Cassie Miles
NATURALNY PORZĄDEK RZECZY
(Monkey business)
ROZDZIAŁ 1
Spod falbany Ŝółtej kapy na łóŜku Eriki Swanson wychylił się owłosiony łeb.
Promienie popołudniowego słońca padały przez okno, rozlewając się tęczą barw na
drewnianej podłodze. Włochata ręka wysunęła się ku oświetlonym deskom.
Rozległ się jakiś dźwięk. Ręka cofnęła się błyskawicznie i stworzenie zamarło w
bezruchu.
Erica stała w drzwiach sypialni, zbyt skupiona na trzymanej w ręku kopercie, by
dostrzec cokolwiek innego. Ód dawna czekała na ten list. Zaczerpnęła powietrza,
zacisnęła kciuk na szczęście... i nagle poczuła, Ŝe ktoś się jej przygląda. Rozejrzała się
niespokojnie po pokoju, ale wszystko wydawało się w porządku. Wzruszyła
ramionami i zdecydowanym ruchem rozdarła kopertę.
– Cholera jasna! – Znowu odmowa sfinansowania jej projektu badawczego.
Zmięła papier i ze złością rzuciła na podłogę.
Zwierzę przyglądało się jej w ciszy.
Z głębokim westchnieniem Erica przeszła przez pokój, usiadła na krawędzi
wielkiego łóŜka i rozwiązała sznurowadła sportowych butów. Nie powiodło się z
Towarzystwem Ekspedycji Badawczych, ale nie była to przecieŜ jej ostatnia
moŜliwość. Na dwa inne podania nie otrzymała jeszcze odpowiedzi. Upuściła jeden
adidas na podłogę.
Muskularne, owłosione ramię wciągnęło but pod łóŜko.
Drugi but spadł na podłogę..
Ramię pojawiło się znowu. Długie, zwinne palce sięgnęły ku łydce Eriki i
błyskawicznie zacisnęły się wokół jej kostki. Z krzykiem skoczyła na równe nogi,
straciła równowagę i upadła do tyłu, na łóŜko, chwytając Ŝółtą narzutę. Jej noga wciąŜ
tkwiła w mocnym uścisku. Erica zaniosła się... śmiechem.
– Sheena, ty głupia małpo! Ale mnie wystraszyłaś!
Trzyletnia szympansica odpowiedziała pohukiwaniem, uwolniła kostkę opiekunki
i wyczołgała się spod łóŜka. Jej szerokie wargi otwierały się i zamykały, a
wydostający się spomiędzy nich dźwięk do złudzenia przypominał chichot.
– Bardzo śmieszne. – W głosie Eriki słychać było wyrzut.
Sheena opuściła głowę, ale Erica wiedziała, Ŝe nie jest to gest skruchy. Od trzech
miesięcy, od kiedy wzięła szympansicę do domu z Ogrodu Zoologicznego,
połoŜonego przy zachodniej granicy Denver, nauczyła się, Ŝe te zwierzęta nie umieją
przepraszać.
Sapiąc i pohukując, Sheena wskoczyła na łóŜko i zajęła się przeczesywaniem
krótkich, kasztanowych loczków swojej opiekunki.
– Wiesz, Ŝe nie powinno cię tu być – upomniała Sheenę Erica. – Do mojej
sypialni szympansom wstęp wzbroniony.
Czy Sheena narobiła szkód? Erica rozejrzała się po pokoju, ale wydawało się, Ŝe
wszystko jest w porządku. Regalik na ksiąŜki wciąŜ stał. Bratki z wazonika na
toaletce nie zostały zjedzone. I co najwaŜniejsze, Sheena nie dobrała się do kolekcji
szklanych figurek. Było ich trzydzieści dwie – jedna na kaŜdy rok Ŝycia.
Sowa symbolizowała rok, w którym Erica skończyła studia. Synogarlica
przypominała, kiedy wyszła za mąŜ. Szakal przybył, gdy się rozwiodła. Trzy figurki
przedstawiały szympansy....
Kołyszącym krokiem Sheena przecięła pokój i złapała zmięty list. Jej opiekunka
westchnęła.
– MoŜesz go sobie wziąć.
Małpa natychmiast wepchnęła kartkę do ust.
– MoŜesz się tym bawić, ale nie zjedz go, proszę. Sheena rozerwała kulkę papieru
silnymi zębami i zachichotała, pokazując Erice bezkształtną masę.
– Nie jedz tego, Sheeno. Odmowy są pewnie trujące. – Wyciągnęła rękę, ale
małpa uskoczyła. Choć Sheena miała tylko siedemdziesiąt centymetrów wysokości i
waŜyła piętnaście kilogramów, z łatwością dałaby sobie radę z doświadczonym
zawodnikiem.
– No dobrze, chodźmy stąd. – Erica wydała z siebie kilka dźwięków, w języku
szympansów oznaczających dobre jedzenie, i ruszyła ku drzwiom. – Co powiesz na
obiad? Trochę pysznej, sycącej małpiej mieszanki?
Sheena podąŜyła za nią na krzywych nogach, a Erica cofnęła się, by zamknąć
drzwi sypialni.
Coś za szybko to poszło. Sheena zazwyczaj nie dawała się tak łatwo skusić.
Zapewne szykuje inne psoty, na przykład puści wodę do wanny lub ściągnie zasłony.
W holu Erica zatrzymała się na moment, Ŝeby podkręcić klimatyzację, która nigdy nie
dawała się dobrze wyregulować. Nie skarŜyła się jednak, bo dom naleŜał do Amandy
Hatfield, właścicielki zoo, w którym od półtora roku pracowała. Trudno było się
spodziewać, Ŝe ktokolwiek inny pozwoli trzymać w mieszkaniu takie zwierzę jak
Sheena, nie zabezpieczając się przed zniszczeniami wysoką kaucją.
Sheena zaczęła teraz wywijać fikołki na trzcinowych matach, wyściełających
podłogę w największym pokoju, a Erica przysiadła na zniszczonym przez małpę
krześle i ściągnęła granatowe podkolanówki, które razem z koszulą i szortami
tworzyły jej letni uniform. Na bosaka poszła do kuchni.
Lodówkę wypełniały jabłka, brzoskwinie, pomarańcze i sałata. Wspaniały zestaw,
jeśli się jest głodnym przedstawicielem naczelnych.
– Wygląda na to, Ŝe znowu zjemy sałatkę owocową – westchnęła Erica.
Wyjmowała brzoskwinie i jabłka, kątem oka obserwując Sheenę, która porzuciła
papier i biła teraz małpkę-zabawkę. Nie były to Ŝadne czułe klepnięcia, a dziko,
hałaśliwie wymierzane razy. Po chwili uspokoiła się, objęła zabawkę i przywarła do
niej wargami w parodii miłosnego pocałunku.
– Jesteś za młoda, by odczuwać popęd seksualny. Szympansica zignorowała tę
uwagę i obsypywała zabawkę całusami.
– Daj spokój, Sheena. Dopiero za jakieś cztery lata będziesz dojrzewać.
Natomiast przydałby ci się kolega.
Od połowy kwietnia Erica usiłowała wprowadzić Sheenę do czteroosobowej
rodziny szympansów w zoo. Wyspa ssaków naczelnych nie była całkowicie dzika, ale
stworzono na niej warunki tak bliskie naturalnemu środowisku szympansów, jak tylko
to było moŜliwe w Kolorado. Na wyspie Sheena przebywałaby ze swoimi, powstałyby
miedzy nimi ściślejsze więzi, a w odpowiednim czasie zapewne miałaby potomstwo.
Niestety, nie wyglądało na to, by plany Eriki miały się spełnić. Codziennie przenosiła
Sheenę przez fosę na wyspę i codziennie małpa kończyła swoją wizytę histerycznym
wrzaskiem....
Erica westchnęła, gdy Sheena spojrzała na nią i wydała dźwięk oznaczający
jedzenie.
– Szkoda, Ŝe z innymi szympansami nie porozumiewasz się tak dobrze jak ze
mną.
Erica unikała języka znaków. Początkowo starała się nie uŜywać nawet słów,
jedynie dźwięków charakterystycznych dla szympansów, ale Sheenę najwyraźniej tak
to przygnębiało, Ŝe poddała się i wróciła do ludzkiej mowy.
– Och, Sheeno. Czy naprawdę nie wolałabyś mieć kumpla szympansa? Na wyspie
jest taki samiec, akurat w twoim wieku. Pamiętasz? Nazywa się Java.
Takie kuszenie brzmiało Ŝałośnie nawet w uszach Eriki. Doskonale wiedziała, Ŝe
na siłę nie da się nawiązać Ŝadnych kontaktów, nie potrafiła się jednak powstrzymać.
– Tak byś się dobrze bawiła. Sheena parsknęła.
– Uwierz mi. Pewnego dnia spotkasz swego królewicza – być moŜe nawet
właśnie Javę – i potem będziesz Ŝyła długo i szczęśliwie.
Małpa zaczęła pohukiwać.
– Nie wierzysz? – Po chwili stwierdziła rzeczowym tonem: – Ja teŜ nie.
Widocznie Ŝadna z nas nie jest typem Kopciuszka. MoŜe to i dobrze. Chyba nie robią
szklanych pantofelków w twoich rozmiarach.
Szympansica skoczyła na stół kuchenny i chwyciła brzoskwinię. Ścisnęła
delikatny owoc, a miąŜsz przeciekł jej między palcami.
Erica postanowiła nie karcić małpy. Nic się ostatecznie nie stało. Jednak gdy
szympansica chwyciła ceramiczny słój, stojący na blacie kuchennym, powiedziała
zdecydowanie:
– Postaw to z powrotem.
Sheena posłuchała. Słój stłukł się, a płatki owsiane rozsypały po całej podłodze.
Chwyciła następny słój równocześnie z Ericą, która wydała ostrzegawczy dźwięk.
Przez chwilę walczyły, ale Sheena była silniejsza i słój z małpią mieszanką
wylądował na podłodze.
– Przestań, Sheeno! Jak ty się zachowujesz! Sheena kłapnęła zębami.
– Nie pyskuj! – Erica jęknęła. – Co ja gadam? Ty nie pyskujesz. Jesteś małpą. Nie
umiesz mówić. Chyba mi odbija.
Sheena wskoczyła na parapet i długimi palcami nóg uchwyciła jego brzeg. Erice
nie podobało się, jak przygląda się zapadce, zamykającej okno.
– No chodź. Odejdź stamtąd.
Małpa zrobiła minę, która najwyraźniej mówiła: „spadaj, Erico!” Zręcznie
podniosła zapadkę i otworzyła okno. Erica zamarła.
– Bardzo sprytnie. Nie wiedziałam, Ŝe rozpracowałaś ten zamek. Na szczęście jest
jeszcze siatka.
– Uśmiechnęła się przyjacielsko i wyciągnęła ramiona.
– Jeśli tu wrócisz, obiecuję zabrać cię na przejaŜdŜkę. W twoim foteliku
samochodowym. Chciałabyś?
Najwyraźniej Sheena nie była zainteresowana, bo podniosła zapadkę na ramie
siatki i wyskoczyła z pierwszego piętra na zewnątrz. Erica rzuciła się do okna.
Metr od niej, ale poza zasięgiem jej rąk, Sheena wisiała na grubych gałęziach
wysokiej topoli. Nawet nie pomachawszy na poŜegnanie, zręcznie zsunęła się na
dół....
Erica pognała do drzwi, ale przypomniała sobie, Ŝe jest boso. Rzuciła się do
sypialni. Lewy but stał koło łóŜka. Gdzie drugi?! Padła na kolana i na ile mogła,
wsunęła się pod łóŜko, szukając po omacku. Znalazła go w końcu, zaklinowany za
nocnym stolikiem. Klnąc głośno, wskoczyła w adidasy, złapała szelki i smycz
szympansicy i wypadła z mieszkania. Sheena zdąŜyłaby juŜ uciec na drugi koniec
miasta.
Erica obiegła budynek i stanęła. Oto topola. Oto otwarte okno jej kuchni. Ale ani
ś
ladu małpy. Pobiegła na parking. Starszy męŜczyzna wysiadał właśnie z samochodu.
– Czy widział pan moŜe szympansa?
– Oczywiście, Ŝe widziałem. W zoo.
Sprintem ruszyła ku ulicy. Samochody! Tyle samochodów! Czy Sheena będzie na
tyle rozsądna, by unikać jezdni? Na pewno nie. Erica skierowała się ku zatłoczonemu
bulwarowi.
Na rogu wpadła na dwóch chłopaków na rowerach.
– Nie widzieliście moŜe szympansa?
– Nie – powiedział jeden z nich – ale widzieliśmy małpę.
– Chyba szła do Barrona. – Chłopiec wskazał palcem kierunek.
Sheeny nie było widać, ale dwie przecznice dalej lśnił neon: Ogrody i Wesołe
Miasteczko Barrona.
Erica ruszyła biegiem, klucząc miedzy nielicznymi przechodniami. Pierwsze
ś
wiatła. Drugie światła. Na drugą stronę bulwaru. Przez hałas ulicy usłyszała zgrzyt
diabelskiego młyna, piski dzieci i delikatną muzykę. Kataryniarz?
Przed wejściem na teren wesołego miasteczka rozchichotane dzieci otaczały
męŜczyznę o ogromnych wąsach i wielkiej, skołtunionej, czarnej czuprynie.
MęŜczyzna oderwał dłoń od korby katarynki i pomachał do Eriki.
– Hej, panienko! Nie zgubiła pani małpy?
– Zgubiłam. – CięŜko oddychając, podeszła bliŜej i spojrzała nad głowami
ś
miejących się dzieci. Sheena podskakiwała na swoich krzywych nogach i robiła
głupie miny.
Na widok Eriki z piskiem rzuciła się w ramiona kataryniarza.
– Proszę ją przytrzymać! – krzyknęła Erica. Sheena złapała kataryniarza z całej
siły za szyję, a na widok szelek w rękach opiekunki wdrapała się na jego ramiona.
Erice ogarnęła wściekłość. Od trzech miesięcy jej Ŝycie było wywrócone do góry
nogami, a dom zmienił się w pobojowisko. A teraz jej podopieczna zachowuje się jak
maltretowane dziecko.
– Małpka nie chce z panią iść – oznajmiło jedno z dzieci.
– Właśnie – włączyło się drugie. – Boi się pani. Kataryniarz znalazł rozwiązanie.
– Proszę dać mi szelki. ZałoŜę je.
Wolałaby zrobić to sama, ale Sheena wyprostowała się właśnie, stojąc na
ramionach kataryniarza, i mierzyła wzrokiem pobliskie drzewo oliwki. CzyŜby
chciała dalej uciekać? Erica rzuciła kataryniarzowi szelki i smycz. Z pewnymi
trudnościami, wyplątując się z otaczających go ramion i nóg Sheeny, męŜczyzna
nałoŜył małpie szelki i zapiął na jej plecach. Dzieci głośno wyraziły uznanie dla jego
zręczności.
– Dziękuję – powiedziała Erica, owijając sobie koniec smyczy wokół przegubu. –
Idziemy, Sheeno.
Jednak małpa nie miała zamiaru się poddać. Erica pociągnęła za smycz. Sheena
szarpnęła w swoją stronę. Teraz była jeszcze bardziej podniecona. Ku radości dzieci,
oplotła nogami kark kataryniarza i gestykulowała dziko.
Erica wydała z siebie długi, ostrzegawczy dźwięk.
Dzieci natychmiast go podchwyciły.
Sheena wydęła wargi i zaczęła zawodzić.
– Mogę coś zaproponować? – odezwał się kataryniarz. – Chodźmy w jakieś
spokojniejsze miejsce. MoŜe w ciszy małpa szybciej się uspokoi.
Erica uniosła ramiona w geście poddania.
– Dobrze.
Gdy tylko podała kataryniarzowi koniec smyczy, a sama wzięła od niego
katarynkę, Sheena się odpręŜyła. Przytuliła się do męŜczyzny i pocałowała go.
Kataryniarz pomachał dzieciom na poŜegnanie, a potem ruszył w kierunku wejścia do
Ogrodów Barrona.
Erica zawahała się.
– Mówił pan o cichym miejscu.
– Owszem.
– Nie chciałabym podkreślać rzeczy oczywistych, ale to jest wesołe miasteczko, z
tłumem, muzyką i absolutnie bez cichych zakątków.
– Ma pani rację.
Przyjrzała mu się. Zazwyczaj bez trudu oceniała charaktery ludzi i naczelnych –
ale ten męŜczyzna ją zaskakiwał. Czy aby czegoś nie knuje? I jak, do diabła, wygląda
pod tymi wąsami?
– Nie jest to moŜe biblioteka publiczna – mówił dalej – ale... znam tu taki
zakątek, gdzie nie ma hałasu. Proszę mi wierzyć.
Czemu nie? Osąd Sheeny przewaŜnie był wart mniej niŜ miska małpiej
mieszanki. A jednak Erica posłusznie podąŜała u boku kataryniarza. Czy miała
wybór? Nie mogła przecieŜ ciągnąć wrzeszczącej i stawiającej opór małpy ulicami
Denver. Dla obu mogłoby się to źle skończyć.
Po przekroczeniu bramy okazało się, Ŝe Ogrody i Wesołe Miasteczko Barrona
nieco róŜnią się od wyobraŜeń Eriki. Sądziła, Ŝe będzie tam aleja ze sprzedawcami
waty cukrowej, strzelnicami, karuzelami i innymi głośnymi, a pospolitymi atrakcjami.
Tymczasem ich droga wiodła teraz między dwoma pięknie zaplanowanymi i
utrzymanymi polami do minigolfa. Najwyraźniej u Barrona powaŜnie traktowano
słowo „ogród”.
– Mam przewagę – powiedział kataryniarz. – Wiem, Ŝe ma pani na imię Erica i
pracuje w Ogrodzie Zoologicznym.
Zerknęła na swoje imię wyhaftowane nad kieszonką na lewej piersi. Nazwa zoo
widniała na rękawie.
– A ja wiem, Ŝe pracuje pan tutaj. Sądząc zaś po łatwości, z jaką uspokoił pan tę
bestię, zapewne nazywa się pan Tarzan.
– Jednak nie. Jestem Nick Barron.
– Spokrewniony z właścicielem?
– Właściciel we własnej osobie. Dokładniej rzecz biorąc, jestem trzecim
pokoleniem Barronów właścicieli.
– Moje gratulacje. Pana park jest dobrze utrzymany. Tylko Ŝe na ogół nie bywam
w takich miejscach.
– Czemu?
– Och, proszę. – Erica odetchnęła i starała się mówić uprzejmie. Ostatecznie ten
człowiek poskromił Sheenę. – Trochę jestem za stara na przejaŜdŜki na diabelskim
młynie....
Nick wskazał siwowłosą parę, grającą w minigolfa.
– KaŜdy ma tyle lat, na ile się czuje.
– Dzisiaj czuję się jak Matuzalem. Nie dość, Ŝe cały dzień było okropnie gorąco,
to jeszcze opluła mnie jedna z lam, gdy czyściłam jej obejście, wpadłam do wody w
fosie otaczającej wyspę naczelnych, a mój ulubiony bawół jest chory. Do tego jeszcze
ta ucieczka Sheeny, no i Towarzystwo Ekspedycji Badawczych odmówiło mi
stypendium.
Zacisnęła usta. Zwierzanie się obcym nie leŜało w jej naturze.
– Mów dalej – zachęcił ją. – Wyrzuć to z siebie. Mijani ludzie stawali i gapili się
na nich, co nie poprawiało nastroju Eriki.
– Dość juŜ powiedziałam. MoŜe teraz ty opowiesz mi o swoich ogrodach?
– ZałoŜono je pięćdziesiąt dwa lata temu jako rezerwat botaniczny. Gdy mój
dziadek otworzył ogród dla publiczności, była tu tylko niewielka restauracja i podium
dla orkiestry. Wiele lat później dodał karuzelę.
Minęli zacienione pole do minigolfa i wyszli na szeroką, zatłoczoną aleję, po
której toczyły się kolorowe wagoniki, a przebrani sprzedawcy oferowali klientom hot
dogi i precle. Z pałacu śmiechu dochodził głośny, mechaniczny chichot. Goście
piszczeli, gdy wagonik nagle wjeŜdŜał wysoko, by po chwili opaść na dół i kręcić się
w kółko. Nawet Sheena zamilkła. Erica przyglądała się z cierpkim uśmieszkiem.
– To jest ten rezerwat?
– JuŜ nie. Chyba Ŝe uznasz wszystkich wielbicieli wesołych miasteczek za ginący
gatunek. Mój ojciec dodał pałac śmiechu, diabelski młyn i kolejkę górską...
Skierował ją ku kolorowej bramie z napisem: Królestwo Dzieci. W tej części
wszystko było dostosowane wielkością do najmłodszych odwiedzających.
– Tędy, proszę.
– A co ty wolisz? Wesołe miasteczko czy ogród botaniczny?
– Pół na pół. Usiłuję zachować tu spokój i ciszę, by moŜna było organizować
rodzinne pikniki, ale równocześnie wesołe miasteczko musi być na tyle duŜe, by
przynosić zysk.
Sheena znów zaczęła pohukiwać.
– Ach, tak – przypomniała sobie Erica. – Ten włochaty potwór, który tak cię
polubił, nazywa się Sheena.
– To twoje domowe zwierzątko?
– Nic z tych rzeczy. – Erica poczuła się dotknięta. Nie popierała robienia z
dzikich zwierząt domowych ulubieńców. Dzisiejsza eskapada potwierdzała idiotyzm
takich prób. – Usiłuję przekonać Sheenę, Ŝe chce zamieszkać z innymi szympansami
na wyspie ssaków naczelnych w zoo.
– Macie kilka szympansów? Czy je czasami wynajmujecie?
Przeraził ją sam pomysł.
– Nie! Nie są gromadą komediantów! W zoo próbujemy im stworzyć warunki
moŜliwie zbliŜone do naturalnych.
– Szkoda. Sheenie podobała się zabawa z dziećmi.
– Szympansy takie są. Bardzo towarzyskie. Ale...
– Więc czemu nie pozwolicie im się pobawić?
– Bo to nie naleŜy do naturalnego porządku rzeczy. – Znała juŜ te wszystkie
argumenty i rozwaŜyła je dokładnie, zanim przyjęła posadę w zoo. Nie miała jednak
zamiaru wyjaśniać swojej filozofii facetowi, który krył się za sztucznymi wąsami....
– Naturalny porządek rzeczy... – powtórzył Nick z zastanowieniem. – Chcesz
powiedzieć, Ŝe zabawa nie jest naturalna?
– Wcale nie. Nie podoba mi się, jak przekręcasz moje słowa.
– Dlaczego Sheena nie miałaby bawić się z dziećmi, skoro jest wtedy szczęśliwa?
– Po pierwsze, ludzie nie są tak naprawdę w stanie ocenić stanu emocjonalnego
szympansa. Skąd moŜemy wiedzieć, czy jest szczęśliwa, czy przestraszona? A po
drugie, Sheena nie powinna bawić się z dziećmi, bo jeśli coś jej się nie spodoba, z
łatwością moŜe im połamać kości.
To mu trochę dało do myślenia, ale nie skłoniło do porzucenia tematu.
– A występowanie na scenie? – spytał. – Wydaje mi się, Ŝe Sheena lubi być w
centrum uwagi.
– Słuchaj, Nick, studiowałam biologię, a magisterium robiłam z antropologii ze
szczególnym uwzględnieniem naczelnych. Byłam w Afryce, w obozie badaczy goryli
w Ruandzie oraz w obozie Jane Goodall nad rzeką Gombe. Obecnie zajmuję się
badaniami nad instynktem rodzicielskim i tworzeniem więzi u małp w niewoli.
Naprawdę wiem, co jest dla Sheeny najlepsze.
Skręcili na wąską, wybrukowaną ścieŜkę, obrzeŜoną krzewami bzu.
– Trudno nie zauwaŜyć – powiedział – Ŝe Sheena nie przebywa tam, gdzie
powinna, zgodnie z twoim pojmowaniem naturalnego porządku rzeczy.
– Została wychowana przez ludzi. Często nie potrafi właściwie interpretować
zachowania szympansów.
Otworzył drzwi wąskiej, dwupiętrowej repliki holenderskiego wiatraka. Budynek
był jaskrawo pomalowany i otoczony równo rosnącymi tulipanami. Ale wnętrze było
zupełnie inne. Kawowy dywan był o odcień ciemniejszy niŜ boazeria na ścianach. TuŜ
przy wejściu kręcone, mosięŜne schody prowadziły na górę. Umeblowanie – szafki,
kartoteki, skórzane fotele i biurko – zdradzało męski gust.
– Moje biuro – oznajmił Nick, zamykając za Ericą drzwi, poniewaŜ wnętrze było
klimatyzowane.
Chłodna cisza, która ich otoczyła, była niewiarygodna. Erica słyszała, jak
oddycha. Nick Barron wydawał się irytującym człowiekiem, ale dzięki temu biuru
zyskał w jej oczach.
– Rzeczywiście jest tu cicho – przyznała.
– Zainstalowałem przemysłową izolację dźwiękoszczelną. Gdy dorastasz w cieniu
diabelskiego młyna, uczysz się cenić ciszę.
Sheena zeskoczyła mu z ramion. Gdy Erica odpięła jej smycz, zaczęła krąŜyć po
pokoju.
– Rozgość się – rzucił Nick, podchodząc do biurka. Ściągnął z głowy perukę
kataryniarza, ukazując własne, krótko przycięte i jasnobrązowe włosy.
Usiadła w jednym z foteli i przyjrzała mu się. Chyba nadszedł czas, Ŝeby zdjął
równieŜ te idiotyczne wąsy? Myśl, Ŝe ujrzy jego twarz z niewiadomych przyczyn
sprawiała jej przyjemność.
Pomasował sobie głowę.
– Co za ulga! W lipcu jest za gorąco na peruki.
– Na wąsy na pewno teŜ.
Zmarszczył nos.
– Nie, wąsy są po prostu dla wygłupu.
– Nie zdejmiesz ich?
Popatrzył na nią, unosząc brwi. Miała nieprzyjemne wraŜenie, Ŝe dopiero teraz ją
zauwaŜył.
– A chcesz, Ŝebym zdjął?
Udawała, Ŝe nie widzi jego kpiącego spojrzenia i tonu, sugerującego zdejmowanie
zupełnie czegoś innego.
– No jak, Erico, mam je zdjąć?
– Wszystko mi jedno. – Ale to nie była prawda. Strasznie chciała zobaczyć, jak
wygląda. – Nie robi mi róŜnicy, czy je zdejmiesz, czy zostawisz, czy dasz pozłocić.
– Nie jesteś wcale ciekawa?
– Niespecjalnie.
Udawała całkowitą obojętność, ale dostrzegła złośliwy błysk w jego piwnych
oczach. Nic dziwnego, Ŝe tak dobrze dogadał się z Sheeną.
– Myślałem, Ŝe ciekawość jest podstawową cechą antropologów.
Sheena przyskoczyła do biurka i złapała kudłatą perukę.
– Zostaw to, Sheena! – skarciła ją Erica.
– Wszystko w porządku. MoŜe się nią pobawić. Erica chciała zaprotestować, ale
ugryzła się w język.
Dobrze mu tak, niech Sheena zniszczy tę śmieszną perukę. Nie wierzył
ostrzeŜeniom, podwaŜał kaŜde jej słowo. Poznali się zaledwie kilka minut temu, a juŜ
sprzeczali się na niemal kaŜdy temat. Najwyraźniej nie pasowali do siebie, skoro
między nimi cały czas iskrzyło.
– Chciałabyś moŜe napić się czegoś zimnego z bąbelkami?
Nie lubiła gazowanych napojów i uwaŜała je za niezdrowe.
– Wolałabym zwykłą wodę. Z: lodem.
– Naprawdę? A ja wypijam dziennie z sześć puszek. Otworzył małą lodówkę,
ukrytą pod barkiem.
Sheena znalazła się przy nim w ułamku sekundy. Błyskawicznie sięgnęła w głąb i
wyciągnęła jabłko. Nick usiłował ją złapać, ale chybił o pół... szerokości pokoju.
Jednak mamy coś ze sobą wspólnego, pomyślała złośliwie Erica. śadne z nas nie
potrafi złapać Sheeny.
– Wolno jej jeść jabłka?
– Tak. Jej dieta jest dość podobna do naszej.
Sheena umościła się na kręconych schodach i zaczęła gryźć jabłko na przemian z
peruką. JuŜ dawno nie była tak spokojna.
Erica, dla odmiany, czuła się pobudzona. Obecność Nicka wywoływała
nieprzyjemne drŜenie ramion i skurcz w okolicach Ŝołądka. Znała swoje ciało na tyle
dobrze, by rozpoznać symptomy pociągu fizycznego. Stary, znany popęd płciowy,
uznała, biorąc z rąk Nicka szklankę wody z lodem.
– Dziękuję.
Oparł się o fotel za jej plecami, pochylił i stuknął szklanką o jej szklankę. Był tak
blisko, Ŝe poczuła zapach jego płynu po goleniu.
– Za bardzo naturalne pragnienie przyjemności – powiedział.
Erica powstrzymała się od uśmiechu. Był zbyt pewny siebie, ale jej ciało
potwierdzało jego prawo do tej pewności. To dopiero kłopot! Nie chciała czuć
pociągu do Nicka Barrona z wesołego miasteczka. W jej planach Ŝyciowych nie było
miejsca na męŜczyznę. Samiec? O mało nie zakrztusiła się wodą. Co teŜ jej
przychodzi do głowy?
Usiłowała się odpręŜyć i zachowywać jak dojrzała kobieta. Ale oczy ją zdradzały.
Nie mogła oderwać wzroku od Nicka, gdy odchylał do tyłu głowę i pił musujący
napój.
Zorientował się, Ŝe mu się przygląda, a to draŜniło ją jeszcze bardziej. Czy nie tak
właśnie zachowywał się samiec przewodzący stadu? Demonstrując swoją przewagę?
Nawet bez przeprowadzania obserwacji Erica była pewna, Ŝe Nick zostałby
przewodnikiem w kaŜdym stadzie, jakie by sobie wybrał. Niech sobie będzie, ale ona
nie miała zamiaru stać się potulną zdobyczą.
Spojrzała na niego w górę, słodko się uśmiechając. Nagłym ruchem dłoni zerwała
mu wąsy.
– Auu! – Szarpnął się do tyłu, zaskoczony.
– Czy tak nie jest lepiej? – zakpiła. – Bardziej naturalnie?
Oho, pomyślała, ma piękne usta. Pełne, ładnie wykrojone wargi, które podkreślają
wyraziste rysy twarzy.
– Jestem zdumiony – odparł, rzucając jej groźne spojrzenie. – Nie sądziłem, Ŝe
dobrze wychowane antropoloŜki tak się zachowują.
– Czasami potulna samica naczelnych uznaje, Ŝe agresja jest najbardziej
skutecznym sposobem reakcji.
– Czy to ostrzeŜenie?
Wiedziała, Ŝe zrozumiał, iŜ Erica Swanson, inteligentna, nowoczesna kobieta, nie
ma zamiaru poddać się swemu popędowi płciowemu. Nie wtedy, gdy ma wyraźnie
bardzo mało wspólnego z męŜczyzną.
Podrapał ślad po przyklejonych wąsach.
– Dobrze znasz biologię, Erico?
– Czemu pytasz?
– Całe Ŝycie byłem uczulony na sierść. Tymczasem nasza miła przyjaciółka łaziła
po mnie, a ja nie dostałam nawet wysypki. I oczy mi nie łzawią. Dlaczego?
– Prawdopodobnie futro Sheeny cię nie alergizuje. Nie wiem o tym zbyt wiele, ale
czasami ludzie wyrastają z uczuleń. Zmienia się chemia ich ciał....
– Bardzo bym się cieszył. Zawsze chciałem mieć psa. MoŜe wreszcie nadszedł
czas.
– Nigdy nie trzymałeś Ŝadnego zwierzęcia?
– Nigdy.
Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. W jej rodzinnym domu, na wsi w stanie
Wisconsin, roiło się od psów, kotów, papug i królików, nie wspominając o bydle na
farmie. Erica, która była środkowym z siedmiorga dzieci Swansonów, czasami
uwaŜała zwierzęta za swoją prawdziwą rodzinę. Cocker-spaniel zawsze miał czas,
Ŝ
eby się z nią bawić, a niebieska papuŜka ćwierkała w odpowiedzi na zwierzenia
Eriki. Dorastanie bez zwierząt byłoby bardzo samotne, pomimo stałego tłumu w
domu Swansonów.
Zrobiło jej się Ŝal Nicka. MoŜe to brak zwierząt w okresie dojrzewania sprawił, Ŝe
tak bardzo chciał rządzić i miał wszystko za złe.
– MoŜe powinienem kupić szympansa.
Ś
wieŜo obudzona sympatia rozwiała się jak dym.
– Nie bądź śmieszny. Szympansy nie są domowymi zwierzątkami, chyba Ŝe
mieszkasz w dŜungli. To właśnie przydarzyło się Sheenie. – Od strony schodów
dobiegło sapnięcie. – Bardzo miły człowiek przywiózł Sheenę z Afryki, gdy miała
sześć miesięcy. Troszczył się o nią, ale wyrosła i zaczęła zachowywać się jak zwierzę.
W końcu miał dość tego, Ŝe nigdy nie moŜe zaprosić gości, a co parę miesięcy musi
kupować nowe meble. W rezultacie on się czuje podle, Ŝe postanowił oddać Sheenę, a
Sheena nie potrafi zintegrować się z własnym gatunkiem.
– W porządku. Przekonałaś mnie. Szympansy nie nadają się na domowych
ulubieńców.
– Zdumiewająca wraŜliwość jak na kogoś, kogo bawi przebieranie się za
kataryniarza. – Erica urwała. Od kiedy to jest taka nadęta i waŜna? Zazwyczaj miała
duŜo tolerancji dla ludzi, ale w Nicku było coś, co ją prowokowało. Spróbowała to
przemóc. Łagodnym tonem dodała:
– Pewnie nie wiesz, ale kataryniarze byli znani z tego, Ŝe źle traktowali swoje
małpki.
Nick rozłoŜył ramiona w kpiącym geście przeprosin.
– Rzeczywiście, nie wiedziałem.
Sheena zeszła ze schodów i poklepała go po ramieniu.
– Sheena mi wybacza – poinformował Erice.
– Ona nie ma pojęcia, o czym rozmawiamy. – Erika wstała. Najlepiej będzie
wyplątać się z tej sytuacji jak najprędzej. – Ale najwyraźniej się uspokoiła. Dziękuję
za pomoc, Nick. Teraz juŜ powinnyśmy wracać do domu. – Wyciągnęła rękę do
szympansicy.
Sheena spojrzała po kolei na oboje. Bardzo ostroŜnie wzięła dłoń Nicka i włoŜyła
ją w dłoń Eriki. Potrzymała je tak chwilę, zamruczała i wróciła na schody, bawić się
peruką.
Jego ciało było ciepłe, uścisk mocny. Erica przeniosła spojrzenie z ich złączonych
rąk na twarz Nicka. Rozum mówił jej, Ŝe powinna jak najszybciej zabrać rękę, ale nie
była w stanie. Nick uścisnął lekko jej dłoń. Odruchowo odwzajemniła uścisk.
– MoŜe Sheena wie więcej, niŜ ty czy ja.
– Instynkt – powiedziała i natychmiast tego poŜałowała. Jej zwariowany popęd
płciowy wywołał juŜ dość kłopotów. Choć puściła dłoń Nicka, pozostało uczucie
więzi. – Naprawdę muszę iść.
– Odwiozę was.
Skinęła potakująco głową, myśląc jednocześnie, Ŝe chyba straciła i rozum, i
instynkt samozachowawczy. Wiązanie się z tym męŜczyzną było naprawdę najgłupszą
rzeczą, jaką mogła zrobić....
Prowadziła grzeczną Sheenę przez park, a w głowie miała mętlik. Jak to moŜliwe,
Ŝ
e pociąga ją tak nieodpowiedni partner? Wsiedli do samochodu, ale Erica wciąŜ nie
mogła zebrać myśli. Automatycznie wskazywała Nickowi, jak dojechać do jej domu.
Dopiero gdy otworzyła drzwi, gwałtownie powróciła do rzeczywistości. Tak, tu
były zniszczone meble, bałagan, zgnieciona w kulkę odpowiedź na jej podanie. Nie
był to dom kobiety, która jada kolację w blasku świec i gubi szklane pantofelki. Jeśli
chce znów zobaczyć Nicka, powinna powiedzieć to wprost. Ale czy się odwaŜy?
– Urocze mieszkanko – uśmiechnął się do niej.
– Utrzymane w stylu „naczelny prymitywny”. Sheena usiadła na podłodze i wbiła
spojrzenie w sufit. Wyglądała na całkowicie wyczerpaną. Erica takŜe. To był długi,
gorący, męczący dzień. Poszła do kuchni i mocno zamknęła okno. Nick zatrzymał się
w progu. Widziała, Ŝe usiłuje nie roześmiać się na widok rozbitych słoików.
– Czy mógłbym zaprosić panie na kolację do siebie? Powinienem jednak ostrzec,
Ŝ
e dziś gotuje mój syn, Michael, więc kuchnia moŜe wyglądać jeszcze gorzej niŜ
twoja.
– Twój syn? – Chyba nie był Ŝonaty?
– Michael. Ma szesnaście lat. Nie to ją interesowało najbardziej.
– Czy jesteś... ?
– Jego matka i ja rozwiedliśmy się siedem lat temu. – Skrzywił usta w ponurym
grymasie. – A ty, Erico? Czy jest ktoś w twoim Ŝyciu poza Sheeną?
– Rodzice. Sześcioro rodzeństwa. Ale mieszkam sama z Sheeną....
– A co z tą kolacją?
– Bardzo bym chciała. – Co ona mówi!? Szybko dodała: – Ale nie dzisiaj, Nick.
– Kiedy indziej?
– Tak. – Ucieszyła się, Ŝe będzie jakieś kiedy indziej. Pierwsze spotkanie zaczęło
się w najgorszy – i najlepszy – moŜliwy sposób.
Odprowadziła go do drzwi.
– Ciągle jeszcze nie pojawiła się Ŝadna alergiczna wysypka?
– śadna – odparł. – To dobry znak. MoŜe wkraczam w nowy okres swego Ŝycia.
Drzwi się za nim zamknęły i Erica oparła się o nie plecami. Ku swemu
zdziwieniu, miała nadzieję, Ŝe w tym nowym okresie Ŝycia Nicka i dla niej znajdzie
się miejsce.
ROZDZIAŁ 2
Tej nocy nie obyło się bez marzeń i bezsennego przewracania się w łóŜku. Erica
była zbyt wyczerpana, by śnić. Ściągnęła z siebie uniform i padła na łóŜko, nie mając
sił nawet na cowieczorną sesję cudownie otępiającej muzyki rockowej.
Dopiero następnego ranka, w zoo, trzeźwo oceniła całą sytuację. Wiedziała, Ŝe
powinna dobrze się zastanowić, zanim zdecyduje się na coś, co moŜe mieć bolesne
zakończenie. Nie była teŜ całkiem pewna, na co właściwie ma się zdecydować.
Związek z męŜczyzną? NiemoŜliwe!
Praca nie zostawiała jej ani czasu, ani energii na jakiekolwiek męsko-damskie
zobowiązania. W dodatku natychmiast po otrzymaniu stypendium miała zamiar
wyruszyć do Afryki badać naczelne w ich naturalnym środowisku. Nawiązywanie
bliŜszej znajomości nie byłoby więc w porządku.
Naciągnęła kalosze na tenisówki i pchnęła taczkę z karmą w kierunku zagrody
lam. Zgoda, Nick ją fascynował. Czy powinna wdawać się w swobodny,
niezobowiązujący romans? Erica zmarszczyła brwi, wrzucając paszę do paśnika i
odkręcając kran, by nalać wody. Nie traktowała lekko tych spraw. W gruncie rzeczy,
jedną z jej podstawowych wad było zbyt powaŜne podejście do Ŝycia.
Z drugiej strony, poŜądanie naleŜało do zjawisk naturalnych i naukowo
poznanych. Od rozwodu trzy lata temu miała tylko jeden króciutki związek z innym
męŜczyzną. Nie ma więc co się dziwić, Ŝe hormony się odezwały.
Przy drzwiach biura przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe martwi się niepotrzebnie.
MoŜe Nick w ogóle nie zadzwoni. Pokręciła głową. Zadzwoni. Po latach obserwacji
naczelnych wiedziała, Ŝe kaŜdy zdrowy samiec, a więc takŜe Nick, jest zawsze gotów
wykazać swą męskość w pierwotny, fizyczny sposób. Naczelne? Pierwotna
fizyczność? Wielkie nieba, a od kiedy to stała się tak pruderyjna? Właściwym słowem
jest seks. MęŜczyźni zawsze gotowi są do seksu, a sądząc po jej wczorajszej reakcji,
ona sama teŜ nie miałaby nic przeciwko temu.
Erica ściągnęła kalosze, wytarła tenisówki o wycieraczkę i wkroczyła do biura
Ogrodu Zoologicznego. Z zamyślenia wyrwał ją głos Amandy Hatfield, właścicielki
zoo.
– Erico, kochanie, co się dzieje?
– Słucham?
– Posłaniec właśnie przyniósł banany dla Sheeny. Erice rozbawiła doczepiona do
wielkiej kiści bananów karteczka:
Dziękuję za niezwykłe popołudnie.
Były kataryniarz.
Amanda odchyliła się do tyłu na obrotowym krześle i splotła dłonie na karku pod
siwym kokiem.
– Czy banany przysłała twoja zwariowana siostra Elaine?
– Nie, były kataryniarz.
Erica wcisnęła się za własne biurko i zajęła papierami. Pozornie oschła i
rzeczowa Amanda była w gruncie rzeczy niepoprawną romantyczką, która o popędzie
płciowym myślała jak o „wielkiej miłości”.
– Czy ten kataryniarz to interesujący męŜczyzna? – spytała Amanda.
– Być moŜe.
– Proszę, nie wykręcaj się. Spotkałaś kogoś specjalnego?
– Czy spotkałam? – Erica zmarszczyła brwi, udając namysł. – Nie jestem pewna.
Raczej Sheena go spotkała.
– Nic ci nie przyjdzie z tych uników, kochanie.
– No dobrze, powiem ci. Wczoraj spotkałam pewnego męŜczyznę.
Zrelacjonowała wydarzenia poprzedniego dnia. Choć usiłowała mówić głównie o
kłopotach, jakich przysporzyła Sheena, Amanda nieubłaganie powracała do Nicka
Barrona. Jaki jest? Nie jest chyba Ŝonaty? Czy ma poczucie humoru?
– Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Ja poświęciłam Ŝycie badaniom naukowym.
On prowadzi wesołe miasteczko i przebiera się w śmieszne stroje.
– Wygląda mi akurat na takiego męŜczyznę, jakiego potrzebujesz.
– Amando, nie zgadzaliśmy się w niczym od pierwszego słowa. Od chętki na
napoje gazowane po znaczenie naturalnego środowiska dla Sheeny.
– Ale zalazł ci za skórę – podsumowała Amanda, wyglądając przez okno. – Nie
dziwię ci się, Erico. Zapewne jest trochę więcej niŜ średniego wzrostu, ma
jasnobrązowe włosy i bardzo... miły uśmiech.
– Skąd wiesz?
– Bo właśnie tu idzie.
Nick? Erica wyciągnęła szyję, by popatrzeć przez okno, dostrzegła go i zniknęła
za górą papierów na biurku. Rzuciła okiem na rozbawioną twarz Amandy.
– Nawet nie próbuj – ostrzegła ją. – Nawet nie próbuj bawić się w swatkę.
– AleŜ moja droga, wcale nie będę musiała. – Amanda otworzyła drzwi biura,
wyciągając na powitanie rękę. Nick się przedstawił.
Erica była zaskoczona jego wyglądem, zaskoczona i zafascynowana. Bez stroju
kataryniarza wydawał się wyŜszy. Bardziej dominujący? W kaŜdym razie bardziej
atrakcyjny fizycznie. Miał na sobie niebieską, bawełnianą koszulę, szorty w kolorze
khaki i sportowe buty na bosych stopach. Był to bardzo swobodny strój, ale pasował
do niego. Nogi Nicka były muskularne i opalone, ramiona szerokie, ale nie
przesadnie. Dorodny, dojrzały przedstawiciel gatunku, oceniła.
– Erica? – Amanda przywołała ją do rzeczywistości.
– Cześć, Nick – powiedziała szybko Erica. Zbyt szybko? Poczuła się, jakby
przyłapano ją na podglądaniu. – Dzięki za banany.
Podszedł do jej biurka i postawił na nim duŜą torbę.
– Banany były dla Sheeny. To jest dla ciebie.
Wyciągnęła z torby duŜy pojemnik na wodę, z nierdzewnej stali. Wewnątrz
znajdował się mniejszy, i jeszcze jeden, i jeszcze. W sumie naliczyła ich sześć.
– Bardzo praktyczne. Na pewno mi się przydadzą – powiedziała z uznaniem. –
Dziękuję, choć naprawdę nie powinieneś był...
– Wydawało mi się, Ŝe nie jesteś kobietą w typie kwiatowo-czekoladkowym.
– Dobrze ci się wydawało. Banany i pojemniki są znacznie bardziej w cenie.
Odezwała się Amanda.
– Pomyślałam sobie, Ŝe Nick i ja naleŜymy do jednej branŜy. On pokazuje florę, a
ja faunę. Erico, czy mogłabyś oprowadzić Nicka po zoo? MoŜe zaproponowałby
jakieś ulepszenia?
– Z ogromną przyjemnością zwiedzę zoo – stwierdził – ale nie sądzę, bym mógł
udzielić sensownych rad. Niewiele wiem o zwierzętach.
– Ale znasz się na organizowaniu ogrodów i planowaniu ruchu zwiedzających.
Nie zaprzeczaj, młody człowieku. Często odwiedzałam Ogrody Barrona z moim
ś
więtej pamięci męŜem i mam same miłe wspomnienia. Urządzaliśmy pikniki na
trawie, a potem przytulaliśmy się na ławce pod drzewami, słuchając orkiestry.
Niski głos Amandy brzmiał łagodnie i Erica ze wzruszeniem słuchała opowieści o
zapachu magnolii na wiosnę, o przejaŜdŜkach na karuzeli i o widoku
rozgwieŜdŜonego nieba ze szczytu diabelskiego młyna. Oczyma Amandy ujrzała na
chwilę radosną, pogodną przeszłość, czas, jakiego sama nigdy nie doświadczyła. W
jej własnym Ŝyciu nie było miejsca na słodkie, romantyczne chwile. Nawet gdy była
męŜatką... szczególnie wtedy, gdy była męŜatką.
Jej mąŜ był znanym, odnoszącym sukcesy archeologiem. Logicznie rzecz biorąc,
on i Erica powinni do siebie pasować. Choć jego osiągnięcia czasami ją przytłaczały,
mąŜ doceniał jej studia nad naczelnymi. Miał rozliczne kontakty, więc przed Ericą
otwierało się wiele drzwi podczas wspólnej wyprawy do Afryki. A jednak oddalali się
od siebie. Ich kariery zawodowe często powodowały długie rozłąki. Mieli wiele
wspólnych zainteresowań, a jednak brakowało w ich związku poczucia wspólnoty.
MoŜe gdyby czasami przejechali się razem na karuzeli...
Nagle Amanda powróciła do teraźniejszości.
– Erico, oprowadź tego młodego człowieka po zoo.
– Dobrze. – Erica oderwała się od wspomnień. – Wrócimy za godzinę.
Wyprowadziła Nicka na słońce. Nawet gdy temperatura przekraczała trzydzieści
stopni, w tym rejonie suchych wzgórz na zachód od Denver nigdy nie czuło się upału.
Na północy zbierały się ciemne, wysokie chmury, zwiastujące popołudniowy deszcz.
– Miła ta twoja szefowa – powiedział Nick. Szefowa? Erica najeŜyła się. Nick
miał talent do uŜywania niewłaściwych słów.
– Amanda i ja jesteśmy współpracowniczkami. Ja jej pomagam utrzymać zoo, a
ona mnie wspiera w moich badaniach.
– Jak to się stało, Ŝe jest właścicielką zoo?
– Zaczęło się od pary osieroconych bawołów, pumy i pustego terenu.
– Opowiedz mi o tym.
– Kiedy zmarł mąŜ Amandy, jakieś dziesięć lat temu, odziedziczyła po nim duŜy,
nie zabudowany teren. Zostawił jej równieŜ dwa ulubione bawoły i chudą, starą pumę,
która przychodziła do nich do domu po resztki.
– Ulubione bawoły?...
– Zdaje się, Ŝe wygrał je w pokera. W kaŜdym razie Amanda próbowała
ofiarować je zoo w Denver, ale nie mieli miejsca. Przez jakiś czas nie zajmowała się
nimi i zostawiła sprawę swojemu biegowi. Wtedy ktoś zabił jednego z bawołów.
Nigdy nie dowiedziała się, kto to zrobił. Kilka dni potem niektórzy sąsiedzi uznali, Ŝe
puma jest niebezpieczna. Amanda nie pozwoliła im zapolować na nią na swoim
terenie. Oświadczyła, Ŝe zwierzęta na jej ziemi są pod ochroną, Ŝe przekształca ten
teren w niezaleŜny rezerwat zoologiczny.
Zatrzymali się przy duŜej zagrodzie. Cztery wielbłądy przyglądały im się spod
długich rzęs, obojętnie przeŜuwając pokarm.
– A skąd wzięły się wielbłądy? – spytał Nick. – Jakaś inna wygrana w pokera?
– Z cyrku, który się rozwiązał. Gdy Amanda ogłosiła, Ŝe zakłada zoo i załatwiła
wszystkie formalności, miejskie zoo zaczęło kierować do niej ludzi, którzy chcieli
pozbyć się swoich zwierząt. Poza tym kupowała i wymieniała się. Wielbłądy, lamy i
oczywiście wapiti dobrze czują się w naszym klimacie.
– Oczywiście – przytaknął. – Wapiti?
– Amerykański łoś. Wapiti to indiańska nazwa. Oprowadzanie po zoo nie było dla
Eriki nowością i rutyna działała na nią uspokajająco, póki nie przyjrzała się dokładnie
swemu towarzyszowi. Słońce rozświetlało jego włosy i podkreślało opaleniznę. Nieco
nieprzytomnie zauwaŜyła, Ŝe jego wargi poruszają się.
– MoŜesz powtórzyć?
– Hu zatrudniacie pracowników?
– Tylko Amanda i ja pracujemy na cały etat, ale mamy dwóch facetów, którzy
zajmują się utrzymaniem porządku, a takŜe nocnego straŜnika imieniem Tim. Poza
tym około pięćdziesięciu wolontariuszy, których Amanda szkoli, by tworzyli
regularny zespół.
– Amanda musi mieć duŜe talenty organizacyjne.
– Jest niezwykła. Udaje jej się prowadzić dość kosztowne przedsięwzięcie przy
minimalnym budŜecie.
Nick oparł się o ogrodzenie, oddzielające wielbłądy od ścieŜki.
– Chciałbym zobaczyć małpy – oznajmił. – To znaczy szympansy. Pan
troglodytes, prawda?
Spojrzała podejrzliwie.
– Ciekawe, skąd znasz ich łacińską nazwę.
– Zlituj się, Erico, nie jestem przecieŜ kompletnym matołem.
Idąc za nią przez zoo, Nick pogratulował sobie, Ŝe poprzedniego wieczoru
poczytał sobie o Pan troglodytes. Szympansy naleŜały do małp człekokształtnych,
Ŝ
yły w dŜunglach Afryki równikowej, przewaŜnie w stadach rządzonych przez
dominującego samca. Na ogół były wegetarianami. Osiągały dojrzałość płciową w
wielu ośmiu lat, a Ŝyły około czterdziestu.
Wyobraził sobie podobną notkę encyklopedyczną o opiekunce zoo, Erice
Swanson. Homo sapiens, samica. Wspaniałe ciało o mocnych udach i jędrnym
biuście. Oczy ciemne i pełne Ŝycia. Kręcone, ciemne włosy. Inteligentna, zadziorna,
wolna. I tyle o niej wiem, pomyślał Nick.
Najbardziej istotne informacje będą wymagały badań. Na przykład jej ulubiony
kolor. Potrawa. Rodzaj Ŝartów.
Zatrzymała się przy tabliczce oznajmiającej: Wyspa Ssaków Naczelnych.
– Toru.
Nick oparł dłonie na gładkiej drewnianej barierce i spojrzał na drugą stronę
szerokiej fosy. W zaroślach nic się nie ruszało, w kaŜdym razie nic nie mógł dostrzec.
Najwyraźniej nie on jeden – przy barierce stało kilka innych osób. Wykazawszy swoją
wiedzę o gatunku, Nick nie chciał teraz zdradzić się, Ŝe nie wie, jak obserwuje się
małpy.
– Mieszkają tu cztery szympansy – powiedziała Erica. – Dwa dorosłe, samiec i
samica. Samica ma roczne dziecko. Przebywa tam równieŜ młody samiec w wieku
Sheeny.
– Jak duŜa jest ta wyspa?
– Niecałe pół hektara. To prawie naturalna wyspa, musieliśmy tylko zbudować
tamę, by inaczej skierować wodę po drugiej stronie. Pracuję tu od półtora roku i ta
wyspa jest moim głównym dziełem.
– A szympansy nie uciekają, bo boją się wody. – Tak.
Naśladując Erice, skupił spojrzenie na kępie drzew. Miał nieprzyjemne wraŜenie,
Ŝ
e Erica kpi w duchu z jego świeŜo nabytej wiedzy o szympansach. To śmieszne,
pomyślał. Ma trzydzieści osiem lat i nie musi zachowywać się jak uczeń, który stara
się zrobić wraŜenie na nauczycielce.
– W gruncie rzeczy wyspa nie jest zbyt wygodna – powiedziała. – W śnieŜną
zimę tracimy wiele czasu, przenosząc szympansy tam i z powrotem miedzy wyspą a
budynkiem na lądzie.
Pokiwał głową, rzucając ukradkowe spojrzenie na jej profil. Nos miała mały i
zgrabny, a mocno zarysowane brwi i wąskie wargi nadawały jej powaŜny wygląd. Nie
znał jej jeszcze zbyt dobrze, ale wydała mu się pozbawiona kokieterii. Włosy
wyglądały na świeŜo umyte, ale nie przycięte przez fryzjera. Jej twarz nie nosiła
ś
ladów szminki ani makijaŜu. Czy to moŜliwe, zastanawiał się w duchu, Ŝe nie wie,
jaka jest śliczna?
– Patrz! – Erica wskazała ręką. – Idzie Java. Zza krzewu wyszedł szympans
przypominający Sheenę. Przykucnął, zwrócony twarzą ku chichoczącym
obserwatorom, i bardzo starannie obrał banana. Niewielka sosna z tyłu zatrzęsła się.
– To pewnie Lenny – wyjaśniła Erica. – Starszy, dominujący samiec. Biedny Java
musi znosić jego agresywność.
DuŜy szympans ruszył do przodu. Wyglądał jak bandyta przygotowany do
bijatyki, gdy tak sunął z nastroszonym futrem na plecach i ramionach. Java krzyknął,
upuścił banana i uciekł w wierzbowe zarośla.
– Bezczelny staruch – powiedział Nick.
– Ryzykując przypisywanie szympansom ludzkich cech, muszę się z tobą zgodzić.
Właśnie z powodu Lenny’ego chciałabym wprowadzić Sheenę do stada. Java miałby
kogoś w swoim wieku do towarzystwa.
– Ale Sheena nie chce z nimi zostać?
– MoŜe to po prostu nie jest dobry moment – powiedziała Erica. – Dopiero
niedawno Java rozstał się ze swoją matką.
– Matką?
– Tak. Jenny i Lenny są rodzicami Javy.
Nick dokładniej przyjrzał się szympansom. Ojciec i syn? Natychmiast przyszły
mu namyśl jego stosunki z Michaelem.
Java zsunął się z drzewa, odsłaniając zęby i wydając niskie, sapiące dźwięki.
Ciągnął za sobą nogami i zachowywał poddańczo, niemal przepraszająco. W końcu
przysiadł koło Lenny’ego i wyciągnął łapę. Starszy szympans zahukał, potem poklepał
syna po tyłku. Widzowie zaśmieli się, tylko Nick poczuł, jak coś ściska go w gardle.
Młody szympans wydawał się tak bardzo potrzebować uwagi ojca! Lenny
odpowiedział na tę potrzebę. Dokładnie jak u ludzkich ojców i synów: stałe zbliŜanie
się i odrzucanie. Nick przełknął ślinę, zanim się odezwał.
– Rzeczywiście przypominają ludzi, prawda?
– Zdumiewająco. Pod względem genetycznym, między ludzkim DNA a DNA
szympansów jest mniej niŜ jednoprocentowa róŜnica. Tak jak my mają długie
dzieciństwo, uczą się z sytuacji społecznych i mają podobne zachowania
pozawerbalne.
– Na przykład?
– Przytulanie, pieszczoty, trzymanie się za ręce. – Dla zademonstrowania
przesunęła dłonią po jego przedramieniu. – Głaskanie.
Chwycił jej dłoń, zanim ją zabrała, i uniósł palce do ust.
– Całowanie?
Przytaknęła, usiłując opanować nagłe podniecenie. Ten pociąg fizyczny był
naprawdę niezwykle silny i nie mogła go zignorować. Zabrała rękę, wyciągnęła z
kieszeni notes i zaczęła zapisywać.
– Jeszcze niedawno bezpośrednia konfrontacja z Lennym spowodowałaby, Ŝe
Java pognałby do matki.
Z wyspy dobiegło głośne pohukiwanie Lenny’ego. Wyciągnął nad głową długie
ramiona i ziewnął. Java zrobił to samo. A potem oba szympansy ramię w ramię
odeszły w głąb zarośli.
Rozczarowani widzowie zaczęli się rozchodzić. Nick zwrócił się do Eriki.
– Co zapisujesz?
– Datę, godzinę i krótki opis tego spotkania.
– Skończyła i zamknęła notatnik. – No dobrze, Nick. Co teraz?
– Czy myślisz, Ŝe szympansy wrócą?
– Jasne, ale to moŜe trochę potrwać.
– MoŜemy poczekać? Za jakąś godzinę muszę wyjść, a chciałbym je jeszcze raz
zobaczyć.
Przyjrzała mu się, czy nie kpi, ale nic na to nie wskazywało. Zachowanie Javy i
Lenny’ego naprawdę go intrygowało.
– Skoro masz tylko godzinę, to powinniśmy raczej skończyć zwiedzanie.
– A mogę przyjść kiedy indziej?
– Pewnie. MoŜesz nawet pomóc przy popołudniowym karmieniu.
Erica ugryzła się w język. Opieka nad szympansami i ich karmienie odbywało się
pod ścisłą kontrolą. Wprowadzenie kogoś obcego oznaczało zmianę środowiska.
Dlaczego w ogóle o tym wspomniała?
– Mógłbym je karmić? – zapytał z entuzjazmem.
– Dzisiaj jestem zajęty, ale moŜe jutro? A mógłbym przyprowadzić syna?
– Nic z tych rzeczy – odparła ze zdecydowaniem, którego nie czuła. – Wolno ci
będzie tylko obserwować. W porządku? śadnych bliŜszych kontaktów z
szympansami.
– Obiecuję. Ty tu rządzisz.
W drodze do innych części zoo Nick zadawał setki pytań o szympansy i proces
tworzenia się więzi. Ledwo rzucił okiem na dostojne – napili. Nie zainteresowały go
równieŜ świstaki. Z roztargnieniem poklepał rena, dwa bawoły i ryczącego osła.
Gdy weszli do niewielkiego, chłodnego pawilonu gadów, otrzeźwiał na chwilę.
– Nie przepadam za węŜami, Erico.
– Naprawdę są bardzo miłe i uczuciowe. Czy trzymałeś kiedyś jakiegoś na
rękach?
– Nigdy. I nie mam zamiaru.
Zaciągnęła go przed wielkie terrarium z dwoma pytonami. KaŜdy miał blisko dwa
metry długości. Z wdziękiem przesuwały się po specjalnie zawieszonej gałęzi.
– To Patty i Pete, pytony. Powiedz sam, Nick, czy wzory na ich skórze nie są
piękne?
– Owszem, na parze butów. Roześmiała się.
– To moŜe trochę potrwać, ale nauczę cię lubić węŜe.
– Nie sądzę, bym kiedykolwiek miał ochotę na pieszczoty z pytonem. Natomiast z
przyjemnością spędzę wiele czasu z tobą, Erico.
Intymny ton jego głosu dał jej do myślenia. „Wiele czasu”... CzyŜby Nick robił
jakieś plany na przyszłość, spodziewał się, Ŝe ich znajomość się rozwinie? Ona teŜ nie
była bez winy, obiecując nauczyć go lubić węŜe czy wprowadzić na wyspę
szympansów. Najwyraźniej powinna wszystko wyjaśnić, zanim posuną się dalej.
– Nick, mogę z tobą powaŜnie porozmawiać?
– Nie tutaj – wzdrygnął się. – Tobie, moŜe się podobają, ale ja naprawdę boję się
węŜów.
Wyszli na słońce. Erica wskazała duŜy, betonowy budynek, połoŜony w pobliŜu
wyspy.
– Pójdziemy po Sheenę....
– Tu mieszka Sheena? – Gwizdnął. – Prawdziwy betonowy Wersal.
– To zimowe kwatery szympansów. Znajduje się tam równieŜ kuchnia.
– Wspaniale. Zastanawiałem się, czy niechęć Sheeny do grupy nie wzięła się stąd,
Ŝ
e w dzieciństwie pozbawiono ją poczucia więzi z innymi szympansami.
– Tak, na pewno tak właśnie jest – odpowiedziała niecierpliwie. – Nick,
powinniśmy przedyskutować kilka spraw.
– Właśnie. W jakim wieku Sheena została adoptowana przez człowieka? Kiedy u
szympansów wykształca się poczucie więzi z grupą?
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym teraz nie rozmawiać o
szympansach.
– Dobrze. – Dopasował swój krok do kroku Eriki. – Co tak bardzo chcesz mi
powiedzieć?
– Nie tak znowu bardzo – zaprotestowała. A moŜe jednak?
– Robisz wraŜenie zdenerwowanej. Kącik ust masz jakby ściągnięty w dół. Jak
taki mały haczyk na ryby.
– Przestań kpić, Nick.
– Dobrze. O czym tak waŜnym chcesz porozmawiać?
– O nas. – Jego projekty i jej własna rodząca się namiętność wymagały określenia
warunków. Od czego zacząć?
– MoŜe mógłbym ci pomóc – stwierdził. – Czy łatwiej ci będzie, jeśli oświadczę,
Ŝ
e bardzo mi się podobasz?
– Tak, łatwiej. – Nigdy nie robiła czegoś takiego. Znajomości Eriki z
męŜczyznami, a takŜe jej małŜeństwo naleŜały do tradycyjnych. To męŜczyzna
zabiegał, nadawał kształt związkowi i w końcu odchodził...
Tak było dotychczas. Teraz postanowiła, Ŝe jasno przedstawi swoje zamiary i
określi charakter relacji według własnych reguł. Czuła się bardzo niepewnie, ale
odetchnęła głęboko i zaczęła.
– Sądzę, Ŝe powinniśmy określić kierunek i potencjał naszej... hm... znajomości.
Widzisz, praca zawodowa jest dla mnie niezwykle waŜna.
– Rozumiem – przytaknął.
– Zapewne zainteresuje cię, Ŝe pociąg fizyczny jest odwzajemniony. –
Odchrząknęła. Dlaczego przemawia jak stara panna nauczycielka? – Proponuję,
byśmy – przy pewnych ograniczeniach – dopuścili do uzewnętrznienia się naszych
naturalnych popędów.
– Czy składasz mi propozycję, Erico?
– Działania, jakie proponuję, mogą być tak zrozumiane, czyli mogą... – Ucichła,
gdy jej wzrok spoczął na jego pięknie wykrojonych ustach. Oczy ze złotymi plamkami
były czyste i jasne. Zdrowy rozsądek Eriki uleciał przez okno, szybko jak koliber. –
Dokładnie tak, Nick. Składam ci propozycję.
– Przyjmuję. – Rozejrzał się po surowym krajobrazie zoo. – Czy są tu jakieś
zarośla, w których moglibyśmy się schować, by dać upust naszemu popędowi? A
moŜe powinniśmy to zrobić na miejscu, na oczach bawołu, świstaków i wszystkich
innych?
Odwróciła wzrok. Zaszło nieporozumienie. Oczekiwała powaŜnej rozmowy.
– Chyba nie wyraziłem się jasno.
– AleŜ tak. Chodzi o popęd płciowy. Jak u szympansów.
– Przestań się ze mnie wyśmiewać.
– Zapewniam cię, moja droga, Ŝe się nie śmieję.
– W porządku. Słuchaj uwaŜnie. Dokładnie zaplanowałam swoje Ŝycie i nie ma w
nim miejsca na Ŝadne stałe związki.
– Jasno powiedziane.
– Akurat teraz staram się o stypendium na studia nad naczelnymi w Afryce.
Wcześniej czy później ktoś mi przyzna pieniądze. Gdy tylko je dostanę, wyjeŜdŜam.
Nikt i nic mnie tu nie zatrzyma.
No juŜ, powiedziała, co miała do powiedzenia. Ale właściwie skąd wie, Ŝe Nick
miałby ochotę na stały związek czy jakieś zobowiązania? Do diabła, przecieŜ nawet
nie poprosił jej o spotkanie.
– Czy zrobiłam z siebie zupełną idiotkę?
– Nikt nie jest doskonały.
– To stary dowcip.
– Przepraszam, nie mogłem się oprzeć. Naprawdę cenię twoją uczciwość.
Pokiwała głową. Uczciwość. O to właśnie jej chodziło. O uczciwy, namiętny,
bezproblemowy związek. Wyciągnął rękę i lekko musnął jej policzek.
– A moŜe nawet będę w stanie ci pomóc.
– Pomóc? – ZadrŜała, wciąŜ czując jego delikatny dotyk.
– Mam pewne powiązania z Klubem Poszukiwaczy Przygód – mówił dalej. –
Wiem, Ŝe dają stypendia naukowe.
– Klub Poszukiwaczy Przygód?
– To taka gromada starszych, bogatych facetów. I kilka kobiet. Są ekscentryczni,
ale mają dobre serca. Wszędzie juŜ byli i wszystko widzieli. Lubią zachęcać innych
do poszukiwania przygód.
– Ale tu nie chodzi o przygodę, tylko badania naukowe....
– Dla większości nas, zwykłych śmiertelników, – stwierdził sucho – wyjazd do
Trzeciego Świata i Ŝycie w obozie z gromadą małp jest jednak przygodą.
Erica pomyślała nagle, Ŝe bardzo lubi Nicka. Wykazywał więcej niŜ zrozumienie.
Nie stawiał Ŝądań, tylko ją wspierał. Pod wpływem impulsu ujęła w dłonie jego twarz
i pocałowała lekko w czubek nosa.
– Czy to podziękowanie? – zapytał.
– Owszem.
– Próbuję spełnić marzenie twego Ŝycia, a za to dostaję tylko całusa w nos? –
Szybkim ruchem oplótł ją ramionami i przyciągnął. – PokaŜę ci, jak naleŜy
dziękować.
Pocałunek nie był ani uprzejmy, ani zdawkowy. Wymagał Ŝywej odpowiedzi.
Erica bez tchu smakowała jego wargi. Pod powiekami wybuchały barwne fajerwerki.
Biologiczne potrzeby nareszcie znalazły ujście. Uniosła ramiona i objęła go z całej
siły, a smak jego warg i języka przenikał ją całą. Otarła się bezwstydnie o Nicka,
spalając się w ogniu poŜądania. Napięcie w dole brzucha stawało się nie do
wytrzymania. A on ją wciąŜ całował.
Jej zmysły były niemal boleśnie wyostrzone. Serce biło w dzikim, pierwotnym
rytmie.
Gdy pocałunek się skończył, Erica nie od razu wróciła do rzeczywistości. Patrzyła
nieprzytomnie i bez zrozumienia na nagłe, niezręczne ruchy męŜczyzny.
– Co ty robisz, Nick?
– Chyba jednak nie jestem całkiem wyleczony – stwierdził, drapiąc się mocno po
nodze. – Któreś z tych zwierząt obudziło moje uczulenie.
Wyciągnął rękę, na której w szybkim tempie pojawiała się czerwona wysypka.
TakŜe skóra pod kolanami była podraŜniona.
– Och, Nick, tak mi przykro. Ciekawe, które zwierzę jest za to odpowiedzialne. –
Gwałtownie wciągnęła powietrze. – A jeśli to ja?
– Nie martw się, nigdy nie miałem alergii na kobiety. Poczuła się dotknięta. Czy
wiele było tych kobiet?
Czy testował swoje uczulenie na blondynki i rude? Uniósł nogę i podrapał się za
kolanem.
– Chyba lepiej stąd wyjdę. Zresztą jestem juŜ spóźniony na inne spotkanie.
– Czy zobaczymy się dziś wieczorem?
– Jutro.
Jutro? To cała wieczność.
– Będziemy mieli czas, Erico.
– Ale...
– Mnóstwo czasu.
Puścił do niej oko i pospieszył w kierunku wyjścia. Erica patrzyła za nim,
podejrzewając, Ŝe jej odwaŜne przyznanie się do niezaleŜności i poŜądania nie
całkiem dotarło do Nicka. Mnóstwo czasu? CzyŜ nie powiedziała mu dopiero co, Ŝe w
kaŜdej chwili moŜe wyjechać do Afryki? Alergia czy nie alergia, ten atak zdarzył się
akurat na czas.
Przechyliła głowę. Lepiej niech Nick nie próbuje manipulować ich przyszłym
związkiem. MoŜe i ma tendencję do dominacji, za to ona potrafi być uparta i
zdecydowana.
ROZDZIAŁ 3
Następnego dnia w południe Nick przechylił się nad biurkiem w swoim biurze i
podał Erice notatnik.
– A to po co?
– Na wypadek, gdybyś chciała robić notatki. Erica siedziała sztywno. Niecałą
dobę wcześniej przysięgła sobie kontrolować rozwój sytuacji, a juŜ teraz sprawy
wymykały jej się z rąk.
– Czekaj no, czekaj – powiedziała. – Twoim zdaniem będę potrzebowała
notatnika, by zapisywać mądrości, padające z twych ust?
– Sam bym tego lepiej nie ujął. Rzuciła notatnik na biurko.
– Wystarczy mi moja pamięć. Poza tym wolałabym jak najszybciej skończyć to,
co mamy zrobić, i wrócić do mojej roboty w zoo.
Otworzył przed nią drzwi biura.
– Rozumiem, Ŝe plan Amandy, byś spędziła ze mną dzień, studiując zasady
planowania krajobrazu, nie przypadł ci do gustu?
– Dobrze rozumiesz.
– Erica? – Dotknął jej ręki. Odwróciła się gwałtownie. JasnoŜółty materiał
sukienki otarł się o uda Nicka. Chciałby ją pocałować, przegonić rumieniec z
policzków, powiedzieć, jaka jest piękna, gdy się złości. Wiedział jednak, Ŝe taka
uwaga wywołałaby wielki wybuch. – Podoba mi się twoja sukienka.
– Dziękuję – warknęła, bardziej wściekła na siebie niŜ na niego. Ostatecznie nikt
jej nie kazał przebierać się po wyjściu z zoo. Z własnego wyboru narzuciła Ŝółtą
sukienkę bez rękawów, która podkreślała jej szczupłą talię i efektownie układała się
wokół kolan. CzyŜby udzielił jej się romantyzm Amandy?
– Najpierw rzucimy okiem na całość. – Poprowadził ją ku diabelskiemu młynowi.
– Nie boisz się wysokości, mam nadzieję?
– Niczego się nie boję.
Spróbował uśmiechnąć się przyjacielsko, ale natrafił na tak lodowate spojrzenie,
Ŝ
e poczuł, jak sinieją mu z zimna wargi.
Stanęli w krótkiej kolejce przed kolorowym, pionowo ustawionym kołem i
powoli, w milczeniu posuwali się naprzód. Nick rzucił okiem na wagoniki. Były
czyste. Operator teŜ wyglądał porządnie w niebieskiej bawełnianej koszulce, która
stanowiła rodzaj uniformu personelu wesołego miasteczka.
Nick przesunął wzrok na główny deptak. Całe rodziny spacerowały wokół
klombu z geranium i wzdłuŜ sztucznego wzgórza z sosnami i liliami tygrysimi. Nick
był zadowolony... Zadowolony z kwiatów, liczby odwiedzających i diabelskiego
młyna. Inną sprawą było nastawienie Eriki.
Odezwał się dopiero, gdy zapięli juŜ pasy w wagoniku.
– Jesteś wściekła.
– CzyŜby? – Odsunęła się tak daleko, jak tylko pozwalało na to wąskie siedzenie,
nie Ŝycząc sobie Ŝadnego fizycznego kontaktu z Nickiem. Plan Amandy był
niedwuznaczną próbą swatów. – MoŜe jestem wściekła, bo nie podoba mi się sposób,
w jaki zmawiasz się z Amandą za moimi plecami!
– Teraz juŜ mamy zmowę?
– Poza tym codziennie powinnam spędzać część dnia na obserwacji szympansów.
Ten tak zwany plan to całkowite lekcewaŜenie mojej pracy.
Gdy rano pojawiła się w zoo, Amanda zaŜądała, by Erica spędziła dzień z
Nickiem. Chciała, by zapoznała się z metodami promocji i zastanowiła nad ich
adaptacją dla potrzeb zoo.
Diabelski młyn przesuwał się powoli w górę, biorąc coraz to nowych pasaŜerów.
– Nie tylko Amanda jest winna – powiedział.
– Tak sądziłam.
– Ale nie był to takŜe mój pomysł. – Poruszył się i wagonik lekko się zakołysał. –
Zresztą po tym, jak mówiłaś wczoraj o dawaniu ujścia naturalnym popędom,
pomyślałem, Ŝe moŜe chciałabyś spędzić ze mną ten dzień.
– Ach tak? A dlaczego nie spytałeś mnie wprost?
– Plan Amandy ma sens – upierał się. – Gdy zadzwoniłem, by podziękować za
umoŜliwienie obejrzenia zoo, powiedziała, Ŝe ma problemy z gotówką. Chciałaby
przyciągnąć więcej zwiedzających.
– To prawda. Ale ja nie jestem właściwą osobą do tej misji. Jestem specjalistką
od ssaków naczelnych, a nie publicystką.
– Zajmujesz się wzorcami zachowań, prawda?
– Zasadniczo tak.
– To właśnie tu robisz – podsumował. – Badasz wzorce zachowań.
Byli juŜ na szczycie diabelskiego młyna, na wysokości drugiego piętra. Erica
wychyliła się do przodu, przyglądając się terenowi i wprawiając ich wagonik w lekkie
kołysanie.
– Popatrz w prawo – wskazał Nick. – Tam znajduje się wejście z terenami do gry
w minigolfa. Przez liście widać szczyt karuzeli. Tam takŜe jest wesołe miasteczko dla
dzieci. Po lewej masz kolejkę górską. Z tyłu, za nami, mieści się restauracja
„Gazebo”. A na wprost umiejscowiono muszlę koncertową i staw z liliami wodnymi.
– Jak duŜy jest cały teren?
– Dwanaście hektarów, nie licząc parkingu – To jest bardzo waŜne. Jeśli chcesz
przyciągnąć ludzi, musisz mieć duŜy parking. Wygoda jest bardzo istotna.
Diabelski młyn znów drgnął i tym razem ruszyli w dół.
Erica z radością odetchnęła. Gdy znów wznosili się w górę, przygryzła wargi,
usiłując zachować powagę, ale radość z tej przejaŜdŜki była silniejsza. Zachichotała.
– Ze sto lat juŜ tego nie robiłam.
– Najwyraźniej zbyt długo.
Znów mknęli w górę i Erica roześmiała się juŜ otwarcie.
– Zbyt długo co?
– Nikt nie zbił cię z nóg. Przygwoździła go spojrzeniem.
– Jesteś bardzo pewny siebie.
– Owszem. – Znów wjechali w górę i spadli w dół. – Uwielbiam jeździć na
diabelskim młynie z piękną kobietą.
– Dziękuję. – Ucieszył ją ten komplement. JuŜ od dawna, od bardzo dawna Ŝaden
męŜczyzna nie powiedział jej, Ŝe jest atrakcyjna.
Nadal nie podobało jej się, Ŝe Nick i Amanda spiskowali za jej plecami, ale była
w stanie się z tym pogodzić.
Nick dał znak operatorowi i po chwili oboje stali na ziemi.
– No jak, dobrze się bawisz?
– Dobrze – przyznała. Wysunęli się z gromady ludzi i stanęli w cieniu sosny. –
Słuchaj, Nick, nie chcę spędzić dnia na wściekaniu się, ale powinieneś zrozumieć, jak
bardzo nienawidzę, gdy się mną manipuluje. Nigdy więcej tego nie rób.
– Załatwione. Od tej chwili obiecuję postępować otwarcie.
Wyciągnęła rękę.
– Przypieczętujemy to uściskiem dłoni?
– Nie bądźmy takimi formalistami. Trzymając się za ręce, poszli brukowaną
ś
cieŜką do cienistego zagajnika. Choć dobiegały ich głosy, zręcznie ukształtowany
krajobraz zapewniał intymną atmosferę.
Jak tu miło, pomyślała. Chłodny, zielony cień drzew. Szum fontanny. Przyjemnie
znajoma ręka obejmująca jej dłoń.
– A więc, Erico, kiedy ostatnio byłaś w wesołym miasteczku?
– Jeszcze w szkole średniej, gdy zawitało w naszą okolicę.
– śadnych wycieczek do Disneylandu?
– śadnych. Rodzina z siedmiorgiem dzieci nie mogła pozwolić sobie na takie
atrakcje. Nie tylko byłoby to zbyt kosztowne, ale jeszcze w dodatku trudne do
zorganizowania. Pamiętam wycieczkę z naszego rodzinnego Whitworth w stanie
Wisconsin do St. Louis. Dziewięć spoconych ciał wciśniętych do furgonetki jak
sardynki. Mało brakowało, a rozerwałabym na strzępy moją młodszą siostrę Elise....
Potrząsnęła głową z mieszaniną Ŝalu i sympatii. Kochała wszystkich członków
swojej duŜej rodziny. JednakŜe trudno było być średnią z rodzeństwa. Sporą część
swych młodych lat Erica spędziła na marzeniach. Najpierw wymyślała bajki, potem
uciekała w myślach do egzotycznych krain czarów, by w końcu marzyć o studiach
zoologicznych w Afryce.
– Co robią twoi rodzice? – Nick przerwał jej wspomnienia.
– Mają farmę mleczną. Kiedyś tata eksperymentował z produkcją lodów, stąd mój
wstręt do tego słodzonego, zamroŜonego mleka.
– Nic z tego nie wyszło? Pokręciła głową.
– Nic nigdy mu nie wychodziło. Tata zawsze snuł wspaniałe plany zarobienia
miliona dolarów, ale na planach się kończyło.
– Twój tata musi być interesującym facetem.
– Marzyciele zwykle są tacy. Są popularni i podniecający. Niespecjalnie
szanowani, ale bardzo, bardzo interesujący.
Nie mogła powstrzymać nuty goryczy w głosie, gdy pomyślała o konsekwencjach
posiadania ojca marzyciela. Zdobywanie wykształcenia to była ciągła finansowa
walka. Gdyby tylko tata rozsądniej postępował z pieniędzmi. Gdyby mama nie rodziła
co dwa lata. Gdyby. Gdyby. Gdyby.
– Bardzo ich wszystkich kocham – powiedziała. – Ale było nas tyle! Czasami
chciałabym mieć bardziej normalną rodzinę.
– Tak, wiem, o co ci chodzi. Nienawidziłem, gdy mnie nazywano „ten chłopak z
wesołego miasteczka”. Nigdy nie wiedziałem, czy inne dzieciaki lubią mnie dla mnie
samego, czy chodzi im o darmowe przejaŜdŜki i poczęstunki.
Zatrzymali się przy stawie z liliami. Choć po moście z czerwonej cegły ciągnęły
tłumy, w pobliŜu stawu, pokrytego okrągłymi liśćmi i białymi kwiatami, było cicho i
spokojnie.
– A ty masz rodzeństwo, Nick?
– Jedną młodszą siostrę. Mieszka z rodziną w Kalifornii. Moja mama właśnie
pojechała do niej na lato. Ojciec wcześnie się wypalił. Umarł dwa lata temu.
– Tak mi przykro.
ZauwaŜyła błysk uczucia w jego oczach.
– Mnie teŜ jest przykro. Ojciec i ja zawsze skakaliśmy sobie do oczu.
Walczyliśmy ze sobą. Chciał, Ŝebym został i dalej prowadził rodzinny interes. Ale ja
nie byłem gotów. AŜ do teraz.
– Więc nie zawsze tu pracowałeś?
– Nie – uśmiechnął się cierpko. – MoŜe wyglądam, jakbym urodził się w
kostiumie kataryniarza, ale przeprowadziłem się tu dopiero dwa lata temu.
– A co przedtem robiłeś? Nie, poczekaj. Niech zgadnę. Wyglądasz na
rozluźnionego, leniwego faceta, ale załoŜę się, Ŝe uprawiasz sport. Czy byłeś
zawodowym graczem w golfa?
– Jeśli zajmuję się sportem – co nie zdarza się często – to gram w tenisa.
– Nauczyciel? Trener?
Pokręcił głową. Zmarszczyła nos i zastanowiła się. Trudno było wyobrazić go
sobie w garniturze.
– Artysta? Pisarz? Aktor?
– Ja? Chyba Ŝartujesz.
– MoŜe prowadziłeś sklep? Albo restaurację. O, właśnie. Miałeś restaurację
specjalizującą się w napojach gazowanych i przekąskach.
– Zimno, zimno. Byłem maklerem w Nowym Jorku.
– Ty?! – Nie mogła w to uwierzyć. – Ubierałeś się w trzyczęściowe garnitury i
pracowałeś na Wall Street?
– Droga pani, byłem odpicowany od stóp w butach od Gucciego do głowy
strzyŜonej przez fryzjera, miałem apartament na Manhattanie i dom w Connecticut.
Pracowałem dwanaście godzin dziennie, chodziłem na obiady, w czasie których
wypijałem po trzy martini, i codziennie obracałem milionami dolarów.
– Nigdy bym nie zgadła. – Erica była zdumiona.
– To komplement. CięŜko pracowałem, Ŝeby zostawić to wszystko za sobą.
– Dlaczego? – Wydawało się jej, Ŝe tamto Ŝycie było pełne blasków.
– Wolę być tym, kim jestem dzisiaj. Nie zrozum mnie źle, nie Ŝałuję swojej
przeszłości. Wall Street zapewniła mi wygodne Ŝycie. Robiłem, co chciałem,
podróŜowałem, gdzie chciałem. Parę lat temu coś się we mnie zmieniło. Dawniej
uwielbiałem Ŝycie w napięciu. Tylko wtedy czułem naprawdę, Ŝe Ŝyję. Teraz juŜ nie.
Park mi wystarczy. Jak powiedziałaś, jestem facetem prowadzącym Ŝycie osiadłe i na
luzie. A ty?
– Wręcz przeciwnie. Całe moje dotychczasowe Ŝycie było przygotowaniem.
– Do czego?
– Do badań w Afryce. Moje prawdziwe Ŝycie zacznie się, gdy dostanę
stypendium.
– A jeśli wcześniej coś ci się przydarzy? – Następne zdanie rzucił przez ramię z
wystudiowaną niedbałością. – Na przykład zakochasz się, wyjdziesz za mąŜ, urodzisz
dziecko.
– To się nie zdarzy, Nick.
Sprowadził ją z wytyczonej ścieŜki i skierował ku brzegowi stawu przez niskie
zarośla. Pod płaczącą wierzbą zdjął buty i podwinął nogawki dŜinsów.
– Śmiecie – wyjaśnił lakonicznie.
Na powierzchni pływały dwa kartonowe opakowania. Nick wszedł do wody,
zrobił kilka kroków i wyciągnął rozmoczoną tekturę. Za chwilę był znów na brzegu.
– Nienawidzę śmieci. Mam ośmiu pracowników, których zadaniem jest wyłącznie
sprzątanie. Cały dzień mają pełne ręce roboty.
– W zoo mamy ten sam problem, a przecieŜ nawet nie prowadzimy straganów
spoŜywczych.
– Nie? – Wsunął stopę w but. – Dlaczego? Czy to niebezpieczne dla zwierząt?
– MoŜe być. Na ogół większość ludzi stosuje się do zakazu karmienia.
Ruszyli na powrót ku deptakowi.
– Czy jedzenie na terenie zoo jest zakazane?
– Nie, choć do tego nie zachęcamy. Ale mamy tereny piknikowe.
– Stoisko z napojami chłodzącymi to jednak coś, nad czym Amanda powinna się
zastanowić. – Podszedł do kosza na śmiecie i wrzucił tam wyciągnięte ze stawu
opakowania. – Takie stoiska przynoszą duŜy zysk.
Zacisnęła zęby, by głośno nie zaprotestować. Jak dotychczas, wysunął dwie
propozycje: stragany z jedzeniem i duŜy parking. Obie były dla niej odraŜające. W
gruncie rzeczy cały pomysł przyciągnięcia do zoo większej liczby zwiedzających
budził jej zastrzeŜenia. Erica wolała niewielki ruch, bo tylko wtedy mogła spokojnie
prowadzić badania.
Gdy przechodzili przez most, Nick bez trudu odczytał jej myśli.
– Och nie, wraca twój bojowy nastrój. Wyglądasz, jakbyś była gotowa stanąć na
czele niszczycielskiej hordy.
Rzuciła mu niechętne spojrzenie.
– Nie zrozum mnie źle – zastrzegł się. – Wyglądasz naprawdę groźnie. Ściągasz
brwi w prostą linię, a twoja górna warga lekko się unosi. Czy szympansy robią
podobne miny?
Przypomniała sobie Sheenę bijącą lalkę.
– Potrafią okazać niezadowolenie.
– PokaŜ mi, jak.
– Nie tutaj. Ludzie patrzą.
ś
artował z niej delikatnie, gdy szli za dźwiękiem gitar i piosenek ludowych ku
estradzie, otoczonej miniaturowymi drzewkami bonsai i odłamkami lawy. Znaleźli
wolną ławkę w cieniu wiązu.
– Nie daj się prosić, Erico. Zrób coś szympansiego. Ustąpiła.
– Daj mi rękę. Wyciągnął ku niej ramię.
– ZauwaŜ, Ŝe wysypka zniknęła. Eksperymentuję z nowym środkiem
odczulającym.
PołoŜyła jego dłoń na swoim udzie i przyjrzała jej się dokładnie. Potem
paznokciami przeczesała lekko cienkie, ciemne włosy pokrywające jego przedramię.
– W ten sposób szympansy się odpręŜają. Nazywa się to iskaniem. Przypuszczam,
Ŝ
e nie masz wszy?
– Mam nadzieję!
Siedzieli spokojnie, przysłuchując się muzyce. Erica stwierdziła, Ŝe, o dziwo,
szympansi relaks działa równieŜ na nią. Dotykanie Nicka uspokajało. Tylko rozmowa
z nim sprawiała, Ŝe natychmiast się najeŜała. ‘ Mogliby przeŜyć coś wspaniałego,
gdyby udało jej się przekonać go, by nie otwierał ust.
– To naprawdę rozluźniające – powiedział. – Podoba mi się.
– No jasne – zachichotała. – Iskanie szczególnie dobrze wpływa na niŜej
rozwinięte gatunki ssaków naczelnych.
– A propos... – Pomachał ręką do młodego człowieka w czerwonym podkoszulku
z emblematem Ogrodów Barrona. – To mój syn, Michael.
– Sympatycznie wygląda – powiedziała, gdy wysoki, blond nastolatek ruszył w
ich kierunku.
– No pewnie. Podobny do ojca. Prychnęła.
– To fakt biologiczny. Przystojni rodzice produkują przystojne dzieci.
– Nick, staruszku, wcale nie musi tak być.
Gdy przedstawił jej syna, Erica zorientowała się, jak bardzo ten szesnastolatek
przypomina swego ojca. Podobne złote oczy, wyraziste rysy, uroczy uśmiech. Z tą
róŜnicą, Ŝe Michael był parę centymetrów wyŜszy i miał jaśniejsze włosy.
Uśmiechnął się.
– Miło mi panią poznać.
– Dziękuję, Michael. Mnie teŜ.
– To pani musi być tą damą z szympansem. Matką Sheeny? – zapytał lekko
Michael.
– Och, mam nadzieję, Ŝe nie! Nick wtrącił się szybko.
– Erica wie, o co ci chodzi.
– Oczywiście – przytaknęła. – Przypomniałam sobie tylko, jak moja mama
zawsze skarŜyła się, Ŝe ludzie nazywają ją „matką Eriki” czy „mamą Eddie’ego”.
Teraz chyba wiem, jak się wtedy czuła.
Nick roześmiał się głośno. Zaryzykował wyciągnięcie zdecydowanie
przedwczesnych wniosków. Mogliby stać się rodziną. Od pierwszej chwili, gdy ujrzał
Erice, wiedział, Ŝe między nimi istnieje coś szczególnego. Dlatego właśnie nie chciał
jej widzieć poprzedniego wieczoru. Nie poszedł z nią do łóŜka, bo nie zamierzał z nią
romansować. Planował wspólną przyszłość. W Erice dostrzegł kobietę, która mogłaby
dzielić z nim Ŝycie.
– Hej, tato, obudź się. Pytałem, czy to ty wybierałeś na dzisiaj muzykę dla
zespołu. – Michael zwrócił się do Eriki. – Mój tata ma fioła na punkcie muzyki
gitarowej i folkowej z lat sześćdziesiątych.
– Naprawdę? – Uśmiechnęła się do Nicka kpiąco. – Stare, ale jare, co?
Michael roześmiał się.
– A pani to lubi?
– Mów do mnie Erica. Nie, nie lubię. Lubię mocny rock, grany naprawdę głośno.
No, oczywiście, lubię niektórych staruszków – The Dead i Rolling Stonesów, a nawet
czasami Beatlesów.
– Co świadczy, Ŝe mają zdrowe reakcje – skomentował Nick.
Trio gitarowe skończyło właśnie sentymentalne „Where Have Ali the Flowers
Gone?” i Nick ruszył ku estradzie. Zwołał zespół na krótką naradę.
– Co on robi? – spytała Erica.
– Nie wiadomo. Mój tata jest naprawdę nieprzewidywalny. – Odwrócił się do
niej. – Więc ile małp trzymasz w zoo?
– Cztery na wyspie ssaków naczelnych i Sheenę.
– Fajnie. Jak mieszkałem z mamą, miałem psa. – Przestąpił z nogi na nogę. –
Czasami brakuje mi zwierząt.
Trzej gitarzyści odłoŜyli gitary akustyczne i włączyli elektryczne. Zabrzęczały
mikrofony, wzmacniacze włączyły się z piskiem.
Erica zachichotała, gdy zespół zaczął grać największe rockandrollowe przeboje
Elvisa Presleya. Nick podwinął rękawy koszuli, przesunął kosmyk na czoło i ciągnął
za sobą nogi na podobieństwo Chucka Berry’ego.
Erica szczerze się roześmiała.
– Michael, twój ojciec jest naprawdę zdrowo stuknięty.
– Mówiłem ci. Słuchaj, nie chciałem cię dotknąć, nazywając mamą Sheeny.
– . W porządku, Michael. Wiem.
– To miała być taka etykietka, rozumiesz? śebym wiedział, jak odróŜnić cię od
innych.
– Od innych? To jest iŜ aŜ tyle?
– O tak, tata lubi bujne Ŝycie.
Gdy na niego spojrzała, Michael odwrócił wzrok. Przygarbił się i zmarszczył
brwi, wpatrując się w czubek swego prawego buta. Gdyby był szympansem, Erica
uznałaby, Ŝe demonstruje niechętną rezerwę – próbuje nawiązać kontakt, ale boi się,
Ŝ
e zostanie odrzucony.
– Michael? Czy chciałbyś mi coś powiedzieć?
– Nie wiem.
Miała dość doświadczenia z gromadą braci i sióstr, by wiedzieć, Ŝe nie powinna
naciskać.
Muzyka przyciągnęła kilkoro nastolatków, którzy zaczęli podskakiwać do rytmu.
Atrakcyjna, rudowłosa dziewczyna zbliŜała się, tańcząc, do Michaela, ale chłopak był
zbyt zajęty wpatrywaniem się w swoje buty, by ją zauwaŜyć.
– Skłamałem – wyrzucił z siebie nareszcie. – Tata rzadko kiedy się z kimś
umawia. Naprawdę jest ciągle w domu, ciągle tu przywiązany.
– Czy to cię martwi?
– Tak. Nie. Czasami wydaje mi się, Ŝe robi to dla mnie, wiesz, a ja wcale nie
chcę. Myślę, Ŝe zostaje w domu, Ŝebym ja nie był sam.
– Czujesz się samotny?
– Słuchaj, ze mną wszystko w porządku. Nie chcę o tym mówić, rozumiesz?
– Rozumiem – przytaknęła cicho.
Nickowi udało się przepchnąć przez tańczących i powrócić do nich. Objął Erice.
– Chodź, Michael. Postawimy tej pani szklankę wody.
– Wiesz, tato, idźcie sami. – Ruszył w kierunku estrady, ale rzucił jeszcze przez
ramię: – Miło cię było poznać, Erica.
– Mnie teŜ.
Ujęła Nicka za ramię i jeszcze raz obejrzała się za chłopakiem. Ich rozmowa
zaniepokoiła ją. Wiedziała, co to znaczy być samotnym. W dodatku Michael nie ma
nawet czworonoŜnego przyjaciela.
– Michael wydawał się bardzo zainteresowany szympansami.
– On kocha zwierzęta. To jeden z powodów, dla których chciałbym pozbyć się
alergii.
Erica puściła ramię Nicka i pobiegła za Michaelem.
– Słuchaj, chciałbyś przyjść w sobotę do zoo? Mógłbyś mi pomóc karmić
szympansy.
– Fajnie – rozjaśnił się w uśmiechu.
– To do zobaczenia.
Nick przyglądał się im ze zdziwieniem.
– O co chodziło?
– Skoro nie moŜesz mi pomagać z powodu alergii, zatrudniłam twego syna.
NiewaŜne, Ŝe nie pozwalała innym na kontakty z szympansami. Nie szkodzi, Ŝe
nie miała czasu na zajmowanie się samotnym nastolatkiem. To nic, Ŝe jej stosunki z
Nickiem komplikowały się z minuty na minutę. Poczuła zadowolenie, Ŝe umówiła się
z Michaelem.
Nick przyjacielskim gestem rozburzył jej włosy.
– Ty naprawdę niczego się nie boisz. Niewiele kobiet zgodziłoby się stawić czoło
dwom Barronom naraz.
– Dam sobie radę.
Ruszyli przed siebie, oddalając się od muzyki, mijając ogrody i sztuczny
wodospad. Myśli Eriki krąŜyły wokół planów na wieczór. Wieczór z Nickiem. Chyba
Amanda zgodzi się popilnować Sheeny?
– Ach, byłbym zapomniał – powiedział Nick. – Dowiadywałem się o moŜliwości
stypendium z Klubu Poszukiwaczy Przygód. Tak się składa, Ŝe mają fundusze na
popieranie wypraw. Ponad pół miliona dolarów siedzi sobie na koncie i obrasta
odsetkami.
– śartujesz chyba.
– Wspomniałem, Ŝe jesteś antropologiem specjalizującym się w naczelnych, który
chce załoŜyć obóz w Afryce. Byli pełni entuzjazmu.
Serce biło jej jak szalone. Nie mogła w to uwierzyć. Jej plany, marzenia i nadzieje
mogą się ziścić.
– Musisz zrobić tylko parę rzeczy. Spotkać się z nimi i odpowiedzieć na parę
pytań. Ponadto przygotować formalną prezentację.
– Referat?
– Ze slajdami, jeśli to moŜliwe – zasugerował.
– Nick, naprawdę uwaŜasz, Ŝe mówią powaŜnie?
– Absolutnie. Facet, z którym rozmawiałem, wspomniał, iŜ oczekują, Ŝe raz na
rok przez trzy lata będziesz wyruszała w kraj z odczytami. I coś opublikujesz, moŜe
napiszesz ksiąŜkę?
Erica nie była zaskoczona. Odczyty i publikacje były nieodłączną częścią
zbierania funduszy. W podnieceniu kiwała głową.
– A teraz zła wiadomość. Chcą, Ŝebyś wystąpiła na ich regularnym
comiesięcznym spotkaniu, w piątek. Czyli jutro wieczorem.
– Jutro?! – Erica była przeraŜona. Miała wygłosić referat przed zespołem ludzi
decydujących o przyznaniu stypendium, a absolutnie nie była do tego przygotowana. –
Nie mogę tego zrobić jutro. Wszystko zepsuję.
– Oczywiście, Ŝe moŜesz – dodawał jej odwagi Nick. – Nie masz slajdów ze
swoich wyjazdów do Afryki?
– Mam, z obozu Goodall. I trochę zdjęć szympansów z zoo. – Jej panika rosła. –
Ale jutro? Nie zdąŜę.
– Erico, wykręcasz się.
– Wykręcam się?! Ja się wykręcam?!
– Wybierz kilka slajdów i opowiedz o nich.
– Słuchaj, proszę tych ludzi o duŜe pieniądze. Nie mogę pojawić się przed nimi
nie przygotowana.
– Myślałem, Ŝe niczego się nie boisz. Poza przegraną.
– A jeśli nie podołam? Jest jakiś drugi termin? Ujął jej dłonie.
– Wszystko ci się uda. Jesteś bystrą, opanowaną kobietą o wielkiej wiedzy.
Wierzę w ciebie, Erico.
Na moment strach ustąpił. Jego dotyk ją uspokoił. W złotych oczach widziała
odbicie szerokich horyzontów i wspaniałych moŜliwości. MoŜe wszystko pójdzie po
jej myśli. MoŜe referat będzie znakomity. Jasne, a moŜe szympansy potrafią latać.
– Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym, jak tylko się dowiedziałeś?
– Nie sądziłem, Ŝe wynikną kłopoty....
– Masz rację. Nie powinno być Ŝadnych problemów. Powinnam była spodziewać
się czegoś takiego. A teraz moje plany biorą w łeb.
– Erico, chyba się nie doceniasz. Potrafisz to zrobić. Opuściła wzrok, przeŜywając
jeszcze raz dawne poraŜki. W miarę jak ogarniała ją niepewność, garbiła się coraz
bardziej, a ręce zwisały jej bezwładnie. Czy sięga zbyt wysoko? Chce zbyt wiele?
– Potrafisz to zrobić, Erico – powtórzył cicho Nick.
– Pewnie, dobrze ci mówić. To nie ty masz jutro wygłosić referat. Twoja
przyszłość od tego nie zaleŜy.
– Dobrze – powiedział.
– Co to znaczy „dobrze”? Ja tu się rozpadam na kawałki, a ty mi mówisz
„dobrze”?
– Znowu jesteś zadziorna. Przez moment wyglądałaś jak zbity pies. Teraz znów
jesteś gotowa stanąć przeciw całemu światu.
Miał całkowitą rację. Ani jej w głowie poddać się, nie próbując. Gdy Nick
uścisnął jej dłonie, odpowiedziała z nowym przypływem energii. Ciągle była spięta,
ale nie załamana.
– Nawet ci nie podziękowałam.
– Proszę bardzo.
Przypominając sobie, jak ostatnim razem uczył ją dziękować, odsunęła się
szybko.
– Lepiej pojadę do domu i zabiorę się do roboty.
– Mogę ci w czymś pomóc?
– Tak. Nie.
– To jak w końcu?
„Tak” wyraŜało poboŜne Ŝyczenia. „Nie” wyraŜało rzeczywistość. Odchrząknęła.
– Mam duŜo pracy.
– Mógłbym cię trzymać za rękę – zaproponował. – Ocierać ci pot z czoła.
Ugotować obiad. Schłodzić wodę.
Kusił ją.
– Mógłbym posłać łóŜko – mówił dalej. – Otworzyć szampana. Lubisz ostrygi?
– Przygotowanie referatu wymaga koncentracji, a mam wraŜenie, Ŝe pan, panie
Barron, za bardzo by mnie rozpraszał.
ROZDZIAŁ 4
– A zatem, panie i panowie z Klubu Poszukiwaczy Przygód, z powodu moich
wyjątkowych kwalifikacji, to znaczy doświadczenia w obserwowaniu zachowania
ssaków naczelnych oraz moich obecnych studiów nad szympansami w ogrodzie
zoologicznym, byłabym bardzo wdzięczna za pozytywne rozpatrzenie mojego
wniosku.
Erica spojrzała z niechęcią na swoje odbicie w lustrze łazienki. CóŜ za
kokieteryjne zakończenie! Odchrząknęła i spróbowała znaleźć silniej przemawiające
słowa.
– śądam sfinansowania... – Zmarszczyła nos. Teraz brzmiało to, jakby była nie
antropologiem, lecz terrorystką. – Pokornie błagam i proszę... – Bez przesady. –
Zwracam się z wnioskiem... – Zbyt sztywne.
Okręciła się na pięcie i wymaszerowała z łazienki. Jej praca nad referatem i
selekcja slajdów były niemal na ukończeniu. Tylko dwie i pół godziny zostało do
spotkania.
– Dajcie mi forsę – zaśpiewała. Oj, chyba juŜ głupieje ze zmęczenia. NajwyŜsza
pora skończyć przygotowania.
Z szafy wyjęła niebieską jedwabną sukienkę i pasujący do niej Ŝakiet. Sprawdziła,
czy guziki są na swoich miejscach, czy sukienka jest czysta i wyprasowana. Bardzo
dobrze. Choć wzięła juŜ prysznic i wyszczotkowała kręcone, kasztanowe włosy,
poczeka z przebieraniem się do ostatniej chwili. Na razie wystarczą jeszcze
podkoszulek i szorty.
Nick pojawi się za dwie godziny i kwadrans, by zawieźć ją na spotkanie. Co
zrobić, aby się odpręŜyć? Sen nie wchodził w rachubę, była zbyt spięta. To samo
dotyczyło czytania ksiąŜki. Przejrzała kasety, aŜ natrafiła na „Sgt. Pepper’s Lonely
Hearts Club Band” Beatlesów. Stare, ale dobre. Nie był to Presley, ale „Sgt. Pepper”
mogli zaakceptować oboje: i Nick, i ona. To będzie rzadka frajda, puścić muzykę
głośno bez słuchawek. Sheena została w zoo pod opieką Amandy, tak jak i ostatniej
nocy.
Choć Erica tęskniła za swoją podopieczną, samotność okazała się wspaniała.
Zawsze marzyła o posiadaniu własnej przestrzeni, własnego pokoju. Nick uskarŜał się
na dorastanie w cieniu diabelskiego młyna, ona z kolei – w otoczeniu sześciorga
rodzeństwa. CzyŜby więc mieli ze sobą coś wspólnego? Tak, oboje doceniali
znaczenie prywatności. Ale, oczywiście, kaŜde rozwiązywało ten problem na swój
sposób. Podczas gdy Nick chronił się w ciszę dźwiękoszczelnego gabinetu, Erica
wolała zagłuszać zewnętrzny świat głośną, otępiającą muzyką rockową.
Poszła do kuchni i zajrzała do lodówki. Powinna właściwie coś zjeść, ale
perspektywa sałatki owocowej była tak mało zachęcająca, Ŝe ścisnął jej się Ŝołądek.
Nerwy? Erica uniosła dłoń i stwierdziła, Ŝe lekko drŜy. Tak, niewątpliwie nerwy, ale
kto by zachował spokój w takiej sytuacji? Jej przyszłość, kariera zawodowa, marzenia
zaleŜały od dzisiejszego wystąpienia.
Nawet jeśli się jej nie uda, to przecieŜ jeszcze nie koniec świata. Będą inne
okazje. Tyle Ŝe cały proces gromadzenia funduszy trwał tak straszliwie długo. Niemal
słyszała, jak upływa czas, sekunda po sekundzie. Tik. Tak. Tik. Tak. Czy ktoś puka
do drzwi? Erica pobiegła, by otworzyć.
– Cześć, Nick. Przyszedłeś wcześniej. – Jej twarz rozjaśnił uśmiech. Nick
pomoŜe spędzić te ciągnące się ostatnie chwile. Wiedziała juŜ, Ŝe potrafi ją rozluźnić.
ChociaŜ równie prawdopodobne było, Ŝe ją zdenerwuje albo rozwścieczy.
– Od trzech minut dobijam się do drzwi. – Skrzywił się na hałas, wchodząc do
mieszkania.
– Powiedziałam ci, Ŝe lubię głośną muzykę – krzyknęła.
– AŜ tak głośną? – odkrzyknął, ściszył magnetofon i potrząsnął głową. – Nie
słyszysz nawet własnych myśli. Powinnaś znakomicie dogadać się z moim synem.
– Lubię Michaela. To dobry chłopak i cieszę się, Ŝe przyjdzie jutro do zoo. –
Znowu plotła bez sensu. Ale nie była w stanie powstrzymać słów. Czuła się, jakby
stała na krawędzi przepaści, czekając na powiew wiatru, by wypróbować swoje
niepewne skrzydła. – Michael chyba jest nieco samotny. Czy widuje się ze swoją
matką?
– Bardzo często. Wszystkie wakacje i ferie spędza w Kalifornii. Ale od półtora
roku mieszka ze mną.
– Czyli przeprowadził się do ciebie, gdy juŜ odszedłeś z Wall Street.
– Moje poprzednie Ŝycie nie było właściwe dla dziecka. Ciągle pracowałem, a
gdy wracałem do domu, byłem wykończony. – Wzruszył ramionami. – Zgodzisz się,
Ŝ
e dla dorastającego chłopaka Manhattan nie jest naturalnym środowiskiem.
– Ach, tak – przytaknęła Ŝartobliwie. – Środowisko jest bardzo waŜne dla
tworzenia więzi. A swoją drogą, przyszedłeś za wcześnie, prawda? Nie dlatego, Ŝe, na
przykład, zmieniono godzinę spotkania i powinniśmy tam być za dziesięć minut?
– Jesteś gotowa do swego wystąpienia?
– Tak. – Wskazała pudełko ze slajdami, rzutnik i plik notatek. – Miałam w planie
spędzić te dwie godziny, przemierzając nerwowo pokoje i wpadając pomału w
histerię.
– Jesteś zdenerwowana?
Znowu uniosła dłoń, która teraz drŜała bardzo wyraźnie. Erica nie była pewna,
czy tylko z powodu oczekującego ją wystąpienia, czy równieŜ bliskości Nicka.
– Powiedziałabym, Ŝe jestem nieco spięta. Przyglądał jej się uwaŜnie, a w końcu
jego spojrzenie zatrzymało się tuŜ poniŜej linii dekoltu. Erica spuściła oczy i
stwierdziła z zaŜenowaniem, Ŝe jej sutki są widoczne przez cienki materiał
podkoszulka. Zawahała się, czy spleść ramiona na piersi, czy udawać, Ŝe nic się nie
dzieje. Zmieszana, odwróciła się i pomaszerowała do kuchni.
– Jesteś głodny?
– Wiem, co by cię rozluźniło, Erico.
– Co powiesz na kolację?
– A co powiesz na masaŜ?
No cóŜ, wiedziała, Ŝe masaŜ byłby przyjemny, ale nie miała zamiaru dodawać
tego rodzaju wraŜeń do zamętu i tak panującego w jej głowie.
– MoŜe lepiej wyjdź, Nick, i wróć za godzinę, gdy juŜ będę ubrana na spotkanie.
– Dlaczego nie dasz sobie teraz rozmasować mięśni? – nalegał. – Chyba się mnie
nie boisz, co?
– Znam się na takich gierkach. Pamiętaj, Ŝe wyrosłam w gromadzie sióstr i braci.
Wiem wszystko o wyzwaniach i sprawdzaniach. Ostatnim razem, gdy się dałam na to
nabrać, miałam dziesięć lat i skończyłam w gipsie na dwa tygodnie.
– Wyzwania i sprawdzania? – Nick przybrał niewinny wyraz twarzy. – Chyba nie
wiem, o czym mówisz. Opowiedz mi.
– Jasne, nie wiesz, o czym mówię.
– Słuchaj, ja miałem tylko jedną siostrę, i to duŜo młodszą.
Zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem.
– No dobrze. Opowiem ci o wyzwaniu i sprawdzaniu. Dawno temu mój brat
Eddie i ja bawiliśmy się na pięterku stodoły. Był koniec lata, a my huśtaliśmy się na
linie i zeskakiwaliśmy z wysokości jakichś dwóch metrów na kupę siana. Eddie
powiedział: „Stąd to kaŜdy zeskoczy, ale trzeba mieć odwagę, Ŝeby zeskoczyć na
siano z dachu”. Wyzwał mnie. A ja byłam na tyle głupia, Ŝe chciałam go sprawdzić.
– Dlaczego głupia?
– Bo sprawdzający zaczyna. Taka jest zasada. Gdybym nie skoczyła, na wieki
zyskałabym miano tchórza. – Skrzywiła wargi w uśmiechu. – MoŜe byłoby to lepsze,
niŜ zwichniecie nogi w kostce.
– Czemu się uśmiechasz?
– Bo Eddie złamał rękę w nadgarstku. Okazał się jeszcze głupszy niŜ ja. Widział,
co mi się przydarzyło, a jednak skoczył. Morał z tego taki, Ŝe nauczyłam się myśleć,
zanim skoczę.
– Erico, ja cię nie namawiam do skakania z dachu. Chcę ci zrobić masaŜ
relaksacyjny. Co ci się moŜe od tego stać?
Choć nie groziło to zwichnięciem nogi, Erica przestraszyła się bliskości Nicka i
dotyku jego rąk na swoim ciele. PrzecieŜ nie miała juŜ dziesięciu lat.... Potrafiła się
kontrolować. Czy nie to właśnie sobie obiecywała? Ze będzie kontrolować rozwój ich
znajomości?
– Zgoda, Nick. Wygrałeś.
– Najlepiej byłoby, gdybyś połoŜyła się na płask – powiedział, zerkając na
trzcinowe maty wyściełające podłogę duŜego pokoju. – Sypialnia?
Jęknęła w duchu.
– Jasne, czemu nie?
Zaprowadziła go do swojego sanktuarium i ostroŜnie wyciągnęła się na Ŝółtej
narzucie.
– Miły pokój – stwierdził. – Bardzo kobiecy.
– Rób, co masz robić, Nick.
– To nie będzie bolało, obiecuję. – Usiadł obok na łóŜku i przesunął palcem
wzdłuŜ jej kręgosłupa. ZadrŜała pod jego dotykiem.
Cienki materiał podkoszulka opinał jej plecy, a obcięte na szorty levisy ciasno
przylegały do bioder. PoniewaŜ zazwyczaj nosiła uniform pracownika zoo, składający
się z szortów i koszuli, opalenizna była ciemniejsza na łydkach i przedramionach. Im
wyŜej, tym jaśniejsza była jej skóra, aŜ po kremowy kolor karku.
Umościła się wygodniej.
– Jestem gotowa.
– Ja teŜ – mruknął, podziwiając szczupłą talię i krągłość jędrnych pośladków.
Choć mięśnie miała napięte, robiła wraŜenie kruchej istoty. Pod zewnętrzną siłą
domyślał się słodkiej bezbronności.
Lekko oparł ręce, z kciukami skierowanymi ku kręgosłupowi, po obu stronach jej
talii. Przesuwał dłonie w górę, uciskając lekko, aŜ dotarł do karku. Tu mięśnie były
najbardziej napięte....
– Rozluźnij się.
– Próbuję – jęknęła.
– Mięśnie twego karku są twarde jak stal. – Przytrzymał jej ramiona i pochylił
głowę, aŜ dotykał niemal jej włosów. – Nie oddychasz! – zarzucił jej.
– Oczywiście, Ŝe oddycham – oburzyła się. – Umarłabym, gdybym nie oddychała.
– Masz oddychać głęboko – polecił.
Patrzył, jak jej klatka piersiowa rozszerza się przy pierwszym głębokim wdechu.
Wypuściła powietrze i od razu wydała się mniejsza.
– Jeszcze raz – powiedział.
Oddychała posłusznie, a Nick patrzył w niemym zachwycie, jak porusza się jej
ciało. Wdech. Wydech. Oddychał w tym samym rytmie.
– Jeszcze raz.
Nabrała głęboko powietrza i wypuściła.
Opierał dłonie na jej plecach, czując, jak jej ciało Ŝyje. Był nią tak niezwykle, po
wariacku zafascynowany, Ŝe podniecał go nawet jej oddech. Przychodząc tu,
naprawdę nie miał zamiaru się z nią kochać. Zjawił się wcześniej, by sprawdzić, czy
moŜe się do czegoś przydać. Zdawał sobie sprawę, Ŝe nie jest to najlepsza chwila na
zaloty. Wiedział to bardzo dobrze.
– Nick? – Erica odwróciła się i oparła na łokciu. – I co z tym masaŜem?
– Naprawdę nie wiesz, co?
– Czego nie wiem?
– Nie masz pojęcia, jak seksownie wyglądasz. – Wstał i oddalił się od łóŜka. –
Opalone nogi wyciągnięte na Ŝółtej narzucie, piersi poruszające się swobodnie, skóra
pachnąca jak poranna rosa, rozburzone włosy. I twoje oczy. Twoje oczy składają
obietnice, których zapewne nie dotrzymasz. A ty nawet nie jesteś tego wszystkiego
ś
wiadoma.
Nick zmusił się, by odwrócić wzrok. Powinien coś zrobić. Najlepszy byłby sprint
na sto metrów. Niestety, musiało mu wystarczyć chodzenie po pokoju.
– A teraz w dodatku cię zdenerwowałem. – Zaklął pod nosem. – Do diabła, Erico,
nie miałem zamiaru tak się zachowywać. Chciałem ci pomóc. Wiem, jak waŜne jest
dla ciebie dzisiejsze wystąpienie. Ja jestem dorosłym męŜczyzną, dobiegającym
czterdziestki. Powinienem nad sobą panować.
– Nick...
– JuŜ dobrze. Powiedziałem, co mnie gnębi. W porządku. Wszystko jest pod
kontrolą.
– Nick...
– Słuchaj, jeŜeli pozwalam sobie na zbyt wiele, powinnaś mi po prostu kazać,
Ŝ
ebym przestał. Dobrze?
– Nick!
Zatrzymał się w pół kroku i popatrzył na nią.
– Słucham?
– Wyzywam cię, Ŝebyś mnie pocałował.
W pół sekundy znalazł się przy niej na łóŜku.
– Sprawdzam!
Wpatrywała się w jego złotawe oczy jak zahipnotyzowana. Powoli zbliŜył usta do
jej warg. WciąŜ jeszcze miała czas, by zaprotestować. Zgodnie ze złoŜoną obietnicą,
nie narzucał się jej. Bez trudu mogła go jeszcze powstrzymać...
Ale gdy ich wargi się spotkały, poczuła, jakby podpalił lont fajerwerku.
Wiedziała, Ŝe za chwilę nastąpi eksplozja.
Pierwszy pocałunek był lekki. Nick delikatnie draŜnił jej usta językiem. Ale Erica
rozchyliła wargi.
Skończył się czas powściągliwości. Drugi pocałunek był namiętny. Jej usta, jej
ciało, jej język pragnęły się z nim połączyć.
Zacisnęła ramiona wokół jego szyi, przyciągając go, chłonąc w siebie. Choć
poruszała się nerwowo, ich namiętność była jak taniec. Język Nicka wypełnił jej usta,
a dłoń doskonale przykryła pierś, jakby ich ciała były dla siebie stworzone. Przesunęła
palcami po plecach Nicka aŜ do szczupłych bioder.
– To właśnie było sprawdzanie, tak? – szepnął tuŜ przy jej uchu.
Przytaknęła.
– Jesteś gotowa, by skoczyć? – spytał.
Jeszcze nigdy Ŝaden męŜczyzna nie wydawał jej się tak doskonały. Silny i
zdecydowany. Oczy błyszczały mu uwodzicielsko. Był wszystkim, czego
kiedykolwiek pragnęła w męŜczyźnie. Mocny, pewny siebie i zdecydowanie męski.
– Tak, Nick. Jestem gotowa. Chcę ciebie. Przez usta przemknął mu uśmiech.
– Całe szczęście. Nie byłem pewien, czy potrafię przerwać.
Uniosła ramiona, a Nick ściągnął jej podkoszulek, powoli, centymetr za
centymetrem odsłaniając ciało.
– Piękna – mruknął. – Piękna Erica. Pokrywał pocałunkami jej szyję, dekolt i
piersi, aŜ ciemne, okrągłe sutki stwardniały. Gdy dotknął jednej ustami, odsunęła się,
łapiąc z trudem powietrze.
– Erica? – Spojrzał w górę, na jej twarz. – Czy cię zabolało?
– Nie przestawaj. – Pragnęła go tak bardzo, Ŝe całe ciało bolało od poŜądania.
Tylko Nick mógł uśmierzyć ten ból.
Gdy jego usta wróciły do piersi, napięcie wzrosło niewyobraŜalnie. Opadła na
poduszki i wyszeptała:
– Nick, och, Nick. Chcę cię zobaczyć. Twoje ciało. Udało jej się usiąść, delikatnie
odsuwając go od siebie. Rozpięła mu koszulę, odsłaniając gęste, kręcone włosy na
opalonej piersi. Wpatrywała się w niego, zachwycona cudowną róŜnicą między
męŜczyzną a kobietą. Nick był mocny, solidny, twardy. Jej ciało było szczuplejsze i
bardziej delikatne. Byli zupełnie do siebie niepodobni, a jednak pragnęła wszystkiego
tego, czym był.
Była tak podniecona, Ŝe jej zazwyczaj zręczne palce stały się niezgrabne i nie
mogły poradzić sobie z paskiem i suwakiem jego spodni. Opadła na poduszki.
– Musisz mi pomóc.
– Z przyjemnością.
Ś
ciągał z siebie ubranie, a ona patrzyła, zafascynowana. Zupełnie jakby nigdy
przedtem nie widziała nagiego męŜczyzny. Jakby to miał być jej pierwszy raz. Nigdy
dotąd nie była tak podniecona i gotowa.
Z portfela wyjął małą paczuszkę i zręcznie zabezpieczył siebie – i ją – przed
niepoŜądanymi skutkami.
– To bardzo seksowne – szepnęła.
– I bezpieczne.
– I rozsądne....
Rozpiął guziki jej levisów i jednym ruchem zdjął je razem z figami. LeŜała teraz
naga.
Ucałował jej stopę, wywołując drŜenia biegnące aŜ do mózgu Eriki. Chwycił
drugą nogę i rozsunął kolana, by móc je pocałować od wewnętrznej strony. Przesunął
wargi w górę, aŜ do miejsca, w którym zbiegały się jej uda. Erica krzyknęła, gdy
poczuła delikatny dotyk języka. Wyprostowała ramiona i sięgnęła nad głowę,
chwytając poręcz łóŜka i zaciskając mocno dłonie. Nigdy w Ŝyciu nie doświadczała
czegoś podobnego. NiewyobraŜalnego. Nie do opisania.
Nick powoli ogarnął ją sobą. Włosy na jego torsie połaskotały piersi Eriki.
Twarde lędźwie wparły się w jej łono. Pocałował ją w usta, głęboko i namiętnie, i
wtedy puściły tamy. Chwyciła go za plecy. Wpiła palce głęboko w jego ciało,
przyciągając go gwałtownie, niezdolna czekać dłuŜej. Gdy w nią wszedł, uniosła
powieki i wpatrzyła się w jego twarz i złotawe oczy. Oddychała płytko i
spazmatycznie, czując w sobie jego ruchy. W oczach Nicka odczytywała odbicie
własnej namiętności. Wsparł się na łokciach i Erica równieŜ zaczęła się poruszać,
dostosowując się do rytmu. I w chwili, gdy wydawało jej się, Ŝe dłuŜej tego nie
zniesie i rozpadnie się na tysiąc kawałków, on równieŜ osiągnął szczyt. Przez moment
trwali, jakby zawieszeni w czasie i przestrzeni, by po chwili poddać się obejmującemu
ich z wolna spokojowi i zadowoleniu.
Teraz leŜeli, objęci, i drŜeli razem, oszołomieni.
Pocałował ją lekko i przesunął się na bok, a ona przytuliła się do niego. Od
samego początku wiedziała, Ŝe kochanie się z Nickiem będzie niezwykłym
przeŜyciem, ale nawet w najśmielszych fantazjach nie wyobraŜała sobie czegoś
podobnego.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Cudownie. – Pocałowała go w ramię.
– JuŜ nie jesteś zdenerwowana?
– Dlaczego miałabym być zdenerwowana? – Płynęła na róŜowej, puszystej
chmurce, absolutnie zadowolona z Ŝycia.
– Chodzi mi o dzisiejszy wieczór.
– Dzisiejszy wieczór? – mruknęła i nagle usiadła prosto. – Wielkie nieba, moje
wystąpienie! Która godzina?
Zgodnie spojrzeli na stojący przy łóŜku budzik.
– Musimy wyjść za dwadzieścia minut – odparł Nick.
– Za dwadzieścia minut!
Wyskoczyła z łóŜka i wpadła do łazienki. Rzut oka w lustro powiedział jej, Ŝe
powinna wziąć prysznic. Zanim weszła pod strumień gorącej wody, zawahała się, nie
chcąc zmywać z ciała zapachu Nicka.
Jej referat. Jak się zaczynał jej referat!? Co nastąpiło po „Cieszę się, Ŝe mogę się z
państwem spotkać”? Woda obmywała jej ciało, a Erica recytowała – Uganda,
Tanzania, Kenia. Naturalne, leśne środowisko szympansów i goryli gwałtownie znika
z powierzchni ziemi. Mimo dobrych chęci miejscowych rządów, nie mogą one
pozwolić sobie na rezygnację z wyrębu lasów. Dlatego teŜ wyjątkowa okazja
obserwowania tych małp człekokształtnych w ich naturalnym środowisku maleje z
kaŜdym rokiem.
Usłyszała pukanie do drzwi....
– Erica? Wszystko w porządku?
– W najlepszym, Nick. Mówię do siebie.
– Mówisz do siebie?
– Przepowiadam sobie referat. Zaraz będę gotowa.
Wyszła spod prysznica, wytarła się i owinęła ręcznikiem na krótką drogę do
sypialni. Nicka nie było nigdzie widać. Ubrała się szybko i wróciła na moment do
łazienki, by zrobić lekki makijaŜ. Dodała małe, złote kolczyki i naszyjnik i weszła do
duŜego pokoju, w którym siedział Nick i czytał jej notatki.
– To naprawdę dobre – powiedział. – A ty wyglądasz fantastycznie.
– A czy wyglądam równieŜ na osobę odpowiedzialną i zorganizowaną?
– Gdybyś oświadczyła, Ŝe potrafisz zlikwidować deficyt budŜetowy, teŜ bym ci
uwierzył.
Podszedł do niej, oparł dłonie na jej ramionach i zajrzał głęboko w oczy.
– Wszystko będzie dobrze, Erico. Dasz sobie radę.
– Miejmy nadzieję.
– Załatwisz ich, tygrysico.
To on jest tygrysem, pomyślała. Dynamicznym drapieŜnikiem. Jego złote oczy
błyszczały energią. Czuła jego siłę, promieniującą z czubków palców, przenikającą jej
ciało, jakby kochając się z nim, przejęła nieco z jego siły i pewności.
– Zanim wyjdziemy, Nick, chcę cię zapewnić, Ŝe nie Ŝałuję tego, co między nami
zaszło. Nie spodziewałam się tego, ale widocznie nadszedł nasz czas.
– Najwidoczniej. – Pogłaskał palcem jej policzek. – Tych spraw chyba nie da się
planować.
– Ludzie próbują.
– A my jesteśmy tylko ludźmi.
ROZDZIAŁ 5
Podczas jazdy do Klubu Poszukiwaczy Przygód Nick zaskoczył Erice dwukrotnie.
Pierwszą niespodzianką okazał się samochód – kremowy mercedes. Dwa dni
wcześniej, gdy odwoził ją i Sheenę do domu z wesołego miasteczka, jechali mocno
zuŜytym dŜipem.
– Niezły samochód jak na kataryniarza – skomentowała.
– Lata na Manhattanie były dla mnie bardzo pomyślne.
Druga niespodzianka była całkiem innej natury.
Gdy Ŝartował, pokpiwał sobie i w ogóle prowokował ją do mówienia, Erica
zdała’ sobie sprawę, Ŝe pomimo pozorów niefrasobliwości Nick stara się pomóc jej
zwalczyć zdenerwowanie. Nie traktował jej protekcjonalnie, nie trzymał za rękę, ale
jego troska była bardzo wyraźna.
Nie spodziewała się po nim takiego zachowania, szczególnie teraz, gdy ich
związek nabrał intymności. Oczekiwała, Ŝe męŜczyzna z tendencją do dominacji
będzie zachowywać się jak szympans: pokrzykiwać, przechwalać się i domagać
natychmiastowego dalszego ciągu. Tymczasem Nick robił wraŜenie wraŜliwego,
dojrzałego męŜczyzny. Erice bardzo się to spodobało.
MoŜe nawet za bardzo. Gorący romans nie zaszkodzi jej zawodowym ambicjom,
ale nie odwaŜyła się nawet pomyśleć, co oznaczałby stały związek. Marzenia o
badaniach w Afryce zupełnie nie pasowały do stylu Ŝycia Nicka.
Odsunęła od siebie myśli o przyszłości. Miała teraz inne, bliŜsze zmartwienia. Na
przykład referat.
– Nick, czy sądzisz, Ŝe naleŜałoby zakończyć słowami „dziękuję państwu za
uwagę”, czy teŜ powinnam bardziej zdecydowanie domagać się pieniędzy?
– MoŜesz spróbować przyprzeć ich do ściany. Tej gromadzie powinno się to
spodobać. Jest wśród nich starszy pan, doktor Arthur Windom, który naprawdę stał
raz pod ścianą. Ale, o ironio, zdarzyło się to nie w jednej z jego licznych podróŜy po
Bliskim Wschodzie, ale w jakiejś dziurze w Nebrasce podczas napadu na bank.
Opowiadał dalej zabawne anegdotki, póki nie dojechali na miejsce. Klub
zajmował drugie piętro pełnego uroku, odnowionego starego budynku, połoŜonego na
północ od śródmieścia Denver, w dzielnicy artystów, galerii i sklepów oferujących
unikalne przedmioty. Erica ujęła Nicka pod ramię i weszli do środka.
Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, Ŝe Nick trafnie opisał członków Klubu.
Stanowili niezwykle zróŜnicowaną grupę. Znajdował się tam męŜczyzna w średnim
wieku we fraku, zachowujący się jak James Bond, kilka osób w dresach, wysoka
kobieta w szortach i wojskowych butach, przedstawiająca się jako aktywistka ruchu
ekologicznego Greenpeace, i sporo innych.
Nick przedstawił Erice archeologowi, alpiniście i byłemu astronaucie, po czym
podprowadził ją do głównego stołu i zajął miejsce po jej prawej ręce. Po lewej
siedział doktor Arthur Windom, który był przewodniczącym Klubu. Z luźnych uwag
rzucanych przez Windoma Erica zorientowała się, Ŝe wrócił ostatnio z Afryki, gdzie
prowadził interesy związane z kopalniami diamentów.
– Kłusownicy – rzucił. – Cholerna niewygoda.
– Znacznie więcej niŜ niewygoda – zwróciła mu uwagę Erica. – Kłusownicy
straszliwie zniszczyli zwierzęcą populację Afryki....
– Tak jest – potwierdził.
– Oczywiście, kłusownictwo to jedynie część problemu. Jak długo będzie
zapotrzebowanie na młode szympansy do badań i rozrywki, kłusownictwo będzie
przynosić zyski. Mimo Ŝe schwytanie szympansiego dziecka oznacza konieczność
zabicia matki. Mimo Ŝe tylko jedno na osiem tak schwytanych szympansiąt przeŜywa.
– Nie popiera pani polowania dla zysku?
Erica przyjrzała się niewysokiemu, ale silnie zbudowanemu męŜczyźnie po
swojej lewej stronie. Doktor Windom był niekwestionowanym przywódcą Klubu. W
sposobie bycia, w wyrazie jego oczu i upartej linii szczęki dostrzegła pewność siebie.
Instynkt ostrzegał ją, by zachowała ostroŜność. Nie potrafiła się powstrzymać. Choć
być moŜe przegrywała wszystko, zanim zdąŜyła pokazać choć jeden slajd, nie była w
stanie udawać obojętności w tej sprawie.
– Doktorze Windom, wiem, Ŝe państwa afrykańskie rozpaczliwie potrzebują
gotówki. JednakŜe przez szukających zysku kłusowników i koncerny drzewne,
wycinając lasy tropikalne, szympansy znalazły się na liście zagroŜonych gatunków.
Samica szympansa rodzi tylko raz na trzy do pięciu lat, a zabijanie dorosłych samic
jest straszliwym marnotrawstwem. W tym kontekście nie mogę popierać ludzi, którzy
starają się o zysk za wszelką cenę, nie oglądając się na konsekwencje.
Windom spojrzał na nią groźnie.
– Ach, pani jest jedną z tych zasadniczych osóbek.
– Jestem bardziej praktyczna niŜ zasadnicza. UwaŜam, Ŝe brak troski o przyrodę
ostatecznie skrupi się na ludzkości.
Wąskie wargi Windoma rozciągnęły się w uśmiechu.
– Doceniam to, panno Swanson. Nick zapewne przedstawił pani mój nie całkiem
właściwy wizerunek. Moja działalność zawsze miała na celu poprawienie warunków
ludzkiego Ŝycia.
– Jak na przykład wspomaganie władz, które ścigają i stawiają przed sądem
kłusowników?
– Jeszcze tego nie robiłem, ale kto wie? Mam szczęście być bogaty i wybieram
sobie cele, które są tego warte. Jak pani.
– Niezupełnie – sprzeciwiła się. – Ja nie jestem bogata. Potrzebuję pieniędzy.
– Czy jest pani gotowa?
– Tak.
Windom podszedł do podwyŜszenia i poprosił zebranych o uwagę. Przedstawiał
dawne i nowe sprawy, a Erica obserwowała zebranych. Byli na zmianę
zniecierpliwieni, niezadowoleni, akceptujący i niezdecydowani. Wydawało się, Ŝe nie
ma ani jednej kwestii, co do której wszyscy mieliby takie samo zdanie. Ta
róŜnorodność przeraziła Erice. Jak taka grupa zdoła porozumieć się co do przyznania
jej stypendium?
Dowiedziała się równieŜ, Ŝe Nick jest pełnoprawnym członkiem Klubu. Cztery
lata temu brał udział w wyprawie nurków poszukujących Atlantydy.
– Atlantyda? – mruknęła ironicznie pod nosem.
– Jeśli będziesz dla mnie miła – odszepnął – to pokaŜę ci moją kolekcję
wyłowionej ceramiki.
– Ceramiki?
– Nie tylko ty miewasz szalone marzenia.
JuŜ tylko Nick przysłuchiwał się dyskusji. Wrócił pamięcią do tamtej idyllicznej
wyprawy w pobliŜe Wysp Kanaryjskich. Pogoda była cudowna, nawet najlŜejsza
bryza nie mąciła czystego lustra wody, a świat ciszy w głębinach okazał się
nieprawdopodobnie piękny. Nie odkryli Atlantydy, ale Nick odzyskał na tej wyprawie
wewnętrzny spokój. Przywiózł takŜe kolekcję połamanej ceramiki. To wtedy właśnie
przyszło mu po raz pierwszy do głowy, Ŝe Ŝycie maklera na Wall Street nie jest w
pełni satysfakcjonujące.
Tego wieczoru wróciło tamto wraŜenie. Brakowało mu czegoś waŜnego i
wiedział, Ŝe jedynie Erica jest w stanie wypełnić tę lukę. Jednak związek z nią był
równieŜ szalonym marzeniem, poszukiwaniem, w którym nie on ustalał reguły.
Jasno i wyraźnie stwierdziła, Ŝe nie moŜe się angaŜować. A on tego właśnie
oczekiwał. Chciał ją z sobą związać, sprawić, by stała się jego nieodłączną częścią,
stworzyć rodzinę.
Zwrócił się ku Windomowi. Erica siedziała między nim a podium, więc wzrok
Nicka zahaczył o jej ciemne, kręcone włosy, malutkie, złote kolczyki, łuk jej ramion
pod niebieską, jedwabną sukienką. Stwierdził, Ŝe podnieca go samo patrzenie na jej
profil. Nie mógł się doczekać, kiedy znów będzie mógł się z nią kochać. Gdy
Windom przedstawił Erice i zapowiedział jej wystąpienie, Nick pochylił się i
zachęcająco uścisnął jej dłoń.
Mówiła bardzo dobrze. Referat był pełen informacji, ale interesujący i dowcipny.
W pewnej chwili poprosiła publiczność o naśladowanie pohukiwania szympansów, co
zebrani podchwycili z entuzjazmem. Slajdy nie były na profesjonalnym poziomie, ale
wystarczyły, by ilustrować jej tezy.
– Pani Swanson – zapytał nagle ktoś z zebranych. – Wygląda na to, Ŝe pani
badania w zoo przynoszą efekty. Dlaczego chce je pani porzucić?
– Badania będą prowadzone nadal – odpowiedziała. – Wyszkolę kogoś innego,
kto zajmie moje miejsce.
– Innego antropologa?
– Raczej nie – przyznała. – BudŜet zoo nie pozwala na zatrudnianie wysoko
wykwalifikowanych specjalistów, a większość badaczy ssaków naczelnych woli
wypracować sobie własne metody badań.
– Twierdzi pani, Ŝe pani odkrycia są istotne, ale równocześnie powierzyłaby pani
ich kontynuację laikowi?
– Jane Goodall w chwili rozpoczynania badań nad rzeką Gombe nie miała
ukończonych studiów. Oczywiście, była pod opieką naukową sławnego archeologa i
paleontologa Louisa Leakeya.
– Porównuje się pani z Leakeyem? Erica roześmiała się.
– Leakey był sławny na całym świecie, szczególnie na kontynencie afrykańskim.
Ja jestem sławna jedynie na kilku hektarach Ogrodu Zoologicznego.
Publiczność przyjęła tę uwagę śmiechem, ale Nick widział, Ŝe szkoda juŜ się
stała. Zakwestionowano poświęcenie Eriki dla badań naukowych.
– No i co powiesz? Jak poszło? – zwróciła się do Nicka, gdy juŜ siedzieli w
samochodzie.
– Twój referat był znakomity. Bardzo mi się podobała ta część z naśladowaniem
głosów małp.
– Czy dostanę pieniądze?
– Ja bym ci dał, ale ja nie jestem bezstronny. Przeszedłbym na piechotę tysiąc
kilometrów za jeden twój uśmiech....
– Bądź powaŜny, Nick. Znasz tych ludzi.
– Niestety, nie mogę ci niczego zagwarantować. Opadła na oparcie fotela.
– Cholera jasna, powinnam była załatwić sprawę moich badań w zoo. Naprawdę
powinnam juŜ wprowadzać kogoś we wszystkie sprawy. Ale nie mogę poprosić
Amandy o zatrudnienie dodatkowej osoby.
– Czy tę rozmowę będziemy kontynuować u mnie czy u ciebie?
– JuŜ po jedenastej, Nick.
– Nie jestem moŜe naukowcem, ale znam się na zegarku. – Udał, Ŝe nagle go
olśniło. – A moŜe próbujesz mi powiedzieć, Ŝe boli cię głowa?
Od trzech dni Nick był stale obecny w jej myślach. Ich popołudniowa miłość była
wspaniała. Jednak teraz Erice wypełniało zniechęcenie – połączenie stresu po
wystąpieniu i wyczerpania po gorączkowych przygotowaniach.
I jeszcze coś innego. Głos wewnętrzny ostrzegał, Ŝe nie powinna zbytnio zbliŜać
się do tego męŜczyzny. To było ryzykowne i niebezpieczne. Gdy zatrzymał samochód
na światłach, dotknęła jego ręki.
– To dla mnie za szybko, Nick.
– Więc zapnij pasy i trzymaj się mocno. – Chwycił jej dłoń i uniósł do ust. – Nie
zranię cię, Erico. Obiecuję, Ŝe ze mną będziesz bezpieczna.
– Wierzę ci. Nie wiem dlaczego, ale ci wierzę.
– Kobieca intuicja? Parsknęła.
– Instynkt.
W ciszy jechali ulicami Denver. Nadszedł ciepły, letni wieczór, więc ruch był
duŜy, ale w klimatyzowanym mercedesie wydawało im się, Ŝe są oddzieleni od reszty
ś
wiata.
Rozsiadła się wygodnie na skórzanym siedzeniu i pogrąŜyła w rozmyślaniach.
Męskość Nicka niewątpliwie działała na jej biologiczne popędy, ale chodziło i o coś
więcej. Bycie z Nickiem wydawało się częścią naturalnego porządku rzeczy. Inaczej
nie kochałaby się z nim tak namiętnie. Nie zawierzyłaby mu tak ślepo. Miała
wraŜenie, Ŝe wsiadła do wagonika kolejki górskiej, która wolno, ale nieuchronnie pnie
się na szczyt przed pierwszym zjazdem. Jeśli natychmiast nie wysiądzie, potem nie
będzie juŜ mogła powstrzymać pędu.
– Nick, chcę jechać do Afryki – wyrzuciła z siebie. – Mam trzydzieści dwa lata.
Nie mogę dłuŜej czekać.
– Zegar biologiczny? Myślałem, Ŝe dla większości kobiet ma to znaczenie ze
względu na rodzenie dzieci.
– Nie jestem jak większość kobiet.
– Doskonale o tym wiem. – Wjechał na parking przed jej domem. – Czy mogę
odprowadzić cię na górę?
– Nie – odpowiedziała natychmiast. – Jeśli to zrobisz, zaproszę cię do środka,
potem zaproponuję ci drinka, ty przyjmiesz propozycję i skończymy razem w łóŜku.
– Czy to byłoby takie złe?
– Ach, nie, nie złe. To popołudnie było wspaniałe.
– Więc dlaczego nie, Erico? Nie odmawiaj sobie. Nie odmawiaj mi.
– Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu i przestrzeni.
Nie chciała się w nim zakochać. Nie był to czas na związki i rodzinę. Spojrzała na
Nicka. Światło ulicznej latarni wydobywało z cienia zarys jego kości policzkowych i
silnej szczęki. W mgnieniu oka znalazła dla niego miejsce w swoich marzeniach i
celach. Zmysły słuchały instynktu, a nie rozumu. W nagłym przypływie woli
wyrzuciła z siebie:
– Teraz powiemy dobranoc.
– Jeśli tego chcesz...
– Tego potrzebuję.
Rozpiął przytrzymujący ją pas i przyciągnął do siebie. Mimo wszystkich
postanowień pozwoliła mu na to. Rosło w niej przeczucie katastrofy, ale gdy spotkały
się ich wargi, nie była w stanie o niczym innym myśleć.
Gdy ujął dłonią jej pierś i zaczął lekko obrysowywać palcami twardy sutek,
poczuła, Ŝe budzi się w niej namiętność.
– Erico – szepnął – jesteśmy zbyt dorośli, Ŝeby to robić w samochodzie.
Z głębi duszy wyrwała jej się odpowiedź.
– Muszę juŜ iść.
– Dobrze. – Odsunął się, zostawiając nie zaspokojone wargi i piersi. – Dobranoc,
Erico.
Jej instynkt Ŝądał czegoś więcej, ale głos miała spokojny.
– Czy zobaczymy się rano? Przyjdziesz z Michaelem do zoo?
– MoŜe. – Chwycił mocno kierownicę. – Sobota jest bardzo ruchliwym dniem w
wesołym miasteczku.
– Nie jesteś zły?
– Chyba nie. – Patrzył przed siebie, unikając jej spojrzenia. – Nie mam do tego
prawa.
Dotknęła jego ramienia.
– Cieszę się z dzisiejszego wieczoru. Nawet jeśli nie dostanę tych pieniędzy,
przygotowanie referatu było dla mnie dobrym treningiem.
– Dobranoc, Erico – powiedział cicho. – Śpij dobrze.
Czuła jego wzrok na swoich plecach, gdy szła do drzwi domu. Wbiegła do środka
i dopadła okna. Samochodu Nicka juŜ nie było.
ROZDZIAŁ 6
Do drugiej po południu następnego dnia Erica zdąŜyła dojść do wniosku, Ŝe
Michael jest nieznośny. Od chwili gdy rano pojawił się w zoo, manifestował chłodną
obojętność, by nie okazać podniecenia ani ciekawości. Zakryte ciemnymi okularami
oczy nie zdradzały Ŝadnych uczuć. Idąc, powłóczył nogami. Na wszelkie próby
nawiązania rozmowy odpowiadał monosylabami.
Doświadczenie nabyte w związku z posiadaniem licznego rodzeństwa pomogło
Erice rozpoznać objawy i zastosować kurację polegającą na wyznaczaniu ciągle
nowych zadań: zbierania śmieci, opróŜniania I koszy, czyszczenia zagrody bawołu i
karmienia wielbłądów.
Michael wykonywał to wszystko bez skarg, ale i bez pytań czy komentarzy. Erica
domyślała się, Ŝe chłopak zachowuje dystans częściowo dlatego, Ŝe nie wie, jak jej
stosunki z Nickiem odbiją się na nim. Mimo to jego postawa działała jej na nerwy.
Uśmiechnął się tylko raz, gdy Sheena wdrapała mu się na ręce i patrząc w oczy,
ofiarowała banana.
Po południu Sheena, trzymana przez Michaela na smyczy, pomaszerowała za
Ericą w kierunku wyspy naczelnych. Erica przeszła przez ogrodzenie.
– Michael, czas, Ŝebym zabrała Sheenę na wyspę, gdzie, mam nadzieję, nawiąŜe
kontakt z innymi szympansami.
– Ja ją zaniosę.
– Bardzo mi przykro, ale nie mogę na to pozwolić.
– Wspaniale – mruknął. – Ty robisz same fajne rzeczy, a mnie zostaje sprzątanie
bawolich odchodów.
– Posłuchaj, młody człowieku, bardzo wiele moŜna się nauczyć... obserwując
zwierzęta, nawet starego, śmierdzącego bawołu. Jeśli cię to nie interesuje, jeśli nie
lubisz przebywać ze zwierzętami, to moŜesz sobie juŜ iść do domu.
– Ojcu by się nie spodobało, gdybyś mnie odesłała.
– Nie zaprosiłam cię tutaj, Ŝeby przypodobać się twojemu ojcu.
– Taaak? A dlaczego?
– Ze względu na ciebie, Michael. – Starała się ukryć zniecierpliwienie. – MoŜe się
myliłam, ale wydawało mi się, Ŝe coś w tobie jest.
– Co takiego?
– Pewna postawa... Ciepło. Ciekawość zmieszana z cierpliwością. Pomyślałam,
Ŝ
e dobrze byś się dogadywał ze zwierzętami.
– W takim razie dlaczego nie mogę zabrać Sheeny na wyspę?
– Bo musisz się jeszcze wiele nauczyć. A takŜe dlatego, Ŝe tym szympansom nie
moŜna ufać. Lenny, dorosły samiec, ma niewiele ponad metr wzrostu, ale jest trzy
razy silniejszy niŜ ty czy ja. Nowych opiekunów trzeba wprowadzać powoli i
konsekwentnie. Jeśli chcesz z nimi pracować, musisz przygotować się na powaŜne
poświęcenia.
– Na przykład jakie?
– Przez tydzień musiałbyś zanosić im jedzenie, codziennie zbliŜając się o krok do
wyspy. Potem czekałby cię tydzień siedzenia na samym brzegu wyspy. Potem, krok
po kroku, bardzo powoli, przysuwałbyś się coraz bliŜej, póki się do ciebie nie
przyzwyczają.
– Dlaczego te szympansy nie lubią ludzi?
– To nie jest sprawa lubienia czy nielubienia. Samce szympansów bronią swojego
terytorium. Lenny moŜe uznać twoją obecność za zagroŜenie dla jego pozycji i rzucić
się na ciebie. Jenny, dorosła samica, moŜe się przestraszyć, Ŝe skrzywdzisz jej
dziecko, i zaatakować. Tylko Amanda i ja chodzimy na wyspę.
Michael przestępował z nogi na nogę, nie patrząc na Erice.
– Zrobię to.
– Słucham?
– Będę przychodzić codziennie, Ŝeby się do mnie przyzwyczaiły.
– To znaczy naprawdę codziennie, Michael. KaŜdego dnia.
Jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech.
– Spróbuję.
– Dobra. Teraz poczekaj tu, a ja zaniosę Sheenę. Przejdź na tę stronę ogrodzenia i
kucnij.
– W ten sposób? – Spełnił jej polecenie.
– Bardzo dobrze. Wiem, Ŝe to niełatwe, ale staraj się wyglądać przyjaźnie. I
zdejmij te ciemne okulary.
– O rany, czy ojcem teŜ tak komenderujesz? Uniosła brwi na wspomnienie
poprzedniego wieczoru.
– To nie ma nic do rzeczy, Michael. Twój ojciec nie pracuje ze mną, a ty tak. W
kaŜdym razie powiedziałeś, Ŝe chcesz spróbować. A to znaczy, Ŝe ja tu jestem szefem.
– W porządku.
– MoŜe będę na wyspie dwie minuty, albo, jeśli wszystko pójdzie dobrze, zostanę
dłuŜej. Czekaj tu i obserwuj.
Z Sheeną na ramionach Erica skierowała się ku najpłytszej części fosy, która
miała tu cztery metry szerokości i sześćdziesiąt centymetrów głębokości. Strumień
został przedzielony tamą i skierowany w inne koryto, prąd wiec był ledwo
wyczuwalny.
Zerknęła przez ramię na Michaela, który uśmiechnął się przyjacielsko.
Najwyraźniej są teraz kumplami. Erica wzruszyła ramionami. Nastolatki to
dziwne stworzenia. Przez cały ranek Michael był nastawiony wrogo. Erica nie
wiedziała, co spowodowało zmianę. Uświadomiła sobie, Ŝe teraz, gdy obiecał
codziennie przychodzić, będzie musiała spędzać z nim czas. Codziennie. Bez względu
na układ z jego ojcem.
Jak zwykle, na brzegu zebrał się tłumek, przyglądający się Sheenie. I jak zwykle
Sheena zaczęła krzyczeć na widok Javy, który aŜ podskakiwał w podnieceniu.
Na wyspie Erica zdjęła Sheenę z ramion i przysiadła przy kępie wysokich traw.
Szympansica chowała się za nią i pokrzykiwała na Javę.
A jednak dzisiaj zdarzyło się coś nowego. Java nie przestraszył się krzyku
Sheeny. ZbliŜył się do niej i wyciągnął rękę, by dotknąć palcem jej ramienia. Sheena
wpadła w histerię. Wyrwała garść trawy i rzuciła. Java strącił trawę z piersi i
uśmiechnął się szeroko. Wtedy pojawiło się dziecko. Sheena podbiegła do
szympansiątka i przewróciła je. Natychmiast z krzaków wyskoczyła Jenny i
zamachnęła się na Sheenę.
Erica uniosła Sheenę w ramionach i szybko weszła na powrót do wody, gdzie
inne szympansy nie mogły jej dopaść. Sheena nie poradziłaby sobie z rozwścieczoną
matką.
Po wyjściu na brzeg podała małpę Michaelowi.
– Czy zawsze tak jest? – zapytał z zainteresowaniem.
– Na szczęście nie.
Ludzie, którzy przyglądali się tej scenie, podeszli do ogrodzenia i wyciągali ręce
ku Sheenie, która wesoło do nich machała. Szybko wracała do równowagi. Erica
nałoŜyła jej szelki i smycz.
Wrócili do pawilonu dla szympansów, duŜego, betonowego budynku z wysokimi
oknami od południowej strony, zabezpieczonymi drucianą siatką.
– Czy czegoś się nauczyłeś? – spytała Erica Michaela.
– Wiesz, myślę, Ŝe Java czuje się dość samotny. – Zwrócił się do Sheeny. –
Dlaczego go nie lubisz?
Małpa podrapała się po głowie.
– MoŜe nie jest w jej typie – powiedział.
– MoŜe. – Erica usiadła przy małym biurku koło okna. – Muszę zapisać
obserwacje w dzienniku, więc wyjdź, proszę, z Sheeną na podwórze i pozwól jej
pobiegać. Musisz się do niej przyzwyczaić, skoro masz mi pomagać.
Ujął Sheenę za rękę, ale słowa skierowane były do Eriki:
– Chyba miałaś rację. Wydaje mi się, Ŝe polubię pracę z szympansami.
Kiwnęła głową i skupiła się na dzienniku. Opisała zdarzenia na wyspie, a na
końcu dodała: Zastanawiam się nad przyuczeniem nowego opiekuna dla szympansów.
Nazywa się Michael Barron i ma szesnaście lat. Sheena zaakceptowała go od
pierwszej chwili, tak samo jak przedtem jego ojca.
Erica powoli zamknęła notatnik. Co z ojcem Michaela? Dlaczego nie zadzwonił?
Zapewne wścieka się o wczorajszą noc. Poczuł się dotknięty w swojej męskiej dumie.
Jeśli taki właśnie jest, jeśli ma zamiar dąsać się za kaŜdym razem, gdy Erica nie
postąpi zgodnie z jego Ŝyczeniami, to nie ma sensu kontynuować tej znajomości.
Komu potrzebne dodatkowe problemy? Na pewno nie jej. Lepiej dać sobie spokój z
Nickiem. Pozbyć się go, o, tak – strzeliła palcami.
A jednak z westchnieniem wspominała, jak się kochali. Jego zmysłowość,
czułość, umiejętność. Wydawało się to tak odległe, jakby się nigdy nie zdarzyło. Ale
zdarzyło się i nigdy o tym nie zapomni.
– Hej, Erico – zawołał Michael z ogrodzonego siatką podwórza – czy nie
przyszłabyś dziś na kolację? Ja gotuję.
Erica zawahała się. Nick mógł mieć inne plany na wieczór. Nie mówiąc juŜ o
tym, Ŝe moŜe w ogóle nie chciał jej widzieć.
– Dzięki, Michael, ale powinnam spędzić ten wieczór z Sheeną.
– Sheena teŜ moŜe przyjść – zawołał. – MoŜe być moją damą.
– W porządku. – Jeśli Nick nie chce jej więcej widzieć, to lepiej, Ŝeby
dowiedziała się o tym jak najszybciej. Nie ma sensu tęsknić za facetem, który nie jest
zainteresowany. – O siódmej?
Dzień mijał powoli. Nick nie zadzwonił, nie przysłał bananów, nie pojawił się. Po
powrocie do domu Erica ponownie przemyślała zaproszenie Michaela. Najwyraźniej
Nick jej unika. Z drugiej strony, nie umawiali się, a on uprzedzał, Ŝe sobota w
wesołym miasteczku jest bardzo pracowitym dniem.
– Do diabła – powiedziała do Sheeny. – PrzecieŜ nie jestem Kopciuszkiem
wybierającym się na bal. Nie ma co się tak przejmować. To tylko kolacja.
Sheena zahukała i podskoczyła na jednej nodze.
– Jestem dorosła. Dam sobie radę.
Jednak gdy w towarzystwie Sheeny stała na stopniach dwupiętrowego, ceglanego
domu w dzielnicy willowej naprzeciwko wesołego miasteczka, poczuła, Ŝe pocą jej
się dłonie. Na głos dzwonka Ŝołądek zwinął się w twardą kulkę i Erica musiała
zwalczyć nagłą chętkę schowania się za jednym z wielkich, fachowo przystrzyŜonych
krzewów zdobiących równy trawnik. Michael otworzył drzwi w za duŜym kuchennym
fartuchu.
– Mam nadzieję, Ŝe lubicie dobrze wysmaŜone dania – powitał je i poprowadził
przez wyłoŜony terakotą hol, w którym stały cztery palmy w ceramicznych donicach.
Dom był pełen roślin.
– Czuję się jak w dŜungli.
– Za wesołym miasteczkiem są cztery szklarnie, a tata przynosi do domu chore
rośliny, by się nimi osobiście zajmować.
– Wcale nie wyglądają na chore.
Sheena zahukała potwierdzająco, równocześnie usiłując uchwycić delikatne,
kwitnące właśnie drzewko pomarańczowe.
– Bo jak juŜ tu trochę pobędą, tata się do nich przywiązuje, rozmawia z nimi i gra
im swoją nudną muzykę. Naprawdę zachowuje się dziwacznie. – Poprowadził je
dalej, na tylne patio, gdzie stał przygotowany rozpalony ruszt. – Tata mówi, Ŝe kaŜdy
powinien umieć dla siebie gotować, więc przygotowujemy posiłki na zmianę.
Erica przyjrzała się leŜącym na ruszcie nadpalonym hamburgerom.
– Twój ojciec jest odwaŜnym człowiekiem.... Sheena znów się odezwała,
pociągnęła za smycz i wskazała duŜe drzewo brzoskwiniowe, rosnące na granicy
zadbanego ogrodu warzywnego, w którym dojrzewały pomidory i cukinie. Rabatki,
otaczające trawnik, aŜ mieniły się kolorami rozlicznych kwiatów. Wszystko razem
stanowiło kuszący raj dla szympansa.
– Chyba byłoby lepiej zabrać Sheenę do środka, Michael.
– Do sutereny – powiedział, przenosząc łopatką hamburgery z grilla na tacę. –
Pomyślałem sobie, Ŝe tam nam będzie najwygodniej jeść.
Idąc za Michaelem przez kuchnię i w dół po schodach, Erica marzyła, by zebrać
się na odwagę i spytać o Nicka. Nie była w stanie powstrzymać się przed zerkaniem
do mijanych pomieszczeń i oglądaniem się za siebie. Wydawało jej się, Ŝe słyszy
prysznic i buczenie maszynki do golenia. Wśród obfitości pachnących roślin i
kwiatów wyobraŜała sobie zapach płynu po goleniu. Poczucie bliskości Nicka
powodowało, Ŝe jej serce biło coraz szybciej.
– To tutaj – oznajmił Michael, wprowadzając Erice i Sheenę do duŜego pokoju i
zamykając za nimi drzwi. Kilka paproci wisiało wysoko przy oknach. Mebli było
bardzo niewiele, za to ściany rozjaśniała kolekcja plakatów. Pokój wyglądał, jakby był
przygotowany na imprezę nastolatków. Albo spotkanie szympansów.
– Och, wspaniale – wykrzyknęła Erica.
– Wyniosłem wszystko, co mogłoby się stłuc.
Na stole do ping-ponga stały papierowe talerze i plastikowe sztućce. Erica
zauwaŜyła, Ŝe są cztery nakrycia. Zatem Nick powinien brać udział w kolacji.
Uwolniła Sheenę ze smyczy. Szympansica od razu ruszyła na zwiedzanie pokoju,
znalazła rakietki do ping-ponga i zaczęła w nie klaskać nad swoją głową...
– Obawiam się – zauwaŜyła Erica – Ŝe Sheena nie jest dobrze wychowanym
gościem.
– Ale jest znacznie bardziej interesująca niŜ większość ludzi. Czy lubi muzykę?
– Tak, ale nie puszczaj jej zbyt głośno. Pamiętaj, Ŝe chodzi o to, by Sheena
nauczyła się, jak być szympansem, a nie jak jeszcze bardziej upodobnić się do
człowieka.
– To prawda. Skoczę tylko po sałatkę owocową i zaraz wracam.
Michael wyszedł z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi, by Sheena nie
mogła uciec.
– Bardzo rozsądnie – szepnęła do siebie Erica. – Wiesz, Sheena, myślę, Ŝe
Michael znakomicie da sobie radę w zoo.
Sheena zerkała na wiszące rośliny, ale na szczęście były poza jej zasięgiem. Erica
miała na nią oko, a sama przysiadła na ławie w pobliŜu stołu. Niemal natychmiast
zerwała się na nogi, zbyt spięta, by usiedzieć na miejscu. Czy Nick przyjdzie?
Oczywiście. To przecieŜ jego dom i jego przypalone hamburgery. Co ma mu
powiedzieć? Przyszło jej do głowy jedynie słowo „tak”. Cokolwiek powie, ona
odpowie mu „tak”.
– Nie – powiedziała na głos, a Sheena odwróciła się, by na nią spojrzeć. Pomimo
napięcia, Erica roześmiała się. – Zachowuję się tak jak ty wobec Javy.
Sheena szła za nią krok w krok, gdy Erica obchodziła pokój. Środowisko,
pomyślała. Naturalne środowisko Nicka. I co ono o nim mówi? Jedyne, czego
dowiedziała się na razie to, Ŝe lubił rośliny i miał do nich dobrą rękę.
Dwie ściany pokoju pokrywały kolorowe plakaty zespołów rockowych i
sportowych samochodów, ale zapewne był to wybór Michaela. Nad zniszczonym
biurkiem wisiało kilka fotografii. Wzrok Eriki spoczął na duŜym, portretowym
zdjęciu ukazującym Michaela jako pulchnego, paroletniego blondaska, Nicka w
granatowym garniturze i uroczą, delikatną blondynkę o wielkich, sarnich oczach. To
chyba była Ŝona Nicka.
Na innym zdjęciu opalony Nick w rozciągniętych spodenkach kąpielowych stał na
pokładzie łodzi. To zapewne z wyprawy w poszukiwaniu Atlantydy.
Erica zdjęła to zdjęcie ze ściany, by bliŜej mu się przyjrzeć. Wyglądał tu na
poszukiwacza przygód, współczesnego pirata. Mogła go sobie wyobrazić na safari,
przedzierającego się przez dŜunglę z maczetą w dłoni.
– Nie – powiedziała sobie głośno, odwieszając fotografię. Nie powinna wiązać z
tym Ŝadnych nadziei.
Na dźwięk otwieranych drzwi odwróciła się gwałtownie i, choć była dorosła,
myślała logicznie i przygotowała się na spotkanie z nim, widok Nicka wytrącił ją z
równowagi. Wszedł do środka, niosąc wielką misę sałatki owocowej. Jego złote oczy
były pełne Ŝycia.
– Dobry wieczór, Erico.
W jej duszy kłębiło się podniecenie, zmieszanie, irytacja, szczęście. Ale potrafiła
powiedzieć jedynie:
– Cześć, Nick.
Zamknął drzwi nogą i postawił misę na stole do ping-ponga.
– Piękny mieliśmy dziś dzień, prawda? Słówko „tak” czekało juŜ na końcu
języka.
– Niespecjalnie. Było za gorąco.
– Czy jesteś zmęczona po wczorajszym wieczorze?...
Tak!
– Właściwie nie. Bardzo dobrze spałam.
– Tęskniłem za tobą – powiedział.
– Byłam w zoo. Cały dzień.
– Tak, Michael mi mówił. – Uśmiechnął się czarująco. – Doceniam to, co dla
niego robisz.
– Mówiłam Michaelowi, Ŝe nie robię tego dla ciebie. – Słowa brzmiały znacznie
bardziej szorstko, niŜ zamierzała. – On najwyraźniej ma smykałkę do pracy ze
zwierzętami. Nie mogę tego nie zauwaŜyć.
Stali oddaleni od siebie o pół metra, delektując się swoją obecnością. Nick zrobił
krok w jej kierunku i uniósł dłoń, by pogłaskać ją po policzku. Przyjemność tego
lekkiego dotyku była tak wielka, Ŝe Erica miała ochotę zamruczeć jak kot. Oparła
dłoń na jego piersi i pochyliła się lekko, tęskniąc do jego ramion. I wtedy Sheena
objęła długim ramieniem Nicka w pasie i obnaŜyła silne, białe zęby, wydając dźwięki
zbliŜone do „hi-hi-hi”.
– Cześć, Sheena. – Nick podrapał ją po głowie. – CzyŜbym cię zaniedbywał?
Przykro mi, Ŝe nie mogłem dzisiaj wpaść do zoo – zwrócił się do Eriki. – Mieliśmy za
mało pracowników, więc cały dzień obsługiwałem karuzelę.
– Nie ma sprawy – skłamała. – Właściwie nie spodziewałam się ciebie.
– Nie byłaś choć troszeczkę rozczarowana, gdy się nie pokazałem?
Tak! Byłam niepocieszona!
– Nie – powiedziała głośno. – Wcale nie.
– A ja tak. Rozczarowany i samotny. Nie mogłem przestać o tobie myśleć. I
chciałbym spędzić z tobą później wieczór. W twoim mieszkaniu.
Słowo, które odpędzała, powiedziało się samo.
– Tak. Tak, Nick. Później wieczorem. Bardzo się cieszę.
Kolacja z przypalonych hamburgerów i rozmiękłej sałatki owocowej smakowała
jej jak ambrozja.
ROZDZIAŁ 7
Choć Nick pojawił się, gdy Sheena była juŜ bezpiecznie zamknięta we własnej
sypialni, Erice przepełniało głupie poczucie winy. Jakby nie powinna przyjmować
męŜczyzny, gdy szympans jest w domu. Otwierając Nickowi, połoŜyła palec na
wargach.
– Nie jestem pewna, czy Sheena juŜ śpi.
– Szympansy chyba nie prowadzą nocnego trybu Ŝycia?
– Nie, Sheena lubi spać w nocy tak samo jak ludzie, ale nieczęsto przyjmuję
wieczorem gości. Nie wiem, czy się nie obudzi.
– Nie w obecności dzieci i szympansów? – parsknął śmiechem. – Rozumiem.
Przez całą kolację musiałem zwalczać chętkę rzucenia się na ciebie, bo Michael nam
się przyglądał.
Erica opadła na zniszczony przez szympansa fotel i rozejrzała się po pokoju. Na
ogół nie przejmowała się zniszczonym wnętrzem mieszkania, ale dziś miałaby ochotę
na coś bardziej romantycznego, miękkie kolory, światło świec... W obecnym stanie
nie zachęcało do rozmowy o związku dwojga ludzi.
– Czy istniał kiedyś bardziej skomplikowany romans?
– Wątpię. – Usiadł naprzeciw niej. – Ja mam do czynienia z zagubionym
nastolatkiem, ty z równie zagubionym szympansem.
– Przynajmniej mamy ze sobą coś wspólnego.
– CzyŜbyśmy się tak róŜnili?
– Chyba Ŝartujesz! Zacznijmy od tego, Ŝe ty lubisz ciche solówki gitarowe, a ja
jestem fanką rock and rolla. Ty się prawie wycofałeś z Ŝycia zawodowego, a ja ciągle
czekam, Ŝeby moje zaczęło się na dobre. Ty lubisz napoje gazowane, a ja pijam wodę.
– Ja lubię Ŝycie osiadłe. Ty chcesz jechać do Afryki.
– SpowaŜniał nagle. – Ja chcę stałego związku. Ty pragniesz romansu. – Jego
złote oczy spojrzały uwaŜnie. – W gruncie rzeczy to jest najwaŜniejsze. Wszystkie
inne sprawy nie mają znaczenia.
– AleŜ to wszystko składa się na jeden i ten sam problem, Nick. Nie rozumiesz?
Gdyby nie moje afrykańskie plany, nic nie stałoby na przeszkodzie stałemu
związkowi.
– Nie, nie rozumiem – powiedział zdecydowanie.
– Nie ma czegoś takiego jak doskonały związek kobiety i męŜczyzny. Co więcej,
niespodzianki to połowa powodzenia. Gdybyśmy się we wszystkim zgadzali, czy nie
byłoby to nudne?
– Owszem – przytaknęła. – Byłoby.
Takie właśnie okazało się jej małŜeństwo. Zdawało się, Ŝe nawzajem znają swoje
myśli, zanim jeszcze zostały wypowiedziane. Dwa miesiące po ślubie właściwie
przestali ze sobą rozmawiać. A potem rozwiedli się i Erica dodała szklanego szakala
do swojej kolekcji. Doskonały związek nie istniał poza podręcznikami.
W kaŜdym razie, pomyślała, nie popełnię dwa razy tego samego błędu. Nick i ona
całkowicie się róŜnili. Podniecająco się róŜnili. Jakie zwierzątko ze szkła powinno
przypominać ich wspólne chwile? MoŜe tygrys – z powodu namiętności? Albo mysz
– w związku z jej strachem przed związaniem się? A moŜe złamane serce?...
– A jak to było z twoją byłą Ŝoną? – spytała. Uniósł brwi.
– Skąd to skojarzenie?
– Widziałam wasze rodzinne zdjęcie. Twoja Ŝona jest piękną kobietą.
– Bardzo ładną – przytaknął. – Wysoką, szczupłą blondynką. Zawsze wyglądała
jak z Ŝurnala. I nigdy nie wychodziła z domu bez makijaŜu.
Erica skuliła się w fotelu, milcząco przyznając się do swojej całkowitej niewiedzy
w tej dziedzinie. Choć siostry usiłowały nauczyć ją kobiecych sztuczek, nie potrafiła
opanować zawiłości malowania oczu czy stosowania podkładu. Włosy przycinała dla
wygody. Nienawidziła wysokich obcasów i cienkich rajstop.
– Inaczej niŜ ja.
– Jesteś bardzo kobieca – powiedział z Ŝarliwością, która ją zaskoczyła. – Jesteś
jedną z najbardziej kobiecych kobiet, jakie znam.
– Jak moŜesz tak mówić? Spójrz tylko na ten pokój.
– Kobiecość nie polega na koroneczkach i ozdóbkach. To kwestia osobowości.
Akceptacja faktu, Ŝe się jest kobietą. Gdy patrzę na ten pokój, widzę opiekuńczą
kobietę, która na tyle wierzy w siebie, Ŝe nie przejmuje się opinią sąsiadów. Wiesz,
kim jesteś.
Erica nie była przekonana.
– Niestety, tego nie widać na zdjęciu.
– Ale taka jest prawda. Jesteś kobieca. I wiem to, bo ta kobieta w tobie budzi
męŜczyznę we mnie. – Odchylił się do tyłu na krześle i splótł ramiona na piersi. –
Chcę cię dotykać. Ciągle. Chcę czuć twoje ciało w moich ramionach. Chcę całować
twoje miękkie, kobiece usta.
Musiał odwrócić wzrok. Zadarł głowę i wpatrzy! się w sufit. Jak to moŜliwe, Ŝe
ona tego nie wie? Nie jest kobieca? Oczywiście, róŜni się od jego byłej Ŝony.
Catherine tyle czasu i uwagi poświęcała wyglądowi zewnętrznemu, tak przejmowała
się formą, Ŝe zapominała o treści: o myślach i uczuciach. Była dobrą kobietą i dobrą
matką dla Michaela. Ale nie tęsknił za nią.
Opuścił wzrok i spojrzał na Erice. Pod względem fizycznym ona i Catherine
bardzo się róŜniły. Catherine była blada i wiotka, a opalone ciało Eriki emanowało
zdrową energią. Catherine lubiła manipulować, Erica była bezpośrednia. Podniecała
go jej samowystarczalność. Nie zawahałaby się walczyć o to, czego pragnie. Marzył,
by chciała właśnie jego.
– Mówiąc krótko – stwierdził – Catherine i mnie zawsze będzie łączyć miłość do
Michaela, ale z naszego związku nic nie zostało. Zdaje się, Ŝe pod koniec roku ma
zamiar ponownie wyjść za mąŜ, ale mnie to w Ŝaden sposób nie dotyka. Chyba nie ma
sensu rozmawiać o dawnych związkach.
– AleŜ ma. – Erica sprzeciwiła się natychmiast.
– Uczenie się na doświadczeniach jest istotną cechą ludzkiego umysłu. – Z ulgą
stwierdziła, Ŝe moŜe odwołać się do czegoś, co rozumie, i dopasować ich zachowanie
do pewnego klinicznego wzorca. – Między ludźmi i szympansami występują trzy
zasadnicze róŜnice zachowań. Istoty ludzkie instynktownie nawiązują porozumienie
za pomocą mowy. Są w stanie planować daleko w przyszłość. I w końcu, pamiętają
daleką przeszłość i potrafią wyciągać z niej wnioski.
– Uhm. – Kiwnął głową, Ŝe rozumie. – No i co?
– Jeśli dowiem się, co było nie tak w twoim małŜeństwie, to mogę uniknąć
popełniania tych samych...
– Nagle zamilkła.
– Mów dalej – zachęcił ją.
– Nie. Trochę się zagalopowałam. – Na pewno nie miała zamiaru wspominać o
małŜeństwie. Skoczyła na równe nogi. – Och, dlaczego to wszystko jest takie
skomplikowane?
– Byłoby prościej, gdybyśmy byli szympansami w dŜungli. Przerzuciłbym cię
sobie przez ramię i zaciągnął do lasu.
– Czy nie moŜemy po prostu zostawić spraw swojemu biegowi?
Pokręcił głową.
– Wiesz, Ŝe nie. Wczoraj wieczorem twoje ciało mnie chciało, ale coś w twojej
głowie nie pozwalało ci kochać się ze mną.
– Potrzebowałam swobody. To naturalne.
– Jeśli potrzebujesz swobody, w porządku. Nie będę naciskał. Jeśli chcesz jechać
do Tanzanii, teŜ w porządku. Nie oczekuję, Ŝe dla mnie rzucisz karierę. Ale pragnę
być z tobą, Erico.
– I co to znaczy? – Przeszła po matach i stanęła przed Nickiem, opierając ręce na
biodrach. – Dla mnie stały związek oznacza zobowiązania. A ja nie mogę się wiązać.
Nick, nie chcę budować gniazda, w którym nie będę mogła zamieszkać.
– Coś mi się wydaje, Ŝe nie jesteś udomowionym ptaszkiem. Kaczką czy gęsią. –
Wstał i objął ją w pasie. – Jesteś orłem, Erico. A ja chcę latać u twego boku. Nie będę
cię wiązać przy ziemi....
Przyciągnął ją do siebie, ale Erica odchyliła głowę, by spojrzeć mu w twarz.
Nawet orły potrzebują partnera.
– Więc związek?
– Przez duŜe Z. Taka umowa, Ŝe nawzajem nam na sobie zaleŜy.
– Ale Ŝadnych Ŝądań? – upewniała się. To wydawało się nierealne. – śadnych
obietnic?
– Tylko ta, Ŝe będę się z tobą kochać dwadzieścia razy dziennie.
– No, nie wiem. – Objęła go. – Dwadzieścia razy dziennie wydaje się raczej mało
realne.
– Tego nie wiesz. MoŜe jestem niezwykłym okazem, zdolnym do
nieograniczonych manifestacji pociągu płciowego. UwaŜam, Ŝe jako badacz
naczelnych powinnaś sprawdzić moje twierdzenie.
– Twoją przechwałkę – poprawiła go.
– Tego nie moŜesz być pewna bez badań empirycznych. – Przesunął dłońmi po jej
plecach na pośladki i przycisnął do siebie jej biodra. – I co pani na to?
– W porządku, Nick. Zgadzam się na tymczasowy związek.
– To znaczy?
Rozluźniła się i wtuliła w Nicka.
– To znaczy, Nick, Ŝe chcę być z tobą, póki mogę. Pochylił głowę i lekko
ucałował jej wargi.
– Mam wraŜenie, Ŝe powinienem ci coś dać.
– O tym samym myślałam. O jakimś pierwotnym, symbolicznym rytuale
wymiany.
Zerknął na kosztowny, złoty rolex na lewym przegubie. Bez wahania ściągnął
zegarek i włoŜył jej do ręki. Potrząsnęła głową.
– Jest bardzo piękny, Nick, ale nie mogę go nosić. Jest dla mnie za duŜy. I
zdecydowanie zbyt kosztowny jak na symboliczny dar.
Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął klucze. Do kółka, były przyczepione dwa
breloczki: srebrne B, jak Barron, i mały scyzoryk z imitacji macicy perłowej –
niedrogi drobiazg, nagroda w konkursach w wesołym miasteczku.
– To dla ciebie. Niech bezmyślne słowa i uczynki nigdy nie zakłócą naszego
tymczasowego związku.
Przyjęła prezent i objęła Nicka za szyję. Miała zamiar pocałować go formalnie i
symbolicznie, ale naturalne pragnienie wzięło górę i Erka przywarła do niego całym
ciałem, Ŝarliwie smakując jego wargi. Nagle przerwała i odsunęła go na odległość
ramienia.
– Mogę zwolnić tempo. Oddychał cięŜko.
– Byłoby lepiej.
– Mamy duŜo, duŜo czasu. – Pragnienia starczy na całe dni. Tygodnie. Wszystko
jest chwilowe, oczywiście, ale jest gotowa, by w pełni wykorzystać ten czas. Ich
zmysły mogą im dostarczyć tyle przyjemności! Zsunęła dłonie po jego piersiach aŜ do
paska spodni i zaczepiła palcami o szlufki. – Poza tym – szepnęła – ja teŜ muszę ci
coś dać.
– Ty sama, Erico, jesteś wszystkim, czego chcę. Czego potrzebuję....
– Chodź ze mną.
Ujęła go za rękę i zaprowadziła do sypialni. Z małego, aksamitnego puzderka
wyjęła srebrny łańcuszek, który przewlekła przez dziurkę w rączce scyzoryka.
– PomoŜesz mi go załoŜyć?
Zapiął łańcuszek na szyi Eriki, pogłaskał jej ramiona i odwrócił ją do siebie.
– Bardzo dobrze na tobie wygląda – powiedział.
– Teraz moja kolej – stwierdziła. Z puzderka wyjęła zapasowy klucz do
mieszkania. Objęła go palcami i zamyśliła się. To był znaczący krok, ale jej
wątpliwości znikły, gdy spojrzała Nickowi w oczy. – To dla ciebie – rzekła,
wkładając mu klucz w dłoń. – Otwiera frontowe drzwi mojego domu. Pojawiaj się w
moim Ŝyciu, kiedy masz ochotę. Nie mam przed tobą sekretów.
Trzymał klucz z naboŜną czcią.
– Dziękuję. Mrugnęła do niego.
– Jeśli dobrze pamiętam, to nie jest prawdziwe podziękowanie.
Nie potrzebował dalszej zachęty. Przywarł wargami do jej warg, całując długo i
głęboko. Uniósł ją w ramionach i zaniósł na łóŜko. Jednak gdy kładł ją ostroŜnie na
kapie, Erice naszła chęć zabawy i pociągnęła go gwałtownie. Nick stracił równowagę
i upadł na nią całym cięŜarem.
– Co to było? – zapytał.
– Chcę się z tobą bawić....
– Czy to jakieś szympansie gry?
– W gruncie rzeczy inne ssaki naczelne mają dość ograniczony repertuar
zachowań prokreacyjnych. Zabawy seksualne są chyba czysto ludzką domeną.
Wyciągnęła mu koszulę ze spodni, wsunęła ręce pod materiał i połaskotała go.
Nick zachichotał.
– Nie rób tego!
– Masz łaskotki! – Erica była zachwycona. Natychmiast obnaŜyła swoją talię. – A
ja wcale. Spróbuj.
Połaskotał ją, ale tylko zmarszczyła brwi.
– To jedynie twój brzuch – zauwaŜył. – A co z podeszwami stóp?
– W ogóle nie jestem łaskotliwa.
Zdjął jej buty i połaskotał w podbicie, ale nie miała chęci chichotać. Nick
zdejmował z niej szmatkę po szmatce, usiłując sprowokować Erice do śmiechu. W
końcu leŜała przed nim całkiem naga.
Dotykał lekko jej ramion, piersi, brzucha, ud. DrŜała pod tym dotykiem, ale nie
ś
miała się.
– Aha! – wykrzyknął w końcu. – MoŜe i nie masz łaskotek, ale wiem, co na ciebie
podziała.
Wypadł z pokoju. Gdy pojawił się ponownie, był nagi, a dłonie chował z tyłu.
– Jeszcze poŜałujesz, Ŝe zaczęłaś.
– Wątpię.
PołoŜył się przy niej i przytrzymał nogą jej nogi.
– Zamknij oczy.
Zamknęła. Nick chwycił ją za przeguby i uniósł ręce nad głowę. Otworzyła oczy.
– Co robisz?
Pokazał jej, co trzymał za plecami: przezroczystą kostkę lodu.
– Lepiej nie próbuj, Nick. Mówię serio.
– Ja teŜ.
Kostka lodu dotknęła czubka jej piersi, a Erice przeszedł prąd. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza i jęknęła z rozkoszy, gdy Nick pochylił się, by zlizać chłód.
Obrysował lodem jej drugą pierś, dotknął kostką jej warg, narysował długą linię od
obojczyka, między piersiami do płaskiego brzucha. Zanim dotarł do trójkąta miękkich
włosów, Erica cała drŜała. Nie z zimna, lecz z pragnienia.
– Rozpuścił się – powiedział, uwalniając jej dłonie.
– Ja teŜ.
Zarzuciła mu ramiona na szyję, a gdy spotkały się ich nagie ciała, ogarnęło ją
poczucie doskonałego szczęścia. JuŜ nie musiała się powstrzymywać. Mogła
podziwiać jego męskie kształty, rozkoszować się jego dotykiem.
Potem leŜeli koło siebie spokojnie, a Erica zastanawiała się, co będzie dalej.
Przyszłość wyglądała jak białe, nie zapisane karty jej dziennika. Sama je będzie
musiała zapełnić. Na horyzoncie majaczyła tylko jedna chmurka. Jeśli uzyska
stypendium z Klubu Poszukiwaczy Przygód, będzie musiała opuścić Nicka. Gdy
pojedzie do Afryki – a nie miała wątpliwości, Ŝe prędzej czy później jej upór
przyniesie owoce – pojedzie sama.
Poruszył się koło niej, budząc jej ciało lekkimi pocałunkami.... Musiałaby być
niespełna rozumu, by z własnej woli wyrzec się takiej przyjemności. Zacisnęła dłoń
na małym scyzoryku, który wisiał na łańcuszku na jej szyi.
ROZDZIAŁ 8
W ciągu następnych trzech tygodni stosunki między Ericą a Nickiem z wolna
przybrały formę dość ustalonego wzorca, który, oczywiście, uwzględniał Michaela i
Sheenę.
Codziennie rano Michael jechał z Ericą i Sheeną do zoo, gdzie pomagał przy
zwierzętach. Erica z radością śledziła jego postępy. Wydawało się, Ŝe z dnia na dzień
Michael ma więcej wiary w siebie. PoniewaŜ uwolnił ją od wielu rutynowych zajęć,
Erica miała więcej czasu na zajmowanie się Sheeną. Poza popołudniowymi
wyprawami na wyspę ssaków naczelnych, zaczęła równieŜ przynosić Javę do
betonowego pawilonu. Niestety, Sheeną pozostawała nieufna i niechętna, natomiast
Java szybko przejmował ludzkie wzorce zachowań.
Często w porze obiadu pojawiał się Nick. Znalazł maść, która skutecznie leczyła
wysypkę alergiczną. Poza tym odkrył, Ŝe najbardziej alergogennie działają na niego
zwierzęta kopytne: osioł, renifer i tak dalej. Michael szybciutko wykorzystał te
odkrycia i w ich domu zamieszkały trzy chomiki i szczeniak spaniel ze schroniska.
Wieczorami Erica i Sheeną często jadały kolacje z panami Barronami w
zaadaptowanej do potrzeb Sheeny suterenie.
I niemal kaŜdej nocy Nick uŜywał swego klucza do mieszkania Eriki.
Tylko kilka szczegółów sprawiało, Ŝe nie stali się rodziną, taką, o jakiej marzył
Nick. Po pierwsze, zachowali oddzielne mieszkania. Po drugie, nigdy nie zostawał do
rana w mieszkaniu Eriki. Późną nocą wprost z ciepłego łóŜka szedł do domu.
Pewnej nocy na początku sierpnia podszedł nagi do okna, przyglądając się
pełnemu, złotemu księŜycowi przez gęste liście wiązu za oknem.
– Chcę zostać – powiedział – i obudzić się rano koło ciebie.
– To brzmi zachęcająco, ale zapewniam cię, Ŝe poranki u mnie w domu nie są
szczególnie miłe. Sheena budzi się o świcie i jest nieznośna, a ja wychodzę z domu o
wpół do ósmej.
– Tego właśnie chcę. Być częścią wszystkich tych nudnych, rutynowych,
zwyczajnych godzin w twoim Ŝyciu. Naprawdę z tobą mieszkać i Ŝyć. I chciałbym,
Ŝ
ebyś przeprowadziła się do mnie.
– Nie mogę, Nick. Nie z Sheeną. Gdyby mieszkała u ciebie, zapewniam cię, Ŝe w
ciągu dwóch dni na twoich roślinach nie zostałby Ŝaden listek.
– Zostanę tylko dzisiaj. Mógłbym rano z tobą pojechać, bo jutro i tak mam cały
dzień spędzić w zoo.
– Nie przypominaj mi o tym. Ty i Amanda tak uparliście się na ten dzień
promocyjny pod koniec miesiąca, Ŝe niczego innego nie moŜna załatwić.
– Dzień Zoo moŜe dodatnio wpłynąć na stan finansów.
– A moŜe skończyć się klapą. PowaŜnie, Nick. Wszyscy wolontariusze
poprzebierani za zwierzęta? To głupie.
– Nie zmieniaj tematu. Wymień choćby jeden powód, prawdziwy powód, dla
którego nie powinienem zostać na noc.
– Michael?
– Ma szesnaście lat, Erico. Wie, co się dzieje.
– Wiedzieć to jedno. – Uniosła ręce nad głowę i ziewnęła. Nick wpatrywał się,
zafascynowany, w lekki ruch jej piersi. – A dać sobie z tym radę to drugie.
– Poradzi sobie.
– Jesteś pewien? Michael widzi teraz we mnie przyjaciółkę i, mam nadzieję,
nauczycielkę. Wie, oczywiście, Ŝe jesteśmy ze sobą, ale wszystko się dobrze układa,
więc nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy coś zmieniać.
Wydęła usta w nikłym uśmieszku i Nick jęknął w głębi ducha. Wiedział juŜ, co
nadchodzi. Gdy Erica chciała coś spuentować, odwoływała się zawsze do domowych
powiedzonek, przysłów albo antropologicznych obserwacji.
– Pozwól mi zgadnąć – powiedział. – Za chwilę usłyszę jakąś wiejską mądrość,
prawda?
– Rzeczywiście, przypomniało mi się pewne powiedzenie.
Nick westchnął.
– Moja mama zawsze mówiła do ojca: „Nie naprawiaj tego, co nie jest popsute”. I
była to, moim zdaniem, bardzo dobra rada. Niestety, ojciec rzadko jej słuchał, więc
stodoła była pełna poronionych wynalazków.
– Czy dlatego tak stronisz od ryzyka? Dlatego jesteś taka konserwatywna i
pedantyczna?
– Ja? – Erica gwałtownie usiadła na łóŜku. – Ja jestem konserwatywna i
pedantyczna?!
– O, tak – zachichotał. Uwielbiał się z nią przekomarzać. Uwielbiał sposób, w
jaki przechylała głowę, gdy ruszała do ataku. – Widzisz, zawsze chodzisz ściśle
wytyczonymi ścieŜkami. Nigdy nie znałem nikogo, kto byłby takim niewolnikiem
czasu.
– Wcale nie bardziej niŜ inni!
– Nie? – Wyrecytował: – Dziewiąta rano, nakarmić wielbłądy. Dziesiąta
czterdzieści dwie, przyprowadzić Javę. Jedenasta osiem, odprowadzić Javę...
– Regularność i konsekwencja w postępowaniu są bardzo waŜne, gdy ma się do
czynienia ze zwierzętami.
– Natomiast ja jestem męskim zwierzęciem, które chce postępować nieregularnie
i niekonsekwentnie.
– Wrócił do łóŜka. – Zostanę do rana.
Uniosła dłoń, by pobawić się włosami na jego piersi. Taka odruchowa poufałość
sprawiała mu przyjemność. Choć kochanie się z Ericą było zawsze niezwykłym
przeŜyciem, poznali się juŜ tak dobrze, tak dokładnie.
– No, Erico. Powiedz, Ŝebym został. Nie bądź taka nieugięta. – Pocałował ją
lekko w czoło. – Nie będziesz Ŝałować.
– Skoro mówisz, Ŝe jestem niewolnikiem czasu, to znaczy, Ŝe jestem ekspertem.
Jeszcze nie nadszedł czas, byś nocował. Jeszcze nie. Kiedyś, ale jeszcze nie teraz.
– Wyciągnęła się na poduszce. – Ale nie mam nic przeciwko temu, Ŝebyś przez
najbliŜszą godzinę próbował mnie przekonać do zmiany zdania.
– Ach tak, zgadza się pani?
– Tak. – W jej oczach odczytał oczekiwanie i śmiech. – Wyzywam cię.
PołoŜył się koło niej.
– A ja sprawdzam.
Zawsze, gdy jej dotykał, przytulał, pieścił, jej kobiecy zapach kusił go i
przyciągał, wyzywał, by stali się jednością. Podniecenie przychodziło natychmiast, z
całą siłą. Pod dotykiem jej ręki miał wraŜenie, Ŝe za chwilę rozpadnie się na miliony
odłamków czystej rozkoszy. Walczył jednak, by się powstrzymać, kontrolować
instynktowne pragnienie rozładowania napięcia, poniewaŜ jeszcze większą rozkoszą
było wspólne osiąganie szczytu, oglądanie ekstazy na jej twarzy, słuchanie krzyku
rozkoszy, gdy ją w końcu wypełniał. Uwielbiał przeciągać moŜliwie jak najdłuŜej tę
słodką agonię kochania się.
Potrzebował tej kobiety, więc nigdy nie pozwoli jej odejść. Jak mogła w ogóle o
tym myśleć? O wyjeździe do Afryki? Oczyma duszy ujrzał nieprzebytą dŜunglę, pełną
węŜy, i zadrŜał. Afryka była zbyt niebezpieczna. Nigdy nie pozwoli jej tam pojechać.
Następnego dnia w zoo Erica nie mogła sobie znaleźć miejsca. Była rozdraŜniona,
choć nie wiedziała dlaczego. Starała się więc unikać ludzi, bo bała się, Ŝe moŜe
zachować się niesympatycznie.
Instynktownie wiedziała, Ŝe potrzebuje zwierzęcego towarzystwa. Sheena była z
Michaelem, więc Erica poszła do pawilonu gadów, gdzie Patty oplatała swym blisko
dwumetrowej długości ciałem betonową gałąź w terrarium. Na widok Eriki Patty
wysunęła na moment język, ale nie poruszyła się.
– Wyglądasz tak, jak ja się czuję – powiedziała jej Erica. – Bez energii i
zniechęcona.
OkrąŜyła terrarium, wyjęła pytona i owinęła sobie wokół ramion. Starała się jak
najczęściej dotykać węŜy. W zimie, gdy zoo było zamknięte, niektóre mniejsze
zwierzęta, w tym Patty, przeprowadzały się do miejscowych szkół.... WęŜe, jak i inne
zwierzęta, wymagały przyjacielskich kontaktów ze swymi opiekunami.
W towarzystwie Patty poczuła się nieco lepiej. W zamyśleniu gładziła suchą
skórę pytona. Co się z nią właściwie działo?
Wychodząc z pawilonu gadów z Patty owiniętą wokół szyi, Erica wpadła na
Amandę.
– Jak to miło, Ŝe bierzesz Patty na spacer. Ostatnio wydaje mi się nie w sosie. Jest
jakaś ponura, zrzędliwa i złości się bez powodu.
Dwoje dzieci podbiegło do Patty. Amanda pospieszyła uspokoić dorosłych.
– To Patty, pyton afrykański. Jest naprawdę bardzo miła.
WąŜ wysunął język i pozwolił dzieciom się dotknąć. Zanim zdąŜył zebrać się
tłumek, Erica ruszyła szybkim krokiem w kierunku biura. Amanda nie dała się
wyprzedzić.
– Wiesz, Erico, Nick ma znakomity pomysł. PoniewaŜ odmówiłaś przebrania się
w kostium zwierzęcy na Dzień Zoo, to moŜe zgodziłabyś się na ubranie w stylu
safari? Kolor khaki, korkowy hełm?
– Nie – ucięła Erica. – Nie pomaluję się teŜ na czarno i nie będę tańczyć w
przepasce na biodrach. Więc dajcie mi spokój.
– No wiesz, jesteś jedyną osobą, która nie chce się włączyć w przygotowanie
imprezy.
– Moją główną troską, a moŜe moją jedyną troską, jest to, Ŝe zwierzęta zostaną
naraŜone na niepotrzebny stres.
Amanda wyciągnęła dłoń, by poklepać węŜa.
– Doceniam twój stosunek do sprawy, kochanie, ale pamiętaj, Ŝe to jest tylko zoo.
A Ŝeby to zoo mogło funkcjonować, potrzebuję pieniędzy.
Erica poczuła się winna. Nie miała zamiaru obraŜać Amandy.
– Wiem, Ŝe potrzebujesz pieniędzy. Moim zdaniem to nie tylko zoo. Dzięki tobie
jest to równieŜ rezerwat dla zwierząt, które inaczej musiałyby cierpieć. Amando, nie
mam prawa cię krytykować.
– Daj spokój, kochanie. Nie jestem święta.
– Przepraszam. Nie wiem, co mnie dziś ugryzło. Amanda otworzyła drzwi do
biura.
– Czy są jakieś wieści o stypendium?
– Z tego zwariowanego Klubu Poszukiwaczy Przygód? Nie, na razie nie. A wiesz,
co mnie w tym wszystkim zdumiewa? Ze prawie mi juŜ na tym stypendium nie
zaleŜy. Z kaŜdym mijającym dniem mniej mnie to obchodzi i mam coraz mniejszą
ochotę starać się o pieniądze z innych źródeł. Nie rozumiem, dlaczego tak jest.
– Nie rozumiesz? – Amanda usiadła za biurkiem i uśmiechnęła się. – Nie ma nic
złego w tym, Ŝe jest się szczęśliwym. Widziałam cię razem z Nickiem i z Michaelem.
Zaczynacie tworzyć rodzinę.
– Tego właśnie Nick chce. Ustabilizowanej rodziny.
– Czy to takie straszne? MoŜe twoje priorytety się zmieniają?
– Po trzydziestu dwóch latach? Mało prawdopodobne.
– Erica? – Rozległo się pod oknem.
– Jestem tutaj, Nick.
No i co ma zrobić? To tylko pozory, Ŝe tworzą sympatyczną, ustabilizowaną
rodzinę. Nick był nią zafascynowany. Erica natomiast miała świadomość, Ŝe kobieta,
która na pierwszym miejscu stawia karierę zawodową, nie jest właściwą partnerką dla
Nicka. Na jej ustach pojawił się chytry uśmieszek. Zobaczymy, co powie Nick o
kobiecie, która przyjaźni się z węŜami.
Amanda czytała w jej myślach.
– MoŜe zabiorę Patty?
– Nie, Patty tu zostanie.
– W takim razie ja wychodzę. Amanda i Nick spotkali się w drzwiach.
– śyczę szczęścia – powiedziała, patrząc mu w twarz. Nick zmarszczył brwi, nie
rozumiejąc.
– Co to znaczy „Ŝyczę szczęścia”?
I wtedy zobaczył Patty. Znieruchomiał, wytrzeszczył oczy. Cofnął się gwałtownie
i przywarł plecami do ściany.
– Wielkie nieba, Erico, co ty wyprawiasz?
– Wykonuję swoją pracę. Nie pamiętasz? Tym właśnie się zajmuję.
Postąpiła w jego stronę i patrzyła, jak z determinacją bierze się w garść. Oderwał
się od ściany i spróbował machnąć nonszalancko ręką. Nie bardzo mu to wychodziło.
Jego jabłko Adama nerwowo wędrowało w górę i w dół, gdy przełykał.
– To Patty, pyton afrykański – wyjaśniła Erica. – Michael ją lubi. Miałam mu
nawet zaproponować, Ŝeby spróbował hodować jakiegoś węŜa w domu.
– Nie w moim domu. Nic z tego.
– Pomyśl tylko, Nick. Czy nie stanowilibyśmy uroczej gromadki? Ty, ja, Michael
i nasze gady? Urocza rodzinka. A moŜe jednak nie jestem dla ciebie tak idealną
partnerką, jak sądzisz.
Znowu przełknął nerwowo, ale zrobił krok w jej kierunku. I jeszcze jeden. Nogi
miał jak z drewna. Zacisnął zęby, uniósł dłoń i dotknął Patty w miejscu, gdzie
wdzięcznie owijała się wokół ramienia Eriki.
– Nie jest śliska – powiedział ze zdziwieniem. Chciała mu pokazać, jak bardzo są
niedobrani, ale teraz była z niego dumna. Nie była w stanie pojąć, jak moŜna bać się
węŜy, ale mogła mu współczuć. Były nawet pewne badania antropologiczne
wskazujące, Ŝe lęk przed węŜami był reakcją instynktowną, a nie nabytą. Małpy na
wolności takŜe reagowały na węŜe strachem.
– Przepraszam, Nick.
– Nie ma potrzeby. Powinienem zwalczyć tę fobię.
– Chciałbyś potrzymać Patty?
– Nigdy w Ŝyciu.
Erica odwróciła się, zaniosła Patty na zaplecze biura i włoŜyła ją do torby na
węŜe. Gdy wróciła, Nick przyglądał jej się niepewnie.
– Zakładam, Ŝe miałaś jakiś cel w tym niewielkim przedstawieniu?
Przytaknęła.
– Ale nie wiem juŜ jaki. Nick, jestem szczęśliwa w naszym związku. I chyba nie
muszę mówić, Ŝe pod względem fizycznym wszystko jest cudownie. Ale jest w tym
wszystkim coś, co mnie doprowadza do szaleństwa.
– Mnie teŜ. – Przysiadł na brzegu biurka Amandy.
– Naprawdę? Co takiego?
– Zaczynamy się czuć jak rodzina.
– Myślałam, Ŝe tego właśnie chcesz, Nick.
– Moim marzeniem, jak wiesz, jest rodzina osiadła i stabilna. Nie lubię opuszczać
twego łóŜka o północy. Chciałbym, Ŝebyś ty, ja, Michael i dziesiątki zwierząt, które
na pewno sprowadzi, Ŝebyśmy wszyscy byli bezpieczni w jednym domu. Naszym
domu.
– Ale to nie jest mój ideał rodziny. Absolutnie. Ja widzę rodzinę podróŜującą po
ś
wiecie. Wolną, by się rozwijać i rozrastać.
Nick objął ją ramieniem i Erica musiała przyznać, Ŝe działa bardziej uspokajająco
niŜ Patty.
– To jakie mamy rozwiązanie?
– Erico, moja piękna, sam chciałbym wiedzieć. MoŜe nie ma Ŝadnego
rozwiązania, pomyślała, zdecydowana jednak szukać. Będzie prowadzić obserwacje,
opisze je i wyciągnie wnioski. Ostatecznie istniało wyjaśnienie kaŜdego wzorca
behawiorystycznego. Z wyjątkiem, zapewne, miłości.
ROZDZIAŁ 9
Miłość.
Kilka dni później Erica siedziała przy biurku w pawilonie małp. Właśnie opisała
następne spotkanie Javy i Lenny’ego, odłoŜyła pióro i zamyśliła się.
Oczywiście miłość nie wchodziła w rachubę. Oboje – i Nick, i ona sama – unikali
jakichkolwiek deklaracji. Choć byli sobie niezwykle bliscy, Ŝadne nie wypowiedziało
tych dwóch słów: kocham cię.
Z wyraźnym poczuciem winy uświadomiła sobie, Ŝe jednak w myślach
dopuszczała istnienie uczucia.
W nocy, gdy leŜeli w łóŜku, myślała „miłość”, ale nigdy nie powiedziała tego
głośno. Czy Nick postępował tak samo? Dlaczego? W tych słowach nie ma niczego
magicznego. Ludzie wypowiadają je cały czas.
Wyrwała kartkę z dziennika i chwyciła za pióro. Spisze swoje uczucia, zanotuje
je, jako szczególny przejaw zachowania ssaków naczelnych.
Samica wykazuje troskę o samca, a on to odwzajemnia. W jego obecności jej
serce bije szybciej. Kontakty seksualne sprawiają obojgu wiele przyjemności. W
towarzystwie samca samica śmieje się częściej, a jej komunikaty werbalne są bardziej
oŜywione. Samiec dotyka jej często i z czułością. Prawdopodobny wniosek: są
zakochani.
Wyrwała następną kartkę i u góry napisała:
JednakŜe samica jest bardzo ambitną jednostką. Jej celem jest praca w Afryce, co
znaczy, Ŝe w końcu opuści samca i zerwie łączące ich więzy. Samiec pragnie osiąść w
jednym miejscu i załoŜyć dom. Samica pragnie wiele osiągnąć. Sama? Nie,
niekoniecznie sama.
Upuściła pióro na biurko. Gdyby w ogóle miała zamiar z kimś dzielić Ŝycie, to z
Nickiem. Ale musiałby pojechać z nią do Afryki. Znów zaczęła pisać.
Choć samiec wydaje się powaŜnie traktować ambicje samicy, jest przywiązany do
swego stylu Ŝycia. Wniosek: brak wniosków. Wymagane dalsze obserwacje.
Erica odchyliła się do tyłu na krześle i potarła oczy. MoŜe stwarzała sztuczne
problemy? Ostatecznie nie dostała jeszcze Ŝadnej odpowiedzi z Klubu Poszukiwaczy
Przygód i przeczuwała, Ŝe odrzucą jej wniosek. Sprawa podróŜy do Afryki moŜe się
odwlec na lata, więc pewnie powinna odpręŜyć się i czerpać jak najwięcej radości z
bezterminowego stanu zawieszenia, który jest znośny, a właściwie przyjemny, dzięki
godzinom spędzanym z Nickiem.
Rzuciła okiem na zegarek. Osiem po trzeciej. Pora na codzienną wyprawę Sheeny
na wyspę. Gdzie jest Michael? I gdzie jest Sheena? Zamknęła dziennik i pospieszyła
do biura.
– Amando? Czy widziałaś Michaela albo Sheenę?
– Myślałam, Ŝe Sheena jest z tobą. Nick tu wpadł jakieś pół godziny temu i zabrał
ją.
– Co takiego!? Czy powiedział, dokąd idzie? Amanda potrząsnęła przecząco
głową.
Erica wybiegła z biura. Co się tu dzieje? Michael pewnie wie, co jego ojciec
zamierza zrobić. Ale gdzie jest Michael? Pobiegła w stronę wyspy naczelnych. Po
chwili dostrzegła chłopaka kucającego za krzakiem.
– Michael!
Powoli i ostroŜnie, by nie przestraszyć Javy, uniósł dłoń i pomachał.
– Michael, chodź tu natychmiast. Posłusznie, choć niechętnie, wycofał się z
wyspy i przeszedł przez fosę. Erica zauwaŜyła, Ŝe nie spieszył się, a na jego twarzy
malowało się poczucie winy. Był jeszcze w wodzie, gdy wybuchneła:
– Gdzie jest Sheena? Co się tu dzieje?
– Tata cię nie znalazł, co?
– Nie, nie znalazł.
– To był głupi pomysł. Naprawdę głupi. Złapała go za rękę i szarpnięciem
zmusiła do wyjścia na brzeg.
– Rozumiem, Ŝe twój ojciec gdzieś Sheenę zabrał. Chcę wiedzieć dokąd. I
dlaczego.
– Do wesołego miasteczka. Dziś po południu przychodzą te, no wiesz, specjalne
dzieci. Tata sądził, Ŝe ucieszą się, jak poznają Sheenę.
Erica była wściekła. Jak on śmiał! Dlaczego w ogóle zakładała, Ŝe Nickowi choć
trochę zaleŜy na jej osiągnięciach zawodowych? Wyraźnie pokazał, Ŝe nie bierze jej
powaŜnie.
– Jesteś wściekła – zauwaŜył Michael.
Patrzył na nią jak zbesztany szczeniak i Erica postarała się opanować gniew. Nie
powinna wyładowywać się na Michaelu.
– Nie jestem zła na ciebie. Tylko Ŝe twój ojciec lekcewaŜy wszelkie moje wysiłki.
Jak moŜe ją zachęcać do zabawy z dziećmi? Wie, jak cięŜko pracuję, by włączyć
Sheenę w gromadę...
– Jak cięŜko pracujemy – poprawił ją nieśmiało Michael. – Ty i ja.
– Masz rację. – Poklepała go po ramieniu. – Michael, to nie twoja wina. Jakoś to
będzie. Czy moŜesz nakarmić szympansy? I powiedz Amandzie, Ŝe wyjeŜdŜam.
– Dobrze. A co masz zamiar zrobić?
– Jadę do wesołego miasteczka – oznajmiła spokojnie. – Odnajdę twego ojca. I
połamię mu kości.
– Słuchaj, tata nie chciał zrobić nic złego. Naprawdę. Z Sheeną będzie wszystko
dobrze. No wiesz, chodzi mi o to, Ŝe juŜ się lepiej zachowuje. Jak wczoraj, kiedy
pozwoliła Javie się dotknąć. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Erica przyjrzała się chłopcu. Miał oczy tego samego koloru co ojciec, ale była w
nich jakaś bezbronność, którą rzadko dostrzegała w oczach Nicka.
– Michael, chcę, byś wiedział, Ŝe bez względu na to, co się stanie między twoim
ojcem a mną, zawsze będzie dla ciebie miejsce tu w zoo. Masz duŜy talent do pracy ze
zwierzętami i...
– Ale to ma znaczenie – przerwał jej. – To waŜne, co dzieje się między tobą a
tatą. – Bezbronność w jego oczach zmieniła się w strach. Uzasadniony strach. Erica
nie mogła obiecać mu szczęśliwego zakończenia tej historii. – To ma znaczenie. Ja
naprawdę cię lubię, Erico.
– Wiem, Michael. Dla mnie to teŜ ma znaczenie. – Jej twarz złagodniała. –
Pogadamy jutro, dobrze?
– Dzięki. – Uśmiechnął się.
Erica pognała do samochodu i ruszyła do Denver.
W głębi ducha miała świadomość, Ŝe jej tymczasowy związek z Nickiem miał
wpływ nie tylko na ich Ŝycie. Podczas gdy ona i Nick wypróbowywali swoje wersje
modelu rodziny, Michael stał z boku i przyglądał się bezradnie, czekając na wynik.
Jak będzie się czuł, gdy Erica wyjedzie do Afryki? Opuszczony?
Porzucony?
Choć nie dostrzegała między nimi więzi typu matka – syn, nie była pewna, czego
Michael od niej oczekiwał. MoŜliwe, Ŝe codzienna wspólna praca w zoo stworzyła
między nimi zbyt ścisłe więzi. MoŜe Michael powinien spędzać więcej czasu z
młodzieŜą Nigdy się jednak nie skarŜył na długie godziny spędzane w zoo, a jego
entuzjazm rósł z dnia na dzień.
Zanim dojechała na parking dla pracowników wesołego miasteczka, jej gniew na
Nicka się rozwiał. Jednak z całej siły trzasnęła drzwiczkami. MoŜe połamie Nickowi
tylko część kości.
Odnalazła go w pawilonie parkowym, siedzącego z Sheeną pośrodku kręgu
dzieci. Michael określił je jako „specjalne dzieci”. Teraz Erica zrozumiała dlaczego.
Troje siedziało w wózkach inwalidzkich. Inne miały bandaŜe, łupki i kule.
Znajdowało się tam równieŜ czworo dorosłych.
Erica stanęła, oparła się o drewniany, biały filar, i przyjrzała całej scenie.
Przeświecające przez aŜurowy dach słońce rzucało jasne błyski na twarze dzieci.
– Sheena nie jest zwyczajną małpą – mówił Nick. – Jest małpą człekokształtną. I
w ogóle jest bardzo do nas podobna. Jeśli ktoś ją uderzy, będzie ją bolało albo się
rozzłości. I moŜe oddać. Albo ucieknie i schowa się.
PowaŜne przytaknięcia dzieci spowodowały, Ŝe Erice ścisnęło się serce. One
wiedziały, co to ból.
– Jak ona wygląda? – spytał chłopiec, którego białe oczy patrzyły ślepo w dal. –
Czy mogę jej dotknąć?
Nick podprowadził szympansicę do niewidomego dziecka i połoŜył jego małą
rączkę na ramieniu Sheeny. Chłopiec gładził ją, poznając palcami kształt jej głowy i
ramion. Sheena stała nieruchomo, patrząc na dziecko.
– Ma długie ręce – powiedział chłopiec. – Ale na pewno jest ładna.
Sheena objęła chłopca długimi, włochatymi ramionami i złoŜyła mu na policzku
mokry pocałunek. Chłopiec zachichotał.
– Ja teŜ ciebie kocham, Sheeno.
Nick cierpliwie podchodził kolejno do dzieci, pozwalając kaŜdemu zapoznać się z
Sheeną.
– Potrafi zaczepić się palcami u nóg i wisieć głową w dół – opowiadał. – I jest
bardzo silna.
– Jak King Kong? – zapytała dziewczynka na wózku inwalidzkim.
– Tamta historia nie była prawdziwa. Małpy rzadko atakują człowieka. I nigdy nie
są takie wielkie jak King Kong.
– Ale są niegrzeczne. Widziałam film o szympansach. Ciągle coś broiły. Gorzej
niŜ dzieci.
Erica zauwaŜyła, Ŝe Sheena zaczyna być niespokojna, i zdecydowała, Ŝe pora
przyłączyć się do grupy.
– Nie tylko szympansy i dzieci potrafią być niegrzeczne – powiedziała, rzucając
Nickowi przelotne, gniewne spojrzenie. – Czasami dorośli teŜ coś nabroją. – Ujęła
dłoń Sheeny. – Mam na imię Erica i pracuję w Ogrodzie Zoologicznym. Sheena
mieszka razem ze mną.
– Na pewno jest strasznie nieporządna.
– Masz rację. Chcecie jeszcze coś wiedzieć?
– Czy Sheena zna jakieś sztuczki?
– Sheena nie jest zwierzęciem cyrkowym, a ja ją niczego nie uczyłam. –
Opowiedziała o ucieczce szympansicy przez okno. – Bardzo sprytnie
wykombinowała, jak otworzyć zapadkę. I zachowała się bardzo niegrzecznie,
uciekając.
– Czy dostała w pupę?
– Nigdy nie biję Sheeny. Z dwóch powodów. Po pierwsze, dla niej nie ma
znaczenia, co moim zdaniem jest dobre, a co złe, bo ja nie jestem szympansem. Po
drugie, jest bardzo silna. Gdyby przyszło jej do głowy oddać, wyniknęłaby niezła
bójka.
Jakby dla zilustrowania słów Eriki, Sheena podskoczyła kilka razy, wydając
donośne, pohukujące dźwięki.
– Co ona mówi?
– Ona nie potrafi mówić w taki sposób jak my, ale ten dźwięk wydają szympansy
nawołujące się w dŜungli. Niestety oznacza to, Ŝe na nas pora.
Sheena poŜegnała się grzecznie i Erica wyprowadziła ją na zewnątrz. Nick
przyłączył się do nich.
– A ja, czy dostanę klapsa?
– NaleŜy ci się! Wiesz, Ŝe nie powinieneś zabierać Sheeny, ale to zrobiłeś. –
Spojrzała ze złością na jego roześmianą twarz. – Naprawdę, Nick! Mógłbyś mieć na
tyle poczucia przyzwoitości, Ŝeby się zawstydzić.
– Wcale nie jest mi przykro. Te dzieci zasługują na coś więcej niŜ przejaŜdŜka na
karuzeli. Widziałaś, jakie były ucieszone?
– Widziałam.
Przy wierzbie płaczącej posadziła sobie Sheenę na biodrze i mocno objęła przed
wyjściem na ruchliwy deptak. Nick zrobił źle, zabierając Sheenę bez pytania, ale jego
pomysł, by sprawić dzieciom niespodziankę, nie zasługiwał na potępienie.
– Erico, gdybym ci powiedział, Ŝe chcę pokazać Sheenę kilkorgu kalekim
dzieciom, pozwoliłabyś jej przyjść?
Przygryzła wargę.
– Chyba tak. Ale nie jestem pewna.
Po raz drugi tego dnia uświadomiła sobie, Ŝe właściwie nie zna się na ludziach. W
jakiś sposób przypominało to kłopoty Sheeny z innymi szympansami. Obie były
niedopasowane, nie rozumiały własnego gatunku.
Nie, pomyślała, to nie to samo. Ona sama dokonuje powaŜnych, przemyślanych
wyborów. Ograniczenie kontaktów Sheeny z innymi ludźmi jest waŜne dla jej badań.
A badania są jej Ŝyciem. Czy Nick to rozumie? Pierwszy raz zrobił coś, co
sugerowało, Ŝe nie traktuje je pracy całkiem serio.
Jednak na jego plus naleŜało zapisać, Ŝe powodowała nim chęć dania chorym
dzieciom chwili rozrywki.
Erica skierowała się w stronę parkingu. Nick złapał ją za ramię.
– Chodź do mojego biura.
– Nie, Nick. Byłam na ciebie wściekła. Teraz czuję się jak zła czarownica. Lepiej,
Ŝ
ebym na trochę została sama.
– Proszę cię, Erico. Nie bez powodu....
– Nie. Powiedziałam ci, co czuję, i chcę, byś to uszanował. Nawet jeśli nie
honorujesz moich zawodowych decyzji – dodała ciszej.
– Dobrze – wzruszył ramionami. – To dość waŜne, ale widzę, Ŝe jesteś w jednym
ze swoich humorów, Ŝe bez kija nie przystąp, więc dajmy temu spokój.
– Jak bardzo jest to waŜne?
– Musisz przyjść do biura, Ŝeby się dowiedzieć.
– Pocałował ją lekko w czoło, podrapał Sheenę za uchem i odszedł. – Do
zobaczenia później.
– Nie moŜesz mi po prostu powiedzieć? – zawołała za nim.
– Nie. – Nie zatrzymał się.
Powinna z nim pójść czy zostać sama? Och, do diabła, później moŜe pobyć sama.
– Czekaj, Nick! Idę z tobą!
Dogoniła go i szła obok, patrząc prosto przed siebie, by nie widzieć
zadowolonego uśmieszku na jego twarzy.
– Ciekawość zwycięŜyła, co?
– Chyba i tak powinnam z tobą porozmawiać.
– Poprawiła sobie Sheenę na biodrze. – O Michaelu.
– A co z nim?.. Czy coś się stało?
– Jeszcze nie. Ale był dziś bardzo nieszczęśliwy, gdy zagroziłam, Ŝe połamię ci
kości.
Nick roześmiał się z ulgą.
– I to wszystko?
– Nie. Musimy powaŜnie porozmawiać o wpływie naszej znajomości na twego
syna. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, jak bardzo nasze niezdecydowanie moŜe go boleć.
Przywiązał się do mnie w sposób, który nie ma nic wspólnego z naszą pracą w zoo.
Jakby chciał myśleć o mnie jak o matce. A nie moŜe, bo ty i ja nie podejmujemy
decyzji.
– Aha.
– I tylko tyle masz do powiedzenia? – Erica spojrzała na Nicka. – Ja się martwię,
Ŝ
e twój syn zaczyna mieć problemy, a ty mówisz „aha”?
– To mniej więcej oddaje moje uczucia.
– Równie dobrze mogłabym rozmawiać z Sheeną. Sheena zajrzała jej w twarz i
zahukała.
– Nick, istoty ludzkie podobno potrafią się porozumiewać.
Poprowadził ją obrzeŜoną tulipanami ścieŜką do swego biura w wiatraku.
– Najpierw pozwól mi pokazać, co tu mam. Weszli do chłodnego, cichego
wnętrza. Nick podszedł do biurka.
– Zanim tu przyjechałem, wpadłem do twego mieszkania po szelki i smycz dla
Sheeny. Akurat pojawił się listonosz i dał mi pocztę do ciebie.
Wyciągnął w jej stronę kopertę.
Erica odpięła smycz i pozwoliła szympansicy swobodnie biegać, zanim sięgnęła
po kopertę i zobaczyła adres nadawcy: Klub Poszukiwaczy Przygód.
– Oooch – jęknęła. – To od nich.
– Tak, to od nich.
Nieprzytomnym wzrokiem wpatrywała się w Sheenę, która podeszła do lodówki i
wydała dźwięk oznaczający dobre jedzenie. Nick otworzył drzwi lodówki, a Sheena
natychmiast porwała dwa jabłka. Erica była świadoma tego, co się wokół niej dzieje,
ale równocześnie czuła się, jakby była daleko stąd.
Nick stanął obok i pomachał dłonią przed jej twarzą.
– Ziemia do Eriki. Jak mnie słyszysz?
– Co takiego? Ach, tak, tak, oczywiście. Zaczęła otwierać kopertę, ale zamarła w
pół gestu.
– No? – ponaglił ją. – Nie masz zamiaru otworzyć?
– A jeśli to odmowa? – Patrzyła tępo przed siebie. – Och, Nick, nie masz pojęcia,
ile razy przez to przechodziłam. Trzymałam kopertę, całym sercem mając nadzieję. A
potem w środku znajdowałam odmowę. Co prawda ubraną w miłe słówka, ale
odmowę.
Objął ją delikatnie, a Erica z wdzięcznością oparła się o jego pierś. W objęciach
Nicka znalazła pociechę, ale nie miało to wpływu na zawartość listu. List został
napisany, a listy nie zmieniają treści jak za dotknięciem róŜdŜki czarodziejskiej.
– JuŜ dobrze, Erico. – Gładził jej drŜące ramiona.
– Została mi jeszcze tylko jedna moŜliwość uzyskania stypendium. Więc jeśli to
jest odmowa...
– Nie dowiesz się, póki nie otworzysz listu.
– Masz rację. – Wyzwoliła się z jego objęć, rozerwała kopertę i wyciągnęła
pojedynczą kartkę papieru. Kolana ugięły się pod nią i opadła na krzesło, niezdolna
stawić czoło następnej poraŜce. Nie potrafiła skupić wzroku na słowach listu.
Widziała tylko akapity, linijki i nagłówek: „Droga pani Swanson”. Wyciągnęła kartkę
do Nicka.
– Czy moŜesz przeczytać to na głos? Nick wziął list do ręki.
– „Pani referat i slajdy były bardzo interesujące. Dlatego teŜ starannie
rozwaŜyliśmy pani propozycję”.
– To odmowa – jęknęła. Doskonale znała te formułki. Najpierw uprzejme słowa o
tym, jak niezwykle ciekawa jest jej propozycja, potem wyrazy Ŝalu. Odchyliła się na
krześle i zamknęła oczy. – No dobra, następnym razem będę miała więcej szczęścia. I
następnym. I następnym. Do diabła, Nick, jak długo to musi trwać? He milionów
podań muszę wysłać, zanim ktoś da mi szansę?
– „Klub Poszukiwaczy Przygód zadecydował ostatecznie o przyznaniu Pani
ś
rodków finansowych na wyjazd do Tanzanii i roczny tam pobyt w celu załoŜenia
placówki badawczej. Fundusze będą przekazane pierwszego września”. – Nick ukląkł
przy krześle Eriki. – Dadzą ci pieniądze, Erico.
– Och.
Czy dobrze go zrozumiała? NiemoŜliwe. Tak bardzo chciała usłyszeć te właśnie
słowa, Ŝe chyba sobie wszystko wymyśliła. W głowie jej huczało.
– Piszą tu jeszcze o ogromnej roli etologii i badań nad naczelnymi oraz
stosunków człowieka i małp, a takŜe nad zachowaniem naturalnego środowiska.
Chcą, Ŝebyś na miejscu zorientowała się w politycznych moŜliwościach objęcia lasów
tropikalnych strefą ogromnych parków narodowych.
– Och. Ujął jej dłoń.
– Ziściły się twoje marzenia.
– Jesteś pewien? – Wyrwała mu z ręki list i sama go przeczytała. Dadzą jej
pieniądze. Sfinansują wyjazd i badania. Uwierzyli w nią. Udało się!
– Erico, dobrze się czujesz? Jesteś blada.
– Udało mi się! – Wyskoczyła z krzesła jak rakieta i wydała triumfalny okrzyk.
Podskakiwała na miejscu, krzycząc z radości. – Udało mi się! To się dzieje naprawdę.
Jadę do Afryki.
Nick wstał, a Erica rzuciła mu się w ramiona, oplatając rękoma kark, a nogami
biodra i przywierając do niego jak szympans. Pocałowała go mocno i puściła,
pobiegła do Sheeny i uściskała ją.
– Zobaczę wszystkich twoich afrykańskich krewnych, Sheena. Będę z nimi
mieszkać przez cały rok!
Szympansica odsłoniła zęby w szerokim uśmiechu. Erica roześmiała się i wróciła
do Nicka.
– WyjeŜdŜam za trzy tygodnie! Och, a tyle jeszcze mam do zrobienia.
– Dasz sobie radę.
Przyglądał się, jak podskakuje, śmieje się i krzyczy. Podniecenie sprawiło, Ŝe
oczy jej błyszczały, a skóra jaśniała. Nie przestawała mówić o pakowaniu, zakupach.
Była taka piękna! MoŜe trochę zwariowana, ale piękna.
Uśmiechnął się. Najwyraźniej nie zastanawiała się, co się stanie z ich związkiem,
ale mógł jej to wybaczyć. Nieczęsto spełniają się marzenia.
– Bardzo się cieszę, Erico. Czy pójdziemy gdzieś dziś wieczór, Ŝeby to uczcić?
– Tak. Ty, ja i Michael. I mam ochotę na stek. Nie na małpią mieszankę, nie na
sałatkę owocową, ale wielki, soczysty stek.
– A jak jest z Ŝywnością w Tanzanii?
– Nie najgorzej w bardziej cywilizowanych rejonach. Ale ja pewnie będę sama
sobie gotowała.
– Zaraz, zaraz. Nie masz chyba zamiaru mieszkać kompletnie sama w pełnej
węŜów dŜungli w głębi Afryki?
– Czy nie słuchałeś mego referatu? Będę w kontakcie z innymi placówkami, ale
mam zamiar załoŜyć własny obóz w celu badania zwyczajów związanych z zalotami,
tworzeniem więzi i zakładaniem rodziny. Oczywiście w mojej propozycji
przewidziałam fundusze na... jednego asystenta i jednego pomocnika na pół etatu. –
Obróciła się, by spojrzeć mu w oczy. – Chyba się o mnie nie martwisz, co?
Przyjrzał się stojącej przed nim ciemnookiej kobiecie. Ze splecionymi na piersi
ramionami, na lekko rozstawionych nogach, wyglądała na zdolną do zmagań z całym
ś
wiatem. Ale czy naprawdę była w stanie to zrobić? Oczywiście, Ŝe się o nią martwił.
Bał się, Ŝe juŜ do niego nie wróci.
– Będę za tobą tęsknił.
– Och, Nick. Opuszczam cię.
– Na to wygląda – kiwnął głową.
– Nasz tymczasowy związek... – Coś się w niej załamało, jej szczęście zadrŜało w
posadach. To powinien być najcudowniejszy moment w jej Ŝyciu, cel, do którego
dąŜyła, był tuŜ, tuŜ... A jednak wspaniałą przyszłość przesłaniał głęboki smutek.
Nagle poczuła, Ŝe wcale nie chce jechać.
Oparła czoło o pierś Nicka i zaszlochała. Ale Ŝadne łzy nie były w stanie ukoić
głębokiej, przenikającej ją rozpaczy.
– Jak mogę cię zostawić, Nick?
– Wiedzieliśmy, Ŝe ta chwila nadejdzie. Jeśli nie dzisiaj, to jutro, pojutrze,
wkrótce.
– Pojedź ze mną. – Uniosła zalaną łzami twarz i spojrzała mu w oczy błagalnie. –
Mógłbyś być moim asystentem. I Michael. PrzeŜylibyśmy cudowną przygodę. Proszę,
Nick. Powiedz, Ŝe ze mną pojedziesz.
– Nie mogę.
– Oczywiście, Ŝe moŜesz. Przynajmniej na zimę. PrzecieŜ zamykasz wesołe
miasteczko na zimę, prawda?
– Tak. We wrześniu jesteśmy otwarci tylko w weekendy, a potem... ogród jest
zamknięty na sześć miesięcy.
– No widzisz – powiedziała z entuzjazmem, ocierając łzy. – Więc pojedziesz ze
mną. Och, Nick, będzie wspaniale. Nie mogę się juŜ doczekać...
– Nie, Erico – powiedział stanowczo.
– Ale to jest moŜliwe! To i owo trzeba będzie załatwić, ale moŜemy...
– To twoje marzenie, Erico. Nie moje.
Jego słowa zabrzmiały ostro, jak policzek. Erica odsunęła się. Czy ją odrzucał?
Naprawdę nie dbał, co się z nimi stanie?
WciąŜ wpatrzona w jego twarz, cofała się, potrząsając głową. To nie moŜe być.
To nie dzieje się naprawdę. Jej uczucia dla niego, uczucia tak bardzo przypominające
miłość, były zbyt silne. Nie mogą być jednostronne. Nick musi coś do niej czuć. Musi.
Nie mogła aŜ tak bardzo się pomylić.
MoŜe nie zrozumiała go dobrze.
– Nick?
– Nie chcę z tobą jechać, Erico.
Czy to poŜegnanie? Erica poczuła się nagle wyczerpana. Cale Ŝycie dąŜyła do tej
chwili. Od dzieciństwa, kiedy wczytywała się wielokrotnie w strony „National
Geographic”, po pierwszą wyprawę nad rzekę Gombe, planowała dla siebie Ŝycie
wypełnione nauką.
Podniosła szympansicę, zapięła jej smycz i wyszła z biura Nicka w ostre słońce.
Sama. Tylko Sheena dotrzymywała jej towarzystwa.
ROZDZIAŁ 10
Erica udawała, Ŝe nie słyszy natarczywego dzwonka telefonu, w końcu wyłączyła
aparat. Nakarmiła Sheenę i zaprowadziła ją do pokoju słuŜącego szympansicy za
sypialnię, gdzie zabawki były rozrzucone po całej podłodze, a z sufitu zwieszały się
dwa hamaki. Zazwyczaj Sheena wolała spać na podłodze, ale dziś wskoczyła do
hamaka i zwinęła się w kłębek, z nogami wyŜej głowy.
– Zdaje się, Ŝe dzisiejsze doświadczenia nie wpłynęły na ciebie negatywnie, co? –
stwierdziła Erica, sprawdzając siatkowe zabezpieczenia na oknach. Sheena nie
odpowiedziała, była zbyt zajęta przyglądaniem się swojej lewej stopie. – No to
dobranoc. Śpij dobrze.
Zgasiła światło i zamknęła drzwi. Teraz ruszyła do swojej sypialni i nie
zdejmując uniformu, rzuciła się na łóŜko. Wydawało jej się, Ŝe od rana minęła juŜ
cała wieczność. Tyle zmian w ciągu jednego dnia! Nie była juŜ tą samą kobietą, która
obudziła się o świcie. Budziła się bowiem z myślą o Nicku. No i oczywiście o
stypendium. Nie było ani jednego dnia, w którym nie rozwaŜałaby moŜliwości
wyjazdu do Afryki.
Teraz straciła Nicka, zyskała moŜliwość wyjazdu. Była równocześnie
rozradowana i przygnębiona.
Włączyła stojące przy łóŜku radio, nałoŜyła słuchawki i nastawiła muzykę. Rytm
rocka pulsował w jej mózgu.
– Och, Nick. – Wyłączyła radio.
Na półeczce na ścianie błyszczała kolekcja szklanych figurek. Jej triumfy i jej
klęski.
Miała szesnaście lat, gdy pierwszy raz się zakochała. Pół Ŝycia temu. Wtedy
właśnie zapoczątkowała swoją kolekcję, kupując malutką szklaną róŜę jako symbol
kwiatów, które dostała od swego chłopaka. Dotknęła figurek. Lew, niedźwiedź,
myszka i szympansy. Kilka małych ludzików: jeden z parasolem, jeden w sombrero,
jeden grający w tenisa. I symbole róŜnych wydarzeń: łódka, samolot, stokrotka i
studnia Ŝyczeń.
Wyglądało na to, Ŝe najwaŜniejsze wydarzenia jej Ŝycia wiązały się albo z karierą
zawodową, albo z poszukiwaniem miłości. Teraz jej kariera ruszyła ostro do przodu.
A miłość? Nie moŜe nawet nazwać tego miłością. Utrzymywała tymczasową
znajomość, która juŜ przekwita, umiera boleśnie, zresztą zgodnie ze swoją naturą.
– Nie będę juŜ więcej płakać – obiecała sobie. Chwyciła szlafrok i nocną koszulę
i poszła do łazienki odkręcić kurki nad wanną. Nieczęsto pozwalała sobie na taki
luksus. Jej napięty rozkład dnia i stały brak czasu zmuszał ją do szybkich pryszniców.
Dziś jednakŜe miała ochotę na kąpiel w wodzie tak gorącej, jak tylko uda jej się
znieść. Jeszcze nie zdąŜyła zdjąć z siebie ubrania, a juŜ lustro łazienkowe było
zaparowane. Erica wycisnęła trochę olejku jaśminowego do wody i zanurzyła się w
gorącej kąpieli.
Powoli przyzwyczajała się do wysokiej temperatury, pozwalając pachnącej
wodzie rozluźniać napięte mięśnie. Oparła głowę o krawędź wanny i wdychała
kwiatowy aromat. Gorąca para wnikała w pory skóry, działając uspokajająco. Matka
Eriki zawsze mówiła, Ŝe miła, gorąca kąpiel jest najlepsza na wszystkie problemy.
Usłyszała pukanie do drzwi łazienki.
– Erica?
– Nick? – Wstrzymała oddech. – Co ty tu robisz?
– Mam ci coś do powiedzenia. Mogę wejść?
– Nie, nie moŜesz. – Zsunęła się w wodę aŜ po brodę. – Idź sobie.
– Dobrze – powiedział i otworzył drzwi.
Szybkim ruchem Erica zaciągnęła zasłonkę prysznica wokół wanny. Była z
przezroczystego plastiku i nie zasłaniała niczego. To dziwne, ale poczuła
zaŜenowanie. Ten męŜczyzna poznał wszystkie tajemnice jej ciała, setki razy widział
ją nagą, ale teraz chciała skryć się przed jego wzrokiem. ZałoŜyła ręce na piersi i
wyjrzała nad brzegiem wanny.
– Idź stąd, Nick.
– Nic z tego.
– Nie chcę cię widzieć.
– Będziesz musiała się przed kimś wytłumaczyć. A lepiej przede mną niŜ moim
synem. – Jego głos nabrał ostrych tonów. – Pamiętasz Michaela? Tego, z którym
pracujesz w zoo? Obiecałaś porozmawiać z nim wieczorem.
Jęknęła w duchu. Dopiero co przyrzekała sobie zwracać większą uwagę na
uczucia Michaela, a juŜ nie dotrzymała obietnicy.
– Dobrze, jak tylko sobie stąd pójdziesz, zadzwonię do niego.
Przez przejrzysty plastik widziała, Ŝe Nick splata ramiona i opiera się o
umywalkę.
– Oznajmiłem mu, Ŝe dostałaś stypendium, i ten głupi smarkacz chce jechać z
tobą. Poinformowałem go oczywiście, Ŝe to nie wchodzi w rachubę.
– Nie moŜe? Czy ty nie chcesz?
– Oczywiście, Ŝe nie chcę. Ale poza tym chłopak ma dopiero szesnaście lat i
jeszcze cały rok szkoły średniej przed sobą.
– Z tym się zgadzam. Zwrócę Michaelowi uwagę, Ŝe najpierw powinien skończyć
szkołę.
– Wielkie dzięki. Przez chwilę myślałem, Ŝe oboje porzucicie mnie dla
szympansów.
– Jeśli to wszystko, co miałeś do powiedzenia, idź juŜ sobie. Nie ma sensu, Ŝebyś
tu zostawał.
– Dlaczego? Bo nie chcę jechać do Afryki jako twój tragarz? Ustalasz dość ostre
reguły, moja pani. Albo jest tak, jak ty chcesz, albo w ogóle nic.
– Oświadczyłeś, Ŝe nie chcesz ze mną być – ucięła ostro.
– Powiedziałem, Ŝe nie chcę jechać do Tanzanii. I tak jest. Włóczenie się po
dŜungli i przyglądanie się małpom to twój pomysł na Ŝycie. Nie mój.
– Tak? To dlaczego pojechałeś szukać Atlantydy?
– Nie miałem nic innego do roboty. – Odwrócił się tyłem do wanny i ujął klamkę,
ale nie wyszedł. – Prawdę mówiąc, uwaŜam tamtą wyprawę za wielką przygodę. Raz
w Ŝyciu męŜczyzna powinien poddać się jakimś nierealnym marzeniom.
– Dlaczego nie dwa razy?
– Bo raz wystarczy, by przekonać się, Ŝe nierealne pozostaje nierealne. A potem
trzeba iść dalej.
– To co innego – upierała się. – Na przykładzie ojca nauczyłam się, Ŝeby nie
gonić za niemoŜliwym. Moja wyprawa jest naukowa i czemuś ma słuŜyć. MoŜe
wyniknie z niej tylko przypis w podręczniku antropologii, ale dodam coś do sumy
ludzkiej wiedzy.
– Wiem, Erico. I cieszę się, naprawdę bardzo się cieszę, Ŝe chcesz to zrobić. Ale
to nie jest moje Ŝycie. – Odetchnął głęboko i odwrócił się do niej. – Znasz moje plany
tak samo, jak ja znam twoje. Marzę o spokojnym domu i wygodnym fotelu. Cichej
muzyce. Dobrej ksiąŜce. MoŜe ogniu na kominku. Pragnę móc zgromadzić wokół
siebie rodzinę, troszczyć się o nią, opiekować się nią.
– Najwyraźniej bardzo się róŜnimy.
– Ale to nie znaczy, Ŝe któreś z nas ma rację lub jej nie ma. Do twojego wyjazdu
pozostały trzy tygodnie. Chcę je spędzić z tobą.
– Po co? Oczekujesz stałego związku. A jak wiesz, ze mną nie jest on moŜliwy.
– Mogę poczekać.
– Nie – zaprotestowała bez przekonania. – Będziemy jedynie ranić się nawzajem.
– Obiecałaś mi. – Odsunął zasłonkę i ukląkł przy wannie. – Zgodziłaś się na
tymczasowy związek, co, według twego własnego określenia, oznacza, Ŝe będziesz
spędzać ze mną tyle czasu, ile moŜesz.
Spojrzała na niego ze złością. Jak on śmie powoływać się na reguły ich
tymczasowego związku, jakby były spisane, podpisane i zarejestrowane u notariusza!
– Bardzo jesteś siebie pewien, co?
– Nie, jestem pewien ciebie. To ty jesteś tą dziewczynką, która zwichnęła nogę,
zeskakując z dachu stodoły, by nie uchodzić za tchórza. I ty jesteś tą kobietą, która
złoŜyła mi pewną obietnicę.
Zostawił ją wściekłą w wannie i poszedł do duŜego pokoju. Umościł się w
zniszczonym fotelu, nie zapalając światła. Ciemność łagodziła dręczący go ból.
Usłyszał, jak otwiera drzwi i wychodzi z łazienki. Przeszła koło niego w
szlafroku. Przyglądał się, jak podnosi słuchawkę telefonu w kuchni i wybiera numer.
– Halo. Michael? Nastąpiła przerwa.
– Dzięki. I chcę ci powiedzieć, Ŝe wszystko jest w porządku. Wszystko to, co
istotne. Słuchaj, Michael, poniewaŜ niedługo będę wyjeŜdŜać, badania w zoo zostaną
przerwane, chyba Ŝe znajdę kogoś na moje miejsce. Mogłabym popytać na
uniwersytecie, ale ty masz juŜ dobry kontakt szympansami, więc wolałabym, Ŝebyś to
ty kontynuował badania. Co ty na to? Przerwała, słuchając, i Nick zobaczył, Ŝe się
uśmiecha.
– Tak, ty byłbyś szefem. Ale nie moŜe przeszkadzać ci to w nauce. Ta praca to
wielka odpowiedzialność.
Pokiwała głową do słuchawki.
– Dobrze. Porozmawiamy rano.
OdłoŜyła słuchawkę i zmarszczyła brwi. MoŜe powinna porozmawiać z Nickiem,
zanim zaproponowała Michaelowi zajęcie swego miejsca. Ale Michael świetnie sobie
radzi ze zwierzętami. Jeśli podejmie jej pracę, będzie znakomity.
– Co jest wielką odpowiedzialnością? – zapytał Nick.
AŜ podskoczyła.
– Jeszcze tu jesteś? Podsłuchiwałeś?
– MoŜna tak powiedzieć. Wolę myśleć, Ŝe pilnowałem swoich interesów.
Rozumiem, Ŝe poprosiłaś mego syna, by kontynuował twoje badania w zoo.
– Tak.
– Zapewne Ŝadne z was nie przejęłoby się, gdybym zaprotestował, ale macie moje
błogosławieństwo. Praca w zoo dobrze Michaelowi robi. Uczy go odpowiedzialności.
– Jest bardzo utalentowany – zauwaŜyła.
– Daj spokój, Erico. – Przeszedł przez pokój i stanął przy niej. – Jakiego talentu
potrzeba, by karmić i czyścić zwierzęta?
– Takiego samego jak do hodowli roślin.
– Czekaj, czekaj. Porównujesz bardzo delikatną czynność aplegrowania do
karmienia bawołu?
– Właśnie. Niektórzy wrzuciliby jedzenie do koryta i wynieśli się z zagrody. A
Michael zauwaŜa róŜne rzeczy. śe na przykład bawół poprzedniego dnia nie miał
apetytu. Albo Ŝe jego sierść jest matowa. Albo Ŝe utyka. I zajmuje się nim, więc
bawół jest zdrowy i szczęśliwy. Jak twoje rośliny.
– I to nazywasz talentem?
– No pewnie. Niektórzy ludzie rodzą się z miłością do zwierząt.
– A propos – zmienił temat, mówiąc ze swobodą, której wcale nie czuł – jutro
wieczorem odbywa się przyjęcie, na które zostałem zaproszony. Wydaje je agencja
reklamowa, zajmująca się reklamą równieŜ mojej firmy.
– A co to ma wspólnego ze zwierzętami?
– Przyjęcie ma na celu promocję nowych perfum pod nazwą „Safari”.
Erica roześmiała się ironicznie. Jej wspomnienia z safari nie kojarzyły się raczej z
zapachami, które ktoś chciałby rozpowszechniać.
– Tak naprawdę – kontynuował Nick – chciałem zabrać Amandę, bo mogłaby
wpaść na jakieś pomysły dotyczące Dnia Zoo, ale uparła się, Ŝebym poszedł z tobą.
Przyjadę po ciebie jutro o ósmej wieczór.
Jego zaproszenie było równocześnie wyzwaniem, a Erica jeszcze nigdy w Ŝyciu
nie cofnęła się przed próbą sił.
– W porządku. O ósmej.
– Dobrze. – Pochylił się, jakby chciał ją pocałować, ale zamiast tego uścisnął
mocno jej dłoń. – Cieszę się, Ŝe będziesz przestrzegać warunków naszego
porozumienia. – Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, skierował się do drzwi.
– Nick? Co mam na siebie włoŜyć? Nacisnął klamkę.
– Na zaproszeniu napisali „stroje jak w dŜungli”.
Erica miała kilka odpowiednich strojów. Najbardziej efektowny był masywny,
okrągły naszyjnik, uŜywany przez Masajów podczas uroczystości, ale wiedziała, Ŝe
powinno się go nosić na nagich piersiach. To wydawało jej się przesadą. Mogła się
równieŜ owinąć w sarong i załoŜyć turban. Miała teŜ cudowną, kolorową tunikę,
kupioną na targu w Nairobi. W końcu postawiła jednak na wygodę i wyciągnęła
szerokie szorty khaki i pasującą do tego koszulę. Stroju dopełniał wysłuŜony korkowy
kask.
Gdy odezwał się dzwonek, otworzyła drzwi i spojrzała wprost w oczy masce
pomalowanej w czarne, czerwone i białe pasy.
– Bula bulą!
– Bardzo ładne – pochwaliła. – Ale nieprawdziwe...
– Bwana jest bardzo mądra. Tę maskę zrobiono na Tajwanie.
– A „bulą bulą” krzyczy się na meczach futbolowych na Harvardzie, a nie w
Tanzanii.
– Naprawdę? No, to moŜe jestem członkiem plemienia Kibiców.
Roześmiała się. Jak dobrze było razem się śmiać. Ucieszyła się równieŜ, Ŝe ubrał
się bardzo swobodnie: niebieska, sprana dŜinsowa koszula, białe płócienne spodnie i
sandały.
Wsiedli do mercedesa i ruszyli. Erica usiłowała omijać temat wyjazdu, ale było to
niemoŜliwe, szczególnie Ŝe Nick zadawał pytania.
– Powiedziałaś Amandzie? Co ona o tym sądzi?
– Cieszy się razem ze mną, ale jest jej przykro, Ŝe opuszczam zoo. Mnie teŜ jest
przykro. Wiele się tu nauczyłam, zajmując się zwierzętami i obserwując Amandę. To
niezwykła kobieta. Udzieliła mi wielkiej lekcji determinacji w dąŜeniu do celu oraz
współczucia.
– Zupełnie jakby lekcja determinacji była ci potrzebna! – zaśmiał się. – To jakby
uczyć jastrzębia latać.
– Chcesz powiedzieć, Ŝe jestem uparta?
– A czy ktoś kiedyś uwaŜał inaczej? Nie musiała się nawet zastanawiać.
– Nie. Od maleńkości moja mama wypominała mi mój upór. Erico, mówiła,
musisz nauczyć się kompromisu. Nigdy nie znajdziesz męŜa, jeśli tak dalej...
– zamilkła.
Przepowiednie jej matki sprawdzały się coraz częściej. Nigdy nie znajdzie sobie
partnera.
– Myliła się – zauwaŜył Nick. – Byłaś juŜ męŜatką.
– Owszem. – Ale nie była Ŝoną właściwego człowieka.
Zaparkowali w pobliŜu hotelu i dołączyli do kolorowego tłumu, zmierzającego na
przyjęcie w stylu safari.
Erica od razu zauwaŜyła, Ŝe była najmniej atrakcyjnie ubraną kobietą. Nawet te
panie, które wybrały khaki, ozdobiły strój kolorowymi szalami lub biŜuterią. Ale
przede wszystkim zauwaŜało się obfitość sarongów i przedziwnych przybrań głowy z
piórami, cekinami i długimi sznurami paciorków.
– To wygląda bardzo formalnie – szepnęła do Nicka.
– To taki typ ludzi. Imprezowicze. Niektóre z tych dam przebierają się nawet, by
wyskoczyć do sklepu.
– Zdjął jej kask i pocałował w czubek głowy. – Wyglądasz wspaniale.
CzyŜby? Erica miała wątpliwości. Albo odgrywał rolę uprzejmego towarzysza,
albo prawdziwa miłość jest ślepa. Nie miłość, skarciła się w duchu. To słowo nie
figurowało w ich słowniku. Lubienie. Prawdziwe lubienie jest ślepe?
Natychmiast zrozumiała, Ŝe znajduje się w niewłaściwym miejscu. Salę
wypełniali nie tylko poprzebierani ludzie i obfitość roślin tropikalnych. Były tam
równieŜ zwierzęta, zwierzęta w klatkach, nerwowo kręcące się za kratami.
Skowycząca hiena. Chuda cętkowana pantera. Gruba czarna pantera. I dwa czarne
gibbony o smutnych, bladych twarzach.
Na podwyŜszeniu w końcu sali zespół grał muzykę zdecydowanie bardziej
karaibską niŜ afrykańską. To typowe, pomyślała Erica. Nic na tym przyjęciu nie było
autentyczne.... Wszystko było obrzydliwe i udawane.
Nick pochylił się ku niej.
– Bardzo mi przykro, Erico. Nie miałem pojęcia, Ŝe tak to będzie wyglądać.
Przywitam się z kilkoma osobami i szybko wyjdziemy.
– To są gibbony. – Erica wypowiedziała głośno swoje myśli. – Są małpami
człekokształtnymi, jak szympansy, ale są monogamiczne i Ŝyją bardziej na drzewach.
– Monogamiczne?
– Tak, wiąŜą się na całe Ŝycie, a ich grupy rodzinne nie róŜnią się zbytnio od
ludzkich rodzin.
Erica przełknęła ślinę. Jej pierwszym odruchem było uwolnić zwierzęta,
przygarnąć do siebie i zabrać do zoo, gdzie byłyby przynajmniej przyzwoicie
traktowane. Ale nie miała do tego prawa. Te pantery i małpy, a nawet smętnie
wyglądająca hiena muszą naleŜeć do kogoś, kto wynajmuje je na przyjęcia, do
jakiegoś kretyna, którego powinna postraszyć.
– Kto jest szefem tej imprezy?
– Agencję reklamową prowadzi Miles Patterson. To ten łysy facet koło estrady.
Widzisz go? Ma na sobie lamparcią skórę.
Zanim Erica ruszyła w kierunku Milesa, podeszła do nich wysoka, szczupła
blondynka i przykleiła się do Nicka.
– Nicky! Och, wieki cię nie widziałam. Wyglądasz super. Chodźmy zatańczyć.
– Miło cię widzieć. Ale naprawdę nie chcę.
– AleŜ chcesz. Wspaniale tańczysz....
Spojrzał na Erice, a blondynka odsunęła się lekko.
– Nie masz nic przeciwko temu? – spytała.
– Oczywiście, Ŝe nie. Zresztą sądzę, Ŝe Nick nie chciałby usłyszeć tego, co mam
do powiedzenia Milesowi Pattersonowi.
– No proszę, jaka niezaleŜna z ciebie osóbka! – Blondynka pociągnęła Nicka na
parkiet. – No chodź, Nicky.
NiezaleŜna? Erica pokiwała głową. Była niezaleŜna. Jechała do Tanzanii całkiem
sama. Czy to nie wspaniale? Gdyby była nieśmiałą, wiszącą na ramieniu damulką,
Nick nie tańczyłby teraz z tą kobietą. I nie wyglądałby, jakby mu to sprawiało
przyjemność.
Nie zdąŜyła jeszcze odwrócić wzroku, gdy do tańczącej pary podeszła inna
kobieta i odsunęła blondynkę. Najwyraźniej Nick był znany wśród wytwornych dam
w Denver. W Nowym Jorku zapewne teŜ. Był przecieŜ maklerem, człowiekiem
wpływowym, zamoŜnym i atrakcyjnym.
Ruszyła w stronę Milesa Pattersona. Po drodze natknęła się na trzy śliczne
modelki, rozpylające w powietrzu perfumy „Safari”.
Zdecydowanie zaatakowała.
– Proszę pana, nazywam się Erica Swanson. Jestem biologiem i pracuję w
Ogrodzie Zoologicznym. Protestuję przeciwko sposobowi, w jaki traktowane są te
zwierzęta.
Przerwał jej ruchem ręki.
– Jak najbardziej. Wezmę to pod uwagę.
– Ostrzegam pana, Ŝe mam zamiar skorzystać z telefonu, by zawiadomić
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami oraz prokuratora okręgowego. Nie sądzę, by
oskarŜenie o okrucieństwo wobec zwierząt było dobrą reklamą dla pańskich perfum.
– Co takiego?!
– Zna pan chyba ustawę o opiece nad zwierzętami, przyjętą przez Kongres w
tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, której przestrzeganie kontroluje
prokuratura?
– AleŜ... nie miałem pojęcia...
– Ale teraz pan ma. Te zwierzęta naleŜy natychmiast stąd usunąć.
– Tak, proszę pani. Zaraz się tym zajmę. – RozłoŜył ręce i spojrzał po
otaczających ich ludziach. – Nie miałem pojęcia!
– Ma pan piętnaście minut. – Spojrzała na zegarek. – Potem zacznę dzwonić.
Miles Patterson kiwnął na kilka osób i Erica odsunęła się nieco od rozjątrzonego
szefa agencji. Choć czuła pewną satysfakcję, było to niewielkie zwycięstwo. Nigdy
nie przestawała zdumiewać ludzka głupota – bardziej niŜ ludzka podłość.
Na parkiecie Nick tańczył juŜ z trzecią partnerką. Uśmiechał się i najwyraźniej
dobrze bawił. Erica z całej siły próbowała zwalczyć zazdrość. Nie miała Ŝadnych
praw. Nick był kawalerem do wzięcia i najwyraźniej doskonale się czuł w tym
rozbawionym tłumie. Ona nie. Chciała wyjść, uciec do domu i schować głowę pod
poduszką.
Musi jednak zaczekać, aŜ zwierzęta zostaną wyniesione. Przynajmniej tyle moŜe
dla nich zrobić. Miała jeszcze dziesięć minut do chwili, gdy, zgodnie z obietnicą,
zacznie telefonować. Niestety, większość jej gróźb była blefem. Choć istniała ustawa
o opiece nad zwierzętami, przyjęta przez obie izby Kongresu, przepisów
wykonawczych nie wydano, a interwencje prokuratury były niezwykle rzadkie.
– Idziemy? – Nick podszedł do niej.
– Myślałam, Ŝe musisz porozmawiać ze swoim doradcą finansowym.
– Właśnie to zrobiłem. Ta ruda w złotej lamie jest moim doradcą.
– Rozumiem. – Oczywiście, jego konsultanci muszą być atrakcyjni. Nick zawsze
będzie się podoba i pięknym kobietom. A ona będzie w Tanzanii.
– Wspomniałem jej o zwierzętach. Obiecała porozmawiać z Milesem.
– JuŜ to zrobiłam.
Właśnie usuwano klatki, przenosząc je w stronę tylnego wyjścia.
MęŜczyzna w khaki, o nalanej, czerwonej twarzy, gwałtownie torował sobie
drogę ku Erice.
– To pani rozmawiała z Pattersonem? Przytaknęła.
– Ma pani tupet, panienko! To moje zwierzęta. Nie są źle traktowane.
– Naprawdę? Zapewne koty przed imprezą nie dostały środków uspokajających?
Ich pazury nie zostały przycięte, a zęby spiłowane? – W oczach męŜczyzny mignęło
poczucie winy, wiec wiedziała, Ŝe ma rację. – I zapewne głośna muzyka, ciasne klatki
i zapach tych cholernych perfum im nie przeszkadza?
– NaleŜą do mnie. Mogę z nimi zrobić, co mi się podoba.
– Absolutnie nie. Nie nadaje się pan do opieki nad zwierzętami.
– Lepiej nie próbuj robić mi kłopotów, panienko.
– Ma pan to jak w banku.
Zacisnął dłonie i pochylił się w jej stronę. Nick wsunął się między nich.
– Ta pani ma rację.
– Kim pan jest? – warknął męŜczyzna.
– Kimś, kto połoŜy kres pana interesom.
– Poradzę sobie – powiedziała Erica do Nicka.
– Pozwól – poprosił. – Mam pomysł, jak sprawę rozwiązać.
– To moja wojna. – Zachowywała się nierozsądnie, ale nie potrafiła się
powstrzymać. – Masz swoje sprawy, Nick. Wszystkie te kobiety, które pragną twojej
uwagi.
– Co takiego?
– Wracaj do swego haremu – rzuciła ostro. – Ja się zajmę tą szumowiną.
– Spróbuj tylko – pienił się męŜczyzna, purpurowy ze złości. – Mogę zabrać stąd
te zwierzaki i zastrzelić je, jak mi przyjdzie taka ochota. NaleŜą do mnie. Mam do
nich prawo.
– Nie zrobisz tego. – Nick mówił groźnym tonem. – Nic ci z tego nie przyjdzie.
– Nick... Odwrócił się do niej.
– Załatwię to, Erico.
– Świetnie. – Odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z sali.
Klatki zabrano. Jutro porozumie się ze wszystkimi organizacjami powołanymi do
opieki nad zwierzętami, ale dziś nic więcej nie mogła zdziałać.
Na ulicy zaczerpnęła powietrza w płuca – i zakaszlała. Zapach perfum „Safari”
przesiąknął jej ubranie. Potrzebowała kąpieli – jeszcze jednej gorącej kąpieli w
wannie, by się odświeŜyć i zmyć z siebie napięcie.
Ale najpierw musiała dostać się do domu. Sama.
ROZDZIAŁ 11
Zazwyczaj ruchliwy pasaŜ Sixteenth Street w piątkowy wieczór stawał się
miejscem spacerów, szczególnie w taką piękną, letnią pogodę. Lekka bryza i miękkie
ś
wiatło lamp nie były jednak w stanie wpłynąć uspokajająco na Erice, która wypadła z
przyjęcia, powtarzając sobie w myśli listę zarzutów, jakie chętnie postawiłaby
Nickowi. Nie tylko beztrosko tańczył z tymi wszystkimi kobietami, ale jeszcze w
typowo męski sposób zepchnął ją na drugi plan w kłótni z tym obrzydliwym facetem
od zwierząt. Jego wczorajsze zachowanie równieŜ pozostawiało wiele do Ŝyczenia.
Energicznie machając rękoma, minęła idącą pod ramię parę. Odwróciła wzrok.
Nie miała ochoty oglądać szczęścia innych.
Dlaczego nie potrafi być taka jak ci ludzie? Albo jak te kobiety, z którymi Nick
tańczył? One przynajmniej miały na tyle oleju w głowie, by czarować i dawać się
czarować. Emanowała z nich kobiecość, bez Ŝadnego wysiłku z ich strony. A Erica,
zamiast się bawić, ruszyła do ataku na właściciela zwierząt – śmieszna figurka w
ś
miesznym kasku na głowie.
Dlaczego jest taka uparta? Jej matka miała ragę. Nie znajdzie towarzysza Ŝycia,
jeśli nie nauczy się panować nad swoją zawziętą naturą. A to nigdy się nie zdarzy.
Erica wyszła z pasaŜu i znalazła przystanek autobusowy. Usiadła na ławce,
zaczęła głęboko oddychać i wyprostowała ramiona, by ulŜyć nieco napiętym
mięśniom.
Ulicą przejechała konna doroŜka. ZauwaŜyła z przyjemnością, Ŝe koń był zadbany
i zdrowy. Z mniejszą przyjemnością zatrzymała wzrok na wpatrzonej w siebie parze,
siedzącej pod budą.
Zgarbiła się. Wyglądało na to, Ŝe wszyscy na świecie Ŝyli w parach. Tylko ona
była sama.
Rzuciła okiem w głąb ulicy, czy nie widać autobusu, ale dostrzegła tylko
stojącego na światłach mercedesa Nicka. Wspaniale. Wyprostowała się i usiłowała
sprawiać wraŜenie, Ŝe siedzenie na przystankach autobusowych w centrum Denver, w
szortach i korkowym kasku, jest jej codziennym zajęciem.
Nick zatrzymał samochód przy krawęŜniku, pochylił się i otworzył drzwi.
– Wszędzie cię szukałem. Chodź, Erico. Wskakuj.
– Nie przejmuj się mną. Pojadę autobusem. MoŜesz spokojnie wracać na swoje
przyjęcie.
– To nie jest moje przyjęcie. Gdybym wiedział, co to za impreza, nigdy bym nie
przyszedł.
– Wydawało mi się, Ŝe się świetnie bawisz – zauwaŜyła sucho. – W kaŜdym razie
kobiety bawiły się znakomicie w twoim towarzystwie.
– Wsiądź, Erico.
– Nie. Pojadę autobusem.
Zatrzasnął drzwiczki, ruszył i zniknął za rogiem. O tej porze łatwo było znaleźć
miejsce do parkowania. Zamknął samochód i pospiesznie wrócił na przystanek. Erica
wyglądała tak biednie i samotnie.
– MoŜe chciałabyś wiedzieć, co zrobiłem z tym facetem.
– AleŜ skąd. Silny męŜczyzna oznajmił, Ŝe się tym zajmie, więc kimŜe jestem ja,
słaba kobieta, by wątpić w twoją rację?
– Kupiłem te zwierzęta. Wszystkie, które były na imprezie, plus dwa koniki pony.
Mam zamiar podarować je zoo.
– Co takiego? – Erica zaniemówiła.
– Zanim zrobisz awanturę, wysłuchaj mnie. W zoo jest przyzwoite miejsce dla
gibbonów – tam, gdzie mieszkały szympansy, zanim powstała wyspa naczelnych. Za
pawilonem gadów znajdzie się miejsce na zagrodę dla hieny. Z konikami nie będzie
kłopotu.
Skinęła głową.
– Z panterami moŜe być trudniej – powiedział. – Ale mam zamiar podarować
dość pieniędzy, by starczyło na zbudowanie dla nich pomieszczenia.
– Kupiłeś te zwierzęta?!
– Nie mogłem patrzeć, jak się męczą. Prawdopodobnie zapłaciłem za duŜo, ale to
chyba da się odpisać od podatków.
Skoczyła na równe nogi i uściskała go.
– Znowu to robisz! Akurat wtedy, gdy myślę, Ŝe jesteś skończonym łajdakiem i
nigdy więcej na ciebie nie spojrzę, okazuje się, Ŝe jesteś dobrym człowiekiem. Tak się
cieszę.
– Ja teŜ. – Odwzajemnił jej uścisk. – A zatem, czy wybaczysz mi, Ŝe zaciągnąłem
cię na to głupie przyjęcie?
Z westchnieniem usiadła ponownie na ławce.
– To nie twoja wina.
– Dobrze. – Wyciągnął do niej rękę. – Chodźmy gdzieś na kolację.
Pragnęła z nim pójść i zapomnieć o konsekwencjach, ale zmusiła się, by
odmówić. Autobus juŜ nadjeŜdŜał, więc wstała.
– Nie jestem głodna – oznajmiła. – Lepiej pojadę do domu autobusem i porządnie
się wyśpię.
Opuścił dłoń.
– To dlatego, Ŝe tańczyłem z innymi kobietami? Oczywiście, pomyślała.
– AleŜ skąd!
– Jesteś zazdrosna – uśmiechnął się szeroko.
– Nie jestem. Nie mam do ciebie Ŝadnych praw. MoŜesz tańczyć, z kim tylko
zechcesz.
Wyjęła z kieszeni drobne i wsiadła do autobusu. Nick wsiadł tuŜ za nią.
W autobusie jadącym do północnej części miasta było tylko czworo pasaŜerów.
Autobus ruszył, szarpiąc, Erica potknęła się w przejściu i opadła na ławkę. Nick
usiadł obok.
– Jesteś zazdrosna. Patrzyła wprost przed siebie.
– Przyznaj się, Erico.
– No dobrze. Odczuwam zawiść w obecności pięknych, wytwornie ubranych
kobiet. To chyba normalne?
Autobus zatrzymał się na światłach.
– Nie o to mi chodziło – przekomarzał się z nią.
– Jesteś zazdrosna o mnie!
– Daj spokój, Nick. Jesteś taki próŜny!
– Ale tak jest, moŜe nie?
Odchylił się na oparcie z zadowolonym wyrazem twarzy, który dotknął Erice do
Ŝ
ywego.
– Ciekaw jestem, czy zaborczość charakteryzuje wszystkie ssaki naczelne.
Jęknęła, świadoma, Ŝe ich rozmowa przyciąga uwagę kobiety siedzącej przed
nimi. I nastoletniego chłopca po drugiej stronie przejścia.
– Powiedziałaś, Ŝe gibbony są monogamiczne. A szympansy? A ludzie?
– Przestań – syknęła.
– Wiesz, szkoda, Ŝe nie zatańczyliśmy ze sobą.
– Autobus znów się zatrzymał. – Muzyka była głośna, tak jak lubisz.
– Ale to nie był mój rodzaj muzyki.
– No tak, ty zawsze maszerujesz nie w nogę, prawda? Musisz być wściekła, Ŝe
odczuwasz zazdrość. To takie zwyczajne.
– Dobra – rzuciła nieprzyjaznym tonem, gdy autobus znowu szarpnął. – Nie
podobało mi się oglądanie cię w ramionach innych kobiet, gdy się do nich śmiejesz i
dobrze bawisz. Chciałam wejść na parkiet i powiedzieć: Spływaj, on jest mój. Ale nie
mogłam tego zrobić. Nie naleŜysz do mnie, Nick. WyjeŜdŜam. Nie mam prawa
kochać cię tak, jak cię kocham. – Szybkim ruchem zakryła usta i rzuciła mu
przestraszone spojrzenie. – Nie mówiłam tego powaŜnie.
– Cieszę się, Ŝe to powiedziałaś.
ZłoŜyła razem dłonie i wyprostowała się dumnie.
– Proszę, zapomnij o tej uwadze. To był błąd.
– Erico – zawołał Nick, przekrzykując szum motoru – ty mnie kochasz. Bardzo
się cieszę.
– Uspokój się, Nick. Nie rób sceny.
– Jestem taki szczęśliwy. – Stanął teraz w przejściu. Autobus szarpnął i Nick
wylądował na kolanach. Jedną ręką ujął dłoń Eriki, drugą połoŜył na sercu. – Erico
Swanson, ja teŜ cię kocham. Całym sercem. Kocham cię.
PasaŜerowie zaczęli klaskać.
– Tylko tak dalej, stary – zachęcał Nicka nastolatek.
– Dzięki. Naprawdę ją kocham – tłumaczył Nick. Erica spojrzała mu w oczy i
zarumieniła się. Czuła zbierające się pod powiekami łzy, ale zamrugała szybko, by je
rozpędzić.
– Mój kochany kretynie.
Kobieta siedząca z przodu ponagliła Erice:
– No dalej, powiedz mu, Ŝe teŜ go kochasz.
– Kocham – przyznała Erica. – Kocham cię, Nick.
Nick dramatycznym gestem szarpnął linkę, dając znak kierowcy, Ŝe chcą wysiąść.
– Gdzie my jesteśmy? – spytała Erica, gdy autobus odjechał.
– Zaledwie kilka przecznic od punktu wyjścia – powiedział. – Dlaczego czuję się,
jakbym był na innej planecie? W innym mieście?...
– Bo wszystko wydaje się nowe. – Uśmiechnęła się. W ciepłym świetle latarni
wziął Erice w ramiona i pocałował. Język ciał dopowiedział to, czego nie mogły
wyrazić słowa.
– MoŜe spróbuję znaleźć taksówkę? – spytał.
– To niedaleko. Wróćmy do pasaŜu i pospacerujmy.
Trzymając się za ręce, spacerowali wolno po pasaŜu Sixteenth Street. Erica miała
ochotę pomachać ludziom w kawiarni. Niemal pobiegła, by pocałować konia,
ciągnącego staroświecką doroŜkę. Kochankowie, pomyślała. Ona i Nick są zakochani
– wariacko, niepraktycznie, po uszy zakochani.
Przynajmniej raz ich rozmowa toczyła się bez kłótni.
– Jaka piękna noc – powiedział. – KsięŜyc rośnie, co noc jest pełniejszy.
– Obserwujesz fazy księŜyca?
– Oczywiście. Wiem, Ŝe to brzmi głupio, ale księŜyc wpływa na mój ogród.
Niektóre fazy są dobre na sadzenie, inne na zbiory. Jak juŜ zrobiłem wszystko, co
trzeba z naukowego punktu widzenia, zdaję się na magiczne światło księŜyca.
– Moje siostry opowiadały mi historie o księŜycu – wspomniała. – Gdy zanika,
naleŜy pozbywać się rzeczy. Na przykład zacząć dietę. A gdy rośnie, spełniają się
Ŝ
yczenia.
– Czy chciałaś być zakochana?
– Bardzo. – Uśmiechnęła się do niego i uścisnęła mu dłoń. – Z wzajemnością.
– To tak cudownie proste uczucie. Dlaczego tak wszystko skomplikowaliśmy?
– Bo jesteśmy zbyt cwani.
Szli dalej w przyjaznym milczeniu, a rosnący księŜyc rzucał na nich dobrotliwe
ś
wiatło.
W głowie Nicka kiełkowało jednak ziarenko wątpliwości. Wyznali sobie miłość,
ale co dalej? I tak za parę tygodni Erica pojedzie do Afryki. Nie będzie jej przez rok.
Ostatecznie, rok to nie wieczność. Z kalendarzowego punktu widzenia. Cztery
pory roku. Dwanaście miesięcy. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Rok minie, i będą
znowu razem na wiele, wiele lat.
Pod względem emocjonalnym natomiast rok wydawał się nie mieć końca.
Szczególnie w zimie, gdy wesołe miasteczko jest zamknięte. Tej zimy Nick miał
zamiar spróbować upraw hydroponicznych, moŜe nawet zbuduje jeszcze jedną
cieplarnię. Znajdzie sobie coś do roboty na czas jej nieobecności. Jest duŜym
chłopcem. Nie będzie się nudzić.
Erica zastanawiała się natomiast, czy nie skrócić wyprawy do Tanzanii. W
kaŜdym razie moŜe zaplanować wypady do Denver. Musi przecieŜ doglądać swego
programu badawczego w zoo. Zapewne będzie musiała przyjechać ze dwa, trzy razy,
choć jest to niezwykle kosztowne. Wykorzysta na to własne pieniądze.
Gdy doszli do samochodu, spojrzeli sobie w oczy.
– Będę przyjeŜdŜać w odwiedziny – obiecała Erica.
– Pojadę na wakacje do Afryki – przyrzekł Nick. Roześmieli się.
– Jakoś to będzie – zapewnił ją.
– Będzie musiało. Ostatecznie jesteśmy zakochani. – Wspięła się na palce i lekko
go pocałowała. – Miło było tak spacerować. Romantycznie. Nie jestem miejską
dziewczyną i chyba nigdy tego dotychczas nie robiłam.
– Było romantycznie. Ale masz rację, nie jesteś miejską dziewczyną.
– No to chodźmy, Nick, znajdźmy trochę niemiejskiego, prawdziwego księŜyca.
Pojechali w kierunku zoo. Gdy zaparkowali przed bramą i wysiedli z samochodu,
wskazała na niebo.
– To dopiero jest prawdziwy księŜyc.
Na czarnym aksamicie nieba księŜyc wydawał się ogromny. Nad ich głowami
migotały tysiące gwiazd. Po wschodniej stronie widać było złotą łunę świateł Denver.
– To inny świat – powiedział Nick. – Twój świat.
– Byłam tu szczęśliwa.
Wzięła go za rękę i poprowadziła w górę, w kierunku biura. ZbliŜali się do
werandy, gdy ze środka rozległo się głośne szczekanie, zapłonęły światła, a
przestraszony głos zapytał:
– Kto tam?
– Wszystko w porządku, Tim – zawołała Erica.
– To tylko ja.
Przysadzisty męŜczyzna z brodą i szopą blond włosów trzymał na smyczy duŜego
niemieckiego owczarka.
– Aleś mnie przestraszyła, Erico. A kto jest z tobą?
– Tylko Nick.
– O, cześć, Nick. – Tim powitał go entuzjastycznie.
– Nie mogę się juŜ doczekać Dnia Zoo. Przebiorę się za wiewiórkę.
– W tych kostiumach moŜe być bardzo gorąco – ostrzegł Nick.
– A co tam, wszystko mi jedno. Ile razy w Ŝyciu uda mi się być wiewiórką?
– Idziemy tylko się przejść, Tim. Dobrze się spisujesz jako straŜnik.
– Dzięki. No to cześć. Wezmę psa do środka.
– To rozsądne mieć tu kogoś pilnującego w nocy – pochwalił Nick.
– Tak, zapewne – przytaknęła Erica. – Tim potrzebował pracy, a zgadza się
pracować za tę niewielką sumę, jaką Amanda moŜe mu płacić.
Erica sprowadziła Nicka ze ścieŜki i usiadła koło spiętrzonych skał, obejmując
kolana i patrząc w stronę leŜącego niŜej miasta. Nick usiadł obok i objął ją
ramionami.
– Jak tu spokojnie, gdy wszystkie zwierzęta śpią. Z wyspy ssaków naczelnych
dobiegło ich głośne pohukiwanie.
– Prawie wszystkie – poprawił się. – I te światła Denver!
– Piękne – zgodziła się. – Z tej odległości trudno uwierzyć, Ŝe mieszkają tam
ludzie.
– Raczej wygląda, jakby odbijały się gwiazdy. Nie widać problemów ani
cierpienia. Tu, na górze, wiatr w gałęziach sosen zagłusza wszelkie inne dźwięki. Nie
słychać ani śmiechu, ani płaczu.
Przytuliła się do niego.
– To dla ciebie waŜne, prawda? śe dzieci płaczą. Czy Ŝe zwierzęta cierpią.
– Szczególnie dzieci – powiedział. – Kiedy mieszkałem w Nowym Jorku, nigdy o
tym specjalnie nie myślałem. Ale w wesołym miasteczku mam cały czas do czynienia
z dziećmi. MoŜe teraz jestem na tyle dojrzały, by dostrzegać ich wyjątkowość.
– Czy chcesz mieć więcej dzieci, Nick?
– Tak. – Nie wahał się ani chwili. Najwyraźniej sporo o tym myślał. – Najpierw
chcę stworzyć Michaelowi prawdziwy dom. A potem chcę mieć inne dzieci.
Niekoniecznie z mojej krwi. Mogą być adoptowane. Być właścicielem wesołego
miasteczka i nie mieć dzieci, które mogłyby się z tego cieszyć – to trochę głupio. –
Odsunął jej włosy z twarzy i spojrzał w oczy. – A ty, Erico?
– Nie myślałam o tym. MoŜe dlatego nie spieszyło mi się, Ŝe pochodzę z tak
wielkiej rodziny. Poza tym sprawy zawodowe zajmowały mi tyle czasu, Ŝe nie było w
moim Ŝyciu miejsca na dzieci. RównieŜ na miłość.
– Czy chciałabyś mieć ze mną dziecko?
Nosić w sobie jego dziecko? Erica poczuła się nagle częścią przyrody, częścią
naturalnego porządku rzeczy, a jej dłoń odruchowo dotknęła płaskiego brzucha.
Dziecko. Cud.
– Tak, Nick. Chciałabym.
Zsunęli się ze skał na miękką trawę wśród sosen. Nick ściągnął koszulę i rozłoŜył
ją na trawie dla Eriki. Uklękła, niezdolna oderwać od niego wzroku. Wyciągnęła
ramiona, a gdy podszedł, objęła w pasie i przytuliła twarz do jego bioder.
Nick klęknął powoli, ujął jej twarz i wpatrywał się w nią z natęŜeniem, jakby
próbując zapamiętać. W jego pocałunku była jakaś nowa czułość, jakby cześć.
– Kocham cię – powiedział.
– A ja kocham ciebie, Nick.
Rozebrali się szybko i Nick zbudował rodzaj gniazda z ubrań.
– Wszystko będzie okropnie pogniecione – zauwaŜyła. – Jak nie pościelone
łóŜko.
– Och, Erico, nie rób Ŝadnych praktycznych uwag. – UłoŜył ją wygodnie. – I nie
ruszaj się. Chcę cię tak zapamiętać. Jak pięknie wyglądasz w świetle księŜyca.
Uwielbiała, gdy mówił takie rzeczy. Szczęście przenikało ją całą, gdy słyszała
czułe, pełne miłości słowa. Wyciągnęła znów ramiona i Nick połoŜył się przy niej.
– Nie jest ci zimno? – zapytał.
– Nie wtedy, gdy mnie dotykasz.
– Więc powinienem cię dotykać dokładniej.
Pod baldachimem gwiazd przygotowywali się, by uczcić swoją miłość. Jego
pocałunki były delikatne, lecz pobudzające, a w pieszczotach było coś nowego.
Czy to miłość? Przesunęła dłońmi po jego nagich ramionach. NaleŜeli do siebie i
to było najwaŜniejsze. Kochali się i czerpali radość i siłę z tej miłości. Erica nie czuła
się skrępowana. Przyciągnęła Nicka do siebie i niemal rozpłynęła z rozkoszy, gdy ich
ciała spotkały się i złączyły, by razem wznieść się ku gwiazdom.
Po długiej, długiej chwili Erica oparła się na łokciu i spojrzała na Nicka. Tak
bardzo go kochała. Nie potrzebowała schronienia na noc, wystarczyła jej jego
obecność. Leciutko podrapała skórę na jego piersi pod włosami.
– Iskasz mnie?
– Masz takie piękne futerko. Nie mogę się powstrzymać.
– Za długo zadawałaś się z szympansami, moja pani. Zaczynasz przejmować ich
zwyczaje.
– Nie wszystkie. W niektórych sprawach bardziej przypominam gibbony. Jestem
monogamiczna. Choć szympansy czasami mają interesujący rytuał zalotów.
Nick jęknął.
– I pewnie zaraz mi o nim opowiesz.
– Jasne. – Delikatnie pociągnęła go za włosy na piersi. – Czasami, gdy samica jest
w okresie płodnym, odchodzi z grupy z jednym samcem. Na dwa lub trzy miesiące.
Gdy wracają, samica zazwyczaj jest w ciąŜy.
– To by mi się podobało. Wspólny wyjazd na miesiąc czy dwa.
– Mam nadzieję, Ŝe nie całkiem chciałbyś jednak naśladować szympansy. Bo
kiedy para wraca do grupy, nie są dla siebie szczególnie mili. A jak widzieliśmy na
przykładzie Lenny’ego i Javy, ojciec nie nawiązuje więzi z potomstwem, chyba Ŝe nie
ma matki. Struktura rodziny jest matriarchalna.
– Fascynujące. – Nick przeciągał słowa. – MoŜe sami spróbujemy nieco zalotów
albo tworzenia więzi?
– Nick, nie zmieniłeś decyzji? MoŜe pojedziesz do Afryki choć na parę
pierwszych miesięcy?
– Nic z tego. Przyjadę w odwiedziny. Wolę zostać w domu i pilnować domowego
ogniska.
PołoŜyła się na powrót w ich gniazdku na miękkiej trawie. Coś tu było nie tak –
wyznać sobie miłość i natychmiast rozstać się na cały rok? Nie mogła powstrzymać
się od myśli, Ŝe popełnia błąd. Jedną z przyczyn rozpadu jej małŜeństwa były długie
rozstania, gdy ona i jej mąŜ zajmowali się własnymi sprawami. Czy ich miłość
przetrwa? Nawet najjaśniejsza gwiazda blednie z upływem czasu.
Spojrzała na Nicka. Był taki przystojny i kobiety kleiły się do niego na przyjęciu.
Jak moŜe wymagać, by pozostał jej wierny?
Zimny strach ścisnął jej serce. Jeśli go teraz opuści, moŜe nie zastać go juŜ tu po
powrocie. I co się wtedy z nią stanie?
– Kocham cię, Erico.
– Tak, najdroŜszy. Ja teŜ cię kocham.
Gdyby tylko te czarodziejskie słowa były w stanie rozwiać jej wątpliwości!
ROZDZIAŁ 12
Przez dziesięć dni Erica starała się pogodzić przygotowania do wyjazdu z
gorączką miłości. Teraz, równocześnie przejęta i przestraszona, widziała zbliŜający
się kres zamieszania. Wyjazd do Tanzanii nastąpi za dziesięć dni, w ostatni dzień
sierpnia.
W ciągu tych dziesięciu dni miała jeszcze odnowić swój paszport, zaszczepić się
na wszystkie moŜliwe choroby, skompletować apteczkę i spakować się. Nie mówiąc
juŜ o sprzątnięciu mieszkania i oddaniu mebli na przechowanie.
Poza tym musi jeszcze raz spróbować zintegrować Sheenę z innymi
szympansami, a takŜe nauczyć Michaela prowadzenia notatek z obserwacji. Jakby
tego wszystkiego było mało, w sobotę odbędzie się wielki Dzień Zoo, mający na celu
promocję ogrodu. Co więcej, wciąŜ nie było wiadomo, gdzie umieścić zwierzęta,
które Nick kupił na przyjęciu i podarował zoo.
Oczywiście, był jeszcze sam Nick. Erica tak układała plan dnia, by spędzać z nim
jak najwięcej czasu. Razem jadali kolacje, razem pracowali i razem spali. Choć Nick
w dalszym ciągu co noc wracał do siebie, przedtem dawali się unosić namiętności i
prawdziwym uczuciom. Erica była szczęśliwa. Wyczerpana, ale szczęśliwa.
W czwartek wieczór, w towarzystwie Amandy, wypuściła wreszcie pantery z
małych klatek do zimowego pawilonu małp, który został przystosowany na ich
tymczasowy dom. Erica oparła się o chłodną betonową ścianę nowego pawilonu
kotów i osunęła się na podłogę.
– Pantery – zaczęła Amanda, przysiadając obok Eriki – zaczęłam z dwoma
starymi bawołami i wyleniała pumą, a teraz jestem opiekunką tych wspaniałych
kotów.
Przyglądały się, jak oba drapieŜniki badają swoje nowe pomieszczenie. Dawny
dom szympansów został przedzielony grubą siatką. W ten sposób kaŜda z panter
miała osobną przestrzeń. Pantera cętkowana, samica, była tak chuda, Ŝe sterczały jej
Ŝ
ebra. Czarny samiec był gruby i leniwy. Gdy skoczył ku wysoko umieszczonym
oknom na tylnej ścianie, Erica zauwaŜyła z zadowoleniem, Ŝe nie jest w stanie ich
dosięgnąć.
– Wydaje mi się, Ŝe są dość zdrowe, choć przebywały w złych warunkach. I obie
są młode – uznała. – Ale nie będę im zaglądać w zęby.
Czarna pantera podeszła bliŜej, spojrzała na nie Ŝółtymi oczyma i ryknęła.
– Jesteś bardzo przystojny – powiedziała Amanda – mimo Ŝe głośno ryczysz i
właśnie zjadłeś surowe mięso za całe dziesięć dolarów.
– Czy wiesz juŜ, jak je nazwiesz?
– Ta cętkowana dama będzie się nazywała Baronessa, na cześć Nicka. Gdyby nie
jego wspaniały dar, nigdy bym sobie nie mogła pozwolić na pantery.
– Nick twierdzi, Ŝe ich nowy dom będzie gotów za niecały miesiąc. Jak to
moŜliwe?
– Od lat miałam gotowe plany – przyznała się Amanda. – Zawsze chciałam mieć
wielkie koty. Uwielbiam patrzeć, jak mięśnie ruszają im się pod skórą i jak potrafią
się całkowicie rozluźnić.
– Tak, to godne pozazdroszczenia. Szkoda, Ŝe ja tego nie umiem. Ostatnio
goniłam jak leming do morza.
– To nie jest dobre porównanie, Erico. Nie gonisz ku swojej zagładzie, ale ku
przyszłości. CzyŜ nie?
– Tak, oczywiście. Ale mam pewien problem, który nazywa się Nick Barron.
Zaczerpnęła powietrza i opowiedziała Amandzie wszystko, co się między nią a
Nickiem zdarzyło.
– A teraz nie wiem, co robić – zakończyła. – Nie miałam zamiaru zakochać się w
Nicku, ale tak się stało, i teraz nie chcę go opuszczać nawet na jeden dzień, nie
mówiąc juŜ o całym roku. Nie mogę teŜ zrezygnować ze stypendium. MoŜe juŜ nigdy
Ŝ
adnego innego nie dostanę, a ta wyprawa do Tanzanii jest moją Ŝyciową szansą.
– Nie oczekuj ode mnie rady, moja droga. – Amanda wstała i otrzepała spodnie. –
Oczywiście, byłabym zachwycona, gdybyś postanowiła zostać, ale rozumiem twoje
ambicje zawodowe. Jednocześnie, Erico, jestem w głębi duszy romantyczką i wiem,
Ŝ
e miłość jest najcenniejszą rzeczą na świecie.
– W innych ustach zabrzmiałoby to strasznie sentymentalne. Ale do ciebie to
pasuje. Tak jak całe dobro, które wyświadczasz.
– Znowu robisz ze mnie świętą Amandę. Czarna pantera ryknęła i uderzyła łapą w
gęstą siatkę.
– Jestem taka jak on – powiedziała Amanda. Poprawiła sobie siwy kok i mrugnęła
do Eriki. – Piękna, ale zła.
Następnego dnia, gdy Erica szła z Michaelem, by zabrać Sheenę na popołudniową
sesję na wyspie, chłopak odezwał się:
– MoŜemy chwilę porozmawiać?
– Jasne. Co cię gryzie?
– Myślałem o twojej wyprawie. Naprawdę cieszę się, Ŝe jedziesz. – Kopnął
kamyk i spuścił wzrok na swoje buty. – I bardzo, bardzo się cieszę, Ŝe to ja będę
szefem od szympansów. Ale wiesz, gdyby coś się stało, gdybyś jednak nie pojechała,
to teŜ by było fajnie. Rozumiesz?
– Dziękuję, Michael. Klepnął ją po ramieniu.
– Będzie mi cię brakowało.
– Mnie teŜ wielu rzeczy będzie brakowało. – Uniosła wzrok na bezchmurne niebo
i wciągnęła w płuca czyste powietrze. Znała całe zoo jak własną kieszeń. Od dwóch
lat było jej domem. Widoki i zapachy weszły jej w krew. – Będę tęsknić za tym
miejscem. I za ludźmi. Będę miała co wspominać w dŜungli.
– Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale jak pojedziesz, tata będzie nie do
zniesienia.
Mam nadzieję, pomyślała. Mam nadzieję, Ŝe za mną zatęskni.
W sobotę Erica i Sheena wstały wcześniej niŜ zwykle. Był to Dzień Zoo i Erica
była przekonana, Ŝe wszystko, co moŜe nawalić, nawali na pewno.
JuŜ wychodziły, gdy zadzwonił telefon. Erica cofnęła się i nie zdejmując szelek z
Sheeny, pozwoliła jej poruszać się po mieszkaniu.
– Halo?
– Erica? Chcę, Ŝebyś przyjechała do domu.
– Mama? O czym ty mówisz? Czy coś się stało?
– Nic, tylko Ŝe jak masz wyjechać na cały rok do Afryki, to chcę cię przedtem
zobaczyć.
Choć często jeździła do domu na święta, od dawna juŜ nie spędziła z rodzicami
dłuŜszego okresu. Przy tak duŜej rodzinie trudno było utrzymywać ze wszystkimi
kontakt. Nagła troska mamy zaskoczyła ją.
– Erica? – Głos ojca odezwał się z drugiego telefonu. – Jesteśmy z ciebie dumni,
mała.
– Dziękuję, tato.
– Słuchaj, twoja matka chodzi ponura jak noc. Mówi, Ŝe ma złe przeczucia.
UwaŜa, Ŝe albo się boisz, albo nie chcesz jechać, czy coś w tym rodzaju.
– Czasami się zastanawiam – przyznała Erica. Czasami? Raczej stale. Nie mogła
nie przejmować się tym, jak jej wyjazd wpłynie na związek z Nickiem.
– Wszystko jest w porządku, mamo. Naprawdę.
– Twój głos nie brzmi zbyt wesoło. Przykro mi, kochanie, ale robisz wraŜenie
niezbyt szczęśliwej. A ja się denerwuję jak nigdy. Będziesz po drugiej stronie kuli
ziemskiej. A tam toczą się wojny, nie mówiąc juŜ o róŜnych zarazach i chorobach.
Proszę, wpadnij do nas na dzień czy dwa, zanim wyjedziesz.
To oznaczało dzień lub dwa mniej z Nickiem. Ale rodzice dobiegali
siedemdziesiątki i rzadko ją o cokolwiek prosili. Erica przygryzła wargę.
– Dobrze, mamo. Zrobię rezerwację na samolot i dam wam znać, kiedy przylecę.
– Wspaniale – ucieszył się ojciec. – Zrobiłem nowy wynalazek, który ci się
przyda. Wiesz, mała, to piecyk na energię słoneczną.
– DuŜy?
– Nooo... nie, ma nieco ponad metr kwadratowy.
– Przykro mi, tato, ale nie mam w bagaŜu miejsca nawet na rolkę papieru
toaletowego.
– Czy w twoim Ŝyciu jest jakiś męŜczyzna? – przerwała jej matka. – Pisałaś o
jakimś młodym człowieku, który pracuje z tobą w zoo.
– Michael? Mamo, on ma szesnaście lat. – Zamilkła na chwilę. – Ale
rzeczywiście, jest ktoś. Ojciec Michaela.
– Oho, to wy sobie, dziewczynki, pogadajcie o babskich sprawach. Ja idę do
stodoły. Kocham cię, mała.
– Ojciec odłoŜył słuchawkę.
– Nazywa się Nick Barron.
Opowiedziała matce całą historię. Gdy w końcu odłoŜyła słuchawkę, czuła się
zdecydowanie lepiej. Jak było do przewidzenia, matka uwaŜała, Ŝe powinna zostać z
kochanym człowiekiem. Przyznała jednak, Ŝe ambicje naukowe teŜ są waŜne.
– Szkoda byłoby dojść tak daleko – powiedziała – i nie doprowadzić tego do
końca.
Szkoda, przyznała Erica. Ale trudno.
Od tygodnia rozwaŜała wszystkie za i przeciw, rozmawiała z wieloma ludźmi,
planowała podróŜ i zmieniała plany tyle razy, Ŝe przyszłość wydawała się mętną masą
róŜnych moŜliwości. Nagle jednak poczuła, jakby przez mgłę przebiło się słońce.
Wiedziała, co powinna zrobić.
Kochała Nicka. I nie mogła go zostawić. W poniedziałek rano zadzwoni do Klubu
Poszukiwaczy Przygód i przeprosi ich, Ŝe rezygnuje ze stypendium. Zostanie.
Sheena wskoczyła jej w ramiona i Erica przytuliła stworzenie.
– I jak mogłabym cię zostawić, Sheena? Obiecałam sobie, Ŝe zaprzyjaźnię cię z
Javą, więc nie mogę wyjechać, póki to się nie stanie.
Sheena potrząsnęła głową tak energicznie, Ŝe zęby jej zadzwoniły.
– Chodźmy, mała. Dziś jest wielki dzień. Dzień Zoo.
I dzień, w którym postanowiła przedłoŜyć miłość nad karierę.
Choć Erica i Sheena pojawiły się w zoo godzinę przed otwarciem, atmosfera juŜ
była naładowana, a wszyscy podnieceni. Niektórzy wolontariusze poprzebierali się w
kostiumy: Tim występował jako wiewiórka, dwie dziewczyny jako niedźwiadki.
NaleŜący do Nicka strój kataryniarza przerobiono dla człowieka sprzedającego
kolorowe baloniki.
Nick sprowadził z wesołego miasteczka sprzedawców napojów, lodów na patyku,
precelków, popcornu i hot dogów.
Amanda, ubrana w bryczesy, wysokie buty i kowbojski kapelusz obwiązany
Ŝ
ółtym szalem, pospieszyła ku Erice.
– Jak się cieszę, Ŝe jesteś, Erico. Mamy kłopot.
– Wygląda na to, Ŝe wszystko jest pod kontrolą. MoŜe trochę zwariowanie, ale
pod kontrolą.
– Brakuje jednego z węŜy.
– Co?!
– Ciii... Nie chcę, by ktoś wpadł w histerię. Patty zniknęła.
– Znajdę ją – obiecała Amandzie Erica, choć nie była tego pewna. Pyton mógł się
schować w setkach miejsc.
– Bardzo cię proszę. Nie byłaby to najlepsza reklama, gdyby któryś ze
zwiedzających został poŜarty przez dwumetrowego węŜa. Zajmę się Sheeną, a ty
znajdź Patty.
Erica podała Amandzie smycz i poszła. Patty była płochliwa, więc zapewne
schowała się z dala od miejsc, gdzie kręcili się ludzie. Mogłaby ją zainteresować na
przykład rodzina świstaków.
W pobliŜu zagrody świstaków wpadła na Nicka. Był przebrany za mima, w
białych rękawiczkach, czarnej koszulce bez rękawów, obcisłych czarnych spodniach i
z pomalowaną na biało twarzą.
– Podobam ci się? – Przyjął pozę Marcela Marceau, najsławniejszego mima
wszechczasów.
– Bardzo stosowne zwaŜywszy na twoje umiłowanie ciszy. Ale czy wiesz
cokolwiek o pantomimie?
Pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
– Naprawdę? – roześmiała się, pragnąc rzucić mu się w ramiona i oznajmić, Ŝe
postanowiła nie wyjeŜdŜać. Ale nie był to stosowny czas ani odpowiednie miejsce.
Ona miała znaleźć pytona, on miał mnóstwo spraw organizacyjnych na głowie.
– Później – szepnęła – chciałabym ci coś powiedzieć. Gdy ruszyła, złapał ją za
ramię.
– O co chodzi, Nick? Naprawdę nie mam czasu. Uderzył się w pierś, narysował w
powietrzu wielkie serce i wskazał na nią.
– Niech zgadnę. Czy to znaczy „kocham cię”?
– Zgadłaś od razu. Ja teŜ cię kocham. Objęła go ramionami.
– Panie mimie, to się rozumie samo przez się.
– Nie całuj mnie – ostrzegł. – RozmaŜesz mi makijaŜ.
– Nawiasem mówiąc, czy Amanda wspomniała ci o naszym drobnym problemie?
– spytała Erica, niewinnie trzepocząc rzęsami. – Patty uciekła ze swojej klatki...
– O rany! To czemu tu stoisz i rozmawiasz?
– Sama się nad tym zastanawiam. Uścisnął ją i wypuścił z objęć.
– Biegnij. Szybko.
– Nick, tylko nie mów nikomu. Nie chcemy paniki.
– Dobrze. – Odwrócił się i ruszył w kierunku biura. – Ja sam jestem juŜ
wystarczająco spanikowany.
Erica ruszyła najpierw do pawilonu gadów, gdzie stwierdziła, Ŝe Patty musiała
wyślizgnąć się przez obluzowaną kratkę wentylacyjną, złapała torbę do transportu
gadów i przeszukała całe pomieszczenie. Następnie przepatrzyła okolice pawilonu,
zataczając coraz szersze kręgi. Otwarto juŜ bramy i pojawili się pierwsi zwiedzający,
gdy w końcu Erica dostrzegła Patty kryjącą się w wysokich trawach po drugiej stronie
zagrody bawołu. Z łatwością wsunęła wielkiego węŜa do torby i zaniosła do
terrarium.
– Kłopot numer jeden z głowy – mruknęła do siebie, przykręcając kratkę na
przewodzie wentylacyjnym.
Poinformowała Amandę, Ŝe wszystko w porządku i ruszyła w stronę wyspy
ssaków naczelnych. W połowie drogi poczuła, Ŝe ktoś za nią idzie. Odwróciła się i
ujrzała Nicka, naśladującego jej ruchy. Otaczało go kilkoro rozbawionych dzieci.
Splotła ramiona na piersi.
– Ale śmieszne – powiedziała.
– Ale śmieszne – powtórzył, splatając ramiona.
– Mimowie nie mówią.
– Mimowie nie mówią – przedrzeźniał ją, a dzieciarnia zachichotała z uznaniem.
Erica zmruŜyła oczy.
Nick teŜ.
Zrobiła w powietrzu płynny ruch ręką i zasyczała.
– WąŜ! – Twarz Nicka przybrała wyraz przeraŜenia. Podskoczył na jednej nodze,
potem na drugiej. Dzieci naśladowały go.
– Ale tak naprawdę nie ma węŜa? – szepnął do Eriki.
– Nie, ty klownie. Patty jest znowu w klatce. Uścisnął ją.
– Moja ty bohaterko. Erica zwróciła się do dzieci.
– Idę nakarmić szympansy. Chcecie popatrzeć?
– Tak! – krzyknęły zgodnie i ruszyły za nią gęsiego.
Nick zamykał pochód. Dzień Zoo dobrze się zapowiada, pomyślał. Ludzi było
sporo. ZauwaŜył, Ŝe kilka osób zatrzymało się przy kiosku, w którym Amanda
sprzedawała karty stałego wstępu i rekrutowała ochotników. Choć wstęp był dziś
wolny, Nick podliczył, Ŝe sprzedaŜ napojów i przekąsek przyniesie niezłą sumkę.
Erica doszła do ogrodzenia przy fosie i opowiadała dzieciom o szympansach.
Dobrze dogaduje się z dziećmi, zauwaŜył Nick. Nie bawi się w gierki, nie wygłupia, a
jednak skupia ich uwagę. MoŜe dlatego, Ŝe nie traktuje dzieci z wyŜszością.
Odetchnął głęboko. W kaŜdym razie jego uwagę przyciągała bez trudu.
Do diabła. Cholernie trudno będzie pozwolić jej wyjechać.
Tropikalna dŜungla Afryki? Od tygodnia czytał o tych terenach i odkrył, Ŝe Ŝycie
roślinne w tym niemoŜliwym klimacie jest niezwykle bujne. MoŜe jak pojedzie w
odwiedziny, pobierze szczepki lub nasiona i spróbuje przenieść roślinność z tropików
na wyspę naczelnych.
Erica weszła juŜ do fosy, ciągnąc za sobą łódkę z poŜywieniem dla małp. Nick
przyglądał się, jak poziom wody sięga najpierw jej kolan, potem ud. W Afryce teŜ są
strumienie, pomyślał, ale nie tak bezpieczne jak ten. W tamtych są krokodyle i
paskudne węŜe. Jeśli cokolwiek przydarzy się Erice na tej wyprawie, nigdy sobie nie
daruje.
Erica rzuciła na wyspę owoce i kawałki jedzenia. Zaraz pojawiły się szympansy.
Oczywiście Lenny miał pierszeństwo. Potem przy jedzeniu rozsiadła się Jenny,
wybierając kawałki i rzucając je swemu synowi, Javie. Maleństwo chwyciło banan.
Najpierw obrało go starannie i wyjadło miękki środek, potem zaczęło przeŜuwać
skórkę.
Wzmocniony poŜywieniem Lenny podszedł do brzegu fosy. Spojrzał groźnie na
patrzących, uderzył się we włochatą pierś i wydał głośne pohukiwanie. Dzieciom
szalenie się to podobało, więc zachęcony aplauzem Lenny dał prawdziwe
przedstawienie. Podskakiwał, kręcił się, robił miny. Java spróbował go naśladować, a
Lenny, o dziwo, nie przegonił go.
Erica wróciła na brzeg.
– Nie podoba mi się ich zachowanie – powiedziała do Nicka. – Są zbyt
podniecone niezwykłym ruchem.
Jeśli zobaczysz Michaela, powiedz mu, Ŝeby dzisiaj nie wchodził na wyspę.
Dzieci zaczęły się śmiać i krzyczeć, więc Erica odwróciła się, by zobaczyć, co je
tak poruszyło. W fosie była wiewiórka. Bardzo mokra wiewiórka wielkości
człowieka.
Widok tej wielkiej, kudłatej postaci przeraził szympansy . Jenny wrzeszczała i
rzucała gałązkami.
Nagle Tim poślizgnął się, przewrócił i nie był w stanie sam wstać. Dopiero Erica
wyciągnęła go na brzeg.
– Co ty wyrabiasz? Fuj, okropnie śmierdzisz.
– Przepraszam. W tym kostiumie jest strasznie gorąco. Myślałem, Ŝe jak zanurzę
się w strumieniu, to trochę ochłonę.
– Czy coś się stało? – Nick stał juŜ przy nich.
– Nic, czego nie moŜna naprawić suszarką. – Do siebie Erica mruknęła: – Kłopot
numer dwa.
Trzeci kłopot wyłonił się po południu, gdy kilkunastoletnia dziewczyna wsadziła
palec w siatkę w nowym pawilonie kotów i nie mogła go wyjąć. Erica usłyszała
wrzask dziewczyny i wpadła do środka. Wolontariuszka-opiekunka z całą
przytomnością umysłu odwracała uwagę Baronessy, podając jej na kiju kawał mięsa,
ale nie mogła równocześnie pomagać dziewczynie.
– Nie ruszaj się – zakomenderowała Erica.
– Och, ona zje mój palec!
– Nie ruszaj się i bądź cicho!
Dziewczyna chlipała, ale posłuchała. Erica rozsunęła zachodzące na siebie druty
siatki, o które zaczepił pierścionek dziewczyny.
– No dobra – powiedziała. – Teraz powoli cofnij dłoń.
Uwolniona dziewczyna zakręciła się w miejscu i wpadła w ramiona przyjaciółki,
przyglądającej się całej scenie rozszerzonymi z przeraŜenia oczyma.
– W porządku? – spytała Erica po chwili, gdy dziewczyna uspokoiła się.
– Tak.
– Nie będę marnować swojego ani waszego czasu, tłumacząc, dlaczego nie naleŜy
draŜnić zwierząt – poczuła Erica surowo. – Ale proszę, Ŝebyście natychmiast opuściły
zoo.
– Nie moŜemy.
– Co to znaczy?
– W ogóle nie chciałyśmy przyjeŜdŜać do tego głupiego zoo, ale w wesołym
miasteczku u Barrona był facet, który proponował wolny przejazd. Więc wsiadłyśmy
do autobusu razem z innymi.
„ Erica jęknęła. Niewątpliwie to pomysł Nicka, i to głupi pomysł. Jest chyba dość
ludzi naprawdę zainteresowanych zwierzętami, Ŝeby nie trzeba było przywozić , tu
przypadkowych gości.
– No dobra, panienki – powiedziała do dziewcząt – jeśli wpakujecie się w jeszcze
jakieś kłopoty, będziecie musiały czekać w gorącym i dusznym autobusie.
) Zrozumiano? Nigdy nie draŜnijcie zwierząt.
Trzy kłopoty, pomyślała Erica. Chyba dosyć. Reszta dnia powinna minąć
spokojnie.
I tak się stało, poza drobnymi problemami: ktoś usiłował nakarmić bawołu
lodami, wielbłąd opluł jednego ze zwiedzających, zapodziało się kilkoro dzieci.
Dopiero pod sam koniec dnia wyłonił się osobisty problem takiej wagi, Ŝe minione
godziny wydały jej się nagle spokojne jak staw w bezwietrzny dzień.
W pobliŜu zagrody lam dostrzegła doktora Arthura Windoma, przewodniczącego
Klubu Poszukiwaczy Przygód. Choć w poniedziałek zamierzała podziękować za
stypendium, nie chciała teraz poruszać tego tematu.
– Dobry wieczór panu – powitała go, podchodząc I bliŜej.
– A, to pani. Erica od małp. Znakomicie tu jesteście zorganizowani.
– Dziękuję panu. Amanda robi świetną robotę.
– I owszem. Wspaniała z niej kobieta.
Byłaby z nich cudowna para, pomyślała Erica, choć Amanda jest dziesięć
centymetrów od niego wyŜsza.
– Amanda jest wdową, wie pan?
– Nie wiedziałem. – Mrugnął do niej. – Dzięki za informację.
– Cieszę się, Ŝe mam okazję osobiście powiedzieć panu, jak bardzo cenię sobie
zaufanie członków Klubu. To dla mnie wiele znaczy.
– Posiada pani potrzebne kwalifikacje, a pani projekt badawczy jest sensowny.
Oczywiście pomogło to, Ŝe stary Nick podrzucił nieco grosza.
– Słucham?
– Pieniądze na pani stypendium. Siedemdziesiąt pięć procent dał Barron. Nie
mogliśmy więc być tacy skąpi, Ŝeby nie zrzucić się na pozostałe dwadzieścia pięć,
prawda?
Serce Eriki stało się nagle cięŜkie jak kamień. Nie zdobyła stypendium własną
pracą. Był to prezent od Nicka.
Zmusiła się do uśmiechu, ale nie była w stanie dalej prowadzić pogawędki.
Najchętniej uciekłaby i schowała się, by w samotności lizać rany.
– Proszę mi wybaczyć, muszę iść.
– Oczywiście. I Ŝyczę szczęścia w Tanzanii.
Na ślepo ruszyła asfaltową ścieŜką w stronę biura. AleŜ z niej idiotka! Nadęta
kretynka! Przyjmowała z dumą gratulacje, uwierzyła, Ŝe jest naukowcem, z którym
ludzie się liczą. A to wcale nie ona sama zdobyła stypendium. Otrzymała pieniądze w
prezencie od człowieka, z którym sypiała. Kim zatem była?
Zamknęła za sobą drzwi i usiadła za biurkiem. Tłumy zwiedzających przerzedzały
się. Wkrótce nadejdzie pora zamknięcia i zapadnie cisza, którą Nick tak lubił. Do
diabła z nim! Wyjęła z szuflady małe radio, nałoŜyła słuchawki i nastawiła
najgłośniej, jak się dało. Ona i Nick bardzo się róŜnili. On prowadził osiadły tryb
Ŝ
ycia, ona wciąŜ czekała na przygodę.
Najwyraźniej Nick teŜ zdał sobie z tego sprawę. Musiał pragnąć, by zniknęła w
afrykańskiej dŜungli. Całe szczęście, Ŝe nic nie zdąŜyła mu powiedzieć. Dopiero
wyszłaby na idiotkę, gdyby mu oznajmiła, Ŝe ma zamiar odrzucić stypendium!
Wyjęła z biurka dziennik i wpatrzyła się w pustą stronę. Dlaczego Nick się
wtrącił? Czego dowodzą te wszystkie manipulacje? Po pierwsze, jej łatwowierności.
Po drugie, jego potrzeby rządzenia.
Poczuła dotknięcie na ramieniu i odwróciła się, by na niego spojrzeć. WciąŜ
jeszcze miał na sobie strój mima. Bardzo właściwie! Tyle rzeczy przemilczał.
Wyłączyła radio i zdjęła słuchawki.
– W sumie niezły dzień – stwierdził.
– Mów za siebie.
– Muszę pokazać się w wesołym miasteczku. Pójdziesz ze mną? Zjedlibyśmy
razem kolację.
– Nie. Muszę pomóc Amandzie posprzątać.
– Dobrze, to wpadnę później do ciebie.
Nie chciała tego. Nie odwaŜyłaby się rzucać mu w twarz oskarŜeń.
– Nie, ja przyjdę do twego biura. O wpół do dziesiątej.
Gdy pochylił się, by pocałować ją w czoło, Erica zesztywniała. Nie moŜe ustąpić,
bo zabierze jej godność, dumę, miłość.
– Czy coś się stało? – zapytał. Niech sobie zgaduje.
– Nic. Do zobaczenia później.
ZauwaŜyła, Ŝe zmarszczył się pod maską białej farby. CzyŜby się zdenerwował?
Dobrze!
– Nie widziałaś moŜe Michaela? Potrząsnęła głową.
– Michael zajmował się dziś Sheeną – wyjaśniła. – PoniewaŜ jej teren zajęły
pantery, poza biurem nie ma się gdzie bawić.
– Ale nie ma go tu?
– Jak widać.
Podszedł do drzwi, ujął klamkę i odwrócił się.
– Jesteś pewna, Ŝe nic się nie stało?
– Nic, czego nie mogłabym przeŜyć.
Od samego początku obiecywała sobie, Ŝe będzie kontrolować sytuację. Jednak
dała się oczarować przejaŜdŜkom na diabelskim młynie, śmiechowi, obietnicom. Do
diabła, w którym momencie oddała mu ster i straciła kontrolę?
Jedno jest pewne, pomyślała, zamykając dziennik. Pora opuścić okręt.
ROZDZIAŁ 13
Okrągły, zielony liść osiki oderwał się od drzewa i opadł na wodę. Zakołysał się,
zawirował i zniknął, uniesiony prądem. Nick obserwował go uwaŜnie. Mała łódeczka,
pomyślał, niezdolna walczyć z prądem, niezdolna wyznaczyć swojej drogi. Sam tego
czasami doświadczał, choć nieczęsto. Źle się czuł, gdy nie był w stanie kontrolować
przebiegu wydarzeń, a właśnie teraz coś takiego mu się przydarzyło. Zaskoczył go
nastrój Eriki. Wcześniej, w ciągu dnia, była w znakomitym humorze. Więc co się
stało?
Zatrzymał się nad fosą naprzeciwko wyspy naczelnych. Zoo było juŜ zamknięte,
sprzedawcy pakowali swój sprzęt, odwiedzający zniknęli. Nick zmył juŜ makijaŜ
mima i był gotów wyruszyć do domu, ale musiał przedtem znaleźć Michaela.
Erica śpieszyła ścieŜką w jego kierunku. Jej zachowanie w biurze było dziwne,
ale teraz stało się jeszcze bardziej niezrozumiałe. ZauwaŜył, Ŝe jest zdenerwowana i
przestraszona.
– O co chodzi? – zapytał, gdy zatrzymała się obok niego i bacznie zaczęła
obserwować wyspę.
– O Michaela – powiedziała napiętym głosem. – Wiedziałam, Ŝe go szukasz, więc
popytałam ludzi. Tim powiedział mi, Ŝe chłopak poszedł na wyspę.
– No to co? Codziennie tam chodzi.
– Ale dzisiaj szympansy były niespokojne.
– Co to znaczy?
– Do diabła, Nick, powtarzam tobie i Michaelowi, i wszystkim dookoła, Ŝe
szympansy potrafią być niebezpieczne. Nawet, złośliwe. Gryzą. A Lenny jest bardzo
silny.
Nick skierował spojrzenie na wyspę. Oczyma wyobraźni ujrzał Michaela leŜącego
bez przytomności i wykrwawiającego się.
Przerzucił nogę przez ogrodzenie.
– Pójdę po niego.
– Czekaj! – Erica złapała go za ramię i oboje zamarli.
– Co takiego?
– Patrz – szepnęła. – Tylko popatrz!
Zza krzaka wyszła Sheena. Przysiadła na brzegu wyspy naprzeciw nich i wydała z
siebie pokrzykiwanie. TuŜ obok pojawił się Java. Nieśmiało połoŜył rękę na jej
głowie.
Sheena obnaŜyła zęby i Java cofnął dłoń. Nie dał się jednak tak łatwo zniechęcić.
Przysunął się bliŜej i zaczął ją iskać po grzbiecie. Sheena powierciła się w miejscu,
ale przysiadła. Jej oczy miały nieobecne spojrzenie. Najwyraźniej zabiegi Javy
sprawiały jej przyjemność.
Zza tego samego krzaka wysunął się Michael. Uśmiechnął się szeroko i podniósł
dłoń z uniesionym kciukiem, by zaraz schować się na powrót, spełniając rolę
dyskretnej przyzwoitki.
Oczy Eriki wypełniły się łzami. To był jeden z najwspanialszych momentów w jej
Ŝ
yciu. W końcu, pomyślała. Po tylu miesiącach, zamieszaniu, krzykach i bójkach. W
końcu Sheena przyłączyła się do innych. Niewielki fragment naturalnego porządku
rzeczy znalazł swoje miejsce.
Z kępy drzew wynurzył się z wielkim hałasem Lenny i Erica wstrzymała oddech,
gdy ruszył wybrzeŜem ku młodym.
Sheena zahukała, ale nie uciekła.
Lenny zatrzymał się i przyglądał im się przez chwilę, po czym odszedł w głąb
wyspy.
Po policzku Eriki spłynęła łza. Tego pragnęła, po to pracowała. A jednak
opanował ją głęboki smutek. Sheena juŜ jej nie potrzebowała.
– Do widzenia, Sheeno – szepnęła. – Cieszę się za ciebie.
Gdy Nick ujął jej dłoń, nie zaprotestowała. Pozwoliła zaprowadzić się na
drewnianą ławkę po drugiej stronie ścieŜki, dalej od fosy. Usiedli, ciągle widząc
szympansy, ale na tyle oddaleni, by im nie przeszkadzać.
Erica otarła łzy.
– To głupie. Czuję się jak matka, której dziecko poszło do przedszkola. Dumna,
ale smutna. Bo wiem, Ŝe nigdy juŜ nic nie będzie tak samo.
– Popłacz sobie, Erico. CięŜko jest tracić przyjaciela.
– Sheena nie jest ani moim dzieckiem, ani przyjacielem. Jest szympansem.
– Ale istnieje między wami więź.
– Cholera, obiecałam sobie, Ŝe nigdy mi się to nie przytrafi. Naprawdę
próbowałam być obiektywna, nie traktować Sheeny jak przyjaciela.
– PrzecieŜ chciałaś tylko, Ŝeby była szczęśliwa.
– I będzie szczęśliwa wśród swoich.
Zamknął ją w objęciach, a Erica przytuliła się, na chwilę odsuwając od siebie
myśli o jego zdradzie i manipulacjach. Tak bardzo pragnęła pocieszenia.
Siedziała w milczeniu, Ŝałując, Ŝe rozmawiała z Windomem, Ŝe nie trwa wciąŜ w
cudownej nieświadomości. Ale zło się stało. Nick kłamał i zrozumiała, Ŝe chciał, by
wyjechała do Afryki. Powinna teraz tylko zdecydować, czy ma przełknąć dumę i
przyjąć stypendium, czy odmówić. Tak czy tak, ich związek dobiegł końca.
– Jest coś jeszcze, prawda? – Nick uniósł jej twarz ku sobie.... – Coś jeszcze cię
wytrąciło z równowagi.
Odchrząknęła. Nie teraz. Nie jest w stanie rozmawiać z nim o tej sprawie.
– Wiem – powiedział Nick. – Chodzi ci o autobusy.
– Autobusy?
– O mój błyskotliwy pomysł, Ŝeby przywieźć tu ludzi z wesołego miasteczka.
– To był głupi pomysł.
– Mea culpa. Przyznaję. Przybyło tu dość ludzi bez mojego wtrącania się. To
zresztą był tylko jeden autobus, potem powiedziałem kierowcy, Ŝeby dał sobie spokój.
Erice przyszło do głowy, Ŝe to jakoś przypomina sytuację z jej stypendium.
– Po co, Nick? Dlaczego musisz się we wszystko wtrącać?
– Miałem dobre chęci. Chciałem, Ŝeby Dzień Zoo okazał się sukcesem.
– Ale gdybyś zapytał Amandę albo mnie, odmówiłybyśmy.
– Dlatego nie zapytałem. Przywykłem do podejmowania decyzji i kierowania.
Gdy widzę coś, co trzeba zrobić, robię to, a o konsekwencje martwię się później.
– Jak moŜesz? Nie liczysz się z uczuciami innych. Nick, musisz pozwolić
ludziom, by decydowali sami za siebie. Planowali własne Ŝycie.
– Czy ty nie przesadzasz? Powiedziałem, Ŝe przepraszam.
– Wiem. – Powinna przerwać tę rozmowę. Jeśli ma mu wytknąć sprawę
stypendium, musi to zrobić jasno i wyraźnie, a nie szukać tematów zastępczych.
– Ale masz rację, Ŝe muszę nauczyć się pozwalać ludziom podejmować własne
decyzje. Michael mnie tego uczy.
– Co z Michaelem? – spytała, natychmiast gotowa go bronić. – Wspaniale radzi
sobie z Sheeną.
– Chyba odnalazł swoje powołanie. – Nick spojrzał na wyspę. – Przyznaję, Ŝe
jestem nieco rozczarowany. W głębi duszy zawsze miałem nadzieję, Ŝe będzie chciał
pracować ze mną w ogrodzie i wesołym miasteczku.
– Trochę to patriarchalne, prawda?
– Bardzo – przyznał bez zaŜenowania. – Pragnąłem zabrać go do wagonika
kolejki górskiej, ogarnąć teren szerokim gestem i powiedzieć: „Synu, pewnego dnia to
wszystko będzie twoje”. Więc jeśli chłopak mi na to odpowiada: „Tato, czy muszę?”,
to czuję się jak przekłuty balonik.
Erica roześmiała się. Och, jak świetnie Nick na nią wpływał! Amanda miała rację,
Ŝ
e Erice potrzebny jest ktoś, kto zrównowaŜyłby jej powaŜny stosunek do Ŝycia.
– Michael szybko dorasta – ciągnął Nick. – Niedługo będzie miał własne Ŝycie.
Będzie mi go brakowało.
– Dobry ojciec wie, kiedy nadeszła pora, by pozwolić dziecku odejść.
– Tak. Jednak to bardzo trudne. MoŜe dlatego, Ŝe nie zawsze byłem dobrym
ojcem.
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
– Daj spokój, co ty wygadujesz? Obserwowałam cię w otoczeniu dzieci.
Znakomicie sobie z nimi radzisz.
– To przyszło z wiekiem. Nie uwierzysz, jakim niedbałym facetem byłem
dawniej. W Nowym Jorku, gdy robiłem grubą forsę na Wall Street, dzieci mogły dla
mnie nie istnieć. Zaniedbywałem Michaela, gdy był małym chłopcem. Od dawna
chciałem ci o tym opowiedzieć – ciągnął Nick. – Ta historia w jakimś sensie
wyjaśnia, dlaczego dom i rodzina są dla mnie tak waŜne.
Usiadła wygodniej, łudząc się, Ŝe w tej opowieści znajdzie jakieś wytłumaczenie
dla jego zachowania – i Ŝe będzie mogła mu wybaczyć.
– Mieliśmy dom w Connecticut, ale rzadko tam jeździłem. Właściwie tylko na
weekendy. Byłem gościem w domu. Usprawiedliwiałem się ogromem zajęć, kolejną
wielką transakcją...
– Kolejnym wykrętem? – wpadła mu w słowo.
– Tak. Masz rację. W piątek wieczorem pojawiałem się w domu, w sobotę grałem
z Michaelem trochę w piłkę, a w niedzielę juŜ myślałem o poniedziałku i o
pieniądzach. Wydawało mi się, Ŝe jeśli będę duŜo zarabiać, to cała sprawa ojcostwa
sama się załatwi. Potem matka Michaela i ja rozwiedliśmy się. Byłem ślepy – mówił
Nick. – Nie rozumiałem, co właściwie się stało. Pamiętaj, byłem męŜem i ojcem w
najlepszym razie na pół etatu. Zbyt wiele uwagi poświęcałem sobie i swojej karierze,
by dostrzec, Ŝe zaniedbuję rodzinę.
– Znam to uczucie – powiedziała cicho, myśląc o swoich wyborach Ŝyciowych.
– W kaŜdym razie, po rozwodzie odkryłem, jak bardzo brakuje mi bliskości
Michaela. Próbowałem spędzać z nim tyle czasu, ile się dało. Wynająłem w
Connecticut mieszkanie. Moja była Ŝona nie miała nic przeciwko temu, ale otrzymała
ofertę znakomitej pracy w Kalifornii. Mogłem walczyć o opiekę nad synem, ale nie
chciałem mieszać Michaela w sądowe utarczki. I tak rozdzieliła nas cała szerokość
kontynentu.
Przerwał na chwilę, a Erica była ciekawa, czy Nick dostrzega, Ŝe historia się
powtarza. Wiedziała, Ŝe rozstania są trudne. On teŜ powinien to wiedzieć. Wykręty
prowadziły do zaniedbań. Dla niej było to absolutnie oczywiste. CzyŜby on tego nie
widział?
– I co dalej?
– PrzeŜyłem zwariowany okres. To było jakieś cztery lata temu. Najpierw
usiłowałem umawiać się z kobietami. Co noc chodziłem na przyjęcia. Spotykałem
tam i modelki, i aktorki, i kobiety interesu. Wszystkie były wspaniałe, ale Ŝadna nie
nadawała się dla mnie na towarzyszkę Ŝycia. No bo i jak? Szukałem kogoś, kto
zrekompensowałby mi utratę syna. Chciałem mieć rodzinę. – Roześmiał się krótko, z
goryczą. – Tak strasznie potrzebowałem rodzinnych więzów, Ŝe w końcu, po śmierci
mego ojca, wróciłem do Denver, by przejąć rodzinny interes.
– To było dwa lata temu? Czyli Michael miał czternaście lat?
– Tak. I wtedy stało się coś strasznego. Michael uciekł z domu swojej matki w
Kalifornii.
– Och, Nick! To musiało być okropne!
– Przez dwa dni nie mieliśmy z nim kontaktu. Najgorsze było to, Ŝe byłem
bezradny. Zatrudniłem prywatnych detektywów w trzech stanach, Ŝeby go szukali, i
siedziałem przy telefonie, modląc się, by mój syn zadzwonił. Przeraziłem się, Ŝe mogę
go utracić na zawsze. Podczas tego koszmarnego czekania podjąłem wiele decyzji.
Wiedziałem juŜ, Ŝe kariera zawodowa mnie nie satysfakcjonuje. Ani bujne Ŝycie
towarzyskie. Ani pieniądze, ani władza. Chciałem mieć rodzinę, a Michael był moją
rodziną. Wtedy nauczyłem się, co znaczy słowo miłość.
Obrócił ku sobie twarz Eriki i spojrzał głęboko w jej ciemnobrązowe oczy.
– Nie śmiałem marzyć o jeszcze jednej szansie na prawdziwą rodzinę. Ojciec,
matka i dzieci. Po rozwodzie sądziłem, Ŝe zaprzepaściłem to juŜ na zawsze.
Gdy odwróciła od niego wzrok, wiedział, Ŝe coś jest nie w porządku. Wyczuł to
juŜ wcześniej, ale teraz nabrał pewności. I nie chodziło o autobusy z wesołego
miasteczka. W jej postawie dostrzegał gniew i strach. Ale dlaczego? Przemknęło mu
przez głowę, Ŝe ich związek jest powaŜnie zagroŜony.
– Erico?
– I co się stało z Michaelem? Jak go znalazłeś?
– Zadzwonił do mnie z Phoenix. Jechał autobusem, i tylko do Phoenix starczyło
mu pieniędzy. Zatrzymał się tam i próbował zebrać się na odwagę, by resztę drogi
przebyć autostopem. Na szczęście zwycięŜył jego zdrowy rozsądek.
– Ale dlaczego uciekł?
– Postanowił zamieszkać ze mną na jakiś czas. Wyjechał, nie mówiąc nic matce,
bo nie chciał jej zranić. Ale pragnął być ze mną. – Nick zerknął w stronę wyspy. –
Mnie teŜ wkrótce opuści i rozpocznie samodzielne Ŝycie. I dziękuję ci, Erico, Ŝe
wskazałaś mu kierunek. To boli jak cholera, ale wiem, Ŝe Michael musi iść własną
drogą.
Przykryła jego dłoń swoją i poklepała lekko.
– Ale ma dobrego ojca, który mu w tym pomoŜe.
ZauwaŜyli ruch na wyspie. Michael powoli wycofał się w stronę fosy i zanurzył w
wodę. Udało mu się odejść, nie zwracając uwagi Sheeny. Gdy wyszedł na brzeg i
skierował się ku nim, Nick szepnął:
– Wieczorem, w wesołym miasteczku. Wpół do dziesiątej. Musimy porozmawiać
o wielu sprawach.
– Tak, Nick. O wielu.
Michael stanął przed nimi jak zwycięski bohater.
– Udało się! Erica objęła go.
– Dobra robota, Michael.
– Wiesz, jak to było? Sheena była naprawdę niespokojna. Próbowałem zostać z
nią w biurze, ale nie dawała się tam utrzymać. Zabrałem ją na spacer na wzgórze, ale
wciąŜ czuła się nieswojo. Więc pomyślałem, Ŝe moŜe teraz łatwiej zaakceptuje Javę. I
tak się stało!
– Zapamiętaj na przyszłość, Ŝe nie powinieneś zbliŜać się do szympansów, gdy są
tak podniecone – powiedziała Erica. – Co teraz chcesz zrobić z Sheeną?
Michael rozpromienił się.
– Mnie pytasz?
– No jasne. To ty przecieŜ namówiłeś ją, by została na wyspie.
– Pomyślałem, Ŝe skombinuję sobie śpiwór i połoŜę się na brzegu po tej stronie.
Tak, Ŝebym mógł mieć oko na to, co się dzieje i być blisko, gdyby Sheena mnie
potrzebowała.
– Dokładnie to samo bym zrobiła – pochwaliła Erica. – Ale, Michael, gdyby
wybuchła bójka między szympansami, w Ŝadnym wypadku nie wolno ci się w nią
mieszać.
– A co mam wtedy zrobić?
– Zaopatrz się w tonę bananów. Jedzenie zwykle odwraca ich uwagę. I mówię
powaŜnie, Michael, nie próbuj swoich sił z Lennym. Jest w stanie pogruchotać ci
kości.
– Rozumiesz to, synu? – wtrącił się Nick.
– Tak, tato, rozumiem.
Przez chwilę dwaj Barronowie patrzyli sobie w złote oczy, a w końcu Nick objął
syna niezgrabnym, niedźwiedzim uściskiem.
Erica widziała, Ŝe walczy ze łzami. Rozumiała teraz lepiej jego silną potrzebę
więzi rodzinnej. Ta więź między ojcem i synem została wzmocniona przez rozłąkę i
cierpienie. Tych kilka lat, zanim Michael wyfrunie z gniazda, były ostatnią szansą
Nicka na bycie ojcem. Ale czy naprawdę? I jak potrzeba rodzinnych więzi wpłynie na
nią?
Obaj męŜczyźni klepali się teraz po plecach.
– Gratulacje, Michael. Jestem z ciebie dumny.
– Dzięki, tato. Wiesz, ja teŜ jestem z siebie dumny.
– No dobra – powiedział w końcu Nick. – Muszę znikać. Erico, zobaczymy się
później. UwaŜaj na siebie, Michael.
Popatrzyła za nim, ale szybko odwróciła wzrok.
– Michael, idź po śpiwór i banany. I jedzenie dla siebie. Potem wróć tutaj, to
porozmawiamy jeszcze o tym, czego się moŜesz spodziewać i na co powinieneś
zwracać uwagę.
Michael ruszył szybko, a ona usiadła i patrząc na wyspę, rozwaŜała swoją
przyszłość. Rozsądek kazał jej przyjąć stypendium i pojechać do Afryki. Wątpliwe, co
prawda, Ŝe ich związek przetrwa tak długie rozstanie, natomiast jej kariera zawodowa
na pewno ma tym zyska.
Jednak kusiło ją, by rzucić mu jego pieniądze w twarz. Jeśli będzie cięŜko
pracować i przykładać się, w końcu dostanie jakieś inne stypendium. Wtedy
przynajmniej będzie wiedziała z całą pewnością, Ŝe sobie na nie zapracowała.
Była jeszcze jedna, kusząca moŜliwość. Mogłaby zapomnieć, Ŝe rozmawiała z
Windomem, i, jak planowała rano, zostać z Nickiem. Stworzyłaby mu rodzinę, o
której tak marzył. Wtedy musiałaby zrezygnować z własnych pragnień.
Spojrzała na wyspę naczelnych. Dlaczego tak trudno znaleźć rozwiązanie? Na
brzegu dostrzegła Sheenę i Javę, siedzących ramię w ramię i patrzących na siebie
błyszczącymi, czarnymi oczami.
ROZDZIAŁ 14
Dwadzieścia po dziewiątej wieczorem wpływy zostały zaksięgowane, rachunki
zapłacone, wszystko zbilansowane. Zawsze mu się wszystko zgadzało. Blisko rok
trwało uporządkowanie dość niedbale prowadzonych ksiąg rachunkowych ojca, ale
teraz przedsiębiorstwo Barrona działało jak w zegarku. Nick mógł wyjechać na
miesiąc, a nic by się nie stało.
Nawet na więcej niŜ miesiąc. Mógłby sobie pozwolić nawet na wyjazd
sześciomiesięczny, a moŜe i roczny. To nie sprawy wesołego miasteczka
powstrzymywały go od wyjazdu z Ericą do Tanzanii.
Więc co? Kochał ją, była jedyną kobietą, którą pragnął pojąć za Ŝonę. Dlaczego
nie miałby z nią pojechać? Bo chciał zostać z nią tutaj. Tu był jego dom, miejsce, o
które walczył, miejsce, do którego naleŜał. Jego dom. Przystań. Stabilizacja.
Poza tym Michaela czekał jeszcze rok szkoły. Nick nie mógł tak sobie wyjechać,
zostawiając go. Nigdy więcej nie zgodziłby się być ojcem na odległość.
Wyszedł z biura w chłodną noc. ZadrŜał, ale nie z powodu zimna. Dziś była
sobota, a Erica wyjeŜdŜała w środę. Bez niej jego świat będzie pusty i jałowy.
PodąŜył obrzeŜoną tulipanami ścieŜką, oddalając się od biura w wiatraku. Bramy
zamykano o dziewiątej i słyszał, jak właśnie grzecznie wypraszano ostatnich gości.
Niedługo wyjdą równieŜ pracownicy. Zostanie dwóch nocnych stróŜów, ale poza tym
będzie tu sam. Z Ericą.
Dlaczego chciała się spotkać z nim właśnie tutaj? Dlaczego nie w jej mieszkaniu?
Rano wspomniała o niespodziance. Nick usiadł pod drzewem katalpy i czekał.
Panowała taka cisza, Ŝe słychać było świerszcze.
Erica przebrała się z uniformu w czerwoną bluzkę i spodnie i właśnie pojawiła u
wejścia do Królestwa Dzieci.
– Erico – zawołał do niej. – Damo w czerwieni! Zatrzymała się, zaskoczona, i
spojrzała w stronę drzew.
– Czemu czaisz się pod katalpą?
– Nie czaję się, tylko czekam. – Poklepał ławkę obok siebie. – Chodź tu i siadaj.
WciąŜ stała, wahając się.
– Nigdy tu nie byłam po zamknięciu. Teren wydaje się większy. Podoba mi się.
Czy moŜemy zwiedzić wesołe miasteczko? Ciekawa jestem, jak wygląda w nocy.
Nick podszedł do Eriki i objął ją w talii, zaglądając jej w twarz. Gniew? Nie, nie
jest rozgniewana. Strach? MoŜe. Coś w wyrazie jej ust zdradzało, Ŝe jest
nieszczęśliwa.
– Co się stało? Gdy powiedziałaś rano, Ŝe masz dla mnie niespodziankę,
wydawało mi się, Ŝe chodzi o coś miłego.
– I tak było. A przynajmniej wydawało mi się, Ŝe tak jest. Ale juŜ nie.
– Czy to ma być zagadka?
– Nie, nie mam zamiaru z tobą w nic grać. Nie będę mówić czegoś innego, niŜ
myślę, oszukiwać ciebie albo siebie. – Zacisnęła dłonie w pięści i przycisnęła do
piersi. – Pospaceruj ze mną, to znajdę odpowiednie słowa...
Ruszył przy niej, z łatwością dopasowując krok do jej tempa. Przecięli rabatki
kwiatowe i część parkową. Erica zatrzymała się przy karuzeli. W bladym,
księŜycowym świetle malowane konie o długich grzywach i uniesionych nogach były
cudownie nierzeczywiste. DuŜe lustra w dachu, ujęte w ozdobne ramy, odbijały
ś
wiatło odległych gwiazd.
– Jak pięknie – powiedziała. – Wydaje się, Ŝe po zmierzchu zaczynają Ŝyć
własnym Ŝyciem.
Weszła na platformę karuzeli i odwróciła się, by spojrzeć mu w twarz.
– Wiem o stypendium.
– No chyba, przecieŜ w środę masz zamiar wyjechać!
– Rozmawiałam z Windomem, który powiedział mi, Ŝe sfinansowałeś to
stypendium w siedemdziesięciu pięciu procentach. Czy to prawda?
– Tak.
Przyznał się. Jej ostatnia nadzieja, Ŝe Windom się mylił, rozwiała się.
– Dlaczego? Dlaczego mi nie powiedziałeś? Obnosiłam się jak bohaterka,
poklepując sama siebie po ramieniu, jaka to jestem mądra. A to wszystko nieprawda.
Zrobiłeś ze mnie kłamczuchę.
– Gdybym zaproponował ci pieniądze, przyjęłabyś?
– Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie.
– Przyjęłabyś?
– Zapewne nie.
– Masz odpowiedź. Chciałem pomóc ci w spełnieniu marzeń, dać ci coś, czego
pragniesz. Klub Poszukiwaczy Przygód był dobrym sposobem na urzeczywistnienie
mojego zamiaru.
– Oszukałeś mnie! – Erica była przeraŜona. Podchodził do tej sprawy, jakby się
nic nie stało. – Celowo mnie oszukałeś.
– A co to za róŜnica? Dostałaś to, czego pragnęłaś. Chcesz wyjechać do Tanzanii,
prawda? , Zacisnęła palce na zniszczonej’ skórze uzdy niebiesko-Ŝółtego konika. Jej
głos był ledwo słyszalny.
– Nie jestem pewna.
– Jak to? – Wszedł za nią na platformę karuzeli.
– Od kiedy się znamy, tylko o tym mówisz. Wyprawa do Afryki. Szympansy w
ś
rodowisku naturalnym. Studia nad naczelnymi. Etologia.
– Dziś rano zmieniłam decyzję. – Odsunęła się od Nicka, tak Ŝe malowany konik
znalazł się między nimi. Chętnie by na niego wskoczyła i odjechała przed siebie. – To
właśnie była moja niespodzianka, Nick. Miałam zamiar podziękować za stypendium,
Ŝ
eby tu z tobą zostać.
– Och. – Chwycił mocno jej dłoń. – Erico, nie Ŝartuj na ten temat.
– Nie Ŝartuję.
– Jak mógłbym na to przystać? Powiedziałaś mi kiedyś, Ŝe róŜnica między nami
polega między innymi na tym, Ŝe ja jestem juŜ jedną nogą na emeryturze, a ty ciągle
czekasz, by twoje Ŝycie zawodowe się rozpoczęło. Jak mógłbym się zgodzić, byś
została, byś wyrzekła się swoich marzeń?
– Nie mógłbyś o to prosić. Ani Ŝądać. Ani manipulować. Moje Ŝycie naleŜy do
mnie, Nick, i ja sama decyduję, co mam robić. To miał być podarunek –
obdarzyłabym cię, poniewaŜ mnie równieŜ sprawiłoby to przyjemność.
– I zrobiłabyś to dla mnie?
– JuŜ nie. – Zakręciła się na pięcie i odeszła, okrąŜając fantastyczne stwory na
karuzeli. – Oczekiwałam od ciebie uczciwości. „Zaufaj mi” – powiedziałeś, i ja
zaufałam. A ty zrobiłeś ze mnie kłamczuchę, pozerkę. Amanda jest ze mnie dumna.
Moi rodzice są ze mnie dumni. Co by sobie pomyśleli, gdybym im powiedziała, Ŝe
moje stypendium nie jest wynikiem osiągnięć naukowych, ale wysiłków w sypialni?
– Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz!
– A w co mam wierzyć? Dlaczego miałbyś wydawać takie ogromne pieniądze,
jeśli niejako zapłatę za moje względy?
– Bo cię kocham.
– I by okazać tę miłość, wysyłasz mnie na drugi koniec świata. A moŜe po prostu
chciałeś się mnie pozbyć? Czy o to chodzi, Nick? Czy juŜ ci się znudziłam?
– Jesteś śmieszna, Erico. Oczywiście, Ŝe nie chcę się z tobą rozstawać ani na
chwilę. To rozstanie będzie dla mnie piekłem. Do diabła, zatrzymaj się.
Stanęła w miejscu.
– Skoro nie chcesz się ze mną rozstawać, udowodnij to. Jedź ze mną.
– Czy to wyzwanie?
– Nie gram z tobą w Ŝadne gry, Nick. To ty manipulowałeś, dając mi te pieniądze
i pozwalając, bym myślała, Ŝe na nie zasłuŜyłam. Ale więcej ci na to nie pozwolę. Nie
dam się oszukiwać. Chcę usłyszeć odpowiedź: czy pojedziesz ze mną do Afryki?
– Wiesz, Ŝe nie mogę.
– Dlaczego?
– Bo mam tu swoje zadania.
– Wesołe miasteczko moŜe funkcjonować bez ciebie. Sam mi to mówiłeś. Poza
tym jest zamknięte przez sześć zimowych miesięcy.
– Michael jeszcze chodzi do szkoły.
– Michaela interesuje etologia i studia nad zwierzętami. Taki wyjazd byłby dla
niego bardzo cenny. Jestem pewna, Ŝe moŜna dogadać się z jego szkołą.
– MoŜe, ale ja chcę mu stworzyć dom. Miejsce, w którym czułby się bezpiecznie.
– Dom to nie miejsce, Nick. Dom to ludzie, którzy się kochają.
Gdy na niego patrzyła, wiedziała, Ŝe nikogo innego nie pokocha. A jednak
przeznaczone, im były róŜne drogi przez Ŝycie.
– Wiedzieliśmy od początku, Ŝe bardzo się róŜnimy.
– Ale zakochaliśmy się w sobie.
– Oszukiwaliśmy się.
– Nie, Erico. – Uchwycił jej dłoń. – To nie jest Ŝadne oszustwo. – Zamknął ją w
mocnym uścisku. – Nie moŜesz temu zaprzeczyć, Erico.
– Przestań, Nick.
– Nie przestanę. Czy ty tego nie czujesz? Patrz, jak znakomicie pasują do siebie
nasze ciała. To nie jest kłamstwo, to nie jest ułuda ani oszustwo.
Pragnęła go, tęskniła za nim, chciała mu się poddać, zaprzestać tej głupiej walki.
Tak łatwo byłoby ulec jego woli, stać się częścią Nicka. Zmusiła się, by się od niego
oderwać.
– Nie! – krzyknęła. – Nie moŜemy tego zrobić.
– Dlaczego nie? – Wyciągnął ku niej rękę. – Dlaczego nie moŜe być jak
dotychczas?
– Osobno, po dwóch stronach kuli ziemskiej? Czy tego właśnie chcesz?
– Nie, wolałbym być z tobą, ale pragnę, byś miała swoją szansę.
Wzięła go za rękę i pociągnęła na środek platformy. Zeszli do środka pierścienia,
tam, gdzie zwykle siedział mechanik, kontrolujący działanie karuzeli. Erica wskazała
lustro, w którym oboje się odbijali.
– Co widzisz?
– Ciebie. I siebie.
Odwróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz.
– A co teraz widzisz?
– Ciebie.
– Nie jestem częścią ciebie, Nick. Twoim przedłuŜeniem. Mogę się z tobą
połączyć tylko wtedy, jeśli taka będzie moja wola. Nie moŜesz mnie zmusić, bym
robiła to, co chcesz. Nie rozumiesz? To nie działa. Boja nie jestem tobą.
Zacisnęła ręce na dźwigni i rozległa się głośna muzyka, a karuzela zaczęła się
obracać.
– Co ja zrobiłam? Co się stało?
– Nic takiego, zaraz to wyłączę.
– Nie, zostaw. Podoba mi się.
Wyminęła go i wskoczyła na kręcący się pierścień. W ciemnościach konie
podnosiły się i opadały. Wsiadła na srebrnobiałego rumaka. Wiatr bawił się jej
włosami, a karuzela kręciła się i kręciła. Tego właśnie się obawiała – Ŝe stanie się
takim malowanym, sztywnym konikiem, niezdolnym do ruchu, jeśli Nick nie naciśnie
dźwigni. Miłość pozbawiła ją woli. Jej Ŝycie stałoby się tak monotonne jak jazda na
karuzeli.
Ale Nick nigdy nie zmuszał jej do niczego, czego sama by nie chciała. Uszanował
jej upór do tego stopnia, Ŝe uciekł się do podstępu. Czy rezultat był ten sam? Nagle
coś zrozumiała. Dał jej szansę, a ona musi ją przyjąć. Zeszła ze srebrnego konia.
Nick wyłączył maszynerię i muzyka ucichła z ostrym zgrzytem. Koniki powoli
traciły impet.
– Próbowałeś zrobić coś, czego pragnęłam. Dlatego dałeś pieniądze.
– Nie słyszę cię – zawołał. – Ta cholerna muzyka całkiem mnie ogłuszyła.
– Ale ma to sens jedynie wtedy, jeśli ze mną pojedziesz.
Zeskoczyła z karuzeli. Jeśli z nią pojedzie, będzie to znaczyło, Ŝe chcą tego
samego: wspólnego Ŝycia. Jeśli nie... no cóŜ, ona ma swoją karierę, on swój dom.
– Nick – krzyknęła – pojadę do Afryki. Wykorzystam stypendium.
– To dobrze. – TeŜ zeskoczył ze zwalniającej platformy i zbliŜał się do niej.
– Ale chcę, Ŝebyś pojechał ze mną. Jeśli tego nie zrobisz, odsuniemy się od siebie,
zgorzkniejemy, będziemy się wzajemnie oskarŜać o rozstanie. Oboje musimy
pragnąć, by nasz związek przetrwał. Proszę cię, powiedz, Ŝe ze mną pojedziesz.
– Kochanie, spróbuj zrozumieć. Nie mogę.
– To znaczy, Ŝe nie chcesz. MoŜesz pojechać, ale nie chcesz.
W chwili, gdy spotkały się ich oczy, poczuła cały ból rozstania.
– Proszę, Nick. Pójdę na kompromis. Podzielę stypendium na dwa półroczne
okresy. Sześć miesięcy tam, sześć miesięcy tu, i jeszcze raz.
– To by mi się podobało.
– Ale musisz ze mną pojechać. – Dostrzegła w jego oczach upór i mówiła szybko
dalej: – Mógłbyś prowadzić własne prace, realizować swój projekt botaniczny.
Chciałeś przecieŜ eksperymentować z przeniesieniem roślin z dŜungli w nasz klimat.
Och, proszę cię, musimy być razem.
– Erico, spróbuj zrozumieć....
– Nie, nie chcę tego słuchać. Nie będę słuchać, jak mówisz „nie”.
Cofała się przed nim coraz szybciej, aŜ w końcu odwróciła się i rzuciła biegiem
krętą ścieŜką wśród drzew i paproci. Wesołe miasteczko nie wydawało jej się juŜ
zaczarowanym miejscem.
Nick był tuŜ za nią. W końcu chwycił ją za ramię i zatrzymał.
– Erico, przestań. Potkniesz się i potłuczesz. Wyrwała się. Stali naprzeciw siebie,
cięŜko dysząc.
– Posłuchaj mnie. Kocham cię. Chciałbym, Ŝebyśmy stworzyli rodzinę: ty, ja i
Michael.
– Ja teŜ tego chcę.
– Ale rodzina potrzebuje domu. Spokojnego miejsca, gdzie mogłaby mieszkać.
– Nie chcę tego słuchać.
Okręciła się na pięcie. Gwałtownie potrzebowała teraz muzyki, która
zagłuszyłaby nieuniknione słowa. Nie chciała ich słyszeć. Dostrzegła aparaturę
kontrolującą urządzenia w Królestwie Dzieci i poszła w tamtym kierunku.
– Co robisz? – zapytał Nick.
– Puszczam muzykę. – Widziała, jak Nick kiedyś włączał urządzenia i wiedziała,
Ŝ
e to łatwe. Podniosła metalową przykrywę, nacisnęła trzy guziki i nagle wszystko
wokół oŜyło. Zapaliły się neonowe Ŝarówki, rozległy się dźwięki dziecięcych
piosenek.
– Erico, czy moŜesz usiąść i wysłuchać mnie?
– Nie, nie mogę. Nie teraz. Potrzeba mi hałasu. Ruszyła przed siebie, do stawu z
łódkami i włączyła światła. Potem uruchomiła diabelski młyn i małe samochodziki,
które jeździły pod kolorową, pasiastą markizą. I motorynki, i samolot. Dopiero wtedy
wróciła do Nicka.
– Nie moŜemy powaŜnie rozmawiać w takim hałasie.
– Nie musimy rozmawiać. Wystarczy, jak powiesz: „Dobrze, Erico, pojadę z
tobą”. Potem dogadamy szczegóły. Ostatecznie nie muszę wyjeŜdŜać juŜ w
poniedziałek.
– Myślałem, Ŝe wyjeŜdŜasz w środę.
– Najpierw odwiedzę rodziców w Wisconsin.
– W poniedziałek – powtórzył. – Pojutrze.
– Zabierz się ze mną. Wypracujemy jakiś kompromis.
– Ale ty nie mówisz o kompromisach – powiedział, głośniej, niŜ było trzeba. –
Mówisz tylko, Ŝe powinienem zostawić swoje spokojne, uporządkowane Ŝycie i
jechać za tobą do jakiejś cholernej dŜungli. Czego ty się dla mnie wyrzekniesz?
– Oboje coś zyskujemy – wyrzuciła z siebie. – Wspólne Ŝycie.
– Przemyśl to – zaproponował. – Zrobiłaś ze mnie łajdaka, okropnego faceta,
który próbował tobą manipulować. Ale to nie ja upieram się, by zniknąć na rok w
dŜungli.
Zamrugała, usiłując uspokoić wirujące przed jej oczami światła. Nadszedł
moment, w którym jej przyszłość – ich przyszłość – nabierze kształtu. Kolana się pod
nią uginały, w głowie jej się kręciło.
– Przykro mi, Erico. Nie pojadę z tobą. Odwrócił się i odszedł powoli.
Została sama pośrodku wesołego miasteczka, w którym rozbrzmiewały wesołe
dziecięce melodyjki, a kolorowe Ŝarówki migały zachęcająco.
ROZDZIAŁ 15
Przez całą noc Erica spała przy telefonie, mając nadzieję, Ŝe Nick zadzwoni i
powie, Ŝe zmienił zdanie. Ale telefon odezwał się dopiero w niedzielny poranek.
– Erica? Tu Amanda. Mam wiadomość. Ostatecznie zdecydowałam się na imię
dla tej wielkiej czarnej pantery. Nazwę go Arthur.
– Arthur?
– Na cześć tego uroczego dŜentelmena z Klubu Poszukiwaczy Przygód, doktora
Arthura Windoma. Rozmawialiśmy długo wczoraj wieczorem. Będzie ze mną
współpracował.
– To wspaniale. – Erica szczerze się ucieszyła. – Cieszę się, Ŝe w twoim Ŝyciu
pojawił się ktoś specjalny. A jak tam Sheena?
– W tej sprawie właściwie dzwonię. Na wyspie wszystko w najlepszym porządku.
Rano była niespokojna, więc Michael ją zabrał. Po jakiejś godzinie wzięła go za rękę i
zaciągnęła z powrotem na wyspę. I od tego czasu tam jest.
– To dobre nowiny.
– Więc dlaczego masz taki okropny głos? Co się stało? Nic, czego nie dałoby się
przeŜyć.
– Trochę się denerwuję wyjazdem. Ostatecznie jadę w poniedziałek, a nie w
ś
rodę. Najpierw wybieram się w odwiedziny do rodziców.
– Daj znać, jeśli będę ci mogła w czymś pomóc. – Z głosu Amandy emanowała
prawdziwa Ŝyczliwość. – Będzie nam cię brakowało, kochanie.
– A mnie was. Do widzenia, Amando.
Erice wydawało się, Ŝe przywrócony został ład, naturalny porządek rzeczy.
Sheena znalazła dom, przyłączyła się do własnego gatunku. Amanda, niepoprawna
romantyczka, ma szansę na bliŜszą znajomość z Arthurem Windomem. A ona jest
znowu sama i zajmuje się pracą zawodową.
Wstała energicznie. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Później wybierze
się do zoo, Ŝeby się poŜegnać, ale teraz pora się spakować. Wzięła prysznic,
wyszczotkowała włosy, poszła do sypialni i przejrzała zawartość szafy. Większość jej
ubrań nie nadawała się do noszenia w dŜungli, więc trzeba je będzie oddać na
przechowanie.
Wzięła w rękę Ŝółtą sukienkę, którą miała na sobie w wesołym miasteczku, gdy
Nick zabrał ją na diabelski młyn. A oto konserwatywny strój, który włoŜyła na
spotkanie w Klubie Poszukiwaczy Przygód. I czerwone spodnie i koszula z
wczorajszego wieczoru. Tyle wspomnień. Niecierpliwie wrzuciła wszystko do torby i
zaciągnęła zamek.
Minęło południe, gdy zaczęła pakować szklane figurki z półki. Przyglądała się
kaŜdej, przypominając sobie minione lata. Niewątpliwie ten rok, trzydziesty drugi rok
jej Ŝycia, był pełen wydarzeń. Będzie musiała coś znaleźć, co by go najlepiej
symbolizowało. W ciągu kilku miesięcy znalazła miłość, straciła ją i wyruszała do
Tanzanii. MoŜe powinna kupić wielką szklaną bańkę, w którą mogłaby walnąć
młotkiem i rozbić na milion odłamków. Tak właśnie się czuła. Jej krucha szansa na
szczęście rozpadła się. Zawsze juŜ będzie sama.
Delikatnie zdjęła z szyi łańcuszek z malutkim scyzorykiem. Zacisnęła go w dłoni,
wzywając myślami Nicka. Ale nic z tego nie będzie. Zawinęła scyzoryk w chusteczkę
i włoŜyła do pudełka.
Chowała właśnie figurkę szympansa, gdy usłyszała jakiś dźwięk i zamarła w pół
ruchu. MoŜe to Nick otwiera drzwi swoim kluczem?
Pobiegła do drzwi. Były zamknięte. Nikt nie naciskał klamki. Ale na pewno coś
słyszała.
Zaczęła nasłuchiwać.
Nagle za kuchennym oknem rozległa się głośna muzyka. A cóŜ to takiego?
Dzieciaki puszczające stereo na cały regulator?
Podeszła do okna i zobaczyła orkiestrę dętą w czerwonozłotych uniformach.
Otworzyła okno i wychyliła się, by przyjrzeć się dokładniej. Spod drzewa wyszedł
czteroosobowy chór rewelersów i zaśpiewał „Abba dabba abba dabba rzekła małpa do
szympansa. „
Erica klasnęła w ręce i roześmiała się, zachwycona. Kto to jest? Skąd się tu
wzięli? Muzyka nagle ucichła, a zamiast niej rozległa się dzwoniąca, nieśmiała
melodyjka.
Nick, w przebraniu kataryniarza, wyszedł spod drzewa. Erica poczuła, jak zalewa
ją fala niewysłowionego szczęścia. Więc jednak przyszedł do niej. Jest tutaj.
– Erico – zawołał – czy tak głośno ci wystarczy? Orkiestra odezwała się
huczącym akordem.
W całym budynku ludzie otwierali okna.
– Wolałam, gdy byłeś mimem. Po co to robisz?
– śeby ci pokazać, Ŝe potrafię iść na kompromis. Pojadę z tobą do Tanzanii –
zawołał. Rozległ się werbel. Nick przeczekał go, po czym wołał dalej: – Pojadę, jeśli
skrócisz wyprawę do sześciu miesięcy, a na następne sześć miesięcy wrócimy tu.
Zawahała się na moment. Czy taki plan zakłóci jej badania? Właściwie nie. Da
sobie radę. Czy nie będzie problemów ze stypendium? Oczywiście, Ŝe nie.
Stypendium i tak pochodzi od Nicka.
Zanim zdąŜyła wykrzyczeć zgodę, do przodu wysunął się dobosz. Był nim
Michael.
– Proszę cię, Erico, zgódź się. Tata mówi, Ŝe mogę pojechać z wami, ale w lecie
będę musiał nadrobić szkołę.
– Zgoda! – zawołała. – I na ciebie, i na twego ojca. Michael krzyknął z radości i
machnął do orkiestry, która zaczęła grać „Happy Days Are Herę Again”.
Nick odkleił sztuczne wąsy, odstawił katarynkę i zaczął wdrapywać się na topolę.
– Nick, ostroŜnie! – Ten człowiek był szalony, cudownie szalony, a ona go
kochała.
Zatrzymał się na wysokości jej parapetu.
– Jeszcze jedno. Wyjdź za mnie jutro.
– Tylko jeŜeli jesteś gotów dziś w nocy popracować nad ściślejszą więzią między
nami.
Przeskoczył z gałęzi na parapet i wsunął się do środka. Wychylił się jeszcze na
chwilę i pomachał do orkiestry, która odmaszerowała, głośno grając. Nick dotknął
policzka Eriki.
– Tak bardzo cię kocham, Erico. Pocałowała go w dłoń.
– Ja teŜ cię kocham.
Przytulili się do siebie i świat wydał się Erice absolutnie doskonały.
– Co wpłynęło na zmianę twego zdania?
– Ty. Coś, co powiedziałaś.
– Zdradź co, Ŝebym mogła jeszcze kiedyś uŜyć tego argumentu.
– Prawdę, Erico. Tylko prawdę. Powiedziałaś, Ŝe dom to nie miejsce. Dom to
bycie z ludźmi, których kochasz.
Wtuliła się w jego ramiona z poczuciem doskonałego spełnienia. Erica Swanson
znalazła partnera na całe Ŝycie.