ile koneksji towarzyskich może mieć tak domatorsko nastawiona 
osoba. Ona to załatwi. Czy sądzi pan, że mógłbym dostać pokój obok pańskiego?

- Jest zajęty. W Horse Guards wymagane są pewne kwalifikacje, sir Gordonie.
- Proszę mówić mi Gordie. Jak wszyscy przyjaciele. A jeśli chodzi o kwalifikacje, 

do licha, mam zaliczone dwa lata Oksfordu. Umiem paplać po francusku jak 
ćwiczona papuga. Papa zadbał, byśmy poznali języki obce. Potrafię też czasem 
coś nabazgrać. Będę robił, co każą: przepisywał pisma czy cokolwiek innego. 
Niech tam! Mogę nawet parzyć herbatę.

- Gordie, doskonale wiesz, że to nonsens - odezwała się Cathy. - Jakie my mamy 

pojęcie o kontrywiadzie? Przeszkadzamy tylko lordowi Costainowi w jego dzia-
łaniach. Właśnie obiecałam, że nie będziemy się więcej wtrącać do tej sprawy.

- Mów za siebie - z rozdrażnieniem stwierdził Gordon. - Jutro stawię się w 

Whitehall z prośbą o zatrudnienie.

Costain zrozumiał w lot, że należy tego uniknąć za wszelką cenę.
- Gordie, wydaje mi się, że lepiej będzie zachować anonimowość - powiedział. - 

Może pan być bardziej dla nas użyteczny jako wolny strzelec. - Spojrzał ponad 
ramieniem Gordona na Cathy, która z rozbawieniem potrząsnęła głową.

Gordon wyraźnie się zainteresował. Tak naprawdę nie pociągało go siedzenie za 

biurkiem. A określenie „wolny strzelec” brzmiało zachęcająco.

- Co ma pan na myśli, Costain?
-   Niezwykle   by   mi   pomogło,   gdyby   mógł   pan   śledzić   pewne   osoby   - 

odpowiedział, naprędce wymyślając jakieś zadanie, które zajęłoby chłopaka.

-  To,  oczywiście,  wymagałoby  przebrania  - stwierdził ze  śmiertelną  powagą 

zawodowca Gordon.

- Och, naturalnie! Przebranie to podstawowa sprawa.
- Kogo mam śledzić?
-   Pewnego   pracownika   biura.   -   Costain   umilkł,   zastanawiając   się   nad   kimś 

najmniej znaczącym. - Pana Leonarda, sekretarza Cosgrave’a - ciągnął. - Mieszka 
przy Half Moon Street. - Ponieważ pan Leonard całymi dniami przesiadywał w 
biurze, dodał: - Oraz jego żonę. Dobrze byłoby, gdyby zorientował się pan w jej 
poczynaniach.

- Żona działająca w cieniu, co? To mi pachnie czymś podejrzanym.
Costain i Cathy wymienili rozbawione spojrzenia.
- W najwyższym stopniu - przytaknął Costain.
- Może ją pan opisać?
- Nie, pańskim zadaniem będzie wyśledzić, w którym domu przy Half Moon 

Street mieszkają Leonardowie. Jeśli zobaczy pan damę wychodzącą z tego domu, 
proszę nie spuszczać jej z oka.

32

background image

- Nie wymknie się. Może pan na mnie liczyć.
- Anglia na pana liczy.
- Anglia nie mogłaby znaleźć się w lepszych rękach.
Gordon wziął sobie głęboko do serca nowe zadanie i przez następne pięć minut 

pochłonęło go całkowicie omawianie szczegółów maskującego stroju. Zamierzał 
przebrać   się   za   kapelana,   używając   starego   płaszcza   ojca   i   podniszczonego 
kapelusza.

Kiedy lord Costain poczuł się na tyle lepiej, by wyjść, Gordon wybiegł na ulicę w 

poszukiwaniu dorożki.

Cathy podeszła z gościem do drzwi.
- No, cóż... - powiedziała cicho. - Chyba musimy powiedzieć sobie do widzenia, 

lordzie Costain.

Zdziwiony uniósł brwi.
- To dezercja! Zostawi mnie pani na pastwę Gordiego, mimo że to pani właśnie 

ściągnęła mi go na głowę? Spodziewam się pani pomocy w wymyślaniu dla niego 
kolejnych zadań wagi państwowej.

- Podejrzewałam, że pani Leonard to podstęp.
- Odwiedzę państwa jutro po drodze na raut u lady Martin i wysłucham raportu 

Gordona. - Przez chwilę się wahał, po czym powiedział: - Możliwe, że napastnik 
tam będzie, sir John Martin pracuje przecież w Horse Guards. Mogłaby go pani 
rozpoznać. Zastanawiam się... Czy pani matka pozwoliłaby pani pójść ze mną na 
to przyjęcie?

- Tak, nie miałaby nic przeciw temu - odpowiedziała bez cienia kokieterii.
- Czy odpowiada pani godzina dziewiąta?
- Doskonale, milordzie - zgodziła się tłumiąc nieoczekiwaną radość.
- W takim razie, à demain. - Skłonił się i wyszedł w chwili, gdy Gordon zatrzymał 

dorożkę.

W drodze do domu Costain zastanawiał się, czy nie zachował się niegrzecznie. 

Lady Lyman z pewnością miała na niego oko jako ewentualnego zięcia. Miał 
zamiar wrócić do Hiszpanii, gdy tylko upora się z zadaniem w Horse Guards, a 
lekarz uzna ranę w nodze za wyleczoną. Nierozsądnie byłoby angażować się w 
znajomość z damą, jeśli nie pragnie jej poślubić. Cathy Lyman nie wyglądała na 
osobę, która traktuje takie sprawy lekko. Nie ma w sobie nic z pustej flirciarki czy 
kokietki. A poza tym nie jest już dzieckiem. Z pewnością myśli o zamążpójściu.

Pomyślał,   że   najlepiej   będzie   zaprosić   również   Gordona   na   ten   raut   u   lady 

Martin, sugerując czysto profesjonalne intencje.

Myśli Cathy tej nocy nie krążyły wokół tematu małżeństwa. Costain dał jasno do 

zrozumienia, że ich wspólne wyjście ma charakter zawodowy. Czuła, jakby lord 
Costain był kimś nieosiągalnym, i marzyła jedynie, żeby mama go nie spłoszyła. 

33

background image

Jakże miło byłoby pójść z tak przystojnym mężczyzną na kilka przyjęć, nawet 
gdyby nie łączył ich żaden romans. Może spotkałaby kogoś, kto by ją pokochał, a 
jeśli nie - no, cóż, przynajmniej spędziłaby wesoło czas w oczekiwaniu wyjazdu 
do Włoch z Gordonem.

Rozdział 5

W pełni usatysfakcjonowana informacjami wyczytanymi w „Debretfs Peerage”, 

nazajutrz wieczorem lady Lyman włożyła swą najelegantszą toaletę w związku z 
wizytą trzeciego syna księcia Halforda. Raczyła nawet pożyczyć Cathy na raut u 
lady Martin swój diamentowy naszyjnik.

- Widział już przecież twoje szmaragdy - skomentowała krótko. - Nie chcemy, by 

pomyślał, że masz tylko jeden przyzwoity naszyjnik. Zresztą i tak postanowiłam 
podarować ci go w prezencie ślubnym, Cathy.

- To tylko raut, mamo. Nie powinnaś wiązać z tym szczególnych nadziei - po-

wiedziała Cathy, szczęśliwa jednak, że może włożyć tego wieczoru diamenty.

Przyozdobiły specjalnie na tę okazję dość skromną w kroju wiśniową suknię z 

pięknego jedwabiu. Toaleta wyglądała jak nowa, mimo że Cathy miała ją już od 
trzech   lat.   Nauczyła   się   kupować   niezbyt   ekstrawaganckie   stroje,   które   nie 
wychodziły   szybko   z   mody   i   przyozdobione   nowym   szalem,   wstążką   czy 
klejnotem świetnie służyły przez kilka sezonów.

- Tylko raut?... Zaprosił też przecież Gordona. Moja droga, to najlepiej świadczy 

o poważnych zamiarach. Dżentelmen nie zaprasza brata swej damy, dopóki jego 
intencje nie są sprecyzowane.

- Twoja matka ma rację - odezwał się Rodney. - Nie zadawałby sobie tyle trudu, 

gdyby nie chodziło o ciebie. - Nie wierzył w ani jedno swoje słowo, lecz lubił 
przyznawać   siostrze   rację,   szczególnie   w   sytuacjach,   kiedy   nic   go   to   nie 
kosztowało.

Zanim   gość   pojawił   się   tego   wieczoru,   lady   Lyman   znała   już   nazwę   jego 

posiadłości. Z księgi parów Wielkiej Brytanii dowiedziała się, że lord Costain jest 
dziedzicem Pargeter w Wiltshire. Kiedy przyszedł, sondując delikatnie jego stan 
majątkowy, spytała:

- Zamierza pan spędzić Boże Narodzenie z rodziną, lordzie Costain, czy też we 

własnej posiadłości w Wiltshire?

- Jeśli wyjadę z miasta, spędzę święta u rodziców - odpowiedział niejasno.
-   A   kto   zajmuje   się   majątkiem   Pargeter   podczas   pańskiej   nieobecności? 

Nierozważnie   jest   pozostawiać   na   zbyt   długo   posiadłość   pod   opieką   służby. 
Kończy się to najczęściej ogromnymi stratami, jeśli nie upadkiem. Czy hoduje pan 
bydło w Pargeter?

- Tak - odparł. - Zarządcą jest mój kuzyn, który wspaniale dba o gospodarstwo. 

34

background image

Sądzę, że lepiej daje sobie radę, niż ja bym to zrobił.

- To spory majątek, nieprawdaż?
- Kiedyś posiadłość była niewielka, lecz z biegiem lat, zanim się urodziłem, 

osiągnęła około tysiąca akrów, o ile się nie mylę.

- Ach... - Pokiwała głową. - A dom? Czy to jedna z tych historycznych siedzib?
- Datuje się z czasów królowej Anny, madame. Interesują panią stare zamki?
Udało mu się   sprowadzić  rozmowę   na  temat  architektury   i uciec   od  spraw 

osobistych, nie zrażając przy tym gospodyni.

Kiedy wyruszyli na przyjęcie, stwierdził, że Gordon chyba nieprzypadkowo nie 

towarzyszy im w drodze, lecz jedzie oddzielnym powozem. Wyglądało to na 
przemyślany manewr, by zostawić go z Cathy sam na sam. Lady Lyman myślała 
o wszystkim. Jej pytania zdradzały jasno tok myślenia i Costain poczuł, że musi 
wyjaśnić dziewczynie, jak się sprawy mają.

- Żałuję, że nie mogę więcej czasu spędzać w Pargeter - powiedział. - Ze względu 

na mój rychły wyjazd do Hiszpanii nie chcę przeszkadzać kuzynowi Paulowi w 
zarządzaniu majątkiem według jego uznania.

Wydawała się zupełnie nie poruszona tą informacją.
- Z pewnością czeka pan, aż noga zupełnie wyzdrowieje. Czy odczuwa pan 

poprawę?

-   Och   tak.   Głowa   też   miewa   się   dużo   lepiej.   Pani   opatrunek   zdziałał   cuda. 

Wyjechałbym jutro, gdyby nie zadanie, jakie powierzył mi Castlereagh. Lekarz 
twierdzi, że  nogę  trzeba  jeszcze  trochę   oszczędzać.  Upiera  się, bym  został w 
Anglii do wiosny. - To dawało mu duży margines czasu bez narażania się na 
niepotrzebne   powikłania.   -   Może   wyjadę   wcześniej   -   dodał   niezręcznie.   - 
Praktycznie mogę wyjechać każdego dnia, gdy tylko wyjaśni się sprawa w Horse 
Guards.

Cathy odwróciła się do niego w powozie i powiedziała bez ogródek:
- Proszę nie zwracać uwagi na mamę. Zachowuje się tak samo w stosunku do 

wszystkich moich gości. Nie próbuję pana złapać na męża, jeśli o to chodzi.

- Ależ droga panno Lyman! - Roześmiał się nerwowo. - Nie pochlebiałbym sobie 

tak bardzo, proszę mi wierzyć.

- Oczywiście - zgodziła się skwapliwie. - Jest pan jedynie młodszym synem, lecz 

kiedy   czyjaś   córka   zbliża   się   do   dwudziestu   pięciu   lat,   matki   obniżają   swe 
wymagania.

- Doskonale więc... Ponieważ jesteśmy szczerzy, a bardzo sobie cenię szczerość 

w podobnych sprawach, powiem pani, że skłamałem. Posiadłość Pargeter liczy 
dwa i pół tysiąca akrów pierwszorzędnych pastwisk.

- Nie powtórzę tego mamie - powiedziała Cathy i roześmiała się, nie było jej 

jednak szczególnie wesoło.

35

background image

- To oczyszcza atmosferę między nami!
-   Czy   w   Horse   Guards   wydarzyło   się   dziś   coś   ciekawego?   -   spytała,   by 

podkreślić w jakim świetle widzi ich wspólne wyjście.

- Sądzę, że Harold Leonard zaczyna mi odrobinę ufać. Rano powierzył mi pewne 

pismo, gdyż sam nie czuł się na sitach tym zająć. Miał gorączkę, to chyba silne 
przeziębienie,   i   wcześniej   wyszedł   do   domu.   Pan   Burack   nie   wyglądał   na 
uszczęśliwionego,   że   powierzono   mi   jakiś   dokument   do   rozpatrzenia.   Lord 
Cosgrave wpadł w szał z jakiegoś powodu i rzucił kałamarzem w ścianę.

- A lord Costain?
-   Zajął   się   odpowiedzią   na   niezbyt   ważne   pismo:   prośbę   rządu   o   pewne 

informacje, po czym ślęczał nad regulaminem formalnej procedury w odniesieniu 
do tajnych dokumentów. Nawet w tak rzadkich sytuacjach jak dzisiejsza muszę 
wiedzieć dokładnie, co zrobić z danym dokumentem. A co zdziałał dziś nasz 
tajny agent?

- Detektyw zakochał się w pani Leonard - stwierdziła Cathy.
- W pani Leonard? Musi lubić starsze damy. Jestem zdumiony. Jej mąż to stary, 

nudny fajtłapa.

- Och, żona jest zupełnie inna! Gordon twierdzi, że to diament pierwszej wody, 

co znaczy, że nie jest ani szpetna, ani stara.

- Jeśli odkrył coś, co ją kompromituje, musimy to tak wyolbrzymić, by przestał 

sobie wyobrażać, że jest w niej zakochany.

Cathy popatrzyła na Costaina zaskoczona.
- Więcej się po panu spodziewałam, miłośniku Byrona! Urok grzechu sprawi 

jedynie, że stanie się dla niego bardziej pociągająca. Musimy użyć spartańskiej 
metody.

- Ma pani na myśli namoczenie go w zimnej wodzie?
- Gra na flecie - oświadczyła. - Spartanie mieli tak naturalny pociąg do walki, że 

uczono ich gry na flecie, by złagodzić gwałtowny temperament. Gordona tak 
podniecają romanse i intrygi, że jedynym sposobem powściągnięcia jego apetytu 
będzie wmówienie mu, iż pani Leonard jest osobą godną szacunku. Oczywiście, 
nie twierdzę, że nie jest - dodała pospiesznie. - Nic nie wiem o tej damie.

- Ja też nie, lecz znam jej męża i jeśli pani Leonard jest podobna do niego, nie 

sądzę, by cokolwiek groziło Gordonowi.

Przyjęcie   było   w   pełnym   toku,   gdy   przybyli   na   miejsce.   Lady   Martin 

udekorowała   sufit   swego   ogromnego   salonu   witkami   trzciny   i   czerwonym 
aksamitem   z   okazji   zbliżającego   się   zimowego   sezonu.   Koloryt   wiosennych, 
pastelowych sukien pań zajęły miejsce barwy miedzi, zieleni i wiśni.

Gospodynię cieszyło, że złapała tego wieczoru w swoją sieć lorda Costaina i z 

zaciekawieniem przyglądała się, kogóż to ze sobą przyprowadził. Twarz towarzy-

36

background image

szącej   mu   damy   wydawała   jej   się   skądś   znajoma,   nie   mogła   sobie   jednak 
przypomnieć nazwiska.

- Pozwoli pani przedstawić sobie pannę Lyman - powiedział Costain.
- Panna Lyman? Czyżby córka sir Aubreya? Spotkałam panią wieki temu we 

Francji. Pewnie pani nie pamięta.

Costain spostrzegł rumieniec zażenowania na twarzy Cathy.
- Tak, pamiętam - odpowiedziała. - To było na przełomie wieków, wydaje mi się, 

podczas przyjęcia noworocznego, w którym mogły uczestniczyć również dzieci.

- A więc pani jest Cathy Lyman - powiedziała lady Martin, uważnie lustrując 

postać dziewczyny od stóp do głowy.

- Dzieci wyrosły na czarujące damy, nie sądzi pani? - spytał Costain.
- W istocie! A jak miewa się pani matka, panno Lyman?
- Cieszy się świetnym zdrowiem, madame. Przekażę mamie, że pytała pani o nią.
Przeszli do sali balowej, gdzie zaczynał właśnie rozbrzmiewać walc. Costain 

niepewnie zerknął na Cathy. Noga nieco mu dokuczała po eskapadzie do parku 
St. James. Dałby sobie świetnie radę z innym tańcem, lecz w walcu partnerka 
odczuje każde jego potknięcie.

Podniosła na niego lekko zirytowane spojrzenie.
- Nie, nie jestem mistrzynią walca - powiedziała. - Taki taniec nie istniał w 

czasach, gdy odbierałam edukację.

Uniósł brwi.
-   A   jaki   taniec   był   modny   w   zamierzchłych   czasach,   kiedy   odbierała   pani 

edukację, mademoiselle? - spytał żartobliwie.

- Podrygiwaliśmy w kółku w takt bębenka, ponieważ nie było wtedy jeszcze 

prawdziwych instrumentów muzycznych.

-   Proszę   przyjąć   wyrazy   mego   podziwu,   wspaniale   się   pani   zachowała   do 

naszych czasów. Jest pani odrobinę starsza, niż sądziłem, i na tyle wiekowa, by 
wyzbyć się barbarzyńskich manier mrocznej przeszłości.

- Sędziwy wiek nie przeszkodzi mi jednak. Zatańczę walca! Kiedyś przychodził 

do nas wynajęty przez mamę dla Gordona nauczyciel tańca.

- Nie dla Cathy?
Po raz pierwszy użył jej imienia. Zauważyła to, lecz nie zareagowała.
- Gordon naturalnie potrzebował partnerki - odparła.
-   Oto   kobieta   z   charakterem...   -   powiedział   przyglądając   jej   się   z   lekkim 

uśmieszkiem.   -   W   oczach   lady   Martin   pozostała   pani   grzeczną   dziewczynką, 
wobec mnie jednak nie oszczędza pani swoich ostrych pazurków. Czym sobie na 
to zasłużyłem?

- Niczym, ale był pan tego bliski.
- Ależ nie, źle mnie pani zrozumiała. Proszę o odrobinę cierpliwości, zanim 

37

background image

znów mnie pani porani. A popełnię pewnie tego wieczoru tyle niezręczności, że 
będzie ku temu okazja. Batem się, czy nie okażę się dla pani kiepskim partnerem 
w walcu. - Znacząco zerknął na nogę.

Cathy podniosła dłoń do ust.
- Och, pańska noga! Przepraszam, Costain. Zupełnie nic nie widać, kiedy pan 

chodzi. Zapomniałam...

Costain nie lubił użalać się nad swoją raną. Machnął ręką i powiedział:
- Nie chodzi o nogę, lecz o dwie lewe nogi, dlatego się zawahałem. Zresztą, jeśli 

pani pozwoli, jestem gotów.

Cathy przygryzła wargę.
- Na pewno?
- Chodźmy - powiedział stanowczo. - Tracimy tę piękną muzykę.
Chwycił   ją   w   ramiona   i   dołączyli   do   wirujących   par.   Cathy   z   ogromną 

przyjemnością   stwierdziła,   że   jest   obiektem   powszechnego   zainteresowania. 
Wiedziała,   że   zawdzięcza   to   osobie   swego   partnera,   nie   psuło   jej   to   jednak 
zupełnie doskonałego humoru. Costain dobrze tańczył walca, szczególnie, jeśli 
wziąć pod uwagę jego sztywną nogę. Falujący i wirujący w takt muzyki tłum 
wprowadzał nastrój euforii. Takie powinno być życie. Właśnie tak wyobrażała 
sobie przyszłość, kiedy była młodsza.

Gdy Costain z uśmiechem pochylił głowę, przez moment pomyślała, że mu się 

podoba. W jego oczach dostrzegła jakiś szczególny błysk.

- Widzę, że lady Jersey przygląda się pani ze zmarszczonym czołem, panno 

Lyman.   Nie   wygląda   na   przekonaną,   że   pani   podeszły   wiek   upoważnia   do 
walcowania bez jej zezwolenia.

- Może powinnam była przyjść w panieńskim czepeczku...
- Nie, raczej w turbanie. Świetnie pasowałby do pani urody. Z trzema piórami 

przypiętymi broszą. Koniecznie trzy piękne pióra. Dwa nie dają należnego efektu.

- Nie dlatego wpina się trzy pióra. Trójka jest szczęśliwą liczbą - powiedziała.
Cathy nigdy nie była mistrzynią salonowych rozmówek tego rodzaju, ale teraz 

taniec wprawił ją w tak euforyczny nastrój, że to przekomarzanie się sprawiało jej 
przyjemność.

- Nie przyszłoby mi na myśl, że wierzy pani w tak niedorzeczny przesąd, panno 

Lyman. Wszyscy wiedzą, że najszczęśliwszą liczbą jest siódemka. Proszę wyob-
razić sobie damy wystrojone  w tyle piór. Istny strusi  ogon na głowie! Swoją 
drogą, cóż za malowniczy obraz: tłum strusi walcujących w salonie lady Martin.

- Och, co też pan wymyśla!... - Roześmiała się.
Dostrzegł w jej oczach blask i poczuł się winny. To, co dla niego było zwykłym 

żartem, ona wydawała się odbierać jako flirt. Zmienił nieco ton:

- Zauważyła pani kogoś podobnego do napastnika?

38

background image

Pytanie   sprowadziło   Cathy   brutalnie   na   ziemię.   Była   dotąd   tak   pochłonięta 

Costainem,   że   nawet   się   nie   rozejrzała.   Zrobiła   to   jednak   teraz.   Wszyscy 
mężczyźni wokół byli raczej przeciętnego wzrostu i postury, żaden nie wyróżniał 
się niczym specjalnym. Tak niewiele pamiętała, że jakiekolwiek porównania nie 
miały sensu.

- Nie - powiedziała. - Może Gordon ma więcej szczęścia.
- Poszukamy go później. Teraz cieszmy się muzyką.
Czar wieczoru prysł w tej chwili, lecz Costain zachowywał się bardzo uprzejmie. 

Po każdym tańcu podchodził do niej i przedstawiał kolejnych dżentelmenów. 
Odnowiła   również   znajomość   z   kilkoma   dawniej   spotkanymi   osobami,   co 
sprawiło jej prawdziwą radość. Tylko jedno psuto jej humor. Dlaczego Costain 
przedstawia jej takich starych mężczyzn? Dwóch z nich było wdowcami, a jeden 
nawet lekko siwiał. Czyżby uważał, że jest za stara dla jego rówieśników? Ma 
przecież co najmniej pięć lat mniej od Costaina.

Ucieszyła się, gdy pod koniec kotyliona podszedł do nich przystojny młody 

dżentelmen.

-  Costain   -   powiedział   z   uśmiechem.   -  Czy   mogę   zatańczyć   z   twoją   uroczą 

partnerką?

Widząc, że Cathy przygląda mu się z sympatią, Costain odpowiedział:
- Oczywiście. Panno Lyman, oto mój kolega, pan Burack.
Składając   ukłon,   Cathy   nie   bez   przyjemności   przyjrzała   się   dokładnie   panu 

Burackowi.   Był   to   postawny   młody   człowiek   o   włosach   z   takim   samym 
kasztanowatym   odcieniem   jak   jej,   brązowych   oczach   i   miłym   uśmiechu.   Jego 
żakiet był równie nienagannie skrojony jak ubranie Costaina i podkreślał jeszcze 
lepiej zgrabną sylwetkę.

Kiedy odeszli na parkiet, Burack spytał:
- Od dawna zna pani Costaina?
- Nie, proszę pana. Czy panowie są starymi przyjaciółmi?
-   Poznałem   go   dopiero   tydzień   temu,   gdy   zaczął   pracować   dla   Cosgrave’a. 

Bohater wojenny, z tego co słyszałem.

- Tak, został postrzelony w nogę pod Badajos.
- Dziwne, że tak świetnie tańczy - skomentował pan Burack.
- Rana szybko się goi - odpowiedziała spoglądając na niego podejrzliwie. Czyżby 

sugerował, że Costain symuluje? - Lord Costain nie może doczekać się wyjazdu 
do Hiszpanii - dodała.

- Wydaje mi się, że trudno mu wytrzymać bez przygód. U nas w Horse Guards 

jest dość nudno. Chyba niechętnie przyjął tę pracę.

-   Sądzę,   że   lord   Costain   należy   do  mężczyzn,   którzy   lubią   działać   i   służyć 

krajowi.

39

background image

- Jakże to szlachetne.
Ton pana Buracka nie zdradzał jednak szczerego podziwu. Cathy wyczuta w 

jego zachowaniu coś w rodzaju urazy. Czy była to tylko zwykła męska zazdrość o 
zasługi wojenne?  Czy obawiał się, że Costain przyćmi jego osobę  również w 
pracy?

Kolejne pytanie Buracka wprawiło ją w stan alarmu:
- Jak państwo się poznali? - Przeszywał ją świdrującym wzrokiem.
- Nasze  rodziny  znają   się  od  dawna,   panie  Burack  -  powiedziała  chłodno  i 

natychmiast zmieniła temat: - To chyba pierwsze przyjęcie w sezonie, prawda? 
Jak pięknie pachną gałązki jedliny.

Pan Burack wyglądał na zawiedzionego, lecz dobre wychowanie nakazywało 

przerwać rozmowę na temat Costaina, Jeśli dama tak jednoznacznie się temu 
sprzeciwiała.

Pod koniec tańca powiedział:
- Czy pozwoli pani złożyć sobie wizytę któregoś dnia, panno Lyman?
- Jeśli ma pan ochotę - odpowiedziała bez entuzjazmu.
- Gdzie pani mieszka?
- Przy King Charles Street, niedaleko miejsca, gdzie pan pracuje.
- Ach tak!... - W jego głosie brzmiało zdziwienie.
Costain pojawił się zaraz po zakończeniu tańca.
- Napijmy się wina - powiedział i odciągnął Cathy na bok.
- Wypytywał mnie, lordzie Costain! - powiedziała wzburzona. - Czy to możliwe, 

by powodem kłopotów w Horse Guards był pan Burack?

Costaina zainteresowała ta sugestia.
- Jest podobny do napastnika?
Cathy zatrzymała się w drzwiach salonu i obejrzała za siebie. Wyobraziła sobie 

Buracka w kapeluszu wciśniętym na oczy, z chustką zakrywającą resztę twarzy.

-   Wydaje   mi   się,   że   to   był   starszy,   szczuplejszy   mężczyzna.   Może,   gdyby 

przygarbił ramiona...

- A głos? - pytał coraz bardziej zaciekawiony Costain.
- Jest zupełnie inny, ale napastnik umyślnie mówił niskim tonem, żeby mnie 

przestraszyć.

- Dziwne, że tak koniecznie chciał panią poznać.
Cathy znów poczuła wzrastającą irytację:
- Zdarza się czasem, że jakiś dżentelmen pragnie być mi przedstawiony.
Costain na chwilę spuścił głowę zagryzając wargi, a potem roześmiał się.
- Uprzedzałem panią, że moja niezręczność prędzej czy później wyprowadzi 

panią z równowagi. Jeśli mogę naprawić jakoś błąd, to powiem, że lord Duncan i 
sir Andrew Longford usilnie prosili o okazję poznania pani.

40

background image

- Najwyraźniej moje uroki doceniają jedynie dojrzali mężczyźni. - Nie była zbyt 

ucieszona, gdyż obaj wymienieni panowie zbliżali się do czterdziestki.

- Burack nie jest starcem - zauważył, a kiedy potrząsnęła głową poprawiając 

włosy, dodał: - I Costain, przedwcześnie dojrzały jak na swój młodzieńczy wiek 
dwudziestu dziewięciu lat, również docenia pani czar.

-   Chodźmy   sprawdzić,   czy   Gordonowi   się   nie   poszczęściło   -   powiedziała   i 

wyszli z salonu.

Młody Lyman wyszedł im na spotkanie z bocznego saloniku. Cathy natychmiast 

podzieliła się z nim swymi podejrzeniami wobec Buracka.

- Co właściwie chciał z ciebie wyciągnąć? - spytał Gordon.
- Od jak dawna znam lorda Costaina, jak się poznaliśmy i stwierdził, że to 

dziwne, iż tak dobrze tańczy ze zranioną podobno nogą.

- Daję słowo, ten typ to zwykły prostak! - wykrzyknął Gordon. - Jest albo zielony 

z zazdrości, albo to nasz szpieg.

-   To   rzeczywiście   mogła   być   zazdrość   -   zastanowiła   się   Cathy,   po   czym 

gwałtownie odwróciła się do Costaina. - Nie o mnie oczywiście. Miałam na myśli 
pański tytuł i zasługi wojenne.

- Głupie gadanie! To prostak w przebraniu dżentelmena - zadrwił Gordon. - 

Zapomnijmy   o   nim.   Mam   coś   naprawdę   interesującego   do   zameldowania, 
Costain.

Rozejrzał się wokół. Tłum kierował się  do bocznego saloniku,  gdzie szpaler 

służących   ustawiał   gorące   potrawy   na   stole.   W   powietrzu   unosił   się   aromat 
homarów duszonych w winnym sosie i zapach pieczeni.

- Znajdziemy jakieś spokojne miejsce - powiedział Gordon i ruszył korytarzem.
Zatrzymał się przy drzwiach biblioteki i skinął głową, żeby weszli za nim.
- A co z kolacją? Jestem głodna - spytała Cathy.
- Do licha, czy tobie wydaje się, że praca wywiadowcy polega na tańczeniu 

walca i zajadaniu smakołyków? - zbeształ ją brat. - Przez cały dzień włóczyłem się 
po lodowatych zaułkach wśród świszczącego wietrzyska, by nie stracić z oczu 
pani Leonard. Muszę przekazać mój raport lordowi Costainowi.

-   Zjemy   później   -   pojednawczo   powiedział   Costain   i   wprowadził   Cathy   do 

biblioteki.

Rozdział 6

Zapobiegliwa gospodyni przygotowała w bibliotece karafkę sherry i kieliszki, 

gdyby ktoś z gości zechciał się tu schronić. Gordon podszedł do stolika przy 
palącym się kominku, nalał trunku i rozdał kieliszki.

- Na zdrowie - powiedział i przysiadłszy na krawędzi fotela, pochylił się do 

Costaina, który swobodnie rozsiadł się na kanapie obok Cathy. Oczy Gordona 

41

background image

błyszczały z podniecenia.

Costain był zmęczony po całym dniu pracy i tańcach tego wieczoru. Miał ochotę 

odprężyć się przy ogniu kominka i winie. Rodzeństwo Lymanów najwidoczniej 
wzięło   sobie   do   serca   swój   udział   w   szpiegowskiej   aferze,   ale   ponieważ   nie 
groziło  im   żadne   realne   niebezpieczeństwo,   postanowił   traktować   sprawę   jak 
pewnego rodzaju grę.

- Co pan odkrył, Gordonie? - spytał.
Klnę się na Boga, Costain, pani Leonard to strzał w dziesiątkę. Siedzi w tym po 

czubek   swego   ślicznego   noska.   Ma   powiązania   ze   wszystkimi   Francuzami   w 
mieście.

- Co pan powie?
- Tak, sir. Francuska krawcowa szyje jej suknie,  madame  Marchand. Francuska 

modystka dostarcza jej kapeluszy, mademoiselle Dutroit, której pracownia znajduje 
się tuż obok salonu madame Marchand. To prawdziwa klika. A ona, pani Leonard, 
była dziś również w sklepie z zabawkami po drugiej stronie ulicy. Właściciele 
używają   nazwiska   Whitfield,   udając,   że   są   Anglikami,   lecz   połowa   rzeczy   w 
sklepie   pochodzi   z   Francji.   Jak   sprowadzają   to   wszystko,   kiedy   jesteśmy   z 
Francuzami  w stanie  wojny?  Mają  lusterka, perfumy  i wszystkie te  śmieszne 
drobiazgi,   które   kobiety   ustawiają   na   toaletkach.   -   Wzburzenie   sprawiło,   że 
nieświadomie   parodiował   w   tej   chwili   sposób   bycia   swego   ojca.   Przemowa 
nabrała na koniec tonu wyroczni. - To niedopuszczalne, by Francuzi do tego 
stopnia panoszyli się na Bond Street. Powinien się pan tym zająć.

- Większość eleganckich kobiet ubiera się u francuskich krawcowych, Gordie - 

zauważyła Cathy, spoglądając pytająco na Costaina.

- A francuska modystka? Odpowiedz mi na to pytanie!
- Mama ostatnio kupiła kapelusz u mademoiselle Dutroit. Sama chciałabym mieć 

ten piękny czerwony, który widziałam u niej na wystawie. Ze wspaniałą czarną 
kokardą z przodu.

- Pociesznie byś w czymś takim wyglądała, Cathy. Do kapelusza w tym stylu 

trzeba   mieć   odpowiednią   twarz.   Poza   tym   pani   Leonard   kupiła   go   dzisiaj. 
Wyglądała w nim wprost bosko!

- Ależ cena była zawrotna! - powiedziała Cathy. - Pani Leonard musi być bogata.
- Jeśli jest bogata, to są to jej własne pieniądze - stwierdził Costain w zamyśleniu 

pocierając brodę. - Harold Leonard ma jedynie skromną pensję. Często narzeka na 
wysokie koszty życia w Londynie. Jakiego rodzaju kobietą jest pani Leonard?

- Dama pierwszej klasy. Dobry powóz, piękne czarne futro, kruczoczarne lśniące 

włosy, delikatna jasna cera, ciemne oczy i cudowna figura.

- Albo ma przyjaciela, albo własny majątek - zdecydował Costain. - To dziwne, 

że młoda piękność związała się z panem Leonardom, który nie może poszczycić 

42

background image

się ani sławą, ani bogactwem.

- Zapytamy mamę - powiedział Gordon. - Ona zna wszystkich albo kogoś, kto 

zna   wszystkich.   Nie   uwierzy   pan,   ale   przyjaźniła   się   w   młodości   z   księżną 
Devonshire. Do dziś otrzymuje na urodziny życzenia od księcia regenta.

Ponieważ   Gordon   nie   zdradzał   objawów   niebezpiecznego   zaślepienia   panią 

Leonard, a ona wydawała się dość aktywna, by chłopak miał zajęcie, Costain 
skłonny był pozwolić mu nadal ją śledzić.

- Szkoda, że pan Leonard zapadł na zdrowiu, gdyż mielibyśmy okazję ujrzeć 

dziś jego niezwykłą żonę - powiedziała Cathy.

Gordon popatrzył na nią zdumiony.
- Co ty wygadujesz? Ona tu jest! Jak ci się wydaje, dlaczego mimo obecności 

panny Stanfield kręciłem się koło salonu do gry w karty? Nie spuszczałem z oka 
pani Leonard.

- Ona tu jest? - Cathy odstawiła swój kieliszek.
- Właśnie ci powiedziałem.
- Chodźmy ją zobaczyć - stwierdziła wstając.
-   Popatrzeć   nie   zaszkodzi   -   powiedział   Costain   niechętnie   podnosząc   się   z 

kanapy. - Lecz niech pan nie zwraca na siebie uwagi, Gordonie. Takie sprawy wy-
magają dyskrecji.

Gordon w skupieniu dotknął palcem nosa.
- Mama będzie tu nieoceniona... Przykro mi, że nie mogę pana przedstawić pani 

Leonard, gdyż sam nie zdołałem jeszcze oficjalnie zawrzeć znajomości, mimo iż 
rozmawiałem z nią. Upuściła kartę na podłogę, a ja jej podałem. Powiedziała: 
„Dziękuję”. W zapomnieniu wyrwało jej się kilka słów po francusku do partnera 
w grze. To chyba było: N’est-ce pas?

- Każdy używa tego zwrotu! - roześmiała się Cathy.
- Tak, lecz ona wypowiedziała to ze specjalnym akcentem - podkreślił.
- Może fakt, iż pracuję z jej mężem, ułatwi zawarcie znajomości - powiedział 

Costain. - Proszę mi to zostawić.

Kiedy   weszli   do   salonu,   gdzie   posilali   się   goście,   Gordon   wskazał   im   ową 

niezwykłą   damę.   Pani   Leonard   wyglądała   tak,   jak   ją   opisał:   była   to   piękna 
brunetka w dojrzałym wieku, ubrana strojnie i dość wyraźnie uszminkowana. Na 
szyi miała ciężki sznur pereł, a wspaniała diamentowa brosza we włosach pod-
trzymywała trzy zdobiące fryzurę pióra. Costain patrzył jak urzeczony. Nie mógł 
uwierzyć,   że   ten   stary   nudziarz   Harold   Leonard   ma   tak   olśniewającą   żonę. 
Różnica wieku była tak duża, że mógłby chyba być jej ojcem. Po lewej stronie pani 
Leonard zauważył jedno wolne miejsce.

- Poproszę lady Martin, żeby posadziła mnie obok niej - powiedział. - Po drugiej 

stronie   stołu   widzę   dwa   wolne   miejsca.   Może   zaprowadzi   pan   tam   siostrę, 

43

background image

Gordonie?

- Oczywiście. Najwyższy czas coś przekąsić, umieram z głodu. Chodź, Cathy.
Cathy spojrzała na Costaina z wyrzutem.
- Mam nadzieję, że zje pan kolację w miłym towarzystwie, lordzie Costain - 

powiedziała i zamaszyście odeszła za bratem.

Wokół panował zgiełk i szum różnych rozmów, nie słychać więc było, o czym 

mówią goście po drugiej stronie stołu. Do Cathy dotarły jednak urywki kon-
wersacji. Costain przedstawił się i ze świetnie udanym zaskoczeniem ucieszył się 
na wieść, że pani Leonard jest żoną jego kolegi z biura.

- Jest pani tak młoda! - stwierdził pełnym podziwu tonem, po czym roześmiał się 

tym znanym Cathy, pół uwodzicielskim, pół nieśmiałym śmiechem i dodał: - Ależ 
jestem   nietaktowny,   można   by   pomyśleć,   że   pan   Leonard   jest   wiekowym 
staruszkiem.

Pani Leonard zamrugała swymi długimi rzęsami.
- Wybaczam panu, lordzie Costain. Często słyszę podobne uwagi. To prawda, że 

jest między nami pewna różnica wieku, lecz staram się dobrze grać rolę matrony. 
Stąd pióra przy fryzurze... - dorzuciła kokieteryjnie.

- Są absolutnie urocze, madame. Bardzo gustowne.
Jakżeż on umie prawić komplementy, pomyślała Cathy. Tak samo uśmiechał się 

do niej w walcu. Jakiś pan Hargrave po jej lewej stronie próbował podtrzymywać 
grzeczną konwersację i kiedy znów wróciła do podsłuchiwania, zauważyła, że 
Costain wtrąca do rozmowy francuskie wyrażenia:

-   Nie,   jeszcze   na   to   za   wcześnie.  Entre   nous,   nie   mam   zbyt   wielkiej   ochoty 

spędzać świąt en familie. A co pani planuje na Boże Narodzenie?

Musiała   spytać   go,   gdzie   spędzi   święta.   A   potem   powiedziała   czystą 

angielszczyzną:

-   Chciałabym   wywieźć   męża   na   tydzień   na   wieś.   Niestety,   dotąd   nie 

otrzymaliśmy żadnego zaproszenia. Zresztą jestem pewna, że on i tak nigdzie się 
nie ruszy. Mąż jest tytanem pracy, a ja nie mogę wyjechać z miasta bez niego.

-   Doskonale   znamy   w   Horse   Guards   jego   oddanie   pracy.   Wszystkich   nas 

zawstydza.   Ale   nawet   Bóg   pozwolił   sobie   przecież   na   odpoczynek   siódmego 
dnia.

Cathy poczuła szturchnięcie w łokieć. Odwróciła się do Gordona.
- Czy on chce coś z niej wyciągnąć, czy ją uwodzi? - syknął jej do ucha.
- Prawdopodobnie i jedno, i drugie - odpowiedziała z miną nieco rozbawionej 

obojętności.

Zainteresowanie Gordona wyraźnie wzrosło.
-   Pracownik   wywiadu   rzeczywiście   powinien   uciekać   się   czasem   do   takich 

metod. Muszę to zapamiętać.

44

background image

- Nie waż się próbować z nią żadnych sztuczek, Gordie. Jest od ciebie dużo 

starsza i o wiele przebieglejsza, niż sądzisz.

Po   kolacji   Gordon   gdzieś   zniknął,   a   Costain   podprowadził   do   Cathy   panią 

Leonard.

- Panna Lyman jest starą przyjaciółką mej rodziny - powiedział do pani Leonard. 

- Cathy, oto pani Leonard. Jej mąż jest moim kolegą z biura.

Kobiety wymieniły kurtuazyjne uśmiechy.
- Czy ten przemiły chłopiec u pani boku to brat, panno Lyman? - spytała dama.
- Tak. A czy pani ma liczną  rodzinę,  madame? - Cathy chciała przypomnieć 

Costainowi, że jego towarzyszka jest mężatką.

- Niestety, ominęło mnie to szczęście, mam jednak ukochaną małą suczkę. Jest 

dla mnie wszystkim! Nazwałam ją May, gdyż pojawiła się u mnie w maju. Jest 
spod znaku Byka, podobnie jak ja. To ziemski znak. Tak miła i czuła, oczywiście 
jeśli nie jest atakowana. Wtedy staje się dość złośliwa. Ma upodobanie do sztuki, a 
w   szczególności   uwielbia   muzykę.   To   nasza   wspólna   cecha.   Interesują   się 
państwo horoskopami?

Z błyskiem w oczach popatrzyła na rozmówców. Obydwoje przyznali, że nie 

mają o tym pojęcia.

-  Och,   to  fascynująca   dziedzina   -  stwierdziła.  -  Żyję   wśród   gwiazd.   To  one 

powiedziały  mi  o  upodobaniu   May  do  muzyki.  Gdy  moja  psinka   jest  czymś 
zdenerwowana, gram dla niej na fortepianie. Ostatnio szczególnie przepada za 
walcem.

Cathy nie wiedziała, co powiedzieć na ten stek bzdur.
- Ja mam kotka... - wybąkała.
- Ja też miałam, lecz May była zazdrosna. Musiałam go oddać.
Pani   Leonard   odwróciła   się   do   Costaina,   by   spytać   o   jego   znak   zodiaku. 

Dowiedziawszy się, że jego urodziny przypadają w październiku, uśmiechnęła 
się z satysfakcją.

- Tak też sądziłam! Lew. Przywódca z natury! - stwierdziła, dodając, jakie to 

rozliczne zalety charakteryzują ten znak.

Gwiezdny rodowód Cathy jej nie zainteresował.
Kiedy   znów   rozbrzmiała   muzyka,   pani   Leonard   wydała   z   siebie   smętne 

westchnienie i powiedziała:

- Chyba dla mnie już czas wracać do gry w karty. Wy, młodzi, biegnijcie się 

bawić.

Costain złapał przynętę i spytał, czy nie zechciałaby z nim zatańczyć.
-   Naprawdę,   nie   powinnam,   gdy   mój   biedny   mąż   został   w   domu   złożony 

chorobą, ale ten jeden raz... Mam nadzieję, że to prawda, iż ludzie podziwiają nas 
za cnoty, ale lubią za ułomności. Ja mam strasznie dużo wad.

45

background image

Lord Costain żywo zaprzeczył temu samooskarżycielskiemu wyznaniu.
- Doprawdy, trudno w to uwierzyć... Nie, to wprost niemożliwe. Mąż wyraża się 

zawsze o pani z największą atencją.

Jakimś  niewidzialnym   gestem   Costain   przywołał   jednego   z   przyjaciół,   który 

zajął się Cathy, i zniknął z panią Leonard. Po zakończeniu tańca wrócił już bez 
partnerki.   Cathy   ogarnęła   furia   na   widok   jego   zadowolonego   uśmiechu. 
Sztywnym tonem spytała, czy zechciałby odwieźć ją do domu, gdyż rozbolała ją 
głowa.

- Może pan tu wrócić, jeśli dobrze się pan bawi - dodała patrząc w stronę damy, 

której towarzystwo okazało się tak zajmujące.

-   Posunąłem   się   na   tyle,   na   ile   pozwala   przyzwoitość   pierwszego   dnia 

znajomości - odparł nie ukrywając, że zrozumiał aluzję.

- Nie wątpię.
Costain   pożegnał   się   z   gospodynią   i   natychmiast   wezwał   powóz.   Gordon 

postanowił zostać na przyjęciu i spróbować poprosić do tańca pannę Stanfield.

- Naprawdę rozbolała panią głowa czy to napad złego humoru?  - spytał w 

drodze do domu Costain.

-   Czy   nie   ma   prawa   rozboleć   mnie   głowa   po   tym,   jak   publicznie   mnie 

zlekceważono? - odpowiedziała pytaniem. - Sądzi pan, iż nikt nie zauważył, że 
mężczyzna, z którym przyszłam, ośmieszył mnie, zostawiając samą przy kolacji?

-   Poszliśmy   na   to   przyjęcie   w   konkretnym   celu,   a   pani   Leonard   stanowiła 

wspaniały trop.

- Zastanawiam się, czy pan Burack nie był lepszym tropem.
- Widuję go codziennie. Zostając dłużej sprawdzilibyśmy, czy trzyma się blisko 

pani Leonard. To byłoby interesujące. Dziwi mnie, że nie zbliżył się do niej przez 
cały wieczór. Pracuje w Horse  Guards dłużej ode mnie i musiał wcześniej ją 
poznać. Ten dystans między nimi wydaje mi się podejrzany.

- Musi pan wypytać o pana Buracka, gdy złoży jej pan wizytę - stwierdziła z 

chłodną obojętnością.

-   Lepiej,   żeby   Gordon   nadal   ją   śledził.   A   może...   zamiast   niej   powinien 

obserwować Buracka. To jasne, że pani Leonard nie jest żadnym szpiegiem.

Dla Cathy było jasne, że lord Costain wpadł w sidła kuszącego flirtu.
- Radzę wziąć ze sobą  w prezencie  kość  dla May, gdy odwiedzi pan panią 

Leonard, lordzie Costain - powiedziała. - Przeczuwam, że droga do serca tej damy 
wiedzie przez jej pieska.

- Czyta pani w moich myślach, madame. Poproszę kucharza, żeby wybrał mi jakiś 

smaczny kąsek.

Dłuższą chwilę milczeli. Słychać było jedynie stukot kopyt i echo turkotu kół.
Gdy skręcili w King Charles Street, Cathy powiedziała:

46

background image

- Dowiedział się pan, skąd pani Leonard ma pieniądze? Jej diamentowa brosza 

wyglądała na bardzo kosztowną.

- Trudno pytać o takie rzeczy przy pierwszym spotkaniu.
- Może gdy lepiej się państwo poznają...
Powóz zatrzymał się przed domem.
- Odprowadzę panią do drzwi - powiedział. - Proszę się nie dziwić, że mój 

powóz tu zostanie. Chcę  zamienić słowo z Gordonem. Mówił, że nie zabawi 
długo u lady Martin.

- Oczywiście.
Zanim otworzył przed nią drzwi, odezwał się:
- Nie wiem, co przyniesie jutro. Czy może pani zarezerwować dla mnie wieczór, 

gdyby wyniknęło coś ważnego?

Zarezerwowanie wolnego wieczoru nigdy nie stanowiło dla Cathy kłopotu, nie 

powiedziała tego jednak głośno.

- Często spędzamy zimowe wieczory w domu. Sądzę, że jutro będę wolna.
Pomyślała, że Costain uśmiechnie się i uda przynajmniej, że się cieszy, ale on ze 

zmarszczonym czołem wpatrywał się w kołatkę u drzwi.

- Nie ma pani przypadkiem jakiejś książki o astrologii?
- Nie sądzę. To przecież same niedorzeczności.
- Wiem, ale ktoś kiedyś powiedział mi chyba, że jestem Wagą. Pani Leonard 

stwierdziła, że mój znak to Lew.

- Myśli pan, że odgrywała komedię? Po co udawałaby eksperta w tak idiotycznej 

dziedzinie jak astrologia, jeśli to nieprawda?

- Może właśnie dlatego, że to idiotyczna dziedzina. Prawie uwierzyłem, że ta 

dama nie jest zbyt lotną osobą. Astrologia w połączeniu z tym uwielbieniem dla 
pieska...

Cathy przygryzła wargę.
- Sądzi pan, że udaje idiotkę, a w gruncie rzeczy jest przebiegła jak lis? Zapytam 

wuja Rodneya o astrologię. On zna się na wszystkim. To znaczy na wszystkim, co 
dziwaczne i bezużyteczne.

- Zirytowało panią, że z nią flirtowałem, lecz, rozumie pani, to wynikało jedynie 

z konieczności - powiedział uśmiechając się pod nosem.

- Nie to mnie zirytowało! Poczułam się po prostu ośmieszona, kiedy przylgnął 

pan do niej podczas kolacji, a mnie podrzucił na oczach wszystkich Gordonowi. 
Każda kobieta ma swój honor.

Leniwie uniósł brew.
- Podobnie jak każdy mężczyzna, panno Lyman. Mogłaby pani przynajmniej 

udać, że popsułem pani humor.

- Ma pan na myśli zazdrość, milordzie?

47

background image

- Jeśli koniecznie chce pani nazywać rzeczy po imieniu.
- Owszem, i niemiłe zmieszanie nazywani również po imieniu, a nie zazdrością.
Jeśli dama czuje się zmieszana przez mężczyznę, to wyłącznie jego wina. Proszę 

mi wybaczyć. To się nie powtórzy.

- Rozumiem. Są ważniejsze sprawy od przyjemności.
- W takim razie rozumie pani również, że większą przyjemność sprawiłoby mi 

towarzyszenie pani przy kolacji. Nigdy nie byłem dobry w prawieniu nieszcze-
rych komplementów. Męczą mnie takie sytuacje.

- Dlaczego więc pan się zmusza? - syknęła.
- Pani Leonard oczekiwała komplementów.
- Och, ta pani Leonard!
-   Dobry   Boże!   Nie   sądzi   pani   chyba,   że   wobec   pani   jestem   nieszczery? 

Doprawdy, panno Lyman, myślałem, że lepiej się rozumiemy.

Ponieważ porozumienie między nimi opierało się na współpracy w wiadomej 

sprawie i nigdy nie było mowy o osobistych uczuciach Costaina wobec niej, Cathy 
nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Po chwili odezwała się:
- Wuj ma coś o astrologii. Pamiętam, że widziałam na półce jakąś obskurną, tanią 

książkę w czerwonej, pokrytej dziwnymi symbolami okładce. Kozły, barany i 
takie rzeczy. Zaraz to sprawdzę. Ale, proszę pomyśleć, Jeśli ona rzeczywiście 
grała komedię... - Cathy urwała w zamyśleniu. - To co? Jak mogłaby mieć dostęp 
do   tajemnic   państwowych?   Pan   Leonard   z   pewnością   nie   może   zabierać 
dokumentów do domu, prawda? Musiałby je kopiować w biurze, a to znaczyłoby, 
że z nią współpracuje.

- Albo ktoś inny z biura. Pamięta pani, jaki Burack był wścibski? I starannie 

unikał pani Leonard. To mógłby też być kto inny, wspominam o Buracku, gdyż 
jego pani zna.

- Gordon powinien nadal śledzić panią Leonard. Jeśli nie jest pan Lwem... - 

dodała i roześmiała się na myśl, że sprawa najwyższej wagi może wiązać się z 
takim śmiesznym drobiazgiem.

- Jutro powie mi pani, jaki jest mój znak. Pozwolę sobie zajrzeć do państwa po 

południu. Może koło czwartej, w porze herbaty?

- Mama będzie zachwycona - przytaknęła w zamyśleniu.
Costaina   odrobinę   zaskoczyła   ta   obojętna   odpowiedź.   Lecz   dał   przecież   do 

zrozumienia, żeby nie liczyła na nic poważnego między nimi. Musi więc teraz 
udawać, że jej brak entuzjazmu nie robi na nim wrażenia.

Otworzył drzwi i Cathy weszła do domu. W progu odwróciła się jeszcze na 

chwilę i powiedziała uprzejmie:

- Nie muszę chyba zapewniać pana oficjalnie, że spędziłam uroczy wieczór, 

48

background image

prawda?

- Oczywiście. To jedna z zalet tej sytuacji. Nie musimy się oszukiwać. Jednak w 

imię zupełnie obiektywnej prawdy pragnę stwierdzić, że mnie było bardzo miło.

- Proszę to powiedzieć pani Leonard.
Niezadowolony   Costain   zmarszczył   czoło,   na   co   Cathy   z   zagadkowym 

uśmiechem zamknęła drzwi.

Nie to miał na myśli! Chodziło mu o zupełnie co innego. Bardzo dobrze czuł się 

w towarzystwie panny Lyman. Miło było przebywać u boku młodej damy, która 
nie   próbowała   cały   czas   złapać   go   na   męża.   Rozdrażniło   ją,   że   na   oczach 
wszystkich zabawiał inną kobietę podczas kolacji i trudno się temu dziwić. To nie 
było uprzejme z jego strony. Każda inna kobieta dąsałaby się godzinami.

Panna Lyman powiedziała mu po prostu, że postawił ją w niezręcznej sytuacji, i 

to wszystko. Kiedy starał się oczarować ją odrobinę,  żeby naprawić gafę, nie 
zwróciła na to najmniejszej uwagi. Myślała tylko o sprawie, tak jak i on powinien. 
A pani Leonard... Czy ten trop wart jest zachodu? Nawet jeśli wyciągała od kogoś 
tajemnice państwowe, Costain wątpił, żeby informatorem był jej mąż. Bardziej 
pasował do tego pan Burack. Ale jeżeli wykorzystuje romans do szpiegowskich 
celów, to może interesują ją jeszcze inne kontakty z ludźmi związanymi z Horse 
Guards?

Rozważał   w   myślach   różne   możliwości   do   chwili,   kiedy   usłyszał   powóz 

Gordona. Wyszedł mu na spotkanie.

- Och, pan wciąż tutaj, Costain. Czeka pan na mnie?
- Chcę o coś pana zapytać. Czy pani Leonard rozmawiała po moim wyjściu z 

panem Burackiem?

- Nie, opuściła przyjęcie niedługo po panu. Ale... Teraz sobie przypominam, pan 

Burack wyszedł tuż po niej.

- Rozumiem!
- Myśli pan, że coś ich łączy?
- Możliwe.
- Kogo więc mam jutro śledzić?
- Panią Leonard, ale proszę zachować dyskrecję. Widziała pana z Cathy, a wie, 

że ja jestem znajomym pana siostry. Nie może się niczego domyślać.

- Wynajmę fiakra i będę krążył w okolicy Half Moon Street. Jeśli wyjdzie z 

domu,   pojadę   za  nią.   Oczywiście   muszę   wymyślić   inne   przebranie.   Przykleję 
sobie brodę i na strychu wynajdę jakieś stare ubranie. I okulary. Za życia papy 
urządzaliśmy   czasem   zabawne   przedstawienia.   Jak   mam   się   z   panem 
kontaktować, jeśli nie powinienem pokazywać się w biurze?

- Jutro przyjdę do państwa na herbatę. Będzie pan w domu o czwartej?
- Tak, jeśli pani Leonard nie dopuści się jakiegoś szaleństwa. Gdybym nie mógł 

49

background image

spuścić jej z oka, prześlę panu wiadomość.

- Doskonale. Dziękuję za pomoc.
- W końcu to ja zasugerowałem obserwację pani Leonard - stwierdził skromnie 

Gordon, zapominając, kto naprawdę wpadł na ten pomysł. - Pewnie nigdy nie 
przyszłoby to panu do głowy.

- Cathy czeka na pana w domu. Proszę spytać ją o Lwa - rzucił tajemniczo.
- Czy to nasze hasło w sprawie pani Leonard?
- Nie. To mój pseudonim.
- Słucham?
Costain mrugnął okiem, skłaniając się dotknął kapelusza i wsiadł do swojego 

powozu.

Gordon wbiegł do domu, by natychmiast porozmawiać z Cathy.

Rozdział 7

Gordon wpadł jak burza do gabinetu i rozejrzał się wokół, czy są sami.
- Co masz mi powiedzieć o Lwie? - spytał grobowym tonem.
Cathy podniosła wzrok znad książki i oświadczyła triumfalnie:
- On nie jest Lwem, jest Wagą. Wiesz, co to znaczy?
Gordon   nie   miał   najmniejszego   pojęcia,   o   czym   siostra   mówi.   Po   chwili 

skupienia powiedział jednak:

- Twierdzisz, że lord Costain nie jest lordem Costainem? Kim do diabła jest? 

Aha! Lovell!

-   Oczywiście,   że   jest   lordem   Costainem,   Gordonie,   lecz   urodził   się   w   paź-

dzierniku.

- W październiku? I co z tego wynika?...
- To znaczy, że nie jest Lwem.
- Ale co to za różnica?
Cathy wyjaśniła i Gordon po chwili zrozumiał, o co chodzi.
- Tak więc pani Leonard udaje znawczynię astrologii, a nie ma to nic wspólnego 

z prawdą. Zastanawiam się teraz, czy May rzeczywiście jest spod znaku Byka... - 
Wpadł w głęboką zadumę.

- Tak, jeśli pies urodził się w maju, jest spod znaku Byka, tak samo jak pani 

Leonard. Ale nie o to chodzi. Prawdopodobnie ktoś jej powiedział, że jest Bykiem. 
Ja na przykład wiem, że jestem spod Bliźniąt, mimo że zupełnie nie interesuję się 
astrologią. Pani Leonard opowiedziała całą tę historię po to, byśmy wzięli ją za 
głupią gęś.

- Jedna rzecz, co do której nie skłamała, to miłość do tego przeklętego psa. 

Wszędzie go zabiera, a to stworzenie podszczypuje przechodniów w łydki i cały 
czas   piskliwie   jazgocze.   Uszyła   suczce   zimowe   futerko   i   toczek   na   główkę. 

50

background image

Francuski fason - dodał przypominając sobie strój pieska.

Kiedy wyczerpali temat pani Leonard, Cathy spytała, jak mu poszło z panną 

Stanfield. Gordon oświadczył ze stoickim spokojem, że odmówił zaproszenia na 
herbatę następnego popołudnia.

- Dokładnie rzecz biorąc, stałem obok lorda Harcourta, kiedy go zapraszała, i 

spojrzała również na mnie. Sądziłem, że będzie urażona, gdy powiedziałem, iż 
jestem   bardzo   zajęty,   ale   zdaje   się,   że   moja   odmowa   wzbudziła   jej 
zainteresowanie.   Poprosiła,   bym   odwiedził   ją   w   najbliższych   dniach. 
Powtórzyłem, że mam ostatnio niewiele czasu. No, bo jakże miałbym pójść z 
wizytą w tych łachach ze strychu i peruce. A Lew chce, żebym używał przebrania. 
Między nami mówiąc, ten pseudonim pasuje do Costaina.

- Nie jest Lwem, lecz Wagą.
- Daj spokój, jak mężczyznę można nazywać Wagą! To takie dziwaczne. Jaki jest 

mój znak? Urodziłem się pod koniec listopada.

- Strzelec - powiedziała Cathy, sprawdziwszy w książce..
- To też do niczego się nie nadaje. Za mało oryginalne.
Niedługo potem poszli się położyć. Lady Lyman lubiła wcześnie chodzić spać, 

więc  o  szczegółową  relację  z rautu  poprosiła   dopiero  następnego  ranka  przy 
śniadaniu.   Była   zadowolona   z   tego,   co   usłyszała,   i   wręcz   zachwycona 
wiadomością, że lord Costain pojawi się na herbacie po południu. Gdy zaczęła 
mówić   o   ślubie   w   czerwcu,   Cathy   poinformowała,   że   lord   Costain   zamierza 
wkrótce wyjechać do Hiszpanii i skierowała rozmowę na panią Leonard.

- Słyszałaś coś o niej, mamo? - spytała.
- Jakie było jej panieńskie nazwisko?
- Nie wiem.
- Pamiętaj, moja droga, że moje wspomnienia datują się sprzed dobrych kilku lat. 

Najprawdopodobniej była jeszcze panną, gdy ją spotkałam. Nie przypominam 
sobie żadnej pani Leonard.

- Ma około trzydziestu pięciu lat, może więc zaczęła bywać w towarzystwie, 

kiedy byłaś w Londynie.

Cathy opisała panią Leonard, lecz lady Lyman oświadczyła, że znała z tuzin 

ciemnowłosych piękności.

-   Jeśli   dowiesz   się,   jak   nazywała   się   z   domu,   bez   wątpienia   ci   pomogę. 

Tymczasem   wypytam   o   nią   znajomych.   Jeśli   bywa   w   towarzystwie,   ktoś   na 
pewno   ją   zna.   A   teraz   wróćmy   do   ciebie   i   Costaina,   moja   droga.   Ponieważ 
zamierza   jechać   do   Hiszpanii,   musimy   brać   pod   uwagę   ślub   w   zimie.   Z 
pewnością zadba przed wyjazdem o spłodzenie potomka. Na rozwiązanie musisz 
być w domu, Cathy. Teraz rozumiem jego zachowanie wobec ciebie. Wydawało 
mi się to nieco dziwne, ale temu biedakowi strasznie się spieszy. Mam nadzieję, 

51

background image

że zdrów i cały wróci z Hiszpanii. A gdyby nie wrócił, musisz mieć syna. Córka 
na nic ci się nie zda. Nie odziedziczy Pargeter. Nie chcesz chyba skończyć w 
przytułku.

- Nie sądzę, by chciał się żenić przed wyjazdem, mamo - powiedziała Cathy.
- Bardzo słuszne stwierdzenie, moja droga. Dama nigdy nie myśli o ślubie przed 

oświadczynami. Jak sądzisz: skromne czy huczne wesele?

- Nie snujmy żadnych planów, mamo.
Lady Lyman zgodnie kiwnęła głową.
- W takim razie cichy ślub. Może tak będzie najlepiej, wziąwszy pod uwagę porę 

roku. Trudno zmuszać gości do podróżowania po oblodzonych drogach. Mam 
nadzieję, że książę i księżna przyjadą!

-   Żadnych   planów,   mamo.   Obiecałam   wujowi   Rodneyowi   przepisać   piąty 

rozdział - powiedziała Cathy i uciekła do gabinetu.

Rodney jeszcze nie wstał, co pozwoliło Gordonowi wykorzystać jego gabinet 

jako garderobę i przeobrazić się w staruszka z siwą brodą. Włożył okulary, stary 
czarny płaszcz oraz wziął laskę wuja.

- Nigdy w życiu bym cię nie rozpoznała - stwierdziła Cathy, kiedy wkroczył na 

trzęsących   się   nogach,   stukając   laską   w   podłogę,   jakby   niepewnie   sprawdzał 
drogę, żeby się nie potknąć.

- Widzisz coś przez te okulary? Szkła strasznie powiększają ci oczy.
- Muszę je podnosić, żeby coś widzieć. Przymierzałem stary monokl papy, ale 

ciągle spadał, a z laską w jednej ręce nie mogę jeszcze co chwila łapać spadającego 
monokla. Z jaką przyjemnością odwiedziłbym w tym stroju Charliego Edisona!

- Wrócisz na czwartą, żeby zobaczyć się z lordem Costainem?
- Oczywiście. Przecież przyjdzie tylko po to, żeby ze mną porozmawiać. Nalegał 

na to spotkanie.

Cathy przyjęła tę odpowiedź z dobrą miną do złej gry. Co ona sobie wyobraża? 

Że Costain przychodzi zalecać się do niej?

Zasiadła do nudnego przepisywania tłumaczenia wuja. Tekst Schillera wymagał 

wielkiego   mozołu,   pewnie   dlatego,   że   nie   wzbudzał   w   niej   zupełnie 
zainteresowania. W ciszy gabinetu rozlegało się tylko skrzypienie pióra Cathy i 
pomruk wiatru hulającego po ulicach. Od czasu do czasu porwane przez wicher 
liście uderzały w szyby okna.

Pisała przez całe przedpołudnie i po kilku godzinach nieprzerwanej pracy z 

przyjemnością   przywitała   stałego   klienta,   pana   Holmesa.   Przygotowywał 
tłumaczenie   z   francuskiego   na   angielski   poetyckiego   zbioru   „Les   Jardins” 
Jacquesa Delille’a. Niezbyt dobrze znał francuski i poprosił Cathy o dosłowny 
przekład, któremu potem zamierzał nadać poetycką formę.

Za   kwadrans   czwarta   u   drzwi   znowu   rozległo   się   pukanie.   Na   progu   stał 

52

background image

skulony w porywach wiatru lord Costain. Miał czerwony nos i zaróżowione po-
liczki, a ciemne oczy błyszczały młodzieńczo.

- Co za dzień! Można by pomyśleć, że mieszkamy w Kanadzie. A biedny Gordon 

na służbie.

Otrzepał buty na wycieraczce i wszedł do ciepłego pokoju, gdzie ogień wesoło 

strzelał w kominku. Na stołach leżały stosy pootwieranych książek.

- Miałem nadzieję, że panią tu zastanę. Możemy porozmawiać w cztery oczy 

przed spotkaniem z lady Lyman. Jak miło widzieć panią w wirze pracy, panno 
Lyman.

Cathy przyłożyła palec do ust.
- Wuj Rodney jest w swoim gabinecie. Zamknę drzwi.
Costain zaczął rozpinać płaszcz.
- Kto przyszedł? Czy to do mnie? - rozległ się głos Rodneya.
- Nie, wuju. To mój znajomy. Zamknę drzwi, żebyśmy ci nie przeszkadzali.
- Nie czas jeszcze na herbatę?
- Za chwilę - powiedziała i zamknęła drzwi.
Kiedy wróciła, Costain oglądał francuską książkę przyniesioną przez poetę.
- Francuska poezja - powiedział, unosząc ze zdziwieniem brwi. - Nie sądziłem, 

że jest pani romantyczką.

- Nie wszyscy mogą być romantykami. Tłumaczę to dla klienta - powiedziała 

odrobinę dotknięta.

-   Czyżby   ta   czarująca   suknia   skrywała   duszę   prawdziwej   sawantki,   panno 

Lyman? - spytał lekko.

- Z pewnością nie. W taką straszną pogodę nosi się grube wełniane trykoty, a nie 

kolorowe jedwabie.

- Zrozumiała mnie pani zbyt dosłownie.
- Wiem, co ma pan na myśli. Nie uważam się za sawantkę. Przygotowuję jedynie 

surowe tłumaczenie. Dopiero mój klient nada tekstowi literacką formę.

- Można? - spytał zerkając na przekład. Powoli przeczytał dłuższy fragment, z 

uznaniem   kiwając   głową.   -   Na   pani   miejscu   przeczytałbym   dokładnie 
tłumaczenie,   gdy   książka   już   się   ukaże.   Użyła   tu   pani   bardzo   trafnych 
sformułowań.

- Nie, to monsieur Delille ich użył, ja tylko przetłumaczyłam - upierała się, lecz 

miło jej było słyszeć pochwały.

Pokazała Costainowi książkę o astrologii.
-   Czy   możemy   wygodnie   usiąść   przy   kominku?   -   spytał.   Wziął   książkę   i 

poprowadził Cathy do kanapy.

- Kiedy przypadają pana urodziny, milordzie?
- Trzynastego października. Już za późno, by kupiła mi pani podarek w tym 

53

background image

roku.   Ale   w   przyszłym,   jeśli   nadal   pozostaniemy...   przyjaciółmi,   może   pani 
wysłać mi do Hiszpanii jakiś drobiazg. Na przykład blok lodu. To bardzo by się 
tam   przydało.   Ale   widzę,   że   zaczynam   niecierpliwić   panią   swoją   paplaniną. 
Staram się po prostu wyżebrać od pani jakiś prezent. Czy jestem Lwem?

- Nie. Jest pan Wagą. A pani Leonard jest bezczelną flirciarką - oświadczyła.
- Zastanówmy się spokojnie. Może jest po prostu jedną z tych dam, które nie 

mają rozumu w nadmiarze. Czy lady Lyman powiedziała coś pani o niej?

- Nie. Obiecała wypytać znajomych. Coś nowego zdarzyło się w Horse Guards?
- Pan Leonard wrócił do pracy. Dowiedziałem się, że żona ma na imię Helena. 

Wspomniałem, że spotkaliśmy się wczoraj wieczorem. Dyskretnie wyciągnąłem 
od niego, że są małżeństwem zaledwie od kilku lat. To drugie małżeństwo dla 
obojga. Pan Leonard jest z niej tak dumny, jakby była królową. Potrząsa tylko 
siwą czupryną i powtarza, iż nie wie, co ona w nim widziała. Ja też nie wiem i 
pewnie każdy, kto ma oczy, też by się zastanawiał.

- Mama dopytywała się o jej panieńskie nazwisko.
- Spróbuję się tego dowiedzieć.
- Czy znajomość państwa jest na tyle zażyła, by mógł pan dowiedzieć się, skąd 

pani Leonard ma taką piękną biżuterię?

- Nie, ale pan Leonard wspomniał, że jej pierwszy mąż był zamożniejszy od 

niego. Może diamentowa brosza i perły są prezentem od niego?

- Nie znamy też nazwiska tego pierwszego męża?
- Staram się być ostrożny. Nie mogę zadawać zbyt wielu pytań, by nie wzbudzić 

podejrzeń.

Cathy skinęła potakująco głową. Po chwili spytała:
- A jak miewa się pan Burack?
Popatrzył na nią znacząco.
- Zastanawiałem się, kiedy zapyta pani o niego. Przyłapałem go w moim pokoju. 

Szukał rzekomo kopii listu z Admiralicji do Cosgrave’a. Z pewnością wie, jak 
mało prawdopodobne jest, by powierzono mi taki dokument. Nie muszę pani 
przekonywać, że szukał czegoś innego.

Cathy przez chwilę milczała, a potem powiedziała:
- Ponieważ wie, że nie ma pan dostępu do tajnych dokumentów, może szukał 

bileciku do albo od pani Leonard - zasugerowała z niewinną miną. - Jeśli jest jej 
kochankiem i źródłem wpływów finansowych, może być o pana zazdrosny.

- Widzę, że zaczynamy mówić bez ogródek. To możliwe. Ale mam inny pomysł. 

Dziś otrzymałem prywatny list z Hiszpanii, od kolegi z wojska. Pyta o moje 
zdrowie. Burack mógł to zauważyć albo dowiedzieć się od posłańca. Zwykle nie 
dostaję   w   biurze   osobistej   korespondencji,   lecz   kiedyś   napisałem   koledze   o 
propozycji Castlereagha i że zamierzam ją przyjąć.

54

background image

- I sądzi pan, że Burack wziął list za oficjalne pismo. Zostawił go pan w biurze?
-   Nie,   schowałem   do   kieszeni,   żeby   w   domu   spokojnie   odpisać.   Nic   nie 

wspominałem   mu   o   liście.   Jeśli   się   o   tym   dowiedział,   musi   uważnie   śledzić 
wszystko, co dzieje się w biurze. Takie oddanie pracy nie jest częstym zjawiskiem. 
Szczególnie w Horse Guards - dodał ze znużoną miną.

-   Wygląda   pan   na   wyczerpanego.   Chyba   za   bardzo   się   pan   przepracowuje. 

Herbata dobrze panu zrobi.

Tak miło było siedzieć przy kominku, że Costain nie miał ochoty nigdzie iść.
- Nie moglibyśmy wypić herbaty tutaj? - Patrzył jak Cathy z niedowierzaniem 

szeroko otwiera oczy. - Czy to było bardzo nietaktowne z mojej strony?  Nie 
miałem na myśli nic zdrożnego. Pani wuj jest obok.

- Chodzi... o to, że mama na nas czeka - powiedziała trochę zażenowana.
Cathy chętnie zostałaby w gabinecie, przy zamkniętych drzwiach do biura wuja, 

lecz matka uważała ten podwieczorek za wspaniałą okazję i starannie się do niego 
przygotowała.

- Zawołam wuja i pójdziemy razem.
Costain spojrzał na swój kapelusz i płaszcz, ale nie wziął rzeczy ze sobą. Cathy 

pomyślała, że będzie tu musiał po nie wrócić, nie przyszło jej jednak do głowy, że 
zrobił to, by móc być z nią sam na sam.

Zapukała do drzwi gabinetu i wuj wszedł do biblioteki.
- Ach, lord Costain, znowu z wizytą u naszej Cathy... - Nie powiedział nic więcej, 

potrząsnął tylko energicznie głową z pełnym zrozumieniem i akceptacją. - Mam 
nadzieję,   że   kucharka   przygotowała   jakieś   łakocie.   W   taki   dzień   nie   ma   nic 
lepszego od smakowitego podwieczorku.

W kwestii łakoci zawiódł się sromotnie. Na cześć wielbiciela Cathy lady Lyman 

zarządziła   tego   popołudnia   oficjalny   posiłek:   zimne   mięso,   ser   i   chleb.   Nie 
zaprosiła wszystkich przed ciepły kominek, lecz do jadalni, gdzie cała służba stała 
w pogotowiu, by podawać półmiski i napełniać filiżanki. Ciemne boazerie pokoju 
pochłonęły ostatnie promienie dziennego światła, a lampy były tak wysoko na 
ścianach,  że prawie nie  widzieli talerzy.  Jakby jedli w piwnicy. Konwersacja, 
opierająca   się   na   dociekliwych   pytaniach   lady   Lyman   i   ogólnikowych 
odpowiedziach Costaina, nie toczyła się zbyt swobodnie.

Poza tym pojawiły się dwa inne wątki: niespokojne uwagi gospodyni, gdzież to 

podział się w tak straszną pogodę Gordon, oraz regularnie co pięć minut po-
wtarzane przez Rodneya westchnienia, że chętnie zjadłby coś słodkiego.

Ponieważ w jadalni było chłodno, filiżanki z herbatą zabrali na koniec do salonu. 

Najszybciej, jak było to możliwe bez urazy dla gospodyni, Costain wstał, by się 
pożegnać.

-   Może   odprowadzisz   lorda   Costaina   do   drzwi,   Cathy?   -   zasugerowała   z 

55

background image

porozumiewawczym mrugnięciem lady Lyman.

Przeszli we dwoje z salonu do biblioteki.
-  Powinnam   przeprosić   za   wszystkie   te   pytania   mamy   -   powiedziała   Cathy 

starając się zachować spokój.

-   Jestem   przyzwyczajony   do   ciekawości   mam   -   odpowiedział.   -   Lecz   jedna 

sprawa zainteresowała nas oboje w równym stopniu. Gdzie, do diabła, podziewa 
się Gordon? Mieliśmy spotkać się tu o czwartej.

Zanim zdążył włożyć płaszcz, drzwi nagle się otworzyły i do gabinetu wkroczył 

chwiejnym krokiem staruszek z siwą brodą i oszronionymi okularami na nosie. 
Potknął się o kraniec dywanu.

- Czy to Lew? - Gordon zdjął szkła.
- Co pana zatrzymało? - spytał Costain.
-   Niech   pan   lepiej   usiądzie.   Moje   odkrycie   zwali   pana   z   nóg   -   oświadczył 

młodzieniec.

Zrzucił  płaszcz  i upadł  na  kanapę   przed kominkiem, żeby  zaczerpnąć   tchu, 

zanim obwieści, czego się dowiedział.

Rozdział 8

Po chwili Gordon przyszedł do siebie, wstał i dumnie wyprężył pierś.
- Pani Leonard ma francuskiego kochanka - oświadczył i czekał na wybuch 

entuzjazmu swej publiczności, który jednak nie nastąpił.

Gdyby nie zdumione westchnienie Cathy, oświadczenie wypadłoby zupełnie 

blado. Lekkie uniesienie brwi lorda Costaina zupełnie nie usatysfakcjonowało 
Gordona.

- Jest pan pewien, że to Francuz? - spytał Costain.
-   Daję   sobie   głowę   uciąć,   że   to   Francuz.   Spotkali   się   w   pomieszczeniu   nad 

sklepem francuskiej modystki.

- Skąd wiesz? Wszedłeś za nią do sklepu? - dopytywała się Cathy.
- Przez dwadzieścia minut marzłem pod sklepem, a potem zajrzałem przez okno 

do środka, zdjąwszy przedtem te przeklęte szkła. Nie było jej tam, wszedłem więc 
udając,   że   potrzebny   mi   kapelusz   dla   wnuczki.   Musiałem   kupić   ci   kapelusz, 
Cathy.

- Tak? Jak wygląda? - spytała z ożywieniem.
- Okropny czarny placek, najtańszy, jaki  mademoiselle  miała w sklepie, co nie 

znaczy, że był tani. Z czarną woalką przyda się na pogrzeb. Musiałem coś kupić, 
żeby nie wzbudzić podejrzeń. Jestem pewien, że pani Leonard nie było w sklepie, 
mimo iż widziałem, jak tam wchodziła.

- Czy nie domyśliła się czasem, że ją pan śledzi, Gordonie? - spytał Costain. - 

Jeśli tak, mogła wymknąć się tylnym wyjściem.

56

background image

- Jestem absolutnie pewien, że niczego nie zauważyła. Jechałem za nią tylko 

kilka przecznic. Wyszła z domu dopiero koło drugiej i udała się prosto do sklepu 
panny Dutroit. Nie mogła spostrzec mojej dorożki, gdyż używałem stu forteli: 
kazałem zatrzymać się za rogiem, gdzie powóz był niewidoczny, i od czasu do 
czasu robiłem rundkę w okolicy. W południe zmieniłem nawet fiakra. Dlaczego 
chciałaby mi uciec, jeśli ma czyste sumienie?

- Najwidoczniej chciała uciec - stwierdził Costain - ale nie musi to znaczyć, że 

jest szpiegiem. Niewierne żony zazwyczaj mają się na baczności. Jeżeli prowadzi 
takie życie, może obawiać się, że mąż kazał ją śledzić. Choć pan Leonard nie 
wygląda na podejrzliwego osobnika - dodał zamyślony.

- Żona jej kochanka też mogłaby kazać ją śledzić - wtrąciła Cathy.
Costain uśmiechnął się z uznaniem.
- To tylko kobiecie mogło przyjść do głowy. Nie przyjrzał się pan mężczyźnie, z 

którym się spotkała? - zwrócił się do Gordona.

- Nie, lecz kiedy zbliżała się czwarta, a oni nadal się nie pokazywali - byłem 

przecież umówiony z panem - wysiadłem z powozu i poszedłem na tyły sklepu, 
szukając   drugiego   wyjścia.   Zobaczyłem   odjeżdżającą   właśnie   dorożkę.   Nie 
mogłem   biec   za   nimi,   bo   zdradziłbym,   że   nie   jestem   staruszkiem.   Ale   pani 
Leonard na pewno wsiadła do tej dorożki z jakimś mężczyzną. Wiem, że to ona, 
mimo iż nie widziałem jej twarzy. Miała na sobie ten czerwony kapelusik z czarną 
wstążką. Sądzę, że zamierzała przesiąść się później do swojego powozu i pojechać 
do domu jak przykładna cnotka. Popędziłem do domu, by panu złożyć raport. 
Aha, ten mężczyzna był grubawy.

- Świetna robota, Lyman - powiedział Costain, jednak zdrowy rozsądek mówił 

mu, że jeśli pani Leonard ma kochanka, nie ma to żadnego związku ze sprawą w 
Horse   Guards.   Jest   dość   młodą,   urodziwą   kobietą,   żoną   dużo   starszego 
mężczyzny. Niewierność w takich wypadkach nie jest rzadkością. Bardzo mo-
żliwe, że małżeństwo zaaranżowała rodzina wbrew jej woli.

- Nie odstąpię jej na krok i następnym razem spróbuję lepiej przyjrzeć się temu 

mężczyźnie - powiedział Gordon. - Szkoda, że to była wynajęta dorożka, inaczej 
rozpoznałbym powóz. Rozpoznaję większość prywatnych zaprzęgów w mieście.

- Niech pan zmieni przebranie, na wypadek, gdyby widziała pana na tyłach 

sklepu - zasugerował Costain.

- Z przyjemnością - westchnął z ulgą Gordon. - Następnym razem nie będę 

staruszkiem. Przebiorę się za służącego. Wszędzie ich pełno i nie zwracają niczyjej 
uwagi.

- Powinieneś przebrać się za kobietę - stwierdziła Cathy. - Mógłbyś swobodnie 

krążyć po takich miejscach jak sklepy modystek.

- Nie sądzisz chyba, że wyjdę na ulicę w sukni! A tobie by się spodobał taki 

57

background image

pomysł?

- Och tak - roześmiała się Cathy. - Chciałeś pewnie spytać, jak czułabym się w 

spodniach.   Myślę,   że   całkiem   nieźle.   W   przebraniu   damy   mógłbyś   nosić   ten 
czarny kapelusik, który zakupiłeś. Ja go nie chcę. A właśnie, gdzie on jest?

Gordon rozejrzał się dookoła.
-   Do   diabła,   musiałem   zostawić   go   w   dorożce.   Szkoda.   -   odwrócił   się   do 

Costaina. - Odkrył pan coś ciekawego?

Costain wspomniał o wizycie, jaką złożył w jego pokoju pan Burack.
- Nie zdziwiłoby mnie, gdyby to z nim właśnie widywała się pani Leonard. 

Płaszcz mógł przecież czymś wypchać, żeby wyglądać na grubasa - powiedział 
Gordon.

- A mnie by to zdziwiło - stwierdził Costain. - Nie wychodził z biura. Cosgrave 

znów   poszedł   na   jakieś   zebranie,   a   Burack   od   drugiej   do   czwartej,   kiedy 
wyszedłem, pracował w swoim pokoju nad korespondencją.

- Poza tym Burack nie jest Francuzem - przypomniała Cathy.
- Twierdzi, że nim nie jest... - Gordon zorientował się, że przesadził, i postanowił 

zmienić temat. - Co robimy dziś wieczorem, Costain?

Życie towarzyskie nie było zbyt ożywione zimą. Costainowi nie przychodziło do 

głowy   żadne   miejsce,   gdzie   mogliby   razem   pójść.   Na   wspomnienie   przypie-
rających do muru pytań lady Lyman pomyślał, że lepiej nie narzucać Cathy zbyt 
często swego towarzystwa.

-   Wszyscy   zasłużyliśmy   na   chwilę   wytchnienia   -   powiedział   patrząc   na 

dziewczynę.

Z trudem nie okazała rozczarowania.
- Będę mogła nadrobić w końcu zaległą korespondencję - powiedziała.
- Pani Leonard nie ma chyba tupetu spotykać się z kochankiem, gdy mąż jest w 

domu - odezwał się Gordon. - Pójdę dziś do klubu i rozejrzę się za grubymi 
paluchami i skośnymi oczami. Wpadnie pan jutro o tej samej porze, by wysłuchać 
mego raportu?

Costain obawiał się trochę tego „wpadania” codziennie na herbatę.
- Będę z państwem w kontakcie, może listownie.
- A jeśli wyniknie coś nie cierpiącego zwłoki? - Gordon nie dawał za wygraną. - 

Nie chce pan, bym przychodził do biura, lecz jeśli ten lis, Burack, węszy w pana 
korespondencji, nie powinienem też chyba pisać?

- Może wpadnę do państwa jutro na chwilkę po porze herbaty, w drodze do 

domu? - spytał Costain. - Przyjdę tutaj, do biura, żeby nie narzucać się rodzinie.

Wydawał się po prostu uprzejmy, lecz Cathy zrozumiała, co ma na myśli. „Boi 

się, że chcemy go zaciągnąć do ołtarza” - pomyślała, a głośno powiedziała: - 
Możesz spotkać się tutaj z lordem Costainem, Gordonie. „Niech nie myśli, że będę 

58

background image

go ścigać”.

Na tym stanęło i Costain wkrótce wyszedł. Gordon czuł się zlekceważony przez 

Lwa, po tak wyczerpującym dniu pracy i rewelacyjnych odkryciach.

- Wydaje mi się, że Lew nie docenia moich wysiłków - burknął. - Taki typ jak 

Costain myśli jedynie o rozpuście. Tak naturalnie mówił o trybie życia tej kobiety. 
Nie zadawaj się z takimi mężczyznami, Cathy. Bardzo mądrze zaaranżowałaś 
nasze jutrzejsze spotkanie tutaj.

Cathy westchnęła zapatrzona w ogień na kominku.
- Masz rację, Gordonie. Jemu zupełnie na mnie nie zależy.
-   Do   diabła,   nie   rób   takiej   miny.   Znajdziemy   ci   męża   we   Włoszech.   Jeśli 

oczywiście pojadę do Włoch... - dodał. - Myślałem o tym, że tego rodzaju praca 
odpowiada mi pod każdym względem. Kiedy wsadzę już za kratki panią Leonard 
i jej przyjaciół, porozmawiam z Cosgrave’em na temat stałej pracy.

- A wtedy jak znajdę męża? Chciałabym... och, chciałabym, żebyśmy częściej 

wychodzili   z   domu.   Wczoraj   wieczorem   było   tak   cudownie   u   lady   Martin. 
Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy papa jeszcze żył.

Gordon okropnie się czuł, myśląc o porzuceniu kariery dyplomatycznej. Dla 

Cathy byłoby to wielkim rozczarowaniem. Siedziała ciągle w domu z mamą, 
wujem Rodneyem i garstką ich starych przyjaciół, a była przecież młodą panną. 
Postanowił, że musi postarać się jej o jakiegoś konkurenta, inaczej zwali się jemu i 
pannie Stanfield na głowę, kiedy już się pobiorą.

- Coś ci powiem - odezwał się. - Nie muszę iść dziś do klubu. Wyjdziemy razem.
- Jesteś gdzieś zaproszony? - spytała z nadzieją, gdyż Gordon częściej bywał 

wśród ludzi niż ona.

- W środku zimy nie urządza się wielu przyjęć, ale teatry są otwarte. Zabiorę cię 

na jakąś sztukę. W teatrze możemy równie dobrze rozglądać się za napastnikiem. 
Weźmiemy ze sobą lornetkę i przyjrzymy się dokładnie całej widowni.

- Wspaniale! Sprawdźmy, jakie sztuki są dzisiaj grane.
Było już późno, Gordon przebrał się więc w strój wieczorowy, a Cathy wybrała 

na tę chłodną aurę taftową suknię z długimi rękawami i szykowny, ale ciepły szal 
z mohairu. Czuła miłe podniecenie. Jakiż Gordon jest miły! Nie obawiała się 
zbytnio, że entuzjazm do pracy w Horse Guards długo potrwa. Wkrótce znudzi 
mu się wystawanie na rogach ulic i doceni uroki włoskiego klimatu.

Natomiast prawdziwym rozczarowaniem była asekuracyjna postawa Costaina - 

tak bardzo obawiał się, by ich nie kojarzono. To prawda, zachowywał się bez 
zarzutu, ale nie zależało mu na niej. Jeśli zdarzyło mu się spojrzeć jej w oczy z 
większym zainteresowaniem lub powiedzieć coś miłego, wynikało to jedynie z 
jego naturalnego sposobu bycia. Jak stwierdził Gordon, należał do klasy niezbyt 
przejętej zasadami moralności. Damy, jeśli nie są za stare, są po to, by z nimi 

59

background image

flirtować. Nie umiał inaczej postępować z kobietami, zachowywał jednak pełną 
kontrolę nad sytuacją.

Gdyby jej życie tak bardzo nie zmieniło się po śmierci papy, bez trudu dałaby 

sobie z nim radę. Uśmiechałaby się i odwzajemniała puste frazesy, uznając to za 
rzecz zwykłą. Nie była w tym jednak najlepsza. I nie zamierzała się zmieniać.

Lady Lyman była niepocieszona zniknięciem Costaina.
-   Pewnie   ma   jakieś   pilne   zadanie   w   pracy   -   skonstatowała.   -   Datę   naszego 

przyjęcia wyznaczyłam na dwudziestego grudnia, Cathy. Musimy dziś wypisać 
zaproszenia.

- Gordon zaprosił mnie dziś do teatru, mamo.
- Co to za sztuka, Gordonie? Szekspir?
-   Szekspir?   -   parsknął   Gordon.   -   Nic   w   tym   stylu.   Kto   chce   słuchać   tego 

przestarzałego nudziarza? Miałem go wystarczająco dość w szkole, mamo.

- „Wystarczająco” znaczy wystarczająco - poinformował siostrzeńca Rodney.
- Słucham?
- „Wystarczająco” oznacza dość; nie musisz dodawać „dość”.
Gordon nic nie rozumiejąc potrząsał głową. Starszy pan jakby obudził się ze snu.
- Co to znaczy „wystarczająco”, Gordonie? - spytał.
- To znaczy wystarczająco.
- To znaczy dość, nie musisz więc mówić „wystarczająco dość”. To klasyczna 

tautologia. Jeśli masz nadzieję zostać dyplomatą, naucz się mówić poprawnie po 
angielsku.

- W takim razie po co uczę się włoskiego? - Chłopak zwrócił się do matki. - Grają 

zabawną farsę w Royal Coburg. Tam właśnie się wybieramy.

-   Ależ,   mój   drogi,   sądzisz,   że   wypada   zabrać   Cathy   na   południowy   brzeg 

Tamizy?

- Do licha, nie przeprowadzamy się tam przecież. Całe miasto mówi o nowej 

farsie w Coburg. Nic dziwnego, że Cathy nie ma stałego adoratora, jeśli trzymasz 
ją cały czas pod kloszem.

Twoja siostra zawarła niezwykle korzystną znajomość, Gordonie. Mam na myśli 

lorda Costaina. Mogłoby mu się nie spodobać, że Cathy biega po mieście jak 
latawica.

- Jeśli  Cathy  jest  latawicą,  to ja  jestem  małpą.  Costain  nie  jest  tak  nadętym 

absztyfikantem jak sądzisz, mamo. Nie jest niewiniątkiem.

-   Absztyfikant?   -   Lady   Lyman   dostała   kolorów.   -   Nazywasz   syna   księcia 

Halforda „absztyfikantem”?

Rodney rzucił gniewnie:
- Naucz się mówić po angielsku, chłopcze. To odróżnia ludzi od zwierząt. W 

Ministerstwie Spraw Zagranicznych...

60

background image

- Wcale nie jestem przekonany, czy zostanę dyplomatą.
- Bardziej przysłużyłbyś się ojczyźnie, spuszczając nieco z tonu - sarkastycznie 

stwierdził Rodney.

Lekkie napięcie towarzyszyło im do końca posiłku. Przed wyjściem do teatru 

Cathy powiedziała:

- A propos, mamo. Dowiedziałam się czegoś nowego o pani Leonard. Ma na 

imię Helena i była już raz mężatką.

- Kiedy? Jak nazywał się jej mąż?
- Nie wiem.
- Helena... - powtórzyła lady Lyman marszcząc w skupieniu czoło. - Coś mi to 

mówi. Przypomnij mi o tym rano, moja droga. Nie pojmuję dlaczego, ale pamięć 
opuszcza mnie z dnia na dzień. Lepiej jednak pamiętam dawniejsze niż obecne 
czasy, więc bądź dobrej myśli.

- Spytaj Rodneya - wtrącił Gordon. - On nie stracił jeszcze rozumu.
-   Mówiłam   o   pamięci,   mój   drogi   -   sprostowała   lady   Lyman.   -   Młodzież 

naprawdę strasznie się ostatnio wyrażą.

Wyszła do salonu przygotować się do partii kart w gronie bliskich przyjaciół, 

głównie,   jak   ona,   wdów   po   dyplomatach.   Pani   Leadbeater   pamiętała   Helenę 
Johnson.

- Zaczęła bywać w towarzystwie tego samego roku co moja córka Anna. Bez 

pokaźnego   posagu,   dwa   tysiące   funtów,   jeśli   się   nie   mylę.   Wiemy,   że   suma 
poniżej dziesięciu tysięcy nie stanowi żadnej atrakcji, chyba że panna pochodzi z 
utytułowanej rodziny. Jej z pewnością to nie dotyczyło, była jednak bardzo ładna. 
Złapała   jak   na   nią   świetną   partię,   trochę   podstarzałego   niejakiego   pana 
Fotheringtona. Niestety, nie miał zbyt pewnej reputacji. Podobno przy okazji jego 
śmierci wyniknął jakiś skandal. Popełnił samobójstwo, jeśli dobrze pamiętam.

- Z czym wiązał się ten skandal? - dopytywała się lady Lyman.
- To chyba zdarzyło się za granicą, nie znam szczegółów, ale zdaje mi się, że 

wchodziły w grę jakieś długi karciane, mniej więcej w 1802 roku. Wysłano go do 
Francji... O co to mogło chodzić?...

Lady Lyman nagle coś sobie przypomniała.
- Wtedy podpisano traktat pokojowy w Amiens, prawda? Anglia była wówczas 

jedynym   krajem   w   stanie   wojny   z   Francją.   Korsykanin   próbował   namówić 
rosyjskiego cara do zawarcia sojuszu z Prusami i kilkoma innymi krajami. Car 
jednak. Paweł I, jak sądzę, Został zamordowany, zanim doprowadzono do czego-
kolwiek. Nelson osiągnął sukces w Kopenhadze i wszyscy byliśmy przekonani, że 
wojna   się   nie   skończyła,   lecz   Wielka   Brytania   była   już   wyczerpana   walką   i 
podpisano pokój w Amiens.

Lady Lyman wpatrywała się wyczekująco w panią Leadbeater.

61

background image

- Fotherington   musiał  być  w  to  zamieszany.  -  Dama  skinęła   głową.   - Może 

przekazywał   wrogowi   jakieś   tajemnice   za   pieniądze,   którymi   spłacał   długi? 
Nigdy nie wrócił do Londynu. Potem słyszeliśmy, że strzelił sobie z pistoletu w 
usta, żeby ratować honor. - Wszyscy obecni byli pod wrażeniem niesamowitej 
opowieści.   -   Helena   zniknęła   z   powierzchni   ziemi.   Dopiero   dziś   wieczorem, 
pierwszy raz od tamtego czasu, usłyszałam jej nazwisko.

- Powtórnie wyszła za mąż, prawda? - zapytała jedna z pań.
- Tak. Wróciła i jest żoną niejakiego pana Leonarda, pracownika Horse Guards - 

obwieściła lady Lyman.

- Nie słyszałam o niej nic złego, oprócz tego, że była niezwykle pociągająca - 

pobłażliwie dodała pani Leadbeater. - To przecież nie jej wina, że Fotherington 
zszedł z dobrej drogi. Biedna dziewczyna została bez jednego pensa. Pamiętam, 
że wszyscy się nad nią litowali. Była dość lubiana. To moja lewa - powiedziała 
zgarniając karty ze stołu. - Pani wychodzi, lady Lyman.

Gra toczyła się dalej, a rozmowa zeszła na temat lorda Byrona i lady Caroline 

Lamb.

Rozdział 9

Teatr   Royal   Coburg   nie   mógł   porównywać   się   pod   względem   eleganckiego 

wyposażenia ze słynnym Drury Lane, lecz były tu przynajmniej loże i Gordon 
zamierzał wykupić jedną z nich dla siebie i siostry.

- Jak to, wszystkie loże są wyprzedane? - spytał biletera, który właśnie udzielił 

mu tej informacji.

- Mogę dać panu miejsca na galerii.
- Na galerii! Dobry człowieku, ja jestem z damą!
- Nic nie szkodzi, Gordonie - powiedziała z westchnieniem żalu Cathy. - Może 

wykupiłbyś teraz miejsca na jutrzejszy wieczór?

- Do diaska, przedarliśmy się po tym oblodzonym moście w taką pogodę. Nie 

spodziewasz się chyba, że poświęcę wszystkie wieczory na zabawianie siostry. 
Poczekaj, Cathy, zajrzę do środka. Wiem, że Edison i Swinton mają swoją lożę, 
pytali kiedyś, czy nie wykupiłbym jej z nimi na spółkę. Może zmieścimy się jakoś 
razem.

Podskoczył   na   górę,   a   Cathy   została   sama,   trochę   zażenowana   spojrzeniami 

ludzi spieszących na spektakl. Widzowie stanowili dość pstry tłum, lecz zauwa-
żyła też sporo eleganckich osób z towarzystwa. Gordon wrócił niebawem.

- Tak jak myślałem. Edison serdecznie nas zaprasza. W loży jest tylko jeden 

wolny   fotel,   ale   ja   mogę   stać.   Parker   ma   wyjść   za   jakieś   pół   godziny.   Nie 
wytrzyma jednego wieczoru bez kart. Chodź. Czekają na nas. Znasz Edisona i 
Świniona.

62

background image

Rzeczywiście,   rozpoznała   dwóch   młodych   dżentelmenów,   bliskich   kolegów 

Gordona, którzy wstali, żeby się skłonić. Swinton nalegał, by Cathy zajęła jego 
miejsce z przodu. Przedstawiono jej trzech pozostałych panów, ale w zamieszaniu 
nie zapamiętała ich nazwisk. Dziwnie czuła się wśród samych mężczyzn. Na 
początku miała wrażenie, że krępuje ich nieco jej obecność, ponieważ co chwila 
dochodziły ją uwagi w stylu: „Wyrażaj się przyzwoicie, człowieku, jest z nami 
dama”.

Panowie jednak szybko zapomnieli, że jest damą, i w loży zaczęło huczeć od 

wybuchów śmiechu, niewybrednych, szczeniackich żartów i odżywek godnych 
wytrawnego dorożkarza.

Obowiązek   przyzwoitego   zachowania   spadł   na   jej   sąsiada,   Edisona.   Był   to 

korpulentny blondyn o okrągłej twarzy, w rozchełstanym fularze i żakiecie z wy-
pchanymi   ramionami.   Dwa   czy   trzy   razy   spytał,   czy   jej   wygodnie,   a   kiedy 
zapewniła, że tak, konwersacja zamarła, a Edison zaczął przyglądać się przez 
lornetkę widzom w innych lożach i kompletnie o niej zapomniał.

W pewnym momencie Cathy przeraziła się, że młodzieniec wypadnie przez 

balustradę,   gdy   po   przeciwnej   stronie   widowni   dojrzał   pannę   Stanfield.   W 
podnieceniu zapomniał nie tylko o dobrych manierach, ale również o prawie 
przyciągania ziemskiego. Cathy w ostatniej chwili złapała go za żakiet, dzięki 
czemu nie wyleciał z loży.

Przedstawienie okazało się bezmyślną farsą, której główną atrakcją były krzyki i 

bieganina po scenie, a gra aktorska polegała na strojeniu min do publiczności. 
Jednak   śmiało   wydekoltowane   suknie   pań   na   scenie   oraz   sprośne   dialogi 
podobały   się   męskiej   części   widowni.   Cathy   szybko   się   znudziła   i   odwróciła 
lornetkę w kierunku innych lóż.

Najpierw przyjrzała się pannie Stanfield. Ciekawa była, co takiego ma w sobie ta 

dziewczyna, że młodzi dżentelmeni dostają na jej widok małpiego rozumu. Była 
drobną blondynką o pełnej buzi, błyszczących oczach i nadąsanych ustach. Jej 
suknia uszyta była z masy koronek i wstążeczek, a włosy zwijały się w drobne 
loczki. Z gracją poruszała wachlarzem, lecz poza tym Cathy nie zauważyła w niej 
nic szczególnego.  Pomyślała, że taką właśnie rozkapryszoną  piękność  poślubi 
kiedyś lord Costain.

Przesunęła lornetkę na sąsiednią lożę, a potem na kolejne, studiując toalety dam 

i twarze co przystojniejszych dżentelmenów. W najdalszej loży po jej lewej Bronie 
zobaczyła   panią   Leonard   i   poświęciła   dłuższą   chwilę,   by   dokładnie   jej   się 
przyjrzeć.

Ta kobieta rzeczywiście miała w sobie coś niezwykłego. Uwagę Cathy przykuł 

wyraz jej bladej pięknej twarzy o klasycznych rysach. Była jedną z tych rzadko 
spotykanych kobiet, których uroda jaśnieje najwspanialej, gdy na twarzy maluje 

63

background image

się spokój. Poprzedniego wieczoru robiła wrażenie po prostu bardzo przystojnej 
damy, a teraz, siedząc tak spokojnie w cieniu loży, wyglądała naprawdę pięknie. I 
niewypowiedzianie smutno. Gdyby nie diamenty połyskujące na szyi, mogłaby 
pozować do portretu Madonny jakiemuś renesansowemu mistrzowi. Miała na 
sobie skromną czarną suknię, która nadawała jej o wiele więcej dystynkcji niż 
wszystkie   koronki   panny   Stanfield.   Cathy   pomyślała,   że   chciałaby   mieć   taką 
klasę. Obok pani Leonard siedziała jakaś starsza dama.

Cathy zastanowiła się, czy przyzwoitka nie jest czasem Francuzką. Miała właśnie 

stuknąć łokciem pana Edisona i zapytać o nazwisko damy, kiedy tuż przy pani 
Leonard ukazało się męskie ramię oferujące pudełko czekoladek. Cathy nastawiła 
lepiej ostrość lornetki, żeby przyjrzeć się twarzy mężczyzny. To prawdopodobnie 
Harold Leonard. Okazał się niczym nie wyróżniającym, siwym panem. Mógłby 
być jej ojcem. Popatrzyła na drugiego mężczyznę obok Leonarda. Ten wydawał 
się ciekawszy - dojrzała zarys ciemnej czupryny i przystojny profil.

Wtedy  młodszy  mężczyzna  odwrócił   się  i Cathy   rozpoznała  lorda  Costaina. 

Siedział w loży pani Leonard! Jak to możliwe? Nic dziwnego, że na nią nie chciał 
nawet spojrzeć... Ależ idealną parę tworzyli! Przyglądała się dłuższą chwilę, po 
czym trąciła pana Edisona i spytała:

- Kim jest kobieta obok tej czarnowłosej piękności w narożnej loży? Zna ją pan?
Pan Edison skierował lornetkę we wskazanym kierunku i wydał z siebie ciche 

westchnienie.

- Nie mam pojęcia, ale ta brunetka to z pewnością niezwykła dama. Spytam 

Świniona. Może on wie.

Chwilę później Edison pochylił się i szepnął:
-   Nie   wiem,   kim   jest   starsza   dama,   ale   ta   piękność   to   pani   Leonard.   Stary 

niezdara za nią to mąż. Szkoda jej!

- Dziękuję. Byłam po prostu ciekawa. Dama obok wydawała mi się znajoma.
- Swinton zna wszystkie piękności w mieście. Ta nie należy akurat do śmietanki 

towarzyskiej, ale urodą bije je wszystkie na głowę. Caro Lamb nie sięga jej w tym 
względzie do pięt.

- Tak... - przytaknęła oszołomiona Cathy.
- Panno Lyman, czy pani wygodnie?
- Och tak, dziękuję. - Wysiliła się na uśmiech odkładając lornetkę na kolana, żeby 

Costain nie zauważył, że go podpatruje.

Wrzaski na scenie i śmiech publiczności przestały do niej docierać. Costain i 

Helena Leonard razem. Co to znaczy? Czy Costain wystrychnął ich na dudka? 
Dlaczego   kazał   ją   śledzić,   jeśli   nie   obchodziło   go   wcale,   co   Gordon   odkrył? 
Odpowiedź pojawiła się po chwili zastanowienia.

To   on   jest   kochankiem   Heleny   i   kazał   ją   śledzić,   żeby   upewnić   się,   czy 

64

background image

kochankowi jest tak samo niewierna jak mężowi. I bardzo dobrze, że dowiedział 
się prawdy!

W czasie przerwy podzieliła się z Gordonem swoim spostrzeżeniem. Postanowił, 

że zostaną na miejscach, kiedy koledzy wyszli przejść się po foyer. Najpierw 
wydawało się, że Leonardowie i Costain nie będą wychodzić, gdyż zamówili 
sobie wino do loży. Siedzieli we czwórkę popijając trunek i gawędząc.

Cathy i Gordon przesunęli się w róg swojej loży i podglądali przez lornetki. 

Starsza dama rozmawiała z panem Leonardom, a Costain zabawiał Helenę. Od 
czasu do czasu pan Leonard wtrącał coś, zwracając się do nich. Biedny człowiek. 
Nie spodziewał się, że zdrajca siedzi tuż u jego boku.

Nagle pani Leonard wstała. Costain również się podniósł i wyprowadził ją pod 

ramię z loży. Pan Leonard i starsza dama zostali na miejscach.

- Costain zrobił sobie z nas pośmiewisko! - ze złością powiedziała Cathy. - Jest jej 

kochankiem i podejrzewa, że Helena ma innego. Dlatego kazał ci ją śledzić. Chce 
wiedzieć, kim jest drugi kochanek.

- Tego nie wiemy na pewno. Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski. Nie byłby na 

tyle bezczelny, by pokazywać się publicznie z kochanką i jej mężem. Nie wierzę w 
to.

- Jego na wszystko stać. Dlaczego nie powiedział nam, że tu się wybiera, kiedy 

spytałeś, co dziś wieczorem robimy? Czuł się bezpieczny, gdy wspomniałeś o 
wypadzie do klubu, a ja powiedziałam, że zostaję w domu pisać listy. Zaczynam 
się zastanawiać, dlaczego Cosgrave nie powierza mu żadnego ważnego zadania, 
Gordie. Może lord Costain wykorzystał moje tłumaczenie dla jakichś niecnych 
celów? A ja pomogłam wrogowi.

- Nawet gdyby tak było, a nie wierzę w to ani trochę, byłabyś w to jedynie 

niewinnie wmieszana. Nikt nie uciąłby ci za to głowy. Wymknę się teraz, muszę 
zamienić słówko z Lwem.

- Nie! Nie może się niczego domyślać.
Młodzieńcza twarz Gordona przybrała szelmowski wyraz.
- Zagrajmy w podwójną grę - powiedział. - Podkradnę się za nimi i spróbuję 

podsłuchać, o czym mówią. Szkoda, że nie jestem przebrany.

Cathy siłą powstrzymała się, żeby nie pobiec za bratem. Wiedziała jednak, że to 

nie ma sensu. Wszyscy mężczyźni byli podobnie ubrani i bez niej Gordon ma 
większe   szanse   podejść   do   nich   blisko,   nie   zauważony   wśród   tłumu 
dżentelmenów w jednakowych czarnych strojach.

- Nie mogę zostać sama w loży, Gordie. Zaprowadź mnie do pana Edisona.
- Dobrze, ale pospiesz się. Minęła już połowa przerwy.
Wyszli na korytarz. Nawet jeśli pan Edison nie był zachwycony, że znowu musi 

się zająć siostrą przyjaciela, nie dał tego po sobie poznać. Cathy zresztą odniosła 

65

background image

wrażenie, że cieszy go okazja do defilowania u boku damy na oczach panny 
Stanfield. Do końca przerwy krążyli w pobliżu strojnej w falbanki piękności i jej 
świty. Pan Edison dostawał nagłego ataku wesołości za każdym razem, kiedy 
przechodzili obok.

- Ależ to zabawne! - Zaśmiał się serdecznie na jakąś nic nie znaczącą uwagę 

Cathy i zatrzymał dosłownie o krok od panny Stanfield. - Cha, cha! Ależ z pani 
dowcipna osoba, mademoiselle! Świetnie to pani ujęła. Przedni dowcip, doprawdy! 
Można pęknąć ze śmiechu! - Zezując zerknął w bok, czy został zauważony.

- Nie chciałabym spowodować takiego nieszczęścia, panie Edison - powiedziała 

Cathy.

- Trochę by było szkoda, prawda? Cha, cha!
- Och, nie mogę nawet myśleć o tak niepowetowanej stracie.
- W rzeczy samej! Świetnie to pani ujęła.
Znowu rzucił okiem w stronę panny Stanfield, lecz gdy odeszła, nagle stracił 

humor.

- No, cóż... Czy podoba się pani sztuka? - spytał.
- Tak, bardzo. - „Szczególnie w czasie przerwy” - pomyślała.
Cały czas wypatrywała Costaina i pani Leonard, ale nigdzie ich nie było. Miała 

dość   czasu,   by   przyjrzeć   się   wszystkim   w   foyer.   Tutaj   ich   nie   było.   Jedyny 
wniosek to, że opuścili teatr. Miała nadzieję, że Gordon za nimi poszedł.

Kiedy rozległ się dzwonek,  pan Edison odeskortował ją do loży. Po drodze 

spostrzegła w tłumie pana Buracka. Rozglądał się za kimś. Skinął głową na jej 
widok i dalej wypatrywał kogoś wśród przeciskających się do sali widzów.

Zaraz po zajęciu swego miejsca Cathy popatrzyła w stronę loży pani Leonard - 

byli tam tylko jej mąż i starsza dama. Przez lornetkę dojrzała przewieszoną na 
poręczy fotela pani Leonard pelerynę. Zamierzała więc wrócić.

Nagle tuż za nią pojawił się Gordon. Stuknął Cathy w ramię i pociągnął w głąb 

loży.

- Swinton wyszedł. Możemy usiąść tu razem i porozmawiać.
Rzuciła   ostatnie   spojrzenie   na   lożę   Leonardów   w   momencie,   gdy   Costain 

wprowadził Helenę. Uśmiechali się oboje niewinnie. Cathy usiadła obok brata, 
kiedy kurtyna poszła w górę.

- Co się stało? Gdzie oni byli? - spytała.
- Sprowadził ją na dół zaczerpnąć świeżego powietrza. Niczego więcej nie udało 

mi się podsłuchać. Twierdziła, że jej słabo. Podkradłem się za nimi na dół, ale nie 
mogłem wyjść do hallu, żeby się nie ujawnić. Byli tam tylko bileter i jakichś 
dwóch posłańców. Oczywiście, będziemy ich śledzić w drodze do domu.

- Jak to? Przecież pan Leonard jest z nimi.
- W takim razie pojedziemy za Costainem.

66

background image

Cathy spodobał się ten pomysł. Sztuka strasznie się dłużyła i zupełnie przestała 

ją interesować. Teraz musi zdecydować, co robić, gdy lord Costain okazał się 
zdrajcą ojczyzny. Naturalnie należy zawiadomić władze. Najrozsądniej będzie 
zwrócić się do jego pryncypała, lorda Cosgrave’a. Nie ufał przecież Costainowi od 
początku, uważnie jej więc wysłucha.

Jutro   pójdą   z   Gordonem   do   Horse   Guards   i   postarają   się   o   rozmowę   z 

Cosgrave’em. Trzęsła się w środku na myśl o tym wszystkim. Jak Costain mógł 
tak postąpić? Jest oficerem i szlachcicem. Co zyskuje zdradzając ojczyznę? To 
wyłącznie wina pani Leonard. Ta piękność sprowadziła go na złą drogę. Musi ją 
bardzo kochać.

Cathy nie miała siły na dodatkowe eskapady tego wieczoru. Zresztą Costain na 

pewno nie poważy się na nic w obecności męża pani Leonard.

- Jedź za nimi sam, Gordonie. Strasznie boli mnie głowa.
- Jak, do diabła, mam za nimi jechać, jeśli muszę cię odwieźć do domu? Może 

Edison...

- Nie chcę go o to prosić. Gdybyśmy wyszli teraz, Dążysz odwieźć mnie do 

domu i wrócić na tyle szybko, żeby nie stracić z oczu Costaina.

- Masz rację. Zupełnie zresztą straciłem wątek sztuki, przyjdę to obejrzeć innym 

razem. Idziemy.

Gordon   szepnął   coś   Edisonowi   i   wyszli   z   teatru.   Pod   domem   Gordon 

powiedział:

-   Jeśli   chcesz,   poczekaj   na   mnie   w   gabinecie.   Tam   będzie   można   spokojnie 

porozmawiać.

- Dobrze. Ciekawa jestem, jak sprawy się potoczą.
Wiedziała, że teraz nie zaśnie, może więc równie dobrze czekać w gabinecie.
Lady Lyman właśnie się położyła, gdy Cathy weszła do domu. Dziewczyna 

przyjęła z ulgą, że nie musi silić się na uśmiechy i udawać zachwyconej uroczym 
wieczorem w teatrze. Poszła do gabinetu i rozpaliła ogień w kominku. Potem 
nalała sobie kieliszek sherry, usadowiła się na kanapie i zapatrzona w płomienie 
sączyła trunek.

Ogień jej nie rozgrzewał. W środku czuła się zimna i pusta. Costain to zdrajca, a 

jej obowiązkiem jest go zdemaskować. Nie miała pojęcia, kiedy wróci Gordon, 
najwcześniej jednak za godzinę. Skuliła się na poduszkach kanapy i starała się 
uspokoić.

Ogarniała   ją   właśnie   cudowna   wizja,   gdy   rozległo   się   pukanie   do   drzwi 

gabinetu. Gordon postanowił nie wchodzić do domu głównym wejściem. Wstała i 
podbiegła go wpuścić. Kiedy otworzyła drzwi, do pokoju wszedł, nie czekając na 
zaproszenie, lord Costain.

- Panno Lyman, wiem, że jest późno, ale czy pozwoli pani na chwilę rozmowy?

67

background image

Rozdział 10

Cathy wpatrywała się w niego oniemiała. Po prostu coś ją sparaliżowało.
Costain patrzył na jej drżące usta i szeroko otwarte, przestraszone oczy. Ner-

wowo zamrugała powiekami.

- Jaki ze mnie idiota! Śmiertelnie panią przestraszyłem. Proszę wybaczyć, panno 

Lyman.   To   tylko   pani   stary,   wierny   lew...   Lew   -   powtórzył   z   łagodnym 
uśmiechem. Delikatnie ujął ją za nadgarstki. - Zamarznie pani. Zamknijmy drzwi. 
- Objął ją ramieniem i wprowadził do pokoju.

Wyrwała się i spytała ostro, z trudem wciąż chwytając oddech:
- Co pan tu robi?
- Proszę się uspokoić, nie przyszedłem kraść pani książek - odpowiedział urażo-

nym tonem. - Spostrzegłem światło w oknie, sądziłem, że może czeka pani na 
mnie. Widziałem, jak obserwowała mnie pani w teatrze.

Na jego przystojnej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy zdejmował płaszcz. Rzucił 

go na bok i pewien, że nie jest wcale tak niemile widziany, zbliżył się do kominka.

- Och, jak przyjemnie... - powiedział ogrzewając dłonie przy ogniu.
- Wydaje mi się, że widziałam pana w jednej z lóż - odezwała się po chwili.
Kiedy usiadła na kanapie, usiadł obok. Nie wiedziała, jak właściwie zareagować, 

ale postanowiła zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Costain wyobraża 
sobie, że jeden jego uśmiech i miłe słowo zamąci jej natychmiast w głowie. Niech 
sobie wyobraża! Żeby się tylko nie przeliczył w swojej próżności.

-   Byłem   w   towarzystwie   państwa   Leonard   -   powiedział.   -   Z   pewnością 

rozpoznała pani piękną Helenę. Ten starszy człowiek to Harold.

Skinęła głową.
- Domyśliłam się. A druga dama?
Costain   wyciągnął   długie   nogi   w   stronę   ciepłego   kominka   i   wydał   z   siebie 

westchnienie zadowolenia.

- Sąsiadka i kuzynka, niejaka pani Newhart. Nie ciekawi pani, jak udało mi się 

zbliżyć do Heleny?

-   Zastanawiałam   się,   dlaczego   jest   pan   w   towarzystwie   państwa   Leonard.   - 

Umyślnie użyła liczby mnogiej.

Uniósł brew i stwierdził zuchwale:
- Punkt dla pani. Harold również tam był, ale to bez znaczenia.
- Zauważyłam, że zapomniał pan o nim podczas przerwy.
- Och, zrobiłem to specjalnie. Nie jestem aż tak strasznie zapominalski. Lecz 

dotykamy tu sedna sprawy. Opowiem od początku. Postanowiłem wyręczyć dziś 
wieczorem Gordona i śledzić panią Leonard - tłumaczył. - Dlatego nie umówiłem 
się z panią. Pojechałem za Leonardami do Royal Coburg i wszedłem do teatru, 

68

background image

mając nadzieję przyłączyć się do nich. Loże były wyprzedane, a pan Leonard, 
widząc, że zbieram się do odejścia z kwitkiem, zaproponował miejsce w ich loży. 
Oczywiście nie wahałem się ani chwili.

- Oczywiście.
-   Prawdziwy   ze   mnie   demon   pracy,   jak   pani   widzi...   -   powiedział   robiąc 

skromną   minę   i   powstrzymując   uśmiech.   -   W   czasie   przerwy   pani   Leonard 
stwierdziła, że jej słabo. - Podniósł brwi, jednoznacznie dając do zrozumienia 
swoje powątpiewanie co do szczerości Heleny. - A ja, jako dżentelmen bez skazy, 
zaproponowałem,  że  wyprowadzę  ją na  zewnątrz  dla  zaczerpnięcia  świeżego 
powietrza.

- Czyżby pan Leonard nie mógł sam zadbać o żonę?
- Z pewnością, lecz ma już swoje lata i pewne dolegliwości. Nie tylko damy 

padają  ofiarą  nieubłaganego  upływu czasu.   Chciał  z nią  wyjść,  ale  gdy żona 
wyraziła głęboką troskę o jego zdrowie, zaproponowałem, że go wyręczę. Tak 
więc zszedłem z nią na dół i poprosiłem o otworzenie drzwi, żeby przewietrzyła 
się nieco. Biedaczka omal nie zamieniła się na tym świeżym powietrzu w sopel 
lodu... Ja zresztą też.

- Dziwne, że nie wzięła ze sobą peleryny.
- Świetnie posługuje się pani lornetką! Czy może Gordon pani o tym powiedział? 

Jeśli śledzi ją tak niezdarnie jak dziś wieczorem, obawiam się, że nie jest to dla niej 
żadna tajemnica. Muszę powiedzieć pani bratu, by tego zaprzestał.

Cathy pominęła jego pytanie.
- Dowiedział się pan czegoś interesującego?
- Pani Leonard nie stanowi żadnego zagrożenia. - Wdzięcznym gestem machnął 

ręką.

-   Długie   wizyty   w   sklepie  mademoiselle  Dutroit   są   równie   niewinne?   Musi 

uwielbiać kapelusze.

- Któraż kobieta jest inna? Ona też, ale poza tym ma talent do wymyślania 

fasonów.   Pracuje   dla   panny   Dutroit,   by   podreperować   swoje   finanse.   Pensja 
Leonarda nie jest zawrotna.

Coś w jego sposobie bycia denerwowało Cathy. Może ten uśmiech podziwu, gdy 

mówił o pani Leonard.

-  Jak   dowiedział   się  pan   tego  wszystkiego  zaledwie   przez   połowę   przerwy, 

milordzie?

- Umiem czasem zdobywać informacje, które mnie interesują. - Roześmiał się. - 

Nie   tylko   wy,   panie,   jesteście   mistrzyniami   sprytnego   wypytywania...   Ga-
wędziliśmy   o   tym   i   owym.   Pani   Leonard   miała   ciężkie   życie.   Była   już   raz 
zamężna. Pan Fotherington zostawił ją bez środków do życia. Pracowała jako 
modystka, gdy poznała pana Leonarda na skromnym spotkaniu towarzyskim u 

69

background image

wspólnych znajomych. Był wdowcem, ona wdową, oboje samotni i oboje w nie 
najlepszej sytuacji życiowej. Nietrudno dopowiedzieć sobie resztę. Sądzę, że to 
małżeństwo z rozsądku, ale jest między nimi prawdziwe uczucie, to, co starsze 
pokolenie nazywa „wzajemnym szacunkiem”.

- Taka piękność mogła chyba liczyć na lepszą partię niż pan Leonard.
- Rzeczywiście, można by tak sądzić, lecz ona bardzo mało bywała wśród ludzi. 

Wyczułem jakby na osobę pierwszego męża padał jakiś cień, mimo że nie powie-
działa wprost nic na ten temat. Może po prostu nie spłacone długi? To zawsze źle 
wpływa   na   reputację   wdowy.   A   kogo   mogła   spotkać   pracując   w   sklepie 
modystki? Głównie kobiety. Z tego, co zauważyłem, damy niechętnie wyciągają 
pomocną dłoń do kobiet piękniejszych od siebie.

- W imieniu mniej pięknych kobiet muszę sprzeciwić się tej cynicznej uwadze, 

milordzie. Pochopne uogólnienia są często zawodne.

- Te zmarszczone brwi mówią mi, że nieumyślnie panią uraziłem. - Szarmancko 

skłonił głowę. - Blasku pani urody nie może oczywiście przyćmić żadna inna 
kobieta.

Komplement   nie   był   wyszukany,   a   światowy   ton   Costaina   nie   zmienił   jego 

trywialności. Cathy zdecydowała, że najlepiej będzie zignorować tę uwagę.

- Sądzi pan więc, iż pani Leonard jest zbyt piękna, by być wplątana w tę sprawę? 

- spytała ironicznie.

- Teraz, panno Lyman, jest pani okrutnie niesprawiedliwa. Jestem zaszokowany 

ostrością pani prowokacji. Nie uroda, lecz historia życia pani Leonard przekonuje 
mnie   o   jej   niewinności.   Jedyne,   co   mógłbym   jej   zarzucić,   to   odrobinę   zbyt 
swobodne   maniery,   na   co   słusznie   odpowiedziałaby   pani   natychmiast: 
„Przyganiał   kocioł   garnkowi”,   nie   będę   więc   wspominał,   że   wydaje   się 
zainteresowana propozycjami, gdyby pojadł się odpowiedni mężczyzna.

- A pojawił się?
-   Nie,   panno   Lyman,   nie   robiłem   pani   Leonard   żadnych   propozycji.   Poza 

względami moralnymi uważam, że nie należy mieszać przyjemności z interesami, 
a ja pracuję z mężem tej damy.

Cathy nalała gościowi kieliszek sherry, żeby zyskać na czasie i przez moment 

zebrać   myśli.   Costain   może   mówić   prawdę.   Zazdrość   o   panią   Leonard   nie 
powinna   rzutować   na   jej   osądy.   Jeśli   kłamie,   to   bardzo   szybko   wymyślił 
wiarygodną historię z wszelkimi detalami i opowiedział ją bez zająknięcia. Nie 
miał   też   miny   winowajcy   ani   nie   próbował   za   nic   przepraszać.   Postanowiła 
zawiesić   ostateczny   werdykt,   dopóki   spokojnie   się   nie   zastanowi   i   nie 
porozmawia z Gordonem.

Podała mu kieliszek.
- Według pana pani Leonard jest niewinna?

70

background image

- Jest dość sprytna i niezbyt cnotliwa, ale nie bardziej niż większość kobiet. - 

Wypił łyk sherry i spytał: - Gdzie jest Gordon?

- Wybrał się dokądś po teatrze.
- Och, a ja myślałem, widząc światło w oknie, że czekają państwo oboje, aż 

przyjdę się wytłumaczyć. Pani też powinna wytłumaczyć mi się z czegoś, panno 
Lyman. Co z tymi listami, które miała pani napisać dziś wieczorem?

- Zamiast pisać, postanowiłam iść do teatru.
-   To   świadczy   o   niepokojącej   niestałości   charakteru   -   stwierdził   grożąc   jej 

palcem. - Nie spodziewałem się tego po pani.

- Następna okazja, by użyć powiedzenia: „Przyganiał kocioł garnkowi”?
- Ależ nie! Jestem przekonany, że przełożyła to pani po prostu na później. Który 

z licznych dżentelmenów w loży odciągnął panią od korespondencji? Czy ten 
blondyn,   którego   uratowała   pani   od   upadku   przez   balustradę?   Muszę 
pogratulować   pani   refleksu   i   cierpliwości   wobec   braku   manier   niektórych 
dżentelmenów. Gdyby obok mnie siedział ktoś tak rozkojarzony, pomógłbym mu 
polecieć na dół.

- Pan Edison jest jedynie znajomym.
-   Od   znajomych   również   wymaga   się   taktu.   To   rodzaj   mężczyzny,   który 

zostawiłby swoją towarzyszkę samą podczas kolacji. Ale to nie byłoby dla pani 
nic nowego. Czy dała mu pani taką lekcję jak mnie?

- To właściwie przyjaciel Gordona.
- Zastanawiałem się, dlaczego tak gapi się na pannę Stanfield, gdy obok niego 

siedzi o wiele bardziej czarująca dama.

- Zna pan pannę Stanfield?
- Widzę, że porównania niewieścich uroków nie oburzają pani, gdy wypadają na 

jej   korzyść!   Elizabeth   Stanfield   jest   moją   bliską   kuzynką.   Ponad   dziesięć   lat 
różnicy wieku sprawiło, że nigdy nie byliśmy ze sobą związani. Odkąd zaczęła 
bywać,   zajmuje   się   głównie   flirtami.   Obawiam   się,   że   jej   zachowanie   coraz 
bardziej oscyluje na granicy dobrego smaku. Ale kim ja jestem, by wypowiadać 
się na temat przyzwoitych manier? Nachodzę samotną kobietę o tej porze! Muszę 
już iść. - Odstawił kieliszek i wstał, żeby się ubrać. - Powtórzy pani Gordonowi, 
by przestał śledzić panią Leonard?

Swobodne   zachowanie   Costaina   prawie   przekonało   Cathy.   Ostatnia   uwaga 

znów   wzbudziła   jej   czujność.   Może   chce   pozbyć   się   Gordona   i   skorzystać   z 
„otwartości” tej damy, jako ewentualnej kochanki? A może już są kochankami? 
„Mimo wszystko ta straszliwa wizja nie ma nic wspólnego ze szpiegostwem i 
sprawą w Horse Guards” - starała się wbić sobie do głowy.

- Powtórzę mu - odpowiedziała.
Costain zapinał płaszcz. Zaskoczony jej niepewnym tonem podniósł wzrok i 

71

background image

podszedł bliżej.

- Co się stało? - spytał po prostu i nie czekając na odpowiedź, stwierdził: - Nie 

wierzy mi pani.

- Możliwe, że mówi pan prawdę.
- Ja mówię prawdę. Dlaczego miałbym coś ukrywać?
- Nie powiedziałam, że pan coś ukrywa.
- Ale nie wierzy mi pani.
Przyparta do muru, odpowiedziała desperacko:
- Może to pani Leonard coś ukrywa?
Costain uniósł brwi i w zamyśleniu opuścił głowę na bok.
- To możliwe. Nie byłbym pierwszym mężczyzną, który dał się zwieść pięknej 

kobiecie. Zastanawiam się, czy...

- Proszę jedynie nie zapominać o takiej możliwości, milordzie - powiedziała i 

podeszła do drzwi.

- Co do jutrzejszego wieczoru...
Umilkł z dłonią na klamce. Nie zamierzał tak często widywać panny Lyman. 

Jednak jej nieufność sprawiała mu przykrość z jakiegoś niezrozumiałego powodu. 
Zdał sobie sprawę, że zależy mu na jej dobrej opinii. I równie jasno zdał sobie 
sprawę, że nabrał wyjątkowej awersji do tego blondyna, który siedział obok niej 
w teatrze.

Wpatrywała   się   w   niego,   nie   był   to   jednak   rozanielony   wzrok   zakochanej 

kobiety. W jej oczach czaiło się coś na kształt niechęci.

- Może pani i pan Edison coś już zaplanowali? Nie mam przecież prawa sądzić, 

że czeka pani na moje propozycje. - W jego głosie brzmiała nuta pytania.

- Nie wiem... Nie jestem jeszcze pewna, co będziemy robić jutro wieczorem. 

Może...

- Czy mogę wpaść po pracy?
- Tak, powiem Gordonowi, że pan przyjdzie.
- A pani będzie w domu?
Spojrzała mu prosto w oczy. Widział, jak na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech.
- Ja prawdopodobnie również będę w domu - odpowiedziała.
- Powiedziałem pani prawdę.
- Wiem - usłyszała własny głos.
Nie   miała   pojęcia,   skąd   wziął   się   ten   łagodny   ton   i   to   potwierdzenie. 

Wątpliwości po prostu zniknęły. Poczuła, że powiedział prawdę.

Costain rozchmurzył się, a potem nieśmiało uśmiechnął. Wyglądał, jakby chciał 

coś jeszcze dodać. Włożył jednak tylko kapelusz i podszedł do drzwi.

- Dobranoc, panno Lyman - powiedział i wyszedł.
- Dobranoc.

72

background image

Kiedy zniknął w mroku, cicho zamknęła drzwi.
Usiadła   w   cieple   koło   kominka,   czekając   na   powrót   Gordona.   Czuła,   że   w 

znajomości z Costainem nastąpił jakiś przełom. Zależało mu na jej dobrej opinii, a 
jaki mógł być tego powód, jeśli mu się nie podoba? Nie dopuszczała nawet myśli, 
że mógłby ją... kochać. Nie zrobił ani nie powiedział nic, co by to sugerowało, ale 
wydawało się, że traktuje ją w jakiś szczególny sposób, w jaki nie traktował dotąd 
żadnej kobiety.

Wkrótce pojawił się nachmurzony i gderający od progu Gordon.
- Zgubiłem Lwa. Po prostu zniknął po zakończeniu sztuki. Nie skorzystał z 

powozu Leonardów, gdyż po jego zniknięciu postanowiłem jechać za nimi. Nie 
było go w ich powozie. Czekałem całe wieki pod ich domem, na wypadek gdyby 
pani   Leonard   chciała   wymknąć   się   po   ułożeniu   staruszka   spać.   Nigdzie   nie 
wychodziła.

- Lord Costain był tutaj - powiedziała Cathy. - Wyjaśnił, skąd wziął się z nimi w 

teatrze.

Zdała bratu zwięzłą relację, przemilczając bardziej osobiste fragmenty rozmowy, 

które zamierzała zachować dla siebie jako słodki sekret.

- I ty mu uwierzyłaś! - wykrzyknął Gordon, kiedy skończyła.
- Tak, i jestem przekonana, że mówił prawdę. Nie pominął żadnego szczegółu, 

który wzbudzał nasze podejrzenia.

- A moje podejrzenia nadal budzi powóz czekający na tyłach sklepu modystki i 

mężczyzna, który odjechał nim z panią Leonard. Jej mąż nie wchodzi w grę, gdyż 
był wtedy w biurze. Z tego, co wiemy, mógł to być sam Costain. A możemy mu 
ufać jedynie na podstawie jego stów.

- Mówiłeś, że to był potężny, tęgi mężczyzna.
-   Przecież   z   tymi   szkłami   na   nosie   ledwie   widziałem,   czy   to   w   ogóle   był 

mężczyzna.

Nalał sobie sherry.
- Jeśli ona ma bogatego przyjaciela, po co zawraca sobie głowę wyrabianiem 

kapeluszy?   Historia   Costaina   zupełnie   nie   trzyma   się   kupy.   A   jeżeli   śledził 
Leonardów z daleka, jak to się stało, że go zauważyli i zaprosili do swej loży?

- Kiedy opowiadał, wydawało się to naturalne... - Pod wpływem wątpliwości 

Gordona wersja Costaina rzeczywiście rozpadała się jak domek z kart.

- Costain uważa nas za parę głupków, ale głęboko się myli. Potrafię kojarzyć 

podstawowe fakty, nawet jeśli tobie przychodzi to czasem z trudem. Opowiedział 
ci czarującą  historyjkę, a ty uwierzyłaś w te bzdury. Domyśliłem się po tym 
słodkim uśmiechu, który miałaś na twarzy, kiedy przyszedłem, że coś się wyda-
rzyło. Obawiałem się nawet, czy Edison cię nie zbałamucił.

- Nie bądź niemądry, Gordonie. Wiesz, że on szaleje za panną Stanfield. Och, czy 

73

background image

mówiłam ci, że ona jest bliską kuzynką Costaina?

- Naprawdę!
- Tak, wspomniał mi o tym.
Na twarzy Gordona pojawił się błogi uśmiech.
- Kiedy?... Czyżby pytała o mnie Costaina?
- Nie, w mojej obecności podśmiewał się z zachowania twego kolegi w teatrze. 

Edison nie odrywał od niej wzroku. A Costain wspomniał przy okazji, że panna 
Stanfield jest jego kuzynką.

- Boże! Pierwsza wielka szansa zbliżenia się do niej, a ja obrzuciłem Costaina 

obelgami.

- Co zrobiłeś?... Co mu powiedziałeś? Myślałam, że nie pojechałeś za nim.
Gordon wyglądał na zmieszanego. Po chwili powiedział z uśmiechem:
- Właściwie nic mu nie powiedziałem, dzięki Bogu. Chodzi mi o to, co mówiłem 

tobie. Costain nie musi wiedzieć, że uważam go za nędznego kłamcę, dopóki nie 
pomoże mi zdobyć względów panny Stanfield. To znaczy... Właściwie, co mamy 
przeciw niemu? To jasne jak słońce, że jest kochankiem pani Leonard. Kazał mi ją 
śledzić, żeby sprawdzić, kto jeszcze się koło niej kręci. Nic poza tym. I nie ma to 
żadnego związku ze szpiegostwem. Przygoda miłosna, ot co.

Nie   stanowiło   to   wielkiego   pocieszenia   dla   Cathy,   ale   ponieważ   to   ona 

spowodowała całe zamieszanie, nie mogła teraz napadać na Gordona.

- Co według ciebie powinniśmy zrobić?
- Zaaranżujemy wyjście z Costainem i jego kuzynką. Ty i Costain, ja i panna 

Stanfield.

- Mam na myśli naszą pracę, Gordonie.
- Ach, to! Oczywiście, będę nadal śledził panią Leonard. Costain dostarcza jej z 

pewnością   dość   atrakcji   i   nie   ma   innego   kochanka.   Wynika   z   tego   logiczny 
wniosek, że mężczyzna, z którym spotkała się na tyłach sklepu, jest szpiegiem. 
Kim   innym   mógłby   być?   Wyśledzę   go,   dowiem   się,   kto  to,   i   oddam   w   ręce 
Cosgrave’a. Posada w biurze murowana. Szkoda trochę wyjazdu do Włoch, ale i 
tak na pewno wyszukam ci narzeczonego. Mogłabyś złapać Swintona, gdybyś 
trochę o siebie zadbała. Powiedział, że nie jesteś tak stara, jak sądził.

Cathy wróciła do sedna rozmowy:
- Uważasz więc Costaina za niewinnego?
-   Oczywiście.   Biedak,   miłość   przyćmiła   mu   odrobinę   rozum,   ale   to   bez 

znaczenia.

- Ale dlaczego zlekceważył mężczyznę, którego widziałeś na tyłach sklepu?
- Nie zlekceważył go. Po prostu wziął go za swego rywala, a krępował się 

przyznać przy tobie do związku z tą latawicą.

- Sądzisz, że to wszystko tłumaczy? - spytała cicho.

74

background image

- To jasne jak słońce. Ach, kawał dobrej roboty odwaliłem dziś wieczorem. Bliski 

kuzyn panny Stanfield, mówisz... Już widzę wykrzywioną głupio gębę Edisona, 
kiedy powiem mu, że umówiłem się z panną Stanfield.

Pogasili lampy i cicho weszli na górę, żeby nie budzić domowników. Gordon 

zasnął szybko snem sprawiedliwego, Cathy natomiast czuła taki zamęt w głowie, 
że   przez   kilka   godzin   przewracała   się   w   łóżku,   próbując   znaleźć   w   tym 
wszystkim jakiś sens.

Doszła do wniosku, że Costain jest albo kochankiem pani Leonard, albo bardzo 

nieudolnym   szpiegiem.   Trudno   jej   było   jednak   uwierzyć,   że   jest   głupi.   Po-
chłonięta   rozmyślaniami,   zapomniała   nawet,   że   jutrzejszy   wieczór   to   data 
wielkiego zimowego balu.

Rozdział 11

Miło spędziłaś wieczór w teatrze? - brzmiało pierwsze pytanie lady Lyman, gdy 

córka weszła rano do pokoju śniadaniowego.

- Bardzo miło, mamo.
Jedno spojrzenie na mizerną twarz Cathy pozwoliło jej stwierdzić, iż dziewczyna 

niewiele   spała   tej   nocy.   Ponieważ   słyszała,   jak   córka   szła   do   sypialni   koło 
północy, wywnioskowała natychmiast, że Cathy nie mogła zasnąć. Długoletnie 
doświadczenie w czytaniu z kobiecych twarzy i dusz sugerowało, że romans jej 
pociechy przeżywa kryzys. A to z kolei doprowadziło do jasnej konkluzji - lord 
Costain był w teatrze z inną damą.

- Widziałaś może lorda Costaina? - spytała.
- Był w teatrze w innym towarzystwie - odpowiedziała Cathy, udając obojętność.
Lady Lyman nie chciała upokarzać córki pytaniem, czy w towarzystwie tym 

była jakaś młoda kobieta. Życie u boku dyplomaty nauczyło ją, że jeśli umowie 
między   dwiema   stronami   grozi   zerwanie,   należy   szukać   ratunku   w   nowej 
inicjatywie. A jeśli Lymanowie przestali być stroną, której się nadskakuje, teraz 
oni muszą przejąć inicjatywę.

Cathy   tak   bardzo   zależało   na   wielkim   zimowym   balu.   Bilety   były   strasznie 

drogie, ale możliwość ozdobienia rodzinnego drzewa genealogicznego takim klej-
notem, jak lord Costain, warta była pięćdziesięciu funtów.

Odchrząknęła przed złożeniem oświadczenia, a kiedy skupiła na sobie należną 

uwagę, powiedziała:

- Wczoraj lady Eagleton wymusiła na mnie zakup biletów na bal dobroczynny u 

lady Somerset, ten ich słynny zimowy bal. Pomyślałam, że napiszę słówko do 
lorda   Costaina   z   zapytaniem,   czy   nie   zechciałby   ci   towarzyszyć,   Cathy.   Bal 
odbywa się dziś wieczorem.

- Dziś wieczorem? - wykrzyknęła Cathy.
To już? Odliczała żmudnie dzień za dniem w kalendarzu, ale gdy pojawił się w 

75

background image

jej życiu Costain, zapomniała nawet o wielkim zimowym balu.

- Chyba nie zapomniałaś, moja droga? Męczyłaś mnie o to godzinami.
- Och nie, mamo! Nie możesz zapraszać Costaina.
„Nowa znajoma Costaina musi być bardzo ładna!” - pomyślała lady Lyman.
- Szkoda zmarnować bilety. - Żałowała teraz kłamstwa, że już je kupiła.
Do pokoju wszedł Gordon, poprawiając pod brodą Fular olbrzymich rozmiarów.
- Dobry Boże, a to co za cudo na twojej szyi? - spytał Rodney.
- To nazywa się fular, wuju - sarkastycznie poinformował Gordon. - W stylu 

orientalnym, dla ścisłości. Wszyscy dżentelmeni noszą takie w tym sezonie.

Rodney potrząsnął głową.
- Zanim się obejrzysz, wyjdzie z mody. Nie powinieneś zachowywać się jak 

fircyk. To śmieszne.

-   Śmieszne?   Dowiedz   się   więc,   że   Edison   i   Swinton   przysyłają   dziś   swoich 

lokajów, by mój nauczył ich odpowiednio układać węzeł.

- Swinton jest tyle samo wart, co kiedyś jego ojciec. Chorągiewka na wietrze.
- Jaki to ma związek ze mną? - spytał Gordon. - Ja nie jestem niewolnikiem 

mody. Ja ją ustalani.

- Jeśli chcesz mieć szacunek u ludzi, nie przechwalaj się tak.
Gordon   nalał   sobie   kawy   i   zrezygnował   z   dyskusji.   Stary   głupiec   ten   wuj 

Rodney, jakie on może mieć pojęcie o modzie? Ciągle nosił te same, przestarzałe 
czarne ubrania. Znalazł się znawca...

- Czy dobrze usłyszałem, że kupiłaś bilety na wielki bal, mamo? Chyba wygrałaś 

na loterii.

Lady Lyman natychmiast wykorzystała okazję, by podjąć wątek:
- Staram się ulżyć tym, dla których los okazał się niełaskawy. Gordonie, czy 

pójdziesz z Cathy? To będzie wspaniałe przyjęcie, sądząc po cenie biletów.

- Nie zabiorę siostry na żaden bal i koniec. - Gordon groźnie się nachmurzył. Co 

pomyśli panna Stanfield, widząc, że wszędzie ciągnie się za nim siostra?

- W takim razie ja z tobą pójdę, Cathy - stwierdziła matka.
Na twarzy Gordona pojawił się wymuszony uśmiech.
- I ogłosisz całemu światu, mamo, że Cathy nie jest w stanie przygruchać sobie 

kawalera?

Po krótkiej sprzeczce, która nie doprowadziła do żadnych konkluzji, rozmowa 

zeszła na inne tory. Cathy jednak marzyła, by pójść na ten bal, najchętniej z jakimś 
czarującym dżentelmenem.

-   Cieszę   się,   że   wcześnie   ostatnio   wstajesz,   Gordonie   -   powiedziała   matka, 

stukając w skorupkę jajka. - Nad czym dziś będziesz pracował?

-   Czasowniki   nieregularne   -   odpowiedział   ochoczo.   Od   kilku   tygodni,   jeśli 

czasem naszedł go nastrój, zaglądał do gramatyki.

76

background image

- Sądziłam, że już je opanowałeś. - Lady Lyman odwróciła się do Rodneya. - Jak 

mu idzie? Czy robi postępy?

- Skończyłeś to tłumaczenie, które mam sprawdzić, Gordonie? - spytał wuj. - Czy 

może byłeś zbyt zajęty wiązaniem fantazyjnego fularu?

- Prawie skończyłem, wuju - skłamał chłopak. - Niedługo będzie gotowe.
Rzucił   Cathy   błagalne   spojrzenie   o   pomoc.   Natychmiast   wtrąciła   się   do 

rozmowy:

- Dowiedziałaś się wczoraj wieczorem czegoś o pani Leonard, mamo? - spytała.
- Tak, miałam ci powiedzieć, ale ta moja słaba pamięć... Nazywała się z domu 

Helena Johnson i wyszła za niejakiego Fotheringtona, członka parlamentu. Biedak 
tonął w długach. Strzelił sobie w łeb, zostawiając żonę bez środków do życia.

Cathy   pomyślała,   że   to   zgadza   się   z   tym,   co   pani   Leonard   powiedziała 

Costainowi.

- Z czego żyła po jego śmierci?
- Musiała pracować. Zdaje się, że miała zdolności do modniarstwa i w tym fachu 

się zatrudniła. Ale nikt nie wie, jak poznała pana Leonarda.

-   Fotherington,   pamiętam   go   -   odezwał   się   Rodney,   wygrzebując   ostatnie 

kawałeczki jajka ze skorupki. - To było niezłe ziółko. Hazardzista i kanalia.

- Doszło do jakiegoś skandalu z długami - ciągnęła lady Lyman. - Podobno 

podejrzewano go o sprzedawanie tajemnic państwowych w Amiens, podczas per-
traktacji pokojowych.

Gordon gwałtownie podniósł głowę, rzucając siostrze dzikie spojrzenie.
- Co mówisz, mamo? Była zdrajczynią?
- Nie pani Leonard, Gordonie. Jej mąż, Fotherington. Helena - tak ma na imię - 

była lubiana. Nikt jej o nic nie obwiniał.

-   Rozumiem...   -   Gordon   starał   się   nie   okazać   niedowierzania.   Wstał   znad 

nietkniętych   jajek   na   swoim   talerzu.   -   Czas   zająć   się   czasownikami 
nieregularnymi. Nie masz czasem czegoś do przetłumaczenia, Cathy?

- Nie, ale muszę przepisywać książkę wuja.
Wstała i wymknęli się do gabinetu, by omówić ostatnie rewelacje.
Lady Lyman skierowała na brata świdrujące spojrzenie.
- Lord Costain zrobił jej jakąś przykrość. Musimy ją pocieszyć, Rodney.
- Zabiorę ją na bal, jeśli sądzisz, że to pomoże.
- Kupię bilety u lady Eagleton i również tam pójdę. Postaram się coś zaradzić na 

kłopoty z lordem Costainem. Taka świetna partia. Boję się, by Cathy nie załamało 
takie rozczarowanie. W tym wieku nie może już sobie na to pozwolić.

- Małżeństwo to przeceniana instytucja - oświadczył Rodney.
-   Małżeństwo   to   wspaniała   instytucja.   Niedoceniane   są   jedynie   kłopoty 

wdowieństwa.   Poza   tym   stwierdzam,   że   Gordon   robi   postępy.   Złościł   się   i 

77

background image

skarżył,   że   nie   ma   nic   do   roboty,   a   teraz   studiuje   od   rana   do   wieczora. 
Zastanawiam się, czy warto urządzać ten raut na Boże Narodzenie.

Rodney sięgnął po zostawione przez Gordona jajka i zabrał się do jedzenia.
Gordon w tym czasie biegał podniecony po gabinecie.
- Na Jowisza, zdrada...
- Mama powiedziała, że zdrajcą był pan Fotherington - przypomniała bratu 

Cathy.

- Z pewnością za namową żony.
-   Dobrze   byłoby   obserwować   panią   Leonard   jeszcze   przez   jakiś   czas.   Bądź 

czujny, Gordonie.

- Nie martw się, moja droga. Przemyciłem na dół liberię służącego. Muszę się 

przebrać, zanim wuj nadejdzie.

- Mama nie puści go tak szybko. Śniadanie to jej ulubiona pora pogawędek. A co 

do wielkiego balu, Gordonie, nie uważasz, że moglibyśmy pójść razem? Szkoda 
byłoby zmarnować bilety.

- Nie zmarnują się. Bal jest na cele dobroczynne, z tego co słyszałem.
Wymknął się do biura wuja, przerywając rozmowę o balu. Wkrótce wyłonił się 

w ciemnozielonej liberii Lymanów i krótkim płaszczu na ramionach.

- Wrócę o piątej na spotkanie z Lwem.
Zawadiacko wcisnął na bakier trójgraniasty kapelusz służącego.
- Przyjdź wcześniej, jeśli coś wykryjesz - poprosiła Cathy. - Tak strasznie się 

denerwuję tą sprawą.

-   Drogie   dziewczę,   nie   ściągaj   brwi,   bo   resztki   twojej   urody   znikną   pod 

zmarszczkami. Polegaj na mnie. Nikt nie oczekuje działania od damy.

Otworzył drzwi, wyjrzał, czy nikogo nie ma na ulicy, i czmychnął w kierunku 

Half Moon Street. Ociepliło się tak, że śnieg stopniał i spływał teraz strumykami 
do rynsztoków. Gordon cieszył się, że przestało tak niemiłosiernie wiać.

Cathy   nie   miała   wątpliwości,   że   Gordon   świetnie   się   bawi.   Dla   niego   to 

wszystko było grą. Natomiast jej podniecenie przygodą zmieniło się w niepokój. 
Jakkolwiek   próbowała   spojrzeć   na   wydarzenia,   dawny   obraz   lorda   Costaina 
rozwiał   się   bezpowrotnie.   Jak   udało   mu   się   tak   kompletnie   ją   omamić 
poprzedniego wieczoru? Wielokrotnie przypominała sobie szczegóły wszystkich 
ich spotkań i wiedziała już, że dawny Costain nie istnieje.

Po długim namyśle stwierdziła, że padł ofiarą podstępu pani Leonard. W ten 

sposób mogła się nad nim litować, a nie pogardzać. Nie umiałaby go jednak 
szanować. Kiedyś zażartował, że to staroświeckie pojęcie, ale dla Cathy miłość 
bez szacunku nie była możliwa.

Rozdział 12

Cathy zupełnie nie mogła skupić się tego ranka nad kopią tłumaczenia wuja 

78

background image

Rodneya. O jedenastej zjawił się klient z listem po francusku, napisanym drżącą 
nieco   ręką   na   starym,   pożółkłym   papierze.   Pan   Culpepper   nie   wyglądał   na 
londyńczyka  -  radca  prawny,  może  lekarz  -  jak  się  domyślała  po skromnym 
stroju.

- Znalazłem to w rodzinnej Biblii - wyjaśnił. - Moi przodkowie byli Francuzami, 

ale nikt w rodzinie nie mówi już po francusku. Mamy nadzieję, że treść tego listu 
pozwoli nawiązać kontakt z pewnym szacownym rodem we Francji - zakończył z 
dumą.

Cathy przeczytała uważnie tekst.
- To jest napisane starofrancuskim - powiedziała. - Data, widzi pan, jest z 1649 

roku.   Będę   musiała   sprawdzić   pewne   rzeczy,   żeby   dokładnie   przetłumaczyć. 
Może mi pan to zostawić?

- Oczywiście, ale nie na długo. Przyjechałem z Devon i chciałbym wyruszyć do 

domu jutro o świcie.

- Zrobię, co w mojej mocy, sir. Proszę przyjść po południu.
Tłumaczenie pomogło jej odwrócić uwagę od natrętnych myśli. Obawiała się, że 

pan Culpepper będzie zawiedziony. List był pogróżką wobec sąsiada, że zostanie 
pozwany do sądu w sprawie krowy. Nic nie sugerowało, że autor jest arystokratą, 
mimo że musiał być szlachcicem, gdyż w tamtych czasach umiejętność pisania 
była przywilejem wyższych klas.

Podczas południowego posiłku lady Lyman wspomniała, że Gordon prosił o 

przyniesienie tacy z jedzeniem do jego pokoju. Nie chciał przerywać nauki. Cathy 
domyśliła się, że brat wciągnął do spisku swego lokaja. Ciekawa była, gdzie 
naprawdę jest teraz Gordon. Może patrzy, jak Costain wchodzi na południową 
schadzkę do domu swej kochanki?

Jedzenie stawało jej kością w gardle. Kiedy na stole pojawiła się szarlotka na 

deser, powiedziała:

- Nie jestem już głodna, mamo. Pan Culpepper może się zjawić lada moment, 

muszę iść do gabinetu.

- Powinniśmy mieć na drzwiach tabliczkę, kierującą klientów do frontowych 

drzwi, jeśli w gabinecie nikt nie otwiera - stwierdził Rodney.

Był to powód stałych sprzeczek z lady Lyman.
- Nie będę przyjmować byle kogo od frontu, Rodney. Możesz kierować ich do 

tylnych drzwi, jeśli chcesz. Na to się zgadzam.

- Trudno wysyłać klientów do kucharki! - skwitował Rodney.
Cathy wymknęła się w trakcie tej rytualnej dyskusji. Zaskoczyło ją pukanie do 

drzwi, gdy tylko przekroczyła próg gabinetu. Nie spodziewała się tak wcześnie 
pana Culpeppera. Przyspieszyła kroku, gdyż ktoś głośno stukał, jakby dobijał się 
niecierpliwie od dłuższego czasu.

79

background image

Ujrzała   młodego   człowieka,   którego   widziała   tylko   raz,   lecz   od   razu   go 

rozpoznała.

- Pan Burack! - wykrzyknęła. Przez głowę przemknęło jej, że coś strasznego 

spotkało Costaina. Zdemaskowano go. - Co się stało? - spytała zdenerwowana.

- Czy mogę wejść na chwilę, panno Lyman? Przykro mi, że przeszkadzam w 

porze posiłku. Sprawa jednak jest pilna, a tylko teraz mogę wyrwać się z biura.

Burack wszedł do gabinetu, spoglądając za siebie, czy nikt go nie obserwuje. 

Rozpiął płaszcz, lecz nie usiadł, czego Cathy w zmieszaniu nie zaproponowała 
gościowi. Ona również stała.

- Czy jesteśmy sami? - spytał zniżonym głosem.
- W tej chwili tak. O co chodzi? Co pana sprowadza? Czy to ma związek z 

lordem Costainem? - wyrzuciła z siebie jednym tchem.

- Tak. Widzę, że pani również ma pewne podejrzenia.
Załamała ręce.
- Co on zrobił? - szepnęła.
- Nie jestem tego pewien. Mam jednak powody do podejrzeń, że wykorzystuje 

swoje stanowisko do przekazywania wrogom naszych planów wojennych.

Cathy   miała   suche   usta.   Z   trudem   przełknęła   ślinę,   zachęcając   Buracka 

wzrokiem do dalszych wyjaśnień.

- Otrzymał ściśle tajny dokument, którego nie miał prawa widzieć, a co gorsza, 

wyniósł go z biura. Przyniósł go z powrotem, ale nie wiemy, czy nie sporządził 
kopii ani co z nią zrobił.

- Kiedy to było?
- Cztery dni temu. Odkryłem to przez przypadek. Jeden z urzędników spytał 

mnie, czy lord Cosgrave otrzymał pewien list. Wiedziałem, że nie, ponieważ był 
na zebraniu. Zapytałem urzędnika, gdzie zostawił list. Powiedział, że przekazał 
go   lordowi   Costainowi.   A   on   wyszedł   z   biura.   Z   pewnością   z   listem,   gdyż 
przeszukałem jego pokój, podobnie jak biuro lorda Cosgrave’a i pana Leonarda.

Chodziło o list, który tłumaczyła dla Costaina.
- Dlaczego mi pan o tym mówi? - spytała.
Burack przecież nie wiedział o pierwszej wizycie Costaina! Milczeniem może 

przynajmniej go chronić.

-   Widziałem   kiedyś   tabliczkę   na   państwa   drzwiach.   List   był   po   niemiecku. 

Costain  nie  zna   niemieckiego.  Są   państwo  przyjaciółmi,  pomyślałem  więc,  że 
może zechciała mu pani pomóc - nie zdając sobie oczywiście sprawy, że nie ma 
prawa go czytać - dodał pospiesznie. Wydawał się szczery. - Nie oskarżam pani o 
nic, panno Lyman.

- Czy lord Cosgrave o tym wie? - spytała, by mieć chwilkę na podjęcie decyzji.
- Oczywiście, na jego polecenie tu jestem.

80

background image

Lord Cosgrave wie, nie ma więc sensu tego ukrywać.
- Przetłumaczyłam list dla lorda Costaina - powiedziała. - Twierdził, że to pilne, i 

prosił o szybkie tłumaczenie.

- Dlaczego więc nie oddał listu lordowi Cosgrave’owi, który płynnie mówi i 

pisze po niemiecku?

- Doprawdy?
Poczuła,   jakby   strzała   przebita   jej   serce.   Costain   jej   o   tym   nie   powiedział. 

Tłumaczył   się,   że   nie   ma   zaufania   do   tłumaczy,   jak   jednak   mógłby   nie   ufać 
zwierzchnikowi?

- Ależ tak. Czy Costain prosił panią o tłumaczenie jakichś innych pism?
- Nie.
- Domyślam się, że zobowiązał panią do dyskrecji?
- Tak.
A ona złamała dane mu słowo.
- Często do państwa przychodzi? Utrzymuje z panią miłe stosunki, by zapewnić 

sobie pomoc w razie potrzeby?

- Tak... - szepnęła.
- Doskonale!
Cathy popatrzyła na niego jak na szaleńca.
- Jeśli nasze podejrzenia są słuszne - ciągnął Burack - przyniesie pani więcej 

listów. Musi pani natychmiast nas powiadomić. Jeśli złapiemy go na gorącym 
uczynku, nie będzie mógł zaprzeczyć.

- Jak miałabym panów powiadomić?
-   Proszę   powiedzieć,   że   ma   pani   trudności,   że   musi   pani   zatrzymać   list,   i 

natychmiast wysłać wiadomość do Horse Guards.

- Ale jeśli będzie to krótka notatka, jak poprzednio, moje wykręty wzbudzą jego 

podejrzenia.

- To prawda... - Skinął głową. - Poproszę lorda Cosgrave’a, by przydzielił mu 

„anioła stróża”, jeśli będzie wychodził z biura. Niech pani odda mu tłumaczenie z 
fałszywymi   informacjami.   Kiedy   wyjdzie,   zostanie   zaaresztowany.   Mimo   to 
zależy mi na wiadomości od pani, gdy tylko opuści państwa biuro. Daleko nie 
ucieknie,   a   chciałbym   osobiście   złapać   tego   drania.   Na   samą   myśl,   że   może 
wykorzystywać stanowisko do zdrady ojczyzny... - Oburzony potrząsnął głową.

- Nie mogę w to uwierzyć, panie Burack. Jest oficerem. Walczył dla kraju. Nie 

musiałby tego robić dla pieniędzy. Jest bardzo zamożny.

- Jego słabość to kobiety - smutno stwierdził Burack. - Jakaś dama dobrała mu się 

bez wątpienia do skóry.

Cathy miała na końcu języka nazwisko pani Leonard, powstrzymała się jednak.
- Kim ona może być? - spytała.

81

background image

- To może być każda kobieta. Costain widuje wiele osób.
- Może pani Leonard? - zasugerowała, uważnie mu się przyglądając.
Pan Burack szeroko otworzył oczy.
- Pani Leonard? Chyba pani żartuje?
- Wprost przeciwnie. To ona mogła sprowadzić go na złą drogę.
-   Po   co   interesowałaby   się   Costainem?   Pan   Leonard   ma   częściej   dostęp   do 

tajnych dokumentów i jest ogromnie zakochany w żonie. Mówi o niej z praw-
dziwą czcią.

- Nie chciałam powiedzieć, że to on jest zdrajcą.
Burack wzruszył ramionami.
-  Nie   wierzę,   żeby   pani   Leonard   była  w  to  zamieszana.   Widziała   ją   pani   z 

Costainem wczoraj wieczorem w Royal Coburg?

- Tak.
- Ja również tam byłem. Śledzę Costaina, odkąd wziął ten list. Nie odkryłem 

jeszcze, kim jest ta dama, lecz zdrowy rozsądek podpowiada, że to Francuzka. 
Nadal będę krążył wokół niego.

- Powiadomi mnie pan?
Kiedy popatrzył na nią zdumiony, poczuła się nieswojo. Na pewno zastanawia 

się, dlaczego Cathy tak osobiście interesuje się tą sprawą.

- Nie mogę niczego zdradzić, dopóki dochodzenie jest w toku, panno Lyman. 

Wszystkich   nas   obowiązują   ścisłe   zasady   dyskrecji   w   tych   trudnych   czasach. 
Jestem pewien, że pani to rozumie. Kiedy sprawa zostanie zamknięta, opowiem 
wszystko, jeśli pani zechce.

- Dziękuję.
Pan Burack stał przez chwilę w milczeniu, tylko się jej przyglądając.
-   Kłopot   polega   na   tym,   że   nie   mam   koneksji   w   kręgach,   gdzie   bywa   lord 

Costain.

Cathy przypomniała sobie o biletach na bal, zakupionych przez mamę, i o tym, 

że nie ma z kim pójść. Oto przystojny dżentelmen, który marzy, by dostać się do 
towarzystwa.

- Wybiera się pan na bal lady Somerset dziś wieczorem? - spytała napiętym 

głosem, który ledwie rozpoznała jako swój.

- Och, nie. Bilety są droższe niż moja miesięczna pensja.
- Mam wolny bilet. To znaczy, mama zakupiła dwa. Pomyślałam, że może...
W ładnych oczach Buracka rozbłysła radość.
- Czy sądzi pani, że mógłbym jej towarzyszyć?
- Tak.
Przez jego twarz przemknął cień.
- Costain pomyśli, że to dziwne widzieć mnie u pani boku.

82

background image

-   Poznaliśmy   się   przecież   oficjalnie   -   przypomniała   mu.   -   Lord   Costain   nie 

powinien być zdziwiony, że mnie pan odwiedził. Zresztą naprawdę pan o to 
pytał.

- Tak, a pani uprzejmie się zgodziła. Nie miałem możliwości wyrwać się do tej 

pory z pracy. A co do, balu, nie chciałbym, żeby Costain zorientował się, że go 
obserwuję - powiedział niepewnie.

Ku   swemu   zdziwieniu   Cathy   stwierdziła,   że   flirtowanie   z   mężczyzną,   do 

którego nic nie czuje, nie sprawiam jej żadnej trudności. Zrobiła słodką minkę i 
powiedziała:

- Dlaczego miałby myśleć coś niestosownego? Pokazuję się z kilkoma różnymi 

dżentelmenami.

- Zauważyłem w teatrze. Doskonale, tak więc zrobimy. Przyjadę po panią o wpół 

do dziewiątej. Nie wiem, jak pani dziękować. Nie spodziewałem się tak oddanej 
współpracy.

Pan   Burack   wyglądał   naprawdę   czarująco,   kiedy   się   uśmiechał.   I   młodziej. 

Podziękował kilkakrotnie, a na koniec stwierdził:

-   Muszę   iść.   Nie   wspomnę   nawet   o   konieczności   dyskrecji.   Bezpieczeństwo 

Anglii od tego zależy, panno Lyman.

- Oczywiście - powiedziała cicho.
Pan  Burack   ukłonił   się   i  wyszedł.   Cathy  złapała   się  na   porównywaniu   jego 

zachowania ze sposobem bycia Costaina. Bez wątpienia pan Burack był bardziej 
powściągliwy. Costain nie przykładał nawet wagi do zawodowej dyskrecji. Teraz, 
kiedy wiedziała, że Cosgrave również go podejrzewa, widziała tysiąc uchybień w 
jego zachowaniu.

Wyniósł list i poprosił o tłumaczenie kobietę, której nigdy wcześniej nie widział - 

powinno to było dać jej do myślenia. A wszystkie jego wizyty, przyjacielski ton i 
czarujące spojrzenia... Burack miał absolutną rację. Costain podtrzymywał miłą 
znajomość, żeby gotowa była przetłumaczyć mu w tajemnicy kolejny tekst, jeśli 
wynikłaby taka konieczność. Wykorzystał ją, ale Cathy weźmie swój odwet.

Dołoży   starań,   by   lord   Costain   został   złapany   wraz   ze   swoją   francuską 

kochanką.   Jak   to   się   stało,   że   podejrzewali   z   Gordonem   panią   Leonard?   Nie 
potrzebowała   przecież   Costaina,   gdy   jej   własny   mąż   zajmował   wyższe 
stanowisko w Horse Guards. Costain namówił jej brata do tej błazenady, żeby ich 
wywieść w pole. W rezultacie nie wyglądało na to, że piękna Helena jest jego 
flamą. Skierował podejrzenia na niewinną kobietę, chroniąc w ten sposób swoją 
prawdziwą kochankę. Czy mężczyznom nigdy nie można ufać?

Nagle przypomniała sobie, że Costain ma tu przyjść dziś po popołudniu. Za 

dwie godziny zapuka do drzwi, a ona będzie musiała uśmiechać się i udawać 
radość na jego widok.

83

background image

Cathy nie płakała często, lecz w tej chwili miała na to ochotę. Uciekła do swojego 

pokoju, żeby wuj nie zobaczył jej w tym stanie.

Rozdział 13

Pracując tego popołudnia nad przepisywanym tłumaczeniem, Cathy nie dumała 

nad zawiłościami filozofii pana Schillera, lecz nad perfidią lorda Costaina. Tuż 
przed czwartą, zwykłą porą drzemki wuja, wyniknął kolejny problem. Rodney 
nie wyszedł z gabinetu. Rozsiadł się z fajką w zębach i po raz kolejny zaczął 
roztaczać  żale, jak to Schiller,  sprowadzony  przez  Goethego z  drogi filozofii, 
poświęcił się przyziemnemu zajęciu pisania tego, co nie oświecone masy nazywa-
ją najdoskonalszymi dramatami stworzonymi w języku niemieckim. Przemowa 
wuja trwała około kwadransa.

- Wielka to szkoda, ale tak już bywa. Dramat zyskał, filozofia straciła. Takie 

osobowości jak Goethe albo nasz lord Byron są w stanie dokonać wielkich spus-
toszeń. Zawsze szuka się kogoś, kto sprowadzi ze słusznej drogi. Nie mówię tego 
osobiście do ciebie - dodał, kiedy rzuciła mu zbolałe spojrzenie.

- Czy nie czas na herbatę, wuju? - spytała.
- Idź sama. Ja poczekam na pana Culpeppera i oddam mu tłumaczenie listu. 

Wypiję herbatę tutaj, nie przerywając pracy. Doskonale się dziś czuję.

- Wydawało mi się, że czuję zapach placków... - wspomniała niewinnie.
- Tak? Gorące  placki? No cóż, mogę chyba  przerwać  na pół  godziny. Ciało 

potrzebuje strawy tak samo jak duch.

Cathy była pewna, że nie wróci. Jak Schillera, łatwo go było sprowadzić ze 

słusznej drogi. O wpół do piątej przyszedł pan Culpepper. Przeczytał tłumaczenie 
bez entuzjazmu, ale humor poprawił mu się nieco, kiedy Cathy wspomniała, iż 
umiejętność pisania i czytania była w siedemnastym wieku rzadkością.

-   To   prawda   -   przytaknął   skwapliwie.   -   Musiał   być   szlachcicem,   a   może   i 

arystokratą?

Miał wielką ochotę zostać i porozmawiać na ten temat, ale jakoś udało jej się 

grzecznie   wypchnąć   go   za   drzwi.   Była   za   dziesięć   piąta.   Za   wszelką   cenę 
próbowała się uspokoić. Burack nalegał, by zachowywała się naturalnie, ale jak 
może przyjacielsko traktować zdrajcę?

O piątej zjawił się rozdygotany Gordon, z oświadczeniem, że król i ojczyzna 

winni mu są medal. Nagle w ciągu dnia zerwał się wiatr i nacierpiał się bardziej 
niż żołnierze w Hiszpanii.

-   Oni   przynajmniej   spełniają   swój   obowiązek   w   słońcu.   Zmarzłem   na   kość. 

Służba musi mieć cieplejsze ubrania. To nieludzkie kazać im sterczeć na mrozie w 
tych cienkich szmatkach.

Podszedł do kominka rozetrzeć skostniałe palce.
- Zwykle nikt im nie każe sterczeć cały dzień na mrozie - zauważyła i przeszła 

84

background image

zaraz do relacji na temat wizyty pana Buracka.

- Burack? - Gordon zmrużył oczy. - Z pewnością Cosgrave polecił mu śledzić 

Costaina.

- Tak. Jak się domyśliłeś?
- Domyśliłem? - parsknął dotknięty. - To nie są domysły. Odkryłem, kto jest 

kochankiem pani Leonard. Nikt inny jak lord Cosgrave we własnej osobie. Nie 
spodobało mu się, że mężczyzna o tak przyzwoitym wyglądzie kręci się wokół 
niej,   i   postanowił   zniszczyć   karierę   Costaina.   Dziś   po   południu   był   u   pani 
Leonard.

- Lord Cosgrave! Musiałeś się pomylić, Gordonie.
- Akurat!... Rozpoznałbym go, nawet gdyby zakutał się od stóp do głowy. Był 

zamaskowany jak ten napastnik u nas w domu, tylko tęższy. Boi się, że ktoś 
wykryje jego matactwa, rozumiesz, i dlatego wybrał Lwa na kozła ofiarnego. To 
wyjaśnia dorożkę pod sklepem modystki - jego własny powóz ma wymalowany 
herb.

- Ale jeśli Costain okazałby się winny, nie możemy wspomnieć mu ani o wizycie 

Buracka, ani o podejrzeniach Cosgrave’a.

- Czuję, że Costain jest czysty jak łza. Powiem mu, że widziałem Cosgrave’a z 

panią Leonard. To bardzo ważne. Zgnilizna sięga samych szczytów. Jestem prze-
konany, że książę Yorku maczał w tym palce. Pamiętasz sprawę pani Clarke? 
Wszyscy wiemy, na co go stać szczególnie w spółce z  chere amie, która brała 
łapówki za patenty oficerskie.

- Jaki to ma związek z lordem Cosgrave’em?
-   Pieniądze,   dziewczyno!   Pieniądze   kryją   się   za   sprzedawaniem   tajemnic 

państwowych,   tak   samo   jak   patentów   oficerskich.   Cosgrave   i   York   nieźle   się 
obłowili.

- Dobrze, ale nie możemy powiedzieć Costainowi reszty... o wizycie Buracka. - 

Cathy nie wiedziała właściwie, co myśleć o tej kolejnej zmianie sytuacji.

- Zdaj się na mnie. - Gordon wypiął pierś i zrobił ważną minę, tak jak kiedyś jego 

ojciec.

Gdy Cathy wciąż biła się z myślami, usłyszeli kołatkę i wszedł lord Costain. 

Przypomniała sobie nagle przestrogę wuja Rodneya o silnych osobowościach i 
polecenie   Buracka,   by   zachowywać   się   naturalnie.   „Czy   ten   człowiek   mógł 
dopuścić się zdrady?” - pytała się w duchu. Miała natomiast pewność, że mógłby 
sprowadzić ją z dobrej drogi.

Swoboda Costaina zmobilizowała ją do przyjęcia lekkiego tonu. Jeśli on wkracza 

z uśmiechem i komplementami na temat jej sukni, ona też odegra swoją rolę.

- Miała pani dziś interesujących gości? - spytał widząc, że Cathy patrzy jak na 

ducha. Dlaczego jest taka sztywna? Karafka z sherry stała na stoliku. Zdziwiło go, 

85

background image

że nie proponuje mu kieliszka.

Zaczęła mówić coś nerwowo o liście pana Culpeppera, modląc się, żeby Gordon 

nie wspomniał o drugim gościu. Wyraz jego twarzy upewnił ją, że brat coś knuje.

- Co nowego w Horse Guards? - spytał ze zmrużonymi w skupieniu oczami.
- Praca jak zwykle. Lord Cosgrave wyszedł wcześnie, ale nic interesującego się 

nie zdarzyło.

- Może chciałby pan wiedzieć, dokąd pojechał lord Cosgrave? - Podniecenie 

błyszczało w oczach Gordona.

- Widział go pan gdzieś? - zapytał bez szczególnej ciekawości Costain.
- Trudno było nie zauważyć, jak jedzie wprost do pani Leonard, z teczką pod 

pachą. I wychodzi pot godziny później z pustymi rękami. Pani Leonard przez 
cały dzień nie ruszyła się z domu i miała tylko kilku gości. Cosgrave’a, wczesnym 
popołudniem, i niedługo po jego wyjściu  mademoiselle  Dutroit, która przybyła z 
pudłem na kapelusze. Bawiła tam około godziny. To jasne, że wyniosła kopie 
dokumentów dostarczonych pani Leonard przez Cosgrave’a.

Costain uniósł brwi z lekkim zainteresowaniem.
- Pan Leonard został dziś w domu ze względu na chorobę. Atak podagry. Sądzę, 

że Cosgrave zaniósł mu jakąś pracę do wykonania.

- W czasie choroby? - z niedowierzaniem spytał Gordon.
- Nie leży w łóżku. Niedowład palców utrudnia mu chodzenie, może jednak 

czytać i pisać. - Popatrzył w ogień na kominku i dodał: - Pan Leonard często 
zostaje   w   domu.   Jeśli   Cosgrave   ma   zwyczaj   posyłać   mu   dokumenty   do 
opracowania,  bystra żona znalazłaby z pewnością sposób,  żeby rzucić na nie 
okiem.

- Ach tak... - Gordon upewnił się co do niewinności kuzyna panny Stanfield, jak i 

jego pryncypała. To pani Leonard jest wszystkiemu winna. - Mówiłem ci, że to 
czyste wymysły, Cathy.

Zmroziła brata wzrokiem, ale on parsknął cichym śmiechem i dorzucił:
- Proszę nie brać sobie do serca groźnych min mojej siostry, Costain. Ja nie 

podejrzewałem pana ani przez moment.

Ciemne oczy Costaina powoli zwróciły się na Cathy.
- Przepraszam, a o co?
Miała wrażenie, że jego wzrok wbija jej się w mózg.
- O nic... - odpowiedziała, ale rumieniec oblał jej twarz.
- Proszę... Dama nie czerwieni się tak uroczo bez powodu. Sądzili państwo, że 

jestem w zmowie z panią Leonard?

- Ależ skąd - broniła się Cathy, a rumieniec stawał się coraz ciemniejszy.
-   Myśleliśmy   tylko,   że   padł   pan   jej   ofiarą   -   zapewnił   Gordon.   -   Proszę   się 

uspokoić, Costain, to Burack nabił dziś Cathy głowę tymi nonsensami.

86

background image

- To nieprawda! - sprzeciwiła się dziewczyna, ale było już za późno, by ukryć 

wizytę   pana   Buracka.   -   Twierdził,   że   pani   Leonard   nie   ma   ze   sprawą   nic 
wspólnego.

- O tym mi nie mówiłaś - zauważył Gordon.
- Nie miałam dość czasu przed przyjściem lorda Costaina. Pan Burack nawet nie 

brał tego pod uwagę.

- A skąd wziął się w waszej rozmowie wątek pani Leonard? - spytał Gordon.
- Ja o niej wspomniałam - mętnie tłumaczyła Cathy.
- A w jakim celu, można wiedzieć? - nie dawał za wygraną brat.
Unikała wzroku Costaina odpowiadając na to pytanie.
- Powiedział coś o słabości Costaina do kobiet.
Costain   słuchał   tej   wymiany   zdań   z   drwiną   w   oczach,   przenosząc   wzrok   z 

Gordona na Cathy, jakby oglądał kiepski mecz.

Cathy wstała i wygładziła fałdy sukni.
- Specjalnie prosił, byśmy nie mówili nic lordowi Costainowi - przypomniała 

bratu.

Costain odchrząknął i odezwał się w końcu:
- Co jeszcze opowiedział o mnie kolega?
- Nic! To wszystko. - Cathy zacisnęła usta.
- Wpadł, żeby poinformować, że podejrzewa mnie o zdradę, i nie podał nawet 

żadnych powodów?

- Tamtego wieczoru u lady Martin spytał, czy może mnie kiedyś odwiedzić.
- Miał chyba na myśli wizytę w salonie pani mamy?
- Przyszedł tu z powodu listu, który Cathy dla pana przetłumaczyła - wtrącił się 

Gordon.

- A skąd pan Burack o tym wiedział, jeśli pani mu nie powiedziała, panno 

Lyman?

- Nie powiedziałam mu!
- W takim razie wiedział już wcześniej. Wykrył, że zabrałem list, i domyślił się, iż 

zwróciłem się do najbliższego biura tłumaczeń, czyli do pani. A pani była tak 
uprzejma i potwierdziła jego podejrzenia.

- Nie, na początku nie... Powiedziałam mu, że nie zrobiłby pan czegoś takiego. I 

wtedy powiedział mi o pańskiej słabości do... do kobiet - dokończyła wpatrując 
się przez okno w nagie gałęzie wiązu.

- Ciekawe, skąd pan Burack czerpie swoje fałszywe informacje. Nie bywamy w 

tych samych kręgach - stwierdził sucho Costain.

- Nie ma powodu denerwować się na Cathy - powiedział Gordon. - Jest tylko 

kobietą.   Nie   powinniśmy   byli   jej   w   to   wplątywać.   Według   mnie   Burack   jest 
podejrzany.   Dlaczego   tak   skwapliwie   bronił   pani   Leonard,   kiedy   ślepy   by 

87

background image

zauważył, że ona tkwi w tym po uszy? A pana, lordzie Costain, Burack używa 
jedynie   dla   zmylenia   tropu.   Myślę,   że   to   za   nim   powinienem   pochodzić. 
Zwróciłaś uwagę na jego palce, Cathy?

- Nie.
- Może mieć pan rację co do Buracka - cicho powiedział Costain.
Cathy stała zesztywniała na myśl o umówionym spotkaniu. Gordon pokiwał 

zgodnie głową.

- Oczywiście, pani Leonard też jest w to zamieszana. Mam na myśli cały ten 

śmierdzący interes z Amiens.

- Amiens? - Uniesione brwi Costaina prawie zniknęły pod włosami nad czołem.
- Nie mówiliśmy panu? Ona zawsze była szpiegiem, od czasu podpisania pokoju 

w   Amiens,   chyba   w   1802.   Oczywiście   dowiedziawszy   się   o   tym,   nadal   ją 
śledziłem.

- Niektórzy twierdzą, że pan Fotherington był szpiegiem, ale i to są tylko plotki - 

podkreśliła Cathy.

- Nie ma dymu bez ognia - upierał się Gordon. - Dlaczego wpakował sobie 

pistolet do gardła, możesz mi odpowiedzieć?

- Może jedno z państwa opowiedziałoby mi tę historię od początku, zaczynając 

od tego pana Fotheringtona - poprosił Costain i wsłuchując się w ich sprzeczne 
wyjaśnienia, pojął w końcu sedno sprawy.

Potem zwrócił się do Cathy:
-   Rozumiem,   że   nie   poinformowała   pani   o   tym   swego   przyjaciela   Buracka, 

panno Lyman?

-   Nie   poruszaliśmy   tego   tematu.   Wspomniałam   tylko   panią   Leonard   jako 

możliwą podejrzaną, lecz nie chciał o tym słyszeć. Widzi pan, on sądzi, że pańska 
przyjaciółka   jest   Francuzką.   -   Mówiąc   to,   Cathy   coraz   bardziej   podejrzewała 
Buracka o świadome osłanianie pani Leonard.

- Jeśli Helena była we Francji podczas podpisywania traktatu w Amiens, musi 

mieć jakichś francuskich przyjaciół - rzucił w zamyśleniu Costain.

- Ona ma tylko francuskich przyjaciół! - stwierdził Gordon. - Panna Dutroit, pani 

Marchand, a Whitfield też mi wygląda na Francuza.

Costain głośno się zastanawiał:
- Pani Leonard i Burack... Może...
- Cathy twierdzi, że Burack jest biedny jak mysz kościelna, ledwie związuje 

koniec z końcem. Chodzi mu o pieniądze, tak samo jak pani Leonard, i próbują 
zrzucić winę na pana.

Cathy słuchała, nie mogąc opędzić się od natarczywego obrazu Buracka. Nie 

sadziła, że ją okłamuje. Wyglądał tak przekonująco, szczerze... I prosił o dys-
krecję, i podkreślał, że przyszłość Anglii jest w jej rękach. Jego pełne powagi 

88

background image

zachowanie   wzbudziło   jej   ufność,   w   porównaniu   z   nonszalanckim   tonem 
Costaina...

- Co mam jutro robić? - zapytał żarliwie Gordon. - Burack będzie cały dzień w 

pracy.   Nie   ma   sensu   wtoczyć   się   przed   oknami   Horse   Guards.   Mam   znów 
obserwować panią Leonard?

- Tak sądzę.
- Muszę się przebrać, zanim mama mnie zobaczy. Jutro oczywiście wymyślę 

inny strój. Przemarzłem w tym nie do wyobrażenia. Proszę poczekać, aż wrócę, 
Costain, musimy postanowić, czy kontynuować obserwację dziś wieczorem.

Wyszedł, a Costain, z ironicznym uśmiechem na ustach i płonącym wzrokiem, 

powoli odwrócił się do Cathy.

Rozdział 14

Cathy bawiła się fałdami sukni, udając, że wzrok Costaina zupełnie jej nie peszy. 

Jego lekki uśmiech zmienił się w ironiczny grymas.

- O co jeszcze oskarżał mnie Burack? - spytał sucho.
- O nic, nie był pan jedynym tematem naszej rozmowy.
- Ciekaw jestem, co pomyśli o tej wizycie. Domyślam się, że kazał mnie śledzić.
- Pomyśli pewnie, że podtrzymuje pan miłe stosunki, by skorzystać z mojej 

pomocy w tłumaczeniu, jeśli zajdzie potrzeba.

W napięciu czekała na odpowiedź.
Wstał z kanapy i ze zmarszczonym czołem zaczął chodzić po pokoju.
- Czy pani nie widzi, o co mu chodzi? Chce mnie skompromitować. Dziś przy-

szedł do pani jeszcze niezbyt pewny siebie, ostrzegał tylko i opowiadał o „innych 
sprawach”, żeby zdobyć pani przychylność. Następnym razem poprosi o pomoc. 
Niech pani nie będzie zaskoczona, jeśli spyta, co było w liście, który przyniosłem 
do tłumaczenia.

- Sądzi pan, że będzie następny raz, milordzie? - spytała ostro.
Zdenerwowanie tłumiło jej głos. Skąd ma wiedzieć, który z nich jest niewinny? 

Zdaje się, że musi obserwować rozwój wypadków, dopóki szala nie przechyli się 
na korzyść jednego z nich.

- Może zrobimy z tego użytek? - spytał Costain. - Posłaniec przyniesie mi do 

Horse Guards list. Wymknę się z biura i przybiegnę do pani. Napiszę notatkę po 
angielsku, a pani przetłumaczy ją na niemiecki. Oddamy Burackowi kopię. To bez 
znaczenia, gdyż treść będzie zmyślona.

- Jaki miałoby to cel?
- Pójdę za nim i dowiem się, dokąd niesie kopię.
- Ależ on będzie śledzić pana.
- Tak, jeśli jest niewinny. A jeżeli zabierze kopię gdzie indziej... No cóż, to byłoby 

89

background image

ciekawe, n’est-ce pas?

- Sądzi pan, że mógłby zanieść ją do pani Leonard?
- Albo nawet do sklepu modystki - odpowiedział.
Cathy zastanawiała się, czy może zdradzić pana Buracka. A jeśli Costain jest 

zdrajcą? Czy wtrącają do lochów Tower? Z drugiej strony, jeśli to Burack szpie-
guje   dla   wroga,   absolutnie   trzeba   mu   przeszkodzić.   Często   marzyła,   żeby 
zdarzyło   się   coś   ekscytującego,   gdy   godzinami   ślęczała   w   tym   pokoju   nad 
tłumaczeniem   wywodów   filozoficznych   pana   Schillera.   Nie   spodziewała   się 
jednak, że wprowadzi to taki zamęt w jej życiu. Teraz najchętniej zapomniałaby i 
o lordzie Costainie, i o panu Buracku.

Costain widział na jej twarzy odbicie wewnętrznego zmagania.
- To niczemu nie zaszkodzi - powiedział. - Jeśli Burack jest niewinny,  będę 

szczęśliwy   z   pozyskania   współpracownika.   We   dwóch   moglibyśmy   o   wiele 
więcej   zdziałać   w   Horse   Guards.   Nie   chcę   pani   jednak   do   niczego   zmuszać. 
Poczekajmy, czy Burack poprosi panią o dalsze informacje.

- Dobrze... - odezwała się cicho.
Nie powie Costainowi, że ta prośba już padła, sprawdzi też jednak Buracka. Nie 

zagraża to przecież w żaden sposób Anglii. Wiadomość będzie fałszywa, nawet 
więc jeśli Burack przekaże ją swym francuskim wspólnikom, nic się nie stanie.

Costain patrzył na nią z wyrzutem.
- Widzę, że słabnie pani oddanie dla tej sprawy, panno Lyman.
-   Wprost   przeciwnie.   Jestem   jak   nigdy   dotąd   zdecydowana   pomóc   memu 

krajowi.

- Nie może pani jednak narażać się na niebezpieczeństwo. Jeśli dostanie pani 

pilną wiadomość od Buracka z prośbą o spotkanie w jakimś dziwnym miejscu, 
niech pani nie idzie.

- Czego chciałby ode mnie? Nie stanowię żadnego zagrożenia.
-   Nie,   ale   jeśli   mnie   o   coś   podejrzewa,   byłaby   pani   świetnym   towarem 

przetargowym. Myśli, że jesteśmy starymi przyjaciółmi. Mam na myśli porwanie 
- dodał otwarcie, widząc jej niepewną minę.

Szeroko otworzyła oczy na myśl, że tego wieczoru umówiła się z Burackiem.
-   Nie   chciałem   pani   przestraszyć,   lecz   musi   pani   wiedzieć   o   ewentualnym 

niebezpieczeństwie - powiedział łagodniejszym tonem.

- Ale... - umilkła na chwilę, niezdecydowana, czy wyjawić umówione spotkanie z 

Burackiem. - Trzeba też ostrzec Gordona.

- Oczywiście, ale bardziej prawdopodobne jest porwanie damy. Inaczej traktuje 

się wiadomość o porwaniu bezbronnej, narażonej na przemoc mężczyzn kobiety.

- Costain! Pan chce, żebym umarła ze strachu!
Pochylił się i mocno ujął jej dłonie.

90

background image

- Tak. Właśnie o to mi chodzi. Niech pani nie podejmuje najmniejszego ryzyka, 

wobec Buracka ani nikogo innego. To byłaby moja wina, gdyby coś się pani stało.

Kiedy spojrzeli sobie w oczy, poczuł, że tonie w jej spojrzeniu. Czy zupełnie 

oszalał,  żeby  wciągać  w  tę  niebezpieczną  sprawę   niewinną   dziewczynę?  Jeśli 
cokolwiek jej się stanie... Przełknął ślinę i powiedział:

- To ja wplątałem panią w to wszystko. Nie takie miałem intencje, proszę mi 

wierzyć.

Cathy   delikatnie   cofnęła   ręce.   Ciepło   jego   dłoni   przyprawiało   ją   o   drżenie. 

Wzbudzał w niej coraz większe zaufanie, był tak szczerze zatroskany i czuły.

- To nie pana wina - powiedziała pojednawczym tonem. - Gdybyśmy nie poszli z 

Gordonem do parku tamtej nocy, nie wmieszalibyśmy się do tego stopnia w tę 
sprawę.

- Wina jest po mojej stronie. Po pierwsze nie powinienem był tu przychodzić. 

Nie musi pani nadal w tym uczestniczyć. Mogę przecież zanieść ten fałszywy list 
do tłumaczenia gdzie indziej. W Londynie są dziesiątki biur tłumaczeń. Znajdę 
kogoś innego...

-   Nie!   -   zaprotestowała   głośno.   -   Nie...   -   powtórzyła   spokojniej.   -   Kobieta 

nieczęsto ma szansę uczestniczyć w ważnych wydarzeniach. Jeśli mogę pomóc, 
chcę to zrobić.

Uśmiech podziwu Costaina sprawił jej radość.
- Odważna z pani kobieta, panno Lyman. - Leciutko musnął palcami jej policzek. 

- Ale będzie pani ostrożna - dodał łagodnie. - Nie chcę, żeby cokolwiek się pani 
stało.

Udała, że ten gest nie zrobił na niej wrażenia, i odpowiedziała przytomnie:
- Oczywiście.
Już miała powiedzieć o spotkaniu z Burackiem, kiedy zmieniła zdanie.
- Kiedy przyniesie pan list do przetłumaczenia?
- Za kilka dni. Potrzebuję trochę czasu na przyjrzenie się prywatnemu życiu 

Buracka i pani Leonard. - Westchnął ciężko. - To nie będzie łatwe dla Harolda, 
jeśli jego żona jest zamieszana w tę sprawę. Jest dla niego całym światem.

Gordon wrócił przebrany w wieczorowe, czarne ubranie.
- Zdecydował pan, szanowny Lwie, co robimy dziś wieczorem? - spytał.
- Mam na imię Daniel - odpowiedział Costain patrząc na Cathy.
W jego ciepłym spojrzeniu wyczula coś osobistego.
-  Tak  - odezwał się  Gordon - ale  w  interesach,   wie  pan,  lepiej mieć się  na 

baczności. Będę nadal nazywał pana Lwem.

- Miło mi, że kojarzę się panu z królem dżungli. Nasze trudne czasy rzeczywiście 

przypominają dżunglę. A co do dzisiejszego wieczoru, lady Somerset urządza 
wielki bal dobroczynny. Możemy pójść wszyscy razem. - Spojrzał z nadzieją na 

91

background image

Cathy, której serce zamarto w tym momencie z żalu. - Lady Cosgrave należy do 
grona   organizatorek.   Cosgrave   sprzedał   mi   w   zeszłym   tygodniu   bilety.   Nie 
zdziwiłbym się, gdyby kupili je również Burack i Leonard.

Cathy   znów   otworzyła   usta,   ale   zanim   cokolwiek   powiedziała,   odezwał   się 

Gordon:

- Leonard nie pójdzie na bal, jeśli cierpi na podagrę.
- Co nie znaczy, że pani Leonard się nie pojawi - stwierdził Costain. - Wszyscy 

się tam wybierzemy. Mam sześć biletów. To było dla dobrej sprawy. Chciałem 
zaproponować kilka Liz Stanfield.

Gordon wyglądał, jakby strzelił w niego piorun.
- Panna Stanfield! Może pójść razem z nami? - wydusił odzyskawszy władze 

umysłowe. - To znaczy, chyba za późno, by umówiła się z kim innym.

- Wpadnę do nich teraz po drodze i spytam, czy jest zainteresowana.
- Proszę podkreślić, że to dla dobrej sprawy - powiedział Gordon. - Niech ją pan 

namówi.

-  Nikt   do  niczego   nie   zmusi   Liz,   ale   sądzę,   że   pójdzie.   Wczoraj   wieczorem 

uskarżała się, że tak nudno tej zimy. - Costain spojrzał na Cathy. - Przyjadę po 
panią...

W końcu wydobyła z siebie głos:
- Ja właśnie... idę na bal z panem Burackiem.
- Co?! - Costain nie wierzył własnym uszom.
- Idę na bal z panem Burackiem - powtórzyła jak echo.
- Czy pani oszalała? Kiedy to się stało? Dlaczego nic mi pani nie powiedziała?
- Umówiliśmy się dziś po południu, kiedy złożył mi wizytę.
-   Dopiero   co   tłumaczyłem   pani,   żeby   trzymała   się   pani   od   niego   z   daleka! 

Gordonie, niech pan jej powie, że to szaleństwo.

- Lepiej bawiłabyś się w naszym gronie.
- Nie może pani iść z nim sama. To niebezpieczne. - Costain zaczął nerwowo 

przemierzać pokój.

- Ale jeśli wycofam zaproszenie, to będzie naprawdę dziwne i niegrzeczne - 

niepewnie argumentowała Cathy.

- To prawda - zgodził się Costain i rzucił przez ramię: - Gordonie, będzie pan 

musiał z nią iść.

- Ani mi się śni. Idę z panną Stanfield.
-   Mam   dodatkowe   bilety.   Niech   pani   poprosi   matkę   lub   wuja,   żeby   pani 

towarzyszyli. - Costain odwrócił się znów do Cathy.

Gordon uczepił się takiego rozwiązania:
- Mama i tak się tam wybierała, prawda, Cathy? Kiedy nie zgodziłem się tam iść, 

powiedziała, że wykorzysta drugi bilet i pójdzie z tobą.

92

background image

To wyznanie jeszcze bardziej rozzłościło Costaina. Odezwał się zirytowanym 

głosem:

- Jeśli dobrze rozumiem, sama go pani zaprosiła, panno Lyman. Podejrzewam, 

że przemilczała pani w swojej relacji co ciekawsze fragmenty wizyty Buracka.

Gordon głośno parsknął śmiechem.
- Na Jowisza, dałbym głowę, żeby widzieć, jak Cathy zbiera się na odwagę 

wystąpienia z zaproszeniem wobec mężczyzny. To należy gdzieś opisać!...

Costain sięgnął do kieszeni i podał jej dwa bilety.
- Proszę obiecać, że nie pojedzie pani sama z Burackiem.
Wyczytała   w   jego   oczach   wściekłość   i   jednocześnie   coś   przypominającego 

autentyczną troskę. Może nawet odrobinę zazdrości...

- Dobrze - powiedziała i wzięła bilety.
- O której ma po panią przyjechać? - spytał opanowując drżenie głosu.
- O wpół do dziewiątej.
Costain zwrócił się do Gordona:
- Będę tu o ósmej. Pojedziemy po Liz i wrócimy o wpół do dziewiątej.
- Po co, do diabła? - Gordon nic nie rozumiał.
- Sprawdzić, czy pańskiej siostry nie porwano - dobitnie powiedział Costain.
- Ależ pan przesadza... - Cathy w głębi duszy poczuła miłe ciepło; jest zazdrosny 

o nią i Buracka.

Costain wstał i sięgnął po płaszcz.
-   Będzie   pan   gotowy   dokładnie   o   ósmej,   Gordonie?   Wpadnę   teraz   do 

Stanfieldów i powiem Liz, że jeśli nie będzie punktualna, pojedziemy bez niej.

Gordon z trudem pojmował, jak ktokolwiek może tak oschłym tonem wyrażać 

się o pannie Stanfield.

- Ja już jestem gotowy - odpowiedział.
- W takim razie do zobaczenia. - Costain skłonił się sztywno i szybko wyszedł.
Gordon popatrzył na siostrę zdegustowany.
- Szkoda, że zaprosiłaś tego łajdaka. Skąd przyszło ci coś takiego do głowy? 

Costainowi to się ani trochę nie spodobało.

- To nie jest sprawa lorda Costaina - odparła ze złością, ale w rzeczywistości 

żałowała, że tak się pospieszyła. Mogła pójść na bal u boku Costaina.

- Cokolwiek jeszcze wymyślisz, nie rujnuj moich szans u panny Stanfield, Cathy. 

Wiesz, jak mi na niej zależy. Ten wieczór jest niezwykłą okazją.

Nie czekając na odpowiedź siostry, popędził na górę poprawić strój.
Gdy Costain wsiadł do czekającego przed domem powozu, zdał sobie sprawę, 

że jego złość na pannę Lyman nie ma najmniejszych podstaw. Nie miała powodu 
o nic podejrzewać Buracka, kiedy zapraszała go na bal. Może robić, co jej się 
podoba.

93

background image

Złość  jednak  nie mijała.  Dlaczego  jego nie  zaprosiła,  jeśli  miała bilety? Inne 

dziewczęta ciągle go gdzieś zapraszają. Matka Cathy nie robiła tajemnicy, że go 
akceptuje, nie to więc jest problemem. Nie, ona po prostu woli pana Buracka od 
niego. Zraził ją obcesowymi manierami.

A   dziś   wieczorem   panna   Lyman   wychodzi   z   mężczyzną,   który 

najprawdopodobniej   jest   szpiegiem.   Właśnie   Burack   może   być   tym 
zamaskowanym napastnikiem. To on poszedł za nim na King Charles Street. Skąd 
inaczej   dowiedziałby   się,   że   Lymanowie   są   wmieszani   w   sprawę?   Będzie   go 
uważnie obserwował dziś wieczorem.

Rozdział 15

Co to za straszliwy zapach? - spytała lady Lyman, gdy sir Gordon, zlany wodą 

lawendową i wystrojony w ekstrawagancko zawiązany fular, usiadł do kolacji. - 
Zużyłeś chyba cały flakon perfum, Gordonie. To nie przystoi dżentelmenowi.

-   Tylko   kropelka   za   uszami   -   odpowiedział.   -   Jesteś   strasznie   staroświecka, 

mamo. Teraz wszyscy tego używają.

- Za moich czasów perfumy były dla dam - oświadczył Rodney.
- Mamy dziewiętnasty wiek, wuju - tłumaczył Gordon.
- Nie zauważyłam, by lord Costain używał pachnideł - powiedziała lady Lyman, 

uśmiechając się do córki. - Jak miło z jego strony, że podarował ci dodatkowe 
bilety, nawet jeśli nie idziesz w jego towarzystwie. Bardzo słusznie postąpiłaś, 
moja droga, zapraszając pana Buracka. To z pewnością otworzyło oczy lordowi 
Costainowi. Odrobina rywalizacji tylko go zmobilizuje.

Podano rybę w białym sosie.
Lady Lyman była zadowolona ze swojej latorośli. Cathy ładnie wyglądała w 

ciemnoniebieskiej sukni. Ciemny kolor i surowy fason dodawały jej szyku.

Wiedziała,   że   sama   również   elegancko   prezentuje   się   w   stonowanej, 

fiołkoworóżowej   sukni  dopasowanej   do jej urody  i wieku.  Przyjemnie  będzie 
spędzić wieczór wśród starych znajomych, na naprawdę eleganckim przyjęciu. 
Znów nabrała ochoty do urządzenia rautu z okazji Bożego Narodzenia.

Był to główny temat rozmowy podczas kolacji. Gordona zobowiązano do najęcia 

muzyków.   Lady   Lyman   nie   wykazywała   wielkiego   zainteresowania   panem 
Burackiem,   lecz   kiedy   przyszedł   po   Cathy   i   przekonała   się,   że   wygląda   jak 
prawdziwy dżentelmen, obdarzyła go łaskawym uśmiechem.

Matka i wuj wsiedli do powozu z Cathy i panem Burackiem, młodzi nie mieli 

więc okazji do osobistej rozmowy. Costain i jego towarzystwo jechali za nimi. 
Gdy oba powozy zatrzymały się przed wspaniałą rezydencją przy Curzon Street, 
lady Lyman chwyciła Costaina pod ramię i wchodząc z nim na schody, wylewnie 
dziękowała za podarowane bilety.

94

background image

Raut zaplanowała na dwudziesty grudnia, Costain będzie miał więc dość czasu, 

by porozumieć się ze swoją matką w sprawie zaproszenia Cathy do Northland na 
Boże Narodzenie.

- Tydzień przed świętami urządzani niewielki raut. Mam nadzieję, że zaszczyci 

nas pan swoją obecnością, lordzie Costain.

- Będzie mi niezmiernie miło, madame - odpowiedział, nie pytając nawet o datę. 

Nie spuszczał z oczu Cathy i Buracka, którzy zbliżali się właśnie do frontowych 
drzwi. Lady Lyman stwierdziła, że zaproszenie zostało przyjęte.

Cathy   ogarnęło   przyjemne   podniecenie,   kiedy   ich   zaanonsowano.   Jednak   tu 

przyszła! Udało jej się przyjść na ów wielki bal. Tuż za nią szedł lord Costain, 
przyćmiewając swoją obecnością jej partnera. Cathy popatrzyła na eleganckich 
gości, panie w lśniących diamentach i dżentelmenów krążących wokół swych 
dam. Hall przystrojono jedliną i czerwono-złotymi wstęgami oplatającymi filary. 
W rogu stała ogromna choinka z przywieszonymi na gałęziach złotymi pude-
łeczkami   i   kawałkami   waty,   które   wyglądały   jak   prawdziwy   śnieg.   Cathy 
pomyślała, że pudełeczka mogą zawierać drobiazgi dla pań.

Kiedy wszyscy zeszli do sali balowej odwróciła się, szukając wzrokiem Costaina. 

Nad   wejściem   wisiał   ogromny   złocony   napis:   „Szczęśliwych   Świąt   Bożego 
Narodzenia”.

- Kim jest to dziewczę obok niego? - spytała lady Lyman.
- To panna Stanfield, mamo. Bardzo podoba się Gordonowi.
Panna Stanfield, nie zważając na zakochanego Gordona, wybrała na pierwszego 

partnera swego kuzyna.

-   Dość   przeciętna   uroda   -   stwierdziła   lady   Lyman,   przeszywając   wzrokiem 

dziewczynę.   -   Kiedy   patrzysz   na   zbyt   strojną   suknię,   wiesz   od   razu,   że 
właścicielka nie grzeszy dobrym gustem. Cekiny, koronki i jeszcze kokardy!... - 
Panna   Stanfield   miała   na   sobie   błękitną   suknię   obwieszoną   ozdóbkami   jak 
świąteczne   drzewko.   -   Zobacz,   jak   niedyskretnie   przewraca   oczami   do 
kawalerów.

- Jest bliską kuzynką lorda Costaina - powiedziała Cathy.
Ta informacja złagodziła nieco osąd lady Lyman, szczególnie, że panna Stanfield 

okazała się niegroźna jako konkurencja.

- Rzeczywiście, dość ładna - zdecydowała. - Ozdoby przy sukniach są chyba 

ostatnio w modzie. Właściwie mogłabyś przekonać się do kilku kokardek, Cathy.

Cathy weszła na parkiet z panem Burackiem. Kiedy dołączyli do otwierającego 

bal   menueta,   pomyślała,   że   on   nie   może   być   niebezpiecznym   szpiegiem.   Był 
nieśmiały   i   uroczy.   Wyczuła,   że   jego   sztywne   zachowanie   dziś   po   południu 
wynikało jedynie z poczucia obowiązku.

- Jakże miło mi towarzyszyć pani na tym balu, panno Lyman - powiedział. - Pani 

95

background image

matka również bardzo uprzejmie mnie potraktowała. Nie tak protekcjonalnie, jak 
się obawiałem.

Nagle zdziwiło ją, że jej partner wygląda właściwie na młodego chłopaka.
- Czy długo pracuje pan w Horse Guards, panie Burack?
- Dopiero kilka miesięcy, odkąd ukończyłem Oksford.
Dobre nieba! Nie jest wiele starszy od Gordona. Jakże można by go podejrzewać 

o perfidną zdradę?

- Odkrył pan coś nowego w biurze? - spytała, by przypomnieć mu, dlaczego 

razem się tu znaleźli, ponieważ wydawał się o tym zapominać.

- Nic szczególnego nie wydarzyło się tego popołudnia. Och, widzę, że przybyła 

pani Leonard.  - Zerknął  na  wejście, gdzie dama właśnie  pojawiła się  ze swą 
starszą znajomą. - Pan Leonard został w domu ze względu na podagrę.

Cathy odwróciła się, by spojrzeć na Helenę. Najwyraźniej dołożyła starań, by 

podkreślić   dziś   swoją   urodę.   Wyglądała   olśniewająco   w   jedwabnej   sukni   i 
diamentach na szyi. Suknia wydawała się na pierwszy rzut oka czarna, lecz gdy 
pani Leonard poruszała się, materiał połyskiwał barwą ciemnego wina. Zanim 
zrobiła dwa kroki, podszedł do niej jakiś mężczyzna.

- Jest bardzo piękna - powiedziała Cathy.
- Sądzi pani? Jak na kobietę w jej wieku, może... Ta dama, która z nią przyszła, 

jest przystojna. Kto to może być?

- Młodsza z dam to pani Leonard, panie Burack - powiedziała Cathy, zdziwiona, 

że jej nie zna.

- Twierdzi pani, że ta piękność jest żoną starego Leonarda? Dobry Boże! Nic 

dziwnego, że tak pieje na jej temat. Myślałem, że to ta stara. W teatrze byli razem. 
Teraz   rozumiem,   dlaczego   sugerowała   pani,   że   lord   Costain   może   być   jej 
kochankiem.

To   zupełnie   przekonało   Cathy,   że   pan   Burack   jest   stanowczo   za   mało 

poinformowany, żeby być szpiegiem.

- Kim jest ten mężczyzna obok niej? - spytała.
- Pan Fortescue, z Horse Guards.
- Może on jest jej wspólnikiem? - spytała, odsuwając myśl, że kochankiem tej 

kobiety   mógłby   być   Costain   albo   Burack.   Na   pewno   jest   to   ktoś   inny.   - 
Oczywiście, jeśli ona rzeczywiście jest szpiegiem.

- Fortescue jest tylko łącznikiem rządowym w jakichś sprawach finansowych.
Pod koniec menueta Costain postanowił wyrwać Cathy z ramion Buracka. Jak na 

jego gust, byli zbyt uśmiechnięci. Musiał jednak odeskortować Liz do Gordona. 
Zanim to zrobił, Gordon wyrósł spod ziemi tuż obok w towarzystwie jakiejś 
panny Swanson.

- Czas na nasz taniec, nieprawdaż, panno Stanfield? - Gordon chwycił Liz za 

96

background image

łokieć,   a   Costain   nie   miał   innego   wyboru,   jak   z   uśmiechem   poprosić   pannę 
Swanson do następnego tańca.

Nie spodobało się to ani lady Lyman, ani jej córce, ale ponieważ niezwykle 

interesujący  hrabia  pragnął zostać  przedstawiony  Cathy, nie  smuciły się zbyt 
długo. Po drugim tańcu Costain posłał Cathy gniewne spojrzenie  i przeszedł 
przez salę, by zaprosić panią Leonard. Kiedy Cathy wróciła do matki, która od-
mówiła sobie przyjemności gry w karty, żeby sekundować córce i służyć jej swym 
długoletnim   doświadczeniem   w   sprawach   towarzyskich,   lady   Lyman   po-
wiedziała:

-   Przysięgłabym,   że   to  Helena   Fotherington   tańczy   z   Costainem!   Pamiętasz, 

pytałaś o nią kilka dni temu. Ani trochę się nie zmieniła. Jak ona to robi? Muszę 
się z nią przywitać. To da Costainowi okazję do tańca z tobą. Chodź, Cathy.

Cierpiała katusze zażenowania, kiedy mama zdybała Costaina i przedstawiła ją 

raz jeszcze pięknej pani Leonard jako „swoją małą córeczkę Cathy. Jak szybko 
dzieci dorastają!...”

Pani Leonard uśmiechnęła się uprzejmie.
- Poznałam już pani córkę, lady Lyman - powiedziała, lecz jej pytający wzrok nie 

sugerował, by przypominała sobie matkę.

-   Spotkałyśmy   się   we   Francji,   w   Amiens   -   stwierdziła   lady   Lyman.   -   Może 

pamięta pani mego zmarłego męża, sir Aubreya Lymana?

- Oczywiście. Z żalem dowiedziałam się o jego odejściu. Czy ma pani inne dzieci, 

lady Lyman?

- Syna, ma na imię Gordon. Gdzieś tu jest.
- Jakże pani szczęśliwa. Ja nie mam dzieci, tylko kochanego pieska. Dotrzymuje 

dziś   towarzystwa   memu   mężowi.   Harold   cierpi   na   podagrę.   Nalegał,   żebym 
przyszła, ponieważ lady Cosgrave jest jedną z organizatorek balu. Spędziłyśmy tu 
obydwie całe popołudnie, doglądając przygotowań. Ledwie zdążyłam pojechać 
do domu na kolację i zmienić strój. - Wzrok pani Leonard cały czas krążył po sali 
w poszukiwaniu następnego partnera.

Po chwili zwróciła uwagę pewnego znanego rozpustnika i oboje zniknęli w 

tłumie.

- Panno Lyman, czy mogę mieć honor zaprosić panią do następnego tańca? - 

spytał Costain.

Ponieważ tancerze nie ustawiali się w rzędach na parkiecie, Cathy domyśliła się, 

że przyszedł czas na walce. Poczuła nerwowy dreszcz, kiedy Costain ją objął.

- Co pani na to? - spytał spoglądając znacząco. - Pani Leonard spędziła tu całe 

popołudnie, jeśli wierzyć jej słowom. Czyżby Harold przez godzinę sam zabawiał 
pannę Dutroit? Jak to się stało, że Gordon nie widział, jak wychodziła z domu?

- Podejrzewam, że wymknął się na chwilę z posterunku, żeby coś przekąsić, i 

97

background image

wtedy właśnie wyszła, jeśli naprawdę tu była.

- Nie rozumiem, dlaczego miałaby kłamać na ten temat - powiedział.
Cathy   wzruszyła   ramionami   i   stwierdziła,   że   panna   Dutroit   wypita   pewnie 

herbatę  ze służbą.  To przedłużyło jej wizytę. Costain zauważył, że przy  nim 
Cathy jest mniej ożywiona niż przy Buracku.

- Pan Burack z pewnością żałuje, że odebrałem mu walc z panią - powiedział 

trochę sztywno.

- Jest bardzo miły. Nie sądzę, by był szpiegiem.
- Łatwo panią przekonać! Pani Leonard też jest „miła”. Czy to odsuwa wszelkie 

podejrzenia?

- Pan Burack nawet jej nie rozpoznał. Myślał, że to ta starsza dama, z którą 

przyszła, jest panią Leonard.

- Tak pani powiedział. Ciekawe...
- A według pana znal ją wcześniej?
- Nie wiem - przyznał niechętnie Costain. - Mógł ją jednak poznać.
- Mówiła coś interesującego? - spytała Cathy, czując, że udziela jej się jego złość.
- Nie.
- Pewnie z jakiegoś innego powodu nie mógł się pan doczekać tańca z nią. Jest 

niezwykle atrakcyjna.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   jestem   aż   tak   naiwny,   by   wierzyć,   że   ładna   buzia 

świadczy o niewinności. Czy Burack powiedział coś ciekawego?

-   Pracuje   w   Horse   Guards   dopiero   od   kilku   miesięcy.   Niedawno   skończył 

Oksford. Jak może być w to zamieszany? Nawiązanie odpowiednich kontaktów 
wymaga czasu.

To nie był nastrój, w jakim Costain chciał spędzić te kilka chwil z Cathy, gdy 

rozmawiali w cztery oczy. Czekał na ten moment, by poznać ją trochę lepiej, a 
teraz zachowuje się jak nieokrzesany gołowąs.

- Może ma pani rację - przytaknął, a po chwili milczenia powiedział bardziej 

przyjacielskim tonem: - Pani mama zaprosiła mnie na raut w przyszłym tygodniu.

- Przyjdzie pan? - spytała z najzupełniej obojętną miną.
- Z przyjemnością. Przyprowadzę Liz, jeśli nie ma pani nic przeciw temu. Mam 

na myśli swoją kuzynkę, pannę Stanfield.

- Wiem.
Chłód Cathy coraz bardziej intrygował Costaina. Coś się w niej zmieniło i po 

namyśle   doszedł   do   wniosku,   że   to   wina   Buracka.   Prowadzenie   sensownej 
rozmowy wydało mu się absolutnie niemożliwe przy muzyce i wśród tego tłumu.

-   Przejdźmy   do  bocznego   salonu   -   powiedział   i   nie   czekając   na   odpowiedź 

poprowadził ją w tańcu na kraniec parkietu.

W drzwiach sali balowej natknęli się na zrozpaczonego Gordona.

98

background image

- Mam  nadzieję,  że  dokonuje  pan  pasjonujących   obserwacji,   gdyż  poza  tym 

wieczór jest sromotną klęską.

- Tańczyłeś przecież z panną Stanfield? - przypomniała Cathy.
- Tak, dziarski ludowy taniec. Co mężczyzna może zdziałać przy takiej okazji? 

Nie zgodziła się zatańczyć ze mną walca.

- Nie może tańczyć z tobą dwa razy, prawie się nie znacie - pocieszała brata 

Cathy.

- Nie musiała przyjmować propozycji Edisona, prawda? Zobacz, jak ten pajac się 

szczerzy.

Popatrzyli na parkiet, gdzie Edison z afektowanym uśmiechem przyklejonym do 

ust zerkał raz na pannę Stanfield, raz na wściekłego konkurenta.

- Chętnie dałbym mu w gębę - stwierdził ponuro Gordon.
- Chodźmy lepiej razem do salonu wypić kieliszek wina - zaproponował Costain. 

- Musimy coś omówić. Są nowe szczegóły - dodał, by zachęcić nieszczęśnika.

- Co takiego? Sprawdziłem palce Cosgrave’a. To nie on nas napadł, mimo że z 

pewnością knuje coś z panią Leonard. Zauważyłem, jak szeptali za palmą. Kobie-
ty... - westchnął z ironiczną  miną. - Idę zaczerpnąć  świeżego powietrza. Jeśli 
panna Stanfield zwróci przez przypadek uwagę na moją nieobecność, możecie 
powiedzieć, że poszedłem zapalić cygaro. Ale na pewno nie spostrzeże nawet, że 
zniknąłem.

Nie palił cygar, ale ta uwaga wydała mu się szykowna. Skierował się do wyjścia.
- Włóż płaszcz, Gordonie - zawołała za nim Cathy. - Zaziębisz się...
- To i dobrze! - Braciszek wymaszerował energicznie na zewnątrz.
- Coś wisi w powietrzu - powiedział z kpiącym uśmiechem Costain. - Dzisiejszy 

wieczór nie sprzyja romantycznym schadzkom.

- Jeśli ma pan ochotę wyjść z Gordonem...
- Nie o to mi chodziło, panno Lyman.
Ujął ją mocno za ramię i poprowadził do bocznego salonu.

Rozdział 16

Na Curzon Street roiło się od powozów.
- Biedne, omamione złudami istoty - mruknął pod nosem Gordon, przyglądając 

się   podekscytowanym   twarzom   spóźnionych   gości.   Podążali   ochoczo   na 
targowisko próżności. Spodziewają się przyjemnego wieczoru na wielkim zimo-
wym balu, a zanim kur zapieje, do grona nieszczęśników takich jak on dołączy co 
najmniej tuzin złamanych serc. Panny dadzą się uwieść łowcom posagów, żony 
zapragną zdradzić mężów, ogniska domowe legną w gruzach. Miłość to okrutna 
pani.

Gordon pławił się w swym czarnym nastroju i drażniło go, że ciągle musi się 

99

background image

komuś odkłamać i rozmawiać ze znajomymi. Kiedy jeden z kolegów spytał, czy 
panna Stanfield jest na balu, nie wytrzymał:

- Znajdziesz ją walcującą w ramionach Edisona - rzucił i ruszył przed siebie, byle 

dalej od tego przybytku zatracenia.

Wiatr rozwiewał mu poły fraka, gdy szedł szybko mroczną ulicą. Kopnął jakiś 

mały przedmiot, który leżał na drodze. Był to kamień, nie zaś zmarznięte jabłko, 
jak sądził. Zawył cicho z bólu. Teraz bolało go już wszystko.

Jeśli panna Stanfield woli spędzać czas z tym durnym zarozumialcem Edisonem, 

to jej strata. Zrozumie swój błąd, gdy przeczyta w gazecie o śmierci sir Gordona 
Lymana na zapalenie płuc. Oczami wyobraźni ujrzał uroczysty pogrzeb wagi 
państwowej, z zaprzęgiem w czarnych pióropuszach i długim orszakiem żałob-
ników. Świat dowie się jakoś, że to on, samotny w swej walce, udaremnił zakusy 
francuskiego wroga i uchronił kobiety i dzieci Anglii od zguby.

Kiedy   dotarł   do   rogu   ulicy,   zdecydował   wrócić   na   bal.   Lew   wspomniał   o 

nowych szczegółach w sprawie. O nie, żadnego zapalenia płuc do rozstrzygnięcia 
sprawy.   Spostrzegł,   że   jest   na   rogu   Half   Moon   Street,   dwa   kroki   od   domu 
Leonardów.   Przejdzie   tamtędy   szybko   i   sprawdzi,   czy   ktoś   wchodzi   lub 
wychodzi. Mało to prawdopodobne, gdyż pani Leonard jest na balu, ale gdyby na 
przykład dojrzał czającą się w pobliżu pannę Dutroit... Ciekawe.

Obserwował dom z dość daleka, nie spodziewając się zresztą żadnego rezultatu. 

Tym bardziej zdziwiło go, że ktoś otwiera frontowe drzwi. Starszy mężczyzna 
wypuścił   pieska   pani   Leonard   za   potrzebą.   Co   za   przebrzydłe   stworzenie, 
jazgotało od samego progu. Pies ruszył oczywiście wprost na niego, demaskując 
tajną misję. Gordon zaczął spokojnie iść, jakby po prostu tędy przechodził, a 
przeklęty zwierzak biegł za nim i łapał zębami za łydki, co dawało się niemile 
odczuć, gdyż Gordon nie miał na sobie wysokich butów.

- Wracaj, May! - zawołał starszy człowiek. Czy to pan Leonard? Wyglądał na 

niego, ale starzy ludzie są wszyscy do siebie podobni.

Gordon nie zatrzymywał się, a mężczyzna zbiegi w tym czasie ze schodów, 

wciąż wołając psa. Na ulicy zaturkotał jakiś powóz, a mężczyzna obawiając się, że 
wystraszone hałasem zwierzę wybiegnie na jezdnię, krzyknął:

- Zatrzymaj ją, chłopcze!
Gordon podskoczył i chwycił psa prawie spod kot powozu.
Pasażer opuścił okno i zawołał:
- Od kiedy to wyłapujesz bezpańskie psy, Lyman? - Oczywiście był to Graham 

Grant. Niedługo całe miasto o tym usłyszy.

- Proszę - powiedział oddając bestię właścicielowi.
- To pupilka żony. Nie chcę, żeby coś jej się stało. Dobry piesek, chodźmy do 

domu.

100

background image

Pupilka żony. Tak więc jest to pan Leonard. Pies złapał go za rękę i mężczyzna 

puścił go sycząc z bólu. Zwierzak, zdecydowany na samobójczą śmierć, popędził 
za powozem Granta, a pan Leonard za nim. Nie poruszał się tak szybko jak 
młody człowiek, lecz bardzo sprawnie jak na osobę cierpiącą na podagrę. Coś tu 
Gordonowi nie pasowało.

Leonard obejrzał się przez ramię, dysząc ciężko.
- Może ją pan złapać? Nie dogonię jej sam. - Z trudem chwytał oddech.
Gordon puścił się za psem i wziął go na ręce. Rozbawiło to tak Granta, że kazał 

zatrzymać powóz, by uśmiać się do woli i wyszydzić kolegę.

Starszy pan ciągle miał zadyszkę.
- Zaniosę go panu do domu - powiedział Gordon i ruszyli w stronę znajomego 

budynku.

Pan Leonard, wciąż bez tchu, przytrzymywał się ramienia chłopaka. Nie utykał 

jednak.   Kiedy   posuwali   się   ciemną   ulicą,   Gordon   przemyśliwał,   jak   by   tu 
wykorzystać tego psa i dostać się do domu. Może wypatrzyłby coś ciekawego.

Przy drzwiach Leonard powiedział:
- Bardzo panu dziękuję, panie...
- Gordon. Moje nazwisko Gordon. - Nie powinien się przecież zdradzać.
Pan Leonard uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Mogę zaproponować panu kieliszek wina, panie Gordon? Obawiam się, że pan 

zmarzł. Nie ma pan płaszcza.

- Dziękuję, sir. Wyszedłem tylko na chwilę z balu, odbywa się tuż za rogiem. Nie 

pogardzę kieliszeczkiem. Pogoń za psem wzmaga pragnienie, nie powiem.

Wniósł psa do środka i pan Leonard odebrał go z jego rąk. Gordon spod oka 

rozejrzał się po hallu. Ani parkiet na podłodze, ani lustro w zdobionej ramie nie 
miały w sobie nic podejrzanego.

- Tylko zamknę May - powiedział pan Leonard. - Troszkę jest dziś hałaśliwa. 

Przejdźmy do mego gabinetu.

Leonard nie spieszył się z podaniem swego nazwiska. Powinien się przedstawić. 

A może zamierza udawać kogoś innego?

Gospodarz   zniknął   z   psem,   a   Gordon   wszedł   do   gabinetu.   Rzucił   szybkie 

spojrzenie przez ramię i popędził prosto do biurka Leonarda. Było zarzucone 
jakimiś   listami   -   listami   do   i   z   Horse   Guards.   To   mogły   być   papiery,   które 
przyniósł mu Cosgrave. Podniósł jeden z listów i rzucił okiem. Zorientował się, że 
ma przed sobą podpis Beau Douro. Człowieka, który rozpędził na cztery wiatry 
armię   Korsykanina   w   Hiszpanii!   Poczuł   drżenie   w   palcach,   jakby   siła 
sygnatariusza listu spłynęła na jego ciało.

Zerknął na datę i z trudem uwierzył, że pismo przyszło tak szybko. Statki nie 

przewożą   poczty   tak   prędko.   Odwrócił   kartkę   i   przeczytał,   że   list   przesłano 

101

background image

gołębiem pocztowym. Treść niewiele mówiła Gordonowi - coś o przesuwaniu 
oddziałów przez Pireneje. Z pewnością były to rozstrzygające manewry, a list 
leży tu oto, nie dość, że poza budynkiem Horse Guards, to dostarczony do domu 
szpiega przez samego szefa służb wywiadowczych.

Gordon usłyszał jakiś dźwięk przy drzwiach i rzucił się na najbliższe krzesło. 

Usiłował właśnie przyjąć swobodny wyraz twarzy, gdy wszedł pan Leonard z 
winem na tacy.

- Proszę bardzo... - powiedział stawiając tacę na biurku, po czym napełnił dwa 

kieliszki.

- Z pieskiem wszystko w porządku? - spytał Gordon, gdy gospodarz podał mu 

wino.

Pan Leonard podniósł kieliszek do ust.
- Suczka zawsze jest niespokojna, gdy nie ma mojej żony. Tylko jej słucha.
Gordon zerknął na kieliszek gospodarza i spostrzegł grube, prawie kwadratowe 

palce obejmujące szkło. Serce podskoczyło mu do gardła. Ostatnim razem, gdy 
widział   tę   rękę,   dzierżyła   wycelowany   w   niego   pistolet.   Usłyszał   charczące 
westchnienie i w pomieszaniu zdał sobie sprawę, że wydarło się z jego własnych 
ust. Przełknął ślinę, starając się opanować zdenerwowanie.

- W dzieciństwie miałem spaniela - odezwał się drętwym głosem, który odbił się 

głuchym echem od ścian. Odchrząknął i dodał, nie tknąwszy jeszcze trunku: - 
Doskonałe sherry.

- Proszę skosztować - zachęcił gościa pan Leonard, popijając ze swego kieliszka.
Gordon pociągnął duży łyk.
- Piesek bywa kłopotliwy, nieprawdaż? - spytał, mając nadzieję, że Leonard 

weźmie   go   za   nieszkodliwego   głupka,   cały   czas   jednak   wysilał   umysł,   jak 
zdemaskować i schwytać wroga. Czy powinien pędzić z powrotem na bal po 
pomoc Lwa? Ocenił wzrokiem ramiona Leonarda, pomyślał o jego podeszłym 
wieku i niedołężności w porównaniu z jego własną siłą młodości i stwierdził, że 
sam da sobie radę.

- Z psami zawsze jest kłopot w mieście.
Próbował nie gapić się wciąż na te straszne palce, ale oczy bezwiednie wracały 

do dłoni gospodarza. Musi odwrócić wzrok albo Leonard zorientuje się, że został 
rozpoznany,   mimo   że   jego   twarz   była   szczelnie   osłonięta,   gdy   wdarł   się   do 
gabinetu. Poczuł lekki zamęt w głowie. Co się dzieje?

Potężne paluchy zaczęły rozmazywać mu się przed oczami. Potrząsnął głową. 

Najlepiej   złapie  ten  mosiężny   przycisk   do  papieru   i  zdzieli  nim   Leonarda   w 
głowę.

Gospodarz plótł jakieś głupstwa o psotach May, coś o wkradaniu się do gabinetu 

i zjadaniu dokumentów. Z pewnością mówił o ważnej wiadomości z Hiszpanii. 

102

background image

Gordon pociągnął z kieliszka i pokiwał głową. Czuł, że ogarnia go jakiś błogi stan. 
Zobaczył   przed   sobą   twarz   panny   Stanfield,   uśmiechniętą   uroczo   i   z 
uwielbieniem w niego wpatrzoną, bohatera, który samodzielnie pochwycił tego 
groźnego przestępcę. Dziwna słabość coraz bardziej go ogarniała... Nagle błysnęła 
mu myśl, że twarz Leonarda w dniu napadu była zasłonięta, lecz jego twarz nie. 
Dlaczego dotąd go nie rozpoznał?

Ze zdziwieniem stwierdził, że kieliszek jest pusty. Kanciaste palce podsunęły 

butelkę.

- Och, dziękuję... Może jeszcze kropelkę.
Widział, jak bursztynowy płyn wypełnia kieliszek i wylewa się, gdy jego drżące 

palce tracą władzę. Do diabła, będzie śmierdział jak furman, kiedy wróci na bal. 
Spróbował mocniej chwycić kieliszek, ale ważył co najmniej tonę. Ostatnią rzeczą, 
jaką spostrzegł, zanim stracił przytomność, był kryształowy kieliszek spadający 
na  dywan.   Po  kilku sekundach   jego  bezwładne   ciało również   osunęło   się  na 
podłogę.

Gdy   umilkły   walce,   goście   zaczęli   tłumnie   napływać   do   salonu,   gdzie 

przygotowano zakąski.

- Przykro mi, że Gordon tak się rozczarował dzisiejszego wieczoru - powiedział 

Costain. - Poszukajmy Liz, trzeba jej przypomnieć, że przyszła tu z nami.

Cathy wyglądała na zaniepokojoną.
-   Zastanawiam   się,   czy   Gordon   już   wrócił.   Dostanie   zapalenia   płuc   na   tym 

zimnie bez płaszcza.

- Zapytam służbę.
Weszli do hallu i Costain zbliżył się do człowieka przy drzwiach wejściowych.
- Nie wrócił, sir. To rzeczywiście niepokojące. Choć w tej części miasta powinien 

być bezpieczny.

Costain przekazał wiadomość Cathy.
- Ten idiota poszedł do domu na złość pannie Stanfield - skwitowała.
- Prosił, żeby jej powtórzyć, że niedługo wróci.
- Wyszedł bez płaszcza, a przyjechał pańskim powozem, więc... Może zapyta 

pan, czy nie zabrał powozu.

Inny służący zajmował się powozami gości. Costain wypytał go i wrócił, by 

powiedzieć Cathy, że nikt nie wzywał jego powozu.

Cathy zamrugała w zdumieniu oczami.
- Gdzie, na miłość boską, on się podziewa? Nie ma go od pół godziny.
- Najlepiej przejdę się po okolicy. Może go spotkam.
- Proszę nie zapomnieć płaszcza - powiedziała Cathy.
- Tak, mamo - odpowiedział żartobliwie, ale widać było, że sprawiło mu to 

103

background image

przyjemność.

Portier   wskazał   mu   kierunek,   w   którym   udał   się   Gordon.   Costain   ruszył 

szybkim   krokiem   i   po   chwili   zniknął   w   mroku.   Był   bardziej   zirytowany   niż 
przejęty dziecinnym zachowaniem chłopaka.

Gdy Cathy czekała w hallu przy wejściu, podszedł do niej, zadzierający jak 

zwykle nosa, pan Edison.

- Mam nadzieję, że Gordon się na mnie nie obraził. Wszędzie go szukam.
- Nie widział go pan? - spytała.
- Od czasu walców nie. Graham Grant wspomniał, że widział go goniącego psa 

po Half Moon Street.

Cathy zmarszczyła czoło. Brat spędził tam ostatnio wiele czasu, obserwując dom 

Leonarda. Bez wątpienia postanowił przespacerować się tamtędy i sprawdzić, czy 
nic się nie dzieje.

- Podobno pomagał jakiemuś staruszkowi łapać szczeniaka - dodał Edison. - 

Pewnie zaraz wróci.

- Niepokoję się, gdzie on się podziewa.
- Przyślę do pani Granta.
- Dziękuję, panie Edison.
Pan   Grant,   jeden   z   młodocianej   gromady   kolegów   Gordona,   pojawił   się 

niebawem.

- Chciała pani ze mną rozmawiać, panno Lyman?
- Widział pan Gordona, panie Grant? Proszę powiedzieć mi, gdzie to dokładnie 

było?

-   Właśnie   jechałem   tutaj,   gdy   dostrzegłem   Gordona   uganiającego   się   za 

jazgoczącym psiakiem na Half Moon Street.

Opis   pasował   do   psa   pani   Leonard,   a   jej   mąż   mógł   być   wspomnianym 

staruszkiem.

- Mały, hałaśliwy piesek, mówi pan?
- Tak. Mogę powiedzieć pani, z którego wybiegi domu, gdyż drzwi były otwarte 

i paliło się światło. Drugi dom od skrzyżowania z Curzon Street. Gordon wszedł z 
tym staruszkiem do środka.

-   Dziękuję   -   powiedziała.   -   Tam   z   pewnością   został.   Nasi...   znajomi   tam 

mieszkają.

Cokolwiek   nabroił   znów   Gordon,   nie   zamierzała   stwarzać   niepotrzebnego 

zamieszania.

-   Miło   mi,   że   mogłem   pomóc,  mademoiselle.   -   Pan   Grant   oddalił   się   w 

podskokach, by dołączyć do swego towarzystwa.

Cathy   usiadła   na   krześle   pod   wielką   ozdobną   palmą   i   czekała   na   powrót 

Costaina. Była teraz przekonana, że Gordon wślizgnął się do domu Leonarda, 

104

background image

żeby coś wyszpiegować. Ale dlaczego tak długo go nie ma? Poprosi o pomoc 
Costaina, gdy tylko się pojawi. Ale czy może mu ufać?

Costaina również nie było strasznie długo. Na tyle długo, by zaczęła obawiać się, 

że on również zajął się szpiegowaniem, podczas gdy najwspanialszy zimowy bal 
mija bez niego. Wrócił po ponad kwadransie, sam, z nachmurzoną twarzą.

- Pojawił się? - spytał Cathy, która poderwała się na jego widok.
- Nie. Nie znalazł go pan?
- Obszedłem całą okolicę. Wie pani, że jesteśmy o rzut kamieniem od domu 

Leonardów?

- Tak, i dowiedziałam się, że Gordon pomagał Leonardowi schwytać na ulicy 

małego pieska. Jeden z kolegów go tam widział. Gordon wszedł podobno do 
domu ze staruszkiem. Boję się, że coś mu się stało, Costain.

Jej   blada   twarz   ściągnięta   była   niepokojem.   Chcąc   ją   pocieszyć,   Costain 

powiedział bez namysłu:

- Co mogło się stać? Najprawdopodobniej Gordon został zaproszony na kieliszek 

wina. Zgodziłby się z pewnością i rozejrzał po domu.

- Ale nie ma go tak długo.
Costain starał się nie okazać własnego niepokoju.
- Proszę się nie martwić. Leonard nie zna Gordona, a Gordon nie przyznałby się 

przecież do szpiegowania.

- Jeśli napastnik tam jest, rozpozna mojego brata. A Gordon jego nie.
Costain nie udawał dłużej obojętności.
- Złożę wizytę panu Leonardowi - powiedział.

Rozdział 17

W pierwszym odruchu Cathy poczuła wdzięczność, lecz natychmiast ogarnęły ją 

wątpliwości. Nie może całkowicie zaufać Costainowi; nie ma przecież dowodu na 
jego niewinność.

- Idę z panem - powiedziała, lecz już po chwili wiedziała, że to najgorsze, co 

mogłaby zrobić. Jeśli oboje z Gordonem dostaną się w ręce wroga, kto ich uratuje? 
Chyba że Burack...

- To nie zadanie dla damy - odpowiedział stanowczo Costain.
Wyglądał na szczerze przejętego.
- Nie może pan iść sam! Co pocznę, jeśli pan nie wróci? - spytała.
Zastanowił się przez chwilę.
- Jeśli nie wrócę za kwadrans, niech pani powie Burackowi, co zaszło. I niech 

zawiadomi Castlereagha.

Odrobinę podtrzymała ją na duchu ta odpowiedź.
- Ufa pan więc Burackowi?
- Wygląda na to, że człowiekiem, którego szukamy, jest Leonard. Jak sama pani 

105

background image

mówiła, Burack dopiero co opuścił uniwersytet.

Pan Burack odnalazł w końcu Cathy. Podbiegł do nich ze słowami:
- Panno Lyman, wszędzie pani szukam... - Umilkł na widok ich poważnych 

twarzy. - Co się stało?

- Młody Lyman zniknął - odpowiedział Costain. - Widziano go przed domem 

Leonarda. Podejrzewamy, że jest tam przetrzymywany.

- Harold Leonard? - Burack pytająco spojrzał na Cathy.
- Może pan ufać lordowi Costainowi - powiedziała.
Burack po chwili milczenia przyjął to do wiadomości i spytał Costaina:
- Sugeruje pan, że Leonard jest tym źródłem przecieku?
- Na to wygląda. Był sam w domu przez całe popołudnie. Jego żona pomagała 

paniom   w  przygotowaniach  do  balu.   Lady   Cosgrave   to  potwierdziła   -  dodał 
zwracając się do Cathy. - Cosgrave zaniósł mu kilka dokumentów. Później dość 
długo przebywała w ich domu francuska modystka.

- Trudno uwierzyć, że to pan Leonard - zastanawiał się wciąż Burack, ale zaraz 

dorzucił: - Jego żona jest rzeczywiście kosztowną damą, a nie zarabiamy wiele w 
Horse Guards.

-   Niech   pan   lepiej   biegnie   po   płaszcz.   Na   dworze   jest   zimno   -   powiedział 

Costain.

- Już idę - Skłonił się i pobiegł po płaszcz.
Cathy   czuła,   że   ogarnia   ją   kompletna   panika.   Burack   pojawił   się   za   chwilę, 

wkładając w biegu płaszcz.

- Jak chce pan uwolnić Lymana? - spytał Costaina
- Właśnie staram się wymyślić coś genialnego Musimy wyciągnąć go stamtąd, 

zanim zdybiemy Leonarda. Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli pójdę tam i spytam o 
Gordona,   twierdząc,   że   ktoś   widział,   jak   wchodzi   do   środka.   To   upewni 
Leonarda, że wiemy, iż Gordon tam jest. Nie zrobi mu w takiej sytuacji krzywdy. 
Jeśli długo nie będę wychodził, zawiadomi pan Castlereagha.

- Tak jest. Miejmy nadzieję, że nie posunął się jeszcze do ostateczności.
Serce Cathy zamarło.
- Do ostateczności?... - Miał na myśli zamordowanie Gordona. - Ja też idę - 

powiedziała.

Obaj zaczęli protestować, ale nie ustępowała:
- Nie zostanę tu. To mój brat. Idę tam, z wami albo sama. Obaj możecie podejść 

do   drzwi.   Ja   zostanę   na   zewnątrz,   żeby   zawiadomić   Castlereagha,   jeśli   nie 
wrócicie.

- Nie możemy obaj atakować drzwi. To wzbudzi podejrzenia - stwierdził Burack. 

- Jakby miało się odbyć jakieś ważne zebranie w biurze czy coś takiego.

Brwi Costaina drgnęły i mimo poważnego spojrzenia w kąciku ust pojawił się 

106

background image

cień uśmiechu.

- Dobrze. Niech pani weźmie płaszcz - powiedział do Cathy. - Zawołam powóz. 

Nie będzie pani samotnie czekać na ulicy.

Cathy pobiegła po płaszcz, nie wierząc jeszcze, że tak szybko się zgodził.
- Do dzieła - powiedział Burack, gdy tylko Cathy zniknęła.
Costain nie ruszył się z miejsca.
- Chwileczkę - powiedział.
- Nie możemy zabrać panny Lyman. To niebezpieczne.
Proszę   pomyśleć...   Wynikła  sprawa   najwyższej   wagi  i   lord  Cosgrave   zwołał 

spotkanie   w   domu   pana   Leonarda,   ponieważ   pan   Leonard   jest   chory,   a   my 
wszyscy znajdujemy się tak blisko jego siedziby, tu, przy Curzon Street.

- Nie rozumiem, do czego pan zmierza, Costain.
- Dyskrecja,  Burack, i bezpieczeństwo.  Służba  musi być odesłana  do swoich 

pokoi,   by   nikt   nie   podsłuchał   tajemnic   państwowej   wagi,   które   będziemy 
omawiać.   Pan   i   ja,   wysłani   przodem,   musimy   sprawdzić,   czy   dom   jest 
bezpieczny. To pozwoli na dokładne przeszukanie.

- I odnalezienie Lymana... - Burack uśmiechnął się pod nosem. - Śmiały plan, 

Costain. Jeżeli się nie powiedzie, straci pan pracę.

- Wtedy pan zajmie się porządkowaniem Horse Guards. Czy Castlereagh kazał 

panu mnie śledzić?

- Nie wymienił pańskiego nazwiska. Kazał mi mieć oczy otwarte na wszelkie 

podejrzane   machinacje   w   biurze.   Pan   zachował   się   bardziej   podejrzanie   niż 
ktokolwiek inny, wymykając się z tym listem do panny Lyman.

- Poszedł pan za mną?
-   Nie,   ale   dowiedziałem   się   o   liście   i   pańskim   wyjściu   z   biura   zaraz   po 

otrzymaniu go. Ponieważ wrócił pan tak szybko, domyśliłem się, że zaniósł go 
pan do najbliższego biura tłumaczeń, do pana Rodneya Reynoldsa. Dlaczego pan 
to zrobił? Cosgrave zna niemiecki.

- I pił wtedy przez cały dzień.
- To nic niezwykłego... - Burack westchnął. - Przy okazji wspomniałem o liście 

Haroldowi Leonardowi. Przyszedł do biura niedługo po pańskim wyjściu. Kiedy 
Leonard   wypadł   jak   oparzony,   sądziłem,   że   poszedł   szukać   Cosgrave’a. 
Zastanawiam się, czy sarn nie wymknął się za panem i nie śledził na King Charles 
Street.

- To by pasowało. Gdyby wspomniał coś Cosgrave’owi, usłyszałbym o tym. 

Cosgrave   powiedział   mi   jedynie,   że   nie   powinienem   był   zanosić   pisma   do 
Castlereagha. Nie wiedział, że oddałem je do tłumaczenia.

-   Powinniśmy   już   od   dawna   razem   pracować   -   stwierdził   Burack.   -   Kiedy 

otrzymał pan ten tajemniczy list z Hiszpanii, byłem pewien, że mam mojego 

107

background image

szpiega.

- List od starego druha z wojska.
Burack pokiwał głową.
- A panna Lyman... Musi iść z nami?
- Mój woźnica był ze mną w Hiszpanii. Panna Lyman będzie bezpieczna w 

powozie. Och, właśnie nadchodzi.

Pani Leonard przyglądała się całej trójce z bocznego saloniku, skąd widać było 

hali. Obserwowała ich od kwadransa, gdy tylko dostała tę bulwersującą wiado-
mość od Harolda. On ma talent do popełniania głupstw. Harold zapewniał ją w 
liściku, że nikt nie wie o wizycie młodego Lymana, najwyraźniej jednak Costain 
jakoś to odkrył.

Nie zmarszczyła czoła, gdyż od tego robią się zmarszczki. Odwróciła się do 

towarzyszącego jej dżentelmena i dotykając delikatnie dwoma palcami skroni, 
powiedziała:

- Proszę wybaczyć, czuję, że zbliża się atak migreny.
Niepostrzeżenie poszła na górę po okrycie, po czym wymknęła się z balu nie 

żegnając się nawet z gospodynią.

Costain odprowadził Cathy do powozu. Wsiadł razem z nią i wyjął z bocznej 

kieszeni pojazdu pistolet. Przerażona Cathy przyglądała się tylko w milczeniu.

- Niech pan będzie ostrożny, lordzie Costain - powiedziała stłumionym głosem.
-  Czyżbym   mógł   mieć   nadzieję,   że   zależy   pani   na   mnie   odrobinę?   Pani   mi 

pochlebia, mademoiselle.

Jedną ręką uniósł jej brodę. Oczy Costaina błyszczały na tle zamglonej w mroku, 

jasnej plamy twarzy. Pochylił głowę i musnął wargami jej usta. Było to tak lekkie i 
nierealne,   jak   dotknięcie   skrzydła   motyla,   lecz   Cathy   poczuła   się,   jakby   ten 
pocałunek przeniknął ją całą.

-   Zawsze   pragnąłem   to   zrobić   -   szepnął   z   ustami   przy   jej   uchu.   Potem 

wyprostował się i powiedział: - Omówimy tę pasjonującą sprawę ze szczegółami 
po uwolnieniu Gordona. Do zobaczenia.

Przesunął powoli dłoń po jej szyi, zostawiając na skórze swoje ciepło, i po chwili 

już go nie było. Zniknął za drzwiami powozu, który nagle wydał jej się pusty i 
zimny.

Słyszała,   że   mówi   coś   jeszcze   do   woźnicy,   a   potem   powóz   wolno   ruszył. 

Zauważyła   przez   okno,   jak   szybko   zmierzają   z   Burackiem   ulicą,   cicho   coś 
omawiając. Woźnica dostał widocznie rozkaz, w którym dokładnie miejscu w 
pobliżu domu Leonarda ma się zatrzymać. Ściągnął lejce pod wielkim dębem. 
Cathy opuściła okno, żeby spojrzeć do tyłu. Costain i Burack razem weszli na 
schody i zastukali kołatką.

Jakże zwykły widok. Dwóch dżentelmenów odwiedzających przyjaciela. Dziś 

108

background image

jednak Cathy patrzyła na ten obrazek z przerażeniem. Gdy drzwi otworzyły się i 
zniknęli w środku, poczuła się, jakby nigdy więcej nie miała ich zobaczyć.

W domu pana Leonarda Costain zdjął kapelusz i podał go sędziwemu lokajowi. 

Zatrzymał płaszcz, gdyż zasłaniał wystający zza fraka pistolet. Pomyślał, że lokaj 
nie sprawi im żadnego kłopotu. Ledwie chodzi.

- Lord Costain do pana Leonarda - powiedział aroganckim tonem.
- Obawiam się, że pan Leonard jest dziś wieczorem niedysponowany, milordzie. 

Jeśli zechciałby pan zostawić wiadomość...

Costain rzucił wyzywające spojrzenie z wyżyn swego arystokratycznego nosa i 

powiedział tonem, jakiego Burack nigdy dotąd u niego nie słyszał:

- Wiadomość brzmi, dobry człowieku, że muszę się z nim natychmiast widzieć, 

niezależnie, czy jest w dobrej, czy w złej dyspozycji. - Odwrócił się do Buracka i 
dodał z irytacją: - Zdaje się, że będziemy zmuszeni tłoczyć się w czasie zebrania w 
jego sypialni.

Lokaj przygryzł wargi i odezwał się niepewnie:
- Czy chodzi o... oficjalne sprawy, milordzie?
-   Nie   sądzisz   chyba,   że   zrezygnowałem   z   pierwszego   zimowego   balu   dla 

przyjemności odwiedzenia twego pana?

Lokaj, speszony tą demonstracją złych manier, powiedział:
- Panowie będą łaskawi poczekać w salonie, zawiadomię pana Leonarda.
- Tylko szybko - rzucił Costain i spojrzał na zamknięte drzwi salonu, za którymi 

rozlegało się skrobanie.

- To piesek pani - powiedział lokaj, przeszedł przez hali i otworzył drzwi.
Zanim zdążył go złapać, pies wypadł do hallu i zaczął skakać koło nóg gości. 

Burack popatrzył na zwierzaka z lekkim obrzydzeniem. Służący chwycił go na 
ręce i wskazał gościom salon.

Bystre oczy Costaina wypatrzyły na posadzce przy wejściu krople wody, z czego 

wynikało, że niedawno ktoś tu wszedł.

Burack patrzył, dokąd idzie lokaj. Najpierw otworzył jedne drzwi, lecz wpuścił 

tam   tylko   psa   i   zamknął   je   z   powrotem.   Później   poszedł   w   głąb   korytarza, 
zapukał do drzwi po lewej stronie i wszedł do środka.

Costain   wszedł   do   salonu.   Pokój   nie   był   duży,   lecz   uroczo   urządzony   w 

odcieniach   brzoskwini   i   zieleni.   Ozdobne   sztukaterie   na   ścianach   i   zgrabny 
kominek z białego marmuru wydawały się idealnym otoczeniem dla pięknej pani 
domu. W oczy rzucały się nowe meble na tle pięknego orientalnego dywanu i 
również jakby dopiero co zawieszone eleganckie zasłony w oknach. Miało się 
wrażenie, że wystrój pokoju był niedawno zmieniony - a to wymagało więcej 
funduszy, niż pan Leonard mógł osiągnąć uczciwą pracą.

Po chwili lokaj znów się pojawił.

109

background image

- Pana Leonarda nie ma w gabinecie. Zupełnie nie wiem...
-   Jeśli   jest   chory,   to   z   pewnością   należy   szukać   w   sypialni   -   stwierdził 

znudzonym tonem Costain.

- Tak jest, milordzie.
Pies rzucił się na drzwi, gdy lokaj przechodził obok pokoju, gdzie go zamknął. 

Gdy służący się oddalił, Burack powiedział:

- Zajrzę do gabinetu.
- Dobrze, ale szybko.
Burack przekonał się, że w gabinecie pali się ogień w kominku i, co ciekawsze, 

na krawędzi biurka stoi nie dopity kieliszek sherry. Rozejrzał się i spostrzegł 
drugi kieliszek na dywanie, a obok ciemną plamę. Było tu więc dwóch mężczyzn. 
Gordon został albo uśpiony odpowiednim „lekarstwem” w winie, albo ogłuszony 
uderzeniem w głowę.

Burack przemknął z powrotem do salonu i zdał Costainowi relację. Zakończył 

pytaniem:

- Co on zrobił z ciałem?
- Miejmy nadzieję, że ciało jeszcze oddycha. Gordon szpiegował wokół tego 

domu.   Leonard   musiał   go   zauważyć.   Ale   nadal   nie   rozumiem,   skąd   ta 
popędliwość, po co porwał chłopaka? Obawiam się, że stary wpadł w panikę. 
Wolę nie myśleć, co może zrobić, jeśli go przyprzemy do muru. Dobrze byłoby 
rozejrzeć się, nie budząc jego podejrzeń.

- Nie ma tu chyba nikogo poza starym lokajem.
-   I   na   pewno   jedna   albo   dwie   służące   na   dole.   Nie   mógł   daleko   wynieść 

Gordona. Jest pewnie w domu, najprawdopodobniej na tym piętrze. Leonard z 
pewnością   nie   chciał,   żeby   widziały   go  służące.   Nie   sądzę,   by   cały   dom   był 
wtajemniczony w jego działalność. Po co miałby go ciągnąć na górę tylko po to, 
żeby potem znieść i... pozbyć się ciała?

Śmierć nie była obca doświadczonemu żołnierzowi, ale ta sytuacja, to co innego. 

Żołnierze   wiedzieli,   co   może   ich   czekać,   a   Gordon   był   niewinnym   cywilem. 
Costain czuł się za niego częściowo odpowiedzialny. Zgodził się na „współpracę” 
chłopaka, nie przewidując takiego obrotu spraw. Poza tym to brat Cathy. Nie 
spojrzałaby na niego do końca życia, gdyby Gordonowi coś się stało.

Miał   jednak   głębokie   przekonanie,   że   chłopak   został   tylko   odurzony. 

Sugerowało   to   rozlane   sherry.   Leonardowi   puściły   nerwy.   Będzie   chciał 
przemyśleć jeszcze sytuację, a morderstwo nie było z pewnością jego pierwszą 
myślą.   Może   jednak   być   ostatecznym   wyjściem.   Jak   miałby   teraz   uwolnić 
Gordona? Muszą go znaleźć, zanim strach doprowadzi Leonarda do zabójstwa.

Costain odwrócił się do Buracka i powiedział cichym, dobitnym głosem:
- Kiedy wróci lokaj, pójdzie pan na górę wytłumaczyć Leonardowi konieczność 

110

background image

nagłego zebrania. Ja zostanę tu i poproszę służącego o herbatę. W ten sposób 
pozbędę się go i przeszukam pokoje.

- Tak jest.
- I, Burack... Niech pan powie Leonardowi, że Cosgrave czeka na nasz powrót i 

potwierdzenie,   czy   gospodarz   na   tyle   dobrze   się   czuje,   by   uczestniczyć   w 
zebraniu. To nam zapewni drogę powrotną. Rozumie pan?

- Oczywiście.
- Jeżeli panu uwierzy... Niech pan wymyśli jakąś niezwykłą historię, żeby w 

szoku nawet nie zastanawiał się, czy nie ma tu podstępu.

Twarz Buracka wykrzywił uśmiech.
- Powiem, że Korsykanin nie żyje i musimy omówić dalszą strategię wojenną.
- Doskonale!
Usłyszeli zbliżające się kroki, lecz ich oczom nie ukazał się lokaj, ale sam pan 

Leonard. Wymienili rozpaczliwe spojrzenia. Cały plan legł w gruzach. Costain 
znowu mógł mieć pretensję jedynie do siebie. Nie przyszło mu do głowy, że 
Leonard utykając zejdzie do nich.

Gospodarz miał na sobie szlafrok i wspierał się na lasce. Costain przypomniał 

sobie, że niedawno biegł podobno całkiem żwawo ulicą.

- Co się stało, lordzie Costain? - spytał. - Dlaczego wyciągacie mnie z łóżka o tak 

późnej porze? Lokaj twierdzi, że to pilna sprawa.

Zanim Costain się odezwał, Burack wyrzucił z siebie:
- Korsykanin nie żyje. Spotykamy się wszyscy w pana domu, by to omówić.
Pan Leonard przełknął ślinę.
- Dobry Boże, Bonaparte nie żyje! Jak to się stało?
Burack spojrzał na Costaina, a ten odpowiedział zwięźle:
- Spadł z konia i skręcił kark. Nie wiemy jeszcze nic więcej. Może Castlereagh 

przedstawi szczegóły, gdy tu przybędzie. Mamy rozkaz przeszukać dom, jedynie 
dla bezpieczeństwa, i dopilnować, by służba była zamknięta w swoich pokojach. 
Sprawa jest zbyt poważna, nikt niepowołany nie może usłyszeć słowa z naszej 
dyskusji. Kto jest w domu oprócz lokaja?

-  Tylko  kucharka   i  służąca.   Nie   będą   przeszkadzać.   Wysłałem   też   do  łóżka 

lokaja. Widzieli panowie, jaki jest wiekowy. - Umilkł, a potem spytał podejrzliwie: 
- Ale dlaczego zebranie ma się odbyć tutaj?

- Ponieważ nie czuł się pan na siłach iść do Whitehall, a musi pan oczywiście 

wziąć udział w rozmowie tej rangi - odparł Costain.

- Bzdury! To sprawa dla Liverpoola i Gabinetu. Nie mogę uwierzyć, że moja 

obecność jest tak istotna - powiedział Leonard. - Zebranie w prywatnym domu... 
Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

Costain   zauważył,   że   Leonard   sięga   do   kieszeni   szlafroka.   Jego   dłoń 

111

background image

automatycznie przesunęła się do pistoletu pod płaszczem.

Zapadła   grobowa   cisza,   gdy   mężczyźni   mierzyli   się   wzrokiem.   Bez   słowa 

wypowiedzieli sobie teraz swoją własną wojnę i Costain wiedział, że będzie to 
walka na śmierć i życie.

Rozdział 18

Każda minuta w powozie wydawała się Cathy wiecznością, gdy wpatrywała się 

w   zamknięte   drzwi   domu   przy   Half   Moon   Street.   Co   tam   się   dzieje?   Prze-
śladowała ją myśl, że nie tylko Gordon, lecz także Costain i Burack leżą już mar-
twi na podłodze - mimo że nie doszły jej odgłosy strzałów. W bladym świetle 
księżyca   spojrzała   znów   na   zegarek.   To   niemożliwe,   by   minęło   dopiero   pięć 
minut. Zegarek na pewno się zatrzymał. Lecz gdy przyłożyła go do ucha, tykał 
wciąż, musiał więc działać.

Przeniosła   wzrok   na   drzwi   domu   Leonardów.   Znała   na   pamięć   każdy   ich 

skrawek: cztery płyty wprawione w masywne dębowe drewno, dwa długie pro-
stokąty   u   dołu,   dwa   krótsze   u   góry.   Kołatka   miała   kształt   głowy   lwa,   z 
dzwonkiem   zwieszającym   się   z   jego   pyska.   Półkoliste   okno   nad   drzwiami 
składało się z sześciu szybek o zaokrąglonych końcach w formie stokrotek.

Jak długo to już trwa? Znowu zerknęła na zegarek. Sześć minut. Nie wytrzyma 

tu kwadransa. Musi natychmiast jechać po Castlereagha - nie mogłaby jednak 
chyba   ruszyć   się   z   miejsca.   A   co   miałaby   zrobić,   gdyby   padły   strzały?   Nie 
odjechałaby przecież...

Z tyłu usłyszała turkot powozu. Odwróciła się z beznadziejnym pragnieniem, by 

był   to   Castlereagh.   Na   drzwiczkach   nie   było   herbu,   ale   powóz   rzeczywiście 
zatrzymał się przed domem Leonardów. Służący zeskoczył na ziemię i otworzył 
drzwiczki. Cathy szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak pani Leonard we 
własnej osobie rusza energicznie do wejścia domu, nie czekając, aż otworzy jej 
lokaj.

Nie wyszła znudzona wcześniej z balu; nie wróciła, żeby zmienić uwierający 

pantofelek ani poplamioną suknię. Jej zdecydowany krok zdradzał, że pilnie chce 
dostać się do domu.

Cathy myślała, że oszaleje, siedząc tu biernie. Już miała pociągnąć za sznurek 

wzywający woźnicę, gdy usłyszała, że sługa Costaina schodzi z kozła. Po chwili 
jego smagła twarz pojawiła się w okienku.

Otworzył drzwi i powiedział:
- Zawiozę panią teraz z powrotem na bal, panienko. Jego lordowska mość tak 

rozkazał, jeśli ktokolwiek wszedłby do domu.

Cathy już wstała z siedzenia.
- Nie mów głupstw! Musimy coś zrobić!

112

background image

- Też niechętnie bym odjeżdżał - przyznał woźnica - ale jego lordowska mość 

zamienia się w tygrysa, jeśli nie słuchać rozkazów.

Zignorowała tę uwagę.
- Możesz zajrzeć przez okno? Zasłony nie są zaciągnięte.
- Tak jest. Ale pani musi zostać w powozie.
Mroczny uśmiech pojawił się na jego twarzy, kiedy czmychnął na drugą stronę 

ulicy. Od dawna nie przydarzyło mu się nic ciekawego.

Cathy nie była pewna, ale wydało jej się, że woźnica wyciągnął spod płaszcza 

pistolet. Zniknął za kępą ozdobnych cisów. W chwilę potem zobaczyła zarys 
głowy w tle oświetlonego okna. Cokolwiek zobaczył, sprowokowało go to do 
natychmiastowego działania. Podbiegł do powozu.

- Muszę tam wejść - powiedział. - Nie powinienem panienki zostawiać samej, 

ręczę za panienkę głową.

Jeszcze nie skończył zdania, kiedy wysiadła z powozu.
- Idę z tobą - oświadczyła stanowczo.
- Nie, panienko. Nie wolno.
Przebiegła przez ulicę.
- Chodź! - przynagliła woźnicę.
Potrząsnął głową i pobiegł za nią.

Lord Costain zamarł w bezruchu na dźwięk otwieranych drzwi. Ponieważ nie 

słyszeli wcześniej kołatki, musiała to być pani Leonard albo jego nieposłuszny 
sługa. Nie sądził, żeby John Groom wpadł w panikę. Zanim jeszcze pani Leonard 
się pojawiła, odgłos kobiecych obcasów wyjaśnił, kto przybył.

Costain pomyślał, że niepotrzebnie skomplikuje to sprawę.
Jednak   gdy   ujrzał   stalowy   wzrok   Heleny,   zrozumiał,   że   nie   docenił   tej 

wyjątkowej kobiety. Uśmiechnęła się uprzejmie, lecz uważny wzrok nie pominął 
pozycji jego ręki. Pies zaczął nieprzerwanie ujadać za zamkniętymi drzwiami.

- Mój drogi - powiedziała pani Leonard do męża - wyjaśnij mi, co się dzieje. 

Dlaczego nie jesteś w łóżku?

Westchnienie   ulgi   gospodarza   upewniło   Costaina,   kto   rządzi   na   Half   Moon 

Street.

-  Lord   Costain   przyniósł   właśnie   niesamowitą   wiadomość   -   odpowiedział.   - 

Podobno...

- Wiadomość jest ściśle tajna, panie Leonard - przerwał ostro Costain.
Leonard zmarszczył czoło.
- Tak, ale jeśli Castlereagh wybrał mój dom, nie ma sensu ukrywać zebrania 

przed żoną, prawda?

- Zebranie? - spytała podejrzliwie Helena. - Jakie zebranie?

113

background image

- Castlereagh, Cosgrave, ja i nie wiem, kto jeszcze.
Zdarzyło się coś zupełnie niespodziewanego, moja droga. Korsykanin nie żyje! 

Będą tu wszyscy za chwilę, by to omówić.

- Bzdura! Castlereagh i Cosgrave poszli razem zjeść kolację, kiedy wychodziłam. 

Nie będzie żadnego zebrania. O co panu właściwie chodzi, lordzie Costain?

Poczuł,   że   ciemne   oczy   tej   kobiety   go   przeszywają.   Jej   wzrok   miał   jakąś 

demoniczną   siłę.   Kości   zostały   rzucone.   Leonard   powtórzył   wszystko   żonie, 
lekceważąc zupełnie obowiązek ścisłej tajemnicy. Ona jednak wiedziała, że to 
podstęp.

Kiedy sięgnął po pistolet, zerknął na Leonarda, czy ten nie wyciąga swojej broni. 

Ale on patrzył tylko niepewnie na żonę. Costain szybko wyciągnął pistolet ale w 
tym samym momencie rozległ się strzał i broń wyleciała mu z ręki. Poczuł ostry 
ból i kiedy spojrzał w dół, zobaczył krew na dłoni. Pistolet leżał na podłodze, a 
dymiąca broń w ręku pani Leonard była wycelowana w jego serce. Strzeliła w tej 
jednej sekundzie, gdy zerknął na Leonarda. A na dodatek pies ciągle wył za 
drzwiami.

- Moja droga! Czy to było konieczne? - słabym głosem jęknął Leonard.
- Weź ich broń, Haroldzie - poleciła tonem nawykłym do rozkazywania.
Harold   pokuśtykał   ze   swoim   pistoletem   w   dłoni   i   podniósł   z   podłogi   broń 

Costaina. Włożył ją do kieszeni. Burack oddał swoją bez słowa.

- Co im powiedziałeś? - spytała męża pani Leonard.
- Nic, moja droga. Nic nie wiedzą.
Rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.
-   Nie   przyszliby   tu,   gdyby   nic   nie   wiedzieli.   Mówiłam   ci,   że   ten   chłopak 

szpieguje dom i mnie śledzi.

Wbiła wzrok w Costaina i Buracka. Zdawała sobie z pewnością sprawę z powagi 

sytuacji, nawet jeśli jej mąż nie dostrzegał, w jakim położeniu się znaleźli. I jest w 
stanie zastrzelić ich tak szybko, jak upudrowałaby sobie nos. Jedyną nadzieją 
Costaina było wynegocjowanie ich życia i uwolnienie Gordona, w zamian za 
umożliwienie im ucieczki - przynajmniej na razie.

- Ma pani rację - powiedział Costain. - Wiemy wszystko. Pani i ten dom był od 

dawna pod obserwacją.

Skrzywiła się ironicznie.
- Niech pan zważa na słowa, milordzie. Jeśli nie mam nic do stracenia, nie 

zawaham się was zabić.

- Możemy jednak dojść do porozumienia - ciągnął Costain. - Nie zależy nam na 

skandalu w Horse  Guards. Pan Leonard będzie oczywiście musiał ustąpić ze 
stanowiska.

- Tak będzie najlepiej, moja droga - skwapliwie wtrącił Leonard.

114

background image

- I zajmie się hodowlą kurczaków na farmie? Po moim trupie.
- Jedźcie więc do Francji - powiedział ze złością Burack. - Tam was serdecznie 

przywitają! Zdrajcy.

Pani Leonard szyderczo się uśmiechnęła.
- Na podłogę, twarzami do ziemi! Obaj! W tym jazgocie nie mogę się skupić. - 

Odwróciła się do męża. - Zwiąż ich, Haroldzie. Najpierw Costaina. Niczego nie 
próbuj, Burack albo twój przyjaciel za to zapłaci. - Pistolet w jej dłoni nawet nie 
zadrżał, pozostał wycelowany w Costaina, kiedy obaj z Burackiem niechętnie 
kładli się na podłodze.

- Sznur... - powiedział Leonard.
- Użyj paska od szlafroka.
Włożył   swoją   broń   do   kieszeni,   wyciągnął   pasek   i   nerwowo   zbliżył   się   do 

Costaina. Burack nie śmiał drgnąć, żeby Helena nie strzeliła.

Kiedy   Leonard   się   pochylił,   poła   szlafroka   zawisła   nad   podłogą   i   Costain 

dostrzegł   wystający   niebieski   pantofel.   Ukradkiem   wyciągnął   rękę   i   chwycił 
Leonarda za kostkę. Starszy pan wylądował płasko na Buracku.

-   Co   się   stało?...   -   Leonard   osłupiał,   a   Burack   w   tym   momencie   sięgnął 

błyskawicznie do kieszeni jego szlafroka.

Nie wyczuł jednak pistoletu. Musiał być w drugiej kieszeni...
- Wstawaj, Haroldzie! - ostro rozkazała Helena.
- Moje ramię... - Niezdarnie starał się podnieść. - Musiałem zaplątać się w pasek 

od szlafroka - powiedział zmieszany.

Kiedy wstawał, Burack również podniósł się za jego plecami.
- Na podłogę, Burack! - rzuciła sucho Helena. - Nie chowaj się za tym starym 

głupcem. Jego też zabiję i cała winę zrzucę na niego. To w końcu on dostarczał mi 
informacji.

- Och, Heleno, co ty mówisz? - Pan Leonard westchnął z żalem. - Nie dbasz już 

nawet   o   pozory   szacunku   między   nami?   Po   tym   jak   wszystko   dla   ciebie 
poświęciłem, nawet honor?

- Złodzieje nie mają honoru, Haroldzie.
Zza zamkniętych drzwi dobiegało warczenie psa, kiedy skierowała pistolet na 

męża. Zamiar wypisany był na jej obojętnej twarzy. Costain wiedział, że wszyst-
kich ich zabije. Powie, że Leonard zastrzelił jego i Buracka, a potem popełnił 
samobójstwo, by uniknąć hańby.

Palce Heleny przesunęły się na spuście pistoletu.
Costain zareagował instynktownie. Rzucił się w jej kierunku. Nacisnęła na spust 

i w pokoju rozległo się echo wystrzałów. Patrzył osłupiały, jak Helena chwieje się 
na nogach, a na jej sukni pojawia się mokra plama. W pierwszej chwili pomyślał, 
że sama się zastrzeliła.

115

background image

Drzwi w hallu nagle się otworzyły i do domu wpadł jego woźnica. Za nim 

zobaczył   bladą   twarz   Cathy,   która   z   przerażeniem   patrzyła   na   padającą   na 
podłogę   Helenę.   Kiedy   odwrócił   głowę,   pan   Leonard   upadł   twarzą   tuż   przy 
stopach żony.

Burack najszybciej zorientował się w sytuacji.
- Zabiła go! Ta obłąkana kobieta zastrzeliła własnego męża! - wykrzyknął.
Kiedy spojrzeli na ciała, Costain zobaczył pistolet w ręce Leonarda.
- A on zabił ją.
Leonard zamrugał oczami. Costain rzucił się do niego.
- Nie wińcie Heleny... - szepnął półprzytomnie Leonard. - Nie chciała zrobić nic 

złego. Ona... lubi piękne rzeczy, a ja pragnąłem... jej je ofiarować.

- Burack, pędź po lekarza - powiedział Costain.
- Nie! - szepnął Leonard, zaciskając palce na ramieniu Costaina. - Pozwólcie mi 

umrzeć w spokoju... Nie na szubienicy. Zdrajca, zasłużyłem na to... - Siły go 
opuszczały. - Powiedzcie lordowi... Cosgrave’owi, że... Wybaczcie.

Costain pochylił niżej głowę.
- Komu przekazywaliście informacje? Musisz mi powiedzieć, Haroldzie.
- Zwykle Helena... się tym zajmowała. Modystka... Dutroit... jest kurierem. Bond 

Street... - Odwrócił głowę i zobaczył tuż obok pantofel żony. - Umieram tak, jak 
żyłem, u jej stóp.

Zamknął oczy i zastygł z ironicznym uśmiechem na ustach.
Zapadła   zupełna   cisza.   Nawet   pies   przestał   szczekać.   Milczenie   przerwała 

Cathy:

- Gdzie jest Gordon? Nie zabili go!
Znowu zawarczał pies.
-   Niech   ktoś   uciszy   tego  przeklętego   psa!   -   powiedział   Burack,   ale   nikt   nie 

zwrócił na to uwagi.

Costain   posłał   woźnicę   po   Castlereagha.   Burack   znalazł   w   jadalni 

zapieczętowaną butelkę sherry. Przyniósł ją razem z kieliszkami do salonu. Kiedy 
nalewał wino, Costain podszedł do ciał na podłodze i przesunął Leonarda tak, 
żeby leżał obok żony. Potem usiadł na kanapie przy Cathy.

- Dlaczego pan to zrobił? - spytała.
Ujął mocno jej dłoń.
- Teraz, kiedy nie żyje, nie leży już u jej stóp.
- Czy ona była tym szpiegiem?
- Nakłoniła go do zdrady. Jestem przekonany, że po to wyszła za niego za mąż. 

Nie zdziwiłbym się, gdyby historia z Fotheringtonem w Amiens wyglądała tak 
samo. To ona przekazywała tajemnice Francuzom, tak jak sądził Gordon.

- O Boże, Gordon... - szepnęła Cathy.

116

background image

Costain odstawił kieliszek.
- Musimy go znaleźć. Według nas jest na tym piętrze. Burack...
- Wypuszczę najpierw tego przeklętego psa - powiedział Burack.
Poszedł do pokoju po drugiej stronie korytarza i otworzył drzwi. Pies nie rzucił 

się na niego, jak się spodziewał. Ze spuszczonym ogonem podreptał za kanapę.

Burack znalazł bezwładne ciało Gordona na podłodze. Chłopak miał poduszkę 

pod głową. Biedny, stary Harold; nie nadawał się do tej roboty. Był zbyt miękki. 
Burack   pochylił   się   nad   Gordonem   i   wyczuwszy   bicie   serca   upewnił   się,   że 
działanie narkotyku niedługo minie.

Zawołał Cathy i z pomocą Costaina przenieśli go na kanapę.
- Najlepiej zamkniemy drzwi tego pokoju i nie wspomnimy o waszej obecności - 

powiedział do Cathy Costain. - Przyjdę po was później.

- Mama będzie się o mnie niepokoić.
- Wyślę jej wiadomość, że źle się pani poczuła i że odwiozłem panią do domu.
Burack chwycił psa za skórę na karku, zaniósł go na dół do kuchni i zamknął 

drzwi.

Rozdział 19

Wielki ruch  panował  w  domu przy  Half Moon  Street tej nocy.   Podjeżdżały 

tajemnicze, nie oznakowane powozy, a po pokojach kręcili się dżentelmeni w 
kapeluszach zasłaniających prawie całkiem twarze. W końcu z domu wyniesiono 
szczelnie okryte dwa duże przedmioty.

Jako pierwszy nadjechał Castlereagh. Gdy usłyszał relację Costaina - nie do-

wiedział się ani słowa na temat obecności rodzeństwa Lymanów tuż obok - usiadł 
z kieliszkiem w dłoni, by ustalić wersję, która ograniczy plotki i rozmiary skan-
dalu. Costain wpadł na pomysł, by ogłosić, że Leonardowie wszczęli kłótnię mał-
żeńską, zakończoną tragicznie morderstwem i samobójstwem.

- To nawet pasuje - ze smutnym uśmiechem stwierdził Castlereagh. - Helena 

Leonard była w stanie nakłonić mężczyznę do zabójstwa. Cosgrave oczywiście 
nie miał pojęcia, w co jest wplątana, ale to koniec jego kariery. Nigdy nie umiał 
trzymać rąk z daleka od pięknych kobiet. Kiedy spytałem, czy jest jego kochanką, 
zaprzeczył. Nie możemy tolerować takich ludzi u szczytu władzy. Zasugeruję mu 
ciche   odejście   ze   stanowiska,   by   uratował   twarz.   Miał   w   przeszłości   pewne 
zasługi na swoim koncie. Nie ma potrzeby publicznie go upokarzać, ale usłyszy, 
co trzeba ode mnie za zamkniętymi drzwiami. - Rzucił badawcze spojrzenie na 
Costaina. - Pozostaje problem mianowania jego następcy.

- Radziłbym użyć tej sprawy jako pretekstu do rozprawienia się z Yorkiem i jego 

kompanią. Na tym stanowisku umieściłby pan wtedy swojego człowieka.

- Zgadzam się w zupełności. Wolałbym kogoś młodszego.

117

background image

Costain nie zareagował na badawcze spojrzenie ministra.
- Ponieważ śmierć Leonardów ma być potraktowana jako zwykłe zabójstwo i 

samobójstwo, powinniśmy zawiadomić Bow Street - powiedział.

-   Tak.   Pozwolimy   Townsendowi   zająć   się   zwłokami   zgodnie   z   rutyną. 

Podpowiem mu tylko, by osobiście prowadził dochodzenie.

Kazał jednemu ze swoich ludzi posłać po szefa z Bow Street.
Gdy   rozmawiali   później   o   wyłapaniu   innych   członków   szpiegowskiej   siatki, 

nadjechał Townsend, który po krótkiej rozmowie z ministrem zajął się wywiezie-
niem zwłok.

Po jego wyjściu Costain powiedział:
- Wplątana w tę sprawę jest niejaka panna Dutroit modystka z Bond Street, i 

prawdopodobnie   pani   Marchand.   Pewnie   zechce   pan   obserwować   ich   sklepy 
przez kilka dni. Moim zdaniem, są jedynie posłańcami.

- Widzę, że nie próżnowałeś! - stwierdził z aprobatą Castlereagh.
- Miałem pomocnika. Młody Lyman, świetny chłopak i wcale nie tak szalony, jak 

pan sugerował. Zresztą chciałby pracować dla Horse Guards.

-  Porozmawiam   z   nim.   Jak   już   mówiłem,   potrzebujemy   kogoś   młodszego.   - 

Odstawił kieliszek i wstał. - Myślę, że to wszystko na dziś. Dobra robota, Costain. 
Wracasz na bal?

- Zostanę  tu jeszcze chwilę, by rozejrzeć się po domu. Burack mówił, że w 

gabinecie Leonarda są jakieś dokumenty.

Minister zwrócił się do Buracka:
-   Zechce   pan   zanieść   je   jeszcze   dziś   do   Horse   Guards?   Takie   papiery   nie 

powinny opuszczać biura. Cosgrave!... - potrząsnął głową.

Kiedy Burack wyszedł, Castlereagh powiedział:
-   Wpadnij   do   mego   biura   jutro   rano,   Costain,   porozmawiamy   o   następcy 

Cosgrave’a.   Byłbyś   zainteresowany   tym   stanowiskiem?   Wiem,   że   planowałeś 
powrót do Hiszpanii. Każdy o wprawnej dłoni i bystrym oku może trzymać broń.

- To jednak nie wszystko, milordzie.
- Oczywiście. Nie zamierzałem deprecjonować naszych wspaniałych żołnierzy. 

Chciałem powiedzieć, że bardziej przydałbyś się tutaj. Pomyśl o tym, chłopcze. 
Poklepał Costaina po ramieniu i wyszedł.

Burack   wypadł   z   gabinetu   za   ministrem,   by   podkreślić   swój   udział   w 

wydarzeniach   tej   nocy   i   uzyskać   podwyżkę   pensji.   Costain   skierował   się 
natychmiast do pokoju, gdzie w świetle jednej świeczki siedziała Cathy. Głowę 
brata trzymała na kolanach. Wyglądała na zmęczoną i przestraszoną. Miał ochotę 
mocno ją przytulić. Usiadł obok i pogłaskał ją po ramieniu.

- Dobrze się pani czuje? - spytał.
Uśmiechnęła się ufnie.

118

background image

- Dziękuję, że nam pan tego oszczędził, Costain. Musielibyśmy przejść przez 

rozprawę sądową i wszystkie te nieprzyjemności, gdyby Castlereagh dowiedział 
się o naszej obecności. Czy już odjechał?

- Tak, ale Townsend niedługo wróci.
- Gordon przychodzi do siebie, ale ma straszny zamęt w głowie. Chciałabym 

zabrać go do domu. Musi położyć się do łóżka.

- Powiem woźnicy, żeby pomógł nam wsadzić go do powozu.
Nagle pojawił się pies. Węszył po podłodze i żałośnie piszczał. Gordon otworzył 

oczy.

- O Boże, znowu ten przeklęty szczeniak! - powiedział i zamknął oczy.
- Może May czuje, że coś złego spotkało jej panią? - Cathy smutno popatrzyła na 

psa. - Biedactwo. Kto się nią zajmie?

May podeszła bliżej, usiadła u jej stóp i podniosła brązowe wilgotne oczka. 

Cathy wyciągnęła rękę, żeby ją pogłaskać. - Nie możemy zostawić jej tu samej.

- Nie jest sama - powiedział Costain. - W domu jest służba.
- Chciałabym zabrać ją do domu, ale mama będzie się gniewać.
-   Ja   ją   wezmę.   -   Wsadził   psa   pod   pachę,   skąd   rozległo   się   wdzięczne 

popiskiwanie.

W powozie May spokojnie siedziała przy nogach Costaina.
Gordon rozbudził się w drodze i zmusił Costaina, żeby wszedł z nimi do domu i 

opowiedział, co zdarzyło się, kiedy leżał nieprzytomny. May została pod opieką 
Johna   Grooma.   Cathy   poleciła   przynieść   kanapki   i   kawę,   jedli   podczas   gdy 
Costain ciągnął swą opowieść.

Ta rodzinna scenka przywitała powracającą z balu lady Lyman. Wszyscy troje 

mieli miny straceńców, gdy weszła do domu. Co tu się dzieje?... - pomyślała.

-   Byłam   pewna,   że   jesteś   w   łóżku,   Cathy   -   stwierdziła   zdumiona.   -   To   nie 

migrena wygnała cię z balu?

- Czuję się już lepiej, mamo.
- Wszystkiemu winien straszny głód, mamo - dorzucił Gordon. - Kanapki i kawa 

nas uratują. Na pewno jesteś strasznie zmęczona, idź spać.

- Odzwyczaiłam się od powrotów nad ranem. Marnie wyglądasz, Gordonie. 

Połóż się szybko.

Gordon nie rozumiał, po co Costain poszedł za lady Lyman do schodów i całe 

pięć minut o czymś rozmawiali. Ona natomiast nie posiadała się ze szczęścia. 
Zaproszenie dla całej rodziny do Northland Abbey na święta Bożego Narodzenia! 
To prawie oficjalne oświadczyny ze strony Costaina. Nieładnie, że siedział wciąż 
u nich o tak późnej porze - było prawie wpół do trzeciej! Dziwne też, że Cathy 
kręci się z takim ożywieniem, miała przecież migrenę. Lady Lyman była prze-
konana, że Gordon się upił. Był tak straszliwie blady.

119

background image

A bandaż na ręce Costaina świadczył niezbicie, że z kimś się szarpał, pewnie z 
Burackiem, o to, że porwał mu Cathy. Z takim porywczym mężem jej córka 
będzie miała pełne ręce roboty, ale małżonek niedługo wyjedzie do Hiszpanii, 
więc wszystko dobrze się ułoży.
W salonie Gordon powiedział do siostry:

-   Stara   się   chyba   udobruchać   mamę...   -   A   kiedy   Costain   wrócił,   spytał:   - 

Wspomniałeś ministrowi o moim udziale w sprawie?

- Nie chciałbyś chyba chwalić się, że Leonard zwalił cię z nóg? A co do reszty, 

wie o twoim udziale. Ty naprowadziłeś nas na pannę Dutroit i panią Marchand. 
Za kilka dni cała banda znajdzie się za kratkami.

- A co z Cosgrave’em? Miał przecież romans z panią Leonard?
-   Tak,   ale   nie   więcej.   Oczywiście,   zostanie   zdymisjonowany,   lecz   bez 

postępowania karnego. Helena wykorzystywała związek z nim dla umocnienia 
pozycji męża w Horse Guards - w jakim celu, wiesz. Może szantażowała Harolda, 
że go opuści,   jeśli nie  zapewni  jej  dostatniego życia?  Nie stać  go  było  na  to 
uczciwą drogą, więc pewnie podpowiedziała mu, jak dokonać tego nieuczciwie.

Gordon pokiwał głową.
-   Gdybym   dostrzegł   te   jego   kwadratowe   paluchy   wcześniej,   w   minutę 

rozwiązałbym całą sprawę. Myślę, że niesłusznie trzymałeś mnie z dala od biura, 
Costain.   Gdy  tylko podał  mi  kieliszek,  wiedziałem,  że  to nasz  człowiek.  Nie 
przyszło mi natomiast do głowy, że od razu mnie rozpozna, po tym napadzie u 
nas w gabinecie.

- Pani Leonard spostrzegła również, że śledzisz ich dom - powiedział Costain. - 

Następnym razem musisz być ostrożniejszy.

- To się nie powtórzy. Ciekawe, dlaczego wróciła w połowie balu?
- W jej torebce był liścik od Harolda, że trzyma cię w domu. Pytał, co ma robić. 

Sądzę, że widziała, jak wychodzimy we troje z przyjęcia, i postanowiła wrócić do 
domu, żeby przejąć dowodzenie.

- Jak to się stało, że nigdy nie podejrzewałeś pana Leonarda, Costain? - spytała 

Cathy.

-   Sądziłem,   że   jest   zbyt   ostrożny,   by   wplątać   się   w   coś   podobnego.   Jestem 

przekonany,  że nienawidził się za to. Był uosobieniem sumienności w pracy, 
zawsze przypominał wszystkim o zasadach. I pomyśleć, że w końcu własna żona 
go   zdradziła.   -   Potrząsnął   głową.   -   Przynajmniej   nie   dowiedział   się,   że 
romansowała z Cosgrave’em.

- A propos mojej pracy w Horse Guards, Costain - powiedział Gordon. - Będą 

potrzebować kogoś na miejsce Leonarda. A kto według ciebie zajmie stanowisko 
Cosgrave’a? Może mama go zna i wystara mi się o rozmowę?

Costain skromnie odchrząknął.

120

background image

- Castlereagh zaproponował właśnie, bym ja objął to stanowisko.
Cathy   nie   usłyszała   nawet   okrzyku   zachwytu   brata.   Patrzyła   na   Costaina   z 

uśmiechem na drżących ustach.

- Więc nie wyjedziesz do Hiszpanii? - spytała.
- Prawie już mnie przekonał, że tu bardziej się przydam.
-   Prawie   cię   przekonał?!   -   wykrzyknął   zdumiony   Gordon.   -   Ależ   to  byłoby 

wspaniale, ty, ja i Burack - co za ekipa!

- Poważnie myślę nad tą propozycją. Ale przedtem muszę wyjaśnić kilka spraw.
- Od czego to może zależeć? - dopytywał się niecierpliwie Gordon.
Ciemne oczy Costaina zwróciły się na Cathy.
- Od pewnej damy.
Gordon nic nie pojmował.
- Oszalałeś, żeby uzależniać karierę od kaprysów kobiety? Na przykład panna 

Stanfield: nawet nie zauważyła, że zniknąłem z balu.

- Wprost przeciwnie, była zachwycona twoim rycerskim zachowaniem. Musisz 

grzecznie   przeprosić,   kiedy   spotkacie   się   w   czasie   Bożego   Narodzenia   w 
Northland.

-   Co?   O   czym   ty,   do   diabła,   mówisz?   Przecież   ja...   Zapraszasz   mnie   do 

Northland?

- Wasza mama była tak miła przyjąć zaproszenie dla całej rodziny. - Zerknął na 

Cathy i zauważył, że jej policzki pokrywa lekki rumieniec i uśmiecha się nie-
śmiało.

- I mówisz, że panna Stanfield tam będzie? - Gordon wciąż nie wierzył.
Costain rzucił niecierpliwe spojrzenie na rozemocjonowanego chłopaka.
- A jak inaczej mogę zdobyć kilka chwil w cztery oczy z twoją siostrą? - zapytał 

znaczącym tonem.

- Dobry Boże! Chyba nie powiesz, że Cathy jest tą damą, o której wspomniałeś?
- Może, jeśli napiszesz do panny Stanfield kilka miłych słów z przeprosinami, 

Gordonie... Zrób to natychmiast! - poradził z przekonaniem Costain.

- Na Jowisza, zrobię to z samego rana.
- Nigdy nie odkładaj do jutra tego, co możesz zrobić dzisiaj - nalegał Costain.
- Już jest jutro. To znaczy po drugiej nad ranem. Nie będę przecież wysyłał 

posłańca o trzeciej rano.

- Mógłbyś to napisać.
- Tak, ale...
Costain wstał, złapał Gordona za łokieć i popchnął do drzwi.
- Dobranoc, Gordonie. Pamiętaj, kto teraz zatrudnia ludzi w Horse Guards.
- Ona nie powiedziała tak, Costain - rzucił na koniec Gordon i wymaszerował z 

pokoju.

121

background image

Costain wrócił na miejsce obok Cathy.
- Trudno o chwilę intymności wśród psów, braci i mam.
-   Zatrzymasz   psa?   -   spytała,   mimo   że   w   tej   chwili   nie   to   ją   najbardziej 

obchodziło.

- To również zależy od odpowiedzi pewnej damy - powiedział ujmując ją za 

rękę. - Jak widzisz, ja też jestem szantażystą. Typ spod ciernej gwiazdy.

- Sądzę, że jesteś bardzo miły.
- Miły... Miły! Boże, czym sobie zasłużyłem na tak łaskawą ocenę?
- I odważny - dodała.
Objął ją ramieniem i przyciągnął.
- To już lepiej. Proszę, mów dalej.
- No cóż, jesteś baronem.
-   Aha!   Jestem   tak   nieciekawy,   że   ratuje   mnie   jedynie   tytuł?   Ale   nie   wiesz 

wszystkiego. Jestem również godny zaufania.

- Nie powinieneś był przynosić mi listu do tłumaczenia.
-   Nazwijmy   to   skłonnością   do   niezależnych   działań.   Również   uczciwych.   - 

Musnął kosmyk jej włosów na skroni.

- Skłamałeś w sprawie listu i w sprawie wydarzeń u Leonardów.
Pociągnął leciutko za kosmyk.
-   To   się   nazywa   inwencja.   Polowanie   na   damę   Buracka   na   balu   trudniej 

usprawiedliwić.

- I zasłanianie się „dobrem dla sprawy”?
- A kumoterstwo w sprawie pracy Gordona jest według mnie jedynie rodzinną 

lojalnością. A propos rodziny... - Przytulił ją mocniej.

Cathy wpatrywała się w niego roziskrzonymi oczami.
- Tak, Costain?... - szepnęła bez tchu.
- Pochlebia mi twoja reakcja, mimo że jeszcze nie spytałem!
- Trudno byłoby przypisywać ci pośpiech w pewnych sprawach.
Jego   twarz   spoważniała.   Kiedy   zaczął   mówić,   kpiarski   ton   ustąpił   miejsca 

nieśmiałości.

- Ani zbyt wiele odwagi w tak delikatnej materii jak ta, ale jakiekolwiek są moje 

wady, bardzo cię kocham. Będę dobrym mężem, Cathy, jeśli mnie zechcesz. Wyj-
dziesz za mnie?

Przez chwilę patrzyła na tego zachwycającego mężczyznę, nie mogąc uwierzyć, 

że on ją kocha, jednak jego płonące oczy ją przekonały.

- Tak.
Gwałtownie przyciągnął ją do siebie i pocałował tak żarliwie, że zabrakło jej 

tchu. Przesuwał dłonie po jej plecach i talii, miażdżąc prawie w uścisku i całując 
coraz namiętniej.

122

background image

Wiedziała, że teraz jej życie się zmieni. Koniec z przesiadywaniem w gabinecie i 

czekaniem   na   przypadkowe   pukanie   do   drzwi.   Koniec   z   przeżywaniem 
romansów z książek i tłumaczeniem listów miłosnych obcych ludzi. Koniec z 
nudnymi świętami i wysłuchiwaniem nostalgicznych wspomnień mamy na temat 
chlubnej przeszłości. Teraz zacznie naprawdę żyć. Wielki zimowy bal przyniósł 
jej szczęście, nawet jeśli poszła tam u boku innego mężczyzny.

Niechętnie odsunęła się od Costaina. Z uśmiechem patrzyła mu w oczy.
- Pomyśl tylko, gdybyś nie przyszedł z tym listem albo gdyby wuj Rodney był w 

gabinecie,   albo   gdyby   nie   pojawił   się   pan   Leonard,   zmuszając   mnie   do   od-
szukania cię...

- Ale przyszedłem, wuja Rodneya nie było, a pan Leonard się zjawił. Takie było 

przeznaczenie.

W hallu rozległy się kroki.
- To nie brzmi jak dźwięk przeznaczenia. Raczej Gordon.
Braciszek zajrzał do pokoju.
- Costain, nie rzuciłbyś okiem na ten list do panny Stanfield? Może pójdziesz ze 

mną   do   gabinetu?   A   ty   obwieść   mamie   nowinę,   Cathy.   Nie   uwierzy.   Och, 
gratuluję wam i w ogóle. Po jej rozanielonym uśmiechu domyślam się, że się 
zgodziła, Costain. A co do tego listu, sądzisz, że powinienem zacząć „Moja Droga 
Panno Stanfield” czy po prostu „Droga Panno Stanfield”, czy może...

Costain niecierpliwie uniósł brwi, a potem je opuścił.
- Przyjdę jutro do ciebie, Cathy. Rodzinna lojalność wymaga teraz spełnienia 

innych obowiązków. Á demain.

Odprowadził   ją   do  schodów,   delikatnie   pocałował   w   policzek   i   patrzył,   jak 

wchodzi na górę, co chwila odwracając się za siebie.

Gordon chwycił go pod ramię i zaczął ciągnąć do gabinetu.
- Znasz pannę Stanfield lepiej niż ja. Myślisz, że powinienem przeprosić czy też 

skarcić ją nieco za taniec z Edisonem?

Costain obejrzał się ostatni raz za ukochaną, po czym wszedł do gabinetu i 

westchnąwszy głęboko, skupił uwagę na dylemacie Gordona.

123