background image

.. 

  

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Widziała przed sobą ścianę ulewnego deszczu i wartki błotnisty potok, w 

którym całkiem ugrzęzły jej buty. Melanie Montgomery trzęsła się z zimna i ze 
zmęczenia,  z  trudem  utrzymując  rozpostarty  nad  głową  prochowiec.  Kiedy 
wychyliła w  końcu głowę, ujrzała wyjątkowo posępny krajobraz. Kolumbijska 
dżungla  tonęła  w  sinej,  dymiącej  mgle.  Dopiero  na  linii  horyzontu  majaczyły 
postrzępione szczyty gór, przypominając jej, jakby nie dosyć miała zmartwień, 
że do domu było strasznie daleko. Po raz pierwszy, odkąd przyjęła zaproszenie 
Marii  Teresy,  żałowała  swej  pochopnej  decyzji.  W  każdym  razie  zaczęła  się 
zastanawiać,  czy  nie  przeholowała  z  samodzielnością.  Matka  powstrzymywała 
ją  oczywiście  przed  tym  „szczeniackim  wybrykiem",  wymieniając  tysiąc 
nieszczęść,  jakie  mogą  się  przydarzyć  samotnej  dziewczynie  podróżującej  po 
obcym  kraju.  Melanie  znała  tę  czarną  listę  na  pamięć.  Długo  by  mogła 
opowiadać  o  losie  najmłodszego  dziecka  w  rodzinie...  Nawet  Paul  i  Elise, 
zaledwie  kilka  lat  od  niej  starsi,  z  jakiegoś  tajemniczego  powodu  nie  raczyli 
uznać,  że  ich  dwudziestopięcioletnia  „siostrzyczka"  stała  się  dorosłą  kobietą. 
Nadal  traktowali  ją  jak  zbuntowaną  nastolatkę.  Więc  cóż  dopiero  mówić  o 
matce…  

Philip  zaproponował  jej  ucieczkę  w  małżeństwo,  ale  uznała  ten  krok  za 

zbyt  drastyczny.  I  dość  ryzykowny.  W  końcu  chodziło  o  wyrwanie  się  spod 
nadopiekuńczych  skrzydełek  rodziny,  a  nie  schronienie  pod  inne  skrzydła. 
Bardzo ich wszystkich kochała, jednak doszła do wniosku, że przebrali miarkę. 
Zwłaszcza Elise miała denerwujący zwyczaj węszenia i wtrącania się do życia 
młodszej  siostry  przy  każdej  okazji.  Jakby  wychowywanie  dwójki  własnych 
dzieci nie pochłaniało jej dostatecznie dużo czasu i energii. 

Tak więc Melanie, nie zważając na katastroficzne przepowiednie matki, z 

milczącym  uporem  przygotowywała  się  do  podróży.  Zapewne  ten  sam 
wrodzony upór sprawił, że mały sklep z upominkami, który zaczęła prowadzić 
po ukończeniu college'u, rozkwitł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po 
trzech  latach  mogła  być  z  niego  naprawdę  dumna.  Zdobyła  klientów,  którzy 
przyjeżdżali  do  ich  małego  miasteczka  w  północno-wschodnim  Tennessee  z 
odległych  okolic  po  to  tylko,  żeby  sprawdzić,  czy  wymyśliła  lub  sprowadziła 
coś nowego. Zaproszenie od Marii Teresy nadeszło akurat w momencie,  kiedy 
poczuła się swoim zajęciem znużona. 

Po  podróży  do  Ameryki  Południowej  spodziewała  się  nie  tylko 

turystycznych wrażeń, ale i świeżych pomysłów na… upominki. Z Marią Teresą 

background image

przyjaźniły się przez cztery lata college'u. W każde wakacje, kiedy Kolumbijka 
wybierała się do swojego domu w Villa Yicencias, błagała przyjaciółkę, żeby z 
nią pojechała. 

Jednak  zawsze  miały  pecha.  Zawsze  coś  krzyżowało  im  plany.  Tym 

razem  Melanie  podjęła  nieodwołalną  decyzję.  Musiała  tylko  dotrzeć  pod 
właściwy  adres.  Potoczyła  wzrokiem  po  szarym,  mokrym  krajobrazie  i  ciężko 
westchnęła. Och, żeby z tej mgły wyłonił się nagle autobus i zabrał ich stąd… 

Mogło być jeszcze gorzej, pomyślała natychmiast. Gdyby nie przewodnik, 

czułaby się jak ostatnie żywe stworzenie na tonącej w deszczu planecie. Zaczęła 
wypatrywać  sylwetki  Julia  w  wąwozie,  do  którego  stoczył  się  samochód. 
Dostrzegła  tylko  pojazd, kilkaset  metrów  poniżej  drogi, przewrócony  na  bok  i 
zatopiony  do  połowy  w  błotnistej  mazi.  Gdyby  nie  błyskawiczny  refleks  Julia, 
spadliby tam oboje razem z samochodem. Zorientował się nagle, że gigantyczna 
lawina błota porywa ich ze sobą, że nie mają najmniejszej szansy na ucieczkę. 
Wrzasnął,  żeby  skakała.  Melanie  zrobiła  to  natychmiast  -  bez  wahania, 
zadziwiająco  sprawnie.  Auto  potoczyło  się  po  śliskim  zboczu,  a  Julio, 
oniemiały,  czekał,  aż  się  zatrzyma.  Potem  zszedł  do  niego  ostrożnie,  obszedł 
dookoła  kilka  razy,  kręcąc  rozpaczliwie  głową.  Wysłużone  cztery  kółka  były 
jego narzędziem pracy, źródłem utrzymania rodziny, a tu koniec… 

Cholerny  świat,  pomyślała  Melanie.  W  tej  okolicy  trudno  mu  będzie 

wyczarować  jakiś  porządny  dźwig.  Według  mapy,  Villa  Vicencias  dzieli  od 
Bogoty nie więcej niż sto trzydzieści kilometrów. Drobiazg, myślała jeszcze na 
lotnisku.  W  Tennessee  taką  trasę  przemierza  się  w  niespełna  dwie  godziny. 
Tutaj  jednak  musieli  pokonać  potężny  łańcuch  górski  (droga  wznosi  się 
miejscami  do  trzech  tysięcy  sześciuset  metrów  ponad  poziom  morza),  żeby 
dotrzeć  do  otoczonego  dżunglą  miasta.  Niestety,  pogoda  zatrzymała  ich  w 
wysokich górach, z dala od ludzkich osad, bez żadnej nadziei na pojawienie się 
w mgle autobusu.  

Ciekawe, co by zrobiła Elise na moim miejscu? Tylko że siostra nigdy nie 

znalazłaby się w podobnej sytuacji. Elise nie podjęła w swoim życiu ani jednej 
pochopnej  decyzji.  Ciągłe  porównywanie  Melanie  do  Elise  było  najbardziej 
irytującym  zwyczajem  ich  matki.  Elise  nie  miała  nigdy  żyłki  podróżniczej. 
Skończyła  college,  została  pielęgniarką,  a  potem  zaczęła  wieść  przykładne 
życie. Po pierwszym nieudanym małżeństwie wyszła za Damona Trenta i odtąd, 
nareszcie w swoim żywiole, z radosnym oddaniem grała rolę matki i żony. 

Melanie od dzieciństwa prześladowało pytanie dorosłych: „Dlaczego nie 

bierzesz przykładu ze swojej siostry?" Zacisnęła odruchowo szczęki. Z wyglądu 
prawie bliźniaczki: blondynki o skandynawskiej urodzie, chociaż włosy Melanie 
były nieco jaśniejsze, o lekko srebrnym odcieniu, cienkie, ale bardzo gęste. Jak 

background image

to dobrze, że zaplotła je przed wyjazdem w warkocz! Ładnie by teraz wyglądała 
z  zabłoconą szopą.  Zielone oczy  sióstr  prawie nie  różniły  się odcieniem.  Obie 
były wysokie… i na tym kończyło się podobieństwo. Melanie tryskała życiem, z 
otwartymi  ramionami  witała  każdy  nowy  dzień.  I  nie  bała  się  ryzyka.  Jako 
dziecko zamęczała dorosłych pytaniami płynącymi z niewyczerpanego źródła jej 
ciekawości. 

Ocknęła się z zamyślenia. Powinna myśleć tylko o tym, jak wydostać się 

z tarapatów. To nie Stany, gdzie pierwszy zatrzymany kierowca podwiózłby ją 
do najbliższego domu, w którym zapytałaby, czy może skorzystać z telefonu i 
po kłopocie. Od kilku godzin nikt tędy nie przejeżdżał, żadnych śladów życia w 
zasięgu  wzroku…  Poczuła  gęsią  skórkę  na  plecach.  Nigdy  dotąd  nie  czuła  się 
tak bezradna i samotna. 

- Julio? Gdzie jesteś? - usłyszała własny zdławiony głos i jakiś szelest za 

plecami.  Odwróciła  się  gwałtownie.  Jej  przewodnik  oddychał  ciężko, 
nadaremnie próbując wytrzeć twarz z błota. 

- Przykro mi, senorita Montgomery, nie udało mi się wyjąć pani bagażu. 

Pogratulowała sobie trzeźwości umysłu. W ostatniej chwili przed skokiem 

złapała torebkę z pieniędzmi i paszportem. Szkoda, że nie mogą się na razie do 
niczego przydać… 

- Co my teraz zrobimy? - spytała. 

Julio wzruszył ramionami. Melanie zrozumiała z jego opowieści w czasie 

podróży, że zbliża się do pięćdziesiątki, ma sześcioro dzieci, w tym dwoje już 
dorosłych  mieszkających  w  Kartagenie,  i  jest  bardzo  szczęśliwy,  że  dzięki  tej 
„fantastycznej maszynie" zarabia na godne życie całej ósemki. 

Stali w milczeniu, pogrążeni w rozpaczy. Słowa pocieszenia na nic by się 

zdały, nawet gdyby  Melanie potrafiła je wykrztusić. Widziała na własne oczy, 
jak ten cudowny samochód, od którego zależał los wielkiej rodziny, stoczył się 
jak piłka po błotnistym stoku. Groza. Pierwszy odezwał się Julio. 

- Tam dalej, kilka albo kilkanaście kilometrów stąd, jest jakaś osada. Nie 

ma innego wyjścia. Musimy iść na piechotę. 

 

 

 

background image

 

Tymczasem…  Na  przeciwległym  krańcu  kontynentu,  w  Buenos  Aires, 

Justin  Drake,  przedstawiciel  Treńt  Enterprises  w  Ameryce  Południowej, 
prowadził  ważne  negocjacje  z  potencjalnym  wspólnikiem  firmy.  Choć  znał 
hiszpański,  wytężał  całą  swoją  uwagę,  żeby  nie  uronić  ani  słowa 
Argentyńczyka, który mówił z prędkością karabinu maszynowego. 

-  Musi  pan  zrozumieć  -  powiedział  dobitnie  Jorge  Villaneuva  -  że 

zawarcie  spółki  z  Trent  Enerprises  leży  także  w  interesie  firmy,  którą  ja 
reprezentuję, ale nie mogę podjąć takiej decyzji bez zgody  moich dyrektorów. 
Nie wątpię, że pan rozumie… 

-  Oczywiście,  że  rozumiem  -  odpowiedział  Justin  z  lekkim  uśmiechem. 

Argentyńczyk  stracił  zimną  krew,  a  o  to  mu  właśnie  chodziło…  -  Jednakże 
liczymy na konkretną odpowiedź w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. W innym 
razie zmuszeni będziemy zmienić plany. 

- Ależ to niemożliwe! - wybuchnął Jorge. - Trzeba być cudotwórcą, żeby 

w dwa dni zwołać wszystkich członków rady na specjalne posiedzenie. Chyba 
zgodzi się pan… - przerwał, gdy w drzwiach pojawiła się sekretarka. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  senor  Drake.  Senor  Trent  dzwoni  z  Chicago. 

Powiedział, że musi z panem niezwłocznie rozmawiać. 

Justin  spojrzał  na  Argentyńczyka,  który  wyraźnie  zbladł.  Przeprosił  go 

natychmiast i wyszedł do swojego gabinetu.  

- Damon?  

- Cześć, Justin. Przepraszam, wiem, że rozmawiasz z Villaneuvą, ale nie 

mogłem z tym czekać. 

- Co się stało? 

- Kiedy najwcześniej mógłbyś wylecieć z Buenos Aires? 

- Wylecieć?! Sam wiesz, że prowadzę niezwykle delikatne pertraktacje.  

-Wiem. Nie prosiłbym cię o pomoc w błahej sprawie.  

Damon  Trent  był  nie  tylko  jego  pracodawcą,  ale  najbliższym 

przyjacielem.  I  rzadko  prosił  o  pomoc  kogokolwiek.  Justin  zdrętwiał.  Damon 
musiał wpaść w prawdziwe tarapaty. 

background image

- Jasne. Mów, co mam robić. 

- Chcę, żebyś poleciał do Bogoty. Siostra Elise zniknęła. 

- Melanie… - Justina oblał zimny pot - zginęła w Kolumbii? A co za licho 

poniosło ją właśnie tam?! 

- Z tego co zrozumiałem, wybrała się w odwiedziny do koleżanki. Szkoda 

gadać.  Poleciała  trzy  dni  temu.  Przysięgła,  że  zadzwoni,  gdy  tylko  dotrze  na 
miejsce.  Telefonowaliśmy  do  przyjaciółki.  Ona  też  nie  dostała  żadnej  wieści. 
Pomyślała, że Melanie odłożyła wyjazd. 

- A wiesz przynajmniej, czy dotarła do Kolumbii? 

-  Tak.  Pierwszą  noc  spędziła  w  hotelu  "Tequendama"  w  Bogocie,  ale 

rankiem  się  wymeldowała.  Nie  mamy  pojęcia,  dokąd  pojechała,  ale  tak  na 
zdrowy rozum musiała wynająć jakiś samochód i ruszyć do Villa Vicencias. 

- Cholera! Musiała upaść na głowę, żeby pakować się tam sama! 

- Powiedz jej to osobiście - odrzekł sucho Damon. 

- Spokojna głowa. Powiem jej dużo więcej. Jak tylko odnajdę gówniarę. 

- Masz nadzieję, że ci się uda? 

Justin  wyobraził  sobie,  co  mogło  spotkać  samotną  młodą  kobietę  w 

Kolumbii, ale tylko głośno przełknął ślinę i odpowiedział opanowanym głosem: 

- Znajdę ją, Damon. Już mnie tu nie ma. 

- Dzięki, Justin. 

- Dobrze, że zwróciłeś się z tym do mnie. Szkoda tylko, że nie wiedziałem 

wcześniej o tej wyprawie. 

- Szczerze mówiąc, prawie nikt nie wiedział. Kiedy zadzwoniła do nas jej 

matka, Melanie była już w drodze. 

Justin  spotkał  ją  tylko  raz  w  życiu,  dobrych  kilka  lat  temu,  kiedy  była 

uczennicą. Pamiętał, że miała zielone, błyszczące oczy i rozbrajający uśmiech. 
Mimo młodego wieku zdawała się doskonale wiedzieć, co chce zrobić ze swoim 
życiem. Ilekroć Elise próbowała skrytykować jej plany albo do czegoś namówić, 
dziewczyna  stawała  okoniem.  Wyglądała  na  rogatą  duszę,  ale  żeby  do 
Kolumbii… Na samotną wycieczkę?! 

background image

Przypomniał sobie, że nie skończył rozmowy z Damonem. 

- Będę z tobą w kontakcie. 

- W porządku. Aha, jeszcze jedno… - Damon zawiesił głos. 

- Co takiego? 

-  Nie  ryzykuj,  Justin.  Spróbuj  się  dowiedzieć,  gdzie  ona  jest…  jeśli  to 

możliwe, ale nie baw się w bohatera. Proszę cię. 

-  Kto?  Ja?  Za  wiele  lat  spędziłem  w  gabinecie  za  biurkiem,  żeby 

sprawdzać swoje kwalifikacje na bohatera. 

- Tylko że ja pamiętam, co robiłeś, zanim zacząłeś pracować u mnie, więc 

nie czarujmy się. Wilka zawsze ciągnie do lasu. Bądź ostrożny, stary. 

- Dobrze, dobrze. Swoją drogą, dziękuję, że mi przypomniałeś stare czasy. 

Mógłbym odnowić niektóre kontakty. 

- A czy mógłbyś tego nie robić? 

- Nie bój się. I tak wrócę do ciebie. 

- Dzięki za pocieszenie. 

- Drobiazg. 

Justin odłożył  słuchawkę,  ale  wpatrywał  się  w nią  jeszcze kilka sekund, 

zbierając myśli. Połączył się z Marią. 

-  Zamów  bilet  na  najbliższy  samolot  do  Bogoty.  Rezerwacja  w  jedną 

stronę. 

Musi  jeszcze  pojechać  do  domu,  żeby  się  przebrać.  W  garniturze 

biznesmena  nie  zrobiłby  dobrego  wrażenia  w  tych  kilku  zakątkach  Kolumbii, 
które zapamiętał najlepiej i których nie zapomni do końca życia… 

Boże,  nie  mogła  wybrać  gorszego  miejsca  na  świecie.  Przysiągł  sobie 

kilka  lat  temu,  że  nigdy  tam  nie  wróci.  Ale  tak  to  już  bywasz  niektórymi 
deklaracjami.  Czają  się  na  człowieka,  żeby  dopaść  go  w  najmniej 
spodziewanym momencie i zrobić "zygu, zygu". Naprawdę nie ma wyjścia… 

Był już przy drzwiach, kiedy przypomniał sobie o Villaneuvie. 

background image

- Wybaczcie, panowie - zaczął w progu sali konferencyjnej - ale musimy 

przerwać nasze spotkanie. Zmuszają mnie do tego nadzwyczajne okoliczności. 
Mam nadzieję, że wrócę za tydzień i będę do panów dyspozycji. 

-  Za  tydzień!  -  powtórzył  nieswoim  głosem  Jorge.  -  A  więc  pan  Trent 

odrzuca nasze warunki? 

- Tego nie powiedziałem. 

- Ale sytuacja jest dostatecznie wymowna. Proszę mi dać kilka godzin… 

- Nie mam nawet czasu. Muszę zdążyć na samolot. 

-  Gdzie  zatem  możemy  pana  znaleźć?  Dokąd  dzwonić,  kiedy  tylko 

dostanę formalną zgodę? 

- Proszę zostawić wiadomość - odpowiedział Justin po chwili milczenia - 

w hotelu "Tequendama" w Bogocie. - Dostrzegł ulgę w oczach Argentyńczyka, 
który doskonale wiedział, że Trent Enterprises nie prowadzi żadnych interesów 
w Kolumbii. 

Pożegnali się pospiesznie, a Justin wrócił myślami do Melanie. Co też się 

mogło wydarzyć? 

Kilka  godzin  później  wciąż  zadawał  sobie  to  samo  pytanie.  W  hotelu 

doskonale  pamiętali,  kiedy  się  wymeldowała,  i  że  jakiś  człowiek  pomagał 
wynosić  jej  bagaże.  Nic  więcej.  Żadnych  śladów,  nie  potrafili  nawet  podać 
rysopisu  mężczyzny  ani  marki  jego  samochodu.  Justin  poczuł  się  wściekle 
bezradny.  Jedyne,  co  mu  pozostawało,  to  wynająć  samochód  i  podążyć  przez 
góry "najprostszą" drogą, która wiodła do Villa Vicencias. Deszcz nie ułatwiał 
sprawy. Kiedy już znalazł pojazd i kierowcę, dowiedział się, że trasa jest trudna, 
a  po  kilku  dniach  ulewnych  deszczy  wręcz  karkołomna.  Uchwycił  się  więc 
nadziei, że tylko pogoda zatrzymała Melanie w drodze. Nie mógł się doczekać 
tego  spotkania.  Już  on  jej  uświadomi  -  w  kilku  krótkich  lekcjach  -  co  może 
przydarzyć  się  młodej  damie  podróżującej  samotnie  po  obcym  kraju. 
Jednocześnie modlił się w duszy, żeby pierwszej lekcji nie miała już za sobą. 

 

 

 

 

background image

 

Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  Melanie  narzekała  na  swój  los. 

Domiasteczka dotarli po zmierzchu. Ulice z powodu słoty były opustoszałe, ani 
śladów  życia,  na  szczęście  jednak  Julio  zachowywał  się  tak,  jakby  najgorsze 
mieli  za  sobą.  Znalazł  nocleg,  potem  zaczął  szukać  ekipy  ratowniczej,  która 
wyciągnęłaby  samochód.  Czyli  nie  poddał  się…  Nigdy  nie  czuła  się  tak 
samotna.  Jej  słaba  znajomość  hiszpańskiego  okazała  się  bezużyteczna.  Ludzie 
tutaj  mówili  zbyt  szybko,  żeby  mogła  wychwycić  więcej  niż  dwa  albo  trzy 
słowa. Nie było też telefonów, a więc żadnej szansy na kontakt z Marią Teresą.  

Zastanawiała  się  rozpaczliwie,  co  robić  -  spróbować  wrócić  do  Bogoty 

czy znaleźć inny samochód i jechać dalej.  

Następnego  ranka  o  nic  już  się  nie  martwiła.  Z  gorączką,  w  głębokiej 

malignie, widziała tylko jak przez mgłę twarze ludzi, które, nie wiedzieć czemu, 
pojawiały się i znikały, coraz mniej wyraźne. Potem była pewna, że krząta się 
wokół niej matka, podaje lekarstwa, poprawia kołdrę, wypominając oczywiście 
jej  głupotę.  Czasami  przychodziła  Elise.  Dotykała  czoła  Melanie  chłodnymi 
dłońmi,  przemawiała  łagodnie  i  podsuwała  jej  coś  do  zjedzenia.  Melanie 
próbowała tłumaczyć, jak bardzo chce się od wszystkich wyzwolić, że czuje się 
stłamszona  ich  miłością.  Wydawali  się  nie  rozumieć.  Mruczeli  nad  nią 
pocieszająco, a raczej nad jej chorym, rozpalonym ciałem. 

 

 

 

 

 

- Zwały błota zatarasowały drogę. - Kierowca zjechał na pobocze. Mimo 

że  przestało  padać,  chmury  wisiały  nisko  nad  dżunglą  i  nadal  wyglądały 
groźnie. 

W Justinie wzbierał coraz większy niepokój. Czyżby gwałtowna fala błota 

i kamieni zmiotła ich z drogi? Wygrzebał się z samochodu i podszedł do skraju 
zbocza. 

- Co zamierza pan robić, senor? Dalej nie pojedziemy. 

Dobre pytanie. I była na nie tylko jedna odpowiedź. 

background image

-  Muszę  iść  na  piechotę.  Proszę.  -  Justin  wręczył  mężczyźnie  zwitek 

pieniędzy. 

- Chce pan tu zostać? - Szofer spojrzał na niego jak na szaleńca. 

- Nie. Chcę dalej szukać mojej znajomej. 

- Ale, senor, jak pan wróci do Bogoty? 

- O to będę martwił się później. 

Mężczyzna  wzruszył  ramionami,  całkowicie  przekonany,  że  wszyscy 

norteamericanos  są  stuknięci.  Justin  zapiął  pod  szyję  nieprzemakalną  kurtkę, 
wziął plecak  i ruszył  przed  siebie.  Godzinę później  dostrzegł samochód,  który 
mógł należeć do przewodnika Melanie, a przez następną godzinę usiłował się do 
niego zbliżyć - z duszą na ramieniu i nadzieją, że nie znajdzie w środku ludzi. 
Gdyby tam byli, szanse na przeżycie mieliby zerowe. 

Zajrzawszy  przez  szybę,  odetchnął  z  ulgą  i  w  tej  samej  sekundzie  na 

przednim  siedzeniu  dostrzegł  apaszkę  Melanie.  Pamiętał  nawet  dzień,  kiedy 
Elise pochwaliła się udanym prezentem dla siostry: "Spójrzcie, jaki niesamowity 
deseń". Justin sam nie wiedział, co czuje. Z jednej strony wielką ulgę, że jest na 
właściwym  tropie.  Z  drugiej,  wyobraźnia  podsuwała  mu  najtragiczniejsze 
scenariusze  tego,  co  mogło  się  wydarzyć.  On  sam  znał  Kolumbię  jak  własną 
kieszeń  i  najgorszemu  wrogowi  nie  życzyłby  takich  doświadczeń.  Po  kilku 
latach  pracy  w  brygadzie  antynarkotykowej  zaklinał  się,  że  nigdy  więcej  jego 
stopa nie postanie na tej ziemi.  

O ironio losu! Gdyby natknął się teraz na  "starych znajomych", znalazłby 

się w większym niebezpieczeństwie niż Melanie. Ale nie było wyjścia. Damon 
wiedział, co robi, prosząc właśnie jego o pomoc.  

Podróż do najbliższego miasteczka okazała się znośna, chmury bowiem, 

jakby  na  zaklęcie  Justina,  powstrzymały  się  z  ulewą  do  chwili,  kiedy 
przekroczył  próg  jedynego  w  tej  okolicy,  obskurnego  hoteliku.  Zapytał  o 
Melanie. Oczywiście nie mogli nie zapamiętać kobiety o jej wyglądzie. Dotarła 
tutaj  z  przewodnikiem  dzień  albo  dwa  dni  temu,  ale  wynajęła  pokój  w 
prywatnym  domu.  Jakiś  mężczyzna  podał  mu  dokładny  adres  i  wtedy  Justin 
zaczął się poważnie zastanawiać: czy poczekać do rana, czy też dalej kusić licho 
i  przedzierać  się  po  ciemku  przez  deszczową  nawałnicę  po  to  jedynie,  żeby 
wygarnąć smarkuli, co myśli o jej niedorzecznych planach wakacyjnych. 

Mężczyzna,  który  przyprowadził  ją  do  miasteczka,  dziękował  podobno 

Bogu,  że  odpowiedzialność  za  Amerykankę  spadła  na  kogoś  innego.  W 

background image

pierwszej  chwili,  kiedy  Justin  usłyszał,  że  dziewczynie  nic  się  nie  stało, 
zachwiał się na nogach. Potem zaczęła wzbierać w nim złość, ale natychmiast 
się opanował. Z tego, co wiedział o Melanie, nie tylko mu nie podziękuje, ale 
będzie wściekła, że jakiś facet śmiał jej deptać po piętach. Wyrecytuje  mu, że  
"nie jest dzieckiem", "sama wie, co ma robić", "nie potrzebuje anioła stróża" itd. 
Spróbuje odwrócić kota ogonem. Nie szkodzi. Teraz już mu wszystko jedno. Im 
szybciej  wyciągnie  ją  z  Kolumbii  i  odstawi  do  domu,  tym  lepiej.  Wzruszył 
ramionami. O tej porze na pewno jeszcze nie śpi. No i powinna wiedzieć o jego 
obecności  w  miasteczku…  Co  za  różnica,  dzisiaj,  czy  jutro…  Woli  mieć  to  z 
głowy. Trafił pod wskazany adres bez kłopotu. 

Kobieta  w  średnim  wieku  otworzyła  drzwi  na  oścież,  zdążył  zapukać,  i 

przyjęła jego wyjaśnienie z okrzykiem ulgi. 

- Dzięki Bogu! Tak się cieszę, że pan przyjechał! Piękna lady jest chora, 

ma  wysoką  gorączkę.  Może  pan  coś  poradzi.  Proszę  za  mną.  O,  Najświętsza 
Panienko, jak to dobrze! Jak to dobrze! 

Serce  podeszło  mu  do  gardła.  Niemożliwe,  żeby  przed  wyjazdem  nie 

zaszczepiła  się  przeciwko  malarii…  Kiedy  weszli  na  górę,  kobieta  uchyliła 
drzwi i cofnęła się zdecydowanie, czekając, aż Justin wejdzie pierwszy. 

W  małej sypialni paliła się tylko nocna lampka. Kobieta leżąca w łóżku 

wcale nie przypominała mu uczennicy, którą poznał kilka lat temu. Melanie jako 
młoda  dziewczyna  wydawała  mu  się  interesująca.  Dorosła  Melanie  była 
olśniewająco  piękna.  Miał  nieprzepartą  ochotę  dotknąć  jej  aksamitnego 
policzka. Sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak delikatny…  

Leżała spokojnie niczym śpiąca królewna. Zupełnie bezbronna, w jakimś 

obcym  domu,  w  zapomnianym  przez  Boga  i  ludzi  miasteczku.  Justinowi  nie 
mieściło  się  to  w  głowie.  Co  też  mogło  skłonić  dorosłą  kobietę  -  bo  przecież 
Melanie  nie  wygląda  na  niesforną  nastolatkę  -  do  narażania  się  w  tak  głupi 
sposób?!  

Nie  mógł  pozbierać  myśli  ani  oderwać  od  niej  oczu.  Mimowolne 

podniecenie  wprawiło  go  w  jeszcze  większe  zakłopotanie.  Usiadł  na  brzegu 
łóżka  i  zaczął  gładzić  jej  długie,  miękkie  włosy.  Podziwiał  regularne  rysy 
twarzy,  lekko  wystające  kości  policzkowe,  prosty  delikatny  nos  i  ślicznie 
wykrojone usta. Były lekko nabrzmiałe, jakby stworzone do pocałunków. Kiedy 
musnął palcami rozpalone policzki, Melanie uniosła powieki… i, o dziwo, w jej 
wzroku Justin nie dostrzegł śladu zaskoczenia. 

- Witaj… - szepnęła miękko - zdążyłeś na przyjęcie. Rodzinka stawiła się 

w komplecie. Ty też mi powiesz, że jestem głupia i tak dalej? 

background image

Mimowolnie  rozejrzał  się  po  pokoju.  Byli  sami.  O  czym  ta  dziewczyna 

mówi?  Kto  według  niej  przyjechał?  Ujął  w  ręce  jej  rozpaloną  dłoń,  a  potem 
gładził powoli wszystkie palce, jeden po drugim, masując lekko opuszki. 

- Hm, wydają rodzinne przyjęcie, ale powiedz, na jaką to cześć… 

-  Zapomniałam  -  mruknęła  zbolałym  głosem.  -  Strasznie  tu  gorąco. 

Dlaczego nikt nie włączył klimatyzacji? 

- Z troski o twoje zdrowie. Mogłabyś się przeziębić. 

- Elise powinna mnie ostrzec, że przyjedziesz. 

- Elise nie wiedziała, gdzie jesteś. 

- Och, ona i mama zawsze wiedzą, gdzie jestem. Założę się, ze wynajęły 

drużynę  tropicieli,  którzy  śledzą  każdy  mój  krok.  -  Powiedziała  to  z  takim 
niesmakiem, iż Justin ledwie powstrzymał się od śmiechu. 

Przedni  pomysł,  pomyślał.  Drużyna  tropicieli  zaoszczędziłaby  wszystkim 

zmartwień. 

- Kochają cię - odparł poważnie. 

-  Wiem  -  westchnęła  ciężko.  -  Ja  też  ich  kocham,  ale  mam  prawo  do 

własnego życia. 

- Po to właśnie uciekłaś do Kolumbii? Żeby żyć własnym życiem? 

- Próbowałam, ale była ulewa, prawdziwy potop, ślisko… no i samochód, 

którym jechałam, stoczył się w przepaść. 

- Rozumiem. Trudno być niezależnym bez samochodu. 

Uśmiechnęła się i tym jednym uśmiechem oczarowała go na dobre. 

- Wiem, że jesteś nieprawdziwy… 

- Nie? 

-  Po  co  Justin  Drake  miałby  tu  przyjeżdżać?  Nawet  gdyby…  Nie 

siedziałby przy mnie i nie słuchał opowieści o rodzinnych kłopotach. 

- Ach tak? Nie siedziałby? A to dlaczego? 

background image

-  Bo  Justin  jest  wspaniałym,  przebojowym  facetem,  który  nie  zagrzewa 

nigdzie  miejsca.  Wiesz,  tacy  jak  on  nie  mają  czasu.  Gonią  przecież  po  całym 
świecie w poszukiwaniu nowych celów. Wciąż przesuwają granice. Zdobywają 
szczyty. 

- Ta ironia w głosie… Zdaje mi się, że ów Justin, czy jak mu tam, naraził 

ci się. 

-  Nie,  skąd,  to  porządny  facet,  tylko  rzeczywiście…  nie  w  moim  typie. 

"Dominujące osobowości" nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej… - Melanie 
uśmiechała  się,  ale  nie  mogła  dokończyć  zdania.  -  Wydajesz  mi  się  tak 
prawdziwy… - westchnęła żałośnie - ale nic nie widzę… 

Zaciskając usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem, Justin przetarł jej twarz 

wilgotnym ręcznikiem. 

- Spróbuj teraz zasnąć. 

- Co za niemądra propozycja… Przecież śpię.  

Nachylił  się,  żeby  pocałować  ją  w  policzek.  Melanie  odwróciła 

niespodziewanie głowę i wtedy na ułamek sekundy spotkały się ich wargi. Justin 
podskoczył  odruchowo,  ale  pokusa  wydała  mu  się  nie  do  przezwyciężenia. 
Tylko jeden pocałunek, pomyślał. 

Jej usta rozchyliły się natychmiast. Były drżące i niewiarygodnie słodkie. 

Błądził  po  nich  językiem,  oddając  im  swoją  wilgoć,  zapraszając  do  zabawy, 
coraz  bardziej  pospiesznie  i  zachłannie  -  wstydząc  się  nieco,  że  wykorzystuje 
chorą, majaczącą dziewczynę. Wyobraził sobie furię, w jaką wpadnie Melanie, 
kiedy wyzdrowieje. Zdecydował jednak natychmiast, że chwila w jej ramionach 
warta  jest  nie  tylko  własnych  wyrzutów  sumienia,  ale  i  awantury,  którą  z 
pewnością zrobi mu… później. 

  

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

background image

Melanie  otworzyła  oczy.  Pokój,  którego  nie  poznawała,  skąpany  był  w 

słońcu.  Nareszcie!  Odzyskała  przytomność,  nie  słyszała  żadnego  deszczu,  a 
doskwierał  jej  tylko  głód.  Przeciągnęła  się  z  uśmiechem.  Jak  długo  to  mogło 
trwać:  gorączka,  majaczenie,  dzień  zlewający  się  z  nocą,  natarczywe  sny,  z 
których każdy był projekcją jej lęków i pragnień? Jak gdyby, nie wychodząc z 
kina,  oglądała  przegląd  filmów  z  Melanie  Montgomery  w  roli  głównej. 
Najpierw,  zagubiona  w  dżungli,  mokła  w  ulewnym  deszczu.  Potem  matka,  w 
zgodnym chórze z rodzeństwem, wypominała  jej karygodny brak rozsądku. W 
"happy endzie" wystąpił Justin Drake. 

W  skrytości  ducha  musiała  przyznać,  że  jak  na  człowieka,  którego 

spotkała  jeden  jedyny  raz  w  życiu,  pan  Drake  zrobił  na  niej  piorunujące 
wrażenie. Pamiętała każdy szczegół jego wyglądu - wzrost, brązowo-miedziane 
włosy  i  oczy,  które  zmieniały  barwę  w  zależności  od  nastroju:  od  głębokiego 
błękitu, poprzez  kolor  szaroniebieski do srebrnego.  Najdziwniejsze oczy,  jakie 
widziała. I silny, głęboki głos. Jeżeli natura bywa hojna, to Justin należał do jej 
wybrańców.  

Ale  przecież  nie  jego  urody  obawiała  się  najbardziej.  Mimo  młodego 

wieku  i  braku  doświadczenia  Melanie  podświadomie  wyczuwała  w  takich 
mężczyznach  jak  Justin  zagrożenie  własnej  wolności.  Instynkt  nakazywał  jej 
ucieczkę.  Założyła,  że  czego  oczy  nie  widzą,  tego  sercu  nie  żal,  i  odtąd 
konsekwentnie unikała Justina Drake'a. Nagle, po kilku latach od ich pierwszego 
i jak dotąd jedynego spotkania, ten człowiek pojawia się w jej śnie. I to w jakim 
śnie… Wszedł do pokoju, jak gdyby ten dom należał do niego, i jak gdyby ona 
należała do niego!  

Na  myśl,  że  tak  mogłoby  być  naprawdę,  Melanie  dostała  gęsiej  skórki. 

Chociaż  nigdy  nie  pragnęła  zostać  własnością  mężczyzny,  intuicja  jej 
podpowiadała,  że  ten  facet  niezwykle  czule  troszczy  się  o  wszystko,  co 
posiada… Śniła, że usiadł na brzegu łóżka, trzymał ją za rękę i całował. Czuła, 
że topnieje w jego ramionach. Usta Justina były ciepłe i stanowcze. Dziwne… 
jak na sen, pamięta ten pocałunek bardzo dokładnie, czuje go jeszcze i płonie na 
samo wspomnienie. Co się z nią dzieje?! Melanie usiadła raptownie. Ile można 
myśleć o Justinie Drake'u z powodu jakiegoś głupiego snu? Ściągnąwszy przez 
głowę pożyczoną koszulę, podeszła do miski, nalała do niej wody z dzbanka i, 
szczękając zębami, zaczęła się myć. Musi dzisiaj koniecznie zdecydować, w jaki 
sposób ruszyć w dalszą drogę. Ciekawe, czy Julio zdołał odzyskać samochód i 
bagaże. Wiele od tego zależy. 

Zamyślona, ledwie usłyszała, że ktoś otworzył drzwi. Odwróciła się, żeby 

przywitać  gospodynię  domu,  poczciwą  kobietę,  która  troszczyła  się  o  nią  jak 
matka, ale w progu stał nie kto inny, tylko Justin Drake. 

background image

Zdumiony,  przez  kilka  sekund  nie  odrywał  wzroku  od  pustego  łóżka  i 

dopiero  po  chwili  spojrzał  w  kąt  pokoju.  Pewien  był,  że  Melanie  śpi. 
Tymczasem  ona  stała  przed  nim  bez  ruchu,  niczym  blada  nimfa,  okryta 
płaszczem długich włosów, z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia. 

- Co ty tu robisz? - wydobyła z siebie zdławiony okrzyk. 

- Dlaczego wstałaś z łóżka? - zapytał niemal równocześnie. 

Melanie  sięgnęła  po  koszulę,  owinęła  się  nią  jak  ręcznikiem,  rumieniąc 

się ze złości i wstydu. 

-  Nie  powinnaś  wstawać  z  łóżka  -  powtórzył  łagodnie,  robiąc  krok  w 

przód. 

- A ty nie powinieneś wchodzić do mojego pokoju! Wynoś się stąd! 

Drżała  jak  liść  na  wietrze.  Justin  nie  był  jednak  pewien,  czy  to  z 

wyczerpania,  czy  ze  złości,  czy  z  obu  powodów  jednocześnie.  Postawił  na 
podłodze  walizkę,  którą  dotąd  trzymał  w  ręku,  i  zbliżył  się  do  Melanie  na 
odległość  wyciągniętej  ręki.  Zniżył  głos  do  szeptu  i  biorąc  ją  za  łokieć, 
zaprowadził do łóżka. 

-  Za  wcześnie  na  wstawanie.  Potrzebujesz  jeszcze  kilku  dni,  żeby 

odzyskać siły. 

Melanie nie umiała zaprotestować. Czuła, że słabnie i uginają się pod nią 

nogi. Z ulgą opadła na posłanie. 

- Skąd się tu wziąłeś? - spytała zdumiona. 

- Szukałem cię. 

- Po co? 

- Twoja rodzina odchodziła od zmysłów. 

- Przecież nic mi nie jest… 

-  Bezsprzecznie.  Właśnie  widzę,  że  wszystko  jest  w  porządku:  chora, 

zdana na pastwę losu w jakiejś kolumbijskiej dziurze. Pewnie nigdy dotąd nie 
wiodło ci się lepiej. 

- Nie jesteś ich prywatnym detektywem. Nie mieli prawa… 

background image

-  Może  i  nie.  Ale  przyjechałem  tutaj,  więc  spróbuj  nie  stawiać  oporu  i 

pozwól, że ci pomogę. 

- Nie potrzebuję twojej pomocy. 

-  Melanie,  bądź  rozsądna.  Nie  znasz  nawet  języka.  Twój  przewodnik 

wyjechał. Co zamierzasz robić w takiej sytuacji? 

Julio zostawił ją? Liczyła na jego pomoc w zorganizowaniu transportu. Ze 

swoim hiszpańskim niczego nie załatwi. Westchnęła załamana. 

-  Zamierzam  wydostać  się  z  tego  miejsca,  nawet  na  piechotę,  jeżeli  nie 

uda się inaczej, i dotrzeć wreszcie do Villa Vicencias. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  zrezygnowałaś  ze  złożenia  wizyty  swojej 

przyjaciółce?! 

- Oczywiście. Niby dlaczego miałabym zmienić plany? 

- Bo ta przygoda powinna cię czegoś nauczyć. Powinnaś być mądrzejsza 

o  jedno  życiowe  doświadczenie:  to  nie  jest  miejsce  dla  samotnej  kobiety! 
Dlatego! 

- Pozwolę sobie nie komentować twojego zabawnego oświadczenia. 

-  Nie  przyjechałem  cię  rozśmieszać,  Melanie.  Zapominasz  o  jednej 

podstawowej  rzeczy:  nie  jesteś  w  Stanach.  Tutaj  nie  tolerują  kobiet,  które 
obnoszą się z taką… postawą. 

- Z jaką znowu postawą? Z czym ja się obnoszę? 

- Z pozą nieustraszonej Zosi Samosi: ze wszystkim sobie radzisz, żadnej 

pracy  się  nie  boisz,  w  dżungli  kolumbijskiej  czujesz  się  bezpieczniej  niż  na 
Manhattanie… 

- Dosyć! Rzeczywiście umiem sobie radzić, więc i tym razem nie zginę. 

- Melanie - Justin wziął głęboki oddech i policzył w myśli do dziesięciu. - 

W  porządku.  Umiesz.  Ale  skoro  już  tu  jestem,  chciałbym  ci  pomóc.  Jeśli 
pozwolisz. 

- W czym chcesz mi pomóc? 

- W dotarciu na miejsce. Dokąd tylko zechcesz. 

background image

- Jak się do tego zabierzesz? 

-  Po  pierwsze,  powiesz  mi,  gdzie  mieszka  twoja  przyjaciółka.  Potem 

załatwię jakiś transport. 

Melanie  poczuła,  że  po  raz  pierwszy,  odkąd  wyskoczyła  w  biegu  z 

samochodu,  nie  ma  ściśniętego  ze  strachu  gardła.  Dopiero  teraz  zdała  sobie 
sprawę, w jakim była stanie. I przyznała się w duchu, że oszukiwała samą siebie 
z czystej próżności. 

-  Przepraszam  za  to  całe  gadanie.  Byłam  zdenerwowana.  Masz  rację. 

Oczywiście  chętnie  skorzystam  z  twojej  pomocy.  Sama  niczego  bym  nie 
załatwiła. 

Justin  dopiero  teraz  osłupiał.  Łatwa  kapitulacja  nie  była  w  jej  stylu. 

Potulne  przeprosiny  ni  stąd,  ni  zowąd…  Nie,  Melanie  Montgomery  musi  być 
naprawdę  w  kiepskim  stanie.  Wyprostował  się  i  obdarzył  ją  najpogodniejszym 
ze swoich uśmiechów. 

-  Pójdę  poszukać  prowiantu.  -  Wskazał  palcem  stojącą  przy  drzwiach 

walizkę.  -  Dzielny  Julio  odzyskał  twoje  ciuchy.  Założę  się,  że  ta  wiadomość 
postawi  cię  na  nogi.  -  Uśmiechnął  się  jeszcze  raz  na  pożegnanie  ciepłym, 
przyjaznym  uśmiechem,  który  wzbudził  w  Melanie  dziwny  dreszcz  i 
przypomniał o sennych majakach. 

O  Boże…  Justin  przyjechał  naprawdę.  A  więc  to  nie  był  żaden  sen. 

Całowali się na jawie, wszystko działo się na jawie! Co za wstyd… Rzuciła mu 
się w ramiona jak jakaś nimfomanka. I pewnie go sprowokowała. Ciekawe, co 
on sobie pomyślał. Zdrętwiała z przerażenia. Nikt nie może odpowiadać za to, 
co robi albo mówi, kiedy jest nieprzytomny. Miałam gorączkę, bredziłam, to był 
kompletny  odjazd,  muszę  go  o  tym  przekonać.  Ten  sympatyczny  facet,  Justin 
Drakę, nie obchodzi mnie nic a nic! 

Gdy Justin zamknął za sobą drzwi, Melanie wyskoczyła z łóżka i rzuciła 

się  do  walizki.  Wyciągnęła  pierwsze  z  brzegu  dżinsy  oraz  sweter  -  i  w  pół 
minuty, mimo zawrotów głowy, była gotowa do wyjścia. 

Na korytarzu uderzył ją w nozdrza zapach gotowanego jedzenia. Poczuła 

wilczy głód i, niewiele myśląc, powędrowała na palcach do kuchni. 

-  Myślałem,  że  umówiliśmy  się  co  do  jednego:  że  zostajesz  w  łóżku  - 

usłyszała za sobą podniesiony głos. 

background image

Zadrżała,  potem  odwróciła się  gwałtownie  na  pięcie,  tracąc  równowagę. 

Justin złapał ją w ostatniej chwili i trzymając za łokcie, lekko potrząsnął. 

- Ale ty masz w nosie wszystkie umowy, prawda? 

- Nie jestem dzieckiem, Justinie. 

-  Ale  daję  słowo,  że  zachowujesz  się  jak  dziecko.  Nie  masz  za  grosz 

zdrowego rozsądku. 

- Dzięki za tak rzetelną ocenę mojej osobowości. 

- Zawsze do usług. 

Stali  tak  naprzeciw  siebie,  mierząc  się  wzrokiem,  aż  Justin  poczuł,  że 

Melanie drży. Zwolnił uścisk i natychmiast się opanował. 

-  Skoro  już  jesteś  na  nogach,  usiądźmy  do  stołu.  Śniadanie  gotowe,  - 

Położył rękę na jej ramieniu i zaprowadził do kuchni. 

Gospodyni  przywitała  ich  szerokim  uśmiechem  oraz  potokiem 

niezrozumiałych  słów.  Melanie  wychwyciła  kilka  razy  esposo,  bo  wtedy 
Kolumbijka  mówiła  wolniej  i  patrzyła  na  Justina  z  uwielbieniem  i  matczyną 
pobłażliwością. 

- Czy ty jej powiedziałeś, że jesteś moim mężem? 

-  Nie,  ale  i  nie  zaprzeczyłem.  W  końcu  co  to  za  różnica,  za  kogo  mnie 

wzięła? Niczego nie musimy tłumaczyć ani prostować. 

-  Chyba  masz  rację  -  powiedziała  po  dłuższej  chwili  milczenia, 

wzruszając ramionami. 

-  No,  no,  co  się  stało,  że  Melanie  Montgomery  przyznała  mi  rację. 

Węglem w kominie zapisać. 

- Daj spokój. Z sarkazmem jest ci wyjątkowo nie do twarzy - powiedziała 

wyniośle i zaciskając usta, na próżno starała się ukryć uśmiech. 

Ale tobie z tym przekornym uśmiechem jest wyjątkowo do twarzy, myślał 

w  popłochu.  Serce  biło  mu  jak  młotem  i  coraz  czarniej  widział  najbliższą 
przyszłość.  Nie  umiał  zapanować  nad  własną  wyobraźnią,  tym  bardziej  że 
naprawdę  trzymał  Melanie  w  ramionach.  Nie  potrafi…  i  nie  chce  zapomnieć 
smaku  tamtego  pocałunku.  Czeka  ich  jednak  długa  wspólna  podróż  i  wiele 
godzin udawania, że nic się nie stało. Potem każde pójdzie swoją drogą, bo nie 

background image

ma powodu, żeby stało się inaczej. Melanie Montgomery nie zadaje się przecież 
z  mężczyznami  jego  pokroju.  "Jest  w  porządku,  ale  zupełnie  nie  w  moim 
typie"… Jaśniej nie mogła się wyrazić. A jemu nie trzeba powtarzać dwa razy. 

Gospodyni zaprosiła ich do stołu. Usiedli na grubo ciosanej ławie, ramię 

przy  ramieniu, nie patrząc  sobie  w oczy.  Melanie  jedzenie  wydało  się pyszne, 
ale  zjadła  niewiele;  uczucie  zmęczenia  okazywało  się  silniejsze  od  głodu. 
Zaczęła wpatrywać się bezradnie w talerz. 

-  Teraz  przyznaj  mi  rację  -  Justin  uśmiechnął  się  pobłażliwie  -  że 

przesadziłaś  trochę  z  tym  wstawaniem  z  łóżka.  Czy  dalej  będziesz  udawać 
gotową do drogi? Drogi przez góry i dżunglę… 

-  Zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  jestem  taka  słaba,  -  Pokręciła  ze 

smutkiem głową, nie mając siły dłużej udawać. 

-  To  proste.  Trzy  dni  wysokiej  gorączki  wycieńczyły  twój  organizm. 

Musisz  dać  mu  trochę  czasu.  Nic  cię  przecież  nie  goni.  Nikt  cię  stąd  nie 
wygania. 

Miał  rację.  Granie  siłaczki  byłoby  śmieszne.  Melanie  z  ulgą  wróciła  do 

pokoju, wyciągnęła się na łóżku i zapadła w głęboki, uzdrawiający sen. 

Obudziła się po kilku godzinach w znacznie lepszej formie. Słońce grzało 

mocniej. Znalazła łazienkę, wzięła prysznic i postanowiła wyjść na spacer, żeby 
choć przez chwilę odetchnąć świeżym powietrzem i wysuszyć włosy. 

Uszła  zaledwie  kilka  kroków,  gdy  otoczyła  ją  grupka  rozszczebiotanych 

dzieci,  które  pokazując  ją  palcami,  chichotały  coraz  głośniej,  a  niektóre  aż 
zataczały się od śmiechu. 

Z ich słów wychwyciła tylko ojosverde, i zrozumiała, że chodzi o zielone 

oczy. Ogromne zainteresowanie budził także kolor jej włosów. Kiedy doszła do 
pierwszego  skweru  i  usiadła  na  ławce,  ośmielone  dzieciaki  podeszły  na 
wyciągnięcie ręki i okrążyły ją ciasnym półkolem. 

Uśmiechała się do tych śniadych, brązowookich chłopców i dziewczynek, 

których skóra tak bardzo kontrastowała z jej bladością. 

Zaczęła  z  nimi  rozmawiać  -  trochę  po  hiszpańsku,  trochę  na  migi  -  i 

wkrótce  chichotali  wszyscy  razem.  Dzieci  były  ciekawskie  i  coraz  bardziej 
natarczywe. Dotykały jej skóry, głaskały po włosach, próbowały nawet zbadać 
zawartość torebki. 

background image

Żeby  zniechęcić  ich  do  dalszego  wścibstwa,  Melanie  wyjęła  szminkę  i 

puderniczkę,  a  potem  każdemu  dziecku  pozwoliła  przejrzeć  się  w  lusterku. 
Tłumiony do tej pory chichot zmienił się w szaloną radość. Mała dziewczynka, 
wyglądająca na trzy albo cztery lata, wdrapała się "białej seńoricie" na kolana. 
Melanie pokazała jej, do czego służy szminka, a potem wszystkie dziewczynki 
chciały mieć pomalowane usta. 

-Królewna Śnieżka wśród czarnych krasnoludków. 

Melanie  przełknęła  ślinę  i  dopiero  po  chwili  uniosła  głowę.  Justin  stał 

obok  uśmiechnięty,  w  swobodnej  pozie,  z  rękami  na  biodrach.  Musiał 
przyglądać  się  zabawie  od  dłuższego  czasu.  A  jej  wystarczyło  mgnienie  oka, 
żeby  zauważyć,  jak  świetnie  wygląda.  Wcale  nie  chciała  tego  widzieć,  nie 
mogła  jednak  oderwać  wzroku  od  jego  smukłej,  silnej  sylwetki.  Miękka 
batystowa  koszula  opinała  szeroki  tors,  a  dopasowane  dżinsy  podkreślały 
imponująco długie nogi. 

Zarumieniła się na wspomnienie ich pocałunku. Czuła jeszcze jedwabiste 

włosy  Justina  między  swoimi  palcami,  w  nozdrzach  zapach  jego  wody 
kolońskiej, a na ustach dotyk jego warg. Musiała teraz spojrzeć mu w oczy, jak 
najobojętniej… Boże, co za katorga… 

- Udało ci się może załatwić jakiś pojazd? 

-  I  tak,  i  nie.  Nie  istnieje  na  razie  żadna  możliwość  wydostania  się  z  tej 

dziury  inaczej  niż  na  własnych  nogach,  ale  gdybyśmy  powędrowali  dalej  na 
południe, trafilibyśmy na wielką plantację. Tam szansa byłaby większa. 

- Kiedy możemy wyruszyć? 

-  Wtedy,  gdy  odzyskasz  siły.  Nie  wiem,  ile  kilometrów  mamy  do 

przejścia: kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt. 

- Na pewno jutro rano będę gotowa. Wyspana i wypoczęta. Już teraz czuję 

się dobrze… Przysięgam. 

- Jak sobie życzysz. - Wzruszył ramionami. 

- Założę się, że ty też nie możesz doczekać się powrotu do... 

- Buenos Aires. 

- Tak? - uśmiechnęła się promiennie. - Zawsze chciałam tam pojechać. 

background image

-  Musisz  zatem  odwiedzić  mnie  w  Argentynie  -  Justin  odwzajemnił  się 

uśmiechem. 

- Dziękuję. 

- Czy zjesz wreszcie porządny obiad? Rosa prosiła, żebym cię znalazł. 

-  Tak  ma  na  imię?  Że  też  nie  przyszło  mi  do  głowy  zapytać,  jak  się 

nazywa…  Jest  taka  miła.  -  Melanie odwróciła się do  dzieci, pomachała  im  na 
pożegnanie,  a  potem  przesłała  kilka  pocałunków,  wzbudzając  tym  zachwyt 
dzieciarni.- Co oni mówią? - spytała Justina. 

- Chcą, żebyś została. 

- Powiedz im, że idę coś zjeść i że zobaczymy się później. 

Justin  ukucnął,  żeby  porozmawiać  z  dziećmi.  Kiedy  wszystko  im 

wytłumaczył,  położył  ręce  na  głowach  najbliżej  stojących  chłopców  i  śmiejąc 
się razem z nimi, zmierzwił gęste czupryny. 

- Gotowa? - Podniósł się i wyciągnął rękę do Melanie, która - kompletnie 

oniemiała na widok tej sielankowej sceny - skinęła tylko głową. 

Kiedy  szli  obok  siebie  w  milczeniu,  Justin  kątem  oka  przyglądał  się 

Melanie,  Zauważył,  że  z  łatwością dotrzymywała  mu  kroku, choć  szedł  dosyć 
szybko. Chyba naprawdę wydobrzała. 

- Rosa jest tobą oczarowana, wiesz? Chętnie by ci jeszcze pomatkowała. 

Powiedziała, ze jestem w czepku urodzony, bo mam taką piękną żonę, a potem 
zbeształa bez litości za to, że wypuściłem cię samą z domu. Koniecznie chciała 
wiedzieć, dlaczego od razu nie pojechałem z tobą. 

Melanie, z piekącymi policzkami, zastanawiała się, co powiedzieć. 

- Chyba wyprowadziłeś ją z błędu… 

-  Nie. Wytłumaczyłem  jej, że  chciałaś  ode  mnie  odpocząć.  -  Wybuchnął 

śmiechem na widok jej miny. 

- Bardzo zabawne - mruknęła pod nosem. 

Musnął ręką jej lekko falujące włosy, okrywające ramiona i sięgające do 

pasa. 

- Nigdy nie widziałem takich włosów. Wyglądają jak srebrne nitki. 

background image

Melanie  czuła,  jak  ten  lekki  dotyk  przenika  jej  włosy,  ubranie,  a  potem 

skórę. Przejmuje ją aż do szpiku kości. Zamknęła na chwilę oczy. Skoro czeka 
ich wspólna podróż, musi nauczyć się panować nad swoimi reakcjami. 

Justina  stropiło  jej  długie  milczenie.  Zrobiło  mu  się  głupio,  jakby 

powiedział  coś  bardzo  niestosownego.  Melanie  mogła  być  spragniona  wielu 
rzeczy, ale nie jego tanich komplementów. Tak naprawdę, na nic się nie przydał, 
a zepsuł jej całą przygodę. 

Pewnie jest wściekła, ma go za "anioła stróża" nasłanego przez rodzinkę i 

marzy tylko o tym, żeby się zgubił. Jak najszybciej. Już od rana coś mu mówiło, 
że ta na pozór krucha istota poradziłaby sobie doskonale bez jego pomocy. Tak 
jak  radziła  sobie  do  tej  pory.  Julio  nie  zostawiłby  jej,  gdyby  nie  wiedział,  że 
Melanie jest pod dobrą opieką. Ale trudno. Skoro sprawy potoczyły się w taki, a 
nie  inny  sposób,  musi  dotrzymać  słowa  i  odstawić  dziewczynę  do  Villa 
Vicencias.  Nigdy  jednak  nie  zapomni  tej  sceny  na  skwerze.  Melanie  otoczona 
małymi  dziećmi,  z  błyszczącymi  w  słońcu  włosami  i  ciepłym  uśmiechem  na 
ustach. Żadna inna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Była niezwykle 
piękna, ale przecież nie o to chodziło. Poznał wiele atrakcyjnych kobiet, ale w 
Melanie  pociągało  go  coś  innego,  coś,  co  promieniowało  z  jej  wnętrza  i  było 
trudne do określenia słowami. 

Nagle  zapragnął  ją  chronić.  Tak…  Może  właśnie  to,  że  wzbudza  w 

ludziach nadmierny instynkt opiekuńczy, doprowadza ją do szału. Mimowolnie, 
a  nawet  wbrew  sobie,  robi  wrażenie  bezbronnej.  Buntuje  się  przeciw 
nadopiekuńczej  rodzinie,  coraz  śmielej  udowadniając  własną  zaradność  i 
niezależność.  Rodzina  ma  coraz  więcej  powodów  drżeć  ze  strachu…  i  tak  się 
toczy błędne koło. Powinniśmy dać jej spokój, myślał gorączkowo, odczepić się 
od  niej,  pozwolić  rozwinąć  skrzydła,  żeby  przekonała  się  wreszcie,  że  potrafi 
latać i nie musi niczego udowadniać. 
 

Łatwo  mówić.  Gdyby  go  tak  nie  pociągała  fizycznie,  wszystko  byłoby 

proste.  Ale  jego  ciało  reagowało  na  jej  bliskość,  jak  licznik  Geigera  na 
radioaktywność.  Gorzej!  Włączały  się  alarmy,  sprawny  dotychczas  system 
wariował, jak gdyby nie mógł sprostać nowej sytuacji. 

A teraz, rozkazał sobie w duchu, przypomnisz sobie, po co tu przyjechałeś 

i skoncentrujesz na kolejnych zadaniach. Po pierwsze, znaleźć środek lokomocji. 
Po  drugie,  zawieźć  Melanie  do  jej  przyjaciółki.
  Najbardziej  pomocna  w 
wypełnieniu zobowiązań wobec Dam ona, poza kubłem zimnej wody od czasu 
do  czasu,  powinna  być  myśl,  że  o  wszystkim,  co  się  przydarzy  w  tej  podróży 
jego szwagierce, dowie się zarówno on, jak i Elsie… Poprosili go o znalezienie 
dziewczyny  i  odstawienie  jej  w  bezpieczne  miejsce.  O  uwiedzeniu  nie  było 
mowy. 

background image

 

 

 

 

 

Następnego  ranka,  gdy  pierwszy  brzask  poranka  zajaśniał  w  pokoju 

Melanie, Justin, kompletnie ubrany, potrząsał energicznie jej ramieniem. 

-  Melanie,  zbudź  się  -  powtarzał  błagalnym  szeptem.  -  Musimy  stąd 

uciekać. 

- Jak się tu dostałeś?! - Otworzyła wreszcie oczy i w tej samej sekundzie 

usiadła gwałtownie. 

- Przez okno. Posłuchaj, nie mamy czasu do stracenia. Musimy stąd wiać.  

- Dlaczego? 

Chwycił jej walizkę, lekceważąc pytanie, i całą zawartość rzucił na łóżko. 

-  Ubierz  się,  weź  rzeczy,  bez  których  naprawdę  nie  możesz  się  obyć,  i 

włóż je do mojego plecaka. 

- Hej, co się z tobą dzieje, goni nas ktoś czy co? 

-  Jeszcze  nie,  ale  gdyby  nas  namierzyli,  odpowiedź  byłaby  twierdząca. 

Zostało  nam  piętnaście  minut.  Przed  wschodem  słońca  musimy  się  ulotnić. 
Wyparować jak kamfora.  

Otworzył drzwi. 

- Dokąd idziesz? 

- Znaleźć coś do jedzenia. Twojej gospodyni zostawię górę pieniędzy, ale 

wyjdziemy stąd, niestety, po angielsku. Nie ma czasu na pożegnania. 

Melanie  pokręciła  z  niedowierzaniem  głową.  Nigdy  nie  należała  do 

rannych ptaszków, więc wykazanie się refleksem w "środku nocy", przerastało 
jej  możliwości.  Siłą  woli  nieco  jednak  oprzytomniała,  ubrała  się,  spakowała 
zgodnie z instrukcją i wtedy do pokoju, bezszelestnie jak kot, wrócił Justin. 

background image

- Czy mógłbyś mi teraz łaskawie wytłumaczyć, co tu jest grane? 

- Nie, nie teraz. Później, kiedy będziemy w drodze. Teraz zrobimy „hop" i 

już nas tu nie ma. 

Uchylił  okno.  Ani  żywej  duszy.  Wyrzucił  plecak,  wszedł  na  parapet  i 

skoczył na ziemię. Stanął teraz twarzą do okna z wyciągniętymi w górę rękami. 

- No chodź - szepnął. 

W porządku, myślała w popłochu. Marzyły ci się przygody? Brakowało ci 

w życiu dreszczyka emocji? No to masz! 

Wzięła  głęboki  oddech  i  spadła  prosto  w  ramiona  Justina.  Nikt  ich  nie 

śledził. 

Dopiero  kiedy  wyszli  z  miasta  i  trafili  na  właściwą  drogę,  Melanie 

ośmieliła się zadać pytanie. 

- Dokąd idziemy? 

-  Przyczaimy  się  w  dżungli  na  dwa,  trzy  dni.  To  konieczne,  wierz  mi. 

Żeby  nikt  nie  mógł  powiedzieć,  że  nas  widział,  rozumiesz?  Takich 
amerykańskich wymoczków trudno nie zapamiętać. 

Wędrowali  kilka  godzin,  z  krótkimi  przerwami  na  ugaszenie  pragnienia 

lub  złapanie  oddechu.  Ponura  mina  Justina  przekonała  Melanie  ostatecznie, że 
nie był to alarm próbny. Sytuacja musiała być groźna. Gdy koło południa dotarli 
do  małej  zamkniętej  polany,  Justin  zarządził  przerwę  na  lunch.  Melanie  nie 
czuła nóg ze zmęczenia. 

- Powiesz mi teraz, przed kim uciekamy? 

Wyciągnięci na trawie, zaczęli pałaszować kurczaka z bułką. 

- Przed jednym bardzo chytrym facetem. Nazywa się Victor Degas. 

- Skąd go znasz? 

-  Dawno  temu,  kiedy  byłem  młodym  idealistą,  wziąłem  udział  w  tajnej 

akcji  rządu  amerykańskiego  przeciwko  tutejszej  mafii.  Pewnie  wiesz,  że 
Kolumbia jest największym zagłębiem kokainowym zachodniej półkuli… 

- Nie żartuj, wystarczy oglądać seriale telewizyjne. 

background image

- W porządku. Więc była to zasadzka na grube ryby. Udało mi się dostać 

do  siatki  szmuglerskiej  Degasa  -  wielkiego,  bezwzględnego  cwaniaka,  którego 
podchodziłem kilka dobrych lat. W końcu stałem się jednym z jego najbardziej 
zaufanych ludzi.  

- I co? 

-  Prawie  ich  miałem.  Rozpracowałem  organizację.  Podczas  jednej  akcji 

mogłem  zniszczyć  cały  jego  interes  na  dwóch  kontynentach.  Wszystko  było 
zapięte  na  ostatni  guzik,  ale  niestety,  Victor  wymknął  się  z  sieci  w  ostatniej 
chwili. Uciekł nie wiadomo dokąd. Ten łobuz ma szósty zmysł. 

- Czy on wie, przez kogo musiał uciekać? 

-  Wcale  mnie  to  nie  ciekawi.  Nie  zamierzałem  tu  nigdy  wracać  ani 

zasięgać języka na temat Degasa. 

- Jak sądzisz, co by zrobił, gdyby cię - odpukać - spotkał? 

-  Victor  ma  jedną  zasadę:  zawsze  strzela  pierwszy.  A  jeśli  jego  ofiara 

jeszcze żyje, zadaje jej kilka pytań. 

- I ten Victor był w miasteczku? Jesteś pewien? 

- Absolutnie. Myślę, że jechał ze swoimi ludźmi do Bogoty, ale z powodu 

lawiny  błota  musieli  zawrócić.  Ostatniej  nocy  zatrzymali  się  w  miasteczku  i 
szukali noclegu. 

- Widział cię? 

- Nie. Na szczęście byłem w innym pokoju, rozpoznałem tylko jego głos. 

Poczekałem, aż zjedzą i zasną, i natychmiast przybiegłem do ciebie. 

Przez kilka minut Melanie przyglądała się Justinowi w milczeniu. 

- Do głowy by mi nie przyszło, że wiodłeś takie ekscytujące życie. 

-  Ekscytujące…  -  roześmiał  się.  -  Można  określić  je  i  w  ten  sposób,  w 

każdym razie to stare dzieje. 

- Ile masz lat? 

- Trzydzieści siedem. 

- I nigdy nie byłeś żonaty? 

background image

- Skąd wiesz? 

-  Nie  wiedziałam.  Sprawiasz  po  prostu  wrażenie  człowieka,  który  nie 

zagrzewa  miejsca  na  tyle  długo,  żeby  mieć  własny  dom,  żonę,  nie  mówiąc  o 
większej rodzinie. 

- Brawo. Nic dodać, nic ująć. 

- Czy Damon zna twoją przeszłość? 

- Jasne. 

- I dlatego właśnie ciebie wysłał do Kolumbii? Z rodzinną misją specjalną 

- mruknęła pod nosem, jakby do siebie. 

- Niestety. Wygląda na to, że dopiero teraz, przeze mnie, znalazłaś się w 

niebezpieczeństwie…  -  zawiesił  niepewnie  głos.  -  Cóż…  ostatnia  decyzja  nie 
przyszła mi łatwo. Czekając w hotelu, aż Victor pójdzie spać, zastanawiałem się 
długo, jak powinienem postąpić. Gdyby Julio nie odjechał, zostawiłbym cię pod 
jego opieką. Ale nie mogłaś zostać tu sama. Nie znasz języka, ale to drobiazg… 
Victor  ma  słabość do blondynek.  Wyczuwa  je  na  odległość,  jak tygrys  świeże 
mięso.  Gdyby  dowiedział  się,  że  jesteś  w  miasteczku,  przetrząsnąłby  dom  po 
domu, szkoda gadać. A Victor nie należy do dżentelmenów, wiem coś o tym. 

Melanie  wzdrygnęła  się.  Miała  ochotę  ucałować  Justina  za  to,  że  nie 

zostawił jej na pożarcie jakiemuś Victorowi. 

- Zawsze marzyłam o niebezpiecznych przygodach - no i los się do mnie 

uśmiechnął! 

Widząc  jej  podekscytowane,  roześmiane  oczy,  Justin  tylko  pokręcił 

głową.  Dziewczyna  nie  miała  bladego  pojęcia  o  tym,  co  ich  czeka,  jak  może 
zakończyć się ich "przygoda". A on nie miał serca jej straszyć. Istniała przecież 
nadzieja, że nigdy w życiu nie pozna Degasa ani innych podobnych mu zbirów. 
Że razem wydostaną się z potrzasku… 

 

 

 

 

 

background image

Nigdy  dotąd  nie  widziała  piękniejszego  widoku:  trzy  małe  chatki, 

zbudowane ciasno jedna obok drugiej, na lilipuciej polanie. Po kilku godzinach 
wędrówki przez leśną gęstwinę, Melanie czuła się tak zmęczona, jakby szli co 
najmniej  dwa  dni. Czy  kiedykolwiek przypuszczała, że  pozna  Kolumbię  od  tej 
strony?  Że  przejdzie  szmat  dżungli  na  własnych  nogach?  Jak  bardzo 
pokrzyżowały się jej plany… 

Wreszcie  dotarli  do  osady.  Justin  zatrzymał  się,  zdjął  z  ramion  plecak  i 

pobiegł w kierunku najbliższej chaty. W kilka minut polana zaroiła się od dzieci, 
kobiet, mężczyzn, psów i innych domowych zwierząt. 

Kiedy Justin przemawiał do nich, gestykulując z zapałem, słuchacze tylko 

raz  oderwali  wzrok  od  jego  twarzy,  żeby  spojrzeć  na  Melanie.  Potem  wszyscy 
pokiwali głowami, a on się uśmiechnął. 

- Chyba mamy trochę szczęścia - zaczął. 

- Cudownie. Zaprowadzą nas do tutejszego Hiltona. 

- Obawiam się, że nie aż tyle szczęścia. 

-  Nie  ma  sprawy  -  wzruszyła  ramionami.  -  Skromny,  a  równie  wygodny 

Holiday Inn zupełnie wystarczy. 

-  Przymierzymy  się  raczej  do  legowiska,  które  nam  odstąpią,  i  dżipa, 

który zawiezie nas rano do najbliższego miasteczka. 

- Chcesz powiedzieć, że jest tu gdzieś jakaś droga, którą przeoczyliśmy? 

-  Z  tego  co  zrozumiałem,  po  drugiej  stronie  osady,  ale  ja  mam  dosyć. 

Koniec  podróżowania  na  dzisiaj.  Wykonaliśmy  plan  z  nawiązką.  -  Wstał 
energicznie,  jedną  rękę  podał  Melanie,  a  drugą  chwycił  plecak.  -  Chodź, 
wspólniczko. 

- Czy myślisz, że oni mają coś takiego jak prysznic? 

- Zobaczymy. 

Mieli. Nie prysznic, ale "coś takiego". 

Kilku  tubylców  poprowadziło  ich  ubitą  ścieżką  do  strumyka,  który, 

spiętrzony w mały wodospad, zasilał jeszcze mniejsze kąpielisko. Najwyraźniej 
dumni ze swojej "łazienki", mężczyźni uśmiechali się i gestykulowali. 

background image

Melanie  poczekała  cierpliwie,  aż  odejdą,  i  dopiero  wtedy,  z  niewyraźną 

miną, zwróciła się do Justtna: 

- Ciągniemy losy, kto kąpie się pierwszy? 

-  Po  co?  Miejsca  jest  dosyć.  -  Usiadł  na  brzegu  strumienia,  żeby 

rozsznurować buty, potem wstał, jednym ruchem ściągnął przez głowę koszulę i 
zaczął rozpinać spodnie. 

- Justin, poczekaj chwilę. Nie możemy kąpać się razem! 

- A to dlaczego? 

- No… jak to… dlatego że nie i już! 

-  Melanie  -  zaczął tłumaczyć  -  to  jasne, że  w  Stanach  korzystalibyśmy  z 

łazienki jedno po drugim lub każde ze swojej, ale nie jesteśmy w Stanach. Nie 
miałem najmniejszego zamiaru wprawiać cię w zakłopotanie, ale wspólna kąpiel 
to żaden powód do wstydu. Japończycy robią tak od stuleci. Nie chcesz chyba, 
żeby  zastał  nas  tu  zmierzch,  a  przed  zachodem  słońca  nie  zdążymy  umyć  się 
oddzielnie. - Uśmiechnął się rozbrajająco. - Przykro mi, Melanie, ale nie jestem 
aż  takim  dżentelmenem,  żeby  zrezygnować  z  kąpieli  dla  uszanowania  twojej 
skromności. Poza tym, czy ci się to podoba, czy nie, widziałem już cię w całej 
okazałości. 

Justin zsunął do końca spodnie z całkowitą swobodą. Melanie uważała się 

za dojrzałą, nowoczesną kobietę. Tylko tak się jakoś stało, że nie widziała do tej 
pory  nagiego  mężczyzny…  z  wyjątkiem  pięcioletniego  siostrzeńca.  Czuła,  że 
blednie.  Patrzyła,  jak  Justin  wchodzi  do  strumienia,  potem  wolnymi, 
dokładnymi  ruchami  namydlą  ramiona,  plecy  i  dużo  jaśniejsze  pośladki,  które 
wyglądały jak dwie toczone z marmuru, lekko owalne kule. Z trudem przełknęła 
ślinę,  nabrała  głęboko  powietrza  i  wbiła  wzrok  we  własne  dłonie.  Justin  ma 
rację. Cóż to za powód do paniki? Przecież "dusiła się" pod rodzinnym kloszem, 
chciała  wszystko  zmienić,  ryzykować,  skoczyć  na  głęboką  wodę…  I  co? 
Zacznie  teraz  piszczeć  jak  wystraszona  dziewica?  Na  widok  nagiego 
mężczyzny? 

Rozebrała  się  w  najbardziej  nonszalancki sposób,  na  jaki  było  ją  stać,  a 

Justin, który śledził jej wysiłki kątem oka, o mało nie wybuchnął śmiechem. W 
głębi duszy był z niej dumny. Nie tylko dotrzymywała mu kroku, ale przez cały 
dzień  nie  poskarżyła  się  ani  słowem.  Nie  wygarnęła  mu  nawet,  że  jedyne 
prawdziwe  niebezpieczeństwo  grożące  jej  w  Kolumbii  zawdzięczała  właśnie 
jemu  -  Amerykaninowi,  który  przyjechał  ratować  przed  barbarzyńcami  białą 
lady! Starał się myśleć o czymś innym, ale pamięć o Victorze prześladowała go. 

background image

Co on, do diabła, robił w tych okolicach! Tereny wpływów Degasa ograniczały 
się do wybrzeża i Kartageny.  Kto mógł przypuszczać… Prawdopodobieństwo, 
że  trafią  na  siebie  w  dżungli,  było  bliskie  zera.  Szlag  by  to  trafił!  Zrobiłby 
wszystko, żeby ocalić Melanie. 

Melanie przydeptywała stopą nogawki dżinsów, odwracając wzrok, byle 

tylko nie spojrzeć na niego. Zastanawiał się, czy wejdzie do wody w bieliźnie - 
na pewno  miała  taki  zamiar…  W  ostatniej  chwili  zawahała się  i  zdjęła stanik. 
Boże, jaki biust! Kiedy drobnymi kroczkami wchodziła do strumienia, Justin z 
zaciśniętymi do bólu powiekami szorował tors i ręce, licząc do stu… 

W  orzeźwiającej  wodzie  Melanie  rozluźniła  się  i  natychmiast 

podziękowała  Bogu,  że  nie  została  na  brzegu.  Justin  stanął  pod  wodospadem, 
żeby zmyć z siebie pianę. 

- Łap! - krzyknął, rzucając wysokim łukiem mydło. - Dobry chwyt! 

- Dobry rzut! - zawołała.  

Nagle zaczęła na niego patrzeć normalnie, jakby męska nagość nie robiła 

na  niej  specjalnego  wrażenia.  On  przybrał  tak  doskonale  obojętną  minę… 
dlaczego miałaby się zachowywać inaczej? 

 

 

 

 

 

Kilka  godzin  później  identyczny  argument  pozwolił  Melanie  zasnąć. 

Justin tłumaczył jej - na początku cierpliwie - że powinni skakać z radości, bo 
dostali  jakiekolwiek  miejsce  do  spania.  To,  że  jakaś  para  okazała 
wspaniałomyślność, odstępując im własne łóżko, wcale nie znaczy, że wypada 
prosić o drugie - z powodu jej śmiesznych skrupułów. 

- To nie są śmieszne skrupuły, Justinie. Po prostu… naprawdę sądzę, że to 

nie najlepszy pomysł. 

-  To  znaczy,  że  masz  lepszy!  Cały  zamieniam  się  w  słuch,  proszę,  tylko 

nie proponuj mi noclegu pod drzewem! Moja rycerskość nie przekracza granic 
zdrowego rozsądku. Przepraszam, że się powtarzam, ale… 

background image

Melanie parsknęła śmiechem. Swoim posępnym, urażonym tonem Justin 

całkiem ją rozbroił. Właściwie o co chodzi? Po takim dniu miał prawo czuć się 
wykończony, a ona robi problem z jakiejś bzdury. Razem czy osobno: co to za 
różnica! A jednak… 

Kłopot  z  Melanie  polegał  na  tym,  że  w  swoim  życiu  niewiele  miała  do 

czynienia z mężczyznami. Ojciec umarł, gdy była małą dziewczynką. Wkrótce 
starszy  brat  założył  własną  rodzinę,  a ona,  aż  do ukończenia college’u,  świata 
nie  widziała  poza  książkami.  Potem  równie  gorliwie  zajmowała  się  sklepem  - 
mimowolnie  ograniczając  swoje  kontakty  towarzyskie  do  koleżanek  i  Philipa. 
Niestety, jego towarzystwo działało na Melanie jak pigułka nasenna. 

Ze stoickim spokojem doszła do wniosku, że natura obdarzyła ją nie tylko 

skandynawską  urodą,  ale  także  zimnym  temperamentem…  Teraz  musiała 
przemyśleć wszystko od nowa. Nieswojo czuła się ze świadomością, że Justin 
wzbudza  w  niej  tak  gwałtowne  emocje,  Zupełnie  nie  wiedziała,  co  robić,  ale 
jedno  było  pewne:  noc  spędzona  u  jego  boku  nie  przywróci  jej  spokoju. 
Zastanawiała  się  przez  moment,  czy  to  aby  nie  sen  -  dalszy  ciąg  halucynacji 
spowodowanych gorączką. 

Ale zanim pojawił się Justin, odzyskała przytomność umysłu… 

- W porządku - powiedziała jakby od niechcenia. - Śpimy razem. 

- Twój entuzjazm działa na mnie jak plaster miodu, serdeczne dzięki! 

- Doprawdy nie sądzę, żeby mój entuzjazm miał dla ciebie znaczenie. 

- Och! Przed twoim ciętym językiem nikt się nie uchroni. 

Wieczorem,  po  kolacji,  Melanie  z  przyjemnością  odkryła,  że  wcale  nie 

czuje  skrępowania.  Śmiertelnie  zmęczona,  zwinęła  się  w  kłębek  i  z  głową  na 
ramieniu Justina zapadła w ciężki sen.  

Justin leżał bez ruchu kilka godzin, wsłuchując się w jej oddech. Od czasu 

do  czasu  wzdychał  żałośnie.  Czyżby  to  kara  boska  za  dotychczasowe  życie? 
Kobiety,  które  znał,  zachowywały  się  inaczej.  Akceptowały  jego  reguły  gry  i 
nigdy nie marnowały okazji. Były zawsze pod ręką, zadowolone z każdej chwili, 
którą mógł im poświęcić. A on nie zwykł odmawiać sobie czegokolwiek. Co za 
upalna noc, majaczył zasypiając. 

Zbudził ich szorstki, gardłowy głos mężczyzny, który mówił po angielsku 

z obcym akcentem: 

background image

-  Witam  w  Kolumbii,  senor  Drake.  Szkoda,  że  mnie  nie  uprzedziłeś  o 

swojej wizycie. Zgotowałbym ci o wiele milsze przyjęcie. 

Melanie  usiadła  i  skamieniała  z  przerażenia.  Aż  dziw,  ilu  mężczyzn  z 

karabinami  może  pomieścić  taka  chatka…  Jeden  z  napastników  oślepił  ich 
latarką. Oboje odruchowo zasłonili oczy. 

-  Jak  się  masz,  Victor.  Co  za  niespodzianka.  Miło  spotkać  cię  znów  po 

tylu latach. 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Zbieraj się, amigo, znajdziemy ci jakąś wygodniejszą metę - powiedział 

Victor  ze  zjadliwym  uśmiechem,  poszturchując  Justina  czubkiem  buta.  - 
Wstawaj! 

Powoli,  z  rękami  wyraźnie  odsuniętymi  od  tułowia,  Justin  podniósł  się, 

odwrócił do Melanie i podał jej rękę. 

- No, no! Podróżujesz z kobietą? Kiedyś byłeś samotnikiem, jeśli dobrze 

pamiętam  -  burknął  Victor.  -  Znowu  coś  kombinujesz?  Szykujesz  większą 
wsypę? 

- Załatwiam w Kolumbii sprawy prywatne, Victorze. 

- To ty tak mówisz. A mnie cholernie trudno wyrolować. Prawda, amigo? 

- Nigdy cię nie wyrolowałem. 

-  Nie?  Może  i  nie.  Jeśli  udawanie,  że  siedzisz  w  interesie,  nie  jest 

łgarstwem… 

- Nie było żadnego udawania. 

background image

- Więc tylko dziwnym zbiegiem okoliczności zwiałeś do kraju po wsypie 

naszej bazy, to chciałeś powiedzieć? 

- A co ci podpowiada intuicja? 

-  Że  udało  ci  się  zdobyć  moje  zaufanie,  wrobiłeś  nas  w  lewą  akcję,  a 

potem dałeś dyla - w samą porę, żeby ocalić swój tyłek. 

 -  To  się  nawet  trzyma  kupy.  Powiedz  mi  tylko,  po  co  miałbym  was 

wrabiać. Więcej zyskałbym na udanej operacji. Tamtej i wszystkich następnych. 

-  Święte  słowa.  Ale  wyparowałeś  zbyt  szybko.  I  nie  raczyłeś  dać  głosu. 

Co na moim miejscu pomyślałbyś o takim facecie? 

-  A  co  ty  byś  zrobił  na  moim?  Kiedy  usłyszałem,  co  wydarzyło  się  w 

bazie, miałem przeczucie, że są lepsze pomysły na życie niż powrót… do kotła. 
Nie  było  żadnej  pewności,  kto  jest  zdrajcą,  a  komu  mogę  ufać.  Doszły  mnie 
słuchy, że to ty sypnąłeś. 

Kolumbijczyk  odrzucił  głowę  do  tyłu  i  ryknął  śmiechem.  Potem  równie 

gwałtownie zamilkł. 

- Chodźmy, Drake. W nagrodę za szczerość odraczam wyrok. Pozwolę ci 

udowodnić, że nie kłamiesz. - Skinął głową w kierunku wyjścia. - Wychodź. 

Justin mocno objął Melanie. Ludzie Victora prowadzili ich przez polanę, 

a potem krętą ścieżką przez las do drogi, na której stały dwa dżipy. Weszli do 
pierwszego, drugim pojechała obstawa. 

- Jak nas znalazłeś? - spytał Justin, kiedy ruszyli. 

- Całe miasteczko mówiło o pięknej Amerykance i jej przystojnym mężu. 

Chciałem wiedzieć, kim jesteście i po co tu jesteście. Więc pojechałem za wami. 
I nie żałuję! To dopiero fart, żeby z czystej i bezinteresownej ciekawości trafić 
na ciebie… 

- Nie wiedziałeś, że to ja? 

- Aż do chwili kiedy cię zobaczyłem. 

Kierowca  dżipa,  nie  przejmując  się  ani  wyboistą  drogą,  ani  złą 

widocznością, jechał jak szaleniec. 

background image

Melanie miała duszę na ramieniu. Mimo iż Justin obejmował ją żelaznym 

uściskiem,  na  każdym  zakręcie  była  przekonana,  że  wypadnie  z  pędzącego 
samochodu. 

- Kiedy zdecydowałeś się ożenić? - po długich minutach milczenia Victor 

przeszedł na hiszpański. 

- A co to ma do rzeczy? 

-  Nic.  Zdziwiłem  się.  Nie  wyglądałeś  na  faceta,  który  żegluje  ku 

"spokojnej przystani". 

- Każdy kiedyś dorasta. 

-  Zwłaszcza  kiedy  trafi  na  taką  jak  ta  twoja,  co?  Chyba  trochę  za  młoda 

dla ciebie… i zbyt niewinna, jak na mój gust. 

-  Jakoś  do  głowy  mi  nie  przyszło,  żeby  zapytać  cię  o  zdanie.  W  nosie 

mam twoje gusta. 

-  Jasne  -  zarechotał  Victor.  -  Chociaż  niewykluczone,  że  kiedy  się 

znudzisz…  mógłbym  wybawić  cię  z  kłopotu  i  nauczyć  ją  zaspokajać  bardziej 
wyrafinowane upodobania. 

Justin modlił się, żeby Melanie nie zrozumiała, o czym mówią. Chciał ją 

w  jakiś  sposób  pocieszyć,  uspokoić,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Niestety, 
wszystko szło źle, nic nie zapowiadało szczęśliwego zakończenia kolumbijskiej 
przygody. To cud, że jeszcze żył! Może Victor złagodniał przez te lata, kiedy się 
nie  widzieli…  Albo  rzeczywiście  nie  był  pewny,  kto  go  zdradził.  Tak  czy 
inaczej,  ich  życie  zależało  od  tego,  czy  Justin  potrafi  tę  wątpliwość,  tlącą  się 
zaledwie w umyśle Victora, podsycić i wykorzystać. 

Wciąż myślał o Melanie. Co czeka tę dziewczynę, jeśli zostanie sama, w 

charakterze spadku po niewiernym wspólniku? Przeszył go zimny dreszcz. 

-  Dokąd  jedziemy?  -  Justin  postarał  się,  żeby  jego  głos  zabrzmiał 

naturalnie. 

- Do mnie. 

- Wybierałem się z żoną do Villa Vicencias, w odwiedziny do jej szkolnej 

koleżanki. Będzie się martwiła, jeśli tam w końcu nie dotrzemy. 

- Co robiliście w miasteczku? 

background image

-  Szukaliśmy  środka  transportu.  W  czasie  ostatniej  ulewy  wpadliśmy  w 

lawinę błota, która zablokowała drogę do Bogoty. 

Justin  żywił  cichą  nadzieję,  że  nikt  w  miasteczku  nie  opowiedział 

Victorowi,  jak  to  Justin  szukał  żony,  która  przyjechała  kilka  dni  wcześniej  z 
jakimś  Kolumbijczykiem.  Czekał  w  napięciu  na  następne  pytanie,  ale  nie 
doczekał się. Co wcale nie oznaczało, że Victor kupił tę bajeczkę. 

-  Dokąd  jedziemy?  -  zapytała  Melanie  teatralnym  szeptem,  przyciskając 

wargi  do  jego  ucha.  Czując,  że  krew  napływa  mu  do  twarzy,  nabrał  głęboko 
powietrza i dopiero wtedy odwrócił głowę. Musnąwszy jej usta, pomału zbliżył 
wargi do jej ucha. 

- Do kwatery Victora. 

- Dlaczego? 

Potrząsnął lekko głową, potem ścisnął jej dłoń i ułożył, drżącą i ciepłą, na 

swoim udzie. Głaskał jej rękę powoli, jakby prosząc, żeby Melanie się uspokoiła 
i nie zadawała więcej pytań. 

- Porozmawiamy później - obiecał prawie bezgłośnie, ani na moment nie 

spuszczając wzrok z siedzących przed nimi mężczyzn. 

Melanie  drżała,  ale  wcale  nie  ze  strachu.  Pod  opuszkami  palców  czuła 

twarde, napięte jak do skoku, mięśnie ud Justina. Miała irracjonalną pewność, że 
wybrną bezpiecznie z tarapatów. 

Obejmował ją mocnym ramieniem, drugą ręką głaszcząc wierzch dłoni  - 

rytmicznym,  falującym  ruchem,  od  nadgarstków  do  paznokci  i  z  powrotem. 
Poddawała  się  tej  hipnozie  z  zamkniętymi  oczami,  zapominając  o  Victorze  i 
reszcie  świata.  Jak  długo  jeszcze  przyjdzie  im  udawać  małżonków?  Melanie 
wiedziała, że każda nowa sytuacja zbliża ich do siebie fizycznie. Czuła, że igrają 
z ogniem, ale… na razie groziło im większe niebezpieczeństwo niż spłonięcie w 
ogniu namiętności. Ostre hamowanie wyrwało ją z zamyślenia. Kierowca skręcił 
w wąską, zarośniętą dróżkę i natychmiast dodał gazu. Justin i Melanie zdążyli 
schować  głowy,  ale  zwisające  pnącza  chłostały  ich  bezlitośnie  po  plecach  i 
ramionach. 

- Do jasnej cholery, Victorze, bądź tak dobry i pohamuj zapędy swojego 

szofera! 

- Przepraszam, amigo. - Zerknął na nich przez ramię, a potem burknął coś 

do kierowcy, który natychmiast zwolnił. 

background image

Jestem  za  stary  na  takie  hece,  pomyślał  Justin.  Za  długą  miałem 

przerwę… Jakby na przekór wisielczemu nastrojowi, wyostrzył zmysły i zaczął 
notować w pamięci wszystkie boczne ścieżki,  charakterystyczne miejsca, liczbę 
zakrętów,  czas  jazdy  itd.  Od  tego,  czy  prawidłowo  "narysuje"  tę  mapę,  mogło 
zależeć powodzenie ich ucieczki - a gra toczyła się o życie. 

-  Witaj  w  moim  domu,  Drake.  -  Victor  ukłonił  się  z  uśmiechem.  - 

Wejdźmy do środka. Jak pani widzi - zwrócił się do Melanie - żyjemy tutaj jak u 
Pana Boga za piecem. 

Justin  pokiwał  głową.  Miejsce  wydało  mu  się  straszne,  a  on  był 

całkowicie bezbronny. Objął Melanie ramieniem i razem podążyli za Victorem. 
Z  okrągłego  salonu  weszli  schodami  na  galerię.  Victor  zatrzymał  się  przed 
drugimi z kolei drzwiami i otworzył je nonszalanckim ruchem. 

-  Odeśpijcie  teraz  trudy  podróży.  Dobranoc,  porozmawiamy  rano.  - 

Poczekał, aż wejdą do środka i zamknął drzwi na klucz. 

Melanie  stała  nieruchomo,  kiedy  Justin  robił  dokładny  przegląd 

apartamentu.  Najpierw  zniknął  w  łazience  i  wyszedł  z  niej  po  minucie  z 
rozbawioną miną. 

- Wszystkie wygody. Pod względem warunków ten nocleg bije na głowę 

chatę w dżungli. 

-  Sama  nie  wiem  dlaczego,  ale  bezpieczniej  czułam  się  w  poprzednim 

miejscu. -Melanie z trudem zdobyła się na uśmiech. 

-  Tak  mi  przykro,  że  naraziłem  cię  na  niebezpieczeństwo…  -  Justin 

przyciągnął ją do siebie i pocałował. 

-  To  nie  twoja  wina.  Zrobiłeś  wszystko,  żeby  nie  wpaść  w  ręce  tego 

bandyty. 

- Nie doceniłem drania. Ten błąd mógł nas kosztować… lepiej nie mówić. 

-  Co  teraz  zrobimy?  -  Melanie  oparła  głowę  na  jego  piersi.  Masował  na 

przemian jej kark i barki, aż poczuł, że napięcie ustąpiło. 

- Spróbujemy się przespać. 

Melanie  uniosła  głowę.  Na  wpół  zdziwionym,  na  wpół  przerażonym 

wzrokiem spojrzała na wielkie małżeńskie łoże, które onieśmielało ją znacznie 
bardziej  niż  legowisko  w  chacie.  Zakłopotana,  odwróciła  twarz  do  Justina, 
patrząc na niego z obawą. 

background image

-  Odbyliśmy  przecież  chrzest  bojowy,  i  to  w  trudniejszych  warunkach. 

Nie zauważyłem, żebyś cierpiała na bezsenność… więc nie rób, błagam, takiej 
przerażonej  miny.  Melanie,  różnica  jest  taka,  że  tutaj  mamy  więcej  miejsca  - 
tłumaczył jej jak dziecku, nie wierząc w to, co mówi… 

Na próżno, bo jego słowa docierały do niej piąte przez dziesiąte. Słyszała 

tylko bicie własnego serca i bolesny szum w uszach. Jeszcze raz pozwoliła sobie 
na  luksus  przytulenia  głowy  do  jego  piersi.  Wszystko,  co  działo  się  między 
nimi,  działo  się  za  szybko.  Była  pewna,  że  i  on  zdawał  sobie  z  tego  sprawę. 
Może  od  samego  początku  -  od  chwili  kiedy  wszedł  po  raz  pierwszy  do  jej 
pokoju - czuł rosnące napięcie, które wiązało ich niewidzialną nicią…  

Czy to możliwe, że od ich pierwszego spotkania minęły dopiero trzy dni? 

Miała  wrażenie,  iż  nie  rozstają  się  od  tygodni  albo  nawet  miesięcy.  Czuła  się 
bezpiecznie tylko wtedy, kiedy jej dotykał. Ale kiedy jej dotykał, zaczynało się 
wewnętrzne  trzęsienie  ziemi,  które  nie  ma  nic  wspólnego  z  poczuciem 
bezpieczeństwa.  Przy  nim  nie  bała  się  ludzi,  ale  przerażały  ją  emocje,  nad 
którymi nie panowała. Po raz pierwszy w życiu Melanie zapragnęła kochać się z 
mężczyzną.  Odsuwała  od  siebie  nie  tylko  pragnienie,  ale  i  samą  myśl  o  tym. 
Czuła  podświadomie,  że  to  jedynie  gra  na  czas,  ale  rozsądek  nakazywał  opór. 
Niby dlaczego miałaby się poddać? 

-  Najpierw  ja  wezmę  prysznic…  -  Justin  cofnął  się  o  krok  z  bardzo 

niewyraźną  miną  -  żebyś  nie  musiała  się  spieszyć.  -  Bardzo  zimny  prysznic, 
pomyślał, wchodząc do łazienki. 

Melanie  szukała  nerwowo  nocnej  koszuli,  niezdecydowana,  czy  może 

pozwolić  sobie  na  ten  luksus…  Jeśli  będzie  spała  w  ubraniu,  narazi  się  na 
śmieszność.  Dlaczego  on  na  nią  tak  działa?  Jak  to  możliwe,  że  podoba  jej  się 
pod  każdym  względem…  Gdyby  nie  wyjątkowe  okoliczności…  Ależ  nie, 
okoliczności nie mają nic do rzeczy! Nawet w tak niebezpiecznej sytuacji czuje 
się  z  nim  dobrze.  Justin  nie  wymądrza  się,  nie  wyśmiewa,  nie  próbuje  jej 
niczego  narzucać.  W  ciągu  trzech  dni  ich  znajomości  postępował 
konsekwentnie, wszystko odbywało się według jego planu, a jednak Melanie ani 
razu nie miała wrażenia, że Justin zlekceważył jej zdanie, postawił przed faktem 
dokonanym.  Tak!  O  to  właśnie  chodzi!  Nie  czuje  się  przez  niego  osaczona. 
Justin działa na nią kojąco, bo ani nie poucza, ani nie stawia wymagań. Sprawia 
wrażenie,  że  zaakceptował  ją  taką,  jaka  jest.  Jednym  słowem,  Justin  Drake 
okazał się księciem z bajki, w którym Melanie musiała się zakochać… 

Wyszedł z łazienki w czystych dżinsach, za to bez butów i bez koszuli. Z 

trudem oderwała wzrok od jego napiętych, grających pod lśniącą skórą mięsni. 
Jasne,  zmierzwione  na  torsie  włosy  układały  się  w  wyraźną  literę  V,  a  potem 
denka linią ginęły za paskiem nie dopiętych dżinsów. 

background image

- Kolej na ciebie - powiedział szeptem, który nie pasował do tak prostego 

komunikatu. Melanie, dygocząc, chwyciła nocną koszulę. W drodze do łazienki 
próbowała ominąć Justina szerokim łukiem. 

- Co się stało? - Zatrzymał ją, dotykając lekko policzka. 

-  Jestem  po  prostu  zmęczona.  Dawka  emocji  przekroczyła  dzisiaj  moje 

najśmielsze  oczekiwania  -  uśmiechnęła  się  ze  skruchą,  wciąż  unikając  jego 
wzroku. 

- Wiem. Zniosłaś to naprawdę po bohatersku. 

- Pocałował ją w nos i odwrócił się plecami.  - Przyjemnej kąpieli. Może 

nie jest tu bezpiecznie, ale łazienka - pierwsza klasa!  

Melanie nie odezwała się, zamknęła za sobą drzwi, a Justin podszedł do 

zakratowanego  okna.  Nie  dostrzegł  nikogo  na  zewnątrz.  W  szybie,  jak  w 
zwierciadle, odbijało się wnętrze pokoju. Gdyby choć mieli oddzielne sypialnie! 
Niestety, nie mógł zwierzyć się Victorowi, że jego żona nie jest jego żoną, a on 
nie potrafi udawać i z dwojga złego woli spać sam niż cierpieć katusze. Wrócił 
do  drzwi,  żeby  zgasić  niepotrzebną  iluminację.  Światło  drażniło  go,  zmuszało 
do zachowywania dystansu. Została tylko wąska smuga, wydobywająca się spod 
drzwi łazienki.  

Justin  zdjął  niedbale  spodnie,  rzucił  je  na  podłogę  i  wskoczył  do  łóżka. 

Niezłe, mruknął z zadowolenia. Tak… Victor uwielbiał luksusowe życie i nigdy 
nie skąpił na wygody. Może to dobry znak, że użyczył im tak luksusowej celi? 
Gdyby nie klucz w zamku, mogliby się czuć jak jego goście, a nie więźniowie. 
Powinien myśleć tylko o ucieczce, o tym, jak przechytrzyć Victora, ale nawet z 
zamkniętymi  oczami  widział  ją,  Melanie,  z  roześmianą  twarzą,  błyszczącym 
wzrokiem, figlarną miną i ustami, które pragnął całować…  

Wydał z siebie niski, stłumiony jęk. Czy kiedykolwiek wymaże z pamięci 

ten obraz: nagą Melanie wchodzącą do strumienia albo namydlającą piersi? Na 
myśl,  że  inny  mężczyzna  mógłby  patrzeć  na  nią  tak,  jak on  patrzył,  Justinowi 
zakręciło się w głowie. Teraz był już pewny, że zwariował! Do diabła! Stało się 
to,  w  co  nigdy  nie  wierzył.  Pożądał  jej.  W  porządku,  nic  dziwnego,  ale  on 
pragnął  jej  niepodzielnie,  pragnął  w  niej  wszystkiego:  jej  ciała,  jej  bliskości, 
żeby była tylko jego… jego żoną.  

A  wiec  naprawdę  oszalał.  Leżał  bezwładnie,  czując  na  piersi  jakiś 

wyimaginowany  ciężar.  Jak  gdyby  przywaliło  go  wielkie  drzewo.  On,  Justin 
Drake,  ożeni  się  z  Melanie  Montgomery.  Postradałem  zmysły,  pomyślał.  Z 
siostrzyczką Many Elise Trent? Chyba po trupach jej rodziny. Mieliby zgodzić 

background image

się  na  wyjazd  swojej  pupilki  do  Ameryki  Południowej?  Nigdy!  Już  widzi  ich 
miny.  Ale  przecież  Melanie  marzy  o  Buenos  Aires.  Tak  powiedziała.  Jasne, 
marzy o wycieczce, a nie o przeprowadzce do Argentyny. Może polubiłaby to 
miasto.  Mówiła,  że  się  dusi,  że  chciałaby  wszystko  zmienić,  nawet  uciec. 
Chciała. Po tak udanej przygodzie (jeżeli wyjdą z niej cało), odechce się jej raz 
na  zawsze  włóczęgi  i  ryzyka.  Wróci  skruszona  na  łono  rodziny  ze  słowami 
"nigdy więcej".  

Jednak mógłbym zapytać. Dać jej szansę wyboru. Żeby roześmiała mi się 

w twarz? Czy nie mówiła, jak bardzo kocha niezależność i gardzi małżeństwem? 
Moja żona nie byłaby niewolnicą. Miałaby mnie i swoją niezależność. Spróbuj 
ją o tym przekonać. Zrobię to!
 Po tym uroczystym postanowieniu Justin poczuł 
się  jak  zwycięzca,  jakby  już  wygrał  najważniejszą  bitwę  swojego  życia  i  z 
błogim uśmiechem zapadł w sen. 

Melanie zanurzyła się w pachnącej wodzie z taką rozkoszą, jakby po raz 

pierwszy…  albo  ostatni  korzystała  z  luksusu  gorącej  kąpieli.  Zastanawiała  się, 
co robi Justin. Pewnie przytulił głowę do poduszki i natychmiast zasnął. Czy nie 
na to właśnie liczyła? Nagle przypomniała sobie wyraz jego oczu, kiedy szła do 
łazienki.  Przeszył  ją  dziwny  dreszcz.  Może  to  sprawił  przypadkowy  odblask 
światła, a może jej chora wyobraźnia. Poza tym jednym, ostatnim spojrzeniem, 
traktował  ją  obojętnie,  co  najwyżej  z  przyjacielską  serdecznością.  Jak  gdyby 
nigdy…  

A  jeśli  naprawdę  śniła  tamte  pocałunki?  Wszystko  możliwe.  Pewnie 

zajrzał na chwilę do pokoju, dotknął rozpalonego czoła, a reszta to wytwór jej 
chorej  wyobraźni.  Ale  przecież  pamięta  każdy  szczegół,  czuje  jeszcze  dotyk 
jego skóry. A więc sen na jawie…  

Nie,  to  nie  do  wiary!  Wszystko  jedno,  czy  zaczęło  się  we  śnie,  czy  na 

jawie:  lgnęła  do  niego  od  pierwszego  wejrzenia  i  już  nie  bała  się  do  tego 
przyznać.  

Justin  ma  bzika  na  punkcie  wolności.  Na  pewno  nie  znosi  zaborczych 

kobiet. Melanie uśmiechnęła się. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  gotowa  była  poświęcić  odrobinę  własnej 

niezależności  dla  mężczyzny.  Jedyne,  co  jej  pozostaje,  to  przekonać  Justina, 
żeby skorzystał z niepowtarzalnej okazji. 

Straciła  poczucie  czasu,  ale  lodowata  woda  wyrwała  ją  w  końcu  z 

błogiego  zamyślenia.  Wyszła  z  wanny,  wytarła  się  olbrzymim  puszystym 
ręcznikiem  i  włożyła  koszulę.  Bezgłośnie  otworzyła  drzwi.  Uff,  niepotrzebnie 
się  denerwowała.  Pokój  pogrążony  był  w  ciemności,  a  Justin  smacznie  spał. 

background image

Leżał  na  samym  brzegu  łóżka,  odwrócony  do  niej  plecami.  Wśliznęła  się  pod 
kołdrę,  wciągnęła  w  nozdrza  zapach  świeżej  bielizny,  przyłożywszy  głowę  do 
poduszki, zasnęła jak dziecko. 

Nie  mieli  pojęcia,  jak  to  się  stało,  że  nad  ranem  oboje  leżeli  na  środku 

łoża,  wtuleni  jedno  w  drugie  i  spleceni  ramionami.  Spali  tak  dość  długo, 
uśmiechając się przez sen albo cicho mrucząc. Melanie, z podwiniętą koszulą, 
przyciskała  kolana  do  ciepłego  podbrzusza  Justina.  W  półśnie  naprężyła 
mięśnie,  kiedy  on  błądził  palcami  po  jej  kręgosłupie,  od  szyi  do  pośladków, 
pieszcząc  delikatną  skórę  miedzy  aksamitnymi  półkulami,  wędrując  dłonią 
poprzez wewnętrzną stronę ud aż do kolan. 

Coraz  bliższa  była  odkrycia,  że  to  nie  sen,  a  jawa.  Nie  czuła  lęku  ani 

zakłopotania. Zamarła w bezruchu, bojąc się, że czar pryśnie. Uniosła głowę, a 
wtedy  Justin  przyciągnął  ją  mocno  do  siebie,  ręką  zaczął  przeczesywać  jej 
włosy, wplątując palce w długie jedwabne pasemka. Kąsał delikatnie najpierw 
jedną wargę, potem drugą, jakby badał ich dotyk i kształt. Nagle zaczął całować 
gwałtownie, zachłannie, nie dając Melanie czasu na wahanie. Nie wahała się. To 
był  ten  pocałunek,  który  zapamiętała!  O  którym  marzyła…  Kiedy  poczuła  w 
ustach jego język, zadrżała, a oczy zapłonęły pożądaniem, jakiego nigdy dotąd 
nie zaznała. 

Justin przewrócił się na plecy, nie wypuszczając z objęć Melanie. Wpił się 

w  nią  dłońmi.  Palce  błądziły  po  wypukłościach  bioder  i  ramion  dziewczyny, 
paciorkach  kręgosłupa.  Dygotała  cała  rozpalona,  wyobrażając  sobie,  że  stopili 
się w jedno ciało. Nie umiała stłumić cichego jęku, kiedy zagarnął jej pośladki i 
poruszając nieznacznie biodrami drażnił ją arogancką męskością. W tym samym 
rytmie  koniuszki  piersi  Melanie  zderzały  się  z  torsem  Justina.  Poczuła  szaloną 
radość  i  ulgę.  Więc  tak  wygląda  pożądanie.  Teraz  ona  napierała  rozpaczliwie, 
pędziła na oślep, jakby chciała odrobić stracone godziny. 

Nagle  Justin  wypuścił  ją  z  objęć  i  ułożył  na  plecach.  Wyprężyła  się  i 

cichym pomrukiem zadowolenia przywitała jego ciepłe wargi i język: drażniący 
najpierw  jedną  brodawkę,  potem  drugą,  każdą  zupełnie  inaczej  i  w  innym 
rytmie. Miała wrażenie, że jakaś nadzwyczajna siła unosi ją w powietrze. Była o 
krok od wielkiego odkrycia. Nie przestając ssać piersi, Justin błądził rękami po 
jej  brzuchu  i  nogach.  Kiedy  po  raz  kolejny  ominął  miejsce  najwrażliwsze, 
Melanie,  spragniona  tego  właśnie  dotyku,  jęknęła  błagalnie,  unosząc  biodra. 
Justin miał wrażenie, że nie zniesie dłużej narastającego pożądania. Uniósł się 
na  łokciach  i  opadł  wargami  na  jej  usta.  W  tej  samej  chwili  Melanie  poczuła 
jego  rękę  miedzy  udami.  Delikatne  palce  pieściły  ją  coraz  głębiej  i  żarliwiej, 
rytmicznie,  w  doskonałej  zgodzie  z  językiem.  Wpiła  się  paznokciami  w  jego 
barki, doprowadzona do szaleństwa, gotowa jęczeć i płakać… 

background image

- Nie przeszkadzam? 

Zamarli z przerażenia. Justin uniósł głowę, Melanie, szukając ratunku w 

jego oczach, ujrzała zamiast źrenic dwa rozżarzone ognie. Odsunął się od niej, 
sprawdzając jedną ręką, czy jest dokładnie przykryta. Zerknął na intruza, który 
stał w otwartych na oścież drzwiach i szczerzył radośnie zęby.  

Tylko  spokojnie…  Jesteś  z  kobietą.  Wziął  głęboki  oddech  i  zaklął  w 

duchu. To jego wina. Nie powinien aż tak się zapominać… w areszcie. Trudno, 
Teraz musi wziąć siew garść, żeby nie pogarszać sytuacji. 

-  Masz  cholernie  dziwne  maniery,  Victorze.  Czy  z  jakichś  szczególnych 

powodów nie zapukałeś do drzwi? 

-  Nie.  Po  prostu  nie  lubię  tracić  czasu  na  bzdety.  Chociaż…  muszę 

przyznać,  że  zaskoczyłeś  mnie  swoją  pracowitością  o  tak  wczesnej  porze.  Dla 
ciebie to przecież środek nocy, amigo? No, chyba że w małżeństwie zmieniłeś 
zwyczaje. 

- Zostawmy na boku moje zwyczaje, jeśli łaska. - Justin zerwał się z łóżka 

i wskoczył w dżinsy. - No więc czego chcesz ode mnie o tak wczesnej porze? 

Victor zaniósł się ordynarnym śmiechem. 

-  Może  jednak  powinieneś  dokończyć  dzieła.  Niezdrowo  tak  sobie 

przerywać. Milej by się nam gawędziło. Dobry nastrój jest zaraźliwy, amigo, a 
zły jeszcze bardziej. 

-  Posłuchaj,  Victorze.  Doceniam  twoją  gościnność,  ale  my  naprawdę 

musimy jechać. Założę się, że wpadłeś do pokoju jak bomba, żeby podzielić się 
z nami radosną nowiną. Skołowałeś dla nas jakiegoś grata, którym dotrzemy do 
Villa Vicencias, tak? 

- Właśnie o tych sprawach przyszedłem pogadać. 

- A możemy pogadać gdzieś indziej? 

-  Nie  ma  sprawy.  W  moim  biurze  na  dole.  -  Victor  zwrócił  się  do 

Melanie: - Do zobaczenia, senora Drake. 

Justin ruszył za Victorem, ale zatrzymał się w progu, jakby o czymś sobie 

przypomniał. 

- Zejdę za moment - oznajmił. 

background image

Nie czekając na odpowiedź, zamknął drzwi i podszedł do łóżka. Śmiech 

Victora wypełnił echem cały dom, a może i okolicę… 

- Potworny facet - mruknęła Melanie, unikając wzroku Justina.  

Usiadł na brzegu łóżka i wziął ją za rękę. Była lodowata i drżąca. 

- Owszem. Nigdy sobie nie wybaczę, że naraziłem cię na taką przykrość. 

- To przecież nie twoja wina, że jakiś cham wpadł tu bez pukania! 

-  Nie.  Ale  to  moja  wina,  że  zaczęliśmy  coś,  czego  nie  mogliśmy 

dokończyć. 

- To też nie twoja wina. - Spuściła głowę jeszcze niżej. 

- Czyżby? - Pokazał w uśmiechu wszystkie swoje piękne zęby. - W takim 

razie…  drogą  eliminacji…  winę  za  wszystko  ponosi  druga  osoba  zajmująca  to 
łóżko. 

-  Ja…  widzisz,  ja…  -  Zmieszana  jak  mała  dziewczynka,  wydała  się 

Justinowi jeszcze piękniejsza. 

Był  szczęśliwy.  Nie  płakała,  nie  miała  do  niego  pretensji.  Może  cała 

historia nie skończy się jakimś psychicznym urazem… Już wiedział, że to miał 
być jej pierwszy raz. 

-  Melanie,  spójrz  na  mnie.  -  Czekał,  aż  podniesie  oczy.  -  To,  co  między 

nami prawie się stało i co na pewno wkrótce się stanie, było nam od początku 
pisane. Jak przeznaczenie, jeśli w nie wierzysz. Pragnąłem cię, odkąd wszedłem 
do  tamtego  pokoju,  u  Rosy.  Mimo  że  zbeształaś  mnie  na  przywitanie. 
Wyobrażałem sobie wciąż, jak to będzie, gdy wezmę cię w ramiona i ujrzę cię 
nagą…  A  tak naprawdę,  tylko  że  sam  się  do  tego  nie  przyznawałem,  wstępne 
objawy  mojej  choroby  wystąpiły  już  w  czasie  naszego  pierwszego  spotkania, 
kiedy byłaś uczennicą, z trudnym charakterem i szmaragdowymi oczami. 

Melanie rozpromieniła się. 

-  Nie  masz  pojęcia,  jak  mi  przykro  -  Justin  spoważniał  -  że  tak 

niefortunnie skończył się nasz "pierwszy raz". Wybaczysz mi? 

- Wybaczam - szepnęła. 

background image

- No to idę pogadać z Victorem - uśmiechnął się promiennie, jakby szedł 

na randkę, a nie "pogadać z Victorem". - Aha, jeszcze jedno. Czy mówiłem ci 
już, że zakochałem się w tobie jak szczeniak? 

Zamknął za sobą drzwi. Melanie wpatrywała się w nie jak urzeczona. Nie 

wierzyła własnym uszom. Ale czy Justin kiedykolwiek ją okłamał? 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Ochroniarz pilnujący schodów wskazał Justinowi właściwe drzwi. 

Wszedł bez pukania do środka. Ściany gabinetu zdobił arsenał pistoletów, 

karabinów, a także broni maszynowej. Victor siedział za biurkiem i przyglądał 
mu się uważnie, rozpostarty w fotelu, z nogami skrzyżowanymi na blacie. 

-  Siadaj,  Drake  -  machnął  niedbale  ręką.  -  Musimy  ze  sobą  pogadać. 

Narobiło  się  trochę  zaległości…  -  Otworzył  pudełko  z  cygarami  i  poczęstował 
Justina. 

- Dzięki, nie palę. 

Victor  wzruszył  ramionami,  sięgnął  po  cygaro  i  rozpoczął  długą 

ceremonię jego przycinania, zapalania, smakowania z przymkniętymi oczami… 
Trwało  to  kilka  dobrych  minut.  Justin  siedział  z  obojętną  miną,  doskonale 
wiedząc,  że  przechodzi  test  na  wytrzymałość.  Czekał  spokojnie  na  następny 
ruch Degasa. 

- Ileż to lat minęło, Amigo? - Czarne oczy Victora nie zdradzały żadnych 

uczuć ani myśli. 

-  Prawie  dziesięć,  tak  mi  się  wydaje.  -  Justin  wyprostował  nogi  i 

uśmiechnął się zagadkowo. - Niewiele się zmieniłeś od naszego rozstania. 

- Co masz na myśli? 

background image

- Wygląda na to, że interes kwitnie, a ty miewasz się doskonale, 

-  Nie  narzekam.  Ale  sporo  czasu  zajęło  mi  odbudowanie  tego 

wszystkiego, co straciłem na wybrzeżu. 

- Ten dom pachnie… forsą i stylem. Robi wrażenie. Na wybrzeżu żyło ci 

się skromniej. 

-  Miałem  fart.  Facet,  który  zbudował  tę  posiadłość,  doszedł  nagle  do 

wniosku,  że  Kolumbia  nie  jest  najzdrowszym  miejscem  na  kuli  ziemskiej. 
Zostawił mi ten dom na pamiątkę. 

Jeśli  Justin  dobrze  zrozumiał  aluzję  Victora,  poprzedni  właściciel  nigdy 

nie wyjechał z tego kraju. 

-  Nie  obejrzałem  całego  domu,  ale  na  pierwszy  rzut  oka  wygląda 

naprawdę imponująco. 

-  Żeby  zrobić  miejsce  na  lądowisko,  musiałem  wyrąbać  spory  kawałek 

lasu, wyobrażasz sobie? Nie to, co na wybrzeżu… 

- Czyli siedzisz w tym samym co niegdyś biznesie. 

- A jakże by inaczej. To kura, która znosi złote jajka, pod warunkiem że 

nie wierzy się nawet własnemu bratu. Tylko sobie. 

- Nie masz powodu mi nie wierzyć, Victorze, jeśli o to ci chodzi. 

- Więc dalej twierdzisz, że nie miałeś nic wspólnego z wpadką, która - co 

tu dużo mówić - zmiotła mnie z wybrzeża? 

-  Dziwię  się  -  Justin  patrzył  mu  prosto  w  oczy  -  że  coś  podobnego 

przyszło  ci  do  głowy.  Miałem  wrażenie,  że  ufasz  mi  bardziej  niż  rodzonemu 
bratu. 

- Jak zatem wytłumaczysz swoje niespodziewane zniknięcie? 

- Miałem szczęście i tyle. - Justin wzruszył ramionami.  

-  W  moim  zawodzie  nie  wierzy  się  w  cuda  ani  zbiegi  okoliczności. 

Szczęściu zawsze ktoś pomaga. 

Justin odpowiedział milczeniem. 

- Wiec jaki jest cel twojej podróży? 

background image

- Mówiłem ci już. Muszę zawieźć żonę do jej przyjaciółki z college'u. 

-  Ach,  tak!  Swoją  piękną  żonę…  Tym  mnie  naprawdę  zaskoczyłeś. 

Zawsze taki niezależny. Więc co się z tobą działo przez ostatnie dziesięć lat? 

- Cóż… Kiedy rozleciała się siatka i wyglądało na to, że wszystko diabli 

wzięli,  postanowiłem  wrócić  na  północ.  Znalazłem  biznesmena,  który  aż  się 
palii,  żeby  pociągnąć  strefę  wpływów  do  Ameryki  Południowej.  Przekonałem 
go, że znam teren jak własną kieszeń i mam kontakty. Facet mnie wynajął. 

-  Chcesz  mi  wcisnąć  ciemnotę,  że  kręcisz  się  tu  od  kilku  lat  i  po  raz 

pierwszy na siebie wpadliśmy? 

-  Trzymałem  się  z  daleka  od  Kolumbii.  Większość  czasu  spędzałem  w 

Argentynie. 

- Rozumiem. Czy z jakichś szczególnych powodów nie chciałeś wrócić? 

-  Nie  byłem  pewien,  kto  tu  został.  Nie  wiedziałem  nawet,  czy  i  ciebie 

zgarnęli, czy się gdzieś zadołowałeś. Pamiętaj, że moje kontakty nie wykraczały 
na  ogól  poza  ścisłą  grupę.  Słyszałem,  że  trzech  naszych  zabili.  Nie  chciałem 
czekać za długo tylko po to, żeby dowiedzieć się, kto przeżył. 

-  Chciałbym  ci  wierzyć,  amigo.  -  Victor  westchnął  ciężko  i  pokiwał 

głową.  -  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  bym  chciał…  Niestety,  mam  za  dużo 
wątpliwości.  Nawet  gdyby  pozostała  jedna  jedyna,  nie  zaryzykowałbym.  Zbyt 
wiele mam do stracenia, żeby pozwolić ci prysnąć po raz drugi. 

Justin ani drgnął. Ani na ułamek sekundy nie przestał patrzeć Victorowi w 

oczy. 

-  Masz  zamiar  nas  tu  trzymać?  -  Jego  głos  nie  zdradzał  żadnych  uczuć 

poza czystą ciekawością. 

- Lubię twój styl, bracie!  - Victor wybuchnął śmiechem.  - Naprawdę. Po 

co miałbym was trzymać? Nie będę miał z ciebie żadnego pożytku. Twoja żona 
- to co innego. Jestem pewien, że okaże się przydatna… na swój sposób. 

Co  teraz?  Justin  odsuwał  od  siebie  lęk  o  Melanie.  Wyraz  jej  oczu  nad 

ranem…  Jeśli  zrobi  fałszywy  krok,  Victor  przejdzie  od  słów  do  czynów. 
Spokojnie, byle tylko nie dać się sprowokować. Victor upajał się swoją władzą, 
igrał z nim, ale wciąż nie był pewny jego winy. 

- Mógłbyś mnie, na przykład, wykorzystać do roboty. - Justin powiedział 

to dobitnie, naturalnym tonem. 

background image

- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - Victor zmrużył oczy. 

-  Dlatego,  że  byłem  jednym  z  najlepszych  z  twoich  ludzi.  Wiesz  o  tym 

równie dobrze jak ja, 

- Byłeś orłem! Ale nie brakuje nam rąk do pracy. 

-  Czyżby?  -  Justin  uśmiechnął  się.  -  Aż  trudno  uwierzyć:  w  takim 

miejscu…  Musisz  potrzebować  mnóstwo  ludzi:  do  ochrony,  przerzucania 
towaru… 

- Chcesz robić u mnie za gońca?! 

- Lepsze to niż siedzieć cały dzień pod kluczem. 

- Kiedy zajrzałem do twojej sypialni, wydało mi się, że nie narzekasz na 

nudę. 

-  A  ty  nie  wyglądałeś  mi  na  faceta, którego rajcuje podglądanie.  - Justin 

wycedził  słowo  po  słowie,  nie  spuszczając  wzroku,  świadomy,  że  gra  o 
najwyższą stawkę. - Starzejesz się. 

Victor  znieruchomiał  na  momenty  wybałuszył  oczy  i  parsknął  gromkim 

śmiechem. 

- Żadna z moich kobiet nie skarżyła się na mnie do tej pory. Ale żadna z 

nich nie dorównuje urodą twojej żonie. Chętnie bym jej udowodnił, że kogut im 
starszy, tym lepszy. Co ty na to, amigo? 

- Nic z tego. Jestem bardzo zaborczy, nie lubię się z nikim dzielić. 

Victor wstał, przeciągnął się, ręce skrzyżował na karku. 

-  Zobaczymy.  Teraz  coś  przekąsimy,  a  potem  znajdę  ci  jakieś  zajęcie. 

Może  twoja  żona  podziękuje  mi  za  to,  hę?  -  zaniósł  się  tubalnym,  sprośnym 
śmiechem. 

- Pójdę po Melanie, jeśli pozwolisz. Ona też jest głodna. 

- Za bardzo się z nią cackasz. Nic dziwnego, że wasze kobiety są zepsute 

do szpiku kości. Sami przyzwyczajacie je do tego, że robią, co chcą. 

- Karmienie ich nazywasz cackaniem się? 

background image

-  Jeżeli  babę  przegłodzisz,  to  nabierze  pokory.  Sam  zobaczysz,  jaka 

będzie energiczna i napalona. Dopiero wtedy, frajerze, zacznie ci dogadzać. 

Wyszli z pokoju. Justin z lodowatą miną spojrzał na galerię. 

-  Sprawdzę,  czy  czegoś  nie  potrzebuje.  -  Nie  czekając  na  pozwolenie, 

wbiegł na schody. 

-  Spiesz  się,  śpiesz!  -  krzyknął  za  nim  Victor.  -  Kiedyś  żoneczka  cię 

zaskoczy  i  powie,  że  potrzebuje  prawdziwego  mężczyzny,  a  nie  służącego. 
Wtedy rzeknij tylko słowo… Z radością przejmę pałeczkę. 

Dziki śmiech "prawdziwego mężczyzny" towarzyszył Justinowi do drzwi 

sypialni. Zamknął je od wewnątrz na zamek. Z zamkniętymi oczami oparł się o 
ścianę  i  dopiero  po  chwili  odnalazł  wzrokiem  Melanie.  Stała  przy  oknie, 
przyglądając  mu  się  takim  wzrokiem,  jakby  chciała  powiedzieć,  że  wszystko 
słyszała. 

- Zawiezie nas do Villa Vicencias? 

-  Marzenie  ściętej  głowy.  Niestety.  Za  żadne  skarby  nie  chce  się  z  nami 

rozstać. Dlaczego ja cię zabrałem? Nigdy sobie tej nie głupoty nie wybaczę. W 
miasteczku miałabyś jednak szansę uciec. 

- Chcesz powiedzieć, że teraz jej nie mam? - zapytała spokojnie. 

- Nie wiem. Jedyny powód, dla którego trzyma od ciebie łapy z daleka, to 

przekonanie, że jesteś moją żoną. 

- W takim razie cieszę się, że nią jestem. 

- Mimo wszystko? Po tym, co się stało dziś rano? 

-  Nie  bierz  wszystkiego  na  swoje  sumienie.  Do  tańca  trzeba  dwojga… 

Przynajmniej Victor nie wątpi w nasze małżeństwo.  

- Masz rację. Tylko że gdybym nie ciągnął cię ze sobą, nie musielibyśmy 

rozwiewać żadnych wątpliwości Victora na nasz temat. 

- Czyste "gdybanie". Zastanówmy się lepiej, co robić w tej sytuacji. 

- Victor szykuje dla mnie jakieś zajęcie po śniadaniu. Przynajmniej będę 

mógł wyjść stąd i zorientować się, czy mamy szansę na ucieczkę. Zejdziesz na 
dół, żeby coś zjeść? 

background image

- Chyba nie. Sama myśl o zobaczeniu Victora odbiera mi apetyt. 

-  Rzeczywiście  powinnaś  unikać  go  tak  długo,  jak  to  możliwe.  Nie 

wchodzić bestii w drogę… Przyniosę ci śniadanie do pokoju. Jesteś pewna, że 
wytrzymasz tu cały dzień? 

-  Nie  martw  się  o  mnie.  Spójrz  na  półki  z  książkami.  Swoją  drogą  twój 

przyjaciel nie wygląda na bibliofila. 

-  Ani  trochę.  Przyznał  się,  że  zarekwirował  dom  prawdziwemu 

właścicielowi. Ale nie opowiedział mi, jak naprawdę skończył tamten człowiek. 
Victor ufa mojej domyślności. 

- Będę na ciebie czekała - uśmiechnęła się ciepło - pochłonięta lekturą. 

Wiedział, że nie powinni się roztkliwiać, a jednak podszedł do Melanie i 

objął ją mocno ramionami. Przylgnęła do Justina z całej siły. Pocałował obie jej 
powieki i zwolnił uścisk. 

- Wydostanę cię stąd całą i zdrową. Obiecuję. 

- Wiem. Nie musiałeś mi tego mówić. 

Nie oparł się jej wilgotnym, lekko drżącym ustom. 

Całowali  się  pospiesznie  i  nieporadnie,  odczuwając  na  zmianę  ból  i 

zachwyt:  nad  czymś,  co  gęstniało  z  sekundy  na  sekundę  i  nie  mogło  się 
dopełnić. Oderwali się od siebie niemal jednocześnie. 

- Boże - szepnął Justin - co ty ze mną robisz! Nie mogę skupić myśli na 

niczym innym, rozumiesz? Ten obłęd mógł nas kosztować życie. 

- Czy mam cię przeprosić? - Zmrużyła roześmiane oczy. 

- Właśnie! Za to, że w ogóle jesteś. Nikt nie ma prawa być taki piękny. To 

nienaturalne i powinno podlegać karze. - Justin przygładził włosy i wybiegł na 
korytarz. 

Melanie opadła na łóżko. Krew pulsowała jej w skroniach, a serce biło jak 

oszalałe  -  z  podniecenia  i  strachu  jednocześnie.  Nic  się  nie  stanie,  szeptała 
bezgłośnie. Justin ich przechytrzy. Uratuje mnie i siebie. Nie możemy zginąć… 
właśnie teraz.
 

Jeszcze raz wyjrzała przez okno. Godzinę temu, kiedy czekała na Justina, 

na podwórze wjechało kilka ciężarówek. Jacyś mężczyźni zaczęli wyjmować z 

background image

nich różnej wielkości pudła, a potem nieśli je gdzieś w kierunku lasu, do miejsca 
odległego od domu. 

Justin,  nie  przekraczając  progu  sypialni,  podał  Melanie  tacę  ze 

śniadaniem. Poprosił ją, żeby do jego powrotu nikomu, pod żadnym pozorem, 
nie  otwierała.  Zjadła  niewiele,  wzięła  z  półki  jakąś  książkę,  ale  nie  mogła 
skoncentrować  się  na  lekturze.  Wciąż  wyglądała  przez  okno.  Przyjechało 
jeszcze kilka ciężarówek, słyszała coraz głośniej wydawane komendy. W końcu 
odłożyła na stolik książkę i usiadła przy oknie. 

W polu jej widzenia pojawił się Justin z Victorem. Ten dragi energicznie 

gestykulował,  tłumaczył  coś  Justinowi,  pokazując  palcem  ścieżkę,  tę  samą, 
której używali tragarze. W końcu obaj ruszyli w stronę dżungli i wkrótce straciła 
ich z oczu. 

Melanie  nie  potrafiła  siedzieć  bezczynnie.  Gdyby  mogła  się  do  czegoś 

przydać! Przy takim ruchu na dziedzińcu… na pewno nikogo nie było w domu. 
Jedyna  szansa,  zęby  go  zwiedzić.  Zresztą,  nawet  jeśli  się  na  kogoś  natknie, 
powie, że chce się napić wody i szuka kuchni. 

Otworzywszy  bezszelestnie  drzwi,  wychyliła  głowę  na  korytarz.  Ani 

żywej duszy. Potem oceniła sytuację na parterze. Nikogo. 

Postanowiła  zacząć  od  parteru.  Myszkowanie  na  górze  trudniej  byłoby 

wytłumaczyć. Z duszą na ramieniu zeszła po schodach… i, krok po kroczku, w 
piętnaście minut obejrzała cały dom. Wydał jej się naprawdę piękny: cudownie 
położony,  ze  stylowymi  meblami,  zupełnie  nie  pasował  do  Victora. 
Zastanawiała się, od jak dawna ten potwór w nim mieszka. 

Zaspokoiwszy ciekawość, chciała wracać na górę, ale przypomniała sobie 

o jednym pokoju, do którego nie zajrzała. Przecież nie musiał być zamknięty na 
klucz…  Nasłuchiwała  przez  chwilę,  za  drzwiami  panowała  głucha  cisza. 
Poruszyła  klamką  -  otwarte.  Pokój  był  pusty.  Westchnęła  z  ulgą  i  weszła  do 
środka. 

Kiedyś  musiał  służyć  za  bibliotekę  albo  gabinet,  ale  z  półek  usunięto 

książki. Biurko  - z porysowanym barbarzyńsko blatem  - na pewno nie służyło 
nikomu do pracy. 

Na  jednej  ze  ścian  wisiała  kolekcja  broni  palnej.  Nigdy  w  życiu  nie 

oglądała  tylu  rewolwerów  i  karabinów  naraz.  Niektóre  do  złudzenia 
przypominały pistolet, z którego brat uczył ją strzelać. 

background image

Obejrzała  się  przez  ramię.  Nikt  by  nie  zauważył,  że  pożyczyła  taki 

jeden…  najmniejszy.  A  jeśli  ją  złapią…  Chyba  jednak  warto  zaryzykować… 
Sprawdziła, czy w magazynku są naboje. Było ich pięć. 

Upewniła  się,  czy  na  korytarzu  nie  słychać  kroków,  i  bezszelestnie 

wymknęła się z pokoju. Brakowało jej kilka metrów do końca schodów, kiedy w 
drzwiach  wejściowych  pojawił  się  Victor  ze  swoimi  ludźmi.  Natychmiast  ją 
zauważył. 

Melanie przycisnęła do uda pistolet i nakryła go szczelnie dłonią. 

- Szuka mnie pani, senora? - Uśmiechnął się obleśnie. 

-  Och  nie,  nie…  Chciało  mi  się  pić,  pomyślałam,  że  na  parterze  znajdę 

kuchnię… 

- Więc dlaczego wchodzi pani na piętro? 

-  Ja…  usłyszałam,  że  ktoś  nadchodzi.  Justin  nie  pozwolił  mi  opuszczać 

pokoju, więc… - wykonała bezradny gest ręką. 

- Ach, tak. Nie zawsze słucha pani męża, rozumiem - zaśmiał się krótko. - 

Miło mi to słyszeć. Trafia mi się szansa, żeby lepiej panią poznać. Proszę zejść 
na dół. Drake będzie dzisiaj długo zajęty. Mamy mnóstwo czasu dla siebie. 

Pozostali  mężczyźni  zniknęli  w  korytarzu.  Melanie  miała  wrażenie,  że 

pistolet rośnie w jej dłoni. Dlaczego nie włożyła spódnicy z kieszeniami? 

- Nie mogę. Wrócę do pokoju i poczekam na Justina. 

Victor  postawił  nogę  na  pierwszym  schodku,  uśmiechając  się  do  niej 

kusząco. 

-  Nie  musisz  się  mnie  bać,  malutka.  Za  nic  bym  nie  skrzywdził  takiej 

pięknej dziewczyny. Zejdź na dół, a ja poproszę Lupe'a, żeby zrobił nam coś do 
picia, dobrze? 

Melanie weszła tyłem o jeden schodek wyżej, potem jeszcze jeden, i dalej 

posuwała się w ten sposób, cały czas patrząc Victorowi w oczy. 

- Przykro mi, ale naprawdę nie mogę skorzystać z pańskiego zaproszenia - 

powiedziała uprzejmym, chłodnym tonem. 

- A może ja odwiedzę cię na górze? To chyba lepszy pomysł. Będzie nam 

tam o wiele wygodniej. 

background image

Ostatni schodek - i była już na galerii. Nie wiedziała, ile kroków dzieli ją 

od drzwi sypialni. Cofała się powoli, nie mając pojęcia, co robić dalej. Zamknąć 
się  w  sypialni  na  zamek?  Na  pewno  miał  klucz.  Skorzystał  z  niego  rano.  Ile 
czasu będzie go szukał? 

Czy  w  ogóle  ma  jakiś  wybór?  Jeśli  ją  zaatakuje,  będzie  musiała  użyć 

broni… Boże, nigdy w życiu nie strzelała do człowieka. Dystans między nimi 
malał. Nie ulegało wątpliwości, że Degas wpadnie za nią do pokoju. Justin jest 
zbyt daleko, żeby usłyszeć jej krzyk. 

Boże, Justin, dlaczego cię nie posłuchałam! 

Victor  zatrzymał  się na  szczycie  schodów.  Melanie stała  przy  drzwiach, 

prawie nie oddychając, z pistoletem gotowym do strzału. 

Nagle  dom  zadrżał  w  posadach.  Melanie  straciła  równowagę.  Niewiele 

brakowało, a nacisnęłaby cyngiel… 

Victor w mgnieniu oka znalazł się na dole. Wrzeszcząc nieludzko, zaczął 

wydawać  rozkazy.  Melanie  wpadła  do  pokoju,  przekręciła  klucz  w  zamku  i 
spojrzała  na  pistolet.  Co  z  tym  zrobić?  Niewiele  myśląc,  włożyła  go  pod 
poduszkę. Rzuciła się do okna. Ludzie biegli ścieżką w stronę dżungli. Rano, na 
tej samej drodze, widziała po raz ostatni Justina. 

Melanie  poczuła  dziwny  ból  między  żebrami.  Jeśli  nie  wypuści  z  płuc 

powietrza, zemdleje… Zaczęła głęboko oddychać. 

Myślała tylko o Justinie. Czy miał coś wspólnego z tym wybuchem? 

Kilkaset metrów od domu kłębiły się ponad lasem czarne chmury dymu. 

Nigdy  nie  widziała  z  bliska  pożaru.  Nie!  Nie  ma  zamiaru  zaspokajać  swojej 
ciekawości. Nie ruszy się z pokoju ani na krok. 

Po chwili złowrogiej ciszy rozległa się seria wystrzałów. Serce podeszło 

jej do gardła. Co tam się, do diabła, dzieje! Gdzie jest Justin? 

Mijały minuty, a ona stała przy oknie jak sparaliżowana, wpatrując się w 

jeden punkt - miejsce, w którym straciła Justina z oczu. 

Usłyszała ożywione, coraz wyraźniejsze męskie głosy. W końcu dojrzała 

ich.  Dwaj  mężczyźni  nieśli  między  sobą  trzeciego…  jak  worek  piasku. 
Wyglądało na to,  że nie przejmują  się  rannym  kolegą.  Dopiero  na dziedzińcu, 
kiedy położyli go na ziemi, zorientowała się, że ten człowiek nie żyje. 

- O mój Boże! - krzyknęła głośno. 

background image

Oczywiście nie był to Justin. Miał kruczoczarne włosy i ciemne ubranie. 

Pomimo wyraźnej ulgi, Melanie drżała jak w febrze. 

Nadeszli inni. Szybkim krokiem, krzycząc do siebie i gestykulując. Dwaj 

mężczyźni,  którzy  zamykali  pochód,  także  nieśli  rannego.  Tym  razem  był  to 
Justin. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

  

Elise Trent obudziła siew środku nocy zlana potem. Znowu ten koszmar. 

Odkąd  jej  siostra,  Melanie,  zaginęła  w  Kolumbii,  noc  w  noc  męczył  ją 
identyczny  sen:  biegnie  przez  dżunglę,  która  nie  ma  końca  -  ścieżką,  która 
wiedzie donikąd. Wzywa pomocy, ale oczywiście nikt nie odpowiada. 

-  Co  się  stało,  kochanie,  nie  możesz  zasnąć?  -  Damon  zna  Elise  tak 

doskonale, że wyczuwa jej niepokój nawet przez sen. 

- Nie chciałam cię obudzić - szepnęła. - Śpij spokojnie. 

Przyciągnął ją do siebie i zaczął delikatnie masować kark, potem mięśnie 

wzdłuż kręgosłupa. Rozluźniła się i wtuliła w niego jeszcze mocniej. 

-  Boję  się,  Damon.  Naprawdę  się  boję.  Minęły  już  cztery  dni  od  twojej 

rozmowy z Justinem. Dlaczego nie zadzwonił? Teraz mamy dwoje zaginionych. 

-  Uspokój  się,  kochanie.  Nie  daj  się  ponieść  wyobraźni.  Pamiętaj,  że  w 

niektórych rejonach Kolumbii nie znajdziesz telefonu. Tam nie ma automatów 
na każdym rogu ulicy jak w Stanach. Prawdę mówiąc, nie ma także rogów ulic. 
- Pocałował ją delikatnie w usta. 

-  Mam  pełne  zaufanie  do  Justina. Bez  względu na to, co się  przydarzyło 

Melanie,  Justin  ją  znajdzie.  Wszystko  będzie  dobrze,  Elise,  wierzysz  mi?  - 

background image

przemawiał  niskim,  kojącym  głosem.  -  Kto  wie?  Może  Justin  wykorzystuje 
okazję i zaprzyjaźnia się z twoją małą siostrzyczką? 

- Mówisz poważnie? 

- Znając Justina - a znam go nieźle - jedyne prawdziwe niebezpieczeństwo 

zagraża cnocie Melanie. 

- Nie, nie Justin. Nie wykorzystałby jej w takiej sytuacji. 

-  To  prawda  -  westchnął  Damon.  -  Pod  tym  względem  nieco  się 

różnimy… 

Elise parsknęła śmiechem. 

-  Myślałby  kto…  że  akurat  deprawowanie  dziewic  jest  twoją 

specjalnością! 

- No, może rzeczywiście nie jest, Ale przyznasz, że bywam uparty. Odkąd 

zaszczyciłaś  mnie  po  raz  pierwszy  uśmiechem,  wiedziałem,  że  nie  pozwolę  ci 
się wymknąć. Nigdy! 

-  Coś  podobnego!  Trafił  mi  się  niezłomny  rycerz.  A  tak  naprawdę… 

gdybym nie przyszła do ciebie po tamtej operacji, nie spotkalibyśmy się nigdy 
więcej. 

- To ty tak sądzisz. Dawałem ci czas na oswojenie się z myślą o nowym 

życiu. Ze mną na zawsze. 

- Ach, tak? 

-  Uhm…  -  Pocałował  ją  w  usta.  Tym  razem  powoli,  zmysłowo,  z 

absolutną pewnością, że budzi w niej rozkosz. 

- Naprawdę myślisz, że nic im nie grozi? 

- Naprawdę jestem pewien, że Justin staje na głowie, żeby ją znaleźć. 

- Ale może przeceniasz jego możliwości. 

-  Kochanie,  postawiłem  na  Justina  wiele  lat  temu.  Jeszcze  nigdy  nie 

przysporzył  mi  kłopotów,  Ani strat.  Ten facet  ma  szósty  zmysł,  A  na dodatek 
jest moim przyjacielem. 

background image

-  Nie  mogę  bezczynnie  siedzieć  i  czekać,  wpatrując  się  w  ten  głupi 

telefon. Damon, ja po prostu nie wytrzymuję… 

- Nie ma innego wyjścia, Elise. 

- Polećmy razem do Villa Vicencias. 

- I co nam to da? 

- Nie wiem. Mielibyśmy do nich bliżej. Może zaczęlibyśmy ich szukać na 

własną rękę, sama nie wiem. 

- Kochanie, wstrzymajmy się z decyzją jeszcze przez kilka dni. Jeżeli nie 

zadzwonią, polecimy do Villa Vicencias. 

- Kocham cię, Damon, nawet nie wiesz, jak bardzo. Nie daję ci spokoju, 

ale  rozumiesz,  co  czuję,  prawda?  To  bezczynne  czekanie  na  wiadomość 
wykańcza mnie. 

- Rozumiem. Przecież Justin jest dla mnie bratem, którego nie miałem… a 

Melanie siostrą. 

Leżeli  w  milczeniu,  wsłuchani  w  nocną  ciszę  i  własne  oddechy.  Palce 

Damona  zaczęły  błądzić  po  plecach  Elise,  od  szyi  do  pośladków,  potem 
wędrowały w górę, coraz wolniej i delikatniej, 

-  Chyba  wiesz,  co  robisz  -  mruknęła  cicho  -  dotykając  mnie  w  ten 

sposób… 

-  Uhm.  Domyślam  się.  To  znaczy,  że  czas  na  naszą  ulubioną  pigułkę 

nasenną. Jedyne lekarstwo na twoje smutki, prawda? 

Kiedy Damon zasypiał, Elise leżała w jego ramionach, modląc się, żeby 

następnego dnia zadzwonił telefon. 

 

 

 

 

 

background image

 

Melanie wbiła zęby w zaciśnięte pięści, żeby powstrzymać się od szlochu, 

Justin  żyje,  powtarzała  w  myślach,  obiecał  mi.  Kiedy  straciła  go  z  oczu, 
podbiegła do drzwi, przez kilka sekund walczyła z zamkiem, wreszcie wypadła 
na korytarz i zbiegła po schodach. 

Byli już w holu. Zamarła na moment, bojąc się, że kiedy zobaczy Justina 

z  bliska,  zacznie  krzyczeć.  Victor  wydawał  błyskawiczne  rozkazy,  wskazując 
ręką schody. Spostrzegł ją na górze i zamilkł. 

-  Pani  mąż  jest  szczęściarzem,  senora  Drake.  Cholernym  szczęściarzem. 

W  czasie  rozładunku  przewróciła  się  beczka  z  paliwem.  Zanim  ktokolwiek 
pojął,  co  się  stało,  zbiornik  eksplodował.  Drake  stał  najbliżej.  Wylądował  na 
drugim końcu hangaru. 

Dał znak swoim ludziom, żeby wnieśli Justina na górę, 

-  Ten  niezdarny  idiota,  który  rozlał  benzynę,  nie  wywinie  już  żadnego 

głupiego numeru, zapewniam panią. 

Pobiegła do pokoju, żeby przygotować łóżko. 

- Bądźcie ostrożni, błagam! 

Mężczyźni,  którzy  z  ulgą  rzucili  rannego  na  posłanie,  spojrzeli  na  nią 

tępym wzrokiem. 

Pokręciła  głową.  Z  nich  wszystkich  tylko  Victor  ją  rozumiał…  Tym 

bardziej powinna go unikać. 

Justin był blady jak ściana. Melanie uklękła przy łóżku. Sprawdziła puls; 

wydawał  się  wolny  i  miarowy.  Rozpięła  guziki  koszuli  i  niemal  krzyknęła  na 
widok zakrwawionego boku. 

Kiedy spróbowała odkleić materiał od rany, Justin stęknął. 

- Melanie? - szepnął, z trudem unosząc powieki. 

- Jestem przy tobie, Justinie. Spróbuj odpocząć. 

- Co się stało? 

- Eksplodowała beczka z paliwem i wyleciałeś w powietrze. 

background image

- Czuję się, jakby słoń nadepnął mi na głowę. 

- Myślę, że trzymają tu wszystko - zaśmiała się nerwowo - oprócz słoni. 

- Gdzie jest Victor? 

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, byle nie właził do naszego pokoju. 

-  Napastował  cię?  -  Justin  podniósł  głowę,  ale  skrzywił  się  i  opadł 

bezradnie na poduszkę. 

- Nie - szepnęła ciepłym, kojącym głosem. - Jak dotąd… 

Justin odetchnął z ulgą 

- Nie jestem w najlepszej formie, żeby go zabić gołymi rekami… 

- Ja się nie boję. 

Pomyślała  o  pistolecie  pod  poduszką.  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  nie 

miałaby żadnych skrupułów, gdyby przyszło jej bronić Justina. Ciekawe, skąd u 
niej taki instynkt opiekuńczy… 

 

 

 

 

Już  pod  wieczór  Justin  czuł  się  o  wiele  lepiej.  Zdołał  wziąć  prysznic  i 

zejść z "żoną" na kolację.Victor pełnił honory gospodarza domu z gracją słonia. 
Pożerał wzrokiem Melanie i raczył oboje historiami "nie z tej ziemi". W każdej 
z  nich  on,  Victor  Degas,  spisał  się  na  piątkę  w  roli  bohatera.  Rozochocony 
alkoholem, zanosił się coraz bardziej drażniącym, rubasznym śmiechem. Justin 
kręcił się na krześle, szukając najwygodniejszej pozycji dla swojego obolałego 
ciała. Katusze fizyczne były jednak niczym w porównaniu z lękiem o Melanie. 
Napięcie  niebezpiecznie  rosło.  Victor  nigdy  nie  żartował,  kiedy  gra  szła  o 
pieniądze albo… kobietę. 

-  Wszyscy  mieliśmy  ciężki  dzień,  Victorze.  -  Justin  odsunął  krzesło  i 

wstał od stołu. - Na nas już czas. Dziękujemy za wspaniałą kolację. 

Melanie w tej samej sekundzie poderwała się na nogi. 

background image

- Rozumiem, że  ty potrzebujesz odpoczynku  - zaprotestował Victor  - ale 

nie  widzę  żadnego  powodu,  dla  którego  miałbyś  pozbawić  mnie  towarzystwa 
swojej żony. O tej porze?! Jest jeszcze wcześnie. 

-  Czuję  się  naprawdę  zmęczona  -  zaprotestowała  Melanie.  -  Mimo 

wczesnej pory chciałabym już pójść spać. 

-  Obawiam  się,  że  pani  mąż  -  Victor  wybuchnął  swoim 

charakterystycznym  dzikim  śmiechem  -  okaże  się  dzisiaj  całkowicie 
bezużyteczny,  senora  Drake.  A  ja  przeciwnie,  nigdy  nie  czułem  się  lepiej. 
Jestem do pani usług i gwarantuję ich jakość. 

Melanie  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  Jednak  siłą  woli 

opanowała się i nie spuszczając wzroku z Victora wycedziła odpowiedź: 

- Kocham swojego męża, panie Degas, i razem wrócimy do pokoju. 

Justin  śledził  tę  zapierającą  dech  scenę  z  półprzymkniętymi  powiekami. 

Sam niemal uwierzył, że Melanie jest szczęśliwą mężatką. Wyraźnie minęła się 
z  powołaniem!  Z  takim  aktorskim  talentem  marnować  czas  na  sprzedawanie 
prezentów! 

- Cóż - Victor skinął uprzejmie głową - ja potrafię czekać, senora Drake. 

Dobranoc. 

Justin  zacisnął  szczęki,  powtarzając  sobie  w  myśli,  że  za  nic  nie  da  się 

sprowokować. Ten zbir właśnie na to czekał. Podjudzał go i drażnił, za wszelką 
cenę chciał wyprowadzić z równowagi. 

Wyszli  z  jadalni  bez  słowa.  Pokonali  schody  w  milczeniu,  oboje  spięci, 

niepewni każdego kroku. Dopiero gdy znaleźli się w sypialni, Melanie zawołała: 

- Musimy się stąd wydostać, słyszysz?! 

- Przecież o tym, do diabła, przez cały czas myślę.  

Obojgu nerwy odmówiły posłuszeństwa. 

- Nadstawiasz głowę! 

-  Nie  martw  się.  Niewielka  rana  i  ból  głowy  to  trochę  za  mało,  żeby 

zwalić mnie z nóg na amen. 

Usiadł na brzegu łóżka, żeby rozsznurować buty. Melanie, zerknąwszy na 

poduszkę, przypomniała sobie o pistolecie. 

background image

- Znalazłam to rano, po twoim wyjściu - powiedziała spokojnie. 

Obejrzał się przez ramię. Na widok "tego" zerwał się na równe nogi, 

- Gdzie? Gdzie to znalazłaś? 

- Na dole. 

-  Na  dole!  Chcesz  powiedzieć,  że  spacerowałaś  sobie  tu  i  tam?  Przecież 

błagałem, żebyś nie wychodziła. 

Melanie  zagryzła  wargi.  Wybrała  najgorszy  moment  na  pochwalenie  się 

zdobyczą. Zniżyła głos do szeptu. 

-  Nie  jestem  dzieckiem,  Justinie.  Nie  mogłam  siedzieć  bezczynnie,  z 

założonymi rękami… Szukałam sposobu, żeby się stąd wydostać. 

-  A  jak  sądzisz,  po  jaką  cholerę  ja  poszedłem  do  lasu?  Podźwigać  sobie 

ciężkie skrzynie? Dla treningu?! 

- Znalazłeś jakąś broń, która pomogłaby nam w ucieczce? 

- Nie. I wcale jej nie szukałem. Możesz mi wierzyć lub nie, Melanie, ale 

chciałbym stąd po prostu zwiać - bez zabijania kogokolwiek. 

- Nie bądź śmieszny. Czy ja chcę zabijać? Broń zwiększa nasze szanse… 

w razie czego… Czy nie mam racji? 

-  Kochanie,  chcesz  przestraszyć  jednym  damskim  rewolwerem  bandę 

uzbrojonych  zbirów?  Jeden  strzał  i  mamy  na  karku  dziesięciu  facetów.  Jeżeli 
człowiek ma przy sobie broń, powinien zakładać, że jej użyje. Noszenie spluwy 
na wszelki wypadek jest bezcelowe… a nawet niebezpieczne. Jeżeli nie umiesz 
strzelać  -  i  to  doskonale  -  strasząc  przeciwnika  popełniasz  samobójstwo. 
Rozumiesz? 

- Nie myślałam o tym w ten sposób… 

- Wspaniale. Więc ryzykowałaś głowę, żeby zdobyć to świństwo? A co by 

było, gdyby Victor cię złapał? 

-  Ale  nie  złapał!  -  Postanowiła  nie  opowiadać  Justinowi,  jak  niewiele 

brakowało… 

Zrezygnowany,  podszedł  do  Melanie,  położył  ręce  na  jej  ramionach  i 

lekko potrząsnął. 

background image

-  Naprawdę  nie  rozumiesz,  że  Victor  dobierze  się  do  ciebie,  jak  tylko 

znajdzie pretekst, żeby mnie wykończyć? Chce nas sprowokować do fałszywego 
kroku, a potem ukarać. Nie potrafię wyłożyć ci tego jeszcze jaśniej. Facet szuka 
jakiegokolwiek, najdrobniejszego nawet, pretekstu, żeby mnie zabić. Chociaż na 
ogół  nie  potrzebuje  żadnych  pretekstów…  Pewnie  ze  względu  na  naszą  starą 
przyjaźń postanowił, że raz w życiu zagra fair, co daje nam pewną szansę… 

Melanie  przypomniała  sobie  człowieka,  który  zginał  w  wypadku. 

Wzdrygnęła się z przerażenia. Justin zaklął w duchu. Co on, do diabła, wyrabia! 
Zaraża  dziewczynę  strachem,  żeby  samemu  sobie  ulżyć?  Objął  ją  i  mocno 
przytulił. Jej ciepło, a nie strach, przyniesie mu ulgę. 

Wcale się nie bała. Rozluźniona i uśmiechnięta uniosła głowę, rozchylając 

lekko wargi. Nie musiała czekać ani chwili. 

Ich usta złączyły się w długim, gwałtownym pocałunku. Melanie poczuła 

mrowienie w nogach, potem gorący dreszcz przeszywający całe ciało. Rozpięła 
mu koszulę na piersi i wsunęła pod nią ręce. Jej palce błądziły po wypukłościach 
mięśni  na  plecach.  Dziwiła  się  nierównemu  biciu  jego  serca.  Wargi  Justina 
parzyły,  przyprawiały  o  zawrót  głowy,  oszałamiały.  Garnęła  się  do  niego 
rozpaczliwie,  chciała  być  jak  najbliżej.  Justin  nacierał  coraz  mocniej, 
rozpaczliwie, jak gdyby ten pocałunek miał zastąpić wszystkie słowa. Należała 
do  niego  -  tak  jak  tylko  kobieta  może  należeć  do  mężczyzny  -  mimo  że  ich 
miłość  czekała  na  spełnienie.  Wiedział,  że  póki  on  żyje,  Melanie  nie  dotknie 
inny  mężczyzna.  Spokojnie,  myślał  w  popłochu.  Musi  zachować  zimną  krew. 
Nie może narażać jej na zajście w ciążę, oboje są nie przygotowani… 

Zwolnił  uścisk.  Z  bólem  serca  podniósł  głowę,  otworzył  oczy  -  i 

natychmiast  tego  pożałował.  Wilgotne,  lekko  nabrzmiałe  wargi  błagały  o 
następny pocałunek. Objął ją jeszcze mocniej, drżąc cały, chowając twarz w jej 
włosach. Szept, który z siebie wydobył, był niski i ochrypły: 

- Och, Melanie… Melanie, sama nie wiesz, co robisz… 

Gdyby  musiała  przejść  choć  kilka  kroków,  nogi  odmówiłyby  jej 

posłuszeństwa.  Justin  nie  prosił  o  to.  Wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  łóżka. 
Rozbierał ją powoli i ostrożnie, chcąc rozkoszować się tą chwilą jak najdłużej. 
Gładził  delikatnie,  pieścił  ustami,  coraz  czulej,  coraz  mniej  zachłannie.  Z 
bałwochwalczym uwielbieniem odkrywał każdy milimetr jej nagości. 

Melanie  nie  poznawała  samej  siebie.  Nie  myślała  o  niczym,  nie 

odwoływała się do własnego rozsądku. Liczyło się tylko to, że Justin jest z nią. 
Zniknął wszelki strach. Nie tylko Justin odpowiadał za to, co się stało, i za to, co 
stanie się za chwilę. Melanie pragnęła go tak, jak on pragnął jej. Reszta przestała 

background image

się  liczyć.  Sprawił,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu  była  zafascynowana  własnym 
ciałem. Wyobraziła sobie, jak ją widzi Justin, i poczuła się piękna! Podobały jej 
się  własne  włosy,  szyja,  ramiona,  linia  talii  i  bioder,  po  której  jego  palce 
błądziły  z  takim  namaszczeniem.  Justin  wstał,  żeby  się  rozebrać.  Melanie 
śledziła  wzrokiem  każdy  jego  ruch,  upajając  się  widokiem  tego  wspaniałego 
mężczyzny. 

- Melanie - jęknął zbolałym głosem - jeśli chcesz mnie powstrzymać, zrób 

to teraz… 

Uśmiechnęła się, krzyżując ręce nad głową. 

- Chcę się z tobą kochać. Teraz. Nie odmawiaj mi… proszę. 

Zagryzł  wargi.  Ułożył  się  delikatnie  na  boku,  tuląc  do  siebie  jej  drobne 

ciało. 

- Nie chcę cię skrzywdzić… rozumiesz? 

-  Pocałuj  mnie  -  szepnęła.  Nie  pragnęła  słów,  wyznań  i  zapewnień. 

Nareszcie  przestała  myśleć  i  błagała  go  o  to  samo.  -  Nie  skrzywdzisz  mnie, 
Justin. Nigdy. Po prostu kochaj mnie. Nic już nie mów. 

Westchnęła z ulgą, czując, że Justin wzmacnia uścisk. Czego miałaby się 

bać?  W  chwili  kiedy  to  pomyślała  -  zagarnięta  nagimi,  gorącymi  udami, 
zaatakowana agresywną męskością - mimowolnie napięła mięśnie. 

Justin wycofał się, pogłaskał ją po włosach. 

- Spróbuj się rozluźnić, malutka. 

Popatrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami.  Miała  przed  sobą 

mężczyznę  swoich  marzeń  i  rozpaczliwie  go  pożądała.  Nie  odrywając  wzroku 
od  jego  twarzy  uniosła  gwałtownie  biodra,  napotykając  ten  sam,  twardy  jak 
kamień opór. Wbił się w nią jednym silnym pchnięciem przy akompaniamencie 
własnego  jęku.  Przeszył  ją  krótki  jak  błyskawica,  tępy  ból,  a  potem  udami 
oplotła jego biodra, z westchnieniem ulgi, z uczuciem doskonałej pełni. 

Poruszał  się  wolno,  rozmyślnie,  jakby  rozkoszując  się  pierwszym 

nasyceniem. Melanie, zadowolona z tego rytmu, odpowiadała mu nieznacznymi 
ruchami bioder. 

Nagle  zaczęła  czuć  wszystko  dotkliwiej  i  wyraźniej:  zapach  ich  ciał, 

kropelki potu na owłosionym torsie. Oddychała coraz szybciej. 

background image

- Justin! 

-  Cicho,  kochanie…  nie  myśl  o  niczym…  zamknij  oczy,  zobaczysz 

gwiazdy. 

Zaczął przyspieszać. Melanie zamarła na moment, wpiła się paznokciami 

w  jego  ramiona,  zaciskając  powieki.  Ujrzała  milion  spadających  gwiazd.  Jej 
ciało  przeszył  dreszcz,  który  załamał  się  w  połowie  i  przemienił  w  błogie 
uczucie spełnienia. 

Bardzo  pragnął,  żeby  to  trwało,  żeby  Melanie  krzyczała  z  rozkoszy  i 

nigdy nie zapomniała tej chwili. 

- Boże, Justin, nie miałam pojęcia, że może być aż tak… tak dobrze.  

- Ja też się tego nie spodziewałem. - Drżał, gdy jej dłonie gładziły biodra i 

pośladki, błądziły po kręgosłupie i udach, uczyły się na pamięć jego skóry. 

- Chcesz powiedzieć, że… czułeś to samo? 

-  Wciąż  to  czuję,  kochana.  Prawdziwy  dżentelmen  zawsze  zgadza  się  z 

opinią damy. 

Ledwie  dokończył  zdanie,  jego  twarz  zastygła  w  dziwnym,  niemal 

bolesnym uśmiechu. Zaczął pędzić na oślep, porywając Melanie ze sobą, mokry 
od potu. Wreszcie opadł na nią bez tchu, w wyciągnięte ramiona, bezbronny i 
uspokojony. Zasnęli jednocześnie, zmęczeni i szczęśliwi jak dzieci. 

Justin  obudził  się  gwałtownie  w  środku  nocy.  Zaczął  nasłuchiwać,  ale 

zarówno w pokoju, jak i za oknem panowała absolutna cisza. Może właśnie brak 
jakichkolwiek  dźwięków  zakłócił  mu  sen…  Dlaczego  nie  słyszy  odgłosów 
dżungli?  Choćby  krzyku  nocnych  ptaków…  Spojrzał  na  Melanie,  która  leżała 
tak blisko, uśmiechając się przez sen. 

Po raz pierwszy, odkąd wylądował w Bogocie, pomyślał o Damonie i o 

Elise. Bez żadnej wiadomości od tylu dni jego przyjaciele musieli odchodzić od 
zmysłów. Lepiej jednak, żeby Elise nie wiedziała…  

O czym? O niebezpieczeństwie, jakie groziło jej siostrze, czy o tym, że z 

niekłamaną  przyjemnością  oboje  udają  małżeństwo?  Co  by  powiedziała  Elise, 
gdyby  się  dowiedziała  o  ich  zażyłych  stosunkach?  To,  co  się  stało,  było  i  tak 
tylko sprawą czasu, ale nie miał zamiaru kochać się z Melanie w tym miejscu, w 
takich nie sprzyjających okolicznościach. Inaczej wyobrażał sobie ich pierwszy 
raz, jej pierwszy raz w życiu! Myślał o sobie z niesmakiem. Melanie była taka 

background image

bezbronna  w  jego  ramionach…  otwarta  i  oczekująca.  Mógłby  ją  kochać  całą 
noc. Na samą myśl o tym poczuł fizyczny ból w lędźwiach. Oparł się na łokciu, 
żeby zaczerpnąć powietrza - i nie zdołał stłumić cichego jęku. 

Melanie  obudziła  się.  Dopiero  po  kilku  sekundach  oprzytomniała  i 

poszukała wzrokiem Justina. Miał oczy otwarte i dziwnie błyszczące. 

- Boli cię coś? 

- Nie, nie… - wykrztusił i przyciągnął ją mocno do siebie. 

- Więc co się stało? 

Nie chciał się przyznać. Po raz pierwszy w życiu tracił rozum. On, facet 

przed czterdziestką, zachowywał się jak opętany seksem nastolatek.  

Ręka Melanie zaczęła gładzić jego owłosiony tors.  

- Nic - zachrypiał jeszcze ciszej.  

- Żałujesz, że się kochaliśmy?  

- Nie.  

- Ja też nie. Było cudownie  - powiedziała sennym głosem.  -  Kiedy  mnie 

rozbierałeś, a potem dotykałeś w taki sposób… Justin, ja nawet nie marzyłam, 
że można czuć się tak cudownie. 

- Tak, kochanie… O, Boże, lepiej już zaśnij. Musisz trochę odpocząć. 

-  Wiem.  Ty  też  powinieneś  usnąć.  Nie  za  ciężką  mam  głowę?  Nie 

drętwieje ci ręka? 

Dłoń Melanie przesuwała się od piersi Justina do brzucha, coraz niżej… 

Chwycił  ją  za  nadgarstek,  ale  było  za  późno.  Odkryła  jego  podniecenie.  Jej 
palce  dziwiły  się  aksamitnej  powierzchni,  błądziły  w  tę  i  z  powrotem  z  coraz 
większym zapamiętaniem. Justin westchnął ciężko, opadając na plecy. Cofnęła 
rękę. 

- Naucz mnie, jak cię kochać - szepnęła. 

- Nie potrzebujesz żadnych instrukcji, przysięgam, rób tak dalej… 

- Tak? 

background image

- Och, tak… ale zatrzymaj się na chwilę, Melanie… 

- Uwielbiam to, Justin. Skóra jest taka delikatna, a pod nią żywy kamień. 

Pulsuje, kiedy cię dotykam. Czujesz własny puls, Justin? 

-  Przestań!  -  Jednym  ruchem  wciągnął  ją  na  siebie,  uniósł  lekko  głowę, 

tak  żeby  ustami  dotknąć  nabrzmiałych  brodawek  jej  piersi.  Mruczała  z 
zadowolenia,  kiedy  ssał  najpierw  jedną  pierś,  potem  drugą,  w  końcu  zaczęła 
drżeć oszołomiona i tracić oddech. Objęła nogami jego biodra i zaczęła poruszać 
się  delikatnie,  powoli,  jakby  chciała  przeciągnąć  tę  chwilę  w  nieskończoność. 
Justin  uniósł  się  gwałtownie,  wreszcie  opadł  na  plecy  z  jękiem,  chwycił  ją  w 
talii i zanurzył się w niej do końca. 

- Czy teraz jest ci wygodnie? - zapytał. 

- Cudownie… 

- Melanie… 

- Słucham. 

- Bardzo cię kocham. 

- To dobrze. Ja też cię kocham. 

Cedzili  słowa  powoli,  dobitnie,  w  rytmie  miłosnych  poruszeń.  Melanie 

poddała  mu  się  całkowicie,  zapomniała  o  braku  doświadczenia,  była 
rozpaczliwie wdzięczna za to, co czuła, i pragnęła, żeby Justin dogonił ją w tej 
gorączce. Żeby wspólnie dobili do brzegu. Stało się tak, jak chciała. Poczuła, że 
jakaś  siła  unosi  ją  w  powietrze.  Że  oboje,  oderwani  od  ziemi,  ulatują  w 
przestworza w błogim zespoleniu, rozkołysani miłosną galopadą. Razem z nimi 
kołysało się łóżko, ściany, dom, ziemia… wszechświat. 

Melanie  opadła  bez  tchu  w  ramiona  Justina,  niezdolna  wykonać 

najmniejszego  ruchu.  I  wciąż  miała  wrażenie,  że  wszystko  wokół  nich  drży. 
Nagle Justin poderwał się i krzyknął. 

-  Boże  święty!  Przecież  to  jasne!  -  Wyskoczył  z  łóżka.  -  Melanie, 

wstawaj, to trzęsienie ziemi! 

 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

- Ubieraj się! Szybko! Musimy stąd uciekać. 

Melanie,  dość  brutalnie  przywołana  przez  Justina  do  rzeczywistości, 

zrozumiała, że musi wstać i włożyć ubranie. Nic więcej. 

Gdzieś na parterze rozległ się potworny grzmot. Justin zaczął przeklinać. 

Zasznurował buty, chwycił plecak i wrócił do Melanie. 

Stała przy łóżku jak zagubione dziecko, które nie wie, co ze sobą zrobić. 

Spodnie  i  koszulę  trzymała  w  ręku,  ale  nie  mogła  znaleźć  butów. 
Nieprzytomnym wzrokiem błądziła po pokoju. 

- Co się z nimi stało? - zastanawiała się głośno. 

Justin znalazł jeden but przy łóżku, drugi pod krzesłem. Podał je Melanie 

bez słowa. Wieczorem po kolacji nie troszczyli się wcale o garderobę… 

Z sufitu odpadł kawałek tynku, w szczytowej ścianie pojawiła się wielka 

rysa  i  niemal  w  tej  samej  chwili,  tak  jak  błyskawica  zapowiada  uderzenie 
pioruna, rozległ się ogłuszający huk. Pokój rozkołysał się na dobre. 

Justin  szarpnął  Melanie  za  rękę  i  pociągnął  w  kierunku  wyjścia.  Kiedy 

znaleźli się na korytarzu, usłyszeli następny łomot. Obejrzeli się przez ramię i 
oboje zdrętwieli. Kawałki łamiącego się dachu wpadały do sypialni. 

Melanie  krzyknęła.  Spełniał  się  jej  koszmarny  sen.  Dokąd  teraz  mogą 

uciekać?  Dom  drżał  w  posadach.  Na  podłogę  spadały  belki,  cegły,  odłamki 
tynku. Trzymając się jak najbliżej ściany, zmierzali przez galerię do schodów. 
Lecz schodów już nie było. 

 

 

 

 

background image

 

 

Dzwonek telefonu wyrwał Damona z głębokiego odrętwienia. 

- Damon Trent. 

-  Damon!  Och,  Damon...  -  Elise,  ze  ściśniętym  gardłem,  ledwie  mogła 

mówić. 

- Elise! Co się stało? Masz jakieś wiadomości o Melanie? 

- Nie. O Boże, Damon… W Kolumbii było trzęsienie ziemi. 

- Trzęsienie ziemi? Kiedy? 

- Dowiedziałam się o tym przed chwilą, z radia. Jakieś sto kilometrów na 

południe od Bogoty. Damon, co my teraz zrobimy? 

- Zostań w domu i czekaj na mnie. Przyjadę najszybciej, jak będę mógł. 

Elise odłożyła słuchawkę. Wpatrzona w pustą ścianę, nie usłyszała, kiedy 

do pokoju wpadł pięcioletni Eric. 

- Co się stało, mamusiu? 

Siłą woli powstrzymała się od płaczu. Nie miała prawa dzielić się swoją 

rozpaczą z małymi dziećmi. 

- Martwię się o ciocię Melanie, skarbie. 

Eric  usiadł  na  kanapie  i  wziął  ją  za  rękę.  Tak  bardzo  przypominał 

Damona,  kiedy  marszczył  z  powagą  brwi…  Uśmiechnęła  się,  z  trudem 
powstrzymując łzy. 

- Mamusiu, nie martw się. Cioci nic się nie stanie, zobaczysz. Pamiętasz, 

co powiedział tata. Wujek Justin ją obroni. 

- Masz rację. Dobrze, że mi o tym przypomniałeś. - Starała się myśleć o 

czymś  innym.  O  czymkolwiek,  byle  nie  o  trzęsieniu  ziemi.  Natrętna  pamięć 
podsuwała  jej  sceny  z  Meksyku…  Gruzy,  zawalone  domy,  tysiące  ofiar. 
Pogłaskała Erica po gęstej czuprynie. - Co robi Brenda? 

- Bawi się w przebieranie. 

background image

- W przebieranie? W co się wystroiła tym razem? 

- W twoją szminkę, klipsy i takie tam różne… co noszą tylko dziewczyny. 

-  O  Boże,  jak  ona  to  znalazła?  -  Elise  wyszła  z  pokoju  z  nadzieją,  że 

uratuje chociaż część swoich kosmetyków. 

Kiedy  Damon  wrócił  do  domu,  usłyszał  głosy  całej  trójki  dochodzące  z 

małżeńskiej sypialni. Stanął w progu i zaniemówił. 

Brenda  zdawała  się  być  w  swoim  żywiole.  Wyglądało  na  to,  że  mimo 

młodego  wieku  poznała  wszystkie  techniki  makijażu…  Jej  czarne  loki, 
posypane  pudrem,  przybrały  odcień  beżowy.  Usta,  policzki  oraz  brwi 
"podkreśliła" jaskrawą szminką. 

Na widok ojca zadzwoniła wszystkimi bransoletkami, jakie zdołała zapiąć 

na swoich chudych rączkach. 

- Tatuś wrócił! 

-  Tylko  nic  nie  mów!  -  odezwał  się  Damon.  -  Pozwól  mi  zgadnąć…  Do 

naszego  miasta  przyjechał  cyrk  i  Brenda  postanowiła  przyłączyć  do  trupy  w 
charakterze klowna. Trafiłem w dziesiątkę? 

- Och, Damon! - Elise machnęła ręką.  

Zrezygnowała  z  usuwania  makijażu  z  twarzy  córki  i  przytuliła  się  do 

męża. Co za ulga! Wszystko stawało się łatwiejsze, kiedy on był w domu. 

Pogłaskał ją po plecach, nie odrywając wzroku od Brendy. 

-  Sądzę,  kochanie,  że  wybrałaś  nie  najlepszy  odcień  czerwieni.  Zbyt 

jaskrawy. 

- Wyglądam super! - zachichotała Brenda. 

- Jasne, tylko że mamusia nie może się teraz z tobą bawić, wiesz? 

Elise otarła ukradkiem łzy, zanim odwróciła się do córki. 

- Chodźmy, zmyjemy twarz specjalnym kremem, a potem doprowadzimy 

do ładu włosy. Panna strojnisia musi się jeszcze wiele nauczyć. Sama widzisz, 
że dbanie o urodę nie jest taką prostą sprawą. - Wzięła małą na ręce, zaniosła do 
łazienki i odkręciła kurek z impetem. 

background image

-  W  drodze  do domu  -  zaczął  Damon  - słuchałem  ostatnich  wiadomości. 

Na szczęście nie wygląda to aż tak groźnie, jak podawali na początku. Wstrząs 
był lokalny, ograniczył się do niewielkiej powierzchni. Istnieje duża szansa, że 
Justin i Melanie dowiedzieli się o trzęsieniu ziemi później od nas. 

- Ba, gdybyśmy wiedzieli, gdzie oni teraz są! 

-  Ciągle  o  tym  myślę.  Wiesz,  chyba  masz  rację.  Gdyby  twoja  matka 

zgodziła się zająć dziećmi, moglibyśmy polecieć do Kolumbii i spróbować ich 
odnaleźć. 

Elise  wypuściła  z  rąk  gąbkę,  którą  myła  Brendę,  i  odwróciła  się  do 

Damona, 

- Dziękuję ci, kochany. 

- Swoją drogą, dobrze ci zrobi oderwanie się na chwilę od tych aniołków. 

Nic nie powiedziała, bo nowe łzy napłynęły jej do oczu. Skinęła głową i 

zajęła się aniołkiem numer jeden. 

 

 

 

 

 

 

 

Otworzywszy  oczy,  Justin  stęknął  z  przerażenia.  Zobaczył  niebo  oraz 

złote, nie zasłonięte ani jedną chmurą słońce. Gdy spróbował usiąść, przeszył go 
wściekły  ból.  Prawą  ręką  zaczął  odgarniać  gruz,  kawałki  tynku  -  odsłaniając 
pokaleczony tułów oraz lepkie od krwi strzępy koszuli. 

Nagle  wszystko  sobie  przypomniał.  Stał  z  Melanie  w  miejscu,  gdzie 

powinny zaczynać się schody… trzymał ją za rękę, zastanawiał się, jak wyjść z 
pułapki - i wtedy runęła cała galeria. 

- Melanie! 

background image

Z całego domu zostało kilka ścian i zwały gruzu. Serce w nim zamarło, a 

potem  zaczęło  bić  jak  oszalałe.  Odrzucił  jeszcze  kilka  kamieni,  które 
przygniatały mu nogi i, zaciskając z bólu zęby, uklęknął wyprostowany. Gdzie 
ona  jest?  Trzymał  ją  za  rękę  do  ostatniej  chwili,  przecież  za  nic  by  jej  nie 
puścił… Musiała leżeć gdzieś niedaleko! 

Znalazła się. Melanie leżała tuż obok Justina, ale rozdzieliła ich potężna 

belka  sufitowa,  zasłaniając  widok. Przeczołgał  się nad przeszkodą  i  dotknął  jej 
twarzy.  Oddychała!  Na  czole  miała  wielkiego  guza,  krew  na  ramieniu,  ale 
oddychała! 

Stanął  na  chwiejnych  nogach  i  zaczął  rozglądać  się  za  najłatwiejszym 

przejściem.  Gdzie  się  podziali  inni  ludzie?  Podniósł  Melanie  i  przedarł  się, 
niosąc  ją  na  rękach  ostrożnie,  krok  za  krokiem,  do  drzwi  frontowych,  wciąż 
zamkniętych na klucz mimo braku ściany. 

Pomyślał o prawowitym właścicielu domu. Czy ucieszyłby się? Uznał, że 

sprawiedliwości  stało  się  zadość?  Justin  wiele  by  dał,  żeby  wiedzieć  -  na  sto 
procent  -  czy  Victor  przeżył  katastrofę.  Jeżeli  spał  w  swojej  sypialni,  szanse 
miał  znikome.  Ich  samych  uratował  jakiś  cud!  Patrząc  na  to  przerażające 
gruzowisko, miał wrażenie, że nikt nie ocalał. 

Ułożył Melanie w cieniu, na skraju polany, a sam wrócił na poszukiwanie 

wody, jedzenia, ocalałych ludzi. Znalazł wodę, swój plecak i prowiant na kilka 
dni. 

Nie spotkał ani jednego żywego człowieka. 

 

 

 

Kiedy wrócił, Melanie miała otwarte, całkiem przytomne oczy. Patrzyła, 

jak krążył wokół ruin tego wielkiego, pięknego domu, i nie mogła się doczekać 
jego powrotu. 

-  Cieszę  się,  że  się  wreszcie  obudziłaś  -  przywitał  ją  promiennym 

uśmiechem  -  i  widzisz,  co  się  stało.  Trochę  tu  się  zmieniło,  odkąd  straciłaś 
przytomność. - Podał jej kubek z wodą, wytarł ręcznikiem czoło i przyjrzał się 
dokładnie guzowi. 

- Wiesz, Justin, tak sobie myślałam... - zaczęła poważnym głosem. 

background image

- O czym? 

- O nas. 

- Ach, tak? To usprawiedliwia twój poważny ton - roześmiał się wesoło. -

1 co sobie o nas pomyślałaś? 

- Nie sądzisz, że powinniśmy pohamować swoje miłosne zapędy? Zobacz, 

co zrobiliśmy z tym biednym domem. 

-  Nie  wiem,  jak  ci  to  powiedzieć,  kochanie,  ale  nie  mieliśmy  z  tym  nic 

wspólnego. Matka Natura nabroiła tutaj sama, bez naszej pomocy. - Przygarnął 
ją  do  siebie  i  długo  nie  wypuszczał  z  ramion.  Przeżyła  najgorsze,  myślał  w 
popłochu.  Boże,  błagam,  nie  pozwól,  żeby  Melanie  umarła!  Ona  musi 
wyzdrowieć!
 

-  Co  za  ulga…  -  mruknęła,  zamykając  oczy.  Zastanawiał  się,  czy  to 

objawy  wstrząśnienia  mózgu,  silnego  szoku,  czy  Melanie  tylko  majaczy  w 
półśnie. Tak czy inaczej, nie do końca rozumiała, co się stało. 

- Pamiętasz, kochanie, trzęsienie ziemi? 

-  Och,  tak  -  jej  twarz  rozpromieniła  się  pięknym,  sennym  uśmiechem.  - 

Było cudownie… 

- Nieszczególnie… Pamiętasz, jak spadały kawałki sufitu? 

- Nie - odpowiedziała po chwili namysłu. - Ale nareszcie rozumiem sens 

słów: "czuję, jak ziemia drży pod moimi stopami". Naprawdę tak czułam. 

- Bardzo chciałbym, żeby to, co czułaś, było wyłącznie moją zasługą, ale 

niestety, ziemia drżała naprawdę. 

- Nieważne - machnęła ręką. - Uwielbiam trzęsienia ziemi. 

-  Powinnaś  teraz  odpocząć.  -  Justin  martwił  się  coraz  bardziej.  Wyjął  z 

plecaka  swój  blezer,  złożył  go  w  kostkę  i  podłożył  Melanie  pod  głowę.  - 
Prześpij się, ja poszukam jakiegoś pojazdu. Nie muszę pytać o pozwolenie, bo 
poza nami nie ma tu żywego ducha. 

Dżip  ostał  się,  na  szczęście,  w  nienaruszonym  stanie.  W  hangarze 

lotniczym, który również przetrwał trzęsienie ziemi, Justin zaopatrzył się w dwa 
kanistry  benzyny.  Kiedy  podjechał  na  polanę,  Melanie  spała.  Nie  był  pewien, 
czy to dobry znak. Denerwował się coraz bardziej, ale też wiedział doskonale, 

background image

że  jedyne,  co  może  dla  niej  zrobić,  to  jak  najszybciej  zawieźć  ją  do  lekarza. 
Ułożył ją na tylnym siedzeniu i ruszył w drogę. 

Po  kilku  godzinach  jazdy  znaleźli  się  w  sporym  miasteczku.  W 

porównaniu z dżunglą - szczyt cywilizacji, ale radość trwała krótko. Trzęsienie 
ziemi  i  tam  wyrządziło  poważne  szkody.  Maleńki  szpital  okazał  się 
przepełniony.  Sympatyczny  lekarz  naprawdę  nie  mógł  przyjąć  Melanie  na 
obserwację, ale zbadał ją dokładnie, stwierdził wstrząśnienie mózgu i pocieszył 
Justina,  że  kilka  dni  odpoczynku  pozwoli  jej  dojść  do  siebie.  Powtórzył 
kilkakrotnie, że nie przewiduje żadnych trwałych skutków urazu. 

Justin odkrył, że i tak nie pojechaliby dalej, bo trzęsienie ziemi zniszczyło 

most.  Zostało  im  nie  więcej  niż  pół  dnia  jazdy  do  Viila  Vicencias,  ale  jedyna 
droga okazała się przerwana. Telefony oczywiście nie działały. 

Korzystając  z  rady  tubylców,  Justin  uzbroił  się  w  cierpliwość.  Znalazł 

wygodny nocleg i przestał myśleć o jutrze. Kiedy Melanie zasypiała bezpiecznie 
w  jego  ramionach,  modlił  się,  żeby  wyprawa  do  Kolumbii  zapisała  się  w  ich 
życiorysie jako ostatnia ekscytująca przygoda. Marzył o ciepłym, bezpiecznym 
domu i nocach spędzanych we własnym łóżku. Ich wielkim, małżeńskim łożu… 

Wczesnym rankiem Melanie obudziła się z ciężką głową i bólem mięśni. 

No tak, jęknęła cicho, do szczęścia brakowało mi tylko grypy. 

Spojrzała  na  Justina.  Spał  na  boku,  zwinięty  w  kłębek,  jedną  ręką 

obejmując jej talię. Uśmiechnęła się. Kochali się, było cudownie. Może jednak 
przesadziła…  jak  na pierwszy  raz,  dlatego  organizm  odmówił  posłuszeństwa  i 
"uciekł" w grypę? 

Kiedy przyjrzała  mu się dokładniej, zauważyła ranę  - rozległe, okropnie 

wyglądające  skaleczenie  między  nadgarstkiem  a  łokciem.  Jak  to  się  stało? 
Oczywiście!  Wybuch  zbiornika  z  benzyną.  Postanowiła  wstać  z  łóżka  i 
posiedzieć w gorącej wodzie. Może kiedy rozgrzeje mięśnie, poczuje się lepiej. 

Wyśliznęła  się  delikatnie  spod  ramienia  Justina.  Stanęła  przy  łóżku  i 

natychmiast z powrotem usiadła. Pokój wirował jak karuzela, a ona oddychała 
głęboko, żeby nie zemdleć. W końcu wszystko się uspokoiło. Melanie rozejrzała 
wkoło i osłupiała. Przecież to nie jest dom Victora! Zauważyła lustro na ścianie, 
tuż  obok  łóżka.  Wystarczyły  dwa  małe  kroki…  Wzięła  głęboki  oddech  i 
odważyła się wstać. 

Polowa  twarzy  okazała  się  spuchnięta,  na  czole  miała  kolorowy  siniak. 

Przyjrzała  się  dokładniej  Justinowi.  Miał  podkrążone  oczy,  jakby  nie  spał  od 

background image

tygodnia,  głębokie  zadrapania  między  nosem  a  górną  wargą…  Niczego  nie 
rozumiała. 

Próbowała  przypomnieć  sobie  ostatni  sen.  Kochali  się,  odczuwała 

wszystko jak na jawie. Dlaczego drżały ściany? Coś się wydarzyło, ale z jakichś 
powodów  miała  lukę  w  pamięci.  Nie pamięta,  żeby  się przebierała,  a  przecież 
jest w nocnej koszuli… 

Drobnymi kroczkami powędrowała do łazienki. Odkręciła kurek z gorącą 

wodą, rozebrała się i zanurzyła w kąpieli. W błogim odprężeniu, z zamkniętymi 
oczami, zaczęła rozpamiętywać wszystko od początku. 

Wymknęli się z rąk Victorowi. Ale w jaki sposób? Te walące się ściany, 

drżąca podłoga… czy to był koszmarny sen? Guz na czole jest prawdziwy i boli. 

Tak  czy  inaczej,  skoro  uciekli  przed  zbirami  Victora,  nie  ma  żadnych 

przeszkód,  żeby  dotrzeć  do  Villa  Vicencias  i  zakończyć  tę  nieszczęsną 
przygodę.  Nieszczęsną?  Przecież  nie  żałowała  ani  jednej  chwili…  Dla  tamtej 
nocy z Justinem zgodziłaby się przeżyć wszystko od początku… Zdawała sobie 
sprawę,  że  w  normalnych  warunkach  -  gdyby  nie  jej  wyjazd  do  Kolumbii,  a 
potem  cały  łańcuch  niebezpiecznych  wydarzeń,  który  skazał  ich  na  wspólną 
przygodę - Justin nie wkroczyłby w jej życie i nie nauczył miłości. 

Właśnie  dlatego,  że  go  kochała,  nie  miała  żadnej  nadziei.  Ani  myślała 

zabiegać  o  stałe  miejsce  w  jego  życiu.  Miejsca  takiego  po  prostu  nie  było. 
Uwierzyła  mu  -  dlaczego  miałaby  nie  wierzyć  -  kiedy  w  chwili  uniesienia 
wyznał  jej  miłość,  ale  przecież  nie  na  takiej  miłości  buduje  się  małżeństwo. 
Justin, wieczny kawaler, lubił swoją niezależność, pasowała do niego jak własna 
skóra.  A  czy  w  jego  wieku  zmienia  się  skórę?  Kochała  go  takiego,  jakim  był 
naprawdę. 

Wiedziała, że wcześniej czy później Justin z nią zerwie. Sam fakt, że jest 

wspólnikiem i bliskim przyjacielem jej szwagra, nie nastrajał optymistycznie, Z 
drugiej  strony…  niby  dlaczego  koligacje  rodzinne  miałyby  niweczyć  szczęście 
dwojga ludzi! 

Jedyne wyjście, to przekonać Justina  - gdyby kiedyś poruszył temat - że 

ona nie zamierza wyjść za mąż. Małżeństwo zbudowane na przymusie, choćby 
tylko psychicznym i zakamuflowanym, rozpadłoby się z hukiem. Miała jednak 
cichą nadzieję, że… nieprędko dojdzie do takiej rozmowy. Nie w Kolumbii. 

Woda  prawie  ostygła,  kiedy  w  otwartych  drzwiach  łazienki  pojawił  się 

Justin. 

background image

- Dzień dobry. 

Przeszył ją dziwny ból. Jeszcze przed chwilą potrafiła rozsądnie myśleć, a 

teraz,  kiedy  patrzył  na  nią  w  ten  sposób…  wyobraziła  sobie,  że  go  utraci,  że 
przyjdzie jej spędzić długie życie bez Justina - i zdrętwiała z przerażenia. 

Spróbowała  spojrzeć  na  niego  obiektywnie,  jak  na  obcego  człowieka: 

poszarpane, nieświeże dżinsy, podrapane ramiona, siniaki na twarzy… Kochała 
go rozpaczliwie! 

- Wyglądasz okropnie - wykrztusiła po długiej chwili milczenia. 

-  Dziękuję.  A  ja  chciałem  powiedzieć,  że  wyglądasz  znacznie  lepiej  niż 

wczoraj. 

- Żartujesz? - Dotknęła guza na czole. 

-  Naprawdę.  Wróciły  ci  kolory…  No,  może  to  za  dużo  powiedziane,  ale 

naprawdę nie ma porównania. Jak się czujesz? 

- Trochę połamana, głowa mnie boli jak diabli, ale poza tym wszystko jest 

w porządku. Gdzie jesteśmy? 

- Zostało nam kilka godzin drogi do Villa Vicencias. 

- Cudownie! To znaczy, że dotrzemy tam przed południem? 

-  Niestety,  Melanie.  Zawalił  się  most,  uszkodzony  jest  spory  odcinek 

drogi. Po wczorajszej jeździe, niech ją szlag trafi, sądzę, że łatwiej dojdziemy na 
piechotę. Ale ponieważ źle się czujesz, nie ma o czym mówić. Poczekamy, aż 
wydobrzejesz. 

- Zgoda - zawahała się. - Ale jutro będę całkiem zdrowa. 

- Możliwe. 

- Czy można stąd zadzwonić do Marii Teresy? 

- Kable telefoniczne też są uszkodzone. Zresztą trudno się temu dziwić. 

-  Aha…  -  Pomyślała  z  przerażeniem  o  rodzinie.  -  Założę  się, że  mama  i 

Elise wyrywają sobie włosy z głowy. Teraz już nie bez powodu… 

- Owszem. Jeśli słyszały o trzęsieniu ziemi, na pewno wpadły w panikę. 

background image

- Co?! Więc naprawdę było trzęsienie ziemi? 

- Niczego nie pamiętasz? 

Pokręciła głową, marszcząc z wysiłkiem brwi. Justin parsknął śmiechem. 

- Co w tym śmiesznego? 

- Opowiem ci kiedy indziej. Pamiętasz dom Victora? Leży w gruzach. 

-  O  Boże!  Pamiętam  jakieś  pojedyncze  obrazy,  urwane  sceny,  strzępy 

koszmarnego snu. Zburzone schody… Spadające na podłogę kawałki sufitu. 

-  To  wszystko  działo  się  naprawdę.  Masz  rację,  to  przypominało 

koszmarny sen. 

- I dzięki trzęsieniu ziemi urwaliśmy się Victorowi? 

- Nikt nie protestował, kiedy pożyczałem jego dżipa. 

-  Fajnie,  że  mamy  z  głowy  tego  łajdaka  -  uśmiechnęła  się  ciepło  -  ale 

trzęsienie ziemi nadszarpnęło moje nerwy. 

- Przysięgam, że ja go nie zamawiałem. Długo jeszcze tu posiedzisz? 

-  Och,  nie.  Już  wychodzę.  -  Wstała  natychmiast  i  trzymając  się  ręki 

Justina wyszła ze staromodnej, bardzo wysokiej wanny. 

Kropelki wody spływały po jej ciele. Jedna z nich wykonała błyskawiczną 

marszrutę od szyi, poprzez zagłębienie między piersiami, do pępka, aż wreszcie 
zginęła w jasnym gąszczu… 

Justin otulił Melanie ręcznikiem, a potem zaczął powoli, zdecydowanymi 

ruchami, masować jej plecy. 

Pasemko  długich  rozpuszczonych  włosów  owinęło  się  wokół  jego 

nadgarstka. 

- Przepraszam - szepnął. - Zaplątałem się niechcący. 

Odwróciła się i spojrzała mii w oczy. Ujrzała w nich płomień, który mógł 

spalić ją całą na popiół. 

background image

Wspięła się na palce. Nie odwracając wzroku, oplotła ramiona wokół szyi 

Justina. Chciała płonąć jego ogniem, nie zmarnować ani odrobiny czasu, który 
im pozostał. 

- Chciałbyś, żebym wyszorowała ci plecy, teraz, z samego rana? 

Dotyk  jej  piersi,  pokrytych  gęsią  skórką,  zderzających  się  delikatnie  z 

jego torsem, odebrał Justinowi mowę. Szorowanie pleców odłożyli na później. 

Palce  prawej  ręki  wplątał  w  jedwabiste,  wilgotne  włosy.  Musiała 

przechylić głowę do tyłu, a wtedy wargami dotknął jej ust, całował zachłannie, 
gwałtownie, głęboko sięgając językiem, nie dając Melanie czasu na wahanie. 

Nie  wahała  się.  Pożądanie  łączyło  ich  jak  mocny  węzeł.  Przylgnęła  do 

Justina bezwiednie, błagała wzrokiem, żeby ją kochał. 

Kiedy  kładł  Melanie  na  łóżku,  jej  ręce  ześliznęły  się  z  jego  szyi  i 

powędrowały  w  dół,  do  zapięcia  spodni.  Oczy  skrzyły  się  radosnym 
podnieceniem, jakby zapomniała o lękach i nieśmiałości. 

Pochyliła  się  nad  Justinem  i  dotknęła  wargami  jego  skóry.  Całowała 

każdy milimetr jego ciała, czując, jak pulsuje z rozkoszy, widząc, jak maluje się 
na jego twarzy uczucie błogości. 

Reakcje Justina były natychmiastowe. Całował ją coraz głębiej i żarliwiej, 

jego dłonie odpowiadały pieszczotą na pieszczotę. 

Kochali  się  rozpaczliwie,  pozwalając  budzić  swoje  ciała  raz  po  raz  do 

przeżywania i dawania rozkoszy. Później, kiedy leżeli skuleni, twarzą w twarz, 
myśleli o tym samym, ale skąd mogli wiedzieć… 

- Dziękuję.-Melanie pocałowała Justina w brodę. 

- Za co? - mruknął basem, unosząc głowę. 

- Za to, że nauczyłeś mnie… kochać. Jesteś wspaniały. 

- Skąd możesz o tym wiedzieć? 

- Po prostu wiem. 

-  Ale  żeby  nie  było  nieporozumień,  młoda  damo:  nie  dam  ci  żadnych 

okazji do porównań. Może to niesprawiedliwe, ale trudno, taki twój los. 

- Mógłbyś wyrażać się jaśniej? 

background image

-  Dobrze…  Otóż  jak  tylko  wrócimy  do  cywilizacji,  pobierzemy  się…  i 

będziemy żyli długo i szczęśliwie. 

Zamarła  w  bezruchu.  Potem  odsunęła  się  nieznacznie  od  Justina,  żeby 

złapać oddech. Nie czuła się na siłach rozmawiać o tym teraz, kiedy zatraciła się 
w  czystej  radości,  nie  zmąconej  marzeniami,  lękiem  o  przyszłość  ani  głosem 
zdrowego rozsądku. 

-  O  czym  ty  mówisz?  -  Postanowiła  grać  na  zwłokę,  bo  naprawdę  nie 

wiedziała, jak mu powiedzieć, że nie ma zamiaru wychodzić za mąż. 

- Mówię, że chcę się z tobą ożenić. 

- Nie - pokręciła smutno głową - wcale nie chcesz. 

- Ja nie chcę?! - Oparł się na łokciach i patrzył na nią zdumiony, szeroko 

otwartymi oczami. 

- Tak. Ale rozumiem, skąd ten pomysł. W końcu jestem małą siostrzyczką 

Elise,  a  ty  najlepszym  przyjacielem  Damona.  Wyszłaby  dość  niezręczna 
sytuacja, gdyby dowiedzieli się, jak spędziliśmy ten tydzień. 

- Nie dlatego chcę, żebyś została moją żoną! 

- Nie musisz grać przede mną komedii, Justinie. Jeżeli nie ożeniłeś się do 

tej pory, to znaczy,  że nie chcesz być żonaty. To jasne jak słońce  - wycedziła 
nienaturalnie spokojnym głosem. 

- Bzdura! Chcę się ożenić teraz, z tobą. Wcześniej nie miałem ochoty - to 

jest dopiero jasne jak słońce! 

- Nie musisz podnosić głosu. Mam dobry słuch. 

Opadł na plecy, przez długą chwilę nie odrywając oczu od sufitu. 

- Nie mogę w to uwierzyć. Przez tyle lat nie poprosiłem nikogo o rękę, a 

kiedy wreszcie się zdecydowałem, ukochana daje mi kosza. 

- Nie bierz tego do siebie… tak poważnie… 

-  A  jak,  do  diabła,  mam  to  wziąć?  Czy  nie  powiedziałaś,  że  mnie 

kochasz? 

- Tak. 

background image

- Kłamałaś? 

- Nie kłamałam. 

- Więc dlaczego nie chcesz wyjść za mnie? 

- Powiedziałam ci już. Dlatego, że ty wcale nie chcesz być żonaty. Żyjesz 

sobie  własnym  życiem,  dokładnie  tak  jak  lubisz,  i  ja  to  świetnie  rozumiem. 
Gdybyś nie przyjechał po mnie do Kolumbii na prośbę Damona, do głowy by ci 
nie przyszedł taki pomysł, rozumiesz? 

- To akurat święta prawda, ale… 

- Zapomnijmy o tyra, co się wydarzyło, Justinie. Elise i Damon nie muszą 

o niczym wiedzieć. 

- Każesz mi zapomnieć o… o tym wszystkim? 

- Tylko nie udawaj, że przeżyłeś coś szczególnego, że kochałeś się po raz 

pierwszy. 

-  Nigdy  ci  nie  mówiłem,  że  nie  spałem  z  innymi  kobietami.  Byłoby  to 

śmieszne. Ale wiem jedno: że jestem twoim pierwszym mężczyzną. 

- Ach, więc tu cię boli. Nie czujesz się chyba winny. Do niczego mnie nie 

zmuszałeś.  Jeśli  pogrzebiesz  w  pamięci,  przypomnisz  sobie,  że  byłam  ci… 
wdzięczna. 

Justin usiadł na brzegu łóżka. 

-  Zawieszam  dyskusję.  Pójdę  się  ogarnąć,  ubrać  i  przyniosę  coś  do 

jedzenia. Kiedy napełnimy puste żołądki, wrócimy do rozmowy. 

- Jestem głodna jak wilk, ale nie ma sensu wałkować tego od początku… 

-  Wydaje  mi  się,  że  wprost  przeciwnie  -  burknął  pod  nosem,  zamykając 

się w łazience. 

Melanie  zaczęła  szczotkować  włosy,  a  potem  zaplatając  je  w  warkocz 

próbowała zebrać myśli. A więc stało się. On postąpił właściwie i zaproponował 
jej  małżeństwo.  W  porządku,  chciał  mieć  czyste  sumienie.  Ona  postąpiła 
właściwie,  odrzucając  oświadczyny.  Szkoda  tylko,  że  robienie  właściwych 
rzeczy tak boli… Justin zagalopował się w roli niezłomnego rycerza i chyba nie 
ma zamiaru złożyć broni. 

background image

Starała  się  okiełznać  wyobraźnię.  Nie  myśleć,  jak  by  to  było,  gdyby 

została panią Drakę, zamieszkała z Justinem w Buenos Aires albo gdziekolwiek 
indziej,  tam,  dokąd  rzuciłby  go  los.  Westchnęła.  Przecież  nie  jest  dzieckiem. 
Odróżnia romantyczne historie od prawdziwego życia. Kocha Justina, będzie go 
kochać  zawsze,  dlatego  nie  ma  zamiaru  go  ujarzmiać.  Nie  pozwoli,  żeby  ich 
miłość zamieniła się w niewolę. 

  

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

  

Justin  ochłonął  z  zaskoczenia,  choć  przyszło  mu  to  z  niemałym  trudem. 

Przyznał w duchu, że sam jest sobie winien. Zachował się jak mały chłopiec, a 
raczej jak słoń w składzie porcelany, ale Melanie swoim sądem o małżeństwie 
wprawiła  go  w  osłupienie!  Czuł  się  jak  uczniak  postawiony  do  kąta...  nie 
wiadomo  za  co.  Mógł  przemyśleć  wszystko  dokładniej  -  zanim  wyrwał  się  z 
oświadczynami jak Filip z konopi. 

Melanie  wielokrotnie  dawała  mu  do  zrozumienia,  że  nie  chce  żyć  pod 

niczyją kuratelą. Nie powinien lekceważyć tego, co powiedziała. A może sądzi, 
że  trzydziestosiedmioletni  facet  jest  dla  niej  za  stary…  Nie  powiedziała  tego 
wprost,  żeby  nie  ranić  jego  uczuć.  Czy  dwanaście  lat  to  taka  straszna  różnica 
wieku?  Przepaść  pokoleniowa?  To  zależy…  Melanie  imponowała  mu 
wyjątkową  dojrzałością,  a  nie  młodym  wiekiem,  poza  tym  sama  mówiła,  że 
obraca się wśród ludzi starszych od siebie. A jednak… Dwadzieścia pięć lat to 
dużo  mniej  niż  trzydzieści  siedem.  A  może  poczuła  się  zbyt  "łatwa",  może 
zapragnęła, żeby się o nią starał, zalecał, żył w niepewności. Tak, to wydaje się 
bardziej prawdopodobne.  

Więc będzie czekał. Wszystko jedno, ile dni, miesięcy, lat, bo i tak nie ma 

innego wyjścia. Niech tylko ta nieszczęsna wizyta w Villa Vicencias dojdzie do 
skutku, wtedy…  

Do  diabła!  Wtedy  będzie  musiał  natychmiast  wrócić  do  Buenos  Aires  i 

stwierdzić, czy uda się jeszcze uratować kontrakt z Jorgem Villaneuvą. No, ale 
potem  mógłby  polecieć  do  Stanów  i  porozmawiać  z  nią…  O  czym?  Poprosić, 

background image

żeby  zostawiła  rodzinę,  przyjaciół,  sklep  z  upominkami  i  wyszła  za  niego  za 
mąż? Żeby zamieszkała w Argentynie, żyła w jego cieniu i rodziła mu dzieci? 

Rusz głową, stary. Melanie nie ma zamiaru wychodzić za mąż. Odkryłeś 

nagłe, że nie możesz bez niej żyć? A to wcale nie znaczy, że ona nie może żyć bez 
ciebie. Takie rzeczy zdarzają się milionom ludzi. Banalne zakończenie romansu. 

Wykąpał się, wytarł szorstkim ręcznikiem, spojrzał z zadumą w lustro. A 

więc  nie  udało  mu  się  znaleźć  ani  jednego  powodu,  dla  którego  panna 
Montgomery miałaby powiedzieć "tak".  

Kiedy  wyszedł  z  łazienki,  Melanie  nie  było  w  pokoju.  Na  równo 

posłanym łóżku leżały ubrania wyjęte z plecaka - wszystkie w żałosnym stanie, 
ale  choć  trochę  czyściejsze  od  szmat,  które  przetrwały  trzęsienie  ziemi.  Ubrał 
się błyskawicznie i wybiegł na korytarz. Melanie nie było ani na korytarzu, ani 
na  dole  przy  wyjściu. Zatrząsł  się  ze  złości. Czy  ona  ma  dobrze  w  głowie?  Po 
tym  wszystkim,  co  przeszli,  jeszcze  jej  mało!  Pewnie  wybrała  się  na  spacer  - 
odetchnąć świeżym powietrzem! Cholera jasna…  

Natychmiast się uspokoił, gdy dostrzegł Melanie na ławce przed hotelem, 

z małym chłopcem na kolanach. Malec wyglądał na cztery lata i głośno płakał. 

-  Och,  Justin!  Przetłumacz  mi,  co  on  mówi.  I  spójrz  na  jego  nóżkę, 

strasznie spuchnięta, nie wiadomo, czy nie jest złamana. 

Justin ukucnął, wziął małego za brudną rączkę i zaczął łagodnie do niego 

przemawiać. Okazało się, że Miguel nie wie, gdzie mieszka, zgubił matkę i jest 
bardzo głodny. 

Popatrzyli  na  ulicę  przed  hotelem.  Gromady  ludzi  przemieszczały  się  w 

obie  strony.  Jedni  prowadzili  rannych,  inni  przystawali  z  tobołami,  jakby  nie 
wiedząc,  co  ze  sobą  zrobić.  Niektórzy  krążyli  w  tę  i  z  powrotem,  ale  nikt  nie 
szukał małego dziecka. 

-  Zabierzemy  chłopaka  na  śniadanie,  a  potem  spróbujemy  szczęścia  w 

szpitalu. Może go ktoś szukał. 

Zresztą lekarz musi obejrzeć tę nogę. 

Melanie nie pamiętała swojej pierwszej wizyty w szpitalu, który, jeszcze 

bardziej zatłoczony niż poprzedniego dnia, zrobił na niej wstrząsające wrażenie. 
Lekarz  wytłumaczył  im,  że  samo  miasto  ucierpiało  w  niewielkim  stopniu,  ale 
rannych  zwożono  z  odległych  nawet  okolic.  Noga  Miguela  okazała  się  silnie 
stłuczona,  ale  nie  złamana.  Jakaś  kobieta,  która  przyprowadziła  kulejącego 

background image

mężczyznę, rozpoznała chłopca i zawołała go po imieniu. Dziecko rzuciło się jej 
na szyję i rozpłakało z radości. Kobieta okazała się ciotką małego, ale zgodziła 
się nim zaopiekować do czasu, kiedy odnajdzie się jego matka. 

-  Wygląda  na  to,  że  przydałaby  się  panu  każda  pomoc  -  zwróciła  się 

Melanie do lekarza. 

- O tak… - pokiwał siwą głową, wycierając pot z czoła. - Nie brakuje nam 

tylko pacjentów. To maty szpital, trzeszczy w szwach, ale robimy, co w naszej 
mocy. 

-  Gdybym  mogła  się  do  czegoś  przydać…  -  Spojrzała  na  Justina.  -  Nie 

masz nic przeciwko temu, prawda? 

-  Ależ  skąd.  Zostań  w  szpitalu,  ja  tymczasem  rozejrzę  się  po  mieście  i 

zorientuję,  czy  mamy  szansę  przedostać  się  na  drugą  stronę  rzeki.  Przyjdę  po 
ciebie  wieczorem.  Sam  już  nie  wiem  -  zawiesił  głos  -  czy  tobie,  czy  mnie 
spieszy się bardziej do Villa Vicencias. 

Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. 

W  czasie  śniadania  Justin  nie  powrócił  do  tematu  porannej  rozmowy, 

choć  czekała  na  to  ze  ściśniętym  sercem.  W  porządku.  Zrobił,  co  do  niego 
należało,  złożył  propozycję,  ale  nie  miał  zamiaru  nalegać.  Tak  będzie  lepiej, 
przekonywała samą siebie. 

Cały dzień spędziła w szpitalu. Wieczorem, zmęczona i obolała, odkryła 

w łazience, że jedyne, czego może się nie obawiać, to ciąża. Przygoda jej życia 
zbliżała  się  ku  banalnemu  końcowi,  bez  kłopotliwych  konsekwencji…  i  bez 
happy endu. 

Justin  zastał  Melanie  w  pokoju  hotelowym.  Spała  zwinięta  w  kłębek, 

dziwnie rozpalona, z bolesnym wyrazem twarzy. Kiedy usiadł na brzegu łóżka, 
otworzyła oczy. 

- Płakałaś? 

-  Nie.  Ale  chce  mi  się  wyć.  Raz  w  miesiącu  żałuję,  że  jestem  kobietą. 

Dopadło  to  mnie  w  szpitalu,  niespodziewanie,  dlatego  nie  czekałam  już  na 
ciebie, przepraszam. 

-  Rozumiem.  -  Milczał  przez  chwilę.  -  To  pewnie  ze  zmęczenia  i 

nadmiaru emocji. Ale chyba odetchnęłaś z ulgą… 

background image

-  Oczywiście.  Czułabym  się  strasznie,  gdybyś  pomyślał,  że  próbowałam 

cię złapać na… 

-  Jak  możesz!  -  Przebiegł  palcami  po  jej  plecach.  -  Nigdy  bym  tak  nie 

pomyślał, Melanie. 

-  No  to  ulżyło  mi  podwójnie  -  rozpogodziła  się.  -  Mam  nadzieję,  że 

będziesz mnie dobrze wspominał. Nie chciałabym ci się kojarzyć z trzęsieniem 
ziemi, Victorem i narkotykami. 

- Nie martw się. Masz zapewnione dożywotnie miejsce w mojej pamięci. 

Ale nie opowiem ci teraz, z czym będziesz mi się kojarzyć… Nie jesteś dzisiaj 
w formie. - Pocałował ją w czoło. 

- Zastanawiałam się, co opowiedzieć rodzinie, kiedy wrócę do domu. Jeśli 

dowiedzą  się  o  Victorze  i  wszystkich  naszych  tarapatach,  będą  się  martwić  i 
dręczyć mnie jeszcze bardziej niż do tej pory. 

- Niestety - zauważył chłodno. 

- Więc powiedzmy im, że znalazłeś mnie od razu, ale mieliśmy kłopoty z 

transportem i tyle. 

- Jak sobie życzysz. 

- Znam ich. Naprawdę nie chcę, żeby osiwieli z mojego powodu. 

- Wiem, wiem. Kochasz ich bardzo, prawda? 

- Uhm - jej twarz rozpromieniła się. - Najbardziej Erica i Brendę. 

- Do czasu kiedy będziesz miała własne dzieci. 

- Nie chcę mieć dzieci. 

-  Bzdura!  Lgniesz  do  dzieci,  tak  jak  one  do  ciebie.  Byłabyś  wspaniałą 

matką. 

Pokręciła głową. Bała się panicznie, że zanim otworzy usta, rozpłacze się 

jak bóbr. 

- Dajmy temu spokój. Nie musisz decydować się akurat dzisiaj. Odłóżmy 

planowanie twojej rodziny i chodźmy coś zjeść. Nie jesteś głodna? 

- Chyba nie. Pójdę wcześniej spać, bo przecież rano wyruszamy. 

background image

- Sądzisz, że do jutra będziesz w lepszej formie? 

- Jasne. Rano mnie nie poznasz, zobaczysz.  

- Wobec tego przyniosę ci coś do pokoju, zgoda? 

- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu… 

-  Kochanie,  kłopoty  to  moja  specjalność,  ale  sam  na  nie  zarabiam.  - 

Pochylił się nad nią i pocałował w policzek. 

Kiedy  zamknął  za  sobą  drzwi,  Melanie  utonęła  we  łzach.  Umrę  albo 

wybiję go sobie z głowy, szlochała cicho. 

Kiedy  wrócił,  było  zupełnie  ciemno.  Zapalił  tylko  światło  w  łazience, 

żeby  nie  obudzić  Melanie.  Jakimś  cudem,  nie  wiadomo  kiedy,  zdołała  uprać 
wszystkie  ich  ubrania.  Pokój  pachniał  świeżością.  W  łazience  unosił  się 
delikatny  aromat  pudru  i  wody  kolońskiej.  Pomyślał  nagle,  że  już  do  końca 
życia taki zapach będzie mu się kojarzył z ich miłością.  

Wziął  prysznic,  zgasił  światło  i  po  omacku  trafił  do  łóżka.  Uświadomił 

sobie raptem, że skoro są wolni i nic im nie grozi, zniknął powód, dla którego 
udawali  małżeństwo.  Mogli  spać  oddzielnie.  Wciąż  udawali?  Drżał  z 
podniecenia,  niczego  nie  udając.  Za  późno  było  na  szukanie  drugiego  pokoju. 
Zresztą  gdyby  Melanie  obudziła  się  i  zauważyła,  że  go  nie  ma,  wpadłaby  w 
popłoch.  Może  to  ich  ostatnia  noc…  Jeżeli  wszystko  pójdzie  tak,  jak 
zaplanował,  jutro  rano  przeprawią  się  łodzią  przez  rzekę  i  powędrują  do  Villa 
Vicencias. 

 

 

 

 

 

Melanie  nie  obudziła  się,  a  jednak  przez  sen  czuła,  że  nie  śpi  sama. 

Przysunęła się do jego boku, głowę ułożyła na piersi, mrucząc z zadowoleniem. 
Pachniała tak słodko. Może właśnie ten zapach przyjdzie mu zapamiętać na całe 
życie. 

background image

Justin  usłyszał  gwałtowne  pukanie  do  drzwi.  Poderwał  się  i  niewiele 

myśląc, mruknął: "proszę". 

Ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć w tym miejscu, był Damon 

Trent. 

Gość zamarł na chwilę, potem wszedł do środka i powoli zamknął za sobą 

drzwi. 

- Widzę, że niepotrzebnie się martwiliśmy. Tak, nareszcie rozumiem… 

Justin uwolnił swoje ramię, przekładając głowę Melanie na poduszkę. 

- Słuchaj, Damon, wszystko ci wyjaśnię - szepnął. - To nie jest wcale tak, 

jak ci się wydaje. 

-  Z  kogo  chcesz  zrobić  idiotę,  Justin?  Chyba  widzę,  co  jest  grane.  Całe 

szczęście, że przekonałem Elise, żeby została u Marii Teresy… 

- Elise jest w Villa Vicencias? 

- Tak. Przylecieliśmy wczoraj. 

- O matko… - Justin zerknął na Melanie. 

- No właśnie. Nic dodać, nic ująć. Przypuszczam, że jesteś gotowy ożenić 

się z Melanie - wycedził chłodno Damon. 

- Jasne. Kocham ją. 

Twarz Damona natychmiast się rozpromieniła. Poczekał, aż Justin włoży 

spodnie, i podszedł do niego z wyciągniętą ręką. 

- Witaj w rodzinie. Fantastyczny pomysł! 

-  Zaraz,  zaraz,  wstrzymaj  się  z  gratulacjami.  Niczego  nie  rozumiesz. 

Melanie nie chce wyjść za mnie. 

- Czego nie chce? 

-  Ciii!  Spróbuj  jej  nie  obudzić.  Miała  ciężkie  przejścia,  musi  swoje 

odespać.  Zejdźmy  na  dół,  pogadamy  przy  kawie.  Wszystko  ci  opowiem,  jeśli 
potrafię. 

 

background image

 

 

 

 

Kiedy  Melanie  otworzyła  oczy,  zdziwiła  się  trochę,  że  nie  ma  przy  niej 

Justina. Słyszała w nocy, jak wchodził, brał prysznic, była jednak zbyt śpiąca, 
żeby z nim rozmawiać. 

Usiadła,  wyciągnęła  ramiona,  szczęśliwa,  że  czuje  się  o  wiele  lepiej. 

Wieczorem  zobaczy  się  z  Marią  Teresą.  Zadzwoni  do  matki,  potem  do  Elise, 
może  nawet  pogada  z  Brendą  i  Erikiem.  Czas  wrócić  do  normalnego  życia. 
Oddzielić rojenia od rzeczywistości.  

Umyła  się,  błyskawicznie  ubrała  i  zbiegła  na  dół.  Na  pewno  znajdzie 

Justina  przy  porannej  kawie.  Wypatrzyła  go  w  najodleglejszym  kącie  jadalni. 
Dzielił stolik z jakimś mężczyzną. Stanęła jak wryta. Po pierwsze, rozmawiali 
po angielsku, a po drugie… ona tego faceta znała! 

- Damon! 

- Witaj, siostrzyczko! 

- Och, Damon! - Melanie zawisła na jego szyi. - Jak to dobrze, że jesteś! 

Jak się tu dostałeś? A co z Elise? Skąd wiedziałeś, gdzie nas szukać? 

-  Zaraz,  spokojnie  -  wybuchnął  gromkim  śmiechem.  -  Nie  mogę 

odpowiedzieć na wszystkie pytania jednocześnie. Usiądź. 

Podał  jej  krzesło  i  sam  ją  na  nim  posadził,  bo  Melanie  wyglądała  jak 

manekin  -  uśmiechnięty,  ale  sztywny  w  kolanach.  Skinął  na  kelnera,  żeby 
przyniósł więcej kawy. 

Skorzystała z okazji, żeby zerknąć na Justina, ale on wyraźnie unikał jej 

wzroku.  Zastanawiała  się,  od  kiedy  Damon  jest  w  hotelu  i  na  ile  został 
wtajemniczony  w  szczegóły.  Dowiedziała  się,  że  Elise  jest  u  Marii  Teresy,  że 
przyjechał wypożyczonym samochodem i zostawił go po drugiej stronie rzeki. 
Jak tylko się spakują i zjedzą śniadanie, przeprawią się na drugi brzeg tą samą 
łodzią. Przewoźnik jest opłacony i cierpliwie na nich czeka. Do Villa Vicencias 
powinni dotrzeć wczesnym popołudniem. 

background image

-  O  dziwo,  wyglądasz  na  wypoczętą,  Melanie.  Masz  dosyć  przygód  na 

pewien czas, czy dopiero rozsmakowałaś w awanturniczym życiu? 

W oczach Damona dostrzegła kpinę pomieszaną z sympatią. 

- W gruncie rzeczy nie było tak źle, Damonie - uśmiechnęła się potulnie, 

niepewna, czy Justin dotrzymał umowy, czy też wszystko wypaplał. - Mieliśmy 
poważne  trudności  z  transportem.  Zadzwoniłabym  do  was,  gdyby  to  było 
możliwe. Z telefonami w tym kraju… 

- Tak, wiem. Justin mi o tym opowiedział. 

- Tak? A więc wiesz już, jak to wyglądało. 

- Tak, chyba tak. - Odwrócił się do kelnera, żeby zamówić śniadanie. 

Mężczyźni  rozmawiali  o  interesach.  Z  tego  co  zrozumiała,  Damon 

zastąpił  Justina  w  negocjacjach  zawieszonych  w  Buenos  Aires  z  powodu  jego 
wyjazdu do Kolumbii. Sprawy przybrały jak najlepszy obrót. Gdyby choć na nią 
spojrzał…  

Zachowywał  się  uprzejmie,  przesadnie  uprzejmie!  Podsuwał  to  sól,  to 

cukier,  ciągle  pytał,  czy  czegoś  nie  potrzebuje,  traktował,  jak  gdyby  była 
Erikiem albo Brendą. Musiała coś wymyślić, żeby zostać z Justinem sam na sam 
- wystarczająco długo, żeby ustalić wspólną wersję wydarzeń. Nie było żadnego 
powodu,  dla  którego  Elise  albo  ktokolwiek  inny  miałby  się  dowiedzieć,  jak 
spędzała noce!  

Ogarniała ją panika, ale niezbyt uczciwie tłumaczyła sobie jej powody. 

- Jesteś gotowa? - spytał Damon. 

-  Muszę pójść na górę, spakować nasze  rzeczy…  -  urwała  w  pół zdania. 

Czy Damon wiedział, że spali w jednym pokoju? Zerknęła na Justina, ale nawet 
na  nią  nie  spojrzał.  Zadał  przyjacielowi  kolejne  pytanie  dotyczące  interesów. 
Damon  zdawał  się  jej  niefortunnego  określenia,  owych  „naszych  rzeczy"  nie 
usłyszeć. 

Czy obaj grali? 

- Za chwilę wracam - powiedziała nienaturalnie głośno, po raz kolejny nie 

doczekawszy się odpowiedzi.  

 

background image

 

 

 

- A więc nie chce za ciebie wyjść… 

- Nie. 

- Podała jakiś powód? 

-  Im  dłużej  o  tym  myślę,  tym  bardziej  jestem  przekonany,  że  nie  chce  i 

już. Powody wydają się oczywiste. 

- Ja nie widzę w tym nic oczywistego. Ale powiedz, co ci się wydaje. 

-  Jest  dla  mnie  za  młoda.  Ma  swoją  pracę,  swoje  życie.  Ja  mam  za  to 

starokawalerskie nawyki. 

- To właśnie ci powiedziała? 

- Nie. 

- Więc dlaczego nie chcesz się przyznać, co powiedziała Melanie? 

- Co to za różnica? - Damon wpił się w niego takim charakterystycznym 

kocim wzrokiem…  

Justin wzruszył ramionami. 

-  Powiedziała,  że  nie  wyjdzie  za  mnie  za  mąż,  bo  doskonale  wie,  że  nie 

chcę  być  żonaty.  Że  oświadczyłem  się  dla  przyzwoitości,  ze  względu  na 
przyjaźń z tobą i takie tam bzdury. Jednym słowem, daje mi kosza dla mojego 
własnego dobra. 

- A od czego zaczęła swój równie subtelny, jak przewrotny wywód? 

- Od tego, że nie ożeniłem się do tej pory. 

- No, to już coś… A dlaczego nie ożeniłeś się do tej pory? 

-  Dlatego,  że  haruję  dla  ciebie  jak  niewolnik  i  nie  mam  czasu  na  życie 

prywatne! I dlatego, że… - dodał wolniej, jak gdyby głośno myślał: - dlatego, że 
czekałem, aż dorośnie. Czekałem na nią. 

background image

Damon uśmiechnął się szeroko, z nie ukrywaną satysfakcją. 

- Zastanawiałem się, czy aby sam zdajesz sobie z tego sprawę. 

- Jak to? 

-  Och, Boże!  Przyglądam  ci  się od  tylu lat, wysłuchuję  zwierzeń, widzę, 

jak  się  zachowujesz.  Odkąd  ją  poznałeś,  traktujesz  inne  kobiety  jak  facet 
żonaty…  w  każdym  razie  zajęty.  Nigdy  nie  zapomnę  tamtego  dnia,  kiedy 
zobaczyłeś ją po raz pierwszy. Przyjechała do nas, do Chicago, pamiętasz? 

Justin kiwnął głową. 

-  Zaprosiliśmy  cię  na  obiad.  Kiedy  weszła  do  pokoju,  zrobiłeś 

niesamowicie głupią minę! Jakby ci coś niewidzialnego spadło na głowę. 

- Wyglądała cudownie. - Justin uśmiechnął się ponuro. 

-  Wiem.  Pamiętam  też  wyraz  twojej  twarzy,  kiedy  powiedziała,  że  ma 

dziewiętnaście lat. Ty chyba przekroczyłeś trzydziestkę. 

- Trzydzieści jeden gwoli ścisłości. Patrząc na nią czułem się jak staruch 

lecący na dziewczynki, gwałciciel nieletnich, rozumiesz? 

Damon rozpłynął się w uśmiechu. 

-  Bawiłem  się  z  tobą,  wtrącając  do  rozmowy  jej  imię,  ni  przypiął,  ni 

przyłatał,  tylko  po  to,  żeby  zobaczyć,  jak  cię  ściska  w  dołku.  -  Justin  uniósł 
głowę  znad  filiżanki  kawy,  nie  wierząc  własnym  uszom.  -  Najzabawniej 
reagowałeś na imię Philip. Wiesz, tego faceta, który za nią od lat bezskutecznie 
łazi. 

- Dlaczego, ty cholerny skur… 

-  Ależ,  Justin.  Zachowuj  się  -  Damon  kpił  w  żywe  oczy.  -  Po  tym 

wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? 

- Wiedziałeś, co czuję, i świadomie się nade mną pastwiłeś? 

-  Nie  powiem,  że  nieświadomie.  Czekałem,  żebyś  się  wreszcie  ruszył  i 

zrobił coś! 

- Nie miałem zamiaru niczego robić… 

background image

-  Tak  też  pomyślałem.  I  w  końcu  sam  się  ruszyłem.  Dla  twojego  dobra. 

Nie mogłem na to patrzeć. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  to  za  twoją  namową  Melanie  pojechała  do 

Kolumbii? 

-  Nie  przesadzaj.  Nie  miałem  z  jej  decyzją  nic  wspólnego.  Ja  się  tylko 

przyglądałem. I zadzwoniłem do ciebie, kiedy Melanie zaginęła. 

- Dobrze zrobiłeś. 

-  Dzięki,  Nareszcie  jakieś  dobre  słowo.  Pomijając  jednak  twoje  uczucia, 

nadal uważam, że nikt sobie nie radzi lepiej w prawdziwych opałach. No i tak 
wymyśliłem,  że  kiedy  będziesz  z  nią  na  okrągło,  w  sytuacji  przymusowej,  w 
końcu dojdziesz do ładu z własnymi uczuciami. - Damon rozparł się wygodnie 
na  krześle.  -  Oczywiście  pojęcia  nie  mam,  jak  Elise  przyjmie  wiadomość,  że 
uwiodłeś jej siostrzyczkę. 

- Boże, Damon! Masz zamiar jej o tym powiedzieć? 

- Kto, ja? Niby dlaczego miałbym to zrobić? 

- To, co zaszło między nami, jest wyłącznie naszą sprawą.  - Justin wstał 

gwałtownie,  patrząc  przyjacielowi  prosto  w  oczy.  -  A  poza  tym  niczyją, 
rozumiesz? 

- Zgadzam się. Moje gratulacje, nareszcie mówisz do rzeczy. Gotowy do 

wyjścia? 

- Sprawdzę, co się dzieje na górze. 

- Nie musisz się spieszyć. Mamy przed sobą cały dzień. Elise zacznie się 

denerwować dopiero wieczorem. 

Justin  zapukał do drzwi  i czekał, aż  Melanie  mu  otworzy.  Oniemiała ze 

zdziwienia. 

- Proszę. Odkąd to pukasz? Nie wziąłeś klucza? 

- Myślałem… no, że może chcesz pobyć trochę sama. 

-  To  bardzo  miłe  z  twojej  strony  -  powiedziała  drżącym  głosem, 

zdejmując z łóżka plecak. - Dopychałam kolanem, ale jakoś go zapięłam. Nigdy 
nie nauczę się pakować tak jak ty. 

background image

Mruknął coś pod nosem, a potem się odwrócił w stronę drzwi. 

- Justin?  

- Tak? 

- Co powiedziałeś Damonowi o nas? 

- A co tu jest do powiedzenia? 

- Czy… opowiedziałeś, jak udawaliśmy małżeństwo? 

-  Niestety,  tak.  Tłumaczyłem,  że  nie  mogłem  spuścić  cię  z  oka,  a  to  był 

jedyny sposób, żeby nas nie rozdzielili. 

- Aha… - Zastanawiała się przez chwilę nad treścią jego słów. - Myślisz, 

że powtórzy to Elise? 

-  Na  dwoje  babka  wróżyła.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  zrobi  Damon.  Mój 

przyjaciel  staje  się  z  wiekiem  coraz  bardziej  tajemniczy,  a  już  najtrudniej 
przewidzieć, o czym będzie rozmawiał z żoną. 

Zgadzała  się  z  nim  co  do  joty.  Kochała  swojego  szwagra  jak  brata,  ale 

rzadko potrafiła zrozumieć, o co mu naprawdę chodzi. Dobrze, że choć Elise go 
rozumiała. 

- Jesteś gotowa do drogi? - Justin rozejrzał się po pokoju. 

- Tak, jestem gotowa. - Pozwoliła sobie na małe kłamstwo.  

Po tygodniu spędzonym z Justinem, nie czuła się na siłach rozmawiać z 

własną siostrą. 

 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ ÓSMY 

background image

Zbliżali  się  do  wielkiego  domu,  w  którym  mieszkała  Maria  Teresa. 

Samochód nie zdążył zatrzymać się przed bramą, kiedy przez otwarte z hukiem, 
masywne  drzwi  frontowe  wybiegły  dwie  kobiety.  Melanie,  nie  czekając,  aż 
kierowca  zgasi  silnik,  wyskoczyła  z  tylnego  siedzenia  i  rzuciła  się  na  szyję 
jednej  i  drugiej  naraz.  Związane  ramionami  śmiały  się  i  płakały,  niezdolne 
wydusić z siebie ani słowa. 

Justin  odetchnął  z  ulgą.  Podróż  okazała  się  o  wiele  dłuższa,  niż  by  to 

wynikało  z  odległości  na  mapie.  Ilekroć  wyrwane  z  korzeniami  drzewo 
zagradzało szosę, musieli zawracać i szukać objazdu bocznymi drogami. Damon 
nie  raczył  mu  się  przyznać,  iż  zaczął  poszukiwania  poprzedniego  wieczoru, 
kilka godzin po tym, jak Justin z Melanie dotarli do szpitala. Uśmiech na jego 
twarzy mówił wyraźnie, że nie tylko nie żałuje nie przespanej nocy, ale jest w 
świetnym humorze. 

-  Wyobraź  sobie,  Elise  śmieje  się  po  raz  pierwszy,  odkąd  przyszła 

wiadomość,  że  Melanie  nie  dotarła  na  czas  do  Marii  Teresy  -  powiedział 
spokojnie  do  Justina.  -  Przyniósłbym  was  oboje  na  plecach,  byle  zobaczyć  to 
jeszcze raz. Wyraz jej twarzy, kiedy chwyciła Melanie w ramiona. 

Po raz pierwszy w życiu Justin rozumiał, co czuje Damon. 

Maria  Teresa  oderwała  się  od  pochlipujących  sióstr,  żeby  podejść  do 

niego. 

-  Witam,  panie  Drake.  Tyle  się  o  panu  nasłuchałam.  Miło  mi,  że  mogę 

pana wreszcie poznać. 

Maria Teresa była fizycznym przeciwieństwem Melanie. Drobna, niska, z 

krótkimi czarnymi lokami, które podkreślały dziecięcy wyraz jej twarzy. 

-  Dziękuję,  ze  zaopiekował  się  pan  moją  przyjaciółką.  Nie  mogłam  się 

was doczekać, ale czułam, że pan ją znajdzie, całą i zdrową. 

- Zawsze do usług - Justin odwzajemnił się czarującym uśmiechem. 

-  Proszę  wszystkich  do  środka.  -  Maria  Teresa  wskazała  ręką  drzwi,  - 

Obiad będzie za godzinę, mam nadzieję, że zdążycie chociaż trochę odpocząć. 

Okna  pokojów  mieszczących  się  na  parterze  wychodziły  na  olbrzymie 

okrągłe  patio  -  zielone  serce  domu.  Stamtąd,  zewnętrznymi  schodami,  można 
było wejść na galerię, która wieńczyła pierwsze piętro, bądź - poprzez taras - do 
salonu. 

background image

- Boże, jaki piękny dom - westchnęła Melanie. - Nic dziwnego, że tak za 

nim tęskniłaś. 

-  Rzeczywiście,  uwielbiam  tu  wracać.  Mam  nadzieję,  że  ty  też  go 

polubisz. 

Maria Teresa wskazała wszystkim ich pokoje. 

- Nie wiem, jak reszta towarzystwa  - zagrzmiał Damon - ale ja wchodzę 

pod  prysznic  i  doprowadzam  się  do  stanu  używalności.  Do  zobaczenia  przy 
obiedzie. - Razem z Elise zniknęli za drzwiami sypialni. 

-  Twój  pokój  sąsiaduje  z  moim  -  Maria  Teresa  mrugnęła 

porozumiewawczo do Melanie. - Ale na pewno jesteś strasznie zmęczona. 

- Nie na tyle, żebyśmy nie mogły pogadać. Ja będę moczyć się w wannie, 

a ty podzielisz się ze mną nowinami. Wszystkimi! 

-  Wolałabym  najpierw  usłyszeć  je  od  ciebie.  Masz  pojęcie,  co  tu  się 

działo?  Umieraliśmy  ze  strachu.  -  Zaprowadziła  Melanie  do  łazienki,  sama 
nalała wody do wanny, wyjęła ręcznik i usiadła na stołku. - Ten twój Justin jest 
jeszcze  przystojniejszy,  niż  przypuszczałam.  Pamiętasz,  że  kiedyś  mi  o  nim 
opowiadałaś?  

-  Tak…  Ale  to  nie  jest  mój  Justin.  Pospieszył  mi  na  ratunek  na  prośbę 

Damona. 

- Rozumiem. I wcale się tobą nie interesuje. 

- Oczywiście, że nie. 

- Och, Melanie, jesteś niesamowita! - Maria Teresa wybuchnęła głośnym, 

radosnym  śmiechem.  -  Komu  ty  to  mówisz?  Spędziłam  z  tobą  cztery  lata. 
Wystarczy  mi  jedno spojrzenie  w  twoje niewinne  oczy!  Tylko  mi  nie  mów, że 
iskry między wami lecą w jedną stronę. 

- Och, Terri… Kocham go strasznie. Ja chyba zwariowałam. 

- Właśnie widzę. On także jest w tobie zakochany. 

- Tak mówi. 

- No i pięknie! Daję głowę, że oświadczy ci się lada moment. 

- Już to zrobił. 

background image

- Oświadczył ci się, kochasz go i nie jesteś szczęśliwa? Przyznam, że nie 

bardzo rozumiem. 

- Nie przyjęłam jego oświadczyn. 

-  Pewnie  najadłaś  się  za  dużo  strachu  przez  ten  ostatni  tydzień.  Taak… 

musiało pomieszać ci się w głowie. - Maria Teresa spojrzała na przyjaciółkę ze 
smutkiem w oczach. - Wyobrażam sobie, co przeżyłaś, ale za kilka dni będziesz 
jak  nowo  narodzona.  Uspokoisz  się,  zaczniesz  normalnie  myśleć  i  wtedy 
powiesz mu, co naprawdę czujesz. 

- Nie mam zamiaru. 

- Dlaczego? 

- Zaproponował mi małżeństwo tylko dlatego, że… spaliśmy ze sobą. 

-  Bzdura.  On  nie  wygląda  na  faceta,  który  wykorzystuje  sprzyjające 

sytuacje. 

-  Czy  ja  coś  takiego  powiedziałam?  Przecież  nie  zgwałcił  mnie,  Terri! 

Oboje tego chcieliśmy. 

-  No  i  bardzo  dobrze!  Pobierzecie  się,  wychowacie  gromadkę  dzieci, 

będziecie żyli długo i szczęśliwie. 

- Pomyśl chwilę. Justin ma trzydzieści siedem lat i nigdy nie był żonaty. 

Czy  w  tym  wieku  zmienia  się  poglądy  na  temat  małżeństwa  albo  tryb  życia, 
przyzwyczajenia… 

-  W  każdym  wieku  można  się  zakochać,  nie  rozumiesz?  Do  tej  pory  nie 

chciał mieć żony, a teraz chce, bo cię kocha, zakuta pało. 

-  Bo  zdaje  sobie  sprawę,  że  Damon  skręciłby  mu  kark,  gdyby  postąpił 

inaczej. Wiesz, że moja rodzina traktuje mnie jak małą dziewczynkę. Niech by 
tylko ktoś spróbował mnie skrzywdzić… 

- Więc wyjdź za niego. Kochasz go naprawdę? 

- Oczywiście, że go kocham! Tak bardzo, że nie mogę go unieszczęśliwić. 

On nie nadaje się do życia w klatce. 

- Może i nie. A może gotowy jest zamknąć się w jakiejś złotej klatce tylko 

z tobą. 

background image

- A może korne mają skrzydła, a świnie potrafią latać… 

- Krótko mówiąc: masz zamiar stracić szansę poślubienia Justina Drake'a, 

ponieważ boisz się, że on będzie nieszczęśliwy. 

Melanie spuściła głowę. 

-  W  życiu  nie  słyszałam  podobnej  głupoty.  Tylko  ty  możesz  uczynić  go 

szczęśliwym. A wiesz, jak to zrobić? Pokaż mu własną szczęśliwą buzię. Niech 
uwierzy, że to dzięki niemu. 

- Myślisz, że potrafię? 

- Jestem pewna, że potrafisz. Nigdy dotąd nie poddawałaś się bez walki. 

- Dlatego, że na niczym mi tak strasznie nie zależało. Nie bałam się. 

-  Więc  nie  bój  się  i  teraz.  Coś  mi  mówi,  że  i  jemu  kolana  trzęsą  się  jak 

galareta… ale zrobi wszystko, żeby cię zaobrączkować. - Zaniosła się perlistym 
śmiechem. 

-  Czyż  nie  byłoby  pięknie?  -  Melanie  powiedziała  to  rozmarzonym 

głosem. 

-  Cudownie.  Zasługujesz  na  to.  -  Maria  Teresa  spojrzała  na  zegarek.  - 

Sprawdzę, co z obiadem. Masz jakiś wystrzałowy ciuch? 

- Niestety, nie. Prawie cały bagaż zgubiłam po drodze. 

- Pogadam z Elise. Może by ci coś pożyczyła? 

- Rób, co chcesz, moja swatko. 

 

 

 

 

W  czasie  obiadu  zaczęło  się  rodzinne  przesłuchanie.  Ilekroć  pytanie 

zadano  Justinowi,  ten  -  z  twarzą  pokerzysty  -  cedował  je  na  Melanie,  która 
mówiła to, co chciała, oraz tyle, ile chciała. Jemu było wszystko jedno. 

background image

-  Właściwie  nic  takiego  się  nie  działo.  Na  trasie  z  Bogoty  do  Villa 

Vicencias  złapała  nas  lawina  błota.  Samochód  nie  nadawał  się  do  jazdy.  Mój 
szofer  i  przewodnik  miał  załatwić  jakiś  inny  pojazd.  Starał  się,  ale  to  nie  było 
łatwe. No i wtedy, w jakimś małym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, 
znalazł  mnie  Justin.  Spieszył  się,  bo  zostawił  w  Buenos  Aires  jakieś  nie 
załatwione  sprawy…  Dotarł  na  piechotę do swojego starego znajomego,  który 
pożyczył nam dżipa. 

Justin  sięgnął  po  kieliszek  z  winem.  Melanie  naprawdę  minęła  się  z 

powołaniem. Powinna zostać aktorką. 

-  Dojechaliśmy  do  zerwanego  mostu  i  koniec  pieśni.  Gdyby  nie  Damon, 

wędrowalibyśmy dalej na piechotę. Uparłam się, że nie wyjadę z Kolumbii, póki 
nie obejrzę domu Marii Teresy. To wszystko! 

-  A  ja  wyobrażałam  sobie  Bóg  wie  co.  Śniły  mi  się  koszmary…  - 

roześmiała się Elise. - Znowu wyszłam na histeryczkę. 

-  Zawsze  ci  mówiłam,  że  za  bardzo  się  o  mnie  martwisz.  -  Melanie 

poczynała sobie coraz śmielej. - Nawet przez moment nie groziło mi poważne 
niebezpieczeństwo. 

Justin zakrztusił się ostatnim łykiem wina, a potem, odstawiając kieliszek, 

omal go nie stłukł. Melanie przesłała mu zimne spojrzenie, a Damon uderzył w 
plecy z przesadną gorliwością. 

- A co z trzęsieniem ziemi? - zapytała Maria Teresa. 

-  Trzęsienie  ziemi…  -  Szukała  ratunku  w  oczach  Justina,  niestety,  na 

próżno.  -  Widzieliśmy  mnóstwo  zniszczeń…  wokoło,  chociażby  ten  zawalony 
most, ale, prawdę mówiąc, ominęliśmy centrum katastrofy. Mieliśmy szczęście. 

- Mnóstwo szczęścia - dodał spokojnie Damon. 

-  Nie  podziękowałam  ci  jeszcze  za  to,  że  przysłałeś  po  mnie  Justina.  - 

Czuła, że drżą jej ręce i płoną policzki. 

- W końcu po to ma  się rodzinę, malutka. Nie  mieliśmy zamiaru  psuć ci 

wakacji, zadręczać przesadną troską, ale sama wiesz, że mogło być niewesoło. - 
Odwrócił  się  do  Elise.  -  Zmieńmy  lepiej  temat.  Opowiadałaś  jej  o  ostatnich 
wyczynach Brendy? 

Rozmowa zeszła na dzieci, a potem omawiano najróżniejsze tematy, które 

niezbyt interesowały Melanie. 

background image

Po kawie, którą wypili na tarasie, przy okazji podziwiając patio, Damon 

przeciągnął się w fotelu i lekko ziewnął. 

-  Przepraszam,  nie  miejcie  mi  tego  za  złe,  ale  starość  nie  radość.  Coraz 

gorzej  się  czuję  po  zarwanej  nocy.  -  Sądząc  po  uśmiechu,  którym  obdarzył 
Elise, czuł się pomimo swego "zaawansowanego wieku" jak młody bóg. 

Melanie poderwała się krzesła. 

- Ja też już pójdę. Do zobaczenia. Spotkamy się jutro rano. 

- Niestety, odlatuję o siódmej  - powiedział Justin.  - O tej porze będziesz 

jeszcze spała. 

- Wyjeżdżasz jutro? - Nawet nie próbowała ukryć zdumienia. 

-  Tak.  Z  przykrością,  ale  mam  tyle  zaległości  w  pracy…  Kilka  spraw 

czeka wyłącznie na mój podpis. 

-  Rozumiem  -  odparła  ze  ściśniętym  gardłem.  -  W  takim  razie, 

rzeczywiście, pożegnajmy się teraz. 

Damon z Elise wymknęli się na górę. Maria Teresa także gdzieś zniknęła. 

-  Nigdy  nie  zapomnę,  co  dla  mnie  zrobiłeś.  -  Podeszła  do  Justina  na 

wyciągnięcie ręki. 

- Cieszę się, że mogłem ci pomóc. Chociaż oboje wiemy, że poradziłabyś 

sobie równie dobrze beze mnie. 

-  Wiesz,  co  ci  powiem?  Ta  przygoda  wiele  mnie  nauczyła.  Oczywiście 

wielu praktycznych rzeczy, panowania nad nerwami, ale najważniejsze jest to… 
że odtąd, dzięki tobie, nie muszę udowadniać ludziom swojej niezależności. W 
ogóle niczego nie muszę udowadniać. 

- To prawda. Doskonale widać, że jesteś panią własnego losu. Myślę, że 

rodzina przestanie cię osaczać, a przynajmniej zwiększy dystans. 

- A ty? Także chcesz mnie osaczyć? 

- Nie, Melanie. Nigdy nie byłem w tym za dobry. 

- Nigdy? Obroniłeś mnie przed Victorem. Jak sądzisz, co się z nim stało? 

Przeżył? 

background image

- Nie. Stało się to, na co zasłużył. 

- Nie byłabym taka pewna… Na wspomnienie tej gęby ciarki chodzą mi 

po  plecach.  Cóż…  chyba  pójdę  już  do  łóżka,  -  Czekała  chwilę,  ale  nic  nie 
odpowiedział. - Nie pocałujesz mnie na pożegnanie? 

Oparł  się  o  framugę  drzwi  i  -  po  raz  pierwszy,  odkąd  zostali  sami  - 

spojrzał jej prosto w oczy. 

- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. 

-  No  cóż…  Dziękuję  ci  jeszcze  raz  -  powiedziała  pogodnym,  nieco 

wymuszonym,  tonem.  -  Pewnie  zobaczymy  się  kiedyś,  w  Stanach,  a  może 
skorzystam z zaproszenia i odwiedzę cię w Buenos Aires, 

- Dobranoc, Melanie - powiedział krótko. 

Odwróciła się na pięcie i odeszła. 

 

 

 

 

 

Maria  Teresa  przekonała  Damona  i  Elise,  żeby  zostali  u  niej  do  końca 

następnego tygodnia. Od rana do wieczora, przez kitka dni, zwiedzali okolice, 
włóczyli się po mieście i odpoczywali. 

Melanie znajdowała wiele przedmiotów, które cieszyłyby się popytem w 

jej sklepie, ale jakoś nie miała zapału do robienia zakupów. 

Z  uporem  maniaka  myślała  o  Justinie.  Wieczorem  nie  mogła  zasnąć,  w 

środku nocy budziła się przerażona, że go nie ma, rano schodziła na śniadanie z 
podkrążonymi oczami. 

Maria  Teresa,  jako  osoba  wtajemniczona,  wynajdywała  przyjaciółce 

tysiące zajęć - żeby tylko jak najmniej czasu poświęcała na myślenie. Gorzej z 
Elise… 

background image

- Zupełnie ciebie nie poznaję. Gdzie ta Melanie, którą rozpierała energia? 

Może złapałaś w dżungli jakieś świństwo? 

-  Nie,  po  prostu  źle  sypiam.  Budzę  się  na  każdy  hałas.  Ale  nic  to.  Nie 

martw się, za kilka dni wrócę do normy, 

Po pięciu dniach, zgodnie z obietnicą, Justin zadzwonił do Damona. 

- Dokumenty gotowe do podpisu, szefie. Czy mam je wysłać? 

- A nie możesz tu z nimi przyjechać? 

- Mogę. Ale wolałbym tego nie robić. 

- Nigdy nie myślałem, że jesteś tchórzem, Justinie. 

- Nie jestem tchórzem. Po prostu nie widzę powodu, dla którego miałbym 

narażać  się  na  ból.  W  jakiej  intencji?  Cokolwiek  byś  o  mnie  powiedział, 
przyjacielu, nie jestem masochistą. 

- Rzecz do dyskusji. Ona tu cierpi bez ciebie. 

- Oczywiście. 

-  Dałeś  jej  czas  do  namysłu,  w  porządku.  Teraz  powtórz  pytanie,  a 

zobaczysz,  że  nie  pożałujesz.  Melanie  więdnie  w  oczach.  Nie  bądź  sadystą, 
stary! 

Serce  waliło  mu  jak  oszalałe.  Na  myśl,  że  dostanie  kosza  po  raz  drugi, 

wpadał w panikę. Może jednak jest większym tchórzem, niż przypuszczał. 

-  Jak  sobie  życzysz,  szefie.  Do  zobaczenia.  Przyjadę  jutro.  -  Usłyszał  w 

słuchawce westchnienie ulgi, a potem jowialny śmiech Damona. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

background image

 

-  Dawno  się  tak  pysznie  nie  bawiłam!  -  zaśmiewała  się  Elise  po  dniu 

spędzonym  na  zakupach  z  Melanie  i  Marią  Teresą.  -  Tego,  co  dzisiaj 
upolowałam, wystarczyłoby na otwarcie małego sklepu. Trochę czuję się winna, 
dziewczyny,  że  przykleiłam  się  do  was  jak  rzep.  Pewnie  macie  sobie  tyle  do 
powiedzenia… 

-  Czujesz  jakiś  rzep  na  plecach,  Terri?  -  spytała  Melanie,  rozparta 

wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu. - Bo ja nie… 

-  Oczywiście,  że  nie.  Od  przybytku  głowa  nie  boli,  Elise.  Bardzo 

chciałam, żebyś z nami została. - Maria Teresa, zatrzymawszy się przed bramą 
garażu,  zerknęła  w  lusterko  wsteczne.  -  Swoją  drogą,  w  zeszłym  tygodniu 
Melanie bawiła się w dżungli jeszcze pyszniej! 

- Nie chce się przyznać - parsknęła śmiechem Elise - że ta wyprawa dała 

jej w kość. 

-  W  porządku,  siostro,  przed  tobą  nic  się  nie  ukryje.  A  więc,  moja 

kochana, wyznaję, że ta przygoda dostarczyła mi więcej podniecających wrażeń, 
niż  mogłam  znieść…  bez  uszczerbku  dla  zdrowia  psychicznego.  Teraz  modlę 
się o proste, uczciwe życie! Takie jak mojej siostry, amen. 

Wszystkie trzy wybuchnęły głośnym chichotem. 

Śmiały się jeszcze przez całą drogę od garażu do domu, potykając się o 

torby i paczki, które co kilka kroków wypadały im z rąk. 

- Ogołociłyście miasto do cna? - Damon otworzył im drzwi, nie czekając, 

aż zadzwonią. 

- Prawie. - Całując go w policzek, Elise dostrzegła męską postać w holu. - 

Justin! Kiedy przyjechałeś? Nie miałam pojęcia… 

Melanie wypuściła z rąk wszystkie paczki. 

- Justin? 

-  Cześć,  Melanie.  Zdaje  się,  że  potrzebujesz  pomocy  -  powiedział   

naturalnym, opanowanym głosem. - Wniosę te paki na górę. 

Melanie weszła pierwsza, żeby otworzyć mu drzwi. 

background image

-  Rzuć  je  byle  gdzie,  choćby  na  krzesło.  Potem  wszystko  rozwinę  i 

przepakuję. 

Zrobił,  jak  prosiła.  Potem  odwrócił  się  i  począł  mierzyć  ją  wzrokiem. 

Miał wrażenie, że rozstali się przed miesiącem, który strasznie mu się dłużył, 

- A mój napiwek? - oparł ręce na biodrach. 

- Napiwek? 

- Należy mi się przynajmniej pocałunek. 

Melanie zaczęła drżeć. Stał przed nią tamten pierwszy Justin, pogodny, z 

lekko kpiącym, ale ciepłym wzrokiem - a nie facet, który uciekł od niej tydzień 
temu. Czy mogła mu się oprzeć? 

- Nie wiedziałam, że zależy ci jeszcze na moim pocałunku. 

 - Nie powiedziałem, że mi nie zależy, tylko że to nie najlepszy pomysł. 

- Aha… 

-  Ale  po  dłuższym  zastanowieniu  radykalnie  zmieniłem  zdanie.  -  Poczuł 

na  szyi  jej  ciepłe  dłonie.  -  Tak  strasznie  za  tobą  tęskniłem  -  wyszeptał  i  nie 
czekając na jej słowa, zaczął całować. 

- Kawa gotowa! 

Głos  Elise  zelektryzował  oboje.  Odskoczyli  od  siebie,  przerażeni  jak 

dzieci. 

- Masz ochotę na kawę? - zapytała Melanie. 

- Jako środek uspokajający? Chyba nie mamy wyboru. - Wziął ją za rękę i 

wyprowadził z pokoju. 

Wieczór  spędzony  w  salonie  okazał  się  dla  nich  istną  mordęgą.  Elise 

relacjonowała  ostatnią  rozmowę  z  dziećmi.  Brenda  i  Eric  spędzali  wakacje 
swojego  życia  u  babci  na  farmie  i  brakowało  im  czasu,  żeby  tęsknić  za 
rodzicami.  Melanie  z  Justinem,  coraz  bardziej  przygnębieni,  wymieniali 
gorączkowe spojrzenia, a Damon śledził rozwój sytuacji szczerze rozbawiony. 

Justinowi  przemknęła  myśl  o  patio.  Może  powinni  wyjść  na  spacer… 

Spojrzał na Elise, potem jednak poczuł na sobie świdrujący wzrok przyjaciela - i 

background image

poddał  się  bez  walki.  Tuż  po  północy  wszyscy  jednocześnie  rozeszli  się  do 
swoich sypialni. 

O zaśnięciu nie było mowy. Przez godzinę kasłał, przekręcał się z boku na 

bok, w końcu odrzucił z pasją kołdrę. Resztę nocy postanowił spędzić na patio. 
W dżinsach i nie zapiętej koszuli wyszedł na galerię, zamknął za sobą drzwi i, 
bezszelestnie jak kot, zbiegł po schodach do ogrodu. 

Melanie  usłyszała  ciche  trzaśniecie  drzwiami.  A  więc  nie  tylko  ona 

cierpiała  na  bezsenność.  Próbowała  wszystkiego:  gorącej  kąpieli,  liczenia 
baranów,  lektury  nudnej  książki.  Myślała  tylko  o  Justinie,  który  spał  w 
sąsiednim pokoju. 

Wyskoczyła  z  łóżka,  na  przezroczystą  koszulę  narzuciła  równie  cienki 

jedwabny szlafrok i wyszła przez balkon. Justin! On nie śpi… Zapomniawszy o 
butach, podreptała na dół, trzymając się kurczowo poręczy schodów. 

- Melanie! Przeziębisz się… w tym stroju. 

- To samo mogę powiedzieć o tobie - dotknęła jego nagiego torsu. 

-  Na  kiedy  planujesz  powrót  do  Stanów?  -  zapytał,  głośno  przełykając 

ślinę. 

- Jeszcze się nie zdecydowałam. Damon z Elise wyjeżdżają za kilka dni. 

A ja… nie wiem. Może w ogóle nie wrócę do domu. 

- Jak to? 

-  Myślałyśmy  z  Marią  Teresą  o  założeniu  wspólnego  interesu  w  tym 

mieście. Ona nauczyłaby mnie hiszpańskiego, a ja ją prowadzenia rachunków. 

-  Myślałem,  że  po  ostatnich  przejściach  z  radością  wrócisz  pod  skrzydła 

mamusi. 

- Nie - roześmiała się. - Zrozumiałam, że chcę od życia trochę więcej, niż 

może mi zapewnić sklep z upominkami. Sprzedam go albo wydzierżawię sama 
jeszcze nie wiem. Ale na pewno coś się zmieni. 

- A małżeństwo? 

- Małżeństwo? 

- Nie chciałabyś wyjść za mąż… pewnego dnia? 

background image

- Oczywiście, że tak! Ale tylko za człowieka, którego kocham. 

- Aha… 

Co  za  szaleństwo!  Kiedy  poprosił  mnie  o  rękę,  myślała  Melanie, 

zachowałam się jak ostatnia idiotka, powiedziałam "nie", bo nie uwierzyłam, że 
on  naprawdę…
  Błądząc  dłońmi  po  jego  skórze,  czuła  coraz  bardziej  napięte 
mięśnie, twardniejące pod jej palcami sutki. 

- Oczywiście wiesz, co ze mną robisz? - wyszeptał. 

- Oczywiście. I wiem, co czuję. 

- Nie igraj ze mną, Melanie. 

Kiedy zacisnął ręce na jej talii, przylgnęła do niego mocno, żeby nie miał 

odwrotu. 

-  Tak  się  cieszę,  że  wróciłeś,  Justinie,  nigdy  w  życiu  nie  czułam  się  tak 

samotna. 

- To reakcja na ciężkie przeżycia. 

-  W  pewnym  sensie.  Na  to,  czego  mnie  nauczyłeś.  Wpadłam  w  nałóg, 

kochany, nic na to nie poradzę. 

- Boże! Melanie, doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

Ujął  w  ręce  jej  głowę.  Całowali  się  gwałtownie,  raniąc  sobie  zębami 

wargi, w jakiejś chwili poczuła nawet w ustach słony smak krwi. Jeżeli do tej 
pory cokolwiek przed sobą udawali, to teraz wszystkie te głupstwa straciły sens. 

Justin  odsunął  się  nagle,  ujął  w  dłonie  jej  piersi,  i  opuszkami  palców 

zaczął drażnić oba koniuszki jednocześnie. Zacisnęła zęby, kiedy przerwał. Jego 
ręka zsuwała się coraz niżej i zatrzymała miedzy udami. Rozsunęła je bez oporu, 
z westchnieniem ulgl. 

- Melanie, pragnę ciebie tak bardzo… 

- Ja też. Kochaj mnie, Justin, nie mogę już… Ty też się męczysz, przecież 

czuję to… Boże, chodźmy do pokoju. 

-  Melanie,  ale  ja  nie  pragnę  ciebie  na  jedną  noc.  Męczyłbym  się  jeszcze 

bardziej, gdybym musiał jutro odejść. 

background image

- Nie musisz nigdzie odchodzić. Pójdę za tobą wszędzie, wszystko jedno 

dokąd, rozumiesz? 

- To znaczy, że… zostaniesz moją żoną? 

- Tak. 

- Mimo że jestem za stary i mam starokawalerskie nawyki? 

- To oświadczyny czy spowiedź? 

- Tydzień temu nie chciałaś… 

- Chciałam, ale myślałam, że ty tylko z uprzejmości… 

- Ja?! Z uprzejmości? Musiałaś mnie pomylić z kimś innym. 

-  Postanowiłam,  że  zrobię  wszystko,  żebyś  nigdy  nie  pożałował  tego 

kroku. 

- Nigdy nie pożałuję. - Justin spoważniał. Wziął Melanie na ręce i zaczął 

wchodzić po schodach. - Myślę, że wrócimy do tematu jutro rano. 

- Nie wykręcaj się. Chcę spać z tobą. Sama nie zmrużę nawet oka. 

- Mam identyczny kłopot, ale rzecz w tym, że jeśli zostanę u ciebie, tym 

bardziej nie zmrużymy oka. 

Ułożył ją na łóżku. Melanie zaczęła się rozbierać. 

- Bądźmy logiczni - mówiła nie odrywając od niego wzroku. - Wolisz nie 

spać sam, czy nie spać ze mną? 

- No tak… Wyobrażam sobie, że tak będzie się kończyła każda rozmowa 

w naszym małżeństwie. - Parsknęli zgodnym śmiechem. 

 

 

 

 

 

background image

Zasnęli  tuż  nad  ranem,  wyczerpani  kolejną  lekcją  miłości,  szczęśliwi  i 

ukojeni. 

Nie  słyszeli  hałasów  na  korytarzu  ani  delikatnego  pukania  do  drzwi. 

Dopiero wyraźny głos Elise wyrwał ich ze snu. 

- Melanie, Damon proponuje, żebyśmy… o Boże! 

Melanie  uniosła  głowę  z  ramienia  Justina  i  zobaczyła  własną  siostrę 

zamienioną w słup soli. Elise stała tak kilka sekund, w końcu odwróciła się na 
pięcie i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Bezszelestnie. 

-  Cholera!  -  mruknął  Justin,  patrząc  z  niesmakiem  na  drzwi.  -  Znów 

narozrabiałem! 

- Nic złego nie zrobiłeś. - Melanie usiadła po turecku, zaciskając pięści. - 

Dlaczego  bierzesz  na  siebie  winę  za  to,  robiliśmy  wspólnie?  I  to  z 
przyjemnością - chciałam zauważyć. 

-  Bo  jestem  starszy  i  bardziej  doświadczony,  powinienem  był 

przewidzieć… 

-  Posłuchaj,  staruszku,  guzik  mnie  obchodzą  twoje  cholerne 

doświadczenia.  A  po  drugie,  robi  mi  się  słabo,  kiedy  słyszę  o  twoim 
zaawansowanym wieku. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. 

Justin opadł na poduszkę, krzyżując ręce pod głową. 

-  Coś  mi  się  zdaje  -  zaczął  teatralnym  głosem,  z  oczami  wlepionymi  w 

sufit  -  że  nasze  małżeństwo  nie  będzie  sielanką.  -  Spojrzał  na  Melanie  spod 
przymrużonych powiek. - Nie masz zamiaru zostać posłuszną żoną, prawda? 

-  A  marzy  ci  się  taka?  -  Wątpiła  przez  chwilę,  czy  Justin  żartuje,  czy 

mówi poważnie, 

-  Nie, Boże  uchowaj, tylko nie to!  -  wybuchnął śmiechem.  -  Nigdy  bym 

się  nie  zakochał  w  kimś,  kto  będzie  posłuszną  żoną.  -  Usiadł  i  pocałował  jej 
odęte wargi. - Idę do siebie, a ty spróbuj udobruchać moją przyszłą szwagierkę. 
A właśnie: kiedy się pobieramy? 

- W południe? 

- Wspaniale. Jak ja dożyję tego południa? 

 

background image

 

 

 

 

Kiedy  Damon  wyszedł  z  łazienki,  Elise  siedziała  nieruchomo  w  fotelu, 

wpatrując się w okno. Blada jak ściana, w zaciśniętej dłoni trzymała chusteczkę. 

- Co się stało? Wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć. 

-  Wydaje  ci  się,  że  kogoś  znasz  -  podniosła  zapłakane  oczy  -  że  znasz 

człowieka  od  lat  i  nagle  okazuje  się,  że  w  ogóle  nie  masz  pojęcia,  jaki  jest 
naprawdę! 

- Kochanie? - Damon zamarł z przerażenia. - O co chodzi? Zrobiłem coś 

złego? 

- Nigdy nie zapomnę, jakie zrobił na mnie wrażenie, kiedy zobaczyłam go 

po  raz  pierwszy:  ten  jego  spokój,  pewność  siebie,  uczynność…  Wyglądał  na 
człowieka, który nie skrzywdziłby nawet muchy… 

Damonowi  zakręciło  się  w  głowie.  Poczuł,  że  to  on  zemdleje,  zanim 

dowie się całej prawdy. 

- Elise… chcesz powiedzieć, że zakochałaś się w kimś innym? 

- Och, Damon, ufałam mu. Do tego stopnia, że powierzyłabym mu własne 

życie, życie twoje i naszych dzieci. I Melanie. 

- Czy mówisz o Justinie? - Damon odzyskiwał oddech. 

-  Tak,  o  Justinie,  który  udawał  naszego  przyjaciela,  a  przez  cały  czas 

uwodził moją siostrę! I uwiódł! 

-  Powiedz  mi,  co  się  dokładnie  wydarzyło,  może  znajdziemy  jakieś 

sensowne wyjaśnienie. 

- Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień! Dobrze wiem, co widziałam. 

- Więc co widziałaś? 

background image

-  Zajrzałam  do  pokoju  Melanie.  Pukałam,  ale  nie  odpowiadała, 

pomyślałam, że śpi… 

- I co zobaczyłaś? 

- Justina i Melanie w jednym łóżku.  

- Aha. 

- Nie jesteś zdziwiony? 

- Niespecjalnie. 

- Bo wcale cię nie obchodzi, co się stanie z moją siostrą! 

-  Elise,  wysłuchaj  mnie.  Twoja  siostra  jest  dorosłą  kobietą.  Ma 

dwadzieścia pięć lat, prawda? 

Kiwnęła głową. 

-  Justin  jest  w  niej  zakochany  po  uszy  już  od  kilku  lat,  chociaż  sam  nie 

zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Aż  do  spotkania  z  Melanie  w  Kolumbii.  Swoją 
drogą, ta przygoda miała bardziej dramatyczny przebieg, niż zeznała wesolutko 
Melanie.  Dość  już  mam  tych  rodzinnych  kłamstw,  które  popełniamy  w  imię 
szlachetnych  pobudek,  żeby  nie  urazić  czyichś  uczuć,  żeby  nie  denerwować 
mamusi  i  tak  dalej!  Melanie  nie  chciała  cię  martwić,  jak  zwykle,  a  ja  cię 
zmartwię  i  powiem,  jak  było  naprawdę.  Choćby  po  to,  żebyś  zrozumiała,  że 
Justin  jest  w  porządku.  Kiedy  zostali  porwani  przez  pewnego  przemytnika 
kokainy… 

- Porwani?! 

- Justinowi udało się przekonać faceta, że on i Melanie są małżeństwem. 

Oszczędzę ci opowieści, co by się stało, gdyby ich rozdzielił. Zapytaj Melanie. 
Tak  więc  przez  tydzień  twoja  siostra  i  mój  przyjaciel  mieszkali  razem,  razem 
jedli  i  spali  w  jednym  łóżku.  Justin  ją  chronił.  Dziwisz  się  jeszcze 
czemukolwiek?  Czy  na  jej  miejscu,  gdybyś  znalazła  się  ze  mną  w  podobnej 
sytuacji, zachowałabyś cnotę? 

- Pewnie, że nie… Czy ona go kocha? 

- A jak sądzisz? Przecież to twoja siostra. Sądzisz, że poszłaby do łóżka z 

facetem, do którego nic nie czuje, za którego nie chciałaby wyjść za mąż? 

- Wyjść za mąż? 

background image

-  Stąd  cała  afera.  Jego  nagły  wyjazd,  a  teraz  powrót.  Justin  poprosił 

Melanie  o  rękę  i…  dał  jej  trochę  czasu  do  namysłu.  Sądząc  po  tym,  co 
widziałaś, tym razem nie dostał kosza. 

- Nie miałam pojęcia… - wydusiła z siebie Elise po chwili milczenia. 

- Ja też o niczym nie wiedziałem, póki nie nakryłem ich w jednym łóżku, 

w  pokoju  hotelowym.  Wiesz,  co  im  kupimy  w  prezencie  ślubnym?  Zamek  do 
drzwi sypialni! 

Elise zaczęła odzyskiwać humor. 

- Och, Damonie, powinnam Justina przeprosić za to, co tu wygadywałam. 

Ale, wierz mi, byłam kompletnie zaskoczona! 

-  Nie  musisz  mi  tego  tłumaczyć.  W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  go 

rozerwę na kawałki. Miałem ochotę go zabić. Najlepiej zrobimy, jeśli damy im 
teraz spokój. Niech robią, co chcą. My nikogo nie słuchaliśmy, prawda? 

- Nie. 

-  A  więc  czas się  rozstać  z siostrzyczką, Elise. Ona rozwinęła  skrzydła i 

ma Justina, który, jak znam życie, będzie ją rozpieszczał jeszcze bardziej niż ty i 
matka. 

- Czuję się jak idiotka, Damonie. Jak ja im spojrzę w oczy? Wparować tak 

do cudzego pokoju… 

Damon przyciągnął ją do siebie i pocałował. 

- Wymyślisz coś, kochanie. Nie takie rzeczy potrafiłaś załatwić. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

background image

Melanie szczotkowała włosy,  myśląc o Justinie. Byt bardzo zakłopotany 

niefortunnym spotkaniem z Elise, Dlaczego nie zamknęli drzwi? 

Swoją drogą, to dziwne… Przejął się tym bardziej niż ona sama. Nie do 

wiary. 

Od  lat,  właściwie  od  urodzenia,  Melanie  liczyła  się  z  każdym  słowem, 

każdą  opinią  członków  swojej  rodziny.  Dawała  im  oczywiście  odpór,  ciągle  o 
coś  walczyła,  ale  traciła  na  te  potyczki  mnóstwo  czasu,  zamiast  żyć  własnym 
życiem. 

I oto nagle wszystko się zmieniło. Czuła, że może robić, co chce, nie musi 

na  nic  reagować.  To  ich  sprawa,  czego  się  po  niej  spodziewają.  Sama  będzie 
wyrażać  swoją  wolę,  swój  charakter,  bez  żadnych  wyrzutów  sumienia.  Nie 
pojedzie  do  Indii,  żeby  udowodnić,  że  nie  boi  się  słoni.  Niczego  nie  musi 
udowadniać. 

To przebudzenie zawdzięczała Justinowi. Musiała go poznać, żeby zacząć 

żyć  inaczej.  On  nigdy  nie  zabiega  o  wolność,  o  to,  żeby  go  lubiano  lub 
szanowano.  Zna  swoją  wartość,  nigdy  nie  przypomina  ludziom,  kim  jest.  Po 
prostu jest. 

Spojrzała na zegarek. Prawie dziewiąta. Ciekawe, czy zdążą ze ślubem do 

południa. Zdążą, ale powinna się pospieszyć. Związała włosy w koński ogon i 
zaczęła się ubierać. 

Justin zszedł do jadalni. 

- Dzisiaj śniadanie w plenerze! - zawołał Damon ze środka patia. - Jesteś 

drugi - przywitał Justina wyjątkowo radośnie, nalewając mu kawy z dymiącego 
dzbanka. Potem usiadł, podnosząc do ust filiżankę. - Mmm. Nie ma to jak smak 
kolumbijskiej kawy. 

-  No  dobrze,  przestań  się  wygłupiać  -  mruknął  Justin.  -  Wiem,  jaki  ze 

mnie idiota, więc ulżyj sobie od razu. Możesz mi nawymyślać. 

-  Zakładam,  że  powiedziała  sakramentalne  "tak"  -  powiedział  z 

uśmiechem. 

Justin skinął głową, czując, że płoną mu uszy. 

- Wspaniale. Kiedy ślub? 

- Melanie chce, żebyśmy pobrali się dzisiaj w południe. 

background image

Damon wylał kawę na swoją świeżo uprasowaną koszulę - ku nie tajonej 

satysfakcji Justina. 

- Południe, powiadasz? Dzisiaj?! 

- Tak życzy sobie Melanie. 

- Ale po diabła ten pośpiech? Przecież mówiłeś… że nie jest w ciąży. 

-  Mówiłem  -  Justin  szepnął  z  niesmakiem  -  i  nie  jest,  ale  nie  musisz 

rozgłaszać tej nowiny wszem i wobec. 

- Przepraszam! Więc po co ten pośpiech? 

-  Zdaje  się,  stary,  że  ja  i  Melanie  cierpimy  na  tę  samą  nieodwracalną 

przypadłość.  Przyzwyczailiśmy  się  do  spania  w  jednym  łóżku.  Oddzielnie  nie 
możemy zmrużyć oka. 

- Rzeczywiście, nie wyglądasz na wyspanego. 

- Staramy się coś z tym zrobić. 

- Nie wątpię - Damon wybuchnął śmiechem. 

Justin mu zawtórował. 

- Dzień dobry. - Nadeszła Elise i swoim naturalnym, ciepłym uśmiechem 

obdarzyła  obu  mężczyzn,  wprawiając  Justina  w  osłupienie.  -  Zdaje  się,  że 
wydarzyło się coś zabawnego. 

- Nie wydaje ci się śmieszne, kochanie  - zwrócił się do niej Damon  - że 

taki  stary  koń  jak  Justin  zdecydował  się  na  małżeństwo?  Naprawdę  nie 
myślałem, że dożyję tej chwili. 

- Mmm, nigdzie nie piłam lepszej kawy. 

Elise za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego jej niewinna uwaga sprawiła, 

że obaj mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem. 

-  Dzień  dobry  -  na horyzoncie pojawiła  się  Melanie.  -  Ale piękny  dzień, 

prawda? 

-  Tak  -  zgodziła  się  Elise.  -  Cudowny.  Ale  jeśli  chcesz  pochwalić  kawę, 

przygotuj się na to, że ci dwaj cię obśmieją. 

background image

- O czym ty mówisz? 

-  Sama  chciałabym  zrozumieć,  dlaczego  Justin  z  Damonem  zachowują 

się, delikatnie mówiąc, dziwnie. Jakby przedawkowali. 

- Protestuję - obruszył się Damon. - Po prostu… rozmawialiśmy o ślubach 

i takich tam sprawach… 

Justin sięgnął po rękę Melanie, która na słowa Damona zmarszczyła brwi. 

Czyżby miała mu za złe, że rozmawiał o ślubie z jej rodziną? 

- Justin i ja mamy zamiar się pobrać, jeśli o tym była mowa. 

-  To  cudowna  wiadomość  -  powiedziała  Elise.  -  Jesteście  dla  siebie 

stworzeni. Ustaliliście datę ślubu? 

- No… niezupełnie, chcieliśmy to uzgodnić z wami. 

-  Co  byście  powiedzieli  na  dwunastą  w  południe?  Dzisiaj?  -  zagrzmiał 

Damon. 

-  Dzisiaj!  -  zawołała  Elise.  -  Ależ,  Damon,  trzeba  coś  kupić,  jakieś 

przyjęcie… - na widok miny, którą zrobiła Melanie, głos zamarł jej w ustach. 

- Powiedziałeś mu, prawda? - syknęła złowrogo. 

- Powiedziałem, że chcę się z tobą ożenić jak najszybciej. 

-  Ale  to  świetny  pomysł!  Czy  ktoś  z  was  ma  pojęcie,  jak  się  załatwia 

ekspresowe śluby w Kolumbii? 

- Maria Teresa by wiedziała - odpowiedziała uspokojona nieco Melanie. - 

Ale wyjechała do miasta. Musimy na nią poczekać. 

- No trudno - Damon pokiwał głową.  - Zdaje się, że dzisiaj nie zdążycie 

się pobrać. A szkoda. Może na te kilka nocy spróbujecie pigułek nasennych. 

-  Damon!  -  Elise  pomyślała  o  ulubionych  pigułkach  nasennych  swojego 

męża. 

Justin  i  Melanie  spojrzeli  po  sobie,  wzruszyli  ramionami,  za  to  Damon, 

który  zrozumiał,  jak  zinterpretowała  jego  słowa  Elise,  wybuchnął  głośnym 
śmiechem. 

 

background image

 

 

 

 

 

 

-  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  pierwszej  rocznicy  ślubu, kochanie  - 

szepnął Justin do ucha Melanie. 

Otworzyła ostrożnie jedno oko. W pokoju panował półmrok. 

- Justin, jeszcze jest ciemno. 

- Nie chciałbym zmarnować  ani minuty dzisiejszego dnia.  - Wsunął ręce 

pod kołdrę i powolnymi ruchami zaczął masować jej biodra. - Naprawdę jesteś 
taka śpiąca? 

-  Przypominam  ci,  że  wieczorem  strasznie  długo  cierpieliśmy  na 

bezsenność. - Położyła głowę na jego ramieniu i mocno przytuliła się do męża. 

- Nie pamiętam, żebyś się choć raz poskarżyła. 

- Nie. Ani razu. 

- Nie chcesz chyba przespać tego dnia, co? 

- Oczywiście, że nie. 

Melanie  usiadła,  przecierając  oczy.  Dlaczego  zakochała  się  w  takim 

rannym  ptaszku?  Na  pewno  opatrzność  wiedziała,  co  robi.  Może  bez  niego 
przespałaby życie… 

-  Myślałem,  że  zabiorę  cię  na  śniadanie,  potem  pojechalibyśmy  na 

przejażdżkę… 

- Dzisiaj jest wtorek, kochany. Nie idziesz do biura? 

- W naszą rocznicę? Wykluczone. 

background image

- To nasza rocznica, a nie święto państwowe. 

- Pogadam o tym z Jorgem. Zna ludzi z rządu. Hm, zdaje się, że nie tylko 

zna,  ale  jest  spokrewniony  z  większością  ministrów.  Może  przygotują 
odpowiednią ustawę…  

- W porządku. Masz dzisiaj wolne. Czy Maria wie, że nie przyjdziesz? 

- Od dawna ma to zaznaczone w kalendarzu. Na czerwono. 

-  Traktujesz  bardzo  serio  tę  rocznicę,  prawda?  -  Melanie  dotknęła  jego 

twarzy. 

-  Właśnie.  To  najważniejsza  data  w  moim  życiu.  Nigdy  przedtem  ani 

potem nie miałem tylu kłopotów. Myślałem nawet, że tego dnia nie dożyję. 

- Nie było tak źle! - zachichotała. 

-  O  nie!  Było  świetnie!  Musiałem  tylko  polecieć  po  twoją  matkę, 

siostrzeńca  i  siostrzenicę,  urządzić  przyjęcie.  Ty  nie  miałaś  głowy  do 
drobiazgów, bo całymi dniami biegałyście po sklepach. 

- Pamiętam - westchnęła. - Było cudownie. 

-  Bardzo.  Nawet  nie  wiesz,  ile  zimnych  pryszniców  wziąłem  w  czasie 

przedślubnej kwarantanny. 

- Rzeczywiście, warunki nam nie sprzyjały. Ale za to miodowy miesiąc… 

- Jaki miodowy miesiąc? 

- Nasz miodowy miesiąc. 

-  Melanie,  nie  zaznaliśmy  tego  luksusu.  Przywiozłem  cię  do  Buenos 

Aires, zapakowałem do łóżka na trzy dni, a potem musiałem wrócić do pracy. 

- Wiem. Było wspaniale - westchnęła. 

- Łatwo cię zadowolić. 

- Nie powiesz, że rozbawienie ciebie przychodzi mi z trudem. 

Justin przyciągnął Melanie, zaczął całować jej szyję, i nagle przerwał. 

- Nie. Nie zrobię tego. 

background image

- Czego? 

- Nie spędzę pierwszej rocznicy naszego ślubu w łóżku. 

- Dlaczego nie? 

- Bo chcę cię gdzieś zabrać, potańczyć, pojechać na wybrzeże, zrobić dla 

ciebie coś wyjątkowego, żebyś wiedziała, jak cię kocham. 

- Justin? 

- Uhm? 

- Nie sądzisz, że ja wiem, jak mnie kochasz? Każdej nocy przekonuję się 

o tym. 

- Chcesz powiedzieć, że wolisz nie iść do restauracji, ani na przejażdżkę, 

ani do klubu? 

- Chcę być z tobą, robić, co chcesz, co sprawia ci radość. 

- To sprawia mi radość - musnął wargami jej szyję, potem zsunął się niżej 

i pocałował obie piersi. - I to sprawia mi radość… 

Przez  długą  chwilę  używali  tylko  języka  szeptów  i  westchnień,  aż 

wreszcie Justin opadł na plecy z zamkniętymi oczami. 

-  Co  za  szatan  ma  nad  nami  władzę? Jak  sądzisz,  Melanie, czy  dziesiątą 

rocznicę ślubu uda nam się spędzić mniej banalnie?