background image

1

background image

Artur Boratczuk

Trzy opowiadania

i list

Chwarszczany 2011

2

background image

©Artur Boratczuk

Ilustracja na okładce: @ creative

Projekt okładki: SUNstudio

Redakcja: Anna Kalińska 

Korekta: Marta Halik

Skład, opracowanie techniczne: Marek Wolicki

Artur Boratczuk

Trzy opowiadania i list

Wydanie 1

ISBN 9788393333714  

Chwarszczany 2011

3

background image

Spis treści

Krzyż Walecznych.......................................................  5

Ja jestem wiatrem, Ty liściem...................................... 15

Ballada o człowieku z końca pochodu............................ 26

Ratujmy Kosmos – list otwarty

w sprawie poszukiwaczy skarbów................................. 37

4

background image

Krzyż Walecznych

Marchewki w tym roku stary Kubica postanowił siać więcej niż 

zwykle. Zwykle siał dwa rządki, ot tyle, co do rosołu na niedzielę 

i żeby,   jak   żonusi   się   zechce,   było   z   czego   zrobić   sałatkę   na 

Wielkanoc.   Piwnicę   miał   dobrą,   poniemiecką,   wszystkim   woda 

podchodziła,   a   u   niego   zawsze   sucho   i   marchewka   mogła   leżeć 

i leżeć, nawet i dwa lata. Dobrze mu było w tej piwnicy, urządził się 

jak lord, miał lodówkę, praleczkę, kibelek i trochę gratów do spania 

i siedzenia. Tylko prądu do żarówek trzeba było palić bez przerwy, bo 

żadnego okienka nie miała. I te rachunki za prąd coraz bardziej go 

trwożyły. Na lekarstwach trzeba było oszczędzać, na książkach (a co 

w piwnicy robić jak nie czytać?) i nawet żona, jak szła do kościoła to 

się wstydziła, bo na tacę dawał jej tylko złotówkę, a nie dwa złote 

jak kiedyś.

Wychodził   z   piwnicy   najwyżej   na   godzinę   dziennie   między 

czternastą   a   piętnastą,   kiedy   w   radio   ludzie   dzwonili   w   ważnych 

sprawach życiowych. Ale poza tym cały czas musiał sobie świecić.

Z   tych   rozmów   w   radio   dowiedział   się,   że   znowu   wszystko 

drożeje,   zwłaszcza   zielenina,   i   pomyślał   ubić   jakiś   interes. 

Marchewkę sprzeda się sąsiadom mniej zaradnym albo zaganianym, 

którzy   czasu   nie   mieli   na   pielenie   i   ledwo   trawnik   raz   na   dwa 

tygodnie kosili. Swojską marchewkę każdy kupi, a już od bohatera 

5

background image

wojennego   na   pewno.   Jak   się   jeszcze   rozejdzie,   że   Kubica   do 

każdego pęczka dorzuca trochę wieści z kosmosu, to się nie opędzi.

Siał   akurat   dwunasty   rządek,   już   prawie   ar   tej   marchwi   było, 

kiedy Burek zaczął szczekać. Przez furtkę ładowało się jakichś dwóch 

w garniturach i kobita.

– Urząd skarbowy! – Kubicowa, z natury strachliwa, zaczęła się 

trząść.   –   Jeszcze   jednej   marchewki   nie   sprzedałeś,   nawet   nie 

wzeszła,   a   już   domiar.   Gorzej   jak   za   Gomułki.   Jak   tu   żyć?!   – 

lamentowała.

–   Nie  becz  –   uspokoił  ją.  –  Słyszałem,  w   radio   mówili,  że  do 

emerytury   dorobić   można   płodami   ziemi   bez   żadnych   podatków. 

A do wojennej to  już na  pewno. W końcu po co ja ten niemiecki 

czołg rozwaliłem?

Kubicowa   uspokoiła   się   trochę   na   te   słowa,   a   kobieta,   która 

towarzyszyła elegancikom, przedstawiła ich:

– Panowie są z Ameryki, poszukują, SETI, ja jestem tłumaczką.

– Sety? Ale u nas tylko marchewka i to dopiero na jesień! Bimber 

pędzi   Janicki   na   końcu   wioski.   –   Kubicowa   starała   się   wyjaśnić 

nieporozumienie.

– Mam trochę siwuchy w piwnicy. Skocz i przynieś kieliszki. Na 

ten upał sam był setę walnął. Gość w dom, Bóg w dom.

–   Ja   ci   dam   siwuchy!   W   twoim   wieku?!   Z   twoim   ciśnieniem?! 

Ponad   osiemdziesiątka   na   karku,   a   ten   by   tu   się   spijał   w   samo 

południe! – skoczyła Kubicowa.

–   Search   for   Extra–Terrestrial   Intelligence   –   rzucił   wyższy 

z Amerykanów.

– Panowie szukają pozaziemskich cywilizacji – szybko objaśniła 

tłumaczka, bojąc się międzynarodowego skandalu.

6

background image

Kubicę tknęło coś, ale Kubicowa była szybsza:

–   W   naszej   gminie   o   takowe   ciężko,   może   w   powiecie   by 

zapytali?

– Mister Kubica? – spytał wyższy z Amerykanów, widać śmielszy.

–   No,   chyba   można   tak   powiedzieć...   –   nieśmiało   przytaknął 

Kubica.

Amerykanin   zaczął   trajkotać,   tłumaczka   ledwo   nadążała 

z tłumaczeniem:

– Panowie dowiedzieli się o panu przypadkiem, z dokumentacji 

medycznej   i   pogłosek,   które   do   nich   dotarły.   Tak   ich   to 

zaintrygowało, że chcą trochę porozmawiać i zadać kilka pytań.

Kubica słuchał w skupieniu, ale nagle rzucił motykę i złapał się za 

głowę.

– Lista przebojów! – krzyczał z obłędem w oczach. – Do piwnicy! 

Szybko! Bo zaraz będzie Doda!

I rzucił się biegiem do swojej piwnicy.

– Jak macie gadać, to idźcie za nim. Dzisiaj już nie wyjdzie. Ja tu 

sobie marchewkę spokojnie skończę. Ja tam nie schodzę, grzybem 

i wilgocią   śmierdzi,   choć   stary   czaruje,   że   sucho,   i   mnie   na   noce 

zaprasza.   Nie   powiem,   że   czasem   nie   zajdę...   –   wdawała   się 

w szczegóły, zerkając na młodszego z Amerykanów, który z profilu 

był   podobny   do   jednego   aktora   z   telewizji,   i   lekko   się   przy   tym 

czerwieniła,   ale   machnęła   ręką   i   chwyciła   za   haczkę,   widząc,   że 

trójka gości zmierza już za Kubicą.

Kubicę rozbolała głowa, jak zawsze, gdy nie zdążył w porę zejść 

pod ziemię i leżał na tę okoliczność na tapczanie. Leżał na wznak 

i patrzał na Krzyż Walecznych zawieszony na makatce nad łóżkiem. 

Patrzenie   na   ten   krzyż   zawsze   mu   dobrze   robiło.   Znów   czuł   się 

7

background image

młody i zdrowy, jakby cofał się w czasie o te sześćdziesiąt parę lat. 

Wyskakiwał z okopu, gdzie wszyscy skuleni czekali na śmierć i ciskał 

granatem   w   tygrysa   sunącego   na   jego   oddział,   a   czołg   stawał 

w płomieniach   i   wyskakiwali   z   niego   pancerni   koszeni   z   pepeszy 

przez kubicowych towarzyszy, którym wyczyn Kubicy dodał skrzydeł 

i   rzucili   się   do   ataku,   odpierając   natarcie   doborowej   jednostki 

Wehrmachtu. Nieprzytomny Kubica z raną w głowie padł tuż obok 

zniszczonego przez siebie czołgu.

– Kiedy to się zaczęło? – tłumaczka przełożyła pytanie wyższego.

– Z głosami? – upewnił się się Kubica, choć nie miał wątpliwości, 

o co im chodziło.

– Z głosami – potwierdziła tłumaczka słowa Amerykanina.

–   Jakoś   jak   Stalin   zmarł.   Wolna   Europa   zaczęła   wtedy   chyba 

silniej nadawać i wtedy pojawiły się te głosy.

– Chwalił się pan tym?

– Jednemu się pochwaliłem i już na drugi dzień milicja po mnie 

była.   Zawsze   wiedziałem,   że   Stelmachowicz   to   kapusta.   –   Kubica 

chciał   splunąć   dla   potwierdzenia   swoich   słów,   ale   bał   się   gości 

oślinić, bo otoczyli go ściśle, nawet przysiedli na tapczanie.

– Wtedy pana zaczęto badać?

– Wtedy. Wzięły mnie w obroty wszystkie profesory z Warszawy 

i kilku ruskich. Parę miesięcy eksperymenty robili.

– Jakie eksperymenty?

–   Myśleli,   że   ja   mam   radio   gdzieś   w   kieszeni   ukryte,   takie 

malutkie,   i   słucham,   a   potem   mówię,   co   słyszałem.   To   mnie 

rozbierali do naga i zamykali w różnych pomieszczeniach. A ja im na 

bieżąco mówiłem, co Wolna Europa nadaje. Potem mnie prześwietlili 

i zobaczyli ten odłamek w głowie. Proszę pana, ja ledwo przeżyłem, 

8

background image

trzy   czołgi   hitlerowskie   zwalczyłem   i   tak   mnie   szrapnel   przy   tym 

trafił,   że   ledwo   mnie   odratowali!   Bały   się   łapiduchy   wyciągać   ten 

szrapnel z mojej głowy, bo w mózg się wbił i czekali tylko, aż się 

przekręcę.   Krzyż   to,   panie,   za   te   cztery   czołgi,   ja   oficjalnie 

pośmiertnie   dostałem,   bo   myśleli,   że   oczu   już   nie   otworzę. 

A otworzyłem i wyzdrowiałem po pół roku. Ale już koniec wojny był, 

na front nie było po co wracać, to mnie władza, za te pięć czołgów 

i za to że przeżyłem, dom i rolę dała.

– Tak, to godne podziwu. Ale może pan się skupić bardziej na 

tym odłamku?

– No co, odłamek jak odłamek, trzy centymetry długi, centymetr 

szeroki, ostry, wbił się i widać się z nerwem jakimś zrósł, że zaczął 

robić za antenkę, jak przyszła pora na antenki. Tak w każdym razie 

jakiś ruski profesor wykoncypował.

– Czy oprócz Wolnej Europy odbierał pan też inne sygnały?

– Wtedy nie, tylko Wolną Europę. Choć u Maciejaków na górce 

łapałem czasem Głos Ameryki, ale rzadko. Te ruskie chcieli na mnie 

eksperymenty dalej robić i sprawdzać, czy przez tę antenkę, to jest 

odłamek, nie da się do mnie czegoś nadawać, na przykład żebym 

wstał, szedł przed siebie, machał sztandarem, robił czyny społeczne, 

bił rekordy wydajności pracy i takie tam. Budowali jakieś ustrojstwa 

i coś do mnie nadawali, ale ja nie odbierałem. Może na innych potem 

to dalej ćwiczyli, bo podsłuchałem, jak kombinowali, żeby paru takie 

antenki   wszczepić   sztucznie,   dłuższe   i   trochę   w   innym   miejscu, 

bardziej   na   czole.   Nie   wiem   dokładnie,   co   z   tego   wyszło.   Ja   się 

wypisałem, bo stara  moja  chryi narobiła, jeździła  po sekretarzach 

i się   skarżyła,   że   kombatanta,   bohatera   w   szpitalach   trzymają, 

a w polu robić nie ma komu. W końcu mnie puścili.

9

background image

– I jak się pan czuł w miarę upływu czasu?

–   Wyśmienicie!   A   jak   już   tę   wieżę   w   Gąbinie   pobudowali 

i zacząłem odbierać jedynkę, to miód malina! – Kubica wyraźnie się 

ożywił. Ból głowy mu przeszedł, ale leżał sobie dalej ze zbolała miną, 

bo przyjemnie mu było, jak go tak otaczali i słuchali. – Szedłem orać 

i   od   rana   do   wieczora   jak   na   koncercie.   Proszę   pani!   I   panów. 

– Zmitygował się, widząc, że tłumaczka ledwo nadąża z przekładem. 

– Co to były za czasy! Czerwone Gitary, Santorka, Połomski! W lecie 

Opole całe słuchałem przy żniwach i cały Sopot! Pust wsiegda budiet 

sonce... – zanucił rozmarzony. – Na Lato z radiem to budziłem się 

z samego rana, żeby niczego nie przeoczyć. Stara do mnie z mordą, 

a  ja  tylko  tak, tak  i słuchałem  sobie wszystkiego  prosto  w mojej 

głowie.

–  Taaak,  ale słyszał  pan coś  jeszcze oprócz radia...?  –  Kubica 

najeżył się trochę, ale dobrze mu się gadało, więc gadał dalej:

– W siedemdziesiątych latach, po zimie stulecia, gdzieś w 1979 

zacząłem słyszeć ICH.

– W jakich okolicznościach to się zaczęło?

–   Normalnych.   W   sobotę   popiłem   u   Janickiego,   naprawdę 

polecam,   zajdźcie,   takiego   bimbru   w   całym   województwie   nie 

uświadczycie!   W   niedzielę   wstałem,   żeby   posłuchać   spokojnie 

koncertu życzeń. A tu pustka w głowie, tylko kac. Łeb mnie pękał, 

wydudniłem trzy słoiki kwaszonych, a w głowie dalej pusto. I nagle 

taki świst, tertolenie jakieś, pikanie, a potem głos, jakby z najdalszej 

dali.

– Co mówił?

– Różne rzeczy i, nie powiem, bardzo grzecznie, zawsze panie 

Kubica to, panie Kubica tamto.

10

background image

– Ale dokładnie co?

–   To   było   wiele   lat   mówienia,   ja   przecież   wszystkiego   nie 

pamiętam!

– Ale ogólnie chyba pan pamięta?

– Pewnie że pamiętam. Kto by nie pamiętał? Jak zaczynał mówić, 

to   jakby   mnie   w   głowie   paliło,   jakąś   moc   mieli.   Mówili,   że   są 

z Andromedy,   wiedzą   o   nas,  że   są   pokojowo   nastawieni   i   znaleźli 

mnie w kosmosie dzięki swojej technice, bo u nich ludzie, znaczy 

ludzie,   ONI,   już   dawno   nie   mówią,   tylko   sobie   myśli   od   razu 

przekazują z głowy do głowy.

– Chcieli coś od pana?

– Konkretnie nic. Jeden raz chciał jakby parę złotych pożyczyć, 

bo tak się zgadałem z nimi o pieniądzach, a nie rozumiał niby, co to 

jest, he, he... Ale się wymówiłem, że wszystko na nawozy poszło 

i może po żniwach, jak kontraktację sprzedam. A później nie nalegał 

już, one są bardzo taktowne.

– Czy coś panu przekazywali?

–   Ba,   wiercili   mi   we   łbie   parę   lat!   Kazali   wszystko   zapisywać 

i dyktowali godzinami!

– Zapisywał pan?! – W końcu niższy się czymś podekscytował.

–   Pewnie,   że   zapisywałem,   spróbowałbym   nie   zapisywać... 

Wszystko   drobnym   maczkiem.   Dyktowali   jakieś   wzory,   niby   na 

energię, rysunki całe różnych maszyn i urządzeń, schematy i różne 

różności.|

  – Ma pan te zapiski?

– Co mam nie mieć? Leżą gdzieś w pudle, za komodą. – Wskazał 

mebel przytargany z góry, stojący w kącie piwnicy. – Pani sięgnie, na 

11

background image

lewo.   –   Tłumaczka   wstała   z   tapczanu   i   wyjęła   zza   komody 

kilkanaście grubych brulionów.

– Można? – Złapał je od razu niższy z Amerykanów.

– A proszę.

Amerykanin wertował bruliony. Z każdą kartką jego oczy robiły 

się coraz większe, poczerwieniał, ledwo łapiąc oddech wykrztusił:

– Ależ to przełomowe informacje! One mogą pchnąć los ludzkości 

na   zupełnie   nowe   tory,   wprowadzić   nas   na   niewyobrażalny   teraz 

poziom technologiczny!

– Ja tam się nie znam – stęknął Kubica podnosząc się w końcu 

z pozycji na wznak do półsiedzącej. – Kazali pisać, to pisałem. I tak 

nie dla mnie miało być, tylko niby dla całej ludzkości. Chcecie, to 

bierzcie. Już i tak kłopoty z tego tylko miałem. Jak był stan wojenny, 

chciałem to gdzieś wysłać, do jakiejś gazety, ale mnie zaraz wzięli na 

przesłuchanie   że   szpieg.   Na   szczęście   nic   z   tego   nie   rozumieli 

i oddali. A ludzie to się ze mnie śmieli, że z kosmitami rozmawiam.

– Naprawdę mógłby pan nam to podarować?

Kubica przybrał odrobinę bardziej oficjalny ton:

–   No,   jakbyście   z   góry   zaabonowali   dwa   wiadra   marchwi,   to 

wtedy mógłbym wam to podarować.

– Ile za tę marchew? – spytał niższy.

– Teraz jest tania, ale jesienią... Mówią, że spekulanci na cenach 

grają, ropa idzie w górę, to i marchewka pójdzie. Jak ropa idzie, to 

marchewka zawsze też... – Targował się Kubica.

Amerykanin wyjął trzy banknoty po sto dolarów każdy.

– Starczy za te dwa wiaderka?

– Co ma nie starczyć... – Szybko, żeby się nie rozmyślili, Kubica 

schował pieniądze.

12

background image

–   To   my   już   się   pożegnamy.   –   Amerykanie   nie   mogli   już 

usiedzieć. Pożegnali się i wyszli. Niski przyciskał bruliony do piersi 

jak największy skarb. Kubica patrzył na to bez zdziwienia. Ludzkość 

musi kiedyś poznać i zrozumieć inne cywilizacje. Jeśli jemu pisane 

było w tym jakoś pomóc, to zrobił, co mógł, a że trzysta dolarów 

przy okazji wpadło, to tylko się cieszyć. Chętnie wyszedłby na dwór, 

wziął starą do sklepu i kupił jej jakąś chustkę, posiedzieliby przed 

domem do zmroku, patrzeli, jak słońce chowa się za polami. Ale nie 

mógł   się   ruszyć   ze   swojej   piwnicy   o   tej   porze.   Odkąd   wolność 

nastała,   tyle   w powietrzu   stacji   zaczęło   nadawać   i   z   taką   siłą,   że 

głowa mu od tego pękała. A ta najsilniejsza, którą najczęściej na 

podwórku łapał, taką muzykę grała, że nie mógł ani minuty słuchać. 

Samo wycie i wrzask, dudnienie jedno wielkie. To już nie na jego 

głowę. Tylko do piwnicy żaden sygnał nie docierał, tylko tutaj mógł 

być sobą, mieć swoje myśli. A i jeszcze wczesnym popołudniem dało 

się wyjść  na  godzinkę, kiedy  ta  stacja nie grała  w kółko muzyki, 

tylko ludzie dzwonili i opowiadali o swoim życiu. Tego mógł jeszcze 

posłuchać, choć, prawdę powiedziawszy, co oni teraz mieli za życie...

– Pan Kubica? – Wyrwał go z zamyślenia jakiś męski głos. Po 

schodkach   w   głąb   piwnicy   schodził   znów   jakiś   ubrany   w   garnitur 

elegancik. Ale żaden z tamtych i do tego po polsku gadał, a nie po 

amerykańsku.

– Jam jest – potwierdził.

– Pan ma w głowie tę antenkę i odbiera radio?

– Zgadza się – dostojnie odparł Kubica. – To się zaczęło w 1944, 

jakem   sześć   faszystowskich   czołgów   jednym   granatem   rozwalił. 

O, ten   krzyż   jest   właśnie   za   to.   –   Wskazał   swoje   odznaczenie.   – 

Odłamek mi wtedy w głowie utkwił i tak jakoś po śmierci Stalina...

13

background image

– W 1953? – wtrącił ze znawstwem nowy gość.

– Tak, w 1953 zmarł, i wtedy zacząłem odbierać radio. Ach, co to 

były   za   czasy,   Czerwone   Gitary,   młody   Krajewski,   Santorka, 

Połomski,   potem   głosy   –   Kubica   recytował   w   najlepsz,e   mając 

nadzieję,   że   dzisiaj   jego   szczęśliwy   dzień,   że   tyle   marchwi 

zaabonują, że ogródka mu nie starczy na jej sianie.

–   Proszę   tu   podpisać.   –   Mężczyzna   w   garniturze   nie   słuchał 

jednak   zbyt   dokładnie   tego,   co   Kubica   miał   do   powiedzenia 

i podsunął mu pod nos jakiś urzędowy kwitek.

– Co to jest? – obruszył się Kubica.

–   Nakaz  płatniczy.  Od   roku  1953,  przez  58  lat,  nie  płacił  pan 

abonamentu   radiowo–telewizyjnego   za   odbierane   programy. 

Nazbierało się tego z odsetkami, panie Kubica, oj, nazbierało...

14

background image

Ja jestem wiatrem, Ty liściem

Nasienie   uporczywie   poszukiwało   swojego   miejsca.   Fraudencja 

wyglądała   jak   obsypana   popiołem   wulkanicznym.   Trudno   było 

dostrzec   wzgórza   otaczające   okolicę.   Przypominały   wyprężone 

grzbiety   kotów   łaszących  się  do   rzeki.   Szyby   i   framugi   w   oknach 

domostw oblepione były kruchymi łuskami, łamliwymi błonami, a na 

dworze   wirowały   ich   całe   tumany.   Do   wnętrz   wpływała   chmura 

drobnych, różnego kształtu ziarenek, szypułek, przezroczystych jak 

pergamin skrawków łodyg, kurzu i trocin. Wśród całej tej nawałnicy 

latały   stada   ptaków   wydziobujących   dla   siebie   najsmaczniejsze 

kąski.. 

Tereś mieszkał w samym sercu Fraudencji. Aleja pokaleczonych 

lip, skrzyżowanie, leśny dukt – codziennie do znudzenia przemierzał 

tę   trasę   wykonując   swoje   obowiązki   listonosza.   Czasem   tylko 

urozmaicało   mu   ją   podglądanie   Enigar   –   córki   najbogatszego 

gospodarza we Fraudencji. Enigar umawiała się niekiedy na poranne 

schadzki   ze   swoim   narzeczonym,   Marcinem,   na   polanie   między 

brzozami.   Zrywała   pędy   jeżyn   i   oplatała   nimi   biodra   swoje 

i partnera. Skórę dziewczyny przedzierały twarde kolce, zdrapywały 

brązową   opaleniznę   i   zostawiały   na   plecach,   udach   i   pośladkach 

kropelki krwi. 

15

background image

Pierwszym budynkiem, który Tereś mijał po wyjechaniu z lasu, 

było gospodarstwo Targuza. To właśnie on potrafił przyćmić słońce. 

Przed   laty   wyremontował   starą   poniemiecką   wialnię,   naoliwił   jej 

przekładnie   i   po   spiętrzeniu   wody   zaprzągł   pasem   transmisyjnym 

przepływający   obok   potok   do   obracania   bębnem   maszyny.   Latem 

i jesienią zbierał tony polnych kwiatów, a potem suszył je i młócił, 

wyłuskując drobne nasionka. Gdy puszczał w ruch wialnię, znad jego 

szopy unosił się warkocz plew, a ziemia drżała. 

Uparł się, że poświęci całe życie na ukwiecenie świata. Wyciągnął 

ze   złomu   pogniecioną   sielniczkę,   zalutował   dziury   zżarte   przez 

spółkę   rdzy   i   saletry,   przytroczył   do   blachy   rzemienny   uchwyt 

i napełniał ją codziennie, a potem wędrował do wieczora i rozsypywał 

nasiona   po   świecie.   Jego   wysiłek   doprowadził   jedynie   do   śmierci 

sześciu miejscowych alergików i zachwaszczenia okolicznych upraw. 

W   promieniu   dwudziestu   kilometrów   rosły   wszędzie   maki,   chabry 

i wyka, a rolnicy bankrutowali jeden pod drugim.

Codziennie   były   jakieś   listy   do   Konwersa.   Mieszkał   tuż   obok 

poczty w dwupokojowym mieszkanku przyfastrygowanym do rzeźni. 

Przesiadywał zwykle na ławce obok domu i palił papierosy. 

– Dzień dobry panu.

–   Cześć   Tereś.   Blado   wyglądasz.   Chyba   nic   dzisiaj   nie 

konwersowałeś?

– No, prawie nic.

Tereś   wyciągnął   kopertę,   podał   ją   rzeźnikowi   i   zamienił   z   nim 

jeszcze kilka słów. Wiedział, że Konwers to z natury gaduła. Jego 

twarz   –   fakturą,   kształtem   i   kolorytem   przypominająca   zleżały 

ogryzek   jabłka   –   co   chwilę   trzęsła   się   od   żartów.   Nie   wiadomo 

dlaczego   używał   czasownika   „konwersować”   w   znaczeniu   jeść. 

16

background image

Poprawiano go setki razy, tłumaczono, a ten wciąż uparcie twierdził, 

że   „skonwersował   smaczny   obiadek”.   Z   drugiej   strony   niektórzy 

mieszkańcy   Fraudencji,   niezorientowani   co   do   prawdziwego 

znaczenia słowa „konwersować”, uznając je za przejaw światowego 

obycia,   też   używali   go   pod   wpływem   rzeźniczego   autorytetu 

w znaczeniu „jeść”. 

Fraudencja   była   bardzo   niewdzięcznym   miejscem   pracy   dla 

listonosza.   Zabudowania   rozłożyły   się   daleko   od   siebie,   a   życie 

miejscowości podporządkowało się szaleństwom architektury. Tereś 

znał wszystkie skróty, dzięki którym mógł zaoszczędzić trochę czasu, 

lecz aby dostarczyć listy Macicy musiał nadłożyć wiele kilometrów 

drogi   tak   krętej   i   zawiłej,   że   czasami   sam   gubił   się   w   znakach 

służących mu do orientacji.

Macica mieszkała w opustoszałym dworku myśliwskim, a droga 

tam prowadząca, kiedyś przejezdna, zarosła samosiejkami świerku 

i kwiatami Targuza. Przed samym dworkiem las zamieniał się w plac 

zawalony pniami potężnych sosen. Na skraju wiatrołomu gromada 

maluchów paliła właśnie łęty ziemniaczane i w rozżarzonym próchnie 

piekła jaja cietrzewi. Macica siedziała na werandzie. 

Z jej wyglądu niewiele można było wywnioskować. Przypominała 

rozepchany   worek.   Była   wdową,   czasami   z   dumą   opowiadała 

o swoim mężu, który, za to że go zdradzała, obciął jej nos i uszy. 

Odgarniała wtedy włosy i prezentowała szczątki małżowin. 

Tereś   podał   jej   kilka   pocztówek   i   jak   najszybciej   wycofał   się 

z tego dziwnego miejsca, gdzie czereda dzieciaków w oczekiwaniu na 

pieczone   jaja   głuszców   szperała   kijami   w   kupkach   łętów,   aby 

wypłoszyć z nich myszy i rozdeptać je gołymi stopami.

17

background image

Zatrzymał   się   dopiero   obok   imponującej   willi,   gdzie   mieszkał 

Henryk ze swoją sparaliżowaną żoną Reginą. 

Regina   poruszała   jedynie   językiem   i   mrugała   powiekami.   Od 

czterech lat leżała w łóżku, a jej mąż dbał o bezwładne ciało, mył je, 

przebierał i karmił. Henryk porozumiewał się z nią za pomocą soli, 

cukru,   pieprzu,   wanilii,   kropelek   mleka   lub   wódki,   sopelków   lodu 

i moszczu z owoców kładzionych na jej języku. Obserwując jej oczy 

prowadził w ten sposób nieraz wielogodzinne dysputy. 

Tereś   był   przekonany,   że   Regina   śniła   ciągle   o   biurowych 

romansach i kawiarnianych flirtach, ale nigdy nie wyjawiał swoich 

domysłów. 

Wszedłszy do przedpokoju willi zobaczył siedzącą w salonie córkę 

Henryka,   Enigar,   ze   swoim   narzeczonym.   W   jej   włosach   tkwiły 

jeszcze strużynki liści, a na policzku kraśniała plama soku z jeżyn. 

O ile Henryk wzbudzał we wszystkich sympatię, a nawet litość, co 

w przypadku ludzi bogatych nie zdarza się zbyt często, nawet gdy 

spotka ich wielka tragedia, to Enigar była zawsze na złych językach 

całej  okolicy. Może  dlatego, że należała  do  kobiet,  które  poczucie 

własnej   wartości   zastępują   poczuciem   własnej   ważności,   a   może 

dlatego,   że   po   prostu   nikt   jej   nie   rozumiał.   Tereś   starał   się   ją 

polubić, ale nie udawało mu się to i w jej towarzystwie czuł się źle. 

W  willi  Henryka   bywał  prawie  codziennie  i,  mimo   konieczności 

ocierania się o Enigar, zawsze cieszył się na tę wizytę, gdyż spotykał 

tam   Raciczkę,   młodą   dziewczynę,   rzeźbiarkę,   sprzątającą 

u zamożnej rodziny. Raciczka naprawdę miała na imię Helena, ale 

nazywano ją tak ze względu na jej filigranowe stopy. Tereś kochał się 

w   niej   beznadziejnie   nie   mogąc   się   zdobyć   na   wyznanie   uczuć. 

Nadzieję   podtrzymywała   w   nim   tylko   stara   Cyganka   Ancite,   która 

18

background image

mówiła, że on i Raciczka są stworzeni dla siebie, a wszystkie wróżby 

wskazują, że kiedyś się połączą. 

Ancite   mieszkała   na   skraju   Fraudencji,   sama   w   dużym   domu. 

Zawsze   panował   u  niej   jednak   ruch.   Przyjeżdżali   do   Ancite   ludzie 

z całej   Polski   szukając   pomocy   o   Cyganki   słynącej   ze   swoich 

znachorskich umiejętności. Ancite przyjmowała każdego i, kazawszy 

rozebrać się do naga, wodziła po skórze chorego świeżym kurzym 

jajem, a potem wbijała je do glinianego spodka. Z nitek i skrzepnięć 

klarujących   się   w   rozlanym   białku   i   żółtku   odczytywała   po   trzech 

dniach diagnozę. 

Teresia kusiło zawsze, żeby podglądnąć, jak Cyganka leczy ludzi. 

Pewnego   zimowego   wieczoru,   podczas   ostrej   zamieci,   zakradł   się 

pod   jej   dom,   wdrapał   na   parapet   kuchni   i   przytrzymując   się 

piorunochronu   sięgnął   głową   okna,   za   którym   znajdował   się 

„gabinet”   Ancite.   Drętwiał   z   zimna,   wykręcony   na   dodatek 

w niewygodnej pozycji, ale nie mógł oderwać oczu od tego, co działo 

się   za   szybą.   Na   środku   pokoju   stała   młoda   piękna   dziewczyna 

rozebrana do naga. Jej falujące rozpuszczone czarne włosy sięgały 

do pośladków. Karmiła powietrze brodawkami piersi napęczniałymi 

jak   kiełki   zaparzonej   gorącą   wodą   pszenicy.   Ancite   dotykała   ich 

właśnie skorupką jajka. 

Cyganka   zakończyła   swoje   egzorcyzmy   i   po   kilku   minutach 

i dziewczyna znikła w sąsiednim pomieszczeniu, a po chwili pojawiła 

się   znowu   –   ubrana.   Tereś   zeskoczył   w   wielką   zaspę   przy   płocie 

i leżał   długo   zanurzony   w   śniegu   chłodząc   swoją   rozgrzaną 

wyobraźnię. Od tego czasu nie mógł zapomnieć o Raciczce – bo to 

ona właśnie kurowała się tamtego wieczora u Ancite. 

19

background image

Pąkom ślimaczyło się już od połowy kwietnia, aż nagle, jednej 

ciepłej nocy, każda gałąź nasrożyła się liśćmi. Aleja pokaleczonych 

lip przez cały maj zalecała się do nozdrzy Teresia zapachem soku 

wyciekającego z pęknięć kory. 

Pod koniec czerwca odbył się ślub Marcina i Enigar. Ostatnią noc 

panieństwa   spędziła   przy   łóżku   swojej   matki   kłując   jej   ciało   igłą 

i opowiadając kombinacją melasy i kwasku cytrynowego o tym, jak 

w wieku czternastu lat oddała się jakiemuś staruchowi.

Henryk nie żałował pieniędzy na wesele swojej córki. Nie chciał 

tylko urządzać zabawy w domu, gdzie jego żona miałaby bez ruchu 

towarzyszyć tańcom gości. Wyrównał łąkę niedaleko swojego domu 

i sprowadził   dwunastu   stolarzy,   którzy   przez   tydzień   zbijali 

podwyższenie   dla   orkiestry,   stoły,   ławy   i   wielki   podest   do   tańca. 

Wokół weselnego placu wkopano pięćdziesiąt cztery słupy z dębiny 

ozdobione   przez   Raciczkę   płaskorzeźbami   z   indyjskich   ksiąg 

o miłości.   Zawisły   na   nich   lampiony   i   jemioła.   Na   pięć   dni   przed 

rozpoczęciem uroczystości Konwers zaczął bić tuczniki, woły i drób, a 

dziesięciu kucharzy szykowało potrawy. 

Henryk kupił karetę, szóstkę koni i sam powoził młodym. Enigar 

i Marcin siedzieli wśród koszy kwiatów i zanim weszli do kościoła, 

również udekorowanego na ich część, trzy razy okrążyli Fraudencję 

wzbudzając podziw i zachwyt. Ksiądz, udobruchany sutym datkiem, 

przebaczył im spóźnienie i wygłosił olśniewające kazanie, wkładając 

w   nie   cały   swój   kunszt   oratorski.   Świątynia   wypełniona   była   po 

brzegi. Henryk zaprosił na wesele całą Fraudencję. 

Enigar i jej narzeczony wywołali wielką sensację. Panna młoda 

miała wytatuowaną na policzku, od kącika ust, łukiem, aż do brwi, 

gałązkę magnolii. Na twarzy jej chłopca, od dołka w brodzie, także 

20

background image

wiła się arabeska. Gdy całowali się przy ołtarzu, roślina zrastała się 

w jedną całość. 

Enigar   miała   raczej   prostaczą   naturę,   ale   nawet   jeśli   nie 

posiadała pasji latania, to na pewno tkwił w niej kaczy snobizm na 

machanie   skrzydłami.   W   dniu   swojego   ślubu   postanowiła 

poszybować najwyżej, jak mogła. 

Bez   wytchnienia   tańczyła   z   drużbami   i   obcymi.   Ledwo 

skosztowała delicji, od których uginały się stoły, tylko wina kazała 

sobie nalewać co chwilę i za każdym razem tłukła kieliszek. 

Było widno jak podczas przelotu komety. Najkrótsza noc w roku 

okazała się też bardzo ciepła. Córki Macicy biegały między dorosłymi 

i nakładały im na głowy wianuszki z polnych kwiatów. Wielu gości 

przebrało   się   w   specjalnie   przygotowane   kostiumy.   Im   bliżej 

dwunastej,   tym   więcej   pojawiało   się   faunów,   strzyg,   słowiańskich 

wojów. 

Tereś wciąż wypatrywał Raciczki, żeby z nią zatańczyć. Zobaczył 

ją   pijaną,   stojącą   przy   rzeźbionych   słupach.   Jak   zahipnotyzowana 

gładziła   drewniane   fallusy,   złączone   ciała   kochanków   i   sekretne 

inskrypcje pisane najstarszym językiem świata. 

– Znajdziesz swoją czarnulkę! Jeszcze ją znajdziesz! – do Teresia 

podeszła stara Ancite. Ubrana była w barwną spódnicę i obwieszona 

sznurami korali. Zaczęła tańczyć, jakby miała lat osiemnaście, a nie 

osiemdziesiąt.   Orkiestra,   wzbogacona   o   skrzypce   jednego 

z fraudenckich   Cyganów,   rozpędzała   z   każdą   zwrotką   tempo, 

zmuszając   tańczących   do   bliskich   omdlenia   akrobacji.   Muzyka 

osiągnęła   w  końcu  próg   wytrzymałości  grajków  i   przeistoczyła  się 

w wolny, kołyszący walc, który połączył mężczyzn i kobiety w pary 

i falował nimi bez uniesień, bez zapamiętania.

21

background image

Północ   rozświetliły   kolorowe   fajerwerki.   Na   znak   Henryka 

rozpoczął się pokaz sztucznych ogni, który miał uczcić nowy  etap 

życia Enigar. 

Po   ciemnym   niebie   paradowały   gigantyczne   roziskrzone   jeże. 

W okamgnieniu pęczniały od rozmiarów kłębka włóczni do wielkości 

Arki Noego. Widowisko przypominało dziecięcą zabawę dziadek czy 

babka przy wróżeniu z dmuchawców, gdzie usta wprawiają w ruch 

delikatne   race   z   czasz   przekwitłych   roślin.   Dziesięciominutową 

kanonadę   uwieńczył   napis   „Wszystkiego   najlepszego”.   Jego   litery 

chybotały się przez chwilę, aż zgasły jedna po drugiej, zostawiając 

dwa   końcowe   O,   które   złączyły   się   ze   sobą   jak   dwie   obrączki   na 

ślubnych zaproszeniach. 

Orkiestra zabrzęczała marszem weselnym. Zamiast perkusji rytm 

wybijały oklaski gości. Enigar i Marcin weszli na podium. Wodzirej 

zasłonił   oczy   dziewczyny   opaską,   zakręcił   ją   kilka   razy,   obrócił 

w stronę tłumu i kazał cisnąć wianek przed siebie. 

– Uwaga, wszystkie panny! Która w ciągu roku znajdzie swego 

kawalera?!   –   zakrzyknął,   a   podekscytowane   dziewczyny   zaczęły 

przeciskać się w jego kierunku. – Zaraz się dowiecie!

Wyciągnięte   dłonie   zaciskały   się   spazmatycznie   ugniatając 

powietrze   jak   ciasto   na   pierogi,   ale   wianek   był   tylko   jeden 

i w tumulcie trudno było dostrzec, czyje palce go pochwyciły. Henryk 

zaśmiewając się podszedł do mikrofonu i powiedział: 

– Komu moja córka przekazała swoje szczęście?

Czekano  długą   chwilę,  aż dziewczyny  się rozstąpiły   i  ta, która 

trzymała wianek, zbliżyła się do podium. 

–   No,   no,   Helena!   Helena,   proszę   państwa,   będzie   szykowała 

posag!   –   obwieścił   Henryk   pomagając   Raciczce   wejść   na   podium. 

22

background image

Stanęła   obok   niego   cała   w   rumieńcach,   ze   zburzonymi   włosami 

i w potarganej bluzce, ściskają w rękach wianek Enigar.

– A teraz czas na pana młodego! – Ocknął się wodzirej i zawiązał 

oczy Marcina. Zakręcił panem młodym i już miał pomóc mu odpiąć 

od   kołnierza   muszkę,   gdy   przeszkodziło   temu   pojawienie   się  przy 

nim niedźwiedziej postaci.

– Panie Targuz, co pan sobie, do cholery, wyobrażasz?! – zaklął 

na widok intruza Henryk.

–   Wesele   musi   się   skończyć!   –   rzekł   Targuz   stając   przy 

mikrofonie. Odziany był zwyczajnie, w ciemne spodnie i wiatrówkę. 

Nawet   na   wesele   przyszedł   ze   swoją   sielniczką   wypełnioną 

nasionami i podczas zabawy rozsypywał je wśród ludzi, a tancerze 

wdeptywali wszystko obcasami w murawę.

– Jeśli wam życie miłe, idźcie do swoich domów! – gromił Targuz.

– Co pan, może by pan tak wyjaśnił?! – Denerwował się Henryk.

–   Nie   chodzi   o   to,   żeby   zamknąć   w   słowach   w  słowach   jakąś 

wizję, jak się zamyka kratami dzikie bestie – huczał Targuz – ale 

żeby kraty wyłamać.

– Pan zaraz pójdziesz do domu! – Henryk w ogólnej konsternacji 

nie tracił panowania nad sobą. Ale Targuz jakby go nie słyszał.

– Spójrzcie tam! To jest znak. – Wskazał ręką ponad siebie, gdzie 

wielkie   sczepione   ze   sobą   koła   wciąż   iluminowały   na   wszystkie 

strony złocistym blaskiem.

Ludzie wygięli szyje i zaczęli mrugać oślepieni. Pierwotny szmer 

niezadowolenia   z   powodu   pojawienia   się   Targuza   przemienił   się 

w trwożliwą ciszę. Słychać było tylko buczenie włączonych na całą 

moc   wzmacniaczy   i   echo   bicia   włochatych   ciem   o   zawieszone   na 

palach lampiony. 

23

background image

– Miałem sen – ciągnął Targuz. – Ocaleją nieliczni.

Ktoś   odcharknął   głośno   i   zapytał   trochę   kpiąco,   ale   z   lekkim 

dygotaniem w głosie: 

– Kto taki?

– Najlepsi z każdego kraju. Ci, których się czci.

–   W   wielkich   krajach   czci   się   wielkich   ludzi,   w   średnich 

średniaków,   a   w   małych   byle   kogo.   I   oni   właśnie   mają 

ocaleć?– szydzono z proroctwa.

–   Nie   mogę   powiedzieć   nic   więcej.   Rozejdźcie   się   do   domów! 

– zakończył Targuz swoje wtargnięcie. Zszedł ze sceny i skierował 

się w kierunku drogi.

Goście   weselni   stali   jeszcze   w   ciszy   długą   chwilę,   następnie 

zaczęli łączyć się w małe grupki, dyskutowali o słowach Targuza i też 

się rozchodzili, zostawiając dopiero co przyniesione przez kelnerów 

potrawy. Henryk biegał wśród rozpraszających się ludzi i prosił, żeby 

nie   traktowali   poważnie   tego   „durnia   od   kwiatów”,   ale   oni 

odpowiadali wykrętnie i zostawiali go samego. 

Szast–prast   i   łąka   opustoszała.   Nawet   wodzirej   i   członkowie 

orkiestry   ulotnili   się   niepostrzeżenie   z   instrumentami,   a   kucharze 

cofali się w ciemność zatykając za poły fartuchów butelki z winem 

i puszki kawioru. 

Pośrodku   pachnącej   żywicą   sceny   zostali   tylko   Henryk,   Marcin 

i Enigar, która myśląc właśnie o swojej matce zrozumiała, że tak jak 

ich imiona były anagramami, tak los ułożył ich życie z tych samych 

klocków. Z zapiekłością pruła włókna żółtej tkaniny, jaką zasłaniano 

jej oczy, i pieściła serdecznym palcem gałązkę magnolii na policzku. 

24

background image

Stali   tam   dopóki   brzask   nie   rozsupłał   kręgów   nad   nimi. 

A wyobraźnia nieobecnych młóciła kolejne dni wypełnione czekaniem 

na zaproszenie do następnego Wesela. 

25

background image

Ballada o człowieku z końca pochodu

Coś w życiu Szymona Giętego musiało się zawalić. Ludzie mówią, 

że był inżynierem, wybudował most, ten most runął i od tego czasu 

Szymon błąka się po świecie, zbiera butelki i grzebie w śmietnikach 

za kawałkiem chleba. To nieprawda.

Skradziono Szymonowi we śnie jego księgę, gdzie w wierszach 

zapisywał   obserwacje   z   włóczęgi,   nazywanej   przez   niego   podróżą 

naukowo–turystyczną;   życie   ludności   wiejskiej,   natury   –   jak   lasy, 

rzeki i góry, zwierzęta leśne, ptaki oraz owady.

Boska moc obdarowała go wszystkim, co jest potrzebne do życia 

i   pobożności   przez   poznanie   tego,   który   go   powołał   przez   własną 

chwałę i cnotę.

Baraszkował   sobie   Szymon   po   apostolsku   z   życiem   i   słowem. 

Ludzie   raz   gościli,   raz   nie.   Różnie   bywało.   Dzięki   tułaczce   poznał 

świat, charaktery, obłudę i fałsz – co dobre i co złe. Księga pełna 

była   pieczątek.   Wieloletnia   jego   podróż   naukowa   była 

przypieczętowana pieczęciami urzędów państwowych, różnych szkół, 

związków   zawodowych   itp.,   a   nawet   pieczęciami   sołtysów   wsi 

w danych   województwach.   To   był   skarb.   Orły   w   koronach.   Dzisiaj 

miałby   Szymon   okropne   pieniądze.   Ludzie   w   muzeum   bym   to 

oglądali.   A   tu   złodziej   nie   uznał   wartości.   Może   spalił,   zniszczył? 

A może sprzedał jego poezje? Może się podszywa pod Szymona?

26

background image

Może zniszczył...

Ziemia   dawna,   czyli   przedwojenna   Druga   Rzeczypospolita,   po 

czternastym   roku   jego   życia   była   dla   niego   zdeptana   własnymi 

stopami   przez   wiele   lat   trudnego   życia,   była   badana   i   opisywana 

jego wierszami, opisywana z natchnienia oraz przez oglądanie jego 

oczami podczas marszu piechotą po pięknej ziemi ojczystej.

Brat go pobił i musiał Szymon uciekać z rodzinnego domu. Choć 

i tak był tam tylko posługaczem i parobkiem. Lepiej mu było chodzić 

piechotą   po   Polsce   lub   urządzać   harce   z   kolejarzami;   jeździł   bez 

biletu   osobówkami   albo   skakał   z   wagonu   na   wagon   składów 

towarowych.

Ale   do   każdego   tułacza   los   chociaż   jeden   raz   się   uśmiechnie. 

Spodobał się Szymon hrabiemu Grochulskiemu w Godziczu, powiat 

garowliński. Przygarnął wędrowca, ubrał, nakarmił, dał mieszkanie 

i zrobił swoim ogrodnikiem, a potem dalej zalecać się do niego, bo 

z hrabiego to był, można powiedzieć, hmmm...

Pewnie do tej pory przycinałby Szymon różane pędy i opędzał od 

umizgów   arystokraty,   gdyby   wojna   nie   wybuchła.   Jak   wybuchła, 

hrabia zapakował swoje miliony na samolot i odleciał, podobno do 

Ameryki. Sam jeden, bo jego ogrodnik nie chciał nigdzie lecieć. Na 

wozie   ze   stajni   hrabiego   wyprawił   się   w   kierunku   rodzinnej 

Warszawy.   Przy   kolumnie   Zygmunta   obok   wozu   Szymona   spadła 

bomba.   Konie   zerwały   uprząż   i   uciekły   przerażone,   a   wóz 

z Szymonem zapadł się do leja. Odkopali go po kilku godzinach. Ktoś 

przystawił lusterko do ust Szymona. Para się skropliła.

I ruszył Szymon dalej piechotą. Dotarł do Mińska Mazowieckiego 

i najął się do pracy u jakiegoś gospodarza, bo chociaż trwała wojna 

to wykopki szły.

27

background image

Jednej   nocy,   o   piątej   nad   ranem,   Szymon   z   gospodarzem 

szykowali się na kartoflisko. Rozgrzewali się przy piecu, podjadali co 

nieco. A tu ktoś wali w drzwi. Otwierają – a tam trzy bagnety w pierś 

wycelowane.   Co   brakowało,   żeby   pchnąć?   Ale   Szymon   znał 

hasło. „Heil Hitler!” – wrzasnął z całych sił. Opuścili bagnety. Szymon 

w   szkole   był   pierwszy   w   sprawach   języka   niemieckiego.   Zaczął 

gadać,   bo   gospodarz   ni   czorta   po   ichniemu.   Obrabiał   Szymon 

interes,   żeby   nikomu   krzywdy   nie   było.   Gospodarz   dał   coś   do 

zjedzenia.   Niemcy   jakiś   zegarek,   błyskotki   jakieś   dali.   Jak   szli   po 

Polsce, to trochę już nagrabili po Żydach, nie–Żydach.

I ruszył Szymon dalej w powiat Miński. I trafił. Z jednej strony 

pułk   polskiej   artylerii,   z   drugiej   Niemcy.   Strzelali   do   siebie. 

A Szymon tak pośrodku frontu, między kulami. Zatrzymali go Polacy. 

Wzięli za szpiega. A czy mógł wiedzieć, skąd kule lecą? Dopiero jak 

sprawdzili przez telefon, że miał brata jakiegoś w Mińsku czy kogoś 

tam, to uwierzyli i puścili.

I szedł Szymon dalej, aż trafił do Sandomierza, a tam wzięli go 

z łapanki i wywieźli bydlęcym wagonem na roboty do Niemiec.

Wiadomo tylko, że wszyscy Niemcy, u których pracował, mieli na 

imię Theodor. Spamiętał tych, co mu najwięcej krzywdy wyrządzili. 

A kto mu trochę serca okazał – pozapominał. Koleje losu nie widzą, 

co to taryfa ulgowa.

Niemcom   powiedział,   że   ogrodnik.   I   trafił   do   ogrodnictwa 

w Schipkau,   koło   Safftenberga.   Mieszkał   na   poddaszu   z   ukośnym 

sufitem   i   oknem   przy   podłodze.   Kwiaty   były   ogrodzone   drutem 

kolczastym.   Jak   tylko   zobaczył   po   drugiej   stronie   kogoś   z   literą 

P przyszytą   na   ubraniu,   P   –   jak   Polak,   to   ustawiał   skrzynkę   na 

skrzynce, żeby rękę podać i porozmawiać.

28

background image

W końcu pomyślał: „Co ja, kurwa mać, szczur jaki jestem, żeby 

w   norze   na   strychu   mieszkać?!”.   Kłuł   igłą   skórę   i   krew   z   siebie 

spuszczał.   Smarował   krwią   nos,   twarz,   poduszki.   Kombinował 

chorego.   Bauerka   wezwała   lekarza   z   trupią   główką   na   czapce. 

Lekarza nie oszukasz, a co dopiero takiego z trupią główką. Serce 

miał Szymon zdrowe. Będziesz ty kombinował – zapierdalaj jeszcze 

więcej.

I   trafił   Szymon   do   wsi   Bronkoow   do   Theodora   Szuberta.   Był   jak 

niewolnik.   Byk.   Krowa.   Brakowało   tylko   postronka.   Zagonili   do 

zbierania kartofli. A na brzuchu miał Szymon wielki wrzód. Kiedy się 

schylał, ciekła krew i ropa. To nie mógł się schylać. To Schubert bił 

go łańcuchem.

W Bronkoow mieszkała jedna taka. Miała trzech synów. Dwóch 

zginęło na wojnie. Trzeci, szczeniaczek z Hitlerjugend, był z nią. Miał 

gówniarz   wiatrówkę,   jaką   strzela   się   do   gawronów.   Chował   się 

w krzakach i do Szymona mierzył. Raz przebił mu wrzód. Dopadł go 

Szymon, złapał za lufę i mówi: „Ty mnie, ja ciebie!” i ciach go w łeb, 

aż wiatrówkę popsuł i wyrzucił. Szczeniaczek z płaczem poleciał do 

matki,   a   za   chwilę   przymaszerowało   kilku   esesmanów.   Szymon 

stanął na baczność i zameldował: „Nie mogę pracować, jak mi się 

przeszkadza.   Nie   jestem   tarczą   ćwiczebną!”   Dostał   kilka   razy 

w mordę.   Aż   zemdlał.   Ocucili   go   wodą   z   wiadra   i   jeszcze   trochę 

skopali. Ale nie zastrzelili. Bo synowie na froncie, a ktoś pracować 

musi. Tyle rozumu mieli.

I postanowił Szymon uciec do Generalnej Guberni, bo chciał być 

między swoimi, choć raz gościli, raz nie. Ale gestapowcy załapali go 

w   Petershein   i   zamknęli   na   14   dni   w   areszcie,   gdzie   ściany   od 

ludzkiego potu i oddechu płakały. Nawet pajdki do ust podnieść nie 

29

background image

miał siły. W oczach gwiazdy. To mówi do wartownika: „Jak mi się 

krzywda stanie, to cię Bóg przeklnie. Nagadaj swojej żonie, żeby dla 

mnie gotowała i masz mi przynosić codziennie obiad”.

Niemiec   przestraszył   się,   posłuchał   i   dzień   w   dzień   przynosił 

jedzenie.   Nawet   kiełbasa   czy   inne   mięso   się   trafiało.   Uratował 

Niemiec Szymona, ale ten nawet nie wiem, jak miał na imię.

Z aresztu wywieźli Szymona do Spreewald, do pracy u Theodora 

Rahnera.

Chodził   Rahner,   stary   NSDAP–owiec,   ze   swastyką   na   ramieniu   po 

ogrodnictwie i znęcał się nad Szymonem za byle co. Tyle posiadał 

władzy, że mógł Polaka w kawałki porwać i nic by za to nie miał.

Udało   się   Szymonowi   jakoś   przeżyć   po   zawiązaniu   spółki 

z sześcioletnim   synem   Rahnera.   Obiecał   mu   zrobienie   fortuny   na 

handlu   kanarkami   niezwykłej   urody.   Chodzili   razem   na   targ 

w Spreewald   i   Szymon   brał   po   marce   od   klienta   za   oglądanie 

cudownego ptaka umieszczonego w szczelnie zasłoniętej klatce.

Niemcy stali w długiej kolejce, płacili, podchodzili, unosili kurtynę 

i   spozierali   do   środka,   a   później   oddalali   się   z   błyskiem   dziwnym 

w oku. A do klatki Szymon wsadził jakiegoś nastroszonego wróbla, 

lecz nikt z amatorów kanarczej urody nie zdradził tego czekającym 

w ogonku, bojąc się ośmieszenia.

Z tym że Szymona przeniesiono wkrótce do Theodora Wendta – 

w tej samej miejscowości. Wendt miał ogrodnictwo, ale też fabrykę 

części samolotowych. Szymon spodobał się jego córce. Często z nim 

rozmawiała,   a   stary   Wendt   mówił:   „Jak   się   wojna   skończy,   to 

zostaniesz moim zięciem.”

Dziewczyna była ładna, zgrabna. Mogła powieść na szubienicą. 

Jej ojciec nienawidził hitlerowców. Dbali o Szymona jak o syna. Inni 

30

background image

byli zazdrośni. Coś zrobili, żeby go wywieść od Wendtów do Lübben, 

do Theodora Kreschera.

U Theodora Kreschera było duże ogrodnictwo. Roboty mnóstwo, 

a   jeść   dawali   mało   i   bili   na   dodatek.   Oni   coś   podejrzewali,   że 

Szymon   jest   nadzwyczajny   jakiś   człowiek.   Doświadczenia   chcieli 

robić, czy coś jeszcze. Chcieli spraktykować, czy sabotaży nie będzie 

robił – suszył rośliny albo podlewał za dużo, żeby zgniły. A Szymon 

zawsze robił dobrze. Bo grozi człowiekowi kara śmierci.

Jakoś z tego Lübben trafił do Cottbus, do Theodora Ernsta. Miał 

on   tulipany   i   jędzę   żonę.   Szymon   spał   u   niego   w   głównym 

magazynie na półce z cebulkami kwiatowymi. Cebulkom chłód nie 

szkodził,   a   Szymonowi   trochę   tak.   Pomyślał:   „Dokąd,   kurwa, 

z cebulkami   będę   spał?!”   i   napalił   w   piecu.   A   żona   Ernsta 

przyuważyła ogień i wrzuciła do paleniska cebulki. Potem się zabrała 

i pobiegła po męża. Cebulki zaczęło skwierczeć, parować i zgasiły 

żar. „Patrz, co ten Polak zrobił! – krzyknęła żona do Ernsta. – Ogień 

zgasił!”

Ernst   złapał   Szymona   za   włosy   i   zaczął   tłuc   jego   głową   o   piec, 

a potem złożył skargę do Arbeitsamtu i Szymona dali gdzie indziej.

I pracował Szymon u pani Selke. Była to dziwka niemiecka. SS–

mani pieprzyli ją w szklarni, w domu i gdzie popadło. Miała tak około 

35 lat. Mocno jej się Szymon podobał. Przychodzi do szklarni, siada 

i udaje, że pikuje flance. Prosi o pomoc. Zawija kieckę do brzucha. 

Próbowała, czy Szymon będzie się do niej dobierać. A on wiedział, że 

za kochanie Niemki – kula w łeb. Ona patrzy – on się do niej nie 

dobiera.   Wzięła   jego   dłoń   i   położyła   sobie   na   udo.   Wyrwał   się.

I   przyszła   noc.  Selke   podeszła   do   inspektów,   podniosła   folię,  pod 

którą   stały   skrzynki   z   flancami   i   tak   to   zostawiła.   Mróz   chwycił, 

31

background image

rośliny pomarzły. Selke mówi rano do esesmanów: „Widzicie, co ten 

Polak narobił?!” Szymon tłumaczy, że to nie on, że to ktoś z podłości. 

Ale Selke oskarżyła go o sabotaż i trafił do aresztu we Frankfurcie 

nad Odrą. Może gdyby Selke dobrze wygrzmocił, byłoby mu lepiej? 

Bądź tu mądry...

I   przestał   Szymon   za   karę   być   ogrodnikiem.   Zamiast   tego 

u Theodora   Pohla   piłował   drewno   na   stemple   do   kopalni   i   na 

podkłady kolejowe. Świeże, mokre drewno było ciężkie jak cholera. 

Trzeba to było jeszcze ładować na wagony. Ciężko było.

I skąd Szymon miał siłę i zdrowie, że wytrzymał, to nikt chyba 

nigdy się nie dowie. A może i dowie... Była tam jedna stara Niemka. 

„Szymon – mówi ona – masz ty brudne koszule?” „Mam – odrzekł. 

– Ale   nie   ma   kto   ich   prać”.   Wzięła   od   niego   brudactwa   wszelkie 

i uprała. „Jak się wojna skończy to cię wezmę za matkę i zabiorę do 

Polski” – mówił jej Szymon. Szukał jej po wojnie, ale nie znalazł. Nie 

wie nawet, jak się nazywała.

U  Pohla Szymon czuł, że śmierć nadejdzie od pracy przy tych 

podkładach   i   uciekł.   Zza   Szprewy   strzelali   już   Rosjanie.   Niemcy 

strzelali   też.   Szymon,   nie   żeby   ze   strachu,   ale   po   ludzku,   dla 

bezpieczeństwa,   uciekł   do   pierwszej   lepszej   piwnicy.   Podarł 

poszewkę jakąś znalezioną i czerwoną szmatą daje Ruskim znaki. 

Ruskie, chuj wie jakimi sposobami, przechodzą przez rzekę. Budynki 

się   walą,   piski,   idą   na   bagnety.   Szymon   wskoczył   do   dołu   po 

katiuszy. Ruskie podchodzą do dołu, a Szymon leży na dnie i macha 

tą szmatą. Oni karabiny na niego. Myśleli, że szpieg. On po rusku 

trochę   mówił.   Ale   oni   nie   wierzą.   Wyciągnął   w   końcu   kartę 

odzieżową.   Na   tę   niemiecką   kartę   uwierzyli,   poklepali   po   plecach 

i „Uchodi w Polszu” powiedzieli.

32

background image

I wrócił Szymon do rodzinnej Warszawy. Zamieszkał w piwnicy 

u starej   kobieciny   chorej   na   tyfus.   Przypomniawszy   sobie 

przestudiowany przed wojną podręcznik medycyny, wyleczył ją z tej 

dolegliwości, choć profesorowie ręce rozkładali. Potem wziął się za 

odgruzowywanie   stolicy.   Ale   sprawiedliwość   to   jest   u   świni   pod 

ogonem.   Myślał   sobie:   „Co   ja   będę,   kurwa,   za   darmochę   łopatą 

machał? Niech te dziady, co zburzyły, odgruzują i odbudują”.

I wyjechał Szymon na Ziemie Odzyskane.

Pierwsza jego pracą był Państwowy Urząd Repatriacyjny. Mieszkał 

w   Nowej   Soli   i   stamtąd   jeździł   po   okolicznych   wioskach 

i miasteczkach.   Trzeba   było   chałupy   zasiedlać,   ziemię   uprawiać. 

Naużerał się z ludźmi, z szabrownikami, którzy każdy dom ogołocili, 

nawet z futryn i dachówki. „Od początku świata, od dziejów zarania, 

dupa   człowiekowi   służyła   do   srania”   –   podśpiewywał   sobie   ku 

pokrzepieniu serca.

W   latach   50.,   kiedy   był   księgowym   w   PGR   Libichowo, 

w Legnickiem, poznał na zabawie wiejskiej pewną Mongołkę. Piękna 

to   była   dziewczyna,   jej   skośne   czarne   oczy   rozum   mu   odebrały. 

Wykosztował się na prezenty i ślub, a ta nawet gotować nie umiała. 

I jeszcze przyłapał szantrapę, jak się gziła z jednym strażakiem.

Szymon   nigdy   się   już   nie   ożeni.   Żadnych   kobiet   w   ogóle.   Są 

ważniejsze sprawy na tym świecie.

I dalej był Szymon zwykłym księgowym. Na urlopy nie chcieli go 

puszczać,   nocami   za   innych   błędy   w   grubych   księgach   poprawiał. 

Pomyślał w końcu: „Nie jestem, kurwa mać, niewolnikiem”. Zwolnił 

się i już.

33

background image

I gdzieś w latach 60. przeszedł Szymon na rentą. Po tym PUR–ze 

to   48   zakładów   do   renty   naliczył.   Tylko   w   dwóch   firmach   nie 

pracował: w Czerwonym Krzyżu i czymś tam jeszcze.

Potułał się trochę dla rozrywki i odprężenia po ziemi lubuskiej, aż 

w końcu zamieszkał w Gorzowie

Najsamprzód wynajmował pokój u niemieckiej autochtonki przy 

cmentarzu   na   Żwirowej.   W   tym   samym   mieszkaniu   mieszkał 

Rosjanin, który  smalił cholewki do córki gospodyni. Pewnego razu 

okradł   ją   jak   i   Szymona   i   ślad   wszelki   po   nim   zaginął.   Szymon, 

podejrzewany   o   konszachty   ze   złodziejem,   wyprowadził   się   od 

Niemki i wykopał dziurę przy ulicy Cegielnianej. Nakrył ją deskami, 

przysypał   ziemią   i   miał   już   dom.   Ale   cóż   to   za   dom   –   ciemny, 

wilgotny,   zimny,   jak   dla   dzika,   jaskiniowca.   Gdy   nastały   pierwsze 

chłody,   nie   mógł   już   Szymon   wytrzymać.   Wyłamał   zamek   do 

jakiegoś   garażu   i   tam   zamieszkał.   Przygarnął   czterdzieści   gołębi, 

jastrzębia,   pięć   wiewiórek,   psa,   lisa   i   małpę.   Małpa   była   jakaś 

wredna.   Wszystko   psuła   i   gryzła.   Sprzedał   ją   w   końcu   jakiemuś 

przejezdnemu cyrkowi.

Przed   świętem   pierwszego   maja   przygotowywał   zawsze 

transparent   z   napisem:   „Ręce   precz   od   Szymona”   i   ze   swoją 

menażerią i wózkiem na makulaturę próbował wcisnąć się na czoło 

pochodu. Zawsze go jakoś stamtąd wysupłali i wywieźli za miasto. 

Ale   po   czterech   latach   garażowania   dopiął   swego   i   dali   mu 

mieszkanie. Tylko że z sufitu zwisały tam sople lodu, a grzyba ze 

ścian można było zdzierać motyką. Spakował się znowu i wyniósł na 

dworzec autobusowy. Po drodze jeszcze milicjant go się czepił, gdy 

Szymon   chciał   wypróbować   najnowszy   wynalazek   –   świeżo 

wymalowane na jezdni przejście dla pieszych. „Teraz tylko po tych 

34

background image

białych trzeba chodzić – instruował milicjant – bo inaczej dziesięć 

złotych  mandatu się należy”.  Szymon  starał  się stąpać  po  białych 

pasach i nawet swoim wiewiórkom, które obok kicały, też to chciał 

wpoić,   ale   kiedy   doszedł   do   środka   jezdni,   rozmyślił   się,   wyjął 

z kieszeni   dychę   i   podał   ją   milicjantowi:   „Masz   pan,   bo   mnie 

niewygodnie tak na drugą stronę tylko po białych chodzić”.

Obok   autobusów   przemieszkał   Szymon   rok.   Zwierzęta   mu 

pouciekały, poczuł się samotny i wyprowadził do jakiejś opuszczonej 

komunalnej   rudery   przy   Mieszka   I.   Pisywał   stamtąd   podania   do 

wszelkich   możliwych   władz   i   po   szesnastu   latach   doczekał   się 

remontu. Cóż z tego. W mieszkaniu wybuchł pożar. Strażacy wynieśli 

Szymona półżywego z płonącego domu. Dostał miejsce w slumsach 

przy   Lipowej.   Tam   spędził   trzy   zimy,   aż   zamienił   się   z   jakimś 

krawcem ze Spokojnej i zamieszkał w jego kawalerce.

W mieszkaniu Szymona na Spokojnej, nie da się ukryć, panuje 

bałagan. Na podłodze stoją butelki przyszykowane na sprzedaż, pod 

ścianami kawałki jakichś zepsutych mebli. Podparta dwoma kołkami 

deska zastawiona jest bukietami suszonych kwiatów. Ściany zdobią 

kolorowe   zdjęcia   ptaków,   roślin   i   wodospadów   wycięte 

z ilustrowanych   magazynów,   które   Szymon   wygrzebuje   po 

śmietnikach.   Kto   biednemu   zabroni   bogato   żyć?   Rentę   wydaje   na 

słodycze.  Na  stole  postawił,  przewiązane   gumką   od   majtek,  stare 

radio. Słucha co się dzieje. Koloruje czarno–białe dowcipy rysunkowe 

w gazetach.

Kiedyś   Szymon   był   bogaty.   Trzydzieści   lat   oszczędzał   każdy 

grosz. W stanie wojennym wsiadł bez przepustki do pociągu i ruszył 

w Polskę, aby na jakiejś wsi kupić sobie chałupkę. Na starość marzą 

się   ludziom   takie   rzeczy.   Okradli   Szymona   w   drodze,   pobili. 

35

background image

Prokurator wyrzucił go z gabinetu, gdy domagał się ujęcia złodziei. 

Może   dlatego   parę   lat   później   syn   prokuratora   wyskoczył 

z jedenastego piętra? Kto to może wiedzieć.

Szymona spodnie przez mole pogryzione. I na dupie dziura. Ale 

spod   jesionki   nie   widać.   Znajdzie   na   śmietniku   chleb   –   zabierze. 

Zmyje pod kranem pleśń, podsuszy i zje.

Do   kościoła   jak   chce,   to   czasem   pójdzie.   W   Boga   wierzy. 

W jakiego, oni dwaj tylko wiedzą.

Dlatego zamierza zawsze przypominać Wam te sprawy, chociaż 

o nich wiecie i utwierdzeni jesteście w prawdzie, którą macie. Uważa 

zaś   za   rzecz   słuszną   –   wiedząc   o   tym,   że   rychło   trzeba   będzie 

rozstać się z życiem – dopóki jest w tym ciele, pobudzać Was przez 

przypomnienie.

Buty na zimę znalazł. Z ciasne. Porozcinał. Żeby dały się nosić. 

36

background image

Ratujmy Kosmos

list otwarty 

w sprawie poszukiwaczy skarbów

Mój   kolega   Ijon   Tichy,   w   głośnym   liście   otwartym,   poruszył 

swego   czasu   problem   ochrony   przyrody   w   Kosmosie.   Ponieważ 

miałem   okazję   spotkać   się   ostatnio   z   Ijonem   oraz   profesorem 

Tarantogą   podczas   badań   archeologicznych,   które   prowadziłem   na 

jednym z księżyców układu Quartschen, w trakcie których to badań 

zaszczycili mnie swoją obecnością, i odnosiłem wrażenie, że nie są 

w ogóle   świadomi   skali   zagrożeń,   jakie   czyhają   na   inny   rodzaj 

dziedzictwa   kosmicznego,   a   nawet   pokpiwają   z   moich   obaw, 

w przekonaniu iż osobom mniej światłym ten rodzaj zagrożeń musi 

wydawać   się   tym   bardziej   niezrozumiały   i   wydumany,   wiedziony 

poczuciem   odpowiedzialności,   postanowiłem   przerwać   milczenie 

i napisać   o   tym,   o   czym   mówi   się   po   cichu   od   dawna,   czyli 

o katastrofalnym stanie kosmicznego dziedzictwa kulturowego, który 

to stan spowodowała niekontrolowana działalność tzw. poszukiwaczy 

skarbów.

Poszukiwacze   skarbów   rozplenili   się   w   całym   Kosmosie. 

Bezkarnie   plądrują   zasoby   kosmicznego   dziedzictwa   kulturowego, 

posługując się grawitolotami wyposażonymi w czułe układy detekcji 

37

background image

metalu. Złapani na gorącym uczynku tłumaczą, że nie interesują ich 

zabytki, a poszukują meteorytów i to niewielkich o rozmiarach co 

najwyżej   małej   planetoidy,   do   pięćdziesięciu   kilometrów   średnicy. 

Przekonują,  że detektory posiadają  stosunkowo  słabą  czułość i  są 

w stanie   skanować   jedynie   wierzchnie   warstwy   galaktyk,   do 

głębokości   co   najwyżej   jednego   roku   świetlnego,   co   nie   czyni 

przecież żadnej szkody kontekstowi grawitacyjnemu. Twierdzą też, 

że poza meteorytami interesują ich co najwyżej stosunkowo młode 

przedmioty,   takie   jak   boratynki   –   drobne   monety   zdawkowe 

wykonane   z   amorficznego   boru   (liczba   atomowa   5),   pospolite 

w całym   Wszechświecie   od   epoki   wczesnego   mezonitu   (30–35 

milionów   lat   temu),   kiedy   to   rozwlekli   je   akwizytorzy   usług   sieci 

komunikacji fotonowej z galaktyki P48C3. Tajemnicą poliszynela jest 

jednak, że przy okazji zbierania boratynek ich łupem padają często 

także   bardzo   rzadkie   bohratynki,   bite   18   milionów   lat   temu 

w niezidentyfikowanej   po   dziś   dzień   mennicy   w   gwiazdozbiorze 

Wężownika   z   czystego   bohru   (liczba   atomowa   107).   A   znalezisko 

każdej   bohratynki   jest   dla   nauki   bezcenne   gdyż   poszerza   naszą 

wiedzę o wpływach kultury Romków i Atomków.

Nie   warto   już   chyba   nawet   wspominać,   iż   na   aukcjach 

galaktycznych można bez problemu kupić czarne dziury zawierające 

miliony   wessanych   przezeń   cywilizacji   wraz   ze   wszystkimi 

artefaktami.   Aukcjonerzy   twierdzą,   że   czarne   dziury   otrzymali 

w spadku po dziadku, lub znaleźli w swoim ogródku. I prawo jest 

wobec   nich   bezradne.   Ileż   takich,   straconych   dla   archeologii, 

czarnych dziur spoczywa w prywatnych szufladach?

Poszukiwacze   przygotowują   się   do   swojego   niszczycielskiego 

dzieła   z   premedytację   i   wyrachowaniem.   Nie   ruszają   na   ślepo. 

38

background image

Studiują mapy promieniowania tła, wykresy aktywności kwazarów, 

śledzą informacje o wiatrach neutrino, studiują literaturę przedmiotu 

i pamiętniki oraz zbierają wiadomości z pierwszej ręki.

Na swoich forach chwalą się odkrytymi tzw. miejscówkami. Np. 

użytkownik Sauron23 pisze na jednym z takich forów: ”Opowiadał 

mi dziadek, że po wojnie, mówię o VI wojnie o Wielki Wóz, na jednej 

z tamtych planetek zakopał na rozkaz swojego dowódcy całą masę 

broni,   w   tym   podobno   kwazarówki   kal   22.   Że   klimat   w   tamtych 

okolicach dobry, tzn. w ogóle nie ma wody ani atmosfery, więc rdza 

niczego   nie   zeżre,   postanowiłem   sprawdzić   to   info.   Dziadek 

dokładnie   nie   pamiętał,   o   jaką   planetę   chodzi.   Powiedział   tylko 

ogólnie, że za trzecią galaktyką licząc od Andromedy trzeba skręcić 

w prawo, potem jest taki pas asteroid, za nim parę białych karłów 

i od   ostatniego   karła   lekko   w   lewo   skos   jest   gdzieś   ta   planeta 

w jakimś małym układzie słonecznym. Mówił też, że trzeba uważać, 

bo   zdziczałe   smoloki,   czyli   stwory   z   rejonu   Oriona   napadają 

w tamtym rejonie na przechodniów i żeby zawsze mieć przy sobie 

jakiś kij, żeby się opędzić. Dobrze, że mi powiedział, bo jakbym nie 

wziął kija to  by mnie chyba zagryzły. Wiecie, jakie to ma mordy, 

zwłaszcza  te mieszańce – połknęłyby  mnie całego  i wypluły. A że 

poruszają   się   z   prędkościami   podświetlnymi   i   zbudowane   są 

z antymaterii   to   naprawdę   trzeba   uważać.   Ale   jakoś   dałem   radę 

i odnalazłem   tę   planetkę.   Kopać   było   ciężko,   bo   tam   cała 

powierzchnia   to   zastygły   bazalt   z   wygasłych   wulkanów,   parę   razy 

saperki  ostrzyłem,   ale  dałem  radę.   Dobrze,  że   natura  wyposażyła 

mnie w dwanaście chwytnych odnóży i brak układu kostnego. Jest 

czym pracować. Jakby to np. jakiś ludziak trafił, to prędzej by kojfnał 

niż się dorył tymi swoimi dwoma łapkami do tych fantów, a ten swój 

39

background image

kręgosłupik to by chyba leczył do końca życia he, he:)) Trzeba mieć 

konkretny   pancerz,   żeby   wytrzymać   ciągłe   bombardowanie 

meteorytów. Panowie, ale co ja będę się spuszczał, zerknijcie sami 

na foty. Na tych kwazarówkach pełna oksyda!” Po czym grabieżca, 

jak   wynika   ze   zdradzonych   szczegółów   anatomicznych   (pancerz 

i dwanaście odnóży) przedstawiciel Wielołapów z Kasjopei, chełpi się 

zdjęciami  przywłaszczonych  dóbr,  w  postaci   pięknych  egzemplarzy 

historycznej broni.

O pomstę woła też dezynwoltura, z jaką niektórzy poszukiwacze 

kolekcjonują obwarzanki skrępne – kunsztownie wykonane z uranu 

przedmioty   pełniące   funkcje   kultowe,   wykorzystywane   do 

wywoływania efektów akustycznych i wizualnych podczas obrzędów 

tajemniczej wymarłej już od paru milionów lat cywilizacji Mordenów 

z galaktyki M173C. Przypadkowa eksplozja  obwarzanka  skrępnego 

zniszczyłaby   każdą   planetę   i   jej   otoczenie!   Ileż   to   już   układów 

słonecznych musieli ewakuować saperzy, rekwirujący takie kolekcje? 

I   choć   traktowane   są   jako   broń   wymagająca   pozwolenia, 

kolekcjonerzy   przekonują   za   każdym   razem,   iż   ich   obwarzanki, 

wskutek   zjawiska   połowicznego   rozpadu   pierwiastków 

promieniotwórczych,   utraciły   cechy   użytkowe   i   nie   mogą   być 

traktowane   jako   broń.   A   prokuratorzy   lub   sądy   niestety,   często 

umarzają   takie   sprawy,   co   tylko   rozzuchwala   następnych 

kolekcjonerów.

Nawet   miejsca   objęte   ochroną   na   mocy   porozumień 

międzygalaktycznych   padają   pastwą   poszukiwaczy.   Archeolodzy, 

którzy   przybyli   niedawno   na   leżącą   na   skraju  Kosmosu  Galaktykę 

Eustachiusza,   jedyną   jak   wiadomo   sztucznie   stworzoną   galaktykę 

w Kosmosie,   która   była   uznana   za   zabytek   klasy   zerowej,   zastali 

40

background image

obraz   zniszczenia.   Poszukiwaczy   zwabiły   zapewne   krążące   we 

Wszechświecie legendy o ukrytych tam skarbach. Skarbem był sam 

Eustachiusz!   Powstał,   o   czym   powszechnie   wiadomo,   jako   dzieło 

szalonego   mendora   (rządzącej   mendy)   Eustachiusza   Porypanego 

Młodszego mniej więcej 3 miliony lat temu. Szalony władca chciał 

unieśmiertelnić   swoje   imię   i   oblicze.   W   niewolniczej   pracy,   która 

trwała 300 tysięcy lat, setki milionów obywateli jego państwa oddało 

życie.   Olbrzymia   galaktyka   o   średnicy   około   stu   tysięcy   lat 

świetlnych   robi   wrażenie   po   po   dziś   dzień   (a   właściwie   robiła   do 

niedawno).   Cała   jej   konstrukcja   została   tak   ułożona,   że   oglądana 

z którejkolwiek   strony   przypomina   oblicze   Eustachiusza   –   niezbyt 

piękne,   podobne   do   karalucha,   ale   w   olbrzymim   powiększeniu 

majestatyczne. Był to cel wycieczek szkolnych z całego Kosmosu. 

A   co   z   Eustachiusza   uczynili   poszukiwacze?   Słońca   zostały 

popsute,   barbarzyńcy   pozbawieni   szacunku   dla   dóbr   kultury 

kosmicznej   w   ich   jądrach   spodziewali   się   zapewne   znaleźć   swoje 

wyimaginowane skarby i przekopali słońca na wskroś nie zasypując 

po sobie dziur. Miliony układów planetarnych zostało pomieszanych – 

na  dziko  prowadzone  prace zmieniły  tory  planet  i ich ułożenie  na 

orbitach.   Czerwone   karły   walały   się   w   jądrze   galaktyki,   spory 

procent   czarnych   dziur   i   większość   pulsarów   została   bestialsko 

rozłupanych   na   kawałki.   Archeologom   pozostało   tylko   pozbierać 

wszystkie planety, słońca i inne obiekty Eustachiusza, rozebrać całą 

galaktykę   dokumentując   ten   proces   i   zawieźć   wszystko   do 

magazynów.   Być   może   powstanie   niewielka   wystawa   kilku 

eksponatów   z   Eustachiusza   będąca   ostatnim   świadectwem   tego 

dzieło. Lokum zaoferowała się użyczyć pewna gmina pod Olsztynem, 

przeznaczając na ten cel budynek dawnej poczty. Wójt zaapelował 

41

background image

już do Unii Drogi Mlecznej o wsparcie finansowe tej inicjatywy. Liczy, 

iż   muzeum   przyciągnie   turystów   i   pozwoli   zlikwidować   trochę 

bezrobocie.

Ja wiem, że nadzieje wójta spod Olsztyna są płonne, bo muzea 

nie cieszą się od dawna żadnym zainteresowaniem. Komu chciałoby 

się   oglądać   marne   resztki   eustachiuszowych   starożytności,   skoro 

w każdej   chwili   może   skorzystać   z   zaparkowanego   przed   domem 

wehikułu czasu i cofnąć się do momentu, gdy Eustachiusz lśnił pełna 

krasą i oglądnąć go sobie w każdym detalu, albo nawet cofnąć się do 

czasów,   kiedy   był   budowany?   Każdy   może   przecież   wyskoczyć   na 

weekend   do   swojej   ulubionej   epoki   czy   ulubionego   wydarzenia, 

oglądnąć   je   naocznie,   a   nawet   przywieźć   sobie   z   przeszłości 

oryginalne pamiątki, byle nie przekraczały wagi 1 pika (3,14 tony). 

Sam   posiadam   w   swojej   kolekcji   23   oryginalne   pary   świetlnych 

mieczy   grrunwaldzkich   z   pól   galaktyki   Borrusa,   gdzie   cywilizacja 

zbudowana   na   azocie   pragnąca   podbić   Wszechświat   została 

powstrzymana i pokonana w wielkiej bitwie przez sprzymierzone siły 

białkowców   wspomagane   zaciągiem   Życia   Opartego   na   Siarce. 

Podróżowałem co prawda do tamtego wydarzenia, aby przyglądnąć 

się jak nasz wielki przodek mówi wysłańcowi Azotowców „A wsadź 

sobie w dupę te laserki i paszoł won” 24 razy, ale podczas dziewiątej 

wyprawy,   gdy   król,   zapomniawszy   o   mieczach,   zakrzyknął   do 

swojego   wojska   „Bić   dziadów!”   i   ruszył   w   bój,   już   wychynąłem 

z krzaków,   aby   kolejny   zestaw   mieczy   zabrać   na   pamiątkę,   gdy 

uprzedził   mnie   inny   chronopodróżnik   przyczajony   w   łopianach,   po 

lewej   stronie   króla,  o  dwa   metry   bliżej   od   trofeum  ode   mnie.   Po 

powrocie skontaktował się ze mną i bezczelnie chciał mi sprzedać 

42

background image

miecze za dwa tysiące dolarów albo w zmian za numer telefonu do 

mojej córki! 

Tak, wiem, że w każdym domu na kominku stoi oryginalny święty 

Graal,   wiem,   że   niektórzy   podwórka   wybrukowali   sobie   tablicami 

mojżeszowymi. Ale to nie powód, żeby nie dać archeologom zarobić! 

43

background image

O autorze

Artur Boratczuk - urodzony 6 kwietnia 1972. Porzuciwszy pracę 

dziennikarz   prasy   regionalnej   w   zachodniej   Polsce   zajmował   się 

poszukiwaniem skarbów. Jego poradnik "Vademecum poszukiwacza 

skarbów" cieszył się dużą popularnością w Polsce i w Rosji. Mieszka 

w   dawnej   komandorii   templariuszy   w   Chwarszczanach,   gdzie 

prowadzi   ustatkowane   życie   rolnika,   obserwuje   otaczającą   go 

rzeczywistość i stara się oddać jej ducha w słowach. Jest laureatem 

kilku konkursów literackich.   Na rynku dostępna jest jego powieść 

"Wedle reguły kreacji" wydana w formie e-booka. 

44