background image

MAY GRETHE LERUM

ZESŁANIE

background image

ROZDZIAŁ I

Lyster, czerwiec 1687

W czerwcowym upale położony nad fiordem duży kościół z białego kamienia 

pozostawał przyjemnie chłodny.

Ludzie spuścili głowy, zwrócili twarze ku solidnej drewnianej podłodze, słowa 

płynące z ambony siekły pochylone karki niczym bat.

Proboszcz wygłaszał jedno ze swych najbardziej grzmiących kazań, a to znaczyło 

wcale niemało. Nigdy chyba jednak głos żadnego pastora nie cuchnął tak intensywnie 

siarką, nigdy nie wypowiadano słowa Pańskiego z takim gniewem i potępieniem.

Nastały nowe czasy.

Za starego Mogensa... Z radością niemal witano na kazalnicy odzianego w czerń 

duszpasterza.   Mogens   był   niezwykłym  mówcą.  Jego  ciepły,  żywy   głos  wznosił  się  i 

opadał niczym potężne tchnienie Boga, napełniając serca poczuciem bezpieczeństwa i 

spokojem.   Nie   miał   litości,   szczególnie   dla   złodziejstwa   i   braku   miłości,   nakazywał 

ludziom ciężką pracę, wieczną służbę, szacunek dla siebie nawzajem i dla Boga. Nauczał 

też, że Pan w swojej łasce na pewno odpuści im drobne przewinienia, jeśli tylko okażą 

skruchę i nie będą więcej grzeszyć. A w każdym razie nie popełnią tego samego grzechu.

Lecz Czarny Mons już odszedł, taka była smutna rzeczywistość. Leżał teraz w 

swej wspaniałej trumnie pod tą samą posadzką kościoła, po której oni stąpali. Zdarzało 

się, że dzieci przenikał dreszcz na myśl o zwłokach spoczywających tuż pod ich stopami; 

z   wypiekami   na   twarzy   wyobrażały   sobie   pradawną   kryptę,   migoczące   płomienie 

oświetlające   zszarzałe   mury,   ciężki   zapach,   który   tam   na   dole   zawsze   wydawał   się 

duszący...

A dorośli w późne zimowe wieczory opowiadali sobie o tajemniczych zjawach 

widywanych   w   okolicach   kościoła,   o   nie   mogącej   zaznać   spokoju   postaci   w   księżej 

sutannie. A jeśli ktokolwiek zdołał powstać z grobu, to jedynie Mogens. Znał nie tylko 

słowo   Boże,   nigdy   wszak   nie   taił,   jakie   skarby   trzyma   w   swoich   skrytkach.   Wielu 

mieszkańców   wioski   na   własne   oczy   widziało,   jak   wypędzał   diabła   z   ciała   pewnej 

dziewczyny, a niektórzy całym sercem wierzyli w historię o niepokornym parobku, który 

chciał nastraszyć proboszcza i sam zapadł się pod ziemię. To Mogens sprawił, że ziemia 

background image

się rozstąpiła i pochłonęła nieusłuchanego chłopaka, w miękkiej glebie przy zachodnim 

narożniku kościoła wciąż widniało zagłębienie.

No” i Maria.

Piękna, dobra pastorowa.

Mądra, ale trochę dziwna i przerażająca całą tą swoją mądrością. Umiała czytać. 

Potrafiła  uzdrawiać chorych.  W dużym,  długim budynku  nieopodal  kościoła  założyła 

nawet lecznicę, prawdziwy szpital, równie wspaniały jak te prowadzone niegdyś przez 

mnichów w Bergen! Pomieszczenia, choć nie były tak wielkie, to jednak zawsze ciepłe, a 

drzwi nigdy nie zamykano przed naprawdę cierpiącymi.

Teraz budynek stał pusty.

Maria odeszła.

Mimo wszystko nie była żoną pastora. Stary Mogens oszukiwał ich, a być może i 

ją. To  małżeństwo   nigdy  nie  zostało  formalnie  zawarte,   nigdy nie  wpisane  do ksiąg 

parafialnych.  A   świadkowie?   Kto wie,  jakimi   środkami   się  posłużył,   by ich  zmylić? 

Teraz  i  tak już nie żyli  i  nie mogli  nic  dodać ani  ująć,  gdy pisarz na  żądanie  pana 

Revelina i Cecilii wykreślił Marię jako małżonkę pastora ze swych protokołów.

Maria była tylko nałożnicą. Dziwką, taką jak te, które proboszcz Revelin opisywał 

w gniewnych słowach.

Niezwykle   zaczęły   go   zajmować   kwestie   cielesnych   pragnień   i   grzesznego 

pożądania!   Stał   na   ambonie   poczerwieniały   na   twarzy,   jasne   włosy   barwy   piasku 

sterczały   na   wszystkie   strony,   wymachiwał   chudymi   rękami,   jak   gdyby   walczył   z 

niewidzialnym rojem much.

- Strzeżcie się! - grzmiał. - Strzeżcie się, wy, Boże owieczki, wąż bowiem skrywa 

się między wami! Kobieta jest niczym pogański wizerunek bożka, piękna na zewnątrz, 

lecz   pełna   padlinożernej   gadziny,   nieczystego   robactwa   i   niebezpiecznych   trucizn. 

Wiedzie   was   na   pokuszenie   swoim   ciałem,   ponętnymi   piersiami,   pozwala   wam 

posmakować słodkiego wina grzechu, chwyta was piekielnym lepkim uściskiem...

Wierni niemal jednocześnie przenieśli ciężar ciała na drugą nogę, gromada ludzka 

zafalowała,   a   potem   znów   znieruchomiała.   Nieliczni   tylko   siedzieli   na   ławkach   i   w 

lożach wzdłuż ścian. Promienie słoneczne sączące się przez łukowato sklepione okna 

padały na część zebranych i nawet w chłodnym kościele pot spływał z gołych głów. 

background image

Wkrótce pastor mógł się przejrzeć w spoconych łysinach po męskiej stronie pod amboną.

Kazanie   najwidoczniej   miało   się   ku   końcowi,   wierni   marzyli   o   chłodnym 

zsiadłym mleku i ciasteczkach, przygotowanych z pewnością na dziedzińcu plebanii. A 

może uda się posmakować świeżo solonego i wędzonego mięsa?

Progi   domostwa   pana   Revelina   stały   otworem   dla   wybranych   mieszkańców 

wioski, gościł ich suto, wiedząc, że nie może być pewien ich dobrej woli.

Sprzeciwiali mu się już w czasie, gdy jeszcze za życia Mogensa puścił w ruch 

machinę oskarżeń przeciw Marii. Maria była ich aniołem, aniołem stróżem, nadzieją, 

kiedy wszystko inne zawiodło.

Poza tym Mogens jako przyjaciel mógł się bardziej przydać; gdy trzymali stronę 

proboszcza, wikary nie był w stanie im zaszkodzić. Nie powiodła się więc podjęta przez 

Revelina próba oskarżenia pięknej, znającej się na leczeniu kobiety o uprawianie czarów, 

nikt nie chciał świadczyć przeciw niej.

Po śmierci Mogensa jednak wieśniacy zrozumieli, że i pan Revelin ma potężnych 

przyjaciół. Teraz on został proboszczem i wraz z córką starego pastora u boku zdołał 

wygnać swego wroga z wioski. Nikt nie wiedział, dokąd wyruszyła Maria, lecz wielu 

słyszało o jej rodzinnym domu nad fiordem, o mrocznej, ponurej zagrodzie, gdzie kat 

więził niegdyś jej matkę...

No cóż, skoro tak ma być, niech będzie. Życie nikogo nie rozpieszcza. Maria 

zaliczała się do gniewnych, zbuntowanych, takich, co to chadzają własnymi ścieżkami, i 

przyszło jej za to zapłacić. Oni zaś po raz kolejny zrozumieli, że opłaca się chylić głowę i 

ufać odwiecznym prawdom.

Miejsce   kobiety   jest   przy   dzieciach,   na   polu   i   w   tylnej   części   kościoła.   Pan 

Revelin,   grzmiąc   w   kazaniu   o   niebezpiecznej   kusicielce,   jaką   jest   w   istocie   każda 

niewiasta,   i   o   czeluści   piekielnej,   do   której   trafią,   jeśli   nie   będą   wystrzegać   się 

grzesznych żądz, zapewne miał rację.

Pogaduszki wokół stołów na dziedzińcu brzmiały niczym brzęczenie roju pszczół. 

Panie przywdziały najbardziej uroczyste stroje, co na ogół równało się czyściutkiej białej 

bluzce i spódnicy ze stanikiem z granatowego bądź zielonego sukna, zasznurowanym 

lnianą   wstążką   lub,   o   wiele   rzadziej,   srebrnym   łańcuszkiem.   Na   głowach   tańczyły 

kolorowe chustki, a część dziewcząt poprzestała na przepaskach. Wstążki, poruszane ła-

background image

godną morską bryzą, falowały w powietrzu, jakby dając sygnał młodym chłopcom przy 

studni.

Żona proboszcza, blada pani Cecilia, przechadzała się między ludźmi, odrobinę 

zadzierając swój prosty, ostry nos. Na prawo i lewo rozdawała łaskawe skinienia głowy, 

ledwie   dostrzegalnie   ukłoniła   się  pisarzowi  i   lensmanowi,   nieco   wyraźniej   bogatemu 

pułkownikowi z Flahammar.

Córka poprzedniego proboszcza została żoną nowego pastora. Podczas długich lat 

spędzonych poza domem Cecilia poznała smak niepewności i upokorzenia. Sądzono, że 

jest w dobrych rękach u krewnych w wielkim mieście, podczas gdy ona tułała się z kąta 

w   kąt,   samotna   i   uboga.   Nie   chciała   więcej   myśleć   o   tamtych   strasznych   latach,   o 

pogardzie, z jaką przyjęła ją daleka rodzina, o zalotnikach, dających do zrozumienia, jak 

marna jest jej pozycja.

Przysięgła   sobie   na   pamięć   swej   matki,   że   kiedyś   znów   będzie   opływać   w 

dostatek. Los jednak ciężko ją doświadczał, musiała patrzeć, jak jej podeszły wiekiem 

ojciec robi z siebie głupca, a później żeni się z tą Marią córką Liv.

Dla   Cecilii   pojawienie   się   Marii   w   jej   rodzinnym   domu   stało   się   punktem 

zwrotnym w życiu. To właśnie wtedy zaczęło się źle dziać. Ojciec zupełnie przestał ją 

dostrzegać, bez przerwy tylko wychwalał swą wspaniałą uczennicę. Cecilia nie raz i nie 

dwa słyszała, jak matka cienkim głosem krzyczała na męża, oskarżając go o nieczyste 

zamiary względem ubogiej dziewczyny, którą przyjął pod swój dach.

Ojciec jednak z uporem stwierdzał tylko, że córka Liv będzie mogła zaspokoić 

swe  pragnienie  wiedzy,   czerpiąc  z   jego  studni.   A  żona   powinna   się  wstydzić   takich 

myśli!  Czyż  matka  Marii nie ocaliła  życia  Cecilii?  Zgoda na zamieszkanie  Marii na 

plebanii   i   udostępnienie   jej   książek   z   bogatej   biblioteki   Mogensa   to   raczej   skromna 

zapłata za taki uczynek.

Cecilia   nie   bardzo   potrafiła   sobie   przypomnieć,   kiedy   zrodziła   się   w   niej 

nienawiść. Gdy sięgnęła pamięcią wstecz, wracało wiele miłych wspomnień. Maria była 

z   nimi,   kiedy   zmarła   matka.   Okazywała   dobroć   i   troskliwość,   jak   gdyby   już   wtedy 

zamierzała coś przez to zyskać. Cecilia poczuła, że na myśl o Marii wciąż zaciskają się 

jej   szczęki,   i   prędko   odpędziła   od   siebie   jasne,   pogodne   obrazy.   Życzliwość   Marii 

wynikała ze złych pobudek, pani Cecilia zawsze w tej kwestii zgadzała się z mężem. 

background image

Wciąż pamiętała paskudną kulę, która rosła jej w gardle za każdym razem, gdy przy 

obiadowym stole usiłowała porozmawiać z ojcem, a on przerywał jej, mówiąc o tym, co 

tego dnia powiedziała czy też zrobiła jego mądra młodziutka uczennica. Cecilii zapadł w 

pamięć smutek, od którego nie potrafiła się uwolnić.

A   kiedy   życie   obracało   nią   między   ciężkimi   młyńskimi   kołami   głodu   i 

upokorzenia, musiała znaleźć kogoś, kogo mogłaby za to winić. Maria była najbliżej.

Maria skradła jej szczęście dzieciństwa, a później zajęła także miejsce jej matki. 

Potem rzuciła urok na całą wioskę i powrót pastorówny nie okazał się wcale triumfem, 

jakiego się spodziewała.

A   teraz   jeszcze   Maria,   jakby   chcąc   zadać   Cecilii   ostateczny,   śmiertelny   cios, 

zarzuciła niewidzialne sieci na jej małżonka.

Cecilia   wciąż   pamiętała,   jak   w   noc   poślubną   wykrzykiwał   to   przeklęte   imię, 

będące tak naprawdę również jej imieniem.

Zrozumiała też, z jasną jak kryształ świadomością niepewnej siebie kobiety, że 

nienawiść męża do Marii przemieszana jest z namiętnością i ohydnym pożądaniem.

Chyba  tylko ona pojmowała, że jego przepojone goryczą  kazania, których tak 

wiele wygłaszał, te dotyczące grzechu i mocy kobiet, wszystkie bez różnicy poświęcone 

są Marii.

Cecilię   zapiekło   w   żołądku,   nieprzyjemne   uczucie   pustki   przypominało   głód. 

Zdawała sobie sprawę, że mąż postanowił dalej ścigać Marię. Domyślała się opętania, 

jakie nim owładnęło, i miała świadomość, że minie ono dopiero w dniu, w którym Maria 

odejdzie, umrze, zgnije.

Revelin dał się zwabić na wytyczoną przez żonę ścieżkę, skoncentrował się na 

tym jednym celu.

Potajemnie wynajął ludzi, by śledzili Marię, w ostatnim roku często przynosili mu 

nowiny   o   czarownicy.   Cecilia   wyciągała   od   męża   wiadomości,   orientowała   się,   że 

pozycja Marii jest teraz bardzo słaba. Wielu jej postępków nie zaakceptowałby ani sąd, 

ani Kościół. Żyła z katem w chałupie nad fiordem, podobno wzywano ją na ting jako 

świadka w jakiejś sprawie o zabójstwo.

Cecilia dowiedziała się też, że Maria jest w ciąży.

Z tego właśnie powodu Revelin wstrzymał proces. Ciężarna, ze względu na nie 

background image

narodzone dziecko, mogła uniknąć stosu.

Ale dziecko powinno się urodzić już w tych dniach, niedługo będą więc musieli 

czekać.

Wkrótce ją zabiorą, wtrącą do lochu i skażą na śmierć za uprawianie czarów.

A kiedy na tle błękitnego nieba buchnie płomień stosu... Gdy w nosie zakręci 

swąd płonącego ciała Marii...

Wtedy Cecilia nareszcie poczuje się szczęśliwa. Małżonek powróci do jej łoża i 

będzie należeć tylko do niej.

Teraz   jednak   musi   przechadzać   się   wśród   prymitywnych   wieśniaków   i 

odgrywając rolę uprzejmej, pokornej pastorowej, częstować ich kolejnym plackiem.

Napotkała   wzrok   męża,   stojącego   po   przeciwnej   stronie   podwórza.   Spoglądał 

martwo, bez wyrazu, patrzył jakby przez nią, jak gdyby zza jej pleców wyłaniał się czyjś 

duch. I tak chyba właśnie było.

Pan Revelin, świeżo upieczony proboszcz Lyster, z rzadka sięgał po roznoszony 

poczęstunek: placki, chleb, mięso i słodkie jęczmienne ciastka.

Skupiał   się   raczej   na   pogawędkach   z   najbardziej   znaczącymi   mieszkańcami 

wioski. Kręcił się koło nich jak kot, to podlizując się i prawiąc komplementy, to znów 

okazując władczość i surowość.

Ten sługa Pana niejedno miał oblicze.

Najlepiej czuł się wśród możnych, wśród ludzi biskupa, pisarzy i sędziów. Tęsknił 

za życiem poza wąskim fiordem, lecz mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że powinien 

się radować tą posadą. Czyż nie lepiej być wielkim wśród maluczkich niż małym między 

wielmożami?

Drażniło go, że jego potęga okazała się niewystarczająca, by posłać Marię na stos. 

Podobne sprawy zdarzały się wszak już wcześniej, córy Kościoła nie bywały wcale mniej 

niebezpieczne od innych kobiet. No i przecież czarnoksięskie sztuki stawały się tym gro-

źniejsze, im bliżej świętego stada Pana je uprawiano.

Tamtym razem jednak Mogens osobiście wyprawił się do miasta, by przemówić 

w   obronie   żony.   Czy   podjął   jeszcze   inne   kroki,   tego   Revelin   nie   wiedział,   lecz 

niezaprzeczalnie   drzwi,   niegdyś  szeroko  otwarte  dla   obecnego  pastora,   później  przez 

wiele lat pozostawały przed nim zamknięte.

background image

Mogens posiadł władzę, powtarzał w duchu Revelin i uśmiechał się dostojnie do 

wdowy po oficerze, choć miał ochotę zgrzytać zębami.

Kiedyś i ja mu dorównam. A ukochana przezeń nierządnica doświadczy tego na 

własnej skórze niedługo, bardzo niedługo...

Jasny wieczór  wyprawił  ludzi,  sytych  wrażeń, ploteczek  i placków, do domu. 

Pastor udał się do swego pokoju na piętrze. Na wspaniałej plebanii wciąż dawało się 

zauważyć   ślady Marii,   Revelin  starannie   je  chronił  i  powstrzymywał  żonę  przed  ich 

zacieraniem.

Gabinet, w którym Mogens i Maria jakże często przyjmowali parafian przy ogniu 

zawsze płonącym na kominku.

Sypialnia,   gdzie   Mogens   wydał   swe   ostatnie   tchnienie.   Gdzie   bez   wątpienia 

obłapiali się, wiedzeni grzesznymi zachciankami. Izba, której ściany wciąż pozostawały 

nasycone   obezwładniającym   pożądaniem,   przyciągała   Revelina   z   nienaturalną   wprost 

mocą. Za każdym razem, gdy popychał ciężkie drzwi, jego ciało ogarniało drżenie, wahał 

się przed przekroczeniem progu, zawieszony na szyi  ciężki krzyż  kłuł i parzył  przez 

gruby materiał księżego ubrania. Gdy tylko jednak przymykał oczy i wchodził do środka, 

czuł jej bliskość, wciągającą go niczym wir groźnej rzeki.

Napawał   się   myślą,   że   oto   teraz   jego   ciało   dotyka   prześcieradeł   otulających 

niegdyś   ciało   Marii.   Lubił   ów   szczególny   lekki   zapach   nieokreślonej   słodyczy   i 

kobiecości, zawisły w powietrzu pod belkowanym  sufitem. Latem często stawał przy 

otworze okiennym, zapatrzony niewidzącym wzrokiem w ten sam widok, którym ona 

najpewniej radowała się wieczorami.

Wody fiordu, zabarwione na różowo od złocisto - czerwonego nieba.

Letni wiatr, ledwie wpadający do izby przez małe okienko.

Brunatny   gruby   bal   parapetu,   naznaczony   wyżłobieniami,   które   pozostawiły 

pokolenia ludzi opierających na nim ręce, gdy stali tak jak on, zapatrzeni.

Czarownica.

Musiała posiadać moc, której nawet on nie potrafił się oprzeć.

Zadrwiła   z   niego,   gdy   zaproponował   jej   małżeństwo,   odprawiła   niczym 

natrętnego żebraka.

Jak mogła?

background image

Uderzyła go, gdy pragnął szczerze wyznać swe uczucia dla niej. Nikt nigdy tak go 

nie   ośmieszył.   Revelin   na   samo   wspomnienie   zacisnął   pięści.   Jego   chuda   twarz 

przypominała nieruchomą maskę, lecz za każdym razem, gdy oblicze i kształty Marii 

powracały do niego w myślach, w ciele zaczynały krążyć soki. Rzuciła na niego urok. 

Świadomość, że tak właśnie się stało, przynosiła mu ulgę, bo nie musiał się obwiniać o 

uleganie zwierzęcym żądzom. Bóg nie może karać swego sługi, skoro to najwyraźniej 

sam Szatan przysłał tu swą poplecznicę, by doprowadziła go do szaleństwa.

Dlatego   właśnie   Revelin   stale   poddawał   się   żądaniom   ciała.   W   samotności 

sypialnego   stryszku   wyczarowywał   postać   Marii,   aż   bliski   był   uwierzenia,   że   ona 

rzeczywiście pod nim leży.

Pocił   się   na   stłamszonej   pościeli,   gniótł   lekkie   poduszki   z   kaczego   puchu, 

uśmiechając się ekstatycznie nad obrazem jej twarzy.

Wbijał   swą   męskość   między   rozgrzane,   ściśnięte   okrycia,   bliski   utraty 

przytomności rzucał się po łóżku w dzikiej, pełnej goryczy namiętności.

Pani Cecilia już w kilka tygodni po ślubie zaczęła sypiać w wydzielonej części 

saloniku. Miała tam swoje królestwo, swój mały świat, pełen haftowanych poduszek i 

ślicznych  makatek, najlepszy porcelanowy serwis matki i srebrny dzbanek, z którego 

uwielbiała nalewać sobie kawę. Pastora niepomiernie irytowała ta czynność, ów gorzki, 

drogi napój nie zaliczał się do darów Bożych, Revelin rozumiał jednak, że nie powinien 

nalegać,   aby   żona   wyzbyła   się   także   tego   zwyczaju.   Cecilia   była   rozhisteryzowaną, 

małostkową kobietą.

Zdawał   sobie   sprawę,   że   ona   wie.   Z   początku   ledwie   starczało   mu   sił,   by 

wytrzymywać jej drwiące spojrzenie. Nie był w stanie wypełniać małżeńskich obowiąz-

ków,   a   ona,   jak   się   okazało,   potrafiła   mu   za   to   dokuczyć.   Nie   tylko   jej   zimne, 

przypominające   szkielet   ciało   zgasiło   w   nim   wszelkie   pożądanie,   ani   też   jej   brak 

zaangażowania w łóżkowe igraszki, sam przecież potrafił sobie radzić, gdy miał po temu 

okazję...

Ale od czasu tamtego przeklętego wieczoru, kiedy to w szczycie ekstazy ujrzał 

Marię... Od tego czasu spoczęło na nim przekleństwo.

Męskość nie chciała go słuchać, w każdym razie na pewno nie wtedy, gdy była 

przy   nim   żona.   Żadnej   innej   kobiecie   także   nie   udawało   się   rozpalić   w   nim   iskry. 

background image

Usiłował   przywoływać   w   myślach   podniecające   obrazy   dziewki   kuchennej   i   trzech 

prześlicznych panien z sąsiedztwa, które zawsze pomagały na plebanii przy żniwach. Na 

próżno, w spodnich miał wciąż taką samą martwotę, taką samą przeklętą jałowość.

Jedynie w gorzkim towarzystwie samotności, kiedy przebywał w swojej sypialni, 

soki znów zaczynały krążyć w jego wysuszonym ciele. Tutaj, gdzie wykrzykiwała swą 

cielesną rozkosz, czarownica pozwalała i jemu zaznać fizycznej radości. Tutaj, i tylko 

tutaj!

W   momencie   gdy   opuszczał   tę   izbę,   robił   się   stary   i   wyschnięty   jak 

siedemdziesięciolatek. Był zdolny jedynie życzyć żonie dobrego ranka. Tym samym więc 

jego najgorętsze marzenie nie mogło się spełnić.

Marzenie o dziedzicu.

Maria skradła mu nawet następstwo pokoleń i z tym nie mógł się pogodzić. Czy 

może   istnieć   bardziej   zasadna   przyczyna   nienawiści   do   drugiego   człowieka? 

Przekleństwa Revelina wznosiły się pod sufit, gdy co najmniej po raz setny w starym 

łożu pozwalał jak Onan, by jego nasienie się marnowało. A potem w uszach brzmiał mu 

dźwięczny śmiech czarownicy, Marii...

Nigdy nie był bliższy zaćmienia umysłu niż w takich chwilach.

Leżał, nie zasypiając, rzucał się po szerokim posłaniu, czuł krew pulsującą w 

żyłach   i   paraliżujące   umysł   zmęczenie.   Sen   jednak   nie   przychodził,   obraz   Marii   nie 

znikał,  mącąc  spokój duszy.  Walczył  z całych  sił, pragnąc pozbyć  się upiora, błagał 

Boga, by go uwolnił od opętania.

Lecz z chmur  nie spłynął  biały anioł, na letnim  niebie nie zebrały się czarne 

obłoki i nie zesłały pioruna, który by unieszkodliwił jego osobistego demona.

- Boże mój, daj mi siłę, bym wytrzymał duchowe męki, które przyszło mi znosić! 

Daj siłę, bym następnym razem się oparł, włóż mi w usta właściwe słowa, gdy dojdzie do 

ostatecznego rozliczenia! Ona nie może dłużej żyć! Panie, sam chyba to widzisz? Już po 

raz drugi ta kobieta niszczy Twego świętego  sługę, nie pozwól jej na to! Okaż, żeś 

potężniejszy, okaż, że w Twoim imieniu mogę walczyć i zwyciężać wszystko!

Morska bryza poniosła rozpaczliwą modlitwę Revelina nad wodę, słowa utonęły 

w krzykliwej zabawie mew. Ale Cecilia musiała naciągnąć koc na głowę, by nie dopuścić 

do   siebie   owych   strasznych   słów,   których   fragmenty   zawsze   docierały   do   niej 

background image

szczelinami w belkowaniu uśpionego domu.

I   ona   w   takie   noce   nie   spała,   pozwalając,   by   ogień   nienawiści   trawił   coraz 

większe połacie jej duszy.

background image

ROZDZIAŁ II

Meisterplassen, 1 sierpnia, Peter Vindfallsdag

Maria córka Liv odłożyła robótkę, którą przez cały wieczór trzymała na podołku. 

Ociężałym, powolnym ruchem zmieniła pozycję obrzmiałego ciała. Bez względu na to, 

co robiła, brzuch i tak jej zawadzał. Skończyła trzydziesty piąty rok życia i wiedziała, że 

tak późne ciąże często bywają trudniejsze od pierwszych. Tym razem nogi dokuczały jej i 

puchły bardziej niż nawet wtedy, gdy przed trzynastoma laty nosiła w łonie bliźnięta.

Poczuła, że dziecko porusza się pod sercem. Maleńka stópka wydeptywała ścieżki 

po wewnętrznej stronie brzucha, maleńka piąstka wypychała skórę, Maria mogła niemal 

ją uchwycić i zamknąć w niezwykłym uścisku dłoni.

Ruchliwy dzieciak.

Tym razem musi być syn.

Wiedziała jednak, że chłopcy w rodzinie rzadko dożywają do lat męskich, dlatego 

była trochę rozdarta w swej nadziei na narodziny małego Randara. Jej matka straciła 

zarówno brata, jak i syna, ona sama zaś złożyła do grobu maleńkiego Petera jeszcze w 

tym samym dniu, w którym się narodził. Na szczęście dane jej było zatrzymać Sunnivę, 

lecz radość z córki zawsze przesłaniał mroczny cień smutku. Kolejne urodziny Sunnivy 

były   także   rocznicami   śmierci   Petera.   Zmarły   synek   zabrał   jakby   ze   sobą   połowę 

macierzyńskiej miłości, połowę pieszczot, połowę uśmiechów, do których mają prawo 

dzieci...   Sunniva   musiała   zadowolić   się   resztą.   No,   na   pewno   nie   cierpiała. 

Rozpieszczana, kochana przez ojca tak mocno, że aż ludzie gadali o niezwykłym wprost 

zainteresowaniu proboszcza rodziną.

Drogi Mogens... Umarł, odszedł na zawsze. Kochał ją do ostatniego uderzenia 

serca. Maria wiedziała, że zaprowadziła go wprost w objęcia śmierci. Podzielił się z nią, 

choć niedobrowolnie, ostatnią gorzką tajemnicą. Sięgnął po zioła i trucizny z jej szafki, 

opróżnił kielich, chcąc ofiarować jej wolność. Wolność, by mogła kochać Randara.

A potem odebrano jej dom, dumę i cześć. Wygnano ze wsi jak ladacznicę, bo 

dano wiarę nowemu proboszczowi Revelinowi, który twierdził, że Mogens nigdy nie 

uprawomocnił swego pospiesznego małżeństwa z ubogą dziewczyną z Meisterplassen.

Teraz stało się jej to całkiem obojętne. Cóż jej po trzech zagrodach w Lyster? Cóż 

background image

po przedstawieniu odgrywanym przez kłaniających się, uśmiechniętych ludzi? Czy warto 

było dalej walczyć o poważanie i możliwość życia w tamtej okolicy, skoro jej prawdziwy 

dom zawsze czekał na nią właśnie tutaj?

Miała swego Randara i nie mijał nawet jeden dzień, by nie dziękowała  za to 

dobrym   mocom.   Miała   swoją   zagrodę,   dom   dzieciństwa,   od  pokoleń   spowity   czarną 

opończą tajemnicy i złośliwych plotek Zagroda Kata.

Położona  po  niewłaściwej   stronie  fiordu,   na  którą  nie  zapuszczał   się  nikt  nie 

zmuszony szczególnymi okolicznościami.

Niewielkie gospodarstwo rozrastało się wolno, lecz nieprzerwanie, od czasu gdy 

po raz pierwszy przybyła  tu matka Marii, Liv, wraz z nowo narodzonym dzieckiem. 

Przyjęła mieszkającego tu samotnego mężczyznę z otwartym sercem, zbyt młoda i zbyt 

ciężko doświadczona przez los, by osądzać jego niechlubną sławę. Tutaj od nowa uczyła 

się ufać drugiemu człowiekowi, tutaj nauczyła się kochać.

- A potem pokazałaś mi, ile warte jest ludzkie życie - szepnęła Maria w stronę 

ognia. Dołożyła świeżych polan, lubiła obserwować ruchliwe płomienie. W odpowiedzi 

ciało zlało się potem, nie mogło odnaleźć równowagi, to zdejmował je chłód, to znów 

ogarniało gorąco. Ciąża miała się już ku końcowi, z każdym dniem Maria coraz mocniej 

czuła nacisk twardej główki dziecka na podbrzusze. Brzuch w ostatnim czasie opuścił się 

o szerokość kilku palców, a nocami dziecko zachowywało się spokojniej. Może się przy-

gotowywało, odpoczywało i zbierało siły na krótką, lecz jakże dramatyczną podróż na 

świat?

Maria ziewnęła, chociaż dzień ledwie zaczął chylić się ku wieczorowi. Randar był 

w swoim warsztacie, niedawno dostał wielkie zamówienie na rzeźbione deski do jednego 

z   zamożnych   gospodarstw   we   wsi.   Zawsze   z   wielką   zręcznością   wycinał   kształty   w 

drewnie, lecz upłynęło dużo czasu, zanim po utracie kilku odmrożonych palców znów 

uznał się za dostatecznie sprawnego, by rzeźbić dla innych.

Teraz drewno stało się podstawą utrzymania dla byłego kata, dłonie, unoszące 

niegdyś śmiercionośny topór, zaciskały się wokół dłuta i piły. Już po kilku miesiącach 

liczba zamówień na piękne misy, łyżki, krzesła i figurki wzrosła nieprawdopodobnie. 

Przyszłość wydawała się jasna, chociaż po uszy tkwili w długach, mogących przyprawić 

o oszołomienie. Suma, jaką przyszło im zapłacić za Meisterplassen po procesie, o wiele 

background image

przewyższała rzeczywistą wartość zagrody, lecz Randar i Maria zaakceptowali ją bez 

zmrużenia oka. Zdawali sobie sprawę, że za niejedno muszą odpokutować, i cieszyli się, 

że prawo królewskie dało im tę szansę. Po raz pierwszy odkąd sięgała ludzka pamięć, na 

Meisterplassen miało urodzić się wolne dziecko.

Biedny malec nie będzie musiał iść w krwawe ślady swego ojca. Kontrakt został 

zerwany; i Kościół, i Korona wybaczyli dziedziczny grzech. Synowie kata mogli odtąd 

sami wybierać swoją drogę. Być może kiedyś także jego córki, pomyślała Maria z gorz-

kim uśmiechem.

Zapadła głębiej w wypchany worek, ułożony na siedzeniu i oparciu krzesła. Fotel 

Jorila. Kochanego słabowitego brata, który oddał życie,  ratując siostrę i matkę z rąk 

gwałcicieli i morderców.

Joril z krwawymi wylewami do stawów.

Joril, tak wiele razy bliski śmierci, bo z najmniejszego zadrapania krew sączyła 

się przez wiele dni.

Uniknął jednak umierania na łożu boleści, zginął jak mężczyzna, w walce. Maria 

wiedziała,   ile   to   dla   niego   znaczyło,   myślała   teraz   o   chorowitym   bracie   z   dumą   i 

miłością.

- Mario, Najświętsza Panienko, Ty, która znasz ból i rozterki kobiet... Pomóż mi 

przetrwać ten poród, daj memu dziecku silę i moc. I nie pozwól, by przyszedł na świat z 

tymi samymi dolegliwościami co Joril i Peter... A jeśli rzeczywiście nasz ród skazany jest 

na chorobę przenoszoną z matki na syna, zdejmij z nas to przekleństwo...

Szeptała tylko, słowa modlitwy wypowiadała raczej w duchu niż na głos.

Usłyszała   ciężkie   kroki   Gjertrud   powracającej   z   obory.   Krowa   dawała   dużo 

mleka,   dość   na   masło,   sery   i   serwatkę   do   picia.   Prawdziwy   cud,   nawet   najbogatsi 

wieśniacy w dolinie nie  posiadali  tak mlecznych  krów. Owszem,  mleka  starczało  na 

własne potrzeby, pozostawało nawet trochę na sprzedaż, by opłacić twarde podatki, które 

ciążyły większości chłopów.

Kat nie miał takich obciążeń, lecz teraz wraz z wolnością obowiązek ten objął 

także   Meisterplassen. Łącznie  z  wysoką  grzywną   zmuszał  Marię  do  spędzania  wielu 

pełnych troski godzin z tabliczką i rysikiem. Rachunki nie zawsze dodawały otuchy, ale 

dzięki nowemu zajęciu Randara jakoś sobie do tej pory radzili.

background image

Tego wieczoru Gjertrud przyniosła konwie z mlekiem aż do stołu. Rano chciała 

zebrać śmietanę i przelać do misek. Po dodaniu wyciągu z ziół, pod którego wpływem 

śmietana sztywniała, otrzymywało się pyszny kwaskowaty krem.

- Tym razem dostaniesz porządną owsiankę dla położnic, obiecuję!

Maria roześmiała  się, ale śmiech  zaraz przeszedł w jęk. Gjertrud zbliżyła  się, 

patrząc na nią podejrzliwie.

- Jak się czujesz? Nie za dobrze? A może to...

-   Nie,   nie,   dzisiejszej   nocy   nic   się   nie   stanie.   Przecież   wiesz,   rodziłam   już 

wcześniej, nie jestem młódką.

- Prawda. Znasz się na tych sprawach tak samo dobrze jak ja. Przypuszczam, że 

przyjęłaś na świat mnóstwo dzieci!

- Rzeczywiście, trochę się ich nazbierało... Ale wszystkie dobrze pamiętam.

- Tak to jest. Dzieci nigdzie nie brakuje, w każdym kącie siedzą biedne i głodne. 

A jednak się ukazują na światło dzienne, zdarza się prawdziwy cud. Nic nie poradzę na 

to, że na samą myśl łezka się kręci w oku.

Maria   odpowiedziała   jej   pełnym   zrozumienia   spojrzeniem.   Cieszyła   się,   że 

Gjertrud jest tutaj, spokojna i ciepła, zawsze pełna optymizmu i woli życia. Nikt by nie 

uwierzył, że zaledwie przed kilkoma miesiącami tkwiła w lochu w zagrodzie lensmana, 

oczekując na śmierć. Szczęśliwie zwyciężyła sprawiedliwość, wyrok odwołano i Gjertrud 

nie musiała życiem płacić za to, że broniąc się przed gospodarzem łajdakiem zrzuciła go 

z drabiny na ziemię, a on przy upadku skręcił kark.

Maria   ujęła   dłoń   Gjertrud,   spoważniała.   Humor   jej   się   zmieniał   jak   kierunek 

obrany   przez   ławicę   ryb,   w   jednej   chwili   to   wspinała   się   na   strzeliste   wierzchołki 

szczęścia, to znów spadała w głęboką przepaść lęku o przyszłość.

-   Nie   wiesz   nawet,   jak   bardzo   cię   polubiłam,   Gjertrud.   Jesteś...   przyjaciółką. 

Człowiekiem, przy którym mogę być w pełni sobą!

- To do mnie los się uśmiechnął, że ciebie, spotkałam, Mario. Uratowałaś mi 

życie.   Nie   mam   sposobu,   by   ci   się   odwdzięczyć.   A   w   dodatku   obdarzasz   mnie 

zaufaniem...   przyjaźnią...   to   o   wiele   więcej,   niż   dziecko   chałupników   takie   jak   ja 

mogłoby oczekiwać od życia.  Powinnaś mnie zobaczyć  jakieś dwa, trzy lata wstecz! 

Zawszona, obdarta i wychudzona jak stary kundel! A teraz mieszkam tutaj w tej pięknej 

background image

zagrodzie i mam jedzenia i ubrania tyle, że starczyłoby na przetrwanie wielu zim!

- Sumiennie pracujesz na strawę. Odkąd do nas przybyłaś, zasiałyśmy w bród 

grochu, kapusty, arcydzięgla i rzepy. I jeszcze co dzień obrządzasz za mnie oborę, a ja 

siedzę jak malowana, jak do ozdoby!

- O, wcale nie, masz swoje zajęcia. Widzę przecież, że twoje zapasy w szopie 

stale się powiększają. Wszystkie te maści i mieszanki... I tak dużo wiesz! Dobrze by było 

znać bodaj połowę tajemnic, które ty poznałaś, wiedzieć tyle o roślinach i zwierzętach, o 

ludzkim ciele, ba, o duszy także!

- Ty sama jesteś mądrym człowiekiem, Gjertrud. Nigdy nie czuj się gorsza! Nie 

chcę tego widzieć, nie chcę słyszeć tego tonu poddańczego podziwu w twoim głosie! 

Obie jesteśmy kobietami, mogłybyśmy być siostrami. To, co wiem, niewiele się różni od 

tego, co ty potrafisz. A jeśli uważasz, że to takie wspaniałe, to mogę nauczyć cię czytać!

Gjertrud   zaniemówiła,   na   jej   twarzy   odmalowała   się   burza   uczuć,   kąciki   ust 

podnosiły się i opadały,  czoło napinało się i marszczyło,  widać było,  że dziewczyna 

przeżywa prawdziwe rozterki.

- Zechciałabyś... mogłabyś... i myślisz, że sobie poradzę...

-   Oczywiście!   To   żadna   czarnoksięska   sztuka.   Przecież   czytać   potrafi   nawet 

głupkowaty parobek lensmana! No i uroczyście wszak przyrzekałam, że zatroszczę się o 

twoje duchowe i moralne wychowanie, pamiętasz chyba!

- Gdybyś  naprawdę... To by było  cudowne! Pomyśleć tylko, móc napisać coś 

więcej niż tylko swoje imię, czytać księgi i świadectwa, sporządzać umowy, kiedy coś 

ma zostać sprzedane albo kupione! Ach, Mario, jak sądzisz, kiedy się tego nauczę?

- Jeszcze przed Bożym Narodzeniem - oświadczyła Maria z mocą, uśmiechając 

się   na   widok   dziecinnej   radości   przyjaciółki.   -   Ale   teraz   zajmij   się   mlekiem,   zanim 

mruczek wpadnie do środka i utopi się w tych wspaniałościach!

Gjertrud, udając zagniewanie, odegnała bezczelnego czarnego kota od konwi z 

mlekiem. Zwierzę zeskoczyło ze stołu i, jak to miało w zwyczaju, skryło się w ciemnym 

kącie. Stamtąd obserwowało przygotowujące wieczerzę kobiety z nadzieją, że gdzieś po 

drodze między stołem a spiżarką spadnie na podłogę kruszyna chleba albo kawałeczek 

mięsa. Na ogół tak właśnie się działo, Gjertrud bowiem wiedziała, jakie myśli kryją się w 

kociej głowie za spojrzeniem mądrych żółtych oczu.

background image

Randar przyszedł, gdy tylko ostatni talerz znalazł się na swoim miejscu, zawsze 

wiedział, kiedy posiłek jest gotowy. Dzisiaj, jak w inne wieczory, czekała ich owsianka, 

ale na Meisterplassen mogli sobie pozwolić na dołożenie do burej masy odrobiny masła i 

kawałeczków mięsa. Popijali też mętny niebieskawy płyn, pozostający po odciśnięciu 

serów, miał gorzkawy i kwaskowaty, ale znajomy i drogi sercu smak.

Obie kobiety, Maria i Gjertrud, nosiły u paska krótkie nożyki. Przydawały się w 

pracy  i   przy  stole   do  odkrawania   plastrów   mięsa   z   wielkiego   solonego   udźca,   które 

jedzono zawinięte w placki z mąki jęczmiennej.

Każde miało też własną łyżkę, pieczołowicie wyrzeźbioną przez Randara. Łyżka 

Marii była najładniejsza, zdobiły ją kwiatowe wzory i smocze łby.

Gjertrud nie żałowała sobie strawy, jak gdyby lata dokuczliwego głodu wciąż się 

nie skończyły. Przyszła na świat do życia, w którym głód był najgorszym wrogiem, i nie 

nauczyła się jeszcze ufać temu, co może przynieść kolejny dzień.

Randar zwykle nie całował żony ani nie obdarzał jej pieszczotą na oczach innych 

ludzi. Gdy tylko jednak Gjertrud wyszła po wodę, by napełnić kociołek nad ogniem, 

zaraz skorzystał z okazji i delikatnie pogładził wydatny brzuch Marii.

- Witaj, maluszku, jak się dzisiaj miewasz? Tęskniłeś za tatą? Nie, na pewno 

dobrze ci tam w środku, właściwie można ci pozazdrościć...

Maria uśmiechnęła się, słysząc pieszczotliwy głos męża, i odruchowo przeczesała 

palcami jego czarne włosy.

- Małe ziarenko już niedługo będzie chciało się wydostać do swego taty - odparła 

równie   rozjaśnionym   głosem   i   na   moment   przyłożyła   stulone   w   ciup   usta   do   warg 

Randara.

Wróciła  Gjertrud i spostrzegłszy,  że skończyli  posiłek, odmówiła  dziękczynną 

modlitwę. Odpowiedzieli jej „amen” i pozwolili, by posprzątała ze stołu. Miała być ich 

służącą, lecz tak naprawdę stała się członkiem rodziny. Mimo wszystko jednak najcięż-

sze z kobiecych prac spadały teraz na nią, bo przecież ociężała, zmęczona Maria nie 

mogła im podołać.

Uporawszy się z robotą, Gjertrud przyszła do nich. Usiadła na twardym stołku 

przy   ogniu,   rozkoszując   się   sytością   i   spokojem,   zapowiadającym   nadejście   kolejnej 

nocy. Pod jesień wieczory robiły się coraz dłuższe, zbliżała się pora odpoczynku, dość 

background image

czasu na sen i długie, leniwe chwile przy ogniu.

Odkryli, że Gjertrud ładnie śpiewa, więc nuciła piękne stare ballady o miłości, 

tęsknocie i namiętności.

Lubili tak siadywać we troje. Niekiedy głos Marii torował drogę ich myślom, 

chętnie czytała z którejś z dwóch ksiąg, zabranych z Lyster. Trzecią, swój dziennik i 

poradnik medyczny, zawsze trzymała w zamknięciu. Gotowa była strzec jej z narażeniem 

własnego życia i przed nikim nie chciała otwierać.

Wkrótce   przebrzmiała   ostatnia   zwrotka   piosenki   Gjertrud,   zapadła   ciepła, 

przytulna   cisza,   w   izbie   całkiem   opróżnionej   z   dźwięków   spokojne   mruczenie   kota 

zabrzmiało niczym hałas.

Gjertrud zebrała spódnice, wstała ze stołka. Ziewnęła, roztarła zdrętwiałą rękę.

- Chyba już się położę. Pokój Pański niech będzie z wami w nocy, śpijcie dobrze. 

A gdyby coś się działo...

- To cię obudzimy - dokończył Randar. - Bo jako akuszerka nie mogę się z tobą 

mierzyć, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ale może następnym razem...

- Pst, mówienie o duszach, które wciąż czekają na swoją kolej, może sprowadzić 

nieszczęście! Muszą ci wystarczyć te twoje dziwaczne rozmowy z tym tutaj!

Maria, żartobliwie karcąc męża, pozwoliła, by jego dłoń na powrót odnalazła swe 

miejsce na kuli brzucha niczym tarcza ochronna.

Randar   życzył   Gjertrud   dobranoc   z   takim   zapałem,   że   nie   mogła   tego   nie 

zauważyć.

Kiedy wyszła, przytulił się do żony i też zaczął mruczeć jak kot.

- Co powiesz na to, moja bosko piękna małżonko, abym jako twój mąż i głowa 

rodziny zaprowadził cię do łoża?

- Hm... - Maria popatrzyła nań z kpiącym uśmiechem. - Pytanie, czy dość w tobie 

męskości, aby przeprawić ten wyładowany po brzegi szkuner przez takie ciasne drzwi!

Randar poderwał się i zanim Maria zdążyła się zorientować, dźwignął jej ciężkie 

ciało z krzesła. Roześmiała się cicho, trzepnęła go leciutko w rozbawieniu, szczęśliwa, że 

wciąż łączy ich miłość radosna jak u pary młodziutkich kochanków. Randar sprawnie 

przeniósł żonę przez izbę do maleńkiej komory, służącej im za sypialnię. Po ślubie w 

zeszłym roku sprawili sobie nowe łóżko, pięknie rzeźbione, ozdobione figurami, które, 

background image

jak Maria rumieniąc się przyznawała, bardzo do niej przemawiają. Były tam postacie 

ludzi   pochłoniętych   równie   wesołymi   zabawami   jak   ich   własne,   kobiety   o   obfitych 

kształtach i piękni mężczyźni zajęci swobodnymi igraszkami miłosnymi.

- Tak było w Rzymie, starym królestwie na drugim krańcu ziemi. Tam ludzie się 

bawili, popijali słodkie wino i jedli winogrona prosto z drzewa. I kochali się... swobodnie 

i   bez   wstydu,   jak   dzieci   natury.   To   by   dopiero   było   coś   dla   wszystkich   mrocznych 

mężów, wyznaczonych do pilnowania Pańskich owieczek po tej stronie wielkiego morza!

Randar   zawsze   lubił   słuchać   starych   legend,   wspomnień   z   podróży,   anegdot 

wędrowców. Zgromadził   w  swej  pamięci  wiele   wesołych  historyjek   i  fantastycznych 

relacji z dalekich krain. Tyle opowieści wpadało katu w ucho tam, gdzie spotykali się 

ludzie. Zapamiętywał każde słowo, chował je w głowie. Nie potrzebował do tego papieru 

ani   pióra,   za   to   Maria   zastanawiała   się,   czy   nie   powinna   spisać   wszystkich   tych 

emocjonujących historii; być może ich czytanie sprawiłoby komuś przyjemność.

Teraz Randar milczał, ułożył ją na łóżku i stojąc, tylko się jej przyglądał. Maria 

się nie ruszała, wiedziała, że mąż zaraz pospieszy jej z pomocą przy rozdziewaniu się z 

butów i spódnicy.

Randar   ukląkł   przy   łóżku,   rozluźnił   rzemyki   przytrzymujące   drewniaki   na   jej 

stopach i po kolei ściągał wełniane pończochy.

Maria sama rozpięła spódnicę i bluzkę, pomógł jej je zdjąć. Pozostała tylko w 

spodniej koszuli, w której sypiała, gdy chłód zimowych nocy dawał się we znaki. Ale 

pod   grubymi   wełnianymi   derkami   i   baranicami,   na   których   się   kładli   i   którymi   się 

okrywali,   wciąż   utrzymywało   się   przytulne   ciepło,   poza   tym   mąż   był   przy   jej   ciele 

niczym płomień, zawsze gorący i rozpalony, zawsze gotów, by rozgrzać ją pożądaniem.

Nawet teraz.

Nawet gdy czuła ciężar ciałka dziecka naciskający na kręgosłup, nawet gdy bolały 

mięśnie pod brzuchem. Nawet, gdy obolałe piersi twardniały w oczekiwaniu na mający 

wkrótce popłynąć strumień mleka.

Randar potrafił  ją kochać, wiedział,  że Maria chętnie przyjmuje  dowody jego 

miłości.

Legł   na   niej   delikatnie,   lekko,   tak   że   nie   odczuła   nacisku   jego   silnego, 

muskularnego ciała. Gorący oddech owionął stwardniałe sutki, również tym razem Marię 

background image

zdumiało, jak przyciemniła i uwrażliwiła je ciąża.

Randar nie pospieszał jej, dawał czas na nabranie oddechu, na to, by zmęczone 

ciało dało się porwać gorączce zmysłów. We wnętrzu Marii falowało teraz morze, ciepła 

ciecz, w której unosiło się dziecko, uciskająca wnętrzności i stanowiąca jednocześnie 

poduszkę i osłonę przed jego twardym ciałem.

Ciekawe, o czym teraz myślisz, maleńki nieznajomy? Na pewno czujesz, że krew 

w twoim świecie krąży szybciej, że moje serce bije mocno i rytmicznie, a brzuch napina 

się w silnym, czułym uścisku.

A   może   ty,   który  przez   krótką   chwilę   mieszkasz   we   mnie,   znasz   także   moje 

myśli?

Czy   wiesz,   że   kocham   tego   mężczyznę,   który   jest   twoim   ojcem   i   który   już 

rozmawia z tobą z budzącym niemal przerażenie wyczekiwaniem w głosie?

Maria   westchnęła   ciężko,   lecz   z   jej   zmęczonej   twarzy   biła   radość.   Wyszła 

Randarowi na spotkanie, mięśnie były teraz bardziej sprężyste, ciało zyskało energię, 

jakby   czerpiąc   ją   od   niego.   Z   niezmierną   czułością   pozwolił   Marii   balansować   na 

krawędzi świadomości, aż sama dała przyzwolenie tkwiącym w niej morskim prądom, by 

uniosły   ich   oboje.   Szum   w   uszach   musiał   być   tym   samym   prastarym   dźwiękiem, 

otaczającym ludzi w najważniejszych momentach życia.

Narodziny.

Śmierć.

Miłość.

Smak tej trójcy jest taki sam, przemknęło jej przez głowę, gdy siła ciążenia znów 

przycisnęła ją do łóżka.

Poczuła, że morze się ucisza, jak wtedy gdy wichry gnają dalej, pozostawiając 

wszystko w błogosławionym chaosie odrętwienia. Randar obejmował ją mocniej, jego 

ciało już nie ciążyło Marii, odwróconej w jego stronę, jedną ręką podtrzymującej dziecko 

w brzuchu.

- Kocham cię, Mario. Nigdy nie miała dość słuchania tych słów.

- Kocham cię...

Odpowiedź również zawsze brzmiała tak samo.

Napawali się owym szczególnym spokojem, rozkoszowali wzajemną bliskością. 

background image

Randar nie wypuszczał żony z objęć, wolna ręka nieprzerwanie przesuwała się po jej 

ciele, gładziła obolałe członki, bawiła się jasnym, miękkim pasmem włosów. Podniósł jej 

palce do ust, delikatnie je ucałował i przyłożył do własnej szyi.

Dotknął   jej   piersi,   znów   stwardniały,   a   jednocześnie   brzuch   lekko   się   napiął. 

Maria ponownie poczuła słaby skurcz, wiedziała, że tym razem ciało ją ostrzega.

Ale   wciąż   jeszcze   miała   przed   sobą   dwie,   trzy,   a   może   nawet   więcej   godzin 

odpoczynku.

Randar   znalazł   Marię   przy   wielkim   stole.   Wysunęła   się   ukradkiem   z   jego 

uśpionych objęć i zdołała podnieść ciężkie ciało z łóżka, nie budząc przy tym męża.

Siedziała   teraz   cicho   przy   zapalonej   świecy.   Przy   lekkich   ruchach   głowy   jej 

długie   włosy  falowały  niczym   wodospad.   Twarz   skrywała   zasłona   splotów   o   barwie 

zboża, lecz Randar domyślał się, że Maria zaciska usta w skupieniu.

Jak zawsze, kiedy pisała.

Przed   nią   leżała   rozłożona   księga   oprawna   w   czerwoną   skórę,   w   ręku   Maria 

trzymała   pióro   z   wypolerowanym   do   połysku   uchwytem.   Zapełniała   żółtawą   kartkę 

niezwykłym,   pięknym   pismem.   W   niektórych   miejscach   wyglądało   ono   jak   girlandy 

kwiatów, w innych, zdaniem Randara, przypominało tajemnicze rysunki naskalne. Na 

widok Marii siedzącej nad książkami zawsze czuł ukłucie w sercu, ale nigdy nic nie 

powiedział. Mimo to jednak ona coś odgadywała, w każdym razie dawno już nie widział 

jej z piórem w dłoni, chociaż wiedział, że pisze regularnie. Ta księga była jej zaufanym 

przyjacielem, testamentem i dumą. Jakże pragnął móc ją z nią dzielić! Niestety, litery 

pozostawały   dla   niego   jedynie   dziwacznymi   kształtami,   niezwykłymi   dźwiękami   na 

papierze,   nie   potrafił   dopatrzyć   się   sensu,   który   gdzieś   tam   musiał   tkwić.   Poza   tym 

brakowało mu dostatecznej chęci do nauki, uważał, że tyle innych rzeczy wypełnia życie. 

Wiedział też, że jego własne umiejętności są wystarczające, by ocalić honor mężczyzny. 

Maria z całą pewnością nie zamartwia się tym, że nie potrafi rzeźbić w drewnie.

Uśmiechnął   się   w   ciemności,   stanął   w   drzwiach,   by   jeszcze   przez   moment 

radować się widokiem swej mądrej żony.

Ale uśmiech zamarł mu na twarzy, gdy Maria nagle odłożyła pióro i ciężko oparła 

się o plecy krzesła. Włosy opadły z twarzy, płomień pojedynczej świecy czynił grymas 

bólu jeszcze straszniejszym.

background image

Czyżby działo się coś złego?

Odetchnęła głęboko, lekko przy tym pojękując.

Randar   nie   pojmował,   dlaczego   natychmiast   do   niej   nie   podbiegł.   Rozumiał 

jednak, że przekroczyła próg świata, do którego mężczyźni nie mają dostępu.

Poród się rozpoczął.

Dlaczego nie obudziła Gjertrud?

Skurcze minęły, Maria powoli obróciła głowę, uśmiechając się do ciemności, jak 

gdyby wiedziała, że on tam stoi.

- Nie śpisz, Randarze? Podszedł do niej, dłonie lekko mu drżały.

- Nie. Obudziłem się, bo cię przy mnie nie było. Czy... czy już się zaczęło?

- Tak - odparła z uśmiechem i czułym gestem odgarnęła mu włosy z czoła. - Dziś 

w nocy ujrzysz swoje dziecko!

Randar oddychał szybko, to takie nierzeczywiste. I jakże emocjonujące! Będzie 

ojcem! Maleńka istotka w jej wielkim brzuchu jest już gotowa na spotkanie świata!

Ostatnimi czasy Randar miotał się między niedowierzaniem a dojmującą tęsknotą. 

Myśl o nie narodzonym dziecku budziła całkiem nowe reakcje. Bał się, przede wszystkim 

obawiał się o zdrowie żony, o to, że poród mu ją odbierze. Niejednemu przypadał w 

udziale podobny los. Co roku pastorowie wpisywali w swoje księgi dziesiątki nowych 

imion,   imion   kobiet,   które   zmarły,   nie   będąc   w   stanie   urodzić   dziecka   bądź   też   w 

następstwie trudnego porodu. Zostawali mężczyźni, jedni w łatwiejszej sytuacji, inni w 

trudniejszej. Wielu nie mogło pozbyć się poczucia winy.

Strach ukłuł go w serce, napotkał spojrzenie jej spokojnych niebieskich oczu i 

wiedział, że to zauważyła.

- Nie bój się, Randarze, wszystko pójdzie dobrze. Twoje dziecko jest zdrowe i 

pełne woli życia, jak jego ojciec. A ja przecież rodziłam już bliźnięta i wiem, co mnie 

czeka. Drugi raz zawsze jest łatwiejszy. I wszystko trwa znacznie krócej! Być może tym 

razem Gjertrud będzie musiała uwarzyć połogową owsiankę już na śniadanie!

Jakby w odpowiedzi bez słów na tę uspokajającą przemowę ciało Marii na nowo 

zacisnęło się mocno na dziecku. Mięśnie napinały się zarówno nad brzuchem, jak i pod 

nim, Maria zdała sobie sprawę, że najwyższa pora zawołać Gjertrud, ale cały czas za-

chowywała spokój. Randar poczuł, że rodzi się w nim całkiem nowy szacunek dla żony. 

background image

Jego przecież ogarnęło wzburzenie; napięcie i lęk sprawiły, że pot zwilżył czarne włosy 

na karku, choć w ich ulubionej izbie panował chłód, wręcz zimno.

- Czy mam przyprowadzić... obudzić ją? Maria powstrzymała się od chichotu, 

zacisnęła wargi, nie mogąc w pełni zdusić uśmiechu. Ależ to zabawne patrzeć, jak ten 

wielki, silny mężczyzna trzęsie się ze zdenerwowania i obawy! On, najdroższy, dający 

poczucie bezpieczeństwa, będący dla niej oparciem! Przypominał teraz czterolatka, który 

pokusił się na jakąś zanadto śmiałą sztuczkę.

Miała ochotę trochę się z nim podrażnić, bawiła ją jego niepewność w obliczu 

czegoś tak od zarania przypisanego kobietom jak urodzenie dziecka.

- Randarze, myślę, że się z tym wstrzymamy. Chciałabym, żebyś jeszcze trochę ze 

mną   pobył.   Oczekiwanie   się   dłuży,   a   Gjertrud   potrzeba   snu.   Na   razie   i   tak   nic   nie 

mogłaby zrobić.

-   Pozwól   mi   w   każdym   razie   odprowadzić   cię   do   łóżka,   abyś   mogła   nieco 

odpocząć. Może masz ochotę na kubek jakiegoś naparu? Jeśli mi wszystko wyjaśnisz, na 

pewno potrafię...

- Nie, nie, żadnego picia. Jeśli napełnię brzuch herbatką, to zagrodzi ona drogę 

dziecku. Ale i tak nastaw kociołek wody, przyda się później. Wyjmij te delikatne lniane 

ściereczki, które włożyłam do skrzyni w sypialni, niech się pogotują w wodzie, żeby były 

całkiem czyste. Znajdź też mały nożyk, można go także włożyć do garnka.

Randar stał jak żywy znak zapytania, ale prędko wziął się w garść i zrobił to, o co 

prosiła   Maria.   Wprost   niewiarygodne,   jak   ona   może   być   tak   spokojna!   Widział,   że 

skurcze porodowe szarpią ukochane ciało, teraz nie mogła już powstrzymać się od jęku. 

Te   dźwięki   rozrywały  mu   duszę,   serce  zmieniło  się  w  krwawiącą   grudę,  a  ból,   jaki 

najwidoczniej odczuwała, przyprawiał o mdłości. Jakież to niesprawiedliwe, że kobiety 

muszą   tak   cierpieć!   Takie   kruche   i   słabe,   większość   posiada   zaledwie   połowę   siły 

mężczyzny. Dużo rozsądniejsze byłoby, gdyby to mężczyznom przypadał ten ogromny 

wysiłek, jakim przecież był poród.

Wróciwszy, zaraz powiedział o tym Marii i poczuł się głupio, kiedy wybuchnęła 

głośnym śmiechem.

- Najdroższy, twoje słowa świadczą o zaufaniu, jakie we mnie pokładasz! No cóż, 

nie jestem mała ani krucha, a już na pewno nie teraz! I trochę bólu potrafię znieść równie 

background image

dobrze jak mężczyzna. Widziałam wielu cierpiących ludzi, i mężczyzn, i kobiety. I pod-

czas gdy mężczyźni mdleją na widok noża do przecinania wrzodów, kobiety miesiącami 

znoszą najdokuczliwsze dolegliwości. Obawiam się, że gdyby w istocie było tak, jak 

mówisz, świat zaludnialiby jedynacy!

I   Randar   musiał   się   roześmiać,   rzeczywiście   w   słowach   Marii   tkwiło   sporo 

prawdy, ale twarz zaraz mu skamieniała, gdy kolejna fala bólu przetoczyła się przez ciało 

ukochanej.

Przysiadł na brzegu łóżka, Maria wpiła mu paznokcie w ramię. Instynktownie 

pogładził ją po brzuchu, poczuł nieprawdopodobnie silne mięśnie, napinające się pod 

miękką skórą. Ogromnie mu to zaimponowało, siła żony poprzez dłonie przeniknęła do 

jego ciała. Ucieszył się, kiedy znów się rozluźniła, moce tkwiące w delikatnym kobiecym 

ciele wręcz przerażały swym ogromem.

- Jesteś pewna, że nie trzeba przyprowadzić Gjertrud?

Zastanowiła się przez chwilę, popatrzyła na niego badawczo.

- Randarze, boisz się?

- Taak. Ale też nie posiadam się z radości. Ogromnie się cieszę, że już niedługo 

zobaczę ją albo jego.

-   Najmilszy...   Nikt   nigdy   nie   był   mi   równie   bliski   jak   ty.   Wszystko   z   tobą 

dzieliłam,   największe   szczęście   i   najmroczniejszy   smutek.   Jeśli   zechcesz,   będziemy 

dzielić i to przeżycie. Zostań tutaj, przy mnie, i sam przyjmij swoje dziecko.

Randar   zdumiony   szeroko   otworzył   usta,   ogarnęła   go   panika,   a   jednocześnie 

słowa Marii wprawiły go w niewypowiedzianą dumę, dały niezwykłą radość.

Pochylił się, przyłożył policzek do brzucha. Ze środka nie dobiegał żaden odgłos.

Tylko on, ona i dziecko.

Tak właśnie powinno być.

Między coraz częściej następującymi skurczami Maria objaśniła mu wszystko, co 

powinien wiedzieć. Pouczyła  ze szczegółami, jak wygotować ściereczki i nóż. Ciarki 

przeszły mu  po plecach,  gdy usłyszał,  w jaki sposób należy przewiązać,  a następnie 

przeciąć pępowinę. Bardzo zdziwiła go własna reakcja, przecież wbijał stal w ludzkie 

ciało więcej razy, niż potrafił zliczyć.

Teraz  ogarnął go spokój, być może ona go nim zaraziła. Dzień wciąż kazał na 

background image

siebie   czekać,   do   brzasku   pozostały   dwie   albo   nawet   trzy   godziny.   A   dziecko 

najwidoczniej nie miało zamiaru zwlekać do chwili, aż ptaki przygotują mu powitalną 

piosenkę.

Randar zorientował się, że bóle zmieniły charakter. Maria poprosiła, aby ułożył w 

łóżku więcej poduszek, chciała też mieć za plecami wypchany stary worek z krzesła 

Jorila. Siedziała teraz wyprostowana. Jak królowa na tronie, pomyślał Randar. Włosy 

miała spocone u nasady, twarz czerwoną i błyszczącą. Kiedy skurcze osiągały szczyt, 

zamykała oczy i z wyraźnym wysiłkiem starała się oddychać regularnie.

Randar podtrzymywał ją, ramiona zaciskały się odruchowo wokół naprężonego 

ciała kobiety, był równie bliski osiągnięcia granicy wytrzymałości jak ona.

Pozwoliła   mu   ocierać   sobie   czoło   i   uśmiechała   się   leciutko,   słysząc   czułe, 

pieszczotliwe słowa. Wiedziała, że nie przywykł, by stać jak obserwator, nie będąc w 

stanie jej pomóc. Nastąpiły dwa czy trzy kolejne skurcze i Maria nachyliła się, zestawiła 

nogi   na   podłogę.   Przytrzymywała   się   słupów   łóżka,   siedząc,   ledwie   dotykała   jego 

krawędzi.

- Już teraz. Następnym razem... Jesteś gotów?

Nie miał czasu odpowiadać, klęczał na podłodze między jej nogami, w izbie było 

za mało światła, by mógł wszystko widzieć dokładnie. Dłonie trochę mu drżały,  jęki 

Marii wypełniały mu  głowę, gdy nagle koniuszkami  palców  wyczuł  jakąś niezwykłą 

twardość. Z ust Marii wyrwał się krótki, ostry krzyk, dyszała jak pies w upale. Strumień 

letniej cieczy spłynął na ręce Randara.

Nareszcie, moment zdający się nie mieć końca.

Czarnowłosa, pomarszczona główka.

Mocno zaciśnięte usteczka, oczy prawie niewidoczne wśród zmarszczek.

Kolejny wysiłek, wielkie dłonie Randara pod pleckami noworodka.

Maleńka   piąstka   wywijała   w   chłodnym   powietrzu,   dziecko   kopiąc   nóżkami 

jednym jedynym ruchem wyzwoliło się z ciała matki i bezpiecznie spoczęło na rękach 

ojca.

Randar wpatrywał się w drobniutkie ciałko, w oczach mu zaiskrzyło, uczucia, 

jakich doznawał, były tak intensywne, tak niepodobne do niczego innego, co dotychczas 

odczuwał i myślał.

background image

Dziecko poruszyło główką, usteczka otworzyły się, klatka piersiowa uniosła w 

pierwszym bolesnym oddechu. Powietrze uszło z płuc w przenikliwym krzyku. Randar 

usłyszał,  że Maria śmieje się cicho, puściła już słupy łóżka i opadła z powrotem na 

poduszki.

Randar   zachował   dość   przytomności   umysłu,   by   zapamiętać   jej   instrukcje,   i 

trzymając maleństwo na kolanach, owinął je w ogrzane pieluszki. Wkrótce urodziło się 

łożysko. Dopiero teraz odszukał nóż i trzęsącymi się rękami przeciął sinofioletową strunę 

łączącą matkę i dziecko.

W uniesieniu ciężko przełykał ślinę, poczuł na wargach smak soli. Maleństwo już 

nie krzyczało, a dokładnie w momencie, gdy nóż przecinał sprężyste połączenie z łonem 

matki, otworzyło oczy i napotkało spojrzenie ojca. Randar odniósł wrażenie, że dziecko 

pragnie coś do niego powiedzieć, różowe wargi sformułowały bezdźwięczne słowo, a 

oczy patrzyły tak wyzywająco, że prawie się wystraszył.

- I jak...? Syn czy córka?

Gwałtownie przywrócony do rzeczywistego świata, oderwał wzrok od dziecka i 

podniósł mokrą twarz na Marię.

Wstał   ostrożnie   z   zawiniątkiem   w   objęciach   i   włożył   ruchliwą   okruszynkę   w 

wyciągające się po nią ramiona matki. Patrzył na żonę zmieszany, jak gdyby jej pytanie 

było najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszał.

- Randarze, czyżbyś  nie sprawdził? Pocałowała go leciutko, poczuła uderzenie 

pulsu na jego szyi. Rozbawiło ją trochę jego osłupienie, czułość wezbrała jej w piersi, 

zupełnie zagłuszając przebłyski bólu w podbrzuszu. Ciało sprawiało wrażenie ciężkiego i 

bezwładnego, brzuch był jak pusty worek. Dziecko leżało teraz na nim, przyglądało się 

rodzicom badawczo, z bezgraniczną mądrością, zdążyło już odnaleźć swój paluszek i 

silnymi wargami ssało go do białości.

Randar delikatnie odsunął na bok szare płótno.

- Dziewczynka - szepnął. - Taka maleńka... taka śliczna!

Maria dostrzegła lśniące ślady na jego twarzy, ciemne oczy błyszczały. Chyba 

nigdy żaden mężczyzna nie cieszył się bardziej z narodzin córki. Spoglądał na nią, jakby 

była   maleńką   boginią   zesłaną   z   nieba,   a   nie   czerwonym,   pomarszczonym   ludzkim 

dzieckiem.   Dziewczynka   wymachiwała   rączkami,   nie   podobało   jej   się   zetknięcie 

background image

chłodnego powietrza ze skórą, nawet bez krzyku zdecydowany protest dał się wyraźnie 

odczytać na buzi. Randar pospiesznie ją okrył.

-  Weź   ją  teraz  i   idź  do  Gjertrud.   Powiedz,   że  może  już  przyjść  i   pomóc  mi 

doprowadzić  się do porządku. Ty zabierz malutką  do izby,  siądź z nią przy ogniu i 

zatroszcz się o to, żeby nie marzła.

-   Mario...   dziękuję.   Ucałowała   go   z   wdzięcznością,   wargi   miała   suche   po 

męczącej nocy. Zwilżył je własnymi, a potem z największą ostrożnością wziął dziecko i 

ze świecą w ręku poszedł do izdebki Gjertrud.

W drzwiach nie mógł się powstrzymać, by nie odwrócić się do leżącej w łóżku 

żony.

-   Byłaś...   niezwykła.   I   ta   maleńka...   Wspaniale,   że   mogłem   przy   tym   być... 

dziękuję.

Maria   wiedziała,   że   nie   potrzeba   mu   żadnej   odpowiedzi,   bo   na   jej   twarzy 

wypisane jest, co czuje. Wszechogarniające poczucie szczęścia rozeszło się po obolałym 

ciele, czyste, niezmącone, nieskończenie piękne. Tym razem nie towarzyszyła mu żałoba, 

córeczka urodziła się zdrowa i silna. Prawdę powiedziawszy Maria nigdy nie widziała 

ładniejszej   dziewczynki.   I   sprawiała   wrażenie   takiej   mądrej,   takiej   spokojnej   i 

zadomowionej na świecie!

Maria od razu dostrzegła na malutkiej buzi własne rysy. W słabym świetle nie 

potrafiła określić barwy oczu córeczki, przypuszczała jednak, że będą niebieskie. Nosek, 

nieco spłaszczony przy porodzie, zapowiadał się na równie prosty i szlachetny jak jej 

własny. Wysokie kości policzkowe na razie zasłaniały pucołowate policzki.

Usta, może odrobinę za szerokie, miały pięknie ukształtowany zarys.

Włosy natomiast były inne niż Marii. Zdumiewająco długie i czarne, czarne jak 

błyszcząca kocia sierść.

- Córka Randara - szepnęła do siebie uszczęśliwiona.

Gjertrud zastała ją pogrążoną we śnie.

- Dzięki Bogu nie w dzień uwolnienia świętego Piotra - westchnęła. - Ale on użył 

noża... Odcięto ci pępowinę jak synowi, maleńka. Oby Bóg nie pozwolił, by nóż obrócił 

się przeciw tobie i sprowadził na ciebie nieszczęście.

Uczyniła znak krzyża nad matką i dzieckiem.

background image

Gdy posłańcy z Lyster  zapukali  do drzwi, Eyliff  Stedje nie  nosił swej  kurtki 

lensmana. I bez tego jednak prezentował się elegancko w haftowanej kamizelce i koszuli, 

której rękawy zdobiło tyle koronek, że każda kobieta na ich widok pozieleniałaby z za-

zdrości. Był wysoki, potężny, wydatny brzuch świadczył o dostatku. Twarz miał nieco 

czerwoną, a chód wciąż zdradzał chorobę niszczącą stawy i mięśnie.

Dwaj   młodzi   mężczyźni   stanęli  w   progu  ze  srogimi  minami.   Oświadczyli,   że 

przybywają z bardzo istotną sprawą, posłaniem od samego proboszcza z Lyster.

Gospodarz  ze  Stedje  odniósł wrażenie,   że  szpony drapieżnika  rozszarpują  mu 

wnętrzności. Maria!

Gestem wskazał im drogę do gabinetu, zirytowany polecił przystąpić do rzeczy, 

gdy wzdychali zauroczeni pięknym wyposażeniem wnętrza. Ciemniejszy z nich dwóch 

chrząknął i wyjął zwój papieru.

-   Przybywamy   z   oskarżeniem.   To   proboszcz   Revelin   prosi   niniejszym   o 

zatrzymanie   Marii   córki   Liv,   noszącej,   zdaje   się,   nazwisko   Meisterplass.   Pragnie 

postawić   ją   przed   sądem,   aby   została   ukarana   i   napiętnowana   za   występki   przeciw 

Koronie i Kościołowi. Proboszcz przysyła też listę świadków, jedenastopunktowy rejestr 

przestępstw   popełnionych   na   terenie   jego   parafii,   a   także   krótkie   objaśnienie,   jakich 

kościelnych reakcji należy się spodziewać w tej sprawie.

Gospodarz ze Stedje jęknął, na chwilę ukrył twarz w dłoniach.

- Na koniec dołącza jeszcze list od starego biskupa, z którego jasno i wyraźnie 

wynika,   z   jak   niebezpieczną   kobietą   macie   do   czynienia,   lensmanie.   Polecono   nam 

prosić, abyście postępowali ostrożnie - zakończył mężczyzna.

Lensman   nie   mógł   oprzeć   się   wrażeniu,   że   w   ostatnich   słowach   kryło   się 

podwójne znaczenie. Wisiały w powietrzu jeszcze długo po tym, jak dwaj przybysze 

wyszli się posilić w oczekiwaniu na jego pokwitowanie.

Maria!

Znów chcą postawić ją przed sądem!

Wszystko   w   nim   protestowało,   szpony   dzikiego   zwierzęcia   szarpały   go   na 

strzępy. I kryło się za tym nie tylko współczucie, nie tylko miłość, która, jak wiedział, 

gdzieś się w nim czaiła.

Najtrudniejsza do zniesienia była dokuczliwa świadomość utraty władzy. Rzecz 

background image

jasna bolało go, że idylla na Meisterplassen legła w gruzach. Maria spodziewała się w 

tych dniach dziecka, prawdopodobnie przyszło już na świat. A kat nigdy dotąd nie nosił 

głowy tak wysoko, wprost biło od niego szczęście. Wspaniałe weselisko było nie tylko 

demonstracją wzajemnej miłości młodej pary, lecz także wyraźnym dowodem władzy, 

jaką dzierżył we wsi Eyliff. Za jego sprawą wszyscy wiwatowali na cześć kata i jego 

ubożuchnej   narzeczonej.   Teraz   wszędzie   przyjmowano   ich   jak   wielkich   państwa, 

przyjaciół gospodarza ze Stedje. On sam zaś radował się wdzięcznością bijącą z oczu 

Marii, jej siostrzanymi pocałunkami, lekkim zapachem ziół, gdy otaczała ramionami jego 

szyję, dziękowała mu i nazywała przyjacielem.

Ta walka jednak okazała się przegrana. Wiedział to już, zanim przeczytał połowę 

dokumentów.   Znalazły   się   wśród   nich   zapisy   zeznań   pułkownikowych,   pastorowej, 

samego   pastora,   szanowanego   gospodarza   z   wioski,   dwóch   młodych   kobiet,   które 

pracowały   u   boku   Marii.   Najgorszy   mimo   wszystko   był   list   biskupa.   Pełen 

niezrozumiałych słów i cytatów, lecz jego konkluzja była jednoznaczna i wyraźna:

Marię należy unieszkodliwić.

Nigdy   jeszcze   biskup   nie   miał   do   czynienia   z   dobitniejszymi   i   liczniejszymi 

dowodami w sprawie o uprawianie czarów.

Zalecał zgładzenie Marii przez spalenie na stosie, pouczał też, jak uchronić dusze 

nieszczęsnych ludzi lensmana i sędziów podczas kontaktów z czarownicą. Nakazywał 

możliwie   największą   ostrożność   i   przysłał   nawet   cztery   srebrne   krzyżyki,   specjalnie 

pobłogosławione dla ochrony przed czarami. Strażnicy Marii powinni zawsze mieć je na 

sobie.

Gospodarz ze Stedje patrzył, jak cztery lśniące plamki na stole się rozpływają, jak 

gdyby łzy były zdolne rozpuścić nawet szlachetny metal. Oczy poczerwieniały mu  z 

wysiłku, wilgoć wydawała się obca, niezwykła. Pociągnął nosem, może z żalu, a może z 

gniewu.   Wstał   z   krzesła   gwałtownie,   aż   się   wywróciło,   i   zmiótł   papiery   razem   ze 

srebrnymi krzyżykami do skórzanej torby.

Piastował   urząd   lensmana,   musiał   wypełnić   swoje   obowiązki.   Nienawidził 

poczucia bezradności, lecz teraz pozostawało mu jedno: obowiązek i honor. Przeciwnicy 

okazali się tym razem zbyt potężni, wiedział, że nie zdoła uratować tej kobiety, nawet 

gdyby była jego córką. Lecz jeśli się pospieszy, być może uda mu się ocalić jej męża i 

background image

dzieci.

Trzeba   z   nimi   porozmawiać,   uprzedzić   o   strasznych   kłopotach,   jakie   teraz 

nadejdą. Wiedział, co ich czeka, zwykle oskarżenie o czary niosło ze sobą nieszczęście 

wielu innych osób. Rzadko skazywano samą tylko czarownicę, potworny wir wciągał na 

ogół   przyjaciółki   oskarżonej,   siostry,   a   nawet   dzieci,   jeśli   nie   chciały   wyrzec   się 

bluźnierczyni.

Najważniejsze   teraz   to   dostać   się   na   Meisterplassen   tak,   aby   nikt   się   nie 

zorientował.

Rano wyruszy tą samą drogą, zabierze do łodzi dwóch albo trzech swoich ludzi. 

Wypełnią obowiązek, zabiorą Marię i przypilnują jej do czasu, aż pisarz zwoła sąd.

Ale nie może pozwolić, by serce waliło mu mocno na widok jej drogiej postaci. Z 

lodowatym spokojem musi patrzeć, jak żelazo zamyka się wokół jej rąk.

Nie wytrzyma tego, nie zniesie myśli o cierpieniu tej kobiety.

Ucieczka!

W myślach lensmana nastąpił gwałtowny zwrot.

Ucieczka! Czy to możliwe? Czy istniała szansa, by ocalić jej życie tak, by nie 

ucierpiała   na   tym   jego   cześć?   Gdyby   udało   mu   się   powstrzymać   posłańców   przed 

rozmową z ludźmi, gdyby zdołał znaleźć kogoś, kogo mógłby wysłać na Meisterplassen 

w nocy...  Sam miałby czyste  ręce, mógłby siedzieć  przez  całą noc i częstować tych 

dwóch łowczych winem i solonym mięsiwem. Nie będą go podejrzewać! Uwierzą w jego 

zaskoczenie, gdy przybędą na Meisterplassen i znajdą opustoszałą zagrodę!

Najważniejsze,   że   nie   pozostanie   bezradny!   Bardziej   niż   żal   doskwierało   mu 

poczucie, że utracił władzę i wpływy.

Co   sił   w   nogach   pospieszył   z   powrotem   przez   ganek   do   gabinetu.   Biodro 

zaprotestowało, zakłuło w nim, jakby przypalano je rozżarzonym żelazem.

Musi pamiętać, żeby wziąć od Marii przepis na leki przed jej wyjazdem.

Bez jej specyfików nie przeżyje zimy.

background image

ROZDZIAŁ III

Krzyk  i zawodzenie kobiety słychać było od Sogndalsfjaeren po Nordnes. Od 

przeraźliwego wycia włosy podnosiły się na głowach niewiastom i mężczyznom, dźwięki 

wdzierały się pod czaszki, sprawiając wrażenie, że rozlegają się gdzieś nieprzyjemnie 

blisko.

Ludzie przerywali pracę, kamienieli, wrastali w miejsce.

Lament niósł się ponad wodą, odbijał od ścian gór i powracał odrzucany to w 

jedną, to w drugą stronę niczym odwieczne echo szaleństwa.

Niektórzy starzy ludzie czynili w powietrzu znak krzyża.

Matki mocno przygarniały dzieci do siebie, uciszały ich jękliwe protesty.

Takie krzyki...

Czy to grasują wilkołaki?

Czy leśne potwory szarpią ciało jakiegoś nieszczęśnika?

Krzyki urwały się nagle, ucięły, jakby uwięzły w gardle zaszlachtowanej świni. 

Cisza,   jaka   zapadła   potem,   budziła   grozę,   ludzi   wiele   kosztowało,   by   z   powrotem 

wprawić w ruch ręce i stopy. Mamrocząc prosili swego Boga o opiekę, a wieczorem, sie-

dząc przy palenisku, lękliwie tulili się do siebie.

Ostrzeżenie.

Co innego, jak nie ostrzeżenie?

Złe czasy już przeżyli, i złe czasy na pewno powrócą.

Czyż wszyscy nie widzieli czarnej smugi na niebie w wieczór świętego Jana? Czy 

podczas poprzedniej pełni morze nie podniosło się do poziomu, jakiego nigdy wcześniej 

nie osiągnęło?

Złe moce.

Groza.

Maluczkim na ochronę pozostawały jedynie ich modlitwy i rytuały.

A gdy dowiedzieli się, że Marię Meisterplass wepchnięto do piwnicy lensmana 

zakutą w srebrne kajdany, strach i niepewność jeszcze się wzmogły, zmieniając ich w 

porzucone przez pasterza stadko owiec.

Garnęli   się   ku   sobie,   aż   wreszcie   znaleźli   drogę   do   starego   kościoła,   gdzie 

background image

proboszcz groźnie wymachiwał laską nad zbłąkanymi owieczkami.

Jak prawdziwy pasterz Pana zgromadził ich wokół siebie i nakazywał większy 

szacunek dla swoich słów. Rozprawiał o mocy czarownicy, grzmiał nad nimi, aż czuli się 

niczym pył pod stopą Boga.

Potem kazał im wstać, a jego głos był teraz miękki i ciepły jak wełna jagnięcia. 

Rzucili się do jego rąk, uradowani, że wywołane wzburzeniem napięcie ustępuje z ciała.

Źle wybrali.

Gospodarz ze Stedje musi sam zaprowadzić swoją ulubienicę do lochu.

Proboszcz wstąpił na kazalnicę, opromieniony blaskiem nowego autorytetu. Od 

początku miał rację.

Nie omieszkał im tego przypomnieć.

Wiedział, że poubierani w szarość, przygarbieni wieśniacy i chałupnicy dobrze się 

zastanowią, zanim w ogóle dopuszczą do siebie myśl, że cokolwiek da się zmienić.

Stali teraz przed nim, mężczyźni z gołymi głowami i zgiętymi karkami, kobiety o 

czerwonych, popękanych od pracy rękach, w ciężkich drewniakach.

Nikt nie podnosił głowy ku światłu sączącemu się przez okienko za ołtarzem.

Widział,   że   oddychają   ciężko,   tu   i   ówdzie   rozlegało   się   zduszone   łkanie   lub 

westchnienie żalu z kobiecej strony.

Pastor cieszył się na uroczysty obiad, czekający go wieczorem. Zamierzał gościć 

pastora   z   Lyster   we   własnej   osobie,   a   wieści   o   potędze   pana   Revelina   dawno   już 

wędrowały   wzdłuż   fiordu.   Postara   się   pogratulować   swemu   koledze   tak   mądrego 

wykorzystania własnej pozycji.

Kobietę równie dobrze już można uznać za martwą.

Może   naprawdę   była   czarownicą,   a   może   tylko   zuchwałą   dziwką.   Z   radością 

będzie patrzeć, jak daje się łamać niczym sucha gałąź.

Złote anielskie włosy pięknie się będą prezentować na kiju u wrót kościoła!

Lensman   Stedje   nie   przypuszczał,   że   Marię   ogarnie   takie   zamroczenie,   taka 

niemoc. Podczas krótkiej przeprawy przez fiord nastawił się na łzy, gniew, głęboki żal. 

Postanowił, że nie da się wzruszyć widokiem pięknej matki, odrywanej teraz od swego 

nowo   narodzonego   dziecka   i   od   mężczyzny,   którego   otwarcie   darzyła   tak   wielką 

miłością.

background image

Starsza córka Sunniva jakoś da sobie radę. Lensman usiłował ją odnaleźć zaraz 

pierwszej nocy po przybyciu  posłańców, chciał bowiem, by to ona ostrzegła matkę i 

towarzyszyła jej w ucieczce.

Ale gdy gospodyni na życzenie lensmana poszła sprowadzić dziewczynę, ta nie 

leżała w swoim łóżku.

Córka Marii hulała.

Powiadano,   że   młody   chłopak   Gurvinów   często   kręci   się   po   kątach   zagrody 

Stedje.

Lensman pojął, że najwidoczniej  tym razem niepisane mu zaniedbanie swoich 

obowiązków.

Zatem niechaj stanie się tak, jak chce tego los.

Proboszcz   na   pewno   będzie   umiał   wykorzystać   ten   niespodziewany   zwrot   w 

walce o prestiż.

Gospodarz ze Stedje poczuł znajomy ból w stawach, świadom swej klęski mocno 

zacisnął zęby.

Dotarli   do   celu,   Gjertrud,   nieszczęsna   dziewczyna,   która   tak   rozkwitła   pod 

skrzydłami Marii, powitała ich serdecznie.

- A więc to sam lensman czyni nam ten honor i przybywa w odwiedziny? To 

doprawdy przyjemna niespodzianka! Maria odzyskała już siły, chociaż maleńka urodziła 

się zaledwie przed trzema dniami.

Lensman   chrząknął.   Czy   ta   kobieta   nie   widzi,   że   on   przybywa   w   o   wiele 

poważniejszej   sprawie   niż   wizyta   u   położnicy?   Nie   pojmuje,   że   gdyby   zamierzał 

gawędzić nad kołyską, nie zabierałby ze sobą dwóch silnych mężczyzn?

Gjertrud   pomknęła   do   izby,   ruchem   dłoni   zapraszając   go   do   środka,   wesoło 

wołała coś do Marii.

Maria siedziała przy palenisku, na najpiękniejszym krześle, które dłonie Randara 

wycięły z grubego pnia drzewa.

Dziecko leżało przy piersi.

Czarnowłose, silne.

Kot znalazł sobie wygodne miejsce w zagłębieniu drugiego ramienia Marii, i on 

ułożył się jak niemowlę. Lensman z okrutną jasnością pojął, jak świetnie do oskarżenia o 

background image

czary pasuje ten obrazek.

Wyciszył   wszystkie   uczucia   i   wyjąwszy   papiery,   krótko   przedstawił   swoją 

sprawę.

Maria otworzyła usta, oczy Randara zwęziły się niemal w szparki, pociemniały.

Gjertrud uderzyła w krzyk.

Maria szepnęła:

- Pomyłka... Ach, na Boga, to musi być pomyłka! To nie może się powtórzyć! Nie 

może! Mój drogi, jesteś moim przyjacielem, powiedz, że to tylko nieporozumienie!

Lensman odetchnął głęboko, nie chciał spojrzeć w niebieskie oczy.

-   Raczej   nie   jest   to   pomyłka,   Mario   Meisterplass.   Twoja   sytuacja   marnie   się 

przedstawia, powinnaś pięknie się pożegnać z bliskimi. Oskarżenia przeciwko tobie są 

poważne, świadkowie silni. Ale sprawiedliwość zawsze ma szansę, wiem, że jeszcze inni 

składają ręce do modlitwy za ciebie.

Przymknął   oczy,   nie   chciał   patrzeć   na   twarz   sino  -   bladą   i   przezroczystą   jak 

mleko, z którego zdjęto śmietanę.

Wreszcie   Maria   wzięła   się   w   garść,   włożyła   dziecko   w   ramiona   Randara   i   z 

godnością podeszła do przyjaciela.

- Ty, który tyle razy służyłeś mi wsparciem, daj mi chociaż kilka dni! Daj mi parę 

godzin, abym mogła zatroszczyć się o moje dziecko, które mi odrywacie od piersi! Daj 

mi czas, abym mogła się pożegnać, wywiązać ze wszystkich obowiązków gospodyni. 

Później pójdę z wami i z podniesioną głową stawię czoło temu oskarżeniu!

Lensman zmęczony pokręcił głową, wzrok wbił w ziemię.

- Musisz pójść z nami teraz, Mario. Ja... sądzę... że możesz zabrać dziecko ze 

sobą. Myśleliśmy... nie wiedzieliśmy, że jest takie maleńkie...

- Sunniva! Maria zadrżała na wspomnienie starszej córki, a jednocześnie w sercu 

zakłuło ją, bo to niemal dorosłe dziecko tak rzadko zajmowało jej myśli.

- Powiedziałeś jej?

- Nie, uznałem, że najchętniej sama się z nią pożegnasz, z pewnością nadarzy się 

okazja. Większość czasu spędza wprawdzie w kuchni, lecz pod nadzorem chyba będzie 

mogła odwiedzić matkę w piwnicy.

- Dobrze - odparła Maria bezgłośnie. W gardle jej zaschło, miała wrażenie, że 

background image

popękało jak spalona słońcem ziemia.

Zbliżyła się do lensmana, oczy błyszczały jej, wręcz iskrzyły. Z ciała unosiła się 

słodkawa, obca woń. Widoku sprężystych, pełnych piersi lensman nie mógł znieść.

Wciąż trzymając dziecko w ramionach, przytuliła policzek do jego ramienia.

- Ze względu na to maleństwo... pozwól mi pozostać tu do jutra...

Lensman, aby uczynić jeden nieduży krok w tył, musiał zebrać wszystkie swoje 

siły. Wbił wzrok w ścianę za plecami Marii.

- Pojmać oskarżoną! Teraz! Jego ludzie usłuchali, wyrwano dziecko z objęć Marii 

i podano ojcu. Dwie błyszczące, połączone łańcuchem obręcze zacisnęły się na rękach 

kobiety.

- Oddajcie jej dziecko - nakazał lensman. - A wy poszukajcie dla niej jakiegoś 

ubrania, jedzenia i kilku świec, jeśli macie. To się jej przyda w loszku, choć oczywiście 

zatroszczymy się o nią tak, jak nakazuje obowiązek.

Gjertrud z płaczem zaczęła kręcić się po chacie niby przerażony ptak.

Randar   stał   nieruchomo   niczym   figura   wyrzeźbiona   z   drewna,   tylko   dłonie 

otwierały mu się i zamykały.

Lensman prawie już zapomniał, że dawny kat jest świadkiem tego, co się dzieje, i 

właśnie dlatego nie spodziewał się ataku z jego strony.

Jedenasty grudnia. Dzień narodzin diabła. Sunniva przygnębiona i cicha siedziała 

przy kuchennym stole w zagrodzie lensmana. Dzisiaj nareszcie wypuszczą mamę z tej 

zimnej, ciemnej  piwnicy.  I tak nie najgorzej ją traktowano, lensman Stedje zadbał o 

strawę i posłanie, większość więźniów mogła tylko zazdrościć Marii.

Sunnivie   zezwolono   na   krótkie   odwiedziny   u   matki   w   każdą   niedzielę. 

Przekazywała pozdrowienia od Randara, a raz przyniosła pasemko włosów Maryjki w 

medalionie z drewna. Gjertrud przysyłała ciastka i masło.

Serce Sunnivy umarło, nie potrafiła już dłużej płakać nad nieszczęściem, jakie 

spadło na nich wszystkich.

Przyjmowała pieszczoty matki, widziała, że również jej policzki są suche, lecz 

smutek w oczach Marii wypalał głębokie rany w duszy córki; Sunniva wiedziała, że w 

oczach mamy zamieszkała śmierć.

Zrobiła   to,   o   co   prosiła   mama,   ukryła   księgi   i   lekarstwa   w   jaskini   w   skale, 

background image

położonej kilkaset kroków ponad zagrodą.

Wszystkie pachnące zioła mamy spalono. Kot gdzieś zniknął.

Nawet krowa zdawała się cierpieć, stała w swoim kącie osowiała, a pod okiem 

miała wilgotne smugi. Wiedziała, że coś się stało.

Sunniva prawie chciała, żeby to nareszcie się skończyło. Wszyscy naokoło zresztą 

powtarzali, że matka równie dobrze mogłaby już umrzeć i spocząć w grobie.

Zamierzali   świadczyć   przeciwko   niej   wysoko   postawieni   mężczyźni.   Kobiety 

zapewne uzupełnią ich słowa fantastycznymi  opowieściami o władzy czarownicy nad 

ludźmi.

Niektóre widziały przecież, jak ich mężowie ulegają urokowi rzuconemu przez 

piękną istotę.

A jeden z parobków lensmana z szeroko otwartymi z emocji oczyma rozprawiał o 

tym, jak to Maria, kiedy po nią przyszli, karmiła piersią czarnego kota!

I   gdy   jej   mąż   rzucił   się   na   lensmana,   wbiła   tylko   weń   głębokie   spojrzenie   i 

powstrzymała go bez jednego słowa!

Zmieniła go w kamień!

Tak, tak, parobek lensmana twierdził nawet, że widział błyskawice padające z jej 

oczu. Przemknęły przez izbę i ugodziły walczących mężczyzn, którzy od tego zdrętwieli i 

zastygli we wrogim uścisku.

Sunniva wiedziała, że to Gjertrud tak okropnie krzyczała. Ona sama słyszała o 

wszystkim, co wydarzyło się na Meisterplassen, najpierw od obcych ludzi ze wsi, później 

w krótkich, skąpych zdaniach od Randara.

Opowiadał   o   tamtym   strasznym   dniu   z   pozoru   bez   żadnych   uczuć.   Sunniva 

cieszyła się, że jest Gjertrud, która teraz zajmie się nie tylko młodszą siostrzyczką, ale i 

nim.

Gjertrud   za   to   nie   skąpiła   szczegółów,   opisując   dramatyczny   moment 

aresztowania.

Maria ani przez chwilę nie straciła przytomności umysłu.

Sama zapakowała swoją torbę, pamiętając nawet o ściereczkach, niezbędnych jej 

teraz po porodzie do utrzymania czystości.

Do  koszyka   włożyła  trochę  jedzenia,   pojemniczek   z  jakąś   nalewką,  woreczek 

background image

nasion. Objęła męża, jego ramiona, kiedy nareszcie zamknęły się wokół niej, wydawały 

się takie ciężkie. Patrzył na nią martwym wzrokiem, nie przejmując się łzami, napływa-

jącymi nie wiadomo skąd i otwarcie ściekającymi po szorstkich policzkach.

- Kocham cię. I maleńką. Pamiętaj, abyś jej o tym powiedział, jeśli ja sama nie 

będę mogła! Nie zabiorę jej, chociaż przydałoby jej się jeszcze kilka dni przy piersi. 

Piwniczny loch to nie miejsce dla niej.

Maria   odwróciła   się   do   rozhisteryzowanej   Gjertrud.   Dziewczyna   umilkła,   z 

trudem chwytała powietrze, aż wreszcie rzuciła się przyjaciółce na szyję.

- Spokojnie, moja droga. Znosiłaś już gorsze rzeczy. Teraz musisz być silna ze 

względu na mnie. Podczas gdy mnie nie będzie, zastąpisz malutkiej matkę. Musisz się też 

zająć Sunnivą i Randarem. Potrafisz przygotować mieszankę mleczną dla niemowląt?

Gjertrud zrozpaczona pokiwała głową.

- To dobrze. Na początku nie za mocną, najlepiej tylko trochę mleka w wodzie. I 

dodaj kapkę miodu, niech posmakuje słodyczy.  Radością będzie  mi  myśl,  że jest jej 

mimo wszystko dobrze...

Głos   Marii  się  załamał,  ale   też  i  nie  było   już  więcej   o czym  mówić.   Ludzie 

lensmana stali niespokojni, wystraszeni. Unikali patrzenia jej w oczy, obawiali się bijącej 

z nich siły. Na Boga, po tej kobiecie nie widać nawet, żeby się bała! Musi mieć niebez-

piecznie potężnego obrońcę!

Przeżegnali się, na wszelki wypadek sięgnęli do zawieszonych na szyi srebrnych 

krzyżyków.

W łodzi leżało żelazo i cebula, uznane środki chroniące od złych mocy. Ale Maria 

siedziała   na   ławeczce   spokojnie   jak  baranek,   wyglądała   wręcz   niewinnie.   Na   twarzy 

malował jej się taki smutek, że nawet tych gruboskórnych młodzieniaszków ścisnęło w 

żołądku. Chwycili jednak mocniej wiosła i zmusili się do myślenia wyłącznie o rytmie 

wiosłowania.

- Jak do tego doszło? - spytała Maria bezbarwnym głosem.

-   Dowiesz   się   wszystkiego,   gdy   znajdziemy   się   w   moim   gabinecie   -   odparł 

lensman krótko. Nerwowe spojrzenie pobiegło w stronę parobków.

I rzeczywiście tam się dowiedziała.

Właściwie nie było żadną niespodzianką, że za wszystkim stoi pan Revelin.

background image

O   wiele   straszniejsze   okazało   się   czytanie   sformułowanych   z   okrutną 

wyrazistością zeznań Cecilii. Rozpoczynały się stwierdzeniem, że pastorowa zaniemogła, 

prawdopodobnie za sprawą czarownicy,  lecz mimo to jest w stanie opowiedzieć swą 

historię, przedstawić niesłychanie złe wspomnienia z dzieciństwa w domu wiedźmy. Już 

jako dziecko Cecilia była narażona na oddziaływanie jej zła! Nareszcie wyjdzie na jaw 

wszystko, co przydarzyło się niewinnej Marii Cecilii Mogensdatter Skanke, gdy jej ojciec 

wziął sobie na nałożnicę kapłankę Szatana!

Maria   zaniemówiła,   gdy   lensman   monotonnie   odczytywał   słowa   mające 

pochodzić od Cecilii:

...widziałam, jak bierze zmarłego noworodka i wkłada go do pudełka. Zamierzała 

użyć jego tłuszczu do któregoś ze swoich czarnoksięskich specyfików...

...moja macocha zmusiła go, by tańczył jak lunatyk,  a sama  ubrała się w jego 

sutannę,  wrzeszczała  i  przeklinała,   odsłaniając  najwstydliwsze   miejsca  swego  ciała  i 

pokazując je księżycowi...

...zrobiłam się nieruchoma jak kamień, moje serce biło tylko dzięki wierności i 

ufności w Najświętszego. Urokiem chciała mnie uśmiercić i niemal jej się to udało!

...widziałam na własne oczy, na ciele chłopaka wykwitły czerwone plamy akurat  

w miejscach, gdzie dotknęła go czarownica. Przez osiem dni prawie nie mógł chodzić, jej  

przekleństwo utkwiło w punkcie, w którym najbardziej boli...

Maria przeżyła wstrząs.

Czy Cecilia naprawdę wszystko to powiedziała? Czyżby wciąż było w niej tyle 

goryczy, tyle zła? Jak mogła posyłać na stos niewinnego człowieka tylko dlatego, że jej 

własne życie okazało się tak strasznie pozbawione treści?

Marii zabrakło  już sił, by trzymać  głowę podniesioną. Osłabiona  po porodzie 

wciąż krwawiła, do lochu musiano ją zanieść.

Przez pierwsze trzy dni nie udało się nawiązać z nią kontaktu.

Lensman zaniemógł i położył się do łóżka. W ciemne noce dobiegały jego jęki i 

krzyki   bólu,   gdy   tysiąc   demonów   wbijało   rozżarzone   włócznie   w   członki   i   stawy 

nieszczęsnego.

Przekleństwo rzucone przez czarownicę, szeptano.

A kiedy jeden z parobków lensmana, uczestniczących w jej pojmaniu, również 

background image

musiał położyć się do łóżka z ciałem pokrytym okropną wysypką, ani jeden człowiek we 

wsi nie mógł zaprzeczyć, że Maria obdarzona jest mroczną mocą.

Pisarza i sędziów czeka łatwe zadanie.

Jedenastego   grudnia   nastał   piękny,   jasny   zimowy   dzień.   Świeżo   spadły   śnieg 

pokrył szare błocko i rozsypał diamenty nawet na płaszczach najuboższych. Rozprawę 

wyznaczono   na   południową   porę.   Pisarz   zdumiał   się,   że   tym   razem   pomieszczenie 

wypełniło się zaledwie w połowie. Widocznie ludzie bali się urocznego oka czarownicy, 

a ich strach okazał się na tyle silny, że przezwyciężył ciekawość.

Tylko świadkowie siedzieli zbici w grupki. Spodziewali się, że ujrzą także kata, a 

być   może   również   dorastającą   córkę   oskarżonej,   Sunnivę.   Oni   jednak   nie   przyszli. 

Skorzystali z przysługującego im prawa odmowy świadczenia przeciwko żonie i matce, 

przekonani, że wiadomość o wyroku i tak w czas do nich dotrze. Swoją czarną łodzią 

przypłynął   natomiast   ten   zarośnięty   włóczęga,   już   on   będzie   umiał   powtórzyć   na 

Meisterplassen każde słowo wypowiedziane podczas rozprawy.

Wszyscy wiedzieli, że Ole - Miedziak jest przyjacielem Marii. Ciekawe, co się 

kryje za tą brodą i szpakowatą czupryną? Wielki ciemny kapelusz opadał mu tak głęboko 

na twarz, że nie dało się rozróżnić grubych rysów, lecz sama postać Olego, charaktery-

styczne utykanie, a szczególnie ciężka czarna łódź czyniły go łatwym do rozpoznania dla 

każdego, kto mieszkał nad wielkim fiordem. W sam raz przyjaciel dla czarownicy!

Mroczny, tajemniczy, nieobliczalny.

Powiadano, że na jego sumieniu ciąży niejedno zabójstwo, lecz ze wszystkich 

oskarżeń zdołał się wywinąć. Podejmował się także przewozu zwłok, widać nie lękał się 

ani zarazy, ani burzy. Bóg jeden wiedział, skąd się wziął i ile miał lat! Już od trzech po-

koleń straszono dzieci opowieściami o człowieku żeglującym po fiordzie czarną łodzią, 

uważaną za zwiastun nieszczęścia.

Pisarz   uderzył   srebrnym   młotkiem   w   stół   na   znak,   że   rozprawa   może   się 

zaczynać.   Ośmiu   poważanych   mężczyzn   zajęło   miejsca   pod   ścianą,   stół   przed   nimi 

nakryto pięknym lnianym obrusem, na skraju położono dwie księgi prawnicze. Tranowe 

lampy   oświetlały   izbę,   barani   łój   w   świecach   topniał   wokół   knotów,   palących   się 

dziwnym niebieskawym płomieniem. Przed pustym krzesłem, na którym zasiąść miał 

pisarz przewodniczący rozprawie, leżała rozłożona Biblia.

background image

Z biskupstwa sprowadzono dodatkowego sędziego, biegłego. Specjalnością tego 

pastora,   wykształconego   w   Kopenhadze   i   w   wielkim   świecie,   były   czarownice. 

Niepozorny raczej mężczyzna nosił czarny księży strój, a na szyi wielki, lśniący niczym 

brąz krzyż. Głowę okalał mu wianuszek włosów, część zaczesana była na łysą czaszkę.

Suche, chorobliwie żółte dłonie.

Prosty,   szpiczasty   nos,   przypominający   ptasi   dziób.   Jasne,   bardzo   jasne   oczy, 

przezroczyste   jak   woda,   lecz   nie   pozbawione   błysku   inteligencji   i   bystrości.   Na 

spojrzenia   wieśniaków   odpowiadał   ściągniętą  twarzą,  chłopi   wyczuwali,   że  ten  sługa 

Pana to jeden z tych, co bez trudu odgadną ich najgłębiej skrywane grzechy.

Zadrżeli, nie spodobał im się.

Nawet pisarza po przywitaniu z tym człowiekiem paskudnie zapiekły ręce. Lecz 

ten duchowny był zaufanym proboszcza z Lyster, a ponadto zatrzymał się u ich własnego 

pastora, gdzie podejmowano go ze wszystkimi honorami.

Maximilian Joshua Bern.

Znawca czarownic, kapłan i sędzia.

Jego oblicze  nie  zdradzało  żadnych  uczuć.  Dopiero  gdy wprowadzono  Marię, 

podniósł głowę, skierował wzrok na sufit i przyciszonym głosem wymamrotał modlitwę. 

Wyciągnął   w   stronę   oskarżonej   cienki   palec   i   zarzucił   ją   gradem   niezrozumiałych 

łacińskich słów.

Maria   nie   poświęciła   mu   zbytniej   uwagi,   ledwie   omiotła   wzrokiem 

zgromadzonych.   Jej   spojrzenie   zatrzymało   się   na   przygarbionej   postaci   na   pierwszej 

ławce.   Włosy   o   barwie   piasku   nad   czarną   sutanną.   Obok   chuda   kobieta   w   czarnym 

czepcu.

Małżonkowie Revelin.

Maria twardo popatrzyła pastorowi w oczy, nie pozwalając, by odwrócił wzrok, i 

zobaczyła, że przez sekundę się zachwiał. Zaraz jednak wyprostował się, ułożył usta tak, 

jak gdyby zamierzał splunąć. Jedynie ona to zauważyła. Cecilia natomiast nie podnosiła 

głowy.   Marii   tylko   przez   moment   mignęła   przed   oczyma   zamknięta,   naznaczona 

głębokimi bruzdami twarz. Ale gdy wstała na wejście sędziego, Maria spostrzegła jej 

lekko zaokrąglony brzuch.

Cecilia była w ciąży.

background image

Sędziowie siedzieli bez ruchu jak przyklejeni do oparć krzeseł, kiedy proboszcz 

Revelin   wygłaszał   swe   oskarżenia   w   obliczu   sądu.   Krótkie   oświadczenie   Marii, 

zapewniającej o swej niewinności, rozpadło się w proch, jak rozsypuje się na okruszki 

kawałek chleba w kurniku.

Revelin   lepiej   niż   kiedykolwiek   zademonstrował   swe   wspaniałe   umiejętności 

krasomówcze, jego głos to wznosił się, to opadał, porywając słuchaczy uwodzicielsko 

dramatyczną historią życia Marii i jej poczynań w Lyster. Opowiadał o jej schadzkach ze 

Złym w księżycowe noce, o tym, jak na oczach ludzi dawała się unosić wodzie, mając za 

jedyne okrycie swoje włosy.

Zgromadzonym  dech zaparło w piersiach, gdy pastor ze szczegółami opisywał 

wyuzdane spotkania Marii z diabelskim kochankiem, podczas których świadczyła mu 

najbardziej   zwierzęce   cielesne   usługi,   za   co   on   wynagrodził   ją  owymi   szczególnymi 

talentami.   Pastor   mógł   nawet   przedstawić   świadków,   którzy   widzieli,   jak   Maria   się 

obnaża i oddaje ciemnemu mężczyźnie z kopytami i wilczą twarzą.

Jakby i tego było mało, pan Revelin przedstawił namacalne dowody.

Księgi. Leksykony. Jeden z nich tak niebezpieczny, że Revelin dotykał go jedynie 

szczypcami do kominka. Maria rozpoznała sekretną Księgę Sztuk Sefraniusa, najdroższą 

własność Mogensa, o której istnieniu wiedziała, choć on się tego nie domyślał. Napisane 

własnoręcznie przez Marię recepty. I flaszeczki z trucizną.

Tak, to rzeczywiście trucizna.

Sądowi   zademonstrowano   to,   podając   psu   kawałeczki   mięsa   zanurzone   w 

miksturach Marii. Zwierzę przez kilka minut wiło się w konwulsjach, toczyło pianę z 

pyska. Maria odwróciła twarz ściągniętą bólem, kilku sędziów zadrżało z przerażenia na 

widok cierpień psa.

Pan   Revelin   przedstawił   jeszcze   zaprzysiężone   świadectwa   dwóch   kobiet   z 

wioski, które widziały Marię lecącą na miotle w dzień przesilenia zimowego.

Pisarz,   mimo   powagi   sytuacji,   walczył   z   uśmiechem.   Był   trzeźwo   myślącym 

człowiekiem,   lecz   w   tym   przypadku   musiał   przyznać,   że   zbyt   wiele   okoliczności 

świadczy przeciwko oskarżonej. Jeśli w ogóle istnieją czarownice, to postępki tej kobiety 

są najbliższe dowodów na ich istnienie.

Później   nadeszła   kolej   biegłego.   Potrzebował   wiele   czasu   i   słów   na 

background image

zaprezentowanie   swego   fachowego   przygotowania,   drobiazgowo   relacjonował 

wcześniejsze podobne sprawy, w których brał udział zarówno w kraju, jak i za granicą.

Zakończył swą przemowę jasno i wyraźnie. Zaofiarował się, że jeśli sędziowie 

uznają to za konieczne, zdobędzie dalsze decydujące dowody, doskonale bowiem zna 

odpowiednie   sposoby   i   metody   przesłuchania,   które   z   całą   pewnością   wymuszą 

ostateczne przyznanie się do winy...

Ośmiu sędziów, przykładnych gospodarzy i obywateli, z trudem przełknęło ślinę. 

Słyszeli o przesłuchaniach czarownic i obrzydzenie ogarniało ich na myśl o tym, że ta 

piękna kobieta miałaby być kaleczona i dręczona w imię prawa. Na pewno była nie-

bezpieczna, lecz jeśli zdawała sobie sprawę, co jest dla niej lepsze, powinna przyznać się 

do winy i zaakceptować względnie prędką śmierć.

Sąd zakończył trzeci dzień rozprawy powtórnym wezwaniem Marii. Gdy pisarz 

skierował wzrok na oskarżoną, w pomieszczeniu zapadła cisza.

- Mario Meisterplass, słyszałaś  słowa tych  ludzi przeciw  swoim własnym.  To 

dobrzy obywatele, dwaj z nich nawet to pasterze naszego Pana tu na ziemi. Czy wciąż 

masz śmiałość kłamać przed obliczem sądu? Pragniesz dodać jeszcze jeden niewyba-

czalny występek do rejestru swych  grzechów, zarzucając kłamstwo tym,  którzy stoją 

wyżej od ciebie?

Maria nie od razu odpowiedziała, szukała właściwych słów. Przychodziło jej to 

teraz z trudem, całe ciało wydawało się należeć do kogoś innego. Odnosiła wrażenie, że 

obserwuje z góry wydarzenia, jakby zmieniła się w muchę, siedzącą na ścianie i przy-

patrującą się ludziom.

Sędzia   ponownie   ją   wezwał,   wyglądało   na   to,   że   Maria   przebudziła   się   z 

nieświadomości.

- Panie pisarzu, nie mogę powiedzieć nic innego, jak tylko to, że nie przyznaję się 

do winy. Nie jestem czarownicą. Zawsze starałam się wykorzystać wszystko, co wiem, 

dla dobra ludzi, służyć im pomocą, uzdrawiać...

-   Ale   przyznajesz,   że   zaprzedałaś   duszę   diabłu,   aby   zdobyć   taką   potęgę   i 

umiejętności?

-   Diabeł...   Nic   o   nim   nie   wiem.   Znam   tylko   jednego   Boga,   dobrego   i 

miłosiernego. Jeśli diabeł w ogóle istnieje, to, przypuszczam, ma on siedzibę w ludzkich 

background image

sercach!

- Przyznajesz więc, że wpuściłaś Złego do swego serca? - W głosie pisarza dał się 

niemal słyszeć gniew.

Maria odparła tak samo cicho:

- Nie przyznaję się do żadnych konszachtów z jakąkolwiek duchową mocą, ani 

złą,   ani   dobrą.   Wykorzystuję   jedynie   rośliny,   które   rosną   na   ziemi,   i   swoją   własną 

wiedzę.   Zdobyłam   ją   z   wielkich   ksiąg,   z   zapisków   mądrych   medyków.   W   dalekim 

świecie...   tam   wiedzą   więcej   o   słabościach   ciała.   Tam   potrafią   zapanować   nad 

chorobami, które co dnia zabijają i okaleczają nas, mieszkańców ciasnych fiordów... Tak 

bardzo pragnę się uczyć, ratować ludzi od tych mąk...

- To grzech! - przerwał jej Revelin. Siny z gniewu poderwał się ze swego miejsca 

i wymachiwał rękami. - Słuchajcie, co mówi czarownica! Pragnie zająć miejsce Boga, 

chce  rządzić  życiem  i śmiercią!  Panie pisarzu,  tymi  słowami  sama  wydała  na siebie 

wyrok!

-   Proszę   siadać!   Na   tej   sali   tylko   ja   mam   prawo   dopuścić   kogoś   do   głosu   i 

kierować   waszymi   zeznaniami!   A   tobie,   Mario   Meisterplass,   pragnę   dać   jedną   radę. 

Usłyszeliśmy   więcej,   niżby   wystarczyło   do   posłania   cię   na   stos.   Jeśli   jednak   teraz 

odmienisz   swe   słowa   i   szczerze   wyznasz   grzechy,   być   może   ocalisz   duszę.   Jestem 

pewien, że pan Revelin będzie się za ciebie modlił, skoro tylko zdołasz się uwolnić z 

okowów Szatana i wyznasz swoje zło.

-   Nie   jestem   zła!   Być   może   często   postępowałam   niewłaściwie,   lecz   nigdy, 

przenigdy  nie   uczyniłam  tego,  o  co   mnie  oskarżacie!   Przez  wzgląd   na  mą   niewinną 

córkę, czy nie widzicie, jakie to okrutne sprzysiężenie?

Po raz pierwszy się załamała,  stojący za nią parobek lensmana nie zdążył  jej 

podtrzymać, gdy osuwała się na podłogę.

Ku swemu zdumieniu sędziowie ujrzeli mokre smugi na policzkach oskarżonej. 

Wstrząśnięci wpatrywali się w Marię, leżącą na ubitej ziemi jak ranne zwierzę.

Czarownice wszak nie potrafią płakać!

Szacowny Maximilian o żółtych dłoniach prędko zapanował nad sytuacją i znów 

zarzucił Marię gradem niezrozumiałych słów. Grożąc palcem, zwrócił się do sądu:

-   Nie   dajcie   się   zwieść,   moi   panowie!   To   tylko   jedna   ze   sztuczek   wiedźmy! 

background image

Pokazuje,   jaką   mocą   obdarzył   ją   jej   mroczny   książę,   skoro   potrafi   wywołać   w   was 

zwątpienie i współczucie za pomocą kilku zaledwie fałszywych łez!

Nieliczni gapie zadrżeli, sami zapewne odczuli na własnej skórze czarnoksięską 

moc Marii, gdy przez moment coś ścisnęło ich w gardle. Było jednak zapewne tak, jak 

mówił ów budzący grozę człowieczek: to jedynie dowód jej potęgi.

- Sądzę, że wkrótce powinniśmy wyjaśnić tę sprawę. Kobieta musi przyznać się 

do winy,  inaczej  uczynimy  jej  duszy wielką  krzywdę.  Jeśli  przyzna  się teraz, zanim 

dotknie ją śmierć, istnieje dla niej pewna szansa. Wszechmogący Bóg ma także swoje 

ścieżki   i   choć   nam   może   się   to   wydać   dziwne,   być   może   potrafi   udzielić   łaski   i 

wybaczenia takim jak ona. Lecz tę kobietę należy unicestwić, jej ciało spalić, a popiół 

zakopać. Diabeł bowiem obiecał jej podobnym, że nic złego ich nie spotka ze strony 

wody ani żelaza! Możemy wrzucić ją do morza ze związanymi rękami i nogami, lecz ona 

i tak będzie unosić się na powierzchni! Na własne uszy słyszeliście słowa pastora o tym, 

jak ta kobieta sama szuka fal, zimnej czarnej otchłani, gdzie spieszy na schadzki ze swym 

bluźnierczym bożkiem z najgłębszych czeluści ziemi!

Pisarz poczuł się nieswojo. Sędzia Bern, niepozorny człowieczek, zyskał władzę 

nad   całym   zgromadzeniem.   A   sędziowie  nie   wiedzieli   już,  co   myśleć,  pojęli,   że  nie 

powinni mierzyć się z jego potęgą.

Zmęczony pisarz ponownie zabrał głos, zwracając się do oniemiałej Marii.

- Po raz ostatni mówię ci: daj nam usłyszeć wyznanie twych win. Inaczej będę 

zmuszony przekazać sprawę w ręce obecnych tu przedstawicieli Kościoła. Ich metody... 

Cóż, wiem, że je znasz. Nawet potężna czarownica nie zdoła uniknąć cierpień, jakie cię 

czekają.

Maria podniosła głowę, patrzyła mu teraz prosto w oczy.

- Oby Bóg wybaczył wam niesprawiedliwość, jaką czynicie mnie i moim bliskim! 

Powiadam wam, nigdy nie miałam do czynienia z czarami ani z diabelską mocą!

Zobaczyli,   że   przymyka   oczy   i   dotyka   łańcuszka   zawieszonego   na   szyi   dla 

ozdoby. Żaden z nich nie wiedział, że niegdyś należał on do kobiety oskarżanej przed 

wielu laty o takie same przewinienia.

Spieszono się z wydaniem wyroku. Tuż za progiem czekało Boże Narodzenie i 

błogosławiony czas, kiedy to ludzie skupiali się na przygotowaniach do wielkiego święta. 

background image

Spotykali się przy pracy i wspólnie cieszyli na długie, leniwe dni, podczas których brzu-

chy częściej napełniały się do syta, a umysły odzyskiwały spokój. Radowali się także na 

wesołe wieczory, na beztroskie rozrywki, na jazdę z kościoła na wyścigi, wzbijającą po 

drodze kurzawy śniegu. I na tętniące życiem świąteczne przyjęcia, na których bawiono 

się tak śmiało, że nawet mężatki znów czuły się jak młode dziewczyny...

Teraz jednak ponury ciężar zawisł nad ludźmi, a mróz, jaki nastał, skuwał lodem 

także ich serca. Proces czarownicy budził przerażenie. Wiedziano, co w te zdające się nie 

mieć końca dni i noce dzieje się w piwnicach probostwa. Nikt nie widział demonów, 

unoszących się nad dachami chałup, gdy czarownica wzywała pomocy, wszyscy jednak 

odnosili wrażenie, że nad domostwem wielebnego zawisł mroczny cień. Drżący z zimna 

ludzie garnęli się do siebie nawzajem, u pastora usiłowali szukać pociechy.  Szczerze 

pragnęli końca tego strasznego procesu, tak aby powrócić mogła szara codzienność. Cie-

kawość,   która   zwykle   kazała   im   się   gromadzić   przed   budynkiem   sądu   niczym 

spragnionym koniom u studni, dawno już zgasła. Cała ta sprawa napełniała ich jedynie 

odrazą, tęsknili za spokojem.

Na trzeci dzień pisarz znów mógł zwołać sędziów i Marię po raz ostatni wezwano 

przed sąd.

Na jej twarzy nie było znać żadnych śladów zadanego gwałtu. Włosy natomiast, 

ten   cudowny   złocisty   wodospad,   brutalnie   zniszczono.   Poszarpano   je   nierówno,   w 

żadnym  miejscu  nie   pozostały  dłuższe  niż  na  palec.  Wielkie  oczy  zdawały  się   teraz 

jeszcze większe, oblicze bardziej odkryte i wrażliwe na ciosy. Najwidoczniej chodzenie 

sprawiało jej kłopoty;  gdy osunęła się na twardą ławkę, twarz ściągnął grymas  bólu. 

Zabrali jej też piękną suknię, siedziała przyodziana w workowatą koszulę, na ramiona za-

rzuciła połataną derkę. Na policzkach miała ciemne plamy, prawdopodobnie od ziemi z 

klepiska   piwnicy.   Usiłowała   mimo   wszystko   odgarnąć   i   porządnie   ułożyć   strzępki 

włosów,   lecz   krótkie   kosmyki   nie   dawały   się   przygładzić.   Maria   wyglądała   na 

oszołomioną,  zhańbioną  dziewczynę,  lecz jej piersi po narodzinach trzeciego  dziecka 

pozostały wezbrane i pełne.

Pisarz   odczytał   relację   z   przesłuchań.   Za   suchymi   słowami   kryła   się 

rzeczywistość, której nikt nie chciał sobie w pełni uświadamiać.

...nie przeszła próby ognia i wody i wielokrotnie dała dowody na związki łączące 

background image

ją ze złymi mocami, pozostając niewrażliwa na ból i nie okazując naturalnych reakcji 

ciała i duszy...

Owszem, myślała Maria z goryczą, rzeczywiście zdarzało się, że nie krzyczałam, 

kiedy przypalaliście  mi  skórę  albo  wbijaliście  igły w  stopy.   Nie  rozumiecie,  że  mój 

kielich już się przepełnił? Nie wiecie, że gdy ból staje się zbyt dotkliwy, a cierpienie 

nieznośne, nasza słabość spieszy nam z pomocą i pozwala odpocząć na miękkim posłaniu 

mgły?

Zdawała   sobie   sprawę,   że   wyciągnęli   od   niej   decydujące   słowa.   Słyszała   ich 

głosy, dobiegające z daleka, z brzegów ognistego morza, raz pociemniałe od gniewu, 

groźne, to znów szepczące zachęcająco:

-   Wypowiedz   tylko   te   słowa,   moja   droga,   a   unikniesz   cierpienia!   Odpowiedz 

krótko „tak”, to skończy się całe zło...

I   wreszcie,   wyciskając   z   płuc   ostatnie   resztki   powietrza,   pozwoliła,   aby 

opuchnięty język sformułował coś na kształt potwierdzenia. Dotrzymali obietnicy, już 

więcej jej nie dręczyli. Spała później co najmniej przez osiem godzin, aż ktoś wreszcie ją 

obudził, zaśmiewając się na widok jej zmieszania, gdy odkryła, że ma obcięte włosy.

Pan Revelin.

To on był jej katem, on ją torturował.

Teraz twarz mu poczerwieniała w opętaniu zwycięstwem. Cieszył się tym, co się 

stało, jak kot, który dla zabawy z lubością odrywa nogi myszy, zanim ją uśmierci.

Maria nie mogła patrzeć na jego rozciągnięte w uśmiechu usta, nie chciała dać mu 

kolejnych powodów do satysfakcji. Podniosła głowę, poczuła ból przeszywający ciało. 

Ich spojrzenia się spotkały, odniosła krótkotrwałe zwycięstwo, kiedy jego roześmiana 

twarz na moment zastygła. Maria dostrzegła na znajomym obliczu przelotny strach, ten 

sam strach, który ujrzała wówczas, gdy uderzyła go na probostwie w Lyster.

Ach, jakże musiał jej nienawidzić!

Ogłoszono wyrok śmierci, tak jak się tego spodziewano. Mimo wszystko jednak 

Maria poczuła, że krew przestaje krążyć w jej żyłach, odpływa od głowy, wywołując 

mrowienie w palcach. Nogi zrobiły się ciężkie, nie mogła się ruszyć z miejsca. Zaskoczył 

ją wyraz cierpienia w oczach pisarza, biedny człowiek, najwidoczniej nie bardzo mu się 

to wszystko podoba.

background image

Za to pan Revelin wystąpił w przód z podniesioną głową, uznając, że nadszedł 

czas na wygłoszenie któregoś z rozlicznych kazań na temat niebezpiecznej mocy kobiet i 

złego spojrzenia kusicielek. Na szczęście pisarz go powstrzymał, a pastorowa, blada pani 

Cecilia, odwróciła głowę, kiedy mąż, nie był w stanie minąć oskarżonej bez zdradzania 

swego podniecenia. Wiedziała, że jej małżonek pod ubraniem nosi przytroczone do pasa 

obcięte włosy Marii. Cecilia płakała nad swą bezradnością, nad dzieckiem, które miała 

wydać   na   świat.   Zło   ją   przerosło,   wtrąciło   do   grobu,   który   sama   wykopała   swą 

zazdrością.

Białe palce złożyły się w desperackiej modlitwie do Boga, bez słów błagała, by 

pomógł jej żyć z tym straszliwym brzemieniem, nie czyniąc przy tym krzywdy dziecku. 

Ciężarna kobieta nie powinna żywić nienawiści, zazdrości czy gniewu. Pod wpływem 

złych uczuć dziecko może przyjść na świat z niejedną wadą. Wiadomo wszak, że od 

lekkomyślności   matki   dziecku   mogą   się   pojawić   paskudne   znamiona   na   piersiach   i 

podbrzuszu, a zamiłowanie  do plotek może  spowodować, że maleństwo  urodzi się z 

ustami, które nigdy się nie nauczą wypowiadać żadnego słowa. O jakież więc deformacje 

przyprawi niewinne dziecię jej okrucieństwo?

Za późno już jednak było na żal.

Wszystko się dokonało.

Maria   wkrótce   przestanie   istnieć,   spłonie,   obróci   się   w   nicość,   a   wraz   z   nią 

wszystkie koszmary.

Cecilia  pozwoliła   mężowi  wyprowadzić   się  z lokalu  sądu do  sań. Wrócili  do 

domu i chociaż był biały dzień, Revelin powiódł ją na stryszek do sypialni i posiadł 

brutalnie, nie zważając na rosnący brzuch. Gdy usiłowała się opierać jego pożądaniu, 

wymierzył jej dwa policzki. Przerażona patrzyła, jak moczy złoty warkocz Marii.

A   więc   nic   się   nie   skończyło,   przeciwnie,   opętanie   jeszcze   się   wzmogło.   Jej 

małżonek nie był już jej mężem. Przestał należeć do tego świata. Nienawiść i żądza, 

długie noce, kiedy pod powiekami tkwił mu obraz Marii, sprawiły, że pomieszało mu się 

w   głowie.   Cecilia   to   zrozumiała.   Przez   krótki   czas   usługiwała   w   przyklasztornym 

przytułku, gdzie młode, ofiarne, nie mające się gdzie podziać kobiety podtrzymywały 

płomień życia w szaleńcach. Gdy zdarzyło się, że mąż spojrzał wprost na nią, czuła ten 

sam strach, jaki budziły w niej oczy tamtych nieszczęśliwców.

background image

Leżała drżąca, śmiertelnie przerażona prawdą, którą właśnie sobie uzmysłowiła. 

Otoczyła   ramionami   obolałe   ciało,   pragnąc   ochronić   maleńkie   życie,   które,   choć 

niewinne, zostało narażone na taką udrękę.

Marii   pozwolono   pożegnać   się   z   córkami   i   Randarem.   Nawet   teraz,   cztery 

tygodnie po rozstaniu, żal boleśnie piekł w sercu. Gdy zapadł wyrok lokalnego tingu, 

pisarz postarał się o natychmiastowe przewiezienie skazanej do Bergen. Skutą kajdanami 

Marię zaprowadzono do ogromnej, górującej nad okolicą twierdzy, która pochłonęła ją 

przez  jedną ze swych  licznych  żelaznych  bram.  Maria nie zwracała  uwagi na zimne 

korytarze ani na niosące się straszliwym echem westchnienia zamkniętych tu nieszczę-

śników,   od   których   strażnikom   ciarki   przebiegały   po   plecach.   Nikt   się   do   niej   nie 

odzywał, nawet stara kobieta, która co drugi dzień przynosiła jej wodę i rozmoczony 

chleb.

Tu   na   dole   dzień   i   noc   zlewały   się   w   jedno,   panowała   wieczna   ciemność, 

rozjaśniana   jedynie   blaskiem   pojedynczej   pochodni,   zapalanej   wyłącznie   wtedy,   gdy 

prowadzono jakiegoś więźnia na górę albo w dół. Tych, którzy opuszczali więzienie, 

nigdy więcej nie widziano. Niektórzy wracali do życia. Inni, jak ona, mieli ujrzeć światło 

dopiero rankiem ostatniego dnia.

Mrok   był   tutaj   przyjacielem,   samotność   pociechą.   Maria   coraz   więcej   czasu 

spędzała pogrążona we śnie, zdarzało się, że ledwie rejestrowała pobrzękiwanie pęków 

kluczy dozorców, gdy nachylali się i podsuwali jej drewniane talerze z jedzeniem. Tkwiła 

przykuta do ściany niczym zwierzę, lecz nie dręczono jej już batem ani słowami drwiny. 

W okresach czuwania starała się unikać najbardziej bolesnych myśli. Przestała się gnębić 

obrazami i wspomnieniami najbliższych, tęsknotę odgrodziła wysokim murem. Starała 

się zajmować bardziej banalnymi troskami.

Na nic się nie zda bezbrzeżny smutek ani walenie pięściami w grube kamienne 

mury.  Nikomu  w  niczym  by nie  pomogło,  gdyby  oszalała,  powtarzając  sobie,  że jej 

maleńka córeczka nigdy nie pozna matki. Randarowi i tak nie byłoby lżej, nawet jeśli ona 

wypłakałaby sobie oczy.

Przestała składać ręce w modlitwie o siebie i swoich bliskich. Zdarzało się nawet, 

że ogarniał ją wielki spokój, taki jak wtedy gdy Liv, mama, ocierała łzy z dziecięcych 

policzków i delikatnie przesuwała palcami po włosach młodziutkiej dziewczyny. Maria 

background image

czuła   wówczas   jakąś   osobliwą   siłę,   niezwykłe   tchnienie   przypominające   radość. 

Przymykała   oczy   i   pozwalała   obolałemu   ciału   pławić   się   w   ogarniającym   je   cieple. 

Przerażające cienie płonącego stosu ustępowały niczym nie usprawiedliwionej nadziei. 

Wprawdzie odwołano się w jej sprawie do wyższej instancji, lecz przecież nie zdarzyło 

się, aby wyrok wydany na czarownicę został kiedykolwiek zmieniony.

Jej   los   dzierżył   teraz   w   swoich   rękach   zastępca   królewskiego   sędziego   Blix, 

młody,   lecz   doskonale   wykształcony   prawnik,   mający   możność   starannego   doboru 

ławników. Maria jednego dnia pokładała całą ufność w przyszłym procesie, ośmielała się 

wierzyć,   że   spisek   przeciwko   niej   zostanie   w   porę   odkryty   i   ujawniony.   Niestety, 

nazajutrz znów zwyciężała w niej gorycz i świadomość, że wrogowie, z którymi przyszło 

jej się zmierzyć, są zbyt potężni, zbyt wielcy. Żałowała wtedy, że odebrano jej srebrny 

nożyk,   wszystko   dałoby   się   zakończyć   już   teraz.   Wiedziała,   że   możliwe   są   dalsze 

odwołania, a nawet prośba do króla o ułaskawienie. Jednak fatalnego 1685 roku król 

Christian   V   podpisał   swoim   imieniem   nowe,   jeszcze   surowsze   prawa,   obowiązujące 

mieszkańców prowincji Norwegii. Wprowadzano je już twardą ręką.

Nie można liczyć na żadną łaskę.

Nie nadarzyła się też nigdy szansa ucieczki. Od momentu kiedy zapadł wyrok, 

otaczali Marię ciasnym  kręgiem milczący,  wystraszeni mężczyźni  z gotową do ataku 

bronią. A teraz ze wszystkich stron były tylko ciemność i kamień, gruby na metr, pokryty 

osypującym się wapnem, i zimny metal.

To nieprawda, że w piekle jest gorąco i tłoczno od ludzi, pomyślała Maria.

Piekło to miejsce zimne i ciche, wciąż takie samo, bez początku i końca.

background image

ROZDZIAŁ IV

Randar, przyszedłszy do wioski w połowie lutego, by zwrócić dług, prawie nie 

poznał   lensmana   Eyliffa   Stedje.   Sam   zapewne   także   się   zmienił,   żal   i   tęsknota   ryją 

głębokie ślady na twarzach ludzi. Ale lensman nie wstawał z łóżka, piskliwy głos nie 

przypominał wcale głosu silnego mężczyzny,  któremu wioska przypisywała tak wiele 

bohaterskich czynów.

Drogę wskazała Randarowi okrągłolica dziewczyna, rozpoznał ją z opowiadań 

Sunnivy   o   życiu   na   służbie   u   gospodarza   ze   Stedje.   Zanim   gość   wszedł   do   środka, 

dziewczyna zbliżyła się do stojącego w największej izbie łóżka i pomogła leżącemu w 

nim człowiekowi podnieść się do pozycji siedzącej.

Randar przywitał się, lensman ledwie skinął głową, a już z powrotem opadł na 

poduszki, jak gdyby ten nieznaczny ruch pozbawił go resztki sił.

- Dzień dobry, lensmanie - cicho odezwał się Randar.

- Tak samo dobry dla ciebie, jak i dla mnie - odburknął chory.

Jakiś czas siedzieli w milczeniu. Lensman zakaszlał, przez chwilę całe jego ciało 

drżało w bolesnym skurczu.

Randar   w   lot   zrozumiał,   że   czasu   pozostało   niewiele.   Zastanawiał   się,   czy 

naprawdę tylko choroba jest powodem tak strasznej słabości lensmana.

- A więc... udało ci się zwrócić dług, Randarze Meisterplass? Nie tak łatwo ci to 

przyszło, jak sądzę, w dzisiejszych czasach.

- To prawda, nie było łatwo. I niekiedy zadaję sobie pytanie, czemu służyć ma ten 

znój, skoro i tak...

- Nie ma Marii - ponuro dokończył lensman. - A ten przeklęty klecha obnosi się, 

jakby był Bożym prorokiem, zwiastującym nadejście sądu ostatecznego! Wydaje mu się, 

że jest właścicielem całej wioski!

Randar pojął, że przyczyną cierpienia lensmana na równi z chorobą jest utrata 

autorytetu. Najprawdopodobniej bardziej go to zapiekło niż obraz Marii prowadzonej do 

łodzi, która na zawsze rozłączyła ją z mieszkańcami wioski nad fiordem.

- Byłeś jej przyjacielem, lensmanie - szepnął przez zaciśnięte zęby.

Lensman zerknął nań badawczo; w cichym głosie Randara wyczuł ton oskarżenia.

background image

- Przyjacielem! Tak, służyłem jej pomocą, byłem tym, do kogo zawsze mogła 

przyjść,   wyrównującym   drogę,   którą   podążała!   Lecz   ona   mnie   przerosła,   Randarze 

Meisterplass! Twoja kobieta wyznaczyła mój koniec, sprawiła, że za szeroko otwierałem 

gębę,   zbyt   śmiało   sobie   poczynałem!   W   ten   sposób   wszyscy   przegraliśmy.   Teraz 

możemy   się   zakładać,   kto   pierwszy   stanie   u   bram   piekieł.   Możliwe,   że   ten   wyścig 

wygram ja, nie Maria!

- Zamilcz, lensmanie! - przerwał mu Randar. - N i c nie zyskasz, zatruwając usta 

tak gorzkimi słowami. I nie waż się winić Marii o swe własne nieszczęście! Czyżbyś był 

równie głupi jak ci wystraszeni chłopi, którzy wierzą, że Maria potrafi odebrać krowom 

mleko, rzucając urok poprzez fiord?

Udręczona twarz lensmana złagodniała, podobała mu się bezpośrednia, szczera 

przemowa Randara.

- Tak, tego pewnie nie umiała, ale gotów jestem przysiąc, że zdołałaby pozbawić 

mężczyznę soków życia, nawet gdyby dzieliło ją od niego całe morze!

Randar   postanowił   przyjąć   tę   rubaszną   uwagę   za   komplement,   prędko   jednak 

zmienił temat. Przybył do wsi z dwiema sprawami, dług rzeczywiście należało zapłacić, 

lecz równie istotne było uzyskanie odpowiedzi w sprawie Marii.

-  Nie   słyszałem   żadnych   nowin  od   stycznia,   lecz   prawdopodobnie   jej   sprawę 

rozpatruje teraz sąd apelacyjny w Bergen - ciągnął gospodarz. - Przypuszczam, że już 

wkrótce dotrą do nas jakieś wieści, to nie powinno potrwać dłużej niż do Wielkiej Nocy. 

Takie sprawy... Nawet król stara się rozstrzygnąć je jak najprędzej. Widzisz, strażnicy nie 

przepadają za pilnowaniem czarownic. Boją się.

- Lensmanie... Pytałem cię już wcześniej, ale... Czy naprawdę nic nie możemy 

zrobić?

Eyliff Stedje odetchnął ciężko, świst przerodził się w atak kaszlu. Twarz jeszcze 

bardziej mu pobladła, Z trudem chwytając powietrze otarł usta gałganem, zanim wreszcie 

odparł:

-   Nic.   Naprawdę.   Gdy   taki   wyrok   zostanie   ogłoszony,   nikt   się   od   niego   nie 

wykręci.   Wszystkie   odwołania   mają   wyłącznie   formalny   charakter,   są   po   to,   aby 

udowodnić   ludziom,   że   nasze   społeczeństwo   sprawiedliwie   traktuje   nawet 

najnędzniejszych,   najnikczemniejszych   przestępców.   Oczywiście   zdarza   się,   że   król 

background image

ułaskawia zabójców czy gwałcicieli, lecz kogoś oskarżonego o czary... Nie, kościelni 

dostojnicy nigdy nie zgodzą się na to, by ktokolwiek taki uszedł z życiem.  Musisz... 

musisz o niej zapomnieć, przyjacielu. Randar gwałtownym ruchem poderwał się ze stoł-

ka, jego słowa były niczym ciosy zadawane pięścią.

- Dla mnie ona nigdy nie umrze! A gdybym nawet poważył się na wiarę, że jej już 

nie ma, wystarczy, abym wziął Maryjkę na kolana i popatrzył w niebieskie oczy...

Eyliffa zdumiała siła tego człowieka. Ileż on potrafi znieść?

Przymknął powieki, poczuł się bardzo zmęczony.

Randar spostrzegł to, wziął czapkę ze stołu. Lensman nie odpowiedział na jego 

pożegnanie, leżał teraz w łóżku jak starzec, ledwie dysząc. Gdy jednak Randar delikatnie 

pchnął drzwi, dobiegły go szeptem wypowiedziane słowa:

- Wszystko to gra. Ciekawe, co ona zrobiła z tym księdzem, że tak mocno ją 

pokochał?

Randar od razu zrozumiał, że Stedje nie ma na myśli Mogensa.

Czy to możliwe? Pan Revelin... Maria...

Czyżby to nie odwzajemniona miłość tak opętała tego człowieka?

Umysł   Randara   usiłował   ogarnąć   ten   nieoczekiwany   wymiar   sprawy,   serce 

gorączkowo szukało nowej nadziei. Jeśli to rzeczywiście spisek, jeśli wszystko opierało 

się na żądzy zemsty Revelina...

Gdyby wiedział o tym wcześniej, już zadbałby o to, by pastorowi nie starczyło 

życia na uknucie tej strasznej intrygi. Jakże chętnie oddałby własną głowę za Marię i za 

to cudowne dziecko, które mu urodziła!

Teraz było za późno.

Randar   już   raz   kiedyś   poprzysiągł   zemstę,   o   ten   raz   za   dużo,   by   ponownie 

popełnić ten sam błąd.

Maria nauczyła go, że krwawa zemsta nigdy nie umniejsza bólu.

Zemsta jedynie zżera człowieka od środka, wysysa z ciała całą siłę. Lecz jakże 

chętnie stanąłby z tym pastorem twarzą w twarz, tylko oni dwaj...

Randar   wiedział,   że   gdyby   nie   Maryjka,   pan   Revelin   krótko   radowałby   się 

zwycięstwem. On sam był mężczyzną na tyle, że odpłaciłby pastorowi po dziesięciokroć 

za to, na co naraził Marię podczas tamtych dwóch nie kończących się nocy w piwnicach 

background image

plebanii.

Za każdym  razem jednak, gdy rozpalona  do białości nienawiść spopielała  mu 

serce,   przed   oczyma   stawała   mu   twarz   Marii.   Wiedział,   jakie   słowa   wypowiada.   A 

pulchna piąstka Maryjki zaciśnięta na okaleczonym palcu Randara także zobowiązywała.

Wrócił do domu.

Ale nawet morskie fale zgadzały się z jego gniewem, prowadząc go coraz dalej w 

stronę, gdzie dwie odnogi fiordu zlewały się ze sobą, a zielona woda z lodowca mieszała 

się ze słonością morza.

Do Lyster.

Na  probostwo,  gdzie   jeden   jedyny   raz   widział   Marię   chodzącą   z  podniesioną 

głową wśród swoich. Pamiętał scenę przy studni, pamiętał Sunnivę jako małą dziew-

czynkę, Mogensa, który z czułością całował żonę, nie wiedząc, że kochanek ukrywa się 

na skraju lasu.

I Revelina...

Jego także Randar zauważył, nijakiego człowieczka o włosach barwy piasku. Kto 

by przypuszczał, że owa niepozorna postać będzie miała dość siły, by zniszczyć rodzinę, 

dopiec całej wiosce?

Do działania musiała go popychać jakaś moc, nie mieszcząca się w przykazaniach 

surowego Boga.

Słowa   lensmana   utwierdziły   Randara   w   pewności.   Revelin   postradał   rozum. 

Najprawdopodobniej Maria go kiedyś  odrzuciła,  a Randar znał ją na tyle  dobrze, by 

wiedzieć,   że   słowa   odmowy   z   jej   ust   trudno   przełknąć.   Revelin   był   zapewne 

nieszczęśliwym człowiekiem, żonaty z tą anemiczną Cecilią, szarą i przywiędłą jak róża 

po zimie. Biedna kobieta, jeśli zna ścieżki, którymi kroczy jej małżonek! Być może zre-

sztą tak właśnie jest, zważywszy na zapał, z jakim pomagała mu w tej krucjacie. Czy 

bladej pastorowej wydawało się, że chorobliwa miłość męża zniknie wraz z popiołem ze 

stosu Marii? To znaczy, że nie ma pojęcia o ludziach, pomyślał Randar z goryczą.

Mgła   kładła   się   na   zboczach,   skrywając   niemal   Meisterplassen   wśród 

szarobiałych   kłębków.   Przygnębiona   Gjertrud   powitała   Randara   z   takimi   samymi 

czerwonymi  oczyma  jak zawsze. Dziewczyna gotowa była niemal umrzeć z żalu nad 

losem Marii, Randar poczuł, jak narasta w nim gniew. Na Boga, dlaczego raczej nie 

background image

próbuje obdarzyć dziecka Marii uśmiechem? Patrzył, jak małe piąstki wymachują ponad 

krawędzią kołyski, z uporem usiłują pochwycić drewnianego ptaszka, który wisiał kiedyś 

także nad kołyską Sunnivy.

Randar uśmiechnął się, lecz radość z posiadania dziecka, którą odczuwał, nie była 

niezmącona. Mimo to jeden jedyny człowiek zdolny był sprawić, by poczuł, że żyje. A 

człowiekiem tym była Marja. Maryjka w kołysce. Córka swej matki.

Nie   potrafił   nic   poradzić   na   to,   że   w   pewnym   sensie   odpycha   w   ten   sposób 

Sunnivę.   Randar   jednak   widział   tylko   Maryjkę,   błękitne   oczęta,   mały   prosty   nosek, 

rączki   z   pięknie   już   ukształtowanymi   malutkimi   paznokietkami,   mocny   uścisk   dłoni. 

Włosy   dziewuszki   były   czarne   i   prędko   rosły.   W   głębi   duszy   żywił   nadzieję,   że 

przypuszczenia Gjertrud okażą się prawdziwe i, jak to często bywa, z czasem czarne 

włoski zjaśnieją. Randar z całego serca pragnął, aby Maryjka stała się idealną kopią swej 

matki, a złocista grzywa była do tego niezbędnie konieczna.

Ale puch na główce dziewczynki wcale nie chciał się wycierać, maleństwo miało 

już dość włosów, by przewiązać je wstążką, i Gjertrud często ozdabiała je jasnoniebieską 

kokardą, należącą jeszcze do Marii.

- Spójrz, jaka podobna do swego ojca - orzekła Gjertrud, składając przy tym ręce i 

uśmiechając się niemądrze przez łzy.

Randar sam nie wiedział, dlaczego wyszedł, mocno trzaskając drzwiami.

Maria Cecilia Revelin klęczała przed Pańskim ołtarzem w wielkim kamiennym 

kościele. Była noc, zimna lutowa noc, i właśnie o tej godzinie jeden dzień zmienił się w 

następny.

Nie   zapaliła   żadnej   świecy,   po   omacku   przeszła   po   chropowatej   drewnianej 

podłodze od wejścia dla pastora pod ołtarz.

Przekradła się pod piękną ambonę, gdzie tak często stawał jej małżonek i gromił 

parafian.   A   po   przeciwnej   stronie   wisiała   loża,   którą   zbudował   jeden   z   wielkich 

gospodarzy we wsi na swą własną i na Bożą chwałę. Lożę umieszczono o kilka palców 

wyżej niż kazalnicę; Cecilia pomyślała pogardliwie, że nie jest to wcale przypadkowe.

Oparła się ciężko o wykładaną skórą balustradę przy ołtarzu, spuchnięte palce 

mocno przylgnęły do miejsca wybłyszczonego od dotyku setek dłoni. Czuła drobne fale, 

przelewające się w brzuchu, nie był wcale taki duży, lecz trudny do noszenia niczym źle 

background image

umocowana podkowa.

W  ciągu  kilku  ostatnich   dni  złe  samopoczucie   Cecilii  zmieniło   się w   ból tak 

wielki, że musiała leżeć w łóżku.

C i a ł o r o b i ł o się coraz cięższe, stale puchnące członki wprawiały ją w 

przerażenie. Co wieczór przyciskała palec do kostek i ze zgrozą stwierdzała, że zagłę-

bienie w miękkim ciele wcale nie znika.

W ustach zawsze miała sucho, a nieustanny ćmiący ból głowy zmuszał ją do 

leżenia przez większość czasu bez ruchu. Poproszono o radę babkę z jednej z zagród w 

Havellen,   kobieta   z   powagą   na   twarzy   opowiedziała   o   złym   losie,   jaki   spotkał   inne 

kobiety z objawami podobnymi jak u Cecilii. Być może pomogą trochę gorące okłady i 

specjalne cuchnące mazidło do smarowania rąk i nóg.

Chora powinna też jeść najlepiej jak tylko się da, pożywne potrawy, takie jak 

zupy na mięsnym wywarze, jęczmienną polewkę, ciastka jajeczne i tłuste zsiadłe mleko 

ze śmietaną.

Ale   przeciw   temu   pan   Revelin   gwałtownie   zaprotestował,   teraz,   kiedy   okres 

wielkich świąt już minął, Cecilia jako pastorowa ma obowiązek przykładnie dochować 

reguł postu i skromności. Cecilia usiłowała mu tłumaczyć swój lęk o dziecko, on jednak 

nie chciał jej słuchać i nie pozwolił mówić.

Z bólem w duszy Cecilia musiała przyznać, że zwycięstwo odniesione nad Marią 

wcale   nie   przyczyniło   spokoju   na   plebanii.   Może   będzie   lepiej,   kiedy   czarownica 

wreszcie umrze... lecz to zapewne jeszcze potrwa, sądowy młyn mełł powoli. Cecilia 

miała świadomość, że w tej sprawie będą się odwoływać aż do samego króla, a prośby o 

ułaskawienie   nie   odrzucano   zwykle   tego   samego   roku,   w   którym   ją   otrzymano. 

Natomiast należało się spodziewać, że proces w sądzie apelacyjnym zakończy się jeszcze 

wiosną. Marię czekała długa droga, lecz tak czy owak, wiodła ku jednemu: na stos. Lub 

też, jeśli dopisze jej szczęście, na szafot.

Cecilia zebrała siły, puściła balustradę i zorientowała się, że wzrok bardziej już 

przywykł   do   panującej   w   kościele   ciemności,   rozjaśnianej   tylko   słabym   blaskiem 

księżyca.   Grube   mury,   ołtarz   w   złoconych   ramach.   Srebrne   świeczniki   i   okucia   na 

kościelnej Biblii połyskiwały błękitnie.

Z cieni pod kazalnicą dobiegł lekki szelest.

background image

Myszy.

Cecilia z wysiłkiem złożyła spuchnięte, sztywne palce i z przymkniętymi oczyma 

usiłowała wczuć się w atmosferę świętości, panującą zawsze w tym wnętrzu.

- Dobry Boże... Ty, Wszechmocny... dopomóż mi i uchroń przed cierpieniem, 

przed męką...

Urwała,   myślenie   sprawiało   jej   ból.   Strach   boleśnie   uwiązł   w   gardle,   grożąc 

zdławieniem następnego oddechu.

- Święty Boże, udziel mi łaski i chroń swą dłonią niewinne życie, które noszę w 

łonie. Wróć mi poczucie bezpieczeństwa, obdarz spokojem, wskaż, jak mam zadowolić 

mego małżonka a Twego sługę...

Nie mogła prosić Boga, aby oczyścił umysł Revelina. Coraz częściej jednak się 

domyślała, że w duszy męża zamieszkała zła, obca moc. A może to ona złagodniała w 

czasie ciąży, stała się bardziej otwarta na cierpienia innych?

Nie wiedziała.

Czuła   się  zagubiona,   jakby  obca  na  ziemi.   Myśli   nie  potrafiły   się  na  niczym 

skupić, drżące ciało przestało już do niej należeć.

Cecilia się bała.

Po raz pierwszy uświadomiła sobie istnienie życia, które w sobie nosiła, i myśl o 

dziecku dała jej nowe zrozumienie.

Odeszły gdzieś gorycz, nienawiść, zazdrość i gniew, najwyraźniej wyparte przez 

kiełkujące życie. Strach i lęk jednak, które zawsze jej towarzyszyły, wzrastały wraz z 

płodem. A dawna siła, ta, która pomogła jej przetrwać upokorzenia, głód i dni znojnej 

pracy? Zniknęła gdzieś bez śladu, wyczerpana do końca.

Cecilia   widziała   też,   jak   zaciętość   i   niedostępność   męża   rośnie   w   miarę,   jak 

następuje jej własny upadek.

-   Dopomóż   mi   -   błagała,   nie   zdając   sobie   sprawy,   że   jej   głos   niesie   się   po 

ciemnym, pogrążonym w ciszy kościele. Modlitwa przeszła w niegłośny szloch, a później 

w pełne żalu zawodzenie.

Nie minęło dużo czasu, gdy dziewczyny służące na plebanii zorientowały się, że 

pastorowa   zniknęła   z   łóżka.   Sprowadziły   ją   z   powrotem,   a   w   spojrzeniach,   jakie 

wymieniały, widniał niepokój. Nie podobało im się monotonne mamrotanie Cecilii, jej 

background image

pozbawione sensu słowa. Widać żona proboszcza traci rozum.

A może to sprawka czarownicy?

Położyły Cecilię do łóżka, któraś z nich zawsze przy niej czuwała.

Pastorowa prędko usnęła, oddychała teraz z większą łatwością, równiej. Obmyły 

jej napuchniętą twarz wilgotnymi  ściereczkami, a najmłodsza z dziewek zdradziła, że 

słyszała,   jakoby   ciężarne   zapadające   na   tę   chorobę   należało   układać   z   nogami 

podniesionymi   nieco   wyżej.   Dzięki   temu   dziecko   w   łonie   matki   może   poruszać   się 

swobodniej i dogodniej czerpać pożywienie.

I rzeczywiście,  gdy Cecilia  obudziła  się rano  w rozjaśniony słońcem zimowy 

dzień, czuła się znacznie lepiej. Dziecko powitało ją energicznym fikołkiem, uśmiechnęła 

się. Tak dobrze spała! Najwidoczniej jej modlitwy zostały wysłuchane. Ogarnął ją nowy 

spokój, gorąca pewność.

Tej nocy zawarła przymierze z Bogiem.

Dziecko,   poruszające   się  w   jej   łonie,   będzie   żyło,  miała   co  do  tego   pewność 

pomimo oznak choroby niszczącej ciało. Najpierw jednak ona sama musi się oczyścić, 

odświeżyć w kąpieli prawdy. I aby uzyskać wybaczenie, sama musi wybaczyć.

Maria, jej siostra.

Maria, kobieta jak ona.

Maria jeszcze  niedawno także nosiła dziecko  pod sercem.  Po raz pierwszy w 

życiu Cecilia uświadomiła sobie istnienie niesłychanie mocnej więzi, łączącej kobiety w 

każdym wieku, ze wszystkich stron świata.

Bez trudu przychodziło  jej teraz  odczuwanie  smutku  i współczucia  dla Marii. 

Nienawiść prawie całkiem ustąpiła. W dodatku Cecilia doskonale rozumiała, że na nic się 

teraz nie zda płacz nad dzieckiem Marii, któremu odebrano matkę.

Mam władzę, pomyślała z dumą.

Nareszcie   mam   moc,   by   zostawić   ślad   w   świecie   ludzi.   Mój   drogi   mąż   się 

przekona, że nie tylko on potrafi wprawić w ruch machinę losu!

Cecilia uśmiechnęła się niemal od ucha do ucha, na spuchniętej twarzy pojawił się 

rzadki wyraz zdecydowania. W myślach już zaczęła układać słowa, które z pewnością 

postawią na głowie całe probostwo w Lyster, wioskę, a może nawet zagrodę pisarza.

Sprawa przeciwko Marii to od początku do końca intryga uknuta przez jej męża. 

background image

Ona sama była niczym mur i fosa, otaczająca jego skomplikowaną budowlę. Żaden z 

sędziów nie mógł zlekceważyć przedstawionych przez nią świadectw przeciwko Marii. 

Teraz żonę proboszcza obwołają kłamczynią.

Będą mieć wielkie kłopoty!

Cecilia mimo to już cieszyła się na walkę, która na pewno rozgorzeje. Radowała 

się na myśl o wyrazie twarzy męża, kiedy poinformują go o jej zdradzie. Już się go nie 

bała, przestała być jego niewolnicą na całe życie. Nosiła w łonie jego dziecko i ufała, że 

dopóki tak będzie, Revelin nie wyrządzi jej żadnej krzywdy. Cóż za triumf! Jakiż rewanż 

za upokorzenia, których od niego doznała!

- Nie mogę przegrać - przekonywała samą siebie. - Nawet jeśli moje życie zmieni 

się   później   w   piekło,   nie   będzie   gorsze   od   życia,   które   teraz   zostawiam   za   sobą. 

Nareszcie  ujrzę, jak spadają maski,  nareszcie  to ja będę wszystkim kierowała. Boże, 

dopomóż mi, bo chyba po raz pierwszy ośmielam się spojrzeć światu prosto w oczy!

Cecilia   ochłodziła   opuchnięte   ciało   wodą.   Kiedy   wróciły   służące,   siedziała   w 

łóżku uśmiechnięta i czesała cienkie włosy. Wyglądała bardziej świeżo, jasne oczy były 

szeroko otwarte i patrzyły rozumnie, nie powlekało ich bielmo szaleństwa.

Dziewczyny   z   ulgą   przekonały   się,   że   ich   mroczne   przypuszczenia   się   nie 

potwierdziły, i pomknęły donieść pastorowi, że pani od dawna nie czuła się lepiej.

- Mówi, że chce wstać i wrócić do obowiązków, spoczywających na jej barkach - 

nerwowo relacjonowała pastorowi służąca.

Revelin przygryzł fajkę, którą sobie sprawił, pokiwał głową.

- Miejcie tylko na nią oko, aby nie zaszkodziła temu życiu, które z Bożą pomocą 

w niej zasiałem!

Dziewczyna   nerwowo   skinęła   głową,   miętosząc   w   palcach   skraj   fartucha,   i 

ucieszona odeszła, gdy oddalił ją gestem, jakby odpędzał irytującą muchę.

Cecilię umyto i ubrano, wsparta o poduszki zasiadła na mieszczańskiej sofie swej 

matki w saloniku. Zażądała papieru i pióra, widać miała jakąś zaległą korespondencję. 

Pewnie zatęskniła za rodziną, podobno wielkim państwem, mieszkającym bliżej ujścia 

fiordu. Ale przecież, gdy Cecilia powróciła z pobytu u krewniaków matki, wyglądała 

bardziej na służącą niż na córkę proboszcza.

No cóż, pewnie nie zaszkodzi, jak pastorowa napisze list, uznały dziewczyny i 

background image

pobiegły szukać Knuta z Hanseplassen, którego często wykorzystywano w roli posłańca. 

Cecilia każdej wręczyła talara z prośbą, aby nikomu o tym nie mówiły, a posłaniec dostał 

sakiewkę tak ciężką, że doszedł do wniosku, iż nigdy nie wzywano go w równie ważnej 

sprawie.

Cecilia nagryzmoliła cztery bite strony i zapieczętowała list czerwonym płynnym 

woskiem.   Owinięty  w   płótno  i   przewiązany  lnianym  sznurkiem  wkrótce   wyruszył   w 

drogę do lensmana w Sogndal.

background image

ROZDZIAŁ V

Bergen, około Dnia Świętego Krzyża

 1688

Królewski   sędzia   zawodowy   Blix   i   ośmiu   podległych   mu   sędziów   nigdy   nie 

słyszeli   o   podobnej   sprawie.   To,   co,   jak   się   spodziewali,   będzie   rutynową   apelacją, 

zwykłym posypaniem piaskiem pieczęci odciśniętej na wyroku wydanym przez wiejski 

ting,   zmieniło   się   w   bulwersujący   precedensowy   proces.   Proboszcz,   który   wniósł 

oskarżenie,   ciskał   się   i   grzmiał,   jak   szaleniec   biegał   od   urzędnika   do   urzędnika, 

przeklinając   niewierną   żonę   wariatkę.   Sędzia   królewski   jednak   go   powstrzymał,   list 

pastorowej okazał się najjaśniej sformułowanym pismem, jakie zdaniem Blixa wyszło 

spod ręki kobiety. Pastorowa nie mogła też być do końca opętana, skoro pomimo ciąży i 

choroby umiała tak precyzyjnie się wyrażać. Sędzia poprosił nawet znanego medyka, by 

ten zbadał kobietę, i oświadczenie uczonego nie pozostawiało wątpliwości.

Maria Cecilia Revelin była przy zdrowych zmysłach, chociaż dręczyły ją wyrzuty 

sumienia,   szczególnie   teraz,   gdy   mogła   w   połogu   spotkać   śmierć.   Nie   jest   niczym 

niezwykłym,  stwierdził medyk,  że brzemienne odczuwają potrzebę odpokutowania za 

swoje grzechy i dostąpienia odpuszczenia win, zanim z łaski Bożej nastąpi rozwiązanie. 

Zdaniem   lekarza   ich   wyznania   należy   traktować   z   całą   powagą,   zwykle   bowiem   są 

szczere i najzupełniej zgodne z prawdą. W takich chwilach kobiety nie chcą narażać ani 

swojego życia, ani dziecka, składając fałszywe świadectwo bądź też grzesząc na inny 

sposób.

Nawet biskup uznał, że brzmi to rozsądnie, lecz mężowie Kościoła nie uznali 

odwołania   zeznań   Cecilii   za   dowód   niewinności   Marii.   Na   to   sprawa   była   zbyt 

skomplikowana, zbyt wielu też świadków w niej uczestniczyło.

Mimo   wszystko   jednak   zapanowała   pewna   zgodność   co   do   tego,   że   historia 

opowiedziana przez pastorową świadczy o uknuciu intrygi przeciwko Marii Meisterplass. 

I   choć   najbardziej   wstrząsające   opowieści   uznano   za   nieprawdziwe,   w   postępowaniu 

oskarżonej dało się znaleźć wiele zaniedbań i nieprzyzwoitości.

Nie mogła więc liczyć na to, że uniknie kary, nawet teraz gdy pastorowa uznała za 

słuszne przyznanie się do kłamstwa.

Dyskusja koncentrowała się raczej na tym, czy nieszczęsną czeka kara śmierci, 

background image

czy też nie.

Marii nikt nie powiadomił o sensacyjnym zwrocie w jej sprawie. Więźniowie w 

wielkiej   twierdzy   nie   odróżniali   dnia   od   nocy,   chociaż   na   świat   zawitała   wiosna, 

przynosząc ze sobą łagodniejsze powietrze i ptasi śpiew.

Maria   w   wilgotnym   lochu   nabawiła   się   paskudnego   kaszlu,   z   niepokojem 

zauważyła, że jej ciałem to wstrząsają dreszcze, to znów oblewa je duszne gorąco.

- Boże, nie pozwól, abym tu się rozchorowała! Nie mogę... nie mogę umrzeć w tej 

ciemności, nawet przez chwilę nie widząc przedtem słońca!

Uczepiła   się  nadziei,   że   w   miejsce   ciężkiego   kamiennego   sklepienia   zawiśnie 

kiedyś nad nią błękitne niebo, a letni dzień rozjaśni najczarniejsze myśli.

I tym razem także Bóg jej nie opuścił, tak przynajmniej wydawało się Marii, 

kiedy pewnego  ranka  strażnik  przyszedł   do niej   z poleceniem   doprowadzenia  się  do 

porządku. Miała przekroczyć progi pięknej sali królewskiego sędziego.

On chce mnie spotkać, myślała rozgorączkowana. Coś musiało się wydarzyć, i to 

coś szczególnego! Nie leżało bowiem w zwyczaju, by wysocy sędziowie tracili czas na 

wysłuchiwanie   wersji   oskarżonego,   gdy   i   tak   wszelkie   dotyczące   sprawy   dokumenty 

pięknie ułożono im na czystych, błyszczących biurkach.

Nadzieja   zatrzepotała   jej   w   piersi   jak   ptak,   gorączkowo   zaczęła   wyskubywać 

wszy z włosów, które odrosły jej już do ramion. Udało jej się związać je w dość żałosny 

węzeł na karku.

Gdyby tak mieć bodaj odrobinę pachnącego brzozowego mydła mamy!

Po tygodniach spędzonych w lochu Maria czuła się brudna i brzydka, kroplami 

wody, których nie potrzebowała do przeżycia, trudno się było umyć. I wszy... Wciąż nie 

bardzo potrafiła zapanować nad mdłościami, kiedy czuła, jak drobne, dokuczliwe insekty 

pełzają po karku i u nasady włosów.

Przyniesiono jej jedną z jej własnych sukien, wymiętą i dawno nie wietrzoną, 

wygładziła ją jednak jak umiała zwilżoną dłonią. Ze smutkiem wciągnęła ją przez głowę, 

zasznurowała stanik i zrozumiała, jak bardzo wychudła.

Mogła   zapomnieć   o   nadziei,   że   wywrze   na   sędzim   wrażenie   kobiecymi 

przymiotami. Nigdy nie czuła się tak szara i brzydka. Nie mogła przejrzeć się w lustrze, 

nie zdawała więc sobie sprawy, że jej twarz jest jeszcze bardziej interesująca niż zwykle. 

background image

Bladość   skóry  mocniej   podkreślała   blask   oczu.   I  chociaż   ciało   miała   szczupłe   jak   u 

młodziutkiego chłopca, to nawet marna więzienna strawa nie potrafiła odebrać krągłości 

biodrom, a jędrne piersi wciąż wypychały ciasno zasznurowany stanik.

Wreszcie   skończyła   przygotowania.   Cudownie   będzie   znów   ujrzeć   światło!   A 

może, może... Nie, nie wolno jej teraz wspominać Randara! Nie wolno wyobrażać sobie 

buzi córeczki!

Z bólem, jaki niosła tęsknota, nie dawało się żyć. Już w kilka dni po pierwszej 

rozprawie zrozumiała, że musi odsunąć od siebie wszelkie tego rodzaju myśli, inaczej 

doprowadzą ją do śmierci pewniej niż stos dla czarownic.

Można umrzeć z żalu.

Maria już wcześniej się o tym przekonała.

Wiedziała,   że   jej   jedyną   szansą   jest   akceptowanie   upływających   godzin   i   dni 

takimi,   jakimi   były,   każdą   bolesną   minutę   rozłąki   z   bliskimi   należy   traktować   jak 

wyzwanie.

- Jestem silna - powtarzała sobie. - Wciąż jestem młoda, mam w sobie dość woli 

życia. Będę walczyć, chwytać się każdego najmarniejszego źdźbła nadziei i trzymać się 

go tak, jak przytrzymuje się oporną osnowę na krosnach.

Strażników, którzy po nią przyszli, w zdumienie wprawiła zmiana, jaka w niej 

zaszła.

Czarownica wprost jaśniała!

I jakaż ona piękna, nawet w tej starej, wypłowiałej sukni i z dziwacznie krótkimi 

włosami!

Przeżegnali się i ujęli ją za ramiona, w kamiennych korytarzach ich kroki niosły 

się echem.

Maria przeżyła rozczarowanie.

Nie mieli zamiaru wyprowadzać jej na światło dzienne.

Gdy korytarze wreszcie się skończyły, a co najmniej sto stopni pozostało już za 

nimi,   popchnięto   ją   przez   wysokie   drzwi   wprost   do   jakiejś   nagiej   sali.   Wokół   stołu 

siedziała  grupa mężczyzn,  jeden z nich nosił na szyi  wielki krzyż.  Maria rozpoznała 

biskupią szatę. Dwa proste stołki, na złoconym stoliku Biblia. Najstarszy z mężczyzn, 

trzymając w pogotowiu pióro, z ponurą miną studiował jakieś dokumenty.

background image

Strażnicy ustawili się przy drzwiach.

Maria została sama na środku sali, odnosiła wrażenie, że od stołka, który, jak 

zrozumiała,   przygotowano   dla   niej,   dzieli   ją   kilka   dni   marszu.   Co   to   wszystko   ma 

znaczyć?

Mężczyzna   z   piórem   chrząknął,   echo   rozbrzmiało   wśród   ścian.   Dopiero   teraz 

zauważyła   wielkie   okna,   przez   które   dochodziły   odgłosy   wiosny,   otwarto   bowiem 

okiennice.   Maria   zobaczyła   niebo,   zakręciło   się   jej   w   głowie,   zalała   ją   fala   gorąca, 

ogarnęła słabość.

Podejdź   teraz,   tylko   się   nie   potknij!   Dostojnie,   staraj   się   utrzymać   brodę   na 

odpowiedniej wysokości! Nogi, zegnijcie się z szacunkiem dla tych wielkich panów! Dla 

dobra córeczki uśmiechaj się do nich z pokorą!

Odezwał  się staruszek  z piórem.  Pojęła,  że przyszła na  swą własną rozprawę 

apelacyjną. Zaistniały nowe okoliczności, jak powiedział, wyglądało przy tym, że żałuje, 

iż nie można jej skazać surowiej niż na śmierć. Ale wzrok biskupa spoczywał na niej z 

łagodną ciekawością.

Czyżby jednak była jakaś nadzieja?

Serce   mocno   tłukło   się   jej   w   piersi,   sądziła,   że   jego   walenie   zbudzi   dwóch 

siedzących przy brzegu stołu. Mieli zamknięte oczy, lecz zapewne nie spali. Przez głowę 

przemknęła jej myśl, iż boją się urocznego oka czarownicy.

Trwało   odczytywanie   dokumentów,   Maria   skupiła   się   więc   na   próbach 

zrozumienia nieznanych wyrażeń i zawiłych prawniczych sformułowań. Wyglądało na 

to, że jest sobie sama adwokatem. Nie było tu nikogo, kto by przemówił w jej sprawie, 

nie   leżało   to   w   zwyczaju   przy   oskarżeniach   o   uprawianie   czarów.   Któż   bowiem 

zgodziłby się zostać obrońcą samego Szatana?

I   znów   Maria   odniosła   wrażenie,   że   nie   uczestniczy   w   jednym   z   najbardziej 

dramatycznych momentów swego życia. Patrzyła jakby z góry na kruchą kobiecą postać 

na sali, widziała błyszczące łysiny i przetykane pasmami siwizny brody, suche wargi, 

które, poruszając się, przypieczętowywały czyjś los. Dwaj panowie rozmawiali teraz po 

cichu,   rozprawiali   widać   nad   którymś   z   dokumentów.   Potem   głos   ponownie   zabrał 

pisarz; zwracał się wprost do biskupa.

- Nie możemy pominąć szczerego wyznania szanowanej chrześcijanki, jasne jest 

background image

jednak, że przeczące mu słowa jej małżonka, proboszcza, mają również ciężką wagę. 

Mimo to... udało mi się zdobyć pewne dodatkowe informacje o tym człowieku, o tym 

Revelinie. Muszę oznajmić, że panowie w mieście nie w samych tylko pięknych słowach 

opisują   jego   i   jego   rodzinę...   To   ludzie   żądni   władzy.   Doprawdy   jest   się   czemu 

przyglądać. W swej poprzedniej parafii Revelin miał nieprzyjemności. Musiał zapłacić 

Koronie grzywnę za okazaną chciwość. Sądzę, że powinniśmy większą ufność pokładać 

w wyznaniach jego żony, które mówią o knuciu intryg, kłamstwach i zwodzeniu. Kobieta 

pragnęła oczyścić swą duszę przed porodem, a sądzę, że jako córka wielebnego Mogensa 

Skanke dobrze wie, jak bardzo Bóg gniewa się na kłamców...

- Nie zapominajmy też, że oskarżona była wcześniej żoną wielebnego Mogensa... 

Bądź też jego kochanką - wtrącił biskup.

Darzył niegdyś sympatią starego pastora z Lyster, znalazł się również wśród tych, 

którzy przed laty ocalili Marię od postawienia w stan oskarżenia.

- Biskup okazuje zainteresowanie tą sprawą i pragnie przesłuchać oskarżoną w 

celu rozstrzygnięcia kwestii ostatecznych dowodów na czarostwo. Sąd wstrzymuje się 

więc  z decyzją  i  czeka  na wskazówki  biskupa. W świetle  nowych  informacji  wyrok 

śmierci może zostać odmieniony, chyba że sam biskup znajdzie powody, by oczyścić 

duszę tej kobiety ogniem stosu...

Królewskiemu sędziemu nie bardzo było w smak przekazywanie procesu w ręce 

Kościoła, musiał jednak przyznać, że w tej sprawie nie da się prowadzić debaty o winie 

oskarżonej bez wglądu i opinii duchownych. Tym razem chodziło wszak o coś innego niż 

nierząd, kradzież czy gwałt.

Maria skłoniła się przed sędziami i wzrokiem odszukała twarz biskupa. Przez 

moment spotkała jego piwne oczy i poczuła, że w duszy budzi się nadzieja. Duchowny 

sprawiał wrażenie życzliwego. Jej życie spoczęło teraz w jego rękach.

Z   wielkim   trudem   udało   jej   się   powstrzymać   łzy.   Gdy   prowadzono   ją   do 

niewielkiego pomieszczenia obok, zdała sobie sprawę, że następne minuty zadecydują o 

jej losie.

Mężczyzna w długiej do ziemi czarnej sukni złożył ręce i skłonił głowę w krótkiej 

modlitwie. Bóg na pewno obdarzy go jasnością umysłu również i w tej sprawie. Biskup, 

sędziwy już człowiek, przeżył życie w rosnącej władzy i bogactwie. Był zwierzchnikiem 

background image

setek sług Kościoła, lecz rzadko zapominał, że i on podlega wysokiemu zwierzchnikowi, 

samemu Panu. Nie miał doświadczenia z kobietami i teraz już nawet tego nie żałował. 

Życie w służbie Boga dawało mu dostatecznie dużo miłości i przywiązania, a kobiety, z 

którymi się stykał, zawsze budziły w nim lęk. Ich życie i myśli pozostawały dlań równie 

obce,   jak   myśli   tamtego   dziwnego   pastora,   którego   spotkał   kiedyś   w   podróży   do 

Niemiec.

Ale ta Maria...

Odkąd Mogens zwrócił się do niego ze swymi kłopotami, biskup poświęcił wiele 

czasu na zrozumienie, co takiego szczególnego tkwi w tej kobiecie, co wzywa starego 

człowieka, w tym samym wieku co on, do podjęcia walki o jej ocalenie. Mogens ją ko-

chał,   nietrudno   to   było   pojąć,   dlatego   też   biskup   przeżył   prawdziwy   wstrząs,   gdy 

powiadomiono go, że Mogens Skanke nigdy nie uświęcił swego związku przed Bogiem i 

ludźmi.

To bardzo niepodobne do Mogensa.

A teraz, kiedy nowy proboszcz poślubił córkę Mogensa, a jego ukochaną Marię 

wygnał ze wsi... Cierń podejrzenia nie przestawał kłuć serca biskupa. Coś w tej sprawie 

było nie tak. Ktoś kłamał. Czarownica Maria stała się prawdopodobnie ofiarą. Sprawa 

jednak zaszła już za daleko, zbyt wielu ludzi się w nią wplątało, ryzykując własne dobre 

imię, byle tylko posłać wiedźmę na stos.

Przywitał ją krótko, formalnie. Poprosił, by usiadła na twardym niewygodnym 

krześle, podczas gdy on sam spoczywał na miękkim wyściełanym siedzeniu. Od czego 

powinien zacząć? Zdjął z szyi ciężki krzyż. Jeśli Maria odrzuci ten symbol, będzie to 

pewny dowód. Położył krzyż na kolanach kobiety. - Weź w dłonie ten znak Chrystusa i 

powiedz mi, kim jesteś.

Maria   pogładziła   palcami   piękny   klejnot,   z   podziwem   patrzyła   na   promienne 

rubiny, którymi był wysadzany. Przypominały krople krwi Chrystusa w miejscach, gdzie 

ręce i nogi przybito do krzyża.

Podniosła krzyż do ust, delikatnie go ucałowała i popatrzyła biskupowi w oczy.

-   Jestem   Maria   Livsdatter   Bergaheim,   córka   Liv   Bergaheim.  Byłam   żoną 

wielebnego  Mogensa  Skanke  Urodziłam   mu   dwoje  dzieci,   Sunniva,   jego  córka   żyje. 

Teraz jestem żoną Randara Meisterplass i matką jego małej córeczki. Znam się na sztuce 

background image

leczenia, lecz nigdy nie wykorzystywałam środków, których bym się wstydziła.

Biskup pokiwał głową, zadowolony zarówno z pełnego szacunku potraktowania 

krzyża, jak i wyważonych słów.

-  Posłuchaj,  Mario   Meisterplass.   Jeśli   rzeczywiście   nigdy   nie   sprzeciwiłaś   się 

Bożym nakazom i nie zwróciłaś ku złym mocom, dlaczego bliźni przedstawiają takie 

świadectwa?

Maria westchnęła, zwlekając z odpowiedzią. Jak wyjaśnić wszystko biskupowi, 

nie   wprawiając   go   przy   tym   w   irytację   i   nie   godząc   w   jego   lojalność   wobec 

podwładnych?

- Łaskawy biskupie, trudno jest pojąć ludzkie intencje i czyny, ale sama wiem, jak 

łatwo jest dać się porwać, jak prędko obracają się języki, gdy myśli stoją w miejscu. 

Znam też słabość ludzkiej natury,  która sprawia, że pragniemy nieszczęścia drugiego 

człowieka, nie dostrzegając przy tym, iż grzeszymy. Sądzę... że jest miłosierdzie i dla 

tego grzechu.

Zaimponowała mu. Jej język równie dobrze mógłby tkwić w ustach mężczyzny!

- To interesujące. Ale jakie masz podstawy, ty, uboga niewiasta, by tłumaczyć 

święte słowa?

Celowo starał się, aby w jego głosie zabrzmiała surowość.

Maria  przestraszyła   się, zaraz   jednak  się  opamiętała.  Może  biskup  chce  tylko 

wystawić ją na próbę?

-   Byłam   uczennicą   Mogensa   Skanke,   a   później   jego   żoną.   Nauczył   mnie 

wszystkiego, co wiem, a trudno o lepszego mistrza.

Biskup długo siedział, nic nie mówiąc. Maria postanowiła wykorzystać szansę.

- Łaskawy biskupie, sługo Boży, pasterzu ludzi... Czy wolno mi z całą pokorą 

prosić o coś, co od dawna leży mi na sercu?

Biskup   skinął   głową,   lecz   zmrużył   oczy.   Doprawdy,   śmiała   jest   ta   niewiasta 

oskarżona o czary!

- Tak bardzo chciałabym wiedzieć... czy moje młodsze dziecko żyje i dobrze się 

miewa. Pragnę także przekazać jej list, pozdrowienie, jeśli wolą Boga jest, aby wzrastała, 

nie znając matki.

Biskup zawahał się, lecz nie mógł odmówić spełnienia tej pokornej prośby.

background image

- Napisz swój list, Mario Meisterplass. Zadbam, abyś otrzymała wieści o swoim 

dziecku bez względu na to, co się z tobą stanie.

Wstał,   rozmowa   najwidoczniej   dobiegła   końca.   Maria   jednak   zdumiona 

spostrzegła, że biskup podaje jej rękę.

-   Wzbudziłaś   moją   ciekawość.   Nigdy   nie   zetknąłem   się   z   kobietą,   która   by 

przemawiała we własnej sprawie z taką mądrością serca i myśli. Jeśli otrzymałaś swe 

umiejętności od Złego, interesowałoby mnie, czego też ten, którego imienia nie należy 

wypowiadać, cię nauczył.  Muszę jednak przyznać, że twe zachowanie i usposobienie 

zasiały we mnie ziarno wątpliwości. Praktykowałaś sztukę leczenia, wzięłaś w swoje ręce 

władzę nad życiem i śmiercią, a to samo w sobie jest poważnym wykroczeniem. By 

jednak podjąć ostateczną decyzję, muszę poznać bliżej twoje postępowanie. Dlatego dziś 

wieczorem masz się przebrać i spotkać ze mną w tym pokoju, wspólnie zjemy posiłek, a 

w tym czasie opowiesz mi o swojej działalności. Ale nie ciesz się zbyt wcześnie i nie 

myśl sobie, że możesz mnie zauroczyć kobiecymi wdziękami! Mężczyźnie staremu jak ja 

zaimponować może jedynie twoja mądrość. I pamiętaj, będę bezlitosny, jeśli pokusisz się 

o jakieś sztuczki!

Maria szeroko otworzyła oczy, to było znacznie więcej, niż mogła oczekiwać. 

Biskup sprawiał wrażenie mądrego i szczerego zarazem, rzadkie połączenie cech wśród 

ludzi w czarnych szatach.

- Proszę więc Boga o łaskę i pomoc, tak abym mogła z całym szacunkiem dla 

biskupa przedstawić swoje racje otwarcie i uczciwie - szepnęła z pokorą.

Na podziękowania było jeszcze za wcześnie.

Nikt nigdy się nie dowiedział, na jaki temat toczyła się trwająca cztery godziny 

rozmowa biskupa z ubogą kobietą. Maria jednak zachowała w sercu każde jego słowo; 

zdawała sobie sprawę, że obdarzył ją mądrością, której powinna strzec niczym najcen-

niejszego skarbu. Nigdy jeszcze nie otrzymała tylu odpowiedzi, nigdy nie zetknęła się z 

człowiekiem Kościoła o takiej wiedzy i zrozumieniu zarówno dla życia ludzi, jak i woli 

Pana.

Miała świadomość, że i on także skorzystał na tej rozmowie prowadzonej przy 

skromnym posiłku. Zadawał jej pytania o leki, które sama sporządzała, o jej matkę, o 

małżeństwo z Mogensem i leczenie ludzi podczas zarazy, która wybuchła, kiedy Maria 

background image

była   jeszcze   niedoświadczoną   dziewczyną.   A   gdy   wspomniała   szpitalik,   biskup 

niezmiernie się tym zainteresował. Okazało się, że sam podczas studiów teologicznych 

równie często obracał się na wydziale medycznym, co wśród uczonych w Piśmie.

- Urodziłaś się za wcześnie - mruknął. - Czasy jeszcze nie dojrzały, ludzie wciąż 

mają za wąskie horyzonty. Żaden biskup nie może dzisiaj ogłosić, że choroba jest czymś 

innym niż karą Bożą, a już na pewno nie oficjalnie, lecz musisz wiedzieć, że ja patrzę na 

to inaczej. Uważam, że choroba jest złem, a wszyscy, którzy służą bliźnim, łagodząc ich 

cierpienia, czynią to w duchu Chrystusa. On przecież sam uzdrawiał cierpiących, a nawet 

wskrzeszał ich z martwych!

Maria   dziękowała   biskupowi   za   zrozumienie   i   aż   się   zaczerwieniła   i   spociła, 

opowiadając o swoich teoriach i metodach. Biskup chłonął każde jej słowo, dopytywał 

się o rzeczy, których nie pojmował.

Kiedy na zewnątrz zapadł mrok, a posiłek dawno już spożyto, duchowny znów 

złożył   ręce   i   dziękował   Najwyższemu   za   ten   dzień,   za   strawę   i   za   czekający   go 

odpoczynek.

Maria modliła się wraz z nim.

I podczas gdy ona wciąż się zastanawiała, jak sformułować pytanie, biskup sam 

udzielił jej odpowiedzi:

- Nie wierzę, abyś była winna temu, o co cię oskarżają, Mario Meisterplass. Być 

może zdołam ocalić cię od stosu. Mimo to nie możesz się spodziewać, że czeka cię jasna 

przyszłość, nawet jeśli będziesz mogła żyć jeszcze przez kilka lat. Jednak wyraźnie czuję, 

że jeśli tylko Bóg ofiaruje ci nowe dni, wybierzesz życie, mimo że te dni będą trudne i 

znojne, w obozie pracy albo też w lochu. Czy jesteś gotowa na takie życie?

- Tak, panie, bo nigdy nie będę gotowa na nic innego jak życie. Dopóki bije moje 

serce, nie utracę nadziei. Bez nadziei żyć nie mogę. A moje dwie córki będą wiedzieć, że 

gdzieś w świecie mają matkę; nawet jeśli ludzie ją z nimi rozdzielili, to zawsze będzie 

żyła w ich sercach!

- Tak właśnie myślałem.  Bóg z tobą, Mario, bez względu na to, gdzie ramię 

sprawiedliwości zdecyduje się cię umieścić...

Ujął ją za rękę, by uścisnąć ją na pożegnanie.  Marię ogarnęło przeczucie,  że 

jeszcze kiedyś się spotkają.

background image

Z protokołów sądowych po posiedzeniu sądu drugiej instancji w dniu 12 maja 

1688:

...Marię Meisterplass, Sogndalsfjorden, uznano za niewinną uprawiania czarów i 

ułaskawiono od kary śmierci, ponieważ dowody w tej sprawie zostały podważone po 

rozmowie z biskupem, patrz opinia biskupa.

Marię Meisterpłass uznano winną cudzołóstwa, żyła bowiem w małżeństwie bez 

błogosławieństwa Bożego, a następnie w grzesznym związku z byłym katem Randarem 

Meisterplass.   Okolicznością   łagodzącą   wymiar   kary   jest   fakt,   że   oboje   wyznali   swój 

grzech wobec Kościoła, prosząc jednocześnie o błogosławieństwo i wymierzenie pokuty. 

Zasądza się za to surową grzywnę w wysokości wyznaczonej przez ting wiejski.

Oskarżoną uznaje się również winną bezprawnego dokonywania eksperymentów 

medycznych,   grożących   śmiercią   bądź   kalectwem,   a   także   wytwarzania   oraz 

sprzedawania środków medycznych, na co wyłączność ma jedynie cech apteczny.

Wreszcie   uznana   zostaje   winną   buntownictwa,   jako   że   swym   postępowaniem 

wichrzyła spokojne, żyjące zgodnie z prawem społeczeństwo.

Na wniosek przewodniczącego oskarżona zostaje ułaskawiona od kary śmierci i 

zgodnie z paragrafami 6 - 13 oraz 13 skazana na dożywotnie roboty na łowiskach.

background image

ROZDZIAŁ VI

Wybrzeże Helgelandu, sierpień 1688

Niewielka   szkuta   zbliżała   się   wreszcie   do   ponurego   celu   podróży.   Od   blisko 

czterech tygodni z mozołem posuwała się na północ z Bergen wzdłuż wybrzeża, gdzie, 

zważywszy na porę roku, panowała wyjątkowo niesprzyjająca pogoda, ciągły deszcz i 

wichry.   A   przecież   było   lato,   tak   w   każdym   razie   mówił   kalendarz,   lecz   tego   roku 

przełom lipca i sierpnia przypominał raczej o zimowej szarości.

Kutrem   miotały   uderzenia   nawałnicy,   marynarze   na   pokładzie   walczyli   z 

ciężkimi, ociekającymi wodą żaglami i wysoką falą. Zaledwie przez trzy dni żeglugi dane 

im było oglądać słońce, lecz i wówczas chłodny wiatr wiał od nieodpowiedniej strony. 

Podróż, trudna i wyczerpująca nawet przy dobrej pogodzie, zmieniła się w nieprzerwane 

pasmo   cierpienia   dla   trzech   kobiet,   w   kajdanach   przyprowadzonych   z   bergeńskiej 

twierdzy. Na statku co prawda je rozkuto, bo związane łańcuchami ręce na nic nie mogły 

się przydać, załoga jednak i tak odnosiła się do nich nieufnie. Już sama obecność kobiet 

na morzu mogła sprowadzić nieszczęście. I czyż trzeba na to lepszego dowodu niż ów 

paskudny, lodowaty przeciwny wiatr u schyłku lata?

Mężczyźni  spluwali w fale, zerkając spode łba na drżące z zimna  postacie w 

spódnicach.

Jedna z nich potknęła się niefortunnie przy wsiadaniu, zaraz więc zabrali jej buty i 

spalili je, by choć trochę odwrócić zło, jakie zwiastował ten omen. Dziewczyna nie miała 

innego obuwia i już teraz mokre stopy zsiniały jej z zimna.

Maria radziła sobie lepiej. W jej worku znalazł się nawet kawał świńskiej skóry, z 

której przy pomocy trzeciej kobiety zrobiła, co prawda nieudolnie zszyte, lecz mimo to 

stanowiące ochronę, buty dla pechowej towarzyszki.

Pech   prześladował   Katję,   siedemnastoletnie   wronie   pisklę.   Za   cudzołóstwo   z 

rodzonym bratem skazano ją, podobnie jak Marię, na dożywotni pobyt w obozie pracy 

gdzieś na rozległym wybrzeżu.

Trzecią   więźniarką   była   Sylvia,   potężna,   silna   kobieta,   której   życie   w   ciągu 

jednego   krótkiego   lata   zostało   postawione   na   głowie   za   sprawą   ciemnych   interesów 

męża. Uznano ją współwinną wielu kradzieży i skazano na cztery lata robót na dzikiej 

background image

wysepce, w której stronę teraz żeglowali.

Żadna z nich wcześniej nigdy nie zapuszczała się tak daleko od domu, ale Sylvia 

z opowiadań znała cel ich podróży. Słyszała o obozach rybackich, mówiła, że zdejmował 

ją dreszcz, gdy wyobrażała sobie, jakie życie czeka nieszczęśnice, które tam zsyłano.

Trzy kobiety prędko zrozumiały, że powinny trzymać się razem. Przygotowały 

zaciszne   miejsce   pod   pokładem,   osłonięte   rozwieszonymi   sukienkami.   Ze   swego 

wypchanego worka Maria wyciągnęła wełniane derki i przeróżne przydatne teraz drobia-

zgi. Młodziutka Katja miała tylko to ubranie, w którym jechała, zabrała z sobą natomiast 

księgę z psalmami, srebrną igłę i solidny zapas żywności w drewnianej skrzynce.

Sylvia wzięła więcej ubrań, a ponadto kilka szylingów, mozolnie zaszytych  w 

fałdy grubej sukni.

- Te pieniądze pomogą mi przetrwać, słyszałam, że i zarządcy, i strażnicy lepiej 

się troszczą o te, które mogą się czymś okupić. Ale i tak pewnie woleliby, gdybyśmy 

proponowały co innego... Obozy rybackie przyciągają niejednego napalonego marynarza 

czy rybaka... Wyciągają łapy nie tylko po ryby!

- Myślisz, że coś może nam zagrażać?

Maria nie do końca wierzyła słowom Sylvii, podejrzewała, że towarzyszka chce 

wywrzeć   wrażenie,   iż   wie   więcej,   niż   było   w   rzeczywistości.   Ta   jednak   chętnie 

opowiadała.

- Ha! Tego możesz być pewna! - wykrzyknęła teraz. - Żadna kobieta nie wróci z 

takiego miejsca dziewicą! Ale, zresztą, dziewic nikt raczej tam nie wysyła.

Maria   zamyślona   pokiwała   głową,   w   istocie   zgadzało   się   z   to   ze   skąpymi 

informacjami,  uzyskanymi  od pisarza. Obozy rybackie  to, mówiąc  krótko, niewielkie 

kolonie karne dla kobiet, najczęściej skazanych za nieposłuszeństwo wobec Kościoła i 

prawa, zwykle za rozwiązłość, nierząd albo cudzołóstwo. Wysyłano tam także niektóre 

ułaskawione od śmierci, jak Marię. Do nędznych obozów trafiało wiele dzieciobójczyń i 

kobiet winnych uśmiercenia płodu oraz zwykłych dziwek. Mało która stamtąd wracała.

Marię   pocieszał   list   biskupa.   Przekazano   go   jej   już   następnego   dnia   po 

zapadnięciu   wyroku,   który  wrócił   jej  życie.   Została  skazana   na zesłanie  na  wysepkę 

Skjaervaer, gdzieś na wybrzeżu Helgelandu, w pobliżu większej wyspy Vegi. Żyło tam 

obecnie i pracowało mniej więcej czterdzieści kobiet w bardzo różnym wieku, a także 

background image

pięciu mężczyzn z królewskiej armii - strażników, nadzorców i sędziów jednocześnie.

Obozy   rybackie   już   od   blisko   sześciu   lat   pełniły   funkcję   kolonii   karnej,   lecz 

namiestnik królewski nie był z nich zadowolony. Przynosiły zdecydowanie za mały zysk. 

Działo się tak głównie dlatego, że - jak zrozumiał biskup - kobiety za szybko umierały. 

Ledwie zdążyły nauczyć się pracy i zrozumieć reguły rządzące tamtejszą społecznością, a 

już ginęły od chorób czy ran i musiały je zastępować świeżo przybyłe, niedoświadczone.

Należało podjąć jakieś kroki, aby to zmienić.

Biskup dostrzegł w tym nowe życiowe zadanie dla Marii.

Zostanie w obozie rybackim znachorką i gospodynią zarządcy.

Spodziewam   się,   że   wykorzystasz   swoje   umiejętności   dla   dobra   wszystkich 

mieszkanek wyspy, że Twoje medykamenty i wiedza posłużą ich zdrowiu i sile do pracy 

na chwałę naszego miłościwego Króla i Boga Pana naszego - pisał biskup.

Zachęcał też, aby zabrała wszelkie środki, jakie tylko uda się jej zdobyć. Maria 

wysłała więc list do Eyliffa Stedje, błagając go o pomoc, potrzebowała wszak tak wielu 

rzeczy   z   kryjówek   na   Meisterplassen.   A   gdyby  mógł   przekazać   jej   bodaj   najkrótszą 

wiadomość od Randara, choćby pozdrowienie... Musi wiedzieć, musi ten jeden jedyny 

raz zburzyć mur, jakim ogrodziła swą tęsknotę, nawet gdyby miało ją to zabić.

Noc, gdy dostała list wraz z rzeczami, okazała się najcięższą z ciężkich.

Myślała   już,  że  nie  przeżyje   tej  ciemności,  kiedy siedziała,  ściskając  w  dłoni 

kosmyk czarnych, miękkich włosów córeczki. Delikatnych jak puch, gładkich niczym len 

i leciutko pachnących czymś bliskim. Jej dzieckiem.

Ochrzcił ją Marja.

Mimo   wszystko   więc   jestem   przy   tobie,   a   przynajmniej   jakaś   cząstka   mnie, 

pomyślała.

List lensmana był krótki i zwięzły, lecz między wierszami wyczytała tęsknotę i 

ból, o jaki musiało Randara przyprawić uzewnętrznianie uczuć przed innym mężczyzną.

Lensman   przekazał   je   sumiennie,   Maria   po   prostych   słowach   poznała,   że   za 

drżącym pismem gospodarza ze Stedje kryją się słowa samego Randara.

... żyjemy dobrze, ale bardzo tęsknimy za Tobą i w każdej godzinie bolejemy nad 

Twym losem, nawet gdy dziękujemy za to, że oszczędzono Ci życie. Maryjka jest pięknym  

dzieckiem, tak silnego i zdrowego maleństwa świat chyba jeszcze nie widział. Gjertrud  

background image

już ma dość zajęcia, żeby ją upilnować, dzieciak okazuje upór, przed którym niekiedy po  

prostu muszę ustąpić. Już chodzi i wtyka paluszki do maselniczki  i do garnków. Ale 

dobrze jej strzeżemy, nie musisz się lękać o swoje córki.

Łzy napłynęły Marii do oczu, nie mogła dalej czytać. Czy możliwe, że nigdy już 

ich nie zobaczy?

Biskup przygotowywał ją na taki obrót rzeczy. Nikt nie zdoła uciec przez otwarte 

morze, nikt bez królewskiego ułaskawienia nie opuści więzienia na wyspie. A ona już raz 

je uzyskała... Karę śmierci odmieniono; Maria wiedziała, że biskupa kosztowało to tak 

wiele wysiłku, iż sam był wręcz zaskoczony, kiedy wszystko poszło po jego myśli. Dalej 

jednak nikt nie odważyłby się posunąć. Prośba do króla o złagodzenie kary mogłaby 

zostać odczytana jako zuchwałość i chęć ubliżenia władcy.

Maria, wsunąwszy ciasno złożony list pod koszulę, spędziła tę noc wciśnięta w 

kąt lochu. Nie starczyło jej sił, by przejrzeć zawartość przyniesionego przez strażników 

wielkiego worka.

Przesyłka   z   Meisterplassen,   lekarstwa,   najważniejsze   książki,   jakieś   nasiona, 

może   trochę   jedzenia.   Nie   zdołała   się   przemóc,   żeby   tu,   w   wilgotnym   mrocznym 

podziemiu, wziąć do ręki drogie sercu rzeczy z domu.

Już   sama   ich   bliskość   wystarczyła,   by   głos   Randara   uniósł   się   z   szorstkiego 

arkusza papieru, drażniącego skórę między piersiami.

Wstydziła   się   swoich   myśli,   tej   nocy   jednak   przekonała   się,   że   być   może 

płomienie stosu przyczyniłyby mniejszego bólu jej, lecz nie najbliższym, którzy pozostali 

w domu. Owszem, pewnie nigdy już jej nie zobaczą, ale może zdoła kiedyś posłać im 

jakiś znak życia. List, pozdrowienie przez marynarza, może nawet kosmyk włosów dla 

maleńkiej,   która   nigdy   nie   pozna   własnej   matki.   Maria   już   wcześniej   napisała   do 

córeczki, starając się przekazać jej w wiernym przesłaniu liter całą swą miłość. Zaklinała 

też lensmana, błagała go, aby nauczył Maryjkę czytać.

Być może pewnego dnia córka zrozumie.

Kiedyś, gdy sama stanie się dorosłą kobietą.

Przyciskając się plecami do zimnej ściany z kamienia, modliła się:

- Boże, oszczędź jej tych wszystkich prób, przez które ja musiałam przejść.

Milczący   chłód   w   więziennym   lochu   okazał   się   mimo   wszystko   bardziej 

background image

miłosierny   niż   przenikliwy   lodowaty   wicher,   zrywający   chusty   z   ramion   kobiet, 

przyprawiający wargi i palce o siną sztywność.

Co za lato!

Co za podróż!

Wyznaczono   im   zadania:   przyrządzały   posiłki,   szorowały   łódź,   zeskrobywały 

gromadzące się miesiącami resztki jedzenia z drewnianych  talerzy i naczyń  do picia. 

Załoga składała się z nieokrzesanych  młodych  mężczyzn, którzy strach i niepewność 

wynikające z obecności kobiet na pokładzie pokrywali większą niż zwykle zadziornością 

i wulgarnością. Raz przewiesili młodziutką Katję przez burtę, gotowi wypuścić ją wprost 

w   szalejące   bure   fale.   Dziewczyna   krzyczała   jak   jaskółcze   pisklę   w   opuszczonym 

gnieździe, wielkie oczy zalewały łzy i słona woda. Marynarze naciągnęli jej spódnicę na 

głowę, żeby stłumić krzyki, i śmieli się do rozpuku z jej przerażenia, które na kilka minut 

przerosło ich własny strach.

W   końcu   wciągnęli   ją   z   powrotem   na   statek,   brutalnie   rzucili   na   pokład   i 

rechocząc patrzyli, jak Katja czołga się w poszukiwaniu towarzyszek.

Maria zareagowała gradem wyrzutów i gróźb, które ucięły śmiech jak nożem. Nie 

podziałały jednak na dłuższą metę, hałaśliwa buńczuczność zmieniła się w nie mniej 

przykre   kose   spojrzenia   i   szepty.   Wreszcie   szyper   postanowił   zamknąć   kobiety   pod 

pokładem do końca podróży. Dostały wiadro, do którego miały załatwiać swoje potrzeby, 

i   po  dwa   twarde  suchary,  które   razem   z  dzbanem  wody  i  kanką   skwaśniałego  piwa 

powinny im starczyć na ponad tydzień. Szyper zdawał sobie sprawę, że przemyciły jakieś 

pożywienie   w   swoich   bagażach,   skorzystał   więc   z   okazji,   by   zaoszczędzić   kilka 

szylingów z pieniędzy, które otrzymał jako wynagrodzenie za transport więźniarek.

Kobiety tkwiły w ciemności tak długo, że przestały już odróżniać dni od nocy, i 

kiedy nagle dotarły do nich krzyki z pokładu, nie bardzo mogły pojąć, że oto podróż 

nareszcie dobiega końca.

Ale   tak,   okrzyki   radości   mężczyzn   stawały   się   coraz   wyraźniejsze.   Statkiem 

rzucało co prawda równie mocno jak przedtem, lecz dochodzące z góry urywki rozmów 

nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Kuter zbliżał się do portu.

Skjaervaer.

background image

Nieprzyjazna wyspa, świadczyła o tym już nazwa

.

Każde   jednak   miejsce   na   świeżym   powietrzu   musiało   wydawać   się   rajem   w 

porównaniu z cuchnącą, ciasną komórką, w której tkwiły stłoczone. Maria poważnie się 

obawiała, że nie przeżyją tu kolejnej doby. Po dniach bez dostatecznej ilości powietrza 

płuca bolały, ciało drętwiało od niemożności zmiany pozycji, w głowie mąciło się od 

smrodu, a kaszel dokuczał Marii jeszcze bardziej niż zwykle. W ciemnościach nie dało 

się zagrzać wody i przyrządzić kojącego naparu. Co za pech, skoro wszelkie niezbędne 

zioła i nalewki miała pod ręką starannie zapakowane w swoim worku.

Teraz jednak te męki wkrótce się zakończą.

Maria   próbowała   się   podnieść,   chciała   zastukać   w   pokrywę   luku,   żeby 

przypomnieć   załodze,   iż   siedzą   tu   uwięzione.   Jedna   noga,   najwidoczniej   zdrętwiała, 

ugięła się pod nią, gdy usiłowała stanąć. Wreszcie jednak zdołała zebrać dość sił, by 

zadudnić w zniszczone drewno. Odpowiedział jej poirytowany głos:

-   Dobrze,   dobrze,   nie   zapomnieliśmy   o   was,   świnie.   Cierpliwości,   najpierw 

zabierzemy na pokład zarządcę. Musicie się tam bawić jeszcze kilka godzin, przy takiej 

pogodzie dopłyniemy do Skjaervaer dopiero pod wieczór.

- Jeszcze kilka godzin... Wytrzymamy, skoro przeżyłyśmy tak długo...

-   Do   diabła!   -   zaklęła   Sylvia.   -   Jak   nie   zdechniemy   tu,   to   i   tak   prędko 

wyciągniemy kopyta na tym szkierze.

Marię ogarnęło nieprzyjemne przeczucie, że towarzyszka może mieć rację.

Katja znów wybuchnęła płaczem.

Wypuszczono je wreszcie na światło, dokuczliwe kołysanie ustało już jakiś czas 

wcześniej. Łódź wpłynęła widocznie na spokojniejsze wody albo też wiatr nieco ucichł. 

Sierpniowe niebo, wciąż ciężkie i szare, wisiało nisko, pasma mgły goniły się wśród skał 

o najniezwyklejszych kształtach. Niektóre, przebiwszy powierzchnię morza, wznosiły się 

w   górę   ostre   niczym   włócznie   rzucone   boskimi   rękoma.   Inne   były   niższe,   bardziej 

zaokrąglone,   wyszlifowane   na   gładko   przez   niepogody.   Jakby   je   ktoś   celowo   tak 

porozrzucał   w   dniu   stworzenia,   pomyślała   Maria,   której   zaimponowały   dzikość   i 

niezwykłe piękno tego surowego krajobrazu.

Dalej rozciągała się wielka wyspa Vega.

Do   Skjaervaer   pozostała   im   godzina   żeglugi.   Mieli   ją   teraz   przed   sobą,   na 

background image

północnym zachodzie.

Na tej długiej i wąskiej wyspie niewiele rosło drzew i krzewów. Trudno ją było 

nazwać górzystą, tylko na jednym krańcu wznosiły się wypolerowane pagórki. Wyspa 

mogła liczyć około sześciuset stóp długości i pięć razy mniej szerokości. Dopiero po 

okrążeniu   południowego   cypla   ujrzeli   przystań.   Wokół   niej,  najdalej   jak  się   dało   od 

brzegu, rozłożyły się nieliczne szare zabudowania. Ale w najwyższym miejscu wyspy nie 

postawiono żadnego budynku,  Maria przypuszczała,  że zimowe  sztormy właśnie tam 

szaleją z największą siłą.

Wąska ścieżka prowadząca w górę od przystani.

Dziwaczne kruche konstrukcje na półwyspach i wysepkach w malutkiej zatoczce. 

I stary pomost, wyraźnie naprawiany i łatany przez nie całkiem wprawne w ciesielce 

ręce.

Dopiero z odległości kilkuset łokci od lądu dostrzegli więźniarki.

Szara, żywa masa na tle mokrej zielonej trawy porastającej płaszczyznę. Kobiety 

poruszały się nachylone nad wielkimi koszami albo kopały glebę ciężkimi narzędziami. 

Od czasu do czasu któraś się prostowała i zarzucała sobie wyładowany kosz na plecy. 

Zgięte wpół szły na koniec pola do rozpadającej się szopy, z której buchał dym.

Zaskoczona Maria spostrzegła, że powracają tak samo obciążone.

Co one, na miłość boską, robią?

- Suszą ziemię, kobity - uświadomił ją szyper. Poradził sobie wreszcie z żaglami, 

statek wolno płynął w stronę portu. U boku szypra stał, żując coś, mężczyzna w starym 

mundurze.

- Tak, tak - przyświadczył i mrużąc oczy, dalej wpatrywał się w ląd.

Maria omal nie zapytała, dlaczego nie wykopią raczej rowów odwadniających, 

skoro ziemia w tej jałowej okolicy gnije od wilgoci, po srogiej minie obcego poznała 

jednak, że lepiej trzymać gębę na kłódkę. Jeśli to zarządca, z którym miała współpra-

cować, to potrzebna jej będzie jego dobra wola już od pierwszego spotkania. Wyglądał 

teraz   na   zagniewanego,   obwisła   twarz   przypominała   Marii   dziwnego   psa,   którego 

widziała kiedyś na targu w Kaupanger.

Od razu też się zorientowała, że człowiek ten jest częstszym bywalcem karczmy 

niż łaźni, bił od niego smród starej ryby, przemieszany z kwaśnym odorem piwa.

background image

Maria zadrżała, uświadamiając sobie, że Sylvia mogła mieć rację. W tym miejscu 

mężczyźni niepodzielnie panowali nad losem kobiet. Wszystko w niej protestowało na 

myśl o bardziej intymnej znajomości z tym odrażającym osobnikiem. Czy uda się go 

jakoś odstraszyć?

No cóż, problemy należy rozwiązywać po kolei. Nic nie przyjdzie z zamartwiania 

się sprawami, nad którymi nie można zapanować. I przecież zachowała jakieś recepty 

starej Anny, kurujące z miłosnej gorączki...

Maria   nie   mogła   powstrzymać   się   od   uśmiechu   na   wspomnienie   starej 

czarownicy,   palce   odruchowo   sięgnęły   do   szyi,   na   której   zawsze   wisiał   łańcuszek 

wiedźmy. A teraz został w domu, pamiątka dla młodszej córki.

- Spójrz, Mario, na kamieniach leżą ryby! - zawołała nagle Katja.

- Ryby dla samego diabła - mruknął gniewnie zarządca. - Nie ma suszenia w tym 

roku, odkąd nastały psie dni

, leje piekielny deszcz. A te leniwe babska i tak ledwie 

zdołają znieść pod dach to, co choć trochę udało się podsuszyć! No, no, będziecie mu-

siały zapracować na strawę, moje panie!

Obrzucił   młodą   kobietę   taksującym   spojrzeniem.   Katja   zadrżała,   najchętniej 

schowałaby   się   przed   ciężkimi   niczym   cios   słowami   mężczyzny   i   jego   wielkimi 

czerwonymi dłońmi.

Maria ujęła towarzyszkę pod ramię, stanęła między nią i zarządcą i zmusiła się do 

uśmiechu.

- Panie... No tak, nie znam nazwiska. O ile jednak dobrze rozumiem, to jest pan 

tutaj zarządcą, dlatego należałoby chyba nas sobie przedstawić. Kapitanie...?

Szyper rozdziawił gębę, nie słyszał nigdy tak dwornej mowy z ust zawszonych 

kobiet. Zarządca splunął na pokład ze śmiechem.

- Ach, tak? Chcesz, aby cię przedstawiano? A kto o tobie nie słyszał?  Maria 

Meisterplass, ledwie zdołała się wykręcić od oskarżenia o czary. Ale temu diabłu nie 

umkniesz, moja droga. Zarządca Simonussen!

Kapitan zarechotał, poklepał człowieka w mundurze po plecach.

- I co? Nie przywitasz się z panią?

Mężczyźni,   szczerząc   zęby,   wymienili   porozumiewawcze   spojrzenia.   Zarządca 

wyciągnął w końcu olbrzymią rękę z palcami o wielkich, brudnych paznokciach.

background image

- A tam, do czarta, miałbym wyjątkowo nie podać ręki? Prawdziwa wiedźma to 

nie byle kto! Miejmy nadzieję, że nie tylko to potrafisz, że plecy masz zdrowe, choć 

latasz na miotle! I nie tylko plecy...

Maria zacisnęła usta, uświadomiła sobie, jak bardzo ją razi ów poufały ton.

-   Myślę,   że   o   szczegółach   porozmawiamy   później,   zarządco   Simonussen. 

Przywiozłam list od biskupa... o zadaniu, jakie mi tu wyznaczono.

- O twoim zadaniu? Sądzę, że będzie takie samo jak innych. Wstawać wcześnie, 

kłaść się późno i nie zawsze do snu. Ale wyglądasz na zdrową, może trochę blado, lecz 

nie brakuje ci odwagi. To mi się podoba. Będziemy umieli się zabawić na tym pust-

kowiu, moja kochana!

Maria   doszła   do   wniosku,   że   teraz   lepiej   milczeć.   Mężczyzna   okaże   większą 

ustępliwość, kiedy zrozumie, że ona jest szczególnym więźniem. Biskup roztoczył wszak 

nad nią opiekę, zarządca musi o tym wiedzieć.

Przestał się jej w końcu przyglądać, bo szkuta przybijała właśnie do zgniłego 

nabrzeża. Przyjmowali ją dwaj mężczyźni w szarych wełnianych koszulach i spodniach, 

które od kolan były tylko łachmanami. Kapitan zajął się wydawaniem głośnych komend, 

załoga niemal fruwała po masztach, szarpiąc liny, żeby zwinąć żagle i rzucić cumy.

Wreszcie na pokład wepchnięto deskę, służącą za trap.

Dopiero   teraz   Maria   dostrzegła,   że   słońce   przedziera   się   przez   szarą   zasłonę 

chmur. Czy fakt, że akurat w momencie, kiedy dotknęła stopą szkieru, na którym spędzić 

miała   resztę   życia,   woda   zalśniła   w   padających   na   nią   promieniach   słońca,   wróżył 

szczęście? Nie, szczęście to za wiele, Maria nie mogła nawet o tym marzyć. Wiedziała, 

że szczęście zostało daleko za nią, tam gdzie morze wdziera się w górskie szczeliny i 

tworzy fiord, zdolny nakłonić nawet lodowce do topnienia. Tutaj woda była bardziej 

słona niż w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie Maria jej smakowała, a morze rozciągało 

się ogromne wokół maleńkiej wyspy, odtąd stanowiącej jej dom.

O, nie, nie może być mowy o szczęściu. Ale przynajmniej o odrobinie radości od 

czasu do czasu? O zadowoleniu, płynącym ze świadomości, że jej wiedza do czegoś się 

przydaje?

Dzięki Bogu za Katję i Sylvię. Nigdy chyba tak wysoko nie ceniłam znajomości z 

drugim człowiekiem!

background image

Maria sama ciągnęła swój ciężki worek drogą pnącą się ku szopom pod skałami. 

Przypominały   ptasie   gniazda   na   kamiennych   półkach,   wszystkie   jednakowo   niskie   i 

zszarzałe   od   szalejącego   deszczu   i   wichru.   Niektóre   pokrywały   dachy   z   torfu,   inne 

zbudowano pod występami skały i miały za sklepienie twardy kamień. Dwie chałupy 

stały oddzielnie w miejscu, gdzie skała ustąpiła odrobinie ziemi. Maria zdołała się zo-

rientować, że niczego tu nie uprawiano, ani zboża, ani grochu, a co dopiero mówić o 

arcydzięglu.

Czyżby wyspa była do tego stopnia jałowa, że mogła tu rosnąć jedynie trawa? Co 

z ogrodem z ziołami, który już planowała założyć?

Czas pokaże. Ziemia wyglądała przecież na czarną i płodną. Zarządca zauważył, 

że Maria przygląda się nędznemu poletku.

-   Trudno   coś   z   tego   wyciągnąć,   ale   też   i   nie   jesteśmy   wieśniakami!   Lepiej 

spożytkować siły na ryby, pozyskiwanie soli i zbieranie torfu. To przynajmniej przynosi 

trochę talarów do skrzyni!

-   Ale   kobiety...   z   czego   one   żyją?   Szyper   znów   rozciągnął   usta   w   poufałym 

uśmiechu, który już szczerze znienawidziła.

- Z morza, moja miła! - Rozpostarł ręce; szara powierzchnia wody zdawała się nie 

mieć kresu. - Ryby na obiad, ryby na wieczerzę, ryby tak długo, jak gęba jest w stanie się 

otwierać! Ryby dają pracę, praca daje ryby!

Maria zrozumiała, dlaczego siła robocza na tej wyspie może być wykorzystywana 

tak krótko.

background image

ROZDZIAŁ VII

Upłynęło   kilka   dni,   zanim   trzy   nowe   kobiety   poznały   system   rządzący   ową 

niezwykłą, jednorodną społecznością.

Maria   już   pierwszego   wieczoru   zorientowała   się,   że   wśród   około   czterdziestu 

kobiet panują szczególne prawa.

Pięciu mężczyzn, wyznaczonych do pilnowania więźniarek i nadzorowania pracy, 

na ogól służyło wcześniej w wojsku. Jeden z nich najwyraźniej uczestniczył w walkach, 

utykał, tym samym jego imię najłatwiej zapadało w pamięć. Johan Kulas.

Wśród kobiet wyróżniała  się Jensina, silna, żylasta, o bezbarwnych  włosach i 

wąskich ustach. Inne odnosiły się do niej z wielkim szacunkiem, Maria zastanawiała się, 

w jaki sposób owa kobieta mogła zdobyć taką pozycję. Po wyglądzie Maria oceniała ją 

na obdarzoną umysłowością poniżej średniej.

Jensina miała jednak w głębi ciasnego baraku łóżko tylko dla siebie i korzystała z 

przywileju   mycia   się   jako   pierwsza,   kiedy   przynoszono   wiadro   z   deszczówką. 

Komenderowała kobietami, wprawiała zmęczone ciała w ruch, rozdzielając kopniaki i 

szturchańce.

Mężczyźni sypiali w oddzielnej chałupie, oddalonej o rzut kamieniem, solidniej 

zbudowanej, bez szczelin w ścianach i w dachu, którymi hulały przeciągi.

Marii, Katji i Sylvii wskazano niską pryczę pośrodku dłuższej ściany.  Prycze, 

zbudowane z desek umocowanych do podłogi i ściany, służyły za stół, krzesło i miejsce 

do spania. Kobiety leżały na nich jak na zatłoczonej półce o dwie szerokości dłoni nad 

wilgotnym, cuchnącym klepiskiem.

Każda z nich miała własny tobołek z ubraniem i rzeczami osobistymi, który nocą 

służył jako oparcie i poduszka.

Nowo   przybyłym   przydzielono   po   grubym   wełnianym   kocu,   zniszczonym   i 

cuchnącym   rybami.   Maria   zauważyła,   że   jakość   derek   jest   bardzo   różna.   Na   łóżku 

Jensiny leżał ciepły, gęsto tkany puszysty koc, podczas gdy Katji dostała się sama dziura 

na dziurze.

Szczupłą   buzię   dziewczyny   znów   zmoczyły   łzy.   Kryła   się   z   tym   jak   mogła, 

zasłaniając twarz dłońmi i włosami opadającymi z czoła.

background image

Maria   poczuła,   że   ogarnia   ją   bezradność,   lecz   pomimo   to   próbowała   się 

uśmiechać do zaciekawionych kobiet w baraku. Niektóre wydawały się wrogie, zerkały 

spod oka na zniszczone koronki przy rękawach sukni Marii i marszczyły czoło na widok 

jej wielkiego bagażu.

- My... powinnyśmy się chyba przedstawić. Jestem Maria Meisterplass. A to jest... 

- Uświadomiła sobie, że nie zna nazwisk towarzyszek podróży.

- Sylvia - uzupełniła Sylvia, wyzywająco biorąc się pod boki.

- I Katja - dodała Maria, gestem wskazując na skuloną postać.

Jensina   podeszła   bliżej,   przyglądając   się   badawczo   nowo   przybyłym.   Niemal 

widać było, jak pytania cisną się jej na usta, walcząc o pierwszeństwo.

- Ach, tak. No cóż, witajcie. Widzę, że jesteście dosyć żwawe, w każdym razie wy 

dwie. Za tę trzecią nie dałabym marnego śledzia!

Maria wytrzymała wrogie spojrzenie.

- Katja jest moją przyjaciółką. I wierzę mocno, że wszystkim nam tutaj uda się 

współpracować. Jeśli chcemy wieść jako tako znośne życie, musimy trzymać się razem i 

pomagać sobie nawzajem. Mimo wszystko przecież jedziemy na tym samym wózku!

-   O,   nie,   kochana,   wcale   nie   na   tym   samym!   Przynajmniej   trzy   z   nas   mają 

nadzieję się stąd wydostać. Jesteśmy tu od blisko pięciu lat i latem przyszłego roku nasza 

kara   się   kończy.   To   dopiero   będzie,   jak   się   w   domu   przekonają,   że   nie   wszystkie 

zdychają na tych przeklętych wyspach!

To odezwała się rumiana  kobieta w zdecydowanie  za dużym  ubraniu. Jensina 

lekko pokiwała głową.

-   Naprawdę   jest   tak   źle?   Opowiedzcie   nam   trochę   o   tym,   jak   wyglądają 

powszednie dni, prosimy...

Z pryczy rozległ się chichot jak w panieńskiej izdebce, Jensina odepchnęła na bok 

kobietę w zbyt obszernej sukni.

-   Ha,   ha!   Słyszałyście?   Ta   piękna   dama   chce   się   dowiedzieć   czegoś   o 

powszednich   dniach!   Dobrze,   powiem   ci,   moja   pani,   tu   nie   ma   innych   dni   jak   po-

wszednie!   Praca,   znój,   kilka   łyżek   rybnej   polewki,   od   czasu   do   czasu   owsianka   na 

wodzie. I znów robota. Jest weselej tylko wtedy, kiedy zarządca otwiera swoją narożną 

szafkę dla obcych, co to zaglądają tutaj w nadziei na dupę i na kielicha! A najczęściej w 

background image

odwrotnej kolejności.

Maria zadrżała, płacz Katji przeszedł w szloch. Nawet Sylvia odrobinę pobladła.

Jensina   z   zadowoleniem   zmrużyła   oczy,   spodobała   jej   się   reakcja   nowo 

przybyłych.

- Tak, tak, w sobotnie wieczory potrafi się tu zaludnić, w każdym razie wiosną, 

kiedy rybacy wracają z Lofotów do domu. To dobry czas, nawet nam, babom, może trafić 

się gorzałka i chleb. Jak masz trochę oleju w głowie, odłożysz dość, żeby przeżyć całą 

zimę. Ale jak będziesz się uważała za zbyt dobrą na to i pozwolisz swojej kopalni złota 

wyschnąć, to nie myśl sobie, że wyżebrzesz od nas choćby okruszek, kiedy w brzuchu 

będzie ci kruczeć z głodu!

Niektóre kobiety spuściły głowy, inne wyzywająco szczerzyły zęby do nowych. 

Maria   zorientowała  się   nagle,   że  te   ze  spuszczonymi   głowami   są  najgorzej   ubrane  i 

najchudsze. Domyśliła się, że więźniarki, które się sprzedają, odgradza od tych, które 

tego nie robią, nieprzebyty mur.

- Rozumiem - rzekła powoli. Spokojnie rozłożyła derkę na pryczy, a potem otwo-

rzyła worek i wyjęła własny koc, żeby się nim okryć.

- Jestem zmęczona po podróży.  Najwyższy czas udać się na spoczynek, moje 

panie. Dobranoc.

Wśród ścian zagrzmiały salwy śmiechu. Maria przeczuwała, że czeka ją długa 

droga, jeśli w ogóle kiedykolwiek uda jej się zmienić tę straszną sytuację. Ale już jutro 

pójdzie do tego wstrętnego Simonussena z listem biskupa!

Maria   wyciągnęła   swoją   najlepszą   sukienkę,   a   włosy   przewiązała   kolorową 

chustką, którą jej matka dostała kiedyś od Olego Seiderstada. Zanim inni mieszkańcy 

obozu się obudzili, zapukała do grubych drzwi chaty zarządcy.

Życzył sobie, by przyszła na tyle wcześnie, aby zdążyli porozmawiać, nie tracąc 

przy tym nic z dnia pracy.

Niemal   zaskoczona   usłyszała   dobiegające   ze   środka   wołanie   bynajmniej   nie 

zaspanego   głosu.   Popchnęła   więc   drzwi,   mrużąc   oczy   w   mrocznej   izbie.   Zarządca 

siedział przy palenisku, podgrzewał kociołek z jakimś aromatycznym napojem.

- Tak sobie właśnie myślałem, że dama przyjdzie punktualnie. I jeśli nie odmówi, 

to   zapraszam   na   kropelkę   kawy.   Przekonasz   się,   że   będzie   tak   jak   w   eleganckich 

background image

salonach, w których jaśnie pani zapewne bywała!

Marii ani trochę nie rozśmieszyły  jego drwiny,  poczuła szarpiące  wnętrzności 

szpony gniewu. Doprawdy, trudno znieść tego człowieka. Rozumiała jednak, kto ma tu 

pełnię władzy.

-  Dzień   dobry,   panie   Simonussen,   pokój   Boży  temu   domowi   -  przywitała   go 

oficjalnie, z satysfakcją zauważając, że jej głos brzmi chłodno i opanowanie.

Nie   odpowiedział,   wyjął   dwie   wyszczerbione   gliniane   filiżanki   i   napełnił   je 

ciemnym płynem. Do jednej dolał także nieco brunatnożółtej wódki; śmierdziała tak, że 

Maria nie mogła opanować grymasu obrzydzenia.

Zarządca wręczył jej drugą filiżankę i zaproponował miejsce pod jedynym oknem 

chaty. Widok, jaki się stąd rozciągał, zaskakiwał pięknem. Morze było spokojne i lśniące; 

Maria ledwie mogła pojąć, iż jest to ten sam żywioł tak niebezpiecznie kołyszący kutrem 

z boku na bok. Teraz, gdy słońce wstawało po krótkim odpoczynku, powierzchnia wody 

wyglądała jak posypana złotem.

- Nie jesteś taka jak inne! Słowa zarządcy ją zdumiały.

- Dlaczego?

- Jesteś od nich lepsza, od razu to widać. Przywykłaś do innego życia, po twojej 

mowie można wziąć cię za mieszczankę albo może pastorową.

- Jest w tym  trochę racji - przyznała Maria i posmakowała gorzkiego napoju. 

Zmusiła   się   do  przełknięcia   płynu,   wymagało   to   nie   lada   opanowania.   Kawa   jednak 

przyjemnie rozgrzewała żołądek, wypiła więc jeszcze łyk. - Poślubiłam kiedyś pastora. 

Ale teraz jestem żoną kata - stwierdziła po prostu.

- A potem zostałaś czarownicą? Starała się nie patrzeć na niego wprost, lecz nagle 

wychwyciła nutkę strachu w głosie, zauważyła dłoń nerwowo obracającą filiżankę. Może 

opłaca się zasiać w nim niepewność? Popatrzyła mu w oczy, starając się uczynić własny 

wzrok tak niezgłębionym i tajemniczym jak to tylko możliwe.

- Tak, zarządco. Potem zostałam czarownicą... Roześmiał się hałaśliwie, widać 

chciał skryć lęk za głośną, udawaną wesołością.

- Pokaż mi więc jakąś sztuczkę, Wiedźmo Mario, a będziesz tej nocy spała na 

bardziej miękkim posłaniu!

Maria uśmiechnęła się leciutko.

background image

-   I   tej   nocy   miękko   spałam,   czarownica   nie   potrzebuje   niczyjej   pomocy,   by 

umościć sobie łoże z puchu!

Pochylił się do niej, poczuł lekką, nieznaną woń.

- Jesteś piękną czarownicą, moja droga. I mądrze postępujesz, nie nadużywając 

swoich   umiejętności.   Masz   zostać   tu   przez   całe   życie,   pamiętaj!   Podobnie   jak   stary 

Simonussen. Możemy sobie nawzajem uprzyjemnić ten czas...

Szorstkim, twardym kciukiem zaczął pocierać jej dłoń. Maria prędko przyciągnęła 

rękę do siebie.

- To list do ciebie - powiedziała i wyjęła z kieszeni spódnicy zwinięty papier.

Zauważyła, że zarządca ma kłopoty z odczytaniem tekstu, zdawała sobie jednak 

sprawę, że mogłaby niepotrzebnie wywołać jego gniew, gdyby zaproponowała, że mu 

pomoże.

Wreszcie odłożył list, z ust posypały mu się przekleństwa.

- Na cóż nam, u diabła, jakieś zmiany? Do kroćset, kim mu się wydaje, że jest? 

Ten cały biskup, którego stopa nigdy nie postała dalej na północ niż w Bergen? Nie ma 

pojęcia,   o   czym   gada...   leczenie   chorych,   tutaj?   Zbudować   lepsze   domy?   Uprawiać 

rośliny do jedzenia? Skąd niby wziąć na to pieniądze? Chyba nie z mojej kiesy, tego, do 

stu tysięcy piorunów, nie może mieć na myśli!

- Sądzę, że da się to załatwić bez obciążania cię zbytnimi wydatkami - ostrożnie 

zaczęła   Maria.   -   Gdybyś   tylko   pozwolił   kobietom   na   pracę,   przynoszącą   im   jakieś 

dochody...

- Przecież tak właśnie robię! Przez całe lato, do czarta, leżą na plecach i zarabiają 

pieniądze szybciej, niż ja zdążę nalać gorzałki!

- Nie  wszystkie   - oświadczyła   Maria.  - I  jestem  pewna,  że  większość  z nich 

wolałaby kopać torf, niż... tak się sprzedawać.

-  Tak  myślisz?  O,  nie,  moja  dobra   pastorowo,  w  tej  gromadzie   nie  zajdziesz 

daleko   z   kazaniami   o   moralności   i   podobnymi   bzdurami.   Przekonasz   się,   sporo   się 

możesz od nich nauczyć, moja śliczna...

Spodziewała się tego i stanowczo odparowała atak. Simonussen znów zaklął, a 

Maria poczuła, jak walczą w niej na zmianę triumf i strach.

Zarządca   mógł   stać   się   niebezpiecznym   wrogiem,   był   jednak   także   potężnym 

background image

sprzymierzeńcem.

- Taka jesteś delikatna? Nie rozumiesz, co dla ciebie dobre, kobieto? Jeśli chcesz 

przeżyć, musisz się nauczyć korzystać z tego, co masz - szepnął.

Maria poczuła jego wzrok wbity w sznurowanie sukni.

- Nie jestem dziwką - odparła równie cicho. - Ale znam pewne sztuki... sporo 

potrafię... Może mi to przynieść znacznie więcej niż prostackie barłożenie na słomie! 

Musisz też wiedzieć, że list biskupa nie jest tylko kawałkiem papieru! Wciąż mogę liczyć 

na potężnych przyjaciół! - skłamała gładko.

Zarządca wyszczerzył zęby w niepewnym uśmiechu.

- Do diaska, spotkają cię tu kłopoty! Poczekaj tylko, aż Jensina się dowie o twoich 

fanaberiach! Tego trolla nie da się utrzymać z dala pięknymi słówkami i zadartym nosem 

w chmurach!

- Muszę dowiedzieć się jak najwięcej. O obozie, o pracy, o ludziach, którzy tutaj 

żyją. Potrzebuję informacji o ziemi, o tym, co może urosnąć tu, tak daleko na północy. 

Musisz mi też pozwolić na rozmowę z kobietami, niech zrozumieją, że nastały nowe 

czasy. Należy poprawić warunki, by dało się tu zachować życie i zdrowie.

- Dlaczego? Większość i tak nigdy się stąd nie wydostanie.

- Nie? Ale... - Przez moment obawiała się, że pytanie jest zanadto niebezpieczne, 

doszła   jednak   do   wniosku,   że   zarządca   i   tak   musi   wiedzieć   o   tym,   co   snuje   się   po 

głowach   więźniarkom.   -   Czy   żadna   nie   próbuje   stąd   uciekać?   Tyle   opowiadają   o 

mężczyznach, którzy się tu zjawiają, o rybakach. Nigdy się nie zdarzyło, żeby któraś 

odpłynęła ze szkieru statkiem? Simonussen pokręcił głową.

-   Statki   nie   podpływają   do   samej   wyspy,   rybacy   dobijają   do   brzegu   lekkimi 

łódkami, niektórzy dostają się tu nawet wpław. A jeśli przybywają z ładunkiem, dwóch 

naszych zawsze ich pilnuje. Owszem, zdarzało się, że jakaś kobieta próbowała przekraść 

się   na   pokład,   ale   powiem   ci,   większość   szyprów   starannie   baczy,   żeby   żadnej 

spódniczce się to nie udało. Baba na pokładzie przynosi nieszczęście, a już gorszych 

zwiastunów złego losu niż te tutaj nikt chyba nie widział!

Z powrotem usiadł na krześle, opróżnił filiżankę.

- Rzeczywiście, zdarza się, że się na to porywają, ale kiedy potem leżą na skałach 

odarte   ze   skóry,   zawsze   mija   pewien   czas,   zanim   znów   którejś   przyjdzie   do   głowy 

background image

podobny pomysł!

- Chłoszczesz je? Maria była wstrząśnięta. Zarządcy najwyraźniej podobała się jej 

reakcja.

- A jakby inaczej! I jak na razie tylko jedna to zniosła. Nie widziałaś pleców 

Jensiny? Inne leżą na Trupiej Wyspie, tam ledwo bo ledwo, ale starcza ziemi, żeby okryć 

nędzne szczątki.

Maria odwróciła głowę; z każdą chwilą coraz jaśniej uświadamiała sobie okrutną 

rzeczywistość.

Cóż za pozbawione nadziei miejsce!

Do   tej   pory   nie   pojmowała,   jakie   piekło   czeka   kobiety,   zsyłane   na   pobyt   w 

obozach pracy. A powiadano, że dalej na północ jest jeszcze gorzej!

Pozostawała tylko jedna szansa: chciwość zarządcy.

-   Opłaciłoby   ci   się,   gdyby   kobiety   były   silniejsze,   zdrowsze.   Będą   więcej 

pracować,   jeśli   pozwolisz   mi   się   zatroszczyć   o   chore   i   naprawić   szopy   przed   zimą. 

Potrzeba nam więcej wody do mycia i lepszego jedzenia.

- A pieniądze?

- Zdobędziemy. Czy nie handlujesz wódką?

- Owszem. Mocna gorzałka, mówię ci! Ale nie dla szczeniaków. Szarpie trzewia, 

smakuje końskimi szczynami, ale rozgrzewa stare ciało i człowiek czuje, że żyje.

- Tak myślałam. Rzeczywiście nie pachnie jak... jak koniak. Mam sposoby, żeby 

zwiększyć   sprzedaż:   zioła   i   dobre   przepisy.   Wiem,   jak   z   najbardziej   gorzkiej   wódki 

przyrządzić   smaczne   lekarstwo.   Pewnie   kupią   więcej,   i   to   za   lepszą   cenę,   kiedy 

zrozumieją, że gorzałka pomoże wykurować to i owo...

- Naprawdę? No, może i tak. Może coś w tym jest. Pokażesz mi więc, co potrafisz 

uwarzyć. Ale nie myśl sobie, że dam ci wódkę na zmarnowanie, musisz sama przyjść 

tutaj ze swoimi mieszankami.

Domówili   się,   a   Maria,   jeszcze   zanim   się   pożegnała,   wyciągnęła   od   niego 

zezwolenie   na   przerwę   w   pracy.   Obietnica   ziołowej   gorzałki   okazała   się   najlepszą 

przynętą, jakiej mogła użyć.

Wkrótce   potem   kobiety   zgromadziły   się   na   stosunkowo   szerokim   i   płaskim 

terenie, położonym zaledwie kilka metrów ponad przybrzeżnymi głazami. Zielona trawa 

background image

była pachnącym i miękkim posłaniem dla znużonych ciał. Zrównaną ziemię nazywano 

Tanecznym Parkietem.

Maria opowiadała o swoich planach.

Niektóre kobiety wstrętnie się do niej wykrzywiały, czyniąc przy tym wulgarne 

gesty.

Inne słuchały jej słów, lecz najwyraźniej nie dawały się im porwać.

Kilka siedziało tylko, bezmyślnie patrząc przed siebie, widać było, że nie należą 

już do tego świata.

Strażnicy pozwolili sobie na chwilę odpoczynku, dwaj zabrali się do naprawiania 

sieci na brzegu.

Za pozbawionymi zasłon oknami w chacie ledwie majaczył cień zarządcy. Jasny 

głos Marii docierał doń przez przesycone solą powietrze.

Teraz zagłuszył go gruby głos Jensiny. Chyba już rzuciły się na siebie z pazurami!

Z równiny dobiegło wściekłe wycie. Dwa ciała przetoczyły się po ziemi, kobiety 

gryzły się i drapały jak dzikie kotki. Maria mocno złapała Jensinę za szyję, czuła się 

pewna przewagi. Jensina jednak zaraz zatopiła zęby w delikatnej skórze po wewnętrznej 

stronie ramienia Marii. Ból ukąszenia sparaliżował zręczny chwyt. Jensina uwolniła się i 

rzuciła na przeciwniczkę, aż torf pryskał spod bosych stóp.

Maria zrozumiała, że nie ma szans w walce z tą żylastą olbrzymką. Ale jej ciało 

wciąż zachowało sprężystość i młodzieńczą zwinność, chociaż wkrótce miała skończyć 

trzydzieści siedem łat.

Celowała w brodę Jensiny, tak jak robili to mężczyźni, których obserwowała w 

bójkach  podczas   hucznych   wesel  czy suto  zakrapianych  świątecznych   uczt.  Niestety, 

Jensina potrafiła odparować cios.

Wkrótce zakleszczyły się w beznadziejnej plątaninie rąk i nóg, dyszały ciężko jak 

wyrzucony z morskich głębin na brzeg czteroręki potwór. Kobiety dookoła krzykiem 

zachęcały je do walki, strażnicy głośno się śmiali.

Wydawało się, że bójka będzie trwała całą wieczność, lecz wreszcie strażnicy, 

wyśmiawszy   się,  rozdzielili   walczące.   Marii   włosy  na  głowie   sterczały  na   wszystkie 

strony, z ramienia ciekła krew, a na policzku miała trzy długie zadrapania. Jensina wyszła 

ze starcia bez uszczerbku, ostentacyjnie wygładziła spódnicę i splunęła za Marią.

background image

- Niech twoja chciwość będzie przeklęta, Jensino! Przecież nie chcę ci niczego 

odbierać! Pragnę jedynie, żeby nam wszystkim żyło się tutaj lepiej!

- Idź do diabła ze swoimi słodko pierdzącymi pomysłami! Nie jesteś jedną z nas, 

chcesz tylko narobić bałaganu! Weź sobie tę starą szopę i tam siedź razem ze swymi 

durnowatymi przyjaciółkami. Zobaczymy, kto lepiej przetrwa zimę!

Tak też się stało. Marii, Sylvii i Katji pozwolono naprawić rozpadającą się szopę, 

najwyraźniej   wykorzystywaną   jako   mieszkanie   dla   kobiet   przed   wybudowaniem 

drugiego baraku. Przyłączyło się do nich jeszcze dziewięć więźniarek, które widać nie 

miały zbyt dobrych doświadczeń z Jensina w roli królowej na kupie gnoju.

Simonussena walka kobiet najwidoczniej przyprawiła o wesołość. Takiej zabawy 

nie widziano chyba od czasu, kiedy to zeszłego roku na świętego Michała pastorowa i 

żona kościelnego z głównej wyspy wzięły się za łby pod kościołem.

Ale niedługo jego uśmiech przygasł i musiał przyznać, że ta nowo przybyła ma 

piekielną zdolność przekonywania ludzi i angażowania ich w ciężką pracę. Jedne kobiety 

znosiły   z   brzegu   drewno   wyrzucone   przez   morze,   inne   zrywały   gałązki   smaganych 

wichrem   krzaków,   rosnących   nieco   dalej   w   głębi   wyspy.   Było   tam   też   kilka   połaci 

porośniętych trawą, które jednak mogłyby wyżywić nie więcej niż pięć albo sześć owiec.

Po   wielu   wieczorach   i   nocach   harówki   stara   szopa   została   naprawiona   i 

rozradowane kobiety przeniosły tam swoje rzeczy.

Jensina   stała   w   drzwiach   baraku,   który   w   jednej   chwili   zrobił   się   bardzo 

przestronny, i wygrażała im zaciśniętymi pięściami.

Maria odkryła, że każda z kobiet ma coś w rodzaju własnej spiżarni w jamie 

wykopanej w ziemi pod solidną kamienną płytą. Po usunięciu ziemi i piasku więźniarki 

zrobiły niewielkie  pomieszczenia, okrywane torfem. Za zgodą strażników  gromadziły 

tam   swoje   skarby:   miarkę   ziarna,   trochę   przetworzonej   ryby,   kilka   zeschniętych 

kawałków słoniny, czasami kromkę chleba. Wiosną wkładały tu znalezione ptasie jaja, 

starannie otulone wymieszanym z piaskiem torfem. Jaja najlepiej trzymały się w ziarnie, 

odpowiednio przechowywane mogły zachować świeżość nawet przez kilka miesięcy. Ale 

kto na tym szkierze miałby dość ziarna do tego celu? A już z pewnością nie na wiosnę!

Ceny na suszone ryby wciąż spadały, ledwie udawało się wymienić je na tyle 

samo ziarna.

background image

Kiedyś  na wyspie  były dwie krowy,  które więźniarki obrządzały i doiły.  Gdy 

jednak   zwierzęta   po   wyjątkowo   chudej   wiośnie   w   końcu   zdechły,   nie   istniała   żadna 

możliwość sprowadzenia nowych. Zarządca najwidoczniej także doszedł do wniosku, że 

obejdzie   się   bez   śmietanki   do   swojej   drogocennej   kawy.   Kawę   zdobył   w   drodze 

wymiany, gdy pewnego razu załoga jakiegoś angielskiego statku zmuszona była szukać 

schronienia   na   szkierze.   Dobitnie   dano   marynarzom   do   zrozumienia,   jakiego 

przestępstwa   się   dopuścili   i   jaka   kara   czeka   ich   za   pomoc   którejś   z   więźniarek   w 

ucieczce.

- Pamiętam ten wspaniały statek - opowiadała Millicent, jedna z przebywających 

na   wyspie   skazanych   za   kradzież.   -   Miał   złote   litery   i   żagle   tak   białe,   można   by 

przypuścić, że uszyto je z lnianego płótna! A załoga... wielcy panowie, jeden w drugiego! 

Błyszczące   guziki   i   jedwabne   wstążki   na   mundurach,   i   to   na   co   dzień!   Ale   gadali 

niezrozumiale, biedacy, można ich było wziąć za wariatów. Ale tacy są pewnie wszyscy 

Anglicy, no bo mieszkają przecie tak daleko od Bergen.

Millicent od pierwszej chwili stała się wierną pomocnicą Marii. Nie odstępowała 

na krok nowo przybyłej jasnowłosej, a usta jej się przy tym nie zamykały. Marii niemal 

kręciło się w głowie od tej paplaniny, ale Millicent od czasu do czasu wtrącała jakąś 

ważną informację i Maria usiłowała wychwycić wszystko, co mogło mieć znaczenie dla 

dalszego życia na wyspie.

Dowiedziała się o sezonach połowowych, o tym, jak życiem w obozie rządzą ryby 

i pory roku.

Zimą kutry i łodzie wyruszały na Lofoty na połów dorszy. Jeśli połowy się udały, 

rybacy wracali do domu z rybami  i beczkami pełnymi  wątroby i ikry.  Był to szczyt 

sezonu na wyspie, kobiety rozpalały ogniska na brzegu i gotowały tran, jego specyficzny 

zapach   potrafił   na   całe   tygodnie   utkwić   na   skórze   i   włosach,   ale,   jak   opowiadała 

Millicent, żadna się tego nie wstydziła. Tran przynosił spore zyski, dawał też światło 

przez   kilka   marnych   godzin   zimą.   Jako   lampy   służyły   żelazne   spodki,   napełnione 

ciekłym tłuszczem, w którym pływał knot.

- No i mamy  też lato, zbieranie  ptasich jaj i polowanie na ptaki. Jaja ciężko 

dostać, ptaki budują gniazda w trudno dostępnych miejscach, w dodatku na tej wyspie 

jest niewiele gniazd. Gdybyśmy mogły się wyprawić na jedną z prawdziwych ptasich 

background image

wysp... Znam kogoś, kto na samym puchu edredonów zarobił talarów dość aż na trzy 

krowy!

Maria dopytywała się bez końca - o owce należące do wyspy, o ziemię, o inne 

źródła dochodu.

-   Większość   robi   najlepsze   interesy,   kiedy   wracają   z   jesiennych   połowów... 

Mężczyźni   lubią   zajrzeć   do   Simonussena   i   przy   kieliszku   opowiedzieć   mu   nowiny. 

Fundują sobie przy tym damskie towarzystwo. Tutaj łatwo je kupić.

-   Wystarczy,   że   zamachają   kolorową   wstążką   albo   pokażą   garść   zboża...   Nie 

mogę   tego   pojąć.   Pomyśleć   tylko,   że   ryzykują   chodzenie   przez   pół   roku   z   wielkim 

brzuchem za taką upokarzającą cenę! - zadrżała Maria.

- Dziewczyny pewnie też potrzebują trochę zabawy - mruknęła Sylvia.

- Ale, Millicent - zamyśliła się Maria. - Jeżeli jest tak, jak mówisz, to dlaczego na 

wyspie nie ma dzieci?

Millicent zmieszała się, nie chciała odpowiadać. Maria jednak nie ustępowała.

- Mamy tu jedno dziecko... dziewczynkę. Ale jest w jaskini dla chorych razem z 

matką i jeszcze jedną kobietą. Zachorowały na płuca, wątpliwe, czy dożyją następnej 

pełni księżyca. Johan Kulas raz w tygodniu zanosi im jedzenie, nam nie wolno się do 

nich zbliżać. To zaraza, niebezpieczna zaraza...

- Co takiego? Dziecko w jaskini razem z dwiema chorymi kobietami? Przecież to 

straszne! Zaraz tam pójdę, może to nie takie poważne, jak wam się wydaje.

- Och, nie, nie idź! Wiemy, że ta okropna choroba przenosi się z człowieka na 

człowieka. Jak tam wejdziesz, już możesz uznać się za martwą!

Millicent przestała odwracać ryby, przerażona wpatrywała się w Marię.

- Po to właśnie Bóg mnie tu przysłał. Tak mi się przynajmniej wydaje.

I Maria znów skierowała się do chaty zarządcy.

A Millicent się ucieszyła, że przynajmniej na razie nie musi wyjawiać, jak to 

możliwe, że przy tak częstych wizytach mężczyzn na wyspie jest tak mało dzieci.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Maria   znalazła   kobietę,   Rakel,   i   dziecko   w   jaskini   na   najbardziej   na   północ 

wysuniętym cyplu. Drugiej więźniarki nigdzie nie było widać. Rakel powiedziała, że jej 

towarzyszka, Turid, matka małej, często przesiaduje na kamieniu przy brzegu, zapatrzona 

w morze.

- Nie powinnaś tu przychodzić, nie wiesz, że możesz roznieść zarazę?

- Myślę,  że tak  się nie  stanie. Jestem  uważna i  myję się starannie,  taką  radę 

przekazał   mi   ktoś,   kto   znał   tajemnice   chorób.   Pozwól,   że   dam   ci   jeden   z   moich 

ziołowych napojów, zjedz też to, co przyniosłam. Musisz nabrać sił.

Dziecko stało w głębi groty, malutki palec tkwił w buzi i jaśniał czystością w 

porównaniu z resztą brudnego ciałka. Jako ubranie służył maluchowi tylko przewiązany 

w pasie kawałek żaglowego płótna, nie skrywający, że to dziewczynka. Mała była wy-

chudzona,   miała   zapadnięte   oczy,   lecz   oddychała   swobodnie,   bez   świstów,   i   nie 

okazywała żadnych oznak groźnej choroby płuc, na którą najwyraźniej cierpiała matka i 

jej przyjaciółka.

Kobieta   o   imieniu   Rakel   z   wdzięcznością   zaczęła   siorbać   gorzką   herbatkę, 

zaparzoną przez Marię na prędko rozpalonym ognisku. Był to napar z rumianku, rosiczki 

okrągłolistnej, goryczki i kory brzozowej. Maria dodała jeszcze szczyptę drogocennego 

sproszkowanego tymianku z pieprzem.

- To przynosi ulgę - szepnęła kobieta, lecz gwałtowny atak kaszlu zaprzeczył 

temu twierdzeniu. Maria wystraszyła się nie na żarty na widok krwi, płynącej z ust Rakel.

Suchoty.

Prawdopodobnie ostatnie stadium.

Wątpliwe, aby to osłabione ciało jeszcze długo mogło się opierać. Maria w duchu 

odmówiła   krótką   modlitwę,   błagając,   aby   matka   dziecka   okazała   się   choć   trochę 

silniejsza.

Gdy druga kobieta nagle stanęła w wejściu do groty, wydała się Marii zarazem 

silna   i   dumna.   Chuda,   podobnie   jak   umierająca   przyjaciółka,   lecz   trzymała   się 

zadziwiająco  prosto. Dziecko  podbiegło  do niej  bez  słowa, o mało  się  przy tym  nie 

przewróciło, nie mogło mieć więcej niż jakieś dwa, może trzy lata.

background image

Kobieta wyciągnęła rękę.

- Widziałam  was  na dole.  Biłaś  się z  Jensiną.  Dobrze! Jensina to  prawdziwy 

potwór, dręczy bez umiaru swoje współtowarzyszki, żeby przypodobać się zarządcy.

- Zrozumiałam to. Mam na imię Maria.

-   Turid.   Z   Ullensvang.  Maria   poznała   charakterystyczny   dialekt   z   okolic 

Hardanger.

- Mówią, że jestem szalona, odesłali mnie tutaj po tym, jak się przeziębiłam przy 

wiosennym  warzeniu  tranu.  Mówili,  że  zapadłam  na  zarazę,  i kazali  zabrać  dziecko. 

Wszystko jedno, radzimy sobie tutaj tak samo jak tam. I nikt nami nie pomiata! A kiedy 

Adrian wróci...

Wzrok jej się zmącił, jak gdyby oczy przesłoniło bielmo. Wyglądała rzeczywiście 

na osobę niespełna rozumu.

Maria spytała ostrożnie:

- Kim jest Adrian?

- Adrian Muld. Służy teraz swojemu królowi, ale wróci i zabierze mnie. Będę 

pierwszą, która stąd ucieknie, i to nie z byle kim, tylko z samym sternikiem Adrianem 

Muldem! Popłyniemy daleko, daleko wszyscy troje, i osiedlimy się jak wielcy państwo 

gdzieś w Anglii... Obiecał...

Maria zaczęła jeszcze lepiej rozumieć, dlaczego ludzie uważają Turid za szaloną. 

Takie   marzenia...   takie   nierealne   nadzieje...   Adrian   to   pewnie   tylko   kawał   łajdaka, 

żołnierz, który wykorzystał tę nieszczęsną kobietę. Na pewno zapomniał o niej już w 

momencie, gdy jego łajba odbijała od brzegu. Któż bowiem szuka sobie ukochanej w 

kolonii karnej, takiej jak ta? I dlaczego przystojny syn oficera miałby poświęcać swe 

dziedzictwo i życie skazanej wyrokiem sądu nędzarce? Nie mógł nawet mieć pewności, 

że   to   jego   dziecko,   myślała   Maria   z   goryczą,   nie   mając   przy   tym   zamiaru   potępiać 

bezbronnej kobiety.

- Opowiedz mi o Adrianie - poprosiła łagodnie i podała również Turid drewniany 

kubek z gorącym naparem. Podczas gdy matka mówiła, dziecko wisiało u piersi, z której 

nic już nie dawało się wyciągnąć. Mała dostała kawałek suszonej ryby do ssania i wre-

szcie tym się zadowoliła.

W błękitnym zmierzchu Turid opowiadała o miłości swego życia. Znała Adriana 

background image

tylko   przez   dwie   doby,   a  mimo  to   wrył   się  w  jej  pamięć   z  niezwykłą  mocą.   Maria 

zrozumiała, że kobiecie grozi obłęd.

Ale Bogiem a prawdą, cóż złego jest w szukaniu nadziei nawet tam, gdzie jej już 

nie ma? Czyż nie tym właśnie sama się mamiła, gdy nocą tuliła do policzka kosmyk 

włosów niemowlęcia i marzyła o dniu, kiedy znów zobaczy córeczkę?

Dziecko  Turid usnęło przy wyschniętej  piersi, a  z kąta,  gdzie  znajdowało  się 

legowisko chorej na suchoty, ataki kaszlu dobiegały coraz rzadziej.

- Wrócę tu - obiecała Maria, zbierając się do odejścia. - Pamiętaj, żeby jej dawać 

ten napar, będzie miała spokojniejsze noce - poprosiła, kiwając głową w stronę śpiącej 

Rakel.

I mniej bolesną śmierć, dodała w myśli.

Nadciągnęła jesień, jak zwykle gwałtownie, wraz z północnym wiatrem.

Morze   się  podniosło,   zalało   najbardziej   płaskie   wyspy  i  wybrzeże.  Ludzie  na 

Skjaervaer przygotowywali się do zimy.

Zarządca   sprawdzał   zapasy   marnego   ziarna,   rzepy   i   solonej   ryby.   Beczka   za 

beczką,   pełne   ryb,   najczęściej   takich,   za   które   nie   dało   się   uzyskać   dobrej   ceny   w 

wioskach na lądzie.

Suszone filety leżały w szopie skórą do góry, w niedużych stosach w kształcie 

piramidy. Gdyby deszcz albo śnieg przeniknął przez torfowy dach, woda spłynęłaby z tak 

ułożonych ryb, nie powodując ich gnicia.

W jednym kojcu Maria znalazła kilka wiązek arcydzięgla i natychmiast umieściła 

je w zalewie. Mieli także trochę baraniny, ale trzech nędznych, należących do wyspy 

owiec wciąż jeszcze nie zaszlachtowano.

Zapasy jedzenia nie były imponujące, zwłaszcza że miały starczyć na całą zimę 

dla blisko pięćdziesięciu brzuchów.

Jak   zawsze,   tak   i   tego   roku   trzeba   wierzyć,   że   zimowe   połowy   umożliwią 

przeżycie.

Zwykle przynosiły nie tylko ryby.

Zarządca  Simonussen zorientował  się, że nowy podział  obozu na dwie części 

rzeczywiście się opłaca. Kobiety na wyścigi starały się o lepsze zajęcia, wygrywały te 

bardziej chętne do pracy. Z robotami przy pozostałościach z letnich połowów prędko się 

background image

uporali. Niewielka ilość soli, jaką udało się pozyskać z morza, była już wypłukana i 

gotowa do wysłania do Bergen przy okazji pierwszych wiosennych rejsów.

Niektóre   kobiety   potrafiły   prząść   na   ręcznym   kołowrotku,   pomiędzy   nie 

rozdzielono tę marną wełnę, jaką dawały owce. Rzadko starczało jej na więcej niż cztery, 

pięć par rybackich rękawic z dwoma palcami, po jednym z każdej strony. Po natarciu 

tłuszczem można je było sprzedać za niezłą sumkę. Maria bardzo żałowała, że za późno 

jest na siew ziół i uprawę arcydzięgla. Następnej wiosny... jeśli w ogóle nadejdzie.

Zarządca poganiał je do gromadzenia opału, składowanego w drewutni przy jego 

chacie.  Zbierały wszelkie drewno i śmieci wyrzucone  przez morze na brzeg, suszyły 

nawet wodorosty, które mogły ogrzać zmarznięte zimą ciała. Przez całe lato zwożono torf 

z okolicznych  wysp,  lecz pracę kobiet zawsze opóźniali  strażnicy,  którzy musieli im 

towarzyszyć. Niewiele dawało się załadować na łódź, skoro na każde trzy kobiety, na 

krótki   czas   opuszczające   brzegi   Skjaervasr,   musiało   przypadać   co   najmniej   dwóch 

mężczyzn.

Maria   i   Millicent   spędzały   wieczory   na   splataniu   mat   ze   słomy   i   trawy. 

Wykorzystywano   je   jako   materace   do   spania,   a   zawieszone   na   lodowatych   ścianach 

szopy dawały także pewną ochronę przed zimnem. Otwarte palenisko na środku podłogi 

stanowiło jedyne źródło ciepła, na jakie mogły liczyć. Maria trzęsła się już przez cały 

październik i z lękiem oczekiwała nadejścia prawdziwej zimy.

Żadna z więźniarek nie miała porządnych butów. Maria widziała, jak z worków 

zawieszonych   u   stropu   wyciągają   drewniane   podeszwy.   Łatały   je   resztkami   żagli, 

kawałkami skóry lub też po prostu korą rachitycznych drzew, a potem owijały strzępkami 

ubrań, nasyconymi tłuszczem, w próżnej nadziei, że takie obuwie nie przepuści wilgoci. 

Ukłuły ją wyrzuty sumienia, bo sama przywiozła w swoim worku aż dwie pary butów.

Postanowiła   jednak   się   wstrzymać   i   poczekać,   może   przydadzą   się   w   jakiejś 

wyjątkowo trudnej sytuacji.

Cieszyła   się,   że   inne   więźniarki   nie   znają   zawartości   jej   worka.   Nigdy   nie 

otwierała go przy żadnej z nich.

Chociaż   wyspę   zamieszkiwały   osoby,   które   w   taki   czy   inny   sposób 

sprzeniewierzyły się prawu, to jednak wszyscy bez wyjątku szanowali obowiązujące tu 

zasady. Najważniejszą było trzymanie się z daleka od cudzych rzeczy.

background image

Marii ze szczegółami opowiedziano, co czeka tę, którą złapią z ręką w czyimś 

zapasie zboża czy też w cudzej torbie. Zarządca  nie miał nic do powiedzenia, kiedy 

więźniarki same zaganiały złodziejkę wprost do morza i pilnowały, żeby nie zdołała wy-

dostać się na brzeg.

Jakie to dziwne, stwierdziła Maria. Każdego dnia od poranka do wieczora ludzie 

żyją tutaj nad morzem, żyją z morza. Ale wszyscy odczuwają strach przed falami, lęk 

przed wodą!

Zupełnie tak samo jak w domu, nad zielonym fiordem... Widząc, jak pływam, 

myśleli, że oszalałam...

Ale teraz, w listopadzie, kiedy morze uderzało z wściekłością o brzegi, płosząc 

nawet ptaki, woda nie zachęcała do kąpieli.

Mieszkańcy Skjaervaer widzieli, jak mniejsze i większe łodzie płyną szlakiem, 

lecz żadna z nich nie brała kursu na ich wyspę.

Kobiety w rybackich obozach pracy rozrzuconych wzdłuż wybrzeża czekał cichy 

czas izolacji.

Spadł pierwszy śnieg, mokry i prawie słony.

Maria błagała Simonussena o zgodę na przeniesienie dwóch kobiet i dziecka pod 

jakiś dach, lecz on pozostawał niewzruszony w swej odmowie.

- Nie dość ludzi już straciliśmy? Czy nie przyjechałaś tutaj, żeby pomóc, tak aby 

praca szła lepiej bez zbyt wielu przerw? Przecież to suchoty! Wszyscy wiedzą, że jest 

tylko jedno wyjście.

-   Przez   całe   swoje   życie   pracowałam   wśród   chorych   dotkniętych   zarazą   - 

oświadczyła Maria z pewną przesadą i chcąc zademonstrować, jaka jest zdrowa i silna, 

dźwignęła nad paleniskiem ciężki kociołek z wodą.

- Owszem, ty, to możliwe. Pod taką opieką... Marii przyszedł do głowy pewien 

pomysł.   W   swoim   worku   znalazła   kilka   szczypt   tytoniu.   Wyjęła   je   teraz   razem   z 

mieszanką  mielonego  kminku,  anyżku  i wyciągu z pieprzu. Do smaku dodała arnikę 

górską i owoce jarzębiny, a także zbierany wiosną brzozowy sok.

- Myślę że nadszedł czas, żeby się zabrać za twoją gorzałkę, panie zarządco, jeśli 

chcemy ją przygotować na wiosnę. A jak pozwolisz mi przenieść je z jaskini, dostaniesz 

także ten kapciuch tytoniu!

background image

Uśmiechnęła się uroczo, ale spostrzegła, że zarządca nie jest na tyle głupi, by nie 

przejrzeć jej gry.

-   Dziękuję   za   propozycję,   Mario,   ale   nie   będę   ryzykował   życia   dla   jednego 

dymka. Jeśli natomiast przyjdziesz do mnie, ofiarując to, co masz najcenniejszego...

Maria z początku sądziła, że zarządca myśli o pierścieniu, który wciąż nosiła na 

palcu, zaraz jednak spostrzegła, gdzie padł jego wzrok, i ciarki przeszły jej po plecach. 

Simonussen postanowił zawładnąć jej ciałem, wziąć je nawet siłą, gdyby okazało się to 

konieczne. Ale on na razie wolał czekać...

Maria cieszyła się, kiedy odszedł. Wróciła do szopy, gdzie ogień na palenisku 

zdołał ogrzać powietrze zaledwie o dwa, może trzy stopnie. Na zewnątrz był mróz. Ale 

morze chyba nigdy nie zamarzało.

Kobiety   płukały   ryby   na   brzegu.   Resztki   klipfisza   źle   się   przechowały,   nie 

wyschły dobrze i pokryła je obrzydliwa pleśń. Więźniarki zeskrobywały teraz cuchnącą 

warstwę i płukały ryby, stały w wodzie ponad kostki, moczyły spódnice i trzęsły się na 

lodowatym wietrze.

Maria nie mogła pojąć, że człowiek jest w stanie wytrzymać takie zimno. Ona 

sama   nie   musiała   tak   pracować,   bo   dobrowolnie   podjęła   się   doglądania   chorych   i 

przyrządzania posiłków dla wszystkich. Ponadto dziewczęta z jej baraku mogły liczyć na 

dodatkową opiekę, wieczorami zawsze miała dla nich gorącą cienką herbatkę. Ale zapasy 

gwałtownie się kurczyły, chociaż wiele ziół, które z sobą przywiozła, nadawało się do 

przyrządzania wzmacniających naparów.

Raz   zwróciła   się   do   niej   kobieta,   której   paskudnie   dokuczał   wrzód, 

umiejscowiony wysoko po wewnętrznej stronie uda. Gdy Maria delikatnie obmacywała 

gulę wielkości kurzego jaja, kobieta jęczała z bólu.

Maria nie zwracała na to uwagi, mówiła dalej, starając się, by jej głos brzmiał 

spokojnie i wesoło.

- Spróbujemy najpierw okładu. Masz jakieś kawałki płótna, których mogłabym 

użyć?

Więźniarka   dała   jej   brudne   gałgany,   prawdopodobnie   resztki   zniszczonego 

ubrania.

Maria przygotowała papkę z pięciornika gęsiego, perzu, żankielu zwyczajnego i 

background image

kory   oczaru.   Przyniosła   trochę   dziwnego   mchu   rosnącego   na   wyspie   i   nasączyła   go 

rzadką   masą.   Tak   przygotowany   okład   przyłożyła   do   wrzodu   i   umocowała   do   nogi 

kobiety i paska jej spódnicy.

- Właściwie powinnaś leżeć, ale to raczej będzie trudne - uśmiechnęła się Maria 

cierpko.

- No tak, wolałabym, żeby zarządca nie chciał sprawdzać, co mi dolega - odparła 

kobieta. Ulgę przyniosła jej sama świadomość, że otrzymała pomoc. W ostatnim czasie 

nie mogła już prawie chodzić ani nawet siedzieć. Wrzód cały czas się powiększał, doku-

czając we dnie i w nocy.

Okład nie okazał się skuteczny.

Następnego   ranka   Maria   zobaczyła,   jak   kobieta,   z   twarzą   ściągniętą   bólem   i 

zmęczeniem, kulejąc schodzi na brzeg.

- Dłużej tak być nie może - powiedziała do siebie i wyjęła nożyk, którym tak 

często   się   posługiwała   w   podobnych   przypadkach.   Większość   ludzi   bała   się   takiej 

ingerencji,   słusznie   zresztą,   w   rany   bowiem   często   wnikał   brud,   potrafiły   całymi 

tygodniami   paprać   się   i   krwawić;   czasami   ta   metoda   leczenia   powodowała   większe 

męczarnie niż sama choroba.

W tym przypadku jednak, zdaniem Marii, wszystko powinno pójść dobrze.

I podczas gdy kobieta z całych sił wczepiła się w ławę, Maria nacięła wrzód i 

wycisnęła pół filiżanki żółtoczerwonej cieczy.

A   kiedy   z   rany   popłynęła   już   tylko   świeża   krew,   zaszyła   ją   kawałeczkiem 

jedwabnych nici.

Kobieta   odczuła   taką   ulgę,   że   uśmiechała   się   pomimo   bolesnych   ukłuć   dość 

grubej igły.

Maria   zakończyła   zabieg,   polewając   ranę   gotowaną   wodą   z   wyciągiem   z 

przywrotnika, kokornaku powojnikowego i jałowca.

Musi zdobyć więcej ziół!

Nie minęło wiele czasu, a pacjentka zerwała się z ławy.

- Jeszcze trochę boli, ale już jest o wiele lepiej! Dziękuję! Jesteś prawdziwą...

Urwała,   rozumiejąc,   że   Maria   mogłaby   źle   przyjąć   określenie   „czarodziejka”. 

Więźniarki słyszały już co nieco o procesie, o nieprawdopodobnym zwrocie, jaki w nim 

background image

nastąpił.

I sama przecież doświadczyła, że Maria potrafi więcej niż inni!

Po   tym   zdarzeniu   niemal   każdego   dnia   któraś   z   więźniarek   zwracała   się   do 

jasnowłosej z prośbą o pomoc w dolegliwościach. Maria wstrząśnięta dowiadywała się, 

jakie cierpienia muszą znosić te ciężko pracujące nieszczęśnice.

Jedna z nich miała niegojące się rany na łydkach. Maria gorzko żałowała, że nie 

ma już arniki górskiej, dziurawca ani skrzypu. Jedynym środkiem, jaki mogła zdobyć, był 

pęk na wpół przegniłych pokrzyw, rosnących za chatą zarządcy. Tam zwykle opróżniał 

nocnik, dlatego też rozkrzewiły się w tym miejscu wyjątkowo bujnie.

- Przydałby się podbiał, babka zwyczajna albo lancetowata, ale niestety nic mi już 

nie zostało. Powiedz mi, czy próbowałaś okładać te rany soloną słoniną?

- Ha, soloną słoniną! Gdybym ją miała, na pewno nie przykładałabym jej do nóg!

- Może więc solona ryba podziała tak samo - doszła do wniosku Maria. Widziała 

przecież, jak paskudne rany zaczynają się goić pod wpływem słonych okładów.

- Auuu! Piecze jak czort... ale gdybym wydobrzała, to warto pocierpieć - jęknęła 

chora, obciągając spódnicę.

Inna więźniarka zgłosiła się z gorszymi dolegliwościami. Dużo czasu upłynęło, 

zanim wyjąkała wreszcie, z jaką sprawą przychodzi. Maria musiała zmobilizować całą 

swoją cierpliwość, gdy kobieta przez długi czas wzdychała tylko i użalała się nad ciężkim 

babskim losem i brutalnością mężczyzn. Maria domyśliła się, że musi chodzić o miejsce 

najbardziej intymne z możliwych.

Zaryzykowała.

- Może nie jesteś w stanie utrzymać moczu? Tamta popatrzyła na nią zaskoczona. 

Kolejny dowód na to, że jestem czarownicą, pomyślała Maria.

- Widzisz to po mnie?

-  Nie.   Ale   rozmawiałam   już  z   niejedną.   Nauczyłam   się   rozumieć   to,   o  czym 

niełatwo się mówi.

- Możesz mi pomóc?

- Nie wiem. To zależy. Czasami, jak piecze, może pomóc mącznica lekarska i 

brzoza brodawkowa - ta. Do naparu powinno się też dołożyć liści konwalii. Ale ona tu 

nie rośnie...

background image

- Nie piecze mnie - wyznała, odwracając twarz.

- Aha. Czy rodziłaś dzieci? Drgnęła przestraszona, prędko rozejrzała się dokoła. 

Maria dostrzegła łzę w kąciku jej oka.

- ... Nie... tak...

Maria czekała. Delikatnie położyła rękę na ramieniu cierpiącej.

- Byłam w ciąży... - szepnęła. - Ale Jensina... je także zabiła...

I kobieta, zanosząc się szlochem, opowiedziała historię mrożącą krew w żyłach 

Marii.

-   Oczywiście   zdarza   się,   że   któraś   zachodzi   w   ciążę.   Ale   to   nie   jest   miejsce 

odpowiednie dla noworodków. Jensina twierdzi że... że dziecko i tak by umarło. Nasze 

zmęczone ciała nie zdołają wydać ich na świat. I to zimno... ledwie same je znosimy. A i 

od   pracy   żadna   się   nie   wykręci.   Jensina   mówi...   że   powinnyśmy   się   cieszyć   z   jej 

osiągnięć.

- Osiągnięć?

- Siedzi tu za zabicie płodu, nie wiedziałaś?

- Nie. Sądziłam, że za takie przestępstwo czeka pewna śmierć.

- Ale nie Jensinę. Ona była żoną właściciela przystani, miała pieniądze, srebro. Na 

pewno się wykupiła. I przekupiła  świadków, tylko  jedna zeznawała  przeciwko niej  i 

opowiadała o jej podłości. I skazano ją na śmierć za to, że chciała pozbawić życia swoje 

dziecko.

Maria z trudem przełknęła ślinę.

Ach, te nieszczęsne kobiety!

Bezlitosne społeczeństwo!

Sami księża wszak grzmieli o grzechu i hańbie, którą okrywa się niezamężna 

matka.  Okrutnie odsądzane od czci i wiary kobiety,  wiedzione  rozpaczą, stawały się 

współwinnymi kolejnego grzechu: poświęcały własne, nie narodzone jeszcze dziecko.

- Mój Boże, jak może dalej prowadzić swą czartowską działalność?

- Jej wolno. Tutaj leży to także w interesie władz... W każdym razie nikt nic nie 

mówi. A przecież sam zarządca musi zdawać sobie sprawę, że tak częste odwiedziny 

mężczyzn powinny przynieść więcej dzieci.

- Musimy zebrać kobiety, powstrzymać tę straszną praktykę. Możliwe, że ja mam 

background image

lepsze środki... Ale najpierw twój kłopot. Czy pozwolisz mi się zbadać?

Chora kiwnęła głową, otarła łzy. Wyraźną ulgę sprawił jej fakt, że mogła wreszcie 

opowiedzieć o swej udręce i w dodatku spotkała się ze zrozumieniem.

Maria   z   największą   delikatnością   zbadała   nieszczęsną.   Było   tak,   jak   się 

spodziewała. Uszkodzenia wyglądały naprawdę strasznie, rany zagoiły się i pozrastały 

całkiem przypadkowo, tworząc nierówne blizny.

Jakim   właściwie   narzędziem   posługiwała   się   ta   rzeźniczka?   zastanawiała   się 

Maria, przeklinając wszystkich zbrodniarzy kaleczących ludzkie ciała i dusze.

Kobieta   najprawdopodobniej   będzie   musiała   męczyć   się   do   końca   życia.   Co 

gorsza, wyglądało na to, że raczej nie urodzi już dzieci.

Być   może   nawet   zajdzie   w   ciążę,   lecz   zniszczone   organy   nie   będą   w   stanie 

donosić płodu.

Maria   jak   najoględniej   starała   się   przekazać   złe   wieści   pacjentce,   ale   z   oczu 

płynęły jej łzy.

Kobieta jednak nie pokazała po sobie żadnych reakcji.

- To chyba odpowiednia kara dla tej, która zabiła swoje dziecko.

Maria nabrała powietrza w płuca.

- Ty nie zabiłaś. To Jensinę należy obarczyć winą, jeśli już w ogóle chce się 

szukać winnych. A raczej cały świat, świat mężczyzn, który z ubogich kobiet czyni coś 

pośredniego między rozpłodową krową a niewolnikiem!

Swoją tyradą zaimponowała pacjentce, w której oczach po raz pierwszy zapaliły 

się ogniki buntu.

- To prawda, Mario. Ale uważaj na swój język! Niebezpiecznie jest tak mówić, 

zwłaszcza przy tych, którzy mają przewagę. W dodatku w Biblii napisano chyba, że...

- Jeśli nikt nie będzie głośno o tym mówił, wszystko pozostanie tak jak teraz - 

cicho przerwała jej Maria.

Kobieta wyszła od niej z podniesioną głową, chociaż na swe dolegliwości nie 

dostała nawet maści na pociechę.

Dopiero później Maria uświadomiła sobie, że nie zna nawet imienia tej siostry, 

której ciała i duszy dotykała tak intymnie.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nadszedł   najgorszy   okres   pierwszej   zimy   Marii   w   obozie.   Tuż   przed   Bożym 

Narodzeniem zmarły trzy kobiety z baraku Jensiny. Nikt, poza zarządcą, nie rachował już 

dni, zlewały się w jedną długą noc, trudno było mówić o jakimkolwiek dziennym świetle. 

Ludzie poruszali się coraz wolniej, ręce i nogi drętwiały, zimno na wyścigi z głodem 

szarpało   wnętrzności.   Trzy   owce   zarżnięto   i   prawie   już   zjedzono.   Kobiety,   chcąc 

zaspokoić ssanie w żołądku, żuły kawałki solonej ryby, pobudzając tym samym trudne do 

zaspokojenia pragnienie. Studnię na wyspie przykryto i pilnie strzeżono, jakby tryskało w 

niej samo źródło życia. Dawała wodę do picia, lecz obawiano się czerpać z niej za dużo.

Tego  dnia   w   pełni   zimy  budząca  współczucie  gromada  wyprostowała  plecy  i 

zapatrzyła się w morze. Szlakiem płynęły akurat trzy większe kutry. Wkrótce miały się 

rozpocząć połowy na Lofotach. Mężczyźni z całego wybrzeża brali kurs na owe rajskie 

łowiska, gdzie tłuste, żwawe dorsze łapały się w sieci i na liny z haczykami. Niektórzy 

powracali do domów z wielkim ładunkiem wątroby, tranu, ikry i towarów na handel, inni 

spoczęli na wieki w zimnym grobie fal, pozostawiając po sobie jedynie żal i biedę.

Tu   toczyła   się   gra   o   życie   i   śmierć,   dla   mieszkańców   Północy   nastała 

najważniejsza   pora  roku.   Jak  rolnik   musiał   zawierzyć   słońcu  i   deszczowi,   tak   rybak 

pozostawał całkowicie zależny od humorów morza. Bogactwo i nędza przepychały się 

jak dorsze na łowiskach, niekiedy zdawało się, że to ślepy los decyduje o tym, co komu 

przypadnie.

Kobiety szykowały się na przyjęcie powracających łodzi. Wielkie kamienne kręgi 

nad brzegiem należało wypełnić drewnem. Nad ogniem zawieszano olbrzymie kotły, na 

wyspę przywożono nowe beczki na błyszczący tran. Czekało płukanie i czyszczenie ikry, 

która przed transportem do Bergen miała jeszcze być solona bądź też wędzona. Kobiety 

musiały też przygotować swoje nędzne drobne produkty, które zbierał zarządca i w ich 

imieniu sprzedawał, pobierając odpowiednio wysoką prowizję.

-   Przeklęty   Irgens   -   syczała   Jensina,   oskarżając   go,   kiedy   jej   nie   słyszał,   o 

kradzież i oszustwo.

Ale   wciąż   pozostawało   jeszcze   kilka   miesięcy,   zanim   ujrzą   cumujące   statki   i 

spuszczane z nich płaskodenne łodzie, kierujące się do brzegu wyspy kobiet.

background image

W baraku Marii, zwanym teraz Domem Marii, więźniarki swobodnie rozmawiały 

o dorocznych odwiedzinach rybaków i rozmaitych włóczęgów. Obóz kobiecy był stałym 

celem podróży tych, którzy po zakończeniu połowów na Lofotach mogli wrócić jedynie 

do wyziębionej pustej chałupy albo na twardą drewnianą ławę w izbie parobków. Syno-

wie   biedaków   topili   swoje   krzywdy   w   kieliszku   marnej   gorzałki   wśród   uścisków 

opłaconych ramion. Części mężczyzn powodziło się lepiej, lecz i oni nie widzieli nic 

upokarzającego w konieczności płacenia za smak kobiety. Maria po zimie spędzonej na 

wyspie zrozumiała wreszcie więźniarki, które się sprzedawały.

To,   co   otrzymywały   od   mężczyzn,   mogło   okazać  się   decydujące   w   kwestii 

przeżycia,  zwłaszcza gdy pod koniec zimy kończyły  się zapasy zarządcy.  A czasami 

wśród ryb trafiał na język smak pociechy, odrobina masła albo grudka cukru. I kto by 

przypuścił,   że   znajdzie   się   dziewczyna,   która   w   znoju   szarej   codzienności   zapragnie 

pachnącego   różą   mydełka   czy   kolorowej   lnianej   wstążki   do   włosów?   A   przecież   w 

każdym niemal worku pod sufitem znajdowały się takie właśnie skarby.

Marię ogromnie to dziwiło, zwłaszcza że prawie żadna z kobiet nie mogła liczyć 

na powrót do domu, do ukochanego z lat młodości. Te, którym udawało się wydostać z 

wyspy, i tak nigdy nie zdołały uciec przed wstydem. Wiele z nich wyruszało do niezna-

nych miejsc, lecz przeważnie padały ofiarą głodu. Albo znów wracały do obozu ukarane 

za włóczęgostwo.

Ale te, które umierają, przynajmniej odchodzą wolne, pocieszała się Maria.

Wiele   się   nauczyła   w   ciągu   ostatnich   miesięcy,   lecz   przede   wszystkim 

uświadomiła   sobie,   jakim   darem   jest   wolność.   Mogła   znieść   głód,   nędzę,   kary   i 

cierpienie, to zdarzało się wszędzie, los nikogo nie oszczędzał. Lecz wolność, swoboda, 

możliwość   pójścia   tam,   dokąd   się   pragnie,   rozmowy   z   tym,   z   kim   się   chce,   chwila 

samotności! Tego brakowało jej najbardziej.

O Randarze i dzieciach rzadko ośmielała się myśleć. Ból byłby w stanie ją zabić, 

a i tak czaił się co dnia pod powierzchnią serca niby złośliwy wodnik. Przestała już sobie 

wyobrażać, jak wygląda maleńka, nie myślała o tym, że nie dane jej będzie widzieć, jak 

Sunniva z dziewczynki zmienia się w kobietę. A Randar...

Na szczęście, kiedy kładła się wieczorem, ciało miała tak zmęczone, że prawie 

nigdy   nie   dręczyło   jej   gorzkimi   ukłuciami   tęsknoty.   Randar   nie   należał   już   do   tego 

background image

świata. On dla niej umarł, musiała go odepchnąć, musiała powstrzymać smutek, zanim 

zdusi w niej wolę życia, której nie zdołał dotąd złamać głód ani fizyczny ból.

Liczył się tylko dzień dzisiejszy.

Jedna godzina, jedna krótka sekunda.

Musi traktować życie jak długą drogę; idąc po niej, z każdym krokiem zbliża się 

do  wolności.   Może  gdzieś  tam  czeka  ją śmierć,   lecz  maleńkie  światełko   nadziei   nie 

przestawało płonąć: przecież mimo wszystko cuda się zdarzają! A w oczekiwaniu, aż jej 

osobisty cud nastąpi, mogła w obozie rybackim wieść życie nie tak znów całkowicie 

pozbawione sensu.

Była tu potrzebna.

Wiedziała, że już zdołała uczynić szarą codzienność łatwiejszą do zniesienia dla 

współtowarzyszek niedoli.

Sama także coraz częściej się uśmiechała. Wśród czarnej okropności bytowania 

kobiety wykształciły w sobie szczególne poczucie humoru, które przemawiało do Marii. 

Nie było rzeczy, z której nie umiałyby zażartować, nawet głód szarpiący trzewia rozpły-

wał się w śmiechu, kiedy Sylvia nad kotłem polewki na rybich ościach, posypanej lekko 

brunatną mączką z wodorostów, naśladowała kucharkę ze dworu:

-   Czy   zechce   pani   teraz   spróbować   sosu   śmietanowego?   Może   dodać   jeszcze 

jedno żółtko? I odrobinę cukru?

Śmiały się, co prawda nie bez goryczy, z min Sylvii, a ona głośno klepała się po 

brzuchu, na próżno starając się wyglądać na pańską kucharkę o obfitych kształtach.

Maria   wsypała   do   garnka   kilka   szczypt   tymianku   z   pieprzem,   o   słodka 

rozrzutności!   Jedząc   zupę   opowiadały   sobie   o   świątecznych   smakołykach   i   wielkich 

ucztach, w których wszystkie kiedyś uczestniczyły.

Niekiedy śmiech hulał wśród dziurawych ścian, innym razem znów przygnębienie 

przyciskało je do ziemi tak, że w niektóre ranki wolałyby w ogóle już nie wstawać i tylko 

czekać na śmierć z zimna.

Maria tak często jak tylko się dało chodziła do jaskini. Nie mogła się nadziwić, że 

chora Rakel wciąż trzyma się życia.

Owszem, jej napary potrafiły działać skutecznie i kojąco, Maria jednak umiała 

myśleć trzeźwo i wiedziała, że nie tylko za ich sprawą poważna choroba napotykała tak 

background image

potężny opór. W Rakel musiała tkwić niezwykła wprost wola życia. A może to Turid 

dodawała jej otuchy?

A przecież można by przypuścić, że dość ma swoich kłopotów. Każdego dnia, 

rozdarta między dwoma światami, musiała jeszcze opiekować się córeczką.

Marii   udało   się   przemycić   trzem   mieszkankom   jaskini   trochę   dodatkowej 

żywności, one walczyły przecież z przeciągami i mrozem, od których kobiety w barakach 

były lepiej chronione.

Niekiedy Turid sprawiała wrażenie, że przebywa gdzieś przerażająco daleko. W 

inne dni mogły rozmawiać o najbardziej codziennych sprawach i o marzeniach.

Malutka  nabrała   zaufania   do Marii,  często,  gdy  ta  przynosiła  jedzenie  i  opal, 

siadała jej na kolanach.

A kiedy dostała parę grubych filcowych skarpet i wsunęła w nie stopy, serdeczny 

uśmiech rozjaśnił wynędzniałą buzię.

- Dziękuję - powiedziała i było to pierwsze słowo, jakie Maria usłyszała od tego 

dziecka.

Turid przyglądała się im, na jej ustach pojawił się uśmiech.

- Kristino, zabierzemy Marię, kiedy tatuś po nas przyjedzie? Poprosimy go, żeby 

uratował także Marię?

Dziewczynka poważnie skinęła głową.

- Może tak się stanie - szepnęła Turid z tajemniczą miną, a Maria odwróciła się, 

by nie patrzeć na jej twarz.

- Powinnam już iść - powiedziała łagodnie. - Połóżcie się i starajcie grzać się 

nawzajem jak tylko się da. I, Turid... nie myśl o mnie.

Turid nie przestawała się uśmiechać.

- Zaraz pójdę spać, ale najpierw muszę jeszcze iść na głazy. Niebo wciąż jest 

jasne. Pomyśleć tylko, że on przypłynie  dziś wieczorem, a mnie nie będzie, żeby go 

powitać!

Maria westchnęła cicho, zrozumiała, że na nic się nie zdadzą jakiekolwiek próby 

przemówienia jej do rozsądku.

Ciężkim krokiem wracała do domu.

Kiedy   Rakel   umrze...   Straszne,   że   takie   myśli   przychodzą   jej   do   głowy.   Bez 

background image

względu jednak na wszystko, kiedy Rakel umrze, Turid wraz z dzieckiem trzeba zabrać 

do obozu, to pewne. Każdy by zwariował, gdyby mieszkał w skalnej grocie, mając przy 

sobie tylko dziecko i śmiertelnie chorą kobietę!

Stało się tak, jak przewidziała Maria. Kilka dni później zastała Turid obmywającą 

martwe ciało Rakel. Ułożyła ją na noszach ze zniszczonego koca i kilku wygładzonych 

żerdziMaria zorientowała się, że Turid ukradła kije z suszarni, lecz powstrzymała się od 

komentarza.

Zarządca nakazał zatopić zwłoki w morzu, nie mogli wszak przewieźć zarażonego 

ciała ani na Trupią Wyspę, ani do wsi. Trzej mężczyźni wyprawili się więc wczesnym 

rankiem i drżąc ze strachu pozbyli się ciężaru w miejscu, gdzie, jak wiedzieli, nikt nie 

będzie łowić ryb.

Turid była milcząca i daleka.

Maria   powiedziała   jej,   że   ma   dołączyć   do   innych,   ona   wszak   nie   jest   chora! 

Dziecko także, zrozumieją to, kiedy same się przekonają, że oddycha normalnie, bez 

kaszlu.

-   Ja   muszę   tu   zostać   -   odparła   kobieta;   oczy   miała   wciąż   zapatrzone   w 

niespokojne   morze.   Na   horyzoncie   zanosiły   się   krzykiem   jakieś   ptaki,   widać   i   one 

walczyły o pożywienie.

- Co ty mówisz?

- Muszę zostać - powtórzyła Turid niemal z irytacją w głosie.

Marię także ogarnął gniew.

- Ale ja przekupiłam Simonussena, prosiłam i błagałam... a ty wolisz żyć tutaj w 

samotności i jeszcze gorszej nędzy niż ta, z którą my tam walczymy?

- Zostanę tutaj - powtórzyła Turid z oślim uporem. Ale jej głos porwał wiatr, 

kiedy dodała: - On może mnie tam nie znaleźć, tyle tam innych kobiet...

Maria się poddała.

Czuła jednak, że źle robi, opuszczając maleńką Kristinę i zostawiając ją samą z 

najwyraźniej chorą na umyśle matką.

Mała Kristina przyszła do nich pewnej nocy, ledwie któraś usłyszała pukanie do 

drzwi. Otworzyła jej zaspana Katja, nie bardzo wiedząc, czy w zimowych ciemnościach 

porusza się zwierzę, czy człowiek.

background image

Księżyc stał wysoko na niebie, jego blask kładł się na morzu niczym kolumna, 

spowijając buzię dziecka niebieskawą poświatą.

- Ma - a - ria! - zapłakała dziewczynka. Była przemoczona i zziębnięta, usta jej 

drżały,  a jasne włosy w strąkach opadały na ramiona. Katja wciągnęła ją do środka, 

zbudziła Marię.

- Dziecko jest tutaj, coś musiało się stać! Maria, niepewna, czy mała w ogóle 

umie mówić, wzięła ją na kolana i owinęła mokre ciałko własnym ogrzanym kocem.

- Mama pojechała... do taty... do Adriana... na morze. Z - z - z - zimno!

Drżący tłumoczek poruszył w duszy Marii struny, których dźwięk postanowiła raz 

na zawsze w sobie zagłuszyć.

Wiedziała jednak, że nic na to nie poradzi.

Znów została matką.

Następnego dnia znaleźli Turid unoszącą się na wodzie przy brzegu. Zamarzła, 

jedną rękę poszarpała o skały, ale nie czuła już bólu, wszelka tęsknota minęła, a jej oczy 

spoglądały teraz normalniej niż za życia.

Odnalazła spokój. I Bóg jeden wie, czy w tym innym świecie nie odnalazła też 

swej miłości, zastanawiała się Maria, gdy przewozili zwłoki.

Małej Kristinie powiedziała w każdym razie, że mama wybrała się do ciepłego, 

spokojnego miejsca, gdzie nikt nie bywa głodny i nie cierpi. Tam będzie czekać na swą 

córeczkę,   ale  najpierw  musi   ona  przeżyć   dni,  które   Bóg  zapisał   jej   w  swej  księdze. 

Kristinie podobały się te historie, Maria stale musiała wymyślać nowe szczegóły o życiu 

w odległej krainie.

- Czy tam są anioły? Mama opowiadała o aniołach. Mają takie włosy jak tatuś, 

złociste, ze ślicznymi lokami. Mają też białe skrzydła, ale tatuś ich nie ma. On ma kurtkę 

ze srebrnymi guzikami i umie śpiewać piosenki w języku, którego my nie znamy....

Maria   pozwalała   dziecku   fantazjować,   Kristina   na   pewno   także   potrzebowała 

czegoś pięknego, co mogłoby odwrócić jej myśli od brutalnej rzeczywistości życia.

- Tak, myślę, że są tam aniołowie. I jedzenie, mnóstwo jedzenia. Mama na pewno 

siedzi teraz i zajada maślane placuszki, i żałuje, że nie może ci posłać ani kawałeczka...

- Co to są maślane placuszki? - spytało dziecko, szeroko otwierając oczy.

Maria   musiała   opanować   ściskanie   w   gardle.   Ileż   wspaniałości   ominęło   tę 

background image

dziewczynkę!   Kristina   miała   raczej   pięć,   sześć   lat   niż   dwa   albo   trzy,   to   jej   kruche, 

niedożywione ciałko sprawiło, że Maria źle obliczyła wiek małej.

- Maślane placuszki to coś bardzo pysznego i miękkiego do jedzenia - odparła 

Maria. - Któregoś dnia dowiesz się, jak smakują, obiecuję!

- Kiedy tatuś wróci - szepnęło dziecko i przeraziło Marię, spoglądając jakby w 

głąb siebie, podobnie jak niekiedy czyniła to jego matka.

- Nie myśl o tym za dużo - prędko powiedziała Maria i pospiesznie zaczęła mówić 

o czym innym.

Kristina w ciągu dnia nie odstępowała jej nawet na chwilę, a nocą spała razem z 

nią. Chudziutkie ciałko nabierało sił. Choć jedzenie u kobiet było równie ubogie jak to, 

którym karmiła ją matka, być może więź, jaka wytworzyła się między mieszkankami ba-

raku, śmiech i ciepło, pomogły dziecku. Włosy małej zaczęły bardziej błyszczeć i urosły 

już na tyle, że dały się splatać w cienkie warkoczyki, zwisające na plecach. W oczach 

zapłonęło więcej życia, rzadko zastawały ją siedzącą i wpatrującą się w nicość. Dzielnie 

spisywała się w pracy,  nosiła drewno do paleniska i czyściła ryby jak doświadczona 

podkuchenna.   Jeśli   miała   trochę   wolnego   czasu,   chodziła   na   brzeg   w   poszukiwaniu 

przyniesionych przez morze rzeczy, które jeszcze mogły się przydać.

Zdarzało się, że jakiś statek tonął, czy to w pobliżu wyspy, czy gdzieś dalej na 

morzu. Pozostałości wraku fale wyrzucały na ląd, czasami też trafiały się resztki ładunku. 

Kiedyś kobiety znalazły dziwne twarde owoce, a raz przypłynęły całe skrzynie.

Wtedy   jednak   wybuchła   wielka   awantura.   Zaraz   zjawił   się   zarządca   i   zabrał 

wszystko.

- Głupie baby! - prychnęła Sylvia. - Gdybyśmy się nie kłóciły i podzieliły po 

równo, nic by nie wpadło w szpony tego chytrego łajdaka.

- Są wśród nas takie, które korzystają na tym, że on się dowie - z nieoczekiwaną 

śmiałością zauważyła Katja.

I kłótnia rozpoczęła się na nowo.

Ale dziewczynka wyciągnęła wnioski z tego zdarzenia i od tej pory wykradała się 

na   brzeg,   kiedy   nikt   inny   nie   miał   czasu   na   poszukiwania.   Na   razie   nie   mogła   się 

poszczycić   wielkimi   osiągnięciami,   lecz   w   grocie   na   krańcu   wyspy   leżały   bardzo 

interesujące rzeczy, o których wiedziała tylko ona. Były tam trzy nieduże błyszczące 

background image

pojemniczki z ciasno zatkniętymi korkami. Powąchała ciecz znajdującą się w jednym, ale 

skrzywiwszy nosek, prędko zamknęła słoiczek. Miała też kilka wystrzępionych mokrych 

książek,   wielki   męski   but,   kawałek   rzeźbionej   stołowej   nogi,   parę   szmatek 

przyczepionych do spróchniałej deski.

Najpiękniejszy ze wszystkiego jednak był okrągły, lśniący kamień księżycowy.

Kristina nigdy nie słyszała o takim cudownym kamieniu! Można było przez niego 

patrzeć, a kiedy podnosiła go do światła, w zielonej gładkiej powierzchni ukazywały się 

iskry. Z kuli wystawało kilka ostrych haków, o jeden nawet skaleczyła palec, zanim się 

zorientowała, jak bardzo są kłujące.

Niebezpieczny skarb!

Tajemniczy skarb.

Będzie co pokazać tatusiowi!

Ale   za   każdym   razem,   gdy   siedząc   na   przybrzeżnym   głazie   zatapiała   się   w 

myślach, przychodziła któraś z kobiet i przywoływała ją do rzeczywistości. Jakby nie 

wolno jej było snuć tych przyjemnych marzeń! Niedobre kobiety, w każdym razie od 

czasu do czasu niedobre.

Wszystkie, oprócz Marii.

Maria miała błękitne, bardzo błękitne oczy - takie, w których można się przejrzeć! 

I lubiła się bawić. Umiała rzucać kamienie na patyk położony na piasku albo rysować na 

ziemi kwadraty i skakać między nimi, nie następując na linie. Dziecko ledwie mogło 

uwierzyć, że dorosły człowiek może wymyślić coś tak cudownie nieprzydatnego.

- Mam w domu dwie córeczki - wyznała Maria któregoś wieczoru, a ponieważ 

Kristina dostrzegła łzy, kręcące się w oczach przyjaciółki, nie śmiała nigdy więcej o tym 

wspominać.

Zarządca Simonussen przeżywał ostatnio przyjemne dni. Praca posuwała się tak 

jak powinna, czterej strażnicy zgłaszali się z nielicznymi problemami, a czasem nie było 

ich w ogóle. Kobiety zajmowały się swoimi sprawami, silniejsze i zdrowsze niż kie-

dykolwiek. Widać Maria musiała użyć czegoś więcej niż tylko ziołowych maści!

Simonussen   niechętnie   przyznawał,   że   ta   kobieta   mu   zaimponowała,   i   jego 

zainteresowanie Marią stale wzrastało.

Akurat teraz w podkasanej spódnicy biegła na wyścigi z dziewczynką. Skakały po 

background image

śliskich kamieniach i zmrożonej ziemi, wołały coś do siebie, zajęte wesołymi zawodami.

Nawet Jensina miała  kłopoty z utrzymaniem  powagi. Zakładała  właśnie  nowe 

obręcze na stare beczki na tran, na wyspie oczywiście nie było żadnego bednarza i jej 

mieszkańcy musieli sobie radzić jak potrafili. Kobiety stawały się cieślami, bednarzami, 

garbarzami i kucharzami warzącymi olej.

Białe   łydki   Marii   błyskały   spod   spódnicy,   wyglądały   na   zmarznięte,   chociaż 

marcowy dzień był jednym z cieplejszych. Zima dobiegała już końca. Wkrótce łodzie 

powrócą do domu, a wyspa przebudzi się do życia i długich pracowitych dni. Cieszyły się 

na to wszystkie więźniarki, które liczyły na odrobinę hojności ze strony mężczyzn.

Na pewno nie należy do nich Maria, tego Simonussen był pewien. Widać nie jest 

z tego rodzaju, zimna jak zdechła ryba, raz po raz odrzucała jego zaloty.

Oczywiście mógł bez trudu powalić ją na ziemię, zedrzeć z niej suknie i posiąść 

na miejscu. To jednak nie wydawało mu się słuszne. Maria była niczym rzadki okaz, jak 

francuski koniak, który nie powinien trafić w gardło zapijaczonego rybaka.

Nią trzeba się rozkoszować.

A to znaczy, że musi przyjść do niego dobrowolnie. Nawet jeśli nie z ochotą, to 

przynajmniej w jasnym, określonym celu. Pragnął ujrzeć, jak sama rozsznurowuje poły 

stanika, odsłaniając jego oczom roztańczone piersi... Naprawdę nie ma nic, czym mógłby 

ją skusić albo jej zagrozić?

Podziękowała   za   wódkę   i   masło.   Nie   chciała   się   przenieść   do   ciepłej   chaty. 

Odmawiała przyjęcia kawałka pięknego materiału i tylko wydymała usta na widok kawy, 

którą z początku próbował jej zaimponować.

Simonussen wiedział, że jest przywiązana do cichej, nieśmiałej Katji, lecz nie 

sądził, aby przy pomocy tej dziewczyny zdołał wymusić na Marii uległość. Katja nie 

miała nic, co mógłby jej odebrać, a rzeczy Marii nie śmiał tknąć, powszechnie wiadomo 

przecież,  że czarownice  potrafią  straszliwie ukarać tego, kto ruszy ich niebezpieczne 

zbiory.

Nie, najwyraźniej nic nie zdoła zwabić Marii do jego łóżka.

Simonussen usiadł przy oknie, odchylił jedną okiennicę. Przez rozpiętą suszoną 

błonę z pęcherza halibuta widział mgliste postacie pracujące na brzegu. Jedną z nich była 

Maria, sam nie bardzo umiał wyjaśnić, w jaki sposób z taką łatwością odróżnia ją w 

background image

gromadzie szaro i brunatno ubranych kobiet. Może dlatego, że zawsze kręcił się przy niej 

ten mały kłębek, jak odnóżka mocnej rośliny.

Kristina, takie imię, zdaje się, nosi dziewczynka.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie sprawi tyle kłopotu co jej matka. Przyszła na 

świat jedynie przez jej upór, przez owo niepojęte marzenie o bogatym panu, który kiedyś 

po nią przyjedzie. A przecież Kristina najprawdopodobniej była rezultatem przesyconego 

odorem piwa i potu żałosnego spotkania z jakimś zabłąkanym synem rybaka.

Jensina niewiele mówiła, sam jednak na tyle rozumiał tajemniczy świat kobiet, by 

pojmować, że to za jej sprawą tak rzadko na wyspie rodzą się dzieci.

Samotne dziecko.

Simonussen stwierdził to z chłodną obojętnością, w jego świecie nie było miejsca 

na dziecięce łzy.

Przypuszczał   jednak,   że   ze   wszystkich   kobiet   Maria   ma   do   nich   największą 

słabość.

To nasunęło mu pewien pomysł.

background image

ROZDZIAŁ X

Dni   przed   powrotem   łodzi   do   domu   zawsze   były   pełne   napięcia,   i   dla   żon 

rybaków, i dla handlarzy. Również na Skjaervaer, gdy zaczęły wiać łagodniejsze wiatry i 

wiadomo już było, że tegoroczne połowy na Lofotach dobiegają końca, ludzi ogarnął 

nerwowy nastrój.

Czy   wszyscy   wrócą   do   domu   w   dobrym   zdrowiu?   Czy   połowy   okażą   się 

pomyślne i na jakiś czas zapewnią dochód? Jakie nowiny przywiozą rybacy z północnych 

krain,   czego   dowiedzieli   się   w   rozmowach   z   mieszkańcami   nadmorskich   wiosek   i   z 

zagranicy?

Kobiety z obozów rybackich wzdłuż wybrzeża czekały już w każdym razie w 

gotowości. Stanowiły tanią siłę roboczą i wiele statków kierowało się ku ich przystaniom, 

by oprawiły te ryby, które rybacy zamierzali zabrać do domu. Większość złowionych 

dorszy sprzedawano jeszcze na północy, lecz część najlepszych ryb ładowano na pokłady 

kutrów i mniejszych łodzi. Rybacy przeważnie zabierali też beczki z wątrobą i ikrą. Nikt 

nie umiał ugotować tak dobrego tranu jak kobiety na Skjaervaer! A już na pewno tak 

tanio...   I,   korzystając   z   okazji,   że   nie   trzeba   samemu   pracować,   można   odpocząć   u 

zarządcy albo w innym miejscu, z kobietą.

Maria usiłowała porozmawiać z Jensiną o jej budzącej odrazę praktyce. Czy nie 

słuszniej, aby kobiety raczej wystrzegały się ciąży? Jensina prychnęła ze złością.

- A co ty o tym wiesz? Żadna nie potrafi zapobiec temu, by mężczyźni zasiewali 

w nas swoje ziarno, kiedy już do tego dojdzie. Za to jedna z nas umie przynajmniej 

pomóc kobiecie i uwolnić ją od wstydu, który ciągnąłby się za nią przez całe życie.

- Być może ja potrafię temu zaradzić, Jensino. Chyba żadna nie dopuszcza do 

siebie z lekkim sercem ciebie i twoich przerażających narzędzi?

-   Trochę   narzekają   i   beczą,   ale   i   tak   przychodzą   na   klęczkach   -   zarechotała 

Jensina.

Maria szczerze  liczyła  na to, że na jej twarzy wyraźnie widać pogardę, którą 

odczuwała.

- Musisz zaprzestać tej zbrodniczej praktyki, Jensino. Inaczej może być z tobą źle. 

Wciąż mam pewne kontakty...

background image

Jensina przerwała jej drwiącym śmiechem.

- Kontakty? Ha! Dobra jesteś, przychodzisz i grozisz, że potrafisz zmienić świat! 

Ale   ja   wiem,   coś   ty   za   jedna,   i   nie   jest   wcale   pewne,   że   wielcy   panowie   chętniej 

wysłuchają dziwki i ladacznicy niż nieszczęsnej kobiety, która przyczyniła się jedynie do 

powiększenia grona aniołków!

Mało brakowało, a Maria rzuciłaby się na bezczelną rozmówczynię z pięściami, w 

porę jednak zapanowała nad sobą i odwróciła się na pięcie.

- Przekonasz się kiedyś, że to, czym się zajmujesz, nie leży w interesie kobiet. 

Pewnego dnia zostaniesz sama.

Jensina roześmiała się jeszcze głośniej, ale jej śmiech rozpłynął się w wyraźnej 

niepewności.

Zarządca,   nastawiając   uszu,   obserwował   kłótnię   więźniarek   ze   swego   miejsca 

przy oknie. Do diabła, wygląda na to, że Maria ma haka nawet na Jensinę! Niezwykła 

kobieta. Jest tu zaledwie od kilku miesięcy, a już wiele więźniarek prawie nie pamiętało, 

jak było przed jej przybyciem.

Coraz częściej kobiety przychodziły do niego prosić o zgodę na przeniesienie się 

do Domu Marii. Jej barak całkiem się zapełnił, nie dało się znaleźć ani jednego miejsca 

do spania.

U Jensiny natomiast zrobiło się przestronniej, zostało osiem kobiet, no i dwie 

nowo przybyłe.

Simonussen uznał tę zimę za udaną. Zmarły trzy kobiety, to wcale niedużo. No i 

dwie chore, ale je spisał w swoich księgach na straty już zeszłego roku. Biorąc jednak 

pod uwagę, że w ciągu roku przybyło pięć nowych więźniarek, rachunek wypadał więcej 

niż pomyślnie.

Simonussen żądał zapłaty za swoją pracę na podstawie liczby więźniarek, nad 

którymi sprawował dozór. Im więcej zresztą rąk mógł zatrudnić do pracy, tym większe 

przynosiły zyski dla obozu. Kobiety dostawały swoją symboliczną zapłatę, nędzne gro-

sze, a talary trafiały do kiesy Simonussena.

Jeszcze tylko parę lat na tej przeklętej posadzie, a uzbiera dość, żeby kupić własną 

zagrodę.

Będzie położona tak daleko od morza, że zapach soli nigdy nie zakręci mu w 

background image

nosie!

Pokaże tym wywyższającym się draniom w domu, którzy zniszczyli jego karierę i 

zmusili do przyjęcia pracy na tej zapomnianej przez Boga wyspie!

Na pewno jest dość oficerów z plamą na honorze, którzy go tu zastąpią.

Ach, gdyby tak mógł zabrać ze sobą Marię!

Nie jest słabeuszem ani wrażliwym gołowąsem. Nie boi się wziąć czarownicy! 

Kobiety w końcu zawsze pozwalają sobą rządzić, byle tylko znaleźć odpowiedni sposób. 

Trzeba nauczyć je szacunku, pokazać, gdzie ich miejsce.

A co do tego, gdzie jest miejsce Marii, nie miał żadnych wątpliwości.

Tutaj, na jego zapadniętym materacu.

Zdawał sobie jednak sprawę, że nie zabierze jej na swoje przyszłe gospodarstwo. 

To się nie uda; nawet tak oddany swej służbie człowiek jak on nie uzyska zgody króla na 

ułaskawienie skazanej na dożywocie więźniarki. Zesłano ją na tę wyspę, żeby pozbyć się 

problemu. I ułaskawienie nie wchodzi w grę, tyle Simonussen wiedział na pewno, chyba 

że po jakichś dwudziestu, może trzydziestu latach. Ale wtedy zapewne ani jego, ani Marii 

nie   będzie   już   na   powierzchni   ziemi.   W   dodatku   kobiety   tak   prędko   robią   się 

pomarszczone i stare, mało pociągające.

Musi zadowolić się chwilami uciechy tu, na wyspie, wykorzystać czas do dnia, 

gdy do brzegu przybije statek z jego następcą.

Lepiej   ściągnąć   ją   do   domu,   zanim   przypłyną   rybacy,   żeby   przypadkiem   nie 

przyszło jej do głowy ofiarować swego miodu innym.

Usiadł wygodniej, przesunął palcami po uszku metalowego kubka. Było wygięte 

jak kobiece biodro, lecz w dotyku znacznie twardsze i chłodniejsze.

Potraktuję ją dobrze, powtarzał sobie w myśli. A jeśli ona zrozumie, co dla niej 

najlepsze, czekają ją tu, na wyspie, jasne, przyjemne dni.

Posłał jednego ze strażników z wiadomością dla Marii.

Maria, przemierzając niewielką odległość dzielącą równinę od chaty, nie mogła 

opędzić się od złych przeczuć. Czego on znów może chcieć? Dawno już dała mu wyciągi 

z ziół potrzebne do przyrządzenia aromatycznej wódki, pozwolił jej nawet spróbować 

drogocennego napitku. Nie o to więc musiało chodzić.

Lękała się sposobu, w jaki patrzył na nią zarządca za każdym razem, gdy znalazła 

background image

się w pobliżu. Ostatnio zaś miała wrażenie, że lodowate szpony zaciskają się jej na sercu, 

i   instynktownie   mocniej   przygarniała   do   siebie   Kristinę.   Za   spojrzeniem   jego 

przymrużonych oczu kryło się zło. Nigdy nie wspomniała o tym dziecku, ale Kristina 

sama zaczęła chować buzię w fałdach ciężkiego fartucha Marii, gdy tylko widziała, że 

zarządca się zbliża.

Pod   drzwiami   chaty   Maria   wzięła   się   w   garść,   wciągnęła   w   płuca   słodkie 

wiosenne powietrze i zapukała.

Nagle poczuła czyjeś ręce opadające na ramiona od tyłu, drgnęła i gwałtownie się 

odwróciła. Simonussen zaniósł się głośnym rechotem, rozbawiony własnym dowcipem, i 

usiłował klepnąć ją w pośladek.

- Nigdy więcej mnie tak nie tykaj, zarządco!

- Nie myślałem, że tak łatwo cię przestraszyć, Mario - Czarownico!

- Bo też i niełatwo - odparła śmiało.

-   Doprawdy?   Cóż,   to   brzmi   obiecująco.   Widzisz,   mam   z   tobą   do   omówienia 

pewną sprawę. Wejdź!

Drzwi zostawił otwarte, co Marii bardzo odpowiadało. Nie lubiła zamkniętych 

drzwi, to pewnie resztki poczucia wolności czepiały się wpadającego przez nie światła.

-  Usiądź,   Mario,  napijemy   się  po  kieliszku.  Należy  ci   się  pochwała   za  twoje 

wywary,   takiej   gorzałki   nie   robi   nikt   w   tych   stronach!   Myślę,   że   nawet   na   stoły 

mieszczan nie trafiają równie szlachetne krople.

Tego   Maria   nie   była   wcale   taka   pewna,   najlepsze   zioła   nie   mogły   zabić 

nieprzyjemnego smaku pędzonego w pośpiechu samogonu. Musiała jednak przyznać, że 

płyn, którego nalał jej Simonussen, miał całkiem niezły smak i dobroczynne działanie, 

rozgrzewał w żołądku i sprawiał, że serce uderzało spokojniej.

Wypili w milczeniu. Zarządca nalał sobie jeszcze kieliszek, Maria podziękowała.

-  Co   poczniemy   z  Kristiną?   -  rzucił   nagle   i   mlasnął   wargami.   -   Nie  jest  już 

niemowlęciem,   zauważyłem,   że   potrafi   wykonać   połowę   pracy  dorosłej   kobiety.   Jest 

bystra i chętna do roboty. Zwinna, może się przydać.

Czekał na reakcję Marii i dostrzegł na jej zwykle opanowanej twarzy przelotny 

strach. Zachęcony tym, ciągnął:

- Faktem jest, że pewien gospodarz już o nią pytał. Szuka kogoś do pomocy dla 

background image

żony, szczególnie że sam dużo wyjeżdża, handluje. Podróżuje z towarem od zagrody do 

zagrody. Nie jest bogaty, to raczej prosty dom, ale dostatecznie duży, by wyżywić je-

szcze jedną gębę w zamian za pracę w gospodarstwie. Zaproponował mi trzy talary za 

Kristinę.

- Ona nie jest twoją niewolnicą! Nie możesz jej sprzedać za cenę krowy!

Zarządca pogładził się po brodzie.

- Owszem, moja droga, mogę. I niejeden stwierdzi, że postąpiłem źle, odbierając 

jej szansę wydostania się z tego miejsca. To nieszczęsne dziecko nie zostało przecież 

skazane przez sąd na pobyt na tej wyspie - zakończył z chytrym uśmieszkiem.

- Może i tak, ale tutaj są jej najbliżsi. Kristiną nie zna innego świata. To bez serca 

odsyłać ją do obcych. Dzieciak ma nie więcej niż cztery, pięć lat...

- Raczej sześć! I jeśli dobrze pamiętam...

-   Sześć   lat   to   nie   jest   odpowiedni   wiek,   żeby   iść   na   służbę!   Niech   najpierw 

dorośnie, żeby sama mogła przyjąć taką propozycję!

W   głosie   zarządcy   pojawiła   się   nagła   surowość,   ta   nieoczekiwana   zmiana 

wprawiła Marię w zmieszanie.

-   Ona   zjada   więcej,   niż   jest   w   stanie   na   to   zapracować   -   odparł   twardo.   - 

Potrzebuje ubrania, jedzenia, ciepła, kocy. Kto za to zapłaci?

- Ja - odparła Maria z dumą, a on wiedział już, że wygrał.

Maria rzadko płakała, ale ta noc stała się jedną z najdłuższych i najtrudniejszych. 

Nie mogła znieść bliskości innych kobiet w baraku, szukała samotności w najbardziej 

oddalonych miejscach wyspy, aż wreszcie trafiła do jaskini, w której Kristina mieszkała 

przez blisko dwa lata.

- Boże - szlochała. - Dlaczego muszę przejść jeszcze i przez to? Nie widzę już 

żadnego sensu w tym, co robię, jestem zmuszona wybrać pomiędzy dwoma grzechami, 

zdecydować się na którąś ze strasznych dróg.

Jedno wyjście wydawało się gorsze od drugiego. Oddanie się temu odrażającemu 

człowiekowi jawiło jej się czynem tak okropnym, że nie potrafiła nawet znaleźć słów, by 

go opisać. Mdłości ogarniały ją na samą myśl. Nie chodziło wyłącznie o to, że zbrukał - 

by jej ciało, krzywda sięgnęłaby znacznie głębiej.

Ten wstrętny, cuchnący mężczyzna zbezcześciłby ją swymi woniami i sokami, 

background image

zacierając tym samym wspomnienie tego jedynego, ukochanego.

Pamięć o miłości Randara wciąż tkwiła w każdym kawałeczku jej ciała, rzadko o 

tym myślała, teraz jednak świadomość łączącego ich związku ogarnęła ją niczym burza 

protestu.

Nie wolno mu jej tego odbierać! Nie wolno mu pohańbić, zbrukać cudownych 

pieszczot Randara zwierzęcą żądzą!

Nigdy, przenigdy nie pozwoli, aby to się stało. To jak zabójstwo.

Ale Kristina, Kristina...

To śliczne dziecko, kochana dziewczynka. Maria nie mogła znieść myśli, że już 

teraz   miałaby   zostać   wysłana   w   nieprzyjazny   świat,   wydana   na  pastwę   wędrownego 

handlarza i jego z całą pewnością skąpej żony. Skoro ktoś potrzebuje pomocy, może chy-

ba   poszukać   dorosłej   osoby?   Są   wszak   kobiety   i   mężczyźni   gotowi   sprzedać   pracę 

własnych rąk za mniej niż trzy talary rocznie!

Trzy talary.

Trzydzieści srebrników.

To to samo.

Nie,   nie   może   mu   na   to   pozwolić!   Nie   może   dopuścić,   aby   z   powodu   jej 

wrażliwości sprzedano dziewczynkę. A nawet gdyby tak się stało, zarządca z pewnością 

uknuje nowy podstęp, bo kieruje nim jakieś chorobliwe pożądanie. Czepia się jej jak 

ogier klaczy na pastwisku.

Bez względu na wszystko ona przegra.

Nieszczęścia i żal nigdy widać jej nie opuszczą. Ile człowiek może właściwie 

znieść?   zastanawiała   się,   ledwie   się   powstrzymując   od   wygrażania   granatowemu 

wiosennemu niebu.

Znów   świecił   księżyc.   Wkrótce   nadejdzie   czas,   kiedy   noce   będą   zaledwie 

niewyraźnymi cieniami dnia.

Bardzo to potrzebne po tak długim życiu w ciemności.

Noc   z   wolna   ustępowała   już   rankowi,   a   Maria   nie   wymyśliła   żadnego 

rozwiązania.

Kiedy wsunęła się na swoją pryczę tuż przed tym, jak ptaki zaczęły hałasować, 

Kristina mruknęła coś przez sen i zarzuciła chudą rączkę na jej szyję.

background image

Nie wolno oddać dziecka. Przeklęty łotr, jak może w taki sposób wykorzystywać 

macierzyński instynkt kobiety!

Gwałt.

Nawet jeśli doprowadzi do tego, że sama się przed nim rozbierze, nie będzie to 

nic innego jak gwałt.

Maria zapomniała o łzach i bólu, poczuła, jak rodzi się w niej dawny, znajomy 

bunt. Tak było znacznie lepiej.

Dawny bunt.

Dawna zagniewana, śmiała Maria.

Pożałuje, ten rozpalony knur!

Zobaczy...

Cóż, nie jest wcale pewne, że da się tak łatwo oszukać jak ów podły pomocnik 

kowala   z   Fjora,   którego   kiedyś   postraszyła   odebraniem   męskości.   Przeklęła   go,   aż 

odskoczył przerażony. Z oczu sypały się jej iskry, uwierzył więc w jej śmieszne zaklęcia, 

w utraconą na zawsze moc.

Maria na to wspomnienie nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.

Mama przeżyła wtedy prawdziwy wstrząs.

Ale chora żona pomocnika kowala, otoczona gromadką małych dzieci, spoglądała 

na nią z wdzięcznością.

Zarządcę czeka trudne zadanie! Maria nie podda się tak łatwo!

Jaśniej patrząc w przyszłość, zwinęła się na pryczy i mocno przytuliła do siebie 

Kristinę.

Malutka   spała   z   podkulonymi   nogami   i   rączkami   przyciśniętymi   do   boków, 

skurczona jak płód. Biedne dziecko, pomyślała Maria i pogładziła jej złociste loki, które 

tak pięknie błyszczały po myciu.

Jutro już, być może, przybędą na wyspę pierwsi rybacy. Lepiej usnąć, nadchodzą 

długie dni.

Pierwszy zboczył ze szlaku, biorąc przy dobrej pogodzie kurs na Skjaervaer, kuter 

Jonassena.   Szyper   miał   wiele   spraw   do   załatwienia   na   Vedze,   wielka   wyspa   była 

głównym ośrodkiem wszelkiego handlu i transportu. W ładowni wiózł nie tylko wątrobę 

dorsza i ikrę, lecz także gigantycznego długoszpara, którego ledwie zdołali pochwycić na 

background image

jednym   z   łowisk.   Długość   potwora   dwakroć   przekraczała   szerokość   łodzi.   Już   sama 

wątroba wystarczyła do zapełnienia ośmiu beczek, Jonassen radował się więc myślą o ta-

larach,  które będzie  mógł  podzielić  między siebie i dwóch wynajętych  ludzi. Ważne 

teraz,   by   właściwie   spreparować   tran   i   olej,   aby   dało   się   go   sprzedać   stosownie   do 

wartości!

A to kobiety ze Skjaervaer na ogół potrafiły.

Umiały też co innego.

Strażnicy   wcześnie   zauważyli   ciężko   wyładowaną   łódź   zbliżającą   się   do 

przystani.

Zwołano wszystkie więźniarki i nakazano im trzymać się z dala od brzegu do 

chwili rozładowania kutra. Żadna nie może mieć szansy, żeby przekraść się na pokład, na 

przykład w pustej beczce!

Wreszcie   załogę   poprowadzono   do   chaty,   gdzie   Simonussen   wyciągnął   swoje 

butelki.

Rozpoczęły się negocjacje na temat siły roboczej, gorzałki i zakwaterowania.

Maria stała wraz ze współtowarzyszkami, czekała, aż przywołają ją na brzeg i 

wyznaczą pracę.

Część kobiet już nosiła kadzie z solonymi rybami. Należało je starannie wypłukać 

w  morskiej  wodzie o temperaturze  kilku zaledwie  stopni. Później  ryby  czyszczono  i 

rozkładano   do   suszenia   na   skałach.   Najmniejsze   wiązano   po   dwie   i   rozwieszano   do 

suszenia.

Jensina miała pełne ręce roboty z wykrawaniem wąskich pasków z mięsa halibuta.

Tak, bo kuter przywiózł także dwa piękne halibuty. Kawałki starannie odciętych 

płetw,   po   nasoleniu   i   wysuszeniu,   były   bardzo   smaczne.   Łby   zwykle   gotowano, 

otrzymywano z nich znakomity wywar na zupę.

Najlepsze   tłuste   kawałki   wzdłuż   boków   krojono   w   długie,   cienkie   paski.   Po 

wysuszeniu  uważano   je  za   prawdziwy  delikates,  osiągały  rzeczywiście   wysoką   cenę, 

gdyż   cieszyły   się   wielką   popularnością   u   mieszczek   i   zamożniejszych   mieszkańców 

Bergen.

Załoga łodzi zakończyła rozładunek, jeden człowiek musiał zostać na pokładzie i 

zakotwiczyć   łódź   nieco   dalej   w   głębi   morza.   Dwaj   inni   z   przyjemnością   kosztowali 

background image

nowej  gorzałki   Simonussena.  Zarządca   wyczarował   na  stole  chleb  i  masło,  a  rybacy 

dołożyli od siebie niewielkiego ptaka, alkę.

- Mario! Przyjdź tutaj!

Maria zdrętwiała, zrozumiała, że w słowach Simonussena kryje się coś więcej niż 

zwyczajne polecenie. Jeśli usłucha, umowa zostanie przypieczętowana.

Kristina podniosła głowę, popatrzyła na nią pytająco.

- Idź pomóc Katji - próbowała uspokoić dziecko Maria.

Dwornie   ukłoniła   się  dwóm  rybakom,   wyszczerzyli   zęby  w  uśmiechu   i  jeden 

szturchnął drugiego w bok.

- Wspaniała kobieta, Simonussen! Tak, tak, stara Jensina już dawno dojrzała do 

wymiany!

Oczy zarządcy rozjaśniły się dumą, lecz wciąż jeszcze nie był jej pewien.

- Ugotuj nam jedzenie, kobieto, a na razie wystaw kilka placków!

Opuściła ich i skierowała się do skrzyni z zapasami w głębi chaty. Bez cienia 

uśmiechu   wyniosła   drewniany   półmisek   z   plackami   na   płaski   kamień,   przy   którym 

rozsiedli   się,   zabrawszy   naczynia   do   picia,   mężczyźni.   Rozkoszowali   się   widokiem 

pracujących kobiet, patrzyli, jak sztywne z zimna, lecz wciąż zręczne palce zajmują się 

rybami.

Charakterystyczny zapach rozgrzanego tranu już zaczął się unosić nad brzegiem.

Maria po stokroć by wolała stać w wodzie bez czucia w nogach i zdzierać skórę z 

rąk.

Energicznie   oskubała  alkę,  na  pewno  smaczną,  miała   dużo  mięsa.   Źle   jednak 

patrzono na zabijanie ptaków o tej porze, w okresie lęgów.

Wreszcie   w   garnku   nad   ogniem   zaczęło   perkotać,   a   zapach   świeżego   mięsa 

zbudził  ukłuciem  głodu uśpiony żołądek.  Byle  tylko  aromat  mięsiwa  nie doleciał  do 

zmęczonych kobiet stojących w słonej wodzie w oparach tranu. Bardziej zasłużyły na 

pożywną strawę niż ci trzej brzuchacze!

Maria   dodała   do   sosu   młodych   listków   babki   i   drobno   posiekaną   cebulę   do 

smaku, wlała też odrobinę wina. Zapragnęła wsypać jeszcze ziaren gorczycy... Mieliby 

wtedy inne zajęcia niż uganianie się za babami!

Mały diabełek zaczął jej szeptać do ucha i od myśli prędko przeszła do czynów. 

background image

Ale jak przynieść brunatne ziarenka?

Pomógł jej sam Simonussen:

-   Idź   się   przebrać,   Mario.   Musisz   ładnie   wyglądać,   bo   dzisiaj   w   chacie 

Simonussena będzie uczta! Dowiedziałem się, że przed zapadnięciem nocy możemy się 

spodziewać kolejnych gości. Znajdziesz chyba lepszą suknię?

Obrzucił krytycznym spojrzeniem jej grube ubranie z samodziału i poplamiony 

fartuch, jasne włosy przewiązane brązową chustką i drewniane podeszwy umocowane 

sznurkiem do stóp.

Maria wolałaby raczej wysmarować się smołą i wytarzać w pierzu, niż stroić się 

dla niego. Akurat teraz jednak pasowało to do jej planów, dlatego uśmiechnęła się lekko i 

odsunęła wrzący kociołek z ognia.

-   Pospiesz   się,   jesteśmy   głodni.   A   jeśli   będziesz   miła,   może   i   tobie   się   coś 

dostanie!

Ziarna   gorczycy   na   pewno   podziałałyby   same,   lecz   dla   wszelkiej   pewności 

dołożyła jeszcze odrobinę soku z tarniny i korzenia paprotki. Kiedy brzuchy mężczyzn 

już to przetrawią, czeka ich ciężka noc.

Maria,   pochylając   się   nad   garnkiem,   z   którego   unosił   się   smakowity   zapach 

chrzanu, nie mogła powstrzymać się od cichego śmiechu. Czuła się młoda i pełna wigoru, 

nie mogła wręcz ustać w miejscu z niecierpliwości. Miała na sobie tę samą niebieską 

sukienkę, którą nosiła podczas procesu, a włosy rozczesała pożyczonym  od Millicent 

grzebieniem z fiszbin wieloryba. Włosy nie były całkiem czyste, ale mimo to błyszczały i 

falami opadały na ramiona, kręcąc się nawet bardziej, niż zanim tak haniebnie je obcięto.

Zabrała   jeszcze   specjalną   miksturę   dla   siebie,   mieszankę   sporządzoną   według 

własnego   pomysłu   przed   kilku   laty,   lecz   przechowywaną   w   szczelnie   zamkniętym 

pojemniczku z wódką i przez to ciągle skuteczną. Były tam sproszkowane czarne jagody, 

kora   dębu   szypułkowego,   rzepik   pospolity   i   biały,   słodkawy   proszek,   który   Mogens 

dostał kiedyś z apteki w Christianii. Lekarstwo potrafiło zatrzymać najgorszą biegunkę i 

uspokoić najbardziej wzburzony żołądek.

Teraz mogli zasiadać do stołu!

background image

ROZDZIAŁ XI

W tym samym czasie, gdy zima jeszcze nie całkiem opuściła wietrzne wyspy na 

wybrzeżu Helgelandu, w głębi zielonego fiordu zachodziło niezwykle gorące słońce.

Tamtejsi ludzie także zasiadali do stołów, w swoich domach lub w gościnie u 

innych. Rzadko spotykanej, obfitej w mięso alki tutaj nie znano, lecz radowano się za to 

na   pierwsze   tej   wiosny   zielone   soczyste   kiełki,   urozmaicenie   suchego   zimowego 

jadłospisu.

Na   stole   na   plebanii   niczego   nie   brakowało.   Okrągłe,   pulchne   kromki   chleba 

ociekały masłem i kupnym cukrem. Wniesiono także wielkie półmiski zimnego mięsiwa. 

Uwarzono też całą beczkę piwa, było jeszcze świeże i nie całkiem klarowne, lecz mocne i 

uderzające do głowy jak przystoi na stypie.

Wokół stołu zebrało się czternaścioro ludzi, przeważali mężczyźni w czarnych 

surdutach, lecz znalazły się też dwie kobiety, obie onieśmielone i z lekka pobladłe. Jeden 

z   mężczyzn   nosił   olśniewająco   nowy   mundur,   nie   miał   też   ochoty   ściągać   z   głowy 

osobliwego kapelusza, podkreślającego jego status tamburmajora.

Był wśród nich i sam pastor, w białej peruce i kryzie.

Pan Revelin stracił żonę.

Cecilia nigdy nie podniosła się po połogu. Syn, liczący już blisko osiem miesięcy, 

jeszcze żył, lecz bladością i słabowitością bardzo przypominał matkę.

Pewna kobieta z Hoyheimsvik utrzymywała go przy życiu dzięki swym pełnym 

piersiom, proboszcz wynagradzał ją za to w granicach rozsądku.

Z jego wypowiadanych z niejakim żalem słów wynikało, że Cecilia po porodzie 

nie chciała widzieć dziecka.

Pastor siedział teraz wyprostowany i dostojny w swej żałobie. Ani jedna łza nie 

zostawiła śladu na jego twarzy, ale też i nikt się tego nie spodziewał.

Zaprosił ich do swego stołu, aby w tej chwili śmierci podziękować Bogu.

Oto   nadszedł   czas   dziękczynienia   i   wychwalania   Pana,   oznajmił   i   odłamał 

kawałek przaśnego chleba na znak, że goście mogą przystąpić do częstowania się tym, na 

co tylko im przyjdzie ochota.

Przednówek   nie   uczynił   w   spiżarniach   na   probostwie   widocznych   spustoszeń. 

background image

Podczas gdy biedacy zdzierali korę z brzóz i olszy, pastorowi nie brakło ani pszennej 

mąki, ani śmietany. Głód nie był obcy nawet najzamożniejszym mieszkańcom wioski, 

nieurodzaj kolejnych lat potrafił wymieść do czysta komory i spichrze.

Ale pastor i tak musiał dostać swoje.

Dług należało spłacić, nawet gdyby biedakowi przyszło poświęcić na to ostatnią 

baryłkę ziarna.

Kościół  miał  udziały w  wielu  zagrodach  i pastor rzadko  się troszczył  o swój 

codzienny chleb.

Lecz przed śmiercią nie mógł się uchronić ani nędzarz, ani bogacz.

A teraz skończyło się życie Cecilii. Od dzisiaj spoczywała w prostej trumnie pod 

krzyżem z brązu w górnej części przykościelnego cmentarza. Obok zostawiono miejsce 

dla samego pastora i jego ewentualnych przyszłych małżonek.

Rodzina   matki   pastorowej   nie   dała   znaku   życia,   chociaż   Revelin   posłał 

wiadomość zaraz, gdy tylko Cecilia wydała ostatnie tchnienie. Cieszył się z tego. Prawie 

nie znał krewniaków żony i bał się, że mogą wiedzieć o nim więcej, niż wyszłoby mu to 

na dobre.

Doprawdy, Cecilii prawie udało się zniszczyć mu życie!

Jej świadectwo obróciło wniwecz wszelkie jego działania, a Maria wymknęła się 

śmierci. Najgorsze jednak, że on sam wyszedł na durnia! Prawdę powiedziawszy, sprawy 

przybrały do tego stopnia zły obrót, że ledwie zdołał się wykręcić od postawienia w stan 

oskarżenia!

O włos od hańby, utraty dóbr, posady i sutanny!

Jak daleko właściwie może sięgać głupota kobiet?

Cecilia nie pojmowała chyba, co uczyniła.

- Musiałam! - krzyczała, kiedy dotarła do niego prawda o liście. - Musiałam, dla 

wiecznego zbawienia mojej duszy. Nie rozumiesz?

Szlochała histerycznie, chodząc w koło i podtrzymując brzuch jakby w obawie, że 

dziecko wypadnie na podłogę.

Nie   tknął   jej   nawet   palcem,   za   bardzo   się   bał.   Mogło   się   wszak   zdarzyć,   że 

wyrządziłby krzywdę dziecku!

A on pragnął potomka. Była to być może jego jedyna szansa na dziedzica, na 

background image

syna, który przejmie po nim tradycję.

Nie zdziwiłoby go jednak, gdyby to chorowite babsko zdołało mu urodzić jedynie 

córkę!

Zamknął ją w sypialni do czasu, aż poród wreszcie się rozpoczął.

Pięć dni minęło, zanim w końcu zdołała wypchnąć z siebie dziecko. Każdego 

ranka prosił o raport z sypialni i co dnia baba z Haug tak samo durnie kręciła głową.

- Niedobrze, proboszczu. Źle to wygląda. Ona chyba nie da rady. Lepiej, żeby pan 

przyszedł i odmówił kilka modlitw, dopóki jeszcze w obojgu tli się życie!

Ale on nie chciał, nie mógł znieść w i d o k u bezrozumnej twarzy żony. Wydał 

tylko krótkie polecenie, by informowano go, kiedy wreszcie coś zacznie się dziać.

Szóstego dnia kobieta z Haug zeszła na dół, trzymając na rękach czerwone, mokre 

dziecko owinięte w najdelikatniejsze płótno.

-   Wasz   syn,   proboszczu.   Gratuluję.   Czekała   na   pytanie   o   Cecilię,   lecz   on 

popatrzył tylko na dziecko i odwrócił się z powrotem do swoich ksiąg.

- Dobrze. Znajdź dla niego mamkę, wspominałaś, że znasz jakąś młodą kobietę?

- Tak, Martha - Lovisa Hoyvik chętnie...

- A więc oddaj go tam. Chrzest odbędzie się za pięć dni. Dziękuję i do widzenia.

Kobieta ukłoniła się sztywno, lecz w drzwiach nie wytrzymała:

- Panie Revelin... wasza żona... jest bardzo słaba. Podniósł głowę, zirytowany, że 

znów mu się przeszkadza.

- Ach, tak? Ufam, że zatroszczysz się o jak najlepszą opiekę. Zamknij drzwi za 

sobą.

Kobieta   z   Haug   opuściła   gabinet   pastora,   drżąc   z   lodowatego   zimna   wprost 

bijącego od tego chudego człowieczka.

Biedna Cecilia!

Nic dziwnego, że oszalała, z takim mężem! Ale pewnego dnia Pan ukarze swego 

sługę za brak miłości bliźniego i za jego kamienne serce.

Byle tylko nie zaraził tym nieszczęsnego dziecka!

Kobieta mocniej przytuliła chłopczyka do siebie, a potem owinęła go cieplej i ze 

służącą Solveig wysłała do Vik.

Cecilia męczyła się przez blisko osiem miesięcy, zanim śmierć uwolniła ją od 

background image

cierpień. Pielęgnowały ją milczące dziewki służebne, prawie się do niej nie odzywały ze 

strachu, że proboszcz je usłyszy. Stanowczo polecił, by żony nie denerwować mówie-

niem do niej czy beztroską rozmową. W pokoju chorej powinna panować dostojna cisza.

Ale   dziewczyny   cierpiały   wespół   z   wyniszczoną   kobietą   w   szerokim   łożu. 

Wyczuwały nienawiść  pastora unoszącą  się niczym  gęsty swąd w  powietrzu, a męki 

pastorowej popędzały je do pracy i zmuszały do jak najszybszego jej opuszczenia.

Poród ją zniszczył.

Krwawiła jeszcze przez prawie osiem tygodni, a gdy w końcu krwawienia ustały, 

zaczęły jej dokuczać silne bóle w piersiach i brzuchu.

Gdy  pojawiła   się   gorączka,   były   pewne,   że   pastorowa   już   niedługo   wyzionie 

ducha, ale dni zmieniały się w kolejne tygodnie, a rozpalone ciało Cecilii nie przestawało 

walczyć. Wstrząsały nim dreszcze, bredziła, wołała synka.

Chude ręce wyciągały się do dziewek ścielących łóżko i ocierających jej czoło 

wilgotnymi ściereczkami, lecz one usuwały się od niej jak cienie w krainie fantazji.

Pewnego wieczoru ni stąd, ni zowąd przyszedł do niej małżonek.  Stanął przy 

łóżku, w swojej sutannie wydawał jej się olbrzymim czarnym ptakiem.

- Czego chcesz? - spytała bez tchu, usiłując powstrzymać wirującą przed oczami 

izbę.

-   Przychodzę   do   mej   żony   z   modlitwą   i   ostatnim   namaszczeniem   -   odparł 

złowrogo.

-   Zostaw   mnie   -   wyszeptała   wyschniętymi   wargami   i   ostatnią   resztką   sił 

odwróciła od niego twarz.

-   Pragnę   również   porozmawiać   o   naszym   synu.   Ty   go   urodziłaś,   lecz   nie 

zobaczysz, jak dorasta. On będzie moim synem, tylko moim!

- Boże, miej łaskę dla chłopca i chroń go ode zła wszelkiego - błagała cicho.

- Ja go nauczę, wskażę właściwą drogę...

- Panie, wyciągnij dłoń nad tym dzieckiem i nie pozwól, aby ludzkie zło zatruło 

mu serce...

- ... opowiem mu także o jego matce. Ale dopiero gdy dorośnie i będzie umiał 

pojąć twoją chorobę, Cecilio.

Pastorowa nie przestawała się modlić, w każdym razie jej wąskie usta wciąż się 

background image

poruszały.

Revelin radował się swoją potęgą. Mógł udusić żonę gołymi rękami, nikt i tak by 

się nie dowiedział. Ale składał wszystko w ręce Boga, prawdę mówiąc, wydawało się, że 

Pan wymyślił znacznie większe męki dla grzesznej Cecilii.

- A więc, czy jesteś gotowa na śmierć, droga żono?

- Odejdź ode mnie - szepnęła i zamknęła oczy. Potem nie mógł już sprowokować 

najmniejszego nawet drgnienia na jej niezwykle gładkiej twarzy.

Ale   wyszedł   z   pokoju   chorej   z   przyjemnym   przeświadczeniem,   że   Cecilia 

zapłaciła za swoją zdradę.

Sprawiedliwości stało się zadość.

W tej chwili poczuł, że jeden z aniołów Pana zstąpił do niego i imię syna objawiło 

się w jego umyśle ognistymi literami. Justitian.

Sprawiedliwy.

Dostojne i dumne imię, odpowiednie dla mego syna, pomyślał zadowolony.

Justitian   Revelin.   Świat   usłyszy   o   tobie,   a   kiedy   zostaniesz   biskupem   lub 

zajdziesz jeszcze wyżej, świat dowie się także o twym mądrym ojcu! Za kilka lat... kiedy 

dorośniesz... użyję całej swej wiedzy i wychowam cię na duchownego, na którego widok 

magistrowie z Kopenhagi będą rozdziawiać gęby!

Chłopczyk   dawno   już   opuścił   dom,   lecz   nie   w   smak   mu   była   obca   pierś. 

Popiskiwał cichutko i nie odwracał głowy do sutki, z której ciekło samo życie pod po-

stacią żółtawego gęstego mleka.

Justitian   od   momentu,   gdy   rozdzielono   go   z   ciepłym   łonem   matki,   bez   słów 

protestował przeciwko życiu. Cichy płacz przypominał ludziom, którzy go słyszeli, o 

podobnym letnim wieczorze sprzed wielu lat.

Bliźnięta Marii.

Jedno mocne i zdrowe, panienka o naprawdę silnej woli. Drugie drobniutkie i 

słabe, łatwa zdobycz dla śmierci.

Ten syn pastora miał być może jednak większe szanse, w każdym razie wciąż 

dało się słyszeć jego cichutkie miauczenie, świadczące o tym, że jeszcze żyje. Wkrótce 

mamka mogła oznajmić, że chłopczyk zaczął ssać.

Chrzciny wyprawiono bardzo huczne.

background image

Nikogo jednak nie wpuszczono z gratulacjami dla matki.

Gdy   proboszcz   po   raz   pierwszy   wziął   synka   na   ręce,   wyglądało   to   wręcz 

idyllicznie. Niejedna z leciwych matron otarła ukradkiem łezkę, która zakręciła się w oku 

na widok czułych  dłoni dumnego  pastora tulących  dziecko.  Chłopczyk  umilkł,  kiedy 

woda padła na pokrytą puchem główkę, a gdy włożono go w ramiona pani asesorowej, 

utkwił jakby wzrok w złocistym parasolu nad amboną.

Tak, tak, dobry materiał na księdza, poszeptywali do siebie ludzie.

I   pana   Revelina   ogarnęła   całkiem   nowa,   czysta,   niczym   nie   zmącona   radość, 

jakiej   nie   pamiętał   od   pięknego   jesiennego   dnia,   kiedy   to   przedstawiono   go   ślicznej 

uczennicy proboszcza.

Maria.

Czy   miała   wdzierać   się   we   wszystkie   najważniejsze   momenty   jego   życia   i 

zatruwać je gorzkim smakiem klęski?

To wina Cecilii.

Leżała teraz w wybijanej aksamitem trumnie i o nic już się nie musiała troszczyć. 

A   jego   czeka   życie   z   okropnymi   następstwami   jej   nieopanowanej   potrzeby   skruchy. 

Maria wciąż żyła, pan Revelin wyczuwał to każdym nerwem w ciele. Była gdzieś daleko, 

daleko,   w   prymitywnym   obozie   dla   ladacznic.   Ale   nawet   stamtąd   słała   bez   przerwy 

truciznę w jego serce.

Niczym  przybyły  z morskich  głębin potwór o tysiącu macek  pochwyciła jego 

duszę i omroczniła ją swymi czarami. Udało jej się zaślepić nawet biskupa!

Przy jej zdolnościach Revelin nie mógł mieć pewności, że ich drogi skrzyżowały 

się już po raz ostatni. Przerażało go to bardziej niż myśl, iż jego oszustwa mogą zostać 

ujawnione.

Zemsta wiedźmy...

Mogła być okrutna.

Wciąż   widział   jej   drwiący   uśmiech   i   czuł   ból   po   tamtej   fatalnej   próbie 

przywołania jej do porządku.

Proboszcz wcześnie odszedł od stołu, piosenki pochwalne i tradycyjne wspominki 

o zmarłej pozostawił zaproszonym gościom. Przy winie i piwie będą umieli sami się 

zabawić tego wieczoru.

background image

Położył  się   w  samotności,  pierwszy raz   od  dawna  w   starym  szerokim  łożu   z 

baldachimem,   pod   stropem   z   brunatnych   belek.   Tutaj   mógł   znaleźć   jedyne   źródło 

namiętności.

Zaklęte łóżko, łóżko Marii. Jedyne miejsce, w którym mógł uciec od rzuconego 

przez nią uroku.

background image

ROZDZIAŁ XII

Biesiada w chacie zarządcy przebiegała niezwykle wesoło. Maria siedziała wśród 

czterech mężczyzn niczym królowa, nastrój podnosił się w miarę opróżniania kubków. 

Rybaków nie trzeba też było namawiać do jedzenia, wielkie, soczyste kawałki ptasiego 

mięsa trafiały do ich ust z taką energią, że tłuszcz spływał im po brodzie. Maria także 

jadła, lecz nikt nie zwracał uwagi, że najchętniej skubie kawałki chleba z masłem. Mięso 

pozostawiała mężczyznom, ale tak przecież być powinno. O prawach mężczyzn należało 

wszak pamiętać także przy stole.

Simonussen wkrótce przyniósł kolejny antałek z gorzałką. Wiedział już, że sporo 

zarobi, rybacy bawili się doskonale, chwalili jedzenie i napitek.

Maria nie mogła się nadziwić, jak mogą w taki sposób tracić zarobki z całych 

tygodni   ciężkiej   pracy   na   kutrze,   lecz   oni,   wciąż   ze   śmiechem,   dawali   znaki 

Simonussenowi, by im dolewał. Za każdym napełnieniem kieliszków moneta albo ryba 

zmieniała właściciela.

Grubymi   paluchami   sięgali   do talerzy,   zlizywali  z  nich  sos   i  zbierali   ostatnie 

okruszyny z półmiska z chlebem.

Potem Simonussen zarządził tańce.

-   Śpiewajcie,   chłopcy,   sprawdzę,   czy   te   stare   gnaty   bardzo   już   skrzypią   - 

powiedział i z obleśnym uśmiechem pociągnął Marię do siebie, aż wywrócił się stołek, 

na którym siedziała.

Stanęła w jego ramionach sztywno, jakby kij połknęła, lecz gdy rybacy rozpoczęli 

rytmiczną biesiadną pieśń, musiała się przesuwać razem z Simonussenem, inaczej by się 

przewróciła.

Goście zaśmiewali się do łez, zarządca mocno przygarnął Marię do siebie, a jej 

zakręciło się w głowie. To wcale nie było przyjemne.

Kolejne   zwrotki   wyśpiewywanej   pijackim   basem   piosenki   stawały   się   coraz 

bardziej wulgarne. Trzy pary oczu wpiły się teraz w Marię, pożerały ciało pod niebieską 

suknią. A Simonussen z dumą obracał ją w koło, spódnica wydęła się niczym żagiel i 

podwinęła do góry, odsłaniając nogi powyżej wełnianych skarpet.

Ciężko dysząc, puścił ją wreszcie i osunął się na ławę.

background image

- Starczy, babo, czas na kielicha!

I znów śmiech poniósł się pod niskie sklepienie chaty, w której zaczynało się 

robić gorąco i duszno. Maria posprzątała ze stołu i ośmieliła się poszukać na czterech 

rozbawionych twarzach oznak działania gorczycy. Potem zabrała talerze i garnki, żeby 

opłukać je na brzegu.

Na   szczęście   żaden   nie   zwrócił   uwagi   na   jej   odejście,   wiedziała   jednak,   że 

Simonussen oczekuje jej powrotu.

Na dworze wciąż gościły resztki dziennego światła, a to znaczyło, że kobiety w 

barakach prawdopodobnie jeszcze nie śpią. Marii udało się ukradkiem wynieść spory 

kawałek chleba z masłem i w tajemnicy zaniosła go Kristinie. Dziecko z zapałem zbadało 

żółtą masę palcami, zanim zaczęło wkładać do ust wielkie kęsy. Zimą i wiosną głód na 

wyspie był stałym bywalcem i dopiero gdy trafiał się taki smakołyk, człowiek zdawał 

sobie sprawę, jak straszne odczuwa ssanie w żołądku.

Maria pogłaskała Kristinę po włosach, szepnęła dobranoc.

- Wrócę do ciebie za jakiś czas, muszę tylko najpierw coś załatwić.

Mała leniwie pokiwała głową, nagle znużona teraz, gdy żołądek urwał swą nie 

milknącą piosnkę skargi.

Maria przysiadła na chwilę na wzgórzu poniżej baraków i stamtąd  zerkała na 

chatę. Mężczyźni wewnątrz zapalili świecę, lecz jej blask ledwie się przebijał przez błonę 

halibuta rozpiętą w oknie. Czy nic się wreszcie nie zacznie dziać?

Ale tak, w chacie zapanował ruch, ze środka dobiegło parskanie i przekleństwa. 

Któryś   z   mężczyzn   zatoczył   się   w   drzwiach   i   trzymając   się   za   brzuch   popędził   ku 

osłoniętej od wiatru części wyspy. Maria uśmiechnęła się zadowolona.

Zaraz za tamtym wybiegł drugi, ale ten skierował się już tylko za chatę.

Po kolei wszyscy czterej szukali najbardziej ustronnego miejsca na wyspie, choć i 

tam nie dany był im spokój, bo ustęp koło zatoki składał się tylko z drewnianej żerdzi, na 

której   siadało   się,   machając   nogami.   O   porządek   dbały   tu   stale   bijące   o   brzeg   fale 

przypływu.

Maria,   słysząc   dochodzące   zza   chaty   jęki   i   westchnienia,   zachichotała 

zadowolona.

Tej nocy nie w głowie im będą kobiety!

background image

- Do stu tysięcy czartów, przeklęta babo! Czego, u wszystkich diabłów, dodałaś 

do tego żarcia?

Simonussen był zły jak rozdrażniony szerszeń.

Maria miała  wielką ochotę się uśmiechnąć,  lecz  zachowała powagę. Zarządca 

mógł się rozgniewać nie na żarty, powinna raczej udawać niewiniątko.

-   Co   mówisz,   zarządco?   Jedzenie   nie   było   dobre?   Wszyscy   przecież   je 

chwaliliście.

- Dobre? Smak, owszem, miało wyśmienity, ale pogoniło nas, całą noc sraliśmy 

jak kury na pola Rybacy odpływali dziś rano chorzy i bladzi, za skarby świata już tu nie 

wrócą! Stwierdzili, że to gorzałka! A jeśli taka wieść się rozejdzie, diabli wezmą cały 

nasz interes!

- Niedobrze - z namysłem odparła Maria. - Ale to nie mogła być wódka. Piłeś ją 

przecież wcześniej, bez kłopotów.

- Wobec tego to twoje gotowanie, pożałujesz!

- Ależ, Simonussen, przecież i mnie częstowaliście! I nic mi nie jest, jak widać!

Udręczony   zarządca   zamrugał   gwałtownie,   uznał   słuszność   jej   argumentu. 

Widział wszak, jak jadła.

- Hmmm... Kto wie, jakie tajemnicze środki masz, żeby się uzdrowić...

Maria spostrzegła jego wahanie.

- Najpewniej piwo się zepsuło. Ja nawet ust w nim nie umoczyłam, za to wy 

chlaliście jak smoki.

Rzucił   ostatnie   przekleństwo   i   odszedł.   Na   wzgórzu   jeszcze   odwrócił   się   i 

zawołał:

-   Nie   myśl   sobie,   że   zapomniałem   o   naszej   umowie.   Czekaj   tylko,   aż   miną 

najgorętsze dni!

Maria musiała tylko pokiwać głową, czując wzrok Jensiny wbijający się jej w 

plecy jak igły.

W dniach, które potem nadeszły, mężczyźni i kobiety z obozu mieli więcej niż 

dość zajęcia. Do brzegów wyspy przybijała łódź za łodzią, pod czujnym spojrzeniem 

strażników  przenoszono na ląd ładunek. Kobiety zajmowały się oporządzeniem ryb  i 

wątroby, a mężczyźni zbierali się przy antałkach Simonussena.

background image

Tego roku ryby były duże i tłuste.

Przywożono   je   z   Lofotów   w   wielkich   kadziach,   przeważnie   oskrobane   i 

przesypane solą, aby lepiej zniosły transport. Suszono je na skałach, gdy wiosenne słońce 

zaczynało naprawdę mocno grzać.

Od płukania ryb w morskiej wodzie, kiedy stało się w niej do pół łydki, przenikał 

człowieka lodowaty ziąb. Kobiety zmieniały się przy najgorszych pracach, nikt nie mógł 

wytrzymać takiej mordęgi dłużej niż dwie, trzy godziny.

Dźwigały i ciągnęły, ustawiały i kroiły.

A  jeśli  któraś  uznawała,   że  zasłużyła  na  odpoczynek,  strażnicy zaraz   słali  jej 

złowrogie   spojrzenia.   Nie   musieli   nawet   używać   rzemiennych   batów,   które   nosili 

przytroczone   do   pasa,   bo   już   sam   ich   widok   zmuszał   kobiety   do   zmobilizowania 

ostatnich resztek sił.

Przecież to właśnie praca napełniała kieszenie.

I były wszak więźniarkami, musiały w pocie czoła odpokutować za występki.

Wiedziały też, że jeśli będą pracować szybko i porządnie, rybacy wrócą za rok i 

za dwa. A oni stanowili jedyną szansę bodaj niewielkiego rozjaśnienia ponurej, szarej 

rzeczywistości.

Dlatego   kobiety   od   wschodu   słońca   do   późnej   nocy   poddawały   się   znojowi, 

nieustannie perkotała na ogniu bogata w tran wątroba.

Wreszcie   najlepszy,   przejrzysty   tran   przelewano   do   nowych   beczek.   Mniej 

klarowny trafiał  do starych  beczek, a najbardziej  mętny zbierano do wiader i misek. 

Cuchnąca, brunatnozielona substancja także nadawała się do wykorzystania, smarowano 

nią koła wozów, aby gładziej się toczyły, albo rozlewano na polach jako nawóz.

Gdy tylko nastąpiła przerwa w najgorszym natłoku prac, grupka składająca się z 

trzech   kobiet   i   dwóch   strażników   wyprawiła   się   łodzią   na   sąsiednie   wyspy   w 

poszukiwaniu ptasich jaj. W otoczeniu Vegi wiele było dobrych miejsc lęgowych, lecz 

niektóre góry pozostawały prywatną własnością, tam wstęp był zakazany. Zwykle jednak 

i tak udawało się zebrać dość jaj, które przynosiły ładny dodatkowy zarobek, oczywiście 

zarządcy.

Mewy w tym roku wcześnie zaczęły składać jaja, zdarzały się gniazda, w których 

leżało ich pięć albo nawet sześć. Zbierający zawsze dwa zostawiali. Na najwyższych 

background image

skałach znajdowali jaja kormoranów, a w dole przy brzegu, dobrze ukryte wśród roślin-

ności, gniazda kaczek.

Kobiety starały się zapamiętać położenie gniazd, szczególnie edredonów. Miały 

tu wrócić w końcu lata po lekki puch, który chronił nieopierzone pisklęta przed chłodem. 

Puch był poszukiwany także jako ochrona dla ludzi przed zimnem i śniegiem, szyto z 

niego najlepsze materace i kołdry; za taką kołdrę można było uzyskać cenę nawet trzech 

krów.

Najniebezpieczniejszą   pracę   wykonywały   oczywiście   kobiety,   mężczyźni 

pilnowali łodzi i odbierali stopniowo wypełniane koszyki z jajami. Więźniarki wspinały 

się po stromych skałach, szukały oparcia dla stóp nawet na najbardziej gładkich ścianach. 

Spódnice   związywały   między   nogami,   żeby   przypadkiem   o   nic   się   nie   zaczepiły. 

Mężczyźni  ze śmiechem  pokazywali  sobie gołe nogi kobiet, ale wesołość prędko im 

minęła, bo nie miała w sobie nic z ciekawości, jaką budzi nowość.

Kobiety zbierające jaja zatrzymywały jedno z każdego tuzina, jaki udało im się 

znaleźć. Niektóre sprzedawały je zarządcy, inne po prostu zjadały. Jaja mogły się także 

przydać w handlu wymiennym z rybakami, w każdym razie gdy miało się ich dość dużo.

W  czasie  powrotnej   podróży  na  wyspę   i  dozorców,  i   kobiety  ogarnął  wesoły 

nastrój. Więźniarki potrafiły nawet śpiewać wespół z pilnującymi ich strażnikami, którzy 

na co dzień zachowywali odpowiedni dystans. Przez kilka krótkich chwil mogli sobie 

wmawiać, że są jedynie grupką znajomych, którzy wybrali się na wycieczkę po ptasie 

jaja, a nie więźniarkami i nadzorcami. Mężczyźni wiosłowali, wiosła w drodze do domu 

same odnajdywały drogę, łódź sunęła gładko, mijając niewielkie szkiery i kołyszące się 

na falach ptaki.

Widok   z   łodzi   ciągnął   się   daleki,   chociaż   drażniące   wyobraźnię   góry   na 

horyzoncie   stanowiły  barierę   dla  oczu.  Jeden ze  strażników  opowiadał   emocjonujące 

legendy i historie o tym, jak powstała ta, zdawałoby się, przypadkiem stworzona okolica. 

Mówił o jeźdźcu i siedmiu siostrach, o olbrzymach i wiedźmach, którzy toczyli walki w 

tej części kraju.

A przed nimi rozciągała się wielka wyspa Vega, odległa zaledwie o dwie godziny 

wiosłowania.   Leżały   na   niej   bogate,   płodne   równiny   porośnięte   wszelkimi   dobrami 

ziemi. Wielkie gospodarstwa i równe drogi. Ylvingen, Gulsvag, Valla.  I Igeroy, Vika i 

background image

Kjul.

Piękny kościół, dużo drzew i słodkiej wody.

Dwie spółki rybackie miały tam swoją stałą przystań.

- Wydaje mi się nawet, że chciałabym tam mieszkać - rzekła jedna z kobiet z 

namysłem. Przybyła na Skjaervaer przed trzema laty. - Wprost trudno uwierzyć, że są 

tam zwykli ludzie, bogaci i syci, i od nas, nieszczęsnych, dzieli ich tylko krótka podróż 

łodzią...

Strażnicy zesztywnieli, właśnie takie myśli nie powinny nawet zakiełkować w 

głowach więźniarek z Skjaervaer. Nie mogą mieć żadnego kontaktu ze zwykłymi ludźmi!

Aby   wyrwać   je   z   podobnych   marzeń,   posadzili   kobiety   do   wioseł,   a   sami 

usadowili się na rufie i zajęli liczeniem zdobyczy.

Powracająca z wyprawy po ptasie jaja łódź pojawiła się na horyzoncie akurat 

wtedy, gdy Maria mieszała w kotle z wrzącym tranem. Przywykła już do jego zapachu i 

prawie przestała zwracać na niego uwagę. Tkwił we włosach i ubraniu, kręcił w nosie o 

każdej porze doby. Mała Kristina biegała od ogniska do ogniska i podkładała opał pod 

kotły.   Jednocześnie   gotowano   ich   aż   pięć,   a   na   pomoście   stało   już   wiele   beczek, 

gotowych do załadunku.

Jensina   i   siedem   mieszkających   razem   z   nią   kobiet   doglądały   trzech   ognisk, 

dwoma   pozostałymi   zajmowały   się   dwie   silne   więźniarki   z   baraku   Marii.   Stojąc   na 

niedużych stołkach od czasu do czasu mieszały w kotłach drewnianymi warząchwiami. 

Po ostygnięciu górną warstwę tranu zlewano do beczek.

Pogoda utrzymywała się ładna, od wielu dni nie było deszczu ani wiatru. Bardziej 

doświadczone więźniarki opowiadały, że nie zawsze można liczyć na tyle szczęścia, a 

gotowanie tranu w ulewnym deszczu to naprawdę wątpliwa przyjemność!

Pogaduszki przy ogniskach przerwał nagle przeraźliwy krzyk.

Jensina!

Maria   drgnęła,   z   tego   głosu   przebijał   śmiertelny   strach   i   piekielny   ból. 

Spostrzegła, że kobiety gromadzą się przy jednym z ognisk, nawołują się i wrzeszczą.

Maria podbiegła, odepchnęła je na bok, któraś w odpowiedzi wbiła jej w brzuch 

ostry łokieć.

Jensina leżała na ziemi, zalana wrzącym tranem. Rękami zasłaniała twarz i wiła 

background image

się z bólu. Najprawdopodobniej olej prysnął na nią i w niezwykle szybkim tempie wgryzł 

się w ciało.

- Zanieście ją do morza, na miłość boską! - Maria, zapominając, że znajduje się 

wśród wrogów, przejęła dowodzenie.

Żadna z kobiet nawet nie drgnęła, żeby pospieszyć za jej radą.

Przybiegła jednak Sylvia i wspólnymi siłami zataszczyły krzyczącą i szamoczącą 

się Jensinę do wody, odległej od ognisk zaledwie o kilka metrów. Maria siłą odsunęła 

ręce rannej od twarzy i zaciskając jej nos palcami, zanurzyła jej głowę pod wodę.

Na moment zapadła straszna cisza.

Maria zaraz jednak uniosła Jensinę tak, aby ta mogła złapać oddech.

- Poszukaj wodorostów i obłóż jej nimi twarz - krótko poleciła Maria Katji, która 

też się zjawiła.

Pęki mokrych wodorostów uśmierzyły nieco ból, Jensina przestała krzyczeć.

Maria bała się sprawdzać, jak wielkie szkody wyrządził na ciele kobiety wrzący 

tran. Jakaś część zapewne wsiąkła w ubranie, wyraźnie jednak było widać, że Jensina ma 

poparzoną twarz, dłonie, szyję i część brzucha.

- Przynieście jakieś nosze, musimy zabrać ją do domu.

Kobiety Jensiny oprzytomniały wreszcie i rozbiegły się na wszystkie strony w 

poszukiwaniu   czegoś,   co   nadałoby   się   do   przeniesienia   poszkodowanej.   Wróciły   z 

kocami   i   deskami,   a   jedna,   jak   się   okazało,   miała   dość   rozumu,   by   odczepić   z 

rzemiennych zawiasów drzwi do baraku.

Na nich właśnie ułożyły Jensinę.

- Zabierzcie ją do naszego domu - poleciła Maria, a żadna nie zaprotestowała.

Kobiety   nie   kryły   przerażenia,   dobrze   wiedziały,   czym   mogą   grozić   takie 

poparzenia. Już wcześniej się zdarzało, że któraś z więźniarek nie zachowała należytej 

ostrożności   podczas   gotowania   tranu.   Olej   niszczył   skórę   jak  kwas,  wypalał   w   ciele 

głębokie rany. Te, które przebywały na wyspie najdłużej, pamiętały, jak kiedyś jedna z 

kobiet wpadła do wrzącej masy... Zmarła w trudnych do wyobrażenia męczarniach.

Gdy Jensina znalazła  się pod dachem,  Maria kazała  kobietom odejść. Zostały 

tylko Katja i Millicent.

- Postarajcie się ją rozebrać. Musimy sprawdzić, jaki jest jej stan. Jeśli będzie 

background image

konieczne, przetnijcie ubranie. Katja, postaw na ogniu kociołek. Potrzeba nam gorącej 

wody.

Maria   zabrała   się   do   przygotowywania   opatrunków.   Nagle   coś   jej   się 

przypomniało.

-   Chyba   widziałam   łódź   powracającą   z   tymi,   które   popłynęły   zbierać   jaja. 

Pobiegnij do nich, Millicent, powiedz, że musimy mieć jajka! Co najmniej sześć, osiem 

sztuk, a najlepiej cały tuzin. To kwestia życia i śmierci!

Millicent   usłuchała,   ale   kręciła   głową   nad   pomysłem   Marii.   Co   może   pomóc 

posiłek nawet z tylu jaj osobie tak ciężko rannej?

Maria przejrzała zapasy swoich środków zaradczych, bardzo już zubożone. Wciąż 

jednak   miała   trochę   suszonych   liści   dziurawca,   namoczyła   je   w   wodzie,   nasiąkły, 

zmieniając się w miękkie, brunatne grudki. Pokroiła je i ułożyła na kawałku czystego 

płótna,   które   zwilżyła   zimnym   wywarem   z   jałowca,   przechowywanym   w 

zapieczętowanym woskiem dzbanku. Millicent przyniosła trzy jajka.

- Więcej nie dostałam, nie mogli pojąć, po co mi...

- Nigdy nie słyszeli o okładaniu oparzeń błoną z jajka? To najlepszy sposób, w 

każdym   razie   tutaj,   gdzie   nie   ma   dostępu   do   apteki.   Rozbij   jajka,   oddziel   żółtka,   a 

skorupki daj mnie.

Maria przytrzymała głowę Jensiny i wmusiła w nią wódkę wymieszaną z nalewką 

ze   sporyszu,   czarnego   bzu   i   odrobiną   lulka   czarnego.   Nie   wiadomo,   czy   to   wódka 

podziałała, czy też zioła, w każdym razie Jensina rozluźniła się nieco na swym twardym 

łożu i jęczała już trochę ciszej.

Maria wiedziała,  że kobieta  wciąż cierpi  straszne  bóle,  ubranie przylgnęło  do 

poparzonej skóry, której całe płaty odchodziły z ciała przy próbach usunięcia skrawków 

tkaniny. Jensina znów zaczęła się wić.

Nie krzyczała już jednak, czym ogromnie zaimponowała Marii, która sama przy 

tych   zabiegach   tak   mocno   przygryzła   wargę,   że   czuła   teraz   w   ustach   smak   krwi.  A 

młodziutka Katja wyglądała na bliską utraty przytomności na widok wielkich białych 

płatów skóry, które oddzieliły się od ręki Jensiny i ułożyły wokół jej nadgarstka niczym 

pomięta rękawiczka.

Na całym prawym ramieniu Jensiny widać było odsłonięte czerwone ciało, a na 

background image

piersi miała wielkie ogniste plamy. Najgorzej jednak przedstawiała się twarz, jedna jej 

strona już puchła. Maria do najgłębszych ran przyłożyła błonę z jajek; miała ona zapo-

biec   przedostaniu   się   nieczystości,   wywołujących   zapalenie.   Pozostałe   oparzenia 

nasmarowała   białkiem   i   owinęła   płóciennymi   bandażami   nasączonymi   sokiem   z 

dziurawca i wywaru z jałowca.

Podniosła głowę, zadowolona ze swego dzieła. Jensina sprawiała wrażenie, że 

lepiej się czuje. Maria wyciągnęła rękę, pogłaskała poparzoną po zdrowym policzku, 

poczuła pod palcami szorstką, pomarszczoną skórę.

Kobieta, z którą walczyła, pierwsza z sióstr, na którą podniosła rękę. Leżała teraz 

przed   nią,   cierpiąca,   i   nadzieję   mogła   pokładać   jedynie   w   swoim   wrogu.   Maria 

uświadomiła sobie, jak mocno wszystkie mieszkanki wyspy są ze sobą związane.

Po cóż tracić siły na wrogość?

O ileż lepsza byłaby ich sytuacja, gdyby trzymały się razem! Może to, co się 

stało,   wywrze   jakiś   wpływ   na   Jensinę?   Może   nawet   skończy   się   wykorzystywanie 

kobiet?

Oby tylko Jensina przeżyła!

W przeciwnym razie siedem więźniarek z baraku Jensiny wciąż będzie okazywać 

reszcie niechęć z czystej lojalności wobec zmarłej przywódczyni. Jensina musi przeżyć. 

Jest zdrowa i silna, na pewno niejeden cios już zniosła.

Teraz potrzebowała odpoczynku i spokoju. Na szczęście wrzący tłuszcz uszkodził 

jedynie   przód   ciała,   mogła   więc   stosunkowo   wygodnie   leżeć   na   plecach.   Maria 

przeniosła   własne   koce   na   ławę,   na   której   spoczywała   teraz   Jensina,   a   kilka   innych 

więźniarek oddało swe cienkie materace, by umościć jak najwygodniejsze posłanie dla 

cierpiącej.

Każdą z nich mogło wszak spotkać to samo!

Życie pełne jest ryzyka i niebezpieczeństw.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Zarządca   oczywiście   natychmiast   został   powiadomiony   o   wypadku,   ale   nie 

widział powodu, by się włączać w sprawę. Kobiety same najlepiej się sobą zajmowały, a 

teraz jeszcze miały przecież Marię właśnie do takich przypadków. Oparzenia nie były 

niczym   niezwykłym,   szczególnie   gdy   więźniarki   pracowały   na   wpół   przytomne   z 

wycieńczenia.

Później jednak tego samego dnia przyszedł do baraku, gdzie Maria wciąż czuwała 

nad ranną. Chwilę postał w drzwiach, najwidoczniej nie słyszała, że nadchodził. Dzieciak 

bawił się na podłodze u jej stóp. Na palenisku płonął ogień, bulgotała woda w kociołku. 

Maria   siedziała   na   ławie,   na   której   umieszczono   Jensinę.   Jak   strasznie   wyglądała   ta 

kobieta! Maria delikatnie obmyła nieuszkodzone części jej ciała, a teraz od czasu do 

czasu wlewała do opuchniętych ust chorej kilka kropel z jakiejś butelki. Gdy zdała sobie 

sprawę  z  obecności  stojącego  w   drzwiach   mężczyzny,  prędko  zakryła   obwisłe   piersi 

Jensiny.

Zarządca zachichotał, będąc świadkiem takiego gestu, zupełnie, jego zdaniem, nie 

na miejscu.

- Już nie raz widziałem to stare ciało, Mario! Mną się nie przejmuj!

- Przejmuję się Jensiną - odparła zimno. - Lepiej będzie, jak zostawisz nas teraz w 

spokoju.

- Nie zapomniałaś chyba o naszej umowie, Mario? - spytał.

Maria przygarnęła Kristinę do siebie, spojrzała w jego wyzywająco patrzące oczy. 

Twarz   miał   czerwoną,   widać   dzisiaj   też   nie   zostawił   w   spokoju   beczułki   z   wódką. 

Kristina schowała się w najdalszym kącie pryczy Marii.

- Straszysz dziecko. Idź już, nie widzisz, że jestem zajęta?

- Zajęta, zajęta. Mam prawie wrażenie, że próbujesz mnie oszukać. Wyślizgujesz 

się z moich rąk jak węgorz! - W oczach błysnęły mu złośliwe iskry. - Może powinienem 

raczej   pogadać   z   Jonassenem   o   podwiezieniu   Kristiny...   Ale   i   tak   nie   masz   żadnej 

gwarancji, że nie przyjdę tutaj i nie zabiorę cię pod swoją pierzynę...

-   Gdybyś   chciał   mnie   zgwałcić,   uczyniłbyś   to   już   dawno   temu.   To,   że   nie 

próbujesz siłą zaciągnąć kobiety do łóżka, uważam za twoją jedyną sympatyczną cechę!

background image

- O, mam ich więcej. Przekonasz się, jak przyjdziesz do mojej chaty. Naprawdę 

pięknie cię potraktuję. I nie będziesz musiała już się tak mordować!

- Wolę uczciwą ciężką pracę niż wygodne życie jako twoja dziwka!

- No, no, nie przesadzaj. Nikt nie będzie nas winił, jesteśmy tu skazani na to, żeby 

radzić sobie najlepiej jak umiemy. Wiesz, że na tym szkierze nie ma księdza. I nikt nic 

nie powie, jeśli zechcesz szukać u mnie... ochrony. Lepsze to chyba niż rozkładanie nóg 

przed każdym rybakiem, który może zaproponować jakiś grosz albo ładną wstążkę do 

włosów?

Maria przełknęła ślinę, to, co mówił zarządca, było prawdą. Ale nigdy, przenigdy 

nie   zgodzi   się   dobrowolnie,   aby   jakikolwiek   inny   mężczyzna   dotykał   tych   miejsc, 

należących na zawsze do... Randara.

- Musisz mnie zostawić w spokoju na kilka dni, inaczej Jensina życiem zapłaci za 

twoją niecierpliwość. Wymaga pielęgnacji i opieki, jeśli kiedykolwiek jeszcze ma dla 

ciebie zarabiać pieniądze!

Simonussen popatrzył na uśpioną twarz poparzonej. Zaskoczona Maria zauważyła 

w jego oczach błysk smutku.

- Jensina. Tak, tak, piękna nigdy nie byłaś, ale gorąca z ciebie i uparta baba! 

Przeżyliśmy razem niejedną miłą chwilę... Opiekuj się nią dobrze, zbyt dużo nas łączyło, 

żebym mógł pozwolić jej po prostu umrzeć!

Maria kiwnęła głową i popatrzyła na niego z uznaniem. Zarządca nie jest widać aż 

tak nieludzki. A za sprawą Jensiny to, co nieuniknione, odsunęło się na jakiś czas.

Nad morzem skrzeczały mewy.

Z każdą łodzią kierującą się w stronę Skjaervaer przybywało pracy.

Teraz kobiety i w nocy miały dość zajęcia.

Maria z całą delikatnością starała się przemówić do rozumu tym, które, gdy nastał 

sezon, przyjmowały męskie wizyty.  Nie chciała zanadto moralizować, wiedziała, jaka 

konieczność zmusza je do sprzedawania swoich ciał. Niektóre zresztą zostały tu zesłane 

właśnie   za   rozwiązłość.   Na   osamotnionych   wyspach   gromadziły   się   osądzone   za 

cudzołóstwo   rozmaitego   rodzaju,   Maria   wątpiła,   aby   wysocy   sędziowie   mieli 

wyobrażenie, na jaki los je skazują.

Czy istniało jakieś miejsce bardziej skłaniające kobietę do takiego upokorzenia?

background image

Nędza była tu większa niż w najnędzniejszej wiosce w głębi kraju. Żyły tu same 

przeciw wiatrowi, groźnemu morzu, przeciw sobie nawzajem.

Czy sędziowie o pełnych brzuchach słusznie czynili, osądzając je tak surowo? 

Oni, którzy nigdy nie stanęli przed wyborem między hańbą a śmiercią głodową?

Marii żal było tych kobiet, wiedziała jednak, że one gardzą jej współczuciem. 

Zamiast tego zaproponowała im pomoc, aby tak łatwo nie zachodziły w ciążę. Już samo 

mówienie   o   tych   sprawach   było   niebezpieczne,   surowo   zabronione   i   niemożliwe   do 

zaakceptowania. I Kościół, i prawo przestrzegały przed taką grzeszną działalnością.

Nie   wolno   ingerować   w   boskie   plany   i   nie   dopuszczać   do   narodzin   Jego 

duszyczek! Groziła za to okrutna kara.

Ale kobiety z Skjaervaer z wdzięcznością przyjmowały nieduże gąbki i nasączały 

je   płynem   przygotowanym   przez   Marię   z   rozmaitych   gorzkich   i   kwaśnych   ziół   z 

dodatkiem octu. Drżały na myśl o umieszczeniu miękkich gąbek we wnętrzu ciała, ale 

nie   śmiały   nie   słuchać   Marii.   Znały   wiele   rad   na   niechcianą   ciążę,   z   gorzkiego 

doświadczenia wiedziały jednak, że rzadko okazują się skuteczne.

A wtedy alternatywą było pozwolić Jensinie, by zrobiła swoje. Maria przysięgła 

sobie, że nie dopuści do tego, dopóki będzie chodzić po wyspie.

- Nawet jeśli mimo wszystko zajdziecie w ciążę, znajdziemy jakąś radę. Koniec 

tych zabójstw, okrutnego kaleczenia ciała i duszy!

Jej wybuch wystraszył kobiety, lecz zarazem sprawił im wyraźną ulgę.

Rozeszły się potem, żeby obmyć twarze i dłonie, zanim wieczór zmieni się w 

chłodną, lecz pełną namiętności wiosenną noc.

Maria wyraźnie słyszała wrzawę dochodzącą z brzegu. Śpiewano i wznoszono 

toasty, był wszak sobotni wieczór, a na dodatek Wielkanoc. Tu na wyspie dni świąteczne 

wtapiały się w codzienność, lecz tę sobotę obchodzono hucznie z głośnym śmiechem i 

wielką   ilością   piwa.   Rybacy   i   wędrowni   handlarze   nie   ociągali   się   z   fundowaniem, 

wiedzieli, że taki wydatek się opłaci.

Maria z ciężkim sercem patrzyła, jak Sylvia ciągnie do zabawy młodą Katję. Po 

prawdzie Katja nie była już dzieckiem, latem skończy osiemnaście lat. Maria nie mogła 

przejąć władzy nad jej życiem, nie mogła jej zabronić tej namiastki miłości, jaką teraz 

miała szansę poznać. Ponadto Katja posiadała osobliwą zdolność zachowywania dystansu 

background image

wobec wszystkiego, co się działo, na jej ustach pojawiał się wtedy lekki, wręcz chytry 

uśmieszek.   Może   ona   się   za   coś   mści,   pomyślała   Maria   zdumiona.   Tak,   kiedy 

dziewczyna   stała   z   podniesioną   głową,   z   oczu   biła   jej   pogarda   i   zdawała   się   wręcz 

triumfować.

Ktoś tam na dole grał na organkach, Maria słyszała już kiedyś ten pełen skargi 

instrument   na   statku   płynącym   z   Bergen   na   Vegę.   Melodia   wznosiła   się   i   opadała, 

dźwięki raz były czyste, przejrzyste, to znów mętne jak woda w wąskiej zatoce.

Rechot mężczyzn świadczył o tym, że zabawa staje się coraz śmielsza i bardziej 

wulgarna. Maria zerkała z kąta, Jensina na ławie nie spała, ale nic nie mówiła, Kristina 

usnęła. W baraku dawno nie było tak ciepło, ostatnio w promieniach słońca dało się już 

wyczuć nadchodzące lato.

Maria z żalem patrzyła,  jak Katja spieszy z silnym młodzieńcem za skały,  za 

którymi, jak wiedziała, rozpościera się nieduży skrawek porośniętej trawą ziemi. Inni 

wykrzykiwali  za nimi  nieprzyzwoite  słowa, dające jasno do zrozumienia,  co się tam 

będzie działo.

- Pospiesz się, nie tylko ty masz ochotę dzisiaj pobaraszkować w trawie!

- Nie ma obaw, ten młody kozioł ulży sobie, jak tylko ona podciągnie spódnicę! 

Już na sam widok, ha, ha!

Maria wyobraziła sobie, jak Katja się rumieni, ale chłopak pogroził palcem swoim 

starszym rubasznym towarzyszom i zniknął za skałami.

Z sąsiedniego baraku dochodziło monotonne mamrotanie. To Mathiasowa Hilda 

odmawiała swoje modlitwy za grzeszne dzieci.

- Zamknij drzwi, Mario, zimno mi!

To   odezwała   się   Jensina,   głos   miała   ochrypły.   Maria   nalała   jej   kubek   wody. 

Zaledwie  w trzy dni po wypadku  Jensina wyglądała  znacznie  lepiej, ale pozbawione 

skóry oparzenia wciąż straszyły czerwienią, sączył się z nich jakiś płyn.

- Boli cię? - spytała Maria. Jensina wymuszenie uśmiechnęła się półgębkiem.

- Pytasz, jakbyś nie wiedziała! Jestem przecież na wpół ugotowana jak stary gnat! 

Piecze, to jasne. Ale należą ci się podziękowania za ten czarodziejski wywar, który we 

mnie wlałaś, tak cudownie łagodził i pomógł przespać najgorsze.

- To nie był wcale czarodziejski wywar. Po prostu właściwe rośliny wysuszone w 

background image

odpowiedni sposób i odmierzone w idealnych dawkach - Maria nie próbowała nawet 

udawać skromnej, ale okrasiła pewność siebie żartobliwym uśmiechem.

- Dużo potrafisz, Mario - stwierdziła zamyślona Jensina, kiedy woda zwilżyła jej 

nieco gardło.

- Rzeczywiście dużo umiem. Za dużo. Gdyby nie to, nie siedziałabym tutaj.

- Wiedza jest przekleństwem kobiet - oświadczyła Jensina z niezwykłą jak na nią 

mądrością.

-   Kobiety   są   przeklęte   na   tak   wiele   sposobów.   Jensina   w   odpowiedzi   tylko 

westchnęła. Zaczęła się między nimi rodzić jakaś nowa więź, od wypadku zamieniły 

ledwie kilka słów.

- Dziękuję - powiedziała Jensina po prostu i podniosła zdrową rękę.

Maria ujęła ją, poczuła, że jest normalnie ciepła. Uścisk dłoni trwał kilka sekund 

dłużej niż konieczne, spotkały się także spojrzenia kobiet.

Przyjemnie było patrzeć w piwne oczy Jensiny bez potrzeby mierzenia się z bijącą 

z   nich   goryczą   i   nienawiścią.   Gdy   próbowała   się   uśmiechnąć,   wydawała   się   nawet 

ładniejsza niż kiedykolwiek. Zniekształcony policzek i zamknięte oko nie miały żadnego 

znaczenia.

- Myślę,  że wspólnie możemy  wiele zdziałać,  Mario. Prawdę powiedziawszy, 

wydaje mi się, że na wyspie nastaną nowe czasy.

Maria zgodnie pokiwała głową, lecz serce w piersi miała ciężkie. Nawet razem z 

Jensina pozostawała bezradna wobec gróźb zarządcy.

Postanowiła ulżyć sercu i zwierzyć się dawnemu wrogowi. Uczyniła to delikatnie, 

ze świadomością, że Jensina była kiedyś kobietą Simonussena.

Ale   na   pomarszczonej   twarzy   nie   pojawił   się   nawet   cień   zazdrości.   Jensina 

słuchała z miną przywodzącą na myśl smutek.

- Ty także - westchnęła. - Wielki to dla mnie zawód. Ty... zawsze taka dumna. 

Wszystkie chciałyśmy być takie... A jednak to dowodzi, że kiedy samo życie zaczyna 

chwytać nas za gardła, nie ma sensu, abyśmy się opierały.

- Nie mogę pozwolić, aby odesłał dziewczynkę. Bóg jeden wie, jaki los ją tam 

czeka!

- Szlachetna Maria! - Jensina wypluła te słowa, lecz w jej oczach zalśnił podziw.

background image

- Obiecałam Turid, że będę jej przyjaciółką. Wiem, że na mnie liczyła. Wiedziała, 

że zatroszczę się o Kristinę...

- Turid! Ostatnimi czasy nie pamiętała już nawet, jak się nazywa! Całkiem jej się 

pomieszało w głowie, kiedy zaszła w ciążę. Bez końca gadała tylko o tym mężczyźnie, 

prawie aniele!

- Wszystkie o czymś marzymy - cicho odparła Maria. - A nie jest wcale pewne, że 

nasze marzenia mają większą szansę się spełnić niż jej!

- O czym ty marzysz, Mario? - szeptem spytała starsza od niej kobieta.

Maria przekręciła pierścionek na palcu. Podniosła głowę nic nie mówiąc, lecz 

Jensina uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

- I ty także - westchnęła. - Cóż, żyjmy nadzieją. Podobno zdarzały się przypadki, 

że ułaskawiano więźnia po dwudziestu albo trzydziestu latach. Może to samo dotyczy nas 

w obozach rybackich?

- Kto wie? Żadna nie przeżyła tu więcej niż osiem, najwyżej dziesięć lat...

- Ale my jesteśmy silne... ty i ja, Mario!

- Ty i ja, Jensino! Dobrze było zapomnieć o wrogości, poczuć, że mimo wszystko 

tak wiele je łączy. Maria ośmieliła się poruszyć jeszcze jedną sprawę.

-   Jensino...   chciałabym   cię   o   coś   prosić.   Te   usługi,   które   świadczysz,   kiedy 

dziewczyny wpadają w kłopoty...

- Pst!

- Nie, trzeba o tym porozmawiać. Jeśli nie zaprzestaniesz tych praktyk, na zawsze 

pozostanę twoim wrogiem. A tak bardzo bym pragnęła mieć w tobie przyjaciółkę!

Jensina zadumała się, słowa Marii bardzo jej się nie spodobały.

-   Przecież   robię   to,   żeby   pomóc!   One   przychodzą   do   mnie   zrozpaczone, 

wystraszone... Wolałabyś  patrzeć, jak dzieci mrą z głodu, nie doczekawszy pierwszej 

wiosny?

- Nie. Ale poradzimy sobie z tym. Gdybyśmy miały krowę... miałybyśmy także 

mleko. Wtedy nawet najsłabsza matka mogłaby wykarmić swoje dziecko. A ja jestem 

doświadczoną akuszerką.

- Może i tak, ale zarządcy by się to nie spodobało, o, nie, nie spodobałoby mu się 

to. Jak by to wyglądało, gdyby wielcy panowie w dystrykcie dowiedzieli się, że kobiety i 

background image

mężczyźni   obcują   tu   ze   sobą?   Plotki,   które   krążą   teraz,   to   jedno,   a   wymachujące 

rączkami dziecko to zupełnie innego rodzaju dowód! Pamiętaj, większość z nas jest tutaj, 

by nauczyć się kroczyć wąską ścieżką cnoty!

Maria kiwnęła głową, starała się zrozumieć.

- Wiem o tym. I przysięgam ci, Jensino! Społeczeństwo już wkrótce będzie się 

wstydzić tych wysp, pełnych nieszczęśliwych kobiet! Nadejdą inne czasy, kiedy nawet 

najnikczemniejsze   więźniarki   będą   traktowane   przyzwoicie   i   nie   będą   zmuszone 

sprzedawać własnego ciała, aby przeżyć. I gotowa jestem poświęcić w tej walce własne 

życie.

- Brzmi to wspaniale - cierpko zauważyła Jensina. - Ale czy nie lepiej, żebyś 

starała się po prostu przeżyć?

- To dwie strony tej samej sprawy.

Wielkanoc   przywiodła   na   wybrzeże   Helgelandu   łagodniejsze   wiatry. 

Pieszczotliwie ocierały się teraz o śliskie wysepki  i postrzępione skały szkierów, za-

kradały się nad kiełkujące pola i bogate zapasy ryb. Osuszały łzy z twarzy biedaków, nie 

czyniąc różnicy między nimi a żonami właścicieli przystani, którym z głów wystrojonych 

na niedzielne nabożeństwo zrywały ozdobione koronkami kapelusze.

Na Skjaervaer wiatr był  przyjacielem,  ciepła  bryza  pomagała  w suszeniu ryb. 

Podmuch   sprawiał,   że   ogniska   płonęły   żwawiej,   i   niósł   ze   sobą   zapach   kwiatów   ze 

wzgórz na lądzie. Nawet morze łagodniało na lekkim wietrze, uspokajało się, marszczyła 

się tylko powierzchnia.

Wieczory stawały się coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Na wyspę płynął strumień 

mężczyzn w poszukiwaniu uścisków chętnych kobiecych ramion.

Zarządca Simonussen stracił cierpliwość.

Widok   kolejnych   par   znikających   za   wzgórzami   i   w   zakątkach   skał   czy   też 

kryjących się w drewutniach albo za stojakami, na których suszyły się ryby, sprawiał, że 

jego myśli obracały się wokół jednego: kuszącego ciała Marii.

Pragnął ujrzeć je nagie,  jaśniejące  w mroku!  Chciał  poczuć  jedwabiste  włosy 

przesypujące   się   w   palcach,   wcisnąć   nos   w   miękką   kobiecą   skórę.   Maria   pachniała 

inaczej   niż   pozostałe   więźniarki,   poczuł   to   kiedyś,   stojąc   blisko   niej.   Bił   od   niej 

niezwykły, drażniący aromat, zapach letniej łąki i słodkiego miodu. Nawet odór tranu nie 

background image

zdołał przyćmić tej woni.

Dziś wieczorem.

Dziś wieczorem musi przyjść.

Inaczej, do czarta, odeśle dziewczynkę pierwszą lepszą łodzią, jaka odpłynie z 

wyspy! Trzeba to jasno powiedzieć, żeby zrozumiała, że jego cierpliwość się wyczerpała. 

Jensina czuła się już na tyle dobrze, że Maria nie mogła dłużej wymawiać się jej pie-

lęgnacją.

Poczuł   nagły   przypływ   nadziei   i  życiowych   sił,   natychmiast   skierował   się   ku 

miejscu,   gdzie   Maria   w   gorącej   morskiej   wodzie   prała   robocze   fartuchy.   Dziecko 

oczywiście kręciło się przy niej. Buzia w kształcie serca zesztywniała jak zawsze na jego 

widok, co niepomiernie go zirytowało. Nie był, do diabła, mordercą dzieci!

Maria   wyprostowała   się   powoli,   wytarła   zaczerwienione   ręce   w   fałdy   sukni. 

Włosy   miała   upięte   na   karku,   lecz   kilka   loków   opadło   jej   na   spocone   czoło.   Oczy 

spoglądały zimno, lecz nie wahały się odpowiedzieć na jego spojrzenie.

- Koniec zabawy, Mario. Statek „Andalea” odpływa stąd jutro rano. Jeśli dziś 

wieczorem nie zobaczę cię w moim domu, na pokładzie znajdzie się dodatkowa osoba!

Marii serce ścisnęło się w piersi. Spodziewała się, że ta chwila musi wreszcie 

nadejść, lecz wciąż odpychała od siebie tę świadomość.

Mogła mu teraz odpowiedzieć, jedynie obejmując mocno chude ramiona Kristiny.

- Dziecko zostanie ze mną - oświadczyła. - Marny to mężczyzna, który ucieka się 

do takich sposobów, żeby zdobyć kobietę!

- Dość tego, Mario! Nie zapominaj, że mam władzę, by zrobić, co mi się podoba, 

z tobą i ze wszystkimi innymi. Nawet gdybyś nie była taka szlachetna!

Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, dlatego nic więcej nie powiedziała. To 

musi się w jakiś sposób udać. Chyba zdoła wytrzymać, tyle ciężkich prób już zniosła. 

Wiedziała jednak, że ból, jaki pozostanie po natrętnej miłości Simonussena, zabije w niej 

coś świętego, niezwykle cennego, to, co pomogło jej przetrwać te straszne miesiące.

Święta Panno, Matko Boża, bądź przy mnie...

Kristina lękliwie zerknęła na pobladłą twarz Marii, nie podobało jej się drżenie w 

wesołym z pozoru głosie.

A  kiedy Maria  zapowiedziała,   że  tej  nocy  nie  mogą  spać  razem,  dziecko   nie 

background image

umiało dłużej powstrzymywać łez.

- Wrócę, zanim się obudzisz. Muszę tylko...

- Idziesz do Simonussena! A wcale tego nie chcesz, widzę! Głupi Simonussen!

- Owszem, nie chcę, ale wiesz przecież, że to on decyduje. Nie myśl już o tym, 

kochanie. Jutro znów będziemy razem!

- Mario... obiecaj, że mnie nie zostawisz... jak mamusia... bo wtedy będę całkiem 

sama!

Maria zapanowała nad ściskaniem w gardle, otarła dziecku łzy.

- Nie, Kristino, nigdy cię nie zostawię.

- To dobrze! Kristina, w jednej chwili znów beztroska, podskoczyła  i zaczęła 

uderzać kijem w rozłożone na kamieniu mokre ubrania.

Jak mało dzieli smutek od beztroskiej zabawy, kiedy jest się tak młodym! Maria 

cieszyła   się   ogromnie,   że   Kristina   zachowała   w   sobie   tyle   z   dziecka   pomimo   jakże 

trudnego dzieciństwa.

Godziny   płynęły,   bezwzględnie   zmierzając   ku   wieczorowi,   a   stopy   Marii   z 

każdym krokiem wiodącym ją ku nocy poruszały się coraz ciężej.

Ale słońce nieubłaganie chyliło swą tarczę ku ziemi i tak samo nieubłaganie dzień 

przeszedł w wieczór.

Był   już   najwyższy   czas,   aby   pójść   do   chaty   Simonussena.   Maria   nie   chciała 

wywoływać   zbędnego   zamieszania,   wolałaby   ukryć   swój   wstyd   przed   innymi 

więźniarkami.   Czyż   nie   ona   wygłaszała   gorące   kazania   przeciwko   mężczyznom 

wykorzystującym samotne kobiety? A teraz, jak nigdy wcześniej, stała się jedną z nich.

Sprzedawała się tak samo jak one i motywy jej postępowania w ogóle się tu nie 

liczyły. Poddanie się z powodu Kristiny nie było niczym szlachetniejszym niż uleganie 

żądaniom głodu.

-   Nie   idę   tam   z   radością,   lecz   może   zdołam   dokonać   czegoś   dobrego.   Może 

zarządca   będzie   mnie   bardziej   słuchał,   może   uda   mi   się   wpłynąć   na   panującą   tu 

sytuację...

Głos jej brzmiał słabo, chociaż próbowała się uśmiechać.

Z   osiemnastu   pryczy   obserwowały   ją   milczące   współtowarzyszki.   Żadna   nie 

wiedziała, co powiedzieć. Maria dostrzegała ich rozczarowanie, może traktowały ją jak 

background image

wzór, nie całkiem rzeczywisty. Na pewno uznały, że aureola, jaką zawiesiły jej nad gło-

wą, znacznie przygasła.

- Nie wydaje  mi się, abyś  mogła cokolwiek zmienić w naszym  życiu  - cicho 

powiedziała któraś z kobiet. - Ale może będziesz trochę dłużej żyła, jeśli zgodzisz się 

dzielić z Simonussenem łoże... i stół.

Maria przełknęła gniew, wywołany tą insynuacją. Nic dziwnego, że kobiety myślą 

swoje. Ale Jensina pomachała do niej ze swego posłania, zdrowa ręka uniosła się w 

pożegnalnym geście.

- Idź, Mario. I pocieszaj się, że on jest już za stary na zbyt męczące figle. Czeka 

cię łatwe zadanie, on się zacznie trząść, jak tylko przemkniesz koło jego chaty! Pokaż mu 

piersi, od razu wtedy robi się jak dziecko!

Rozproszony śmiech. Maria wyszła.

Uroczyście   nakrył   do   stołu,   ustawił   talerze   i   szklanki   z   prawdziwego   szkła. 

Przyniósł   pachnące   wiosenne   rośliny   i   wymienił   mech   w   materacu.   Puchowa   kołdra 

przez cały dzień wisiała na drzewie za chatą, wiedział, że kobiety bardzo na takie rzeczy 

uważają. I dlaczegóż by nie miał okazać jej odrobiny starań? To w niczym chyba nie 

zaszkodzi, a może, przeciwnie, usposobi ją bardziej przyjaźnie.

Nie życzył sobie w łóżku zimnej kukły, pragnął żywej istoty, ciepłego ciała, które 

potrafiłoby odpowiedzieć na pieszczoty i pożądanie.

Zresztą tego wieczoru nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Wystarczy już sama 

jej obecność.

Dumna Maria!

Trochę niebezpieczna, tajemnicza.

Taka jasna i piękna na zewnątrz, a w środku pełna czarnej mocy i niesamowitych 

zdolności. Nie zdziwiłoby go, gdyby naprawdę wyprawiała się na sabat...

Zadrżał w napięciu, przed oczami jęły się przesuwać kuszące obrazy nagiej Marii, 

unoszącej się na wielkiej miotle...

Przyszła.

Stanęła w drzwiach niczym jagnię czekające na rzeź. Nic z sobą nie przyniosła. 

Ubrała się w prostą, lecz  czystą  sukienkę,  włosy mocno  związała  na karku; od razu 

pomyślał, że trzeba je rozpuścić.

background image

- Wejdź - powiedział i zirytował się na samego siebie, ponieważ głos mu zadrżał.

Maria weszła do środka, jakby prowadzona przez kogoś innego. Poruszała się 

sztywno.   Boże,   czy   ona   musi   tak   wyraźnie   demonstrować   swoją   niechęć?   To 

nieprzyjemne.

- Wypijmy za nasze... połączenie - zaproponował, szukając pomocy w zawsze 

drogiej sercu beczułce z gorzałką. Była już prawie pusta.

Dlaczego nie? pomyślała Maria. To może ukoi najstraszniejszy ból. Stłumi płacz, 

który leży mi na piersi.

Ale wódka jakby zmieniła się w łzy i sprawiła, że Maria stanęła jeszcze bardziej 

bezbronna przed niewyraźną już, lecz kochaną twarzą.

Randarze, Randarze, zdradzam cię teraz! Wybacz mi, widzisz, że nie czynię tego 

z własnej woli! Zrozumiałbyś... nie winiłbyś mnie o nic. Ach, Boże, dlaczego myślę tak, 

jakbyś już nie żył! Ty przecież żyjesz, musisz żyć! Dla malutkiej... i dla mnie!

Poczuła na plecach dotyk ręki, gładzącej napięte mięśnie. Obce palce sięgnęły do 

węzła włosów.

Mocowały się z zawiązaną wstążką, wreszcie jednak włosy opadły jej na twarz.

- Piękne, jakie piękne... Głos nadzorcy brzmiał teraz inaczej, słychać w nim było 

niemal szacunek. Maria niechętnie pozwoliła mu przeczesać jasne loki palcami.

Potem ręce nadpełzły od tyłu jak węże, po ramionach, ku piersiom.

Trzęsły się.

Wielkie i sine, naznaczone głębokimi bruzdami, z których nigdy nie uda się już 

zmyć brudu.

Jednym uchem słyszała jego gorący oddech.

Pochylił się nad nią, dłonie ułożyły się w miseczki i pochwyciły piersi. Maria nie 

zdołała   zapanować   nad   szlochem.   Ciało   jej   zesztywniało,   nie   chciało   przyjmować 

pieszczot.

Zaczął ciągnąć za sznurowanie stanika. Wkrótce pętelka przytrzymująca koszulę 

puściła, odsłonięta pierś skurczyła się od chłodu, lecz on przyjął to za oznakę uległości.

- Ach, tak, lodowa czarownica ożyła? Marii zabrakło już sił na protest, może i 

lepiej, że tak myślał? Może szybciej będzie miała to za sobą?

Postanowiła z kamienną twarzą przyjąć to, co wkrótce musiało nastąpić. Zaraz 

background image

poprowadzi ją do łóżka.

Pukanie do drzwi!

Simonussen zaklął pod nosem.

- Przeklęci durnie! Poleciłem wszak, żeby dziś wieczór mi nie przeszkadzano! 

Bosman dostał dzban z gorzałką, miał ich obsługiwać i brać zapłatę...

Podciągnął wyraźnie napięte spodnie i przygładził rzadkie włosy.

Maria dalej siedziała sztywno, ale ściągnęła poły stanika i zacisnęła sznureczek 

przytrzymujący szeroką bluzkę na szyi.

Simonussen   otworzył   drzwi.   Maria   przygotowała   się   na   to,   że   zaraz   usłyszy 

wyzwiska i przekleństwa. Biedaczysko, który ośmielił się przyjść, jeszcze się od nich 

przewróci!

Ale zarządca stał oniemiały, z rozdziawioną gębą. Wyglądał jak błazen. Maria na 

tle przygasającego światła dziennego dostrzegała tylko mroczną postać.

Wstała z krzesła, z ciekawością wyjrzała przez otwarte na oścież drzwi.

Jakiś młody pan.

Prawdziwy pan!

W pięknych skórzanych spodniach do kolan.

Pończochy   jaśniały   bielą   nad   wyczyszczonymi   do   połysku   skórzanymi 

trzewikami ze srebrnymi zapinkami.

Z   rękawów   krótkiej   kurtki   wystawały   białe   koronki,   z   kieszeni   zwieszał   się 

zegarek.   A   na   głowie   przybysz   nosił   trójgraniasty   kapelusz,   w   którym   większość 

mężczyzn wyglądałaby śmiesznie.

Ale   on   był   piękny   niczym   sam   archanioł   Gabriel.   Jasne   loki   sięgały   mu   do 

ramion.

W momencie gdy Maria pochwyciła spojrzenie niebieskich oczu, wiedziała już, 

kim jest.

Widziała już to delikatne wygięcie ust.

Widziała delikatne długie rzęsy.

A gdy powitał Simonussena i ją, nawet jego głos był zaledwie odrobinę niższy.

- Dobry wieczór. Jestem Adrian Muld.

Maria po omacku poszukała czegoś, na czym mogłaby się oprzeć, wpatrywała się 

background image

w przybysza, aż oczy rozbolały i zaczęły łzawić. Ale nawet kiedy wreszcie udało jej się 

mrugnąć,  mężczyzna  dalej  stał  tak samo  rzeczywisty jak przedtem.  A  imienia,  które 

wciąż dźwięczało jej w uszach, nie dało się pomylić z żadnym innym.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Jasnowłosy przybysz wyraźnie dał do zrozumienia, że spodziewa się, iż zostanie 

zaproszony do środka. Simonussen zapomniał prawie o swoim gniewie, kiedy zarysowała 

się przed nim perspektywa sporego zarobku. Tacy panowie chętnie płacili talarami za 

obsługę i posiłek!

Pokornie poprosił, aby gość usiadł, i uśmiechając się do niego, słał jednocześnie 

Marii złowrogie spojrzenia. Maria wciąż stała w drzwiach, ledwie zdołała się ukłonić, 

gdy obcy się z nią witał.

Gdy wreszcie zasiedli, wypili za pokój Boży i za zdrowie wszystkich, mężczyzna 

z jasnymi lokami chrząknął i odłożył kapelusz.

- Przybywam w ważnej sprawie, lecz proszę mi najpierw pozwolić opowiedzieć o 

mej ostatniej bytności na tej wyspie.

- Co takiego? Czyżby łaskawy pan już tu kiedyś był? Dziwne, nie pamiętam...

- To bardzo możliwe, wówczas bowiem nie nosiłem tak... niecodziennego stroju. 

Byłem jednym z wielu na statku marynarki duńskiej, na wyprawie kartograficznej wzdłuż 

tego wybrzeża. Towarzyszyli nam również Anglicy, uczeni z wielkich uniwersytetów... 

Złapał nas sztorm, musieliśmy szukać portu. Trafiliśmy na jeden ze szkierów nieco dalej 

na północ. Lekka łódź przywiozła nas tutaj. Wszyscy ubrani byliśmy jak rybacy... Nie 

chcieliśmy wywoływać sensacji naszą wizytą.

Simonussen najwidoczniej przeglądał najmroczniejsze zakamarki swej pamięci.

- A kiedy... kiedy miałoby to być? - spytał z niedowierzaniem.

- Przed sześciu laty,  również około Wielkiej  Nocy.  Aha, pomyślała  Maria, to 

znaczy, że Kristina ma pięć lat.

Dalsza   opowieść   pana   Mulda   wcale   jej   nie   zaskoczyła,   ale   zarządca   zupełnie 

zbaraniał.

-   Spotkałem   tu   młodą   kobietę,   zaledwie   o   parę   lat   starszą   ode   mnie,   a   ja 

skończyłem ich wówczas szesnaście. Miała na imię Turid i zesłano ją za karę za... to 

zresztą wszystko jedno. Uważam i tak, że była niewinna. Mówiła mi, że czeka ją jeszcze 

sześć   lat   zesłania.   My...   zostaliśmy   kochankami.   Była   pierwszą   kobietą,   którą 

obdarzyłem względami w taki sposób.

background image

Uśmiechnął się lekko zażenowany swoim wyznaniem.

-   No   cóż,   żeby   nie   wdawać   się   w   zbędne   szczegóły,   jak   tylko   pogoda   się 

poprawiła, musieliśmy opuścić wyspę. Odpływając jednak, obiecałem Turid, że wrócę, 

kiedy upłynie te sześć lat. Boże, jakiż byłem młody! I jaki zakochany!

Znów się uśmiechnął, tym razem bardziej serdecznie.

- Cóż, można by przypuścić, że nie warto słuchać obietnic złożonych kobiecie 

przez takiego szczeniaka. Prawdą jest jednak, że nie mogłem o niej zapomnieć. Nie jest 

ona absolutnie odpowiednim materiałem na żonę dla siostrzeńca namiestnika, lecz...

Maria i Simonussen oniemieli.

- ...lecz zamierzam zabrać ją do Danii, do rodziny mojej matki. Tam nikt nie 

będzie znal nieprzyjemnej historii jej życia. Ona prędko się nauczy, od pierwszej chwili 

zorientowałem   się,   że   ma   piękną   duszę,   że   jest   osobą,   która   nigdy   nie   zachowa   się 

wulgarnie i nieokrzesanie.

Zaczerpnął powietrza, oczy lśniły mu wyczekiwaniem.

- Usłyszeliście więc moją historię, państwo Simonussen. Proszę teraz, abyście 

zaprowadzili   mnie   do   Turid,   chociaż   jest   już   późno.   Myślę,   że   ona   wręcz   mnie 

oczekuje...

Simonussen   na   zmianę   otwierał   i   zamykał   usta,   zwilżył   wargi   językiem,   aż 

wreszcie zamachał rękami w stronę Marii. Na nią zrzucał wyznanie gościowi okrutnej 

prawdy.

Maria zebrała się na odwagę.

-  Panie  Muld...  jaśnie  panie...  obawiam   się,  że   mamy  do  przekazania   smutne 

nowiny.

Z pięknej twarzy zniknął uśmiech.

- Turid... już nie ma. Po chorobie trwającej od jakiegoś czasu znaleziono ją w 

falach...

Gość głośno zaczerpnął oddechu, na szyi zadrgał mu mięsień. Oczy popatrzyły w 

ciemne okno, Maria uświadomiła sobie, że powinni zapalić więcej lamp.

- Czy to prawda? Przybyłem tutaj na próżno? Czyżbym przez cały ten czas ścigał 

tylko marzenie?

Wiedziała, że mówił do siebie, lecz mimo wszystko odpowiedziała.

background image

- Nie, panie. Nie przybywacie na próżno. Turid pozostawiła coś... dla was, panie. 

My jej niestety nie wierzyłyśmy,  niektóre śmiały się z historii o bogatym szlachcicu, 

który przyjedzie i ją ocali... My, nieszczęsne, wszystkie snujemy takie marzenia.

- Cóż ona mogła dla mnie mieć? Nigdzie nie zetknąłem się z taką nędzą jak tutaj...

- Proszę pójść ze mną - oświadczyła Maria i wyprowadziła przybysza z chaty, nie 

patrząc na Simonussena.

Szybkim krokiem ruszyli w stronę baraku, wciąż jeszcze było na tyle jasno, by 

widzieli, gdzie stąpają. Maria liczyła  na to, że Kristina śpi, lepiej przygotować ją na 

spotkanie z ojcem.

Delikatnie pchnęła skrzypiące drzwi, zapaliła smolną drzazgę jako jedyne źródło 

światła. Szlachcic wstąpił do najuboższej sypialni, jaką można sobie wyobrazić, w której 

rozlegało się chrapanie gromady kobiet.

Na palcach podszedł za Marią do pryczy, Maria ostrożnie odsunęła koc i światło 

padło na śpiące dziecko, złote włosy zalśniły ciepłym blaskiem. Podniosła oczy na pana 

Mulda, zobaczyła, że jego kędziory są niczym odbicie włosów Kristiny.

Marię doszedł jego urywany oddech, wyglądało na to, że już zrozumiał.

- Moje... moje dziecko?

- Tak - odszepnęła. - To twoja córka, panie, Kristina.

- Kristina? A więc zapamiętała imię mej matki? Wspomniałem je tylko...

- Turid pamiętała o wszystkim, co was dotyczy, panie Muld - odparła Maria z 

pewnością w głosie. Potem starannie otuliła Kristinę kocem i zdmuchnęła płomień. - 

Wyjdźmy stąd, musimy porozmawiać, a nie chciałabym, abyśmy którąś obudzili.

Szlachcic poszedł za nią.

Znaleźli   wygodne,   porośnięte   trawą   miejsce   niemal   w   najwyższym   punkcie 

wyspy. Rozciągał się stąd widok na ląd i na morze.

I  podczas   gdy  brzask  z   wolna   przeganiał   noc,   Maria   opowiadała   o  żałosnym 

końcu Turid i o jej nie gasnącej nigdy miłości. Widziała łzy toczące się po policzku 

młodzieńca, uznała jednak za słuszne powiedzenie mu całej prawdy. Miała nadzieję, że 

Adrian dzięki temu zrozumie ciążącą na nim odpowiedzialność za Kristinę. Marii serce 

ściskało się na myśl, że ojciec zapewne zabierze dziecko ze sobą, lecz cieszyła się ze 

względu na malutką. Któż jak nie ona zasługuje na lepszy los!

background image

I wreszcie usłyszała to, na co czekała:

- Zabiorę ją z sobą. Na dwór w Aalborg, gdzie mieszka moja matka. Ja sam wiele 

podróżuję, dziewczynka nie może towarzyszyć mi w wyprawach. Ale u matki będzie jej 

dobrze... Mama od dawna już niepokoi się, że nie doczeka się wnuków...

- Ale wy liczycie sobie dopiero dwadzieścia dwa lata, panie?

Uśmiechnął się ironicznie.

- Prawda? Ale mama ma tylko mnie i jest trochę chorowita. Stale upomina się o 

synową i o wnuki. No cóż, z ożenkiem zamierzam jeszcze się wstrzymać, dlaczego więc 

nie spełnić jej drugiego życzenia z pewnym wyprzedzeniem? Myślę, że wymyśli jakąś 

historię,   którą   zaakceptują   nasi   przyjaciele.   Coś   o   pięknej   Norweżce,   może   córce 

zarządcy dystryktu...

Maria   uśmiechnęła   się   półgębkiem.   Czy   to   nie   typowe?   Zaraz   jednak 

spoważniała.

-   Panie   Muld...   Pozwólcie,   że   będę   was   jeszcze   dręczyć   swoim   niepokojem. 

Proszę mnie zrozumieć, bardzo pokochałam Kristinę. Niełatwo mi będzie patrzeć, jak 

stąd   odjeżdża,   chociaż   ogromnie   pragnę   jej   dobra.   I   rozumiem,   że   dziewczynka   ma 

niezwykle... odpowiedzialnego młodego ojca. Czy mogę was prosić, panie... to dla mnie 

ogromnie ważne... gdybyście za kilka lat napisali do mnie w liście, jak ułożyło się jej 

życie? Straciłam własną rodzinę, mam dwie córki, których nigdy już nie zobaczę. Ufam, 

że   nie   weźmiecie   mi   za   złe,   jeśli   powiem,   że   Kristina   stała   się   moją   trzecią   córką. 

Pokiwał głową i popatrzył na nią z uznaniem.

- Mario, uczyniłaś tak wiele dla mego dziecka i wiem, że zrobiłaś to wyłącznie z 

dobrego serca. Tak jak i inni nie wierzyłaś w historię Turid!

Maria zawstydzona skinęła głową.

- Sądziliśmy, że oszalała - przyznała szeptem. Grymas bólu przebiegł po twarzy 

młodzieńca, ale podjął:

- Chciałbym cię wynagrodzić za to, co zrobiłaś, Mario. Gdyby leżało to w mojej 

mocy,  natychmiast bym  cię uwolnił. To nie miejsce dla uczonej kobiety.  Bardzo się 

dziwię,   że   w   ogóle   się   tu   znalazłaś.   Umiesz   pisać,   mówisz   pięknym   językiem, 

najwidoczniej obracałaś się w zupełnie innych kręgach niż tutaj?

Odebrała   jego   słowa   jak   zaproszenie,   by   opowiedziała   mu   o   swoim   losie. 

background image

Nadeszło   w   porę,   gdyż   Maria   akurat   w   tę   wiosenną   noc  odczuwała   palącą   potrzebę 

podsumowania   swojego   życia.   Adrian   Muld   był   obcym   człowiekiem,   ich   ścieżki 

skrzyżowały   się   tylko   na   chwilę.   Jako   człowiek   wykształcony   i   wrażliwy   na   pewno 

zachowa ostrożność w osądzaniu błędów popełnionych przez innych.

- Naprawdę zechcecie poświęcić swój czas na wysłuchanie mojej historii?

- Jeśli tylko zapragniesz mi ją opowiedzieć, piękna Mario.

Uśmiechnęła się, słysząc ten bezpośredni komplement.

- Chętnie ci się zwierzę, panie, rzadko mam okazję do rozmowy z tak miłym i 

przystojnym młodzieńcem!

Popatrzyła   na   niego   zalotnie,   odpowiedział   uśmiechem.   Taki   młody,   taki   nie 

zepsuty!

- Nie znam okoliczności moich narodzin, wiem tylko, że nigdy nie miałam ojca. 

Innymi słowy byłam bękartem...

Zaczęła od samego początku, a zakończyła swą opowieść na postawionym przez 

zarządcę ultimatum, które ostatniego wieczoru omal nie zostało spełnione.

Upłynęło już kilka godzin, lecz oboje zdumiał widok wstającego słońca.

-   Niezwykła   historia,   Mario   Meisterplass!   Doprawdy,   niesamowita!   Piękna   i 

okrutna zarazem! I ty wspaniale potrafisz opowiadać.

Poderwał się, roztarł mięśnie zesztywniałe od siedzenia na wilgotnej ziemi.

- Gdybym był pisarzem, napisałbym sztukę o twoim życiu, a może nawet całą 

powieść! Panie w eleganckich salonach Kopenhagi miałyby co czytać!

Maria odchyliła głowę, śmiejąc się z jego zapału.

- Nie wszystko by się im spodobało. Poza tym sama piszę książkę o swoim życiu 

- dodała.

- Naprawdę? To fantastyczne. Nigdy nie sądziłem, że spotkam w którymś z tych 

obozów taką uczoną kobietę! Turid... była śliczna i ciepła, umiała zostawić ślad w duszy 

młodego chłopca. Wydaje mi się, że zawsze będę ją kochał... ale i ciebie, droga Mario, 

nigdy nie zapomnę. I na pewno dostaniesz list. Za każdym razem, gdy dyliżans pocztowy 

będzie wyruszał do Alta, zadbam o to, aby zawadził o Skjaervaer. Czy potrzebujesz 

czegoś jeszcze?

Maria   czuła   się   przytłoczona.   Zaledwie   przed   kilkoma   godzinami   nie   śmiała 

background image

nawet mieć nadziei, że coś podobnego nastąpi, a już na pewno nie podjęłaby ryzyka 

zdradzenia mu swoich życzeń. Ale teraz się poznali. Wciąż trochę się bała, że okaże się 

zbyt bezczelna, lecz postanowiła zaryzykować.

- Panie Muld...

- Nazywaj mnie Adrianem, ocaliłaś wszak życie mojej córki!

-   Adrianie...   O   wiele   mogłabym   cię   prosić.   Wnioskuję,   że   jesteś   wpływową 

osobistością. Nawet jeśli nie jest w twojej mocy wrócić mi wolność, możesz uczynić 

nasze życie tutaj lepszym.

- Powiedz mi, co powinienem zrobić. Maria, zachęcona jego zainteresowaniem, 

ciągnęła:

- Chciałabym wysłać list do tych, których zostawiłam w domu. Nie wiedzą nawet, 

czy jeszcze żyję. Zapewne nigdy już nie będzie mi dane ich ujrzeć, lecz pragnę jeszcze 

raz powiedzieć im, jak bardzo ich kocham. Czy mógłbyś wziąć mój list i przesłać go 

dalej do Sogndalsfjaeren?

- Osobiście go dostarczę - oświadczył z powagą.

- Ach, nie wiesz nawet, jak to daleko. Co najmniej tydzień żeglugi z Bergen, w 

głębi długiego fiordu...

- Słyszałem, że bardzo tam pięknie wiosną - uśmiechnął się.

- To prawda. Ale...

- Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić?

Przepełniona wdzięcznością Maria westchnęła.

-  Jeśli  to  możliwe...   Słyszałam   o  wielkich   aptekach  w   kraju  twej  matki.  Czy 

mógłbyś zdobyć jakieś zioła, lekarstwa? Nasze życie tutaj jest ciężkie, wiele cierpimy. 

Szczególnie   potrzeba   mi   takich   medykamentów,   które   uśmierzają   ból,   dają   chorym 

trochę spokoju.

- Oczywiście! To na pewno da się załatwić. Ale, Mario, sądziłem, że poprosisz, 

abym zamienił słówko z którąś z odpowiednich osób, może z wujem, tak aby usunąć stąd 

tego wulgarnego zarządcę. Jeśli prawdą jest to, co mówisz, o tym, że on was oszukuje i 

nie informuje o wszystkim zwierzchników, nietrudno będzie go za to ukarać!

Maria westchnęła, nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

- Simonussen... Sądzę, że nie jest gorszy niż inni. Może władza, jaką tu ma, i 

background image

życie w izolacji pobudziły zanadto jego chciwość. Ale nigdy nie wiadomo, kto przyjdzie 

po nim. Na taką uriaszową służbę nie wysyła się najlepszych ludzi z królewskiej armii...

- Trudno się z tobą nie zgodzić, Mario. Podziwiam, że nie chcesz się mścić, ale 

pozwól mi przynajmniej szepnąć zarządcy dystryktu kilka słów do ucha!

-   Dziękuję   za   twoją   troskę   i   dobroć   -   odparła.   Zapadła   cisza,   w   milczeniu 

obserwowali kobiety, które w dole, przy barakach, zaczęły już przygotowywać się do 

codziennych zajęć. Z chaty Simonussena nie dochodził żaden znak życia. Wieczorem 

opróżnił zapewne w samotności dzban z gorzałką i będzie spać do południa.

Maria zaskoczona poczuła na policzku dotyk miękkiej dłoni.

-   Mario,   nigdy   nie   spotkałem   kogoś   takiego,   jak   ty.   Boli   mnie,   że   nasza 

znajomość urwie się już teraz. Gdyby nie ciążyła na tobie straszna kara...

-   Na   to   nikt   nic   nie   poradzi,   nawet   ty,   siostrzeniec   namiestnika!   Ale   już 

ofiarowałeś mi coś, za co nigdy nie zdołam się odwdzięczyć. Cóż, najwyższy czas zejść 

na dół. Kristina na pewno niepokoi się, gdzie jestem. Musi się też ogarnąć na spotkanie z 

ojcem!

Odprowadził ją kawałek i powiedział, że wróci i zaczeka na nie tam, gdzie trawa 

była wygnieciona od ciężaru ich ciał.

- Tatuś? Naprawdę? Przyjechał? - W oczach zdumionego dziecka zakręciły się 

łzy. - Ale mama... mama go nie zobaczy! A tak się cieszyła...

- Powiedz mu o tym, kochanie. To miły i dobry człowiek, ale o twoim istnieniu 

dowiedział   się   dopiero   teraz.   Nie   wiadomo,   czy   potrafi   rozmawiać   z   małymi 

dziewczynkami,   lecz   jeśli   czegoś   nie   zrozumiesz,   po   prostu   go   zapytaj.   Jest   bardzo 

dobry...

- Oczywiście, że jest dobry. Inaczej mama tak by go nie kochała - odparła Kristina 

z prostą logiką dziecka.

Maria nie musiała jej prowadzić. Mała sama podeszła do obcego przybysza i ujęła 

go za rękę.

- Ty jesteś moim tatą? - spytała, przyglądając mu się uważnie.

A on, widząc małą buzię, poczuł się, jakby oglądał swe własne lustrzane odbicie. 

Dwie pary niebieskich oczu rozjaśnił uśmiech.

-   Oczywiście!   Nigdy  nie   udałoby   mi   się   temu   zaprzeczyć,   malutka.   Aż   dziw 

background image

bierze, jaka jesteś do mnie podobna!

- To dobrze - oświadczyła zadowolona Kristina.

- Bo jesteś bardzo piękny, panie Adrianie! Czy teraz z tobą pojadę?

Pochylił się nad dzieckiem, uściskał je.

-   Oczywiście,   kochanie.   Jeśli   tylko   zdołasz   rozstać   się   z   Marią.   Widzisz,   nie 

możemy jej zabrać. Musi zostać tutaj...

Nie był  przygotowany na strumień łez, który nagle pojawił się na dopiero co 

promiennie uśmiechniętej twarzy dziewczynki jak deszcz z bezchmurnego nieba, nagła 

zmiana w wiosennej pogodzie.

- Nie możemy jej tu zostawić! Oni są dla niej niedobrzy, zarządca chce, żeby z 

nim mieszkała, i ciągle jej tak zimno!

- Obiecałem, że teraz będzie jej się tu lepiej żyć, kochanie. Zrozum, ja znam 

bardzo ważnych ludzi.

- Wobec tego ja też zostaję - oświadczyła zdecydowanie Kristina i zacisnęła usta. 

Puściła rękę przystojnego młodzieńca i schowała się w fałdach spódnicy Marii. Kobieta 

ze współczuciem patrzyła na Adriana, widziała, że zachowanie dziewczynki mocno go 

uraziło. Miała jednak nadzieję, że szlachcic pojmuje, co się dzieje w umyśle dziecka, że 

nie będzie jej winił za odrzucenie.

-   Rozumiem,   Kristino.   Nie   znasz   mnie   przecież,   jeszcze   nie.   Nie   będę   cię 

zmuszał, chociaż twoja babka w Aalborg bardzo by cię pokochała. Ale ty wolisz mie-

szkać w baraku razem z Marią... Zamek i zbytki mogą zaczekać. Może pewnego dnia, 

kiedy dorośniesz...

-   I   kiedy   więcej   zrozumie   -   dodała   Maria,   starając   się   ukryć   ogarniające   ją 

poczucie szczęścia.

Kristina zostaje!

I nikt już nie będzie groził, że ją sprzeda. Nikt przecież nie sprzedaje ciotecznej 

wnuczki namiestnika jak służącą, za trzy talary.