background image

1

Cassie 

Miles

KLUCZ

background image

2

ROZDZIAŁ 1

  -    Woodrow  Locke,  wielki  amerykański  poeta  i  prozaik,  był  niezrównanym 

draniem.

John Marscel pochylił się nad mównicą. Gdy tak mierzył wzrokiem słuchaczy 

w wieczorowych  strojach, przypominał wielką modliszkę. Tłum, zgromadzony 

w  sali  bankietowej  hotelu  Hyatt  Regency  w  Chicago,  w  ciszy  słuchał  słów 

osiemdziesiędosiedmioletniego mówcy.

-

Woody był rozrabiaką, który nie miał sobie równych w walce, w piciu czy 

w pisaniu. Choć nie żyje od trzynastu lat, jego talent przetrwał. Panie i panowie, 

Woodrow Locke jest legendą.

Mollie  Locke  zacisnęła  pieści  pod  osłoną  lnianego  obrusa.  Już  dość  trudno 

było  być  jedynym  dzieckiem  sławnego  człowieka.  Być  córką  legendy  jest 

jeszcze  trudniej.  Po  co  John  Marscel,  jej  chrzestny  ojciec,  wygaduje  takie 

rzeczy? Mollie pochyliła się w lewo, ku Claudine Marscel.

-

Co ten twój mąż knuje? - szepnęła.

-

Niespodziankę - odszepnęła Claudine.

-

Cudownie. - Mollie nienawidziła niespodzianek.

-

Musisz  się  nauczyć  rozluźniać.  -  W  melodyjnym  głosie  Claudine  wciąż 

było słychać paryski akcent. - Nie powinnaś być ciągle taka spięta. Masz tylko 

dwadzieścia dziewięć lat.

Czasami  Mollie  żałowała,  że  nie  potrafi  się  odprężyć  i  zachowywać  jak 

Claudine,  która  mimo  bliskiej  siedemdziesiątki  wciąż  była  elegancka  i 

niezmiernie  kobieca.  Tym  razem  jednak  wiedziała,  że  powinna  mieć  się  na 

baczności.

-

Potrzebujesz mężczyzny - stwierdziła Claudine.

-

Wolałabym coś na uspokojenie.

Mollie przechyliła głowę, udając, że słucha przemówienia Marscela. Jej gęste, 

brązowe  włosy  opadały  na  nagie  ramiona.  Miała  nadzieję,  że  czerwony  kolor 

background image

3

sukni podziała jak ostrzeżenie: zakaz wstępu! Niestety, wcale tak się nie stało. 

Przez cały obiad paradowali przed nią coraz to nowi krytycy, pytający, czy jej 

obecność  oznacza  nareszcie  zgodę  na  rozmowę  o  ojcu.  Nie  oznaczała.  Mollie 

absolutnie odmawiała wspominania swego życia z ojcem. Prędzej jej kaktus na 

dłoni  wyrośnie,  a  trampkarze  chicagowscy  wygrają  mistrzostwa  świata,  niż 

udzieli na jego temat wywiadu.

-

Jako kurator spuścizny po Woodrowie Locke'u - mówił dalej Marscel - w 

jego  imieniu  przyjmuję  Nagrodę  Literacką  Tiltona.  -  Podniósł  wysoko  cienką 

książeczkę. - Ta niedawno opublikowana książka, zatytułowana „Przejście", to 

zbiór  wierszy  miłosnych  napisanych  przez  Woody'ego  do  jego  trzeciej  żony, 

Ramony. To  były listy, nie  przeznaczone  do publikacji. Na pewno nie są  jego 

najlepszymi  dziełami.  Dlaczego  zatem  „Przejście"  otrzymuje  nagrodę?  Czy 

dlatego, że wy, panowie, wybitni uczeni, nie macie gustu? A może w ten sposób 

chcecie  przeprosić  za  czasy,  gdy  kręgi  akademickich  zdechlaków  darły  nosa 

wobec człowieka, który zachowywał się jak mężczyzna z krwi i kości?

Marscel rzucił te słowa jak rękawicę. Ale nikt jej nie podjął. Nikt nawet nie 

pisnął, nie walnął w stół, by zaprotestować przeciwko tym insynuacjom. Mollie 

ścisnęło się serce. Wiedziała, że cisza rozzłości Marscela. Nienawidził, gdy mu 

pobłażano. Wiele razy mówił, że pełne szacunku milczenie jest dobre dopiero na 

pogrzebie.

-

Do diabła, brak mi cię, Woody. - Marscel uniósł kieliszek i upił odrobinę 

czerwonego  wina.  Wskazał  ręką  na  puste  krzesło  po  prawej  stronie  Mollie.  -

Miałem  zamiar  przedstawić  wam  doktora  nauk  humanistycznych  Flynna 

Carlsona.

-

Jestem tutaj! - rozległo się z końca sali.

Wysoki blondyn przeciskał się miedzy stolikami.

Mollie przyjrzała mu się z ciekawością. W czasie bankietu Claudine mówiła 

tylko  o  nim,  wymawiając  jego  imię  ,,Fliin".  Fliin  był  zabawny,  inteligentny, 

przystojny.

background image

4

W  półmroku  sali  Mollie  doszła  do  wniosku,  że  Claudine  chyba  popsuł  się 

wzrok. Przystojny? Był wysoki, wysportowany i zdrowo opalony, ale rysy jego 

twarzy nie były regularne. Miał zbyt gęste brwi i skrzywiony nos. Zapewne był 

męski, ale niczym nie przypominał Adonisa.

-

W takim razie przedstawię go teraz – oświadczył Marscel. - Doktor Flynn 

Carlson  uczy  na  wydziale  anglistyki  w  Bowdoin  College.  Jest  autorem  trzech 

powieści  detektywistycznych,  a  ostatnio  właśnie  zajął  się  badaniami  nad 

biografią Woodrowa Locke'a.

Biograf? Mollie wzdrygnęła się i odwróciła wzrok. Powyżej uszu miała ludzi 

pragnących uzyskać informacje o jej ojcu-legendzie.

-

Podoba ci się? - Claudine szturchnęła ją łokciem.

-

Nie jest w moim typie.

Flynn  dotarł  już  do  głównego  stołu.  Nie  zamierzał  się  spóźniać,  ale  tak 

wyszło, i nie żałował, że ominął go nudny bankiet. Przyszedł tu tylko dlatego, że 

Marscel nalegał. I żeby poznać Mollie Locke.

Zajął puste krzesło po prawej stronie Mollie, kiwnął głową Claudine i skupił 

uwagę  na  dziewczynie.  Odwróciła  od  niego  głowę,  uprzejmie  słuchając 

Marscela.  Flynn  przyjrzał  się  piegowatemu  ramieniu  i  błyszczącym  włosom. 

Oglądał jej zdjęcia, ale z dzieciństwa, a teraz niewątpliwie była dojrzałą kobietą. 

Pochylił  się  do  przodu,  by  lepiej  widzieć  delikatne  piegi.  Jej  włosy  pachniały 

świeżo, jak słońce wczesnym rankiem.

Gdy dotknął jej ręki, odsunęła się i spojrzała z niechęcią. Ma niezwykłe oczy, 

pomyślał.

-

Mollie Locke?

-

Tak - przytaknęła i dodała szybko: - A pan jest pisarzem? Powinnam pana 

ostrzec, że nigdy nie rozmawiam o moim ojcu.

-

Pisał o tobie „Zielonooka". Teraz wiem, dlaczego.

Zacisnęła  zęby  i  zmrużyła  oczy.  Pełnym  godności  gestem  uniosła  głowę  i 

odwróciła się.

background image

5

-

Mam dla was niespodziankę, panie i panowie -

oznajmił  Marscel  z 

mównicy.  -Jako  kurator  spuścizny  po  Woodrowie  Locke'u  postanowiłem,  że 

Flynn napisze jego pierwszą oficjalnie autoryzowaną biografię.

To  oświadczenie  wywołało  szum  wśród  zgromadzonych.  Mollie  dostrzegła 

chytry  uśmieszek  na  twarzy  Marscela.  Miała  rację,  obawiając  się 

„niespodzianki".  Marscel  wsadzał  kij  w  mrowisko,  wyznaczając  do  tego 

zaszczytnego zadania kogoś o wątpliwym dorobku.

-

Flynnowi będzie potrzebna zręczność pogromcy lwów, by dać sobie radę 

z  byłymi  żonami  Woody'ego.  Nie  mówiąc  już  o  tej  tu  zielonookiej  małej 

tygrysicy - jego córce.

Mollie zamrugała. Małej? Miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu!

-

Wykorzystajmy  okazję  -  ciągnął  Marscel  –  by  formalnie  przedstawić 

sobie tych dwoje młodych ludzi.

Mollie i Flynn, chodźcie tutaj i podajcie sobie ręce,

Mollie  przez  chwilę  chciała  zignorować  słowa  Marscela.  Dlaczego  miałaby 

wstawać? Nie jest wielką pisarką. Nie jest legendą. Nie mogła jednak grzecznie 

odmówić, gdy Flynn odsunął jej krzesło i poprowadził w stronę mikrofonu.

Wszystkie  oczy  były  zwrócone  na  Mollie.  Niemal  czuła,  jak:  zgromadzeni 

chłodno się jej przyglądają, i miała koszmarne wrażenie, że zapomniała włożyć 

suknię.  Wyraźnie  widoczne  w  oczach  Flynna  zainteresowanie  wywołało  gęsią 

skórkę na jej ramionach i pogłębiło poczucie bezbronności.

Gdy ujął jej dłoń w swoje, chłód ustąpił gorącemu gniewowi. Flynn chyba z 

niej  kpił.  Na  domiar  złego  puścił  do  niej  oko.  Ten  człowiek  był  niemożliwy. 

Zachowywał się, jakby była pierwszą z brzegu cizią gotową paść mu w ramiona.

-

Z prawdziwą przyjemnością przeprowadzę z tobą wywiad - powiedział.

-

Naprawdę?  Obawiam  się,  doktorze  Carlson,  że  będzie  pan  długo  na  to 

czekał.  Chyba  będzie  panu  potrzebny  teleskop,  by  zajrzeć  w  tak  daleką 

przyszłość.

background image

6

-

Nie dalej niż do Wenus. Czy możemy się jutro spotkać?

-

Prędzej zobaczę pana w rakiecie kosmicznej.

-

To się da zrobić. Więc jutro? W NASA?

Ich  rozmowę  głośniki  przekazały  całemu  audytorium,  które  wybuchnęło 

śmiechem.  Flynn  wcale  się  nie  zmieszał.  Uniósł  ich  złączone  ręce  w  geście 

zwycięstwa.

Mając w nosie dobre maniery, Mollie wyrwała dłoń i wróciła na miejsce. Co 

za arogant!

-

Przystojna młoda para - powiedział Marscel, wracając do mikrofonu. Jego 

śmiech zmienił się w kaszel i Mollie zauważyła, że sięgająca po kieliszek ręka 

drży lekko. Zapomniała o gniewie, zaniepokojona stanem chrzestnego. Marscel 

był zbyt podniecony. Czy powinna mu przerwać? Namówić, by usiadł?

To  jej  wina.  Nie  powinna  była  dopuścić  do  publikacji  „Przejścia".  Kilka 

ostatnich  miesięcy  wycisnęło  na  Marscelu  swoje  piętno.  Odnowione 

zainteresowanie  Woodrowem  Locke'em  spowodowało,  że  wszyscy,  od 

wybitnych  krytyków-intelektualistów  po  pismaków  z  tanich  szmatławców, 

dopominali się o wgląd w życiową epopeję jej ojca. A Marscel byl wykonawcą 

ostatniej woli Locke'a, kuratorem jego literackiej spuścizny.

Marscel wyprostował się.

-

Panie  i  panowie,  ciekaw  jestem,  jak  przyjmiecie  następną  wiadomość.  -

Przerwał  dla  lepszego  efektu.  Czy  dobrze  się  czuje?  Chyba  tak,  pomyślała 

Mollie.  Na  tyle  dobrze,  by  prowokować  wymianę  zdań.  -Postanowiłem  -

kontynuował  Marscel  -  po  dłuższym  namyśle  postanowiłem  udostępnić 

doktorowi Flynnowi Carlsonowi prywatne papiery Woodrowa Locke'a.

Tłum  zaszumiał.  Prywatne papiery Locke'a!  Dotychczas Marscel  stanowczo 

odmawiał  dostępu  do  jego  korespondencji,  dzienników  i  notatek.  Wyjątek 

stanowiły listy do Ramony, które teraz zebrała jako „Przejście".

Mollie poczuła coś w rodzaju współczucia dla Flynna Carlsona. Perspektywa 

literackiego  odkrycia  powodowała,  że intelektualiści opuszczali  swoje  wieże z 

background image

7

kości słoniowej. Od lat atakowali ją pytaniami: W co się bawiłaś z ojcem? Czy 

wiedziałaś,  że  nie  jest  wierny  twojej  matce?  Czy  nauczył  cię  pływać?  Czy 

nauczył cię polować? Teraz wszyscy ruszą do ataku na Flynna Carlsona. Pewnie 

sobie na to zasłużył. Ostatecznie był taki sam jak oni -jeszcze jeden profesorek 

usiłujący zbudować swoją karierę na legendzie Woodrowa Locke'a.

-

Nie,  jeszcze  nie  mam  starczej  sklerozy  -  oświadczył  do  mikrofonu 

Marscel.  -  Wiem,  że  Flynn  zrobił  dokorat  na  nie  najlepszej  uczelni,  a  jego 

publikacje  to  nie  prace  naukowe,  lecz  powieści.  Ale  ma  inne  kwalifikacje. 

Wspina  się  po  górach.  Sam  zbudował  żaglówkę.  Widziałem,  jak  na  Florydzie 

pływał okrakiem na delfinie. Choć Flynn nigdy nie spotkał Woodrowa Locke'a, 

wiem, że Woody by go zaakceptował. Oczywiście zastanawiacie się, jak Flynn 

Carlson śmie podejmować się takiego zadania.

Flynn  śmiał.  Spodziewał  się  protestów  ze  strony  kolegów-akademików, 

zwłaszcza że nie zamierzał tworzyć naukowo poprawnego, literackiego portretu. 

Flynna interesował Woodrow Locke - człowiek. Nie legenda.

Początkowo  wcale  nie  chciał  zostać  biografem  Locke'a.  Pragnął  jedynie 

zaspokoić  ciekawość  w  jednej,  zastanawiającej  go  kwestii.  Locke  był 

natchnionym  pisarzem,  który  potrafił  napisać  znakomitą  powieść  w  mniej  niż 

pół  roku.  A  jednak  podczas  trzydziestoletniej  kariery  wydał  tylko  siedem 

powieści i dziesięć cienkich tomików poezji. Czy napisał jakieś inne książki?

Ponad  rok  temu  poznał  Marscelów  i  zaczął  nalegać,  by  dopuścili  go  do 

papierów Locke'a. Marscel, jak zawsze, odmówił, ale Flynn był uparty.

A  potem,  o  dziwo,  nawiązała  się  między  nimi  nić  prawdziwego 

porozumienia. Razem żeglowali,  łowili ryby i  spędzili  kilka nocy dyskutując i 

kłócąc  się.  Podczas  jednej  z  tych  nocy  Marscel  podjął  decyzję,  że  to  Flynn 

napisze prawdziwą historię życia Woodrowa Locke'a.

- To postanowione - oświadczył Marscel, opierając się o mównicę. - A teraz 

opowiem wam historię o Woodym,  którą  pewnie  wszyscy  już  słyszeli,  ale 

jestem starym człowiekiem i mam prawo zanudzić was na śmierć.

background image

8

Opowiedział znaną anegdotę o  tym, jak  raz  Locke  wyruszył na  polowanie i 

zagubił  się  w  Górach  Skalistych.  Gdy  wrócił  po  pięciu  dniach,  wyczerpany  i 

wygłodniały, usiadł i zażądał nie jedzenia, lecz papieru. 

I

napisał pięć doskonałych wierszy.

W połowię opowiadania Claudine przechyliła się za plecami Mollie i dotknęła 

ramienia Flynna.

-

Niepokoję się o Johna - szepnęła. - Jest zbyt podekscytowany.

Marscel  opierał  się  całym  ciężarem  o  mównicę.  Najwyraźniej  był 

wyczerpany. Jednakże Flynn wiedział, że ten stary lew jest dumny i uparty. Nie 

odejdzie, póki nie będzie gotowy.

-

To jego wieczór, Claudine.

-

Ale on się zabija! Nie widzisz?

-

Woody  był  prawdziwym  mężczyzną  -  ciągnął  Marscel.  -  I  najlepszym 

wędkarzem, jakiego kiedykolwiek znałem. Pamiętam, jak raz...

Szkarłatne policzki Marscela nagle pobladły, podkreślając sińce pod oczami. 

Spojrzenie  starego  człowieka  stało  się  nieobecne,  jakby  patrzył  już  na  drogę, 

którą wyruszy na spotkanie ze starymi przyjaciółmi.

-

Flynn, przerwij mu - prosiła Claudine.

Flynn wstał i podszedł do mównicy.

-

Dziękujemy ci - powiedział i zaczął bić brawo, dając znak sali.

-

Jeszcze nie skończyłem - warknął Marscel.

Barczysty profesor, także siedzący przy głównym stole, podszedł bliżej.

-

Wracaj na miejsce, Flynn.

-

Miło cię widzieć- przywitał go Marscel. -Flynn, to jest profesor Edleman. 

Napisał książkę, dotychczas uważaną za najlepszą biografię Locke'a.

Flynn wyciągnął rękę, ale Edleman zignorował ten gest.

-

Kim  ty  niby  jesteś?  -  warknął.  -  Nie  zasługujesz  na  dostęp  do  tych 

papierów.

background image

9

-

No  właśnie!  -  rozległ  się  przenikliwy  głos.  Sławna  poetka  szturmowała 

główny  stół  w  łopocie  spowijających  ją  kolorowych  jedwabi.  -  To  mnie 

powinno się powierzyć prywatne papiery Locke'a. Tylko ktoś taki jak ja jest w 

stanie zrozumieć udrękę jego geniuszu!

-

Ty?  Nie  rozśmieszaj  mnie.  -  Wyfraczony  facet  z  brytyjskim  akcentem 

zerwał się na równe nogi. – Ty nie potrafiłabyś zrozumieć nawet kołysanki!

Claudine podeszła do mikrofonu i ujęła ramię męża.

-

Marscel, proszę cię, nie powinieneś się przemęczać.

-

Wszystko w porządku.

Był  rozpromieniony  i  najwyraźniej  cieszył  się  ze  sprowokowanej  kłótni. 

Nigdy nie zależało mu na szacunku. Mollie wiedziała, że najbardziej cenił sobie 

walkę. Podeszła bliżej.

-

No dobrze, Marscel, Dosyć już. Zabawiłeś się.

-

Twemu  ojcu  by  się  to  podobało  -  zachichotał.  -  Panie  i  panowie  -

powiedział do mikrofonu. - Czy uważacie, że postępuję nierozsądnie?

-

Tak! - rozległo się w sali.

-

Czy powinienem przekazać papiery Locke'a jakiejś bibliotece?

Na to pytanie padły różne odpowiedzi. Nie było zgody.

-

Uważacie  zapewne,  że  prywatna  korespondencja  powinna  być  ogólnie 

dostępna. Ale tak nie będzie. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek robił z Woody'ego 

świętego geniusza. Ani tragicznego grzesznika.

W sali rozległy się głosy sprzeciwu, zagłuszając ostatnie słowa Marscela:

-

Jako  kurator  spuścizny  po  Woodrowie  Locke'u,  z  przyjemnością 

przyjmuję Nagrodę Tiltona za „Przejście", pośmiertny zbiór jego dotychczas nie 

publikowanych wierszy. Dziękuję państwu. - Podniósł wysoko kieliszek wina. -

Piję do ciebie, Woody! - wykrzyknął, wypił i cisnął kieliszkiem o ścianę.

Okruszki  szkła  nie  zdążyły  jeszcze  opaść  na  ziemię,  gdy  Edleman  minął 

Flynna i złapał Marscela za ramię.

-

Nie zrobisz mi tego.

background image

10

-

Zjeżdżaj - ostrzegł go Flynn.

Niedźwiedziowaty  profesor odwrócił się i  spojrzał na niego.  Choć byli tego 

samego wzrostu, Edleman ważył dwadzieścia parę kilo więcej.

-

Idź do diabła.

Pięść Edlemana wyskoczyła do przodu i niemal dosięgła szczęki Flynna, ale 

instynkt kazał Carlsonowi uchylić się. Przy następnym ciosie  złapał Edlemana 

za  nadgarstek,  szarpnął  i  puścił,  pozwalając,  by  siła  zamachu  pozbawiła 

atakującego  równowagi.  Edleman  zachwiał  się,  ale  zaraz  wyprostował  i 

wrzasnął:

-

Chodź no tu, Carlson!

Flynn ściągnął frakową marynarkę i rzucił na krzesło.

-

Jest pożyczona - wyjaśnił Mollie. - Nie chcę jej zniszczyć.

Mollie złapała Flynna za ramię.

-

Słuchaj, jeśli nie wdasz się w tę burdę, udzielę ci wywiadu. Obiecuję, że 

udzielę ci wywiadu.

-

Naprawdę? - Oczy mu błysnęły.

-

Tak. - Słyszała, że tłum zaczyna się uspokajać.

-

Tak, jeśli teraz dasz spokój i usiądziesz.

-

Nie chowaj się za Mollie! - wrzasnął Edleman.

-

No, chodź, Carlson. Woodrow Locke nigdy w życiu nie unikał walki.

-

On ma rację - powiedział Flynn smutno.

-

Ale ty nie jesteś moim ojcem.

-

No,  chodź  tu,  szczeniaku!  -  wyzywał  go  Edleman.  - Musisz  mi 

udowodnić, że zasługujesz, by mieć wgląd w te papiery.

-

On nie odpuści - powiedział Flynn. - Bardzo mi przykro, Mollie. Muszę to 

załatwić.

Przeraźliwy  krzyk  przeciął  powietrze.  Claudine  Marscel  klęczała  przy 

leżącym na podłodze mężu.

-

Pomóżcie mu, proszę - szlochała.

background image

11

Mollie rzuciła się w jej stronę. Mogła przewidzieć, że bankiet na cześć ojca 

tak się skończy. Nie powinna była pozwolić Marscelowi przemawiać.

Flynn  klęczał  już  koło  Claudine,  sprawnie  zdejmując  Marscelowi  muszkę, 

rozpinając kołnierzyk i przygotowując go do badania lekarskiego.

Marscel słabo odepchnął jego ręce.

-

Zostawcie mnie. Chcę odejść. Mój czas już nadszedł.

-

Nie!  -  Mollie  opadła  obok  na  kolana.  -  Wszystko  będzie  dobrze.  Nie 

zostawiaj nas!

-

Jesteś  dorosłą  kobietą,  Mollie  -westchnął  Marscel.  -  Wiec  przestań 

bajdurzyć. - Spojrzał na Flynna. - Dobra walka?

-

Gdybym  wiedział,  co  planujesz,  nigdy  bym...  -przerwał  i  popatrzył  w 

wypełnione bólem oczy starca. - Bardzo dobra walka, Marscel.

-

A Edleman?

-

Obolały - oświadczył Flynn.

Uśmiech  Marscela  był  słaby,  ale  wyraźny.  Jego  oddech  wydawał  się 

spokojniejszy. Spojrzał na Mollie.

-

Miałem rację co do Flynna - powiedział. -1 co do ciebie też.

-

Oczywiście.  -  Nie  miała  pojęcia,  o  czym  on  mówi,  ale  nie  chciała  się 

sprzeciwiać. - Nic teraz nie mów. Musisz oszczędzać siły.

-

Tak.  Jeszcze  chwilę  tu  pobędę.  -  Jego  głos  był  coraz  cichszy.  -  Nie 

chciałbym stracić następnej dobrej walki.

ROZDZIAŁ 2

Odchylając się na obrotowym fotelu, Mollie powoli i wyraźnie cedziła słowa 

w słuchawkę telefoniczną:

-

Wcale nie walczę. Po prostu przedstawiam fakty.

background image

12

-

Dobra.  Kiedy  możemy  się  spotkać?  Jestem  w  Chicago  -  zabrzmiało  w 

odpowiedzi.

Mollie utkwiła wzrok w podwieszony sufit swego pokoju w firmie „Wszystko 

dla biura". Czy Flynn Carlson nie rozumie słowa „nie” ?

-

Nie spotkamy się. Nie mam zamiaru udzielać więcej wywiadów. Nigdy.

-

Tamte  były  bardzo  powierzchowne,  Mollie.  Tego  samego  można  się 

dowiedzieć z biografii Edlemana.

-

Proszę  więcej  do  mnie  nie  dzwonić.  -  Mollie  zdecydowanie  odłożyła 

słuchawkę.

Od  sławnego  bankietu,  gdy  Marscel  doznał  lekkiego  zawału  serca,  minęły 

dwa  miesiące.  Dwa  ponure  miesiące.  Usiłując  chronić  Claudine  i  zapewnić 

Marscelowi  minimum  spokoju,  Mollie  niechętnie  wzięła  na  siebie  kontakty  z 

prasą  i  uczonymi.  Odpowiedziała  na  kilka  pytań  i  miliony  razy  odmówiła 

odpowiedzi. W końcu dali jej spokój. Wszyscy oprócz Flynna.

Ten atakował ją coraz uparciej i coraz bardziej nachalnie. Teraz przyjechał do 

Chicago. Był ostatnim człowiekiem na świecie, którego miałaby ochotę oglądać. 

Oficjalny  biograf  Woodrowa  Locke'a  na  pewno  wyciągnie  sprawy,  o  których 

Mollie wolała nawet nie myśleć.

Wrzuciła stos podpisanych rachunków na tacę „sprawy załatwione" i jeszcze 

raz  przejrzała  wypisaną  na  maszynie  trasę  zaplanowanej  na  następny  tydzień 

podróży. Czekał  ją  wyjazd do  południowego  Illinois na  spotkania z  klientami, 

dzięki  czemu  z  łatwością  umknie  Flynnowi.  Czemu  zresztą  on  tak  ją 

prześladuje?

-

To  przez  Marscelów  -  mruknęła  do  siebie  w  odpowiedzi.  Claudine  i  jej 

kapryśny małżonek pchali Flynna ku Mollie z subtelnością hipopotama.

Czemu Claudine uważała, że dziewczynie jest potrzebny mężczyzna? Mollie 

nigdy nie była typem słodkiego kociaka, który nie jest w stanie obejść się bez 

męskiego  ramienia.  Pracowała,  przyzwoicie  zarabiała,  miała  do  dyspozycji 

służbowy  samochód  i  spłacała  raty  hipoteczne  za  dom  w  stylu  Tudorów, 

background image

13

położony  na  przedmieściach  Chicago.  Pracowała  społecznie  z  zaniedbanymi 

dziećmi. Ludzie na niej polegali. Tak znakomicie potrafiła zorganizować sobie 

życie, że była w stanie -rozwiązywać problemy jeszcze kilku innych osób.

Połączyła się z recepcjonistką.

-

Gretchen? Ten ostatni telefon to był znowu doktor Carlson.

-

Naprawdę?  Och,  Mollie,  tak  mi  przykro.  -  W  głosie  recepcjonistki 

zabrzmiała fałszywa nuta. Najwyraźniej Flynnowi udało się oczarować słodką, 

ale głupiutką Gretchen.

-

Jeśli  znowu  zadzwoni  -  ostrzegła  Mollie  -  to  pod  żadnym  pozorem  nie 

wolno ci go ze mną łączyć.

-

Ale co ja mu powiem?

-

Że nie życzę sobie z nim rozmawiać. Naprawdę, Gretchen, to chyba jasne.

-

Dobrze,  jak  chcesz.  -  Sądząc  z  tonu,  Gretchen  poczuła  się  urażona.  -

Nawiasem  mówiąc,  Mollie,  przypominam,  że  za  pięć  minut  masz  spotkanie. 

Pokój konferencyjny B, -Wiem.

Mollie  wyłączyła  interkom.  Spotkanie?  Spojrzała  w  kalendarz:  strona  była 

czysta. Nie zanotowała żadnego spotkania. Do diabła, coś niedobrego się z nią 

dzieje.  Zawsze  była  taka  zorganizowana,  odpowiedzialna,  nigdy  nie  gubiła 

zamówień, rachunki zgadzały się co do centa - i od trzech lat nie opuściła ani 

jednego dnia pracy. A teraz nagle nie pamięta o jakimś cholernym spotkaniu.

Co  się  z  nią  dzieje?  Przez  ostatnie  dwa  miesiące  oganiała  się  od  natrętów, 

domagających się prawdziwej historii Woodrowa Locke'a. Reporterzy czaili się 

za każdą rośliną doniczkową. Fotograficy z teleobiektywami czekali za każdym 

rogiem.  Jeden  zdesperowany  literaturoznawca  złożył  jej  nawet  propozycję 

małżeństwa,  żeby  uzyskać  wyłączne  prawo  do  jej  pamiętników.  Niech  diabli 

wezmą „Przejście" i Ramonę, której wpadło do głowy opublikować te wiersze. 

Ale to wszystko właściwie już wygasało, więc dlaczego jej napięcie nie słabło? 

W  gruncie  rzeczy  Mollie  czuła  się  coraz  gorzej  i  coraz  trudniej  dawała  sobie 

radę  z  codziennym  życiem.  Jej  opanowanie  wisiało  na  włosku.  Wymyślała 

background image

14

kierowcom,  którzy  zapomnieli  włączyć  kierunkowskaz  na  skrzyżowaniu.  W

sklepie wyłajała kasjerkę, która pomyliła się o cztery centy. A wczoraj o mało 

nie rozpłynęła się we łzach w pralni chemicznej, gdy odbierała suknię, w której 

była  na  przyjęciu.  Zdecydowanie  zbyt  często  płakała,  złościła  się  i 

denerwowała. Wzięła się w garść po śmierci obojga rodziców, a teraz rozpadała 

się na kawałeczki. Wzruszyła ramionami i pomyślała, że chyba po prostu traci 

rozum.  Jej  ojciec,  ostatecznie,  nie  był  wzorem  zdrowego  rozsądku.  Chyba 

genetyka ją w końcu dopadła. Jaki ojciec, taka córka? O nie, nic z tego.

Naciągnęła  biały  lniany  żakiet  od  kostiumu,  zgarnęła  z  biurka  stos  teczek  i 

ruszyła do drzwi. Nie miała pojęcia, z kim ma spotkanie i w jakiej sprawie, ale 

da sobie radę. Zdecydowanym krokiem minęła biurko recepcjonistki.

-

Powodzenia! - zawołała za nią Gretchen.

Mollie weszła energicznie do sali konferencyjnej B.

Wydawała się pusta, ale ktoś siedział tyłem do wejścia w krześle z wysokim 

oparciem,  przy  końcu  stołu.  Ale  kto?  Z  kim  ma  to  spotkanie?  Z  głośnym 

plaśnięciem położyła teczki na stole.

-

Jestem - oświadczyła.

Obrotowe krzesło z wysokim oparciem zawirowało.

-

Cześć, Mollie.

Na  widok  Flynna  Carlsona  znieruchomiała  w  pół  kroku.  Flynn  otworzył 

leżącą na stole teczkę, wyjął kartkę papieru i ruszył w jej stronę. Instynktownie 

cofnęła się.

-

Co tu robisz?

-

Wpadłem  wczoraj,  ale  cię  nie  było,  więc  zanotowałem  to  spotkanie  na 

kalendarzu Gretchen.

-

Ach, Gretchen - mruknęła.

-

Nie miej jej za złe -poprosił. -Kiedy to robiłem, nie było jej przy biurku.

background image

15

-

Kilka minut temu rozmawiałam z tobą przez telefon. Jak ci się udało tak 

szybko tu dotrzeć?

-

Dzwoniłem  z  holu  na  dole  -  przyznał,  uśmiechając  się,  i  zanim  zdążyła 

cokolwiek powiedzieć, podsunął jej kartkę papieru. -Przeczytaj to.

-

Nie chcę.

-

Proszę, Mollie. Wiem, że akurat teraz nie jesteś zajęta. Przeczytanie tego 

zajmie ci tylko minutkę. Jeśli potem w dalszym ciągu nie będziesz chciała mnie 

wysłuchać, obiecuję, że zniknę z twego życia.

Niebieskie  oczy  Flynna  nie  opuszczały  jej  twarzy.  Zabawa  w  chowanego  z 

Mollie Locke nieszczególnie go bawiła. Mollie była piękna, ale podejrzewał, że 

i  okropnie  rozpuszczona  -jedna  z  tych  atrakcyjnych  damulek,  które  uwielbiają 

wodzić mężczyzn za nos i zawsze dostają to, czego chcą. Wskazał na kartkę.

-

Oryginał znalazłem wśród prywatnych papierów twego ojca.

Wbrew sobie Mollie poczuła odrobinę zainteresowania.

-

W  tych  dokumentach,  które  Marscel  od  trzynastu  lat  trzymał  pod 

kluczem?

Potwierdził.

-

Razem z Marscelem przeglądaliśmy te papiery. Strasznie ich dużo. Kiedy 

twój ojciec nie pisał powieści czy wierszy, pisał notatki albo listy. No, ale tobie 

nie muszę o tym mówić.

Mollie  podniosła  ze  stołu  kartkę  papieru.  Był  to  list  do  Marscela  na  temat 

warunków  narciarskich  w  Kolorado  w  styczniu  1968  roku.  Mollie  miała 

wówczas siedem lat.

Ostatni akapit brzmiał:

No,  stary  druhu,  skończyłem.  Wyszła  dłuższa,  niż  planowałem.  346  stron 

mojej najlepszej pracy. Ta jest wyłącznie dla mojej najsłodszej Mollie, dla mojej 

zielonookiej  dziewczynki.  Pewnego  dnia,  gdy  odważy  się  pójść  śladem 

wytyczonych rytmów swego serca, odnajdzie ją - mój skarb.

-

Skarb? - Mollie podniosła wzrok.

background image

16

-

Maszynopis.  Są  jeszcze  inne  wzmianki  o  jego  „skarbie"  i  o  książce  dla 

Mollie. A kilka dokumentów świadczy o tym, moim zdaniem, że nie chodzi tu o 

żadną z później opublikowanych powieści.

Flynn  przyglądał  się  uważnie,  czy  coś  w  wyrazie  twarzy  dziewczyny  nie 

zdradzi, że wiedziała o zaginionej powieści Woodrowa Locke'a.

-

Nie gap się tak - powiedziała. - To niegrzeczne.

-

Jesteś bardzo podobna do ojca.

-

Nie, nie jestem. Mam szerzej rozstawione oczy i mój podbródek nie jest 

kwadratowy. W ogóle go nie przypominam.

Podniósł w górę dłonie w geście poddania. Jej wrogość była bolesna.

-

Jak  sobie  życzysz.  Powiedz  mi  tylko  coś  o  tej  notatce.  Czy  twój  ojciec 

kiedykolwiek wspominał ci o książce, którą napisał wyłącznie dla ciebie?

-

Nie mam nic do powiedzenia.

-

Mollie,  nie  próbuję  naciągnąć  cię  na  wywiad.  Treść  tego  listu  jest 

znacznie  bardziej  podniecająca. Pomyśl  tylko  -  możliwe,  że  istnieje  zaginiony 

maszynopis Woodrowa Locke'a. Skończona powieść.

-

Tak o tym mówisz, jakby to było coś niezwykle ważnego.

-

Bo to jest ważne.

-

Nie,  Flynn.  Ważne  jest  lekarstwo  na  raka.  Ważna  jest  walka  z  głodem. 

Ważna  jest  ochrona  środowiska.  A  jeszcze  jedna  powieść  Woodrowa  Locke'a 

jest zaledwie interesująca.

Wymaszerowała  z  pokoju  konferencyjnego  i  zanim  doszła  do  biurka 

Gretchen, zdążyła się naładować. Zatrzymała się i czekała, zaciskając zęby, aż 

Gretchen  połączy  trzy  rozmowy  telefoniczne.  Zaraz  usłyszy  kilka  niezbyt 

przyjemnych słów.

-

Ach, Mollie - podskoczyła Gretchen - jest do ciebie rozmowa z Nowego 

Jorku. Pani Claudine Marscel.

-

Wspaniale. - Tylko tego jej jeszcze brakowało. Mollie powoli wypuściła 

powietrze. - Przełącz do gabinetu.

background image

17

Odwracając  się,  niemal  wpadła  na  Flynna.  Zanim  zdążyła  mu  powiedzieć, 

żeby się wynosił do diabła, oświadczył uspokajająco:

-

Nie martw się. Zaczekam tutaj.

W samotności swego pokoju złapała słuchawkę jak śmiercionośne narzędzie.

-

O co chodzi, Claudine?

-

Mollie, jesteś zdenerwowana? Słuchaj, czy Flynn się z tobą kontaktował?

-

Owszem.

-

Ach, to chyba jesteś zadowolona, nie? Pomyśl tylko,  Mollie. Twój papa 

napisał książkę tylko dla ciebie. Czy to nie wspaniałe?

-

Tak uważasz?

A jednak słuchając opowieści o tym, jak Marscel i Flynn znaleźli list i potem 

szukali innych informacji, potwierdzających istnienie nieznanego maszynopisu, 

Mollie  cieszyła  się  z  entuzjazmu  w  głosie  Claudine!  Choroba  Marscela  i  jego 

późniejsza  powolna  rekonwalescencja  były  dla  Claudine  bardzo  ciężkim 

okresem. Teraz więc Mollie z radością słuchała, jak jej chrzestna matka z dawną 

werwą wykrzykuje do słuchawki, używając francuskich i angielskich słów:

-

No i, certamemenł, ty i Flynn znajdziecie ten skarb, to dzieło.

-

Czekaj, czekaj, Claudine. O czym ty mówisz?

- No, o szukaniu, oczywiście. - Claudine roześmiała się wesoło. - Ten Flynn, 

to przystojny poszukiwacz skarbów, n'est-ce pas? Ja myślę, że może go bardzo 

polubisz.

Mollie  wzdrygnęła  się.  Jakiekolwiek  kontakty  z  Flynnem  nie  były  dobrym 

pomysłem. Włączanie się do poszukiwań maszynopisu, który może w ogóle nie 

istniał, wyglądało na kompletny idiotyzm.

-

Mam  pytanie.  Dlaczego  Marscel  nigdy  przedtem  nie  wspominał  mi  o 

istnieniu tego zaginionego dzieła?

-

Sama go spytaj.

Mollie jęknęła, słysząc, jak od podnieconej Claudine słuchawkę przejmuje jej 

kostyczny mąż.

background image

18

-

Mollie - powiedział Marscel burkliwie, nie znoszącym sprzeciwu tonem -

masz jechać z Flynnem i pomóc mu.

-

Jak się czujesz?

-

Jestem  znudzony.  Ten  cholerny  lekarz  nie  pozwala  mi  się  ruszać  z 

Manhattanu. Żadnych podróży. Inaczej sam bym z wami pojechał.

-

Nigdzie razem nie jedziemy.

-

Pewnie,  że  jedziecie.  Najwyższy  czas,  żebyś  znalazła  tę  książkę.  Moim 

zdaniem  Woody  ją  schował.  Wiesz,  jak  pod  koniec  życia  stał  się  podejrzliwy 

wobec ludzi.

-

Chodzi ci o to, że był paranoikiem.

-

Napisał  tę  książkę  tylko  dla  ciebie  i  nie  obchodziło  go,  czy  zostanie 

wydrukowana. Chciał, żebyś ją miała, gdy dorośniesz na tyle, by zrozumieć.

Mollie  z  łatwością  mogła  uwierzyć,  że  w  ataku  paranoi  jej  ojciec  schował 

gdzieś maszynopis powieści, ale była przekonana, że z nią ta książka nie ma nic 

wspólnego.

-

Jeśli  ten  maszynopis  w  ogóle  istnieje,  to  dlaczego  dotychczas  go  nie 

szukałeś?

-

Szukałem, Nie pamiętasz naszej wyprawy na Florida Keys?

-

Pamiętam. - Jakiś rok po śmierci ojca pojechała z Marscelem do hacjendy 

Woody'ego.  Dokładnie  ją  wtedy  przeszukali.  Przypisywała  tę  wyprawę 

skrupulatności  starego  prawnika,  szukającego  papierów.  -  Nigdy  nic  nie 

mówiłeś o zaginionym maszynopisie.

-

Pewnie że nie, miałaś przecież tylko szesnaście lat. Bałem się, że możesz 

komuś  wypaplać.  Wyobrażasz  sobie,  co  by  się  działo  wśród  naszych 

dystyngowanych akademickich kumpli? Rozebraliby dom na kawałki.

Tak,  to  miało  sens.  Tylko  -  skoro  wówczas  nie  znaleźli  żadnej  skrytki,  jak 

mają ją odszukać teraz?

-

Czy ta książka jest na Florydzie?

background image

19

-

A kto  to  wie! Ja  myślę ,że Woody zostawił ci  jakąś wskazówkę, coś na 

kształt tej uwagi o wytyczonych rytmach serca.

-

Nic takiego nie pamiętam.

-

Więc  musisz  sobie  przypomnieć.  -  Jego  głos  był  poważny.  -  Słuchaj, 

mówię teraz jako twój opiekun. Musisz pogodzić się z przeszłością. Inaczej te 

zapomniane sprawy zjedzą ci nerwy.

Mollie  pomyślała  o  napięciu  ostatnich  miesięcy, o  nagłych  atakach  płaczu i 

wściekłości. Bardzo prawdopodobne, że ma to coś wspólnego z ojcem. Ale po 

co odgrzebywać stare dzieje? Lepiej zostawić wszystko tak, jak było. Jeśli jej się 

uda.

-

Nigdy nie chciałaś rozmawiać o swoim ojcu - mówił dalej Marscel. - Nie 

odpisywałaś na moje listy dotyczące jego majątku. Nie podjęłaś też ani centa z 

funduszu powierniczego,

-

Nie potrzebowałam pieniędzy. - Spadek po ojcu był jedyną nie załatwioną 

sprawą  w  życiu  Mollie.  Za  każdym  razem,  gdy  Marscel  przysyłał  jej  jakieś 

dokumenty, wrzucała je, bez otwierania, do osobnej teczki. - I dlaczego teraz? 

Dlaczego akurat teraz miałabym zaczynać poszukiwania?

-

To  przez  Flynna  -  wyjaśnił.  -  Uważam, ze  jest  okazja,  by  dzięki  twoim 

wspomnieniom i jego uporowi dotrzeć w końcu to tego zaginionego dzieła.

Flynn.  Mollie  uświadomiła  sobie,  że  ten  człowiek  właśnie  czeka  pod  jej 

drzwiami.

-

Daj mu szansę - nalegał Marscel. - Polubisz go.

To niemożliwe. Uosabiał wszystko, czego nienawidziła. Był poszukiwaczem 

przygód,  wykładowcą  i  pisarzem.  Sama  myśl  o  nim  sprawiła,  że  przebiegł  ją 

dreszcz.

-

Przykro mi, Marscel, ale muszę ci odmówić.

-

Przemyśl to jeszcze, Mollie. To dla mnie bardzo ważne.

W  jego  głosie  brzmiała  wyraźna  prośba.  Mollie  była  zdumiona.  Znała 

Marscela od urodzenia i nigdy jej o nic nie prosił.

background image

20

-

Dlaczego?

-

Bo nienawidzę „Przejścia" - wyjaśnił. -I nie mogę znieść myśli, że ma to 

być ostatnia opublikowana praca Woody'ego. Zasłużył sobie, by pamiętać go za 

coś lepszego. Jeśli nie chcesz tego zrobić dla swego ojca ani dla siebie samej, 

zrób to dla mnie.

-

Pomyślę  o  tym,  Ale  niczego  nie  obiecuję.  -  No,  jeśli  się  nie  zgodzi,  do 

końca życia będzie się czuła winna. - Pożegnaj ode mnie Claudine.

Odłożyła  słuchawkę  i  zamyśliła  się.  Tak,  musi  porozmawiać  z  Flynnem  i 

uczciwie  postawić  sprawę.  Wyjaśnić,  że  potrzebuje  czasu  do  namysłu. 

Powiedzieć, że skontaktuje się z nim później. Złapała torebkę i wyszła z pokoju.

Na  widok  Flynna,  opartego  o  biurko  Gretchen,  roześmianego  i  flirtującego, 

jej postanowienie osłabło.

Niebieskie spojrzenie Flynna spoczęło na Mollie.

-

Marscel  poinformował  mnie,  że  zamierzasz  szukać  tego  hipotetycznego 

zaginionego maszynopisu i potrzebujesz mojej pomocy.

-

To prawda.

-

Zastanowię  się,  Flynn,  i  poinformuję  cię  później  o  mojej  decyzji.  -

Skinęła mu głową i zwróciła się do Gretchen. - Wychodzę na obiad.

Flynn wyprostował się. To okropne, że był od niej o tyle wyższy.

-

Czy mogę ci towarzyszyć?

-

Jak sobie życzysz.

Mollie ruszyła przed siebie. Nie było powodu, żeby szli razem na obiad. Nie 

zachęcała go. Nie była dla niego uprzejma. Chyba już doszedł do wniosku, że 

nie nadają na tej samej fali. Mollie to odpowiadało. Jeśli Flynn się teraz wycofa, 

nie będzie musiała zawracać sobie głowy poszukiwaniem skarbu.

Weszła do windy, odwróciła się i ujrzała Flynna stojącego obok.

-

Jak tam Ciaudine? - zapytał.

-

Fantastique.

Winda zjeżdżała na dół.

background image

21

-

Słuchaj, Mollie, nawet jeśli nie obchodzi cię wartość literacka tej książki, 

pamiętaj, że może być warta miliony. Patrz, jaki sukces odniosło „Przejście" a to 

przecież tylko zbiorek przeciętnych wierszy.

-

Nie  potrzebuję  pieniędzy  -  oznajmiła.  Wyszli  do  bólu.  -  Poza  tym 

honoraria  za  książki  mego  ojca  to  prawniczy  koszmar.  Trzeba  uwzględniać 

wszystkie byłe żony i rozmaitych „przyjaciół", którym pozostawiał to i owo.

- Ale ta byłaby wyłącznie twoja. Istnieją pisane ręką twego ojca papiery, które 

świadczą wyraźnie, że ta książka, zatytułowana „Klucz", jest całkowicie twoja. 

W stu procentach. Marscel już się zajął prawna stroną tej sprawy.

-

„Klucz"- mruknęła, zamyślona. Brzmiało to jakoś znajomo, wywoływało 

odzew gdzieś w zakamarkach pamięci.

-

Pamiętasz ten tytuł? - zapytał Flynn.

-

Właściwie nie.

Wyszli  z  budynku  w  gęstą  wilgoć  chicagowskiego  lata.  Była  pora  obiadu  i 

chodniki  wypełniał  tłum  Wszyscy  się  śpieszyli,  a  ograniczone  wieżowcami 

wąwozy  ulic  rozbrzmiewały  tysiącami  głosów  i  kroków  -W  niektórych 

notatkach  -  powiedział  Flynn  -  twój  ojciec  sugeruje,  że  powinnaś  mieć  jakieś 

pojecie o miejscu schowania skarbu.

Pod koniec życia sugerował także, że odkrył skarby Sinobrodego. W połowie 

lat  siedemdziesiątych  przez  dwa  miesiące  chował  się  w  górskim  szałasie,  bo 

uważał,  że  Hitler  jest  na  jego  tropie.  Twierdził  również,  że  siłował  się  z 

aligatorem.

-

Może pamiętasz jakieś specjalne miejsce? - nalegał Flynn.

-

Nie.

-

Może przypadkiem schowałaś maszynopis z innymi pamiątkami?

-

Nie mam pamiątek po ojcu. - Nigdy nie miała ochoty zatrzymywać jego 

starych wędkarskich kapeluszy, wypchanych trofeów myśliwskich czy pustych 

butelek  po  alkoholu.  -  Nie  jestem  sentymentalna.  Wszystko,  co  mi  dał, 

przekazałam Marscelowi, a on chyba zauważyłby maszynopis.

background image

22

Szli w kierunku wschodnim. Koło jeziora Michigan błękit nieba rozlewał się 

w  gorącą,  białą  mgiełkę.  Nie  było  dość  chmur  na  deszcz,  ale  słońca  nie  było 

widać.  Mollie  szła  szybko.  Kropelka  potu  spłynęła  jej  po  obojczyku  między 

piersi.

-

Przypominam  ci,  Flynn,  że  nie  zgodziłam  się  jeszcze  brać  udziału  w 

twoich poszukiwaniach.

-

Zastanów się. - Stali na chodniku, czekając na zielone światło. - Tam, w 

biurze,  mówiłaś,  jakie  sprawy  uważasz  za  ważne.  Nieznana  książka  Locke'a 

przyniesie  mnóstwo  pieniędzy.  Pomyśl,  ile  wielorybów  mogłabyś  dzięki  nim 

uratować.

-

Nie mówmy o tym.

Ale  wiedziała,  że  Flynn  ma  rację.  Zaginione  dzieło  jej  ojca  na  pewno  jest 

warte  fortunę. Choć sama jej nie  potrzebowała, wiedziała, jak dzięki  wsparciu 

finansowemu  rozwinęłaby  się  działalność  „Pomocnej  Dłoni",  organizacji 

charytatywnej dla dzieci, której poświęcała swój wolny czas.

Przed Instytutem Sztuki było mniej ludzi i Mollie skręciła na szerokie schody. 

Zatrzymała się przy kamiennym lwie, szczerzącym zęby na postumencie.

-

Wiesz  że  Marscel  i  ja  przeszukaliśmy  hacjendę  na  Keys  i  nic  nie 

znaleźliśmy?

-

Mówił mi o tym - przytaknął Flynn.

-

Dlaczego uważasz, że tym razem będzie inaczej?

-

Z dwóch powodów. Po pierwsze, Marscel nie mówił ci nic o książce, więc 

nie  wiedziałaś,  czego  właściwie  szukacie.  A  po  drugie,  Marscel  miał  tysiące 

innych  spraw  na  głowie  -  kancelarię,  klientów,  Claudine  i  tak  dalej.  A  ja  nie. 

Zajmuję  się  tylko  i  wyłącznie  poszukiwaniem  maszynopisu.  Wszystkie  moje 

fizyczne i psychiczne możliwości poświęcam szukaniu „Klucza".

-

A jeśli został zniszczony? Albo nigdy nie istniał?

background image

23

-

Nie  będziemy  wiedzieć,  jeśli  nie  poszukamy.  Może  dziś  wieczór 

siądziemy  w  jakimś  spokojnym  miejscu,  gdzie  będziesz  mogła  odprężyć  się  i 

powspominać? Idąc szlakiem wytyczonych rytmów twego serca?

-

A  co  to  właściwie  ma  znaczyć?  -  roześmiała  się  krótko.  -  To  brzmi  jak 

EKG.

-

To znaczy, że twój ojciec bardzo się o ciebie troszczył.

-

Czyżby?

Gdy  spotkała  wzrok  Flynna,  jej  serce  zaczęło  jakby  bić  innym  rytmem, 

nieprzyjemnym, przyspieszonym rytmem pulsującym od czubków palców aż po 

splot słoneczny. Albo powinna pójść do kardiologa, albo zaczyna poddawać się 

magnetyzmowi tego mężczyzny.

-

Mollie? Spotkamy się wieczorem?

-

Niestety, jestem już umówiona.

Flynn  parsknął  zniecierpliwiony.  Ciągle  wznosiła  nowe  bariery.  Jak 

dziewczyna  wyglądająca  tak  pogodnie  może  być  tak  uparta?  Rozpieszczona 

smarkula, pomyślał. Splotła ramiona na piersi i zdecydowanie uniosła głowę. A 

jednak, o dziwo, wyczuwał w jej postawie również kobiece zaproszenie.

Nie  wymyślił  sobie  tego.  Flynn  miał  dość  doświadczeń  z  kobietami,  by 

wiedzieć, kiedy naprawdę  mówią „nie". A  ciało  Mollie mówiło  „tak". Było to 

bardzo subtelne - coś w sposobie poruszania biodrami, jakaś bezbronność, gdy 

wiatr znad jeziora plątał jej włosy. No i te oczy, w których można było utonąć.

-

Odwołaj swoje spotkanie.

-

Nie mogę. Może jutro.

-

Słuchaj, Mollie, nie mam zbyt wiele czasu, by cię obłaskawiać. Przyjąłem 

zaliczkę  na  biografię  od  wydawcy,  napomknąłem,  że  być  może  istnieje 

zagubiony tekst. Mój wydawca chciałby zobaczyć coś konkretnego.

-

To twój problem.

-

Czyżby? Mollie, on to napisał dla ciebie.

background image

24

Unikała  jego  wzroku,  ale  i  tak  dostrzegł,  że  za  maską  spokoju  kłębią  się 

gwałtowne uczucia. Wyczuł, że  nie gra  z nim w  ciuciubabkę, że  chodzi o  coś 

innego. Jakiś sekret?

-

Jesteś  córką  Woodrowa  Locke'a.  Jego  jedynym  dzieckiem.  Możesz 

bardzo pomóc w naszym zrozumieniu tego człowieka, jego geniuszu. A jednak 

zawsze milczałaś. Dlaczego?

-

Nie wiem.

-

Co cię tak przeraża?

-

Nie jestem przerażona.

-

Więc czemu nie chcesz o nim mówić?

-

Ja  nie  wiedziałam,  że  jest  geniuszem.  Byłam  dzieckiem.  -  Jej  oczy 

płonęły,  całe  ciało  napięło  się.  -  Dla  mnie  mój  ojciec  był  tylko  paranoikiem, 

pijakiem, dziwkarzem i draniem.

ROZDZIAŁ 3

Mollie gwałtownie zakryła ręką usta, ale było za późno - nie mogła już cofnąć 

tego,  co  powiedziała.  Jej  słowa  zaczynały  żyć  własnym  życiem,  rosnąc  i 

nabierając mocy, jak smok.

Dwanaście lat powtarzania „nie mam nic do powiedzenia" poszło na marne. 

Tak długo  zachowywała milczenie, by w  końcu  wyrazić swoje uczucia wobec 

najmniej  odpowiedniej  osoby  -  wobec  oficjalnego  biografa  ojca,  którego 

zadaniem jest wyszukiwanie różnych wstydliwych historii i opisywanie ich. Jej 

potrzeba  prywatności  nic  dla  Flynna  nie  znaczyła.  Chciał  tylko  wykorzystać 

wspomnienia Mollie.

Rzuciła się po schodach w dół, ale przytrzymał jej ramię.

-

Nie uciekaj ode mnie, Mollie.

Czuła napięcie w jego dotyku, nieznośnie gorącym dotyku w gorący lipcowy 

dzień.

background image

25

-

Nie uciekam.

-

Może będę w stanie ci pomóc.

Stojąc dwa stopnie niżej niż on, musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mu w 

twarz. Jego blond czupryna lśniła w słońcu jak lwia grzywa. Dalej, z tyłu, lew 

szczerzył zęby na swym kamiennym postumencie.

-

Przynajmniej bądź uczciwy, Flynn.  Chcesz znaleźć  maszynopis  i  chcesz 

dowiedzieć  się  jak  najwięcej  o  moim  ojcu.  Bardzo  wątpię,  czy  pomaganie  mi 

leży w sferze twoich zainteresowań.

-

Przecież szukamy tego samego.

-

Nie.  -  Żałowała,  że  nie  potrafi  zniknąć.  Rozpłynąć  się  w  powietrzu. 

Wymazać wypowiedziane słowa. Nie myślała o ojcu w taki sposób. Starała się 

w ogóle o nim nie myśleć.

-

Oboje szukamy prawdy, Mollie.

-

Daj mi spokój.

Dopadła krawężnika, jakimś cudem złapała przejeżdżającą właśnie taksówkę 

i wskoczyła na tylne siedzenie.

-

Niech  pan  jedzie  prosto  -  rzuciła  kierowcy.  –  Po  Michigan  Avenue. 

Szybko, niech pan jedzie.

Przez tylne okno widziała Flynna. Nie ruszył za nią w pościg. Zatrzymał się 

przy  krawężniku  i  stał  tak,  z  rękoma  w  kieszeniach.  Mogłaby  przysiąc,  że  w 

oczach miał smutek, ale z odległości kilkudziesięciu metrów nie mogła przecież 

tego widzieć. Nawet jego magnetyzm nie mógł zadziałać na taki dystans.

Mollie rozparła się na tylnym siedzeniu taksówki. Okna były zamknięte, ale 

klimatyzacja  działała  chyba  tylko  w  wyobraźni  kierowcy.  Ściągnęła  z  siebie 

biały  żakiet.  Na  ramieniu,  tam,  gdzie  oparła  się  o  cokół  lwa,  widniała  smuga 

brudu.  Cóż  z  niej  za  idiotka,  żeby  wkładać  białe  ubranie  w  mieście!  Idiotka. 

Kretynka. Tępak. Dlaczego w ogóle słuchała Flynna? Najlepiej powtarzać „nie 

mam  nic  do  powiedzenia".  Już  dosyć  ryzykowania.  Dosyć  wysłuchiwania 

poronionych pomysłów. Pochyliła się w stronę kierowcy.

background image

26

-

Dworzec Union, proszę.

W  podmiejskim  pociągu,  wiozącym  ją  do  domu  w  Naperville,  Mollie 

ćwiczyła regularny oddech. Gdy już wysiadła, odnalazła samochód i wyruszyła 

w znajomą drogę do domu, jej puls bił równo jak metronom.

Automatyczna  sekretarka  sygnalizowała,  ze  ktoś  dzwonił,  ale  Mollie  nie 

włączyła odtwarzania. Nie miała ochoty na wysłuchiwanie ani próśb Flynna, ani 

szczebiotu  Caudine,  ani  nalegań  Marscela.  Zadzwoniła  do  biura  i  powiedziała 

Gretchen, ze już nie wróci dziś do pracy. Mollie poszła do sypialni. Zazwyczaj 

była  przeciwna  popołudniowym  drzemkom,  ale  dzisiejszy  dzień  nie  był 

normalny.  Ściągnęła  ubranie  i  wśliznęła  się  pod  koc.  Szybko  zapadła  w 

błogosławiony sen bez snów.

Obudziła  się  kilka  godzin  później,  dostrzegając  przez  okno,  że  zmierzcha. 

Budzik wskazywał za dwadzieścia siódmą. Była spóźniona.

W  pośpiechu  wzięła  prysznic,  ubrała  się  i  dopadła  samochodu.  Planowała 

pójście do kina z dwunastoletnią dziewczynką imieniem Liana, która była objęta 

programem  Pomocnej  Dłoni,  ale  zawaliła  sprawę.  Znowu.  Kiedy  przestanie 

popełniać te głupie błędy? Pognała przez miasto do wesołego, piętrowego domu 

z  szeroką  werandą.  Gdy  wbiegła  po  schodkach  i  nacisnęła  dzwonek,  było 

dziewięć po siódmej.

W drzwiach pojawiła się pulchna kobieta.

-

Przepraszam za spóźnienie, pani Volker.

-

Proszę, niech pani wejdzie. - Pani Volker odsunęła się. - Chyba spóźnicie 

się na początek filmu. A Liana powinna być w domu o dziewiątej, bo musi się 

jeszcze pouczyć.

-

To  nie  problem  -  odezwał  się  z  tyłu  cienki  głosik.  Liana  obeszła  panią 

Volker, swoją zastępczą matkę, i wysunęła się przez otwarte drzwi. - Możemy 

pójść do biblioteki, prawda, Mollie?

-

Jasne.

background image

27

-

Żaaaaden  problem  -  powtórzyła  Liana,  przeciągając  słowa.  -  Zajmiemy 

się czymś naprawdę kulturalnym i wrócimy przed dziewiątą.

Mollie i pani Volker wymieniły rozbawione spojrzenia.

-

Albo  pójdziemy  do  centrum  handlowego.  Gdy  już  siedziały  w 

samochodzie, Mollie zapytała:

-

No to jak? Kultura czy centrum handlowe?

-

Masz jakieś pieniądze?

-

Dziesięć dolców na kino.

-

Centrum handlowe - zdecydowała Liana.

Jak na dwunastolatkę, była bardzo zdecydowaną osobą. Ale Liana przywykła 

już  sama  się  sobą  zajmować.  Nie  miała  zbyt  szczęśliwego  dzieciństwa. 

Podobnie  jak  wiele  dzieci  w  programie  „Pomocnej  Dłoni'',  Liana  była 

maltretowana przez rodziców, więc uciekała z domu. Od trzech miesięcy Mollie 

spotykała się z nią raz czy dwa na tydzień i razem gdzieś wychodziły.

-

Jak tam Volkerowie?

-

Są fajni. Zgredy, ale fajni. I pozostałe trzy dzieciaki też są w porządku.

-

Wydawało mi się, że bardzo dziś chciałaś wyjść.

-

Czasami  po  prostu  muszę  się  wyrwać.  -  Wielkie,  brązowe  oczy  Liany 

spoczęły na Mollie. – Jak myślisz, czy powinnam sobie jeszcze raz dać przekłuć 

ucho? Poznałam w szkole super chłopaka i chciałabym mu się podobać.

-

Dzięki dziurom w uchu?

Liana zastanowiła się.

-

Masz rację. To by było staroświeckie.

Jechały  w  przyjacielskim  milczeniu.  Mollie  nauczyła  się  już,  że  Liana  nie 

prowadzi rozmówek o niczym. Ta ciemna, szczupła dziewczyna o wyrazistych 

oczach mówiła tylko wtedy, kiedy miała coś do powiedzenia. Albo gdy czegoś 

chciała.

Poza  tym  nie  lubiła  być  dotykana.  Żadnych  pieszczot.  Mollie  zdziwiła  się 

wiec, gdy Liana poklepała ją po ramieniu.

background image

28

-

Kiepsko wyglądasz. Kłopoty z chłopakiem? - zapytała.

-

Nie mam chłopaka.

Ale  gdy  Mollie  zaparkowała  samochód,  przyjrzała  się  sobie  w  lusterku 

wstecznym.  Była  bez  makijażu,  a  w  pośpiechu  przed  wyjściem  z  domu 

naciągnęła na siebie tylko szorty i podkoszulek.

-

Masz rację. Wyglądam okropnie. Zdrzemnęłam się i zaspałam.

-

Drzemka  w  dzień?  -  Liana  wyglądała  na  zaskoczoną.  -  To  do  ciebie 

niepodobne.

-

Czyżby?  -  Tego  jeszcze  brakowało,  żeby  dwunastolatka  robiła  jej 

psychoanalizę! - A co jest do mnie podobne?

-

Sprawna organizacja. Nigdy dotąd się nie spóźniałaś.

-

I co ty na to?

-

Mnie to odpowiada. To znaczy, że jesteś człowiekiem, jak wszyscy.

Ruszyły w obchód centrum handlowego, a Mollie cały czas zastanawiała się, 

jak zachęcić Lianę do mówienia. O to właśnie chodziło w programie „Pomocnej 

Dłoni": by dziecko miało się komu zwierzać.

-

Lubię  tu  z  tobą  przychodzić  -  powiedziała  nagle  Liana,  gdy  oglądały 

kolczyki. - Możemy to powtórzyć w przyszłym tygodniu?

-

Przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie mnie, wyjeżdżam służbowo. Ale 

potem, czemu nie?

-

Ach, potem. - Mollie widziała, jak Liana zamyka się w sobie. Och, nie. Ta 

mała właśnie zaczynała jej ufać, a tu ten wyjazd!

-

Liana, tak mi przykro.

-

W porządku. Musisz dbać o robotę.

Pięć  sklepów  dalej  Mollie  wciąż  jeszcze  nie  wiedziała,  jak  postępować. 

Zdecydowała  się  na  lody  -  waniliowe  dla  siebie,  miętowe  z  kawałeczkami 

czekolady dla Liany. Lody zawsze leczą rany.

Siedziały i lizały kolorowe stożki.

-

Ten chłopak, który ci się podoba, jest w twojej klasie? - spytała Mollie.

background image

29

Liana  zignorowała  pytanie,  zamiast  odpowiedzi  wskazując  na  wystawę 

księgarni, na której piętrzyły się w misternej piramidzie egzemplarze „Przejścia" 

Woodrowa Locke'a.

-

Hej, ten facet nazywa się tak jak ty. Mollie nagle zrobiło się zimno.

-

Był moim ojcem.

-

Coś ty! I jest sławny. - Liana przyskoczyła do wystawy i zaczęła czytać 

tekst  z  rozłożonego  folderu  promocyjnego.  -  Geniusz.  Supergwiazda. O,  i  jest 

zdjęcie. Całkiem przystojny, jak na takiego starego faceta.

Trzęsąc się, Mollie wyrzuciła swoje na wpół zjedzone lody. Nigdy jej się nie 

uda uciec przed tym legendarnym dziwkarzem, paranoikiem, pijakiem, skur...

Opanowała  się  całą  siłą.  Cóż  to  za  pracownik  socjalny,  który  miewa 

załamania nerwowe w towarzystwie podopiecznej.

-

I jak to było? - spytała Liana, wracając na ławkę.

-

 Jak to jest mieć sławnego ojca?

Mollie  głęboko  odetchnęła.  Jej  płuca  nie  działały  prawidłowo,  dusiła  się, 

powoli umierała.

-

Mollie? Dobrze się czujesz?

-

Jasne - skinęła sztywno głową. - Wszystko w porządku.

-

No? To jak to było?

-

W porządku. Całkiem w porządku. Liana liznęła zielone lody.

-

Kłamiesz.

-

No  dobrze,  nie  było  najlepiej.  Moi  rodzice  rozwiedli  się,  kiedy  miałam 

siedem  lat,  a  ojciec  umarł,  gdy  miałam  piętnaście.  Ledwo  go  znałam.  A  teraz 

porozmawiajmy o tobie.

-

Bił cię?

-

Nie  -  szybko  zaprzeczyła  Mollie.  -  Ciskał rzeczami i  często  wrzeszczał, 

ale nie bił.

-

A pił?

background image

30

-

Och, i jak jeszcze. W tych broszurkach w księgarni możesz przeczytać, że 

był  legendarnym,  silnym,  prawdziwym  mężczyzną.  To  oznacza,  że  w  jednej 

ręce  miał zazwyczaj szklankę  whisky, a  w  drugiej  szklankę piwa.  Były czasy, 

gdy uważano to za męskie i interesujące,

-

Mój ojciec pił wino.

Mollie  odepchnęła  od  siebie  przeszłość.  Ważniejsze  było,  by  pomóc  Lianie 

uporać się z jej przeszłością.

-

Opowiedz mi o nim. Dziewczynka odsunęła się od Mollie.

-

A twoja mama? Też piła? Biła cię?

-   Nigdy mnie nie biła. Może i miałaby ochotę, ale zamiast tego wysłała mnie 

do szkoły z internatem, - Mollie roześmiała się bez wesołości. - Mama umarła, 

gdy miałam dwadzieścia jeden lat.

-

Masz  szczęście  -  powiedziała  Liana  ponuro.  Też  wyrzuciła  nie 

dokończone lody. - Chciałabym, żeby moja mama i mój tata nie żyli.

-

Nie, wcale tak naprawdę tego nie chcesz. - Mollie samą zdziwiły te słowa. 

- Nie, póki nie rozeznasz się w swoich uczuciach do nich. Póki nie powiesz „do 

widzenia" tak, jak ty chcesz.

-

Skąd wiesz?

-

Nie wiem. I nie jestem dziś dla ciebie najlepszym przyjacielem. Mówię o 

sobie.

-

A ty nigdy nie powiedziałaś „do widzenia"?

-

Nie. I nie mogę go zapomnieć,

-

Powinnaś to zrobić, Mollie.

Liana  miała  rację.  Powinna  to  zrobić  dla  siebie  samej.  Poszukać  „Klucza". 

Nie  dlatego,  że  czuje  się  winna  wobec  Marscela.  Ani  dlatego,  że  zaginione 

dzieło Woodrowa Lockeła jest takie ważne. Sama dla siebie powinna odkryć, co 

takiego  ojciec  napisał  specjalnie  dla  niej.  Wtedy,  być  może,  uda  jej  się 

powiedzieć „do widzenia".

-

Boisz się? - spytała Liana.

background image

31

-

Jeszcze jak. Grzebanie w mojej przeszłości to tak, jakby odsunąć kamień, 

żeby zobaczyć, co spod niego wypełznie,

Z drugiej strony, musi to w końcu rozegrać. Jak w kartach, pomyślała. Coś w 

tym jest. Dotychczas pokazywała światu nieruchomą, pokerową twarz. Poza tym 

problemy  jej  dzieciństwa  były  naprawdę  trywialne,  jeśli  porównać  je  z 

problemami  dzieci  takich jak Liana.  Mollie nikt  nie  zgwałcił, nie  katował, nie 

wyrzucał na ulicę, by sama dawała sobie radę. Jej rodzice byli zamożni, a domy 

piękne,

Rozegrać  to.  W  myślach  odwróciła  kartę.  Król  kier.  Flynn.  Atrakcyjny 

poszukiwacz  skarbów.  Jego  zaangażowanie  było  niepokojące.  Był  zbyt 

czarujący. To ten typ mężczyzny, który urzeka kobiety bez wysiłku.

-

To naprawdę przerażające - powiedziała.

-

Potrafisz  to  zrobić.  -  Liana  wstała  z  ławki,  podeszła  do  Mollie  i 

wyciągnęła ręce. Mollie szybko zamknęła ją w uścisku. Mała, chudziutka Liana 

emanowała zdumiewającym ciepłem. Mollie przytulała ją, walcząc ze łzami. To 

była ich najdłuższa rozmowa. I najważniejsza. W jakiś tajemniczy sposób udało 

im się porozumieć. I Mollie wiedziała już, jak powinna postąpić.

Odwiozła Lianę do domu przed dziewiątą i nie spiesząc się wróciła do siebie. 

Sięgnęła  po  torebkę  i  kupioną  w  centrum  handlowym  książkę  i  wysiadła  z 

samochodu.

Księżyc był wielki i złoty. Taki księżyc sprawia, że ludzie podejmują szalone 

decyzje - na przykład decydują się wyruszyć na poszukiwanie skarbów.

Ktoś chrząknął i cicho zawołał ją po imieniu.

-

Kto tu jest?

Flynn wszedł w krąg światła padającego z lampy na werandzie.

-

Nigdy nie staraj się o pracę w CIA, moja droga. Siedzę cię od chwili, gdy 

za cztery siódma wypadłaś z domu, a ty nic nie zauważyłaś.

background image

32

-

Co  za  wariacki  pomysł!  –  Uśmiechnęła  się  i  uniosła  świeżo  kupioną 

książkę. - Powieść sensacyjna napisana przez Flynna Carlsona. Zapewne wiesz 

wszystko o CIA.

-

Nie bardzo - skrzywił się z lekkim niesmakiem.

-

Gdybym naprawdę był szpiegiem, wiedziałbym, kim jest dziewczynka, z 

którą spędziłaś wieczór.

-

Nazywa się Liana. Jest objęta programem „Pomocnej Dłoni".

-

Aha,  to  ta  organizacja  dobroczynna,  którą  mogłabyś  wspomóc  z 

honorariów za „Klucz".

-

Nie „ahaj" mi tu i nie zmieniaj tematu. - Mollie pogładziła grzbiet książki, 

bawiąc się zmieszaniem Flynna. Pokora to coś nowego u tego mężczyzny.

-

Myślałam, że pisarze piszą tylko o tym, co znają.

-

Albo  o  czym  marzą.  -  Jednym  susem  pokonał  schodki  prowadzące  na 

ganek,  malutki  i  ogrodzony  żeliwną  balustradą.  —  Na  przykład  bohaterka  tej 

książki  jest  wysoka,  szczupła  i  ma  zielone  oczy.  Nigdy  nie  znałem  takiej 

kobiety. Aż do teraz.

-

Ale ona jest blondynką. - Mollie wskazała okładkę.

-

Zawsze wszystko bierzesz dosłownie?

-

Widocznie poezja ducha nie jest dziedziczna. Ojciec wyczerpał ją całą.

-

Nie wierzę.

Flynn stał tak blisko, że widział delikatne zmarszczki śmiechu wokół jej oczu 

i gromadkę piegów na nosie. Nawet bez makijażu jest urocza, pomyślał.

Pachniała  świeżo  i  czysto,  w  półmroku  letniej  nocy  tworząc  wokół  siebie 

zmysłową aurę. Chciał ją pocałować. I więcej. Chciał poznać całe ciało, pieścić 

aksamitną skórę ramion.

Uchwycił  mocno  metalową  poręcz  balustrady  i  odchylił  się,  usiłując  na 

chwilę  zapomnieć,  jak  pociągającą  kobietą  jest  Mollie.  Potrzebował  jej,  ale  w 

inny sposób. Potrzebował jej umysłu, jej wspomnień.

-

Podjęłam decyzję - oświadczyła.

background image

33

-

Czekaj.  Nic  mi  jeszcze  nie  mów.  Przyglądał  się  jej  uważnie,  usiłując 

odgadnąć.

Przedtem wydawało mu się, że łatwo odczytać jej myśli. Ale teraz? Kąciki ust 

dziewczyny opadały leciutko, spojrzenie było spokojne i nieruchome.

-

Mollie,  jeśli  odmówisz,  nie  będę  cię  naciskał.  Nie  będę  ci  opowiadał  o 

pragnieniach  Marscela,  potrzebach  wydawców  czy  mojej  własnej  ciekawości. 

Spróbuję zrozumieć.

Tylko że, do diabła, Mollie stawała się jego obsesją, tak silną, że jeździł za 

nią  wynajętym  samochodem. To  było  głupie  i  szczeniackie. Nigdy nie  należał 

do  facetów,  którzy  czają  się  po  kątach,  podglądając  i  fantazjując  na  temat 

kobiety.  Gdy  zobaczył,  że  jest  umówiona  z  małą  dziewczynką,  a  nie  z 

mężczyzną, poczuł ulgę jak ostatni kretyn.

-

Jeśli  nie  zdecydujesz  się  pojechać  ze  mną  na  poszukiwanie  „Klucza", 

proszę cię tylko o jedno: o list polecający do twojego stryja w Kolorado.

-

Cóż, to bardzo szlachetnie z twojej strony, Flynn, ale postanowiłam z tobą 

współpracować. Dla mnie znalezienie tej książki też stało się ważne. Powinnam 

jakoś uporać się z przeszłością.

Radość  na  jego twarzy była  tak  wielka, że Mollie sprawiło to  przyjemność. 

Flynn  wyglądał  znacznie  młodziej,  niemal  chłopięco.  Ale  gdy  chciał  ją  objąć, 

wiedziała, że te muskularne ramiona należą do dorosłego mężczyzny, i odsunęła 

się poza ich zasięg.

-

Wyjaśnijmy  sobie  jedno  -  powiedziała.  -  Nie  robię  tego,  bo  mi  się 

podobasz. Dla niektórych kobiet poszukiwacze przygód są atrakcyjni. Dla mnie 

nie.  Dla  mnie  skakanie  ze  spadochronem,  opływanie  świata  w  małej  łódeczce 

czy ujeżdżanie delfinów jest po prostu szczeniackie.

-

To właściwie nie był delfin - roześmiał się. -Tylko rekin.

-

No,  właśnie  o  to  mi  chodzi.  Obiecaj,  że  nie  będziesz  się  przede  mną 

popisywać.

-

Zgoda. Nie zabiorę swojej maczety.

background image

34

-

I to - uniosła książkę - też nie robi na mnie wrażenia. Wierz mi, znałam 

wielu pisarzy. Wszyscy byli samolubni i zarozumiali.

-

Jeszcze raz zgoda. Coś więcej?

Mollie  z  łatwością  przybrała  swoje  wcielenie  energicznej  i  kompetentnej 

kobiety interesu.

-

To dobry pomysł, żeby zacząć od mojego stryja. Skoro ojciec napisał ten 

list  do  Marscela  z  Kolorado,  można  założyć,  że  tam  właśnie  ukrył  tekst.  –

Spojrzała  na  zegarek.  Było  wiele  spraw  do  załatwienia  przed  wyjazdem,  ale 

powinna  zdążyć.  -  Zrobię  rezerwację  na  samolot.  Przyjedź  po  mnie  jutro  w 

południe, to wyruszymy.

  - Czy mogę wejść i jeszcze to przedyskutować?

-

Raczej  nie.  Jest  sporo  do  zrobienia.  –  Mollie  liczyła  na  palcach.  -

Pakowanie. Telefon do stryja Russa. Załatwienie zastępstwa w pracy.

Od trzech lat nie brała urlopu, a teraz miała zamiar zniknąć bez uprzedzenia.

-

Mollie, mnie się wydaje, że powinniśmy zacząć we wnętrzu twojej głowy. 

Może  zanim  wyruszymy  do  Kolorado,  zastanowimy  się  nad  twoimi 

wspomnieniami?  Może coś ci się będzie kojarzyło? Może uda  się podążać za 

wytyczonym rytmem twego serca, nie ruszając się z domu?

-

Obawiam się, że to niemożliwe.

-

Co takiego?

Mollie zawahała się.

-

Jest jeden zasadniczy powód, dla którego nigdy z nikim nie rozmawiałam 

o moim dzieciństwie.

-

Wiele wspomnień jest zapewne bolesnych.

-

Nie  o  to  chodzi.  -  Nabrała  powietrza  i  mówiła  dalej:  -  Zapewne  jest  to 

psychologicznie  uzasadnione,  że  kiedy  ktoś  miał  nieszczęśliwe  lub  dziwaczne 

dzieciństwo  jak  moje,  to  uruchamia  się  jakiś  wewnętrzny  system  obronny. 

Niektórzy  mają  różne  fobie.  Innym  śnią  się  koszmary.  W  krańcowych 

przypadkach ludzie nawet przyjmują inną tożsamość.

background image

35

-

O  czym  ty  mówisz?  -  roześmiał  się.  -  Że  tak  naprawdę  nie  jesteś  córką 

Woodrowa Lockea? Ze się pod nią podszywasz?

-

Może być i tak - bezradnie wzruszyła ramionami. - Mam blok psychiczny.

Jego uśmiech zniknął.

-

Mollie,  jesteś  najbardziej  denerwującą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 

spotkałem.  Raz  mówisz,  że  mi  pomożesz,  a  w  chwilę  potem,  że  nic  nie 

pamiętasz. Więc jak będzie?

-

Powiedziałam,  że  chcę  z  tobą  współpracować. I  będę.  Ale  moja  pamięć 

jest dziurawa. To nie będzie tak łatwe jak odtworzenie filmu na wideo.

-

Jak duża jest dziura w twojej pamięci?

Mollie powoli zamknęła oczy. Jej mózg był jak ekran, po którym przelatują 

rozmazane dane. Znowu uniosła powieki.

-

Mówiąc zupełnie szczerze, Flynn, niemal nic nie pamiętam.

ROZDZIAŁ 4

Mimo  że  nie  odrywała  wzroku  od  chmur  za  oknem  samolotu  lecącego  do 

Denver,  Mollie  wiedziała,  że  Flynn  się  jej  przygląda.  Nie  mogła  również  nie 

zauważyć,  że  siedząca  w  fotelu  obok  młoda  kobieta  wdzięczy  się  do  niego 

bezwstydnie,  a  blond  stewardesa  dała  mu  dodatkową  torebkę  orzeszków  do 

piwa.

Wyobrażam sobie te jego zajęcia na uczelni, pomyślała Mollie. Poszukiwacz 

przygód,  pisarz,  wykładowca  Flynn  Carlson  przed  audytorium  złożonym  z 

przejętych  studentek  -  to  musi  być  coś!  Biedactwa,  szukające  prawdziwej 

miłości.  Mollie tylko raz  przeżyła  nieszczęśliwą miłość i  nie  życzyłaby  takich 

cierpień  nawet  najgorszemu  wrogowi.  Jeszcze  teraz  poczuła  ostry  ból  na 

wspomnienie  czasów  po  rozstaniu  z  Siergiejem,  seksownym  rosyjskim 

malarzem.

background image

36

Było to w rok po śmierci matki, gdy Mollie usiłowała znaleźć sobie miejsce w 

życiu. Zamieszkała na Manhattanie i zatrudniła się jako recepcjonistka w galerii 

sztuki.  Niemal  natychmiast  dostrzegł  ją  Siergiej.  Był  średniego  wzrostu,  miał 

czarne  włosy  i  ciemnobrązowe  oczy.  Odwrotnie  niż  Flynn,  wysoki  blondyn  o 

przejrzyście błękitnym spojrzeniu.

Flynn  nie  jest  także  tak  namiętny  jak  Siergiej,  który  pocałował  ją  w  kilka 

minut po poznaniu, a po tygodniu zaciągnął do łóżka. Nigdy więcej! - pomyślała 

Mollie.  Zaślepiona  namiętnością,  wynajęła  Siergiejowi  studio,  gdzie  spędzili 

razem  sześć  burzliwych  miesięcy.  Robiła  dla  niego  wszystko.  Lansowała  go, 

utrzymywała. Karmiła i podtrzymywała na duchu. W końcu zastała go w łóżku z 

modelką.

Rozstawszy się z Siergiejem, przeprowadziła się do Chicago i znalazła pracę 

w  firmie  „Wszystko dla  biura".  Przysięgła sobie,  że  już  nigdy nie  pozwoli się 

wykorzystywać. Co więc tu teraz robi z Flynnem?

Puchate,  białe  chmury  za  oknem  mościły  drogę  do  Denver,  początku  ich 

poszukiwań.  Ale  teraz  sytuacja  nie  miała  nic  wspólnego  z  romantyczną 

wyprawą.  Choć  Mollie  była  mu  potrzebna  do  znalezienia  „Klucza",  Flynn  nie 

udawał,  że  ją  kocha.  Taki  związek  był  nawet  odświeżający.  Partnerstwo  bez 

więzów emocjonalnych. Odwróciła głowę i posłała mu uśmiech.

-

Hipnoza - powiedział.

-

Co takiego?

-

Moglibyśmy użyć hipnozy do pobudzenia twojej pamięci.

-

Czyżby? - Jej ton  wyraźnie  mówił, co  o tym sądzi.  - Słuchaj no,  Flynn. 

Spakowałam  się,  załatwiłam  zwolnienie  z  pracy,  zarezerwowałam  bilety  na 

samolot i porozumiałam się ze stryjem Russem, żebyśmy mogli zatrzymać się u 

niego w Denver. Odrabiam swoją działkę na tej wyprawie po skarb.

-

Absolutnie. Twoja sprawność jest oszałamiająca.

-

Mam  więc  nadzieję,  że  zrozumiesz,  iż  nie  życzę  sobie  tracić  czasu  na 

takie zabawy jak hipnoza.

background image

37

-

Daj spokój, Mollie. Hipnoza już dawno przestała być zabawą. Psychiatrzy 

często ją stosują.

-

Nie potrzebuję psychiatry. - Odwróciła się do okna. Koniec dyskusji.

Flynn wzruszył ramionami i nic nie powiedział, ale nie uważał jej odmowy za 

ostateczną. Może nie  potrzebowała psychiatry, ale na pewno przydałby jej się 

ktoś lub coś. Wyraźnie było widać, że temat ojca porusza ją do żywego, a luka 

w pamięci zupełnie nie pasuje do jej znakomicie zorganizowanego życia. Mollie 

wydawała się być osobą starannie opisującą zdjęcia i przechowującą wszystkie 

pamiątki w nienagannym porządku.

-

Zresztą i tego też próbowałam - mruknęła - i nic mi to nie dało.

-

Próbowałaś hipnozy?

-

Nie,  psychoanalityka.  Był  ponury  i  nudny.  Twierdził,  że  dotarcie  do 

korzeni tego, co nazywał moją neurozą, zajmie całe lata.

-

Jakiego rodzaju był to psychiatra?

-

Kosztownego.

-

Ale wyznawał Freuda? Junga? Czy miał jakąś specjalizację?

-

Tak, zajmował się stukniętymi babami. - Oparła się o ścianę samolotu. - A 

twoim zdaniem jakiego specjalisty potrzebuję?

-

Mogę mówić szczerze?

-

No jasne, tkwimy w tym razem.

-

Prowadziłem obszerne badania dotyczące twego ojca i niewykluczone, że 

wiem  o  nim  więcej  niż  ty.  Doszliśmy  jednak  do  tych  samych  wniosków. 

Powiedziałaś, że był paranoikiem i dziwkarzem.

-

Pamiętam,  co  powiedziałam.  -  Mollie  spojrzała  nerwowo  na  wyjście 

ewakuacyjne. Czuła gwałtowną potrzebę wycofania się.

-

Ważnym określeniem jest „alkoholik" - ciągnął Flynn. - Bardzo możliwe, 

że twój ojciec był alkoholikiem.

Przypomniała sobie Lianę, mówiącą, że jej ojciec upijał się winem.

background image

38

-

Ale mój ojciec nie był zwykłym pijaczkiem. Uważano, że jego picie ma 

wymiar heroiczny.

-

To  dotyczyło  wielu  pisarzy  i  malarzy  tamtej  epoki.  Pijaństwo 

najwyraźniej szło ręka w rękę ze zdumiewającą twórczością. - Flynn przemieścił 

swoje długie nogi w ciasnej przestrzeni między fotelami i uniósł szklankę piwa 

w ironicznym toaście. – Ich zdrowie. Pijaków, bydlaków i pisarzy. Ciekawe, o 

ile  bardziej  byliby  błyskotliwi,  gdyby  nie  marynowali  swoich  mózgów  w 

alkoholu.

Po  wylądowaniu w  Denver  ruszyli  wynajętym  samochodem  do  domu  stryja 

Russa. Flynn wrócił do tematu.

-

Jeśli  twój  ojciec  był  alkoholikiem,  musiało  to  wpłynąć  także  na  ciebie, 

Mollie.

-

Nigdy nie miałam kłopotów z alkoholem. -Mollie prowadziła, kierując się 

znakami  wskazującymi  wyjazd  z  lotniska  Stapleton.  -  Na  palcach  jednej  ręki 

mogę policzyć, ile razy byłam choćby lekko wstawiona.

-

Zachowanie alkoholika odbija się na jego rodzinie.

-

Wiem,  wiem.  To  się  nazywa  współuzależnienie.  W  „Pomocnej  Dłoni" 

musiałam  wysłuchać  na  ten  temat  kilku  wykładów.  Współuzależnione  dzieci 

bardzo  się  przywiązują  do  innych,  na  ogół  również  alkoholików  lub 

niedołężnych osób, którymi się mogą zajmować. Własne potrzeby tłumią, a na 

pierwszym  miejscu  stawiają  potrzeby  uzależnionej  osoby.  Równocześnie  zaś 

boją się bliskości, ponieważ zaufanie oznacza otwarcie się na zranienie.

-

Zapomniałaś o zaprzeczaniu - powiedział.

-

Tak,  osoba  współuzależniona  będzie  udawać,  by  chronić  alkoholika. 

Będzie  zaprzeczać,  że  problem  istnieje  i  jej  dotyczy.  Ale  zazwyczaj  coś  ją 

zdradza. - Mollie pomyślała o Lianie. - Jak niechęć do bycia dotykanym. Albo 

odmowa mówienia o sobie.

-

Albo luka w pamięci.

background image

39

-

Czyżby? - Mollie czuła, jak robi się jej gorąco, ale trzymała się w ryzach. 

Istniały  granice,  poza  które  Flynna  nie  wpuści.  -  A  skąd  ty  jesteś  takim 

ekspertem?

-

Nie jestem ekspertem, ale zajmowałem się tym tematem.

-

Zaprzeczenie  to  jak  paragraf  22  -  powiedziała,  wzruszając  ramionami.  -

Jeśli  nie  zaprzeczam,  to  przyznaję,  że  jestem  współuzależniona.  Ale  jeśli 

zaprzeczam, to jest to symptom współuzależnienia. Brzmi to jak psychologiczna 

pułapka, nie?

-

Owszem.

-

Wolę patrzeć na sprawę z dystansu. Jestem osobą kompetentną, zdolną i 

nie  mam  żadnych  układów  z  nałogowcami,  o  ile  mi  wiadomo.  Moje  zdrowie 

psychiczne jest w najlepszym porządku.

-

To świetnie. - Ku jej uldze zmienił temat. - Powiedz mi, czego oczekiwać 

po twoim stryju Russie.

-

Jest  osiem  lat  młodszy  od  mojego  ojca  i  zupełnie  inny.  Stryj  Russ  był 

wziętym adwokatem. Teraz jest na emeryturze. Ma troje dzieci i przez całe życie 

był żonaty z tą samą kobietą. Po śmierci moich dziadków pozostał w Denver i 

zamieszkał w rodzinnym domu.

-

Dlaczego odmawia udzielania wywiadów na temat twego ojca?

-

Nie wiem. Między braćmi zawsze istniało współzawodnictwo. Mój ojciec 

lepiej radził sobie ze strzelbą. Stryj Russ fantastycznie strzelał z łuku.

-

Czy myślisz, że zazdrościł bratu sławy?

-

Może. Spytaj go.

-

Masz rację, - Fllyn zostawił te pytania na bardziej odpowiednią chwilę. -

Porozmawiajmy  o  tobie,  Mollie.  Jak  się  czujesz,  będąc  znowu  w  Denver? 

Wiem, że twoja rodzina często przyjeżdżała tu na Boże Narodzenie i na letnie 

wakacje. Czy te ulice budzą jakieś wspomnienia?

-

Nie, właściwie nie. Ostatni raz byłam tu, kiedy miałam dwanaście lat.

-

Pomyśl o tym. Może coś ci się nasunie.

background image

40

Na  horyzoncie,  na  zachód  od  miasta,  rysowały  się  Góry  Skaliste.  Wysokie, 

błękitne i piękne. W zimie śnieg sprawi, że będą białe, zimne i tajemnicze.

Mollie skręciła z ruchliwej ulicy, trzymając się wskazówek, które stryj Russ 

podał jej przez telefon. Flynn miał rację. Coś się budziło w jej pamięci.

-

Na końcu ulicy jest park - powiedziała. - Chodziłam tam ze stryjecznym 

rodzeństwem  na  sanki.  Denver  w  śniegu  jest  piękne.  Ziemia  błyszczy  bielą,  a 

niebo jest nieskończenie błękitne.

Przypomniała sobie wyprawę w góry po świąteczną choinkę, potem ubieranie 

jej specjalnymi, robionymi w domu ozdobami, jedzenie kogla-mogla i śpiewanie 

kolęd.

-

Boże  Narodzenie  -  powiedziała,  szczęśliwa  z  powodu  tak  absolutnie 

typowej nostalgii. - Święty Mikołaj, kolędy i prezenty pod drzewkiem.

-

Coś jeszcze? - zapytał. - Jakieś inne wspomnienia?

-

Przykro mi, Flynn, żadnych tropów. - Dodała z sarkazmem w głosie: - Nie 

przypomniałam  sobie  nagle,  że  na  Boże  Narodzenie,  gdy  miałam  dziesięć  lat, 

ojciec  podarował  mi  nie  opublikowany  maszynopis  przewiązany  czerwoną 

wstążką.

-

Tak tylko pytam.

-

Wiem.  I  nie  chciałam  być  kąśliwa.  Ale  proszę,  nie  analizuj  każdego 

mojego słowa.

-

A jak dowiem się czegokolwiek, jeśli nie będę uważać?

-

Co  innego  słuchanie  -  wyjaśniła  -  a  co  innego  wypytywanie.  Nie  chcę 

czuć,  że  każdą  moją  wypowiedź  klasyfikujesz,  wpisujesz  na  fiszkę  i 

umieszczasz  w  kartotece.  To  mi  przypomina  tych  wszystkich  intelektualnych 

kretynów, którym się wydaje, że mają prawo zadawać idiotyczne pytania.

-

Na przykład jakie?

-

Proszę mi powiedzieć, panno Locke - Mollie przybrała nosowy akcent  i 

piskliwy ton - czy pani ojciec jadł dziczyznę, gdy pisał książkę o łosiach? Czy 

background image

41

miewał kłopoty z żołądkiem? Używał pióra czy długopisu? Może miał romans z 

jakąś sławną poetką? Malarką? Gwiazdą filmową?

Flynn parsknął śmiechem.

-

Postaram się nie być taki.

-

Nie  jesteś  -  pocieszyła  go.  -  No,  i  chociaż  moja  chęć  współpracy  ma 

granice, to jeśli u celu ma leżeć znalezienie „Klucza", zgadzam się być amebą 

pod twoim mikroskopem.

Spokojnie, ale nieobojętnie przesunął wzrokiem po jej ciele.

-

Jesteś zbyt kształtna jak na jednokomórkowca.

-

No i zbyt wysoka.

-

Lubię wysokie kobiety. Zazwyczaj mają fantastyczne nogi.

-

Ach, jesteś jednym z tych facetów od nóg?

-

Mollie, nie zaczynaj. Staram się jak mogę analizować tylko twoje słowa, a 

nie ciało.

-

I dobrze - powiedziała pospiesznie. - Bo moje ciało nie należy do umowy. 

Zapewniam cię, że nie mam sekretnej mapy wytatuowanej na...

-

Nawet  nie  mów  -  jęknął  z  udaną  rozpaczą.  -  Nie  chcę  sobie  wyobrażać 

żadnych tatuaży.

Choć  rozmowa  była  utrzymana  w  lekkim  tonie,  Mollie  z  ulgą  zaparkowała 

przed starym, wielkim domem, niegdyś własnością jej dziadków.

Stryj  Russ  siedział  na  werandzie,  ale  na  ich  widok  ruszył  ścieżką  w  stronę 

samochodu. Mollie ścisnęło się serce. Postarzał się, nosił dłuższe włosy i stał się 

podobny do jej ojca.

Zagarnął  ją  ramionami  i  uścisnął,  aż  się  skrzywiła.  Nawet  pachniał  jak  jej 

ojciec - cygarami i whisky. Odsunął ją od siebie na długość ramienia i zmrużył 

oczy.

-

Jesteś ładniejsza, niż zapamiętałem, Mollie. Prawdziwa piękność rodziny 

Lockełów.

Mollie zdenerwowało, że jest podpity, ale zmusiła się do uśmiechu.

background image

42

-

Dawniej tak nie mówiłeś, stryju. Razem z ojcem nabijaliście się ze mnie, 

że jestem taka wysoka, i nazywaliście mnie potworem z Locke Ness.

Na  ścieżce,  za  plecami  męża,  pojawiła  się  ciotka.  Była  drobną,  spokojną 

kobietką - przeciwieństwem wielkiego, rubasznego męża. Mollie, trochę zbita z 

tropu, dokonała prezentacji.

-

Doktor Flynn Carlson, a to mój stryj Russel i moja ciocia - zająknęła się. 

Imię  ciotki  wypadło  jej  z  pamięci.  Jakoś  nigdy  nie  myślała  o  ciotce  jako  o 

oddzielnej osobie - zawsze była kimś przynależnym do domu stryja.

Drobna kobietka wyciągnęła dłoń w stronę Flynna.

-

Jestem Yvonne Locke. Miło mi pana poznać.

-

Ciocia  Von.  -  Mollie  objęła  ją.  -  Przepraszam,  że  zwalamy  się  wam  na 

głowę właściwie bez uprzedzenia.

-

Daj  spokój,  dziecko.  Bardzo  nas  cieszy  twoja  wizyta.  Ten  wielki  dom 

czasami  wydaje  się  strasznie  pusty.  Za  każdym  razem,  gdy  jesteś  w  Denver, 

musisz się u nas zatrzymywać.

-

Dzięki. To chyba nie potrwa dłużej niż dzień czy dwa.

-

Mollie może zostać jak długo zechce - zagrzmiał stryj Russ. - Ale ten tu -

dźgnął  powietrze  palcem  w  kierunku  Flynna  -  nie  jest  mile  widziany,  jeśli 

zacznie zadawać zbyt wiele pytań. Jasne?

Ciocia Von pchnęła ich lekko w kierunku samochodu.

-

Czy wasze rzeczy są w bagażniku?

-

Słyszałeś,  Flynn?  -  Stryj  Russ  huśtał  się  na  piętach.  -  Nie  życzę  sobie, 

żeby ktoś tu węszył.

-

Tak, proszę pana.

-

Tak, będziesz zadawał pytania - nalegał stryj Russ - czy tak, nie będziesz?

Mollie była wściekła, że stryj jest  pijany. Gdyby miała w sobie trochę ikry, 

wsiadłaby  na  powrót  do  samochodu  i  odjechała.  Nienawidziła  siebie,  że  nie 

potrafi  tego  zrobić.  Zamiast  tego  gadała  nieprzerwanie,  otwierając  bagażnik. 

Słowa  zmieniały  się  w  chichot  i  znowu  w  słowa.  Mollie  nie  miała  pojęcia,  o 

background image

43

czym  mówi,  wiedziała  tylko,  że  musi  wypełnić  powietrze,  przegnać  demony, 

zabić  smoki.  Gdy  ciotka  dotknęła  jej  ramienia,  Mollie  odwróciła  się,  nieco 

zdezorientowana.

-

Tak, ciociu? Słucham?

-

Uspokój się, Mollie. Wszystko będzie w porządku.

-

Tak, oczywiście. Jasne. - Cofając się od otwartego bagażnika, potknęła się 

o  krawężnik,  ale  złapała  równowagę.  Oddychała  z  trudnością.  Chyba  przez  to 

rozrzedzone na tej wysokości powietrze.

-

No, dalej. - Stryj Russ wyjął ich torby z bagażnika i ostrożnie postawił na 

chodniku. Zerkając na Flynna, złapał walizkę Mollie, większą i cięższą. - Tędy.

Stryj szedł przodem, za nim Flynn, Mollie i ciotka. Weszli do domu i Mollie 

nagle  przeniosła  się  w  przeszłość.  Wszystkie  te  Boże  Narodzenia  z 

porozwieszanym  po  domu  ostrokrzewem.  I  hałas  dużej  rodziny.  Niemal 

wyobraziła  sobie,  jak  za  chwilę  pojawi  się  dziadek,  przebrany  za  Świętego 

Mikołaja. W głównym holu zawsze wisiała jemioła. Oczyma wyobraźni ujrzała 

nagle, jak ona sama siedzi cicho jak myszka na schodach, a jej rodzice całują się 

pod jemiołą.

-

Dobrze tu wrócić. Zbyt długo mnie nie było.

-

Umieściłam cię  na  górze w twoim dawnym pokoju. A doktora Carlsona 

po  drugiej  stronie  holu.  -  Ciocia  Von  podniosła  wzrok,  nagle  zmieszana.  -

Chyba że wolelibyście być razem.

-

Nie  woleliby  -  zagrzmiał  stryj  Russ.  -  Nie  pod  moim  dachem.  Nie  z 

jakimś cholernym pisarzem.

-

Postawił walizkę Mollie na ziemi i wpatrzył się wojowniczo we Flynna. -

Strzelałeś kiedyś z łuku?

-

Owszem, proszę pana, strzelałem.

Stryj  Russ  wysunął  szczękę.  Ręce  zwisały  mu  luźno,  dłonie  zamykały  się  i 

rozwierały. Mollie znała ten widok. Dziesiątki razy obserwowała ojca, jak stał w 

taki sam sposób. Zazwyczaj był to początek wielkiej sceny.

background image

44

Nerwowo usiłowała odwrócić uwagę stryja.

-

Świetnie  wyglądasz,  stryju.  Chyba  spędzasz  dużo  czasu  na  dworze? 

Biegasz?

Stryj Russ zignorował ją.

-

Zobaczmy,  jaki  z  ciebie  zawodnik,  Flynn.  Chodźmy  na  podwórze  za 

domem.

-

Russel  -  powiedziała  ostro  ciocia  Von  -  Mollie  i  doktor  Carlson  są 

zmęczeni. Pozwól im odpocząć:

Stryj Russ utkwił spojrzenie we Flynna,

-

Tak?  Potrzebujesz  poobiedniej  drzemki?  Czy  raczej  pokażesz  mi,  co  z 

ciebie za mężczyzna?

Flynn postawił torbę na podłodze holu.

-

No to chodźmy, Russ.

Gdy mężczyźni zniknęli za drzwiami, Mollie bezradnie zwróciła się do ciotki.

-

Co napadło stryja Russa?

-

Jest alkoholikiem.

-

Nie,  nie  tak  naprawdę.  -  Mollie  natychmiast  ruszyła  do  obrony.  -  To

znaczy, wiem, że pije, ale...

-

Niemożliwe. Mollie zapamiętała go całkiem inaczej.

Był normalnym człowiekiem, dobrym ojcem dla swoich dzieci. Rubasznym, 

ale o złotym sercu.

-

Od dziesięciu lat jest członkiem Anonimowych Alkoholików - wyjaśniła 

ciotka - ale czasami zdarza mu się potknięcie. Akurat trafiliście na jedno.

-

Och, ciociu, tak straszsie mi przykro. Nie miałam pojęcia.

-

Chyba  pamiętasz  te  gwiazdki,  gdy  menu  ograniczało  się  do  wina, 

ajerkoniaku i rumu?

-

Nie tak je zapamiętałam!

-

Nie, oczywiście, nie mam ci tego za złe. Jak mogłabyś to pamiętać? Byłaś 

tylko dzieckiem.

background image

45

Ale przecież nie była ślepa ani głucha. Mollie przechowywała wspomnienia z 

tamtych śnieżnych świąt jak skarby. Jak mogła być tak niewrażliwa?

-

To  choroba,  Mollie.  Nie  tylko  twój  ojciec  na  nią  zapadł.  -  Ciocia  Von 

pokiwała głową ze smutkiem. - A teraz lepiej chodźmy popatrzeć, jak twój stryj 

robi z siebie durnia.

-

Czy nic nie można zrobić?

-

Russ sam musi się z tego wygrzebać. Tym razem, wydaje mi się, niedługo 

będzie miał dość.

Mollie czuła się zagubiona. Nie wiedziała, co ją bardziej szokuje: czy to, że 

stryj okazał się alkoholikiem, czy to, że ciocia Von tyle lat to znosiła. Choroba, 

tak?  Na  wykładach dla  wolontariuszy  „Pomocnej  Dłoni"  też  jej  tak  mówiono, 

ale  jakoś  nie  potrafiła  do  końca  w  to  uwierzyć.  Gdyby  stryj  Russ  miał  raka, 

rozmawialiby o tym, cała rodzina podtrzymywałaby go na duchu. Nie byłby to 

temat zakazany.

Na  podwórku  za  domem  stały  trzy  tarcze  strzelnicze,  podparte  snopkami 

słomy. Stryj Russ wręczył Flynnowi jeden łuk, dla siebie wybrał drugi.

-

Ja pierwszy - oświadczył - żeby Flynn zobaczył, jak to się robi.

Ruchy nabrały pewności, gdy tylko ujął strzałę i osadził ją na cięciwie. Mollie 

wstrzymała  oddech.  Tak  strasznie  przypominał  jej  ojca  -  niepewny  i  pijany,  a 

jednak, w jakimś sensie, wspaniały.

Wypuścił strzałę. Utkwiła blisko środka tarczy.

-

Nie najgorzej jak na starego dziada, co, Mollie? Zobaczmy teraz, czy twój 

młody człowiek jest w stanie ze mną konkurować.

-

Nie jest moim młodym człowiekiem -mruknęła.

Ale gdy Flynn stanął w postawie łucznika, na rozstawionych nogach, w sercu 

życzyła  mu  szczęścia.  Chciała,  by  wygrał,  by  dosolił  temu  obrzydliwemu 

starcowi, który udawał jej kochanego stryja Russa.

background image

46

Wyglądało na to, że Flynn wie, co robi. Mięśnie jego ramion napięły się, gdy 

odciągał cięciwę. Zmrużył oczy i wycelował, po czym puścił strzałę. Utkwiła na 

obrzeżu tarczy.

-

Lepiej nie umiesz? - zakpił stryj Russ.

-

Umiem, cholera.

Założył następną strzałę i wypuścił. Potem jeszcze jedną. Dwie dziesiątki.

Stryj Russ gapił się na tarczę, potem spojrzał na Flynna.

-

Chyba zdałeś.  - Nagle zmieniając nastrój, klepnął  Flynna po ramieniu. -

No  dobra,  kolego,  możesz  zadawać  pytania.  Jesteś  właściwym  facetem  do 

napisania biografii mojego brata.

-

„Klucz" - powiedział Flynn. - Wiesz coś o tym?

-

To ta książka, którą Woody napisał dla Mollie. Nigdy jej nie opublikował. 

Chciał  jej  to  dać,  kiedy  będzie  dość  duża,  by  zrozumieć.  Niewykluczone,  że 

gdzieś tu jest schowana.

Mollie nie  mogła powstrzymać  cichego okrzyku.  Wiec ta  książka naprawdę 

istniała. „Klucz" nie był wytworem wyobraźni.

ROZDZIAŁ 5

Stryj Russ opadł na krzesło i popatrzył na łuk jak na zdrajcę.

-

Nie wiem, gdzie jest.

-

Powiedz  mi, proszę,  wszystko,  co  pamiętasz  o  „Kluczu".  -  Flynn  usiadł 

koło niego. - Czy czytałeś maszynopis?

-

A po cholerę bym...

-

Mam  lepszy  pomysł,  panowie  -  przerwała  im  ciocia  Von.  -  Możecie  z 

Mollie  przeszukać  strych.  Od  pięćdziesięciu  lat  zbiera  się  tam  wszystkie 

niepotrzebne rzeczy.

background image

47

-

Wspaniale! - Mollie podskoczyła i skinęła na Flynna. - Chodźmy.

Poszli  za  ciocią  Von,  po  drodze  zostawiając  walizki  w  przydzielonych  im 

pokojach. Stromymi, wąskimi schodami wdrapali się na strych. Mollie czuła się 

jak  Alicja  wpadająca  za  królikiem do  nory.  Choć  spędziła  w  tym domu  sporo 

czasu, jakoś nigdy nie odwiedziła tego tajemniczego miejsca, jakim jest każdy 

strych. Przepełniała ją nadzieja: „Klucz" musi tu być. Czuła, jak przywołują ją 

niewypowiedziane słowa ojca. Jakie to szczęście, że rodzina mieszka tu od tak 

dawna! Całe dziesięciolecia historii Locke'ow pokrywają się kurzem w pudłach 

na poddaszu.

Dwie  nagie  żarówki i  mansardowe okienka  doświetlały strych,  ciągnący się 

przez  całą  długość  domu.  Drobiny  kurzu  tańczyły  w  gorącym,  nieruchomym 

powietrzu.  Większość  podłogi  zawalały  różne  pudła,  ale  z  jednej  strony  stały 

metalowe półki.

Ciocia Von wskazała je palcem.

-

To świadectwo mojej próby zaprowadzenia tu porządku - powiedziała. -

Wyrzuciłam dobrych parę pudeł zetlałych ubrań i zapleśniałych papierów.

-

Papierów? - podchwycił Flynn.

-

Wypracowania i rysunki dzieci i wnuków. Większość rzeczy po Woodym 

zapakowałam i wysłałam Marscelowi. Zostało tylko to tutaj - postukała palcem 

w  kartonowe  pudło  podpisane  „Woody".  -  Są  tam  jakieś  maszynopisy,  ale 

wszystkie bardzo pokreślone.

-

Spojrzała na nieład w głębi strychu. - A kto wie, co znajdziecie tam dalej.

Zostawiła ich z tym błogosławieństwem. Mollie rozłożyła szeroko ramiona.

-

To cudowne, Flynn. Znajdziemy dzisiaj „Klucz".

-

Jesteś pewna?

-

No  jasne!  Zaczęliśmy  w  najbardziej  logicznym  miejscu  i  doszliśmy  do 

najbardziej  oczywistego  wniosku.  Logiczne  myślenie  się  opłaca.  -  Jej  śmiech 

odbił się echem po strychu. Odtańczyła jakiś szaleńczy taniec, wznosząc tumany 

kurzu, i rzuciła się Flynnowi w ramiona. - Udało nam się!

background image

48

Impulsywny  uścisk  zaskoczył  Flynna  na  pół  sekundy.  Instynktownie 

zareagował  na  jej  miękkie,  kobiece  ciało.  Objął  ją  ramionami  i  przytulił.  Jej 

włosy jedwabiście muskały mu policzek. Piersi wpierały się w jego tors. Czuł jej 

oddech, bicie serca.

-

Och, dziecinko, nie wiesz, co ze mną robisz.

Próbował zwalczać swój pociąg, ale wystarczył jeden uścisk, by go pobudzić.

Mollie natychmiast wyzwoliła się z jego ramion.

-

Przepraszam, jeśli pozwoliłam ci sądzić, że...

-

Mollie, ja nie chciałem. - Zrobił krok w jej kierunku i zatrzymał się. Całą 

siłą woli opanowała się.

-

Bardzo mi przykro z powodu stryja Russa - powiedziała i szybko zmieniła 

temat. - Gdzie nauczyłeś się strzelać z łuku?

-

Na  farmie,  gdzie  dorastałem.  -  Flynn  westchnął,  godząc  się  z  jej 

nieprzystępnością. W wielkich, zielonych oczach czaił się strach. - Czy pijackie 

zachowanie twego stryja obudziło jakieś wspomnienia?

-

Nie mówmy o tym teraz.

-

A kiedy, Mollie?

-

Kiedy będę gotowa.

Odwróciła się od niego i ruszyła w głąb strychu. Przeklinała się w duchu za 

bezmyślność.  Nie  chciała  żadnych  seksualnych  doświadczeń  z  Flynnem.  Ale 

dotyk jego ciała wciąż jej towarzyszył.

Strych wydawał się nieznośnie gorący.

-

Lepiej bierzmy się do roboty - powiedziała.

- Zajmij się tą skrzynką, którą ciocia Von zostawiła. A ja przejrzę resztę.

Zaczęła  przekopywać  się  przez  stertę  drobiazgów,  a  Flynn  otworzył  pudło. 

Leżące na  wierzchu papiery nie były obiecujące: stare rachunki i niepotrzebne 

notatki. Potem trafił na żyłę złota.

-

Wielkie  nieba,  Mollie.  To  pierwsze  wersje  z  poprawkami  naniesionymi 

ręką twego ojca.

background image

49

Wysunęła głowę zza starej lampy o połamanym abażurze. -I co?

-

Nawet Marscel nie ma pierwszych wersji z poprawkami.

-

To co?

-

To  jest  to  niezwykłe  znalezisko  dla  biografa.  Będę  w  stanie  prześledzić 

jego sposób myślenia i ujmowanie tematu, jak nikt dotąd. To jak mapa po jego 

podświadomości.

Biała przebitka drżała mu w dłoni i Flynn nagle zdał sobie sprawę, jak mocno 

ją  trzyma.  To  był  przełom,  którego  potrzebował.  Jego  nowojorski  wydawca 

naciskał, żeby coś w końcu złożył, a Flynn mówił jedynie o możliwości istnienia 

jeszcze jednego dzieła Locke'a.

To na jakiś czas zadowoliło wydawnictwo, ale minęły już wszystkie terminy 

na złożenie konspektu. Jeśli Flynnowi nie uda się napisać biografii, gdy Locke 

jest  wciąż  na  fali,  zlecenie  może  przypaść  komu  innemu.  Komuś  takiemu  jak 

Edleman, ten wojowniczy pajac z bankietu.

Poprzekreślane maszynopisy stanowiły cenny materiał.

Bardzo ostrożnie Flynn szukał dalej. Niektóre rozdziały były tak pomazane, 

że niemal nieczytelne. I wiersze. Na marginesach kartek z wierszami widniały 

rysunki i jakieś wzorki. Niektóre się powtarzały, jakby gra w kółko i krzyżyk z 

zakrętasem pośrodku. Z jednym takim papierkiem Flynn podszedł do Mollie.

-

Czy wiesz, co to może znaczyć? Uniosła głowę znad otwartego kufra.

-

Wygląda jak wykres.

-

Albo mapa?

Mollie przysiadła na piętach i otarła pot z czoła.

-

Chyba  nie  sądzisz,  że  znajdziemy  tu  mapę  z  krzyżykiem  w  miejscu 

schowania skarbu?

-

Zdarzały się dziwniejsze rzeczy.

Ich  oczy  się  spotkały,  ale  Mollie  szybko  odwróciła  wzrok.  Dziwniejsze 

rzeczy, tak? Jak na przykład pociąg do mężczyzny, który ją wykorzystuje? Żeby 

wyzwolić się spod uroku Flynna, wskazała małe palisandrowe pudełeczko.

background image

50

-

Popatrz,  co  znalazłam.  Mój  ulubiony  prezent  gwiazdkowy.  -  Ostrożnie 

uniosła wieczko, odkrywając plastikową baletniczkę, wirującą na lusterku w takt 

uproszczonej „Sonaty księżycowej". -Dostałam to od babci Locke.

-

Pamiętasz tamte święta?

-

Miałam  siedem  lat.  -  Zastanowiła  się  chwilę.  -  A  może  sześć?  Właśnie 

wypadł mi ząb.

-

To całkiem wyraźne wspomnienie - powiedział.

-

Ale to tylko pozytywka. Nic ważnego.

-

Nie mamy zbyt wielu drzwi do twojej pamięci. Próbuj więc wszystkiego. 

- Wstał, by wrócić do swojego pudła. - Zamknij oczy i myśl o tym. Ja tu jestem 

obok, z papierami.

-

Myśleć  o  pozytywce?  -wzruszyła ramionami. Ta  sugestia  była  tak  samo 

niedorzeczna jak pomysł hipnozy. Zdecydowanie odstawiła pozytywkę na bok. 

Maszynopis musi tu być. Kto by się przejmował wspomnieniami?

Po  kilku  godzinach  ciężkiej  pracy  w  upale  Mollie  skończyła  przegląd 

bałaganu po drugiej stronie strychu. Znalazła koronkowy szal, całe tony książek 

w  twardych  oprawach  i  sporo  połamanych  lalek,  ale  nie  było  tam  nic,  co 

przypominałoby maszynopis.

Późnym  wieczorem,  po  kolacji  z  ciocią  Von,  gdy  Flynn  zniknął  w  swojej 

sypialni  z  pudłem  wypełnionym  papierzyskami,  Mollie  znów  wzięła  do  ręki 

palisandrowe  pudełeczko.  W  nocnej  koszuli  wyciągnęła  się  na  łóżku.  „Sonata 

księżycowa".  Taka  słodka,  delikatna  muzyka.  Właśnie  unosiła  wieczko,  gdy 

przez głowę przemknęła jej inna melodia. Bezimienna melodyjka. Próbowała ją 

przywołać jeszcze raz, ale bez skutku.

Mollie pogłaskała wypolerowane drewno i patrzyła, jak baletniczka kręci się 

bez  końca.  Miłe  wspomnienie.  Zamknęła  oczy  i  przywołała  obraz  siebie  jako 

małej  dziewczynki,  leżącej  w  tym  samym  pokoju  na  podwójnym  łóżku,  które 

dzieliła  z  kuzynką  Dianą.  Za  oknem  wielkie  płatki  śniegu  wirowały  cicho  w 

background image

51

świetle  ulicznej  latarni.  Dźwięczna  melodia  wywierała  na  Mollie  niezwykłe 

wrażenie, wypełniając całą jej świadomość delikatną serenadą.

A  potem  pojawiły  się  inne  dźwięki.  Mniej  bożonarodzeniowe.  Ostre  głosy 

dorosłych,  dochodzące  z  holu  na  dole.  Słyszała  niski  pomruk  ojca  i  piskliwe 

odpowiedzi  matki.  Nie  dało  się  rozpoznać  słów,  ale  ton  nie  pozostawiał 

wątpliwości. Jej rodzice kłócili się. Potem rozległ się głośny trzask.

Jak dziecko, powtarzając dorosłymi dłońmi te same gesty co wówczas, Mollie 

usiłowała stłumić gniew dźwiękami „Sonaty księżycowej". Głaskała błyszczącą 

powierzchnię  wieczka  pozytywki.  Gdyby  mogła  być  taką  piękną  baletnicą, 

wirującą bez końca na lustrze!

Po  policzku  spłynęła  jej  łza.  Zamknęła  gwałtownie  pudełko  i  głosy  w  jej 

głowie ucichły. Zapadła w sen bez snów.

Gdy następnego ranka Mollie weszła do kuchni, Flynn i jej stryj siedzieli nad 

kawą.  Stryj Russ  spojrzał  na  nią  załzawionymi,  zaczerwienionymi oczami,  ale 

był już trzeźwy. Na stole piętrzyły się atlasy i encyklopedie. Spod jednego tomu 

Flynn wyciągnął arkusik.

-

Znalazłem to wczoraj wieczorem, Mollie. Jak sądzisz, co to jest?

Ujęła  kartkę  za  brzegi.  Jeszcze  jeden  przypominający  wykres  rysunek  z 

podłużną plamą pośrodku. U góry widniało słowo: „Klucz".

-

To musi być mapa- stwierdził stryj Russ. - Woody'ego fascynowały mapy, 

wszystkie te równoleżniki, południki, zwrotniki i tak dalej.

Mollie  przytaknęła.  Znowu  gdzieś  w  zakamarkach  pamięci  zabrzmiała  ta 

dziwna, bezimienna melodyjka, która na moment wróciła do niej poprzedniego 

dnia.

-

To w środku to wyspa?

-

Tak myśleliśmy. - Flynn machnął ręką w stronę książek. - Sądziliśmy, że 

może  chodzi  o  Florida  Keys,  bo  twój  ojciec  spędzał tam  sporo  czasu.  Ale ten 

kształt nie pasuje do żadnej z wysp.

-

Jest taki długi - zauważyła. - Może to półwysep?

background image

52

-

Może. Ale tu są jeszcze te linie dookoła. Jakby ten kawałek w środku był 

jednak oderwany od lądu stałego.

-

To nie wiem - wzruszyła ramionami.

-

Ja też nie. - Ciocia Von postawiła przed Mollie kubek i dzbanek świeżo 

zaparzonej  kawy.  -  Ale  Russ  wie,  gdzie  moglibyście  dzisiaj  poszukać.  W 

górach.

-

No  właśnie  -  potwierdził  stryj  Russ.  -  Był  tam  taki  szałas,  w  którym 

zatrzymywaliśmy się podczas wypraw wędkarskich.

-

Wynajmowali  go  tylko, oczywiście  - dodała  ciocia Von.  -  Ale było tam 

też takie sekretne miejsce dzieciaków.

-

Jaskinia - wyjaśniła Mollie automatycznie, właściwie zupełnie o tym nie 

myśląc.

-

Idealne miejsce na schowanie skarbu - powiedział Flynn.

Gdy  tylko  Mollie  skończyła  śniadanie,  ciocia  Von  przegnała  ich  z  domu. 

Flynn prowadził, a Mollie odczytywała wskazówki wypisane przez stryja Russa.   

-   Chyba za chwilę trzeba będzie zjechać z autostrady.

-

Ale ty nic nie pamiętasz?

-

Skąd miałabym pamiętać? Ostatnia rodzinna wyprawa wędkarska odbyła 

się, kiedy miałam chyba z dziesięć czy jedenaście lat.

-

Inaczej mówiąc, twoja luka w pamięci wciąż istnieje?

-

Jak najbardziej.

Jej  odpowiedź  nie  dotyczyła  wspomnień  wywołanych  przez  pozytywkę,  ale 

Mollie nie była jeszcze w stanie o tym mówić. Groźny głos ojca kłócącego się z 

matką  był  najżywszym  wspomnieniem,  jakie  jej  się  dotychczas  nasunęło. 

Czymś  niemal  rzeczywistym.  Jakby  ojciec  wciąż  żył.  Jakby  czaił  się  za  nią, 

czekając, aż się odwróci i rozpozna go.

Mollie  zamrugała.  Chciała  przeczytać  „Klucz",  dowiedzieć  się,  jakie 

przesłanie ojciec jej zostawił. Może wówczas będzie gotowa, by się odwrócić i 

stanąć z nim twarzą w twarz.

background image

53

Wyjechali  już  z  miasta  i  znaleźli  się  na  pogórzu.  Wzniesienia  porośnięte 

karłowatymi  sosnami  przydały  nagle  ich  poszukiwaniom  realności.  Szukali 

zapisanych kartek, a nie ulotnych wspomnień.

-

Czy coś tu wygląda znajomo? - zapytał Flynn.

-

Góra to góra. - Wysunęła rękę przez otwarte okno samochodu, by poczuć 

prąd powietrza. - Czyż nie jest to zdanie jak z Gertrudy Stein? Może mój ojciec 

z nią też się zadawał.

-

Ona jednak żyła nieco dawniej.

Flynn  był  spięty  i  Mollie  zastanawiała  się,  czy  to  dlatego,  że  nie  znaleźli 

maszynopisu na strychu.

-

Czy coś się stało?

-

Tak.

-

Chciałbyś mi o tym opowiedzieć?

-

No  dobra,  słuchaj,  Mollie.  Zacząłem  powtórnie  rozważać  sensowność 

naszych  poszukiwań.  Dziś  rano  rozmawiałem  z  moim  wydawcą.  Nie  jest  tak 

podniecony  odkryciem  pierwszych  wersji  dzieł  twego  ojca  jak  ja.  Oni  chcą 

nieznaną powieść.

-

Znajdziemy ją.

-

Nie sądzę. Szczerze mówiąc, liczyłem na twoje wspomnienia. Nawet gdy 

mi  powiedziałaś,  że  usunęłaś  z  pamięci  duży  fragment  swojej  przeszłości, 

sądziłem, że  jakoś uda  mi się przełamać blokadę.  Ale po dzisiejszym poranku 

zrozumiałem nareszcie, dlaczego nic sobie nie przypominasz. I pewnie nigdy nie 

przypomnisz.

- O czym ty mówisz?

-  Wygląda  na  to,  że  tu  wszyscy  cierpią  na  amnezję.  Wczoraj  twój  wuj  był 

pijany i zachowycwał się obrzydliwie.  Dzisiaj udawaliście, że nic się nei stało. 

–  A  co  by  dały  przeprosiny?  Oczywiście  że  jest  mu  przykro.  A  my  mu 

oczywiście wybaczamy,

background image

54

-  Wybaczacie  i  zapominacie-  powiedział  Fllin.  Nie  rozumiesz  Mollie? 

Nauczono cię zapominać i to się nie zmieni.

- Przecieżchcę spróbować.

- No dobrze. To zabierzmy sieza to bardziej brutalnie. 

Kiwnęła głową.

- Będę  ci  podrzucał  rózne  wskazówki.  Wiem  bardzo  dużo  o  twoim  ojcu. 

Będę mówić,  a ty mi przerwiesz, jeśli cości się skojarzy.

 Mollie patrzyła przez okno na wąską, krętą drogę.  Wśród sosen dostrzegła 

błysk wijącego się strumyka. Pomysł Fllina wydawał jej się niebezpieczny. 

- Tu musisz skręcić.- powiedziała.- Według wskazówek wuja Rassa szałas 

jest na końcu tej drogi.  Ale skręćw lewo, dojedź do końca szutrowej drogi 

i zatrzymaj samochód. Resztę drogi do jaskini musimy przejść. 

-  Przypomniałaśto sobie sama- zauważył. – Twój stryj nie wiedział, gdzie 

jest jaskinia.

- No  dobrze  Fllin,  skoro  tak  ci  na  tym  zależy  to  spróbuję.  Podrzuć  mi 

jakieśwskazówki. 

Wyciągnął z kieszeni kartkę przebitki z naszkicowaną mapą.

- Skup się na tym.

 Obracała papier na wszystkie strony.

-  Nie mam pojęcia, co to jest. Może bym wiedziała, o co chodzi, gdzyby były 

tu  zaznaczone równoleżniki  i  południki.  –  Znowu  rozbrzmiała jej  w  glowie  ta 

dziwna melodyjka. Zanuciła ją?- Prześladuje mnie ta melodia, znasz ją? 

Posłuchał uważnie.

-  Nie,  nie  wydaje  mi  się  znajoma.  Ale  powtórz  ją.  Może  razem  sobie 

przypomnimy.

Nucenie  tej  melodii  Flynuowi  wywołało  u  Mollie  dziwne  poczucie 

intymności. Flynn powtarzał za nią tony, a Mollie czuła się, jakby oddawała mu 

kawałek siebie. Nie bardzo jej to odpowiadało. Nie znała właściwie Flynna, nie 

ufała mu.

background image

55

-

Chyba źle oceniłeś sytuację. Jestem pewna że moje wspomnienia nie mają 

nic wspólnego z tą książką.

-

A co z kluczem do siebie samej? – przypomniał jej. Przecież zcydowałaś 

się dołączyć do mnie, zęby pogodzie się z przeszłością.

-

Mądrala  z  ciebie,  co?  -  Zacisnęła  zęby.-No  dobrze.  Porozmawiajmy  o 

przeszłości.

-

Zacznijmy  od  czegoś  oczywistego.  Jak  twój  ojciec  pracował?  Bez 

względu na to, jak późno położył się spać, zawsze wstawał o świcie, siadał przy 

biurku i zaczynał pisać.

-

Skoro tak mówisz.

-

Czy pamiętasz jego biurko?

-    Nie, widziałam tylko zdjęcia ojca siedzącego przy biurku. 

-

Pomyśl  o  tych  zdjęciach  -  zachęcał  ją  łagodnie.-  Twój  ojciec  pracował 

zawsze wcześnie rano. Przy biurku.

-

A butelkę trzymał w dolnej lewej szufladzie.

Gdzieś  w  zakamarkach  pamięci  pojawił  się  obraz.  Jej  ojciec.  Jego  biurko. 

Nienawidziła  tego  biurka  bo  gdy  przy  mm  siedział,  w  ogóle  przestawała  dla 

niego istnieć.

-

Pisał  ręcznie  -  podpowiadał  jej  Flynn.  -  A  potem  przepisywał  pierwszą 

wersję na maszynie. Wyobraź sobie dźwięk maszyny do pisania.

Próbowała, ale słyszała tylko chrzęst żwiru

-

Zapisane strony trzymał w drewnianej skrzynce - mówił  dalej  Fłynn.  -

Czy coś ci się przypomina, Mollie?

-

Kiedy  kończył  pracę  -  powiedziała  –  zdejmował  okulary  i  tarł  oczy.  I 

otwierał dolną lewą szufladę. - Ostry ból przeciął nić jej wspomnień. - Przykro 

mi. Nic więcej nie przychodzi mi na myśl,

-

To jakiś początek.

-

Było  tam  coś  jeszcze.  Coś,  co  tyka.  Zegar?  Nie,  coś  innego.  -  Mollie 

czuła,  jakby  stała  na  progu  odkrycia.  Rzeczywiste  wspomnienie  było  tuż,  tuż, 

background image

56

mogła  go  niemal  dotknąć.  Mgła  spowijająca  jej  pamięć  stała  się  już  zaledwie 

lekką  mgiełką.  Wspomnienia  zaczynały  przybierać  formę.  Wycofała  się  w 

popłochu. - Nie wiem.

-

Spróbuj, Mollie. Spróbuj jeszcze raz.

Tykanie  powróciło,  coraz  wyraźniejsze.  Ale  był  to  miły  dźwięk,  nie 

przerażający.  Usłyszała  śmiech  ojca.  A  potem  wszystko  znikło.  Dojechali  do 

końca drogi prowadzącej ku jaskini. Mollie czuła suchość w ustach. Przełknęła z 

wysiłkiem.

-

Jesteśmy prawie na miejscu. Później się nad tym zastanowię.

Flynn  widział,  jak  znów  zatrzaskują  się  drzwi  do  jej  przeszłości.  Przez 

moment wydawało mu się, że Mollie sobie coś przypomina, bo jej zielone oczy 

złagodniały, a wargi rozchyliły się, jakby już, już miały ulecieć z nich słowa. A 

potem wycofała się.

Choć był to dopiero drugi dzień poszukiwań, Flynn jeszcze nigdy nie czuł się 

tak  sfrustrowany.  Wspomnienia  Mollie  na  pewno  stanowiły  wspaniałe  źródło 

wiadomości, ale nie potrafił do nich dotrzeć. Dlaczego, do diabła? Jej przeszłość 

nie  mogła  przecież  być  tak  straszna.  Musiały  w  niej  być  także  dobre  chwile. 

Więc czego ona się tak boi?

Wysiadł z samochodu i dołączył do niej na brzegu strumienia.

-

Jesteś zły - stwierdziła.

-

To  nie  twoja  wina,  Mollie.  Nie  jestem  najcierpliwszym  facetem  na 

świecie. Jeśli czegoś chcę, to po to sięgam. Ale nie mogę złapać cię i wytrząsnąć 

z ciebie tych wspomnień.

-

Nie próbuję ci utrudniać życia.

-

No  to  skup  się.  Cofnij  się  pamięcią  w  tamte  lata.  Cokolwiek  się  z  nich 

wynurzy, pamiętaj, że jestem tutaj i pomogę ci.

-

Do  chwili  odnalezienia  maszynopisu.  A  potem  się  pożegnamy  i  ty 

wyruszysz po nowe zdobycze.

-

Zostanę, jeśli będziesz mnie potrzebowała.

background image

57

-

Opiekować się biedną Mollie? Tą emocjonalną inwalidką? Nie, dziękuję. 

Nie potrzebuję niczyjej litości, do diabła.

-

Możesz  mnie  przeklinać,  ile  chcesz,  ale  nie  przeklinaj  siebie.  To  twoja 

przeszłość.  Zapoznaj się  z  nią.  Złość się,  czuj  ból,  poroztkliwiaj się  nad  sobą. 

Masz do tego prawo. Twoi rodzice przeszli przez paskudny rozwód. Twój ojciec 

był pijakiem. Umarł młodo. Ale przecież jakieś jasne momenty też się zdarzały.

Rozzłościła się na takie upraszczanie sprawy.

-

Więc uważasz, że wystarczy wykarczować osty, żeby dotrzeć do róż?

-

W pewnym sensie. Każdy ma w dzieciństwie jakieś kłopoty. Odsuń je na 

bok, Mollie. Potrafisz to zrobić.

-

Tak po prostu? Machnąć ręką i iść dalej? - Wpatrywała się w niego. - Czy 

nie  rozumiesz,  że  właśnie  to  usiłowałam  robić?  Nie  myśleć  o  trudnym 

dzieciństwie, zapomnieć, że jestem córką Woodrowa Locke'a? I udawało mi się, 

póki się nie pojawiłeś z twoimi cholernymi pytaniami.

-

No,  jeśli  pominiesz  brak  więzów  uczuciowych  z  kimkolwiek  i  stany 

lękowe.

-

Daj mi spokój. - Odwróciła się w gniewie i ruszyła do lasu.

Flynn  zareagował  natychmiast.  Gwałtownie  schwycił  jej  ramię.  Zacisnął 

zęby, a oczy zmieniły się w bryłki lodu. Mollie widziała, że stara się opanować. 

Gdy w końcu przemówił, jego głos był niebezpiecznie spokojny.

-

Nie  dam  ci  spokoju,  Mollie.  Będę  z  tobą,  przypominając  ci,  naciskając 

cię, aż znajdziesz to, czego szukasz.

-

Puść moje ramię.

-

Z przyjemnością.

Rozluźnił palce i Mollie cofnęła się. Długimi krokami ruszyła ścieżką w głąb 

lasu. W zaroślach drżącej osiki przystanęła i suchymi oczyma rozejrzała wokół, 

po  zielonych  wzgórzach.  Ostry  zapach  ziemi  drażnił  jej  nozdrza  przy  każdym 

oddechu.

background image

58

Powinna wycofać się teraz, zanim utraci kontrolę nad swoim życiem. I co z 

tego,  że  ojciec  napisał  dla  niej  książkę?  Powinna  zostawić  Flynna,  uciec  od 

niego,  powrócić  do  spokojnego  życia.  Ale  wiedziała,  że  tego  nie  zrobi.  Coś 

Flynnowi obiecała, a Mollie była kobietą, która dotrzymuje obietnic. Do diabła z 

Flynnem. Nie da mu tej satysfakcji. Przypomni sobie. Znajdzie „Klucz".

ROZDZIAŁ 6

Flynn podążał za Mollie, starając się patrzeć na boki, wniebo albo gdzieś w 

dal, byle nie na nią. Jej nogi w obcisłych dżinsach szczególnie go rozpraszały. 

Jasne  było,  że  ta  kobieta  nim  pogardza.  Tylko  wariat  uważałby  ją  wciąż  za 

atrakcyjną. Była uparta, niesympatyczna i nieprzychylnie nastawiona. Nie chciał 

się nią przejmować. A dokładniej, nie chciał poddawać się jej urokowi.

Jej  ocena  łączących  ich  stosunków  była  właściwa.  Znajdą  tekst,  a  on  sobie 

pójdzie, by podejmować inne wyzwania. Czy to jest nie w porządku? Niczego 

więcej nie obiecywał. Ona też nie. W gruncie rzeczy nie wiadomo, kto tu kogo 

wykorzystuje,

Patrzył, jak sunie przed nim, jak rytmicznie ruszają się jej biodra i ramiona. 

Mógł się przyglądać bez rozpadania się na kawałki. No to co, że mu się podoba? 

Ale  wtedy  Mollie  odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczyma,  a 

usta miała żałośnie skrzywione. I wszystkie dobre postanowienia Flynna diabli 

wzięli.

-

Przepraszam - powiedziała, - Nie powinnam była na ciebie napadać.

-

Przeprosiny  przyjęte.  -  Pokonał  szybko  dzielący  ich  dystans.  -  A  ja  nie 

powinienem był tak cię naciskać.

-

Może i nie. - Zeszła ze ścieżki na przytulną, zieloną polankę nad brzegiem 

strumienia i oparła się o płaską skałę. - Nie znajdziemy„Klucza" w Denver. Nie 

było go na strychu, a nie sądzę, żeby gdzie indziej w domu pozostał tyle lat nie 

background image

59

zauważony. Niechętnie, ale muszę przyznać, że miałeś rację, Flynn. Wszystkie 

wskazówki są prawdopodobnie ukryte w mojej głowie.

Przysiadł na skale naprzeciw niej.

-

A co z tą jaskinią?

-

Wątpię.  Nie  jestem  nawet  pewna,  czy  ojciec  o  niej  wiedział.  To  była 

kryjówka moich kuzynów i moja.

-

Niestety, chyba masz rację. -Flynn pokiwał głową. - Ale twój ojciec był 

nieprzewidywalny, więc wszystko jest możliwe.

Z  ogromnym  zaskoczeniem  uświadomił  sobie,  że  wcale  nie  chce  znaleźć 

maszynopisu w jaskini. Znaczyłoby to bowiem, że poszukiwania są skończone i 

nie  ma  po  co  dłużej  zostawać  z  Mollie.  Nie  był  jeszcze  przygotowany  do 

rozstania.

-

Więc wyprawa do Denver była stratą czasu.

-

Wcale nie. - Zaczął wyliczać korzyści płynące z tej wizyty. - Po pierwsze, 

znalazłem  te  wspaniałe  pierwsze  wersje.  Po  drugie,  twój  stryj  potwierdził 

istnienie „Klucza". - Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął kartkę przebitki. - No 

i znaleźliśmy tę mapę.

Mollie ujęła kartkę i przyjrzała się uważnie rysunkowi.

-

Kształt nie odpowiada żadnej z wysepek Keys?

-

Raczej nie.

-

Z  jaką  inną  wyspą  można  by  powiązać  mojego  ojca?  Hawaje?  Może 

Japonia?

Flynn potrząsnął głową.

-

Dzielił czas miedzy Kolorado, Paryż, Keys i Nowy Jork.

Mollie ustawiła mapkę tak, że kleks w środku był niemal pionowy.

-

Powiedziałeś: Nowy Jork?

-

Manhattan. - Flynn odchylił się na skale i spojrzał w niebo przez sosnowe 

gałęzie. - Jak mogłem tego nie zauważyć? Ta wyspa to Manhattan.

background image

60

-

Raczej trudno będzie ją przeszukać - zauważyła Mollie, marszcząc brwi. 

Nie była na Manhattanie od rozstania z Siergiejem i perspektywa poszukiwania 

wytyczonych rytmów serca akurat tam nie bardzo jej odpowiadała.

-

No  dobra.  -  Flynn  usiadł  prosto.  -  Jeśli  w  jaskini  nic  nie  znajdziemy, 

następnym  przystankiem  będzie  Nowy  Jork.  To  nawet  dobrze,  bo  i  tak 

powinienem spotkać się z wydawcą. A ty? Pojedziesz ze mną, Mollie?

Wstała  i  otrzepała  spodnie.  Manhattan?  Greenwich  Village?  To  jakby 

wchodzić  prosto  w  paszczę  lwa.  Rzuciła  Flynnowi  szybkie  spojrzenie.  Patrzył 

na  nią  pytająco.  Jak  może  wyglądać  tak  niewinnie?  Gdyby  tylko  mogła  mu 

zaufać, byłoby jej łatwiej.

-

Jeśli  to  konieczne,  pojadę  do  Nowego  Jorku  -rzekła  w  końcu  z 

westchnieniem. -A teraz chodźmy do jaskini.

Rozejrzała się, przyjrzała drzewom i  skałom. Nie była tu  od bardzo, bardzo 

dawna. Przeskoczyła strumień.

-

Mollie, czy wiesz, którędy iść?

-

Chyba tak. - Przedzierała się przez krzaki wzdłuż strumienia. Po pewnym 

czasie zatrzymała się i wyciągnęła rękę. - Tam, na górze, jest wejście do jaskini. 

Dokładnie naprzeciwko.

Strumień  płynął  tu  wąskim,  ciemnym  tunelem  między  wielkimi  głazami. 

Pogłaskała zimny, porowaty kamień i  zajrzała w głąb przejścia. O tak, była tu 

już kiedyś, w tajemnej kryjówce, w której czuła się bezpieczna.

Ściągnęła adidasy i skarpetki.

-

Musimy wejść do wody, żeby się tam dostać.

-

Cudownie. Wiesz, jaka zimna jest ta woda?

-

Ale z ciebie poszukiwacz przygód - zakpiła.  -

Najpierw  wspinasz  się 

na Mount Everest, a potem boisz się zamoczyć nogi.

-

To nie był Mount Everest, tylko Mount Rainier - mruknął.  -  Marscelowi 

się pokręciło.

background image

61

-

No, w każdym razie, jak przeciśniemy się między tymi głazami, będziemy 

musieli się trochę powspinać.

Podwinęła  nogawki,  weszła  do  lodowatej  wody  i  aż  pisnęła  z  radości. 

Rozmigotany  w  słońcu  strumień  obmywał  jej  stopy  i  łydki.  Mollie  ostrożnie 

posuwała  się  w  górę,  wchodząc  w  końcu  w  utworzoną  przez  głazy  nawę. 

Wielkie  kamienne  bryły, zawieszone  wysoko,  wydawały  się  chwiać,  w  każdej 

chwili gotowe runąć w dół. Ale Mollie pamiętaia, że nie zmieniły pozycji przez 

lata jej nieobecności,

Przez  szczelinę  między  skałami  padały  promienie  słońca,  rozświetlając 

powierzchnię małego stawu. Powyżej bulgotał radośnie niewielki wodospad.

-

Jak tu pięknie - rozległ się echem głos Flynna.

A Mollie była już daleko przed nim. Włożyła na powrót buty i wspinała się 

po  stromej  skalnej  ścianie,  z  nieomylnym  instynktem  znajdując  uchwyty  i 

zaczepienia  dla  dłoni  i  stóp.  Nie  myślała,  nie  zastanawiała  się,  aż  osiągnęła 

nadwieszoną półkę przed wejściem do jaskim.

Na kolanach wczołgała się do środka. Jaskinia była wilgotna i  tylko na  tyle 

duża, żeby pomieścić ją i  jej stryjeczne rodzeństwo. Pomacała za kamieniem i 

wyciągnęła ogarek świecy i pudełko zapałek, starannie owinięte w kawałek folii.

-

Nie do wiary - szepnęła, zdumiona. - To niesamowite, że wciąż tu są.

Usłyszała dochodzące z zewnątrz przekleństwa Flynna.

-

Mollie, gdzie jesteś? - wołał.

-

Tu, na górze. - Wysunęła głowę z jaskini. Dostrzegł ją i rozłożył szeroko 

ręce.

-

A jak się tam dostałaś?

-

Wdrapałam się. To nietrudne, nie śpiesz się. Promień słońca wydobywał 

złote blaski z jego czupryny, gdy szedł w górę strumienia. Mollie zauważyła, że 

zmoczył  sobie  nogawki.  Z  trudnością  pokonywał  teraz  stromą  skałę,  na  którą 

ona  wdrapała  się  jak  po  drabinie.  Zmarszczyła  brwi,  nagle  pełna  wątpliwości. 

Czy naprawdę chce zaprosić Flynna do jaskini? Do swojej kryjówki?

background image

62

Był  coraz  bliżej.  Przez  chwilę  miała  ochotę  wyjść  z  jaskini,  powiedzieć, 

zgodnie z prawdą, że nie  ma tu  żadnego śladu po  zaginionym  maszynopisie, i 

wrócić do samochodu. Bliskość Flynna stanowiła zagrożenie, a Mollie obawiała 

się  odsłonić  przed  człowiekiem,  który  otwarcie  przyznał,  że  chce  ją 

wykorzystać.

Flynn był już pod półką.

-

Pomóż mi, Mollie.

-

Jesteś za ciężki - zawahała się. - Nie dam rady cię podciągnąć.

Ale gdy się poślizgnął, odruchowo złapała go za rękę. Używając jej dłoni jak 

kotwicy, Flynn pokonał występ i padł plackiem koło Mollie.

-

No, to była niezła zabawa.

-

Jesteś mokry.

-

Poślizgnąłem się w strumieniu - przyznał. - Więc pewnie jestem również 

cały posiniaczony.

-

To fatalnie - oświadczyła nerwowo. - Bo właśnie stwierdziłam, że nic tu 

nie ma.

- Sądzę, że twój ojciec nigdy tu nie był.

-

Dlaczego?

-

Bo  napisałby  o  tym.  Nie  gram  w  tej  samej  lidze  co  on,  ale  też  jestem 

pisarzem.  A  to  miejsce  jest  fantastyczne.  Sposób,  w  jaki  te  skały  się  schodzą. 

Wodospad.  Przesączające  się  w  dół  światło.  Coś  pięknego.  Jedna  z  metafor 

natury. A w żadnym dziele twego ojca nie znalazłem wzmianki o takiej jaskini.

-

Może wspomniał o niej w tym maszynopisie, którego szukamy?

Flynn potrząsnął głową.

-

To  miejsce należy do  ciebie, Mollie. Nie do  twego ojca. I cieszę się, że 

mnie tu przyprowadziłaś.

Czuła, że jest zbyt blisko. Szept wodospadu otaczał ich z groźną intymnością.

-

Lepiej wracajmy.

- Nie pokażesz mi wnętrza swojej jaskini?

background image

63

Mollie starała się  zachowywać swobodnie, ale  czuła, że dzieje się  z nią coś 

dziwnego.  Od  czasów  dzieciństwa  nie  odsłoniła  się  tak  bardzo  przed  drugim 

człowiekiem. Wiedziała jednak, że jeśli odmówi, Flynn to zrozumie.

-

Pójdę pierwsza- powiedziała. -Tam jest ciemno.

Wewnątrz jaskini wymacała zapałki. Po chwili udało jej się zapalić świecę.

-

No dobrze, Flynn, możesz wejść.

Gdy  przeciskał  się  przez  wąskie  wejście,  Mollie  ze  świeczką  w  dłoni 

obchodziła jaskinię, przyglądając się ścianom.

-

Tu są moje inicjały - wskazała.

Światło  świecy  tańczyło  na  jej  twarzy  i  Flynn  patrzył  zafascynowany.  Od 

wilgoci  włosy  Mollie  skręciły  się  w  kędziorki.  Oczy  rozświetlał  wewnętrzny 

ogień.  Już  dawniej  podejrzewał,  że  jest  czarodziejką.  Teraz  wiedział  to  na 

pewno.

-

Popatrz - wskazała inne miejsce. - D.L. To Diana Locke, moja stryjeczna 

siostra, rok ode mnie młodsza. Ma za sobą trzy małżeństwa i żadnych dzieci.

-

Jaka szkoda. Ta jaskinia powinna być tajemną kryjówką przekazywaną z 

pokolenia na pokolenie.

Mollie usiadła po turecku na podłodze.

-

To  miły  pomysł.  Chciałabym  udawać,  że  na  całym  świecie  tylko  moi 

kuzyni i ja wiedzą o jej istnieniu.

-

I ja.

-

I ty. - Jego obecność jakoś jej nie przeszkadzała. W tej ciasnej przestrzeni 

Flynn nie był biografem, bo to miejsce nie miało żadnego związku z jej ojcem. -

Ale  nie  możesz  zostać  członkiem  klubu,  póki  nie  poddasz  się  uroczystej 

inicjacji.

-

Co mam robić?

-

Jesteś  pewien,  że  chcesz  należeć?  Ten  klub  nie  ma  nic  wspólnego  z 

życiem i twórczością sławnego Woodrowa Locke'a. Czy nadal cię to interesuje?

background image

64

Potaknął  z  wyraźną  szczerością.  Ustawiając  między  nimi  świeczkę,  Mollie 

usiłowała sobie przypomnieć reguły inicjacji.

-

Musisz odpowiadać na moje pytania. Najpierw powiedz, kim jesteś.

-

Nazywam się...

-

Nie,  nie  -  przerwała  mu.  -  Nie  składasz  się  z  dat  i  faktów.  Musisz 

powiedzieć jakiś swój sekret. Coś, czego nikt oprócz ciebie o tobie nie wie.

Flynn  zastanowił  się.  Przed  oczyma  przesunęły  mu  się  obrazy  z  licznych 

podróży. Wieża Eiffla o świcie. Niezwykła zieloność irlandzkich łąk. Jakie miał 

sekrety?  Pomyślał  o  morzu,  o  koralowych  głębiach,  w  których  nurkował,  i  o 

ciemnych, sztormowych falach. W końcu przemówił.

-

Boję  się  ciemności.  Nie  ciemności  nocy,  ale  mroku,  który  nie  pozwala 

wyraźnie widzieć.

-

Mów dalej.

-

Podczas  pierwszej  wyprawy  moją  łodzią  utknąłem  w  gęstej  mgle 

niedaleko Seattle. Znajdowałem ńę najwyżej pięć mil od brzegu, ale byłem tak 

przerażony, że o mało nie umarłem. Zamiast zająć się łodzią, schowałem się pod 

pokładem. Spanikowałem.

-

I jak się to skończyło?

-

Usłyszałem  śpiew  wielorybów.  To  znaczy,  nie  wiem,  czy  tam  w  ogóle 

były  jakieś  wieloryby,  ale  wyraźnie  dotarł  do  mnie  niski,  pierwotny  dźwięk, 

który wyciągnął mnie na pokład. Wtedy zobaczyłem błysk światła i popłynąłem 

w tamtą stronę, ku bezpieczeństwu,

Mollie nie skomentowała tego wyznania, lecz zadała następne pytanie.

-

Co  przynosisz  do  tej  tajemnej  kryjówki?  To  musi  być  coś  z  twojej 

odległej przeszłości.

Zapadła pełna spokoju cisza.

-

Nic mi nie przychodzi do głowy - stwierdził z namysłem. - Wyrastałem na 

farmie i było to okropnie nudne.

background image

65

-

Czy  to  znaczy,  że  nie  tylko  ja  mam  luki  w  pamięci?  -  roześmiała  się 

Mollie.

-

Nie, ja pamiętam, ale moje dzieciństwo było zupełnie nieciekawe.

-

Powtarzam, co przynosisz do tego miejsca?

-

Solidny  fundament  -  rzekł  w  końcu.  -  Dzień  po  dniu  te  same  zajęcia. 

Wstawanie  o  świcie,  by  wydoić  krowy,  zebrać  jajka  i  zamieść  werandę. 

Przynoszę  również  dobre  zdrowie.  Na  farmie  rodziców  nauczyłem  się  dbać  o 

moje ciało i o wszystko, co wokół mnie rośnie. W tym także o braci i siostry. 

Była nas piątka, a ja byłem najstarszy.

-

Dla  mnie  to  brzmi  wspaniale.  Tak  żałuję,  że  nie  wychowywałam  się  na 

farmie.

-

Cóż  za  ironia  losu.  Ja  bym  się  z  tobą  zamienił  bez  wahania.  Tam,  na 

farmie, śniłem o takich przygodach i trybie życia, jakie dla ciebie były zapewne 

czymś codziennym.

-

Nie mamy wiele ze sobą wspólnego, prawda?

-

Nie na pierwszy rzut oka - przytaknął.

Mollie odchrząknęła.

-

Teraz  przechodzimy  do  następnego  etapu.  Musisz  napisać  na  ścianie 

swoje inicjały. - W kącie jaskini znalazła kawałek gałęzi właściwej grubości. –

Opalaj koniec nad świecą i kopciem pisz na ścianie.

Gdy Flynn pracowicie nanosił na ścianę swoje inicjały, Mollie myślała o jego 

odpowiedziach. Najwyraźniej był niespokojnym duchem. Poszukiwanie przygód 

było  reakcją  na  monotonię  wieku  dorastania.  Człowieka,  który  nie  może 

usiedzieć w miejscu, nikt nie uzna za tępego nudziarza.

Skończył pisać  „F" i  zabrał się  za  „C". Taki  człowiek nigdy nie osiądzie  w 

jednym  miejscu,  pomyślała.  Zobowiązania  nie  bardzo  pasują  do  przygód. 

Niewątpliwie nie powinna się w nim zakochiwać. Chyba że chce mieć złamane 

serce.

-

Już - powiedział. - Skończyłem.

background image

66

-

Witaj  w  klubie.  -  Uroczyście  uścisnęła  mu  dłoń.  Gdy  próbował 

przyciągnąć ją bliżej, odsunęła się. - Teraz jesteśmy przyjaciółmi na całe życie.

-

Przyjaciela można pocałować.

-

Tak - szepnęła. - To prawda.

Świeczka migotała w małej, wilgotnej jaskini, nadając twarzy Flynna niemal 

mistyczny wyraz. Mollie uniosła się na kolanach, oparła mu rękę na ramieniu i 

poważnie spojrzała w oczy.

Objął  ją  w  talii.  Nie  opierała  się.  Jego  wargi  przesuwały  się  po  jej  ustach, 

twarde  i  kuszące.  Gdy  język  Flynna  poszukał  wejścia,  chętnie  przyjęła  go  i 

odpowiedziała tym samym. Jego usta były gorące i budziły w niej ogień.

Uniosła ramiona i objęła Flynna za szyję, przyciągając go bliżej, aż ich ciała 

przylgnęły  do  siebie.  Chłonęła  jego  siłę,  tęskniła  za  uczuciem  pobudzenia, 

pragnęła czuć, że żyje.

Lekko dotknął jej piersi, a Mollie jęknęła z radości i zaskoczenia. Flynn był 

niebezpieczną  podnietą,  ale  po  raz  pierwszy  w  życiu  pragnęła  zaryzykować, 

porzucić rutynę dla zmysłowej przyjemności. To tylko pocałunek, mówiła sobie. 

Tylko jeden pocałunek.

Pieszcząca  dłoń  zmieniła  jej  sutki  w  małe,  twarde  pączki.  Mollie  drżała  z 

napięcia.  Gdy  Flynn  położył  ją  na  kamiennej  podłodze,  nie  zaprotestowała. 

Zimna powierzchnia skały stanowiła niezwykły kontrast z jego gorącym ciałem. 

Spojrzał na nią z góry, uśmiechając się, dzieląc intymną chwilę.

Przesunęła  dłońmi  po  piersi  i  ramionach  Flynna,  przyciągnęła  bliżej,  aż 

poczuła  ciężar  jego  torsu.  Długie  nogi  splątały  się.  Czuła  jego  podniecenie  i 

dreszcz  odpowiedzi  u  zbiegu  swych  ud.  Pod  pocałunkami  budziło  się  w  niej 

życie, gdzieś w środku stawała się lekka i nieważka.

Skrzywiła  się,  bo  ostry  kamyk  wbił  się  jej  w  plecy.  Flynn  uniósł  się 

natychmiast.

-

Wszystko w porządku?

background image

67

Kiwnęła  głową,  niezdolna  przemówić.  Jego  niebieskie  oczy,  nieco  w  tej 

chwili nieprzytomne, błyszczały.

-

Oddałbym rok życia za łóżko. Teraz.

Uśmiechnęła  się.  Może  nie  był  to  właściwy  czas.  I  na  pewno  niewłaściwe 

miejsce.  Ale  była  zadowolona  z  tego,  czego  razem  doświadczyli.  Magia 

pocałunku była jej potrzebna.

-

Nie chcę przestawać, Mollie. Mógłbym cię całować bez końca.

Zmusiła się, by usiąść, ujęła jego twarz w dłonie.

-

Nie teraz, Flynn.

-

Ale  niedługo?  -  Jego  oczy  lśniły  męskim,  zmysłowym  żarem.  -  Jestem 

niecierpliwy. Chcę się z tobą kochać.

-

A co potem? - Poklepała go po policzku. Pożądanie wypełniało jej ciało, 

ale umysł już kontrolował sytuację. - Nie ma dla nas przyszłości.

-

Wiem,że to nie był przyjarielski pocałunek, Mollie. Pragniesz mnie. Tak 

bardzo, jak ja pragnę ciebie.

-

Tego nie możesz wiedzieć - zaprzeczyła. - Może wiesz wszystko o moim 

ojcu, ale mnie wcale nie znasz.

-

Chcę cię poznać. Bardzo chcę.

-

Bardziej niż znaleźć „Klucz"?

Na jego twarzy odbiło się niezdecydowanie. Miała swoją odpowiedź.

Zgasiła świeczkę, zapakowała ją i schowała za kamieniem. Potem wysunęła 

się  z  jaskini, w  wysoką nawę skał, gdzie wodospad szeptał cicho i  zmysłowo. 

Flynn dołączył do niej na skalnej półce.

-

Nowy Jork - powiedział. Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie.

-

Tak.

W Kolorado nie było więcej wskazówek, więc można spróbować w Nowym 

Jorku. Mollie już czuła niepokój. Nowy Jork jest jednym z największych miast 

na  świecie,  ale  Manhattan  jest  zbyt  mały,  by  mogła  uniknąć  wspomnień  o 

background image

68

Siergieju  i  dalszej  przeszłości.  To  tam  właśnie  rozpadło  się  małżeństwo  jej 

rodziców.

ROZDZIAŁ 7

Gorący  strumień  spływał  po  plecach  Mollie,  rozluźniając  jej  zmęczone 

mięśnie.  Łazienka  w  hotelu  na  Manhattanie  nie  była  tak  malownicza  jak 

sekretna górska jaskinia, ale Mollie dostrzegała pewne podobieństwa: zmysłowy 

szum wody, poczucie intymności i całkowity zamęt w jej uczuciach do Flynna.

Wczoraj mało brakowało, a kochałaby się z nim.

Wieczorem, po telefonie do wydawnictwa z informacją, że będzie w Nowym 

Jorku, Flynn wydawał się ponury i daleki. A może to ona miała kiepski nastrój? 

W każdym razie przez cały wieczór rozmawiała tylko ze stryjostwem.

Rano,  w  samolocie,  Flynn  przeglądał  zamazane  pierwsze  wersje  książek  jej 

ojca. A Mollie spała. Dwadzieścia minut temu wypadł z jej pokoju hotelowego, 

wściekły, że nie chciała z nim pójść na spotkanie z redaktorem.

Dziesięć  minut  temu  wpadł  z  powrotem,  by  jej  powiedzieć,  iż  rozumie  jej 

stanowisko.  I  zaprosił  ją  na  kolację.  Przez  cały  ten  czas  nie  rozmawiali  o  jej 

wspomnieniach. Ani o wzajemnych stosunkach.

Zachowanie Flynna działało na nerwy tak zorganizowanej osobie jak Mollie. 

To  z  kolei  prowadziło  do  rozważań,  po  co  w  ogóle  przyjechała  do  Nowego 

Jorku. Ta ghipia mapka narysowana ręką ojca nic jej nie mówiła, poza faktem, 

że Manhattan jest wyspą. I ma coś wspólnego z „Kluczem".

Wytarła  się  do  sucha,  nałożyła  szlafrok,  wróciła  do  pokoju  i  rozsunęła 

zasłony.  Przywitał  ją  widok  ponurej  ściany  budynku  naprzeciwko.  Kiedy 

mieszkała  z  rodzicami  w  Nowym  Jorku,  okna  ich  mieszkania  wychodziły  na 

Central Park. Mapa nie mogła jednak dotyczyć tamtego apartamentu - od dawna 

zajmował  go  ktoś  inny.  Więc  co  pokazywała?  Marscel  wiedział  o  wszystkich 

background image

69

skrytkach i sejfach bankowych, znał wszystkich przyjaciół rodziny i na pewno 

nie przegapiłby nieznanego maszynopisu.

Mollie  przysiadła  na  brzegu  łóżka  i  wykręciła  numer  telefonu  Marscelów. 

Odebrała gospodyni.

-

Dzień dobry, mówi Mollie Locke. Czy zastałam Claudine?

-

Mollie? Wyszli oboje na spotkanie z tobą. W jakimś wydawnictwie.

-

Dziękuję.

Odłożyła słuchawkę i  popatrzyła z niechęcią na telefon. Marscelowie poszli 

niewątpliwie na to spotkanie z Flynnem  i  redaktorem. Nie podobało jej się to. 

Gdy  John  Marscel  w  coś  się  angażował,  zawsze  kończyło  się  to  walką. 

Przyjrzała  się  z  namysłem  miłemu,  ale  pozbawionemu  wyrazu  otoczeniu.  To 

pokój  hotelowy,  nie  kokon.  Nawet  jeśli  zabarykaduje  drzwi,  nie  będzie 

bezpieczna.

Ostatni  jej  pobyt  na  Manhattanie  wiązał  się  ze  zdradą  Siergieja.  Teraz  była 

starsza i mądrzejsza. Nic takiego więcej się nie zdarzy. Lepiej coś robić, zamiast 

siedzieć i czekać, aż świat się zawali.

Ubrała  się szybko, umalowała i  wyszła z hotelu.  Panował lipcowy upał,  ale 

szła szybko, czerpiąc pociechę z anonimowości nowojorskich tłumów.

Odnalazła  budynek  wydawnictwa  i  weszła  do  środka.  Na  ósmym  piętrze 

recepcjonistka skierowała ją do sali konferencyjnej.

Drzwi  były  zamknięte,  ale  ze  środka  słychać  było  podniesione  głosy. 

Rozpoznała głos Flynna i Marscela. Z ręką na klamce, przez moment walczyła z 

pragnieniem  ucieczki,  ale  z  determinacją  otworzyła  drzwi.  Nie  była  już  małą, 

przestraszoną dziewczynką.

W  sali  konferencyjnej  rzucał  się  w  oczy  projekt  okładki  wielkości  plakatu: 

„Klucz", autor: Woodrow Locke. Mollie wpatrywała się w projekt, a piętnaście 

zgromadzonych osób wpatrywało się w nią.

Claudine wstała, podeszła do Mollie i szepnęła, ściskając ją:

-

Miałaś rację, że nie chciałaś przyjść. Będzie rozróba.

background image

70

-

Cześć,  Mollie  -  zabrzmiał  glos  Marscela.  -  Niezłe  zgromadzenie,  co? 

Stary Woody ciągle potrafi ich zwabić.

-

Tak  -  odpowiedziała  sucho.  Wskazała  na  projekt  okładki.  -  Ale  jeśli 

jesteście  tu  po  to,  by  rozmawiać  o  książce,  która  zapewne  nie  istnieje,  to 

spotkanie jest pozbawione sensu.

-

Dokładnie  to  samo  im  powiedziałem  -  mruknął  Flynn,  podając  Mollie 

krzesło. -Może usiądziesz?

-

Wolę  postać.  Nie  zostanę  tu  długo.  -  Jej  spojrzenie  zatrzymało  się  na 

człowieku, który wydawał się znajomy. - Profesor Edleman.

-

Jestem zaszczycony, że pani mnie pamięta.

Ostatni raz widziała go leżącego na podłodze po bójce z Flynnem.

-

Pamiętam. Co pan tu robi?

-

Jestem ekspertem w sprawach twórczości pani ojca. Jeśli „Klucz" istnieje, 

będę potrzebny, by wydać opinię o jego autentyczności.

-

Witam panią. - Zażywna kobieta przedstawiła się jako starszy redaktor. -

Bardzo nam wszystkim miło panią poznać.

Marscel zachichotał.

-

Jak stadu wilków, które spotyka jagnię.

-

Możesz mówić jaśniej, Marscel? - spytała Mollie.

-

Zapewne umknęło to twojej uwagi, ale to poszukiwanie skarbu interesuje 

wiele  osób.  Nawet  jeśli  nic  nie  znajdziecie.  Odrzuciłem  już  dwie  prośby  o 

historię  twojego  życia.  A  ten  tam  facet  -  wskazał  bardzo  młodego  mężczyznę 

siedzącego przy końcu stołu - chciałby nakręcić o tobie film.

-

O  mnie?  -  Mollie  była  przerażona.  Od  lat  nękali  ją  naukowcy  i 

dziennikarze, ale zawsze chodziło im o jej ojca.

-

Mamy  nadzieję  wydać  „Klucz"  -  wyjaśniła  redaktorka  -  ale  jeśli 

poszukiwania  spełzną  na  niczym,  historia  pani  życia  może  być  fascynująca.  -

Wskazała dwóch mężczyzn w podobnych garniturach. - Ci panowie są z działu 

background image

71

marketingu i uważają, że pani biografia może okazać się bestsellerem. A Flynn 

Carlson mógłby ją napisać.

-

Nie sądzę - wtrącił się Edleman. - Jest zbyt zaangażowany.

-

Profesorze Edleman, bardzo proszę - napomniała go redaktorka. - Jeszcze 

nie podjęliśmy żadnych decyzji.

-

Biograf musi mieć dystans - kontynuował Edleman - a Flynn najwyraźniej 

wpadł po uszy. On nie...

-

Przepraszam  -  przerwała  mu  Mollie,  -  Profesorze  Edleman,  czyżby 

proponował pan napisanie mojej biografii?

-

Owszem. To zresztą dla pani komplement.

-

Nie wyraziłam zgody na nic takiego.

Zauważyła,  że  twarz  Edlemana  rozjaśnia  powoli  obleśny  uśmieszek,  i 

przypomniała sobie, że napisał już kilka nie autoryzowanych biografii, łącznie z 

biografią  jej  ojca.  Najwyraźniej  nie  przejmował  się  zbytnio  zgodą  osoby

opisywanej. Mollie wyprostowała się.

-

Profesorze Edleman, jeśli napisze pan cokolwiek na mój temat, opublikuje 

choćby jeden akapit, mój prawnik - tu obecny John Marscel - poda pana do sądu 

za oszczerstwo i prześladowanie. A ja osobiście postaram się, żeby był to koniec 

pana kariery.

-

No tak, znaczy się - redaktorka odchrząknęła. - A zatem, może wolałaby 

pani, żeby Flynn...

-

Na nic takiego się nie zgodziłem - uciął Flynn ostro. - Podpisałem umowę 

wyłącznie na biografię Woodrowa Locke'a.

-

On chce więcej forsy - wtrącił jeden z ludzi od marketingu.

Flynn odwrócił się gwałtownie.

-

Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy.

-

Akurat!  -  powiedział  drugi.  -  Ale  musimy  szybko  działać.  Za  rok 

alkoholizm może już nikogo nie interesować. - Kiwnął głową w stronę Mollie. -

Pani ojciec był alkoholikiem, nie?

background image

72

Brutalność  tego  pytania  odebrała  Mollie  mowę.  Czy  wszyscy  wiedzieli  o 

problemie  jej  ojca?  Odwróciła  się  do  Marscela,  który  ze  smutkiem  pokiwał 

głową. To było ostateczne potwierdzenie. Skoro nawet John Marscel, przyjaciel 

i  największe  oparcie  Woodrowa  Locke'a,  nie  występuje  w  jego  obronie,  to 

znaczy, że nie ma żadnych wątpliwości co do alkoholizmu jej ojca.

-

No jak? - naciskał handlowiec. - Tak było, nie? A pani też pije?

-

To, szanowny panie, nie pański interes - wtrącił ostro Flynn. - A zresztą to 

wszystko tylko projekty. Jeśli o mnie chodzi, to możecie wszyscy iść do...

-

Chciałabym  przypomnieć,  doktorze  Carlson,  że  przyjął  pan  od  nas 

całkiem  pokaźną  zaliczkę  -  przerwała  mu  redaktorka.  -1  pieniądze  na 

poszukiwania  „Klucza".  Nie  dotrzymał  pan  żadnych  terminów,  do  których 

zobowiązał się pan w umowie. Możemy zażądać zwrotu pieniędzy.

-

Formalnie  rzecz  biorąc,  Flynn,  ona  ma  rację.  -  Marscel  wystąpił  w 

charakterze prawnika.

-

Poza  tym  wydajemy  również  pana  książki  sensacyjne,  Flynn  -  mówiła 

dalej  redaktorka.  -  Nie  chcę  straszyć,  ale  radziłabym  wykazać  więcej  chęci 

współpracy.

Flynn  wstał.  Mollie  napotkała  jego  spojrzenie.  Był  wściekły,  ale  gdzieś  na 

dnie oczu czaiła się iskierka rozbawienia.

-

Panie  i  panowie  -  oświadczył  -  pozwólcie  mi  pokazać,  co  myślę  o 

waszych umowach. I waszych wspaniałych, ale pozbawionych podstaw planach.

Obszedł stół, podniósł w górę karton z projektem okładki „Klucza", po czym 

uśmiechnął się do Mollie.

-

Pewna bardzo mądra kobieta powiedziała mi kiedyś, że zagubione dzieło 

WoodrowaLocke'a nie jest ważne. Ważni są ludzie. Ważna jest uczciwość. Nie 

znana książka Woodrowa Locke'a jest zaledwie interesująca.

Przedarł  projekt  na  pół.  Claudine  Marscel  zaklaskała.  Zanim  dwie  części 

okładki zdążyły spłynąć na podłogę, Flynn ujął dłoń Mollie.

-

Idziemy?

background image

73

-

Natychmiast.

Gdy wychodzili, część zgromadzonych zaczęła wykrzykiwać za nimi groźby. 

W windzie, za zamkniętymi drzwiami, Flynn wybuchnął śmiechem.

-

Nie rozumiem cię  - powiedziała Mollie. - Czy nie słyszałeś, co  mówili? 

Grożą  ci  procesy,  twoją  karierę  pisarską  diabli  biorą,  a  ty  się  śmiejesz.  Jesteś 

wariat!

-

Już nie,

Flynn  wyprowadził  ją  z  budynku  w  lepki  upał.  Światło  słoneczne  zastąpiła 

męcząca  szarość.  Po  chodnikach  przelewał  się  dążący  do  domów  tłum,  Ale 

Flynnowi świat wydawał się piękny. Opadło z niego napięcie. Był wolny.

-

Wiem,  że  jest  jeszcze  za  wcześnie,  a  moje  zasoby  finansowe,  jak 

słyszałaś, zmalały do zera - powiedział - ale chciałbym cię zaprosić na kolację.

-

Nie  jestem  pewna,  czy  mam  ochotę  przebywać  w  twoim  towarzystwie. 

Wygląda na to, Flynn, że oszukiwałeś mnie i składałeś jakieś obietnice za moimi 

plecami. Na przykład na temat historii życia Mollie Locke.

-

Nigdy nic o tobie nie napiszę bez twojej zgody.

Na  myśl  o  sekretach,  które  ujawniła  Flynnowi,  serce  dziewczyny  biło  w 

przyspieszonym tempie. Alkoholizm stryja Russa. Jaskinia. Pocałunek. Musiała 

być ślepa, kiedy mu zaufała.

-

Nie zdradzę cię, Mollie. Słyszałaś, jak w tej sali konferencyjnej wypiąłem 

się na całkiem sporą forsę. Bo miałaś rację. Są rzeczy ważniejsze niż wydawanie 

książek.

-

Na przykład jakie? - Przecięła ulicę, wciąż nachmurzona.

-

Moja  własna  uczciwość.  Skończyłem  z  gierkami  na  użytek  wydawcy.  I 

nie  będę  nalegał,  żebyś  sobie  przypominała  cokolwiek,  jeśli  nie  będziesz 

gotowa.  Nie  chciałbym  sprawić  ci  bólu.  Nawet  za  cenę  światowej  sławy  i 

majątku.

-

A co z „Kluczem'?

-

A co z kolacją?

background image

74

-

Jestem zbyt wściekła, żeby chciało mi się jeść.

Szła  szybko,  ale  uczucia  kłębiły  się  w  niej  jeszcze  szybciej.  Od  początku 

wiedziała, że Flynn wykorzystuje ją, by zdobyć informacje o ojcu. Zgodziła się 

na  to,  mając  nadzieję, że  odkrycie własnej przeszłości przyniesie jej ulgę.  Ale 

przedstawianie jej życia w książce - czy, co gorsza, na ekranie - nie było częścią 

układu.

-

Dlaczego mnie pocałowałeś? - wybuchnęła.

-

Mollie, czy moglibyśmy tak nie gnać?

-

Nie. Czy uwodziłeś mnie, żeby móc dodać pikantny rozdział do książki?

-

Nie piszę książki o tobie.

-

Dlaczego nie? - Jej gniew, paradoksalnie, zmienił kierunek. - Czy jestem 

za mało interesująca? Zbyt płytka? Nie dość seksowna?

-

Dziecinko, jesteś najbardziej seksowną kobietą, jaką znam. - Złapał ją za 

ramię i wciągnął w niewielką wnękę obok witryny sklepowej, - Gdybyśmy się 

poznali w jakikolwiek inny sposób, zacząłbym cię uwodzić wiele tygodni temu. 

-  Uniósł  jej  podbródek  tak,  że  musiała  spojrzeć  mu  w  twarz.  -  Zależy  mi  na 

tobie, Mollie.

-

Jak mogę ci wierzyć?

Widział, jak jej piękne, zielone oczy wilgotnieją.

-

Uwierz, bo to prawda.

Otarła palcem oczy, zanim rozmazał jej się tusz.

-

Powiem ci, co jest prawdą, Flynn. Jesteś ze mną tylko dlatego, że jestem 

córką Woodrowa Locke'a.

-

Już  nie.  Poszukiwanie  „Klucza"  zbliżyło  nas,  ale  aie  dlatego  cię 

pocałowałem. I absolutnie nie dlatego jestem z tobą teraz. Mollie, daj mi szansę.

Jakaś  część  jej  umysłu  chciała  mu  uwierzyć,  ale  Mollie  wciąż  jeszcze  się 

wstrzymywała.

-

Świetnie umiesz nawijać. Chyba masz w sobie irlandzką krew.

-

Irlandzką i szwedzką. I nie kłamię.

background image

75

-

Jeśli  tak,  to  przestańmy  szukać  maszynopisu.  Zapomnijmy,  że  w  ogóle 

powstał.  Przestań  być  biografem  Woodrowa  Locke'a.  Ja  przestanę  być  jego 

córką. Odwołajmy te śmieszne poszukiwania.

-

Nie zrobię tego.

-

Rozumiem.  -  Zrezygnowana,  uznała,  że  łączy  ich  tylko  jej  przeszłość.  -

Dziękuję, ze przynajmniej jesteś uczciwy.

-

Musimy znaleźć „Klucz" - upierał się. - A moje powody nie są takie, jak 

przypuszczasz.

-

Nie chcę teraz o tym myśleć.

-

Ale  nic  nie  możesz  na  to  poradzić,  prawda?  Twoja  przeszłość  rozdziela 

nas tak samo, jak rzeka Hudson rozdziela Manhattan od stałego lądu. Możemy 

zbudować mosty albo wywiercić tunele, ale nigdy nie znajdziemy prawdziwego 

kontaktu, jeśli nie uporamy się z twoją przeszłością.

-

To brzmi beznadziejnie. Łączenie wyspy z lądem stałym.

-

Dla  ciebie  przesunę  nawet  Manhattan.  Mimo  zmieszania  i  bólu  Mollie 

parsknęła śmiechem.

-

Chwalipięta.

-

„Klucz"  da  odpowiedź  nam  obojgu.  Zaspokoi  moją  ciekawość.  I  może 

uratuje  ci  życie.  -  Ujął  obie  jej  dłonie.  -  Nie  ma  dla  nas  szansy,  jeśli 

zaprzestaniemy poszukiwań.

Wjego  oczach  Mollie  dostrzegła  obietnicę,  a  w  głębi  duszy  wiedziała,  że 

Flynn  ma  rację.  Nie  powinna  zaniechać  poszukiwań,  póki  nie  znajdzie 

wewnętrznego spokoju.

-

No dobrze, Flynn. Zrobię to.

Ale gdy pochylił się, żeby ją pocałować, uniosła dłoń i dotknęła jego warg.

-

Nie tutaj - powiedziała, -1 nie teraz. Przygryzł jej palce.

-

Później. Ale najpierw obiecałem ci kolację. Usiedli w końcu w niczym się 

nie wyróżniającej knajpce w pobliżu Rockefeller Center, gdzie Mollie zamówiła 

wino, sałatkę i sernik.

background image

76

Gdy kelner odszedł, Flynn uniósł brwi.

-

Sałatka i sernik? Czy to właśnie zamawiałaś, będąc dzieckiem?

-

Tak, poza winem, oczywiście. - Zmarszczyła czoło. - Czyżbyśmy znowu 

zaczynali grzebać w moiei pamięci?

-

Musimy się sprężyć. Mapka wskazuje, że Manhattan ma jakieś znaczenie 

dla „Klucza", a nie stać mnie na to, żeby długo pozostawać w Nowym Jorku.

-

A mogę przynajmniej zjeść w spokoju?

-

Oczywiście. - Spojrzał na zegarek. – Pół godziny?

-

Zdawało  mi  się,  że  obiecałeś  nie  naciskać  -  przypomniała  mu.  -

Cierpliwości.

-

Masz rację. Bardzo cię przepraszam. - Odchylił się na krześle, cały spięty. 

- Kiedy tylko będziesz gotowa.

Mollie  ujęła  kieliszek  wina  i  zakołysała.  Słodki  owoc  winorośli.  Nektar 

bogów.  Skąd  się  bierze  różnica  między  koneserem  a  pijakiem?  Podniosła 

kieliszek do  ust i nadpiła.

-

Czy myślisz, że alkoholizm jest uwarunkowany genetycznie?

-

Niestety, chyba tak.

-

Na szczęście nie odziedziczyłam po ojcu zamiłowania do alkoholu.

-

A co odziedziczyłaś?

-    W  czym  jestem  do  niego  podobna?  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Jestem 

wysoka. Jeszcze jeden łyk, a potem zajęła się sałatką.

-

I co jeszcze?

-

Znowu naciskasz.

-

Przepraszam.

Flynn kontrolował się, póki Mollie nie zjadła ostatniego okruszka sernika. W 

chwili gdy odłożyła widelczyk, powiedział:

-  Najważniejszym wydarzeniem w czasie waszego życia w Nowym Jorku był 

rozwód  twoich  rodziców.  Wiem,  że  jako  przyczynę  podano  nie  dające  się 

background image

77

przezwyciężyć różnice  charakterów, ale  opowiedz  mi o  tym  z  twojego  punktu 

widzenia. Westchnęła.

-

Ten  rok  w  Nowym  Jorku  został  mi  w  pamięci  jako  okres  wyjątkowej 

bliskości z matką. Dużo czasu spędzałyśmy razem. Przypuszczam, że miała tak 

dosyć traktowania jej jako dodatku do męża, że nawet towarzystwo siedmiolatki 

było lepsze.

Flynn zamówił dwie filiżanki cappucino.

-

Niewiele dotychczas mówiłaś o swojej matce.

-

Nie  wydaje  mi  się  istotna  dla  znalezienia  „Klucza".  I  moje  uczucia  do 

mamy  nie  są  tak  zagmatwane.  Była  dziewczyną  z  dobrego  domu.  Bardzo 

piękną.  Mam  wrażenie,  że  gdyby  żyła,  byłybyśmy  teraz  dobrymi 

przyjaciółkami.  Ale  nie  bardzo  wiedziała,  co  robić  z  dzieckiem.  Nigdy  nie 

miałam  jednak  wątpliwości,  że  mnie  kocha.  Nawet  gdy  powtórnie  wyszła  za 

mąż, bardzo o mnie dbała. Miałam wszystko, co można dostać za pieniądze.

-

Czy wywoływało to w tobie poczucie winy?

-

Tak.  Wiesz,  ostatecznie  jakie  mam  prawo,  żeby  się  nad  sobą  użalać? 

Żyłam  w  dostatku.  Podróżowałam,  otrzymałam  znakomite  wykształcenie  w 

renomowanej szkole z internatem. Nigdy mnie nie bito, nie maltretowano.

-

Są  różne  formy  maltretowania,  nie  tylko  fizyczne.  Pod  niektórymi 

względami  twój  ojciec  był  geniuszem.  W  każdym  razie  był  dość  sprytny,  by 

przekonać  samego  siebie,  że  jego  alkoholizm  nie  jest  emocjonalnie 

wyniszczający. Ani dla niego, ani dla ciebie.

Przyniesiono im kawę. 

-    Dawałam sobie radę.

-

Jasne. Jesteś twarda.

Spojrzała  na  niego  ostro,  ale  roześmiała  się  na  widok  wąsów  z  pianki 

cappucino  pod  nosem  Flynna.  Sięgnęła  przez  stół  i  wytarła  mu  górną  wargę 

swoją serwetką.

background image

78

-

Dziwnie  się  czuję,  opowiadając  ci  to  wszystko.  Jakbym  zdradzała 

rodzinne sekrety.

Przytrzymał jej dłoń.

-

Mollie,  przysięgam  na  to,  jak  cię  pragnę,  że  nie  opublikuję  żadnych 

wspomnień bez twojej zgody.

Może rzeczywiście nam się uda, pomyślała. Może rzeczywiście jakiś układ z 

Flynnem  okaże  się  możliwy.  Mollie  skupiła  się.  Naprawdę  chciała  znaleźć 

maszynopis, by zobaczyć rozanielony wyraz twarzy Flynna.

-

No  dobrze  -  powiedziała.  -  Podejdźmy  do  sprawy  metodycznie.  Będę 

wymieniać miejsca, które pamiętam z dzieciństwa, i możemy je jutro odwiedzić. 

Flynn czekał w napięciu. Ale Mollie nic nie mówiła. Pamiętała ich mieszkanie, 

ale to prowadziło donikąd. Tak samo dom Marscelów.

-

Greenwich  Village  -  powiedziała  w  końcu.  -  Ojciec  miał  tam  wielu 

przyjaciół. Może powinniśmy tamod razu pojechać?

Wyszli z restauracji i Flynn zatrzymał taksówkę. Dojechali do wielkiego łuku 

na Washington Square. Mollie rozejrzała się. Było tu może więcej turystów niż 

dawniej,  ale  małe,  dziwaczne  sklepiki  wciąż  oferowały  najróżniejsze  towary, 

mieszkańcy reprezentowali wszystkie style od punka po wyszukaną elegancję, a 

kręte uliczki miały urok Starego Świata.

-

Ci przyjaciele? - zapytał Flynn. - Pamiętasz kogoś szczególnego?

Potrząsnęła głową.

-

Marscel wiedziałby lepiej.

Ulice  nie  przywoływały  żadnych  wspomnień.  Mollie  zatrzymała  się  przed 

witryną księgarni, gdzie wystawiono egzemplarz „Przejścia".

-

Wiersze  miłosne  dla  byłej  żony  –  powiedziała  z  sarkazmem.  -  Cóż  za 

marne uzasadnienie dla książki. Jeśli chodziło o kobiety, ojciec rzeczywiście był

niepoprawnym romantykiem.

-

I o rodzinę. Dla ciebie napisał całą książkę.

-

Może.

background image

79

Bezimienna melodyjka znowu przemknęła jej przez głowę. Tylko tym razem 

pamiętała początkowe słowa. Cicho zanuciła:

-

Południki i zwrotniki to coś więcej niż pewniki.

-

Co takiego, Mollie?

-

To była nonsensowna piosenka, którą ojciec dla mnie napisał. Pamiętam, 

jak siedziałam przy pianinie i śpiewałam o północy i południu.

Flynn stał cicho i czekał.

-

W górę, w dół, i w bok, i znów - jej głos zamarł. - Nie pamiętam. Może 

gdybym mogła to zagrać.

-

Staraj  się  to  zapamiętać.  -  Wciągnął  ją  do  księgarni  i  podszedł  do 

sprzedawcy. - Potrzebujemy pianina. Natychmiast.

-

Mamy nuty.

-

Nie rozumie pan. - Flynn podniósł głos i przemówił do ludzi w księgarni: 

- Potrzebuję pianina. Natychmiast. Zapłacę sto dolarów.

-

Załatwione, koleś. - Ciemnooki młody człowiek w czarnym podkoszulku 

podszedł do nich. - Mieszkam dwie przecznice stąd.

-    Chodźmy. - Flynn był niecierpliwy.

-

Najpierw pokaż forsę.

Flynn  otworzył  portfel,  równocześnie  wyciągając  młodego  człowieka  na 

ulicę.  Poszli  za  nim  do  nieprawdopodobnie  zagraconego  mieszkanka  pod 

stromym dachem domu z brązowej cegły.

Z sypialni wyszła rudowłosa dziewczyna o zmęczonym wyglądzie.

-

Kim są ci ludzie, Jerry?

-

Ten gość chce skorzystać z pianina.

Ruda  wzruszyła  ramionami  i  opadła  na  kanapę.  Flynn  usadowił  Mollie  na 

stołku  przed  klawiaturą.  W  odróżnieniu  od  reszty  mieszkania,  pianino  było 

wytarte z kurzu do połysku. Flynn zauważył w kącie dobrą gitarę.

-

Jesteś muzykiem, Jerry?

-

Studentem.

background image

80

Jednym palcem Mollie wystukiwała melodyjkę, mrucząc do wtóru, ale słowa 

nie przychodziły.

-

Nie pamiętam.

-

Spróbuj jeszcze raz.

-

Południki  i  zwrotniki  to  coś  więcej  niż  pewniki.  -  Palce  wykonywały 

dalsze ruchy, ale słowa wciąż umykały. - Coś o stopniach, coś w górę i w dół. I 

za  każdym  razem,  jak  jest  „w  górę",  to  uderzam  najwyższy  dźwięk,  skrajny 

klawisz.

-

Dziwna piosenka - powiedział Jerry.

Flynn oparł dłonie na jej ramionach, usiłując przelać w nią swoją energię.

-

Skup  się,  Mollie.  Czy  możesz  sobie  przypomnieć,  gdzie  uczyłaś  się  tej 

piosenki? Tu, w Nowym Jorku?

Zdumiewająco  wyraźnie  stanął  jej  przed  oczyma  salon  ich  nowojorskiego 

mieszkania, w pastelowych kolorach. W porcelanowych wazonach stały kwiaty. 

I  było  tam  dużo  książek.  I  palisandrowy  szpinet.  Jej  matka  wołała  z  drugiego 

pokoju, żeby Mollie usiadła i ćwiczyła.

Palce Mollie na klawiaturze wygrały etiudę.

Ale palisandrowy szpinet  nie był tym właściwym pianinem. Pierwszy obraz 

ustąpił  niewyraźnemu  innemu.  Stary  instrument  w  pokoju,  który  miał  dokoła 

same okna. Na zewnątrz tropikalne kwiaty i palmy. Mollie czuła zapach oceanu 

i słyszała szum fal.

-

To było na Keys. Na Florydzie.

Usłyszała  głos  ojca,  powtarzający,  że  nie  może  wyjść  na  dwór  i  bawić  się, 

póki nie przećwiczy piosenki. W wyobraźni sięgnęła w górę i włączyła metro-

nom, który zaczął tykać jak zegar.

Zamrugała i wspomnienie zniknęło.

-

Zapomniałam,

-

Spróbuj jeszcze raz zagrać.

background image

81

Zagrała znowu. I znowu. Wydawało się, że to bez sensu, ze nic więcej sobie 

nie przypomni, ale nagle jej palce zawisły na moment nad klawiaturą, a po chwil 

opadły  na  mą  i  Mollie  zaśpiewała  ostaje  linijki  dziwnej  Piosenki:  I  choć 

rozdzieli nas los przeniewierca tu masz wytyczony rytm twojego serca.

Odruchowosześć razy nacisnęła najwyższy klawisz.

-

Jest!- wykrzyknął  Flynn. - Wytyczony rytm twojego serca. - Podniósł ją 

ze stołka i okręcił wokoło

- Udało  ci  się,  Mollie.  Udało  ci  się!  -  Spoirzał  jej  w  oczy.  -  Chcesz  dalej 

próbować?

Potrząsnęła głową wyczerpana. Fllin objął ją opiekuńczo. 

-    Zabiorę cię do domu.

Wrócili do hotelu. Gdy tyIko otworzyły się drzwi jei pokoju, Mollie na ślepo 

ruszyła przed siebie i nadła na łóżko.

Usiadł koło niej, lekko masując jej plecy

- Jutro pojedziemy do domu na Keys. Nie wydaje ci się to zbyt łatwe?

- Nie. Wciąż nie wiemy, gdzie szukać

- Przypomnisz  sobie,  Mollie.  Wskazówka  musi  być  w  tej  piosence.  Jakaś 

mapa? Może coś dla żaglówek z południkami i zwrotnikami?

Z wysiłkiem przewróciła się na plecy i spojrzała na niego. Była zadowolona, 

bo Flynn był zadowolony. Ale gdzieś w środku czuła zimną igiełkę strachu. 

Teraz chciała tylko spać. Przez jakieś dwieście lat.

Zamknęła oczy.

ROZDZIAŁ 8

Nawet  zapach  świeżej  kawy  nie  mógł  zmusić  Mollie  do  wstania  z  łóżka. 

Wydawało  jej  się,  że  skoro  jej  mózg    pokonał  dystans  dwudziestu  lat,  aż  do 

czasów gdy grała ojcu na pianinie, teraz ma prawo do długiego snu zimowego. 

background image

82

A  jeśli  jej  na  to  nie  pozwalają,  to  może  być  tak  wściekła  jak  niewyspany 

niedźwiedź

Dobry humor Flynna nie poprawił jej nastroju.

-

Siódma godzina, Mollie. Pora ruszać

-

Jak się tu dostałeś?

- Wczoraj wieczorem gdy  usnęłaś, zabrałem twój

Mollie wygramoliła się złożka. Spojrzenie w łazienkowe lustro nie poprawilo 

jej humoru. Wyglądała okropnie. Tusz rozmazał się wokół oczu, cera była tak 

świeża jak u mamuta. A zęby obrosły jej już chyba futerkiem. 

Odkręciła krany nad wanną. 

Natychmiast rozległo się pukanie do drzwi łazienki

-  Czy  mogłabyś  raczej  wziąć  prysznic?-  zapytał  Fllin.  Samolot  mamy  o 

jedenastej,  a  obiecałem  Marscelowi,  ze  przed  wyjazdem  do  nich  wpadniemy.

- Samolot? - Mollie uchyliła drzwi łazienki.

-

Do Miami. Potem wynajmiemy samochód i pojedziemy na Keys,

-

Po co ten pośpiech?

-

Południki i zwrotniki - zanucił w odpowiedzi.

Zamknęła znowu drzwi i weszła pod prysznic.

Niewątpliwie  ta  nonsensowna  piosenka  zawiera  jakąś  wskazówkę,  ale  nie 

było żadnej gwarancji, że Mollie przypomni sobie te istotne linijki. Spróbowała 

zanucić melodię. Nie ma nic bardziej irytującego, niż mieć coś na końcu języka.

Po prysznicu, kawie i makijażu poczuła się lepiej. Nie wspaniale, ale lepiej. 

Rześkim krokiem wyszła z łazienki, uzbrojona w logiczne argumenty.

-

Flynn,  nie  widzę  żadnego  powodu,  dla  którego  miałbyś  marnować 

pieniądze  na  wyjazd  na  Florydę. Marscel i  ja  przeszukaliśmy hacjendę bardzo 

dokładnie.

-

To  prawda,  ale  nie  wiedziałaś,  czego  szukasz.  Jeśli  te  tak  zwane 

wytyczone  rytmy  twego  serca  to  oznaczenia  na  mapie,  zapewne  jest  to  mała 

notatka. Długość, szerokość, te rzeczy.

background image

83

-

Poza  tym  -  kontynuowała  chłodno  -  wszystko,  co  powinnam  zrobić,  to 

przypomnieć sobie słowa tej piosenki. Floryda nie jest mi do tego potrzebna.

Gdy Flynn usiadł na jej nie posłanym łóżku, Mollie musiała się odwrócić, tak 

nagła  była  myśl,  jak  wyglądałby  leżąc.  Miał  na  sobie  luźne  beżowe  spodnie  i 

białą  koszulę,  kontrastującą ostro  z opalenizną. Czy był  tak  opalony na  całym 

ciele? Przycisnęła dłonie do skroni, starając się odgonić nasuwające się obrazy. 

Pod wpływem nagłego impulsu usiadła obok Flynna.

-

Zamiast  na  Florydę,  pojedźmy  do  Maine,  do  ciebie.  Chciałabym 

odwiedzić twój dom.

-

To  kusząca  propozycja  -  powiedział  w  zamyśleniu.  -  Ale  nie  ma  nic 

wspólnego z poszukiwaniem „Klucza".

-

Pewnie, że ma. Możemy tam pojechać, ja się odprężę i na pewno zacznę 

sobie przypominać.

Gdy objął lekko jej ramiona, Mollie zesztywniała. Wiedziała, że usłyszy teraz 

przyjacielską radę. Flynn odmówi.

-

Musimy się z tym uporać, Mollie. W twojej przeszłości są pytania, które 

będą  nas  prześladować,  jeśli  nie  znajdziemy  na  nie  odpowiedzi.  -  Przytulił  ją 

mocniej. - Chcę cię całą. Nie tylko tę część, którą twoja przeszłość pozwala mi 

dostrzec.

-

A jeśli te ukryte części są brzydkie?

-

To  w  porównaniu  z  nimi  pozostałe  będą  tym  piękniejsze.  -  Przesunął 

końcem  palca  wzdłuż  linii  jej  włosów.  -  Czy  masz  jakieś,  wspomnienia  z 

Florydy?

-

Oczywiście, przecież mieszkałam tam z rodzicami każdej zimy. A po ich 

rozwodzie  spędzałam  letnie  wakacje  w  hacjendzie  ojca.  Tylko  z  nim.  I  z 

gospodynią, Marianną Escobar.

-

Jak tam było?

background image

84

-

Czy ja wiem? Właziłam na drzewa, czytałam książki, pływałam, bawiłam 

się lalkami. Dość typowo. - Spojrzała na niego. - Naprawdę wolałabym pojechać 

z tobą do Maine. Wtedy miałabym co napisać w moim pamiętniku.

-

W twoim pamiętniku?

Zeskoczyła z łóżka i zaczęła chodzić po pokoju.

-

To  niesamowite,  zupełnie  zapomniałam.  Przecież  prowadziłam 

pamiętnik! Pamiętam, jak zapełniałam strona po stronie. Taki niewielki, gruby, 

czerwony zeszyt. A może niebieski? Miałam go całe lata.

-

Pamiętasz, co się z nim stało?

-

Zapisałam cały. Pamiętam ostatnią stronę. -Oczyma duszy zobaczyła białą 

kartkę z cienkimi niebieskimi liniami i staranne, dziewczęce pismo.- Napisałam: 

Nie koniec, ale nowy początek. Może jutro znajdę grzebień syreny.

-

Grzebień syreny? - Flynn nie zrozumiał.

-

To taka bajka. Gdy syrena śpiewa i czesze włosy, może rozpętać sztorm. -

Mollie  znała  się  na  tyle  dobrze,  by  natychmiast  to  zinterpretować:  -  Grzebień 

syreny  symbolizuje  kontrolę  -  nad  wszystkim,  nawet  żywiołami.  Często 

marzyłam o takim grzebieniu.

-

To dlatego utrzymujesz tę maskę superzorganizowanej osoby, tak?

-

To nie jest maska. - Gdyby tylko nie miała stanów lękowych!

-

Żadnych napięć? - Flynn czytał w jej myślach. - Żadnych stresów?

-

Stres  jest  nieuniknionym  elementem  współczesnego  życia.  -  Ale  Mollie 

wiedziała,  że  udaje.  Czasami  czuła  się  jak  w  oku  cyklonu,  rozpaczliwie 

trzymając  się  pozorów  porządku,  by  cały  świat  nie  wymknął  się  jej  spod 

kontroli i nie znikł w nicości.

-

Nie zawsze byłaś taka porządnicka - poinformował ją Flynn.

-

Skąd wiesz?

-

Rozmawiałem  wczoraj  z  Claudine.  Powiedziała,  że  byłaś  typowym, 

nieporządnym dzieckiem. Twoja matka skarżyła się, że w twoim pokoju zawsze 

jest bałagan.

background image

85

-

Naprawdę?

-

Czy  nie  wszystkie  matki  tak  mówią?  Według  Claudine  twoje 

bałaganiarstwo  stało  się  pewnym  problemem,  gdy  mieszkaliście  w  Nowym 

Jorku, bo wasze mieszkanie nie było duże, a ty rozrzucałaś wszędzie zabawki.

Jakie  to  cudownie  normalne,  pomyślała  Mollie.  Utarczki  z  matką  na  temat 

bałaganu  w  pokoju.  Dlaczego  tego  nie  pamięta?  Może  Flynn  miał  rację, 

mówiąc, że wyrzuciła i złe, i dobre wspomnienia.

Ale były i bardzo złe. Szczególnie tu, na Manhattanie, tuż przed rozstaniem 

rodziców,  odbywały  się  wściekłe  kłótnie.  Matka  rzuciła  wazonem.  Ojciec 

kopnął krzesło. A mała Mollie siedziała wśród swoich zabawek, pragnąc mieć 

moc kontroli nad światem.

-

Teraz już nie bałaganię - powiedziała.

-

No więc? Co z wyjazdem na słoneczną Florydę?

-

Czemu nie? Wyciągnęła z szafy walizkę. - Ostrzegam  cię  tylko,  żebyś 

nie  próbował  myśleć  jak  mój  ojciec.  To  niemożliwe.  Nie  był  racjonalnym 

człowiekiem.

-

Zgoda. Ukrycie cennego maszynopisu i zostawienie wskazówki w umyśle 

dziecka jest absurdalne.

-

Przede wszystkim jest złośliwe - powiedziała, rzucając walizkę na łóżko. -

To jakby wstawał z grobu i kazał mi pamiętać o sobie.

-

Tęsknota  za  nieśmiertelnością.  Niektórzy  budują  pomniki.  Niektórzy 

piszą książki. - Złapał parę tenisówek, którą Mollie cisnęła w kierunku walizki. -

Niektórzy uważają, że miłość da im życie wieczne.

-

Fantastyczne. - Zmrużyła oczy. - A co z kobietami? Czy kobiety nie mają 

ochoty na nieśmiertelność?

-

Kobietom jest łatwo. Rodzą dzieci.

-

To  najbardziej  kretyńska  myśl,  jaką  kiedykolwiek  słyszałam.  Matki  są 

nieśmiertelne?  -  Wygarnęła  ubrania  z  szafy  i  rzuciła  na  walizkę.  -  To  chyba 

przebłyski męskiego szowinizmu.

background image

86

Flynn wolał skierować się ku drzwiom.

-

Jak  skończysz  pakowanie,  spotkamy  się  w  holu  i  przespacerujemy  do 

Marscelów przez Central Park.

-

Przespacerujemy? Skoro tak nam się śpieszy, czemu mamy iść?

Flynn  zawahał  się.  Chciał,  żeby  wizyta  w  Central  Parku  wyglądała  na  nie 

planowaną i nie budziła w niej niepokoju. Ale nie byłby w porządku, gdyby nie 

wyjaśnił.

-

Cłaudine  powiedziała  mi,  że  ojciec  często  zabierał  cię  na  spacery  do 

Central Parku.

Zmarszczyła  brwi,  wytężając  pamięć.  Tatuś  z  córeczką  w  Central  Parku? 

Niejasno przypominała sobie, że chciała grać w piłkę lub iść na spacer, ale nie 

wiązało się to z ojcem. Zawsze był zbyt zajęty. Albo zbyt pijany.

Żołądek  ścisnął  jej  niewytłumaczalny  gniew.  Gniew  z  domieszką  strachu. 

Wyczuła, że coś się jej przytrafiło w Central Parku. Coś strasznego.

-

Flynn? Nie chcę iść do parku.

-

Jesteśmy w Nowym Jorku - zauważył. - Powinniśmy to wykorzystać.

-

Obiecałeś, że nie będziesz mnie naciskać.

-

Nie będę, bo to się na nic nie zda. Sama musisz podejmować decyzje.

-

Aha,  wracamy  do  psychologii,  tak?  Uzależniony  sam  musi  szukać 

pomocy?

-

Znasz teorie Junga?

-

Z grubsza. Ale znasz mój pogląd na psychoanalityków.

-

Jung  twierdzi,  że  człowiek  potrafi  tłumić  swoje  pragnienia  i  lęki  tylko 

przez pewien czas. Jeśli się z nimi nie upora, podświadomość zaczyna działać i 

na siłę ciągnie go ku jego przeznaczeniu.

-

Urocza teoria - skomentowała. - Ale może ja niczego nie tłumię. Wiesz, 

niewykluczone, że jestem szczęśliwa, że jest tak, jak jest.

-

Jung  powiedział  też,  że  nie  można  osiągnąć  samoświadomości  bez 

cierpienia.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Nie  zmuszę  cię  do  spaceru  po  Central 

background image

87

Parku. I nie zaciągnę cię na siłę na Florydę. Ale przyjdzie taki moment, kiedy 

będziesz musiała coś zrobić z tymi atakami lęku, Mollie.

Uciekł  z  jej  sypialni  i  zatrzymał  się  w  holu,  nasłuchując.  Nie  słyszał  nic 

oprócz  odgłosów  energicznego  pakowania.  A  czego  się  spodziewał? 

Histerycznego  szlochu?  Wrzasków?  A  może  oczekiwał,  że  po  jego  małym 

wykładzie  wpadnie  w  znakomity  humor?  Dość  pretensjonalnie  mu  to  wyszło. 

Profesorek i jego wykład.

I co z tego, do diabła? Jest wykładowcą i facetem, któremu zależy na Mollie. 

Najgorsze  było  to,  że  tak  bardzo  się  kontrolowała.  Gdy  pojawiały  się 

wspomnienia  lub  prawdziwe  uczucia,  była  przerażona.  Z  jednym  wyjątkiem  -

nie przeraził jej pocałunek w tej magicznej jaskini w Kolorado.

Uśmiechnął się na wspomnienie tamtej fantastycznej chwili. Nigdy nie będzie 

w  stanie  zapomnieć  dotyku  jej  ciała.  Jego  miękkości.  Długich  nóg.  I 

namiętności.  Gdy  przestawała  się  kontrolować,  była  zdumiewająco  namiętną 

kobietą. Flynn westchnął. Samo wspomnienie wystarczyło, by zapragnął więcej.

Zwiózł na dół swoją walizkę, zapłacił rachunek i zasiadł w wygodnym fotelu 

przed  windami.  Gdy  Mollie  pojawiła  się  w  końcu,  w  aurze  delikatności, 

spotęgowanej  pastelowym  odcieniem  stroju,  Flynn  musiał  sobie  przypominać, 

że osoba w tym lekkim, kobiecym opakowaniu była naprawdę twarda.

Podeszła wprost do niego. Coś w linii jej ust, w wyrazie oczu mówiło mu, że 

jest spięta.

-

No dobra, Flynn. Załatwmy to.

-

Nie musimy.

-

Chyba jednak musimy. - Zacisnęła dłonie. - Sama myśl  o  Central Parku 

sprawia, że wariuję. A wciąż nie wiemy,  dlaczego ojciec narysował tę  mapkę. 

Może odkryjemy coś istotnego.

-

Bardzo logiczne.

Uśmiechnęła się lekko, samym kącikiem ust.

background image

88

-

Poza  tym  nie  mam  specjalnej  ochoty  być  ciągniętą  ku  memu 

przeznaczeniu. Wolę godność wyboru.

Flynn  poszedł  do  recepcji  załatwić  przechowanie  ich  bagażu,  a  Mollie 

przysiadła  na  poręczy  fotela.  Nieświadomie  przycisnęła  dłonie  do  brzucha  -

żołądek zwinął się w twardą  kulkę. Spojrzała z niechędą przez okno na  szary, 

wilgotny  świat.  Ponura  pogoda  pasowała  do  jej  nastroju.  Nieszczęśliwego. 

Wrogiego. Pełnego lęku.

Flynn, dla odmiany, był uosobieniem pogody. Wródł i podał jej ramię.

-

Pani pozwoli?

-

Chyba przydałby się nam parasol.

-

Kupimy jakiś w sklepie z upominkami.

-

A  zresztą,  nie  ma  sensu  kupować  parasola,  skoro  za  parę  godzin 

wyjeżdżamy na Florydę. Ale może...

-

Mollie, przestań. Chcesz parasol czy nie?

-

Przepraszam.  Jestem  trochę  rozdrażniona.  Może  lepiej  nie  zbliżaj się  do 

mnie, Flynn.

-

Nic z tego. Nie chcę być daleko od ciebie.

Wyszli z hotelu. Chociaż przez całe rano Flynn był dla niej miły i niczym jej 

nie uraził, Mollie z trudem hamowała wybuch. Zły znak, pomyślała. Park musi 

przypominać o  czymś strasznym. Tak dalece utradła kontrolę nad sobą, że nie 

była w stanie zdobyć się na zwykłą uprzejmość.

Na ulicy Flynn ujął ją pod ramię.

-

Nie  będę  z  ciebie  kpił.  I  nie  będę  wygłaszał  kazań.  Będę  dcho.  Ale 

pamiętaj, że jestem tu z tobą.

Nie  rozmawiali  w  drodze  do  Central  Parku.  Lepka  wilgoć  w  powietrzu 

zwiastowała burzę. Mollie czuła niemal, jak zatykają się pory jej skóry.

Weszli  do  parku  od  południowej  strony  i  chodzili  bez  celu  po  rozległych 

trawnikach  i  ścieżkach,  mijając  fontanny.  Z  zoo  doledało  ich  wycie  jakiegoś 

zwierzęcia. Fragmenty wspomnień powoli zaczęły nabierać kształtu.

background image

89

-

Ojciec przychodził tu ze mną w weekendy, kiedy dookoła było mnóstwo 

ludzi. Graliśmy w piłkę.

Mgła  spowijająca  jej  umysł  rozwiała  się  i  Mollie  ujrzała  wyraźnie.  Chude 

dziecko  szło  przez  park,  trzymając  ojca  za  rękę.  Mówił  jej  coś  ważnego,  ale 

właściwie go nie słuchała.

-

Zawsze dużo mówił - powiedziała. -1 widzieliśmy konie. Policjantów na 

koniach. A niedaleko jest staw, po którym pływają kaczki.

-

Często tam chodziliście?

-

Tylko  raz.  -  Ból  wspomnienia  był  tak  nagły,  że  aż  zatrzymała  się  na 

ścieżce.  -  Tam  mi  powiedział.  Przy  stawie  z  kaczkami  powiedział  mi,  że 

odchodzi. Mama i on rozwodzą się.

-

Tak mi przykro, Mollie.

Głos  Flynna  ledwo  do  niej  dotarł.  Ludzie  w  parku  stali  się  cieniami. 

Rzeczywistością było to, co zdarzyło się tu dawno temu.

-

To nie powinno było tak boleć - powiedziała. - Już dawniej wysłano mnie 

przedeż do internatu, więc nie byliśmy razem. Ale to co innego. Już nigdy nie 

miał mieszkać z mamą i ze mną.

Widziała go wyraźnie, jak tam stoi i przemawia do niej. Nagle zakryła ręką 

usta, żeby nie krzyknąć.

-

Co się stało?

-

Gdy mi to mówił, był pijany. - Opuściła dłoń.

Poczuła  zalewającą  ją  gorycz.  Zeszła  ze  ścieżki  i  ruszyła  przez  trawę, 

bezbłędnie  kierując  się  ku  stawowi.  Flynn  nie  odstępował  jej  na  krok.  Przy 

stawie złapała patyk i z całej siły cisnęła go do wody.

-

Był tak pijany, że nie mógł utrzymać się na nogach. Leżał tam na trawie i 

mówił,  że  musi  odejść.  Oczywiście,  będę  mogła  go  odwiedzać.  I  czy  to  nie 

będzie fajnie. Pojedziemy do hacjendy na Keys i będziemy łowić ryby. Fajnie! 

Bawić się w słońcu, jeść pomarańcze i kiwi.

background image

90

Podeszła  do  miejsca,  gdzie  ojciec  niegdyś  rozwalał  się  na  trawie,  leniwie 

podparty  na  łokdu.  Dwadzieśda  lat  minęło,  a  jednak  pamiętała  tę  scenę  z 

niezwykłą  wyrazistością,  jakby  trzymała  ją  pod  szkłem,  czekając,  komu  by  ją 

pokazać.  Flynnowi?  Dlaczego  miałaby  ufać  Flynnowi?  Oszukiwał  ją. 

Wykorzystywał ją. A jednak poczuła ulgę, gdy stanął przy niej.

-

Mów dalej, Mollie.

-

Gdy powiedział mi to po raz pierwszy, nie uwierzyłam. Wiec powtarzał i 

powtarzał, aż w końcu do mnie dotarło. - Odwróciła się i spojrzała na Flynna. -

To była moja tragedia. Moja. Miałam tylko siedem lat. Ale to ja musiałam się o 

niego  zatroszczyć.  Płakał.  -  Zaczęła  mówić  głośniej.  -  Napisz  to  w  biografii, 

Flynn. Legendarny, męski Woodrow Locke szlochał jak dziecko. A ja musiałam 

mu  pomóc  dostać  się  do  domu.  Położyłam  go  do  łóżka.  Pocałowałam  na  do 

widzenia. A następnego ranka już go nie było.

Wróciła  do  niej  tamta  wściekłość.  Chciała  wrzeszczeć,  krzyczeć,  cisnąć 

czymś. Ale teraz była tak samo bezradna jak wtedy. Nawet bardziej, bo ojciec 

nie żył. Nie mogła go przeklinać ani obwiniać. Odszedł.

Flynn wyciągnął rękę, ale odsunęła się.

-

Nie dotykaj mnie.

-

Wszystko będzie dobrze.

-

Muszę z tym skończyć. Muszę sobie przypomnieć. Coś mówił o książce. 

Może  chodziło  o  „Klucz".  -  Podniosła  wzrok  na  szare  niebo.  -  Nie  pomiętam 

dokładnie. Mówił, że zawsze będzie mnie kochać, ale wytłumaczy wszystko w 

książce,  którą  napisze  specjalnie  dla  mnie.  Powiedziałam,  że  nie  chcę  żadnej 

cholernej książki. Chcę mieć ojca. Jeśli da mi jakąś książkę, to ją spalę. Wrzucę 

do stawu z kaczkami. A on twierdził, że kiedyś, gdy dorosnę, zrozumiem.

Odwróciła się od stawu. Teraz mogła już wrócić do teraźniejszości.

-To wszystko, co pamiętam. -Ale czuła, jak macki zapomnianych uczuć wciąż 

ciągną ją z powrotem. - Ojciec musiał mówić o „Kluczu", a mapę Manhattanu 

background image

91

narysował po to, żeby pamiętać o obietnicy. Pewnie schował ten maszynopis, bo 

rzeczywiście uwierzył, że go zniszczę.

-

A zrobiłabyś to?

-

Tak.  -  Mollie  zacisnęła  usta.  Zbyt  wiele  słów.  Dość  już  powiedziała. 

Powinna  zamknąć  drzwi  do  przeszłości,  zanim  powie  coś,  czego  będzie 

żałować.  Ale  słowa  nie  dawały  się  zatrzymać.  -  Nazywał  mnie  swoją 

Zielonooką, swoją dzieciną, swoim kochaniem. A cały czas planował odejście. 

Uciekł jak tchórz. - Znowu powróciły falą zapomniane uczucia i Mollie mówiła 

szybko,  by  nie  utonąć,  nie  dać  się  wciągnąć  w  zimną  ciemność  niepamięci.  -

Oszukiwał  i  kłamał.  Obiecywał,  że  pójdziemy  popływać  albo  pograć  w  piłkę.

Ale nigdy nie dotrzymywał tych obietnic. Nic nie można było zaplanować, bo 

zawsze zapominał. O wszystkim, poza pisaniem. Zawsze miał czas na pisanie. I 

na butelkę, którą trzymał w dolnej szufladzie biurka.

Flynn objął ją i przytulił do piersi.

-

To musi być dla ciebie okropne, gdy inni - tacy kretyni jak ja - mówią ci, 

jaki to był z niego szlachetny geniusz.

-

Byl  pijakiem.  Obrzydliwym,  słabym  pijaczyną,  który  nie  miał  odwagi, 

żeby mnie kochać.

Zamknęła oczy i  oparła  się o  Flynna. Oczami duszy  widziała różne  obrazy. 

Ojciec  śpiący.  Tańczący,  Pijący.  Grający  w  piłkę.  Łowiący  ryby.  Piszący. 

Usłyszała  jego  rubaszny  śmiech,  jego  majaczenia.  Zacisnęła  dłonie,  usiłując 

opanować uczucia, ale już było za późno. Wypełniał ją bezsilny gniew.

-

Jak mógł mi to zrobić? Musiał mnie nienawidzić.

-

Zranił cię, Mollie.

-

Co zrobiłam źle?

-

Nic. Nic złego nie zrobiłaś.

-

Ale go nienawidziłam. - Nie, to nie tak. Nie mogła przecież nienawidzić 

własnego  ojca.  -  Naprawdę  go  nienawidziłam.  Pogardzałam  nim  do  tego 

stopnia, że chciałam go zabić. A potem on umarł.

background image

92

-

Już wszystko dobrze, Mollie. Przebiegł ją dreszcz.

-

Nie o to mi chodziło.

-

Oczywiście.

Ciemne  chmury  nad  Manhattanem  przeszyły  błyskawice,  ale  deszcz  był 

łagodny. Mollie pozwoliła zaprowadzić się na ławkę pod osłonę wielkiego dębu. 

Siedzieli  tam  przytuleni,  przyglądając  się  burzy,  która  przemyła  miejskie 

powietrze.

Mollie oparła policzek o pierś Flynna. Jego obecność pomagała na burzę, ale 

nie była w stanie usunąć trucizny ze wspomnień. Mollie czuła, jak gniew znika, 

rozpływa się, pozostawiając pustkę. Odetchnęła głęboko.

-

Nie chcę iść do Marscelów.

-

Jasne. - Poruszył się, by było jej wygodniej. - A co z Florydą?

-

Tam też nie chcę jechać. Co zapewne oznacza, że powinniśmy.

Flynn  objął  ją  mocniej.  Tak  bardzo  żałował  lekko  rzuconych  słów,  że  do 

samoświadomości dochodzi się przez cierpienie. Nie chciał, żeby wspomnienia 

Mollie były tak strasznie bolesne.

-

Nie chciałam przyjść do Central Parku - przypomniała. - Nie wiedziałam 

czemu, ale miałam okropne przeczucia. I tak samo czuję, gdy myślę o Florydzie.

Ale  czy  chce  kontynuować?  Zamknęła  oczy  i  próbowała  uczciwie 

odpowiedzieć. Podróż jeszcze się nie zakończyła.

-

Muszę  iść  dalej  -  oznajmiła.  -  Są  jeszcze  rzeczy,  których  się  muszę 

dowiedzieć.

Myśl  o  hacjendzie  ojca  na  Keys  budziła  w  niej  strach  zmieszany  z 

oczekiwaniem.

ROZDZIAŁ 9

background image

93

Hacjenda.  Mollie  dość  wyraźnie  przypominała  sosie  dom  ojca  na  Stamper 

Key, ponieważ  widać go było na wielu rodzinnych zdjęciach. A jeszcze  lepiej 

niż sam izm pamiętała długą, męczącą podróż na wyspy.

Po wylądowaniu w Miami wynajęli samochód. Mollie zapięła pasy, spojrzała 

na Flynna i zadała odwieczne dziecięce pytanie:

-

Daleko jeszcze?

-

Miałem nadzieję, że to ty mi powiesz.

-

Dawniej to trwało wieki - powiedziała. - Kiedy byłam małą dziewczynką, 

pamiętam,  że  siedziałam  na  tylnym  siedzeniu  samochodu,  przyglądając  się 

wspaniałym zapewne widokom i nudząc się śmiertelnie.

-

Tylko raz przedtem tu byłem - powiedział Flynn - ale  wydaje  mi  się,  że 

powinniśmy jechać autostradą numer 1.

-

Skoro tak uważasz.

Jej  obojętność  bardzo  go  martwiła.  Po  wybuchu  w  Central  Parku  Mollie 

wyglądała  na  niespokojną.  W  samolocie  grzebała  w  talerzu,  przerzucała 

tygodniki - unikała  odpowiedzi na  pytania.  Była  cicha  i  uprzejma,  bez  swego 

zwykłego sarkazmu, ale nie była sobą. I brakowało mu jej energii.

-

Dobrze się czujesz? Trochę się zaczynam przez ciebie denerwować.

-

Wszystko w porządku - zapewniła go szybko.

-

Ale jesteś taka przygnębiona. Od wieków mi nie docięłaś.

Uśmiechnęła się sztucznie jak manekin na wystawie,

-

Chyba jestem trochę rozkojarzona. Tak jakbym czekała na coś, co ma się 

zdarzyć.  Rozpoczęłam  tę  trudną  podróż,  a  nie  jestem  pewna,  co  mnie  w  niej 

czeka.

-

Chcesz zawrócić?

-

Nie teraz. Dwadzieścia lat zajęło mi dotarcie aż tutaj.

Flynn  uruchomił  samochód  i  ruszył  przez  Miami.  Nie  wiedział,  czego 

oczekiwać po nowym wcieleniu Mollie, i bardzo go to niepokoiło. Odwołał się 

więc do bardziej mu znanej strony jej osobowości.

background image

94

-

Słuchaj, czy mogłabyś coś zorganizować?

-  Oczywiście.  -  Wyprostowała  się,  przeczesała  palcami  włosy,  oczy  jej 

zabłysły.  Stała  się  uosobieniem  sprawnego  pracownika.  -  Co  mam 

zorganizować?

Jej przeobrażenie było tak nagłe, że Flynn się roześmiał.

-

Niesłychane.

-

O czym ty mówisz?

-

W  ułamku  sekundy  zmieniłaś  się  z  zamyślonej,  przygnębionej 

dziewczyny w przykład porządku i sprawności.

-

Wcale nie byłam zamyślona i przygnębiona - zaprotestowała.

-

Jasne. Ale proszę, pozostań w tym wcieleniu. Musimy zastanowić się nad 

planami.

-

Masz  rację.  Powinnam  zadzwonić  do  Marianny  na  Key  West,  żeby 

dowiedzieć się, jak można się dostać do hacjendy. Poza tym potrzebujemy ubrań 

na  tutejszy  klimat.  No  i  trzeba  załatwić  jakiś  nocleg.  To  niby  nie  jest  szczyt 

sezonu, ale na Keys jest zawsze mnóstwo turystów.

Na  południe  od  Miami,  w  Biscayne  Bay,  zatrzymali  się  przy  małej 

kawiarence. Mollie weszła do budki telefonicznej, a Flynn zamówił dwie kawy i 

ciasto cytrynowe.

Kawiarenka  nie  leżała  przy  plaży,  ale  panował  w  niej  plażowy  nastrój.  Na 

ścianie z desek rozwieszono sieci rybackie, akwarele przedstawiały żaglowce i 

tropikalne  rośliny.  Za  wielkim  oknem  widokowym  rosły  paprocie,  hibiskus  i, 

oczywiście, palmy.

Woodrow Locke dobrze wybrał, pomyślał Flynn. Żyć poza cyplem Florydy, 

w słońcu, z oceanem dookoła. Niecierpliwie oczekiwał widoku oceanu i okazji 

do  zwiedzenia  wysp  w  towarzystwie  Mollie.  No  i  znalezienia  „Klucza", 

przypomniał sobie. Ostatecznie po to tu właśnie przyjechali.

Mollie wróciła do stolika przy oknie.

background image

95

-

Udało  mi  się  złapać  Mariannę  -  powiedziała.  -  Dobrze,  że  miałam  jej 

adres. Zawsze wysyłam jej kartki z życzeniami świątecznymi.

-

Świetnie.  -  Skinął  na  kelnerkę,  by  nalała  jeszcze  kawy.  -  No  i  co 

powiedziała Marianna?

-

Zgadnij, gdzie będziemy dzisiaj nocować.

-

Sądząc  z  wyrazu  twojej  twarzy,  będzie  to  coś  niezwykłego.  Gdzieś  na 

plaży? Na hamakach zawieszonych na drzewach mangrowych?

-

Fuj,  nie.  Mangrowce  rosną  na  moczarach.  A  my  będziemy  mieszkać  na 

łodzi rybackiej - oznajmiła Mollie.

-

Łodzie rybackie są zazwyczaj wyposażone w rybaków. - A tak się cieszył, 

że spędzi trochę czasu sam na sam z Mollie. - Czy zechcą zrobić sobie wolne?

-

To mała łódź - wyjaśniła. - Jeden z kuzynów Marianny wyjechał na całe 

lato i jego łódź stoi nie używana. Marianna zaproponowała, żebyśmy przyjechali 

na  Key West,  wzięli łódź  i  zacumowali przy pomoście  na  Stamper  Key. To  o 

rzut kamieniem od hacjendy ojca.

Fllin poczuł ulgę.  Bcdzie z nią sam na samj a w dodatku na łodzi, kołysząc 

się łagodnie na falach. Nie liczył co prawda na romans, ale pragnienie kochania 

się z Mollie w promieniach zachodzącego słona wypełniało go całego. Życie nie 

mogłoby już zaofiarować mu nic lepszego.

Mollie wypiła kawę, spojrzała na zegarek i poprosiła o rachunek.

-  Zrobimy  tu  zakupy,  potem  pojedziemy  na  Key  West.  Powiedziałam 

Mariannie, że będziemy przed zmierzchem.

Jej zielone oczy błyszczały, była gotowa stawić czoło światu, a Flynn nie miał 

zamiaru jej w tym przeszkadzać. Z przyjemnością oddał jej prowadzenie. Teraz 

poszukiwanie maszynopisu było ważniejsze dla niej niż dla niego.

-  Tylko  nie  jedź  za  szybko  -  powiedział,  wręczając  jej  kluczyki  do 

samochodu.

Mollie prowadziła szybko, ale bezpiecznie. Pojechali do niewielkiego domu 

towarowego, gdzie kupili stroje kąpielowe, hawajskie koszule i szerokie szorty -

background image

96

typowy wakacyjny ubiór. Później szybko zrobili zakupy w sklepie spożywczym, 

zaopatrując sie głównie w owoce i napoje.

Mollie  rzuciła  okiem  na  mapę  i  skierowała  się  ku  autostradzie  U.S.  1, 

najdłuższej  biegnącej  nad  oceanem  autostradzie  na  świecie.  Za  Florida  City 

pierwszy  odcinek  Overseas  Highway  prowadził  przez  dalszą  częsc  bagien 

Everglades - grube trawy kosodrzewina, karłowate dęby i  palmy. Kępy  mang-

rowcow. Ciepłe powietrze i zapach wody To był smutny kraj, ale egzotyczny. A 

wkrótce  będą  jechać  nad  morzem,  wąską  wstążką  autostrady  oddzielającej 

Zatokę  Meksykańską  od  Atlantyku.  Flynn  nigdy  nie  mieszkał  na  południu 

Florydy, ale wydawało mu się, ze wraca do domu.

Tuż  przed  Key  Largo  minęli  ostatni  znak  przejścia  dia  krokodyli,  potem 

przecięli Key Largo i park Painekamp, aż w końcu wyjechali nad otwarte morze. 

Ponieważ  Keys  od  strony  Atlantyku  osłania  rafa  ioralowa,  wody  były  gładkie 

jak lustro i gdzieś na horyzoncie zlewały się z szafirowym niebem.

Zaledwie  parę  godzin  temu  byliśmy  w  Nowym  Jorku,  pomyślał  Flynn.  Aż 

trudno  uwierzyć,  że  te  dwa  śwaty  istnieją  na  tej  samej  planecie.  Odetchnął  z 

zadowoleniem, po czym rozparł się na siedzeniu i wyciągnął grube cygaro.

Mollie zmarszczyła nos.

-

Kiedy kupiłeś to okropieństwo?

-

Kiedy  ty  robiłaś  przegląd  kostiumów  kąpielowych.  -  Zaciągnął  się, 

wypuścił dym i  przygryzł cygaro zębami. - Nie  martw się,  Mollie. To nie jest 

nałóg. Palę cygara tylko przy specjalnych okazjach, jak na przykład powrót na 

morze. To wspaniałe, prawda?

-

Powiedzmy  -  burknęła  niechętnie.  -  Czy  masz  jeszcze  jakieś  dziwne 

zwyczaje, o których powinnam wiedzieć?

-

No...  nad  morzem  mam  skłonności  do  poezji.  Zdarza  mi  się  to  też  o 

zachodzie słońca. Chyba nie masz nic przeciwko temu?

-

Nie.  Dopóki  nie  zaczniesz  cytować  Woodrowa  Locke'a.  -  Wzrok  miała 

utkwiony przed siebie, we wstążce autostrady. - Czy pisałeś kiedyś wiersze?

background image

97

-

Wyprodukowałem  swoją  część  pełnych  udręki  poematów.  Nachodziło 

mnie  to  szczególnie  w  Paryżu.  To  miasto  ma  coś  w  sobie.  W  chwili  gdy 

zobaczyłem  wieżę  Eiffla,  poczułem  niewytłumaczalną  potrzebę  wynajęcia 

mansardy, picia anyżówki i cierpienia za sztukę.

-

No i?

-

To nie leżało w moim charakterze. W gruncie rzeczy jestem komercyjnym 

pisarzem,  któremu  zależy  na  pieniądzach.  Ale  to  właśnie  w  Paryżu  napisałem 

moją pierwszą powieść sensacyjną, pełną broni, szpiegów i seksownych kobiet.

-

To dobrze, że nie masz zbyt artystowskich skłonności.

-

No,  zdarza  mi  się.  -  Mrugnął  do  niej.  –  W  Paryżu  pozowałem  nago 

studentom sztuk pięknych.

Roześmiała  się,  a  wiatr  rozrzucał  jej  włosy,  słońce  zarumieniło  policzki. 

Flynn patrzył jak zahipnotyzowany. Była piękną kobietą, pełaą życia. Jak mogło 

mu przyjść do głowy, że jest nieszczera? Mollie była tak prawdziwa i ziemska 

jak zapach słonej wody w powietrzu.

-

Jak to dobrze słyszeć twój śmiech - powiedział.

-

Jak to dobrze się śmiać. - Rzuciła mu surowe spojrzenie. - Ale nie życzę 

sobie żadnej analizy. Pal to swoje głupie cygaro i ciesz się życiem.

Flynn przyglądał się lazurowemu niebu i wszechobecnej wodzie, w miarę jak 

mijali  jedną  zieloną  wysepkę  po  drugiej.  Na  drodze,  którą  zamierzają  się 

posuwać, mogą czyhać emocjonalne niebezpieczeństwa. Tak jak rafy koralowe 

otaczające  Keys  -  piękne  rafy,  które  są  odpowiedzialne  za  setki  zatopionych 

statków. Ale Flynn nie chciał teraz o tym myśleć.

-

Chyba  powinniśmy  zatrzymać  się  przy  hacjendzie  na  Stamper  Key  -

powiedziała. - Zobaczyć, czy pomost ciągle istnieje.

-

Pomost przy domu twego ojca?

Przytaknęła.

-

Ciekawa jestem, jak to wygląda. Nie byłam tu od trzynastu lat.

background image

98

Autostrada  przecinała  małe  wysepki  i  zawsze  wracała  nad  morze.  Po 

dramatycznym  przejeździe  mostem  nad  kanałem  Moser,  w  głosie  Mollie 

pojawiła się nuta podniecenia.

-

Teraz  Big  Pine  Key,  Pigeon  Key,  potem  dwie  małe  wysepki,  wreszcie 

Stamper.

Flynn powinien być wniebowzięty perspektywą wizyty w domu literackiego 

idola. Tymczasem bardziej obchodziła go Mollie. Nie chciał, by znów cierpiała.

Gdy na  Stamper  Key zjechała z  autostrady  i  skierowała się na  wąską drogę 

wijącą się wśród palm kokosowych, powiedział:

-

Chyba nie powinniśmy tu jeszcze przyjeżdżać.

-

Po co odkładać na później to, co nieuniknione?

Wąska,  zarośnięta  dróżka,  którą  jechali,  była  przegrodzona  łańcuchem  z 

wiszącą tablicą: „Przejście wzbronione". Mollie zatrzymała samochód.

-

Przemyślmy to - zaproponował. - Naprawdę nie musimy tam jeszcze iść. 

Sporo dzisiaj przeszłaś i może lepiej będzie...

-

Teraz ty kręcisz, Flynn. Dlaczego? Wypuścił wielki kłąb dymu.

-

Miło widzieć, jak znów jesteś sobą.

-

I boisz się, że znów zacznę być zamyślona i przygnębiona?

-

Coś w tym rodzaju - przyznał.

Złapała go za kolorową hawajską koszulę i przyciągnęła do siebie. Flynn nie 

mógł  się  oprzeć.  Objął  Mollie,  zahipnotyzowany  blaskiem  jej  zielonych  oczu. 

Gdy  ich  wargi  spotkały  się,  przebiegł  go  prąd  podniecenia,  wypełniając 

zmysłową obietnicą.

Mollie odsunęła się delikatnie.

-

Dziękuję, że się o mnie troszczysz.

Wysiadła  z  samochodu  i  obróciła  się  powoli,  przyglądając  się  gajowi 

palmowemu, drzewom sączyńca i figowcom, rozpościerającym zielony parasol 

nad  wysokimi  zaroślami  kwitnącego  na  czerwono  i  pomarańczowo  hibiskusa. 

Mała jaszczurka przebiegła w wysokich trawach i zniknęła w gąszczu.

background image

99

-

Dojechałaś tu bez wahania - zauważył Flynn.

-

Czy tak wyraźnie pamiętasz to miejsce?

-

Nie  zapominaj,  że  po  śmierci  ojca  byłam  tu  z  Marscelem.  Miałam 

szesnaście lat i ten pobyt został mi w pamięci.

Przeszła pod łańcuchem z tabliczką „Przejście wzbronione". Stamper Key to 

coś;  co  znak.  Wyraźnie  pamiętała  przede  wszystkim  zapach  słonej  wody, 

zmieszany  w  ciepłym  powietrzu  z  zapachem  wilgotnej  ziemi.  Przeciągnęła 

palcem po zwyczajnej, metalowej skrzynce na listy z napisem „Locke".

-

Moja  matka  nienawidziła  tu  przyjeżdżać,  bo  nie  było  tu  żadnego  życia 

towarzyskiego.  Key  West  jest  jeszcze  ze  dwadzieścia  mil  stąd,  a  miejscowi 

rybacy nie byli dla niej odpowiednim towarzystwem. -Mollie szła ostrożnie po 

zarośniętym  podjeździe.  –  Marianna  mówi,  że  hacjenda  jest  w  nie  najlepszym 

stanie. Od czasu do czasu mieszkali tu jacyś jej krewni, którzy pilnowali domu i 

sprzątali. Ale przeważme dom stał pusty.

Obeszli  kępę  palm i  Mollie  zatrzymała  się  bez  ruchu,  patrząc  na  trawy  pod 

nogami.  Wiedziała,  że  gdy  podniesie  głowę,  zobaczy  hacjendę.  Dom  jej 

wspomnień.  Miejsce,  w  którym  spędziła  z  ojcem  wiele  czasu.  Nonsensowna 

piosenka o południkach i zwrotnikach dźwięczała w jej głowie na tle krzyków 

rybołówek  i  wędrujących  tropikalnych  ptaków  śpiewających.  W  końcu  tu 

dotarła,

Flynn ujął jej dłoń.

-

Witaj w domu, Mollie.

Powoli uniosła głowę i otworzyła oczy.

ROZDZIAŁ 10

Piętrowy,  drewniany  dom  miał  szeroką  werandę  i  balkony  z  kutymi 

żelaznymi  balustradami.  Mollie  zapamiętała  czyste,  białe  ściany,  żaluzjowe 

background image

100

okiennice i ciemnoszare, łupkowe gonty na dachu. Na widok tego, co zostało z 

hacjendy ojca, przebiegł ją dreszcz.

Okna,  przy  których  brakowało  okiennic,  zostały  zabite  deskami.  Z 

przegniłych ścian obłaziła farba. Rynny zżarła rdza. Dach nad werandą zapadł 

się,  częściowo  blokując  wejście.  Chroniąca  fundament  krata  była  połamana. 

Chwasty rozpanoszyły się w ogrodzie, o który niegdyś dbał ogrodnik, a wielki 

cab  przed  domem  stracił  wszystkie  liście,  odsłaniając  szkielet  domku  na 

drzewie.

-

A tak tu było ładnie - powiedziała ze smutkiem.  Dawno temu,  gdy była 

małą dziewczynką, wszyscy «ah na werandzie, a mamusia i tatuś trzymali ją za 

jęce.  Byli  taką  ładną  rodziną.  -  Wisiały  tu  kosze  z  azaliami  i  oleandrami.  -

Spojrzała na dach. -To niebywałe, że dom wciąż stoi - zwróciła się do Flynna.

-

Jeśli szkielet jest zdrowy, to dom da się wyremontować - zauważył.

-

Naprawdę tak sądzisz? Szkoda, żeby całkiem dobry dom tak sięmarnował. 

-  Odwróciła  się.  -  Co  ja  wygaduję?  Nie  ma  po  co  go  naprawiać.  Nawet  nie 

wiem, do kogo on teraz należy.

-

Do ciebie.

-

Co? - odwróciła się i zagapiła na Flynna. - O czym ty mówisz?

-

Cała  posesja  jest  twoją  własnością.  Marscel  wspomniał  o  tym,  kiedy 

przeglądaliśmy  papiery  twego  ojca.  -  Przyjrzał  się  jej.  -  Przecież  musiałaś 

wiedzieć o hacjendzie.

-

Nie  wiedziałam.-  Energicznie  ruszyła  ku  domowi.  Naprawdę  hacjenda 

była jej? - Chyba się mylisz.

-

Marscel kilkakrotnie o tym mówił. Tak jak i ty uważa, że pusty dom się 

marnuje, ale podobno ile razy usiłował z tobą o tym porozmawiać, zbywałaś go.

-

Pamiętam, jak pytał, co zrobimy z domem, ale sądziłam, że to tylko takie 

sobie gadanie. Nie przyszło mi do głowy, że do mnie należy decyzja.

Mollie  dokładniej  przyjrzała  się  budynkowi.  Nawet  jeśli  domu  nie  da  się 

wyremontować,  działka  musi  być  sporo  warta.  Może  przecież  wykorzystać  tę 

background image

101

ziemię.  Uporządkować  i  sprzedać.  Albo  podarować  jakiejś  instytucji 

dobroczynnej - dla dzieci na dom zastępczy albo rodzaj internatu. Lianie by się 

tu podobało, pomyślała.

Zarośniętą  dróżką  z  płaskich  kamieni  doszła  na  tył  domu,  do  patio.  Czy 

kostrukcja  była  zdrowa?  Trzeba  będzie  zatrudnić  firmę  budowlaną,  która 

oceniłaby stan domu. Dach nie wyglądał zachęcająco. Brakowało wielu gontów, 

zapewne  uniesionych  silnym  wiatrem.  Ale  zauważyła  także,  że  mansardowe 

okno jest nietknięte.

Flynn szedł za nią.

-

Nie  mogę  uwierzyć,  że  nie  wiedziałaś.  Jesteś  tak  wspaniale 

zorganizowana, że zapewne nie gubisz nawet ołówków. Więc jak mogłaś zgubić 

dom?

-

Sprawy  majątkowe  mego  ojca  były  straszliwie  zagmatwane.  Jedyny 

testament, jaki zostawił, był napisany w barze przy pomocy pijanego adwokata. 

Pamiętaj, że żyły trzy byłe żony, w tym moja matka, które domagały się swojej 

części,  nie  wspominając  tłumu  kompanów  od  kieliszka  i  dawnych  kochanek, 

którym obiecał  różne rzeczy. Początkowo wyglądało  na  to,  że nie  odziedziczę 

ani grosza. Potem przez długie lata dostawałam od Marscela różne dokumenty, 

mówiące o nowych ustaleniach.

-

Ale dom? Na Florydzie?

-

Pamiętaj, że byłam wtedy nastolatką. Poza tym rodzina mojej matki była 

bogata,  więc  nigdy  nie  potrzebowałam  pieniędzy.  Kiedy  już  osiadłam  w 

Chicago i uporządkowałam swoje życie, nie obchodziło mnie, co zostawił mój 

ojciec. Dokumenty przysyłane przez Marscela przeważnie odkładałam do teczki, 

wcale ich nie czytając. - Zmarszczyła brwi.  - Marscel zresztą chyba nigdy nie 

przysłał mi aktu  własności, bo jest moim adwokatem i  trzyma  wszystkie moje 

papiery.

-

To niepodobne do kompetentnej, zorganizowanej Mollie.

background image

102

-

Zauważyłeś  już  zapewne  -  odparła  z  nutą  sarkazmu  -  że  w  sprawach 

związanych z moim ojcem nie jestem ani kompetentna, ani zorganizowana.

Mollie dobrze wiedziała, że to nie była prawda. Szukała wykrętów, aby nigdy 

nie objąć hacjendy w posiadanie.

Z tyłu domu rozciągało się wielkie patio, obrzeżone drzewkami limonowymi. 

Obok  zarośnięte  podwórze  z  kamiennym  zegarem  słonecznym.  Ta  właśnie 

strona,  zwrócona  ku  morzu,  powinna  była  być  najbardziej  narażona  na 

zniszczenie,  ale  chroniły  ją  gęste  zarośla  figowca  i  palm.  Mollie  wyciągnęła 

rękę  i  dotknęła  ściany.  Pomimo  gorącego  słońca  południa  drewniana  ściana 

wydawała się zimna i martwa.

Po  raz pierwszy przyszło  jej do głowy, ze świadome odrzucanie przeszłości 

może  mieć  daleko  idące  konsekwencje,  wykraczające  poza  jej  życie.  Gdyby 

zadała  sobie  trud  poznania  swego  dziedzictwa,  dowiedziałaby  się  także  o  tym 

domu.  Zamiast  stać  tyle  lat  w  opuszczeniu,  hacjenda  mogła  służyć  jakimś 

zbożnym celom.

-

Teraz nic na to nie poradzę. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku plaży, 

skąd  dochodził  odgłos  rozbijających  się  o  brzeg  fal.  -  Zobaczmy,  czy  pomost 

jeszcze stoi, i ruszajmy dalej.

Stara przystań wydawała się dobrze zachowana, Grube deski trzeszczały pod 

stopami Moliie, ale były wciąż solidne. Doszła do końca i wpatrzyła się w linię 

horyzontu, gdzie błękit morza zlewał się z błękitem nieba. Keys to takie dziwne 

miejsce -  bagniste,  małe  wysepki,  dom żółwi,  miniaturowych  jeleni  i  barraku-

dy,  ale  nie  człowieka.  Niebezpieczne  miejsce,  otoczone  rafami  koralowymi, 

wystawione  na  sztormy.  A  równocześnie  magiczne.  Moliie  nie  podzielała 

poetyckich ciągot Flynna, ale bezmiar wody i dziwne, porośnięte mangrowcami 

wysepki działały na nią uspokajająco.

Powoli odwróciła się i spojrzała na dom. Widziany z tego miejsca, częściowo 

zasłonięty palmami, figowcami i krzewami, nie był taki brzydki. Coś z dawnego 

czaru pozostało.

background image

103

-

Nie jest taki zły - powiedziała. - Można go wyremontować.

-

Mógłby być piękny.

Fłynn  stanął  tuż  za  nią,  a  jego  dłonie  przesunęły  się  po  jej  ramionach. 

Ucieszyła się, że właśnie w tej chwili jej dotknął. Potrzebowała oparcia. Gdy tak 

stała na pomoście, czując rytm fal i patrząc na morze, bliskość Flynna wydawała 

się czymś oczywistym.

Zanuciła na wpół przypomnianą piosenkę, ale potrząsnęła głową.

-

Nic szczególnego nie pamiętam. Chyba szok na widok tak zaniedbanego 

domu  przegnał  wszystkie  moje  wspomnienia.  -  Wzruszyła  ramionami  i  oparła 

się plecami o Flynna.

Objął ją, splatając dłonie pod jej piersiami. Mollie głęboko oddychała słonym 

powietrzem  wysp.  Ciało  Flynna  było  ciepłe  i  solidne.  Flynn  dał  jej  coś,  w  co 

mogła wierzyć.

Obróciła  się  w  obręczy  jego  ramion  i  spojrzała  mu  w  twarz.  W  otoczeniu 

zmysłowej zieleni wyglądał bardzo naturalnie.

-

Podoba ci się tu, prawda?

-

Ty mi się podobasz.

Jego usta spoczęły na jej ustach, budząc dreszcz oczekiwania, który przebiegł 

od warg aż po palce u stóp. Ciało Mollie poddawało się fali nowych doznań, a 

mózg  wydawał  się  nie  rejestrować  niczego  oprócz  przyjemności  pocałunku. 

Wdychała męski zapach Flynna, zmieszany w zapachem morskiego powietrza.

Jej palce gładziły jego gęste, jasne włosy i wędrowały niżej, na silne ramiona. 

To ciało - długie, mocne, szczupłe - bardzo jej odpowiadało. Los był życzliwy, 

że ich zetknął.

Bez tchu, całą siłą woli odsunęła się od niego.

-

Musimy przestać.

-

Dlaczego?

-

Bo jeśli posuniemy się dalej, to mogę mieć ochotę na kochanie się z tobą.

-

Nie mam nic przeciwko temu.

background image

104

-

Wtedy nigdy nie dotrzemy do Key West.

-

Zawsze jest jeszcze jutro.

-

I nigdy nie znajdziemy „Klucza".

Wysunęła się z jego objęć i zrobiła dwa zdecydowane kroki. Jego magnetyzm 

działał na nią, ale nie chciała teraz ulec.

-

Chyba zaczynam ci ufać. Czy to nie zdumiewające?

-

Dlaczego zdumiewające?

-

No, jesteś przecież nieodpowiedzialnym poszukiwaczem przygód.

-

Naprawdę?

Uśmiechnęła się kwaśno.

-

Flynn, staruszku, odpowiedzialni ludzie nie skaczą z lecących samolotów, 

nie  wyruszają  w  podróż  na  łódce  domowej  roboty  ani  nie  wspinają  się  w 

wysokich górach.

-

Może powinni.

-

I  mam  jeszcze  inne  powody,  żeby  ci  nie  ufać.  Jesteś  wykładowcą  i 

pisarzem przygotowującym biografię mojego ojca. A ja nauczyłam się nie ufać 

właśnie takim ludziom. – Przechyliła głowę i przyjrzała mu się. - Jesteś pewien, 

że nie masz dublera, który zajmuje się stroną intelektualną?

-

Nie.  -  Jednym  krokiem  pokonał  dzielącą  ich  przestrzeń.  -  Nigdy  nie 

mówitem, że jestem supermanem. Może lepiej nie oczekuj ode mnie zbyt wiele.

-

Mówisz,  że  lepiej  ci  jednak  nie  ufać.  Tak?  -  Zaglądała  mu  głęboko  w 

oczy,  pragnąc  odczytać  motywy  jego  postępowania.  -  Czy  masz  zamiar  mnie 

zdradzić, Flynn?

-

Oczywiście,  że  nie.  -  W  jego  spojrzeniu  dostrzegła  szczerość, ale  słowa 

nie uspokajały. - Oboje wiemy, że mogę cię rozczarować. Gdy to się skończy, 

gdy znajdziemy, co  mamy do  znalezienia, zapewne każde z nas pójdzie swoją 

drogą.

-

Rozumiem. Nie planuję przyszłości z tobą. Żadnych projektów. Nic z tych 

rzeczy.

background image

105

-

Nie chcę cię zranić.

Wyciągnął rękę, ale Mollie szybko się odsunęła.

-

Nie  martw  się.  Żyję  dla  dnia  dzisiejszego.  Nie  dla  jutra,  nie  dla 

przyszłości,  bliższej  czy  dalszej.  -  Spojrzała  na  zegarek.  -  A  dzisiaj  musimy 

jechać dalej, na Key West.

Z  wielką  energią  pomaszerowała  ścieżką,  okrążyła  dom  i  skierowała  się  do 

samochodu.  On  może  odejść,  ona  może  odejść.  To  co?  Flynn  zachowuje  się, 

jakby próbowała wcisnąć mu obrączkę na  palec.  Albo zarzucić  pętlę na  szyję. 

Czego on się boi?

-

Śmieszne - mruknęła, wsiadając do samochodu i ruszając w stronę szosy. 

Tylko słońce wydawało się nieco mnie jasne, a szum fal bardziej monotonny. 

Marianna,  hałaśliwa  kobieta  w  kwiecistej  luźnej  sukni,  przywitała  Mollie 

okrzykami radości.  Wciągnęła  ich do  swego  czyściutkiego domu  i  usadziła  za 

stołem.

-

Najpierw  coś  wam  pokażę.  —Mówiła  mieszanką  angielskiego, 

hiszpańskiego i dialektu bahamskiego.

-

 A potem, dziecinko, coś zjecie.

Zanim Mollie zdążyła zaprotestować, Marianna wcisnęła jej w rękę album. W 

środku  były  wklejone  wszystkie  bożonarodzeniowe  kartki  od  Mollie,  a  na 

każdej widniał śnieg.

-

To  mój  skarb  —  uśmiechnęła  się  szeroko  Marianna.  -  Widziałam  śnieg 

leżący  na  ziemi,  jak  raz  odwiedziłam  Nowy  Jork.  Ale  nigdy  w  życiu  nie 

widziałam padającego śniegu.

-

Przyjedź  do  mnie  na  styczeń  do  Chicago  -  zaproponowała  Mollie.  -

Zobaczysz tyle padającego śniegu, że będziesz go miała powyżej uszu.

-

Daj  spokój,  dziecinko.  -Marianna  krzątała  się  w  kuchni.  -  Nie  mogę 

zostawić mojej rodziny na cały miesiąc. Zwariowaliby. Och, zagłodziliby się na 

śmierć.

background image

106

Mollie  wiedziała,  że nie  ma co  nalegać.  Marianna  Syła upartą  kobietą,  jeśli 

chodziło o opiekę nad iadźmi. Nigdy nie miała własnych dzieci, ale była diwą 

wielkiego klanu Escobarów, rybaków i poławiaczy. 

Wróciła z misą owoców i lepkimi cukierkami z ananasa.

-

Jedzcie. Teraz tu wrócisz, Mollie, i wyremontujesz hacjendę twego ojca. 

Musisz tam mieszkać i troszczyć się o dom. Kiedy stoi pusty, jest okropny. W 

zeszłym tygodniu byłam tam i próbowałam sprzątnąć. Ale to niemożliwe.

-

Czy dom jest ciągle jeszcze umeblowany? - zapyta! Flynn.

-

Tak,  niektóre  pokoje.  Mówiłam  o  tym  panu  Marscelowi.  Dawno  temu 

powiedział mi, żebym wzięła, co potrzebuję. - Poklepała blat stołu. - Wzięłam 

to. Nie mogłam znieść myśli, że będzie brudny, a jaszczurki będą po nim biegać.

-  Cieszę  się,  że  zabrałaś  rzeczy  z  domu  -  oświadczyła  Mollie.  -  Inaczej 

zupełnie by się zniszczyły. A ja wciąż nie jestem pewna, że to wszystko należy 

do mnie.

Sprawę  własności  należało  koniecznie  wyjaśnić.  Mollie  zadzwoniła  do 

Marscela,  który  potwierdził  słowa  Flynna.  Szła  już  przez  kuchnię  w  kierunku 

jadalni, gdzie Flynn i Marianna plotkowali o Woodrowie Locke'u, gdy dobiegła 

ją  znajoma  melodia.  Flynn  śpiewał  jej  piosenkę  Mariannie.  Mollie  stanęła  i 

słuchała, ale Marianna nie rozpoznawała melodii.

-

Mollie i jej tata ciągle układali piosenki - powiedziała. - Uwielbiał, kiedy 

grała mu na pianinie.

Mollie wypełniły sprzeczne uczucia. Ucieszyło ją, że ojcu podobała się jej gra 

na pianinie, ale trudno jej było dać temu wiarę. Jeśli tak było rzeczywiście, to 

dlaczego wolał spędzać całe dni z butelką?

-

Mollie? - dobiegł ją głos Flynna. - Czy skończyłaś rozmawiać?

Mollie ocknęła się. Przybrała spokojny wyraz twarzy i dołączyła do nich.

-

O czym rozmawiacie?

background image

107

-

O  waszym  poszukiwaniu  skarbów  -  powiedziała  Marianna.  -  Mówię 

Flynnowi,  że  jeśli  chce  znaleźć  skarb,  powinien  to  ogłosić  na  Key  West,  bo 

mamy tu mnóstwo poszukiwaczy.

-

Właśnie tego obawiał się Marscel - westchnął Flynn.

-

Co takiego? - Marianna wyglądała na dotknię-

-

Marscel  bał  się,  że  jeśli  ktokolwiek  pomyśli,  że  w  hacjendzie  jest  jakiś 

skarb, to dom zostanie splądrowany i zniszczony.

-

Może są na Key West tacy, co tak postępują, ale nie w mojej rodzinie -

powiedziała Marianna figlarnie. - Escobarowie to rybacy i przedsiębiorcy,

-

Bardzo  przepraszam.  -  Flynn  spojrzał  pytająco  na  Mollie.  -  I  co 

powiedział Marscel?

-

Masz natychmiast porozumieć się z wydawnictwem.

Wzruszył ramionami lekceważąco.

-

A co z hacjendą?

-

Należy  do  mnie  -  odrzekła.  -  Dom,  wyposażenie  i  różne  inne  dobra. 

Marscel nie chciał uwierzyć, że o tym nie wiedziałam. Zresztą ja sama też nie 

mogę.

Może  to  i  lepiej,  pomyślała.  Był  taki  czas,  że  chętnie  zrównałaby  z  ziemią 

własność  ojca.  A  teraz?  Teraz  gniew  jakby  zelżał.  Poza  tym  głupio  byłoby 

wyładowywać się na rzeczach.

-

Może  nawet  podobałoby  mi  się  być  panią  tej  niegdyś  wspaniałej 

posiadłości. I innych, które też do mnie należą.

-

Innych?

-

Najwyraźniej  ojciec  był  jednym  z  bardziej  łatwowiernych  nabywców 

florydzkich  bagien.  Przypominam  sobie  teraz,  że  kilkakrotnie  jeździliśmy 

oglądać  jakąś ziemię, która okazywała się grzęzawiskiem.

Flynn wstał i nisko się skłonił.

-

Możesz więc być wielką posiadaczką ziemską.

-

Mogę, rzeczywiście. Mogę być królową krokodyli i karłowatych palm.

background image

108

-

To bardzo egzotyczne.

-

Ale niezbyt praktyczne.

Marianna udzieliła swego błogosławieństwa.

-

Może jesteś całkiem dorosła, ale wciąż jesteś małą córeczką swego taty.

No cóż, nie mogła zaprzeczyć. Niewątpliwie była córką Woodrowa Locke'a, 

ale nie była już bezradnym dzieckiem. Miała dość lat i zdrowego rozsądku, żeby 

potraktować  hacjendę  po  prostu  jak  dom.  Cenną  posiadłość,  którą  należy  się 

zająć.

A  jeśli  zrobi  remont?  To  będzie  mogła  ją  sprzedać  albo  ofiarować  na  jakiś 

pożyteczny cel. Jeszcze jeden pomysł przyszedł jej ni stąd, ni zowąd do głowy. 

A gdyby tak tu zostać? Może spodoba jej się mieszkanie na Keys, wyspach na 

krawędzi horyzontu.

ROZDZIAŁ 11

Choć  Moliie  myślami  bujała  gdzieś  daleko,  udało  jej  się  w  miarę  sprawnie 

załatwić przyziemne sprawy związane z załadowaniem zakupów na stojącą przy 

przystani  starą,  płaskodenną  łódź  rybacką  „Sea  Roa-mer"  oraz  przekazaniem 

Mariannie  kluczyków  do  wynajętego  samochodu.  Zanim  Flynn  odbił  od 

pomostu,  Moliie  zaproponowała,  by  zaczekać  jeszcze  kilka  chwil  i  obejrzeć 

zachód słońca.

-

Bardzo chętnie - przyklasnął pomysłowi Flynn.

-

Możemy pójść na Mallory Square?

-

Dokąd tylko zechcesz.

Po  drodze  spotkali  mężczyznę  sprzedającego  „świeżutkie"  ryby,  drugiego, 

oferującego „prawdziwe złoże" zegarki, oraz uliczną kapelę. Na placu dołączyli 

do tłumu, który w nabożnej ciszy czekał na pokaz sztuki natury. Zachody słońca 

na Key West stanowiły niemal uświęconą tradycję.

background image

109

-

Uważaj na portfel - ostrzegła Moliie Flynna, zręcznie przeciskając się ku 

staremu, drewnianemu molo.

Na  Key  West  nie  obowiązywały  powszechne  obyczaje.  Była  to  ziemia 

niezwykle piękna, pełna marzeń sennych, które mogły nagle przekształcić się w 

koszmary. Dziwna ziemia, pomyślał Flynn. A Moliie doskonale do niej pasuje. 

Choć  w  chicagowskim  ruchu  wydawała się  jak  najbardziej na  swoim  miejscu, 

znajdowała  przyjemność  w  przyglądaniu  się  niebu  z  chwiejnego  pomostu.  W 

ostatnich błyskach słońca jej rysy rozpogodziły się, a zielone oczy stały się tak 

spokojne jak morze.

Flynn  zapragnął jej głęboko, intensywnie. Tej nocy  będą sami na  łodzi.  Tej 

nocy  chciał  się  z  nią  kochać.  Bardziej  niż  znaleźć  „Klucz".  Bardziej  niż 

cokolwiek  innego.  Chciał  pieścić  jej  długie  nogi,  całować  jej  usta,  aż  do 

nasycenia. Chciał stać się jej częścią.

Marzenie niemożliwe do spełnienia? Wiedział, że powinien się kontrolować, 

bo równowaga emocjonalna Mollie była teraz niezwykle krucha.

Gdy słońce  w końcu schowało się  za horyzontem,  zaczął  bić brawo.  Mollie 

westchnęła.

-

Następny  etap  tego  rytuału  to  wizyta  w  barach  na  Duval  Street,  ale 

wolałabym tego uniknąć.

-

Lubisz Keys, prawda?

-

To  wspaniałe  miejsce  na  krótki  pobyt.  -  Szli  w  tłumie  entuzjastów 

zachodzącego  słońca.  -  Ale  mieszkać  tu?  To  raczej  nie  jest  centrum  handlu 

światowego. Cóż bym tu robiła?

-

Mogłabyś, jak rodzina Marianny, zostać przedsiębiorcą.

-

Czyli piratem - parsknęła śmiechem.- To nie różniłoby się tak bardzo od 

Chicago. Tyle że tam piraci chodzą w garniturach i z teczkami.

Gdy  weszli  na  pomost,  Flynn  dostrzegł  śniadego  mężczyznę  siedzącego  na 

pokładzie „Sea Roamer".

-

Znasz go, Mollie? Potrząsnęła głową.

background image

110

-

Ale to pewnie ktoś z rodziny Marianny.

-

Hej! Ty jesteś Flynn? - zawołał mężczyzna, gdy się zbliżyli; - Facet, który 

szuka skarbu w dawnym domu Locke'a?

-

Nie  ma  tam  żadnego  skarbu  -  stanowczo  oświadczył  Flynn,  pokonując 

trap. - Szukamy tylko starej książki.

-

Tak? Ale i książka może być coś warta. - Pirat spojrzał na Mollie. - Panna 

Locke,  zgadza  się?  Jeśli  postanowi  pani  wyremontować  dom,  proszę  dać  mi 

znać. Rafael Escobar.

Dobrze  -  powiedziała.  -  Ale  nie  zrobię  tego,  jeżeli  znajdę  w  swoim  domu 

poszukiwaczy skarbów. Będę wiedziała, kto ich przysłał, Rafael.

-

Nikomu nie powiem. - Zwrócił się do Flynna. - Był do ciebie telefon od 

jakiegoś  faceta  nazwiskiem  Edleman.  Chcesz  wiedzieć,  co  powiedział?  To 

będzie kosztować dziesięć dolców.

Flynn  wyciągnął  dziesięciodolarowy  banknot  i  podał  Rafaelowi,  który 

wyrecytował:

-

Marscel  rozmawiał  z  wydawcą,  a  wydawca  rozmawiał  z  Edlemanem.  I 

Edleman mówi, że może ty i on możecie razem pracować.

-

Fantastyczne - mruknął Flynn. - Zawsze chciałam pracować z wężem.

-

Potrzeba wam przewodnika? - zapytał Rafael, eaowając pieniądze.

-

Absolutnie nie.

-

No dobra. - Zeskoczył z łodzi. - I nikomu nic nie powiem, panno Locke. 

Tylko proszę o mnie pamiętać, dobrze?

Kiwnęła głową i patrzyła, jak Rafael oddala się ku Stzegowi.

-

Lepiej ruszajmy, Flynn. Piraci są coraz bliżej.

-

Masz  rację.  Ale  wolę  już  ich  miejscową  odmianę  w  postaci  Escobarów 

niż Edlemana,

Mollie  zeszła  pod  pokład,  by  przygotować  coś  do  przegryzienia,  a  Flynn 

zapalił światła i odbił od pomostu. Iktrożnie skierował się przez zatłoczony port 

na  otwarte  morze.  Stał  przy  sterze,  usiłując  przemyśleć  sytuację.  Rafael 

background image

111

niewątpliwie  powie  każdemu  łowcy  skarbów  na  Key  West,  że  w  domu 

Locke'ow  na  Stamper  Key  jest  coś  cennego.  Niedobrze.  I  dlaczego  Edleman 

zadzwonił  z  propozycją,  choć  wiedział,  że  Flynnją  odrzuci?  To  było  groźne. 

Jeśli „Klucz" istniał to muszą go znaleźć jak najprędzej.

Ale dziś można było tylko płynąć dalej. I kochać się pod błogosławieństwem 

księżyca tropików.

Gdy  Mollie  wynurzyła  się  spod  pokładu,  przyjrzał  się  jej  z  upodobaniem. 

Lekka bryza rozwiewała jej włosy. Blade światło księżyca srebrzyło skórę.

-

Chodź, stań tu koło mnie, Mollie.

Przyłączyła się do niego przy sterze, patrząc przed siebie.

-

Te wody są zadziwiające. Tak nieprawdopodobnie gładkie. Jak lustro dla 

księżyca.

-

Ty jesteś zadziwiająca.

-

Jasne. Jestem ósmym cudem świata. Objął ją w pasie.

-

Tam,  przed  nami,  na  wprost,  jest  Stamper  Key.  Płynęli  dalej  w  ciszy. 

Mollie całą sobą odczuwała bliskość Flynna. Dziś w nocy będą sami.

Właściwie powinna być wykończona, bo był to jeden z najdłuższych dni w jej 

życiu.  Od  Central  Parku,  gdzie  stanęła  oko  w  oko  ze  wspomnieniami,  aż  po 

Florydę, gdzie odwiedziła hacjendę ojca. Tymczasem zamiast zmęczenia czuła 

ożywienie i pożądanie. Odchrząknęła.

-

Wolałabym już dziś nie schodzić na ląd. Ten rozpadający się dom będzie 

wystarczająco okropny w świetle dziennym.

-

Dobrze.  -  Przytulił  ją  mocniej  i  szepnął  do  ucha.  -  Na  kilka  godzin 

zapomnijmy o „Kluczu" i piratach, którzy go szukają.

-

Więc o czym będziemy myśleć?

-

O nas.

Zanim  zdążyła  odpowiedzieć  albo  zaprotestować,  Flynn  rozluźnił  uścisk  i 

zajął się doprowadzeniem łodzi do pomostu.

-

Mogę pomóc? - zapytała.

background image

112

Ujął jej dłoń i zaprowadził na dziób.

-

Wolę, żebyś tu stała jako królowa krokodyli, pani tej ziemi.

Mollie przybrała właściwą pozę i czekała, podczas gdy Flynn rzucał kotwicę, 

jakieś  sto  metrów  od  brzegu.  Z  tego  miejsca  widać  było  dach  hacjendy,  ale 

Mollie  odwróciła  wzrok.  Nie  dzisiaj.  Dzisiaj  nie  będzie  myśleć  o  swoich 

wspomnieniach.

Gdy silnik zamilkł, ogarnął ją błogi spokój. Nie cisza, ponieważ fale szeptały 

i  nocne  ptaki  krzyczały  z  wyspy.  Nie  bezruch,  bo  łódź  lekko  poddawała  się 

ruchowi wody. Ale właśnie spokój zastąpił jej wewnętrzne rozedrganie.

Aż do chwili gdy podszedł Flynn. W świetle księżyca wydawał się większy. 

Był  poszukiwaczem  przygód,  który  doprowadzi  ją  na  nieznane  wyżyny  roz-

ioszy. Pociągał ją tym bardziej, że jego zmysłowość była ukryta. Kochanie się z 

Flynnem  będzie  czymś  aiezwykłym.  Widział  ją  w  jej  najgorszych  chwilach. 

Znał  jej  najgłębsze  sekrety,  a  jednak  się  od  niej  nie  odwrócił.  Choć  nie 

oczekiwała  długotrwałych  zobowiązań,  Mollie  czuła  się  przy  nim  bezpieczna. 

W jakimś sensie ich poszukiwania zawsze zdążały ku tej chwili.

W cieniu Stamper Key, gdzie niegdyś była smutną małą dziewczynką, Mollie 

poczuła kobiecy głód, gdy zerknęła spod rzęs na jego szerokie, silne ramiona.

-

Mollie?

Jego  głos  zdradzał  niepewność  i  nerwowość.  W  jej  żyłach  zaczęło  krążyć 

ciepło,  ale  nie  takie,  jakie  podsycało  zazwyczaj  gniew.  Tym  razem  Mollie 

poczuła przypływ gorącego pożądania.

-

Mollie? Może zeszlibyśmy na dół?

Pod  pokładem  było  duże  pomieszczenie  na  złowione  ryby,  wnęka  z 

piekarnikiem  mikrofalowym,  kuchenką  na  gaz  z  butli  i  bieżącą  wodą,  oraz 

przytulna  kabinka  z  łóżkiem  ogrodzonym  moskitierą.  Mollie  wiedziała,  dokąd 

chciałaby się udać.

-

Bardzo chętnie.

background image

113

Jej  słowa  były  spokojne,  ale  skrywały  rozbudzone  uczucia.  Schodząc  po 

drabinie na dół,  zastanowiła się jednak, czy Flynnowi nie chodziło o  jedzenie. 

Zatrzymała się przy stoliku i odwróciła.

-

Jesteś głodny?

-

Tak.

Objął  ją  i  pocałował  z  namiętnością,  która  rozwiała  wszelkie  wątpliwości. 

Jego język kusił i podniecał. Dłonią przykrył jej pierś.

-

Poczekaj - szepnęła.

-

Chcę się z tobą kochać, Mollie. Nie każ mi teraz przestać.

-

Nie  mam  zamiaru  -  zaprotestowała.  -  Ale  tam  dalej  jest  przytulna 

sypialnia. Może...

Zanim skończyła zdanie, ruszył małym, wąskim korytarzykiem i pociągnął ją 

za sobą. Razem weszli do malutkiej kabiny i razem padli na łóżko. Sączące się 

przez  iluminator  światło  księżyca  nadawało  wnętrzu  nierealny  wygląd.  Flynn 

uniósł się na łokciu nad Mollie.

Gdy jego usta były tuż, tuż, Mollie przykryła je palcami.

-

Dziś  nie  będziemy  rozmawiać  o  zaginionych  maszynopisach  ani  o 

wspomnieniach.

-

Ani słowa.

-

I najpierw moja kolej.

-

Twoja kolej?

Usiadła na łóżku i pchnęła go na płask.

-

Leż spokojnie, Flynn.

Wpatrzona  w  jasnoniebieskie  oczy  Flynna,  Mollie  rozpięła  guziki  jego 

koszuli. Niepewność w jego spojrzeniu rozczuliła ją. Tak długo czekała, żeby z 

nim syć, że teraz za nic nie chciała się śpieszyć.

Gdy  uporała  się  z  guzikami,  ściągnęła  koszulę  i  ramion  Flynna,  obnażając 

jego  tors.  Powoli  pochyliła  się  i  ukryła  twarz  w  gęstych,  ciemnych  włosach 

porastających pierś. Wkrótce jej wargi odnalazły sutki. Zmysłowo ssała twardy, 

background image

114

ciemny  guziczek,  aż  usłyszała,  jak  leżący  pod  nią  Flynn  zaczyna  nierówno 

oddychać. Wydawało się, że cały drży.

Bez pośpiechu przeniosła uwagę na drugi sutek, ssąc go lekko, podczas gdy 

dłonie  błądziły  po  ciele  Flynna.  Sunęły  coraz  niżej,  aż  natrafiły  na  gorącą, 

twardą męskość.

Mollie westchnęła i przekręciła się na plecy, pociągając Flynna za sobą.

-

Teraz moja kolej, dziecinko - szepnął.

Szybko  rozpiął  i  odrzucił  jej  bluzkę.  Jego  kciuki  lekko  pieściły  widoczne 

przez koronkowy staniczek czubki piersi. Po chwili sięgnął pod spód i sprawnie 

odsunął przejrzystą przeszkodę.

Mollie  wyciągnęła  się  na  łóżku,  pragnąc  równocześnie  spełnienia,  i  jak 

najdłuższych pieszczot.  Flynn powoli ściągnął jej szorty. Jego usta  rozpoczęły 

wędrówkę  przy jej pępku,  by schodzić  coraz niżej,  w  miarę jak  odsłaniało się 

nagie  ciało.  Jego  język  doprowadzał  Mollie  do  szaleństwa.  W  końcu  szorty 

pofrunęły na podłogę.

Przez chwilę przyglądał się nagiemu, jasnemu ciału dziewczyny. Uznanie w 

jego oczach sprawiło jej radość. Wyciągnęła ramiona.

-

Pragnąłem cię, od kiedy cię ujrzałem - powiedział.

-

Dwa miesiące?

-

Wydawało mi się, że całą wieczność. A teraz nadrobię stracony czas.

 Pieścił językiem różową konchę jej ucha, potem zsunął się w zagłębienie u 

nasady  szyi.  Tymczasem  dłoń  objęła  pierś,  musnęła  brzuch  i  wplątała  się  w 

trójkąt włosów u zbiegu ud.

Mollie  próbowała  złapać  oddech,  ale  usta  Flynna  zamknęły  jej  wargi 

gorącym,  choć  łagodnym  pocałunkiem.  Jego  ręka  przykryła  wrażliwe  miejsce 

między  jej  udami  i  z  niezwykłą  delikatnością  pobudzała  Mollie  do  spazmów 

rozkoszy.

-

Dosyć,  Flynn.  Nie  chcę  już  czekać.  Chcę  ciebie  w  środku.  Teraz.  -

Odwróciła głowę.

background image

115

-

Jeszcze wciąż jest moja kolej - szepnął, zmieniając pozycję. Objął udami 

jej nogi i skupił uwagę na piersiach, ssąc je leciutko i drażniąc językiem.

Mollie  wiła  się  pod  nim,  wyginając  się  w  łuk  i  napinając.  Czuła,  jak  jego 

męskość, wciąż okryta szortami, napiera na jej ciasno zsunięte nogi. Przeszył ją 

niezwykły  dreszcz.  Na  krótką  chwilę  straciła  rozeznanie,  gdzie  jest  i  co  się 

dzieje. A gdy wróciła na ziemię, Flynn był obok niej, tuląc, pieszcząc, na nowo 

pobudzając jej ciało.

Niecierpliwie  szarpnęła  go  za  koszulę.  Jej  palce  mocowały  się  z  zapięciem 

szortów, niemal rozrywając materiał.

-

Ja to zrobię, Mollie.

-

Zrób to teraz.

Wstał, zdjął ubranie i stanął przed nią w glorii nagości.

Mollie  uklękła  na  środku  łóżka,  podziwiając  je  świetnie  zbudowane  ciało, 

gotowe do miłości. Z aprobatą patrzyła, jak wyjmuje małą paczuszkę i naciąga 

zabezpieczenie.

Wsunęła  się  w  krąg  jego  ramion.  Spotkanie  ich  rozgrzanych  ciał  było 

zmysłowe i  naturalne. Głaskała  z uznaniem sploty  mięśni na jego  ramionach i 

plecach.

-

Już, Flynn - powiedziała. - Chodź do mnie.

Zatopił  palący  wzrok  w  jej  oczach.  Mollie  wydawało  się,  że  płonie  w 

pocałunku.  Wszystko  przestało  się  liczyć,  poza  pożądaniem,  jakie  w  sobie 

budzili. Rozsunęła nogi i wprowadziła Flynna do swego wnętrza. Ich rytm był 

powolny,  bez  wahań,  doskonale  dopasowany.  Oddychali  oboje  głęboko, 

przywarci do siebie, drżący z namiętności, aż Flynn zawisł nad nią na moment i 

przekręcił się na plecy, silnymi dłońmi podrzymając ją za pośladki.

Mollie  złapała  oddech.  Nowa  pozycja  zaskoczyła  ją  i  pobudziła  na  nowo. 

Podniecenie  osiągnęło  nieznane  szczyty,  gdy  przyjmowała  ruchy  Flynna  i 

odpowiadała  na  nie.  Biodra  nie  ustawały  ani  na  moment.  Cała  drżała  od 

nieprawdopodobnych doznań.

background image

116

Spojrzała w dół, na Flynna. Miał zaciśnięte zęby i mocno zamknięte oczy.

Szczyt  nadszedł  równocześnie  dla  obojga,  przynosząc  zaspokojenie.  Rysy 

twarzy  Flynna  rozluźniły  się  w  absolutnym  zadowoleniu.  A  Mollie  opadła  na 

jego pierś, szczęśliwa i wyczerpana.

Wtuliła  się  w  niego  i  pozwoliła  okryć  prześcieradłem.  Wszystko  jedno,  co 

zdarzy się jutro: ten wieczór był tego wart.

Bezwiednie zanuciła nonsensowną melodyjkę.

-

Żadne takie - przerwał jej Flynn. - Jutro się tym zajmiemy.

Westchnęła.  Żadne  nowe  słowa  nie  przyszły  jej  do  głowy.  Żadne  genialne 

pomysły, obudzone kochaniem się. Ale czuła, że jutro coś znajdą w rozwalającej 

się  acjendzie.  W  ruinach,  pomyślała.  Bo  tylko  tyle  zostało  z  jej  przeszłości. 

Ruiny.

-

Był alkoholikiem - powiedziała miękko.

Flynn mruknął potwierdzająco.

-

A alkoholizm jest podobno chorobą, jak rak. Mój ojciec nie mógł nic na to 

poradzić.

-

Też tak uważam.

-

Więc  dlaczego  nie  potrafię  mu  wybaczyć?  Czemu  wciąż  we  mnie  tyle 

gniewu i bólu?

-

Rozluźnij się. -Pocałowałjąwczoło. - Rozwikłanie twego życia może zająć 

więcej niż jeden weekend.

-

Ale nie mam zbyt  wiele  czasu. Muszę uporać  się ze swoją przeszłością, 

żebyśmy  mogli...  -  Zamilkła.  Chciała  coś  obiecać,  ale  to  naprawdę  nie  było 

możliwe. - Może byśmy się jeszcze raz pokochali?

-

Co powiedziałaś przedtem? O uporaniu się ze swoją przeszłością?

-

Nieważne.

-

Ważne, Mollie. Twoje myśli i uczucia są dla mnie bardzo ważne.

-

A moje ciało?

-

Chcę kochać cię całą. Ciało i umysł.

background image

117

-

Jeśli zajmiemy się ciałem, umysł na pewno się w końcu dostosuje.

Pod  wpływem  pocałunku  Flynn  poddał  się  tej  nielogiczności.  Pytania  bez 

odpowiedzi  znikły,  gdy  przytulali  się  w  malutkiej  kabinie,  a  kołysanie  fal 

pobudzało ich do nowego, zmysłowego rytmu.

Mollie  obudziła  się  o  wschodzie  słońca.  Choć  nie  pamiętała  swoich  snów, 

czuła,  że  tuż  za  progiem  jej  świadomości  coś  czeka.  „Klucz"?  Pocałowała 

Flynna lekko w nie ogolony policzek i wymknęła się z kabiny.

Z pokładu mogła dostrzec dach hacjendy, rysujący się nad palmami. I w tym 

momencie olśniło ją, gdzie jest schowany sekret.

ROZDZIAŁ12

Mollie pobiegła na rufę i włączyła silnik łodzi. Musiała szybko dostać się do 

hacjendy. Obraz kryjówki rysował się gdzieś na krawędzi świadomości i mógł 

zniknąć w każdej chwili. Ale wiedziała! Każdym nerwem czuła, że odpowiedź 

jest tam, na brzegu.

Silnik zakaszlał i zakrztusił się. Kotwica - przypomniała sobie. Musi podnieść 

kotwicę. I wyłączyć światła.

-

Flynn! - krzyknęła. - Flynn, pomóż mi!

Niepewnym krokiem wszedł napokład, bez koszuli, mrugając w słońcu świtu.

-

Co ty, do diabła, wyprawiasz?

-

Wiem,  gdzie  to  jest.  -  Podbiegła  do  niego  w  rozwianym  szlafroku.  -

Musimy dostać się na brzeg.

Potarł oczy, wciąż nie całkiem przytomny.

-

Musimy  się  pośpieszyć.  To  nie  jest  wyraźne  wspomnienie,  tylko  jakby 

światełko na granicy mojej pamięci. Pośpiesz się.

Flynn otrzeźwiał natychmiast.

background image

118

-

Idź na dół, Mollie, i ubierz się. Doprowadzę łódź do pomostu.

Szybko  zbiegła  po  drabince  pod  pokład,  wyciągnęła  z  walizki  szorty  i 

podkoszulek.  Oczyma  duszy  widziała  paczkę,  owiniętą  w  grubą  folię,  jak 

nauczyła  się  robić  od  kuzynów  w  Kolorado.  Nie  w  domu.  Ale  blisko.  Była... 

Potrząsnęła głową. Była... gdzie?

-

Cholera.

Ubrała się, wsunęła na nogi tenisówki i wróciła na pokład, akurat gdy Flynn 

przycumowywał łódź do pomostu. Wspomnienia znikły.

Flynn wyłączył silnik i zeskoczył na pomost,

-

Chodź, Mollie.

-

Za późno - głos jej drżał. - Zapomniałam.

-

Przypomnisz sobie znowu. Pomogę ci. Przeklinając mgłę spowijającą jej 

umysł, Mollie zeszła z łodzi i dołączyła do Flynna.

-

Gdzieś na Stamper Key, ale nie wiem gdzie. Wszystko mi się zamazało. 

Chyba musiałam o tym śnić i wciąż na pół spałam, gdy weszłam na pokład.

-

Czy to był maszynopis?

-

To była jakby książka, owinięta w grubą, plastikową folię.

-

Jaka książka? Jak duża? Luźne kartki? Spięte? Pomyśl, Mollie.

Zamknęła oczy, usiłując się skupić. Ale pamięć była już pusta, sen zniknął.

-

Uciekło mi.

-

W domu? - nalegał Flynn.

-

Może, ale raczej nie.

-

No to gdzie, do diabła?

Wzdrygnęła się na dźwięk szorstkości w jego głosie.

-

Nie złość się. Naprawdę próbuję sobie przypomnieć.

Flynn  odwrócił  się  i  pomaszerował  wzdłuż  pomostu.  Dalej  od  niej.  Jego 

tenisówki dudniły o deski. Wciąż był bez koszuli, więc widziała napięte mięśnie 

jego karku. Wykonał pół obrotu i zawrócił.

background image

119

-

Cholerny  sposób  na  wyciągnięcie  mnie  z  łóżka.  Ale  staram  się  być 

cierpliwy.

-

Przecież nie zrobiłam tego specjalnie.

Rzucił jej niechętne spojrzenie, minął ją i wskoczył na pokład łodzi.

-

Flynn? Dokąd idziesz?

-

Marianna dała mi klucz do domu. Zaczniemy szukać.

-

Nie wiem, czy to jest właśnie tam - ostrzegła go. - Nie pamiętam.

-

Daj  sobie  spokój.  Dla  odmiany  spróbujemy  innego  sposobu.  W  domu 

może  być  maszynopis.  Albo  jakaś  wskazówka.  Albo  mapa.  Albo  zanotowane 

współrzędne.  Rozbiorę  ten  cholerny  dom  na  kawałki,  jeśli  będę  musiał,  ale 

znajdę, czego szukamy.

Mollie  poddała  się  zniechęceniu.  Usiadła  na  deskach  i  pochyliła  głowę. 

Włosy  opadły  jej  na  twarz,  dłonie  zacisnęła  w  pięści.  Była  tak  blisko!  Miała 

przed oczami książkę opakowaną w gruby plastik.

Tak  blisko.  A  jednak  tak  daleko.  We  śnie  mogła  niemal  dotknąć  gładkiego 

pakunku.

Flynn wrócił, ujął ją pod pachy i postawił na nogi. Spojrzała mu w oczy, ale 

nie dostrzegła ani śladu miłości, która połączyła ich ostatniej nocy. Był zimny i 

odległy, a jednak garnęła się do niego, pragnąc jego dotyku.

Gdy dotknęła jego piersi, wzdrygnął się lekko. Mollie objęła go, ale pozostał 

sztywny.  Czy  to  możliwe,  że  to  ten  sam  mężczyzna,  który  kochał  ją  ostatniej 

nocy  z  taką  namiętnością?  Oczywiście.  Tylko  że  dziś  był  już  następny  dzień. 

Flynn już nie musi być dla niej miły, bo dostał, czego chciał.

Nie dbał o nią, tylko o „Klucz". Chciał znaleźć zaginiony maszynopis, więc 

wykorzystywał ją w poszukiwaniach. Ale czyż nie wiedziała tego od początku?

Odepchnęła go.

-

Lepiej nie zaczynaj rozbierać domu na kawałki. Jeśli to zrobisz, będziesz 

po prostu wandalem. Nie lepszym od Rafaela Escobara.

Odwrpciła się na pięcie i pomaszerowała ku hacjendzie. Flynn szedł za nią.

background image

120

-

Masz jakiś pomysł? - zapytał. - Od czego zaczniemy?

-

Nie martw się, chciałabym znaleźć tę cholerną książkę tak samo jak ty. -

Zawód sprawił, że dodała: -

Żebym  w  końcu  mogła  się  uwolnić  od  ciebie  i 

twoich żądań.

-

A cóż to ma oznaczać?

Spiesznym  krokiem  przecięła  zarośnięte  podwórze,  nie  odważając  się 

spojrzeć na Flynna.

-

Chcę jak najszybciej zakończyć to poszukiwanie skarbów, żebym mogła 

wrócić do mojego prawdziwego życia.

Dogonił ją i złapał za ramię.

-

Mollie?

-

Zostaw mnie w spokoju - wyrwała ramię.

-

Nie mogę cię zostawić. Zależy mi na tobie.

-

Och,  proszę,  nie  zaczynaj  teraz  kłamać.  -  Obeszła  dom  od  frontu  i 

odwróciła się. - Zrobiłam, co chciałeś. Jakim prawem złościsz się na mnie?

-

Mam prawo! – Uderzył pięścią w ścianę hacjendy. -

Dwa 

miesiące 

trwało, zanim przekonałem cię, byś mi towarzyszyła. Załatwiłem pieniądze na tę 

wyprawę. Pokłóciłem się zwydawcą. A teraz ściga mnie Edleman.

Oddalił  się  od  Mollie  z  gniewem  w  oczach,  usiłując  się  opanować.  Nie  tak 

wyobrażał sobie ten ranek. Chciał leniwie spędzić godziny świtu, kochać się w 

dziennym  świetle,  przytulać  Mollie.  Nie  chciał  się  kłócić.  Wydawało  mu  się 

niemal, że Mollie go prowokuje, odsuwa od siebie.

Spojrzał  na  nią,  stojącą  z  potarganymi  włosami  i  płonącymi  oczyma,  i 

zapragnął kochać się z nią. Nie kłócić.

-

Dlaczego to robisz?

-

Próbuję  pomóc.  Jak  inteligentnie  zauważyłeś,  ściga  cię  Edleman.  A  za 

chwilę prawdopodobnie pojawi się tu Rafael Escobar z gromadą poszukiwaczy.

-

Do  diabła. -  Kopnął jakiś  chwast. -  Dlaczego rwój ojciec  w ogóle ukrył 

„Klucz"?

background image

121

-

Bo  był  paranoikiem!  -  wrzasnęła.  -  Mówiłam  ci  to  już  dziesiątki  razy! 

Pamiętam  na  przykład  taką  scenę  tu,  na  patio,  kiedy  ojciec  wyrzucał  z  pracy 

kucharkę.  Miała  na  imię  Wendy.  Widzę  ją,  jak  tu  stoi,  w  czerwonej  sukni,  ze 

złotym serduszkiem na szyi, i płacze. A ojciec mówi surowym tonem: „Twoje 

łzy mnie nie wzruszają. Wiem, że szpiegujesz mnie dla Hitlera". A to się działo 

w latach siedemdziesiątych.

Flynn wpatrywał się w Mollie.

-

To  bardzo  dokładny  obraz.  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  wyraźnie 

zapamiętałaś tę scenę?

-

To co?

-

Może blokada pamięci znika. - Zrobił krok w jej stronę. - Może odzyskasz 

swoją przeszłość.

-

A  jeśli  jej  nie  chcę?  A  jeśli  wolałabym  mieć  zwykłe,  nieciekawe 

wspomnienia przeciętnego dziecka?

-

To  niemożliwe,  bo  ty  sama  nie  jesteś  przeciętna.  I  nie  ma  to  nic 

wspólnego z twoimi rodzicami. Jesteś kimś wyjątkowym, Mollie.

-

Fajnie. Tylko że ja nie potrzebuję takiej wyjątkowości.

Oparła się o ścianę z obłażącą farbą i pozwoliła, by poranne słońce oświetliło 

jej twarz. Czuła ból i gniew. Jej uczucia były tak pomieszane jak dzikie kwiaty i 

chwasty  obrastające  dom  jej  ojca.  Pewnie,  że  chciała  odzyskać  wspomnienia. 

Ale równocześnie bała się ich.

Zamknęła  oczy  i  skupiła  się.  Książka,  zawinięta  w  plastik.  W  ciemnym 

miejscu.  Ale  słychać  było  ptaki.  Światło  słoneczne  też  tam  było.  W  jej 

wspomnieniu nad głową pojawiły się liście. Nagle przypomniała sobie.

-

Domek na drzewie.

Podbiegła do starego dębu przed domem. Ciemne gałęzie, pozbawione liści, 

wyciągały  ramiona  ku  niebu.  Resztki  domku  ze  sklejki  wciąż  na  nich  tkwiły. 

Tam,  na  górze,  było  zagłębienie,  rodzaj  dziupli,  w  którym  chowała  swoje 

skarby.

background image

122

Złapała niską gałąź i podciągnęła się.

-

Tam jest. Książka zawinięta w plastik.

-

Ostrożnie, Mollie. To drzewo wygląda na spróchniałe.

Wdrapywała  się  ostrożnie,  aż,  cztery  metry  nad  ziemią,  dotarła  do  domku. 

Dawno  temu,  gdy  drzewo  miało  zielone  liście,  chowała  się  tam,  obserwując 

kręcących się na dole ludzi.

Przysiadła na przegniłej podłodze domku, opierając się mocno o konary. Na 

poziomie  oczu  miała  grubą  dechę,  wiszącą  na  jednym,  wielkim  gwoździu, 

zakrywającą  dziuplę.  Mollie  spróbowała  ją  odsunąć,  ale  gwóźdź  zardzewiał  i 

deska mocno się trzymała.

-

Potrzebuję młotka - zawołała do Flynna. - Albo łomu.

Patrzyła z góry, jak biegnie na werandę. Wyciągnął stamtąd kawałek belki.

-

A to wystarczy?

-

Spróbuję.

Flynn  wdrapał  się  na  drzewo  i  podał  jej  belkę.  Podczas  gdy  męczyła  się, 

usiłując zrobić z belki  dźwignię, udało mu się  usadowić obok. Mollie złamała 

paznokieć.

-

Może ja? - zaproponował Flynn.

-

Próbuj. - Odsunęła się, robiąc mu miejsce. - Za tą  deską  jest dziuplą, w 

której jako dziecko chowałam swoje skarby.

Flynn  oderwał  deskę  gołymi  rękoma,  odsłaniając  dziuplę.  Jej  brzegi  były 

gładkie, ale wilgotne.

Normalnie  Mollie  nie  odważyłaby  się  wsunąć  ręki  w  głąb  spróchniałego 

drzewa, szczególnie w kraju obfitującym we wszelkie robactwo i jaszczurki. Ale 

to  było  coś  innego.  Włożyła  ramię  w  dziuplę  i  namacała  coś  miękkiego  i 

gruzełkowatego. Odruchowo cofnęła dłoń. To na pewno nie był maszynopis.

-

Fuj, nie wiem, co tam jest, ale w dotyku jest obrzydliwe.

-

Może wolisz, żebym ja to wyciągnął?

background image

123

Pokręciła głową. To byty jej wspomnienia, więc ona powinna wydobyć je na 

światło  dzienne.  Zacisnęła  zęby,  sięgnęła  jeszcze  raz  i  wyciągnęła  zamszowy 

woreczek.  Otworzyła  go  i  wysypała  dwadzieścia  czy  irzydzieści  szklanych 

kulek.

-

Moje skarby - roześmiała się.

Była  tam  także  broszka  i  tandetny  naszyjnik,  starannie  zawinięte  w 

bawełniane  szmatki.  Gdy  Mollie  ponownie  sięgnęła  w  głąb  dziupli,  namacała 

gładki plastik.

-

Jest - powiedziała. - Mam!

Ostrożnie  wyciągnęła  paczkę,  owiniętą  folią.  Ale  kształt  nie  pasował  do 

wymiarów  maszynopisu.  Trzymała  w  rękach  małą,  grubą  książeczkę.  Mollie 

zdarła plastik i przesunęła palcem po złotych literach na zniszczonej okładce.

-

„Mój  pamiętnik"  -  przeczytała  na  głos  ze  zdumieniem  i  zachwytem.  -

Wiedziałam we śnie, że chodzi o sekret, ale to mój własny, osobisty sekret mnie 

przyzywał. Nie „Klucz".

Otworzyła  książeczkę  i  przyjrzała  się  dziecinnemu  pismu  na  pierwszej 

stronie.

-

Dziś skończyłam dziewięć lat - przeczytała i potrząsnęła głową. - Czy to 

możliwe, że byłam kiedyś taka młoda?

-

Wszyscy byliśmy. Pełni marzeń i sekretów. - Flynn przechylił się, ujął jej 

dłoń i uścisnął. - Zrobiłaś cenne odkrycie, Mollie.

-

Mój  pamiętnik?  Bzdury  zapisywane  przez  dziecko?  -  Otworzyła  na 

ostatniej  stronie  i  spojrzała  na  datę.  -  Ostatni  wpis  zrobiłam,  gdy  miałam 

dwanaście lat.

-

Trzy  lata  życia  Mollie  Locke.  Powinno  ci  to  pomóc  w  odzyskaniu 

pamięci.

-

Ale  jeśli  chodzi o  znalezienie  maszynopisu,  pewnie  nie  ma znaczenia.  -

Spojrzała na Flynna. - Chyba że coś tu na ten temat zanotowałam.

-

Zajmiemy się tym. A teraz, czy mogę ci pomóc zejść z drzewa?

background image

124

Udało im się bezpiecznie wrócić na ziemię. Mollie tuliła do piersi pamiętnik. 

Niecierpliwie  czekała,  kiedy  będzie  mogła  zacząć  czytać,  przywołać  swoje 

dzieciństwo  tak,  jak  je  zarejestrowała.  Nie  z  fotografii.  Nie  ze  wspomnień 

Marscela  czy  Marianny.  Pamiętnik  był  jej  własnym  komentarzem  do  czasu,  o 

którym zapomniała. Pomimo niecierpliwości zapytała Flynna:

-

Czy uważasz, że powinniśmy teraz przeszukać dom?

-

Najpierw napijmy się kawy.

Po  powrocie na łódź Flynn zszedł  pod pokład, by przygotować śniadanie, a 

Mollie  została  na  górze  z  pamiętnikiem.  Przerzucała  strony  na  chybił  trafił, 

zerkając  na  daty i  odkrywając, że  nie  była  zbyt  systematycznym kronikarzem. 

Czasami  pisała  codziennie  przez  tydzień,  czasami  zaś  brakowało  całego 

miesiąca.

Flyml  przyniósł  tacę  z  kawą,  jajecznicą,  serem  i  papryką.  I  smażonymi 

ostrygami, które zapakowała im Marianna.

-

Znalazłaś coś ciekawego? - zapytał.

-

Miałam  ukochanego  kota  imieniem  Lola.  -  Ujęła  widelec  i  nabrała 

jajecznicy. - To dziwne. Ledwo go pamiętam.

Flynn  przyjrzał  się  Mollie  uważnie.  Wydawała  się  jakaś  daleka  i  jakby 

wytrącona z równowagi. Nie rozgniewana. Raczej wyprana z uczuć.

Z  kolei  jego  uczucia  aż  się  gotowały.  Pożądanie.  Gniew.  Strach.  I  troska, 

która przypominała miłość. Chciał wiedzieć o niej wszystko. I to go przerażało. 

Nigdy, przez całe trzydzieści pięć lat życia, nie pragnął stałego związku. Teraz 

już nie mógł sobie wyobrazić życia bez Mollie.

-

Kiedy przez to wszystko przebrniemy - powiedział - chciałbym, żebyśmy 

zostali razem.

-

Porozmawiamy o tym, kiedy przebrniemy.

Odstawił talerz i łyknął kawy.

-

Czyli dzisiaj zajmiemy się czytaniem twojego pamiętnika?

background image

125

-

My? - potrząsnęła głową. - Nic z tego. To prywatna sprawa. Nie mówiąc 

już o tym, że dość krępujące jest odkrycie, jakim dziwacznym dzieckiem byłam. 

Ja  się  zajmę  pamiętnikiem.  Sama.  Obiecuję  powiedzieć  ci,  jeśli  znajdę 

cokolwiek  o  „Kluczu"  albo  jakieś  niejasne  wzmianki  o  południkach  i 

zwrotnikach.

-

Czy najpierw przeszukamy dom?

-

Jeśli chcesz, to możemy. Ale wolałabym najpierw przeczytać pamiętnik. 

Może  znajdę  jakąś  oczywistą  wskazówkę.  Coś,  co  nam  oszczędzi  czasu  i 

wysiłku.

-

Rozumiem.  -  Zerknął  w  stronę  hacjendy.  -Mnie  też  nie  podnieca 

specjalnie myśl o przekopywaniu się przez śmieci.

-

To będzie ostateczność - przytaknęła.

Mollie została z pamiętnikiem, Flynn zszedł na dół posprzątać. Posła! łóżko, 

poskładał ubrania i zerknął na zegarek. Była zaledwie dziesiąta.

Gdy  wrócił  na  pokład,  Mollie  leżała  na  brzuchu,  pogrążona  w  czytaniu.  Z 

przyjemnością  patrzył  na  jej  rozrzucone  włosy,  na  sposób,  w  jaki  krzyżowali 

nogi  w  kostkach.  Pragnął  ją  dotknąć,  pocałować.  Przesunął  spojrzeniem  po 

puszku  pokrywającym  jej  ramiona,  po  cienkich  przegubach  i  szczupłych 

dłoniach.

-

Może chcesz olejek do opalania?

-

Nie, dziękuję - odpowiedziała nieprzytomnie.

-

Coś do picia?

-

Nie.

-

A może...

-

Flynn, nic mi nie trzeba. - Uniosła wzrok. - Czy mam przestać czytać?

-

Chyba  nie  -  powiedział  z  rezygnacją.  -  Pójdę  na  brzeg.  Na  wypadek 

gdyby pojawił się Rafael albo jakiś  inny poszukiwacz.

-

Świetnie.

background image

126

-

I  chciałbym  dzisiaj  znaleźć  jakiś  telefon.  Powinienem  zadzwonić  do 

wydawnictwa i dowiedzieć się, czego chce Edleman.

-

Z powrotem do Marianny?

-

Key Largo jest bliżej. I znałem tam kiedyś jednego faceta.

-

Jak chcesz, Flynn.

Po  dwóch  godzinach  chodzenia  po  dawnym  ogrodzie,  oglądania  przystani 

wraz z hangarem na łodzie i grzebania przy podstawie zegara słonecznego Flynn 

zdał  sobie  sprawę,  w  jakim  stopniu  to  Mollie  kierowała  poszukiwaniami. 

Samotne  próby  wydawały  mu  się  bezsensowne.  Lepiej  do  tego  przywyknij, 

powiedział sobie, Mollie nie będzie z tobą na zawsze.

Gdy pojawił się Rafael, Flynn poczuł niemal ulgę. Piraci na Keys mieli opinię 

twardych  i  bezwzględnych,  ale  Flynn  dojrzał  właśnie  do  jakiejś  akcji,  do 

jakiegoś starcia, w którym byliby wygrani i przegrani.

-

Cześć, Rafael.

-

Cześć,  kowboju.  -  Z  samochodu  wysiadło  jeszcze  dwóch  mężczyzn.  -

Poznaj moich kuzynów.

Na widok łomów w ich rękach Flynn uśmiechnął się zimno. Z przyjemnością 

rozwali coś albo kogoś.

-

Co tu robicie?

-

Myśleliśmy, że może przyda ci się pomoc.

-

Nie potrzebuję pomocy.

Wyższy z kuzynów Rafaela podszedł bliżej i Flynn sprężył się.

-

A może już znalazłeś ten skarb? - zapytał kuzyn.

-

Jeśli nawet, to co?

-

Weźmiemy połowę. - Kiwnął głową do Rafaela i drugiego mężczyzny. -

Tak będzie sprawiedliwie, nie?

-

Nie.  -  Rafael  potrząsnął  głową.  -  To  nie  będzie  w  porządku.  Marianna 

powyrywałaby  nam.  -  Przerzucił  się  na  hiszpański  i  powiedział  coś  bardzo 

szybko.  Obaj  kuzyni  cofnęli  się.  Rafael  znów  zwrócił  się  do  Flynna,  -

background image

127

Powiedziałem  im,  że  szukasz  książki  i  że  dla  nas  nie  ma  w  tym  żadnych 

pieniędzy.

-

No więc, powtarzam, co tu robicie?

-

Ochrona.  -  Rafael  szeroko  rozłożył  ręce.  -  Ten  Edleman  zadzwonił 

jeszcze raz. Jest w Miami. Więc przyszło mi do głowy, że tobie i pannie Locke 

przyda się ktoś do pilnowania domu. Nie?

To  nie  jest  zły  pomysł,  pomyślał  Flynn.  Jeżeli  Escobarowie  przypilnują 

domu, to on może popłynąć na Key Largo i zadzwonić do wydawnictwa. No i 

nie pojawią się tu inni poszukiwacze skarbów.

-

Zrobimy  tak  -  zdecydował,  obejmując  Rafaela  za  ramiona.  -  Wy 

przypilnujecie domu. Możecie wejść do środka i rozejrzeć się, pod warunkiem, 

że  nie  zniszczycie  żadnych  papierów.  -  Flynn  wyciągnął  z  portfela  ostatni 

studolarowy  banknot,  pocałował  go  i  przedarł  na  pół.  -  Drugą  połowę 

dostaniecie, gdy to się skończy.

-

Ale  tylko  jeden  dzień,  Flynn  -  zastrzegł  Rafael.  -  Stówa  dziennie.  To 

nasza stawka.

Flynn zostawił ich, gdy wyciągali skrzynkę piwa z bagażnika. Wrócił na łódź.

-

Znalazłaś coś? - zapytał Mollie.

-

Nic.  -  Ale  gdy  podniosła  na  niego  wzrok,  dostrzegł  cierpienie  w  jej 

oczach.

-

Chcesz porozmawiać?

-

Nie. - Wróciła do pamiętnika.

-

Jestem tu, gdybyś mnie potrzebowała. Płyniemy na Key Largo.

Key Largo był położony najbliżej stałego lądu Florydy i stanowił bazę wielu 

firm  wynajmu  łodzi  i  ekspedycji  nurków.  Roiło  się  tam  od  łodzi  i  zazwyczaj 

trudno  było  przycumować,  ale  Flynn  porozumiał  się  przez  radio  ze  swoim 

starym  kumplem,  Jackie  Samsonem,  który  organizował  wycieczki  morskie  na 

łodziach. Na szczęście Jackie zaprosił Flynna do swojej przystani.

Po przycumowaniu Flynn zwrócił się do Mollie.

background image

128

-

Jesteśmy na miejscu - powiedział. - Wychodzimy na brzeg.

-

Wolałabym tu zostać i czytać.

-

Masz coś nowego?

-

Właśnie  skończyłam  dziewięć  lat.  Na  wycieczce  rybackiej  na  Tortugę 

złapałam  rybę.  -  Usiadła  prosto.  -  Ze  wstydem  przyznaję,  że  strasznie  dużo 

czasu zajmuje mi odcyfrowanie moich bazgrołów.

-

Jest coś na temat „Klucza"?

-

Ani  słowa.  Natomiast  ja  byłam  wówczas  absolutnie  przekonana,  że 

powinnam  pisać,  jak  mój  ojciec.  Oczywiście,  pisałabym  o  znacznie 

ważniejszych rzeczach. Na przykład o kosmosie.

Jej spokojny głos obudził we Flynnie nadzieję, że może Mollie odnajdzie w 

dzieciństwie nie tylko cierpienie, ale i swoisty urok.

-

Zrób sobie przerwę i chodź ze mną na brzeg. Chciałbym, żebyś poznała 

Jackie'ego.

-

Kogo?

-

Jackie  Samsona.  Faceta,  w  którego  przystani  przycumowaliśmy. 

Poznaliśmy  się  wieki  temu  na  Bahamach.  Prowadzi  wycieczki  w  łodziach  o 

przezroczystym dnie.

-

Dobrze, Flynn. Może trochę później?

Chciał  protestować,  wymyślił  setkę  powodów,  dla  których  powinna  z  nim 

pójść,  ale  w  końcu  nic  nie  powiedział.  Flynn  zdawał  sobie  sprawę,  że 

samolubnie pragnie jej towarzystwa. Lepiej dać jej luz, jakiego potrzebowała.

-

Dobra, za godzinę będę z powrotem.

-

Nie śpiesz się.

Śledziła wzrokiem, jak Flynn oddala się wzdłuż pirsu. Westchnęła i powróciła 

do lektury. Minęła już swoje dziesiąte urodziny, gdy znalazła dziwny zapis: Czy 

alkohol pali się jak propan? Z nagłą jasnością przypomniała sobie, że to samo 

pytanie zadała kiedyś ojcu. Czy alkohol pali się jak propan?

background image

129

Siedzieli przy stole w jadalni. Ojciec nie jadł, tylko pił. Rozzłościł się na nią 

za to pytanie. Uznał, że Mollie oskarża go o nadmierne picie, albo o to, że jest 

aiebezpiecznie łatwopalny. Niewyraźnie powiedział jej: „Ty jesteś dzieckiem. Ja 

jestem dorosły. Nie mów mi, co mam robić, Mollie".

A potem zaczął się śmiać i śmiać, a ona siedziała przy stole sztywno, jakby 

kij  połknęła.  Uniósł  szklankę,  pijąc  do  niej.  Bardzo  wyraźnie  usłyszała  teraz 

jego głos: „Kocham cię, Zielonooka. Zawsze pamiętaj, ze cię kocham".

Naprawdę?  Niewidzącym  spojrzeniem  wpatrywała  się  przed  siebie.  Ojciec 

kochał ją tak bardzo, że nie potrafił pozostać trzeźwy. Tak bardzo, że musiała go 

sągnąć  do  łóżka  i  okrywać  kocem.  Tak  bardzo,  że  zapominał  o  wszystkich 

obietnicach. I deptał każde marzenie.

Mollie  wstała  gwałtownie.  Uniosła  pamiętnik,  gotowa  rzucić  go  w  morze. 

Zrobiłaby  to,  gdyby  w  ten  sposób  udało  jej  się  zatopić  wspomnienia.  Ale 

wiedziała już, że nie ma od nich ucieczki.

Poza  tym,  pomyślała  z  goryczą,  w  pamiętniku  może  być  jakaś  wzmianka  o 

miejscu ukrycia „Klucza". Flynn byłby wściekły, gdyby zaprzepaściła tę szansę. 

Chciał znaleźć maszynopis i dzięki temu zrobić akademicką karierę. A tylko ona 

mogła mu w tym pomóc.

Ale niby czemu miałaby to robić?

Wetknęła pamiętnik pod pachę, zeszła z łodzi i ruszyła wzdłuż pirsu. Powinna 

tu  Flynna  zostawić,  wyjechać.  Tylko  dokąd?  Do  domu?  Żałowała,  że 

kiedykolwiek z niego wyjechała. Jej stany lękowe były niczym w porównaniu z 

wściekłością, jaka opanowała ją w Central Parku. Gdzie był jej dom? Chicago. 

Manhattan.  Jakie  to  dziwne,  że  Manhattan  nie  obudził  żadnych  wspomnień  o 

Siergieju.  Przez  lata  sądziła,  że  byt  jej  wielką  miłością  i  tragicznym 

rozczarowaniem. Ale ich romans był niczym. A Flynn? Czy tak samo będzie z 

Flynnem?

Czy  zachowała  się  jak  idiotka?  Mollie  przyspieszyła  kroku.  Jedno 

wspomnienie  bolało  mocniej  niż  pozostałe.  Ale  było  to  wspomnienie  nie  z 

background image

130

odległej  przeszłości,  lecz  z  ostatniej  nocy.  Nie  powinna  była  kochać  się  z 

Flynnem. Nic z tego nie może wyniknąć. Nic poza cierpieniem.

Jeśli o nią chodziło, to poszukiwanie skarbu było skończone.

ROZDZIAŁ 13

W  barze  na  nabrzeżu  Flynn  przyciskał  słuchawkę  telefoniczną  mocno  do 

ucha, usiłując zrozumieć, co mówi jego redaktorka. Sądząc z jej słów, wszystko 

mu wybaczono.

-

A co z Edlemanem? - zapytał. - Dlaczego jest w Miami?

-

Zaproponował,  że  będzie  pośrednikiem.  Oboje  jesteście  wykładowcami. 

Oboje  zajmujecie  się  zawodowo  Woodrowem  Locke'em.  Myślałam,  że  może 

będzie w stanie przywołać cię do porządku w sprawie pracy nad biografią.

-

Przywołać do porządku?

-

Musisz wreszcie podejść do sprawy serio, Flynn.

Redaktorka  kontynuowała  wyjaśnienia,  a  Flynn  wyciągał  własne  wnioski: 

najwyraźniej w wydawnictwie stwierdzono, że nie można na nim polegać, a Ed-

ieman pragnie to wykorzystać, by zająć jego miejsce.

Może to nie jest taki zły pomysł, żeby ktoś inny pisał tę biografię. Od kiedy 

poznał  Mollie,  jego  pogląd  na  dawnego Woodrowa  Locke'a nieco  się  zmienił. 

Flynn nie był już pewien, czy potrafi przedstawić pisarza obiektywnie.

Ktoś wrzucił monetę do szafy grającej, zagłuszając azeźwe uwagi redaktorki.

-

Jak mam znaleźć Edlemana? - wrzasnął do telefonu.

-

Powiedz mi, gdzie jesteś - odkrzyknęła redaktorka. - On już cię znajdzie. 

To bardzo uparty człowiek.

background image

131

Flynn  podał  adres  firmy  Jackie  Samsona,  obiecał  pozostać  w  kontakcie  i 

rozłączył się.

Podszedł  do  baru,  zamówił  piwo  i  zaczął  się  zastanawiać,  czy  kompletnie 

stracił  rozum.  Wyrzec  się  napisania  biografii?  Czy  rzeczywiście  poważnie 

rozważa  wycofanie  się  z  takiego  zadania?  Marscel  by  go  zabił.  Naukową 

reputację Flynna diabli by wzięli. Jego wydawcom też się to nie spodoba.

Ale  Mollie  ucieszyłaby  się.  Gdyby  sprawa  biografii  przestała  ich  dzielić, 

gdyby  Mollie  nie  miała  podstaw  do  podejrzeń,  że  Flynn  ją  wykorzystuje, 

mogliby  zbudować  razem  jakąś  przyszłość.  Pociągnął  duży  łyk  piwa  i 

zmarszczył  brwi.  Zadowolenie  bądź  niezadowolenie  Mollie  nie  powinny  mieć 

wpływu na decyzje zawodowe.

Zostawił  nie  dopite  piwo  i  ruszył  z  powrotem.  Po  drodze  kupił  krewetki, 

świeży chleb, kiwi, sok i tuzin czerwonych róż.

Do przystani dotarł wciąż niezdecydowany. Mollie nie prosiła go, by odstąpił 

od  pisania  biografii.  Ani  od  poszukiwań  „Klucza,".  A  jednak,  niewątpliwie, 

wykorzystywał ją.

Nie  chciał  myśleć  o  sobie  w  ten  sposób.  Wpatrywał  się  w  przestrzeń,  poza 

lazurową  wodą,  białymi  masztami  i  ulotnym  błękitem  nieba.  Morze  powinno 

było  go  uspokoić.  Lekka  bryza,  tańcząca  wśród  palm  kokosowych,  powinna 

była  oczyścić jego  umysł  z  niezdecydowania. Zamiast tego stał  na  pomoście i 

wyobrażał  sobie  Mollie  podróżującą  z  nim  przez  morze.  Do  Arktyki,  na 

Karaiby,  po  Morzu  Śródziemnym.  Żeglowaliby  razem,  lataliby  razem,  a  ona 

nigdy nie byłaby mu ciężarem. Jej eklektyczne dzieciństwo przygotowało ją do 

przeżywania  przygód.  Dużo  podróżowała  i  niełatwo  było  zrobić  na  niej 

wrażenie. Jej opinia miałaby wielkie znaczenie. Nawet jego, Flynna, potrafiłaby 

nauczyć czegoś nowego,

Przemierzał  przystań,  godząc  się  z  myślą,  że  Mollie  jest  idealną  dla  niego 

kobietą. Podchodząc do łodzi, był gotów upaść na kolana i poprosić Mollie, by z 

nim zamieszkała. I równie gotów uciec gdzie pieprz rośnie, gdyby się zgodziła.

background image

132

Było wpół do drugiej. Nie zastał Mollie na pokładzie. Zszedł na dół.

-

Mollie? Gdzie jesteś?

Rzucił paczki na niewielki kuchenny stolik i sprawdził kabinę sypialną. Była 

pusta. Tak samo jak reszta łodzi.

Serce  zabiło  mu  szybciej,  panika  podchodziła  do  gardła,  gdy  tak  stał  na 

pokładzie,  rozglądając  się  na  wszystkie  strony.  Czyżby  zbyt  późno  podjął 

decyzję? Czyżby Mollie odeszła?

Flynn nakazał sobie spokój. Była dorosłą, rozsądną kobietą, która nie mogła 

tak  po  prostu  zniknąć.  Prawdopodobnie  poszła  coś  zjeść  i  zaraz  wróci.  Ale 

minuty mijały, a Mollie wciąż nie było. O drugiej nie mógł już tego wytrzymać.

Zeskoczył z łodzi i ruszył do baraczku Jackie'ego Samsona.

-

Cześć,  Jackie.  Czy  widziałeś  dziewczynę,  która  przypłynęła  razem  ze 

mną?

-

Jasne. - Jackie pohuśtał się na krześle. - Zawsze miałeś oko na ładną parę 

nóg.

-

Gdzie poszła?

-

Coś  ty  taki  spięty,  koleś?  Czy  to  jest  właśnie  ta  dama,  która  w  końcu 

weźmie cię na smycz i zmusi do ustatkowania się?

No właśnie, czy to ona?

-

To podróż w interesach.

-

Interesy, tak? - Twarz Jackie'ego rozjaśnił porozumiewawczy uśmiech. -

Oj, widzę, że nieźle cię wzięło, koleś.

-

Powiedz tylko, dokąd poszła. Jackie wskazał na wschód.

-

Zaprosisz mnie na ślub?

-

Nie  mamy  takich  planów  -  mruknął  Flynn,  ruszając  we  wskazanym 

kierunku.

Szedł  powoli,  rozglądając  się  uważnie,  zaglądając  we  wszystkie  twarze. 

Gdzie była? Sprawdził sklepy i kawiarnie. Może coś się jej stało? Czy powinien 

porozumieć się z policją? Nie, to bez sensu. Roześmieliby się  tylko.

background image

133

Na plaży zwolnił. Było tu tyle ludzi, że mógł przegapić Mollie. A jednak to 

właśnie  było  najbardziej  prawdopodobne  miejsce.  Mollie  dobrze  czuła  się  w 

tłumie.  Przyglądał  się  opalającym  się  nastolatkom  w  miniaturowych  bikini, 

brązowym  dzieciom  taplającym  się  przy  brzegu,  rozsądnym  matkom  pod 

parasolami. Ani śladu Mollie.

Coś musiało się stać. Flynn schował dumę do kieszeni, wrócił do baru i zaczął 

telefonować do szpitali, straży przybrzeżnej i policji. Bez rezultatu.

O czwartej chodził tam i z powrotem po pokładzie. Nie był w odpowiednim 

nastroju,  by  negocjowania  z  Edlemanem.  Ale  to  właśnie  Edleman  we  własnej 

osobie pojawił się na pomoście.

-

Ach,  cóż  za  zdumiewający  przypadek  -  powiedział  Edleman.  -  Witaj, 

Flynn.

-

Nie mogę teraz z tobą rozmawiać.

-

Jak tam Mollie?

Choć  Flynn  usiłował  zachować  kamienną  twarz.  Edleman  rozszyfrował  go 

bez trudu.

-

Och,  to  straszne  -  udał  zmartwionego.  -  Czyżbyście  się  rozstali?  Może 

powinienem pocieszyć piękną pannę Locke?

-

Mollie  nie  ma.  -  Flynn  usiadł  po  turecku  na  pokładzie,  nabrał  w  płuca 

powietrza.  -  No  dobrze,  Edleman.  Znalazłeś  mnie.  Mów,  co  masz  do 

zaproponowania.

-

Szczerze mówiąc, drogi kolego, właściwie straciłeś szansę na tę biografię. 

Nie  dotrzymywałeś  terminów  i  utrudniałeś  współpracę.  To  może  być  do 

zaakceptowania  u  pisarza  powieści  sensacyjnych.  -  Ton  Edlemana  wyraźnie 

sugerował,  że  nawet  rachunki  z  pralni  są  lepszą  literaturą  niż  powieści 

sensacyjne.

-

Więc proponujesz, że mnie uwolnisz od tego oiężaru?

-

Krótko mówiąc, tak.

background image

134

-

Po  co  się  trudzisz  rozmową  ze  mną?  Nawet  jeśli  ja  się  zgodzę  i  tak 

będziesz jeszcze musiał poradzić sobie z Marscelem.

-

Nie. Umowa z wydawnictwem uciszy Marscela. Na okładce pojawią się 

nazwiska nas obu.

Edlemanowi niemal ślinka ciekła na myśl o takiej okazji, a Flynn zaskoczył 

sam  siebie,  rozważając  tę  ofertę.  Gdyby  oddał  temu  pajacowi  napisanie 

biografii,  Mollie  uwierzyłaby  wreszcie,  że  Flynn  nie  chce  jej  wykorzystywać. 

Poza  tym  nie  musiałby  się  głowić,  co  zrobić  ze  swoją  negatywną  opinią  o 

Woodrowie Locke'u.

Ale była i druga strona medalu. Jeśli Flynn się wycofa, runie marzenie Johna 

Marscela o rzetelnej biografii. A Edleman będzie prześladował Mollie prośbami 

o spotkania, będzie znowu grzebał w jej przeszłości.

-

Możesz wyłączyć z tego Mollie? Bez wywiadów?

-

Niepotrzebne mi wywiady z nią,

Flynn nigdy się nie poddawał. Ale ta decyzja była trudniejsza niż pokonanie 

ostatnich  stu  metrów  skalnej  ściany.  Jeśli  się  wycofa,  zdobędzie  Mollie.  Ona 

zrozumie jego poświęcenie. Doceni, że wybrał ją, a nie sławę i pieniądze.

Ale  jeśli  się  wycofa,  nie  będzie  sobą.  A  jeśli  ona  nie  jest  w  stanie 

zaakceptować go takim, jakim jest...

-

Niestety, Edleman, nie zgadzam się.

-

Oczywiście,  spodziewałem  się  oporu  z  twojej  strony.  -  Edleman  sięgnął 

do  kieszeni  spodni,  wyciągnął  portfel  i  wyjął  z  niego  czek.  -  Jestem  gotów 

złożyć  ci  solidną,  finansową  propozycję.  Widzisz,  Flynn,  ja  nie  potrzebuję 

pieniędzy za  tę  książkę.  A  ty  tak.  Twój  wydawca  powiedział  mi, że  nie  tylko 

wydałeś sporą zaliczkę, ale jeszcze zadłużyłeś się.

-

Pieniądze  nie  mają  znaczenia.  -  Flynn  wzruszył  ramionami.  -  Gdy 

przedstawię  w  wydawnictwie  całą,  nieznaną,  zaginioną  książkę  Woodrowa 

Locke'a, będę mógł dyktować warunki.

background image

135

-

Ale  „Klucz"  może  w  ogóle  nie  istnieć.  Mollie  wyraźnie  powiedziała  to 

podczas  tego  nieprzyjemnego  spotkania  w  Nowym  Jorku.  I  o  ile  sobie 

przypominam, ty też nie byłeś pewien.

-

Ale się nie poddaję.

-

Może  ujmę  to  inaczej.  Przyjmij  teraz  moją  ofertę.  Albo  jej  połowę  za 

miesiąc,  kiedy już  będzie  jasne,  że nic  nie  napiszesz. I  że  ten problematyczny 

maszynopis nie istnieje.

-

Nie jestem zainteresowany.

Flynn  zeskoczył  z  łodzi  na  pomost  i  szybko  ruszył  przed  siebie.  Edleman 

szedł za nim.

-

Lepiej się zastanów, Flynn. Tu nic nie zdziałasz siłą mięśni. Nie zmusisz 

nie istniejącego maszynopisu do pojawienia się.

Flynn odwrócił się gwałtownie.

-

Trzymaj się z daleka ode mnie, Edleman. I z daleka od Mollie. Nie będę 

cię szukał za miesiąc. Ani nigdy.

-

Och,  będziesz. Gdy nie  uda  ci  się  znaleźć  „Klucza", sam  mnie będziesz 

prosił o pomoc.

-

 Idź do diabła, Edleman.

Flynn pomaszerował dalej. Czuł, że podjął właściwą decyzję. Znów wiedział, 

kim właściwie jest. Jeśli Mollie nie potrafi tego zaakceptować, nauczy się  żyć 

bez niej. Bo nie jest w stanie się zmienić. I nie zrezygnuje.

Flynn  znów  wyruszył na  poszukiwania  Mollie.  Skoro  podjął  się  znalezienia 

zaginionego  od  dwudziestu  lat  maszynopisu,  na  pewno  uda  mu  się  również 

odnaleźć jedną zielonooką kobietę.

ROZDZIAŁ 14

background image

136

Flynn  nie  ominął  żadnego  sklepu  ani  punktu  wynajmu  łodzi.  Obszedł 

zarówno czterogwiazdkowe restauracje, jak i budki z hot dogami. Kilkakrotnie 

przeszedł wzdłuż plaży.

Gdy  tropikalne  słońce  wisiało  już  nisko  nad  horyzontem,  zatrzymał  się  na 

brzegu,  wbijając  pięty  w  twardy,  biały  piasek  i  przypatrując  się  kąpiącym. 

Mollie nigdzie nie było. Czyżby rzeczywiście opuściła Key Largo? Zostawiła go 

bez słowa?

Flynn ściągnął koszulę i wszedł do wody. Szedł przed siebie, aż zanurzył się 

po  pas.  Obmył  się,  spłukał  z  siebie  pot  i  wrócił  na  plażę.  I  wtedy  usłyszał  jej 

głos.

-

Jestem tutaj, Flynn.

Szła  ku  niemu  po  białym  piasku  i  machała  ręką.  W  drugiej  trzymała 

pamiętnik.

Rzucił się ku niej i złapał w objęcia.

-

Gdzieś ty, do diabła, była? - wydyszał.

-

Ja też się cieszę, że cię widzę.

Przytulił ją do siebie, czując, jak opuszcza go napięcie.

-

Przeszukałem każdy centymetr tej wyspy.

-

Siedziałam tu, pod palmą, i czytałam pamiętnik. Musiał przechodzić koło 

niej z dziesięć razy. Dlaczego jej nie zauważył?

-   Tak mi przykro -  powiedziała. - Powinnam była zostawić  karteczkę.

-

Powinnaś była. Dzwoniłam do szpitali i straży przybrzeżnej, wyobrażając 

sobie wszystko najgorsze

A  jednak  jego  uzasadniony  gniew  rozpłynął  się,  gdy  spojrzał  jej  w  oczy.  

Wyglądała  na  bardzo  zmęczoną.  Choc  jej  skóra  miała  zdrową  opaleniznę,  a 

koniec  nosa  różowiał  od  słońca,  oczy  były  podkrążone  a  wargi  zaciśnięte  w 

wąską linię bez wyrazu.

- Może chcesz usiąść? Piłaś coś? Jadłaś? – Flynn był pełen troski.

- Oczywiście, inaczej byłabym całkiem odwodniona.

background image

137

Wskazała  palcem  niewielką  budkę  przy  granicy,  gdzie  sprzedawano  bulki  i 

napoje.  Flynn  tam  był.  Pytał  chlopaka  obsługującego  budkę,  czy  nie  widział 

wysokiej, zielonookiej brunetki, i otrzymał negatywną odpowiedź.

-   Byłaś w ciemnych okularach?

Dotknęła kieszeni bluzki.

-Tak, a co?

Cały  dzień  rozpytywał  o  brunetkę  o  niezwykłych  zielonych  oczach,  a  ona 

zakryła je ciemnymi szkłami. Doskonałe, nie planowane przebranie. Doskonałe, 

me planowane przebranie

-

O co chodzi?

- O nic. Skoro przez cały dzień  jadlaś tylko kanapki, to musisz być głodna-

powiedział. - Wracajmy na łódź.

-

Naprawdę bardzo mi przykro.

-

To mogłabyś powiedzieć partnerowi w interesach.

-

Tym właśnie jesteś.

Jej słowa go zabolały. Nie czuł się ani jej partnerem, ani współpracownikiem, 

ani kolegą. Czuł się kochankiem,  który cierpiał, gdy odeszła. Odnalezienie jej 

nadało życiu sens.

A jednak zdecydował się kontynuować pracę nad biografią i nie poświęcił się 

dla Mollie. Może więc zasługiwał, żeby traktować go jak partnera w intresach. 

Ujął ją za ramię.

-

Znalazłaś coś ciekawego w pamiętniku?

-

Ani  słowa  na  temat  miejsca  ukrycia  maszynopisu.  Ale  znalazłam 

wzmianki o „Kluczu".

-

Czy mogę zobaczyć?

-

Nie. Ale przeczytam ci. - Siadła na piasku i otworzyła małą książeczkę na 

ostatnich stronach. - Miałam jedenaście lat. Zapisałam: Tatuś złościł się na mnie 

dzisiaj, bo mu odszczekalam. Mówi, że mam paskudny charakter i ze napisze o 

background image

138

tym w tej głupiej książce, którą dla mnie pisze, żeby cały świat się dowiedział, 

jaka jestem okropna.

Przewróciła kilka stron i czytała dalej:

-

Nienawidzę ,,Kiucza”. Chciałabym, żeby wyrzucił to, co pisze. Dlaczego 

mój ojciec nie może być strażakiem?

Podbródek  jej  drżał,  a  po  policzku  spłynęła  łza.  Dużo  dziś  płakała,  ale,  o 

dziwo, nie dbała o to. Nie czuła się skrępowana.

-

Wszystko w porządku - powiedział. Uniósł dłoń i palcem złapał łzę. - To 

nic złego czuć to, co czujesz.

-

Tak  uważasz?  -  spojrzała  z  niechęcią.  -  Płakać  zawsze,  gdy  mam  na  to 

ochotę?  Krzyczeć,  gdy jestem wściekła?  Zachowywałabym  się  jak  mój ojciec, 

kiedy po pijanemu usiłował wywołać bójkę.

-

Wielu ludzi kochało twego ojca.

-

Raczej  znajdowało  dla  niego  usprawiedliwienia  -  poprawiła.  -  Bo  był 

geniuszem i podobno barwną osobowością. Ale nie musieli z nim mieszkać. Czy 

zauważyłeś,  że  uroczy  Woodrow  Locke  raczej  nic  radził  sobie  z  kobietami, 

które poślubiał?

-

To nie ma znaczenia, Mollie. Nie jesteś swoim ojcem.

-

Na szczęście! Ujął ją za ręce i podciągnął do góry.

-

Rozładowanie  napięcia  emocjonalnego  nie  musi  polegać  na  krzyku  i 

płaczu. Wiesz o tym. Jest też śmiech. I kochanie się.

-

Uczucie też trzeba kontrolować.

-

I  dobrze.  Inaczej  rzuciłbym  cię  tu  na  piasek,  na  publicznej  plaży,  i 

wykorzystał.

Podniosła pamiętnik.

-

Wracajmy na łódź.

Trzymając się za ręce, szli w milczeniu wzdłuż plaży. Przy pomoście Flynn 

pomachałdo Jackie'ego i zawołał:

-

Znalazłem ją!

background image

139

-

To dobrze. Nie pozwól jej uciec. - Jackie pomachał kawałkiem papieru. -

Mam dla ciebie wiadomość od tego Edlemana.

-

Edlemana? - zapytała Mollie ostro. - Widziałeś się z nim?

-

Tak. I nie było to przyjemne.

Wziął  kartkę  i  pociągnął  Mollie  ku  łodzi.  Edleman  zawiadamiał  go,  że 

propozycja  jest  ważna  do  północy,  podawał  nazwę  motelu,  w  którym  się 

zatrzymał. Flynn zmiął papier i wetknął do kieszeni.

-

No i co z Edlemanem? - naciskała Mollie. - Czego chciał?

Weszli na pokład. Flynn odwrócił się do Mollie.

-

Zaproponował,  że  przejmie  ode  mnie  napisanie  biografii  twego  ojca. 

Rozważałem to. Naprawdę zastanawiałem się nad tą propozycją.

-

Dlaczego?

-

Gdybym wycofał się z pisania, nie wykorzystywałbym cię. Bylibyśmy po 

prostu  dwojgiem  ludzi,  i  nie  córką  Woodrowa  Locke'a  i  jego  biografem. 

Moglibyśmy być razem. - Coś go ścisnęło w środku. - Przepraszam, Mollie, nie 

potrafiłem się wycofać. To nie leży w mojej naturze.

-

Oczywiście.  -  Gdy  spojrzała  na  niego,  ból  w  jej  oczach  był  jakby 

mniejszy. - Cieszę się, że się nie wycofałeś.

-

Naprawdę?

Flynn nie mógł zrozumieć. Spodziewał się, że da mu w twarz. A tymczasem 

Mollie oplotła go ramionami.

-

Naprawdę - potwierdziła. -I bardzo mi pochlebia, że w ogóle brałeś pod 

uwagę taką możliwość.

Objął ją w pasie.

-

Rozumiesz?  Odrzuciłem  ofertę  Edlemana,  a  to  oznacza,  że  ważne  są 

nasze  pierwotne  ustalenia.  Gdy  zakończymy  poszukiwania  -  a  ja  mogę  im 

poświęcić  jeszcze  najwyżej  kilka  dni  -  będę  musiał  cię  opuścić,  wrócić  do 

Maine i zabrać się za pisanie.

-

A jeśli znajdziemy „Klucz"? — uśmiechnęła się.

background image

140

-

Niewątpliwie zdjęłoby mi to wielki ciężar z barków. Ale poza tym nic by 

się nie zmieniło. Nie możemy być razem, gdy będę pisać książkę o twoim ojcu. 

Nie chcę cię wykorzystywać.

-

Nawet jeśli ja się zgadzam?

-

Nawet.  Bałabyś  się  ze  mną  rozmawiać.  A  ja  ciągle  usiłowałbym 

przewidzieć twoją reakcję i pisałbym „pod ciebie".

-

No cóż. - Pocałowała go lekko w usta. - Skoro dzisiejsza noc może być 

naszą ostatnią, nie marnujmy ani chwili więcej.

-

Płyńmy - przytaknął. - Wracajmy na Stamper Key.

Kilka chwil później opuścili port Key Largo i znaleźli się na morzu. Mollie 

westchnęła  i  spojrzała  na  niebo,  szykujące  się  już  do  kolejnego  pięknego 

pożegnania dnia. Dziś wieczór te niebiosa będą należeć tylko do niej i Flynna. 

Tylko dziś wieczór?

Ściągnęła koszulkę i szorty, chcąc poczuć bryzę na całym ciele.

Flynn gwizdnął z uznaniem.

-

No, no! Skąd masz ten kostium?

-

To? - Pogładziła turkusowy materiał. - Kupiłam w Biscayne Bay, razem z 

innymi rzeczami.

-

No, no! -powtórzył z podziwem. Powędrował wzrokiem wzdłuż jej nóg, 

od szczupłych ud po espadrille na nogach. - Bardzo ładny.

-

Jest zbyt wycięty na biodrach - stwierdziła Mollie. - Nie będzie wygodnie 

w nim pływać.

-

Wyglądasz  jak  syrena.  Pomyślałem  to  już  przy  naszym  pierwszym 

spotkaniu, gdy zobaczyłem zieleń twoich oczu.

Poczuła,  że  rumieni  się  pod  opalenizną.  Syrena.  Nigdy  nie  myślała  o  sobie 

jako  o  tajemniczej  istocie,  która  potrafi  przywodzić  mężczyzn  do  zguby. 

Szczególnie tak opanowanego mężczyznę jak Flynn.

Flynn stał przy sterze, mocno wsparty na rozstawionych nogach.

-

Kocham to - powiedział. - Pryskające kropelki. Słoną wodę.

background image

141

-

Odór ryb - dorzuciła przekornie.

-

To  zapach  życia.  -  Odwrócił  się  ze  śmiechem  do  Mollie.  -  To  jedno  z 

moich wspomnień. Mój ojciec powtarzał to za każdym razem, gdy szedłem do

obory.

-

Trudno mi wyobrazić sobie ciebie jako farmera.

-

To się nie różni tak bardzo od bycia marynarzem. I farmerzy, i marynarze 

żyją zawsze w przeświadczeniu, że ziemia się o nas zatroszczy.

-

Jeśli jej nie zniszczymy wyciekami ropy, wysypiskami śmieci, kwaśnym 

deszczem i ogólnym zanieczyszczeniem.

-

Masz  rację.  Przyjmij,  proszę,  spóźnione  przeprosiny  za  wszelkie 

szydercze uwagi na temat twojej troski o wieloryby i tak dalej. - Skłonił się w jej 

kierunku.  -  Zawsze  tak  mocno  wierzyłem  w  ziemską  obfitość,  że  nie 

zastanawiałem się, jak ją zachować.

-

Może nikt się nie zastanawiał.

W tej chwili z radością zostawiała te problemy komuś innemu. Rozłożyła na 

pokładzie ręcznik, wyciągnęła się na nim na  brzuchu i  wpatrzyła  w  zachodnią 

część  nieba.  Zachód  właśnie  się  zaczynał,  gdy  Flynn  zarzucił  kotwicę  koło 

Stamper Key.

Zszedł  pod  pokład,  a  po  chwili  pojawił  się  ponownie,  w  granatowych 

kąpielówkach  i  z  dwoma  oszronionymi  szklankami  soku  pomarańczowego. 

Usiadł obok Mollie i w ciszy oglądali wspaniały spektakl.

Gdy złota kula zniknęła za horyzontem, Flynn przykrył wargi Mollie swoimi. 

Jej zaróżowiona skóra była niezwykle wrażliwa, gdy zsunął kostium i  całował 

jej  piersi.  Powolne  kochanie  się  harmonizowało  z  cichym  szeptem  fal,  a 

pieszczoty były ożywcze jak wiatr.

-

Syrena.  Kusząca  syrena  o  cudownych  zielonych  oczach  -  szepnął, 

zawisając nad nią na moment.

Zanim Mollie zdążyła zaprotestować, że jest tylko kobietą, wsunął się w nią. 

Rytmiczne  ruchy  jego  ciała  przegnały  wszystkie  inne  myśli  z  głowy 

background image

142

dziewczyny. Gdy się już sobą nasycili, leżeli spokojnie przytuleni na pokładzie 

łodzi.  Niebo  nie  było  jeszcze  ciemne,  ale  już  zachęcało  do  marzeń.  Flynn 

westchnął.

-

Muszę pójść na brzeg i spłacić piratów, którzy pilnują hacjendy.

-

Jakich piratów?

-

Rafaela Escobara i jego kuzynów.

Nim  zadała  następne  pytanie,  Flynn  naciągnął  kąpielówki  i  wskoczył  do 

wody.

Mollie  została  na  pokładzie,  przyglądając  się,  jak  kolory  nieba  z  wolna 

znikają.  Wspomnienie  promieni  słonecznych  wciąż  rozświetlało  jej  twarz. 

Szelest wiatru w liściach palm i szept wody uderzającej o kadłub łodzi tworzyły 

piękną  muzykę.  Gdy  Flynn  wrócił i  wdrapał się na  łódź,  Mollie leżała, czując 

spokój i zadowolenie.

-

Świetnie - powiedział, ściągając mokre kąpielówki. - Wciąż jesteś naga.

-

Naga  i  rozleniwiona.  -  Gdy  wyciągnął  się  na  pokładzie  obok  niej, 

westchnęła.  -  Żałuję,  że  nic  więcej  nie  znalazłam  w  pamiętniku.  Żadnej 

wskazówki.

-

Nie przejmuj się tym.

Choć był wciąż mokry, przytuliła się do niego.

-

Gdy czytałam pamiętnik, nauczyłam się pewnego szyfru.

-

Czego?

-

Szyfru  -  powtórzyła.  -  Tatuś  był  chory  wczoraj  wieczór  oznacza  ostrą 

pijatykę.  To  samo  określają  słowa:  zmęczony,  zły,  źle  się  czuł.  Nie  pił  tylko 

rano,  gdy pisał.  I  wiem, jak  mu się  to  udawało.  Wytaczał  się z  łóżka,  połykał 

dwie aspiryny i mieszankę żółtek z ostrym paprykowym sosem, którą dla niego 

robiłam. - Choć na dworze było ciepło, Mollie zadrżała. - W jego życiu nie było 

miejsca na nic poza piciem i tonami papieru, które zapełniał słowami.

-

Nie mógł być całkiem zły. Troszczył się o ciebie.

background image

143

-

Pewnie tak było. Tak jak potrafił. - Przyjrzała się twarzy Flynna. - Mojego 

ojca napędzało pisanie. A co ciebie napędza?

-

Może  ciekawość?  Zawsze  chcę  wiedzieć,  co  jest  za  następną  falą,  na 

następnym brzegu... Podnieca mnie odkrywanie nowych rzeczy.

-

Powinieneś być odkrywcą nowych światów.

-

Może jestem. - Rysował palcem skomplikowane wzory na plecach Mollie. 

- Ale kontynenty już zbadano, a morza przepłynięto. - Obwiódł jej pośladki.

-

Na szczęście zawsze jest jeszcze jedna granica.

-

Nigdy nie myślałam o sobie jako o granicy.

-

Ale nią jesteś. - Odwrócił jej twarz ku sobie. -

W twoim uśmiechu jest 

cała galaktyka. Twoje oczy mówią o lądach znacznie wspanialszych i bardziej 

niebezpiecznych  niż  te,  na  mapie.  -  Jego  palec  ześlizgnął  się  w  dół  szyi.  -  A 

twoje piersi - zamruczał.

Zadrżała pod jego dotykiem.

-

No, co powiesz o moich piersiach?

-

Że mógłbym całymi godzinami badać ich tajemnice.

-

Mógłbyś. - Zatrzepotała rzęsami. - A może mógłbyś to robić na dole, w 

kabinie?

Flynn  nie  potrzebował  dalszej  zachęty.  Przechodzili  przez  kuchenkę,  gdy 

Mollie zatrzymała się koło zlewu.

-

Róże? Flynn, są takie piękne. - Podniosła bukiet, tak niedbale rzucony, i 

wciągnęła w płuca zapach kwiatów. Otworzyła szafki w poszukiwaniu jakiegoś 

naczynia. - Musimy w coś je wstawić.

Flynn  walczył  z  chęcią  porwania  jej  na  ręce  i  zaciągnięcia  do  łóżka,  ale 

porzucił  tę  myśl.  Nawet  naga  i  gotowa  do  kochania  się,  Mollie  była  zbyt 

praktyczną osobą, by pozwolić różom zwiędnąć.

Poza  tym  patrzenie  na  nią  było  dużą  przyjemnością.  Wyglądała  niezwykle 

kobieco, gdy napełniała dzbanek wodą i układała bukiet. W jednej chwili z masy 

zieleni stworzyła piękno.

background image

144

-

Jesteś  niewiarygodna  -  powiedział.  -  Absolutnie  nieprzewidywalna. 

Stuprocentowo kobieca.

Zaniosła bukiet do kabiny.

-

Czy kołysanie łodzi nie przewróci dzbanka?

-

W tej chwili nic mnie to nie obchodzi - stwierdził, rzucając się na łóżko. -

Chodź tu, Mollie. Nie mogę już czekać.

-

Ani  ja.  -  Z  wdziękiem  położyła  się  koło  niego.  -  Ale  jak  na  kogoś,  kto 

godzinami mógłby badać moje piersi, jesteś bardzo niecierpliwy.

-

Będziemy kochać się tak powoli, jak tylko zechcesz.

Ale  pocałunek  Flynna  nie  miał  w  sobie  nic  powolnego.  Wręcz  przeciwnie, 

dawał wyraz gorącej, niecierpliwej namiętności. I język, i dłonie zdecydowanie 

zawłaszczały  ciało  Mollie.  Uniósł  ją  ku  sobie,  wyginając  w  łuk,  i  Mollie 

odpowiedziała  mu  podobną  namiętnością.  Potrzebowała  jego  męskości, 

pewności  siebie,  wspaniałego,  silnego  ciała.  Chciała  go  i  będzie  go  mieć. 

Oddawała się cała, bez wahań i oporów. Każdy centymetr jej ciała, każda myśl, 

poświęcone były czystej zmysłowości.

Zapach  róż  drażnił  jej  powonienie.  Słyszała  szum  fal  uderzających  lekko  o 

burtę. Czuła siłę pragnienia Flynna. Gdy się połączyli, jej zmysły wybuchły. A 

potem, w końcu, ogarnął ją spokój. Całkowity, piękny spokój.

Leżała cicho w objęciach Flynna, nie myśląc, nie wspominając, aż w końcu 

zapadła w sen.

Następnego ranka, jeszcze senni, kochali się  znów, powoli i łagodnie. Choć 

nie  osiągnęli  intensywności  przeżyć  poprzedniej  nocy,  znaleźli  w  swojej 

bliskości ciepło i zadowolenie.

Mollie leżała rozciągnięta w poprzek poduszek.

-

Może  po  prostu  zostaniemy  w  łóżku  przez  najbliższe  dwa  czy  trzy 

tygodnie?

-

Nie mamy tyle czasu.

background image

145

Jego  słowa  zepsuły  pełen  rozleniwienia  nastrój.  Ubrali  się,  wypili  kawę  i 

uzgodniwszy plan  poszukiwań,  podpłynęli  do  pomostu  i  zacumowali.  Dopiero 

gdy dotarli do rozwalonej werandy hacjendy, Mollie wróciła do tematu.

-

Dlaczego uważasz, że musisz mnie opuścić, Flynn?

-

Bo muszę wywiązać się ze zobowiązań i napisać tę biografię.

-

Ale mogłabym z tobą zamieszkać. Przywykłam do życia z pisarzem.

-

Nic by z tego nie wyszło.  Jeśli zostaniesz ze mną teraz, gdy będę pisać, 

zawsze będziesz czuła, że cię wykorzystuję. - Łagodnie odsunął kosmyk włosów 

z jej czoła. - Nie mogę ci obiecać, że nie będę zadawać pytań, że twoje słowa 

nie ukażą się w druku.

-

Wszystko mi jedno.

-

Na początku ustaliliśmy pewne  reguły. Ja  chciałem znaleźć  „Klucz". Ty 

chciałaś  pogodzić  się  ze  swoją  przeszłością.  Wiedzieliśmy,  że  gdy  to  się 

skończy, wrócimy każde do swego życia.

-

Plany można zmienić.

-

I  mam nadzieję,  że  tak  się  stanie.  Mam nadzieję,  że  gdy  skończę  pisać, 

wciąż będziesz chciała ze mną być.

-

Jak długo?

-

Pół roku. Może rok. - Wszedł przed nią na werandę, - Zróbmy jeszcze ten 

krok,  Mollie.  Hacjenda  jest  naszą  ostatnią  nadzieją.  Jeśli  nic  tu  nie  ma,  to 

wątpię, żebyśmy kiedykolwiek odnaleźli ten maszynopis.

I kluczem, który dała mu Marianna, Flynn otworzył drzwi.

ROZDZIAŁ 15

Mollie  nie  wierzyła  w  duchy,  ale  gdy  drzwi  hacjendy  uchyliły  się,  dreszcz 

przebiegł  jej  wzdłuż  kręgosłupa.  Z  łatwością  mogła  wyobrazić  sobie  ojca 

nawiedzającego to opuszczone miejsce.

background image

146

Flynn  chyba  też  to  poczuł,  bo  zszedł  po  stopniach  werandy i  stanął  u  boku 

Mollie.  Tylko  że  on  wyglądał  na  przyjemnie  podnieconego  perspektywą 

spotkania z duchem.

-

Niesamowite, nie?

-

Czuję  się  jak  bohaterka  horroru,  która  wie,  że  w  nawiedzonym  domu 

przebywa  maniak  wywijający  siekierą.  Zawsze  się  zastanawiałam,  dlaczego  te 

dziewczyny wchodzą do środka.

-

Bo mają u boku odważnych obrońców, takich jak ja.

-

Naprawdę?  A  zdajesz  sobie  sprawę,  że  obrońcę  zazwyczaj  czeka  marny 

koniec?

-

Mollie, czy ty naprawdę się boisz?

-

Nie  mam  powodu  się  bać.  Biorąc  na  zdrowy  rozum,  wiem,  że  to  tylko 

pusty dom.

-

Nie  jest  pusty.  –  Ujął  jej  dłoń.  -  O  ile  się  nie  mylę,  zamieszkują  go 

wspomnienia. Twoje wspomnienia.

Zadowolona  z  obecności  Flynna,  ścisnęła  jego  dłoń.  Gdyby  była  sama, 

zapewne  by  uciekła.  Bo  oto  nadchodziło  nieuniknione.  W  tym  domu  stanie 

twarzą w twarz z przeszłością. I albo odnajdzie w niej spokój, albo już nigdy nie 

będzie w stanie do niej powrócić.

-

No dobrze, Flynn. Chodźmy.

Schodek  pod  ich  ciężarem  zaskrzypiał  i  Mollis  odruchowo  się  cofnęła. 

Jeszcze raz podniosła wzrok na dom. Dawniej był taki ładny. Amoże nie? Może 

zawsze  wyglądał  właśnie  tak,  był  wilgotny  i  zimny,  z  obłażącą  farbą  i 

potłuczonymi  szybami.  Może  jej  pamięć  była  tylko  fasadą,  jak  makiety 

budynków używane w Hollywood do kręcenia filmów. Może wyobraziła sobie 

piękno, by ukryć wewnętrzny rozkład.

Gdy  Flynn  pchnął  drzwi  frontowe,  Mollie  się  wzdrygnęła.  Drewniana 

podłoga była matowa i zniszczona. Przez zabite deskami okna przedostawało się 

światło słoneczne, rzucając dziwaczne cienie na obłażącą ze ścian tapetę.

background image

147

Pełna  wdzięku  krzywizna  żeliwnej,  biegnącej  na  górę  balustrady  schodów 

odcinała  się  od  ogólnej  ruiny.  Jej  ojciec  tak  często  przystawał  przy  tej 

balustradzie.  Potykając  się,  schodził  ze  schodów.  Pamiętała  jego  oczy, 

przekrwione i palące jak węgielki. Byłby z niego dobry duch.

Otrząsnęła się z tej wizji.

-

Nie jest tak źle. Aż trudno uwierzyć, że po tylu latach ten dom w ogóle 

jeszcze stoi.

-

Pamiętaj, że nie był tak całkowicie opuszczony - powiedział  Flynn.  -

Marianna mówiła, że różni jej krewni tu pomieszkiwali.

-

To typowe. - Mollie roześmiała się nerwowo.

-

Escobarowie nie pozwolą się zmarnować ani wrakowi statku, ani wrakowi 

domu.

Po  lewej  stronie  holu  była  bawialnią,  po  prawej  pokój  gościnny.  Mollie 

rzuciła tylko okiem na te pomieszczenia, zauważając z żalem straszliwie brudne 

obicie kanapy i pęknięte lustro nad kominkiem.

Hol  wydawał się  mniejszy  niż  dawniej, a korytarz prowadzący  na  tył  domu 

wręcz  przyprawiał  o  klaustrofobię.  Tu  najsilniej  czuło  się  odór  pleśni  i 

zgnilizny.

Drzwi  do  pracowni  ojca  były  zamknięte.  Mollie  zawahała  się,  z  ręką 

zawieszoną nad klamką. To było jego królestwo, tylko tu żył tak naprawdę.

Flynn dotknął jej ramienia.

-

Może wolisz, żebym wszedł pierwszy?

-

Dziękuję, nie. Sama muszę stawić czoło swoim strachom.

Nacisnęła  klamkę  i  weszła  do  środka.  Półki  na  książki  były  puste,  ale  poza 

tym  pracownia  ojca  nie  zmieniła  się.  Marianna  dbała  chyba  głównie  o  to 

pomieszczenie, gdy przychodziła sprzątać. Wielkie, dębowe biurko  zajmowało 

środek plecionej maty. W kącie pokoju znajdował się ciężki drewniany stół, na 

którym, na stalowej tacy, stały butelki z rżniętego szkła.

-

Czy to tutaj pracował? - zapytał Flynn.

background image

148

-

Proszę  cię,  tylko  nie  popadaj  w  uwielbienie  -  powiedziała  Mollie.  -

Przysięgam,  że  jeśli  zaczniesz  z  szacunkiem  gładzić  blat  biurka  i  wysławiać 

dzieła geniusza, które tu powstały, to osobiście wyrzucę cię przez okno.

W tym pokoju okna były całe, choć nie chroniły ich ani okiennice, ani deski.

-

To dziwne - powiedziała. - Zwróciłeś uwagę na okna?

-

Owszem, to dziwne - przytaknął. - Ale z tej strony są najgęstsze zarośla. 

Prawdopodobnie stanowiły osłonę.

-

Nawet  biorąc  pod  uwagę  opiekę  Marianny,  trudno  mi  uwierzyć,  że  nikt 

się tu nie włamał.

-

Dom  stoi  na  odludziu  -  zauważył  Flynn.  -  Nikt,  kto  go  specjalnie  nie 

szuka, nie dotrze tu.

-

A dlaczego nikt nie szukał? Całe życie nachodzili mnie ludzie zajmujący 

się twórczością ojca. Dlaczego nie przychodzili tutaj? - Machnęła ręką w stronę 

stojących  na  stole  butelek.  -Dlaczego  nie  wzięli  sobie  na  pamiątkę  tych 

cholernych butelek?! - Złapała jedną za szyjkę. - W tej trzymał wódkę.

Gdy sięgnęła po następną, po ginie, wielki, czarny pająk przebiegł przez stół. 

Mollie wrzasnęła i upuściła trzymaną butelkę, która rozbiła się na podłodze.

Flynn już był przy niej, tuląc do siebie.

-

Co to było, Mollie?

-

Tylko pająk. - Ale trzymała Flynna za ramię z całej siły i nie puszczała. -

Już wszystko w porządku.

-

Mówdomnie.Opowiedzmiotympokoju.Cosię tu działo?

-

Próbujesz  sprowokować  mnie  do  mówienia,  żebym  opanowała  nerwy? 

Jak gwizdanie na cmentarzu?

-

Coś w tym rodzaju. Spróbuj.

Odsunęła się od niego i zaczęła mówić tonem przewodnika wycieczki:

-

W  tym  właśnie  pokoju,  przy  tym  właśnie  biurku,  Woodrow  Locke 

tworzył swoje arcydzieła, pisząc je na zwykłej maszynie do pisania. Budził się 

codziennie wcześnie rano. Brał prysznic, golił się i przychodził tutaj. Woodrow 

background image

149

Locke  mocno  wierzył,  że  zachowanie  czystości  jest  bardzo  ważne.  Mówił,  że 

niechlujny wygląd jest pierwszym krokiem ku ruinie.

-

A co z tobą? - przerwał jej Flynn. - Co ten pokój oznacza dla ciebie?

-

Jego córka - powiedziała, wskazując szerokim gestem na drzwi - często tu 

zaglądała, gdy ojciec pracował. Jeśli przyszła wcześnie, ojciec kiwał jej głową 

na powitanie, a ona biegła do kuchni po jego ulubiony środek na kaca,

-  Szłaś  do  kuchni  zrobić  mieszankę  z  żółtek  -sprecyzował  Flynn.  -1  co 

potem?

-

Choć  Locke  rzadko kiedy  dawał  znać,  że  zauważa  córkę,  i  nie  podnosił 

głowy znad maszyny, dziewczynka lubiła tu przebywać. W tej pracowni bawiła 

się  spokojnie  w  obecności  ojca.  -  Zająknęła  się,  bo  słowa  nie  nadążały  za 

wspomnieniami.  -  Co  dalej?  Czasami  nucił  coś  podczas  pracy.  Ale  ja  nigdy 

nawet  nie  pisnęłam.  A  potem  kończył  pracę  na  ten  dzień  i  sięgał  do  dolnej 

szuflady  biurka.  -  Z  wysiłkiem  wyszarpnęła  szufladę.  -  Ciągle  tu  jeszcze  jest. 

Jego ostatnia butelka.

Kopnęła szufladę i odwróciła się.

-

W  tym  pokoju  nie  ma  żadnych  wskazówek,  Flynn.  Poza  dowodami,  że 

mój ojciec był nałogowym pijakiem, nic tu nie znajduję.

Przeszli  przez  kuchnię,  w  której  królowała ogromna,  stara  płyta  kuchenna  i 

lodówka.  Zlew  był  brudny.  Minęli  spiżarnię,  w  której  bawiły  się  jaszczurki. 

Weszli  do  dużego  pokoju  o  zabitych  deskami,  biegnących  wokół  oknach. 

Większość szkła leżała na podłodze.

-

Tu  był  szklany  dom.  Dla  ludzi,  którzy  nie  powinni  rzucać  kamieniami. 

Zwykle tu właśnie się bawiłam.

Ten  pokój  był  najbardziej  zagracony.  Cztery  drewniane  krzesła.  Trochę 

papierosowych  petów.  Porzucone  zabawki.  Mollie  rozpoznała  głowę 

porcelanowej  lalki,  której  niebieskie  oczy  patrzyły  martwo  przed  siebie.  Było 

jeszcze pudło na zabawki, pianino i rozwalająca się kanapa.

background image

150

-

To  wszystko  musiało  być  już  zbyt  zniszczone,  żeby  zainteresowało 

Mariannę  -  stwierdziła.  Podniosła  głowę  lalki.  -  Ojciec  mi  ją  kupił.  Miała  na 

imię  Ingrid,  a  była  ubrana  w  autentyczny  szwedzki  strój  ludowy.  Dość 

kosztowna  zabawka  dla  małej  dziewczynki,  ale  ojciec  namawiał  mnie,  żebym 

się nią bawiła. Pamiętam, jak mówił: „Ingrid jest bardzo smutna".

-

Czy ojciec kiedykolwiek bawił się z tobą lalkami?

-

Ten symbol męskości? Żartujesz chyba. - Odrzuciła głowę lalki na  górę 

zabawek. - Raz specjalnie zostawiłam Ingrid na dworze w deszczu. Chciałam się 

odegrać, chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę. I zwrócił. Był tak wściekły, że 

oderwał  jej  głowę.  Udało  mi  się  naprawić  jej  ubranie,  ale  głowy  nie  mogłam 

dobrze dopasować.

-

Czy bawił się z tobą w cokolwiek?

-

W chowanego. Czyż to nie najlepsza gra dla takiego paranoika?

-

Czy naprawdę był paranoikiem?

-

Jasne.  -  Zatrzymała  się  na  środku  pokoju,  z  rozłożonymi  szeroko 

ramionami. -Dlatego nauczył mnie samoobrony - różnych chwytów. Czy to nie 

dość niezwykła umiejętność dla małej dziewczynki?

Flynn zastanowił się chwilę przed odpowiedzią.

-

Właściwie nie. Moje siostry wpadały w takie same tarapaty jak ja. Mogło 

im się przydać nieco wiedzy o boksie.

-

Robiłam  to,  bo  myślałam,  że  ojciec  chce,  bym  była  twarda.  Przez  jakiś 

czas  w  tym  pokoju  był  nawet  worek  treningowy,  zawieszony  na  mojej 

wysokości. Ojciec słyszał, jak w niego walę, i przychodził popatrzeć.

Wciąż jeszcze słyszała echo jego śmiechu.

-

Czasami żałuję, że między ojcem amną było tak, jak było. Gdybym tylko 

mogła  mu  ufać.  Gdybym  nie  była  tak  pełna  gniewu.  Gdyby  mi  się  nie 

wydawało, że jego picie to w jakiś sposobmoja wina. Może gdyby nie był taki 

sławny. - Kręciło jej się w głowie. - Może gdybym ja była inna.

background image

151

-

Cieszę  się,  że  jesteś  sobą.  -  Flynn  przeciął  pokój  i  przytulił  ją.  -

Najdzielniejszą kobietą,  jaką znam.  Czy  zdajesz  sobie sprawę, że  ci się udało,

Mollie?

-

Co mi się udało?

-

Odszukać  przeszłość.  Gdy  zaczynaliśmy,  nie  chciało  ci  przejść  przez 

gardło  stwierdzenie,  że  twój  ojciec  był  alkoholikiem.  Nie  pamiętałaś  dźwięku 

jego głosu.

-

Teraz go słyszę - stwierdziła ponuro. - Głośno i wyraźnie.

-

W  każdym  razie  wiesz,  co  cię  gryzie.  Widzisz,  skąd  się  bierze  ból  i 

zagubienie.

Ale  wielki  krok,  który  zrobiła  w  kierunku  zrozumienia  siebie  i  swojej 

przeszłości, nie przyniósł jej pociechy.

-

To, że wiem o zbliżaniu się cyklonu, nie zawróci go do morza.

-

Dasz sobie radę. Zawsze miałaś dość sił, by przemóc strach, ból i gniew. -

Przytulił ją. - Tym razem też ci się uda.

A  co  z  przyszłością?  Jak  może  zacząć  zastanawiać  się  nad  swoją 

przyszłością? Przed nią następny problem, nowe lęki i wątpliwości. Przeszłość 

może powrócić w przyszłości, jak w zamkniętym cyklu.

Ojciec  nie  żyje,  ale  utrzymała  go  żyjącego  w  swoim  sercu.  Choć  go 

nienawidziła,  szukała  go.  Czy  w  kontaktach  z  innymi  mężczyznami  szukała 

swego ojca? Ta myśl była przerażająca.

Uniosła  głowę  i  spojrzała  Flynnowi  w  oczy.  Nie  był  jej  ojcem.  Nie  był 

alkoholikiem. Ale porzuci ją, gdy tylko znajdą „Klucz". Porzuci ją tak samo, jak 

porzucił ją ojciec.

-

Boję się.

-

Czego?

-

Może miał jakiś powód, żeby schować tę książkę. Prawdziwy powód, nie 

wymyślony. - Przebiegł ją dreszcz. – O czym ja mówię? Zaczynam myśleć jak 

on.

background image

152

Pogłaskał ją po głowie.

-

Nie przypominasz swego ojca.

-

Nie?  A  jeżeli  przez  niego  nie  uda  mi  się  nigdy  normalnie  być  z 

mężczyzną? A jeśli nie uda mi się mieć ciebie?

Poczuła, jak zesztywniał w jej objęciach, i pożałowała swoich słów. Odsunęła 

się od niego i podeszła do okna. Potłuczone szkło chrzęściło pod nogami.

-

Przepraszam  -  powiedziała.  -  Byłam  bezmyślna.  Nie  próbuję 

wmanewrować cię w coś, czego nie chcesz.

-

Nikt mnie do niczego nie zmusza, Mollie.

-

To i dobrze, bo żaden układ nie funkcjonowałby długo pod przymusem. 

Wiesz o tym, prawda? Miałeś rację w sprawie biografii. Za pół roku czy za rok, 

kiedy skończysz, kto wie, co się wtedy zdarzy?

Chciał powiedzieć, że przyjedzie po nią i będą żyli długo i szczęśliwie. Tak 

bardzo pragnął ją pocieszyć, przekonać, że mu na niej naprawdę zależy. Ale nie 

mógł  zranić  jej  obietnicą,  której,  być  może,  nie  uda  mu  się  spełnić.  Nie  mógł 

kłamać, a nie wiedział, co przyniesie przyszłość.

-

Mollie,  nie  tylko  ty  czujesz  się  zagubiona.  Nie  tylko  ty  boisz  się 

przyszłości.

-

Ty?  Dlaczego  miałbyś  się  bać?  -  Była  naprawdę  zaskoczona.  Flynn 

zawsze wydawał się taki pewny siebie. - Dlaczego?

-

Nie  chcę  cię  utracić.  Wczoraj,  gdy  nie  mogłem  cię  znaleźć,  omal  nie 

oszalałem. Naprawdę zależy mi na tobie. Na nas.

Nas? Czyżby była dla nich jakaś przyszłość?

Przeszłość i przyszłość spotkały się w pokoju, w którym bawią się ze swoim 

ojcem. Wydawało jej się, że Woodrow Locke stoi obok i uśmiecha się do niej -

nie szyderczym, pijackim uśmieszkiem, ale życzliwie...

-

Kocham cię, Mollie.

Ogłuszyło ją nagłe dzwonienie w uszach. Kochał ją? Może źle zrozumiała -

ale nie, czytała to w jego oczach.

background image

153

Gdy  ich  usta  się  połączyły,  uwierzyła.  Naprawdę  był  tu  dla  niej.  Przez  ten 

cudowny moment należał do niej.

-

Kocham cię, Flynn.

Objął ją mocniej.

-

Chodźmy z powrotem na łódź - zamruczał, pieszcząc jej ucho.

-

Najpierw skończmy poszukiwania.

-    Daj spokój. Chcę się z tobą kochać... Nagle Mollie odsunęła się. Coś się 

jej przypomniało,

-

Mieliśmy jeszcze jedną grę, ojciec i ja. Poza grą w chowanego. Nie wiem, 

dlaczego dotychczas o tym nie pomyślałam.

-

Pomyślisz później. Chodźmy się kochać.

Zielone oczy spojrzały na niego surowo.

-

To może dotyczyć maszynopisu. Może być wskazówką.

-

Do diabła z maszynopisem.

-

Nie wierzę własnym uszom! Przecież „Klucz" jest dla ciebie taki ważny!

-

Lekarstwo na raka jest ważne. Pokój światowy jest ważny. Miłość między 

kobietą  a  mężczyzną  jest  ważna.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Jeszcze  jedna 

książka Woodrowa Locke'a jest zaledwie interesująca.

Roześmiała  się,  rozradowana,  i  objęła  go.  Tego  niecierpliwego, 

nieprzewidywalnego człowieka może kochać bardzo, bardzo długo.

-

Jednak muszę skoncentrować się na tej myśli, bo mi ucieknie.

-

No dobrze. - Pocałował ją w czubek nosa. - Jaka to gra?

-

Ojciec chował różne rzeczy, a potem dawał mi wskazówki, aż znalazłam.

Flynn odsunął się od niej niechętnie.

-

Możesz mi dać jakiś przykład?

-

Czasamisamprzedmiotbyłwskazówką.Mógłna  przykład  schować  pióro  w 

poduszce.

-

„Klucz" - powiedział z namysłem. -  Zamykanie i  otwieranie drzwi. Czy 

było jakieś specjalne miejsce, gdzie trzymaliście klucze?

background image

154

-

Na haku za drzwiami. Nie ma tam żadnego schowka.

Zmarszczył brwi, zastanawiając się.

-

Czy może chodzić po prostu o to, że „Klucz" jest schowany tu, na Key? 

Na Key, gdzie Woodrow Locke mieszkał?

Pokiwała głową.

-

Wydaje się naiwne, ale może tak być. Może dlatego właśnie zostawił mi 

ten dom w spadku. Ale wciąż nie wiemy, gdzie dokładnie schował maszynopis.

-

No dobrze, pomyślmy znowu o słowach. Maszynopis. Pis, pismo... Czy są 

tu gdzieś jakieś napisy?

-

Na  zegarze  słonecznym?  Nie,  to  tylko  liczby.  I  żadnych  tabliczek  z 

nazwami...-Nagle coś jej przyszło do głowy. - Mój pokój. Tapeta miała wzór w 

kwiaty, przy których widniały ich łacińskie nazwy.

-

Prowadź, pani - skłonił się Flynn.

Mollie  podekscytowana  ruszyła  w  stronę  holu.  Prawdziwe  podniecenie 

przegnało  wszystkie  duchy  czające  się  w  zakamarkach.  To  zdumiewające,  ale 

już  się  nie  bała.  Hacjenda  nie  wydawała  się  ponura  -  stała  się  po  prostu 

zrujnowanym, starym domem.

Flynn powiedział, że ją kocha. A ona kochała jego. Choć radość może okazać 

się krótkotrwała, Mollie czuła się bardzo, bardzo szczęśliwa.

U stóp schodów Flynn złapał ją za ramię.

-

Schody mogą być przegniłe. Pójdę pierwszy.

-

To mój dom - zaprotestowała. - Ja pójdę pierwsza.

Oparła dłoń na żelaznej poręczy i natychmiast ją cofnęła.

-

Fuj! To jest lepkie od brudu.

-

Zaczekaj tu. Może znąjdsjakąś szmatę do wytarcia

Flynn  poszedł  na  poszukiwania,  a  Mollie  spróbowała  wejść  na  pierwszy 

stopień. Zatrzeszczał, ale wydawał się solidny. Tak samo następny. Gdy Flynn 

wrócił z kawałkiem ścierki, była już na czwartym stopniu.

background image

155

-

Tak na mnie czekasz? - Wszedł za Mollie i podał jej  ścierkę. - Trzymaj 

się poręczy, proszę.

-

Trzeba uważać na piąty stopień od góry. Jest przegniły.

-

To była sypialnia ojca - wskazała zamknięte drzwi. - Tam, po prawej, jest 

mały  apartament  -  sypialnia,  salonik  i  łazienka  Marianny.  Tutaj  zaś  trzy 

następne pokoje gościnne.

-

Po co tyle pokoi gościnnych?

-

Bo  w  okolicy  nie  ma  moteli.Odwiedzający  na  ogół  musieli  tu 

przenocować.  A  ojciec  uwielbiał  gości.  Kumpli  od  kieliszka  i  nowych 

słuchaczy, którym jeszcze nie  znudziła się historyjka, jak to trzymał w piwnicy 

krokodyla i mocował się z nim, by nie wyjść z formy.

Sypialnia  Mollie  leżała  na  końcu  korytarza  po    lewej.  Łóżko  i  toaletkę 

usunięto, ale zostało małe   biureczko i półki. Biało-zielona tapeta zżółkła.

-

To  tu.  Moje  królestwo.  -  Okna  przesłaniały  żaluzjowe  okiennice,  które 

Mollie z trudem otworzyła.

Przez  pękniętą  szybę  widać  było  pomost  i  łódź.  –  Czy  to  nie  śmieszne? 

Chowałam się tu, podczas gdy na zewnątrz istniało piękne, ogromne morze.

Flynn podszedł i oparł dłonie na jej ramionach.

-

Teraz możesz to zrozumieć.  Mówiąc w przenośni, uporządkowałaś swój

dom. Uporałaś się z cierpieniem i gniewem.

-

Miła  przenośnia,  ale  ja  zaledwie  zadrapałam  powierzchnię.  -  Wzruszyła 

ramionami.  -  Może  zajmę  się  tym,  gdy  ty  będziesz  pracował  nad  biografią. 

Znajdę  psychiatrę.  Jakąś  grupę  terapeutyczną.  I  wynurzę  się  z  mego  kokonu 

jako piękny motyl.

-

Bylebyś tylko nie odleciała.

-

Nigdy. - Rozejrzała się po pokoju. - Gdzie szukać? Zawszemiałam jakieś 

kryjówki.Ale tu? - Przesunęła wzrokiem po tapecie. Napis? - Chowałam rzeczy 

w toaletce. I za książkami na półkach.

-

A co z szafą w ścianie? - Flynn otworzył drzwi i zajrzał do środka.

background image

156

-    Nie,  nie  w  szafie  -  powiedziała.  -  Tam  zawsze  był  bałagan.  Wrzucałam 

rzeczy byle jak i zamykałam drzwi.

-

Ale to nie ty chowałaś maszynopis - zauważył. - Tylko twój ojciec. Czy 

on schowałby to w szafie?

-

Możesz zobaczyć, co jest na górnej półce? Flynn wyciągnął się, ale półka 

była za wysoko.

-

Chodź tu. Podniosę cię.

Mollie zaczerpnęła powietrza. W szafie unosił się jakiś odór.

-

Och,  nie  -  wzdrygnęła  się.  -  Tu  jest  martwa  mysz,  -  Zeskoczyła  na 

podłogę.  -  Dlaczego  nie  mógł  po  prostu  zakopać  swego  skarbu,  jak  każdy 

szanujący się pirat?

Flynn roześmiał się.

-

Ciesz  się,  że  Marianna  i  Escobarowie  zabrali  większość  mebli. 

Przynajmniej  oszczędzili  nam  prucia  starych  materaców  i  kanap.  Może  jakieś 

schowki pod podłogą?

-

Nie, nic takiego tu nie było.

-

Tajemne przejścia?

-

Nic mi o żadnym nie wiadomo. Wiesz, to nie jest średniowieczny zamek. 

Tylko stary, drewniany dom.

Flynn wzruszył ramionami.

-

Racja. Czy masz jeszcze jakieś pomysły?

-

Gdybym  tylko  mogła  sobie  przypomnieć  drugą  zwrotkę  tej  głupiej 

piosenki - powiedziała. - To pewnie jest jakaś wskazówka.

-

Na dole jest pianino - zauważył. - Zagrasz to jeszcze raz?

Uniosła oczy do nieba i westchnęła.

-

Czemu nie?

Schodząc ze schodów, ostrożnie ominęła piąty stopień od góry. Za to trzeci 

stopień  od  dołu  załamał  się  pod  jej  ciężarem.  Ostrożnie  wyciągnęła  nogę, 

rozdrapaną od kostki do kolana.

background image

157

Flynn schwycił ją na ręce i zniósł na dół.

-

Nie  sadzaj  mnie  na  tej  brudnej  podłodze  -  zaprotestowała.  -  Nic  mi  nie 

jest, mogę stać.

-

To dość paskudne zadrapanie. Kiedy miałaś zastrzyk przeciwtężcowy?

-

Nie  potrzebuję  żadnych  zastrzyków.  To  było  drewno,  nie  zardzewiały 

gwóźdź.

-

Potrzebujesz.  Zabieram  cię  na  łódź,  bo  trzeba  opatrzyć  ci  nogę,  zanim 

wda się jakaś infekcja. Nie pora na niezależność. Muszę się tobą zająć.

-

Dziękuję,  ale  sama  się  mogę  sobą  zająć.  I  nie  chcę  jeszcze  raz 

przeszukiwać tego obrzydliwego domu. Chodźmy do pianina i skończmy już z 

tym.

Pospieszyła do pokoju, w którym stało pianino, usiłując nie utykać. Rozcięcie 

ją piekło, ale nie była to poważna rana. Flynn przesadzał. Poza tym nie bała się 

fizycznego bólu.

Gdy podeszła do pianina, była zadowolona, że się nie cofnęła. Wyczuwała, że 

coś  się  stanie.  Na  ślepo  podniosła  klapę.  Ręką  odruchowo  sięgnęła  do  met-

ronomu, który zawsze stał na górze. Spędzała przy tym pianinie długie godziny, 

grając, aż drętwiały jej palce.

-

Pamiętam  -  powiedziała,  czując,  jak  ogarnia  ją  dziwne  ciepło.  -  Chciał, 

żebym grała tę głupią melodyjkę jeszcze i jeszcze. Powiedział mi, że kiedyś to 

zrozumiem. I że kiedyś przyjadę do tego domu i zagram mu tę piosenkę.

Kiedyś  było  teraz.  Dotknęła  kremowych  klawiszy.  Stare  pianino 

zaskrzeczało, straszliwie rozstrojone.

Zdecydowanie  uderzała  w  klawisze.  Druga  zwrotka  przyszła  zupełnie 

naturalnie:

-

Północ, południe, zachód i wschód, to, czego szukasz, masz u swych stóp.

-

To nie ma sensu - powiedział Flynn.

Sięgnęła, by uderzyć wysoki ton, i przypomniała sobie, jak ojciec pokazywał 

jej metalowe struny w pianinie. Skrytka? Nie, to niemożliwe.

background image

158

Ojciec lubił, kiedy grała na pianinie. Wyobraziła sobie jego uśmiech i jeszcze 

raz zagrała piosenkę. Jej stopa sięgnęła do pedału - i natrafiła na opór.

-

Jest tutaj, Flynn! W pianinie!

Flynn sięgnął, by podnieść górę.

-

Nie, nie tam - powiedziała. - Tam pod spodem. U mych stóp.

Wspólnymi  siłami  oderwali  drewnianą  płytę.  Wypadło  stamtąd  mnóstwo 

śmieci, odkrywając duże, metalowe pudełko, starannie zawinięte w brezent.

Na ten widok Molłie wykrzyknęła. Drżącymi palcami zerwała opakowanie i 

otworzyła pokrywę pudła. Na pierwszej stronie widniał napis: „Klucz".

A pod spodem, ręką jej ojca, napisane słowa: Zawsze cię kochałem, Mollie.

Zamknęła oczy, czując jego obecność.

-

I ja cię zawsze kochałam, tatusiu...

ROZDZIAŁ 16

Mollie  złożyła  „Klucz"  w  ręce  Flynna.  Tym  razem  nie  protestowała,  gdy  z 

nabożeństwem głaskał pożółkłe kartki.

-

Nie mogę w to uwierzyć -powiedział. –Nie mogę uwierzyć, że naprawdę 

trzymam to w dłoniach.

-

Dlaczego nie? Przecież tego właśnie szukaliśmy.

-

Chyba nigdy tak naprawdę nie wierzyłem, że znajdziemy tę książkę. Tak 

długo  nikt  o  niej  nie  wiedział.  Twoja  pamięć  szwankowała.  Nie  było  nawet 

pewności,  że  maszynopis  istnieje.  Uważałem,  że  mamy  szanse  jak  milion  do 

jednego.

-

No to dlaczego upierałeś się przy poszukiwaniach?

-

Bo  cień  możliwości  jednak  istniał.  Ten  nieprawdopodobny  cień 

możliwości.  -  Flynn  podniósł  stronę  tytułową,  by  przeczytać  pierwszy  akapit. 

Przesunął wzrokiem po pierwszej stronie, potem po następnej...-Twój ojciec był 

wspaniałym pisarzem - stwierdził po chwili. - W porównaniu z tym tutaj wiersze 

background image

159

miłosne  do  Ramony  to  zaledwie  szkice.  Tym  zresztą  są.  Wciąż  nie  mogę 

uwierzyć, że to znaleźliśmy.

W głębi  duszy Molłie  zawsze  wiedziała, że  „Klucz" istnieje. Tak  samo, jak 

wiedziała,  że  jej  ojciec  -  pomimo  wszystkich  swoich  wad  -  kochał  ją. 

Zaskoczyła ją jedynie świadomość, że i ona go kochała.

Logicznie rzecz biorąc, nie powinna była. Jako ojciec był do niczego. Przez 

łata  powtarzała sobie, że  nic  ją  nie  obchodzi,  ale  nie  była  to  prawda.  Kochała 

Woodrowa  Locke'a,  tego  drania,  który pił,  porzucił  jej  matkę  i  ją  samą,  który 

umarł, zanim zdołała się z nim pogodzić.

A  teraz  odzyskała  spokój.  Nie  czuła  się  już  winna  jego  problemom,  jego 

alkoholizmowi,  swoim  własnym  niepewnościom.  Mollis  nie  była  ani  zła,  ani 

słaba. Jej gniew i cierpienie stanowiły wypaczoną formę miłości. Była w stanie 

to przyjąć.

Spojrzała na Flynna, wiedząc, że nie popełni już tych samych błędów. Nie w 

imię  miłości.  Jej  strach  o  wspólną  przyszłość  zniknął,  jak  złoty  zachód  nad 

Keys. Wystarczyła sama miłość.

Flynn podniósł na nią wzrok.

-

To historia was dwojga. Ojciec i córka uciekają z obozu podczas drugiej 

wojny  światowej.  Znajdują  schronienie  na  jakiejś  wyspie,  ale  ojciec  jest 

sparaliżowany. I ona musi się nim opiekować. - Przeszył go nagły ból. - To są 

przeprosiny twego ojca.

-

Czy myślisz, że książka ma szczęśliwe zakończenie?

-

Mam nadzieję. Zasługujesz na najszczęśliwsze.

Wsunęła  się  w  jego  ramiona.  Pocałowali  się  z  maszynopisem  wciśniętym 

miedzy ich ciała. Usta Flynna nigdy jeszcze nie były tak słodkie.

-

Czy jesteś szczęśliwy, Flynn?

-

Nie  wiem.  Nigdy  w  życiu  nie  czułem  takiej  zaborczości.  Najchętniej 

schowałbym ten maszynopis i nie pozwolił nikomu go zobaczyć.

background image

160

-

Jak  ci  stuknięci  kolekcjonerzy,  którzy  wydają  fortunę  na  obraz 

Rembrandta, a potem wieszają go w zamkniętej piwnicy?

-

No właśnie - roześmiał się. - To głupie, nie? To samo czuję wobec ciebie.

-

Chciałbyś powiesić mnie w zamkniętej piwnicy? -przekomarzała się.

-

Chcę cię zatrzymać dla siebie, nie dzielić się tobą.

-

To rzeczywiście głupie.

Szli do wyjścia, gdy Mollie podjęła decyzję.

-

Wyremontuję  ten  dom.  I  będę  tu  mieszkać.  Przynajmniej  przez  część 

roku.

-

A co z pracą?

-

Już  jej  nie  potrzebuję  -  zauważyła.  -  Publikacja  „Klucza"  przyniesie  mi 

niezłą fortunkę. No i właściwie nigdy nie byłam biedna. Dostałam spory spadek 

po matce.

-

Więc jesteś panną dziedziczką, a ja o tym nie wiedziałem?

-

Nie  jestem  jakaś  superbogata,  ale  tak  naprawdę  nigdy  nie  musiałam 

pracować. Pracowałam, bo chciałam czuć się potrzebna, wypełnić sobie czymś 

życie.

-

Byli  już  na  dworze,  więc  Mollie  odetchnęła  świeżym,  morskim 

powietrzem. - Chcę, żeby Liana mnie tu odwiedziła. Pamiętasz ją, Flynn?

-

Ta mała z programu „Pomocnej Dłoni"?

-

No  właśnie.  Liana  i  inne,  podobne  do  niej  dzieci.  Wspaniale  było  być 

dzieckiem na Keys. A ja nigdy tego nie wykorzystałam, bo musiałam niańczyć 

swego ojca.

-

Przedarła  się  przez  zarośla  hibiskusa  i  odwróciła,  czekając  na  Flynna  i 

wspominając spędzone z nim chwile. - Jesteś fantastyczny - powiedziała, gdy do 

niej dołączył.

-

Nie  ja,  tylko  ty.  -  Złapał  ją  wolną  dłonią.  -  A  teraz  wracamy  na  łódź, 

żebym mógł w końcu opatrzyć ci nogę.

-

Czuję się brudna po wizycie w tym domu. Chciałabym popływać.

background image

161

-

Najpierw zdezynfekujemy rozcięcie.

Na lodzi Flynn schował maszynopis w szufladzie stolika w kabinie sypialnej, 

znalazł  apteczkę  i  delikatnie  oczyścił  nogę  Mollie.  Zadrapanie  nie  było  tak 

głębokie,  jak  się  wydawało.  Mollie  krzywiła  się,  gdy  smarował  je  środkiem 

odkażającym, ale Flynn zauważył, że jest odprężona jak nigdy dotąd. Wydawało 

się, że z przyjemnością planuje odbudowę domu i zmiany w swoim życiu. Nie 

umknęło jego uwagi, że w tych planach nie został przewidziany.

Gdyby  tylko...  Ale  teraz  nie  mogli  być  razem.  Przygotowanie  wydania 

„Klucza" zajmie mu mnóstwo czasu, poza tym powinien zacząć pisać biografię. 

Na razie nie dostanie więcej pieniędzy z wydawnictwa, więc nie może zawiesić 

wykładów. Czy ma prawo poprosić Mollie, by na niego zaczekała? A z drugiej 

strony, czy potrafi się jej wyrzec?

Chciał założyć bandaż, ale zaprotestowała.

-  Najpierw  popływam,  potem  zabandażujesz  mi  nogę.  Teraz  włożę  jeden  z 

moich nowiutkich kostiumów.

-

Po  co?  -  zapytał.  -  Skoro  nie  potrzebujesz  bandaża,  nie  potrzebujesz 

również kostiumu.

-

Ależ, Flynn...

-

I tak musimy odpłynąć dalej, na głębszą wodę.

-

Nie mogę pływać nago w pełnym słońcu.

-

Mogę dotrzymać ci towarzystwa.

Wyszedł  na  pokład,  by  odcumować  łódź.  Jakieś  sto  metrów  od  brzegu 

zarzucił kotwicę.

Mollie wynurzyła się spod pokładu, nieśmiało otulając się kurtką.

-

Jesteś pewien, że nikogo tu nie ma?

-

Absolutnie. - Ściągnął szorty i zanurkował. Gdy szykowała się, by pójść 

w jego ślady, zawołał: - Czekaj!

-

O co chodzi? - zmrużyła oczy w ostrym słońcu.

-

O nic. - Podpłyną! bliżej. - Po prostu chciałem na ciebie popatrzeć.

background image

162

-

Podglądacz! - Skoczyła do wody i wypłynęła koło Flynna. Woda w zatoce 

była jak ciepła pieszczota. Mollie z okrzykiem wepchnęła Flynna pod wodę.

Zniknął,  wypłynął  za  nią  i  pociągnął  za  nogi,  tak  że  Mollie  również poszła 

pod wodę. Gdy znowu ją zaatakował, śpiewając melodię ze „Szczęk” , chlusnęła 

na niego wodą.

-

Jeśli przestaniesz, zdradzę ci sekret do biografii ojca.

-

Tak? - Zatrzymał się.

-

Mój ojciec był fatalnym pływakiem -powiedziała. - Potrafił pływać tylko 

pieskiem.  -  Znowu  chlusnęła  wodą  i  podpłynęła  bliżej.  -  Ale  może  kłamię. 

Nigdy się nie dowiesz.

-

Mogę  znaleźć  potwierdzenie  w  innych  źródłach.  Wbrew  temu,  co  myśli 

Edleman, jestem całkiem dobrym badaczem. - Krzyknął z triumfem. - Edlemana 

szlag trafi, gdy usłyszy o „Kluczu".

-

Cóż za niepoważne podejście do sprawy, doktorze Carlson.

-

A na co komu powaga? Wygrałem! - Podpłynął tuż obok, ale jej nie objął. 

- W każdym razie sądzę, że wygrałem.

-

Chodź, Flynn, popływajmy.

Zrobili duży łuk i skierowali się na powrót ku łodzi. Mollie czuła się czysta, 

odświeżona i gotowa do kochania się.

Flynn skierował się ku niej i ich mokre ciała zwarły się w uścisku. Włosy na 

piersi  Flynna  drażniły  jej  piersi.  Wargi  smakowały  morską  wodą.  Flynn 

uchwycił  drabinkę  prowadzącą  na  pokład  i  lekko  podtrzymał  pośladki  Mollie 

drugą dłonią. Jego mokre wargi na jej skórze mieszały się z pieszczotą oceanu. 

Otulona  płynnym  błękitem,  Mollie  naprawdę  czuła  się  jak  syrena.  Zamknęła 

oczy,  niezdolna  odróżnić  dotknięć  Flynna  od  pieszczoty  przyrody.  Słońce 

ogrzewało jej skórę, fale kołysały ją lekko, a wiaterek chłodził je; piersi.

Ale to Flynna chciała, a nie jakiegoś tajemniczego, efemerycznego kochanka 

natury.  Chciała  prawdziwego  człowieka  z  prawdziwymi  problemami  i 

żądaniami.

background image

163

-

Chcę cię czuć w środku, Flynn. Chcę, byś był częścią mnie.

Gdy znaleźli się w kabinie, ich pieszczoty stały się bardziej namiętne. Flynn 

był bliski ekstazy.

-

Kocham cię, Mollie. Tak bardzo.

-

Powiedz to jeszcze raz.

-

Kocham cię.

Potwierdził to tak gorącą namiętnością, że zagubił: się zupełnie.

-

Kocham cię - krzyknęła. - Kocham, kocham, kocham...

Przytulała  go  do  siebie,  pragnąc,  by  ta  chwila  nigdy  nie  minęła.  By  Flynn 

został z nią na zawsze. Ale tak nie mogło być. Musieli pójść każde swoją drogą, 

jak to planowali od początku. Nigdy nie obiecywał jej niczego więcej. Mimo to 

czuła się dziwnie spokojna. Ich miłość była obietnicą sama w sobie.

-

Czy miałabyś coś przeciwko temu, żebym zapalił cygaro? - spytał Flynn.

-

Miałabym. Ta kabina jest zbyt mała.

-

Czy  miałabyś  coś  przeciwko  temu,  żebyśmy  poszli  na  pokład,  gdzie 

mógłbym zapalić cygaro? Chciałbym uczcić ten dzień.

Całkiem nadzy, poszli na górę i położyli się w gorącym słońcu. Flynn zapalił 

cygaro, a Mollie się roześmiała.

-

Co cię bawi?

-

Ty,  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  nagiego  mężczyzny  z  cygarem  w 

zębach.

-

Ale ja nie jestem zwyczajny. No, a ten dzień jest bardzo szczególny.

-

A czemuż to?

-

Znaleźliśmy zaginione dzieło jednego z wielkich amerykańskich pisarzy. 

Oraz, co jeszcze ważniejsze, powiedziałem syrenie, że ją kocham.

-

Dla mnie ten dzień też jest ważny.

Siedzieli w ciszy, wygrzewając się w słońcu.

-

Nie chcę się z tobą rozstawać - powiedział. - Ani na chwilę.

-

To nie potrwa długo.

background image

164

-

Tworzymy  dobry  zespół.  -  Odchrząknął.  -  Nigdy  dotąd  nie  byłem 

zakochany. Nie aż tak bardzo. Poczekaj na mnie, proszę.

Zwróciła na niego poważne spojrzenie zielonych oczu.

-

Lepiej cię już zostawię.

-

Jeszcze nie. Za kilka godzin.

-

Już.  Nie  możemy  być  razem, gdy  pracujesz  nad  biografią.  Miałeś  rację, 

Flynn. Nie chcę układu, w którym - świadomie lub nie - będę wykorzystywana. 

Oboje niemal o tym zapomnieliśmy. Nie chcę popełnić błędu.

Wstała, a uroda jej nagiego ciała aż go zabolała. Nie może się z nią rozstać. 

Życie bez niej będzie puste, nie do zniesienia. Ale Mollie miała rację i musiał 

się podporządkować jej decyzji. Miłość musi zaczekać.

-

Dokąd cię zawieźć? - zapytał, wstając.

-

Z  powrotem  na  brzeg.  Chcę  zostać  chwilę  na  Stamper  Key.  Może  jak 

odprowadzisz łódź do Marianny, poprosisz Rafaela, żeby po mnie przyjechał,

Zeszła  na  dół,  wyciągnęła  walizkę  i  zaczęła  się  pakować.  Łóżko  w  małej 

kabinie wciąż pachniało ich miłością i różami.

Łódź powoli pruła wodę w kierunku pomostu przy hacjendzie. Mollie zrobiło 

się żal, że przygoda się kończy. Ich miłość była piękna. Może kiedyś znowu się 

taka stanie.

Wróciła na pokład, ubrana, z walizką w ręku.

-

Zostawiłam  kilka  rzeczy,  które  nie  zmieściły  mi  się  do  walizki  -

powiedziała  do  stojącego  przy  sterze  Flynna.  -  Czy  możesz  odesłać  je  do 

Marianny?

-

Sam je przyniosę - obiecał.

-

Nie,  to  nie  będzie  rozsądne.  Nie  powinniśmy  się  spotykać,  póki  nie 

skończysz pisać.

-

Ależ, Mollie...

-

Nie.

Rzuciła walizkę na pomost i wyskoczyła. Uniosła dłoń i pomachała Flynnowi.

background image

165

-

Do widzenia, Flynn. Kocham cię.

-

Ja wrócę, Mollie. Pamiętaj o tym. Sama się zdziwisz, jak szybko wrócę.

Łódź  oddalała  się  od  pomostu,  a  Mollie  czuła,  jak  jej  oczy  napełniają  się 

gorącymi łzami. Już za nim tęskniła. Jej życie stanie się teraz czarną dziurą, póki 

Flynn nie wróci. Ale musi nauczyć się to znosić. Wciąż patrzyła za łodzią, gdy 

silnik zgasł. Flynn krzyczał coś niezrozumiale i machał rękoma jak szaleniec.

-

Co? - podbiegła do końca pomostu. - Co takiego?

W ubraniu, Flynn zeskoczył z łodzi i płynął w jej stronę. Gdy woda stała się 

zbyt płytka, ruszył, chlapiąc rozgłośnie, aż stanął przy pomoście u stóp Mollie. 

Rozłożył ramiona.

-

Mollie, wyjdź za mnie.

-

Co ty mówisz?!

-

Mówię,  że  chcę  spędzić  z  tobą  resztę  życia.  Od  tej  chwili  po  kraniec 

czasu.

-

A co z biografią?

-

Do  diabła  z  biografią.  Światu  nie  jest  potrzebna  jeszcze  jedna  biografia 

Woodrowa Locke'a. - Wyciągnął ku niej ręce. - Proszę, Mollie, zgódź się.

Pragnęła go, a jednak wstrzymała się,

-

Nie mogę cię prosić, byś zrezygnował z biografii. Jesteś właściwą osobą 

do jej napisania. Może jedyną, która jest w stanie to zrobić.

-

Nie  sądzę.  -  Roześmiał  się  i  prysnął  w  jej  stronę  wodą.  -  Ty  powinnaś 

napisać tę biografię. Ty jesteś właściwą osobą.

-

Wielkie  nieba,  masz  rację.  -  Uklękła  na  pomoście.  -  Pomożesz  mi, 

prawda? To znaczy... jeśli się zdecyduję. Muszę to przemyśleć...

Schwycił jej dłonie w swoje.

-

Tylko jeśli za mnie wyjdziesz.

-

Z radością.

Flynn wciągnął Mollie do wody i objął ramionami.

-

Moja najdroższa syrena. Kocham cię.

background image

166

-

A ja kocham ciebie, Flynn.

Pocałowała go w usta. Nareszcie jej poszukiwania naprawdę się skończyły. Z 

Flynnem u boku nie bała się przyszłości. Wierzyła w miłość, która może trwać 

wiecznie. Bez sekretów i bez lęku. Flynn otworzył jej serce. Razem byli wolni.