background image

 

1

Joan Smith ZIMOWY BAL 

 

Rozdział 1 

Zapatrzony  w  wirujące  za  oknem  płatki  śniegu,  baron  Costain  siedział  przy  swoim  biurku  w  skromnie  urzą-

dzonym gabinecie rządowego budynku Horse Guards. Na zniszczonym dębowym blacie leżała przed nim broszura 
na  temat  procedury  postępowania  w  sprawach  tyczących  tajemnic  państwowych,  z  którymi  mógłby  się  zetknąć 
jako asystent lorda Cosgrave’a, szefa wywiadu jego królewskiej wysokości i angielskiego rządu. 

Dotychczas, a był tu od tygodnia, jedynym  dokumentem, jaki  mu powierzono, była ta broszura. Lord Cosgrave 

najwyraźniej  nie  był  zachwycony  obecnością  Costaina  i  nie  zamierzał  w  nic  go  wtajemniczać.  Młodemu 
człowiekowi  wydawało  się  to  nie  do  zniesienia,  tym  bardziej  że  jego  wiarygodność  nie  ulegała  najmniejszej 
wątpliwości.  Pochodził  z  jednego  z  najstarszych  szlacheckich  rodów  Anglii,  był  młodszym  synem  księcia 
Halforda, znamienitego ministra w dwóch kolejnych gabinetach rządowych. Starszy brat Costaina zamierzał iść w 
ślady ojca, gdy tylko torysi zostaną rozgromieni. Halfordowie od wieków - pracowali dla króla i dla Anglii. 

Osobista  kariera  lorda  Costaina  to  dwa  lata  walki  przeciw  Francuzom  w  Hiszpanii.  Niedawno  odesłano  go  do 

domu,  by  odzyskał  siły  po  postrzale  w  lewą  nogę.  Co  właściwie  przemawia  na  korzyść  lorda  Cosgrave’a  prócz 
tego, że jest zagorzałym torysem oraz przyjacielem księcia Yorku i księcia regenta? 

Książę  Yorku  i  jego  poplecznicy  fatalnie  rozegrali  sytuację  w  Hiszpanii  -  wysłali  Wellingtona  przeciw 

Francuzom  jedynie  z  garstką  piechoty  i  niespełna  czterystu  kawalerzystami,  zapominając  zupełnie  o  służbach 
transportowych. Gdyby Wellington nie poradził sobie sprowadzając konie z Irlandii, wojsko zostałoby pozbawione 
dostaw żywności. Sztab niezmiennie domagał się wycofywania, gdy zwycięstwo było prawie pewne, i ataku, kiedy 
klęska wydawała się nieuchronna. No cóż, wszystko to zmieniło się teraz, lecz w służbach wywiadowczych Horse 
Guards nadal panował chaos. 

Lord Castlereagh dał Costainowi do zrozumienia, że albo ktoś w biurze jest zupełnie nieodpowiedzialny, albo to 

zdrajca. Zginęły bez śladu ważne dokumenty, a z późniejszych wydarzeń wynikało, że prawdopodobnie dostały się 
w ręce Bonapartego. 

-  Potrzebuję  bystrego  obserwatora,  który  wykryje,  co  się  dzieje  -  powiedział  mu  Castlereagh.  -  Niestety, 

służbowo  będziesz  podlegał  Cosgrave’owi,  gdyż  w  innym  wypadku  twoja  misja  stałaby  się  publiczną  tajemnicą. 
Jestem pewien, że sobie poradzisz. Mam pełne zaufanie do twoich umiejętności i dyskrecji, Costain. 

Lord  Costain  starał  się  jak  najsumienniej  wypełniać  obowiązki  służbowe,  lecz  jedynym  efektem  włamania  do 

biurka  Cosgrave’a  i  przeglądu  jego  papierów  był  plik  wymiętoszonych  liścików  miłosnych.  Kobieta  nazywała 
swego kochanka „Mój najdroższy Cosgrave”, a podpisywała się: „Twoja wierna gołąbeczka”. A Cosgrave w swej 
głupocie trzymał te listy w biurze, gdzie każdy mógł je znaleźć i wykorzystać, żeby wyciągnąć od niego tajemnice 
państwowe. Byłyby smakowitym kąskiem dla którejś z brukowych gazet. Jak człowiek, który nie potrafi zachować 
w tajemnicy swoich miłostek, może kierować wywiadem? 

Rozległo się pukanie i do gabinetu wszedł starszy referent. 
- To właśnie nadeszło - powiedział i wręczył Costainowi list opatrzony woskową pieczęcią. - Niech pan to odda 

lordowi Cosgrave’owi, jak tylko wróci. Jest na jednym ze swoich zebrań. Ciągną się godzinami. Sekretarza nie ma, 
a Burack poszedł na górę porozmawiać z Jenkinsem. Wolałbym, żeby ten list nie zginął. 

W ciemnych oczach lorda Costaina pojawił się błysk ciekawości. 
- Kto to przyniósł? - spytał. 
Referent odpowiedział konfidencjonalnym tonem: 
-  Typ,  który  przedstawia  się  jako  pan  Jones.  Niemiecki  akcent.  Jego  listy  zawsze  traktowane  są  z  wyjątkową 

atencją.  Zwykle  przynosi  je  posłaniec.  Tym  razem  zaryzykował  przynieść  wiadomość  osobiście,  co  sugeruje,  że 
jest szczególnie ważna. 

- Gdzie ten James? 
- Kiedy powiedziałem, że Cosgrave jest zajęty, dał mi list i wyszedł. Zajmie się pan tym? 
Pokój referenta znajdował się piętro niżej. Tajemniczy pan Jones miał aż nazbyt wiele czasu, by zniknąć. 
- Oczywiście - odpowiedział Costain przyglądając się listowi. 
Gdy referent  wyszedł,  lord Costain zamknął  drzwi gabinetu,  wyjął z kieszeni scyzoryk  i rozgrzał cieniutkie jak 

papier  ostrze  nad  płomieniem  lampy.  Ostrożnie  podważył  wosk  na  kopercie  i  nie  naruszając  całości  odkleił 
pieczęć.  Zamierzał  ją  później  podgrzać  i  umieścić  na  swoim  miejscu.  Gdy  rozłożył  papier,  twarz  mu 
spochmurniała. 

- Do diaska!... - mruknął. 
List  napisany  był  po  niemiecku.  Po  karierze  w  służbie  dyplomatycznej  Cosgrave  mówił  po  niemiecku.  Lord 

Costain  nie. Nie  mógł też zanieść tego  do zatrudnionego  w biurze tłumacza, gdyż pryncypał dowiedziałby się, że 
otworzył pismo. 

Ze  zmarszczonym  czołem  wpatrywał  się  w  niezrozumiałe  słowa  -  zupełnie  nic  nie  pojmował  z  tekstu.  Kto 

zaufany  mógłby  przetłumaczyć  mu  tę  wiadomość,  i  to  szybko,  zanim  Cosgrave  wróci  do  biura?  Twarz  Costaina 
nagle  pojaśniała.  Uśmiechnął  się  triumfująco  pod  nosem.  W  pobliżu  biura  zauważył  niewielką  tabliczkę  na 

background image

 

2

bocznych  drzwiach  jednego  z  domów  przy  King  Charles  Street.  MR.  REYNOLDS,  DYSKRETNE 
TŁUMACZENIA, FRANCUSKI, WŁOSKI, HISZPAŃSKI, NIEMIECKI, ROSYJSKI. 

Przewidując,  że  może  okazać  się  to  przydatne  w  przyszłości,  zasięgnął  języka  na  temat  pana  Reynoldsa  i 

dowiedział  się,  że  jest  to  emerytowany  pracownik  służb  dyplomatycznych,  godny  zaufania  starszy  człowiek,  nie 
udzielający się zbytnio w towarzystwie. Cosgrave był teraz na zebraniu - jak to nazywano w Horse Guards - które 
mogło  przeciągnąć  się,  aż  uczestnicy  opróżnią  kilka  butelek.  Costain  schował  list  i  woskową  pieczęć  do 
wewnętrznej kieszeni i wyjrzał za drzwi. Musi wrócić z pismem zanim pojawi się Cosgrave, w razie gdyby referent 
wspomniał mu coś na ten temat. 

Ciekawe,  czy  Cosgrave  powie  Castlereaghowi  to  samo,  co  przetłumaczy  Reynolds.  Castlereagh  polecił 

Costainowi  sprawdzać  wszystkich,  nie  wykluczało  to  więc  nawet  szefa  służb  bezpieczeństwa.  Costain  nie  sądził, 
by  Cosgrave  był  zdrajcą,  lecz  dopuszczał  możliwość,  że  jego  znajomość  niemieckiego  nie  jest  doskonała. 
Przekłamane tłumaczenia pasowałyby świetnie do nieudolnych posunięć ludzi z kręgu księcia Yorku. 

Włożył płaszcz i rękawiczki, sięgnął po trzcinową laskę i wyszedł z pokoju. Nie zauważony przez nikogo, szybko 

przemierzył  korytarz  i  znalazł  się  na  ogarniętej  śnieżycą  ulicy.  Noga  trochę  go  bolała  przy  tej  zimnej,  wilgotnej 
pogodzie,  ale  z  radością  stwierdził,  że  nie  musi  opierać  się  na  lasce.  Niedługo  będzie  mógł  wrócić  do  Hiszpanii. 
Przygarbiony w zawiei, ruszył w kierunku domu przy King Charles Street. 

 
P
łatki śniegu wirowały w zmierzchającym grudniowym świetle za oknem domu przy King Charles Street. Cathy 

Lyman podniosła wzrok znad książki i zapatrzyła się w śnieg. 

Pomyślała, że już niedługo Boże Narodzenie i wielki zimowy bal - najważniejsze wydarzenie sezonu. Wiedziała, 

że  święta  nie  będą  obchodzone  w  domu  tak  uroczyście  jak  za  życia  papy,  a  i  balu  specjalnie  nie  wyczekiwała. 
Mama oświadczyła dziś rano, że bilety są niebotycznie drogie, dwadzieścia pięć funtów od pary. Nawet jeśli suma 
zostałaby  przeznaczona  na  cele  dobroczynne,  lady  Lyman  nie  mogła  wyłożyć  pięćdziesięciu  funtów,  gdy  dach 
wymagał  wymiany  dachówki. Gordon z pewnością również pragnąłby  wziąć udział  w balu, nie  mogły też urazić 
Rodneya pomijając jego osobę. 

Cathy  westchnęła  i  wróciła  do  lektury.  Smętna  pogoda  nie  pasowała  zupełnie  do  atmosfery  powieści  „Włoski 

romans” autorstwa pani Radcliffe. Cathy często  czytała, kiedy  nie  miała żadnych tekstów  do przetłumaczenia dla 
wuja Rodneya. Lubiła powieści pani Radcliffe, gdyż wprowadzały w jej monotonne życie odrobinę rozrywki. 

Po  śmierci  papy  mama  oddała  do  użytku  swemu  bratu  Rodneyowi  Reynoldsowi  zachodnie  skrzydło  domu. 

Znajdowała  się  tam  biblioteka  i  gabinet,  gdzie  Rodney  urządził  swoje  biuro.  Mama  cieszyła  się,  że  ma  u  boku 
mężczyznę,  a  Rodney  nie  sprawiał  jej  żadnych  kłopotów.  Cathy  z  początku  trochę  zmartwił  ten  układ,  ponieważ 
biblioteka była jej ulubionym miejscem, ale wuj spędzał właściwie większość czasu w pokoju obok. 

Kariera  dyplomatyczna  Rodneya  nie  była  oczywiście  tak  błyskotliwa  jak  dokonania  sir  Aubreya  Lymana.  Papa 

otrzymał tytuł baroneta za wyjątkowe zasługi w służbie zagranicznej i nawet upływ czasu nie zatarł niezwykłego, 
graniczącego z uwielbieniem szacunku, z jakim domownicy wyrażali się o sir Aubreyu. Jego zasługi nie zapewniły 
jednak rodzinie dostatku. 

Posiadali dom, posag mamy i cudowne wspomnienia lat spędzonych w najświetniejszych stolicach Europy. 
Cathy  żałowała,  że  była  wtedy  dzieckiem  i  nie  mogła  brać  udziału  we  wspaniałych  balach  i  przyjęciach.  Miała 

zaledwie piętnaście lat, gdy ojciec przestał pełnić służbę dyplomatyczną, zdążyła jednak zobaczyć na własne oczy 
pierwszą żonę Napoleona Józefinę, Metternicha i tego przebiegłego Francuza Talleyranda. 

Możność  zetknięcia  się  z  takimi  znakomitościami  sprawiła,  że  nie  oszołomiły  ją  zabiegi  kilku  skromnych 

dżentelmenów,  którzy  starali  się  o  jej  względy,  odkąd  zaczęła  bywać  w  towarzystwie.  Jednak  z  upływem  lat 
wysokie aspiracje Cathy zbladły, ustępując  miejsca pewnego rodzaju rezygnacji, jakby pogodziła się z  losem. Jej 
wstrzemięźliwy  sposób  bycia  i  naturalna  skromność,  przy  małym  posagu  nie  sprzyjały  złapaniu  dobrej  partii, 
nudną codzienność urozmaicały jej więc na razie przygody bohaterek z powieści pani Radcliffe. 

Mama często użalała się, że wysoko urodzeni przyjaciele zapomnieli o nich po śmierci ojca, lecz żal ten nie był 

na  tyle  dotkliwy,  by  zabiegała  o  dawnych  znajomych.  Czuła  się  szczęśliwa,  że  w  końcu  mieszka  we  własnym 
domu  i  nie pragnęła zamieniać  go  na żaden  inny. Miała kilku bliskich przyjaciół, a wieści  ze świata  docierały  do 
niej teraz za pośrednictwem gazet i krążących wśród ludzi plotek. Zresztą w gruncie rzeczy niewiele ją obchodziło, 
gdyż głównie żyła wspomnieniami z przeszłości. 

Cathy jednak, mimo swych dwudziestu pięciu lat, nadal była zbyt młoda, by żyć przeszłością i powieściami pani 

Radcliffe. Z niecierpliwością czekała, aż jej brat Gordon rozpocznie służbę w dyplomacji. Obiecał, że wszędzie ją 
będzie zabierał. Zdecydowali już, że na pierwszą placówkę Gordon uda się do Rzymu. 

Niedawno wyrzucono go z Oksfordu za jakieś szczeniące wybryki - głównym bohaterem zajścia okazał się osioł 

wprowadzony  do  sali  wykładowej.  Ku  uldze  oksfordzkich  profesorów  Gordon  nie  zamierzał  tam  wracać.  Pilnie 
studiował  natomiast  języki  obce  pod  kierunkiem  Rodneya  i  przygotowywał  się  do  ich  wspólnego  pobytu  we 
Włoszech.  Cathy  natomiast  pomagała  wujowi  w  pracach  tłumaczeniowych  i  marzyła,  że  przydarzy  się  jej  jakieś 
romantyczne zadanie. Prawdę  mówiąc,  nie  mieli zbyt  wielu zleceń. Głównym zajęciem  wuja  od czasu odejścia  z 
dyplomacji był przekład pism niemieckiego filozofa Schillera, które Cathy napełniały śmiertelną nudą. 

background image

 

3

Tego popołudnia było tak zimno, że nie poszła nawet na swój codzienny spacer. Została w domu, żeby skończyć 

krótkie tłumaczenie dla wuja. Jakiś pan Steinem przyniósł bilecik napisany po niemiecku i należało zredagować go 
w  poprawnej  angielszczyźnie.  -  Był  to  dość  mało  gustowny  liścik,  wyznaczający  ukochanej  spotkanie  w 
południowo-zachodnim  krańcu  parku  St.  James  o  północy.  Czy  ta  kobieta  jest  mężatką?  Zwracał  się  do  niej 
„najdroższa  Angelino”,  co  nic  Cathy  nie  wyjaśniało,  lecz  niezamężna  dziewczyna  z  pewnością  nie  miałaby  dość 
tupetu na taką eskapadę. 

Pracę  przerwało  jej  lekkie  pukanie  do  drzwi.  Zerknęła  do  gabinetu  wuja,  lecz  Rodneya  tam  nie  było.  Często 

wymykał  się  na  drzemkę  późnym  popołudniem.  To  pewnie  pan  Steinem  przyszedł  po  swój  list.  Gdy  otworzyła 
drzwi, z ulicy powiało zimne powietrze. Kilka płatków śniegu wpadło do domu. 

Zobaczyła skuloną na wietrze, opatuloną w palto postać o szerokich ramionach. 
- Przyszedł pan w samą porę, panie Steinem - powiedziała. 
Mężczyzna  zdjął  kapelusz  i  ujrzała  twarz  w  niczym  nie  przypominającą  germańskich  rysów  pana  Steinema. 

Pierwsza rzecz, która przykuła jej uwagę, to oczy - ciemne, błyszczące oczy pod delikatnie zarysowanymi brwiami, 
które nadawały twarzy tego mężczyzny wyraz lekkiego zdziwienia. 

Gdy  wszedł  do  pokoju,  spostrzegła,  że  gość  ma  śniadą  cerę  i  kruczoczarne  włosy,  przystrzyżone  na  modłę 

południa Europy. Włoch? Hiszpan? Francuz? Miał regularne rysy, mocno zarysowany, ale zgrabny nos i wyrazistą 
szczękę. 

- Straszna pogoda - powiedział z akcentem angielskiego dżentelmena. Nerwowy uśmiech zdradzał jego napięcie. 
- Tak. Spodziewałam się kogoś innego - wyjaśniła Cathy odwzajemniając uśmiech. 
Białe gwiazdki śniegu pokrywały ramiona jego płaszcza. 
- Może zdejmie pan okrycie i strząśnie śnieg - zaproponowała. 
- Chyba nachlapałem na dywan... - odezwał się zdejmując okrycie. 
Cathy stwierdziła, że młody człowiek jest bardzo elegancko ubrany - Gordon natychmiast rozpoznałby wytworny 

żakiet  od Westona. Kamizelka była złota w cieniutkie prążki, fular nienagannie zawiązany, a wysokie buty  lśniły 
pod  topniejącymi  płatkami  śniegu.  Strząsnął  płaszcz  nad  kamienną  posadzką  przed  kominkiem  i  wdzięcznym 
ruchem odłożył go na krzesło. 

Ten dżentelmen był zupełnie inny niż zwykli klienci. Byłby z niego wspaniały bohater powieści pani Radcliffe! 

Cathy poczuła dreszczyk zainteresowania. 

- Czym mogę służyć, panie?... 
Wyciągnął rękę. 
-  Nazywam  się  Lo...  Lovell.  -  Pomyślał,  że  lepiej  zachować  w  tajemnicy,  kim  jest  naprawdę.  -  Chciałbym 

rozmawiać z panem Reynoldsem. 

Cathy poczuła mocny uścisk jego dłoni. Gdyby potraktował ją jak damę, skłoniłby się. 
- Panna Lyman - powiedziała. - Może będę mogła panu pomóc. Robię czasem tłumaczenia dla wuja. Jeśli pański 

tekst jest po włosku lub hiszpańsku, muszę zawołać wuja. Ja zajmuję się jedynie francuskim i niemieckim. 

- Czy wuj jest w domu? 
- To pora jego drzemki. Jeśli się panu nie spieszy, pójdę po niego. 
Costain bardzo się spieszył. Ta dama jest siostrzenicą Reynoldsa; na pewno można jej zaufać. W ciągu sekundy 

podjął decyzję. 

-  List  jest  po  niemiecku  -  powiedział  wyjmując  pismo  z  wewnętrznej  kieszeni.  -  Napis  na  tabliczce  zapewnia 

dyskrecję.  Mogę  na  to  liczyć,  prawda?  Ten  list  nie  jest  adresowany  do  mnie.  Pewien  przyjaciel  otrzymał  go  z 
zagranicy. Nie zna niemieckiego, a ja zauważyłem tabliczkę na państwa domu. 

- Mieszka pan w okolicy, panie Lovell? - spytała biorąc list. 
-  Nie!  Nie,  mieszkam  na  Upper  Grosvenor  Square  -  zaprzeczył  skwapliwie,  wybierając  naprędce  jak  najdalszy 

adres od swego Berkeley Square. 

- A może pracuje pan w Whitehall i dlatego zauważył pan tabliczkę wuja? 
W jej inteligentnym spojrzeniu dostrzegł błysk ciekawości. Skrywając niepokój odpowiedział: 
-  Nie,  przechodziłem  po  prostu  pewnego  dnia  przez  park  St.  James  i  po  drodze  zauważyłem  dom  państwa  i 

tabliczkę.  Mój  znajomy,  ten,  który  otrzymał  list,  nie  ma  pojęcia,  kto  może  pisać  do  niego  po  niemiecku.  Jestem 
przekonany, że to zwykłe nieporozumienie. Brown to przecież popularne nazwisko. 

Po co to powiedział? Może w liście jest inne nazwisko? 
„Wstydzi  się  przyznać,  że  to  ckliwy  liścik  miłosny”  -  pomyślała  Cathy.  Czuła  się  rozczarowana  tym  młodym 

człowiekiem. 

- Nie musi pan wyjaśniać historii tego listu, panie Lovell. Ja jedynie tłumaczę. Zaczeka pan? Widzę, że treść jest 

krótka. 

- Tak, oczywiście. 
- Proszę usiąść przy kominku, to nie zajmie mi wiele czasu. 
- Dziękuję. 
Usiadł na chwilę, ale zaraz wstał i zaczął niespokojnie przechadzać się po pokoju. 

background image

 

4

Cathy  wyjęła  czystą  kartkę  i  przeczytała  pismo.  Zmarszczyła  brwi  orientując  się,  że  nie  jest  to  żaden  miłosny 

liścik.  Mowa  była  o  klęsce  „dżentelmena”  pod  Moskwą  i  niemieckich  planach  powstania  przeciw 
„dżentelmenowi”, dopóki nie podniesie się z upadku. „Dżentelmenem” był z pewnością Napoleon Bonaparte, który 
najechał Rosję. Szczerze by ją zdziwiło, gdyby pan Lovell nie był szpiegiem. 

Podniecenie  Cathy  rosło,  w  miarę  jak  docierała  do  niej  treść  listu.  Jedyną  niewiadomą  stanowiło  to,  jakiego 

rodzaju szpiegiem jest pan Lovell. Miał wygląd południowca, akcent jednak typowo angielski. Elegancki strój nie 
pasował  do  mieszkańca  Upper  Grosvenor  Square,  a  fakt,  iż  wiedział  o  dorywczym  zajęciu  wuja,  sugerował,  że 
rzeczywiście pracuje w Whitehall. 

Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że wpatruje się w nią skupiony. Opanowała podekscytowanie i przetłumaczyła 

list. 

- Gotowe, panie Lovell - powiedziała spokojnym głosem, lecz dłoń jej drżała, gdy wyciągnęła ku niemu kartkę z 

tłumaczeniem. 

Natychmiast znalazł się obok. 
- Ile jestem winien? 
Spojrzała mu uważnie w oczy. 
- Miło mi było przetłumaczyć to dla pana. Proszę przekazać panu Brownowi, że nic nie jest winien. 
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Serce mu zamarło, gdy wyczytał w jej wzroku, że go przejrzała. 
- Pani wie!... - powiedział bezbarwnym tonem. 
- Tak, wiem - odparła spokojnie. 
W niezdecydowaniu zacisnął usta i szybko przeczytał list. Co tej starej pannie może przyjść do głowy? Chciał jak 

najszybciej  pędzić  z  wiadomościami  do  Castlereagha.  Przełożony  natychmiast  porozumie  się  z  Metternichem  i 
Prusakami,  by  nakłonić  ich  do  zerwania  sojuszu  z  Korsykaninem.  Costain  wiedział  jednak,  że  musi  odnieść 
przesyłkę,  zanim  Cosgrave  odkryje  jego  nieobecność.  A  przede  wszystkim  musi  przekonać  tę  dziewczynę  do 
zachowania tajemnicy. 

- Zdaje sobie pani sprawę, że to ściśle tajna sprawa, panno Lyman? 
- Oczywiście. 
- Dyskrecja jest tu wyjątkowo pożądana. 
- Moja rodzina ma długą tradycję służby dyplomatycznej, panie Lovell. Umiemy dotrzymywać słowa. 
- Proszę nikomu o tym nie wspominać, nawet najbliższym. 
-  Rozumiem.  Tylko  jedno  mnie  niepokoi.  Dlaczego  nie  skorzystał  pan  z  urzędowego  tłumacza?  Dlaczego  tak 

ważny dokument przyniósł pan do mnie? 

- Ponieważ nie do wszystkich można mieć zaufanie. Nie wiemy, kto za tym stoi, ale pewne informacje wydostają 

się z Horse Guards. 

Po chwili zastanowienia uznała ten argument za rozsądny. 
-  Jeśli  potrzebowałby  pan  w  przyszłości  podobnej  pomocy,  proszę  na  mnie  liczyć.  Oczywiście  bez  wyna-

grodzenia. 

-  I  niech  pani  nikomu  nie  mówi  o  mojej  wizycie.  Odrobinę  naruszyłem  zasady  działania.  Nie  byłoby  dla  mnie 

korzystne, gdyby wyszło to na jaw. 

- Rzeczywiście, postąpił pan trochę pochopnie, panie  Lovell - stwierdziła bez nagany  w glosie. - Może pan  być 

zupełnie spokojny w kwestii mojej dyskrecji. 

Boże!  Oddał  tajemnice  państwowe  w  ręce  jakiejś  kobiety.  Nawet  Castlereagh  nie  puściłby  płazem  takiej 

nierozwagi.  Przez  moment  jej  się  przyglądał.  Podniecenie  nadało  blasku  piwnym  oczom  obramowanym  długimi 
rzęsami.  Poza  tym  była  dość  ładna,  o  urodzie  nie  wyróżniającej  się  niczym  specjalnym,  miała  ciemnobrązowe, 
układające  się  w  loki  włosy  i  regularne  rysy.  To  ten  sztucznie  wyszukany  sposób  bycia  musiał  nasunąć  mu 
określenie „stara panna”, gdyż była przecież bardzo młoda. Wciąż jednak nic nie wiedział o jej charakterze. 

Wspomniała  o  tradycji  dyplomatycznej  w  rodzinie.  Lyman...  Czy  słyszał  coś  o  tym  nazwisku?  Był  jakiś  sir 

Aubrey Lyman. 

- Czy jest pani córką sir Aubreya Lymana? - spytał. 
- Tak - odpowiedziała z dumą. 
- Ach, a jaką placówkę zajmuje obecnie? 
- Zmarł pięć lat temu. 
-  Przykro  mi  -  powiedział  konwencjonalnie,  zastanawiając  się,  jak  wyciągnąć  jakieś  informacje  o  charakterze  i 

reputacji  rodziny.  Nie  miał  jednak  teraz  na  to  czasu.  -  Moja  rodzina  miała  okazję  poznać  go  kilka  lat  temu  - 
skłamał bez zmrużenia oka. - Czy mógłbym któregoś dnia złożyć państwu wizytę? 

- Będzie nam bardzo miło. 
Nieśmiały  uśmiech  Cathy  powiedział  mu,  że  zrozumiała  tę  propozycję  jako  osobisty  komplement.  Czy  zawsze 

musi wplątać się w coś nieprzewidzianego? 

- Będzie pani w domu dziś wieczorem? - spytał. 
-  Och  tak,  rzadko  wychodzimy.  To  znaczy,  w  taką  pogodę  -  dodała  pospiesznie.  Nie  chciała,  żeby  pan  Lovell 

background image

 

5

pomyślał, że nie prowadzi żadnego życia towarzyskiego. 

-  Zdaje  się,  że  będziemy  mieć  w  tym  roku  białe  Boże  Narodzenie.  -  Uśmiechnął  się  zakładając  płaszcz.  -  Nie 

wiem, jak pani dziękować, panno Lyman. - Sięgnął po kapelusz i laskę. 

- Proszę o mnie pamiętać, jeśli miałby pan inne dokumenty do tłumaczenia. 
- Nie zapomnę. 
Włożył kapelusz, otworzył drzwi i pożegnawszy się francuskim au revoir, zniknął w mroku. 
Przeklinał  się  w  duchu  za  lekkomyślność.  Ta  dziewczyna  z  pewnością  miała  ochotę  zobaczyć  więcej  tajnych 

dokumentów!  Lymanowie  nie  mogą  sympatyzować  z  Francuzami.  Wydawało  mu  się,  że  słyszał  o  pobycie  sir 
Aubreya  we  Francji  kilka  lat  temu.  Dyplomaci  jednak  byli  znani  ze  swej  chwiejnej  lojalności.  Biuro  tłumaczeń 
usytuowane  w  pobliżu  Whitehall  też  wydawało  się  Costainowi  podejrzane.  Co  prawda,  nie  odniósł  wrażenia,  by 
mieli tam zbyt wielki ruch. Musi zdobyć bliższe informacje na temat tych ludzi. 

Cathy została sama w gabinecie. Czuła się tak podekscytowana, jakby znalazła się nagle w jednej z powieści pani 

Radcliffe. Brakowało tylko alei wysadzanej dębami i starego zamczyska, lecz bohater znakomicie rekompensował 
te  braki.  Zastanowiła  się,  jak  uda  jej  się  ukryć  tę  cudowną  tajemnicę  przed  Gordonem.  Jakżeby  go  to 
zaintrygowało! 

Rozdział 2 

Lord Costain  zjawił się  w  Horse Guards  na tyle  wcześnie, by bez pośpiechu przywrócić  listowi  jego pierwotną 

formę. Na szczęście ani sekretarza Cosgrave’a, ani młodszego asystenta, pana Buracka nie było w pobliżu. 

Znowu podgrzał scyzoryk i starannie przykleił woskową pieczęć idealnie w tym miejscu, gdzie była poprzednio. 

Z  niechęcią  myślał,  że  musi  przekazać  tak  istotną  wiadomość  człowiekowi,  który  przez  ostatnie  dwie  godziny 
żłopał wino. Kiedy o wpół do szóstej Cosgrave’a nadal nie było w biurze, Costain dłużej nie zwlekał i sam zaniósł 
list do lorda Castlereagha. Wyznał mu szczerze, co zrobił. 

Lord  Castlereagh,  minister  spraw  zagranicznych,  był  inteligentnym,  eleganckim,  dość  przystojnym  mężczyzną. 

Uważnie wysłuchał opowieści, po czym powiedział: 

- Rodney Reynolds, mówisz? To absolutnie pewny człowiek, chłopcze. Nie ma się czego obawiać. Korzystałem z 

jego usług w pewnych prywatnych sprawach. 

- Ale ja rozmawiałem z jego siostrzenicą, panną Lyman. To ona przetłumaczyła list. 
-  Panna  Lyman?  Och,  mój  drogi,  to  nie  było  najfortunniejsze  posunięcie.  Młode  damy  znane  są  ze  swej 

skłonności  do  paplania.  Ale  panna  Lyman  właściwie  przestała  bywać  w  towarzystwie.  Rzadko  widuje  się  ją  w 
mieście. I ma doświadczenie w delikatnych sprawach. Wiele lat spędziła z ojcem za granicą. Musisz podkreślić, jak 
ważna w tej sytuacji jest dyskrecja. 

- Oczywiście, powiedziałem jej o tym. 
-  Przestrzegam  cię  tylko  przed  jednym:  panna  Lyman  ma  nieco  szalonego  młodszego  brata.  Nie  możemy 

dopuścić,  by  pokrzyżował  nam  szyki.  Spotkaj  się  z  nią  i  uprzedź,  żeby  nie  wspominała  o  tym  bratu.  Nie  muszę 
chyba  uczyć  cię,  jak  przekonać  kobietę.  -  Mrugnął  porozumiewawczo  do  Costaina.  -  A  teraz  pokażę  ten  list 
Liverpoolowi. Ciarki przechodzą na myśl, że gdyby nie ty, dowiedzielibyśmy się o tym dopiero rano. Tak właśnie 
wygląda współpraca z ludźmi Yorka... - dorzucił ironicznie. 

- Czy nie można by polecić, żeby wszystkie dokumenty były dostarczane bezpośrednio do pana, sir? 
- Urzędnicy nie mogą swobodnie kręcić się po gmachu parlamentu. Zadaniem Horse Guards jest zajmowanie się 

takimi sprawami  i przesiewaniem  informacji  naprawdę  istotnych. Ludzie uwielbiają sensacje  i często  wyobraźnia 
tak  ich  ponosi,  że  widzą  francuski  spisek  za  rogiem  każdej  ulicy.  Cosgrave  niedługo  odejdzie  ze  służby.  Kiedy 
znajdziemy odpowiedniego człowieka na jego miejsce... Dobra robota, Costain. Wiedziałem, że możemy na ciebie 
liczyć. Bywaj. 

- Schował list do wewnętrznej kieszeni i wyszedł w poszukiwaniu premiera. 
 
M
inęła  piąta  po  południu.  Cathy  nie  mogła  doczekać  się,  kiedy  zamknie  biuro  i  w  spokoju  napije  się  herbaty. 

Postanowiła jeszcze chwilę poczekać, czy  nie  zjawi się pan Steinem. Podekscytowanie  wielkim zimowym  balem 
przyćmiło pojawienie się tajemniczego pana Lovella. Jak wyjaśni mamie jego niespodziewaną wizytę wieczorem? 
Powiedział,  że  ich  rodziny  się  znają,  lecz  jedyną  osobą  o  nazwisku  Lovell,  jaką  sobie  przypominała,  była  pewna 
modystka. Mamie zresztą nie podobały się jej kapelusze. 

W uchylonych drzwiach do hallu ukazała się lśniąca czupryna. 
- Herbata gotowa - powiedział Gordon. - Kucharka przygotowała gorące placki i konfitury malinowe. 
- Czekam na klienta, który ma odebrać tłumaczenie - odpowiedziała Cathy. 
Smukła, elegancka sylwetka wsunęła się za głową do pokoju. W wieku dziewiętnastu lat sir Gordon osiągnął już 

słuszny wzrost, nie miał jednak jeszcze męskiej budowy. Był podobny do Cathy, z takimi samymi kasztanowatymi 
włosami i piwnymi oczami, tylko nos i szczękę miał mocniej zarysowane. Jedyny syn i dziedzic znakomitego ojca, 
przystojny,  nie  całkiem  pozbawiony  rozumu  i  oczko  w  głowie  matki,  Gordon  uważał,  że  sama  jego  obecność  na 
tym świecie jest prawdziwym dobrodziejstwem dla ludzkości. 

Wyjechał  na  uniwersytet  jako  nieokrzesany  młokos,  a  opuścił  go  jako  światowy  młodzieniec,  jego  postawa 

background image

 

6

życiowa nie była jednak zbyt jasno określona. Wrócił z Oksfordu z pstrokatą chustą na szyi i rozwianym i włosem 
poety, lecz kiedy zdecydował się na karierę dyplomatyczną, zmienił gust na korzyść klasycznych fularów, ostrzygł 
włosy i zaczął wyrażać się używając proroczego tonu, jaki w ostatnich latach życia pobrzmiewał w wypowiedziach 
ojca. Jeśli  oczywiście  chwilowo  nie zapomniał o tej  nowej pozie. Teraz był  głodny  i zachowywał się, zgodnie ze 
swoim wiekiem i charakterem. 

-  Do  diaska,  jest  piąta.  Jak  długo  masz  zamiar  czekać?  Nie  wypada,  żeby  ktoś  z  rodziny  Lymanów  świadczył 

płatne usługi dla gminu. 

-  To  miłosna  sprawa  -  odpowiedziała  z  pobłażliwym  uśmiechem.  Gordon  cierpiał  ostatnio  z  powodu 

nieodwzajemnionego uczucia do panny Elizabeth Stanfield i powinien zrozumieć ten argument. 

- Kochanek powinien mieć więcej zapału i nie kazać na siebie czekać. Och, do diabła z nim, placki wystygną. 
- Nie czekaj na mnie... - Przerwało jej pukanie do drzwi. - O, właśnie przyszedł. 
Podskoczyła  otworzyć  drzwi  i  znieruchomiała  wpatrzona  w  gościa.  Postawiony  kołnierz  i  naciągnięta  na  nos 

chustka zasłaniały prawie całkowicie twarz mężczyzny na progu. Widoczne były jedynie zmrużone oczy, ale Cathy 
wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że z pewnością nie jest to pan Steinem. Ten człowiek był zupełnie innej 
postury. 

Nieznajomy zerknął ponad jej ramieniem na Gordona w gabinecie i zanim zdążyła się odezwać, brutalnie odsunął 

ją  na  bok  i  wszedł  do  domu.  Zamykając  drzwi  Cathy  poczuta  ciarki  na  plecach.  Była  w  najwyższym  stopniu 
zirytowana  zachowaniem  intruza.  Dopiero  kiedy  odwróciła  się  i  zobaczyła  wycelowaną  w  siebie  lufę  pistoletu, 
ogarnął ją strach. Rzuciła przerażone spojrzenie bratu, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w broń. 

-  Oddaj  list,  który  zostawił  tu  Costain  -  odezwał  się  ochryple  mężczyzna.  Cathy  miała  wrażenie,  że  specjalnie 

stara się zmienić głos, żeby ją przestraszyć. 

- Nie rozumiem, o czym pan mówi... - odpowiedziała drżącym szeptem. 
- Ten człowiek, który niedawno stąd wyszedł. Wiadomość z Austrii - ciągnął zniecierpliwiony. Poruszył dłonią z 

pistoletem. 

Cathy pomyślała, że zaraz zemdleje. Owszem,  wyczekiwała jakichś ciekawych  wydarzeń, lecz  niekoniecznie  w 

tym stylu i nie w takim tempie. A już na pewno nie spodziewała się mężczyzny wymachującego pistoletem. Nagle 
przypomniała  sobie  pana  Lovella.  To  może  być  szansa,  by  udowodnić  mu  -  dlaczego  ten  człowiek  nazwał  go 
Costainem?  -  że  jest  osobą  godną  zaufania.  Gdy  intruz  zauważył  list  na  biurku,  Cathy  przyszło  do  głowy  pewne 
rozwiązanie. 

Chwyciła liścik miłosny pana Steinema i swoje tłumaczenie. Mężczyzna wyrwał jej z ręki obie kartki, zerknął na 

oryginał, a potem na tłumaczenie. 

- To list miłosny! - burknął wściekły. 
- Costain to właśnie zostawił - powiedziała niewinnym tonem. - Widzi pan, że oryginał jest po niemiecku. 
Gordon  milczał,  a  kiedy  minęło  pierwsze  przerażenie,  głowa  zaczęła  mu  pracować.  Nawet  dla  najmniej 

spostrzegawczego  umysłu  było  jasne,  że  mężczyzna  z  pistoletem  nie  jest  rozwścieczonym  mężem,  jak  sądził  w 
pierwszej chwili. Nie szukał też miłosnego liściku. Pozostawało jedno wytłumaczenie: to szpieg. 

- Musi być napisany szyfrem - odezwał się bez zastanowienia i natychmiast pożałował swych słów. 
Napastnik  popatrzył  na  niego  z  zainteresowaniem,  jakby  ta  sugestia  go  przekonała.  Nie  opuszczając  pistoletu, 

drugą ręką wcisnął kartki do kieszeni. 

- Na podłogę, obydwoje - rozkazał. 
- Ależ, człowieku!... - żachnął się Gordon. 
- Rób, co mówi, Gordie - powiedziała Cathy siadając na podłodze. 
- Połóżcie się twarzą do ziemi, stopy blisko siebie. - Kiedy usłuchali, zwrócił się do Gordona: - A ty zdejmij fular 

i zwiąż razem wasze nogi. 

Gordon usiadł wpatrując się w pistolet, rozwiązał fular i spełnił polecenie. Zostawił jednak dość luźny węzeł. 
- A teraz na ziemię - powiedział  mężczyzna i  kiedy  leżeli płasko  na podłodze, odłożył  na chwilę pistolet.  -  Nie 

próbujcie żadnych sztuczek - ostrzegł ponuro, zdjął rękawiczki i zawiązał mocniej węzeł. 

Gordon nie miał czasu, a może odwagi, żeby cokolwiek zrobić. Intruz chwycił pistolet i wypadł z domu. 
Oboje usiedli i zaczęli rozplątywać fular na kostkach. 
-  Na  Jowisza,  to  szpieg!  -  zachrypiał  Gordon,  uszczęśliwiony  teraz,  że  niebezpieczeństwo  minęło.  -  Nie 

powinienem wspominać o szyfrze. Nieopatrznie podsunąłem mu dobrą myśl. 

Kiedy węzeł okazał się nie do rozplatania, wyciągnął z kieszonki scyzoryk i poświęcił swój fular. 
Uwolniwszy się w końcu, podbiegł do drzwi, ale mężczyzny oczywiście nie było już widać. 
- Na śniegu zostały ślady. Pójdę za nim. - Wyskoczył w wieczorny mrok na ulicę. 
Oszołomiona  Cathy  siedziała  nadal  na  podłodze  zastanawiając  się,  co  ma  teraz  robić.  Po  chwili  stwierdziła,  że 

przede wszystkim musi zawiadomić o zajściu pana Lovella. 

Gordon pojawił się po kilku minutach, ze śniegiem na włosach i ubraniu. 
- Zgubiłem go za rogiem. Tam są tysiące śladów na śniegu. Jak po przemarszu całej armii. A on zniknął. 
- Prawdopodobnie czekał na niego powóz - powiedziała Cathy. 

background image

 

7

- Boże! Nareszcie coś się zaczęło dziać, a ja nie dość, że pozwoliłem uciec temu pętakowi, to powiedziałem mu o 

zaszyfrowanej wiadomości. 

Cathy  biła  się  przez  moment  z  myślami,  lecz  zdecydowała,  że  w  tej  sytuacji  musi  zdradzić  bratu  sekret,  gdyż 

sama  nie  pójdzie  szukać  pana  Lovella  do  Whitehall.  Powie  Gordonowi  konieczne  minimum,  tylko  tyle,  żeby  jej 
teraz pomógł. 

- To nie był list, którego on szukał, Gordie - powiedziała. 
- Co? O czym ty, do diabła, mówisz? Przecież to było po niemiecku. 
- Miłosny bilecik pana Steinema. Temu uzbrojonemu człowiekowi chodziło o inny list. 
- Co ty wygadujesz?! Jaki list? 
-  Zabrał  go  ze  sobą.  Mężczyzna,  który  prosił  o  tłumaczenie.  Ten  intruz  musiał  śledzić  pana  Lovella.  Lovell 

wyszedł pięć minut przed pojawieniem się tego typa. 

- Kim, na miłość boską, jest pan Lovell? 
Gordon w osłupieniu wysłuchał zwięzłej relacji siostry. 
-  A  mnie  przy  tym  nie  było!...  -  powiedział,  kiedy  skończyła.  -  Traciłem  czas  na  powtarzanie  nieregularnych 

czasowników  w  czasie  wizyty szpiega! Dzięki ci. Boże, za ten  miłosny bilecik. Nie  muszę przynajmniej  czuć się 
jak zdrajca. A ty siedzisz tu spokojnie i twierdzisz, że tłumaczyłaś ściśle tajne dokumenty państwowe? Nie wierzę 
w  ani  jedno  słowo  z  całej  tej  historii.  Naczytałaś  się  za  dużo  powieści  pani  Radcliffe.  -  Popatrzył  na  sofę  przy 
kominku, gdzie leżała rozłożona książka. 

-  Musisz  mi  pomóc,  Gordie  -  powiedziała  z  tak  przejętą  miną,  że  zaczął  jej  wierzyć.  Zresztą  nie  wymyśliłaby 

sama takiej  historii. - Muszę uprzedzić pana Lovella o wizycie tego  człowieka. Lovell  nie  wie, że  ktoś go śledzi. 
Grozi mu niebezpieczeństwo. 

- Gdzie mogę znaleźć tego Lovella? - spytał Gordon. 
- W Whitehall. Pracuje dla Horse Guards. 
- A więc jednak szpieg! Whitehall jest dosłownie dwa kroki stąd. 
-  Tak,  musimy  tam  iść.  Szkoda,  że  lepiej  nie  przyjrzałam  się  temu  człowiekowi.  Mimo  zgarbionych  ramion 

wyglądał na wysokiego. Cała twarz oprócz oczu była zasłonięta. Oczy zmrużone, miał lekkiego zeza. 

- Nic podobnego. Ten typ był niski. I nie miał zeza, tylko tak wyglądało, kiedy patrzył spode łba. Zwróciłem na 

to uwagę. Zerknąłem też na jego ręce, kiedy nas wiązał. Rozpoznałbym te ohydne łapy bez wahania. 

- Nosił jakiś pierścień? 
- Nie, ale ma takie krótkie, grube palce jak kuzynka Marion. 
-  Och...  -  Cathy  pomyślała,  że  niewiele  to  wnosi  do  rysopisu.  -  Może  pan  Lovell  będzie  wiedział,  kto  to  jest. 

Chodźmy szybko. 

- Chyba nie sądzisz, że pozwolę kobiecie mieszać się w taką sprawę! - wykrzyknął naśladując sposób bycia ojca. 
„Nie pozwoli” kobiecie! To przecież ona przetłumaczyła list. Cathy opanowała się i powiedziała spokojnie: 
- Nie wiesz, jak wygląda pan Lovell. 
- Skierują mnie do niego. 
- Nie wiadomo, czy to jego prawdziwe nazwisko. Ten człowiek z pistoletem nazwał go Costain. Muszę iść z tobą, 

tylko ja go rozpoznam, a list był dokumentem wagi państwowej. 

- Naprawdę?! - wykrzyknął Gordon. - Co tam było napisane? 
- Przyrzekłam panu Lovellowi z nikim o tym nie rozmawiać. 
- Do licha, mnie możesz powiedzieć. To tak, jakbyś z nikim nie rozmawiała... Przecież jestem twoim bratem. 
- Nawet tobie nie mogę zdradzić treści, ale wiedz, że wiadomość była tak niezwykłej wagi, iż może mieć wpływ 

na przebieg wojny, Gordonie. 

Gordon  zasępił  się,  mrucząc  znacząco  „hmmm...”,  wyraźnie  bardziej  zainteresowany  okazją  do  ekscytującej 

przygody niż przebiegiem działań wojennych. 

- Jeśli tak się upierasz... Chodźmy więc razem - powiedział. 
- Tak, ale co powiemy mamie? 
- Powiemy, że działamy dla króla i ojczyzny. To ją przekona. 
-  Mnie  nie  wypuści  z  domu  -  stwierdziła  Cathy.  -  Poza  tym  obiecałam  nikomu  nie  wspominać  o  liście. 

Zdradziłam  się  przed  tobą  tylko  dlatego,  że  potrzebuję  twojej  pomocy.  Powiesz  mamie,  że  czekam  na  pana 
Steinema  i  że  herbatę  wypiję  tutaj,  w  gabinecie.  Będziesz  musiał  wykraść  jakoś  i  znieść  na  dół  mój  kapelusz  i 
płaszcz. 

-  Powiem,  że  idę  dotrzymać  ci  towarzystwa.  Zostanie  z  nią  Rodney,  więc  nie  będzie  o  nic  pytać.  Radzę  ci 

zamknąć drzwi na klucz - dodał przed wyjściem. 

Cathy zamknęła drzwi i zaciągnęła niebieskie aksamitne kotary w oknach. Przeszedł ją dreszcz na myśl, że ktoś 

mógłby  podglądać  z  ulicy.  Miała  nadzieję,  że  pan  Steinem  się  nie  zjawi,  straciła  przecież  i  jego  bilecik,  i  swoją 
wersję.  Napisała  raz  jeszcze  tłumaczenie  z  pamięci  i  postanowiła  przyczepić  kartkę  do  drzwi,  kiedy  będą 
wychodzić. Pan Steinem odbierze swój liścik nie płacąc za przekład. 

Po  chwili  służąca  przyniosła  tacę  z  herbatą,  a  niedługo  potem  wrócił  Gordon  z  jej  płaszczem  i  kapeluszem. 

background image

 

8

Ubrała się i wyszli z domu, przyczepiwszy najpierw list pana Steinema pinezką do drzwi. 

-  Mogę  za  to  dostać  tytuł  lordowski  -  powiedział  Gordon,  gdy  przedzierali  się  w  śnieżycy.  Odległość  była 

niewielka, nie czekali więc na powóz. - Panna Stanfield nie raczy pewnie nawet spojrzeć na zwykłego baroneta. 

Gordon  miał  na  sobie  wysokie  buty  i  wilgoć  nie  dawała  mu  się  we  znaki,  natomiast  Cathy  kompletnie 

przemoczyła  pantofle  i  z  zimna  nie  czuła  prawie  stóp.  Wiatr  zsunął  jej  kapelusz  i  targał  włosy,  ledwie  przy-
trzymywała fruwające poły płaszcza. Nie zwracała jednak na to uwagi. Zaraz spotka się z panem Lovellem, a dla 
jego uznania gotowa jest przejść na piechotę przez Alpy. 

W wieczornym zmroku żółte  mury Whitehall  wyglądały  dość  obskurnie. Światła  w  oknach  dawały  nadzieję, że 

zastaną  jeszcze  pana  Lovella.  Wkrótce  wyłoniła  się  przed  nimi  wieża  zegarowa  Horse  Guards.  Weszli  nie 
niepokojeni  przez  nikogo,  mimo  że  postać  młodej  kobiety  w  tym  męskim  przybytku  przyciągnęła  kilka 
zdziwionych spojrzeń. 

- Szukam niejakiego pana Lovella - powiedział Gordon do strażnika zdecydowanym tonem. 
Mężczyzna przebiegł wzrokiem swoją listę. 
- Nie ma tu żadnego pana Lovella, sir. Może chodzi panu o Admiralicję? Ministerstwo Marynarki Wojennej? 
- A czy jest pan Costain? - spytała Cathy. 
-  Ma pani  na  myśli  lorda  Costaina,  nowego  pomocnika  lorda  Cosgrave’a?  Tak,  jest.  Niedawno  gdzieś  wybiegł, 

ale już wrócił. Drugie piętro, trzecie drzwi na lewo. 

- To o niego chodzi - powiedział Gordon. - Dziękuję, dobry człowieku. - Kiedy oddalili się trochę od strażnika, 

rzucił półgłosem do Cathy: - Wypadł z biura i zaraz wrócił. To musi być nasz człowiek. 

Uwagę Cathy zwróciło coś innego: 
- Powiedział o nim lord Costain! 
- To bez znaczenia. Jestem pewien, że to on. 
- Och tak, na pewno. 
Weszli  po  schodach,  skręcili  w  lewo  i  dotarli  do  trzecich  drzwi.  Były  uchylone,  a  w  pokoju  paliło  się  światło. 

Mimo zdenerwowania Cathy poczuła miły dreszcz podniecenia. Gordon popatrzył na nią i spytał: 

- A jeśli to nie on? 
- Co masz na myśli? 
-  A  jeśli  ten  typ,  który  przyniósł  ci  list,  był  zagranicznym  agentem  podającym  się  za  Costaina,  a  ty 

przetłumaczyłaś  i  przekazałaś  mu  tak  ważne  informacje?  Będziesz  musiała  się  przyznać  i  wylądujesz  w  lochu 
twierdzy Tower. 

- To musi być on - powiedziała raczej z nadzieją niż przekonaniem. 
- Ja się tym zajmę. Jeśli okaże się, że to nie on, powiemy, że to po prostu pomyłka, że szukamy pana, a nie lorda 

Costaina. Popędzimy do domu i poprosimy o radę wuja Rodneya. Będzie wiedział, co robić. Zwróci się do kogoś 
ważnego,  kto  nie  pozwoli  wrzucić  nas  do  lochów  Tower,  kiedy  wyznamy,  co  zrobiłaś.  Postąpiłaś  odrobinę 
nierozważnie, moja droga. Powinnaś była wcześniej zwrócić się do mnie. 

Cathy czuła serce w gardle, kiedy Gordon cicho zapukał w uchylone drzwi. 

 

Rozdział 3 

Proszę! - zabrzmiał autorytatywnie głos z wewnątrz. Jego głos. 
Gordon zrozumiał z uśmiechu Cathy, że wszystko w porządku. Otworzył drzwi i wepchnął siostrę do środka. 
-  Jestem  sir  Gordon  Lyman.  -  Gordon  postąpił  do  przodu  i  skłonił  się  ceremonialnie.  -  Czy  mam  honor 

rozmawiać z lordem Costainem? 

Costain  spojrzał  ponad  jego  ramieniem  na  Cathy.  W  oczach  miał  mieszaninę  zdumienia,  złości  i  oskarżenia. 

Zanim cokolwiek powiedział, rzuciła się do przodu. 

- Stało się najgorsze, panie Lovell! To znaczy, lordzie Costain. 
- Skąd zna pani moje nazwisko? 
- Strażnik na dole powiedział nam, że nie ma tu żadnego pana Lovella, jest natomiast lord Costain. 
-  Nie  jest  pani  zbyt  przekonująca,  panno  Lyman  -  powiedział  zamykając  drzwi  i  wpatrując  się  w  nią  dziwnie 

przeszywającym  wzrokiem.  -  Mało  prawdopodobne,  żeby  strażnik  przeskoczył  z  pana  Lovella  na  lorda  Costaina 
bez żadnej dodatkowej sugestii. 

- Ten uzbrojony mężczyzna nazwał pana Costain - powiedziała. 
- Uzbrojony? Jaki mężczyzna? - spytał. 
- Przyszedł do nas i zażądał listu, który przyniósł mi pan do tłumaczenia. Musiał sądzić, że pismo jest dłuższe  i 

zajmie mi więcej czasu. To znaczy, że wciąż jest u mnie. 

- Dobry Boże! Nic się pani nie stało? Nic pani nie zrobił? 
- Nie. - Troska w jego głosie sprawiła Cathy przyjemność. 
- Ogromnie mi przykro, że panią w to wplątałem, panno Lyman. Ten człowiek... Może go pani opisać? 
- Niezbyt dokładnie. Był cały zakutany w płaszcz i chustę, ale to wysoki mężczyzna, o skośnych oczach. 
- Niski, o zwykłych oczach, po prostu je zmrużył - wtrącił Gordon. - I miał grube, krótkie palce. 

background image

 

9

- Mnie wydał się wysoki - upierała się Cathy. 
- To dlatego, że sama jesteś kurduplem - stwierdził brat. 
Costain popatrzył na oboje, powstrzymując lekki uśmiech. 
- Proszę, niech państwo usiądą - odezwał się. 
Jego najgorsze podejrzenia stały się rzeczywistością. Postrzelony braciszek znal już tajemnicę. 
Po kwadransie wszystko zostało nareszcie wyjaśnione. 
-  I  dlatego  musiałam  powiedzieć  Gordonowi,  chciałam  od  razu  pana  poinformować,  że  ktoś  pana  śledzi,  a  nie 

mogłam wyjść sama w nocy - podsumowała Cathy. 

Costain z dłonią przy czole w skupieniu przemierzał pokój. 
- Kim może być ten mężczyzna? 
Ich  opis  wprowadzał  jedynie  zamieszanie  do  sprawy.  Wysoki  i  niski,  o  skośnych,  zwykłych  i  zmrużonych 

oczach, z krótkimi palcami. 

- Musiał iść za mną z tego budynku. Zastanawiam się, czy Cosgrave nie kazał mnie śledzić. 
- Lord Cosgrave? - spytał Gordon. Jego twarz wyrażała święte oburzenie. 
- Tak, to mój bezpośredni przełożony.  
Gordon natychmiast się podniósł. 
- Rozumiem. Najlepiej będzie, jeśli już pójdziemy. Prawda, Cathy? - spojrzał na siostrę. 
Costain wiedział, że stracił zaufanie młodzieńca. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że następnym krokiem młokosa 

będzie poinformowanie o całej sprawie Cosgrave’a. Błyskawicznie postanowił zdobyć serca obojga swoich gości, a 
gdy lord Costain podjął postanowienie, że użyje swego uroku osobistego, nawet tygrysa zmieniłby pewnie w kotka. 

-  Proszę  pozwolić  mi  wyjaśnić  sytuację  -  powiedział.  -  Teraz,  gdy  pozyskałem  tak  inteligentnych  i  zaufanych 

wspólników  dla  naszej  sprawy,  widzę,  iż  muszę  wyjawić  wszystko.  Oczywiście  liczę  na  państwa  całkowitą 
dyskrecję. Kieliszek sherry? Jego łaskawość przysłał mi kilka skrzynek z Northland Abbey. Może słyszeli państwo 
o księciu Halfordzie, mym ojcu? 

Nie  przerywając  podszedł  do  szafki  i  wyjął  srebrną  tacę  z  kryształowymi  kieliszkami  i  karafką  sherry.  Gordon 

zawahał  się.  Słowa  „inteligentni  i  zaufani  wspólnicy  dla  sprawy”  brzmiały  mu  wciąż  w  uszach.  Cathy  udało  się 
zachować obojętny wyraz twarzy, mimo wrażenia, jakie zrobiła na niej wzmianka o księciu i słynnym Northland, 
jednej z najwspanialszych posiadłości w hrabstwie Kent. Nawet na mamie zrobi wrażenie fakt, że pan Lovell jest 
synem księcia. 

-  Może  niewielki  kieliszek  -  odpowiedział  Gordon  zajmując  na  powrót  swoje  miejsce.  -  Nie  zdążyliśmy  wypić 

dziś po południu herbaty. Nie uskarżam się, oczywiście! Straciliśmy jednak smakowity podwieczorek. 

-  Kiedyś  lubiłem  herbatę,  lecz  w  Hiszpanii  nabrałem  upodobania  do  sherry  -  powiedział  Costain.  Wspominał  o 

wszystkim, co mogłoby zaimponować temu młodemu człowiekowi. 

- Był pan w Hiszpanii? - zapytał Gordon. 
Cathy  poczuła  się  trochę  zawiedziona  swoim  bohaterem.  Coraz  bardziej  przypominał  zwykłego  bufona,  jakich 

pełno w londyńskich salonach. 

-  Trzeci  syn  Halfordów  zgodnie  z  tradycją  wstępuje  w  szeregi  armii.  Odesłano  mnie  do  domu  z  kulą  w  nodze. 

Badajos... - dodał skromnie. 

- Na Jowisza! Jak moglibyśmy panu pomóc, lordzie Costain? 
Następny kwadrans zajęło Costainowi przekonanie swych młodych gości do absolutnego milczenia na ten temat, 

przy  czym  nie  wspomniał  słowem  o  podejrzeniach  wobec  Cosgrave’a.  Nie  sądził,  by  postępowałem  Gordona 
zawsze kierował zdrowy rozsądek. Podkreślił kilkakrotnie wagę dyskrecji wokół sprawy i zastrzegł, żeby nie robili 
niczego bez konsultacji z nim osobiście. 

- Ściany mają uszy - powiedział, zerkając na zamknięte drzwi. - Spotykanie się tutaj nie byłoby bezpieczne. To ja 

pojawię się u państwa w domu, żeby omówić szczegóły naszej współpracy. 

- Może pójdę z panem dziś w nocy - powiedział Gordon. 
Zdezorientowany Costain zamrugał oczami. 
- Dokąd mielibyśmy pójść? 
- Na wyznaczone spotkanie. W liście, który Cathy oddala temu intruzowi, była mowa o spotkaniu w południowo-

zachodnim  krańcu parku St. James o północy. Ponieważ ten człowiek  jest przekonany, że to szyfr czy coś  w tym 
rodzaju, byłoby logiczne, gdyby się tam zjawił, prawda? 

- Ale jeśli to zaszyfrowany tekst, to park St. James nie oznacza wcale parku, a północ nie oznacza północy. 
- No cóż, pewnie  wkrótce  domyśli się, że to  nie  jest szyfr i pomyśli że  chodzi  o tajne spotkanie. Może pan  być 

pewien, że tam pójdzie. 

- Może ma pan rację - z uznaniem kiwając głową powiedział Costain. - Lecz dziś w nocy nie skorzystam z pana 

pomocy, sir Gordonie. 

- Co mam robić dziś w nocy? - dopytywał się Gordon. 
-  Powinien  pan  jak  najczęściej  bywać  w  towarzystwie  i  przyglądać  się  ludziom.  Może  rozpoznałby  pan 

napastnika. Nigdy nie wiadomo, może zdradziłyby go oczy, a może... palce. 

background image

 

10

- Ależ to mogę zrobić w każdej chwili. 
- Im szybciej pan przystąpi do poszukiwań, tym lepiej. 
- Tak, ale ta straszna pogoda nie sprzyja ożywionemu życiu towarzyskiemu. 
-  Zła  pogoda  nie  powstrzyma  Francuzów  w  ich  knowaniach.  Czy  my,  Anglicy,  mamy  pozwolić  im  się 

przechytrzyć? 

- Na Boga, nigdy. Będę przebijać się przez zaspy, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
Costain zauważył, że panna Lyman przypatruje mu się spod oka. Ją też musi sobie jakoś zjednać. 
- Mam nadzieję, że nie zapomniała pani o mojej wizycie dziś wieczorem? 
- Nie, nie zapomniałam. 
- Czy godzina dziewiąta będzie pani odpowiadać? Obiecuję, że nie zajmę zbyt wiele czasu. 
- Proszę zostać tyle czasu, ile ma pan ochotę, lordzie Costain - powiedział Gordon. - Ja udam się dziś na kolację 

do klubu, może rozpoznam tam napastnika. 

Gordon nie miał ochoty opuszczać biura, lecz musiał jeszcze załatwić kilka spraw: wytłumaczyć mamie, dlaczego 

w  taką  okropną  pogodę  wychodzi  wieczorem  na  miasto  i  zmusić  swego  lokaja  do  zawiązania  mu  fularu  w  taki 
modny węzeł, jaki nosi lord Costain. Odstawił kieliszek i wstał. 

- Cathy, czy możemy już iść? 
- Tak. Oczekuję pana dziś wieczorem, milordzie. 
Costain ujął jej dłoń i z uśmiechem spojrzał w oczy. 
- Czas będzie mi się niepomiernie dłużył do naszego ponownego spotkania. 
Wyszli, w drodze do domu niewiele rozmawiali. To nie szarpiący płaszcze i gwiżdżący w uszach wiatr zmuszał 

do milczenia - oboje pochłonięci byli swoimi myślami. 

Costain rzucił się na fotel i zapatrzył w ich puste kieliszki. Co on narobił? Wplątał w sprawę dwoje dzieciaków i 

jeśli  nie  weźmie  ich  mocno  w  garść,  gotowi  są  rozpaplać  całemu  światu  o  swojej  błyskotliwej  karierze 
wywiadowczej. 

Uczciwie  musiał  jednak  przyznać,  że  to  całkowicie  jego  wina.  To  on  wciągnął  ich  w  to  wszystko  i  na  nim 

spoczywa teraz odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i dyskrecję. Do tej pory okazali się pomocni. To miło ze 
strony  panny  Lyman,  że  uprzedziła  go,  iż  jest  śledzony.  Kto  to  może  być?  Burack,  ten  spokojny  człowiek,  który 
zajmuje  pokój  obok  i  tak  chełpi  się  swoją  rzetelnością  w  pracy?  Czy  może  prawa  ręka  Cosgrave’a,  Harold 
Leonard?  A  może  autentyczny  francuski  szpieg,  jak  podejrzewają  Lymanowie?  Francuz  mógł  śledzić  Jonesa, 
zauważyć, że ten był w dziale tłumaczeń i obserwować, kto wychodzi zaraz potem. I o północy może kręcić się po 
parku St. James, żeby sprawdzić, czy ktoś się nie pojawi. Costain nie był jednak przekonany do tej wersji. 

 
W
  domu  przy  King  Charles  Street  lady  Lyman  czekała  na  powrót  swych  latorośli,  w  najwyższym  stopniu 

poruszona  ich  niespodziewanym  zniknięciem.  Gdy  weszli,  siedziała  w  wygodnym  fotelu  przy  kominku,  a 
koronkowy  szary  czepek  na  jej  głowie  drżał  pod  wpływem  irytacji  starszej  pani.  Na  pełnej  twarzy  malowało  się 
rozdrażnienie. 

-  Wykradać  się  z  domu,  nie  powiedziawszy  mi  słowa,  w  taką  zawieję!...  Zupełnie  zniszczyłaś  nowe  pantofle, 

Cathy, nie wspomnę już o wspaniałej herbacie, której nawet nie skosztowaliście. Jakaż to ważna sprawa nie mogła 
poczekać? 

- Mówiłem już - odezwał się Gordon. - Zdarzył się wypadek na rogu ulic. Powóz przewrócił się do góry kołami. 

Jak  mogłaś  nie  usłyszeć  tego  hurgotu,  mamo,  chyba  zupełnie  ogłuchłaś.  W  zaprzęgu  musiał  być  kulawy  koń, 
potknął się i pociągnął wszystko za sobą. 

-  Wiedziałam,  że  prędzej  czy  później  dojdzie  do  wypadku  -  stwierdziła  z  satysfakcją  lady  Lyman.  -  Jak  można 

zezwalać na ruch po ulicach tak wielu dyliżansom i wozom z towarami. A teraz oboje szybko przebierzcie się do 
kolacji. 

-  Ja  wychodzę  dziś  wieczorem,  mamo  -  powiedział  Gordon.  -  Spotkałem  kolegę  ze  szkolnej  ławy,  właśnie  na 

rogu, przy wypadku. Co za straszny tłum tam się zebrał... 

- Spotkaliśmy również lorda Costaina - dodała Cathy. - Pytał, czy może nas odwiedzić wieczorem. 
Słowo „lord” wyraźnie poprawiło nastrój lady Lyman. 
- Ach! A kim właściwie jest lord Costain? Nie przypominam sobie tego nazwiska. Hrabia czy markiz? - Spojrzała 

na syna, przekonana, że przez niego się poznali. 

- Baron. Trzeci syn księcia Halforda. Był w Hiszpanii. 
-  Syn  księcia  Halforda?  -  Z  zachwytu  podskoczyła  w  fotelu.  -  Dlaczego  od  razu  nie  powiedziałeś?  Kiedy  ma 

przyjść? Cathy, biegnij na górę i każ Margold zrobić coś z twoją fryzurą. Wyglądasz jak ofiara sztormu. Gordonie, 
nie wiedziałam, że znasz lorda Costaina. Jak się poznaliście? 

- Ależ jego można spotkać wszędzie. 
- Tak, ale gdzie? 
Cathy zręcznie wymknęła się na górę, pozostawiwszy wymyślenie odpowiedzi bratu. 
Starannie  wybrała  toaletę:  najelegantszą  suknię  z  zielonej  tafty  z  mocno  marszczoną  spódnicą.  Włożyła  też 

background image

 

11

niewielki szmaragdowy naszyjnik, który zwykle nosiła tylko na bale. Doskonale wiedziała, że nie może liczyć na 
zaloty takiego światowca jak lord Costain. Postanowiła solennie, że się w nim nie zakocha. Miał w sobie coś, co ją 
odpychało, był jednak przystojny i należał do najlepszego towarzystwa - chciała zrobić dobre wrażenie. 

Margold, pokojówka jej i mamy, wysuszyła wilgotne loki i ułożyła je en corbeille, wplatając we fryzurę zieloną 

wstążkę  dla  podkreślenia  kasztanowatego  odcienia  włosów.  Cathy  zarzuciła  na  ramiona  obszyty  frędzlami  szal  i 
zeszła na dół. 

-  Bardzo  ładnie,  moja  droga  -  stwierdziła  lady  Lyman  uważnie  lustrując  szczegóły  stroju  córki.  -  Czyż  ona  nie 

wygląda uroczo, Rodney? 

Rodney  podniósł  siwą  głowę  znad  gazety  i  mruknął  pod  nosem  coś,  co  miało  oznaczać  aprobatę.  Naprawdę 

myślał  teraz  tylko  o  kolacji.  Zapach  pieczeni  baraniej  wypełniał  dom,  a  jedzenie  i  picie  stanowiły  jedyne 
przyjemności zmysłowe, jakie mu pozostały. Przecież nawet mól książkowy potrzebuje czasem jakiejś zmysłowej 
podniety. 

- Czy Steinem odebrał list? - spytał Cathy. 
- Tak, wuju. - Listu nie było na drzwiach wejściowych, kiedy wrócili z Gordonem, a na progu leżało pół korony. 

Steinem z pewnością zabrał list i zostawił zapłatę. 

Podczas kolacji honorowe miejsce po prawicy lady Lyman zajmowało na stole dzieło „Debretfs Peerage” - wykaz 

parów Wielkiej Brytanii. Szukała wszelkich informacji na temat Halfordów. Pochlebiało jej, że lord Costain słyszał 
o  ich  rodzinie  i  doszła  do  wniosku,  iż  to  matka  musiała  mu  o  nich  napomknąć.  Przed  ślubem  nazywała  się  lady 
Mary Spencer, a lady Lyman poznała kiedyś pewną lady Margaret Spencer, najprawdopodobniej jej siostrę. 

Kiedy  lord  Costain  pojawił  się  o  wpół  do  dziesiątej,  lady  Lyman  była  całkowicie  pochłonięta  snuciem  planów 

zorganizowania  skromnego  przyjęcia  w  celu  uczczenia  zbliżających  się  świąt  Bożego  Narodzenia  oraz  w  celu 
usidlenia lorda Costaina. 

Panna  Lyman  siedziała  natomiast  jak  na  szpilkach.  Zupełnie  zesztywniała  na  odgłos  kołatki  u  drzwi.  A  gdy 

wszedł  do  pokoju,  w  duchu  przyznała  uczciwie,  że  nigdy  dotąd  nie  widziała  tak  przystojnego  mężczyzny.  Nie 
wyobrażała sobie, by mógł wyglądać lepiej niż dzisiejszego popołudnia w biurze, lecz teraz zdała sobie sprawę, że 
się  myliła.  Uroczy  kontrast  między  śnieżnobiałą  koszulą  a  jego  śniadą  cerą,  lekki  rumieniec  wywołany  wietrzną 
pogodą i nieskazitelnie skrojone czarne ubranie sprawiły, że wyglądał jeszcze bardziej pociągająco. 

Podszedł  bliżej,  uśmiechnął  się  krótko  do  Cathy  i  złożył  elegancki  ukłon  przed  lady  Lyman  i  jej  bratem 

Rodneyem Reynoldsem. 

- Proszę usiąść, lordzie Costain - powiedziała matka. - Co za niewdzięczna pogoda do spacerów. Nie do takiego 

klimatu przyzwyczaił się pan w Hiszpanii. 

-  Taka  zmiana  ma  też  zalety.  Hiszpanie  nigdy  nie  widują  śniegu.  Mam  wrażenie,  że  pogoda  zaczęła  się 

poprawiać. Wyjrzał księżyc, można więc mieć nadzieję, że śnieżyca ustała. 

Myśli lady Lyman najdalsze były w tej chwili od kaprysów pogody. 
-  Jak  miewa  się  pana  szanowna  matka?  -  spytała  i  sięgnęła  po  dzwoneczek.  Gdy  zjawił  się  lokaj,  poprosiła 

natychmiast o herbatę, gdyż „lord Costain z pewnością jest skostniały z zimna”. 

Trzaskające  polana  w  kominku  przyprawiały  go  raczej  o  parowanie  z  gorąca,  ale  cieszył  się,  że  udało  mu  się 

uniknąć  krzyżowego  ognia  pytań.  Wiedział,  oczywiście,  dlaczego  świetny  kandydat  na  męża  tak  miło 
przyjmowany jest w domu, gdzie mieszka panna na wydaniu. Jeszcze jeden powód do zachowania ostrożności. 

Zrozumiał  od  razu  manewr  lady  Lyman,  gdy  stwierdziła,  że  odrobinę  jej  za  ciepło  przy  kominku  i  że  musi 

zamienić  stówko  z  Rodneyem.  Chciała  zostawić  go  sam  na  sam  z  panną  Lyman.  Ponieważ  i  tak  czekał  na  tę 
sposobność, wstał z uśmiechem i szarmancko pomógł gospodyni poprawić szal. 

Kiedy odeszła, usiadł w fotelu obok Cathy. Pochyliła się i szepnęła konfidencjonalnie: 
- Gordon wyszedł do miasta, tak jak pan sugerował. Czy dowiedział się pan czegoś o napastniku? 
- Jeszcze nie, ale zamierzam udać się na spotkanie o północy. Nie wspominała pani nikomu o tym wszystkim? 
- Nie! Może pan liczyć na moją całkowitą dyskrecję. 
- Byłem tego pewien - powiedział rzucając jej pełne uznania spojrzenie. Ani myślał omawiać spraw służbowych z 

postronnymi osobami i zręcznie zmienił temat: 

-  Czym  zajmuje  się  pani  w  chwilach  wolnych  od  zadań  wywiadowczych,  panno  Lyman?  -  spytał  z  kpiącym 

uśmiechem. 

-  Pomagam  wujowi  w  niektórych  tłumaczeniach  i  przepisuję  na  czysto  tekst  książki,  którą  wuj  przekłada. 

Studiuję też włoski, gdyż kiedy Gordon wyjedzie na placówkę do Włoch, po wstąpieniu do służby dyplomatycznej, 
oczywiście, będę mu towarzyszyła w podróży. 

- Och, a więc sir Gordon planuje karierę dyplomatyczną? - „Boże, miej Anglię w swojej opiece” - pomyślał. 
- Tak, podobnie jak nasz ojciec. 
- Studia nad włoskim nie zajmują pani z pewnością całego czasu? Miałem na myśli rozrywki. 
- Jak wszyscy... - odparła mgliście. - Przyjęcia, teatr, powieści, poezja. Rozumie pan... 
Przypomniał  sobie  uwagę  Castlereagha,  że  dziewczyna  nie  udziela  się  towarzysko  i  poczuł,  że  najlepiej  będzie 

wrócić do tematu lektur. 

background image

 

12

- Z pewnością jest pani wielbicielką Byrona? - spytał. 
-  Nie,  u  Byrona  jest  zbyt  wiele  szalonych  pomysłów  i  niesamowitych  zdarzeń  jak  na  mój  gust.  Wolę  panią 

Radcliffe. 

- Wydawało mi się, że nie ustępuje nikomu w szalonych pomysłach i niesamowitych zdarzeniach! - stwierdził ze 

śmiechem. 

- Tak, ale jej niewiarygodne historie są przynajmniej... - Zmarszczyła brwi. 
- Prawdopodobne? - podpowiedział. 
-  Niezupełnie,  lecz  mogę  postawić  się  na  miejscu  bohaterki,  ponieważ  jest  dziewczyną.  Natomiast  postacie 

Byrona są dla mnie zbyt heroiczne. Bardziej przypominają pana - powiedziała z błyskiem w oczach. 

- Heroiczny! Pani raczy żartować sobie ze mnie! Daję słowo, nie ma pani dla mnie litości. 
-  Doprawdy,  nie  zamierzałam  pana  urazić,  milordzie.  -  Cathy  zarumieniła  się  wdzięcznie.  -  Pomyślałam  o 

pańskim pobycie w Hiszpanii i o pańskim tytule. 

Costain przyglądał jej się uważnie przez chwilę. 
- To określenie nie oznacza chyba aprobaty. Sądzę raczej, że pomyślała pani o tym błazeńskim występie w moim 

biurze  dziś po południu, panno Lyman. Nie  najlepiej to  wypadło, ale  chodziło  mi  o pani brata. Chciałem  jedynie 
przeciągnąć go na swoją stronę. 

Cathy odpowiedziała po krótkim namyśle: 
- Tak, Gordon jest młody i na tyle niemądry, by zachłystywać się takimi rzeczami. 
-  Które  nie  są  w  stanie  zaimponować  tak  wiekowej  osobie  jak  pani...  -  Przyglądał  jej  się  kpiąco.  -  Nie 

zauważyłem  śladu  siwizny  w  pani  tycjanowskich  puklach.  W  jakim  wieku  młoda  dama  wyrasta  z  takich 
dziecinnych niedorzeczności? 

- Sądzę, że to zależy od młodej damy. 
- I od jej wychowania. Podobno podróżowała pani za granicą? 
- Byłam  wtedy za młoda, żeby to docenić. A teraz, kiedy jestem starsza... - Umilkła, zastanawiając się, jak dała 

się  wciągnąć  w tak  osobistą rozmowę. - Mówiliśmy  jednak  o poważniejszych sprawach. Chcę pana zapewnić, że 
jestem do dyspozycji we wszelkich zadaniach, jakie miałby pan dla mnie. Rozmawiałam z Gordonem, oczywiście 
w  cztery  oczy.  Zgodziliśmy  się,  że  najbardziej  prawdopodobnym  miejscem  spotkania  napastnika  są  okolice 
budynku Horse Guards, przejdziemy więc jutro tamtędy kilka razy. Nie wejdziemy do środka, jeśli uważa pan to za 
ryzykowne,  lecz  ponieważ  mieszkamy  niedaleko,  nie  wzbudzimy  żadnych  podejrzeń  spacerując  tam  wcześnie 
rano,  kiedy  pracownicy  przychodzą  do  biura,  w  południe,  kiedy  wychodzą  na  posiłek,  i  raz  jeszcze  pod  koniec 
dnia. 

Costain zrozumiał, że nie uniknie delikatnego tematu tak łatwo, jak myślał. Pojął również, że młodzi pomocnicy 

dadzą mu się we znaki. 

- Może lepiej byłoby wziąć powóz. Napastnik na pewno rozpoznałby państwa, nawet jeśli wy nie dojrzelibyście 

jego. Państwa obecność obudziłaby jego podejrzenia. Krótka przejażdżka w godzinach, o których pani wspomniała, 
zupełnie wystarczy. 

Widział, że jest rozczarowana tą namiastką zadania. Na pocieszenie dodał: 
-  Będę  państwa  informował  o  wszelkich  ważnych  wydarzeniach,  oczywiście.  Nie  chciałbym  zabierać  państwu 

całego dnia. 

- Nic nie jest dla mnie ważniejsze niż pomoc panu, lordzie Costain. I mam nadzieję, że nie odbiera pan tego jako 

narzucania się. 

- To bardzo miłe z pani strony. 
Udało mu się znów sprowadzić rozmowę na tory literatury i teatru, a po półgodzinie wstał, by się pożegnać. 
-  Pół  godziny.  Bardzo  taktowna  wizyta  -  stwierdziła  lady  Lyman  po  jego  wyjściu.  -  Kiedy  znów  nas  odwiedzi, 

Cathy? 

- Wkrótce, mamo. 
- Czy Boże Narodzenie spędzi w Londynie? Pamiętasz o raucie, który zaplanowaliśmy? 
Ponieważ pomysł powstał wyłącznie ze względu na Costaina, lady Lyman chciała być pewna, że nie zabraknie go 

wśród gości. 

- Nie spytałam go. 
- Głuptasie! Zapytaj przy następnej okazji. Nie będę brać na siebie całego kłopotu urządzania tego przyjęcia, jeśli 

on pojedzie na święta do rodzinnego Northland Abbey. 

- Nie myśl, że on się do mnie zaleca, mamo - powiedziała z powagą Cathy. 
- Nie zaleca się do ciebie, a chodzi po mieście w taki wieczór i siedzi z głową tuż obok twojej, szepcząc coś przez 

pół  godziny?  Moje  dziecko,  trochę  wiem  o  życiu.  Ten  młodzieniec  ruszy  do  boju  jeszcze  przed  końcem  zimy. 
Muszę  zajrzeć  do  Debretfs  Peerage  i  sprawdzić,  jaka  posiadłość  przypada  trzeciemu  synowi.  Szkoda,  że  nie  jest 
najstarszym synem - markizem, ale w końcu baron to też dobrze. 

Mama  usiadła  z  książką  koło  lampy,  Rodney  udał  się  do  gabinetu,  a  Cathy  przy  kominku  czekała  na  powrót 

Gordona. 

background image

 

13

Rozdział 4 

Gordon  wrócił  o  jedenastej,  zmarznięty,  zły  i  absolutnie  przekonany,  że  lord  Costain  jest  tak  przebiegły,  jak 

sądził na początku. 

- Musimy porozmawiać - powiedział przechodząc obok Cathy w salonie, po czym zbliżył się do matki, by krótko 

zrelacjonować, jak spędził wieczór. 

- Wszędzie pustki. Można by strzelać z działa na Bond Street i nie drasnąć żywej duszy. Przemarzłem do szpiku 

kości, natychmiast idę do łóżka. Dobranoc. 

Jego naglące spojrzenie sugerowało, by Cathy również jak najszybciej się pożegnała. 
Po kilku minutach spotkali się na schodach na górze. 
- Przyszedł? - spytał Gordon. Nie musiał tłumaczyć, o kogo chodzi. 
- Tak, zgodnie ze swoją obietnicą. 
- Co mówił? 
- Chce, żebyśmy jutro śledzili okolice Whitehall ukryci w powozie. Napastnik mógłby nas rozpoznać. 
Perspektywa kolejnej przygody poprawiła Gordonowi humor i nieco lepiej nastawiła go do Costaina. 
- Dobra myśl. Dziś w nocy pójdę do parku, na wszelki wypadek - powiedział. 
- Powiedział ci, że się tym zajmie. 
- Jak byś się poczuła, gdyby znaleziono  jego trupa w  jakimś rowie? - spytał  złowieszczo Gordon. - Muszę tam 

iść.  Wydaje  mi  się,  że  Costain  tego  oczekuje,  ale  obawia  się  narażać  kogoś  z  zewnątrz.  Etyka  zawodowa...  - 
dorzucił z tajemniczą miną. 

Cathy  wyobraziła  sobie  ścięte  rysy  pięknej  twarzy  lorda  Costaina  i  jego  nieruchome  ciało  porzucone  w  rowie. 

Zdecydowała bez zastanowienia: 

- Idę z tobą. 
Wciąż nie była pewna, czy jest zakochana w Costainie, lecz rozmowa dzisiejszego wieczoru przechyliła szalę na 

korzyść takiej  możliwości. Gdy rozmawiali  we  dwoje  nie robił  wrażenia takiego bufona jak przy Gordonie. Poza 
tym rosyjska księżniczka Katarzyna Bagration poradziła jej, kiedy Cathy  miała czternaście  lat, by jak  najszybciej 
pozwoliła sobie  złamać serce -  w przyszłości będzie  dzięki temu  odporniejsza  na strzały Kupidyna. Lord Costain 
świetnie pasował do roli pożeracza damskich serc. 

- To zadanie dla mężczyzny - stwierdził protekcjonalnie Gordon. 
-  Wymkniemy  się  przez  drzwi  z  gabinetu  -  brzmiała  odpowiedź.  -  Rodney  nie  pracuje  dziś  w  nocy.  Weźmiesz 

pistolet? 

Gordon  skapitulował.  Mimo  iż  czuł  się  mniej  więcej  mężczyzną,  Cathy  była  od  niego  starsza  o  pięć  lat  i  w 

pewnym sensie przywykł do podporządkowywania się jej woli. 

-  Nie  mam  pistoletu.  Swoją  broń  trzymam  w  Manton’s  Shooting  Gallery.  Muszę  przynieść  ją  do  domu,  teraz 

może się przydać. 

- W takim razie musimy uzbroić się w coś innego. Weź swoją laskę, a ja zabiorę laskę wuja. 
- Lepiej zdejmij naszyjnik. Spotkamy się w gabinecie o wpół do dwunastej. 
- Park jest pięć minut stąd. 
- Strzeżonego pan Bóg strzeże. Pójdziemy wcześniej i ukryjemy się w zaroślach. 
- Masz rację. 
Cathy pobiegła do swego pokoju. Zdjęła naszyjnik i zmieniła suknię na cieplejszą, po tym jak wymarzła dziś po 

południu. Włożyła solidne buty, płaszcz i otuliła się wełnianym szalem, który mógł również posłużyć do zakrycia 
głowy, jeśli byłaby taka konieczność. 

Spotkali się w gabinecie o umówionej porze. Gordon przyszedł wcześniej i zapalił lampę. Rzucił okiem na siostrę 

i stwierdził: 

- Dzięki Bogu, na dworze jest ciemno. Wyglądasz jak żebraczka. Wstyd się z tobą pokazać. Trzymaj. - Podał jej 

laskę wuja, zgasili lampę i cicho wymknęli się z gabinetu. 

- Masz klucz? - spytał Gordon, zanim zamknął drzwi. 
- Nie. 
- Musimy więc zostawić je zamknięte tylko na klamkę, żeby potem dostać się do domu. W gabinecie nie ma nic 

wartego kradzieży. 

Ruszyli  po  świeżym  śniegu.  Zamieć  przeszła,  a  na  czarnym  niebie  połyskiwały  gwiazdy.  Ostry,  zimny  wiatr 

smagał ich twarze. Nikogo nie było w zasięgu wzroku, lecz na śniegu zauważyli jakieś ślady. Słyszeli tylko wiatr 
poruszający gałęziami drzew i stłumiony śniegiem odgłos własnych kroków. 

Wkrótce  ukazał  się  czarny,  groźny  zarys  parku  St.  James  -  dziewięćdziesiąt  akrów  mrocznej  przestrzeni.  Nagie 

gałęzie rysowały się ostro na tle nieba. Nietknięta powierzchnia śniegu sugerowała, że przyszli pierwsi. 

- Nie powinniśmy zostawiać śladów. Mogłyby spłoszyć szpiega - powiedział Gordon. 
Poszli na zachód wzdłuż Birdcage Walk, weszli do parku od południowej strony i między drzewami przedarli się 

z powrotem  do południowo-zachodniego  krańca. Mgła unosząca się  nad  jeziorem  wypełniała powietrze  wilgocią. 
Według  Gordona  spotkanie  miało  się  odbyć  nie  w  głębi  parku,  lecz  na  jego  skraju.  Ustawili  się  więc  za  gęstymi 

background image

 

14

krzewami niedaleko narożnika parku, przykucnęli i czekali. 

Od  czasu  do  czasu  rozlegały  się  głosy  nocnych  zwierząt,  co  przyprawiało  ich  o  dodatkowy  dreszcz  emocji. 

Gordon skarżył się,  że palce  odpadają  mu  z zimna, nie czuje  nóg  i z pewnością złapie śmiertelne zapalenie  płuc. 
Nigdy  dotąd  jednak  nie  bawił  się  tak  wyśmienicie.  Jakiś  samotny  mężczyzna  przeszedł  w  polu  ich  widzenia  po 
Birdcage Walk. 

- To chyba lord Eldon, prawda? - szepnął Gordon. - Rozpoznałbym go na pięć mil. 
Mężczyzna nie zatrzymując się poszedł dalej. 
Za  dziesięć  dwunasta  według  zegarka  Gordona  dostrzegli  człowieka,  który  wślizgnął  się  ukradkiem  do  parku  i 

stanął za drzewem. Podobnie jak oni wybrał okrężną drogę, żeby nie zostawić śladów na śniegu w okolicy miejsca 
spotkania. 

-  To  Costain!  -  w  podnieceniu  stwierdziła  Cathy.  -  Przyszedł  wcześniej,  tak  jak  my.  Damy  mu  znak,  że  tu 

jesteśmy? 

- Lepiej nie. Siedźmy cicho i obserwujmy, co się dzieje. 
Po chwili  na skraju parku zatrzymał się powóz i  wysiadł z  niego  mężczyzna  w  wieczorowym stroju. Zatrzymał 

się, rozejrzał dookoła, a potem zniknął w mroku. 

- Czy to nasz napastnik? - szepnęła Cathy. 
- Nie mam pojęcia. Zaczekamy, kto jeszcze się pojawi. 
Następną  postacią  okazała  się  dama,  która  podjechała  eleganckim  czarnym  powozem.  Towarzyszył  jej  jakiś 

służący. Kobieta była  wysoka, szczelnie  otulona czarnym płaszczem. Mężczyzna, który pojawił się po Costainie, 
podbiegł do niej i oboje wsiedli do powozu damy, który jednak nie ruszył od razu. 

- A może szpiegiem jest kobieta? - powiedziała ze zmarszczonym czołem Cathy. 
- Bardziej prawdopodobne, że ta dama jest mężczyzną - odparł Gordon. - Była wysoka jak drabina. Do kroćset, to 

mężczyzna w przebraniu. Musimy ich zaczepić, jakoś zatrzymać. 

- A może lepiej ich śledzić? 
- Nie mamy powozu. Dlaczego, do diabła, Costain nic nie robi? 
W tym momencie powóz ruszył. Gordon wychylił się z ukrycia i krzyknął: 
- Lordzie Costain! Ma pan zamiar siedzieć spokojnie i patrzeć, jak uciekają? - Echo jego głosu przerwało nocną 

ciszę. 

Costain odezwał się zaskoczony: 
- Sir Gordon? 
- Oczywiście, że to ja. Gońmy ich. 
Gordon  rzucił  się  w  stronę,  skąd  dobiegł  głos  Costaina,  a  Cathy  tuż  za  nim.  Ta  noc  okazała  się  sromotnym 

rozczarowaniem. Spodziewała się po swym bohaterze heroicznych czynów, ataku, strzałów z pistoletu albo chociaż 
aresztowania złoczyńców. 

- Costain? - zawołał znów Gordon. 
Stał  wśród  drzew  i  nigdzie  go  nie  mógł  dojrzeć.  Dlaczego  nie  odpowiada?  Usłyszał  szarpaninę  w  krzakach 

nieopodal, a potem odgłos szybko oddalających się kroków. 

-  Na  Jowisza,  wziął  nogi  za  pas  i  zniknął.  Costain!  -  zawołał  za  uciekającym.  -  To  już  przechodzi  ludzkie 

wyobrażenie!  -  Wściekły  postąpił  krok  naprzód,  zachwiał  się  i  runął  twarzą  na  ziemię.  Powietrze  przeszył  jego 
nieludzki jęk. 

- Co się stało, Gordie? - Cathy pochyliła się, żeby pomóc mu wstać. 
- Ciało! Leżę na czyimś ciele! 
Poderwał  się,  jakby  ciało  było  zarażone  dżumą.  Po  chwili  przyjrzał  się  i  zobaczył  ciemną  głowę  postaci  w 

czarnym płaszczu. 

- Lepiej sprawdźmy, kto to jest - głucho stwierdził Gordon. 
Właściwie już się domyślał. Ciemna głowa wydawała się znajoma. Ukucnął i delikatnie odwrócił ciało. 
Cathy zobaczyła bladą twarz lorda Costaina. Ciemna strużka spływała mu po skroni we włosy. Nigdy w życiu nie 

zemdlała, teraz jednak zrobiło jej się ciemno przed oczami i musiała chwycić się brata, by nie upaść. 

- Zabiłeś go! - wydusiła bez tchu. 
- Ja? Ależ skądże! Nie mam nawet pistoletu. 
Pochyliła się i dotknęła policzka Costaina. 
- Jest zimny - powiedziała. 
- Oczywiście, że zimny, leży przecież na śniegu. Sprawdź serce. 
Drżącymi  dłońmi  odchyliła  połę  płaszcza  i  wsunęła  rękę  pod  żakiet.  Pod  palcami  poczuła  ciepło  emanujące  z 

szerokiej piersi. Wyczuła też słabe bicie serca. Popatrzyła na jego nieruchomą twarz, jakby nie żyt, i serce przestało 
jej bić. 

- Natychmiast sprowadź lekarza - powiedziała. 
Costain zamrugał powiekami, otworzył oczy i spojrzał na nią półprzytomnie. 
- Lewe skrzydło! - powiedział. - Na miłość boską, osłaniajcie lewe skrzydło! Są ich setki. 

background image

 

15

Cathy odskoczyła do tyłu. 
- On bredzi, Gordonie. 
- Chyba wydaje mu się, że jest w Hiszpanii. W każdym razie żyje. Costain!... 
Lord Costain spojrzał w niebo i zmarszczył brwi. Co to jest, to białe na drzewach? Śnieg? Śnieg! 
- Boże... - wymamrotał i usiadł potrząsając głową. - Widzieliście go? Przyjrzeliście mu się dobrze? 
-  Widzieliśmy  tyle,  co  trzeba  -  powiedział  Gordon.  -  Dlaczego  pan  za  nim  nie  poszedł?  Według  mnie  dama,  z 

którą się spotkał, to przebrany mężczyzna. 

-  Nie,  to  była  Angelina  Mc...  er,  prawdziwa  kobieta.  Bilecik  okazał  się  po  prostu  miłosnym  liścikiem  i  niczym 

więcej. Wasz napastnik niesłusznie uwierzył, że treść jest napisana jakimś szyfrem. Pytałem, czy przyjrzeliście się 
człowiekowi, który zdzielił mnie w głowę. 

- Nie  mieliśmy  nawet pojęcia, że jest  w parku - odpowiedział Gordon. - Musiał przyjść inną drogą i przemknąć 

się za panem. 

- Lepiej się pan czuje, lordzie Costain? - spytała Cathy. 
Niepewnie sięgnął ręką do głowy. 
- Tak, niech tylko przestanę widzieć podwójnie... 
Gordon pomógł mu wstać i podtrzymał, dopóki Costain nie odzyskał równowagi. 
- Lekarz musi obejrzeć tę ranę, lordzie Costain - powiedziała Cathy. 
Wyjął chusteczkę i wytarł krew na skroni. 
- Skąd  wzięliście się tutaj? - spytał przytomniejszym tonem. - Powiedziałem przecież, że się tym  zajmę. To  nie 

jest miejsce dla damy, panno Lyman. 

-  Też  jej  to  mówiłem,  ale  to  jak  rzucać  grochem  o  ścianę  -  stwierdził  Gordon.  -  Z  drugiej  strony  dobrze,  że 

przyszliśmy. Inaczej leżałby pan w śniegu całą noc i dostał zapalenia płuc. Idź do domu, Cathy. Zawiozę Costaina 
do lekarza. Czy przyjechał pan powozem, milordzie? 

- Nie, wynająłem fiakra, lecz świetnie dam sobie radę - zapewnił. - Proszę zabrać siostrę do domu, sir Gordonie. 
- Nie zostawimy pana w takim stanie na ulicy - powiedziała stanowczo Cathy. - Mieszkamy dwa kroki stąd. Musi 

pan najpierw pójść z nami. - Odwróciła się do Gordona. - Zaprowadzimy go do gabinetu. Nikt nie zauważy. 

- Doskonały pomysł. Dobrze, że pomyślałem o zostawieniu otwartych drzwi. 
- Proszę tylko pomóc mi znaleźć dorożkę - protestował Costain. - Nie chcę sprawiać państwu więcej kłopotu. 
Nigdzie nie widać było jednak żadnej dorożki, a gdy dotarli do King Charles Street, Costain poczuł się tak słaby, 

że  zgodził  się  odrobinę  odpocząć.  Pomogli  mu  wejść  po  schodkach  prowadzących  do  gabinetu  i  posadzili  na 
kanapie  przed  zimnym  kominkiem.  Gordon  zajął  się  rozpalaniem  ognia,  a  Cathy  podała  Costainowi  kieliszek 
sherry. 

- Poproś Simmonsa o dzbanek wody i plaster, Gordonie - poleciła bratu Cathy. - Powiedz mu, że skaleczyłeś się 

w palec. 

Gordon  obwiązał  sobie  rękę  chusteczką  do  nosa  wyszedł  poszukać  Simmonsa.  Po  chwili  przyniósł  do  gabinetu 

wszystko, co potrzebne. 

- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu - powtórzył dwa czy trzy razy Costain, kiedy Cathy opatrywała mu ranę. 

Był bardzo blady. 

- Mam nadzieję, że nie bardzo boli - powiedziała, przecierając ostrożnie rozcięcie na skroni. 
Uśmiechnął się słabo i powiedział: 
- Nasze pielęgniarki w Hiszpanii nie miały tak delikatnego dotyku. 
Kiedy  pochylona  nad  nim  Cathy  kończyła  opatrunek,  zauważył  cień  ciemnych  rzęs  na  jej  policzku.  Potem 

podniosła  oczy  i  zobaczył  w  nich  prawdziwą  troskę.  Jego  spojrzenie  wywołało  rumieniec  na  jej  twarzy.  Gdy 
odsunęła  się,  żeby  poprawić  mu  poduszkę,  Costaina  uderzyło,  jaka  jest  drobna.  Poczuł  się  dziwnie  poruszony. 
Uroda panny Lyman nie należała do rodzaju, który zwala mężczyznę z nóg od pierwszego wejrzenia. To był raczej 
jakiś spokojny urok, który można docenić dopiero po pewnym czasie. Wydała mu się nieśmiała. 

- Pewnie przeklina mnie pani w duchu - powiedział, 
-  Wprost  przeciwnie,  milordzie.  To  nasza  wina.  Gdyby  nie  krzyk  Gordona,  może  ten  człowiek  nie  zauważyłby 

pana. 

- Nie ma o czym mówić. Uderzył zaraz po krzyku Gordona, ale musiał podkraść się dużo wcześniej. Nędzny ze 

mnie „guerrillero”. Uczono  mnie  działania w takich sytuacjach. Pretensje  mogę  mieć jedynie  do śniegu. Zupełnie 
stłumił odgłos kroków tego zbira. 

Skrzywił się, gdy dotknęła rany. 
- Przepraszam. Nie widział pan, jak wyglądał? 
-  Jedynie  w  przelocie.  Podszedł  z  tyłu  i  w  momencie  gdy  go  usłyszałem,  wymierzył  cios.  Mam  wrażenie,  że 

chciał po prostu uciec nie zauważony. 

- Więc pewnie obawiał się, że może go pan rozpoznać - wywnioskowała Cathy. 
- Widziałem tylko rękę - powiedział Costain. 
- Z grubymi palcami? - spytała przekornie. 

background image

 

16

Costain odwzajemnił jej porozumiewawczy uśmiech. Miło mu było, że Cathy krząta się wokół niego, mimo że w 

Hiszpanii nie znosił takich zabiegów. To oczywiście dlatego, że jest kobietą, pomyślał. Naprawdę dość atrakcyjną 
kobietą, szczególnie gdy się uśmiecha. 

-  Miał  rękawiczkę.  Może  to  zwykły  złodziej?  Chociaż  nie.  Złodziej  nie  uderzyłby  wiedząc,  że  zaraz  ktoś 

nadejdzie mi na pomoc. 

- Na pomoc czy wprost przeciwnie? - spytała nasączając plaster lekarstwem. 
- Powiedzmy: w dobrej wierze, by nie nazywać rzeczy po imieniu. 
- Może czasem lepiej nazywać rzeczy po imieniu. Czy nie zniknął pański portfel? 
Costain sięgnął do kieszeni. 
-  Nie.  Zegarek  również  jest  na  swoim  miejscu.  Sądzę,  że  człowiek,  który  państwa  napadł  w  domu,  poszedł  do 

parku w nadziei, iż spotkanie kochanków okaże się czymś innym. Szkoda, że mnie tam zobaczył. 

Cathy pochyliła się nad nim i delikatnie przyłożyła plaster. 
- Mam nadzieję, że rana zbyt panu nie dokucza. 
Podniósł rękę, żeby lepiej przykleić opatrunek i musnął palcami jej dłoń. Cathy natychmiast cofnęła rękę. 
- Proszę, niech pani to zrobi - powiedział opuszczając ręce. 
Delikatnie przycisnęła plaster. 
- Boli? 
-  To  zupełny  drobiazg  dla  weterana  spod  Badajos,  panno  Lyman.  Ta  mata  fanfaronada  to  specjalnie  dla  pani. 

Proszę  nie  powtarzać  tego  Gordonowi.  Lecz  nie  miałem  na  myśli  guza  na  głowie  żałując,  że  napastnik  mnie 
widział.  Fakt,  iż  wiedziałem  o  spotkaniu  w  parku,  upewni  go,  że  współpracujemy.  Skąd  inaczej  wiedziałbym  o 
tym? To może być niebezpieczne... 

Przyglądał  jej  się  przez  chwilę.  Cathy  pomyślała,  że  większe  niebezpieczeństwo  dla  niej  kryje  się  w  jego 

hipnotyzujących oczach. 

- Nie spostrzegła pani, jak wyglądał mój napastnik? - spytał w końcu. 
- Musiał już tam być, zanim ktokolwiek z nas się pojawił. 
Costain skinął potakująco głową. 
- Gordonowi się to nie spodoba, ale naprawdę muszę was poprosić o wycofanie się ze sprawy. 
-  Ma  pan  rację.  Więcej  przez  nas  kłopotu  niż  pożytku  -  zgodziła  się  niechętnie.  -  Żałuję,  że  ominie  mnie  taka 

przygoda. 

- Zaczyna pani  gustować  w szalonych pomysłach  i  niesamowitych  zdarzeniach, czyżbym się  mylił? Niech  pani 

będzie ostrożna, bo polubi pani Byrona. 

- To będzie wyłącznie pana wina. 
Gordon wrócił z herbatą na tacy. 
- Coś niesłychanego przyszło mi właśnie do głowy - powiedział z uśmiechem od ucha do ucha. - Wspomniał pan, 

że byłoby podejrzane, gdybym kręcił się w pobliżu Horse Guards... 

- W istocie, sądzę, że to nie najlepszy pomysł - przerwał mu Costain. 
- Ma pan rację. Muszę po prostu postarać się tam o pracę na cały etat. 
Cathy prawie usłyszała jęk duszy Costaina. 
- Obecnie nie zatrudniają nikogo - odparł szybko. 
-  Nic  nie  szkodzi.  Mama  wszędzie  ma  znajomości.  Nigdy  by  pan  nie  podejrzewał,  ile  koneksji  towarzyskich 

może  mieć  tak  domatorsko  nastawiona  osoba.  Ona  to  załatwi.  Czy  sądzi  pan,  że  mógłbym  dostać  pokój  obok 
pańskiego? 

- Jest zajęty. W Horse Guards wymagane są pewne kwalifikacje, sir Gordonie. 
- Proszę mówić mi Gordie. Jak wszyscy przyjaciele. A jeśli chodzi o kwalifikacje, do licha, mam zaliczone dwa 

lata Oksfordu. Umiem paplać po francusku jak ćwiczona papuga. Papa zadbał, byśmy poznali języki obce. Potrafię 
też czasem coś nabazgrać. Będę robił, co każą: przepisywał pisma czy cokolwiek innego. Niech tam! Mogę nawet 
parzyć herbatę. 

-  Gordie,  doskonale  wiesz,  że  to  nonsens  -  odezwała  się  Cathy.  -  Jakie  my  mamy  pojęcie  o  kontrywiadzie? 

Przeszkadzamy  tylko  lordowi  Costainowi  w  jego  działaniach.  Właśnie  obiecałam,  że  nie  będziemy  się  więcej 
wtrącać do tej sprawy. 

- Mów za siebie - z rozdrażnieniem stwierdził Gordon. - Jutro stawię się w Whitehall z prośbą o zatrudnienie. 
Costain zrozumiał w lot, że należy tego uniknąć za wszelką cenę. 
- Gordie, wydaje mi się, że lepiej będzie zachować anonimowość - powiedział. - Może pan być bardziej dla nas 

użyteczny  jako  wolny strzelec. - Spojrzał ponad ramieniem Gordona na Cathy, która z rozbawieniem potrząsnęła 
głową. 

Gordon wyraźnie się zainteresował. Tak naprawdę nie pociągało go siedzenie za biurkiem. A określenie „wolny 

strzelec” brzmiało zachęcająco. 

- Co ma pan na myśli, Costain? 
- Niezwykle by mi pomogło, gdyby mógł pan śledzić pewne osoby - odpowiedział, naprędce wymyślając jakieś 

background image

 

17

zadanie, które zajęłoby chłopaka. 

- To, oczywiście, wymagałoby przebrania - stwierdził ze śmiertelną powagą zawodowca Gordon. 
- Och, naturalnie! Przebranie to podstawowa sprawa. 
- Kogo mam śledzić? 
- Pewnego pracownika biura. - Costain umilkł, zastanawiając się nad kimś najmniej znaczącym. - Pana Leonarda, 

sekretarza  Cosgrave’a  -  ciągnął.  -  Mieszka  przy  Half  Moon  Street.  -  Ponieważ  pan  Leonard  całymi  dniami 
przesiadywał w biurze, dodał: - Oraz jego żonę. Dobrze byłoby, gdyby zorientował się pan w jej poczynaniach. 

- Żona działająca w cieniu, co? To mi pachnie czymś podejrzanym. 
Costain i Cathy wymienili rozbawione spojrzenia. 
- W najwyższym stopniu - przytaknął Costain. 
- Może ją pan opisać? 
- Nie, pańskim zadaniem będzie wyśledzić, w którym domu przy Half Moon Street mieszkają Leonardowie. Jeśli 

zobaczy pan damę wychodzącą z tego domu, proszę nie spuszczać jej z oka. 

- Nie wymknie się. Może pan na mnie liczyć. 
- Anglia na pana liczy. 
- Anglia nie mogłaby znaleźć się w lepszych rękach. 
Gordon  wziął  sobie  głęboko  do  serca  nowe  zadanie  i  przez  następne  pięć  minut  pochłonęło  go  całkowicie 

omawianie szczegółów  maskującego stroju. Zamierzał przebrać się za kapelana, używając starego płaszcza ojca  i 
podniszczonego kapelusza. 

Kiedy lord Costain poczuł się na tyle lepiej, by wyjść, Gordon wybiegł na ulicę w poszukiwaniu dorożki. 
Cathy podeszła z gościem do drzwi. 
- No, cóż... - powiedziała cicho. - Chyba musimy powiedzieć sobie do widzenia, lordzie Costain. 
Zdziwiony uniósł brwi. 
-  To  dezercja!  Zostawi  mnie  pani  na  pastwę  Gordiego,  mimo  że  to  pani  właśnie  ściągnęła  mi  go  na  głowę? 

Spodziewam się pani pomocy w wymyślaniu dla niego kolejnych zadań wagi państwowej. 

- Podejrzewałam, że pani Leonard to podstęp. 
-  Odwiedzę  państwa  jutro  po  drodze  na  raut  u  lady  Martin  i  wysłucham  raportu  Gordona.  -  Przez  chwilę  się 

wahał, po czym powiedział: - Możliwe, że napastnik tam będzie, sir John Martin pracuje przecież w Horse Guards. 
Mogłaby go pani rozpoznać. Zastanawiam się... Czy pani matka pozwoliłaby pani pójść ze mną na to przyjęcie? 

- Tak, nie miałaby nic przeciw temu - odpowiedziała bez cienia kokieterii. 
- Czy odpowiada pani godzina dziewiąta? 
- Doskonale, milordzie - zgodziła się tłumiąc nieoczekiwaną radość. 
- W takim razie, à demain. - Skłonił się i wyszedł w chwili, gdy Gordon zatrzymał dorożkę. 
W drodze  do  domu Costain zastanawiał się, czy  nie zachował się  niegrzecznie. Lady Lyman z pewnością miała 

na niego oko jako ewentualnego zięcia. Miał zamiar wrócić do Hiszpanii, gdy tylko upora się z zadaniem w Horse 
Guards, a lekarz uzna ranę w nodze za wyleczoną. Nierozsądnie byłoby angażować się w znajomość z damą, jeśli 
nie pragnie jej poślubić. Cathy Lyman nie wyglądała na osobę, która traktuje takie sprawy lekko. Nie ma w sobie 
nic z pustej flirciarki czy kokietki. A poza tym nie jest już dzieckiem. Z pewnością myśli o zamążpójściu. 

Pomyślał, że najlepiej będzie zaprosić również Gordona na ten raut u lady Martin, sugerując czysto profesjonalne 

intencje. 

Myśli  Cathy  tej  nocy  nie  krążyły  wokół  tematu  małżeństwa.  Costain  dał  jasno  do  zrozumienia,  że  ich  wspólne 

wyjście ma charakter zawodowy. Czuła, jakby lord Costain był kimś nieosiągalnym, i marzyła jedynie, żeby mama 
go  nie spłoszyła. Jakże  miło byłoby pójść z tak przystojnym  mężczyzną na kilka przyjęć,  nawet  gdyby  nie  łączył 
ich żaden romans. Może spotkałaby kogoś, kto by ją pokochał, a jeśli nie - no, cóż, przynajmniej spędziłaby wesoło 
czas w oczekiwaniu wyjazdu do Włoch z Gordonem. 

 

Rozdział 5 

W pełni usatysfakcjonowana informacjami wyczytanymi w „Debretfs Peerage”, nazajutrz wieczorem lady Lyman 

włożyła  swą  najelegantszą  toaletę  w  związku  z  wizytą  trzeciego  syna  księcia  Halforda.  Raczyła  nawet  pożyczyć 
Cathy na raut u lady Martin swój diamentowy naszyjnik. 

- Widział już przecież twoje szmaragdy - skomentowała krótko. - Nie chcemy, by pomyślał, że masz tylko jeden 

przyzwoity naszyjnik. Zresztą i tak postanowiłam podarować ci go w prezencie ślubnym, Cathy. 

- To tylko raut, mamo. Nie powinnaś wiązać z tym szczególnych nadziei - powiedziała Cathy, szczęśliwa jednak, 

że może włożyć tego wieczoru diamenty. 

Przyozdobiły  specjalnie  na  tę  okazję  dość  skromną  w  kroju  wiśniową  suknię  z  pięknego  jedwabiu.  Toaleta 

wyglądała  jak  nowa,  mimo  że  Cathy  miała  ją  już  od  trzech  lat.  Nauczyła  się  kupować  niezbyt  ekstrawaganckie 
stroje, które nie wychodziły szybko z mody i przyozdobione nowym szalem, wstążką czy klejnotem świetnie służy-
ły przez kilka sezonów. 

-  Tylko  raut?...  Zaprosił  też  przecież  Gordona.  Moja  droga,  to  najlepiej  świadczy  o  poważnych  zamiarach. 

background image

 

18

Dżentelmen nie zaprasza brata swej damy, dopóki jego intencje nie są sprecyzowane. 

- Twoja matka  ma rację -  odezwał się Rodney. - Nie  zadawałby sobie tyle trudu, gdyby  nie  chodziło  o ciebie. - 

Nie wierzył w ani jedno swoje słowo, lecz lubił przyznawać siostrze rację, szczególnie w sytuacjach, kiedy nic go 
to nie kosztowało. 

Zanim  gość  pojawił  się  tego  wieczoru,  lady  Lyman  znała  już  nazwę  jego  posiadłości.  Z  księgi  parów  Wielkiej 

Brytanii  dowiedziała  się,  że  lord  Costain  jest  dziedzicem  Pargeter  w  Wiltshire.  Kiedy  przyszedł,  sondując 
delikatnie jego stan majątkowy, spytała: 

- Zamierza pan spędzić Boże Narodzenie z rodziną, lordzie Costain, czy też we własnej posiadłości w Wiltshire? 
- Jeśli wyjadę z miasta, spędzę święta u rodziców - odpowiedział niejasno. 
-  A  kto  zajmuje  się  majątkiem  Pargeter  podczas  pańskiej  nieobecności?  Nierozważnie  jest  pozostawiać  na  zbyt 

długo posiadłość pod opieką służby. Kończy się to najczęściej ogromnymi stratami, jeśli nie upadkiem. Czy hoduje 
pan bydło w Pargeter? 

- Tak - odparł. - Zarządcą jest mój kuzyn, który wspaniale dba o gospodarstwo. Sądzę, że lepiej daje sobie radę, 

niż ja bym to zrobił. 

- To spory majątek, nieprawdaż? 
- Kiedyś posiadłość była niewielka, lecz z biegiem lat, zanim się urodziłem, osiągnęła około tysiąca akrów, o ile 

się nie mylę. 

- Ach... - Pokiwała głową. - A dom? Czy to jedna z tych historycznych siedzib? 
- Datuje się z czasów królowej Anny, madame. Interesują panią stare zamki? 
Udało  mu  się  sprowadzić  rozmowę  na  temat  architektury  i  uciec  od  spraw  osobistych,  nie  zrażając  przy  tym 

gospodyni. 

Kiedy  wyruszyli  na  przyjęcie,  stwierdził,  że  Gordon  chyba  nieprzypadkowo  nie  towarzyszy  im  w  drodze,  lecz 

jedzie  oddzielnym  powozem.  Wyglądało  to  na  przemyślany  manewr,  by  zostawić  go  z  Cathy  sam  na  sam.  Lady 
Lyman  myślała  o  wszystkim.  Jej  pytania  zdradzały  jasno  tok  myślenia  i  Costain  poczuł,  że  musi  wyjaśnić 
dziewczynie, jak się sprawy mają. 

-  Żałuję,  że  nie  mogę  więcej  czasu  spędzać  w  Pargeter  -  powiedział.  -  Ze  względu  na  mój  rychły  wyjazd  do 

Hiszpanii nie chcę przeszkadzać kuzynowi Paulowi w zarządzaniu majątkiem według jego uznania. 

Wydawała się zupełnie nie poruszona tą informacją. 
- Z pewnością czeka pan, aż noga zupełnie wyzdrowieje. Czy odczuwa pan poprawę? 
- Och tak. Głowa też miewa się dużo lepiej. Pani opatrunek zdziałał cuda. Wyjechałbym jutro, gdyby nie zadanie, 

jakie powierzył mi Castlereagh. Lekarz twierdzi, że nogę trzeba jeszcze trochę oszczędzać. Upiera się, bym został 
w  Anglii do  wiosny. - To dawało  mu duży  margines czasu bez narażania się  na niepotrzebne powikłania. - Może 
wyjadę wcześniej - dodał niezręcznie. - Praktycznie mogę wyjechać każdego dnia, gdy tylko wyjaśni się sprawa w 
Horse Guards. 

Cathy odwróciła się do niego w powozie i powiedziała bez ogródek: 
-  Proszę  nie  zwracać  uwagi  na  mamę.  Zachowuje  się  tak  samo  w  stosunku  do  wszystkich  moich  gości.  Nie 

próbuję pana złapać na męża, jeśli o to chodzi. 

- Ależ droga panno Lyman! - Roześmiał się nerwowo. - Nie pochlebiałbym sobie tak bardzo, proszę mi wierzyć. 
- Oczywiście - zgodziła się skwapliwie. - Jest pan jedynie młodszym synem, lecz kiedy czyjaś córka zbliża się do 

dwudziestu pięciu lat, matki obniżają swe wymagania. 

- Doskonale więc... Ponieważ jesteśmy szczerzy, a bardzo sobie cenię szczerość w podobnych sprawach, powiem 

pani, że skłamałem. Posiadłość Pargeter liczy dwa i pół tysiąca akrów pierwszorzędnych pastwisk. 

- Nie powtórzę tego mamie - powiedziała Cathy i roześmiała się, nie było jej jednak szczególnie wesoło. 
- To oczyszcza atmosferę między nami! 
-  Czy  w  Horse  Guards  wydarzyło  się  dziś  coś  ciekawego?  -  spytała,  by  podkreślić  w  jakim  świetle  widzi  ich 

wspólne wyjście. 

- Sądzę, że Harold Leonard zaczyna mi odrobinę ufać. Rano powierzył mi pewne pismo, gdyż sam nie czuł się na 

sitach  tym  zająć.  Miał  gorączkę,  to  chyba  silne  przeziębienie,  i  wcześniej  wyszedł  do  domu.  Pan  Burack  nie 
wyglądał  na uszczęśliwionego, że powierzono  mi jakiś dokument do rozpatrzenia. Lord Cosgrave wpadł  w  szał z 
jakiegoś powodu i rzucił kałamarzem w ścianę. 

- A lord Costain? 
-  Zajął  się  odpowiedzią  na  niezbyt  ważne  pismo:  prośbę  rządu  o  pewne  informacje,  po  czym  ślęczał  nad 

regulaminem  formalnej  procedury  w  odniesieniu  do  tajnych  dokumentów.  Nawet  w  tak  rzadkich  sytuacjach  jak 
dzisiejsza muszę wiedzieć dokładnie, co zrobić z danym dokumentem. A co zdziałał dziś nasz tajny agent? 

- Detektyw zakochał się w pani Leonard - stwierdziła Cathy. 
- W pani Leonard? Musi lubić starsze damy. Jestem zdumiony. Jej mąż to stary, nudny fajtłapa. 
- Och, żona jest zupełnie inna! Gordon twierdzi, że to diament pierwszej wody, co znaczy, że nie jest ani szpetna, 

ani stara. 

- Jeśli  odkrył coś, co ją kompromituje,  musimy to tak  wyolbrzymić, by przestał sobie  wyobrażać, że jest  w niej 

background image

 

19

zakochany. 

Cathy popatrzyła na Costaina zaskoczona. 
-  Więcej  się  po  panu  spodziewałam,  miłośniku  Byrona!  Urok  grzechu  sprawi  jedynie,  że  stanie  się  dla  niego 

bardziej pociągająca. Musimy użyć spartańskiej metody. 

- Ma pani na myśli namoczenie go w zimnej wodzie? 
-  Gra  na  flecie  -  oświadczyła.  -  Spartanie  mieli  tak  naturalny  pociąg  do  walki,  że  uczono  ich  gry  na  flecie,  by 

złagodzić  gwałtowny  temperament.  Gordona  tak  podniecają  romanse  i  intrygi,  że  jedynym  sposobem 
powściągnięcia  jego apetytu będzie  wmówienie  mu, iż pani Leonard  jest  osobą  godną szacunku. Oczywiście,  nie 
twierdzę, że nie jest - dodała pospiesznie. - Nic nie wiem o tej damie. 

-  Ja  też  nie,  lecz  znam  jej  męża  i  jeśli  pani  Leonard  jest  podobna  do  niego,  nie  sądzę,  by  cokolwiek  groziło 

Gordonowi. 

Przyjęcie było w pełnym toku, gdy przybyli na miejsce. Lady Martin udekorowała sufit swego ogromnego salonu 

witkami  trzciny  i  czerwonym  aksamitem  z  okazji  zbliżającego  się  zimowego  sezonu.  Koloryt  wiosennych, 
pastelowych sukien pań zajęły miejsce barwy miedzi, zieleni i wiśni. 

Gospodynię  cieszyło, że złapała tego  wieczoru w swoją sieć  lorda Costaina i  z zaciekawieniem przyglądała się, 

kogóż to ze sobą przyprowadził. Twarz towarzyszącej mu damy wydawała jej się skądś znajoma, nie mogła sobie 
jednak przypomnieć nazwiska. 

- Pozwoli pani przedstawić sobie pannę Lyman - powiedział Costain. 
- Panna Lyman? Czyżby córka sir Aubreya? Spotkałam panią wieki temu we Francji. Pewnie pani nie pamięta. 
Costain spostrzegł rumieniec zażenowania na twarzy Cathy. 
-  Tak,  pamiętam  -  odpowiedziała.  -  To  było  na  przełomie  wieków,  wydaje  mi  się,  podczas  przyjęcia 

noworocznego, w którym mogły uczestniczyć również dzieci. 

-  A  więc  pani  jest  Cathy  Lyman  -  powiedziała  lady  Martin,  uważnie  lustrując  postać  dziewczyny  od  stóp  do 

głowy. 

- Dzieci wyrosły na czarujące damy, nie sądzi pani? - spytał Costain. 
- W istocie! A jak miewa się pani matka, panno Lyman? 
- Cieszy się świetnym zdrowiem, madame. Przekażę mamie, że pytała pani o nią. 
Przeszli do sali balowej, gdzie zaczynał właśnie rozbrzmiewać walc. Costain niepewnie zerknął na Cathy. Noga 

nieco  mu  dokuczała po  eskapadzie  do parku St. James. Dałby sobie świetnie radę z  innym tańcem,  lecz  w  walcu 
partnerka odczuje każde jego potknięcie. 

Podniosła na niego lekko zirytowane spojrzenie. 
- Nie, nie jestem mistrzynią walca - powiedziała. - Taki taniec nie istniał w czasach, gdy odbierałam edukację. 
Uniósł brwi. 
-  A  jaki  taniec  był  modny  w  zamierzchłych  czasach,  kiedy  odbierała  pani  edukację,  mademoiselle?  -  spytał 

żartobliwie. 

-  Podrygiwaliśmy  w  kółku  w  takt  bębenka,  ponieważ  nie  było  wtedy  jeszcze  prawdziwych  instrumentów 

muzycznych. 

-  Proszę  przyjąć  wyrazy  mego  podziwu,  wspaniale  się  pani  zachowała  do  naszych  czasów.  Jest  pani  odrobinę 

starsza, niż sądziłem, i na tyle wiekowa, by wyzbyć się barbarzyńskich manier mrocznej przeszłości. 

- Sędziwy wiek nie przeszkodzi mi jednak. Zatańczę walca! Kiedyś przychodził do nas wynajęty przez mamę dla 

Gordona nauczyciel tańca. 

- Nie dla Cathy? 
Po raz pierwszy użył jej imienia. Zauważyła to, lecz nie zareagowała. 
- Gordon naturalnie potrzebował partnerki - odparła. 
- Oto kobieta z  charakterem... - powiedział przyglądając jej się  z  lekkim uśmieszkiem.  - W oczach  lady Martin 

pozostała  pani  grzeczną  dziewczynką,  wobec  mnie  jednak  nie  oszczędza  pani  swoich  ostrych  pazurków.  Czym 
sobie na to zasłużyłem? 

- Niczym, ale był pan tego bliski. 
- Ależ nie, źle mnie pani zrozumiała. Proszę o odrobinę cierpliwości, zanim znów mnie pani porani. A popełnię 

pewnie tego wieczoru tyle niezręczności, że będzie ku temu okazja. Batem się, czy nie okażę się dla pani kiepskim 
partnerem w walcu. - Znacząco zerknął na nogę. 

Cathy podniosła dłoń do ust. 
- Och, pańska noga! Przepraszam, Costain. Zupełnie nic nie widać, kiedy pan chodzi. Zapomniałam... 
Costain nie lubił użalać się nad swoją raną. Machnął ręką i powiedział: 
- Nie chodzi o nogę, lecz o dwie lewe nogi, dlatego się zawahałem. Zresztą, jeśli pani pozwoli, jestem gotów. 
Cathy przygryzła wargę. 
- Na pewno? 
- Chodźmy - powiedział stanowczo. - Tracimy tę piękną muzykę. 
Chwycił  ją  w  ramiona  i  dołączyli  do  wirujących  par.  Cathy  z  ogromną  przyjemnością  stwierdziła,  że  jest 

background image

 

20

obiektem  powszechnego  zainteresowania.  Wiedziała,  że  zawdzięcza  to  osobie  swego  partnera,  nie  psuło  jej  to 
jednak  zupełnie  doskonałego  humoru.  Costain  dobrze  tańczył  walca,  szczególnie,  jeśli  wziąć  pod  uwagę  jego 
sztywną  nogę.  Falujący  i  wirujący  w  takt  muzyki  tłum  wprowadzał  nastrój  euforii.  Takie  powinno  być  życie. 
Właśnie tak wyobrażała sobie przyszłość, kiedy była młodsza. 

Gdy Costain z uśmiechem pochylił głowę, przez moment pomyślała, że mu się podoba. W jego oczach dostrzegła 

jakiś szczególny błysk. 

- Widzę, że lady Jersey przygląda się pani ze zmarszczonym czołem, panno Lyman. Nie wygląda na przekonaną, 

że pani podeszły wiek upoważnia do walcowania bez jej zezwolenia. 

- Może powinnam była przyjść w panieńskim czepeczku... 
-  Nie,  raczej  w  turbanie.  Świetnie  pasowałby  do  pani  urody.  Z  trzema  piórami  przypiętymi  broszą.  Koniecznie 

trzy piękne pióra. Dwa nie dają należnego efektu. 

- Nie dlatego wpina się trzy pióra. Trójka jest szczęśliwą liczbą - powiedziała. 
Cathy  nigdy  nie  była  mistrzynią  salonowych  rozmówek  tego  rodzaju,  ale  teraz  taniec  wprawił  ją  w  tak 

euforyczny nastrój, że to przekomarzanie się sprawiało jej przyjemność. 

-  Nie  przyszłoby  mi  na  myśl,  że  wierzy  pani  w  tak  niedorzeczny  przesąd,  panno  Lyman.  Wszyscy  wiedzą,  że 

najszczęśliwszą  liczbą  jest  siódemka.  Proszę  wyobrazić  sobie  damy  wystrojone  w  tyle  piór.  Istny  strusi  ogon  na 
głowie! Swoją drogą, cóż za malowniczy obraz: tłum strusi walcujących w salonie lady Martin. 

- Och, co też pan wymyśla!... - Roześmiała się. 
Dostrzegł  w  jej  oczach  blask  i  poczuł  się  winny.  To,  co  dla  niego  było  zwykłym  żartem,  ona  wydawała  się 

odbierać jako flirt. Zmienił nieco ton: 

- Zauważyła pani kogoś podobnego do napastnika? 
Pytanie  sprowadziło  Cathy  brutalnie  na  ziemię.  Była  dotąd  tak  pochłonięta  Costainem,  że  nawet  się  nie 

rozejrzała. Zrobiła to jednak teraz. Wszyscy mężczyźni wokół byli raczej przeciętnego wzrostu i postury, żaden nie 
wyróżniał się niczym specjalnym. Tak niewiele pamiętała, że jakiekolwiek porównania nie miały sensu. 

- Nie - powiedziała. - Może Gordon ma więcej szczęścia. 
- Poszukamy go później. Teraz cieszmy się muzyką. 
Czar wieczoru prysł w tej chwili, lecz Costain zachowywał się bardzo uprzejmie. Po każdym tańcu podchodził do 

niej  i  przedstawiał  kolejnych  dżentelmenów.  Odnowiła  również  znajomość  z  kilkoma  dawniej  spotkanymi 
osobami, co sprawiło jej prawdziwą radość. Tylko jedno psuto jej humor. Dlaczego Costain przedstawia jej takich 
starych mężczyzn? Dwóch z nich było wdowcami, a jeden nawet lekko siwiał. Czyżby uważał, że jest za stara dla 
jego rówieśników? Ma przecież co najmniej pięć lat mniej od Costaina. 

Ucieszyła się, gdy pod koniec kotyliona podszedł do nich przystojny młody dżentelmen. 
- Costain - powiedział z uśmiechem. - Czy mogę zatańczyć z twoją uroczą partnerką? 
Widząc, że Cathy przygląda mu się z sympatią, Costain odpowiedział: 
- Oczywiście. Panno Lyman, oto mój kolega, pan Burack. 
Składając ukłon, Cathy  nie bez przyjemności przyjrzała się dokładnie panu Burackowi. Był to postawny  młody 

człowiek o włosach z takim samym kasztanowatym odcieniem jak jej, brązowych oczach i miłym uśmiechu. Jego 
żakiet był równie nienagannie skrojony jak ubranie Costaina i podkreślał jeszcze lepiej zgrabną sylwetkę. 

Kiedy odeszli na parkiet, Burack spytał: 
- Od dawna zna pani Costaina? 
- Nie, proszę pana. Czy panowie są starymi przyjaciółmi? 
- Poznałem go dopiero tydzień temu, gdy zaczął pracować dla Cosgrave’a. Bohater wojenny, z tego co słyszałem. 
- Tak, został postrzelony w nogę pod Badajos. 
- Dziwne, że tak świetnie tańczy - skomentował pan Burack. 
-  Rana  szybko  się  goi  -  odpowiedziała  spoglądając  na  niego  podejrzliwie.  Czyżby  sugerował,  że  Costain 

symuluje? - Lord Costain nie może doczekać się wyjazdu do Hiszpanii - dodała. 

- Wydaje mi się, że trudno mu wytrzymać bez przygód. U nas w Horse Guards jest dość nudno. Chyba niechętnie 

przyjął tę pracę. 

- Sądzę, że lord Costain należy do mężczyzn, którzy lubią działać i służyć krajowi. 
- Jakże to szlachetne. 
Ton  pana  Buracka  nie  zdradzał  jednak  szczerego  podziwu.  Cathy  wyczuta  w  jego  zachowaniu  coś  w  rodzaju 

urazy.  Czy  była  to  tylko  zwykła  męska  zazdrość  o  zasługi  wojenne?  Czy  obawiał  się,  że  Costain  przyćmi  jego 
osobę również w pracy? 

Kolejne pytanie Buracka wprawiło ją w stan alarmu: 
- Jak państwo się poznali? - Przeszywał ją świdrującym wzrokiem. 
-  Nasze  rodziny  znają  się  od  dawna,  panie  Burack  -  powiedziała  chłodno  i  natychmiast  zmieniła  temat:  -  To 

chyba pierwsze przyjęcie w sezonie, prawda? Jak pięknie pachną gałązki jedliny. 

Pan  Burack  wyglądał  na  zawiedzionego,  lecz  dobre  wychowanie  nakazywało  przerwać  rozmowę  na  temat 

Costaina, Jeśli dama tak jednoznacznie się temu sprzeciwiała. 

background image

 

21

Pod koniec tańca powiedział: 
- Czy pozwoli pani złożyć sobie wizytę któregoś dnia, panno Lyman? 
- Jeśli ma pan ochotę - odpowiedziała bez entuzjazmu. 
- Gdzie pani mieszka? 
- Przy King Charles Street, niedaleko miejsca, gdzie pan pracuje. 
- Ach tak!... - W jego głosie brzmiało zdziwienie. 
Costain pojawił się zaraz po zakończeniu tańca. 
- Napijmy się wina - powiedział i odciągnął Cathy na bok. 
- Wypytywał mnie, lordzie Costain! - powiedziała wzburzona. - Czy to możliwe, by powodem kłopotów w Horse 

Guards był pan Burack? 

Costaina zainteresowała ta sugestia. 
- Jest podobny do napastnika? 
Cathy zatrzymała się w drzwiach salonu i obejrzała za siebie. Wyobraziła sobie Buracka w kapeluszu wciśniętym 

na oczy, z chustką zakrywającą resztę twarzy. 

- Wydaje mi się, że to był starszy, szczuplejszy mężczyzna. Może, gdyby przygarbił ramiona... 
- A głos? - pytał coraz bardziej zaciekawiony Costain. 
- Jest zupełnie inny, ale napastnik umyślnie mówił niskim tonem, żeby mnie przestraszyć. 
- Dziwne, że tak koniecznie chciał panią poznać. 
Cathy znów poczuła wzrastającą irytację: 
- Zdarza się czasem, że jakiś dżentelmen pragnie być mi przedstawiony. 
Costain na chwilę spuścił głowę zagryzając wargi, a potem roześmiał się. 
-  Uprzedzałem  panią,  że  moja  niezręczność  prędzej  czy  później  wyprowadzi  panią  z  równowagi.  Jeśli  mogę 

naprawić jakoś błąd, to powiem, że lord Duncan i sir Andrew Longford usilnie prosili o okazję poznania pani. 

-  Najwyraźniej  moje  uroki  doceniają  jedynie  dojrzali  mężczyźni.  -  Nie  była  zbyt  ucieszona,  gdyż  obaj 

wymienieni panowie zbliżali się do czterdziestki. 

-  Burack  nie  jest  starcem  -  zauważył,  a  kiedy  potrząsnęła  głową  poprawiając  włosy,  dodał:  -  I  Costain, 

przedwcześnie dojrzały jak na swój młodzieńczy wiek dwudziestu dziewięciu lat, również docenia pani czar. 

- Chodźmy sprawdzić, czy Gordonowi się nie poszczęściło - powiedziała i wyszli z salonu. 
Młody  Lyman  wyszedł  im  na  spotkanie  z  bocznego  saloniku.  Cathy  natychmiast  podzieliła  się  z  nim  swymi 

podejrzeniami wobec Buracka. 

- Co właściwie chciał z ciebie wyciągnąć? - spytał Gordon. 
-  Od  jak  dawna  znam  lorda  Costaina,  jak  się  poznaliśmy  i  stwierdził,  że  to  dziwne,  iż  tak  dobrze  tańczy  ze 

zranioną podobno nogą. 

-  Daję  słowo,  ten  typ  to  zwykły  prostak!  -  wykrzyknął  Gordon.  -  Jest  albo  zielony  z  zazdrości,  albo  to  nasz 

szpieg. 

- To rzeczywiście mogła być zazdrość - zastanowiła się Cathy, po czym gwałtownie odwróciła się do Costaina. - 

Nie o mnie oczywiście. Miałam na myśli pański tytuł i zasługi wojenne. 

-  Głupie  gadanie!  To  prostak  w  przebraniu  dżentelmena  -  zadrwił  Gordon.  -  Zapomnijmy  o  nim.  Mam  coś 

naprawdę interesującego do zameldowania, Costain. 

Rozejrzał się  wokół. Tłum kierował się do bocznego saloniku, gdzie szpaler służących ustawiał  gorące potrawy 

na stole. W powietrzu unosił się aromat homarów duszonych w winnym sosie i zapach pieczeni. 

- Znajdziemy jakieś spokojne miejsce - powiedział Gordon i ruszył korytarzem. 
Zatrzymał się przy drzwiach biblioteki i skinął głową, żeby weszli za nim. 
- A co z kolacją? Jestem głodna - spytała Cathy. 
-  Do  licha,  czy  tobie  wydaje  się,  że  praca  wywiadowcy  polega  na  tańczeniu  walca  i  zajadaniu  smakołyków?  - 

zbeształ ją brat. - Przez cały dzień włóczyłem się po lodowatych zaułkach wśród świszczącego wietrzyska, by nie 
stracić z oczu pani Leonard. Muszę przekazać mój raport lordowi Costainowi. 

- Zjemy później - pojednawczo powiedział Costain i wprowadził Cathy do biblioteki. 

 

Rozdział 6 

Zapobiegliwa gospodyni przygotowała w bibliotece karafkę sherry i kieliszki, gdyby ktoś z gości zechciał się tu 

schronić. Gordon podszedł do stolika przy palącym się kominku, nalał trunku i rozdał kieliszki. 

- Na zdrowie - powiedział  i przysiadłszy  na krawędzi fotela, pochylił się  do Costaina, który swobodnie rozsiadł 

się na kanapie obok Cathy. Oczy Gordona błyszczały z podniecenia. 

Costain  był  zmęczony  po  całym  dniu  pracy  i  tańcach  tego  wieczoru.  Miał  ochotę  odprężyć  się  przy  ogniu 

kominka i winie. Rodzeństwo Lymanów najwidoczniej wzięło sobie do serca swój udział w szpiegowskiej aferze, 
ale  ponieważ  nie  groziło  im  żadne  realne  niebezpieczeństwo,  postanowił  traktować  sprawę  jak  pewnego  rodzaju 
grę. 

- Co pan odkrył, Gordonie? - spytał. 

background image

 

22

Klnę się na Boga, Costain, pani Leonard to strzał w dziesiątkę. Siedzi w tym po czubek swego ślicznego noska. 

Ma powiązania ze wszystkimi Francuzami w mieście. 

- Co pan powie? 
-  Tak,  sir.  Francuska  krawcowa  szyje  jej  suknie,  madame  Marchand.  Francuska  modystka  dostarcza  jej 

kapeluszy, mademoiselle Dutroit, której pracownia znajduje się tuż obok salonu madame Marchand. To prawdziwa 
klika. A ona, pani Leonard, była dziś również w sklepie z zabawkami po drugiej stronie ulicy. Właściciele używają 
nazwiska Whitfield, udając, że są Anglikami, lecz połowa rzeczy w sklepie pochodzi z Francji. Jak sprowadzają to 
wszystko, kiedy jesteśmy z Francuzami w stanie wojny? Mają lusterka, perfumy i wszystkie te śmieszne drobiazgi, 
które  kobiety  ustawiają  na  toaletkach.  -  Wzburzenie  sprawiło,  że  nieświadomie  parodiował  w  tej  chwili  sposób 
bycia swego ojca. Przemowa nabrała na koniec tonu wyroczni. - To niedopuszczalne, by Francuzi do tego stopnia 
panoszyli się na Bond Street. Powinien się pan tym zająć. 

-  Większość  eleganckich  kobiet  ubiera  się  u  francuskich  krawcowych,  Gordie  -  zauważyła  Cathy,  spoglądając 

pytająco na Costaina. 

- A francuska modystka? Odpowiedz mi na to pytanie! 
-  Mama  ostatnio  kupiła  kapelusz  u  mademoiselle  Dutroit.  Sama  chciałabym  mieć  ten  piękny  czerwony,  który 

widziałam u niej na wystawie. Ze wspaniałą czarną kokardą z przodu. 

-  Pociesznie  byś  w  czymś  takim  wyglądała,  Cathy.  Do  kapelusza  w  tym  stylu  trzeba  mieć  odpowiednią  twarz. 

Poza tym pani Leonard kupiła go dzisiaj. Wyglądała w nim wprost bosko! 

- Ależ cena była zawrotna! - powiedziała Cathy. - Pani Leonard musi być bogata. 
-  Jeśli  jest  bogata,  to  są  to  jej  własne  pieniądze  -  stwierdził  Costain  w  zamyśleniu  pocierając  brodę.  -  Harold 

Leonard ma jedynie skromną pensję. Często narzeka na wysokie koszty życia w Londynie. Jakiego rodzaju kobietą 
jest pani Leonard? 

-  Dama  pierwszej  klasy.  Dobry  powóz,  piękne  czarne  futro,  kruczoczarne  lśniące  włosy,  delikatna  jasna  cera, 

ciemne oczy i cudowna figura. 

- Albo ma przyjaciela, albo własny majątek - zdecydował Costain. - To dziwne, że młoda piękność związała się z 

panem Leonardom, który nie może poszczycić się ani sławą, ani bogactwem. 

- Zapytamy mamę - powiedział Gordon. - Ona zna wszystkich albo kogoś, kto zna wszystkich. Nie uwierzy pan, 

ale przyjaźniła się w młodości z księżną Devonshire. Do dziś otrzymuje na urodziny życzenia od księcia regenta. 

Ponieważ  Gordon  nie  zdradzał  objawów  niebezpiecznego  zaślepienia  panią  Leonard,  a  ona  wydawała  się  dość 

aktywna, by chłopak miał zajęcie, Costain skłonny był pozwolić mu nadal ją śledzić. 

-  Szkoda,  że  pan  Leonard  zapadł  na  zdrowiu,  gdyż  mielibyśmy  okazję  ujrzeć  dziś  jego  niezwykłą  żonę  - 

powiedziała Cathy. 

Gordon popatrzył na nią zdumiony. 
- Co ty wygadujesz? Ona tu jest! Jak ci się wydaje, dlaczego mimo obecności panny Stanfield kręciłem się koło 

salonu do gry w karty? Nie spuszczałem z oka pani Leonard. 

- Ona tu jest? - Cathy odstawiła swój kieliszek. 
- Właśnie ci powiedziałem. 
- Chodźmy ją zobaczyć - stwierdziła wstając. 
- Popatrzeć nie zaszkodzi - powiedział Costain niechętnie podnosząc się z kanapy. - Lecz niech pan nie zwraca na 

siebie uwagi, Gordonie. Takie sprawy wymagają dyskrecji. 

Gordon w skupieniu dotknął palcem nosa. 
- Mama będzie tu nieoceniona... Przykro mi, że nie mogę pana przedstawić pani Leonard, gdyż sam nie zdołałem 

jeszcze  oficjalnie zawrzeć znajomości,  mimo  iż rozmawiałem  z  nią. Upuściła  kartę  na podłogę, a  ja jej podałem. 
Powiedziała:  „Dziękuję”.  W  zapomnieniu  wyrwało  jej  się  kilka  słów  po  francusku  do  partnera  w  grze.  To  chyba 
było: N’est-ce pas

- Każdy używa tego zwrotu! - roześmiała się Cathy. 
- Tak, lecz ona wypowiedziała to ze specjalnym akcentem - podkreślił. 
- Może fakt, iż pracuję z jej mężem, ułatwi zawarcie znajomości - powiedział Costain. - Proszę mi to zostawić. 
Kiedy  weszli  do  salonu,  gdzie  posilali  się  goście,  Gordon  wskazał  im  ową  niezwykłą  damę.  Pani  Leonard 

wyglądała  tak,  jak  ją  opisał:  była  to  piękna  brunetka  w  dojrzałym  wieku,  ubrana  strojnie  i  dość  wyraźnie 
uszminkowana. Na szyi miała ciężki sznur pereł, a wspaniała diamentowa brosza we włosach podtrzymywała trzy 
zdobiące  fryzurę  pióra.  Costain  patrzył  jak  urzeczony.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  ten  stary  nudziarz  Harold  Leonard 
ma  tak  olśniewającą  żonę.  Różnica  wieku  była  tak  duża,  że  mógłby  chyba  być  jej  ojcem.  Po  lewej  stronie  pani 
Leonard zauważył jedno wolne miejsce. 

- Poproszę lady Martin, żeby posadziła mnie obok niej - powiedział. - Po drugiej stronie stołu widzę dwa wolne 

miejsca. Może zaprowadzi pan tam siostrę, Gordonie? 

- Oczywiście. Najwyższy czas coś przekąsić, umieram z głodu. Chodź, Cathy. 
Cathy spojrzała na Costaina z wyrzutem. 
- Mam nadzieję, że zje pan kolację  w  miłym towarzystwie, lordzie Costain - powiedziała i zamaszyście odeszła 

background image

 

23

za bratem. 

Wokół panował zgiełk i szum różnych rozmów, nie słychać więc było, o czym  mówią goście po drugiej stronie 

stołu.  Do  Cathy  dotarły  jednak  urywki  konwersacji.  Costain  przedstawił  się  i  ze  świetnie  udanym  zaskoczeniem 
ucieszył się na wieść, że pani Leonard jest żoną jego kolegi z biura. 

-  Jest  pani  tak  młoda!  -  stwierdził  pełnym  podziwu  tonem,  po  czym  roześmiał  się  tym  znanym  Cathy,  pół 

uwodzicielskim,  pół  nieśmiałym  śmiechem  i  dodał:  -  Ależ  jestem  nietaktowny,  można  by  pomyśleć,  że  pan 
Leonard jest wiekowym staruszkiem. 

Pani Leonard zamrugała swymi długimi rzęsami. 
- Wybaczam panu, lordzie Costain. Często słyszę podobne uwagi. To prawda, że jest między nami pewna różnica 

wieku, lecz staram się dobrze grać rolę matrony. Stąd pióra przy fryzurze... - dorzuciła kokieteryjnie. 

- Są absolutnie urocze, madame. Bardzo gustowne. 
Jakżeż  on  umie  prawić  komplementy,  pomyślała  Cathy.  Tak  samo  uśmiechał  się  do  niej  w  walcu.  Jakiś  pan 

Hargrave  po  jej  lewej  stronie  próbował  podtrzymywać  grzeczną  konwersację  i  kiedy  znów  wróciła  do 
podsłuchiwania, zauważyła, że Costain wtrąca do rozmowy francuskie wyrażenia: 

- Nie, jeszcze  na to za wcześnie. Entre nous, nie  mam zbyt wielkiej ochoty spędzać świąt en familie. A co pani 

planuje na Boże Narodzenie? 

Musiała spytać go, gdzie spędzi święta. A potem powiedziała czystą angielszczyzną: 
- Chciałabym wywieźć męża na tydzień na wieś. Niestety, dotąd nie otrzymaliśmy żadnego zaproszenia. Zresztą 

jestem pewna, że on i tak nigdzie się nie ruszy. Mąż jest tytanem pracy, a ja nie mogę wyjechać z miasta bez niego. 

-  Doskonale  znamy  w  Horse  Guards  jego  oddanie  pracy.  Wszystkich  nas  zawstydza.  Ale  nawet  Bóg  pozwolił 

sobie przecież na odpoczynek siódmego dnia. 

Cathy poczuła szturchnięcie w łokieć. Odwróciła się do Gordona. 
- Czy on chce coś z niej wyciągnąć, czy ją uwodzi? - syknął jej do ucha. 
- Prawdopodobnie i jedno, i drugie - odpowiedziała z miną nieco rozbawionej obojętności. 
Zainteresowanie Gordona wyraźnie wzrosło. 
- Pracownik wywiadu rzeczywiście powinien uciekać się czasem do takich metod. Muszę to zapamiętać. 
- Nie waż się próbować z nią żadnych sztuczek, Gordie. Jest od ciebie dużo starsza i o wiele przebieglejsza, niż 

sądzisz. 

Po kolacji Gordon gdzieś zniknął, a Costain podprowadził do Cathy panią Leonard. 
- Panna Lyman jest starą przyjaciółką mej rodziny - powiedział do pani Leonard. - Cathy, oto pani Leonard. Jej 

mąż jest moim kolegą z biura. 

Kobiety wymieniły kurtuazyjne uśmiechy. 
- Czy ten przemiły chłopiec u pani boku to brat, panno Lyman? - spytała dama. 
- Tak. A czy pani ma liczną rodzinę, madame? - Cathy chciała przypomnieć Costainowi, że jego towarzyszka jest 

mężatką. 

- Niestety, ominęło mnie to szczęście, mam jednak ukochaną małą suczkę. Jest dla mnie wszystkim! Nazwałam ją 

May, gdyż pojawiła się u mnie w maju. Jest spod znaku Byka, podobnie jak ja. To ziemski znak. Tak miła i czuła, 
oczywiście  jeśli  nie  jest  atakowana.  Wtedy  staje  się  dość  złośliwa.  Ma  upodobanie  do  sztuki,  a  w  szczególności 
uwielbia muzykę. To nasza wspólna cecha. Interesują się państwo horoskopami? 

Z błyskiem w oczach popatrzyła na rozmówców. Obydwoje przyznali, że nie mają o tym pojęcia. 
- Och, to fascynująca dziedzina - stwierdziła. - Żyję wśród gwiazd. To one powiedziały mi o upodobaniu May do 

muzyki. Gdy  moja psinka jest czymś zdenerwowana, gram  dla niej  na fortepianie. Ostatnio szczególnie przepada 
za walcem. 

Cathy nie wiedziała, co powiedzieć na ten stek bzdur. 
- Ja mam kotka... - wybąkała. 
- Ja też miałam, lecz May była zazdrosna. Musiałam go oddać. 
Pani  Leonard  odwróciła  się  do  Costaina,  by  spytać  o  jego  znak  zodiaku.  Dowiedziawszy  się,  że  jego  urodziny 

przypadają w październiku, uśmiechnęła się z satysfakcją. 

- Tak też sądziłam! Lew. Przywódca z natury! - stwierdziła, dodając, jakie to rozliczne zalety charakteryzują ten 

znak. 

Gwiezdny rodowód Cathy jej nie zainteresował. 
Kiedy znów rozbrzmiała muzyka, pani Leonard wydała z siebie smętne westchnienie i powiedziała: 
- Chyba dla mnie już czas wracać do gry w karty. Wy, młodzi, biegnijcie się bawić. 
Costain złapał przynętę i spytał, czy nie zechciałaby z nim zatańczyć. 
-  Naprawdę,  nie  powinnam,  gdy  mój  biedny  mąż  został  w  domu  złożony  chorobą,  ale  ten  jeden  raz...  Mam 

nadzieję, że to prawda, iż ludzie podziwiają nas za cnoty, ale lubią za ułomności. Ja mam strasznie dużo wad. 

Lord Costain żywo zaprzeczył temu samooskarżycielskiemu wyznaniu. 
-  Doprawdy,  trudno  w  to  uwierzyć...  Nie,  to  wprost  niemożliwe.  Mąż  wyraża  się  zawsze  o  pani  z  największą 

atencją. 

background image

 

24

Jakimś  niewidzialnym  gestem  Costain  przywołał  jednego  z  przyjaciół,  który  zajął  się  Cathy,  i  zniknął  z  panią 

Leonard.  Po  zakończeniu  tańca  wrócił  już  bez  partnerki.  Cathy  ogarnęła  furia  na  widok  jego  zadowolonego 
uśmiechu. Sztywnym tonem spytała, czy zechciałby odwieźć ją do domu, gdyż rozbolała ją głowa. 

- Może pan tu wrócić, jeśli dobrze się pan bawi - dodała patrząc w stronę damy, której towarzystwo okazało się 

tak zajmujące. 

-  Posunąłem  się  na  tyle,  na  ile  pozwala  przyzwoitość  pierwszego  dnia  znajomości  -  odparł  nie  ukrywając,  że 

zrozumiał aluzję. 

- Nie wątpię. 
Costain  pożegnał  się  z  gospodynią  i  natychmiast  wezwał  powóz.  Gordon  postanowił  zostać  na  przyjęciu  i 

spróbować poprosić do tańca pannę Stanfield. 

- Naprawdę rozbolała panią głowa czy to napad złego humoru? - spytał w drodze do domu Costain. 
- Czy nie ma prawa rozboleć mnie głowa po tym, jak publicznie mnie zlekceważono? - odpowiedziała pytaniem. 

-  Sądzi  pan,  iż  nikt  nie  zauważył,  że  mężczyzna,  z  którym  przyszłam,  ośmieszył  mnie,  zostawiając  samą  przy 
kolacji? 

- Poszliśmy na to przyjęcie w konkretnym celu, a pani Leonard stanowiła wspaniały trop. 
- Zastanawiam się, czy pan Burack nie był lepszym tropem. 
-  Widuję  go  codziennie.  Zostając  dłużej  sprawdzilibyśmy,  czy  trzyma  się  blisko  pani  Leonard.  To  byłoby 

interesujące. Dziwi mnie, że nie zbliżył się do niej przez cały wieczór. Pracuje w Horse Guards dłużej ode mnie i 
musiał wcześniej ją poznać. Ten dystans między nimi wydaje mi się podejrzany. 

- Musi pan wypytać o pana Buracka, gdy złoży jej pan wizytę - stwierdziła z chłodną obojętnością. 
- Lepiej, żeby Gordon nadal ją śledził. A może... zamiast niej powinien obserwować Buracka. To jasne, że pani 

Leonard nie jest żadnym szpiegiem. 

Dla Cathy było jasne, że lord Costain wpadł w sidła kuszącego flirtu. 
- Radzę wziąć ze sobą w prezencie kość dla May, gdy odwiedzi pan panią Leonard, lordzie Costain - powiedziała. 

- Przeczuwam, że droga do serca tej damy wiedzie przez jej pieska. 

- Czyta pani w moich myślach, madame. Poproszę kucharza, żeby wybrał mi jakiś smaczny kąsek. 
Dłuższą chwilę milczeli. Słychać było jedynie stukot kopyt i echo turkotu kół. 
Gdy skręcili w King Charles Street, Cathy powiedziała: 
- Dowiedział się pan, skąd pani Leonard ma pieniądze? Jej diamentowa brosza wyglądała na bardzo kosztowną. 
- Trudno pytać o takie rzeczy przy pierwszym spotkaniu. 
- Może gdy lepiej się państwo poznają... 
Powóz zatrzymał się przed domem. 
-  Odprowadzę  panią  do  drzwi  -  powiedział.  -  Proszę  się  nie  dziwić,  że  mój  powóz  tu  zostanie.  Chcę  zamienić 

słowo z Gordonem. Mówił, że nie zabawi długo u lady Martin. 

- Oczywiście. 
Zanim otworzył przed nią drzwi, odezwał się: 
- Nie wiem, co przyniesie jutro. Czy może pani zarezerwować dla mnie wieczór, gdyby wyniknęło coś ważnego? 
Zarezerwowanie wolnego wieczoru nigdy nie stanowiło dla Cathy kłopotu, nie powiedziała tego jednak głośno. 
- Często spędzamy zimowe wieczory w domu. Sądzę, że jutro będę wolna. 
Pomyślała,  że  Costain  uśmiechnie  się  i  uda  przynajmniej,  że  się  cieszy,  ale  on  ze  zmarszczonym  czołem 

wpatrywał się w kołatkę u drzwi. 

- Nie ma pani przypadkiem jakiejś książki o astrologii? 
- Nie sądzę. To przecież same niedorzeczności. 
- Wiem, ale ktoś kiedyś powiedział mi chyba, że jestem Wagą. Pani Leonard stwierdziła, że mój znak to Lew. 
- Myśli pan, że odgrywała komedię? Po co udawałaby eksperta w tak idiotycznej dziedzinie jak astrologia, jeśli to 

nieprawda? 

-  Może  właśnie  dlatego,  że  to  idiotyczna  dziedzina.  Prawie  uwierzyłem,  że  ta  dama  nie  jest  zbyt  lotną  osobą. 

Astrologia w połączeniu z tym uwielbieniem dla pieska... 

Cathy przygryzła wargę. 
- Sądzi pan, że udaje idiotkę, a w gruncie rzeczy jest przebiegła jak lis? Zapytam wuja Rodneya o astrologię. On 

zna się na wszystkim. To znaczy na wszystkim, co dziwaczne i bezużyteczne. 

-  Zirytowało  panią,  że  z  nią  flirtowałem,  lecz,  rozumie  pani,  to  wynikało  jedynie  z  konieczności  -  powiedział 

uśmiechając się pod nosem. 

-  Nie  to  mnie  zirytowało!  Poczułam  się  po  prostu  ośmieszona,  kiedy  przylgnął  pan  do  niej  podczas  kolacji,  a 

mnie podrzucił na oczach wszystkich Gordonowi. Każda kobieta ma swój honor. 

Leniwie uniósł brew. 
- Podobnie jak każdy mężczyzna, panno Lyman. Mogłaby pani przynajmniej udać, że popsułem pani humor. 
- Ma pan na myśli zazdrość, milordzie? 
- Jeśli koniecznie chce pani nazywać rzeczy po imieniu. 

background image

 

25

- Owszem, i niemiłe zmieszanie nazywani również po imieniu, a nie zazdrością. 
Jeśli  dama  czuje  się  zmieszana  przez  mężczyznę,  to  wyłącznie  jego  wina.  Proszę  mi  wybaczyć.  To  się  nie 

powtórzy. 

- Rozumiem. Są ważniejsze sprawy od przyjemności. 
- W takim razie rozumie pani również, że  większą przyjemność sprawiłoby  mi towarzyszenie pani przy  kolacji. 

Nigdy nie byłem dobry w prawieniu nieszczerych komplementów. Męczą mnie takie sytuacje. 

- Dlaczego więc pan się zmusza? - syknęła. 
- Pani Leonard oczekiwała komplementów. 
- Och, ta pani Leonard! 
- Dobry Boże! Nie sądzi pani chyba, że wobec pani jestem nieszczery? Doprawdy, panno Lyman, myślałem, że 

lepiej się rozumiemy. 

Ponieważ porozumienie  między  nimi  opierało się  na współpracy  w  wiadomej sprawie  i  nigdy  nie było  mowy  o 

osobistych uczuciach Costaina wobec niej, Cathy nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Po chwili odezwała się: 
- Wuj ma coś o astrologii. Pamiętam, że widziałam na półce jakąś obskurną, tanią książkę w czerwonej, pokrytej 

dziwnymi  symbolami  okładce.  Kozły,  barany  i  takie  rzeczy.  Zaraz  to  sprawdzę.  Ale,  proszę  pomyśleć,  Jeśli  ona 
rzeczywiście  grała  komedię...  -  Cathy  urwała  w  zamyśleniu.  -  To  co?  Jak  mogłaby  mieć  dostęp  do  tajemnic 
państwowych? Pan Leonard z pewnością nie może zabierać dokumentów do domu, prawda? Musiałby je kopiować 
w biurze, a to znaczyłoby, że z nią współpracuje. 

- Albo ktoś inny z biura. Pamięta pani, jaki Burack był wścibski? I starannie unikał pani Leonard. To mógłby też 

być kto inny, wspominam o Buracku, gdyż jego pani zna. 

- Gordon powinien nadal śledzić panią Leonard. Jeśli nie jest pan Lwem... - dodała i roześmiała się  na myśl, że 

sprawa najwyższej wagi może wiązać się z takim śmiesznym drobiazgiem. 

- Jutro powie mi pani, jaki jest mój znak. Pozwolę sobie zajrzeć do państwa po południu. Może koło czwartej, w 

porze herbaty? 

- Mama będzie zachwycona - przytaknęła w zamyśleniu. 
Costaina odrobinę zaskoczyła ta obojętna odpowiedź. Lecz  dał przecież  do zrozumienia, żeby nie  liczyła na nic 

poważnego między nimi. Musi więc teraz udawać, że jej brak entuzjazmu nie robi na nim wrażenia. 

Otworzył drzwi i Cathy weszła do domu. W progu odwróciła się jeszcze na chwilę i powiedziała uprzejmie: 
- Nie muszę chyba zapewniać pana oficjalnie, że spędziłam uroczy wieczór, prawda? 
-  Oczywiście.  To  jedna  z  zalet  tej  sytuacji.  Nie  musimy  się  oszukiwać.  Jednak  w  imię  zupełnie  obiektywnej 

prawdy pragnę stwierdzić, że mnie było bardzo miło. 

- Proszę to powiedzieć pani Leonard. 
Niezadowolony Costain zmarszczył czoło, na co Cathy z zagadkowym uśmiechem zamknęła drzwi. 
Nie to miał na myśli! Chodziło mu o zupełnie co innego. Bardzo dobrze czuł się w towarzystwie panny Lyman. 

Miło było przebywać u boku młodej damy, która nie próbowała cały czas złapać go na męża. Rozdrażniło ją, że na 
oczach  wszystkich  zabawiał  inną  kobietę  podczas  kolacji  i  trudno  się  temu  dziwić.  To  nie  było  uprzejme  z  jego 
strony. Każda inna kobieta dąsałaby się godzinami. 

Panna  Lyman  powiedziała  mu  po  prostu,  że  postawił  ją  w  niezręcznej  sytuacji,  i  to  wszystko.  Kiedy  starał  się 

oczarować ją odrobinę, żeby naprawić gafę, nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Myślała tylko o sprawie, tak jak 
i  on  powinien.  A  pani  Leonard...  Czy  ten  trop  wart  jest  zachodu?  Nawet  jeśli  wyciągała  od  kogoś  tajemnice 
państwowe,  Costain  wątpił,  żeby  informatorem  był  jej  mąż.  Bardziej  pasował  do  tego  pan  Burack.  Ale  jeżeli 
wykorzystuje romans do szpiegowskich celów, to może interesują ją jeszcze inne kontakty z ludźmi związanymi z 
Horse Guards? 

Rozważał w myślach różne możliwości do chwili, kiedy usłyszał powóz Gordona. Wyszedł mu na spotkanie. 
- Och, pan wciąż tutaj, Costain. Czeka pan na mnie? 
- Chcę o coś pana zapytać. Czy pani Leonard rozmawiała po moim wyjściu z panem Burackiem? 
- Nie, opuściła przyjęcie niedługo po panu. Ale... Teraz sobie przypominam, pan Burack wyszedł tuż po niej. 
- Rozumiem! 
- Myśli pan, że coś ich łączy? 
- Możliwe. 
- Kogo więc mam jutro śledzić? 
-  Panią  Leonard,  ale  proszę  zachować  dyskrecję.  Widziała  pana  z  Cathy,  a  wie,  że  ja  jestem  znajomym  pana 

siostry. Nie może się niczego domyślać. 

-  Wynajmę  fiakra  i  będę  krążył  w  okolicy  Half  Moon  Street.  Jeśli  wyjdzie  z  domu,  pojadę  za  nią.  Oczywiście 

muszę  wymyślić  inne  przebranie.  Przykleję  sobie  brodę  i  na  strychu  wynajdę  jakieś  stare  ubranie.  I  okulary.  Za 
życia papy urządzaliśmy czasem zabawne przedstawienia. Jak mam się z panem kontaktować, jeśli nie powinienem 
pokazywać się w biurze? 

- Jutro przyjdę do państwa na herbatę. Będzie pan w domu o czwartej? 

background image

 

26

- Tak, jeśli pani Leonard nie  dopuści się jakiegoś szaleństwa. Gdybym  nie  mógł spuścić  jej z  oka, prześlę panu 

wiadomość. 

- Doskonale. Dziękuję za pomoc. 
-  W  końcu  to  ja  zasugerowałem  obserwację  pani  Leonard  -  stwierdził  skromnie  Gordon,  zapominając,  kto 

naprawdę wpadł na ten pomysł. - Pewnie nigdy nie przyszłoby to panu do głowy. 

- Cathy czeka na pana w domu. Proszę spytać ją o Lwa - rzucił tajemniczo. 
- Czy to nasze hasło w sprawie pani Leonard? 
- Nie. To mój pseudonim. 
- Słucham? 
Costain mrugnął okiem, skłaniając się dotknął kapelusza i wsiadł do swojego powozu. 
Gordon wbiegł do domu, by natychmiast porozmawiać z Cathy. 

 

Rozdział 7 

Gordon wpadł jak burza do gabinetu i rozejrzał się wokół, czy są sami. 
- Co masz mi powiedzieć o Lwie? - spytał grobowym tonem. 
Cathy podniosła wzrok znad książki i oświadczyła triumfalnie: 
- On nie jest Lwem, jest Wagą. Wiesz, co to znaczy? 
Gordon nie miał najmniejszego pojęcia, o czym siostra mówi. Po chwili skupienia powiedział jednak: 
- Twierdzisz, że lord Costain nie jest lordem Costainem? Kim do diabła jest? Aha! Lovell! 
- Oczywiście, że jest lordem Costainem, Gordonie, lecz urodził się w październiku. 
- W październiku? I co z tego wynika?... 
- To znaczy, że nie jest Lwem. 
- Ale co to za różnica? 
Cathy wyjaśniła i Gordon po chwili zrozumiał, o co chodzi. 
-  Tak  więc  pani  Leonard  udaje  znawczynię  astrologii,  a  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  prawdą.  Zastanawiam  się 

teraz, czy May rzeczywiście jest spod znaku Byka... - Wpadł w głęboką zadumę. 

-  Tak,  jeśli  pies  urodził  się  w  maju,  jest  spod  znaku  Byka,  tak  samo  jak  pani  Leonard.  Ale  nie  o  to  chodzi. 

Prawdopodobnie  ktoś  jej  powiedział,  że  jest  Bykiem.  Ja  na  przykład  wiem,  że  jestem  spod  Bliźniąt,  mimo  że 
zupełnie  nie  interesuję się astrologią. Pani Leonard opowiedziała całą tę  historię po to, byśmy  wzięli  ją za głupią 
gęś. 

- Jedna rzecz, co do której nie skłamała, to miłość do tego przeklętego psa. Wszędzie go zabiera, a to stworzenie 

podszczypuje  przechodniów  w  łydki  i  cały  czas  piskliwie  jazgocze.  Uszyła  suczce  zimowe  futerko  i  toczek  na 
główkę. Francuski fason - dodał przypominając sobie strój pieska. 

Kiedy  wyczerpali  temat  pani  Leonard,  Cathy  spytała,  jak  mu  poszło  z  panną  Stanfield.  Gordon  oświadczył  ze 

stoickim spokojem, że odmówił zaproszenia na herbatę następnego popołudnia. 

-  Dokładnie  rzecz  biorąc,  stałem  obok  lorda  Harcourta,  kiedy  go  zapraszała,  i  spojrzała  również  na  mnie. 

Sądziłem, że będzie urażona, gdy powiedziałem, iż jestem bardzo zajęty, ale zdaje się, że moja odmowa wzbudziła 
jej  zainteresowanie.  Poprosiła,  bym  odwiedził  ją  w  najbliższych  dniach.  Powtórzyłem,  że  mam  ostatnio  niewiele 
czasu.  No,  bo  jakże  miałbym  pójść  z  wizytą  w  tych  łachach  ze  strychu  i  peruce.  A  Lew  chce,  żebym  używał 
przebrania. Między nami mówiąc, ten pseudonim pasuje do Costaina. 

- Nie jest Lwem, lecz Wagą. 
- Daj spokój, jak mężczyznę można nazywać Wagą! To takie dziwaczne. Jaki jest mój znak? Urodziłem się pod 

koniec listopada. 

- Strzelec - powiedziała Cathy, sprawdziwszy w książce.. 
- To też do niczego się nie nadaje. Za mało oryginalne. 
Niedługo  potem  poszli  się  położyć.  Lady  Lyman  lubiła  wcześnie  chodzić  spać,  więc  o  szczegółową  relację  z 

rautu  poprosiła  dopiero  następnego  ranka  przy  śniadaniu.  Była  zadowolona  z  tego,  co  usłyszała,  i  wręcz 
zachwycona  wiadomością,  że  lord  Costain  pojawi  się  na  herbacie  po  południu.  Gdy  zaczęła  mówić  o  ślubie  w 
czerwcu, Cathy poinformowała, że lord Costain zamierza wkrótce wyjechać do Hiszpanii i skierowała rozmowę na 
panią Leonard. 

- Słyszałaś coś o niej, mamo? - spytała. 
- Jakie było jej panieńskie nazwisko? 
- Nie wiem. 
-  Pamiętaj,  moja  droga,  że  moje  wspomnienia  datują  się  sprzed  dobrych  kilku  lat.  Najprawdopodobniej  była 

jeszcze panną, gdy ją spotkałam. Nie przypominam sobie żadnej pani Leonard. 

- Ma około trzydziestu pięciu lat, może więc zaczęła bywać w towarzystwie, kiedy byłaś w Londynie. 
Cathy opisała panią Leonard, lecz lady Lyman oświadczyła, że znała z tuzin ciemnowłosych piękności. 
- Jeśli dowiesz się, jak nazywała się z  domu, bez  wątpienia ci pomogę. Tymczasem  wypytam  o  nią znajomych. 

Jeśli  bywa  w  towarzystwie,  ktoś  na  pewno  ją  zna.  A  teraz  wróćmy  do  ciebie  i  Costaina,  moja  droga.  Ponieważ 

background image

 

27

zamierza  jechać  do  Hiszpanii,  musimy  brać  pod  uwagę  ślub  w  zimie.  Z  pewnością  zadba  przed  wyjazdem  o 
spłodzenie potomka. Na rozwiązanie musisz być w domu, Cathy. Teraz rozumiem jego zachowanie wobec ciebie. 
Wydawało mi się to nieco dziwne, ale temu biedakowi strasznie się spieszy. Mam nadzieję, że zdrów i cały wróci z 
Hiszpanii. A gdyby nie wrócił, musisz mieć syna. Córka na nic ci się nie zda. Nie odziedziczy Pargeter. Nie chcesz 
chyba skończyć w przytułku. 

- Nie sądzę, by chciał się żenić przed wyjazdem, mamo - powiedziała Cathy. 
-  Bardzo  słuszne  stwierdzenie,  moja  droga.  Dama  nigdy  nie  myśli  o  ślubie  przed  oświadczynami.  Jak  sądzisz: 

skromne czy huczne wesele? 

- Nie snujmy żadnych planów, mamo. 
Lady Lyman zgodnie kiwnęła głową. 
- W takim razie cichy ślub. Może tak będzie najlepiej, wziąwszy pod uwagę porę roku. Trudno zmuszać gości do 

podróżowania po oblodzonych drogach. Mam nadzieję, że książę i księżna przyjadą! 

- Żadnych planów, mamo. Obiecałam wujowi Rodneyowi przepisać piąty rozdział - powiedziała Cathy i uciekła 

do gabinetu. 

Rodney jeszcze nie wstał, co pozwoliło Gordonowi wykorzystać jego gabinet jako garderobę i przeobrazić się w 

staruszka z siwą brodą. Włożył okulary, stary czarny płaszcz oraz wziął laskę wuja. 

- Nigdy w życiu bym cię  nie rozpoznała - stwierdziła Cathy, kiedy  wkroczył na trzęsących się  nogach, stukając 

laską w podłogę, jakby niepewnie sprawdzał drogę, żeby się nie potknąć. 

- Widzisz coś przez te okulary? Szkła strasznie powiększają ci oczy. 
- Muszę  je podnosić, żeby  coś  widzieć. Przymierzałem stary monokl papy, ale ciągle spadał, a z laską w  jednej 

ręce  nie  mogę  jeszcze  co  chwila  łapać  spadającego  monokla.  Z  jaką  przyjemnością  odwiedziłbym  w  tym  stroju 
Charliego Edisona! 

- Wrócisz na czwartą, żeby zobaczyć się z lordem Costainem? 
- Oczywiście. Przecież przyjdzie tylko po to, żeby ze mną porozmawiać. Nalegał na to spotkanie. 
Cathy przyjęła tę odpowiedź z dobrą miną do złej gry. Co ona sobie wyobraża? Że Costain przychodzi zalecać się 

do niej? 

Zasiadła  do  nudnego  przepisywania  tłumaczenia  wuja.  Tekst  Schillera  wymagał  wielkiego  mozołu,  pewnie 

dlatego, że  nie  wzbudzał  w  niej zupełnie zainteresowania. W ciszy  gabinetu rozlegało się tylko skrzypienie  pióra 
Cathy  i  pomruk  wiatru  hulającego  po  ulicach.  Od  czasu  do  czasu  porwane  przez  wicher  liście  uderzały  w  szyby 
okna. 

Pisała  przez  całe  przedpołudnie  i  po  kilku  godzinach  nieprzerwanej  pracy  z  przyjemnością  przywitała  stałego 

klienta, pana Holmesa. Przygotowywał tłumaczenie z  francuskiego na angielski poetyckiego zbioru „Les Jardins” 
Jacquesa Delille’a. Niezbyt dobrze znał francuski i poprosił Cathy o dosłowny przekład, któremu potem zamierzał 
nadać poetycką formę. 

Za kwadrans czwarta u drzwi znowu rozległo się pukanie. Na progu stał skulony w porywach wiatru lord Costain. 

Miał czerwony nos i zaróżowione policzki, a ciemne oczy błyszczały młodzieńczo. 

- Co za dzień! Można by pomyśleć, że mieszkamy w Kanadzie. A biedny Gordon na służbie. 
Otrzepał  buty  na  wycieraczce  i  wszedł  do  ciepłego  pokoju,  gdzie  ogień  wesoło  strzelał  w  kominku.  Na  stołach 

leżały stosy pootwieranych książek. 

- Miałem nadzieję, że panią tu zastanę. Możemy porozmawiać w cztery oczy przed spotkaniem z lady Lyman. Jak 

miło widzieć panią w wirze pracy, panno Lyman. 

Cathy przyłożyła palec do ust. 
- Wuj Rodney jest w swoim gabinecie. Zamknę drzwi. 
Costain zaczął rozpinać płaszcz. 
- Kto przyszedł? Czy to do mnie? - rozległ się głos Rodneya. 
- Nie, wuju. To mój znajomy. Zamknę drzwi, żebyśmy ci nie przeszkadzali. 
- Nie czas jeszcze na herbatę? 
- Za chwilę - powiedziała i zamknęła drzwi. 
Kiedy wróciła, Costain oglądał francuską książkę przyniesioną przez poetę. 
- Francuska poezja - powiedział, unosząc ze zdziwieniem brwi. - Nie sądziłem, że jest pani romantyczką. 
- Nie wszyscy mogą być romantykami. Tłumaczę to dla klienta - powiedziała odrobinę dotknięta. 
- Czyżby ta czarująca suknia skrywała duszę prawdziwej sawantki, panno Lyman? - spytał lekko. 
- Z pewnością nie. W taką straszną pogodę nosi się grube wełniane trykoty, a nie kolorowe jedwabie. 
- Zrozumiała mnie pani zbyt dosłownie. 
- Wiem,  co  ma pan na  myśli. Nie uważam się  za sawantkę. Przygotowuję  jedynie surowe tłumaczenie. Dopiero 

mój klient nada tekstowi literacką formę. 

- Można? - spytał zerkając na przekład. Powoli przeczytał dłuższy fragment, z uznaniem kiwając głową. - Na pani 

miejscu  przeczytałbym  dokładnie  tłumaczenie,  gdy  książka  już  się  ukaże.  Użyła  tu  pani  bardzo  trafnych 
sformułowań. 

background image

 

28

- Nie, to monsieur Delille ich użył, ja tylko przetłumaczyłam - upierała się, lecz miło jej było słyszeć pochwały. 
Pokazała Costainowi książkę o astrologii. 
- Czy możemy wygodnie usiąść przy kominku? - spytał. Wziął książkę i poprowadził Cathy do kanapy. 
- Kiedy przypadają pana urodziny, milordzie? 
- Trzynastego października. Już za późno, by  kupiła  mi pani podarek  w tym roku.  Ale  w przyszłym,  jeśli  nadal 

pozostaniemy... przyjaciółmi, może pani wysłać mi do Hiszpanii jakiś drobiazg. Na przykład blok lodu. To bardzo 
by się tam przydało. Ale widzę, że zaczynam niecierpliwić panią swoją paplaniną. Staram się po prostu wyżebrać 
od pani jakiś prezent. Czy jestem Lwem? 

- Nie. Jest pan Wagą. A pani Leonard jest bezczelną flirciarką - oświadczyła. 
-  Zastanówmy  się  spokojnie.  Może  jest  po  prostu  jedną  z  tych  dam,  które  nie  mają  rozumu  w  nadmiarze.  Czy 

lady Lyman powiedziała coś pani o niej? 

- Nie. Obiecała wypytać znajomych. Coś nowego zdarzyło się w Horse Guards? 
- Pan Leonard wrócił do pracy. Dowiedziałem się, że żona ma na imię Helena. Wspomniałem, że spotkaliśmy się 

wczoraj  wieczorem.  Dyskretnie  wyciągnąłem  od  niego,  że  są  małżeństwem  zaledwie  od  kilku  lat.  To  drugie 
małżeństwo  dla  obojga.  Pan  Leonard  jest  z  niej  tak  dumny,  jakby  była  królową.  Potrząsa  tylko  siwą  czupryną  i 
powtarza, iż nie wie, co ona w nim widziała. Ja też nie wiem i pewnie każdy, kto ma oczy, też by się zastanawiał. 

- Mama dopytywała się o jej panieńskie nazwisko. 
- Spróbuję się tego dowiedzieć. 
-  Czy  znajomość  państwa  jest  na  tyle  zażyła,  by  mógł  pan  dowiedzieć  się,  skąd  pani  Leonard  ma  taką  piękną 

biżuterię? 

- Nie, ale pan Leonard  wspomniał, że  jej pierwszy  mąż był zamożniejszy  od  niego. Może  diamentowa brosza  i 

perły są prezentem od niego? 

- Nie znamy też nazwiska tego pierwszego męża? 
- Staram się być ostrożny. Nie mogę zadawać zbyt wielu pytań, by nie wzbudzić podejrzeń. 
Cathy skinęła potakująco głową. Po chwili spytała: 
- A jak miewa się pan Burack? 
Popatrzył na nią znacząco. 
-  Zastanawiałem  się,  kiedy  zapyta  pani  o  niego.  Przyłapałem  go  w  moim  pokoju.  Szukał  rzekomo  kopii  listu  z 

Admiralicji do Cosgrave’a. Z pewnością wie, jak mało prawdopodobne jest, by powierzono mi taki dokument. Nie 
muszę pani przekonywać, że szukał czegoś innego. 

Cathy przez chwilę milczała, a potem powiedziała: 
- Ponieważ wie, że nie ma pan dostępu do tajnych dokumentów, może szukał bileciku do albo od pani Leonard - 

zasugerowała  z  niewinną  miną.  -  Jeśli  jest  jej  kochankiem  i  źródłem  wpływów  finansowych,  może  być  o  pana 
zazdrosny. 

- Widzę, że zaczynamy mówić bez ogródek. To możliwe. Ale mam inny pomysł. Dziś otrzymałem prywatny list 

z Hiszpanii, od kolegi z wojska. Pyta o moje zdrowie. Burack mógł to zauważyć albo dowiedzieć się od posłańca. 
Zwykle  nie  dostaję  w biurze  osobistej  korespondencji, lecz kiedyś  napisałem  koledze  o propozycji Castlereagha  i 
że zamierzam ją przyjąć. 

- I sądzi pan, że Burack wziął list za oficjalne pismo. Zostawił go pan w biurze? 
- Nie, schowałem do kieszeni, żeby w domu spokojnie odpisać. Nic nie wspominałem mu o liście. Jeśli się o tym 

dowiedział,  musi  uważnie  śledzić  wszystko,  co  dzieje  się  w  biurze.  Takie  oddanie  pracy  nie  jest  częstym 
zjawiskiem. Szczególnie w Horse Guards - dodał ze znużoną miną. 

- Wygląda pan na wyczerpanego. Chyba za bardzo się pan przepracowuje. Herbata dobrze panu zrobi. 
Tak miło było siedzieć przy kominku, że Costain nie miał ochoty nigdzie iść. 
-  Nie  moglibyśmy  wypić  herbaty  tutaj?  -  Patrzył  jak  Cathy  z  niedowierzaniem  szeroko  otwiera  oczy.  -  Czy  to 

było bardzo nietaktowne z mojej strony? Nie miałem na myśli nic zdrożnego. Pani wuj jest obok. 

- Chodzi... o to, że mama na nas czeka - powiedziała trochę zażenowana. 
Cathy  chętnie  zostałaby  w  gabinecie,  przy  zamkniętych  drzwiach  do  biura  wuja,  lecz  matka  uważała  ten 

podwieczorek za wspaniałą okazję i starannie się do niego przygotowała. 

- Zawołam wuja i pójdziemy razem. 
Costain spojrzał na swój kapelusz i płaszcz, ale nie wziął rzeczy ze sobą. Cathy pomyślała, że będzie tu musiał po 

nie wrócić, nie przyszło jej jednak do głowy, że zrobił to, by móc być z nią sam na sam. 

Zapukała do drzwi gabinetu i wuj wszedł do biblioteki. 
- Ach, lord Costain, znowu  z  wizytą u naszej Cathy... - Nie powiedział  nic  więcej, potrząsnął tylko  energicznie 

głową  z  pełnym  zrozumieniem  i  akceptacją.  -  Mam  nadzieję,  że  kucharka  przygotowała  jakieś  łakocie.  W  taki 
dzień nie ma nic lepszego od smakowitego podwieczorku. 

W  kwestii  łakoci  zawiódł  się  sromotnie.  Na  cześć  wielbiciela  Cathy  lady  Lyman  zarządziła  tego  popołudnia 

oficjalny posiłek: zimne mięso, ser i chleb. Nie zaprosiła wszystkich przed ciepły kominek, lecz do jadalni, gdzie 
cała  służba  stała  w  pogotowiu,  by  podawać  półmiski  i  napełniać  filiżanki.  Ciemne  boazerie  pokoju  pochłonęły 

background image

 

29

ostatnie promienie dziennego światła, a lampy były tak wysoko na ścianach, że prawie nie widzieli talerzy. Jakby 
jedli  w  piwnicy.  Konwersacja,  opierająca  się  na  dociekliwych  pytaniach  lady  Lyman  i  ogólnikowych 
odpowiedziach Costaina, nie toczyła się zbyt swobodnie. 

Poza tym pojawiły się dwa inne wątki: niespokojne uwagi gospodyni, gdzież to podział się w tak straszną pogodę 

Gordon, oraz regularnie co pięć minut powtarzane przez Rodneya westchnienia, że chętnie zjadłby coś słodkiego. 

Ponieważ  w  jadalni  było  chłodno,  filiżanki  z  herbatą  zabrali  na  koniec  do  salonu.  Najszybciej,  jak  było  to 

możliwe bez urazy dla gospodyni, Costain wstał, by się pożegnać. 

- Może odprowadzisz lorda Costaina do drzwi, Cathy? - zasugerowała z porozumiewawczym mrugnięciem lady 

Lyman. 

Przeszli we dwoje z salonu do biblioteki. 
- Powinnam przeprosić za wszystkie te pytania mamy - powiedziała Cathy starając się zachować spokój. 
-  Jestem  przyzwyczajony  do  ciekawości  mam  -  odpowiedział.  -  Lecz  jedna  sprawa  zainteresowała  nas  oboje  w 

równym stopniu. Gdzie, do diabła, podziewa się Gordon? Mieliśmy spotkać się tu o czwartej. 

Zanim zdążył włożyć płaszcz, drzwi nagle się otworzyły i do gabinetu wkroczył chwiejnym krokiem staruszek z 

siwą brodą i oszronionymi okularami na nosie. Potknął się o kraniec dywanu. 

- Czy to Lew? - Gordon zdjął szkła. 
- Co pana zatrzymało? - spytał Costain. 
- Niech pan lepiej usiądzie. Moje odkrycie zwali pana z nóg - oświadczył młodzieniec. 
Zrzucił płaszcz i upadł na kanapę przed kominkiem, żeby zaczerpnąć tchu, zanim obwieści, czego się dowiedział. 

 

Rozdział 8 

Po chwili Gordon przyszedł do siebie, wstał i dumnie wyprężył pierś. 
- Pani Leonard ma francuskiego kochanka - oświadczył i czekał na wybuch entuzjazmu swej publiczności, który 

jednak nie nastąpił. 

Gdyby nie zdumione westchnienie Cathy, oświadczenie wypadłoby zupełnie blado. Lekkie uniesienie brwi lorda 

Costaina zupełnie nie usatysfakcjonowało Gordona. 

- Jest pan pewien, że to Francuz? - spytał Costain. 
- Daję sobie głowę uciąć, że to Francuz. Spotkali się w pomieszczeniu nad sklepem francuskiej modystki. 
- Skąd wiesz? Wszedłeś za nią do sklepu? - dopytywała się Cathy. 
- Przez dwadzieścia minut marzłem pod sklepem, a potem zajrzałem przez okno do środka, zdjąwszy przedtem te 

przeklęte szkła. Nie było jej tam, wszedłem więc udając, że potrzebny mi kapelusz dla wnuczki. Musiałem kupić ci 
kapelusz, Cathy. 

- Tak? Jak wygląda? - spytała z ożywieniem. 
-  Okropny  czarny  placek,  najtańszy,  jaki  mademoiselle  miała  w  sklepie,  co  nie  znaczy,  że  był  tani.  Z  czarną 

woalką przyda się na pogrzeb. Musiałem coś kupić, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Jestem pewien, że pani Leonard 
nie było w sklepie, mimo iż widziałem, jak tam wchodziła. 

-  Czy  nie  domyśliła  się  czasem,  że  ją  pan  śledzi,  Gordonie?  -  spytał  Costain.  -  Jeśli  tak,  mogła  wymknąć  się 

tylnym wyjściem. 

-  Jestem  absolutnie  pewien,  że  niczego  nie  zauważyła.  Jechałem  za  nią  tylko  kilka  przecznic.  Wyszła  z  domu 

dopiero  koło  drugiej  i  udała  się  prosto  do  sklepu  panny  Dutroit.  Nie  mogła  spostrzec  mojej  dorożki,  gdyż 
używałem stu forteli: kazałem zatrzymać się za rogiem, gdzie powóz był niewidoczny, i od czasu do czasu robiłem 
rundkę w okolicy. W południe zmieniłem nawet fiakra. Dlaczego chciałaby mi uciec, jeśli ma czyste sumienie? 

- Najwidoczniej chciała uciec - stwierdził Costain - ale  nie  musi to  znaczyć, że  jest szpiegiem. Niewierne żony 

zazwyczaj mają się na baczności. Jeżeli prowadzi takie życie, może obawiać się, że mąż kazał ją śledzić. Choć pan 
Leonard nie wygląda na podejrzliwego osobnika - dodał zamyślony. 

- Żona jej kochanka też mogłaby kazać ją śledzić - wtrąciła Cathy. 
Costain uśmiechnął się z uznaniem. 
- To tylko kobiecie mogło przyjść do głowy. Nie przyjrzał się pan mężczyźnie, z którym się spotkała? - zwrócił 

się do Gordona. 

-  Nie,  lecz  kiedy  zbliżała  się  czwarta,  a  oni  nadal  się  nie  pokazywali  -  byłem  przecież  umówiony  z  panem  - 

wysiadłem  z  powozu  i  poszedłem  na  tyły  sklepu,  szukając  drugiego  wyjścia.  Zobaczyłem  odjeżdżającą  właśnie 
dorożkę. Nie mogłem biec za nimi, bo zdradziłbym, że nie jestem staruszkiem. Ale pani Leonard na pewno wsiadła 
do  tej  dorożki  z  jakimś  mężczyzną.  Wiem,  że  to  ona,  mimo  iż  nie  widziałem  jej  twarzy.  Miała  na  sobie  ten 
czerwony kapelusik z czarną wstążką. Sądzę, że zamierzała przesiąść się później do swojego powozu i pojechać do 
domu jak przykładna cnotka. Popędziłem do domu, by panu złożyć raport. Aha, ten mężczyzna był grubawy. 

-  Świetna  robota,  Lyman  -  powiedział  Costain,  jednak  zdrowy  rozsądek  mówił  mu,  że  jeśli  pani  Leonard  ma 

kochanka, nie  ma to żadnego związku  ze sprawą w Horse  Guards. Jest dość  młodą, urodziwą  kobietą, żoną  dużo 
starszego  mężczyzny.  Niewierność  w  takich  wypadkach  nie  jest  rzadkością.  Bardzo  możliwe,  że  małżeństwo 
zaaranżowała rodzina wbrew jej woli. 

background image

 

30

- Nie odstąpię jej na krok i następnym razem spróbuję lepiej przyjrzeć się temu mężczyźnie - powiedział Gordon. 

-  Szkoda,  że  to  była  wynajęta  dorożka,  inaczej  rozpoznałbym  powóz.  Rozpoznaję  większość  prywatnych 
zaprzęgów w mieście. 

- Niech pan zmieni przebranie, na wypadek, gdyby widziała pana na tyłach sklepu - zasugerował Costain. 
-  Z  przyjemnością  -  westchnął  z  ulgą  Gordon.  -  Następnym  razem  nie  będę  staruszkiem.  Przebiorę  się  za 

służącego. Wszędzie ich pełno i nie zwracają niczyjej uwagi. 

-  Powinieneś  przebrać  się  za  kobietę  -  stwierdziła  Cathy.  -  Mógłbyś  swobodnie  krążyć  po  takich  miejscach  jak 

sklepy modystek. 

- Nie sądzisz chyba, że wyjdę na ulicę w sukni! A tobie by się spodobał taki pomysł? 
-  Och  tak  -  roześmiała  się  Cathy.  -  Chciałeś  pewnie  spytać,  jak  czułabym  się  w  spodniach.  Myślę,  że  całkiem 

nieźle. W przebraniu damy mógłbyś nosić ten czarny kapelusik, który zakupiłeś. Ja go nie chcę. A właśnie, gdzie 
on jest? 

Gordon rozejrzał się dookoła. 
- Do diabła, musiałem zostawić go w dorożce. Szkoda. - odwrócił się do Costaina. - Odkrył pan coś ciekawego? 
Costain wspomniał o wizycie, jaką złożył w jego pokoju pan Burack. 
-  Nie  zdziwiłoby  mnie,  gdyby  to  z  nim  właśnie  widywała  się  pani  Leonard.  Płaszcz  mógł  przecież  czymś 

wypchać, żeby wyglądać na grubasa - powiedział Gordon. 

- A mnie by to zdziwiło - stwierdził Costain. - Nie wychodził z biura. Cosgrave znów poszedł na jakieś zebranie, 

a Burack od drugiej do czwartej, kiedy wyszedłem, pracował w swoim pokoju nad korespondencją. 

- Poza tym Burack nie jest Francuzem - przypomniała Cathy. 
- Twierdzi, że nim nie jest... - Gordon zorientował się, że przesadził, i postanowił zmienić temat. - Co robimy dziś 

wieczorem, Costain? 

Życie  towarzyskie  nie  było  zbyt  ożywione  zimą.  Costainowi  nie  przychodziło  do  głowy  żadne  miejsce,  gdzie 

mogliby  razem  pójść.  Na  wspomnienie  przypierających  do  muru  pytań  lady  Lyman  pomyślał,  że  lepiej  nie 
narzucać Cathy zbyt często swego towarzystwa. 

- Wszyscy zasłużyliśmy na chwilę wytchnienia - powiedział patrząc na dziewczynę. 
Z trudem nie okazała rozczarowania. 
- Będę mogła nadrobić w końcu zaległą korespondencję - powiedziała. 
- Pani Leonard  nie  ma  chyba tupetu spotykać się z  kochankiem,  gdy  mąż  jest  w  domu  -  odezwał się Gordon.  - 

Pójdę dziś do klubu i rozejrzę się za grubymi paluchami i skośnymi oczami. Wpadnie pan jutro o tej samej porze, 
by wysłuchać mego raportu? 

Costain obawiał się trochę tego „wpadania” codziennie na herbatę. 
- Będę z państwem w kontakcie, może listownie. 
- A jeśli wyniknie coś nie cierpiącego zwłoki? - Gordon nie dawał za wygraną. - Nie chce pan, bym przychodził 

do biura, lecz jeśli ten lis, Burack, węszy w pana korespondencji, nie powinienem też chyba pisać? 

-  Może  wpadnę  do  państwa  jutro  na  chwilkę  po  porze  herbaty,  w  drodze  do  domu?  -  spytał  Costain.  -  Przyjdę 

tutaj, do biura, żeby nie narzucać się rodzinie. 

Wydawał się po prostu uprzejmy,  lecz Cathy zrozumiała, co ma na  myśli. „Boi się, że chcemy  go zaciągnąć do 

ołtarza” - pomyślała, a głośno powiedziała: - Możesz spotkać się tutaj z lordem Costainem, Gordonie. „Niech nie 
myśli, że będę go ścigać”. 

Na tym stanęło i Costain wkrótce wyszedł. Gordon czuł się zlekceważony przez Lwa, po tak wyczerpującym dniu 

pracy i rewelacyjnych odkryciach. 

- Wydaje mi się, że Lew nie docenia moich wysiłków - burknął. - Taki typ jak Costain myśli jedynie o rozpuście. 

Tak  naturalnie  mówił  o  trybie  życia  tej  kobiety.  Nie  zadawaj  się  z  takimi  mężczyznami,  Cathy.  Bardzo  mądrze 
zaaranżowałaś nasze jutrzejsze spotkanie tutaj. 

Cathy westchnęła zapatrzona w ogień na kominku. 
- Masz rację, Gordonie. Jemu zupełnie na mnie nie zależy. 
- Do diabła, nie rób takiej miny. Znajdziemy ci męża we Włoszech. Jeśli oczywiście pojadę do Włoch... - dodał. - 

Myślałem  o  tym,  że  tego  rodzaju  praca  odpowiada  mi  pod  każdym  względem.  Kiedy  wsadzę  już  za  kratki  panią 
Leonard i jej przyjaciół, porozmawiam z Cosgrave’em na temat stałej pracy. 

-  A  wtedy  jak  znajdę  męża?  Chciałabym...  och,  chciałabym,  żebyśmy  częściej  wychodzili  z  domu.  Wczoraj 

wieczorem było tak cudownie u lady Martin. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy papa jeszcze żył. 

Gordon  okropnie  się  czuł,  myśląc  o  porzuceniu  kariery  dyplomatycznej.  Dla  Cathy  byłoby  to  wielkim 

rozczarowaniem.  Siedziała  ciągle  w  domu  z  mamą,  wujem  Rodneyem  i  garstką  ich  starych  przyjaciół,  a  była 
przecież młodą panną. Postanowił, że musi postarać się jej o jakiegoś konkurenta, inaczej zwali się jemu i pannie 
Stanfield na głowę, kiedy już się pobiorą. 

- Coś ci powiem - odezwał się. - Nie muszę iść dziś do klubu. Wyjdziemy razem. 
- Jesteś gdzieś zaproszony? - spytała z nadzieją, gdyż Gordon częściej bywał wśród ludzi niż ona. 
-  W  środku  zimy  nie  urządza  się  wielu  przyjęć,  ale  teatry  są  otwarte.  Zabiorę  cię  na  jakąś  sztukę.  W  teatrze 

background image

 

31

możemy  równie  dobrze  rozglądać  się  za  napastnikiem.  Weźmiemy  ze  sobą  lornetkę  i  przyjrzymy  się  dokładnie 
całej widowni. 

- Wspaniale! Sprawdźmy, jakie sztuki są dzisiaj grane. 
Było już późno, Gordon przebrał się więc w strój wieczorowy, a Cathy wybrała na tę chłodną aurę taftową suknię 

z  długimi  rękawami  i  szykowny,  ale  ciepły  szal  z  mohairu.  Czuła  miłe  podniecenie.  Jakiż  Gordon  jest  miły!  Nie 
obawiała się zbytnio, że entuzjazm do pracy w Horse Guards długo potrwa. Wkrótce znudzi mu się wystawanie na 
rogach ulic i doceni uroki włoskiego klimatu. 

Natomiast prawdziwym rozczarowaniem była asekuracyjna postawa Costaina - tak bardzo obawiał się, by ich nie 

kojarzono. To prawda, zachowywał się bez zarzutu, ale nie zależało mu na niej. Jeśli zdarzyło mu się spojrzeć jej w 
oczy  z  większym  zainteresowaniem  lub  powiedzieć  coś  miłego,  wynikało  to  jedynie  z  jego  naturalnego  sposobu 
bycia. Jak stwierdził Gordon, należał do klasy niezbyt przejętej zasadami moralności. Damy, jeśli nie są za stare, są 
po  to,  by  z  nimi  flirtować.  Nie  umiał  inaczej  postępować  z  kobietami,  zachowywał  jednak  pełną  kontrolę  nad 
sytuacją. 

Gdyby jej życie tak bardzo nie zmieniło się po śmierci papy, bez trudu dałaby sobie z nim radę. Uśmiechałaby się 

i odwzajemniała puste frazesy, uznając to za rzecz zwykłą. Nie była w tym  jednak  najlepsza. I nie zamierzała się 
zmieniać. 

Lady Lyman była niepocieszona zniknięciem Costaina. 
-  Pewnie  ma  jakieś  pilne  zadanie  w  pracy  -  skonstatowała.  -  Datę  naszego  przyjęcia  wyznaczyłam  na 

dwudziestego grudnia, Cathy. Musimy dziś wypisać zaproszenia. 

- Gordon zaprosił mnie dziś do teatru, mamo. 
- Co to za sztuka, Gordonie? Szekspir? 
-  Szekspir?  -  parsknął  Gordon.  -  Nic  w  tym  stylu.  Kto  chce  słuchać  tego  przestarzałego  nudziarza?  Miałem  go 

wystarczająco dość w szkole, mamo. 

- „Wystarczająco” znaczy wystarczająco - poinformował siostrzeńca Rodney. 
- Słucham? 
- „Wystarczająco” oznacza dość; nie musisz dodawać „dość”. 
Gordon nic nie rozumiejąc potrząsał głową. Starszy pan jakby obudził się ze snu. 
- Co to znaczy „wystarczająco”, Gordonie? - spytał. 
- To znaczy wystarczająco. 
-  To  znaczy  dość,  nie  musisz  więc  mówić  „wystarczająco  dość”.  To  klasyczna  tautologia.  Jeśli  masz  nadzieję 

zostać dyplomatą, naucz się mówić poprawnie po angielsku. 

-  W  takim  razie  po  co  uczę  się  włoskiego?  -  Chłopak  zwrócił  się  do  matki.  -  Grają  zabawną  farsę  w  Royal 

Coburg. Tam właśnie się wybieramy. 

- Ależ, mój drogi, sądzisz, że wypada zabrać Cathy na południowy brzeg Tamizy? 
- Do licha, nie przeprowadzamy się tam przecież. Całe miasto mówi o nowej farsie w Coburg. Nic dziwnego, że 

Cathy nie ma stałego adoratora, jeśli trzymasz ją cały czas pod kloszem. 

Twoja siostra zawarła niezwykle korzystną znajomość, Gordonie. Mam na myśli lorda Costaina. Mogłoby mu się 

nie spodobać, że Cathy biega po mieście jak latawica. 

-  Jeśli  Cathy  jest  latawicą,  to  ja  jestem  małpą.  Costain  nie  jest  tak  nadętym  absztyfikantem  jak  sądzisz,  mamo. 

Nie jest niewiniątkiem. 

- Absztyfikant? - Lady Lyman dostała kolorów. - Nazywasz syna księcia Halforda „absztyfikantem”? 
Rodney rzucił gniewnie: 
-  Naucz  się  mówić  po  angielsku,  chłopcze.  To  odróżnia  ludzi  od  zwierząt.  W  Ministerstwie  Spraw  Za-

granicznych... 

- Wcale nie jestem przekonany, czy zostanę dyplomatą. 
- Bardziej przysłużyłbyś się ojczyźnie, spuszczając nieco z tonu - sarkastycznie stwierdził Rodney. 
Lekkie napięcie towarzyszyło im do końca posiłku. Przed wyjściem do teatru Cathy powiedziała: 
- A propos, mamo. Dowiedziałam się czegoś nowego o pani Leonard. Ma na imię Helena i była już raz mężatką. 
- Kiedy? Jak nazywał się jej mąż? 
- Nie wiem. 
- Helena... - powtórzyła lady Lyman marszcząc w skupieniu czoło. - Coś mi to mówi. Przypomnij mi o tym rano, 

moja droga. Nie pojmuję dlaczego, ale pamięć opuszcza mnie z dnia na dzień. Lepiej jednak pamiętam dawniejsze 
niż obecne czasy, więc bądź dobrej myśli. 

- Spytaj Rodneya - wtrącił Gordon. - On nie stracił jeszcze rozumu. 
- Mówiłam o pamięci, mój drogi - sprostowała lady Lyman. - Młodzież naprawdę strasznie się ostatnio wyrażą. 
Wyszła  do  salonu  przygotować  się  do  partii  kart  w  gronie  bliskich  przyjaciół,  głównie,  jak  ona,  wdów  po 

dyplomatach. Pani Leadbeater pamiętała Helenę Johnson. 

-  Zaczęła  bywać  w  towarzystwie  tego  samego  roku  co  moja  córka  Anna.  Bez  pokaźnego  posagu,  dwa  tysiące 

funtów, jeśli się nie mylę. Wiemy, że suma poniżej dziesięciu tysięcy nie stanowi żadnej atrakcji, chyba że panna 

background image

 

32

pochodzi  z  utytułowanej  rodziny.  Jej  z  pewnością  to  nie  dotyczyło,  była  jednak  bardzo  ładna.  Złapała  jak  na  nią 
świetną  partię,  trochę  podstarzałego  niejakiego  pana  Fotheringtona.  Niestety,  nie  miał  zbyt  pewnej  reputacji. 
Podobno przy okazji jego śmierci wyniknął jakiś skandal. Popełnił samobójstwo, jeśli dobrze pamiętam. 

- Z czym wiązał się ten skandal? - dopytywała się lady Lyman. 
-  To  chyba  zdarzyło  się  za  granicą,  nie  znam  szczegółów,  ale  zdaje  mi  się,  że  wchodziły  w  grę  jakieś  długi 

karciane, mniej więcej w 1802 roku. Wysłano go do Francji... O co to mogło chodzić?... 

Lady Lyman nagle coś sobie przypomniała. 
- Wtedy podpisano traktat pokojowy w Amiens, prawda? Anglia była wówczas jedynym krajem w stanie wojny z 

Francją. Korsykanin próbował namówić rosyjskiego cara do zawarcia sojuszu z Prusami i kilkoma innymi krajami. 
Car  jednak.  Paweł  I,  jak  sądzę,  Został  zamordowany,  zanim  doprowadzono  do  czegokolwiek.  Nelson  osiągnął 
sukces  w  Kopenhadze  i  wszyscy  byliśmy  przekonani,  że  wojna  się  nie  skończyła,  lecz  Wielka  Brytania  była  już 
wyczerpana walką i podpisano pokój w Amiens. 

Lady Lyman wpatrywała się wyczekująco w panią Leadbeater. 
- Fotherington musiał być w to zamieszany. - Dama skinęła głową. - Może przekazywał wrogowi jakieś tajemnice 

za pieniądze, którymi spłacał długi? Nigdy nie wrócił do Londynu. Potem słyszeliśmy, że strzelił sobie z pistoletu 
w  usta,  żeby  ratować  honor.  -  Wszyscy  obecni  byli  pod  wrażeniem  niesamowitej  opowieści.  -  Helena  zniknęła  z 
powierzchni ziemi. Dopiero dziś wieczorem, pierwszy raz od tamtego czasu, usłyszałam jej nazwisko. 

- Powtórnie wyszła za mąż, prawda? - zapytała jedna z pań. 
- Tak. Wróciła i jest żoną niejakiego pana Leonarda, pracownika Horse Guards - obwieściła lady Lyman. 
-  Nie  słyszałam  o  niej  nic  złego,  oprócz  tego,  że  była  niezwykle  pociągająca  -  pobłażliwie  dodała  pani 

Leadbeater.  -  To  przecież  nie  jej  wina,  że  Fotherington  zszedł  z  dobrej  drogi.  Biedna  dziewczyna  została  bez 
jednego  pensa.  Pamiętam,  że  wszyscy  się  nad  nią  litowali.  Była  dość  lubiana.  To  moja  lewa  -  powiedziała 
zgarniając karty ze stołu. - Pani wychodzi, lady Lyman. 

Gra toczyła się dalej, a rozmowa zeszła na temat lorda Byrona i lady Caroline Lamb. 

 

Rozdział 9 

Teatr Royal Coburg nie mógł porównywać się pod względem eleganckiego wyposażenia ze słynnym Drury Lane, 

lecz były tu przynajmniej loże i Gordon zamierzał wykupić jedną z nich dla siebie i siostry. 

- Jak to, wszystkie loże są wyprzedane? - spytał biletera, który właśnie udzielił mu tej informacji. 
- Mogę dać panu miejsca na galerii. 
- Na galerii! Dobry człowieku, ja jestem z damą! 
-  Nic  nie  szkodzi,  Gordonie  -  powiedziała  z  westchnieniem  żalu  Cathy.  -  Może  wykupiłbyś  teraz  miejsca  na 

jutrzejszy wieczór? 

-  Do  diaska,  przedarliśmy  się  po  tym  oblodzonym  moście  w  taką  pogodę.  Nie  spodziewasz  się  chyba,  że 

poświęcę wszystkie wieczory na zabawianie siostry. Poczekaj, Cathy, zajrzę do środka. Wiem, że Edison i Swinton 
mają swoją lożę, pytali kiedyś, czy nie wykupiłbym jej z nimi na spółkę. Może zmieścimy się jakoś razem. 

Podskoczył  na  górę,  a  Cathy  została  sama,  trochę  zażenowana  spojrzeniami  ludzi  spieszących  na  spektakl. 

Widzowie  stanowili  dość  pstry  tłum,  lecz  zauważyła  też  sporo  eleganckich  osób  z  towarzystwa.  Gordon  wrócił 
niebawem. 

- Tak jak myślałem. Edison serdecznie nas zaprasza. W loży jest tylko jeden wolny fotel, ale ja mogę stać. Parker 

ma wyjść za jakieś pół godziny. Nie wytrzyma jednego wieczoru bez kart. Chodź. Czekają na nas. Znasz Edisona i 
Świniona. 

Rzeczywiście,  rozpoznała  dwóch  młodych  dżentelmenów,  bliskich  kolegów  Gordona,  którzy  wstali,  żeby  się 

skłonić. Swinton nalegał, by Cathy zajęła jego miejsce z przodu. Przedstawiono jej trzech pozostałych panów, ale 
w  zamieszaniu  nie  zapamiętała  ich  nazwisk.  Dziwnie  czuła  się  wśród  samych  mężczyzn.  Na  początku  miała 
wrażenie,  że  krępuje  ich  nieco  jej  obecność,  ponieważ  co  chwila  dochodziły  ją  uwagi  w  stylu:  „Wyrażaj  się 
przyzwoicie, człowieku, jest z nami dama”. 

Panowie  jednak  szybko  zapomnieli,  że  jest  damą,  i  w  loży  zaczęło  huczeć  od  wybuchów  śmiechu,  niewy-

brednych, szczeniackich żartów i odżywek godnych wytrawnego dorożkarza. 

Obowiązek  przyzwoitego  zachowania  spadł  na  jej  sąsiada,  Edisona.  Był  to  korpulentny  blondyn  o  okrągłej 

twarzy, w rozchełstanym fularze i żakiecie z wypchanymi ramionami. Dwa czy trzy razy spytał, czy jej wygodnie, 
a kiedy  zapewniła, że tak, konwersacja zamarła, a Edison zaczął przyglądać się przez  lornetkę  widzom  w  innych 
lożach i kompletnie o niej zapomniał. 

W pewnym momencie Cathy przeraziła się, że młodzieniec wypadnie przez balustradę, gdy po przeciwnej stronie 

widowni  dojrzał pannę Stanfield. W podnieceniu zapomniał  nie tylko o  dobrych  manierach, ale również o prawie 
przyciągania ziemskiego. Cathy w ostatniej chwili złapała go za żakiet, dzięki czemu nie wyleciał z loży. 

Przedstawienie  okazało  się  bezmyślną  farsą,  której  główną  atrakcją  były  krzyki  i  bieganina  po  scenie,  a  gra 

aktorska  polegała  na  strojeniu  min  do  publiczności.  Jednak  śmiało  wydekoltowane  suknie  pań  na  scenie  oraz 
sprośne  dialogi podobały się  męskiej  części  widowni.  Cathy szybko się znudziła i  odwróciła lornetkę  w  kierunku 

background image

 

33

innych lóż. 

Najpierw  przyjrzała  się  pannie  Stanfield.  Ciekawa  była,  co  takiego  ma  w  sobie  ta  dziewczyna,  że  młodzi 

dżentelmeni  dostają na jej  widok  małpiego rozumu. Była drobną blondynką o pełnej buzi, błyszczących  oczach  i 
nadąsanych  ustach.  Jej  suknia  uszyta  była  z  masy  koronek  i  wstążeczek,  a  włosy  zwijały  się  w  drobne  loczki.  Z 
gracją  poruszała  wachlarzem,  lecz  poza  tym  Cathy  nie  zauważyła  w  niej  nic  szczególnego.  Pomyślała,  że  taką 
właśnie rozkapryszoną piękność poślubi kiedyś lord Costain. 

Przesunęła  lornetkę  na  sąsiednią  lożę,  a  potem  na  kolejne,  studiując  toalety  dam  i  twarze  co  przystojniejszych 

dżentelmenów.  W  najdalszej  loży  po  jej  lewej  Bronie  zobaczyła  panią  Leonard  i  poświęciła  dłuższą  chwilę,  by 
dokładnie jej się przyjrzeć. 

Ta kobieta rzeczywiście miała w sobie coś niezwykłego. Uwagę Cathy przykuł wyraz jej bladej pięknej twarzy o 

klasycznych  rysach.  Była  jedną  z  tych  rzadko  spotykanych  kobiet,  których  uroda  jaśnieje  najwspanialej,  gdy  na 
twarzy  maluje  się  spokój.  Poprzedniego  wieczoru  robiła  wrażenie  po  prostu  bardzo  przystojnej  damy,  a  teraz, 
siedząc  tak  spokojnie  w  cieniu  loży,  wyglądała  naprawdę  pięknie.  I  niewypowiedzianie  smutno.  Gdyby  nie 
diamenty połyskujące na szyi, mogłaby pozować do portretu Madonny jakiemuś renesansowemu mistrzowi. Miała 
na  sobie  skromną  czarną  suknię,  która  nadawała  jej  o  wiele  więcej  dystynkcji  niż  wszystkie  koronki  panny 
Stanfield. Cathy pomyślała, że chciałaby mieć taką klasę. Obok pani Leonard siedziała jakaś starsza dama. 

Cathy zastanowiła się, czy przyzwoitka nie jest czasem Francuzką. Miała właśnie stuknąć łokciem pana Edisona i 

zapytać  o  nazwisko  damy,  kiedy  tuż  przy  pani  Leonard  ukazało  się  męskie  ramię  oferujące  pudełko  czekoladek. 
Cathy nastawiła lepiej ostrość lornetki, żeby przyjrzeć się twarzy mężczyzny. To prawdopodobnie Harold Leonard. 
Okazał się  niczym  nie  wyróżniającym, siwym  panem. Mógłby być jej  ojcem. Popatrzyła na  drugiego  mężczyznę 
obok Leonarda. Ten wydawał się ciekawszy - dojrzała zarys ciemnej czupryny i przystojny profil. 

Wtedy młodszy mężczyzna odwrócił się i Cathy rozpoznała lorda Costaina. Siedział w loży pani Leonard! Jak to 

możliwe? Nic dziwnego, że na nią nie chciał nawet spojrzeć... Ależ idealną parę tworzyli! Przyglądała się dłuższą 
chwilę, po czym trąciła pana Edisona i spytała: 

- Kim jest kobieta obok tej czarnowłosej piękności w narożnej loży? Zna ją pan? 
Pan Edison skierował lornetkę we wskazanym kierunku i wydał z siebie ciche westchnienie. 
- Nie mam pojęcia, ale ta brunetka to z pewnością niezwykła dama. Spytam Świniona. Może on wie. 
Chwilę później Edison pochylił się i szepnął: 
- Nie wiem, kim jest starsza dama, ale ta piękność to pani Leonard. Stary niezdara za nią to mąż. Szkoda jej! 
- Dziękuję. Byłam po prostu ciekawa. Dama obok wydawała mi się znajoma. 
- Swinton zna  wszystkie piękności  w  mieście. Ta nie  należy akurat do śmietanki towarzyskiej, ale urodą bije  je 

wszystkie na głowę. Caro Lamb nie sięga jej w tym względzie do pięt. 

- Tak... - przytaknęła oszołomiona Cathy. 
- Panno Lyman, czy pani wygodnie? 
- Och tak, dziękuję.  - Wysiliła się  na uśmiech  odkładając lornetkę  na kolana, żeby Costain  nie  zauważył, że  go 

podpatruje. 

Wrzaski  na  scenie  i  śmiech  publiczności  przestały  do  niej  docierać.  Costain  i  Helena  Leonard  razem.  Co  to 

znaczy?  Czy  Costain  wystrychnął  ich  na  dudka?  Dlaczego  kazał  ją  śledzić,  jeśli  nie  obchodziło  go  wcale,  co 
Gordon odkrył? Odpowiedź pojawiła się po chwili zastanowienia. 

To on jest kochankiem Heleny i kazał ją śledzić, żeby upewnić się, czy kochankowi jest tak samo niewierna jak 

mężowi. I bardzo dobrze, że dowiedział się prawdy! 

W czasie przerwy podzieliła się z Gordonem swoim spostrzeżeniem. Postanowił, że zostaną na miejscach, kiedy 

koledzy wyszli przejść się po foyer. Najpierw wydawało się, że Leonardowie i Costain nie będą wychodzić, gdyż 
zamówili sobie wino do loży. Siedzieli we czwórkę popijając trunek i gawędząc. 

Cathy i Gordon przesunęli się  w róg swojej loży  i podglądali przez lornetki. Starsza dama rozmawiała z panem 

Leonardom, a Costain zabawiał Helenę. Od czasu do czasu pan Leonard wtrącał coś, zwracając się do nich. Biedny 
człowiek. Nie spodziewał się, że zdrajca siedzi tuż u jego boku. 

Nagle  pani  Leonard  wstała.  Costain  również  się  podniósł  i  wyprowadził  ją  pod  ramię  z  loży.  Pan  Leonard  i 

starsza dama zostali na miejscach. 

- Costain zrobił sobie z nas pośmiewisko! - ze złością powiedziała Cathy. - Jest jej kochankiem i podejrzewa, że 

Helena ma innego. Dlatego kazał ci ją śledzić. Chce wiedzieć, kim jest drugi kochanek. 

- Tego nie wiemy na pewno. Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski. Nie byłby na tyle bezczelny, by pokazywać się 

publicznie z kochanką i jej mężem. Nie wierzę w to. 

-  Jego  na  wszystko  stać.  Dlaczego  nie  powiedział  nam,  że  tu  się  wybiera,  kiedy  spytałeś,  co  dziś  wieczorem 

robimy? Czuł się bezpieczny, gdy wspomniałeś o wypadzie do klubu, a ja powiedziałam, że zostaję w domu pisać 
listy.  Zaczynam  się  zastanawiać,  dlaczego  Cosgrave  nie  powierza  mu  żadnego  ważnego  zadania,  Gordie.  Może 
lord Costain wykorzystał moje tłumaczenie dla jakichś niecnych celów? A ja pomogłam wrogowi. 

- Nawet gdyby tak było, a nie wierzę w to ani trochę, byłabyś w to jedynie niewinnie wmieszana. Nikt nie uciąłby 

ci za to głowy. Wymknę się teraz, muszę zamienić słówko z Lwem. 

background image

 

34

- Nie! Nie może się niczego domyślać. 
Młodzieńcza twarz Gordona przybrała szelmowski wyraz. 
- Zagrajmy w podwójną grę - powiedział. - Podkradnę się za nimi i spróbuję podsłuchać, o czym mówią. Szkoda, 

że nie jestem przebrany. 

Cathy  siłą  powstrzymała  się,  żeby  nie  pobiec  za  bratem.  Wiedziała  jednak,  że  to  nie  ma  sensu.  Wszyscy 

mężczyźni byli podobnie ubrani i bez niej Gordon ma większe szanse podejść do nich blisko, nie zauważony wśród 
tłumu dżentelmenów w jednakowych czarnych strojach. 

- Nie mogę zostać sama w loży, Gordie. Zaprowadź mnie do pana Edisona. 
- Dobrze, ale pospiesz się. Minęła już połowa przerwy. 
Wyszli na korytarz. Nawet jeśli pan Edison nie był zachwycony, że znowu musi się zająć siostrą przyjaciela, nie 

dał  tego  po  sobie  poznać.  Cathy  zresztą  odniosła  wrażenie,  że  cieszy  go  okazja  do  defilowania  u  boku  damy  na 
oczach panny Stanfield. Do końca przerwy krążyli w pobliżu strojnej w falbanki piękności i jej świty. Pan Edison 
dostawał nagłego ataku wesołości za każdym razem, kiedy przechodzili obok. 

- Ależ to zabawne! - Zaśmiał się serdecznie na jakąś nic nie znaczącą uwagę Cathy i zatrzymał dosłownie o krok 

od panny Stanfield. - Cha, cha! Ależ z pani dowcipna osoba, mademoiselle! Świetnie to pani ujęła. Przedni dowcip, 
doprawdy! Można pęknąć ze śmiechu! - Zezując zerknął w bok, czy został zauważony. 

- Nie chciałabym spowodować takiego nieszczęścia, panie Edison - powiedziała Cathy. 
- Trochę by było szkoda, prawda? Cha, cha! 
- Och, nie mogę nawet myśleć o tak niepowetowanej stracie. 
- W rzeczy samej! Świetnie to pani ujęła. 
Znowu rzucił okiem w stronę panny Stanfield, lecz gdy odeszła, nagle stracił humor. 
- No, cóż... Czy podoba się pani sztuka? - spytał. 
- Tak, bardzo. - „Szczególnie w czasie przerwy” - pomyślała. 
Cały  czas  wypatrywała  Costaina  i  pani  Leonard,  ale  nigdzie  ich  nie  było.  Miała  dość  czasu,  by  przyjrzeć  się 

wszystkim  w  foyer.  Tutaj  ich  nie  było.  Jedyny  wniosek  to,  że  opuścili  teatr.  Miała  nadzieję,  że  Gordon  za  nimi 
poszedł. 

Kiedy rozległ się  dzwonek, pan Edison  odeskortował ją do loży. Po drodze spostrzegła w tłumie pana Buracka. 

Rozglądał  się  za  kimś.  Skinął  głową  na  jej  widok  i  dalej  wypatrywał  kogoś  wśród  przeciskających  się  do  sali 
widzów. 

Zaraz po zajęciu swego  miejsca Cathy popatrzyła  w stronę  loży pani Leonard - byli tam tylko  jej  mąż  i starsza 

dama. Przez lornetkę dojrzała przewieszoną na poręczy fotela pani Leonard pelerynę. Zamierzała więc wrócić. 

Nagle tuż za nią pojawił się Gordon. Stuknął Cathy w ramię i pociągnął w głąb loży. 
- Swinton wyszedł. Możemy usiąść tu razem i porozmawiać. 
Rzuciła  ostatnie  spojrzenie  na  lożę  Leonardów  w  momencie,  gdy  Costain  wprowadził  Helenę.  Uśmiechali  się 

oboje niewinnie. Cathy usiadła obok brata, kiedy kurtyna poszła w górę. 

- Co się stało? Gdzie oni byli? - spytała. 
- Sprowadził ją na dół zaczerpnąć świeżego powietrza. Niczego więcej nie udało mi się podsłuchać. Twierdziła, 

że jej słabo. Podkradłem się  za nimi  na dół, ale  nie  mogłem  wyjść  do  hallu, żeby się  nie ujawnić. Byli tam  tylko 
bileter i jakichś dwóch posłańców. Oczywiście, będziemy ich śledzić w drodze do domu. 

- Jak to? Przecież pan Leonard jest z nimi. 
- W takim razie pojedziemy za Costainem. 
Cathy  spodobał  się  ten  pomysł.  Sztuka  strasznie  się  dłużyła  i  zupełnie  przestała  ją  interesować.  Teraz  musi 

zdecydować,  co  robić,  gdy  lord  Costain  okazał  się  zdrajcą  ojczyzny.  Naturalnie  należy  zawiadomić  władze. 
Najrozsądniej będzie zwrócić się do jego pryncypała, lorda Cosgrave’a. Nie ufał przecież Costainowi od początku, 
uważnie jej więc wysłucha. 

Jutro pójdą z Gordonem do Horse Guards i postarają się o rozmowę z Cosgrave’em. Trzęsła się w środku na myśl 

o tym wszystkim. Jak Costain mógł tak postąpić? Jest oficerem i szlachcicem. Co zyskuje zdradzając ojczyznę? To 
wyłącznie wina pani Leonard. Ta piękność sprowadziła go na złą drogę. Musi ją bardzo kochać. 

Cathy nie  miała siły na  dodatkowe  eskapady tego  wieczoru. Zresztą Costain na pewno nie poważy się  na nic w 

obecności męża pani Leonard. 

- Jedź za nimi sam, Gordonie. Strasznie boli mnie głowa. 
- Jak, do diabła, mam za nimi jechać, jeśli muszę cię odwieźć do domu? Może Edison... 
- Nie chcę go o to prosić. Gdybyśmy wyszli teraz, Dążysz odwieźć mnie do domu i wrócić na tyle szybko, żeby 

nie stracić z oczu Costaina. 

- Masz rację. Zupełnie zresztą straciłem wątek sztuki, przyjdę to obejrzeć innym razem. Idziemy. 
Gordon szepnął coś Edisonowi i wyszli z teatru. Pod domem Gordon powiedział: 
- Jeśli chcesz, poczekaj na mnie w gabinecie. Tam będzie można spokojnie porozmawiać. 
- Dobrze. Ciekawa jestem, jak sprawy się potoczą. 
Wiedziała, że teraz nie zaśnie, może więc równie dobrze czekać w gabinecie. 

background image

 

35

Lady Lyman właśnie się położyła, gdy Cathy weszła do domu. Dziewczyna przyjęła z ulgą, że nie musi silić się 

na  uśmiechy  i  udawać  zachwyconej  uroczym  wieczorem  w  teatrze.  Poszła  do  gabinetu  i  rozpaliła  ogień  w 
kominku. Potem nalała sobie kieliszek sherry, usadowiła się na kanapie i zapatrzona w płomienie sączyła trunek. 

Ogień  jej  nie  rozgrzewał.  W  środku  czuła  się  zimna  i  pusta.  Costain  to  zdrajca,  a  jej  obowiązkiem  jest  go 

zdemaskować. Nie miała pojęcia, kiedy wróci Gordon, najwcześniej jednak za godzinę. Skuliła się na poduszkach 
kanapy i starała się uspokoić. 

Ogarniała  ją  właśnie  cudowna  wizja,  gdy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  gabinetu.  Gordon  postanowił  nie 

wchodzić do domu głównym wejściem. Wstała i podbiegła go wpuścić. Kiedy otworzyła drzwi, do pokoju wszedł, 
nie czekając na zaproszenie, lord Costain. 

- Panno Lyman, wiem, że jest późno, ale czy pozwoli pani na chwilę rozmowy? 

 

Rozdział 10 

Cathy wpatrywała się w niego oniemiała. Po prostu coś ją sparaliżowało. 
Costain patrzył na jej drżące usta i szeroko otwarte, przestraszone oczy. Nerwowo zamrugała powiekami. 
-  Jaki  ze  mnie  idiota!  Śmiertelnie  panią  przestraszyłem.  Proszę  wybaczyć,  panno  Lyman.  To  tylko  pani  stary, 

wierny  lew...  Lew  -  powtórzył  z  łagodnym  uśmiechem.  Delikatnie  ujął  ją  za  nadgarstki.  -  Zamarznie  pani. 
Zamknijmy drzwi. - Objął ją ramieniem i wprowadził do pokoju. 

Wyrwała się i spytała ostro, z trudem wciąż chwytając oddech: 
- Co pan tu robi? 
-  Proszę  się  uspokoić,  nie  przyszedłem  kraść  pani  książek  -  odpowiedział  urażonym  tonem.  -  Spostrzegłem 

światło w oknie, sądziłem, że może czeka pani na mnie. Widziałem, jak obserwowała mnie pani w teatrze. 

Na jego przystojnej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy zdejmował płaszcz. Rzucił go na bok i pewien, że nie jest 

wcale tak niemile widziany, zbliżył się do kominka. 

- Och, jak przyjemnie... - powiedział ogrzewając dłonie przy ogniu. 
- Wydaje mi się, że widziałam pana w jednej z lóż - odezwała się po chwili. 
Kiedy usiadła na kanapie, usiadł obok. Nie wiedziała, jak właściwie zareagować, ale postanowiła zachowywać się 

jak  najbardziej  naturalnie. Costain  wyobraża sobie, że jeden  jego uśmiech i  miłe słowo zamąci jej  natychmiast w 
głowie. Niech sobie wyobraża! Żeby się tylko nie przeliczył w swojej próżności. 

-  Byłem  w  towarzystwie  państwa  Leonard  -  powiedział.  -  Z  pewnością  rozpoznała  pani  piękną  Helenę.  Ten 

starszy człowiek to Harold. 

Skinęła głową. 
- Domyśliłam się. A druga dama? 
Costain wyciągnął długie nogi w stronę ciepłego kominka i wydał z siebie westchnienie zadowolenia. 
- Sąsiadka i kuzynka, niejaka pani Newhart. Nie ciekawi pani, jak udało mi się zbliżyć do Heleny? 
- Zastanawiałam się, dlaczego jest pan w towarzystwie państwa Leonard. - Umyślnie użyła liczby mnogiej. 
Uniósł brew i stwierdził zuchwale: 
- Punkt dla pani. Harold również tam był, ale to bez znaczenia. 
- Zauważyłam, że zapomniał pan o nim podczas przerwy. 
-  Och,  zrobiłem  to  specjalnie.  Nie  jestem  aż  tak  strasznie  zapominalski.  Lecz  dotykamy  tu  sedna  sprawy. 

Opowiem  od  początku.  Postanowiłem  wyręczyć  dziś  wieczorem  Gordona  i  śledzić  panią  Leonard  -  tłumaczył.  - 
Dlatego  nie  umówiłem  się  z  panią.  Pojechałem  za  Leonardami  do  Royal  Coburg  i  wszedłem  do  teatru,  mając 
nadzieję  przyłączyć  się  do  nich.  Loże  były  wyprzedane,  a  pan  Leonard,  widząc,  że  zbieram  się  do  odejścia  z 
kwitkiem, zaproponował miejsce w ich loży. Oczywiście nie wahałem się ani chwili. 

- Oczywiście. 
- Prawdziwy ze mnie demon pracy, jak pani widzi... - powiedział robiąc skromną minę i powstrzymując uśmiech. 

-  W  czasie  przerwy  pani  Leonard  stwierdziła,  że  jej  słabo.  -  Podniósł  brwi,  jednoznacznie  dając  do  zrozumienia 
swoje  powątpiewanie  co  do  szczerości  Heleny.  -  A  ja,  jako  dżentelmen  bez  skazy,  zaproponowałem,  że 
wyprowadzę ją na zewnątrz dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. 

- Czyżby pan Leonard nie mógł sam zadbać o żonę? 
- Z pewnością, lecz ma już swoje lata i pewne dolegliwości. Nie tylko damy padają ofiarą nieubłaganego upływu 

czasu. Chciał z nią wyjść, ale gdy żona wyraziła głęboką troskę o jego zdrowie, zaproponowałem, że go wyręczę. 
Tak więc zszedłem z nią na dół i poprosiłem o otworzenie drzwi, żeby przewietrzyła się nieco. Biedaczka omal nie 
zamieniła się na tym świeżym powietrzu w sopel lodu... Ja zresztą też. 

- Dziwne, że nie wzięła ze sobą peleryny. 
- Świetnie posługuje się pani lornetką! Czy może Gordon pani o tym powiedział? Jeśli śledzi ją tak niezdarnie jak 

dziś  wieczorem,  obawiam  się,  że  nie  jest  to  dla  niej  żadna  tajemnica.  Muszę  powiedzieć  pani  bratu,  by  tego 
zaprzestał. 

Cathy pominęła jego pytanie. 
- Dowiedział się pan czegoś interesującego? 

background image

 

36

- Pani Leonard nie stanowi żadnego zagrożenia. - Wdzięcznym gestem machnął ręką. 
- Długie wizyty w sklepie mademoiselle Dutroit są równie niewinne? Musi uwielbiać kapelusze. 
- Któraż kobieta jest inna? Ona też, ale poza tym ma talent do wymyślania fasonów. Pracuje dla panny Dutroit, by 

podreperować swoje finanse. Pensja Leonarda nie jest zawrotna. 

Coś w jego sposobie bycia denerwowało Cathy. Może ten uśmiech podziwu, gdy mówił o pani Leonard. 
- Jak dowiedział się pan tego wszystkiego zaledwie przez połowę przerwy, milordzie? 
-  Umiem  czasem  zdobywać  informacje,  które  mnie  interesują.  -  Roześmiał  się.  -  Nie  tylko  wy,  panie,  jesteście 

mistrzyniami sprytnego  wypytywania... Gawędziliśmy o tym  i  owym. Pani Leonard  miała ciężkie  życie. Była już 
raz  zamężna.  Pan  Fotherington  zostawił  ją  bez  środków  do  życia.  Pracowała  jako  modystka,  gdy  poznała  pana 
Leonarda  na  skromnym  spotkaniu  towarzyskim  u  wspólnych  znajomych.  Był  wdowcem,  ona  wdową,  oboje 
samotni i oboje w nie najlepszej sytuacji życiowej. Nietrudno dopowiedzieć sobie resztę. Sądzę, że to małżeństwo 
z rozsądku, ale jest między nimi prawdziwe uczucie, to, co starsze pokolenie nazywa „wzajemnym szacunkiem”. 

- Taka piękność mogła chyba liczyć na lepszą partię niż pan Leonard. 
-  Rzeczywiście,  można  by  tak  sądzić,  lecz  ona  bardzo  mało  bywała  wśród  ludzi.  Wyczułem  jakby  na  osobę 

pierwszego męża padał jakiś cień, mimo że nie powiedziała wprost nic na ten temat. Może po prostu nie spłacone 
długi? To zawsze źle wpływa na reputację wdowy. A kogo mogła spotkać pracując w sklepie modystki? Głównie 
kobiety. Z tego, co zauważyłem, damy niechętnie wyciągają pomocną dłoń do kobiet piękniejszych od siebie. 

- W imieniu mniej pięknych kobiet muszę sprzeciwić się tej cynicznej uwadze, milordzie. Pochopne uogólnienia 

są często zawodne. 

-  Te  zmarszczone  brwi  mówią  mi,  że  nieumyślnie  panią  uraziłem.  -  Szarmancko  skłonił  głowę.  -  Blasku  pani 

urody nie może oczywiście przyćmić żadna inna kobieta. 

Komplement nie był wyszukany, a światowy ton Costaina nie zmienił jego trywialności. Cathy zdecydowała, że 

najlepiej będzie zignorować tę uwagę. 

- Sądzi pan więc, iż pani Leonard jest zbyt piękna, by być wplątana w tę sprawę? - spytała ironicznie. 
-  Teraz,  panno  Lyman,  jest  pani  okrutnie  niesprawiedliwa.  Jestem  zaszokowany  ostrością  pani  prowokacji.  Nie 

uroda,  lecz  historia  życia  pani  Leonard  przekonuje  mnie  o  jej  niewinności.  Jedyne,  co  mógłbym  jej  zarzucić,  to 
odrobinę zbyt swobodne maniery, na co słusznie odpowiedziałaby pani natychmiast: „Przyganiał kocioł garnkowi”, 
nie będę więc wspominał, że wydaje się zainteresowana propozycjami, gdyby pojadł się odpowiedni mężczyzna. 

- A pojawił się? 
- Nie, panno Lyman, nie robiłem pani Leonard żadnych propozycji. Poza względami moralnymi uważam, że nie 

należy mieszać przyjemności z interesami, a ja pracuję z mężem tej damy. 

Cathy nalała gościowi kieliszek sherry, żeby zyskać na czasie i przez moment zebrać myśli. Costain może mówić 

prawdę.  Zazdrość  o  panią  Leonard  nie  powinna  rzutować  na  jej  osądy.  Jeśli  kłamie,  to  bardzo  szybko  wymyślił 
wiarygodną  historię  z  wszelkimi  detalami  i  opowiedział ją bez zająknięcia. Nie  miał też  miny  winowajcy ani  nie 
próbował  za  nic  przepraszać. Postanowiła  zawiesić  ostateczny  werdykt,  dopóki  spokojnie  się  nie  zastanowi  i  nie 
porozmawia z Gordonem. 

Podała mu kieliszek. 
- Według pana pani Leonard jest niewinna? 
- Jest dość sprytna i niezbyt cnotliwa, ale nie bardziej niż większość kobiet. - Wypił łyk sherry i spytał: - Gdzie 

jest Gordon? 

- Wybrał się dokądś po teatrze. 
- Och, a ja  myślałem,  widząc światło  w  oknie, że czekają państwo  oboje, aż przyjdę się  wytłumaczyć. Pani też 

powinna wytłumaczyć mi się z czegoś, panno Lyman. Co z tymi listami, które miała pani napisać dziś wieczorem? 

- Zamiast pisać, postanowiłam iść do teatru. 
- To świadczy o  niepokojącej niestałości charakteru - stwierdził grożąc jej palcem. - Nie spodziewałem się tego 

po pani. 

- Następna okazja, by użyć powiedzenia: „Przyganiał kocioł garnkowi”? 
- Ależ nie! Jestem przekonany, że przełożyła to pani po prostu na później. Który z licznych dżentelmenów w loży 

odciągnął panią od korespondencji? Czy ten blondyn, którego uratowała pani od upadku przez balustradę? Muszę 
pogratulować  pani  refleksu  i  cierpliwości  wobec  braku  manier  niektórych  dżentelmenów.  Gdyby  obok  mnie 
siedział ktoś tak rozkojarzony, pomógłbym mu polecieć na dół. 

- Pan Edison jest jedynie znajomym. 
-  Od  znajomych  również  wymaga  się  taktu.  To  rodzaj  mężczyzny,  który  zostawiłby  swoją  towarzyszkę  samą 

podczas kolacji. Ale to nie byłoby dla pani nic nowego. Czy dała mu pani taką lekcję jak mnie? 

- To właściwie przyjaciel Gordona. 
- Zastanawiałem się, dlaczego tak gapi się  na pannę Stanfield, gdy obok  niego siedzi  o  wiele bardziej czarująca 

dama. 

- Zna pan pannę Stanfield? 
- Widzę, że porównania niewieścich uroków nie oburzają pani, gdy wypadają na jej korzyść! Elizabeth Stanfield 

background image

 

37

jest moją bliską kuzynką. Ponad dziesięć lat różnicy wieku sprawiło, że nigdy nie byliśmy ze sobą związani. Odkąd 
zaczęła  bywać,  zajmuje  się  głównie  flirtami.  Obawiam  się,  że  jej  zachowanie  coraz  bardziej  oscyluje  na  granicy 
dobrego smaku. Ale kim ja jestem, by wypowiadać się na temat przyzwoitych manier? Nachodzę samotną kobietę 
o  tej  porze!  Muszę  już  iść.  -  Odstawił  kieliszek  i  wstał,  żeby  się  ubrać.  -  Powtórzy  pani  Gordonowi,  by  przestał 
śledzić panią Leonard? 

Swobodne  zachowanie  Costaina  prawie  przekonało  Cathy.  Ostatnia  uwaga  znów  wzbudziła  jej  czujność.  Może 

chce  pozbyć  się  Gordona  i  skorzystać  z  „otwartości”  tej  damy,  jako  ewentualnej  kochanki?  A  może  już  są 
kochankami?  „Mimo  wszystko  ta  straszliwa  wizja  nie  ma  nic  wspólnego  ze  szpiegostwem  i  sprawą  w  Horse 
Guards” - starała się wbić sobie do głowy. 

- Powtórzę mu - odpowiedziała. 
Costain zapinał płaszcz. Zaskoczony jej niepewnym tonem podniósł wzrok i podszedł bliżej. 
- Co się stało? - spytał po prostu i nie czekając na odpowiedź, stwierdził: - Nie wierzy mi pani. 
- Możliwe, że mówi pan prawdę. 
- Ja mówię prawdę. Dlaczego miałbym coś ukrywać? 
- Nie powiedziałam, że pan coś ukrywa. 
- Ale nie wierzy mi pani. 
Przyparta do muru, odpowiedziała desperacko: 
- Może to pani Leonard coś ukrywa? 
Costain uniósł brwi i w zamyśleniu opuścił głowę na bok. 
- To możliwe. Nie byłbym pierwszym mężczyzną, który dał się zwieść pięknej kobiecie. Zastanawiam się, czy... 
- Proszę jedynie nie zapominać o takiej możliwości, milordzie - powiedziała i podeszła do drzwi. 
- Co do jutrzejszego wieczoru... 
Umilkł z dłonią na klamce. Nie zamierzał tak często widywać panny Lyman. Jednak jej nieufność sprawiała mu 

przykrość z jakiegoś niezrozumiałego powodu. Zdał sobie sprawę, że zależy mu na jej dobrej opinii. I równie jasno 
zdał sobie sprawę, że nabrał wyjątkowej awersji do tego blondyna, który siedział obok niej w teatrze. 

Wpatrywała się w niego, nie był to jednak rozanielony wzrok zakochanej kobiety. W jej oczach czaiło się coś na 

kształt niechęci. 

-  Może  pani  i  pan  Edison  coś  już  zaplanowali?  Nie  mam  przecież  prawa  sądzić,  że  czeka  pani  na  moje 

propozycje. - W jego głosie brzmiała nuta pytania. 

- Nie wiem... Nie jestem jeszcze pewna, co będziemy robić jutro wieczorem. Może... 
- Czy mogę wpaść po pracy? 
- Tak, powiem Gordonowi, że pan przyjdzie. 
- A pani będzie w domu? 
Spojrzała mu prosto w oczy. Widział, jak na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech. 
- Ja prawdopodobnie również będę w domu - odpowiedziała. 
- Powiedziałem pani prawdę. 
- Wiem - usłyszała własny głos. 
Nie miała pojęcia, skąd wziął się ten łagodny ton i to potwierdzenie. Wątpliwości po prostu zniknęły. Poczuła, że 

powiedział prawdę. 

Costain  rozchmurzył  się,  a  potem  nieśmiało  uśmiechnął.  Wyglądał,  jakby  chciał  coś  jeszcze  dodać.  Włożył 

jednak tylko kapelusz i podszedł do drzwi. 

- Dobranoc, panno Lyman - powiedział i wyszedł. 
- Dobranoc. 
Kiedy zniknął w mroku, cicho zamknęła drzwi. 
Usiadła w cieple koło kominka, czekając na powrót Gordona. Czuła, że w znajomości z Costainem nastąpił jakiś 

przełom. Zależało mu na jej dobrej opinii, a jaki mógł być tego powód, jeśli mu się nie podoba? Nie dopuszczała 
nawet myśli, że mógłby ją... kochać. Nie zrobił ani nie powiedział nic, co by to sugerowało, ale wydawało się, że 
traktuje ją w jakiś szczególny sposób, w jaki nie traktował dotąd żadnej kobiety. 

Wkrótce pojawił się nachmurzony i gderający od progu Gordon. 
-  Zgubiłem  Lwa.  Po  prostu  zniknął  po  zakończeniu  sztuki.  Nie  skorzystał  z  powozu  Leonardów,  gdyż  po  jego 

zniknięciu  postanowiłem  jechać  za  nimi.  Nie  było  go  w  ich  powozie.  Czekałem  całe  wieki  pod  ich  domem,  na 
wypadek gdyby pani Leonard chciała wymknąć się po ułożeniu staruszka spać. Nigdzie nie wychodziła. 

- Lord Costain był tutaj - powiedziała Cathy. - Wyjaśnił, skąd wziął się z nimi w teatrze. 
Zdała bratu zwięzłą relację, przemilczając bardziej osobiste fragmenty rozmowy, które zamierzała zachować dla 

siebie jako słodki sekret. 

- I ty mu uwierzyłaś! - wykrzyknął Gordon, kiedy skończyła. 
- Tak, i jestem przekonana, że mówił prawdę. Nie pominął żadnego szczegółu, który wzbudzał nasze podejrzenia. 
- A moje podejrzenia nadal budzi powóz czekający na tyłach sklepu modystki i mężczyzna, który odjechał nim z 

panią Leonard. Jej mąż nie wchodzi w grę, gdyż był wtedy w biurze. Z tego, co wiemy, mógł to być sam Costain. 

background image

 

38

A możemy mu ufać jedynie na podstawie jego stów. 

- Mówiłeś, że to był potężny, tęgi mężczyzna. 
- Przecież z tymi szkłami na nosie ledwie widziałem, czy to w ogóle był mężczyzna. 
Nalał sobie sherry. 
-  Jeśli  ona  ma  bogatego  przyjaciela,  po  co  zawraca  sobie  głowę  wyrabianiem  kapeluszy?  Historia  Costaina 

zupełnie  nie trzyma się kupy. A jeżeli śledził Leonardów z daleka, jak to się stało, że  go zauważyli i zaprosili  do 
swej loży? 

-  Kiedy  opowiadał,  wydawało  się  to  naturalne...  -  Pod  wpływem  wątpliwości  Gordona  wersja  Costaina 

rzeczywiście rozpadała się jak domek z kart. 

- Costain uważa nas za parę głupków, ale głęboko się myli. Potrafię kojarzyć podstawowe fakty, nawet jeśli tobie 

przychodzi to czasem z trudem. Opowiedział ci czarującą historyjkę, a ty uwierzyłaś w te bzdury. Domyśliłem się 
po tym słodkim uśmiechu, który miałaś na twarzy, kiedy przyszedłem, że coś się wydarzyło. Obawiałem się nawet, 
czy Edison cię nie zbałamucił. 

- Nie bądź niemądry, Gordonie. Wiesz, że on szaleje za panną Stanfield. Och, czy mówiłam ci, że ona jest bliską 

kuzynką Costaina? 

- Naprawdę! 
- Tak, wspomniał mi o tym. 
Na twarzy Gordona pojawił się błogi uśmiech. 
- Kiedy?... Czyżby pytała o mnie Costaina? 
-  Nie,  w  mojej  obecności  podśmiewał  się  z  zachowania  twego  kolegi  w  teatrze.  Edison  nie  odrywał  od  niej 

wzroku. A Costain wspomniał przy okazji, że panna Stanfield jest jego kuzynką. 

- Boże! Pierwsza wielka szansa zbliżenia się do niej, a ja obrzuciłem Costaina obelgami. 
- Co zrobiłeś?... Co mu powiedziałeś? Myślałam, że nie pojechałeś za nim. 
Gordon wyglądał na zmieszanego. Po chwili powiedział z uśmiechem: 
-  Właściwie  nic  mu  nie  powiedziałem,  dzięki  Bogu.  Chodzi  mi  o  to,  co  mówiłem  tobie.  Costain  nie  musi 

wiedzieć,  że  uważam  go  za  nędznego  kłamcę,  dopóki  nie  pomoże  mi  zdobyć  względów  panny  Stanfield.  To 
znaczy... Właściwie, co mamy przeciw niemu? To jasne jak słońce, że jest kochankiem pani Leonard. Kazał mi ją 
śledzić,  żeby  sprawdzić,  kto  jeszcze  się  koło  niej  kręci.  Nic  poza  tym.  I  nie  ma  to  żadnego  związku  ze 
szpiegostwem. Przygoda miłosna, ot co. 

Nie stanowiło to wielkiego pocieszenia dla Cathy, ale ponieważ to ona spowodowała całe zamieszanie, nie mogła 

teraz napadać na Gordona. 

- Co według ciebie powinniśmy zrobić? 
- Zaaranżujemy wyjście z Costainem i jego kuzynką. Ty i Costain, ja i panna Stanfield. 
- Mam na myśli naszą pracę, Gordonie. 
- Ach, to! Oczywiście, będę nadal śledził panią Leonard. Costain dostarcza jej z pewnością dość atrakcji i nie ma 

innego  kochanka.  Wynika  z  tego  logiczny  wniosek,  że  mężczyzna,  z  którym  spotkała  się  na  tyłach  sklepu,  jest 
szpiegiem.  Kim  innym  mógłby  być?  Wyśledzę  go,  dowiem  się,  kto  to,  i  oddam  w  ręce  Cosgrave’a.  Posada  w 
biurze  murowana.  Szkoda  trochę  wyjazdu  do  Włoch,  ale  i  tak  na  pewno  wyszukam  ci  narzeczonego.  Mogłabyś 
złapać Swintona, gdybyś trochę o siebie zadbała. Powiedział, że nie jesteś tak stara, jak sądził. 

Cathy wróciła do sedna rozmowy: 
- Uważasz więc Costaina za niewinnego? 
- Oczywiście. Biedak, miłość przyćmiła mu odrobinę rozum, ale to bez znaczenia. 
- Ale dlaczego zlekceważył mężczyznę, którego widziałeś na tyłach sklepu? 
- Nie zlekceważył  go. Po prostu wziął  go za swego rywala, a krępował się przyznać przy tobie do  związku  z tą 

latawicą. 

- Sądzisz, że to wszystko tłumaczy? - spytała cicho. 
-  To  jasne  jak  słońce.  Ach,  kawał  dobrej  roboty  odwaliłem  dziś  wieczorem.  Bliski  kuzyn  panny  Stanfield, 

mówisz... Już widzę wykrzywioną głupio gębę Edisona, kiedy powiem mu, że umówiłem się z panną Stanfield. 

Pogasili  lampy  i  cicho  weszli  na  górę,  żeby  nie  budzić  domowników.  Gordon  zasnął  szybko  snem 

sprawiedliwego,  Cathy  natomiast  czuła  taki  zamęt  w  głowie,  że  przez  kilka  godzin  przewracała  się  w  łóżku, 
próbując znaleźć w tym wszystkim jakiś sens. 

Doszła do  wniosku, że Costain jest albo  kochankiem  pani Leonard, albo bardzo nieudolnym szpiegiem. Trudno 

jej było jednak uwierzyć, że jest głupi. Pochłonięta rozmyślaniami, zapomniała nawet, że jutrzejszy wieczór to data 
wielkiego zimowego balu. 

Rozdział 11 

Miło  spędziłaś  wieczór  w  teatrze?  -  brzmiało  pierwsze  pytanie  lady  Lyman,  gdy  córka  weszła  rano  do  pokoju 

śniadaniowego. 

- Bardzo miło, mamo. 
Jedno  spojrzenie  na  mizerną  twarz  Cathy  pozwoliło  jej  stwierdzić,  iż  dziewczyna  niewiele  spała  tej  nocy. 

background image

 

39

Ponieważ  słyszała,  jak  córka  szła  do  sypialni  koło  północy,  wywnioskowała  natychmiast,  że  Cathy  nie  mogła 
zasnąć.  Długoletnie  doświadczenie  w  czytaniu  z  kobiecych  twarzy  i  dusz  sugerowało,  że  romans  jej  pociechy 
przeżywa kryzys. A to z kolei doprowadziło do jasnej konkluzji - lord Costain był w teatrze z inną damą. 

- Widziałaś może lorda Costaina? - spytała. 
- Był w teatrze w innym towarzystwie - odpowiedziała Cathy, udając obojętność. 
Lady Lyman  nie  chciała upokarzać córki pytaniem,  czy  w towarzystwie tym była jakaś  młoda kobieta. Życie u 

boku  dyplomaty  nauczyło  ją,  że  jeśli  umowie  między  dwiema  stronami  grozi  zerwanie,  należy  szukać  ratunku  w 
nowej  inicjatywie.  A  jeśli  Lymanowie  przestali  być  stroną,  której  się  nadskakuje,  teraz  oni  muszą  przejąć 
inicjatywę. 

Cathy  tak  bardzo  zależało  na  wielkim  zimowym  balu.  Bilety  były  strasznie  drogie,  ale  możliwość  ozdobienia 

rodzinnego drzewa genealogicznego takim klejnotem, jak lord Costain, warta była pięćdziesięciu funtów. 

Odchrząknęła przed złożeniem oświadczenia, a kiedy skupiła na sobie należną uwagę, powiedziała: 
-  Wczoraj  lady  Eagleton  wymusiła  na  mnie  zakup  biletów  na  bal  dobroczynny  u  lady  Somerset,  ten  ich  słynny 

zimowy bal. Pomyślałam, że  napiszę słówko  do  lorda Costaina z  zapytaniem,  czy  nie  zechciałby  ci towarzyszyć, 
Cathy. Bal odbywa się dziś wieczorem. 

- Dziś wieczorem? - wykrzyknęła Cathy. 
To  już?  Odliczała  żmudnie  dzień  za  dniem  w  kalendarzu,  ale  gdy  pojawił  się  w  jej  życiu  Costain,  zapomniała 

nawet o wielkim zimowym balu. 

- Chyba nie zapomniałaś, moja droga? Męczyłaś mnie o to godzinami. 
- Och nie, mamo! Nie możesz zapraszać Costaina. 
„Nowa znajoma Costaina musi być bardzo ładna!” - pomyślała lady Lyman. 
- Szkoda zmarnować bilety. - Żałowała teraz kłamstwa, że już je kupiła. 
Do pokoju wszedł Gordon, poprawiając pod brodą Fular olbrzymich rozmiarów. 
- Dobry Boże, a to co za cudo na twojej szyi? - spytał Rodney. 
- To nazywa się fular, wuju - sarkastycznie poinformował Gordon. - W stylu orientalnym, dla ścisłości. Wszyscy 

dżentelmeni noszą takie w tym sezonie. 

Rodney potrząsnął głową. 
- Zanim się obejrzysz, wyjdzie z mody. Nie powinieneś zachowywać się jak fircyk. To śmieszne. 
-  Śmieszne?  Dowiedz  się  więc,  że  Edison  i  Swinton  przysyłają  dziś  swoich  lokajów,  by  mój  nauczył  ich 

odpowiednio układać węzeł. 

- Swinton jest tyle samo wart, co kiedyś jego ojciec. Chorągiewka na wietrze. 
- Jaki to ma związek ze mną? - spytał Gordon. - Ja nie jestem niewolnikiem mody. Ja ją ustalani. 
- Jeśli chcesz mieć szacunek u ludzi, nie przechwalaj się tak. 
Gordon nalał sobie kawy i zrezygnował z dyskusji. Stary głupiec ten wuj Rodney, jakie on może mieć pojęcie o 

modzie? Ciągle nosił te same, przestarzałe czarne ubrania. Znalazł się znawca... 

- Czy dobrze usłyszałem, że kupiłaś bilety na wielki bal, mamo? Chyba wygrałaś na loterii. 
Lady Lyman natychmiast wykorzystała okazję, by podjąć wątek: 
-  Staram  się  ulżyć  tym,  dla  których  los  okazał  się  niełaskawy.  Gordonie,  czy  pójdziesz  z  Cathy?  To  będzie 

wspaniałe przyjęcie, sądząc po cenie biletów. 

-  Nie  zabiorę  siostry  na  żaden  bal  i  koniec.  -  Gordon  groźnie  się  nachmurzył.  Co  pomyśli  panna  Stanfield, 

widząc, że wszędzie ciągnie się za nim siostra? 

- W takim razie ja z tobą pójdę, Cathy - stwierdziła matka. 
Na twarzy Gordona pojawił się wymuszony uśmiech. 
- I ogłosisz całemu światu, mamo, że Cathy nie jest w stanie przygruchać sobie kawalera? 
Po krótkiej sprzeczce, która nie doprowadziła do żadnych konkluzji, rozmowa zeszła na inne tory. Cathy jednak 

marzyła, by pójść na ten bal, najchętniej z jakimś czarującym dżentelmenem. 

- Cieszę się, że wcześnie ostatnio wstajesz, Gordonie - powiedziała matka, stukając w skorupkę jajka. - Nad czym 

dziś będziesz pracował? 

- Czasowniki nieregularne - odpowiedział ochoczo. Od kilku tygodni, jeśli czasem naszedł go nastrój, zaglądał do 

gramatyki. 

- Sądziłam, że już je opanowałeś. - Lady Lyman odwróciła się do Rodneya. - Jak mu idzie? Czy robi postępy? 
-  Skończyłeś  to  tłumaczenie,  które  mam  sprawdzić,  Gordonie?  -  spytał  wuj.  -  Czy  może  byłeś  zbyt  zajęty 

wiązaniem fantazyjnego fularu? 

- Prawie skończyłem, wuju - skłamał chłopak. - Niedługo będzie gotowe. 
Rzucił Cathy błagalne spojrzenie o pomoc. Natychmiast wtrąciła się do rozmowy: 
- Dowiedziałaś się wczoraj wieczorem czegoś o pani Leonard, mamo? - spytała. 
-  Tak,  miałam  ci  powiedzieć,  ale  ta  moja  słaba  pamięć...  Nazywała  się  z  domu  Helena  Johnson  i  wyszła  za 

niejakiego Fotheringtona, członka parlamentu. Biedak tonął w długach. Strzelił sobie w łeb, zostawiając żonę bez 
środków do życia. 

background image

 

40

Cathy pomyślała, że to zgadza się z tym, co pani Leonard powiedziała Costainowi. 
- Z czego żyła po jego śmierci? 
- Musiała pracować. Zdaje się, że miała zdolności do modniarstwa i w tym fachu się zatrudniła. Ale nikt nie wie, 

jak poznała pana Leonarda. 

- Fotherington, pamiętam go - odezwał się Rodney, wygrzebując ostatnie kawałeczki jajka ze skorupki. - To było 

niezłe ziółko. Hazardzista i kanalia. 

-  Doszło  do  jakiegoś  skandalu  z  długami  -  ciągnęła  lady  Lyman.  -  Podobno  podejrzewano  go  o  sprzedawanie 

tajemnic państwowych w Amiens, podczas pertraktacji pokojowych. 

Gordon gwałtownie podniósł głowę, rzucając siostrze dzikie spojrzenie. 
- Co mówisz, mamo? Była zdrajczynią? 
- Nie pani Leonard, Gordonie. Jej  mąż, Fotherington.  Helena - tak  ma  na imię - była lubiana. Nikt jej  o  nic  nie 

obwiniał. 

- Rozumiem... - Gordon starał się nie  okazać niedowierzania. Wstał znad  nietkniętych  jajek  na swoim talerzu. - 

Czas zająć się czasownikami nieregularnymi. Nie masz czasem czegoś do przetłumaczenia, Cathy? 

- Nie, ale muszę przepisywać książkę wuja. 
Wstała i wymknęli się do gabinetu, by omówić ostatnie rewelacje. 
Lady Lyman skierowała na brata świdrujące spojrzenie. 
- Lord Costain zrobił jej jakąś przykrość. Musimy ją pocieszyć, Rodney. 
- Zabiorę ją na bal, jeśli sądzisz, że to pomoże. 
-  Kupię  bilety  u  lady  Eagleton  i  również  tam  pójdę.  Postaram  się  coś  zaradzić  na  kłopoty  z  lordem  Costainem. 

Taka świetna partia. Boję się, by Cathy nie załamało takie rozczarowanie. W tym wieku nie może już sobie na to 
pozwolić. 

- Małżeństwo to przeceniana instytucja - oświadczył Rodney. 
- Małżeństwo to  wspaniała instytucja. Niedoceniane są jedynie  kłopoty  wdowieństwa. Poza tym stwierdzam, że 

Gordon  robi  postępy.  Złościł  się  i  skarżył,  że  nie  ma  nic  do  roboty,  a  teraz  studiuje  od  rana  do  wieczora. 
Zastanawiam się, czy warto urządzać ten raut na Boże Narodzenie. 

Rodney sięgnął po zostawione przez Gordona jajka i zabrał się do jedzenia. 
Gordon w tym czasie biegał podniecony po gabinecie. 
- Na Jowisza, zdrada... 
- Mama powiedziała, że zdrajcą był pan Fotherington - przypomniała bratu Cathy. 
- Z pewnością za namową żony. 
- Dobrze byłoby obserwować panią Leonard jeszcze przez jakiś czas. Bądź czujny, Gordonie. 
- Nie martw się, moja droga. Przemyciłem na dół liberię służącego. Muszę się przebrać, zanim wuj nadejdzie. 
- Mama nie puści  go tak szybko. Śniadanie to  jej ulubiona pora pogawędek.  A co do  wielkiego balu, Gordonie, 

nie uważasz, że moglibyśmy pójść razem? Szkoda byłoby zmarnować bilety. 

- Nie zmarnują się. Bal jest na cele dobroczynne, z tego co słyszałem. 
Wymknął  się  do  biura  wuja,  przerywając  rozmowę  o  balu.  Wkrótce  wyłonił  się  w  ciemnozielonej  liberii 

Lymanów i krótkim płaszczu na ramionach. 

- Wrócę o piątej na spotkanie z Lwem. 
Zawadiacko wcisnął na bakier trójgraniasty kapelusz służącego. 
- Przyjdź wcześniej, jeśli coś wykryjesz - poprosiła Cathy. - Tak strasznie się denerwuję tą sprawą. 
- Drogie dziewczę, nie ściągaj brwi, bo resztki twojej urody znikną pod zmarszczkami. Polegaj na mnie. Nikt nie 

oczekuje działania od damy. 

Otworzył  drzwi,  wyjrzał,  czy  nikogo  nie  ma  na  ulicy,  i  czmychnął  w  kierunku  Half  Moon  Street.  Ociepliło  się 

tak, że śnieg stopniał i spływał teraz strumykami do rynsztoków. Gordon cieszył się, że przestało tak niemiłosiernie 
wiać. 

Cathy  nie  miała  wątpliwości,  że  Gordon  świetnie  się  bawi.  Dla  niego  to  wszystko  było  grą.  Natomiast  jej 

podniecenie przygodą zmieniło się w niepokój. Jakkolwiek próbowała spojrzeć na wydarzenia, dawny obraz lorda 
Costaina  rozwiał  się  bezpowrotnie.  Jak  udało  mu  się  tak  kompletnie  ją  omamić  poprzedniego  wieczoru? 
Wielokrotnie przypominała sobie szczegóły wszystkich ich spotkań i wiedziała już, że dawny Costain nie istnieje. 

Po długim namyśle stwierdziła, że padł ofiarą podstępu pani Leonard. W ten sposób mogła się nad nim litować, a 

nie  pogardzać.  Nie  umiałaby  go  jednak  szanować.  Kiedyś  zażartował,  że  to  staroświeckie  pojęcie,  ale  dla  Cathy 
miłość bez szacunku nie była możliwa. 

Rozdział 12 

Cathy  zupełnie  nie  mogła  skupić  się  tego  ranka  nad  kopią  tłumaczenia  wuja  Rodneya.  O  jedenastej  zjawił  się 

klient  z  listem  po  francusku,  napisanym  drżącą  nieco  ręką  na  starym,  pożółkłym  papierze.  Pan  Culpepper  nie 
wyglądał na londyńczyka - radca prawny, może lekarz - jak się domyślała po skromnym stroju. 

- Znalazłem to w rodzinnej Biblii - wyjaśnił. - Moi przodkowie byli Francuzami, ale nikt w rodzinie nie mówi już 

po  francusku.  Mamy  nadzieję,  że  treść  tego  listu  pozwoli  nawiązać  kontakt  z  pewnym  szacownym  rodem  we 

background image

 

41

Francji - zakończył z dumą. 

Cathy przeczytała uważnie tekst. 
-  To  jest  napisane  starofrancuskim  -  powiedziała.  -  Data,  widzi  pan,  jest  z  1649  roku.  Będę  musiała  sprawdzić 

pewne rzeczy, żeby dokładnie przetłumaczyć. Może mi pan to zostawić? 

- Oczywiście, ale nie na długo. Przyjechałem z Devon i chciałbym wyruszyć do domu jutro o świcie. 
- Zrobię, co w mojej mocy, sir. Proszę przyjść po południu. 
Tłumaczenie  pomogło  jej  odwrócić  uwagę  od  natrętnych  myśli.  Obawiała  się,  że  pan  Culpepper  będzie 

zawiedziony.  List  był  pogróżką  wobec  sąsiada,  że  zostanie  pozwany  do  sądu  w  sprawie  krowy.  Nic  nie 
sugerowało,  że  autor  jest  arystokratą,  mimo  że  musiał  być  szlachcicem,  gdyż  w  tamtych  czasach  umiejętność 
pisania była przywilejem wyższych klas. 

Podczas  południowego  posiłku  lady  Lyman  wspomniała,  że  Gordon  prosił  o  przyniesienie  tacy  z  jedzeniem  do 

jego pokoju. Nie chciał przerywać nauki. Cathy  domyśliła się, że brat wciągnął  do spisku swego lokaja. Ciekawa 
była, gdzie naprawdę jest teraz Gordon. Może patrzy, jak Costain wchodzi na południową schadzkę do domu swej 
kochanki? 

Jedzenie stawało jej kością w gardle. Kiedy na stole pojawiła się szarlotka na deser, powiedziała: 
- Nie jestem już głodna, mamo. Pan Culpepper może się zjawić lada moment, muszę iść do gabinetu. 
-  Powinniśmy  mieć  na  drzwiach  tabliczkę,  kierującą  klientów  do  frontowych  drzwi,  jeśli  w  gabinecie  nikt  nie 

otwiera - stwierdził Rodney. 

Był to powód stałych sprzeczek z lady Lyman. 
- Nie będę przyjmować byle kogo od frontu, Rodney. Możesz kierować ich do tylnych drzwi, jeśli chcesz. Na to 

się zgadzam. 

- Trudno wysyłać klientów do kucharki! - skwitował Rodney. 
Cathy  wymknęła  się  w  trakcie  tej  rytualnej  dyskusji.  Zaskoczyło  ją  pukanie  do  drzwi,  gdy  tylko  przekroczyła 

próg  gabinetu. Nie spodziewała się tak  wcześnie pana Culpeppera. Przyspieszyła  kroku, gdyż  ktoś  głośno stukał, 
jakby dobijał się niecierpliwie od dłuższego czasu. 

Ujrzała młodego człowieka, którego widziała tylko raz, lecz od razu go rozpoznała. 
- Pan Burack! - wykrzyknęła. Przez głowę przemknęło jej, że coś strasznego spotkało Costaina. Zdemaskowano 

go. - Co się stało? - spytała zdenerwowana. 

- Czy  mogę  wejść  na chwilę, panno Lyman? Przykro  mi, że przeszkadzam w porze posiłku. Sprawa jednak  jest 

pilna, a tylko teraz mogę wyrwać się z biura. 

Burack  wszedł  do  gabinetu,  spoglądając  za  siebie,  czy  nikt  go  nie  obserwuje.  Rozpiął  płaszcz,  lecz  nie  usiadł, 

czego Cathy w zmieszaniu nie zaproponowała gościowi. Ona również stała. 

- Czy jesteśmy sami? - spytał zniżonym głosem. 
-  W  tej  chwili  tak.  O  co  chodzi?  Co  pana  sprowadza?  Czy  to  ma  związek  z  lordem  Costainem?  -  wyrzuciła  z 

siebie jednym tchem. 

- Tak. Widzę, że pani również ma pewne podejrzenia. 
Załamała ręce. 
- Co on zrobił? - szepnęła. 
-  Nie  jestem  tego  pewien.  Mam  jednak  powody  do  podejrzeń,  że  wykorzystuje  swoje  stanowisko  do 

przekazywania wrogom naszych planów wojennych. 

Cathy miała suche usta. Z trudem przełknęła ślinę, zachęcając Buracka wzrokiem do dalszych wyjaśnień. 
- Otrzymał ściśle tajny dokument, którego nie miał prawa widzieć, a co gorsza, wyniósł go z biura. Przyniósł go z 

powrotem, ale nie wiemy, czy nie sporządził kopii ani co z nią zrobił. 

- Kiedy to było? 
- Cztery  dni temu. Odkryłem to przez przypadek. Jeden z urzędników spytał  mnie,  czy  lord Cosgrave  otrzymał 

pewien list. Wiedziałem, że nie, ponieważ był na zebraniu. Zapytałem urzędnika, gdzie zostawił list. Powiedział, że 
przekazał  go  lordowi  Costainowi.  A  on  wyszedł  z  biura.  Z  pewnością  z  listem,  gdyż  przeszukałem  jego  pokój, 
podobnie jak biuro lorda Cosgrave’a i pana Leonarda. 

Chodziło o list, który tłumaczyła dla Costaina. 
- Dlaczego mi pan o tym mówi? - spytała. 
Burack przecież nie wiedział o pierwszej wizycie Costaina! Milczeniem może przynajmniej go chronić. 
-  Widziałem  kiedyś  tabliczkę  na  państwa  drzwiach.  List  był  po  niemiecku.  Costain  nie  zna  niemieckiego.  Są 

państwo przyjaciółmi, pomyślałem więc, że może zechciała mu pani pomóc - nie zdając sobie oczywiście sprawy, 
że nie ma prawa go czytać - dodał pospiesznie. Wydawał się szczery. - Nie oskarżam pani o nic, panno Lyman. 

- Czy lord Cosgrave o tym wie? - spytała, by mieć chwilkę na podjęcie decyzji. 
- Oczywiście, na jego polecenie tu jestem. 
Lord Cosgrave wie, nie ma więc sensu tego ukrywać. 
- Przetłumaczyłam list dla lorda Costaina - powiedziała. - Twierdził, że to pilne, i prosił o szybkie tłumaczenie. 
- Dlaczego więc nie oddał listu lordowi Cosgrave’owi, który płynnie mówi i pisze po niemiecku? 

background image

 

42

- Doprawdy? 
Poczuła, jakby strzała przebita jej serce. Costain jej o tym nie powiedział. Tłumaczył się, że nie ma zaufania do 

tłumaczy, jak jednak mógłby nie ufać zwierzchnikowi? 

- Ależ tak. Czy Costain prosił panią o tłumaczenie jakichś innych pism? 
- Nie. 
- Domyślam się, że zobowiązał panią do dyskrecji? 
- Tak. 
A ona złamała dane mu słowo. 
- Często do państwa przychodzi? Utrzymuje z panią miłe stosunki, by zapewnić sobie pomoc w razie potrzeby? 
- Tak... - szepnęła. 
- Doskonale! 
Cathy popatrzyła na niego jak na szaleńca. 
- Jeśli  nasze podejrzenia są słuszne - ciągnął Burack - przyniesie pani  więcej listów. Musi pani  natychmiast nas 

powiadomić. Jeśli złapiemy go na gorącym uczynku, nie będzie mógł zaprzeczyć. 

- Jak miałabym panów powiadomić? 
-  Proszę  powiedzieć,  że  ma  pani  trudności,  że  musi  pani  zatrzymać  list,  i  natychmiast  wysłać  wiadomość  do 

Horse Guards. 

- Ale jeśli będzie to krótka notatka, jak poprzednio, moje wykręty wzbudzą jego podejrzenia. 
-  To  prawda...  -  Skinął  głową.  -  Poproszę  lorda  Cosgrave’a,  by  przydzielił  mu  „anioła  stróża”,  jeśli  będzie 

wychodził  z  biura.  Niech  pani  odda  mu  tłumaczenie  z  fałszywymi  informacjami.  Kiedy  wyjdzie,  zostanie 
zaaresztowany. Mimo to zależy mi na wiadomości od pani, gdy tylko opuści państwa biuro. Daleko nie ucieknie, a 
chciałbym osobiście złapać tego drania. Na samą myśl, że może wykorzystywać stanowisko do zdrady ojczyzny... - 
Oburzony potrząsnął głową. 

- Nie mogę w to uwierzyć, panie Burack. Jest oficerem. Walczył dla kraju. Nie musiałby tego robić dla pieniędzy. 

Jest bardzo zamożny. 

- Jego słabość to kobiety - smutno stwierdził Burack. - Jakaś dama dobrała mu się bez wątpienia do skóry. 
Cathy miała na końcu języka nazwisko pani Leonard, powstrzymała się jednak. 
- Kim ona może być? - spytała. 
- To może być każda kobieta. Costain widuje wiele osób. 
- Może pani Leonard? - zasugerowała, uważnie mu się przyglądając. 
Pan Burack szeroko otworzył oczy. 
- Pani Leonard? Chyba pani żartuje? 
- Wprost przeciwnie. To ona mogła sprowadzić go na złą drogę. 
- Po co interesowałaby się Costainem? Pan Leonard ma częściej dostęp do tajnych dokumentów i jest ogromnie 

zakochany w żonie. Mówi o niej z prawdziwą czcią. 

- Nie chciałam powiedzieć, że to on jest zdrajcą. 
Burack wzruszył ramionami. 
- Nie wierzę, żeby pani Leonard była w to zamieszana. Widziała ją pani z Costainem wczoraj wieczorem w Royal 

Coburg? 

- Tak. 
-  Ja  również  tam  byłem.  Śledzę  Costaina,  odkąd  wziął  ten  list.  Nie  odkryłem  jeszcze,  kim  jest  ta  dama,  lecz 

zdrowy rozsądek podpowiada, że to Francuzka. Nadal będę krążył wokół niego. 

- Powiadomi mnie pan? 
Kiedy popatrzył na nią zdumiony, poczuła się nieswojo. Na pewno zastanawia się, dlaczego Cathy tak osobiście 

interesuje się tą sprawą. 

- Nie mogę niczego zdradzić, dopóki dochodzenie jest w toku, panno Lyman. Wszystkich nas obowiązują ścisłe 

zasady  dyskrecji  w tych trudnych czasach. Jestem pewien, że pani to rozumie. Kiedy sprawa zostanie zamknięta, 
opowiem wszystko, jeśli pani zechce. 

- Dziękuję. 
Pan Burack stał przez chwilę w milczeniu, tylko się jej przyglądając. 
- Kłopot polega na tym, że nie mam koneksji w kręgach, gdzie bywa lord Costain. 
Cathy  przypomniała  sobie  o  biletach  na  bal,  zakupionych  przez  mamę,  i  o  tym,  że  nie  ma  z  kim  pójść.  Oto 

przystojny dżentelmen, który marzy, by dostać się do towarzystwa. 

- Wybiera się pan na bal lady Somerset dziś wieczorem? - spytała napiętym głosem, który ledwie rozpoznała jako 

swój. 

- Och, nie. Bilety są droższe niż moja miesięczna pensja. 
- Mam wolny bilet. To znaczy, mama zakupiła dwa. Pomyślałam, że może... 
W ładnych oczach Buracka rozbłysła radość. 
- Czy sądzi pani, że mógłbym jej towarzyszyć? 

background image

 

43

- Tak. 
Przez jego twarz przemknął cień. 
- Costain pomyśli, że to dziwne widzieć mnie u pani boku. 
- Poznaliśmy się przecież oficjalnie - przypomniała mu. - Lord Costain nie powinien być zdziwiony, że mnie pan 

odwiedził. Zresztą naprawdę pan o to pytał. 

- Tak, a pani uprzejmie się zgodziła. Nie miałem możliwości wyrwać się do tej pory z pracy. A co do, balu, nie 

chciałbym, żeby Costain zorientował się, że go obserwuję - powiedział niepewnie. 

Ku swemu zdziwieniu Cathy stwierdziła, że flirtowanie z mężczyzną, do którego nic nie czuje, nie sprawiam jej 

żadnej trudności. Zrobiła słodką minkę i powiedziała: 

- Dlaczego miałby myśleć coś niestosownego? Pokazuję się z kilkoma różnymi dżentelmenami. 
- Zauważyłem  w teatrze. Doskonale, tak  więc zrobimy. Przyjadę po panią  o  wpół  do  dziewiątej. Nie  wiem, jak 

pani dziękować. Nie spodziewałem się tak oddanej współpracy. 

Pan Burack wyglądał naprawdę czarująco, kiedy się uśmiechał. I młodziej. Podziękował kilkakrotnie, a na koniec 

stwierdził: 

- Muszę iść. Nie wspomnę nawet o konieczności dyskrecji. Bezpieczeństwo Anglii od tego zależy, panno Lyman. 
- Oczywiście - powiedziała cicho. 
Pan  Burack  ukłonił  się  i  wyszedł.  Cathy  złapała  się  na  porównywaniu  jego  zachowania  ze  sposobem  bycia 

Costaina. Bez wątpienia pan Burack był bardziej powściągliwy. Costain nie przykładał nawet wagi do zawodowej 
dyskrecji.  Teraz,  kiedy  wiedziała,  że  Cosgrave  również  go  podejrzewa,  widziała  tysiąc  uchybień  w  jego 
zachowaniu. 

Wyniósł  list  i  poprosił  o  tłumaczenie  kobietę,  której  nigdy  wcześniej  nie  widział  -  powinno  to  było  dać  jej  do 

myślenia. A wszystkie jego wizyty, przyjacielski ton i czarujące spojrzenia... Burack miał absolutną rację. Costain 
podtrzymywał  miłą  znajomość,  żeby  gotowa  była  przetłumaczyć  mu  w  tajemnicy  kolejny  tekst,  jeśli  wynikłaby 
taka konieczność. Wykorzystał ją, ale Cathy weźmie swój odwet. 

Dołoży starań, by lord Costain został złapany wraz ze swoją francuską kochanką. Jak to się stało, że podejrzewali 

z  Gordonem  panią  Leonard?  Nie  potrzebowała  przecież  Costaina,  gdy  jej  własny  mąż  zajmował  wyższe 
stanowisko  w Horse Guards. Costain  namówił  jej brata do tej błazenady, żeby  ich  wywieść  w pole. W rezultacie 
nie wyglądało na to, że piękna Helena jest jego flamą. Skierował podejrzenia na niewinną kobietę, chroniąc w ten 
sposób swoją prawdziwą kochankę. Czy mężczyznom nigdy nie można ufać? 

Nagle przypomniała sobie, że Costain ma tu przyjść dziś po popołudniu. Za dwie godziny zapuka do drzwi, a ona 

będzie musiała uśmiechać się i udawać radość na jego widok. 

Cathy nie płakała często, lecz w tej chwili miała na to ochotę. Uciekła do swojego pokoju, żeby wuj nie zobaczył 

jej w tym stanie. 

Rozdział 13 

Pracując tego popołudnia  nad przepisywanym tłumaczeniem, Cathy  nie  dumała nad zawiłościami filozofii pana 

Schillera,  lecz  nad  perfidią  lorda  Costaina.  Tuż  przed  czwartą,  zwykłą  porą  drzemki  wuja,  wyniknął  kolejny 
problem. Rodney nie wyszedł z gabinetu. Rozsiadł się z fajką w zębach i po raz kolejny zaczął roztaczać żale, jak 
to Schiller, sprowadzony przez Goethego z drogi filozofii, poświęcił się przyziemnemu zajęciu pisania tego, co nie 
oświecone  masy  nazywają  najdoskonalszymi  dramatami  stworzonymi  w  języku  niemieckim.  Przemowa  wuja 
trwała około kwadransa. 

- Wielka to szkoda, ale tak  już bywa. Dramat zyskał,  filozofia straciła. Takie  osobowości  jak Goethe albo  nasz 

lord Byron są w stanie dokonać wielkich spustoszeń. Zawsze szuka się kogoś, kto sprowadzi ze słusznej drogi. Nie 
mówię tego osobiście do ciebie - dodał, kiedy rzuciła mu zbolałe spojrzenie. 

- Czy nie czas na herbatę, wuju? - spytała. 
- Idź sama. Ja poczekam na pana Culpeppera i oddam mu tłumaczenie listu. Wypiję herbatę tutaj, nie przerywając 

pracy. Doskonale się dziś czuję. 

- Wydawało mi się, że czuję zapach placków... - wspomniała niewinnie. 
- Tak? Gorące placki? No cóż, mogę chyba przerwać na pół godziny. Ciało potrzebuje strawy tak samo jak duch. 
Cathy  była  pewna,  że  nie  wróci.  Jak  Schillera,  łatwo  go  było  sprowadzić  ze  słusznej  drogi.  O  wpół  do  piątej 

przyszedł pan Culpepper. Przeczytał tłumaczenie bez  entuzjazmu, ale  humor poprawił  mu się  nieco,  kiedy  Cathy 
wspomniała, iż umiejętność pisania i czytania była w siedemnastym wieku rzadkością. 

- To prawda - przytaknął skwapliwie. - Musiał być szlachcicem, a może i arystokratą? 
Miał wielką ochotę zostać i porozmawiać na ten temat, ale  jakoś udało  jej się  grzecznie  wypchnąć go za drzwi. 

Była za  dziesięć piąta. Za wszelką cenę próbowała się uspokoić. Burack  nalegał, by zachowywała się  naturalnie, 
ale jak może przyjacielsko traktować zdrajcę? 

O piątej zjawił się rozdygotany Gordon, z oświadczeniem, że król i ojczyzna winni mu są medal. Nagle w ciągu 

dnia zerwał się wiatr i nacierpiał się bardziej niż żołnierze w Hiszpanii. 

- Oni przynajmniej spełniają swój obowiązek w słońcu. Zmarzłem na kość. Służba musi mieć cieplejsze ubrania. 

To nieludzkie kazać im sterczeć na mrozie w tych cienkich szmatkach. 

background image

 

44

Podszedł do kominka rozetrzeć skostniałe palce. 
- Zwykle nikt im nie każe sterczeć cały dzień na mrozie - zauważyła i przeszła zaraz do relacji na temat wizyty 

pana Buracka. 

- Burack? - Gordon zmrużył oczy. - Z pewnością Cosgrave polecił mu śledzić Costaina. 
- Tak. Jak się domyśliłeś? 
- Domyśliłem? - parsknął dotknięty. - To nie są domysły. Odkryłem, kto jest kochankiem pani Leonard. Nikt inny 

jak lord Cosgrave we własnej osobie. Nie spodobało mu się, że mężczyzna o tak przyzwoitym wyglądzie kręci się 
wokół niej, i postanowił zniszczyć karierę Costaina. Dziś po południu był u pani Leonard. 

- Lord Cosgrave! Musiałeś się pomylić, Gordonie. 
- Akurat!... Rozpoznałbym go, nawet gdyby zakutał się od stóp do głowy. Był zamaskowany jak ten napastnik u 

nas  w  domu,  tylko  tęższy.  Boi  się,  że  ktoś  wykryje  jego  matactwa,  rozumiesz,  i  dlatego  wybrał  Lwa  na  kozła 
ofiarnego. To wyjaśnia dorożkę pod sklepem modystki - jego własny powóz ma wymalowany herb. 

- Ale  jeśli Costain  okazałby się  winny, nie  możemy  wspomnieć  mu ani  o wizycie Buracka, ani o podejrzeniach 

Cosgrave’a. 

- Czuję, że Costain jest czysty jak łza. Powiem mu, że widziałem Cosgrave’a z panią Leonard. To bardzo ważne. 

Zgnilizna sięga samych szczytów. Jestem przekonany, że książę Yorku maczał w tym palce. Pamiętasz sprawę pani 
Clarke?  Wszyscy  wiemy,  na  co  go  stać  szczególnie  w  spółce  z  chere  amie,  która  brała  łapówki  za  patenty 
oficerskie. 

- Jaki to ma związek z lordem Cosgrave’em? 
-  Pieniądze,  dziewczyno!  Pieniądze  kryją  się  za  sprzedawaniem  tajemnic  państwowych,  tak  samo  jak  patentów 

oficerskich. Cosgrave i York nieźle się obłowili. 

- Dobrze, ale  nie  możemy powiedzieć Costainowi reszty... o wizycie Buracka. - Cathy nie  wiedziała  właściwie, 

co myśleć o tej kolejnej zmianie sytuacji. 

- Zdaj się na mnie. - Gordon wypiął pierś i zrobił ważną minę, tak jak kiedyś jego ojciec. 
Gdy Cathy wciąż biła się z myślami, usłyszeli kołatkę i wszedł lord Costain. Przypomniała sobie nagle przestrogę 

wuja  Rodneya  o  silnych  osobowościach  i  polecenie  Buracka,  by  zachowywać  się  naturalnie.  „Czy  ten  człowiek 
mógł  dopuścić  się  zdrady?”  -  pytała  się  w  duchu.  Miała  natomiast  pewność,  że  mógłby  sprowadzić  ją  z  dobrej 
drogi. 

Swoboda Costaina zmobilizowała ją do przyjęcia lekkiego tonu. Jeśli on wkracza z uśmiechem i komplementami 

na temat jej sukni, ona też odegra swoją rolę. 

-  Miała  pani  dziś  interesujących  gości?  -  spytał  widząc,  że  Cathy  patrzy  jak  na  ducha.  Dlaczego  jest  taka 

sztywna? Karafka z sherry stała na stoliku. Zdziwiło go, że nie proponuje mu kieliszka. 

Zaczęła mówić coś nerwowo o liście pana Culpeppera, modląc się, żeby Gordon nie wspomniał o drugim gościu. 

Wyraz jego twarzy upewnił ją, że brat coś knuje. 

- Co nowego w Horse Guards? - spytał ze zmrużonymi w skupieniu oczami. 
- Praca jak zwykle. Lord Cosgrave wyszedł wcześnie, ale nic interesującego się nie zdarzyło. 
- Może chciałby pan wiedzieć, dokąd pojechał lord Cosgrave? - Podniecenie błyszczało w oczach Gordona. 
- Widział go pan gdzieś? - zapytał bez szczególnej ciekawości Costain. 
-  Trudno  było  nie  zauważyć,  jak  jedzie  wprost  do  pani  Leonard,  z  teczką  pod  pachą.  I  wychodzi  pot  godziny 

później  z  pustymi  rękami.  Pani  Leonard  przez  cały  dzień  nie  ruszyła  się  z  domu  i  miała  tylko  kilku  gości. 
Cosgrave’a, wczesnym popołudniem, i niedługo po jego wyjściu mademoiselle Dutroit, która przybyła z pudłem na 
kapelusze. Bawiła tam około godziny. To jasne, że wyniosła kopie dokumentów dostarczonych pani Leonard przez 
Cosgrave’a. 

Costain uniósł brwi z lekkim zainteresowaniem. 
- Pan Leonard został dziś  w  domu  ze  względu  na chorobę.  Atak podagry. Sądzę, że Cosgrave  zaniósł  mu  jakąś 

pracę do wykonania. 

- W czasie choroby? - z niedowierzaniem spytał Gordon. 
- Nie leży w łóżku. Niedowład palców utrudnia mu chodzenie, może jednak czytać i pisać. - Popatrzył w ogień na 

kominku  i  dodał:  -  Pan  Leonard  często  zostaje  w  domu.  Jeśli  Cosgrave  ma  zwyczaj  posyłać  mu  dokumenty  do 
opracowania, bystra żona znalazłaby z pewnością sposób, żeby rzucić na nie okiem. 

-  Ach  tak...  -  Gordon  upewnił  się  co  do  niewinności  kuzyna  panny  Stanfield,  jak  i  jego  pryncypała.  To  pani 

Leonard jest wszystkiemu winna. - Mówiłem ci, że to czyste wymysły, Cathy. 

Zmroziła brata wzrokiem, ale on parsknął cichym śmiechem i dorzucił: 
-  Proszę  nie  brać  sobie  do  serca  groźnych  min  mojej  siostry,  Costain.  Ja  nie  podejrzewałem  pana  ani  przez 

moment. 

Ciemne oczy Costaina powoli zwróciły się na Cathy. 
- Przepraszam, a o co? 
Miała wrażenie, że jego wzrok wbija jej się w mózg. 
- O nic... - odpowiedziała, ale rumieniec oblał jej twarz. 

background image

 

45

-  Proszę...  Dama  nie  czerwieni  się  tak  uroczo  bez  powodu.  Sądzili  państwo,  że  jestem  w  zmowie  z  panią 

Leonard? 

- Ależ skąd - broniła się Cathy, a rumieniec stawał się coraz ciemniejszy. 
- Myśleliśmy tylko, że padł pan jej ofiarą - zapewnił Gordon. - Proszę się uspokoić, Costain, to Burack nabił dziś 

Cathy głowę tymi nonsensami. 

- To nieprawda! - sprzeciwiła się dziewczyna, ale było już za późno, by ukryć wizytę pana Buracka. - Twierdził, 

że pani Leonard nie ma ze sprawą nic wspólnego. 

- O tym mi nie mówiłaś - zauważył Gordon. 
- Nie miałam dość czasu przed przyjściem lorda Costaina. Pan Burack nawet nie brał tego pod uwagę. 
- A skąd wziął się w waszej rozmowie wątek pani Leonard? - spytał Gordon. 
- Ja o niej wspomniałam - mętnie tłumaczyła Cathy. 
- A w jakim celu, można wiedzieć? - nie dawał za wygraną brat. 
Unikała wzroku Costaina odpowiadając na to pytanie. 
- Powiedział coś o słabości Costaina do kobiet. 
Costain  słuchał  tej  wymiany  zdań  z  drwiną  w  oczach,  przenosząc  wzrok  z  Gordona  na  Cathy,  jakby  oglądał 

kiepski mecz. 

Cathy wstała i wygładziła fałdy sukni. 
- Specjalnie prosił, byśmy nie mówili nic lordowi Costainowi - przypomniała bratu. 
Costain odchrząknął i odezwał się w końcu: 
- Co jeszcze opowiedział o mnie kolega? 
- Nic! To wszystko. - Cathy zacisnęła usta. 
- Wpadł, żeby poinformować, że podejrzewa mnie o zdradę, i nie podał nawet żadnych powodów? 
- Tamtego wieczoru u lady Martin spytał, czy może mnie kiedyś odwiedzić. 
- Miał chyba na myśli wizytę w salonie pani mamy? 
- Przyszedł tu z powodu listu, który Cathy dla pana przetłumaczyła - wtrącił się Gordon. 
- A skąd pan Burack o tym wiedział, jeśli pani mu nie powiedziała, panno Lyman? 
- Nie powiedziałam mu! 
- W takim razie wiedział już wcześniej. Wykrył, że zabrałem list, i domyślił się, iż zwróciłem się do najbliższego 

biura tłumaczeń, czyli do pani. A pani była tak uprzejma i potwierdziła jego podejrzenia. 

- Nie, na początku nie... Powiedziałam mu, że nie zrobiłby pan czegoś takiego. I wtedy powiedział mi o pańskiej 

słabości do... do kobiet - dokończyła wpatrując się przez okno w nagie gałęzie wiązu. 

- Ciekawe, skąd pan Burack czerpie swoje fałszywe informacje. Nie bywamy w tych samych kręgach - stwierdził 

sucho Costain. 

- Nie ma powodu denerwować się na Cathy - powiedział Gordon. - Jest tylko kobietą. Nie powinniśmy byli jej w 

to wplątywać. Według mnie Burack jest podejrzany. Dlaczego tak skwapliwie bronił pani Leonard, kiedy ślepy by 
zauważył, że ona tkwi w tym po uszy? A pana, lordzie Costain, Burack używa jedynie dla zmylenia tropu. Myślę, 
że to za nim powinienem pochodzić. Zwróciłaś uwagę na jego palce, Cathy? 

- Nie. 
- Może mieć pan rację co do Buracka - cicho powiedział Costain. 
Cathy stała zesztywniała na myśl o umówionym spotkaniu. Gordon pokiwał zgodnie głową. 
- Oczywiście, pani Leonard też jest w to zamieszana. Mam na myśli cały ten śmierdzący interes z Amiens. 
- Amiens? - Uniesione brwi Costaina prawie zniknęły pod włosami nad czołem. 
-  Nie  mówiliśmy  panu?  Ona  zawsze  była  szpiegiem,  od  czasu  podpisania  pokoju  w  Amiens,  chyba  w  1802. 

Oczywiście dowiedziawszy się o tym, nadal ją śledziłem. 

- Niektórzy twierdzą, że pan Fotherington był szpiegiem, ale i to są tylko plotki - podkreśliła Cathy. 
-  Nie  ma  dymu  bez  ognia  -  upierał  się  Gordon.  -  Dlaczego  wpakował  sobie  pistolet  do  gardła,  możesz  mi 

odpowiedzieć? 

-  Może  jedno  z  państwa  opowiedziałoby  mi  tę  historię  od  początku,  zaczynając  od  tego  pana  Fotheringtona  - 

poprosił Costain i wsłuchując się w ich sprzeczne wyjaśnienia, pojął w końcu sedno sprawy. 

Potem zwrócił się do Cathy: 
- Rozumiem, że nie poinformowała pani o tym swego przyjaciela Buracka, panno Lyman? 
- Nie poruszaliśmy tego tematu. Wspomniałam tylko  panią Leonard jako  możliwą podejrzaną, lecz nie chciał  o 

tym  słyszeć.  Widzi  pan,  on  sądzi,  że  pańska  przyjaciółka  jest  Francuzką.  -  Mówiąc  to,  Cathy  coraz  bardziej 
podejrzewała Buracka o świadome osłanianie pani Leonard. 

- Jeśli Helena była we Francji podczas podpisywania traktatu w Amiens, musi mieć jakichś francuskich przyjaciół 

- rzucił w zamyśleniu Costain. 

- Ona ma tylko francuskich przyjaciół! - stwierdził Gordon. - Panna Dutroit, pani Marchand, a Whitfield też mi 

wygląda na Francuza. 

Costain głośno się zastanawiał: 

background image

 

46

- Pani Leonard i Burack... Może... 
-  Cathy  twierdzi,  że  Burack  jest  biedny  jak  mysz  kościelna,  ledwie  związuje  koniec  z  końcem.  Chodzi  mu  o 

pieniądze, tak samo jak pani Leonard, i próbują zrzucić winę na pana. 

Cathy słuchała, nie  mogąc  opędzić się  od  natarczywego  obrazu Buracka. Nie sadziła, że  ją okłamuje. Wyglądał 

tak  przekonująco,  szczerze...  I  prosił  o  dyskrecję,  i  podkreślał,  że  przyszłość  Anglii  jest  w  jej  rękach.  Jego  pełne 
powagi zachowanie wzbudziło jej ufność, w porównaniu z nonszalanckim tonem Costaina... 

- Co mam jutro robić? - zapytał żarliwie Gordon. - Burack będzie cały dzień w pracy. Nie ma sensu wtoczyć się 

przed oknami Horse Guards. Mam znów obserwować panią Leonard? 

- Tak sądzę. 
- Muszę się przebrać, zanim mama mnie zobaczy. Jutro oczywiście wymyślę inny strój. Przemarzłem w tym nie 

do  wyobrażenia.  Proszę  poczekać,  aż  wrócę,  Costain,  musimy  postanowić,  czy  kontynuować  obserwację  dziś 
wieczorem. 

Wyszedł, a Costain, z ironicznym uśmiechem na ustach i płonącym wzrokiem, powoli odwrócił się do Cathy. 

 

Rozdział 14 

Cathy bawiła się fałdami sukni, udając, że wzrok Costaina zupełnie jej nie peszy. Jego lekki uśmiech zmienił się 

w ironiczny grymas. 

- O co jeszcze oskarżał mnie Burack? - spytał sucho. 
- O nic, nie był pan jedynym tematem naszej rozmowy. 
- Ciekaw jestem, co pomyśli o tej wizycie. Domyślam się, że kazał mnie śledzić. 
- Pomyśli pewnie, że podtrzymuje pan miłe stosunki, by skorzystać z mojej pomocy w tłumaczeniu, jeśli zajdzie 

potrzeba. 

W napięciu czekała na odpowiedź. 
Wstał z kanapy i ze zmarszczonym czołem zaczął chodzić po pokoju. 
-  Czy  pani  nie  widzi,  o  co  mu  chodzi?  Chce  mnie  skompromitować.  Dziś  przyszedł  do  pani  jeszcze  niezbyt 

pewny siebie, ostrzegał tylko i opowiadał o „innych sprawach”, żeby zdobyć pani przychylność. Następnym razem 
poprosi  o  pomoc.  Niech  pani  nie  będzie  zaskoczona,  jeśli  spyta,  co  było  w  liście,  który  przyniosłem  do 
tłumaczenia. 

- Sądzi pan, że będzie następny raz, milordzie? - spytała ostro. 
Zdenerwowanie tłumiło  jej głos. Skąd  ma wiedzieć, który z  nich jest  niewinny? Zdaje się, że  musi  obserwować 

rozwój wypadków, dopóki szala nie przechyli się na korzyść jednego z nich. 

- Może  zrobimy z tego użytek?  - spytał Costain. - Posłaniec przyniesie  mi  do Horse Guards list. Wymknę się  z 

biura i przybiegnę do pani. Napiszę notatkę po angielsku, a pani przetłumaczy ją na niemiecki. Oddamy Burackowi 
kopię. To bez znaczenia, gdyż treść będzie zmyślona. 

- Jaki miałoby to cel? 
- Pójdę za nim i dowiem się, dokąd niesie kopię. 
- Ależ on będzie śledzić pana. 
- Tak, jeśli jest niewinny. A jeżeli zabierze kopię gdzie indziej... No cóż, to byłoby ciekawe, n’est-ce pas
- Sądzi pan, że mógłby zanieść ją do pani Leonard? 
- Albo nawet do sklepu modystki - odpowiedział. 
Cathy zastanawiała się, czy  może  zdradzić pana Buracka. A jeśli Costain jest zdrajcą? Czy  wtrącają do  lochów 

Tower? Z drugiej strony, jeśli to Burack szpieguje dla wroga, absolutnie trzeba mu przeszkodzić. Często marzyła, 
żeby  zdarzyło  się  coś  ekscytującego,  gdy  godzinami  ślęczała  w  tym  pokoju  nad  tłumaczeniem  wywodów 
filozoficznych  pana  Schillera.  Nie  spodziewała  się  jednak,  że  wprowadzi  to  taki  zamęt  w  jej  życiu.  Teraz 
najchętniej zapomniałaby i o lordzie Costainie, i o panu Buracku. 

Costain widział na jej twarzy odbicie wewnętrznego zmagania. 
-  To  niczemu  nie  zaszkodzi  -  powiedział.  -  Jeśli  Burack  jest  niewinny,  będę  szczęśliwy  z  pozyskania 

współpracownika.  We  dwóch  moglibyśmy  o  wiele  więcej  zdziałać  w  Horse  Guards.  Nie  chcę  pani  jednak  do 
niczego zmuszać. Poczekajmy, czy Burack poprosi panią o dalsze informacje. 

- Dobrze... - odezwała się cicho. 
Nie  powie  Costainowi,  że  ta  prośba  już  padła,  sprawdzi  też  jednak  Buracka.  Nie  zagraża  to  przecież  w  żaden 

sposób  Anglii. Wiadomość będzie  fałszywa, nawet  więc  jeśli  Burack przekaże  ją swym francuskim  wspólnikom, 
nic się nie stanie. 

Costain patrzył na nią z wyrzutem. 
- Widzę, że słabnie pani oddanie dla tej sprawy, panno Lyman. 
- Wprost przeciwnie. Jestem jak nigdy dotąd zdecydowana pomóc memu krajowi. 
-  Nie  może  pani  jednak  narażać  się  na  niebezpieczeństwo.  Jeśli  dostanie  pani  pilną  wiadomość  od  Buracka  z 

prośbą o spotkanie w jakimś dziwnym miejscu, niech pani nie idzie. 

- Czego chciałby ode mnie? Nie stanowię żadnego zagrożenia. 

background image

 

47

- Nie, ale jeśli mnie o coś podejrzewa, byłaby pani świetnym towarem przetargowym. Myśli, że jesteśmy starymi 

przyjaciółmi. Mam na myśli porwanie - dodał otwarcie, widząc jej niepewną minę. 

Szeroko otworzyła oczy na myśl, że tego wieczoru umówiła się z Burackiem. 
-  Nie  chciałem  pani  przestraszyć,  lecz  musi  pani  wiedzieć  o  ewentualnym  niebezpieczeństwie  -  powiedział 

łagodniejszym tonem. 

- Ale... - umilkła na chwilę, niezdecydowana, czy wyjawić umówione spotkanie z Burackiem. - Trzeba też ostrzec 

Gordona. 

-  Oczywiście,  ale  bardziej  prawdopodobne  jest  porwanie  damy.  Inaczej  traktuje  się  wiadomość  o  porwaniu 

bezbronnej, narażonej na przemoc mężczyzn kobiety. 

- Costain! Pan chce, żebym umarła ze strachu! 
Pochylił się i mocno ujął jej dłonie. 
-  Tak.  Właśnie  o  to  mi  chodzi.  Niech  pani  nie  podejmuje  najmniejszego  ryzyka,  wobec  Buracka  ani  nikogo 

innego. To byłaby moja wina, gdyby coś się pani stało. 

Kiedy  spojrzeli  sobie  w  oczy,  poczuł,  że  tonie  w  jej  spojrzeniu.  Czy  zupełnie  oszalał,  żeby  wciągać  w  tę 

niebezpieczną sprawę niewinną dziewczynę? Jeśli cokolwiek jej się stanie... Przełknął ślinę i powiedział: 

- To ja wplątałem panią w to wszystko. Nie takie miałem intencje, proszę mi wierzyć. 
Cathy  delikatnie  cofnęła  ręce.  Ciepło  jego  dłoni  przyprawiało  ją  o  drżenie.  Wzbudzał  w  niej  coraz  większe 

zaufanie, był tak szczerze zatroskany i czuły. 

-  To  nie  pana  wina  -  powiedziała  pojednawczym  tonem.  -  Gdybyśmy  nie  poszli  z  Gordonem  do  parku  tamtej 

nocy, nie wmieszalibyśmy się do tego stopnia w tę sprawę. 

-  Wina  jest  po  mojej  stronie.  Po  pierwsze  nie  powinienem  był  tu  przychodzić.  Nie  musi  pani  nadal  w  tym 

uczestniczyć. Mogę przecież zanieść ten fałszywy list do tłumaczenia gdzie indziej. W Londynie są dziesiątki biur 
tłumaczeń. Znajdę kogoś innego... 

-  Nie!  -  zaprotestowała  głośno.  -  Nie...  -  powtórzyła  spokojniej.  -  Kobieta  nieczęsto  ma  szansę  uczestniczyć  w 

ważnych wydarzeniach. Jeśli mogę pomóc, chcę to zrobić. 

Uśmiech podziwu Costaina sprawił jej radość. 
-  Odważna  z  pani  kobieta,  panno  Lyman.  -  Leciutko  musnął  palcami  jej  policzek.  -  Ale  będzie  pani  ostrożna  - 

dodał łagodnie. - Nie chcę, żeby cokolwiek się pani stało. 

Udała, że ten gest nie zrobił na niej wrażenia, i odpowiedziała przytomnie: 
- Oczywiście. 
Już miała powiedzieć o spotkaniu z Burackiem, kiedy zmieniła zdanie. 
- Kiedy przyniesie pan list do przetłumaczenia? 
- Za kilka dni. Potrzebuję trochę czasu na przyjrzenie się prywatnemu życiu Buracka i pani Leonard. - Westchnął 

ciężko.  -  To  nie  będzie  łatwe  dla  Harolda,  jeśli  jego  żona  jest  zamieszana  w  tę  sprawę.  Jest  dla  niego  całym 
światem. 

Gordon wrócił przebrany w wieczorowe, czarne ubranie. 
- Zdecydował pan, szanowny Lwie, co robimy dziś wieczorem? - spytał. 
- Mam na imię Daniel - odpowiedział Costain patrząc na Cathy. 
W jego ciepłym spojrzeniu wyczula coś osobistego. 
- Tak - odezwał się Gordon - ale  w interesach,  wie pan, lepiej  mieć się  na baczności. Będę nadal  nazywał pana 

Lwem. 

- Miło mi, że kojarzę się panu z królem dżungli. Nasze trudne czasy rzeczywiście przypominają dżunglę. A co do 

dzisiejszego wieczoru, lady Somerset urządza wielki bal dobroczynny. Możemy pójść wszyscy razem. - Spojrzał z 
nadzieją na Cathy, której serce zamarto w tym momencie z żalu. - Lady Cosgrave należy do grona organizatorek. 
Cosgrave sprzedał mi w zeszłym tygodniu bilety. Nie zdziwiłbym się, gdyby kupili je również Burack i Leonard. 

Cathy znów otworzyła usta, ale zanim cokolwiek powiedziała, odezwał się Gordon: 
- Leonard nie pójdzie na bal, jeśli cierpi na podagrę. 
- Co nie znaczy, że pani Leonard się nie pojawi - stwierdził Costain. - Wszyscy się tam wybierzemy. Mam sześć 

biletów. To było dla dobrej sprawy. Chciałem zaproponować kilka Liz Stanfield. 

Gordon wyglądał, jakby strzelił w niego piorun. 
- Panna Stanfield! Może pójść razem z  nami? -  wydusił  odzyskawszy  władze umysłowe. - To znaczy, chyba za 

późno, by umówiła się z kim innym. 

- Wpadnę do nich teraz po drodze i spytam, czy jest zainteresowana. 
- Proszę podkreślić, że to dla dobrej sprawy - powiedział Gordon. - Niech ją pan namówi. 
- Nikt do niczego nie zmusi Liz, ale sądzę, że pójdzie. Wczoraj wieczorem uskarżała się, że tak nudno tej zimy. - 

Costain spojrzał na Cathy. - Przyjadę po panią... 

W końcu wydobyła z siebie głos: 
- Ja właśnie... idę na bal z panem Burackiem. 
- Co?! - Costain nie wierzył własnym uszom. 

background image

 

48

- Idę na bal z panem Burackiem - powtórzyła jak echo. 
- Czy pani oszalała? Kiedy to się stało? Dlaczego nic mi pani nie powiedziała? 
- Umówiliśmy się dziś po południu, kiedy złożył mi wizytę. 
- Dopiero  co tłumaczyłem pani, żeby trzymała się pani  od niego  z daleka! Gordonie,  niech pan  jej powie,  że to 

szaleństwo. 

- Lepiej bawiłabyś się w naszym gronie. 
- Nie może pani iść z nim sama. To niebezpieczne. - Costain zaczął nerwowo przemierzać pokój. 
- Ale jeśli wycofam zaproszenie, to będzie naprawdę dziwne i niegrzeczne - niepewnie argumentowała Cathy. 
- To prawda - zgodził się Costain i rzucił przez ramię: - Gordonie, będzie pan musiał z nią iść. 
- Ani mi się śni. Idę z panną Stanfield. 
-  Mam  dodatkowe  bilety.  Niech  pani  poprosi  matkę  lub  wuja,  żeby  pani  towarzyszyli.  -  Costain  odwrócił  się 

znów do Cathy. 

Gordon uczepił się takiego rozwiązania: 
-  Mama  i  tak  się  tam  wybierała,  prawda,  Cathy?  Kiedy  nie  zgodziłem  się  tam  iść,  powiedziała,  że  wykorzysta 

drugi bilet i pójdzie z tobą. 

To wyznanie jeszcze bardziej rozzłościło Costaina. Odezwał się zirytowanym głosem: 
-  Jeśli  dobrze  rozumiem,  sama  go  pani  zaprosiła,  panno  Lyman.  Podejrzewam,  że  przemilczała  pani  w  swojej 

relacji co ciekawsze fragmenty wizyty Buracka. 

Gordon głośno parsknął śmiechem. 
- Na Jowisza, dałbym głowę,  żeby  widzieć,  jak Cathy zbiera się  na  odwagę  wystąpienia z  zaproszeniem  wobec 

mężczyzny. To należy gdzieś opisać!... 

Costain sięgnął do kieszeni i podał jej dwa bilety. 
- Proszę obiecać, że nie pojedzie pani sama z Burackiem. 
Wyczytała  w  jego  oczach  wściekłość  i  jednocześnie  coś  przypominającego  autentyczną  troskę.  Może  nawet 

odrobinę zazdrości... 

- Dobrze - powiedziała i wzięła bilety. 
- O której ma po panią przyjechać? - spytał opanowując drżenie głosu. 
- O wpół do dziewiątej. 
Costain zwrócił się do Gordona: 
- Będę tu o ósmej. Pojedziemy po Liz i wrócimy o wpół do dziewiątej. 
- Po co, do diabła? - Gordon nic nie rozumiał. 
- Sprawdzić, czy pańskiej siostry nie porwano - dobitnie powiedział Costain. 
- Ależ pan przesadza... - Cathy w głębi duszy poczuła miłe ciepło; jest zazdrosny o nią i Buracka. 
Costain wstał i sięgnął po płaszcz. 
-  Będzie  pan  gotowy  dokładnie  o  ósmej,  Gordonie?  Wpadnę  teraz  do  Stanfieldów  i  powiem  Liz,  że  jeśli  nie 

będzie punktualna, pojedziemy bez niej. 

Gordon z trudem pojmował, jak ktokolwiek może tak oschłym tonem wyrażać się o pannie Stanfield. 
- Ja już jestem gotowy - odpowiedział. 
- W takim razie do zobaczenia. - Costain skłonił się sztywno i szybko wyszedł. 
Gordon popatrzył na siostrę zdegustowany. 
-  Szkoda,  że  zaprosiłaś  tego  łajdaka.  Skąd  przyszło  ci  coś  takiego  do  głowy?  Costainowi  to  się  ani  trochę  nie 

spodobało. 

-  To  nie  jest  sprawa  lorda  Costaina  -  odparła  ze  złością,  ale  w  rzeczywistości  żałowała,  że  tak  się  pospieszyła. 

Mogła pójść na bal u boku Costaina. 

- Cokolwiek  jeszcze  wymyślisz, nie rujnuj  moich szans u panny Stanfield, Cathy. Wiesz,  jak  mi  na niej  zależy. 

Ten wieczór jest niezwykłą okazją. 

Nie czekając na odpowiedź siostry, popędził na górę poprawić strój. 
Gdy Costain wsiadł do czekającego przed domem powozu, zdał sobie sprawę, że jego złość na pannę Lyman nie 

ma najmniejszych podstaw. Nie miała powodu o nic podejrzewać Buracka, kiedy zapraszała go na bal. Może robić, 
co jej się podoba. 

Złość  jednak  nie  mijała.  Dlaczego  jego  nie  zaprosiła,  jeśli  miała  bilety?  Inne  dziewczęta  ciągle  go  gdzieś 

zapraszają. Matka Cathy nie robiła tajemnicy, że go akceptuje, nie to więc jest problemem. Nie, ona po prostu woli 
pana Buracka od niego. Zraził ją obcesowymi manierami. 

A  dziś  wieczorem  panna  Lyman  wychodzi  z  mężczyzną,  który  najprawdopodobniej  jest  szpiegiem.  Właśnie 

Burack  może być tym  zamaskowanym napastnikiem.  To on poszedł za  nim  na King Charles Street. Skąd  inaczej 
dowiedziałby się, że Lymanowie są wmieszani w sprawę? Będzie go uważnie obserwował dziś wieczorem. 

 

Rozdział 15 

Co  to  za  straszliwy  zapach?  -  spytała  lady  Lyman,  gdy  sir  Gordon,  zlany  wodą  lawendową  i  wystrojony  w 

background image

 

49

ekstrawagancko zawiązany fular, usiadł do kolacji. - Zużyłeś chyba cały flakon perfum, Gordonie. To nie przystoi 
dżentelmenowi. 

- Tylko kropelka za uszami - odpowiedział. - Jesteś strasznie staroświecka, mamo. Teraz wszyscy tego używają. 
- Za moich czasów perfumy były dla dam - oświadczył Rodney. 
- Mamy dziewiętnasty wiek, wuju - tłumaczył Gordon. 
- Nie zauważyłam, by lord Costain używał pachnideł - powiedziała lady Lyman, uśmiechając się do córki. - Jak 

miło z jego strony, że podarował ci dodatkowe bilety, nawet jeśli nie idziesz w jego towarzystwie. Bardzo słusznie 
postąpiłaś, moja droga, zapraszając pana Buracka. To z pewnością otworzyło oczy lordowi Costainowi. Odrobina 
rywalizacji tylko go zmobilizuje. 

Podano rybę w białym sosie. 
Lady  Lyman  była  zadowolona  ze  swojej  latorośli.  Cathy  ładnie  wyglądała  w  ciemnoniebieskiej  sukni.  Ciemny 

kolor i surowy fason dodawały jej szyku. 

Wiedziała, że sama również  elegancko prezentuje się  w stonowanej, fiołkoworóżowej sukni dopasowanej do jej 

urody  i  wieku. Przyjemnie będzie spędzić  wieczór  wśród starych znajomych,  na naprawdę  eleganckim przyjęciu. 
Znów nabrała ochoty do urządzenia rautu z okazji Bożego Narodzenia. 

Był  to  główny  temat  rozmowy  podczas  kolacji.  Gordona  zobowiązano  do  najęcia  muzyków.  Lady  Lyman  nie 

wykazywała  wielkiego  zainteresowania  panem  Burackiem,  lecz  kiedy  przyszedł  po  Cathy  i  przekonała  się,  że 
wygląda jak prawdziwy dżentelmen, obdarzyła go łaskawym uśmiechem. 

Matka i wuj wsiedli do powozu z Cathy i panem Burackiem, młodzi nie mieli więc okazji do osobistej rozmowy. 

Costain  i  jego  towarzystwo  jechali  za  nimi.  Gdy  oba  powozy  zatrzymały  się  przed  wspaniałą  rezydencją  przy 
Curzon  Street,  lady  Lyman  chwyciła  Costaina  pod  ramię  i  wchodząc  z  nim  na  schody,  wylewnie  dziękowała  za 
podarowane bilety. 

Raut  zaplanowała  na  dwudziesty  grudnia,  Costain  będzie  miał  więc  dość  czasu,  by  porozumieć  się  ze  swoją 

matką w sprawie zaproszenia Cathy do Northland na Boże Narodzenie. 

- Tydzień przed świętami urządzani niewielki raut. Mam nadzieję, że zaszczyci nas pan swoją obecnością, lordzie 

Costain. 

-  Będzie  mi  niezmiernie  miło,  madame  -  odpowiedział,  nie  pytając  nawet  o  datę.  Nie  spuszczał  z  oczu  Cathy  i 

Buracka, którzy zbliżali się właśnie do frontowych drzwi. Lady Lyman stwierdziła, że zaproszenie zostało przyjęte. 

Cathy ogarnęło przyjemne podniecenie, kiedy ich zaanonsowano. Jednak tu przyszła! Udało jej się przyjść na ów 

wielki  bal.  Tuż  za  nią  szedł  lord  Costain,  przyćmiewając  swoją  obecnością  jej  partnera.  Cathy  popatrzyła  na 
eleganckich gości, panie w lśniących diamentach i dżentelmenów krążących wokół swych dam. Hall przystrojono 
jedliną  i  czerwono-złotymi  wstęgami  oplatającymi  filary.  W  rogu  stała  ogromna  choinka  z  przywieszonymi  na 
gałęziach  złotymi  pudełeczkami  i  kawałkami  waty,  które  wyglądały  jak  prawdziwy  śnieg.  Cathy  pomyślała,  że 
pudełeczka mogą zawierać drobiazgi dla pań. 

Kiedy wszyscy zeszli do sali balowej odwróciła się, szukając wzrokiem Costaina. Nad wejściem wisiał ogromny 

złocony napis: „Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia”. 

- Kim jest to dziewczę obok niego? - spytała lady Lyman. 
- To panna Stanfield, mamo. Bardzo podoba się Gordonowi. 
Panna Stanfield, nie zważając na zakochanego Gordona, wybrała na pierwszego partnera swego kuzyna. 
- Dość przeciętna uroda - stwierdziła lady Lyman, przeszywając wzrokiem dziewczynę. - Kiedy patrzysz na zbyt 

strojną suknię, wiesz  od razu, że właścicielka nie grzeszy  dobrym  gustem. Cekiny, koronki i jeszcze kokardy!... - 
Panna  Stanfield  miała  na  sobie  błękitną  suknię  obwieszoną  ozdóbkami  jak  świąteczne  drzewko.  -  Zobacz,  jak 
niedyskretnie przewraca oczami do kawalerów. 

- Jest bliską kuzynką lorda Costaina - powiedziała Cathy. 
Ta  informacja  złagodziła  nieco  osąd  lady  Lyman,  szczególnie,  że  panna  Stanfield  okazała  się  niegroźna  jako 

konkurencja. 

-  Rzeczywiście,  dość  ładna  -  zdecydowała.  -  Ozdoby  przy  sukniach  są  chyba  ostatnio  w  modzie.  Właściwie 

mogłabyś przekonać się do kilku kokardek, Cathy. 

Cathy weszła na parkiet z panem Burackiem. Kiedy dołączyli do otwierającego bal menueta, pomyślała, że on nie 

może  być  niebezpiecznym  szpiegiem.  Był  nieśmiały  i  uroczy.  Wyczuła,  że  jego  sztywne  zachowanie  dziś  po 
południu wynikało jedynie z poczucia obowiązku. 

-  Jakże  miło  mi  towarzyszyć  pani  na  tym  balu,  panno  Lyman  -  powiedział.  -  Pani  matka  również  bardzo 

uprzejmie mnie potraktowała. Nie tak protekcjonalnie, jak się obawiałem. 

Nagle zdziwiło ją, że jej partner wygląda właściwie na młodego chłopaka. 
- Czy długo pracuje pan w Horse Guards, panie Burack? 
- Dopiero kilka miesięcy, odkąd ukończyłem Oksford. 
Dobre nieba! Nie jest wiele starszy od Gordona. Jakże można by go podejrzewać o perfidną zdradę? 
-  Odkrył  pan  coś  nowego  w  biurze?  -  spytała,  by  przypomnieć  mu,  dlaczego  razem  się  tu  znaleźli,  ponieważ 

wydawał się o tym zapominać. 

background image

 

50

-  Nic  szczególnego  nie  wydarzyło  się  tego  popołudnia.  Och,  widzę,  że  przybyła  pani  Leonard.  -  Zerknął  na 

wejście,  gdzie  dama  właśnie  pojawiła  się  ze  swą  starszą  znajomą.  -  Pan  Leonard  został  w  domu  ze  względu  na 
podagrę. 

Cathy  odwróciła  się,  by  spojrzeć  na  Helenę.  Najwyraźniej  dołożyła  starań,  by  podkreślić  dziś  swoją  urodę. 

Wyglądała  olśniewająco  w  jedwabnej  sukni  i  diamentach  na  szyi.  Suknia  wydawała  się  na  pierwszy  rzut  oka 
czarna, lecz gdy pani Leonard poruszała się, materiał połyskiwał barwą ciemnego wina. Zanim zrobiła dwa kroki, 
podszedł do niej jakiś mężczyzna. 

- Jest bardzo piękna - powiedziała Cathy. 
- Sądzi pani? Jak na kobietę w jej wieku, może... Ta dama, która z nią przyszła, jest przystojna. Kto to może być? 
- Młodsza z dam to pani Leonard, panie Burack - powiedziała Cathy, zdziwiona, że jej nie zna. 
- Twierdzi pani, że ta piękność jest żoną starego Leonarda? Dobry Boże! Nic dziwnego, że tak pieje na jej temat. 

Myślałem, że to ta stara. W teatrze byli razem. Teraz rozumiem, dlaczego sugerowała pani, że lord Costain może 
być jej kochankiem. 

To zupełnie przekonało Cathy, że pan Burack jest stanowczo za mało poinformowany, żeby być szpiegiem. 
- Kim jest ten mężczyzna obok niej? - spytała. 
- Pan Fortescue, z Horse Guards. 
- Może on jest jej wspólnikiem? - spytała, odsuwając myśl, że kochankiem tej kobiety mógłby być Costain albo 

Burack. Na pewno jest to ktoś inny. - Oczywiście, jeśli ona rzeczywiście jest szpiegiem. 

- Fortescue jest tylko łącznikiem rządowym w jakichś sprawach finansowych. 
Pod  koniec  menueta  Costain  postanowił  wyrwać  Cathy  z  ramion  Buracka.  Jak  na  jego  gust,  byli  zbyt 

uśmiechnięci. Musiał jednak odeskortować Liz do Gordona. Zanim to zrobił, Gordon wyrósł spod ziemi tuż obok 
w towarzystwie jakiejś panny Swanson. 

- Czas na  nasz taniec,  nieprawdaż, panno Stanfield? - Gordon chwycił Liz za łokieć, a Costain  nie  miał innego 

wyboru, jak z uśmiechem poprosić pannę Swanson do następnego tańca. 

Nie  spodobało  się  to  ani  lady  Lyman,  ani  jej  córce,  ale  ponieważ  niezwykle  interesujący  hrabia  pragnął  zostać 

przedstawiony  Cathy,  nie  smuciły  się  zbyt  długo.  Po  drugim  tańcu  Costain  posłał  Cathy  gniewne  spojrzenie  i 
przeszedł  przez  salę,  by  zaprosić  panią  Leonard.  Kiedy  Cathy  wróciła  do  matki,  która  odmówiła  sobie 
przyjemności  gry  w  karty,  żeby  sekundować  córce  i  służyć  jej  swym  długoletnim  doświadczeniem  w  sprawach 
towarzyskich, lady Lyman powiedziała: 

-  Przysięgłabym,  że  to  Helena  Fotherington  tańczy  z  Costainem!  Pamiętasz,  pytałaś  o  nią  kilka  dni  temu.  Ani 

trochę  się  nie  zmieniła.  Jak  ona  to  robi?  Muszę  się  z  nią  przywitać.  To  da  Costainowi  okazję  do  tańca  z  tobą. 
Chodź, Cathy. 

Cierpiała katusze zażenowania, kiedy mama zdybała Costaina i przedstawiła ją raz jeszcze pięknej pani Leonard 

jako „swoją małą córeczkę Cathy. Jak szybko dzieci dorastają!...” 

Pani Leonard uśmiechnęła się uprzejmie. 
-  Poznałam  już  pani  córkę,  lady  Lyman  -  powiedziała,  lecz  jej  pytający  wzrok  nie  sugerował,  by  przypominała 

sobie matkę. 

- Spotkałyśmy się we Francji, w Amiens - stwierdziła lady Lyman. - Może pamięta pani mego zmarłego męża, sir 

Aubreya Lymana? 

- Oczywiście. Z żalem dowiedziałam się o jego odejściu. Czy ma pani inne dzieci, lady Lyman? 
- Syna, ma na imię Gordon. Gdzieś tu jest. 
-  Jakże  pani  szczęśliwa.  Ja  nie  mam  dzieci,  tylko  kochanego  pieska.  Dotrzymuje  dziś  towarzystwa  memu 

mężowi.  Harold  cierpi  na  podagrę.  Nalegał,  żebym  przyszła,  ponieważ  lady  Cosgrave  jest  jedną  z  organizatorek 
balu. Spędziłyśmy tu obydwie  całe popołudnie, doglądając przygotowań. Ledwie zdążyłam pojechać  do domu na 
kolację i zmienić strój. - Wzrok pani Leonard cały czas krążył po sali w poszukiwaniu następnego partnera. 

Po chwili zwróciła uwagę pewnego znanego rozpustnika i oboje zniknęli w tłumie. 
- Panno Lyman, czy mogę mieć honor zaprosić panią do następnego tańca? - spytał Costain. 
Ponieważ  tancerze  nie  ustawiali  się  w  rzędach  na  parkiecie,  Cathy  domyśliła  się,  że  przyszedł  czas  na  walce. 

Poczuła nerwowy dreszcz, kiedy Costain ją objął. 

-  Co  pani  na  to?  -  spytał  spoglądając  znacząco.  -  Pani  Leonard  spędziła  tu  całe  popołudnie,  jeśli  wierzyć  jej 

słowom.  Czyżby  Harold  przez  godzinę  sam  zabawiał  pannę  Dutroit?  Jak  to  się  stało,  że  Gordon  nie  widział,  jak 
wychodziła z domu? 

-  Podejrzewam,  że  wymknął  się  na  chwilę  z  posterunku,  żeby  coś  przekąsić,  i  wtedy  właśnie  wyszła,  jeśli 

naprawdę tu była. 

- Nie rozumiem, dlaczego miałaby kłamać na ten temat - powiedział. 
Cathy wzruszyła ramionami i stwierdziła, że panna Dutroit wypita pewnie  herbatę ze służbą. To przedłużyło jej 

wizytę. Costain zauważył, że przy nim Cathy jest mniej ożywiona niż przy Buracku. 

- Pan Burack z pewnością żałuje, że odebrałem mu walc z panią - powiedział trochę sztywno. 
- Jest bardzo miły. Nie sądzę, by był szpiegiem. 

background image

 

51

- Łatwo panią przekonać! Pani Leonard też jest „miła”. Czy to odsuwa wszelkie podejrzenia? 
- Pan Burack nawet jej nie rozpoznał. Myślał, że to ta starsza dama, z którą przyszła, jest panią Leonard. 
- Tak pani powiedział. Ciekawe... 
- A według pana znal ją wcześniej? 
- Nie wiem - przyznał niechętnie Costain. - Mógł ją jednak poznać. 
- Mówiła coś interesującego? - spytała Cathy, czując, że udziela jej się jego złość. 
- Nie. 
- Pewnie z jakiegoś innego powodu nie mógł się pan doczekać tańca z nią. Jest niezwykle atrakcyjna. 
-  Mam  nadzieję,  że  nie  jestem  aż  tak  naiwny,  by  wierzyć,  że  ładna  buzia  świadczy  o  niewinności.  Czy  Burack 

powiedział coś ciekawego? 

-  Pracuje  w  Horse  Guards  dopiero  od  kilku  miesięcy.  Niedawno  skończył  Oksford.  Jak  może  być  w  to 

zamieszany? Nawiązanie odpowiednich kontaktów wymaga czasu. 

To nie był nastrój, w jakim Costain chciał spędzić te kilka chwil z Cathy, gdy rozmawiali w cztery oczy. Czekał 

na ten moment, by poznać ją trochę lepiej, a teraz zachowuje się jak nieokrzesany gołowąs. 

- Może ma pani rację - przytaknął, a po chwili milczenia powiedział bardziej przyjacielskim tonem: - Pani mama 

zaprosiła mnie na raut w przyszłym tygodniu. 

- Przyjdzie pan? - spytała z najzupełniej obojętną miną. 
- Z przyjemnością. Przyprowadzę Liz, jeśli nie ma pani nic przeciw temu. Mam na myśli swoją kuzynkę, pannę 

Stanfield. 

- Wiem. 
Chłód Cathy coraz bardziej intrygował Costaina. Coś się w niej zmieniło i po namyśle doszedł do wniosku, że to 

wina Buracka. Prowadzenie sensownej rozmowy wydało mu się absolutnie niemożliwe przy muzyce i wśród tego 
tłumu. 

-  Przejdźmy  do  bocznego  salonu  -  powiedział  i  nie  czekając  na  odpowiedź  poprowadził  ją  w  tańcu  na  kraniec 

parkietu. 

W drzwiach sali balowej natknęli się na zrozpaczonego Gordona. 
- Mam nadzieję, że dokonuje pan pasjonujących obserwacji, gdyż poza tym wieczór jest sromotną klęską. 
- Tańczyłeś przecież z panną Stanfield? - przypomniała Cathy. 
- Tak, dziarski ludowy taniec. Co mężczyzna może zdziałać przy takiej okazji? Nie zgodziła się zatańczyć ze mną 

walca. 

- Nie może tańczyć z tobą dwa razy, prawie się nie znacie - pocieszała brata Cathy. 
- Nie musiała przyjmować propozycji Edisona, prawda? Zobacz, jak ten pajac się szczerzy. 
Popatrzyli  na  parkiet,  gdzie  Edison  z  afektowanym  uśmiechem  przyklejonym  do  ust  zerkał  raz  na  pannę 

Stanfield, raz na wściekłego konkurenta. 

- Chętnie dałbym mu w gębę - stwierdził ponuro Gordon. 
- Chodźmy lepiej razem do salonu wypić kieliszek wina - zaproponował Costain. - Musimy coś omówić. Są nowe 

szczegóły - dodał, by zachęcić nieszczęśnika. 

-  Co  takiego?  Sprawdziłem  palce  Cosgrave’a.  To  nie  on  nas  napadł,  mimo  że  z  pewnością  knuje  coś  z  panią 

Leonard. Zauważyłem,  jak szeptali  za palmą. Kobiety... - westchnął  z  ironiczną  miną. - Idę zaczerpnąć świeżego 
powietrza.  Jeśli  panna  Stanfield  zwróci  przez  przypadek  uwagę  na  moją  nieobecność,  możecie  powiedzieć,  że 
poszedłem zapalić cygaro. Ale na pewno nie spostrzeże nawet, że zniknąłem. 

Nie palił cygar, ale ta uwaga wydała mu się szykowna. Skierował się do wyjścia. 
- Włóż płaszcz, Gordonie - zawołała za nim Cathy. - Zaziębisz się... 
- To i dobrze! - Braciszek wymaszerował energicznie na zewnątrz. 
-  Coś  wisi  w  powietrzu  -  powiedział  z  kpiącym  uśmiechem  Costain.  -  Dzisiejszy  wieczór  nie  sprzyja 

romantycznym schadzkom. 

- Jeśli ma pan ochotę wyjść z Gordonem... 
- Nie o to mi chodziło, panno Lyman. 
Ujął ją mocno za ramię i poprowadził do bocznego salonu. 

 

Rozdział 16 

Na Curzon Street roiło się od powozów. 
- Biedne,  omamione złudami istoty -  mruknął pod  nosem Gordon, przyglądając się podekscytowanym twarzom 

spóźnionych gości. Podążali ochoczo na targowisko próżności. Spodziewają się przyjemnego wieczoru na wielkim 
zimowym balu, a zanim kur zapieje, do grona nieszczęśników takich jak on dołączy co najmniej tuzin złamanych 
serc. Panny dadzą się uwieść łowcom posagów, żony zapragną zdradzić mężów, ogniska domowe legną w gruzach. 
Miłość to okrutna pani. 

Gordon pławił się  w swym czarnym  nastroju  i  drażniło  go, że ciągle  musi się  komuś  odkłamać  i rozmawiać ze 

znajomymi. Kiedy jeden z kolegów spytał, czy panna Stanfield jest na balu, nie wytrzymał: 

background image

 

52

-  Znajdziesz  ją  walcującą  w  ramionach  Edisona  -  rzucił  i  ruszył  przed  siebie,  byle  dalej  od  tego  przybytku 

zatracenia. 

Wiatr  rozwiewał  mu  poły  fraka,  gdy  szedł  szybko  mroczną  ulicą.  Kopnął  jakiś  mały  przedmiot,  który  leżał  na 

drodze. Był to kamień, nie zaś zmarznięte jabłko, jak sądził. Zawył cicho z bólu. Teraz bolało go już wszystko. 

Jeśli  panna  Stanfield  woli  spędzać  czas  z  tym  durnym  zarozumialcem  Edisonem,  to  jej  strata.  Zrozumie  swój 

błąd,  gdy  przeczyta  w  gazecie  o  śmierci  sir  Gordona  Lymana  na  zapalenie  płuc.  Oczami  wyobraźni  ujrzał 
uroczysty  pogrzeb  wagi  państwowej,  z  zaprzęgiem  w  czarnych  pióropuszach  i  długim  orszakiem  żałobników. 
Świat dowie się jakoś, że to on, samotny w swej walce, udaremnił zakusy francuskiego wroga i uchronił kobiety i 
dzieci Anglii od zguby. 

Kiedy dotarł do rogu ulicy, zdecydował wrócić na bal. Lew wspomniał o nowych szczegółach w sprawie. O nie, 

żadnego  zapalenia  płuc  do  rozstrzygnięcia  sprawy.  Spostrzegł,  że  jest  na  rogu  Half  Moon  Street,  dwa  kroki  od 
domu Leonardów. Przejdzie tamtędy szybko i sprawdzi, czy ktoś wchodzi lub wychodzi. Mało to prawdopodobne, 
gdyż pani Leonard jest na balu, ale gdyby na przykład dojrzał czającą się w pobliżu pannę Dutroit... Ciekawe. 

Obserwował  dom  z  dość  daleka,  nie  spodziewając  się  zresztą  żadnego  rezultatu.  Tym  bardziej  zdziwiło  go,  że 

ktoś  otwiera  frontowe  drzwi.  Starszy  mężczyzna  wypuścił  pieska  pani  Leonard  za  potrzebą.  Co  za  przebrzydłe 
stworzenie,  jazgotało  od samego progu. Pies ruszył  oczywiście  wprost na  niego, demaskując tajną  misję. Gordon 
zaczął spokojnie iść, jakby po prostu tędy przechodził, a przeklęty zwierzak biegł za nim i łapał zębami za łydki, co 
dawało się niemile odczuć, gdyż Gordon nie miał na sobie wysokich butów. 

- Wracaj, May! - zawołał starszy człowiek. Czy to pan Leonard? Wyglądał na niego, ale starzy ludzie są wszyscy 

do siebie podobni. 

Gordon  nie  zatrzymywał  się,  a  mężczyzna  zbiegi  w  tym  czasie  ze  schodów,  wciąż  wołając  psa.  Na  ulicy 

zaturkotał  jakiś  powóz,  a  mężczyzna  obawiając  się,  że  wystraszone  hałasem  zwierzę  wybiegnie  na  jezdnię, 
krzyknął: 

- Zatrzymaj ją, chłopcze! 
Gordon podskoczył i chwycił psa prawie spod kot powozu. 
Pasażer opuścił okno i zawołał: 
-  Od  kiedy  to  wyłapujesz  bezpańskie  psy,  Lyman?  -  Oczywiście  był  to  Graham  Grant.  Niedługo  całe  miasto  o 

tym usłyszy. 

- Proszę - powiedział oddając bestię właścicielowi. 
- To pupilka żony. Nie chcę, żeby coś jej się stało. Dobry piesek, chodźmy do domu. 
Pupilka  żony.  Tak  więc  jest  to  pan  Leonard.  Pies  złapał  go  za  rękę  i  mężczyzna  puścił  go  sycząc  z  bólu. 

Zwierzak, zdecydowany na samobójczą śmierć, popędził za powozem Granta, a pan Leonard za nim. Nie poruszał 
się tak szybko jak młody człowiek, lecz bardzo sprawnie jak na osobę cierpiącą na podagrę. Coś tu Gordonowi nie 
pasowało. 

Leonard obejrzał się przez ramię, dysząc ciężko. 
- Może ją pan złapać? Nie dogonię jej sam. - Z trudem chwytał oddech. 
Gordon puścił się za psem i wziął go na ręce. Rozbawiło to tak Granta, że kazał zatrzymać powóz, by uśmiać się 

do woli i wyszydzić kolegę. 

Starszy pan ciągle miał zadyszkę. 
- Zaniosę go panu do domu - powiedział Gordon i ruszyli w stronę znajomego budynku. 
Pan  Leonard,  wciąż  bez  tchu,  przytrzymywał  się  ramienia  chłopaka.  Nie  utykał  jednak.  Kiedy  posuwali  się 

ciemną ulicą, Gordon przemyśliwał, jak by tu wykorzystać tego psa i dostać się do domu. Może  wypatrzyłby coś 
ciekawego. 

Przy drzwiach Leonard powiedział: 
- Bardzo panu dziękuję, panie... 
- Gordon. Moje nazwisko Gordon. - Nie powinien się przecież zdradzać. 
Pan Leonard uśmiechnął się z wdzięcznością. 
- Mogę zaproponować panu kieliszek wina, panie Gordon? Obawiam się, że pan zmarzł. Nie ma pan płaszcza. 
-  Dziękuję,  sir.  Wyszedłem  tylko  na  chwilę  z  balu,  odbywa  się  tuż  za  rogiem.  Nie  pogardzę  kieliszeczkiem. 

Pogoń za psem wzmaga pragnienie, nie powiem. 

Wniósł psa do środka i pan Leonard odebrał go z jego rąk. Gordon spod oka rozejrzał się po hallu. Ani parkiet na 

podłodze, ani lustro w zdobionej ramie nie miały w sobie nic podejrzanego. 

- Tylko zamknę May - powiedział pan Leonard. - Troszkę jest dziś hałaśliwa. Przejdźmy do mego gabinetu. 
Leonard nie spieszył się z podaniem swego nazwiska. Powinien się przedstawić. A może zamierza udawać kogoś 

innego? 

Gospodarz zniknął z psem, a Gordon wszedł do gabinetu. Rzucił szybkie spojrzenie przez ramię i popędził prosto 

do  biurka  Leonarda.  Było  zarzucone  jakimiś  listami  -  listami  do  i  z  Horse  Guards.  To  mogły  być  papiery,  które 
przyniósł  mu  Cosgrave.  Podniósł  jeden  z  listów  i  rzucił  okiem.  Zorientował  się,  że  ma  przed  sobą  podpis  Beau 
Douro.  Człowieka,  który  rozpędził  na  cztery  wiatry  armię  Korsykanina  w  Hiszpanii!  Poczuł  drżenie  w  palcach, 

background image

 

53

jakby siła sygnatariusza listu spłynęła na jego ciało. 

Zerknął  na  datę  i  z  trudem  uwierzył,  że  pismo  przyszło  tak  szybko.  Statki  nie  przewożą  poczty  tak  prędko. 

Odwrócił  kartkę  i  przeczytał,  że  list  przesłano  gołębiem  pocztowym.  Treść  niewiele  mówiła  Gordonowi  -  coś  o 
przesuwaniu oddziałów przez Pireneje. Z pewnością były to rozstrzygające manewry, a list leży tu oto, nie dość, że 
poza budynkiem Horse Guards, to dostarczony do domu szpiega przez samego szefa służb wywiadowczych. 

Gordon usłyszał jakiś dźwięk przy drzwiach i rzucił się na najbliższe krzesło. Usiłował właśnie przyjąć swobodny 

wyraz twarzy, gdy wszedł pan Leonard z winem na tacy. 

- Proszę bardzo... - powiedział stawiając tacę na biurku, po czym napełnił dwa kieliszki. 
- Z pieskiem wszystko w porządku? - spytał Gordon, gdy gospodarz podał mu wino. 
Pan Leonard podniósł kieliszek do ust. 
- Suczka zawsze jest niespokojna, gdy nie ma mojej żony. Tylko jej słucha. 
Gordon  zerknął  na  kieliszek  gospodarza  i  spostrzegł  grube,  prawie  kwadratowe  palce  obejmujące  szkło.  Serce 

podskoczyło mu do gardła. Ostatnim razem, gdy widział tę rękę, dzierżyła wycelowany w niego pistolet. Usłyszał 
charczące  westchnienie  i  w  pomieszaniu  zdał  sobie  sprawę,  że  wydarło  się  z  jego  własnych  ust.  Przełknął  ślinę, 
starając się opanować zdenerwowanie. 

-  W  dzieciństwie  miałem  spaniela  -  odezwał  się  drętwym  głosem,  który  odbił  się  głuchym  echem  od  ścian. 

Odchrząknął i dodał, nie tknąwszy jeszcze trunku: - Doskonałe sherry. 

- Proszę skosztować - zachęcił gościa pan Leonard, popijając ze swego kieliszka. 
Gordon pociągnął duży łyk. 
-  Piesek  bywa  kłopotliwy,  nieprawdaż?  -  spytał,  mając  nadzieję,  że  Leonard  weźmie  go  za  nieszkodliwego 

głupka, cały czas jednak wysilał umysł, jak zdemaskować i schwytać wroga. Czy powinien pędzić z powrotem na 
bal  po  pomoc  Lwa?  Ocenił  wzrokiem  ramiona  Leonarda,  pomyślał  o  jego  podeszłym  wieku  i  niedołężności  w 
porównaniu z jego własną siłą młodości i stwierdził, że sam da sobie radę. 

- Z psami zawsze jest kłopot w mieście. 
Próbował  nie  gapić  się  wciąż  na  te  straszne  palce,  ale  oczy  bezwiednie  wracały  do  dłoni  gospodarza.  Musi 

odwrócić  wzrok  albo  Leonard  zorientuje  się,  że  został  rozpoznany,  mimo  że  jego  twarz  była  szczelnie  osłonięta, 
gdy wdarł się do gabinetu. Poczuł lekki zamęt w głowie. Co się dzieje? 

Potężne  paluchy  zaczęły  rozmazywać  mu  się  przed  oczami.  Potrząsnął  głową.  Najlepiej  złapie  ten  mosiężny 

przycisk do papieru i zdzieli nim Leonarda w głowę. 

Gospodarz  plótł  jakieś  głupstwa  o  psotach  May,  coś  o  wkradaniu  się  do  gabinetu  i  zjadaniu  dokumentów.  Z 

pewnością  mówił  o  ważnej  wiadomości  z  Hiszpanii.  Gordon  pociągnął  z  kieliszka  i  pokiwał  głową.  Czuł,  że 
ogarnia  go  jakiś błogi stan. Zobaczył przed sobą twarz panny Stanfield, uśmiechniętą uroczo i z uwielbieniem  w 
niego wpatrzoną, bohatera, który samodzielnie pochwycił tego groźnego przestępcę. Dziwna słabość coraz bardziej 
go  ogarniała...  Nagle  błysnęła  mu  myśl,  że  twarz  Leonarda  w  dniu  napadu  była  zasłonięta,  lecz  jego  twarz  nie. 
Dlaczego dotąd go nie rozpoznał? 

Ze zdziwieniem stwierdził, że kieliszek jest pusty. Kanciaste palce podsunęły butelkę. 
- Och, dziękuję... Może jeszcze kropelkę. 
Widział, jak bursztynowy płyn  wypełnia kieliszek  i  wylewa się,  gdy  jego  drżące palce tracą władzę. Do  diabła, 

będzie  śmierdział  jak  furman,  kiedy  wróci  na  bal.  Spróbował  mocniej  chwycić  kieliszek,  ale  ważył  co  najmniej 
tonę.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  spostrzegł,  zanim  stracił  przytomność,  był  kryształowy  kieliszek  spadający  na  dywan. 
Po kilku sekundach jego bezwładne ciało również osunęło się na podłogę. 

 
G
dy umilkły walce, goście zaczęli tłumnie napływać do salonu, gdzie przygotowano zakąski. 
-  Przykro  mi,  że  Gordon  tak  się  rozczarował  dzisiejszego  wieczoru  -  powiedział  Costain.  -  Poszukajmy  Liz, 

trzeba jej przypomnieć, że przyszła tu z nami. 

Cathy wyglądała na zaniepokojoną. 
- Zastanawiam się, czy Gordon już wrócił. Dostanie zapalenia płuc na tym zimnie bez płaszcza. 
- Zapytam służbę. 
Weszli do hallu i Costain zbliżył się do człowieka przy drzwiach wejściowych. 
- Nie wrócił, sir. To rzeczywiście niepokojące. Choć w tej części miasta powinien być bezpieczny. 
Costain przekazał wiadomość Cathy. 
- Ten idiota poszedł do domu na złość pannie Stanfield - skwitowała. 
- Prosił, żeby jej powtórzyć, że niedługo wróci. 
- Wyszedł bez płaszcza, a przyjechał pańskim powozem, więc... Może zapyta pan, czy nie zabrał powozu. 
Inny  służący  zajmował  się  powozami  gości.  Costain  wypytał  go  i  wrócił,  by  powiedzieć  Cathy,  że  nikt  nie 

wzywał jego powozu. 

Cathy zamrugała w zdumieniu oczami. 
- Gdzie, na miłość boską, on się podziewa? Nie ma go od pół godziny. 
- Najlepiej przejdę się po okolicy. Może go spotkam. 

background image

 

54

- Proszę nie zapomnieć płaszcza - powiedziała Cathy. 
- Tak, mamo - odpowiedział żartobliwie, ale widać było, że sprawiło mu to przyjemność. 
Portier wskazał mu kierunek, w którym udał się Gordon. Costain ruszył szybkim krokiem i po chwili zniknął w 

mroku. Był bardziej zirytowany niż przejęty dziecinnym zachowaniem chłopaka. 

Gdy Cathy czekała w hallu przy wejściu, podszedł do niej, zadzierający jak zwykle nosa, pan Edison. 
- Mam nadzieję, że Gordon się na mnie nie obraził. Wszędzie go szukam. 
- Nie widział go pan? - spytała. 
- Od czasu walców nie. Graham Grant wspomniał, że widział go goniącego psa po Half Moon Street. 
Cathy  zmarszczyła  czoło.  Brat  spędził  tam  ostatnio  wiele  czasu,  obserwując  dom  Leonarda.  Bez  wątpienia 

postanowił przespacerować się tamtędy i sprawdzić, czy nic się nie dzieje. 

- Podobno pomagał jakiemuś staruszkowi łapać szczeniaka - dodał Edison. - Pewnie zaraz wróci. 
- Niepokoję się, gdzie on się podziewa. 
- Przyślę do pani Granta. 
- Dziękuję, panie Edison. 
Pan Grant, jeden z młodocianej gromady kolegów Gordona, pojawił się niebawem. 
- Chciała pani ze mną rozmawiać, panno Lyman? 
- Widział pan Gordona, panie Grant? Proszę powiedzieć mi, gdzie to dokładnie było? 
-  Właśnie  jechałem  tutaj,  gdy  dostrzegłem  Gordona  uganiającego  się  za  jazgoczącym  psiakiem  na  Half  Moon 

Street. 

Opis pasował do psa pani Leonard, a jej mąż mógł być wspomnianym staruszkiem. 
- Mały, hałaśliwy piesek, mówi pan? 
- Tak. Mogę powiedzieć pani, z którego wybiegi domu, gdyż drzwi były otwarte i paliło się światło. Drugi dom 

od skrzyżowania z Curzon Street. Gordon wszedł z tym staruszkiem do środka. 

- Dziękuję - powiedziała. - Tam z pewnością został. Nasi... znajomi tam mieszkają. 
Cokolwiek nabroił znów Gordon, nie zamierzała stwarzać niepotrzebnego zamieszania. 
-  Miło  mi,  że  mogłem  pomóc,  mademoiselle.  -  Pan  Grant  oddalił  się  w  podskokach,  by  dołączyć  do  swego 

towarzystwa. 

Cathy  usiadła  na  krześle  pod  wielką  ozdobną  palmą  i  czekała  na  powrót  Costaina.  Była  teraz  przekonana,  że 

Gordon  wślizgnął  się  do  domu  Leonarda,  żeby  coś  wyszpiegować.  Ale  dlaczego  tak  długo  go  nie  ma?  Poprosi  o 
pomoc Costaina, gdy tylko się pojawi. Ale czy może mu ufać? 

Costaina  również  nie  było  strasznie  długo.  Na  tyle  długo,  by  zaczęła  obawiać  się,  że  on  również  zajął  się 

szpiegowaniem,  podczas  gdy  najwspanialszy  zimowy  bal  mija  bez  niego.  Wrócił  po  ponad  kwadransie,  sam,  z 
nachmurzoną twarzą. 

- Pojawił się? - spytał Cathy, która poderwała się na jego widok. 
- Nie. Nie znalazł go pan? 
- Obszedłem całą okolicę. Wie pani, że jesteśmy o rzut kamieniem od domu Leonardów? 
- Tak, i dowiedziałam się, że Gordon pomagał Leonardowi schwytać na ulicy małego pieska. Jeden z kolegów go 

tam widział. Gordon wszedł podobno do domu ze staruszkiem. Boję się, że coś mu się stało, Costain. 

Jej blada twarz ściągnięta była niepokojem. Chcąc ją pocieszyć, Costain powiedział bez namysłu: 
-  Co  mogło  się  stać?  Najprawdopodobniej  Gordon  został  zaproszony  na  kieliszek  wina.  Zgodziłby  się  z 

pewnością i rozejrzał po domu. 

- Ale nie ma go tak długo. 
Costain starał się nie okazać własnego niepokoju. 
- Proszę się nie martwić. Leonard nie zna Gordona, a Gordon nie przyznałby się przecież do szpiegowania. 
- Jeśli napastnik tam jest, rozpozna mojego brata. A Gordon jego nie. 
Costain nie udawał dłużej obojętności. 
- Złożę wizytę panu Leonardowi - powiedział. 

Rozdział 17 

W  pierwszym  odruchu  Cathy  poczuła  wdzięczność,  lecz  natychmiast  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Nie  może 

całkowicie zaufać Costainowi; nie ma przecież dowodu na jego niewinność. 

-  Idę  z  panem  -  powiedziała,  lecz  już  po  chwili  wiedziała,  że  to  najgorsze,  co  mogłaby  zrobić.  Jeśli  oboje  z 

Gordonem dostaną się w ręce wroga, kto ich uratuje? Chyba że Burack... 

- To nie zadanie dla damy - odpowiedział stanowczo Costain. 
Wyglądał na szczerze przejętego. 
- Nie może pan iść sam! Co pocznę, jeśli pan nie wróci? - spytała. 
Zastanowił się przez chwilę. 
- Jeśli nie wrócę za kwadrans, niech pani powie Burackowi, co zaszło. I niech zawiadomi Castlereagha. 
Odrobinę podtrzymała ją na duchu ta odpowiedź. 
- Ufa pan więc Burackowi? 

background image

 

55

-  Wygląda  na  to,  że  człowiekiem,  którego  szukamy,  jest  Leonard.  Jak  sama  pani  mówiła,  Burack  dopiero  co 

opuścił uniwersytet. 

Pan Burack odnalazł w końcu Cathy. Podbiegł do nich ze słowami: 
- Panno Lyman, wszędzie pani szukam... - Umilkł na widok ich poważnych twarzy. - Co się stało? 
- Młody Lyman zniknął -  odpowiedział Costain. - Widziano  go przed  domem Leonarda. Podejrzewamy, że  jest 

tam przetrzymywany. 

- Harold Leonard? - Burack pytająco spojrzał na Cathy. 
- Może pan ufać lordowi Costainowi - powiedziała. 
Burack po chwili milczenia przyjął to do wiadomości i spytał Costaina: 
- Sugeruje pan, że Leonard jest tym źródłem przecieku? 
-  Na  to  wygląda.  Był  sam  w  domu  przez  całe  popołudnie.  Jego  żona  pomagała  paniom  w  przygotowaniach  do 

balu.  Lady  Cosgrave  to  potwierdziła  -  dodał  zwracając  się  do  Cathy.  -  Cosgrave  zaniósł  mu  kilka  dokumentów. 
Później dość długo przebywała w ich domu francuska modystka. 

-  Trudno  uwierzyć,  że  to  pan  Leonard  -  zastanawiał  się  wciąż  Burack,  ale  zaraz  dorzucił:  -  Jego  żona  jest 

rzeczywiście kosztowną damą, a nie zarabiamy wiele w Horse Guards. 

- Niech pan lepiej biegnie po płaszcz. Na dworze jest zimno - powiedział Costain. 
- Już idę - Skłonił się i pobiegł po płaszcz. 
Cathy czuła, że ogarnia ją kompletna panika. Burack pojawił się za chwilę, wkładając w biegu płaszcz. 
- Jak chce pan uwolnić Lymana? - spytał Costaina 
- Właśnie staram się wymyślić coś genialnego Musimy wyciągnąć go stamtąd, zanim zdybiemy Leonarda. Sądzę, 

że  najlepiej  będzie,  jeśli  pójdę  tam  i  spytam  o  Gordona,  twierdząc,  że  ktoś  widział,  jak  wchodzi  do  środka.  To 
upewni  Leonarda,  że  wiemy,  iż  Gordon  tam  jest.  Nie  zrobi  mu  w  takiej  sytuacji  krzywdy.  Jeśli  długo  nie  będę 
wychodził, zawiadomi pan Castlereagha. 

- Tak jest. Miejmy nadzieję, że nie posunął się jeszcze do ostateczności. 
Serce Cathy zamarło. 
- Do ostateczności?... - Miał na myśli zamordowanie Gordona. - Ja też idę - powiedziała. 
Obaj zaczęli protestować, ale nie ustępowała: 
-  Nie  zostanę  tu.  To  mój  brat.  Idę  tam,  z  wami  albo  sama.  Obaj  możecie  podejść  do  drzwi.  Ja  zostanę  na 

zewnątrz, żeby zawiadomić Castlereagha, jeśli nie wrócicie. 

- Nie możemy obaj atakować drzwi. To wzbudzi podejrzenia - stwierdził Burack. - Jakby miało się odbyć jakieś 

ważne zebranie w biurze czy coś takiego. 

Brwi Costaina drgnęły i mimo poważnego spojrzenia w kąciku ust pojawił się cień uśmiechu. 
- Dobrze. Niech pani weźmie płaszcz - powiedział do Cathy. - Zawołam powóz. Nie będzie pani samotnie czekać 

na ulicy. 

Cathy pobiegła po płaszcz, nie wierząc jeszcze, że tak szybko się zgodził. 
- Do dzieła - powiedział Burack, gdy tylko Cathy zniknęła. 
Costain nie ruszył się z miejsca. 
- Chwileczkę - powiedział. 
- Nie możemy zabrać panny Lyman. To niebezpieczne. 
Proszę pomyśleć... Wynikła sprawa najwyższej  wagi  i lord Cosgrave  zwołał spotkanie  w domu pana Leonarda, 

ponieważ pan Leonard jest chory, a my wszyscy znajdujemy się tak blisko jego siedziby, tu, przy Curzon Street. 

- Nie rozumiem, do czego pan zmierza, Costain. 
-  Dyskrecja,  Burack,  i  bezpieczeństwo.  Służba  musi  być  odesłana  do  swoich  pokoi,  by  nikt  nie  podsłuchał 

tajemnic państwowej wagi, które będziemy omawiać. Pan i ja, wysłani przodem, musimy sprawdzić, czy dom jest 
bezpieczny. To pozwoli na dokładne przeszukanie. 

- I odnalezienie Lymana... - Burack uśmiechnął się pod nosem. - Śmiały plan, Costain. Jeżeli się nie powiedzie, 

straci pan pracę. 

- Wtedy pan zajmie się porządkowaniem Horse Guards. Czy Castlereagh kazał panu mnie śledzić? 
- Nie  wymienił pańskiego  nazwiska. Kazał  mi  mieć  oczy  otwarte  na  wszelkie podejrzane  machinacje  w biurze. 

Pan zachował się bardziej podejrzanie niż ktokolwiek inny, wymykając się z tym listem do panny Lyman. 

- Poszedł pan za mną? 
- Nie, ale dowiedziałem się o liście i pańskim wyjściu z biura zaraz po otrzymaniu go. Ponieważ wrócił pan tak 

szybko, domyśliłem się, że zaniósł go pan do najbliższego biura tłumaczeń, do pana Rodneya Reynoldsa. Dlaczego 
pan to zrobił? Cosgrave zna niemiecki. 

- I pił wtedy przez cały dzień. 
-  To  nic  niezwykłego...  -  Burack  westchnął.  -  Przy  okazji  wspomniałem  o  liście  Haroldowi  Leonardowi. 

Przyszedł do biura niedługo po pańskim wyjściu. Kiedy Leonard wypadł jak oparzony, sądziłem, że poszedł szukać 
Cosgrave’a. Zastanawiam się, czy sarn nie wymknął się za panem i nie śledził na King Charles Street. 

- To by pasowało. Gdyby wspomniał coś Cosgrave’owi, usłyszałbym o tym. Cosgrave powiedział mi jedynie, że 

background image

 

56

nie powinienem był zanosić pisma do Castlereagha. Nie wiedział, że oddałem je do tłumaczenia. 

-  Powinniśmy  już  od  dawna  razem  pracować  -  stwierdził  Burack.  -  Kiedy  otrzymał  pan  ten  tajemniczy  list  z 

Hiszpanii, byłem pewien, że mam mojego szpiega. 

- List od starego druha z wojska. 
Burack pokiwał głową. 
- A panna Lyman... Musi iść z nami? 
- Mój woźnica był ze mną w Hiszpanii. Panna Lyman będzie bezpieczna w powozie. Och, właśnie nadchodzi. 
Pani  Leonard  przyglądała  się  całej  trójce  z  bocznego  saloniku,  skąd  widać  było  hali.  Obserwowała  ich  od 

kwadransa, gdy tylko dostała tę bulwersującą wiadomość od Harolda. On ma talent do popełniania głupstw. Harold 
zapewniał ją w liściku, że nikt nie wie o wizycie młodego Lymana, najwyraźniej jednak Costain jakoś to odkrył. 

Nie  zmarszczyła  czoła,  gdyż  od  tego  robią  się  zmarszczki.  Odwróciła  się  do  towarzyszącego  jej  dżentelmena  i 

dotykając delikatnie dwoma palcami skroni, powiedziała: 

- Proszę wybaczyć, czuję, że zbliża się atak migreny. 
Niepostrzeżenie poszła na górę po okrycie, po czym wymknęła się z balu nie żegnając się nawet z gospodynią. 
Costain  odprowadził  Cathy  do  powozu.  Wsiadł  razem  z  nią  i  wyjął  z  bocznej  kieszeni  pojazdu  pistolet. 

Przerażona Cathy przyglądała się tylko w milczeniu. 

- Niech pan będzie ostrożny, lordzie Costain - powiedziała stłumionym głosem. 
- Czyżbym mógł mieć nadzieję, że zależy pani na mnie odrobinę? Pani mi pochlebia, mademoiselle
Jedną ręką uniósł  jej brodę. Oczy Costaina błyszczały na tle zamglonej w  mroku, jasnej plamy twarzy. Pochylił 

głowę i musnął wargami jej usta. Było to tak lekkie i nierealne, jak dotknięcie skrzydła motyla, lecz Cathy poczuła 
się, jakby ten pocałunek przeniknął ją całą. 

- Zawsze pragnąłem to zrobić - szepnął z ustami przy jej uchu. Potem wyprostował się i powiedział: - Omówimy 

tę pasjonującą sprawę ze szczegółami po uwolnieniu Gordona. Do zobaczenia. 

Przesunął  powoli  dłoń  po  jej  szyi,  zostawiając  na  skórze  swoje  ciepło,  i  po  chwili  już  go  nie  było.  Zniknął  za 

drzwiami powozu, który nagle wydał jej się pusty i zimny. 

Słyszała,  że  mówi  coś  jeszcze  do  woźnicy,  a  potem  powóz  wolno  ruszył.  Zauważyła  przez  okno,  jak  szybko 

zmierzają z Burackiem ulicą, cicho coś omawiając. Woźnica dostał widocznie rozkaz, w którym dokładnie miejscu 
w  pobliżu  domu  Leonarda  ma  się  zatrzymać.  Ściągnął  lejce  pod  wielkim  dębem.  Cathy  opuściła  okno,  żeby 
spojrzeć do tyłu. Costain i Burack razem weszli na schody i zastukali kołatką. 

Jakże  zwykły  widok.  Dwóch  dżentelmenów  odwiedzających  przyjaciela.  Dziś  jednak  Cathy  patrzyła  na  ten 

obrazek z przerażeniem. Gdy drzwi otworzyły się i zniknęli w środku, poczuła się, jakby nigdy więcej nie miała ich 
zobaczyć. 

W domu pana Leonarda Costain zdjął kapelusz i podał go sędziwemu lokajowi. Zatrzymał płaszcz, gdyż zasłaniał 

wystający zza fraka pistolet. Pomyślał, że lokaj nie sprawi im żadnego kłopotu. Ledwie chodzi. 

- Lord Costain do pana Leonarda - powiedział aroganckim tonem. 
-  Obawiam  się,  że  pan  Leonard  jest  dziś  wieczorem  niedysponowany,  milordzie.  Jeśli  zechciałby  pan  zostawić 

wiadomość... 

Costain rzucił wyzywające spojrzenie z wyżyn swego arystokratycznego nosa i powiedział tonem, jakiego Burack 

nigdy dotąd u niego nie słyszał: 

-  Wiadomość  brzmi,  dobry  człowieku,  że  muszę  się  z  nim  natychmiast  widzieć,  niezależnie,  czy  jest  w  dobrej, 

czy w złej dyspozycji. - Odwrócił się do Buracka i dodał z irytacją: - Zdaje się, że będziemy zmuszeni tłoczyć się 
w czasie zebrania w jego sypialni. 

Lokaj przygryzł wargi i odezwał się niepewnie: 
- Czy chodzi o... oficjalne sprawy, milordzie? 
- Nie sądzisz chyba, że zrezygnowałem z pierwszego zimowego balu dla przyjemności odwiedzenia twego pana? 
Lokaj, speszony tą demonstracją złych manier, powiedział: 
- Panowie będą łaskawi poczekać w salonie, zawiadomię pana Leonarda. 
- Tylko szybko - rzucił Costain i spojrzał na zamknięte drzwi salonu, za którymi rozlegało się skrobanie. 
- To piesek pani - powiedział lokaj, przeszedł przez hali i otworzył drzwi. 
Zanim zdążył  go złapać, pies  wypadł  do  hallu i  zaczął skakać  koło  nóg  gości. Burack popatrzył  na zwierzaka z 

lekkim obrzydzeniem. Służący chwycił go na ręce i wskazał gościom salon. 

Bystre oczy Costaina wypatrzyły na posadzce przy wejściu krople wody, z czego wynikało, że niedawno ktoś tu 

wszedł. 

Burack  patrzył,  dokąd  idzie  lokaj.  Najpierw  otworzył  jedne  drzwi,  lecz  wpuścił  tam  tylko  psa  i  zamknął  je  z 

powrotem. Później poszedł w głąb korytarza, zapukał do drzwi po lewej stronie i wszedł do środka. 

Costain wszedł do salonu. Pokój nie był duży, lecz uroczo urządzony w odcieniach brzoskwini i zieleni. Ozdobne 

sztukaterie na ścianach i zgrabny kominek z białego marmuru wydawały się idealnym otoczeniem dla pięknej pani 
domu.  W  oczy  rzucały  się  nowe  meble  na  tle  pięknego  orientalnego  dywanu  i  również  jakby  dopiero  co 
zawieszone  eleganckie  zasłony  w  oknach.  Miało  się  wrażenie,  że  wystrój  pokoju  był  niedawno  zmieniony  -  a  to 

background image

 

57

wymagało więcej funduszy, niż pan Leonard mógł osiągnąć uczciwą pracą. 

Po chwili lokaj znów się pojawił. 
- Pana Leonarda nie ma w gabinecie. Zupełnie nie wiem... 
- Jeśli jest chory, to z pewnością należy szukać w sypialni - stwierdził znudzonym tonem Costain. 
- Tak jest, milordzie. 
Pies rzucił się  na drzwi, gdy lokaj przechodził  obok pokoju, gdzie  go zamknął. Gdy służący się oddalił, Burack 

powiedział: 

- Zajrzę do gabinetu. 
- Dobrze, ale szybko. 
Burack przekonał się, że w gabinecie pali się ogień w kominku i, co ciekawsze, na krawędzi biurka stoi nie dopity 

kieliszek sherry. Rozejrzał się i spostrzegł drugi kieliszek na dywanie, a obok ciemną plamę. Było tu więc dwóch 
mężczyzn. Gordon został albo uśpiony odpowiednim „lekarstwem” w winie, albo ogłuszony uderzeniem w głowę. 

Burack przemknął z powrotem do salonu i zdał Costainowi relację. Zakończył pytaniem: 
- Co on zrobił z ciałem? 
- Miejmy nadzieję, że ciało jeszcze oddycha. Gordon szpiegował wokół tego domu. Leonard musiał go zauważyć. 

Ale  nadal  nie  rozumiem,  skąd  ta  popędliwość,  po  co  porwał  chłopaka?  Obawiam  się,  że  stary  wpadł  w  panikę. 
Wolę  nie  myśleć,  co  może  zrobić,  jeśli  go  przyprzemy  do  muru.  Dobrze  byłoby  rozejrzeć  się,  nie  budząc  jego 
podejrzeń. 

- Nie ma tu chyba nikogo poza starym lokajem. 
-  I  na  pewno  jedna  albo  dwie  służące  na  dole.  Nie  mógł  daleko  wynieść  Gordona.  Jest  pewnie  w  domu, 

najprawdopodobniej na tym piętrze. Leonard z pewnością nie chciał, żeby widziały go służące. Nie sądzę, by cały 
dom  był  wtajemniczony  w  jego  działalność.  Po  co  miałby  go  ciągnąć  na  górę  tylko  po  to,  żeby  potem  znieść  i... 
pozbyć się ciała? 

Śmierć  nie  była  obca  doświadczonemu  żołnierzowi,  ale  ta  sytuacja,  to  co  innego.  Żołnierze  wiedzieli,  co  może 

ich czekać, a Gordon był niewinnym cywilem. Costain czuł się za niego częściowo odpowiedzialny. Zgodził się na 
„współpracę” chłopaka, nie przewidując takiego obrotu spraw. Poza tym to brat Cathy. Nie spojrzałaby na niego do 
końca życia, gdyby Gordonowi coś się stało. 

Miał jednak głębokie przekonanie, że chłopak został tylko odurzony. Sugerowało to rozlane sherry. Leonardowi 

puściły nerwy. Będzie chciał przemyśleć jeszcze sytuację, a morderstwo nie było z pewnością jego pierwszą myślą. 
Może  jednak  być  ostatecznym  wyjściem.  Jak  miałby  teraz  uwolnić  Gordona?  Muszą  go  znaleźć,  zanim  strach 
doprowadzi Leonarda do zabójstwa. 

Costain odwrócił się do Buracka i powiedział cichym, dobitnym głosem: 
- Kiedy wróci lokaj, pójdzie pan na górę wytłumaczyć Leonardowi konieczność nagłego zebrania. Ja zostanę tu i 

poproszę służącego o herbatę. W ten sposób pozbędę się go i przeszukam pokoje. 

- Tak jest. 
- I, Burack... Niech pan powie Leonardowi, że Cosgrave czeka na nasz powrót i potwierdzenie, czy gospodarz na 

tyle dobrze się czuje, by uczestniczyć w zebraniu. To nam zapewni drogę powrotną. Rozumie pan? 

- Oczywiście. 
- Jeżeli panu uwierzy... Niech pan wymyśli jakąś niezwykłą historię, żeby w szoku nawet nie zastanawiał się, czy 

nie ma tu podstępu. 

Twarz Buracka wykrzywił uśmiech. 
- Powiem, że Korsykanin nie żyje i musimy omówić dalszą strategię wojenną. 
- Doskonale! 
Usłyszeli zbliżające się kroki, lecz ich oczom nie ukazał się lokaj, ale sam pan Leonard. Wymienili rozpaczliwe 

spojrzenia.  Cały  plan  legł  w  gruzach.  Costain  znowu  mógł  mieć  pretensję  jedynie  do  siebie.  Nie  przyszło  mu  do 
głowy, że Leonard utykając zejdzie do nich. 

Gospodarz miał na sobie szlafrok i wspierał się na lasce. Costain przypomniał sobie, że niedawno biegł podobno 

całkiem żwawo ulicą. 

- Co się stało, lordzie Costain? - spytał. - Dlaczego wyciągacie mnie z łóżka o tak późnej porze? Lokaj twierdzi, 

że to pilna sprawa. 

Zanim Costain się odezwał, Burack wyrzucił z siebie: 
- Korsykanin nie żyje. Spotykamy się wszyscy w pana domu, by to omówić. 
Pan Leonard przełknął ślinę. 
- Dobry Boże, Bonaparte nie żyje! Jak to się stało? 
Burack spojrzał na Costaina, a ten odpowiedział zwięźle: 
-  Spadł  z  konia  i  skręcił  kark.  Nie  wiemy  jeszcze  nic  więcej.  Może  Castlereagh  przedstawi  szczegóły,  gdy  tu 

przybędzie. Mamy rozkaz przeszukać dom, jedynie dla bezpieczeństwa, i dopilnować, by służba była zamknięta w 
swoich pokojach. Sprawa jest zbyt poważna, nikt niepowołany nie może usłyszeć słowa z naszej dyskusji. Kto jest 
w domu oprócz lokaja? 

background image

 

58

-  Tylko  kucharka  i  służąca.  Nie  będą  przeszkadzać.  Wysłałem  też  do  łóżka  lokaja.  Widzieli  panowie,  jaki  jest 

wiekowy. - Umilkł, a potem spytał podejrzliwie: - Ale dlaczego zebranie ma się odbyć tutaj? 

- Ponieważ nie czuł się pan na siłach iść do Whitehall, a musi pan oczywiście wziąć udział w rozmowie tej rangi - 

odparł Costain. 

-  Bzdury!  To  sprawa  dla  Liverpoola  i  Gabinetu.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  moja  obecność  jest  tak  istotna  - 

powiedział Leonard. - Zebranie w prywatnym domu... Nigdy o czymś takim nie słyszałem. 

Costain  zauważył,  że  Leonard  sięga  do  kieszeni  szlafroka.  Jego  dłoń  automatycznie  przesunęła  się  do  pistoletu 

pod płaszczem. 

Zapadła  grobowa  cisza,  gdy  mężczyźni  mierzyli  się  wzrokiem.  Bez  słowa  wypowiedzieli  sobie  teraz  swoją 

własną wojnę i Costain wiedział, że będzie to walka na śmierć i życie. 

 

Rozdział 18 

Każda  minuta  w  powozie  wydawała  się  Cathy  wiecznością,  gdy  wpatrywała  się  w  zamknięte  drzwi  domu  przy 

Half Moon Street. Co tam się dzieje? Prześladowała ją myśl, że nie tylko Gordon, lecz także Costain i Burack leżą 
już martwi na podłodze - mimo że nie doszły jej odgłosy strzałów. W bladym świetle księżyca spojrzała znów na 
zegarek. To niemożliwe, by minęło dopiero pięć minut. Zegarek na pewno się zatrzymał. Lecz gdy przyłożyła go 
do ucha, tykał wciąż, musiał więc działać. 

Przeniosła wzrok na drzwi domu Leonardów. Znała na pamięć każdy ich skrawek: cztery płyty wprawione w ma-

sywne  dębowe  drewno,  dwa  długie  prostokąty  u  dołu,  dwa  krótsze  u  góry.  Kołatka  miała  kształt  głowy  lwa,  z 
dzwonkiem  zwieszającym  się  z  jego  pyska.  Półkoliste  okno  nad  drzwiami  składało  się  z  sześciu  szybek  o 
zaokrąglonych końcach w formie stokrotek. 

Jak długo to już trwa? Znowu zerknęła na zegarek. Sześć minut. Nie wytrzyma tu kwadransa. Musi natychmiast 

jechać po Castlereagha - nie mogłaby jednak chyba ruszyć się z miejsca. A co miałaby zrobić, gdyby padły strzały? 
Nie odjechałaby przecież... 

Z  tyłu  usłyszała  turkot  powozu.  Odwróciła  się  z  beznadziejnym  pragnieniem,  by  był  to  Castlereagh.  Na 

drzwiczkach nie było herbu, ale powóz rzeczywiście zatrzymał się przed domem Leonardów. Służący zeskoczył na 
ziemię  i otworzył  drzwiczki. Cathy szeroko  otwartymi oczami  obserwowała, jak pani Leonard we  własnej  osobie 
rusza energicznie do wejścia domu, nie czekając, aż otworzy jej lokaj. 

Nie wyszła znudzona wcześniej z balu; nie wróciła, żeby zmienić uwierający pantofelek ani poplamioną suknię. 

Jej zdecydowany krok zdradzał, że pilnie chce dostać się do domu. 

Cathy myślała, że oszaleje, siedząc tu biernie. Już miała pociągnąć za sznurek wzywający woźnicę, gdy usłyszała, 

że sługa Costaina schodzi z kozła. Po chwili jego smagła twarz pojawiła się w okienku. 

Otworzył drzwi i powiedział: 
- Zawiozę panią teraz z powrotem na bal, panienko. Jego lordowska mość tak rozkazał, jeśli ktokolwiek wszedłby 

do domu. 

Cathy już wstała z siedzenia. 
- Nie mów głupstw! Musimy coś zrobić! 
- Też  niechętnie bym  odjeżdżał - przyznał  woźnica -  ale jego  lordowska  mość  zamienia się  w tygrysa, jeśli nie 

słuchać rozkazów. 

Zignorowała tę uwagę. 
- Możesz zajrzeć przez okno? Zasłony nie są zaciągnięte. 
- Tak jest. Ale pani musi zostać w powozie. 
Mroczny uśmiech pojawił się na jego twarzy, kiedy czmychnął na drugą stronę ulicy. Od dawna nie przydarzyło 

mu się nic ciekawego. 

Cathy  nie  była  pewna,  ale  wydało  jej  się,  że  woźnica  wyciągnął  spod  płaszcza  pistolet.  Zniknął  za  kępą 

ozdobnych  cisów.  W  chwilę  potem  zobaczyła  zarys  głowy  w  tle  oświetlonego  okna.  Cokolwiek  zobaczył, 
sprowokowało go to do natychmiastowego działania. Podbiegł do powozu. 

- Muszę tam wejść - powiedział. - Nie powinienem panienki zostawiać samej, ręczę za panienkę głową. 
Jeszcze nie skończył zdania, kiedy wysiadła z powozu. 
- Idę z tobą - oświadczyła stanowczo. 
- Nie, panienko. Nie wolno. 
Przebiegła przez ulicę. 
- Chodź! - przynagliła woźnicę. 
Potrząsnął głową i pobiegł za nią. 
 
L
ord Costain zamarł w bezruchu na dźwięk otwieranych drzwi. Ponieważ nie słyszeli wcześniej kołatki, musiała 

to  być  pani  Leonard  albo  jego  nieposłuszny  sługa.  Nie  sądził,  żeby  John  Groom  wpadł  w  panikę.  Zanim  jeszcze 
pani Leonard się pojawiła, odgłos kobiecych obcasów wyjaśnił, kto przybył. 

Costain pomyślał, że niepotrzebnie skomplikuje to sprawę. 

background image

 

59

Jednak  gdy  ujrzał  stalowy  wzrok  Heleny,  zrozumiał,  że  nie  docenił  tej  wyjątkowej  kobiety.  Uśmiechnęła  się 

uprzejmie,  lecz  uważny  wzrok  nie  pominął  pozycji  jego  ręki.  Pies  zaczął  nieprzerwanie  ujadać  za  zamkniętymi 
drzwiami. 

- Mój drogi - powiedziała pani Leonard do męża - wyjaśnij mi, co się dzieje. Dlaczego nie jesteś w łóżku? 
Westchnienie ulgi gospodarza upewniło Costaina, kto rządzi na Half Moon Street. 
- Lord Costain przyniósł właśnie niesamowitą wiadomość - odpowiedział. - Podobno... 
- Wiadomość jest ściśle tajna, panie Leonard - przerwał ostro Costain. 
Leonard zmarszczył czoło. 
- Tak, ale jeśli Castlereagh wybrał mój dom, nie ma sensu ukrywać zebrania przed żoną, prawda? 
- Zebranie? - spytała podejrzliwie Helena. - Jakie zebranie? 
- Castlereagh, Cosgrave, ja i nie wiem, kto jeszcze. 
Zdarzyło się coś zupełnie niespodziewanego, moja droga. Korsykanin nie żyje! Będą tu wszyscy za chwilę, by to 

omówić. 

- Bzdura! Castlereagh i Cosgrave poszli razem zjeść kolację, kiedy wychodziłam. Nie będzie żadnego zebrania. O 

co panu właściwie chodzi, lordzie Costain? 

Poczuł, że ciemne oczy tej kobiety go przeszywają. Jej wzrok miał jakąś demoniczną siłę. Kości zostały rzucone. 

Leonard powtórzył wszystko żonie, lekceważąc zupełnie obowiązek ścisłej tajemnicy. Ona jednak wiedziała, że to 
podstęp. 

Kiedy sięgnął po pistolet, zerknął na Leonarda, czy ten nie wyciąga swojej broni. Ale on patrzył tylko niepewnie 

na  żonę.  Costain  szybko  wyciągnął  pistolet  ale  w  tym  samym  momencie  rozległ  się  strzał  i  broń  wyleciała  mu  z 
ręki. Poczuł ostry ból i kiedy spojrzał w dół, zobaczył krew na dłoni. Pistolet leżał na podłodze, a dymiąca broń w 
ręku pani Leonard była wycelowana w jego serce. Strzeliła w tej jednej sekundzie, gdy zerknął na Leonarda. A na 
dodatek pies ciągle wył za drzwiami. 

- Moja droga! Czy to było konieczne? - słabym głosem jęknął Leonard. 
- Weź ich broń, Haroldzie - poleciła tonem nawykłym do rozkazywania. 
Harold  pokuśtykał  ze  swoim  pistoletem  w  dłoni  i  podniósł  z  podłogi  broń  Costaina.  Włożył  ją  do  kieszeni. 

Burack oddał swoją bez słowa. 

- Co im powiedziałeś? - spytała męża pani Leonard. 
- Nic, moja droga. Nic nie wiedzą. 
Rzuciła mu pogardliwe spojrzenie. 
- Nie przyszliby tu, gdyby nic nie wiedzieli. Mówiłam ci, że ten chłopak szpieguje dom i mnie śledzi. 
Wbiła wzrok w Costaina i Buracka. Zdawała sobie z pewnością sprawę z powagi sytuacji, nawet jeśli jej mąż nie 

dostrzegał,  w  jakim  położeniu  się  znaleźli.  I  jest  w  stanie  zastrzelić  ich  tak  szybko,  jak  upudrowałaby  sobie  nos. 
Jedyną  nadzieją  Costaina  było  wynegocjowanie  ich  życia  i  uwolnienie  Gordona,  w  zamian  za  umożliwienie  im 
ucieczki - przynajmniej na razie. 

- Ma pani rację - powiedział Costain. - Wiemy wszystko. Pani i ten dom był od dawna pod obserwacją. 
Skrzywiła się ironicznie. 
- Niech pan zważa na słowa, milordzie. Jeśli nie mam nic do stracenia, nie zawaham się was zabić. 
- Możemy  jednak  dojść do porozumienia - ciągnął Costain. - Nie zależy  nam na skandalu  w Horse Guards. Pan 

Leonard będzie oczywiście musiał ustąpić ze stanowiska. 

- Tak będzie najlepiej, moja droga - skwapliwie wtrącił Leonard. 
- I zajmie się hodowlą kurczaków na farmie? Po moim trupie. 
- Jedźcie więc do Francji - powiedział ze złością Burack. - Tam was serdecznie przywitają! Zdrajcy. 
Pani Leonard szyderczo się uśmiechnęła. 
- Na podłogę, twarzami do ziemi! Obaj! W tym jazgocie nie mogę się skupić. - Odwróciła się do męża. - Zwiąż 

ich, Haroldzie. Najpierw Costaina. Niczego  nie próbuj, Burack albo twój przyjaciel  za to  zapłaci.  - Pistolet  w  jej 
dłoni  nawet  nie  zadrżał,  pozostał  wycelowany  w  Costaina,  kiedy  obaj  z  Burackiem  niechętnie  kładli  się  na 
podłodze. 

- Sznur... - powiedział Leonard. 
- Użyj paska od szlafroka. 
Włożył  swoją  broń  do  kieszeni,  wyciągnął  pasek  i  nerwowo  zbliżył  się  do  Costaina.  Burack  nie  śmiał  drgnąć, 

żeby Helena nie strzeliła. 

Kiedy Leonard się pochylił, poła szlafroka zawisła nad podłogą i Costain dostrzegł wystający niebieski pantofel. 

Ukradkiem wyciągnął rękę i chwycił Leonarda za kostkę. Starszy pan wylądował płasko na Buracku. 

- Co się stało?... - Leonard osłupiał, a Burack w tym momencie sięgnął błyskawicznie do kieszeni jego szlafroka. 
Nie wyczuł jednak pistoletu. Musiał być w drugiej kieszeni... 
- Wstawaj, Haroldzie! - ostro rozkazała Helena. 
-  Moje  ramię...  -  Niezdarnie  starał  się  podnieść.  -  Musiałem  zaplątać  się  w  pasek  od  szlafroka  -  powiedział 

zmieszany. 

background image

 

60

Kiedy wstawał, Burack również podniósł się za jego plecami. 
-  Na  podłogę,  Burack!  -  rzuciła  sucho  Helena.  -  Nie  chowaj  się  za  tym  starym  głupcem.  Jego  też  zabiję  i  cała 

winę zrzucę na niego. To w końcu on dostarczał mi informacji. 

- Och, Heleno, co ty mówisz? - Pan Leonard westchnął z żalem. - Nie dbasz już nawet o pozory szacunku między 

nami? Po tym jak wszystko dla ciebie poświęciłem, nawet honor? 

- Złodzieje nie mają honoru, Haroldzie. 
Zza zamkniętych drzwi dobiegało warczenie psa, kiedy skierowała pistolet na męża. Zamiar wypisany był na jej 

obojętnej twarzy. Costain wiedział, że wszystkich ich zabije. Powie, że Leonard zastrzelił jego i Buracka, a potem 
popełnił samobójstwo, by uniknąć hańby. 

Palce Heleny przesunęły się na spuście pistoletu. 
Costain  zareagował  instynktownie.  Rzucił  się  w  jej  kierunku.  Nacisnęła  na  spust  i  w  pokoju  rozległo  się  echo 

wystrzałów.  Patrzył  osłupiały,  jak  Helena  chwieje  się  na  nogach,  a  na  jej  sukni  pojawia  się  mokra  plama.  W 
pierwszej chwili pomyślał, że sama się zastrzeliła. 

Drzwi w  hallu  nagle się  otworzyły i  do  domu  wpadł  jego  woźnica. Za nim  zobaczył bladą twarz Cathy, która z 

przerażeniem patrzyła na padającą na podłogę Helenę. Kiedy odwrócił głowę, pan Leonard upadł twarzą tuż przy 
stopach żony. 

Burack najszybciej zorientował się w sytuacji. 
- Zabiła go! Ta obłąkana kobieta zastrzeliła własnego męża! - wykrzyknął. 
Kiedy spojrzeli na ciała, Costain zobaczył pistolet w ręce Leonarda. 
- A on zabił ją. 
Leonard zamrugał oczami. Costain rzucił się do niego. 
- Nie wińcie Heleny... - szepnął półprzytomnie Leonard. - Nie chciała zrobić nic złego. Ona... lubi piękne rzeczy, 

a ja pragnąłem... jej je ofiarować. 

- Burack, pędź po lekarza - powiedział Costain. 
-  Nie!  -  szepnął  Leonard,  zaciskając  palce  na  ramieniu  Costaina.  -  Pozwólcie  mi  umrzeć  w  spokoju...  Nie  na 

szubienicy.  Zdrajca,  zasłużyłem  na  to...  -  Siły  go  opuszczały.  -  Powiedzcie  lordowi...  Cosgrave’owi,  że... 
Wybaczcie. 

Costain pochylił niżej głowę. 
- Komu przekazywaliście informacje? Musisz mi powiedzieć, Haroldzie. 
-  Zwykle  Helena...  się  tym  zajmowała.  Modystka...  Dutroit...  jest  kurierem.  Bond  Street...  -  Odwrócił  głowę  i 

zobaczył tuż obok pantofel żony. - Umieram tak, jak żyłem, u jej stóp. 

Zamknął oczy i zastygł z ironicznym uśmiechem na ustach. 
Zapadła zupełna cisza. Nawet pies przestał szczekać. Milczenie przerwała Cathy: 
- Gdzie jest Gordon? Nie zabili go! 
Znowu zawarczał pies. 
- Niech ktoś uciszy tego przeklętego psa! - powiedział Burack, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. 
Costain  posłał  woźnicę  po  Castlereagha.  Burack  znalazł  w  jadalni  zapieczętowaną  butelkę  sherry.  Przyniósł  ją 

razem  z  kieliszkami  do  salonu.  Kiedy  nalewał  wino,  Costain  podszedł  do  ciał  na  podłodze  i  przesunął  Leonarda 
tak, żeby leżał obok żony. Potem usiadł na kanapie przy Cathy. 

- Dlaczego pan to zrobił? - spytała. 
Ujął mocno jej dłoń. 
- Teraz, kiedy nie żyje, nie leży już u jej stóp. 
- Czy ona była tym szpiegiem? 
-  Nakłoniła  go  do  zdrady.  Jestem  przekonany,  że  po  to  wyszła  za  niego  za  mąż.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby 

historia  z  Fotheringtonem  w  Amiens  wyglądała  tak  samo.  To  ona  przekazywała  tajemnice  Francuzom,  tak  jak 
sądził Gordon. 

- O Boże, Gordon... - szepnęła Cathy. 
Costain odstawił kieliszek. 
- Musimy go znaleźć. Według nas jest na tym piętrze. Burack... 
- Wypuszczę najpierw tego przeklętego psa - powiedział Burack. 
Poszedł do pokoju po drugiej stronie korytarza i otworzył drzwi. Pies nie rzucił się na niego, jak się spodziewał. 

Ze spuszczonym ogonem podreptał za kanapę. 

Burack znalazł bezwładne ciało Gordona na podłodze. Chłopak miał poduszkę pod głową. Biedny, stary Harold; 

nie  nadawał  się  do  tej  roboty.  Był  zbyt  miękki.  Burack  pochylił  się  nad  Gordonem  i  wyczuwszy  bicie  serca 
upewnił się, że działanie narkotyku niedługo minie. 

Zawołał Cathy i z pomocą Costaina przenieśli go na kanapę. 
- Najlepiej zamkniemy drzwi tego pokoju i nie wspomnimy o waszej obecności - powiedział do Cathy Costain. - 

Przyjdę po was później. 

- Mama będzie się o mnie niepokoić. 

background image

 

61

- Wyślę jej wiadomość, że źle się pani poczuła i że odwiozłem panią do domu. 
Burack chwycił psa za skórę na karku, zaniósł go na dół do kuchni i zamknął drzwi. 

 

Rozdział 19 

Wielki ruch panował w domu przy Half Moon Street tej nocy. Podjeżdżały tajemnicze, nie oznakowane powozy, 

a  po  pokojach  kręcili  się  dżentelmeni  w  kapeluszach  zasłaniających  prawie  całkiem  twarze.  W  końcu  z  domu 
wyniesiono szczelnie okryte dwa duże przedmioty. 

Jako  pierwszy  nadjechał  Castlereagh.  Gdy  usłyszał  relację  Costaina  -  nie  dowiedział  się  ani  słowa  na  temat 

obecności rodzeństwa Lymanów tuż obok - usiadł z kieliszkiem w dłoni, by ustalić wersję, która ograniczy plotki i 
rozmiary skandalu. Costain wpadł na pomysł, by ogłosić, że Leonardowie wszczęli kłótnię małżeńską, zakończoną 
tragicznie morderstwem i samobójstwem. 

-  To  nawet  pasuje  -  ze  smutnym  uśmiechem  stwierdził  Castlereagh.  -  Helena  Leonard  była  w  stanie  nakłonić 

mężczyznę  do  zabójstwa.  Cosgrave  oczywiście  nie  miał  pojęcia,  w  co  jest  wplątana,  ale  to  koniec  jego  kariery. 
Nigdy nie umiał trzymać rąk z daleka od pięknych kobiet. Kiedy spytałem, czy jest jego kochanką, zaprzeczył. Nie 
możemy tolerować takich ludzi u szczytu władzy. Zasugeruję mu ciche odejście ze stanowiska, by uratował twarz. 
Miał  w  przeszłości  pewne  zasługi  na  swoim  koncie.  Nie  ma  potrzeby  publicznie  go  upokarzać,  ale  usłyszy,  co 
trzeba  ode  mnie  za  zamkniętymi  drzwiami.  -  Rzucił  badawcze  spojrzenie  na  Costaina.  -  Pozostaje  problem 
mianowania jego następcy. 

- Radziłbym użyć tej sprawy jako pretekstu do rozprawienia się z Yorkiem i jego kompanią. Na tym stanowisku 

umieściłby pan wtedy swojego człowieka. 

- Zgadzam się w zupełności. Wolałbym kogoś młodszego. 
Costain nie zareagował na badawcze spojrzenie ministra. 
-  Ponieważ  śmierć  Leonardów  ma  być  potraktowana  jako  zwykłe  zabójstwo  i  samobójstwo,  powinniśmy 

zawiadomić Bow Street - powiedział. 

-  Tak.  Pozwolimy  Townsendowi  zająć  się  zwłokami  zgodnie  z  rutyną.  Podpowiem  mu  tylko,  by  osobiście 

prowadził dochodzenie. 

Kazał jednemu ze swoich ludzi posłać po szefa z Bow Street. 
Gdy  rozmawiali  później  o  wyłapaniu  innych  członków  szpiegowskiej  siatki,  nadjechał  Townsend,  który  po 

krótkiej rozmowie z ministrem zajął się wywiezieniem zwłok. 

Po jego wyjściu Costain powiedział: 
-  Wplątana  w  tę  sprawę  jest  niejaka  panna  Dutroit  modystka  z  Bond  Street,  i  prawdopodobnie  pani  Marchand. 

Pewnie zechce pan obserwować ich sklepy przez kilka dni. Moim zdaniem, są jedynie posłańcami. 

- Widzę, że nie próżnowałeś! - stwierdził z aprobatą Castlereagh. 
-  Miałem  pomocnika.  Młody  Lyman,  świetny  chłopak  i  wcale  nie  tak  szalony,  jak  pan  sugerował.  Zresztą 

chciałby pracować dla Horse Guards. 

- Porozmawiam z nim. Jak już  mówiłem, potrzebujemy kogoś  młodszego. - Odstawił  kieliszek  i  wstał. - Myślę, 

że to wszystko na dziś. Dobra robota, Costain. Wracasz na bal? 

-  Zostanę  tu  jeszcze  chwilę,  by  rozejrzeć  się  po  domu.  Burack  mówił,  że  w  gabinecie  Leonarda  są  jakieś 

dokumenty. 

Minister zwrócił się do Buracka: 
- Zechce pan zanieść je jeszcze dziś do Horse Guards? Takie papiery nie powinny opuszczać biura. Cosgrave!... - 

potrząsnął głową. 

Kiedy Burack wyszedł, Castlereagh powiedział: 
- Wpadnij do mego biura jutro rano, Costain, porozmawiamy o następcy Cosgrave’a. Byłbyś zainteresowany tym 

stanowiskiem? Wiem, że planowałeś powrót  do Hiszpanii. Każdy o  wprawnej  dłoni  i bystrym  oku  może trzymać 
broń. 

- To jednak nie wszystko, milordzie. 
- Oczywiście. Nie zamierzałem deprecjonować naszych wspaniałych żołnierzy. Chciałem powiedzieć, że bardziej 

przydałbyś się tutaj. Pomyśl o tym, chłopcze. Poklepał Costaina po ramieniu i wyszedł. 

Burack wypadł z gabinetu za ministrem, by podkreślić swój udział w wydarzeniach tej nocy i uzyskać podwyżkę 

pensji. Costain skierował się natychmiast do pokoju, gdzie w świetle jednej świeczki siedziała Cathy. Głowę brata 
trzymała  na  kolanach.  Wyglądała  na  zmęczoną  i  przestraszoną.  Miał  ochotę  mocno  ją  przytulić.  Usiadł  obok  i 
pogłaskał ją po ramieniu. 

- Dobrze się pani czuje? - spytał. 
Uśmiechnęła się ufnie. 
-  Dziękuję,  że  nam  pan  tego  oszczędził,  Costain.  Musielibyśmy  przejść  przez  rozprawę  sądową  i  wszystkie  te 

nieprzyjemności, gdyby Castlereagh dowiedział się o naszej obecności. Czy już odjechał? 

- Tak, ale Townsend niedługo wróci. 
- Gordon przychodzi do siebie, ale ma straszny zamęt w głowie. Chciałabym zabrać go do domu. Musi położyć 

background image

 

62

się do łóżka. 

- Powiem woźnicy, żeby pomógł nam wsadzić go do powozu. 
Nagle pojawił się pies. Węszył po podłodze i żałośnie piszczał. Gordon otworzył oczy. 
- O Boże, znowu ten przeklęty szczeniak! - powiedział i zamknął oczy. 
- Może May czuje, że coś złego spotkało jej panią? - Cathy smutno popatrzyła na psa. - Biedactwo. Kto się nią 

zajmie? 

May  podeszła  bliżej,  usiadła  u  jej  stóp  i  podniosła  brązowe  wilgotne  oczka.  Cathy  wyciągnęła  rękę,  żeby  ją 

pogłaskać. - Nie możemy zostawić jej tu samej. 

- Nie jest sama - powiedział Costain. - W domu jest służba. 
- Chciałabym zabrać ją do domu, ale mama będzie się gniewać. 
- Ja ją wezmę. - Wsadził psa pod pachę, skąd rozległo się wdzięczne popiskiwanie. 
W powozie May spokojnie siedziała przy nogach Costaina. 
Gordon  rozbudził  się  w  drodze  i  zmusił  Costaina,  żeby  wszedł  z  nimi  do  domu  i  opowiedział,  co  zdarzyło  się, 

kiedy leżał  nieprzytomny. May została pod  opieką Johna Grooma. Cathy poleciła przynieść  kanapki i  kawę, jedli 
podczas gdy Costain ciągnął swą opowieść. 

Ta  rodzinna  scenka  przywitała  powracającą  z  balu  lady  Lyman.  Wszyscy  troje  mieli  miny  straceńców,  gdy 

weszła do domu. Co tu się dzieje?... - pomyślała. 

- Byłam pewna, że jesteś w łóżku, Cathy - stwierdziła zdumiona. - To nie migrena wygnała cię z balu? 
- Czuję się już lepiej, mamo. 
-  Wszystkiemu  winien  straszny  głód,  mamo  -  dorzucił  Gordon.  -  Kanapki  i  kawa  nas  uratują.  Na  pewno  jesteś 

strasznie zmęczona, idź spać. 

- Odzwyczaiłam się od powrotów nad ranem. Marnie wyglądasz, Gordonie. Połóż się szybko. 
Gordon  nie rozumiał, po co Costain poszedł  za lady Lyman  do schodów i  całe pięć  minut o czymś rozmawiali. 

Ona natomiast nie posiadała się ze szczęścia. Zaproszenie dla całej rodziny do Northland Abbey na święta Bożego 
Narodzenia! To prawie oficjalne oświadczyny ze strony Costaina. Nieładnie, że siedział wciąż u nich o tak późnej 
porze - było prawie wpół do trzeciej! Dziwne też, że Cathy kręci się z takim ożywieniem, miała przecież migrenę. 
Lady Lyman była przekonana, że Gordon się upił. Był tak straszliwie blady. 
A  bandaż  na  ręce  Costaina  świadczył  niezbicie,  że  z  kimś  się  szarpał,  pewnie  z  Burackiem,  o  to,  że  porwał  mu 
Cathy. Z takim porywczym  mężem  jej córka będzie  miała pełne ręce roboty, ale  małżonek  niedługo  wyjedzie  do 
Hiszpanii, więc wszystko dobrze się ułoży. 
W salonie Gordon powiedział do siostry: 

- Stara się chyba udobruchać mamę... - A kiedy Costain wrócił, spytał: - Wspomniałeś ministrowi o moim udziale 

w sprawie? 

-  Nie  chciałbyś  chyba  chwalić  się,  że  Leonard  zwalił  cię  z  nóg?  A  co  do  reszty,  wie  o  twoim  udziale.  Ty 

naprowadziłeś nas na pannę Dutroit i panią Marchand. Za kilka dni cała banda znajdzie się za kratkami. 

- A co z Cosgrave’em? Miał przecież romans z panią Leonard? 
-  Tak,  ale  nie  więcej.  Oczywiście,  zostanie  zdymisjonowany,  lecz  bez  postępowania  karnego.  Helena 

wykorzystywała  związek  z  nim  dla  umocnienia  pozycji  męża  w  Horse  Guards  -  w  jakim  celu,  wiesz.  Może 
szantażowała Harolda, że go opuści, jeśli nie zapewni jej dostatniego życia? Nie stać go było na to uczciwą drogą, 
więc pewnie podpowiedziała mu, jak dokonać tego nieuczciwie. 

Gordon pokiwał głową. 
-  Gdybym  dostrzegł  te  jego  kwadratowe  paluchy  wcześniej,  w  minutę  rozwiązałbym  całą  sprawę.  Myślę,  że 

niesłusznie trzymałeś mnie z dala od biura, Costain. Gdy tylko podał mi kieliszek, wiedziałem, że to nasz człowiek. 
Nie przyszło mi natomiast do głowy, że od razu mnie rozpozna, po tym napadzie u nas w gabinecie. 

-  Pani  Leonard  spostrzegła  również,  że  śledzisz  ich  dom  -  powiedział  Costain.  -  Następnym  razem  musisz  być 

ostrożniejszy. 

- To się nie powtórzy. Ciekawe, dlaczego wróciła w połowie balu? 
-  W  jej  torebce  był  liścik  od  Harolda,  że  trzyma  cię  w  domu.  Pytał,  co  ma  robić.  Sądzę,  że  widziała,  jak 

wychodzimy we troje z przyjęcia, i postanowiła wrócić do domu, żeby przejąć dowodzenie. 

- Jak to się stało, że nigdy nie podejrzewałeś pana Leonarda, Costain? - spytała Cathy. 
- Sądziłem, że jest zbyt ostrożny, by wplątać się w coś podobnego. Jestem przekonany, że nienawidził się za to. 

Był uosobieniem sumienności w pracy, zawsze przypominał wszystkim o zasadach. I pomyśleć, że w końcu własna 
żona go zdradziła. - Potrząsnął głową. - Przynajmniej nie dowiedział się, że romansowała z Cosgrave’em. 

-  A  propos  mojej  pracy  w  Horse  Guards,  Costain  -  powiedział  Gordon.  -  Będą  potrzebować  kogoś  na  miejsce 

Leonarda. A kto według ciebie zajmie stanowisko Cosgrave’a? Może mama go zna i wystara mi się o rozmowę? 

Costain skromnie odchrząknął. 
- Castlereagh zaproponował właśnie, bym ja objął to stanowisko. 
Cathy nie usłyszała nawet okrzyku zachwytu brata. Patrzyła na Costaina z uśmiechem na drżących ustach. 
- Więc nie wyjedziesz do Hiszpanii? - spytała. 

background image

 

63

- Prawie już mnie przekonał, że tu bardziej się przydam. 
-  Prawie  cię  przekonał?!  -  wykrzyknął  zdumiony  Gordon.  -  Ależ  to  byłoby  wspaniale,  ty,  ja  i  Burack  -  co  za 

ekipa! 

- Poważnie myślę nad tą propozycją. Ale przedtem muszę wyjaśnić kilka spraw. 
- Od czego to może zależeć? - dopytywał się niecierpliwie Gordon. 
Ciemne oczy Costaina zwróciły się na Cathy. 
- Od pewnej damy. 
Gordon nic nie pojmował. 
- Oszalałeś, żeby uzależniać karierę od kaprysów kobiety? Na przykład panna Stanfield: nawet nie zauważyła, że 

zniknąłem z balu. 

-  Wprost  przeciwnie,  była  zachwycona  twoim  rycerskim  zachowaniem.  Musisz  grzecznie  przeprosić,  kiedy 

spotkacie się w czasie Bożego Narodzenia w Northland. 

- Co? O czym ty, do diabła, mówisz? Przecież ja... Zapraszasz mnie do Northland? 
- Wasza mama była tak miła przyjąć zaproszenie dla całej rodziny. - Zerknął na Cathy i zauważył, że jej policzki 

pokrywa lekki rumieniec i uśmiecha się nieśmiało. 

- I mówisz, że panna Stanfield tam będzie? - Gordon wciąż nie wierzył. 
Costain rzucił niecierpliwe spojrzenie na rozemocjonowanego chłopaka. 
- A jak inaczej mogę zdobyć kilka chwil w cztery oczy z twoją siostrą? - zapytał znaczącym tonem. 
- Dobry Boże! Chyba nie powiesz, że Cathy jest tą damą, o której wspomniałeś? 
- Może, jeśli napiszesz do panny Stanfield kilka miłych słów z przeprosinami, Gordonie... Zrób to natychmiast! - 

poradził z przekonaniem Costain. 

- Na Jowisza, zrobię to z samego rana. 
- Nigdy nie odkładaj do jutra tego, co możesz zrobić dzisiaj - nalegał Costain. 
- Już jest jutro. To znaczy po drugiej nad ranem. Nie będę przecież wysyłał posłańca o trzeciej rano. 
- Mógłbyś to napisać. 
- Tak, ale... 
Costain wstał, złapał Gordona za łokieć i popchnął do drzwi. 
- Dobranoc, Gordonie. Pamiętaj, kto teraz zatrudnia ludzi w Horse Guards. 
- Ona nie powiedziała tak, Costain - rzucił na koniec Gordon i wymaszerował z pokoju. 
Costain wrócił na miejsce obok Cathy. 
- Trudno o chwilę intymności wśród psów, braci i mam. 
- Zatrzymasz psa? - spytała, mimo że w tej chwili nie to ją najbardziej obchodziło. 
-  To  również  zależy  od  odpowiedzi  pewnej  damy  -  powiedział  ujmując  ją  za  rękę.  -  Jak  widzisz,  ja  też  jestem 

szantażystą. Typ spod ciernej gwiazdy. 

- Sądzę, że jesteś bardzo miły. 
- Miły... Miły! Boże, czym sobie zasłużyłem na tak łaskawą ocenę? 
- I odważny - dodała. 
Objął ją ramieniem i przyciągnął. 
- To już lepiej. Proszę, mów dalej. 
- No cóż, jesteś baronem. 
-  Aha!  Jestem  tak  nieciekawy,  że  ratuje  mnie  jedynie  tytuł?  Ale  nie  wiesz  wszystkiego.  Jestem  również  godny 

zaufania. 

- Nie powinieneś był przynosić mi listu do tłumaczenia. 
- Nazwijmy to skłonnością do niezależnych działań. Również uczciwych. - Musnął kosmyk jej włosów na skroni. 
- Skłamałeś w sprawie listu i w sprawie wydarzeń u Leonardów. 
Pociągnął leciutko za kosmyk. 
- To się nazywa inwencja. Polowanie na damę Buracka na balu trudniej usprawiedliwić. 
- I zasłanianie się „dobrem dla sprawy”? 
- A kumoterstwo w sprawie pracy Gordona jest według mnie jedynie rodzinną lojalnością. A propos rodziny... - 

Przytulił ją mocniej. 

Cathy wpatrywała się w niego roziskrzonymi oczami. 
- Tak, Costain?... - szepnęła bez tchu. 
- Pochlebia mi twoja reakcja, mimo że jeszcze nie spytałem! 
- Trudno byłoby przypisywać ci pośpiech w pewnych sprawach. 
Jego twarz spoważniała. Kiedy zaczął mówić, kpiarski ton ustąpił miejsca nieśmiałości. 
- Ani zbyt wiele odwagi w tak delikatnej materii jak ta, ale jakiekolwiek są moje wady, bardzo cię kocham. Będę 

dobrym mężem, Cathy, jeśli mnie zechcesz. Wyjdziesz za mnie? 

Przez  chwilę  patrzyła  na  tego  zachwycającego  mężczyznę,  nie  mogąc  uwierzyć,  że  on  ją  kocha,  jednak  jego 

płonące oczy ją przekonały. 

background image

 

64

- Tak. 
Gwałtownie  przyciągnął  ją  do  siebie  i  pocałował  tak  żarliwie,  że  zabrakło  jej  tchu.  Przesuwał  dłonie  po  jej 

plecach i talii, miażdżąc prawie w uścisku i całując coraz namiętniej. 

Wiedziała,  że  teraz  jej  życie  się  zmieni.  Koniec  z  przesiadywaniem  w  gabinecie  i  czekaniem  na  przypadkowe 

pukanie  do  drzwi.  Koniec  z  przeżywaniem  romansów  z  książek  i  tłumaczeniem  listów  miłosnych  obcych  ludzi. 
Koniec  z  nudnymi  świętami  i  wysłuchiwaniem  nostalgicznych  wspomnień  mamy  na  temat  chlubnej  przeszłości. 
Teraz  zacznie  naprawdę  żyć.  Wielki  zimowy  bal  przyniósł  jej  szczęście,  nawet  jeśli  poszła  tam  u  boku  innego 
mężczyzny. 

Niechętnie odsunęła się od Costaina. Z uśmiechem patrzyła mu w oczy. 
-  Pomyśl  tylko,  gdybyś  nie  przyszedł  z  tym  listem  albo  gdyby  wuj  Rodney  był  w  gabinecie,  albo  gdyby  nie 

pojawił się pan Leonard, zmuszając mnie do odszukania cię... 

- Ale przyszedłem, wuja Rodneya nie było, a pan Leonard się zjawił. Takie było przeznaczenie. 
W hallu rozległy się kroki. 
- To nie brzmi jak dźwięk przeznaczenia. Raczej Gordon. 
Braciszek zajrzał do pokoju. 
- Costain, nie rzuciłbyś okiem na ten list do panny Stanfield? Może pójdziesz ze mną do gabinetu? A ty obwieść 

mamie  nowinę, Cathy. Nie uwierzy. Och, gratuluję  wam  i  w ogóle. Po jej rozanielonym uśmiechu domyślam się, 
że się zgodziła, Costain. A co do tego listu, sądzisz, że powinienem zacząć „Moja Droga Panno Stanfield” czy po 
prostu „Droga Panno Stanfield”, czy może... 

Costain niecierpliwie uniósł brwi, a potem je opuścił. 
- Przyjdę jutro do ciebie, Cathy. Rodzinna lojalność wymaga teraz spełnienia innych obowiązków. Á demain
Odprowadził  ją  do  schodów,  delikatnie  pocałował  w  policzek  i  patrzył,  jak  wchodzi  na  górę,  co  chwila 

odwracając się za siebie. 

Gordon chwycił go pod ramię i zaczął ciągnąć do gabinetu. 
-  Znasz  pannę  Stanfield  lepiej  niż  ja.  Myślisz,  że  powinienem  przeprosić  czy  też  skarcić  ją  nieco  za  taniec  z 

Edisonem? 

Costain obejrzał się ostatni raz za ukochaną, po czym wszedł do gabinetu i westchnąwszy głęboko, skupił uwagę 

na dylemacie Gordona.