background image

Cassie Miles 

 

NATURALNY PORZĄDEK RZECZY 

(Monkey business) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Spod falbany Ŝółtej kapy na łóŜku Eriki Swanson wychylił się owłosiony łeb. Promienie 

popołudniowego  słońca  padały  przez  okno,  rozlewając  się  tęczą  barw  na  drewnianej 

podłodze. Włochata ręka wysunęła się ku oświetlonym deskom.   

Rozległ  się  jakiś  dźwięk.  Ręka  cofnęła  się  błyskawicznie  i  stworzenie  zamarło  w 

bezruchu.   

Erica stała w drzwiach sypialni, zbyt skupiona na trzymanej w ręku kopercie, by dostrzec 

cokolwiek  innego.  Ód  dawna  czekała  na  ten  list.  Zaczerpnęła  powietrza,  zacisnęła  kciuk  na 

szczęście... i nagle poczuła, Ŝe ktoś się jej przygląda. Rozejrzała się niespokojnie po pokoju, 

ale  wszystko  wydawało  się  w  porządku.  Wzruszyła  ramionami  i  zdecydowanym  ruchem 

rozdarła kopertę.   

– Cholera jasna! – Znowu odmowa sfinansowania jej projektu badawczego. Zmięła papier 

i ze złością rzuciła na podłogę.   

Zwierzę przyglądało się jej w ciszy.   

Z  głębokim  westchnieniem  Erica  przeszła  przez  pokój,  usiadła  na  krawędzi  wielkiego 

łóŜka  i  rozwiązała  sznurowadła  sportowych  butów.  Nie  powiodło  się  z  Towarzystwem 

Ekspedycji Badawczych, ale nie była to przecieŜ jej ostatnia moŜliwość. Na dwa inne podania 

nie otrzymała jeszcze odpowiedzi. Upuściła jeden adidas na podłogę.   

Muskularne, owłosione ramię wciągnęło but pod łóŜko.   

Drugi but spadł na podłogę..   

Ramię pojawiło się znowu. Długie, zwinne palce sięgnęły ku łydce Eriki i błyskawicznie 

zacisnęły  się  wokół  jej  kostki.  Z  krzykiem  skoczyła  na  równe  nogi,  straciła  równowagę  i 

upadła do tyłu, na łóŜko, chwytając Ŝółtą narzutę. Jej noga wciąŜ tkwiła w mocnym uścisku. 

Erica zaniosła się... śmiechem.   

– Sheena, ty głupia małpo! Ale mnie wystraszyłaś! 

Trzyletnia  szympansica  odpowiedziała  pohukiwaniem,  uwolniła  kostkę  opiekunki  i 

wyczołgała  się  spod  łóŜka.  Jej  szerokie  wargi  otwierały  się  i  zamykały,  a  wydostający  się 

spomiędzy nich dźwięk do złudzenia przypominał chichot.   

– Bardzo śmieszne. – W głosie Eriki słychać było wyrzut.   

Sheena  opuściła  głowę,  ale  Erica  wiedziała,  Ŝe  nie  jest  to  gest  skruchy.  Od  trzech 

miesięcy, od kiedy wzięła szympansicę do domu z Ogrodu Zoologicznego, połoŜonego przy 

zachodniej granicy Denver, nauczyła się, Ŝe te zwierzęta nie umieją przepraszać.   

Sapiąc  i  pohukując,  Sheena  wskoczyła  na  łóŜko  i  zajęła  się  przeczesywaniem  krótkich, 

kasztanowych loczków swojej opiekunki.   

–  Wiesz,  Ŝe  nie  powinno  cię  tu  być  –  upomniała  Sheenę  Erica.  –  Do  mojej  sypialni 

szympansom wstęp wzbroniony.   

Czy  Sheena  narobiła  szkód?  Erica  rozejrzała  się  po  pokoju,  ale  wydawało  się,  Ŝe 

wszystko  jest  w  porządku.  Regalik  na  ksiąŜki  wciąŜ  stał.  Bratki  z  wazonika  na  toaletce  nie 

zostały  zjedzone.  I  co  najwaŜniejsze,  Sheena  nie  dobrała  się  do  kolekcji  szklanych  figurek. 

background image

Było ich trzydzieści dwie – jedna na kaŜdy rok Ŝycia.   

Sowa  symbolizowała  rok,  w  którym  Erica  skończyła  studia.  Synogarlica  przypominała, 

kiedy  wyszła  za  mąŜ.  Szakal  przybył,  gdy  się  rozwiodła.  Trzy  figurki  przedstawiały 

szympansy....   

Kołyszącym  krokiem  Sheena  przecięła  pokój  i  złapała  zmięty  list.  Jej  opiekunka 

westchnęła.   

– MoŜesz go sobie wziąć.   

Małpa natychmiast wepchnęła kartkę do ust.   

– MoŜesz się tym bawić, ale nie zjedz go, proszę. Sheena rozerwała kulkę papieru silnymi 

zębami i zachichotała, pokazując Erice bezkształtną masę.   

–  Nie  jedz  tego,  Sheeno.  Odmowy  są  pewnie  trujące.  –  Wyciągnęła  rękę,  ale  małpa 

uskoczyła.  Choć  Sheena  miała  tylko  siedemdziesiąt  centymetrów  wysokości  i  waŜyła 

piętnaście kilogramów, z łatwością dałaby sobie radę z doświadczonym zawodnikiem.   

–  No  dobrze,  chodźmy  stąd.  –  Erica  wydała  z  siebie  kilka  dźwięków,  w  języku 

szympansów  oznaczających  dobre  jedzenie,  i  ruszyła  ku  drzwiom.  –  Co  powiesz  na  obiad? 

Trochę pysznej, sycącej małpiej mieszanki? 

Sheena  podąŜyła  za  nią  na  krzywych  nogach,  a  Erica  cofnęła  się,  by  zamknąć  drzwi 

sypialni.   

Coś  za  szybko  to  poszło.  Sheena  zazwyczaj  nie  dawała  się  tak  łatwo  skusić.  Zapewne 

szykuje  inne  psoty,  na  przykład  puści  wodę  do  wanny  lub  ściągnie  zasłony.  W  holu  Erica 

zatrzymała  się  na  moment,  Ŝeby  podkręcić  klimatyzację,  która  nigdy  nie  dawała  się  dobrze 

wyregulować. Nie skarŜyła się jednak, bo dom naleŜał do Amandy Hatfield, właścicielki zoo, 

w  którym  od  półtora  roku  pracowała.  Trudno  było  się  spodziewać,  Ŝe  ktokolwiek  inny 

pozwoli  trzymać  w  mieszkaniu  takie  zwierzę  jak  Sheena,  nie  zabezpieczając  się  przed 

zniszczeniami wysoką kaucją.   

Sheena zaczęła teraz wywijać fikołki na trzcinowych matach, wyściełających podłogę w 

największym  pokoju,  a  Erica  przysiadła  na  zniszczonym  przez  małpę  krześle  i  ściągnęła 

granatowe  podkolanówki,  które  razem  z  koszulą  i  szortami  tworzyły  jej  letni  uniform.  Na 

bosaka poszła do kuchni.   

Lodówkę  wypełniały  jabłka,  brzoskwinie,  pomarańcze  i  sałata.  Wspaniały  zestaw,  jeśli 

się jest głodnym przedstawicielem naczelnych.   

– Wygląda na to, Ŝe znowu zjemy sałatkę owocową – westchnęła Erica.   

Wyjmowała brzoskwinie i jabłka, kątem oka obserwując Sheenę, która porzuciła papier i 

biła  teraz  małpkę-zabawkę.  Nie  były  to  Ŝadne  czułe  klepnięcia,  a  dziko,  hałaśliwie 

wymierzane  razy.  Po  chwili  uspokoiła  się,  objęła  zabawkę  i  przywarła  do  niej  wargami  w 

parodii miłosnego pocałunku.   

–  Jesteś  za  młoda,  by  odczuwać  popęd  seksualny.  Szympansica  zignorowała  tę  uwagę  i 

obsypywała zabawkę całusami.   

–  Daj  spokój,  Sheena.  Dopiero  za  jakieś  cztery  lata  będziesz  dojrzewać.  Natomiast 

przydałby ci się kolega.   

Od  połowy  kwietnia  Erica  usiłowała  wprowadzić  Sheenę  do  czteroosobowej  rodziny 

background image

szympansów  w  zoo.  Wyspa  ssaków  naczelnych  nie  była  całkowicie  dzika,  ale  stworzono  na 

niej  warunki  tak  bliskie  naturalnemu  środowisku  szympansów,  jak  tylko  to  było  moŜliwe  w 

Kolorado.  Na  wyspie  Sheena  przebywałaby  ze  swoimi,  powstałyby  miedzy  nimi  ściślejsze 

więzi, a w odpowiednim czasie zapewne miałaby potomstwo. Niestety, nie wyglądało na to, 

by  plany  Eriki  miały  się  spełnić.  Codziennie  przenosiła  Sheenę  przez  fosę  na  wyspę  i 

codziennie małpa kończyła swoją wizytę histerycznym wrzaskiem....   

Erica westchnęła, gdy Sheena spojrzała na nią i wydała dźwięk oznaczający jedzenie.   

– Szkoda, Ŝe z innymi szympansami nie porozumiewasz się tak dobrze jak ze mną.   

Erica  unikała  języka  znaków.  Początkowo  starała  się  nie  uŜywać  nawet  słów,  jedynie 

dźwięków  charakterystycznych  dla  szympansów,  ale  Sheenę  najwyraźniej  tak  to 

przygnębiało, Ŝe poddała się i wróciła do ludzkiej mowy.   

–  Och,  Sheeno.  Czy  naprawdę  nie  wolałabyś  mieć  kumpla  szympansa?  Na  wyspie  jest 

taki samiec, akurat w twoim wieku. Pamiętasz? Nazywa się Java.   

Takie kuszenie brzmiało Ŝałośnie nawet w uszach Eriki. Doskonale wiedziała, Ŝe na siłę 

nie da się nawiązać Ŝadnych kontaktów, nie potrafiła się jednak powstrzymać.   

– Tak byś się dobrze bawiła. Sheena parsknęła.   

– Uwierz mi. Pewnego dnia spotkasz swego królewicza – być moŜe nawet właśnie Javę – 

i potem będziesz Ŝyła długo i szczęśliwie.   

Małpa zaczęła pohukiwać.   

– Nie wierzysz? – Po chwili stwierdziła rzeczowym tonem: – Ja teŜ nie. Widocznie Ŝadna 

z nas nie jest typem Kopciuszka. MoŜe to i dobrze. Chyba nie robią szklanych pantofelków w 

twoich rozmiarach.   

Szympansica skoczyła na stół kuchenny i chwyciła brzoskwinię. Ścisnęła delikatny owoc, 

a miąŜsz przeciekł jej między palcami.   

Erica postanowiła nie karcić małpy. Nic się ostatecznie nie stało. Jednak gdy szympansica 

chwyciła ceramiczny słój, stojący na blacie kuchennym, powiedziała zdecydowanie: 

– Postaw to z powrotem.   

Sheena posłuchała. Słój stłukł się, a płatki owsiane rozsypały po całej podłodze. Chwyciła 

następny  słój  równocześnie  z  Ericą,  która  wydała  ostrzegawczy  dźwięk.  Przez  chwilę 

walczyły, ale Sheena była silniejsza i słój z małpią mieszanką wylądował na podłodze.   

– Przestań, Sheeno! Jak ty się zachowujesz! Sheena kłapnęła zębami.   

– Nie pyskuj! – Erica jęknęła. – Co ja gadam? Ty nie pyskujesz. Jesteś małpą. Nie umiesz 

mówić. Chyba mi odbija.   

Sheena  wskoczyła  na  parapet  i  długimi  palcami  nóg  uchwyciła  jego  brzeg.  Erice  nie 

podobało się, jak przygląda się zapadce, zamykającej okno.   

– No chodź. Odejdź stamtąd.   

Małpa  zrobiła  minę,  która  najwyraźniej  mówiła:  „spadaj,  Erico!”  Zręcznie  podniosła 

zapadkę i otworzyła okno. Erica zamarła.   

– Bardzo sprytnie. Nie wiedziałam, Ŝe rozpracowałaś ten zamek. Na szczęście jest jeszcze 

siatka.   

– Uśmiechnęła się przyjacielsko i wyciągnęła ramiona.   

background image

– Jeśli tu wrócisz, obiecuję zabrać cię na przejaŜdŜkę. W twoim foteliku samochodowym. 

Chciałabyś? 

Najwyraźniej  Sheena  nie  była  zainteresowana,  bo  podniosła  zapadkę  na  ramie  siatki  i 

wyskoczyła z pierwszego piętra na zewnątrz. Erica rzuciła się do okna.   

Metr  od  niej,  ale  poza  zasięgiem  jej  rąk,  Sheena  wisiała  na  grubych  gałęziach  wysokiej 

topoli. Nawet nie pomachawszy na poŜegnanie, zręcznie zsunęła się na dół....   

Erica  pognała  do  drzwi,  ale  przypomniała  sobie,  Ŝe  jest  boso.  Rzuciła  się  do  sypialni. 

Lewy  but  stał  koło  łóŜka.  Gdzie  drugi?!  Padła  na  kolana  i  na  ile  mogła,  wsunęła  się  pod 

łóŜko,  szukając  po  omacku.  Znalazła  go  w  końcu,  zaklinowany  za  nocnym  stolikiem.  Klnąc 

głośno,  wskoczyła  w  adidasy,  złapała  szelki  i  smycz  szympansicy  i  wypadła  z  mieszkania. 

Sheena zdąŜyłaby juŜ uciec na drugi koniec miasta.   

Erica  obiegła  budynek  i  stanęła.  Oto  topola.  Oto  otwarte  okno  jej  kuchni.  Ale  ani  śladu 

małpy. Pobiegła na parking. Starszy męŜczyzna wysiadał właśnie z samochodu.   

– Czy widział pan moŜe szympansa? 

– Oczywiście, Ŝe widziałem. W zoo.   

Sprintem  ruszyła  ku  ulicy.  Samochody!  Tyle  samochodów!  Czy  Sheena  będzie  na  tyle 

rozsądna, by unikać jezdni? Na pewno nie. Erica skierowała się ku zatłoczonemu bulwarowi.   

Na rogu wpadła na dwóch chłopaków na rowerach.   

– Nie widzieliście moŜe szympansa? 

– Nie – powiedział jeden z nich – ale widzieliśmy małpę.   

– Chyba szła do Barrona. – Chłopiec wskazał palcem kierunek.   

Sheeny nie było widać, ale dwie przecznice dalej lśnił neon: Ogrody i Wesołe Miasteczko 

Barrona.   

Erica  ruszyła  biegiem,  klucząc  miedzy  nielicznymi  przechodniami.  Pierwsze  światła. 

Drugie  światła.  Na  drugą  stronę  bulwaru.  Przez  hałas  ulicy  usłyszała  zgrzyt  diabelskiego 

młyna, piski dzieci i delikatną muzykę. Kataryniarz? 

Przed wejściem na teren wesołego miasteczka rozchichotane dzieci otaczały męŜczyznę o 

ogromnych  wąsach  i  wielkiej,  skołtunionej,  czarnej  czuprynie.  MęŜczyzna  oderwał  dłoń  od 

korby katarynki i pomachał do Eriki.   

– Hej, panienko! Nie zgubiła pani małpy? 

– Zgubiłam. – CięŜko oddychając, podeszła bliŜej i spojrzała nad głowami śmiejących się 

dzieci. Sheena podskakiwała na swoich krzywych nogach i robiła głupie miny.   

Na widok Eriki z piskiem rzuciła się w ramiona kataryniarza.   

–  Proszę  ją  przytrzymać!  –  krzyknęła  Erica.  Sheena  złapała  kataryniarza  z  całej  siły  za 

szyję,  a  na  widok  szelek  w  rękach  opiekunki  wdrapała  się  na  jego  ramiona.  Erice  ogarnęła 

wściekłość. Od trzech miesięcy jej Ŝycie było wywrócone do góry nogami, a dom zmienił się 

w pobojowisko. A teraz jej podopieczna zachowuje się jak maltretowane dziecko.   

– Małpka nie chce z panią iść – oznajmiło jedno z dzieci.   

– Właśnie – włączyło się drugie. – Boi się pani. Kataryniarz znalazł rozwiązanie.   

– Proszę dać mi szelki. ZałoŜę je.   

Wolałaby  zrobić  to  sama,  ale  Sheena  wyprostowała  się  właśnie,  stojąc  na  ramionach 

background image

kataryniarza,  i  mierzyła  wzrokiem  pobliskie  drzewo  oliwki.  CzyŜby  chciała  dalej  uciekać? 

Erica  rzuciła  kataryniarzowi  szelki  i  smycz.  Z  pewnymi  trudnościami,  wyplątując  się  z 

otaczających  go  ramion  i  nóg  Sheeny,  męŜczyzna  nałoŜył  małpie  szelki  i  zapiął  na  jej 

plecach. Dzieci głośno wyraziły uznanie dla jego zręczności.   

–  Dziękuję  –  powiedziała  Erica,  owijając  sobie  koniec  smyczy  wokół  przegubu.  – 

Idziemy, Sheeno.   

Jednak małpa nie miała zamiaru się poddać. Erica pociągnęła za smycz. Sheena szarpnęła 

w  swoją  stronę.  Teraz  była  jeszcze  bardziej  podniecona.  Ku  radości  dzieci,  oplotła  nogami 

kark kataryniarza i gestykulowała dziko.   

Erica wydała z siebie długi, ostrzegawczy dźwięk.   

Dzieci natychmiast go podchwyciły.   

Sheena wydęła wargi i zaczęła zawodzić.   

– Mogę coś zaproponować? – odezwał się kataryniarz. – Chodźmy w jakieś spokojniejsze 

miejsce. MoŜe w ciszy małpa szybciej się uspokoi.   

Erica uniosła ramiona w geście poddania.   

– Dobrze.   

Gdy  tylko  podała  kataryniarzowi  koniec  smyczy,  a  sama  wzięła  od  niego  katarynkę, 

Sheena  się  odpręŜyła.  Przytuliła  się  do  męŜczyzny  i  pocałowała  go.  Kataryniarz  pomachał 

dzieciom na poŜegnanie, a potem ruszył w kierunku wejścia do Ogrodów Barrona.   

Erica zawahała się.   

– Mówił pan o cichym miejscu.   

– Owszem.   

–  Nie  chciałabym  podkreślać  rzeczy  oczywistych,  ale  to  jest  wesołe  miasteczko,  z 

tłumem, muzyką i absolutnie bez cichych zakątków.   

– Ma pani rację.   

Przyjrzała  mu  się.  Zazwyczaj  bez  trudu  oceniała  charaktery  ludzi  i  naczelnych  –  ale  ten 

męŜczyzna  ją  zaskakiwał.  Czy  aby  czegoś  nie  knuje?  I  jak,  do  diabła,  wygląda  pod  tymi 

wąsami? 

– Nie jest to moŜe biblioteka publiczna – mówił dalej – ale... znam tu taki zakątek, gdzie 

nie ma hałasu. Proszę mi wierzyć.   

Czemu  nie?  Osąd  Sheeny  przewaŜnie  był  wart  mniej  niŜ  miska  małpiej  mieszanki.  A 

jednak Erica posłusznie podąŜała u boku kataryniarza. Czy miała wybór? Nie mogła przecieŜ 

ciągnąć  wrzeszczącej  i  stawiającej  opór  małpy  ulicami  Denver.  Dla  obu  mogłoby  się  to  źle 

skończyć.   

Po  przekroczeniu  bramy  okazało  się,  Ŝe  Ogrody  i  Wesołe  Miasteczko  Barrona  nieco 

róŜnią się od wyobraŜeń Eriki. Sądziła, Ŝe będzie tam aleja ze sprzedawcami waty cukrowej, 

strzelnicami, karuzelami i innymi głośnymi, a pospolitymi atrakcjami. Tymczasem ich droga 

wiodła  teraz  między  dwoma  pięknie  zaplanowanymi  i  utrzymanymi  polami  do  minigolfa. 

Najwyraźniej u Barrona powaŜnie traktowano słowo „ogród”.   

– Mam przewagę – powiedział kataryniarz. – Wiem, Ŝe ma pani na imię Erica i pracuje w 

Ogrodzie Zoologicznym.   

background image

Zerknęła na swoje imię wyhaftowane nad kieszonką na lewej piersi. Nazwa zoo widniała 

na rękawie.   

– A ja wiem, Ŝe pracuje pan tutaj. Sądząc zaś po łatwości, z jaką uspokoił pan tę bestię, 

zapewne nazywa się pan Tarzan.   

– Jednak nie. Jestem Nick Barron.   

– Spokrewniony z właścicielem? 

–  Właściciel  we  własnej  osobie.  Dokładniej  rzecz  biorąc,  jestem  trzecim  pokoleniem 

Barronów właścicieli.   

–  Moje  gratulacje.  Pana  park  jest  dobrze  utrzymany.  Tylko  Ŝe  na  ogół  nie  bywam  w 

takich miejscach.   

– Czemu? 

– Och, proszę. – Erica odetchnęła i starała się mówić uprzejmie. Ostatecznie ten człowiek 

poskromił Sheenę. – Trochę jestem za stara na przejaŜdŜki na diabelskim młynie....   

Nick wskazał siwowłosą parę, grającą w minigolfa.   

– KaŜdy ma tyle lat, na ile się czuje.   

–  Dzisiaj  czuję  się  jak  Matuzalem.  Nie  dość,  Ŝe  cały  dzień  było  okropnie  gorąco,  to 

jeszcze  opluła  mnie  jedna  z  lam,  gdy  czyściłam  jej  obejście,  wpadłam  do  wody  w  fosie 

otaczającej wyspę naczelnych, a mój ulubiony bawół jest chory. Do tego jeszcze ta ucieczka 

Sheeny, no i Towarzystwo Ekspedycji Badawczych odmówiło mi stypendium.   

Zacisnęła usta. Zwierzanie się obcym nie leŜało w jej naturze.   

– Mów dalej – zachęcił ją. – Wyrzuć to z siebie. Mijani ludzie stawali i gapili się na nich, 

co nie poprawiało nastroju Eriki.   

– Dość juŜ powiedziałam. MoŜe teraz ty opowiesz mi o swoich ogrodach? 

–  ZałoŜono  je  pięćdziesiąt  dwa  lata  temu  jako  rezerwat  botaniczny.  Gdy  mój  dziadek 

otworzył  ogród  dla  publiczności,  była  tu  tylko  niewielka  restauracja  i  podium  dla  orkiestry. 

Wiele lat później dodał karuzelę.   

Minęli  zacienione  pole  do  minigolfa  i  wyszli  na  szeroką,  zatłoczoną  aleję,  po  której 

toczyły się kolorowe wagoniki, a przebrani sprzedawcy oferowali klientom hot dogi i precle. 

Z  pałacu  śmiechu  dochodził  głośny,  mechaniczny  chichot.  Goście  piszczeli,  gdy  wagonik 

nagle  wjeŜdŜał  wysoko,  by  po  chwili  opaść  na  dół  i  kręcić  się  w  kółko.  Nawet  Sheena 

zamilkła. Erica przyglądała się z cierpkim uśmieszkiem.   

– To jest ten rezerwat? 

–  JuŜ  nie.  Chyba  Ŝe  uznasz  wszystkich  wielbicieli  wesołych  miasteczek  za  ginący 

gatunek. Mój ojciec dodał pałac śmiechu, diabelski młyn i kolejkę górską...   

Skierował  ją  ku  kolorowej  bramie  z  napisem:  Królestwo  Dzieci.  W  tej  części  wszystko 

było dostosowane wielkością do najmłodszych odwiedzających.   

– Tędy, proszę.   

– A co ty wolisz? Wesołe miasteczko czy ogród botaniczny? 

–  Pół  na  pół.  Usiłuję  zachować  tu  spokój  i  ciszę,  by  moŜna  było  organizować  rodzinne 

pikniki, ale równocześnie wesołe miasteczko musi być na tyle duŜe, by przynosić zysk.   

Sheena znów zaczęła pohukiwać.   

background image

–  Ach,  tak  –  przypomniała  sobie  Erica.  –  Ten  włochaty  potwór,  który  tak  cię  polubił, 

nazywa się Sheena.   

– To twoje domowe zwierzątko? 

–  Nic  z  tych  rzeczy.  –  Erica  poczuła  się  dotknięta.  Nie  popierała  robienia  z  dzikich 

zwierząt  domowych  ulubieńców.  Dzisiejsza  eskapada  potwierdzała  idiotyzm  takich  prób.  – 

Usiłuję  przekonać  Sheenę,  Ŝe  chce  zamieszkać  z  innymi  szympansami  na  wyspie  ssaków 

naczelnych w zoo.   

– Macie kilka szympansów? Czy je czasami wynajmujecie? 

Przeraził ją sam pomysł.   

– Nie! Nie są  gromadą komediantów! W zoo próbujemy im stworzyć warunki moŜliwie 

zbliŜone do naturalnych.   

– Szkoda. Sheenie podobała się zabawa z dziećmi.   

– Szympansy takie są. Bardzo towarzyskie. Ale...   

– Więc czemu nie pozwolicie im się pobawić? 

– Bo to nie naleŜy do naturalnego porządku rzeczy. – Znała juŜ te wszystkie argumenty i 

rozwaŜyła  je  dokładnie,  zanim  przyjęła  posadę  w  zoo.  Nie  miała  jednak  zamiaru  wyjaśniać 

swojej filozofii facetowi, który krył się za sztucznymi wąsami....   

– Naturalny porządek rzeczy... – powtórzył Nick z zastanowieniem. – Chcesz powiedzieć, 

Ŝ

e zabawa nie jest naturalna? 

– Wcale nie. Nie podoba mi się, jak przekręcasz moje słowa.   

– Dlaczego Sheena nie miałaby bawić się z dziećmi, skoro jest wtedy szczęśliwa? 

–  Po  pierwsze,  ludzie  nie  są  tak  naprawdę  w  stanie  ocenić  stanu  emocjonalnego 

szympansa.  Skąd  moŜemy  wiedzieć,  czy  jest  szczęśliwa,  czy  przestraszona?  A  po  drugie, 

Sheena nie powinna bawić się z dziećmi, bo jeśli coś jej się nie spodoba, z łatwością moŜe im 

połamać kości.   

To mu trochę dało do myślenia, ale nie skłoniło do porzucenia tematu. 

–  A  występowanie  na  scenie?  –  spytał.  –  Wydaje  mi  się, Ŝe  Sheena  lubi być  w  centrum 

uwagi.   

–  Słuchaj,  Nick,  studiowałam  biologię,  a  magisterium  robiłam  z  antropologii  ze 

szczególnym  uwzględnieniem  naczelnych.  Byłam  w  Afryce,  w  obozie  badaczy  goryli  w 

Ruandzie oraz w obozie Jane Goodall nad rzeką Gombe. Obecnie zajmuję się badaniami nad 

instynktem rodzicielskim i tworzeniem więzi u małp w niewoli. Naprawdę wiem, co jest dla 

Sheeny najlepsze.   

Skręcili na wąską, wybrukowaną ścieŜkę, obrzeŜoną krzewami bzu.   

–  Trudno  nie  zauwaŜyć  –  powiedział  –  Ŝe  Sheena  nie  przebywa  tam,  gdzie  powinna, 

zgodnie z twoim pojmowaniem naturalnego porządku rzeczy.   

– Została wychowana przez ludzi. Często nie potrafi właściwie interpretować zachowania 

szympansów.   

Otworzył  drzwi  wąskiej,  dwupiętrowej  repliki  holenderskiego  wiatraka.  Budynek  był 

jaskrawo  pomalowany  i  otoczony  równo  rosnącymi  tulipanami.  Ale  wnętrze  było  zupełnie 

inne.  Kawowy  dywan  był  o  odcień  ciemniejszy  niŜ  boazeria  na  ścianach.  TuŜ  przy  wejściu 

background image

kręcone,  mosięŜne  schody  prowadziły  na  górę.  Umeblowanie  –  szafki,  kartoteki,  skórzane 

fotele i biurko – zdradzało męski gust.   

–  Moje  biuro  –  oznajmił  Nick,  zamykając  za  Ericą  drzwi,  poniewaŜ  wnętrze  było 

klimatyzowane.   

Chłodna cisza, która ich otoczyła, była niewiarygodna. Erica słyszała, jak oddycha. Nick 

Barron wydawał się irytującym człowiekiem, ale dzięki temu biuru zyskał w jej oczach.   

– Rzeczywiście jest tu cicho – przyznała.   

–  Zainstalowałem  przemysłową  izolację  dźwiękoszczelną.  Gdy  dorastasz  w  cieniu 

diabelskiego młyna, uczysz się cenić ciszę.   

Sheena zeskoczyła mu z ramion. Gdy Erica odpięła jej smycz, zaczęła krąŜyć po pokoju.   

– Rozgość się – rzucił Nick, podchodząc do biurka. Ściągnął z głowy perukę kataryniarza, 

ukazując własne, krótko przycięte i jasnobrązowe włosy.   

Usiadła w jednym z foteli i przyjrzała mu się. Chyba nadszedł czas, Ŝeby zdjął równieŜ te 

idiotyczne  wąsy?  Myśl,  Ŝe  ujrzy  jego  twarz  z  niewiadomych  przyczyn  sprawiała  jej 

przyjemność.   

Pomasował sobie głowę.   

– Co za ulga! W lipcu jest za gorąco na peruki.   

– Na wąsy na pewno teŜ.   

Zmarszczył nos.   

– Nie, wąsy są po prostu dla wygłupu.   

– Nie zdejmiesz ich? 

Popatrzył  na  nią,  unosząc  brwi.  Miała  nieprzyjemne  wraŜenie,  Ŝe  dopiero  teraz  ją 

zauwaŜył.   

– A chcesz, Ŝebym zdjął? 

Udawała,  Ŝe  nie  widzi  jego  kpiącego  spojrzenia  i  tonu,  sugerującego  zdejmowanie 

zupełnie czegoś innego.   

– No jak, Erico, mam je zdjąć? 

– Wszystko mi jedno. – Ale to nie była prawda. Strasznie chciała zobaczyć, jak wygląda. 

– Nie robi mi róŜnicy, czy je zdejmiesz, czy zostawisz, czy dasz pozłocić.   

– Nie jesteś wcale ciekawa? 

– Niespecjalnie.   

Udawała całkowitą obojętność, ale dostrzegła złośliwy błysk w jego piwnych oczach. Nic 

dziwnego, Ŝe tak dobrze dogadał się z Sheeną.   

– Myślałem, Ŝe ciekawość jest podstawową cechą antropologów.   

Sheena przyskoczyła do biurka i złapała kudłatą perukę.   

– Zostaw to, Sheena! – skarciła ją Erica.   

– Wszystko w porządku. MoŜe się nią pobawić. Erica chciała zaprotestować, ale ugryzła 

się w język.   

Dobrze  mu  tak,  niech  Sheena  zniszczy  tę  śmieszną  perukę.  Nie  wierzył  ostrzeŜeniom, 

podwaŜał  kaŜde  jej  słowo.  Poznali  się  zaledwie  kilka  minut  temu,  a  juŜ  sprzeczali  się  na 

niemal  kaŜdy  temat.  Najwyraźniej  nie  pasowali  do  siebie,  skoro  między  nimi  cały  czas 

background image

iskrzyło.   

– Chciałabyś moŜe napić się czegoś zimnego z bąbelkami? 

Nie lubiła gazowanych napojów i uwaŜała je za niezdrowe.   

– Wolałabym zwykłą wodę. Z: lodem.   

– Naprawdę? A ja wypijam dziennie z sześć puszek. Otworzył małą lodówkę, ukrytą pod 

barkiem.   

Sheena  znalazła  się  przy  nim  w  ułamku  sekundy.  Błyskawicznie  sięgnęła  w  głąb  i 

wyciągnęła  jabłko.  Nick  usiłował  ją  złapać,  ale  chybił  o  pół...  szerokości  pokoju.  Jednak 

mamy  coś  ze  sobą  wspólnego,  pomyślała  złośliwie  Erica.  śadne  z  nas  nie  potrafi  złapać 

Sheeny.   

– Wolno jej jeść jabłka? 

– Tak. Jej dieta jest dość podobna do naszej.   

Sheena umościła się na kręconych schodach i zaczęła gryźć jabłko na przemian z peruką. 

JuŜ dawno nie była tak spokojna.   

Erica,  dla  odmiany,  czuła  się  pobudzona.  Obecność  Nicka  wywoływała  nieprzyjemne 

drŜenie ramion i skurcz w okolicach Ŝołądka. Znała swoje ciało na tyle dobrze, by rozpoznać 

symptomy  pociągu  fizycznego.  Stary,  znany  popęd  płciowy,  uznała,  biorąc  z  rąk  Nicka 

szklankę wody z lodem.   

– Dziękuję.   

Oparł się o fotel za jej plecami, pochylił i stuknął szklanką o jej szklankę. Był tak blisko, 

Ŝ

e poczuła zapach jego płynu po goleniu.   

– Za bardzo naturalne pragnienie przyjemności – powiedział.   

Erica  powstrzymała  się  od  uśmiechu.  Był  zbyt  pewny  siebie,  ale  jej  ciało  potwierdzało 

jego prawo do tej pewności. To dopiero kłopot! Nie chciała czuć pociągu do Nicka Barrona z 

wesołego  miasteczka.  W  jej  planach  Ŝyciowych  nie  było  miejsca  na  męŜczyznę.  Samiec?  O 

mało nie zakrztusiła się wodą. Co teŜ jej przychodzi do głowy? 

Usiłowała  się  odpręŜyć  i  zachowywać  jak  dojrzała  kobieta.  Ale  oczy  ją  zdradzały.  Nie 

mogła oderwać wzroku od Nicka, gdy odchylał do tyłu głowę i pił musujący napój.   

Zorientował się, Ŝe mu się przygląda, a to draŜniło ją jeszcze bardziej. Czy nie tak właśnie 

zachowywał  się  samiec  przewodzący  stadu?  Demonstrując  swoją  przewagę?  Nawet  bez 

przeprowadzania  obserwacji  Erica  była  pewna,  Ŝe  Nick  zostałby  przewodnikiem  w  kaŜdym 

stadzie, jakie by sobie wybrał. Niech sobie będzie, ale ona nie miała zamiaru stać się potulną 

zdobyczą.   

Spojrzała  na  niego  w  górę,  słodko  się  uśmiechając.  Nagłym  ruchem  dłoni  zerwała  mu 

wąsy.   

– Auu! – Szarpnął się do tyłu, zaskoczony.   

– Czy tak nie jest lepiej? – zakpiła. – Bardziej naturalnie? 

Oho,  pomyślała,  ma  piękne  usta.  Pełne,  ładnie  wykrojone  wargi,  które  podkreślają 

wyraziste rysy twarzy.   

–  Jestem  zdumiony  –  odparł,  rzucając  jej  groźne  spojrzenie.  –  Nie  sądziłem,  Ŝe  dobrze 

wychowane antropoloŜki tak się zachowują.   

background image

–  Czasami  potulna  samica  naczelnych  uznaje,  Ŝe  agresja  jest  najbardziej  skutecznym 

sposobem reakcji.   

– Czy to ostrzeŜenie? 

Wiedziała,  Ŝe  zrozumiał,  iŜ  Erica  Swanson,  inteligentna,  nowoczesna  kobieta,  nie  ma 

zamiaru poddać się swemu popędowi płciowemu. Nie wtedy, gdy ma wyraźnie bardzo mało 

wspólnego z męŜczyzną.   

Podrapał ślad po przyklejonych wąsach.   

– Dobrze znasz biologię, Erico? 

– Czemu pytasz? 

–  Całe  Ŝycie  byłem  uczulony  na  sierść.  Tymczasem  nasza  miła  przyjaciółka  łaziła  po 

mnie, a ja nie dostałam nawet wysypki. I oczy mi nie łzawią. Dlaczego? 

–  Prawdopodobnie  futro  Sheeny  cię  nie  alergizuje.  Nie  wiem  o  tym  zbyt  wiele,  ale 

czasami ludzie wyrastają z uczuleń. Zmienia się chemia ich ciał....   

– Bardzo bym się cieszył. Zawsze chciałem mieć psa. MoŜe wreszcie nadszedł czas.   

– Nigdy nie trzymałeś Ŝadnego zwierzęcia? 

– Nigdy.   

Nie  potrafiła  sobie  tego  wyobrazić.  W  jej  rodzinnym  domu,  na  wsi  w  stanie  Wisconsin, 

roiło się od psów, kotów, papug i królików, nie wspominając o bydle na farmie. Erica, która 

była  środkowym  z  siedmiorga  dzieci  Swansonów,  czasami  uwaŜała  zwierzęta  za  swoją 

prawdziwą  rodzinę.  Cocker-spaniel  zawsze  miał  czas,  Ŝeby  się  z  nią  bawić,  a  niebieska 

papuŜka ćwierkała w odpowiedzi na zwierzenia Eriki. Dorastanie bez zwierząt byłoby bardzo 

samotne, pomimo stałego tłumu w domu Swansonów.   

Zrobiło  jej  się  Ŝal  Nicka.  MoŜe  to  brak  zwierząt  w  okresie  dojrzewania  sprawił,  Ŝe  tak 

bardzo chciał rządzić i miał wszystko za złe.   

– MoŜe powinienem kupić szympansa.   

Ś

wieŜo obudzona sympatia rozwiała się jak dym.   

– Nie bądź śmieszny. Szympansy nie są domowymi zwierzątkami, chyba Ŝe mieszkasz w 

dŜungli.  To  właśnie  przydarzyło  się  Sheenie.  –  Od  strony  schodów  dobiegło  sapnięcie.  – 

Bardzo miły człowiek przywiózł Sheenę z Afryki, gdy miała sześć miesięcy. Troszczył się o 

nią, ale wyrosła i zaczęła zachowywać się jak zwierzę. W końcu miał dość tego, Ŝe nigdy nie 

moŜe zaprosić gości, a co parę miesięcy musi kupować nowe meble. W rezultacie on się czuje 

podle,  Ŝe  postanowił  oddać  Sheenę,  a  Sheena  nie  potrafi  zintegrować  się  z  własnym 

gatunkiem.   

– W porządku. Przekonałaś mnie. Szympansy nie nadają się na domowych ulubieńców.   

– Zdumiewająca wraŜliwość jak na kogoś, kogo bawi przebieranie się za kataryniarza. – 

Erica urwała. Od kiedy to jest taka nadęta i waŜna? Zazwyczaj miała duŜo tolerancji dla ludzi, 

ale w Nicku było coś, co ją prowokowało. Spróbowała to przemóc. Łagodnym tonem dodała: 

– Pewnie nie wiesz, ale kataryniarze byli znani z tego, Ŝe źle traktowali swoje małpki.   

Nick rozłoŜył ramiona w kpiącym geście przeprosin.   

– Rzeczywiście, nie wiedziałem.   

Sheena zeszła ze schodów i poklepała go po ramieniu.   

background image

– Sheena mi wybacza – poinformował Erice.   

– Ona nie ma pojęcia, o czym rozmawiamy. – Erika wstała. Najlepiej będzie wyplątać się 

z  tej  sytuacji  jak  najprędzej.  –  Ale  najwyraźniej  się  uspokoiła.  Dziękuję  za  pomoc,  Nick. 

Teraz juŜ powinnyśmy wracać do domu. – Wyciągnęła rękę do szympansicy.   

Sheena  spojrzała  po  kolei  na  oboje.  Bardzo  ostroŜnie  wzięła  dłoń  Nicka  i  włoŜyła  ją  w 

dłoń Eriki. Potrzymała je tak chwilę, zamruczała i wróciła na schody, bawić się peruką.   

Jego ciało było ciepłe, uścisk mocny. Erica przeniosła spojrzenie z ich złączonych rąk na 

twarz Nicka. Rozum mówił jej, Ŝe powinna jak najszybciej zabrać rękę, ale nie była w stanie. 

Nick uścisnął lekko jej dłoń. Odruchowo odwzajemniła uścisk.   

– MoŜe Sheena wie więcej, niŜ ty czy ja.   

–  Instynkt  –  powiedziała  i  natychmiast  tego  poŜałowała.  Jej  zwariowany  popęd  płciowy 

wywołał juŜ dość kłopotów. Choć puściła dłoń  Nicka, pozostało uczucie więzi. – Naprawdę 

muszę iść.   

– Odwiozę was.   

Skinęła  potakująco  głową,  myśląc  jednocześnie,  Ŝe  chyba  straciła  i  rozum,  i  instynkt 

samozachowawczy.  Wiązanie  się  z  tym  męŜczyzną  było  naprawdę  najgłupszą  rzeczą,  jaką 

mogła zrobić....   

Prowadziła  grzeczną  Sheenę  przez  park,  a  w  głowie  miała  mętlik.  Jak  to  moŜliwe,  Ŝe 

pociąga  ją  tak  nieodpowiedni  partner?  Wsiedli  do  samochodu,  ale  Erica  wciąŜ  nie  mogła 

zebrać myśli. Automatycznie wskazywała Nickowi, jak dojechać do jej domu.   

Dopiero  gdy  otworzyła  drzwi,  gwałtownie  powróciła  do  rzeczywistości.  Tak,  tu  były 

zniszczone  meble,  bałagan,  zgnieciona  w  kulkę  odpowiedź  na  jej  podanie.  Nie  był  to  dom 

kobiety,  która  jada  kolację  w  blasku  świec  i  gubi  szklane  pantofelki.  Jeśli  chce  znów 

zobaczyć Nicka, powinna powiedzieć to wprost. Ale czy się odwaŜy? 

– Urocze mieszkanko – uśmiechnął się do niej.   

–  Utrzymane  w  stylu  „naczelny  prymitywny”.  Sheena  usiadła  na  podłodze  i  wbiła 

spojrzenie  w  sufit.  Wyglądała  na  całkowicie  wyczerpaną.  Erica  takŜe.  To  był  długi,  gorący, 

męczący  dzień.  Poszła  do  kuchni  i  mocno  zamknęła  okno.  Nick  zatrzymał  się  w  progu. 

Widziała, Ŝe usiłuje nie roześmiać się na widok rozbitych słoików.   

– Czy mógłbym zaprosić panie na kolację do siebie? Powinienem jednak ostrzec, Ŝe dziś 

gotuje mój syn, Michael, więc kuchnia moŜe wyglądać jeszcze gorzej niŜ twoja.   

– Twój syn? – Chyba nie był Ŝonaty? 

– Michael. Ma szesnaście lat. Nie to ją interesowało najbardziej.   

– Czy jesteś... ? 

– Jego matka i ja rozwiedliśmy się siedem lat temu. – Skrzywił usta w ponurym grymasie. 

– A ty, Erico? Czy jest ktoś w twoim Ŝyciu poza Sheeną? 

– Rodzice. Sześcioro rodzeństwa. Ale mieszkam sama z Sheeną....   

– A co z tą kolacją? 

– Bardzo bym chciała. – Co ona mówi!? Szybko dodała: – Ale nie dzisiaj, Nick.   

– Kiedy indziej? 

–  Tak.  –  Ucieszyła  się,  Ŝe  będzie  jakieś  kiedy  indziej.  Pierwsze  spotkanie  zaczęło  się  w 

background image

najgorszy – i najlepszy – moŜliwy sposób.   

Odprowadziła go do drzwi.   

– Ciągle jeszcze nie pojawiła się Ŝadna alergiczna wysypka? 

– śadna – odparł. – To dobry znak. MoŜe wkraczam w nowy okres swego Ŝycia.   

Drzwi się za nim zamknęły i Erica oparła się o nie plecami. Ku swemu zdziwieniu, miała 

nadzieję, Ŝe w tym nowym okresie Ŝycia Nicka i dla niej znajdzie się miejsce.   

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Tej nocy nie obyło się bez marzeń i bezsennego przewracania się w łóŜku. Erica była zbyt 

wyczerpana,  by  śnić.  Ściągnęła  z  siebie  uniform  i  padła  na  łóŜko,  nie  mając  sił  nawet  na 

cowieczorną sesję cudownie otępiającej muzyki rockowej.   

Dopiero następnego  ranka, w zoo, trzeźwo oceniła całą sytuację. Wiedziała, Ŝe powinna 

dobrze  się  zastanowić,  zanim  zdecyduje  się  na  coś,  co  moŜe  mieć  bolesne  zakończenie.  Nie 

była  teŜ  całkiem  pewna,  na  co  właściwie  ma  się  zdecydować.  Związek  z  męŜczyzną? 

NiemoŜliwe! 

Praca  nie  zostawiała  jej  ani  czasu,  ani  energii  na  jakiekolwiek  męsko-damskie 

zobowiązania. W dodatku natychmiast po otrzymaniu stypendium miała zamiar wyruszyć do 

Afryki badać naczelne w ich naturalnym środowisku. Nawiązywanie bliŜszej znajomości nie 

byłoby więc w porządku.   

Naciągnęła  kalosze  na  tenisówki  i  pchnęła  taczkę  z  karmą  w  kierunku  zagrody  lam. 

Zgoda,  Nick  ją  fascynował.  Czy  powinna  wdawać  się  w  swobodny,  niezobowiązujący 

romans?  Erica  zmarszczyła  brwi,  wrzucając  paszę  do  paśnika  i  odkręcając  kran,  by  nalać 

wody.  Nie  traktowała  lekko  tych  spraw.  W  gruncie  rzeczy,  jedną  z  jej  podstawowych  wad 

było zbyt powaŜne podejście do Ŝycia.   

Z  drugiej  strony,  poŜądanie  naleŜało  do  zjawisk  naturalnych  i  naukowo  poznanych.  Od 

rozwodu trzy lata temu miała tylko jeden króciutki związek z innym męŜczyzną. Nie ma więc 

co się dziwić, Ŝe hormony się odezwały.   

Przy drzwiach biura przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe martwi się niepotrzebnie. MoŜe Nick 

w  ogóle  nie  zadzwoni.  Pokręciła  głową.  Zadzwoni.  Po  latach  obserwacji  naczelnych 

wiedziała,  Ŝe  kaŜdy  zdrowy  samiec,  a  więc  takŜe  Nick,  jest  zawsze  gotów  wykazać  swą 

męskość w pierwotny, fizyczny sposób. Naczelne? Pierwotna fizyczność? Wielkie nieba, a od 

kiedy to stała się tak pruderyjna? Właściwym słowem jest seks. MęŜczyźni zawsze gotowi są 

do seksu, a sądząc po jej wczorajszej reakcji, ona sama teŜ nie miałaby nic przeciwko temu.   

Erica  ściągnęła  kalosze,  wytarła  tenisówki  o  wycieraczkę  i  wkroczyła  do  biura  Ogrodu 

Zoologicznego. Z zamyślenia wyrwał ją głos Amandy Hatfield, właścicielki zoo.   

– Erico, kochanie, co się dzieje? 

– Słucham? 

– Posłaniec właśnie przyniósł banany dla Sheeny. Erice rozbawiła doczepiona do wielkiej 

kiści bananów karteczka: 

 

Dziękuję za niezwykłe popołudnie.   

Były kataryniarz.   

 

Amanda odchyliła się do tyłu na obrotowym krześle i splotła dłonie na karku pod siwym 

kokiem.   

– Czy banany przysłała twoja zwariowana siostra Elaine? 

background image

– Nie, były kataryniarz.   

Erica  wcisnęła  się  za  własne  biurko  i  zajęła  papierami.  Pozornie  oschła  i  rzeczowa 

Amanda  była  w  gruncie  rzeczy  niepoprawną  romantyczką,  która  o  popędzie  płciowym 

myślała jak o „wielkiej miłości”.   

– Czy ten kataryniarz to interesujący męŜczyzna? – spytała Amanda.   

– Być moŜe.   

– Proszę, nie wykręcaj się. Spotkałaś kogoś specjalnego? 

– Czy spotkałam? – Erica zmarszczyła brwi, udając namysł. – Nie jestem pewna. Raczej 

Sheena go spotkała.   

– Nic ci nie przyjdzie z tych uników, kochanie.   

– No dobrze, powiem ci. Wczoraj spotkałam pewnego męŜczyznę.   

Zrelacjonowała  wydarzenia  poprzedniego  dnia.  Choć  usiłowała  mówić  głównie  o 

kłopotach,  jakich  przysporzyła  Sheena,  Amanda  nieubłaganie  powracała  do  Nicka  Barrona. 

Jaki jest? Nie jest chyba Ŝonaty? Czy ma poczucie humoru? 

–  Nie  mamy  ze  sobą  nic  wspólnego.  Ja  poświęciłam  Ŝycie  badaniom  naukowym.  On 

prowadzi wesołe miasteczko i przebiera się w śmieszne stroje.   

– Wygląda mi akurat na takiego męŜczyznę, jakiego potrzebujesz.   

–  Amando,  nie  zgadzaliśmy  się  w  niczym  od  pierwszego  słowa.  Od  chętki  na  napoje 

gazowane po znaczenie naturalnego środowiska dla Sheeny.   

– Ale zalazł ci za skórę – podsumowała Amanda, wyglądając przez okno. – Nie dziwię ci 

się,  Erico.  Zapewne  jest  trochę  więcej  niŜ  średniego  wzrostu,  ma  jasnobrązowe  włosy  i 

bardzo... miły uśmiech.   

– Skąd wiesz? 

– Bo właśnie tu idzie.   

Nick? Erica wyciągnęła szyję, by popatrzeć przez okno, dostrzegła go i zniknęła za górą 

papierów na biurku. Rzuciła okiem na rozbawioną twarz Amandy.   

– Nawet nie próbuj – ostrzegła ją. – Nawet nie próbuj bawić się w swatkę.   

– AleŜ moja droga, wcale nie będę musiała. – Amanda otworzyła drzwi biura, wyciągając 

na powitanie rękę. Nick się przedstawił.   

Erica  była  zaskoczona  jego  wyglądem,  zaskoczona  i  zafascynowana.  Bez  stroju 

kataryniarza wydawał się wyŜszy. Bardziej dominujący? W kaŜdym razie bardziej atrakcyjny 

fizycznie.  Miał  na  sobie  niebieską,  bawełnianą  koszulę,  szorty  w  kolorze  khaki  i  sportowe 

buty na bosych stopach. Był to bardzo swobodny strój, ale pasował do niego. Nogi Nicka były 

muskularne i opalone, ramiona szerokie, ale nie przesadnie. Dorodny, dojrzały przedstawiciel 

gatunku, oceniła.   

– Erica? – Amanda przywołała ją do rzeczywistości.   

– Cześć, Nick – powiedziała szybko Erica. Zbyt szybko? Poczuła się, jakby przyłapano ją 

na podglądaniu. – Dzięki za banany.   

Podszedł do jej biurka i postawił na nim duŜą torbę.   

– Banany były dla Sheeny. To jest dla ciebie.   

Wyciągnęła z torby duŜy pojemnik na wodę, z nierdzewnej stali. Wewnątrz znajdował się 

background image

mniejszy, i jeszcze jeden, i jeszcze. W sumie naliczyła ich sześć.   

– Bardzo praktyczne. Na pewno mi się przydadzą – powiedziała z uznaniem. – Dziękuję, 

choć naprawdę nie powinieneś był...   

– Wydawało mi się, Ŝe nie jesteś kobietą w typie kwiatowo-czekoladkowym.   

– Dobrze ci się wydawało. Banany i pojemniki są znacznie bardziej w cenie.   

Odezwała się Amanda.   

–  Pomyślałam  sobie,  Ŝe  Nick  i  ja  naleŜymy  do  jednej  branŜy.  On  pokazuje  florę,  a  ja 

faunę.  Erico,  czy  mogłabyś  oprowadzić  Nicka  po  zoo?  MoŜe  zaproponowałby  jakieś 

ulepszenia? 

– Z ogromną przyjemnością zwiedzę zoo – stwierdził – ale nie sądzę, bym mógł udzielić 

sensownych rad. Niewiele wiem o zwierzętach.   

–  Ale  znasz  się  na  organizowaniu  ogrodów  i  planowaniu  ruchu  zwiedzających.  Nie 

zaprzeczaj, młody człowieku. Często odwiedzałam Ogrody  Barrona z moim świętej pamięci 

męŜem  i  mam  same  miłe  wspomnienia.  Urządzaliśmy  pikniki  na  trawie,  a  potem 

przytulaliśmy się na ławce pod drzewami, słuchając orkiestry.   

Niski  głos  Amandy  brzmiał  łagodnie  i  Erica  ze  wzruszeniem  słuchała  opowieści  o 

zapachu magnolii na wiosnę, o przejaŜdŜkach na karuzeli i o widoku rozgwieŜdŜonego nieba 

ze  szczytu  diabelskiego  młyna.  Oczyma  Amandy  ujrzała  na  chwilę  radosną,  pogodną 

przeszłość, czas, jakiego sama nigdy nie doświadczyła. W jej własnym Ŝyciu nie było miejsca 

na  słodkie,  romantyczne  chwile.  Nawet  gdy  była  męŜatką...  szczególnie  wtedy,  gdy  była 

męŜatką.   

Jej  mąŜ  był  znanym,  odnoszącym  sukcesy  archeologiem.  Logicznie  rzecz  biorąc,  on  i 

Erica  powinni  do  siebie  pasować.  Choć  jego  osiągnięcia  czasami  ją  przytłaczały,  mąŜ 

doceniał  jej  studia  nad  naczelnymi.  Miał  rozliczne  kontakty,  więc  przed  Ericą  otwierało  się 

wiele  drzwi  podczas  wspólnej  wyprawy  do  Afryki.  A  jednak  oddalali  się  od  siebie.  Ich 

kariery zawodowe często powodowały długie rozłąki. Mieli wiele wspólnych zainteresowań, 

a jednak brakowało w ich związku poczucia wspólnoty. MoŜe gdyby czasami przejechali się 

razem na karuzeli...   

Nagle Amanda powróciła do teraźniejszości.   

– Erico, oprowadź tego młodego człowieka po zoo.   

– Dobrze. – Erica oderwała się od wspomnień. – Wrócimy za godzinę.   

Wyprowadziła  Nicka  na  słońce.  Nawet  gdy  temperatura  przekraczała  trzydzieści  stopni, 

w  tym  rejonie  suchych  wzgórz  na  zachód  od  Denver  nigdy  nie  czuło  się  upału.  Na  północy 

zbierały się ciemne, wysokie chmury, zwiastujące popołudniowy deszcz.   

– Miła ta twoja szefowa – powiedział Nick. Szefowa? Erica najeŜyła się. Nick miał talent 

do uŜywania niewłaściwych słów.   

– Amanda i ja jesteśmy współpracowniczkami. Ja jej pomagam utrzymać zoo, a ona mnie 

wspiera w moich badaniach.   

– Jak to się stało, Ŝe jest właścicielką zoo? 

– Zaczęło się od pary osieroconych bawołów, pumy i pustego terenu.   

– Opowiedz mi o tym.   

background image

–  Kiedy  zmarł  mąŜ  Amandy,  jakieś  dziesięć  lat  temu,  odziedziczyła  po  nim  duŜy,  nie 

zabudowany  teren.  Zostawił  jej  równieŜ  dwa  ulubione  bawoły  i  chudą,  starą  pumę,  która 

przychodziła do nich do domu po resztki.   

– Ulubione bawoły?...   

– Zdaje się, Ŝe wygrał je w pokera. W kaŜdym razie Amanda próbowała ofiarować je zoo 

w Denver,  ale nie mieli miejsca. Przez jakiś czas nie zajmowała się nimi i zostawiła sprawę 

swojemu  biegowi.  Wtedy  ktoś  zabił  jednego  z  bawołów.  Nigdy  nie  dowiedziała  się,  kto  to 

zrobił.  Kilka  dni  potem  niektórzy  sąsiedzi  uznali,  Ŝe  puma  jest  niebezpieczna.  Amanda  nie 

pozwoliła im zapolować na nią na swoim terenie. Oświadczyła, Ŝe zwierzęta na jej ziemi są 

pod ochroną, Ŝe przekształca ten teren w niezaleŜny rezerwat zoologiczny.   

Zatrzymali  się  przy  duŜej  zagrodzie.  Cztery  wielbłądy  przyglądały  im  się  spod  długich 

rzęs, obojętnie przeŜuwając pokarm.   

– A skąd wzięły się wielbłądy? – spytał Nick. – Jakaś inna wygrana w pokera? 

–  Z  cyrku,  który  się  rozwiązał.  Gdy  Amanda  ogłosiła,  Ŝe  zakłada  zoo  i  załatwiła 

wszystkie formalności, miejskie zoo zaczęło kierować do niej ludzi, którzy chcieli pozbyć się 

swoich zwierząt. Poza tym kupowała i wymieniała się. Wielbłądy, lamy  i  oczywiście wapiti 

dobrze czują się w naszym klimacie.   

– Oczywiście – przytaknął. – Wapiti? 

– Amerykański łoś.  Wapiti to indiańska nazwa. Oprowadzanie po zoo nie było dla Eriki 

nowością  i  rutyna  działała  na  nią  uspokajająco,  póki  nie  przyjrzała  się  dokładnie  swemu 

towarzyszowi. Słońce rozświetlało jego włosy i podkreślało opaleniznę. Nieco nieprzytomnie 

zauwaŜyła, Ŝe jego wargi poruszają się.   

– MoŜesz powtórzyć? 

– Hu zatrudniacie pracowników? 

– Tylko Amanda i ja pracujemy na cały etat, ale mamy dwóch facetów, którzy zajmują się 

utrzymaniem  porządku,  a  takŜe  nocnego  straŜnika  imieniem  Tim.  Poza  tym  około 

pięćdziesięciu wolontariuszy, których Amanda szkoli, by tworzyli regularny zespół.   

– Amanda musi mieć duŜe talenty organizacyjne.   

–  Jest  niezwykła.  Udaje  jej  się  prowadzić  dość  kosztowne  przedsięwzięcie  przy 

minimalnym budŜecie.   

Nick oparł się o ogrodzenie, oddzielające wielbłądy od ścieŜki.   

–  Chciałbym  zobaczyć  małpy  –  oznajmił.  –  To  znaczy  szympansy.  Pan  troglodytes, 

prawda? 

Spojrzała podejrzliwie.   

– Ciekawe, skąd znasz ich łacińską nazwę.   

– Zlituj się, Erico, nie jestem przecieŜ kompletnym matołem.   

Idąc za nią przez zoo, Nick pogratulował sobie, Ŝe poprzedniego wieczoru poczytał sobie 

Pan troglodytes. Szympansy naleŜały do małp człekokształtnych, Ŝyły w dŜunglach Afryki 

równikowej,  przewaŜnie  w  stadach  rządzonych  przez  dominującego  samca.  Na  ogół  były 

wegetarianami. Osiągały dojrzałość płciową w wielu ośmiu lat, a Ŝyły około czterdziestu.   

Wyobraził  sobie  podobną  notkę  encyklopedyczną  o  opiekunce  zoo,  Erice  Swanson. 

background image

Homo  sapiens,  samica.  Wspaniałe  ciało  o  mocnych  udach  i  jędrnym  biuście.  Oczy  ciemne  i 

pełne  Ŝycia.  Kręcone,  ciemne  włosy.  Inteligentna,  zadziorna,  wolna.  I  tyle  o  niej  wiem, 

pomyślał Nick.   

Najbardziej  istotne  informacje  będą  wymagały  badań.  Na  przykład  jej  ulubiony  kolor. 

Potrawa. Rodzaj Ŝartów.   

Zatrzymała się przy tabliczce oznajmiającej: Wyspa Ssaków Naczelnych.   

– Toru.   

Nick  oparł  dłonie  na  gładkiej  drewnianej  barierce  i  spojrzał  na  drugą  stronę  szerokiej 

fosy. W zaroślach nic się nie ruszało, w kaŜdym razie nic nie mógł dostrzec. Najwyraźniej nie 

on jeden – przy barierce stało kilka innych osób. Wykazawszy swoją wiedzę o gatunku, Nick 

nie chciał teraz zdradzić się, Ŝe nie wie, jak obserwuje się małpy.   

–  Mieszkają  tu  cztery  szympansy  –  powiedziała  Erica.  –  Dwa  dorosłe,  samiec  i  samica. 

Samica ma roczne dziecko. Przebywa tam równieŜ młody samiec w wieku Sheeny.   

– Jak duŜa jest ta wyspa? 

– Niecałe pół hektara. To prawie naturalna wyspa, musieliśmy tylko zbudować tamę, by 

inaczej  skierować  wodę  po  drugiej  stronie.  Pracuję  tu  od  półtora  roku  i  ta  wyspa  jest  moim 

głównym dziełem.   

– A szympansy nie uciekają, bo boją się wody. – Tak.   

Naśladując Erice, skupił spojrzenie na kępie drzew. Miał nieprzyjemne wraŜenie, Ŝe Erica 

kpi  w  duchu  z  jego  świeŜo  nabytej  wiedzy  o  szympansach.  To  śmieszne,  pomyślał.  Ma 

trzydzieści osiem lat i nie musi zachowywać się jak uczeń, który stara się zrobić wraŜenie na 

nauczycielce.   

–  W  gruncie  rzeczy  wyspa  nie  jest  zbyt  wygodna  –  powiedziała.  –  W  śnieŜną  zimę 

tracimy wiele czasu, przenosząc szympansy tam i z powrotem miedzy wyspą a budynkiem na 

lądzie.   

Pokiwał głową, rzucając ukradkowe spojrzenie na jej profil. Nos miała mały i zgrabny, a 

mocno  zarysowane  brwi  i  wąskie  wargi  nadawały  jej  powaŜny  wygląd.  Nie  znał  jej  jeszcze 

zbyt dobrze, ale wydała mu się pozbawiona kokieterii. Włosy wyglądały na świeŜo umyte, ale 

nie  przycięte  przez  fryzjera.  Jej  twarz  nie  nosiła  śladów  szminki  ani  makijaŜu.  Czy  to 

moŜliwe, zastanawiał się w duchu, Ŝe nie wie, jaka jest śliczna? 

–  Patrz!  –  Erica  wskazała  ręką.  –  Idzie  Java.  Zza  krzewu  wyszedł  szympans 

przypominający  Sheenę.  Przykucnął,  zwrócony  twarzą  ku  chichoczącym  obserwatorom,  i 

bardzo starannie obrał banana. Niewielka sosna z tyłu zatrzęsła się.   

–  To  pewnie  Lenny  –  wyjaśniła  Erica.  –  Starszy,  dominujący  samiec.  Biedny  Java  musi 

znosić jego agresywność.   

DuŜy  szympans  ruszył  do  przodu.  Wyglądał  jak  bandyta  przygotowany  do  bijatyki,  gdy 

tak  sunął  z  nastroszonym  futrem  na  plecach  i  ramionach.  Java  krzyknął,  upuścił  banana  i 

uciekł w wierzbowe zarośla.   

– Bezczelny staruch – powiedział Nick.   

–  Ryzykując  przypisywanie  szympansom  ludzkich  cech,  muszę  się  z  tobą  zgodzić. 

Właśnie z powodu Lenny’ego chciałabym wprowadzić Sheenę do stada. Java miałby kogoś w 

background image

swoim wieku do towarzystwa.   

– Ale Sheena nie chce z nimi zostać? 

– MoŜe to po prostu nie jest dobry moment – powiedziała Erica. – Dopiero niedawno Java 

rozstał się ze swoją matką.   

– Matką? 

– Tak. Jenny i Lenny są rodzicami Javy.   

Nick  dokładniej  przyjrzał  się  szympansom.  Ojciec  i  syn?  Natychmiast  przyszły  mu 

namyśl jego stosunki z Michaelem.   

Java zsunął się z drzewa, odsłaniając zęby i wydając niskie, sapiące dźwięki. Ciągnął za 

sobą  nogami  i  zachowywał  poddańczo,  niemal  przepraszająco.  W  końcu  przysiadł  koło 

Lenny’ego  i  wyciągnął  łapę.  Starszy  szympans  zahukał,  potem  poklepał  syna  po  tyłku. 

Widzowie  zaśmieli  się,  tylko  Nick  poczuł,  jak  coś  ściska  go  w  gardle.  Młody  szympans 

wydawał  się  tak  bardzo  potrzebować  uwagi  ojca!  Lenny  odpowiedział  na  tę  potrzebę. 

Dokładnie jak u ludzkich ojców i synów: stałe zbliŜanie się i odrzucanie. Nick przełknął ślinę, 

zanim się odezwał.   

– Rzeczywiście przypominają ludzi, prawda? 

–  Zdumiewająco.  Pod  względem  genetycznym,  między  ludzkim  DNA  a  DNA 

szympansów  jest  mniej  niŜ  jednoprocentowa  róŜnica.  Tak  jak  my  mają  długie  dzieciństwo, 

uczą się z sytuacji społecznych i mają podobne zachowania pozawerbalne.   

– Na przykład? 

–  Przytulanie,  pieszczoty,  trzymanie  się  za  ręce.  –  Dla  zademonstrowania  przesunęła 

dłonią po jego przedramieniu. – Głaskanie.   

Chwycił jej dłoń, zanim ją zabrała, i uniósł palce do ust.   

– Całowanie? 

Przytaknęła,  usiłując  opanować  nagłe  podniecenie.  Ten  pociąg  fizyczny  był  naprawdę 

niezwykle  silny  i  nie  mogła  go  zignorować.  Zabrała  rękę,  wyciągnęła  z  kieszeni  notes  i 

zaczęła zapisywać.   

–  Jeszcze  niedawno  bezpośrednia  konfrontacja  z  Lennym  spowodowałaby,  Ŝe  Java 

pognałby do matki.   

Z wyspy dobiegło głośne pohukiwanie Lenny’ego. Wyciągnął nad głową długie ramiona i 

ziewnął. Java zrobił to samo. A potem oba szympansy ramię w ramię odeszły w głąb zarośli.   

Rozczarowani widzowie zaczęli się rozchodzić. Nick zwrócił się do Eriki.   

– Co zapisujesz? 

– Datę, godzinę i krótki opis tego spotkania.   

– Skończyła i zamknęła notatnik. – No dobrze, Nick. Co teraz? 

– Czy myślisz, Ŝe szympansy wrócą? 

– Jasne, ale to moŜe trochę potrwać.   

–  MoŜemy  poczekać?  Za  jakąś  godzinę  muszę  wyjść,  a  chciałbym  je  jeszcze  raz 

zobaczyć.   

Przyjrzała  mu  się,  czy  nie  kpi,  ale  nic  na  to  nie  wskazywało.  Zachowanie  Javy  i 

Lenny’ego naprawdę go intrygowało.   

background image

– Skoro masz tylko godzinę, to powinniśmy raczej skończyć zwiedzanie.   

– A mogę przyjść kiedy indziej? 

– Pewnie. MoŜesz nawet pomóc przy popołudniowym karmieniu.   

Erica  ugryzła  się  w  język.  Opieka  nad  szympansami  i  ich  karmienie  odbywało  się  pod 

ś

cisłą  kontrolą.  Wprowadzenie  kogoś  obcego  oznaczało  zmianę  środowiska.  Dlaczego  w 

ogóle o tym wspomniała? 

– Mógłbym je karmić? – zapytał z entuzjazmem.   

– Dzisiaj jestem zajęty, ale moŜe jutro? A mógłbym przyprowadzić syna? 

–  Nic  z  tych  rzeczy  –  odparła  ze  zdecydowaniem,  którego  nie  czuła.  –  Wolno  ci  będzie 

tylko obserwować. W porządku? śadnych bliŜszych kontaktów z szympansami.   

– Obiecuję. Ty tu rządzisz.   

W drodze do innych części zoo Nick zadawał setki pytań o szympansy i proces tworzenia 

się więzi. Ledwo rzucił okiem na dostojne – napili. Nie zainteresowały go równieŜ świstaki. Z 

roztargnieniem poklepał rena, dwa bawoły i ryczącego osła.   

Gdy weszli do niewielkiego, chłodnego pawilonu gadów, otrzeźwiał na chwilę.   

– Nie przepadam za węŜami, Erico.   

– Naprawdę są bardzo miłe i uczuciowe. Czy trzymałeś kiedyś jakiegoś na rękach? 

– Nigdy. I nie mam zamiaru.   

Zaciągnęła go przed wielkie terrarium z dwoma pytonami. KaŜdy miał blisko dwa metry 

długości. Z wdziękiem przesuwały się po specjalnie zawieszonej gałęzi.   

– To Patty i Pete, pytony. Powiedz sam, Nick, czy wzory na ich skórze nie są piękne? 

– Owszem, na parze butów. Roześmiała się.   

– To moŜe trochę potrwać, ale nauczę cię lubić węŜe.   

–  Nie  sądzę,  bym  kiedykolwiek  miał  ochotę  na  pieszczoty  z  pytonem.  Natomiast  z 

przyjemnością spędzę wiele czasu z tobą, Erico.   

Intymny  ton  jego  głosu  dał  jej  do  myślenia.  „Wiele  czasu”...  CzyŜby  Nick  robił  jakieś 

plany  na  przyszłość,  spodziewał  się,  Ŝe  ich  znajomość  się  rozwinie?  Ona  teŜ  nie  była  bez 

winy, obiecując nauczyć go lubić węŜe czy wprowadzić na wyspę szympansów. Najwyraźniej 

powinna wszystko wyjaśnić, zanim posuną się dalej.   

– Nick, mogę z tobą powaŜnie porozmawiać? 

– Nie tutaj – wzdrygnął się. – Tobie, moŜe się podobają, ale ja naprawdę boję się węŜów.   

Wyszli na słońce. Erica wskazała duŜy, betonowy budynek, połoŜony w pobliŜu wyspy.   

– Pójdziemy po Sheenę....   

– Tu mieszka Sheena? – Gwizdnął. – Prawdziwy betonowy Wersal.   

– To zimowe kwatery szympansów. Znajduje się tam równieŜ kuchnia.   

– Wspaniale. Zastanawiałem się, czy niechęć Sheeny  do  grupy nie wzięła się stąd, Ŝe w 

dzieciństwie pozbawiono ją poczucia więzi z innymi szympansami.   

–  Tak,  na  pewno  tak  właśnie  jest  –  odpowiedziała  niecierpliwie.  –  Nick,  powinniśmy 

przedyskutować kilka spraw.   

–  Właśnie.  W  jakim  wieku  Sheena  została  adoptowana  przez  człowieka?  Kiedy  u 

szympansów wykształca się poczucie więzi z grupą? 

background image

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym teraz nie rozmawiać o szympansach.   

– Dobrze. – Dopasował swój krok do kroku Eriki. – Co tak bardzo chcesz mi powiedzieć? 

– Nie tak znowu bardzo – zaprotestowała. A moŜe jednak? 

– Robisz wraŜenie zdenerwowanej. Kącik ust masz jakby ściągnięty w dół. Jak taki mały 

haczyk na ryby.   

– Przestań kpić, Nick.   

– Dobrze. O czym tak waŜnym chcesz porozmawiać? 

–  O  nas.  –  Jego  projekty  i  jej  własna  rodząca  się  namiętność  wymagały  określenia 

warunków. Od czego zacząć? 

–  MoŜe  mógłbym  ci  pomóc  –  stwierdził.  –  Czy  łatwiej  ci  będzie,  jeśli  oświadczę,  Ŝe 

bardzo mi się podobasz? 

–  Tak,  łatwiej.  –  Nigdy  nie  robiła  czegoś  takiego.  Znajomości  Eriki  z  męŜczyznami,  a 

takŜe  jej  małŜeństwo  naleŜały  do  tradycyjnych.  To  męŜczyzna  zabiegał,  nadawał  kształt 

związkowi i w końcu odchodził...   

Tak  było  dotychczas.  Teraz  postanowiła,  Ŝe  jasno  przedstawi  swoje  zamiary  i  określi 

charakter relacji według własnych reguł. Czuła się bardzo niepewnie, ale odetchnęła głęboko i 

zaczęła.   

– Sądzę, Ŝe powinniśmy określić kierunek i potencjał naszej... hm... znajomości. Widzisz, 

praca zawodowa jest dla mnie niezwykle waŜna.   

– Rozumiem – przytaknął.   

–  Zapewne  zainteresuje  cię,  Ŝe  pociąg  fizyczny  jest  odwzajemniony.  –  Odchrząknęła. 

Dlaczego  przemawia  jak  stara  panna  nauczycielka?  –  Proponuję,  byśmy  –  przy  pewnych 

ograniczeniach – dopuścili do uzewnętrznienia się naszych naturalnych popędów.   

– Czy składasz mi propozycję, Erico? 

– Działania, jakie proponuję, mogą być tak zrozumiane, czyli mogą... –  Ucichła,  gdy jej 

wzrok spoczął na jego pięknie wykrojonych ustach. Oczy ze złotymi plamkami były czyste i 

jasne. Zdrowy  rozsądek Eriki uleciał przez okno, szybko jak koliber. – Dokładnie tak, Nick. 

Składam ci propozycję.   

–  Przyjmuję.  –  Rozejrzał  się  po  surowym  krajobrazie  zoo.  –  Czy  są  tu  jakieś  zarośla,  w 

których moglibyśmy się schować, by dać upust naszemu popędowi? A moŜe powinniśmy to 

zrobić na miejscu, na oczach bawołu, świstaków i wszystkich innych? 

Odwróciła wzrok. Zaszło nieporozumienie. Oczekiwała powaŜnej rozmowy.   

– Chyba nie wyraziłem się jasno.   

– AleŜ tak. Chodzi o popęd płciowy. Jak u szympansów.   

– Przestań się ze mnie wyśmiewać.   

– Zapewniam cię, moja droga, Ŝe się nie śmieję.   

–  W  porządku.  Słuchaj  uwaŜnie.  Dokładnie  zaplanowałam  swoje  Ŝycie  i  nie  ma  w  nim 

miejsca na Ŝadne stałe związki.   

– Jasno powiedziane.   

–  Akurat  teraz  staram  się  o  stypendium  na  studia  nad  naczelnymi  w  Afryce.  Wcześniej 

czy później ktoś mi przyzna pieniądze. Gdy tylko je dostanę, wyjeŜdŜam. Nikt i nic mnie tu 

background image

nie zatrzyma.   

No juŜ, powiedziała, co  miała do powiedzenia.  Ale właściwie skąd wie, Ŝe Nick miałby 

ochotę na stały związek czy jakieś zobowiązania? Do diabła, przecieŜ nawet nie poprosił jej o 

spotkanie.   

– Czy zrobiłam z siebie zupełną idiotkę? 

– Nikt nie jest doskonały.   

– To stary dowcip.   

– Przepraszam, nie mogłem się oprzeć. Naprawdę cenię twoją uczciwość.   

Pokiwała  głową.  Uczciwość.  O  to  właśnie  jej  chodziło.  O  uczciwy,  namiętny, 

bezproblemowy związek. Wyciągnął rękę i lekko musnął jej policzek.   

– A moŜe nawet będę w stanie ci pomóc.   

– Pomóc? – ZadrŜała, wciąŜ czując jego delikatny dotyk.   

– Mam pewne powiązania z Klubem Poszukiwaczy Przygód – mówił dalej. – Wiem, Ŝe 

dają stypendia naukowe.   

– Klub Poszukiwaczy Przygód? 

– To taka gromada starszych, bogatych facetów. I kilka kobiet. Są ekscentryczni, ale mają 

dobre serca. Wszędzie juŜ byli i wszystko widzieli. Lubią zachęcać innych do poszukiwania 

przygód.   

– Ale tu nie chodzi o przygodę, tylko badania naukowe....   

– Dla większości nas, zwykłych śmiertelników, – stwierdził sucho – wyjazd do Trzeciego 

Ś

wiata i Ŝycie w obozie z gromadą małp jest jednak przygodą.   

Erica  pomyślała  nagle,  Ŝe  bardzo  lubi  Nicka.  Wykazywał  więcej  niŜ  zrozumienie.  Nie 

stawiał  Ŝądań,  tylko  ją  wspierał.  Pod  wpływem  impulsu  ujęła  w  dłonie  jego  twarz  i 

pocałowała lekko w czubek nosa.   

– Czy to podziękowanie? – zapytał.   

– Owszem.   

–  Próbuję  spełnić  marzenie  twego  Ŝycia,  a  za  to  dostaję  tylko  całusa  w  nos?  –  Szybkim 

ruchem oplótł ją ramionami i przyciągnął. – PokaŜę ci, jak naleŜy dziękować.   

Pocałunek  nie  był  ani  uprzejmy,  ani  zdawkowy.  Wymagał  Ŝywej  odpowiedzi.  Erica  bez 

tchu  smakowała  jego  wargi.  Pod  powiekami  wybuchały  barwne  fajerwerki.  Biologiczne 

potrzeby nareszcie znalazły ujście. Uniosła ramiona i objęła go z całej siły, a smak jego warg 

i  języka  przenikał  ją  całą.  Otarła  się  bezwstydnie  o  Nicka,  spalając  się  w  ogniu  poŜądania. 

Napięcie w dole brzucha stawało się nie do wytrzymania. A on ją wciąŜ całował.   

Jej zmysły były niemal boleśnie wyostrzone. Serce biło w dzikim, pierwotnym rytmie.   

Gdy  pocałunek  się  skończył,  Erica  nie  od  razu  wróciła  do  rzeczywistości.  Patrzyła 

nieprzytomnie i bez zrozumienia na nagłe, niezręczne ruchy męŜczyzny.   

– Co ty robisz, Nick? 

– Chyba jednak nie jestem całkiem wyleczony – stwierdził, drapiąc się mocno po nodze. 

– Któreś z tych zwierząt obudziło moje uczulenie.   

Wyciągnął  rękę,  na  której  w  szybkim  tempie  pojawiała  się  czerwona  wysypka.  TakŜe 

skóra pod kolanami była podraŜniona.   

background image

–  Och,  Nick,  tak  mi  przykro.  Ciekawe,  które  zwierzę  jest  za  to  odpowiedzialne.  – 

Gwałtownie wciągnęła powietrze. – A jeśli to ja? 

–  Nie  martw  się,  nigdy  nie  miałem  alergii  na  kobiety.  Poczuła  się  dotknięta.  Czy  wiele 

było tych kobiet? 

Czy  testował  swoje  uczulenie  na  blondynki  i  rude?  Uniósł  nogę  i  podrapał  się  za 

kolanem.   

– Chyba lepiej stąd wyjdę. Zresztą jestem juŜ spóźniony na inne spotkanie.   

– Czy zobaczymy się dziś wieczorem? 

– Jutro.   

Jutro? To cała wieczność.   

– Będziemy mieli czas, Erico.   

– Ale...   

– Mnóstwo czasu.   

Puścił do niej oko i pospieszył w kierunku wyjścia. Erica patrzyła za nim, podejrzewając, 

Ŝ

e  jej  odwaŜne  przyznanie  się  do  niezaleŜności  i  poŜądania  nie  całkiem  dotarło  do  Nicka. 

Mnóstwo czasu? CzyŜ nie powiedziała mu dopiero co, Ŝe w kaŜdej chwili moŜe wyjechać do 

Afryki? Alergia czy nie alergia, ten atak zdarzył się akurat na czas.   

Przechyliła głowę. Lepiej niech Nick nie próbuje manipulować ich przyszłym związkiem. 

MoŜe i ma tendencję do dominacji, za to ona potrafi być uparta i zdecydowana.   

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Następnego  dnia  w  południe  Nick  przechylił  się  nad  biurkiem  w  swoim  biurze  i  podał 

Erice notatnik.   

– A to po co? 

–  Na  wypadek,  gdybyś  chciała  robić  notatki.  Erica  siedziała  sztywno.  Niecałą  dobę 

wcześniej przysięgła sobie kontrolować rozwój sytuacji, a juŜ teraz sprawy wymykały jej się 

z rąk.   

–  Czekaj  no,  czekaj  –  powiedziała.  –  Twoim  zdaniem  będę  potrzebowała  notatnika,  by 

zapisywać mądrości, padające z twych ust? 

– Sam bym tego lepiej nie ujął. Rzuciła notatnik na biurko.   

– Wystarczy mi moja pamięć. Poza tym wolałabym jak najszybciej skończyć to, co mamy 

zrobić, i wrócić do mojej roboty w zoo.   

Otworzył przed nią drzwi biura.   

–  Rozumiem, Ŝe  plan  Amandy,  byś  spędziła  ze  mną  dzień,  studiując  zasady  planowania 

krajobrazu, nie przypadł ci do gustu? 

– Dobrze rozumiesz.   

– Erica? – Dotknął jej ręki. Odwróciła się gwałtownie. JasnoŜółty materiał sukienki otarł 

się o uda  Nicka. Chciałby  ją pocałować, przegonić rumieniec z policzków, powiedzieć, jaka 

jest  piękna,  gdy  się  złości.  Wiedział  jednak,  Ŝe  taka  uwaga  wywołałaby  wielki  wybuch.  – 

Podoba mi się twoja sukienka.   

– Dziękuję – warknęła, bardziej wściekła na siebie niŜ na niego. Ostatecznie nikt jej nie 

kazał  przebierać  się  po  wyjściu  z  zoo.  Z  własnego  wyboru  narzuciła  Ŝółtą  sukienkę  bez 

rękawów, która podkreślała jej szczupłą talię i efektownie układała się wokół kolan. CzyŜby 

udzielił jej się romantyzm Amandy? 

– Najpierw rzucimy okiem na całość. – Poprowadził ją ku diabelskiemu młynowi. – Nie 

boisz się wysokości, mam nadzieję? 

– Niczego się nie boję.   

Spróbował  uśmiechnąć  się  przyjacielsko,  ale  natrafił  na  tak  lodowate  spojrzenie,  Ŝe 

poczuł, jak sinieją mu z zimna wargi.   

Stanęli  w  krótkiej  kolejce  przed  kolorowym,  pionowo  ustawionym  kołem  i  powoli,  w 

milczeniu  posuwali  się  naprzód.  Nick  rzucił  okiem  na  wagoniki.  Były  czyste.  Operator  teŜ 

wyglądał  porządnie  w  niebieskiej  bawełnianej  koszulce,  która  stanowiła  rodzaj  uniformu 

personelu wesołego miasteczka.   

Nick  przesunął  wzrok  na  główny  deptak.  Całe  rodziny  spacerowały  wokół  klombu  z 

geranium i wzdłuŜ sztucznego wzgórza z sosnami i liliami tygrysimi. Nick był zadowolony... 

Zadowolony  z  kwiatów,  liczby  odwiedzających  i  diabelskiego  młyna.  Inną  sprawą  było 

nastawienie Eriki.   

Odezwał się dopiero, gdy zapięli juŜ pasy w wagoniku.   

– Jesteś wściekła.   

background image

–  CzyŜby?  –  Odsunęła  się  tak  daleko,  jak  tylko  pozwalało  na  to  wąskie  siedzenie,  nie 

Ŝ

ycząc  sobie  Ŝadnego  fizycznego  kontaktu  z  Nickiem.  Plan  Amandy  był  niedwuznaczną 

próbą swatów. – MoŜe jestem wściekła, bo nie podoba mi się sposób, w jaki zmawiasz się z 

Amandą za moimi plecami! 

– Teraz juŜ mamy zmowę? 

– Poza tym codziennie powinnam spędzać część dnia na obserwacji szympansów. Ten tak 

zwany plan to całkowite lekcewaŜenie mojej pracy.   

Gdy  rano  pojawiła  się  w  zoo,  Amanda  zaŜądała,  by  Erica  spędziła  dzień  z  Nickiem. 

Chciała,  by  zapoznała  się  z  metodami  promocji  i  zastanowiła  nad  ich  adaptacją  dla  potrzeb 

zoo.   

Diabelski młyn przesuwał się powoli w górę, biorąc coraz to nowych pasaŜerów.   

– Nie tylko Amanda jest winna – powiedział.   

– Tak sądziłam.   

– Ale nie był to takŜe mój pomysł. – Poruszył się i wagonik lekko się zakołysał. – Zresztą 

po  tym,  jak  mówiłaś  wczoraj  o  dawaniu  ujścia  naturalnym  popędom,  pomyślałem,  Ŝe  moŜe 

chciałabyś spędzić ze mną ten dzień.   

– Ach tak? A dlaczego nie spytałeś mnie wprost? 

–  Plan  Amandy  ma  sens  –  upierał  się.  –  Gdy  zadzwoniłem,  by  podziękować  za 

umoŜliwienie  obejrzenia  zoo,  powiedziała,  Ŝe  ma  problemy  z  gotówką.  Chciałaby 

przyciągnąć więcej zwiedzających.   

–  To  prawda.  Ale  ja  nie  jestem  właściwą  osobą  do  tej  misji.  Jestem  specjalistką  od 

ssaków naczelnych, a nie publicystką.   

– Zajmujesz się wzorcami zachowań, prawda? 

– Zasadniczo tak.   

– To właśnie tu robisz – podsumował. – Badasz wzorce zachowań.   

Byli  juŜ  na  szczycie  diabelskiego  młyna,  na  wysokości  drugiego  piętra.  Erica  wychyliła 

się do przodu, przyglądając się terenowi i wprawiając ich wagonik w lekkie kołysanie.   

–  Popatrz  w  prawo  –  wskazał  Nick.  –  Tam  znajduje  się  wejście  z  terenami  do  gry  w 

minigolfa. Przez liście widać szczyt karuzeli. Tam takŜe jest wesołe miasteczko dla dzieci. Po 

lewej  masz  kolejkę  górską.  Z  tyłu,  za  nami,  mieści  się  restauracja  „Gazebo”.  A  na  wprost 

umiejscowiono muszlę koncertową i staw z liliami wodnymi.   

– Jak duŜy jest cały teren? 

–  Dwanaście  hektarów,  nie  licząc  parkingu  –  To  jest  bardzo  waŜne.  Jeśli  chcesz 

przyciągnąć ludzi, musisz mieć duŜy parking. Wygoda jest bardzo istotna.   

Diabelski młyn znów drgnął i tym razem ruszyli w dół.   

Erica  z  radością  odetchnęła.  Gdy  znów  wznosili  się  w  górę,  przygryzła  wargi,  usiłując 

zachować powagę, ale radość z tej przejaŜdŜki była silniejsza. Zachichotała.   

– Ze sto lat juŜ tego nie robiłam.   

– Najwyraźniej zbyt długo.   

Znów mknęli w górę i Erica roześmiała się juŜ otwarcie.   

– Zbyt długo co? 

background image

– Nikt nie zbił cię z nóg. Przygwoździła go spojrzeniem.   

– Jesteś bardzo pewny siebie.   

–  Owszem.  –  Znów  wjechali  w  górę  i  spadli  w  dół.  –  Uwielbiam  jeździć  na  diabelskim 

młynie z piękną kobietą.   

–  Dziękuję.  –  Ucieszył  ją  ten  komplement.  JuŜ  od  dawna,  od  bardzo  dawna  Ŝaden 

męŜczyzna nie powiedział jej, Ŝe jest atrakcyjna.   

Nadal nie podobało jej się, Ŝe Nick i Amanda spiskowali za jej plecami, ale była w stanie 

się z tym pogodzić.   

Nick dał znak operatorowi i po chwili oboje stali na ziemi.   

– No jak, dobrze się bawisz? 

– Dobrze – przyznała. Wysunęli się z gromady ludzi i stanęli w cieniu sosny. – Słuchaj, 

Nick,  nie  chcę  spędzić  dnia  na  wściekaniu  się,  ale  powinieneś  zrozumieć,  jak  bardzo 

nienawidzę, gdy się mną manipuluje. Nigdy więcej tego nie rób.   

– Załatwione. Od tej chwili obiecuję postępować otwarcie.   

Wyciągnęła rękę.   

– Przypieczętujemy to uściskiem dłoni? 

–  Nie  bądźmy  takimi  formalistami.  Trzymając  się  za  ręce,  poszli  brukowaną  ścieŜką  do 

cienistego  zagajnika.  Choć  dobiegały  ich  głosy,  zręcznie  ukształtowany  krajobraz  zapewniał 

intymną atmosferę.   

Jak  tu  miło,  pomyślała.  Chłodny,  zielony  cień  drzew.  Szum  fontanny.  Przyjemnie 

znajoma ręka obejmująca jej dłoń.   

– A więc, Erico, kiedy ostatnio byłaś w wesołym miasteczku? 

– Jeszcze w szkole średniej, gdy zawitało w naszą okolicę.   

– śadnych wycieczek do Disneylandu? 

–  śadnych.  Rodzina  z  siedmiorgiem  dzieci  nie  mogła  pozwolić  sobie  na  takie  atrakcje. 

Nie  tylko  byłoby  to  zbyt  kosztowne,  ale  jeszcze  w  dodatku  trudne  do  zorganizowania. 

Pamiętam  wycieczkę  z  naszego  rodzinnego  Whitworth  w  stanie  Wisconsin  do  St.  Louis. 

Dziewięć  spoconych  ciał  wciśniętych  do  furgonetki  jak  sardynki.  Mało  brakowało,  a 

rozerwałabym na strzępy moją młodszą siostrę Elise....   

Potrząsnęła  głową  z  mieszaniną  Ŝalu  i  sympatii.  Kochała  wszystkich  członków  swojej 

duŜej  rodziny.  JednakŜe  trudno  było  być  średnią  z  rodzeństwa.  Sporą  część  swych  młodych 

lat  Erica  spędziła  na  marzeniach.  Najpierw  wymyślała  bajki,  potem  uciekała  w  myślach  do 

egzotycznych krain czarów, by w końcu marzyć o studiach zoologicznych w Afryce.   

– Co robią twoi rodzice? – Nick przerwał jej wspomnienia.   

– Mają farmę mleczną. Kiedyś tata eksperymentował z produkcją lodów, stąd mój wstręt 

do tego słodzonego, zamroŜonego mleka.   

– Nic z tego nie wyszło? Pokręciła głową.   

–  Nic  nigdy  mu  nie  wychodziło.  Tata  zawsze  snuł  wspaniałe  plany  zarobienia  miliona 

dolarów, ale na planach się kończyło.   

– Twój tata musi być interesującym facetem.   

–  Marzyciele  zwykle  są  tacy.  Są  popularni  i  podniecający.  Niespecjalnie  szanowani,  ale 

background image

bardzo, bardzo interesujący.   

Nie  mogła  powstrzymać  nuty  goryczy  w  głosie,  gdy  pomyślała  o  konsekwencjach 

posiadania  ojca  marzyciela.  Zdobywanie  wykształcenia  to  była  ciągła  finansowa  walka. 

Gdyby tylko tata rozsądniej postępował z pieniędzmi. Gdyby  mama nie  rodziła co dwa lata. 

Gdyby. Gdyby. Gdyby.   

– Bardzo ich wszystkich kocham – powiedziała. – Ale było nas tyle! Czasami chciałabym 

mieć bardziej normalną rodzinę.   

–  Tak,  wiem,  o  co  ci  chodzi.  Nienawidziłem,  gdy  mnie  nazywano  „ten  chłopak  z 

wesołego miasteczka”. Nigdy nie wiedziałem, czy inne dzieciaki lubią mnie dla mnie samego, 

czy chodzi im o darmowe przejaŜdŜki i poczęstunki.   

Zatrzymali się przy stawie z liliami. Choć po moście z czerwonej cegły ciągnęły tłumy, w 

pobliŜu stawu, pokrytego okrągłymi liśćmi i białymi kwiatami, było cicho i spokojnie.   

– A ty masz rodzeństwo, Nick? 

– Jedną młodszą siostrę. Mieszka z rodziną w Kalifornii. Moja mama właśnie pojechała 

do niej na lato. Ojciec wcześnie się wypalił. Umarł dwa lata temu.   

– Tak mi przykro.   

ZauwaŜyła błysk uczucia w jego oczach.   

–  Mnie  teŜ  jest  przykro.  Ojciec  i  ja  zawsze  skakaliśmy  sobie  do  oczu.  Walczyliśmy  ze 

sobą. Chciał, Ŝebym został i dalej prowadził rodzinny interes. Ale ja nie byłem gotów. AŜ do 

teraz.   

– Więc nie zawsze tu pracowałeś? 

–  Nie  –  uśmiechnął  się  cierpko.  –  MoŜe  wyglądam,  jakbym  urodził  się  w  kostiumie 

kataryniarza, ale przeprowadziłem się tu dopiero dwa lata temu.   

–  A  co  przedtem  robiłeś?  Nie,  poczekaj.  Niech  zgadnę.  Wyglądasz  na  rozluźnionego, 

leniwego faceta, ale załoŜę się, Ŝe uprawiasz sport. Czy byłeś zawodowym graczem w golfa? 

– Jeśli zajmuję się sportem – co nie zdarza się często – to gram w tenisa.   

– Nauczyciel? Trener? 

Pokręcił  głową.  Zmarszczyła  nos  i  zastanowiła  się.  Trudno  było  wyobrazić  go  sobie  w 

garniturze.   

– Artysta? Pisarz? Aktor? 

– Ja? Chyba Ŝartujesz.   

–  MoŜe  prowadziłeś  sklep?  Albo  restaurację.  O,  właśnie.  Miałeś  restaurację 

specjalizującą się w napojach gazowanych i przekąskach.   

– Zimno, zimno. Byłem maklerem w Nowym Jorku.   

–  Ty?!  –  Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  –  Ubierałeś  się  w  trzyczęściowe  garnitury  i 

pracowałeś na Wall Street? 

–  Droga  pani,  byłem  odpicowany  od  stóp  w  butach  od  Gucciego  do  głowy  strzyŜonej 

przez  fryzjera,  miałem  apartament  na  Manhattanie  i  dom  w  Connecticut.  Pracowałem 

dwanaście godzin dziennie, chodziłem na obiady, w czasie których wypijałem po trzy martini, 

i codziennie obracałem milionami dolarów.   

– Nigdy bym nie zgadła. – Erica była zdumiona.   

background image

– To komplement. CięŜko pracowałem, Ŝeby zostawić to wszystko za sobą.   

– Dlaczego? – Wydawało się jej, Ŝe tamto Ŝycie było pełne blasków.   

– Wolę być tym, kim jestem dzisiaj. Nie zrozum mnie źle, nie Ŝałuję swojej przeszłości. 

Wall  Street  zapewniła  mi  wygodne  Ŝycie.  Robiłem,  co  chciałem,  podróŜowałem,  gdzie 

chciałem.  Parę  lat  temu  coś  się  we  mnie  zmieniło.  Dawniej  uwielbiałem  Ŝycie  w  napięciu. 

Tylko wtedy czułem naprawdę, Ŝe Ŝyję. Teraz juŜ nie. Park mi wystarczy. Jak powiedziałaś, 

jestem facetem prowadzącym Ŝycie osiadłe i na luzie. A ty? 

– Wręcz przeciwnie. Całe moje dotychczasowe Ŝycie było przygotowaniem.   

– Do czego? 

– Do badań w Afryce. Moje prawdziwe Ŝycie zacznie się, gdy dostanę stypendium.   

–  A  jeśli  wcześniej  coś  ci  się  przydarzy?  –  Następne  zdanie  rzucił  przez  ramię  z 

wystudiowaną  niedbałością.  –  Na  przykład  zakochasz  się,  wyjdziesz  za  mąŜ,  urodzisz 

dziecko.   

– To się nie zdarzy, Nick.   

Sprowadził  ją  z  wytyczonej  ścieŜki  i  skierował  ku  brzegowi  stawu  przez  niskie  zarośla. 

Pod płaczącą wierzbą zdjął buty i podwinął nogawki dŜinsów.   

– Śmiecie – wyjaśnił lakonicznie.   

Na powierzchni pływały dwa kartonowe opakowania. Nick wszedł do wody, zrobił kilka 

kroków i wyciągnął rozmoczoną tekturę. Za chwilę był znów na brzegu.   

–  Nienawidzę  śmieci.  Mam  ośmiu  pracowników,  których  zadaniem  jest  wyłącznie 

sprzątanie. Cały dzień mają pełne ręce roboty.   

–  W  zoo  mamy  ten  sam  problem,  a  przecieŜ  nawet  nie  prowadzimy  straganów 

spoŜywczych.   

– Nie? – Wsunął stopę w but. – Dlaczego? Czy to niebezpieczne dla zwierząt? 

– MoŜe być. Na ogół większość ludzi stosuje się do zakazu karmienia.   

Ruszyli na powrót ku deptakowi.   

– Czy jedzenie na terenie zoo jest zakazane? 

– Nie, choć do tego nie zachęcamy. Ale mamy tereny piknikowe.   

–  Stoisko  z  napojami  chłodzącymi  to  jednak  coś,  nad  czym  Amanda  powinna  się 

zastanowić. – Podszedł do kosza na śmiecie i wrzucił tam wyciągnięte ze stawu opakowania. 

– Takie stoiska przynoszą duŜy zysk.   

Zacisnęła zęby, by  głośno nie zaprotestować. Jak dotychczas, wysunął dwie propozycje: 

stragany  z  jedzeniem  i  duŜy  parking.  Obie  były  dla  niej  odraŜające.  W  gruncie  rzeczy  cały 

pomysł  przyciągnięcia  do  zoo  większej  liczby  zwiedzających  budził  jej  zastrzeŜenia.  Erica 

wolała niewielki ruch, bo tylko wtedy mogła spokojnie prowadzić badania.   

Gdy przechodzili przez most, Nick bez trudu odczytał jej myśli.   

–  Och  nie,  wraca  twój  bojowy  nastrój.  Wyglądasz,  jakbyś  była  gotowa  stanąć  na  czele 

niszczycielskiej hordy.   

Rzuciła mu niechętne spojrzenie.   

– Nie zrozum mnie źle – zastrzegł się. – Wyglądasz naprawdę groźnie. Ściągasz brwi w 

prostą linię, a twoja górna warga lekko się unosi. Czy szympansy robią podobne miny? 

background image

Przypomniała sobie Sheenę bijącą lalkę.   

– Potrafią okazać niezadowolenie.   

– PokaŜ mi, jak.   

– Nie tutaj. Ludzie patrzą.   

ś

artował z niej delikatnie, gdy szli za dźwiękiem gitar i piosenek ludowych ku estradzie, 

otoczonej  miniaturowymi  drzewkami  bonsai  i  odłamkami  lawy.  Znaleźli  wolną  ławkę  w 

cieniu wiązu.   

– Nie daj się prosić, Erico. Zrób coś szympansiego. Ustąpiła.   

– Daj mi rękę. Wyciągnął ku niej ramię.   

– ZauwaŜ, Ŝe wysypka zniknęła. Eksperymentuję z nowym środkiem odczulającym.   

PołoŜyła  jego  dłoń  na  swoim  udzie  i  przyjrzała  jej  się  dokładnie.  Potem  paznokciami 

przeczesała lekko cienkie, ciemne włosy pokrywające jego przedramię.   

– W ten sposób szympansy się odpręŜają. Nazywa się to iskaniem. Przypuszczam, Ŝe nie 

masz wszy? 

– Mam nadzieję! 

Siedzieli spokojnie, przysłuchując się muzyce. Erica stwierdziła, Ŝe, o dziwo, szympansi 

relaks  działa  równieŜ  na  nią.  Dotykanie  Nicka  uspokajało.  Tylko  rozmowa  z  nim  sprawiała, 

Ŝ

e  natychmiast  się  najeŜała.  ‘  Mogliby  przeŜyć  coś  wspaniałego,  gdyby  udało  jej  się 

przekonać go, by nie otwierał ust.   

– To naprawdę rozluźniające – powiedział. – Podoba mi się.   

–  No  jasne  –  zachichotała.  –  Iskanie  szczególnie  dobrze  wpływa  na  niŜej  rozwinięte 

gatunki ssaków naczelnych.   

–  A  propos...  –  Pomachał  ręką  do  młodego  człowieka  w  czerwonym  podkoszulku  z 

emblematem Ogrodów Barrona. – To mój syn, Michael.   

–  Sympatycznie  wygląda  –  powiedziała,  gdy  wysoki,  blond  nastolatek  ruszył  w  ich 

kierunku.   

– No pewnie. Podobny do ojca. Prychnęła.   

– To fakt biologiczny. Przystojni rodzice produkują przystojne dzieci.   

– Nick, staruszku, wcale nie musi tak być.   

Gdy  przedstawił  jej  syna,  Erica  zorientowała  się,  jak  bardzo  ten  szesnastolatek 

przypomina swego ojca. Podobne złote oczy, wyraziste rysy, uroczy uśmiech. Z tą róŜnicą, Ŝe 

Michael był parę centymetrów wyŜszy i miał jaśniejsze włosy.   

Uśmiechnął się.   

– Miło mi panią poznać.   

– Dziękuję, Michael. Mnie teŜ.   

– To pani musi być tą damą z szympansem. Matką Sheeny? – zapytał lekko Michael.   

– Och, mam nadzieję, Ŝe nie! Nick wtrącił się szybko.   

– Erica wie, o co ci chodzi.   

–  Oczywiście  –  przytaknęła.  –  Przypomniałam  sobie  tylko,  jak  moja  mama  zawsze 

skarŜyła się, Ŝe ludzie nazywają ją „matką Eriki” czy „mamą Eddie’ego”. Teraz chyba wiem, 

jak się wtedy czuła.   

background image

Nick  roześmiał  się  głośno.  Zaryzykował  wyciągnięcie  zdecydowanie  przedwczesnych 

wniosków.  Mogliby  stać  się  rodziną.  Od  pierwszej  chwili,  gdy  ujrzał  Erice,  wiedział,  Ŝe 

między  nimi  istnieje  coś  szczególnego.  Dlatego  właśnie  nie  chciał  jej  widzieć  poprzedniego 

wieczoru. Nie poszedł z nią do łóŜka, bo nie zamierzał z nią romansować. Planował wspólną 

przyszłość. W Erice dostrzegł kobietę, która mogłaby dzielić z nim Ŝycie.   

–  Hej,  tato,  obudź  się.  Pytałem,  czy  to  ty  wybierałeś  na  dzisiaj  muzykę  dla  zespołu.  – 

Michael zwrócił się do Eriki. – Mój tata ma fioła na punkcie muzyki gitarowej i folkowej z lat 

sześćdziesiątych.   

– Naprawdę? – Uśmiechnęła się do Nicka kpiąco. – Stare, ale jare, co? 

Michael roześmiał się.   

– A pani to lubi? 

–  Mów  do  mnie  Erica.  Nie,  nie  lubię.  Lubię  mocny  rock,  grany  naprawdę  głośno.  No, 

oczywiście,  lubię  niektórych  staruszków  –  The  Dead  i  Rolling  Stonesów,  a  nawet  czasami 

Beatlesów.   

– Co świadczy, Ŝe mają zdrowe reakcje – skomentował Nick.   

Trio  gitarowe  skończyło  właśnie  sentymentalne  „Where  Have  Ali  the  Flowers  Gone?”  i 

Nick ruszył ku estradzie. Zwołał zespół na krótką naradę.   

– Co on robi? – spytała Erica.   

–  Nie  wiadomo.  Mój  tata  jest  naprawdę  nieprzewidywalny.  –  Odwrócił  się  do  niej.  – 

Więc ile małp trzymasz w zoo? 

– Cztery na wyspie ssaków naczelnych i Sheenę.   

–  Fajnie.  Jak  mieszkałem  z  mamą,  miałem  psa.  –  Przestąpił  z  nogi  na  nogę.  –  Czasami 

brakuje mi zwierząt.   

Trzej  gitarzyści  odłoŜyli  gitary  akustyczne  i  włączyli  elektryczne.  Zabrzęczały 

mikrofony, wzmacniacze włączyły się z piskiem.   

Erica  zachichotała,  gdy  zespół  zaczął  grać  największe  rockandrollowe  przeboje  Elvisa 

Presleya. Nick podwinął rękawy koszuli, przesunął kosmyk na czoło i ciągnął za sobą nogi na 

podobieństwo Chucka Berry’ego.   

Erica szczerze się roześmiała.   

– Michael, twój ojciec jest naprawdę zdrowo stuknięty.   

– Mówiłem ci. Słuchaj, nie chciałem cię dotknąć, nazywając mamą Sheeny.   

– . W porządku, Michael. Wiem.   

– To miała być taka etykietka, rozumiesz? śebym wiedział, jak odróŜnić cię od innych.   

– Od innych? To jest iŜ aŜ tyle? 

– O tak, tata lubi bujne Ŝycie.   

Gdy  na  niego  spojrzała,  Michael  odwrócił  wzrok.  Przygarbił  się  i  zmarszczył  brwi, 

wpatrując  się  w  czubek  swego  prawego  buta.  Gdyby  był  szympansem,  Erica  uznałaby,  Ŝe 

demonstruje  niechętną  rezerwę  –  próbuje  nawiązać  kontakt,  ale  boi  się,  Ŝe  zostanie 

odrzucony.   

– Michael? Czy chciałbyś mi coś powiedzieć? 

– Nie wiem.   

background image

Miała dość doświadczenia z gromadą braci i sióstr, by wiedzieć, Ŝe nie powinna naciskać.   

Muzyka  przyciągnęła  kilkoro  nastolatków,  którzy  zaczęli  podskakiwać  do  rytmu. 

Atrakcyjna,  rudowłosa  dziewczyna  zbliŜała  się,  tańcząc,  do  Michaela,  ale  chłopak  był  zbyt 

zajęty wpatrywaniem się w swoje buty, by ją zauwaŜyć.   

–  Skłamałem  –  wyrzucił  z  siebie  nareszcie.  –  Tata  rzadko  kiedy  się  z  kimś  umawia. 

Naprawdę jest ciągle w domu, ciągle tu przywiązany.   

– Czy to cię martwi? 

– Tak. Nie. Czasami wydaje mi się, Ŝe robi to dla mnie, wiesz, a ja wcale nie chcę. Myślę, 

Ŝ

e zostaje w domu, Ŝebym ja nie był sam.   

– Czujesz się samotny? 

– Słuchaj, ze mną wszystko w porządku. Nie chcę o tym mówić, rozumiesz? 

– Rozumiem – przytaknęła cicho.   

Nickowi udało się przepchnąć przez tańczących i powrócić do nich. Objął Erice.   

– Chodź, Michael. Postawimy tej pani szklankę wody.   

– Wiesz, tato, idźcie sami. – Ruszył w kierunku estrady, ale rzucił jeszcze przez ramię: – 

Miło cię było poznać, Erica.   

– Mnie teŜ.   

Ujęła Nicka za ramię i jeszcze raz obejrzała się za chłopakiem. Ich rozmowa zaniepokoiła 

ją. Wiedziała, co to znaczy być samotnym. W dodatku Michael nie ma nawet czworonoŜnego 

przyjaciela.   

– Michael wydawał się bardzo zainteresowany szympansami.   

– On kocha zwierzęta. To jeden z powodów, dla których chciałbym pozbyć się alergii.   

Erica puściła ramię Nicka i pobiegła za Michaelem.   

– Słuchaj, chciałbyś przyjść w sobotę do zoo? Mógłbyś mi pomóc karmić szympansy.   

– Fajnie – rozjaśnił się w uśmiechu.   

– To do zobaczenia.   

Nick przyglądał się im ze zdziwieniem.   

– O co chodziło? 

– Skoro nie moŜesz mi pomagać z powodu alergii, zatrudniłam twego syna.   

NiewaŜne, Ŝe nie pozwalała innym na kontakty z szympansami. Nie szkodzi, Ŝe nie miała 

czasu  na  zajmowanie  się  samotnym  nastolatkiem.  To  nic,  Ŝe  jej  stosunki  z  Nickiem 

komplikowały się z minuty na minutę. Poczuła zadowolenie, Ŝe umówiła się z Michaelem.   

Nick przyjacielskim gestem rozburzył jej włosy.   

– Ty naprawdę niczego się nie boisz. Niewiele kobiet zgodziłoby się stawić czoło dwom 

Barronom naraz.   

– Dam sobie radę.   

Ruszyli  przed  siebie,  oddalając  się  od  muzyki,  mijając  ogrody  i  sztuczny  wodospad. 

Myśli Eriki krąŜyły wokół planów na wieczór. Wieczór z Nickiem. Chyba Amanda zgodzi się 

popilnować Sheeny? 

–  Ach,  byłbym  zapomniał  –  powiedział  Nick.  –  Dowiadywałem  się  o  moŜliwości 

stypendium z Klubu Poszukiwaczy Przygód. Tak się składa, Ŝe mają fundusze na popieranie 

background image

wypraw. Ponad pół miliona dolarów siedzi sobie na koncie i obrasta odsetkami.   

– śartujesz chyba.   

–  Wspomniałem,  Ŝe  jesteś  antropologiem  specjalizującym  się  w  naczelnych,  który  chce 

załoŜyć obóz w Afryce. Byli pełni entuzjazmu.   

Serce biło jej jak szalone. Nie mogła w to uwierzyć. Jej plany, marzenia i nadzieje mogą 

się ziścić.   

–  Musisz  zrobić  tylko  parę  rzeczy.  Spotkać  się  z  nimi  i  odpowiedzieć  na  parę  pytań. 

Ponadto przygotować formalną prezentację.   

– Referat? 

– Ze slajdami, jeśli to moŜliwe – zasugerował.   

– Nick, naprawdę uwaŜasz, Ŝe mówią powaŜnie? 

– Absolutnie. Facet, z którym rozmawiałem, wspomniał, iŜ oczekują, Ŝe raz na rok przez 

trzy lata będziesz wyruszała w kraj z odczytami. I coś opublikujesz, moŜe napiszesz ksiąŜkę? 

Erica  nie  była  zaskoczona.  Odczyty  i  publikacje  były  nieodłączną  częścią  zbierania 

funduszy. W podnieceniu kiwała głową.   

–  A  teraz  zła  wiadomość.  Chcą,  Ŝebyś  wystąpiła  na  ich  regularnym  comiesięcznym 

spotkaniu, w piątek. Czyli jutro wieczorem.   

–  Jutro?!  –  Erica  była  przeraŜona.  Miała  wygłosić  referat  przed  zespołem  ludzi 

decydujących  o  przyznaniu  stypendium,  a  absolutnie  nie  była  do  tego  przygotowana.  –  Nie 

mogę tego zrobić jutro. Wszystko zepsuję.   

–  Oczywiście,  Ŝe  moŜesz  –  dodawał  jej  odwagi  Nick.  –  Nie  masz  slajdów  ze  swoich 

wyjazdów do Afryki? 

–  Mam,  z  obozu  Goodall.  I  trochę  zdjęć  szympansów  z  zoo.  –  Jej  panika  rosła.  –  Ale 

jutro? Nie zdąŜę.   

– Erico, wykręcasz się.   

– Wykręcam się?! Ja się wykręcam?! 

– Wybierz kilka slajdów i opowiedz o nich.   

–  Słuchaj,  proszę  tych  ludzi  o  duŜe  pieniądze.  Nie  mogę  pojawić  się  przed  nimi  nie 

przygotowana.   

– Myślałem, Ŝe niczego się nie boisz. Poza przegraną.   

– A jeśli nie podołam? Jest jakiś drugi termin? Ujął jej dłonie.   

–  Wszystko  ci  się  uda.  Jesteś  bystrą,  opanowaną  kobietą  o  wielkiej  wiedzy.  Wierzę  w 

ciebie, Erico.   

Na  moment  strach  ustąpił.  Jego  dotyk  ją  uspokoił.  W  złotych  oczach  widziała  odbicie 

szerokich horyzontów i wspaniałych moŜliwości. MoŜe wszystko pójdzie po jej myśli. MoŜe 

referat będzie znakomity. Jasne, a moŜe szympansy potrafią latać.   

– Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym, jak tylko się dowiedziałeś? 

– Nie sądziłem, Ŝe wynikną kłopoty....   

–  Masz  rację.  Nie  powinno  być  Ŝadnych  problemów.  Powinnam  była  spodziewać  się 

czegoś takiego. A teraz moje plany biorą w łeb.   

– Erico, chyba się nie doceniasz. Potrafisz to zrobić. Opuściła wzrok, przeŜywając jeszcze 

background image

raz  dawne  poraŜki.  W  miarę  jak  ogarniała  ją  niepewność,  garbiła  się  coraz  bardziej,  a  ręce 

zwisały jej bezwładnie. Czy sięga zbyt wysoko? Chce zbyt wiele? 

– Potrafisz to zrobić, Erico – powtórzył cicho Nick.   

–  Pewnie,  dobrze  ci  mówić.  To  nie  ty  masz  jutro  wygłosić  referat.  Twoja  przyszłość  od 

tego nie zaleŜy.   

– Dobrze – powiedział.   

– Co to znaczy „dobrze”? Ja tu się rozpadam na kawałki, a ty mi mówisz „dobrze”? 

–  Znowu  jesteś  zadziorna.  Przez  moment  wyglądałaś  jak  zbity  pies.  Teraz  znów  jesteś 

gotowa stanąć przeciw całemu światu.   

Miał  całkowitą  rację.  Ani  jej  w  głowie  poddać  się,  nie  próbując.  Gdy  Nick  uścisnął  jej 

dłonie, odpowiedziała z nowym przypływem energii. Ciągle była spięta, ale nie załamana.   

– Nawet ci nie podziękowałam.   

– Proszę bardzo.   

Przypominając sobie, jak ostatnim razem uczył ją dziękować, odsunęła się szybko.   

– Lepiej pojadę do domu i zabiorę się do roboty.   

– Mogę ci w czymś pomóc? 

– Tak. Nie.   

– To jak w końcu? 

„Tak” wyraŜało poboŜne Ŝyczenia. „Nie” wyraŜało rzeczywistość. Odchrząknęła.   

– Mam duŜo pracy.   

–  Mógłbym  cię  trzymać  za  rękę  –  zaproponował.  –  Ocierać  ci  pot  z  czoła.  Ugotować 

obiad. Schłodzić wodę.   

Kusił ją.   

– Mógłbym posłać łóŜko – mówił dalej. – Otworzyć szampana. Lubisz ostrygi? 

– Przygotowanie referatu wymaga koncentracji, a mam wraŜenie, Ŝe pan, panie Barron, za 

bardzo by mnie rozpraszał.   

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

–  A  zatem,  panie  i  panowie  z  Klubu  Poszukiwaczy  Przygód,  z  powodu  moich 

wyjątkowych  kwalifikacji,  to  znaczy  doświadczenia  w  obserwowaniu  zachowania  ssaków 

naczelnych  oraz  moich  obecnych  studiów  nad  szympansami  w  ogrodzie  zoologicznym, 

byłabym bardzo wdzięczna za pozytywne rozpatrzenie mojego wniosku.   

Erica  spojrzała  z  niechęcią  na  swoje  odbicie  w  lustrze  łazienki.  CóŜ  za  kokieteryjne 

zakończenie! Odchrząknęła i spróbowała znaleźć silniej przemawiające słowa.   

–  śądam  sfinansowania...  –  Zmarszczyła  nos.  Teraz  brzmiało  to,  jakby  była  nie 

antropologiem, lecz terrorystką. – Pokornie błagam i proszę... – Bez przesady. – Zwracam się 

z wnioskiem... – Zbyt sztywne.   

Okręciła  się  na  pięcie  i  wymaszerowała  z  łazienki.  Jej  praca  nad  referatem  i  selekcja 

slajdów były niemal na ukończeniu. Tylko dwie i pół godziny zostało do spotkania.   

–  Dajcie  mi  forsę  –  zaśpiewała.  Oj,  chyba  juŜ  głupieje  ze  zmęczenia.  NajwyŜsza  pora 

skończyć przygotowania.   

Z  szafy  wyjęła  niebieską  jedwabną  sukienkę  i  pasujący  do  niej  Ŝakiet.  Sprawdziła,  czy 

guziki są na swoich miejscach, czy sukienka jest czysta i wyprasowana. Bardzo dobrze. Choć 

wzięła  juŜ  prysznic  i  wyszczotkowała  kręcone,  kasztanowe  włosy,  poczeka  z  przebieraniem 

się do ostatniej chwili. Na razie wystarczą jeszcze podkoszulek i szorty.   

Nick pojawi się za dwie godziny i kwadrans, by zawieźć ją na spotkanie. Co zrobić, aby 

się  odpręŜyć?  Sen  nie  wchodził  w  rachubę,  była  zbyt  spięta.  To  samo  dotyczyło  czytania 

ksiąŜki.  Przejrzała  kasety,  aŜ  natrafiła  na  „Sgt.  Pepper’s  Lonely  Hearts  Club  Band” 

Beatlesów. Stare, ale dobre. Nie był to Presley, ale „Sgt. Pepper” mogli zaakceptować oboje: i 

Nick, i ona. To będzie rzadka frajda, puścić muzykę głośno bez słuchawek. Sheena została w 

zoo pod opieką Amandy, tak jak i ostatniej nocy.   

Choć  Erica  tęskniła  za  swoją  podopieczną,  samotność  okazała  się  wspaniała.  Zawsze 

marzyła o posiadaniu własnej przestrzeni, własnego pokoju. Nick uskarŜał się na dorastanie w 

cieniu  diabelskiego  młyna,  ona  z  kolei  –  w  otoczeniu  sześciorga  rodzeństwa.  CzyŜby  więc 

mieli  ze  sobą  coś  wspólnego?  Tak,  oboje  doceniali  znaczenie  prywatności.  Ale,  oczywiście, 

kaŜde  rozwiązywało  ten  problem  na  swój  sposób.  Podczas  gdy  Nick  chronił  się  w  ciszę 

dźwiękoszczelnego  gabinetu,  Erica  wolała  zagłuszać  zewnętrzny  świat  głośną,  otępiającą 

muzyką rockową.   

Poszła  do  kuchni  i  zajrzała  do  lodówki.  Powinna  właściwie  coś  zjeść,  ale  perspektywa 

sałatki owocowej była tak mało zachęcająca, Ŝe ścisnął jej się Ŝołądek. Nerwy? Erica uniosła 

dłoń  i  stwierdziła,  Ŝe  lekko  drŜy.  Tak,  niewątpliwie  nerwy,  ale  kto  by  zachował  spokój  w 

takiej  sytuacji?  Jej  przyszłość,  kariera  zawodowa,  marzenia  zaleŜały  od  dzisiejszego 

wystąpienia.   

Nawet jeśli się jej nie uda, to przecieŜ jeszcze nie koniec świata. Będą inne okazje. Tyle 

Ŝ

e cały proces gromadzenia funduszy trwał tak straszliwie długo. Niemal słyszała, jak upływa 

czas, sekunda po sekundzie. Tik. Tak. Tik. Tak. Czy ktoś puka do drzwi? Erica pobiegła, by 

background image

otworzyć.   

–  Cześć,  Nick.  Przyszedłeś  wcześniej.  –  Jej  twarz  rozjaśnił  uśmiech.  Nick  pomoŜe 

spędzić te ciągnące się ostatnie chwile. Wiedziała juŜ, Ŝe potrafi ją rozluźnić. ChociaŜ równie 

prawdopodobne było, Ŝe ją zdenerwuje albo rozwścieczy.   

–  Od  trzech  minut  dobijam  się  do  drzwi.  –  Skrzywił  się  na  hałas,  wchodząc  do 

mieszkania.   

– Powiedziałam ci, Ŝe lubię głośną muzykę – krzyknęła.   

–  AŜ  tak  głośną?  –  odkrzyknął,  ściszył  magnetofon  i  potrząsnął  głową.  –  Nie  słyszysz 

nawet własnych myśli. Powinnaś znakomicie dogadać się z moim synem.   

–  Lubię  Michaela.  To  dobry  chłopak  i  cieszę  się,  Ŝe  przyjdzie  jutro  do  zoo.  –  Znowu 

plotła bez sensu. Ale nie była w stanie powstrzymać słów. Czuła się, jakby stała na krawędzi 

przepaści,  czekając  na  powiew  wiatru,  by  wypróbować  swoje  niepewne  skrzydła.  –  Michael 

chyba jest nieco samotny. Czy widuje się ze swoją matką? 

–  Bardzo  często.  Wszystkie  wakacje  i  ferie  spędza  w  Kalifornii.  Ale  od  półtora  roku 

mieszka ze mną.   

– Czyli przeprowadził się do ciebie, gdy juŜ odszedłeś z Wall Street.   

–  Moje  poprzednie  Ŝycie  nie  było  właściwe  dla  dziecka.  Ciągle  pracowałem,  a  gdy 

wracałem  do  domu,  byłem  wykończony.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Zgodzisz  się,  Ŝe  dla 

dorastającego chłopaka Manhattan nie jest naturalnym środowiskiem.   

–  Ach,  tak  –  przytaknęła  Ŝartobliwie.  –  Środowisko  jest  bardzo  waŜne  dla  tworzenia 

więzi.  A  swoją  drogą,  przyszedłeś  za  wcześnie,  prawda?  Nie  dlatego,  Ŝe,  na  przykład, 

zmieniono godzinę spotkania i powinniśmy tam być za dziesięć minut? 

– Jesteś gotowa do swego wystąpienia? 

– Tak. – Wskazała pudełko ze slajdami, rzutnik i plik notatek. – Miałam w planie spędzić 

te dwie godziny, przemierzając nerwowo pokoje i wpadając pomału w histerię.   

– Jesteś zdenerwowana? 

Znowu uniosła dłoń, która teraz drŜała bardzo wyraźnie. Erica nie była pewna, czy tylko z 

powodu oczekującego ją wystąpienia, czy równieŜ bliskości Nicka.   

–  Powiedziałabym,  Ŝe  jestem  nieco  spięta.  Przyglądał  jej  się  uwaŜnie,  a  w  końcu  jego 

spojrzenie  zatrzymało  się  tuŜ  poniŜej  linii  dekoltu.  Erica  spuściła  oczy  i  stwierdziła  z 

zaŜenowaniem, Ŝe jej sutki są widoczne przez cienki materiał podkoszulka. Zawahała się, czy 

spleść  ramiona  na  piersi,  czy  udawać,  Ŝe  nic  się  nie  dzieje.  Zmieszana,  odwróciła  się  i 

pomaszerowała do kuchni.   

– Jesteś głodny? 

– Wiem, co by cię rozluźniło, Erico.   

– Co powiesz na kolację? 

– A co powiesz na masaŜ? 

No  cóŜ,  wiedziała,  Ŝe  masaŜ  byłby  przyjemny,  ale  nie  miała  zamiaru  dodawać  tego 

rodzaju wraŜeń do zamętu i tak panującego w jej głowie.   

– MoŜe lepiej wyjdź, Nick, i wróć za godzinę, gdy juŜ będę ubrana na spotkanie.   

–  Dlaczego  nie  dasz  sobie  teraz  rozmasować  mięśni?  –  nalegał.  –  Chyba  się  mnie  nie 

background image

boisz, co? 

– Znam się na takich gierkach. Pamiętaj, Ŝe wyrosłam w gromadzie sióstr i braci. Wiem 

wszystko  o  wyzwaniach  i  sprawdzaniach.  Ostatnim  razem,  gdy  się  dałam  na  to  nabrać, 

miałam dziesięć lat i skończyłam w gipsie na dwa tygodnie.   

– Wyzwania i sprawdzania? – Nick przybrał niewinny wyraz twarzy. – Chyba nie wiem, 

o czym mówisz. Opowiedz mi.   

– Jasne, nie wiesz, o czym mówię.   

– Słuchaj, ja miałem tylko jedną siostrę, i to duŜo młodszą.   

Zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem.   

–  No  dobrze.  Opowiem  ci  o  wyzwaniu  i  sprawdzaniu.  Dawno  temu  mój  brat  Eddie  i  ja 

bawiliśmy  się  na  pięterku  stodoły.  Był  koniec  lata,  a  my  huśtaliśmy  się  na  linie  i 

zeskakiwaliśmy z wysokości jakichś dwóch metrów na kupę siana. Eddie powiedział: „Stąd to 

kaŜdy zeskoczy, ale trzeba mieć odwagę, Ŝeby zeskoczyć na siano z dachu”. Wyzwał mnie. A 

ja byłam na tyle głupia, Ŝe chciałam go sprawdzić.   

– Dlaczego głupia? 

–  Bo  sprawdzający  zaczyna.  Taka  jest  zasada.  Gdybym  nie  skoczyła,  na  wieki 

zyskałabym  miano  tchórza.  –  Skrzywiła  wargi  w  uśmiechu.  –  MoŜe  byłoby  to  lepsze,  niŜ 

zwichniecie nogi w kostce.   

– Czemu się uśmiechasz? 

– Bo Eddie złamał rękę w nadgarstku. Okazał się jeszcze głupszy niŜ ja. Widział, co mi 

się przydarzyło, a jednak skoczył. Morał z tego taki, Ŝe nauczyłam się myśleć, zanim skoczę.   

– Erico, ja cię nie namawiam do skakania z dachu. Chcę ci zrobić masaŜ relaksacyjny. Co 

ci się moŜe od tego stać? 

Choć  nie  groziło  to  zwichnięciem  nogi,  Erica  przestraszyła  się  bliskości  Nicka  i  dotyku 

jego rąk na swoim ciele. PrzecieŜ nie miała juŜ dziesięciu lat.... Potrafiła się kontrolować. Czy 

nie to właśnie sobie obiecywała? Ze będzie kontrolować rozwój ich znajomości? 

– Zgoda, Nick. Wygrałeś.   

–  Najlepiej  byłoby,  gdybyś  połoŜyła  się  na  płask  –  powiedział,  zerkając  na  trzcinowe 

maty wyściełające podłogę duŜego pokoju. – Sypialnia? 

Jęknęła w duchu.   

– Jasne, czemu nie? 

Zaprowadziła go do swojego sanktuarium i ostroŜnie wyciągnęła się na Ŝółtej narzucie.   

– Miły pokój – stwierdził. – Bardzo kobiecy.   

– Rób, co masz robić, Nick.   

–  To  nie  będzie  bolało,  obiecuję.  –  Usiadł  obok  na  łóŜku  i  przesunął  palcem  wzdłuŜ  jej 

kręgosłupa. ZadrŜała pod jego dotykiem.   

Cienki materiał podkoszulka opinał jej plecy, a obcięte na szorty levisy ciasno przylegały 

do  bioder.  PoniewaŜ  zazwyczaj  nosiła  uniform  pracownika  zoo,  składający  się  z  szortów  i 

koszuli, opalenizna była  ciemniejsza na łydkach i przedramionach.  Im  wyŜej, tym jaśniejsza 

była jej skóra, aŜ po kremowy kolor karku.   

Umościła się wygodniej.   

background image

– Jestem gotowa.   

–  Ja  teŜ  –  mruknął,  podziwiając  szczupłą  talię  i  krągłość  jędrnych  pośladków.  Choć 

mięśnie  miała  napięte,  robiła  wraŜenie  kruchej  istoty.  Pod  zewnętrzną  siłą  domyślał  się 

słodkiej bezbronności.   

Lekko  oparł  ręce,  z  kciukami  skierowanymi  ku  kręgosłupowi,  po  obu  stronach  jej  talii. 

Przesuwał  dłonie  w  górę,  uciskając  lekko,  aŜ  dotarł  do  karku.  Tu  mięśnie  były  najbardziej 

napięte....   

– Rozluźnij się.   

– Próbuję – jęknęła.   

– Mięśnie twego karku są twarde jak stal. – Przytrzymał jej ramiona i pochylił głowę, aŜ 

dotykał niemal jej włosów. – Nie oddychasz! – zarzucił jej.   

– Oczywiście, Ŝe oddycham – oburzyła się. – Umarłabym, gdybym nie oddychała.   

– Masz oddychać głęboko – polecił.   

Patrzył,  jak  jej  klatka  piersiowa  rozszerza  się  przy  pierwszym  głębokim  wdechu. 

Wypuściła powietrze i od razu wydała się mniejsza.   

– Jeszcze raz – powiedział.   

Oddychała  posłusznie,  a  Nick  patrzył  w  niemym  zachwycie,  jak  porusza  się  jej  ciało. 

Wdech. Wydech. Oddychał w tym samym rytmie.   

– Jeszcze raz.   

Nabrała głęboko powietrza i wypuściła.   

Opierał  dłonie  na  jej  plecach,  czując,  jak  jej  ciało  Ŝyje.  Był  nią  tak  niezwykle,  po 

wariacku  zafascynowany,  Ŝe  podniecał  go  nawet  jej  oddech.  Przychodząc  tu,  naprawdę  nie 

miał  zamiaru  się  z  nią  kochać.  Zjawił  się  wcześniej,  by  sprawdzić,  czy  moŜe  się  do  czegoś 

przydać.  Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  jest  to  najlepsza  chwila  na  zaloty.  Wiedział  to  bardzo 

dobrze.   

– Nick? – Erica odwróciła się i oparła na łokciu. – I co z tym masaŜem? 

– Naprawdę nie wiesz, co? 

– Czego nie wiem? 

– Nie masz pojęcia, jak seksownie wyglądasz. – Wstał i oddalił się od łóŜka. – Opalone 

nogi  wyciągnięte  na  Ŝółtej  narzucie,  piersi  poruszające  się  swobodnie,  skóra  pachnąca  jak 

poranna  rosa,  rozburzone  włosy.  I  twoje  oczy.  Twoje  oczy  składają  obietnice,  których 

zapewne nie dotrzymasz. A ty nawet nie jesteś tego wszystkiego świadoma.   

Nick zmusił się, by odwrócić wzrok. Powinien coś zrobić. Najlepszy byłby sprint na sto 

metrów. Niestety, musiało mu wystarczyć chodzenie po pokoju.   

–  A  teraz  w  dodatku  cię  zdenerwowałem.  –  Zaklął  pod  nosem.  –  Do  diabła,  Erico,  nie 

miałem  zamiaru  tak  się  zachowywać.  Chciałem  ci  pomóc.  Wiem,  jak  waŜne  jest  dla  ciebie 

dzisiejsze  wystąpienie.  Ja  jestem  dorosłym  męŜczyzną,  dobiegającym  czterdziestki. 

Powinienem nad sobą panować.   

– Nick...   

– JuŜ dobrze. Powiedziałem, co mnie gnębi. W porządku. Wszystko jest pod kontrolą.   

– Nick...   

background image

–  Słuchaj,  jeŜeli  pozwalam  sobie  na  zbyt  wiele,  powinnaś  mi  po  prostu  kazać,  Ŝebym 

przestał. Dobrze? 

– Nick! 

Zatrzymał się w pół kroku i popatrzył na nią.   

– Słucham? 

– Wyzywam cię, Ŝebyś mnie pocałował.   

W pół sekundy znalazł się przy niej na łóŜku.   

– Sprawdzam! 

Wpatrywała  się  w  jego  złotawe  oczy  jak  zahipnotyzowana.  Powoli  zbliŜył  usta  do  jej 

warg. WciąŜ jeszcze miała czas, by zaprotestować. Zgodnie ze złoŜoną obietnicą, nie narzucał 

się jej. Bez trudu mogła go jeszcze powstrzymać...   

Ale gdy ich wargi się spotkały, poczuła, jakby podpalił lont fajerwerku. Wiedziała, Ŝe za 

chwilę nastąpi eksplozja.   

Pierwszy  pocałunek  był  lekki.  Nick  delikatnie  draŜnił  jej  usta  językiem.  Ale  Erica 

rozchyliła wargi.   

Skończył się czas powściągliwości. Drugi pocałunek był namiętny. Jej usta, jej ciało, jej 

język pragnęły się z nim połączyć.   

Zacisnęła ramiona wokół jego szyi, przyciągając go, chłonąc w siebie. Choć poruszała się 

nerwowo,  ich  namiętność  była  jak  taniec.  Język  Nicka  wypełnił  jej  usta,  a  dłoń  doskonale 

przykryła  pierś,  jakby  ich  ciała  były  dla  siebie  stworzone.  Przesunęła  palcami  po  plecach 

Nicka aŜ do szczupłych bioder.   

– To właśnie było sprawdzanie, tak? – szepnął tuŜ przy jej uchu.   

Przytaknęła.   

– Jesteś gotowa, by skoczyć? – spytał.   

Jeszcze nigdy Ŝaden męŜczyzna nie wydawał jej się tak doskonały. Silny i zdecydowany. 

Oczy  błyszczały  mu  uwodzicielsko.  Był  wszystkim,  czego  kiedykolwiek  pragnęła  w 

męŜczyźnie. Mocny, pewny siebie i zdecydowanie męski.   

– Tak, Nick. Jestem gotowa. Chcę ciebie. Przez usta przemknął mu uśmiech.   

– Całe szczęście. Nie byłem pewien, czy potrafię przerwać.   

Uniosła  ramiona,  a  Nick  ściągnął  jej  podkoszulek,  powoli,  centymetr  za  centymetrem 

odsłaniając ciało.   

–  Piękna  –  mruknął.  –  Piękna  Erica.  Pokrywał  pocałunkami  jej  szyję,  dekolt  i  piersi,  aŜ 

ciemne,  okrągłe  sutki  stwardniały.  Gdy  dotknął  jednej  ustami,  odsunęła  się,  łapiąc  z  trudem 

powietrze.   

– Erica? – Spojrzał w górę, na jej twarz. – Czy cię zabolało? 

– Nie przestawaj. – Pragnęła go tak bardzo, Ŝe całe ciało bolało od poŜądania. Tylko Nick 

mógł uśmierzyć ten ból.   

Gdy jego usta wróciły do piersi, napięcie wzrosło niewyobraŜalnie. Opadła na poduszki i 

wyszeptała: 

–  Nick,  och,  Nick.  Chcę  cię  zobaczyć.  Twoje  ciało.  Udało  jej  się  usiąść,  delikatnie 

odsuwając  go  od  siebie.  Rozpięła  mu  koszulę,  odsłaniając  gęste,  kręcone  włosy  na  opalonej 

background image

piersi. Wpatrywała się w niego, zachwycona cudowną róŜnicą między męŜczyzną  a kobietą. 

Nick  był  mocny,  solidny,  twardy.  Jej  ciało  było  szczuplejsze  i  bardziej  delikatne.  Byli 

zupełnie do siebie niepodobni, a jednak pragnęła wszystkiego tego, czym był.   

Była  tak  podniecona,  Ŝe  jej  zazwyczaj  zręczne  palce  stały  się  niezgrabne  i  nie  mogły 

poradzić sobie z paskiem i suwakiem jego spodni. Opadła na poduszki.   

– Musisz mi pomóc.   

– Z przyjemnością.   

Ś

ciągał  z  siebie  ubranie,  a  ona  patrzyła,  zafascynowana.  Zupełnie  jakby  nigdy  przedtem 

nie widziała nagiego męŜczyzny. Jakby to miał być jej pierwszy raz. Nigdy dotąd nie była tak 

podniecona i gotowa.   

Z  portfela  wyjął  małą  paczuszkę  i  zręcznie  zabezpieczył  siebie  –  i  ją  –  przed 

niepoŜądanymi skutkami.   

– To bardzo seksowne – szepnęła.   

– I bezpieczne.   

– I rozsądne....   

Rozpiął guziki jej levisów i jednym ruchem zdjął je razem z figami. LeŜała teraz naga.   

Ucałował jej stopę, wywołując drŜenia biegnące aŜ do mózgu Eriki. Chwycił drugą nogę i 

rozsunął kolana, by móc je pocałować od wewnętrznej strony. Przesunął wargi w górę, aŜ do 

miejsca, w którym zbiegały się jej uda. Erica krzyknęła, gdy poczuła delikatny dotyk języka. 

Wyprostowała  ramiona  i  sięgnęła  nad  głowę,  chwytając  poręcz  łóŜka  i  zaciskając  mocno 

dłonie.  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  doświadczała  czegoś  podobnego.  NiewyobraŜalnego.  Nie  do 

opisania.   

Nick  powoli  ogarnął  ją  sobą.  Włosy  na  jego  torsie  połaskotały  piersi  Eriki.  Twarde 

lędźwie wparły się w jej łono. Pocałował ją w usta, głęboko i namiętnie, i wtedy puściły tamy. 

Chwyciła  go  za  plecy.  Wpiła  palce  głęboko  w  jego  ciało,  przyciągając  go  gwałtownie, 

niezdolna  czekać  dłuŜej.  Gdy  w  nią  wszedł,  uniosła  powieki  i  wpatrzyła  się  w  jego  twarz  i 

złotawe oczy. Oddychała płytko i spazmatycznie, czując w sobie jego ruchy. W oczach Nicka 

odczytywała odbicie własnej namiętności. Wsparł się na łokciach i Erica równieŜ zaczęła się 

poruszać,  dostosowując  się  do  rytmu.  I  w  chwili,  gdy  wydawało  jej  się,  Ŝe  dłuŜej  tego  nie 

zniesie i rozpadnie się na tysiąc kawałków, on równieŜ osiągnął szczyt. Przez moment trwali, 

jakby zawieszeni w  czasie i przestrzeni, by po chwili poddać się obejmującemu ich z wolna 

spokojowi i zadowoleniu.   

Teraz leŜeli, objęci, i drŜeli razem, oszołomieni.   

Pocałował  ją  lekko  i  przesunął  się  na  bok,  a  ona  przytuliła  się  do  niego.  Od  samego 

początku wiedziała, Ŝe kochanie się z Nickiem będzie niezwykłym przeŜyciem, ale nawet w 

najśmielszych fantazjach nie wyobraŜała sobie czegoś podobnego.   

– Jak się czujesz? – zapytał.   

– Cudownie. – Pocałowała go w ramię.   

– JuŜ nie jesteś zdenerwowana? 

–  Dlaczego  miałabym  być  zdenerwowana?  –  Płynęła  na  róŜowej,  puszystej  chmurce, 

absolutnie zadowolona z Ŝycia.   

background image

– Chodzi mi o dzisiejszy wieczór.   

–  Dzisiejszy  wieczór?  –  mruknęła  i  nagle  usiadła  prosto.  –  Wielkie  nieba,  moje 

wystąpienie! Która godzina? 

Zgodnie spojrzeli na stojący przy łóŜku budzik.   

– Musimy wyjść za dwadzieścia minut – odparł Nick.   

– Za dwadzieścia minut! 

Wyskoczyła  z  łóŜka  i  wpadła  do  łazienki.  Rzut oka  w  lustro  powiedział jej,  Ŝe  powinna 

wziąć prysznic. Zanim weszła pod strumień gorącej wody, zawahała się, nie chcąc zmywać z 

ciała zapachu Nicka.   

Jej  referat.  Jak  się  zaczynał  jej  referat!?  Co  nastąpiło  po  „Cieszę  się,  Ŝe  mogę  się  z 

państwem  spotkać”?  Woda  obmywała  jej  ciało,  a  Erica  recytowała  –  Uganda,  Tanzania, 

Kenia.  Naturalne,  leśne  środowisko  szympansów  i  goryli  gwałtownie  znika  z  powierzchni 

ziemi. Mimo dobrych chęci miejscowych rządów, nie mogą one pozwolić sobie na rezygnację 

z wyrębu lasów. Dlatego teŜ wyjątkowa okazja obserwowania tych małp człekokształtnych w 

ich naturalnym środowisku maleje z kaŜdym rokiem.   

Usłyszała pukanie do drzwi....   

– Erica? Wszystko w porządku? 

– W najlepszym, Nick. Mówię do siebie.   

– Mówisz do siebie? 

– Przepowiadam sobie referat. Zaraz będę gotowa.   

Wyszła  spod  prysznica,  wytarła  się  i  owinęła  ręcznikiem  na  krótką  drogę  do  sypialni. 

Nicka nie było nigdzie widać. Ubrała się szybko i wróciła na moment do łazienki, by zrobić 

lekki makijaŜ. Dodała małe, złote kolczyki i naszyjnik i weszła do duŜego pokoju, w którym 

siedział Nick i czytał jej notatki.   

– To naprawdę dobre – powiedział. – A ty wyglądasz fantastycznie.   

– A czy wyglądam równieŜ na osobę odpowiedzialną i zorganizowaną? 

– Gdybyś oświadczyła, Ŝe potrafisz zlikwidować deficyt budŜetowy, teŜ bym ci uwierzył.   

Podszedł do niej, oparł dłonie na jej ramionach i zajrzał głęboko w oczy.   

– Wszystko będzie dobrze, Erico. Dasz sobie radę.   

– Miejmy nadzieję.   

– Załatwisz ich, tygrysico.   

To on jest tygrysem, pomyślała. Dynamicznym drapieŜnikiem. Jego złote oczy błyszczały 

energią.  Czuła  jego  siłę,  promieniującą  z  czubków  palców,  przenikającą  jej  ciało,  jakby 

kochając się z nim, przejęła nieco z jego siły i pewności.   

– Zanim wyjdziemy, Nick, chcę cię zapewnić, Ŝe nie Ŝałuję tego, co między nami zaszło. 

Nie spodziewałam się tego, ale widocznie nadszedł nasz czas.   

–  Najwidoczniej.  –  Pogłaskał  palcem  jej  policzek.  –  Tych  spraw  chyba  nie  da  się 

planować.   

– Ludzie próbują.   

– A my jesteśmy tylko ludźmi.   

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Podczas  jazdy  do  Klubu  Poszukiwaczy  Przygód  Nick  zaskoczył  Erice  dwukrotnie. 

Pierwszą niespodzianką okazał się samochód – kremowy mercedes. Dwa dni wcześniej, gdy 

odwoził ją i Sheenę do domu z wesołego miasteczka, jechali mocno zuŜytym dŜipem.   

– Niezły samochód jak na kataryniarza – skomentowała.   

– Lata na Manhattanie były dla mnie bardzo pomyślne.   

Druga niespodzianka była całkiem innej natury.   

Gdy Ŝartował, pokpiwał sobie i w ogóle prowokował ją do mówienia, Erica zdała’ sobie 

sprawę,  Ŝe  pomimo  pozorów  niefrasobliwości  Nick  stara  się  pomóc  jej  zwalczyć 

zdenerwowanie.  Nie  traktował  jej  protekcjonalnie,  nie  trzymał  za  rękę,  ale  jego  troska  była 

bardzo wyraźna.   

Nie  spodziewała  się  po  nim  takiego  zachowania,  szczególnie  teraz,  gdy  ich  związek 

nabrał intymności. Oczekiwała, Ŝe męŜczyzna z tendencją do dominacji będzie zachowywać 

się  jak  szympans:  pokrzykiwać,  przechwalać  się  i  domagać  natychmiastowego  dalszego 

ciągu. Tymczasem Nick  robił wraŜenie wraŜliwego, dojrzałego męŜczyzny. Erice bardzo się 

to spodobało.   

MoŜe nawet za bardzo. Gorący romans nie zaszkodzi jej zawodowym ambicjom, ale nie 

odwaŜyła się nawet pomyśleć, co oznaczałby stały związek. Marzenia o badaniach w Afryce 

zupełnie nie pasowały do stylu Ŝycia Nicka.   

Odsunęła  od  siebie  myśli  o  przyszłości.  Miała  teraz  inne,  bliŜsze  zmartwienia.  Na 

przykład referat.   

– Nick, czy sądzisz, Ŝe naleŜałoby zakończyć słowami „dziękuję państwu za uwagę”, czy 

teŜ powinnam bardziej zdecydowanie domagać się pieniędzy? 

–  MoŜesz  spróbować  przyprzeć  ich  do  ściany.  Tej  gromadzie  powinno  się  to  spodobać. 

Jest wśród nich starszy pan, doktor Arthur Windom, który naprawdę stał raz pod ścianą. Ale, 

o  ironio,  zdarzyło  się  to nie  w  jednej  z jego  licznych  podróŜy  po  Bliskim Wschodzie,  ale  w 

jakiejś dziurze w Nebrasce podczas napadu na bank.   

Opowiadał dalej zabawne anegdotki, póki nie dojechali na miejsce. Klub zajmował drugie 

piętro  pełnego  uroku,  odnowionego  starego  budynku,  połoŜonego  na  północ  od  śródmieścia 

Denver, w dzielnicy artystów, galerii i sklepów oferujących unikalne przedmioty. Erica ujęła 

Nicka pod ramię i weszli do środka.   

Wystarczył  jeden  rzut  oka,  by  stwierdzić,  Ŝe  Nick  trafnie  opisał  członków  Klubu. 

Stanowili niezwykle zróŜnicowaną grupę. Znajdował się tam męŜczyzna w średnim wieku we 

fraku,  zachowujący  się  jak  James  Bond,  kilka  osób  w  dresach,  wysoka  kobieta  w  szortach  i 

wojskowych butach, przedstawiająca się jako aktywistka ruchu ekologicznego Greenpeace, i 

sporo innych.   

Nick  przedstawił  Erice  archeologowi,  alpiniście  i  byłemu  astronaucie,  po  czym 

podprowadził ją do głównego stołu i zajął miejsce po jej prawej ręce. Po lewej siedział doktor 

Arthur  Windom,  który  był  przewodniczącym  Klubu.  Z  luźnych  uwag  rzucanych  przez 

background image

Windoma  Erica  zorientowała  się,  Ŝe  wrócił  ostatnio  z  Afryki,  gdzie  prowadził  interesy 

związane z kopalniami diamentów.   

– Kłusownicy – rzucił. – Cholerna niewygoda.   

– Znacznie więcej niŜ niewygoda – zwróciła mu  uwagę Erica. –  Kłusownicy straszliwie 

zniszczyli zwierzęcą populację Afryki....   

– Tak jest – potwierdził.   

–  Oczywiście,  kłusownictwo  to  jedynie  część  problemu.  Jak  długo  będzie 

zapotrzebowanie  na  młode  szympansy  do  badań  i  rozrywki,  kłusownictwo  będzie  przynosić 

zyski. Mimo Ŝe schwytanie szympansiego dziecka oznacza konieczność zabicia matki. Mimo 

Ŝ

e tylko jedno na osiem tak schwytanych szympansiąt przeŜywa.   

– Nie popiera pani polowania dla zysku? 

Erica przyjrzała się niewysokiemu, ale silnie zbudowanemu męŜczyźnie po swojej lewej 

stronie.  Doktor  Windom  był  niekwestionowanym  przywódcą  Klubu.  W  sposobie  bycia,  w 

wyrazie  jego  oczu  i  upartej  linii szczęki  dostrzegła  pewność  siebie.  Instynkt  ostrzegał  ją,  by 

zachowała ostroŜność. Nie potrafiła się powstrzymać. Choć być moŜe przegrywała wszystko, 

zanim zdąŜyła pokazać choć jeden slajd, nie była w stanie udawać obojętności w tej sprawie.   

–  Doktorze  Windom,  wiem,  Ŝe  państwa  afrykańskie  rozpaczliwie  potrzebują  gotówki. 

JednakŜe  przez  szukających  zysku  kłusowników  i  koncerny  drzewne,  wycinając  lasy 

tropikalne, szympansy znalazły się na liście zagroŜonych gatunków. Samica szympansa rodzi 

tylko raz na trzy do pięciu lat, a zabijanie dorosłych samic jest straszliwym marnotrawstwem. 

W  tym  kontekście  nie  mogę  popierać  ludzi,  którzy  starają  się  o  zysk  za  wszelką  cenę,  nie 

oglądając się na konsekwencje.   

Windom spojrzał na nią groźnie.   

– Ach, pani jest jedną z tych zasadniczych osóbek.   

–  Jestem  bardziej  praktyczna  niŜ  zasadnicza.  UwaŜam,  Ŝe  brak  troski  o  przyrodę 

ostatecznie skrupi się na ludzkości.   

Wąskie wargi Windoma rozciągnęły się w uśmiechu.   

–  Doceniam  to,  panno  Swanson.  Nick  zapewne  przedstawił  pani  mój  nie  całkiem 

właściwy  wizerunek.  Moja  działalność  zawsze  miała  na  celu  poprawienie  warunków 

ludzkiego Ŝycia.   

–  Jak  na  przykład  wspomaganie  władz,  które  ścigają  i  stawiają  przed  sądem 

kłusowników? 

– Jeszcze tego nie robiłem, ale kto wie? Mam szczęście być bogaty i wybieram sobie cele, 

które są tego warte. Jak pani.   

– Niezupełnie – sprzeciwiła się. – Ja nie jestem bogata. Potrzebuję pieniędzy.   

– Czy jest pani gotowa? 

– Tak.   

Windom podszedł do podwyŜszenia i poprosił zebranych o uwagę. Przedstawiał dawne i 

nowe  sprawy,  a  Erica  obserwowała  zebranych.  Byli  na  zmianę  zniecierpliwieni, 

niezadowoleni, akceptujący i niezdecydowani. Wydawało się, Ŝe nie ma ani jednej kwestii, co 

do  której  wszyscy  mieliby  takie  samo  zdanie.  Ta  róŜnorodność  przeraziła  Erice.  Jak  taka 

background image

grupa zdoła porozumieć się co do przyznania jej stypendium? 

Dowiedziała się równieŜ, Ŝe Nick jest pełnoprawnym członkiem Klubu. Cztery lata temu 

brał udział w wyprawie nurków poszukujących Atlantydy.   

– Atlantyda? – mruknęła ironicznie pod nosem.   

–  Jeśli  będziesz  dla  mnie  miła  –  odszepnął  –  to  pokaŜę  ci  moją  kolekcję  wyłowionej 

ceramiki.   

– Ceramiki? 

– Nie tylko ty miewasz szalone marzenia.   

JuŜ  tylko  Nick  przysłuchiwał  się  dyskusji.  Wrócił  pamięcią  do  tamtej  idyllicznej 

wyprawy  w  pobliŜe  Wysp  Kanaryjskich.  Pogoda  była  cudowna,  nawet  najlŜejsza  bryza  nie 

mąciła czystego lustra wody, a świat ciszy w głębinach okazał się nieprawdopodobnie piękny. 

Nie  odkryli  Atlantydy,  ale  Nick  odzyskał  na  tej  wyprawie  wewnętrzny  spokój.  Przywiózł 

takŜe kolekcję połamanej ceramiki. To wtedy właśnie przyszło mu po raz pierwszy do głowy, 

Ŝ

e Ŝycie maklera na Wall Street nie jest w pełni satysfakcjonujące.   

Tego  wieczoru  wróciło  tamto  wraŜenie.  Brakowało  mu  czegoś  waŜnego  i  wiedział,  Ŝe 

jedynie  Erica  jest  w  stanie  wypełnić  tę  lukę.  Jednak  związek  z  nią  był  równieŜ  szalonym 

marzeniem, poszukiwaniem, w którym nie on ustalał reguły.   

Jasno  i  wyraźnie  stwierdziła,  Ŝe  nie  moŜe  się  angaŜować.  A  on  tego  właśnie  oczekiwał. 

Chciał ją z sobą związać, sprawić, by stała się jego nieodłączną częścią, stworzyć rodzinę.   

Zwrócił  się  ku  Windomowi.  Erica  siedziała  między  nim  a  podium,  więc  wzrok  Nicka 

zahaczył o jej ciemne, kręcone włosy, malutkie, złote kolczyki, łuk jej ramion pod niebieską, 

jedwabną  sukienką.  Stwierdził,  Ŝe  podnieca  go  samo  patrzenie  na  jej  profil.  Nie  mógł  się 

doczekać,  kiedy  znów  będzie  mógł  się  z  nią  kochać.  Gdy  Windom  przedstawił  Erice  i 

zapowiedział jej wystąpienie, Nick pochylił się i zachęcająco uścisnął jej dłoń.   

Mówiła  bardzo  dobrze.  Referat  był  pełen  informacji,  ale  interesujący  i  dowcipny.  W 

pewnej  chwili  poprosiła  publiczność  o  naśladowanie  pohukiwania  szympansów,  co  zebrani 

podchwycili z entuzjazmem. Slajdy nie były na profesjonalnym poziomie, ale wystarczyły, by 

ilustrować jej tezy.   

– Pani Swanson – zapytał nagle ktoś z zebranych. – Wygląda na to, Ŝe pani badania w zoo 

przynoszą efekty. Dlaczego chce je pani porzucić? 

– Badania będą prowadzone nadal – odpowiedziała. – Wyszkolę kogoś innego, kto zajmie 

moje miejsce.   

– Innego antropologa? 

–  Raczej  nie  –  przyznała.  –  BudŜet  zoo  nie  pozwala  na  zatrudnianie  wysoko 

wykwalifikowanych specjalistów, a większość badaczy ssaków naczelnych woli wypracować 

sobie własne metody badań.   

–  Twierdzi  pani,  Ŝe  pani  odkrycia  są  istotne,  ale  równocześnie  powierzyłaby  pani  ich 

kontynuację laikowi? 

– Jane Goodall w chwili rozpoczynania badań nad rzeką Gombe nie miała ukończonych 

studiów.  Oczywiście,  była  pod  opieką  naukową  sławnego  archeologa  i  paleontologa  Louisa 

Leakeya.   

background image

– Porównuje się pani z Leakeyem? Erica roześmiała się.   

–  Leakey  był  sławny  na  całym  świecie,  szczególnie  na  kontynencie  afrykańskim.  Ja 

jestem sławna jedynie na kilku hektarach Ogrodu Zoologicznego.   

Publiczność  przyjęła  tę  uwagę  śmiechem,  ale  Nick  widział,  Ŝe  szkoda  juŜ  się  stała. 

Zakwestionowano poświęcenie Eriki dla badań naukowych.   

– No i co powiesz? Jak poszło? – zwróciła się do Nicka, gdy juŜ siedzieli w samochodzie.   

– Twój referat był znakomity. Bardzo mi się podobała ta część z naśladowaniem głosów 

małp.   

– Czy dostanę pieniądze? 

– Ja bym ci dał, ale ja nie jestem bezstronny. Przeszedłbym na piechotę tysiąc kilometrów 

za jeden twój uśmiech....   

– Bądź powaŜny, Nick. Znasz tych ludzi.   

– Niestety, nie mogę ci niczego zagwarantować. Opadła na oparcie fotela.   

–  Cholera  jasna,  powinnam  była  załatwić  sprawę  moich  badań  w  zoo.  Naprawdę 

powinnam  juŜ  wprowadzać  kogoś  we  wszystkie  sprawy.  Ale  nie  mogę  poprosić  Amandy  o 

zatrudnienie dodatkowej osoby.   

– Czy tę rozmowę będziemy kontynuować u mnie czy u ciebie? 

– JuŜ po jedenastej, Nick.   

– Nie jestem moŜe naukowcem, ale znam się na zegarku. – Udał, Ŝe nagle go olśniło. – A 

moŜe próbujesz mi powiedzieć, Ŝe boli cię głowa? 

Od  trzech  dni  Nick  był  stale  obecny  w  jej  myślach.  Ich  popołudniowa  miłość  była 

wspaniała.  Jednak  teraz  Erice  wypełniało  zniechęcenie  –  połączenie  stresu  po  wystąpieniu  i 

wyczerpania po gorączkowych przygotowaniach.   

I  jeszcze  coś  innego.  Głos  wewnętrzny  ostrzegał,  Ŝe  nie  powinna  zbytnio  zbliŜać  się  do 

tego męŜczyzny. To było ryzykowne i niebezpieczne. Gdy zatrzymał samochód na światłach, 

dotknęła jego ręki.   

– To dla mnie za szybko, Nick.   

– Więc zapnij pasy i trzymaj się mocno. – Chwycił jej dłoń i uniósł do ust. – Nie zranię 

cię, Erico. Obiecuję, Ŝe ze mną będziesz bezpieczna.   

– Wierzę ci. Nie wiem dlaczego, ale ci wierzę.   

– Kobieca intuicja? Parsknęła.   

– Instynkt.   

W ciszy jechali ulicami Denver. Nadszedł ciepły, letni wieczór, więc ruch był duŜy, ale w 

klimatyzowanym mercedesie wydawało im się, Ŝe są oddzieleni od reszty świata.   

Rozsiadła  się  wygodnie  na  skórzanym  siedzeniu  i  pogrąŜyła  w  rozmyślaniach.  Męskość 

Nicka  niewątpliwie  działała  na  jej  biologiczne  popędy,  ale  chodziło  i  o  coś  więcej.  Bycie  z 

Nickiem wydawało się częścią naturalnego porządku rzeczy. Inaczej nie kochałaby się z nim 

tak  namiętnie.  Nie  zawierzyłaby  mu  tak  ślepo.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  wsiadła  do  wagonika 

kolejki górskiej, która wolno, ale nieuchronnie pnie się na szczyt przed pierwszym zjazdem. 

Jeśli natychmiast nie wysiądzie, potem nie będzie juŜ mogła powstrzymać pędu.   

–  Nick,  chcę  jechać  do  Afryki  –  wyrzuciła  z  siebie.  –  Mam  trzydzieści  dwa  lata.  Nie 

background image

mogę dłuŜej czekać.   

– Zegar biologiczny? Myślałem, Ŝe dla większości kobiet ma to znaczenie ze względu na 

rodzenie dzieci.   

– Nie jestem jak większość kobiet.   

–  Doskonale  o  tym  wiem.  –  Wjechał  na  parking  przed  jej  domem.  –  Czy  mogę 

odprowadzić cię na górę? 

–  Nie  –  odpowiedziała  natychmiast.  –  Jeśli  to  zrobisz,  zaproszę  cię  do  środka,  potem 

zaproponuję ci drinka, ty przyjmiesz propozycję i skończymy razem w łóŜku.   

– Czy to byłoby takie złe? 

– Ach, nie, nie złe. To popołudnie było wspaniałe.   

– Więc dlaczego nie, Erico? Nie odmawiaj sobie. Nie odmawiaj mi.   

– Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu i przestrzeni.   

Nie chciała się w nim zakochać. Nie był to czas na związki i rodzinę. Spojrzała na Nicka. 

Ś

wiatło ulicznej latarni wydobywało z cienia zarys jego kości policzkowych i silnej szczęki. 

W mgnieniu oka znalazła dla niego miejsce w swoich marzeniach i celach. Zmysły słuchały 

instynktu, a nie rozumu. W nagłym przypływie woli wyrzuciła z siebie: 

– Teraz powiemy dobranoc.   

– Jeśli tego chcesz...   

– Tego potrzebuję.   

Rozpiął  przytrzymujący  ją  pas  i  przyciągnął  do  siebie.  Mimo  wszystkich  postanowień 

pozwoliła  mu  na  to.  Rosło  w  niej  przeczucie  katastrofy,  ale  gdy  spotkały  się  ich  wargi,  nie 

była w stanie o niczym innym myśleć.   

Gdy  ujął  dłonią  jej  pierś  i  zaczął  lekko  obrysowywać  palcami  twardy  sutek,  poczuła,  Ŝe 

budzi się w niej namiętność.   

– Erico – szepnął – jesteśmy zbyt dorośli, Ŝeby to robić w samochodzie.   

Z głębi duszy wyrwała jej się odpowiedź.   

– Muszę juŜ iść.   

– Dobrze. – Odsunął się, zostawiając nie zaspokojone wargi i piersi. – Dobranoc, Erico.   

Jej instynkt Ŝądał czegoś więcej, ale głos miała spokojny.   

– Czy zobaczymy się rano? Przyjdziesz z Michaelem do zoo? 

– MoŜe. – Chwycił mocno kierownicę. – Sobota jest bardzo ruchliwym dniem w wesołym 

miasteczku.   

– Nie jesteś zły? 

– Chyba nie. – Patrzył przed siebie, unikając jej spojrzenia. – Nie mam do tego prawa.   

Dotknęła jego ramienia.   

–  Cieszę  się  z  dzisiejszego  wieczoru.  Nawet  jeśli  nie  dostanę  tych  pieniędzy, 

przygotowanie referatu było dla mnie dobrym treningiem.   

– Dobranoc, Erico – powiedział cicho. – Śpij dobrze.   

Czuła  jego  wzrok  na  swoich  plecach,  gdy  szła  do  drzwi  domu.  Wbiegła  do  środka  i 

dopadła okna. Samochodu Nicka juŜ nie było.   

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Do drugiej po południu następnego dnia Erica zdąŜyła dojść do wniosku, Ŝe Michael jest 

nieznośny.  Od  chwili  gdy  rano  pojawił  się  w  zoo,  manifestował  chłodną  obojętność,  by  nie 

okazać podniecenia ani ciekawości. Zakryte ciemnymi okularami oczy nie zdradzały Ŝadnych 

uczuć.  Idąc,  powłóczył  nogami.  Na  wszelkie  próby  nawiązania  rozmowy  odpowiadał 

monosylabami.   

Doświadczenie  nabyte  w  związku  z  posiadaniem  licznego  rodzeństwa  pomogło  Erice 

rozpoznać  objawy  i  zastosować  kurację  polegającą  na  wyznaczaniu  ciągle  nowych  zadań: 

zbierania śmieci, opróŜniania I koszy, czyszczenia zagrody bawołu i karmienia wielbłądów.   

Michael  wykonywał  to  wszystko  bez  skarg,  ale  i  bez  pytań  czy  komentarzy.  Erica 

domyślała się, Ŝe chłopak zachowuje dystans częściowo dlatego, Ŝe nie wie, jak jej stosunki z 

Nickiem odbiją się na nim. Mimo to jego postawa działała jej na nerwy. Uśmiechnął się tylko 

raz, gdy Sheena wdrapała mu się na ręce i patrząc w oczy, ofiarowała banana.   

Po  południu  Sheena,  trzymana  przez  Michaela  na  smyczy,  pomaszerowała  za  Ericą  w 

kierunku wyspy naczelnych. Erica przeszła przez ogrodzenie.   

– Michael, czas, Ŝebym zabrała Sheenę na wyspę, gdzie, mam nadzieję, nawiąŜe kontakt z 

innymi szympansami.   

– Ja ją zaniosę.   

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę na to pozwolić.   

–  Wspaniale  –  mruknął.  –  Ty  robisz  same  fajne  rzeczy,  a  mnie  zostaje  sprzątanie 

bawolich odchodów.   

– Posłuchaj, młody człowieku, bardzo wiele moŜna się nauczyć... obserwując zwierzęta, 

nawet starego, śmierdzącego bawołu. Jeśli cię to nie interesuje, jeśli nie lubisz przebywać ze 

zwierzętami, to moŜesz sobie juŜ iść do domu.   

– Ojcu by się nie spodobało, gdybyś mnie odesłała.   

– Nie zaprosiłam cię tutaj, Ŝeby przypodobać się twojemu ojcu.   

– Taaak? A dlaczego? 

–  Ze  względu  na  ciebie,  Michael.  –  Starała  się  ukryć  zniecierpliwienie.  –  MoŜe  się 

myliłam, ale wydawało mi się, Ŝe coś w tobie jest.   

– Co takiego? 

– Pewna postawa... Ciepło. Ciekawość zmieszana z cierpliwością. Pomyślałam, Ŝe dobrze 

byś się dogadywał ze zwierzętami.   

– W takim razie dlaczego nie mogę zabrać Sheeny na wyspę? 

– Bo musisz się jeszcze wiele nauczyć. A takŜe dlatego, Ŝe tym szympansom nie moŜna 

ufać. Lenny, dorosły samiec, ma niewiele ponad metr wzrostu, ale jest trzy razy silniejszy niŜ 

ty czy ja. Nowych opiekunów trzeba wprowadzać powoli i konsekwentnie. Jeśli chcesz z nimi 

pracować, musisz przygotować się na powaŜne poświęcenia.   

– Na przykład jakie? 

– Przez tydzień musiałbyś zanosić im jedzenie, codziennie zbliŜając się o krok do wyspy. 

background image

Potem czekałby cię tydzień siedzenia na samym brzegu wyspy. Potem, krok po kroku, bardzo 

powoli, przysuwałbyś się coraz bliŜej, póki się do ciebie nie przyzwyczają.   

– Dlaczego te szympansy nie lubią ludzi? 

–  To  nie  jest  sprawa  lubienia  czy  nielubienia.  Samce  szympansów  bronią  swojego 

terytorium. Lenny moŜe uznać twoją obecność za zagroŜenie dla jego pozycji i rzucić się na 

ciebie.  Jenny,  dorosła  samica,  moŜe  się  przestraszyć,  Ŝe  skrzywdzisz  jej  dziecko,  i 

zaatakować. Tylko Amanda i ja chodzimy na wyspę.   

Michael przestępował z nogi na nogę, nie patrząc na Erice.   

– Zrobię to.   

– Słucham? 

– Będę przychodzić codziennie, Ŝeby się do mnie przyzwyczaiły.   

– To znaczy naprawdę codziennie, Michael. KaŜdego dnia.   

Jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech.   

– Spróbuję.   

– Dobra. Teraz poczekaj tu, a ja zaniosę Sheenę. Przejdź na tę stronę ogrodzenia i kucnij.   

– W ten sposób? – Spełnił jej polecenie.   

–  Bardzo  dobrze.  Wiem,  Ŝe  to  niełatwe,  ale  staraj  się  wyglądać  przyjaźnie.  I  zdejmij  te 

ciemne okulary.   

– O rany, czy ojcem teŜ tak komenderujesz? Uniosła brwi na wspomnienie poprzedniego 

wieczoru.   

– To nie ma nic do rzeczy, Michael. Twój ojciec nie pracuje ze mną, a ty tak. W kaŜdym 

razie powiedziałeś, Ŝe chcesz spróbować. A to znaczy, Ŝe ja tu jestem szefem.   

– W porządku.   

– MoŜe będę na wyspie dwie minuty, albo, jeśli wszystko pójdzie dobrze, zostanę dłuŜej. 

Czekaj tu i obserwuj.   

Z  Sheeną  na  ramionach  Erica  skierowała  się  ku  najpłytszej  części  fosy,  która  miała  tu 

cztery metry szerokości i sześćdziesiąt centymetrów głębokości. Strumień został przedzielony 

tamą i skierowany w inne koryto, prąd wiec był ledwo wyczuwalny.   

Zerknęła przez ramię na Michaela, który uśmiechnął się przyjacielsko.   

Najwyraźniej  są  teraz  kumplami.  Erica  wzruszyła  ramionami.  Nastolatki  to  dziwne 

stworzenia.  Przez  cały  ranek  Michael  był  nastawiony  wrogo.  Erica  nie  wiedziała,  co 

spowodowało  zmianę.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  teraz,  gdy  obiecał  codziennie  przychodzić, 

będzie musiała spędzać z nim czas. Codziennie. Bez względu na układ z jego ojcem.   

Jak zwykle, na brzegu zebrał się tłumek, przyglądający się Sheenie. I jak zwykle Sheena 

zaczęła krzyczeć na widok Javy, który aŜ podskakiwał w podnieceniu.   

Na  wyspie  Erica  zdjęła  Sheenę  z  ramion  i  przysiadła  przy  kępie  wysokich  traw. 

Szympansica chowała się za nią i pokrzykiwała na Javę.   

A  jednak  dzisiaj  zdarzyło  się  coś  nowego.  Java  nie  przestraszył  się  krzyku  Sheeny. 

ZbliŜył  się  do  niej  i  wyciągnął  rękę,  by  dotknąć  palcem  jej  ramienia.  Sheena  wpadła  w 

histerię.  Wyrwała  garść  trawy  i  rzuciła.  Java  strącił  trawę  z  piersi  i  uśmiechnął  się  szeroko. 

Wtedy  pojawiło  się  dziecko.  Sheena  podbiegła  do  szympansiątka  i  przewróciła  je. 

background image

Natychmiast z krzaków wyskoczyła Jenny i zamachnęła się na Sheenę.   

Erica  uniosła  Sheenę  w  ramionach  i  szybko  weszła  na  powrót  do  wody,  gdzie  inne 

szympansy nie mogły jej dopaść. Sheena nie poradziłaby sobie z rozwścieczoną matką.   

Po wyjściu na brzeg podała małpę Michaelowi.   

– Czy zawsze tak jest? – zapytał z zainteresowaniem.   

– Na szczęście nie.   

Ludzie,  którzy  przyglądali  się  tej  scenie,  podeszli  do  ogrodzenia  i  wyciągali  ręce  ku 

Sheenie,  która  wesoło  do  nich  machała.  Szybko  wracała  do  równowagi.  Erica  nałoŜyła  jej 

szelki i smycz.   

Wrócili do pawilonu dla szympansów, duŜego, betonowego budynku z wysokimi oknami 

od południowej strony, zabezpieczonymi drucianą siatką.   

– Czy czegoś się nauczyłeś? – spytała Erica Michaela.   

– Wiesz, myślę, Ŝe Java czuje się dość samotny. – Zwrócił się do Sheeny. – Dlaczego go 

nie lubisz? 

Małpa podrapała się po głowie.   

– MoŜe nie jest w jej typie – powiedział.   

–  MoŜe.  –  Erica  usiadła  przy  małym  biurku  koło  okna.  –  Muszę  zapisać  obserwacje  w 

dzienniku,  więc  wyjdź,  proszę,  z  Sheeną  na  podwórze  i  pozwól  jej  pobiegać.  Musisz  się  do 

niej przyzwyczaić, skoro masz mi pomagać.   

Ujął Sheenę za rękę, ale słowa skierowane były do Eriki: 

– Chyba miałaś rację. Wydaje mi się, Ŝe polubię pracę z szympansami.   

Kiwnęła  głową  i  skupiła  się  na  dzienniku.  Opisała  zdarzenia  na  wyspie,  a  na  końcu 

dodała:  Zastanawiam  się  nad  przyuczeniem  nowego  opiekuna  dla  szympansów.  Nazywa  się 

Michael Barron i ma szesnaście lat. Sheena zaakceptowała go od pierwszej chwili, tak samo 

jak przedtem jego ojca.   

Erica  powoli  zamknęła  notatnik.  Co  z  ojcem  Michaela?  Dlaczego  nie  zadzwonił? 

Zapewne  wścieka  się  o  wczorajszą  noc.  Poczuł  się  dotknięty  w  swojej  męskiej  dumie.  Jeśli 

taki właśnie jest, jeśli ma zamiar dąsać się za kaŜdym razem, gdy Erica nie postąpi zgodnie z 

jego  Ŝyczeniami,  to  nie  ma  sensu  kontynuować  tej  znajomości.  Komu  potrzebne  dodatkowe 

problemy?  Na  pewno  nie  jej.  Lepiej  dać  sobie  spokój  z  Nickiem.  Pozbyć  się  go,  o,  tak  – 

strzeliła palcami.   

A  jednak  z  westchnieniem  wspominała,  jak  się  kochali.  Jego  zmysłowość,  czułość, 

umiejętność.  Wydawało  się  to  tak  odległe,  jakby  się  nigdy  nie  zdarzyło.  Ale  zdarzyło  się  i 

nigdy o tym nie zapomni.   

– Hej, Erico – zawołał Michael z ogrodzonego siatką podwórza – czy nie przyszłabyś dziś 

na kolację? Ja gotuję.   

Erica  zawahała  się.  Nick  mógł  mieć  inne  plany  na  wieczór.  Nie  mówiąc  juŜ  o  tym,  Ŝe 

moŜe w ogóle nie chciał jej widzieć.   

– Dzięki, Michael, ale powinnam spędzić ten wieczór z Sheeną.   

– Sheena teŜ moŜe przyjść – zawołał. – MoŜe być moją damą.   

– W porządku. – Jeśli Nick nie chce jej więcej widzieć, to lepiej, Ŝeby dowiedziała się o 

background image

tym  jak  najszybciej.  Nie  ma  sensu  tęsknić  za  facetem,  który  nie  jest  zainteresowany.  –  O 

siódmej? 

Dzień  mijał  powoli.  Nick  nie  zadzwonił,  nie  przysłał  bananów,  nie  pojawił  się.  Po 

powrocie do domu Erica ponownie przemyślała zaproszenie Michaela. Najwyraźniej Nick jej 

unika.  Z  drugiej  strony,  nie  umawiali  się,  a  on  uprzedzał,  Ŝe  sobota  w  wesołym  miasteczku 

jest bardzo pracowitym dniem.   

– Do diabła – powiedziała do Sheeny. – PrzecieŜ nie jestem Kopciuszkiem wybierającym 

się na bal. Nie ma co się tak przejmować. To tylko kolacja.   

Sheena zahukała i podskoczyła na jednej nodze.   

– Jestem dorosła. Dam sobie radę.   

Jednak gdy w towarzystwie Sheeny stała na stopniach dwupiętrowego, ceglanego domu w 

dzielnicy willowej naprzeciwko wesołego miasteczka, poczuła, Ŝe pocą jej się dłonie. Na głos 

dzwonka Ŝołądek zwinął się w twardą kulkę i Erica musiała zwalczyć nagłą chętkę schowania 

się  za  jednym  z  wielkich,  fachowo  przystrzyŜonych  krzewów  zdobiących  równy  trawnik. 

Michael otworzył drzwi w za duŜym kuchennym fartuchu.   

–  Mam  nadzieję,  Ŝe  lubicie  dobrze  wysmaŜone  dania  –  powitał  je  i  poprowadził  przez 

wyłoŜony  terakotą  hol,  w  którym  stały  cztery  palmy  w  ceramicznych  donicach.  Dom  był 

pełen roślin.   

– Czuję się jak w dŜungli.   

– Za wesołym miasteczkiem są cztery szklarnie, a tata przynosi do domu chore rośliny, by 

się nimi osobiście zajmować.   

– Wcale nie wyglądają na chore.   

Sheena  zahukała  potwierdzająco,  równocześnie  usiłując  uchwycić  delikatne,  kwitnące 

właśnie drzewko pomarańczowe.   

–  Bo  jak  juŜ  tu  trochę  pobędą,  tata  się  do  nich  przywiązuje,  rozmawia  z  nimi  i  gra  im 

swoją nudną muzykę.  Naprawdę zachowuje się  dziwacznie. – Poprowadził je dalej, na tylne 

patio,  gdzie  stał  przygotowany  rozpalony  ruszt.  –  Tata  mówi,  Ŝe  kaŜdy  powinien  umieć  dla 

siebie gotować, więc przygotowujemy posiłki na zmianę.   

Erica przyjrzała się leŜącym na ruszcie nadpalonym hamburgerom.   

–  Twój  ojciec  jest  odwaŜnym  człowiekiem....  Sheena  znów  się  odezwała,  pociągnęła  za 

smycz  i  wskazała  duŜe  drzewo  brzoskwiniowe,  rosnące  na  granicy  zadbanego  ogrodu 

warzywnego,  w  którym  dojrzewały  pomidory  i  cukinie.  Rabatki,  otaczające  trawnik,  aŜ 

mieniły  się  kolorami  rozlicznych  kwiatów.  Wszystko  razem  stanowiło  kuszący  raj  dla 

szympansa.   

– Chyba byłoby lepiej zabrać Sheenę do środka, Michael.   

–  Do  sutereny  –  powiedział,  przenosząc  łopatką  hamburgery  z  grilla  na  tacę.  – 

Pomyślałem sobie, Ŝe tam nam będzie najwygodniej jeść.   

Idąc  za  Michaelem  przez  kuchnię  i  w  dół  po  schodach,  Erica  marzyła,  by  zebrać  się  na 

odwagę  i  spytać  o  Nicka.  Nie  była  w  stanie  powstrzymać  się  przed  zerkaniem  do  mijanych 

pomieszczeń  i  oglądaniem  się  za  siebie.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  słyszy  prysznic  i  buczenie 

maszynki do golenia. Wśród obfitości pachnących roślin i kwiatów wyobraŜała sobie zapach 

background image

płynu po goleniu. Poczucie bliskości Nicka powodowało, Ŝe jej serce biło coraz szybciej.   

–  To  tutaj  –  oznajmił  Michael,  wprowadzając  Erice  i  Sheenę  do  duŜego  pokoju  i 

zamykając  za  nimi  drzwi.  Kilka  paproci  wisiało  wysoko  przy  oknach.  Mebli  było  bardzo 

niewiele, za to ściany rozjaśniała kolekcja plakatów. Pokój wyglądał, jakby był przygotowany 

na imprezę nastolatków. Albo spotkanie szympansów.   

– Och, wspaniale – wykrzyknęła Erica.   

– Wyniosłem wszystko, co mogłoby się stłuc.   

Na stole do ping-ponga stały papierowe talerze i plastikowe sztućce. Erica zauwaŜyła, Ŝe 

są cztery nakrycia. Zatem Nick powinien brać udział w kolacji.   

Uwolniła  Sheenę  ze  smyczy.  Szympansica  od  razu  ruszyła  na  zwiedzanie  pokoju, 

znalazła rakietki do ping-ponga i zaczęła w nie klaskać nad swoją głową...   

– Obawiam się – zauwaŜyła Erica – Ŝe Sheena nie jest dobrze wychowanym gościem.   

– Ale jest znacznie bardziej interesująca niŜ większość ludzi. Czy lubi muzykę? 

– Tak, ale nie puszczaj jej zbyt głośno. Pamiętaj, Ŝe chodzi o to, by Sheena nauczyła się, 

jak być szympansem, a nie jak jeszcze bardziej upodobnić się do człowieka.   

– To prawda. Skoczę tylko po sałatkę owocową i zaraz wracam.   

Michael  wyszedł  z  pokoju,  starannie  zamykając  za  sobą  drzwi,  by  Sheena  nie  mogła 

uciec.   

–  Bardzo  rozsądnie  –  szepnęła  do  siebie  Erica.  –  Wiesz,  Sheena,  myślę,  Ŝe  Michael 

znakomicie da sobie radę w zoo.   

Sheena zerkała na wiszące rośliny, ale na szczęście były poza jej zasięgiem. Erica miała 

na  nią  oko,  a  sama  przysiadła  na  ławie  w  pobliŜu  stołu.  Niemal  natychmiast  zerwała  się  na 

nogi, zbyt spięta, by usiedzieć na miejscu. Czy Nick przyjdzie? Oczywiście. To przecieŜ jego 

dom  i  jego  przypalone  hamburgery.  Co  ma  mu  powiedzieć?  Przyszło  jej  do  głowy  jedynie 

słowo „tak”. Cokolwiek powie, ona odpowie mu „tak”.   

–  Nie  –  powiedziała  na  głos,  a  Sheena  odwróciła  się,  by  na  nią  spojrzeć.  Pomimo 

napięcia, Erica roześmiała się. – Zachowuję się tak jak ty wobec Javy.   

Sheena  szła  za  nią  krok  w  krok,  gdy  Erica  obchodziła  pokój.  Środowisko,  pomyślała. 

Naturalne środowisko Nicka. I co ono o nim mówi? Jedyne, czego dowiedziała się na razie to, 

Ŝ

e lubił rośliny i miał do nich dobrą rękę.   

Dwie  ściany  pokoju  pokrywały  kolorowe  plakaty  zespołów  rockowych  i  sportowych 

samochodów, ale zapewne był to wybór Michaela. Nad zniszczonym biurkiem wisiało kilka 

fotografii.  Wzrok  Eriki  spoczął  na  duŜym,  portretowym  zdjęciu  ukazującym  Michaela  jako 

pulchnego,  paroletniego  blondaska,  Nicka  w  granatowym  garniturze  i  uroczą,  delikatną 

blondynkę o wielkich, sarnich oczach. To chyba była Ŝona Nicka.   

Na  innym  zdjęciu  opalony  Nick  w  rozciągniętych  spodenkach  kąpielowych  stał  na 

pokładzie łodzi. To zapewne z wyprawy w poszukiwaniu Atlantydy.   

Erica zdjęła to zdjęcie ze ściany, by bliŜej mu się przyjrzeć. Wyglądał tu na poszukiwacza 

przygód,  współczesnego  pirata.  Mogła  go  sobie  wyobrazić  na  safari,  przedzierającego  się 

przez dŜunglę z maczetą w dłoni.   

–  Nie  –  powiedziała  sobie  głośno,  odwieszając  fotografię.  Nie  powinna  wiązać  z  tym 

background image

Ŝ

adnych nadziei.   

Na  dźwięk  otwieranych  drzwi  odwróciła  się  gwałtownie  i,  choć  była  dorosła,  myślała 

logicznie  i  przygotowała  się  na  spotkanie  z  nim,  widok  Nicka  wytrącił  ją  z  równowagi. 

Wszedł do środka, niosąc wielką misę sałatki owocowej. Jego złote oczy były pełne Ŝycia.   

– Dobry wieczór, Erico.   

W  jej  duszy  kłębiło  się  podniecenie,  zmieszanie,  irytacja,  szczęście.  Ale  potrafiła 

powiedzieć jedynie: 

– Cześć, Nick.   

Zamknął drzwi nogą i postawił misę na stole do ping-ponga.   

– Piękny mieliśmy dziś dzień, prawda? Słówko „tak” czekało juŜ na końcu języka.   

– Niespecjalnie. Było za gorąco.   

– Czy jesteś zmęczona po wczorajszym wieczorze?...   

Tak! 

– Właściwie nie. Bardzo dobrze spałam.   

– Tęskniłem za tobą – powiedział.   

– Byłam w zoo. Cały dzień.   

–  Tak,  Michael  mi  mówił.  –  Uśmiechnął  się  czarująco.  –  Doceniam  to,  co  dla  niego 

robisz.   

– Mówiłam Michaelowi, Ŝe nie robię tego dla ciebie. – Słowa brzmiały znacznie bardziej 

szorstko, niŜ zamierzała. – On najwyraźniej ma smykałkę do pracy ze zwierzętami. Nie mogę 

tego nie zauwaŜyć.   

Stali oddaleni od siebie o pół metra, delektując się swoją obecnością. Nick zrobił krok w 

jej  kierunku  i  uniósł  dłoń,  by  pogłaskać  ją  po  policzku.  Przyjemność  tego  lekkiego  dotyku 

była  tak  wielka,  Ŝe  Erica  miała  ochotę  zamruczeć  jak  kot.  Oparła  dłoń  na  jego  piersi  i 

pochyliła się lekko, tęskniąc do jego ramion. I wtedy Sheena objęła długim ramieniem Nicka 

w pasie i obnaŜyła silne, białe zęby, wydając dźwięki zbliŜone do „hi-hi-hi”.   

– Cześć, Sheena. – Nick podrapał ją po głowie. – CzyŜbym cię zaniedbywał? Przykro mi, 

Ŝ

e nie mogłem dzisiaj wpaść do zoo – zwrócił się do Eriki. – Mieliśmy za mało pracowników, 

więc cały dzień obsługiwałem karuzelę.   

– Nie ma sprawy – skłamała. – Właściwie nie spodziewałam się ciebie.   

– Nie byłaś choć troszeczkę rozczarowana, gdy się nie pokazałem? 

Tak! Byłam niepocieszona! 

– Nie – powiedziała głośno. – Wcale nie.   

–  A  ja  tak.  Rozczarowany  i  samotny.  Nie  mogłem  przestać  o  tobie  myśleć.  I  chciałbym 

spędzić z tobą później wieczór. W twoim mieszkaniu.   

Słowo, które odpędzała, powiedziało się samo.   

– Tak. Tak, Nick. Później wieczorem. Bardzo się cieszę.   

Kolacja  z  przypalonych  hamburgerów  i  rozmiękłej  sałatki  owocowej  smakowała  jej  jak 

ambrozja.   

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Choć Nick pojawił się, gdy Sheena była juŜ bezpiecznie zamknięta we własnej sypialni, 

Erice  przepełniało  głupie  poczucie  winy.  Jakby  nie  powinna  przyjmować  męŜczyzny,  gdy 

szympans jest w domu. Otwierając Nickowi, połoŜyła palec na wargach.   

– Nie jestem pewna, czy Sheena juŜ śpi.   

– Szympansy chyba nie prowadzą nocnego trybu Ŝycia? 

– Nie, Sheena lubi spać w nocy tak samo jak ludzie, ale nieczęsto przyjmuję wieczorem 

gości. Nie wiem, czy się nie obudzi.   

– Nie w obecności dzieci i szympansów? – parsknął śmiechem. – Rozumiem. Przez całą 

kolację musiałem zwalczać chętkę rzucenia się na ciebie, bo Michael nam się przyglądał.   

Erica opadła na zniszczony przez szympansa fotel i rozejrzała się po pokoju. Na ogół nie 

przejmowała się zniszczonym wnętrzem mieszkania, ale dziś miałaby ochotę na coś bardziej 

romantycznego,  miękkie  kolory,  światło  świec...  W  obecnym  stanie  nie  zachęcało  do 

rozmowy o związku dwojga ludzi.   

– Czy istniał kiedyś bardziej skomplikowany romans? 

– Wątpię. – Usiadł naprzeciw niej. – Ja mam do czynienia z zagubionym nastolatkiem, ty 

z równie zagubionym szympansem.   

– Przynajmniej mamy ze sobą coś wspólnego.   

– CzyŜbyśmy się tak róŜnili? 

–  Chyba  Ŝartujesz!  Zacznijmy  od  tego,  Ŝe  ty  lubisz  ciche  solówki  gitarowe,  a  ja  jestem 

fanką rock and rolla. Ty się prawie wycofałeś z Ŝycia zawodowego, a ja ciągle czekam, Ŝeby 

moje zaczęło się na dobre. Ty lubisz napoje gazowane, a ja pijam wodę.   

– Ja lubię Ŝycie osiadłe. Ty chcesz jechać do Afryki.   

– SpowaŜniał nagle. – Ja chcę stałego związku. Ty pragniesz romansu. – Jego złote oczy 

spojrzały uwaŜnie. – W gruncie rzeczy to jest najwaŜniejsze. Wszystkie inne sprawy nie mają 

znaczenia.   

– AleŜ to wszystko składa się na jeden i ten sam problem, Nick. Nie rozumiesz? Gdyby 

nie moje afrykańskie plany, nic nie stałoby na przeszkodzie stałemu związkowi.   

– Nie, nie rozumiem – powiedział zdecydowanie.   

–  Nie  ma  czegoś  takiego  jak  doskonały  związek  kobiety  i  męŜczyzny.  Co  więcej, 

niespodzianki to połowa powodzenia. Gdybyśmy się we wszystkim zgadzali, czy nie byłoby 

to nudne? 

– Owszem – przytaknęła. – Byłoby.   

Takie właśnie okazało się jej małŜeństwo. Zdawało się, Ŝe nawzajem znają swoje myśli, 

zanim  jeszcze  zostały  wypowiedziane.  Dwa  miesiące  po  ślubie  właściwie  przestali  ze  sobą 

rozmawiać.  A  potem  rozwiedli  się  i  Erica  dodała  szklanego  szakala  do  swojej  kolekcji. 

Doskonały związek nie istniał poza podręcznikami.   

W  kaŜdym  razie,  pomyślała,  nie  popełnię  dwa  razy  tego  samego  błędu.  Nick  i  ona 

całkowicie  się  róŜnili.  Podniecająco  się  róŜnili.  Jakie  zwierzątko  ze  szkła  powinno 

background image

przypominać  ich  wspólne  chwile?  MoŜe  tygrys  –  z  powodu  namiętności?  Albo  mysz  –  w 

związku z jej strachem przed związaniem się? A moŜe złamane serce?...   

– A jak to było z twoją byłą Ŝoną? – spytała. Uniósł brwi.   

– Skąd to skojarzenie? 

– Widziałam wasze rodzinne zdjęcie. Twoja Ŝona jest piękną kobietą.   

–  Bardzo  ładną  –  przytaknął.  –  Wysoką,  szczupłą  blondynką.  Zawsze  wyglądała  jak  z 

Ŝ

urnala. I nigdy nie wychodziła z domu bez makijaŜu.   

Erica skuliła się w fotelu, milcząco przyznając się do swojej całkowitej niewiedzy w tej 

dziedzinie.  Choć  siostry  usiłowały  nauczyć  ją  kobiecych  sztuczek,  nie  potrafiła  opanować 

zawiłości  malowania  oczu  czy  stosowania  podkładu.  Włosy  przycinała  dla  wygody. 

Nienawidziła wysokich obcasów i cienkich rajstop.   

– Inaczej niŜ ja.   

– Jesteś bardzo kobieca – powiedział z Ŝarliwością, która ją zaskoczyła. – Jesteś jedną z 

najbardziej kobiecych kobiet, jakie znam.   

– Jak moŜesz tak mówić? Spójrz tylko na ten pokój.   

–  Kobiecość  nie  polega  na  koroneczkach  i  ozdóbkach.  To  kwestia  osobowości. 

Akceptacja  faktu,  Ŝe  się  jest  kobietą.  Gdy  patrzę  na  ten  pokój,  widzę  opiekuńczą  kobietę, 

która na tyle wierzy w siebie, Ŝe nie przejmuje się opinią sąsiadów. Wiesz, kim jesteś.   

Erica nie była przekonana.   

– Niestety, tego nie widać na zdjęciu.   

– Ale taka jest prawda. Jesteś kobieca. I wiem to, bo ta kobieta w tobie budzi męŜczyznę 

we  mnie.  –  Odchylił  się  do  tyłu  na  krześle  i  splótł  ramiona  na  piersi.  –  Chcę  cię  dotykać. 

Ciągle.  Chcę  czuć  twoje  ciało  w  moich  ramionach.  Chcę  całować  twoje  miękkie,  kobiece 

usta.   

Musiał odwrócić wzrok. Zadarł głowę i wpatrzy! się w sufit. Jak to moŜliwe, Ŝe ona tego 

nie  wie?  Nie  jest  kobieca?  Oczywiście,  róŜni  się  od  jego  byłej  Ŝony.  Catherine  tyle  czasu  i 

uwagi  poświęcała  wyglądowi  zewnętrznemu,  tak  przejmowała  się  formą,  Ŝe  zapominała  o 

treści: o myślach i uczuciach. Była dobrą kobietą i dobrą matką dla Michaela. Ale nie tęsknił 

za nią.   

Opuścił  wzrok  i  spojrzał  na  Erice.  Pod  względem  fizycznym  ona  i  Catherine  bardzo  się 

róŜniły.  Catherine  była  blada  i  wiotka,  a  opalone  ciało  Eriki  emanowało  zdrową  energią. 

Catherine 

lubiła 

manipulować, 

Erica 

była 

bezpośrednia. 

Podniecała 

go 

jej 

samowystarczalność.  Nie  zawahałaby  się  walczyć  o  to,  czego  pragnie.  Marzył,  by  chciała 

właśnie jego.   

–  Mówiąc  krótko  –  stwierdził  –  Catherine  i  mnie  zawsze  będzie  łączyć  miłość  do 

Michaela,  ale  z  naszego  związku  nic  nie  zostało.  Zdaje  się,  Ŝe  pod  koniec  roku  ma  zamiar 

ponownie  wyjść  za  mąŜ,  ale  mnie  to  w  Ŝaden  sposób  nie  dotyka.  Chyba  nie  ma  sensu 

rozmawiać o dawnych związkach.   

– AleŜ ma. – Erica sprzeciwiła się natychmiast.   

–  Uczenie  się  na  doświadczeniach  jest  istotną  cechą  ludzkiego  umysłu.  –  Z  ulgą 

stwierdziła,  Ŝe  moŜe  odwołać  się  do  czegoś,  co  rozumie,  i  dopasować  ich  zachowanie  do 

background image

pewnego  klinicznego  wzorca.  –  Między  ludźmi  i  szympansami  występują  trzy  zasadnicze 

róŜnice  zachowań.  Istoty  ludzkie  instynktownie  nawiązują  porozumienie  za  pomocą  mowy. 

Są w stanie planować daleko w przyszłość. I w końcu, pamiętają daleką przeszłość i potrafią 

wyciągać z niej wnioski.   

– Uhm. – Kiwnął głową, Ŝe rozumie. – No i co? 

–  Jeśli  dowiem  się,  co  było  nie  tak  w  twoim  małŜeństwie,  to  mogę  uniknąć  popełniania 

tych samych...   

– Nagle zamilkła.   

– Mów dalej – zachęcił ją.   

–  Nie.  Trochę  się  zagalopowałam.  –  Na  pewno  nie  miała  zamiaru  wspominać  o 

małŜeństwie.  Skoczyła  na  równe  nogi.  –  Och,  dlaczego  to  wszystko  jest  takie 

skomplikowane? 

– Byłoby prościej, gdybyśmy byli szympansami w dŜungli. Przerzuciłbym cię sobie przez 

ramię i zaciągnął do lasu.   

– Czy nie moŜemy po prostu zostawić spraw swojemu biegowi? 

Pokręcił głową.   

– Wiesz, Ŝe nie. Wczoraj wieczorem twoje ciało mnie chciało, ale coś w twojej głowie nie 

pozwalało ci kochać się ze mną.   

– Potrzebowałam swobody. To naturalne.   

–  Jeśli  potrzebujesz  swobody,  w  porządku.  Nie  będę  naciskał.  Jeśli  chcesz  jechać  do 

Tanzanii, teŜ w porządku. Nie oczekuję, Ŝe dla  mnie rzucisz karierę. Ale pragnę być z tobą, 

Erico.   

–  I  co  to  znaczy?  –  Przeszła  po  matach  i  stanęła  przed  Nickiem,  opierając  ręce  na 

biodrach.  –  Dla  mnie  stały  związek  oznacza  zobowiązania.  A  ja  nie  mogę  się  wiązać.  Nick, 

nie chcę budować gniazda, w którym nie będę mogła zamieszkać.   

– Coś mi się wydaje, Ŝe nie jesteś udomowionym ptaszkiem. Kaczką czy gęsią. – Wstał i 

objął ją w pasie. – Jesteś orłem, Erico. A ja chcę latać u twego boku. Nie będę cię wiązać przy 

ziemi....   

Przyciągnął ją do siebie, ale Erica odchyliła głowę, by spojrzeć mu w twarz. Nawet orły 

potrzebują partnera.   

– Więc związek? 

– Przez duŜe Z. Taka umowa, Ŝe nawzajem nam na sobie zaleŜy.   

– Ale Ŝadnych Ŝądań? – upewniała się. To wydawało się nierealne. – śadnych obietnic? 

– Tylko ta, Ŝe będę się z tobą kochać dwadzieścia razy dziennie.   

– No, nie wiem. – Objęła go. – Dwadzieścia razy dziennie wydaje się raczej mało realne.   

–  Tego  nie  wiesz.  MoŜe  jestem  niezwykłym  okazem,  zdolnym  do  nieograniczonych 

manifestacji  pociągu  płciowego.  UwaŜam,  Ŝe  jako  badacz  naczelnych  powinnaś  sprawdzić 

moje twierdzenie.   

– Twoją przechwałkę – poprawiła go.   

–  Tego  nie  moŜesz  być  pewna  bez  badań  empirycznych.  –  Przesunął  dłońmi  po  jej 

plecach na pośladki i przycisnął do siebie jej biodra. – I co pani na to? 

background image

– W porządku, Nick. Zgadzam się na tymczasowy związek.   

– To znaczy? 

Rozluźniła się i wtuliła w Nicka.   

–  To  znaczy,  Nick,  Ŝe  chcę  być  z  tobą,  póki  mogę.  Pochylił  głowę  i  lekko  ucałował  jej 

wargi.   

– Mam wraŜenie, Ŝe powinienem ci coś dać.   

– O tym samym myślałam. O jakimś pierwotnym, symbolicznym rytuale wymiany.   

Zerknął  na  kosztowny,  złoty  rolex  na  lewym  przegubie.  Bez  wahania  ściągnął  zegarek  i 

włoŜył jej do ręki. Potrząsnęła głową.   

– Jest bardzo piękny, Nick, ale nie mogę go nosić. Jest dla mnie za duŜy. I zdecydowanie 

zbyt kosztowny jak na symboliczny dar.   

Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął klucze. Do kółka, były przyczepione dwa breloczki: 

srebrne  B,  jak  Barron,  i  mały  scyzoryk  z  imitacji  macicy  perłowej  –  niedrogi  drobiazg, 

nagroda w konkursach w wesołym miasteczku.   

–  To  dla  ciebie.  Niech  bezmyślne  słowa  i  uczynki  nigdy  nie  zakłócą  naszego 

tymczasowego związku.   

Przyjęła  prezent  i  objęła  Nicka  za  szyję.  Miała  zamiar  pocałować  go  formalnie  i 

symbolicznie, ale naturalne pragnienie wzięło  górę i Erka przywarła do niego  całym ciałem, 

Ŝ

arliwie smakując jego wargi. Nagle przerwała i odsunęła go na odległość ramienia.   

– Mogę zwolnić tempo. Oddychał cięŜko.   

– Byłoby lepiej.   

–  Mamy  duŜo,  duŜo  czasu.  –  Pragnienia  starczy  na  całe  dni.  Tygodnie.  Wszystko  jest 

chwilowe, oczywiście, ale jest gotowa, by w pełni wykorzystać ten czas. Ich zmysły mogą im 

dostarczyć tyle przyjemności! Zsunęła dłonie po jego piersiach aŜ do paska spodni i zaczepiła 

palcami o szlufki. – Poza tym – szepnęła – ja teŜ muszę ci coś dać.   

– Ty sama, Erico, jesteś wszystkim, czego chcę. Czego potrzebuję....   

– Chodź ze mną.   

Ujęła  go  za  rękę  i  zaprowadziła  do  sypialni.  Z  małego,  aksamitnego  puzderka  wyjęła 

srebrny łańcuszek, który przewlekła przez dziurkę w rączce scyzoryka.   

– PomoŜesz mi go załoŜyć? 

Zapiął łańcuszek na szyi Eriki, pogłaskał jej ramiona i odwrócił ją do siebie.   

– Bardzo dobrze na tobie wygląda – powiedział.   

–  Teraz  moja  kolej  –  stwierdziła.  Z  puzderka  wyjęła  zapasowy  klucz  do  mieszkania. 

Objęła  go  palcami  i  zamyśliła  się.  To  był  znaczący  krok,  ale  jej  wątpliwości  znikły,  gdy 

spojrzała  Nickowi  w  oczy.  –  To  dla  ciebie  –  rzekła,  wkładając  mu  klucz  w  dłoń.  –  Otwiera 

frontowe  drzwi  mojego  domu.  Pojawiaj  się  w  moim  Ŝyciu,  kiedy  masz  ochotę.  Nie  mam 

przed tobą sekretów.   

Trzymał klucz z naboŜną czcią.   

– Dziękuję. Mrugnęła do niego.   

– Jeśli dobrze pamiętam, to nie jest prawdziwe podziękowanie.   

Nie potrzebował dalszej zachęty. Przywarł wargami do jej warg, całując długo i głęboko. 

background image

Uniósł ją w ramionach i zaniósł na łóŜko. Jednak gdy kładł ją ostroŜnie na kapie, Erice naszła 

chęć  zabawy  i  pociągnęła  go  gwałtownie.  Nick  stracił  równowagę  i  upadł  na  nią  całym 

cięŜarem.   

– Co to było? – zapytał.   

– Chcę się z tobą bawić....   

– Czy to jakieś szympansie gry? 

–  W  gruncie  rzeczy  inne  ssaki  naczelne  mają  dość  ograniczony  repertuar  zachowań 

prokreacyjnych. Zabawy seksualne są chyba czysto ludzką domeną.   

Wyciągnęła  mu  koszulę  ze  spodni,  wsunęła  ręce  pod  materiał  i  połaskotała  go.  Nick 

zachichotał.   

– Nie rób tego! 

–  Masz  łaskotki!  –  Erica  była  zachwycona.  Natychmiast  obnaŜyła  swoją  talię.  –  A  ja 

wcale. Spróbuj.   

Połaskotał ją, ale tylko zmarszczyła brwi.   

– To jedynie twój brzuch – zauwaŜył. – A co z podeszwami stóp? 

– W ogóle nie jestem łaskotliwa.   

Zdjął  jej  buty  i  połaskotał  w  podbicie,  ale  nie  miała  chęci  chichotać.  Nick  zdejmował  z 

niej szmatkę po szmatce, usiłując sprowokować Erice do śmiechu. W końcu leŜała przed nim 

całkiem naga.   

Dotykał  lekko  jej  ramion,  piersi,  brzucha,  ud.  DrŜała  pod  tym  dotykiem,  ale  nie  śmiała 

się.   

–  Aha!  –  wykrzyknął  w  końcu.  –  MoŜe  i  nie  masz  łaskotek,  ale  wiem,  co  na  ciebie 

podziała.   

Wypadł z pokoju. Gdy pojawił się ponownie, był nagi, a dłonie chował z tyłu.   

– Jeszcze poŜałujesz, Ŝe zaczęłaś.   

– Wątpię.   

PołoŜył się przy niej i przytrzymał nogą jej nogi.   

– Zamknij oczy.   

Zamknęła. Nick chwycił ją za przeguby i uniósł ręce nad głowę. Otworzyła oczy.   

– Co robisz? 

Pokazał jej, co trzymał za plecami: przezroczystą kostkę lodu.   

– Lepiej nie próbuj, Nick. Mówię serio.   

– Ja teŜ.   

Kostka  lodu  dotknęła  czubka  jej  piersi,  a  Erice  przeszedł  prąd.  Gwałtownie  zaczerpnęła 

powietrza i jęknęła z rozkoszy,  gdy  Nick pochylił się, by zlizać chłód. Obrysował lodem jej 

drugą pierś, dotknął kostką jej warg, narysował długą linię od obojczyka, między piersiami do 

płaskiego brzucha. Zanim dotarł do trójkąta miękkich włosów, Erica cała drŜała. Nie z zimna, 

lecz z pragnienia.   

– Rozpuścił się – powiedział, uwalniając jej dłonie.   

– Ja teŜ.   

Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję,  a  gdy  spotkały  się  ich  nagie  ciała,  ogarnęło  ją  poczucie 

background image

doskonałego  szczęścia.  JuŜ  nie  musiała  się  powstrzymywać.  Mogła  podziwiać  jego  męskie 

kształty, rozkoszować się jego dotykiem.   

Potem  leŜeli  koło  siebie  spokojnie,  a  Erica  zastanawiała  się,  co  będzie  dalej.  Przyszłość 

wyglądała  jak  białe,  nie  zapisane  karty  jej  dziennika.  Sama  je  będzie  musiała  zapełnić.  Na 

horyzoncie  majaczyła  tylko  jedna  chmurka.  Jeśli  uzyska  stypendium  z  Klubu  Poszukiwaczy 

Przygód, będzie musiała opuścić Nicka. Gdy pojedzie do Afryki – a nie miała wątpliwości, Ŝe 

prędzej czy później jej upór przyniesie owoce – pojedzie sama.   

Poruszył się koło niej, budząc jej ciało lekkimi pocałunkami.... Musiałaby być niespełna 

rozumu,  by  z  własnej  woli  wyrzec  się  takiej  przyjemności.  Zacisnęła  dłoń  na  małym 

scyzoryku, który wisiał na łańcuszku na jej szyi.   

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

W  ciągu  następnych  trzech  tygodni  stosunki  między  Ericą  a  Nickiem  z  wolna  przybrały 

formę dość ustalonego wzorca, który, oczywiście, uwzględniał Michaela i Sheenę.   

Codziennie rano Michael jechał z Ericą i Sheeną do zoo, gdzie pomagał przy zwierzętach. 

Erica z radością śledziła jego postępy. Wydawało się, Ŝe z dnia na dzień Michael ma więcej 

wiary w siebie. PoniewaŜ uwolnił ją od wielu rutynowych zajęć, Erica miała więcej czasu na 

zajmowanie  się  Sheeną.  Poza  popołudniowymi  wyprawami  na  wyspę  ssaków  naczelnych, 

zaczęła  równieŜ  przynosić  Javę  do  betonowego  pawilonu.  Niestety,  Sheeną  pozostawała 

nieufna i niechętna, natomiast Java szybko przejmował ludzkie wzorce zachowań.   

Często w porze obiadu pojawiał się Nick. Znalazł maść, która skutecznie leczyła wysypkę 

alergiczną. Poza tym odkrył, Ŝe najbardziej alergogennie działają na niego zwierzęta kopytne: 

osioł,  renifer  i  tak  dalej.  Michael  szybciutko  wykorzystał  te  odkrycia  i  w  ich  domu 

zamieszkały trzy chomiki i szczeniak spaniel ze schroniska.   

Wieczorami  Erica  i  Sheeną  często  jadały  kolacje  z  panami  Barronami  w  zaadaptowanej 

do potrzeb Sheeny suterenie.   

I niemal kaŜdej nocy Nick uŜywał swego klucza do mieszkania Eriki.   

Tylko kilka szczegółów sprawiało, Ŝe nie stali się rodziną, taką, o jakiej marzył Nick. Po 

pierwsze,  zachowali  oddzielne  mieszkania.  Po  drugie,  nigdy  nie  zostawał  do  rana  w 

mieszkaniu Eriki. Późną nocą wprost z ciepłego łóŜka szedł do domu.   

Pewnej  nocy  na  początku  sierpnia  podszedł  nagi  do  okna,  przyglądając  się  pełnemu, 

złotemu księŜycowi przez gęste liście wiązu za oknem.   

– Chcę zostać – powiedział – i obudzić się rano koło ciebie.   

– To brzmi zachęcająco, ale zapewniam cię, Ŝe poranki u mnie w domu nie są szczególnie 

miłe. Sheena budzi się o świcie i jest nieznośna, a ja wychodzę z domu o wpół do ósmej.   

–  Tego  właśnie  chcę.  Być  częścią  wszystkich  tych  nudnych,  rutynowych,  zwyczajnych 

godzin w twoim Ŝyciu.  Naprawdę z tobą mieszkać i Ŝyć.  I chciałbym, Ŝebyś przeprowadziła 

się do mnie.   

– Nie mogę, Nick. Nie z Sheeną. Gdyby mieszkała u ciebie, zapewniam cię, Ŝe w ciągu 

dwóch dni na twoich roślinach nie zostałby Ŝaden listek.   

–  Zostanę  tylko  dzisiaj.  Mógłbym  rano  z  tobą  pojechać,  bo  jutro  i  tak  mam  cały  dzień 

spędzić w zoo.   

– Nie przypominaj mi o tym. Ty i Amanda tak uparliście się na ten dzień promocyjny pod 

koniec miesiąca, Ŝe niczego innego nie moŜna załatwić.   

– Dzień Zoo moŜe dodatnio wpłynąć na stan finansów.   

– A moŜe skończyć się klapą. PowaŜnie, Nick. Wszyscy wolontariusze poprzebierani za 

zwierzęta? To głupie.   

– Nie zmieniaj tematu. Wymień choćby jeden powód, prawdziwy powód, dla którego nie 

powinienem zostać na noc.   

– Michael? 

background image

– Ma szesnaście lat, Erico. Wie, co się dzieje.   

–  Wiedzieć  to  jedno.  –  Uniosła  ręce  nad  głowę  i  ziewnęła.  Nick  wpatrywał  się, 

zafascynowany, w lekki ruch jej piersi. – A dać sobie z tym radę to drugie.   

– Poradzi sobie.   

–  Jesteś  pewien?  Michael  widzi  teraz  we  mnie  przyjaciółkę  i,  mam  nadzieję, 

nauczycielkę. Wie, oczywiście, Ŝe jesteśmy ze sobą, ale wszystko się dobrze układa, więc nie 

widzę powodu, dla którego mielibyśmy coś zmieniać.   

Wydęła  usta  w  nikłym  uśmieszku  i  Nick  jęknął  w  głębi  ducha.  Wiedział  juŜ,  co 

nadchodzi.  Gdy  Erica  chciała  coś  spuentować,  odwoływała  się  zawsze  do  domowych 

powiedzonek, przysłów albo antropologicznych obserwacji.   

– Pozwól mi zgadnąć – powiedział. – Za chwilę usłyszę jakąś wiejską mądrość, prawda? 

– Rzeczywiście, przypomniało mi się pewne powiedzenie.   

Nick westchnął.   

– Moja mama zawsze mówiła do ojca: „Nie naprawiaj tego, co nie jest popsute”. I była to, 

moim zdaniem, bardzo dobra rada. Niestety, ojciec rzadko jej słuchał, więc stodoła była pełna 

poronionych wynalazków.   

– Czy dlatego tak stronisz od ryzyka? Dlatego jesteś taka konserwatywna i pedantyczna? 

– Ja? – Erica gwałtownie usiadła na łóŜku. – Ja jestem konserwatywna i pedantyczna?! 

–  O,  tak  –  zachichotał.  Uwielbiał  się  z  nią  przekomarzać.  Uwielbiał  sposób,  w  jaki 

przechylała  głowę,  gdy  ruszała  do  ataku.  –  Widzisz,  zawsze  chodzisz  ściśle  wytyczonymi 

ś

cieŜkami. Nigdy nie znałem nikogo, kto byłby takim niewolnikiem czasu.   

– Wcale nie bardziej niŜ inni! 

–  Nie?  –  Wyrecytował:  –  Dziewiąta  rano,  nakarmić  wielbłądy.  Dziesiąta  czterdzieści 

dwie, przyprowadzić Javę. Jedenasta osiem, odprowadzić Javę...   

– Regularność i konsekwencja w postępowaniu są bardzo waŜne, gdy ma się do czynienia 

ze zwierzętami.   

–  Natomiast  ja  jestem  męskim  zwierzęciem,  które  chce  postępować  nieregularnie  i 

niekonsekwentnie.   

– Wrócił do łóŜka. – Zostanę do rana.   

Uniosła  dłoń,  by  pobawić  się  włosami  na  jego  piersi.  Taka  odruchowa  poufałość 

sprawiała mu przyjemność. Choć kochanie się z Ericą było zawsze niezwykłym przeŜyciem, 

poznali się juŜ tak dobrze, tak dokładnie.   

–  No,  Erico.  Powiedz,  Ŝebym  został.  Nie  bądź  taka  nieugięta.  –  Pocałował  ją  lekko  w 

czoło. – Nie będziesz Ŝałować.   

– Skoro mówisz, Ŝe jestem niewolnikiem czasu, to znaczy, Ŝe jestem ekspertem. Jeszcze 

nie nadszedł czas, byś nocował. Jeszcze nie. Kiedyś, ale jeszcze nie teraz.   

– Wyciągnęła się na poduszce. – Ale nie mam nic przeciwko temu, Ŝebyś przez najbliŜszą 

godzinę próbował mnie przekonać do zmiany zdania.   

– Ach tak, zgadza się pani? 

– Tak. – W jej oczach odczytał oczekiwanie i śmiech. – Wyzywam cię.   

PołoŜył się koło niej.   

background image

– A ja sprawdzam.   

Zawsze,  gdy  jej  dotykał,  przytulał,  pieścił,  jej  kobiecy  zapach  kusił  go  i  przyciągał, 

wyzywał,  by  stali  się  jednością.  Podniecenie  przychodziło  natychmiast,  z  całą  siłą.  Pod 

dotykiem  jej  ręki  miał  wraŜenie,  Ŝe  za  chwilę  rozpadnie  się  na  miliony  odłamków  czystej 

rozkoszy.  Walczył  jednak,  by  się  powstrzymać,  kontrolować  instynktowne  pragnienie 

rozładowania  napięcia,  poniewaŜ  jeszcze  większą  rozkoszą  było  wspólne  osiąganie  szczytu, 

oglądanie  ekstazy  na  jej  twarzy,  słuchanie  krzyku  rozkoszy,  gdy  ją  w  końcu  wypełniał. 

Uwielbiał przeciągać moŜliwie jak najdłuŜej tę słodką agonię kochania się.   

Potrzebował  tej  kobiety,  więc  nigdy  nie  pozwoli  jej  odejść.  Jak  mogła  w  ogóle  o  tym 

myśleć?  O  wyjeździe  do  Afryki?  Oczyma  duszy  ujrzał  nieprzebytą  dŜunglę,  pełną  węŜy,  i 

zadrŜał. Afryka była zbyt niebezpieczna. Nigdy nie pozwoli jej tam pojechać.   

 

Następnego  dnia  w  zoo  Erica  nie  mogła  sobie  znaleźć  miejsca.  Była  rozdraŜniona,  choć 

nie  wiedziała  dlaczego.  Starała  się  więc  unikać  ludzi,  bo  bała  się,  Ŝe  moŜe  zachować  się 

niesympatycznie.   

Instynktownie  wiedziała,  Ŝe  potrzebuje  zwierzęcego  towarzystwa.  Sheena  była  z 

Michaelem,  więc  Erica  poszła  do  pawilonu  gadów,  gdzie  Patty  oplatała  swym  blisko 

dwumetrowej długości ciałem betonową gałąź w terrarium. Na widok Eriki Patty wysunęła na 

moment język, ale nie poruszyła się.   

– Wyglądasz tak, jak ja się czuję – powiedziała jej Erica. – Bez energii i zniechęcona.   

OkrąŜyła  terrarium,  wyjęła  pytona  i  owinęła  sobie  wokół  ramion.  Starała  się  jak 

najczęściej dotykać węŜy. W zimie, gdy zoo było zamknięte, niektóre mniejsze zwierzęta, w 

tym Patty, przeprowadzały się do miejscowych szkół.... WęŜe, jak i inne zwierzęta, wymagały 

przyjacielskich kontaktów ze swymi opiekunami.   

W  towarzystwie  Patty  poczuła  się  nieco  lepiej.  W  zamyśleniu  gładziła  suchą  skórę 

pytona. Co się z nią właściwie działo? 

Wychodząc z pawilonu gadów z Patty owiniętą wokół szyi, Erica wpadła na Amandę.   

– Jak to miło, Ŝe bierzesz Patty na spacer. Ostatnio wydaje mi się nie w sosie. Jest jakaś 

ponura, zrzędliwa i złości się bez powodu.   

Dwoje dzieci podbiegło do Patty. Amanda pospieszyła uspokoić dorosłych.   

– To Patty, pyton afrykański. Jest naprawdę bardzo miła.   

WąŜ  wysunął  język  i  pozwolił  dzieciom  się  dotknąć.  Zanim  zdąŜył  zebrać  się  tłumek, 

Erica ruszyła szybkim krokiem w kierunku biura. Amanda nie dała się wyprzedzić.   

–  Wiesz,  Erico,  Nick  ma  znakomity  pomysł.  PoniewaŜ  odmówiłaś  przebrania  się  w 

kostium  zwierzęcy  na  Dzień  Zoo,  to  moŜe  zgodziłabyś  się  na  ubranie  w  stylu  safari?  Kolor 

khaki, korkowy hełm? 

– Nie – ucięła Erica. – Nie pomaluję się teŜ na czarno i nie będę tańczyć w przepasce na 

biodrach. Więc dajcie mi spokój.   

– No wiesz, jesteś jedyną osobą, która nie chce się włączyć w przygotowanie imprezy.   

– Moją główną troską, a moŜe moją jedyną troską, jest to, Ŝe zwierzęta zostaną naraŜone 

na niepotrzebny stres.   

background image

Amanda wyciągnęła dłoń, by poklepać węŜa.   

– Doceniam twój stosunek do sprawy, kochanie, ale pamiętaj, Ŝe to jest tylko zoo. A Ŝeby 

to zoo mogło funkcjonować, potrzebuję pieniędzy.   

Erica poczuła się winna. Nie miała zamiaru obraŜać Amandy.   

– Wiem, Ŝe potrzebujesz pieniędzy. Moim zdaniem to nie tylko zoo. Dzięki tobie jest to 

równieŜ rezerwat dla zwierząt, które inaczej musiałyby cierpieć. Amando, nie mam prawa cię 

krytykować.   

– Daj spokój, kochanie. Nie jestem święta.   

– Przepraszam. Nie wiem, co mnie dziś ugryzło. Amanda otworzyła drzwi do biura.   

– Czy są jakieś wieści o stypendium? 

–  Z  tego  zwariowanego  Klubu  Poszukiwaczy  Przygód?  Nie,  na  razie  nie.  A  wiesz,  co 

mnie  w  tym  wszystkim  zdumiewa?  Ze  prawie  mi  juŜ  na  tym  stypendium  nie  zaleŜy.  Z 

kaŜdym mijającym dniem mniej mnie to obchodzi i mam coraz mniejszą ochotę starać się o 

pieniądze z innych źródeł. Nie rozumiem, dlaczego tak jest.   

– Nie rozumiesz? – Amanda usiadła za biurkiem i uśmiechnęła się. – Nie ma nic złego w 

tym,  Ŝe  jest  się  szczęśliwym.  Widziałam  cię  razem  z  Nickiem  i  z  Michaelem.  Zaczynacie 

tworzyć rodzinę.   

– Tego właśnie Nick chce. Ustabilizowanej rodziny.   

– Czy to takie straszne? MoŜe twoje priorytety się zmieniają? 

– Po trzydziestu dwóch latach? Mało prawdopodobne.   

– Erica? – Rozległo się pod oknem.   

– Jestem tutaj, Nick.   

No  i  co  ma  zrobić?  To  tylko  pozory,  Ŝe  tworzą  sympatyczną,  ustabilizowaną  rodzinę. 

Nick  był  nią  zafascynowany.  Erica  natomiast  miała  świadomość,  Ŝe  kobieta,  która  na 

pierwszym  miejscu  stawia  karierę  zawodową,  nie  jest  właściwą  partnerką  dla  Nicka.  Na  jej 

ustach pojawił się chytry uśmieszek. Zobaczymy, co powie Nick o kobiecie, która przyjaźni 

się z węŜami.   

Amanda czytała w jej myślach.   

– MoŜe zabiorę Patty? 

– Nie, Patty tu zostanie.   

– W takim razie ja wychodzę. Amanda i Nick spotkali się w drzwiach.   

–  śyczę  szczęścia  –  powiedziała,  patrząc  mu  w  twarz.  Nick  zmarszczył  brwi,  nie 

rozumiejąc.   

– Co to znaczy „Ŝyczę szczęścia”? 

I  wtedy  zobaczył  Patty.  Znieruchomiał,  wytrzeszczył  oczy.  Cofnął  się  gwałtownie  i 

przywarł plecami do ściany.   

– Wielkie nieba, Erico, co ty wyprawiasz? 

– Wykonuję swoją pracę. Nie pamiętasz? Tym właśnie się zajmuję.   

Postąpiła w jego stronę i patrzyła, jak z determinacją bierze się w garść. Oderwał się od 

ś

ciany  i  spróbował  machnąć  nonszalancko  ręką.  Nie  bardzo  mu  to  wychodziło.  Jego  jabłko 

Adama nerwowo wędrowało w górę i w dół, gdy przełykał.   

background image

–  To  Patty,  pyton  afrykański  –  wyjaśniła  Erica.  –  Michael  ją  lubi.  Miałam  mu  nawet 

zaproponować, Ŝeby spróbował hodować jakiegoś węŜa w domu.   

– Nie w moim domu. Nic z tego.   

– Pomyśl tylko, Nick. Czy nie stanowilibyśmy uroczej gromadki? Ty, ja, Michael i nasze 

gady?  Urocza  rodzinka.  A  moŜe  jednak  nie  jestem  dla  ciebie  tak  idealną  partnerką,  jak 

sądzisz.   

Znowu przełknął nerwowo, ale zrobił krok w jej kierunku. I jeszcze jeden. Nogi miał jak 

z drewna. Zacisnął zęby, uniósł dłoń i dotknął Patty w miejscu, gdzie wdzięcznie owijała się 

wokół ramienia Eriki.   

–  Nie  jest  śliska  –  powiedział  ze  zdziwieniem.  Chciała  mu  pokazać,  jak  bardzo  są 

niedobrani, ale teraz była z niego dumna. Nie była w stanie pojąć, jak moŜna bać się węŜy, ale 

mogła  mu  współczuć.  Były  nawet  pewne  badania  antropologiczne  wskazujące,  Ŝe  lęk  przed 

węŜami był reakcją instynktowną, a nie nabytą. Małpy na wolności takŜe reagowały na węŜe 

strachem.   

– Przepraszam, Nick.   

– Nie ma potrzeby. Powinienem zwalczyć tę fobię.   

– Chciałbyś potrzymać Patty? 

– Nigdy w Ŝyciu.   

Erica odwróciła się, zaniosła Patty na zaplecze biura i włoŜyła ją do torby na węŜe. Gdy 

wróciła, Nick przyglądał jej się niepewnie.   

– Zakładam, Ŝe miałaś jakiś cel w tym niewielkim przedstawieniu? 

Przytaknęła.   

– Ale nie wiem juŜ jaki. Nick, jestem szczęśliwa w naszym związku. I chyba nie muszę 

mówić, Ŝe pod względem fizycznym wszystko jest cudownie. Ale jest w tym wszystkim coś, 

co mnie doprowadza do szaleństwa.   

– Mnie teŜ. – Przysiadł na brzegu biurka Amandy.   

– Naprawdę? Co takiego? 

– Zaczynamy się czuć jak rodzina.   

– Myślałam, Ŝe tego właśnie chcesz, Nick.   

– Moim marzeniem, jak wiesz, jest rodzina osiadła i stabilna. Nie lubię opuszczać twego 

łóŜka  o  północy.  Chciałbym,  Ŝebyś  ty,  ja,  Michael  i  dziesiątki  zwierząt,  które  na  pewno 

sprowadzi, Ŝebyśmy wszyscy byli bezpieczni w jednym domu. Naszym domu.   

– Ale to nie jest mój ideał rodziny. Absolutnie. Ja widzę rodzinę podróŜującą po świecie. 

Wolną, by się rozwijać i rozrastać.   

Nick  objął  ją  ramieniem  i  Erica  musiała  przyznać,  Ŝe  działa  bardziej  uspokajająco  niŜ 

Patty.   

– To jakie mamy rozwiązanie? 

–  Erico,  moja  piękna,  sam  chciałbym  wiedzieć.  MoŜe  nie  ma  Ŝadnego  rozwiązania, 

pomyślała, zdecydowana jednak szukać. Będzie prowadzić obserwacje, opisze je i wyciągnie 

wnioski. Ostatecznie istniało wyjaśnienie kaŜdego wzorca behawiorystycznego. Z wyjątkiem, 

zapewne, miłości.   

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Miłość.   

Kilka dni później Erica siedziała przy biurku w pawilonie małp. Właśnie opisała następne 

spotkanie Javy i Lenny’ego, odłoŜyła pióro i zamyśliła się.   

Oczywiście  miłość  nie  wchodziła  w  rachubę.  Oboje  –  i  Nick,  i  ona  sama  –  unikali 

jakichkolwiek  deklaracji.  Choć  byli  sobie  niezwykle  bliscy,  Ŝadne  nie  wypowiedziało  tych 

dwóch słów: kocham cię.   

Z  wyraźnym  poczuciem  winy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  jednak  w  myślach  dopuszczała 

istnienie uczucia.   

W nocy, gdy leŜeli w łóŜku, myślała „miłość”, ale nigdy nie powiedziała tego głośno. Czy 

Nick postępował tak samo? Dlaczego? W tych  słowach nie ma niczego  magicznego.  Ludzie 

wypowiadają je cały czas.   

Wyrwała kartkę z dziennika i chwyciła za pióro. Spisze swoje uczucia, zanotuje je, jako 

szczególny przejaw zachowania ssaków naczelnych.   

Samica  wykazuje  troskę  o  samca,  a  on  to  odwzajemnia.  W  jego  obecności  jej  serce  bije 

szybciej.  Kontakty  seksualne  sprawiają  obojgu  wiele  przyjemności.  W  towarzystwie  samca 

samica śmieje się częściej, a jej komunikaty werbalne są bardziej oŜywione. Samiec dotyka jej 

często i z czułością. Prawdopodobny wniosek: są zakochani.   

Wyrwała następną kartkę i u góry napisała: 

JednakŜe samica jest bardzo ambitną jednostką. Jej celem jest praca w Afryce, co znaczy, 

Ŝ

e w końcu opuści samca i zerwie łączące ich więzy. Samiec pragnie osiąść w jednym miejscu 

i załoŜyć dom. Samica pragnie wiele osiągnąć. Sama? Nie, niekoniecznie sama.   

Upuściła pióro na biurko. Gdyby w ogóle miała zamiar z kimś dzielić Ŝycie, to z Nickiem. 

Ale musiałby pojechać z nią do Afryki. Znów zaczęła pisać.   

Choć samiec wydaje się powaŜnie traktować ambicje samicy, jest przywiązany do swego 

stylu Ŝycia. Wniosek: brak wniosków. Wymagane dalsze obserwacje.   

Erica odchyliła się do tyłu na krześle i potarła oczy. MoŜe stwarzała sztuczne problemy? 

Ostatecznie  nie  dostała  jeszcze  Ŝadnej  odpowiedzi  z  Klubu  Poszukiwaczy  Przygód  i 

przeczuwała,  Ŝe  odrzucą  jej  wniosek.  Sprawa  podróŜy  do  Afryki  moŜe  się  odwlec  na  lata, 

więc  pewnie  powinna  odpręŜyć  się  i  czerpać  jak  najwięcej  radości  z  bezterminowego  stanu 

zawieszenia,  który  jest  znośny,  a  właściwie  przyjemny,  dzięki  godzinom  spędzanym  z 

Nickiem.   

Rzuciła  okiem  na  zegarek.  Osiem  po  trzeciej.  Pora  na  codzienną  wyprawę  Sheeny  na 

wyspę. Gdzie jest Michael? I gdzie jest Sheena? Zamknęła dziennik i pospieszyła do biura.   

– Amando? Czy widziałaś Michaela albo Sheenę? 

– Myślałam, Ŝe Sheena jest z tobą. Nick tu wpadł jakieś pół godziny temu i zabrał ją.   

– Co takiego!? Czy powiedział, dokąd idzie? Amanda potrząsnęła przecząco głową.   

Erica  wybiegła  z  biura.  Co  się  tu  dzieje?  Michael  pewnie  wie,  co  jego  ojciec  zamierza 

zrobić.  Ale  gdzie  jest  Michael?  Pobiegła  w  stronę  wyspy  naczelnych.  Po  chwili  dostrzegła 

background image

chłopaka kucającego za krzakiem.   

– Michael! 

Powoli i ostroŜnie, by nie przestraszyć Javy, uniósł dłoń i pomachał.   

–  Michael,  chodź  tu  natychmiast.  Posłusznie,  choć  niechętnie,  wycofał  się  z  wyspy  i 

przeszedł  przez  fosę.  Erica  zauwaŜyła,  Ŝe  nie  spieszył  się,  a  na  jego  twarzy  malowało  się 

poczucie winy. Był jeszcze w wodzie, gdy wybuchneła: 

– Gdzie jest Sheena? Co się tu dzieje? 

– Tata cię nie znalazł, co? 

– Nie, nie znalazł.   

–  To  był  głupi  pomysł.  Naprawdę  głupi.  Złapała  go  za  rękę  i  szarpnięciem  zmusiła  do 

wyjścia na brzeg.   

– Rozumiem, Ŝe twój ojciec gdzieś Sheenę zabrał. Chcę wiedzieć dokąd. I dlaczego.   

–  Do  wesołego  miasteczka.  Dziś  po  południu  przychodzą  te,  no  wiesz,  specjalne  dzieci. 

Tata sądził, Ŝe ucieszą się, jak poznają Sheenę.   

Erica była wściekła. Jak on śmiał! Dlaczego  w ogóle zakładała, Ŝe Nickowi choć trochę 

zaleŜy na jej osiągnięciach zawodowych? Wyraźnie pokazał, Ŝe nie bierze jej powaŜnie.   

– Jesteś wściekła – zauwaŜył Michael.   

Patrzył na nią jak zbesztany szczeniak i Erica postarała się opanować gniew. Nie powinna 

wyładowywać się na Michaelu.   

–  Nie  jestem  zła  na  ciebie.  Tylko  Ŝe  twój  ojciec  lekcewaŜy  wszelkie  moje  wysiłki.  Jak 

moŜe  ją  zachęcać  do  zabawy  z  dziećmi?  Wie,  jak  cięŜko  pracuję,  by  włączyć  Sheenę  w 

gromadę...   

– Jak cięŜko pracujemy – poprawił ją nieśmiało Michael. – Ty i ja.   

– Masz rację. – Poklepała go po ramieniu. – Michael, to nie twoja wina. Jakoś to będzie. 

Czy moŜesz nakarmić szympansy? I powiedz Amandzie, Ŝe wyjeŜdŜam.   

– Dobrze. A co masz zamiar zrobić? 

– Jadę do wesołego miasteczka – oznajmiła spokojnie. – Odnajdę twego ojca.  I połamię 

mu kości.   

– Słuchaj, tata nie chciał zrobić nic złego. Naprawdę. Z Sheeną będzie wszystko dobrze. 

No wiesz, chodzi mi o to, Ŝe juŜ się lepiej zachowuje. Jak wczoraj, kiedy pozwoliła Javie się 

dotknąć. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.   

Erica  przyjrzała  się  chłopcu.  Miał  oczy  tego  samego  koloru  co  ojciec,  ale  była  w  nich 

jakaś bezbronność, którą rzadko dostrzegała w oczach Nicka.   

– Michael, chcę, byś wiedział, Ŝe bez względu na to, co się stanie między twoim ojcem a 

mną, zawsze będzie dla ciebie miejsce tu w zoo. Masz duŜy talent do pracy ze zwierzętami i...   

–  Ale  to  ma  znaczenie  –  przerwał  jej.  –  To  waŜne,  co  dzieje  się  między  tobą  a  tatą.  – 

Bezbronność  w  jego  oczach  zmieniła  się  w  strach.  Uzasadniony  strach.  Erica  nie  mogła 

obiecać mu szczęśliwego zakończenia tej historii. – To ma znaczenie. Ja naprawdę cię lubię, 

Erico.   

–  Wiem,  Michael.  Dla  mnie  to  teŜ  ma  znaczenie.  –  Jej  twarz  złagodniała.  –  Pogadamy 

jutro, dobrze? 

background image

– Dzięki. – Uśmiechnął się.   

Erica pognała do samochodu i ruszyła do Denver.   

W głębi ducha miała świadomość, Ŝe jej tymczasowy związek z Nickiem miał wpływ nie 

tylko  na  ich  Ŝycie.  Podczas  gdy  ona  i  Nick  wypróbowywali  swoje  wersje  modelu  rodziny, 

Michael  stał  z  boku  i  przyglądał  się  bezradnie,  czekając  na  wynik.  Jak  będzie  się  czuł,  gdy 

Erica wyjedzie do Afryki? Opuszczony?

 

Porzucony? 

Choć nie dostrzegała między nimi więzi typu matka – syn, nie była pewna, czego Michael 

od niej oczekiwał. MoŜliwe, Ŝe codzienna wspólna praca w zoo stworzyła między nimi zbyt 

ś

cisłe więzi. MoŜe Michael powinien spędzać więcej czasu z młodzieŜą Nigdy się jednak nie 

skarŜył na długie godziny spędzane w zoo, a jego entuzjazm rósł z dnia na dzień.   

Zanim  dojechała  na  parking  dla  pracowników  wesołego  miasteczka,  jej  gniew  na  Nicka 

się  rozwiał.  Jednak  z  całej  siły  trzasnęła  drzwiczkami.  MoŜe  połamie  Nickowi  tylko  część 

kości.   

Odnalazła  go  w  pawilonie  parkowym,  siedzącego  z  Sheeną  pośrodku  kręgu  dzieci. 

Michael określił je jako „specjalne dzieci”. Teraz Erica zrozumiała dlaczego. Troje siedziało 

w  wózkach  inwalidzkich.  Inne  miały  bandaŜe,  łupki  i  kule.  Znajdowało  się  tam  równieŜ 

czworo dorosłych.   

Erica stanęła, oparła się o drewniany, biały filar, i przyjrzała całej scenie. Przeświecające 

przez aŜurowy dach słońce rzucało jasne błyski na twarze dzieci.   

– Sheena nie jest zwyczajną małpą – mówił Nick. – Jest małpą człekokształtną. I w ogóle 

jest  bardzo  do  nas  podobna.  Jeśli  ktoś  ją  uderzy,  będzie  ją  bolało  albo  się  rozzłości.  I  moŜe 

oddać. Albo ucieknie i schowa się.   

PowaŜne  przytaknięcia  dzieci  spowodowały,  Ŝe  Erice  ścisnęło  się  serce.  One  wiedziały, 

co to ból.   

–  Jak  ona  wygląda?  –  spytał  chłopiec,  którego  białe  oczy  patrzyły  ślepo  w  dal.  –  Czy 

mogę jej dotknąć? 

Nick podprowadził szympansicę do niewidomego dziecka i połoŜył jego  małą rączkę na 

ramieniu  Sheeny.  Chłopiec  gładził  ją,  poznając  palcami  kształt  jej  głowy  i  ramion.  Sheena 

stała nieruchomo, patrząc na dziecko.   

– Ma długie ręce – powiedział chłopiec. – Ale na pewno jest ładna.   

Sheena  objęła  chłopca  długimi,  włochatymi  ramionami  i  złoŜyła  mu  na  policzku  mokry 

pocałunek. Chłopiec zachichotał.   

– Ja teŜ ciebie kocham, Sheeno.   

Nick  cierpliwie  podchodził  kolejno  do  dzieci,  pozwalając  kaŜdemu  zapoznać  się  z 

Sheeną.   

–  Potrafi  zaczepić  się  palcami  u  nóg  i  wisieć  głową  w  dół  –  opowiadał.  –  I  jest  bardzo 

silna.   

– Jak King Kong? – zapytała dziewczynka na wózku inwalidzkim.   

–  Tamta  historia  nie  była  prawdziwa.  Małpy  rzadko  atakują  człowieka.  I  nigdy  nie  są 

takie wielkie jak King Kong.   

–  Ale  są  niegrzeczne.  Widziałam  film  o  szympansach.  Ciągle  coś  broiły.  Gorzej  niŜ 

background image

dzieci.   

Erica zauwaŜyła, Ŝe Sheena zaczyna być niespokojna, i zdecydowała, Ŝe pora przyłączyć 

się do grupy.   

– Nie tylko szympansy i dzieci potrafią być niegrzeczne – powiedziała, rzucając Nickowi 

przelotne,  gniewne  spojrzenie.  –  Czasami  dorośli  teŜ  coś  nabroją.  –  Ujęła  dłoń  Sheeny.  – 

Mam na imię Erica i pracuję w Ogrodzie Zoologicznym. Sheena mieszka razem ze mną.   

– Na pewno jest strasznie nieporządna.   

– Masz rację. Chcecie jeszcze coś wiedzieć? 

– Czy Sheena zna jakieś sztuczki? 

– Sheena nie jest zwierzęciem cyrkowym, a ja ją niczego nie uczyłam. – Opowiedziała o 

ucieczce szympansicy przez okno. – Bardzo sprytnie wykombinowała, jak otworzyć zapadkę. 

I zachowała się bardzo niegrzecznie, uciekając.   

– Czy dostała w pupę? 

– Nigdy nie biję Sheeny. Z dwóch powodów. Po pierwsze, dla niej nie ma znaczenia, co 

moim zdaniem jest dobre, a co złe, bo ja nie jestem szympansem. Po drugie, jest bardzo silna. 

Gdyby przyszło jej do głowy oddać, wyniknęłaby niezła bójka.   

Jakby  dla  zilustrowania  słów  Eriki,  Sheena  podskoczyła  kilka  razy,  wydając  donośne, 

pohukujące dźwięki.   

– Co ona mówi? 

–  Ona  nie  potrafi  mówić  w  taki  sposób  jak  my,  ale  ten  dźwięk  wydają  szympansy 

nawołujące się w dŜungli. Niestety oznacza to, Ŝe na nas pora.   

Sheena poŜegnała się grzecznie i Erica wyprowadziła ją na zewnątrz. Nick przyłączył się 

do nich.   

– A ja, czy dostanę klapsa? 

– NaleŜy ci się! Wiesz, Ŝe nie powinieneś zabierać Sheeny, ale to zrobiłeś. – Spojrzała ze 

złością  na  jego  roześmianą  twarz.  –  Naprawdę,  Nick!  Mógłbyś  mieć  na  tyle  poczucia 

przyzwoitości, Ŝeby się zawstydzić.   

–  Wcale  nie  jest  mi  przykro.  Te  dzieci  zasługują  na  coś  więcej  niŜ  przejaŜdŜka  na 

karuzeli. Widziałaś, jakie były ucieszone? 

– Widziałam.   

Przy  wierzbie  płaczącej  posadziła  sobie  Sheenę  na  biodrze  i  mocno  objęła  przed 

wyjściem na ruchliwy deptak. Nick zrobił źle, zabierając Sheenę bez pytania, ale jego pomysł, 

by sprawić dzieciom niespodziankę, nie zasługiwał na potępienie.   

–  Erico,  gdybym  ci  powiedział,  Ŝe  chcę  pokazać  Sheenę  kilkorgu  kalekim  dzieciom, 

pozwoliłabyś jej przyjść? 

Przygryzła wargę.   

– Chyba tak. Ale nie jestem pewna.   

Po raz drugi tego dnia uświadomiła sobie, Ŝe właściwie nie zna się na ludziach. W jakiś 

sposób  przypominało  to  kłopoty  Sheeny  z  innymi  szympansami.  Obie  były  niedopasowane, 

nie rozumiały własnego gatunku.   

Nie,  pomyślała,  to  nie  to  samo.  Ona  sama  dokonuje  powaŜnych,  przemyślanych 

background image

wyborów.  Ograniczenie  kontaktów  Sheeny  z  innymi  ludźmi  jest  waŜne  dla  jej  badań.  A 

badania są jej Ŝyciem. Czy  Nick to rozumie? Pierwszy raz zrobił coś, co sugerowało, Ŝe nie 

traktuje je pracy całkiem serio.   

Jednak  na  jego  plus  naleŜało  zapisać,  Ŝe  powodowała  nim  chęć  dania  chorym  dzieciom 

chwili rozrywki.   

Erica skierowała się w stronę parkingu. Nick złapał ją za ramię.   

– Chodź do mojego biura.   

– Nie, Nick. Byłam na ciebie wściekła. Teraz czuję się jak zła czarownica. Lepiej, Ŝebym 

na trochę została sama.   

– Proszę cię, Erico. Nie bez powodu....   

–  Nie.  Powiedziałam  ci,  co  czuję,  i  chcę,  byś  to  uszanował.  Nawet  jeśli  nie  honorujesz 

moich zawodowych decyzji – dodała ciszej.   

–  Dobrze  –  wzruszył  ramionami.  –  To  dość  waŜne,  ale  widzę,  Ŝe  jesteś  w  jednym  ze 

swoich humorów, Ŝe bez kija nie przystąp, więc dajmy temu spokój.   

– Jak bardzo jest to waŜne? 

– Musisz przyjść do biura, Ŝeby się dowiedzieć.   

–  Pocałował  ją  lekko  w  czoło,  podrapał  Sheenę  za  uchem  i  odszedł.  –  Do  zobaczenia 

później.   

– Nie moŜesz mi po prostu powiedzieć? – zawołała za nim.   

– Nie. – Nie zatrzymał się.   

Powinna z nim pójść czy zostać sama? Och, do diabła, później moŜe pobyć sama.   

– Czekaj, Nick! Idę z tobą! 

Dogoniła  go  i  szła  obok,  patrząc  prosto  przed  siebie,  by  nie  widzieć  zadowolonego 

uśmieszku na jego twarzy.   

– Ciekawość zwycięŜyła, co? 

– Chyba i tak powinnam z tobą porozmawiać.   

– Poprawiła sobie Sheenę na biodrze. – O Michaelu.   

– A co z nim?.. Czy coś się stało? 

– Jeszcze nie. Ale był dziś bardzo nieszczęśliwy, gdy zagroziłam, Ŝe połamię ci kości.   

Nick roześmiał się z ulgą.   

– I to wszystko? 

–  Nie.  Musimy  powaŜnie  porozmawiać  o  wpływie  naszej  znajomości  na  twego  syna. 

Dzisiaj  zdałam  sobie  sprawę,  jak  bardzo  nasze  niezdecydowanie  moŜe  go  boleć.  Przywiązał 

się do mnie w sposób, który nie ma nic wspólnego z naszą pracą w zoo. Jakby chciał myśleć o 

mnie jak o matce. A nie moŜe, bo ty i ja nie podejmujemy decyzji.   

– Aha.   

– I tylko tyle masz do powiedzenia? – Erica spojrzała na Nicka. – Ja się martwię, Ŝe twój 

syn zaczyna mieć problemy, a ty mówisz „aha”? 

– To mniej więcej oddaje moje uczucia.   

– Równie dobrze mogłabym rozmawiać z Sheeną. Sheena zajrzała jej w twarz i zahukała.   

– Nick, istoty ludzkie podobno potrafią się porozumiewać.   

background image

Poprowadził ją obrzeŜoną tulipanami ścieŜką do swego biura w wiatraku.   

– Najpierw pozwól mi pokazać, co tu mam. Weszli do chłodnego, cichego wnętrza. Nick 

podszedł do biurka.   

–  Zanim  tu  przyjechałem,  wpadłem  do  twego  mieszkania  po  szelki  i  smycz  dla  Sheeny. 

Akurat pojawił się listonosz i dał mi pocztę do ciebie.   

Wyciągnął w jej stronę kopertę.   

Erica  odpięła  smycz  i  pozwoliła  szympansicy  swobodnie  biegać,  zanim  sięgnęła  po 

kopertę i zobaczyła adres nadawcy: Klub Poszukiwaczy Przygód.   

– Oooch – jęknęła. – To od nich.   

– Tak, to od nich.   

Nieprzytomnym wzrokiem wpatrywała się w Sheenę, która podeszła do lodówki i wydała 

dźwięk  oznaczający  dobre  jedzenie.  Nick  otworzył  drzwi  lodówki,  a  Sheena  natychmiast 

porwała  dwa  jabłka.  Erica  była  świadoma  tego,  co  się  wokół  niej  dzieje,  ale  równocześnie 

czuła się, jakby była daleko stąd.   

Nick stanął obok i pomachał dłonią przed jej twarzą.   

– Ziemia do Eriki. Jak mnie słyszysz? 

–  Co  takiego?  Ach,  tak,  tak,  oczywiście.  Zaczęła  otwierać  kopertę,  ale  zamarła  w  pół 

gestu.   

– No? – ponaglił ją. – Nie masz zamiaru otworzyć? 

– A jeśli to odmowa? – Patrzyła tępo przed siebie. – Och, Nick, nie masz pojęcia, ile razy 

przez  to  przechodziłam.  Trzymałam  kopertę,  całym  sercem  mając  nadzieję.  A  potem  w 

ś

rodku znajdowałam odmowę. Co prawda ubraną w miłe słówka, ale odmowę.   

Objął  ją  delikatnie,  a  Erica  z  wdzięcznością  oparła  się  o  jego  pierś.  W  objęciach  Nicka 

znalazła pociechę, ale nie miało to wpływu na zawartość listu. List został napisany, a listy nie 

zmieniają treści jak za dotknięciem róŜdŜki czarodziejskiej.   

– JuŜ dobrze, Erico. – Gładził jej drŜące ramiona.   

–  Została  mi  jeszcze  tylko  jedna  moŜliwość  uzyskania  stypendium.  Więc  jeśli  to  jest 

odmowa...   

– Nie dowiesz się, póki nie otworzysz listu.   

–  Masz  rację.  –  Wyzwoliła  się  z  jego  objęć,  rozerwała  kopertę  i  wyciągnęła  pojedynczą 

kartkę  papieru.  Kolana  ugięły  się  pod  nią  i  opadła  na  krzesło,  niezdolna  stawić  czoło 

następnej  poraŜce.  Nie  potrafiła  skupić  wzroku  na  słowach  listu.  Widziała  tylko  akapity, 

linijki i nagłówek: „Droga pani Swanson”. Wyciągnęła kartkę do Nicka.   

– Czy moŜesz przeczytać to na głos? Nick wziął list do ręki.   

– „Pani referat i slajdy były bardzo interesujące. Dlatego teŜ starannie rozwaŜyliśmy pani 

propozycję”.   

–  To  odmowa  –  jęknęła.  Doskonale  znała  te  formułki.  Najpierw  uprzejme  słowa  o  tym, 

jak  niezwykle  ciekawa  jest  jej  propozycja,  potem  wyrazy  Ŝalu.  Odchyliła  się  na  krześle  i 

zamknęła  oczy.  –  No  dobra,  następnym  razem  będę  miała  więcej  szczęścia.  I  następnym.  I 

następnym.  Do  diabła,  Nick,  jak  długo  to  musi  trwać?  He  milionów  podań  muszę  wysłać, 

zanim ktoś da mi szansę? 

background image

–  „Klub  Poszukiwaczy  Przygód  zadecydował  ostatecznie  o  przyznaniu  Pani  środków 

finansowych na wyjazd do Tanzanii i roczny tam pobyt w celu załoŜenia placówki badawczej. 

Fundusze będą przekazane pierwszego września”. – Nick ukląkł przy krześle Eriki. – Dadzą 

ci pieniądze, Erico.   

– Och.   

Czy dobrze go zrozumiała? NiemoŜliwe. Tak bardzo chciała usłyszeć te właśnie słowa, Ŝe 

chyba sobie wszystko wymyśliła. W głowie jej huczało.   

–  Piszą  tu  jeszcze  o  ogromnej  roli  etologii  i  badań  nad  naczelnymi  oraz  stosunków 

człowieka i małp, a takŜe nad zachowaniem naturalnego środowiska. Chcą, Ŝebyś na miejscu 

zorientowała się w politycznych moŜliwościach objęcia lasów tropikalnych strefą ogromnych 

parków narodowych.   

– Och. Ujął jej dłoń.   

– Ziściły się twoje marzenia.   

–  Jesteś  pewien?  –  Wyrwała  mu  z  ręki  list  i  sama  go  przeczytała.  Dadzą  jej  pieniądze. 

Sfinansują wyjazd i badania. Uwierzyli w nią. Udało się! 

– Erico, dobrze się czujesz? Jesteś blada.   

–  Udało  mi  się!  –  Wyskoczyła  z  krzesła  jak  rakieta  i  wydała  triumfalny  okrzyk. 

Podskakiwała na miejscu, krzycząc z radości. – Udało mi się! To się dzieje naprawdę. Jadę do 

Afryki.   

Nick  wstał,  a  Erica  rzuciła  mu  się  w  ramiona,  oplatając  rękoma  kark,  a  nogami  biodra  i 

przywierając  do  niego  jak  szympans.  Pocałowała  go  mocno  i  puściła,  pobiegła  do  Sheeny  i 

uściskała ją.   

–  Zobaczę  wszystkich  twoich  afrykańskich  krewnych,  Sheena.  Będę  z  nimi  mieszkać 

przez cały rok! 

Szympansica  odsłoniła  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  Erica  roześmiała  się  i  wróciła  do 

Nicka.   

– WyjeŜdŜam za trzy tygodnie! Och, a tyle jeszcze mam do zrobienia.   

– Dasz sobie radę.   

Przyglądał  się,  jak  podskakuje,  śmieje  się  i  krzyczy.  Podniecenie  sprawiło,  Ŝe  oczy  jej 

błyszczały,  a  skóra  jaśniała.  Nie  przestawała  mówić  o  pakowaniu,  zakupach.  Była  taka 

piękna! MoŜe trochę zwariowana, ale piękna.   

Uśmiechnął  się.  Najwyraźniej  nie  zastanawiała  się,  co  się  stanie  z  ich  związkiem,  ale 

mógł jej to wybaczyć. Nieczęsto spełniają się marzenia.   

– Bardzo się cieszę, Erico. Czy pójdziemy gdzieś dziś wieczór, Ŝeby to uczcić? 

– Tak. Ty, ja i Michael.  I mam ochotę na stek.  Nie na małpią mieszankę,  nie na sałatkę 

owocową, ale wielki, soczysty stek.   

– A jak jest z Ŝywnością w Tanzanii? 

–  Nie  najgorzej  w  bardziej  cywilizowanych  rejonach.  Ale  ja  pewnie  będę  sama  sobie 

gotowała.   

–  Zaraz,  zaraz.  Nie  masz  chyba  zamiaru  mieszkać  kompletnie  sama  w  pełnej  węŜów 

dŜungli w głębi Afryki? 

background image

–  Czy  nie  słuchałeś  mego  referatu?  Będę  w  kontakcie  z  innymi  placówkami,  ale  mam 

zamiar  załoŜyć  własny  obóz  w  celu  badania  zwyczajów  związanych  z  zalotami,  tworzeniem 

więzi  i  zakładaniem  rodziny.  Oczywiście  w  mojej  propozycji  przewidziałam  fundusze  na... 

jednego asystenta i jednego pomocnika na pół etatu. – Obróciła się, by spojrzeć mu w oczy. – 

Chyba się o mnie nie martwisz, co? 

Przyjrzał  się  stojącej  przed  nim  ciemnookiej  kobiecie.  Ze  splecionymi  na  piersi 

ramionami,  na  lekko  rozstawionych  nogach,  wyglądała  na  zdolną  do  zmagań  z  całym 

ś

wiatem. Ale czy naprawdę była w stanie to zrobić? Oczywiście, Ŝe się o nią martwił. Bał się, 

Ŝ

e juŜ do niego nie wróci.   

– Będę za tobą tęsknił.   

– Och, Nick. Opuszczam cię.   

– Na to wygląda – kiwnął głową.   

–  Nasz  tymczasowy  związek...  –  Coś  się  w  niej  załamało,  jej  szczęście  zadrŜało  w 

posadach. To powinien być najcudowniejszy moment w jej Ŝyciu, cel, do którego dąŜyła, był 

tuŜ, tuŜ... A jednak wspaniałą przyszłość przesłaniał głęboki smutek.   

Nagle poczuła, Ŝe wcale nie chce jechać.   

Oparła czoło o pierś Nicka i zaszlochała. Ale Ŝadne łzy nie były w stanie ukoić głębokiej, 

przenikającej ją rozpaczy.   

– Jak mogę cię zostawić, Nick? 

– Wiedzieliśmy, Ŝe ta chwila nadejdzie. Jeśli nie dzisiaj, to jutro, pojutrze, wkrótce.   

–  Pojedź  ze  mną.  –  Uniosła  zalaną  łzami  twarz  i  spojrzała  mu  w  oczy  błagalnie.  – 

Mógłbyś być moim asystentem.  I Michael. PrzeŜylibyśmy  cudowną przygodę. Proszę, Nick. 

Powiedz, Ŝe ze mną pojedziesz.   

– Nie mogę.   

–  Oczywiście,  Ŝe  moŜesz.  Przynajmniej  na  zimę.  PrzecieŜ  zamykasz  wesołe  miasteczko 

na zimę, prawda? 

– Tak. We wrześniu jesteśmy otwarci tylko w weekendy, a potem... ogród jest zamknięty 

na sześć miesięcy.   

–  No  widzisz  –  powiedziała  z  entuzjazmem,  ocierając  łzy.  –  Więc  pojedziesz  ze  mną. 

Och, Nick, będzie wspaniale. Nie mogę się juŜ doczekać...   

– Nie, Erico – powiedział stanowczo.   

– Ale to jest moŜliwe! To i owo trzeba będzie załatwić, ale moŜemy...   

– To twoje marzenie, Erico. Nie moje.   

Jego słowa zabrzmiały ostro, jak policzek. Erica odsunęła się. Czy ją odrzucał? Naprawdę 

nie dbał, co się z nimi stanie? 

WciąŜ  wpatrzona  w  jego  twarz,  cofała  się,  potrząsając  głową.  To  nie  moŜe  być.  To  nie 

dzieje  się  naprawdę.  Jej  uczucia  dla  niego,  uczucia  tak  bardzo  przypominające  miłość,  były 

zbyt silne. Nie mogą być jednostronne. Nick musi coś do niej czuć. Musi. Nie mogła aŜ tak 

bardzo się pomylić.   

MoŜe nie zrozumiała go dobrze.   

– Nick? 

background image

– Nie chcę z tobą jechać, Erico.   

Czy to poŜegnanie? Erica poczuła się nagle wyczerpana. Cale Ŝycie dąŜyła do tej chwili. 

Od  dzieciństwa,  kiedy  wczytywała  się  wielokrotnie  w  strony  „National  Geographic”,  po 

pierwszą wyprawę nad rzekę Gombe, planowała dla siebie Ŝycie wypełnione nauką.   

Podniosła  szympansicę,  zapięła  jej  smycz  i  wyszła  z  biura  Nicka  w  ostre  słońce.  Sama. 

Tylko Sheena dotrzymywała jej towarzystwa.   

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Erica udawała, Ŝe nie słyszy natarczywego dzwonka telefonu, w końcu wyłączyła aparat. 

Nakarmiła  Sheenę  i  zaprowadziła  ją  do  pokoju  słuŜącego  szympansicy  za  sypialnię,  gdzie 

zabawki były rozrzucone po całej podłodze, a z sufitu zwieszały się dwa hamaki. Zazwyczaj 

Sheena  wolała  spać  na  podłodze,  ale  dziś  wskoczyła  do  hamaka  i  zwinęła  się  w  kłębek,  z 

nogami wyŜej głowy.   

–  Zdaje  się,  Ŝe  dzisiejsze  doświadczenia  nie  wpłynęły  na  ciebie  negatywnie,  co?  – 

stwierdziła  Erica,  sprawdzając  siatkowe  zabezpieczenia  na  oknach.  Sheena  nie 

odpowiedziała, była zbyt zajęta przyglądaniem się swojej lewej stopie. – No to dobranoc. Śpij 

dobrze.   

Zgasiła  światło  i  zamknęła  drzwi.  Teraz  ruszyła  do  swojej  sypialni  i  nie  zdejmując 

uniformu, rzuciła się na łóŜko. Wydawało jej się, Ŝe od rana minęła juŜ cała wieczność. Tyle 

zmian  w  ciągu  jednego  dnia!  Nie  była  juŜ  tą  samą  kobietą,  która  obudziła  się  o  świcie. 

Budziła  się  bowiem  z  myślą  o  Nicku.  No  i  oczywiście  o  stypendium.  Nie  było  ani  jednego 

dnia, w którym nie rozwaŜałaby moŜliwości wyjazdu do Afryki.   

Teraz  straciła  Nicka,  zyskała  moŜliwość  wyjazdu.  Była  równocześnie  rozradowana  i 

przygnębiona.   

Włączyła  stojące  przy  łóŜku  radio,  nałoŜyła  słuchawki  i  nastawiła  muzykę.  Rytm  rocka 

pulsował w jej mózgu.   

– Och, Nick. – Wyłączyła radio.   

Na półeczce na ścianie błyszczała kolekcja szklanych figurek. Jej triumfy i jej klęski.   

Miała  szesnaście  lat,  gdy  pierwszy  raz  się  zakochała.  Pół  Ŝycia  temu.  Wtedy  właśnie 

zapoczątkowała  swoją  kolekcję,  kupując  malutką  szklaną  róŜę  jako  symbol  kwiatów,  które 

dostała od swego  chłopaka. Dotknęła figurek.  Lew, niedźwiedź, myszka i szympansy.  Kilka 

małych  ludzików:  jeden  z  parasolem,  jeden  w  sombrero,  jeden  grający  w  tenisa.  I  symbole 

róŜnych wydarzeń: łódka, samolot, stokrotka i studnia Ŝyczeń.   

Wyglądało  na  to,  Ŝe  najwaŜniejsze  wydarzenia  jej  Ŝycia  wiązały  się  albo  z  karierą 

zawodową,  albo  z  poszukiwaniem  miłości.  Teraz  jej  kariera  ruszyła  ostro  do  przodu.  A 

miłość?  Nie  moŜe  nawet  nazwać  tego  miłością.  Utrzymywała  tymczasową  znajomość,  która 

juŜ przekwita, umiera boleśnie, zresztą zgodnie ze swoją naturą.   

– Nie będę juŜ więcej płakać – obiecała sobie. Chwyciła szlafrok i nocną koszulę i poszła 

do  łazienki  odkręcić  kurki  nad  wanną.  Nieczęsto  pozwalała  sobie  na  taki  luksus. Jej  napięty 

rozkład dnia i stały brak czasu zmuszał ją do szybkich pryszniców.   

Dziś jednakŜe miała ochotę na kąpiel w wodzie tak gorącej, jak tylko uda jej się znieść. 

Jeszcze  nie  zdąŜyła  zdjąć  z  siebie  ubrania,  a  juŜ  lustro  łazienkowe  było  zaparowane.  Erica 

wycisnęła trochę olejku jaśminowego do wody i zanurzyła się w gorącej kąpieli.   

Powoli  przyzwyczajała  się  do  wysokiej  temperatury,  pozwalając  pachnącej  wodzie 

rozluźniać  napięte  mięśnie.  Oparła  głowę  o  krawędź  wanny  i  wdychała  kwiatowy  aromat. 

Gorąca  para  wnikała  w  pory  skóry,  działając  uspokajająco.  Matka  Eriki  zawsze  mówiła,  Ŝe 

background image

miła, gorąca kąpiel jest najlepsza na wszystkie problemy.   

Usłyszała pukanie do drzwi łazienki.   

– Erica? 

– Nick? – Wstrzymała oddech. – Co ty tu robisz? 

– Mam ci coś do powiedzenia. Mogę wejść? 

– Nie, nie moŜesz. – Zsunęła się w wodę aŜ po brodę. – Idź sobie.   

– Dobrze – powiedział i otworzył drzwi.   

Szybkim  ruchem  Erica  zaciągnęła  zasłonkę  prysznica  wokół  wanny.  Była  z 

przezroczystego  plastiku  i  nie  zasłaniała  niczego.  To  dziwne,  ale  poczuła  zaŜenowanie.  Ten 

męŜczyzna  poznał  wszystkie  tajemnice  jej  ciała,  setki  razy  widział  ją  nagą,  ale  teraz  chciała 

skryć się przed jego wzrokiem. ZałoŜyła ręce na piersi i wyjrzała nad brzegiem wanny.   

– Idź stąd, Nick.   

– Nic z tego.   

– Nie chcę cię widzieć.   

– Będziesz musiała się przed kimś wytłumaczyć. A lepiej przede mną niŜ moim synem. – 

Jego  głos  nabrał  ostrych  tonów.  –  Pamiętasz  Michaela?  Tego,  z  którym  pracujesz  w  zoo? 

Obiecałaś porozmawiać z nim wieczorem.   

Jęknęła  w  duchu.  Dopiero  co  przyrzekała  sobie  zwracać  większą  uwagę  na  uczucia 

Michaela, a juŜ nie dotrzymała obietnicy.   

– Dobrze, jak tylko sobie stąd pójdziesz, zadzwonię do niego.   

Przez przejrzysty plastik widziała, Ŝe Nick splata ramiona i opiera się o umywalkę.   

–  Oznajmiłem  mu,  Ŝe  dostałaś  stypendium,  i  ten  głupi  smarkacz  chce  jechać  z  tobą. 

Poinformowałem go oczywiście, Ŝe to nie wchodzi w rachubę.   

– Nie moŜe? Czy ty nie chcesz? 

– Oczywiście, Ŝe nie chcę. Ale poza tym chłopak ma dopiero szesnaście lat i jeszcze cały 

rok szkoły średniej przed sobą.   

– Z tym się zgadzam. Zwrócę Michaelowi uwagę, Ŝe najpierw powinien skończyć szkołę.   

– Wielkie dzięki. Przez chwilę myślałem, Ŝe oboje porzucicie mnie dla szympansów.   

–  Jeśli  to  wszystko,  co  miałeś  do  powiedzenia,  idź  juŜ  sobie.  Nie  ma  sensu,  Ŝebyś  tu 

zostawał.   

– Dlaczego? Bo nie chcę jechać do Afryki jako twój tragarz? Ustalasz dość ostre reguły, 

moja pani. Albo jest tak, jak ty chcesz, albo w ogóle nic.   

– Oświadczyłeś, Ŝe nie chcesz ze mną być – ucięła ostro.   

–  Powiedziałem,  Ŝe  nie  chcę  jechać  do  Tanzanii.  I  tak  jest.  Włóczenie  się  po  dŜungli  i 

przyglądanie się małpom to twój pomysł na Ŝycie. Nie mój.   

– Tak? To dlaczego pojechałeś szukać Atlantydy? 

– Nie miałem nic innego do roboty. – Odwrócił się tyłem do wanny i ujął klamkę, ale nie 

wyszedł.  –  Prawdę  mówiąc,  uwaŜam  tamtą  wyprawę  za  wielką  przygodę.  Raz  w  Ŝyciu 

męŜczyzna powinien poddać się jakimś nierealnym marzeniom.   

– Dlaczego nie dwa razy? 

–  Bo  raz  wystarczy,  by  przekonać  się,  Ŝe  nierealne  pozostaje  nierealne.  A  potem  trzeba 

background image

iść dalej.   

–  To  co  innego  –  upierała  się.  –  Na  przykładzie  ojca  nauczyłam  się,  Ŝeby  nie  gonić  za 

niemoŜliwym. Moja wyprawa jest naukowa i czemuś ma słuŜyć. MoŜe wyniknie z niej tylko 

przypis w podręczniku antropologii, ale dodam coś do sumy ludzkiej wiedzy.   

–  Wiem,  Erico.  I  cieszę  się,  naprawdę  bardzo  się  cieszę,  Ŝe  chcesz  to  zrobić.  Ale  to  nie 

jest moje Ŝycie. – Odetchnął głęboko i odwrócił się do niej. – Znasz moje plany tak samo, jak 

ja znam twoje. Marzę o spokojnym domu i wygodnym fotelu. Cichej muzyce. Dobrej ksiąŜce. 

MoŜe  ogniu  na  kominku.  Pragnę  móc  zgromadzić  wokół  siebie  rodzinę,  troszczyć  się  o  nią, 

opiekować się nią.   

– Najwyraźniej bardzo się róŜnimy.   

–  Ale  to  nie  znaczy,  Ŝe  któreś  z  nas  ma  rację  lub  jej  nie  ma.  Do  twojego  wyjazdu 

pozostały trzy tygodnie. Chcę je spędzić z tobą.   

– Po co? Oczekujesz stałego związku. A jak wiesz, ze mną nie jest on moŜliwy.   

– Mogę poczekać.   

– Nie – zaprotestowała bez przekonania. – Będziemy jedynie ranić się nawzajem.   

– Obiecałaś mi. – Odsunął zasłonkę i ukląkł przy wannie. – Zgodziłaś się na tymczasowy 

związek,  co,  według  twego  własnego  określenia,  oznacza,  Ŝe  będziesz  spędzać  ze  mną  tyle 

czasu, ile moŜesz.   

Spojrzała  na  niego  ze  złością.  Jak  on  śmie  powoływać  się  na  reguły  ich  tymczasowego 

związku, jakby były spisane, podpisane i zarejestrowane u notariusza! 

– Bardzo jesteś siebie pewien, co? 

–  Nie,  jestem  pewien  ciebie.  To  ty  jesteś  tą  dziewczynką,  która  zwichnęła  nogę, 

zeskakując z dachu stodoły, by nie uchodzić za tchórza. I ty jesteś tą kobietą, która złoŜyła mi 

pewną obietnicę.   

Zostawił ją wściekłą w wannie i poszedł do duŜego pokoju. Umościł się w zniszczonym 

fotelu, nie zapalając światła. Ciemność łagodziła dręczący go ból.   

Usłyszał,  jak  otwiera  drzwi  i  wychodzi  z  łazienki.  Przeszła  koło  niego  w  szlafroku. 

Przyglądał się, jak podnosi słuchawkę telefonu w kuchni i wybiera numer.   

– Halo. Michael? Nastąpiła przerwa.   

–  Dzięki.  I  chcę  ci  powiedzieć,  Ŝe  wszystko  jest  w  porządku.  Wszystko  to,  co  istotne. 

Słuchaj,  Michael,  poniewaŜ  niedługo  będę  wyjeŜdŜać,  badania  w  zoo  zostaną  przerwane, 

chyba Ŝe znajdę kogoś na moje miejsce. Mogłabym popytać na uniwersytecie, ale ty masz juŜ 

dobry kontakt szympansami, więc wolałabym, Ŝebyś to ty kontynuował badania. Co ty na to? 

Przerwała, słuchając, i Nick zobaczył, Ŝe się uśmiecha.   

–  Tak,  ty  byłbyś  szefem.  Ale  nie  moŜe  przeszkadzać  ci  to  w  nauce.  Ta  praca  to  wielka 

odpowiedzialność.   

Pokiwała głową do słuchawki.   

– Dobrze. Porozmawiamy rano.   

OdłoŜyła słuchawkę i zmarszczyła brwi. MoŜe powinna porozmawiać z Nickiem, zanim 

zaproponowała  Michaelowi  zajęcie  swego  miejsca.  Ale  Michael  świetnie  sobie  radzi  ze 

zwierzętami. Jeśli podejmie jej pracę, będzie znakomity.   

background image

– Co jest wielką odpowiedzialnością? – zapytał Nick.   

AŜ podskoczyła.   

– Jeszcze tu jesteś? Podsłuchiwałeś? 

– MoŜna tak powiedzieć. Wolę myśleć, Ŝe pilnowałem swoich interesów. Rozumiem, Ŝe 

poprosiłaś mego syna, by kontynuował twoje badania w zoo.   

– Tak.   

–  Zapewne  Ŝadne  z  was  nie  przejęłoby  się,  gdybym  zaprotestował,  ale  macie  moje 

błogosławieństwo. Praca w zoo dobrze Michaelowi robi. Uczy go odpowiedzialności.   

– Jest bardzo utalentowany – zauwaŜyła.   

– Daj spokój, Erico. – Przeszedł przez pokój i stanął przy niej. – Jakiego talentu potrzeba, 

by karmić i czyścić zwierzęta? 

– Takiego samego jak do hodowli roślin.   

–  Czekaj,  czekaj.  Porównujesz  bardzo  delikatną  czynność  aplegrowania  do  karmienia 

bawołu? 

– Właśnie. Niektórzy  wrzuciliby jedzenie do koryta i wynieśli się z zagrody. A Michael 

zauwaŜa  róŜne  rzeczy.  śe  na  przykład  bawół  poprzedniego  dnia  nie  miał  apetytu.  Albo  Ŝe 

jego  sierść  jest  matowa.  Albo  Ŝe  utyka.  I  zajmuje  się  nim,  więc  bawół  jest  zdrowy  i 

szczęśliwy. Jak twoje rośliny.   

– I to nazywasz talentem? 

– No pewnie. Niektórzy ludzie rodzą się z miłością do zwierząt.   

– A propos – zmienił temat, mówiąc ze swobodą, której wcale nie czuł – jutro wieczorem 

odbywa  się  przyjęcie,  na  które  zostałem  zaproszony.  Wydaje  je  agencja  reklamowa, 

zajmująca się reklamą równieŜ mojej firmy.   

– A co to ma wspólnego ze zwierzętami? 

– Przyjęcie ma na celu promocję nowych perfum pod nazwą „Safari”.   

Erica  roześmiała  się  ironicznie.  Jej  wspomnienia  z  safari  nie  kojarzyły  się  raczej  z 

zapachami, które ktoś chciałby rozpowszechniać.   

– Tak naprawdę – kontynuował Nick – chciałem zabrać Amandę, bo mogłaby wpaść na 

jakieś pomysły dotyczące Dnia Zoo, ale uparła się, Ŝebym poszedł z tobą. Przyjadę po ciebie 

jutro o ósmej wieczór.   

Jego  zaproszenie  było  równocześnie  wyzwaniem,  a  Erica  jeszcze  nigdy  w  Ŝyciu  nie 

cofnęła się przed próbą sił.   

– W porządku. O ósmej.   

– Dobrze. – Pochylił się, jakby chciał ją pocałować, ale zamiast tego uścisnął mocno jej 

dłoń.  –  Cieszę  się,  Ŝe  będziesz  przestrzegać  warunków  naszego  porozumienia.  –  Zanim 

zdąŜyła odpowiedzieć, skierował się do drzwi.   

– Nick? Co mam na siebie włoŜyć? Nacisnął klamkę.   

– Na zaproszeniu napisali „stroje jak w dŜungli”.   

Erica  miała  kilka  odpowiednich  strojów.  Najbardziej  efektowny  był  masywny,  okrągły 

naszyjnik,  uŜywany  przez  Masajów  podczas  uroczystości,  ale  wiedziała,  Ŝe  powinno  się  go 

nosić na nagich piersiach. To wydawało jej się przesadą. Mogła się równieŜ owinąć w sarong 

background image

i załoŜyć turban. Miała teŜ cudowną, kolorową tunikę, kupioną na targu w Nairobi. W końcu 

postawiła  jednak  na  wygodę  i  wyciągnęła  szerokie  szorty  khaki  i  pasującą  do  tego  koszulę. 

Stroju dopełniał wysłuŜony korkowy kask.   

Gdy  odezwał  się  dzwonek,  otworzyła  drzwi  i  spojrzała  wprost  w  oczy  masce 

pomalowanej w czarne, czerwone i białe pasy.   

– Bula bulą! 

– Bardzo ładne – pochwaliła. – Ale nieprawdziwe...   

– Bwana jest bardzo mądra. Tę maskę zrobiono na Tajwanie.   

– A „bulą bulą” krzyczy się na meczach futbolowych na Harvardzie, a nie w Tanzanii.   

– Naprawdę? No, to moŜe jestem członkiem plemienia Kibiców.   

Roześmiała  się.  Jak  dobrze  było  razem  się  śmiać.  Ucieszyła  się  równieŜ,  Ŝe  ubrał  się 

bardzo swobodnie: niebieska, sprana dŜinsowa koszula, białe płócienne spodnie i sandały.   

Wsiedli  do  mercedesa  i  ruszyli.  Erica  usiłowała  omijać  temat  wyjazdu,  ale  było  to 

niemoŜliwe, szczególnie Ŝe Nick zadawał pytania.   

– Powiedziałaś Amandzie? Co ona o tym sądzi? 

– Cieszy się razem ze mną, ale jest jej przykro, Ŝe opuszczam zoo. Mnie teŜ jest przykro. 

Wiele  się  tu  nauczyłam,  zajmując  się  zwierzętami  i  obserwując  Amandę.  To  niezwykła 

kobieta. Udzieliła mi wielkiej lekcji determinacji w dąŜeniu do celu oraz współczucia.   

–  Zupełnie  jakby  lekcja  determinacji  była  ci  potrzebna!  –  zaśmiał  się.  – To  jakby  uczyć 

jastrzębia latać.   

– Chcesz powiedzieć, Ŝe jestem uparta? 

– A czy ktoś kiedyś uwaŜał inaczej? Nie musiała się nawet zastanawiać.   

–  Nie.  Od  maleńkości  moja  mama  wypominała  mi  mój  upór.  Erico,  mówiła,  musisz 

nauczyć się kompromisu. Nigdy nie znajdziesz męŜa, jeśli tak dalej...   

– zamilkła.   

Przepowiednie jej matki sprawdzały się coraz częściej. Nigdy nie znajdzie sobie partnera.   

– Myliła się – zauwaŜył Nick. – Byłaś juŜ męŜatką.   

– Owszem. – Ale nie była Ŝoną właściwego człowieka.   

Zaparkowali  w  pobliŜu  hotelu  i  dołączyli  do  kolorowego  tłumu,  zmierzającego  na 

przyjęcie w stylu safari.   

Erica  od  razu  zauwaŜyła,  Ŝe  była  najmniej  atrakcyjnie  ubraną  kobietą.  Nawet  te  panie, 

które wybrały khaki, ozdobiły strój kolorowymi szalami lub biŜuterią. Ale przede wszystkim 

zauwaŜało  się  obfitość  sarongów  i  przedziwnych  przybrań  głowy  z  piórami,  cekinami  i 

długimi sznurami paciorków.   

– To wygląda bardzo formalnie – szepnęła do Nicka.   

–  To  taki  typ  ludzi.  Imprezowicze.  Niektóre  z  tych  dam  przebierają  się  nawet,  by 

wyskoczyć do sklepu.   

– Zdjął jej kask i pocałował w czubek głowy. – Wyglądasz wspaniale.   

CzyŜby?  Erica  miała  wątpliwości.  Albo  odgrywał  rolę  uprzejmego  towarzysza,  albo 

prawdziwa miłość jest ślepa. Nie miłość, skarciła się w duchu. To słowo nie figurowało w ich 

słowniku. Lubienie. Prawdziwe lubienie jest ślepe? 

background image

Natychmiast  zrozumiała,  Ŝe  znajduje  się  w  niewłaściwym  miejscu.  Salę  wypełniali  nie 

tylko  poprzebierani  ludzie  i  obfitość  roślin  tropikalnych.  Były  tam  równieŜ  zwierzęta, 

zwierzęta w klatkach, nerwowo kręcące się za kratami. Skowycząca hiena. Chuda cętkowana 

pantera. Gruba czarna pantera. I dwa czarne gibbony o smutnych, bladych twarzach.   

Na podwyŜszeniu w końcu sali zespół grał muzykę zdecydowanie bardziej karaibską niŜ 

afrykańską.  To  typowe,  pomyślała  Erica.  Nic  na  tym  przyjęciu  nie  było  autentyczne.... 

Wszystko było obrzydliwe i udawane.   

Nick pochylił się ku niej.   

–  Bardzo  mi  przykro,  Erico.  Nie  miałem  pojęcia,  Ŝe  tak  to  będzie  wyglądać.  Przywitam 

się z kilkoma osobami i szybko wyjdziemy.   

–  To  są  gibbony.  –  Erica  wypowiedziała  głośno  swoje  myśli.  –  Są  małpami 

człekokształtnymi, jak szympansy, ale są monogamiczne i Ŝyją bardziej na drzewach.   

– Monogamiczne? 

–  Tak,  wiąŜą  się  na  całe  Ŝycie,  a  ich  grupy  rodzinne  nie  róŜnią  się  zbytnio  od  ludzkich 

rodzin.   

Erica  przełknęła  ślinę.  Jej  pierwszym  odruchem  było  uwolnić  zwierzęta,  przygarnąć  do 

siebie i zabrać do zoo, gdzie byłyby przynajmniej przyzwoicie traktowane. Ale nie miała do 

tego prawa. Te pantery i małpy, a nawet smętnie wyglądająca hiena muszą naleŜeć do kogoś, 

kto wynajmuje je na przyjęcia, do jakiegoś kretyna, którego powinna postraszyć.   

– Kto jest szefem tej imprezy? 

– Agencję reklamową prowadzi Miles Patterson. To ten łysy facet koło estrady. Widzisz 

go? Ma na sobie lamparcią skórę.   

Zanim Erica ruszyła w kierunku Milesa, podeszła do nich wysoka, szczupła blondynka i 

przykleiła się do Nicka.   

– Nicky! Och, wieki cię nie widziałam. Wyglądasz super. Chodźmy zatańczyć.   

– Miło cię widzieć. Ale naprawdę nie chcę.   

– AleŜ chcesz. Wspaniale tańczysz....   

Spojrzał na Erice, a blondynka odsunęła się lekko.   

– Nie masz nic przeciwko temu? – spytała.   

–  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Zresztą  sądzę,  Ŝe  Nick  nie  chciałby  usłyszeć  tego,  co  mam  do 

powiedzenia Milesowi Pattersonowi.   

– No proszę, jaka niezaleŜna z ciebie osóbka! – Blondynka pociągnęła Nicka na parkiet. – 

No chodź, Nicky.   

NiezaleŜna?  Erica  pokiwała  głową.  Była  niezaleŜna.  Jechała  do  Tanzanii  całkiem  sama. 

Czy  to  nie  wspaniale?  Gdyby  była  nieśmiałą,  wiszącą  na  ramieniu  damulką,  Nick  nie 

tańczyłby teraz z tą kobietą. I nie wyglądałby, jakby mu to sprawiało przyjemność.   

Nie  zdąŜyła  jeszcze  odwrócić  wzroku,  gdy  do  tańczącej  pary  podeszła  inna  kobieta  i 

odsunęła  blondynkę.  Najwyraźniej  Nick  był  znany  wśród  wytwornych  dam  w  Denver.  W 

Nowym Jorku zapewne teŜ. Był przecieŜ maklerem, człowiekiem wpływowym, zamoŜnym i 

atrakcyjnym.   

Ruszyła  w  stronę  Milesa  Pattersona.  Po  drodze  natknęła  się  na  trzy  śliczne  modelki, 

background image

rozpylające w powietrzu perfumy „Safari”.   

Zdecydowanie zaatakowała.   

–  Proszę  pana,  nazywam  się  Erica  Swanson.  Jestem  biologiem  i  pracuję  w  Ogrodzie 

Zoologicznym. Protestuję przeciwko sposobowi, w jaki traktowane są te zwierzęta.   

Przerwał jej ruchem ręki.   

– Jak najbardziej. Wezmę to pod uwagę.   

–  Ostrzegam  pana,  Ŝe  mam  zamiar  skorzystać  z  telefonu,  by  zawiadomić  Towarzystwo 

Opieki  nad  Zwierzętami  oraz  prokuratora  okręgowego.  Nie  sądzę,  by  oskarŜenie  o 

okrucieństwo wobec zwierząt było dobrą reklamą dla pańskich perfum.   

– Co takiego?! 

–  Zna  pan  chyba  ustawę  o  opiece  nad  zwierzętami,  przyjętą  przez  Kongres  w  tysiąc 

dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, której przestrzeganie kontroluje prokuratura? 

– AleŜ... nie miałem pojęcia...   

– Ale teraz pan ma. Te zwierzęta naleŜy natychmiast stąd usunąć.   

–  Tak,  proszę  pani.  Zaraz  się  tym  zajmę.  –  RozłoŜył  ręce  i  spojrzał  po  otaczających  ich 

ludziach. – Nie miałem pojęcia! 

– Ma pan piętnaście minut. – Spojrzała na zegarek. – Potem zacznę dzwonić.   

Miles  Patterson  kiwnął  na  kilka  osób  i  Erica  odsunęła  się  nieco  od  rozjątrzonego  szefa 

agencji. Choć czuła pewną satysfakcję, było to niewielkie zwycięstwo. Nigdy nie przestawała 

zdumiewać ludzka głupota – bardziej niŜ ludzka podłość.   

Na  parkiecie  Nick  tańczył  juŜ  z  trzecią  partnerką.  Uśmiechał  się  i  najwyraźniej  dobrze 

bawił.  Erica  z  całej  siły  próbowała  zwalczyć  zazdrość.  Nie  miała  Ŝadnych  praw.  Nick  był 

kawalerem do wzięcia i najwyraźniej doskonale się czuł w tym rozbawionym tłumie. Ona nie. 

Chciała wyjść, uciec do domu i schować głowę pod poduszką.   

Musi jednak zaczekać, aŜ zwierzęta zostaną wyniesione. Przynajmniej tyle moŜe dla nich 

zrobić. Miała jeszcze dziesięć minut do chwili, gdy, zgodnie z obietnicą, zacznie telefonować. 

Niestety,  większość  jej  gróźb  była  blefem.  Choć  istniała  ustawa  o  opiece  nad  zwierzętami, 

przyjęta  przez  obie  izby  Kongresu,  przepisów  wykonawczych  nie  wydano,  a  interwencje 

prokuratury były niezwykle rzadkie.   

– Idziemy? – Nick podszedł do niej.   

– Myślałam, Ŝe musisz porozmawiać ze swoim doradcą finansowym.   

– Właśnie to zrobiłem. Ta ruda w złotej lamie jest moim doradcą.   

– Rozumiem. – Oczywiście, jego konsultanci muszą być atrakcyjni. Nick  zawsze będzie 

się podoba i pięknym kobietom. A ona będzie w Tanzanii.   

– Wspomniałem jej o zwierzętach. Obiecała porozmawiać z Milesem.   

– JuŜ to zrobiłam.   

Właśnie usuwano klatki, przenosząc je w stronę tylnego wyjścia.   

MęŜczyzna  w  khaki,  o  nalanej,  czerwonej  twarzy,  gwałtownie  torował  sobie  drogę  ku 

Erice.   

– To pani rozmawiała z Pattersonem? Przytaknęła.   

– Ma pani tupet, panienko! To moje zwierzęta. Nie są źle traktowane.   

background image

–  Naprawdę?  Zapewne  koty  przed  imprezą  nie  dostały  środków  uspokajających?  Ich 

pazury  nie  zostały  przycięte,  a  zęby  spiłowane?  –  W  oczach  męŜczyzny  mignęło  poczucie 

winy,  wiec  wiedziała,  Ŝe  ma  rację.  –  I  zapewne  głośna  muzyka,  ciasne  klatki  i  zapach  tych 

cholernych perfum im nie przeszkadza? 

– NaleŜą do mnie. Mogę z nimi zrobić, co mi się podoba.   

– Absolutnie nie. Nie nadaje się pan do opieki nad zwierzętami.   

– Lepiej nie próbuj robić mi kłopotów, panienko.   

– Ma pan to jak w banku.   

Zacisnął dłonie i pochylił się w jej stronę. Nick wsunął się między nich.   

– Ta pani ma rację.   

– Kim pan jest? – warknął męŜczyzna.   

– Kimś, kto połoŜy kres pana interesom.   

– Poradzę sobie – powiedziała Erica do Nicka.   

– Pozwól – poprosił. – Mam pomysł, jak sprawę rozwiązać.   

–  To  moja  wojna.  –  Zachowywała  się  nierozsądnie,  ale  nie  potrafiła  się  powstrzymać.  – 

Masz swoje sprawy, Nick. Wszystkie te kobiety, które pragną twojej uwagi.   

– Co takiego? 

– Wracaj do swego haremu – rzuciła ostro. – Ja się zajmę tą szumowiną.   

–  Spróbuj  tylko  –  pienił  się  męŜczyzna,  purpurowy  ze  złości.  –  Mogę  zabrać  stąd  te 

zwierzaki i zastrzelić je, jak mi przyjdzie taka ochota. NaleŜą do mnie. Mam do nich prawo.   

– Nie zrobisz tego. – Nick mówił groźnym tonem. – Nic ci z tego nie przyjdzie.   

– Nick... Odwrócił się do niej.   

– Załatwię to, Erico.   

– Świetnie. – Odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z sali.   

Klatki zabrano. Jutro porozumie się ze wszystkimi organizacjami powołanymi do opieki 

nad zwierzętami, ale dziś nic więcej nie mogła zdziałać.   

Na  ulicy  zaczerpnęła  powietrza  w  płuca  –  i  zakaszlała.  Zapach  perfum  „Safari” 

przesiąknął jej ubranie. Potrzebowała kąpieli – jeszcze jednej gorącej kąpieli w wannie, by się 

odświeŜyć i zmyć z siebie napięcie.   

Ale najpierw musiała dostać się do domu. Sama.   

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Zazwyczaj  ruchliwy  pasaŜ  Sixteenth  Street  w  piątkowy  wieczór  stawał  się  miejscem 

spacerów, szczególnie w taką piękną, letnią pogodę. Lekka bryza i miękkie światło lamp nie 

były jednak w stanie wpłynąć uspokajająco na Erice, która wypadła z przyjęcia, powtarzając 

sobie w myśli listę zarzutów, jakie chętnie postawiłaby Nickowi. Nie tylko beztrosko tańczył 

z tymi wszystkimi kobietami, ale jeszcze w typowo męski sposób zepchnął ją na drugi plan w 

kłótni  z  tym  obrzydliwym  facetem  od  zwierząt.  Jego  wczorajsze  zachowanie  równieŜ 

pozostawiało wiele do Ŝyczenia.   

Energicznie machając rękoma, minęła idącą pod ramię parę. Odwróciła wzrok. Nie miała 

ochoty oglądać szczęścia innych.   

Dlaczego nie potrafi być taka jak ci ludzie? Albo jak te kobiety, z którymi Nick tańczył? 

One  przynajmniej  miały  na  tyle  oleju  w  głowie,  by  czarować  i  dawać  się  czarować. 

Emanowała z nich kobiecość, bez Ŝadnego wysiłku z ich strony. A Erica, zamiast się bawić, 

ruszyła do ataku na właściciela zwierząt – śmieszna figurka w śmiesznym kasku na głowie.   

Dlaczego jest taka uparta? Jej matka miała ragę. Nie znajdzie towarzysza Ŝycia, jeśli nie 

nauczy się panować nad swoją zawziętą naturą. A to nigdy się nie zdarzy.   

Erica  wyszła  z  pasaŜu  i  znalazła  przystanek  autobusowy.  Usiadła  na  ławce,  zaczęła 

głęboko oddychać i wyprostowała ramiona, by ulŜyć nieco napiętym mięśniom.   

Ulicą  przejechała  konna  doroŜka.  ZauwaŜyła  z  przyjemnością,  Ŝe  koń  był  zadbany  i 

zdrowy. Z mniejszą przyjemnością zatrzymała wzrok na wpatrzonej w siebie parze, siedzącej 

pod budą.   

Zgarbiła się. Wyglądało na to, Ŝe wszyscy na świecie Ŝyli w parach. Tylko ona była sama.   

Rzuciła  okiem  w  głąb  ulicy,  czy  nie  widać  autobusu,  ale  dostrzegła  tylko  stojącego  na 

ś

wiatłach  mercedesa  Nicka.  Wspaniale.  Wyprostowała  się  i  usiłowała  sprawiać  wraŜenie,  Ŝe 

siedzenie na przystankach autobusowych w centrum Denver, w szortach i korkowym kasku, 

jest jej codziennym zajęciem.   

Nick zatrzymał samochód przy krawęŜniku, pochylił się i otworzył drzwi.   

– Wszędzie cię szukałem. Chodź, Erico. Wskakuj.   

– Nie przejmuj się mną. Pojadę autobusem. MoŜesz spokojnie wracać na swoje przyjęcie.   

–  To  nie  jest  moje  przyjęcie.  Gdybym  wiedział,  co  to  za  impreza,  nigdy  bym  nie 

przyszedł.   

– Wydawało mi się, Ŝe się świetnie bawisz – zauwaŜyła sucho. – W kaŜdym razie kobiety 

bawiły się znakomicie w twoim towarzystwie.   

– Wsiądź, Erico.   

– Nie. Pojadę autobusem.   

Zatrzasnął drzwiczki, ruszył i zniknął za rogiem. O tej porze łatwo było znaleźć miejsce 

do  parkowania.  Zamknął  samochód  i  pospiesznie  wrócił  na  przystanek.  Erica  wyglądała  tak 

biednie i samotnie.   

– MoŜe chciałabyś wiedzieć, co zrobiłem z tym facetem.   

background image

–  AleŜ  skąd.  Silny  męŜczyzna  oznajmił,  Ŝe  się  tym  zajmie,  więc  kimŜe  jestem  ja,  słaba 

kobieta, by wątpić w twoją rację? 

– Kupiłem te zwierzęta. Wszystkie, które były na imprezie, plus dwa koniki pony. Mam 

zamiar podarować je zoo.   

– Co takiego? – Erica zaniemówiła.   

– Zanim zrobisz awanturę, wysłuchaj mnie. W zoo jest przyzwoite miejsce dla gibbonów 

– tam, gdzie mieszkały szympansy, zanim powstała wyspa naczelnych. Za pawilonem gadów 

znajdzie się miejsce na zagrodę dla hieny. Z konikami nie będzie kłopotu.   

Skinęła głową.   

–  Z  panterami  moŜe  być  trudniej  –  powiedział.  –  Ale  mam  zamiar  podarować  dość 

pieniędzy, by starczyło na zbudowanie dla nich pomieszczenia.   

– Kupiłeś te zwierzęta?! 

– Nie mogłem patrzeć, jak się męczą. Prawdopodobnie zapłaciłem za duŜo, ale to chyba 

da się odpisać od podatków.   

Skoczyła na równe nogi i uściskała go.   

–  Znowu  to  robisz!  Akurat  wtedy,  gdy  myślę,  Ŝe  jesteś  skończonym  łajdakiem  i  nigdy 

więcej na ciebie nie spojrzę, okazuje się, Ŝe jesteś dobrym człowiekiem. Tak się cieszę.   

– Ja teŜ. – Odwzajemnił jej uścisk. – A zatem, czy wybaczysz mi, Ŝe zaciągnąłem cię na 

to głupie przyjęcie? 

Z westchnieniem usiadła ponownie na ławce.   

– To nie twoja wina.   

– Dobrze. – Wyciągnął do niej rękę. – Chodźmy gdzieś na kolację.   

Pragnęła  z  nim  pójść  i  zapomnieć  o  konsekwencjach,  ale  zmusiła  się,  by  odmówić. 

Autobus juŜ nadjeŜdŜał, więc wstała.   

–  Nie  jestem  głodna  –  oznajmiła.  –  Lepiej  pojadę  do  domu  autobusem  i  porządnie  się 

wyśpię.   

Opuścił dłoń.   

– To dlatego, Ŝe tańczyłem z innymi kobietami? Oczywiście, pomyślała.   

– AleŜ skąd! 

– Jesteś zazdrosna – uśmiechnął się szeroko.   

– Nie jestem. Nie mam do ciebie Ŝadnych praw. MoŜesz tańczyć, z kim tylko zechcesz.   

Wyjęła z kieszeni drobne i wsiadła do autobusu. Nick wsiadł tuŜ za nią.   

W autobusie jadącym do północnej części miasta było tylko czworo pasaŜerów. Autobus 

ruszył, szarpiąc, Erica potknęła się w przejściu i opadła na ławkę. Nick usiadł obok.   

– Jesteś zazdrosna. Patrzyła wprost przed siebie.   

– Przyznaj się, Erico.   

–  No  dobrze.  Odczuwam  zawiść  w  obecności  pięknych,  wytwornie  ubranych  kobiet.  To 

chyba normalne? 

Autobus zatrzymał się na światłach.   

– Nie o to mi chodziło – przekomarzał się z nią.   

– Jesteś zazdrosna o mnie! 

background image

– Daj spokój, Nick. Jesteś taki próŜny! 

– Ale tak jest, moŜe nie? 

Odchylił się na oparcie z zadowolonym wyrazem twarzy, który dotknął Erice do Ŝywego.   

– Ciekaw jestem, czy zaborczość charakteryzuje wszystkie ssaki naczelne.   

Jęknęła,  świadoma,  Ŝe  ich  rozmowa  przyciąga  uwagę  kobiety  siedzącej  przed  nimi.  I 

nastoletniego chłopca po drugiej stronie przejścia.   

– Powiedziałaś, Ŝe gibbony są monogamiczne. A szympansy? A ludzie? 

– Przestań – syknęła.   

– Wiesz, szkoda, Ŝe nie zatańczyliśmy ze sobą.   

– Autobus znów się zatrzymał. – Muzyka była głośna, tak jak lubisz.   

– Ale to nie był mój rodzaj muzyki.   

– No tak, ty zawsze maszerujesz nie w nogę, prawda? Musisz być wściekła, Ŝe odczuwasz 

zazdrość. To takie zwyczajne.   

– Dobra – rzuciła nieprzyjaznym tonem, gdy autobus znowu szarpnął. – Nie podobało mi 

się  oglądanie  cię  w  ramionach  innych  kobiet,  gdy  się  do  nich  śmiejesz  i  dobrze  bawisz. 

Chciałam  wejść  na  parkiet  i  powiedzieć:  Spływaj,  on  jest  mój.  Ale  nie  mogłam  tego  zrobić. 

Nie naleŜysz do mnie, Nick. WyjeŜdŜam. Nie mam prawa kochać cię tak, jak cię kocham. – 

Szybkim  ruchem  zakryła  usta  i  rzuciła  mu  przestraszone  spojrzenie.  –  Nie  mówiłam  tego 

powaŜnie.   

– Cieszę się, Ŝe to powiedziałaś.   

ZłoŜyła razem dłonie i wyprostowała się dumnie.   

– Proszę, zapomnij o tej uwadze. To był błąd.   

– Erico – zawołał Nick, przekrzykując szum motoru – ty mnie kochasz. Bardzo się cieszę.   

– Uspokój się, Nick. Nie rób sceny.   

– Jestem taki szczęśliwy. – Stanął teraz w przejściu. Autobus szarpnął i Nick wylądował 

na kolanach. Jedną ręką  ujął dłoń Eriki, drugą połoŜył na sercu. – Erico Swanson, ja teŜ  cię 

kocham. Całym sercem. Kocham cię.   

PasaŜerowie zaczęli klaskać.   

– Tylko tak dalej, stary – zachęcał Nicka nastolatek.   

– Dzięki. Naprawdę ją kocham – tłumaczył Nick. Erica spojrzała mu w oczy i zarumieniła 

się. Czuła zbierające się pod powiekami łzy, ale zamrugała szybko, by je rozpędzić.   

– Mój kochany kretynie.   

Kobieta siedząca z przodu ponagliła Erice: 

– No dalej, powiedz mu, Ŝe teŜ go kochasz.   

– Kocham – przyznała Erica. – Kocham cię, Nick.   

Nick dramatycznym gestem szarpnął linkę, dając znak kierowcy, Ŝe chcą wysiąść.   

– Gdzie my jesteśmy? – spytała Erica, gdy autobus odjechał.   

– Zaledwie kilka przecznic od punktu wyjścia – powiedział. – Dlaczego czuję się, jakbym 

był na innej planecie? W innym mieście?...   

–  Bo  wszystko  wydaje  się  nowe.  –  Uśmiechnęła  się.  W  ciepłym  świetle  latarni  wziął 

Erice w ramiona i pocałował. Język ciał dopowiedział to, czego nie mogły wyrazić słowa.   

background image

– MoŜe spróbuję znaleźć taksówkę? – spytał.   

– To niedaleko. Wróćmy do pasaŜu i pospacerujmy.   

Trzymając się za ręce, spacerowali wolno po pasaŜu Sixteenth Street. Erica miała ochotę 

pomachać  ludziom  w  kawiarni.  Niemal  pobiegła,  by  pocałować  konia,  ciągnącego 

staroświecką  doroŜkę.  Kochankowie,  pomyślała.  Ona  i  Nick  są  zakochani  –  wariacko, 

niepraktycznie, po uszy zakochani.   

Przynajmniej raz ich rozmowa toczyła się bez kłótni.   

– Jaka piękna noc – powiedział. – KsięŜyc rośnie, co noc jest pełniejszy.   

– Obserwujesz fazy księŜyca? 

– Oczywiście. Wiem, Ŝe to brzmi głupio, ale księŜyc wpływa na mój ogród. Niektóre fazy 

są  dobre  na  sadzenie,  inne  na  zbiory.  Jak  juŜ  zrobiłem  wszystko,  co  trzeba  z  naukowego 

punktu widzenia, zdaję się na magiczne światło księŜyca.   

–  Moje  siostry  opowiadały  mi  historie  o  księŜycu  –  wspomniała.  –  Gdy  zanika,  naleŜy 

pozbywać się rzeczy. Na przykład zacząć dietę. A gdy rośnie, spełniają się Ŝyczenia.   

– Czy chciałaś być zakochana? 

– Bardzo. – Uśmiechnęła się do niego i uścisnęła mu dłoń. – Z wzajemnością.   

– To tak cudownie proste uczucie. Dlaczego tak wszystko skomplikowaliśmy? 

– Bo jesteśmy zbyt cwani.   

Szli dalej w przyjaznym milczeniu, a rosnący księŜyc rzucał na nich dobrotliwe światło.   

W  głowie  Nicka  kiełkowało  jednak  ziarenko  wątpliwości.  Wyznali  sobie  miłość,  ale  co 

dalej? I tak za parę tygodni Erica pojedzie do Afryki. Nie będzie jej przez rok.   

Ostatecznie, rok to nie wieczność. Z kalendarzowego punktu widzenia. Cztery pory roku. 

Dwanaście miesięcy. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Rok minie, i będą znowu razem na wiele, 

wiele lat.   

Pod względem emocjonalnym natomiast rok wydawał się nie mieć końca. Szczególnie w 

zimie,  gdy  wesołe  miasteczko  jest  zamknięte.  Tej  zimy  Nick  miał  zamiar  spróbować  upraw 

hydroponicznych, moŜe nawet zbuduje jeszcze jedną cieplarnię. Znajdzie sobie coś do roboty 

na czas jej nieobecności. Jest duŜym chłopcem. Nie będzie się nudzić.   

Erica zastanawiała się natomiast, czy nie skrócić wyprawy do Tanzanii. W kaŜdym razie 

moŜe zaplanować wypady do Denver. Musi przecieŜ doglądać swego programu badawczego 

w  zoo.  Zapewne  będzie  musiała  przyjechać  ze  dwa,  trzy  razy,  choć  jest  to  niezwykle 

kosztowne. Wykorzysta na to własne pieniądze.   

Gdy doszli do samochodu, spojrzeli sobie w oczy.   

– Będę przyjeŜdŜać w odwiedziny – obiecała Erica.   

– Pojadę na wakacje do Afryki – przyrzekł Nick. Roześmieli się.   

– Jakoś to będzie – zapewnił ją.   

–  Będzie  musiało.  Ostatecznie  jesteśmy  zakochani.  –  Wspięła  się  na  palce  i  lekko  go 

pocałowała.  –  Miło  było  tak  spacerować.  Romantycznie.  Nie  jestem  miejską  dziewczyną  i 

chyba nigdy tego dotychczas nie robiłam.   

– Było romantycznie. Ale masz rację, nie jesteś miejską dziewczyną.   

– No to chodźmy, Nick, znajdźmy trochę niemiejskiego, prawdziwego księŜyca.   

background image

Pojechali  w  kierunku  zoo.  Gdy  zaparkowali  przed  bramą  i  wysiedli  z  samochodu, 

wskazała na niebo.   

– To dopiero jest prawdziwy księŜyc.   

Na  czarnym  aksamicie  nieba  księŜyc  wydawał  się  ogromny.  Nad  ich  głowami  migotały 

tysiące gwiazd. Po wschodniej stronie widać było złotą łunę świateł Denver.   

– To inny świat – powiedział Nick. – Twój świat.   

– Byłam tu szczęśliwa.   

Wzięła go za rękę i poprowadziła w górę, w kierunku biura. ZbliŜali się do werandy, gdy 

ze środka rozległo się głośne szczekanie, zapłonęły światła, a przestraszony głos zapytał: 

– Kto tam? 

– Wszystko w porządku, Tim – zawołała Erica.   

– To tylko ja.   

Przysadzisty  męŜczyzna  z  brodą  i  szopą  blond  włosów  trzymał  na  smyczy  duŜego 

niemieckiego owczarka.   

– Aleś mnie przestraszyła, Erico. A kto jest z tobą? 

– Tylko Nick.   

– O, cześć, Nick. – Tim powitał go entuzjastycznie.   

– Nie mogę się juŜ doczekać Dnia Zoo. Przebiorę się za wiewiórkę.   

– W tych kostiumach moŜe być bardzo gorąco – ostrzegł Nick.   

– A co tam, wszystko mi jedno. Ile razy w Ŝyciu uda mi się być wiewiórką? 

– Idziemy tylko się przejść, Tim. Dobrze się spisujesz jako straŜnik.   

– Dzięki. No to cześć. Wezmę psa do środka.   

– To rozsądne mieć tu kogoś pilnującego w nocy – pochwalił Nick.   

– Tak, zapewne – przytaknęła Erica. – Tim potrzebował pracy, a zgadza się pracować za 

tę niewielką sumę, jaką Amanda moŜe mu płacić.   

Erica  sprowadziła  Nicka  ze  ścieŜki  i  usiadła  koło  spiętrzonych  skał,  obejmując  kolana  i 

patrząc w stronę leŜącego niŜej miasta. Nick usiadł obok i objął ją ramionami.   

–  Jak  tu  spokojnie,  gdy  wszystkie  zwierzęta  śpią.  Z  wyspy  ssaków  naczelnych  dobiegło 

ich głośne pohukiwanie.   

– Prawie wszystkie – poprawił się. – I te światła Denver! 

– Piękne – zgodziła się. – Z tej odległości trudno uwierzyć, Ŝe mieszkają tam ludzie.   

– Raczej wygląda, jakby odbijały się gwiazdy. Nie widać problemów ani cierpienia. Tu, 

na górze, wiatr w  gałęziach sosen zagłusza wszelkie inne dźwięki. Nie słychać  ani śmiechu, 

ani płaczu.   

Przytuliła się do niego.   

– To dla ciebie waŜne, prawda? śe dzieci płaczą. Czy Ŝe zwierzęta cierpią.   

–  Szczególnie  dzieci  –  powiedział.  –  Kiedy  mieszkałem  w  Nowym  Jorku,  nigdy  o  tym 

specjalnie nie myślałem. Ale w wesołym miasteczku mam cały czas do czynienia z dziećmi. 

MoŜe teraz jestem na tyle dojrzały, by dostrzegać ich wyjątkowość.   

– Czy chcesz mieć więcej dzieci, Nick? 

–  Tak.  –  Nie  wahał  się  ani  chwili.  Najwyraźniej  sporo  o  tym  myślał.  –  Najpierw  chcę 

background image

stworzyć Michaelowi prawdziwy dom. A potem chcę mieć inne dzieci. Niekoniecznie z mojej 

krwi. Mogą być adoptowane. Być właścicielem wesołego miasteczka i nie mieć dzieci, które 

mogłyby się z tego cieszyć – to trochę głupio. – Odsunął jej włosy z twarzy i spojrzał w oczy. 

– A ty, Erico? 

–  Nie  myślałam  o  tym.  MoŜe  dlatego  nie  spieszyło  mi  się,  Ŝe  pochodzę  z  tak  wielkiej 

rodziny.  Poza  tym  sprawy  zawodowe  zajmowały  mi  tyle  czasu,  Ŝe  nie  było  w  moim  Ŝyciu 

miejsca na dzieci. RównieŜ na miłość.   

– Czy chciałabyś mieć ze mną dziecko? 

Nosić  w  sobie  jego  dziecko?  Erica  poczuła  się  nagle  częścią  przyrody,  częścią 

naturalnego  porządku  rzeczy,  a  jej  dłoń  odruchowo  dotknęła  płaskiego  brzucha.  Dziecko. 

Cud.   

– Tak, Nick. Chciałabym.   

Zsunęli  się  ze  skał  na  miękką  trawę  wśród  sosen.  Nick  ściągnął  koszulę  i  rozłoŜył  ją  na 

trawie  dla  Eriki.  Uklękła,  niezdolna  oderwać  od  niego  wzroku.  Wyciągnęła  ramiona,  a  gdy 

podszedł, objęła w pasie i przytuliła twarz do jego bioder.   

Nick  klęknął  powoli,  ujął  jej  twarz  i  wpatrywał  się  w  nią  z  natęŜeniem,  jakby  próbując 

zapamiętać. W jego pocałunku była jakaś nowa czułość, jakby cześć.   

– Kocham cię – powiedział.   

– A ja kocham ciebie, Nick.   

Rozebrali się szybko i Nick zbudował rodzaj gniazda z ubrań.   

– Wszystko będzie okropnie pogniecione – zauwaŜyła. – Jak nie pościelone łóŜko.   

–  Och,  Erico,  nie  rób  Ŝadnych  praktycznych  uwag.  –  UłoŜył  ją  wygodnie.  –  I  nie  ruszaj 

się. Chcę cię tak zapamiętać. Jak pięknie wyglądasz w świetle księŜyca.   

Uwielbiała,  gdy  mówił  takie  rzeczy.  Szczęście  przenikało  ją  całą,  gdy  słyszała  czułe, 

pełne miłości słowa. Wyciągnęła znów ramiona i Nick połoŜył się przy niej.   

– Nie jest ci zimno? – zapytał.   

– Nie wtedy, gdy mnie dotykasz.   

– Więc powinienem cię dotykać dokładniej.   

Pod  baldachimem  gwiazd  przygotowywali  się,  by  uczcić  swoją  miłość.  Jego  pocałunki 

były delikatne, lecz pobudzające, a w pieszczotach było coś nowego.   

Czy to miłość? Przesunęła dłońmi po jego nagich ramionach. NaleŜeli do siebie i to było 

najwaŜniejsze.  Kochali  się  i  czerpali  radość  i  siłę  z  tej  miłości.  Erica  nie  czuła  się 

skrępowana.  Przyciągnęła  Nicka  do  siebie  i  niemal  rozpłynęła  z  rozkoszy,  gdy  ich  ciała 

spotkały się i złączyły, by razem wznieść się ku gwiazdom.   

Po długiej, długiej chwili Erica oparła się na łokciu i spojrzała na Nicka. Tak bardzo go 

kochała.  Nie  potrzebowała  schronienia  na  noc,  wystarczyła  jej  jego  obecność.  Leciutko 

podrapała skórę na jego piersi pod włosami.   

– Iskasz mnie? 

– Masz takie piękne futerko. Nie mogę się powstrzymać.   

–  Za  długo  zadawałaś  się  z  szympansami,  moja  pani.  Zaczynasz  przejmować  ich 

zwyczaje.   

background image

–  Nie  wszystkie.  W  niektórych  sprawach  bardziej  przypominam  gibbony.  Jestem 

monogamiczna. Choć szympansy czasami mają interesujący rytuał zalotów.   

Nick jęknął.   

– I pewnie zaraz mi o nim opowiesz.   

–  Jasne.  –  Delikatnie  pociągnęła  go  za  włosy  na  piersi.  –  Czasami,  gdy  samica  jest  w 

okresie  płodnym,  odchodzi  z  grupy  z  jednym  samcem.  Na  dwa  lub  trzy  miesiące.  Gdy 

wracają, samica zazwyczaj jest w ciąŜy.   

– To by mi się podobało. Wspólny wyjazd na miesiąc czy dwa.   

– Mam nadzieję, Ŝe nie całkiem chciałbyś jednak naśladować szympansy. Bo kiedy para 

wraca  do  grupy,  nie  są  dla  siebie  szczególnie  mili.  A  jak  widzieliśmy  na  przykładzie 

Lenny’ego  i  Javy,  ojciec  nie  nawiązuje  więzi  z  potomstwem,  chyba  Ŝe  nie  ma  matki. 

Struktura rodziny jest matriarchalna.   

–  Fascynujące.  –  Nick  przeciągał  słowa.  –  MoŜe  sami  spróbujemy  nieco  zalotów  albo 

tworzenia więzi? 

–  Nick,  nie  zmieniłeś  decyzji?  MoŜe  pojedziesz  do  Afryki  choć  na  parę  pierwszych 

miesięcy? 

–  Nic  z  tego.  Przyjadę  w  odwiedziny.  Wolę  zostać  w  domu  i  pilnować  domowego 

ogniska.   

PołoŜyła się na powrót w ich gniazdku na miękkiej trawie. Coś tu było nie tak – wyznać 

sobie miłość i natychmiast rozstać się na cały rok? Nie mogła powstrzymać się od myśli, Ŝe 

popełnia  błąd.  Jedną  z  przyczyn  rozpadu  jej  małŜeństwa  były  długie  rozstania,  gdy  ona  i  jej 

mąŜ  zajmowali  się  własnymi  sprawami.  Czy  ich  miłość  przetrwa?  Nawet  najjaśniejsza 

gwiazda blednie z upływem czasu.   

Spojrzała  na  Nicka.  Był  taki  przystojny  i  kobiety  kleiły  się  do  niego  na  przyjęciu.  Jak 

moŜe wymagać, by pozostał jej wierny? 

Zimny  strach  ścisnął  jej  serce.  Jeśli  go  teraz  opuści,  moŜe  nie  zastać  go  juŜ  tu  po 

powrocie. I co się wtedy z nią stanie? 

– Kocham cię, Erico.   

– Tak, najdroŜszy. Ja teŜ cię kocham.   

Gdyby tylko te czarodziejskie słowa były w stanie rozwiać jej wątpliwości! 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Przez  dziesięć  dni  Erica  starała  się  pogodzić  przygotowania  do  wyjazdu  z  gorączką 

miłości.  Teraz,  równocześnie  przejęta  i  przestraszona,  widziała  zbliŜający  się  kres 

zamieszania. Wyjazd do Tanzanii nastąpi za dziesięć dni, w ostatni dzień sierpnia.   

W  ciągu  tych  dziesięciu  dni  miała  jeszcze  odnowić  swój  paszport,  zaszczepić  się  na 

wszystkie  moŜliwe  choroby,  skompletować  apteczkę  i  spakować  się.  Nie  mówiąc  juŜ  o 

sprzątnięciu mieszkania i oddaniu mebli na przechowanie.   

Poza  tym  musi  jeszcze  raz  spróbować  zintegrować  Sheenę  z  innymi  szympansami,  a 

takŜe  nauczyć  Michaela  prowadzenia  notatek  z  obserwacji.  Jakby  tego  wszystkiego  było 

mało, w sobotę odbędzie się wielki Dzień Zoo, mający na celu promocję ogrodu. Co więcej, 

wciąŜ nie było wiadomo, gdzie umieścić zwierzęta, które Nick kupił na przyjęciu i podarował 

zoo.   

Oczywiście,  był  jeszcze  sam  Nick.  Erica  tak  układała  plan  dnia,  by  spędzać  z  nim  jak 

najwięcej czasu. Razem jadali kolacje, razem pracowali i razem spali. Choć Nick w dalszym 

ciągu  co  noc  wracał  do  siebie,  przedtem  dawali  się  unosić  namiętności  i  prawdziwym 

uczuciom. Erica była szczęśliwa. Wyczerpana, ale szczęśliwa.   

W  czwartek  wieczór,  w  towarzystwie  Amandy,  wypuściła  wreszcie  pantery  z  małych 

klatek  do  zimowego  pawilonu  małp,  który  został  przystosowany  na  ich  tymczasowy  dom. 

Erica oparła się o chłodną betonową ścianę nowego pawilonu kotów i osunęła się na podłogę.   

–  Pantery  –  zaczęła  Amanda,  przysiadając  obok  Eriki  –  zaczęłam  z  dwoma  starymi 

bawołami i wyleniała pumą, a teraz jestem opiekunką tych wspaniałych kotów.   

Przyglądały  się,  jak  oba  drapieŜniki  badają  swoje  nowe  pomieszczenie.  Dawny  dom 

szympansów  został  przedzielony  grubą  siatką.  W  ten  sposób  kaŜda  z  panter  miała  osobną 

przestrzeń. Pantera cętkowana, samica, była tak chuda, Ŝe sterczały jej Ŝebra. Czarny samiec 

był  gruby  i  leniwy.  Gdy  skoczył  ku  wysoko  umieszczonym  oknom  na  tylnej  ścianie,  Erica 

zauwaŜyła z zadowoleniem, Ŝe nie jest w stanie ich dosięgnąć.   

–  Wydaje  mi  się,  Ŝe  są  dość  zdrowe,  choć  przebywały  w  złych  warunkach.  I  obie  są 

młode – uznała. – Ale nie będę im zaglądać w zęby.   

Czarna pantera podeszła bliŜej, spojrzała na nie Ŝółtymi oczyma i ryknęła.   

–  Jesteś  bardzo  przystojny  –  powiedziała  Amanda  –  mimo  Ŝe  głośno  ryczysz  i  właśnie 

zjadłeś surowe mięso za całe dziesięć dolarów.   

– Czy wiesz juŜ, jak je nazwiesz? 

–  Ta  cętkowana  dama  będzie  się  nazywała  Baronessa,  na  cześć  Nicka.  Gdyby  nie  jego 

wspaniały dar, nigdy bym sobie nie mogła pozwolić na pantery.   

– Nick twierdzi, Ŝe ich nowy dom będzie gotów za niecały miesiąc. Jak to moŜliwe? 

– Od lat miałam gotowe plany – przyznała się Amanda. – Zawsze chciałam mieć wielkie 

koty.  Uwielbiam  patrzeć,  jak  mięśnie  ruszają  im  się  pod  skórą  i  jak  potrafią  się  całkowicie 

rozluźnić.   

–  Tak,  to  godne  pozazdroszczenia.  Szkoda,  Ŝe  ja  tego  nie  umiem.  Ostatnio  goniłam  jak 

background image

leming do morza.   

– To nie jest dobre porównanie, Erico. Nie gonisz ku swojej zagładzie, ale ku przyszłości. 

CzyŜ nie? 

– Tak, oczywiście. Ale mam pewien problem, który nazywa się Nick Barron.   

Zaczerpnęła powietrza i opowiedziała Amandzie wszystko, co się między nią a Nickiem 

zdarzyło.   

– A teraz nie wiem, co robić – zakończyła. – Nie miałam zamiaru zakochać się w Nicku, 

ale tak się stało, i teraz nie chcę go opuszczać nawet na jeden dzień, nie mówiąc juŜ o całym 

roku. Nie mogę teŜ zrezygnować ze stypendium. MoŜe juŜ nigdy Ŝadnego innego nie dostanę, 

a ta wyprawa do Tanzanii jest moją Ŝyciową szansą.   

–  Nie  oczekuj  ode  mnie  rady,  moja  droga.  –  Amanda  wstała  i  otrzepała  spodnie.  – 

Oczywiście,  byłabym  zachwycona,  gdybyś  postanowiła  zostać,  ale  rozumiem  twoje  ambicje 

zawodowe.  Jednocześnie,  Erico,  jestem  w  głębi  duszy  romantyczką  i  wiem,  Ŝe  miłość  jest 

najcenniejszą rzeczą na świecie.   

– W innych ustach zabrzmiałoby to strasznie sentymentalne. Ale do ciebie to pasuje. Tak 

jak całe dobro, które wyświadczasz.   

– Znowu robisz ze mnie świętą Amandę. Czarna pantera ryknęła i uderzyła łapą w gęstą 

siatkę.   

–  Jestem  taka  jak  on  –  powiedziała  Amanda.  Poprawiła  sobie  siwy  kok  i  mrugnęła  do 

Eriki. – Piękna, ale zła.   

Następnego dnia,  gdy  Erica szła z Michaelem, by  zabrać Sheenę na popołudniową sesję 

na wyspie, chłopak odezwał się: 

– MoŜemy chwilę porozmawiać? 

– Jasne. Co cię gryzie? 

–  Myślałem  o  twojej  wyprawie.  Naprawdę  cieszę  się,  Ŝe  jedziesz.  –  Kopnął  kamyk  i 

spuścił  wzrok  na  swoje  buty.  –  I  bardzo,  bardzo  się  cieszę,  Ŝe  to  ja  będę  szefem  od 

szympansów.  Ale  wiesz,  gdyby  coś  się  stało,  gdybyś  jednak  nie  pojechała,  to  teŜ  by  było 

fajnie. Rozumiesz? 

– Dziękuję, Michael. Klepnął ją po ramieniu.   

– Będzie mi cię brakowało.   

–  Mnie  teŜ  wielu  rzeczy  będzie  brakowało.  –  Uniosła  wzrok  na  bezchmurne  niebo  i 

wciągnęła w płuca czyste powietrze. Znała całe zoo jak własną kieszeń. Od dwóch lat było jej 

domem. Widoki i zapachy weszły jej w krew. – Będę tęsknić za tym miejscem. I za ludźmi. 

Będę miała co wspominać w dŜungli.   

– Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale jak pojedziesz, tata będzie nie do zniesienia.   

Mam nadzieję, pomyślała. Mam nadzieję, Ŝe za mną zatęskni.   

 

W  sobotę  Erica  i  Sheena  wstały  wcześniej  niŜ  zwykle.  Był  to  Dzień  Zoo  i  Erica  była 

przekonana, Ŝe wszystko, co moŜe nawalić, nawali na pewno.   

JuŜ wychodziły, gdy zadzwonił telefon. Erica cofnęła się i nie zdejmując szelek z Sheeny, 

pozwoliła jej poruszać się po mieszkaniu.   

background image

– Halo? 

– Erica? Chcę, Ŝebyś przyjechała do domu.   

– Mama? O czym ty mówisz? Czy coś się stało? 

– Nic, tylko Ŝe jak masz wyjechać na cały rok do Afryki, to chcę cię przedtem zobaczyć.   

Choć często jeździła do domu na święta, od dawna juŜ nie spędziła z rodzicami dłuŜszego 

okresu. Przy tak duŜej rodzinie trudno było utrzymywać ze wszystkimi kontakt. Nagła troska 

mamy zaskoczyła ją.   

– Erica? – Głos ojca odezwał się z drugiego telefonu. – Jesteśmy z ciebie dumni, mała.   

– Dziękuję, tato.   

–  Słuchaj,  twoja  matka  chodzi  ponura  jak  noc.  Mówi,  Ŝe  ma  złe  przeczucia.  UwaŜa,  Ŝe 

albo się boisz, albo nie chcesz jechać, czy coś w tym rodzaju.   

–  Czasami  się  zastanawiam  –  przyznała  Erica.  Czasami?  Raczej  stale.  Nie  mogła  nie 

przejmować się tym, jak jej wyjazd wpłynie na związek z Nickiem.   

– Wszystko jest w porządku, mamo. Naprawdę.   

–  Twój  głos  nie  brzmi  zbyt  wesoło.  Przykro  mi,  kochanie,  ale  robisz  wraŜenie  niezbyt 

szczęśliwej. A ja się denerwuję jak nigdy. Będziesz po drugiej stronie kuli ziemskiej. A tam 

toczą się wojny, nie mówiąc juŜ o róŜnych zarazach i chorobach. Proszę, wpadnij do nas na 

dzień czy dwa, zanim wyjedziesz.   

To  oznaczało  dzień  lub  dwa  mniej  z  Nickiem.  Ale  rodzice  dobiegali  siedemdziesiątki  i 

rzadko ją o cokolwiek prosili. Erica przygryzła wargę.   

– Dobrze, mamo. Zrobię rezerwację na samolot i dam wam znać, kiedy przylecę.   

–  Wspaniale  –  ucieszył  się  ojciec.  –  Zrobiłem  nowy  wynalazek,  który  ci  się  przyda. 

Wiesz, mała, to piecyk na energię słoneczną.   

– DuŜy? 

– Nooo... nie, ma nieco ponad metr kwadratowy.   

– Przykro mi, tato, ale nie mam w bagaŜu miejsca nawet na rolkę papieru toaletowego.   

–  Czy  w  twoim  Ŝyciu  jest  jakiś  męŜczyzna?  –  przerwała  jej  matka.  –  Pisałaś  o  jakimś 

młodym człowieku, który pracuje z tobą w zoo.   

–  Michael?  Mamo,  on  ma  szesnaście  lat.  –  Zamilkła  na  chwilę.  –  Ale  rzeczywiście,  jest 

ktoś. Ojciec Michaela.   

–  Oho,  to  wy  sobie,  dziewczynki,  pogadajcie  o  babskich  sprawach.  Ja  idę  do  stodoły. 

Kocham cię, mała.   

– Ojciec odłoŜył słuchawkę.   

– Nazywa się Nick Barron.   

Opowiedziała  matce  całą  historię.  Gdy  w  końcu  odłoŜyła  słuchawkę,  czuła  się 

zdecydowanie  lepiej.  Jak  było  do  przewidzenia,  matka  uwaŜała,  Ŝe  powinna  zostać  z 

kochanym człowiekiem. Przyznała jednak, Ŝe ambicje naukowe teŜ są waŜne.   

– Szkoda byłoby dojść tak daleko – powiedziała – i nie doprowadzić tego do końca.   

Szkoda, przyznała Erica. Ale trudno.   

Od tygodnia rozwaŜała wszystkie za i przeciw, rozmawiała z wieloma ludźmi, planowała 

podróŜ  i  zmieniała  plany  tyle  razy,  Ŝe  przyszłość  wydawała  się  mętną  masą  róŜnych 

background image

moŜliwości.  Nagle  jednak  poczuła,  jakby  przez  mgłę  przebiło  się  słońce.  Wiedziała,  co 

powinna zrobić.   

Kochała  Nicka.  I  nie  mogła  go  zostawić.  W  poniedziałek  rano  zadzwoni  do  Klubu 

Poszukiwaczy Przygód i przeprosi ich, Ŝe rezygnuje ze stypendium. Zostanie.   

Sheena wskoczyła jej w ramiona i Erica przytuliła stworzenie.   

–  I  jak  mogłabym  cię  zostawić,  Sheena?  Obiecałam  sobie,  Ŝe  zaprzyjaźnię  cię  z  Javą, 

więc nie mogę wyjechać, póki to się nie stanie.   

Sheena potrząsnęła głową tak energicznie, Ŝe zęby jej zadzwoniły.   

– Chodźmy, mała. Dziś jest wielki dzień. Dzień Zoo.   

I dzień, w którym postanowiła przedłoŜyć miłość nad karierę.   

 

Choć  Erica  i  Sheena  pojawiły  się  w  zoo  godzinę  przed  otwarciem,  atmosfera  juŜ  była 

naładowana,  a  wszyscy  podnieceni.  Niektórzy  wolontariusze  poprzebierali  się  w  kostiumy: 

Tim  występował  jako  wiewiórka,  dwie  dziewczyny  jako  niedźwiadki.  NaleŜący  do  Nicka 

strój kataryniarza przerobiono dla człowieka sprzedającego kolorowe baloniki.   

Nick  sprowadził  z  wesołego  miasteczka  sprzedawców  napojów,  lodów  na  patyku, 

precelków, popcornu i hot dogów.   

Amanda,  ubrana  w  bryczesy,  wysokie  buty  i  kowbojski  kapelusz  obwiązany  Ŝółtym 

szalem, pospieszyła ku Erice.   

– Jak się cieszę, Ŝe jesteś, Erico. Mamy kłopot.   

–  Wygląda  na  to,  Ŝe  wszystko  jest  pod  kontrolą.  MoŜe  trochę  zwariowanie,  ale  pod 

kontrolą.   

– Brakuje jednego z węŜy.   

– Co?! 

– Ciii... Nie chcę, by ktoś wpadł w histerię. Patty zniknęła.   

–  Znajdę  ją  –  obiecała  Amandzie  Erica,  choć  nie  była  tego  pewna.  Pyton  mógł  się 

schować w setkach miejsc.   

–  Bardzo  cię  proszę.  Nie  byłaby  to  najlepsza  reklama,  gdyby  któryś  ze  zwiedzających 

został poŜarty przez dwumetrowego węŜa. Zajmę się Sheeną, a ty znajdź Patty.   

Erica podała Amandzie smycz i poszła. Patty była płochliwa, więc zapewne schowała się 

z  dala  od  miejsc,  gdzie  kręcili  się  ludzie.  Mogłaby  ją  zainteresować  na  przykład  rodzina 

ś

wistaków.   

W  pobliŜu  zagrody  świstaków  wpadła  na  Nicka.  Był  przebrany  za  mima,  w  białych 

rękawiczkach, czarnej koszulce bez rękawów, obcisłych czarnych spodniach i z pomalowaną 

na biało twarzą.   

–  Podobam  ci  się?  –  Przyjął  pozę  Marcela  Marceau,  najsławniejszego  mima 

wszechczasów.   

–  Bardzo  stosowne  zwaŜywszy  na  twoje  umiłowanie  ciszy.  Ale  czy  wiesz  cokolwiek  o 

pantomimie? 

Pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.   

–  Naprawdę?  –  roześmiała  się,  pragnąc  rzucić  mu  się  w  ramiona  i  oznajmić,  Ŝe 

background image

postanowiła nie wyjeŜdŜać. Ale nie był to stosowny czas ani odpowiednie miejsce. Ona miała 

znaleźć pytona, on miał mnóstwo spraw organizacyjnych na głowie.   

– Później – szepnęła – chciałabym ci coś powiedzieć. Gdy ruszyła, złapał ją za ramię.   

–  O  co  chodzi,  Nick?  Naprawdę  nie  mam  czasu.  Uderzył  się  w  pierś,  narysował  w 

powietrzu wielkie serce i wskazał na nią.   

– Niech zgadnę. Czy to znaczy „kocham cię”? 

– Zgadłaś od razu. Ja teŜ cię kocham. Objęła go ramionami.   

– Panie mimie, to się rozumie samo przez się.   

– Nie całuj mnie – ostrzegł. – RozmaŜesz mi makijaŜ.   

–  Nawiasem  mówiąc,  czy  Amanda  wspomniała  ci  o  naszym  drobnym  problemie?  – 

spytała Erica, niewinnie trzepocząc rzęsami. – Patty uciekła ze swojej klatki...   

– O rany! To czemu tu stoisz i rozmawiasz? 

– Sama się nad tym zastanawiam. Uścisnął ją i wypuścił z objęć.   

– Biegnij. Szybko.   

– Nick, tylko nie mów nikomu. Nie chcemy paniki.   

–  Dobrze.  –  Odwrócił  się  i  ruszył  w  kierunku  biura.  –  Ja  sam  jestem  juŜ  wystarczająco 

spanikowany.   

Erica  ruszyła  najpierw  do  pawilonu  gadów,  gdzie  stwierdziła,  Ŝe  Patty  musiała 

wyślizgnąć  się  przez  obluzowaną  kratkę  wentylacyjną,  złapała  torbę  do  transportu  gadów  i 

przeszukała  całe  pomieszczenie.  Następnie  przepatrzyła  okolice  pawilonu,  zataczając  coraz 

szersze  kręgi.  Otwarto  juŜ  bramy  i  pojawili  się  pierwsi  zwiedzający,  gdy  w  końcu  Erica 

dostrzegła  Patty  kryjącą  się  w  wysokich  trawach  po  drugiej  stronie  zagrody  bawołu.  Z 

łatwością wsunęła wielkiego węŜa do torby i zaniosła do terrarium.   

– Kłopot numer jeden z głowy – mruknęła do siebie, przykręcając kratkę na przewodzie 

wentylacyjnym.   

Poinformowała  Amandę,  Ŝe  wszystko  w  porządku  i  ruszyła  w  stronę  wyspy  ssaków 

naczelnych.  W  połowie  drogi  poczuła,  Ŝe  ktoś  za  nią  idzie.  Odwróciła  się  i  ujrzała  Nicka, 

naśladującego jej ruchy. Otaczało go kilkoro rozbawionych dzieci.   

Splotła ramiona na piersi.   

– Ale śmieszne – powiedziała.   

– Ale śmieszne – powtórzył, splatając ramiona.   

– Mimowie nie mówią.   

– Mimowie nie mówią – przedrzeźniał ją, a dzieciarnia zachichotała z uznaniem.   

Erica zmruŜyła oczy.   

Nick teŜ.   

Zrobiła w powietrzu płynny ruch ręką i zasyczała.   

– WąŜ! – Twarz Nicka przybrała wyraz przeraŜenia. Podskoczył na jednej nodze, potem 

na drugiej. Dzieci naśladowały go.   

– Ale tak naprawdę nie ma węŜa? – szepnął do Eriki.   

– Nie, ty klownie. Patty jest znowu w klatce. Uścisnął ją.   

– Moja ty bohaterko. Erica zwróciła się do dzieci.   

background image

– Idę nakarmić szympansy. Chcecie popatrzeć? 

– Tak! – krzyknęły zgodnie i ruszyły za nią gęsiego.   

Nick  zamykał  pochód.  Dzień  Zoo  dobrze  się  zapowiada,  pomyślał.  Ludzi  było  sporo. 

ZauwaŜył,  Ŝe  kilka  osób  zatrzymało  się  przy  kiosku,  w  którym  Amanda  sprzedawała  karty 

stałego  wstępu  i  rekrutowała  ochotników.  Choć  wstęp  był  dziś  wolny,  Nick  podliczył,  Ŝe 

sprzedaŜ napojów i przekąsek przyniesie niezłą sumkę.   

Erica  doszła  do  ogrodzenia  przy  fosie  i  opowiadała  dzieciom  o  szympansach.  Dobrze 

dogaduje się z dziećmi, zauwaŜył Nick. Nie bawi się w gierki, nie wygłupia, a jednak skupia 

ich uwagę. MoŜe dlatego, Ŝe nie traktuje dzieci z wyŜszością.   

Odetchnął głęboko. W kaŜdym razie jego uwagę przyciągała bez trudu.   

Do diabła. Cholernie trudno będzie pozwolić jej wyjechać.   

Tropikalna dŜungla Afryki? Od tygodnia czytał o tych terenach i odkrył, Ŝe Ŝycie roślinne 

w  tym  niemoŜliwym  klimacie  jest  niezwykle  bujne.  MoŜe  jak  pojedzie  w  odwiedziny, 

pobierze  szczepki  lub  nasiona  i  spróbuje  przenieść  roślinność  z  tropików  na  wyspę 

naczelnych.   

Erica weszła juŜ do fosy, ciągnąc za sobą łódkę z poŜywieniem dla małp. Nick przyglądał 

się,  jak  poziom  wody  sięga  najpierw  jej  kolan,  potem  ud.  W  Afryce  teŜ  są  strumienie, 

pomyślał,  ale  nie  tak  bezpieczne  jak  ten.  W  tamtych  są  krokodyle  i  paskudne  węŜe.  Jeśli 

cokolwiek przydarzy się Erice na tej wyprawie, nigdy sobie nie daruje.   

Erica  rzuciła  na  wyspę  owoce  i  kawałki  jedzenia.  Zaraz  pojawiły  się  szympansy. 

Oczywiście  Lenny  miał  pierszeństwo.  Potem  przy  jedzeniu  rozsiadła  się  Jenny,  wybierając 

kawałki i  rzucając je swemu synowi, Javie. Maleństwo chwyciło banan.  Najpierw obrało  go 

starannie i wyjadło miękki środek, potem zaczęło przeŜuwać skórkę.   

Wzmocniony  poŜywieniem  Lenny  podszedł  do  brzegu  fosy.  Spojrzał  groźnie  na 

patrzących, uderzył się we włochatą pierś i wydał głośne pohukiwanie. Dzieciom szalenie się 

to  podobało,  więc  zachęcony  aplauzem  Lenny  dał  prawdziwe  przedstawienie.  Podskakiwał, 

kręcił się, robił miny. Java spróbował go naśladować, a Lenny, o dziwo, nie przegonił go.   

Erica wróciła na brzeg.   

–  Nie  podoba  mi  się  ich  zachowanie  –  powiedziała  do  Nicka.  –  Są  zbyt  podniecone 

niezwykłym ruchem.   

Jeśli zobaczysz Michaela, powiedz mu, Ŝeby dzisiaj nie wchodził na wyspę.   

Dzieci  zaczęły  się  śmiać  i  krzyczeć,  więc  Erica  odwróciła  się,  by  zobaczyć,  co  je  tak 

poruszyło. W fosie była wiewiórka. Bardzo mokra wiewiórka wielkości człowieka.   

Widok  tej  wielkiej,  kudłatej  postaci  przeraził  szympansy  .  Jenny  wrzeszczała  i  rzucała 

gałązkami.   

Nagle  Tim  poślizgnął  się,  przewrócił  i  nie  był  w  stanie  sam  wstać.  Dopiero  Erica 

wyciągnęła go na brzeg.   

– Co ty wyrabiasz? Fuj, okropnie śmierdzisz.   

–  Przepraszam.  W  tym  kostiumie  jest  strasznie  gorąco.  Myślałem,  Ŝe  jak  zanurzę  się  w 

strumieniu, to trochę ochłonę.   

– Czy coś się stało? – Nick stał juŜ przy nich.   

background image

– Nic, czego nie moŜna naprawić suszarką. – Do siebie Erica mruknęła: – Kłopot numer 

dwa.   

Trzeci kłopot wyłonił się po południu, gdy kilkunastoletnia dziewczyna wsadziła palec w 

siatkę w nowym pawilonie kotów i nie mogła go wyjąć. Erica usłyszała wrzask dziewczyny i 

wpadła do środka. Wolontariuszka-opiekunka z całą przytomnością umysłu odwracała uwagę 

Baronessy,  podając  jej  na  kiju  kawał  mięsa,  ale  nie  mogła  równocześnie  pomagać 

dziewczynie.   

– Nie ruszaj się – zakomenderowała Erica.   

– Och, ona zje mój palec! 

– Nie ruszaj się i bądź cicho! 

Dziewczyna chlipała, ale posłuchała. Erica rozsunęła zachodzące na siebie druty siatki, o 

które zaczepił pierścionek dziewczyny.   

– No dobra – powiedziała. – Teraz powoli cofnij dłoń.   

Uwolniona  dziewczyna  zakręciła  się  w  miejscu  i  wpadła  w  ramiona  przyjaciółki, 

przyglądającej się całej scenie rozszerzonymi z przeraŜenia oczyma.   

– W porządku? – spytała Erica po chwili, gdy dziewczyna uspokoiła się.   

– Tak.   

– Nie będę marnować swojego ani waszego czasu, tłumacząc, dlaczego nie naleŜy draŜnić 

zwierząt – poczuła Erica surowo. – Ale proszę, Ŝebyście natychmiast opuściły zoo.   

– Nie moŜemy.   

– Co to znaczy? 

– W ogóle nie chciałyśmy przyjeŜdŜać do tego głupiego zoo, ale w wesołym miasteczku u 

Barrona był facet, który proponował wolny przejazd. Więc wsiadłyśmy do autobusu razem z 

innymi.   

„  Erica  jęknęła.  Niewątpliwie  to  pomysł  Nicka,  i  to  głupi  pomysł.  Jest  chyba  dość  ludzi 

naprawdę zainteresowanych zwierzętami, Ŝeby nie trzeba było przywozić , tu przypadkowych 

gości.   

– No dobra, panienki – powiedziała do dziewcząt – jeśli wpakujecie się w jeszcze jakieś 

kłopoty, będziecie musiały czekać w gorącym i dusznym autobusie.   

) Zrozumiano? Nigdy nie draŜnijcie zwierząt.   

Trzy kłopoty, pomyślała Erica. Chyba dosyć. Reszta dnia powinna minąć spokojnie.   

I  tak  się  stało,  poza  drobnymi  problemami:  ktoś  usiłował  nakarmić  bawołu  lodami, 

wielbłąd  opluł  jednego  ze  zwiedzających,  zapodziało  się  kilkoro  dzieci.  Dopiero  pod  sam 

koniec dnia wyłonił się osobisty problem takiej wagi, Ŝe minione godziny wydały jej się nagle 

spokojne jak staw w bezwietrzny dzień.   

W  pobliŜu zagrody  lam  dostrzegła  doktora  Arthura  Windoma,  przewodniczącego  Klubu 

Poszukiwaczy  Przygód.  Choć  w  poniedziałek  zamierzała  podziękować  za  stypendium,  nie 

chciała teraz poruszać tego tematu.   

– Dobry wieczór panu – powitała go, podchodząc I bliŜej.   

– A, to pani. Erica od małp. Znakomicie tu jesteście zorganizowani.   

– Dziękuję panu. Amanda robi świetną robotę.   

background image

– I owszem. Wspaniała z niej kobieta.   

Byłaby  z  nich  cudowna  para,  pomyślała  Erica,  choć  Amanda  jest  dziesięć  centymetrów 

od niego wyŜsza.   

– Amanda jest wdową, wie pan? 

– Nie wiedziałem. – Mrugnął do niej. – Dzięki za informację.   

– Cieszę się, Ŝe mam okazję osobiście powiedzieć panu, jak bardzo cenię sobie zaufanie 

członków Klubu. To dla mnie wiele znaczy.   

–  Posiada  pani  potrzebne  kwalifikacje,  a  pani  projekt  badawczy  jest  sensowny. 

Oczywiście pomogło to, Ŝe stary Nick podrzucił nieco grosza.   

– Słucham? 

–  Pieniądze  na  pani  stypendium.  Siedemdziesiąt  pięć  procent  dał  Barron.  Nie  mogliśmy 

więc być tacy skąpi, Ŝeby nie zrzucić się na pozostałe dwadzieścia pięć, prawda? 

Serce Eriki stało się nagle cięŜkie jak kamień. Nie zdobyła stypendium własną pracą. Był 

to prezent od Nicka.   

Zmusiła  się  do  uśmiechu,  ale  nie  była  w  stanie  dalej  prowadzić  pogawędki.  Najchętniej 

uciekłaby i schowała się, by w samotności lizać rany.   

– Proszę mi wybaczyć, muszę iść.   

– Oczywiście. I Ŝyczę szczęścia w Tanzanii.   

Na ślepo ruszyła asfaltową ścieŜką w stronę biura. AleŜ z niej idiotka! Nadęta kretynka! 

Przyjmowała z dumą gratulacje, uwierzyła, Ŝe jest naukowcem, z którym ludzie się liczą. A to 

wcale  nie  ona  sama  zdobyła  stypendium.  Otrzymała  pieniądze  w  prezencie  od  człowieka,  z 

którym sypiała. Kim zatem była? 

Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  usiadła  za  biurkiem.  Tłumy  zwiedzających  przerzedzały  się. 

Wkrótce  nadejdzie  pora  zamknięcia  i  zapadnie  cisza,  którą  Nick  tak  lubił.  Do  diabła  z  nim! 

Wyjęła z szuflady małe radio, nałoŜyła słuchawki i nastawiła najgłośniej, jak się dało. Ona i 

Nick bardzo się róŜnili. On prowadził osiadły tryb Ŝycia, ona wciąŜ czekała na przygodę.   

Najwyraźniej  Nick  teŜ  zdał  sobie  z  tego  sprawę.  Musiał  pragnąć,  by  zniknęła  w 

afrykańskiej dŜungli. Całe szczęście, Ŝe nic nie zdąŜyła mu powiedzieć. Dopiero wyszłaby na 

idiotkę, gdyby mu oznajmiła, Ŝe ma zamiar odrzucić stypendium! 

Wyjęła  z  biurka  dziennik  i  wpatrzyła  się  w  pustą  stronę.  Dlaczego  Nick  się  wtrącił? 

Czego  dowodzą  te  wszystkie  manipulacje?  Po  pierwsze,  jej  łatwowierności.  Po  drugie,  jego 

potrzeby rządzenia.   

Poczuła dotknięcie na ramieniu i odwróciła się, by na niego spojrzeć. WciąŜ jeszcze miał 

na  sobie  strój  mima.  Bardzo  właściwie!  Tyle  rzeczy  przemilczał.  Wyłączyła  radio  i  zdjęła 

słuchawki.   

– W sumie niezły dzień – stwierdził.   

– Mów za siebie.   

–  Muszę  pokazać  się  w  wesołym  miasteczku.  Pójdziesz  ze  mną?  Zjedlibyśmy  razem 

kolację.   

– Nie. Muszę pomóc Amandzie posprzątać.   

– Dobrze, to wpadnę później do ciebie.   

background image

Nie chciała tego. Nie odwaŜyłaby się rzucać mu w twarz oskarŜeń.   

– Nie, ja przyjdę do twego biura. O wpół do dziesiątej.   

Gdy  pochylił  się,  by  pocałować  ją  w  czoło,  Erica  zesztywniała.  Nie  moŜe  ustąpić,  bo 

zabierze jej godność, dumę, miłość.   

– Czy coś się stało? – zapytał. Niech sobie zgaduje.   

– Nic. Do zobaczenia później.   

ZauwaŜyła, Ŝe zmarszczył się pod maską białej farby. CzyŜby się zdenerwował? Dobrze! 

– Nie widziałaś moŜe Michaela? Potrząsnęła głową.   

–  Michael  zajmował  się  dziś  Sheeną  –  wyjaśniła.  –  PoniewaŜ  jej  teren  zajęły  pantery, 

poza biurem nie ma się gdzie bawić.   

– Ale nie ma go tu? 

– Jak widać.   

Podszedł do drzwi, ujął klamkę i odwrócił się.   

– Jesteś pewna, Ŝe nic się nie stało? 

– Nic, czego nie mogłabym przeŜyć.   

Od  samego  początku  obiecywała  sobie,  Ŝe  będzie  kontrolować  sytuację.  Jednak  dała  się 

oczarować przejaŜdŜkom na diabelskim młynie, śmiechowi, obietnicom. Do diabła, w którym 

momencie oddała mu ster i straciła kontrolę? 

Jedno jest pewne, pomyślała, zamykając dziennik. Pora opuścić okręt.   

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Okrągły,  zielony  liść  osiki  oderwał  się  od  drzewa  i  opadł  na  wodę.  Zakołysał  się, 

zawirował  i  zniknął,  uniesiony  prądem.  Nick  obserwował  go  uwaŜnie.  Mała  łódeczka, 

pomyślał, niezdolna walczyć z prądem, niezdolna wyznaczyć swojej drogi. Sam tego czasami 

doświadczał,  choć  nieczęsto.  Źle  się  czuł,  gdy  nie  był  w  stanie  kontrolować  przebiegu 

wydarzeń,  a  właśnie  teraz  coś  takiego  mu  się  przydarzyło.  Zaskoczył  go  nastrój  Eriki. 

Wcześniej, w ciągu dnia, była w znakomitym humorze. Więc co się stało? 

Zatrzymał  się  nad  fosą  naprzeciwko  wyspy  naczelnych.  Zoo  było  juŜ  zamknięte, 

sprzedawcy pakowali swój sprzęt, odwiedzający zniknęli. Nick zmył juŜ makijaŜ mima i był 

gotów wyruszyć do domu, ale musiał przedtem znaleźć Michaela.   

Erica śpieszyła ścieŜką w jego kierunku. Jej zachowanie w biurze było dziwne, ale teraz 

stało się jeszcze bardziej niezrozumiałe. ZauwaŜył, Ŝe jest zdenerwowana i przestraszona.   

–  O  co  chodzi?  – zapytał,  gdy  zatrzymała  się  obok  niego  i  bacznie  zaczęła  obserwować 

wyspę.   

–  O  Michaela  –  powiedziała  napiętym  głosem.  –  Wiedziałam,  Ŝe  go  szukasz,  więc 

popytałam ludzi. Tim powiedział mi, Ŝe chłopak poszedł na wyspę.   

– No to co? Codziennie tam chodzi.   

– Ale dzisiaj szympansy były niespokojne.   

– Co to znaczy? 

–  Do  diabła,  Nick,  powtarzam  tobie  i  Michaelowi,  i  wszystkim  dookoła,  Ŝe  szympansy 

potrafią być niebezpieczne. Nawet, złośliwe. Gryzą. A Lenny jest bardzo silny.   

Nick  skierował  spojrzenie  na  wyspę.  Oczyma  wyobraźni  ujrzał  Michaela  leŜącego  bez 

przytomności i wykrwawiającego się.   

Przerzucił nogę przez ogrodzenie.   

– Pójdę po niego.   

– Czekaj! – Erica złapała go za ramię i oboje zamarli.   

– Co takiego? 

– Patrz – szepnęła. – Tylko popatrz! 

Zza krzaka wyszła Sheena. Przysiadła na brzegu wyspy naprzeciw nich i wydała z siebie 

pokrzykiwanie. TuŜ obok pojawił się Java. Nieśmiało połoŜył rękę na jej głowie.   

Sheena  obnaŜyła  zęby  i  Java  cofnął  dłoń.  Nie  dał  się  jednak  tak  łatwo  zniechęcić. 

Przysunął  się  bliŜej  i  zaczął  ją  iskać  po  grzbiecie.  Sheena  powierciła  się  w  miejscu,  ale 

przysiadła.  Jej  oczy  miały  nieobecne  spojrzenie.  Najwyraźniej  zabiegi  Javy  sprawiały  jej 

przyjemność.   

Zza tego samego krzaka wysunął się Michael. Uśmiechnął się szeroko i  podniósł dłoń z 

uniesionym  kciukiem,  by  zaraz  schować  się  na  powrót,  spełniając  rolę  dyskretnej 

przyzwoitki.   

Oczy Eriki wypełniły się łzami. To był jeden z najwspanialszych momentów w jej Ŝyciu. 

W końcu, pomyślała. Po tylu miesiącach, zamieszaniu, krzykach i bójkach. W końcu Sheena 

background image

przyłączyła  się  do  innych.  Niewielki  fragment  naturalnego  porządku  rzeczy  znalazł  swoje 

miejsce.   

Z  kępy  drzew  wynurzył  się  z  wielkim  hałasem  Lenny  i  Erica  wstrzymała  oddech,  gdy 

ruszył wybrzeŜem ku młodym.   

Sheena zahukała, ale nie uciekła.   

Lenny zatrzymał się i przyglądał im się przez chwilę, po czym odszedł w głąb wyspy.   

Po  policzku  Eriki  spłynęła  łza.  Tego  pragnęła,  po  to  pracowała.  A  jednak  opanował  ją 

głęboki smutek. Sheena juŜ jej nie potrzebowała.   

– Do widzenia, Sheeno – szepnęła. – Cieszę się za ciebie.   

Gdy  Nick  ujął  jej  dłoń,  nie  zaprotestowała.  Pozwoliła  zaprowadzić  się  na  drewnianą 

ławkę po drugiej stronie ścieŜki, dalej od fosy. Usiedli, ciągle widząc szympansy, ale na tyle 

oddaleni, by im nie przeszkadzać.   

Erica otarła łzy.   

–  To  głupie.  Czuję  się  jak  matka,  której  dziecko  poszło  do  przedszkola.  Dumna,  ale 

smutna. Bo wiem, Ŝe nigdy juŜ nic nie będzie tak samo.   

– Popłacz sobie, Erico. CięŜko jest tracić przyjaciela.   

– Sheena nie jest ani moim dzieckiem, ani przyjacielem. Jest szympansem.   

– Ale istnieje między wami więź.   

– Cholera, obiecałam sobie, Ŝe nigdy mi się to nie przytrafi. Naprawdę próbowałam być 

obiektywna, nie traktować Sheeny jak przyjaciela.   

– PrzecieŜ chciałaś tylko, Ŝeby była szczęśliwa.   

– I będzie szczęśliwa wśród swoich.   

Zamknął  ją  w  objęciach,  a  Erica  przytuliła  się,  na  chwilę  odsuwając  od  siebie  myśli  o 

jego zdradzie i manipulacjach. Tak bardzo pragnęła pocieszenia.   

Siedziała  w  milczeniu,  Ŝałując,  Ŝe  rozmawiała  z  Windomem,  Ŝe  nie  trwa  wciąŜ  w 

cudownej  nieświadomości.  Ale  zło  się  stało.  Nick  kłamał  i  zrozumiała,  Ŝe  chciał,  by 

wyjechała  do  Afryki.  Powinna  teraz  tylko  zdecydować,  czy  ma  przełknąć  dumę  i  przyjąć 

stypendium, czy odmówić. Tak czy tak, ich związek dobiegł końca.   

– Jest coś jeszcze, prawda? – Nick uniósł jej twarz ku sobie.... – Coś jeszcze cię wytrąciło 

z równowagi.   

Odchrząknęła. Nie teraz. Nie jest w stanie rozmawiać z nim o tej sprawie.   

– Wiem – powiedział Nick. – Chodzi ci o autobusy.   

– Autobusy? 

– O mój błyskotliwy pomysł, Ŝeby przywieźć tu ludzi z wesołego miasteczka.   

– To był głupi pomysł.   

– Mea culpa. Przyznaję. Przybyło tu dość ludzi bez mojego wtrącania się. To zresztą był 

tylko jeden autobus, potem powiedziałem kierowcy, Ŝeby dał sobie spokój.   

Erice przyszło do głowy, Ŝe to jakoś przypomina sytuację z jej stypendium.   

– Po co, Nick? Dlaczego musisz się we wszystko wtrącać? 

– Miałem dobre chęci. Chciałem, Ŝeby Dzień Zoo okazał się sukcesem.   

– Ale gdybyś zapytał Amandę albo mnie, odmówiłybyśmy.   

background image

– Dlatego nie zapytałem. Przywykłem do podejmowania decyzji i kierowania. Gdy widzę 

coś, co trzeba zrobić, robię to, a o konsekwencje martwię się później.   

–  Jak  moŜesz?  Nie  liczysz  się  z  uczuciami  innych.  Nick,  musisz  pozwolić  ludziom,  by 

decydowali sami za siebie. Planowali własne Ŝycie.   

– Czy ty nie przesadzasz? Powiedziałem, Ŝe przepraszam.   

– Wiem. – Powinna przerwać tę rozmowę. Jeśli ma mu wytknąć sprawę stypendium, musi 

to zrobić jasno i wyraźnie, a nie szukać tematów zastępczych.   

– Ale masz rację, Ŝe muszę nauczyć się pozwalać ludziom podejmować własne decyzje. 

Michael mnie tego uczy.   

– Co z Michaelem? – spytała, natychmiast  gotowa  go bronić. – Wspaniale radzi sobie z 

Sheeną.   

–  Chyba  odnalazł  swoje  powołanie.  –  Nick  spojrzał  na  wyspę.  –  Przyznaję,  Ŝe  jestem 

nieco  rozczarowany.  W  głębi  duszy  zawsze  miałem  nadzieję,  Ŝe  będzie  chciał  pracować  ze 

mną w ogrodzie i wesołym miasteczku.   

– Trochę to patriarchalne, prawda? 

–  Bardzo  –  przyznał  bez  zaŜenowania.  –  Pragnąłem  zabrać  go  do  wagonika  kolejki 

górskiej,  ogarnąć  teren  szerokim  gestem  i  powiedzieć:  „Synu,  pewnego  dnia  to  wszystko 

będzie  twoje”.  Więc  jeśli  chłopak  mi  na  to  odpowiada:  „Tato,  czy  muszę?”, to  czuję  się  jak 

przekłuty balonik.   

Erica  roześmiała  się.  Och,  jak  świetnie  Nick  na  nią  wpływał!  Amanda  miała  rację,  Ŝe 

Erice potrzebny jest ktoś, kto zrównowaŜyłby jej powaŜny stosunek do Ŝycia.   

– Michael szybko dorasta – ciągnął Nick. – Niedługo będzie miał własne Ŝycie. Będzie mi 

go brakowało.   

– Dobry ojciec wie, kiedy nadeszła pora, by pozwolić dziecku odejść.   

– Tak. Jednak to bardzo trudne. MoŜe dlatego, Ŝe nie zawsze byłem dobrym ojcem.   

Spojrzała na niego ze zdumieniem.   

–  Daj  spokój,  co  ty  wygadujesz?  Obserwowałam  cię  w  otoczeniu  dzieci.  Znakomicie 

sobie z nimi radzisz.   

–  To  przyszło  z  wiekiem.  Nie  uwierzysz,  jakim  niedbałym  facetem  byłem  dawniej.  W 

Nowym  Jorku,  gdy  robiłem  grubą  forsę  na  Wall  Street,  dzieci  mogły  dla  mnie  nie  istnieć. 

Zaniedbywałem  Michaela,  gdy  był  małym  chłopcem.  Od  dawna  chciałem  ci  o  tym 

opowiedzieć – ciągnął Nick. – Ta historia w jakimś sensie wyjaśnia, dlaczego dom i rodzina 

są dla mnie tak waŜne.   

Usiadła wygodniej, łudząc się, Ŝe w tej opowieści znajdzie jakieś wytłumaczenie dla jego 

zachowania – i Ŝe będzie mogła mu wybaczyć.   

– Mieliśmy dom w Connecticut, ale rzadko tam jeździłem. Właściwie tylko na weekendy. 

Byłem gościem w domu. Usprawiedliwiałem się ogromem zajęć, kolejną wielką transakcją...   

– Kolejnym wykrętem? – wpadła mu w słowo.   

–  Tak.  Masz  rację.  W  piątek  wieczorem  pojawiałem  się  w  domu,  w  sobotę  grałem  z 

Michaelem  trochę  w  piłkę,  a  w  niedzielę  juŜ  myślałem  o  poniedziałku  i  o  pieniądzach. 

Wydawało  mi  się,  Ŝe  jeśli  będę  duŜo  zarabiać,  to  cała  sprawa  ojcostwa  sama  się  załatwi. 

background image

Potem matka Michaela i ja rozwiedliśmy się. Byłem ślepy – mówił Nick. – Nie rozumiałem, 

co właściwie się stało. Pamiętaj, byłem męŜem i ojcem w najlepszym razie na pół etatu. Zbyt 

wiele uwagi poświęcałem sobie i swojej karierze, by dostrzec, Ŝe zaniedbuję rodzinę.   

– Znam to uczucie – powiedziała cicho, myśląc o swoich wyborach Ŝyciowych.   

–  W  kaŜdym  razie,  po  rozwodzie  odkryłem,  jak  bardzo  brakuje  mi  bliskości  Michaela. 

Próbowałem  spędzać  z  nim  tyle  czasu,  ile  się  dało.  Wynająłem  w  Connecticut  mieszkanie. 

Moja  była  Ŝona  nie  miała  nic  przeciwko  temu,  ale  otrzymała  ofertę  znakomitej  pracy  w 

Kalifornii.  Mogłem  walczyć  o  opiekę  nad  synem,  ale  nie  chciałem  mieszać  Michaela  w 

sądowe utarczki. I tak rozdzieliła nas cała szerokość kontynentu.   

Przerwał  na  chwilę,  a  Erica  była  ciekawa,  czy  Nick  dostrzega,  Ŝe  historia  się  powtarza. 

Wiedziała,  Ŝe  rozstania  są  trudne.  On  teŜ  powinien  to  wiedzieć.  Wykręty  prowadziły  do 

zaniedbań. Dla niej było to absolutnie oczywiste. CzyŜby on tego nie widział? 

– I co dalej? 

–  PrzeŜyłem  zwariowany  okres.  To  było  jakieś  cztery  lata  temu.  Najpierw  usiłowałem 

umawiać  się  z  kobietami.  Co  noc  chodziłem  na  przyjęcia.  Spotykałem  tam  i  modelki,  i 

aktorki, i kobiety interesu. Wszystkie były wspaniałe, ale Ŝadna nie nadawała się dla mnie na 

towarzyszkę  Ŝycia.  No  bo  i  jak?  Szukałem  kogoś,  kto  zrekompensowałby  mi  utratę  syna. 

Chciałem  mieć  rodzinę.  –  Roześmiał  się  krótko,  z  goryczą.  –  Tak  strasznie  potrzebowałem 

rodzinnych  więzów,  Ŝe  w  końcu,  po  śmierci  mego  ojca,  wróciłem  do  Denver,  by  przejąć 

rodzinny interes.   

– To było dwa lata temu? Czyli Michael miał czternaście lat? 

– Tak. I wtedy stało się coś strasznego. Michael uciekł z domu swojej matki w Kalifornii.   

– Och, Nick! To musiało być okropne! 

–  Przez  dwa  dni  nie  mieliśmy  z  nim  kontaktu.  Najgorsze  było  to,  Ŝe  byłem  bezradny. 

Zatrudniłem  prywatnych  detektywów  w  trzech  stanach,  Ŝeby  go  szukali,  i  siedziałem  przy 

telefonie, modląc się, by mój syn zadzwonił. Przeraziłem się, Ŝe mogę go utracić na zawsze. 

Podczas  tego  koszmarnego  czekania  podjąłem  wiele  decyzji.  Wiedziałem  juŜ,  Ŝe  kariera 

zawodowa mnie nie satysfakcjonuje. Ani bujne Ŝycie towarzyskie. Ani pieniądze, ani władza. 

Chciałem mieć rodzinę, a Michael był moją rodziną. Wtedy nauczyłem się, co znaczy słowo 

miłość.   

Obrócił ku sobie twarz Eriki i spojrzał głęboko w jej ciemnobrązowe oczy.   

–  Nie  śmiałem  marzyć  o  jeszcze  jednej  szansie  na  prawdziwą  rodzinę.  Ojciec,  matka  i 

dzieci. Po rozwodzie sądziłem, Ŝe zaprzepaściłem to juŜ na zawsze.   

Gdy  odwróciła  od  niego  wzrok,  wiedział,  Ŝe  coś  jest  nie  w  porządku.  Wyczuł  to  juŜ 

wcześniej, ale teraz nabrał pewności. I nie chodziło o autobusy z wesołego miasteczka. W jej 

postawie  dostrzegał  gniew  i  strach.  Ale  dlaczego?  Przemknęło  mu  przez  głowę,  Ŝe  ich 

związek jest powaŜnie zagroŜony.   

– Erico? 

– I co się stało z Michaelem? Jak go znalazłeś? 

–  Zadzwonił  do  mnie  z  Phoenix.  Jechał  autobusem,  i  tylko  do  Phoenix  starczyło  mu 

pieniędzy.  Zatrzymał  się  tam  i  próbował  zebrać  się  na  odwagę,  by  resztę  drogi  przebyć 

background image

autostopem. Na szczęście zwycięŜył jego zdrowy rozsądek.   

– Ale dlaczego uciekł? 

– Postanowił zamieszkać ze mną na jakiś czas.  Wyjechał, nie mówiąc nic matce, bo nie 

chciał jej zranić. Ale pragnął być ze mną. – Nick zerknął w stronę wyspy. – Mnie teŜ wkrótce 

opuści  i  rozpocznie  samodzielne  Ŝycie.  I  dziękuję  ci,  Erico,  Ŝe  wskazałaś  mu  kierunek.  To 

boli jak cholera, ale wiem, Ŝe Michael musi iść własną drogą.   

Przykryła jego dłoń swoją i poklepała lekko.   

– Ale ma dobrego ojca, który mu w tym pomoŜe.   

ZauwaŜyli ruch na wyspie. Michael powoli wycofał się w stronę fosy i zanurzył w wodę. 

Udało mu się odejść, nie zwracając uwagi Sheeny. Gdy  wyszedł na brzeg i skierował się ku 

nim, Nick szepnął: 

– Wieczorem, w wesołym miasteczku. Wpół do dziesiątej. Musimy porozmawiać o wielu 

sprawach.   

– Tak, Nick. O wielu.   

Michael stanął przed nimi jak zwycięski bohater.   

– Udało się! Erica objęła go.   

– Dobra robota, Michael.   

–  Wiesz,  jak  to  było?  Sheena  była  naprawdę  niespokojna.  Próbowałem  zostać  z  nią  w 

biurze,  ale  nie  dawała  się  tam  utrzymać.  Zabrałem  ją  na  spacer  na  wzgórze,  ale  wciąŜ  czuła 

się nieswojo. Więc pomyślałem, Ŝe moŜe teraz łatwiej zaakceptuje Javę. I tak się stało! 

–  Zapamiętaj  na  przyszłość,  Ŝe  nie  powinieneś  zbliŜać  się  do  szympansów,  gdy  są  tak 

podniecone – powiedziała Erica. – Co teraz chcesz zrobić z Sheeną? 

Michael rozpromienił się.   

– Mnie pytasz? 

– No jasne. To ty przecieŜ namówiłeś ją, by została na wyspie.   

–  Pomyślałem,  Ŝe  skombinuję  sobie  śpiwór  i  połoŜę  się  na  brzegu  po  tej  stronie.  Tak, 

Ŝ

ebym mógł mieć oko na to, co się dzieje i być blisko, gdyby Sheena mnie potrzebowała.   

–  Dokładnie  to  samo  bym  zrobiła  –  pochwaliła  Erica.  –  Ale,  Michael,  gdyby  wybuchła 

bójka między szympansami, w Ŝadnym wypadku nie wolno ci się w nią mieszać.   

– A co mam wtedy zrobić? 

– Zaopatrz się w tonę bananów. Jedzenie zwykle odwraca ich uwagę. I mówię powaŜnie, 

Michael, nie próbuj swoich sił z Lennym. Jest w stanie pogruchotać ci kości.   

– Rozumiesz to, synu? – wtrącił się Nick.   

– Tak, tato, rozumiem.   

Przez  chwilę  dwaj  Barronowie  patrzyli  sobie  w  złote  oczy,  a  w  końcu  Nick  objął  syna 

niezgrabnym, niedźwiedzim uściskiem.   

Erica  widziała,  Ŝe  walczy  ze  łzami.  Rozumiała  teraz  lepiej  jego  silną  potrzebę  więzi 

rodzinnej.  Ta  więź  między  ojcem  i  synem  została  wzmocniona  przez  rozłąkę  i  cierpienie. 

Tych kilka lat, zanim Michael wyfrunie z gniazda, były ostatnią szansą Nicka na bycie ojcem. 

Ale czy naprawdę? I jak potrzeba rodzinnych więzi wpłynie na nią? 

Obaj męŜczyźni klepali się teraz po plecach.   

background image

– Gratulacje, Michael. Jestem z ciebie dumny.   

– Dzięki, tato. Wiesz, ja teŜ jestem z siebie dumny.   

– No dobra – powiedział w końcu Nick. – Muszę znikać. Erico, zobaczymy się później. 

UwaŜaj na siebie, Michael.   

Popatrzyła za nim, ale szybko odwróciła wzrok.   

–  Michael,  idź  po  śpiwór  i  banany.  I  jedzenie  dla  siebie.  Potem  wróć  tutaj,  to 

porozmawiamy  jeszcze  o  tym,  czego  się  moŜesz  spodziewać  i  na  co  powinieneś  zwracać 

uwagę.   

Michael  ruszył  szybko,  a  ona  usiadła  i  patrząc  na  wyspę,  rozwaŜała  swoją  przyszłość. 

Rozsądek  kazał  jej  przyjąć  stypendium  i  pojechać  do  Afryki.  Wątpliwe,  co  prawda,  Ŝe  ich 

związek  przetrwa  tak  długie  rozstanie,  natomiast  jej  kariera  zawodowa  na  pewno  ma  tym 

zyska.   

Jednak  kusiło  ją,  by  rzucić  mu  jego  pieniądze  w  twarz.  Jeśli  będzie  cięŜko  pracować  i 

przykładać  się,  w  końcu  dostanie  jakieś  inne  stypendium.  Wtedy  przynajmniej  będzie 

wiedziała z całą pewnością, Ŝe sobie na nie zapracowała.   

Była  jeszcze  jedna,  kusząca  moŜliwość.  Mogłaby  zapomnieć,  Ŝe  rozmawiała  z 

Windomem,  i,  jak  planowała  rano,  zostać  z  Nickiem.  Stworzyłaby  mu  rodzinę,  o  której  tak 

marzył. Wtedy musiałaby zrezygnować z własnych pragnień.   

Spojrzała  na  wyspę  naczelnych.  Dlaczego  tak  trudno  znaleźć  rozwiązanie?  Na  brzegu 

dostrzegła  Sheenę  i  Javę,  siedzących  ramię  w  ramię  i  patrzących  na  siebie  błyszczącymi, 

czarnymi oczami.   

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Dwadzieścia  po  dziewiątej  wieczorem  wpływy  zostały  zaksięgowane,  rachunki 

zapłacone,  wszystko  zbilansowane.  Zawsze  mu  się  wszystko  zgadzało.  Blisko  rok  trwało 

uporządkowanie  dość  niedbale  prowadzonych  ksiąg  rachunkowych  ojca,  ale  teraz 

przedsiębiorstwo  Barrona  działało  jak  w  zegarku.  Nick  mógł  wyjechać  na  miesiąc,  a  nic  by 

się nie stało.   

Nawet  na  więcej  niŜ  miesiąc.  Mógłby  sobie  pozwolić  nawet  na  wyjazd 

sześciomiesięczny, a moŜe i roczny. To nie sprawy wesołego miasteczka powstrzymywały go 

od wyjazdu z Ericą do Tanzanii.   

Więc  co?  Kochał  ją,  była  jedyną  kobietą,  którą  pragnął  pojąć  za  Ŝonę.  Dlaczego  nie 

miałby z nią pojechać? Bo chciał zostać z nią tutaj. Tu był jego dom, miejsce, o które walczył, 

miejsce, do którego naleŜał. Jego dom. Przystań. Stabilizacja.   

Poza  tym  Michaela  czekał  jeszcze  rok  szkoły.  Nick  nie  mógł  tak  sobie  wyjechać, 

zostawiając go. Nigdy więcej nie zgodziłby się być ojcem na odległość.   

Wyszedł  z  biura  w  chłodną  noc.  ZadrŜał,  ale  nie  z  powodu  zimna.  Dziś  była  sobota,  a 

Erica wyjeŜdŜała w środę. Bez niej jego świat będzie pusty i jałowy.   

PodąŜył  obrzeŜoną  tulipanami  ścieŜką,  oddalając  się  od  biura  w  wiatraku.  Bramy 

zamykano o dziewiątej i słyszał, jak właśnie grzecznie wypraszano ostatnich gości. Niedługo 

wyjdą równieŜ pracownicy. Zostanie dwóch nocnych stróŜów, ale poza tym będzie tu sam. Z 

Ericą.   

Dlaczego chciała się spotkać z nim właśnie tutaj? Dlaczego nie w jej mieszkaniu? Rano 

wspomniała o niespodziance. Nick usiadł pod drzewem katalpy i czekał. Panowała taka cisza, 

Ŝ

e słychać było świerszcze.   

Erica przebrała się z uniformu w czerwoną bluzkę i spodnie i właśnie pojawiła u wejścia 

do Królestwa Dzieci.   

– Erico – zawołał do niej. – Damo w czerwieni! Zatrzymała się, zaskoczona, i spojrzała w 

stronę drzew.   

– Czemu czaisz się pod katalpą? 

– Nie czaję się, tylko czekam. – Poklepał ławkę obok siebie. – Chodź tu i siadaj.   

WciąŜ stała, wahając się.   

–  Nigdy  tu  nie  byłam  po  zamknięciu.  Teren  wydaje  się  większy.  Podoba  mi  się.  Czy 

moŜemy zwiedzić wesołe miasteczko? Ciekawa jestem, jak wygląda w nocy.   

Nick  podszedł  do  Eriki  i  objął  ją  w  talii,  zaglądając  jej  w  twarz.  Gniew?  Nie,  nie  jest 

rozgniewana. Strach? MoŜe. Coś w wyrazie jej ust zdradzało, Ŝe jest nieszczęśliwa.   

–  Co  się  stało?  Gdy  powiedziałaś  rano,  Ŝe  masz  dla  mnie  niespodziankę,  wydawało  mi 

się, Ŝe chodzi o coś miłego.   

– I tak było. A przynajmniej wydawało mi się, Ŝe tak jest. Ale juŜ nie.   

– Czy to ma być zagadka? 

–  Nie,  nie  mam  zamiaru  z  tobą  w  nic  grać.  Nie  będę  mówić  czegoś  innego,  niŜ  myślę, 

background image

oszukiwać ciebie albo siebie. – Zacisnęła dłonie w pięści i przycisnęła do piersi. – Pospaceruj 

ze mną, to znajdę odpowiednie słowa...   

Ruszył przy niej, z łatwością dopasowując krok do jej tempa. Przecięli rabatki kwiatowe i 

część  parkową.  Erica  zatrzymała  się  przy  karuzeli.  W  bladym,  księŜycowym  świetle 

malowane  konie  o  długich  grzywach  i  uniesionych  nogach  były  cudownie  nierzeczywiste. 

DuŜe lustra w dachu, ujęte w ozdobne ramy, odbijały światło odległych gwiazd.   

–  Jak  pięknie  –  powiedziała.  –  Wydaje  się,  Ŝe  po  zmierzchu  zaczynają  Ŝyć  własnym 

Ŝ

yciem.   

Weszła na platformę karuzeli i odwróciła się, by spojrzeć mu w twarz.   

– Wiem o stypendium.   

– No chyba, przecieŜ w środę masz zamiar wyjechać! 

–  Rozmawiałam  z  Windomem,  który  powiedział  mi,  Ŝe  sfinansowałeś  to  stypendium  w 

siedemdziesięciu pięciu procentach. Czy to prawda? 

– Tak.   

Przyznał się. Jej ostatnia nadzieja, Ŝe Windom się mylił, rozwiała się.   

–  Dlaczego?  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś?  Obnosiłam  się  jak  bohaterka,  poklepując 

sama  siebie  po  ramieniu,  jaka  to  jestem  mądra.  A  to  wszystko  nieprawda.  Zrobiłeś  ze  mnie 

kłamczuchę.   

– Gdybym zaproponował ci pieniądze, przyjęłabyś? 

– Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie.   

– Przyjęłabyś? 

– Zapewne nie.   

– Masz odpowiedź. Chciałem pomóc ci w spełnieniu marzeń, dać ci coś, czego pragniesz. 

Klub Poszukiwaczy Przygód był dobrym sposobem na urzeczywistnienie mojego zamiaru.   

–  Oszukałeś  mnie!  –  Erica  była  przeraŜona.  Podchodził  do  tej  sprawy,  jakby  się  nic  nie 

stało. – Celowo mnie oszukałeś.   

–  A  co  to  za  róŜnica?  Dostałaś  to,  czego  pragnęłaś.  Chcesz  wyjechać  do  Tanzanii, 

prawda? , Zacisnęła palce na zniszczonej’ skórze uzdy niebiesko-Ŝółtego konika. Jej głos był 

ledwo słyszalny.   

– Nie jestem pewna.   

– Jak to? – Wszedł za nią na platformę karuzeli.   

–  Od  kiedy  się  znamy,  tylko  o  tym  mówisz.  Wyprawa  do  Afryki.  Szympansy  w 

ś

rodowisku naturalnym. Studia nad naczelnymi. Etologia.   

– Dziś rano zmieniłam decyzję. – Odsunęła się od Nicka, tak Ŝe malowany konik znalazł 

się między nimi. Chętnie by na niego wskoczyła i odjechała przed siebie. – To właśnie była 

moja niespodzianka, Nick. Miałam zamiar podziękować za stypendium, Ŝeby tu z tobą zostać.   

– Och. – Chwycił mocno jej dłoń. – Erico, nie Ŝartuj na ten temat.   

– Nie Ŝartuję.   

– Jak  mógłbym  na  to  przystać? Powiedziałaś  mi  kiedyś,  Ŝe  róŜnica  między  nami  polega 

między  innymi  na  tym,  Ŝe  ja  jestem  juŜ  jedną  nogą  na  emeryturze,  a  ty  ciągle  czekasz,  by 

twoje  Ŝycie  zawodowe  się  rozpoczęło.  Jak  mógłbym  się  zgodzić,  byś  została,  byś  wyrzekła 

background image

się swoich marzeń? 

–  Nie  mógłbyś  o  to  prosić.  Ani  Ŝądać.  Ani  manipulować.  Moje  Ŝycie  naleŜy  do  mnie, 

Nick,  i  ja  sama  decyduję,  co  mam  robić.  To  miał  być  podarunek  –  obdarzyłabym  cię, 

poniewaŜ mnie równieŜ sprawiłoby to przyjemność.   

– I zrobiłabyś to dla mnie? 

– JuŜ nie. – Zakręciła się na pięcie i odeszła, okrąŜając fantastyczne stwory na karuzeli. – 

Oczekiwałam od ciebie uczciwości. „Zaufaj mi” – powiedziałeś, i ja zaufałam. A ty zrobiłeś 

ze  mnie  kłamczuchę,  pozerkę.  Amanda  jest  ze  mnie  dumna.  Moi  rodzice są  ze  mnie  dumni. 

Co  by  sobie  pomyśleli,  gdybym  im  powiedziała,  Ŝe  moje  stypendium  nie  jest  wynikiem 

osiągnięć naukowych, ale wysiłków w sypialni? 

– Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz! 

–  A  w  co  mam  wierzyć?  Dlaczego  miałbyś  wydawać  takie  ogromne  pieniądze,  jeśli 

niejako zapłatę za moje względy? 

– Bo cię kocham.   

– I by okazać tę miłość, wysyłasz mnie na drugi koniec świata. A moŜe po prostu chciałeś 

się mnie pozbyć? Czy o to chodzi, Nick? Czy juŜ ci się znudziłam? 

– Jesteś śmieszna, Erico. Oczywiście, Ŝe nie chcę się z tobą rozstawać ani na chwilę. To 

rozstanie będzie dla mnie piekłem. Do diabła, zatrzymaj się.   

Stanęła w miejscu.   

– Skoro nie chcesz się ze mną rozstawać, udowodnij to. Jedź ze mną.   

– Czy to wyzwanie? 

–  Nie  gram  z  tobą  w  Ŝadne  gry,  Nick.  To  ty  manipulowałeś,  dając  mi  te  pieniądze  i 

pozwalając, bym myślała, Ŝe na nie zasłuŜyłam. Ale więcej ci na to nie pozwolę. Nie dam się 

oszukiwać. Chcę usłyszeć odpowiedź: czy pojedziesz ze mną do Afryki? 

– Wiesz, Ŝe nie mogę.   

– Dlaczego? 

– Bo mam tu swoje zadania.   

– Wesołe miasteczko moŜe funkcjonować bez ciebie. Sam mi to mówiłeś. Poza tym jest 

zamknięte przez sześć zimowych miesięcy.   

– Michael jeszcze chodzi do szkoły.   

–  Michaela  interesuje  etologia  i  studia  nad  zwierzętami.  Taki  wyjazd  byłby  dla  niego 

bardzo cenny. Jestem pewna, Ŝe moŜna dogadać się z jego szkołą.   

– MoŜe, ale ja chcę mu stworzyć dom. Miejsce, w którym czułby się bezpiecznie.   

– Dom to nie miejsce, Nick. Dom to ludzie, którzy się kochają.   

Gdy na niego patrzyła, wiedziała, Ŝe nikogo innego nie pokocha. A jednak przeznaczone, 

im były róŜne drogi przez Ŝycie.   

– Wiedzieliśmy od początku, Ŝe bardzo się róŜnimy.   

– Ale zakochaliśmy się w sobie.   

– Oszukiwaliśmy się.   

– Nie, Erico. – Uchwycił jej dłoń. – To nie jest Ŝadne oszustwo. – Zamknął ją w mocnym 

uścisku. – Nie moŜesz temu zaprzeczyć, Erico.   

background image

– Przestań, Nick.   

–  Nie  przestanę.  Czy  ty  tego  nie  czujesz?  Patrz,  jak  znakomicie  pasują  do  siebie  nasze 

ciała. To nie jest kłamstwo, to nie jest ułuda ani oszustwo.   

Pragnęła  go,  tęskniła  za  nim,  chciała  mu  się  poddać,  zaprzestać  tej  głupiej  walki.  Tak 

łatwo byłoby ulec jego woli, stać się częścią Nicka. Zmusiła się, by się od niego oderwać.   

– Nie! – krzyknęła. – Nie moŜemy tego zrobić.   

– Dlaczego nie? – Wyciągnął ku niej rękę. – Dlaczego nie moŜe być jak dotychczas? 

– Osobno, po dwóch stronach kuli ziemskiej? Czy tego właśnie chcesz? 

– Nie, wolałbym być z tobą, ale pragnę, byś miała swoją szansę.   

Wzięła  go  za  rękę  i  pociągnęła  na  środek  platformy.  Zeszli  do  środka  pierścienia,  tam, 

gdzie  zwykle  siedział  mechanik,  kontrolujący  działanie  karuzeli.  Erica  wskazała  lustro,  w 

którym oboje się odbijali.   

– Co widzisz? 

– Ciebie. I siebie.   

Odwróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz.   

– A co teraz widzisz? 

– Ciebie.   

– Nie jestem częścią ciebie, Nick. Twoim przedłuŜeniem. Mogę się z tobą połączyć tylko 

wtedy, jeśli taka będzie  moja wola.  Nie moŜesz mnie zmusić, bym  robiła to, co chcesz. Nie 

rozumiesz? To nie działa. Boja nie jestem tobą.   

Zacisnęła ręce na dźwigni i rozległa się głośna muzyka, a karuzela zaczęła się obracać.   

– Co ja zrobiłam? Co się stało? 

– Nic takiego, zaraz to wyłączę.   

– Nie, zostaw. Podoba mi się.   

Wyminęła go i wskoczyła na kręcący się pierścień. W ciemnościach konie podnosiły się i 

opadały.  Wsiadła  na  srebrnobiałego  rumaka.  Wiatr  bawił  się  jej  włosami,  a  karuzela  kręciła 

się  i  kręciła.  Tego  właśnie  się  obawiała  –  Ŝe  stanie  się  takim  malowanym,  sztywnym 

konikiem,  niezdolnym  do  ruchu,  jeśli  Nick  nie  naciśnie  dźwigni.  Miłość  pozbawiła  ją  woli. 

Jej Ŝycie stałoby się tak monotonne jak jazda na karuzeli.   

Ale  Nick  nigdy  nie  zmuszał  jej  do  niczego,  czego  sama  by  nie  chciała.  Uszanował  jej 

upór  do  tego  stopnia,  Ŝe  uciekł  się  do  podstępu.  Czy  rezultat  był  ten  sam?  Nagle  coś 

zrozumiała. Dał jej szansę, a ona musi ją przyjąć. Zeszła ze srebrnego konia.   

Nick  wyłączył  maszynerię  i  muzyka  ucichła  z  ostrym  zgrzytem.  Koniki  powoli  traciły 

impet.   

– Próbowałeś zrobić coś, czego pragnęłam. Dlatego dałeś pieniądze.   

– Nie słyszę cię – zawołał. – Ta cholerna muzyka całkiem mnie ogłuszyła.   

– Ale ma to sens jedynie wtedy, jeśli ze mną pojedziesz.   

Zeskoczyła  z  karuzeli.  Jeśli  z  nią  pojedzie,  będzie  to  znaczyło,  Ŝe  chcą  tego  samego: 

wspólnego Ŝycia. Jeśli nie... no cóŜ, ona ma swoją karierę, on swój dom.   

– Nick – krzyknęła – pojadę do Afryki. Wykorzystam stypendium.   

– To dobrze. – TeŜ zeskoczył ze zwalniającej platformy i zbliŜał się do niej.   

background image

–  Ale  chcę,  Ŝebyś  pojechał  ze  mną.  Jeśli  tego  nie  zrobisz,  odsuniemy  się  od  siebie, 

zgorzkniejemy,  będziemy  się  wzajemnie  oskarŜać  o  rozstanie.  Oboje  musimy  pragnąć,  by 

nasz związek przetrwał. Proszę cię, powiedz, Ŝe ze mną pojedziesz.   

– Kochanie, spróbuj zrozumieć. Nie mogę.   

– To znaczy, Ŝe nie chcesz. MoŜesz pojechać, ale nie chcesz.   

W chwili, gdy spotkały się ich oczy, poczuła cały ból rozstania.   

–  Proszę,  Nick.  Pójdę  na  kompromis.  Podzielę  stypendium  na  dwa  półroczne  okresy. 

Sześć miesięcy tam, sześć miesięcy tu, i jeszcze raz.   

– To by mi się podobało.   

– Ale musisz ze mną pojechać. – Dostrzegła w jego oczach upór i mówiła szybko dalej: – 

Mógłbyś  prowadzić  własne  prace,  realizować  swój  projekt  botaniczny.  Chciałeś  przecieŜ 

eksperymentować z przeniesieniem roślin z dŜungli w nasz klimat. Och, proszę cię, musimy 

być razem.   

– Erico, spróbuj zrozumieć....   

– Nie, nie chcę tego słuchać. Nie będę słuchać, jak mówisz „nie”.   

Cofała  się  przed  nim  coraz  szybciej,  aŜ  w  końcu  odwróciła  się  i  rzuciła  biegiem  krętą 

ś

cieŜką  wśród  drzew  i  paproci.  Wesołe  miasteczko  nie  wydawało  jej  się  juŜ  zaczarowanym 

miejscem.   

Nick był tuŜ za nią. W końcu chwycił ją za ramię i zatrzymał.   

– Erico, przestań. Potkniesz się i potłuczesz. Wyrwała się. Stali naprzeciw siebie, cięŜko 

dysząc.   

– Posłuchaj mnie. Kocham cię. Chciałbym, Ŝebyśmy stworzyli rodzinę: ty, ja i Michael.   

– Ja teŜ tego chcę.   

– Ale rodzina potrzebuje domu. Spokojnego miejsca, gdzie mogłaby mieszkać.   

– Nie chcę tego słuchać.   

Okręciła  się  na  pięcie.  Gwałtownie  potrzebowała  teraz  muzyki,  która  zagłuszyłaby 

nieuniknione słowa. Nie chciała ich słyszeć. Dostrzegła aparaturę kontrolującą urządzenia w 

Królestwie Dzieci i poszła w tamtym kierunku.   

– Co robisz? – zapytał Nick.   

–  Puszczam  muzykę.  –  Widziała,  jak  Nick  kiedyś  włączał  urządzenia  i  wiedziała,  Ŝe  to 

łatwe.  Podniosła  metalową  przykrywę,  nacisnęła  trzy  guziki  i  nagle  wszystko  wokół  oŜyło. 

Zapaliły się neonowe Ŝarówki, rozległy się dźwięki dziecięcych piosenek.   

– Erico, czy moŜesz usiąść i wysłuchać mnie? 

– Nie, nie mogę. Nie teraz. Potrzeba mi hałasu. Ruszyła przed siebie, do stawu z łódkami 

i włączyła światła. Potem uruchomiła diabelski młyn i małe samochodziki, które jeździły pod 

kolorową, pasiastą markizą. I motorynki, i samolot. Dopiero wtedy wróciła do Nicka.   

– Nie moŜemy powaŜnie rozmawiać w takim hałasie.   

–  Nie  musimy  rozmawiać.  Wystarczy,  jak  powiesz:  „Dobrze,  Erico,  pojadę  z  tobą”. 

Potem dogadamy szczegóły. Ostatecznie nie muszę wyjeŜdŜać juŜ w poniedziałek.   

– Myślałem, Ŝe wyjeŜdŜasz w środę.   

– Najpierw odwiedzę rodziców w Wisconsin.   

background image

– W poniedziałek – powtórzył. – Pojutrze.   

– Zabierz się ze mną. Wypracujemy jakiś kompromis.   

–  Ale  ty  nie  mówisz  o  kompromisach  –  powiedział,  głośniej,  niŜ  było  trzeba.  –  Mówisz 

tylko,  Ŝe  powinienem  zostawić  swoje  spokojne,  uporządkowane  Ŝycie  i  jechać  za  tobą  do 

jakiejś cholernej dŜungli. Czego ty się dla mnie wyrzekniesz? 

– Oboje coś zyskujemy – wyrzuciła z siebie. – Wspólne Ŝycie.   

–  Przemyśl  to  –  zaproponował.  –  Zrobiłaś  ze  mnie  łajdaka,  okropnego  faceta,  który 

próbował tobą manipulować. Ale to nie ja upieram się, by zniknąć na rok w dŜungli.   

Zamrugała,  usiłując  uspokoić  wirujące  przed  jej  oczami  światła.  Nadszedł  moment,  w 

którym  jej  przyszłość  –  ich  przyszłość  –  nabierze  kształtu.  Kolana  się  pod  nią  uginały,  w 

głowie jej się kręciło.   

– Przykro mi, Erico. Nie pojadę z tobą. Odwrócił się i odszedł powoli.   

Została sama pośrodku wesołego miasteczka, w którym rozbrzmiewały wesołe dziecięce 

melodyjki, a kolorowe Ŝarówki migały zachęcająco.   

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Przez  całą  noc  Erica  spała  przy  telefonie,  mając  nadzieję,  Ŝe  Nick  zadzwoni  i  powie, Ŝe 

zmienił zdanie. Ale telefon odezwał się dopiero w niedzielny poranek.   

–  Erica?  Tu  Amanda.  Mam  wiadomość.  Ostatecznie  zdecydowałam  się  na  imię  dla  tej 

wielkiej czarnej pantery. Nazwę go Arthur.   

– Arthur? 

– Na cześć tego uroczego dŜentelmena z Klubu Poszukiwaczy Przygód, doktora Arthura 

Windoma. Rozmawialiśmy długo wczoraj wieczorem. Będzie ze mną współpracował.   

– To wspaniale. – Erica szczerze się ucieszyła. – Cieszę się, Ŝe w twoim Ŝyciu pojawił się 

ktoś specjalny. A jak tam Sheena? 

– W tej sprawie właściwie dzwonię. Na wyspie wszystko w najlepszym porządku. Rano 

była niespokojna, więc Michael ją zabrał. Po jakiejś godzinie wzięła go za rękę i zaciągnęła z 

powrotem na wyspę. I od tego czasu tam jest.   

– To dobre nowiny.   

– Więc dlaczego masz taki okropny głos? Co się stało? Nic, czego nie dałoby się przeŜyć.   

–  Trochę  się  denerwuję  wyjazdem.  Ostatecznie  jadę  w  poniedziałek,  a  nie  w  środę. 

Najpierw wybieram się w odwiedziny do rodziców.   

–  Daj  znać,  jeśli  będę  ci  mogła  w  czymś  pomóc.  –  Z  głosu  Amandy  emanowała 

prawdziwa Ŝyczliwość. – Będzie nam cię brakowało, kochanie.   

– A mnie was. Do widzenia, Amando.   

Erice  wydawało  się,  Ŝe  przywrócony  został  ład,  naturalny  porządek  rzeczy.  Sheena 

znalazła dom, przyłączyła się do własnego gatunku. Amanda, niepoprawna romantyczka, ma 

szansę  na  bliŜszą  znajomość  z  Arthurem  Windomem.  A  ona  jest  znowu  sama  i  zajmuje  się 

pracą zawodową.   

Wstała  energicznie.  Nie  ma  co  płakać  nad  rozlanym  mlekiem.  Później  wybierze  się  do 

zoo, Ŝeby się poŜegnać, ale teraz pora się spakować. Wzięła prysznic, wyszczotkowała włosy, 

poszła  do  sypialni  i  przejrzała  zawartość  szafy.  Większość  jej  ubrań  nie  nadawała  się  do 

noszenia w dŜungli, więc trzeba je będzie oddać na przechowanie.   

Wzięła  w  rękę  Ŝółtą  sukienkę,  którą  miała  na  sobie  w  wesołym  miasteczku,  gdy  Nick 

zabrał ją na diabelski młyn. A oto konserwatywny strój, który włoŜyła na spotkanie w Klubie 

Poszukiwaczy  Przygód.  I  czerwone  spodnie  i  koszula  z  wczorajszego  wieczoru.  Tyle 

wspomnień. Niecierpliwie wrzuciła wszystko do torby i zaciągnęła zamek.   

Minęło  południe,  gdy  zaczęła  pakować  szklane  figurki  z  półki.  Przyglądała  się  kaŜdej, 

przypominając  sobie  minione  lata.  Niewątpliwie  ten  rok,  trzydziesty  drugi  rok  jej  Ŝycia,  był 

pełen  wydarzeń.  Będzie  musiała  coś  znaleźć,  co  by  go  najlepiej  symbolizowało.  W  ciągu 

kilku  miesięcy  znalazła  miłość,  straciła  ją  i  wyruszała  do  Tanzanii.  MoŜe  powinna  kupić 

wielką szklaną bańkę, w którą mogłaby walnąć młotkiem i rozbić na milion odłamków. Tak 

właśnie się czuła. Jej krucha szansa na szczęście rozpadła się. Zawsze juŜ będzie sama.   

Delikatnie  zdjęła  z  szyi  łańcuszek  z  malutkim  scyzorykiem.  Zacisnęła  go  w  dłoni, 

background image

wzywając  myślami  Nicka.  Ale  nic  z  tego  nie  będzie.  Zawinęła  scyzoryk  w  chusteczkę  i 

włoŜyła do pudełka.   

Chowała  właśnie  figurkę  szympansa,  gdy  usłyszała  jakiś  dźwięk  i  zamarła  w  pół  ruchu. 

MoŜe to Nick otwiera drzwi swoim kluczem? 

Pobiegła do drzwi. Były zamknięte. Nikt nie naciskał klamki. Ale na pewno coś słyszała.   

Zaczęła nasłuchiwać.   

Nagle  za  kuchennym  oknem  rozległa  się  głośna  muzyka.  A  cóŜ  to  takiego?  Dzieciaki 

puszczające stereo na cały regulator? 

Podeszła do okna i zobaczyła orkiestrę dętą w czerwonozłotych uniformach.   

Otworzyła  okno  i  wychyliła  się,  by  przyjrzeć  się  dokładniej.  Spod  drzewa  wyszedł 

czteroosobowy  chór  rewelersów  i  zaśpiewał  „Abba  dabba  abba  dabba  rzekła  małpa  do 

szympansa. „ 

Erica  klasnęła  w  ręce  i  roześmiała  się,  zachwycona.  Kto  to  jest?  Skąd  się  tu  wzięli? 

Muzyka nagle ucichła, a zamiast niej rozległa się dzwoniąca, nieśmiała melodyjka.   

Nick, w przebraniu kataryniarza, wyszedł spod drzewa. Erica poczuła, jak zalewa ją fala 

niewysłowionego szczęścia. Więc jednak przyszedł do niej. Jest tutaj.   

–  Erico  –  zawołał  –  czy  tak  głośno  ci  wystarczy?  Orkiestra  odezwała  się  huczącym 

akordem.   

W całym budynku ludzie otwierali okna.   

– Wolałam, gdy byłeś mimem. Po co to robisz? 

–  śeby  ci  pokazać,  Ŝe  potrafię  iść  na  kompromis.  Pojadę  z  tobą  do  Tanzanii  –  zawołał. 

Rozległ  się  werbel.  Nick  przeczekał  go,  po  czym  wołał  dalej:  –  Pojadę,  jeśli  skrócisz 

wyprawę do sześciu miesięcy, a na następne sześć miesięcy wrócimy tu.   

Zawahała  się  na  moment.  Czy  taki  plan  zakłóci  jej  badania?  Właściwie  nie.  Da  sobie 

radę.  Czy  nie  będzie  problemów  ze  stypendium?  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Stypendium  i  tak 

pochodzi od Nicka.   

Zanim zdąŜyła wykrzyczeć zgodę, do przodu wysunął się dobosz. Był nim Michael.   

–  Proszę  cię,  Erico,  zgódź  się.  Tata  mówi,  Ŝe  mogę  pojechać  z  wami,  ale  w  lecie  będę 

musiał nadrobić szkołę.   

– Zgoda! – zawołała. – I na ciebie, i na twego ojca. Michael krzyknął z radości i machnął 

do orkiestry, która zaczęła grać „Happy Days Are Herę Again”.   

Nick odkleił sztuczne wąsy, odstawił katarynkę i zaczął wdrapywać się na topolę.   

– Nick, ostroŜnie! – Ten człowiek był szalony, cudownie szalony, a ona go kochała.   

Zatrzymał się na wysokości jej parapetu.   

– Jeszcze jedno. Wyjdź za mnie jutro.   

– Tylko jeŜeli jesteś gotów dziś w nocy popracować nad ściślejszą więzią między nami.   

Przeskoczył z gałęzi na parapet i wsunął się do środka. Wychylił się jeszcze na chwilę i 

pomachał do orkiestry, która odmaszerowała, głośno grając. Nick dotknął policzka Eriki.   

– Tak bardzo cię kocham, Erico. Pocałowała go w dłoń.   

– Ja teŜ cię kocham.   

Przytulili się do siebie i świat wydał się Erice absolutnie doskonały.   

background image

– Co wpłynęło na zmianę twego zdania? 

– Ty. Coś, co powiedziałaś.   

– Zdradź co, Ŝebym mogła jeszcze kiedyś uŜyć tego argumentu.   

–  Prawdę,  Erico.  Tylko  prawdę.  Powiedziałaś,  Ŝe  dom  to  nie  miejsce.  Dom  to  bycie  z 

ludźmi, których kochasz.   

Wtuliła się w jego ramiona z poczuciem doskonałego spełnienia. Erica Swanson znalazła 

partnera na całe Ŝycie.